background image

DEBBIE MACOMBER

Najpierw ślub

Tytuł oryginału: First Comes Marriage

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Ty  jesteś  na  pewno  Zachary  Thomas  -  wykrzyknęła  Janine, 

wpadając bez tchu do biura. - Przepraszam za spóźnienie, ale ugrzęzłam w 
korku na Czwartej Alei. Nie wiedziałam, że przekopują całą ulicę.

Rozpięła płaszcz i przerzuciła go przez poręcz czarnego, skórzanego 

fotela, stojącego na wprost dyrektorskiego biurka.

Siedzący po jego drugiej stronie mężczyzna wyglądał na zmieszanego, 

jakby nie był pewien, co ma powiedzieć.

- Jestem  Janine  Hartman  -  wyjaśniła,  wciąż  jeszcze  zadyszana. 

Oddychała powoli usiłując się uspokoić. - Dziadek mówił, że jeśli go nie 
będzie, mam się przedstawić sama.

- No tak - odezwał się Zachary po chwili niezręcznej ciszy - ale nie 

powiedział, że będziesz miała na sobie...

- Och, sukienka z chusteczek - Janine oparła jedną rękę na kolanie. 

Sukienka zrobiona była z niebieskich i czerwonych chust, sięgała ledwie do 
kolan  i  opinała  mocno  biodra.  -  To  prezent.  A  ponieważ  później  idę 
odwiedzić  dziewczynę,  która  mi  ją  uszyła,  pomyślałam,  że  powinnam  to 
założyć.

- Rozumiem. A naszyjnik?
Janine  dotknęła  jednej  z  lampek  choinkowych,  dyndającej  między 

innymi paciorkami, zawieszonej na sznurowadle.

- Trochę  dziwaczny,  prawda?  Także  prezent.  Ale myślę,  że  to 

ciekawy pomysł artystyczny. Pamela jest bardzo zdolna.

- Pamela?
- Nastolatka z Klubu Przyjaciół.
- Rozumiem - powiedział Zach marszcząc czoło.
- Zgłosiłam  się  tam  do  pracy  i  od  pierwszej  chwili  przypadłyśmy 

sobie do gustu. Matka Pameli mieszka daleko stąd,  a ona jest w trudnym 
wieku i potrzebuje przyjaciółki.

- Rozumiem- powtórzył.
Janine poważnie w to wątpiła.
- Naszyjnik  na  pewno  różni  się  bardzo  od  tych, jakie  widziałem  -

dodał Zach. Nie wiadomo, czy miał to być komplement.

Janine  już  w  pięć  minut  po  poznaniu  Zacha  wiedziała,  dlaczego 

zrobił  tak  wielkie  wrażenie  na  jej  dziadku.  W  świetnie  skrojonym 
garniturze był wprost modelowym dyrektorem. Pełen powagi, zachowujący 
dystans, 

zrównoważony. 

Nieco 

młodszy, 

niż 

przypuszczała, 

prawdopodobnie tuż po  trzydziestce. W miarę przystojny, ale  nie  w stylu 
amanta filmowego. Ciemne włosy krótko obcięte, jak u wojskowego. Silna 
szczęka,  wydatne  kości  policzkowe  i  pełne  usta.  Tyle  można  było 
powiedzieć o jego wyglądzie, a wygląd na pewno nie był u tego mężczyzny 
najważniejszy. O tym przynajmniej był przekonany jej dziadek.

Kilka  miesięcy  wcześniej  Anton  Hartman  połączył  powszechnie 

szanowaną  firmę  dostawczą,  z  nowym  i  szybko  zdobywającym  klientów 

background image

przedsiębiorstwem 

Zachary'ego 

Thomasa. 

Wspólnymi 

siłami 

błyskawicznie opanowali rynek.

Już od kilku tygodni dziadek chciał, żeby poznała Zachary'ego. Jego 

imię pojawiało się przy każdej okazji, niezależnie od tematu ich rozmów.

- Dziadek ... bardzo cię ceni - powiedziała.
Cień uśmiechu, a właściwie jego zapowiedź, pojawił się w kącikach 

ust Zacha. Pomyślała, że na pewno bardzo rzadko się uśmiecha.

- Twój dziadek to jeden z najmądrzejszych ludzi w tym kraju.
- Jest wspaniały, prawda?
Zachary skinął potakująco, bez wahania.
Rozległo się ciche pukanie do drzwi i w pokoju pojawiła się wysoka 

kobieta w średnim wieku, ubrana w granatowy, obcisły kostium.

- Dzwonił pan Hartman - oznajmiła. - Zapowiedział, że się spóźni, i 

zaproponował, żeby państwo zaczekali na niego w restauracji.

Szczupłą twarz Zacha wykrzywił grymas, Janine spojrzała na niego 

speszona. - Czy powiedział, kiedy przyjdzie?

- Niestety, nie.
Janine zerknęła na zegarek. O trzeciej umówiona była z Pamelą i nie 

chciała się spóźnić. Nie podobało jej się również, że Zach nie usiłuje nawet 
ukryć swego niezadowolenia.

- Najlepiej  będzie,  jeżeli  przełożymy  lunch  na  inny dzień  -

zaproponowała pogodnie.

Zapanowało krępujące milczenie.
- Czy  często  nie  zjawiasz  się  na  umówione  spotkanie?  -  zapytał 

uszczypliwie.

- Oczywiście,  że  nie  -  obruszyła  się  Janine.  Już  miała  powiedzieć 

coś na swoją obronę, ale powstrzymała się.

- Sądzę,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  pójdziemy  do  restauracji  i 

poczekamy  tam  na  twego  dziadka,  zgodnie  z  jego  prośbą  -  dokończył 
sztywno.

Ależ doskonale - odpowiedziała, zmuszając się do uśmiechu. Wstała, 

sięgnęła  po  płaszcz,  przyglądając  się  Zachowi  kątem  oka.  Nie  lubił  jej. 
Uświadomienie sobie tego wywołało u Janine dziwną reakcję. Poczuła się
zawiedziona i trochę smutna.   Uważał  ją  za rozpuszczoną  i  niepoważną, 
prawdopodobnie dlatego, że nie miała żadnej odpowiedzialnej pracy. Przez 
chwilę  miała  ochotę  wytłumaczyć,  dlaczego  wybrała  taki  styl  życia,  ale 
widząc spojrzenie, jakim ją obrzucił, stwierdziła, że nie warto strzępić języka 
we własnej obronie.

Nie  miała  nic  przeciw  Zachowi,  początkowo  myślała  nawet,  że 

mogliby zostać przyjaciółmi, ale teraz już się na to nie zanosiło. Naprawdę 
szkoda.

Dziadek,  zanim  wyszedł  rano  z  domu,  cieszył  się  perspektywą 

wspólnego  lunchu  jak  mały  chłopiec.  Przez  dobre  piętnaście  minut 
tłumaczył  jej  szczegółowo,  gdzie  ma  pojechać,  tak  jakby  nigdy  wcześniej 
nie była w centrum Seattle. Potem jakby mimochodem wspomniał, że rano 

background image

ma spotkanie z ważnym klientem. Jeżeli nie zdąży wrócić na czas, Janine
ma pójść do biura Zacha, przedstawić się i poczekać tam na niego.

Na  szczęście  restauracja,  którą  wybrał  dziadek,  była  niedaleko. 

Milcząco zgodzili się przejść te kilka przecznic na piechotę, chociaż Janine
z trudem dostosowywała się do dużo dłuższych kroków Zacha.

Starając  się  nie  zostawać  w  tyle,  przyglądała  się  Zachary'emu 

Thomasowi  i  zastanawiała  się,  co  irytowało  ją  w  tym  mężczyźnie.  Na 
przykład  wzrost.  Nie  był  nadmiernie  wysoki  -  oceniła  go  na  jakieś  sto 
osiemdziesiąt  centymetrów  -  a  ponieważ  ona  miała  prawie  metr 
siedemdziesiąt pięć - pomiędzy nimi nie było więcej niż parę centymetrów 
różnicy. Dlaczego więc czuła się przy nim taka mała?

Musiał  wyczuć,  że  mu  się  przygląda,  bo  się  obejrzał.  Janine

odpowiedziała  słabym  uśmiechem  i  poczuła  na  twarzy  rumieniec.  To,  co 
dostrzegła w  jego spojrzeniu, nie  podniosło  jej  na  duchu.  Janine  nie  była 
próżna, ale wiedziała, że może się podobać. Kilku mężczyzn zdążyło już jej 
to powiedzieć, w tym Brian, człowiek, który złamał jej serce. Ale Zachary 
Thomas najwyraźniej w ogóle się nie interesował, jak wygląda.

Skoro nie podobała mu się sukienka, prawdopodobnie tym bardziej 

raziło go uczesanie Janine. Miała włosy krótko obcięte, wystrzyżone z tyłu, 
z paroma długimi pasemkami spadającymi na czoło. Przez całe lata nosiła 
włosy  do ramion,  z przedziałkiem  pośrodku. Niedawno, bez  szczególnego 
powodu, zdecydowała się je ściąć. Miała ochotę na radykalną zmianę. Pam 
zachwyciła się fryzurą i stwierdziła, że Janine wygląda fenomenalnie. Ona 
sama  nie  była  o  tym  przekonana.  Pocieszało  ją  jedynie,  że  wkrótce  jej 
gęste, ciemne włosy odrosną.

Zach  na  pewno  uznał  ją  za  osobę  bez  gustu,  ślepo  podążającą  za 

modą.  Ona  z  kolei  uważała  go  za  człowieka  chłodnego  i  nie  lubiącego 
ludzi.

- Pan Hartman oczekuje państwa - poinformował ich kierownik sali, 

kiedy wkroczyli do wybitego miękkimi pluszami lokalu. Ruszyli za nim, w 
kierunku owalnego gabineciku wybitego granatowym welwetem. Ich  stopy 
zapadały się w grubym dywanie.

- Witajcie  -  Anton  Hartman  uśmiechnął  się  szeroko  na  ich  widok. 

Nie znać było na nim lat. Nadal emanował siłą i pewnością siebie, chociaż 
włosy  miał  całkiem  białe.  Oczy  o  intensywnym  odcieniu  błękitu,  który  z 
wiekiem tylko nieco przygasł, nadal były pełne ciepła i mądrości.

- Przepraszam, że musieliście sobie dawać radę beze mnie.
- Wszystko  w  porządku  -  odpowiedział  natychmiast  Zach,  nie 

czekając  na  reakcję  Janine,  tak  jakby  się  bał,  że  ona  powie  coś 
nieodpowiedniego.

Nie  zwracając  na  to  uwagi  Janine  ściągnęła  płaszcz  i  pocałowała 

dziadka serdecznie w kłujący nieco policzek.

- Janine... - zaczął i w tym momencie zauważył jej sukienkę - Co ty 

masz na sobie?

- Podoba  ci  się?  -  rozłożyła  na  bok  ramiona i  okręciła  się  wokół, 

background image

pokazując  efekt  bananowego  kroju  w  całej  okazałości.  -  Wiem,  że 
wyglądam w niej trochę ekscentrycznie, ale sądziłam, że ci się spodoba.

Dziadek rzucił okiem na Zacha, a potem spojrzał znowu na nią.
- Na innej dziewczynie wyglądałaby po prostu skandalicznie, ale na 

tobie to dzieło sztuki.

- Oj, dziadku  - roześmiała się - nigdy nie byłeś dobrym łgarzem. -

Wsunęła się na siedzenie obok niego, tak żeby musiał znaleźć się w środku, 
między nią a Zachem.

Umierała  z  głodu.  Na  śniadanie  wypiła  tylko  kawę  i  zjadła  jedną 

grzankę, teraz miała zamiar to nadrobić.

Kiedy  kelner  przyszedł  odebrać  od  nich  zamówienie,  poprosiła  o 

przystawkę,  zupę  i  sałatę.  Dodała  też,  że  potem  jeszcze  poprosi  o  jakiś 
deser. Dziadek nachylił się w stronę Zacha.

- Janine nigdy nie będzie musiała martwić się o figurę - powiedział, 

jakby sprawa była wielkiej wagi dla nich obojga. - Ma to po babce. Anna 
mogła jeść, ile chciała, i nigdy nie przybyło jej ani grama. Janine jest taka 
sama.

- Dziadku  -  szepnęła  Janine.  -  Zacha  zupełnie  nie  obchodzi,  ile  ja 

ważę.

- A skąd to możesz wiedzieć - odpowiedział, delikatnie poklepując 

wnuczkę po ramieniu. - Mam nadzieję, że zdążyliście się już poznać.

- Och, tak - wyrwało się Janine natychmiast.
- Twoja  wnuczka  jest  dokładnie  taka,  jak  opowiadałeś  -  dodał 

Zachary. Dla Antona zabrzmiało to na pewno jak największy komplement. 
Ale  ona  wiedziała,  że  Zach  spodziewał  się  zepsutej  i  rozpieszczonej 
panienki, a ona nie zawiodła tych oczekiwań. Nie okazywał otwarcie, że jej 
nie lubi, ale nic nie wskazywało, że zrobiła na nim wrażenie.

I  nie  tylko  z  powodu  sukienki  i  naszyjnika  z  choinkowych 

świecidełek.

Janine spojrzała na dziadka, by sprawdzić, jak zareagował na słowa 

Zacha.  Zobaczyła,  że  jego  spojrzenie  łagodnieje  i  że  przytakuje, 
najwyraźniej  zadowolony  z  uwagi  swego  partnera.  Zachary  Thomas  był 
sprytny, to musiała przyznać.

- Jak wypadło spotkanie z Andersonem? - zapytał Zach.
Anton przez chwilę patrzył na niego bezmyślnie.
- Och,  Anderson...  Dobrze,  w  porządku.  Zgodnie z  planami  -

odchrząknął i starannie rozłożył serwetkę na kolanach. - Oboje wiecie, że 
już  od  pewnego  czasu planowałem  to  spotkanie.  Janine  jest  radością 
mojego życia. Dzięki niej czuję się młody i szczęśliwy.

Jego spojrzenie było pełne ciepła. Janine musiała spuścić wzrok, by 

ukryć łzy wzruszenia. Dla niej również dziadek był wybawieniem. Wziął ją 
do siebie po śmierci rodziców i roztoczył nad nią czułą i ojcowską opiekę. 
Pojawienie  się  w  życiu  sześćdziesięciolatka  małego  intruza  musiało  być 
dość trudne, ale nigdy się nie uskarżał.

- Mój  jedyny  syn  umarł  tak  młodo  -  dodał  z  trudem Anton,  nie 

background image

umiejąc ukryć bólu.

- Przykro mi - powiedział cicho Zachary.
Janine  zdumiało prawdziwe współczucie,  jakie zabrzmiało  w  jego 

głosie. Po raz pierwszy poczuła sympatię do Zacha.

- Przez  wiele  lat  rozpaczałem  nad  utratą  mego jedynego  dziecka  -

ciągnął Anton już mocniejszym głosem. - Ale przez cały czas pracowałem, 
zbudowałem prawdziwe imperium.

Janine  przyglądała  mu  się  z  uwagą.  Rzadko  bywał  tak  poważny. 

Również nie w jego stylu było wyliczanie własnych osiągnięć.

- Kiedy  Zach  rozpoczął  swą  działalność  na  tym terytorium, 

rozpoznałem  w  nim  rzadki  dar.  Mówi  się,  że  ludzi  można  podzielić  na 
takich, którzy powodują, że coś się dzieje, takich, co przyglądają się, gdy 
coś się dzieje, i takich, którzy nie wiedzą, co się dzieje. Zachary należy do 
tej pierwszej kategorii. Pod wieloma względami jesteśmy bardzo podobni do 
siebie. Dlatego zaproponowałem mu połączenie naszych sił i spółek.

- To był dla mnie zaszczyt, proszę pana.
- Proszę  pana  -  powtórzył  Anton  i  parsknął  śmiechem.  Podniósł 

rękę, przywołując kelnera. - Nie zwracałeś się do mnie tak od pół roku, nie 
ma więc powodu, by teraz zaczynać znowu.

Kelner  wrócił,  niosąc  butelkę  drogiego,  francuskiego  szampana.  Po 

chwili stały przed nimi napełnione kieliszki.

- Teraz  -  ciągnął  dalej  Anton  -  po  raz  pierwszy  siedzę  razem  z 

dwojgiem  ludzi,  których  -  jak  już  powiedziałem  wcześniej  -  kocham 
najbardziej. Chcę wam powiedzieć, że jestem szczęśliwy. - Podniósł swój 
kieliszek. - Za przyszłość.

- Za przyszłość - odpowiedziała jak echo Janine. Jej wzrok spotkał 

się na moment nad kryształowym brzegiem kieliszka ze spojrzeniem Zacha 
i zobaczyła w nim błysk uznania. Gdyby miała się nim pożywić, umarłaby 
z głodu - ulubione powiedzonko dziadka pasowało jak ulał do sytuacji - ale 
cieszyło ją, że zauważył i docenił jej miłość do dziadka.

- A teraz - powiedział dziadek odstawiając kieliszek -

chciałbym 

ogłosić coś ważnego.

Spojrzał  na  Janine  i  na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz  głębokiego 

uczucia.

- Uważam,  że  prowadzenie  mojego  przedsiębiorstwa byłoby zbyt

dużym ciężarem dla ciebie,   dziecko - powiedział  w  zamyśleniu.  -  W 
najśmielszych marzeniach  nie  przypuszczałem,  że  tak  bardzo  się ono 
rozrośnie.  Ale  zdałem  sobie  sprawę,  że  już  zbyt długo  zajmuję  się 
interesami. Nadszedł czas emerytury, mam zamiar teraz trochę pojeździć po 
świecie.

Janine od lat namawiała dziadka, żeby przestał tak ciężko pracować. 

Często mówił o odwiedzeniu swego miejsca urodzenia i w ogóle Europy. 
Potrafił  bez  końca  wspominać  kuzynów  i  przyjaciół,  którzy  pozostali  w 
małym,  niemieckim  osiedlu,  wchodzącym  teraz  w  skład  Związku 
Radzieckiego.

background image

- Dzięki  Zachary'emu  stanie  się  to  możliwe  -  tłumaczył  Anton.  -

Zbyt dobrze znam samego siebie.

Ostateczne  odejście  na  emeryturę  byłoby  dla  mnie niemożliwe. 

Gdybym  przestał  pracować,  to  pozostałoby mi  tylko  wyspowiadać  się  i 
umrzeć. Taki już jestem.

Janine i Zach siedzieli zgodnie milcząc.
- Nie chcę odrywać się zupełnie od interesów, a jednak mam ochotę 

podróżować.  -  Przerwał,  jakby  oczekując,  że  któreś  z  nich  się  wtrąci.  -
Chyba  znalazłem  rozwiązanie.  Od  dzisiaj  oddaję  berło  tobie,  Zach.  Ja 
pozostanę tylko prezesem rady nadzorczej. Wiem, że stało się to szybciej, 
niż przypuszczałeś, ale nie wątpię, że się zgodzisz.

- Ale Anton...
- Dziadku...
Uciszył ich ruchem ręki.
- Długo nad tym myślałem - przyznał się. - Uznałem, że uczciwość 

Zacha  jest  najwyższej  próby,  że mogę  liczyć  na  jego  lojalność,  a  jego 
inteligencję trudno  przecenić.  Jest  bystry,  spostrzegawczy  i  ma intuicję. 
Nie znam nikogo lepszego, kto by mógł zająć moje miejsce, a chwila jest 
także odpowiednia.

Janine  przyglądała  się  Zachowi,  świadoma  jego  skrępowania. 

Jedyne, co zdołał wykrztusić, to „dziękuję".

- Pewnego dnia część tego imperium będzie należała do ciebie, Janine

- dodał Anton. - Czy masz jakieś zastrzeżenia co do mojej decyzji?

Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Oczywiście, że zgadzała się z 

jego decyzją. Co innego mogła zrobić? Antony odwrócił się do Zacha.

- A ty się zgadzasz?
Zachary  patrzył  na  niego,  jakby  nadal  nie  mógł  uwierzyć  w  to,  co 

właśnie usłyszał. Ale kiedy wreszcie przemówił, jego głos był już zupełnie 
spokojny, ledwie tylko zdradzający emocje, jakie musiał odczuwać.

- Jestem zaszczycony.
- Przez kilka najbliższych  miesięcy  będziemy  pracowali  razem,  ale 

nie tak jak dotąd. Nie będę cię już uczył, oddam ci do ręki wszystkie nitki.

Na  stole  przed  nimi  pojawiło  się  pierwsze  danie  i  dalej  rozmowa 

potoczyła  się  już  gładko.  Było  to  głównie  zasługą  jej  dziadka.  Tryskał 
radością, był uroczy i zabawny. Trudno było nie poddać się jego dobremu 
nastrojowi.

Kiedy skończyli jeść, Zach ze zmartwioną miną zerknął na zegarek.
- Przepraszam, ale muszę już iść, jestem umówiony.
W tej samej chwili Janine uświadomiła sobie, jak jest późno. Dopiła 

jednym haustem kawę.

- Ja  także  muszę  uciekać  -  chwyciła  torebkę  i  płaszcz,  wyślizgnęła 

się zza stołu, czekając chwilę na dziadka.

- Jeżeli  nie  macie  nic  przeciwko  temu,  ja  jeszcze  zostanę  chwilę  i 

spokojnie skończę kawę - powiedział Anto, wskazując filiżankę.

- Oczywiście - Janine pochyliła się i pocałowała go na pożegnanie.

background image

Zachary wyszedł z nią na ulicę.  Zanim odszedł, uścisnął mocno jej 

dłoń.

- Miło mi było panią poznać, panno Hartman.
- Jest pan pewien? - nie mogła się powstrzymać od tej złośliwości.
Jestem  -  wytrzymał  jej  spojrzenie.  Odchodząc czuła  dziwne 

podniecenie.  Zach  na  pewno  nie  był  osobą,  którą  się  lubi  od  pierwszego 
wejrzenia, ale wiedziała, że dziadek nie mylił się co do niego.

Anton  był  nadal  w  fantastycznym  humorze,  kiedy  zjawił  się 

wieczorem  w  domu.  Janine  siedziała  w  bibliotece,  popijając  ziołową 
herbatę. Zwinęta jak kot w fotelu oglądała lokalne wiadomości.

Siadając  obok  na  szerokiej,  skórzanej  kanapie,  dziadek  skrzyżował 

przed  sobą  nogi  i  sięgnął  po  jedno  ze  swych  hawańskich  cygar.  Janine
bardzo  kochała  dziadka  i  chciała,  by  rzucił  palenie,  ale  już  dawno 
zaprzestała czynić mu wymówki. Był człowiekiem, który robi dokładnie to, 
na co ma ochotę i zdobywa to, czego pragnie.

- No,  dobrze  -  odezwał  się  po  chwili.  -  I  co myślisz  o  Zacharym 

Thomasie? - czekając na jej odpowiedź, dmuchał pod sufit kłębami dymu.

Janine  przez  całe  popołudnie  przygotowywała  się  na  to  pytanie. 

Wymyśliła parę skomplikowanych odpowiedzi, sprytnych wywodów, które 
ukryłyby  jej  prawdziwe  uczucia,  ale  zrezygnowała  z  nich.  Dziadek 
oczekiwał od niej uczciwej odpowiedzi i jej obowiązkiem było powiedzieć, 
co naprawdę czuje.

- Nie jestem pewna. To trudny człowiek, prawda?
Anton zgodził się z nią pogodnie.
- Tak. Myślałem, że odbierzesz to jak wyzwanie.
Chłopak jest nieco szorstki po wierzchu, ale w środku - samo złoto.
Janine  nie  przyszło  do  głowy,  żeby  potraktować  Zacha  jako... 

wyzwanie. Uczciwie mówiąc, w ogóle nie pomyślała, że mogłaby się z nim 
w  przyszłości  w  ogóle  widywać.  Dziadek i  Zach  współpracowali  ze  sobą 
blisko, ale ona nie mieszała się do interesów.

- Zdobyłem  jego  zaufanie,  ale  zabrało  mi  to  trochę czasu  -  dodał 

dziadek.

- Cieszę się, że postanowiłeś wycofać się z interesów - powiedziała, 

przysłuchując się prognozie pogody.

- Zachary zmieni się - mówił Anton.
- Dziadku - powiedziała, powstrzymując śmiech. - Dlaczego miałby 

się  zmienić?  Jest  człowiekiem  sukcesu.  Przyszłość  rysuje  się  przed  nim 
lepiej niż dobrze.

Anton  wstał,  zaczął  nalewać  sobie  solidną  porcję  brandy,  powoli 

rozlewając  ją  po  ściankach  kieliszka,  wreszcie  powiedział  z 
zastanowieniem.

- Ty go zmienisz.
- Ja?  - Janine  roześmiała  się  niepewnie.  -  Ja  zmienię  Zachary'ego 

Thomasa? To by było dopiero wydarzenie!

background image

- Zanim  się  zaczniesz  ze  mną  sprzeczać,  a  widzę,  że  masz  na  to 

ogromną  ochotę,  chciałbym  ci  opowiedzieć  pewną  historię.  Smutną 
historię.

Janine  uzbroiła  się  w  cierpliwość  i  wyłączyła  telewizor.  Była 

przyzwyczajona do wysłuchiwania opowieści dziadka.

- Słucham.
- Jest to historia chłopca, który urodził się w nieszczęśliwej rodzinie, 

ojca miał alkoholika, a matka nie umiała sobie poradzić z nałogiem męża. 
Życie  dało  mu  kiepski  start.  Ojciec  był  w  tak  złym  stanie,  że  władze 
zabrały chłopca i jego młodszą siostrę z domu. Miał wtedy zaledwie osiem 
lat i przeszedł przez szereg sierocińców, ale nie pozwalał na rozdzielenie z 
siostrą. Obiecał jej, że zawsze będzie się nią opiekował.

Ale  pewnego  razu  nie  było  wyboru  i  umieszczono  ich  w  różnych 

domach. Chłopak, bojąc się o siostrę, uciekł. Trzy dni  później znaleziono 
go niedaleko miejsca, w którym umieszczono Beth Ann.

- Prawdopodobnie czuł się za nią odpowiedzialny.
- Tak. A co gorsza ona utonęła w wieku lat dwunastu.
- Och,  nie  - Janine  poczuła,  jak  żal  ściska  jej  serce.    -  Oczywiście 

winił siebie - dodał cicho Anton.

- Biedne dziecko.
- Potem  do  nikogo  już  się  nie  przywiązał  -  mówił  dalej  dziadek, 

wpatrując  się  uporczywie  w  złocisty  płyn.  -  Nigdy  nie  odnalazł  swojego 
miejsca,  ale  trudno  go  o  to  winić.  -  Zaciągnął się  cygarem.  -  Jego  matka 
umarła miesiąc po siostrze. To były jedyne dwie osoby, jakie kiedykolwiek 
kochał. Z ojcem zerwał kontakt, co prawdopodobnie wyszło mu na dobre. 
Stracił więc rodzinę i nie było nikogo, kto chciałby się zająć tym trudnym, 
zranionym chłopcem.

- Czy  stał  się  przestępcą?  -  wydawało  się  to  Janine  logiczne.  W 

swojej  działalności  społecznej  niejednokrotnie  miała  do  czynienia  z 
młodzieżą trudną.

- Nie - dziadek zbył jej pytanie krótko. - Przeszedł przez dzieciństwo 

bez kotwicy, nie mając możliwości nacieszyć się okresem tak ważnym dla 
rozwoju człowieka.

- Dziadku...
Uciszył ją uniesieniem dłoni.
- W wieku osiemnastu lat zaciągnął się do wojska.
Był  to  dobry  wybór  i  dość  naturalny  przy  jego inteligencji  i 

przejawiającej się skłonności do braku poszanowania własnego życia. Nie 
miał  nikogo,  kto by  po  nim płakał.  Szybko awansował,  zgłaszając  się do 
niebezpiecznych  zadań.  Podróżował  po  całym świecie,  z  jednego 
zapalnego  miejsca  w  drugie.  Miał zadania  często  ściśle  tajne.  Mógł  zajść 
bardzo  wysoko, ale  z  niewiadomych  powodów  zrezygnował.  Nikt  nie
rozumiał,  dlaczego.  Podejrzewam,  że  chciał  rozpocząć życie  od  nowa. 
Wtedy  właśnie  otworzył firmę  dostawczą.  W  ciągu  jednego  roku  zwrócił 
na siebie moją uwagę. Działał agresywnie i twórczo. W ciągu pięciu lat stał 

background image

się  jednym  z  najpoważniejszych  moich  konkurentów.  Widziałem  w  nim 
siłę, którą odebrał mi wiek. Spotkaliśmy się. Porozmawialiśmy. I ostatecznie 
połączyliśmy siły.

- Najwyraźniej opowiedziałeś mi historię życia Zachary'ego.
Anton z uśmiechem wypił łyk brandy.
- Zauważyłaś, że niełatwo mu dogadać się z ludźmi.
Pomyślałem,  że  dobrze  będzie,  jeżeli  dowiesz  się dlaczego.  Zach 

nigdy nie czuł się bezpieczny. To zapewnia tylko dom. Nigdy tak naprawdę 
nie  doświadczył  miłości,  poza  uczuciem  do  swej  siostry.  Jego życie  było 
długim pasmem bolesnych przeżyć. Dzięki sile woli udało mu się pokonać 
wszystkie  przeciwności, które  znalazły  się  na  jego  drodze.  Wiem,  że 
Zachary Thomas  ma  małe  szanse,  by  wygrać  w  konkursie  na mężczyznę 
roku, ale zasłużył na mój szacunek.

Janine  rzadko  słyszała  dziadka  mówiącego  o  kimś  z  równym 

przejęciem.

- Zach ci to wszystko o sobie opowiedział?
- Chyba  żartujesz!  Zach  nigdy  nie  mówił  ze  mną  o  swojej 

przeszłości. Wątpię, czy mówił o niej komukolwiek.

- Sprawdziłeś go?
- Musiałem.  Ale  już  wcześniej  podejrzewałem,  że  jego  droga  nie 

była usłana różami.

- To bardzo smutna historia?
- Musisz być dla niego bardzo dobra, moja droga.
- Ja? - zdziwiła się Janine.
- Tak,  ty.  Nauczysz  go  śmiać  się  i  cieszyć  życiem.  A  co 

najważniejsze, nauczysz go miłości.

- Chyba cię nie rozumiem. Najprawdopodobniej będę się widywać z 

Zachem  od  czasu  do  czasu,  ponieważ  przejmuje  twoje  stanowisko  w 
przedsiębiorstwie, ale naprawdę nie wiem, jak mogłabym wpłynąć na jego 
życie.

Leniwy uśmiech powoli pojawił się na ustach dziadka.
- I tu się mylisz,  moja droga.  Odegrasz bardzo ważną rolę w życiu 

Zacha, a on w twoim.

Janine słuchała speszona.
- Jeszcze nie rozumiesz? - zapytał cicho. - Widzisz, Janine, wybrałem 

Zachary'ego, żeby został twoim mężem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Przez  chwilę  panowała  cisza,  a  potem  Janine  odezwała  się 

niepewnie:

- Żartujesz, prawda, dziadku?
- Nie - odpowiedział, zapalając drugie cygaro. Kiedy przyglądał się 

rozżarzonemu ognikowi, jego oczy zabłysły złośliwie, ale czaiło się w nich 

background image

coś  jeszcze,  co  nie  tak  łatwo  było  zdefiniować.  -  Jestem  śmiertelnie 
poważny.

- Ale...  - Janine  była  tak  zmieszana,  że  nie  wiedziała,  co  ma  mu 

odpowiedzieć.

- Zastanawiałem się nad tym poważnie już od dłuższego czasu. Zach 

jest dla ciebie po prostu wymarzony, a ty będziesz dopełniać go idealnie. I 
będziecie mieć cudowne, złotowłose dzieci.

- Ale...  - Janine  nie  mogła  nic  wykrztusić.  W  jednej  chwili 

wysłuchiwała wzruszającej przypowieści, a w następnej dziadek informował 
ją o mężu, którego dla niej wybrał i o kolorze włosów jej przyszłych dzieci.

- Kiedy  się  nad  tym  zastanowisz  -  mówił  dalej  -  na  pewno  się  ze 

mną  zgodzisz.  Zach  jest  wspaniałym,  młodym  mężczyzną  i  będzie 
znakomitym mężem.

- Ty... z nim rozmawiałeś... zgodził się? - wykrztusiła wreszcie.
Pytasz,  czy  podsunąłem  Zachowi  takie  rozwiązanie?  -  zapytał 

dziadek. - Na niebiosa, oczywiście, że nie. A w każdym razie jeszcze nie. -
Parsknął,  jakby  pomysł  wydał  mu  się  bardzo  zabawny.  -  Zach  nie  jest  z 
tych,  którzy  z  wdzięcznością  przyjmują  mieszanie  się  w  ich  prywatne 
sprawy.  Z  nim  muszę postępować  w  rękawiczkach.  Uczciwie  mówiąc, 
rozważałem  połączenie  sprawy  małżeństwa  z  zaoferowaniem  mu  pozycji 
przewodniczącego, ale po namyśle zmieniłem zdanie. Zach nigdy by się na 
to  nie  zgodził.  Ale  są  inne,  lepsze  sposoby.  Ty  się  o  nic  nie  musisz 
martwić.

- Ja... rozumiem - Janine rozumiała tylko to, że dziadek najwyraźniej 

nie  wiedział,  na  jakim  świecie żyje.  Widocznie  wciąż  wierzył  w  dawne 
obyczaje, chociaż pozornie był bardzo nowoczesny.

Zaciągnął się mocno cygarem.
- Widzę, że pomysł zaaranżowanego małżeństwa wydaje ci się nieco 

staroświecki,  ale  przyzwyczaisz  się  do  tej  myśli.  Wybrałem  dla  ciebie 
dobrego męża i na pewno jesteś na tyle inteligentna, by to docenić.

- Dziadku,  chyba  nie  bardzo  rozumiesz,  co  mi  proponujesz  -

powiedziała, starając się zebrać rozbiegane myśli. Miała nadzieję, że potrafi 
wytłumaczyć śmieszność całego pomysłu, nie urażając go.

- Ależ wiem doskonale, moje dziecko.
- W tym kraju i w tych czasach - mówiła dalej powoli - mężczyźni i 

kobiety  sami  wybierają  partnerów.  Najpierw  zakochują  się,  a  potem 
pobierają.

- Niestety,  ten  system  nie  sprawdza  się  -  wymruczał  dziadek 

marszcząc brwi.

- Co to znaczy „nie sprawdza się"? - krzyknęła tracąc cierpliwość. -

Tak dzieje się już od dawna.

- Spójrz, ile jest rozwodów. Czytałem ostatnio, że blisko pięćdziesiąt 

procent  małżeństw  w  tym  kraju  nie  wytrzymuje  próby  czasu.  Kiedyś  nie 
było rozwodów. Rodzice decydowali, kogo ma poślubić ich syn czy córka, 
a  oni  przyjmowali  to  postanowienie  bez  szemrania.  Najpierw  był  ślub,  a 

background image

potem przychodziła miłość.

- Dziadku  -  łagodnie  odezwała  się  Janine.  Jej  dziadek  był 

człowiekiem  logicznym  i  jeżeli  wytłumaczy mu  wszystko  porządnie,  na 
pewno  zrozumie.  -  Teraz  to  się  odbywa  inaczej.  Najpierw  zjawia  się 
miłość, dopiero później małżeństwo.

- A co wy, młodzi ludzie, wiecie o miłości?
- Kiedy  nadchodzi,  dostatecznie  dużo  -  skłamała  gładko.  Jej 

pierwsze  spotkanie  z  wielkim  uczuciem  skończyło  się  złamanym  sercem, 
ale dziadek nie wiedział nic o Brianie.

- Też coś - prychnął. - A cóż ty możesz wiedzieć o miłości?
- Wiem  -  odpowiedziała  nerwowo  -  że  twoje  małżeństwo  z  babcią 

przygotowały rodziny, ale to było wieki temu i w innym kraju. W Ameryce 
taki zwyczaj nie istnieje. A ja i ty mieszkamy właśnie tutaj.

Dziadek zapatrzył się w swoją brandy zatopiony w myślach. Janine

nie wiedziała, czy w ogóle ją słyszał.

- Nigdy  nie  zapomnę  pierwszego  spotkania  z  Anną  -  powiedział 

łagodnie,  jego  głos  zdawał  się  dochodzić  z  bardzo  daleka.  -  Miała 
szesnaście  lat  i  takie  długie,  jasne  włosy.  Warkocze  sięgały  jej  do  pasa. 
Mój ojciec rozmawiał z jej ojcem, a kiedy oni omawiali interesy, Anna i ja 
siedzieliśmy  w  dwóch  przeciwległych  kątach  pokoju.  Byliśmy  zbyt 
nieśmiali,  żeby  choć  na  siebie  spojrzeć.  Zastanawiałem  się,  czyjej  się 
podobam.  Dla  mnie  była  najpiękniejszą  dziewczyną  na  całym  świecie. 
Nawet  teraz,  po  tylu  latach  pamiętam  jak  serce  mi  biło,  kiedy  po  raz
pierwszy ją zobaczyłem. Wiedziałem...

- Ależ  dziadku,  to  było  prawie  sześćdziesiąt  lat  temu!  Teraz  o 

małżeństwach już nie decydują rodziny. Może dawne zwyczaje kiedyś były 
dobre, ale teraz to się już po prostu przeżyło. - Dziadek nadal wpatrywał się 
w kieliszek, zatopiony we wspomnieniach.

Następnego  dnia  rodzice  Anny  odwiedzili  nasze  gospodarstwo  i 

ojcowie  znowu  rozmawiali.  Udawałem,  że  nic  mnie  to  nie  obchodzi.  Ale 
kiedy  zobaczyłem,  że  wymieniają uścisk  dłoni,  a  potem  poklepują  się  po 
plecach, wiedziałem, że wkrótce Anna będzie moja.

- Pokochałeś  ją,  zanim  jeszcze  pobraliście  się,  prawda?  -  zapytała 

Janine łagodnie, mając nadzieję, że będzie musiał przyznać jej rację.

- Nie  -  odpowiedział  bez  wahania.  -  Jak  mogłem  ją  kochać,  kiedy 

widziałem ją tylko dwa razy przed ceremonią zaślubin. Prawie w ogóle nie 
rozmawialiśmy.  Miłość  nie  była  nam  potrzebna  do  szczęścia.  Miłość 
przyszła później, kiedy przybyliśmy do Ameryki.

- Chyba  i  w  tamtych  czasach  aranżowanie  małżeństw  było  już 

anachronizmem - Janine szukała desperacko jakichś argumentów.

- Rozumiem,  że  wtedy  takie  zaplanowane  małżeństwa  mogły  być 

dla  wszystkich  najlepsze.  Ale  dzisiaj  ten pomysł  nie  może  się  sprawdzić. 
Przykro  mi, że  cię  zawiodłam,  dziadku,  ale  nie  zamierzam  zaakceptować 
Zachary'ego  Thomasa  jako  męża  i  jestem  przekonana,  że  on  również  nie 
zgodziłby się na małżeństwo ze mną.

background image

Na  moment  jego  twarz  stężała  w  grymasie  niezadowolenia,  ale  po 

chwili  była  znów  całkiem  spokojna.  Janine  rzadko  kwestionowała  jego 
autorytet i prawie nigdy otwarcie mu się nie sprzeciwiała.

- Przypuszczam,  że  to  musiał  być  dla  ciebie  szok  -  powiedział.  -

Proszę  cię  tylko,  byś  rozważyła  mój  pomysł,  Janine.  Przynajmniej  tyle 
możesz  mi  obiecać.  Czy  odrzucasz  małżeństwo  z  Zachem  po  prostu 
dlatego, że ten sposób wydaje ci się staroświecki?

- Och, dziadku... - Janine nie znosiła odmawiać mu czegokolwiek. -

Tu nie chodzi tylko o mnie. A co z Zachem? Jakie on ma plany? Co, jeśli 
on...

Dziadek przerwał jej wątpliwości gwałtownym wzruszeniem ramion.
- Powiedz  mi,  kiedy  ostatnio  prosiłem  cię,  żebyś zrobiła  coś  dla 

mnie? - nie ustępował.

- Dawno  -  przyznała,  krzywiąc  się  z  niesmakiem.  Zastosować  taką 

metodę!

- Weź więc pod uwagę Zacha jako kandydata na męża! - jego oczy 

błysnęły.  -  Będziecie  mieć  takie  piękne  dzieci.  -  Obiecuję,  że  pomyślę  o 
tym. - Ale to i tak nic nie zmieni - dodała w myślach.

Dziadek  nie  wspominał  Zacha  Thomasa,  nawet  kiedy  mówił  o 

interesach,  aż  do  następnego  popołudnia.  Dopiero  gdy  usiedli  do  kolacji, 
spojrzał wyczekująco na Janine i zapytał:

-

No i co?

Przez  całe  popołudnie  był  w  pogodnym  nastroju.  Teraz  też  z 

uśmiechem  nakładał  jej  na  talerz  cienki  płatek  mięsa.  Była  to  wołowina 
najpierw marynowana, a potem smażona, ulubione danie Janine.

- No i co? - powtórzył, wciąż się uśmiechając.
- Co zdecydowałaś?
Janine  sięgnęła  po  bułkę,  powoli  i  starannie  smarowała  ją  masłem, 

starając  się  zyskać  na  czasie  i  zastanawiając  się  w  popłochu,  co  ma 
powiedzieć.

- Nic - wykrztusiła wreszcie.
Uśmiech na twarzy dziadka zamienił się w grymas niezadowolenia.
- Obiecałaś mi, że rozważysz projekt małżeństwa z Zachem. Dałem 

ci więcej czasu, niż Annie dał jej ojciec.

- Chcesz wiedzieć teraz?
- Teraz!
Ależ dziadku, zwykłe tak lub nie to nie może być odpowiedź na tak 

skomplikowane  pytanie.  Chcesz,  żebym  w  dwadzieścia  cztery  godziny 
zadecydowała o całym moim przyszłym życiu. - Nadal usiłowała zyskać na 
czasie  i  dziadek  zaczynał  się  już  tego  domyślać.  Prawdę  mówiąc,  nie 
wiedziała, co ma mu odpowiedzieć. Nie mogła poślubić - zakładając nawet, 
że on zgodziłby się na to - ale tak bardzo nie chciała zawieść dziadka.

- Co  w  tym  takiego  skomplikowanego,  albo  wychodzisz  za  niego, 

albo nie.

background image

- Nie  rozumiem,  dlaczego  postanowiłeś,  że  mam  wyjść  właśnie  za 

Zacha Thomasa - krzyknęła. - Dlaczego nie za Petera?

Z  Peterem  umawiała  się  od  pewnego  czasu.  Ale  nie  traktowała  go 

poważnie, jej serce było zbyt obolałe po przejściach z Brianem.

- Kochasz się w tym bezbarwnym słabeuszu, który...
Janine  westchnęła  głośno,  żałując,  że  włączyła  osobę Petera  do 

rozmowy.

- Jest bardzo dobry.
- Jak  mus  czekoladowy!  -  mruknął  dziadek.  -  Peter  Donahue  w 

ogóle nie nadaje się na męża. Co ci przyszło do głowy?

- Wcale  nie  myślałam  o  nim  jako  o  mężu  -  wyjaśniła.  Peter  był 

zabawny, ale dziadek miał rację, na męża nie nadawał się zupełnie.

- Dzięki Bogu, zostało ci trochę rozumu.
Janine  wzięła  głęboki  oddech  i  wreszcie  zadała pytanie,  które 

dręczyło ją przez całe popołudnie.

-

Czy... czy... ty zorganizowałeś małżeństwo mojego ojca?

Dziadek  spuścił  oczy,  ale  zdążyła  jeszcze  zobaczyć,  jak  nagle 

posmutniały.

- Nie. Zakochał się w Patrice na studiach. Od razu wiedziałem, że to 

nie  będzie  dobre  małżeństwo,  ale  Anna  powiedziała  mi,  że  jesteśmy  w 
Ameryce i tutaj młodzi ludzie sami decydują, w kim chcą się zakochać.

- Czy  myślisz,  że  posłuchałby  ciebie,  gdybyś  narzucił  mu 

małżeństwo?

Dziadek zawahał się, złapał ręką za karafkę z wodą.
- Nie wiem, ale chcę wierzyć, że tak.
- A on ożenił się z moją matką.
Oboje  przez  chwilę  milczeli.  Janine  miała  niewiele  wspomnień 

związanych z rodzicami, jakieś skrawki, zazwyczaj nie powiązane ze sobą. 
Dobrze pamiętała za to okropne kłótnie i oskarżenia, jakimi się obrzucali. 
Pamiętała, że kiedy zaczynali krzyczeć, chowała się pod łóżko, zasłaniając 
uszy  dłońmi.  To  ojciec  odnajdywał  ją  potem  i  uspokajał.  Zawsze  ojciec. 
Matki  nie  pamiętała  prawie  wcale.  Nawet  zdjęcia  nie  wywoływały 
wspomnień,  choć  Janine  spędzała  długie  godziny,  przyglądając  się 
fotografiom. Ale kobieta, która dała jej życie, pozostała kompletnie obca.

- Ty jesteś  jedynym pozytywem wynikłym  z  małżeństwa Stevena -

powiedział  Anton  szorstko.  -  I  przynajmniej  Steven  i  Patrice  oddali  mi 
ciebie, jeszcze przed swą śmiercią.

- Och,  dziadku,  tak  bardzo  cię  kocham  i  tak  strasznie  mi  przykro, 

kiedy nie podoba ci się to, co robię, ale naprawdę nie mogę wyjść za Zacha 
i nie wierzę, żeby on chciał się ożenić ze mną.

Dziadek w milczeniu skończył kolację, rozważając jej słowa.
- Chyba zachowuję się jak pryk, który chciałby, żeby wszystko było 

po staremu.

- Dziadku, nie, wcale tak nie myślę.
Oparł  się  łokciami  na  stole,  złożył  dłonie  i  przyjrzał  się  uważnie 

background image

wnuczce.

-

Może  łatwiej  byłoby  mi  to  wszystko  zrozumieć, gdybym 

wiedział, czego oczekujesz od męża.

Zawahała  się  i  odwróciła  wzrok,  unikając  jego  spojrzenia.  Jeszcze 

tak niedawno wiedziała bardzo dobrze, czego chce.

- Jeśli  mam  być uczciwa, to muszę przyznać, że nie jestem  pewna. 

Chyba miłości.

- Miłość - dziadek smakował to słowo jak dobre wino.
- Tak - powiedziała już pewniej, przytakując energicznie głową.
- Co to jest miłość?
- No...  - Janine  nie  była  pewna,  czy  potrafi  to  cudowne  uczucie 

opisać zwykłymi słowami. - To świadomość, że coś się dzieje z sercem.

- Serce - powtórzył dziadek, przykładając dłoń do piersi.
- Prawdziwa miłość jest wtedy, gdy mężczyzna woli umrzeć niż żyć 

bez ciebie - dodała ognia swej definicji.

- Chciałabyś, żeby umarł?
- Nie, tylko żeby chciał umrzeć. Dziadek zmarszczył brwi.
- Nie rozumiem.
- Miłość to tajemne schadzki na szkockich wrzosowiskach - dodała, 

przypominając sobie historyczny romans, który czytała jako nastolatka.

- W pobliżu Seattle nie ma wrzosowisk.
- Nie  przerywaj  mi  -  powiedziała  z  uśmiechem,  starając  się  nie 

wypaść z nastroju. - Miłość to namiętność.

- Wydaje mi się, że namiętność to hormony.
- Dziadku, proszę!
- Jak  mogę  cokolwiek  zrozumieć,  jeśli  opowiadasz  takie  śmieszne 

rzeczy. Chcesz miłości. I najpierw twierdzisz, że to jest uczucie płynące z 
serca, a potem mówisz o namiętności.

- To  jeszcze  więcej.  To  spacer  ręka  w  rękę  plażą  o  zmierzchu, 

patrzenie  sobie  w  oczy.  To  wyznawanie  uczucia  bez  słów  -  zamilkła 
zawstydzona, że tak się zapędziła. - Nie umiem tego opisać. Chyba nikt nie 
umie.

- Nie umiesz, bo nigdy jej nie doświadczyłaś.
- Może - zgodziła się opornie. - Ale pewnego dnia zakocham się.
- W Zachu - stwierdził z absolutną pewnością.
Janine  nie  próbowała  dalej  się  z  nim  spierać.  Dziadek potrafił  być 

okropnie  uparty.  Wierzyła,  że  tylko  czas  może  tu  pomóc.  Już  wkrótce 
zrozumie, że ani ona, ani Zach nie mają najmniejszej ochoty dostosowywać 
się  do  przygotowanego  przez  niego  scenariusza.  Wtedy  i  tylko  wtedy 
zrezygnuje.

Minął  tydzień  i  dziadek  nie  wspomniał  ani  słowem  o  małżeństwie. 

Był  zimny,  wietrzny  marcowy  wieczór,  w  okna  zacinały  strugi  deszczu. 
Janine  uwielbiała  takie  wieczory.  Siedziała  skulona  na  swym  ulubionym 
fotelu z kryminałem w ręce, kiedy zadzwonił dzwonek u drzwi. Dziadka nie 

background image

było w domu, a ona nie oczekiwała nikogo.

Zapaliła światło na ganku i wyjrzała przez wizjer. Zobaczyła Zacha, 

ściskającego pod pachą jakąś teczkę. Wcisnął głowę w ramiona, zasłaniając 
się przed deszczem.

- To ty, Zach? - zawołała zdziwiona, otwierając szeroko drzwi.
- Witaj, Janine - przywitał się grzecznie, wchodząc do środka. - Czy 

zastałem dziadka?

- Nie  -  przycisnęła  książkę  do  piersi,  żeby  uspokoić  bicie  serca.  -

Wyszedł gdzieś.

Zach zawahał się, wyraźnie zmieszany.
- Prosił  mnie,  bym  wpadł  do  niego.  Chciał  o  czymś  ze  mną 

porozmawiać. Czy powiedział, kiedy wróci?

- Nie,  ale  jestem  pewna,  że  jeśli  umawiał  się  z  tobą,  wkrótce 

powinien się pojawić. Chcesz poczekać na niego?

- Chyba tak.
Wzięła  od  Zacha  deszczowiec  i  poprowadziła  go  do  blioteki.  Na 

kominku  płonął  niewielki  ogień  ogrzewając  swym  ciepłem  pokój. 
Dwupiętrowy  dom  był  typowym  budynkiem  z  przełomu  wieków,  z 
wysokimi,  obszernymi  pomieszczeniami.  Kiedyś  całe  drugie  piętro 
zajmowała służba. Teraz na stałe mieszkał z nimi tylko Charles, ale on miał 
pokoje  nad  garażem.  Pracował  dla  dziadka,  był  jego  kierowcą.  Pani 
McCormick zjawiała się codziennie rano. Na jej głowie był cały dom.

- Napijesz się czegoś? - zapytała Janine.
- Napiłbym się kawy, jeśli to nie sprawi kłopotu.
Właśnie  zapatrzyłam  świeżą,  jest  w  dzbanku.  Janine  przyniosła  z 

kuchni filiżankę, po czym usiadła na wprost Zacha, zastanawiając się, czy 
ma mu coś powiedzieć o pomyśle dziadka.

Spodziewała się,  że dziadek nie rozmawiał na  ten temat z Zachem. 

Nie siedziałby chyba tak spokojnie, popijając kawę. Przypuszczała, że jeśli 
tylko  dziadek  zahaczy  o  ten  temat,  Zach  natychmiast  straci  swój  spokój. 
Będzie urażony i wściekły. Już miała go ostrzec, ale zrezygnowała. Niech 
dowie się o planach dziadka w taki sam sposób jak ona.

Splatając palce, uśmiechnęła się. Czuła się trochę niezręcznie.
- Miło cię znowu widzieć.
- Mnie też. Choć przyznam, że jestem nieco zawiedziony.
- Dlaczego?
- Jadąc  tu  starałem  się  odgadnąć,  co  tym  razem  będziesz  miała  na 

sobie. Sukienkę z papierowych torebek? Bluzkę z męskich skarpet?

Żachnęła się na niego. Zachowywał się tak, że czuła się przy nim jak 

piętnastoletnia dziewczynka.  Już to przekreślało  możliwość  jakichkolwiek
bliższych kontaktów między nimi.

- Muszę przyznać, że wełniane spodnie i  ten piękny sweter  są  miłą 

niespodzianką - dodał.

W jego ciemnych oczach po raz pierwszy dostrzegła uznanie.
I w tym momencie Janine zrozumiała.

background image

Siedziała  jak  skamieniała,  trochę  się  jej  nawet  kręciło  w  głowie. 

Dziadek  nie  tylko  rozmawiał  już  z  Zachem,  ale  nawet  doszli  do 
porozumienia.  I  dlatego  Zach  zachowywał  się  tak  przyjacielsko.  Nic 
dziwnego,  że  zjawił  się  nie  zapowiedziany  właśnie  tego  wieczoru,  kiedy 
dziadka nie było w domu.

Wspólnie  chcą  ją  w  to  wciągnąć.  No  cóż,  ale  ona  nie  ma 

najmniejszego zamiaru dać się wrobić. Jeżeli dziadek i Zach myślą, że uda 
im się namówić ją na małżeństwo, czeka ich niemiła niespodzianka.

Usiadła prosto na skraju fotela.
- Zgodziłeś  się  -  mruknęła,  rzucając  mu  złe  spojrzenie.  Nie  mogła 

dłużej  wytrzymać.  Zerwała  się  z  fotela  i  zaczęła  chodzić  po  pokoju, 
splatając palce i starając się zebrać myśli. - Dziadek powiedział ci, prawda?

- Nie rozumiem, o co chodzi? - Zach wpatrywał się w nią zdumiony.
- Nie  mogę  uwierzyć  -  jęknęła  -  po  prostu  nie  mogę  uwierzyć. 

Miałam o tobie lepsze zdanie.

- W co nie wierzysz?
- Przysięgłabym, że ty właśnie jesteś mężczyzną, którego nie da się 

kupić. Zawiodłam się na tobie, Zach.

Nadal był spokojny, co rozzłościło ją jeszcze bardziej.
- Nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówisz  -  to  było  wszystko,  co 

powiedział.

- Pewnie, udawaj niewiniątko - żachnęła się. Była tak wzburzona, że 

nadal krążyła po bibliotece.

Zach zerknął na zegarek i dopił kawę.
-

Czy twój dziadek wie o tych atakach histerii?.

-

To śmieszne, Zach, bardzo śmieszne.

Westchnął głęboko.
-

No  dobrze,  złapałem  przynętę.  Dlaczegóż  to twierdzisz,  że 

dałem  się  kupić.  I  jeszcze  nim  zapomnę, chciałbym  się  dowiedzieć,  jaka 
była zapłata.

-

Na dobrą sprawę można by powiedzieć, że nie dostałeś nic. I 

zapewniam cię, że nic nie dostaniesz, bo ja nie jestem na sprzedaż. - Oparła 
ręce na biodrach i obrzuciła go spojrzeniem pełnym niesmaku.

-

Co ci ofiarował w zamian? Całe przedsiębiorstwo?

Pieniądze?
Zach wzruszył ramionami.
- Nic mi nie proponował.
- Nic - powtórzyła powoli. Poczuła się urażona.
- Po  prostu  chciał  ci  mnie  oddać.  -  Oszołomiona usiadła  znowu  w 

fotelu. - Myślałam, że rodzina panny młodej powinna wnieść jakiś posag. 
Dziadek nie zaproponował ci nawet pieniędzy?

- Posag? - Zach powtórzył to słowo, jakby je słyszał po raz pierwszy 

w życiu.

- Rodzina  dziadka  otrzymała  krowę  i  dziesięć  kurczaków  za  moją 

babcię - powiedziała, jakby to wyjaśniało wszystko. - Ale najwyraźniej ja 

background image

nie jestem nawet warta jednej kury.

Zach odstawił filiżankę na bok i wyprostował się w fotelu.
- Myślę, że powinniśmy zacząć tę rozmowę od początku. Zgubiłem 

się. Może łaskawie oświecisz mnie, cóż ja takiego koszmarnego zrobiłem.

Janine zerknęła w jego stronę.
- No dobrze, jeśli nalegasz - dodała po chwili.
- Oczywiste jest, że dziadek rozmawiał z tobą o małżeństwie.
- Małżeństwie?  -  powtórzył  kompletnie  zaskoczony.  Jego  twarz  nie 

wyrażała nic. - Z kim?

- Ze mną, oczywiście.
Zach zerwał się z fotela na równe nogi.
- Z tobą?
- Nie musisz być taki przerażony. Ostatecznie nie jestem babą-jagą. 

Są  mężczyźni,  którzy  byliby  uszczęśliwieni,  stając  ze  mną  na  ślubnym 
kobiercu. - Co prawda, nie Brian i na pewno nie Peter, ale uważała, że Zach 
powinien myśleć, że ma stada adoratorów.

- My  mielibyśmy  się  pobrać...  to  niemożliwe.  To  zupełnie 

wykluczone.  Ja  w  ogóle  nie  mam  zamiaru  się  żenić...  nie  potrzebuję  ani 
żony, ani rodziny.

- Powiedz to dziadkowi.
- Właśnie to zamierzam zrobić.
Janine  nie  miała  wątpliwości,  że  rozmowa,  jaka  odbędzie  się  po 

powrocie dziadka, nie zapowiada się przyjemnie.

- Skąd temu zwariowanemu staruchowi przyszło do głowy, że może 

dyktować innym, jak ma wyglądać ich życie? - zapytał gniewnie.

- Jego małżeństwo zostało tak ułożone, a wcześniej małżeństwo jego 

ojca.  Wierz  mi,  Zach,  tłumaczyłam  mu  i  tłumaczyłam,  ale  dziadek  ufa 
zwyczajom starego kraju i uważa, że my dwoje - chociaż jest to naprawdę 
śmieszne - pasujemy do siebie jak ulał.

- Gdybyś nie była taka poważna, uważałbym to za świetny dowcip.
Janine zauważyła, że bardzo pobladł.
- Zdaje  się,  że  oskarżyłam  cię  przedwcześnie.  Przepraszam  za  to, 

ale...  no  cóż...  myślałam,  że  dziadek  rozmawiał  już  z  tobą,  a  ty  się 
zgodziłeś.

- Czy to wtedy zaczęłaś coś pleść o krowie i kurczakach?
- Przez chwilę pomyślałam, że dziadek ofiarował ci mnie za darmo. 

Wiem, że to  głupie, ale poczułam się  urażona, jakby uznał,  że nie  jestem 
nic warta.

Po  raz  pierwszy  od  początku  rozmowy  twarz  Zacha  złagodniała  i 

nawet uśmiechnął się słabo.

- Nie wątpisz chyba, że dziadek cię kocha.
- Nie - pogrążona w myślach przeczesywała palcami włosy. - Użyłam 

wszystkich  argumentów,  jakie  mi  przyszły  do  głowy,  żeby 
wyperswadować  mu  ten  pomysł.  Tłumaczyłam,  jak  ważna  jest  miłość,  że 
kobieta i mężczyzna mają prawo do własnych wyborów. Ale najwyraźniej 

background image

nie potrafi zgodzić się z tym, że zmieniły się czasy.

- Nie słuchał cię?
- Słuchał - odpowiedziała, biorąc dziadka w obronę -

ale 

nie 

zgadzał się z ani jednym moim słowem. Dziadek twierdzi, że nowoczesne 
podejście  do  miłości i  małżeństwa  okazało  się  kompletnym  fiaskiem. A 
wobec faktu stale rosnącej liczby rozwodów, trudno mi było nawet z nim 
dyskutować.

- To prawda - zgodził się Zach. Wyglądał na zakłopotanego.
- Wyjaśniłam mu, że kobieta i mężczyzna najpierw zakochują się w 

sobie, a potem decydują na  małżeństwo, ale  dziadek upiera się, że lepsza 
jest odwrotna kolejność.

- Dobry Boże - Zach potarł dłonią podbródek.
- Teraz,  kiedy  już  wiem,  o  co  chodzi,  widzę  że  i  mnie w  każdej 

rozmowie przygotowywał do tego, co się miało stać. Nigdy nie omieszkał 
wspomnieć, jaka jesteś cudowna.

Janine westchnęła cicho.
- To samo opowiadał o tobie, na długo zanim się spotkaliśmy.
Zaciskając usta Zach oznajmił:
- Teraz wiele spraw się wyjaśnia.
- Co zrobimy? - zastanawiała się głośno Janine.
- Uważam,  że  musimy  opracować  jakiś  plan.  Nie chcę  zawieść 

dziadka,  ale  nie  mam  zamiaru  dać  się wydać  jak...  jak...  -  nie  potrafiła 
dokończyć.

- Szczególnie za mnie.
Choć jego  głos wydawał się całkowicie  pozbawiony emocji,  Janine

usłyszała w nim ból. Poczuła, jak ściska jej się serce ze współczucia. Znała 
przecież jego przeszłość, wiedziała, że otrzymał jedynie okruchy miłości.

- Nie o to mi chodziło - powiedziała stanowczo.
- Dziadek  nie  wybrałby  ciebie,  gdybyś  nie  był  kimś naprawdę 

nadzwyczajnym. Znakomicie ocenia ludzi, a ty od pierwszej chwili zrobiłeś 
na nim ogromne wrażenie.

- Nie oszukujmy się, Janine - sprzeciwił się Zach.
- Ty jesteś światową dziewczyną. Pasujemy do siebie jak kwiatek do 

kożucha.

- Zgadzam  się,  że  nie  pasujemy  do  siebie,  ale  z  zupełnie  innych 

powodów. Od chwili,  kiedy  weszłam  do  twojego biura, dajesz mi  jasno  do 
zrozumienia, że uważasz mnie za snobkę. Nie jestem nią, ale obawiam się, 
że przekonywanie cię o tym będzie stratą czasu.

- W porządku.
- Czy  zamiast  obrzucać  się  zniewagami  -  zapytała,  wyraźnie 

zniecierpliwiona - nie moglibyśmy postanowić, co odpowiemy dziadkowi?

- Nic nie musimy postanawiać - odpowiedział.
- Nie mam zamiaru się żenić.
- A myślisz, że ja mam zamiar wyjść za mąż?
Zach milczał.

background image

Janine westchnęła głęboko.
- Wydaje mi się, że najlepiej byłoby, gdyby któreś z nas związało się 

z kimś innym. To byłoby najprostsze zakończenie sprawy.

- Mówiłem  ci  już,  że  nie  mam  zamiaru  się  żenić  z  kimkolwiek  -

powiedział dobitnie. - To koło ciebie podobno kręci się cała masa facetów, 
którzy czekają tylko, byś powiedziała „tak".

Ależ na litość boską, o żadnym z nich nie pomyślałabym poważnie 

jako o przyszłym mężu - jęknęła. - Poza tym obecnie nie jestem w żadnym
z nich zakochana.

Zach  wybuchnął śmiechem,  jeśli  to  co  wydobyło się  z  jego  gardła, 

można było określić tym słowem.

- To  znajdź  faceta,  w  którym  będziesz  się  mogła zakochać.  Jeśli 

zakochanie  i  odkochanie  przychodzi  ci  z  taką  łatwością,  można  mieć 
uzasadnioną nadzieję, że wkrótce ktoś się nada.

- Nie można. To ty musisz wytrzasnąć sobie kogoś! Jeśli uważasz, że 

jesteś taki wspaniały, pstryknij tylko palcami, a zaraz zjawi się jakaś lalka, 
chętna popędzić z tobą do ołtarza - skrzywiła się ironicznie.

- Nie  mam  zamiaru  marnować  sobie  życia  tylko  po  to,  żebyś  ty 

mogła sobie bujać na wolności - w jego głosie brzmiała wściekłość.

- Ale  uważasz  za  oczywiste,  że  ja  mogłabym  poświęcić  moje.  To 

wiele wyjaśnia.

- Dobrze  -  odezwał  się  po  chwili  grobowej  ciszy.  Przerwał  i 

przygładził  włosy.  -  Najwyraźniej  to  nie  jest  najlepszy  pomysł.  Musimy 
wymyślić coś lepszego.

Janine spojrzała na niego.
- Teraz twoja kolej, bystry chłopczyku.
Po  jego  minie  widać  było,  że  coraz  bardziej  jej  nie  lubi.  Janine

uczciwie  musiała  przyznać,  że  jej  też  nie  zachwycało  własne zachowanie. 
Była złośliwa i zupełnie niepotrzebnie niegrzeczna, ale to była jego wina.

W  chwili,  kiedy  postanowiła  powiedzieć  coś  pojednawczego, 

usłyszała  odgłos  otwieranych  drzwi.  Spojrzała  na  Zacha,  który  skinął 
głową, upewniając ją, że poradzi sobie z sytuacją.

Zanim  dziadek  pojawił  się  w  drzwiach  biblioteki,  zdążyli  oboje 

wrócić na swoje fotele.

- Zach, przepraszam za spóźnienie. Cieszę się, że Janine dotrzymała 

ci  towarzystwa  -  spojrzał  na  nią,  uśmiechając  się  jakby  z  nadzieją,  że 
dobrze wykorzystała sam na sam z Zachem.

- Udało  nam  się  interesująco  porozmawiać  -  powiedział  Zach,  też 

przelotnie spoglądając na Janine.

- To dobrze, dobrze.
Zach wstał i sięgnął po swoje papiery.
- Tu są wykazy, które chciałeś ze mną przejrzeć.
- Tak - dziadek, bardzo z siebie zadowolony, zabierał się do wyjścia. 

Zach podążył za nim, rzucając Janine spojrzenie, które wyraźnie mówiło, 
że skontaktuje się z nią wkrótce.

background image

Jego  wkrótce trwało ponad tydzień. Pracowała właśnie w ogrodzie, 

przycinając róże i zastanawiając się, gdzie posadzić tego roku pelargonie, 
kiedy pani McCormick zawołała ją do telefonu.

- Słucham - odezwała się Janine pogodnie.
- Musimy  porozmawiać  -  padło  z  drugiej  strony,  bez  żadnych 

wstępów.  -  Twój  dziadek  dziś  po  południu  wyłożył  karty  na  stół. 
Pomyślałem, że może cię zainteresować, co zaproponował mi jako posag.

ROZDZIAŁ TRZECI

- No dobrze - powiedziała Janine, starając się zachować spokój. Co ci 

zaproponował? Wysoką premię?

- Nie - odpowiedział szybko Zach.
- Gotówkę? Ile?
- Nie proponował mi żadnych pieniędzy.
- Więc co? - Janine zmarszczyła brwi.
- Myślę, że powinniśmy się spotkać i porozmawiać o tym.
Jeśli  jej  dziadek otwarcie  postawił  kwestię  małżeństwa, propozycja 

musiała  być  warta  chwili  zastanowienie.  Tego  Janine  była  pewna.  Mimo 
gorących zapewnień Zacha o nieprzekupności nie byłaby wcale zdumiona, 
gdyby  nowo  mianowany  szef  Przedsiębiorstwa  Dostawczego  Hartman-
Thomas jednak złapał haczyk.

- Chcesz, żebyśmy się spotkali? - zapytała drżącym głosem.
- Koło  uniwersytetu  jest  dobra  włoska  restauracja.  Italian  642. 

Słyszałaś o niej?

- Nie, ale znajdę.
- Dobrze, spotkajmy się tam o siódmej - Zach przez chwilę milczał, 

a  potem  dodał.  -  I  posłuchaj,  lepiej,  by  twój  dziadek  nie  wiedział,  że  się 
spotykamy. Mógłby to źle zrozumieć.

- Dobrze - zgodziła się Janine. Zach znowu zawahał się.
- Mamy sporo do przedyskutowania.
Serce Janine zaczęło mocniej bić, poczuła, jak na jej czole zbierają 

się kropelki potu.

- Zach  -  powiedziała. Musiała to  wiedzieć. -  Nie  zmieniłeś  zdania, 

prawda?  Nie  zacząłeś  poważnie  rozważać  tej  śmiesznej  propozycji.  Nie 
możesz...  Zgodziliśmy  się,  prawda?  -  otarła  czoło  ręką,  czekając  na 
odpowiedź.

- Nie musisz się o nic martwić - odpowiedział wreszcie.
Odkładając  słuchawkę,  Janine  poczuła  się  tak,  jakby  była  na  łasce 

swego  dziadka.  To  było  koszmarne  wrażenie.  Był  potwornie  upartym 
człowiekiem, który prawie zawsze zdobywał to, co chciał. Stając twarzą w 
twarz z górą Anton Hartman wdrapywał się na nią, przebijał przez nią tunel 
albo  obchodził  ją  wokół.  Jeśli  wszystkie  te  drogi  zawiodły,  siadał  u  stóp 
góry i czekał, aż zniszczy ją czas. Twierdził, że większość swych życiowych 

background image

zwycięstw  odniósł  dzięki  cierpliwości.  Janine  zarzucała  mu,  że  po  prostu 
nigdy nie wie, kiedy powinien zrezygnować.

Znała metody dziadka i Zach znał je również. Ale miała nadzieję, że 

wybrany przez Antona kandydat na jej męża ma dość siły, by przynajmniej 
oprzeć się przekupstwu. I chyba tak rzeczywiście było, jeśli powiedział jej, 
że nie  ma się  czym martwić. Ale z drugiej strony, dlaczego namawiał ją, 
żeby się z nim spotkała.

-

Mówił, że w ogóle nie chce się ożenić - powiedziała głośno, 

jakby upewniając samą siebie, że nie ma powodu do zmartwienia. Zachary 
Thomas  był naprawdę  ostatnim  mężczyzną  podśpiewującym  marska
weselnego,  jakiego  Janine  mogła  sobie  wyobrazić... szczególnie,  gdy  kto 
inny dyrygowałby orkiestrą.

Janine czekała na dziadka w bibliotece z płaszczem przewieszonym 

przez  ramię.  Zjawił  się  o  szóstej.  Cmoknął  ją  w  policzek  i  sięgnął  po 
popołudniową  gazetę,  przelatując  wzrokiem  po  nagłówkach.  Wygodnie 
usadowił się w skórzanym fotelu.

- Dzwonił Zach - powiedziała bez zastanowienia.
A przecież wcale nie chciała mówić o tym dziadkowi.
Anton skinął głową.
- Przypuszczałem, że zadzwoni. Wybierasz się z nim na kolację?
- Kolacja? Zach i ja? - głos jej się załamał. - Nie, oczywiście, że nie! 

Skąd ci przyszło do głowy, że mogłabym zgodzić się na spotkanie z... nim? 
-  A  niech  to,  o  mały  włos  zapomniałaby,  że  postanowili  swe  spotkanie 
trzymać w tajemnicy. Nie znosiła okłamywać dziadka, ale co mogła na to 
poradzić.

- Ale wychodzisz na kolację.
- Tak. - Nie bardzo mogła zaprzeczyć. Jej strój i trzymany w rękach 

płaszcz były wystarczającym dowodem.

- Znowu zaczęłaś spotykać się z Peterem Donahue?
- Nie.  Niezupełnie  -  odpowiedziała  czując  się  okropnie.  -  Idę 

spotkać się z... przyjacielem.

- Rozumiem.  -  Kąciki  jego  ust  drgnęły  w  ledwie  skrywanym 

uśmiechu.

Janine poczuła, jak zdradziecki rumieniec wypełza jej na twarz. Była 

beznadziejną  kłamczucha,  nigdy  jej  to  dobrze  nie  wychodziło.  Mogła 
równie  dobrze  powiedzieć  dziadkowi,  że  spotka  się  z  Zachem.  I  tak  to 
wiedział.

- Czego chciał Zach?
- A  dlaczego  miał  czegoś  chcieć?  -  odpowiedziała  gorączkowo. 

Serce  jej  waliło,  kiedy  szła  w  kierunku  drzwi.  Im  wcześniej  uda  jej  się 
umknąć przed pytaniami, tym lepiej.

- Przecież dopiero co powiedziałaś, że dzwonił.
- Ach  tak,  ale  to  nie  było  nic  ważnego.  Chciał...  czegoś  tam.  -

Wybiegła  z  domu,  zanim  zdążył  coś  jeszcze  powiedzieć.  Ależ  głupio  się 
zachowała. Wypaplała wszystko, co miała utrzymać w tajemnicy.

background image

Trochę  czasu  zajęło  jej  znalezienie  restauracji,  a  potem  miejsca  do 

zaparkowania. Spóźniła się jakieś dziesięć minut.

Zach  siedział  przy  stoliku  w  odległym  rogu  lokalu.  Kiedy  ją 

zobaczył, zmarszczył brwi i spojrzał przelotnie na zegarek, aby pokazać, że 
musiał na nią czekać.

Nie  zwracając  uwagi  na  jego  pełne  dezaprobaty  spojrzenie,  Janine

usiadła na lśniącej, drewnianej ławie, ściągając z siebie płaszcz i informując 
go obojętnym tonem.

- Dziadek wie.
Zmarszczka na czole Zacha pogłębiła się.
- O czym ty mówisz?
- Dziadek  wie,  że  jemy  dziś  razem  kolację  -  wytłumaczyła.  -  Nie

wiem, co się ze mną stało. Kiedy przyszedł do domu, powiedziałam mu, że 
dzwoniłeś...  no  po  prostu  wyrwało  mi  się...  Ale  jestem  pewna,  że 
wymyślisz jakieś usprawiedliwienie.

- Chyba umówiliśmy się, że nie powiemy nic o naszym spotkaniu.
- Wiem  -  odpowiedziała,  czując  się  coraz  bardziej  winna.  -  Ale 

dziadek zapytał, czy umówiłam się z Peterem i wyglądał na zadowolonego, 
kiedy zaprzeczyłam. - Zach obruszył się i Janine wreszcie nie wytrzymała. 
- Co niby miałam zrobić?

Odchrząknął, co nie było żadną odpowiedzią.
- Skoro  nie  wychodziłam  z  Peterem,  to  widocznie umówiłam  się  z 

kimś  innym,  a  nie  umiałam  wymyślić  nic  na  poczekanie.  -  czuła  się 
zniechęcona.

- Kto to jest Peter?
- Taki facet, z którym się spotykam od czasu do czasu.
- Kochasz go?
- Nie  -  najwyraźniej  Zach  miał  zamiar  niezwłocznie  zaproponować 

jej, żeby wyszła za Petera. To by rozwiązało cały ich problem. Wspaniały 
pomysł.

- Zamówmy coś - Zach sięgnął po menu.
- Dobrze - zgodziła się Janine, wdzięczna, że rozmowa o jej wpadce 

urywa  się.  Poza  tym  zazwyczaj  jadała  znacznie  wcześniej  i  po  prostu 
umierała z głodu.

W  tym  momencie  pojawiła  się  kelnerka.  Nawet  kiedy  nalewała 

Janine  wodę  do  szklanki,  nie  odrywała  pełnego  uznania  spojrzenia  od 
Zacha.  To kolejny  raz  uświadomiło  Janine,  że  -  w  pojęciu  tradycyjnym -
jest  on  bardzo  przystojny.  Wydawało  się  jej,  że przyciąga  spojrzenia 
wszystkich kobiet siedzących w pobliżu.

- Poproszę spaghetti - odezwała się głośno Janine, zerkając na ładną 

kelnerkę, która najwyraźniej zapomniała, po co stoi przy ich stoliku.

- Ja  też  -  powiedział  Zach  i  z  lekkim  uśmiechem  oddał kelnerce

kartę. - O czym to mówiliśmy? - zapytał, zwracając się znowu do Janine.

- O  ile  pamiętam,  chciałeś  się  ze  mną  spotkać,  by opowiedzieć, co 

zaproponował ci mój dziadek. Miejmy to wreszcie za sobą.

background image

Oferta musiała być dość korzystna. Inaczej Zach nie zapraszałby jej 

na obiad.

- Anton poprosił mnie dziś do swego gabinetu i najpierw zadał serię 

pytań naprowadzających.

- Jakich?
Zach wzruszył ramionami.
- Co myślę o tobie...
- I co odpowiedziałeś?
Zach wciągnął głęboko powietrze.
- Powiedziałem, że uważam cię za kobietę atrakcyjną, energiczną, z 

poczuciem humory, może trochę ekscentryczną...

- Sukienka  z  chusteczek  i  sznurek  świecidełek  choinkowych  nie 

świadczą od razu o ekscentryczności.

- Jeśli świecidełka choinkowe zawieszone są na szyi - to tak.
Siedzący  w  pobliżu  zaczęli  rzucać  w  ich  stronę  zaciekawione 

spojrzenia, Zach nachylił się więc bliżej i powiedział.

- Jeżeli masz zamiar sprzeczać się o wszystko, co powiem, spędzimy 

tu całą noc.

- Jestem pewna, że kelnerka byłaby tym zachwycona - odpaliła Janine

i natychmiast tego pożałowała. To zabrzmiało, jakby była zazdrosna... co, 
oczywiście, było po prostu śmieszne.

- O czym ty mówisz?
- Nieważne.
- Czy moglibyśmy wrócić do rozmowy z twoim dziadkiem?
- Ależ tak - powiedziała, czując się zbesztana.
- Anton najpierw dość długo opowiadał mi o twojej pracy społecznej 

w Klubie Przyjaciół i o innych twoich zajęciach.

- Sprawozdanie musiało być tak olśniewające, że postawiło mnie w 

jednym rzędzie z Joanną d'Arc i Florence Nightingale.

Zach uśmiechnął się.
- Coś  w  tym  rodzaju,  ale  wtedy  właśnie  stwierdził, że  choć  życie 

masz wypełnione, czegoś w nim brak.

Może celu.
Janine wiedziała, co za chwilę usłyszy.
- Pozwól mi zgadnąć. Powiedział, że lukę w moim życiu wypełniłby 

mąż i dzieci.

- Właśnie  -  Zach przytaknął, uśmiechając się jeszcze szerzej.  -  Jego 

zdaniem, tylko w małżeństwie kobieta może się w pełni sprawdzić.

Janine jęknęła i opadła na siedzenie. To brzmiało jeszcze gorzej, niż 

myślała. Smutne było i to, że Zach wydawał się naprawdę rozbawiony.

- Nie  byłbyś  taki  zadowolony,  gdyby  twierdził,  że to  mężczyzna 

może  się  naprawdę  sprawdzić  tylko w  małżeństwie  -  wymruczała.  -
Powiedz  prawdę,  Zach,  czy  ja  wyglądam  na  kogoś,  komu  brak  celu?  -
Wykonała  dramatyczny  gest  rękami.  -  Jestem  szczęśliwa,  jestem  zajęta... 
życie, jakie prowadzę, w zupełności mi odpowiada.

background image

- Nie  bierz  tego  tak  do  siebie.  Jeśli  jeszcze  tego  nie  zauważyłaś, 

zapewniam cię, że twój dziadek jest okropnym mizoginistą - dodał, nadal 
się uśmiechając.

- Oczywiście, wiem o  tym. Ale jest przy tym taki uroczy, że  łatwo 

mu to wybaczam.

Zach sięgnął po kieliszek i zapatrzył się w wino.
- Nie  bardzo  mogę  zrozumieć,  dlaczego  się  uparł,  że  masz 

wychodzić  za  mąż  właśnie  teraz.  Dlaczego  nie  w  zeszłym  roku?  Albo  w 
przyszłym?

- Na Boga, nie wiem. Przypuszczam, że doszedł do wniosku, że już

czas na to. Mój biologiczny zegar cyka, a on nasłuchuje i nie może w nocy 
zasnąć. W czasach jego młodości dwudziestopięcioletnia kobieta miała już 
czwórkę albo piątkę dzieci.

- Anton powiedział także, że masz dobre serce i jesteś łatwowierna, 

dlatego boi się, by jakiś czaruś nie zawrócił ci pewnego pięknego dnia w 
głowie.

- Naprawdę? - zapytała słabym głosem. Jej serce na chwilę przestało 

bić. To, co powiedział Anton, pasowało jak ulał do jej romansu z Brianem. 
Westchnęła  głęboko.  -  I  wtedy  stwierdził,  że  powinnam  wyjść  za  kogoś, 
kogo  on  szanuje  i  kocha  jak  syna.  Za  mężczyznę  z  rozumem  i  sercem. 
Mężczyznę, któremu ufa na tyle, że w jego ręce złożył swe przedsiębiorstwo.

Zach uniósł wysoko brwi.
-

Dobrze znasz swego dziadka.

Janine  czuła,  jak  jej  żołądek  skręca  się  na  myśl  o  zdradzieckim 

sprycie  dziadka.  Zacha  nie  można  było  kupić,  przynajmniej  nie  w  taki 
prosty sposób, jakim byłoby zaproponowanie mu pieniędzy lub stanowiska. 
Dziadek użył więc znacznie subtelniejszego chwytu. Umiejętnie zastosował 
pochlebstwo sugerując, że uważa Zacha za jedynego mężczyznę  zdolnego 
podołać zadaniu zostania mężem Janine.

- I  co  mu  odpowiedziałeś?  -  zapytała  tak  cichym  głosem,  że 

właściwie Zach nie powinien był jej usłyszeć.

- Nie.
- Po  prostu?  Nie  mogłeś  jakoś  osłodzić  mu  tej  pigułki?  - Zach 

popatrzył  na  nią,  jakby  nagle  zaczęła  bredzić  w  gorączce.  -  Nieważne  -
mruknęła, bawiąc się swoją serwetką i unikając jego spojrzenia.

- Nie chciałem mu dawać żadnej nadziei.
- Słusznie - podniosła szklankę z wodą i wypiła połowę.
- Trzeba przyznać, że twój dziadek przyjął to zupełnie dobrze.
- Nie liczyłabym na to - ostrzegła go Janine.
- Nie  martw  się,  ja  również  znam  go  dobrze.  On  tak  łatwo  nie 

rezygnuje.  Dlatego  właśnie  chciałem,  żebyśmy  się  spotkali.  Jeżeli 
będziemy w kontakcie, możemy wspólnie przeciwdziałać jego działaniom.

- Dobry pomysł.
Kelnerka  przyniosła  sałatę  i  stawiając  ją  na  stole,  obrzuciła  Zacha 

zachęcającym spojrzeniem.

background image

- Dziadek jest za sprytny, żeby ci nie oferować czegoś intratnego w 

nagrodę za posłuszeństwo.

- Nie powiedziałbym.
- Nie  spodziewałam  się  tego  po  nim  -  zraniona  wpatrywała  się  w 

talerz. - W takim razie jak usiłował cię przekonać?

- Nie przekonywał mnie specjalnie.
- Ach tak - wykrztusiła.
- Wspomniał  coś,  że  członkowie  rodziny  mogą  korzystać  z 

limuzyny.

Widelec Janine zadźwięczał, uderzając o miskę z sałatą.
-

Powiedział ci, że jeśli się ze mną ożenisz, dostaniesz limuzynę? I 

to wszystko?

- Nawet  nie  tyle  -  tłumaczył  Zach,  nie  starając  się  ukryć  swego 

rozbawienia - po prostu będę mógł jej używać.

- Ależ... ależ... to potwornie poniżające - wepchnęła porcję sałaty do 

ust i zaczęła przeżuwać liść, jakby to był kawałek skóry.

- Myślę, że to jednak więcej warte niż krowa i dziesięć kurczaków, o 

których wspomniałaś poprzednim razem.

- Pięćdziesiąt  pięć  lat  temu  krowa  i  kurczaki  to  był  majątek  -

wykrzyknęła Janine i w tym samym momencie pożałowała tego, ponieważ 
połowa  gości  wlepiła  w  nią  wzrok.  Uśmiechnęła  się  przepraszająco  do 
siedzących najbliżej i pochyliła się znowu nad sałatą.

- Nie przejmuj się tak. Mogłem się przecież zgodzić.
- Na taką ofertę?
Kelnerka  przyniosła  spaghetti,  ale  już  po  pierwszym  kęsie  Janine

stwierdziła,  że  nawet  nie  ma  ochoty  udawać,  że  jedzenie  sprawia  jej 
przyjemność. Czuła się okropnie. Łzy napływały jej do oczu, przez co była 
jeszcze bardziej zakłopotana.

-

Co się stało? - pytanie Zacha zaskoczyło ją kompletnie.

Janine potrząsnęła głową i spuściła oczy.
- Dziadek uważa, że nie umiem oceniać ludzi. - I tak właśnie było. 

Udowodniła to historia z Brianem. - Czuję się mało warta.

- On  nic  takiego  nie  miał  na  myśli  -  sprzeciwił  się  łagodnie  Zach. 

Musi być jakiś powód, dla którego chce cię wydać za mąż - Zach zawahał 
się. - Kiedy się nad tym głębiej zastanowić, wszystko to jest dość dziwnie. 
Skąd mógł przyjść mu do głowy pomysł, że nas dwoje powinno się pobrać. 
W każdym razie nie przejmuj się tym. Przecież nie chcesz wyjść za mnie.

- Co  do  tego  nie  ma  wątpliwości.  Jesteś  ostatnią  osobą,  która  by 

wchodziła w grę  - odpaliła i  natychmiast pożałowała swojej impulsywnej 
reakcji widząc, jak twarz mu tężeje.

-

Właśnie tak myślałem - zaatakował gniewnie spaghetti.

Napięcie między nimi trwało. Kiedy kelnerka zjawiła się, żeby zabrać 

talerze, porcja Janine była prawie nie tknięta. Zach także zjadł niewiele.

Zapłacił  za  kolację  i  odprowadził  Janine  do  samochodu.  Ich 

spotkanie okazało się kompletnym fiaskiem. Zach na pewno miał wszystkie 

background image

zalety, za które cenił go dziadek. Był bystry, inteligentny, miał intuicję. Ale 
to były cechy potrzebne w pracy. Jako potencjalni mąż i żona w ogóle do 
siebie nie pasowali.

- Czy  uważasz,  że  nadal  powinniśmy  być  w  kontakcie?  -  zapytała, 

otwierając  drzwiczki  samochodu.  Czuli  się  niezręcznie  i  nie  bardzo 
wiedzieli, o czym jeszcze mogliby mówić.

- Chyba  tak,  jeśli  chcemy  uniknąć  zastawionych  przez niego

pułapek - wykrztusił wreszcie Zach.

-

Możemy  przynajmniej  odrzucić  nasze  uprzedzenia

współdziałać, by nieświadomie mu nie pomagać.

-

Nie jestem pewna, czy w ogóle lubię chłopców - zastanawiała 

się trzynastoletnia Pam Hudson, siedząc nad cheeseburgerem i frytkami. -
To takie głuptasy.

Od ostatniego spotkania Janine z Zachem minął tydzień i zdziwiło ją, 

że  jej  odczucia na  temat  przeciwnej  płci  są  dziwnie  zbieżne  z wyrażonymi 
przez nastolatkę.

-

Nie  jestem  nawet  pewna,  czy  lubię  jeszcze Charliego  -

zwierzyła  się  Pam,  polewając  frytki ketchupem.  Zamyślona  kreśliła 
czerwonym sosem jakiś dziwny wzór na talerzu. - Pamiętasz, jak szalałam
na jego punkcie?

Janine uśmiechnęła się pobłażliwie i przypomniała jej:
-

Co drugie słowo było Charlie to i Charlie tamto.

- On potrafi być zupełnie w porządku. Pamiętasz jak kupił mi kiedyś 

różę na niesamowicie długiej łodyżce i zostawił przed drzwiami.

- Pamiętam - powiedziała Janine, myśląc w tym samym momencie o 

swoim  pierwszym  spotkaniu  z  Zachem.  Kiedy  wychodzili  z  restauracji, 
uśmiechnął się do niej. Nie wiadomo dlaczego nie mogła tego zapomnieć.

- Ale  w  zeszłym  tygodniu  -  mówiła  dalej  Pam  -  Charlie  grał  w 

koszykówkę z chłopakami, a kiedy przechodziłam, udał, że mnie w ogóle 
nie zna.

- Naprawdę?
- Tak - zwierzała się Pam. - A ja w dodatku uszyłam mu koszulę.
- Nosi ją?
Dziewczyna uśmiechnęła się z dumą.
- Bez przerwy.
- A,  miałam  ci  powiedzieć, bardzo  mi  się  podoba  to,  co  zrobiłaś z 

włosami Chciałam być podobna do ciebie - twarz Pam rozjaśniła się.

Janine pomyślała, że Pam znacznie lepiej wygląda w tej fryzurze niż 

ona. Po bokach włosy były krótko obcięte, ale grzywka spadała aż do brwi. 
Janine nie potrafiła jej ujarzmić. Ostatnio zaczęła zaczesywać ją do góry.

-

Jak  tam  w  domu?  -  zapytała  Janine,  przyglądając się 

przyjaciółce z uwagą. Jerry Hudson był rozwiedziony i sam zajmował się 
córką. Jej matka pracowała na Wschodnim Wybrzeżu. Jerry martwił się, że 
Pam brakuje kobiecej ręki, zwłaszcza że w pobliżu nie mieszkał nikt z ich 
rodziny.  Zwrócił  się o  pomoc  do  Klubu  Przyjaciół  mniej  więcej  w  tym

background image

samym czasie, kiedy Janine zgłosiła się do pracy.

Ponieważ  Jerry  pracował  w  dziwnych  godzinach, jako  kucharz  w 

restauracji dostarczającej dania na zamówienie, spotkała go tylko raz. Był 
porządnym  facetem  i  pracował  ciężko,  żeby  zapewnić  przyzwoite  życie 
sobie i swojej córce.

Janine  uważała,  że  Pam  jest  wspaniałą  dziewczynką  i  bardzo 

utalentowaną.  Jeszcze  zanim  jej  ojcu  udało  się  zebrać  pieniądze  na 
maszynę  do  szycia,  Pam  projektowała  i  szyła  ubranka  dla  swoich  lalek 
Barbie. Sukienka z chusteczek była jednym z pierwszych projektów, jakie 
zrealizowała, gdy miała już maszynę. Z dumą ofiarowała ją Janine. Od tego 
czasu  wyprodukowała  już  kilka  innych.  Były  bardzo  modne  w  jej 
środowisku. Pam upajała się sukcesem.

- Chyba  będę  musiała  wybaczyć  Charliemu  -  mówiła  dalej  z 

namysłem. - Wiesz, był z chłopakami.

- Sądzisz,  że  zgrywa  twardego  faceta,  którego  nie  interesują 

dziewczyny.

- Coś w tym rodzaju.
Janine nie miała w sobie tyle wyrozumiałości, jeśli chodziło o Zacha. 

Najpierw  mówił  o  konieczności  wzajemnego  informowania  się,  a  potem 
nawet  do  niej  nie  zadzwonił.  Nie  uwierzyła  ani  na  moment,  że  dziadek 
zrezygnował  ze  swych  planów,  ale  najwyraźniej  chciał,  by  sprawy  się 
odleżały.  Zach  mógł  przynajmniej  zatelefonować,  myślała  zirytowana,  nie 
zastanawiając się, dlaczego czuje się tak zawiedziona.

- Może  Charlie  nie  jest  taki  najgorszy  -  myślała  głośno  Pam,  po 

czym dodała rozsądnie. - To taki trudny wiek dla chłopców.

- Zaraz, zaraz  - zaśmiała się Janine - zdaje się,  że weszłaś w  moją 

rolę.  Kto tu u  licha  jest  dorosły? - Janine  z uśmiechem zwędziła frytkę z 
talerza Pam i wsadziła ją do ust.

- Kiedy wyjeżdżasz do Szkocji? - chciała wiedzieć Pam.
- W przyszłym tygodniu.
- I jak długo cię nie będzie?
-

Dziesięć  dni.  -  Wycieczka  była  zupełnie  niespodziewanym 

prezentem od dziadka. Kilka dni po spotkaniu z Zachem na kolacji dziadek 
wręczył jej bilet na samolot. Kiedy zapytała się o powód tej niespodzianki, 
odpowiedział  tajemniczo,  że  powinna  wyjechać  na  jakiś  czas.  Ponieważ 
Janine zawsze  marzyła  o  Szkocji,  uszczęśliwiona  nie  zadawała  więcej 
pytań.

Dopiero teraz pomyślała, że powinna zawiadomić Zacha o wyjeździe 

na kilka dni z kraju.

Janine  zaplanowała swoją  wizytę  w  biurze  Zacha  bardzo  starannie. 

Przede  wszystkim  upewniła  się,  że  tego  dnia  nie  będzie  tam  dziadka. 
Obładowana była całą masą toreb i torebek, ponieważ robiła zakupy przed 
wyjazdem.  Celowo  zresztą.  Chciała,  żeby  jej  wizyta  wyglądała  na 
przypadkową,  jakby  w  czasie  pełnego  zajęć  dnia  przypomniała  sobie  o 

background image

nim, a że właśnie była w pobliżu...

-

Dzień  dobry  -  zwróciła  się  do  sekretarki  Zacha z  pogodnym 

uśmiechem. - Czy zastałam pana Thomasa?

Starsza  kobieta  najwyraźniej  nie  była  zachwycona  pojawieniem  się 

Janine. Zacisnęła z niechęcią usta, ale nic nie powiedziała, tylko nacisnęła 
dzwonek  intercomu.  Janine  przeszedł  nieoczekiwany  dreszcz  na  dźwięk 
silnego, męskiego głosu.

-

Co  za  miła  niespodzianka  -  odezwał  się  Zach, wstając,  gdy 

Janine  weszła  do  jego  gabinetu  z  gracją, której  pozazdrościć  by  mogły 
paryskie modelki.

Postawiła torby na podłodze z głośnym westchnieniem ulgi i opadła 

na krzesło, wyciągając przed siebie długie nogi. - Przepraszam, że wpadłam 
bez zapowiedzi, ale mam ci coś do zakomunikowania.

-

Nic nie szkodzi - jego wzrok spoczął na torbach.

- Chyba się trochę napracowałaś.
- Robiłam zakupy.
- To widzę. Jakiś specjalny powód?
- Moja  wyprawa  -  melodramatycznym  gestem  przyłożyła  wierzch 

dłoni do czoła. - Nie mogę już dłużej znieść tego napięcia. Przyszłam, by ci 
powiedzieć, że zgodziłam się posłuchać dziadka. Pewnego dnia nauczymy 
się kochać siebie nawzajem. Niech się więc stanie.

- To  przedstawienie  wcale  nie  jest  zabawne.  Może  byś  mi  jednak 

powiedziała...

- Panie Thomas - rozległ się szorstki głos sekretarki - Jest tutaj pan 

Hartman i chce się z panem zobaczyć.

Oczy Janine  zrobiły  się  okrągłe  z  przerażenia.  Spojrzała  na  równie 

przerażonego Zacha. Nie mogli pozwolić, by dziadek odkrył ich tu razem.

-

Chwileczkę  -  powiedział  Zach.  Podziwiała  jego opanowanie. 

Gestem wskazał zamknięte drzwi i wepchnął ją do małego pomieszczenia, 
albo  raczej  wielkiej szafy.  Ogarnęła  ją  całkowita  ciemność.  Prawie 
natychmiast drzwi otworzyły się znowu, wpuszczając smugę światła, i koło 
jej nóg wylądowały trzy duże torby pełne zakupów.

Janine czuła się idiotycznie. Stała bez ruchu, prawie nie oddychając 

ze strachu, że zostanie odkryta.

Przyciskając  ucho  do  drzwi,  próbowała  podsłuchać  rozmowę  i 

wywnioskować  z  niej,  jak  długo  dziadek  zamierzał  siedzieć  w  biurze 
Zacha.

Niestety,  prawie  nic  nie  mogła  usłyszeć.  Zaryzykowała  i  lekko 

uchyliła  drzwi.  Obrzuciła  szybkim  spojrzeniem  pokój.  Obaj  mężczyźni 
stali odwróceni do niej plecami. To wyjaśniało, dlaczego nic nie słyszała.

I w tym momencie Janine dostrzegła swoją torebkę. Zrobiła krok w 

tył.  Wtedy  dopiero  wzięła  głęboki  wdech,  żeby  się  uspokoić.  Dziadkowi 
wystarczyło spojrzeć pod nogi, żeby zobaczyć nieszczęsny przedmiot.

Dobry  Boże,  jeżeli  przesunie  nogę,  zaczepi  o  pasek  i  pociągnie  ją 

przez pokój.

background image

Zach odwrócił się od okna i Janine usłyszała go zupełnie wyraźnie.
-

Zaraz  się  tym  zajmę  -  mówił  spokojnie.  Był  tak naturalny, 

jakby trzymanie kobiet w szafie należało do jego codziennych zwyczajów. 
On także musiał dostrzec torebkę, bo na chwilę zatrzymał na niej wzrok, a 
potem bezwiednie przeniósł go na szafę.

Na litość boską, przecież nie zostawiła jej specjalnie. Dziadka miało 

nie  być  dzisiaj  w  biurze.  Rano  mówił  jej,  że  w  czasie  lunchu  pójdzie  do 
klubu spotkać się ze swym długoletnim przyjacielem Burtem Colemanem. A 
zawsze kiedy spotykał się w czasie dnia z którymś ze swych kumpli, całe 
popołudnie grali potem w bezika. Najwidoczniej zmienił swe obyczaje tylko 
dlatego, żeby ją wpędzić do grobu.

Minęło  jeszcze  kilka  koszmarnych  minut,  zanim  Zach  odprowadził 

go wreszcie do drzwi. Kiedy je zamknął, Janine wypadła z szafy, krzycząc 
zdławionym głosem.

- Moja torebka? Czy myślisz, że ją widział?
- Jeśli nie, to znaczy, że oślepł. Nie mogłaś zrobić nic głupszego.
- Przecież nie zostawiłam jej specjalnie!
- Nie  mówię  o  tym.  Po  co  tu  w  ogóle  przychodziłaś  -  powiedział 

wściekłym tonem. - Oszalałaś?

- Ja...  mówiłam  ci,  że  byłam  w  pobliżu.  -  Na  tyle  zdała  się  jej 

sprytna  historyjka.  Zach  oczywiście  miał  rację,  mogła  przecież  po  prostu 
do  niego  zadzwonić.  Ale  z  jakiegoś  dziwacznego  powodu  chciała  mu 
opowiedzieć o swojej wycieczce osobiście.

Zach był najwyraźniej wściekły.
-

Naprawdę nie wiem, jak długo trzeba myśleć, żeby wymyślić 

coś  równie  głupiego.  Gdyby  twój  dziadek  zobaczył  nas  tu  razem, 
natychmiast  wyciągnąłby  z  tego  fałszywe  wnioski.  Do  tego  popołudnia 
wszystko toczyło się idealnie. Ani razu nie wspomniał o tobie, co uczciwie 
mówiąc, bardzo mnie cieszyło - grzmiał dalej.

- Masz rację. Wiem, że to był błąd. Ja... ja już nigdy więcej tu nie 

przyjdę  -  przyrzekła,  starając  się  zachować  resztki  godności.  Szybko 
zgarnęła swoje rzeczy i prawie biegnąc ruszyła w stronę drzwi, nie dbając o 
to, czy ktoś ją zobaczy.

- Nie  powiedziałaś  mi,  po  co  tu  przyszłaś  -  Zach  ruszył  za  nią  w 

stronę wind.

Janine  wpatrywała  się  w  świetlne  cyferki  jakby  informacja,  na 

którym piętrze znajduje się winda, była dla niej niezwykle ważna.

- Bardzo mi przykro, że zabrałam tak dużo twego bezcennego czasu. 

Teraz wiem, że takim drobiazgiem nie powinnam zawracać ci głowy.

- Janine -  odezwał  się  łagodnie,  żałując  chyba  wcześniejszego

wybuchu - wiem, że nie powinienem był krzyczeć.

- Tak, nie powinieneś - zgodziła się. W tym momencie otworzyły się 

drzwi windy i w jednej chwili była w środku.

ROZDZIAŁ CZWARTY

background image

-  Zamek  Cawdor  został  zbudowany  w  piętnastym  wieku  i  po  dziś 

dzień  pozostaje  siedzibą  książąt  Cawdor  -  deklamował  przewodnik, 
oprowadzając  Janine  wraz  z  siedemnastoma  innymi  zwiedzającymi  po 
słynnej  posiadłości.  -  William  Szekspir  opisał  ten  zamek  w  „Makbecie". 
Było  to  miejsce  śmierci  króla  Duncana  I,  który  w  1040  był  właścicielem 
Cawdor...

Przez  parę  pierwszych  dni  swego  pobytu  w  Szkocji  Janine

zadawalała  się  zwiedzaniem  na  własną  rękę.  Zorganizowane  wycieczki 
pozwalały  jednak  poskładać  wszystkie  kawałki  jej  wiedzy  historycznej  w 
całość, jednocześnie ją uzupełniając.

Zamek  Cawdor  leżał  w  północno-wschodniej  Szkocji.  Następnego 

dnia  miała zamiar wynająć samochód  i  wybrać  się  do  Edynburga,  stolicy 
prowincji.  Z  tego,  co  zdążyła  przeczytać,  zamek  w  Edynburgu  był 
starożytną fortecą, zbudowaną na olbrzymiej skale, górującą nad miastem. 
Dziadek zarezerwował dla niej miejsce w podmiejskim zajeździe.

Gospoda wyglądała dokładnie tak, jak wymarzyła sobie Janine. Miała 

białe  ściany,  wzmocnione  ciemnymi  belkami  i  kryty  czerwoną  dachówką 
dach. Przydzielony jej pokój może nie był bardzo wygodny, ale za to miał 
klimat  i  czuła  się  w  nim,  jakby  wróciła  do  znajomego  miejsca.  Na  stole 
stały świeże kwiaty, a w łazience pachniały sole do kąpieli.

Ponieważ  nie  była  wcale  zmęczona,  zbiegła  na  dół,  żeby  obejrzeć 

rozciągający się wokół zajazdu ogromny ogród. W kwietniowym powietrzu 
czaił się jeszcze chłód zimy, wepchnęła więc ręce głęboko do kieszeni i z 
rozbawieniem  przyglądała  się  przepiórkom  spacerującym  po  wspaniałym, 
zielonym trawniku.

-

Janine?!

Odwróciła  się  na  dźwięk  swego  imienia  i  ogromnie  zdziwiona 

zobaczyła stojącego zaledwie o kilka kroków od niej Zacha.

- Co ty tu robisz? - zapytała.
- Ja? Właśnie miałem ci zadać to samo pytanie.
- Zrobiłam sobie wakacje. Dziadek zafundował mi wycieczkę.
- A  ja  przyjechałem  w  interesach  -  tłumaczył  się  Zach,  marszcząc 

brwi, jakby nasuwało mu się jakieś podejrzenie.

- Czy to nie dziwny zbieg okoliczności? - zapytała Janine.
Zach natychmiast przyjął postawę obronną.
- Chyba nie sądzisz, że to zaplanowałem?
- Nie - zgodziła się opornie.
Zach nie ruszył się z miejsca, stał sztywny i napuszony.
- Nie mam z tym absolutnie nic wspólnego - podkreślił.
- Gdybyś  nie  był  tak  grubiański,  kiedy  widzieliśmy  się  ostatnim 

razem  -  poinformowała  go  z  satysfakcją  -  wiedziałbyś,  że  dziadek  mnie 
tutaj wysyła i moglibyśmy uniknąć tej niemiłej niespodzianki.

- Gdybyś  nie  wyskoczyła  jak  oparzona  z  mojego  biura,  też 

dowiedziałabyś się, że jadę tutaj.

- A  to  dobre!  Jeszcze  mi  powiedz,  że  to  wszystko  moja  wina  -

background image

krzyknęła  piskliwie,  wpatrując  się  w  niego  wściekłym  wzrokiem.  -  O  ile 
dobrze  pamiętam,  miałeś  mi  za  złe,  że  w  ogóle  pojawiłam  się  w  twoim 
ukochanym biurze.

- To prawda,   zachowałem się nieodpowiednio -  przyznał  Zach, 

zaciskając  mocno  szczęki.  -  Ale,  o  ile  pamiętam,  powiedziałem 
przepraszam.

- Powiedziałeś - przytaknęła - ale trochę za późno. Nigdy w życiu nie 

byłam w równie niezręcznej sytuacji.

- Ty?  -  wykrzyknął  Zach.  -  Może  to  cię  zdziwi,  ale  nie  mam 

zwyczaju ukrywać kobiet w szafie.

- A myślisz, że było mi miło znaleźć się nagle w tej... szafie jak w 

koszu z brudną bielizną?

- A co niby miałem zrobić? Wepchnąć cię pod biurko?
- Wszystko byłoby lepsze.
- Jeśli  tak  bardzo  zależy  ci  na  ustaleniu,  które  z  nas  jest  winne, 

pozwolę  sobie  przypomnieć,  że  to  nie  ja  zostawiłem  torbę,  o  którą  twój 
dziadek o mało się nie potknął - powiedział Zach. - Robiłem wszystko, no, 
może poza karcianymi sztuczkami, żeby odciągnąć jego uwagę.

- Zaraz  okaże  się,  że  cała  ta  historia  to  jeden  wielki  błąd,  mój 

oczywiście - mruknęła Janine.

- Na  pewno  nie  ja  wpadłem  niespodziewanie  do  biura.  Gdybyś 

pracowała, jak wszyscy normalni ludzie...

- Pracuję - wtrąciła, głęboko urażona. - Uważasz, że praca społeczna 

to nie praca? To znaczy, że te trzydzieści godzin tygodniowo spędzam po 
prostu na niczym? Skończyłam studia i na pewno nie miałabym kłopotu z 
dostaniem etatu, ale dlaczego zajmować miejsce tym, którzy naprawdę jej 
potrzebują,  podczas  gdy  cała  masa  organizacji  odwalających  kawał 
naprawdę dobrej roboty cierpi ciągle na brak ludzi?

Miała dość obraźliwych insynuacji Zacha. Od pierwszego spotkania 

dawał  jej  jasno  do  zrozumienia,  że  uważa  ją  za  rozpieszczoną  pannicę  o 
ptasim móżdżku.

- Posłuchaj, nie chciałem...
Jasno  widać  -  ucięła  krótko  -  że  ty  i  ja  nigdy w  niczym  się  nie 

zgodzimy.  -  Była  wyjątkowo  wściekła.  -  Wobec  tego  spróbujmy  się  nie 
zauważać. Ty nie chcesz mieć nic wspólnego ze mną i, prawdę mówiąc, ja 
mam identyczne odczucia w stosunku do ciebie. Do widzenia więc, panie 
Thomas. - Tym razem jej odejście godne było wielkiej sceny.

Po  raz  pierwszy  udało  jej  się  pokonać  tego  mężczyznę.  Powinna 

czuć się wspaniale. Ale tak nie było.

Kiedy  w  godzinę  później  wsiadała  do  turystycznego  autobusu, 

zabierającego  wycieczkę  do  Edynburga,  nadal  nie  mogła  pozbyć  się 
wspomnienia  ostatniego  spotkania  z  Zacharym  Thompsonem.  Jeżeli  w 
całej  tej  sytuacji  było  coś  zabawnego,  to  tylko,  że  dziadek  uznał  ich  za 
pasujących do siebie.

Zdecydowana  wyrzucić  tego  mężczyznę  ze  swych  myśli,  Janine

background image

spacerowała  bez  celu  po  Princess  Street.  Sklepy  pełne  były  kupujących, 
trupy  aktorów  organizowały  happeningi  na  jezdni,  a  muzykanci  grali  na 
chodnikach.  Panował  nastrój  festiwalu  i  trudno  tu  było  pogrążać  się  w 
ponurych  myślach.  Po  pewnym  czasie  zapomniała  o  nieprzyjemnym 
spotkaniu i szła pogodnie uśmiechnięta.

Mijało  ją  wielu  mężczyzn  ubranych  w  szkockie  spódniczki  i 

tradycyjne  wełniane  czapy.  Janine  wydawało  się,  że  jest  w  innym  czasie 
lub  świecie.  Samo  miasto  wyglądało  szaro  i  ponuro,  jak  bezbarwne  tło 
kolorowych  obrazów,  zgiełku  i  hałasu,  wspomnień  minionych  wieków. 
Wszędzie rozbrzmiewały dźwięki kobzy.

Po raz drugi Janine wpadła na Zacha, gdy przechodziła koło sklepu z 

ubraniami.  Zatrzymał  się,  na  jego  twarzy  dostrzegła  przelotny  wyraz 
zdziwienia, a potem smutku - jakby spotkanie jej dwukrotnie tego samego 
dnia mogło wyczerpać cierpliwość każdego.

-  Wiem,  o  czym  myślisz  -  powiedział,  wbijając w  nią  wzrok.-  Nie 

śledziłem cię, po prostu chciałem kupić kilka rzeczy.

Przesunęła się bliżej witryny, żeby nie przeszkadzać przechodniom.
- Możesz być równie pewny, że i ja nie szłam twoim śladem.
- W porządku - powiedział.
- W porządku - powtórzyła.
Żadne  z  nich  nie  poruszyło  się  przez  kilka  denerwujących  sekund. 

Janine sądziła, że Zach ma zamiar coś jeszcze powiedzieć. Może po cichu 
nawet  miała  taką  nadzieję.  Jeżeli  nie  mogli  zostać  przyjaciółmi,  powinni 
zawrzeć  przynajmniej  sojusz.  Połączyć  swe  siły,  zamiast  walczyć  ze  sobą. 
Nagle Zach bez słowa odwrócił się i włączył w strumień ludzi śpieszących 
chodnikiem.

Pół  godziny  później,  objuczona  jeszcze  większą  masą  pakunków, 

Janine  szła  w  kierunku  sklepu  z  materiałami.  Potrzebny  był  jej  kawałek 
szkockiej wełny na prezent dla Pam. Przejechała dłonią po rzędzie grubych 
bel  materiału,  zachwycona  doborem  kolorów.  Wełna  wydawała  się  taka 
miękka, ale kiedy uniosła brzeg sukna zadziwił ją ciężar.

-

Każdy  klan  ma  swoją  własną  kratę  -  odezwała się  do  niej 

siwowłosa  sprzedawczyni.  Janine  z  zachwytem  słuchała  jej  głosu,  z 
pobrzmiewającym szkockim  rrr.  -  Najznaczniejsze  rodziny  używają  trzech
rodzaje wzorów, w zależności od okazji. Na codzień, od święta i do walki.

Janine  patrzyła  z  zainteresowaniem,  jak  właścicielka  sklepu 

przechodzi  wzdłuż  stołu  rozwijając  błękitnozielony  pled.  Widziała  ten 
wzór  już  poprzednio.  Kobieta  wyjaśniała  dalej,  że  turystów  najczęściej 
interesuje  właśnie  ten,  ponieważ  nie  jest  on  przywiązany  do  żadnego 
szczególnego  klanu.  Nazywa  się  Psia  Wachta.  Jeśli  ktoś  wybierał  ten 
materiał, łączył się z całą Szkocją.

Janine  kupiła  spory  kawałek.  Szła  wąską  uliczką,  utrzymując  jakoś 

swe paczki w rękach, kiedy ponownie zauważyła Zacha. Stał przysłuchując 
się  grupie  muzyków.  Już  miała  odwrócić się i  ruszyć w przeciwną  stronę, 
kiedy  -  właściwie  bez  powodu  -  przystanęła.  Jej  opinia  o  Zachu  nie 

background image

zmieniła  się  od  ich  pierwszego  spotkania.  Nadal  uważała  go  za 
nierozsądnego  uparciucha,  choć...  no  dobrze,  przyzna  to,  atrakcyjnego 
mężczyzną.  Nawet  bardzo  atrakcyjnego,  jeśli  lubi  się  ten  nieco  kanciasty 
typ urody. Brakowało mu poloru, światowości, którą mieli mężczyźni typu 
Briana, ale było w nim coś bardzo męskiego. I potrafił jednym spojrzeniem 
doprowadzić  ją  do  gniewu.  Nie  udało  się  to  jeszcze  nigdy  żadnemu 
mężczyźnie.

Muzycy zaczęli jakąś pogodną piosenkę i Zach roześmiał się sam do 

siebie.  Usłyszała  jego  bogaty,  ciepły  tenor  i  pomyślała,  że  powinna 
natychmiast odejść. Ale nie potrafiła.

Zach musiał wyczuć jej spojrzenie, bo nagle się odwrócił. Czuła, jak 

policzki jej robią się purpurowe. Przez długą chwilę żadne nie ruszyło się 
ani nie uśmiechnęło.

Janine pomyślała, że już najwyższy czas przerwać tę głupią wrogość. 

Postanowiła  schować  dumę  do  kieszeni.  Ale  w  tej  właśnie  chwili 
przejechał  autobus, zasłaniając Zacha. Kiedy Janine zobaczyła go  znowu, 
odwrócony był w stronę muzyków.

Zrezygnowała więc z pojednawczego gestu i ruszyła w przeciwnym 

kierunku.  Nie  zdążyła  nawet  minąć  jednej  przecznicy,  kiedy  usłyszała 
swoje imię.

Stanęła i pozwoliła, by ją dogonił. Na widok licznych paczek podniósł 

w  geście  zdziwienia  jedną  brew,  ale  wziął  kilka.  Oddała  mu  je  z  ulgą. 
Ruszyli bez słowa.

- Musimy porozmawiać - odezwał się po chwili.
- To  nic  nie da.  Za  każdym razem,  kiedy coś  mówisz, ranisz  mnie 

albo obrażasz.

Jeszcze  chwilę  wcześniej  Janine  miała  nadzieję,  że  uda  im  się 

skończyć te dziecinne sprzeczki, a oto sama prowokowała następną, robiąc 
dokładnie to, o co go oskarżała. Zatrzymała się w pół kroku.

- Nie powinnam była tego mówić. Nie wiem, co  się z nami dzieje, 

ale chyba nie potrafimy być dla siebie mili.

- Może to z powodu szoku wywołanego spotkaniem.
- Myślałam  o  tym  i  doszłam  do  wniosku,  że  to  dziadek  je 

zaaranżował. Ale nie wiem, po co wysyłał nas na drugi koniec świata?

- Wydawało mi się, że go już trochę znam - wymruczał Zach. - Ale 

ostatnio  nie  jestem  tego  taki  pewien.  Nie  mam  pojęcia,  czemu  wybrał
właśnie Szkocję.

- Przyniósł mi bilet na samolot i powiedział, że od roku nigdzie nie 

byłam - mówiła Janine. - Że najwyższy czas, abym zrobiła sobie wakacje i 
że powinnam na chwilę oderwać się od wszystkiego. Połknęłam haczyk.

- Ty?!  -  wykrzyknął  Zach  potrząsając  głową.  -  Mnie  ustrzelił  jak 

zająca.  Co  prawda,  trzeba  było  tu  podpisać  parę  kontraktów,  ale  każdy 
urzędnik by sobie z tym poradził. Zorientowałem się dopiero wtedy, kiedy 
po przyjeździe do zajazdu zauważyłem rezerwację dla ciebie.

- Gdyby nie kłótnia w biurze, jakoś moglibyśmy temu zapobiec. A 

background image

przynajmniej wiedzielibyśmy, co dziadek knuje.

- Właśnie  -  powiedział  Zach.  -  Informacja  jest  siłą.  W  tym  nasza 

jedyna szansa.

- Tak - zgodziła się Janine, kiwając energicznie głową.
- Ale  wpadanie  na  siebie  przy  byle  sposobności  też  prowadzi  do 

kłopotów.

- Masz rację.
Im mniej czasu spędzamy ze sobą, tym lepiej. Bez pytania wziął od 

niej resztę pakunków, dodając je do torebek i paczek, które już niósł.

- Wynająłem  samochód.  Może  pojechałabyś  ze  mną  do  hotelu,  ale 

pewnie nie będziesz chciała!

- Ależ  z  przyjemnością  - Janine  poczuła  wzbierającą  falę 

wdzięczności.  Chociaż  ich  spotkanie  było  okropne,  teraz  przynajmniej 
przestali już oskarżać się wzajemnie i mogli normalnie rozmawiać. Wolała 
widzieć w Zachu przyjaciela, nie wroga.

Podczas powrotnej drogi do gospody rozmawiali niewiele. Po kilku 

uwagach  na  temat  krajobrazu  nie  bardzo  wiedzieli,  o  czym  mają  mówić 
dalej. Oboje czuli się nieco skrępowani. A Janine była aż nazbyt świadoma 
fizycznej  bliskości  Zacha  spowodowanej  ciasnotą  w  samochodzie.  Jej 
ramię  i  udo  znajdowało  się  tuż  obok  niego,  z  całych  sił  starała  się  nie 
zwracać na to uwagi.

Kiedy  przypadkowo  spojrzała  na  niego,  zauważyła,  że  na  jego 

twarzy  maluje  się  takie  skupienie,  jakby  prowadził  samochód  po  torze 
wyścigowym, a nie po łagodnej, pustej drodze. Miał zaciśnięte usta, wokół 
których pojawiły się głębokie bruzdy. Na moment oderwał wzrok od szosy 
i ich oczy spotkały się. Janine odwróciła oczy, zmieszana, że przyłapał ją 
na  przyglądaniu  mu  się  z  bliska.  Chciała  uporządkować  swe  uczucia, 
przeanalizować  na  zimno  miotające  nią  sprzeczne  emocje.  Zach  się  jej 
podobał,  ale  mniej  niż  Brian.  I  chociaż  wyprowadzał  ją  często  z 
równowagi, jednocześnie podziwiała go. I szanowała. Ale nie działał na nią 
tak  jak  Brian.  A  mimo  to  nie  potrafiła  o  nim  myśleć  niczym  o  bracie. 
Ostatecznie  doszła  do  wniosku,  że  jej  uczucia  do  Zacha  są  bardziej 
skomplikowane, niż przypuszczała.

Podziękowała  mu  za  odwiezienie  do  hotelu,  zebrała paczki  i  z 

trudem  wdrapała  się  po  schodach  do  pokoju.  Zanurzyła  się  w  gorącej, 
pachnącej  kąpieli,  a potem założyła  spódnicę w  błękitnozłotą kratę,  którą 
kupiła tego popołudnia. Do tego cienki, biały sweterek i granatowy blezer. 
Na szyi zawiązała granatową apaszkę. Obejrzała się w lustrze, zadowolona 
z  efektu.  Potem  podmalowała  trochę  policzki  i  powieki.  Uznała,  że 
najwyższy czas na kolację.

Kiedy schodziła na  dół,  Zach stał  w drzwiach jadalni,  czekając,  by 

kelner  zaprowadził  go  do  stolika.  Miał  na  sobie  gruby,  ręcznie  robiony 
sweter i luźne, dresowe spodnie. Wyglądał naprawdę nieźle.

Właścicielka zajazdu powitała ich ciepłym uśmiechem.
-

Stolik dla dwojga?

background image

Janine zareagowała pierwsza, cała czerwona ze zmieszania.
-

Nie  jesteśmy  razem  -  powiedziała  szybko.  -  Ten pan  był  tu 

przede mną.

Zach zmarszczony ruszył za gospodynią prowadzącą go  w kierunku 

stolika  pod  ścianą,  blisko  masywnego,  kamiennego  paleniska.  Po  chwilki 
właścicielka  wróciła  i  poprowadziła  Janine  w  stronę  tej  samej  ściany. 
Posadziła  ją  przy  sąsiednim  stoliku,  tak  że  mogli  sobie  na  dobrą  sprawę 
czytać kartę przez ramię.

- Nie sądzisz, że zachowujemy się trochę śmiesznie? - zapytał.
- Chyba tak - przyznała. - Ale umówiliśmy się dzisiaj, że będziemy 

starali się trzymać jak najdalej od siebie.

- Naprawdę  nie  sądzę,  żeby  wspólne  zjedzenie  kolacji  mogło  nam 

czymś grozić.

- Tak... chyba masz rację.
Zach podniósł się i zapytał z szerokim uśmiechem:
-

Czy mogę się przysiąść?

-

Proszę - Janine też nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.

Usiadł naprzeciwko, przyglądając się Janine z aprobatą.
- Dobrze ci w tych kolorach.
- Dzięki. - Musiała przyznać, że on też wyglądał znakomicie i bardzo 

męsko. Już miała oddać mu komplement, kiedy uświadomiła sobie, jak igrają 
z losem.

- To już się dzieje - szepnęła, pochylając się ku niemu, żeby nikt jej 

nie słyszał.

- Co? - Zach rozejrzał się wokół, jakby oczekując, że spoza ciężkich 

zasłon wyłonią się szkockie duchy.

- Ty  mówisz,  jak  ładnie  mi  w  niebieskim,  a  ja  już  mam  zamiar 

odpowiedzieć,  że  wyglądasz  świetnie,  uśmiechamy  się  do  siebie  i  tworzy 
się nastrój wzajemnego zauroczenia. I zanim się obejrzymy, będziemy brali 
ślub.

- To śmieszne.
- Pewnie. Teraz tak mówisz.
- Czy to znaczy, że mam wrócić na swoje miejsce i jeść sam?
- Oczywiście,  że  nie.  Ale  myślę,  że  lepiej  będzie  ograniczyć 

komplementy. Zgoda?

- Nie powiem ci już nic miłego. Janine zadowolona skinęła głową.
- Dziękuję.
- Z tym też trzeba uważać - ostrzegł ją z łobuzerskim uśmiechem. -

Jeżeli  będziemy  dla  siebie  zbyt  grzeczni,  zaprowadzi  nas  to  wprost  do 
jubilera.

- O tym nie pomyślałam.
Spojrzeli na siebie i oboje wybuchneli niepowstrzymanym śmiechem, 

zwracając uwagę wszystkich w jadani. Natychmiast przestali.

Kiedy już zamówili potrawy, Janine podzieliła się z Zachem teorią, 

która przyszła jej do głowy podczas drogi do zajazdu.

background image

- Chyba wiem, dlaczego dziadek wysłał nas właśnie tutaj.
- Umieram z ciekawości.
- Boję  się,  że  to  moja  wina  -  oparła  się  o  wysokie  krzesło. 

Westchnęła. - Kiedy dziadek po raz pierwszy wspomniał o zaaranżowanym 
małżeństwie,  starałam  się  wytłumaczyć  mu,  że  miłość  to  nie  jest  coś,  co 
zamawia się jak... kolację. Udawał, że nie rozumie, o co mi chodzi, i chciał 
dowiedzieć się, czego potrzeba kobiecie, by się zakochała.

- A ty mu odpowiedziałaś, że podróż do Szkocji może sprawić ten 

cud? - Zach spojrzał zaciekawiony.

- Oczywiście,  że  nie.  Powiedziałam,  że  potrzebny  jest  odpowiedni 

nastrój.

Zach pochylił się do przodu.
-

Chyba nie bardzo rozumiem.

Janine udając nieco zagniewaną tłumaczyła mu dalej.
- No, dziadek chciał wiedzieć, co to jest miłość.
- Sam  chętnie  bym  usłyszał  definicję  -  Zach  otarł  usta  serwetką. 

Janine podejrzewała, że przy okazji ukrył uśmiech.

- To  naprawdę  nie  takie  łatwe  -  odpowiedziała.  -  I  pamiętaj,  że 

musiałam  to  wymyślić  naprędce.  Powiedziałam  dziadkowi,  że  romans  to 
tajemne schadzki na szkockich wrzosowiskach.

- Z wodzem wrogiego klanu?
- Nie, z wymarzonym mężczyzną.
- Co jeszcze mu powiedziałaś?
- Nie  pamiętam  dokładnie.  Coś  o  spacerach  po  plaży  w  świetle 

księżyca i o szalonej namiętności.

- Ciekawe, jak uda mu się to zaaranżować?
- Prawdę  mówiąc,  wcale  nie  mam  ochoty  się  dowiedzieć  -

wyszeptała  Janine.  Widząc,  jak  poważnie  dziadek  potraktował  jej 
wymyśloną naprędce definicję, prawie bała się jego dalszych pomysłów.

Wyszli z jadalni i Zach odprowadził ją do schodów.
- Dziękuję  za  poniesienie  ryzyka  wspólnej  kolacji  -  powiedział 

śmiertelnie  poważnym  głosem.  -  Było  mi  bardzo  miło,  choć... 
niebezpiecznie.

- Mnie  też  - odpowiedziała  Janine  cicho.  Bardziej,  niż  chciałaby 

przyznać.  Wiedziała,  że  powinni  się  rozstać  jak  najszybciej,  gdyż  i  tak 
nazbyt kusili los. Chciała mu powiedzieć, że dobrze się z nim rozmawia i 
śmieje, ale zupełnie nie wiedziała, jakich użyć słów, by nie zabrzmiały jak 
wypowiadane przez zakochaną kobietę.

Zach  najwyraźniej  miał  ten  sam  problem.  Podniósł  rękę,  chcąc 

dotknąć jej policzka, ale nagle rozmyślił się. Poczuła dziwny zawód.

- Dobranoc - powiedział krótko i zrobił krok w tył.
- Dobranoc  -  powtórzyła.  Odwróciła  się  i  weszła  do  pokoju. 

Zamknęła drzwi i oparła się o nie, czując, że ma miękkie kolana.

Przez  dziesięć  minut  kręciła  się  bez  celu  po  pokoju  i  wreszcie 

postanowiła  wyjść.  Ścieżki  w  ogrodzie  prowadziły  aż  do  opadającego 

background image

pionowo w dół urwiska. Z miejsca, gdzie stała, Janine słyszała w dole huk 
morza. W powietrzu zapach soli mieszał się ze słodką wonią purpurowych 
kwiatów w pełnym rozkwicie. Janine ruszyła wąską ścieżką w głąb ogrodu. 
Nocne powietrze było zimne, ale nie zamierzała spacerować długo. Może 
wróci tu rano, kiedy będzie można coś więcej zobaczyć. Wtedy dojdzie na 
sam brzeg.

Księżyc  w  pełni  wydawał  się  ogromny.  Srebrne  smugi  oświetlały 

niebo  aż  po  horyzont.  Czuła  ogarniający  ją  ogromny  spokój.  Zamknęła 
oczy, rozkoszując się tą chwilą ciszy.

- Znowu się spotykamy - usłyszała nagle głos Zacha.
- To naprawdę zaczyna się robić zabawne - Janine odwróciła się w 

jego  stronę  z  uśmiechem.  Serce  biło  jej  mocno.  Spotkanie  na 
wrzosowisku...

- Wprawdzie nie jest to schadzka... - powiedział Zach.
- No, niezupełnie.
Stali  obok  siebie  patrząc  na  nocne  niebo.  Oboje  milczeli.  Podczas 

kolacji  gadali  bez  przerwy,  ale  teraz  Janine  czuła,  że  język  ma  jak 
związany. Czyż mogło być coś groźniejszego niż takie spotkanie nocą?

Janine wiedziała o tym. Zach również. Ale żadne nie zaproponowało 

powrotu.

- Jaka piękna noc - odezwał się wreszcie Zach.
- Piękna,  prawda?  -  powtórzyła  Janine,  jakby  zrobiła  niezwykle 

interesujące odkrycie.

- Myślę, że nie powinniśmy brać  tego zbyt dosłownie - powiedział 

nagle.

- Nie rozumiem.
- Naszego  spotkania.  Ktoś  mógłby  uznać,  że  to  ukartowaliśmy. 

Jesteś  kobietą  i  trudno,  żeby  mężczyzna...  normalny  mężczyzna  tego  nie 
zauważył. Nie można wszystkiego zrzucać na księżyc.

- Och,  oczywiście. Chodzi mi o  to,  że spotkaliśmy  się  i  to  jest jak 

najbardziej  naturalne,  że...  przez  chwilę...  To  zupełnie  naturalne  i  nic  nie 
oznacza.

- Tak, oczywiście masz rację - zawahał się i dodał cicho. - Powinnaś 

mieć  jakąś  cieplejszą  kurtkę.  -  Zanim  zdążyła  powiedzieć  mu,  że  jest  jej 
zupełnie ciepło, poczuła jego dłonie na ramionach. Westchnęła bezwiednie 
i oparła się o niego.

- To już jest problem, prawda? - wyszeptał jej do ucha. - Zdaje się, 

że światło księżyca może mieć dziwny wpływ na ludzi.

- Myślałam, że tylko na... wilkołaki.
Parsknął  śmiechem,  poczuła  na  karku  jego  oddech.  A  potem 

policzkiem dotknął jej twarzy i westchnęła jeszcze raz.

Odwrócił jej twarz w swoją stronę, ale Janine za nic w świecie nie 

spojrzałaby na niego w tej chwili.

Nic nie mówił.
Ona również milczała.

background image

Janine bała się tylu różnych rzeczy naraz,  a najbardziej bała się, że 

mogłaby wypowiedzieć swe lęki. Być może Zach czuł podobnie.

Po chwili ujął jej twarz w dłonie. Leniwie gładził ją po policzkach. 

Widziała jego ciemne oczy, których wyrazu nie potrafiła odczytać. Czuła, 
jak wali jej serce.

Chciała powiedzieć, że plan dziadka zaczyna się udawać. Rozchyliła 

usta i w tym momencie poczuła jego ramiona przyciągają ją jeszcze bliżej. 
Przywarła  mocno  do  niego.  Czuła  błogie  ciepło,  czuła  delikatny  zapach 
jego  skóry.  Nie  przypominało  to  niczego,  co  kiedykolwiek  wcześniej 
doświadczyła. A potem poczuła jego usta.

Przeszył ją nagły dreszcz rozkoszy, tak silny, że aż przerażający. Nie 

mogła powstrzymać się od drżenia.

Odsunął ją delikatnie.
- Jest ci zimno.
- Nie, to nie z zimna - nawet głos się jej trząsł.
- A z czego?
W odpowiedzi oddała mu pocałunek. Wcale nie miała zamiaru tego 

robić,  ale  zanim  zdążyła  pomyśleć,  zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję  i 
całowała jego usta.

Kiedy wreszcie wtuliła twarz w jego ramiona, Zach wyszeptał:
-

Dobry Boże - i gwałtownie odsunął się od niej, jakby dopiero 

w tej chwili zdał sobie sprawę z tego, co robią.

Janine była zbyt oszołomiona, żeby zareagować. Próbując ukryć, jak 

wielką  przykrość  jej  zrobił,  tarła  rękami  twarz,  jak  człowiek,  którego 
wyrwano z głębokiego snu.

-

To nie powinno się wydarzyć - odezwał się Zach sztywno.

-

Oczywiście - zgodziła się z nim pospiesznie.

- Nie zachowaliśmy się najrozsądniej.
Zach przygładził dłonią włosy i zmarszczył czoło.
- Nie  wiem,  co  mnie  naszło.  Nas.  Oboje  powinniśmy  mieć  więcej 

rozumu.

- To  wina  księżyca  i  zmęczenia  - Janine  podsunęła  pośpiesznie 

wygodne  wytłumaczenie.  -  Dziadek  zaaranżował  nasze  spotkanie,  mając 
nadzieję, że coś się tu wydarzy. Najwidoczniej siła sugestii działa bardziej, 
niż byśmy chcieli przyznać.

- Najwyraźniej - ale zmarszczka na jego czole nie znikła.
- Ojej  -  wykrzyknęła  Janine  patrząc  na  zegarek.  W  ciemności  nie 

widziała cyfr, ale jej głos był pełen zdumienia. - Czy wiesz, która godzina? 
Zrobiło się strasznie późno.

- Posłuchaj Janine, chyba musimy o tym porozmawiać.
- Oczywiście, ale nie teraz - jedyne czego chciała, to uciec. Zaczęło 

się  niewinnie,  jak  zabawa,  a  szybko  zamieniło  w  coś  znacznie 
poważniejszego.

- Niech  będzie,  porozmawiamy  o  tym  rano  -  Zach  nie  był 

przekonany.  Szedł  obok  niej  przez  ogród,  mrucząc  coś  pod  nosem.  -  A 

background image

niech  to!  -  wykrzyknął  wreszcie,  znowu  przeczesując  palcami  włosy.  -
Niech to, wiedziałem, że nie powinienem był tu w ogóle przyjeżdżać.

- Niepotrzebnie  się  złościsz.  Zrzuć  winę  na  to  krystalicznie  czyste 

powietrze.  Zdaje  się,  że  wpływa  w  jakiś  sposób  na  mózg  czy  coś  w  tym 
rodzaju.

- Tak, tak - zgodził się ponuro Zach.
- No  cóż,  dobrej  nocy  -  udało  jej  się  powiedzieć  pogodnie,  kiedy 

doszli do schodów.

- Dobranoc - odpowiedział Zach, tonem równie nonszalanckim.
Kiedy  Janine  znalazła  się  w  pokoju,  rzuciła  się  na łóżko  i  ukryła 

twarz w dłoniach. O nie, lamentowała cicho. Przekroczyli granicę. Igrali z 
przeznaczeniem.

Pocałowali się.
Kilka  minut  później,  nadal  dygocząc,  Janine  wstała i  rozebrała się. 

Wsunęła się pod koc i starała znaleźć jakąś wygodną pozycję. Ale czuła się 
kompletnie  rozbudzona.  Rano  czeka  ją  rozmowa  z  Zachem.  Musi  się 
zachowywać, jakby nic się nie stało. Nie wiedziała, czy potrafi to znieść. 
Bez  wątpienia  on  również  nie  będzie  się  czuł  swobodnie.  Zauważyła 
przecież, że po wejściu do zajazdu nawet już na nią nie spojrzał.

Janine  doszła  do  wniosku,  że  nie  pozostaje  jej  nic  innego  jak 

wyjechać. Odrzuciła koce i gwałtownie wstała. Im szybciej opuści Szkocję, 
tym lepiej. Sięgnęła po telefon, zadzwoniła na lotnisko, zarezerwowała bilet 
na pierwszy ranny lot do domu i natychmiast zaczęła się pakować.

Nie  próbowała  już  usnąć.  Tuż  przed  północą  po  cichu  zeszła  do 

recepcji i zapłaciła rachunek.

- Wyjeżdża  pani  wcześniej,  panno  Hartman?  -  zapytał  nocny 

recepcjonista, którego poprosiła o wezwanie taksówki.

- Tak - powiedziała.
- Mam nadzieję, że była pani zadowolona z pobytu.
- Jest  po  prostu  cudownie  -  wyciągnęła  z  torebki  złożony  kawałek 

papieru i położyła go na kontuarze. - Czy mógłby pan oddać to rano panu 
Thomasowi?

- Oczywiście  -  młody  człowiek  włożył  list  w  odpowiednią 

przegródkę.

Zadowolona, że Zach dowie się o jej wyjeździe, usiadła na krześle w 

małym holu czekając na taksówkę.

Jakieś piętnaście minut później Janine przyglądała się w milczeniu, 

jak  portier  wkłada  jej  torby  do  bagażnika.  Spojrzała  jeszcze  raz  na 
odmieniony  księżycem  krajobraz, czując  żal, że  nie  zobaczy stromych 
urwisk Szkocji. Potem wsunęła się na tylne siedzenie samochodu.

Wydawało się jej, że podróż na lotnisko trwa wieki. Smutno jej było 

opuszczać  Szkocję.  Miała  nadzieję,  że  wróci  tu  kiedyś.  Chociaż  myśl  o 
wieczornym  spacerze  trochę  mąciła  wspomnienia,  nie  żałowała  czasu 
spędzonego z Zachem. Wiedziała, że na zawsze zapamięta chwile spędzone 
w jego ramionach. Nie była jednak na tyle głupia, żeby przywiązywać do 

background image

tego jakiekolwiek znaczenie.

Na  lotnisku  była  na  kilka  godzin  przed odlotem  samolotu.  Zabijała 

czas  pijąc  kawę  i  przeglądając  pisma  dla  kobiet,  które  kupiła  z  myślą  o 
Pam.

Niosąc  w  jednej  ręce  filiżankę  z  kawą,  w  drugiej  trzymając  bilet, 

podeszła  do  okienka.  Ale  torba  przypadkiem  zsunęła  się  jej  z  ramienia, 
potrącając  stojącego  obok  mężczyznę.  Już  miała  wymamrotać 
automatyczne przeprosiny, kiedy odwrócił się do niej.

-  Zach!  -  krzyknęła  o  mały  włos  nie  wylewając  kawy.  -  Co  ty  tu 

robisz?

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wiedziałaś, że wyjechałem celowo - stwierdził Zach - i pojechałaś za 

mną. Zobaczyłaś, jak wsuwam ci list pod drzwi i...

- Wymeldowałam  się  przed  samą  północą,  więc  nie  mogłam 

przeczytać  listu  od  ciebie  -  odpowiedziała  sztywno.  O  jej  liście  nie 
wspomniał ani słowem. -1 co więcej zostawiłam dla ciebie wiadomość.

- Nie otrzymałem jej.
- Musiało zajść jakieś nieporozumienie.
- Co najmniej - mruknął Zach - nieporozumienie.
-

Jego ton wskazywał, że nadal nie jest pewien, czy nie ułożyła 

tego wszystkiego, żeby lecieć razem z nim do domu. Poczuła się głęboko 
urażona  i  już miała  mu  odpowiedzieć  ostro,  kiedy  przeszkodziła jej 
pracownica linii lotniczych, kiwająca w jej stronę zza kontuaru.

-

Poproszę o bilet - powiedziała do Janine.

-

Wstrzymuje pani kolejkę.

-

Przepraszam  bardzo  -  uznała,  że  jedyne  co  może zrobić,  to 

całkowicie  zignorować  Zacha.  Przez  czysty przypadek  wylądowali  w 
jednym  samolocie, a  to  nie oznacza,  że  mają  ze  sobą  coś  wspólnego. 
Najwyraźniej oboje przestraszyli się tego, co  wydarzyło  się  w ogrodzie.  I 
Zach, tak samo jak ona, postanowił uciec.

W porządku, ona powróci do swojego życia, on do swojego. I od tej 

pory nie będą się już widywać. Ku obopólnemu zadowoleniu.

Urzędniczka  wzięła  od  niej  bilet  i  wystukała  jakieś  cyfry  na 

komputerze.

Janine stanęła na palcach, pochyliła się w jej stronę i zniżając głos do 

szeptu powiedziała:

- Czy mogłabym dostać miejsce jak najdalej od pana Thompsona?
- Proszę pani - odpowiedziała urzędniczka zniecierpliwionym tonem 

-  na  ten  lot  mieliśmy  już  komplet  od  kilku  tygodni.  Pani  i  pański... 
przyjaciel  tylko  dlatego  dostaliście  miejsca,  że  w  ostatniej  chwili 
zrezygnowały  dwie  osoby.  Nie  mogę  tuż  przed  lotem  zmieniać 
wystawionych wcześniej biletów.

- Rozumiem  -  powiedziała  Janine,  czując  się  głupio  i  śmiesznie. 

Jeżeli  dopisze  jej  przysłowiowe  szczęście,  znajdzie  się  w  samolocie  z 

background image

Zachem u boku.

Na  pokład  wsiedli  osobno.  Zach  pojawił  się  w  drzwiach  kabiny 

dosłownie w ostatniej chwili.

Janine  siedziała  w  drugim  rzędzie  pierwszej  klasy,  przeglądając 

nieuważnie  pismo  reklamowe  linii  lotniczych.  Zach  minął  ją,  ściskając 
mocno bilet w ręku.

Postanowiła udawać, że go w ogóle nie dostrzega. Odwróciła się w 

stronę okna.

-

Zdaje  się,  że  to  jest  moje  miejsce  -  powiedział szorstko, 

wkładają podręczny bagaż do schowka nad głowami.

Janine już chciała się usprawiedliwiać, że to nie jej wina, że nawet 

próbowała temu zapobiec, ale zdążyła ugryźć się w język. I tak by jej nie 
uwierzył. W tym momencie odezwał się Zach.

- Zanim  zdążysz  mieć  do  mnie  pretensje, chcę  żebyś  wiedziała,  że 

nie miałem z tym nic wspólnego.

- Wiem.
- Wiesz?
- Tak  -  potwierdziła  Janine.  -  Nawet  przeznaczenie  jest  przeciwko

nam.  Nie  mam  pojęcia,  jak  mój  dziadek  to  zrobił,  że  spotkaliśmy  się  na 
lotnisku  i  że  mamy  miejsca  obok  siebie.  Nie  wiem  również,  dlaczego 
spotkaliśmy się w zajeździe już pierwszego dnia.

Przecież  mogliśmy  nigdy  nie  wpaść  na  siebie.  Wiem  jedno, 

wszystkiemu winien  jest  dziadek.  -  Pomyślała,  że  lepiej  nie  przypominać 
już o ich spacerze w świetle księżyca. Za to bowiem dziadka trudno było 
winić. Janine ziewnęła szeroko, zakrywając dłonią usta.

-

Och,  przepraszam.  Nie  spałam  w  nocy  i  teraz senność  mnie 

dopadła.

Jej  ziewanie  najwidoczniej  było  zaraźliwe.  Stewardessa  przyszła  z 

kawą, ale oboje podziękowali.

-

Wolałabym,  żeby  ktoś  zaproponował  mi  poduszkę  -

stwierdziła  Janine  ziewając  znowu.  Po chwili  stewardessa  wróciła  z 
poduszką, grubym kocem i  parą jaśków. Taki sam zestaw zaproponowała 
Zachowi.  Nie  wziął  jednak,  tłumacząc,  że chce  trochę  popracować. 
Wyciągnął z teczki jakieś papiery. Janine oparła się wygodnie i zamknęła
oczy. Prawie w tej samej chwili zapadła w spokojną drzemkę.

Podczas  następnych  kilku  godzin  dwa  razy  poruszyła  się 

niespokojnie, ale jakiś głos ukołysał ją znowu. Z westchnieniem zapadała 
w sen. Dawno nie czuła się tak wspaniale.

Śniło  jej  się,  że  idzie  przez  wrzosowisko,  ubrana  w  szkocką 

spódniczkę. Z oddali dochodziła muzyka kobzy.

Nagle na szczycie wzgórza zobaczyła Zacha ubranego w tradycyjny 

szkocki  strój  i  z  kobzą  na  ramieniu.  Wyglądał  wspaniale.  Ich  spojrzenia 
spotkały  się,  a  muzyka  ucichła.  Potem  jakby  znikąd  pojawił  się  między 
nimi  dziadek.  Wyglądał  na  bardzo  zadowolonego.  Złożył  ręce  w  trąbkę  i 
krzyknął w stronę Janine:

background image

- Czy to jest romans?
- Tak - odkrzyknęła mu.
- Czego jeszcze chcesz?
- Miłości.
- Miłość - powtórzył dziadek i zmarszczył brwi.
Potem odwrócił się do Zacha, jakby u niego szukając pomocy.
Zach  zaczął  znowu  w  skupieniu  grać  na  kobzie,  unikając 

odpowiedzi.

- Spójrzcie  na  siebie  -  krzyknął  dziadek.  -  Jesteście  dla  siebie 

stworzeni. Zach, kiedy wreszcie obudzisz się i zobaczysz, jaka piękna jest 
moja Janine?

- Sam chcę wybrać swoją żonę - odkrzyknął gniewnie Zach.
- Mnie  też  nikt  nie  zmusi,  żebym  wyszła  za  niego  -  krzyknęła 

Janine.

- Jesteś zakochana w Zachu! - zawołał prowokująco dziadek.
- Ja... ja... - Janine nie mogła zebrać myśli. Dziadek przyglądał się jej 

z wyraźnym zadowoleniem.

- Spójrz na nią, chłopcze - zwrócił się znów w stronę Zacha. - Zobacz, 

jaka jest cudowna. I pomyśl o tym, jakie piękne będą wasze dzieci.

- Dziadku.  Nie  chcę  już  więcej  słyszeć  o  pięknych  dzieciach!  Nie 

wyjdę za Zacha.

- Janine - usłyszała nagle jego glos tuż przy swoim uchu.
- Trzymaj się od tego z daleka - krzyknęła. Po co się w to wtrącał?
- To tylko sen.
Otworzyła oczy i zobaczyła jego twarz tuż nad swoją.
- Och...  -  krzyknęła  cicho,  natychmiast  prostując  się.  -  Och... 

przepraszam.

- Nie chciałem cię budzić, ale chyba śniłaś jakiś koszmar.
W  ostrym  świetle  zaczęły  jej  łzawić  oczy.  Otarła  twarz  rękawem, 

wyciągnęła  poduszki  spod  pleców  i  złożyła  koc,  starając  się  ukryć,  jak 
bardzo trzęsą się jej ręce.

-

Myślisz o tym, co stało się wczoraj po kolacji, prawda?

Janine wciągnęła powietrze i uśmiechnęła się do niego pogodnie.
- Właściwie to nic się nie stało - skłamała.
- Wtedy  w  ogrodzie,  kiedy  się  pocałowaliśmy.  Posłuchaj  -  Zach 

ściszył głos i rozejrzał się, sprawdzając, czy nikt ich nie słyszy. - Myślę, że 
jednak powinniśmy o tym porozmawiać.

- Ja... Tak, masz rację. - Nie bardzo czuła się na siłach, ale  wolała 

mieć  to  za  sobą  przed  spotkaniem  z  dziadkiem.  Nie  bardzo  wiedziała, 
czego  powinna  oczekiwać.  Zach  powiedział,  co  myśli  na  temat 
aranżowania  małżeństwa  już  na  samym początku  tej  historii.  Ona  zresztą 
również.  Romans  z  Brianem  był  dobrą  lekcją,  bolesną  i  trudną  do 
zapomnienia.  Oddała  mu  serce,  zaufała,  a  on  ją  zawiódł.  Zakochanie  się 
było  najbardziej  wstrząsającym  doświadczeniem  w  jej  życiu  i  nie  miała 
zamiaru go szybko powtarzać.

background image

- Byłbym zwykłym kłamcą, gdybym twierdził, że nasz pocałunek nie 

sprawił  mi  przyjemności  -  powiedział  Zach  -  ale  wolałbym,  żeby  się  nie 
zdarzył. To nic nie rozwiązało, wręcz przeciwnie, skomplikowało.

Janine  nie  czuła  się  specjalnie  pochlebiona  jego  słowami.  Musiało 

się to odbić wyraźnie na jej twarzy, ponieważ Zach natychmiast pospieszył z 
tłumaczeniem.

- Prawie w ogóle się nie znamy. Spotkaliśmy się wtedy na lunchu 

Antonem,  potem  rozmawialiśmy  kilka  razy,  ale  w  zasadzie  jesteśmy 
obcymi ludźmi.

- Zjedliśmy raz kolację - przypomniała mu Janine zirytowana, że tak 

łatwo wymazał z pamięci wspólny wieczór.

- To  prawda  -  potwierdził.  -  A  potem  spotkaliśmy  się  w  Szkocji, 

zjedliśmy  razem  kolację,  spacerowaliśmy  w  księżycową  noc  i  -  zanim 
zdaliśmy sobie sprawę, co robimy - pocałowaliśmy się.

Janine przytaknęła w milczeniu.
- Parę  rzeczy  mnie  usprawiedliwia,  ale  przyznaję,  że  to  była  tylko 

moja wina - dodał.

- Twoja?
- Tak  -  potwierdził.  -  Ja  ponoszę  całkowitą  odpowiedzialność. 

Bardzo wątpię, czy ty w ogóle wiedziałaś, co się dzieje. Przecież to jasne 
jak słońce, że jesteś zupełnie zielona...

- Zaraz,  zaraz  -  wtrąciła Janine.  To,  co  usłyszała,  wcale  się  jej nie 

podobało. - Co chciałeś przez to powiedzieć?

- Nie masz żadnego doświadczenia w tych sprawach i ...
- Inaczej mówiąc, jestem tak beznadziejnie naiwna, że nie stać mnie 

nawet na romantyczny pocałunek.

- Coś w tym rodzaju.
- To niesamowite - mruknęła.
- Nie obrażaj się.
- Wyobraź sobie, że nie byłam dotąd trzymana w klasztorze. I pragnę 

cię poinformować, że całowałam się już parę razy w życiu.

- No dobrze. Ale nie o tym mówiliśmy...
- Bardzo mi przykro, że uznałeś mnie za gąskę. Mężczyzna z twoim 

doświadczeniem  musi  przeżyć  ogromne  rozczarowanie,  jeżeli  trafi  na 
kogoś tak niedoświadczonego...

- Janine - przerwał jej stanowczo - ja nic takiego nie powiedziałem. 

Chodziło mi tylko o to, że nam... to znaczy mnie... sprawy wymknęły się z 
rąk.

- Jestem gotowa wziąć na siebie swoją część winy. Poza tym jasno 

widzę, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.

- To dobrze - zgodził się Zach. Z trudem chyba nad sobą panował. -

Mów.

- Chciałeś  mi  właśnie  powiedzieć,  że  skoro  było  nam  miło  i 

spędziliśmy razem średnio romantyczny wieczór...

- Średnio romantyczny?

background image

- Właśnie! Nie ma się co obrażać. Po prostu stawiam sprawę jasno.
- W porządku - syknął, sznurując usta.
- Ponieważ  uważasz  się  za  znacznie  bardziej  doświadczonego, 

obawiasz się z mojej strony kłopotów. Nie daj Boże, upojona pocałunkiem, 
oddałabym ci na przykład serce - wykrzyknęła z wściekłością.

- Janine... zachowujesz się jak dziecko - upomniał ją chłodno.
- Oczywiście. Dokładnie tego przecież ode mnie oczekujesz.
- Celowo przekręcasz wszystko,  co  mówię -  Zach  zacisnął dłoń na 

oparciu fotela.

- To,  co  mówisz,  nikomu  w  ogóle  nie  jest  potrzebne.  Myślisz,  że 

przekroczyliśmy pewną granicę w naszych stosunkach, tak? No cóż, możesz 
się  tym  w  ogóle  nie  przejmować  -  zrobiła  głęboki  wdech  i  spojrzała  mu 
prosto w oczy. - O to ci chodziło?

- Mniej więcej.
- Czy  ty  czasem  trochę  siebie  nie  przeceniasz,  Zach?  -  zapytała  z 

sarkazmem.

- Nie ja mamrotałem o pięknych dzieciach. Pocałowaliśmy się, a ty 

od razu zaczynasz myśleć o pieluszkach.

- To  był  tylko  sen!  I  nie  miał  nic  wspólnego  z  tym,  o  czym  teraz 

rozmawiamy.

- Niech  ci  będzie  -  wyciągnął  to  samo  pismo,  które  przed  chwilą 

odłożył  i  zaczął  bezmyślnie  przerzucać  kartki.  -  Ta  cała  rozmowa  do 
niczego nie prowadzi.

- Dobrze.  Obiecuję,  że  zrobię  wszystko,  żeby się  trzymać z  daleka 

od  ciebie,  ale  jeżeli  od  czasu  do  czasu  nie  uda  mi  się  nie  ulec  twojemu 
czarowi, z góry błagam o wybaczenie.

- Janine, przestań.
Spoglądał na nią z taką wściekłością, że nie mogła się powstrzymać 

od śmiechu.

Zach zapadł głęboko w fotel i  zamknął  oczy dając do zrozumienia, 

że  uważa  rozmowę  za  skończoną.  Janine  przyglądała  się  przez  okno,  jak 
wstaje słońce. Starała się myśleć o wszystkim innym, byle nie o uczuciach, 
jakie wywoływał siedzący obok niej mężczyzna.

Wydawało  się  jej,  że  minęły  całe  wieki,  zanim  pilot  ogłosił,  że  za 

chwilę wylądują na lotnisku w Seattle. Marzyła, żeby znaleźć się w domu, 
chociaż miała zamiar wygarnąć od serca dziadkowi.

Po  wylądowaniu  szybko  przeszła  przez  odprawę  celną.  Mordowała 

się  z  dwiema ciężkimi torbami.  Kiedy  wychodziła  na  słoneczny  poranek, 
Zach  stał  wciąż  przy  biurku  celnika.  Zaczęła  machać  ręką,  próbując 
zatrzymać jakąś taksówkę.

- Poczekaj  -  usłyszała  obok  siebie  głos  Zacha.  -  Wezmę  jedną  od 

ciebie.

- Dziękuję - powiedziała zadyszana.
- Zdaje  się,  że  mieliśmy  ograniczać  wszystkie  słowa  wyrażające 

wdzięczność - mruknął.

background image

- Przepraszam, wyrwało mi się.
- Co  ty  tu  nosisz?  Cegły?  -  zapytał  posępnie.  Jemu  udało  się 

podróżować z jedną lekką torbą.

- Mogę ją nieść sama.
- Złapię dla nas taksówkę.
- Dla nas?
- Jedziemy porozmawiać z twoim dziadkiem.
- Razem?  Teraz?  -  była  wykończona,  zarówno  fizycznie,  jak  i 

psychicznie. Chyba oboje tak się czuli.

-

Nie sądzisz, że im szybciej, tym lepiej?

Problem  tkwił  w  tym,  że  Janine  nie  bardzo  wiedziała,  co  zamierza 

powiedzieć  dziadkowi.  Była  zdecydowana,  że  stanie  z  nim  do  walki,  ale 
chciała poczekać na bardziej stosowną chwilę.

-

Może go nawet nie być w domu - sprzeciwiła się - a  jeśli  jest, 

to nie sądzę, żeby był to najlepszy moment.

- Chcę załatwić to raz i do końca.
- Ja też - powiedziała z pełnym przekonaniem.
-

Ale myślę, że powinniśmy na taką rozmowę wybrać miejsce i 

czas bardzo starannie.

- Może  -  Zach  zaczynał  się  wahać.  -  Dobrze,  możemy  zrobić,  jak 

chcesz.

- Nie jak chcę, tylko po prostu rozsądnie. Zaufaj mi, Zach. Tak samo 

jak  ty  pragnę  wyjaśnić  tę  sprawę  raz  na  zawsze.  Co  więcej  -  dodała  -
musimy przestać bez przerwy siebie nawzajem podejrzewać. Nikt nikogo nie 
śledzi i nikt się w nikim nie zakochał z powodu głupiego pocałunku.

- W  porządku  -  powiedział  Zach,  stawiając  torbę  na  chodniku. 

Poniósł  rękę,  żeby  zatrzymać  taksówkę.  Janine  poczuła  jednocześnie 
rozdrażnienie  i  ulgę,  widząc  podjeżdżającego  w  tej  samej  chwili 
taksówkarza.

- Jak to się dzieje, że zawsze i we wszystkim się ze sobą zgadzamy, a 

mimo to bez przerwy się kłócimy?

- Sam  chciałbym  to  wiedzieć.  -  Taksówkarz  wyskoczył  z 

samochodu i załadował szybko ich walizki. Zach na wierzch położył swoją 
torbę.  -  Równie  dobrze  możemy  pojechać  jedną  -  powiedział,  otwierając 
przed nią drzwi. - I tak muszę porozmawiać z twoim dziadkiem.

- Czy to naprawdę nie może poczekać do jutra? Zach, jesteś przecież 

wykończony. Jeden dzień nie zrobi żadnej różnicy.

Zach potarł oczy, rzucając jej poirytowane spojrzenie.
-

Daj spokój, Janine, już teraz mówisz jak żona.

Powstrzymała się od cierpkiej uwagi, odwracając się w stronę okna. 

Tym  razem  naprawdę  jej  dopiekł.  Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  ten 
okropny człowiek zniknie jej z oczu.

Najwyraźniej  Zach  nie  wiedział  zupełnie,  kiedy  powinien  przestać, 

bo po chwili dodał:

-

A teraz w dodatku jeszcze tak wyglądasz.

background image

Odwróciła  się  do  niego  ze  słodziutkim  uśmiechem i  jeszcze 

słodszym głosem zapytała:

- O co ci chodzi?
- Gdybyś  mogła  siebie  zobaczyć.  Najpierw  zachowujesz  się  jak 

jędza, a teraz jeszcze...

- Jak  jędza!  -  wybuchnęła.  -  Postawmy  jedną  sprawę  jasno.  Nigdy 

nie zachowuję się jak jędza.

Zach zrobił minę męczennika i z kolei on odwrócił się do okna.
- Proszę  pana,  proszę  pana  -  zawołała  Janine,  pochylając  się  do 

przodu.  Dotknęła  ramienia  taksówkarza  -  Proszę  powiedzieć,  czy  ja 
wyglądam na jędzę?

- Eeee...  Proszę  pani,  ja  tylko  jeżdżę  na  taksówce.  Niech  mnie pani 

zapyta o jakąś ulicę, na pewno powiem, gdzie jest. Jeżeli chce pani pojechać 
za miasto, proszę bardzo, mnie tam wszystko jedno. Ale jeśli chodzi o takie 
tam sprawy, to wolę pilnować własnego nosa.

- Jesteś zadowolona? - mruknął Zach.
- Nie, nie jestem - odpowiedziała siadając sztywno i patrząc prosto 

przed siebie.

Napotkała  wzrok  taksówkarza  w  lusterku  i  spróbowała  się 

uśmiechnąć, ale zobaczyła, że bardziej przypomina to grymas.

- Ja  jestem  żonaty  ponad  dwadzieścia  lat  -  odezwał  się  nagle 

taksówkarz, zatrzymując się na  światłach przy James Street. -1 udało nam 
się  z  żoną  przetrzymać  razem  dobre  czasy  i  złe.  Trudno  to  powiedzieć  o 
większości ludzi.

- Pewien  jestem,  że  pańska  żona  nie  jest  jędzą  -  odezwał  się  z 

przekonaniem Zach.

- E  tam,  zawsze  powie,  co  ma  na  wątrobie.  Moim  zdaniem,  każda 

kobieta musi sobie pogadać, taka już jej natura.

- Śmieszne - stwierdziła Janine. Nie powinna była w ogóle wciągać 

obcego człowieka do ich sprzeczki, a szczególnie mężczyzny, który musiał 
wziąć stronę Zacha.

- Powiem  wam,  dlaczego  my  z  żoną  jesteśmy  razem  po  tych 

wszystkich latach - taksiarz ciągnął dalej swe zwierzenia. - Do łóżka nigdy 
nie szliśmy w gniewie. Wiem, że wyglądam na łagodnego faceta, ale i mnie 
czasami  cholera  weźmie.  Nieraz  przez  te  wszystkie  lata  kłóciliśmy  się  z 
Betsy, ale zawsze na koniec pocałowaliśmy się i było po wszystkim.

Janine  uśmiechnęła  się  i  kiwnęła  głową,  wściekła,  że  w  ogóle 

zaczynała tę rozmowę.

-

No dalej - powiedział taksiarz.

Janine i Zach spojrzeli na siebie zaskoczeni.
- Co, no dalej? - zapytał Zach.
- Pocałujcie  się  -  kierowca  odwrócił  się  do  nich  z  szerokim 

uśmiechem  i  mrugnął  do  Janine.  -  Jakby  moja  żona  była  taka  ładna,  ani 
chwilę bym się nie zastanawiał.

- My nie jesteśmy małżeństwem - wykrztusiła Janine.

background image

-

Ani nie zamierzamy być - dodał szybko Zach.

Kierowca parsknął śmiechem.
-

Zawsze  tak  mówią.  Im  bardziej  się  zapierają, tym  bardziej 

zakochani.

Zjechał  z  Broadwayu  i  w  parę  minut  później  skręcił  w  owalny 

podjazd przed domem Janine. Kiedy wyjmował walizki z bagażnika, Janine
wysiadła z taksówki.

Zdaje się,  że Zach nie zamierzał jej posłuchać,  bo również wysiadł. 

Kiedy tarmosili się jeszcze z bagażami, w drzwiach domu pojawiła się pani
McCormick.

- Janine

-  krzyknęła  -  dlaczego  wróciłaś  tak  wcześnie? 

Spodziewaliśmy się ciebie dopiero za dwa dni.

Za  bardzo  brakowało  mi  twojej  kuchni  -  powiedziała  Janine, 

ściskając serdecznie starszą kobietę.

-

Czy dziadek był okropnie nieznośny?

-

Wcale.

Zach  zapłacił  taksówkarzowi,  który  przed  odjazdem  zdążył  jeszcze 

puścić oko w stronę Janine.

- Proszę zapamiętać to, co powiedziałem.
- Ile  jestem  ci  winna?-  zapytała  Janine,  automatycznie  otwierając 

portmonetkę.

- Nic  -  odparł  Zach,  sięgając  po  swój  bagaż  i  cięższą  torbę  Janine. 

Powiedział  to  tak,  jakby  spodziewał  się  sprzeciwu.  Janine  nie  miała 
zamiaru dla jego przyjemności zaczynać kolejnej kłótni.

- Czy dziadek jest w domu? - zapytała, przytulając się z czułością do 

gospodyni.

- Wyszedł  dzisiaj  bardzo  wcześnie,  przypuszczam,  że  powinien 

niedługo wrócić.

- To dobrze - stwierdził Zach, ruszając za nimi w stronę domu.
- Pewnie  oboje  umieracie  z  głodu  -  powiedziała  pani  McCormick, 

kierując  się  od  razu  w  stronę  kuchni.  -  Poczekajcie  chwilę,  zaraz  coś 
przygotuję. Nie pożałujecie, że wróciliście.

Kiedy Janine znalazła się znowu sam na sam z Zachem, nie bardzo 

wiedziała,  co  ma  mu  powiedzieć.  Spędzili  razem  ze  sobą  prawie 
dwadzieścia cztery godziny. Kłócili się. Rozmawiali. Śmiali się. Całowali.

- Janine..., Zach... - odezwali się równocześnie.
- Ty pierwsza.
Ja...  ja  tylko  chciałam  za  wszystko  podziękować.  Będziemy  w 

kontakcie - powiedziała. - Telefonicznym - szybko  dodała. -  Nie  musisz 
się obawiać, że niespodziewanie wpadnę do twojego biura.

Uśmiechnął się głupawo.
-

Pamiętaj, najważniejsza jest wymiana informacji.

-

Zgadzam się w stu procentach.

Stali patrząc przez chwilę na siebie.
- Chciałeś coś powiedzieć - odezwała się po chwili.

background image

- Tak - Zach podrapał się po brodzie. - Ten taksówkarz miał rację, 

nawet jeśli chodzi o nas. Nie chciałbym, żebyśmy się rozstawali w gniewie. 
To,  co  mówiłem  wcześniej...  no  wiesz,  nie  jesteś  jędzą...  Trochę 
przesadziłem.

Ostatnią rzeczą, jakiej się  spodziewała po Zachu, były przeprosiny. 

Patrzył  na  nią  czule.  Nie  zdając  sobie  zupełnie  sprawy  z  tego,  co  robi, 
Janine zbliżyła się o krok w jego stronę. Zach też ruszył do niej i już miała 
przytulić  się  do  niego,  kiedy  usłyszeli  odgłos  otwieranych  drzwi. 
Odskoczyli nagle od siebie.

-

Janine! - wykrzyknął uradowany Anton. - Zach!

No,  no,  co  za  miła  niespodzianka.  Powiedzcie,  czy przechadzki  po 

wrzosowiskach okazały się rzeczywiście takie romantyczne?

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Musimy trzymać wspólny front - mówiła Janine do Zacha cztery dni 

później. Spotkali się u niej w domu wczesnym popołudniem, żeby ustalić 
strategię. Dziadek wyjechał na cały dzień, a Zach z Janine chcieli - zaraz 
po jego powrocie - wyperswadować mu pomysł małżeństwa. Im wcześniej 
Anton  zda  sobie  sprawę,  że  jego  intryga  nie  udała  się,  tym  lepiej.  Oboje 
będą wtedy mogli spokojnie zająć się swoimi sprawami i zapomnieć o tym 
przykrym incydencie.

- Najważniejsze jest, żebyśmy wystąpili przeciwko niemu wspólnie -

tłumaczyła Janine. Zach nic nie odpowiedział. Właściwie odkąd przyszedł, 
w ogóle się nie odezwał. No cóż, jej też knucie przeciwko dziadkowi nie 
sprawiało  szalonej  przyjemności,  ale  przecież  nie  mieli  innego  wyjścia.  -
W przeciwnym razie będzie nadal grać nami jak pionkami na szachownicy.

- Nie musisz mi tego po raz setny tłumaczyć, przecież przyszedłem -

mruknął Zach, ale wciąż nie wyglądał na zadowolonego. Bez wątpienia nie 
był w najlepszym humorze.

- Posłuchaj, jeżeli masz zamiar tak się zachowywać...
- Jak? - zapytał wstając powoli. Podszedł do srebrnej tacy, na której 

stały filiżanki i nalał sobie kawy. Potem zbliżył się do kominka i oparł się o 
niego plecami.

- Jakbyś robił mi wielką łaskę - wyjaśniła Janine.
- Trzymałaś mnie w niepewności przez trzy dni.
Czy  masz  w  ogóle  pojęcie,  co  ja  przeżyłem.  Anton  bez  przerwy 

rzucał mi te swoje uśmieszki i wyglądał na tak zadowolonego, jakby nasze 
spotkanie w Szkocji przebiegło zgodnie z jego planem. A wczoraj posunął 
się do tego, że podał mi nazwisko dobrego jubilera. Janine zerwała się jak 
oparzona i ogarniając Zacha płonącym wzrokiem odparowała.

- Myślałam,  że ty do mnie zadzwonisz.  Przecież to twoje słowa, że 

najważniejszy  jest  przepływ  informacji.  A  potem  nagle  chowasz  głowę  w 
piasek. Jeśli już mowa o  informacjach, to  zapewniam cię,  że tu  także nie 
było sielankowo.

background image

- Być może będzie to dla ciebie zaskoczeniem, ale mam jeszcze inne 

sprawy na głowie, nie tylko ciebie i twojego dziadka.

- Czy to ma znaczyć, że ja nie wiem, co robić z czasem?
- Oczywiście nie - powiedział wolno i już spokojnie.
-

No i widzisz, znowu się kłócimy.

- Wiem - westchnęła zrezygnowana. - I nic z tego nie wynika.
- Najbardziej  mnie  martwi,  że  twój  dziadek  przyłapał  nas  wtedy  -

powiedział Zach marszcząc czoło.

-

Staliśmy tak blisko siebie, a ty patrzyłaś na mnie tymi swoimi 

niebieskimi oczami dziecka, milcząco prosząc o pocałunek.

-

Wcale nie - zaperzyła się, wiedząc, że Zach ma rację. Policzki 

jej  poczerwieniały.  Pragnęła  wtedy, żeby  ją  pocałował,  ale  nie  chciała 
przyznać się do tego nawet przed sobą.

Zach  potrząsnął  głową  i  odstawił  filiżankę  na  kominek.  Wepchnął 

ręce w kieszenie, nadal opierając się o gzyms kominka.

-

A najgorsze jest to, że ja byłem gotów cię pocałować. Gdyby 

twój dziadek nie wszedł wtedy, zrobiłbym to.

-

Naprawdę? - zapytała cicho czując, że kręci jej się w głowie.

Zach  wyprostował  się  nagle,  zaciskając  zęby.  Nie  po  raz  pierwszy 

zauważyła, jak mocny jest zarys jego podbródka.

-

Jestem tylko człowiekiem - skwitował sucho.

-

Jestem  podatny  na  wdzięki  pięknych  kobiet  tak samo,  jak 

każdy inny mężczyzna. A szczególnie wtedy, gdy taka kobieta chce, by ją 
wziąć w ramiona.

Tego  było  już  naprawdę  za  wiele.  Janine  zacisnęła  usta,  żeby  nie 

krzyknąć z gniewu. Ale zamknęła tylko oczy i odetchnęła głębiej, żeby się 
opanować.

- Zamiast oskarżać się o to, co się nie wydarzyło, może lepiej byłoby 

porozmawiać  o  dziadku.  Zdaje  się,  że  on  miał  być  głównym  tematem 
naszego spotkania.

- Dobrze - chętnie zgodził się Zach. - Przepraszam. Nie powinienem 

do tamtego wracać. - Podszedł do skórzanego fotela i zasiadł wygodnie. -
Co więc zamierzasz mu powiedzieć?

- Ja? Myślałam.... miałam nadzieję... że ty mu wszystko powiesz.
Ostatnio nie odznaczam się specjalnym taktem -

Zach  potrząsnął 

głową.

- No  dobrze,  jeśli  tego  naprawdę  chcesz,  ja  mogę  mówić  -

wpatrzona w bogaty wzór dywanu, starała się zebrać myśli. - Powinniśmy 
mu chyba powiedzieć, że oboje kochamy go i podziwiamy. Wiemy, że miał 
na  względzie  tylko  nasze  szczęście.  Może  nawet  podziękujmy  mu...  -
urwała nagle,  słysząc  parsknięcie  śmiechem.  -  Dobrze,  jeżeli  uważasz,  że 
zrobisz to lepiej, mów ty.

- Gdyby to naprawdę miało zależeć ode mnie, powiedziałbym mu po 

prostu: odczep się od naszego życia, ty stary głupcze.

- Twoja delikatność jest wzruszająca - skomentowała. - Zdaje się, że 

background image

dla ciebie ta cała sprawa jest jednym wielkiem żartem i naprawdę bawi cię 
dręczenie mnie.

-

Przesadzasz.

Nagle  drzwi  biblioteki  otworzyły  się.  Do  pokoju  weszli  dziadek  i 

jego długoletni przyjaciel, weterynarz Burt Coleman.

- O! Zach, Janine - powitał ich dziadek.
- Dziadku  -  wykrzyknęła  Janine,  zrywając  się  na  równe  nogi.  Nie 

była  na  to  przygotowana,  a  Zach  zachowywał  się  przez  cały  czas  tak 
okropnie, że nie zastanawiając się, co robi, wypaliła: - Naprawdę nie wiem, 
dlaczego  chcesz,  żebym  wyszła  akurat  za  tego  faceta.  Jest  uparty  i 
nieznośny, i w ogóle nie jesteśmy w stanie się dogadać - kiedy skończyła, 
dygotała cała i opadła bezwładnie na najbliższe krzesło.

- Jeśli  sama  tego  nie  zauważyłaś,  to  pragnę  cię  poinformować,  że 

także nie jesteś aniołem - warknął Zach.

- Dzieci, przestańcie. Powiedzcie, o co wam chodzi?
- Chciałbym tę sprawę raz na zawsze wyjaśnić - powiedział Zach z 

wyraźnym trudem. - Nie mam zamiaru dać się złapać na męża dla Janine.

- A  ty  myślisz,  że  ja  może  chcę  być  twoją  żoną!  Niech  ci  się  to 

nawet nie śni, Zachary Thomas!

- Wiemy,  że  chciałeś  dobrze!  -  dodał  Zachary.  Na  Janine  w  ogóle 

nie zwracał uwagi. - Ale nam to nie odpowiada.

Dziadek podszedł do skórzanego fotela, w którym wcześniej siedział 

Zach.  Uśmiechnął  się  do  nich  słabo,  nagle  wydał  im  się  bardzo  stary  i 
zmęczony.

- Myślałem... miałem nadzieję, że poczujecie do siebie sympatię.
- Jeżeli się wcześniej nie pomordujemy - warknął Zach.
- Przepraszam cię, dziadku, wiem, że to dla ciebie zawód. Naprawdę 

mi przykro - powiedziała Janine. Czuła się okropnie. - Ale Zach i ja nawet 
się nie lubimy. Nawet nie potrafimy rozmawiać ze sobą jak cywilizowani 
ludzie. On jest kłótliwy i nierozsądny...

- A ona jest nielogiczna i uparta.
- Myślę, że nie ma potrzeby, byśmy się dalej obrażali - Janine ucięła 

krótko. Była purpurowa.

- Nie ma więc żadnej nadziei? - zapytał Anton z bólem w głosie.
- Żadnej  -  odparł  Zach  zaskakująco  spokojnym  głosem.  -  Jestem 

pewien,  że Janine  spotka pewnego dnia jakiegoś  wspaniałego mężczyznę, 
ale niestety, to nie będę ja.

Dziadek osunął się w głąb fotela.
- Jesteś pewien?
- Jestem - odparł Zach tak głośno, że mogła go usłyszeć nawet pani 

McCormick przygotowująca coś w kuchni.

Dziadku,   kocham cię - powiedziała Janine  - i  zrobię  dla  ciebie 

wszystko, ale nie chcę i nie mogę poślubić Zacha. Wiemy, że chciałeś jak 
najlepiej, ale my nie czujemy do siebie kompletnie nic.

Burt  Coleman  stojący  w  drzwiach  biblioteki  wyglądał,  jakby  wolał 

background image

znaleźć się w jakimkolwiek innym miejscu. Najwyraźniej czuł się okropnie 
jako świadek prywatnych problemów innych ludzi.

-

Najlepiej  będzie, jeżeli przyjdę innym razem -

mruknął, 

odwracając się do wyjścia.

-

Nie - sprzeciwił się Anton, przywołując gestem przyjaciela. -

Wejdź. Poznałeś już Zachary'ego Thomasa, prawda?

Mężczyźni  wymienili  ukłon.  Janine  zauważyła,  że  Zach  był 

niezwykle sztywny. Ich spotkanie z dziadkiem nie przebiegło zgodnie z jej 
planami. Chciała, żeby odbyło się spokojnie, bez emocji. A skończyło się 
kolejną kłótnią i co gorsza, to ona zaczęła .

Podeszła do stołu i bez pytania nalała dziadkowi i jego przyjacielowi 

kawy. Burt usiadł naprzeciw Antona, nadal wyraźnie skrępowany zaistniałą 
sytuacją.

- Pójdę  już  -  oznajmił  Zach  sztywno.  -  Miło  było  pana  spotkać, 

doktorze Coleman.

- Mnie  również  -  odparł  przyjaciel  dziadka,  rzucając  nerwowe 

spojrzenie na Zacha.

- Odprowadzę cię do drzwi - powiedziała Janine, szczęśliwa, że ma 

powód  do  wyjścia  z  pokoju.  Zamknęła  starannie  za  sobą  drzwi  do 
biblioteki.

Oboje stanęli w przejściu. Janine usiłowała się uśmiechnąć, ale Zach 

patrzył  na  nią  nieruchomym  wzrokiem  i  poczuła,  że  serce  jej  bije  jak 
oszalałe. Zrobili to, co mieli zrobić. Powinna czuć ulgę, że rozmowa, która 
wisiała nad nią od paru dni, była już poza nią. Zamiast tego czuła smutek, 
którego nie umiała w pełni zrozumieć ani wytłumaczyć.

- Czy myślisz, że przekonaliśmy go?
- Nie wiem - odpowiedział Zach prawie szeptem. - Twojego dziadka 

trudno  rozgryźć.  Może  nigdy  nie  wspomni  już  o  tym  małżeństwie  i 
będziemy to mieli z głowy. Chciałbym, żeby tak właśnie było. Ale równie 
dobrze może dać nam parę dni spokoju tylko po to, żeby zebrać siły. Nie 
sądzę, żeby zrezygnował tak łatwo.

- Nie, chyba nie.
Zach spojrzał na zegarek.
-

Pójdę już - powiedział.

Janine  nie  chciała,  żeby  już  wychodził,  ale  nie  było  żadnego 

powodu, by go zatrzymywać. Położyła dłoń na klamce. Nagle zawahała się 
i odwróciła.

- To,  co  powiedziałam  tam,  to  nieprawda.  Wcale  tak  nie  myślę  -

wyrzuciła z siebie.

- Chcesz, żebyśmy się pobrali?
- Ależ nie - krzyknęła.- Że nazwalam cię upartym i nieznośnym. Nie 

jesteś taki zły, ale musiałam jakoś rozsądnie umotywować swoją niechęć.

- Ja  zachowałem  się  identycznie.  Naprawdę  wcale  nie  uważam,  że 

jesteś nie do zniesienia. Sądziłem, że rozumiesz, po co to mówię.

- Ależ oczywiście, że rozumiałam - zapewniła go.

background image

- Te  ostatnie  cztery  dni  były,  delikatnie  mówiąc,  trudne  -  ciągnął 

Zach. - Nie tylko dlatego, że Anton przez całe czas napomykał o Szkocji, 
ale w dodatku bez przerwy rzucał mi porozumiewawcze uśmieszki.

- Tu zachowywał się tak samo. Bez przerwy mruczał coś o dzieciach.
Dzieciach? - powtórzył Zach, patrząc na nią ze zdziwieniem.
- Naszych dzieciach.
- O Boże!
- Dobrze, że powiedzieliśmy mu wreszcie prosto w oczy, co o tym 

myślimy. - Dlaczego więc czuła się tak okropnie. - Jeżeli uwierzy nam - a 
może tak się stać - oznacza to pożegnanie.

- Chyba tak - powiedział Zach, ale wcale nie ruszył się do wyjścia.
Janine cieszyła  się z  tego, chciała dobrze zapamiętać jego  twarz  na 

przyszłość, kiedy będą się spotykali tylko przypadkiem.

- Chyba  że  twój  dziadek  nie  zrezygnuje  z  prób  połączenia  nas 

węzłem małżeńskim.

- To możliwe - zgodziła się Janine szybko, wściekła, że serce aż jej 

podskoczyło  na  taką  ewentualność.  -  Oczywiście,  będziemy  wtedy 
zmuszeni znowu mu się sprzeciwić. Nie może nas traktować jak marionetki.

Zach miał właśnie coś powiedzieć, kiedy nagle otworzyły się drzwi 

biblioteki  i  wypadł  przez  nie  Burty  Coleman  ze  ściągniętą  przestrachem 
twarzą.

-

Janine, musimy wezwać lekarza do twojego dziadka.

- Co się stało?
- Nie jestem pewien. Nagle pobladł i zaczął się dusić. Myślę, że to 

serce.

Janine  wpadła  do  biblioteki,  myśląc,  że  i  jej  serce  zaraz  odmówi 

posłuszeństwa.  Zach  biegł  tuż  za  nią.  Doktor  Coleman  miał  rację.  Nigdy 
jeszcze  nie  widziała  dziadka  w  takim  złym  stanie.  Oddychał  chrapliwie, 
oczy  miał  zamknięte.  Spoczywał  w  fotelu  z  odchyloną  do  tyłu  głową. 
Wyglądał  staro,  dużo  starzej  niż  kiedykolwiek.  Poczuła  nagły  lęk  i 
podbiegła do stolika, na którym stał telefon.

- Nic  mi  nie  jest  -  wycharczał  dziadek.  Otworzył  oczy  i  usiadł 

prosto.  Z  wyraźnym  wysiłkiem  podniósł  rękę,  wstrzymując  Janine.  -  Nie 
ma powodu, żeby robić zamieszanie tylko dlatego, że stary człowiek chciał 
przez  chwilę  odpocząć.  -  uśmiechnął  się  słabo,  a  jego  twarz  nadal  była 
bardzo blada. - Nie dzwoń po żadnego lekarza. Byłem w zeszłym tygodniu 
na badaniu kontrolnym i jestem zdrów jak ryba.

- Nie wyglądasz tak zdrowo - sprzeciwił się Zach. Janine zobaczyła, 

że  jego  twarz  jest  prawie  równie  blada  jak  twarz  dziadka.  Klęcząc  koło 
starego człowieka, Zach ujął jego rękę i zaczął sprawdzać puls.

- Nic mi nie jest - upierał się dziadek.
- Czy coś cię boli?
Dziadek przeniósł spojrzenie ze swego partnera na Janine.
- Nic - odpowiedział, machając ze zniecierpliwieniem ręką.
- Doktorze  Coleman?  - - Janine  spojrzała  na  przyjaciela  dziadka.  -

background image

Czy powinnam zadzwonić po lekarza?

- A  co  niby  Burt  ma  wiedzieć  na  temat  mojego  serca  -  wtrącił  się 

dziadek. - Niech zajmuje się swoimi końmi.

- Zadzwoń. Nic się nie stanie, jeśli go zbadają.
- Jestem całkowicie zdrowy - krzyknął dziadek.
- To dobrze - Janine zgodziła się z uśmiechem. - Chciałabym tylko, 

żeby  doktor  Madison  mnie  w  tym  upewnił.  -  Wykręciła  numer  telefonu. 
Musiała  mówić  bardzo  głośno,  żeby  przekrzyczeć  protesty  dziadka.  Po 
chwili  odłożyła  słuchawkę  i  zwróciła  się  do  Zacha.  -  Doktor  Madison 
powiedział, że możemy go przywieźć zaraz.

- Nie  mam  najmniejszego  zamiaru  tracić  czas  na  wycieczki  do 

miasta. Właśnie mieliśmy zamiar rozegrać parę partyjek wista.

- Możemy  zagrać  jutro  -  powiedział  doktor  Coleman.  -  Nie 

zapominaj, że już nie musimy chodzić do pracy.

- Mam parę spraw do załatwienia w biurze.
- Nie  masz  -  wtrącił  się  Zach.  -  Masz  tylko  spotkanie  z  lekarzem. 

Zaraz cię tam zawieziemy, dość już tych kłótni.

Anton  zmrużył  oczy,  jakby  gotując  się  do  gwałtownego  sprzeciwu. 

Ale  nagle  najwyraźniej  zmienił  zdanie,  bo  kiwnął,  choć  z  wyraźną 
niechęcią, głową.

-

Dobrze,  jeżeli  to  ma  wam  poprawić  humor.  Ale już  teraz 

ostrzegam was, że będziecie się czuć głupio.

Następne dwie godziny wydawały się Janine latami. Doktor Madison 

badał dziadka, a ona z Zachem siedzieli w poczekalni.

- Dlaczego to tak długo trwa? - zapytała Janine, załamując nerwowo 

ręce. - Nie wiem, czy zrobiliśmy dobrze przywożąc go tutaj. Może trzeba 
było od razu jechać do szpitala.

- Nie przypuszczam, żeby na to się zgodził - odparł Zach.
- A  ty  sądzisz,  że  ja  posłuchałabym  go  w  takim  przypadku?- -

siedziała  na  skraju  krzesła,  ściskając  tak  mocno  ręce,  że  aż  bielały  jej 
kostki. - To śmieszne, nigdy o nim nie myślałam jak o starym człowieku.

Zawsze był taki zdrowy i pełen życia. Nigdy nawet nie pomyślałam, 

że może mu się coś stać.

- Wszystko będzie dobrze, Janine.
- Widziałeś go  - krzyknęła. Znowu  zaczęła w  niej  narastać panika. 

Zach ujął ją za rękę. Poczuła ulgę, tak jakby przelał w nią swoją siłę i wiarę. 
Potrzebowała jednej i drugiej.

Kiedy otworzyły się  drzwi  do  gabinetu, zerwali  się  na  równe nogi. 

Dłoń Zacha zacisnęła się mocniej na jej dłoni.

-

Doktor Madison chce z państwem porozmawiać - zwróciła 

się  do  nich  pielęgniarka.  Zaprowadziła  ich do  niewielkiego  gabinetu  i 
powiedziała,  że  lekarz zaraz  przyjdzie.  Janine  przysiadła  na  jednym  z 
foteli, wodząc nieprzytomnym wzrokim po ścianach.

Doktor  Madison  wszedł  w  chwilę  później.  Zatrzymał  się,  żeby 

uścisnąć dłoń Zachowi, i ukłonił się Janine.

background image

-

Wyniki badań nie wskazują na nic groźnego -

powiedział, 

przesuwając na biurku jakieś papiery.

-

Co się więc stało? Dlaczego był taki blady?

Dlaczego nie mógł oddychać?
Lekarz zmarszczył brwi i przyjrzał się uważnie swoim dłoniom.
-

Naprawdę  nie  wiem.  Twierdzi,  że  w  tym  czasie nie 

wykonywał żadnej ciężkiej pracy.

- Nie, pił kawę i rozmawiał z przyjacielem. Doktor Madison skinął 

głową.

- Może jakieś kłopoty w pracy?
- Nie - odpowiedziała Janine. - Interesy idą lepiej niż kiedykolwiek. 

Dziadek postanowił odejść na emeryturę. Tak boję się, żeby teraz nic mu się 
nie stało.

- Naprawdę  nie  wiem,  co  państwu  powiedzieć.  Musi  teraz  dbać  o 

siebie  przez  kilka  dni,  ale  proszę  się  nie  martwić.  To  na  pewno  nic 
poważnego.

- Dzięki Bogu - westchnęła Janine, zamykając oczy.
- Teraz się ubiera - powiedział doktor Madison.
Wstał,  dając  do  zrozumienia,  że  uważa  wizytę  za  skończoną.  -  Za 

kilka minut przyjdzie do poczekalni.

-

Dziękujemy, doktorze - powiedział Zach.

Janine poczuła ogromną ulgę. Wstała i uśmiechnęła się do Zacha. W 

uśmiechu  tym  była  wdzięczność.  Był  to  uśmiech,  jakim  obdarza  się 
dobrego  przyjaciela,  kiedy  zdarza  się  coś  niespodziewanie  fortunnego. 
Uśmiech  kobiety  do  męża.  Ta  myśl  uderzyła  ją  nagle,  szybko  spuściła 
wzrok, żeby ukryć rumieniec, który zalał jej twarz.

Kiedy  dziadek  przyszedł  do  poczekalni,  widać  było,  że  czuje  się 

znacznie lepiej. Jego oczy lśniły tryumfalnie, a skóra miała zdrowy, różowy 
odcień.

- Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni - zrzędził zapinając płaszcz. 

- Straciłem przez was prawie całe popołudnie.

- Miałeś całkowitą rację, dziadku — powiedziała Janine radośnie. -

Jesteś zdrowy i  zmarnowaliśmy ci  partyjkę  wista, ciągnąc cię  tu zupełnie 
niepotrzebnie.

- A ja już od dawna powinienem być w biurze - dodał Zach równie 

pogodnie.

Znowu uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo. W tym samym 

momencie  uświadomili  sobie,  że  zachowują  się  jak  bliscy  sobie  ludzie  i 
odwrócili nagle wzrok.

Zach  odwiózł  Janine  i  dziadkia,  który  przez  całą  drogę  do  domu 

narzekał,  że  zepsuli  mu  popołudnie.  Tak  jakby  partyjka  wista  była 
najważniejszym wydarzeniem na świecie.

Janine  wysiadła  z  samochodu  i  podeszła  do  Zacha.  Udało  jej  się 

zwalczyć nagłą ochotę uściskania go.

- Dziękuję za wszystko - powiedziała.

background image

- Gdyby coś się działo, dzwoń do mnie - powiedział, otwierając drzwi 

samochodu. Zawahał się przez moment, potem pochylił głowę i spojrzał jej 
prosto w oczy. - Do widzenia, Janine.

Podniosła rękę w geście pożegnania i poczuła, że robi jej się bardzo 

smutno.

-

Do widzenia, Zach - powiedziała, zmuszając się do pogodnego 

tonu. - Jeszcze raz dziękuję.

Przez chwilę nie odpowiadał, chociaż wciąż patrzył na nią. Wreszcie 

powtórzył:

- Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, zadzwoń do mnie, dobrze?
- Zadzwonię.
Ale oboje wiedzieli, że ona tego nie zrobi. Najlepiej było  wszystko 

skończyć właśnie w taki sposób. Czyste cięcie.

Janine  stała  na  podjeździe,  póki  samochód  Zacha  nie  zniknął  jej  z 

oczu. Dopiero wtedy wróciła do domu.

- Jesteś kochana - szepnęła Patty St. John, podając śpiące niemowlę 

Janine.  -  Naprawdę  nie  wiem,  co  bym  zrobiła,  gdybym  musiała  wziąć 
Michaela na to spotkanie. Bardzo zależy mi na tej pracy.

- Chętnie  ci  pomogę  - Janine  spojrzała  na  słodką  twarzyczkę 

sześciomiesięcznego  niemowlaka.  -  Przepraszam,  że  poprosiłam  cię  o 
przyniesienie  Michaela  tutaj,  ale  od  kilku  dni  nie  ruszam  się  z  domu. 
Dziadek nie czuje się najlepiej.

- To żaden problem - szepnęła Patty stawiając na podłodze torbę z 

pieluchami. Rozejrzała się wokół. - To dopiero dom. Nie miałam pojęcia, 
że ty... no wiesz, że tak dobrze ci się powodzi.

- To  dom  mojego  dziadka  -  wyjaśniła  Janine,  kołysząc  delikatnie

małego  Michaela  w  ramionach.  Dziecko  wyzwalało  w  niej  ogromne 
pokłady  czułości  i  ciepła.  Nie  było  w  tym  zresztą  nic  dziwnego.  Dziadek 
przez cały poprzedni tydzień bez przerwy robił uwagi na temat cudownych 
dzieci, jakie ona mogłaby mieć z Zachem. Instynkt macierzyński, z którego 
istnienia nawet nie zdawała sobie sprawy, zaczął dawać o sobie znać.

-

Wrócę  za  godzinę  -  powiedziała  Patty.  Pochyliła się  i 

pocałowała Michaela w gładkie czoło.

Janine z dzieckiem na ręku odprowadziła przyjaciółkę do drzwi.
- Powodzenia.
- Dzięki. Właśnie tego mi potrzeba.
Janine  poszła  do  salonu  i  usiadła  z  dzieckiem  w  starym,  bujanym 

fotelu.  Chwilę  potem  w  drzwiach  pojawił  się  Anton.  Na  widok  Janine
łagodnie kołyszącej się  na  ulubionym fotelu  jego  żony zamarł  z  wyrazem 
zachwytu na twarzy.

- Czyżbyś miała tam dziecko?
- Niczego nie przeoczysz, co, dziadku?
- Czyje ono jest?
- Patty St. John. Może pamiętasz, wspominałam ci o niej. Pracowała 

background image

społecznie  w  Klubie  Przyjaciół.  Rzuciła  to,  kiedy  uradził  się  Michael,  ale 
teraz chciałaby znaleźć coś na pół etatu.

- A ty w tym czasie będziesz opiekować się jej dzieckiem?
- Tylko dzisiaj - tłumaczyła Janine. - Zwykle pomaga jej siostra, ale 

dostała strasznego kataru.

- Dlaczego  nigdzie  nie  wychodzisz?  -  zapytał  dziadek  marszcząc 

lekko czoło. - Już od tygodnia siedzisz kamieniem w domu. Zachowujesz 
się jak pustelnica.

- Mam co robić - odpowiedziała cicho. Nie chciała obudzić dziecka.
- Oczywiście. Pilnujesz swego dziadka - skrzywił się. - Myślisz, że 

nie  zauważyłem.  I  jak  długo  zamierzasz  być  moim  cieniem?  Powinnaś 
robić  to,  co  zwykle,  zamiast  zamartwiać  się  o  mnie.  Czuję  się  zupełnie 
dobrze, naprawdę.

- Doktor Madison powiedział, że powinnam cię  mieć na  oku przez 

parę dni.

-

Ale to już tydzień.

Dziadek  wcale  nie  musiał  jej  o  tym  przypominać.  Zaczynała  mieć 

objawy  klaustrofobii.  Przez  cały  ten  czas  nawet  z  nikim  nie  rozmawiała. 
Od  Zacha  także  nie  miała  żadnych  wieści.  Zresztą  wcale  się  ich  nie 
spodziewała.

Michael  poruszył  się  i  Janine,  ułożywszy  go  wygodnie,  zaczęła 

delikatnie kołysać.

- Jutro  jadę  do  biura  -  poinformował  dziadek,  patrząc  na  nią  tak, 

jakby oczekiwał sprzeciwu.

- Zobaczymy  -  stwierdziła  spokojnie.  Dziecko  podniosło  głowę  i 

ziewając  rozejrzało  się  po  pokoju.  Na  pomarszczonej  twarzy  dziadka 
pojawił się czuły uśmiech.

- Dobrze  -  zgodził się  -  zobaczymy.  -  Wyciągnął  w stronę dziecka 

palec, który malec mocno chwycił i zaczął łapczywie ssać.

Janine roześmiała się, przyglądając się zabawie dziadka z dzieckiem. 

Po kilku minutach Michael znudził się i ziewnął znowu. Janine uznała, że 
czas  sprawdzić  pieluchę.  Podniosła  się  i  sięgnęła  po  torbę  pozostawioną 
przez Patty.

-

Zaraz wracam - powiedziała.

Była w połowie drogi, kiedy Anton ją zatrzymał.
-

Wyglądasz  bardzo  ładnie  z  dzieckiem  w  ramionach.  Tak 

naturalnie.

Janine  uśmiechnęła  się.  Nie  miała  zamiaru  mówić  mu,  że  również 

czuła się wspaniale trzymając dziecko w ramionach.

Kiedy  zmieniała  pieluchę,  usłyszała  dzwonek  do  drzwi.  Michael 

pogodnie  oglądał  własne  paluszki  i  gruchał  radośnie,  podczas  gdy  Janine
wciągała mu ceratkowe majtki.

-

Musisz  być  dla  mnie  bardzo  wyrozumiały,  dzieciaku  -

powiedziała,  ostrożnie  wsadzając  nogi  w  śpioszki.  Kiedy  skończyła, 
podniosła  go  wysoko  ponad głowę  i  roześmiała  się  na  widok 

background image

uszczęśliwionej twarzyczki malca. Roześmiani wrócili do salonu.

Dziadek siedział na taborecie koło fortepianu, a po drugiej stronie na 

fotelu Zach.

Janine poczuła, jak podskoczyło jej serce. Natychmiast spoważniała.
- Cześć, Zach - powiedziała możliwie najbardziej obojętnym tonem, 

kołysząc Michaela na biodrze. Rzuciła podejrzliwe spojrzenie na dziadka, 
który uśmiechnął się do niej, udając niewiniątko.

- Zach przyniósł mi trochę papierów do podpisania - wyjaśnił.
- Nie chciałam wam przeszkadzać - przeprosiła. Nie mogła oderwać 

wzroku  od  Zacha.  Uśmiechał  się  lekko.  Ten  pół  uśmiech  zawsze  ją 
pociągał.

- Janine wcale nam nie przeszkadza, prawda? - zapytał dziadek.
- Nie - odpowiedział sztywno Zach.
- Przepraszam  was  na  moment  -  odchrząknął  dziadek.  -  Muszę 

przynieść pióro. - Dźwignął się z taboretu i wyszedł.

- Co słychać? - zapytał Zach, spoglądając na nią.
- Dobrze, wszystko w porządku.
- Widzę,  że  bez  kłopotu  znalazłaś  sobie  nowego  kawalera  -

powiedział wskazując na Michaela.

- Michaelu St. John - powiedziała Janine, dostosowując się do jego 

lekkiego tonu - przedstawiam ci pana Thomasa.

- Miło mi pana poznać - Zach wyciągnął rękę.
- Pomagasz koleżance?
- Tak.  Szuka  pracy  na  pół  etatu,  ale  trudno  jej znaleźć  coś 

odpowiedniego. Jest właśnie na spotkaniu w tej sprawie.

Janine  usiadła  na  kanapie  naprzeciwko  Zacha  i  usadziła  sobie 

Michaela na kolanie.

-

Teraz, kiedy twoje życie jest znowu uporządkowane - zapytała 

figlarnie - czy czasem nie tęsknisz troszeczkę za mną? Roześmiał się cicho.

- Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy? Siedem dni temu. Nie wiem, czy 

mi uwierzysz, Janine, ale z nikim się przez cały ten czas nie pokłóciłem.

- Powinieneś więc być szczęśliwy.
- Masz  rację.  Powinienem. -  Potrząsnął głową. -  Ale nie  jestem.  A 

niech  to,  Janine,  nudziłem  się  śmiertelnie.  Chcesz  znać  odpowiedź?  Tak, 
tęskniłem za tobą.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Zanim Janine miała okazję odpowiedzieć, do pokoju wrócił dziadek z 

piórem w ręku.

- Mówiłeś,  że  masz  dla  mnie  jakieś  papiery  do  podpisania  -

przypomniał Zachowi, który z wyraźną niechęcią oderwał wzrok od Janine, 
otworzył teczkę i wyjął z niej dokumenty.

- Masz, przejrzyj je.
- Chcesz, żebym je podpisał, czy nie? - zapytał zdziwiony dziadek.
- Tak,  oczywiście,  podpisuj  -  Zach  kolejny  raz  oderwał  spojrzenie 

background image

od Janine.

Mrucząc  coś  do  siebie,  dziadek  zaniósł  papiery  na  mały  stolik, 

rozłożył je i szybko podpisał.

Janine  wiedziała,  że  powinna  wyjść.  Obaj  mężczyźni  mieli 

prawdopodobnie  jakieś  sprawy  do  przedyskutowania.  Ale  nie  mogła 
zmusić się do odejścia. Nie teraz, kiedy Zach przyznał tak po prostu, że za 
nią tęsknił.

- Janine, ja...- przerwał jej myśli dziadek.
- Już  wychodzę  -  wtrąciła  szybko.  Zerwała  się  pospiesznie, 

przytrzymując mocniej Michaela.

- Chciałbym,  żebyś  została  -  zaskoczył  ją  dziadek.  -  Pragnę 

porozmawiać  z  tobą  i  Zachem.  Obojgu  wam,  mówiąc  szczerze,  jestem 
winien  przeprosiny,  zwierzyłem  się  Burtowi,  opowiedziałem  mu,  jak 
chciałem  ułożyć  wasze  małżeństwo.  Wyśmiał  mnie  i  nazwał  starym 
głupcem.

- Dziadku  -  powiedziała  Janine  z  niepokojem,  nie  chcąc  wcale 

poruszać sprawy, która doprowadziła do takiego zamieszania. - Ustaliliśmy 
już  wszystko  z  Zachem. Rozumiemy, dlaczego  to  zrobiłeś  i...  uporaliśmy 
się z tym, nie ma więc potrzeby, byś nas przepraszał.

-

Obawiam się, że jednak tak - upierał się dziadek.

- Burt wytknął mi wszystkie moje winy. Nie musicie się obawiać, że 

zaskoczę was jakimiś sztuczkami.

- Wstał, żeby przynieść Zachowi podpisane papiery, potem usiadł w 

fotelu  naprzeciwko  nich.  Wydawał  się  zmęczony.  Nigdy  dotąd  nie 
wyglądał tak krucho. Jak bardzo stary człowiek, którego pokonało życie.

- Janine jest cudowną kobietą - odezwał się zupełnie niespodziewanie 

Zach. - Chciałbym, żebyś wiedział, że zrozumiałem to.

- Ma  swoje  wady -  odpowiedział dziadek, sięgając  po  cygaro  - ale 

jest taka ładna, że mężczyźni wiele jej wybaczą.

- Dziękuję  ci  bardzo  -  wyszeptała  Janine  sarkastycznie  i  została 

nagrodzona lekkim uśmiechem Zacha, który tak lubiła. Dziadek zdawał się 
jej nie słyszeć, a jeśli nawet, to zignorował ją w tym momencie.

- Chcę dla niej wszystkiego, co najlepsze, ale kiedy zaproponowałem 

ciebie  na  męża,  narobiła  tyle  szumu.  Chyba  spokojniej  zachowałby  się 
kurczak oskubywany żywcem. Kiedy zapytałem, o co jej właściwie chodzi, 
okazało  się,  że  o  romans  - dziadek  wymówił  to  słowo  tak,  jakby  było 
niezwykle śmieszne.

- Czy istnieje kobieta, która nie pragnie romansu? - jęknęła, broniąc 

się.

-

Ja należę do innej epoki - mówił dalej dziadek.

-

Z  własnego  doświadczenia  nie  wiem,  co  to  jest romans,  a 

kiedy  poprosiłem  Janine,  żeby  mi  wytłumaczyła, też  miała  duże  kłopoty. 
Mówiła  o  schadzkach  na  wrzosowisku  i  tego  typu  bzdurach.  Dlatego
wysłałem was do Szkocji.

-

Domyśliliśmy się tego - sucho powiedział Zach.

background image

-

Jak  pewnie  wiedziałeś  od  początku  -  dodała  Janine -

wymyśliłam  to  na  poczekaniu.  Romans  to  nie  jest pojęcie,  które  łatwo 
wytłumaczyć.

Anton parsknął śmiechem przesuwając cygaro w wargach.
-

Szkoda,  że  tak  szybko  mnie  nakryliście.  Miałem zamiar 

zafundować wam również namiętności.

-

Namiętności? - powtórzył jak echo Zach.

- Tak.  Janine  mówiła,  że  romans  jest  również  związany  z 

namiętnością. To prawda, Anna i ja dowiedzieliśmy się o tym także. - Jego 
niebieskie  oczy  zapatrzyły  się  gdzieś  daleko,  a  na  ustach  pojawił  czuły 
uśmiech. Spojrzał na Janine i ten uśmiech stał się jeszcze bardziej czuły.

- Cieszę cię, że to wszystko tak cię bawi - żachnęła się Janine.
Dziadek  zareagował  na  jej  gniewną  uwagę  machnięciem  ręki  i 

spojrzał na Zacha.

- Przypuszczam, że odkryłeś, jaki Janine ma charakterek?
- Wiedziałem to od pierwszej chwili! - przyznał Zach.
- Być może będzie to dla ciebie duże zaskoczenie, Zachary Thomas 

- powiedziała Janine - ale i ty nie jesteś ideałem mężczyzny.

- Nie  jestem  -  zgodził  się  Zach  spokojnie.  -  Myślę,  że  dziadek 

bardziej pragnął mężczyzny odpowiedniego dla ciebie.

- No, nie!
- Dzieci,  ta  kłótnia  do  niczego  nie  prowadzi.  Przyznaję  się  do 

porażki.

W tej  chwili  zadzwonił dzwonek do  drzwi.  Janine,  zadowolona, że 

ma wymówkę, żeby wyjść z pokoju, pobiegła, by je otworzyć. W drzwiach 
stała Patty St. John, przygnębiona i załamana.

- Nie sądziłam, że wrócisz tak prędko.
- Miejsce  już  było  obsadzone  -  wyjaśniła  Patty,  wchodząc  do 

przedpokoju  i  odruchowo  zabierając  swego  syna  z  rąk  Janine.  Przytuliła 
mocno niemowlę, jakby kontakt z jego małym, ciepłym ciałem dodawał jej 
sił. - Przez cały dzień przygotowywałam się do tego spotkania i wszystko 
na nic. A zresztą, kto by tam chciał być recepcjonistką u dentysty?

- Tak mi przykro - szepnęła Janine.
- Czy Michael był bardzo kłopotliwy?
- Ani  trochę  -  zapewniła  ją  Janine,  starając  się  wymyślić  coś,  co 

pocieszyłoby jej koleżankę. - Poczekaj, dam ci jego rzeczy.

Zebranie  rzeczy  Michaela  zabrało  Janine  niecałą  minutę,  ale  kiedy 

wróciła  do  hallu,  zobaczyła,  że  Patty  rozmawia  z  Zachem.  Janine
zauważyła  w  ręce  przyjaciółki  jego  kartę  wizytową  i  usłyszała,  jak  Zach 
zachęca  ją,  żeby  przyszła  do  biura  personalnego  na  początku  następnego 
tygodnia.

- Wielkie  dzięki  -  Patty  gorąco  podziękowała  obojgu.  Ujęła 

Michaela za rączkę i pomachała nią.

- Powiedz pa pa - poprosiła małego.
Janine  nie  zatrzymywała  jej.  Dziadek  siedział  w  bibliotece.  Zach, 

background image

spoglądając niespokojnie w tamtym kierunku, zapytał szeptem Janine:

- Spotkasz się ze mną później?
- Kiedy?
- Za godzinę - zerknął na zegarek - na molo.
W  tej  właśnie  chwili  dziadek  wyszedł  z  biblioteki.  Wkrótce  Zach 

pożegnał  się,  a  pół  godziny  później  Janine  udało  się  wymyślić  jakiś 
pretekst  do  wyjścia.  Dziadek  czytał  powieść  kryminalną,  od  której  nie 
oderwał nawet wzroku, nie spojrzał nawet na nią, ale Janine wydawało się, 
że  uśmiechnął  się  lekko,  jakby  znał  jej  plany.  Nie  zamierzała  tego 
sprawdzać.

Zach czekał już na nią. Stał z ponurą twarzą przy balustradzie, wiatr 

szarpał połami jego płaszcza.

-

Mam  nadzieję,  że  istnieje  jakiś  poważny  powód naszego 

spotkania,  bo  dziadek  nie  dał  się  chyba nabrać  -  powiedziała  Janine, 
podchodząc do niego.

-

Jeżeli  nie  wrócę  szybko,  domyśli  się,  że  jestem z  tobą.  -

Wsadziła  głęboko  ręce  w  kieszenie  i  odwróciła się  tyłem  do  wiatru. 
Popołudnie było chłodne, zbierało się na deszcz.

- Czy przeszkodziłem ci w czymś ważnym?
- Niezupełnie  - Janine  najchętniej  wymieniłaby  kilka  bardzo 

ważnych  spotkań,  które  miała  zaplanowane,  ale  odwołała  wszystko  na 
najbliższe  dwa  tygodnie,  wolała  zostać  w  domu,  na  wypadek  gdyby 
dziadek czegoś potrzebował.

- Martwię  się  o  Antona  -  powiedział  Zach,  ruszając  wzdłuż  mola. 

Janine podążyła za nim.

- Dlaczego?  -  może  było  coś,  o  czym  nie  wiedziała,  coś,  czego 

doktor Madison jej nie powiedział.

- Nie wygląda dobrze.
Wiedziała, że to prawda. Ta myśl męczyła ją od kilku dni. Dziadek 

starzał się w oczach.

- O ciebie też się martwię.
- O mnie? - zapytała podnosząc głos. - Dlaczego?
- Jeśli, nie daj Boże, coś się stanie z Antonem - powiedział Zach - co 

będzie z tobą? Nie masz żadnej rodziny, prawda?

- Nie - powiedziała. Czuła, jak ściska ją w gardle na samą myśl, że 

coś  takiego  mogłoby  się  stać.  -  Ale  tym  się  nie  przejmuję.  Mam  trochę 
przyjaciół, są mi bliscy jak rodzina. Na przykład Burt Coleman. Nie będę 
się błąkać po ulicach jak biedna sierotka.

- Wiem - Zach zapatrzył się w odległe szczyty gór pokryte czapami 

śniegu.

Janine przyspieszyła kroku, żeby się z nim zrównać.
- Dlaczego o tym mówisz? - zapytała.
Zawsze przejmował się tym, że nie masz rodziny. I dopiero ostatnio 

zrozumiałem  naprawdę  niektóre

powody,  dla  których  usiłował 

zaaranżować nasze małżeństwo.

background image

- Jeśli tak, to wyjaśnij je również mnie, bo prawdę mówiąc czuję się 

trochę  zagubiona.  Przyznał,  że  się  pomylił,  ale  nie  sądzę,  żeby  porzucił 
całkowicie sam pomysł. Zrobi wszystko, żeby nas połączyć.

- Ja wiem, że nie zrezygnował. Powiedział mi ostatnio, że czuje się 

bardzo stary i boi się, że zostaniesz zupełnie sama po jego śmierci.

- Dam  sobie  radę.  Nie  jestem  dzieckiem  -  powtórzyła 

zdecydowanym  tonem,  chociaż  sama  myśl  o  życiu  bez  ukochanego 
człowieka przerażała ją.

- Wątpię  -  Zach  zawahał  się.  Ruszył  z  powrotem,  przewidując 

zapewne, że ona pójdzie za nim.

- Mam wielu przyjaciół - powtórzyła.
Zach  kiwnął  głową,  chociaż  Janine  wcale  nie  była  pewna,  czy  ją 

słyszał. Nagle stanął i odwrócił się w jej stronę.

-

To, co teraz powiem, zdziwi cię.

Janine patrzyła na niego zupełnie nie wiedząc, czego ma oczekiwać.
- Kiedy  się  nad  tym  poważnie  zastanowić,  cały  ten  pomysł  z 

małżeństwem jest zupełnie rozsądny.

- Co? - Janine nie wierzyła własnym uszom.
- Z  praktycznego  punktu  widzenia  -  pospieszył  z  wyjaśnieniem.  -

Jesteśmy  współwłaścicielami  przedsiębiorstwa,  a  do  tego  oboje  samotni. 
Wiem,  że  nie  jestem  księciem  z  bajki...  -  Zach  zawahał  się,  jakby 
spodziewając  się,  że  ona  zaprzeczy.  Ponieważ  milczała,  skrzywił  się  i 
mówił  dalej.  -  Problem  leży  raczej  w  tym,  czy  uda  nam  się  być  razem. 
Wątpię, czy jesteśmy w stanie przeżyć choć jeden dzień bez kłótni.

- Co  proponujesz?  -  zapytała  Janine,  niepewna,  czy  nie  wyciąga  z 

jego przemowy zbyt pochopnych wniosków.

- Jeszcze nic. Chcę po prosto postawić sprawę jasno i uczciwie, a to 

jest  bardzo  trudne.  -  Złapał  się  mocno  rękami  za  balustradkę  jakby  w 
strachu, że zmiecie go nagły poryw wiatru.

- Uważasz, że pomysł nie jest wcale taki zły? - zaryzykowała Janine.
- Ja...  nie  wiem  jeszcze.  Czuję  się  zagubiony  i,  przyznaję,  nieco 

bezradny.

- Podobnie ja.
- Czy ty również zastanawiałaś się nad taką możliwością?
- Nie  wiem  - Janine  przypomniała  sobie  swoją  pierwszą  miłość. 

Brian uwodził ją tak romantycznie. Przysyłał jej kwiaty, mówił te wszystkie 
rzeczy, które kobieta chciałaby słyszeć, a potem, zupełnie niespodziewanie, 
złamał jej serce. Teraz kiedy o tym myślała, nie potrafiła sobie wyobrazić, 
że  mogłaby  poślubić  Briana.  A  Zach,  który  nigdy  nie  wykonał  żadnego 
romantycznego gestu, zdawał się pasować do jej życia w dziwnie naturalny 
sposób. A jednak...

Kiedy zastanawiała się nad tym, Zach znowu ruszył przed siebie.
-

Zdaję  sobie  sprawę,  że  nie  byłbym  takim  mężem, jakiego 

chciałaś - mówił - ani tak dobrym, na jakiego zasługujesz. Chciałbym być 
mężczyzną twoich marzeń, ale nie jestem. I nie sądzę, żebym mógł się już 

background image

zmienić.  -  Zatrzymał  się,  rzucając  spojrzenie  w  jej stronę.  -  O  czym 
myślisz?

Janine  westchnęła,  starając  się  skoncentrować,  ale  jej  umysł 

wypełniała gmatwanina pytań i wątpliwości.

-

Nie masz ochoty mnie pocałować?

Spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Rozejrzał  się  i  bardziej  jęknął,  niż 

powiedział:

- Teraz? Tutaj?
- Tak.
- Ależ tu jest pełno ludzi. Czy to naprawdę konieczne?
- Czy w innym przypadku prosiłabym o to?
Powoli,  opornie  Zach  przyciągnął  ją  bliżej.  Jej serce  zareagowało 

natychmiast, rozpoczynając szalony taniec. Poczuła, że brak jej tchu. Jedną 
ręką ujął jej twarz i powoli pochylił się nad nią.

Kiedy  musnął  ją  ustami,  Janine  poczuła,  że  ogarnia  ją  fizyczna 

słabość. Tak jakby znalazła się na wrzosowiskach Szkocji, z księżycem w 
pełni  nad  głową,  którego  magiczne  światło  zalewało  ten  mały  zakątek 
ziemi.  Wszystko  wokół  zbladło.  Nie  słyszała  już  fal  uderzających  o 
drewniane belki mola. Dzień stał się nagle pogodny.

Kiedy  oderwał  wargi  od  jej  ust,  oparła  dłonie  na  jego  piersiach, 

oddychając nierówno. Nic  nie  mówili. Janine chciała  coś powiedzieć, nie 
znajdowała jednak odpowiednich słów. Otworzyła usta, ale Zach nachylił 
się  znowu,  by  ją  pocałować.  Tym  razem  jednak  był  to  prawdziwy 
pocałunek.  Mocny  i  głęboki.  Poczuła,  jak  obejmuje  ją  i  przytula  coraz 
mocniej.

Trwało  to  kilka  cudownych  chwil,  potem  Zach  podniósł  głowę, 

cofnął się odrobinę, ale nadal obejmował ją.

- Czy to jest odpowiedź na twoje pytanie?
- Nie - jej głos drżał - obawiam się, że to rodzi tylko kolejne pytania.
- Rozumiem  cię  -  przyznał  Zach.  -  Ten  ostatni  tydzień,  kiedy  nie 

widywaliśmy  się,  otworzył  mi  oczy na  wiele  rzeczy.  Myślałem,  że 
wyjaśnienie  sprawy  między  twoim  dziadkiem  i  nami  przyniesie  mi  ulgę. 
Jeśli  chcesz  poznać  prawdę,  to  myślałem,  że  będę  szczęśliwy,  kiedy 
odczepię  się  od  ciebie.  I  byłem  przekonany,  że  ty  myślisz  dokładnie  tak 
samo.

- Te dni były takie puste - szepnęła.
Spojrzał na nią, potakując głową.
- Bez  przerwy  myślałem  o  tobie,  chciałem  się  z  tobą  widzieć  -

szepnął.  -  Naprawdę  zasługujesz  na  zupełnie  innego  męża,  nigdy  nie 
spełnię twoich marzeń.

- A co z tobą? Setki razy mi powtarzałeś, że sam sobie wybierzesz 

żonę.

Spojrzał na nią ze zdziwieniem, jakby nie bardzo rozumiał, co mówi. 

Potem wzruszył ramionami.

- Kiedy cię lepiej poznałem, stwierdziłem, że nie jesteś taka zła.

background image

- Dzięki  -  tyle  więc  otrzymała  zamiast  róż  i  słodkich  słówek 

szeptanych do ucha. Ale coś jej mówiło, że tamto wcale nie przyniosłoby 
jej szczęścia.

- Choć niechętnie, muszę przyznać, że pomysł naszego małżeństwa 

jest całkiem rozsądny. Lubimy się chyba wystarczająco, a nawet jesteśmy 
dla siebie... atrakcyjni - Zach mówił to z pewnym trudem. - Jeśli chodzi o 
finanse, to będzie dla nas obojga korzystna decyzja. - Zacisnął rękę na jej 
ramieniu  i  spojrzał  w  oczy.  -  Jest  tylko  jedna  wątpliwość,  Janine,  czy 
potrafię uczynić cię szczęśliwą?

Poczuła,  jak  mięknie  jej  serce  na  te  słowa.  Naprawdę  mu  na  tym 

zależało.

-

A co z tobą? Czy będziesz zadowolony, jeśli mnie poślubisz?

Twarz natychmiast mu się wygładziła.
- Myślę, że tak. Nie łączy nas wielka namiętność. Ale lubię cię, a ty 

lubisz mnie.

- Lubisz? - powtórzyła Janine, wyrywając się z jego objęć.
- A co w tym złego?
Nienawidzę  tego  słowa  - Janine  wycedziła  przez  zaciśnięte  zęby.  -

Lubić jest takie letnie... rozwodnione. Nie szukam wielkiej namiętności, jak 
to  nazwałeś,  ale  na  pewno  czegoś  znacznie  silniejszego  niż  sympatia  -
podkreśliła słowa zamaszystym ruchem ręki. - Lubi się swojego psa, albo 
restaurację,  ale  nie  swoją  żonę -  mówiła  z  takim  wzburzeniem,  że  kilku 
spacerowiczów  zaczęło  się  jej  przyglądać.  -  Naprawdę  tak  trudno  ci  było 
użyć innego słowa?

-

Przestań patrzeć na mnie, jakby to była sprawa życia i śmierci 

- powiedział.

-

To jest ważne - upierała się.

Zach miał bardzo nieszczęśliwą minę.
- Jestem człowiekiem interesu. Mam ponad sto biur w pięćdziesięciu 

stanach. Znam się na obrocie handlowym, ale nie bardzo umiem gładko się 
wyrażać. Jeśli nie podoba ci się słowo „lubić", znajdź jakieś lepsze.

- Dobrze  -  powiedziała z  zastanowieniem,  zagryzając dolną  wargę. 

Nagle jej oczy pojaśniały. - Co byś powiedział na słowo „cenić?"

- Cenić - powtórzył, jakby nigdy wcześniej go nie słyszał. - Dobrze, 

niech będzie. Cenię cię.

- Ja również cię cenię - powiedziała, kiwając głową z zadowoleniem.
Wrócili  molem  nad  brzeg  morza,  gdzie  Zach  kupił  dwa  kubki 

gorącej zupy rybnej. Usiedli przy stoliku.

Od czasu do czasu przerywali jedzenie i uśmiechali się do siebie. Za

każdym razem Janine  czuła  w żołądku dziwną sensację. Kiedy  skończyła 
jeść, oblizała starannie plastykową łyżkę. Nie podnosząc oczu powiedziała:

-

Chciałabym  mieć  pewność,  że  cię  dobrze  zrozumiałam.  Czy 

myśmy właśnie postanowili, że się pobieramy, czy też nie?

Zach zastygł z łyżką w połowie drogi między kubkiem a ustami.
-

Postanowiliśmy  tak  zrobić,  wiedząc, że nie  jest to zwyczajne 

background image

małżeństwo  z  miłości,  ale  związek  oparty na  praktycznych  i  finansowych 
korzyściach.

Janine wrzuciła łyżeczkę do kubka.
- Jaśli tak, ślub nie wchodzi w grę.
- Co  ja  znowu  powiedziałem  takiego  strasznego?  -  Zach  spojrzał 

zaskoczony.

- Praktyczne i finansowe korzyści! Dzięki tobie zaczynam myśleć o 

małżeństwie jak o wizycie u lekarza. Musimy znaleźć  jakiś lepszy powód, 
żeby się pobrać.

Zach,  wzruszając  ramionami,  przyglądał  się  bezradnie  swoim 

dłoniom.

- Już  ci  powiedziałem,  że  nie  jestem  w  tym  dobry. Może  lepiej 

byłoby, gdybyś ty zechciała powiedzieć, dlaczego wychodzisz za mnie.

Zawahała się i zanim zdołała się powstrzymać, na jej ustach pojawił 

się lekki uśmiech.

- Tobie  moje  powody  nie  będą  się  podobały  tak  samo,  jak  mnie 

twoje  -  upewniła  się,  czy  nikt  ich  nie  słyszy.  -  Kiedy  pocałowaliśmy  się 
parę  minut  temu,  poruszyła  się  ziemia.  Wiem,  że  to  sentymentalne,  ale 
właśnie tak to czułam.

- Ziemia się poruszyła? - powtórzył w oszołomieniu Zach.
- Kiedy byliśmy w Szkocji, to zdarzyło się również. Nie wiem, co się 

dzieje między nami, ani nawet czy to prowadzi do czegoś dobrego, ale na 
pewno jest to coś... coś szczególnego!

Nie była wcale zdumiona, gdy Zach wykrzyknął:
- Chcesz  mi  powiedzie,  że  wyjdziesz  za  mnie,  ponieważ  dobrze 

całuję?

- Wydaje  mi  się  to  znacznie  rozsądniejsze  niż  cała  ta  bzdura  o 

korzyściach finansowych.

- Miałaś  rację  -  powiedział  spokojnie.  -  Nie  podoba  mi  się  twój 

powód. Czy potrafisz wymyślić jakiś inny?

Janine roześmiała się.
- Wiesz  co  -  stwierdziła  -  dziadek  nie  pomylił  się. Potrzebujemy 

siebie nawzajem.

Spojrzał na nią ciepło i wziął ją za rękę.
- Potrzebujemy.
Ślub  został  zaplanowany  tak  szybko,  że  Janine  ledwie  miała  czas 

zastanowić  się,  co  robi.  Jeszcze  tego  samego  popołudnia  zgłosili  się  do 
urzędu.  Kiedy  wrócili  do  domu,  dziadek  pokrzykiwał  z  radości, 
poklepywał Zacha po plecach i  ściskał raz po  raz Janine, powtarzając, że 
uszczęśliwiła starego człowieka.

Janine  była  tak  zajęta,  że  dni  i  noce  zmieszały  się  w  ciąg 

błyskawicznie  przepływających  wydarzeń.  Tyle  było  do  zrobienia  -
zorganizowanie  przyjęcia  i  zaproszenie  gości  -  że  w  czasie  następnych 
pięciu dni nie miała nawet kiedy porozmawiać choć raz z Zachem.

Na  dzień  przed  ceremonią  ogród  aż  roił  się  od  ludzi 

background image

przygotowujących  wesele.  Pani  McCormick  kierowała  armią  mężczyzn 
budujących podium dla nowożeńców i ustawiających stoły i krzesła.

Janine,  wykończona,  wyszła  przed  dom  i  spojrzała  na  jasne, 

bezchmurne  niebo,  modląc  się  w  duszy,  żeby  pogoda  utrzymała  się  do 
następnego dnia. Trawa była gęsta i zielona, niedawno przystrzyżona. Róże 
w pełnym rozkwicie napełniały powietrze swym delikatnym zapachem.

- Janine.
Rozpoznała  ten  głos  w  jednej  chwili.  Odwróciła  się  i  zobaczyła 

Zacha  idącego  w  jej  stronę.  Poczuła,  jak  serce  jej  zaczyna  bić  mocniej. 
Wydało jej się, że nie widzieli się rok, a nie kilka zaledwie dni. Miała na 
sobie dżinsy i podkoszulkę, żałowała, że nie była lepiej ubrana. Natomiast 
Zach  wyglądał  bardzo  elegancko,  w  świetnie  leżącym  garniturze  z 
ciemnym krawatem. Była skłonna przyznać, że nie zna go tak dobrze, jak 
powinna... jako kobieta wychodząca za niego za mąż. Jego zwyczaje, to co 
lubił,  a  czego  nie,  stanowiły  dla  niej  tajemnicę,  ale  nie  wydawało  się  to 
takie ważne. Pragnęła poznać tego prawdziwego Zacha.

- Cześć - zawołała, idąc w jego stronę. Patrząc na niego pomyślała, 

że musi być równie zmęczony jak ona. Najwyraźniej też był bardzo zajęty, 
choć to na nią spadły wszystkie przygotowania weselne.

Spotkali się w połowie drogi i stanęli nagle. Zach nie przytulił jej, w 

ogóle nie dotknął jej nawet.

- Co u ciebie? - zapytał.
- Dobrze - odpowiedziała. - A u ciebie?
- Żyję - rozejrzał się po ogrodzie i westchnął.
- Czy  jest  tu  jakieś  miejsce,  gdzie  moglibyśmy porozmawiać  na 

osobności?

- Oczywiście - Janine poczuła ściśnięcie w gardle, widząc, jak Zach 

trzeźwo jej się przygląda. - Czy wszystko w porządku?

Uspokoił ją krótkim skinięciem głowy.
- Oczywiście.
- Myślę, że w kuchni nie ma nikogo.
- Dobrze. - Ujął ją za łokieć i skierował w stronę domu. Dłonie jej 

drżały, kiedy odsuwała krzesło. Usiadła przy dębowym stole. On usadowił 
się naprzeciwko. Jego oczy wydawały się wyjątkowo ciemne.

- Jutro  jest  ten  dzień  -  powiedział,  jakby  oczekując, że  zaskoczy 

Janine.  Nie  zaskoczył,  choć  zrozumiała, co  chce  jej  powiedzieć.  Czas 
uciekał i jeśli któreś z nich chciało się wycofać, był to ostatni moment.

- Wiem o  tym  -  powiedziała,  zaciskając  palce  na  krawędzi  stołu.  -

Czy coś zmieniło się w twych uczuciach?

- A w twoich?
- Nie,  ale  wiesz,  nie  bardzo  miałam  czas,  żeby  się  nad  tym 

wszystkim zastanowić.

- Ja  nie  robiłem  nic  innego,  tylko  myślałem  o  naszym  ślubie  -

powiedział Zach, przeczesując ręką włosy.

- I? - zapytała, czekając na potwierdzenie decyzji.

background image

Wzruszył ramionami.
- Może jesteśmy głupcami, że zgodziliśmy się na to.
- Wszystko stało się tak szybko - powiedziała Janine słabym głosem. 

-  W  jednej  chwili  zgodziliśmy  się  na  słowo  „cenić",  a  w  następnej 
stwierdziliśmy, że potrzebujemy się nawzajem.

- Nie zapominaj o pocałunku - dodał. - O ile dobrze pamiętam, miał 

on poważny wpływ na twoją decyzję.

- Jeżeli  masz  wątpliwości,  to  byłoby  lepiej,  gdybyś  powiedział  to 

teraz, nie jutro po ślubie.

Spojrzał  na  nią  zmrużonymi  oczami,  a  potem  zaprzeczył  ruchem 

głowy i powiedział:

- Nie mam.
- Jesteś pewien?
Odpowiedział  jej  pochylając  się  do  przodu,  ujmując  jej  twarz  w 

dłonie  i  całując  ją  mocno,  czule.  Kiedy oderwali  się  od  siebie,  nie  mogli 
wymówić słowa. Słowa nie były zresztą potrzebne.

Janine wpatrywała się w jego ciemne oczy i nagle poczuła, że brak 

jej tchu.

- To  będzie  prawdziwe  małżeństwo  -  powiedział  z  mocą,  jakby 

oczekując sprzeciwu.

- Mam nadzieję, że tak właśnie będzie, panie Thomas - powiedziała 

silnym, spokojnym głosem, przytakując głową.

W  niecałe  dwadzieścia  cztery  godziny  później  Janine stała  obok 

Zacha, gotowa złożyć swe życie w jego ręce. Nigdy przedtem nie czuła się 
tak nieswojo, a jednocześnie pełna była ufności.

Zach zachowywał się tak, jakby doskonale rozumiał jej uczucia. Nie 

spuszczał z niej wzroku, kiedy powtarzała słowa przysięgi.

Kiedy  skończyła,  Zach  objął  ją  ramieniem  i  przyciągnął  bliżej  do 

siebie.  Pastor  uśmiechnął  się,  a  potem przeniósł  wzrok  na  grupę 
pięćdziesięciu  osób,  rodziny  i  znajomych,  zebranych  na  trawniku  przed 
domem Antona, i powiedział.

-

Przedstawiam wam panią i pana Thomas.

Zanim Janine zdała sobie sprawę, co się dzieje, stała w tłumie gości.
-

Janine, Janine - pierwsza ruszyła do niej Pam.

-

Wyglądasz  przepięknie  -  powiedziała  cicho,  a  w  jej jasnych 

oczach błyszczały łzy.

-

Dziękuję, najmilsza - Janine uściskała młodą przyjaciółkę.

Pam przyjrzała się Zachowi i powoli pokręciła głową.
- Ależ on jest przystojny.
- Mnie też tak się zdaje.
Zach uniósł brwi i nachylając się do jej ucha, szepnął:
- Nigdy mi tego nie mówiłaś.
- Nie ma powodu, by ci przewracać w głowie.
- Moje  dzieci  -  podszedł  do  nich  dziadek.  Uściskał  serdecznie 

background image

Janine, jego oczy błyszczały tak jak u Pam.

-

Nigdy  nie  wyglądałaś  piękniej.  Przysięgam  ci,  że z  roku  na 

rok robisz się coraz bardziej podobna do Anny.

Był to największy komplement, jaki mógł jej powiedzieć dziadek. Ze 

zdjęć,  jakie  zachował,  Janine  wiedziała,  że  jej  babka  była  wyjątkowo 
piękną kobietą.

- Dziękuję - pochyliła się i pocałowała go w policzek.
- Mam  coś  dla  ciebie  -  wtrąciła  się  Pam,  wciskając  w  ręce  Janine

starannie zapakowane pudełko. - Sama to zrobiłam - powiedziała z dumą. -
Myślę, że Zachowi też się będzie podobało.

- Och,  Pam,  nie  powinnaś  -  mruczała  Janine.  Usiadła  na  stojącym 

obok  ogrodowym  krześle,  rozwinęła  papier  i  zdjęła  pokrywę  pudełka.  I 
oniemiała.

W  pudelku  leżały  bielutkie,  maleńkie  śpioszki.  Uśmiechnęła  się 

niepewnie widząc, że patrzą na nią zebrani wokół goście.

Poczuła  przywracającą  jej  pewność  siebie  dłoń  Zacha  na  ramieniu  i 

usłyszała jego ciepły, nieco rozbawiony głos.

- Masz rację, Pani. Bardzo mi się podoba.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Janine  siedziała  obok  Zacha  na  przednim  siedzeniu  samochodu. 

Ubrana w różowy kostium i dobrze dobrany do niego kapelusz z szerokim 
rondem, ściskała mały bukiecik kwiatów. Chociaż przygotowania do ślubu 
zajęły tylko siedem dni, wszystko poszło wspaniale.

Zach  zaplanował  krótką  podróżą  poślubną.  Mógł  pozwolić  sobie 

jedynie na trzy dni urlopu, zamiast więc jechać w jakieś wymyślne miejsce, 
zaproponował, żeby pojechali do jego letniego domku nad oceanem, dwie i 
pół godziny jazdy samochodem od Seattle. Janine zgodziła się chętnie.

- Uważasz  więc,  że  jestem  przystojny  -  powiedział  Zach,  nie 

odrywając oczu od drogi. Dotąd wymienili zaledwie kilka uwag.

- Wiedziałam, że jeżeli dowiesz się o tym, przewróci ci się w głowie i 

najwyraźniej miałam rację - stwierdziła. Potem nie mogąc powstrzymać się, 
szeroko ziewnęła, zakrywając usta ręką.

- Jesteś wykończona.
. - Przenikliwy, jak zwykle.
- A ty znowu zaczepna.
- Nie  chciałam  -  przeprosiła.  Była  na  nogach  od  piątej  rano,  a 

prawdę mówiąc nie spała wiele przez cały ten tydzień. Nie tak powinno się 
zaczynać  małżeństwo, a  na  pewno nie  miodowy  miesiąc.  Z  tym ostatnim 
wiązały się  jeszcze  inne  stresy. Zach  dał  jej wyraźnie do  zrozumienia, że 
chce, by ich małżeństwo było prawdziwe, ale nie oczekiwał chyba, że będą 
tak od razu spali w tym samym łóżku. A może?

Od  czasu do  czasu zerkała na  niego,  zastanawiając  się, co powinna 

powiedzieć. Nawet gdyby zdecydowała się poruszyć ten delikatny temat, nie 
bardzo wiedziała, jak zacząć.

background image

- Usiądź wygodnie i odpocznij - zaproponował Zach. - Obudzę cię, 

kiedy będziemy na miejscu.

- Ale to przecież już niedługo.
- Jakieś piętnaście minut.
- Nie  warto  więc  zasypiać  -  nerwowo  zacisnęła  palce  na  bukiecie. 

Prezent  od  Pam  tylko  dolał  oliwy  do  ognia.  Stwierdziła,  że  nie  może 
odwlekać rozmowy na ten temat.

- Zach...  czy  my  mamy...  no  wiesz...  -  poczuła  się  jak  kompletna 

idiotka.

- Jeżeli  mówisz  o  tym,  o  czym  ja  myślę,  że  mówisz,  to  odpowiedź 

brzmi nie. Więc uspokój się.

- Nie? - nie musiał mówić tego  tak obojętnie,  jakby w ogóle  go to 

nie interesowało.

- Dlaczego pytasz? Zmieniłaś zdanie na... ten temat? Kiedy to będzie 

miało  się  stać,  stanie  się.  Ostatnia  rzecz,  jakiej  potrzebujemy,  to 
wywieranie na siebie jakiegokolwiek nacisku.

- Masz rację - powiedziała z ulgą.
- Potrzebujemy  trochę  czasu,  żeby  poczuć  się  ze  sobą  swobodnie. 

Nie ma żadnego powodu, żeby przyspieszać nasze zbliżenie.

- Oczywiście,  że  nie  -  zgodziła  się  pospiesznie.  Może  nawet  zbyt 

szybko,  bo  kiedy  zerknęła  na  niego  znowu,  Zach  marszczył  czoło.  Ale 
jednak godził się poczekać, jakby wspólne pójście do łóżka nie było takie 
ważne.  Jak  sam  powiedział,  to  małżeństwo  nie  było  wynikiem  wielkiej 
namiętności. No cóż, trudno się było z tym nie zgodzić.

Minęło  następne  pięć  minut,  Zach  zjechał  z  autostrady  w  stronę 

niewielkiego  kurortu  nad  oceanem.  Nie  zatrzymał  się  w  dzielnicy 
handlowej, jechał dalej nad sam brzeg morza. Kiedy wyłączył silnik, słońce 
zaczęło właśnie zachodzić.

Janine była tak zachwycona domem, że nie mogła wykrztusić słowa.
Mocny  podmuch  wiatru  szarpnął  nimi,  kiedy  wysiadali  z 

samochodu.  Janine  przytrzymała  kapelusz  ręką,  w  której  ściskała  wciąż 
bukiet kwiatów, drugą podała Zachowi. Zachodzące słońce rzucało różowy 
i złoty blask na piaskowe wydmy.

-

Dom,  słodki  dom  -  powiedział  Zach,  prowadząc ją  w  stronę 

budynku.

Frontowe  drzwi  otworzyły  się,  zanim  zdążyli  do  nich  podejść  i  na 

ganku ukazał się schludny mężczyzna w średnim wieku, który wyszedł ich 
przywitać. Uśmiechał się serdecznie.

- Witaj, Zach. Dobrze się jechało?
- Tak.
- Wszystko  gotowe.  Jedzenia  macie  w  bród.  Drewno  narąbane  i 

kolacja przygotowana.

- Wspaniale,  Harry,  dziękuję  -  Zach  położył  rękę  na  ramieniu 

Janine.  -  To  jest  moja  żona  -  powiedział,  a  po  chwili  wahania  dodał.  -
Pobraliśmy się dzisiaj po południu.

background image

- Twoja żona? - powtórzył Harry najwyraźniej lekko zaskoczony. -

O, to wspaniale. Gratulacje.

- Dziękujemy - odpowiedziała grzecznie Janine.
- Harry Gleason opiekuje się domem, kiedy mnie tu nie ma.
- Miło mi cię poznać, Harry.
- Zach  się  ożenił  -  powiedział  Harry,  pocierając  dłonią  szczękę  w 

nieukrywanym zdziwieniu. - To naprawdę...

- Wspaniale  -  dokończył  za  niego  Zach.  Najwyraźniej  nie  był 

zachwycony reakcją Harry'ego i popchnął Janine w stronę drzwi.

- Tak - powtórzył Harry. - Wspaniale.
Wciąż  przytrzymując  ręką  kapelusz,  Janine  odwróciła  się,  żeby 

spojrzeć na nowoczesny, jednopiętrowy domek.

-

Wejdź do środka - polecił Zach. - Ja przyniosę bagaże.

Janine chciała zaprotestować, gdy nagle zapragnęła, żeby zgodnie ze 

zwyczajem przeniósł ją przez próg.

- Coś nie tak? - zapytał.
- Nie  -  właściwie  nie  miała  powodu  do  niezadowolenia.  Nie  była 

nawet pewna, czy to ma jakieś znaczenie. Weszła do środka i oniemiała na 
widok ogromnego salonu pełnego wielkich kanap i foteli. Ceglany kominek 
zajmował  całą  jedną  ścianę,  przeciwległa  była  przeszklona  i  widać  było 
ocean.  Janine  podeszła  tam  przyciągnięta  widokiem  wielkich  fal,  które 
uderzały z przerażającą siłą o brzeg, jakby chcąc go za coś ukarać.

Zach wszedł za nią do środka, niosąc bagaże. Nie spojrzał nawet na 

widok za oknem.

- Harry odstawi samochód - powiedział.
- To miejsce jest niesamowite - westchnęła Janine. Zdjęła kapelusz i 

położyła go obok kwiatów na małym stoliku. Poszła za Zachem i odkryła 
korytarz,  z  którego  drzwi  prowadziły  do  czterech  sypialni,  każda  z  nich 
miała  własną  łazienkę.  Na  tyłach  domu  znajdowała  się  sala  do  ćwiczeń, 
biuro  i  ultranowoczesna  kuchnia,  gdzie  garnek  z  coą  au  vin  kipiał  w 
piekarniku.

W jadalni na długim, wypoliturowanym, mahoniowym stole nakryto 

dla dwóch osób. Na stoliku przy oknie z widokiem na ocean stała butelka 
francuskiego szampana i lód.

Zach wrócił, kiedy zamierzała podejść do kuchenki. Zaległa dziwna 

cisza. Wreszcie odezwał się pierwszy.

-

Położyłem  twoje  rzeczy  w  sypialni  -  stwierdził obcesowo, 

wsadzając ręce do kieszeni. - Ja będę spał po drugiej stronie korytarza.

Skinęła  głową,  starając  się  nie  myśleć,  dlaczego  czuje  się  tak 

zawiedziona.  Przecież  zgodzili  się,  że  przesuną  na  później  swoją  noc 
poślubną.

- Jesteś  głodna?  -  zapytał,  podchodząc  do  kuchenki.  Podniósł, 

podobnie jak ona wcześniej, pokrywkę i sprawdził, co jest w garnku.

- Tylko  trochę.  Myślałam,  że  się  teraz  wykąpię,  chyba  że  chcesz 

najpierw zjeść.

background image

- Ależ nie.
Janine  wyciągnęła  z  torby  strój  kąpielowy  i  szybko  się  przebrała. 

Marzyła o  ciepłej wodzie.  Może uda jej się odprężyć. Zarzuciła  na  ramię 
plażowy ręcznik i wróciła do kuchni, ale Zacha nie było nigdzie widać. Nie 
czekając  na  niego,  wyszła  na  taras,  gdzie  znajdował  się  mały  basenik  i 
zanurzyła w gorącej wodzie. Poczuła się jak otulona w miękki, płynny koc, 
zawinięty tuż pod biustem.

Zach pojawił się w minutę później, wciąż w garniturze. Stanął jakby 

zaskoczony jej widokiem.

- Nie...  nie  wiedziałem,  że  tak  szybko  wyjdziesz  -  powiedział, 

wpatrując się w nią z nie ukrywanym podziwem. Odetchnął głęboko i zajął 
się  otwieraniem  butelki  szampana,  potem  nalał  sobie  pełen  kieliszek. 
Przełknął płyn jednym haustem, a następnie nalał szampana Janine.

- Idziesz się kąpać? - zapytała, sięgając po kryształowy kieliszek.
- Nie  -  powiedział  szorstko.  -  Nie  będę  teraz  pływał.  W  tym 

tygodniu  nie  zdążyłem  zrobić  kilku  rzeczy,  więc  teraz  przejrzę  papiery. 
Baw się dobrze.

Miał  zamiar  pracować  w  swoją  noc  poślubną!  Czuła,  że  nie  ma 

żadnego prawa komentować tego ani się skarżyć. Postanowiła, że nie okaże 
ogarniającego ją niezadowolenia.

-

Woda  jest  cudowna  -  powiedziała  tak  pogodnie, jak  tylko 

potrafiła, mając nadzieję, że go namówi.

Zach skinął głową, ale unikał wzroku Janine.
-

Wygląda...  wspaniale  -  przeciągnął  palcami  po włosach  i 

popatrzył na nią, jakby chciał jej coś powiedzieć. Ale najwyraźniej zmienił 
zdanie.

Speszona jego dziwnym zachowaniem, Janine odstawiła kieliszek z 

szampanem i  wstała  tak  gwałtownie,  że  woda  przelała  się  przez  krawędź 
basenu.

- Nie musisz tego mówić - mruknęła, wychodząc z wody i sięgając 

po ręcznik.

- Czego?
- Ostrzegałeś mnie przed ślubem, że wiem, na co się decyduję. Nie 

musisz  się  martwić.  Zrozumiałam,  o  co  chodziło  w  chwili,  kiedy  się  tu 
znaleźliśmy.

Zach wypił kolejny kieliszek szampana, jakby to była woda.
- O czym ty do diabła mówisz?
- Nieważne - energicznie wycierała ramiona.
- Nie - warknął niecierpliwie - chcę, żebyś mi powiedziała.
Wiedząc, że nie powinna tego robić, wskazała palcem drzwi.
- Powiedziałeś,  że  mnie  tylko  lubisz  i  że  nie  ma  między  nami 

żadnego  uczucia.  Dobrze.  Po  prostu  wspaniale.  Zgadzam  się  na  takie 
warunki, ale...

- Ale co? - dopytywał się.
Wzruszyła ramionami, przygotowana z góry na kłótnię.

background image

- Ale każda panna młoda powinna zostać przynajmniej przeniesiona 

przez próg.

- Próg?  -  wykrzyknął  wpatrując  się  w  nią  jakby  wymagała 

poważnego leczenia. Zrobił dwa kroki w kierunku drzwi, potem odwrócił 
się z powrotem. - Oczywiście żartujesz?

Podniosła  wysoko  głowę  unikając  spojrzenia  jego  ciemnych  oczu. 

Czuła w gardle gulę wielkości arbuza i bała się cokolwiek powiedzieć.

-

To niewiarygodne. Chyba naprawdę traktujesz to poważnie! -

najwidoczniej nie potrafił w to uwierzyć. - Jeżeli to dla ciebie takie ważne, 
z radością zrobię ci tę przyjemność.

Miała  ochotę  wybuchnąć  płaczem,  ale  udało  jej  się  jakoś 

powstrzymać.

- Jesteś  ostatnim  mężczyzną,  któremu  pozwolę  zanieść  się 

gdziekolwiek.

- No  wspaniale,  już  się  kłócimy.  Pewnie  chcesz  mnie  poprosić  o 

rozwód  i  będzie  to  najkrótsze  małżeństwo  w  całej  historii  Stanów 
Zjednoczonych Ameryki.

Janine  zbladła.  Rozwód  to  takie  brzydkie  słowo,  poczuła  się  tak, 

jakby dostała policzek. Wstrzymywane łzy popłynęły jej po twarzy. Starając 
się  zachować  pozory  godności,  odwróciła  się  i  poszła  w  stronę  domu, 
zostawiając za sobą mokre ślady.

-

Janine - krzyknął Zach. Dogonił ją w kuchni.

Zabiegł  jej  drogę  i  zastawił  sobą  przejście.  -  A  niech to,  Janine, 

naprawdę nie zamierzałem kłócić się z tobą.

Z wysoko uniesioną głową patrzyła ponad jego ramieniem malowane 

na żółte kwiaty na ścianie jadalni. Dopiero kiedy łzy przesłoniły jej zupełnie 
widok, wytarła oczy.

- Przepraszam  -  szepnął,  wyciągając  do  niej  rękę,  jakby  chciał  ją 

przytrzymać.  Ale  w  tej  samej  chwili  jego  ramię  opadło.  -  Powinienem 
zdawać sobie sprawę, że tradycja jest dla ciebie ważna. Uczciwie mówiąc, 
zupełnie zapomniałem o zwyczaju przenoszenia przez próg.

- To  nie  tylko  to.  Postanowiłeś  od  razu  zakopać  się  w  pracy.  Ilu 

mężczyzn bierze ze sobą teczkę z dokumentami na swój miodowy miesiąc? 
Już  teraz  czuję  się  jak  niepotrzebny  bagaż,  a  jesteśmy  małżeństwem 
dopiero  od  kilku  godzin.  -  Nie  chciała  widzieć  Zacha  u  swych  stóp, 
targanego  namiętnością,  ale  też nie  spodziewała  się,  że  będzie  mu  tyle 
potrzebna co zużyta bielizna. Zach wyglądał na zakłopotanego.

- Co  ma  z  tym  wspólnego  moja  praca?  Pytanie  to  rozzłościło  ją 

jeszcze bardziej.

Nawet nie widzisz, jak bardzo jesteś nieznośny. Nie odpowiedział jej 

wprost, tylko patrzył na nią przez długą chwilę, jakby ważąc słowa.

- Po  prostu  myślałem,  że  będę  miał  chwilę  na  przejrzenie  tych 

papierów - powiedział powoli. - Ale najwyraźniej to ci przeszkadza.

- Tak, przeszkadza mi. - Janine oparła ręce na biodrach.
- Przecież uzgodniliśmy, że przenosimy na później to, co zazwyczaj 

background image

się robi podczas miodowych dni.

- A  co  byś  powiedział  na  to,  żeby  potraktować  ten  czas  jak 

prawdziwe wakacje? Poznać się lepiej.

- Czujesz się ze mną jak z obcym, tak? Nic dziwnego, że jesteś taka 

nerwowa.

- Nie  jestem  nerwowa.  Jestem  po  prostu  zmęczona  i  tak  bardzo 

staram się nie powiedzieć ani zrobić nic takiego, co pozwoliłoby ci nazwać 
mnie... jędzą.

- Jędzą? - powtórzył zaskoczony Zach. - Uważam, że jesteś urocza. 

Muszę się przyznać, że trudno mi od ciebie oderwać wzrok.

- Naprawdę?  -  ręcznik  zsunął  się  niepostrzeżenie  na  ziemię.  -

Myślałam, że nie umiesz mówić słodkich słówek.

- Słodkie słówka?
- Bardzo słodkie. Zaczynałam już myśleć, że ci się nie... podobam.
Zach przyjrzał jej się ze zdziwieniem.
- Chyba żartujesz.
- Wcale nie.
- Zdaje się, że czeka mnie parę trudnych dni - powiedział. - Musisz 

być dla mnie wyrozumiała.

- Dobrze - zgodziła się, już teraz czując się o niebo lepiej.
- Proponuję,  żebyś  się  przebrała,  a  ja  w  tym  czasie  przygotuję 

kolację.

- Wspaniale.
Kiedy wróciła do kuchni, ubrana w wełniane spodnie i jasnokremowy 

sweter, Zach podawał już kolację. Kieliszki napełnione były winem.

-

Zanim usiądziemy, muszę coś zrobić.

Ku  zdziwieniu Janine  podniósł  ją.  Wyrwał  jej  się  z  ust  okrzyk 

zdumienia.

- Co robisz?
- Zdaje się, że chciałaś być przeniesiona przez próg.
- Tak, ale robisz to odwrotnie. Powinieneś mnie wnieść z dworu do 

środka.

Zach wzruszył ramionami, nie speszony jej słowami.
- W naszym małżeństwie nic nie jest normalne, więc i ten rytuał nie 

musi  być  taki.  -  Udał,  że  uginają  mu  się  pod  jej  ciężarem  kolana,  kiedy 
wnosił ją do salonu.

- Powinieneś zachować powagę - pouczyła go,  ale sama nie  mogła 

powstrzymać śmiechu.

Z  udawanym  wysiłkiem  otworzył  wreszcie  drzwi  i  ceremonialnie 

wyniósł ją na ganek. Powoli stawiał ją na ziemi, cały czas trzymając blisko 
przy sobie. Już się nie śmiał.

-

Chyba  zapomniałem  o  czymś  ważnym  -  powiedział  z 

czułością w głosie.

Przecież nie umrę od tego pocałunku, pomyślała Janine.
- Janine?

background image

- Wszystko jest doskonale. Naprawdę. I dziękuję.
Niezupełnie - mruknął. Odwrócił ją do ciebie i dotknął ustami jej ust. 

Janine poddała się całkowicie pocałunkowi, objęła go ramionami za szyję. 
Zadrżała  od  fali  gorąca,  która  przepłynęła  przez  nią.  To  był 
najcudowniejszy  pocałunek  w  jej  życiu,  a  tego  się  nie spodziewała.  Nie 
miała pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Zach oderwał nagle od niej usta, ale 
stał  z  zamkniętymi  oczami.  Prawie  widać  było,  jak  stara  się  otrząsnąć  z 
wrażenia i kiedy odsunął się od niej, panował już nad sobą zupełnie. Janine
westchnęła cichutko. Nie wiedziała, co o tym myśleć.

Minęły  dwa  dni.  Chodzili  na  długie  spacery  i  zbierali  muszle. 

Wynajęli  mopedy  i  ścigali  się  wzdłuż  plaży.  Puszczali  w  niebo  latawce, 
podziwiając, jak nurkują i wzbijają się w górę. Dzień przed powrotem do 
Seattle Zach zaproponował, że przygotuje kolację. W związku z tym musiał 
pojechać do miasta i poczynić odpowiednie zakupy. Dotąd Janine robiła dla 
nich proste posiłki. Harry miał wolne na czas ich pobytu.

- Co  przygotujesz?  -  chciała  się  dowiedzieć,  kiedy  wjeżdżali  na 

parking przed jedynym w mieście sklepem spożywczym. - Powiedz mi, to 
kupię odpowiednie wino.

- Wino - mruczał. - Zazwyczaj nie podaję do tego wina.
Ruszyła  za  nim,  a  kiedy  zobaczył,  że  towarzyszy  mu  w  pewnej 

odległości,  ujął  ją  zdecydowanie  za  ramię  i  odwrócił  w  przeciwnym 
kierunku.

-

Jestem artystą i muszę pracować w samotności.

Janine ledwie powstrzymała się od śmiechu.
-

Żeby kolacja  stała się arcydziełem, muszę się skoncentrować 

nad  doborem  produktów.  Ty,  moja najdroższa,  najsłodsza  żono  -  dodał 
dotykając  końcem wskazującego  palca  jej  nosa  -  za  bardzo  mnie
rozpraszasz. W miły sposób, ale jednak rozpraszasz.

Janine  uśmiechnęła  się,  jej  serce  tańczyło  ze  szczęścia.  Zach  rzadko 

mówił jej miłe słowa, nauczyła się więc cenić jego komplementy.

Podczas  gdy  wybierał  produkty,  Janine  spacerowała  po  mieście. 

Kupiła małą mewę z porcelany, którą nazwała od razu Chester i dużą torbę 
soli. Potem wiedziona nagłym impulsem sięgnęła też po krem do opalania.

Kiedy  wróciła  do  samochodu,  Zach  już  na  nią  czekał.  Lizała 

podwójne lody czekoladowe i czuła się bardzo szczęśliwa.

- Czy  szef  kuchni  znalazł  wszystko,  co  mu  było  potrzebne?  -

zapytała.  Powstrzymała  się  do  zaglądania  do  dwóch  brązowych, 
papierowych toreb leżących na podłodze.

- Naszą dzisiejszą kolację będziesz długo wspominać, obiecuję ci.
- Miło  to  słyszeć  -  wyciągnęła  w  jego  stronę  rożek  z  lodami  i 

zapytała - Chcesz spróbować?

- Chętnie  -  pochylił  się  do  przodu,  ale  odsunął  rożek  i  dotknął 

ustami jej ust. Widziała jego ciemne oczy zakryte ciężkimi powiekami i jej 
serce zaczęło nagle bić bardzo mocno. Nie była pewna, co się wydarzyło 

background image

pomiędzy nimi, ale wiedziała z pewnością, że coś dobrego.

Kiedy  pocałunek  przedłużał  się,  poczuła,  jak  przebiega  ją  dreszcz. 

Żadne  z  nich nie  poruszyło się  ani nie  odezwało. Chciał,  żeby pocałunek 
był  delikatny  i  żartobliwy,  ale  szybko  jego  natężenie  zmieniło  się.  Na 
krótką  chwilę  jego  oczy  spochmurniały.  Trzymał  ją  w  ramionach  i 
oddychał szybko.

Janine wydało się zabawne, że chociaż byli sami przez dwa dni, to 

zdecydował się ją pocałować na parkingu pełnym ludzi.

-

Nie  pamiętałem,  że  czekoladowe  są  takie  smaczne -

powiedział  cicho.  Chciał,  żeby  jego  głos  zabrzmiał normalnie,  ale  Janine
nie dała się oszukać. Ten pocałunek podziałał na niego tak samo jak na nią.

Musiał bardzo się starać, żeby nie pokazać tego po sobie.
Podczas  krótkiej  drogi  do  domu  oboje  byli  dziwnie cisi.  Do  tego 

momentu  spędzali  czas  razem  i  dobrze  się  czuli  w  swoim  towarzystwie. 
Teraz nagle wszystko się zmieniło.

- Czy zostanę wygnana z kuchni? - zapytała beztrosko Janine, kiedy 

byli już w domu.

- Nie  całkiem  -  zaskoczył  ją.  -  Będę  cię  potrzebował  potem  do 

zmywania naczyń.

Janine roześmiała się, wsunęła olejek do opalania do torby, włożyła 

kostium  i  wyciągnęła  leżak,  żeby  złapać  ostatnie  promienie 
popołudniowego słońca.

Zach wkrótce dołączył do niej, niosąc w wysokiej szklance mrożoną 

herbatę.

- Myślałem, że będziesz miała na to ochotę.
- Dzięki. Gdybym wiedziała, że tak dobrze poruszasz się w kuchni, 

już dawno przydzieliłabym ci jakieś obowiązki.

Postawił szklankę koło niej i wrócił do domu.
-

Lista moich talentów zadziwiłaby cię - rzucił jej przez ramię.

Bez wątpienia należy do nich całowanie, pomyślała. Ostatnia próba 

wywołała  gwałtowną  potrzebę  następnych.  Gdyby  była  doświadczoną, 
wyrafinowaną kobietą, nie  miałaby  żadnych  problemów,  by  znaleźć  się  z 
powrotem w jego ramionach. Ale oni byli mężem i żoną.

Leżąc  na  plecach  z  zamkniętymi  oczami,  Janine  wyobrażała  sobie, 

jak to by było cudownie, gdyby Zach wziął ją w ramiona i kochał ją...

Przebudziła  się  nagle  i  wbiegła  do  domu,  żeby  się  przebrać. Kiedy 

już  była  prawie  gotowa,  Zach  zawołał,  że  kolacja  gotowa.  Wyciągnął  stół 
ogrodowy, ponieważ mieli jeść na werandzie.

- Pomóc ci? - zapytała, starając się zerknąć do kuchni.
- Nie.  Usiądź,  bo  zaraz  wszystko  ostygnie  -  wskazał  na  krzesło  i 

poczekał, aż usadowi się wygodnie.

- Mam tylko łyżkę - powiedziała, rozkładając serwetkę na kolanach. 

Musiało mu się coś pomylić.

- Bo potrzebna jest tylko łyżka - krzyknął z kuchni.
- I całe to zamieszanie z powodu jednej zupy? - zapytała kpiąco.

background image

-

Poczekaj, to zobaczysz. Zaraz wracam.

Zabrzmiało to tak poważnie, że Janine nie mogła się powstrzymać od 

uśmiechu.  Układała  w  myślach  komplementy,  którymi  mogłaby  go 
obdarzyć  -  „wyjątkowo  pyszna",  „odświeżająco  odmienna"  -  kiedy  Zach 
wszedł na taras, niosąc blaszaną puszkę i szczypce.

- Na litość boską, a to co takiego? - wykrzyknęła z obrzydzeniem.
- Kolacja - odpowiedział. - Gotowałem taką tylko dla siebie, kiedy 

należałem do skautów.

Postawił  przed  nią  parującą  puszkę,  jakby  był  w  niej  homar  na 

porcelanowym  półmisku.  Janine pochyliła  się  do  przodu,  zaglądając  z 
obawą do środka.

-

Kiełbaski. I fasolka - poinformował ją z dumą.

-

I pomyśleć, że przez chwilę zwątpiłam w ciebie.

Cała  jej ironia zniknęła  jednak  w  chwili, gdy spróbowała  jego 

specjalności.  Fasolka  była  znakomita.  Zdziwił  ją  jeszcze  raz,  przynosząc 
deser: małe grahamki posmarowane kremem czekoladowym i podgrzane w 
piecyku.

Janine  zjadła  cztery  ciasteczka,  które  Zach  nazywał  jeszczakami. 

Wytłumaczył,  że  kiedy  pierwszy  raz  je  zaserwował,  wszyscy  prosili  o 
jeszcze.

-

Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało ci się w ogóle pozostać 

kawalerem  -  pokpiwała  sobie  z  niego, zapominając  na  chwilę,  że  są 
małżeństwem. - Gdyby rozeszła się wieść o twoich talentach kulinarnych,
kobiety pchałyby się drzwiami i oknami do twego domu.

Zach  parsknął  śmiechem,  ale  wyglądał  na  ogromnie  z  siebie 

zadowolonego.

Nagle  Janine  uświadomiła  sobie,  że  nigdy  nie  pytała  Zacha  o  inne 

kobiety w jego życiu. Okazałaby się okropnie naiwna, gdyby wierzyła, że 
nie  był  nigdy  związany  z  żadną  kobietą.  Ona  przeżyła  swoją  historię  z 
Brianem. Na pewno i w przeszłości Zacha istniały jakieś kobiety.

Poczekała  do  wieczora,  kiedy  siedzieli  przed  kominkiem,  popijając 

wino i słuchając klasycznej muzyki. Zach był rozprężony, podciągnął jedną 
nogę  i  oparł  brodę  na  kolanie.  Janine  leżała  na  brzuchu,  wpatrując  się  w 
ogień.

-

Byłeś kiedyś zakochany? - zapytała, starając się, aby pytanie 

zabrzmiało zupełnie obojętnie.

Zach nie odpowiedział wprost.
- Czy byłabyś zazdrosna, gdybym powiedział: tak?
- Nie - odpowiedziała z pewnością, której wcale nie czuła.
- Chyba nie. A ty. Byłaś zakochana?
Nie  odpowiedziała  od  razu.  Kiedyś  myślała,  że  jest  zakochane  w 

Brianie.  I  dopiero  niedawno  zdała  sobie  sprawę,  że  raczej  zakochała  się 
wtedy w samej idei miłości. Wraz z uświadomieniem sobie tego przeszłość 
przestała być tak bolesna.

- Nie - odpowiedziała przekonana, że mówi prawdę. Jej uczucie do 

background image

Zacha,  którego  dopiero  przecież  poznawała,  było  już  po  tysiąckroć 
mocniejsze niż to, które kiedykolwiek czuła do jakiegokolwiek mężczyzny. 
Nie wiedziała, jak to wytłumaczyć, wolała więc w ogóle o tym nie mówić. 
- Ja zapytałam pierwsza.

- Jestem żonatym mężczyzną. Oczywiście, że jestem zakochany.
- Mnie lubisz. Tak powiedziałeś. Chyba pamiętasz?
- Wydawało mi się, że to słowo ci nie odpowiada.
To  prawda.  A  teraz  przestań  krążyć  dookoła  tematu.  Czy  byłeś 

kiedyś naprawdę zakochany? Nie musisz mi zdradzać żadnych szczegółów 
- tylko tak lub nie.

- Chodzi ci o szaloną namiętność?
- Tak  -  powiedziała  niecierpliwie.  -  Nie  baw  się  ze  mną  i  nie 

podawaj mi listy kobiet, które lubiłeś.

Stał się nagle tak skupiony, że odechciało się jej śmiać. Podciągnęła 

nogi i usiadła, obejmując ramionami kolana.

Zach przyglądał jej się przez długą chwilę.
-

Tak  -  odpowiedział  wreszcie  chrapliwym  szeptem -  Byłem 

zakochany.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

- Miała na imię Maria.
- Maria  - Janine  powtórzyła,  jakby  nigdy  nie  słyszała  takiego 

imienia.

- Spotkaliśmy  się  w  Europie,  dokąd  zostałem  wysłany  podczas 

służby wojskowej. Mówiła biegle pięcioma językami i gdy byliśmy razem, 
nauczyła mnie dawać sobie radę z dwoma.

- Pracowała razem z tobą?
- Byłem w wojsku, a ona pracowała dla wywiadu. Wykonywaliśmy 

razem pewne zadanie, miało to potrwać kilka dni, a przeciągnęło się na całe 
tygodnie.

- I  wtedy  się  w  niej  zakochałeś  -  ból  w  piersi  nie  chciał  minąć. 

Czuła, że zaraz serce jej pęknie.

- Oboje  wiedzieliśmy,  że  nasze  zadanie  jest  niebezpieczne, 

współpracowaliśmy  ze  sobą  -  zamilkł  i  ciężko  westchnął.  -  Zęby  nie 
przedłużać  tej  historii,  tak,  zakochałem  się  w  niej.  Ale  ona  mnie  nie 
kochała.

- I co?
- Chciałem, żeby zrezygnowała z pracy i wyszła za mnie. Ale to jej 

nie interesowało. Chcesz usłyszeć szczegóły?

- Nie.
Zach wypił łyk wina.
-

Niedługo  potem  opuściłem  armię.  Nie  miałem już  do  tego 

serca.  Maria  była  inna  -  dla  niej  praca i  ryzyko,  jakie  niosła,  to  było 
prawdziwe  życie.  Była najbardziej  oddaną,  najodważniejszą  kobietą,  jaką
kiedykolwiek  poznałem.  I  chociaż  wtedy  było  to  dla mnie bolesne,

background image

wiedziałem, że postąpiła  słusznie.

Małżeństwo i rodzina znudziłyby ją po roku. Nie zrozum mnie źle.

To  było  bolesne. Kochałem  ją  bardziej,  niż  sądziłem, że  jest  to  możliwe. 
Oboje milczeli przez chwilę. Potem Janine zapytała:

- A co robiłeś po odejściu z wojska?
- Przez te kilka lat udało mi się odłożyć trochę pieniędzy. Nieźle je 

ulokowałem.  Postanowiłem  sam  otworzyć  przedsiębiorstwo.  Czytałem 
wszystko,  co  tylko  wpadło  mi  w  ręce  na  temat  transportu  i  firm 
dostawczych  i  zacząłem  wzorować  się  na  modelu,  jaki  stworzył  twój 
dziadek.  Po  pięciu  latach  byłem  już  jego  głównym  konkurentem.  W 
zeszłym  roku  spotkaliśmy  się  na  konferencji  i  połączyliśmy  nasze  siły.  I 
jak to mówią, reszta jest milczeniem.

- Czy była ładna? -już w chwili zadawania pytania Janine wiedziała, 

że ośmiesza się. Co to za różnica, czy jego Maria była Miss Ameryki czy 
też  miała  buzię  małpki.  Żadna.  Zach  kochał  Marię.  Kochał  ją  tak,  jak 
prawdopodobnie nie będzie kochał nikogo i nigdy. Bardziej, niż myślał, że 
jest  zdolny.  W  porównaniu  z  tym,  co  czuł  do  niej,  można  to  było 
rzeczywiście nazwać tylko sympatią.

- Była blondynką i... tak, była piękna.
- Byłam tego pewna. - Janine spróbowała się uśmiechnąć.
Zach otrząsnął się, jakby z wysiłkiem wracając do teraźniejszości.
- Nie martw się. To było dawno.
- Nie  martwię  się  -  mruknęła  Janine.  Wstała  zabierając  swój 

kieliszek. - Jestem trochę zmęczona. Pójdę się chyba położyć.

Zach wciąż wpatrywał się w ogień i Janine wątpiła, czy w ogóle ją 

słyszy. Nie potrzebowała kryształowej kuli, żeby wiedzieć , że przypomina 
sobie piękną Marię.

Dziesięć  minut  później,  kiedy  była  już  w  sypialni,  usłyszała  jego 

kroki  na  korytarzu.  Wydawało  jej  się,  że  przez  chwilę  zawahał  się  przed 
drzwiami, ale powiedziała sobie, że to pewnie jest jej pobożne życzenie.

W  chwili  kiedy  Zach  opowiedział  jej  o  swojej  wielkiej  miłości, 

Janine czuła, że rośnie w niej jakaś bryła. Wielka gruda ulokowana między 
sercem i żołądkiem. Z każdym oddechem robiła się coraz większa. Dobry 
Boże, dlaczego miałaby się przejmować Marią? Zach nigdy nie  twierdził, 
że czuje coś do niej. Nie odebrał jej nic, do czego miałaby prawo.

Godzinę  później  leżała  na  boku,  nadal  w  pełni  rozbudzona, 

przyciskając  rękami  żołądek.  Nie  miała  nic  przeciwko  temu,  że  Zach 
kochał  głęboko  inną  kobietę,  ale  bolało  ją,  że  nigdy  nie  pokocha  już  tak 
mocno jak wtedy. Powiedział przecież, że żeni się z nią, ponieważ to jest 
rozsądne z finansowego punktu widzenia. I lubił ją.

Jak  jakaś  romantyczna  idiotka  Janine  uwierzyła,  że  pokochają  się i 

będą  żyli długo i  szczęśliwie, chowając piątkę  dzieci  w  małym domku  za 
białym parkanem.

Zach kochał Marię, która postanowiła służyć swemu krajowi.
Najbardziej  patriotyczna  rzecz,  jaką  zrobiła  Janine  w  cały  swoim 

background image

życiu,  to  oddanie  głosu  w  czasie  wyborów.  Pomyślała,  że  dwukrotne 
wypicie kawy na spotkaniach Czerwonego Krzyża chyba się nie liczy.

Maria  była  poliglotką.  Po  dwóch  latach  nauki  francuskiego  na 

studiach  Janine  mogła się  poszczycić świetną  znajomością gramatyki, ale 
w prawdziwej rozmowie czuła się bezradna.

- Po co go w ogóle pytałam - jęczała. Była absolutnie pewna, że Zach 

sam  nigdy  by  nie  wspomniał  o  Marii.  Zmusiła  go  do  tego.  Jaka 
błogosławiona była wcześniejsza ignorancja! Jaka wygodna!

Nigdy nie będzie wielką miłością jego życia.
Kiedy w kilka godzin później Janine usłyszała Zacha włóczącego się 

po  domu,  przewróciła  się  na  drugi  bok  i  spojrzała  na  zegarek, pewna,  że 
jest środek nocy.

Był późny ranek, dawno powinni jechać do domu. Odrzuciła koce i 

wyskoczyła  z  łóżka,  nieprzytomnie  sięgając  po  szlafrok.  Potknęła  się  i 
uderzyła  się  o  ścianę.  Aż  krzyknęła  z  bólu.  Złapała  się  rękami  za  nos  i 
zamknęła oczy. Łzy płynęły jej po policzkach.

- Janine - Zach zastukał do jej drzwi. - Nic ci się nie stało?
- Nie  -  krzyknęła,  wciąż  trzymając  się  za  nos.  Spojrzała  w  lustro 

opuszczając rękę. Tak jak przypuszczała, z nosa sączyła się krew.

- Czy mogę wejść? - zapytał znowu Zach.
- Nie... idź sobie - ruszyła do sąsiadującej z pokojem łazienki, wysoko 

trzymając głowę i zakrywając nos obiema rękami.

- Masz jakiś dziwny głos. Wchodzę.
- Nie  -  wrzasnęła.  -  Idź  sobie.  -  Sięgnęła  po  ręcznik.  Po  twarzy 

płynęły jej łzy, bardziej z upokorzenia niż z bólu.

- Wchodzę - krzyknął Zach, najwyraźniej bardzo już zdenerwowany.
Nim  Janine  zdążyła  zaprotestować,  drzwi  sypialni  otworzyły  się  i 

Zach wkroczył do środka. Spojrzał przez otwarte drzwi łazienki.

- Co się stało?
Janine  jedną  ręką  przyciskała  mokry  ręcznik  do  dolnej  połowy 

twarzy, a drugą pokazywała mu drzwi.

- Daj  mi to  zobaczyć -  powiedział,  nie przejmując się  tym gestem. 

Wziął ją za ramiona, pochylił nad wanną i delikatnie odsunął ręcznik.

- Co ty robiłaś? Poranny sparing?
- Jak możesz ze mnie żartować! - łzy spadały jak krople deszczu na 

jedwabną koszulę.

Już  po  chwili  krew  przestała  lecieć.  Zach  wiedział dokładnie,  co 

należy zrobić. Janine nie miała już ochoty się z nim szarpać.

-

Chcesz, to pocałuję i przestanie boleć.

Nie  czekając  na  odpowiedź,  Zach  pocałował  ją.  Janine  myślała,  że 

serce wyskoczy jej z piersi i nim zdała sobie sprawę z tego, co robi, objęła 
go  ramionami  i  przywarła  do  niego  bezradnie.  Zach  całował  jej  czoło  i 
oczy.  Palcami  ścierał  resztki  łez  na  policzkach.  Potem  wtulił  twarz  w  jej 
szyję.  Drżąca  upajała  się  jego  czułością.  Nieważne,  co  się  zdarzyło  w 
przeszłości. W tej chwili, tego dnia Zach należał do niej.

background image

Zach podniósł Janine i zmierzał wyraźnie w stronę łóżka. Gdyby nie 

dowiedziała  się  o  jego  miłości  do  Marie,  może  i  skusiłoby  ją  to.  Jednak 
świadomość,  że  zawsze  zajmować  będzie  odległe,  drugie  miejsce  w  jego 
sercu  była  ciosem  w  jej  dumę.  I  w  serce.  Musi  minąć  dużo  czasu,  nim 
pogodzi  się  z  myślą,  że  nie  ona  jest  tą  kobietą,  która  budzi  w  nim 
namiętność i pasję.

Delikatnie  odsunęła  go,  wiedząc,  że  nie  będzie  potrafiła  go 

powstrzymać, jeśli pozostanie tak blisko.

Nie sprzeciwiając się jej decyzji, Zach opuścił ramiona i oparł się o 

framugę, jakby potrzebował podpory.

Janine nie była w stanie spojrzeć na niego ani się do niego odezwać. 

Odwróciła się i zaczęła przekładać ubrania z miejsca na miejsce.

-

Daję ci pięć minut na spakowanie, a potem zaczynam wynosić 

rzeczy do samochodu - powiedział chwilę później Zach nieswoim głosem.

Janine skinęła głową czując się bardzo nieszczęśliwa. Nie wiedziała, 

co mogłaby powiedzieć. On chciał się z nią kochać, a ona go odtrąciła.

Kiedy  pakował  samochód,  Janine  ubierała  się.  Piętnaście  minut 

później  wyszła  z  torbą  w  ręce.  Postanowiła, że będzie chłodna. Ale nie
zimna.

Przyjacielska  -  postanowiła  -  ale  nie  narzucająca  się  ze  swą 

przyjaźnią.

-

Jestem  gotowa -  obwieściła,  uśmiechając  się najbardziej 

czarująco jak potrafiła.

Zach  zamknął  dom  i  parę  minut  później  już  byli  w  drodze.  Janine

postanowiła,  że  będzie  się  zachowywać,  jakby  nic  nadzwyczajnego  się  nie 
stało, paplała więc wesoło przez cały czas. Jeśli  Zach nawet zauważył, że 
coś jest nie w porządku, nie dał tego po sobie poznać. On też nie miał, zdaje 
się, ochoty rozmawiać o tym, co się stało. Najlepiej było zapomnieć o całej 
sprawie.

Tylko  raz  zwrócił  się  do  niej.  Zapytał,  czy  jeszcze  boli  ją  nos,  ale 

szybko  zapewniła  go,  że  czuje  się  świetnie.  Uśmiechnęła  się  przy  tym 
pogodnie i natychmiast zmieniła temat.

W Seattle niebo było szare i mżył drobny deszcz. Wjechali do garażu 

przy mieszkaniu Zacha. W milczeniu pomogła mu rozładować samochód. 
Jadąc windą na dziesiąte piętro oboje byli dziwnie milczący.

Zach  zawahał  się  na  moment  przed  drzwiami  i  spojrzał  na  nią 

niepewnie.

- Czy  przez  ten  próg  także  powinienem  cię  przenieść,  czy  raz  już 

wystarczy?

- Wystarczy.
- Dobrze  -  uśmiechnął  się  i  otworzył  drzwi,  odsuwając  się,  by  ją 

przepuścić. Energicznie weszła do środka. Salon był przytulnie urządzony, 
ale  jego  największą  zaletę  stanowiło  ogromne  okno  z  zapierającym  dech 
widokiem na dachy Seattle.

- Jak ślicznie.

background image

Skinął głową, zadowolony z jej reakcji.
- Gdyby ci się tu nie podobało, możemy się zawsze przeprowadzić. 

Teraz, kiedy pobraliśmy się, powinniśmy pomyśleć o kupieniu domu.

- Dlaczego? - spytała niewinnym tonem.
- Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mieli dzieci.
To znaczy, kiedy ty będziesz na to gotowa, Janine, nie zmuszam cię 

przecież.

-

W... wiem. - wyjrzała przez panoramiczne okno, przyciskając 

do siebie ręce, jakby dla uspokojenia serca.

Zach podszedł do biurka i nacisnął guzik odtwarzania automatycznej 

sekretarki.  Natychmiast  rozpoczął  się  nieskończony  ciąg  nagranych 
informacji. Wszystkie dotyczyły interesów.

Janine  za  bardzo  ciekawił  wygląd  mieszkania,  by  miała  tracić  czas 

na  wysłuchiwanie  wiadomości,  które  zebrały  się  podczas  trzech  dni  jego 
nieobecności.  Przechodziła  od  pokoju  do  pokoju,  pragnąc  poznać  swój 
nowy  dom.  Zauważyła,  że  Zach  dyplomatycznie  zostawił  jej  bagaż 
pomiędzy  drzwiami  do  dwóch  sypialni.  Jego  torba  wniesiona  była  do 
jednej z nich. Jeżeliby chciała zostać żoną w całym tego słowa znaczeniu, 
wystarczyło  wnieść  rzeczy  do  jego  pokoju.  Sprawa  mogła  zostać 
załatwiona bez gadaniny.

Janine podjęła decyzję natychmiast. Podniosła torbę i zaniosła ją do 

pokoju gościnnego. Obejrzała się i zobaczyła Zacha przyglądającego się jej 
z bolesnym wyrazem twarzy.

- Idę do biura, chyba że jestem ci do czegoś potrzebny - powiedział 

ponuro.

- Nie, dziękuję.
Jego spojrzenie powędrowało ponad nią w stronę łóżka w gościnnym 

pokoju.  Uniósł  pytająco  w  górę  jedną  brew,  jakby  dając  jej  możliwość 
zmiany decyzji.

-

Jesteś pewna, że chcesz spać tutaj? - zapytał.

- Jestem pewna. Przeczesał palcami włosy.
- Tego się właśnie obawiałem. Chwilę później już go nie było.
Zach  nie  przyszedł  tego  wieczoru  na  kolację  do  domu.  Kiedy 

zadzwonił  telefon,  Janine  właśnie  brała kąpiel,  więc  zostawił  tylko 
wiadomość, że wróci późno. Zjadła sama siedząc przed telewizorem. Czuła 
się  opuszczona  i  niekochana.  Wkładała  właśnie  naczynia  do  zmywarki, 
kiedy wrócił.

- Przepraszam, że jestem tak późno.
- Nic  nie  szkodzi  -  skłamała.  Nigdy  w  życiu  nie  czuła się  bardziej 

samotna.

Zach  przejrzał  pocztę,  chociaż  Janine  była  pewna,  że  zrobił  to  już 

rano.

- Dostałaś wiadomość, że nie będę na kolacji?
- Tak. Chcesz coś zjeść? Mogę ci coś przygotować.
- Jadłem wcześniej.

background image

Oglądali  jeszcze  przez  dobrą  godzinę  telewizję,  a  potem 

zdecydowali, że czas już pójść do łóżek.

Janine przebrała się w swoją piżamę - bardzo zwyczajną, przez cały 

tydzień  nosiła  podobne,  nie  mogła  się  zmusić  do  włożenia  eleganckiej 
różowej  koszulki,  którą  dostała  od  Pam.  Wychodziła  właśnie  z  łazienki, 
trzymając szczoteczkę do zębów w ustach, kiedy wpadła prosto na Zacha. 
Powiedzieli  już  sobie  wcześniej  dobranoc,  sądziła  więc,  że  zobaczy  go 
dopiero rano. Nie  była  przygotowana na  to  spotkanie i  przestrzeń  między 
nimi wydawała się gęsta od tłumionych emocji.

Ledwo  powstrzymała  się,  żeby  nie  wyciągnąć  szczoteczki  z  ust  i 

powiedzieć mu, że chciałaby być kochana tak bardzo jak Maria.

Wyciągnął  ręce,  by  ją  podtrzymać  i  kiedy  nie  odskoczyła  od  razu, 

prześliznął  się  ręką  po  jej  gęstych,  brązowych  włosach,  a  potem  ujął  jej 
twarz w dłonie i zajrzał głęboko w błękitne oczy.

Janine spuściła głowę i zamknęła oczy.
- Szepram - wykrztusiła, chociaż mówić ze szczoteczką sterczącą z 

ust było jej bardzo trudno.

- Słucham?
Janine szybko wyciągnęła szczoteczkę.
- Powiedziałam przepraszam za to, że wpadłam na ciebie.
- Będzie ci wygodnie w pokoju gościnnym?

- Tak, bardzo. Trzymał w ręce gruby koc.
- Przyniosłem go dla ciebie.
-

Dziękuję  -  powiedziała,  wychodząc  z  łazienki, żeby  wziąć 

koc. Pragnęła, by porwał ją na ręce.

Pragnęła miłości. Pragnęła namiętności.
A on dawał jej ciepły koc.
- Ja...  telefonowałam  do  dziadka -  powiedziała,  ociągając  się  z 

odejściem i przeklinając samą siebie za tę słabość.

- Też miałem to zrobić, ale było mnóstwo rzeczy do załatwienia.
- Głos  miał  bardzo  raźny.  Właśnie  doktor  Coleman  i  kilku  innych 

przyjaciół było u niego na wiście.

- Cieszę się, że dobrze znosi emeryturę.
- Ja też.
Przez chwilę panowała cisza.
-

Dobranoc, Janine - powiedział po chwili Zach.

I spojrzał z niechęcią w kierunku gościnnego pokoju.
-

Dobranoc - odpowiedziała zakłopotana.

Janine  była  pewna,  że  żadne  z  nich  nie  spało  ani przez  chwilę  tej 

nocy. Dzieliła ich ściana, ale równie dobrze mogli znajdować się w dwóch 
różnych stanach, tak wielki był emocjonalny dystans między nimi.

Rano,  kiedy  w  sypialni  Zacha  zadzwonił  budzik,  Janine  od  dawna 

już nie spała. Odrzuciła przykrycia, ubrała się i zrobiła kawę, zanim wszedł 
do kuchni.

background image

Najwyraźniej był zaskoczony jej widokiem.
- Dzięki  -  zamruczał,  kiedy  podała  mu  filiżankę.  -  Zrobiłaś  to 

bardzo... no, jak żona.

- Co? Kawę?
- Wstałaś, żeby zobaczyć się z mężem wychodzącym do pracy.
-

Tak  się  zdarzyło,  że  już  nie  spałam,  więc  równie dobrze 

mogłam wstać.

Otworzył  lodówkę,  wyjął  sok  pomarańczowy  i  nalał  sobie  do 

szklanki.

- Aha - odłożył karton i oparł się o kuchenny blat.  - Zgodziłaś się, 

żeby nasze małżeństwo było prawdziwe.

- Tak - przyznała. Ale wtedy nie wiedziała przecież jeszcze o wielkiej 

miłości  Zacha.  Ostrzegał  ją,  że  ich  małżeństwo  będzie  korzystne  z  wielu 
powodów, a ostatnim z nich będzie miłość. Wtedy Janine chętnie się z nim 
zgodziła, ponieważ wierzyła, że wszystko potoczy się jak w książce, aż do 
szczęśliwego zakończenia. Pewnego dnia spojrzą na siebie i stwierdzą, że 
się kochają. Teraz wiedziała, że to się nigdy nie zdarzy. Wiedziała też, że 
nie potrafi tego znieść.

- Janine -  powiedział  Zach,  wyrywając  ją  z  zamyślenia.  -  Czy  coś 

jest nie tak?

- A cóż może być nie tak?
- Chyba  coś  cię  męczy.  Wyglądasz,  jakbyś  straciła  kogoś 

najbliższego.

- Powinieneś mi był powiedzieć - wybuchnęła, uciekając z kuchni.
- Co ci powiedzieć? - krzyknął Zach, wychodząc za nią do holu.
Wpadła  do  swej  sypialni,  skuliła  się  na  brzegu  łóżka,  zaciskając 

mocno ręce w pięści.

- O czym ty mówisz? - zapytał stając w drzwiach.
- O... o kobiecie, którą kochałeś.
- Maria? Co ona ma wspólnego z nami?
- Powiedziałeś,  że  straciłeś  dla  niej  serce,  a  ona  cię  odrzuciła. 

Kochałeś ją... Była odważna i wspaniała, a ja taka nie jestem. Boję się bólu 
i...  Chciałabym  być  patriotką,  ale  jedyne,  co  robię,  to  uczestniczę  w 
wyborach i znam tylko odmianę francuskich czasowników.

-

Co to wszystko ma wspólnego z tobą i ze mną?

-

powtórzył szorstko Zach. Nagle wzniósł ręce do nieba. - Co to 

ma w ogóle wspólnego z. czymkolwiek?

Janine pokręciła tylko głową, wiedząc, że i tak nie będzie umiała nic 

wytłumaczyć.

- A mnie tylko lubisz.
- Poprawka - powiedział Zach, wchodząc do sypialni. - Cenię cię.
- To za mało - powiedziała, czując się okropnie.
- Co  znaczy  za  mało?  Przecież  podobno  wyszłaś  za  mnie  tylko 

dlatego, że dobrze całuję, więc nie możesz zrzucać na mnie winy.

- Nie  zrzucam,  tylko  że  ty...  ty  nigdy  nie  mówiłeś  mi,  że  kochasz 

background image

kogoś innego, a ją nie tylko kochałeś, ale na dodatek ona była bohaterką. A 
do  mnie  czujesz  tylko  sympatię.  Nie  chcę  twojej  przyjaźni,  Zachary 
Thomas  -  krzyknęła,  zrywając  się  na  równe  nogi.  Chciała  zebrać  swe 
rozproszone  myśli.  -  Gdyby  ci  na  mnie  choć  trochę  zależało, 
opowiedziałbyś mi o Marii wcześniej. Zachowałeś się... nie fair.

Twarz Zacha pociemniała, wcisnął ręce do kieszeni.
-

A ty, moja droga, nie wspomniałaś mi ani słowem o Brianie.

Janine  była  tak  zaskoczona,  że  opadła  z  powrotem  na  łóżko.  Zach 

patrzył na nią wyzywająco.

- Kto powiedział ci o Brianie?
- Twój dziadek.
- Skąd wiedział? Nigdy nie powiedziałam mu o tym ani słowa.
- Najwyraźniej wiedział.
- Najwyraźniej - Janine miała ochotę się rozpłakać.
-

Pewnie powiedział ci, że Brian mnie okłamał.

Mówił, że mnie kocha, a cały czas spotykał się z inną dziewczyną. -

Nagle przyszła jej do głowy zupełnie nowa, jeszcze bardziej dręcząca myśl. 
-  Założę  się,  że dziadek  użył  tej  historii,  żeby  zrobiło  ci  się mnie  żal,  na 
tyle żal, byś się zgodził ze mną ożenić.

-

Nie Janine.

Ukryła  twarz  w  dłoniach,  wstyd  palił  jej  policzki.  To  było  jeszcze 

gorsze, niż sobie wyobrażała.

-

Było ci mnie żal, tak?

Zach przeszedł przez pokój.
- Nie  mam  zamiaru  cię  oszukiwać,  choć  odnoszę  wrażenie,  że 

byłoby  lepiej,  gdybym  kłamał.  Twój  dziadek  opowiedział  mi  o  o  twojej 
miłości do Briana dopiero tego dnia, kiedy zabraliśmy go do lekarza.

- Chciał,  żebyśmy  poznali  się  trochę  lepiej  -  szepnęła  Janine,  wciąż 

nie  mogąc  się  pogodzić  z  myślą,  że  dziadek  przez  cały  czas  wiedział  o 
Brianie.

- Poczułem do ciebie sympatię już wcześniej.
- Poczuć sympatię brzmi jeszcze gorzej niż lubić - mruknęła.
- Posłuchaj mnie przez chwilę, dobrze?
- Dobrze - westchnęła, nie wierząc, żeby to, co teraz powie, mogło 

w  czymkolwiek  pomóc.  Jej  duma  została  głęboko  zraniona.  Wielką 
miłością  Zacha  była  wspaniała  patriotka,  podczas  gdy  ona  oddała  swe 
uczucia babiarzowi o słabej woli.

- Nie jest tak źle - Zach starał się ją podbudować.
- Mogę sobie wyobrazić, co dziadek ci naopowiadał.
- Powiedział  tylko,  że  boi  się,  że  zwątpiłaś  w  swoją  umiejętność 

oceny ludzi. Zauważył, jak unikasz kontaktów z mężczyznami. Tak jakbyś 
uciekała, by lizać swoje rany.

- To nieprawda. Spotykałam się całkiem często z Peterem Donahue.
- Niegroźne  randki  z  niegroźnym  mężczyzną.  Nigdy  nie  było  nawet 

cienia  nadziei  na  to,  żebyś  się  zakochała  w  Peterze  i  dobrze  o  tym 

background image

wiedziałaś. Dlatego mogłaś się z nim spotykać.

- Czy z powodu... Briana dziadek postanowił się zabawić w swata.
- Sądzę, że częściowo tak. Ale też dlatego, że twoja przyszłość leży 

mu  bardzo  na  sercu.  Pragnie,  żebyś  była  szczęśliwa  i  bezpieczna.  Anton 
wie,  że  nigdy  świadomie  cię  nie  zranię.  A  w  jego  oczach  my  dwoje 
pasujemy do siebie - Zach usiadł koło niej i przykrył jej dłoń swoją dłonią. 
- Czy to ma teraz takie znaczenie? Jesteśmy małżeństwem.

Uciekła od niego wzrokiem i przełknęła z trudem ślinę.
- Może nie jestem blondynką, ani jakąś tam pięknością, może nawet 

nie  jestem  dzielna,  ale  zasługuję  na  męża,  który  by  mnie  kochał.  Ale  ani 
dziadek,  ani  ty  nie  wzięliście  tego  pod  uwagę.  Nie  chcę  twojej  litości, 
Zachu Thomas.

- To dobrze, bo ja się wcale nad tobą nie lituję. Jesteś moją żoną i 

mówiąc szczerze, jestem szczęśliwy z tego powodu. Możemy ułożyć sobie 
dobrze życie, jeżeli przestaniemy wracać do tych bzdur.

- Gdybyś sam wybierał sobie żonę, nigdy byś mnie nie wybrał. Od 

pierwszej  chwili,  kiedy  się  spotkaliśmy,  wiedziałam,  co  myślisz  o  mnie. 
Myślałeś,  założyłeś sobie,  że  jestem  bogatą,  zepsutą pannicą, która  nigdy 
nie  miała  w  życiu  żadnych  zmartwień.  Na  pewno  uważałeś,  że 
największym  nieszczęściem,  jakie  mnie  kiedykolwiek  spotkało,  był 
złamany paznokieć.

- Zgoda,  przyznaję,  że  źle  cię  oceniłem,  ale  to  było  wcześniej  -

upierał się Zach.

- Wcześniej niż co?
- To było, zanim cię poznałem.
- To  znaczy,  że  zgodziłeś  się  ze  mną  ożenić,  bo  okazałam  się  nie 

taka zła. Powinnam chyba zemdleć ze wzruszenia.

- Mówiłem ci wcześniej, - Zach westchnął z rezygnacją - że nie mam 

zamiaru mówić ci rzeczy, które kobiety tak lubią słuchać. Nie znam się za 
grosz na romansach. Ale zależy mi na tobie, Janine, naprawdę zależy. Czy 
to nie wystarczy?

-

Potrzebuję czegoś więcej - powiedziała ze smutkiem.

Zach zmarszczył brwi.
-

Powiedziałaś  mi,  zanim  jeszcze  pobraliśmy  się, że  nie 

potrzebujesz  romantycznych  słówek.  Byłaś zadowolona  do  chwili,  kiedy 
wspomniałem o Marii.

Dlaczego to właśnie zmieniło wszystko między nami.
Stwierdziła,  że  Zach zaczyna  tracić  cierpliwość.  Spuściła  wzrok  na 

puszysty dywan.

-

Naprawdę  chciałabym  ci  to  wytłumaczyć.  Tak mi  przykro, 

Zach, naprawdę mi przykro.

Wydawało się, że upłynęła cała wieczność, zanim Zach odezwał się 

znowu.

- Mnie też - wyszeptał i odwrócił się. Po chwili usłyszała, jak drzwi 

frontowe otwierają się i za moment zamykają. Zach ją zostawił.

background image

- A  czego  oczekiwałaś?  -  płakała,  kryjąc  twarz  w  dłoniach.  -  Czy 

myślałaś,  że  padnie  tu  przed  tobą  na  kolana  i  wyzna  ci  miłość?  -  obraz 
dumnego,  silnego  Zacha  grającego  rolę  łagodnego  mężusia  wydał  jej  się 
wręcz  komiczny.  Jeżeli  miałby  to  zrobić  dla  jakiejś  kobiety,  to  tylko  dla 
odważnej i pięknej Marii. Nie dla Janine.

Po  tym  okropnym  poranku  stosunki  między  nimi  stały  się  jeszcze 

bardziej oziębłe. Zach wychodził do pracy wcześnie rano, a wracał późno, 
zazwyczaj po kolacji. Janine nigdy nie pytała, gdzie był ani z kim, chociaż 
nieraz miała ochotę.

Zach  okazał  się  idealnym  -  jeśli  nie  mężem  -  to  współlokatorem, 

serdeczny, grzeczny,  nie  wchodzący w  drogę.  Ona  z  kolei  poświęciła  się 
pracy w Klubie Przyjaciół. Robiła wszystko, by ukryć swój smutek  przed 
dziadkiem, ale było to trudne.

-

Wyglądasz blado - zauważył, kiedy przyszła do niego w parę 

dni po powrocie znad oceanu.

-

Schudłaś?

- Chciałabym - powiedziała, udając, że się z tego śmieje. Siedzieli w 

jadalni,  pani  McCormick  wchodziła  i  wychodziła,  rzucając  na  Janine
zaniepokojone spojrzenia.

- Nie możesz bardziej schudnąć - powiedział dziadek, przyglądając 

się  jej  uważnie.  Położył  bułkę  koło  jej  talerza  i  postawił  przed  nią 
maselniczkę.

- Nie chudnę - odburknęła, smarując bułkę grubo masłem, żeby mu 

zrobić przyjemność.

- Chciałbym wiedzieć, co się nie układa między wami - wybuchnął 

nagle  dziadek.  Cisnął  serwetkę  na  talerz.  -  Powinniście  być  szczęśliwi!  A 
oboje  wyglądacie  jak  chorzy  na  ciężką  grypę.  Zach  cały  czas  siedzi  w 
biurze.

Janine starannie przekroiła bułkę. Przez chwilę zastanawiała się, czy 

poruszyć temat Briana, ale stwierdziła, że to nie ma sensu.

-

Mówisz  więc,  że  wszystko  jest  w  porządku  między tobą  a 

Zachem - dziadek mruknął powątpiewająco.

-

Zabawne,  on  powiedział  dokładnie  to  samo.  Tylko dał  mi 

jeszcze  do  zrozumienia,  żebym  nie  pchał  nosa w  nie  swoje  sprawy.  Nie 
tymi słowami, ale jednak.

- Problem w tym, że chłopak wygląda równie źle jak ty. Nie mogę 

tego zrozumieć. Jesteście przecież stworzeni dla siebie!

Dziadek sięgnął do kieszeni po cygaro.
- Będę  się  widział  dzisiaj  po  południu  z  Zachem  i  mam  zamiar 

powiedzieć mu, co o tym myślę. Powinnaś być szczęśliwa - stuknął cygarem 
o blat stołu.

- Wszystko będzie dobrze, dziadku. Nie mieszaj się w to.
Przez  długą  chwilę  nic  nie  mówił.  Przyglądał  się  cygaru,  które 

trzymał między palcami.

background image

- Jesteś pewna, że nie chcesz, żebym z nim porozmawiał? - zapytał 

wreszcie.

Uśmiechnęła się na samą myśl o takiej rozmowie.
- Jestem  pewna - powiedziała i  zerknęła na zegarek.  Pam będzie  na 

nią czekać. - A skoro masz zamiar zobaczyć się z Zachem, powiedz mu, że 
prawdopodobnie  nie  zdążę  do  domu  na  kolację?  Niech...  nie  czeka  i  zje 
sam.

- Czy często to robisz? - pytanie było jednocześnie oskarżeniem.
- Nie - odpowiedziała potrząsając głową. - Pierwszy raz. Mam pomóc 

Pam i nie wiem, kiedy skończymy.

Dziadek zapalił cygaro i dopiero po chwili odpowiedział.
- Powiem mu.

Janine  zasiedziała  się  u  Pam  dłużej,  niż  planowała.  Lekcje,  w 

których jej pomagała, nie były trudne, ale Pam błagała, żeby Janine została 
z  nią.  Ojciec  miał  wrócić  późno  z  pracy  i  dziewczynce  obecność  Janine
była  najwidoczniej  bardzo  potrzebna.  Przygotowały  razem  kolację,  którą 
zjadły, siedząc przed telewizorem, Pam przez cały czas opowiadała o swoich 
przyjaciołach i w ogóle o życiu.

Była  prawie  dziewiąta,  kiedy  Janine  wjechała  do  garażu.  Pierwszą 

rzeczą, jaką zauważyła, był samochód Zacha.  Atmosfera  między  nimi  była 
tak pełna sztucznej serdeczności, że robiło jej się słabo na myśl o spotkaniu 
z nim, nawet na krótko. Od pamiętnego poranka Zach nie usiłował już z nią 
rozmawiać  na  temat  jej  roli  w  jego  życiu.  Janine  wcale  nie  chodziło  o 
kwieciste deklaracje miłości. Po prostu słowo czy dwa trochę serdeczniejsze 
niż „lubić" czy „czuć sympatię" mogłyby pokazać, że jest dla niego ważna.

Wciągnęła głęboko powietrze, żeby się uspokoić, i ruszyła do domu.
Miała właśnie otworzyć drzwi, kiedy wypadł zza nich Zach jak burza 

śnieżna.

- Gdzie ty u diabła byłaś? - wykrzyknął.
Janine  była  tak  zaskoczona  jego  wybuchem,  że  nic nie 

odpowiedziała.

- Jako twój mąż chcę wiedzieć dokładnie, gdzie byłaś - Zach zburzył 

gwałtownie dłonią włosy.

Zdjęła  sweter  i  powiesiła  go  na  wieszaku  razem  z  torebką.  Jej 

milczenie rozwścieczyło  Zacha  jeszcze bardziej. Z  zaciśniętymi  pięściami 
krzyczał dalej.

- Czy ty masz pojęcie, która jest godzina? Czy przyszło ci do głowy, 

że ja się mogę o ciebie bać?

Janine odwróciła się do niego.
- Wiedziałeś, gdzie jestem - odpowiedziała spokojnie.
- Anton  powiedział  mi  tylko,  że  wrócisz  późno.  Nie  mówił,  gdzie 

jesteś ani z kim. To chyba oczywiste, że się martwiłem.

- Przepraszam, następnym razem zostawię ci numer telefonu Pam, w 

razie gdybyś chciał się ze mną skontaktować - Janine ziewnęła, zasłaniając 

background image

usta obiema dłońmi. Dzień był męczący. - Teraz chciałabym pójść do łóżka, 
jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu.  Chyba  że  chciałbyś  coś  jeszcze 
wiedzieć.

Spojrzał na nią i potrząsnął głową, potem gwałtownie odwrócił się i 

odszedł.

Parę  godzin  później  Janine  obudziła  się  z  lekkiego  snu  na  dźwięk 

przypominający  zawodzenie,  dochodzący  z  sąsiedniego  pokoju. 
Uświadomiła  sobie  natychmiast,  że  to  Zach.  Czyżby  męczył  go  jakiś 
koszmar nocny?

Odrzuciła  koce  i  ruszyła  pospiesznie  do  jego  pokoju.  Pełne  udręki 

krzyki  stawały  się  coraz  głośniejsze.  W  słabym  świetle  z  korytarza 
zobaczyła, jak zwija się na łóżku.

- Zach  -  krzyknęła  podbiegając  bliżej.  Usiadła  na skraju  łóżka  i 

położyła łagodnie rękę na jego ramieniu.

- Obudź się. To sen. To tylko sen. Wszystko dobrze...
Zach otworzył oczy.
- Janine - wyjęczał jej imię jak w udręce i wziął ją w ramiona z taką 

siłą,  że przez moment  nie mogła złapać tchu.  - Dobry Boże  - szepnął tak 
cicho, że ledwie go usłyszała. - Myślałem, że cię straciłem.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Zach, nic mi nie  jest - wyszeptała Janine. Wzruszenie dławiło jej 

gardło,  kiedy patrzył  na  nią takim  zgłodniałym wzrokiem. Wydawało się, 
że nawet teraz nie potrafi uwierzyć, że Janine jest zdrowa i cała.

- To  było  takie  realistyczne  -  mówił  dalej  oddychając  głęboko. 

Zakrył  twarz,  jakby  odgradzając  się  od  żywych  wciąż  obrazów  własnej 
wyobraźni, przyniesionych przez sen. Posunął się,  robiąc dla niej miejsce 
na wielkim łóżku. Dotykał nieświadomie jej włosów, muskając od czasu do 
czasu policzki.

- Byliśmy na oceanie - opowiadał jej - i chociaż przestrzegałem cię, 

uparłaś się, żeby pływać. Wielka fala zakryła cię i zaczęłaś tonąć. Bóg mi 
świadkiem,  że  próbowałem  ze  wszystkich  sił  do  ciebie  dopłynąć,  ale  nie 
mogłem - na chwilę zamknął oczy. - Wzywałaś mnie, a ja nie mogłem cię 
odnaleźć. Płynąłem za wolno.

- Zach  -  szepnęła,  z  ustami  tak  blisko  jego  ust,  że  ich  oddechy 

mieszały się. - Jestem tutaj. To był tylko sen. To nie zdarzyło się naprawdę.

Przytaknął, ale jego oczy nadal były pochmurne, nie spuszczał z niej 

wzroku.  Potem  bardzo  wolno,  jakby  spodziewając  się,  że  go  odrzuci, 
przysunął usta jeszcze bliżej do niej.

-

Nie mogę znieść myśli, że mógłbym cię utracić.

Wolałbym umrzeć.
W tej  chwili  Janine nie  potrafiła odmówić mu niczego.  Czekała na 

pocałunek.

Poczuła jego ręce w swych włosach i usta na swoich wargach i nagle 

wszystko przestało się liczyć poza tym pocałunkiem. Pokonana czułością, 

background image

jaka ją ogarnęła, poddała się jej.

- Janine, o moja najsłodsza, najmilsza Janine. Nie mogę cię stracić.
- Jestem tutaj... jestem tutaj - Janine przytulona do niego oddawała 

mu  ciało  i  serce.  Całował  ją  raz  po  raz.  Objęła  go  mocno  rękami.  Tego 
właśnie potrzebowała od pierwszej chwili. Pewności, że on ją potrzebuje. 
Wypełniało ją szczęście.

Z  jękiem  oderwał  swoje  usta  od  jej  warg.  Trzymał  ją  blisko  przy 

piersi,  oddychając  szybko  i  gwałtownie.  Szczęśliwa  westchnęła  głośno. 
Słyszała  mocne  bicie  jego  serca,  gdy  przytulała  policzek  do  jego 
muskularnej piersi.

- Czy cię przestraszyłem? - zapytał po chwili.
- Nie - wyszeptała.
Uspokajająco  głaskał  ją  po  głowie,  kiedy  mościła  sobie  wygodne 

miejsce  w  jego  ramionach.  Za  każdym  razem,  kiedy  ją  całował,  Janine
czuła  się  cudownie,  a  jego  pieszczoty  poruszały  ją  głębiej  jeszcze  niż 
pocałunki. Czuła, że jest z nim połączona nie tylko ciałem, ale i duszą. Łzy 
napłynęły jej do oczu, nie mogła ich powstrzymać.

Oboje długo  milczeli. Ale Janine nie potrzebowała słów. Zamknęła 

oczy, starając się zapamiętać na zawsze te bezcenne chwile.

Kiedy Zach odezwał się, jego głos zniżył się prawie do szeptu.
-

Moja siostra utopiła się. Nazywała się Beth Ann. Obiecałem, 

że zawsze będę się nią opiekował i... zawiodłem ją. Nie mógłbym znieść, 
gdybym i ciebie miał stracić.

Janine  przytuliła  się  do  niego  mocniej.  Wiedziała,  jak  trudno  mu 

było opowiadać o siostrze.

- Nigdy  sobie  tego  nie  wybaczę.  -  Poczuła,  jak jego  ciało  tężeje, a 

palce  zaciskają  się  jej  na  ramionach.  -  Wspomnienie  śmierci  Beth  Ann 
nadal mnie nawiedza. Gdybym był przy niej, nie utonęłaby. Ona...

Janine  uniosła  głową  i  jej  zamglone  spojrzenie  napotkało  jego 

wzrok.

- To nie była twoja wina. Dlaczego się oskarżasz?
Ja byłem za nię odpowiedzialny - odburknął. Janine podejrzewała, że 

Zach  bardzo  rzadko,  jeśli w  ogóle,  zdradzał  przed  innymi  swój  ból  i 
poczucie winy z powodu śmierci siostry. Wydał jęk i zacisnął powieki.

- Przez całe lata śniło mi się, jak tonie. Zawsze tak samo wyraziście. 

A tym razem na jej miejscu byłaś... ty.

- Widzisz, że nic mi nie jest - ujęła jego twarz w dłonie.
Westchnął i uśmiechnął się do niej trochę niepewnie.
- Już jest dobrze. Nie powinienem cię tym obciążać.
- To nie jest ciężar.
Przytulił  ją  mocno,  wdychając  jej  zapach,  napawając  się  jej 

obecnością.

- Zostaniesz ze mną?
Skinęła głową, zadowolona, że on jej potrzebuje.
Po  kilku  minutach  poczuła,  jak  zapada  w  sen.  Po  równym, 

background image

spokojnym oddechu Zacha poznała, że już zdążył zasnąć.

Kiedy  obudziła  się,  obok  niej  leżał  Zach.  -  Jak  dwie  łyżeczki  w 

pudełku  -  pomyślała.  Jego  ramię  przerzucone  było  przez  jej  biodro.  W 
jakimś  momencie  w  nocy  musiała  zagrzebać  się  pod  kołdrę,  ale  w  ogóle 
tego  nie  pamiętała.  Mały  uśmieszek  satysfakcji  wypłynął  na  jej  usta. 
Przetoczyła się ostrożnie na  plecy, by nie przeszkodzić Zachowi i zaczęła 
się zastanawiać, co powinna teraz zrobić. Bała się, że kiedy Zach obudzi się 
i  zobaczy  ją  koło  siebie,  może  pożałować  tego,  co  się  stało.  W  jasnym 
świetle dnia może czuć się niezręcznie, że opowiedział jej o śmierci siostry 
i o swoim poczuciu winy.

Janine zamknęła oczy i dyskutowała sama ze sobą. Jeżeli wyślizgnie 

się  z łóżka  i  wróci do  własnego pokoju, on  może pomyśleć,  że  odrzuciła 
go.

- Janine - usłyszała jego zaspany szept. Otworzyła szeroko oczy.
- Ja... my, zasnęliśmy. Która godzina?
- Wcześnie. Budzik zadzwoni dopiero za parę godzin.
Janine  starała  się  ukryć  nutę  zawodu  w  głosie.  Była  pewna,  że  nie 

chciał mieć jej tu przy sobie. Był zakłopotany jej obecnością w jego łóżku.

- Jeśli chcesz, pójdę sobie.
- Nie.
To jedno słowo było wypełnione tak głębokim uczuciem, że Janine

nie wierzyła własnym uszom. Udało jej się odwrócić głowę i spotkać jego 
spojrzenie.  W  świetle  poranka  ujrzała,  że  jego  ciemne  oczy  pełne  są 
pożądania.

- Przykro  mi, że  zachowywałam  się  tak  okropnie po...  rozmowie o 

Marii - szepnęła, wpatrując się w niego z uczuciem. - Byłam  zazdrosna i 
wiedziałam, że  zachowuję  się  śmiesznie,  ale  nie  mogłam  nic  na  to
poradzić.

Uśmiechnął się szeroko.
- Wybaczę ci, jeśli nigdy mi nie wypomnisz, jak się zachowywałem 

wczoraj wieczorem, kiedy wróciłaś do domu.

Odpowiedziała  mu  delikatnym  pocałunkiem,  a  on  przyciągnął  ją 

mocno do siebie. Janine wypełniało szczęście. Była w jego ramionach.

- Nie  wiem,  jak  ci  powiedzieć  to  wszystko,  co powinnaś  usłyszeć, 

Janine, ale wiem jedno. Kocham cię. Nie mam pojęcia, kiedy to się stało. 
Po prostu pewnego dnia obudziłem się, wiedząc, jak bardzo jesteś dla mnie 
ważna. Nie umiałem ci dać wielkiej namiętności, o jakiej marzyłaś, i było 
mi smutno z tego powodu. Moja miłość jest stała i spokojna. Jest głęboko 
w  moim  sercu,  i  zaufaj  mi,  ona  tam  naprawdę  jest.  Jesteś  najważniejszą 
osobą w moim życiu.

- Och, Zach, tak bardzo cię kocham.
- Ty mnie kochasz?
- Pokochałam  cię  dawno.  Myślę,  że  jeszcze  przed  naszym  ślubem. 

Dlatego  tak  bardzo  przejęłam  się  Marią.  Chciałam,  żebyś  pokochał  mnie 
równie mocno, jak kochałeś ją... równie mocno jak ja ciebie.

background image

- To  nie jest tak.  Nigdy. Marie  była  równie dzielna jak piękna, ale 

to, co było między nami nie mogło trwać. I ona to wiedziała. Zakochałem 
się w niej, ale ją za bardzo interesowała praca i nie chciała angażować gdzie 
indziej  swojego  serca.  Podniecało  ją  ryzyko.  Dopiero  kiedy  spotkałem 
ciebie, zrozumiałem, że jeślibym miał się kiedykolwiek ożenić, to tylko z 
kobietą taką jak ty.

- Z kobietą taką jak ja?
Musnął ją wargami.
- Z kobietą, która ma w sobie ciepło, delikatność i czułość. Która nie 

myśli tylko o sobie i jest godna - zawahał się - pożądania.

Poczuła,  jak  coś  ściska  ją  w  gardle.  Zach  uważał,  że  jest  godna 

pożądania.  Chciał  się  z  nią  kochać.  Nie  musiał  tego  mówić.  Widziała 
pożądanie w jego oczach. Nie była to szaleńcza namiętność, której - jak jej 
się  zdawało  -  kiedyś  pragnęła,  ale  ta  miłość,  którą  jej  okazywał,  i 
pragnienie,  które  czuła,  były  częścią  niego  i  działającej  na  nią  silniej  niż 
jakiekolwiek czyny i słowa.

Janine, pogrążając się w ogarniającej ją słabości, wyszeptała tylko.
- Kochaj mnie, Zach.
W tym momencie usta Zacha odnalazły jej wargi. Poczuła jak jego i 

jej  pożądanie  zlewa  się  w  jedno. Gdyby  miała  jeszcze  jakiekolwiek 
wątpliwości, znikłyby w tym momencie jak mgła w słońcu.

Zamknął ją w swym uścisku i przetoczył się na plecy, pociągając ją 

za sobą. Całym ciałem leżała teraz na nim. Ujął w dłonie  jej twarz jakby 
wciąż w obawie, że go powstrzyma.

- Zrób mnie swoją żoną - szepnęła, sięgając ustami do jego ust.
Zach jęknął, a potem zrobił coś najdziwniejszego i najwspanialszego. 

Roześmiał się. Dźwięk pełen radości przetoczył się przez cały pokój.

- Moja  najsłodsza  Janine -  powiedział.  -  Jesteś radością  mojego 

życia.

I  jeszcze  długo  ich  radość  rozbrzmiewała  w  westchnieniach  i 

szeptanych słowach miłości.

Dzwonek  nie  chciał  umilknąć.  Janine  cicho  coś  wymruczała  i 

sięgnęła  ręką,  mając  nadzieję,  że  natrafi  na  źródło  hałasu.  Ale  zanim  do 
niego dotarła, dźwięk urwał się nagle.

- Dzień dobry, żono - wyszeptał Zach blisko jej ucha.
Nie otwierając oczu uśmiechnęła się leniwie.
- Dzień dobry, mężu. - przekręciła się na plecy, wyciągając do niego 

ramiona. - Miałam przepiękny sen.

Zach zaśmiał się cicho.
- To nie był sen.
- Ależ  musiał  być  -  odpowiedziała  obejmując  go  za  szyję.  -  W 

prawdziwym życiu tak wspaniałe rzeczy się nie zdarzają.

- Ja  też  tak  myślałem,  ale  udowodniłaś  mi,  że  się  myliłem  -. 

pocałował ją z uczuciem.

background image

Powoli, jakby wbrew swojej woli, otworzyła oczy. Napotkała ciemne 

spojrzenie pełne pożądania.

-

Spóźnisz się do pracy - ostrzegła go.

Jego uśmiech był pełen zmysłowego zadowolenia.
- A kto by się tym przejmował?
- Ja  na  pewno  nie  -  mruknęła.  I  z  radością  oddała  się  swemu 

mężowi.

Zach  był  już  godzinę  spóźniony,  kiedy  wreszcie  wstał  z  łóżka  i 

ruszył  w  stronę  prysznica.  Janine  ubrana  w  górę  od  piżamy  swego  męża 
powędrowała  do  kuchni,  żeby  przygotować  dzbanek  kawy.  Czynności 
wykonywała automatycznie, myśląc zupełnie o czym innym i uśmiechając 
się do siebie.

Zach wszedł do kuchni, objął ją w pasie i zaczął całować po karku.
- Zach - zaprotestowała, ale nie zbyt zdecydowanie. Zamknęła oczy i 

oparła się mocno o jego muskularne ciało. - Jesteś już spóźniony.

- Wiem - wymamrotał. - Gdybym nie miał ważnego spotkania dziś 

rano, wcale bym nie poszedł.

Janine odwróciła się do niego i zajrzała mu w oczy.
- Przyjdziesz do domu na kolację?
- Jeśli jeszcze przez chwilę tak na mnie popatrzysz, przyjdę do domu 

na obiad.

- To znaczy, że już powinieneś wracać - uśmiechnęła się Janine.
- Wiem - powiedział odsuwając się od niej niechętnie. - Pójdziemy 

dziś na kolację, żeby to uczcić - dodał całując ją znowu. Czuła, że jego usta 
są  gorące,  pragnące  i  pożądające.  Podniósł  głowę,  ale  oczy  miał  nadal 
zamknięte. - Potem wrócimy do domu i uczcimy to jeszcze raz.

Janine westchnęła. Życie w małżeństwie zaczynało jej się podobać.
Zach  wrócił  do  domu  dokładnie  o  piątej.  Janine  wyszła  mu  na 

powitanie.  Żadne  z  nich  nie  ruszyło  się.  Patrzyli  na  siebie,  jakby  rozłąka 
trwała lata, a nie kilka krótkich godzin.

Janine poczuła, że kręci jej się lekko w głowie.
- Cześć  -  udało  jej  się  powiedzieć.  Ze  zdziwieniem  zdała  sobie 

sprawę, że zamiast radosnego powitania zabrzmiało to jak ochrypły szept. -
Jak wypadło spotkanie?

- Źle.
- Źle?
Skinął głową i zrobił krok do przodu, odkładając teczkę na stolik.
- Miałem  wysłuchać  bardzo  ważnego  raportu  finansowego,  ale 

niestety  mogłem  myśleć  jedynie  o  tym,  kiedy  wrócę  do  domu,  do  mojej 
żony.

- Och! - Okrzyk może nie wyrażał inteligencji, ale sam widok Zacha 

zakłócał jej normalne procesy myślowe.

- Cała  sytuacja  stawała  się coraz bardziej  kłopotliwa  -  mówił  dalej, 

podchodząc  do  niej  bliżej  -  kiedy  w  trakcie  spotkanie  zacząłem  się 
uśmiechać, a potem roześmiałem się głośno.

background image

- Śmiałeś się? Co cię tak rozśmieszyło?
- Przypomniałem  sobie  twoją  definicję  miłości.  Schadzkę  na 

wrzosowiskach załatwił nam twój dziadek, spacery,  ręka  w  rękę,  po  plaży 
zorganizowałem  ja  już  po  ślubie.  Ale  szaloną  namiętność,  moja  droga, 
słodka żono, musieliśmy odkryć razem.

Jej oczy zaszkliły się.
-

Najdroższa, najsłodsza Janine, kocham cię.

Ruszyli ku sobie, ale gwałtownie się zatrzymali na dźwięk dzwonka 

u  drzwi.  Pytające  spojrzenie  Zacha  powędrowało  na  Janine.  Wzruszyła 
ramionami. Nie miała pojęcia, kto to może być.

W chwili gdy Zach otworzył drzwi, do ich mieszkania wpadł Anton. 

Wyglądał jak człowiek, który powziął bardzo ważną decyzję.

- Wy dwoje, siadajcie tu - rozkazał wskazując na sofę.
- Dziadku?
- Anton?
Janine  spojrzała  na  Zacha,  ale  ten  był  równie  zaskoczony  jak  ona. 

Wzruszyła  więc  ramionami  i  wypełniła  polecenie.  Zach  usiadł  tuż  przy 
niej.

Dziadek stanął przed nimi.
- Jedliśmy niedawno lunch razem z Janine - zwrócił się do Zacha. -

Uświadomiłem  wtedy  sobie  dwie  rzeczy.  Po  pierwsze  i  najważniejsze,  że 
jest  ona  w  tobie  śmiertelnie  zakochana,  choć  wątpię,  by  ci  się  do  tego 
przyznała.

- Dziadku  -  zaczęła  Janine,  ale  on  uciszył  ją  jednym  spojrzeniem.
-

Po drugie, że jest nieszczęśliwa. Bardzo nieszczęśliwa. Miłość nie 

jest sprawą łatwą...

- Anton - przerwał mu Zach - jeśli ty...
Jego również dziadek powstrzymał wzrokiem.
- Nie  przerywaj  mi,  chłopcze.  Teraz  ja  mówię  i  nikt  nie  śmie  mi 

przerwać.  Jak  stwierdziłem, Janine  jest  smutna.  Ale  to  jeszcze  nic  w 
porównaniu  z  tobą.  -  Nagle  przestał  chodzić  po  pokoju  i  stanął  na 
przeciwko  Zacha.  -  Przez  cały  tydzień  wysłuchuję  narzekań  i  skarg  na 
ciebie.  Chłopcy w  biurze utyskują, że  jesteś  tam  od  rana  do  wieczora,  że 
pracujesz  jak  oszalały.  A  ja  znam  cię,  Zach,  lepiej  niż  ktokolwiek  inny. 
Kochasz moją wnuczkę i to cię tak męczy.

- Dziadku.
- Szszsz  -  uciszył  Janine  niecierpliwym  ruchem  ręki.-  Być  może 

jestem  starym  człowiekiem,  ale  nie  jestem  ślepy.  Sposób,  w  jaki  was 
połączyłem, pewnie nie był najmądrzejszy, ale za to skuteczny. - Zawahał się 
na chwilę i uśmiechnął z dumą. - Na początku miałem pewne wątpliwości. 
Janine mi trochę namieszała.

- Mówiłeś  coś,  że  łatwiej  jest  oskubać  żywego  kurczaka  -  wtrącił 

Zach, posyłając Janine porozumiewawczy uśmiech.

- To  prawda.  Janine  zapierała  się  jak  osioł.  Ale  jak  sam  wiesz 

dobrze, Zachary, ty również nie ułatwiałeś mi zadania. Oboje uważacie, że 

background image

skoro jestem w wieku emerytalnym, to już nic nie widzę. Ale tak nie jest. 
Byliście  oboje  samotni,  wypełnialiście  życie  związkami  bez  znaczenia, 
unikając  miłości,  unikając  życia.  Kocham  was.  I  nie  będę  siedział  z 
założonymi rękami.

- Udało ci się - powiedziała Janine, chcąc mu dodać pewności.
- Na  początku  tak  myślałem.  Zorganizowałem  wam  wyjazd  do 

Szkocji  i  widziałem,  że  wszystko  zaczyna  grać,  jak  w  scenariuszu 
filmowym.  Kiedy  powiedzieliście  mi,  że  macie  zamiar  się  pobrać,  byłem 
najszczęśliwszym człowiekiem. Stało się to wcześniej, niż zakładałem, ale 
przyjąłem, że wszystko się dobrze ułożyło. Najwidoczniej myliłem się. A 
teraz boję się o was.

- Nie musisz.
- Moim  zdaniem  jednak  tak  -  dziadek  spojrzał  na  nich  twardo.  -

Powiedz mu, że go kochasz, Janine. Spójrz mu w oczy i  odrzuć tę  swoją 
idiotyczną dumę. On musi to wiedzieć. On musi to usłyszeć. Powiedziałem 
ci na początku, że jest to człowiek, którego trudno rozgryźć i że musisz być 
cierpliwa. Nie wziąłem tylko pod uwagę tej twojej cholernej dumy.

- Chcesz, żebym powiedziała Zachowi, że go kocham. Tutaj? Teraz?
- Tak!
Janine odwróciła się w stronę swego męża i czując się trochę głupio, 

spuściła wzrok.

- Powiedz mu - warknął dziadek.
- Kocham cię, Zach - zaczęła cicho. - Naprawdę cię kocham.
Dziadek wydał głębokie westchnienie pełne zadowolenia.
- Dobrze, dobrze. No, Zach, teraz twoja kolej.
- Moja kolej?
- Powiedz  Janine,  co  do  niej  czujesz,  nie  próbuj  ze  mnie  zrobić 

durnia.

Zach ujął Janine za rękę. Podniósł jej dłoń do ust i ucałował.
- Kocham cię - szepnął.
- Dodaj  coś  jeszcze  -  poinstruował  go  dziadek - Coś  takiego,  że 

będziesz  bez  niej  zagubiony  i  samotny. Kobiety  lubią  takie  rzeczy. 
Kompletny idiotyzm, wiem, ale konieczny.

- Bez  ciebie  będę  zgubioną,  samotną  duszą  -  powtórzył  Zach  i 

odwrócił się w stronę dziadka Janine.

- Jak wyszło?
- Zupełnie nieźle. Czy jest jeszcze coś, co chciałabyś mu powiedzieć, 

Janine.

- Nie sądzę.
- Dobrze. Teraz chcę, żebyście się pocałowali.
- Tutaj? Przy tobie?
- Tak - upierał się dziadek.
Janine  wślizgnęła  się  w  ramiona  Zacha.  Spojrzeli  na  siebie  z 

uśmiechem  i  Janine  poczuła,  jak  serce  zaczyna  jej  mocno  bić  w 
oczekiwaniu. Zacisnęła powieki i poczuła jego usta na swoich, usta, które 

background image

obiecywały lata wspaniałych przeżyć.

Zach skończył pocałunek o wiele za szybko. Janine wiedziała, że i on 

chciałby przedłużyć tę przyjemność. Z żalem odsunęli się od siebie. Zach 
spojrzał jej głęboko w oczy i Janine odpowiedziała uśmiechem.

- Doskonale, doskonale.
Zupełnie zapomniała o obecności dziadka. Oderwała wzrok od Zacha i 

zobaczyła,  że  dziadek  siedzi  wygodnie  rozparty  w  fotelu.  Wyglądał  na 
bardzo zadowolonego z siebie.

- Dobrze!  -  stwierdził,  podkreślając  to  skinieniem głowy.

Uśmiechnął się leniwie. - Wiedziałem, że potrzebujecie tylko trochę mojej 
pomocy.  A  jeżeli  idzie  wam  tak  dobrze,  to  może  czas,  by  pomyśleć  o 
dzieciach.

- Anton  -  powiedział  Zach,  powoli  podnosząc  się. Przeszedł  przez 

pokój i otworzył drzwi. - Jeśli pozwolisz, tym już sam się zajmę.

- Wkrótce? - chciał wiedzieć dziadek. Zach spojrzał na Janine.
- Wkrótce - obiecał.