background image

DEBBIE MACOMBER

Najpierw ślub

Tytuł oryginału: First Comes Marriage

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

-   Ty   jesteś   na   pewno   Zachary   Thomas   -   wykrzyknęła   Janine, 

wpadając bez tchu do biura. - Przepraszam za spóźnienie, ale ugrzęzłam w 
korku na Czwartej Alei. Nie wiedziałam, że przekopują całą ulicę.

Rozpięła płaszcz i przerzuciła go przez poręcz czarnego, skórzanego 

fotela, stojącego na wprost dyrektorskiego biurka.

Siedzący   po   jego   drugiej   stronie   mężczyzna   wyglądał  na 

zmieszanego, jakby nie był pewien, co ma powiedzieć.

-

Jestem   Janine   Hartman   -   wyjaśniła,   wciąż   jeszcze  zadyszana. 

Oddychała powoli usiłując się uspokoić. - Dziadek mówił, że jeśli go 
nie będzie, mam się przedstawić sama.
-No tak - odezwał się Zachary po chwili niezręcznej ciszy - ale nie 
powiedział, że będziesz miała na sobie...

-

Och, sukienka z chusteczek - Janine oparła jedną rękę na kolanie. 

Sukienka zrobiona była z niebieskich i czerwonych chust, sięgała 
ledwie do kolan i opinała mocno biodra. - To prezent. A ponieważ 
później idę odwiedzić dziewczynę, która mi ją uszyła, pomyślałam, 
że powinnam to założyć.
-Rozumiem. A naszyjnik?
Janine dotknęła jednej z lampek choinkowych, dyndającej między 

innymi paciorkami, zawieszonej na sznurowadle.

-   Trochę   dziwaczny,   prawda?   Także   prezent.   Ale   myślę,   że   to 

ciekawy pomysł artystyczny. Pamela jest bardzo zdolna.

-Pamela?
-Nastolatka z Klubu Przyjaciół.
-Rozumiem - powiedział Zach marszcząc czoło.
-Zgłosiłam   się   tam  do   pracy  i   od  pierwszej  chwili   przypadłyśmy 

background image

sobie do gustu. Matka  Pameli mieszka daleko stąd, a ona jest w 
trudnym wieku i potrzebuje przyjaciółki.
- Rozumiem- powtórzył.
Janine poważnie w to wątpiła.
- Naszyjnik na pewno różni się bardzo od tych, jakie widziałem - 

dodał Zach. Nie wiadomo, czy miał to być komplement.

Janine   już   w   pięć   minut   po   poznaniu   Zacha   wiedziała,   dlaczego 

zrobił   tak   wielkie   wrażenie   na   jej   dziadku.   W   świetnie   skrojonym 
garniturze był wprost modelowym dyrektorem. Pełen powagi, zachowujący 
dystans,   zrównoważony.   Nieco   młodszy,   niż   przypuszczała, 
prawdopodobnie tuż po trzydziestce. W miarę przystojny, ale nie w stylu 
amanta filmowego. Ciemne włosy krótko obcięte, jak u wojskowego. Silna 
szczęka,  wydatne   kości   policzkowe   i   pełne   usta.   Tyle   można  było 
powiedzieć o jego wyglądzie, a wygląd na pewno nie był u tego mężczyzny 
najważniejszy. O tym przynajmniej był przekonany jej dziadek.

Kilka   miesięcy   wcześniej   Anton   Hartman   połączył   powszechnie 

szanowaną firmę dostawczą, z nowym i szybko zdobywającym klientów 
przedsiębiorstwem   Zachary'ego   Thomasa.   Wspólnymi   siłami 
błyskawicznie opanowali rynek.

Już od kilku tygodni dziadek chciał, żeby poznała Zachary'ego. Jego 

imię pojawiało się przy każdej okazji, niezależnie od tematu ich rozmów.

- Dziadek ... bardzo cię ceni - powiedziała.
Cień uśmiechu, a właściwie jego zapowiedź, pojawił się w kącikach 

ust Zacha. Pomyślała, że na pewno bardzo rzadko się uśmiecha.

-Twój dziadek to jeden z najmądrzejszych ludzi w tym kraju.
-Jest wspaniały, prawda?
Zachary skinął potakująco, bez wahania.
Rozległo się ciche pukanie do drzwi i w pokoju pojawiła się wysoka 

kobieta w średnim wieku, ubrana w granatowy, obcisły kostium.

- Dzwonił pan Hartman - oznajmiła. - Zapowiedział, że się spóźni, i 

zaproponował, żeby państwo zaczekali na niego w restauracji.

Szczupłą twarz Zacha wykrzywił grymas, Janine spojrzała na niego 

speszona. - Czy powiedział, kiedy przyjdzie?

- Niestety, nie.
Janine zerknęła na zegarek. O trzeciej umówiona była z Pamelą i nie 

chciała się spóźnić. Nie podobało jej się również, że Zach nie usiłuje nawet 
ukryć swego niezadowolenia.

-  Najlepiej   będzie,   jeżeli   przełożymy   lunch   na   inny  dzień   - 

zaproponowała pogodnie.

Zapanowało krępujące milczenie.
-Czy   często   nie   zjawiasz   się   na   umówione   spotkanie?   -   zapytał 
uszczypliwie.

-

Oczywiście, że nie - obruszyła się Janine. Już miała powiedzieć coś 

na swoją obronę, ale powstrzymała się.

-

Sądzę,   że   najlepiej   będzie,   jeśli   pójdziemy   do  restauracji   i 

background image

poczekamy tam na twego dziadka, zgodnie z jego prośbą - dokończył 
sztywno.
Ależ doskonale - odpowiedziała, zmuszając się do uśmiechu. Wstała, 

sięgnęła po płaszcz, przyglądając  się  Zachowi  kątem  oka.  Nie  lubił  jej. 
Uświadomienie sobie tego wywołało u Janine dziwną reakcję. Poczuła się 
zawiedziona i trochę smutna.   Uważał ją za rozpuszczoną i niepoważną, 
prawdopodobnie dlatego,  że nie miała żadnej odpowiedzialnej pracy. Przez 
chwilę  miała ochotę  wytłumaczyć, dlaczego wybrała  taki styl  życia, ale 
widząc spojrzenie, jakim ją obrzucił, stwierdziła, że nie warto strzępić języka 
we własnej obronie.

Nie   miała   nic   przeciw   Zachowi,   początkowo   myślała  nawet,   że 

mogliby zostać przyjaciółmi, ale teraz już się na to nie zanosiło. Naprawdę 
szkoda.

Dziadek,   zanim   wyszedł   rano   z   domu,   cieszył   się   perspektywą 

wspólnego   lunchu   jak   mały   chłopiec.  Przez   dobre   piętnaście   minut 
tłumaczył jej szczegółowo,  gdzie ma pojechać, tak jakby nigdy wcześniej 
nie była w centrum Seattle. Potem jakby mimochodem wspomniał, że rano 
ma spotkanie z ważnym klientem. Jeżeli nie zdąży wrócić na czas, Janine 
ma pójść do biura Zacha, przedstawić się i poczekać tam na niego.

Na   szczęście   restauracja,   którą   wybrał   dziadek,   była   niedaleko. 

Milcząco zgodzili się przejść te kilka przecznic na piechotę, chociaż Janine 
z trudem dostosowywała się do dużo dłuższych kroków Zacha.

Starając   się   nie   zostawać   w   tyle,   przyglądała   się   Zachary'emu 

Thomasowi   i   zastanawiała   się,   co   irytowało   ją   w   tym   mężczyźnie.   Na 
przykład wzrost.  Nie  był  nadmiernie wysoki  - oceniła go  na jakieś  sto 
osiemdziesiąt   centymetrów   -   a   ponieważ   ona   miała   prawie   metr 
siedemdziesiąt pięć - pomiędzy nimi nie było więcej niż parę centymetrów 
różnicy. Dlaczego więc czuła się przy nim taka mała?

Musiał   wyczuć,   że   mu   się   przygląda,   bo   się   obejrzał.  Janine 

odpowiedziała słabym uśmiechem i poczuła na  twarzy rumieniec. To, co 
dostrzegła w jego spojrzeniu,  nie podniosło jej na duchu. Janine nie była 
próżna, ale wiedziała, że może się podobać. Kilku mężczyzn zdążyło już jej 
to powiedzieć, w tym Brian, człowiek, który złamał jej serce. Ale Zachary 
Thomas najwyraźniej w ogóle się nie interesował, jak wygląda.

Skoro nie podobała mu się sukienka, prawdopodobnie tym bardziej 

raziło go uczesanie Janine. Miała włosy krótko obcięte, wystrzyżone z tyłu, 
z paroma długimi pasemkami spadającymi na czoło. Przez całe lata nosiła 
włosy do ramion, z przedziałkiem pośrodku.  Niedawno, bez szczególnego 
powodu, zdecydowała się je ściąć. Miała ochotę na radykalną zmianę. Pam 
zachwyciła się fryzurą i stwierdziła, że Janine wygląda fenomenalnie. Ona 
sama  nie  była o  tym przekonana.  Pocieszało ją  jedynie, że wkrótce  jej 
gęste, ciemne włosy odrosną.

Zach na pewno uznał ją za osobę bez gustu, ślepo podążającą za 

modą. Ona z kolei uważała go za człowieka chłodnego i nie lubiącego 
ludzi.

background image

-

Pan Hartman oczekuje państwa - poinformował ich kierownik sali, 

kiedy wkroczyli do wybitego miękkimi pluszami lokalu. Ruszyli za 
nim,   w   kierunku  owalnego   gabineciku   wybitego   granatowym 
welwetem. Ich stopy zapadały się w grubym dywanie.

-

Witajcie - Anton Hartman uśmiechnął się szeroko na ich widok. Nie 

znać   było   na   nim   lat.   Nadal   emanował   siłą   i   pewnością   siebie, 
chociaż  włosy  miał całkiem białe.  Oczy  o intensywnym odcieniu 
błękitu,   który   z   wiekiem   tylko   nieco   przygasł,   nadal   były   pełne 
ciepła i mądrości.
-Przepraszam, że musieliście sobie dawać radę beze mnie.

-

Wszystko w porządku - odpowiedział natychmiast Zach, nie czekając 

na   reakcję   Janine,   tak   jakby   się   bał,   że   ona   powie   coś 
nieodpowiedniego.
Nie zwracając na to uwagi Janine ściągnęła płaszcz i pocałowała 

dziadka serdecznie w kłujący nieco policzek.

-

Janine... - zaczął i w tym momencie zauważył jej sukienkę - Co ty 

masz na sobie?
- Podoba ci się? - rozłożyła na bok ramiona i okręciła się wokół, 

pokazując   efekt   bananowego   kroju   w   całej   okazałości.   -   Wiem,   że 
wyglądam w niej trochę ekscentrycznie, ale sądziłam, że ci się spodoba.

Dziadek rzucił okiem na Zacha, a potem spojrzał znowu na nią.
-Na innej dziewczynie wyglądałaby po prostu skandalicznie, ale na 
tobie to dzieło sztuki.
-Oj, dziadku - roześmiała się - nigdy nie byłeś dobrym łgarzem. - 
Wsunęła się na siedzenie obok niego, tak żeby musiał znaleźć się w 
środku, między nią a Zachem.
Umierała z głodu. Na śniadanie wypiła tylko kawę i zjadła jedną 

grzankę, teraz miała zamiar to nadrobić.

Kiedy   kelner   przyszedł   odebrać   od   nich   zamówienie,  poprosiła   o 

przystawkę, zupę i sałatę. Dodała też, że  potem jeszcze poprosi o jakiś 
deser. Dziadek nachylił się w stronę Zacha.

-

Janine nigdy nie będzie musiała martwić się o figurę - powiedział, 

jakby sprawa była wielkiej wagi dla nich obojga. - Ma to po babce. 
Anna mogła jeść, ile chciała, i nigdy nie przybyło jej ani grama. 
Janine jest taka sama.

-

Dziadku - szepnęła Janine. - Zacha zupełnie nie obchodzi, ile ja 

ważę.

-

A skąd to możesz wiedzieć - odpowiedział, delikatnie poklepując 

wnuczkę po ramieniu. - Mam nadzieję, że zdążyliście się już poznać.

-

Och, tak - wyrwało się Janine natychmiast.

-

Twoja   wnuczka   jest   dokładnie   taka,   jak   opowiadałeś   -   dodał 

Zachary.   Dla   Antona   zabrzmiało   to   na  pewno   jak   największy 
komplement. Ale ona wiedziała,  że Zach spodziewał się zepsutej i 
rozpieszczonej panienki,  a  ona nie  zawiodła  tych oczekiwań. Nie 
okazywał otwarcie, że jej nie lubi, ale nic nie wskazywało, że zrobiła 

background image

na nim wrażenie.
I   nie   tylko   z   powodu   sukienki   i   naszyjnika   z   choinkowych 

świecidełek.

Janine spojrzała na dziadka, by sprawdzić, jak zareagował na słowa 

Zacha.   Zobaczyła,   że   jego   spojrzenie   łagodnieje   i   że   przytakuje, 
najwyraźniej zadowolony z uwagi swego partnera. Zachary Thomas był 
sprytny, to musiała przyznać.

- Jak wypadło spotkanie z Andersonem? - zapytał Zach.
Anton przez chwilę patrzył na niego bezmyślnie.
-   Och,   Anderson...   Dobrze,   w   porządku.   Zgodnie   z   planami   - 

odchrząknął i starannie rozłożył serwetkę na kolanach. - Oboje wiecie, że 
już   od   pewnego   czasu   planowałem   to   spotkanie.   Janine   jest   radością 
mojego życia. Dzięki niej czuję się młody i szczęśliwy.

Jego spojrzenie było pełne ciepła. Janine musiała spuścić wzrok, by 

ukryć łzy wzruszenia. Dla niej również dziadek był wybawieniem. Wziął ją 
do siebie po śmierci rodziców i roztoczył nad nią czułą i ojcowską opiekę. 
Pojawienie się  w życiu sześćdziesięciolatka  małego   intruza   musiało   być 
dość trudne, ale nigdy się nie uskarżał.

-  Mój   jedyny   syn   umarł   tak   młodo   -   dodał   z   trudem  Anton,   nie 

umiejąc ukryć bólu.

- Przykro mi - powiedział cicho Zachary.
Janine zdumiało prawdziwe współczucie, jakie zabrzmiało w jego 

głosie. Po raz pierwszy poczuła sympatię do Zacha.

- Przez wiele lat rozpaczałem nad utratą mego jedynego dziecka - 

ciągnął Anton już mocniejszym głosem. - Ale przez cały czas pracowałem, 
zbudowałem prawdziwe imperium.

Janine   przyglądała   mu   się   z   uwagą.   Rzadko   bywał  tak   poważny. 

Również nie w jego stylu było wyliczanie własnych osiągnięć.

-   Kiedy   Zach   rozpoczął   swą   działalność   na   tym   terytorium, 

rozpoznałem w nim rzadki dar. Mówi się, że ludzi można podzielić na 
takich, którzy powodują, że coś się dzieje, takich, co przyglądają się, gdy 
coś się dzieje, i takich, którzy nie wiedzą, co się dzieje. Zachary należy do 
tej pierwszej kategorii. Pod wieloma względami jesteśmy bardzo podobni do 
siebie. Dlatego zaproponowałem mu połączenie naszych sił i spółek.

-To był dla mnie zaszczyt, proszę pana.
-Proszę pana - powtórzył Anton i parsknął śmiechem. Podniósł rękę, 
przywołując kelnera. - Nie zwracałeś się do mnie tak od pół roku, nie 
ma więc powodu, by teraz zaczynać znowu.
Kelner wrócił, niosąc butelkę drogiego, francuskiego  szampana. Po 

chwili stały przed nimi napełnione kieliszki.

-Teraz   -   ciągnął   dalej  Anton   -   po   raz   pierwszy   siedzę   razem   z 
dwojgiem ludzi, których - jak już powiedziałem wcześniej - kocham 
najbardziej. Chcę wam powiedzieć, że jestem szczęśliwy. - Podniósł 
swój kieliszek. - Za przyszłość.

-

Za przyszłość - odpowiedziała jak echo Janine. Jej wzrok spotkał się 

background image

na   moment   nad   kryształowym   brzegiem   kieliszka   ze   spojrzeniem 
Zacha   i   zobaczyła   w   nim   błysk   uznania.   Gdyby   miała   się   nim 
pożywić,   umarłaby   z   głodu   -   ulubione   powiedzonko   dziadka 
pasowało jak ulał do sytuacji - ale cieszyło ją, że zauważył i docenił 
jej miłość do dziadka.
- A teraz - powiedział dziadek odstawiając kieliszek -

chciałbym 

ogłosić coś ważnego.

Spojrzał na Janine i na jego twarzy pojawił się wyraz głębokiego 

uczucia.

-  Uważam,   że   prowadzenie   mojego   przedsiębiorstwa  byłoby   zbyt 

dużym   ciężarem   dla   ciebie,     dziecko   -   powiedział   w   zamyśleniu.   -  W 
najśmielszych   marzeniach   nie   przypuszczałem,   że   tak   bardzo   się   ono 
rozrośnie.   Ale   zdałem   sobie   sprawę,   że   już   zbyt  długo   zajmuję   się 
interesami. Nadszedł czas emerytury, mam zamiar teraz trochę pojeździć po 
świecie.

Janine od lat namawiała dziadka, żeby przestał tak ciężko pracować. 

Często mówił o odwiedzeniu swego miejsca urodzenia i w ogóle Europy. 
Potrafił bez końca wspominać kuzynów i przyjaciół, którzy  pozostali w 
małym,   niemieckim   osiedlu,   wchodzącym  teraz   w   skład   Związku 
Radzieckiego.

- Dzięki Zachary'emu stanie się to możliwe - tłumaczył Anton. - Zbyt 

dobrze znam samego siebie.

Ostateczne   odejście   na   emeryturę   byłoby   dla   mnie  niemożliwe. 

Gdybym   przestał   pracować,   to   pozostałoby  mi   tylko   wyspowiadać   się   i 
umrzeć. Taki już jestem.

Janine i Zach siedzieli zgodnie milcząc.
-Nie chcę odrywać się zupełnie od interesów, a jednak mam ochotę 
podróżować. - Przerwał, jakby oczekując, że któreś z nich się wtrąci. 
- Chyba znalazłem rozwiązanie. Od dzisiaj oddaję berło tobie, Zach. 
Ja pozostanę tylko prezesem rady nadzorczej. Wiem, że stało się to 
szybciej, niż przypuszczałeś, ale nie wątpię, że się zgodzisz.
-Ale Anton...
-Dziadku...
Uciszył ich ruchem ręki.
- Długo nad tym myślałem - przyznał się. - Uznałem, że uczciwość 

Zacha   jest   najwyższej   próby,   że   mogę   liczyć   na   jego   lojalność,   a   jego 
inteligencję trudno przecenić. Jest bystry, spostrzegawczy i ma intuicję. Nie 
znam nikogo lepszego, kto by mógł zająć moje miejsce, a chwila jest także 
odpowiednia.

Janine   przyglądała   się   Zachowi,   świadoma   jego   skrępowania. 

Jedyne, co zdołał wykrztusić, to „dziękuję".

- Pewnego dnia część tego imperium będzie należała do ciebie, Janine 

- dodał Anton. - Czy masz jakieś zastrzeżenia co do mojej decyzji?

Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Oczywiście, że zgadzała się z 

jego decyzją. Co innego mogła zrobić? Antony odwrócił się do Zacha.

background image

- A ty się zgadzasz?
Zachary patrzył na niego, jakby nadal nie mógł  uwierzyć w to, co 

właśnie usłyszał. Ale kiedy wreszcie przemówił, jego głos był już zupełnie 
spokojny, ledwie tylko zdradzający emocje, jakie musiał odczuwać.

-Jestem zaszczycony.

-

Przez kilka najbliższych miesięcy będziemy pracowali razem, ale nie 

tak jak dotąd. Nie będę cię już uczył, oddam ci do ręki wszystkie 
nitki.
Na stole przed nimi pojawiło się pierwsze danie i dalej rozmowa 

potoczyła   się   już   gładko.   Było   to   głównie   zasługą   jej   dziadka.  Tryskał 
radością, był uroczy i zabawny. Trudno było nie poddać się jego dobremu 
nastrojowi.

Kiedy skończyli jeść, Zach ze zmartwioną miną zerknął na zegarek.
- Przepraszam, ale muszę już iść, jestem umówiony.
W tej samej chwili Janine uświadomiła sobie, jak jest późno. Dopiła 

jednym haustem kawę.

-

Ja także muszę uciekać - chwyciła torebkę i płaszcz, wyślizgnęła się 

zza stołu, czekając chwilę na dziadka.

-

Jeżeli nie macie nic przeciwko temu, ja jeszcze  zostanę chwilę i 

spokojnie skończę kawę - powiedział Anto, wskazując filiżankę.

-

Oczywiście - Janine pochyliła się i pocałowała go na pożegnanie.

Zachary wyszedł z nią na ulicę. Zanim odszedł, uścisnął mocno jej 

dłoń.

-Miło mi było panią poznać, panno Hartman.
-Jest pan pewien? - nie mogła się powstrzymać od tej złośliwości.
Jestem   -   wytrzymał   jej   spojrzenie.   Odchodząc   czuła   dziwne 

podniecenie. Zach na pewno nie był osobą, którą się lubi od pierwszego 
wejrzenia, ale wiedziała, że dziadek nie mylił się co do niego.

Anton   był   nadal   w   fantastycznym   humorze,   kiedy  zjawił   się 

wieczorem   w   domu.   Janine   siedziała   w   bibliotece,   popijając   ziołową 
herbatę. Zwinęta jak kot w fotelu oglądała lokalne wiadomości.

Siadając obok na szerokiej, skórzanej kanapie, dziadek skrzyżował 

przed sobą nogi i sięgnął po jedno ze swych hawańskich cygar. Janine 
bardzo   kochała   dziadka   i   chciała,   by   rzucił   palenie,   ale   już   dawno 
zaprzestała czynić mu wymówki. Był człowiekiem, który robi dokładnie to, 
na co ma ochotę i zdobywa to, czego pragnie.

- No, dobrze - odezwał się po chwili. - I co myślisz o Zacharym 

Thomasie? - czekając na jej odpowiedź, dmuchał pod sufit kłębami dymu.

Janine   przez   całe   popołudnie   przygotowywała   się   na   to   pytanie. 

Wymyśliła parę skomplikowanych odpowiedzi, sprytnych wywodów, które 
ukryłyby   jej   prawdziwe   uczucia,   ale   zrezygnowała   z   nich.   Dziadek 
oczekiwał od niej uczciwej odpowiedzi i jej obowiązkiem było powiedzieć, 
co naprawdę czuje.

- Nie jestem pewna. To trudny człowiek, prawda?

background image

Anton zgodził się z nią pogodnie.
- Tak. Myślałem, że odbierzesz to jak wyzwanie.
Chłopak jest nieco szorstki po wierzchu, ale w środku - samo złoto.
Janine   nie   przyszło   do   głowy,   żeby   potraktować   Zacha   jako... 

wyzwanie. Uczciwie mówiąc, w ogóle nie pomyślała, że mogłaby się z nim 
w przyszłości w ogóle widywać. Dziadek i Zach współpracowali ze sobą 
blisko, ale ona nie mieszała się do interesów.

- Zdobyłem jego zaufanie, ale zabrało mi to trochę czasu - dodał 

dziadek.

-Cieszę się, że postanowiłeś wycofać się z interesów - powiedziała, 
przysłuchując się prognozie pogody.
-Zachary zmieni się - mówił Anton.
-Dziadku - powiedziała, powstrzymując śmiech. - Dlaczego miałby 
się zmienić? Jest człowiekiem sukcesu. Przyszłość rysuje się przed 
nim lepiej niż dobrze.
Anton   wstał,   zaczął   nalewać   sobie   solidną   porcję   brandy,   powoli 

rozlewając   ją   po   ściankach   kieliszka,   wreszcie   powiedział   z 
zastanowieniem.

-Ty go zmienisz.

-

Ja?   -  Janine   roześmiała   się   niepewnie.   -   Ja   zmienię   Zachary'ego 

Thomasa? To by było dopiero wydarzenie!
-Zanim   się   zaczniesz   ze   mną   sprzeczać,   a   widzę,   że   masz   na   to 
ogromną ochotę, chciałbym ci opowiedzieć pewną historię. Smutną 
historię.
Janine   uzbroiła   się   w   cierpliwość   i   wyłączyła   telewizor.   Była 

przyzwyczajona do wysłuchiwania opowieści dziadka.

-

Słucham.

-Jest to historia chłopca, który urodził się w nieszczęśliwej rodzinie, 
ojca miał alkoholika, a matka nie umiała sobie poradzić z nałogiem 
męża. Życie dało mu kiepski start. Ojciec był w tak złym stanie, że 
władze zabrały chłopca i jego młodszą siostrę z domu. Miał wtedy 
zaledwie   osiem   lat   i   przeszedł   przez   szereg   sierocińców,   ale   nie 
pozwalał na rozdzielenie z siostrą. Obiecał jej, że zawsze będzie się 
nią opiekował.
Ale pewnego razu nie było wyboru i umieszczono ich w różnych 

domach. Chłopak, bojąc się o siostrę, uciekł. Trzy dni później znaleziono 
go niedaleko miejsca, w którym umieszczono Beth Ann.

- Prawdopodobnie czuł się za nią odpowiedzialny.
-Tak. A co gorsza ona utonęła w wieku lat dwunastu.

-

Och, nie - Janine poczuła, jak żal ściska jej  serce.   - Oczywiście 

winił siebie - dodał cicho Anton.
-Biedne dziecko.
-Potem   do   nikogo   już   się   nie   przywiązał   -   mówił   dalej   dziadek, 
wpatrując   się   uporczywie   w   złocisty   płyn.   -   Nigdy   nie   odnalazł 
swojego miejsca, ale trudno go o to winić. - Zaciągnął się cygarem. - 

background image

Jego matka umarła miesiąc po siostrze. To były jedyne dwie osoby, 
jakie   kiedykolwiek   kochał.   Z   ojcem   zerwał   kontakt,   co 
prawdopodobnie wyszło mu na dobre. Stracił więc rodzinę i nie było 
nikogo, kto chciałby się zająć tym trudnym, zranionym chłopcem.

-

Czy   stał   się   przestępcą?   -   wydawało   się   to   Janine   logiczne.   W 

swojej działalności społecznej niejednokrotnie miała do czynienia z 
młodzieżą trudną.
-Nie - dziadek zbył jej pytanie krótko. - Przeszedł przez dzieciństwo 
bez   kotwicy,   nie   mając   możliwości   nacieszyć   się   okresem   tak 
ważnym dla rozwoju człowieka.
-Dziadku...
Uciszył ją uniesieniem dłoni.
- W wieku osiemnastu lat zaciągnął się do wojska.
Był   to   dobry   wybór   i   dość   naturalny   przy   jego   inteligencji   i 

przejawiającej się skłonności do braku poszanowania własnego życia. Nie 
miał nikogo, kto by po nim płakał. Szybko awansował, zgłaszając się do 
niebezpiecznych   zadań.   Podróżował   po   całym   świecie,   z   jednego 
zapalnego miejsca w drugie. Miał  zadania często ściśle tajne. Mógł zajść 
bardzo   wysoko,  ale   z   niewiadomych   powodów   zrezygnował.   Nikt   nie 
rozumiał,   dlaczego.   Podejrzewam,   że   chciał   rozpocząć  życie   od   nowa. 
Wtedy właśnie otworzył firmę dostawczą. W ciągu jednego roku zwrócił 
na siebie moją uwagę. Działał agresywnie i twórczo. W ciągu pięciu lat stał 
się jednym z najpoważniejszych moich konkurentów. Widziałem w nim 
siłę, którą odebrał mi wiek. Spotkaliśmy się. Porozmawialiśmy. I ostatecznie 
połączyliśmy siły.

- Najwyraźniej opowiedziałeś mi historię życia Zachary'ego.
Anton z uśmiechem wypił łyk brandy.
- Zauważyłaś, że niełatwo mu dogadać się z ludźmi.
Pomyślałem,  że  dobrze  będzie,  jeżeli  dowiesz   się  dlaczego.  Zach 

nigdy nie czuł się bezpieczny. To zapewnia tylko dom. Nigdy tak naprawdę 
nie doświadczył miłości, poza uczuciem do swej siostry. Jego  życie było 
długim pasmem bolesnych przeżyć. Dzięki sile woli udało mu się pokonać 
wszystkie   przeciwności,  które   znalazły   się   na   jego   drodze.   Wiem,   że 
Zachary Thomas ma małe szanse, by wygrać w konkursie na mężczyznę 
roku, ale zasłużył na mój szacunek.

Janine   rzadko   słyszała   dziadka   mówiącego   o   kimś   z   równym 

przejęciem.

-Zach ci to wszystko o sobie opowiedział?
-Chyba   żartujesz!   Zach   nigdy   nie   mówił   ze   mną   o   swojej 
przeszłości. Wątpię, czy mówił o niej komukolwiek.
-Sprawdziłeś go?

-

Musiałem. Ale już wcześniej podejrzewałem, że jego droga nie była 

usłana różami.
-To bardzo smutna historia?
-Musisz być dla niego bardzo dobra, moja droga.

background image

-

Ja? - zdziwiła się Janine.

-Tak,   ty.   Nauczysz   go   śmiać   się   i   cieszyć   życiem.   A   co 
najważniejsze, nauczysz go miłości.
-Chyba cię nie rozumiem. Najprawdopodobniej będę się widywać z 
Zachem od czasu do czasu, ponieważ przejmuje twoje stanowisko w 
przedsiębiorstwie, ale naprawdę nie wiem, jak mogłabym wpłynąć 
na jego życie.
Leniwy uśmiech powoli pojawił się na ustach dziadka.
- I tu się mylisz, moja droga. Odegrasz bardzo ważną rolę w życiu 

Zacha, a on w twoim.

Janine słuchała speszona.
- Jeszcze nie rozumiesz? - zapytał cicho. - Widzisz, Janine, wybrałem 

Zachary'ego, żeby został twoim mężem.

ROZDZIAŁ DRUGI 

Przez   chwilę   panowała   cisza,   a   potem   Janine   odezwała   się 

niepewnie:

-Żartujesz, prawda, dziadku?
-Nie - odpowiedział, zapalając drugie cygaro. Kiedy przyglądał się 
rozżarzonemu ognikowi, jego oczy zabłysły złośliwie, ale czaiło się 
w   nich   coś   jeszcze,   co   nie   tak   łatwo   było   zdefiniować.   -   Jestem 
śmiertelnie poważny.

-

Ale...   -   Janine   była   tak   zmieszana,   że   nie   wiedziała,  co   ma   mu 

odpowiedzieć.
-Zastanawiałem się nad tym poważnie już od dłuższego czasu. Zach 
jest   dla   ciebie   po   prostu   wymarzony,   a   ty   będziesz   dopełniać   go 
idealnie. I będziecie mieć cudowne, złotowłose dzieci.

-

Ale...   -   Janine   nie   mogła   nic   wykrztusić.   W   jednej  chwili 

wysłuchiwała   wzruszającej   przypowieści,   a   w   następnej   dziadek 
informował ją o mężu, którego dla niej wybrał i o kolorze włosów jej 
przyszłych dzieci.

-

Kiedy się nad tym zastanowisz - mówił dalej - na pewno się ze mną 

zgodzisz.   Zach   jest   wspaniałym,   młodym   mężczyzną   i   będzie 
znakomitym mężem.
-Ty... z nim rozmawiałeś... zgodził się? - wykrztusiła wreszcie.
Pytasz,   czy   podsunąłem   Zachowi   takie   rozwiązanie?   -   zapytał 

dziadek. - Na niebiosa, oczywiście, że nie. A w każdym razie jeszcze nie. - 
Parsknął, jakby pomysł wydał mu się bardzo zabawny. - Zach nie jest z 
tych,   którzy   z   wdzięcznością   przyjmują   mieszanie   się   w   ich   prywatne 
sprawy.   Z   nim   muszę   postępować   w   rękawiczkach.   Uczciwie   mówiąc, 
rozważałem połączenie sprawy małżeństwa z zaoferowaniem mu pozycji 
przewodniczącego, ale po namyśle zmieniłem zdanie. Zach nigdy by się na 
to nie zgodził. Ale są inne, lepsze sposoby. Ty się o nic nie musisz martwić.

background image

- Ja... rozumiem - Janine rozumiała tylko to, że dziadek najwyraźniej 

nie wiedział, na jakim świecie żyje. Widocznie wciąż wierzył w dawne 
obyczaje, chociaż pozornie był bardzo nowoczesny.

Zaciągnął się mocno cygarem.

-

Widzę, że pomysł zaaranżowanego małżeństwa wydaje ci się nieco 

staroświecki, ale przyzwyczaisz się do tej myśli. Wybrałem dla ciebie 
dobrego męża i na pewno jesteś na tyle inteligentna, by to docenić.

-

Dziadku,   chyba   nie   bardzo   rozumiesz,   co   mi   proponujesz   - 

powiedziała, starając się zebrać rozbiegane myśli. Miała nadzieję, że 
potrafi wytłumaczyć śmieszność całego pomysłu, nie urażając go.
-Ależ wiem doskonale, moje dziecko.

-

W tym kraju i w tych czasach - mówiła dalej powoli - mężczyźni i 

kobiety sami wybierają partnerów.  Najpierw zakochują się, a potem 
pobierają.

-

Niestety,   ten   system   nie   sprawdza   się   -   wymruczał  dziadek 

marszcząc brwi.
-Co to znaczy „nie sprawdza się"? - krzyknęła tracąc cierpliwość. - 
Tak dzieje się już od dawna.

-

Spójrz, ile jest rozwodów. Czytałem ostatnio, że blisko pięćdziesiąt 

procent małżeństw w tym kraju nie wytrzymuje próby czasu. Kiedyś 
nie było rozwodów. Rodzice decydowali, kogo ma poślubić ich syn 
czy   córka,   a   oni   przyjmowali   to   postanowienie  bez   szemrania. 
Najpierw był ślub, a potem przychodziła miłość.
-   Dziadku   -   łagodnie   odezwała   się   Janine.   Jej  dziadek   był 

człowiekiem   logicznym   i   jeżeli   wytłumaczy  mu   wszystko   porządnie,   na 
pewno   zrozumie.   -   Teraz   to   się   odbywa   inaczej.   Najpierw   zjawia   się 
miłość, dopiero później małżeństwo.

-A co wy, młodzi ludzie, wiecie o miłości?
-Kiedy nadchodzi, dostatecznie dużo - skłamała gładko. Jej pierwsze 
spotkanie z wielkim uczuciem skończyło się złamanym sercem, ale 
dziadek nie wiedział nic o Brianie.
-Też coś - prychnął. - A cóż ty możesz wiedzieć o miłości?

-

Wiem - odpowiedziała nerwowo - że twoje małżeństwo z babcią 

przygotowały rodziny, ale to było wieki temu i w innym kraju. W 
Ameryce taki zwyczaj nie istnieje. A ja i ty mieszkamy właśnie tutaj.
Dziadek zapatrzył się w swoją brandy zatopiony w myślach. Janine 

nie wiedziała, czy w ogóle ją słyszał.

-

Nigdy   nie   zapomnę   pierwszego   spotkania   z  Anną   -   powiedział 

łagodnie, jego głos zdawał się dochodzić z bardzo daleka. - Miała 
szesnaście lat i takie długie, jasne włosy. Warkocze sięgały jej do 
pasa.   Mój   ojciec   rozmawiał   z   jej   ojcem,   a   kiedy   oni   omawiali 
interesy,  Anna   i   ja   siedzieliśmy   w   dwóch   przeciwległych   kątach 
pokoju.   Byliśmy   zbyt   nieśmiali,   żeby   choć   na   siebie   spojrzeć. 
Zastanawiałem się, czyjej się podobam. Dla mnie była najpiękniejszą 
dziewczyną na całym świecie. Nawet teraz, po tylu latach pamiętam 

background image

jak serce mi biło, kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłem. Wiedziałem...

-

Ależ   dziadku,   to   było   prawie   sześćdziesiąt   lat  temu!   Teraz   o 

małżeństwach   już   nie   decydują   rodziny.  Może   dawne   zwyczaje 
kiedyś były dobre, ale teraz to się już po prostu przeżyło. - Dziadek 
nadal wpatrywał się w kieliszek, zatopiony we wspomnieniach.
Następnego   dnia   rodzice  Anny   odwiedzili   nasze  gospodarstwo   i 

ojcowie znowu rozmawiali. Udawałem,  że nic mnie to nie obchodzi. Ale 
kiedy zobaczyłem, że wymieniają uścisk dłoni, a potem poklepują się po 
plecach, wiedziałem, że wkrótce Anna będzie moja.

-

Pokochałeś   ją,   zanim   jeszcze   pobraliście   się,   prawda?   -   zapytała 

Janine łagodnie, mając nadzieję, że będzie musiał przyznać jej rację.

-

Nie - odpowiedział bez wahania. - Jak mogłem ją kochać, kiedy 

widziałem   ją   tylko   dwa   razy   przed  ceremonią zaślubin. Prawie w 
ogóle   nie   rozmawialiśmy.  Miłość   nie   była   nam   potrzebna   do 
szczęścia. Miłość przyszła później, kiedy przybyliśmy do Ameryki.

-

Chyba   i   w   tamtych   czasach   aranżowanie   małżeństw   było   już 

anachronizmem - Janine szukała desperacko jakichś argumentów.

-

Rozumiem, że wtedy takie zaplanowane małżeństwa mogły być dla 

wszystkich najlepsze. Ale dzisiaj ten pomysł nie może się sprawdzić. 
Przykro   mi,   że   cię  zawiodłam,   dziadku,   ale   nie   zamierzam 
zaakceptować Zachary'ego Thomasa jako męża i jestem przekonana, 
że on również nie zgodziłby się na małżeństwo ze mną.
Na moment jego twarz stężała w grymasie niezadowolenia, ale po 

chwili   była   znów   całkiem   spokojna.   Janine   rzadko   kwestionowała   jego 
autorytet i prawie nigdy otwarcie mu się nie sprzeciwiała.

-

Przypuszczam,   że   to   musiał   być   dla   ciebie   szok   -   powiedział.   - 

Proszę cię tylko, byś rozważyła mój pomysł, Janine. Przynajmniej 
tyle możesz mi obiecać. Czy odrzucasz małżeństwo z Zachem po 
prostu dlatego, że ten sposób wydaje ci się staroświecki?

-

Och, dziadku... - Janine nie znosiła odmawiać mu czegokolwiek. - 

Tu nie chodzi tylko o mnie. A co z Zachem? Jakie on ma plany? Co, 
jeśli on...
Dziadek przerwał jej wątpliwości gwałtownym wzruszeniem ramion.
-  Powiedz   mi,   kiedy   ostatnio   prosiłem   cię,   żebyś   zrobiła   coś   dla 

mnie? - nie ustępował.

-Dawno - przyznała, krzywiąc się z niesmakiem. Zastosować taką 
metodę!
-Weź więc pod uwagę Zacha jako kandydata na męża! - jego oczy 
błysnęły.   -   Będziecie   mieć   takie   piękne   dzieci.   -   Obiecuję,   że 
pomyślę o tym. - Ale to i tak nic nie zmieni - dodała w myślach.

Dziadek   nie   wspominał   Zacha   Thomasa,   nawet   kiedy   mówił   o 

interesach, aż do następnego popołudnia. Dopiero gdy usiedli do kolacji, 
spojrzał wyczekująco na Janine i zapytał:

-

No i co?

background image

Przez   całe   popołudnie   był   w   pogodnym   nastroju.   Teraz   też   z 

uśmiechem nakładał jej na talerz cienki  płatek mięsa. Była to wołowina 
najpierw marynowana, a potem smażona, ulubione danie Janine.

- No i co? - powtórzył, wciąż się uśmiechając.
- Co zdecydowałaś?
Janine sięgnęła po bułkę, powoli i starannie smarowała ją masłem, 

starając   się   zyskać   na   czasie   i   zastanawiając   się   w   popłochu,   co   ma 
powiedzieć.

- Nic - wykrztusiła wreszcie.
Uśmiech na twarzy dziadka zamienił się w grymas niezadowolenia.
-Obiecałaś mi, że rozważysz projekt małżeństwa z Zachem. Dałem 
ci więcej czasu, niż Annie dał jej ojciec.
-Chcesz wiedzieć teraz?
-Teraz!
Ależ dziadku, zwykłe tak lub nie to nie może być odpowiedź na tak 

skomplikowane   pytanie.   Chcesz,   żebym   w   dwadzieścia   cztery   godziny 
zadecydowała o całym moim przyszłym życiu. - Nadal usiłowała zyskać na 
czasie   i   dziadek   zaczynał   się   już   tego   domyślać.   Prawdę   mówiąc,   nie 
wiedziała, co ma mu odpowiedzieć. Nie mogła poślubić - zakładając nawet, 
że on zgodziłby się na to - ale tak bardzo nie chciała zawieść dziadka.

-

Co  w  tym  takiego  skomplikowanego,  albo  wychodzisz   za  niego, 

albo nie.
-Nie rozumiem, dlaczego postanowiłeś, że mam wyjść właśnie za 
Zacha Thomasa - krzyknęła. - Dlaczego nie za Petera?
Z Peterem umawiała się od pewnego czasu. Ale nie  traktowała go 

poważnie, jej serce było zbyt obolałe po przejściach z Brianem.

- Kochasz się w tym bezbarwnym słabeuszu, który...
Janine   westchnęła   głośno,   żałując,   że   włączyła   osobę  Petera   do 

rozmowy.

- Jest bardzo dobry.
-Jak mus czekoladowy! - mruknął dziadek. - Peter Donahue w ogóle 
nie nadaje się na męża. Co ci przyszło do głowy?
-Wcale   nie   myślałam   o   nim   jako   o   mężu   -   wyjaśniła.   Peter   był 
zabawny, ale dziadek miał rację, na męża nie nadawał się zupełnie.
- Dzięki Bogu, zostało ci trochę rozumu.
Janine   wzięła   głęboki   oddech   i   wreszcie   zadała   pytanie,   które 

dręczyło ją przez całe popołudnie.

-

Czy... czy... ty zorganizowałeś małżeństwo mojego ojca?

Dziadek   spuścił   oczy,   ale   zdążyła   jeszcze   zobaczyć,  jak   nagle 

posmutniały.

-

Nie. Zakochał się w Patrice na studiach. Od razu wiedziałem, że to 

nie będzie dobre małżeństwo, ale Anna powiedziała mi, że jesteśmy 
w  Ameryce   i   tutaj  młodzi   ludzie   sami   decydują,   w   kim   chcą   się 
zakochać.

-

Czy myślisz, że posłuchałby ciebie, gdybyś narzucił mu małżeństwo?

background image

Dziadek zawahał się, złapał ręką za karafkę z wodą.
-Nie wiem, ale chcę wierzyć, że tak.
-A on ożenił się z moją matką.
Oboje   przez   chwilę   milczeli.   Janine   miała   niewiele  wspomnień 

związanych z rodzicami, jakieś skrawki, zazwyczaj nie powiązane ze sobą. 
Dobrze pamiętała za to okropne kłótnie i oskarżenia, jakimi się obrzucali. 
Pamiętała, że kiedy zaczynali krzyczeć, chowała się pod łóżko, zasłaniając 
uszy dłońmi. To ojciec odnajdywał ją potem i uspokajał. Zawsze ojciec. 
Matki   nie   pamiętała   prawie   wcale.   Nawet   zdjęcia   nie   wywoływały 
wspomnień,   choć   Janine   spędzała   długie   godziny,   przyglądając   się 
fotografiom. Ale kobieta, która dała jej życie, pozostała kompletnie obca.

-

Ty jesteś jedynym pozytywem wynikłym z małżeństwa Stevena - 

powiedział Anton szorstko. - I przynajmniej Steven i Patrice oddali 
mi ciebie, jeszcze przed swą śmiercią.
-Och, dziadku, tak bardzo cię kocham i tak strasznie mi przykro, 
kiedy nie podoba ci się to, co robię, ale naprawdę nie mogę wyjść za 
Zacha i nie wierzę, żeby on chciał się ożenić ze mną.
Dziadek w milczeniu skończył kolację, rozważając jej słowa.
-Chyba zachowuję się jak pryk, który chciałby, żeby wszystko było 
po staremu.
-Dziadku, nie, wcale tak nie myślę.
Oparł się łokciami na stole, złożył dłonie i przyjrzał się uważnie 

wnuczce.

-

Może   łatwiej   byłoby   mi   to   wszystko   zrozumieć,   gdybym 

wiedział, czego oczekujesz od męża.

Zawahała się i odwróciła wzrok, unikając jego spojrzenia. Jeszcze 

tak niedawno wiedziała bardzo dobrze, czego chce.

-

Jeśli mam być uczciwa, to muszę przyznać, że nie  jestem pewna. 

Chyba miłości.
-Miłość - dziadek smakował to słowo jak dobre wino.
-Tak - powiedziała już pewniej, przytakując energicznie głową.
-Co to jest miłość?

-

No... - Janine nie była pewna, czy potrafi to cudowne uczucie opisać 

zwykłymi słowami. - To świadomość, że coś się dzieje z sercem.
-Serce - powtórzył dziadek, przykładając dłoń do piersi.
-Prawdziwa miłość jest wtedy, gdy mężczyzna woli umrzeć niż żyć 
bez ciebie - dodała ognia swej definicji.
-Chciałabyś, żeby umarł?
-Nie, tylko żeby chciał umrzeć. Dziadek zmarszczył brwi.
-Nie rozumiem.
-Miłość to tajemne schadzki na szkockich wrzosowiskach - dodała, 
przypominając   sobie   historyczny   romans,   który   czytała   jako 
nastolatka.
-W pobliżu Seattle nie ma wrzosowisk.
-Nie   przerywaj   mi   -   powiedziała   z   uśmiechem,   starając   się   nie 

background image

wypaść z nastroju. - Miłość to namiętność.
-Wydaje mi się, że namiętność to hormony.
-Dziadku, proszę!
-Jak  mogę   cokolwiek   zrozumieć,  jeśli  opowiadasz   takie  śmieszne 
rzeczy.   Chcesz   miłości.   I   najpierw   twierdzisz,   że   to   jest   uczucie 
płynące z serca, a potem mówisz o namiętności.
-To   jeszcze   więcej.   To   spacer   ręka   w   rękę   plażą   o   zmierzchu, 
patrzenie sobie w oczy. To wyznawanie uczucia bez słów - zamilkła 
zawstydzona, że tak się zapędziła. - Nie umiem tego opisać. Chyba 
nikt nie umie.
-Nie umiesz, bo nigdy jej nie doświadczyłaś.
-Może - zgodziła się opornie. - Ale pewnego dnia zakocham się.
- W Zachu - stwierdził z absolutną pewnością.
Janine nie próbowała dalej się z nim spierać. Dziadek  potrafił być 

okropnie   uparty.   Wierzyła,   że   tylko   czas   może   tu   pomóc.   Już   wkrótce 
zrozumie, że ani ona, ani Zach nie mają najmniejszej ochoty dostosowywać 
się   do   przygotowanego   przez   niego   scenariusza.   Wtedy  i   tylko   wtedy 
zrezygnuje.

Minął tydzień i dziadek nie wspomniał ani słowem  o małżeństwie. 

Był zimny, wietrzny marcowy wieczór,  w okna zacinały strugi deszczu. 
Janine uwielbiała takie wieczory. Siedziała skulona na swym ulubionym 
fotelu z kryminałem w ręce, kiedy zadzwonił dzwonek u drzwi. Dziadka nie 
było w domu, a ona nie oczekiwała nikogo.

Zapaliła światło na ganku i wyjrzała przez wizjer. Zobaczyła Zacha, 

ściskającego pod pachą jakąś teczkę. Wcisnął głowę w ramiona, zasłaniając 
się przed deszczem.

-To ty, Zach? - zawołała zdziwiona, otwierając szeroko drzwi.

-

Witaj, Janine - przywitał się grzecznie, wchodząc do środka. - Czy 

zastałem dziadka?

-

Nie   -  przycisnęła   książkę   do   piersi,  żeby  uspokoić  bicie   serca.   - 

Wyszedł gdzieś.
Zach zawahał się, wyraźnie zmieszany.
-Prosił   mnie,   bym   wpadł   do   niego.   Chciał   o   czymś   ze   mną 
porozmawiać. Czy powiedział, kiedy wróci?

-

Nie, ale jestem pewna, że jeśli umawiał się z tobą, wkrótce powinien 

się pojawić. Chcesz poczekać na niego?
-Chyba tak.
Wzięła   od   Zacha   deszczowiec   i   poprowadziła   go   do  blioteki. Na 

kominku   płonął   niewielki   ogień   ogrzewając  swym   ciepłem   pokój. 
Dwupiętrowy   dom   był   typowym  budynkiem   z   przełomu   wieków,   z 
wysokimi,   obszernymi   pomieszczeniami.   Kiedyś   całe   drugie   piętro 
zajmowała służba. Teraz na stałe mieszkał z nimi tylko Charles, ale on miał 
pokoje   nad   garażem.   Pracował   dla   dziadka,   był   jego   kierowcą.   Pani 
McCormick zjawiała się codziennie rano. Na jej głowie był cały dom.

background image

-

Napijesz się czegoś? - zapytała Janine.

-Napiłbym się kawy, jeśli to nie sprawi kłopotu.
Właśnie   zapatrzyłam   świeżą,   jest   w   dzbanku.  Janine  przyniosła z 

kuchni filiżankę, po czym usiadła na wprost Zacha, zastanawiając się, czy 
ma mu coś powiedzieć o pomyśle dziadka.

Spodziewała się, że dziadek nie rozmawiał na ten temat z Zachem. 

Nie siedziałby chyba tak spokojnie, popijając kawę. Przypuszczała, że jeśli 
tylko dziadek zahaczy o ten temat, Zach natychmiast straci swój spokój. 
Będzie urażony i wściekły. Już miała go ostrzec, ale zrezygnowała. Niech 
dowie się o planach dziadka w taki sam sposób jak ona.

Splatając palce, uśmiechnęła się. Czuła się trochę niezręcznie.
- Miło cię znowu widzieć.
-Mnie też. Choć przyznam, że jestem nieco zawiedziony.
-Dlaczego?
-Jadąc tu starałem się odgadnąć, co tym razem będziesz miała na 
sobie. Sukienkę z papierowych torebek? Bluzkę z męskich skarpet?
Żachnęła się na niego. Zachowywał się tak, że czuła się przy nim jak 

piętnastoletnia dziewczynka.  Już to przekreślało możliwość jakichkolwiek 
bliższych kontaktów między nimi.

-  Muszę przyznać, że wełniane spodnie i ten piękny  sweter są miłą 

niespodzianką - dodał.

W jego ciemnych oczach po raz pierwszy dostrzegła uznanie.
I w tym momencie Janine zrozumiała.
Siedziała   jak   skamieniała,   trochę   się   jej   nawet   kręciło  w   głowie. 

Dziadek   nie   tylko   rozmawiał   już   z   Zachem,  ale   nawet   doszli   do 
porozumienia.   I   dlatego   Zach   zachowywał   się   tak   przyjacielsko.   Nic 
dziwnego, że zjawił się nie zapowiedziany właśnie tego wieczoru, kiedy 
dziadka nie było w domu.

Wspólnie   chcą   ją   w   to   wciągnąć.   No   cóż,   ale   ona   nie   ma 

najmniejszego zamiaru dać się wrobić. Jeżeli dziadek i Zach myślą, że uda 
im się namówić ją na małżeństwo, czeka ich niemiła niespodzianka.

Usiadła prosto na skraju fotela.
-Zgodziłeś się - mruknęła, rzucając mu złe spojrzenie. Nie mogła 
dłużej wytrzymać. Zerwała się z fotela i zaczęła chodzić po pokoju, 
splatając palce i starając się zebrać myśli. - Dziadek powiedział ci, 
prawda?
-Nie rozumiem, o co chodzi? - Zach wpatrywał się w nią zdumiony.
-Nie   mogę   uwierzyć   -   jęknęła   -   po   prostu   nie   mogę   uwierzyć. 
Miałam o tobie lepsze zdanie.
-W co nie wierzysz?

-

Przysięgłabym, że ty właśnie jesteś mężczyzną,  którego nie da się 

kupić. Zawiodłam się na tobie, Zach.
Nadal był spokojny, co rozzłościło ją jeszcze bardziej.
-Nie   mam   pojęcia,   o   czym   mówisz   -   to   było   wszystko,   co 
powiedział.

background image

-Pewnie, udawaj niewiniątko - żachnęła się. Była tak wzburzona, że 
nadal krążyła po bibliotece.
Zach zerknął na zegarek i dopił kawę.
-

Czy twój dziadek wie o tych atakach histerii?.

-

To śmieszne, Zach, bardzo śmieszne.

Westchnął głęboko.
-

No   dobrze,   złapałem   przynętę.   Dlaczegóż   to  twierdzisz,   że 

dałem się kupić. I jeszcze nim zapomnę,  chciałbym się dowiedzieć, jaka 
była zapłata.

-

Na dobrą sprawę można by powiedzieć, że nie dostałeś nic. I 

zapewniam cię, że nic nie dostaniesz, bo ja nie jestem na sprzedaż. - Oparła 
ręce na biodrach i obrzuciła go spojrzeniem pełnym niesmaku.

-

Co ci ofiarował w zamian? Całe przedsiębiorstwo?

Pieniądze?
Zach wzruszył ramionami.
-Nic mi nie proponował.
-Nic - powtórzyła powoli. Poczuła się urażona.
- Po prostu chciał ci mnie oddać. - Oszołomiona usiadła znowu w 

fotelu. - Myślałam, że rodzina panny młodej powinna wnieść jakiś posag. 
Dziadek nie zaproponował ci nawet pieniędzy?

-Posag? - Zach powtórzył to słowo, jakby je słyszał po raz pierwszy 
w życiu.
-Rodzina dziadka otrzymała  krowę  i dziesięć  kurczaków  za moją 
babcię   -   powiedziała,   jakby   to   wyjaśniało   wszystko.   -   Ale 
najwyraźniej ja nie jestem nawet warta jednej kury.
Zach odstawił filiżankę na bok i wyprostował się w fotelu.
- Myślę, że powinniśmy zacząć tę rozmowę od początku. Zgubiłem 

się. Może łaskawie oświecisz mnie, cóż ja takiego koszmarnego zrobiłem.

Janine zerknęła w jego stronę.
- No dobrze, jeśli nalegasz - dodała po chwili.
- Oczywiste jest, że dziadek rozmawiał z tobą o małżeństwie.

-

Małżeństwie?   -  powtórzył  kompletnie  zaskoczony.  Jego   twarz   nie 

wyrażała nic. - Z kim?
-Ze mną, oczywiście.
Zach zerwał się z fotela na równe nogi.
-Z tobą?
- Nie musisz być taki przerażony. Ostatecznie nie jestem babą-jagą. 

Są   mężczyźni,   którzy   byliby   uszczęśliwieni,   stając   ze   mną   na   ślubnym 
kobiercu. - Co prawda, nie Brian i na pewno nie Peter, ale uważała, że Zach 
powinien myśleć, że ma stada adoratorów.

-My   mielibyśmy   się   pobrać...   to   niemożliwe.   To   zupełnie 
wykluczone. Ja w ogóle nie mam zamiaru się żenić... nie potrzebuję 
ani żony, ani rodziny.
-Powiedz to dziadkowi.
-Właśnie to zamierzam zrobić.

background image

Janine   nie   miała   wątpliwości,   że   rozmowa,   jaka   odbędzie   się   po 

powrocie dziadka, nie zapowiada się przyjemnie.

-Skąd temu zwariowanemu staruchowi przyszło do głowy, że może 
dyktować innym, jak ma wyglądać ich życie? - zapytał gniewnie.

-

Jego małżeństwo zostało tak ułożone, a wcześniej małżeństwo jego 

ojca. Wierz mi, Zach, tłumaczyłam mu i tłumaczyłam, ale dziadek 
ufa zwyczajom starego kraju i uważa, że my dwoje - chociaż jest to 
naprawdę śmieszne - pasujemy do siebie jak ulał.
-Gdybyś nie była taka poważna, uważałbym to za świetny dowcip.
Janine zauważyła, że bardzo pobladł.

-

Zdaje się, że oskarżyłam cię przedwcześnie. Przepraszam za to, ale... 

no   cóż...   myślałam,   że   dziadek  rozmawiał   już   z   tobą,   a   ty   się 
zgodziłeś.
-Czy to wtedy zaczęłaś coś pleść o krowie i kurczakach?

-

Przez chwilę pomyślałam, że dziadek ofiarował ci mnie za darmo. 

Wiem, że to głupie, ale poczułam się urażona, jakby uznał, że nie 
jestem nic warta.
Po raz pierwszy od początku rozmowy twarz Zacha złagodniała i 

nawet uśmiechnął się słabo.

-Nie wątpisz chyba, że dziadek cię kocha.
- Nie - pogrążona w myślach przeczesywała palcami włosy. - Użyłam 

wszystkich argumentów, jakie mi przyszły do głowy, żeby wyperswadować 
mu ten pomysł. Tłumaczyłam, jak ważna jest miłość, że kobieta i mężczyzna 
mają prawo do własnych wyborów. Ale najwyraźniej nie potrafi zgodzić się 
z tym, że zmieniły się czasy.

-Nie słuchał cię?
- Słuchał - odpowiedziała, biorąc dziadka w obronę -

ale   nie 

zgadzał się z ani jednym moim słowem. Dziadek twierdzi, że nowoczesne 
podejście do miłości i małżeństwa okazało się kompletnym fiaskiem. A 
wobec faktu stale rosnącej liczby rozwodów, trudno mi było nawet z nim 
dyskutować.

-To prawda - zgodził się Zach. Wyglądał na zakłopotanego.

-

Wyjaśniłam mu, że kobieta i mężczyzna najpierw  zakochują się w 

sobie, a potem decydują na małżeństwo, ale dziadek upiera się, że 
lepsza jest odwrotna kolejność.

-

Dobry Boże - Zach potarł dłonią podbródek.

- Teraz, kiedy już wiem, o co chodzi, widzę że i mnie w każdej 

rozmowie przygotowywał do tego, co się miało stać. Nigdy nie omieszkał 
wspomnieć, jaka jesteś cudowna.

Janine westchnęła cicho.
- To samo opowiadał o tobie, na długo zanim się spotkaliśmy.
Zaciskając usta Zach oznajmił:
-Teraz wiele spraw się wyjaśnia.

-

Co zrobimy? - zastanawiała się głośno Janine.

-   Uważam,   że   musimy   opracować   jakiś   plan.   Nie   chcę   zawieść 

background image

dziadka, ale nie mam zamiaru dać się wydać jak... jak... - nie potrafiła 
dokończyć.

- Szczególnie za mnie.
Choć jego głos wydawał się całkowicie pozbawiony  emocji, Janine 

usłyszała w nim ból. Poczuła, jak ściska jej się serce ze współczucia. Znała 
przecież jego przeszłość, wiedziała, że otrzymał jedynie okruchy miłości.

- Nie o to mi chodziło - powiedziała stanowczo.
-   Dziadek   nie   wybrałby   ciebie,   gdybyś   nie   był   kimś   naprawdę 

nadzwyczajnym. Znakomicie ocenia ludzi, a ty od pierwszej chwili zrobiłeś 
na nim ogromne wrażenie.

- Nie oszukujmy się, Janine - sprzeciwił się Zach.
- Ty jesteś światową dziewczyną. Pasujemy do siebie jak kwiatek do 

kożucha.

-

Zgadzam się, że nie pasujemy do siebie, ale z zupełnie innych powodów. 

Od   chwili,   kiedy   weszłam   do   twojego  biura,   dajesz   mi   jasno   do 
zrozumienia, że uważasz mnie za snobkę. Nie jestem nią, ale obawiam 
się, że przekonywanie cię o tym będzie stratą czasu.
-W porządku.
-Czy   zamiast   obrzucać   się   zniewagami   -   zapytała,   wyraźnie 
zniecierpliwiona   -   nie   moglibyśmy   postanowić,   co   odpowiemy 
dziadkowi?
-Nic nie musimy postanawiać - odpowiedział.
- Nie mam zamiaru się żenić.
- A myślisz, że ja mam zamiar wyjść za mąż?
Zach milczał.
Janine westchnęła głęboko.

-

Wydaje mi się, że najlepiej byłoby, gdyby któreś z nas związało się z 

kimś innym. To byłoby najprostsze zakończenie sprawy.
-Mówiłem   ci   już,   że   nie   mam   zamiaru   się   żenić   z   kimkolwiek   - 
powiedział dobitnie. - To koło ciebie podobno kręci się cała masa 
facetów, którzy czekają tylko, byś powiedziała „tak".
Ależ na litość boską, o żadnym z nich nie pomyślałabym poważnie 

jako o przyszłym mężu - jęknęła. - Poza tym obecnie nie jestem w żadnym 
z nich zakochana.

Zach wybuchnął śmiechem, jeśli to co wydobyło się z jego gardła, 

można było określić tym słowem.

- To   znajdź   faceta,  w   którym   będziesz   się  mogła   zakochać.  Jeśli 

zakochanie   i   odkochanie   przychodzi  ci   z   taką   łatwością,   można   mieć 
uzasadnioną nadzieję, że wkrótce ktoś się nada.

-

Nie można. To ty musisz wytrzasnąć sobie kogoś! Jeśli uważasz, że 

jesteś taki wspaniały, pstryknij tylko palcami, a zaraz zjawi się jakaś 
lalka, chętna popędzić z tobą do ołtarza - skrzywiła się ironicznie.

-

Nie mam zamiaru marnować sobie życia tylko po to, żebyś ty mogła 

sobie bujać na wolności - w jego głosie brzmiała wściekłość.
-Ale   uważasz   za   oczywiste,   że   ja   mogłabym   poświęcić   moje.  To 

background image

wiele wyjaśnia.

-

Dobrze   -   odezwał   się   po   chwili   grobowej   ciszy.   Przerwał   i 

przygładził   włosy.   -   Najwyraźniej   to   nie  jest   najlepszy   pomysł. 
Musimy wymyślić coś lepszego.
Janine spojrzała na niego.
- Teraz twoja kolej, bystry chłopczyku.
Po   jego   minie   widać   było,   że   coraz   bardziej   jej   nie   lubi.   Janine 

uczciwie musiała przyznać, że jej też nie  zachwycało własne zachowanie. 
Była złośliwa i zupełnie niepotrzebnie niegrzeczna, ale to była jego wina.

W   chwili,   kiedy   postanowiła   powiedzieć   coś   pojednawczego, 

usłyszała   odgłos   otwieranych   drzwi.   Spojrzała   na   Zacha,   który   skinął 
głową, upewniając ją, że poradzi sobie z sytuacją.

Zanim   dziadek   pojawił   się   w   drzwiach   biblioteki,   zdążyli   oboje 

wrócić na swoje fotele.

-

Zach, przepraszam za spóźnienie. Cieszę się, że Janine dotrzymała 

ci towarzystwa - spojrzał na nią, uśmiechając się jakby z nadzieją, że 
dobrze wykorzystała sam na sam z Zachem.

-

Udało   nam   się   interesująco   porozmawiać   -   powiedział   Zach,   też 

przelotnie spoglądając na Janine.
-To dobrze, dobrze.
Zach wstał i sięgnął po swoje papiery.
- Tu są wykazy, które chciałeś ze mną przejrzeć.
- Tak - dziadek, bardzo z siebie zadowolony, zabierał się do wyjścia. 

Zach podążył za nim, rzucając Janine spojrzenie, które wyraźnie mówiło, 
że skontaktuje się z nią wkrótce.

Jego wkrótce trwało ponad tydzień. Pracowała właśnie w ogrodzie, 

przycinając róże i zastanawiając się, gdzie posadzić tego roku pelargonie, 
kiedy pani McCormick zawołała ją do telefonu.

-

Słucham - odezwała się Janine pogodnie.

-

Musimy   porozmawiać   -   padło   z   drugiej   strony,  bez   żadnych 

wstępów. - Twój dziadek dziś po południu  wyłożył   karty   na   stół. 
Pomyślałem, że może cię zainteresować, co zaproponował mi jako 
posag.

ROZDZIAŁ TRZECI 

- No dobrze - powiedziała Janine, starając się zachować spokój. Co ci 

zaproponował? Wysoką premię?

-Nie - odpowiedział szybko Zach.
-Gotówkę? Ile?
-Nie proponował mi żadnych pieniędzy.

-

Więc co? - Janine zmarszczyła brwi.

-Myślę, że powinniśmy się spotkać i porozmawiać o tym.
Jeśli jej dziadek otwarcie postawił kwestię małżeństwa, propozycja 

background image

musiała być warta chwili zastanowienie. Tego Janine była pewna. Mimo 
gorących zapewnień Zacha o nieprzekupności nie byłaby wcale zdumiona, 
gdyby   nowo   mianowany   szef   Przedsiębiorstwa   Dostawczego   Hartman-
Thomas jednak złapał haczyk.

-

Chcesz, żebyśmy się spotkali? - zapytała drżącym głosem.

-Koło   uniwersytetu   jest   dobra   włoska   restauracja.   Italian   642. 
Słyszałaś o niej?
-Nie, ale znajdę.

-

Dobrze, spotkajmy się tam o siódmej - Zach przez chwilę milczał, a 

potem dodał. - I posłuchaj, lepiej, by twój dziadek nie wiedział, że się 
spotykamy. Mógłby to źle zrozumieć.

-

Dobrze - zgodziła się Janine. Zach znowu zawahał się.

-Mamy sporo do przedyskutowania.
Serce Janine zaczęło mocniej bić, poczuła, jak na jej czole zbierają 

się kropelki potu.

-

Zach - powiedziała. Musiała to wiedzieć. - Nie zmieniłeś zdania, 

prawda? Nie zacząłeś poważnie rozważać tej śmiesznej propozycji. 
Nie możesz... Zgodziliśmy się, prawda? - otarła czoło ręką, czekając 
na odpowiedź.
-Nie musisz się o nic martwić - odpowiedział wreszcie.
Odkładając słuchawkę, Janine poczuła się tak, jakby  była na łasce 

swego   dziadka.   To   było   koszmarne   wrażenie.   Był   potwornie   upartym 
człowiekiem, który prawie zawsze zdobywał to, co chciał. Stając twarzą w 
twarz z górą Anton Hartman wdrapywał się na nią, przebijał przez nią tunel 
albo obchodził ją wokół. Jeśli wszystkie te drogi zawiodły, siadał u stóp 
góry i czekał, aż zniszczy ją czas. Twierdził, że większość swych życiowych 
zwycięstw odniósł dzięki cierpliwości.  Janine zarzucała mu, że po prostu 
nigdy nie wie, kiedy powinien zrezygnować.

Znała metody dziadka i Zach znał je również. Ale miała nadzieję, że 

wybrany przez Antona kandydat na jej męża ma dość siły, by przynajmniej 
oprzeć się przekupstwu. I chyba tak rzeczywiście było, jeśli powiedział jej, 
że nie ma się czym martwić. Ale z drugiej strony, dlaczego namawiał ją, 
żeby się z nim spotkała.

-

Mówił, że w ogóle nie chce się ożenić - powiedziała głośno, 

jakby upewniając samą siebie, że nie ma powodu do zmartwienia. Zachary 
Thomas   był  naprawdę   ostatnim   mężczyzną   podśpiewującym   marska 
weselnego, jakiego Janine mogła sobie wyobrazić... szczególnie, gdy kto 
inny dyrygowałby orkiestrą.

Janine czekała na dziadka w bibliotece z płaszczem przewieszonym 

przez   ramię.   Zjawił   się   o   szóstej.   Cmoknął   ją   w   policzek   i   sięgnął   po 
popołudniową   gazetę,   przelatując   wzrokiem   po   nagłówkach.   Wygodnie 
usadowił się w skórzanym fotelu.

- Dzwonił Zach - powiedziała bez zastanowienia.
A przecież wcale nie chciała mówić o tym dziadkowi.
Anton skinął głową.

background image

-

Przypuszczałem, że zadzwoni. Wybierasz się z nim na kolację?

-Kolacja? Zach i ja? - głos jej się załamał. - Nie, oczywiście, że nie! 
Skąd ci przyszło do głowy, że mogłabym zgodzić się na spotkanie 
z... nim? - A niech to, o mały włos zapomniałaby, że postanowili swe 
spotkanie trzymać w tajemnicy. Nie znosiła okłamywać dziadka, ale 
co mogła na to poradzić.
-Ale wychodzisz na kolację.
-Tak. - Nie bardzo mogła zaprzeczyć. Jej strój i trzymany w rękach 
płaszcz były wystarczającym dowodem.
-Znowu zaczęłaś spotykać się z Peterem Donahue?
-Nie. Niezupełnie - odpowiedziała czując się okropnie. - Idę spotkać 
się z... przyjacielem.
-Rozumiem.   -   Kąciki   jego   ust   drgnęły   w   ledwie   skrywanym 
uśmiechu.
Janine poczuła, jak zdradziecki rumieniec wypełza jej na twarz. Była 

beznadziejną   kłamczucha,   nigdy   jej   to   dobrze   nie   wychodziło.   Mogła 
równie dobrze powiedzieć dziadkowi, że spotka się z Zachem. I tak to 
wiedział.

-Czego chciał Zach?
-A dlaczego miał czegoś chcieć? - odpowiedziała gorączkowo. Serce 
jej waliło, kiedy szła w kierunku drzwi. Im wcześniej uda jej się 
umknąć przed pytaniami, tym lepiej.
-Przecież dopiero co powiedziałaś, że dzwonił.

-

Ach   tak,   ale   to   nie   było   nic   ważnego.   Chciał...   czegoś   tam.   - 

Wybiegła z domu, zanim zdążył coś jeszcze powiedzieć. Ależ głupio 
się zachowała. Wypaplała wszystko, co miała utrzymać w tajemnicy.
Trochę czasu zajęło jej znalezienie restauracji, a potem miejsca do 

zaparkowania. Spóźniła się jakieś dziesięć minut.

Zach   siedział   przy   stoliku   w   odległym   rogu   lokalu.  Kiedy   ją 

zobaczył, zmarszczył brwi i spojrzał przelotnie na zegarek, aby pokazać, że 
musiał na nią czekać.

Nie zwracając uwagi na jego pełne dezaprobaty  spojrzenie, Janine 

usiadła na lśniącej, drewnianej ławie, ściągając z siebie płaszcz i informując 
go obojętnym tonem.

- Dziadek wie.
Zmarszczka na czole Zacha pogłębiła się.
-O czym ty mówisz?

-

Dziadek   wie,   że   jemy   dziś   razem   kolację   -   wytłumaczyła.   -   Nie 

wiem, co się ze mną stało. Kiedy przyszedł do domu, powiedziałam 
mu, że dzwoniłeś... no po prostu wyrwało mi się... Ale jestem pewna, 
że wymyślisz jakieś usprawiedliwienie.
-Chyba umówiliśmy się, że nie powiemy nic o naszym spotkaniu.

-

Wiem   -   odpowiedziała,   czując   się   coraz   bardziej   winna.   -   Ale 

dziadek   zapytał,   czy   umówiłam   się   z   Peterem   i   wyglądał   na 
zadowolonego,   kiedy   zaprzeczyłam.   -   Zach   obruszył   się   i   Janine 

background image

wreszcie nie wytrzymała. - Co niby miałam zrobić?
Odchrząknął, co nie było żadną odpowiedzią.

-

Skoro nie wychodziłam z Peterem, to widocznie  umówiłam się z 

kimś innym, a nie umiałam wymyślić nic na poczekanie. - czuła się 
zniechęcona.
-Kto to jest Peter?
-Taki facet, z którym się spotykam od czasu do czasu.
-Kochasz go?

-

Nie - najwyraźniej Zach miał zamiar niezwłocznie zaproponować jej, 

żeby   wyszła   za   Petera.   To   by   rozwiązało   cały   ich   problem. 
Wspaniały pomysł.
-Zamówmy coś - Zach sięgnął po menu.

-

Dobrze - zgodziła się Janine, wdzięczna, że rozmowa o jej wpadce 

urywa się. Poza tym zazwyczaj jadała znacznie wcześniej i po prostu 
umierała z głodu.
W   tym   momencie   pojawiła   się   kelnerka.   Nawet   kiedy   nalewała 

Janine   wodę   do   szklanki,   nie   odrywała   pełnego   uznania   spojrzenia   od 
Zacha. To kolejny raz uświadomiło Janine, że - w pojęciu tradycyjnym - 
jest   on   bardzo   przystojny.   Wydawało   się   jej,   że   przyciąga   spojrzenia 
wszystkich kobiet siedzących w pobliżu.

-

Poproszę spaghetti - odezwała się głośno Janine, zerkając na ładną 

kelnerkę, która najwyraźniej zapomniała, po co stoi przy ich stoliku.

-

Ja też - powiedział Zach i z lekkim uśmiechem oddał kelnerce kartę. 

- O czym to mówiliśmy? - zapytał, zwracając się znowu do Janine.

- O ile pamiętam, chciałeś się ze mną spotkać, by  opowiedzieć, co 

zaproponował ci mój dziadek. Miejmy to wreszcie za sobą.

Oferta musiała być dość korzystna. Inaczej Zach nie zapraszałby jej 

na obiad.

-Anton poprosił mnie dziś do swego gabinetu i najpierw zadał serię 
pytań naprowadzających.
-Jakich?
Zach wzruszył ramionami.
-Co myślę o tobie...
-I co odpowiedziałeś?
Zach wciągnął głęboko powietrze.
-Powiedziałem, że uważam cię za kobietę atrakcyjną, energiczną, z 
poczuciem humory, może trochę ekscentryczną...

-

Sukienka   z   chusteczek   i   sznurek   świecidełek  choinkowych   nie 

świadczą od razu o ekscentryczności.

-

Jeśli świecidełka choinkowe zawieszone są na szyi - to tak.

Siedzący   w   pobliżu   zaczęli   rzucać   w   ich   stronę   zaciekawione 

spojrzenia, Zach nachylił się więc bliżej i powiedział.

-Jeżeli masz zamiar sprzeczać się o wszystko, co powiem, spędzimy 
tu całą noc.

-

Jestem pewna, że kelnerka byłaby tym zachwycona - odpaliła Janine i 

background image

natychmiast tego pożałowała. To zabrzmiało, jakby była zazdrosna... 
co, oczywiście, było po prostu śmieszne.
-O czym ty mówisz?
-Nieważne.
-Czy moglibyśmy wrócić do rozmowy z twoim dziadkiem?
-Ależ tak - powiedziała, czując się zbesztana.

-

Anton najpierw dość długo opowiadał mi o twojej pracy społecznej 

w Klubie Przyjaciół i o innych twoich zajęciach.
-Sprawozdanie musiało być tak olśniewające, że postawiło mnie w 
jednym rzędzie z Joanną d'Arc i Florence Nightingale.
Zach uśmiechnął się.
- Coś w tym rodzaju, ale wtedy właśnie stwierdził, że choć życie 

masz wypełnione, czegoś w nim brak.

Może celu.
Janine wiedziała, co za chwilę usłyszy.
-Pozwól mi zgadnąć. Powiedział, że lukę w moim życiu wypełniłby 
mąż i dzieci.

-

Właśnie - Zach przytaknął, uśmiechając się jeszcze  szerzej. - Jego 

zdaniem, tylko w małżeństwie kobieta może się w pełni sprawdzić.
Janine jęknęła i opadła na siedzenie. To brzmiało jeszcze gorzej, niż 

myślała. Smutne było i to, że Zach wydawał się naprawdę rozbawiony.

-   Nie   byłbyś   taki  zadowolony,   gdyby   twierdził,   że   to   mężczyzna 

może   się   naprawdę   sprawdzić   tylko   w   małżeństwie   -   wymruczała.   - 
Powiedz prawdę, Zach, czy ja wyglądam na  kogoś, komu brak celu?  - 
Wykonała dramatyczny  gest  rękami. - Jestem  szczęśliwa, jestem zajęta... 
życie, jakie prowadzę, w zupełności mi odpowiada.

-

Nie   bierz   tego   tak   do   siebie.   Jeśli   jeszcze   tego   nie  zauważyłaś, 

zapewniam cię, że twój dziadek jest okropnym mizoginistą - dodał, 
nadal się uśmiechając.

-

Oczywiście, wiem o tym. Ale jest przy tym taki uroczy, że łatwo mu 

to wybaczam.
Zach sięgnął po kieliszek i zapatrzył się w wino.
-Nie bardzo mogę zrozumieć, dlaczego się uparł, że masz wychodzić 
za   mąż   właśnie   teraz.   Dlaczego   nie   w   zeszłym   roku?   Albo   w 
przyszłym?
-Na Boga, nie wiem. Przypuszczam, że doszedł do wniosku, że już 
czas na to. Mój biologiczny zegar cyka, a on nasłuchuje i nie może w 
nocy   zasnąć.   W   czasach   jego   młodości   dwudziestopięcioletnia 
kobieta miała już czwórkę albo piątkę dzieci.
-Anton powiedział także, że masz dobre serce i jesteś łatwowierna, 
dlatego boi się, by jakiś czaruś nie zawrócił ci pewnego pięknego 
dnia w głowie.

-

Naprawdę? - zapytała słabym głosem. Jej serce na chwilę przestało 

bić. To, co powiedział Anton, pasowało jak ulał do jej romansu z 
Brianem. Westchnęła głęboko. - I wtedy stwierdził, że powinnam 

background image

wyjść za kogoś, kogo on szanuje i kocha jak syna. Za mężczyznę z 
rozumem i sercem. Mężczyznę, któremu ufa na tyle, że w jego ręce 
złożył swe przedsiębiorstwo.
Zach uniósł wysoko brwi.
-

Dobrze znasz swego dziadka.

Janine   czuła,   jak   jej   żołądek   skręca   się   na   myśl   o   zdradzieckim 

sprycie   dziadka.   Zacha   nie   można   było   kupić,   przynajmniej   nie   w   taki 
prosty sposób, jakim byłoby zaproponowanie mu pieniędzy lub stanowiska. 
Dziadek użył więc znacznie subtelniejszego chwytu. Umiejętnie zastosował 
pochlebstwo sugerując, że uważa Zacha za jedynego mężczyznę zdolnego 
podołać zadaniu zostania mężem Janine.

-

I co mu odpowiedziałeś? - zapytała tak cichym głosem, że właściwie 

Zach nie powinien był jej usłyszeć.
-Nie.
-Po   prostu?   Nie   mogłeś   jakoś   osłodzić   mu   tej   pigułki?   -   Zach 
popatrzył   na   nią,   jakby   nagle   zaczęła   bredzić   w   gorączce.   - 
Nieważne  - mruknęła, bawiąc się swoją  serwetką  i unikając  jego 
spojrzenia.
-Nie chciałem mu dawać żadnej nadziei.
-Słusznie - podniosła szklankę z wodą i wypiła połowę.
-Trzeba przyznać, że twój dziadek przyjął to zupełnie dobrze.

-

Nie liczyłabym na to - ostrzegła go Janine.

-Nie   martw   się,   ja   również   znam   go   dobrze.   On   tak   łatwo   nie 
rezygnuje. Dlatego właśnie chciałem, żebyśmy się spotkali. Jeżeli 
będziemy   w   kontakcie,   możemy   wspólnie   przeciwdziałać   jego 
działaniom.
-Dobry pomysł.
Kelnerka przyniosła sałatę i stawiając ją na stole, obrzuciła Zacha 

zachęcającym spojrzeniem.

-Dziadek jest za sprytny, żeby ci nie oferować czegoś intratnego w 
nagrodę za posłuszeństwo.
-Nie powiedziałbym.
-Nie spodziewałam się tego po nim - zraniona wpatrywała się w 
talerz. - W takim razie jak usiłował cię przekonać?
-Nie przekonywał mnie specjalnie.
-Ach tak - wykrztusiła.
-Wspomniał coś, że członkowie rodziny mogą korzystać z limuzyny.
Widelec Janine zadźwięczał, uderzając o miskę z sałatą.
-

Powiedział ci, że jeśli się ze mną ożenisz, dostaniesz limuzynę? I 

to wszystko?

-Nawet   nie   tyle   -   tłumaczył   Zach,   nie   starając   się   ukryć   swego 
rozbawienia - po prostu będę mógł jej używać.

-

Ależ... ależ... to potwornie poniżające - wepchnęła  porcję sałaty do 

ust i zaczęła przeżuwać liść, jakby to był kawałek skóry.
-Myślę, że to jednak więcej warte niż krowa i dziesięć kurczaków, o 

background image

których wspomniałaś poprzednim razem.

-

Pięćdziesiąt   pięć   lat   temu   krowa   i   kurczaki   to   był   majątek   - 

wykrzyknęła   Janine   i   w   tym   samym   momencie   pożałowała   tego, 
ponieważ   połowa   gości   wlepiła   w   nią   wzrok.   Uśmiechnęła   się 
przepraszająco  do   siedzących   najbliżej   i   pochyliła   się   znowu   nad 
sałatą.
-Nie przejmuj się tak. Mogłem się przecież zgodzić.
-Na taką ofertę?
Kelnerka   przyniosła   spaghetti,   ale   już   po   pierwszym  kęsie   Janine 

stwierdziła,   że   nawet   nie   ma   ochoty   udawać,   że   jedzenie   sprawia   jej 
przyjemność. Czuła się okropnie. Łzy napływały jej do oczu, przez co była 
jeszcze bardziej zakłopotana.

-

Co się stało? - pytanie Zacha zaskoczyło ją kompletnie.

Janine potrząsnęła głową i spuściła oczy.
-Dziadek uważa, że nie umiem oceniać ludzi. - I tak właśnie było. 
Udowodniła to historia z Brianem. - Czuję się mało warta.
-On nic takiego nie miał na myśli - sprzeciwił się łagodnie Zach. 
Musi być jakiś powód, dla którego chce cię wydać za mąż - Zach 
zawahał się. - Kiedy się nad tym głębiej zastanowić, wszystko to jest 
dość dziwnie. Skąd mógł przyjść mu do głowy pomysł, że nas dwoje 
powinno się pobrać. W każdym razie nie przejmuj się tym. Przecież 
nie chcesz wyjść za mnie.
- Co do tego nie ma wątpliwości. Jesteś ostatnią osobą, która by 

wchodziła w grę - odpaliła i natychmiast pożałowała swojej impulsywnej 
reakcji widząc, jak twarz mu tężeje.

-

Właśnie tak myślałem - zaatakował gniewnie spaghetti.

Napięcie między nimi trwało. Kiedy kelnerka zjawiła się, żeby zabrać 

talerze, porcja Janine była prawie nie tknięta. Zach także zjadł niewiele.

Zapłacił   za   kolację   i   odprowadził   Janine   do   samochodu.   Ich 

spotkanie okazało się kompletnym fiaskiem. Zach na pewno miał wszystkie 
zalety, za które cenił go dziadek. Był bystry, inteligentny, miał intuicję. Ale 
to były cechy potrzebne w pracy. Jako potencjalni mąż i żona w ogóle do 
siebie nie pasowali.

-Czy uważasz, że nadal powinniśmy być w kontakcie? - zapytała, 
otwierając drzwiczki samochodu. Czuli się niezręcznie i nie bardzo 
wiedzieli, o czym jeszcze mogliby mówić.

-

Chyba tak, jeśli chcemy uniknąć zastawionych przez niego pułapek 

- wykrztusił wreszcie Zach.
-

Możemy   przynajmniej   odrzucić   nasze   uprzedzenia   i 

współdziałać, by nieświadomie mu nie pomagać.

-

Nie jestem pewna, czy w ogóle lubię chłopców - zastanawiała 

się trzynastoletnia Pam Hudson, siedząc nad cheeseburgerem i frytkami. - 
To takie głuptasy.

Od ostatniego spotkania Janine z Zachem minął tydzień i zdziwiło ją, 

że jej odczucia na temat przeciwnej  płci są dziwnie zbieżne z wyrażonymi 

background image

przez nastolatkę.

-

Nie   jestem   nawet   pewna,   czy   lubię   jeszcze   Charliego   - 

zwierzyła   się   Pam,   polewając   frytki   ketchupem.   Zamyślona   kreśliła 
czerwonym sosem jakiś dziwny wzór na talerzu. - Pamiętasz, jak szalałam 
na jego punkcie?

Janine uśmiechnęła się pobłażliwie i przypomniała jej:
-

Co drugie słowo było Charlie to i Charlie tamto.

-On potrafi być zupełnie w porządku. Pamiętasz jak kupił mi kiedyś 
różę na niesamowicie długiej łodyżce i zostawił przed drzwiami.

-

Pamiętam - powiedziała Janine, myśląc w tym samym momencie o 

swoim   pierwszym   spotkaniu   z   Zachem.   Kiedy   wychodzili   z 
restauracji, uśmiechnął się do niej. Nie wiadomo dlaczego nie mogła 
tego zapomnieć.
-Ale   w   zeszłym   tygodniu   -   mówiła   dalej   Pam   -   Charlie   grał   w 
koszykówkę z chłopakami, a kiedy przechodziłam, udał, że mnie w 
ogóle nie zna.
-Naprawdę?
-Tak - zwierzała się Pam. - A ja w dodatku uszyłam mu koszulę.
-Nosi ją?
Dziewczyna uśmiechnęła się z dumą.
-Bez przerwy.

-

A, miałam ci powiedzieć, bardzo mi się podoba to, co zrobiłaś z 

włosami Chciałam być podobna do ciebie - twarz Pam rozjaśniła się.
Janine pomyślała, że Pam znacznie lepiej wygląda w tej fryzurze niż 

ona. Po bokach włosy były krótko obcięte, ale grzywka spadała aż do brwi. 
Janine nie potrafiła jej ujarzmić. Ostatnio zaczęła zaczesywać ją do góry.

-

Jak   tam   w   domu?   -   zapytała   Janine,   przyglądając   się 

przyjaciółce z uwagą. Jerry Hudson był rozwiedziony i sam zajmował się 
córką. Jej matka pracowała na Wschodnim Wybrzeżu. Jerry martwił się, że 
Pam brakuje kobiecej ręki, zwłaszcza że w pobliżu nie mieszkał nikt z ich 
rodziny. Zwrócił się o pomoc do Klubu Przyjaciół mniej więcej w tym 
samym czasie, kiedy Janine zgłosiła się do pracy.

Ponieważ Jerry pracował w dziwnych godzinach, jako kucharz w 

restauracji dostarczającej dania na zamówienie, spotkała go tylko raz. Był 
porządnym facetem i pracował ciężko, żeby zapewnić przyzwoite życie 
sobie i swojej córce.

Janine   uważała,   że   Pam   jest   wspaniałą   dziewczynką   i   bardzo 

utalentowaną.   Jeszcze   zanim   jej   ojcu   udało   się   zebrać   pieniądze   na 
maszynę do szycia, Pam projektowała i szyła ubranka dla swoich lalek 
Barbie. Sukienka z chusteczek była jednym z pierwszych projektów, jakie 
zrealizowała, gdy miała już maszynę. Z dumą ofiarowała ją Janine. Od tego 
czasu   wyprodukowała   już   kilka   innych.   Były   bardzo   modne   w   jej 
środowisku. Pam upajała się sukcesem.

-Chyba   będę   musiała   wybaczyć   Charliemu   -   mówiła   dalej   z 
namysłem. - Wiesz, był z chłopakami.

background image

-Sądzisz,   że   zgrywa   twardego   faceta,   którego   nie   interesują 
dziewczyny.
-Coś w tym rodzaju.
Janine nie miała w sobie tyle wyrozumiałości, jeśli chodziło o Zacha. 

Najpierw mówił o konieczności wzajemnego informowania się, a potem 
nawet do niej nie zadzwonił. Nie uwierzyła ani na moment, że  dziadek 
zrezygnował   ze   swych   planów,   ale   najwyraźniej  chciał,   by   sprawy   się 
odleżały. Zach mógł przynajmniej  zatelefonować, myślała zirytowana, nie 
zastanawiając się, dlaczego czuje się tak zawiedziona.

-Może Charlie nie jest taki najgorszy - myślała głośno Pam, po czym 
dodała rozsądnie. - To taki trudny wiek dla chłopców.

-

Zaraz, zaraz - zaśmiała się Janine - zdaje się, że weszłaś w moją 

rolę. Kto tu u licha jest dorosły? - Janine z uśmiechem zwędziła 
frytkę z talerza Pam i wsadziła ją do ust.

-

Kiedy wyjeżdżasz do Szkocji? - chciała wiedzieć Pam.

-W przyszłym tygodniu.
-I jak długo cię nie będzie?
-

Dziesięć   dni.   -   Wycieczka   była   zupełnie   niespodziewanym 

prezentem od dziadka. Kilka dni po spotkaniu z Zachem na kolacji dziadek 
wręczył jej bilet na samolot. Kiedy zapytała się o powód tej niespodzianki, 
odpowiedział tajemniczo, że powinna wyjechać na jakiś czas. Ponieważ 
Janine   zawsze   marzyła   o   Szkocji,   uszczęśliwiona   nie   zadawała   więcej 
pytań.

Dopiero teraz pomyślała, że powinna zawiadomić Zacha o wyjeździe 

na kilka dni z kraju.

Janine zaplanowała swoją wizytę w biurze Zacha bardzo starannie. 

Przede   wszystkim   upewniła   się,   że   tego   dnia   nie   będzie   tam   dziadka. 
Obładowana była całą masą toreb i torebek, ponieważ robiła zakupy przed 
wyjazdem.   Celowo   zresztą.   Chciała,   żeby   jej   wizyta   wyglądała   na 
przypadkową,  jakby  w   czasie  pełnego   zajęć   dnia   przypomniała   sobie   o 
nim, a że właśnie była w pobliżu...

-

Dzień dobry - zwróciła się do sekretarki Zacha z pogodnym 

uśmiechem. - Czy zastałam pana Thomasa?

Starsza kobieta najwyraźniej nie była zachwycona pojawieniem się 

Janine. Zacisnęła z niechęcią usta, ale nic nie powiedziała, tylko nacisnęła 
dzwonek  intercomu.  Janine  przeszedł nieoczekiwany  dreszcz  na dźwięk 
silnego, męskiego głosu.

-

Co za miła niespodzianka - odezwał się Zach, wstając, gdy 

Janine  weszła  do jego gabinetu z gracją, której pozazdrościć by mogły 
paryskie modelki.

Postawiła torby na podłodze z głośnym westchnieniem ulgi i opadła 

na krzesło, wyciągając przed siebie długie nogi. - Przepraszam, że wpadłam 
bez zapowiedzi, ale mam ci coś do zakomunikowania.

-

Nic nie szkodzi - jego wzrok spoczął na torbach.

background image

- Chyba się trochę napracowałaś.
-Robiłam zakupy.
-To widzę. Jakiś specjalny powód?

-

Moja   wyprawa   -   melodramatycznym   gestem   przyłożyła   wierzch 

dłoni do czoła. - Nie mogę już dłużej znieść tego napięcia. Przyszłam, 
by ci powiedzieć, że zgodziłam się posłuchać dziadka. Pewnego dnia 
nauczymy się kochać siebie nawzajem. Niech się więc stanie.
-To   przedstawienie   wcale   nie   jest   zabawne.   Może   byś   mi   jednak 
powiedziała...
-Panie Thomas - rozległ się szorstki głos sekretarki - Jest tutaj pan 
Hartman i chce się z panem zobaczyć.
Oczy Janine zrobiły się okrągłe z przerażenia. Spojrzała na równie 

przerażonego Zacha. Nie mogli pozwolić, by dziadek odkrył ich tu razem.

-

Chwileczkę - powiedział Zach. Podziwiała jego opanowanie. 

Gestem wskazał zamknięte drzwi i wepchnął ją do małego pomieszczenia, 
albo   raczej   wielkiej  szafy.   Ogarnęła   ją   całkowita   ciemność.   Prawie 
natychmiast drzwi otworzyły się znowu, wpuszczając smugę światła, i koło 
jej nóg wylądowały trzy duże torby pełne zakupów.

Janine czuła się idiotycznie. Stała bez ruchu, prawie nie oddychając 

ze strachu, że zostanie odkryta.

Przyciskając   ucho   do   drzwi,   próbowała   podsłuchać   rozmowę   i 

wywnioskować   z   niej,   jak   długo   dziadek   zamierzał   siedzieć   w   biurze 
Zacha.

Niestety,   prawie   nic   nie   mogła   usłyszeć.   Zaryzykowała   i   lekko 

uchyliła   drzwi.   Obrzuciła   szybkim   spojrzeniem   pokój.   Obaj   mężczyźni 
stali odwróceni do niej plecami. To wyjaśniało, dlaczego nic nie słyszała.

I w tym momencie Janine dostrzegła swoją torebkę. Zrobiła krok w 

tył. Wtedy dopiero wzięła głęboki wdech, żeby się uspokoić. Dziadkowi 
wystarczyło spojrzeć pod nogi, żeby zobaczyć nieszczęsny przedmiot.

Dobry Boże, jeżeli przesunie nogę, zaczepi o pasek i pociągnie ją 

przez pokój.

Zach odwrócił się od okna i Janine usłyszała go zupełnie wyraźnie.
-

Zaraz  się  tym zajmę  - mówił  spokojnie.  Był tak  naturalny, 

jakby trzymanie kobiet w szafie należało do jego codziennych zwyczajów. 
On także musiał dostrzec torebkę, bo na chwilę zatrzymał na niej wzrok, a 
potem bezwiednie przeniósł go na szafę.

Na litość boską, przecież nie zostawiła jej specjalnie. Dziadka miało 

nie być dzisiaj w biurze. Rano mówił jej, że w czasie lunchu pójdzie do 
klubu spotkać się ze swym długoletnim przyjacielem Burtem Colemanem. A 
zawsze kiedy spotykał się w czasie dnia z którymś ze swych kumpli, całe 
popołudnie grali potem w bezika. Najwidoczniej zmienił swe obyczaje tylko 
dlatego, żeby ją wpędzić do grobu.

Minęło jeszcze kilka koszmarnych minut, zanim Zach odprowadził 

go wreszcie do drzwi. Kiedy je zamknął, Janine wypadła z szafy, krzycząc 
zdławionym głosem.

background image

-Moja torebka? Czy myślisz, że ją widział?
-Jeśli nie, to znaczy, że oślepł. Nie mogłaś zrobić nic głupszego.
-Przecież nie zostawiłam jej specjalnie!

-

Nie  mówię  o tym.  Po  co  tu  w ogóle  przychodziłaś  -  powiedział 

wściekłym tonem. - Oszalałaś?
-Ja... mówiłam ci, że byłam w pobliżu. - Na tyle zdała się jej sprytna 
historyjka. Zach oczywiście miał rację, mogła przecież po prostu do 
niego zadzwonić. Ale z jakiegoś dziwacznego powodu chciała mu 
opowiedzieć o swojej wycieczce osobiście.
Zach był najwyraźniej wściekły.
-

Naprawdę nie wiem, jak długo trzeba myśleć, żeby wymyślić 

coś   równie   głupiego.   Gdyby   twój   dziadek   zobaczył   nas   tu   razem, 
natychmiast   wyciągnąłby   z   tego   fałszywe   wnioski.   Do   tego   popołudnia 
wszystko toczyło się idealnie. Ani razu nie wspomniał o tobie, co uczciwie 
mówiąc, bardzo mnie cieszyło - grzmiał dalej.

-Masz rację. Wiem, że to był błąd. Ja... ja już nigdy więcej tu nie 
przyjdę - przyrzekła, starając się zachować resztki godności. Szybko 
zgarnęła swoje rzeczy i prawie biegnąc ruszyła w stronę drzwi, nie 
dbając o to, czy ktoś ją zobaczy.
-Nie powiedziałaś mi, po co tu przyszłaś - Zach ruszył za nią w 
stronę wind.
Janine   wpatrywała   się   w   świetlne   cyferki   jakby   informacja,   na 

którym piętrze znajduje się winda, była dla niej niezwykle ważna.

-Bardzo mi przykro, że zabrałam tak dużo twego bezcennego czasu. 
Teraz wiem, że takim drobiazgiem nie powinnam zawracać ci głowy.

-

Janine   -   odezwał   się   łagodnie,   żałując   chyba   wcześniejszego 

wybuchu - wiem, że nie powinienem był krzyczeć.

-

Tak, nie powinieneś - zgodziła się. W tym momencie otworzyły się 

drzwi windy i w jednej chwili była w środku.

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Zamek Cawdor został zbudowany w piętnastym wieku i po dziś 

dzień   pozostaje   siedzibą   książąt   Cawdor   -   deklamował   przewodnik, 
oprowadzając   Janine   wraz   z   siedemnastoma   innymi   zwiedzającymi   po 
słynnej posiadłości. - William Szekspir opisał ten zamek w „Makbecie". 
Było to miejsce śmierci króla Duncana I, który w 1040 był właścicielem 
Cawdor...

Przez   parę   pierwszych   dni   swego   pobytu   w   Szkocji   Janine 

zadawalała   się   zwiedzaniem   na   własną   rękę.  Zorganizowane   wycieczki 
pozwalały jednak poskładać  wszystkie kawałki jej wiedzy historycznej w 
całość, jednocześnie ją uzupełniając.

Zamek Cawdor leżał w północno-wschodniej Szkocji. Następnego 

dnia miała zamiar wynająć samochód i wybrać się do Edynburga, stolicy 
prowincji.   Z   tego,   co   zdążyła   przeczytać,   zamek   w   Edynburgu   był 
starożytną fortecą, zbudowaną na olbrzymiej skale, górującą nad miastem. 

background image

Dziadek zarezerwował dla niej miejsce w podmiejskim zajeździe.

Gospoda wyglądała dokładnie tak, jak wymarzyła sobie Janine. Miała 

białe ściany, wzmocnione ciemnymi  belkami i kryty czerwoną  dachówką 
dach. Przydzielony jej pokój może nie był bardzo wygodny, ale za to miał 
klimat i czuła się w nim, jakby wróciła do znajomego miejsca. Na stole 
stały świeże kwiaty, a w łazience pachniały sole do kąpieli.

Ponieważ nie była wcale zmęczona, zbiegła na dół,  żeby obejrzeć 

rozciągający się wokół zajazdu ogromny ogród. W kwietniowym powietrzu 
czaił się jeszcze chłód zimy, wepchnęła więc ręce głęboko do kieszeni i z 
rozbawieniem przyglądała się przepiórkom spacerującym po wspaniałym, 
zielonym trawniku.

-

Janine?!

Odwróciła   się   na   dźwięk   swego   imienia   i   ogromnie  zdziwiona 

zobaczyła stojącego zaledwie o kilka kroków od niej Zacha.

-Co ty tu robisz? - zapytała.
-Ja? Właśnie miałem ci zadać to samo pytanie.
-Zrobiłam sobie wakacje. Dziadek zafundował mi wycieczkę.
-A ja przyjechałem w interesach - tłumaczył się Zach, marszcząc 
brwi, jakby nasuwało mu się jakieś podejrzenie.

-

Czy to nie dziwny zbieg okoliczności? - zapytała Janine.

Zach natychmiast przyjął postawę obronną.
-Chyba nie sądzisz, że to zaplanowałem?
-Nie - zgodziła się opornie.
Zach nie ruszył się z miejsca, stał sztywny i napuszony.
-Nie mam z tym absolutnie nic wspólnego - podkreślił.

-

Gdybyś   nie   był   tak   grubiański,   kiedy   widzieliśmy   się   ostatnim 

razem - poinformowała go z satysfakcją - wiedziałbyś, że dziadek 
mnie tutaj wysyła i moglibyśmy uniknąć tej niemiłej niespodzianki.
-Gdybyś   nie   wyskoczyła   jak   oparzona   z   mojego   biura,   też 
dowiedziałabyś się, że jadę tutaj.

-

A  to   dobre!   Jeszcze   mi   powiedz,   że   to   wszystko  moja   wina   - 

krzyknęła piskliwie, wpatrując się w niego wściekłym wzrokiem. - O 
ile dobrze pamiętam, miałeś mi za złe, że w ogóle pojawiłam się w 
twoim ukochanym biurze.
-   To   prawda,     zachowałem   się   nieodpowiednio   -   przyznał   Zach, 

zaciskając   mocno   szczęki.   -   Ale,   o   ile   pamiętam,   powiedziałem 
przepraszam.

-

Powiedziałeś - przytaknęła - ale trochę za późno. Nigdy w życiu nie 

byłam w równie niezręcznej sytuacji.
-Ty? - wykrzyknął Zach. - Może to cię zdziwi, ale nie mam zwyczaju 
ukrywać kobiet w szafie.
-A myślisz, że było mi miło znaleźć się nagle w tej... szafie jak w 
koszu z brudną bielizną?

-

A co niby miałem zrobić? Wepchnąć cię pod biurko?

-Wszystko byłoby lepsze.

background image

-

Jeśli   tak   bardzo   zależy   ci   na   ustaleniu,   które   z   nas   jest   winne, 

pozwolę sobie przypomnieć, że to nie ja zostawiłem torbę, o którą 
twój dziadek o mało  się nie potknął - powiedział Zach. - Robiłem 
wszystko,  no,   może   poza   karcianymi   sztuczkami,   żeby   odciągnąć 
jego uwagę.

-

Zaraz   okaże   się,   że   cała   ta   historia   to   jeden   wielki   błąd,   mój 

oczywiście - mruknęła Janine.
-Na   pewno   nie   ja   wpadłem   niespodziewanie   do   biura.   Gdybyś 
pracowała, jak wszyscy normalni ludzie...
-Pracuję - wtrąciła, głęboko urażona. - Uważasz, że praca społeczna 
to   nie   praca?   To   znaczy,   że   te   trzydzieści   godzin   tygodniowo 
spędzam po prostu na niczym? Skończyłam studia i na pewno nie 
miałabym kłopotu z dostaniem etatu, ale dlaczego zajmować miejsce 
tym,   którzy   naprawdę   jej   potrzebują,   podczas   gdy   cała   masa 
organizacji odwalających kawał naprawdę dobrej roboty cierpi ciągle 
na brak ludzi?
Miała dość obraźliwych insynuacji Zacha. Od pierwszego spotkania 

dawał jej jasno do zrozumienia, że uważa ją za rozpieszczoną pannicę o 
ptasim móżdżku.

-Posłuchaj, nie chciałem...
Jasno   widać   -   ucięła   krótko   -   że   ty   i  ja   nigdy  w niczym się nie 

zgodzimy. - Była wyjątkowo wściekła.  -  Wobec   tego   spróbujmy   się   nie 
zauważać. Ty nie chcesz mieć nic wspólnego ze mną i, prawdę mówiąc, ja 
mam identyczne odczucia w stosunku do ciebie. Do widzenia więc, panie 
Thomas. - Tym razem jej odejście godne było wielkiej sceny.

Po  raz   pierwszy  udało  jej  się   pokonać  tego  mężczyznę.  Powinna 

czuć się wspaniale. Ale tak nie było.

Kiedy   w   godzinę   później   wsiadała   do   turystycznego  autobusu, 

zabierającego   wycieczkę   do   Edynburga,   nadal   nie   mogła   pozbyć   się 
wspomnienia   ostatniego   spotkania   z   Zacharym   Thompsonem.   Jeżeli   w 
całej tej sytuacji było coś zabawnego, to tylko, że dziadek uznał ich za 
pasujących do siebie.

Zdecydowana   wyrzucić   tego   mężczyznę   ze   swych   myśli,   Janine 

spacerowała bez celu po Princess Street. Sklepy pełne były kupujących, 
trupy aktorów organizowały happeningi na jezdni, a muzykanci grali na 
chodnikach.   Panował   nastrój  festiwalu   i   trudno   tu   było   pogrążać   się   w 
ponurych   myślach.   Po   pewnym   czasie   zapomniała   o   nieprzyjemnym 
spotkaniu i szła pogodnie uśmiechnięta.

Mijało   ją   wielu   mężczyzn   ubranych   w   szkockie   spódniczki   i 

tradycyjne wełniane czapy. Janine wydawało się, że jest w innym czasie 
lub świecie. Samo miasto wyglądało szaro i ponuro, jak bezbarwne  tło 
kolorowych   obrazów,   zgiełku   i   hałasu,   wspomnień  minionych   wieków. 
Wszędzie rozbrzmiewały dźwięki kobzy.

Po raz drugi Janine wpadła na Zacha, gdy przechodziła koło sklepu z 

ubraniami.   Zatrzymał   się,   na   jego   twarzy   dostrzegła   przelotny   wyraz 

background image

zdziwienia, a potem smutku - jakby spotkanie jej dwukrotnie tego samego 
dnia mogło wyczerpać cierpliwość każdego.

- Wiem, o czym myślisz - powiedział, wbijając w nią wzrok.- Nie 

śledziłem cię, po prostu chciałem kupić kilka rzeczy.

Przesunęła się bliżej witryny, żeby nie przeszkadzać przechodniom.
-Możesz być równie pewny, że i ja nie szłam twoim śladem.
-W porządku - powiedział.
-W porządku - powtórzyła.
Żadne z nich nie poruszyło się przez kilka denerwujących sekund. 

Janine sądziła, że Zach ma zamiar coś jeszcze powiedzieć. Może po cichu 
nawet miała taką  nadzieję. Jeżeli nie mogli zostać przyjaciółmi, powinni 
zawrzeć przynajmniej sojusz. Połączyć swe siły, zamiast  walczyć ze sobą. 
Nagle Zach bez słowa odwrócił się i włączył w strumień ludzi śpieszących 
chodnikiem.

Pół   godziny   później,   objuczona   jeszcze   większą   masą   pakunków, 

Janine szła w kierunku sklepu z materiałami. Potrzebny był jej kawałek 
szkockiej wełny na prezent dla Pam. Przejechała dłonią po rzędzie grubych 
bel materiału,  zachwycona  doborem kolorów. Wełna wydawała się  taka 
miękka, ale kiedy uniosła brzeg sukna zadziwił ją ciężar.

-

Każdy   klan   ma   swoją   własną   kratę   -  odezwała   się   do   niej 

siwowłosa   sprzedawczyni.   Janine   z   zachwytem   słuchała   jej   głosu,   z 
pobrzmiewającym  szkockim rrr. - Najznaczniejsze rodziny używają trzech 
rodzaje wzorów, w zależności od okazji. Na codzień, od święta i do walki.

Janine   patrzyła   z   zainteresowaniem,   jak   właścicielka  sklepu 

przechodzi wzdłuż stołu rozwijając błękitnozielony pled. Widziała ten wzór 
już poprzednio. Kobieta wyjaśniała dalej, że turystów najczęściej interesuje 
właśnie ten, ponieważ nie jest on przywiązany  do żadnego szczególnego 
klanu. Nazywa się Psia Wachta. Jeśli ktoś wybierał ten materiał, łączył się 
z całą Szkocją.

Janine kupiła spory kawałek. Szła wąską uliczką,  utrzymując jakoś 

swe paczki w rękach, kiedy ponownie zauważyła Zacha. Stał przysłuchując 
się grupie  muzyków. Już miała odwrócić się i ruszyć w przeciwną  stronę, 
kiedy   -   właściwie   bez   powodu   -   przystanęła.   Jej   opinia   o   Zachu   nie 
zmieniła   się   od   ich   pierwszego   spotkania.   Nadal   uważała   go   za 
nierozsądnego  uparciucha,   choć...   no   dobrze,   przyzna   to,   atrakcyjnego 
mężczyzną. Nawet bardzo atrakcyjnego, jeśli lubi się ten nieco kanciasty 
typ urody. Brakowało mu poloru, światowości, którą mieli mężczyźni typu 
Briana, ale było w nim coś bardzo męskiego. I potrafił jednym spojrzeniem 
doprowadzić   ją   do   gniewu.   Nie   udało   się   to   jeszcze   nigdy   żadnemu 
mężczyźnie.

Muzycy zaczęli jakąś pogodną piosenkę i Zach roześmiał się sam do 

siebie.   Usłyszała   jego   bogaty,   ciepły   tenor   i   pomyślała,   że   powinna 
natychmiast odejść. Ale nie potrafiła.

Zach musiał wyczuć jej spojrzenie, bo nagle się odwrócił. Czuła, jak 

policzki jej robią się purpurowe. Przez długą chwilę żadne nie ruszyło się 

background image

ani nie uśmiechnęło.

Janine pomyślała, że już najwyższy czas przerwać tę głupią wrogość. 

Postanowiła schować dumę do kieszeni. Ale w tej właśnie chwili przejechał 
autobus, zasłaniając Zacha. Kiedy Janine zobaczyła go znowu, odwrócony 
był w stronę muzyków.

Zrezygnowała więc z pojednawczego gestu i ruszyła w przeciwnym 

kierunku.   Nie   zdążyła   nawet   minąć   jednej   przecznicy,   kiedy   usłyszała 
swoje imię.

Stanęła i pozwoliła, by ją dogonił. Na widok licznych paczek podniósł 

w geście zdziwienia jedną  brew, ale  wziął  kilka.  Oddała  mu  je  z   ulgą. 
Ruszyli bez słowa.

-Musimy porozmawiać - odezwał się po chwili.
-To nic nie da. Za każdym razem, kiedy coś mówisz, ranisz mnie 
albo obrażasz.
Jeszcze   chwilę   wcześniej   Janine   miała   nadzieję,   że   uda   im   się 

skończyć te dziecinne sprzeczki, a oto sama prowokowała następną, robiąc 
dokładnie to, o co go oskarżała. Zatrzymała się w pół kroku.

-Nie powinnam była tego mówić. Nie wiem, co się z nami dzieje, ale 
chyba nie potrafimy być dla siebie mili.

-

Może to z powodu szoku wywołanego spotkaniem.

-Myślałam   o   tym   i   doszłam   do   wniosku,   że   to   dziadek   je 
zaaranżował.  Ale   nie   wiem,   po   co   wysyłał   nas   na   drugi   koniec 
świata?
-Wydawało mi się, że go już trochę znam - wymruczał Zach. - Ale 
ostatnio   nie   jestem   tego   taki   pewien.   Nie   mam   pojęcia,   czemu 
wybrał właśnie Szkocję.

-

Przyniósł mi bilet na samolot i powiedział, że od roku nigdzie nie 

byłam - mówiła Janine. - Że najwyższy czas, abym zrobiła sobie 
wakacje   i   że   powinnam   na   chwilę   oderwać   się   od   wszystkiego. 
Połknęłam haczyk.
-Ty?!   -   wykrzyknął   Zach   potrząsając   głową.   -   Mnie   ustrzelił   jak 
zająca.   Co   prawda,   trzeba   było   tu   podpisać   parę   kontraktów,   ale 
każdy urzędnik by sobie z tym poradził. Zorientowałem się dopiero 
wtedy, kiedy po przyjeździe do zajazdu zauważyłem rezerwację dla 
ciebie.
-Gdyby nie kłótnia w biurze, jakoś moglibyśmy temu zapobiec. A 
przynajmniej wiedzielibyśmy, co dziadek knuje.
-Właśnie   -  powiedział   Zach.   -  Informacja   jest   siłą.  W  tym   nasza 
jedyna szansa.

-

Tak - zgodziła się Janine, kiwając energicznie głową.

-Ale   wpadanie   na   siebie   przy   byle   sposobności   też   prowadzi   do 
kłopotów.
-Masz rację.
Im mniej czasu spędzamy ze sobą, tym lepiej. Bez pytania wziął od 

niej resztę pakunków, dodając je do torebek i paczek, które już niósł.

background image

-Wynająłem samochód. Może pojechałabyś ze mną do hotelu, ale 
pewnie nie będziesz chciała!

-

Ależ z przyjemnością - Janine poczuła wzbierającą falę wdzięczności. 

Chociaż ich spotkanie było okropne, teraz przynajmniej przestali już 
oskarżać się wzajemnie i mogli normalnie rozmawiać. Wolała widzieć 
w Zachu przyjaciela, nie wroga.
Podczas powrotnej drogi do gospody rozmawiali niewiele. Po kilku 

uwagach na temat krajobrazu nie bardzo wiedzieli, o czym mają mówić 
dalej. Oboje czuli się nieco skrępowani. A Janine była aż nazbyt świadoma 
fizycznej   bliskości   Zacha   spowodowanej   ciasnotą   w   samochodzie.   Jej 
ramię i udo znajdowało się tuż obok niego, z całych sił starała się nie 
zwracać na to uwagi.

Kiedy   przypadkowo   spojrzała   na   niego,   zauważyła,   że   na   jego 

twarzy   maluje   się   takie   skupienie,   jakby   prowadził   samochód   po   torze 
wyścigowym, a nie po łagodnej, pustej drodze. Miał zaciśnięte usta, wokół 
których pojawiły się głębokie bruzdy. Na moment oderwał wzrok od szosy 
i ich oczy spotkały się. Janine odwróciła oczy, zmieszana, że przyłapał ją 
na   przyglądaniu   mu   się   z   bliska.   Chciała   uporządkować   swe   uczucia, 
przeanalizować   na   zimno   miotające   nią   sprzeczne   emocje.   Zach   się   jej 
podobał,   ale   mniej   niż   Brian.   I   chociaż   wyprowadzał   ją   często   z 
równowagi, jednocześnie podziwiała go. I szanowała. Ale nie działał na nią 
tak jak  Brian. A  mimo  to nie  potrafiła  o nim myśleć  niczym o  bracie. 
Ostatecznie   doszła   do   wniosku,   że   jej   uczucia   do   Zacha   są   bardziej 
skomplikowane, niż przypuszczała.

Podziękowała   mu   za   odwiezienie   do   hotelu,   zebrała   paczki   i   z 

trudem   wdrapała   się   po   schodach   do   pokoju.   Zanurzyła   się   w   gorącej, 
pachnącej kąpieli, a potem założyła spódnicę w błękitnozłotą kratę, którą 
kupiła tego popołudnia. Do tego cienki, biały sweterek i granatowy blezer. 
Na szyi zawiązała granatową apaszkę. Obejrzała się w lustrze, zadowolona 
z   efektu.   Potem   podmalowała   trochę   policzki   i   powieki.   Uznała,   że 
najwyższy czas na kolację.

Kiedy schodziła na dół, Zach stał w drzwiach jadalni, czekając, by 

kelner zaprowadził go do stolika. Miał na sobie gruby, ręcznie robiony 
sweter i luźne, dresowe spodnie. Wyglądał naprawdę nieźle.

Właścicielka zajazdu powitała ich ciepłym uśmiechem.
-

Stolik dla dwojga?

Janine zareagowała pierwsza, cała czerwona ze zmieszania.
-

Nie jesteśmy razem - powiedziała szybko. - Ten pan był tu 

przede mną.

Zach zmarszczony ruszył za gospodynią prowadzącą go w kierunku 

stolika pod ścianą, blisko masywnego,  kamiennego paleniska. Po chwilki 
właścicielka   wróciła  i   poprowadziła   Janine   w   stronę   tej   samej   ściany. 
Posadziła ją przy sąsiednim stoliku, tak że mogli sobie na dobrą sprawę 
czytać kartę przez ramię.

-

Nie sądzisz, że zachowujemy się trochę śmiesznie? - zapytał.

background image

-

Chyba tak - przyznała. - Ale umówiliśmy się  dzisiaj, że będziemy 

starali się trzymać jak najdalej od siebie.
-Naprawdę nie sądzę, żeby wspólne zjedzenie kolacji mogło nam 
czymś grozić.
-Tak... chyba masz rację.
Zach podniósł się i zapytał z szerokim uśmiechem:
-

Czy mogę się przysiąść?

-

Proszę - Janine też nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.

Usiadł naprzeciwko, przyglądając się Janine z aprobatą.
-Dobrze ci w tych kolorach.

-

Dzięki. - Musiała przyznać, że on też wyglądał znakomicie i bardzo 

męsko. Już miała oddać mu komplement, kiedy uświadomiła sobie, jak 
igrają z losem.
-To już się dzieje - szepnęła, pochylając się ku niemu, żeby nikt jej 
nie słyszał.
-Co? - Zach rozejrzał się wokół, jakby oczekując, że spoza ciężkich 
zasłon wyłonią się szkockie duchy.

-

Ty   mówisz,   jak   ładnie   mi   w   niebieskim,   a   ja   już   mam   zamiar 

odpowiedzieć, że wyglądasz świetnie,  uśmiechamy się do siebie i 
tworzy się nastrój wzajemnego zauroczenia. I zanim się obejrzymy, 
będziemy brali ślub.
-To śmieszne.
-Pewnie. Teraz tak mówisz.
-Czy to znaczy, że mam wrócić na swoje miejsce i jeść sam?

-

Oczywiście,   że   nie.   Ale   myślę,   że   lepiej   będzie  ograniczyć 

komplementy. Zgoda?

-

Nie powiem ci już nic miłego. Janine zadowolona skinęła głową.

-Dziękuję.
-Z tym też trzeba uważać - ostrzegł ją z łobuzerskim uśmiechem. - 
Jeżeli będziemy dla siebie zbyt grzeczni, zaprowadzi nas to wprost 
do jubilera.
-O tym nie pomyślałam.
Spojrzeli na siebie i oboje wybuchneli niepowstrzymanym śmiechem, 

zwracając uwagę wszystkich w jadani. Natychmiast przestali.

Kiedy już zamówili potrawy, Janine podzieliła się z Zachem teorią, 

która przyszła jej do głowy podczas drogi do zajazdu.

-

Chyba wiem, dlaczego dziadek wysłał nas właśnie tutaj.

-Umieram z ciekawości.

-

Boję   się,   że   to   moja   wina   -   oparła   się   o   wysokie   krzesło. 

Westchnęła.   -   Kiedy   dziadek   po   raz   pierwszy   wspomniał   o 
zaaranżowanym   małżeństwie,   starałam   się   wytłumaczyć   mu,   że 
miłość to nie jest coś, co zamawia się jak... kolację. Udawał, że nie 
rozumie,  o co mi chodzi, i chciał dowiedzieć się, czego potrzeba 
kobiecie, by się zakochała.
-A ty mu odpowiedziałaś, że podróż do Szkocji może sprawić ten 

background image

cud? - Zach spojrzał zaciekawiony.
-Oczywiście, że nie. Powiedziałam, że potrzebny jest  odpowiedni 
nastrój.
Zach pochylił się do przodu.
-

Chyba nie bardzo rozumiem.

Janine udając nieco zagniewaną tłumaczyła mu dalej.
-No, dziadek chciał wiedzieć, co to jest miłość.

-

Sam   chętnie   bym   usłyszał   definicję   -   Zach   otarł   usta   serwetką. 

Janine podejrzewała, że przy okazji ukrył uśmiech.
-To   naprawdę   nie   takie   łatwe   -   odpowiedziała.   -   I   pamiętaj,   że 
musiałam   to   wymyślić   naprędce.   Powiedziałam   dziadkowi,   że 
romans to tajemne schadzki na szkockich wrzosowiskach.
-Z wodzem wrogiego klanu?
-Nie, z wymarzonym mężczyzną.
-Co jeszcze mu powiedziałaś?
-Nie   pamiętam   dokładnie.   Coś   o   spacerach   po   plaży   w   świetle 
księżyca i o szalonej namiętności.
-Ciekawe, jak uda mu się to zaaranżować?

-

Prawdę mówiąc, wcale nie mam ochoty się dowiedzieć - wyszeptała 

Janine.  Widząc,   jak   poważnie  dziadek   potraktował   jej   wymyśloną 
naprędce definicję, prawie bała się jego dalszych pomysłów.
Wyszli z jadalni i Zach odprowadził ją do schodów.
-Dziękuję   za   poniesienie   ryzyka   wspólnej   kolacji   -   powiedział 
śmiertelnie   poważnym   głosem.   -   Było   mi   bardzo   miło,   choć... 
niebezpiecznie.

-

Mnie   też   -   odpowiedziała   Janine   cicho.   Bardziej,   niż   chciałaby 

przyznać. Wiedziała, że powinni się rozstać jak najszybciej, gdyż i 
tak nazbyt kusili los. Chciała mu powiedzieć, że dobrze się z nim 
rozmawia i śmieje, ale zupełnie nie wiedziała, jakich użyć słów, by 
nie zabrzmiały jak wypowiadane przez zakochaną kobietę.
Zach   najwyraźniej   miał   ten   sam   problem.   Podniósł   rękę,   chcąc 

dotknąć jej policzka, ale nagle rozmyślił się. Poczuła dziwny zawód.

-Dobranoc - powiedział krótko i zrobił krok w tył.

-

Dobranoc   -   powtórzyła.   Odwróciła   się   i   weszła   do   pokoju. 

Zamknęła drzwi i oparła się o nie, czując, że ma miękkie kolana.
Przez   dziesięć   minut   kręciła   się   bez   celu   po   pokoju   i   wreszcie 

postanowiła   wyjść.   Ścieżki   w   ogrodzie  prowadziły   aż   do   opadającego 
pionowo w dół urwiska. Z miejsca, gdzie stała, Janine słyszała w dole huk 
morza. W powietrzu zapach soli mieszał się ze słodką wonią purpurowych 
kwiatów w pełnym rozkwicie. Janine ruszyła wąską ścieżką w głąb ogrodu. 
Nocne powietrze było zimne, ale nie zamierzała spacerować długo. Może 
wróci tu rano, kiedy będzie można coś więcej zobaczyć. Wtedy dojdzie na 
sam brzeg.

Księżyc w pełni wydawał się ogromny. Srebrne smugi oświetlały 

niebo aż po horyzont. Czuła  ogarniający ją ogromny spokój. Zamknęła 

background image

oczy, rozkoszując się tą chwilą ciszy.

-Znowu się spotykamy - usłyszała nagle głos Zacha.

-

To naprawdę zaczyna się robić zabawne - Janine odwróciła się w 

jego   stronę   z   uśmiechem.   Serce   biło   jej   mocno.   Spotkanie   na 
wrzosowisku...
-Wprawdzie nie jest to schadzka... - powiedział Zach.

-

No, niezupełnie.

Stali obok siebie patrząc na nocne niebo. Oboje  milczeli. Podczas 

kolacji   gadali   bez   przerwy,   ale   teraz  Janine   czuła,   że   język   ma   jak 
związany. Czyż mogło być coś groźniejszego niż takie spotkanie nocą?

Janine wiedziała o tym. Zach również. Ale żadne nie zaproponowało 

powrotu.

-Jaka piękna noc - odezwał się wreszcie Zach.

-

Piękna,   prawda?   -   powtórzyła   Janine,   jakby   zrobiła   niezwykle 

interesujące odkrycie.
-Myślę, że nie powinniśmy brać tego zbyt dosłownie - powiedział 
nagle.
-Nie rozumiem.

-

Naszego spotkania. Ktoś mógłby uznać, że to ukartowaliśmy. Jesteś 

kobietą i trudno, żeby mężczyzna... normalny mężczyzna tego nie 
zauważył. Nie można wszystkiego zrzucać na księżyc.
-Och, oczywiście. Chodzi mi o to, że spotkaliśmy się i to jest jak 
najbardziej naturalne, że... przez chwilę... To zupełnie naturalne i nic 
nie oznacza.

-

Tak, oczywiście masz rację - zawahał się i dodał cicho. - Powinnaś 

mieć jakąś cieplejszą kurtkę. - Zanim zdążyła powiedzieć mu, że jest 
jej zupełnie ciepło, poczuła jego dłonie na ramionach. Westchnęła 
bezwiednie i oparła się o niego.
-To już jest problem, prawda? - wyszeptał jej do ucha. - Zdaje się, że 
światło księżyca może mieć dziwny wpływ na ludzi.
-Myślałam, że tylko na... wilkołaki.
Parsknął   śmiechem,   poczuła   na   karku   jego   oddech.   A   potem 

policzkiem dotknął jej twarzy i westchnęła jeszcze raz.

Odwrócił jej twarz w swoją stronę, ale Janine za nic w świecie nie 

spojrzałaby na niego w tej chwili.

Nic nie mówił.
Ona również milczała.
Janine bała się tylu różnych rzeczy naraz, a najbardziej bała się, że 

mogłaby wypowiedzieć swe lęki. Być może Zach czuł podobnie.

Po chwili ujął jej twarz w dłonie. Leniwie gładził ją po policzkach. 

Widziała jego ciemne oczy, których wyrazu nie potrafiła odczytać. Czuła, 
jak wali jej serce.

Chciała powiedzieć, że plan dziadka zaczyna się udawać. Rozchyliła 

usta i w tym momencie poczuła jego ramiona przyciągają ją jeszcze bliżej. 
Przywarła  mocno do niego. Czuła błogie ciepło, czuła delikatny zapach 

background image

jego   skóry.   Nie   przypominało   to   niczego,   co  kiedykolwiek   wcześniej 
doświadczyła. A potem poczuła jego usta.

Przeszył ją nagły dreszcz rozkoszy, tak silny, że aż przerażający. Nie 

mogła powstrzymać się od drżenia.

Odsunął ją delikatnie.
-Jest ci zimno.
-Nie, to nie z zimna - nawet głos się jej trząsł.
-A z czego?
W odpowiedzi oddała mu pocałunek. Wcale nie miała zamiaru tego 

robić,   ale   zanim   zdążyła   pomyśleć,  zarzuciła   mu   ramiona   na   szyję   i 
całowała jego usta.

Kiedy wreszcie wtuliła twarz w jego ramiona, Zach wyszeptał:
-

Dobry Boże - i gwałtownie odsunął się od niej, jakby dopiero 

w tej chwili zdał sobie sprawę z tego, co robią.

Janine była zbyt oszołomiona, żeby zareagować. Próbując ukryć, jak 

wielką   przykrość   jej   zrobił,   tarła   rękami   twarz,   jak   człowiek,   którego 
wyrwano z głębokiego snu.

-

To nie powinno się wydarzyć - odezwał się Zach sztywno.

-

Oczywiście - zgodziła się z nim pospiesznie.

- Nie zachowaliśmy się najrozsądniej.
Zach przygładził dłonią włosy i zmarszczył czoło.

-

Nie   wiem,   co   mnie   naszło.   Nas.   Oboje   powinniśmy  mieć   więcej 

rozumu.

-

To   wina   księżyca   i   zmęczenia   -   Janine   podsunęła   pośpiesznie 

wygodne   wytłumaczenie.   -  Dziadek   zaaranżował   nasze  spotkanie, 
mając nadzieję, że coś się  tu wydarzy. Najwidoczniej siła sugestii 
działa bardziej, niż byśmy chcieli przyznać.
-Najwyraźniej - ale zmarszczka na jego czole nie znikła.

-

Ojej   -   wykrzyknęła   Janine   patrząc   na   zegarek.  W  ciemności   nie 

widziała cyfr, ale jej głos był pełen  zdumienia. - Czy wiesz, która 
godzina? Zrobiło się strasznie późno.

-

Posłuchaj Janine, chyba musimy o tym porozmawiać.

-Oczywiście, ale nie teraz - jedyne czego chciała, to uciec. Zaczęło 
się   niewinnie,   jak   zabawa,   a   szybko   zamieniło   w   coś   znacznie 
poważniejszego.

-

Niech będzie, porozmawiamy o tym rano - Zach nie był przekonany. 

Szedł obok niej przez ogród, mrucząc coś pod nosem. - A niech to! - 
wykrzyknął wreszcie, znowu przeczesując palcami włosy. - Niech to, 
wiedziałem, że nie powinienem był tu w ogóle przyjeżdżać.
-Niepotrzebnie się złościsz. Zrzuć winę na to krystalicznie czyste 
powietrze. Zdaje się, że wpływa w jakiś sposób na mózg czy coś w 
tym rodzaju.
-Tak, tak - zgodził się ponuro Zach.
-No  cóż,  dobrej  nocy  -  udało jej  się  powiedzieć  pogodnie, kiedy 
doszli do schodów.

background image

-Dobranoc - odpowiedział Zach, tonem równie nonszalanckim.
Kiedy Janine znalazła się w pokoju, rzuciła się na łóżko i ukryła 

twarz w dłoniach. O nie, lamentowała cicho. Przekroczyli granicę. Igrali z 
przeznaczeniem.

Pocałowali się.
Kilka minut później, nadal dygocząc, Janine wstała i rozebrała się. 

Wsunęła się pod koc i starała znaleźć jakąś wygodną pozycję. Ale czuła się 
kompletnie   rozbudzona.   Rano   czeka   ją   rozmowa   z   Zachem.   Musi   się 
zachowywać, jakby nic się nie stało. Nie wiedziała, czy potrafi to znieść. 
Bez   wątpienia   on   również   nie   będzie   się   czuł   swobodnie.   Zauważyła 
przecież, że po wejściu do zajazdu nawet już na nią nie spojrzał.

Janine   doszła   do   wniosku,   że   nie   pozostaje   jej   nic   innego   jak 

wyjechać. Odrzuciła koce i gwałtownie wstała. Im szybciej opuści Szkocję, 
tym lepiej. Sięgnęła po telefon, zadzwoniła na lotnisko, zarezerwowała bilet 
na pierwszy ranny lot do domu i natychmiast zaczęła się pakować.

Nie   próbowała   już   usnąć.  Tuż   przed   północą   po   cichu   zeszła   do 

recepcji i zapłaciła rachunek.

-Wyjeżdża   pani   wcześniej,   panno   Hartman?   -   zapytał   nocny 
recepcjonista, którego poprosiła o wezwanie taksówki.
-Tak - powiedziała.

-

Mam nadzieję, że była pani zadowolona z pobytu.

-Jest po prostu cudownie - wyciągnęła z torebki złożony kawałek 
papieru i położyła go na kontuarze. - Czy mógłby pan oddać to rano 
panu Thomasowi?

-

Oczywiście - młody człowiek włożył list w odpowiednią przegródkę.

Zadowolona, że Zach dowie się o jej wyjeździe, usiadła na krześle w 

małym holu czekając na taksówkę.

Jakieś piętnaście minut później Janine przyglądała się w milczeniu, 

jak   portier   wkłada   jej   torby   do   bagażnika.   Spojrzała   jeszcze   raz   na 
odmieniony   księżycem   krajobraz,   czując   żal,   że   nie   zobaczy   stromych 
urwisk Szkocji. Potem wsunęła się na tylne siedzenie samochodu.

Wydawało się jej, że podróż na lotnisko trwa wieki. Smutno jej było 

opuszczać Szkocję. Miała  nadzieję, że wróci tu kiedyś. Chociaż myśl o 
wieczornym   spacerze   trochę   mąciła   wspomnienia,   nie   żałowała  czasu 
spędzonego z Zachem. Wiedziała, że na zawsze zapamięta chwile spędzone 
w jego ramionach. Nie była jednak na tyle głupia, żeby przywiązywać do 
tego jakiekolwiek znaczenie.

Na lotnisku była na kilka godzin przed odlotem samolotu. Zabijała 

czas pijąc kawę i przeglądając pisma dla kobiet, które kupiła z myślą o 
Pam.

Niosąc w jednej ręce filiżankę z kawą, w drugiej trzymając bilet, 

podeszła do okienka. Ale torba przypadkiem zsunęła się jej z ramienia, 
potrącając   stojącego   obok   mężczyznę.   Już   miała   wymamrotać 
automatyczne przeprosiny, kiedy odwrócił się do niej.

- Zach! - krzyknęła o mały włos nie wylewając kawy. - Co ty tu 

background image

robisz?

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Wiedziałaś, że wyjechałem celowo - stwierdził Zach - i pojechałaś za 

mną. Zobaczyłaś, jak wsuwam ci list pod drzwi i...

-

Wymeldowałam   się   przed   samą   północą,   więc   nie   mogłam 

przeczytać listu od ciebie - odpowiedziała  sztywno. O jej liście nie 
wspomniał   ani   słowem.   -1   co  więcej   zostawiłam   dla   ciebie 
wiadomość.
-Nie otrzymałem jej.
-Musiało zajść jakieś nieporozumienie.
-Co najmniej - mruknął Zach - nieporozumienie.
-

Jego ton wskazywał, że nadal nie jest pewien, czy nie ułożyła 

tego wszystkiego, żeby lecieć razem z nim do domu. Poczuła się głęboko 
urażona   i   już   miała   mu   odpowiedzieć   ostro,   kiedy   przeszkodziła   jej 
pracownica linii lotniczych, kiwająca w jej stronę zza kontuaru.

-

Poproszę o bilet - powiedziała do Janine.

-

Wstrzymuje pani kolejkę.

-

Przepraszam bardzo - uznała, że jedyne co może zrobić, to 

całkowicie   zignorować   Zacha.   Przez   czysty   przypadek   wylądowali   w 
jednym   samolocie,   a   to   nie  oznacza,   że   mają   ze   sobą   coś   wspólnego. 
Najwyraźniej oboje przestraszyli się tego, co wydarzyło się w ogrodzie. I 
Zach, tak samo jak ona, postanowił uciec.

W porządku, ona powróci do swojego życia, on do swojego. I od tej 

pory nie będą się już widywać. Ku obopólnemu zadowoleniu.

Urzędniczka   wzięła   od   niej   bilet   i   wystukała   jakieś   cyfry   na 

komputerze.

Janine stanęła na palcach, pochyliła się w jej stronę i zniżając głos 

do szeptu powiedziała:

-Czy mogłabym dostać miejsce jak najdalej od pana Thompsona?

-

Proszę pani - odpowiedziała urzędniczka zniecierpliwionym tonem - 

na ten lot mieliśmy już komplet od kilku tygodni. Pani i pański... 
przyjaciel  tylko   dlatego  dostaliście   miejsca,  że   w   ostatniej   chwili 
zrezygnowały   dwie   osoby.   Nie   mogę   tuż   przed   lotem   zmieniać 
wystawionych wcześniej biletów.

-

Rozumiem - powiedziała Janine, czując się głupio i śmiesznie. Jeżeli 

dopisze   jej   przysłowiowe   szczęście,  znajdzie   się   w   samolocie   z 
Zachem u boku.
Na   pokład   wsiedli   osobno.   Zach   pojawił   się   w   drzwiach   kabiny 

dosłownie w ostatniej chwili.

Janine   siedziała   w   drugim   rzędzie   pierwszej   klasy,   przeglądając 

nieuważnie   pismo   reklamowe   linii   lotniczych.   Zach   minął   ją,   ściskając 
mocno bilet w ręku.

Postanowiła udawać, że go w ogóle nie dostrzega. Odwróciła się w 

stronę okna.

background image

-

Zdaje   się,   że   to   jest   moje   miejsce   -   powiedział   szorstko, 

wkładają podręczny bagaż do schowka nad głowami.

Janine już chciała się usprawiedliwiać, że to nie jej wina, że nawet 

próbowała temu zapobiec, ale zdążyła ugryźć się w język. I tak by jej nie 
uwierzył. W tym momencie odezwał się Zach.

-Zanim zdążysz mieć do mnie pretensje, chcę żebyś wiedziała, że nie 
miałem z tym nic wspólnego.
-Wiem.
-Wiesz?

-

Tak   -   potwierdziła   Janine.   -   Nawet   przeznaczenie   jest   przeciwko 

nam. Nie mam pojęcia, jak mój dziadek to zrobił, że spotkaliśmy się 
na   lotnisku   i   że   mamy   miejsca   obok   siebie.   Nie   wiem   również, 
dlaczego spotkaliśmy się w zajeździe już pierwszego dnia.
Przecież   mogliśmy   nigdy   nie   wpaść   na   siebie.   Wiem   jedno, 

wszystkiemu winien jest dziadek. - Pomyślała, że lepiej nie przypominać 
już o ich spacerze w świetle księżyca. Za to bowiem dziadka trudno było 
winić. Janine ziewnęła szeroko, zakrywając dłonią usta.

-

Och, przepraszam. Nie spałam w nocy i teraz senność mnie 

dopadła.

Jej ziewanie najwidoczniej było zaraźliwe. Stewardessa przyszła z 

kawą, ale oboje podziękowali.

-

Wolałabym,   żeby   ktoś   zaproponował   mi   poduszkę   - 

stwierdziła   Janine   ziewając   znowu.   Po   chwili   stewardessa   wróciła   z 
poduszką, grubym kocem i parą jaśków. Taki sam zestaw zaproponowała 
Zachowi.   Nie   wziął   jednak,   tłumacząc,   że   chce   trochę   popracować. 
Wyciągnął z teczki jakieś papiery. Janine oparła się wygodnie i zamknęła 
oczy. Prawie w tej samej chwili zapadła w spokojną drzemkę.

Podczas   następnych   kilku   godzin   dwa   razy   poruszyła  się 

niespokojnie, ale jakiś głos ukołysał ją znowu. Z westchnieniem zapadała 
w sen. Dawno nie czuła się tak wspaniale.

Śniło   jej   się,   że   idzie   przez   wrzosowisko,   ubrana   w   szkocką 

spódniczkę. Z oddali dochodziła muzyka kobzy.

Nagle na szczycie wzgórza zobaczyła Zacha ubranego w tradycyjny 

szkocki strój i z kobzą na ramieniu.  Wyglądał wspaniale. Ich spojrzenia 
spotkały się, a muzyka ucichła. Potem jakby znikąd pojawił się między 
nimi dziadek. Wyglądał na bardzo zadowolonego. Złożył ręce w trąbkę i 
krzyknął w stronę Janine:

-Czy to jest romans?
-Tak - odkrzyknęła mu.
-Czego jeszcze chcesz?
-Miłości.
-Miłość - powtórzył dziadek i zmarszczył brwi.
Potem odwrócił się do Zacha, jakby u niego szukając pomocy.
Zach   zaczął   znowu   w   skupieniu   grać   na   kobzie,   unikając 

odpowiedzi.

background image

-

Spójrzcie   na   siebie   -   krzyknął   dziadek.   -   Jesteście  dla   siebie 

stworzeni.   Zach,   kiedy   wreszcie   obudzisz   się   i   zobaczysz,   jaka 
piękna jest moja Janine?
-Sam chcę wybrać swoją żonę - odkrzyknął gniewnie Zach.

-

Mnie też nikt nie zmusi, żebym wyszła za niego - krzyknęła Janine.

-

Jesteś zakochana w Zachu! - zawołał prowokująco dziadek.

-

Ja... ja... - Janine nie mogła zebrać myśli. Dziadek przyglądał się jej 

z wyraźnym zadowoleniem.

-

Spójrz na nią, chłopcze - zwrócił się znów w stronę Zacha. - Zobacz, 

jaka jest cudowna. I pomyśl o tym, jakie piękne będą wasze dzieci.
-Dziadku. Nie chcę już więcej słyszeć o pięknych dzieciach! Nie 
wyjdę za Zacha.

-

Janine - usłyszała nagle jego glos tuż przy swoim uchu.

-Trzymaj się od tego z daleka - krzyknęła. Po co się w to wtrącał?
-To tylko sen.
Otworzyła oczy i zobaczyła jego twarz tuż nad swoją.
-Och...   -   krzyknęła   cicho,   natychmiast   prostując   się.   -   Och... 
przepraszam.
-Nie chciałem cię budzić, ale chyba śniłaś jakiś koszmar.
W ostrym świetle zaczęły jej łzawić oczy. Otarła twarz rękawem, 

wyciągnęła poduszki spod pleców i złożyła koc, starając się ukryć, jak 
bardzo trzęsą się jej ręce.

-

Myślisz o tym, co stało się wczoraj po kolacji, prawda?

Janine wciągnęła powietrze i uśmiechnęła się do niego pogodnie.
-Właściwie to nic się nie stało - skłamała.
-Wtedy   w   ogrodzie,   kiedy   się   pocałowaliśmy.   Posłuchaj   -   Zach 
ściszył głos i rozejrzał się, sprawdzając, czy nikt ich nie słyszy. - 
Myślę, że jednak powinniśmy o tym porozmawiać.
-Ja... Tak, masz rację. - Nie bardzo czuła się na siłach, ale wolała 
mieć   to   za   sobą   przed   spotkaniem   z   dziadkiem.   Nie   bardzo 
wiedziała, czego powinna oczekiwać. Zach powiedział, co myśli na 
temat aranżowania małżeństwa już na samym początku tej historii. 
Ona zresztą również. Romans z Brianem był dobrą lekcją, bolesną i 
trudną do zapomnienia. Oddała mu serce, zaufała, a on ją zawiódł. 
Zakochanie się było najbardziej wstrząsającym doświadczeniem w 
jej życiu i nie miała zamiaru go szybko powtarzać.

-

Byłbym zwykłym kłamcą, gdybym twierdził, że nasz pocałunek nie 

sprawił mi przyjemności - powiedział Zach - ale wolałbym, żeby się 
nie   zdarzył.   To   nic   nie   rozwiązało,   wręcz   przeciwnie, 
skomplikowało.
Janine nie czuła się specjalnie pochlebiona jego słowami. Musiało 

się to odbić wyraźnie na jej twarzy, ponieważ Zach natychmiast pospieszył z 
tłumaczeniem.

-

Prawie w ogóle się nie znamy. Spotkaliśmy się wtedy na lunchu 

Antonem, potem rozmawialiśmy kilka razy, ale w zasadzie jesteśmy 

background image

obcymi ludźmi.

-

Zjedliśmy raz kolację - przypomniała mu Janine zirytowana, że tak 

łatwo wymazał z pamięci wspólny wieczór.

-

To   prawda   -   potwierdził.   -  A  potem   spotkaliśmy  się   w   Szkocji, 

zjedliśmy razem kolację, spacerowaliśmy w księżycową noc i - zanim 
zdaliśmy sobie sprawę, co robimy - pocałowaliśmy się.
Janine przytaknęła w milczeniu.
-Parę rzeczy mnie usprawiedliwia, ale przyznaję, że to była tylko 
moja wina - dodał.
-Twoja?

-

Tak - potwierdził. - Ja ponoszę całkowitą odpowiedzialność. Bardzo 

wątpię, czy ty w ogóle wiedziałaś, co się dzieje. Przecież to jasne jak 
słońce, że jesteś zupełnie zielona...

-

Zaraz, zaraz - wtrąciła Janine. To, co usłyszała, wcale się jej nie 

podobało. - Co chciałeś przez to powiedzieć?

-

Nie masz żadnego doświadczenia w tych sprawach i ...

-

Inaczej mówiąc, jestem tak beznadziejnie naiwna, że nie stać mnie 

nawet na romantyczny pocałunek.
-Coś w tym rodzaju.
-To niesamowite - mruknęła.
-Nie obrażaj się.

-

Wyobraź sobie, że nie byłam dotąd trzymana w klasztorze. I pragnę 

cię poinformować, że całowałam się już parę razy w życiu.
-No dobrze. Ale nie o tym mówiliśmy...
-Bardzo mi przykro, że uznałeś mnie za gąskę. Mężczyzna z twoim 
doświadczeniem musi przeżyć ogromne rozczarowanie, jeżeli trafi 
na kogoś tak niedoświadczonego...

-

Janine - przerwał jej stanowczo - ja nic takiego nie powiedziałem. 

Chodziło   mi   tylko   o   to,   że   nam...   to   znaczy   mnie...   sprawy 
wymknęły się z rąk.

-

Jestem gotowa wziąć na siebie swoją część winy.  Poza tym jasno 

widzę, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.
-To dobrze - zgodził się Zach. Z trudem chyba nad sobą panował. - 
Mów.
-Chciałeś   mi   właśnie   powiedzieć,   że   skoro   było   nam   miło   i 
spędziliśmy razem średnio romantyczny wieczór...
-Średnio romantyczny?
-Właśnie! Nie ma się co obrażać. Po prostu stawiam sprawę jasno.
-W porządku - syknął, sznurując usta.
-Ponieważ   uważasz   się   za   znacznie   bardziej   doświadczonego, 
obawiasz   się   z   mojej   strony   kłopotów.   Nie   daj   Boże,   upojona 
pocałunkiem,   oddałabym   ci   na   przykład   serce   -   wykrzyknęła   z 
wściekłością.

-

Janine... zachowujesz się jak dziecko - upomniał ją chłodno.

-Oczywiście. Dokładnie tego przecież ode mnie oczekujesz.

background image

-Celowo przekręcasz wszystko, co mówię - Zach zacisnął dłoń na 
oparciu fotela.

-

To,   co   mówisz,   nikomu   w   ogóle   nie   jest   potrzebne.  Myślisz,   że 

przekroczyliśmy pewną granicę w naszych stosunkach, tak? No cóż, 
możesz się tym w ogóle nie przejmować - zrobiła głęboki wdech i 
spojrzała mu prosto w oczy. - O to ci chodziło?
-Mniej więcej.
-Czy ty czasem trochę siebie nie przeceniasz, Zach? - zapytała z 
sarkazmem.

-

Nie ja mamrotałem o pięknych dzieciach. Pocałowaliśmy się, a ty od 

razu zaczynasz myśleć o pieluszkach.
-To był tylko sen! I nie miał nic wspólnego z tym, o czym teraz 
rozmawiamy.
-Niech  ci   będzie   -  wyciągnął   to  samo  pismo,   które   przed   chwilą 
odłożył i zaczął bezmyślnie przerzucać kartki. - Ta cała rozmowa do 
niczego nie prowadzi.
-Dobrze. Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby się trzymać z daleka od 
ciebie, ale jeżeli od czasu do czasu nie uda mi się nie ulec twojemu 
czarowi, z góry błagam o wybaczenie.

-

Janine, przestań.

Spoglądał na nią z taką wściekłością, że nie mogła się powstrzymać 

od śmiechu.

Zach zapadł głęboko w fotel i zamknął oczy dając do zrozumienia, 

że uważa rozmowę za skończoną. Janine przyglądała się przez okno, jak 
wstaje słońce. Starała się myśleć o wszystkim innym, byle nie o uczuciach, 
jakie wywoływał siedzący obok niej mężczyzna.

Wydawało się jej, że minęły całe wieki, zanim pilot  ogłosił, że za 

chwilę wylądują na lotnisku w Seattle. Marzyła, żeby znaleźć się w domu, 
chociaż miała zamiar wygarnąć od serca dziadkowi.

Po wylądowaniu szybko przeszła przez odprawę celną. Mordowała 

się z dwiema ciężkimi torbami. Kiedy wychodziła na słoneczny poranek, 
Zach   stał   wciąż   przy   biurku   celnika.   Zaczęła   machać   ręką,   próbując 
zatrzymać jakąś taksówkę.

-Poczekaj - usłyszała  obok  siebie  głos  Zacha. - Wezmę  jedną od 
ciebie.
-Dziękuję - powiedziała zadyszana.

-

Zdaje   się,   że   mieliśmy   ograniczać   wszystkie   słowa  wyrażające 

wdzięczność - mruknął.
-Przepraszam, wyrwało mi się.
-Co   ty   tu   nosisz?   Cegły?   -   zapytał   posępnie.   Jemu   udało   się 
podróżować z jedną lekką torbą.
-Mogę ją nieść sama.
-Złapię dla nas taksówkę.
-Dla nas?

-

Jedziemy porozmawiać z twoim dziadkiem.

background image

-

Razem?   Teraz?   -   była   wykończona,   zarówno  fizycznie,   jak   i 

psychicznie. Chyba oboje tak się czuli.
-

Nie sądzisz, że im szybciej, tym lepiej?

Problem tkwił w tym, że Janine nie bardzo wiedziała,  co zamierza 

powiedzieć dziadkowi. Była zdecydowana,  że stanie z nim do walki, ale 
chciała poczekać na bardziej stosowną chwilę.

-

Może go nawet nie być w domu - sprzeciwiła się - a   jeśli   jest, 

to nie sądzę, żeby był to najlepszy moment.

-Chcę załatwić to raz i do końca.

-

Ja też - powiedziała z pełnym przekonaniem.

-

Ale myślę, że powinniśmy na taką rozmowę wybrać miejsce i 

czas bardzo starannie.

-Może - Zach zaczynał się wahać. - Dobrze, możemy zrobić, jak 
chcesz.

-

Nie jak chcę, tylko po prostu rozsądnie. Zaufaj mi, Zach. Tak samo 

jak ty pragnę wyjaśnić tę sprawę raz na zawsze. Co więcej - dodała - 
musimy   przestać  bez   przerwy   siebie   nawzajem   podejrzewać.   Nikt 
nikogo nie śledzi i nikt się w nikim nie zakochał z powodu głupiego 
pocałunku.

-

W   porządku   -   powiedział   Zach,   stawiając   torbę   na   chodniku. 

Poniósł rękę, żeby zatrzymać taksówkę. Janine poczuła jednocześnie 
rozdrażnienie   i   ulgę,  widząc   podjeżdżającego   w   tej   samej   chwili 
taksówkarza.

-

Jak to się dzieje, że zawsze i we wszystkim się ze sobą zgadzamy, a 

mimo to bez przerwy się kłócimy?
-Sam chciałbym to wiedzieć. - Taksówkarz wyskoczył z samochodu 
i   załadował   szybko   ich   walizki.   Zach   na   wierzch   położył   swoją 
torbę.   -   Równie   dobrze   możemy   pojechać   jedną   -   powiedział, 
otwierając   przed   nią   drzwi.   -  I  tak   muszę   porozmawiać   z   twoim 
dziadkiem.
-Czy to naprawdę nie może poczekać do jutra? Zach, jesteś przecież 
wykończony. Jeden dzień nie zrobi żadnej różnicy.
Zach potarł oczy, rzucając jej poirytowane spojrzenie.
-

Daj spokój, Janine, już teraz mówisz jak żona.

Powstrzymała się od cierpkiej uwagi, odwracając się w stronę okna. 

Tym   razem   naprawdę   jej   dopiekł.   Nie   mogła   się   doczekać,   kiedy   ten 
okropny człowiek zniknie jej z oczu.

Najwyraźniej Zach nie wiedział zupełnie, kiedy powinien przestać, 

bo po chwili dodał:

-

A teraz w dodatku jeszcze tak wyglądasz.

Odwróciła   się   do   niego   ze   słodziutkim   uśmiechem   i   jeszcze 

słodszym głosem zapytała:

-O co ci chodzi?
-Gdybyś mogła siebie zobaczyć. Najpierw zachowujesz się jak jędza, 
a teraz jeszcze...

background image

-Jak jędza! - wybuchnęła. - Postawmy jedną sprawę jasno. Nigdy nie 
zachowuję się jak jędza.
Zach zrobił minę męczennika i z kolei on odwrócił się do okna.

-

Proszę   pana,   proszę   pana   -   zawołała   Janine,   pochylając   się   do 

przodu. Dotknęła ramienia taksówkarza - Proszę powiedzieć, czy ja 
wyglądam na jędzę?

-

Eeee... Proszę pani, ja tylko jeżdżę na taksówce.  Niech mnie pani 

zapyta o jakąś ulicę, na pewno powiem,  gdzie jest. Jeżeli chce pani 
pojechać za miasto, proszę  bardzo, mnie tam wszystko jedno. Ale 
jeśli chodzi o takie tam sprawy, to wolę pilnować własnego nosa.

-

Jesteś zadowolona? - mruknął Zach.

-Nie, nie jestem - odpowiedziała siadając sztywno i patrząc prosto 
przed siebie.
Napotkała   wzrok   taksówkarza   w   lusterku   i   spróbowała   się 

uśmiechnąć, ale zobaczyła, że bardziej przypomina to grymas.

-

Ja   jestem   żonaty   ponad   dwadzieścia   lat   -   odezwał   się   nagle 

taksówkarz, zatrzymując się na światłach przy James Street. -1 udało 
nam   się   z   żoną   przetrzymać  razem   dobre   czasy   i   złe.   Trudno   to 
powiedzieć o większości ludzi.
-Pewien   jestem,   że   pańska   żona   nie   jest   jędzą   -   odezwał   się   z 
przekonaniem Zach.
-E tam, zawsze powie, co ma na wątrobie. Moim zdaniem, każda 
kobieta musi sobie pogadać, taka już jej natura.

-

Śmieszne - stwierdziła Janine. Nie powinna była w ogóle wciągać 

obcego człowieka do ich sprzeczki, a szczególnie mężczyzny, który 
musiał wziąć stronę Zacha.

-

Powiem   wam,   dlaczego   my   z   żoną   jesteśmy   razem  po   tych 

wszystkich latach - taksiarz ciągnął dalej swe zwierzenia. - Do łóżka 
nigdy   nie   szliśmy   w   gniewie.  Wiem,   że   wyglądam   na   łagodnego 
faceta, ale i mnie czasami cholera weźmie. Nieraz przez te wszystkie 
lata kłóciliśmy się z Betsy, ale zawsze na koniec pocałowaliśmy się i 
było po wszystkim.
Janine   uśmiechnęła   się   i   kiwnęła   głową,   wściekła,   że   w   ogóle 

zaczynała tę rozmowę.

-

No dalej - powiedział taksiarz.

Janine i Zach spojrzeli na siebie zaskoczeni.
-Co, no dalej? - zapytał Zach.

-

Pocałujcie   się   -   kierowca   odwrócił   się   do   nich   z   szerokim 

uśmiechem i mrugnął do Janine. - Jakby moja żona była taka ładna, 
ani chwilę bym się nie zastanawiał.

-

My nie jesteśmy małżeństwem - wykrztusiła Janine.

-

Ani nie zamierzamy być - dodał szybko Zach.

Kierowca parsknął śmiechem.
-

Zawsze   tak   mówią.   Im   bardziej   się   zapierają,   tym   bardziej 

zakochani.

background image

Zjechał   z   Broadwayu   i   w   parę   minut   później   skręcił   w   owalny 

podjazd przed domem Janine. Kiedy wyjmował walizki z bagażnika, Janine 
wysiadła z taksówki.

Zdaje się, że Zach nie zamierzał jej posłuchać, bo również wysiadł. 

Kiedy tarmosili się jeszcze z bagażami, w drzwiach domu pojawiła się pani 
McCormick.

-

Janine   -   krzyknęła   -   dlaczego   wróciłaś   tak  wcześnie? 

Spodziewaliśmy się ciebie dopiero za dwa dni.
Za   bardzo   brakowało   mi   twojej   kuchni   -   powiedziała   Janine, 

ściskając serdecznie starszą kobietę.

-

Czy dziadek był okropnie nieznośny?

-

Wcale.

Zach zapłacił taksówkarzowi, który przed odjazdem  zdążył jeszcze 

puścić oko w stronę Janine.

-Proszę zapamiętać to, co powiedziałem.

-

Ile   jestem   ci   winna?-   zapytała   Janine,   automatycznie   otwierając 

portmonetkę.

-

Nic - odparł Zach, sięgając po swój bagaż i cięższą  torbę Janine. 

Powiedział to tak, jakby spodziewał się sprzeciwu. Janine nie miała 
zamiaru dla jego przyjemności zaczynać kolejnej kłótni.
-Czy dziadek jest w domu? - zapytała, przytulając się z czułością do 
gospodyni.

-

Wyszedł   dzisiaj   bardzo   wcześnie,   przypuszczam,  że   powinien 

niedługo wrócić.
-To dobrze - stwierdził Zach, ruszając za nimi w stronę domu.
-Pewnie oboje umieracie z głodu - powiedziała pani McCormick, 
kierując się od razu w stronę kuchni. - Poczekajcie chwilę, zaraz coś 
przygotuję. Nie pożałujecie, że wróciliście.
Kiedy Janine znalazła się znowu sam na sam z Zachem, nie bardzo 

wiedziała,   co   ma   mu   powiedzieć.  Spędzili   razem   ze   sobą   prawie 
dwadzieścia cztery godziny. Kłócili się. Rozmawiali. Śmiali się. Całowali.

-

Janine..., Zach... - odezwali się równocześnie.

-Ty pierwsza.
Ja...   ja   tylko   chciałam   za   wszystko   podziękować.  Będziemy   w 

kontakcie - powiedziała. - Telefonicznym - szybko   dodała.   -   Nie   musisz 
się obawiać, że niespodziewanie wpadnę do twojego biura.

Uśmiechnął się głupawo.
-

Pamiętaj, najważniejsza jest wymiana informacji.

-

Zgadzam się w stu procentach.

Stali patrząc przez chwilę na siebie.
-Chciałeś coś powiedzieć - odezwała się po chwili.
-Tak - Zach podrapał się po brodzie. - Ten taksówkarz miał rację, 
nawet jeśli chodzi o nas. Nie chciałbym, żebyśmy się rozstawali w 
gniewie. To, co mówiłem wcześniej... no wiesz, nie jesteś jędzą... 
Trochę przesadziłem.

background image

Ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewała po Zachu, były przeprosiny. 

Patrzył na nią czule. Nie zdając sobie zupełnie sprawy z tego, co robi, 
Janine zbliżyła się o krok w jego stronę. Zach też ruszył do niej i już miała 
przytulić   się   do   niego,   kiedy   usłyszeli   odgłos   otwieranych   drzwi. 
Odskoczyli nagle od siebie.

-

Janine! - wykrzyknął uradowany Anton. - Zach!

No, no, co za miła niespodzianka. Powiedzcie, czy  przechadzki po 

wrzosowiskach okazały się rzeczywiście takie romantyczne?

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Musimy trzymać wspólny front - mówiła Janine do Zacha cztery dni 

później. Spotkali się u niej w domu wczesnym popołudniem, żeby ustalić 
strategię. Dziadek wyjechał na cały dzień, a Zach z Janine chcieli - zaraz 
po jego powrocie - wyperswadować mu pomysł małżeństwa. Im wcześniej 
Anton zda sobie sprawę, że jego intryga nie udała się, tym lepiej. Oboje 
będą wtedy mogli spokojnie zająć się swoimi sprawami i zapomnieć o tym 
przykrym incydencie.

-

Najważniejsze jest, żebyśmy wystąpili przeciwko niemu wspólnie - 

tłumaczyła   Janine.   Zach   nic   nie  odpowiedział.   Właściwie   odkąd 
przyszedł, w ogóle się nie odezwał. No cóż, jej też knucie przeciwko 
dziadkowi   nie   sprawiało   szalonej   przyjemności,   ale   przecież   nie 
mieli innego wyjścia. - W przeciwnym razie będzie nadal grać nami 
jak pionkami na szachownicy.
-Nie musisz mi tego po raz setny tłumaczyć, przecież przyszedłem - 
mruknął   Zach,   ale   wciąż   nie   wyglądał   na   zadowolonego.   Bez 
wątpienia nie był w najlepszym humorze.
-Posłuchaj, jeżeli masz zamiar tak się zachowywać...
-Jak? - zapytał wstając powoli. Podszedł do srebrnej tacy, na której 
stały filiżanki i nalał sobie kawy. Potem zbliżył się do kominka i 
oparł się o niego plecami.

-

Jakbyś robił mi wielką łaskę - wyjaśniła Janine.

-Trzymałaś mnie w niepewności przez trzy dni.
Czy   masz   w   ogóle   pojęcie,   co   ja   przeżyłem.  Anton   bez   przerwy 

rzucał mi te swoje uśmieszki i wyglądał na tak zadowolonego, jakby nasze 
spotkanie w Szkocji przebiegło zgodnie z jego planem. A wczoraj posunął 
się do tego, że podał mi nazwisko dobrego jubilera. Janine zerwała się jak 
oparzona i ogarniając Zacha płonącym wzrokiem odparowała.

-

Myślałam, że ty do mnie zadzwonisz. Przecież to  twoje słowa, że 

najważniejszy   jest   przepływ   informacji.  A   potem   nagle   chowasz 
głowę w piasek. Jeśli już mowa o informacjach, to zapewniam cię, 
że tu także nie było sielankowo.

-

Być może będzie to dla ciebie zaskoczeniem, ale mam jeszcze inne 

sprawy na głowie, nie tylko ciebie i twojego dziadka.
-Czy to ma znaczyć, że ja nie wiem, co robić z czasem?

background image

-Oczywiście nie - powiedział wolno i już spokojnie.
-

No i widzisz, znowu się kłócimy.

-Wiem - westchnęła zrezygnowana. - I nic z tego nie wynika.
-Najbardziej mnie martwi, że twój dziadek przyłapał nas wtedy - 
powiedział Zach marszcząc czoło.
-

Staliśmy tak blisko siebie, a ty patrzyłaś na mnie tymi swoimi 

niebieskimi oczami dziecka, milcząco prosząc o pocałunek.

-

Wcale nie - zaperzyła się, wiedząc, że Zach ma rację. Policzki 

jej   poczerwieniały.   Pragnęła   wtedy,   żeby   ją   pocałował,   ale   nie   chciała 
przyznać się do tego nawet przed sobą.

Zach potrząsnął głową i odstawił filiżankę na kominek. Wepchnął 

ręce w kieszenie, nadal opierając się o gzyms kominka.

-

A najgorsze jest to, że ja byłem gotów cię pocałować. Gdyby 

twój dziadek nie wszedł wtedy, zrobiłbym to.

-

Naprawdę? - zapytała cicho czując, że kręci jej się w głowie.

Zach wyprostował się nagle, zaciskając zęby. Nie po raz pierwszy 

zauważyła, jak mocny jest zarys jego podbródka.

-

Jestem tylko człowiekiem - skwitował sucho.

-

Jestem   podatny   na   wdzięki   pięknych   kobiet   tak  samo,   jak 

każdy inny mężczyzna. A szczególnie wtedy,  gdy taka kobieta chce, by ją 
wziąć w ramiona.

Tego było już naprawdę za wiele. Janine zacisnęła usta, żeby nie 

krzyknąć z gniewu. Ale zamknęła tylko oczy i odetchnęła głębiej, żeby się 
opanować.

-Zamiast oskarżać się o to, co się nie wydarzyło, może lepiej byłoby 
porozmawiać o dziadku. Zdaje się, że on miał być głównym tematem 
naszego spotkania.

-

Dobrze - chętnie zgodził się Zach. - Przepraszam. Nie powinienem 

do   tamtego   wracać.   -   Podszedł   do   skórzanego   fotela   i   zasiadł 
wygodnie. - Co więc zamierzasz mu powiedzieć?
-Ja? Myślałam.... miałam nadzieję... że ty mu wszystko powiesz.
Ostatnio nie odznaczam się specjalnym taktem -

Zach   potrząsnął 

głową.

-

No dobrze, jeśli tego naprawdę chcesz, ja mogę mówić - wpatrzona 

w bogaty wzór dywanu, starała  się zebrać myśli. - Powinniśmy mu 
chyba powiedzieć,  że oboje kochamy go i podziwiamy. Wiemy, że 
miał na względzie tylko nasze szczęście. Może nawet  podziękujmy 
mu... - urwała nagle, słysząc parsknięcie śmiechem. - Dobrze, jeżeli 
uważasz, że zrobisz to lepiej, mów ty.
-Gdyby to naprawdę miało zależeć ode mnie, powiedziałbym mu po 
prostu: odczep się od naszego życia, ty stary głupcze.
- Twoja delikatność jest wzruszająca - skomentowała. - Zdaje się, że 

dla ciebie ta cała sprawa jest jednym wielkiem żartem i naprawdę bawi cię 
dręczenie mnie.

-

Przesadzasz.

background image

Nagle drzwi biblioteki otworzyły się. Do pokoju  weszli dziadek i 

jego długoletni przyjaciel, weterynarz Burt Coleman.

-

O! Zach, Janine - powitał ich dziadek.

-

Dziadku - wykrzyknęła Janine, zrywając się na równe nogi. Nie była 

na   to   przygotowana,   a   Zach   zachowywał   się   przez   cały   czas   tak 
okropnie, że nie zastanawiając się, co robi, wypaliła: - Naprawdę nie 
wiem, dlaczego chcesz, żebym wyszła akurat za tego faceta. Jest 
uparty i nieznośny, i w ogóle nie jesteśmy w stanie się dogadać - 
kiedy  skończyła,   dygotała  cała  i   opadła   bezwładnie   na  najbliższe 
krzesło.
-Jeśli sama tego nie zauważyłaś,  to pragnę cię  poinformować, że 
także nie jesteś aniołem - warknął Zach.
-Dzieci, przestańcie. Powiedzcie, o co wam chodzi?

-

Chciałbym tę sprawę raz na zawsze wyjaśnić - powiedział Zach z 

wyraźnym trudem. - Nie mam zamiaru dać się złapać na męża dla 
Janine.
-A ty myślisz, że ja może chcę być twoją żoną! Niech ci się to nawet 
nie śni, Zachary Thomas!

-

Wiemy, że chciałeś dobrze! - dodał Zachary. Na Janine w ogóle nie 

zwracał uwagi. - Ale nam to nie odpowiada.
Dziadek podszedł do skórzanego fotela, w którym wcześniej siedział 

Zach. Uśmiechnął się do nich słabo,  nagle wydał im się bardzo stary i 
zmęczony.

-Myślałem... miałem nadzieję, że poczujecie do siebie sympatię.
-Jeżeli się wcześniej nie pomordujemy - warknął Zach.
- Przepraszam cię, dziadku, wiem, że to dla ciebie zawód. Naprawdę 

mi przykro - powiedziała Janine. Czuła się okropnie. - Ale Zach i ja nawet 
się nie lubimy. Nawet nie potrafimy rozmawiać ze sobą jak cywilizowani 
ludzie. On jest kłótliwy i nierozsądny...

-A ona jest nielogiczna i uparta.

-

Myślę, że nie ma potrzeby, byśmy się dalej obrażali - Janine ucięła 

krótko. Była purpurowa.
-Nie ma więc żadnej nadziei? - zapytał Anton z bólem w głosie.

-

Żadnej   -   odparł   Zach   zaskakująco   spokojnym   głosem.   -   Jestem 

pewien,   że   Janine   spotka   pewnego  dnia   jakiegoś   wspaniałego 
mężczyznę, ale niestety, to nie będę ja.
Dziadek osunął się w głąb fotela.
-Jesteś pewien?
-Jestem - odparł Zach tak głośno, że mogła go usłyszeć nawet pani 
McCormick przygotowująca coś w kuchni.
Dziadku,     kocham   cię   -   powiedziała   Janine   -  i   zrobię   dla   ciebie 

wszystko, ale nie chcę i nie mogę poślubić Zacha. Wiemy, że chciałeś jak 
najlepiej, ale my nie czujemy do siebie kompletnie nic.

Burt Coleman stojący w drzwiach biblioteki wyglądał, jakby wolał 

znaleźć się w jakimkolwiek innym miejscu. Najwyraźniej czuł się okropnie 

background image

jako świadek prywatnych problemów innych ludzi.

-

Najlepiej  będzie, jeżeli przyjdę innym razem -

mruknął, 

odwracając się do wyjścia.

-

Nie - sprzeciwił się Anton, przywołując gestem przyjaciela. - 

Wejdź. Poznałeś już Zachary'ego Thomasa, prawda?

Mężczyźni   wymienili   ukłon.   Janine   zauważyła,   że  Zach   był 

niezwykle sztywny. Ich spotkanie z dziadkiem nie przebiegło zgodnie z jej 
planami. Chciała, żeby odbyło się spokojnie, bez emocji. A skończyło się 
kolejną kłótnią i co gorsza, to ona zaczęła .

Podeszła do stołu i bez pytania nalała dziadkowi i jego przyjacielowi 

kawy. Burt usiadł naprzeciw Antona, nadal wyraźnie skrępowany zaistniałą 
sytuacją.

-Pójdę   już   -   oznajmił   Zach   sztywno.   -   Miło   było   pana   spotkać, 
doktorze Coleman.

-

Mnie   również   -   odparł   przyjaciel   dziadka,   rzucając  nerwowe 

spojrzenie na Zacha.

-

Odprowadzę cię do drzwi - powiedziała Janine, szczęśliwa, że ma 

powód do wyjścia z pokoju. Zamknęła starannie za sobą drzwi do 
biblioteki.
Oboje stanęli w przejściu. Janine usiłowała się uśmiechnąć, ale Zach 

patrzył   na   nią   nieruchomym   wzrokiem   i   poczuła,   że   serce   jej   bije   jak 
oszalałe. Zrobili to, co mieli zrobić. Powinna czuć ulgę, że rozmowa, która 
wisiała nad nią od paru dni, była już poza nią. Zamiast tego czuła smutek, 
którego nie umiała w pełni zrozumieć ani wytłumaczyć.

-Czy myślisz, że przekonaliśmy go?
-Nie wiem - odpowiedział Zach prawie szeptem. - Twojego dziadka 
trudno rozgryźć. Może nigdy nie wspomni już o tym małżeństwie i 
będziemy to mieli z głowy. Chciałbym, żeby tak właśnie było. Ale 
równie dobrze może dać nam parę dni spokoju tylko po to, żeby 
zebrać siły. Nie sądzę, żeby zrezygnował tak łatwo.
-Nie, chyba nie.
Zach spojrzał na zegarek.
-

Pójdę już - powiedział.

Janine   nie   chciała,   żeby   już   wychodził,   ale   nie   było   żadnego 

powodu, by go zatrzymywać. Położyła dłoń na klamce. Nagle zawahała się 
i odwróciła.

-To,   co   powiedziałam   tam,   to   nieprawda.  Wcale   tak   nie   myślę   - 
wyrzuciła z siebie.
-Chcesz, żebyśmy się pobrali?
- Ależ nie - krzyknęła.- Że nazwalam cię upartym i nieznośnym. Nie 

jesteś taki zły, ale musiałam jakoś rozsądnie umotywować swoją niechęć.

-

Ja zachowałem się identycznie. Naprawdę wcale  nie uważam, że 

jesteś nie do zniesienia. Sądziłem, że rozumiesz, po co to mówię.
-Ależ oczywiście, że rozumiałam - zapewniła go.
-Te   ostatnie   cztery   dni   były,   delikatnie   mówiąc,   trudne   -   ciągnął 

background image

Zach. - Nie tylko dlatego, że Anton przez całe czas napomykał o 
Szkocji,  ale  w  dodatku  bez   przerwy  rzucał  mi  porozumiewawcze 
uśmieszki.

-

Tu zachowywał się tak samo. Bez przerwy mruczał coś o dzieciach.

Dzieciach? - powtórzył Zach, patrząc na nią ze zdziwieniem.
-Naszych dzieciach.
-O Boże!
-Dobrze, że powiedzieliśmy mu wreszcie prosto w oczy, co o tym 
myślimy. - Dlaczego więc czuła się tak okropnie. - Jeżeli uwierzy 
nam - a może tak się stać - oznacza to pożegnanie.
-Chyba tak - powiedział Zach, ale wcale nie ruszył się do wyjścia.
Janine cieszyła się z tego, chciała dobrze zapamiętać  jego twarz na 

przyszłość, kiedy będą się spotykali tylko przypadkiem.

-Chyba   że   twój   dziadek   nie   zrezygnuje   z   prób   połączenia   nas 
węzłem małżeńskim.

-

To możliwe - zgodziła się Janine szybko, wściekła,  że serce aż jej 

podskoczyło na taką ewentualność. - Oczywiście, będziemy wtedy 
zmuszeni   znowu   mu  się   sprzeciwić.   Nie   może   nas   traktować   jak 
marionetki.
Zach miał właśnie coś powiedzieć, kiedy nagle otworzyły się drzwi 

biblioteki i wypadł przez nie Burty Coleman ze ściągniętą przestrachem 
twarzą.

-

Janine, musimy wezwać lekarza do twojego dziadka.

-Co się stało?
-Nie jestem pewien. Nagle pobladł i zaczął się dusić. Myślę, że to 
serce.
Janine wpadła do biblioteki, myśląc, że i jej serce zaraz odmówi 

posłuszeństwa. Zach biegł tuż za nią.  Doktor Coleman miał rację. Nigdy 
jeszcze nie widziała  dziadka w takim złym stanie. Oddychał chrapliwie, 
oczy   miał   zamknięte.   Spoczywał   w   fotelu   z   odchyloną  do   tyłu   głową. 
Wyglądał   staro,   dużo   starzej   niż  kiedykolwiek.   Poczuła   nagły   lęk   i 
podbiegła do stolika, na którym stał telefon.

-

Nic mi nie jest - wycharczał dziadek. Otworzył oczy i usiadł prosto. 

Z wyraźnym wysiłkiem podniósł rękę, wstrzymując Janine. - Nie ma 
powodu,  żeby  robić  zamieszanie  tylko  dlatego,  że  stary  człowiek 
chciał przez chwilę odpocząć. - uśmiechnął się słabo, a jego twarz 
nadal była bardzo blada. - Nie dzwoń po żadnego lekarza. Byłem w 
zeszłym tygodniu na badaniu kontrolnym i jestem zdrów jak ryba.

-

Nie wyglądasz tak zdrowo - sprzeciwił się Zach. Janine zobaczyła, 

że jego twarz jest prawie równie blada jak twarz dziadka. Klęcząc 
koło starego człowieka, Zach ujął jego rękę i zaczął sprawdzać puls.
-Nic mi nie jest - upierał się dziadek.
-Czy coś cię boli?
Dziadek przeniósł spojrzenie ze swego partnera na Janine.
-Nic - odpowiedział, machając ze zniecierpliwieniem ręką.

background image

-

Doktorze Coleman? - - Janine spojrzała na przyjaciela dziadka. - 

Czy powinnam zadzwonić po lekarza?
-A co niby Burt ma wiedzieć na temat mojego serca - wtrącił się 
dziadek. - Niech zajmuje się swoimi końmi.
-Zadzwoń. Nic się nie stanie, jeśli go zbadają.
-Jestem całkowicie zdrowy - krzyknął dziadek.

-

To dobrze - Janine zgodziła się z uśmiechem. - Chciałabym tylko, 

żeby   doktor   Madison   mnie   w   tym   upewnił.   -   Wykręciła   numer 
telefonu. Musiała mówić bardzo głośno, żeby przekrzyczeć protesty 
dziadka. Po chwili odłożyła słuchawkę i zwróciła się do Zacha. - 
Doktor Madison powiedział, że możemy go przywieźć zaraz.

-

Nie mam najmniejszego zamiaru tracić czas na wycieczki do miasta. 

Właśnie mieliśmy zamiar rozegrać parę partyjek wista.
-Możemy   zagrać   jutro   -   powiedział   doktor   Coleman.   -   Nie 
zapominaj, że już nie musimy chodzić do pracy.
-Mam parę spraw do załatwienia w biurze.
-Nie masz - wtrącił się Zach. - Masz tylko spotkanie z lekarzem. 
Zaraz cię tam zawieziemy, dość już tych kłótni.
Anton zmrużył oczy, jakby gotując się do gwałtownego sprzeciwu. 

Ale   nagle   najwyraźniej   zmienił   zdanie,  bo   kiwnął,   choć   z   wyraźną 
niechęcią, głową.

-

Dobrze,   jeżeli   to   ma   wam   poprawić   humor.  Ale   już   teraz 

ostrzegam was, że będziecie się czuć głupio.

Następne dwie godziny wydawały się Janine latami. Doktor Madison 

badał dziadka, a ona z Zachem siedzieli w poczekalni.

-

Dlaczego to tak długo trwa? - zapytała Janine, załamując nerwowo 

ręce. - Nie wiem, czy zrobiliśmy dobrze przywożąc go tutaj. Może 
trzeba było od razu jechać do szpitala.

-

Nie przypuszczam, żeby na to się zgodził - odparł Zach.

-

A   ty   sądzisz,   że   ja   posłuchałabym   go   w   takim   przypadku?-   - 

siedziała na skraju krzesła, ściskając tak mocno ręce, że aż bielały jej 
kostki.   -   To   śmieszne,  nigdy   o   nim   nie   myślałam   jak   o   starym 
człowieku.
Zawsze był taki zdrowy i pełen życia. Nigdy nawet nie pomyślałam, 

że może mu się coś stać.

-

Wszystko będzie dobrze, Janine.

-

Widziałeś go - krzyknęła. Znowu zaczęła w niej narastać panika. 

Zach ujął ją za rękę. Poczuła ulgę, tak jakby przelał w nią swoją siłę i 
wiarę. Potrzebowała jednej i drugiej.
Kiedy otworzyły się drzwi do gabinetu, zerwali się na równe nogi. 

Dłoń Zacha zacisnęła się mocniej na jej dłoni.

-

Doktor Madison chce z państwem porozmawiać - zwróciła 

się   do   nich   pielęgniarka.   Zaprowadziła   ich   do   niewielkiego   gabinetu   i 
powiedziała,   że   lekarz   zaraz   przyjdzie.   Janine   przysiadła   na   jednym   z 
foteli, wodząc nieprzytomnym wzrokim po ścianach.

background image

Doktor   Madison   wszedł   w   chwilę   później.   Zatrzymał  się,   żeby 

uścisnąć dłoń Zachowi, i ukłonił się Janine.

-

Wyniki badań nie wskazują na nic groźnego -

powiedział, 

przesuwając na biurku jakieś papiery.

-

Co się więc stało? Dlaczego był taki blady?

Dlaczego nie mógł oddychać?
Lekarz zmarszczył brwi i przyjrzał się uważnie swoim dłoniom.
-

Naprawdę   nie   wiem.   Twierdzi,   że   w   tym   czasie   nie 

wykonywał żadnej ciężkiej pracy.

-Nie, pił kawę i rozmawiał z przyjacielem. Doktor Madison skinął 
głową.
-Może jakieś kłopoty w pracy?

-

Nie - odpowiedziała Janine. - Interesy idą lepiej niż kiedykolwiek. 

Dziadek postanowił odejść na emeryturę. Tak boję się, żeby teraz nic 
mu się nie stało.
-Naprawdę  nie  wiem, co państwu powiedzieć. Musi teraz dbać o 
siebie przez kilka dni, ale proszę się nie martwić. To na pewno nic 
poważnego.

-

Dzięki Bogu - westchnęła Janine, zamykając oczy.

-Teraz się ubiera - powiedział doktor Madison.
Wstał, dając do zrozumienia, że uważa wizytę za skończoną. - Za 

kilka minut przyjdzie do poczekalni.

-

Dziękujemy, doktorze - powiedział Zach.

Janine poczuła ogromną ulgę. Wstała i uśmiechnęła się do Zacha. W 

uśmiechu   tym   była   wdzięczność.   Był   to   uśmiech,   jakim   obdarza   się 
dobrego   przyjaciela,   kiedy   zdarza   się   coś   niespodziewanie   fortunnego. 
Uśmiech   kobiety   do   męża.  Ta   myśl   uderzyła   ją   nagle,   szybko   spuściła 
wzrok, żeby ukryć rumieniec, który zalał jej twarz.

Kiedy   dziadek   przyszedł   do   poczekalni,   widać   było,  że   czuje   się 

znacznie lepiej. Jego oczy lśniły tryumfalnie, a skóra miała zdrowy, różowy 
odcień.

-

Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni - zrzędził zapinając płaszcz. - 

Straciłem przez was prawie całe popołudnie.

-

Miałeś całkowitą rację, dziadku — powiedziała Janine radośnie. - 

Jesteś   zdrowy   i   zmarnowaliśmy   ci   partyjkę   wista,   ciągnąc   cię   tu 
zupełnie niepotrzebnie.
-A ja już od dawna powinienem być w biurze - dodał Zach równie 
pogodnie.
Znowu uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo. W tym samym 

momencie uświadomili sobie, że  zachowują się jak bliscy sobie ludzie i 
odwrócili nagle wzrok.

Zach odwiózł Janine i dziadkia, który przez całą drogę do domu 

narzekał,   że   zepsuli   mu   popołudnie.   Tak   jakby   partyjka   wista   była 
najważniejszym wydarzeniem na świecie.

Janine  wysiadła z samochodu i podeszła do Zacha. Udało jej się 

background image

zwalczyć nagłą ochotę uściskania go.

-Dziękuję za wszystko - powiedziała.

-

Gdyby coś się działo, dzwoń do mnie - powiedział, otwierając drzwi 

samochodu.   Zawahał   się   przez   moment,   potem   pochylił   głowę   i 
spojrzał jej prosto w oczy. - Do widzenia, Janine.
Podniosła rękę w geście pożegnania i poczuła, że robi jej się bardzo 

smutno.

-

Do widzenia, Zach - powiedziała, zmuszając się do pogodnego 

tonu. - Jeszcze raz dziękuję.

Przez chwilę nie odpowiadał, chociaż wciąż patrzył na nią. Wreszcie 

powtórzył:

-

Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, zadzwoń do mnie, dobrze?

-Zadzwonię.
Ale oboje wiedzieli, że ona tego nie zrobi. Najlepiej było wszystko 

skończyć właśnie w taki sposób. Czyste cięcie.

Janine stała na podjeździe, póki samochód Zacha nie zniknął jej z 

oczu. Dopiero wtedy wróciła do domu.

-

Jesteś kochana - szepnęła Patty St. John, podając śpiące niemowlę 

Janine.   -   Naprawdę   nie   wiem,   co   bym   zrobiła,   gdybym   musiała 
wziąć Michaela na to spotkanie. Bardzo zależy mi na tej pracy.

-

Chętnie   ci   pomogę   -   Janine   spojrzała   na   słodką   twarzyczkę 

sześciomiesięcznego niemowlaka. - Przepraszam, że poprosiłam cię 
o przyniesienie Michaela tutaj, ale od kilku dni nie ruszam się z 
domu. Dziadek nie czuje się najlepiej.
-To żaden problem - szepnęła Patty stawiając na podłodze torbę z 
pieluchami. Rozejrzała się wokół. - To dopiero dom. Nie miałam 
pojęcia, że ty... no wiesz, że tak dobrze ci się powodzi.
- To dom mojego dziadka - wyjaśniła Janine, kołysząc delikatnie 

małego   Michaela   w   ramionach.   Dziecko   wyzwalało   w   niej   ogromne 
pokłady czułości  i ciepła. Nie było w tym zresztą nic dziwnego. Dziadek 
przez cały poprzedni tydzień bez przerwy robił uwagi na temat cudownych 
dzieci, jakie ona mogłaby mieć z Zachem. Instynkt macierzyński, z którego 
istnienia nawet nie zdawała sobie sprawy, zaczął dawać o sobie znać.

-

Wrócę   za   godzinę   -   powiedziała   Patty.   Pochyliła   się   i 

pocałowała Michaela w gładkie czoło.

Janine z dzieckiem na ręku odprowadziła przyjaciółkę do drzwi.
-Powodzenia.
-Dzięki. Właśnie tego mi potrzeba.
Janine poszła do salonu i usiadła z dzieckiem w starym, bujanym 

fotelu.   Chwilę   potem   w   drzwiach  pojawił   się  Anton.   Na   widok   Janine 
łagodnie kołyszącej się na ulubionym fotelu jego żony zamarł z wyrazem 
zachwytu na twarzy.

-Czyżbyś miała tam dziecko?
-Niczego nie przeoczysz, co, dziadku?

background image

-Czyje ono jest?

-

Patty St. John. Może pamiętasz, wspominałam ci o niej. Pracowała 

społecznie w Klubie Przyjaciół. Rzuciła to, kiedy uradził się Michael, 
ale teraz chciałaby znaleźć coś na pół etatu.

-

A ty w tym czasie będziesz opiekować się jej dzieckiem?

-

Tylko dzisiaj - tłumaczyła Janine. - Zwykle pomaga jej siostra, ale 

dostała strasznego kataru.

-

Dlaczego   nigdzie   nie   wychodzisz?   -   zapytał   dziadek   marszcząc 

lekko   czoło.   -   Już   od   tygodnia   siedzisz   kamieniem   w   domu. 
Zachowujesz się jak pustelnica.
-Mam co robić - odpowiedziała cicho. Nie chciała obudzić dziecka.
-Oczywiście. Pilnujesz swego dziadka - skrzywił się. - Myślisz, że 
nie   zauważyłem.   I   jak   długo   zamierzasz   być   moim   cieniem? 
Powinnaś robić to, co zwykle, zamiast zamartwiać się o mnie. Czuję 
się zupełnie dobrze, naprawdę.
-Doktor Madison powiedział, że powinnam cię mieć na oku przez 
parę dni.
-

Ale to już tydzień.

Dziadek wcale nie musiał jej o tym przypominać. Zaczynała mieć 

objawy klaustrofobii. Przez cały ten czas nawet z nikim nie rozmawiała. 
Od   Zacha   także  nie   miała   żadnych   wieści.   Zresztą   wcale   się   ich   nie 
spodziewała.

Michael   poruszył   się   i   Janine,   ułożywszy   go   wygodnie,   zaczęła 

delikatnie kołysać.

-Jutro   jadę   do   biura   -   poinformował   dziadek,   patrząc   na   nią   tak, 
jakby oczekiwał sprzeciwu.
-Zobaczymy   -   stwierdziła   spokojnie.   Dziecko   podniosło   głowę   i 
ziewając rozejrzało się po pokoju. Na pomarszczonej twarzy dziadka 
pojawił się czuły uśmiech.
-Dobrze - zgodził się - zobaczymy. - Wyciągnął w stronę dziecka 
palec, który malec mocno chwycił i zaczął łapczywie ssać.
Janine roześmiała się, przyglądając się zabawie dziadka z dzieckiem. 

Po kilku minutach Michael znudził się i ziewnął znowu. Janine uznała, że 
czas sprawdzić pieluchę. Podniosła się i sięgnęła po torbę pozostawioną 
przez Patty.

-

Zaraz wracam - powiedziała.

Była w połowie drogi, kiedy Anton ją zatrzymał.
-

Wyglądasz   bardzo   ładnie   z   dzieckiem   w   ramionach.   Tak 

naturalnie.

Janine uśmiechnęła się. Nie miała zamiaru mówić mu, że również 

czuła się wspaniale trzymając dziecko w ramionach.

Kiedy   zmieniała   pieluchę,   usłyszała   dzwonek   do   drzwi.   Michael 

pogodnie oglądał własne paluszki i gruchał radośnie, podczas gdy Janine 
wciągała mu ceratkowe majtki.

-

Musisz   być   dla   mnie   bardzo   wyrozumiały,   dzieciaku   - 

background image

powiedziała,   ostrożnie   wsadzając   nogi   w   śpioszki.   Kiedy   skończyła, 
podniosła   go   wysoko   ponad   głowę   i   roześmiała   się   na   widok 
uszczęśliwionej twarzyczki malca. Roześmiani wrócili do salonu.

Dziadek siedział na taborecie koło fortepianu, a po drugiej stronie na 

fotelu Zach.

Janine poczuła, jak podskoczyło jej serce. Natychmiast spoważniała.
-Cześć, Zach - powiedziała możliwie najbardziej obojętnym tonem, 
kołysząc   Michaela   na   biodrze.   Rzuciła   podejrzliwe   spojrzenie   na 
dziadka, który uśmiechnął się do niej, udając niewiniątko.
- Zach przyniósł mi trochę papierów do podpisania - wyjaśnił.
-Nie chciałam wam przeszkadzać - przeprosiła. Nie mogła oderwać 
wzroku od Zacha. Uśmiechał się lekko. Ten pół uśmiech zawsze ją 
pociągał.

-

Janine wcale nam nie przeszkadza, prawda? - zapytał dziadek.

-Nie - odpowiedział sztywno Zach.
-Przepraszam   was   na   moment   -   odchrząknął   dziadek.   -   Muszę 
przynieść pióro. - Dźwignął się z taboretu i wyszedł.
-Co słychać? - zapytał Zach, spoglądając na nią.
-Dobrze, wszystko w porządku.
-Widzę,   że   bez   kłopotu   znalazłaś   sobie   nowego   kawalera   - 
powiedział wskazując na Michaela.

-

Michaelu St. John - powiedziała Janine, dostosowując się do jego 

lekkiego tonu - przedstawiam ci pana Thomasa.
-Miło mi pana poznać - Zach wyciągnął rękę.
- Pomagasz koleżance?
-   Tak.   Szuka   pracy   na   pół   etatu,   ale   trudno   jej   znaleźć   coś 

odpowiedniego. Jest właśnie na spotkaniu w tej sprawie.

Janine   usiadła   na   kanapie   naprzeciwko   Zacha   i   usadziła   sobie 

Michaela na kolanie.

-

Teraz, kiedy twoje życie jest znowu uporządkowane - zapytała 

figlarnie - czy czasem nie tęsknisz troszeczkę za mną? Roześmiał się cicho.

-

Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy? Siedem dni temu. Nie wiem, czy 

mi   uwierzysz,   Janine,   ale   z   nikim  się   przez   cały   ten   czas   nie 
pokłóciłem.
-Powinieneś więc być szczęśliwy.

-

Masz rację. Powinienem. - Potrząsnął głową. - Ale nie jestem. A 

niech to, Janine, nudziłem się śmiertelnie. Chcesz znać odpowiedź? 
Tak, tęskniłem za tobą.

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Zanim Janine miała okazję odpowiedzieć, do pokoju wrócił dziadek z 

piórem w ręku.

-

Mówiłeś,   że   masz   dla   mnie   jakieś   papiery   do   podpisania   - 

przypomniał Zachowi, który z wyraźną niechęcią oderwał wzrok od 
Janine, otworzył teczkę i wyjął z niej dokumenty.

background image

-Masz, przejrzyj je.
-Chcesz, żebym je podpisał, czy nie? - zapytał zdziwiony dziadek.

-

Tak, oczywiście, podpisuj - Zach kolejny raz oderwał spojrzenie od 

Janine.
Mrucząc   coś   do   siebie,   dziadek   zaniósł   papiery   na   mały   stolik, 

rozłożył je i szybko podpisał.

Janine   wiedziała,   że   powinna   wyjść.   Obaj   mężczyźni  mieli 

prawdopodobnie   jakieś   sprawy   do   przedyskutowania.   Ale   nie   mogła 
zmusić się do odejścia. Nie teraz, kiedy Zach przyznał tak po prostu, że za 
nią tęsknił.

-

Janine, ja...- przerwał jej myśli dziadek.

-Już   wychodzę   -   wtrąciła   szybko.   Zerwała   się   pospiesznie, 
przytrzymując mocniej Michaela.

-

Chciałbym,   żebyś   została   -   zaskoczył   ją   dziadek.   -   Pragnę 

porozmawiać   z   tobą   i   Zachem.   Obojgu  wam,   mówiąc   szczerze, 
jestem winien przeprosiny,  zwierzyłem się Burtowi, opowiedziałem 
mu, jak chciałem ułożyć wasze małżeństwo. Wyśmiał mnie i nazwał 
starym głupcem.
-   Dziadku   -   powiedziała   Janine   z   niepokojem,   nie   chcąc   wcale 

poruszać sprawy, która doprowadziła do takiego zamieszania. - Ustaliliśmy 
już wszystko z Zachem. Rozumiemy, dlaczego to zrobiłeś i... uporaliśmy 
się z tym, nie ma więc potrzeby, byś nas przepraszał.

-

Obawiam się, że jednak tak - upierał się dziadek.

-Burt wytknął mi wszystkie moje winy. Nie musicie się obawiać, że 
zaskoczę was jakimiś sztuczkami.
-Wstał, żeby przynieść Zachowi podpisane papiery, potem usiadł w 
fotelu naprzeciwko nich. Wydawał się zmęczony. Nigdy dotąd nie 
wyglądał tak krucho. Jak bardzo stary człowiek, którego pokonało 
życie.

-

Janine jest cudowną kobietą - odezwał się zupełnie niespodziewanie 

Zach. - Chciałbym, żebyś wiedział, że zrozumiałem to.

-

Ma swoje wady - odpowiedział dziadek, sięgając po cygaro - ale jest 

taka ładna, że mężczyźni wiele jej wybaczą.

-

Dziękuję   ci   bardzo   -   wyszeptała   Janine   sarkastycznie   i   została 

nagrodzona   lekkim   uśmiechem   Zacha,  który   tak   lubiła.   Dziadek 
zdawał się jej nie słyszeć, a jeśli nawet, to zignorował ją w tym 
momencie.

-

Chcę dla niej wszystkiego, co najlepsze, ale kiedy zaproponowałem 

ciebie na męża, narobiła tyle szumu.  Chyba spokojniej zachowałby 
się   kurczak   oskubywany  żywcem.   Kiedy   zapytałem,   o   co   jej 
właściwie chodzi,  okazało się, że o romans - dziadek wymówił to 
słowo tak, jakby było niezwykle śmieszne.

-

Czy istnieje kobieta, która nie pragnie romansu? - jęknęła, broniąc 

się.
-

Ja należę do innej epoki - mówił dalej dziadek.

background image

-

Z   własnego   doświadczenia   nie   wiem,   co   to   jest   romans,   a 

kiedy poprosiłem Janine, żeby mi wytłumaczyła, też miała duże kłopoty. 
Mówiła   o   schadzkach   na   wrzosowisku   i   tego   typu   bzdurach.   Dlatego 
wysłałem was do Szkocji.

-

Domyśliliśmy się tego - sucho powiedział Zach.

-

Jak   pewnie   wiedziałeś   od   początku   -   dodała   Janine  - 

wymyśliłam   to   na   poczekaniu.   Romans   to   nie   jest   pojęcie,   które   łatwo 
wytłumaczyć.

Anton parsknął śmiechem przesuwając cygaro w wargach.
-

Szkoda,   że   tak   szybko   mnie   nakryliście.   Miałem   zamiar 

zafundować wam również namiętności.

-

Namiętności? - powtórzył jak echo Zach.

-

Tak.   Janine   mówiła,   że   romans   jest   również   związany   z 

namiętnością. To prawda, Anna i ja dowiedzieliśmy się o tym także. 
-   Jego   niebieskie   oczy   zapatrzyły   się   gdzieś   daleko,   a   na   ustach 
pojawił   czuły   uśmiech.   Spojrzał   na   Janine   i   ten   uśmiech   stał   się 
jeszcze bardziej czuły.

-

Cieszę cię, że to wszystko tak cię bawi - żachnęła się Janine.

Dziadek   zareagował   na   jej   gniewną   uwagę   machnięciem   ręki   i 

spojrzał na Zacha.

-

Przypuszczam, że odkryłeś, jaki Janine ma charakterek?

-Wiedziałem to od pierwszej chwili! - przyznał Zach.

-

Być może będzie to dla ciebie duże zaskoczenie, Zachary Thomas - 

powiedziała Janine - ale i ty nie jesteś ideałem mężczyzny.

-

Nie jestem - zgodził się Zach spokojnie. - Myślę, że dziadek bardziej 

pragnął mężczyzny odpowiedniego dla ciebie.
-No, nie!
-Dzieci,   ta   kłótnia   do   niczego   nie   prowadzi.   Przyznaję   się   do 
porażki.
W tej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. Janine, zadowolona, że 

ma wymówkę, żeby wyjść z pokoju, pobiegła, by je otworzyć. W drzwiach 
stała Patty St. John, przygnębiona i załamana.

- Nie sądziłam, że wrócisz tak prędko.

-

Miejsce   już   było   obsadzone   -   wyjaśniła   Patty,   wchodząc   do 

przedpokoju   i   odruchowo   zabierając   swego   syna   z   rąk   Janine. 
Przytuliła mocno niemowlę, jakby kontakt z jego małym, ciepłym 
ciałem dodawał jej sił. - Przez cały dzień przygotowywałam się do 
tego spotkania i wszystko na nic. A zresztą, kto by tam chciał być 
recepcjonistką u dentysty?

-

Tak mi przykro - szepnęła Janine.

-Czy Michael był bardzo kłopotliwy?

-

Ani   trochę   -   zapewniła   ją   Janine,   starając   się   wymyślić   coś,   co 

pocieszyłoby jej koleżankę. - Poczekaj, dam ci jego rzeczy.
Zebranie rzeczy Michaela zabrało Janine niecałą minutę, ale kiedy 

wróciła   do   hallu,   zobaczyła,   że   Patty   rozmawia   z   Zachem.   Janine 

background image

zauważyła w ręce  przyjaciółki jego kartę wizytową i usłyszała, jak Zach 
zachęca ją, żeby przyszła do biura personalnego na początku następnego 
tygodnia.

-Wielkie dzięki - Patty gorąco podziękowała obojgu. Ujęła Michaela 
za rączkę i pomachała nią.
-Powiedz pa pa - poprosiła małego.
Janine  nie  zatrzymywała jej. Dziadek siedział  w bibliotece. Zach, 

spoglądając niespokojnie w tamtym kierunku, zapytał szeptem Janine:

-Spotkasz się ze mną później?
-Kiedy?
-Za godzinę - zerknął na zegarek - na molo.
W tej właśnie chwili dziadek wyszedł z biblioteki.  Wkrótce Zach 

pożegnał   się,   a   pół   godziny   później   Janine   udało   się   wymyślić   jakiś 
pretekst   do   wyjścia.   Dziadek   czytał   powieść   kryminalną,   od   której   nie 
oderwał nawet wzroku, nie spojrzał nawet na nią, ale Janine wydawało się, 
że   uśmiechnął   się   lekko,   jakby   znał   jej   plany.   Nie   zamierzała   tego 
sprawdzać.

Zach czekał już na nią. Stał z ponurą twarzą przy balustradzie, wiatr 

szarpał połami jego płaszcza.

-

Mam   nadzieję,   że   istnieje   jakiś   poważny   powód   naszego 

spotkania,   bo   dziadek   nie   dał   się   chyba   nabrać   -   powiedziała   Janine, 
podchodząc do niego.

-

Jeżeli   nie   wrócę   szybko,   domyśli   się,   że   jestem  z   tobą.   - 

Wsadziła   głęboko   ręce   w   kieszenie   i   odwróciła  się   tyłem   do   wiatru. 
Popołudnie było chłodne, zbierało się na deszcz.

-Czy przeszkodziłem ci w czymś ważnym?

-

Niezupełnie - Janine najchętniej wymieniłaby kilka bardzo ważnych 

spotkań,   które   miała   zaplanowane,   ale   odwołała   wszystko   na 
najbliższe dwa tygodnie, wolała zostać w domu, na wypadek gdyby 
dziadek czegoś potrzebował.

-

Martwię   się   o  Antona   -   powiedział   Zach,   ruszając  wzdłuż   mola. 

Janine podążyła za nim.

-

Dlaczego? - może było coś, o czym nie wiedziała, coś, czego doktor 

Madison jej nie powiedział.
-Nie wygląda dobrze.
Wiedziała, że to prawda. Ta myśl męczyła ją od kilku dni. Dziadek 

starzał się w oczach.

-O ciebie też się martwię.
-O mnie? - zapytała podnosząc głos. - Dlaczego?
- Jeśli, nie daj Boże, coś się stanie z Antonem - powiedział Zach - co 

będzie z tobą? Nie masz żadnej rodziny, prawda?

-Nie - powiedziała. Czuła, jak ściska ją w gardle na samą myśl, że 
coś takiego mogłoby się stać. - Ale tym się nie przejmuję. Mam 
trochę   przyjaciół,   są   mi   bliscy   jak   rodzina.   Na   przykład   Burt 
Coleman. Nie będę się błąkać po ulicach jak biedna sierotka.

background image

-Wiem - Zach zapatrzył się w odległe szczyty gór pokryte czapami 
śniegu.
Janine przyspieszyła kroku, żeby się z nim zrównać.
-Dlaczego o tym mówisz? - zapytała.
Zawsze przejmował się tym, że nie masz rodziny. I dopiero ostatnio 

zrozumiałem   naprawdę   niektóre   powody,   dla   których   usiłował 
zaaranżować nasze małżeństwo.

-Jeśli tak, to wyjaśnij je również mnie, bo prawdę mówiąc czuję się 
trochę   zagubiona.   Przyznał,   że   się   pomylił,   ale   nie   sądzę,   żeby 
porzucił całkowicie sam pomysł. Zrobi wszystko, żeby nas połączyć.
-Ja wiem, że nie zrezygnował. Powiedział mi ostatnio, że czuje się 
bardzo stary i boi się, że zostaniesz zupełnie sama po jego śmierci.
-Dam sobie radę. Nie jestem dzieckiem - powtórzyła zdecydowanym 
tonem,   chociaż   sama   myśl   o   życiu   bez   ukochanego   człowieka 
przerażała ją.
-Wątpię   -   Zach   zawahał   się.   Ruszył   z   powrotem,   przewidując 
zapewne, że ona pójdzie za nim.
-Mam wielu przyjaciół - powtórzyła.
Zach kiwnął głową, chociaż Janine wcale nie była  pewna, czy ją 

słyszał. Nagle stanął i odwrócił się w jej stronę.

-

To, co teraz powiem, zdziwi cię.

Janine patrzyła na niego zupełnie nie wiedząc, czego ma oczekiwać.
-Kiedy   się   nad   tym   poważnie   zastanowić,   cały   ten   pomysł   z 
małżeństwem jest zupełnie rozsądny.

-

Co? - Janine nie wierzyła własnym uszom.

-

Z   praktycznego   punktu   widzenia   -   pospieszył  z   wyjaśnieniem.   - 

Jesteśmy   współwłaścicielami   przedsiębiorstwa,   a   do   tego   oboje 
samotni. Wiem, że nie jestem księciem z bajki... - Zach zawahał się, 
jakby   spodziewając   się,   że   ona   zaprzeczy.   Ponieważ   milczała, 
skrzywił się i mówił dalej. - Problem leży raczej w tym, czy uda nam 
się być razem. Wątpię, czy jesteśmy w stanie przeżyć choć jeden 
dzień bez kłótni.

-

Co proponujesz? - zapytała Janine, niepewna, czy nie wyciąga z 

jego przemowy zbyt pochopnych wniosków.
-Jeszcze nic. Chcę po prosto postawić sprawę jasno i uczciwie, a to 
jest bardzo trudne. - Złapał się mocno rękami za balustradkę jakby w 
strachu, że zmiecie go nagły poryw wiatru.

-

Uważasz, że pomysł nie jest wcale taki zły? - zaryzykowała Janine.

-Ja...   nie   wiem   jeszcze.   Czuję   się   zagubiony   i,   przyznaję,   nieco 
bezradny.
-Podobnie ja.
-Czy ty również zastanawiałaś się nad taką możliwością?

-

Nie wiem - Janine przypomniała sobie swoją pierwszą miłość. Brian 

uwodził   ją   tak   romantycznie.  Przysyłał   jej   kwiaty,   mówił   te 
wszystkie rzeczy, które kobieta chciałaby słyszeć, a potem, zupełnie 

background image

niespodziewanie, złamał jej serce. Teraz kiedy o tym myślała, nie 
potrafiła   sobie   wyobrazić,   że   mogłaby   poślubić   Briana.  A  Zach, 
który nigdy nie wykonał żadnego romantycznego gestu, zdawał się 
pasować do jej życia w dziwnie naturalny sposób. A jednak...
Kiedy zastanawiała się nad tym, Zach znowu ruszył przed siebie.
-

Zdaję   sobie   sprawę,   że   nie   byłbym   takim   mężem,  jakiego 

chciałaś - mówił - ani tak dobrym, na jakiego zasługujesz. Chciałbym być 
mężczyzną twoich marzeń, ale nie jestem. I nie sądzę, żebym mógł się już 
zmienić.   -   Zatrzymał   się,   rzucając   spojrzenie   w   jej   stronę.   -   O   czym 
myślisz?

Janine   westchnęła,   starając   się   skoncentrować,   ale   jej   umysł 

wypełniała gmatwanina pytań i wątpliwości.

-

Nie masz ochoty mnie pocałować?

Spojrzał   na   nią   zaskoczony.   Rozejrzał   się   i   bardziej  jęknął,   niż 

powiedział:

-Teraz? Tutaj?
-Tak.
- Ależ tu jest pełno ludzi. Czy to naprawdę konieczne?
- Czy w innym przypadku prosiłabym o to?
Powoli, opornie Zach przyciągnął ją bliżej. Jej  serce zareagowało 

natychmiast, rozpoczynając szalony taniec. Poczuła, że brak jej tchu. Jedną 
ręką ujął jej twarz i powoli pochylił się nad nią.

Kiedy   musnął   ją   ustami,   Janine   poczuła,   że   ogarnia   ją   fizyczna 

słabość. Tak jakby znalazła się na wrzosowiskach Szkocji, z księżycem w 
pełni   nad   głową,  którego   magiczne   światło   zalewało   ten   mały   zakątek 
ziemi.   Wszystko   wokół   zbladło.   Nie   słyszała   już   fal   uderzających   o 
drewniane belki mola. Dzień stał się nagle pogodny.

Kiedy   oderwał   wargi   od   jej   ust,   oparła   dłonie   na   jego   piersiach, 

oddychając nierówno. Nic nie mówili. Janine chciała coś powiedzieć, nie 
znajdowała jednak odpowiednich słów. Otworzyła usta, ale Zach nachylił 
się   znowu,   by   ją   pocałować.   Tym   razem   jednak   był   to   prawdziwy 
pocałunek.   Mocny   i   głęboki.   Poczuła,   jak   obejmuje   ją   i   przytula   coraz 
mocniej.

Trwało   to   kilka   cudownych   chwil,   potem   Zach   podniósł   głowę, 

cofnął się odrobinę, ale nadal obejmował ją.

- Czy to jest odpowiedź na twoje pytanie?
-Nie - jej głos drżał - obawiam się, że to rodzi tylko kolejne pytania.

-

Rozumiem   cię   -   przyznał   Zach.   -  Ten   ostatni  tydzień,   kiedy   nie 

widywaliśmy się, otworzył mi oczy  na wiele rzeczy. Myślałem, że 
wyjaśnienie sprawy między twoim dziadkiem i nami przyniesie mi 
ulgę. Jeśli chcesz poznać prawdę, to myślałem, że będę szczęśliwy, 
kiedy   odczepię   się   od   ciebie.   I   byłem  przekonany,   że   ty   myślisz 
dokładnie tak samo.
- Te dni były takie puste - szepnęła.
Spojrzał na nią, potakując głową.

background image

-

Bez przerwy myślałem o tobie, chciałem się z tobą widzieć - szepnął. 

- Naprawdę zasługujesz na zupełnie innego męża, nigdy nie spełnię 
twoich marzeń.
-A co z tobą? Setki razy mi powtarzałeś, że sam sobie wybierzesz 
żonę.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem, jakby nie bardzo rozumiał, co mówi. 

Potem wzruszył ramionami.

-Kiedy cię lepiej poznałem, stwierdziłem, że nie jesteś taka zła.

-

Dzięki   -   tyle   więc   otrzymała   zamiast   róż   i   słodkich  słówek 

szeptanych   do   ucha.   Ale   coś   jej   mówiło,   że   tamto   wcale   nie 
przyniosłoby jej szczęścia.

-

Choć niechętnie, muszę przyznać, że pomysł naszego małżeństwa 

jest   całkiem   rozsądny.   Lubimy  się   chyba   wystarczająco,   a   nawet 
jesteśmy dla siebie... atrakcyjni - Zach mówił to z pewnym trudem. - 
Jeśli chodzi o finanse, to będzie dla nas obojga korzystna decyzja. - 
Zacisnął rękę na jej ramieniu i spojrzał w oczy. - Jest tylko jedna 
wątpliwość, Janine, czy potrafię uczynić cię szczęśliwą?
Poczuła, jak mięknie jej serce na te słowa. Naprawdę  mu na tym 

zależało.

-

A co z tobą? Czy będziesz zadowolony, jeśli mnie poślubisz?

Twarz natychmiast mu się wygładziła.
-Myślę, że tak. Nie łączy nas wielka namiętność. Ale lubię cię, a ty 
lubisz mnie.

-

Lubisz? - powtórzyła Janine, wyrywając się z jego objęć.

-A co w tym złego?
Nienawidzę tego słowa - Janine wycedziła przez  zaciśnięte zęby. - 

Lubić jest takie letnie... rozwodnione. Nie szukam wielkiej namiętności, jak 
to   nazwałeś,   ale   na   pewno   czegoś   znacznie   silniejszego   niż   sympatia   - 
podkreśliła słowa zamaszystym ruchem ręki. - Lubi się swojego psa, albo 
restaurację, ale nie swoją żonę  - mówiła z takim wzburzeniem, że kilku 
spacerowiczów  zaczęło się jej przyglądać. - Naprawdę tak trudno ci było 
użyć innego słowa?

-

Przestań patrzeć na mnie, jakby to była sprawa życia i śmierci 

- powiedział.

-

To jest ważne - upierała się.

Zach miał bardzo nieszczęśliwą minę.

-

Jestem człowiekiem interesu. Mam ponad sto biur w pięćdziesięciu 

stanach.   Znam   się   na   obrocie  handlowym,   ale   nie   bardzo   umiem 
gładko się wyrażać.  Jeśli nie podoba ci się słowo „lubić", znajdź 
jakieś lepsze.
-Dobrze - powiedziała z zastanowieniem, zagryzając dolną wargę. 
Nagle jej oczy pojaśniały. - Co byś powiedział na słowo „cenić?"
-Cenić - powtórzył, jakby nigdy wcześniej go nie słyszał. - Dobrze, 
niech będzie. Cenię cię.

-

Ja również cię cenię - powiedziała, kiwając głową z zadowoleniem.

background image

Wrócili   molem   nad   brzeg   morza,   gdzie   Zach   kupił   dwa   kubki 

gorącej zupy rybnej. Usiedli przy stoliku.

Od czasu do czasu przerywali jedzenie i uśmiechali się do siebie. Za 

każdym razem Janine czuła w żołądku dziwną sensację. Kiedy skończyła 
jeść, oblizała starannie plastykową łyżkę. Nie podnosząc oczu powiedziała:

-

Chciałabym mieć pewność, że cię dobrze zrozumiałam. Czy 

myśmy właśnie postanowili, że się pobieramy, czy też nie?

Zach zastygł z łyżką w połowie drogi między kubkiem a ustami.
-

Postanowiliśmy tak zrobić, wiedząc, że nie jest  to zwyczajne 

małżeństwo z miłości, ale związek oparty  na praktycznych i finansowych 
korzyściach.

Janine wrzuciła łyżeczkę do kubka.
- Jaśli tak, ślub nie wchodzi w grę.
-Co   ja   znowu   powiedziałem   takiego   strasznego?   -   Zach   spojrzał 
zaskoczony.

-

Praktyczne i finansowe korzyści! Dzięki tobie  zaczynam myśleć o 

małżeństwie jak o wizycie u lekarza.  Musimy znaleźć jakiś lepszy 
powód, żeby się pobrać.
Zach,   wzruszając   ramionami,   przyglądał   się   bezradnie   swoim 

dłoniom.

-  Już   ci   powiedziałem,   że   nie   jestem   w   tym   dobry.  Może   lepiej 

byłoby, gdybyś ty zechciała powiedzieć, dlaczego wychodzisz za mnie.

Zawahała się i zanim zdołała się powstrzymać, na jej ustach pojawił 

się lekki uśmiech.

-Tobie moje powody nie będą się podobały tak samo, jak mnie twoje 
- upewniła się, czy nikt ich nie słyszy. - Kiedy pocałowaliśmy się 
parę minut temu, poruszyła się ziemia. Wiem, że to sentymentalne, 
ale właśnie tak to czułam.

-

Ziemia się poruszyła? - powtórzył w oszołomieniu Zach.

-

Kiedy byliśmy w Szkocji, to zdarzyło się również. Nie wiem, co się 

dzieje między nami, ani nawet czy to prowadzi do czegoś dobrego, 
ale na pewno jest to coś... coś szczególnego!
Nie była wcale zdumiona, gdy Zach wykrzyknął:
-Chcesz   mi   powiedzie,   że   wyjdziesz   za   mnie,   ponieważ   dobrze 
całuję?
-Wydaje   mi   się   to   znacznie   rozsądniejsze   niż   cała   ta   bzdura   o 
korzyściach finansowych.

-

Miałaś rację - powiedział spokojnie. - Nie podoba mi się twój powód. 

Czy potrafisz wymyślić jakiś inny?
Janine roześmiała się.
- Wiesz co - stwierdziła - dziadek nie pomylił się. Potrzebujemy 

siebie nawzajem.

Spojrzał na nią ciepło i wziął ją za rękę.
- Potrzebujemy.
Ślub został zaplanowany tak szybko, że Janine ledwie miała czas 

background image

zastanowić się, co robi. Jeszcze tego samego popołudnia zgłosili się do 
urzędu.   Kiedy   wrócili   do   domu,   dziadek   pokrzykiwał   z   radości, 
poklepywał Zacha po plecach i ściskał raz po raz Janine, powtarzając, że 
uszczęśliwiła starego człowieka.

Janine   była   tak   zajęta,   że   dni   i   noce   zmieszały  się   w   ciąg 

błyskawicznie   przepływających   wydarzeń.  Tyle   było   do   zrobienia   - 
zorganizowanie   przyjęcia   i   zaproszenie   gości   -   że   w   czasie   następnych 
pięciu dni nie miała nawet kiedy porozmawiać choć raz z Zachem.

Na   dzień   przed   ceremonią   ogród   aż   roił   się   od   ludzi 

przygotowujących   wesele.   Pani   McCormick   kierowała   armią   mężczyzn 
budujących podium dla nowożeńców i ustawiających stoły i krzesła.

Janine,   wykończona,   wyszła   przed   dom   i   spojrzała   na   jasne, 

bezchmurne  niebo,  modląc   się   w  duszy,  żeby  pogoda   utrzymała  się  do 
następnego dnia. Trawa była gęsta i zielona, niedawno przystrzyżona. Róże 
w pełnym rozkwicie napełniały powietrze swym delikatnym zapachem.

- Janine.
Rozpoznała   ten   głos   w   jednej   chwili.   Odwróciła   się   i   zobaczyła 

Zacha idącego w jej stronę. Poczuła, jak serce jej zaczyna bić mocniej. 
Wydało jej się, że nie widzieli się rok, a nie kilka zaledwie dni. Miała na 
sobie dżinsy i podkoszulkę, żałowała, że nie była lepiej ubrana. Natomiast 
Zach   wyglądał   bardzo   elegancko,   w   świetnie   leżącym   garniturze   z 
ciemnym krawatem. Była skłonna przyznać, że nie zna go tak dobrze, jak 
powinna... jako kobieta wychodząca za niego za mąż. Jego zwyczaje, to co 
lubił, a czego nie, stanowiły dla niej tajemnicę, ale nie wydawało się to 
takie ważne. Pragnęła poznać tego prawdziwego Zacha.

- Cześć - zawołała, idąc w jego stronę. Patrząc na niego pomyślała, 

że musi być równie zmęczony jak ona. Najwyraźniej też był bardzo zajęty, 
choć to na nią spadły wszystkie przygotowania weselne.

Spotkali się w połowie drogi i stanęli nagle. Zach nie przytulił jej, w 

ogóle nie dotknął jej nawet.

-Co u ciebie? - zapytał.
-Dobrze - odpowiedziała. - A u ciebie?
-Żyję - rozejrzał się po ogrodzie i westchnął.
-   Czy   jest   tu   jakieś   miejsce,   gdzie   moglibyśmy   porozmawiać   na 

osobności?

- Oczywiście - Janine poczuła ściśnięcie w gardle, widząc, jak Zach 

trzeźwo jej się przygląda. - Czy wszystko w porządku?

Uspokoił ją krótkim skinięciem głowy.
-Oczywiście.
-Myślę, że w kuchni nie ma nikogo.

-

Dobrze. - Ujął ją za łokieć i skierował w stronę domu. Dłonie jej 

drżały,   kiedy   odsuwała   krzesło.   Usiadła   przy   dębowym  stole.   On 
usadowił   się   naprzeciwko.   Jego   oczy   wydawały   się   wyjątkowo 
ciemne.
- Jutro jest  ten  dzień  -  powiedział,  jakby oczekując, że zaskoczy 

background image

Janine.   Nie   zaskoczył,   choć   zrozumiała,   co   chce   jej   powiedzieć.   Czas 
uciekał i jeśli któreś z nich chciało się wycofać, był to ostatni moment.

-Wiem o tym - powiedziała, zaciskając palce na krawędzi stołu. - 
Czy coś zmieniło się w twych uczuciach?
-A w twoich?
-Nie, ale wiesz, nie bardzo miałam czas, żeby się nad tym wszystkim 
zastanowić.
-Ja   nie   robiłem   nic   innego,   tylko   myślałem   o   naszym   ślubie   - 
powiedział Zach, przeczesując ręką włosy.
- I? - zapytała, czekając na potwierdzenie decyzji.
Wzruszył ramionami.
-Może jesteśmy głupcami, że zgodziliśmy się na to.

-

Wszystko stało się tak szybko - powiedziała Janine słabym głosem. 

- W jednej chwili zgodziliśmy  się na słowo „cenić", a w następnej 
stwierdziliśmy, że potrzebujemy się nawzajem.
-Nie zapominaj o pocałunku - dodał. - O ile dobrze pamiętam, miał 
on poważny wpływ na twoją decyzję.

-

Jeżeli   masz   wątpliwości,   to   byłoby   lepiej,   gdybyś  powiedział   to 

teraz, nie jutro po ślubie.
Spojrzał   na   nią   zmrużonymi   oczami,   a   potem   zaprzeczył   ruchem 

głowy i powiedział:

-Nie mam.
-Jesteś pewien?
Odpowiedział   jej   pochylając   się   do   przodu,   ujmując   jej   twarz   w 

dłonie i całując ją mocno, czule. Kiedy oderwali się od siebie, nie mogli 
wymówić słowa. Słowa nie były zresztą potrzebne.

Janine wpatrywała się w jego ciemne oczy i nagle poczuła, że brak 

jej tchu.

-To   będzie   prawdziwe   małżeństwo   -   powiedział   z   mocą,   jakby 
oczekując sprzeciwu.
-Mam nadzieję, że tak właśnie będzie, panie Thomas - powiedziała 
silnym, spokojnym głosem, przytakując głową.

W   niecałe   dwadzieścia   cztery   godziny   później   Janine  stała   obok 

Zacha, gotowa złożyć swe życie w jego ręce. Nigdy przedtem nie czuła się 
tak nieswojo, a jednocześnie pełna była ufności.

Zach zachowywał się tak, jakby doskonale rozumiał jej uczucia. Nie 

spuszczał z niej wzroku, kiedy powtarzała słowa przysięgi.

Kiedy  skończyła,  Zach  objął   ją   ramieniem  i  przyciągnął   bliżej   do 

siebie.   Pastor   uśmiechnął   się,   a   potem   przeniósł   wzrok   na   grupę 
pięćdziesięciu osób,  rodziny  i znajomych,  zebranych  na trawniku przed 
domem Antona, i powiedział.

-

Przedstawiam wam panią i pana Thomas.

Zanim Janine zdała sobie sprawę, co się dzieje, stała w tłumie gości.
-

Janine, Janine - pierwsza ruszyła do niej Pam.

background image

-

Wyglądasz przepięknie - powiedziała cicho, a w jej jasnych 

oczach błyszczały łzy.

-

Dziękuję, najmilsza - Janine uściskała młodą przyjaciółkę.

Pam przyjrzała się Zachowi i powoli pokręciła głową.
-Ależ on jest przystojny.
-Mnie też tak się zdaje.
Zach uniósł brwi i nachylając się do jej ucha, szepnął:
-Nigdy mi tego nie mówiłaś.
-Nie ma powodu, by ci przewracać w głowie.

-

Moje dzieci - podszedł do nich dziadek. Uściskał serdecznie Janine, 

jego oczy błyszczały tak jak u Pam.
-

Nigdy nie wyglądałaś piękniej. Przysięgam ci, że z roku na 

rok robisz się coraz bardziej podobna do Anny.

Był to największy komplement, jaki mógł jej powiedzieć dziadek. Ze 

zdjęć,   jakie   zachował,   Janine   wiedziała,   że   jej   babka   była   wyjątkowo 
piękną kobietą.

-Dziękuję - pochyliła się i pocałowała go w policzek.

-

Mam coś dla ciebie - wtrąciła się Pam, wciskając w ręce Janine 

starannie zapakowane pudełko. - Sama to zrobiłam - powiedziała z 
dumą. - Myślę, że Zachowi też się będzie podobało.

-

Och, Pam, nie powinnaś - mruczała Janine. Usiadła na stojącym 

obok ogrodowym krześle, rozwinęła papier i zdjęła pokrywę pudełka. 
I oniemiała.
W   pudelku   leżały   bielutkie,   maleńkie   śpioszki.   Uśmiechnęła   się 

niepewnie widząc, że patrzą na nią zebrani wokół goście.

Poczuła przywracającą jej pewność siebie dłoń Zacha  na ramieniu i 

usłyszała jego ciepły, nieco rozbawiony głos.

- Masz rację, Pani. Bardzo mi się podoba.

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Janine   siedziała   obok   Zacha   na   przednim   siedzeniu   samochodu. 

Ubrana w różowy kostium i dobrze dobrany do niego kapelusz z szerokim 
rondem, ściskała mały bukiecik kwiatów. Chociaż przygotowania do ślubu 
zajęły tylko siedem dni, wszystko poszło wspaniale.

Zach   zaplanował   krótką   podróżą   poślubną.   Mógł   pozwolić   sobie 

jedynie na trzy dni urlopu, zamiast więc jechać w jakieś wymyślne miejsce, 
zaproponował, żeby pojechali do jego letniego domku nad oceanem, dwie i 
pół godziny jazdy samochodem od Seattle. Janine zgodziła się chętnie.

-

Uważasz   więc,   że   jestem   przystojny   -   powiedział  Zach,   nie 

odrywając oczu od drogi. Dotąd wymienili zaledwie kilka uwag.

-

Wiedziałam, że jeżeli dowiesz się o tym, przewróci ci się w głowie i 

najwyraźniej   miałam   rację   -   stwierdziła.  Potem   nie   mogąc 
powstrzymać się, szeroko ziewnęła, zakrywając usta ręką.
-Jesteś wykończona.
.  - Przenikliwy, jak zwykle.

background image

-A ty znowu zaczepna.

-

Nie chciałam - przeprosiła. Była na nogach od piątej rano, a prawdę 

mówiąc nie spała wiele przez cały ten tydzień. Nie tak powinno się 
zaczynać   małżeństwo,   a   na   pewno   nie   miodowy   miesiąc.   Z   tym 
ostatnim wiązały się jeszcze inne stresy. Zach dał jej  wyraźnie do 
zrozumienia, że chce, by ich małżeństwo  było prawdziwe, ale nie 
oczekiwał chyba, że będą tak od razu spali w tym samym łóżku. A 
może?
Od czasu do czasu zerkała na niego, zastanawiając  się, co powinna 

powiedzieć. Nawet gdyby zdecydowała się poruszyć ten delikatny temat, nie 
bardzo wiedziała, jak zacząć.

-Usiądź wygodnie i odpocznij - zaproponował Zach. - Obudzę cię, 
kiedy będziemy na miejscu.
-Ale to przecież już niedługo.
-Jakieś piętnaście minut.

-

Nie warto więc zasypiać - nerwowo zacisnęła palce na bukiecie. 

Prezent od Pam tylko dolał oliwy do ognia. Stwierdziła, że nie może 
odwlekać rozmowy na ten temat.
-Zach...   czy   my   mamy...   no   wiesz...   -   poczuła   się   jak   kompletna 
idiotka.

-

Jeżeli mówisz o tym, o czym ja myślę, że mówisz,  to odpowiedź 

brzmi nie. Więc uspokój się.
-Nie? - nie musiał mówić tego tak obojętnie, jakby w ogóle go to nie 
interesowało.

-

Dlaczego pytasz? Zmieniłaś zdanie na... ten temat? Kiedy to będzie 

miało   się   stać,   stanie   się.   Ostatnia   rzecz,   jakiej   potrzebujemy,   to 
wywieranie na siebie jakiegokolwiek nacisku.
-Masz rację - powiedziała z ulgą.
-Potrzebujemy trochę czasu, żeby poczuć się ze sobą swobodnie. Nie 
ma żadnego powodu, żeby przyspieszać nasze zbliżenie.
-Oczywiście,   że   nie  -  zgodziła  się  pospiesznie.  Może   nawet  zbyt 
szybko, bo kiedy zerknęła na niego znowu, Zach marszczył czoło. 
Ale jednak godził się poczekać, jakby wspólne pójście do łóżka nie 
było   takie   ważne.   Jak   sam   powiedział,   to   małżeństwo   nie   było 
wynikiem wielkiej namiętności. No cóż, trudno się było z tym nie 
zgodzić.
Minęło   następne   pięć   minut,   Zach   zjechał   z   autostrady   w   stronę 

niewielkiego   kurortu   nad   oceanem.   Nie   zatrzymał   się   w   dzielnicy 
handlowej, jechał dalej nad sam brzeg morza. Kiedy wyłączył silnik, słońce 
zaczęło właśnie zachodzić.

Janine była tak zachwycona domem, że nie mogła wykrztusić słowa.
Mocny   podmuch   wiatru   szarpnął   nimi,   kiedy   wysiadali   z 

samochodu. Janine przytrzymała kapelusz ręką, w której ściskała wciąż 
bukiet kwiatów, drugą podała Zachowi. Zachodzące słońce rzucało różowy 
i złoty blask na piaskowe wydmy.

background image

-

Dom, słodki dom - powiedział Zach, prowadząc ją w stronę 

budynku.

Frontowe drzwi otworzyły się, zanim zdążyli do  nich podejść i na 

ganku ukazał się schludny mężczyzna w średnim wieku, który wyszedł ich 
przywitać. Uśmiechał się serdecznie.

-Witaj, Zach. Dobrze się jechało?
-Tak.

-

Wszystko gotowe. Jedzenia macie w bród. Drewno narąbane i kolacja 

przygotowana.

-

Wspaniale, Harry, dziękuję - Zach położył rękę na ramieniu Janine. 

-  To   jest   moja   żona   -   powiedział,   a   po   chwili   wahania   dodał.   - 
Pobraliśmy się dzisiaj po południu.
-Twoja żona? - powtórzył Harry najwyraźniej lekko zaskoczony. - O, 
to wspaniale. Gratulacje.

-

Dziękujemy - odpowiedziała grzecznie Janine.

-Harry Gleason opiekuje się domem, kiedy mnie tu nie ma.
-Miło mi cię poznać, Harry.
-Zach  się  ożenił - powiedział Harry, pocierając  dłonią szczękę w 
nieukrywanym zdziwieniu. - To naprawdę...

-

Wspaniale   -   dokończył   za   niego   Zach.   Najwyraźniej   nie   był 

zachwycony reakcją Harry'ego i popchnął Janine w stronę drzwi.
-Tak - powtórzył Harry. - Wspaniale.
Wciąż   przytrzymując   ręką   kapelusz,   Janine   odwróciła   się,   żeby 

spojrzeć na nowoczesny, jednopiętrowy domek.

-

Wejdź do środka - polecił Zach. - Ja przyniosę bagaże.

Janine chciała zaprotestować, gdy nagle zapragnęła, żeby zgodnie ze 

zwyczajem przeniósł ją przez próg.

-Coś nie tak? - zapytał.

-

Nie - właściwie nie miała powodu do niezadowolenia. Nie była nawet 

pewna, czy to ma jakieś znaczenie. Weszła do środka i oniemiała na 
widok ogromnego salonu pełnego wielkich kanap i foteli. Ceglany 
kominek zajmował całą jedną ścianę, przeciwległa była przeszklona i 
widać   było   ocean.   Janine   podeszła   tam   przyciągnięta   widokiem 
wielkich fal, które uderzały z przerażającą siłą o brzeg, jakby chcąc 
go za coś ukarać.
Zach wszedł za nią do środka, niosąc bagaże. Nie spojrzał nawet na 

widok za oknem.

-Harry odstawi samochód - powiedział.

-

To miejsce jest niesamowite - westchnęła Janine. Zdjęła kapelusz i 

położyła go obok kwiatów na małym stoliku. Poszła za Zachem i 
odkryła korytarz, z którego drzwi prowadziły do czterech sypialni, 
każda z nich miała własną łazienkę. Na tyłach domu znajdowała się 
sala do ćwiczeń, biuro i ultranowoczesna kuchnia, gdzie garnek z coą 
au vin 
kipiał w piekarniku.
W jadalni na długim, wypoliturowanym, mahoniowym stole nakryto 

background image

dla dwóch osób. Na stoliku przy oknie z widokiem na ocean stała butelka 
francuskiego szampana i lód.

Zach wrócił, kiedy zamierzała podejść do kuchenki. Zaległa dziwna 

cisza. Wreszcie odezwał się pierwszy.

-

Położyłem   twoje   rzeczy   w   sypialni   -   stwierdził  obcesowo, 

wsadzając ręce do kieszeni. - Ja będę spał po drugiej stronie korytarza.

Skinęła   głową,   starając   się   nie   myśleć,   dlaczego  czuje   się   tak 

zawiedziona.   Przecież   zgodzili   się,   że  przesuną   na   później   swoją   noc 
poślubną.

-

Jesteś   głodna?   -   zapytał,   podchodząc   do   kuchenki.  Podniósł, 

podobnie jak ona wcześniej, pokrywkę i sprawdził, co jest w garnku.
-Tylko   trochę.   Myślałam,   że   się   teraz   wykąpię,   chyba   że   chcesz 
najpierw zjeść.
-Ależ nie.
Janine wyciągnęła z torby strój kąpielowy i szybko się przebrała. 

Marzyła o ciepłej wodzie. Może uda jej się odprężyć. Zarzuciła na ramię 
plażowy ręcznik i wróciła do kuchni, ale Zacha nie było nigdzie widać. Nie 
czekając   na   niego,   wyszła   na   taras,   gdzie   znajdował  się   mały   basenik   i 
zanurzyła w gorącej wodzie. Poczuła się jak otulona w miękki, płynny koc, 
zawinięty tuż pod biustem.

Zach pojawił się w minutę później, wciąż w garniturze. Stanął jakby 

zaskoczony jej widokiem.

-

Nie...   nie   wiedziałem,   że   tak   szybko   wyjdziesz   -   powiedział, 

wpatrując się w nią z nie ukrywanym podziwem. Odetchnął głęboko 
i zajął się otwieraniem butelki szampana, potem nalał sobie pełen 
kieliszek.   Przełknął   płyn   jednym   haustem,   a   następnie   nalał 
szampana Janine.
-Idziesz się kąpać? - zapytała, sięgając po kryształowy kieliszek.
-Nie - powiedział szorstko. - Nie będę teraz pływał. W tym tygodniu 
nie zdążyłem zrobić kilku rzeczy, więc teraz przejrzę papiery. Baw 
się dobrze.
Miał   zamiar   pracować   w   swoją   noc   poślubną!   Czuła,   że   nie   ma 

żadnego prawa komentować tego ani się skarżyć. Postanowiła, że nie okaże 
ogarniającego ją niezadowolenia.

-

Woda   jest   cudowna   -   powiedziała   tak   pogodnie,   jak   tylko 

potrafiła, mając nadzieję, że go namówi.

Zach skinął głową, ale unikał wzroku Janine.
-

Wygląda...   wspaniale   -   przeciągnął   palcami   po   włosach   i 

popatrzył na nią, jakby chciał jej coś powiedzieć. Ale najwyraźniej zmienił 
zdanie.

Speszona jego dziwnym zachowaniem, Janine odstawiła kieliszek z 

szampanem i wstała tak gwałtownie, że woda przelała się przez krawędź 
basenu.

-Nie musisz tego mówić - mruknęła, wychodząc z wody i sięgając po 
ręcznik.

background image

-Czego?
-Ostrzegałeś mnie przed ślubem, że wiem, na co się decyduję. Nie 
musisz się martwić. Zrozumiałam, o co chodziło w chwili, kiedy się 
tu znaleźliśmy.
Zach wypił kolejny kieliszek szampana, jakby to była woda.
-O czym ty do diabła mówisz?
-Nieważne - energicznie wycierała ramiona.
-Nie - warknął niecierpliwie - chcę, żebyś mi powiedziała.
Wiedząc, że nie powinna tego robić, wskazała palcem drzwi.
-Powiedziałeś,   że   mnie   tylko   lubisz   i   że   nie   ma   między   nami 
żadnego uczucia. Dobrze. Po prostu wspaniale. Zgadzam się na takie 
warunki, ale...
-Ale co? - dopytywał się.
Wzruszyła ramionami, przygotowana z góry na kłótnię.
-Ale każda panna młoda powinna zostać przynajmniej przeniesiona 
przez próg.
-Próg?   -   wykrzyknął   wpatrując   się   w   nią   jakby   wymagała 
poważnego   leczenia.   Zrobił   dwa   kroki   w   kierunku   drzwi,   potem 
odwrócił się z powrotem. - Oczywiście żartujesz?
Podniosła wysoko głowę unikając spojrzenia jego ciemnych oczu. 

Czuła w gardle gulę wielkości arbuza i bała się cokolwiek powiedzieć.

-

To niewiarygodne. Chyba naprawdę traktujesz to poważnie! - 

najwidoczniej nie potrafił w to uwierzyć. - Jeżeli to dla ciebie takie ważne, 
z radością zrobię ci tę przyjemność.

Miała   ochotę   wybuchnąć   płaczem,   ale   udało   jej   się   jakoś 

powstrzymać.

-Jesteś   ostatnim   mężczyzną,   któremu   pozwolę   zanieść   się 
gdziekolwiek.

-

No   wspaniale,   już   się   kłócimy.   Pewnie   chcesz   mnie   poprosić   o 

rozwód i będzie to najkrótsze małżeństwo w całej historii Stanów 
Zjednoczonych Ameryki.
Janine   zbladła.   Rozwód   to   takie   brzydkie   słowo,  poczuła się tak, 

jakby dostała policzek. Wstrzymywane łzy popłynęły jej po twarzy. Starając 
się   zachować   pozory   godności,   odwróciła   się   i   poszła   w   stronę   domu, 
zostawiając za sobą mokre ślady.

-

Janine - krzyknął Zach. Dogonił ją w kuchni.

Zabiegł   jej   drogę   i   zastawił   sobą   przejście.   -  A  niech  to,   Janine, 

naprawdę nie zamierzałem kłócić się z tobą.

Z wysoko uniesioną głową patrzyła ponad jego ramieniem malowane 

na żółte kwiaty na ścianie jadalni. Dopiero kiedy łzy przesłoniły jej zupełnie 
widok, wytarła oczy.

-

Przepraszam   -   szepnął,   wyciągając   do   niej   rękę,   jakby   chciał   ją 

przytrzymać. Ale w tej samej chwili jego ramię opadło. - Powinienem 
zdawać sobie sprawę,  że tradycja jest dla ciebie ważna. Uczciwie 
mówiąc, zupełnie zapomniałem o zwyczaju przenoszenia przez próg.

background image

- To nie tylko to. Postanowiłeś od razu zakopać się w pracy. Ilu 

mężczyzn bierze ze sobą teczkę z dokumentami na swój miodowy miesiąc? 
Już   teraz   czuję   się   jak   niepotrzebny   bagaż,   a   jesteśmy   małżeństwem 
dopiero   od   kilku   godzin.   -   Nie   chciała   widzieć   Zacha   u   swych   stóp, 
targanego   namiętnością,  ale   też   nie  spodziewała   się,   że   będzie   mu  tyle 
potrzebna co zużyta bielizna. Zach wyglądał na zakłopotanego.

-Co   ma   z   tym   wspólnego   moja   praca?   Pytanie   to   rozzłościło   ją 
jeszcze bardziej.
Nawet nie widzisz, jak bardzo jesteś nieznośny. Nie odpowiedział jej 

wprost, tylko patrzył na nią przez długą chwilę, jakby ważąc słowa.

-Po   prostu   myślałem,   że   będę   miał   chwilę   na   przejrzenie   tych 
papierów - powiedział powoli. - Ale najwyraźniej to ci przeszkadza.

-

Tak, przeszkadza mi. - Janine oparła ręce na biodrach.

-

Przecież uzgodniliśmy, że przenosimy na później  to, co zazwyczaj 

się robi podczas miodowych dni.
-A   co   byś   powiedział   na   to,   żeby   potraktować   ten   czas   jak 
prawdziwe wakacje? Poznać się lepiej.
-Czujesz się ze mną jak z obcym, tak? Nic dziwnego, że jesteś taka 
nerwowa.
-Nie   jestem   nerwowa.   Jestem   po   prostu   zmęczona   i   tak   bardzo 
staram się nie powiedzieć ani zrobić nic takiego, co pozwoliłoby ci 
nazwać mnie... jędzą.
-Jędzą? - powtórzył zaskoczony Zach. - Uważam, że jesteś urocza. 
Muszę się przyznać, że trudno mi od ciebie oderwać wzrok.

-

Naprawdę?   -   ręcznik   zsunął   się   niepostrzeżenie  na   ziemię.   - 

Myślałam, że nie umiesz mówić słodkich słówek.
-Słodkie słówka?

-

Bardzo słodkie. Zaczynałam już myśleć, że ci się nie... podobam.

Zach przyjrzał jej się ze zdziwieniem.
-Chyba żartujesz.
-Wcale nie.
-Zdaje się, że czeka mnie parę trudnych dni - powiedział. - Musisz 
być dla mnie wyrozumiała.

-

Dobrze - zgodziła się, już teraz czując się o niebo lepiej.

-Proponuję,   żebyś   się   przebrała,   a   ja   w   tym   czasie   przygotuję 
kolację.
-Wspaniale.
Kiedy wróciła do kuchni, ubrana w wełniane spodnie i jasnokremowy 

sweter, Zach podawał już kolację. Kieliszki napełnione były winem.

-

Zanim usiądziemy, muszę coś zrobić.

Ku   zdziwieniu   Janine   podniósł   ją.   Wyrwał   jej   się   z   ust   okrzyk 

zdumienia.

-Co robisz?
-Zdaje się, że chciałaś być przeniesiona przez próg.
-Tak, ale robisz to odwrotnie. Powinieneś mnie wnieść z dworu do 

background image

środka.
Zach wzruszył ramionami, nie speszony jej słowami.

-

W naszym małżeństwie nic nie jest normalne, więc i ten rytuał nie 

musi być taki. - Udał, że uginają mu się  pod jej ciężarem kolana, 
kiedy wnosił ją do salonu.
-Powinieneś zachować powagę - pouczyła go, ale sama nie mogła 
powstrzymać śmiechu.
Z  udawanym   wysiłkiem   otworzył   wreszcie   drzwi   i   ceremonialnie 

wyniósł ją na ganek. Powoli stawiał ją na ziemi, cały czas trzymając blisko 
przy sobie. Już się nie śmiał.

-

Chyba   zapomniałem   o   czymś   ważnym   -   powiedział   z 

czułością w głosie.

Przecież nie umrę od tego pocałunku, pomyślała Janine.

-

Janine?

-Wszystko jest doskonale. Naprawdę. I dziękuję.
Niezupełnie - mruknął. Odwrócił ją do ciebie i dotknął ustami jej ust. 

Janine poddała się całkowicie pocałunkowi, objęła go ramionami za szyję. 
Zadrżała   od   fali   gorąca,   która   przepłynęła   przez   nią.   To   był 
najcudowniejszy pocałunek w jej życiu, a tego się nie  spodziewała. Nie 
miała pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Zach oderwał nagle od niej usta, ale 
stał z zamkniętymi oczami. Prawie widać było, jak stara się otrząsnąć z 
wrażenia i kiedy odsunął się od niej, panował już nad sobą zupełnie. Janine 
westchnęła cichutko. Nie wiedziała, co o tym myśleć.

Minęły   dwa   dni.   Chodzili   na   długie   spacery   i   zbierali  muszle. 

Wynajęli mopedy i ścigali się wzdłuż plaży.  Puszczali w niebo latawce, 
podziwiając, jak nurkują i wzbijają się w górę. Dzień przed powrotem do 
Seattle Zach zaproponował, że przygotuje kolację. W związku z tym musiał 
pojechać do miasta i poczynić odpowiednie zakupy. Dotąd Janine robiła dla 
nich proste posiłki. Harry miał wolne na czas ich pobytu.

-

Co   przygotujesz?   -   chciała   się   dowiedzieć,   kiedy  wjeżdżali   na 

parking przed jedynym w mieście sklepem  spożywczym. - Powiedz 
mi, to kupię odpowiednie wino.
-Wino - mruczał. - Zazwyczaj nie podaję do tego wina.
Ruszyła   za   nim,   a   kiedy   zobaczył,   że   towarzyszy   mu   w   pewnej 

odległości,   ujął   ją   zdecydowanie   za   ramię   i   odwrócił   w   przeciwnym 
kierunku.

-

Jestem artystą i muszę pracować w samotności.

Janine ledwie powstrzymała się od śmiechu.
-

Żeby kolacja stała się arcydziełem, muszę się skoncentrować 

nad   doborem   produktów.  Ty,   moja   najdroższa,   najsłodsza   żono   -   dodał 
dotykając   końcem   wskazującego   palca   jej   nosa   -   za   bardzo   mnie 
rozpraszasz. W miły sposób, ale jednak rozpraszasz.

Janine uśmiechnęła się, jej serce tańczyło ze szczęścia.  Zach rzadko 

mówił jej miłe słowa, nauczyła się więc cenić jego komplementy.

background image

Podczas   gdy   wybierał   produkty,   Janine   spacerowała  po   mieście. 

Kupiła małą mewę z porcelany, którą nazwała od razu Chester i dużą torbę 
soli. Potem wiedziona nagłym impulsem sięgnęła też po krem do opalania.

Kiedy   wróciła   do   samochodu,   Zach   już   na   nią   czekał.   Lizała 

podwójne lody czekoladowe i czuła się bardzo szczęśliwa.

-

Czy szef kuchni znalazł wszystko, co mu było potrzebne? - zapytała. 

Powstrzymała się do zaglądania do dwóch brązowych, papierowych 
toreb leżących na podłodze.

-

Naszą dzisiejszą kolację będziesz długo wspominać, obiecuję ci.

-Miło to słyszeć - wyciągnęła w jego stronę rożek z lodami i zapytała 
- Chcesz spróbować?
-Chętnie - pochylił się do przodu, ale odsunął rożek i dotknął ustami 
jej ust. Widziała jego ciemne oczy zakryte ciężkimi powiekami i jej 
serce   zaczęło   nagle   bić   bardzo   mocno.   Nie   była   pewna,   co   się 
wydarzyło   pomiędzy   nimi,   ale   wiedziała   z   pewnością,   że   coś 
dobrego.
Kiedy pocałunek przedłużał się, poczuła, jak przebiega ją dreszcz. 

Żadne z nich nie poruszyło się ani nie odezwało. Chciał, żeby pocałunek 
był   delikatny   i   żartobliwy,   ale   szybko   jego   natężenie   zmieniło   się.   Na 
krótką   chwilę   jego   oczy   spochmurniały.   Trzymał   ją   w   ramionach   i 
oddychał szybko.

Janine wydało się zabawne, że chociaż byli sami przez dwa dni, to 

zdecydował się ją pocałować na parkingu pełnym ludzi.

-

Nie   pamiętałem,   że   czekoladowe   są   takie   smaczne  - 

powiedział cicho. Chciał, żeby jego głos zabrzmiał normalnie, ale Janine 
nie dała się oszukać. Ten pocałunek podziałał na niego tak samo jak na nią.

Musiał bardzo się starać, żeby nie pokazać tego po sobie.
Podczas krótkiej drogi do domu oboje byli dziwnie cisi. Do tego 

momentu spędzali czas razem i dobrze  się czuli w swoim towarzystwie. 
Teraz nagle wszystko się zmieniło.

-

Czy zostanę wygnana z kuchni? - zapytała beztrosko Janine, kiedy 

byli już w domu.

-

Nie   całkiem   -   zaskoczył   ją.   -   Będę   cię   potrzebował  potem   do 

zmywania naczyń.
Janine roześmiała się, wsunęła olejek do opalania do torby, włożyła 

kostium   i   wyciągnęła   leżak,   żeby   złapać   ostatnie   promienie 
popołudniowego słońca.

Zach wkrótce dołączył do niej, niosąc w wysokiej szklance mrożoną 

herbatę.

-Myślałem, że będziesz miała na to ochotę.
-Dzięki. Gdybym wiedziała, że tak dobrze poruszasz się w kuchni, 
już dawno przydzieliłabym ci jakieś obowiązki.
Postawił szklankę koło niej i wrócił do domu.
-

Lista moich talentów zadziwiłaby cię - rzucił jej przez ramię.

Bez wątpienia należy do nich całowanie, pomyślała.  Ostatnia próba 

background image

wywołała   gwałtowną   potrzebę   następnych.   Gdyby   była   doświadczoną, 
wyrafinowaną kobietą, nie miałaby żadnych problemów, by znaleźć się z 
powrotem w jego ramionach. Ale oni byli mężem i żoną.

Leżąc na plecach z zamkniętymi oczami, Janine wyobrażała sobie, 

jak to by było cudownie, gdyby Zach wziął ją w ramiona i kochał ją...

Przebudziła się nagle i wbiegła do domu, żeby się  przebrać. Kiedy 

już była prawie gotowa, Zach zawołał,  że kolacja gotowa. Wyciągnął stół 
ogrodowy, ponieważ mieli jeść na werandzie.

-Pomóc ci? - zapytała, starając się zerknąć do kuchni.

-

Nie.   Usiądź,   bo   zaraz   wszystko   ostygnie   -   wskazał  na   krzesło   i 

poczekał, aż usadowi się wygodnie.
-Mam tylko łyżkę - powiedziała, rozkładając serwetkę na kolanach. 
Musiało mu się coś pomylić.
-Bo potrzebna jest tylko łyżka - krzyknął z kuchni.
-I całe to zamieszanie z powodu jednej zupy? - zapytała kpiąco.
-

Poczekaj, to zobaczysz. Zaraz wracam.

Zabrzmiało to tak poważnie, że Janine nie mogła się powstrzymać od 

uśmiechu.   Układała   w   myślach   komplementy,   którymi   mogłaby   go 
obdarzyć - „wyjątkowo  pyszna", „odświeżająco odmienna" - kiedy Zach 
wszedł na taras, niosąc blaszaną puszkę i szczypce.

-Na litość boską, a to co takiego? - wykrzyknęła z obrzydzeniem.
-Kolacja - odpowiedział. - Gotowałem taką tylko dla siebie, kiedy 
należałem do skautów.
Postawił   przed   nią   parującą   puszkę,   jakby   był   w   niej   homar   na 

porcelanowym   półmisku.   Janine  pochyliła   się   do   przodu,   zaglądając   z 
obawą do środka.

-

Kiełbaski. I fasolka - poinformował ją z dumą.

-

I pomyśleć, że przez chwilę zwątpiłam w ciebie.

Cała   jej   ironia   zniknęła   jednak   w   chwili,   gdy  spróbowała   jego 

specjalności. Fasolka była znakomita.  Zdziwił ją jeszcze raz, przynosząc 
deser: małe grahamki posmarowane kremem czekoladowym i podgrzane w 
piecyku.

Janine   zjadła   cztery   ciasteczka,   które   Zach   nazywał   jeszczakami. 

Wytłumaczył,   że   kiedy   pierwszy   raz   je   zaserwował,   wszyscy   prosili   o 
jeszcze.

-

Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało ci się w ogóle pozostać 

kawalerem   -   pokpiwała   sobie   z   niego,  zapominając   na   chwilę,   że   są 
małżeństwem. - Gdyby rozeszła się wieść o twoich talentach kulinarnych, 
kobiety pchałyby się drzwiami i oknami do twego domu.

Zach   parsknął   śmiechem,   ale   wyglądał   na   ogromnie   z   siebie 

zadowolonego.

Nagle Janine uświadomiła sobie, że nigdy nie pytała  Zacha o inne 

kobiety w jego życiu. Okazałaby się okropnie naiwna, gdyby wierzyła, że 
nie był nigdy związany z żadną kobietą. Ona przeżyła swoją historię z 
Brianem. Na pewno i w przeszłości Zacha istniały jakieś kobiety.

background image

Poczekała do wieczora, kiedy siedzieli przed kominkiem, popijając 

wino i słuchając klasycznej muzyki. Zach był rozprężony, podciągnął jedną 
nogę i oparł brodę na kolanie. Janine leżała na brzuchu, wpatrując się w 
ogień.

-

Byłeś kiedyś zakochany? - zapytała, starając się, aby pytanie 

zabrzmiało zupełnie obojętnie.

Zach nie odpowiedział wprost.
-Czy byłabyś zazdrosna, gdybym powiedział: tak?
-Nie - odpowiedziała z pewnością, której wcale nie czuła.
-Chyba nie. A ty. Byłaś zakochana?
Nie odpowiedziała od razu. Kiedyś myślała, że jest zakochane w 

Brianie. I dopiero niedawno zdała sobie sprawę, że raczej zakochała się 
wtedy w samej idei miłości. Wraz z uświadomieniem sobie tego przeszłość 
przestała być tak bolesna.

-

Nie - odpowiedziała przekonana, że mówi prawdę. Jej uczucie do 

Zacha, którego dopiero przecież poznawała, było już po tysiąckroć 
mocniejsze   niż   to,   które   kiedykolwiek   czuła   do   jakiegokolwiek 
mężczyzny. Nie wiedziała, jak to wytłumaczyć, wolała więc w ogóle 
o tym nie mówić. - Ja zapytałam pierwsza.

-

Jestem żonatym mężczyzną. Oczywiście, że jestem zakochany.

-Mnie lubisz. Tak powiedziałeś. Chyba pamiętasz?
-Wydawało mi się, że to słowo ci nie odpowiada.
To   prawda.  A  teraz   przestań   krążyć   dookoła   tematu.   Czy   byłeś 

kiedyś naprawdę zakochany? Nie musisz mi zdradzać żadnych szczegółów 
- tylko tak lub nie.

-Chodzi ci o szaloną namiętność?
-Tak - powiedziała niecierpliwie. - Nie baw się ze mną i nie podawaj 
mi listy kobiet, które lubiłeś.
Stał się nagle tak skupiony, że odechciało się jej śmiać. Podciągnęła 

nogi i usiadła, obejmując ramionami kolana.

Zach przyglądał jej się przez długą chwilę.
-

Tak   -   odpowiedział   wreszcie   chrapliwym   szeptem  -   Byłem 

zakochany.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

-Miała na imię Maria.

-

Maria - Janine powtórzyła, jakby nigdy nie słyszała takiego imienia.

-Spotkaliśmy się w Europie, dokąd zostałem wysłany podczas służby 
wojskowej. Mówiła biegle pięcioma językami i gdy byliśmy razem, 
nauczyła mnie dawać sobie radę z dwoma.
-Pracowała razem z tobą?
-Byłem w wojsku, a ona pracowała dla wywiadu. Wykonywaliśmy 
razem pewne zadanie, miało to potrwać kilka dni, a przeciągnęło się 
na całe tygodnie.
-I wtedy się w niej zakochałeś - ból w piersi nie chciał minąć. Czuła, 

background image

że zaraz serce jej pęknie.

-

Oboje   wiedzieliśmy,   że   nasze   zadanie   jest   niebezpieczne, 

współpracowaliśmy ze sobą - zamilkł i ciężko westchnął. - Zęby nie 
przedłużać tej historii, tak, zakochałem się w niej. Ale ona mnie nie 
kochała.
-I co?

-

Chciałem, żeby zrezygnowała z pracy i wyszła za mnie. Ale to jej nie 

interesowało. Chcesz usłyszeć szczegóły?
-Nie.
Zach wypił łyk wina.
-

Niedługo   potem   opuściłem   armię.   Nie   miałem   już   do   tego 

serca.   Maria   była   inna   -   dla   niej   praca   i   ryzyko,   jakie   niosła,   to   było 
prawdziwe życie. Była najbardziej oddaną, najodważniejszą kobietą, jaką 
kiedykolwiek   poznałem.   I   chociaż   wtedy   było   to   dla   mnie   bolesne, 
wiedziałem, że postąpiła  słusznie.

Małżeństwo i rodzina znudziłyby ją po roku. Nie zrozum mnie źle. 

To było bolesne. Kochałem ją bardziej, niż sądziłem, że jest to możliwe. 
Oboje milczeli przez chwilę. Potem Janine zapytała:

-A co robiłeś po odejściu z wojska?
-Przez te kilka lat udało mi się odłożyć trochę pieniędzy. Nieźle je 
ulokowałem.   Postanowiłem   sam   otworzyć   przedsiębiorstwo. 
Czytałem wszystko, co tylko wpadło mi w ręce na temat transportu i 
firm dostawczych i zacząłem wzorować się na modelu, jaki stworzył 
twój   dziadek.   Po   pięciu   latach   byłem   już   jego   głównym 
konkurentem.   W   zeszłym   roku   spotkaliśmy   się   na   konferencji   i 
połączyliśmy nasze siły. I jak to mówią, reszta jest milczeniem.

-

Czy była ładna? -już w chwili zadawania pytania Janine wiedziała, 

że ośmiesza się. Co to za różnica, czy jego Maria była Miss Ameryki 
czy też miała buzię małpki. Żadna. Zach kochał Marię. Kochał ją 
tak, jak prawdopodobnie nie będzie kochał nikogo i nigdy. Bardziej, 
niż myślał, że jest zdolny. W porównaniu z tym, co czuł do niej, 
można to było rzeczywiście nazwać tylko sympatią.
-Była blondynką i... tak, była piękna.

-

Byłam tego pewna. - Janine spróbowała się uśmiechnąć.

Zach otrząsnął się, jakby z wysiłkiem wracając do teraźniejszości.
-Nie martw się. To było dawno.

-

Nie martwię się - mruknęła Janine. Wstała zabierając swój kieliszek. 

- Jestem trochę zmęczona. Pójdę się chyba położyć.
Zach wciąż wpatrywał się w ogień i Janine wątpiła, czy w ogóle ją 

słyszy. Nie potrzebowała kryształowej kuli, żeby wiedzieć , że przypomina 
sobie piękną Marię.

Dziesięć minut później, kiedy była już w sypialni, usłyszała jego 

kroki na korytarzu. Wydawało jej się, że przez chwilę zawahał się przed 
drzwiami, ale powiedziała sobie, że to pewnie jest jej pobożne życzenie.

W   chwili   kiedy   Zach   opowiedział   jej   o   swojej   wielkiej   miłości, 

background image

Janine czuła, że rośnie w niej jakaś bryła. Wielka gruda ulokowana między 
sercem i żołądkiem. Z każdym oddechem robiła się coraz większa. Dobry 
Boże, dlaczego miałaby się przejmować Marią? Zach nigdy nie twierdził, 
że czuje coś do niej. Nie odebrał jej nic, do czego miałaby prawo.

Godzinę   później   leżała   na   boku,   nadal   w   pełni   rozbudzona, 

przyciskając   rękami   żołądek.   Nie   miała   nic   przeciwko   temu,   że   Zach 
kochał głęboko inną kobietę, ale bolało ją, że nigdy nie pokocha już tak 
mocno jak wtedy. Powiedział przecież, że żeni się z nią, ponieważ to jest 
rozsądne z finansowego punktu widzenia. I lubił ją.

Jak jakaś romantyczna idiotka Janine uwierzyła, że  pokochają się i 

będą żyli długo i szczęśliwie, chowając  piątkę dzieci w małym domku za 
białym parkanem.

Zach kochał Marię, która postanowiła służyć swemu krajowi.
Najbardziej  patriotyczna  rzecz,  jaką  zrobiła  Janine  w  cały  swoim 

życiu,   to   oddanie   głosu   w   czasie  wyborów.   Pomyślała,   że   dwukrotne 
wypicie kawy na spotkaniach Czerwonego Krzyża chyba się nie liczy.

Maria   była   poliglotką.   Po   dwóch   latach   nauki   francuskiego   na 

studiach Janine mogła się poszczycić świetną znajomością gramatyki, ale 
w prawdziwej rozmowie czuła się bezradna.

- Po co go w ogóle pytałam - jęczała. Była absolutnie pewna, że Zach 

sam   nigdy   by   nie   wspomniał  o   Marii.   Zmusiła   go   do   tego.   Jaka 
błogosławiona była wcześniejsza ignorancja! Jaka wygodna!

Nigdy nie będzie wielką miłością jego życia.
Kiedy w kilka godzin później Janine usłyszała Zacha włóczącego się 

po domu, przewróciła się na drugi bok i spojrzała na zegarek, pewna, że 
jest środek nocy.

Był późny ranek, dawno powinni jechać do domu. Odrzuciła koce i 

wyskoczyła   z   łóżka,   nieprzytomnie  sięgając   po   szlafrok.   Potknęła   się   i 
uderzyła się o ścianę.  Aż krzyknęła z bólu. Złapała się rękami za nos i 
zamknęła oczy. Łzy płynęły jej po policzkach.

-

Janine - Zach zastukał do jej drzwi. - Nic ci się nie stało?

-

Nie   -   krzyknęła,   wciąż   trzymając   się   za   nos.  Spojrzała   w   lustro 

opuszczając rękę. Tak jak przypuszczała, z nosa sączyła się krew.
-Czy mogę wejść? - zapytał znowu Zach.

-

Nie... idź sobie - ruszyła do sąsiadującej z pokojem łazienki, wysoko 

trzymając głowę i zakrywając nos obiema rękami.
-Masz jakiś dziwny głos. Wchodzę.
-Nie   -   wrzasnęła.   -   Idź   sobie.   -   Sięgnęła   po   ręcznik.   Po   twarzy 
płynęły jej łzy, bardziej z upokorzenia niż z bólu.
-Wchodzę - krzyknął Zach, najwyraźniej bardzo już zdenerwowany.
Nim Janine zdążyła zaprotestować, drzwi sypialni otworzyły się i 

Zach wkroczył do środka. Spojrzał przez otwarte drzwi łazienki.

- Co się stało?
Janine   jedną   ręką   przyciskała   mokry   ręcznik   do   dolnej   połowy 

twarzy, a drugą pokazywała mu drzwi.

background image

-Daj mi to zobaczyć - powiedział, nie przejmując się tym gestem. 
Wziął   ją   za   ramiona,   pochylił   nad   wanną   i   delikatnie   odsunął 
ręcznik.
-Co ty robiłaś? Poranny sparing?
-Jak możesz ze mnie żartować! - łzy spadały jak krople deszczu na 
jedwabną koszulę.
Już   po  chwili  krew  przestała  lecieć.  Zach   wiedział   dokładnie,  co 

należy zrobić. Janine nie miała już ochoty się z nim szarpać.

-

Chcesz, to pocałuję i przestanie boleć.

Nie czekając na odpowiedź, Zach pocałował ją. Janine myślała, że 

serce wyskoczy jej z piersi i nim zdała sobie sprawę z tego, co robi, objęła 
go ramionami i przywarła do niego bezradnie. Zach całował jej czoło i 
oczy. Palcami ścierał resztki łez na policzkach. Potem wtulił twarz w jej 
szyję.   Drżąca   upajała   się   jego   czułością.   Nieważne,   co   się   zdarzyło   w 
przeszłości. W tej chwili, tego dnia Zach należał do niej.

Zach podniósł Janine i zmierzał wyraźnie w stronę łóżka. Gdyby nie 

dowiedziała się o jego miłości do Marie, może i skusiłoby ją to. Jednak 
świadomość, że  zawsze zajmować będzie odległe, drugie miejsce w jego 
sercu była ciosem w jej dumę. I w serce. Musi minąć dużo czasu, nim 
pogodzi   się   z   myślą,   że   nie   ona   jest   tą   kobietą,   która   budzi   w   nim 
namiętność i pasję.

Delikatnie   odsunęła   go,   wiedząc,   że   nie   będzie   potrafiła   go 

powstrzymać, jeśli pozostanie tak blisko.

Nie sprzeciwiając się jej decyzji, Zach opuścił ramiona i oparł się o 

framugę, jakby potrzebował podpory.

Janine nie była w stanie spojrzeć na niego ani się do niego odezwać. 

Odwróciła się i zaczęła przekładać ubrania z miejsca na miejsce.

-

Daję ci pięć minut na spakowanie, a potem zaczynam wynosić 

rzeczy do samochodu - powiedział chwilę później Zach nieswoim głosem.

Janine skinęła głową czując się bardzo nieszczęśliwa. Nie wiedziała, 

co mogłaby powiedzieć. On chciał się z nią kochać, a ona go odtrąciła.

Kiedy   pakował   samochód,   Janine   ubierała   się.   Piętnaście   minut 

później wyszła z torbą w ręce. Postanowiła, że będzie chłodna. Ale nie 
zimna.

Przyjacielska   -   postanowiła   -   ale   nie   narzucająca   się   ze   swą 

przyjaźnią.

-

Jestem   gotowa   -   obwieściła,   uśmiechając   się   najbardziej 

czarująco jak potrafiła.

Zach zamknął dom i parę minut później już byli  w drodze. Janine 

postanowiła, że będzie się zachowywać,  jakby nic nadzwyczajnego się nie 
stało, paplała więc wesoło przez cały czas. Jeśli Zach nawet zauważył, że 
coś jest nie w porządku, nie dał tego po sobie poznać. On też nie miał, zdaje 
się, ochoty rozmawiać o tym, co się stało. Najlepiej było zapomnieć o całej 
sprawie.

Tylko raz zwrócił się do niej. Zapytał, czy jeszcze boli ją nos, ale 

background image

szybko   zapewniła   go,   że   czuje   się  świetnie.   Uśmiechnęła   się   przy   tym 
pogodnie i natychmiast zmieniła temat.

W Seattle niebo było szare i mżył drobny deszcz. Wjechali do garażu 

przy mieszkaniu Zacha. W milczeniu pomogła mu rozładować samochód. 
Jadąc windą na dziesiąte piętro oboje byli dziwnie milczący.

Zach   zawahał   się   na   moment   przed   drzwiami   i   spojrzał   na   nią 

niepewnie.

-

Czy   przez   ten   próg   także   powinienem   cię   przenieść,  czy   raz   już 

wystarczy?
-Wystarczy.

-

Dobrze   -   uśmiechnął   się   i   otworzył   drzwi,   odsuwając   się,   by   ją 

przepuścić.   Energicznie   weszła   do   środka.   Salon   był   przytulnie 
urządzony,   ale   jego   największą   zaletę   stanowiło   ogromne   okno   z 
zapierającym dech widokiem na dachy Seattle.
-Jak ślicznie.
Skinął głową, zadowolony z jej reakcji.

-

Gdyby ci się tu nie podobało, możemy się zawsze  przeprowadzić. 

Teraz,   kiedy   pobraliśmy   się,   powinniśmy   pomyśleć   o   kupieniu 
domu.
-Dlaczego? - spytała niewinnym tonem.
-Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mieli dzieci.
To znaczy, kiedy ty będziesz na to gotowa, Janine, nie zmuszam cię 

przecież.

-

W... wiem. - wyjrzała przez panoramiczne okno, przyciskając 

do siebie ręce, jakby dla uspokojenia serca.

Zach podszedł do biurka i nacisnął guzik odtwarzania automatycznej 

sekretarki.   Natychmiast  rozpoczął   się   nieskończony   ciąg   nagranych 
informacji. Wszystkie dotyczyły interesów.

Janine za bardzo ciekawił wygląd mieszkania, by miała tracić czas 

na wysłuchiwanie wiadomości, które zebrały się podczas trzech dni jego 
nieobecności.   Przechodziła   od   pokoju   do   pokoju,   pragnąc   poznać  swój 
nowy   dom.   Zauważyła,   że   Zach   dyplomatycznie  zostawił   jej   bagaż 
pomiędzy   drzwiami   do   dwóch   sypialni.   Jego   torba   wniesiona   była   do 
jednej z nich. Jeżeliby chciała zostać żoną w całym tego słowa znaczeniu, 
wystarczyło   wnieść   rzeczy   do   jego   pokoju.  Sprawa   mogła   zostać 
załatwiona bez gadaniny.

Janine podjęła decyzję natychmiast. Podniosła torbę i zaniosła ją do 

pokoju gościnnego. Obejrzała się i zobaczyła Zacha przyglądającego się jej 
z bolesnym wyrazem twarzy.

-Idę do biura, chyba że jestem ci do czegoś potrzebny - powiedział 
ponuro.
-Nie, dziękuję.
Jego spojrzenie powędrowało ponad nią w stronę łóżka w gościnnym 

pokoju.   Uniósł   pytająco   w   górę  jedną   brew,   jakby   dając   jej   możliwość 
zmiany decyzji.

background image

-

Jesteś pewna, że chcesz spać tutaj? - zapytał.

-Jestem pewna. Przeczesał palcami włosy.
-Tego się właśnie obawiałem. Chwilę później już go nie było.
Zach   nie   przyszedł   tego   wieczoru   na   kolację   do   domu.   Kiedy 

zadzwonił   telefon,   Janine   właśnie   brała  kąpiel,   więc   zostawił   tylko 
wiadomość, że wróci późno. Zjadła sama siedząc przed telewizorem. Czuła 
się  opuszczona   i  niekochana.  Wkładała   właśnie   naczynia   do   zmywarki, 
kiedy wrócił.

-Przepraszam, że jestem tak późno.
-Nic nie szkodzi - skłamała. Nigdy w życiu nie czuła się bardziej 
samotna.
Zach przejrzał pocztę, chociaż Janine była pewna, że zrobił to już 

rano.

-Dostałaś wiadomość, że nie będę na kolacji?
-Tak. Chcesz coś zjeść? Mogę ci coś przygotować.
-Jadłem wcześniej.
Oglądali   jeszcze   przez   dobrą   godzinę   telewizję,   a   potem 

zdecydowali, że czas już pójść do łóżek.

Janine przebrała się w swoją piżamę - bardzo zwyczajną, przez cały 

tydzień   nosiła   podobne,   nie   mogła   się   zmusić   do   włożenia   eleganckiej 
różowej koszulki, którą dostała od Pam. Wychodziła właśnie z łazienki, 
trzymając szczoteczkę do zębów w ustach, kiedy wpadła prosto na Zacha. 
Powiedzieli   już   sobie  wcześniej   dobranoc,   sądziła   więc,   że   zobaczy   go 
dopiero rano. Nie była przygotowana na to spotkanie i przestrzeń między 
nimi wydawała się gęsta od tłumionych emocji.

Ledwo powstrzymała  się, żeby  nie wyciągnąć  szczoteczki z ust i 

powiedzieć mu, że chciałaby być kochana tak bardzo jak Maria.

Wyciągnął ręce, by ją podtrzymać i kiedy nie  odskoczyła od razu, 

prześliznął się ręką po jej gęstych,  brązowych włosach, a potem ujął jej 
twarz w dłonie i zajrzał głęboko w błękitne oczy.

Janine spuściła głowę i zamknęła oczy.
-Szepram - wykrztusiła, chociaż mówić ze szczoteczką sterczącą z 
ust było jej bardzo trudno.
-Słucham?
Janine szybko wyciągnęła szczoteczkę.
-Powiedziałam przepraszam za to, że wpadłam na ciebie.
-Będzie ci wygodnie w pokoju gościnnym?

-Tak, bardzo. Trzymał w ręce gruby koc.
-Przyniosłem go dla ciebie.
-

Dziękuję   -   powiedziała,   wychodząc   z   łazienki,   żeby   wziąć 

koc. Pragnęła, by porwał ją na ręce.

Pragnęła miłości. Pragnęła namiętności.
A on dawał jej ciepły koc.

-

Ja...   telefonowałam   do   dziadka   -   powiedziała,  ociągając   się   z 

background image

odejściem i przeklinając samą siebie za tę słabość.
-Też miałem to zrobić, ale było mnóstwo rzeczy do załatwienia.
-Głos miał bardzo raźny. Właśnie doktor Coleman i kilku innych 
przyjaciół było u niego na wiście.
-Cieszę się, że dobrze znosi emeryturę.
-Ja też.
Przez chwilę panowała cisza.
-

Dobranoc, Janine - powiedział po chwili Zach.

I spojrzał z niechęcią w kierunku gościnnego pokoju.
-

Dobranoc - odpowiedziała zakłopotana.

Janine była pewna, że żadne z nich nie spało ani przez chwilę tej 

nocy. Dzieliła ich ściana, ale równie dobrze mogli znajdować się w dwóch 
różnych stanach, tak wielki był emocjonalny dystans między nimi.

Rano, kiedy w sypialni Zacha zadzwonił budzik, Janine od dawna 

już nie spała. Odrzuciła przykrycia, ubrała się i zrobiła kawę, zanim wszedł 
do kuchni.

Najwyraźniej był zaskoczony jej widokiem.
-Dzięki   -   zamruczał,   kiedy   podała   mu   filiżankę.   -   Zrobiłaś   to 
bardzo... no, jak żona.
-Co? Kawę?

-

Wstałaś, żeby zobaczyć się z mężem wychodzącym do pracy.

-

Tak   się   zdarzyło,   że   już   nie   spałam,   więc   równie   dobrze 

mogłam wstać.

Otworzył   lodówkę,   wyjął   sok   pomarańczowy   i   nalał  sobie   do 

szklanki.

-Aha - odłożył karton i oparł się o kuchenny blat. - Zgodziłaś się, 
żeby nasze małżeństwo było prawdziwe.

-

Tak - przyznała. Ale wtedy nie wiedziała przecież jeszcze o wielkiej 

miłości Zacha. Ostrzegał ją, że ich  małżeństwo będzie korzystne z 
wielu   powodów,   a   ostatnim   z   nich   będzie   miłość.   Wtedy   Janine 
chętnie się z nim zgodziła, ponieważ wierzyła, że wszystko potoczy 
się jak w książce, aż do szczęśliwego zakończenia. Pewnego dnia 
spojrzą na siebie i stwierdzą, że się kochają. Teraz wiedziała, że to 
się nigdy nie zdarzy. Wiedziała też, że nie potrafi tego znieść.

-

Janine - powiedział Zach, wyrywając ją z zamyślenia. - Czy coś jest 

nie tak?
-A cóż może być nie tak?
-Chyba   coś   cię   męczy.   Wyglądasz,   jakbyś   straciła   kogoś 
najbliższego.

-

Powinieneś mi był powiedzieć - wybuchnęła, uciekając z kuchni.

-Co ci powiedzieć? - krzyknął Zach, wychodząc za nią do holu.
Wpadła   do   swej   sypialni,   skuliła   się   na   brzegu   łóżka,   zaciskając 

mocno ręce w pięści.

-O czym ty mówisz? - zapytał stając w drzwiach.
-O... o kobiecie, którą kochałeś.

background image

-Maria? Co ona ma wspólnego z nami?

-

Powiedziałeś,   że   straciłeś   dla   niej   serce,   a   ona   cię  odrzuciła. 

Kochałeś ją... Była odważna i wspaniała, a ja taka nie jestem. Boję 
się   bólu   i...   Chciałabym   być   patriotką,   ale   jedyne,   co   robię,   to 
uczestniczę   w   wyborach   i   znam   tylko   odmianę   francuskich 
czasowników.
-

Co to wszystko ma wspólnego z tobą i ze mną?

-

powtórzył szorstko Zach. Nagle wzniósł ręce do nieba. - Co to 

ma w ogóle wspólnego z. czymkolwiek?

Janine pokręciła tylko głową, wiedząc, że i tak nie będzie umiała nic 

wytłumaczyć.

-A mnie tylko lubisz.
-Poprawka - powiedział Zach, wchodząc do sypialni. - Cenię cię.
-To za mało - powiedziała, czując się okropnie.
-Co   znaczy   za   mało?   Przecież   podobno   wyszłaś   za   mnie   tylko 
dlatego, że dobrze całuję, więc nie możesz zrzucać na mnie winy.

-

Nie zrzucam, tylko że ty... ty nigdy nie mówiłeś mi, że kochasz 

kogoś   innego,   a   ją   nie   tylko   kochałeś,   ale   na   dodatek   ona   była 
bohaterką.   A   do   mnie   czujesz   tylko   sympatię.   Nie   chcę   twojej 
przyjaźni, Zachary Thomas - krzyknęła, zrywając się na równe nogi. 
Chciała zebrać swe rozproszone myśli. - Gdyby ci na mnie choć 
trochę zależało, opowiedziałbyś mi o Marii wcześniej. Zachowałeś 
się... nie fair.
Twarz Zacha pociemniała, wcisnął ręce do kieszeni.
-

A ty, moja droga, nie wspomniałaś mi ani słowem o Brianie.

Janine była tak zaskoczona, że opadła z powrotem na łóżko. Zach 

patrzył na nią wyzywająco.

-Kto powiedział ci o Brianie?
-Twój dziadek.

-

Skąd wiedział? Nigdy nie powiedziałam mu o tym ani słowa.

-Najwyraźniej wiedział.

-

Najwyraźniej - Janine miała ochotę się rozpłakać.

-

Pewnie powiedział ci, że Brian mnie okłamał.

Mówił, że mnie kocha, a cały czas spotykał się z inną dziewczyną. - 

Nagle przyszła jej do głowy zupełnie nowa, jeszcze bardziej dręcząca myśl. 
- Założę się, że dziadek użył tej historii, żeby zrobiło ci się mnie żal, na 
tyle żal, byś się zgodził ze mną ożenić.

-

Nie Janine.

Ukryła twarz w dłoniach, wstyd palił jej policzki. To było jeszcze 

gorsze, niż sobie wyobrażała.

-

Było ci mnie żal, tak?

Zach przeszedł przez pokój.
-Nie mam zamiaru cię oszukiwać, choć odnoszę wrażenie, że byłoby 
lepiej,   gdybym   kłamał.  Twój   dziadek   opowiedział   mi   o   o   twojej 
miłości do Briana dopiero tego dnia, kiedy zabraliśmy go do lekarza.

background image

-

Chciał, żebyśmy poznali się trochę lepiej - szepnęła Janine, wciąż nie 

mogąc się pogodzić z myślą, że dziadek przez cały czas wiedział o 
Brianie.
-Poczułem do ciebie sympatię już wcześniej.
-Poczuć sympatię brzmi jeszcze gorzej niż lubić - mruknęła.
-Posłuchaj mnie przez chwilę, dobrze?
-Dobrze - westchnęła, nie wierząc, żeby to, co teraz powie, mogło w 
czymkolwiek   pomóc.   Jej   duma   została   głęboko   zraniona.   Wielką 
miłością Zacha była wspaniała patriotka, podczas gdy ona oddała 
swe uczucia babiarzowi o słabej woli.
-Nie jest tak źle - Zach starał się ją podbudować.
-Mogę sobie wyobrazić, co dziadek ci naopowiadał.

-

Powiedział tylko, że boi się, że zwątpiłaś w swoją umiejętność oceny 

ludzi. Zauważył, jak unikasz kontaktów z mężczyznami. Tak jakbyś 
uciekała, by lizać swoje rany.
-To nieprawda. Spotykałam się całkiem często z Peterem Donahue.

-

Niegroźne randki z niegroźnym mężczyzną. Nigdy  nie było nawet 

cienia nadziei na to, żebyś się zakochała  w Peterze i dobrze o tym 
wiedziałaś. Dlatego mogłaś się z nim spotykać.
-Czy z powodu... Briana dziadek postanowił się zabawić w swata.

-

Sądzę, że częściowo tak. Ale też dlatego, że twoja przyszłość leży 

mu bardzo na sercu. Pragnie, żebyś była szczęśliwa i bezpieczna. 
Anton wie, że nigdy świadomie cię nie zranię. A w jego oczach my 
dwoje pasujemy do siebie - Zach usiadł koło niej i przykrył jej dłoń 
swoją   dłonią.   -   Czy   to   ma   teraz   takie   znaczenie?   Jesteśmy 
małżeństwem.
Uciekła od niego wzrokiem i przełknęła z trudem ślinę.

-

Może nie jestem blondynką, ani jakąś tam  pięknością, może nawet 

nie jestem dzielna, ale zasługuję na męża, który by mnie kochał. Ale 
ani dziadek, ani ty nie wzięliście tego pod uwagę. Nie chcę twojej 
litości, Zachu Thomas.

-

To dobrze, bo ja się wcale nad tobą nie lituję.  Jesteś moją żoną i 

mówiąc szczerze, jestem szczęśliwy z tego powodu. Możemy ułożyć 
sobie dobrze życie, jeżeli przestaniemy wracać do tych bzdur.
-Gdybyś sam wybierał sobie żonę, nigdy byś mnie nie wybrał. Od 
pierwszej chwili, kiedy się spotkaliśmy, wiedziałam, co myślisz o 
mnie. Myślałeś, założyłeś sobie, że jestem bogatą, zepsutą pannicą, 
która   nigdy   nie   miała   w   życiu   żadnych   zmartwień.   Na   pewno 
uważałeś, że największym nieszczęściem, jakie mnie kiedykolwiek 
spotkało, był złamany paznokieć.

-

Zgoda, przyznaję, że źle cię oceniłem, ale to było wcześniej - upierał 

się Zach.
-Wcześniej niż co?
-To było, zanim cię poznałem.

-

To znaczy, że zgodziłeś się ze mną ożenić, bo okazałam się nie taka 

background image

zła. Powinnam chyba zemdleć ze wzruszenia.
- Mówiłem ci wcześniej, - Zach westchnął z rezygnacją - że nie mam 

zamiaru mówić ci rzeczy, które kobiety tak lubią słuchać. Nie znam się za 
grosz na romansach. Ale zależy mi na tobie, Janine, naprawdę zależy. Czy 
to nie wystarczy?

-

Potrzebuję czegoś więcej - powiedziała ze smutkiem.

Zach zmarszczył brwi.
-

Powiedziałaś   mi,   zanim   jeszcze   pobraliśmy   się,   że   nie 

potrzebujesz romantycznych słówek. Byłaś zadowolona do chwili, kiedy 
wspomniałem o Marii.

Dlaczego to właśnie zmieniło wszystko między nami.
Stwierdziła, że Zach zaczyna tracić cierpliwość. Spuściła wzrok na 

puszysty dywan.

-

Naprawdę   chciałabym   ci   to   wytłumaczyć.   Tak   mi   przykro, 

Zach, naprawdę mi przykro.

Wydawało się, że upłynęła cała wieczność, zanim Zach odezwał się 

znowu.

-

Mnie też - wyszeptał i odwrócił się. Po chwili usłyszała, jak drzwi 

frontowe otwierają się i za moment zamykają. Zach ją zostawił.

-

A czego oczekiwałaś?  - płakała, kryjąc twarz w dłoniach. - Czy 

myślałaś, że padnie tu przed tobą na kolana i wyzna ci miłość? - 
obraz   dumnego,  silnego   Zacha   grającego   rolę   łagodnego   mężusia 
wydał  jej się wręcz komiczny. Jeżeli miałby to zrobić dla jakiejś 
kobiety, to tylko dla odważnej i pięknej Marii. Nie dla Janine.

Po tym okropnym poranku stosunki między nimi stały się jeszcze 

bardziej oziębłe. Zach wychodził do pracy wcześnie rano, a wracał późno, 
zazwyczaj po kolacji. Janine nigdy nie pytała, gdzie był ani z kim, chociaż 
nieraz miała ochotę.

Zach okazał się idealnym - jeśli nie mężem - to współlokatorem, 

serdeczny, grzeczny, nie wchodzący w drogę. Ona z kolei poświęciła się 
pracy w Klubie Przyjaciół. Robiła wszystko, by ukryć swój smutek przed 
dziadkiem, ale było to trudne.

-

Wyglądasz blado - zauważył, kiedy przyszła do niego w parę 

dni po powrocie znad oceanu.

-

Schudłaś?

-

Chciałabym - powiedziała, udając, że się z tego śmieje. Siedzieli w 

jadalni, pani McCormick wchodziła i wychodziła, rzucając na Janine 
zaniepokojone spojrzenia.
-Nie możesz bardziej schudnąć - powiedział dziadek, przyglądając 
się jej uważnie. Położył bułkę koło jej talerza i postawił przed nią 
maselniczkę.
-Nie chudnę - odburknęła, smarując bułkę grubo masłem, żeby mu 
zrobić przyjemność.

-

Chciałbym wiedzieć, co się nie układa między wami - wybuchnął 

background image

nagle   dziadek.   Cisnął   serwetkę   na  talerz.   -   Powinniście   być 
szczęśliwi! A oboje wyglądacie jak chorzy na ciężką grypę. Zach cały 
czas siedzi w biurze.
Janine starannie przekroiła bułkę. Przez chwilę zastanawiała się, czy 

poruszyć temat Briana, ale stwierdziła, że to nie ma sensu.

-

Mówisz   więc,   że   wszystko   jest   w   porządku   między  tobą   a 

Zachem - dziadek mruknął powątpiewająco.

-

Zabawne,   on   powiedział   dokładnie   to   samo.   Tylko   dał   mi 

jeszcze do zrozumienia, żebym nie pchał nosa w nie swoje sprawy. Nie 
tymi słowami, ale jednak.

- Problem w tym, że chłopak wygląda równie źle jak ty. Nie mogę 

tego zrozumieć. Jesteście przecież stworzeni dla siebie!

Dziadek sięgnął do kieszeni po cygaro.

-

Będę   się   widział   dzisiaj   po   południu   z   Zachem   i   mam   zamiar 

powiedzieć mu, co o tym myślę. Powinnaś być szczęśliwa - stuknął 
cygarem o blat stołu.
-Wszystko będzie dobrze, dziadku. Nie mieszaj się w to.
Przez   długą   chwilę   nic   nie   mówił.   Przyglądał   się   cygaru,   które 

trzymał między palcami.

- Jesteś pewna, że nie chcesz, żebym z nim porozmawiał? - zapytał 

wreszcie.

Uśmiechnęła się na samą myśl o takiej rozmowie.

-

Jestem pewna - powiedziała i zerknęła na zegarek. Pam będzie na nią 

czekać. - A skoro masz zamiar zobaczyć się z Zachem, powiedz mu, 
że prawdopodobnie nie zdążę do domu na kolację? Niech... nie czeka 
i zje sam.

-

Czy często to robisz? - pytanie było jednocześnie oskarżeniem.

-

Nie - odpowiedziała potrząsając głową. - Pierwszy raz. Mam pomóc 

Pam i nie wiem, kiedy skończymy.
Dziadek zapalił cygaro i dopiero po chwili odpowiedział.
- Powiem mu.

Janine   zasiedziała   się   u   Pam   dłużej,   niż   planowała.   Lekcje,   w 

których jej pomagała, nie były trudne, ale Pam błagała, żeby Janine została 
z nią. Ojciec miał wrócić późno z pracy i dziewczynce obecność Janine 
była najwidoczniej bardzo potrzebna. Przygotowały  razem kolację, którą 
zjadły, siedząc przed telewizorem, Pam przez cały czas opowiadała o swoich 
przyjaciołach i w ogóle o życiu.

Była prawie dziewiąta, kiedy Janine wjechała do  garażu. Pierwszą 

rzeczą, jaką zauważyła, był samochód  Zacha. Atmosfera między nimi była 
tak pełna sztucznej serdeczności, że robiło jej się słabo na myśl o spotkaniu 
z nim, nawet na krótko. Od pamiętnego poranka Zach nie usiłował już z nią 
rozmawiać   na   temat   jej  roli  w  jego  życiu.  Janine  wcale  nie  chodziło  o 
kwieciste deklaracje miłości. Po prostu słowo czy dwa trochę serdeczniejsze 
niż „lubić" czy „czuć sympatię" mogłyby pokazać, że jest dla niego ważna.

background image

Wciągnęła głęboko powietrze, żeby się uspokoić, i ruszyła do domu.
Miała   właśnie   otworzyć   drzwi,   kiedy   wypadł   zza   nich   Zach   jak 

burza śnieżna.

- Gdzie ty u diabła byłaś? - wykrzyknął.
Janine   była   tak   zaskoczona   jego   wybuchem,   że   nic   nie 

odpowiedziała.

- Jako twój mąż chcę wiedzieć dokładnie, gdzie byłaś - Zach zburzył 

gwałtownie dłonią włosy.

Zdjęła   sweter   i   powiesiła   go   na   wieszaku   razem  z   torebką.   Jej 

milczenie rozwścieczyło Zacha jeszcze  bardziej. Z zaciśniętymi pięściami 
krzyczał dalej.

- Czy ty masz pojęcie, która jest godzina? Czy przyszło ci do głowy, 

że ja się mogę o ciebie bać?

Janine odwróciła się do niego.
-Wiedziałeś, gdzie jestem - odpowiedziała spokojnie.

-

Anton   powiedział   mi  tylko,  że   wrócisz   późno.  Nie mówił, gdzie 

jesteś ani z kim. To chyba oczywiste, że się martwiłem.

-

Przepraszam, następnym razem zostawię ci numer telefonu Pam, w 

razie   gdybyś   chciał   się   ze   mną   skontaktować   -   Janine   ziewnęła, 
zasłaniając   usta  obiema   dłońmi.   Dzień   był   męczący.   -   Teraz 
chciałabym pójść do łóżka, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Chyba 
że chciałbyś coś jeszcze wiedzieć.
Spojrzał na nią i potrząsnął głową, potem gwałtownie odwrócił się i 

odszedł.

Parę godzin później Janine obudziła się z lekkiego snu na dźwięk 

przypominający   zawodzenie,   dochodzący   z   sąsiedniego   pokoju. 
Uświadomiła   sobie   natychmiast,   że   to   Zach.   Czyżby   męczył   go   jakiś 
koszmar nocny?

Odrzuciła koce i ruszyła pospiesznie do jego pokoju.  Pełne udręki 

krzyki   stawały   się   coraz   głośniejsze.  W   słabym   świetle   z   korytarza 
zobaczyła, jak zwija się na łóżku.

-   Zach   -   krzyknęła   podbiegając   bliżej.   Usiadła   na  skraju   łóżka   i 

położyła łagodnie rękę na jego ramieniu.

- Obudź się. To sen. To tylko sen. Wszystko dobrze...
Zach otworzył oczy.
- Janine - wyjęczał jej imię jak w udręce i wziął ją w ramiona z taką 

siłą, że przez moment nie mogła złapać tchu. - Dobry Boże - szepnął tak 
cicho, że ledwie go usłyszała. - Myślałem, że cię straciłem.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

-

Zach, nic mi nie jest - wyszeptała Janine. Wzruszenie dławiło jej 

gardło, kiedy patrzył na nią takim zgłodniałym wzrokiem. Wydawało 
się, że nawet teraz nie potrafi uwierzyć, że Janine jest zdrowa i cała.
-To było takie realistyczne - mówił dalej oddychając głęboko. Zakrył 
twarz,   jakby   odgradzając   się   od   żywych   wciąż   obrazów   własnej 

background image

wyobraźni, przyniesionych przez sen. Posunął się, robiąc dla niej 
miejsce   na   wielkim   łóżku.   Dotykał   nieświadomie   jej   włosów, 
muskając od czasu do czasu policzki.

-

Byliśmy na oceanie - opowiadał jej - i chociaż przestrzegałem cię, 

uparłaś się, żeby pływać. Wielka fala zakryła cię i zaczęłaś tonąć. 
Bóg   mi   świadkiem,   że   próbowałem   ze   wszystkich   sił   do   ciebie 
dopłynąć,  ale nie mogłem - na chwilę zamknął oczy. - Wzywałaś 
mnie, a ja nie mogłem cię odnaleźć. Płynąłem za wolno.
-Zach   -   szepnęła,   z   ustami   tak   blisko   jego   ust,   że   ich   oddechy 
mieszały się. - Jestem tutaj. To był tylko sen. To nie zdarzyło się 
naprawdę.
Przytaknął, ale jego oczy nadal były pochmurne, nie spuszczał z niej 

wzroku.   Potem   bardzo   wolno,   jakby   spodziewając   się,   że   go   odrzuci, 
przysunął usta jeszcze bliżej do niej.

-

Nie mogę znieść myśli, że mógłbym cię utracić.

Wolałbym umrzeć.
W tej chwili Janine nie potrafiła odmówić mu niczego. Czekała na 

pocałunek.

Poczuła jego ręce w swych włosach i usta na swoich wargach i nagle 

wszystko przestało się liczyć poza tym pocałunkiem. Pokonana czułością, 
jaka ją ogarnęła, poddała się jej.

-

Janine, o moja najsłodsza, najmilsza Janine. Nie mogę cię stracić.

-

Jestem tutaj... jestem tutaj - Janine przytulona do niego oddawała 

mu ciało i serce. Całował ją raz po raz. Objęła go mocno rękami. 
Tego właśnie potrzebowała od pierwszej chwili. Pewności, że on ją 
potrzebuje. Wypełniało ją szczęście.
Z jękiem oderwał swoje usta od jej warg. Trzymał  ją blisko przy 

piersi,   oddychając   szybko   i   gwałtownie.  Szczęśliwa   westchnęła   głośno. 
Słyszała   mocne   bicie  jego   serca,   gdy   przytulała   policzek   do   jego 
muskularnej piersi.

-Czy cię przestraszyłem? - zapytał po chwili.
-Nie - wyszeptała.
Uspokajająco głaskał  ją  po  głowie, kiedy  mościła  sobie wygodne 

miejsce  w jego ramionach. Za każdym  razem,  kiedy  ją  całował,  Janine 
czuła   się   cudownie,   a   jego   pieszczoty   poruszały   ją   głębiej   jeszcze   niż 
pocałunki. Czuła, że jest z nim połączona nie tylko ciałem, ale i duszą. Łzy 
napłynęły jej do oczu, nie mogła ich powstrzymać.

Oboje długo milczeli. Ale Janine nie potrzebowała słów. Zamknęła 

oczy, starając się zapamiętać na zawsze te bezcenne chwile.

Kiedy Zach odezwał się, jego głos zniżył się prawie do szeptu.
-

Moja siostra utopiła się. Nazywała się Beth Ann. Obiecałem, 

że zawsze będę się nią opiekował i... zawiodłem ją. Nie mógłbym znieść, 
gdybym i ciebie miał stracić.

Janine   przytuliła  się  do  niego  mocniej. Wiedziała,  jak  trudno  mu 

było opowiadać o siostrze.

background image

- Nigdy sobie tego nie wybaczę. - Poczuła, jak jego ciało tężeje, a 

palce  zaciskają się jej  na  ramionach. - Wspomnienie  śmierci  Beth Ann 
nadal mnie nawiedza. Gdybym był przy niej, nie utonęłaby. Ona...

Janine   uniosła   głową   i   jej   zamglone   spojrzenie   napotkało   jego 

wzrok.

-To nie była twoja wina. Dlaczego się oskarżasz?
Ja byłem za nię odpowiedzialny - odburknął. Janine podejrzewała, że 

Zach   bardzo   rzadko,   jeśli   w   ogóle,   zdradzał   przed   innymi   swój   ból   i 
poczucie winy z powodu śmierci siostry. Wydał jęk i zacisnął powieki.

-Przez całe lata śniło mi się, jak tonie. Zawsze tak samo wyraziście. 
A tym razem na jej miejscu byłaś... ty.
-Widzisz, że nic mi nie jest - ujęła jego twarz w dłonie.
Westchnął i uśmiechnął się do niej trochę niepewnie.
-Już jest dobrze. Nie powinienem cię tym obciążać.
-To nie jest ciężar.
Przytulił   ją   mocno,   wdychając   jej   zapach,   napawając  się   jej 

obecnością.

- Zostaniesz ze mną?
Skinęła głową, zadowolona, że on jej potrzebuje.
Po   kilku   minutach   poczuła,   jak   zapada   w   sen.   Po   równym, 

spokojnym oddechu Zacha poznała, że już zdążył zasnąć.

Kiedy  obudziła   się,  obok   niej  leżał  Zach.  -  Jak   dwie  łyżeczki  w 

pudełku   -   pomyślała.   Jego   ramię  przerzucone   było   przez   jej   biodro.  W 
jakimś momencie  w nocy musiała zagrzebać się pod kołdrę, ale w ogóle 
tego   nie   pamiętała.   Mały   uśmieszek   satysfakcji   wypłynął   na   jej   usta. 
Przetoczyła się ostrożnie na plecy,  by nie przeszkodzić Zachowi i zaczęła 
się zastanawiać, co powinna teraz zrobić. Bała się, że kiedy Zach obudzi się 
i zobaczy ją koło siebie, może pożałować tego, co się stało. W jasnym 
świetle dnia może czuć się niezręcznie, że opowiedział jej o śmierci siostry 
i o swoim poczuciu winy.

Janine zamknęła oczy i dyskutowała sama ze sobą. Jeżeli wyślizgnie 

się z łóżka i wróci do własnego pokoju, on może pomyśleć, że odrzuciła 
go.

-

Janine - usłyszała jego zaspany szept. Otworzyła szeroko oczy.

-Ja... my, zasnęliśmy. Która godzina?
- Wcześnie. Budzik zadzwoni dopiero za parę godzin.
Janine starała się ukryć nutę zawodu w głosie. Była pewna, że nie 

chciał mieć jej tu przy sobie. Był zakłopotany jej obecnością w jego łóżku.

-Jeśli chcesz, pójdę sobie.
-Nie.
To jedno słowo było wypełnione tak głębokim uczuciem, że Janine 

nie wierzyła własnym uszom. Udało jej się odwrócić głowę i spotkać jego 
spojrzenie.  W   świetle   poranka   ujrzała,   że   jego   ciemne   oczy   pełne   są 
pożądania.

- Przykro mi, że zachowywałam się tak okropnie po... rozmowie o 

background image

Marii - szepnęła, wpatrując się w niego z uczuciem. - Byłam zazdrosna i 
wiedziałam,   że   zachowuję   się   śmiesznie,   ale   nie   mogłam   nic   na   to 
poradzić.

Uśmiechnął się szeroko.
- Wybaczę ci, jeśli nigdy mi nie wypomnisz, jak się zachowywałem 

wczoraj wieczorem, kiedy wróciłaś do domu.

Odpowiedziała   mu   delikatnym   pocałunkiem,   a   on   przyciągnął   ją 

mocno do siebie. Janine wypełniało szczęście. Była w jego ramionach.

- Nie wiem, jak ci powiedzieć to wszystko, co powinnaś usłyszeć, 

Janine, ale wiem jedno. Kocham cię. Nie mam pojęcia, kiedy to się stało. 
Po prostu pewnego dnia obudziłem się, wiedząc, jak bardzo jesteś dla mnie 
ważna. Nie umiałem ci dać wielkiej namiętności, o jakiej marzyłaś, i było 
mi smutno z tego powodu. Moja miłość jest stała i spokojna. Jest głęboko 
w moim sercu, i zaufaj mi, ona tam naprawdę jest. Jesteś najważniejszą 
osobą w moim życiu.

-Och, Zach, tak bardzo cię kocham.
-Ty mnie kochasz?

-

Pokochałam cię dawno. Myślę, że jeszcze przed naszym ślubem. 

Dlatego tak bardzo przejęłam się  Marią. Chciałam, żebyś pokochał 
mnie równie mocno, jak kochałeś ją... równie mocno jak ja ciebie.

-

To nie jest tak. Nigdy. Marie była równie dzielna jak piękna, ale to, 

co   było   między   nami   nie   mogło   trwać.   I   ona   to   wiedziała. 
Zakochałem   się   w   niej,   ale  ją  za  bardzo  interesowała  praca  i  nie 
chciała   angażować  gdzie   indziej   swojego   serca.   Podniecało   ją 
ryzyko. Dopiero kiedy spotkałem ciebie, zrozumiałem, że jeślibym 
miał się kiedykolwiek ożenić, to tylko z kobietą taką jak ty.
- Z kobietą taką jak ja?
Musnął ją wargami.
- Z kobietą, która ma w sobie ciepło, delikatność i czułość. Która nie 

myśli tylko o sobie i jest godna - zawahał się - pożądania.

Poczuła,   jak   coś   ściska   ją   w   gardle.   Zach   uważał,   że   jest   godna 

pożądania.   Chciał   się   z   nią   kochać.   Nie  musiał   tego   mówić.   Widziała 
pożądanie w jego oczach. Nie była to szaleńcza namiętność, której - jak jej 
się   zdawało   -   kiedyś   pragnęła,   ale   ta   miłość,   którą   jej   okazywał,   i 
pragnienie, które czuła, były częścią niego  i działającej na nią silniej niż 
jakiekolwiek czyny i słowa.

Janine, pogrążając się w ogarniającej ją słabości, wyszeptała tylko.
- Kochaj mnie, Zach.
W tym momencie usta Zacha odnalazły jej wargi. Poczuła jak jego i 

jej   pożądanie   zlewa   się   w   jedno.   Gdyby   miała   jeszcze   jakiekolwiek 
wątpliwości, znikłyby w tym momencie jak mgła w słońcu.

Zamknął ją w swym uścisku i przetoczył się na plecy, pociągając ją 

za sobą. Całym ciałem leżała teraz na nim. Ujął w dłonie jej twarz jakby 
wciąż w obawie, że go powstrzyma.

- Zrób mnie swoją żoną - szepnęła, sięgając ustami do jego ust.

background image

Zach jęknął, a potem zrobił coś najdziwniejszego i najwspanialszego. 

Roześmiał się. Dźwięk pełen radości przetoczył się przez cały pokój.

-   Moja   najsłodsza   Janine   -   powiedział.   -   Jesteś   radością   mojego 

życia.

I   jeszcze   długo   ich   radość   rozbrzmiewała   w   westchnieniach   i 

szeptanych słowach miłości.

Dzwonek   nie   chciał   umilknąć.   Janine   cicho   coś   wymruczała   i 

sięgnęła ręką, mając nadzieję, że natrafi na źródło hałasu. Ale zanim do 
niego dotarła, dźwięk urwał się nagle.

- Dzień dobry, żono - wyszeptał Zach blisko jej ucha.
Nie otwierając oczu uśmiechnęła się leniwie.
- Dzień dobry, mężu. - przekręciła się na plecy, wyciągając do niego 

ramiona. - Miałam przepiękny sen.

Zach zaśmiał się cicho.
-To nie był sen.

-

Ależ   musiał   być   -   odpowiedziała   obejmując   go  za   szyję.   -   W 

prawdziwym życiu tak wspaniałe rzeczy się nie zdarzają.
-Ja   też   tak   myślałem,   ale   udowodniłaś   mi,   że   się   myliłem   -. 
pocałował ją z uczuciem.
Powoli, jakby wbrew swojej woli, otworzyła oczy. Napotkała ciemne 

spojrzenie pełne pożądania.

-

Spóźnisz się do pracy - ostrzegła go.

Jego uśmiech był pełen zmysłowego zadowolenia.
-A kto by się tym przejmował?
-Ja na pewno nie - mruknęła. I z radością oddała się swemu mężowi.
Zach   był   już   godzinę   spóźniony,   kiedy   wreszcie   wstał   z   łóżka   i 

ruszył w stronę prysznica. Janine ubrana w górę od piżamy swego męża 
powędrowała   do   kuchni,   żeby   przygotować   dzbanek   kawy.   Czynności 
wykonywała automatycznie, myśląc zupełnie o czym innym i uśmiechając 
się do siebie.

Zach wszedł do kuchni, objął ją w pasie i zaczął całować po karku.

-

Zach - zaprotestowała, ale nie zbyt zdecydowanie. Zamknęła oczy i 

oparła się mocno o jego muskularne ciało. - Jesteś już spóźniony.
-Wiem - wymamrotał. - Gdybym nie miał ważnego spotkania dziś 
rano, wcale bym nie poszedł.
Janine odwróciła się do niego i zajrzała mu w oczy.
-Przyjdziesz do domu na kolację?

-

Jeśli jeszcze przez chwilę tak na mnie popatrzysz, przyjdę do domu 

na obiad.

-

To znaczy, że już powinieneś wracać - uśmiechnęła się Janine.

-Wiem - powiedział odsuwając się od niej niechętnie. - Pójdziemy 
dziś na kolację, żeby to uczcić - dodał całując ją znowu. Czuła, że 
jego usta są gorące, pragnące i pożądające. Podniósł głowę, ale oczy 
miał   nadal   zamknięte.   -   Potem   wrócimy   do   domu   i   uczcimy   to 

background image

jeszcze raz.
Janine westchnęła. Życie w małżeństwie zaczynało jej się podobać.
Zach   wrócił   do   domu   dokładnie   o   piątej.   Janine   wyszła   mu   na 

powitanie. Żadne z nich nie ruszyło się. Patrzyli na siebie, jakby rozłąka 
trwała lata, a nie kilka krótkich godzin.

Janine poczuła, że kręci jej się lekko w głowie.

-

Cześć   -   udało   jej   się   powiedzieć.   Ze   zdziwieniem  zdała   sobie 

sprawę, że zamiast radosnego powitania zabrzmiało to jak ochrypły 
szept. - Jak wypadło spotkanie?
-Źle.
-Źle?
Skinął głową i zrobił krok do przodu, odkładając teczkę na stolik.

-

Miałem wysłuchać bardzo ważnego raportu finansowego, ale niestety 

mogłem myśleć jedynie o tym, kiedy wrócę do domu, do mojej żony.
-Och! - Okrzyk może nie wyrażał inteligencji, ale sam widok Zacha 
zakłócał jej normalne procesy myślowe.

-

Cała sytuacja stawała się coraz bardziej kłopotliwa  - mówił dalej, 

podchodząc do niej bliżej - kiedy w trakcie spotkanie zacząłem się 
uśmiechać, a potem roześmiałem się głośno.
-Śmiałeś się? Co cię tak rozśmieszyło?

-

Przypomniałem   sobie   twoją   definicję   miłości.  Schadzkę   na 

wrzosowiskach załatwił nam twój dziadek,  spacery, ręka w rękę, po 
plaży zorganizowałem ja już po ślubie. Ale szaloną namiętność, moja 
droga, słodka żono, musieliśmy odkryć razem.
Jej oczy zaszkliły się.
-

Najdroższa, najsłodsza Janine, kocham cię.

Ruszyli ku sobie, ale gwałtownie się zatrzymali na dźwięk dzwonka 

u   drzwi.   Pytające   spojrzenie   Zacha   powędrowało   na   Janine.  Wzruszyła 
ramionami. Nie miała pojęcia, kto to może być.

W chwili gdy Zach otworzył drzwi, do ich mieszkania wpadł Anton. 

Wyglądał jak człowiek, który powziął bardzo ważną decyzję.

- Wy dwoje, siadajcie tu - rozkazał wskazując na sofę.
-Dziadku?
-Anton?
Janine spojrzała na Zacha, ale ten był równie zaskoczony jak ona. 

Wzruszyła więc ramionami i wypełniła polecenie. Zach usiadł tuż przy 
niej.

Dziadek stanął przed nimi.

-

Jedliśmy niedawno lunch razem z Janine - zwrócił  się do Zacha. - 

Uświadomiłem wtedy sobie dwie rzeczy. Po pierwsze i najważniejsze, 
że jest ona w tobie śmiertelnie zakochana, choć wątpię, by ci się do 
tego przyznała.

-

Dziadku - zaczęła  Janine,  ale  on uciszył ją  jednym spojrzeniem.

-  Po   drugie,   że   jest   nieszczęśliwa.   Bardzo   nieszczęśliwa. 

Miłość nie jest sprawą łatwą...

background image

- Anton - przerwał mu Zach - jeśli ty...
Jego również dziadek powstrzymał wzrokiem.

-

Nie   przerywaj   mi,   chłopcze.  Teraz   ja   mówię   i   nikt   nie   śmie   mi 

przerwać. Jak stwierdziłem, Janine jest smutna. Ale to jeszcze nic w 
porównaniu z tobą. - Nagle przestał chodzić po pokoju i stanął na 
przeciwko Zacha. - Przez cały tydzień wysłuchuję  narzekań i skarg 
na   ciebie.   Chłopcy   w   biurze   utyskują,  że   jesteś   tam   od   rana   do 
wieczora, że pracujesz jak oszalały. A ja znam cię, Zach, lepiej niż 
ktokolwiek inny. Kochasz moją wnuczkę i to cię tak męczy.
-Dziadku.

-

Szszsz   -   uciszył   Janine   niecierpliwym   ruchem   ręki.-   Być   może 

jestem starym człowiekiem, ale nie jestem ślepy. Sposób, w jaki was 
połączyłem,   pewnie   nie  był   najmądrzejszy,   ale   za   to   skuteczny.   - 
Zawahał się na chwilę i uśmiechnął z dumą. - Na początku miałem 
pewne wątpliwości. Janine mi trochę namieszała.

-

Mówiłeś   coś,   że   łatwiej   jest   oskubać   żywego   kurczaka   -   wtrącił 

Zach, posyłając Janine porozumiewawczy uśmiech.

-

To prawda. Janine zapierała się jak osioł. Ale jak sam wiesz dobrze, 

Zachary, ty również nie ułatwiałeś mi zadania. Oboje uważacie, że 
skoro jestem w wieku emerytalnym, to już nic nie widzę. Ale tak nie 
jest.   Byliście   oboje   samotni,   wypełnialiście  życie   związkami   bez 
znaczenia, unikając miłości, unikając życia. Kocham was. I nie będę 
siedział z założonymi rękami.

-

Udało ci się - powiedziała Janine, chcąc mu dodać pewności.

-

Na początku tak myślałem. Zorganizowałem wam wyjazd do Szkocji 

i widziałem, że wszystko zaczyna grać, jak w scenariuszu filmowym. 
Kiedy   powiedzieliście   mi,   że   macie   zamiar   się   pobrać,   byłem 
najszczęśliwszym   człowiekiem.   Stało   się   to   wcześniej,   niż 
zakładałem,   ale   przyjąłem,   że   wszystko   się   dobrze   ułożyło. 
Najwidoczniej myliłem się. A teraz boję się o was.
-Nie musisz.

-

Moim   zdaniem   jednak   tak   -   dziadek   spojrzał   na   nich   twardo.   - 

Powiedz mu, że go kochasz, Janine. Spójrz mu w oczy i odrzuć tę 
swoją idiotyczną dumę. On musi to wiedzieć. On musi to usłyszeć. 
Powiedziałem ci na początku, że jest to człowiek, którego  trudno 
rozgryźć i że musisz być cierpliwa. Nie wziąłem tylko pod uwagę tej 
twojej cholernej dumy.
-Chcesz, żebym powiedziała Zachowi, że go kocham. Tutaj? Teraz?
-Tak!
Janine odwróciła się w stronę swego męża i czując się trochę głupio, 

spuściła wzrok.

-Powiedz mu - warknął dziadek.
-Kocham cię, Zach - zaczęła cicho. - Naprawdę cię kocham.
Dziadek wydał głębokie westchnienie pełne zadowolenia.
-Dobrze, dobrze. No, Zach, teraz twoja kolej.

background image

-Moja kolej?

-

Powiedz   Janine,   co   do   niej   czujesz,   nie   próbuj   ze   mnie   zrobić 

durnia.
Zach ujął Janine za rękę. Podniósł jej dłoń do ust i ucałował.
-Kocham cię - szepnął.
-   Dodaj   coś   jeszcze   -   poinstruował   go   dziadek   -  Coś takiego, że 

będziesz   bez   niej   zagubiony   i   samotny.  Kobiety   lubią   takie   rzeczy. 
Kompletny idiotyzm, wiem, ale konieczny.

-   Bez   ciebie   będę   zgubioną,   samotną   duszą   -   powtórzył   Zach   i 

odwrócił się w stronę dziadka Janine.

- Jak wyszło?

-

Zupełnie nieźle. Czy jest jeszcze coś, co chciałabyś mu powiedzieć, 

Janine.
-Nie sądzę.
-Dobrze. Teraz chcę, żebyście się pocałowali.
-Tutaj? Przy tobie?
-Tak - upierał się dziadek.
Janine   wślizgnęła   się   w   ramiona   Zacha.   Spojrzeli   na   siebie   z 

uśmiechem   i   Janine   poczuła,   jak   serce   zaczyna   jej   mocno   bić   w 
oczekiwaniu. Zacisnęła powieki i poczuła jego usta na swoich, usta, które 
obiecywały lata wspaniałych przeżyć.

Zach skończył pocałunek o wiele za szybko. Janine  wiedziała, że i 

on chciałby przedłużyć tę przyjemność.  Z żalem odsunęli się od siebie. 
Zach spojrzał jej głęboko w oczy i Janine odpowiedziała uśmiechem.

- Doskonale, doskonale.
Zupełnie zapomniała o obecności dziadka. Oderwała wzrok od Zacha 

i zobaczyła, że dziadek siedzi wygodnie  rozparty  w  fotelu.  Wyglądał  na 
bardzo zadowolonego z siebie.

-   Dobrze!   -   stwierdził,   podkreślając   to   skinieniem   głowy. 

Uśmiechnął się leniwie. - Wiedziałem, że potrzebujecie tylko trochę mojej 
pomocy.  A  jeżeli   idzie   wam   tak   dobrze,   to   może   czas,   by   pomyśleć   o 
dzieciach.

- Anton - powiedział Zach, powoli podnosząc się. Przeszedł przez 

pokój i otworzył drzwi. - Jeśli pozwolisz, tym już sam się zajmę.

-

Wkrótce? - chciał wiedzieć dziadek. Zach spojrzał na Janine.

-Wkrótce - obiecał.