background image

Dodziuk Anna - Pokocha

ć siebie 

Wydawnictwo „Intra” 

Warszawa 1993 

 

Psychologia podr

ęczna część trzecia  

 

 

Dzie

ń dobry, mój kochany. 

Znajd

ź trochę czasu na to, by być szczęśliwym! 

Jeste

ś cudem, który żyje, Który rzeczywiście istnieje na ziemi. 

Jeste

ś kimś jedynym, niepowtarzalnym, nie można cię z nikim pomylić. 

Czy wiesz o tym? 

Dlaczego si

ę nie zdumiewasz, nie podziwiasz, nie cieszysz się swym 

istnieniem i istnieniem innych wokó

ł ciebie? 

Czy to tak oczywiste, czy to nic nadzwyczajnego, 

że żyjesz, że możesz żyć, 

że dano ci czas, abyś śpiewał i tańczył, czas, abyś był szczęśliwy? (...) 

Phil Bosmans: Nie zapomnij o rado

ści. 

Pallotinum Warszawa 1990 

Serdecznie dzi

ękuję wszystkim, którzy przeczytali maszynopis i podzielili się 

ze mn

ą swoimi uwagami: Agnieszce Korzeniewskiej, Mai Lis, Grażynie Płachcińskiej, 

Piotrowi  Fijewskiemu,  W

łodkowi  Kameckiemu,  a 

zw

łaszcza  Andrzejowi 

Goszczy

ńskiemu, który od paru lat jest cierpliwym i ba-rdzo wnikliwym pierwszym 

czytelnikiem tego, co przet

łumaczę lub napiszę. 

Wiesz, zajmuj

ę się tym już prawie 20 lat i ciągle nie mogę się nadziwić. Aż 

trudno uwierzy

ć, jak źle ludzie myślą o sobie i jak źle sami siebie traktują. Zrób mały 

eksperyment: powiedz paru znajomym komplement, a zobaczysz, ile wysi

łku włożą 

w to, 

żeby go „unieważnić” - udowodnić Ci, że są brzydsi i głupsi niż myślisz, a ciuch, 

który Ci si

ę spodobał, to stara szmata. 

A co Ty robisz, kiedy kto

ś Tobie powie coś miłego albo Cię pochwali? Co Ci 

wtedy przychodzi do g

łowy? Czy natychmiast zaczynasz szukać argumentów, żeby 

udowodni

ć sobie, że to nieprawda? Jeżeli tak, to myślę, że nie lubisz też patrzeć na 

siebie w lustrze. Jedna moja kole

żanka wróciła po długich wakacjach na zabitej wsi 

background image

w bardzo dobrym humorze i stwierdzi

ła, że najlepszy był nie wspaniały las dookoła, 

nie pi

ękny widok na Tatry ani zatrzęsienie grzybów, które uwielbia zbierać - tylko fakt, 

że nie było tam lustra i przez dwa miesiące nie musiała na siebie patrzeć. Chcesz 

przygl

ądać się temu dalej? Sprawdź jeszcze coś, tym razem u siebie. Zaznacz we 

właściwych miejscach odpowiedzi na pytania i połącz je linią tak, żeby tworzyły 

wykres. 

Jakie uczucia odczuwasz do samego siebie? 

W tym celu u

żyj poniższej skali skali: 

1. Nigdy. 

2. Wyj

ątkowo. 

3. Rzadko. 

4. Czasem. 

5. Cz

ęsto. 

6. Prawie zawsze. 

W stosunku do swoich uczu

ć: 

1. Mi

łość, sympatia do samego siebie. 

2. Uczucia mieszane (do samego siebie). 

3. Niech

ęć, nienawiść do samego siebie. 

Przeanalizuj swoje odpowiedzi. Po przeczytaniu ksi

ążki odpowiedz ponownie 

na postawione wy

żej pytania. 

Chcia

łam Cię prosić, żebyś to zrobił nie tylko dla siebie, ale i dla mnie. Może 

si

ę kiedyś spotkamy, wtedy poproszę Cię, żebyś mi powiedział, czy była jakaś 

żnica - jeśli tak, to znaczy, że udało mi się wpłynąć na zmianę Twojego 

autoportretu. A na tym mi zale

ży, bo mam taki oto ambitny zamiar: żebyś nie tylko 

dowiedzia

ł się czegoś o sobie, ale też że-by coś się w Tobie zmieniło. Żeby Ci było 

łatwiej i weselej żyć. W największym skrócie można to ująć tak. Myślenie o sobie 

mo

że dodawać Ci skrzydeł, a może je obcinać. Może być motorem, który dostarcza 

Ci energii do 

życia, realizowania przedsięwzięć, pomysłów i marzeń, a może być kulą 

u nogi, baga

żem, z powodu którego wszystko przychodzi Ci z trudem, rzadko coś się 

udaje, a marzenia nie spe

łniają się nigdy. Najczęściej myślimy o sobie źle, chociaż 

zwykle nie przyznajemy si

ę do tego przed ludźmi, a nawet przed sobą. Ponieważ 

wiele lat temu, zaczynaj

ąc pracę jako psycholog w poradni rodzinnej przekonałam 

background image

si

ę, że wszystkim moim pacjentom doskwiera złe mniemanie o sobie, zaczęłam to 

sprawdza

ć u innych ludzi. 

Ilekro

ć miałam na ten temat wykład czy jakieś spotkanie - a sprawa po-czucia 

własnej wartości jest moim hobby i mówiłam o tym do setek słucha-czy - zadawałam 

zebranym pro

ściutkie zadanie: prosiłam, żeby dokończyli zdanie, składające się 

z w

łasnego imienia i słowa „jest”. W moim przypadku brzmiało to „Ania jest...”. Oni 

mieli na „trzy-cztery” z

łapać pierwszą myśl jaka odruchowo przyjdzie im do głowy. 

Otó

ż niezależnie od tego, czy byli to pacjenci, którzy mieli jakieś kłopoty ze sobą, 

psycholodzy szkol

ący się w lepszym pomaganiu innym czy też po prostu ludzie 

zainteresowani poznawaniem siebie, którzy przyszli „z ulicy” do jakiego

ś domu 

kultury - zawsze reakcja by

ła taka sama. Najpierw poruszenie, szmer, wyraźne 

zaskoczenie na wielu twarzach, potem pe

łen napięcia śmiech albo smutek. Niektórzy 

zaczynali niecierpliwie tr

ącać sąsiada, żeby natychmiast zwierzyć się ze swojego 

odkrycia. Oczy-wi

ście tak mocna reakcja pojawiała się nie u wszystkich, ale 

znacznej wi

ększości. Znalazło  się zawsze parę osób  na tyle odważnych 

i otwartych, 

żeby podzielić się tym, co im wyszło. 

Mog

łoby się wydawać, że pojawią się tu głównie takie określenia, których 

używamy zapytani o charakterystykę jakiejś osoby. Kto to jest Kowalczyk? Młody 

facet  z Poznania,  nauczyciel, 

żonaty.  Albo  sprzedawczyni  z naszego  sklepu 

osiedlowego, starsza pani. Jednak w

śród setek odpowiedzi, jakie zdarzyło mi się 

słyszeć, zawód ani miejsce zamieszkania nie występowało nigdy, płeć i wiek tylko 

par

ę razy, podobnie stan rodzinny. Określenia, jakie padały, to nie były informacje, 

lecz oceny. I to oceny w znacznej wi

ększości negatywne: „Piotrek jest głupi”, „Basia 

jest brzydka”, „Józek jest do niczego”. Czasem bardziej rozwini

ęte bardziej 

szczegó

łowe - niektórym na przykład przychodziło do głowy zdanie „Krysia wszystko 

gubi” albo „niczego nie potrafi doprowadzi

ć do końca”. Robię ten eksperyment już 

kilka lat i nadal szokuje mnie, jak du

ży jest procent osób z takimi negatywnymi 

ocenami w

śród zgromadzonych na dowolnej sali. No dobrze, nie ma się czemu 

dziwi

ć, kiedy siedzą tam ludzie z jakimiś problemami: alkoholowymi, małżeńskimi, 

z trudno

ściami  w szkole  (daję  takie  przykłady,  bo  z kłopotami  tego  rodzaju 

najcz

ęściej miałam do czynienia). Ale również kiedy grupy były dobierane pod innym 

kątem - młodzież z warszawskiego klubu osiedlowego, studenci, dokształcający się 

background image

pracownicy socjalni - zawsze okre

ślenia „na minus” przeważały nad pozytywnymi 

i by

ła to przewaga miażdżąca. 

A co z Tob

ą? Czy już sprawdziłeś, co masz w głowie na własny temat? 

Mo

żesz powiedzieć, że to się rozpisuje na całe mnóstwo różnych szczegółowych 

ocen. To znaczy: co my

ślisz o sobie jako o człowieku w ogóle albo jako o kobiecie 

czy m

ężczyźnie jakim jesteś synem, jaką matką, jakim pracownikiem. Jak gotujesz, 

pływasz, całujesz, jak sobie radzisz w towarzystwie, czy umiesz zbierać grzyby, co 

my

ślisz o własnych zdolnościach do uczenia się języków obcych. To prawda, 

w ka

żdym z tych obszarów masz jakąś samoocenę, myślisz o sobie dobrze albo źle. 

Ka

żdy z nich zresztą i niezliczone inne można by dzielić na jeszcze mniejsze cząstki. 

Ale masz równie

ż - jak każdy - pewien syntetyczny obraz, jakieś ogólne poczucie na 

własny temat. U amerykańskiego psychoterapeuty Erica Berne’a nazywało się to 

poczuciem, czy jestem O.K. czy nie O.K., czy jestem w porz

ądku, czy nie. Można 

o tym mówi

ć jeszcze inaczej, mianowicie: jaki mam stosunek do samego siebie? Czy 

siebie akceptuj

ę, lubię, kocham? Czy godzę się na siebie takiego lub taką, jaka 

jestem? Co jestem wart czy warta? (Niestety, mam z t

ą książką pewien kłopot 

w zdaniach takich jak dwa poprzednie trudno za ka

żdym razem używać i rodzaju 

męskiego, i żeńskiego. Po długich wahaniach zdecydowałam się konsekwentnie 

zwraca

ć  się  do  Ciebie  w 

rodzaju  m

ęskim,  ponieważ  wszyscy  jesteśmy 

przyzwyczajeni do okre

ślonego sposobu czytania. Otóż - jak myślę - zdanie „jesteś 

dobra” zostanie tylko przez kobiety odczytane jako skierowane do nich, za

ś „jesteś 

dobry” brzmi naturalnie zarówno dla m

ężczyzn, jak i dla kobiet. Andrzej, mój 

przyjaciel i recenzent, któremu zwierza

łam się z tej trudności, trochę mnie pocieszył: 

„Przecie

ż zwracasz się do człowieka, a człowiek w naszym języku jest rodzaju 

męskiego”). Mnie samej, muszę Ci powiedzieć, jako uzupełnienie zdania „Ania jest...” 

przez wiele lat pojawia

ło się „głupia” albo „brzydka”. Mówię to, bo chcę, żeby było 

jasne, 

że  problem  niskiej  samooceny  znam  nie  tylko  z pracy  z pacjentami 

i psychologicznej literatury - gdzie ostatnio po

święca się tej sprawie coraz więcej 

miejsca - ale te

ż z własnych prze-żyć. Udało mi się wiele poprawić, mój autoportret 

jest coraz lepszy. Z tym, 

że w trakcie tej niełatwej pracy uprzytomniłam sobie coś 

wa

żne-go: że negatywne myślenie o sobie to sprawa nie tylko indywidualna, ale 

i spo

łeczna. Mówić - i myśleć! - o sobie dobrze jest czymś nieładnym, nietaktownym, 

background image

tak nie wypada. Cz

łowiek boi się, że zostanie uznany za chwalipiętę, narazi się na 

zarzut wywy

ższania się albo pychy. Nie ma zwyczaju nie tylko chwalenia siebie, ale 

te

ż innych. Skrytykować, powiedzieć „całą prawdę prosto w oczy”, wytknąć błędy 

i niedostatki - tak, to si

ę ceni. Jesteśmy przesiąknięci takimi nawykami. Natomiast 

rzadko kiedy spotykamy si

ę z pochwałą chwalenia, dostrzegania korzystnych cech 

i otwartego wyra

żania pozytywnych opinii o drugim człowieku. Dlatego nawet jeśli jak 

powietrza potrzebujesz dobrego s

łowa, życzliwego zdania o sobie, uznania ze strony 

innych, to sam uparcie im tego odmawiasz. I 

oto  mamy  do czynienia  ze 

spo

łeczeństwem pod tym względem dosłownie wygłodzonym. 

Nie da si

ę tego zmienić tak od razu, ale - jak mawiał pewien chiński mędrzec - 

nawet droga o d

ługości dziesięciu tysięcy li zaczyna się od pierwszego kroku. 

Napisa

łam tę książkę dla tych, którzy chcą go zrobić. Kilkanaście lat temu 

pracowa

łam  przez  pewien  czas  w zespole  jednego  z najlepszych  polskich 

psychoterapeutów. Kiedy

ś rozmawialiśmy o wypisaniu z ośrodka pacjentki z nerwicą, 

której uda

ło się podczas leczenia pozbyć przykrych objawów nieustannego lęku. 

Pami

ętam smutne słowa szefa: „Ona jest młoda, ładna, inteligentna ale tak strasznie 

źle myśli o sobie. Anka, co ja mam zrobić?” 

Wzi

ęłam sobie to pytanie mocno do serca i przez następne piętnaście lat 

szuka

łam odpowiedzi na nie. Czytałam książki, analizowałam własne prze-życia, 

a przede wszystkim s

łuchałam ludzi, którzy zdecydowali się zajrzeć w siebie i coś 

w sobie zmieni

ć. Poszukiwania wciągały mnie coraz bardziej i nie wygląda na to, 

żebym miała ich zaprzestać, bo ciągle odnajduję jakieś nowe cegiełki, z których 

buduje si

ę odpowiedź. W każdym razie dzisiaj wiem już na pewno, że niska 

samoocena  to  jedna  z 

najwa

żniejszych  i najbardziej  powszechnych  ludzkich 

dolegliwo

ści. 

Rozdzia

ł 1 

 

Co naprawd

ę myślisz o sobie? 

Czy  ju

ż  wiadomo,  o 

czym  w

łaściwie  mamy  rozmawiać?  W 

j

ęzyku 

psychologicznym mówi si

ę o poczuciu własnej wartości, samoocenie albo obrazie 

własnej osoby. I każdy wie, że najogólniej chodzi o to, jak przeżywamy samych 

siebie, czy my

ślimy o sobie dobrze czy źle, jaki jest nasz prywatny „wewnętrzny 

background image

autoportret”. Ale... co innego patrze

ć z zewnątrz, z dystansu, a co innego znaleźć się 

w skórze cz

łowieka z samopoczuciem typu „mniej niż zero”. 

Skomplikowany autoportret Jestem g

łupia, zła i brzydka; do niczego się nie 

nadaj

ę, nic mi nigdy nie wychodzi; czy komuś może zależeć na kimś takim jak ja? - 

niestety, wi

ększość ludzi przynajmniej czasami myśli o sobie w ten sposób. Niektórzy 

nawet zawsze. Najpierw spróbujemy po

łapać się w tym myśleniu, przeanalizować je 

nieco dok

ładniej, rozłożyć na czynniki pierwsze - bowiem każdy plan poprawy 

sytuacji musi poprzedza

ć rozeznanie czyli diagnoza. Masz więc i Ty, jak każdy, jakąś 

ogóln

ą samoocenę. Malujesz swój auto-portret w jaśniejszych lub ciemniejszych 

barwach. Ale ten obraz jest oczywi

ście znacznie bardziej skomplikowany, złożony 

z ró

żnych - jeśli tak można powiedzieć - składników czy wymiarów. Myślę, że cztery 

z nich s

ą najważniejsze: 

- powierzchowno

ść, wygląd zewnętrzny, ciało - inteligencja, mądrość, 

zdolno

ści - dobroć, uczciwość, kwalifikacje moralne - jaką jestem kobietą? jakim 

mężczyzną? 

Jest jeszcze pi

ąty ważny wymiar co myślę o sobie w obszarze „ja-inni”. Czy 

ludzie mog

ą mnie lubić? Czy warto ze mną być? Czy zasługuję na miłość? Można 

by

ć przecież pięknym, mądrym i dobrym, a mimo to czuć się bardzo samotnie. 

Jedna z moich przyjació

łek zwierzała mi się kiedyś: „Jestem niebrzydka, 

życzliwie traktuję wszystkich i chętnie im pomagam, głowę mam też nie najgorszą, 

nauka zawsze sz

ła mi dobrze i w pracy osiągam spore sukcesy. Ale chyba mi czegoś 

wa

żnego brakuje. Prawie nie mam przyjaciół, znajomi o mnie zapominają, mężczyźni 

si

ę mną nie interesują. Strasznie mi tego brakuje”. Rozumiem ją, pewnie i Ty ją 

rozumiesz - trudno cieszy

ć się  życiem bez dobrych kontaktów ze znajomymi, 

przyjació

łmi, najbliższymi. Spróbuję zastanowić się przez chwilę nad każdym z tych 

pi

ęciu obszarów - zachęcam Cię do tego samego. Ale przedtem jeszcze parę zdań 

dla tych, którzy lubi

ą rozważać kwestie teoretyczne. Jeżeli Ciebie to nie interesuje, 

po prostu opu

ść ten kawałek i zacznij czytać dalej od następnego. 

Dla tych, co lubi

ą rozważania teoretyczne Czy obraz własnej osoby i poczucie 

własnej wartości to jest to samo, czy też co innego? - pytają mnie czasami. Otóż 

moim zdaniem, chocia

ż na temat tego rozróżnienia została napisana niejedna 

ksi

ążka, dla naszych potrzeb można używać tych dwóch pojęć zamiennie. Co 

background image

prawda poczucie w

łasnej wartości - i słychać to już w samym sformułowaniu - jest 

skojarzone z warto

ściowaniem czyli myśleniem o sobie dobrze albo źle, z plusem 

albo z minusem. Natomiast obraz w

łasnej osoby mógłby być czymś neutralnym 

czym

ś w rodzaju nieoceniającego samoopisu. Tylko że tak nie bywa. Człowiek jest 

dla  siebie  zbyt  wa

żnym tematem i sam siebie przeżywa  w sposób  ogromnie 

zaanga

żowany. W związku z tym, gdy próbujesz zrobić nawet najbardziej neutralny 

opis, sporz

ądzić czysto informacyjny autoportret, to jest on taki tylko pozornie, bo do 

ka

żdego jego elementu są dołączone jakieś uczucia i oceny. Jeśli czytasz ten 

fragment, to znaczy, 

że jesteś dociekliwy i pewnie zechcesz na własnym przykładzie 

sprawdzi

ć, czy tak jest. Wypisz na kartce dziesięć cech, które charakteryzują Ciebie 

bądź Twoją sytuację, a potem dopisz do każdej plus albo minus - w zależności od 

tego, czy to dobrze czy 

źle, że tak jest. 

Drugie wa

żne pytanie: jak się ma poczucie własnej wartości do uczuć wobec 

siebie samego? Inaczej mówi

ąc, idzie o to, czy siebie lubisz, czy nie lubisz. Ludzie 

o niskiej samoocenie czy negatywnym obrazie w

łasnej osoby nie lubią siebie, nie 

maj

ą do siebie zaufania, brakuje im pewności siebie, kiedy zabierają się do zrobienia 

czego

ś albo kiedy kontaktują się z innymi. Nie musi tak być w każdej sytuacji ani we 

wszystkich sprawach, ale generalnie tak w

łaśnie jest. 

Marzy mi si

ę, żeby ktoś skonstruował przyrząd do mierzenia samooceny. Taki 

warto

ściometr na jednym krańcu skali miałby totalną akceptację: lubię siebie, kocham 

siebie, w ca

łości siebie akceptuję. Na drugim biegu-nie: w ogóle siebie nie lubię, nic 

mi si

ę w sobie nie podoba, uważam, że zasługuję wyłącznie na negatywne oceny we 

wszystkich sprawach. Oczywi

ście takie skrajne okazy nie występują w przyrodzie, 

wi

ęc ani na jednym, ani na drugim końcu skali mego przyrządu pomiarowego nie 

znalaz

łby się żaden konkretny człowiek. 

Na „lepszym” nie by

łoby nikogo, ponieważ różne niesprzyjające okoliczności 

i przeszkody 

życiowe są informacją, że czegoś się nie może, nie wie, coś się nie 

udaje - i w wyniku zetkni

ęcia z nimi nawet absolutnie jasny obraz samego siebie 

musia

łby ulec przyciemnieniu. Natomiast człowiek z drugiego bieguna, który niczego 

by w sobie nie akceptowa

ł, niczego nie lubił, żywił do siebie wyłącznie niechęć, moim 

zdaniem umar

łby po prostu, pogrążony w głębokiej depresji i apatii. A więc wszyscy 

lokujemy si

ę gdzieś pośrodku. Zaś przyrząd pomiarowy chciałabym mieć, bo myślę, 

background image

że ogólna samoocena stanowi fundament, na którym gorzej lub lepiej buduje się cały 

gmach swojego 

życia. No dobrze - zapytał mnie kiedyś znajomy psycholog - ale czy 

nie spotka-

łaś takich ludzi, którzy w zasadzie siebie akceptują, ale jest jakiś obszar, 

którego nie toleruj

ą, jakaś cecha czy własność, której wręcz nienawidzą i chcieliby ją 

wyci

ąć, usunąć? Otóż nie spotkałam. Myślę, że jeśli człowiek absolutnie odrzuca, 

fundamentalnie nie akceptuje jakiego

ś kawałka samego siebie, to ten fakt musi 

rzutowa

ć na całość. Ludzie z dobrym stosunkiem do siebie są tolerancyjni i ta 

tolerancja obejmuje równie

ż ich samych. Powiadają: ja jestem w porządku, a moje 

słabości, wady czy nieudolność znoszę i godzę się z nimi albo próbuję je poprawiać. 

Ale  do

ść  teoretyzowania.  Wróćmy  do  samooceny  w pięciu  najważniejszych 

wymiarach. 

Nie ka

żda jest jak Wenus, nie każdy jak Apollo Byłam kiedyś uczestniczką 

grupy rozwoju osobistego dla kobiet, gdzie wa

żnym tematem - jak zwykle 

w kobiecych grupach - by

ła atrakcyjność fizyczna. Dla niektórych najważniejsza była 

twarz, dla innych zgrabna sylwetka. Przy bardziej szczegó

łowym rozważaniu 

kompleksów okaza

ło się, iż jednej zatruwa życie fakt, że ma nie dość szczupłe nogi, 

drugiej - za du

ży brzuch i pupa, kolejnej - za mały biust (ta miała zresztą w grupie 

swój „negatyw” - dziewczyn

ę, która uważała za niewybaczalną wadę swojej urody 

biust zbyt wydatny). Mia

ły jeszcze nie takie nosy, ręce, oczy, no i oczywiście włosy. 

Musz

ę tutaj zrobić dygresję na temat włosów. Wyczytałam gdzieś opis pracy 

z grup

ą młodzieży, w której coś się zgadało na temat włosów. Nie było tam ani jednej 

osoby, która akceptowa

łaby to, co ma na głowie. „Ludzie w tej grupie mieli włosy 

najró

żniejsze: byli bruneci i szatyni, blondyni; o włosach prostych i kręconych, długich 

i krótkich - nikomu nie podoba

ły się takie, jakie ma. Wszyscy się ich wstydzili. Każdy 

próbowa

ł coś z nimi zrobić, ale nikomu nic nie wychodziło. Myślę, że wszyscy 

czujemy si

ę nieswojo w sprawie swego wyglądu zewnętrznego i jakoś się to wiąże 

z w

łosami. Włosy są śmieszne. Kupa czegoś takiego wyrasta ci z głowy. I masz coś 

z nimi zrobi

ć. Są pewne reguły, których należy przestrzegać, tylko nikt dobrze nie wie 

jakie”. (Tim Jackins: Wstyd - nie trzeba si

ę z nim liczyć, tylko odreagowywać. 

„Nowiny Psychologiczne” nr 1-2 (66-67), 1990, s.161). 

Zacz

ęłam po cichu sprawdzać i po paru latach musiałam zgodzić się z opinią 

autora tamtego artyku

łu: prawie nie zdarzają się ludzie - i kobiety, i mężczyźni - 

background image

zadowoleni ze swoich w

łosów. I niemal całej reszty. Jestem pewna, że nie ma wśród 

moich czytelników nikogo, kto nie uwa

żał-by, że ma jakąś fundamentalną skazę na 

urodzie. Odstaj

ące uszy czy za duże stopy to coś, czym sami jesteśmy gotowi latami 

zatruwa

ć sobie życie. I co ciekawe, obiektywność nie ma tu nic do rzeczy. Spotkałam 

przy ró

żnych okazjach dziesiątki bardzo atrakcyjnych kobiet i mężczyzn, którzy 

uwa

żali, że są okropni. Na szczęście pracuję głównie z grupami i okazuje się, że jeśli 

kilka osób w grupie wypowiada si

ę o kimś pozytyw-nie, to ów ktoś musi zmienić 

nastawienie do siebie, chocia

ż trochę uwierzyć, że może się podobać. Tylko niestety 

życiu rzadko trafiają się okazje pozbierania takich opinii o sobie. 

Zreszt

ą jeżeli spojrzeć na całą tę sprawę od innej strony, to okazuje się, że 

prawie wszyscy powy

żej pewnego wieku komuś się w życiu bardzo spodobali. 

Statystyka jest wysoce wymowna: dziewi

ęćdziesiąt parę procent dorosłych wchodzi 

w zwi

ązki małżeńskie, a przecież zwykle mąż czy żona nie jest pierwszą osobą, która 

zwróci

ła na nich uwagę. Widocznie za długi nos albo nie taka sylwetka jeszcze 

niczego nie przekre

ślają - ważny jest cały człowiek. 

W poradni ma

łżeńskiej wielokrotnie pytałam mężów i żony, co im się pod-oba 

u drugiej  po

łowy,  i najczęściej słyszałam:  „Ona  cała”  albo „Wszystko  mi  w nim 

odpowiada”. Zar

ęczam, że nie przychodzili do mnie akurat małżonkowie nadzwyczaj 

urodziwi, tylko zwyczajni ludzie, niekiedy niem

łodzi, niekiedy sporej tuszy. I co 

z tego? Ka

żdy z nas ma w głowie jakiś ideał urody, zwykle bardzo odbiegający od 

własnego wyglądu. Tymczasem dla oso-by, której się podobasz, atrakcyjne są cechy, 

na jakie si

ę emocjonalnie i erotycznie „uwarunkowała”. A mówiąc prościej, z którymi 

ma pozytywne skojarzenia. 

Dla jednych b

ędzie to typ urody - wtedy ktoś z boku może na przykład 

zauwa

żyć, że kolejne dziewczyny Grzesia są do siebie dosyć podobne, zawsze 

blondynki bez biustu, o ostrych rysach i d

ługim nosie. Innych najmocniej pociąga 

sposób poruszania si

ę albo głos. I podobno wszystkich - zapach, którego zwykle 

w ogóle  nie jeste

śmy świadomi. A więc paradoksalnie: jakaś dziewczyna może 

zadr

ęczać się tym, że ma grube nogi, gdy tym-czasem dla mężczyzny jej życia 

w wyniku okre

ślonego uwarunkowania erotycznego pociągające są wyłącznie kobiety 

z grubymi nogami. W sprawie nóg, jak te

ż innych rzekomo niewybaczalnych felerów 

urody, polecam wszystkim opowiadanie Witolda Gombrowicza ze zbioru „Bakakaj” 

background image

zatytu

łowane „Na kuchennych schodach” (Witold Gombrowicz „Bakakaj”, W: 

„Dzie

ła” t. I, Wydawnictwo Literackie Kraków - Wrocław 1986). W skrócie: 

jego bohatera, niesko

ńczenie eleganckiego pana, wysoko postawionego 

urz

ędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych latami fascynują nogi sług do 

wszystkiego, grube i pokraczne jak s

łupy, o potwornie rozklapanych sto-pach. Marzy 

o nich i podgl

ąda je ukradkiem, a z obrzydzeniem myśli o no-gach własnej żony, 

„gi

ętkich jak liana, długich, cienkich w pęcinie”. Podsumowanie można zrobić 

banalne: je

śli chodzi o atrakcyjność zewnętrzną, nie to ładne, co ładne, a co się 

komu podoba. To jak jest z Tob

ą? Czy Ty też jesteś w stanie spojrzeć na siebie od 

tej strony tylko przez pryzmat za grubych nóg (je

śli jesteś kobietą) albo zbyt słabo 

umi

ęśnionej klatki  piersiowej (jeśli  jesteś mężczyzną)? A Twoje piękne oczy? 

A wyrazista, 

ładna twarz, niepowtarzalna, jedyna na świecie? A ręce, które na pewno 

chcia

łby malować któryś ze starych holenderskich mistrzów albo rzeźbić Wit Stwosz? 

Tym, którzy maj

ą szczególne pretensje do losu, że nie wyposażył ich 

w ol

śniewającą filmową urodę, chcę zalecić parę minut rozmyślań nad wyglądem 

zewn

ętrznym dwojga ludzi sukcesu. Dla zakompleksionych panów - Woody Allen, 

ma

ły, źle zbudowany, łysiejący okularnik, twarz że pożal się Bo-że. A w życiu? 

Wyre

żyserował i zagrał w kilkunastu filmach, które ogląda cały świat, rozchwytywany 

przez elit

ę intelektualną i kulturalną USA oraz reszty kuli ziemskiej, bogaty do 

obrzydliwo

ści, romansował z niebywale pięknymi kobietami, przez kilkanaście lat 

żonaty ze zjawiskowo śliczną Mią Farrow (właśnie się z nią rozchodzi, o czym 

plotkuje  Ameryka  i 

ł  Europy). Dla  pań  -  Barbara Streisand, niezgrabna, 

nieregularne rysy, ma

łe, jakby krzywe oczy i długi nieforemny nos. Co zrobiła z tym 

wyposa

żeniem, chyba nie trzeba nikomu mówić. Niezwykle popularna aktorka, sama 

robi filmy, 

śpiewa i mimo niemłodego wieku ciągle podbija serca setek nowych 

wielbicieli. 

Co wiesz? Co umiesz? Co potrafisz? 

Intryguj

ące, co też przychodzi Ci do głowy w odpowiedzi na te pytania. Nie 

sądzę,  żeby lawiną napływały  myśli  o niezliczonych talentach i umiejętnościach. 

Raczej dwa-trzy nie

śmiałe pomysły, a i to ze znakami zapytania. Zawsze mnie 

szokowa

ło, jak wielu ludzi uważa się za nieudolnych czy wręcz tępych. A już prawie 

ka

żdy jest zdania, że nie ma zdolności do matematyki, nie potrafi nauczyć się 

background image

języków obcych i na pewno nie umie śpiewać. 

No w

łaśnie, jak to jest z tym śpiewaniem? Chyba nie znalazłby się nikt 

o zdrowych zmys

łach, kto gotów byłby powiedzieć o Luisie Armstrongu, że nie umiał 

śpiewać. A wiesz, że miał wrodzoną wadę strun głosowych i jego słynna chrypka to 

nie maniera, nie sposób na s

łuchaczy ani wyrafinowanie artystyczne? Twierdzę, że 

masz lepszy g

łos od Armstronga, i w 99% nie mylę się. 

Jestem przekonana, 

że Twoje zdolności umysłowe są wielokrotnie większe, 

ni

ż sobie wyobrażasz. Skąd to wiem? Z obserwacji dzieci: wszystkie są zdolne, 

twórcze, 

łatwo przyswajają nowe wiadomości i łatwo je kojarzą. Niestety, później - 

w za  du

żej grupie,  w atmosferze  konkurencji  i ostre-go  oceniania  -  zbyt  często 

przestaj

ą korzystać ze swoich możliwości, zaczynają źle reagować na samo uczenie 

si

ę i pozornie głupieją. Pewien psycholog z małego miasteczka opowiadał mi, jak 

robi

ł sześciolatkom wiejskim tak zwany test dojrzałości szkolnej. Na jednym 

z obrazków by

ł królik bez oka, dzieciaki miały odpowiedzieć na pytanie, czego mu 

brakuje. Jaki

ś bystry maluch powiedział, że ten królik nie ma żarcia, więc śpi. 

I oczywi

ście w teście dostał minus, bo odpowiedź przewidziana przez miejskich 

autorów sprawdzianu by

ła inna. Zawsze mi się przypomina ten królik bez oka i bez 

żarcia, kiedy zastanawiam się nad tym, jak oduczano nas od myślenia. 

Zw

łaszcza że wszystkie sprawdziany odbywały się na pewno w atmosferze 

napi

ęcia i stresu. Tylko nieliczni w takiej sytuacji mobilizują się i zaczynają radzić 

sobie lepiej ni

ż zwykle. Większość ludzi gorzej się wtedy skupia, myśląc głównie 

o czekaj

ącym ich niepowodzeniu. A przecież bywa inaczej. Wielki pianista Artur 

Rubinstein,  jeden  z nielicznych  szcz

ęśliwych  geniuszy,  w swoich  pamiętnikach 

opowiada o tym, jak po raz pierwszy koncertowa

ł publicznie. 

„Dla rodziców by

ła to niełatwa decyzja, nie miałem jeszcze ośmiu lat (...). 

Termin koncertu ustalono na 14 grudnia 1894. Rankiem tego dnia ca

ły dom popadł 

w stan najwy

ższego podniecenia i tylko ja byłem spokojny i zadowolony. Otrzymałem 

właśnie  piękne, wspaniałe ubranko,  z czarnego  aksamitu  z białym koronkowym 

ko

łnierzykiem, toteż czułem się okropnie ważny. Koncert wypadł znakomicie (...). 

Poniewa

ż  w 

garderobie  artystów  ju

ż  wcześniej  zauważyłem  wielkie  pudło 

czekoladek, w nader szcz

ęśliwym nastroju wykonałem sonatę Mozarta, a także dwa 

utwory  Schuberta  i Mendelssohna,  publiczno

ść zaś, złożona głównie z członków 

background image

mojej rodziny, ich przyjació

ł, a także łódzkich melomanów (...) nagrodziła mnie 

gor

ącą owacją”. (Artur Rubinstein: Moje młode lata. Państwowe Wydawnictwo 

Muzyczne, Warszawa 1976, s.17). 

I w tej dziedzinie - podobnie jak w sprawach wygl

ądu zewnętrznego - bardziej 

koncentrujemy si

ę na brakach niż na tym, co nam wychodzi dobrze. Szkoda, że 

ludzie prawie nie maj

ą wspomnień podobnych do Rubinsteina. 

Uczciwy, dobry, szlachetny Jak cz

ęsto gryzą Cię wyrzuty sumienia, co? Nie 

tylko w zwi

ązku z tym, co zrobiłeś wczoraj albo tydzień temu, ale też parę miesięcy 

czy par

ę lat wstecz. Czy kiedy wyrządzisz komuś coś złego, myślisz raczej: „Przy-kro 

mi, zdarzy

ło się, muszę przeprosić”, czy też zagłębiasz się w bolesne rozważania 

o tym, 

że jesteś z gruntu zły? Gdyby przeciągnąć linię od anioła do diabła i kazać Ci 

umie

ścić się gdzieś na niej w zależności od tego, ile masz z jednego i z drugiego, 

gdzie wypad

łoby Twoje miejsce? Może zawsze, kiedy tylko coś się nie układa - 

niekoniecznie Tobie, innym te

ż - myślisz sobie: to wszystko przeze mnie. Może 

czujesz si

ę podobnie jak dziecko z rodziny alkoholika, którego samopoczucie tak 

opisuje Janet Woititz, ameryka

ńska specjalistka od tego problemu: 

„Nie mog

łeś się oprzeć wrażeniu, że gdyby cię nie było, nie byłoby wszystkich 

tych k

łopotów. Matka nie walczyłaby z ojcem. Nie byłaby spięta cały czas, nie 

krzycza

łaby, nie byłaby skłonna do wybuchów. Życie byłoby o niebo lżejsze, gdyby 

ci

ę po prostu nie było. Czułeś się bardzo winny. W pewien sposób już samo twoje 

istnienie spowodowa

ło tę sytuację: gdybyś był lepszym dzieckiem, byłoby mniej 

problemów. To wszystko przez ciebie, jednak najwidoczniej nie mog

łeś zrobić nic, 

żeby zmienić  życie na lepsze”. (Janet Woititz: Dorosłe Dzieci Alkoholików. IPZiT, 

Warszawa 1992, s.13). 

Wszyscy mamy sobie co

ś do zarzucenia, chodzących ideałów nie ma - i chyba 

nawet  by

łyby  nieznośne.  Moja  znajoma  dopytywała  się  kiedyś  o pewnego 

mężczyznę, nazwijmy go Józkiem, który jej się podobał, a ja go dobrze znałam. 

Zacz

ęłam opowiadać o jego zaletach, nazbierało się tego sporo i na to ona poprosiła 

mnie: „Znajd

ź szybko jakąś wadę, bo zaraz Józek w ogóle przestanie mnie 

interesowa

ć”. 

Chc

ę opowiedzieć o jednej rzeczy, która zawsze zdarza się w grupach, jakie 

prowadz

ę. Po pewnym czasie uczestnicy nabierają zaufania do innych, coraz więcej 

background image

mówi

ą o sobie, zaczynają zdradzać wstydliwe tajemnice. Każdy jakąś ma, nie żyjemy 

wśród świętych, a niektórzy naprawdę nie-źle w życiu narozrabiali. Przyznają się do 

tego, bo chc

ą sprawdzić, czy mimo to ktoś może ich jeszcze akceptować, nie 

pot

ępiać, nie skreślać całkiem. Nie mają  śmiałości zapytać o to, patrzą w podłogę, 

boj

ą się rozejrzeć dookoła. Zachęcam wtedy, żeby taki winowajca podszedł do 

ka

żdego członka grupy, zadał pytanie: „Co teraz o mnie myślisz?” i żeby patrzył na 

tego kogo pyta. Reakcje s

ą różne, ale najwięcej jest rozumiejących i życzliwych typu: 

„Wiem co

ś o twoim życiu i myślę, że trudno ci było po-stąpić inaczej”, „Sama nieraz 

robi

łam podobne rzeczy, ale nie chcę się tym dręczyć do końca życia”, „Znam cię 

i lubi

ę, więc nie przekonasz mnie, że jesteś aż taki okropny”. 

Okazuje si

ę, że jeśli człowiek sam się osądza, zwykle jest dla siebie znacznie 

surowszy ni

ż inni. Nie mówię tu o tych, którzy są zawsze pewni swojej racji i znajdują 

żnorakie  uzasadnienia  dla  własnych  świństw  i podłości.  Mówię  o osobach 

mizern

ą  samooceną  moralną. Te  nie są  zbyt  skłonne  do  uwzględniania 

okoliczno

ści łagodzących, a swoje trudności i problemy widzą jako wady czy skazy 

moralne. 

Jaka z ciebie kobieta? Jaki m

ężczyzna? 

Wyobra

ź sobie pierwsze spotkanie księcia i Kopciuszka, tylko bez interwencji 

dobrej wró

żki. Może książę nawet się i zakocha, ale Kopciuszek musi mieć niebywałą 

si

łę ducha, żeby chociaż na pięć minut przestać się zajmować swoją podartą 

sukienk

ą i zaczerwienionymi od domowych prac rękami. 

Będzie więc albo zachowywać się nienaturalnie, próbując jakoś odciągnąć 

uwag

ę księcia od swego mizernego położenia, albo wciąż sprawdzać, czy takie 

umorusane zero jak ona naprawd

ę podoba się temu wspaniałemu facetowi. Panna 

Kopciuszek - tak samo jak jej m

ęski odpowiednik - pełna lęku i niepewna własnej 

atrakcyjno

ści nie będzie w stanie zdobyć się na spontaniczność, swobodnie dawać 

(„co godnego uwagi mog

łabym mu dać?”) ani brać („cóż może się należeć komuś tak 

niepoci

ągającemu jak ja?”). Pamiętasz zresztą, jakie plany miał Kopciuszek, zanim 

nie pojawi

ła się wróżka? W ogóle nie zamierzał iść na bal. Ty również - jak Cię znam 

- cz

ęsto w ogóle nie wychodzisz z kąta, boisz się odezwać wyczekująco podpierasz 

ścianę, zwłaszcza jeśli w pobliżu jest ktoś bardzo dla Ciebie atrakcyjny. Zamiast 

zachowa

ć się jak paw, rozpuszyć najpiękniejsze pióra swego ogona, chowasz się 

background image

albo uciekasz. 

W dodatku na pewno masz w g

łowie szereg wyobrażeń o tym, jaka powinna 

by

ć  kobieta  i jaki  powinien  być  mężczyzna.  A te  wyobrażenia  często  Ci 

przeszkadzaj

ą, bo zwykle nie pasują do tego, jaka czy jaki jesteś. Facet ma być silny, 

twardy, pe

łen inicjatywy, niczym się nie przejmować. Więc pod groźbą utraty 

poczucia, 

że jest prawdziwym mężczyzną, nie może pozwolić sobie na miękkość 

i ciep

ło ani chwilową nawet słabość, chociaż na pewno czasem bardzo tego 

potrzebuje. Kobieta ma by

ć ciepła, na pierwszym miejscu stawiać miłość i rodzinę, 

nie mo

że być za mądra ani zbyt przedsiębiorcza. Więc boi się okazać złość czy 

zachowa

ć stanowczo nawet w obronie swoich najważniejszych praw, nie wypada jej 

za bardzo koncentrowa

ć się na sprawach zawodowych, wiecznie ma wyrzuty 

sumienia, 

że zaniedbuje rodzinę. 

Spotka

łam  u znajomych  pewną  panią  z zagranicy,  świetnego  lekarza 

o mi

ędzynarodowej sławie, którą zapraszano, żeby jeszcze raz przyjechała do Polski, 

tym razem na d

łużej. Bez zastanowienia odpowiedziała, że nie może tego zrobić 

swojej rodzinie. Poniewa

ż miała najwyraźniej ponad 60 lat, z czystej ciekawości 

zapyta

łam o tę rodzinę. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że ma męża, również 

lekarza rozje

żdżającego po świecie i dwie zamężne córki po trzydziestce, które 

w dodatku mieszkaj

ą w innym niż ona mieście. Czyli w rzeczywistości pani profesor 

nie mia

ła już absorbujących obowiązków rodzinnych, a jednak wciąż gotowa była 

czu

ć się nie w porządku jako kobieta, żona i matka. 

Wiesz, tak naprawd

ę nikt dobrze nie wie, na czym polega prawdziwa męskość 

i kobieco

ść. Dążąc do tego, żeby to uściślić, próbowano na różne sposoby badać 

wrodzone psychologiczne ró

żnice między płciami, ale wyniki zawsze wychodziły 

sprzeczne  i 

niepewne.  Zwyczaje  czy  tradycja  te

ż  nie  dostarczają  jasnych 

wskazówek,  raczej  -  tworz

ąc  zdumiewające  mieszanki  z 

d

ążeniem  do 

nowoczesno

ści - są  źródłem dodatkowego zamętu. A skoro nie ma jednego 

wyra

źnego modelu mężczyzny i kobiety, dla mnie wynika z tego przynajmniej tyle: 

masz wi

ęcej do wyboru. Twoje cechy, skłonności, zachowania są wystarczająco 

męskie, nawet jeśli daleko od-biegasz od ideału spartańskiego wojownika, 

i dostatecznie kobiece, nawet je

śli nie jesteś wzorową strażniczką domowego 

ogniska ani s

łodkim kobieciątkiem. 

background image

W kontaktach z lud

źmi Jakie uczucia i myśli towarzyszą Ci, kiedy wybierasz 

si

ę gdzieś z wizy-tą? Co sobie wyobrażasz, kiedy masz wkrótce spotkać się z osobą 

najbli

ższą Twemu sercu? Na pewno inaczej jest przed pierwszą randką, a inaczej po 

dwudziestu latach ma

łżeństwa. Ale czy jest to raczej radosne oczekiwanie miłego 

kontaktu, czy ponure przewidywania czego

ś przykrego? „Bezpiecznie czuję się tylko 

wtedy, kiedy jestem sama. Jak tylko znajd

ę się w towarzystwie, boję się, że się 

zb

łaźnię, wykonam coś nie tak i zrobi się głupia sytuacja. Ale znowu w ogóle nic nie 

mówi

ć i nie robić - też głupio. To mnie kompletnie paraliżuje” - tak napisała do mnie 

kiedy

ś Kasia, którą usiłowałam korespondencyjnie leczyć z kompleksów. Niestety, 

listowne poradnictwo nie jest zbyt skuteczne, bo 

żeby się czegoś istotnego 

dowiedzie

ć o sobie w układzie „ja-inni”, potrzebne są informacje od tych innych. 

Kasia mimo nie

śmiałości dała się przekonać i znalazła się w jednej z prowadzonych 

przeze mnie grup. 

Poprosi

łam  ją,  żeby  zrobiła  bilans  swoich  wad  i zalet  w kontaktach 

mi

ędzyludzkich. Oczywiście bukiet wad był daleko bogatszy i bardziej barwny niż 

nieliczne i mizerne zalety. A potem zrobi

łyśmy sprawdzian: dla kogo jej poszczególne 

wady rzeczywi

ście są wadami, komu są obojętne, a kto uważa je za zalety? 

Katarzyna by

ła bardzo zdziwiona. Paru osobom na przykład podobała się jej 

nie

śmiałość i zahamowania. Ktoś powiedział, że lubi nieśmiałe dziewczyny, ktoś 

jeszcze okre

ślił tę cechę jako skromność, dwie osoby uznały, że to pasuje do niej. 

Pami

ętam, jak się rozpogodziła, kiedy jeden chłopak, jej rówieśnik, prawie na nią 

nakrzycza

ł: 

„To co, 

że się nad wszystkim długo zastanawiasz? Nie znoszę mówienia co 

ślina na język przyniesie. Ty jak się odezwiesz, to przynajmniej do sensu. Mówisz 

ma

ło, ale smacznie”. I tak było ze wszystkim oprócz obgryzania paznokci, którego nie 

pochwali

ł nikt. 

Czy Ty te

ż stronisz od ludzi, jak kiedyś Kasia? Pamiętaj, Tobie też - jak jej - 

tylko wydaje si

ę, że inni nie będą chcieli Cię zaakceptować. Bzdura! Większość 

z nich po prostu boi si

ę tego samego co Ty i dlatego trzyma się na dystans. 

Inne  plusy  i 

minusy  Wiem, 

że  to  jeszcze  nie  wszystko  w 

Twoim 

skomplikowanym autoportrecie. Ka

żdą z tych rzeczy można rozłożyć na szereg 

mniejszych i wi

ększych kawałków. Jedne z nich będą dla Ciebie bardzo ważne, inne 

background image

prawie bez znaczenia. Cz

ęsto nawet nie w pełni zdajesz sobie sprawę, ile tego jest. 

Kiedy pogrzeba

ć głębiej, stworzyć ludziom okazję, żeby uważniej rozejrzeli się 

w sobie pod k

ątem samooceny, wówczas kolejne nieakceptowane detale wyskakują 

jak grzyby po deszczu. Najcz

ęściej, niestety, nie równoważone przez plusy. Zrób 

teraz swoj

ą listę. Nie tak, żeby wypisywać wszystko, tylko pięć rzeczy, jakie Ci 

najpierw przyjd

ą do głowy. Nie myśl zbyt długo, ważne są pierwsze skojarzenia. 

Natomiast w rubryce plusów mo

żesz się zastanawiać dłużej, bo podejrzewam, że nie 

nawyk

łeś do zauważania swoich mocnych stron i może będzie to okazja, żebyś 

troch

ę poćwiczył tę bardzo potrzebną umiejętność. 

A oto lista: 

I. W wygl

ądzie zewnętrznym, we własnym ciele: 

1) nie lubi

ę w sobie (uważam za swój minus): a... b... c... d... e... 

2) lubi

ę w sobie (uważam za swój plus): a... b... c... d... e... 

II. W swojej inteligencji, m

ądrości, zdolnościach: 

1) nie lubi

ę w sobie (uważam za swój minus): a... b... c... d... e... 

2) lubi

ę w sobie (uważam za swój plus): a... b... c... d... e... 

III. W swoim charakterze, kwalifikacjach moralnych: 

1) nie lubi

ę w sobie (uważam za swój minus): a... b... c... d... e... 

2) lubi

ę w sobie (uważam za swój plus): a... b... c... d... e... 

IV. Jako m

ężczyzna/kobieta 1) nie lubię w sobie (uważam za swój minus): 

a... 

b... 

c... 

d... 

e... 

2) lubi

ę w sobie (uważam za swój plus): 

a... 

b... 

c... 

d... 

e... 

V.  W zwi

ązkach  z ludźmi,  byciu  z nimi,  kontaktach  1)  nie  lubię  w sobie 

background image

(uwa

żam za swój minus): a... b... c... d... e... 

2) lubi

ę w sobie (uważam za swój plus): a... b... c... d... e... 

VI. W innych wa

żnych dla mnie sprawach, które nie mieszczą się w tamtych 

kategoriach 1) nie lubi

ę w sobie (uważam za swój minus): 

a... 

b... 

c... 

d... 

e... 

2) lubi

ę w sobie (uważam za swój plus): 

a... 

b... 

c... 

d... 

e... 

Ciekawe, czy co

ś Cię zaskoczyło? Czy łatwiej było Ci pisać o plusach, czy 

o minusach? Czy Twoje ogólne zdanie na w

łasny temat wiąże się jakoś ze 

szczególnymi ocenami? 

Sytuacja 

życiowa a samoocena Chcę jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy, 

z której pewnie zdajesz sobie spraw

ę, ale może nie dość wyraźnie. Samoocena nie 

jest cz

łowiekowi dana raz na zawsze. Zmienia się na przykład z wiekiem. Przypomnij 

sobie, co by

ło najważniejsze w Twoim autoportrecie parę lat wstecz, spróbuj 

wyobrazi

ć sobie co może wybić się na pierwszy plan za parę lat. Dostałam list od 

Ma

łgosi dokładnie na ten temat. Pisała: „Będąc młodą dziewczyną strasznie się 

męczyłam. Zawsze mi się zdawało, że jestem nie-stosownie ubrana, inne dziewczyny 

- one umia

ły zrobić się na bóstwo! W dodatku nie tańczyłam za dobrze. W ogóle 

by

łam strasznie zakompleksiona. Teraz przestałam się przejmować tym, jak 

wygl

ądam. Ważne, żeby ludzie mnie lubili i żeby mieć paru przyjaciół od serca. 

Potrafi

ę gadać z nimi godzinami, pomagamy sobie nawzajem w trudnych chwilach. 

Nie wy

ładniałam, nigdy nie byłam zbyt ładna, zresztą wiesz - lata lecą. Ale chyba 

zm

ądrzałam i mniej się skupiam na sobie, a bardziej na innych. Może to jest mój 

sposób na kompleksy?” 

background image

Bez w

ątpienia na samoocenę wpływa Twoja sytuacja życiowa, co najlepiej 

wida

ć, kiedy się gwałtownie zmienia. Przekonują się o tym choćby wszyscy młodzi 

rodzice, kiedy - wraz z pojawieniem si

ę na świecie ich pierwszego potomka - 

zaczynaj

ą liczyć się umiejętności i dobra orientacja w sprawach pieluszek, kolek, 

karmienia itd. itp. Na par

ę tygodni albo miesięcy dla matki takie rzeczy stają się 

najwa

żniejsze we własnym autoportrecie, określają jego jasną lub ciemną tonację. 

A wszyscy ci, którzy ze wsi przenie

śli się do miasta i nagle okazało się, że 

ca

ła ich skomplikowana i obszerna wiedza o przyrodzie oraz zdolności do ciężkiego 

wysi

łku fizycznego specjalnie się nie liczą? A mężczyźni, którzy wraz ze wzrostem 

bezrobocia stracili prac

ę i teraz muszą jakoś odnaleźć się w sytuacji, kiedy jedyną 

pracuj

ącą osobą w rodzinie jest żona? 

Lepszy - gorszy czyli w pu

łapce bezustannych porównań Jeszcze siedziałeś 

w wózku, siusia

łeś w pieluchy i niewiele rozumiałeś z tego, co mówią dorośli, a już 

nad Twoj

ą głową co chwila ktoś Cię do kogoś porównywał: Piotrusiowi wyrósł ząbek! 

A mojemu Stasiowi jeszcze nie. A czy ju

ż siada, czy już staje, czy już liczy do pięciu, 

bo moje ju

ż do siedmiu? Żyjemy w społeczeństwie, w którym od zera uczą nas 

porównywania. Na pewno by

łoby Ci łatwiej wymienić pięćdziesiąt rzeczy, w których 

jeste

ś od innych lepszy albo gorszy, niż pięć takich, które są niepowtarzalne, 

odr

ębne, jedyne na świecie. 

Takie my

ślenie w kategoriach „lepszy-gorszy” wrosło w nas do tego stopnia, 

że nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie innego podejścia do życia. A przecież 

mo

żna.  Z wykształcenia  jestem  etnografem,  w związku  z tym  miałam  okazję  - 

oczywi

ście poprzez lekturę - przyjrzeć się na przykład południowo-amerykańskim 

Indianom Zuni, opisywanym przez Ruth Benedict, s

łynną badaczkę ludów 

egzotycznych. Owi Zuni w ogóle ze sob

ą nie rywalizują. Podczas rytualnych świąt 

urz

ądzają biegi, w których wcale nie chodzi o to, żeby wygrać. Każdy biegacz ma 

dotrze

ć do mety, natomiast nie stara się wyprzedzić innych. 

Cz

ęsto coś podobnego dzieje się w grupach terapeutycznych, kiedy usiłujemy 

wyeliminowa

ć porównywanie, a w to miejsce wprowadzić koncentrowanie się na 

swoich mocnych stronach. I okazuje si

ę, że można myśleć w taki sposób: jestem 

inny, niepodobny do nikogo na 

świecie. W czymś dobry, a nie lepszy; w czymś 

marny, a nie gorszy. Albo jeszcze inaczej - nie jestem kiepski, tylko to jest moja 

background image

trudno

ść. 

Jest jedna sytuacja, w której si

ę nie porównuje, raczej przeciwnie - podkreśla 

jedyno

ść i wyjątkowość. „Jest inna niż wszystkie”, „nikogo takiego jeszcze nie 

spotka

łam” - tak mówią zakochani. A więc umiemy patrzeć też w ten sposób, 

a wszyscy ci, którzy byli zakochani z wzajemno

ścią, wiedzą, jak szczęśliwy może być 

cz

łowiek, gdy nie obawia się porów-nań. 

I przeciwstawna sytuacja: z pracy odchodzi kto

ś kogo wszyscy lubili i cenili, 

a Ty przychodzisz na jego miejsce i masz wra

żenie, że każdy Twój krok i każde 

odezwanie jest zestawiane z post

ępowaniem owej nieobecnej osoby. Trudno się 

w takiej sytuacji wyrobi

ć, prawda? Każde „inaczej” oznacza „gorzej”, wszystko obraca 

si

ę na Twoją niekorzyść. 

Czy masz by

ć ideałem? 

Pe

łno jest wszędzie dookoła nas różnych wzorów doskonałości, modeli do 

na

śladowania, które - jeżeli traktowane zbyt poważnie - potrafią popsuć humor nawet 

zadowolonym z siebie. Wkroczyli

śmy w epokę reklam i mam wrażenie, że musi się to 

źle odbijać na poczuciu własnej wartości wielu z nas. Bo która ma takie włosy 

i sylwetk

ę, jak Cindy Crawford, zachęcająca do kupowania szamponu firmy L’Oreal? 

Który wygl

ąda tak korzystnie jak facet z reklamy „Gilette - najlepsze dla mężczyzny”? 

Nie sta

ć Cię również na nowy model Opla czy nawet Poloneza. Zapewne nie jesteś 

i mo

że nigdy nie będziesz eleganckim biznesmenem korzystającym z komputera IBM 

najnowszej generacji. 

Ale czy tylko o to chodzi? Zastanów si

ę dobrze: pragniesz mieć hollywoodzką 

urod

ę, umysł Einsteina i karierę zawodową w tempie Alexis Colby czy po prostu 

chcesz by

ć szczęśliwy? Niejednokrotnie te reklamowane symbole powodzenia 

i sukcesu wcale nie maj

ą szczęśliwego życia. Jestem przekonana, że Marylin 

Monroe zamieni

łaby się z niejedną szarą myszką, dziewczyną z Pułtuska, która ma 

kochaj

ącego męża i udane dzieci. Wrócimy do tego jeszcze, a teraz posłuchaj: każdy 

z nas, a wi

ęc i Ty, ma w sobie coś niepowtarzalnego, jedynego na świecie i przez to 

cudowne-go i pi

ęknego. Nikt nie jest ideałem, ale też nikt nie jest kompletnym zerem. 

A wi

ęc i Ty nie jesteś. Spróbuj spojrzeć na to tak: często myślę o sobie źle, ale to nie 

jest obiektywna prawda, tylko moje wyobra

żenia. A skoro tak, to mogę zacząć je 

zmienia

ć. 

background image

Rozdzia

ł II  

Co wynika z twojego my

ślenia Weźmy sytuację najprostszą, jakiś sprawdzian 

czy egzamin. Dosta

łeś pierwsze pytanie, które nie bardzo Ci pasuje, i zmagając się 

z nim mo

żesz wpaść - jak wóz na piaszczystej drodze w wyżłobione koleiny - w jeden 

z dwóch torów my

ślenia: 

1. Na pewno nast

ępne pytanie będzie gorsze i skompromituję się jeszcze 

bardziej. Po co w ogóle si

ę do tego zabierałem, skoro wiem, że jestem do niczego. 

Ju

ż tyle razy mi się nie powiodło. Dobrze pamiętam, jaką dałem plamę w zeszły 

wtorek. Mam coraz wi

ększą pustkę w głowie... Nic mi nie wyjdzie! 

2. Zobaczymy, czy nast

ępne pytanie nie będzie lepsze. Jestem całkiem nieźle 

przygotowany. Teraz trzeba tylko skupi

ć się i nadrobić złe wraże-nie. Już parę razy 

poradzi

łem sobie z dużo trudniejszą sytuacją. Przecież nie dalej jak przedwczoraj 

posz

ło mi tak dobrze. Musi się udać! 

Nie musz

ę mówić, kto ma większe szanse. Lubię to porównanie, bo właściwie 

we wszystkich 

życiowych sprawach jest podobnie, od projektu ugotowania zupy po 

plan przebudowy 

świata. Najpierw coś zamierzamy - sami lub pod wpływem 

oczekiwa

ń innych ludzi - potem zastanawiamy się, jak nam to pójdzie, i ten 

pesymizm albo optymizm wyznacza dalszy bieg zdarze

ń. Idzie jak z płatka albo jak 

po grudzie. Oczywi

ście, tak zwane obiektywne okoliczności też mają znaczenie, ale 

nasze nastawienie jest du

żo ważniejsze, niż na ogół sądzimy. 

A mo

że sam jesteś autorem własnych niepowodzeń? 

Jak to si

ę dzieje? Otóż najpierw uruchamiamy łańcuch wspomnień. Osoby, 

które maj

ą skłonność do dołowania się, przypominają sobie swoje poprzednie 

niepowodzenia i dos

łownie zwieszają nos na kwintę. Do i tak już ciężkiego bagażu 

przekonania o swoich nik

łych szansach dodają nową cegłę i znowu próbują. Nadal 

bez skutku, tyle 

że dalej jest im coraz ciężej. Kolekcja niepowodzeń rośnie jak 

toczona w dó

ł kula ze śniegu. A ci, którzy są nastawieni, że pójdzie dobrze? Ich 

kolekcja sk

łada się z kolorowych baloników - wspomnień udanych działań i sytuacji - 

które ci

ągną ich do góry, łącząc się w coraz większy pęk. Czyli im gorzej, tym gorzej, 

a im lepiej, tym lepiej. Co jest przeciwie

ństwem nosa na kwintę? Nos triumfalnie 

skierowany ku górze. 

Mówi

ę zawsze, że człowiek ma wypisane na nosie to, co ma go spotkać. I jest 

background image

to - po 

łańcuchu wspomnień - druga tajemnica Twoich sukcesów i nie-powodzeń. 

Tam wszystko odbywa si

ę w Twojej głowie: musisz zużyć mnóstwo energii, żeby 

przebi

ć się przez swoje negatywne nastawienie i już nie tak wiele zostaje na samo 

zadanie, które przed Tob

ą stoi. Tu w grę wchodzą inni ludzie, którzy czytają 

z Twojego nosa. Zreszt

ą nie tylko z nosa. Niska samoocena, niewiara we własne 

mo

żliwości da się odczytać z wielu różnych sygnałów, chociaż być może nie zda-jesz 

sobie z tego sprawy. Przyjrzyj si

ę na przykład swojej sylwetce. Jeśli masz złe 

mniemanie o sobie, pewnie nie nosisz dumnie wypi

ętej piersi, tylko raczej kulisz 

ramiona. Pewnie masz sk

łonność do cofania brody i pochylania głowy, zamiast 

obnosi

ć ją wyprostowaną po królewsku. Może też trzymasz ręce blisko tułowia i nie 

zagarniasz nimi 

świata, tylko często krzyżujesz na piersiach, jakbyś się chciał przed 

nim os

łonić. Bywa odwrotnie: chociaż w środku czujesz się bezradny jak małe 

dziecko i tak naprawd

ę nie wart uznania i uczucia - nadrabiasz miną i postawą, 

wypinasz pier

ś, zadzierasz głowę, mocno gestykulujesz. Wymowa niby inna niż 

u tych niepewnych i zahamowanych, ale tylko niektórzy daj

ą się zwieść pozorom. Bo 

jednak cz

ęsto można zauważyć, że Twoja przebojowość jest troszkę przesadna czy 

sztuczna, 

że jesteś odrobinę za sztywny albo ciut zbyt głośny. Jakbyś to nie był Ty, 

tylko maska czy przebranie, zza których chwilami przeziera co

ś całkiem innego. Jeśli 

tak w

łaśnie funkcjonujesz - wewnątrz niska samoocena, na zewnątrz pewność siebie 

i dobre samopoczucie - to jestem przekonana, 

że musi Cię to drogo kosztować. 

Płacisz ciągłym napięciem, albowiem wspinanie się na palce pochłania wiele energii 

i na krótk

ą metę zwyczajnie męczy. A jeśli utrzymuje się przez dłuższy czas, może 

si

ę nawet niekorzystnie odbić na Twoim zdrowiu. 

I drugi rodzaj kosztów: zamieszanie, jakie wywo

łuje Twoja niejednoznaczność 

u ludzi, którzy usi

łują Cię zrozumieć. Gdyby ktoś nawet chciał dać Ci to, czego 

potrzebujesz, trudno mu b

ędzie odczytać, o co Ci właściwie chodzi. Mam przyjaciela 

Filipa, który za

łożył nową firmę i wpadł w - przejściowe zresztą - tarapaty. Jego 

dziewczyna 

żaliła się kiedyś, że chciałaby podtrzymać go na duchu ale nie umie tego 

zrobi

ć. Wyczuwa jego znękanie i niepokój, natomiast Filip zachowuje się tak, jakby 

wszystko sp

ływało po nim jak woda po gęsi. 

Pozostaj

ąc jednak przy skulonych ramionach i nosie na kwintę - to tylko 

przyk

łady sygnałów, jakie bezwiednie dajesz innym. Jeden z nich jest szczególnie 

background image

wa

żny,  to  mianowicie,  czy  w kontaktach  z ludźmi  patrzysz  im  w oczy.  Osoby 

niepewne siebie na ogó

ł tego nie robią. Co wtedy przeżywa ten, na kogo nie 

patrzysz? Najcz

ęściej myśli sobie: coś tu jest nie w porządku, chce coś przede mną 

ukry

ć, pewnie oszukać; a może, skoro unika kontaktu, źle o mnie myśli albo mnie 

lekcewa

ży. Mało komu przychodzi do głowy, że to z nieśmiałości czy zażenowania. 

Jak  wiele  mo

że  zmienić  patrzenie  w 

oczy,  sprawdzi

łam  w 

bardzo 

niewdzi

ęcznej sytuacji  międzyludzkiej,  mianowicie  przy  załatwianiu  spraw 

urz

ędowych. Największy formalista, dla którego normalnie klient czy petent to wróg, 

je

żeli złapać jego wzrok - mięknie i zaczyna traktować człowieka bardziej po ludzku. 

Nie mówi

ę już o tym, że jeśli nie patrzysz, pozbawiasz się wielu bez-cennych 

informacji, przede wszystkim nie dowiadujesz si

ę, jaka jest reakcja na Ciebie i różne 

Twoje zachowania. Mia

łam raz w prowadzonej przez siebie grupie przykład jak 

z podr

ęcznika. Był tam bardzo duży facet, Krystian, który bał się ludzi, i kiedy coś od 

nich chcia

ł, zawsze patrzył sobie na buty. Zaproponowałam mu, żeby podnosił wzrok, 

ilekro

ć zwraca się do innej osoby. I dokonało się wielkie odkrycie: Krystian stwierdził, 

że to oni się go boją. No, może nie wszyscy, ale spora część. 

Wró

ćmy do sytuacji egzaminacyjnej mając na uwadze, że całe życie to je-den 

wielki egzamin, bo - pami

ętasz, jak pisała Wiesława Szymborska - „nic dwa razy się 

nie zdarza i nie zdarzy. Z tej przyczyny zrodzili

śmy się bez wprawy i pomrzemy bez 

rutyny”. A wi

ęc stajesz ze skulonymi ramionami i oczami wbitymi w podłogę, a na 

nosie masz wypisane, 

że na pewno Ci się nie uda. Egzaminator widzi to i Twoje 

przekonanie przynajmniej w jakim

ś stopniu mu się udziela. Czyli jeszcze zanim 

cokolwiek si

ę zacz-nie, już ma do Ciebie nie najlepsze nastawienie. Ono z kolei 

udziela si

ę Tobie, kulisz się jeszcze bardziej i Twój sygnał, że spodziewasz się 

niepowodzenia, staje si

ę wyraźniejszy. I tak nastawiacie się nawzajem coraz gorzej 

i gorzej. 

Na szcz

ęście w życiu nie jest aż tak źle. Specjalnie przesadziłam w tym opisie, 

żeby wyraźniej było widać, jak sam stajesz się  źródłem własnych kłopotów. 

Namawiam Ci

ę w tym miejscu na mały eksperyment: postaraj się parę razy 

w ró

żnych sytuacjach, kiedy czujesz się nieszczególnie, wyprostować ramiona, 

podnie

ść głowę i patrzeć prosto w oczy. Sprawdź, czy to coś zmienia, może się 

zach

ęcisz do trochę innego zachowania, niż dotąd miałeś w zwyczaju. 

background image

Trudne pocz

ątki Pamiętasz jak było, kiedy znalazłeś się w nowej szkole albo 

poszed

łeś na studia? Gdy zaczynałeś nową pracę? Opowiadała mi znajoma 

dziewczyna, jak czu

ła się przez parę pierwszych tygodni w szkole za granicą, dokąd 

wyjechali s

łużbowo jej rodzice: „Byłam kompletnie ogłupiała i zupełnie do niczego. Na 

lekcjach jak przyg

łup, na prywatkach jak jakiś raróg. Nie wiedziałam nawet, o czym 

rozmawia

ć na przerwach, co się odezwałam, to głupio. Byłam nie tak ubrana, inaczej 

podnosi

łam rękę na lekcjach. Miałam wrażenie, że nawet nogi i ręce mam nie takie. 

Tak mi si

ę wtedy wydawało. Z czasem zaczęło być lepiej, wciągnęłam się”. Co jakiś 

czas, bez wyje

żdżania, wszyscy trafiamy na sytuacje, w których czujemy się jak 

w obcym kraju. 

Ka

żda nowa sytuacja wymaga przystosowania, wszystkie początki obfitują 

w niepowodzenia, bo poruszasz si

ę po nieznanym gruncie bez rozeznania i wprawy. 

Nic dziwnego, 

że reagujesz niepewnością wątpliwościami na własny temat i zwykle 

w konsekwencji pogarsza si

ę Twój autoportret. Przypuszczam, że nie jesteś wtedy 

dla siebie zbyt dobry i nie fundujesz sobie okresu ochronnego, czasowej taryfy 

ulgowej na wej

ście w nowe układy. Pewnie z przykrością stwierdzasz, że inni radzą 

sobie lepiej, zazdro

ścisz im, a nawet jesteś na nich zły. 

Trudno bywa zw

łaszcza wtedy, gdy oni znają się od lat i dużo ich ze sobą 

łączy. Naprawdę nie do pozazdroszczenia jest sytuacja nowego pracownika 

trafiaj

ącego do zgranego zespołu, nowej dziewczyny czy chłopaka wprowadzanego 

do paczki starych przyjació

ł swojej sympatii, małżonka przyjeżdżającego z pierwszą 

wizyt

ą do rodziny partnera. Oni śmieją się z jakiejś zabawnej historii sprzed lat, 

a Tobie wydaje si

ę, że z Ciebie. Rozumieją się w pół słowa, przerzucają doskonale 

czytelnymi dla nich aluzjami, a Ty nic nie kojarzysz i czujesz si

ę jak ostatni tuman. 

Spokojnie! Mo

żesz być pewien, że to minie, jeżeli tylko nie zamkniesz się w sobie 

i nie podejmiesz postanowienia, 

że się odcinasz i wycofujesz. To trochę tak, jakbyś 

si

ę znalazł wśród ludzi mówiących w obcym języku i z czasem zaczął się nim 

pos

ługiwać, najpierw słabo, a potem co-raz swobodniej. Więc lepiej poprzyglądaj się 

i troch

ę poczekaj pamiętając, że na początku pewna sztywność i niezręczność to 

rzecz naturalna, a Twoje marne samopoczucie jest zrozumia

łe i przejściowe. Pół 

biedy, kiedy chodzi o dalsz

ą rodzinę albo szkolnych kolegów Twojej drugiej połowy - 

mo

żesz przestać się z nimi widywać. Ale jeżeli to jest nowa praca lub szkoła czy, 

background image

powiedzmy, te

ściowie? Trudno całkiem zerwać takie kontakty. Bywa, że decydujesz 

si

ę wówczas na coś w rodzaju „emigracji wewnętrznej”. Rezygnujesz z włączania się 

we wspólne rozmowy i rozrywki, je

żeli to możliwe siadasz w kącie, starasz się wyjść 

jak najwcze

śniej. I może się to ciągnąć latami, pogłębiając Twoje poczucie, że jesteś 

niewa

żny, nielubiany, gorszy. 

Pobra

ły się dwa zera A jeśli żyjesz z kimś pod jednym dachem i - jak dawniej 

mówiono  -  dzielisz  z nim  lub  ni

ą  stół  i łoże?  Pracując  w poradni  rodzinnej 

zauwa

żyłam, że raz po raz powtarza się pewien rodzaj kłopotów, które trapią 

ma

łżonków ze złą samooceną. Chcę przedstawić je tutaj bardziej szczegółowo, bo 

prawie wszyscy albo jeste

śmy z kimś w stałym związku, albo będziemy, albo - co 

gorsza - ju

ż mamy za sobą rozpad takiego układu. Zacznijmy od konkretnej sytuacji, 

bardzo prostej i typowej. Niech to b

ędzie Gosia i Andrzej, może po dwóch, może po 

siedmiu  latach  ma

łżeństwa. W każdym razie  zdążyli  już  zapomnieć  o zalotach 

i miodowym  miesi

ącu,  tkwią  w prozie  codziennego  życia:  praca,  gospodarstwo 

domowe, pewnie te

ż dzieci. On uważa, że jest niezbyt atrakcyjnym mężczyzną 

i marnym m

ężem, ona nie czuje się ani ładna, ani pociągająca i stale ma do siebie 

pretensje, 

że nie wywiązuje się na piątkę z roli żony (bo prowadzenie domu, proszę 

Pa

ństwa, to tak skomplikowane i wielowątkowe zadanie, że zawsze można znaleźć 

co

ś, co się zrobiło nie dość dobrze). Punkt wyjścia weźmiemy banalny - on mówi do 

niej: „Mi

ła moja, zupa jest przesolona”. Bo rzeczywiście jest. 

Teraz zajmiemy si

ę czytaniem w myślach. Kobieta, która dobrze czuje się 

życiu,  w swoim związku i w roli  gospodyni  domowej,  pomyśli  w takiej sytuacji: 

„Przykro mi. Nast

ępnym razem, kiedy będę robić ogórkową, muszę pamiętać, żeby 

da

ć mniej soli”. A nasza Gosia? Jej monolog wewnętrzny wygląda zupełnie inaczej: 

„Nie smakuje mu. Dobra 

żona potrafiłaby ugotować tak, jak on lubi. Pewnie ma do 

mnie  jeszcze  mas

ę  innych  zastrzeżeń i pretensji.  Kto wie,  czy  w ogóle  mu 

odpowiadam. Mo

że już nie chce ze mną być?”. I tylko czeka, że Andrzej za chwilę 

zacznie mówi

ć o rozwodzie. A on powiedział jedynie, że zupa jest przesolona. Teraz 

kolej na to, 

żeby zajrzeć do głowy Andrzejowi. Gosia, u której jego niewinna uwaga 

uruchomi

ła lawinę małżeńskich kompleksów, musi zrobić niezadowoloną minę, bo 

przecie

ż z jej punktu widzenia już nie chodzi o zupę, tylko o ostateczne rozstanie. 

A on patrz

ąc na tę skrzywioną buzię myśli sobie: „Coś jej złego zrobiłem, zaraz 

background image

obrazi si

ę i dojdzie do wniosku, że ma mnie po prostu dosyć. To, że wyszła za takie 

zero, wcale nie oznacza, 

że zawsze będzie chciała ze mną być”. Jednym słowem on 

te

ż już prawie pakuje walizki. 

Tym razem - jak setki razy wcze

śniej i później - rozejdzie się po koś-ciach. 

Pewnie za par

ę minut albo parę godzin któreś z nich wykona jakiś pojednawczy gest 

i wszystko jako tako wróci do normy. Tylko 

że jeśli tak dzieje się często, w pewnym 

momencie ilo

ść przejdzie w jakość. Spójrzmy więc na konsekwencje podobnych 

sytuacji. 

Po pierwsze - obydwoje zu

żywają dużą część swojej energii na ciągłe 

sprawdzanie. Z napi

ętą uwagą  śledzą: jak jest w tej chwili? czy on jeszcze mnie 

kocha? czy jej jeszcze na mnie zale

ży? I wtedy oczywiście zawsze znajdzie się coś, 

co potwierdzi najczarniejsze przewidywania, jak cho

ćby owa przesolona zupa. 

Powiem wi

ęcej, nawet niektóre obojętne albo pozytywne uwagi mogą być odbierane 

jako negatywne. Za

łóżmy, że Gosia za-łożyła nowy opalacz, zaś Andrzej, któremu 

si

ę w nim spodobała, powie: „O masz dwuczęściowy kostium”. A ona - pewna tego, 

że nie jest dość zgrabna - nawet na niego nie spojrzy i nie zauważy jego 

zadowolonej miny, tylko pomy

śli: „No tak, chciał mi delikatnie dać do zrozumienia, że 

nie powinnam pokazywa

ć brzucha. Już mu się nie podobam”. Wobec nagromadzenia 

podobnych niezrozumie

ń i nieporozumień obydwoje starają się uniknąć zapalnych 

tematów. 

W ich sytuacji takimi szybko okazuj

ą się wszystkie, które coś mówią o drugiej 

stronie. Inaczej mówi

ąc, w ogóle przestają ze sobą rozmawiać o sobie. 

Po drugie - unikaj

ą zwłaszcza okazywania wszelkich oznak niezadowolenia. 

Andrzej na drugi raz g

łęboko się zastanowi, czy w ogóle mówić, że mu nie smakuje 

zupa. W efekcie Gosia b

ędzie niewiele wiedzieć o tym, co on lubi a czego nie, zaś 

Andrzej b

ędzie tłumił swoje niezadowolenie i godził się z sytuacją, która mu nie 

odpowiada.  Do  czasu, poniewa

ż kiedy uzbiera się tego dużo i w różnych 

dziedzinach, jedno z nich pierwsze wy-buchnie. Wtedy to drugie, które te

ż zdążyło 

ju

ż nagromadzić sporo urazy i pretensji, odpowie tym samym. I zacznie się coś, 

czego obydwoje nie rozumiej

ą: wielka awantura z błahego powodu. 

Po trzecie - ka

żda oznaka smutku, złości lub zniecierpliwienia Gosi jest 

odbierana przez Andrzeja jako sygna

ł, że to on zrobił coś nie tak, że „wszystko przez 

background image

niego”. A Gosi

ę może boleć ząb, mogły ją spotkać jakieś przykrości w pracy czy 

zdenerwowa

ć dzieci. I chce, żeby ją ktoś po-cieszył albo chociaż wysłuchał, a tu 

ślubny najdroższy też już zdążył wpaść w przygnębienie bądź irytację pod wpływem 

jej minorowej miny. Wi

ęc traci chęć opowiadania temu ponuremu facetowi, co jej się 

dzi

ś przykrego wydarzyło. To samo Andrzej: miał męczący dzień albo boli go głowa, 

a Gosia ju

ż jest pewna, że ma coś do niej. Więc na wszelki wypadek nie odzywa się 

i schodzi  mu  z drogi. W ten  sposób  zamiast  wspiera

ć się nawzajem w drobnych 

i wi

ększych kłopotach, oddalają się od siebie. Po czwarte - obydwoje czekają na 

jakie

ś potwierdzenie, dowartościowanie, przejaw uczucia drugiej strony, ale nie są 

zbyt sk

łonni wychylać się z tym sami. Nie zrobię tego, boję się, że mnie odtrąci - 

my

ślą. I tak czekają obydwoje, nieraz latami, coraz bardziej utwierdzając się 

w poczuciu, 

że są nieważni, niekochani, niezauważani. Po piąte - unikają jak ognia 

wyja

śniania tego, co się między nimi dzieje. Każde z nich obawia się, że kiedy 

cho

ćby piśnie coś na ten temat, dopiero wtedy druga strona zacznie się serio 

zastanawia

ć i niechybnie dojdzie do wniosku, że zrobiła życiowy błąd decydując się 

na ten zwi

ązek. Jest w tym coś z myślenia magicznego (niektórzy nazywają to strusią 

polityk

ą): jeśli nie dotknę tej chwiejnej konstrukcji, jest szansa, że się utrzyma; ale jak 

nieopatrznie rusz

ę, a jest to gmach wzniesiony z chybotliwych, nie połączonych ze 

sob

ą cegieł, to w ciągu paru sekund rozsypie się w gruzy. 

Niestety, ma

łżeństwom takim jak Gosia i Andrzej nie sprzyja też tradycja czy 

zwyczaje rodzinne. Spodoba

ło mi się podsumowanie, jakie zrobiła kiedyś na moją 

pro

śbę pewna pani: „Pochodzę z rodziny, gdzie nawet pyta-nie ‘która godzina?’ było 

zbyt osobiste”. W ich rodzinnych domach musia

ło być tak samo: dorośli ani między 

sob

ą, ani z dziećmi nie rozmawiali o wzajemnych uczuciach, o żalach i pretensjach, 

nikt nikogo nie chwali

ł i nie zapewniał, że kocha. Skąd to wiem? Bo inaczej nie 

mieliby tych k

łopotów. 

Zamiast zadr

ęczać się wątpliwościami, mogliby zabrać się do wyjaśniania 

sytuacji i przekonaliby si

ę szybko, że cała ta spirala rozkręcająca się w ich głowach 

jest absurdalna - 

że naprawdę chodzi tylko o zupę, a całą resztę kochają nad życie. 

Wi

ęc gdyby to ode mnie zależało, od przedszkola wprowadziłabym naukę 

porozumiewania si

ę z bliskimi. Kiedy pracowałam w poradni rodzinnej, miałam okazję 

towarzyszy

ć wielu ludziom w próbach lepszego porozumiewania się  żałując, że 

background image

spotkali

śmy się tak późno, gdy już narosło mnóstwo przykrych „zaszłości”. 

Umawia

łam  się  z różnymi  małżeństwami,  że  wprowadzą  u siebie  zwyczaj 

systematyczne-go rozmawiania o tym, jak im ze sob

ą jest, co do siebie czują, 

z czego s

ą zadowoleni, a z czego nie. Wiem, wiem, to takie sztuczne, ale chcę 

podkre

ślić, że ludzie, którzy mają dużo lęków i wątpliwości - wynikających z niskiej 

samooceny  -  z pewno

ścią nie przestawią się spontanicznie na inny sposób 

porozumiewania. Natomiast przy odpowiedniej zach

ęcie mogą popracować nad 

wyrobieniem sobie lepszych nawyków czy rutyny. Je

śli partnerzy wspólnie decydują 

si

ę na mówienie o tym, co się pomiędzy nimi dzieje, wtedy wiadomo, że narażają się 

obydwoje,  wi

ęc  poważnym  i zasadniczym  rozmowom  przestaje  towarzyszyć 

atmosfera zagro

żenia, nikt nie musi się wychylać z inicjatywą, można nawet losować, 

kto zaczyna. W poradni dok

ładnie uzgadnialiśmy, że na przykład we wtorki po 

po

łożeniu dzieci spać zawsze przeznaczają na ten cel po pół godziny lub trzy 

kwadranse i obydwoje maj

ą powiedzieć, co złego i co dobrego spotkało ich ze strony 

tego drugiego w minionym tygodniu. 

Gdyby

ś się zdecydował wprowadzić taki zwyczaj w swoim związku, musisz 

trzyma

ć się kilku zasad. Trzeba pilnować: a) żeby nie skończyło się na samym 

postanowieniu; to naturalne, 

że - tak jak od każdej trudnej rzeczy - będziecie mieli 

ch

ęć się wykręcić; b) żeby każdy miał z góry uzgodnioną ilość czasu, a potem 

zmiana (np. Gosia kwadrans, Andrzej kwadrans, Gosia kwadrans, Andrzej kwadrans 

- po dwóch-trzech próbach b

ędziecie wiedzieli, jaki czas jest dla Was 

najwygodniejszy); c) 

żeby w tych uzgodnionych ramach czasowych nie przerywać 

sobie nawzajem; d) 

żeby mówić i o plusach, i o minusach, nawet gdyby na początku 

trzeba by

ło wyszukiwać coś na siłę (jednym jest trudniej mówić o dobrym, innym 

o z

łym, to też jest naturalne); e) żeby zaczynać od żalów i pretensji, a kończyć na 

rzeczach pozytywnych, mi

łych, ciepłych. 

Z czym jeszcze mog

ą być kłopoty? 

Sądzę, że miałeś okazję stwierdzić to sam w różnych sytuacjach: niekorzystne 

my

ślenie o sobie jest samospełniającym się proroctwem. Nie jestem w stanie omówić 

rozlicznych  dziedzin, w których  mo

że Cię hamować i ograniczać, jednak muszę 

po

święcić parę słów przynajmniej nauce i pracy. Co do zdolności uczenia się - mam 

spor

ą wprawę  w przebijaniu się przez uporczywe złe  mniemanie o sobie osób 

background image

ucz

ących się języków obcych i pracy z komputerem. To równie dobre przykłady jak 

ka

żde inne. We wmawianiu sobie, że „komputer to nie dla mnie” i „nigdy się tego nie 

naucz

ę” celują kobiety. Jeżeli już potrzeba albo chęć zmusi którąś z moich 

zaprzyja

źnionych pań, żeby jednak spróbować, zaczynam od tego: „Ta maszyna nie 

jest du

żo bardziej skomplikowana od pralki automatycznej. Umiesz ją obsługiwać? 

Je

śli tak, to z komputerem też dasz sobie radę”. Oczywiście początkowo nie wierzą, 

ale stopniowo - par

ę prostych operacji, żeby przekonać się, że to skomplikowane 

zwierz

ę jest posłuszne - nabierają pewności siebie. „Napisz coś, wydrukujemy to”, 

żeby mogły szybko zobaczyć efekt swojej pracy. I jeszcze namawiam je do robienia 

błędów, żeby się z nimi oswoiły i przy samodzielnych próbach nie wpadały w totalną 

bezradno

ść, kiedy coś pójdzie nie tak. Z nauką języków jest podobnie. Jest mnóstwo 

ludzi, którzy latami obiecuj

ą sobie, że zabiorą się za angielski czy francuski, i nie 

robi

ą tego, bo nie wierzą, że coś im wyjdzie. Znam na to dwa sposoby proste i trzeci 

pracoch

łonny. Pierwszy: weź obcojęzyczną gazetę i na dowolnej stronie (byle nie 

z og

łoszeniami) znajdź 100 słów, które rozumiesz. Nie uda Ci się to po grecku czy po 

węgiersku, ale angielski, niemiecki, włoski, hiszpański, nawet holenderski czy 

portugalski od razu stanie si

ę bardziej przezroczysty. 

Drugi sposób polega na tym, 

żeby przed każdą lekcją czy odrabianiem za-dań 

domowych powtórzy

ć sobie kilka razy na głos (jeśli się boisz, że rodzina uzna Cię za 

wariata, który gada sam do siebie, zrób to szeptem): 

„Angielski sam wchodzi mi do g

łowy”. Jeżeli jesteś zainteresowany innym 

językiem, wstaw go w miejsce angielskiego. 

I sposób trzeci: popro

ś kogoś, żeby wskazał Ci prosty i niezbyt długi, 

a interesuj

ący dla Ciebie tekst, i przetłumacz go ze słownikiem. Może się okazać, że 

satysfakcja ze zrozumienia czego

ś, na czym Ci zależało, jest większa niż 

nieporadno

ść językowa. Moje pokolenie z dużym skutkiem uczyło się angielskiego na 

Beatlesach, a rosyjskiego na Okud

żawie. Opowiadam to wszystko, żeby było widać, 

co oznacza czy te

ż z czego się składa owo „nie potrafię się tego nauczyć”. Na 

pierwszym miejscu oczywi

ście króluje ogólne poczucie niemożności. Ale ważne jest 

te

ż i to, że ani Twoi dotychczasowi nauczyciele, ani Ty sam nie mieliście wprawy 

w stopniowaniu trudno

ści, wybieraniu na początek zadań, których dobre wy-konanie 

zach

ęciłoby Cię do dalszych prób. Nie było też pomostu do czegoś, co już umiesz. 

background image

A poza tym nie  mia

łeś okazji przeżyć choćby niewielkiej satysfakcji związanej 

z wst

ępnym opanowaniem nowej umiejętności. Chcę Ci na zakończenie tego wątku 

powiedzie

ć jedną rzecz: żeby przekonać mnie, że nie jesteś w stanie czegoś się 

nauczy

ć, musiałbyś zużyć ba-rdzo dużo energii i czasu. A myślę, że i tak by Ci się 

nie uda

ło. Teraz sprawa pracy. Odnosi się do niej to wszystko, co mówiłam 

o trudnych  pocz

ątkach.  Na  niepewność  związaną  z nową  sytuacją  i nowymi 

zadaniami nak

łada się jeszcze coś - powszechny niedobry zwyczaj, że przełożeni 

niech

ętnie wyrażają uznanie, za to dość skrupulatnie wytykają błędy i z upodobaniem 

gani

ą. Jeśli już i tak nie myślisz o sobie zbyt dobrze, pogrążasz się w tym jeszcze 

bardziej. I cz

ęsto nawet nie umiesz zobaczyć, kiedy z nieporadnego nowicjusza 

zmieniasz si

ę w kompetentnego fachowca. A dopóki czujesz się „młodszym kolegą”, 

Twoi wspó

łpracownicy i zwierzchnicy też mają skłonność, żeby Cię tak traktować. 

Mo

że warto co pewien czas sprawdzać to przekonanie? 

Jednym z 

łatwo dostępnych sprawdzianów jest robienie od czasu do czasu - 

co pó

ł roku, co rok - bilansu własnych dokonań. Szczegółowo i konkret-nie: kartka 

papieru,  Twoje  prywatne  podliczenie,  ile  i 

czego  wykona

łeś  w 

„okresie 

sprawozdawczym”. Sama tak robi

ę, bo mnie też nieraz przychodzi do głowy, że od 

dłuższego czasu nic godnego uwagi nie zrobiłam. Muszę powiedzieć, że ilekroć 

kogo

ś namówiłam na takie sprawozdanie, zawsze kończyło się radosnym 

zaskoczeniem. A gdyby nawet wysz

ło Ci inaczej, przynajmniej będziesz miał jakąś 

miar

ę, rozeznanie, że Twoje „nic nie zrobiłem” oznacza” o trzy za mało” w jednej 

sprawie, „nie do

ść starannie” w innej, a w pozostałych nie najgorzej. Zobacz, że to 

zupe

łnie inny punkt wyjścia, gdybyś chciał coś zmienić. Najlepiej takie podliczenie 

robi niepracuj

ącym matkom, które często uważają, że czas przecieka im przez palce, 

są  źle zorganizowane i z ni-czym nie dają sobie rady. Jeżeli jeszcze krytykuje je 

w tym duchu m

ąż albo teściowa, trudno przekonać je inaczej niż robiąc bilans czasu. 

Mówi

ę o tym przy okazji pracy, ponieważ uważam, że zajmowanie się małym 

dzieckiem i domem to ci

ężka i odpowiedzialna praca, niejednokrotnie trudniejsza niż 

zaj

ęcia zawodowe. 

W podsumowaniu chc

ę przypomnieć, że w każdej z wymienionych dziedzin - 

w ma

łżeństwie, w nauce, w pracy - Twoje zdanie o sobie jest ważnym czynnikiem 

sprawczym. Mówi

ąc prościej, kiedy jest dobre, lepiej funkcjonujesz i Ty, i często inni 

background image

wokó

ł Ciebie; kiedy jest złe, wyrabiasz się z reguły gorzej. 

Podstawowa zasada post

ępowania byłaby tutaj taka: nie ufaj swoim ogólnym 

złym opiniom o sobie spróbuj je podważać, zbieraj dowody na to, że nie masz racji, 

kiedy si

ę tak dołujesz. 

Obiektywno

ść nie ma tu nic do rzeczy Namawiam Cię, żebyś konkretnie 

i szczegó

łowo  analizował  swoje  przeświadczenia  na  własny  temat,  ponieważ 

przekona

łam się, że niskie poczucie własnej wartości w różnych dziedzinach potrafi 

mie

ć niezbyt wiele wspólnego z obiektywną rzeczywistością sprowadzoną właśnie do 

namacalnych konkretów. Chc

ę opowiedzieć tu o dwóch przypadkach, kiedy kontrast 

mi

ędzy ogólną złą oceną a jej rozpisaniem na poszczególne elementy był wyjątkowo 

dobrze widoczny. 

Jedna to opowie

ść Marka, pacjenta z grupy dla osób z nerwicą, w której byłam 

obserwatorem, kiedy uczy

łam się swego zawodu. Otóż Marek uważał, że jest nie 

do

ść sprawny fizycznie i wysportowany. Jego niedościgłym wzorem był ojciec, 

kapitan marynarki, któremu chcia

ł zaimponować. Zapytany, czy uprawiał kiedyś jakiś 

sport,  Marek  wymieni

ł jeździectwo, pływanie i parę innych dyscyplin,  w których 

osi

ągał bardzo dobre wyniki. Kiedy doszedł do tego, że zdobył mistrzostwo Polski 

w skokach spadochronowych, grupa zacz

ęła się  śmiać. On w pierwszej chwili nie 

zrozumia

ł, co ludzi tak bawi, więc chichocąc zaczęli mu tłumaczyć, że wyżej 

w m

ęskich sportach wspiąć się już nie można. 

Bohaterk

ą  drugiej  sytuacji,  też  w 

grupie  terapeutycznej,  by

ła  Lusia, 

trzydziestoletnia pracuj

ąca mężatka, matka dwojga dzieci. Płacząc oskarżała się o to, 

że jest wyrodną matką i złą  żoną, nie dba o dom i rodzinę, poświęca im za mało 

czasu i stara

ń. Na marginesie dodam, że pracowała na półtora etatu. Poprosiłam 

Lusi

ę, żeby opowiedziała, jak wygląda jej powszedni dzień i sobota z niedzielą, 

szczegó

łowo, od rana do wieczora. W tej grupie było nas jeszcze pięć w podobnej 

sytuacji,  jednocze

śnie  matek  i pracownic.  Wszystkie  opowiedziałyśmy  o swoim 

gospodarowaniu czasem i okaza

ło się, że każda - chociaż ma tylko jedną pracę - 

po

święca obowiązkom domowym i rodzicielskim mniej więcej tyle samo czasu co 

Lusia. 

Mo

żna powiedzieć, że tych dwoje to wyczynowcy. I rzeczywiście, a mimo to 

wynikom ich 

życiowych starań nie udało się przebić przez uporczywe 

background image

prze

świadczenie, że nie sprawdzili się w ważnych dla siebie dziedzinach. Tym 

bardziej trudno mi uwierzy

ć, że uda się to w Twoim przypadku, skoro nie skaczesz ze 

spadochronem i nie pracujesz na pó

łtora etatu (trochę się niepokoję, czy aby te 

przyk

łady - powtarzam, wyjątkowe - znów nie wpędziły Cię w kompleksy). 

Dlatego jeszcze raz namawiam Ci

ę do sprawdzania swego ogólnego 

mniemania o sobie za pomoc

ą rozkładania go na czynniki pierwsze. Nic nie zrobiłeś 

w tym tygodniu? Wypisz, czym si

ę zajmowałeś w każdym kolejnym dniu. Zawsze 

wszystko gubisz? Przypomnij sobie ostatnie trzy przypadki, kiedy Ci co

ś zginęło. 

Jeste

ś złym pracownikiem? Sprawdź, ile razy i za co zganił Cię ostatnio szef. Może 

uda Ci si

ę prześledzić to bardziej szczegółowo i konkretnie, a dzięki temu bardziej 

realistycznie - i w korzystniejszym 

świetle - zobaczyć siebie. 

Na  wierzchu  i pod  spodem  Chcia

łabym  wspomnieć  o jeszcze  jednej 

konsekwencji niskiej samooceny, która chyba Ciebie nie dotyczy. Je

śli zabrałeś się 

do czytania tej ksi

ążki, to na pewno masz świadomość swoich kłopotów i chęć 

zmiany. Natomiast sytuacja, któr

ą teraz chcę opisać, dotyczy ludzi nieświadomych 

swoich kompleksów. Chodzi mi o zarozumialców, szpanerów, zadufków - oso-by, 

które za wszelk

ą cenę usiłują udowodnić swoją wyższość. Otóż chcę Ci zwrócić 

uwag

ę, że w gruncie rzeczy są do Ciebie podobni. Przypomina mi się Wiśka, która 

nie dawa

ła nikomu dojść do słowa; Paweł, który zawsze wiedział lepiej; Monika 

próbuj

ąca oczarować wszystkich mężczyzn bez wyboru; Kuba zawsze gotowy, żeby 

lekcewa

żąco wypowiedzieć się o cudzych osiągnięciach, choćby to nawet była 

nagroda Nobla. Zawsze my

ślałam o nich ze współczuciem. Skoro tak bardzo chcieli 

udowodni

ć całemu światu, że są lepsi - albo że inni są gorsi, co na jedno wychodzi - 

to rozumiem, 

że sami bynajmniej nie byli o tym przekonani. Czuli się tak niepewnie, 

że aż musieli zbudować sobie całą sztuczną konstrukcję, teatr pozorów, żeby 

zas

łonić przed ludźmi swoje prawdziwe samopoczucie. Zresztą robili to nie ze złej 

woli, tylko dlatego, 

że było im - tak jak Tobie - trudno ze sobą wytrzymać. Z czasem 

tak z

żyli się z odgrywaną przez siebie rolą, że stracili kontakt ze swoim wnętrzem, 

swoimi prawdziwymi prze

życiami. 

My

ślę, że czasem im zazdrościsz łatwości, z jaką przedstawiają swoje zdanie, 

si

ły przebicia i pewności siebie. Rzeczywiście, z wieloma sytuacjami radzą sobie 

lepiej od Ciebie, ale czy lepiej si

ę czują? Nie jestem o tym przekonana. Wiem na 

background image

pewno, 

że dopadają ich załamania i depresje, nagle przestają się wyrabiać i wtedy 

czuj

ą się bardziej bezradni od Ciebie. A przede wszystkim kiepsko im się układają 

kontakty  z 

lud

źmi.  Paradoksalnie,  potrzebują  tego  samego  co  Ty:  uznania, 

docenienia, po-chwa

ły. A inni wcale się do tego nie kwapią. Sam pewnie wiesz, że 

jak kto

ś się wywyższa, masz go ochotę nie pochwalić, tylko ściągnąć na ziemię, 

przek

łuć szpilką jak balon, żeby uszło powietrze. Ci, którzy naprawdę siebie lubią, 

znaj

ą swoją wartość i mają zaufanie do własnych możliwości, nie muszą się przed 

nikim wykazywa

ć. Nie potrzebują ciągłych potwierdzeń od innych, bo rzeczy 

oczywiste nie wymagaj

ą dowodów. Są zwyczajnie skromni, nie muszą też ukrywać 

wad i s

łabości, żyć z ciągłą obawą, że ktoś ich zdemaskuje. Ich spokój i harmonia 

wewn

ętrzna promieniują na zewnątrz, a ludzie lgną do nich i kochają - zdawałoby się 

- za nic. 

Prawie wszystko mo

żesz Każdy z nas wykorzystuje tylko niewielki procent siły 

swoich mi

ęśni i możliwości swojego umysłu. I nie jest to moje pobożne życzenie ani 

wyraz  ogólnej  wiary  w cz

łowieka,  tylko  wynik  żmudnych  i wieloletnich  badań 

fizjologów. Jak s

ądzę, osiągamy tak mało w stosunku do swoich możliwości między 

innymi dlatego, 

że brak nam wiary w ich ogrom i różnorakość. Przez wiele lat 

zgromadzi

łam niemałą kolekcję opowieści z literatury i z życia o ludziach, którym 

uda

ło się dokonać rzeczy niemożliwych. Joanna D’Arc zebrała wielką armię 

i poprowadzi

ła ją do walki, Ghandi bez prze-mocy uwolnił Indie od Anglików, Jacek 

Kuro

ń  zapoczątkował  ruch  społeczny,  dzięki  któremu  runął  w Polsce  ustrój 

komunistyczny - to s

ą przykłady szeroko znane. 

Ale chc

ę też wspomnieć o kilku innych, znacznie skromniejszych, a rów-nie 

nieprawdopodobnych. Mówi

ę „nieprawdopodobnych”, ponieważ zanim te osoby 

zrobi

ły to, co zrobiły, wszystkim wokół wydawało się to niemożliwe. Jak choćby 

Tadeusz Paciorek, psycholog wi

ęzienny z Siedlec, który przez parę lat dobijał się 

o wprowadzenie grup Anonimowych Alkoholików do zak

ładów karnych. Kto trochę 

wie o polskim wi

ęziennictwie, przyzna, że taki pomysł całkiem niedawno musiał 

wydawa

ć się szalony. Dzisiaj mamy w Polsce już kilkadziesiąt grup AA za kratkami, 

są nawet stosowne odgórne instrukcje ułatwiające zakładanie nowych. Zawsze, kiedy 

spotykam Tadeusza, mam wra

żenie, że kontaktuję się z człowiekiem, który przebił 

głową mur. 

background image

Inny przyk

ład to Ewa Milewicz, kobieta po chorobie Heinego-Medina, której tak 

trudno si

ę poruszać, że problemem dla niej jest nawet wejście na schody. A jednak: 

by

ła w opozycji jeszcze przed Sierpniem 1980, w stanie wojennym aktywnie działała 

w podziemiu, dzi

ś jest w czołówce dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Ale najbardziej 

Ewa zadziwi

ła mnie tym, że po wyjściu za mąż urodziła i wychowała dziecko, choć 

w jej sytuacji wydawa

ło się to zamiarem ponad siły. Córka Ewy jest już na studiach 

i stanowi 

żywy dowód na to, że rzeczy niemożliwe są możliwe. I wreszcie trzeci 

przyk

ład: Tadeusz Orłowski, niepełnosprawny zdobywca Tatr. Wybitny lekarz, 

cz

łonek Polskiej Akademii Nauk, dziś już starszy pan, należał do najlepszych 

polskich taterników swojego pokolenia. Ma jedn

ą nogę krótszą, mocno utyka, a mimo 

to dokona

ł pierwszych przejść wielu dróg wspinaczkowych w Tatrach. Tak trudnych, 

że podobno wśród na-szych alpinistów kursuje powiedzenie: „Ja na drogi 

Or

łowskiego wolę cho-dzić na drugiego” (bo wtedy spadanie jest mniej 

niebezpieczne). My

ślę, że kto inny na jego miejscu nawet by się nie wybrał na 

dłuższy górski spacer. 

Nie namawiam Ci

ę tutaj, żebyś nastawiał się na przebudowę  świata albo 

ca

łkiem nie licząc się z okolicznościami porywał się z motyką na słońce. Chcę tylko 

uprzytomni

ć Ci, że zasadnicza różnica pomiędzy tymi osobami a innymi jest taka, że 

one wierzy

ły w możliwość osiągnięcia z pozoru nie-realnych celów. Chcę korzystając 

z ich przyk

ładu przekonać Cię, żebyś - zanim odruchowo, z nawyku powiesz o czymś 

„to nie dla mnie” - zastanowi

ł się nad tym. Może jednak warto zakreślać swoje plany 

ambitniej, a nawet du

żo ambitniej, niż masz w zwyczaju? 

Rozdzia

ł III  

ładowaniu akumulatorów, nagrywaniu płyt i filtrach Gdyby Ci się zdawało, że 

ten rozdzia

ł został przez pomyłkę przeniesiony z innej książki, to chcę Cię uspokoić, 

że jednak tak nie jest. Nadal będziemy się zajmować poczuciem własnej wartości, 

a konkretnie tym, jak ono si

ę kształtuje. Po prostu czasem lubię porównywać 

mechanizmy psychologiczne do jakich

ś urządzeń, bo wtedy najważniejsza zasada 

funkcjonowania staje si

ę lepiej widoczna - wpływy, jakim podlega psychika ludzka, są 

tak skomplikowane i ró

żnorodne, że często warto opisać coś za pomocą pewnego 

skrótu. 

Akumulator jako model pojawi

ł mi się tak dawno, że już nawet nie pamiętam 

background image

kiedy. Na pewno by

ło to w momencie, gdy czułam się wyczerpana, na resztkach 

energii i bez szans na oparcie w kim

ś z zewnątrz, kto mógłby mi pomóc doładować 

nieco nowych si

ł i optymizmu. Potem się okazało, że nie ja jedna mam podobne 

skojarzenia, w ka

żdym razie dla bardzo wielu osób jest ono czytelnym i równie 

wygodnym skrótem my

ślowym jak dla mnie. O czymś w rodzaju zapisów czy też 

nagra

ń w psychice człowieka mówi  wielu autorów, a w języku potocznym też 

natrafiamy na wyra

źne ślady tego typu skojarzeń, kiedy mówimy, że coś komuś 

w duszy gra albo 

że stale powtarza starą śpiewkę. Ta analogia przyda nam się też 

w nast

ępnym rozdziale, kiedy będę mówić o tym, jak wymazywać stare nagrania 

i nagrywa

ć czy zapisywać inny tekst - może melodię? - w miejsce starego, który nie 

najlepiej Ci s

łuży. Zaś do filtrów dojdziemy w stosownym momencie. Wszystkie te 

porównania czy modele maj

ą swoje zalety (prostota, czytelność, łatwość 

przekazywania innym), ale te

ż zasadniczą wadę: nie do wszystkiego pasują, 

nadu

żywane nie sprawdzają się. 

Je

żeli jesteś jak gramofon... 

Wró

ćmy do ćwiczenia z początku - uzupełniania zdania „Ania jest...”. Jest to 

najbardziej zwi

ęzły i zarazem bardzo archaiczny opis Twego po-czucia własnej 

warto

ści. Jak już mówiłam, mnie przez całe lata pojawiało się - mimo całkiem 

niez

łych zdolności intelektualnych - zdanie „Ania jest głupia”. I żadne dobre stopnie, 

sukcesy na studiach, rozpocz

ęty doktorat, nawet napisane książki nie potrafiły tego 

zmieni

ć. Dlaczego? Bo w głowie miałam - Ty też masz - jakiś wcześniejszy zapis, 

jakie

ś przeświadczenie na własny temat, twarde jak skała i jak skała odporne na 

wp

ływy zewnętrzne. Trudno je zmienić, bo pochodzi z najwcześniejszego okresu 

życia, jeszcze z niemowlęctwa. Pamiętasz film Disneya o śpiącej królewnie? Jest tam 

scena, kiedy trzy zacne grubiutkie wró

żki pochylają się nad kołyską królewskiej córki 

i dotykaj

ąc jej różdżkami przepowiada-ją, że będzie piękna, dobra i mądra. Z nami 

wszystkimi by

ło podobnie: nad kołyską albo trochę później jakieś ważne osoby 

powiedzia

ły nam, jacy będziemy. 

Mo

że nie tyle powiedziały, co mówiły wiele razy i w ciągu wielu lat. Może nie 

zawsze mówi

ły, tylko dawały do zrozumienia poprzez gest czy minę, jak również 

poprzez to, czego nie robi

ły. Dziesiątki razy we wspomnieniach z dzieciństwa, jakie 

słyszałam w prowadzonych przez siebie grupach, powtarzały się gorzkie słowa: „Nikt 

background image

mnie nigdy nie bra

ł na kolana, nie przytulał, nie głaskał po głowie, nie chwalił”. 

W pierwszych latach 

życia - jedni mówią o pierwszym roku, inni o dwóch latach, 

jeszcze inni  o pi

ęciu albo nawet dłużej - nagrało Ci się w głowie szereg płyt 

z informacjami o tym, jaki jeste

ś, o Twojej urodzie, zdolnościach, możliwościach. 

We

źmy sobie prosty przykład. Maluch postawił trzy klocki jeden na drugim 

i przyszed

ł do mamy ze słowami: „Patrz, jaki zbudowałem piękny pałac”. Rzecz 

zreszt

ą mogła dziać się znacznie wcześniej nie przyszedł, tylko przyczołgał się na 

czworakach i nie powiedzia

ł, tylko spojrzał pytająco. Od tego, co zrobi matka, zależy 

teraz, jakie nagranie na w

łasny temat zapisze się w głowie jej dziecka. 

Rozpatrzmy kilka mo

żliwości zakładając, że tak właśnie matka reaguje często, 

na tyle cz

ęsto, że u dziecka wytwarza się na tej podstawie prze-konanie o naturze 

świata. Tak, tak, myśl że nie przesadzam dla niemowlaka do roku czy półtora matka 

stanowi prawie ca

ły świat, więc to ona jest głównym źródłem poczucia, że ten świat 

jest 

życzliwy, godny zaufania, bezpieczny, czy też obojętny albo wręcz szorstki 

i wrogi. Mo

żliwość pierwsza - mama zajęta czym innym nie zwraca uwagi na dziecko. 

Skutek: wytwarza si

ę u niego przekonanie, że „żadne moje starania czy osiągnięcia 

nie maj

ą znaczenia”. 

Mo

żliwość druga - mama zirytowana na przykład na ojca albo bardzo 

zmartwiona brakiem pieni

ędzy odburknie, żeby dać jej spokój. Skutek: powstaje 

zapis, 

że „kiedy coś mi wychodzi, inni złoszczą się i opędzają ode mnie”. 

Mo

żliwość trzecia - mama odezwie się lekceważąco: tylko trzy klocki? i stoją 

krzywo! Skutek: „

żebym nie wiem jak się starał, nic godnego uwagi mi nie wyjdzie, 

nie uda si

ę zasłużyć na uznanie”. Możliwość czwarta - mama pochwali „ślicznie, 

synku! „i pog

łaszcze albo popatrzy z ciepłą aprobatą. Skutek: „warto się starać, 

potrafi

ę!”. Możliwość piąta (a właściwie cała gama możliwości) - mama pochwali, ale 

nawet nie spojrzy albo zrobi zniecierpliwion

ą minę. Skutek: niepewność dezorientacja 

co do znaczenia ró

żnych sygnałów docierających ze świata, poczucie, że się ich nie 

rozumie. 

Naturalnie  w rzeczywisto

ści  malutkie dziecko podlega najróżnorodniejszym 

wp

ływom, zwykle już od początku otacza je kilka osób, a matka nie jest automatem 

i zachowuje si

ę raz tak, a raz inaczej. Można więc raczej mówić o tym, że suma tych 

wszystkich oddzia

ływań składa się na powstanie pewnej skłonności do odbierania 

background image

świata. Sytuacja z klockami to celowe uproszczenie, zrobione po to, żeby łatwiej było 

zaobserwowa

ć, jak kształtuje się poczucia własnej wartości. 

Wydaje mi si

ę, że przywiązujemy zbyt małą wagę do tego, w jakim stopniu i w 

jaki sposób nasza w

łasna historia odcisnęła się w nas i jak wpływa na teraźniejszość. 

Pozwól, 

że odbędziemy teraz tę wędrówkę: od początku życia do dorosłości. 

Narodziny - najwa

żniejsza chwila w życiu Psychika noworodka to nieomalże 

czysta, bia

ła karta czy - jeśli wolisz - zestaw nowych płyt, na których jeszcze nic nie 

zosta

ło nagrane. Dlatego wszystko, co do Ciebie wówczas docierało, osadziło się 

bardzo g

łęboko, tworząc jakby fundament tego, jakim się staniesz. To, czego 

dowiadujesz si

ę o sobie, może pochodzić nawet z czasów jeszcze wcześniejszych. 

W m

ądrości ludowej zawsze było wiadomo, że kobieta w ciąży nie powinna oglądać 

strasznych widoków, 

że trzeba chronić ją przed przykrymi przeżyciami i dostarczać 

nie tylko dobrego jedzenia, ale te

ż dobrych myśli, otaczać miłością, zaś dookoła 

powinno by

ć dużo pięknych rzeczy i muzyki. 

Je

żeli lubisz racjonalne wyjaśnienia, to może przekonywająco zabrzmi dla 

Ciebie przypuszczenie, 

że zapewne jest to zjawisko o naturze biochemicznej: pod 

wp

ływem pozytywnych bodźców, w dobrej atmosferze zmienia się wydzielanie 

wewn

ętrzne i do płodu przez pępowinę docierają wraz z krwią matki inne substancje. 

Wiele kobiet w ci

ąży odruchowo głaszcze się po brzuchu, niektóre rozmawiają ze 

swoim jeszcze nienarodzonym dzieckiem, co - dla mnie nie ulega w

ątpliwości - 

dobrze robi takiemu ma

łemu człowiekowi. 

Z drugiej strony wiele kobiet, zw

łaszcza w pierwszej ciąży, przeżywa bardzo 

du

żo lęku i napięcia. Gdyby mogły się nim podzielić, opowiedzieć komuś o swoich 

obawach, ju

ż to miałoby dobroczynny, kojący skutek. Może mogłyby usłyszeć coś 

pocieszaj

ącego - wiem, że kilka uspokajających słów potrafi radykalnie zmienić na 

lepsze nastrój przysz

łej matki. Jej naturalny obrońca i opiekun, przyszły ojciec, akurat 

tutaj cz

ęsto nie potrafi wiele pomóc, bo sam bardzo się boi i woli unikać 

niepokoj

ących tematów. 

W dodatku wszyscy - niestety - jeste

śmy wychowani w jakimś fałszywym 

kulcie  macierzy

ństwa,  który  nakazuje  kobiecie  być  zadowoloną  i szczęśliwą 

w oczekiwaniu na dziecko (mówi si

ę przecież „błogosławiony stan”), a nie pozwala 

zdradza

ć się z obawami i poczuciem dyskomfortu. Pozostaje więc albo tłumić te 

background image

uczucia, albo rozmawia

ć o nich tylko z kobietami, które są bądź były w podobnej 

sytuacji. A ich opowie

ści zwykle dodatkowo podsycają lęk. 

Pami

ętam, jak pod koniec pierwszej ciąży zostałam wcześniej skierowana do 

szpitala i g

łównie chowałam głowę pod  kołdrę albo zasłaniałam się książką 

(walkmanów jeszcze wtedy nie by

ło), żeby nie słyszeć tego, co mówią moje 

wspó

łmieszkanki. Bo cały czas opowiadały tylko o smutnych, przykrych, okropnych 

i przera

źliwych rzeczach, jakie zdarzyły się i mogą zdarzyć przy porodzie lub po nim. 

Przysz

ła matka rzadko może dać upust napięciom i lękom, więc nosi je 

niejako w sobie razem z przysz

łym dzieckiem. Dlatego nie jest rzadkością sytuacja, 

gdy ono, zanim si

ę jeszcze urodzi - tak przynajmniej twierdzą niektórzy, a ja się 

z nimi zgadzam - odbiera komunikat, 

że coś w związku z nim jest nie w porządku. 

Wreszcie poród, zwykle bardzo higieniczny, ale te

ż bardzo przykry 

i bezosobowy. Pierwsze wra

żenia, jakie atakują dziecko przychodzące na świat 

w szpitalu, to ostre 

światło, przeraźliwie głośne dźwięki, straszne zmiany temperatury 

i mechaniczne dotkni

ęcia rąk. To nie jest powita-nie oczekiwanego gościa, tylko 

ta

śmowa obróbka: mycie, krępowanie na sztywno w kilka pieluch, zakraplanie 

czego

ś do oczu, zastrzyk. I przede wszystkim samotność. Są już miejsca na świecie, 

gdzie jest inaczej: dziecko rodzi si

ę do rąk ojca, który z czułością i troską przenosi je 

na brzuch matki. My

ślę, że to zupełnie inny start w życie. Przecież i tak noworodek 

ma  wystarczaj

ąco  trudne  zadanie.  Musi  z przyjaznego  i w  stu  procentach 

dostosowanego do jego mo

żliwości środowiska przenieść się w takie, do którego on 

ma si

ę przystosować. Musi nauczyć się oddychać, ssać, opanować regulację 

temperatury - s

ą to wszystko rzeczy, które wymagają nieprawdopodobnego nakładu 

energii i wyt

ężonego treningu. Jeśli kompletnie bezbronny maluszek nie ma wtedy 

poczucia czyjej

ś ciepłej obecności, oparcia, źródła ukojenia, to już u samych 

pocz

ątków nabiera przekonania, że nie jest wart opieki i troski, że nie zasługuje na 

mi

łość. 

Stanowimy kolejne pokolenie takich szpitalnych noworodków i na pewno fakt, 

że jest wśród nas tak wiele osób o złej samoocenie, po części z tego właśnie wynika. 

A swoj

ą drogą, ciekawa jestem, jakie będą dzieci rodzone bez lęku, w przyćmionym 

świetle i cichych dźwiękach łagodnej muzyki, nie odrywane od matki, której cały czas 

towarzyszy kto

ś bliski i kochający. 

background image

Czy wiesz co

ś o tym, w jakiej atmosferze Ty przyszedłeś na świat? W do-mu 

czy w szpitalu? Czy by

łeś dla rodziców wyczekiwanym gościem, czy zbędnym 

balastem? Chc

ę się z Tobą podzielić historią jednej z najbardziej promiennych osób, 

jakie spotka

łam w życiu, amerykańskiej terapeutki Heidi Schleifer. 

Jej rodzice uciekli  z hitlerowskiego  obozu koncentracyjnego  w Transylwanii 

i po wielokilometrowej pieszej w

ędrówce znaleźli się w miejscu, z którego cudem 

przedostali si

ę do Szwajcarii. Heidi opowiadała: „Przy-szłam tam na świat dokładnie 

w dniu, kiedy zosta

ła wyzwolona Francja. Wszyscy szaleli z radości. Nieznajomi 

rzucali si

ę sobie na szyję, ludzie szli po ulicach objęci, płakali ze szczęścia, śpiewali - 

a ja my

ślałam, że to wszystko na moją cześć”. 

Mi

łość przenika przez skórę To zdanie, które poraziło mnie swoją trafnością, 

pochodzi  z 

artyku

łu  w czasopiśmie  „Rodzice  i Dziecko”  (maj  1992),  gdzie 

wyczyta

łam, że w pro-porcji do wagi ciała niemowlę ma około dwa razy większą 

powierzchni

ę skóry niż dorosły. I jeszcze: „Dla niemowlęcia czułości ze strony matki 

są warunkiem niezbędnym do życia, ponieważ każde dotknięcie jest impulsem dla 

mózgu i systemu nerwowego. Od dawna wiadomo, 

że rozwój dzieci, które nie są 

głaskane  i pieszczone,  jest  gorszy.  W skrajnych  przypadkach  brak  kontaktu 

fizycznego prowadzi

ć może nawet do śmierci”. Dlatego dawny zwyczaj noszenia 

niemowlaka w chu

ście na piersiach czy na plecach i nasze dzisiejsze nosidełka, 

pozwalaj

ące swobodnie poruszać się z maluszkiem przytroczonym do brzucha lub 

biodra,  maj

ą dobroczynne działanie. Instynktowna  wiedza o ważności kontaktu 

fizycznego sprawia, 

że często ojcowie - mniej niż matki przejęci straszliwymi 

bakteriami - k

ładą sobie taką kruszynkę na brzuch albo pierś i tak spędzają z nią 

czas ku obopólnemu wielkiemu zadowoleniu. 

Widzia

łeś na pewno, jak matka albo babcia przewija lub ubiera dziecko. Jeśli 

masz w

łasne, czy zastanawiałeś się, jak to robisz? Najczęściej jest to okazja do 

pieszczot i czu

łości, ale niekiedy widuję mamy bardzo spięte albo zirytowane, kiedy 

to robi

ą. Zauważyłam też, że znaczna część matek - nawet tych najczulszych - omija 

żne partie ciała, na przykład prawie nie dotyka dołu brzucha i narządów płciowych, 

chyba 

że podczas mycia. 

Kiedy ju

ż byłam tego świadoma, zorientowałam się w pewnym momencie, że 

przy przewijaniu mojej m

łodszej córki lepiej traktuję tył niż przód, o wiele rzadziej 

background image

dotykaj

ąc jej klatki piersiowej, brzuszka i podbrzusza. Starałam się to później zmienić 

w obawie, 

żeby moja mała nie została z informacją, że jedne kawałki jej ciała są 

lepsze, a inne gorsze. My

ślę, że skoro miłość przenika przez skórę, niemowlaki 

powinno si

ę głaskać od stóp do głów. 

Wa

żne jest nie tylko dotykanie, lecz cały sposób kontaktowania się, na 

przyk

ład noszenie na rękach: można jak obojętny pakunek, a można czule, miękko 

i wygodnie. Wa

żnym źródłem informacji o sobie jest też dla malutkiego dziecka ton 

głosu otaczających je dorosłych. Treści być może jeszcze nie rozumie, ale sens 

wyczuwa, g

łównie z tonu głosu. Zauważyliście, że matki, babcie, a często i ojcowie, 

kiedy maj

ą poczucie, że nikt się im nie przysłuchuje, zaczynają przemawiać do 

niemowlaków takim specjalnym, wysokim g

łosem? To „ciu-ciu-ciu” niektórych 

śmieszy, ale jego główny odbiorca jest zachwycony, bo z tego czyta, że jest kochany, 

że lubi się z nim być. 

Pomi

ędzy  niemowlęciem a jego  otoczeniem,  zwłaszcza  matką,  wkrótce 

wytwarza si

ę odruchowy mechanizm porozumiewania się bez słów, odczytywania 

stanów uczuciowych. Zwykle matka bardzo szybko uczy si

ę, że kiedy jest spięta, 

zdenerwowana, pe

łna niepokoju albo złości, wtedy jej dziecko zaczyna być płaczliwe, 

gorzej je, wyrywa si

ę przy ubieraniu. W niedobrej atmosferze nawet karmienie piersią 

- tak wskazane dla dziecka zarówno ze wzgl

ędu na wartość pokarmu, jak i możliwość 

najcudowniejszego dla niego kontaktu - mo

że okazać się niekorzystne. 

Wyczyta

łam gdzieś kilkanaście lat temu sprawozdanie z badań amerykańskich 

nad dwoma rodzajami 

żłobków. Jedne - w bogatej dzielnicy, prowadzone były 

niezwykle  higienicznie  i „naukowo”,  z fachowymi  piel

ęgniarkami  w charakterze 

opiekunek. Drugie - w dzielnicy biedoty mia

ły kiepskie warunki lokalowe i poziom 

czysto

ści, zaś dziećmi zajmowały się proste kobiety bez żadnych kwalifikacji. 

Piel

ęgniarki  w obawie  przed infekcją  starały  się  jak  najmniej dotykać 

niemowlaków, a one mimo to bardzo du

żo chorowały, rozwijały się wolno, były 

apatyczne. Natomiast w „gorszych” 

żłobkach maluchy były wesołe, energiczne, 

rozgarni

ęte i zdrowe. O ile pamiętam, właśnie te choroby spowodowały całą serię 

bada

ń. 

Nie  uda

ło się znaleźć  żadnego czynnika o charakterze medycznym czy 

higienicznym, który  móg

łby je powodować. Domysły skierowano więc w stronę 

background image

psychologii i wtedy wysz

ło na jaw, że ciepłe, gadatliwe murzyńskie nianie - które 

skuba

ły, głaskały, przewracały, przytulały, nosiły dzieci - są właśnie tym 

poszukiwanym elementem zapewniaj

ącym zdrowie i dobre samopoczucie. 

A zatem w tym okresie 

życia, kiedy jeszcze nie potrafiłeś porozumiewać się za 

pomoc

ą słów, wieloma innymi drogami docierały do Ciebie informacje kształtujące 

Twój autoportret. Od tego, czy otacza

ła Cię wówczas atmosfera zadowolenia 

i zachwytu, czy l

ęku, złości i napięcia, zależało nie tylko to jak w niemowlęctwie 

spa

łeś i jadłeś, płakałeś czy nie, byłeś zdrowy jak rydz czy chorowity, ale również to, 

jak si

ę w późniejszych latach czułeś na świecie i jak z tym jest dzisiaj. Inaczej 

mówi

ąc,  z tamtego  okresu  pochodzi  podstawowy  zrąb  Twego  poczucia, że 

zas

ługujesz na miłość i radość życia albo nie. 

Musz

ę tu zrobić jedną dygresją, przeznaczoną zwłaszcza dla kobiet, które 

maj

ą do siebie pretensje, że za mało czasu poświęcają dziecku. Otóż myślę, że 

lepsza od pe

łnego poświęcenia i ciągłej obecności jest sytuacja, kiedy matka potrafi 

zorganizowa

ć sobie „wychodne”, skoro poczuje, że ma dosyć opiekowania się swoją 

pociech

ą i przesiadywania w domu. Zajmowanie się malutkim dzieckiem to ciężka 

praca i du

ży wysiłek psychiczny, który wymaga przerw na odpoczynek i zmianę 

otoczenia. Je

żeli matka sobie tego nie zapewni, często, chcąc nie chcąc, daje 

dziecku od-czu

ć, że jest nim zmęczona. I mimo najlepszych intencji i najuczciwszych 

stara

ń zamiast komunikatu „dobrze mi z tobą”, przekazuje coś wręcz przeciwnego: 

„jeste

ś dla mnie ciężarem”, „męczysz mnie”, „złościsz mnie”. Kiedy moja pierwsza 

córka mia

ła cztery miesiące, a ja chciałam być idealną matką i byłam już na ostatnich 

nogach, m

ądra lekarka - pediatra, która się nią opiekowała, powiedziała do mnie: 

„Niech pani zadba o siebie, zajmie si

ę trochę czym innym. Małej jest potrzebna 

mama wypocz

ęta i zadowolona z życia”. 

mnie sta

ć? 

Odpowied

ź na to pytanie kształtuje się nieco później, w czasie, kiedy malutki 

cz

łowiek zaczyna zdobywać świat: uczy się siadać, stawać i cho-dzić, posługiwać się 

przedmiotami, uruchamia

ć urządzenia. Wciąż jeszcze jego osiągnięcia i porażki 

zale

żą od innych, ale w coraz większym stopniu staje się aktywnym uczestnikiem, 

a nie tylko obiektem ich zabiegów. Na przyk

ładzie nauki chodzenia najlepiej widać, 

jak powstaje poczucie „ja mog

ę” - ta część samooceny, od której będzie zależała 

background image

aktywno

ść  i inicjatywa,  zdolność  osiągania  sukcesów  i znoszenia  niepowodzeń. 

Dwuletni Krzy

ś, o którym chcę tu opowiedzieć, jest dzieckiem chyba nie-typowym. 

Włazi  na kredens w kuchni i na pianino, wędruje po poręczach foteli,  skacze 

z murków i sprz

ętów prawie tak wysokich jak on sam. Prze-wraca się czasami przy 

bieganiu, ale rzadko kiedy p

łacze. Musi się na-prawdę porządnie rąbnąć, żeby 

chcia

ło mu się obwieszczać  światu głośnym rykiem, że coś sobie złego zrobił. 

Wyra

źnie różni się od swoich rówieśników sprawnością fizyczną i śmiałością. 

Spyta

łam jego mamę, skąd się bierze ta różnica. A ona na to opowiedziała mi, 

jak post

ępują słoniowe matki względem małych słoni, kiedy te mają się wygramolić 

z do

łu albo wejść na skarpę. Wyczytała to gdzieś i postanowiła przyjąć jako regułę 

własnego postępowania. Otóż słoniątko samo wdrapuje się pod górę tak długo i na 

tyle wysoko, jak da rad

ę. I dopiero kiedy zaczyna się obsuwać, słonica podpycha je 

tr

ąbą, ale delikatnie, tylko na tyle, żeby starało się dalej. Pozwala mu nawet spadać, 

a z po-moc

ą przychodzi dopiero wtedy, gdy zanosi się na to, że małe zrezygnuje. 

Inaczej mówi

ąc, pozwala mu przekonać się, ile potrafi, i wykorzystać do maksimum 

własne możliwości. 

„Wiesz - mówi

ła dalej - strasznie się o niego boję i dlatego staram się być 

w pobli

żu i w razie czego złapać w locie. Ale nie chcę, żeby wyrósł na taką niezdarę 

jak ja. Mnie, kiedy by

łam mała, mama albo babcia tak skutecznie chroniły przed 

jakimkolwiek niebezpiecze

ństwem, że zawsze by-łam jakaś taka nieruchawa 

i nieporadna. Nie biegaj, bo upadniesz, nie skacz, bo si

ę potłuczesz - bez przerwy 

wbijali mi do g

łowy w dzieciństwie. Wbijali, aż wbili chyba na zawsze.” 

Cz

ęsto dorośli próbują ochronić dziecko albo ułatwić  życie jemu i sobie: 

nakarmi

ę cię, bo się ubrudzisz; dam pić, bo jeszcze rozlejesz; ubiorę, to będzie 

szybciej; przynios

ę, żeby ci nie było ciężko. Na różne sposoby ograniczają jego 

dążenie do samodzielności. A do malucha, które-mu nie pozwala się próbować, 

dociera wyra

źny komunikat, że „nie potrafisz, nie możesz, tobie się nic nie uda”. 

Lepiej nie prze

żywać Chcę tu powiedzieć o jeszcze jednym fragmencie 

autoportretu, który zaczyna kszta

łtować się na tyle wcześnie, że warto o nim mówić 

ju

ż teraz, kiedy zastanawiamy się nad znaczeniem najwcześniejszego etapu życia. 

Chodzi mianowicie o to, co wolno, a czego nie wolno prze

żywać. W tym miejscu 

oddam g

łos świetnemu angielskiemu psychoterapeucie Robinowi Skynnerowi, który 

background image

opisuje powstawanie wewn

ętrznego zakazu przeżywania na przykładzie złości. 

„(...) Nasz maluch stopniowo nabierze przekonania, 

że złość jest nie-dobra, 

poniewa

ż pozostała część jego rodziny czuje się w obliczu złości bardzo nieswojo, 

niezr

ęcznie i bardzo się jej wstydzi. (...) Taki komunikat dociera do dziecka raz po 

raz. Widzi ono równie

ż, jak bardzo jego złość smuci rodziców, jak wcale nie potrafią 

sobie z ni

ą poradzić i jak ignorują je albo odsuwają się od niego czy nawet atakują, 

ilekro

ć ono samo próbuje ją okazać. Nie trzeba wiele czasu, żeby dziecko też 

zacz

ęło przeżywać złość jako coś niedobrego. Widzi przecież, że nie może być 

kochane, kiedy si

ę wścieka, a ponieważ wszystkie dzieci chcą być kochane przez 

rodziców, chc

ą ich kochać i uszczęśliwiać - stara się ukryć przed nimi wszelkie 

przejawy w

łasnej złości. 

Czyli kojarzy sobie z

łość z lękiem przed odrzuceniem, a to dla dziecka musi 

by

ć zagrożeniem najgorszym z możliwych. (...) W dodatku dziecko oczywiście ma 

jeszcze poczucie, 

że oszukuje, ponieważ nie może być na-prawdę sobą. Czuje się 

w jakim

ś stopniu odcięte od rodziców, bo nie jest akceptowane w pełni - musi 

udawa

ć, że nie przeżywa złości. Ale oszukiwanie nie jest aż tak złe, jak groźba 

kompletnego odrzucenia, wi

ęc zapewne wybierze raczej to, by być fałszywym 

i kochanym ni

ż autentycznie sobą, ale odrzuconym. 

Czyli odt

ąd, kiedy wydarzy się coś, co rozzłościłoby normalnego malucha, to 

dziecko pohamuje swoj

ą złość. Ażeby ukryć ją przed rodzicami. A następnie nauczy 

si

ę ukrywać ją przed sobą samym, gdyż tylko w ten sposób zdoła zachować 

poczucie, 

że jest warte miłości. Złość jest czymś aż tak niedobrym, że w ogóle nie 

mo

że przyznać się do jej przeżywania, na-wet przed sobą. Dlatego przyzwyczai się 

do niezauwa

żania złości - nauczy się odcinać od niej - w końcu nabierze 

przekonania, 

że jej tam wcale nie ma. (...) 

W ka

żdej rodzinie niektóre uczucia są uważane za dobre, a niektóre za złe. 

Złe umieszcza się za kurtyną i cała rodzina ma rodzaj cichej, ale bardzo wiążącej 

umowy, 

że emocje ulokowane za kurtyną muszą pozostać niezauważone. Wszyscy 

udaj

ą, że ich tam nie ma. Więc też każde kolejne dziecko uczy się usuwać te same 

rzeczy z pola widzenia. Zwyczaj odcinania si

ę od nich jest przekazywany jak odra - 

ani celowo, ani 

świadomie, toteż nikt nie wie, że się to dzieje”. (Robin Skynner, John 

Cleese: „

Żyć w rodzinie i przetrwać”. Jacek Santorski & Co, Warszawa, 1992, s.38-

background image

39)  A wi

ęc  w różnych  rodzinach  dzieci  uczą  się,  że  nie  wolno  przeżywać, 

a przynajmniej okazywa

ć różnych uczuć i tym sposobem stają się jakby oka-leczone 

emocjonalnie. Ma to dwojaki wp

ływ na poczucie własnej wartości. Weźmy tym razem 

jako przyk

ład ból i rozpacz, żeby pokazać, jakie skutki ma zakaz odczuwania. Po 

pierwsze - kiedy zakazane uczucie pojawia si

ę (a pojawiać się musi, bo tak jest 

skonstruowany cz

łowiek, że reaguje bólem i rozpaczą na przykład na rozstanie 

z kochan

ą osobą czy pozbawienie ważnej dla siebie rzeczy), w ślad za nim narasta 

przekonanie, 

że jestem „nie w porządku”, jestem „niedobry”. 

Spróbuj sobie uprzytomni

ć, ile razy w dzieciństwie musiałeś jakoś zareagować 

na to, 

że mama wychodzi, że trzeba wyjechać od babci, że ojca nie ma, gdy go 

potrzebujesz. Albo tragedia, kiedy zgubi

ła się ulubiona zabawka - takich i podobnych 

zdarze

ń były dziesiątki. Jeśli otaczający Cię dorośli dawali Ci do zrozumienia, że nie 

nale

ży płakać, bardzo często musiałeś mieć poczucie, że nie jesteś taki, jak trzeba, 

skoro zbiera Ci si

ę na płacz. 

Po drugie - odcinaj

ąc się od własnych bolesnych uczuć musiałeś stracić 

zdolno

ść rozpoznawania ich u innych i odpowiadania współczuciem. Chciałeś być 

dobry, wspó

łczujący - wszystkie dzieci chcą - ale jakoś Ci to nie wychodziło i zresztą 

nadal nie wychodzi. Nie wiesz, jak si

ę zachować, co powiedzieć, kiedy przytulić, 

zaproponowa

ć pomoc. A czując się nieswojo z cudzym bólem, unikasz go i w ten 

sposób oddalasz si

ę od ludzi nawet bardzo Ci bliskich. I też dochodzisz do wniosku, 

że coś musi być z Tobą nie w porządku, skoro Twoje kontakty są tak powierzchowne. 

To samo  mo

żna powiedzieć o wielu rozmaitych uczuciach: zazdrości, radości, 

wstydzie i wszystkich innych. Odci

ęcie od któregokolwiek - a trening w tej sprawie 

zaczyna si

ę bardzo wcześnie, jeszcze przed nauką siadania na nocniku - powoduje, 

że czujesz się gorszy i nie możesz w pełni zaakceptować siebie. 

„Ka

żdy jest dzieckiem podszyty” 

Takim wnioskiem ko

ńczy się jedno z opowiadań w moim ulubionym zbiorze 

Gombrowicza zatytu

łowanym „Bakakaj”, który już tutaj cytowałam. Oczywiście 

w pe

łni podzielam ten pogląd. To, co zostanie przekazane małemu dziecku przez 

najbli

ższe otoczenie czyli rodzinę, zapisuje się bardzo głęboko z dwóch powodów. 

Po pierwsze - jest to zwykle najwcze

śniejszy i przez parę lat jedyny model, jaki widzi 

z bliska,  najwa

żniejsza  pula  do-świadczeń i informacji,  w tym oczywiście  również 

background image

informacji na w

łasny temat. Po drugie - rodzice są tak ważnymi osobami, od ich 

opieki i mi

łości zależą dosłownie szanse przetrwania, że dzieci nie mają innego 

wyj

ścia: muszą dostosować się do sposobu życia i myślenia, jaki się im proponuje. 

Wp

ływ rodziców może być bardzo wyraźnie widoczny lub ogromnie subtelny: 

od solidnego klapsa za to, 

że maluch dotknął panią w kolejce (na marginesie: 

przyjrzyj si

ę, jaki popłoch budzi u mamuś „dotykalskie” dziecko i jaki to musi mieć 

wp

ływ na późniejsze trudności w kontaktach fizycznych) do bardziej uważnego 

spojrzenia, nieznacznego uniesienia brwi, kiedy zrobi

ł coś niestosownego. 

Mo

że to być bicie, ale może też być kara równie dotkliwa, mianowicie odmowa 

mi

łości. Jeśli nie sam, to u innych na pewno słyszałeś zdanie: 

„Jak nie zjesz zupki (nie w

łożysz kapci, nie przestaniesz wrzeszczeć, nie 

poca

łujesz cioci), mamusia nie będzie cię kochała”. I znów, nie musi tego mówić, 

wystarczy, 

że spojrzy w określony sposób, wzruszy ramionami, lekko się zmarszczy. 

Taka „warunkowa mi

łość” - jak się ją określa w niektórych podręcznikach 

psychologii  - jest niew

ątpliwie skuteczną metodą uzyskiwania pożądanych 

rezultatów. Jest 

łatwiejsza, mniej pracochłonna, szybsza niż przekonywa-nie, 

zach

ęta, cierpliwe znoszenie złych humorów i ataków wściekłości, jakie inaczej 

nieuchronnie  wywo

łują zakazy i nakazy nie po myśli  wychowanka. Tak jest 

wygodniej: dzieci pe

łne lęku, że rodzice przestaną je kochać, jeżeli będą 

niepos

łuszne, nie buntują się. Są naturalnie gorsze rzeczy: maltretowanie, głodzenie, 

ca

łkowity brak zainteresowania i opieki. Ale uważamy je za wynaturzenie i kiedy 

wychodz

ą na jaw, rodzicom odbiera się prawa rodzicielskie, a nawet stawia przed 

sądem. Już samo grożenie czymś takim jest uważane za znęcanie się nad 

dzieckiem. Natomiast gro

źba odebrania miłości jest traktowana jako coś całkiem 

normalnego w arsenale podr

ęcznych metod wychowawczych. A dla mnie to jeden 

najprzykrzejszych  mo

żliwych  widoków:  mały  człowiek  idea-lnie  grzeczny, 

apatyczny, co chwila z niepokojem popatruj

ący na rodzica, czy aby jest w porządku. 

To te

ż jest przeświadczenie, które może zapisać się w psychice na całe 

dalsze 

życie: miłość, akceptacja, zainteresowanie to nie jest coś, na co zasługujesz 

sam przez si

ę, Ty jako taki, z tego tylko powodu, że jesteś; musisz na nie zarobić, 

dostosowa

ć się do określonych oczekiwań, być taki a nie inny. Dość szybko stajesz 

si

ę własnym strażnikiem - psychologowie mówią, że „uwewnętrzniasz” te wymagania. 

background image

I sam zaczynasz si

ę dołować, kiedy tylko nie zdołasz utrzymać się w ramach, dawno 

temu narzuconych Ci z zewn

ątrz. 

W poradni, kiedy zach

ęcałam ludzi do trochę innych zachowań niż dotąd, 

cz

ęsto  miałam  wrażenie,  że  reagują,  jakby  chodziło  o naruszenie  jakiegoś 

straszliwego tabu. Gdy mówi

łam na przykład zaradnym, dzielnym kobietom, 

z pogod

ą znoszącym przeciwności losu, że mogłyby pokazać mężowi i dzieciom, 

jakie w rzeczywisto

ści są zmęczone i zagonione - nieraz reagowały na te moje 

sugestie autentycznym silnym l

ękiem. Po bliższym rozpatrzeniu okazywało się, że 

boj

ą się utraty uczuć swoich bliskich, jeśli się zmienią; były przekonane, że są do 

przyj

ęcia tylko w tej jednej wersji. Zawsze w takiej sytuacji pytam: „A jak było u pani 

w domu rodzinnym?” i w 99% tam odnajdujemy 

źródło owego lęku. 

Zar

ęczam Ci, że z Tobą było tak samo. Też musiałeś dostosować się do 

oczekiwa

ń, uwewnętrznić je i uznać, że wynik tego zabiegu to właśnie prawdziwy Ty. 

Nie mia

łeś innego źródła wiedzy o sobie i siłą rzeczy mu-siałeś uwierzyć w to, co 

wyczuwa

łeś przez skórę, odczytywałeś z zachowania swoich najbliższych, słyszałeś 

o sobie. Jednym s

łowem, Ty również jesteś dzieckiem podszyty. 

Na Twoje pierwsze, najwcze

śniej zapisane w psychice przekonania na własny 

temat z czasem zaczynaj

ą nakładać się inne, które mogą być zgodne lub sprzeczne 

z tamtymi, mog

ą je utrwalać albo modyfikować. Ale późniejsze wpływy są zwykle 

słabsze, gdyż trafiają na coś, co już jest nagrane. Owe istniejące nagrania stanowią 

jakby filtr, który z wi

ększą  łatwością przepuszcza informacje podobne do już 

zgromadzonych, za

ś osłabia albo wręcz nie pozwala przedostać się tym, które 

odbiegaj

ą od istniejącego zapisu. Można tu użyć też innego porównania: że jest to 

rodzaj oku-larów,  które  s

ą różowe albo ciemne i nadają odpowiedni  odcień 

wszystkie-mu, co widzimy. 

Dlatego kto

ś, kto nabrał przekonania, że jest okropny i nie da się na-wet lubić, 

a có

ż dopiero kochać, może latami być głuchy na szczere komplementy i nie 

dostrzega

ć dowodów sympatii. Trochę tak, jakby klawisz „play” w jego magnetofonie 

wcisn

ął się na stałe i gra mu ciągle tylko „nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi”. 

Nawet w przyjaznym otoczeniu nie rozstanie si

ę z poczuciem, że tak naprawdę wcale 

nie jest dobrze, a swoim zachowaniem faktycznie b

ędzie zniechęcać tych, którzy 

zechc

ą okazać mu życzliwość, miłość czy uznanie. 

background image

Ile razy mo

żna na przykład powiedzieć: „podobasz mi się” albo „mądrze 

my

ślisz” komuś, kto na każdy taki tekst odwraca wzrok, krzywi się, chce odejść, 

odpowiada „nie wyg

łupiaj się” albo zastanawia, czego od niego chcesz? W każdym 

razie wida

ć, że raczej nie sprawia mu to przyjemności, może nawet jest przykre. 

Oczywi

ście spróbujesz raz i drugi, ale potem zrezygnujesz. To jakby działanie wbrew 

własnym potrzebom: osoby, które mają najgorsze zdanie o sobie i dlatego najmocniej 

potrzebuj

ą dowartościowania z zewnątrz, najbardziej też od niego uciekają i nawet 

broni

ą się. 

Natomiast je

śli główny motyw nagrany na płycie jakiejś osoby brzmi „jestem 

sympatyczna i warta mi

łości”, „dobrze mi idzie”, „ludzie mnie lubią”, to z łatwością 

zobaczy ona i us

łyszy pozytywne sygnały z otoczenia, odpowie na nie i następnie 

zbierze kolejne dowody, umacniaj

ące ją w poczuciu własnej wartości. 

Goebbels mia

ł rację Szef hitlerowskiej propagandy twierdził, że dowolne 

kłamstwo powtarzane wystarczająco często i uporczywie wchodzi ludziom do głowy. 

Mówi

ł co prawda o propagandzie politycznej, ale jestem gotowa posunąć się do 

stwierdzenia, 

że różne deprecjonujące bzdury, które uważasz za prawdę na swój 

temat - przypomn

ę: że jesteś brzydki, niezdolny, niedobry, mało inteligentny, nie 

nadajesz si

ę do tego czy tamtego, a w trudnej sytuacji już na pewno nie dasz sobie 

rady - zosta

ły Ci wmówione na takiej samej zasadzie, jak nazizm Niemcom. 

Raz zdarzy

ło mi się słyszeć coś podobnego w postaci rzeczywiście zbliżonej 

do  okupacyjnej szczekaczki.  Przechodzi

łam ulicą obok narożnego do-mu 

i us

łyszałam z okna  na  pierwszym  piętrze  straszny  wrzask.  W pierwszej  chwili 

sądziłam, że to awantura małżeńska, może mąż wrócił do domu pijany. Brzmiało to 

tak: „Co ty sobie my

ślisz, ty łajdaku! Myślisz, że ja ci będę na wszystko pozwalała? 

Co ty sobie wyobra

żasz? Mam już przez ciebie kompletnie zdarte nerwy!” 

I niespodziewane zako

ńczenie: „Ile razy będziesz jeszcze wychodził z kojca?” Myślę, 

że skoro on był w stanie wyjść z kojca, to już na pewno rozumiał, co się do niego 

mówi. Normalnie brzmi to o wiele zno

śniej i dlatego mniej zauważalnie. „Znowu 

rozla

łeś mleko? Ale jesteś niedorajda”, „Jak ty okropnie wyglądasz! Idź się uczesz”, 

„Dlaczego zawsze wszystko gubisz?”, „To nie do pomy

ślenia, żeby tak brzydko 

pisa

ć” itd. itp. Muszę podkreślić to bardzo wyraźnie: nie było w tym żadnej złej woli. 

Po prostu wszyscy my

śleli, że tak trze-ba, bo dziecko może się zepsuć, wbić się 

background image

w dum

ę, bo musi realistycznie oceniać swoje możliwości, bo trzeba je odpowiednio 

wychowa

ć. A „odpowiednio” oznacza za pomocą wytykania błędów, okazywania 

niezadowolenia i pretensji, krytykowania. 

Mam przed oczami pewn

ą scenę jak z filmu. Jedna z dziewczynek z mojej 

dalszej rodziny by

ła bardzo mała, siedziała w niemowlęcym leżaczku i za-kochany 

w niej bez pami

ęci ojciec powtarzał: „Monisiu, jaka ty jesteś  śliczna, ja ciebie 

uwielbiam, jaka ty jeste

ś cudowna”. Na to weszła babcia i mówi: „Jak to dobrze, że 

Monika jest jeszcze taka malutka. Ju

ż niedługo nie będzie można mówić do niej 

takich rzeczy, bo si

ę ją zepsuje”. 

Szkoda, 

że wychowaliśmy się w takiej atmosferze. Przecież czulibyśmy się na 

świecie zupełnie inaczej, gdyby od początku towarzyszyły nam takie słowa, jakie na 

co dzie

ń słyszy Monika. Już sobie wyobrażam, że w tym miejscu ktoś może zgłosić 

sprzeciw, 

że dzieci akceptowane bez za-strzeżeń wyrastają na egoistów 

przekonanych, 

że im się wszystko należy i że mają większe prawa od innych ludzi. 

Takie my

ślenie - moim zdaniem - opiera się na nieporozumieniu: brak dyscypliny 

i pozwalanie dziecku na wszystko myli si

ę z jego dowartościowaniem. 

Cz

ęsto rodzicom, którzy postanowili wychowywać swoją pociechę bez 

hamulców - a w

łaściwie nie wychowywać jej wcale - przyświeca szlachetna intencja, 

żeby przypadkiem nie wytworzyć u dziecka kompleksów. Nic bar-dziej mylnego. 

Pozbawione  drogowskazów  i 

regu

ł  czuje  się  zdezorientowane  zagubione 

rzeczywi

ście  depcze ludziom po  odciskach, ponieważ nie wie, że im to 

przeszkadza. A

ż w końcu - nawet jeśli rodzicom uda się wytrwać w takiej nieznośnej 

sytuacji - dowie si

ę, kiedy już wyjdzie spod rodzinnego ochronnego klosza, że inni 

ludzie nie mog

ą z nim wytrzymać. A wracając do Goebbelsa: paradoksalnie rodzina 

jest najlepszym miejscem do wk

ładania dziecku bzdur do głowy. Zwłaszcza że ma 

ono mizerne mo

żliwości sprawdzenia, czy to, co powtarzają mu na okrągło i dają do 

zrozumienia na ró

żne sposoby, jest zgodne z prawdą, czy od niej odbiega. I tak oto 

olbrzymie mo

żliwości, z jakimi przychodzimy na świat, są bardzo często blokowane 

zamiast rozwija

ć się i rozkwitać. Na zakończenie tego wątku chcę opowiedzieć coś 

o sobie.  Moja  macocha  z du

żą  pewnością  siebie  mawiała  do  mnie:  „Żaden 

z Dodziuków nie mia

ł zdolności artystycznych”. Nie wiem, może rzeczywiście ich nie 

mia

łam, ale nawet nie próbowałam się o tym przekonać. Przez następne 30 lat nie 

background image

rysowa

łam nawet dla własnej przyjemności, starannie omijałam w szkole, na studiach 

i podczas wakacyjnych szale

ństw wszelkie inicjatywy teatralne czy kabaretowe, nie 

zabiera

łam się do grania na żadnym instrumencie, nie napisałam też chyba ani 

jednego zdania, które by

łoby blisko literatury. 

W gronie kolegów Dzieciaki z podwórka, koledzy z klasy, Twoja paczka albo 

chocia

ż jeden dwóch przyjaciół, dziewczyny, chłopaki - z czasem to wszystko 

zaczyna by

ć coraz ważniejsze. Od ich opinii w coraz większym stopniu zależy 

poczucie w

łasnej wartości. Najwyraźniej widać to w sytuacjach skrajnych: spotkałam 

życiu paru niedoszłych młodych samobójców, którzy postanowi-li skończyć ze 

sob

ą, bo zostali odtrąceni przez rówieśników. Już od piaskownicy, od pierwszych 

zabaw na podwórku ka

żdy z nas stanął przed nowym zadaniem życiowym - 

przystosowania si

ę do rówieśników. Pamiętasz, jak w gronie kolegów bardzo 

chcia

łeś mieć to co inni i umieć to co inni, nawet jeśli to wcale do Ciebie nie 

pasowa

ło? Mini, punkowe fryzury, muzyka, która doprowadzała do szału dorosłych, 

i niezliczone inne rzeczy powodowa

ły konflikty z rodzicami i poczucie, że jeśli Tobie 

tak nie wolno, to jeste

ś gorszy, bo Kasia czy Mietek wszystko ma i może. Opinia 

kolegów, akceptacja z ich strony by

ła ważniejsza, jeśli nie miałeś oparcia w jakim-

takim albo jeszcze lepiej dobrym zdaniu o sobie samym. A

żeby je poprawić zyskując 

ich uznanie, by

łeś gotów robić rzeczy, które nie podobały się dorosłym narażały Cię 

na kary i które by

ć może sam również uważałeś za niesłuszne. Kiedy się 

zastanawiam nad przyczyna-mi tak powszechnego w

śród młodych ludzi palenia, 

picia alkoholu, próbowania rozmaitych narkotyków, 

łamania prawa - myślę, że robią 

to mimo po-t

ępienia społecznego głównie po to, żeby podnieść w ten sposób 

poczucie w

łasnej wartości. 

Pod tym wzgl

ędem nastoletni etap życia to bardzo trudny czas. Nie będę się 

przy nim zatrzymywa

ć dłużej, bo o okresie dojrzewania i konflikcie pokoleń zostały 

napisane ca

łe tomy. Myślę, że jednym z częściej przeżywanych wtedy uczuć są 

niepewno

ść i wstyd. Pamiętam opowiadanie Grażyny o tym okresie jej życia: „Nie 

cierpi

ę przypominać sobie, jak to wtedy było. Cały czas wydawało mi się, że robię 

co

ś nie tak i byłam gotowa spalić się ze wstydu. Oczywiście było mi głupio, że 

przestaj

ę być komplet-nie płaska, ale tak samo głupio, że jeszcze nie mam dużych 

piersi. Ze dwa lata musia

łam się przełamywać, żeby chodzić do szkoły, kiedy miałam 

background image

okres, a poza tym stara

łam się nie wychodzić z domu, tak się wstydziłam. Jak nikt ze 

mn

ą nie tańczył, było mi okropnie wstyd, ale jeżeli jakiś chłopak mnie poprosił, 

robi

łam się cała sztywna na myśl, że wyjdę na środek i na pewno wszyscy będą na 

mnie patrze

ć. Mówię ci, po prostu koszmar!” 

Tu chcia

łabym na chwilę wrócić do analogii z gramofonem. Przez pierwsze 

lata 

życia zdążyła się już nagrać cała płytoteka i w zależności od sytuacji zaczyna się 

odtwarza

ć ta lub inna płyta. Nawet jeśli ktoś ma w przewadze te gorsze, to przecież 

nie graj

ą mu one w głowie cały czas: kiedy się kąpie, czyta książkę, rozmawia 

z sympatyczn

ą ciotką, robi coś, co lubi, gramofon może milczeć bądź snuć 

przyjemn

ą melodię. Natomiast w momentach napięć, niepowodzeń, w nowych lub 

niejasnych okoliczno

ściach albo gdy dzieje się coś, co przypomina poprzednie 

przykre sytuacje - wtedy ciszej lub g

łośniej włącza się jedna z płyt z negatywnym 

nagraniem. 

Zawieszenie  mi

ędzy  dzieciństwem  a dorosłością,  zmiany  fizjologiczne, 

ujawniaj

ące się potrzeby seksualne, pierwsze niepewne próby kontaktów 

erotycznych - wszystko to sprzyja szczególnie cz

ęstemu przywoływaniu tych zapisów 

czy nagra

ń, które nie należą do przyjemnych. Pamiętasz, jak bałeś się wówczas 

śmieszności? Jeżeli ktoś się  śmiał albo choćby uśmiechał, a Ty nie wiedziałeś, 

z jakiego powodu, wtedy zawsze domy

ślałeś się, że z Ciebie - i pewnie Ci to zostało 

do dzi

ś. Często uśmiecham się do ludzi albo śmieję z radości na ich widok i już 

jestem przygotowana na pytanie: „Ze mnie si

ę śmiejesz?”, bo często zdarza mi się je 

słyszeć. Cierpliwie tłumaczę: „To nie z ciebie, tylko do ciebie”. A wtedy rzeczywiście 

wy

śmiewaliście się z siebie nawzajem, ponieważ to był sposób, żeby zagłuszyć 

własny wstyd i obawę przed śmiesznością, wyglądać na bardziej pewnych siebie. 

Szczególnie trudn

ą sytuację wśród rówieśników, dojmujące poczucie, że są 

gorsi, maj

ą młodzi ludzie z biednych rodzin. Krysia wspomina: „Miałam marne ciuchy, 

wi

ększość z darów. Szliśmy gdzieś wszyscy i klasa mnie wy-pchnęła na jezdnię. 

Powiedzieli, 

że nie mogę z nimi iść, bo wyglądam jak ze wsi. Poszłam w drugą stronę 

i dosta

łam od nauczyciela naganę za odda-lanie się od klasy”. 

Je

żeli byłeś biedniejszy od kolegów, z innego środowiska niż większość 

z nich, je

żeli wyróżniałeś się jakoś fizycznie albo interesowałeś zupełnie czym innym 

ni

ż oni - dawali Ci to boleśnie odczuć. I Twój autoportret po każdym takim 

background image

do

świadczeniu wydatnie się pogarszał. 

Lepiej si

ę nie wychylać czyli szkoła dla przeciętniaków Rzadko spotykam 

ludzi, którzy maj

ą dobre wspomnienia ze szkoły. Pamiętają raczej nauczycieli, którzy 

si

ę czepiali, kary za nieprzygotowanie jakichś zadań domowych czy niewłaściwe 

zachowanie, konieczno

ść naginania się do wymagań, w których nie widzieli sensu. 

Z ich  opowie

ści  wyłania  się  obraz  szkoły, w której  chodziło  raczej o to,  żeby 

przy

łapać na czymś ucznia, niż  żeby czegoś go nauczyć. Byłam całkiem dobrą 

uczennic

ą, ale mnie też towarzyszyło poczucie, że potencjalnie jestem stale nie 

w po-rz

ądku i w każdej chwili może to  wyjść na  jaw.  Z dość pokaźnej wiedzy 

psychologicznej o funkcjonowaniu grup wiadomo, 

że osoba prowadząca grupę może 

przytomnie kontaktowa

ć się najwyżej z kilkunastoma osobami. Powyżej tego progu 

ju

ż nie sposób podchodzić do każdego indywidualnie, orientować się w jego 

mo

żliwościach,  nawet  trudno  utrzymać  w 

pami

ęci  podstawowe  informacje 

o poszczególnych osobach. Jak liczne by

ły klasy, do których Ty chodziłeś? Moje 

miewa

ły po 30-35 osób, w największej było nas 56. Siłą rzeczy byliśmy dla 

nauczycieli  niesforn

ą i niezróżnicowaną  gromadą,  którą  trzeba  było  utrzymać 

w ryzach i wystawi

ć stopnie, a nie uczyć i wychowywać. 

Dla  rodziców  i 

prawie  wszystkich  nauczycieli  w

łaśnie  stopnie  były 

najwa

żniejsze. Rozumiem, że w szkole musi istnieć pewien jednolity system ocen, 

ale ten, z którym mieli

śmy do czynienia, był wyjątkowo niefortunny. Określał zestaw 

stereotypowych umiej

ętności i wiadomości, a cała procedura oceniania polegała na 

przystawianiu kolejnych uczniów do gotowego, bardzo sztywnego szablonu. Je

śli do 

niego pasowa

łeś - to dobrze, a jeśli nie - musiałeś strawić swoją porcję upokorzeń 

i informacji, jaki to jeste

ś kiepski. 

Mieli

śmy w liceum chłopaka, niezwykle zdolnego chemika. Uchodził wśród nas 

za geniusza, by

ł pupilem pana od chemii, ale najbardziej rzucało się w oczy - 

pami

ętam to wyraźnie do dzisiaj - że jest strasznie smutny. Miał ciężkie życie 

z innymi nauczycielami, z trudem przechodzi

ł z klasy do klasy i ledwie zdał maturę. 

Jako

ś niezwykle wcześnie w olimpiadzie chemicznej zaszedł tak wysoko, żeby bez 

egzaminów dosta

ć się na studia. Spotkałam go potem jeszcze parę razy i z 

przyjemno

ścią stwierdziłam, że bardzo poweselał. 

Nasz  model  szko

ły w gruncie rzeczy najbardziej lubi takich, którzy są 

background image

niek

łopotliwi  i układni.  Podsłuchałam kiedyś  odbierając  córkę  ze  szkoły,  jak 

nauczycielka z zachwytem mówi

ła do innej matki: „Kasia była dzisiaj taka grzeczna, 

taka grzeczna, jakby jej w ogóle nie by

ło”. Ile musieli się nacierpieć ci, którzy 

odwa

żyli się zaistnieć na lekcjach na swój własny sposób, przeciwstawić się 

nauczycielom.  Jeden  z 

twórców  obecnej  reformy  naszego  systemu  o

światy 

opowiada

ł mi, że przebrnął całą szkołę z opinią „uczeń arogancki”, bo miewał własne 

zdanie. Tak, w szkole nie starano si

ę o to, żebyś myślał o sobie dobrze, nabrał 

zaufania do w

łasnych możliwości czy żebyś miał okazję przekonać się, jakie są 

Twoje mocne strony. 

Dorówna

ć idolom Jako pracownik poradni rodzinnej miałam wiele lat temu 

okazj

ę oglądać szwedzki film „Język miłości”, sponsorowany przez Królewskie 

Towarzystwo  Wychowania  Seksualnego.  W filmie  czwórka  lekarzy  i pedagogów 

omawia

ła rozmaite aspekty oświaty seksualnej dla młodzieży, a poszczególne tematy 

by

ły  ilustrowane  krótkimi  scenkami.  Szwedzi  są -  zgodnie  z powszechnym 

przekonaniem - 

śmielsi od nas w mówieniu o seksie i pokazywaniu go na ekranie, ale 

wra

żenie zrobiło na mnie całkiem co innego. Oto na przykład siedzą tam na ławce 

młodzi ludzie pieszcząc się i całując, on ma trą-dzik, a ona odciśnięty na ramieniu 

ślad po ramiączku od stanika. Albo pokazany tam fragment seksu małżeńskiego: 

dosy

ć zażywna pani w wałkach na głowie, ze śladami kremu na twarzy idzie do łóżka 

łysiejącym panem z brzuszkiem w mało efektownej piżamie i skarpetkach. Żadnego 

retuszu, 

żadnego upiększania - specjalnie po to, żeby było widać, że ci ludzie są 

zwyczajni. W

łaśnie to mnie zafrapowało: różnica między tym, co widziałam, 

a g

ładkimi, wypielęgnowanymi, idealnie piękny-mi ciałami, jakie normalnie oglądamy 

na ekranie. Film, reklamy, ilustrowane tygodniki atakuj

ą nas takimi wizerunkami, do 

jakich móg

łby się porównywać najwyżej jeden czy jedna na tysiąc. 

Jaki to ma zwi

ązek z poczuciem własnej wartości? Ano taki, że Twoje nogi 

w porównaniu  z d

ługością nóg  lalki  Barbie czy Julii  Roberts  muszą wyglądać 

pokracznie,  a 

mi

ęśnie  Schwarzeneggera  mogą  wpędzić  w kompleksy  nawet 

kulturyst

ę. Inaczej mówiąc, film i reklama są dla większości z nas - zwłaszcza we 

wczesnej m

łodości - nie tylko wzorem do naśladowania, ale też  źródłem ciągłej 

frustracji, poniewa

ż do tak wygórowanych, idealnych modeli nie sposób się 

doci

ągnąć. 

background image

„Mieszka

ńcy masowej wyobraźni”, jak ich nazywał Krzysztof Teodor Toeplitz, 

osoby  przedstawiane  w telewizji  i prasie  to  przecie

ż  ci  najlepsi,  najwybitniejsi, 

rekordzi

ści, ludzie sukcesu. W dodatku są wspaniali w tak różnych dziedzinach: jedni 

zdobywaj

ą medale olimpijskie, inni nagrody Nobla, a jeszcze inni filmowe Oskary. 

cicho

ści  ducha  zazdrościliśmy  im wszystkim,  zwykle  zapominając,  że  ci 

najpi

ękniejsi czy najlepiej wysportowani na ogół nie są tytanami intelektu, sławom 

z ekranu nie musi uk

ładać się  życie osobiste, a wielcy artyści może przez wiele lat 

klepali bied

ę czekając na uznanie. 

Na pewno by

łoby znakomicie mieć naraz olśniewającą urodę, salomonową 

mądrość, wszechstronne zdolności Leonarda da Vinci, mnóstwo siły i zręczności 

oraz zdolno

ści do robienia świetnych interesów. Tylko że tak po prostu nie bywa, 

cho

ć bardzo byśmy tego chcieli. Jedynie nieliczni w wieku parunastu lat są na tyle 

pewni siebie, 

żeby myśleć: „Mnie też na wiele stać, będę dążyć do tego, żeby coś 

niezwyk

łe-go zrealizować w przyszłości”. Większość czuje się raczej przytłoczona 

takim zmasowanym atakiem doskona

łości i z góry poddaje się, nawet nie próbując 

oceni

ć, w jakiej dziedzinie ma szanse powodzenia i jak duże są te szanse. Może 

posuwam si

ę za daleko, ale mam wrażenie, że środki masowego przekazu 

przyczyniaj

ą  się  do  powstawania  u 

wi

ększości  z 

nas  postawy  rezygnacji 

i niemo

żności. 

Z czym wchodzimy w doros

łe życie? 

Mój kolega z poradni rodzinnej - znany Ci mo

że z telewizyjnych „Rozmów 

intymnych” - Andrzej Komorowski mówi, 

że wszystkiemu są winne duchy. Duch to 

kto

ś (lub coś), kto (lub co) już nie istnieje, ale pojawia się w bezcielesnej postaci, 

żeby zakłócać  życie tym, co żyją. Nasze złe duchy to ślady przeszłości, które 

utrwali

ły  się  w 

psychice  w 

dawnych  i 

źniejszych  latach  i 

w  pewnych 

okoliczno

ściach ujawniają się, utrudniając nam funkcjonowanie. Często prawie nie 

kontaktujemy si

ę z realną rzeczywistością, tylko właśnie z duchami. 

Wczasy, weso

ła zabawa, Magda siedzi w kącie i nie włącza się ani do 

rozmów, ani do ta

ńców - straciła cały impet towarzyski, od kiedy paczka jej chłopaka 

przez rok usilnie udowadnia

ła jej, że do nich nie pasuje. Tamtych ludzi wśród 

rozbawionych wczasowiczów nie ma, ale Magd

ę te duchy nieomalże paraliżują. 

Oldze nie uk

łada się współżycie seksualne z mężem, bo zawsze w intymnych 

background image

momentach nie mo

że odczepić się od poczucia, że ma brzydkie ciało a takie 

przekonanie towarzyszy jej, odk

ąd siebie pamięta - przez ostatnie dwadzieścia parę 

lat zmieni

ła się bardzo, jest ładnie zbudowaną, zgrabną kobietą, ale duchy są 

silniejsze od zapewnie

ń męża, że jest dla niego bardzo pociągająca. 

Te duchy szepc

ą nam do ucha swój własny tekst, nie pozwalając usłyszeć 

informacji  docieraj

ących  z zewnątrz.  Ustawiają  się  pomiędzy  nami  a światem, 

zniekszta

łcając jego obraz jak w krzywym zwierciadle. Są źródłem takiego myślenia, 

które  w wielu  dziedzinach  zmniejsza  nasze 

życiowe  szanse.  W psychice  jak 

w przyrodzie nic nie ginie, wszystkie jej warstwy - ta ukszta

łtowana w chwili narodzin, 

we wczesnym dzieci

ństwie, w latach przedszkolnych i szkolnych w młodości - trwają 

w utajeniu i zawsze co

ś może nas cofnąć do którejś z nich, wywołać jakiegoś ducha. 

Inaczej mówi

ąc, jeżeli byłeś nie dość tulonym niemowlakiem, nie chwalonym 

maluchem, wiecznie sztorcowanym dzieckiem, wy

śmiewanym młodym człowiekiem - 

to nadal jeste

ś nimi wszystkimi naraz. Pewnie dzisiaj, jako dorosła osoba, umiesz to 

nie

źle ukrywać i przed innymi, i często przed samym sobą. Ale potrzeba ciepłego 

fizycznego  kontaktu,  dobrego  s

łowa, szacunku, uznania, jednym słowem 

dowarto

ściowania na różne sposoby nie da się zagłuszyć i nieraz daje o sobie znać. 

A wtedy jest Ci przeogromnie smutno, bo nie wierzysz, 

że możesz dostać w życiu to, 

czego Ci zawsze brakowa

ło. 

Ju

ż czas, żeby zobaczyć, czy jest to możliwe. A jeśli tak, to jak to zrobić? 

Szcz

ęśliwie różnego rodzaju pomoc psychologiczna w postaci grupowego treningu, 

konsultacji indywidualnych, warsztatów psychologicznych zaczyna by

ć trochę 

bardziej dost

ępna więc jeśli masz taką możliwość i wystarczająco dużo determinacji, 

mo

żesz poszukać fachowców i zgłosić się do nich. Jest też parę „domowych” 

sposobów, pomocnych w zmianie autoportretu na lepszy. O nich mówi nast

ępny, 

ostatni ju

ż rozdział. 

Rozdzia

ł IV  

Ka

żde brzydkie kaczątko może zostać  łabędziem Nieraz w rozmowach albo 

po wyk

ładach o poczuciu własnej wartości, którym z uporem maniaka zajmuję się od 

lat, pada pytanie: no dobrze, a co w sytuacji, kiedy kto

ś rzeczywiście nic nie potrafi, 

naprawd

ę jest głupi albo brzydki? Co wtedy? 

background image

Czy co

ś tu da się zmienić? 

Otó

ż w tej sprawie mam bardzo skrajne stanowisko: głupi może stać się 

mądrym,  z brzydkiego potrafi zrobić  się  piękny, a największa  niedorajda  może 

zmieni

ć się w sprawną, świetnie funkcjonującą osobę. Skąd to wiem? Bo widziałam 

wiele takich cudownych przemian na w

łasne oczy. Negatywne cechy charakteru 

i umys

łu czy brzydki wygląd to skutek przykrych prze-żyć, które się w człowieku 

zapisa

ły, a więc mogą się też „odpisać”. Powiem więcej, Ty też to widziałeś, tylko 

mo

że nie przyszło Ci do głowy, żeby popatrzeć od tej strony. Weźmy dwa przykłady, 

kiedy zmiana sytuacji jest tak wyra

źna, że można wyrobić sobie jakieś pojęcie o skali 

mo

żliwych przeobrażeń. Gdy wychowanek domu dziecka trafia do dobrej rodziny 

adopcyjnej i po  paru  miesi

ącach z apatycznego, niezgrabnego, jakby ociężałego 

umys

łowo mruka robi się  żywe, wesołe, zgrabne i przemądrzałe stworzenie. Albo 

kobieta, któr

ą rzucił ukochany mąż: gwałtownie postarzała się i zbrzydła, zgorzkniała, 

przesta

ła radzić sobie nawet z nie-skomplikowanymi zadaniami życiowymi. I nagle - 

jakby nie ta sama, znów 

ładna, pogodna, energiczna, bo przeżywa nową miłość. 

Mówi

ę o tym, ponieważ chcę, żebyś sobie uprzytomnił, że i z Tobą wcale nie jest tak 

beznadziejnie, jak my

ślisz. Żeby Cię jeszcze trochę poprzekonywać, chcę się 

zatrzyma

ć przy pięknie i brzydocie. Bo cóż to jest brzydki człowiek? Mam wrażenie, 

że taki, który ma gorycz, strach, wstyd, ból, złość czy wstręt na stałe wypisane na 

twarzy, jakby zastyg

łe na niej. Więc kiedy zmieni się coś w jego wnętrzu, w sposobie 

prze

żywania uczuć i nastawieniu do świata, to łagodnieją ostre rysy, kąciki ust 

unosz

ą się do góry, zmarszczki i bruzdy wokół ust rozprostowują się. Twarz przestaje 

mie

ć martwy, białoszary odcień, nabiera ciepłego, różowego koloru, oczy zaczynają 

by

ć duże i błyszczące. 

Bardzo cz

ęsto ludzie mają lęk wypisany na twarzy w ten sposób, że ich oczy 

robi

ą wrażenie bardzo małych. Wydaje się, że to konstrukcja powiek, zostają tylko 

wąskie szparki. Ale - widziałam to wielokrotnie i uwielbiam ten widok - w życzliwym 

otoczeniu, w

śród dobrych uczuć, w atmosferze bezpieczeństwa, kiedy można być 

sob

ą bez obawy, że ktoś skrytykuje, ukarze, wykpi, nagle okazuje się, że ten sam 

cz

łowiek ma duże, błyszczące oczy. Zamiast dawnej brzydoty wszyscy dookoła 

zaczynaj

ą dostrzegać, jaki jest piękny. 

Bo pi

ękno to nic innego jak harmonia wewnętrzna i żywy, nieskrępowany 

background image

przyp

ływ uczuć. Przyjrzyj się dzieciom: są takie różne i wszystkie takie ładne, kiedy 

ca

łą gamę różnorodnych przeżyć widać na ich twarzach i jasne jest, że to co 

wewn

ątrz i co na zewnątrz pozostaje ze sobą w zgodzie. Kiedy się odzyskuje ten 

dzieci

ęcy, bezpośredni sposób przeżywania - wszyscy stają się piękni. Brzydkich po 

prostu nie ma. Albo inna cecha, o której my

ślisz, że nie da się jej zmienić: głos. Tyle 

razy s

łyszałam, jak pod wpływem wewnętrznych zmian - większej pewności i wiary 

w siebie, wzrostu poczucia, 

że mogę kochać i być kochany - wysokie, piskliwe głosy 

zmienia

ły się w głębokie, dźwięczne, niskie, pełne wyrazu. I nikt mnie nie przekona 

o tym, 

że to należy do wrodzonego wyposażenia człowieka. 

Podobnie jest z wieloma cechami, o których my

ślisz, że to Twoja natura czy 

charakter. Ja w ogóle uwa

żam, że charakteru nie ma, ponieważ wiele razy w życiu 

widzia

łam, jak w wyniku psychoterapii albo korzystnych zmian sytuacji życiowej 

zaj

ące zamieniają się w lwy, a z jeżozwierzy robią się gołąbki. 

Z natury jeste

ś skryty? Już taki masz charakter, że wolisz nie ryzykować? 

Sk

łonność do podporządkowania się i bierność to cechy Twojej osobowości? 

Z do

świadczenia wiem, że charakter, osobowość, natura człowieka nie są mu dane 

raz na zawsze i traktowanie ró

żnych swoich cech w ten sposób, opisywanie ich za 

pomoc

ą takich pojęć stanowi tylko wyraz naszej niemożności uwierzenia, jak bardzo 

mo

żemy się zmienić. 

Nie b

ądź taki pewny, najpierw spróbuj Prawdę mówiąc zależałoby mi na tym, 

żebyś jak najwięcej swoich prze-świadczeń o sobie samym postawił pod znakiem 

zapytania.  I 

oczywi

ście  że-byś  zaczął  je  testować  czynnie  czyli  przez 

eksperymentowanie. Nie potrafisz czego

ś? A kto powiedział? Spróbuj, a gdy nie 

wyjdzie, spróbuj jeszcze raz. Jestem w tej szcz

ęśliwej sytuacji, że zajmuję się 

pomaganiem ludziom w zmianie. Dlatego mam okazj

ę bardzo często słyszeć: „Nigdy 

nie przypuszcza

łem, że uda mi się...” 

Czasami taka zmiana b

ędzie wymagała inwestycji i czasu. Ale przecież jeżeli 

nie zaczniesz, na pewno Ci nie wyjdzie. Przypominam: ka

żdy człowiek ma wielkie 

niewykorzystane rezerwy - u

żytkujemy tylko kilkanaście procent swojej siły 

mi

ęśniowej i kilka  procent możliwości  swego  mózgu.  A więc  wmawianie sobie 

bezradno

ści, bezsilności i niemożności nie ma żadnego realnego uzasadnienia. 

Jedno z rozwi

ązań polega na tym, żeby prze-stać zastanawiać się nad swoim 

background image

potencja

łem, tylko zrobić z niego użytek, przejść od teoretyzowania na ten temat do 

eksperymentowania. Ale do tego musisz zapewni

ć sobie dobre warunki zewnętrzne 

i wewn

ętrzne. Wsparcie  z zewnątrz  to  ktoś,  z kim możesz podzielić  się  swoimi 

trudno

ściami i niepowodzeniami. Może to być osoba z rodziny, przyjaciel, własne 

dziecko, je

żeli nie jest bardzo małe. Jedna z moich znajomych po-szła teraz do nowej 

pracy w pr

ężnej firmie z wymagającym szefem. I umówiła się ze swoją siostrą, że 

będzie ją „wykorzystywać”: dzwonić nawet codziennie i opowiadać, jak jej idzie. Bała 

si

ę, że bez tego zjedzą ją obawy i niepewność, które przestają być tak dolegliwe, 

je

żeli można dać im upust. 

Za

ś warunki wewnętrzne to przekształcenie własnego nastawienia czyli 

świadoma, celowa zmiana negatywnego myślenia o sobie na pozytywne. Mam tu ma 

my

śli głównie afirmacje. 

Cz

łowiek jest automatem samosterującym Tłumaczę to od dawna ludziom, 

z którymi  pracuj

ę: na co się nastawisz, to najprawdopodobniej uzyskasz. Dla 

wi

ększości z nas stałym, uważanym za naturalny nawykiem jest ciągłe wmawianie 

sobie niekorzystnych tre

ści. Można ten proces odwrócić i kazać mu działać na swoją 

korzy

ść - inaczej mówiąc, równie skuteczne jest wmawianie sobie informacji 

pozytywnych. Mo

żna nazywać to z łacińska autosugestią. 

Jest  to  metoda  znana  od  staro

żytności,  a 

wspó

łcześnie  szeroko 

wykorzystywana (chyba najbardziej popularny przyk

ład to wprowadzanie siebie 

w stan relaksu). Osoby od lat pos

ługujące się nią do wprowadzania głębokich zmian 

życiu opracowały wiele szczegółowych technik jej stosowania. Jedną z nich - pracę 

z afirmacjami - zamierzam przedstawi

ć tutaj na podstawie książki Sondry Ray 

„Zas

ługuję na miłość”. Sondra, która jest taką samą optymistką jak ja, w rozdziale 

zatytu

łowanym „Potęga afirmacji” pisze: 

„Afirmacja to pozytywna my

śl którą się świadomie wybiera, żeby zaszczepić ją 

w swoim umy

śle w celu uzyskania pożądanego wyniku. Innymi słowy, robisz tak 

celowo dostarczasz swojej psychice okre

ślonych treści. Na pewno może ona 

wykreowa

ć wszystko, co zechcesz, jeżeli tylko dasz jej szansę. Przez powtarzanie 

mo

żesz zasilić je pozytywnymi myślami i osiągnąć pożądany przez siebie cel. Są 

żne sposoby posługiwania się afirmacja-mi. 

Chyba najprostsz

ą i najbardziej skuteczną, metodą, z jaką się zetknę-łam, jest 

background image

przepisanie ka

żdej afirmacji 10 czy 20 razy na kartce papieru i zostawienie miejsca 

po prawej stronie na reakcje (...). Kiedy afirmacja jest ju

ż napisana po lewej stronie, 

wtedy na prawej po

łowie kartki notuje się wszystkie myśli, uwagi, przeświadczenia, 

lęki i inne emocje - wszystko, co może przyjść do głowy. Powtarzaj afirmację 

i obserwuj, jak zmienia si

ę reakcja po prawej stronie. Afirmacja o dużej mocy jest 

stanie  wydoby

ć  wszystkie  negatywne  myśli  i 

uczucia  tkwi

ące  głęboko 

w pod

świadomości.  A wtedy  powstaje  szansa  odkrycia,  co  przeszkadzało  Ci 

osi

ągnąć cel. Systematyczne przerabianie afirmacji będzie wywierać wpływ na Twoją 

psychik

ę, wymazując stare schematy myślowe i powodując trwałe pożądane zmiany 

w Twoim 

życiu! 

(...) Za ka

żdym razem za pomocą afirmacji udawało mi się odsłonić jakieś 

negatywne decyzje, które podj

ęłam w bardzo wczesnym okresie swego życia. 

Zmieniaj

ąc te postanowienia nagle poczułam się uwolniona od własnej przeszłości. 

Nabra

łam odwagi, żeby zająć się rzeczami, które w cichości ducha zawsze chciałam 

robi

ć. Stałam się niezależna materialnie. Całkiem przestałam chorować. A moje 

zwi

ązki  z mężczyznami  są teraz trwałe,  wszechstronnie mnie  wzbogacają i nie 

wymagaj

ą  żadnego wysiłku. Jak łatwo sobie wyobrazić, te zmiany tak mnie 

zafascynowa

ły, że wprost nie mogłam się doczekać, kiedy podzielę się nimi 

z przyjació

łmi i wreszcie z klientami. Zaczęłam uważniej słuchać, co ludzie do mnie 

mówi

ą, dostrzegać ich negatywne myśli, przerabiać je na pozytywne i tą metodą 

dobiera

ć dla nich afirmacje. Dotychczas nie zdarzyło mi się stwierdzić, żeby ta 

technika zawiod

ła wobec kogoś, kto ją zastosował”. (Sondra Ray: „Zasługuję na 

mi

łość. Jak dzięki afirmacjom poprawić swoje życie osobiste i seksualne. Agencja 

Wydawnicza Jacek Santorski & Co, Warszawa 1991, s.8-10) 

Jeszcze par

ę uwag technicznych i przykład, żebyś mógł lepiej zobaczyć, jak 

pos

ługiwać się afirmacjami. Otóż trzeba je pisać codziennie, mniej ważne przez kilka 

dni,  a zasadnicze,  fundamentalne  nawet  miesi

ąc  i dłużej.  Jestem  stosunkowo 

świeżym kierowcą i na początku ułożyłam sobie afirmację „Ja, Ania, prowadząc 

samochód czuj

ę się pewnie i bezpiecznie”. Mniej więcej po tygodniu zaczęła działać: 

przesta

łam się ociągać z wy-chodzeniem z domu, kiedy miałam pojechać gdzieś 

samochodem, i ju

ż nie dręczyły mnie wizje strasznych wypadków, którym ulegam. 

Teraz niekiedy ten sam l

ęk odzywa się znowu, ale żeby ustąpił, wystarczy kilkakrotne 

background image

powtórzenie albo napisanie tamtej afirmacji. 

Warto na pocz

ątku przez parę dni - zgodnie z sugestią Sondry Ray - dzielić 

kartk

ę na dwie części i na drugim kawałku po każdej afirmacji zapisywać reakcje. 

Nast

ępnie wybrać z tych reakcji dwie-trzy najważniejsze, przerobić na afirmacje 

i do

łączyć do pierwszej, wyjściowej. Czas na przykład. Ponieważ ostatnio nie 

najlepiej si

ę czuję, zaczęłam dzisiaj od napisania 15 razy następującej afirmacji: Ja, 

Ania, z dnia na dzie

ń czuję się lepiej, odzyskuję formę i energię do pracy. Reakcje: 

Bzdura, przecie

ż to nie zależy ode mnie; Dopiero będę musiała się namęczyć, jeśli 

zaczn

ę pracować na pełny gaz; A czy to w ogóle war-to? Po co?; I tak nie zarobię 

tyle, ile mi si

ę należy; Znowu będę musiała udawać pogodną i wesołą. Jak jestem 

chora, to przynajmniej mog

ę mieć smutną minę; Może to jednak lepiej nie chorować; 

Właściwie lubię, jak mi dobrze idzie; To wcale niezły pomysł. 

W zanotowanych z prawej strony reakcjach jest materia

ł na kilka następnych 

afirmacji, które mog

ę dołączyć do już napisanej. Są to: „Moje zdrowie i dobra forma 

zale

żą ode mnie”, „Ja, Ania, zawsze mogę zrobić sobie przerwę w pracy i odpocząć” 

„To, co robi

ę, jest sensowne i pożyteczne”, „Zasługuję na godziwe wynagrodzenie 

i takie b

ędę dostawać”, „Ja, Ania, mam prawo być smutna i zła również kiedy jestem 

zdrowa”. Wybra

łam do dalszej pracy tę o wypoczywaniu i ostatnią, bo wydają mi się 

najwa

żniejsze. 

Chc

ę tu przytoczyć jeszcze parę przykładów afirmacji z książki Sondry Ray, 

żeby pokazać, że nie muszą one - jak te dotychczas cytowane - służyć doraźnym, 

wąskim celom. Moje ulubione to oczywiście tytułowa „Zasługuję na miłość” 

i dotycz

ące bezpośrednio poczucia własnej wartości: 

Ja..., z dnia na dzie

ń lubię siebie coraz bardziej. 

Ja..., jestem tak udana, 

że mogę podobać się każdemu. 

Ja..., staram si

ę teraz być dobry dla siebie. 

Ja..., nie jestem pechowcem, tylko wyj

ątkowym szczęściarzem. I jeszcze dwie 

- przepraszam za ten nat

łok - dla dwóch specjalnych kategorii czytelników. Pierwsza 

dla tych, którzy s

ą zdania, że mają nad-miarową tuszę i muszą się odchudzać: 

„Wszystko, co zjem, przysparza mi zdrowia i urody”. Druga dla osób samotnych, 

nieszcz

ęśliwych z powodu braku partnera: „Ja..., jestem teraz gotów, żeby w moim 

życiu zjawiła się taka kobieta, jakiej zawsze pragnąłem” albo „...taki mężczyzna, 

background image

o jakim marz

ę”. 

Mog

łabym, prawdę mówiąc, poświęcić sprawie afirmacji całą książkę, więc 

musz

ę się choć trochę ograniczać. Dlatego jeszcze tylko kilka słów o sposobach ich 

uk

ładania i stosowania. Afirmacji nie trzeba daleko szukać: sprawdź, co o sobie 

my

ślisz i zamień myśli negatywne na pozytywne. „Nie potrafię...” na „coraz lepiej mi 

idzie...”, „nie zas

ługuję...” na „jestem wart...”, „nikt mnie nie lubi” na „wszyscy kochają 

mnie i ubiegaj

ą się o mnie”. 

Dalej: z afirmacjami jest jak z aspiryn

ą - nie zażywane nie skutkują. Chcesz 

mie

ć efekty, pisz je. Można też powtarzać w myśli lub jeszcze lepiej głośno, 

zw

łaszcza w chwilach, kiedy masz wolną głowę i zajęte ręce, na przykład przy 

zmywaniu naczy

ń albo goleniu. Jazda autobusem, stanie w kolejce to też dogodne 

momenty. Z tym 

że pisanie daje lepsze skutki, bo angażuje więcej zmysłów. Dobrze 

jest równie

ż nagrać sobie afirmacje na magnetofon - mogą być także w trzeciej 

osobie (na przyk

ład „Kasia jest bardzo zgrabna”), bo w takiej formie docierały do nas 

negatywne komunikaty - i s

łuchać choćby w łóżku przed snem. 

Oprócz afirmacji Uwa

żam, że afirmacje są najskuteczniejszą z „domowych” - 

nie wymagaj

ących pomocy psychoterapeuty - metod przekształcania swojego 

my

ślenia,  a w ślad  za  nim i życia.  Ale chcę  krótko  powiedzieć  też  o innych 

sposobach, bo mo

że akurat któryś z nich Ci się przyda. Pierwszy to chwalić siebie 

samego. Po raz kolejny namawiam do tego, 

żeby brać przykład z dzieci. Często 

pods

łuchuję własne i nieraz zdarza mi się słyszeć podniecony szept: „Udało się! 

Uda

ło!” albo „Ale mi fajnie wyszło!”. Podejrzewam, że jesteś z tych, co za 

niepowodzenia obwiniaj

ą tylko siebie, natomiast swoje sukcesy skłonni są uważać za 

dzie

ło przypadku albo innych ludzi. Dlatego zachęcam Cię, żebyś nie zostawiał 

żadnego, nawet drobnego powodzenia bez pochwalenia się za nie. Możesz nie 

doczeka

ć się uznania od innych - pamiętasz, co mówiłam o niedobrej tradycji, która 

ka

że unikać pochwał, rezerwując je tylko na wielkie okazje. Zresztą o niektórych 

Twoich sukcesach wiesz tylko Ty sam. Z trudem przychodzi Ci za

łatwianie spraw 

w urz

ędach, a dzisiaj zdobyłeś dwa papierki; nie umiesz zmusić się do odpisywania 

na listy, ale wys

łałeś kartkę z pozdrowieniami; zwykle ubieranie dzieci trwa długo 

i denerwujesz si

ę przy tym, teraz poszło Ci spokojnie i sprawnie. Nie są to oczywiście 

wielkie wydarzenia i nawet trudno by

łoby dopominać się, żeby ktoś je zauważył. Ale 

background image

Ty wiesz i mo

żesz nie pozostawiać ich bez skwitowania ja-kimś wyrazem uznania dla 

siebie samego. 

Mo

żesz posunąć się o krok dalej w dbaniu o siebie. Otóż Ty sam możesz 

dawa

ć sobie nagrody i sam pocieszać się w trudnych chwilach. Jeżeli coś Ci się 

uda

ło - przeszedłeś trudny sprawdzian, załatwiłeś sobie pracę, zdobyłeś się na 

powiedzenie wa

żnej osobie, że nie chcesz być przez nią źle traktowany, skończyłeś 

robi

ć półkę zaczętą dwa miesiące temu - koniecznie wymyśl dla siebie jakąś 

nagrod

ę. To nie musi być nic wielkiego: kup sobie ładne skarpetki lub wymarzoną 

ksi

ążkę, zjedz lodowego Snickersa albo piękną brzoskwinię, idź na mało ambitny film 

czy do weso

łego miasteczka. Ważne, żeby to było coś, co lubisz, i żeby było jasne, 

że to w nagrodę. 

Teraz od drugiej strony: spotka

ło Cię coś przykrego. Bolesne borowanie 

dentysty,  niemi

ła  rozmowa  z narzeczonym,  pominęli  Cię  przy  awansach 

i podwy

żce,  znowu  zabrali  się  do  kucia ścian  w Twoim bloku,  jesteś  w dołku 

psychicznym bez wyra

źnego powodu - taktyka ta sama. Zrób coś, co sprawi Ci 

przyjemno

ść, zadbaj o siebie. Sprawdziłam na sobie i innych, to działa! Agatka, moja 

młoda przyjaciółka, kobieta w wieku późno-szkolnym, a więc bez własnych źródeł 

dochodu, kupuje sobie w takich chwilach na po-cieszenie 

ładną chusteczkę do nosa. 

Wszystkie te pochwa

ły i nagrody zmierzają do jednego: żebyś sam sobie 

udowodni

ł, że jesteś ważny. A kiedy już przestaniesz mieć siebie za nic i zaczniesz 

dobrze traktowa

ć, inni na pewno się dołączą. To znana prawidłowość: kiedy chcesz 

zmieni

ć na lepsze nastawienie świata zewnętrznego, zacznij od stosunku do samego 

siebie. 

Inna mo

żliwość zmiany myślenia na własny temat to koncentracja na swoich 

mocnych stronach. Je

śli zatruwa Ci życie fakt, że masz brzydkie nogi to znajdź jedną 

lub dwie cechy, które Ci si

ę u siebie podobają i zacznij trening przeciwstawiania się 

my

ślom o nogach za pomocą zdania: „Ale przecież mam piękne oczy i ładne ręce”. 

Dla my

śli „nie umiem gotować” przeciwwagą może być „jednak dobrze sprzątam”, 

a lekarstwem na „jestem marnym pracownikiem” - „za to dobr

ą matką”. Masz wtedy 

szans

ę poprawić bilans, rozpamiętywanie minusów przynajmniej w pewnym stopniu 

równowa

żąc przypomnieniem o plusach. 

Znam jeszcze jeden, dora

źny sposób usuwania złych myśli ze świadomości. 

background image

Jest on tak prosty, 

że przedstawiam go z pewnym zażenowaniem. Otóż gdy tylko 

pojawi

ą się w głowie, trzeba zacząć śpiewać albo chociażby nucić jakąś melodię. I ta 

technika - jak dwie poprzednie - wykorzystuje tak

ą oto cechę ludzkiego umysłu: 

w naszej 

świadomości może zmieścić się naraz tylko jedna myśl. Kiedy zaczynasz 

my

śleć o czym innym, to siłą rzeczy wyrzucasz z głowy to, co było tam poprzednio. 

Właśnie dlatego można sterować swoim myśleniem, przestawiać je na lepsze tory. 

Przecie

ż można się upomnieć Czy wiesz, że możesz się upomnieć o aprobatę 

i docenienie, kiedy uwa

żasz, że Ci się należy? Rozumiem, boisz się, że ktoś Cię 

zgasi i zamiast ciep

łej, życzliwej reakcji zostaniesz potraktowany zimno i pogardliwie. 

Rzeczywi

ście ryzykujesz, ale są możliwości zmniejszenia ryzyka. Jeden ze 

sposobów to zacz

ąć od rzeczy, których jesteś absolutnie pewien. Asekurujesz się 

w ten sposób, bo zdanie innych mo

że Cię zranić tylko wtedy, gdy sam masz 

wątpliwości. Gdyby Ci ktoś powiedział, że masz zielone włosy, pomyślałbyś, że to 

wariat, chocia

ż pewnie na wszelki wypadek zerknąłbyś w lustro. Inny sposób polega 

na tym, 

żeby nie pytać, tylko zwracać się o potwierdzenie. Nie „Czy mi w tym 

ładnie?”, tylko „Zobacz, jak mi w tym do twarzy!”. Nie „Smakuje wam?”, tylko 

„Ugotowa

łam dzisiaj dla was pyszną zupę”. Nie „Jak mi poszło?” tylko „Uważam, że 

mi posz

ło świetnie”. Albo jeszcze bardziej wprost: „Proszę mnie pochwalić”. Warto 

zainwestowa

ć  pewien  wysiłek  w tym kierunku  zwłaszcza  w kontaktach  z ludźmi, 

z którymi  jeste

ś  na  codzień:  z rodziną,  kolegami  z pracy,  z dziećmi.  Z początku 

będziesz się czuć głupio, ale z czasem najpewniej zdołasz ich nauczyć, żeby Cię 

chwalili. Spróbuj raz-drugi, mo

że wyniki będą zachęcające. Tylko nie zapominaj 

o tym, 

że ich też trzeba chwalić, jeśli mają się przyzwyczaić do takiego stylu 

Waszych wzajemnych stosunków. 

Opowiada

ła mi pewna kobieta, jak latami cierpiała z tego powodu, że jej 

mężczyźni - ojciec, mąż i syn - wiecznie krytykowali pieczołowicie przygotowywane 

dla nich  obiady. Có

ż poradzić, właśnie tutaj miała ulokowane ambicje i ich 

niezadowolenie stawia

ło pod znakiem zapytania jej samopoczucie w roli córki, żony 

i matki.  Mia

ła  mnóstwo  pracy  w domu  i zajęć  zawodowych,  więc  tym bardziej 

oczekiwa

ła, że docenią jej starania. Doradziłam jej taktykę opisaną przed chwilą 

i uda

ło się! Ojciec po raz pierwszy po obiedzie - zamiast z ponurym wyrazem twarzy 

odsun

ąć od siebie talerz - powiedział „dziękuję”, czym wprawił ją w radosne 

background image

os

łupienie. Mąż zaczął zjawiać się w kuchni, gdzie jadali, z pytaniem: „Co mamy 

dzisiaj dobrego na obiad?”. A syn coraz rzadziej mówi „nie lubi

ę” albo „nie będę tego 

jad

ł”. 

Pami

ętam inny, bardzo wymowny przykład mego przyjaciela z dawnej pracy, 

nies

łychanie zdolnego i ogromnie pracowitego, ale wiecznie skwaszonego, ponieważ 

- jak twierdzi

ł - nikt nigdy nie wyrażał się dobrze o tym, co zrobił, i wszyscy traktowali 

go jak klasycznego m

łodszego kolegę. Zbieg okoliczności sprawił, że kilkakrotnie 

podczas  dyskusji  w zespole  musia

ł  użyć  jako  argumentu  informacji  o swoich 

kompetencjach i przypomnie

ć parę najlepszych rzeczy, jakie wykonał. Inni słuchali 

tego z szacunkiem i uwag

ą i chyba czegoś go to nauczyło, bo zamiast złościć się 

w k

ącie zaczął od czasu do czasu spokojnie przypominać, co potrafi. Po paru 

miesi

ącach uprzytomniłam sobie, że po sfrustrowanym młodszym koledze nie zostało 

śladu, a w swoim gronie mamy współpracownika pewnego swoich racji i otoczonego 

uznaniem. 

Nie puszczaj mimo uszu tego, co mówi

ą inni Pamiętasz, co mówiłam o filtrach, 

które lepiej przepuszczaj

ą te informacje z zewnątrz, które są zgodne z Twoim 

wcze

śniejszym nastawieniem? Jeśli uważasz, że jesteś nie w porządku, nie taki jak 

nale

ży, wówczas wyłapujesz z otoczenia głównie sygnały, które to potwierdzają. Ale 

skoro ju

ż o tym wiesz, możesz świadomie nastawić się na odbiór tych słabiej 

słyszalnych czyli lepszych i nawet je wzmacniać. Byłeś na przyjęciu, część obecnych 

potraktowa

ła Cię obojętnie, ale nie-którzy wyraźnie ucieszyli się na Twój widok. 

Przypomnij sobie, kto by

ł zadowolony przy poprzedniej podobnej okazji i kiedy 

jeszcze mia

łeś po-czucie, że jesteś mile widziany. Panie niech sumiennie 

kolekcjonuj

ą przejawy męskiego zainteresowania, do prób nawiązania rozmowy 

poci

ągu  włącznie.  Pechowcy  niech  zrobią  rejestr  sytuacji,  kiedy  fortuna 

uśmiechnęła się do nich. Musisz uświadomić sobie, co naprawdę mówią i dają Ci do 

zrozumienia ludzie na Twój temat. 

Po prostu potrzebujesz - jak ka

żdy - aktualnych informacji o sobie, jeśli masz 

przesta

ć polegać na tym, co tępo i uporczywie odtwarza się na Twojej starej płycie. 

Nie jest 

łatwo zapytać drugiego człowieka: „Jak ci ze mną jest?” albo „Czy mnie 

lubisz? A za co?”. Zdarzaj

ą się jednak takie momenty szczerych nocnych rozmów 

z przyjacielem czy d

ługiej wspólnej podróży, kiedy można o to zagadnąć. A już na 

background image

pewno warto, nawet bez specjalnego pretekstu, dowiadywa

ć się o to od najbliższych 

i kochanych. Tylko nie w momentach napi

ęcia czy złości, bo wtedy górę muszą wziąć 

pretensje. 

Takie „informacje zwrotne” od innych s

ą jedną z najważniejszych technik 

zmiany autoportretu stosowanych w grupowej psychoterapii. Jestem pod 

świeżym 

wra

żeniem z ostatniego weekendu: spotkaliśmy się z grupą trzeźwych alkoholików 

i ich 

żon z pewnego Klubu Abstynenta, którzy od paru lat przyjaźnią się ze sobą i żyją 

- tak to okre

ślali - jak w rodzinie. Zaproponowaliśmy im na zakończenie, żeby każdy 

wys

łuchał od wszystkich członków grupy informacji o dwóch rzeczach, jakie się 

w nim podobaj

ą, i dwóch, które się nie podobają. Trochę się tego bali, ale później 

wszyscy byli uszcz

ęśliwieni. Mówili, że mimo dobrej znajomości i częstych kontaktów 

jeszcze nigdy nie dowiedzieli si

ę tyle o sobie i że nie przypuszczali, jak dobrze inni 

o nich my

ślą. 

W naturalnych, nieterapeutycznych sytuacjach prawie nigdy nie ma do te-go 

okazji. Czasami na obozach harcerskich czy Oazach robi si

ę podsumowanie dnia 

z podzi

ękowaniem dla tych, którzy coś dobrego dzisiaj dla mnie zrobili. Niektóre 

ma

łżeństwa zachowały z czasów pierwszego zakochania zwyczaj mówienia sobie 

o mi

łości i ważności dla siebie nawzajem. Niekiedy przeglądu wspólnej przeszłości 

dokonuj

ą osoby sposobiące się do śmierci. Są to wszystko rzadkie, wyjątkowe 

sytuacje. Normalnie jeste

ś skazany na domysły albo przypadkowe strzępki 

informacji.  Mog

ę Cię tylko zachęcać: nie zamykaj oczu i uszu. Nawet z tych 

strz

ępków da się złożyć obraz bardziej prawdziwy niż Twoje utrwalone dawno te-mu 

prze

świadczenie. Ważne jest nie tylko to, co możesz usłyszeć, ale przede wszystkim 

inne sygna

ły - oczy rozjaśnione na Twój widok, oznaki troski i pamięci, żywe 

zainteresowanie s

łuchacza, kiedy mówisz o sobie. 

„Wymazywanie”  starych  nagra

ń  Sposoby, o których dotąd  była  mowa, 

polega

ły na wprowadzaniu nowych treści w miejsce starych niekorzystnych. Teraz 

chc

ę opowiedzieć o tym, jak można usuwać obciążenia z przeszłości. Tam świeży 

zapis nak

ładał się na dawny, tu idzie o jego wymazanie. Ażeby mogło do tego dojść, 

musimy mie

ć możliwość odreagowania przykrych przeżyć związanych z określonym 

zdarzeniem czy seri

ą zdarzeń z przeszłości. 

Owo odreagowanie polega na ujawnieniu uczu

ć, którym dotąd nie pozwalałeś 

background image

doj

ść do głosu. Załóżmy, że kiedy byłeś mały, musiałeś na jakiś czas rozstać się 

z matk

ą, ponieważ poszła do szpitala. Nie mogłeś wtedy smucić się, płakać 

i protestowa

ć, bo dorośli wokół Ciebie - ojciec, babcia, inni krewni - sami byli 

zdenerwowani i smutni i starali si

ę jak najszybciej Cię uspokoić. Stłumiłeś więc swoje 

bolesne  uczucia,  które  latami  tkwi

ły  ukryte  w zakamarkach  Twojej psychiki, 

pozostawiaj

ąc Cię w poczuciu, że widocznie nie jesteś aż tak ważny, skoro można 

Ci

ę niespodziewanie opuścić. 

Gdyby

ś chciał dzisiaj stworzyć sobie okazję do odreagowania skutków 

tamtych zdarze

ń - a w konsekwencji zmienić to poczucie, które zatruwa Ci życie - 

musia

łbyś nie tylko opowiadać o tym, pewnie wiele razy, ale też wypłakać cały ból, 

jaki  wtedy  prze

żywałeś.  Czasami  robimy  to  w samotności,  łkając  w poduszkę, 

czasami ogl

ądając film, w którym los bohaterów jakoś przypomina nasz własny. Ale 

najbardziej pomocna w odreagowaniu jest 

życzliwa obecność innego człowieka, który 

jest uwa

żny i skoncentrowany na Tobie, rozumie Cię i nie stara się uspokoić. Trudno 

o kogo

ś takiego, zresztą samemu też niełatwo się zdecydować, bo od maleńkości 

konsekwentnie uczono nas powstrzymywania si

ę od płaczu. Kiedy się uderzyłeś albo 

spotka

ła Cię inna przykrość, dorośli na wyprzódki zaczynali Cię uspokajać. 

„W jednych rodzinach ów tekst móg

ł brzmieć tak: ‘No już, no już, nie płacz 

(buju, buju). No ju

ż, no już, nie płacz, nie płacz’. W innych słyszeliście coś w rodzaju: 

‘W porz

ądku, synu, weź się w garść! Nie ma co płakać nic ci z tego nie przyjdzie. Co 

si

ę stało, to się nie odstanie. Już, w porządku!’ itd. 

Inne wersje,  jakie znacie z w

łasnego doświadczenia albo z opowiadań, to 

mi

ędzy innymi: ‘Cicho bądź! Przestań płakać albo tak dostaniesz, że na-prawdę 

będziesz miał powód do płaczu’; ‘Proszę cię, przestań płakać, bo robisz mamie 

przykro

ść’; ‘Patrz, jaki ładny obrazek! Śliczny, prawda? Lepiej sobie obejrzeć  ładny 

obrazek ni

ż płakać, prawda?’ W miłych lub szorstkich słowach i tonie zmuszano 

ka

żdego z nas, kiedy coś nas zraniło, do hamowania uzdrawiających procesów. 

Zwykle pojedyncza wymówka nie wystarcza

ła do powstrzymania następnych prób 

pozbycia si

ę cierpienia; ale za każdym razem nieodwołalnie zdarzało się to samo: 

kiedy zwracali

śmy się do jakiejś osoby, zaczynaliśmy odreagowywać i uwalniać się 

od doznanego bólu, kto

ś mówił - najczęściej ten dorosły, u którego szukaliśmy 

wsparcia - 

że powinniśmy stłumić swoje uczucia i nie obnosić się z nimi”. (Harvey 

background image

Jackins: W pe

łni ludzkich możliwości. Teoria Wzajemnego Pomagania. Rational 

Island Publishers, Seattle /w druku/, s. 78-79). 

Rzadko mo

żna usłyszeć: „Wypłacz się, będzie ci lżej”. Raczej wszyscy wokół 

nawet w przypadku wielkiego nieszcz

ęścia namawiają, żeby wziąć się w garść, zająć 

czym innym, obnosi

ć pogodną twarz. Nawet mówienie o bólu czy cierpieniu jest na 

ogó

ł  źle widziane. Dobry słuchacz - taki, który nie wyśmieje i nie zbagatelizuje, nie 

będzie wtrącać się ze swoimi kłopotami, podsuwać rozwiązań, oceniać ani zmieniać 

tematu - zdarza si

ę niezwykle rzadko. A właśnie tego potrzebujemy: nie tylko 

wyp

łakać ale i wypowiedzieć swój smutek, gorycz, lęk. Bowiem mówienie, jeśli 

towarzysz

ą mu emocje, jest również formą odreagowania. 

Podobnie 

śmiech. Oglądając komedie Chaplina nie zdajemy sobie sprawy, że 

za

śmiewając się do rozpuku odreagowujemy wstyd, lęk przed ośmieszeniem, 

rozmaite obawy i napi

ęcia. Mówimy nawet „nerwowy chichot” o takim śmiechu, który 

służy wyrzucaniu z siebie napięcia. A pamiętasz, jak bez końca zarykiwaliście się 

z byle czego wieczorami na kolonii albo innym zbiorowym wyje

ździe? Wiadomo, że 

po takim „seansie 

śmiechu” człowiek czuje się znacznie lepiej. 

Zdarzy

ło Ci się też na pewno nieraz zetknąć z odreagowaniem złości. 

Klasyczny przyk

ład to facet obsztorcowany przez szefa, który po powrocie z pracy 

pod dowolnym pretekstem zaczyna w

ściekać się na domowników. Sam zresztą 

wiesz, co si

ę dzieje, kiedy powiedzmy w urzędzie zostałeś potraktowany jak śmieć: 

wewn

ętrzne ciśnienie, żeby wyrzucić z siebie złość jest tak duże, że niecierpliwie 

szukasz s

łuchacza, przed którym mógłbyś ciskać się, wymachiwać rękami, 

pokrzykiwa

ć. 

Wreszcie dr

żenie, które jest odreagowaniem lęku. Kiedy się dzieje coś 

strasznego - albo chwil

ę później, gdy zagrożenie mija i już można skupić się na sobie 

- czasem dr

żą nam kolana lub trzęsie się broda, jakbyśmy szczękali zębami. Mamy 

tak mocno wbudowany zakaz pozwalania sobie na co

ś takiego, że zdarza się nam 

nie przestrzega

ć go tylko w sytuacjach rzeczywiście skrajnych: podczas pożaru, 

napadu, wypadku. Dlatego ten rodzaj odreagowania mo

żna zobaczyć częściej 

w grupie terapeutycznej, gdzie ka

żdy rodzaj przeżywania jest dopuszczalny, niż 

życiu. Skoro wiadomo już, na czym polega odreagowanie, chcę jeszcze poradzić 

Ci, jak z niego korzysta

ć. Otóż przede wszystkim - nie powstrzymywać, jeśli tylko 

background image

warunki na nie pozwalaj

ą. Osobiście bardzo bronię swojego prawa do płaczu i tego 

samego domagam si

ę dla moich dzieci. Jeżeli trafię w kinie na „wyciskacz łez”, 

staram si

ę pójść drugi raz w celach leczniczych. Moi domownicy, przyjaciele, 

wspó

łpracownicy przyzwyczaili się do tego, że często płaczę. Kiedy ktoś usiłuje 

uspokoi

ć  którąś  z 

moich  p

łaczących  córek,  cierpliwie  tłumaczę,  żeby  nie 

przeszkadza

ć, bo jest im to potrzebne. Nie jest stosownym momentem narada 

u kierownika ani imieniny cioci, ale sam ze sob

ą czy z bliskim człowiekiem możesz 

pozwoli

ć sobie na łzy, bo one uzdrawiają. 

Ten lecz

ący mechanizm odreagowania, powodujący wymazywanie starych 

zapisów w Twojej psychice, jest naturalny i odruchowy. Kolejny raz odwo

łam się do 

tego, jak zachowuj

ą się małe dzieci, zanim zostaną nauczone po-wstrzymywania 

naturalnych reakcji. P

łaczą całym ciałem, wrzeszczą wymachując rękami i nogami, 

za

śmiewają się do rozpuku, lata im broda, a kiedy już potrafią mówić i spotka je coś 

przykrego, s

ą gotowe gadać, gadać i gadać. Zanim nie nauczą się, że to brzydko, nie 

wypada i w ogóle bez sensu. 

Na szcz

ęście zdolność do odreagowania można odzyskać. Wystarczy dać mu 

szans

ę, czyli zapewnić sobie dobrego słuchacza i bezpieczne warunki (żeby nikt nie 

podgl

ądał, nie przerywał itp.), a odreagowanie przyjdzie samo, jeżeli zdecydujesz się 

poruszy

ć jakiś bolesny temat z przeszłości. Może być konkretny, jeśli na przykład 

by

łeś  bity lub  upokarzany jako  dziecko i zechcesz  o tym komuś  szczegółowo 

opowiedzie

ć. Może też być ogólny: opowieść o Twoim życiu, dzieciństwie, rodzinie, 

o przykrych zdarzeniach, dotkliwych stratach czy pora

żkach. 

Twoja m

ądra psychika sama wybierze z tego ogólnego tematu takie wątki, 

które potrzebujesz odreagowa

ć. Gdybyś spróbował, przekonałbyś się, że opowieść 

na ten sam temat za ka

żdym razem będzie inna. Dlatego jeśli widzisz, że ktoś bliski 

mówi o czym

ś z przejęciem i zbacza z zapowiedzianego tematu, nie trzeba zwracać 

mu uwagi - najpewniej zdrowy instynkt prowadzi go we w

łaściwą stronę. Od siebie 

te

ż nie musisz w podobnych sytuacjach wymagać  żelaznej logiki, bo kieruje Tobą 

logika emocjonalna. Prawie zawsze w grupach, które prowadz

ę, próbuję uczyć ludzi 

odreagowywania  obci

ążeń z przeszłości. Najpierw ustalamy temat, na przykład 

„Kiedy by

łem dzieckiem...”. Potem proszę ich, żeby usiedli w parach i uzgodnili, kto 

z nich b

ędzie mówił pierwszy, a kto drugi. Żeby następnie po-dzielili dostępny czas 

background image

na pó

ł - 10-15 minut to już jest wartościowy kawałek czasu - i żeby najpierw jedna 

osoba opowiada

ła, a druga patrzyła na nią i słuchała nie przerywając, nie komentując 

i nie radz

ąc (dobrze jest też wziąć mówiącego za rękę). Zaś po upływie pierwszej 

cz

ęści umówionego czasu mają zamienić się rolami. 

Zawsze znajd

ą się jakieś osoby, które protestują, że kwadrans to dla nich za 

du

żo, a potem dziwią się, że to już koniec. Widzę, jak bardzo brakuje im tego, żeby 

wyrzuci

ć z siebie swoją trudną przeszłość jak czasem żywo gestykulują, śmieją się 

albo ocieraj

ą  łzy. I zawsze mówią, że im to przynosi ulgę. Niejednokrotnie długo 

w noc rozmawiaj

ą ze sobą da-lej, już poza grupą. 

Cz

ęsto zdarzało mi się również zalecać coś podobnego parom małżeńskim: 

dwa razy w tygodniu po po

łożeniu dzieci spać mieli - każde przez pół godziny - 

opowiada

ć drugiemu historię swego życia rozpoczynając od najwcześniejszych 

wspomnie

ń. Liczyłam nie tylko na to, że w świetle przeszłości różne pozornie 

nieuzasadnione  zachowania  i reakcje  partnera  stan

ą się zrozumiałe. Uważam 

równie

ż, że jest to okazja do odreagowania uczuć, które - zalegając w psychice od 

dawna - utrudniaj

ą im wzajemne kontakty. 

Pami

ętam pacjentkę, której mąż bardzo się złościł, że po zmroku zawsze 

pro

śbą i groźbą zatrzymuje go w domu - widział za tym brak zaufania i podejrzenie 

o niewierno

ść. Zrozumiał, że ona się zwyczajnie boi, dopiero kiedy odnaleźliśmy w jej 

życiorysie straszną wojenną noc, gdy jako kilkuletnia dziewczynka z młodszym 

bratem i babci

ą, w domu oddalonym od wsi, przez parę godzin w poczuciu pełnej 

bezsilno

ści słuchała dobijania się do drzwi jakiegoś mężczyzny. 

Umówi

łam się z nimi, że on będzie wykorzystywał swoje pół godziny na 

mówienie o tym, o czym zechce, za

ś ona - zaapelowałam do niego o cierpliwość - 

będzie za każdym razem opowiadać tamto zdarzenie tak szczegółowo, jak tylko 

zdo

ła sobie przypomnieć. Potrzeba było pięciu czy sześciu razy, żeby przestała bać 

si

ę zostawać sama w domu kiedy jest ciemno. Nawiasem mówiąc, przy okazji 

pozby

ła się też bezsenności, która dręczyła ją zawsze, ilekroć mąż wyjeżdżał 

w delegacj

ę, do czego wcześniej się nie przyznawała, bojąc się posądzenia 

o zazdro

ść. Gdybyś chciał skorzystać z tego sposobu, musisz przestrzegać paru 

regu

ł. Przede wszystkim uzgodnij z osobą, którą upatrzyłeś sobie na słuchacza, czy 

akurat ma czas i woln

ą głowę. „Chciałbym Ci opowiedzieć coś o sobie. Masz dla 

background image

mnie pó

ł godziny? Chodzi mi tylko o to, żebyś mnie wy-słuchał” - z grubsza tak 

mog

łoby wyglądać to uzgodnienie. Poza tym trzy-maj się wyznaczonego czasu. Na 

ko

ńcu podziękuj za wysłuchanie i zaproponuj, że teraz lub w innej umówionej chwili 

Ty jeste

ś gotów zrewanżować się tym samym. 

Wiesz, zawsze marzy

łam o tym, żeby wydostać się spod władzy duchów 

przesz

łości i wziąć swoje życie  we  własne ręce. Okazało się, że wiedza 

o odreagowaniu i sposobach przestawiania si

ę na pozytywne myślenie, zwłaszcza 

o afirmacjach, umo

żliwia mi to w coraz większym stopniu. Może Ty też spróbujesz? 

Kolejnym krokiem - po zadbaniu o swoje wewn

ętrzne nastawienia - może być zajęcie 

si

ę tym, co jest na zewnątrz, mianowicie środowiskiem, w jakim przebywasz. 

Truj

ące otoczenie Zacznę od historii mojej przyjaciółki Misi, która przez 

ostatnie par

ę lat chodzi do pracy jak na ścięcie. Zawsze się denerwuje, rozmyśla, co 

ją tam złego spotka, rozpamiętuje nieprzychylne uwagi koleżanek. Często mam 

wra

żenie, że po powrocie do domu nie rozstaje się z tamtymi problemami, które 

nawet we 

śnie jakoś ją gnębią. Zresztą kiepsko sypia i w nocy zastanawia się, jak 

powinna ustawi

ć się wobec szefowej. Cała sprawa nabrała już niemal rozmiarów 

obsesji. Ale na wszelkie moje sugestie, 

że-by rozejrzała się za inną pracą, Misia 

reaguje 

źle. Jest podobnie bezradna wobec teściów: utrzymuje z nimi regularne 

kontakty, mimo 

że nie są dla niej w żadnym stopniu budujące. Zawsze jest na-rażona 

na uszczypliwe uwagi, próby udowodnienia, 

że wszystkie jej pomysły na życie są bez 

sensu, 

że źle wychowuje dziecko, a jeszcze na dodatek nie umie się ubrać. Co tu 

mówi

ć o wizytach - obowiązkowo co tydzień nie-dzielny obiad - kiedy każdy telefon 

te

ściowej wytrąca ją z równowagi na parę godzin. Przy czym takie telefony bywają 

prawie codziennie, a czasem kilka razy w ci

ągu dnia. 

Jedyna rada, jak

ą mam dla Misi i osób jej podobnych, to odciąć się od 

truj

ących wpływów. Najpierw trzeba rozejrzeć się dookoła i sprawdzić: czy ludzie, 

z którymi si

ę widuję, pomagają mi myśleć o sobie dobrze, czy wręcz przeciwnie. 

Czasami trudno bywa nawet zacz

ąć zastanawiać się nad tym, bo nasze prawdziwe 

odczucia przes

łania jakiś ogólnie słuszny pogląd, na przykład: jak może mi być  źle 

u rodziców, przecie

ż dziecku u mamy zawsze musi być dobrze; albo: Nowakowie to 

tacy kulturalni ludzie, powinni

śmy się z nimi widywać. Nieraz ciężko się przebić przez 

tego typu przekonania. 

background image

Żeby odróżnić „trujące” otoczenie od „pożywnego”, musisz zadać sobie dwa 

pytania. Pierwsze: co w danym miejscu s

łyszę na swój temat, jakie komunikaty do 

mnie docieraj

ą? Jeżeli głównie typu „źle postępujesz”, „głupio myślisz”, „brzydko 

wygl

ądasz” oraz pretensje i pouczenia; jeśli  spotyka Cię tam głównie brak 

zrozumienia i nigdy nikt nie staje po Twojej stronie - zastanów si

ę, czy czasem nie 

warto zrezygnowa

ć z tych kontaktów albo przynajmniej poważnie je ograniczyć. 

Druga wa

żna kwestia: jak reagujesz na towarzystwo tych ludzi lub tej osoby. Czy na 

przyk

ład masz poczucie, że jesteś ciężki czy lekki? Czy często boli Cię wtedy głowa 

albo brzuch? Czy kto

ś Cię tam uważnie słucha? Czy są jakieś wyraźne oznaki 

zadowolenia,  kiedy  si

ę  pojawiasz?  U 

siebie  zaobserwowa

łam  pewną 

charakterystyczn

ą reakcję: w miejscach, które mi nie służą, mam zwolnione ruchy, 

tak jakby by

ło mi trudno podnieść rękę czy nogę. Kiedy się na tym łapię, zaczynam 

uwa

żnie przyglądać się całej tej sytuacji i zastanawiać, czy mam tam jeszcze zostać, 

czy raczej wyj

ść. 

Szczególnie trudno odci

ąć się od trujących wpływów szerszego kręgu 

rodzinnego: rodziców, te

ściów, dalszych krewnych. Często widzę, jak zupełnie 

doro

śli, samodzielni ludzie, którzy mają już własne potomstwo, zachowują się tak, 

jakby dali  im uprawnienia  do  wtr

ącania się i swobodnego wyrażania  swoich 

niepochlebnych opinii. Jakby istnia

ła cicha umowa, że rodzinie nie można w tym 

miejscu powiedzie

ć „stop, nie życzę sobie te-go”. I zdecydować, że do podtrzymania 

wi

ęzi rodzinnych wystarczy Boże Narodzenie i Wielkanoc plus może jeszcze imieniny 

dziadka. Przeczyta

łam kiedyś stosy pamiętników, przysłane na konkurs „Moje 

ma

łżeństwo i rodzina” i utkwił mi w pamięci jeden z nich. Młoda mężatka pisała, jak 

par

ę razy w tygodniu przychodzi do niej teściowa, zagląda we wszystkie kąty, nawet 

do garnków i do szaf, nie szcz

ędząc cierpkich uwag. Muszę powiedzieć, że dla mnie 

ta historia zabrzmia

ła naprawdę przerażająco. W podobnych przypadkach zachęcam 

Ci

ę do kierowania się zasadą ujętą w angielskim przysłowiu „Mój dom to moja 

twierdza”. Masz mo

żliwość wyboru, możesz tam wpuszczać tylko swoich 

sprzymierze

ńców. A jeśli zdecydujesz się pozwolić wejść komu innemu, to na 

wyra

źnie określonych przez Ciebie zasadach. Proszę bardzo, herbata albo kawa, po-

bawi

ć się z dzieckiem ale naprawdę świat się nie zawali, jeżeli powiesz: 

„Kuchnia i sypialnia nie jest dla go

ści” albo „O szóstej mamy coś ważne-go do 

background image

zrobienia, wi

ęc serdecznie zapraszam do za dziesięć szósta, a potem już musimy 

zaj

ąć się naszymi sprawami”. I o 17.50 przypomnieć, że taka była umowa. 

Boisz si

ę narazić, jeżeli zrobisz coś takiego? Przecież naprawdę nic nie tracisz 

- z pewno

ścią chodzi o kogoś, kto i tak niezbyt Cię szanuje (a może zacznie, kiedy 

oka

że się, że nie może swobodnie chodzić Ci po głowie?). W rzeczywistości grozi Ci 

nie to, 

że stracisz dobrą opinię, tylko złudzenie, że uda Ci się na nią zasłużyć. 

Rozmawiaj

ąc  z ludźmi  przekonałam  się,  że  najtrudniej  ograniczyć  kontakty 

z w

łasnymi rodzicami. I nie tylko z powodu normy społecznej czy też obyczaju. Do 

ponawiania kontaktów, które ju

ż tyle razy okazały się trujące, przyciąga nas jak 

magnes nadzieja, 

że uda się otrzymać od nich coś, czego się nie dostało 

w dzieci

ństwie. Może teraz zauważą, docenią, zaczną kochać? Często nie do końca 

zdajemy sobie spraw

ę, że takie dziecinne nadzieje na otrzymanie miłości i uznania 

przetrwa

ły do dziś. Tylko że skoro przez tyle lat ich spełnienie się nie powiodło, to 

trudno - trzeba rozsta

ć się z iluzjami i zacząć szukać gdzie indziej. 

Jak zapewni

ć sobie wsparcie? 

W tej sprawie masz zapewne bardzo s

łabą wyobraźnię, ponieważ - jak 

przypuszczam - rzadko kiedy kto

ś Cię rozumnie wspierał. Teoretycznie wiemy, że od 

tego mamy przyjació

ł, ukochanych czy rodziców, żeby byli gotowi pomóc, 

podbudowa

ć,  dodać  otuchy.  W praktyce  bywa  z tym  bardzo  różnie.  Zawsze 

zazdro

ściłam ludziom, których najbliżsi poczuwali się do towarzyszenia im 

w trudnych  sytuacjach:  chodzili  z nimi  do dentysty,  tkwili  na  korytarzu podczas 

egzaminów - im trudniejszy moment, tym wi

ększą otaczali troską i życzliwością. 

Niestety, w moim otoczeniu cz

ęściej spotykam wyznawców zasady „każdy 

powinien radzi

ć sobie sam”. Jeżeli dorastałeś w takim przekonaniu, to nic dziwnego, 

że kiedy dzisiaj masz kłopoty albo chandrę, wstyd Ci nie tylko poprosić o pomoc 

(cho

ćby „pobądź trochę ze mną, bo jest mi smutno”), ale nawet przyznać się, że coś 

Ci

ę gnębi. To pierwsza bariera utrudniająca otrzymanie wsparcia. Zapominasz o tym, 

że wszyscy - nawet najwspanialsze okazy doskonałego zdrowia psychicznego - mają 

swoje „do

łki”, załamania, momenty bezradności i beznadziejności. Drugą barierą jest 

prze

świadczenie, że nie jesteś tego wart i nic Ci się nie należy. To oczywisty 

nonsens: wsparcie nale

ży Ci się po prostu dlatego, że go potrzebujesz - i nie 

wymaga to 

żadnych dodatkowych uzasadnień. 

background image

Wreszcie trzecia bariera - poczucie, 

że wokół Ciebie nie ma nikogo, kto byłby 

gotów zainteresowa

ć się Twoim samopoczuciem, poświęcić Ci trochę czasu, kto Cię 

naprawd

ę lubi czy kocha. Że nie ma żadnego grona ludzi, w którym Ty autentyczny, 

ze swoimi k

łopotami i problemami mógłbyś znaleźć dla siebie miejsce. Słyszałam to 

dziesi

ątki  razy  i tyleż  razy  zachęcałam  do  rozpoczęcia  poszukiwań  i prób. 

I przekona

łam się, że kiedy człowiek jest gotów przyznać się przed sobą, że 

potrzebuje innych ludzi, i zacz-nie si

ę rozglądać - inni wyczuwają to i zbliżają się do 

niego. Wi

ęc jeśli potrzebujesz dobrych, dowartościowujących kontaktów, a masz ich 

ma

ło albo nie masz wcale, to najpierw zrób przegląd swoich starych oraz obecnych 

znajomo

ści i przyjaźni, żeby sprawdzić, czy nie warto nie-których z nich odnowić albo 

wzmocni

ć. Miła koleżanka szkolna ma dwójkę małych dzieci i nie chcesz sprawiać jej 

dodatkowych k

łopotów? Ależ nie-wykluczone, że ona marzy, żeby ktoś wpadł do niej 

pogada

ć. U kuzyna, którego lubisz, nie byłeś już trzy lata i czujesz się nie 

w porz

ądku? Całkiem możliwe, że jemu też jest przykro, że się nie widujecie. Chętnie 

zaprosi

łbyś na imieniny parę osób z pracy, ale nie ma takiego zwyczaju. To dlaczego 

Ty nie mia

łbyś go wprowadzić? 

Rozejrzyj si

ę, popróbuj, włóż w to trochę wysiłku. Nastaw się, że nie wszystkie 

próby pójd

ą Ci równie dobrze, pewnie się zdarzy parę niewypałów. Cała sztuka 

polega na stworzeniu sobie mo

żliwości wyboru, bo przecież widać, kogo Twoja 

obecno

ść cieszy, a komu ciąży. Tylko pamiętaj, że inni też mogą mieć kompleksy, 

wi

ęc musisz zdobyć się na trochę inicjatywy: zapytać, czy możesz wpaść, 

zaproponowa

ć kawę u siebie, zaprosić na spacer. 

Jest tutaj jeszcze jedna wa

żna rzecz: nie tylko nie rób drugiemu, co Tobie 

niemi

ło, ale i odwrotnie - rób to, co byłoby miłe dla Ciebie. Chcesz, żeby ktoś był 

z Tob

ą szczery i otwarty, więc pierwszy zdobądź się na szczerość. Chcesz, żeby Cię 

wys

łuchał, więc zacznij od uważnego słuchania. Chcesz usłyszeć coś  życzliwego 

o sobie,  wi

ęc sam raz  i drugi  powiedz  coś  miłego.  Może  efekty nie  będą 

natychmiastowe, ale wkrótce przekonasz si

ę, że to skutkuje. 

Zadbaj  o swoich  bliskich,  a oni  zadbaj

ą  o ciebie  Czasami  trudno  w to 

uwierzy

ć, zwłaszcza jeżeli tkwisz w małżeństwie, gdzie uczucie wygląda na mocno 

ju

ż wystygłe albo też toczy się nieustająca wojna; jeśli z rodziną czujesz się obco; 

je

żeli Twoje dzieci  są z Tobą w ostrym konflikcie. Wiem to na pewno: poza 

background image

nielicznymi wyj

ątkami dowartościowanie bliskich osób zmienia sytuację na lepsze. 

Chc

ę Ci za-proponować parę - zresztą dość oczywistych - sposobów jak to robić. 

Z jednym zastrze

żeniem: żadnego fałszu, bo wtedy najbardziej finezyjne metody nie 

skutkuj

ą. 

Nawet w bardzo wrogich uk

ładach są lepsze momenty, kiedy ciepło myślisz 

o drugiej osobie, czujesz, jak wa

żna jest dla Ciebie, coś Ci się szczególnie spodobało 

albo Ci

ę ujęło. Nie chodzi o manipulację, tylko o ujawnianie pozytywnych rzeczy, 

które przychodz

ą Ci do głowy, a które dotąd miałeś w zwyczaju zachowywać dla 

siebie. 

Musz

ę się tu pochwalić najmniej pracochłonnym sukcesem, jaki odniosłam 

w poradni rodzinnej. Przysz

ła do mnie pani po pięćdziesiątce, o dość przeciętnej 

powierzchowno

ści i pokaźnej tuszy. Skarżyła się, że mąż zaczął znikać z domu, 

prawie  z ni

ą nie rozmawia, burczą tylko na siebie i obrzucają się pretensjami. 

Doradzi

łam jej, żeby go czasem pochwaliła, powiedziała coś miłego, zatroszczyła się 

troch

ę o niego (z zastrzeżeniem jak wyżej). Pani zniknęła i pojawiła się znowu po pół 

roku, tym razem w sprawie konfliktów z doros

łą córką zresztą niezbyt głębokich. Przy 

okazji opowiedzia

ła mi o czymś, co zakrawało niemal na cud: zastosowała się do 

moich wskaza

ń i mąż zupełnie się odmienił. Znów przesiaduje w domu, jest grzeczny 

i mi

ły, powtarza, że ją kocha, i... nosi na rękach. Może zechcesz skorzystać 

z podobnych sposobów dowarto

ściowania swoich bliskich. Przede wszystkim mów 

im rzeczy dobre i mi

łe, kiedy tylko przyjdą Ci na myśl. Najpierw będą może nieufni, 

mo

że pomyślą, że coś chcesz za to uzyskać albo zatuszować jakieś swoje 

przewinienie (

żonom w pierwszej kolejności przychodzi do głowy, że skoro mąż jest 

taki podejrzanie mi

ły i prawi komplementy, to pewnie wykonał skok w bok). Ale po 

pewnym czasie zobaczysz, jacy s

ą uszczęśliwieni. 

Drugim wa

żnym sposobem dowartościowania są ciepłe gesty. Każdy człowiek 

potrzebuje - wiesz o tym dobrze, kiedy chodzi o Ciebie, a przecie

ż oni mają podobne 

potrzeby - pog

łaskania, przytulenia czy choćby przyjaznego poklepania albo wzięcia 

za 

łokieć. Boisz się tak bez okazji? Nie wiesz, jak się przełamać? Możesz jemu czy 

jej oprze

ć głowę na ramieniu przy wspólnym oglądaniu telewizji albo usiąść ramię 

w rami

ę jadąc gdzieś autobusem. Pomalutku, bezpiecznie. 

Dobrze jest równie

ż trochę zadbać o najbliższych. Przygotować albo ku-pić 

background image

co

ś, co szczególnie lubią. Moja starsza córka za najwyższy dowód miłości uważa to, 

że czasami przynoszę jej polskie „Bravo” albo inne czasopismo z rockowymi 

zespo

łami. Warto zapewnić czasami odrobinę komfortu: podać gorącą herbatę, kiedy 

wróci zzi

ębnięty, chociaż mógłby obsłużyć się sam; zaproponować półgodzinną 

drzemk

ę, kiedy ona wygląda na zmęczoną; jeśli ma smutną minę, zapytać, czy 

czego

ś nie potrzebuje. Myślę, że bardzo ważne jest także okazywanie autentycznego 

zainteresowania i uwagi. Banalne „jak tam dzisiaj?” czy „jak ci posz

ło?” połączone 

z uwa

żnym spojrzeniem i gotowością wysłuchania odpowiedzi może być bardzo 

przekonywaj

ącym sygnałem. Tak samo powiedzenie, że widzisz, w jakim nastroju 

jest druga strona „Chyba ci

ę zmartwiło to, co powiedziałem”, „Widzę, że jesteś dzisiaj 

bardzo zdenerwowana”, „To mi

ło, że masz taki dobry humor”. 

Zdaj

ę sobie sprawę, jak trudno jest zrealizować każdą z tych sugestii. 

Zw

łaszcza jeżeli nie masz żadnego treningu czy nawyku w tej dziedzinie: 

nie jeste

ś zbyt wylewny ani „dotykalski”, mało się orientujesz w potrzebach 

i upodobaniach swoich bliskich, boisz si

ę, że odrzucą Twoją troskę i zainteresowanie. 

Niemniej moim zdaniem warto zacz

ąć, bo często nawet drobna zmiana wystarczy, 

żeby uruchomić proces „ocieplania” całego układu. Inaczej mówiąc, jest spora 

szansa, 

że jeśli zrobisz pierwszy krok czy raczej parę kroków, żeby dowartościować 

najbli

ższych, to po pewnym czasie oni zaczną odpowiadać tym samym. 

Co to znaczy „kocha

ć siebie”? 

Wszystko, o czym mówi

łam w tym rozdziale zmierzało do jednego celu: że-byś 

si

ę zapoznał z paroma sposobami zmiany własnej samooceny na lepszą. Żeby 

poprawi

ło się Twoje nastawienie do siebie samego czyli żebyś bar-dziej siebie polubił 

czy nawet pokocha

ł. 

Cytowana tu niedawno Sondra Ray pisze, i

ż ludzie często tak źle o sobie 

my

ślą, że nawet nie rozumieją, na czym ma polegać taka miłość do samego siebie. 

I proponuje swoje rozumienie: 

Kocha

ć siebie to chwalić siebie i werbalnie wyrażać dla siebie uznanie. 

Kocha

ć siebie to akceptować wszystkie swoje działania. 

Kocha

ć siebie to mieć zaufanie do swoich możliwości. 

Kocha

ć siebie to sprawiać sobie przyjemność bez poczucia winy. 

Kocha

ć siebie to kochać swoje ciało i zachwycać się swoim pięknem. Kochać 

background image

siebie to dawa

ć sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz. 

Kocha

ć siebie to pozwalać sobie na wygrywanie. Kochać siebie to dopuszczać 

do siebie innych zamiast godzi

ć się na samotność. 

Kocha

ć siebie to kierować się własną intuicją. 

Kocha

ć siebie to odpowiedzialnie tworzyć swoje własne zasady. 

Kocha

ć siebie to dostrzegać własną doskonałość. 

Kocha

ć siebie to sobie przypisywać zasługi za to, co się zrobiło. 

Kocha

ć siebie to otaczać się pięknem. 

Kocha

ć siebie to pozwolić sobie na zamożność zamiast żyć w biedzie. 

Kocha

ć siebie to otoczyć się mnóstwem przyjaciół. 

Kocha

ć siebie to nagradzać się i nigdy się nie karcić. 

Kocha

ć siebie to mieć do siebie zaufanie. 

Kocha

ć siebie to karmić się dobrym pożywieniem i dobrymi myślami. 

Kocha

ć siebie to otaczać się ludźmi, których obecność ci służy. 

Kocha

ć siebie to czerpać radość z aktywności seksualnej. 

Kocha

ć siebie to często dawać sobie robić masaż. 

Kocha

ć siebie to uważać siebie za równego innym. 

Kocha

ć siebie to wybaczać sobie. 

Kocha

ć siebie to pozwalać na czułość. 

Kocha

ć siebie to być dla siebie autorytetem zamiast cedować to na kogo 

innego. 

Kocha

ć siebie to rozwijać swoje twórcze impulsy. 

Kocha

ć siebie to cały czas dobrze się bawić. 

Kocha

ć siebie to przemawiać do siebie naprawdę łagodnie i czule. 

Kocha

ć siebie to stać się własnym, akceptującym rodzicem wewnętrznym. 

Gdyby

ś do tego momentu jeszcze nie wiedział jak zabrać się do kochania siebie 

samego, masz tu prawdziw

ą kopalnię pomysłów. 

Mo

że być inaczej Niewątpliwie byłoby lepiej, gdyby świat był inaczej 

urz

ądzony: gdybyś był otoczony wyłącznie  życzliwymi  ludźmi, pomocnymi 

i wspieraj

ącymi, pełnymi uznania dla Twoich zalet i uroków, ale też wyrozumienia dla 

słabości i felerów. Pomyślałam, że na koniec mogłabym Cię zachęcić do tego, żebyś 

nie czeka

ł, aż tak będzie, tylko zabrał się do zmieniania świata - zaczął traktować 

background image

innych tak, jak sam chcia

łbyś być traktowany. Możesz zacząć od siebie i swoich 

najbli

ższych, swojego miejsca pracy czy nauki. Że nic Ci nie wyjdzie w pojedynkę? 

Dooko

ła masz pełno sojuszników, chociaż zapewne oni sami jeszcze o tym nie 

wiedz

ą. Kto może być Twoim sprzymierzeńcem? Każdy. Przecież wszyscy - 

podobnie jak Ty - marz

ą o tym, żeby przestać się chować i odgradzać od innych, 

żeby spotykać się z akceptacją i miłością. Tylko że ktoś musi zacząć i nie ma 

żadnego powodu, żebyś to nie był Ty. 

Jak ju

ż mówiłam, próbuję coś robić na tym polu od kilkunastu lat i mam 

poczucie, 

że moje starania nie idą na marne. Wiem też, że jestem jedną z wielu 

osób, które dzia

łają w tym samym kierunku: lecząc ludzi, wychowując dzieci, tworząc 

sztuk

ę, wykonując inne zawody - robią to wszystko w taki sposób, że każdy, kto się 

z nimi  styka,  czuje  si

ę potem lepszy i lepiej traktuje  siebie i innych. Krąg  się 

poszerza, bo kto

ś, kto bar-dziej kocha siebie, jest też bardziej zdolny do obdarzania 

mi

łością innych. 

Na koniec chc

ę Ci opowiedzieć bajkę, którą słyszałam po raz pierwszy ponad 

20 lat temu. Nie wiem, kto jest jej autorem i sk

ąd pochodzi, ale mam nadzieję, że - 

jak wszystkie bajki - jest wspólnym dobrem, z którego wolno swobodnie korzysta

ć. 

Waha

łam się trochę, czy umieścić ją tutaj, bo dotychczas opowiadałam ją tylko 

ludziom zaprzyja

źnionym i bliskim, a Ciebie przecież nie znam. Ale przypomniałam 

sobie, 

że to nieładnie być skąpym i postanowiłam podzielić się z Tobą. 

Bajka  o ciep

łym  i puchatym  W pewnym  mieście  wszyscy  byli  zdrowi 

i szcz

ęśliwi.  Każdy z jego  mieszkańców,  kiedy się urodził, dostawał  woreczek 

z Ciep

łym i Puchatym, które miało to do siebie, że im więcej rozdawało się go innym, 

tym wi

ęcej przybywało. Dlatego wszyscy swobodnie obdarowywali się nawzajem 

Ciep

łym i Puchatym wiedząc, że nigdy go nie zabraknie. Matki dawały Ciepłe 

i Puchate dzieciom, kiedy wraca

ły do domu; żony i mężowie wręczali je sobie na 

powitanie,  po  powrocie  z pracy,  przed  snem;  nauczyciele  rozdawali  w szkole, 

sąsiedzi na ulicy i w sklepie, znajomi przy każdym spotkaniu; nawet groźny szef 

w pracy  nierzadko  si

ęgał  do  swojego  woreczka  z Ciepłym i Puchatym.  Jak  już 

mówi

łam, nikt tam nie chorował i nie umierał, a szczęście i radość mieszkały we 

wszystkich rodzinach. 

Pewnego dnia do miasta sprowadzi

ła się zła czarownica, która żyła ze 

background image

sprzedawania ludziom leków i zakl

ęć przeciw różnym chorobom i nieszczęściom. 

Szybko zrozumia

ła, że nic tu nie zarobi, więc postanowiła działać. Poszła do jednej 

młodej kobiety i w najgłębszej tajemnicy powiedziała jej, żeby nie szafowała zbytnio 

swoim Ciep

łym i Puchatym, bo się skończy, i żeby uprzedziła o tym swoich bliskich. 

Kobieta schowa

ła swój woreczek głęboko na dno szafy i do tego samego namówiła 

męża i dzieci. Stopniowo wiadomość rozeszła się po całym mieście, ludzie 

poukrywali Ciep

łe i Puchate, gdzie kto mógł. Wkrótce zaczęły się tam szerzyć 

choroby i nieszcz

ęścia, coraz więcej ludzi zaczęło umierać. 

Czarownica z pocz

ątku cieszyła się bardzo: drzwi jej domu na dalekim 

przedmie

ściu nie zamykały się. Lecz wkrótce wyszło na jaw, że jej specyfiki nie 

pomagaj

ą i ludzie przychodzili, coraz rzadziej. Zaczęła więc sprzedawać Zimne 

i Kolczaste, co troch

ę pomagało, bo przecież był to - wprawdzie nie najlepszy - ale 

zawsze jaki

ś kontakt. Już nie umierali tak szybko, jednak ich życie toczyło się wśród 

chorób i nieszcz

ęść. I byłoby tak może do dziś, gdyby do miasta nie przyjechała 

pewna kobieta, która nie zna

ła argumentów czarownicy. Zgodnie ze swoimi 

zwyczajami  zacz

ęła  całymi  garściami  obdzielać  Ciepłym  i Puchatym  dzieci 

i s

ąsiadów. Z początku ludzie dziwili się i nawet nie bardzo chcieli przyjmować - bali 

si

ę, że będą musieli oddać. Ale kto by tam upilnował dzieci! Brały, cieszyły się 

i kiedy

ś jedno z drugim powyciągały ze schowków swoje woreczki i znów jak dawniej 

zacz

ęły rozdawać. 

Jeszcze nie wiemy, czym si

ę skończy ta bajka. Jak będzie dalej, zależy od 

Ciebie. 

Post scriptum Od Agnieszki i Lucyny, dwóch uroczych dziewczyn i 

świetnych 

terapeutek dowiedzia

łam się, co Albert Einstein uważał za największe odkrycie 

swego 

życia. Mylisz się, jeśli sądzisz pochopnie, że teorię względności. Otóż pewien 

dziennikarz zapyta

ł o to wielkiego uczonego pod koniec jego życia i usłyszał od 

Einsteina: najwa

żniejsze, co odkryłem, to że Wszechświat jest łaskawy Autorka, 

Anna Dodziuk, od blisko 20 lat zajmuje si

ę poradnictwem, treningiem 

psychologicznym, psychoterapi

ą oraz uczeniem pomocy psychologicznej. Pracuje 

w Instytucie  Psychologii  Zdrowia  i Trze

źwości  w Warszawie,  głównie  z grupami 

trze

źwych  alkoholików  i 

cz

łonków  ich  rodzin.  Po-przednio  w 

Poradni 

Przedma

łżeńskiej i Rodzinnej Towarzystwa  Planowania  Rodziny zajmowała  się 

background image

indywidualnym poradnictwem i psychoterapi

ą dla par. 

Uko

ńczyła studia etnograficzne. Ma 45 lat, wychowuje dwie córki. 

 


Document Outline