background image

MACOMBER  DEBBIE

Jedna noc

Rozdział l

- Zwalniam cię - oznajmił Clyde Tarkington. 

Carrie Jamison podniosła wzrok na kierownika stacji radia KUTE i zamrugała 

w osłupieniu. Otworzyła usta, ale przez chwilę nie była w stanie wykrztusić ani 

słowa. 

- Nie rozumiem - powiedziała w końcu. 

- Czego konkretnie? - Clyde przesunął grube cygaro z jednego kącika ust w 

drugi. - Zwalniam cię, wylewam, wyrzucam, już tu nie pracujesz. 

- Ale ... - potrzebowała trochę czasu, żeby pozbierać się po tym, co usłyszała. 

- Kto zajmie się programem porannym? 

Clyde żuł koniuszek cygara. 

- Jeszcze nie zdecydowałem. 

Carrie   zauważyła,   że   za   bardzo   się   tym   nie   przejmował.   Wbiła   wzrok   w 

porysowany blat biurka, nie chcąc wdawać się w dyskusję i wyliczać wszystkich 

swych dokonań i sukcesów. 

- Mogę wiedzieć, dlaczego? - zapytała, chociaż właściwie znała odpowiedź. 

Kyle Harris. Prezenter wiadomości od początku był jej solą w oku. Kyle zresztą w 

pełni odwzajemniał to uczucie. 

- Nie umiesz dogadać się z Kyle'em. 

Jasne, starzy, dobrzy kumple pozbędą się jej, a nie tego faceta. A jednak nie 

umiała ukryć zaskoczenia; Clyde wydawał się sprawiedliwy. No cóż, teraz widziała 

wyraźnie, że mężczyźni trzymają ze sobą. 

- Nadajemy na innej fali - powiedziała oględnie. 

background image

- Ostatnio było coraz gorzej - odparł Clyde, i Carrie musiała przyznać mu 

rację. 

Napięcie   między   nią   a   Kyle'em   tak   zagęściło   atmosferę   w   ciągu   kilku 

ostatnich  tygodni, że powietrze można  było niemal  kroić nożem i podawać  do 

kawy. Kiedy Carrie skłoniła Kyle'a do zgolenia brody, nastąpił moment krytyczny. 

Nigdy jej nie wybaczył podstępu, i prawdę mówiąc miał trochę racji. Carrie jednak 

nie przypuszczała, że z tak błahego powodu może stracić pracę. 

Clyde usiadł, krzyżując krótkie, grube nogi. Wydawało się, że czeka na jej 

reakcję.   Carrie   bardzo   lubiła   tego   błękitnookiego,   łysiejącego   grubasa   o 

tatusiowatym wyglądzie i podziwiała jego wyczucie radia. Był jej szefem, ale także 

przyjacielem, a przynajmniej tak jej się kiedyś wydawało. 

- Ile mam jeszcze czasu? - zapytała prawie niedosłyszalnie. - Dwa tygodnie? 

- To brzmi rozsądnie - stwierdził Clyde. Wyjął cygaro z ust i wpatrywał się w 

jego koniuszek. Carrie nigdy wcześniej nie widziała go z cygarem. - Chyba że ... - 

przerwał i spojrzał jej znacząco w oczy. 

- Chyba że co? - zelektryzowana, przesunęła się na brzeg krzesła i pochyliła 

do przodu, w nadziei na ułaskawienie. 

- Nieważne - Clyde potrząsnął głową. - To by się i tak nie udało. 

- Co? 

- Myślałem, że może bylibyście w stanie dojść do porozumienia. Ale cóż - 

westchnął trochę teatralnie - pracowaliście razem przez prawie rok i nie udało wam 

się dotrzeć. Nie sądzę, żeby teraz coś się miało zmienić. 

-   Źle   zaczęliśmy   -   powiedziała   Carrie,   przypominając   sobie   ich   pierwsze 

spotkanie. 

Od   razu   wiedziała,   że   dojdzie   do   spięć.   Jej   poranny   program   pełen   był 

dowcipów i żartów, dzwonków i gwizdów. On, dumny i sztywny jakby kij połknął, 

do   wiadomości   podchodził   ze   śmiertelną   powagą.   Carrie   podejrzewała,   że   jej 

background image

poczucie   humoru   nie   będzie   go   bawić,   i   miała   rację.   Od   pierwszej   chwili 

wyczuwała ze strony Kyle'a lekką pogardę. Była przekonana, że się nie myli. On 

uważał, że jest sztuczna i głupawa, ona miała go za bufona. Fakt, że podzielał 

poglądy polityczne jej ojca, tylko pogarszał sprawę. 

- Czy to wszystko z powodu jego brody? 

Przez twarz Clyde' a przemknął cień uśmiechu, ale zniknął równie szybko, jak 

się pojawił. 

- Częściowo - powiedział bez najlżejszej nuty rozbawienia w głosie. 

- To był tylko taki żart. 

Miała   ochotę   porządnie   sobą   potrząsnąć   za   to   wszystko,   co   kiedyś 

wygadywała.   Nie   chciała   obrazić   Kyle'a   sugerując,   że   ma   twarz   stworzoną   do 

radia; żartowała tylko. Cóż, powinna była wiedzieć wcześniej. 

-   Notowania   mojego   programu   poszły   znacznie   w   górę   w   ciągu   tamtego 

tygodnia - przypomniała Clyde' owi. 

- Spodziewasz się, że przyznam ci nagrodę?! - zirytowany podniósł trochę 

głos: 

- Ale później nie zapuścił już brody - Carrie szukała jasnych stron incydentu.

W rzeczywistości  gładko ogolona twarz Kyle'a wydała jej się zaskakująco 

atrakcyjna. Zobaczyła go nagle w zupełnie innym świetle. Miał kształtny, silnie 

zarysowany   podbródek,   nadający   twarzy   zdecydowany,   trochę   twardy   wyraz, 

którego nie spodziewała się zobaczyć. Niechętnie przyznawała nawet sama przed 

sobą,   jak  ciekawa   była  człowieka  ukrywającego   się  za   maską,  w  której  się   jej 

przedstawił. 

Clyde   nie   mógł   zdecydować,   czy   chce   siedzieć,   czy   stać.   Podniósł   się   z 

krzesła,   jakby   mu   się   nagle   zrobiło   na   nim   niewygodnie,   podszedł   do   okna 

wychodzącego na centrum Kansas i założył ręce do tyłu. 

- Moje akcje spadają? - zapytała Carrie nerwowo. 

background image

-  Nie  o to chodzi.  Chciałbym,  żebyś  mnie  dobrze zrozumiała.   Zrobiłaś tu 

kawał dobrej roboty. Zwalniam cię tylko z powodu tego, co się dzieje między tobą 

a Kyle'em. Inni też nie są ślepi. Pracujemy tu wszyscy razem i powinniśmy być 

jedną wielką, szczęśliwą rodziną, a to jest niemożliwe, jeśli wy dwoje bez przerwy 

rzucacie się sobie do gardeł. 

- To nie tylko moja wina - broniła się Carrie. 

Nie   rozpoczęła   przecież   bezzasadnej   jednoosobowej   kampanii   przeciw 

Kyle'owi Harrisowi. On także przyczynił się do rozpętania tej wojny, dorzucając od 

siebie całkiem spory ładunek insynuacji i obelg. 

- Wplątaliście w to cały zespół. Na początku był to rodzaj gry, ale w końcu 

każdemu się oberwało w trakcie waszych potyczek. W tej chwili to już nie jest 

zabawne. To, co zaczęło się od dowcipu, teraz działa destrukcyjnie na całą stację. 

Carrie nie wiedziała już, jak się bronić. 

- Ale ... 

-   Nie   mam   wyboru   -   uciął   Clyde.   Podniósł   stopę,   jakby   szukał   dla   niej 

pewniejszego   oparcia.   -   Zrobiłem   to,   co   trzeba.   Zwolniłem   was   oboje.   -   Nas 

oboje?! - Carrie aż podskoczyła na krześle. 

- Nie zrozum mnie źle - Clyde spojrzał na nią przeciągle. - Zrobiłem to bardzo 

niechętnie, ale nie można było zatrzymać jednego z was, a drugie zwolnić. Chyba 

że chciałbym tu mieć bunt. 

Carrie rozumiała, że musiał podjąć trudną decyzję, tyle tylko, że nie była nią 

zachwycona. 

- Ale byłbyś skłonny dać nam jeszcze jedną szansę? - zapytała, opadając z 

powrotem na twarde oparcie krzesła. 

Prawdopodobnie   łatwiej   byłoby   negocjować   warunki   pokoju   na   Bliskim 

Wschodzie, ale postanowiła zrobić wszystko, byle tylko zatrzymać swoje miejsce 

w rozgłośni. Ta praca była całym jej światem. 

background image

- Nie oczekuję, że rozkwitnie między wami serdeczna przyjaźń, ale dogadanie 

się   nie   powinno   nastręczać   większych   trudności.   Gdybyście   się   tak   nie   starali 

pielęgnować   wzajemnej   niechęci,   odkrylibyście,   że   macie   ze   sobą   sporo 

wspólnego. 

- Wątpię.

Szczerze mówiąc, Carrie nie przychodziło do głowy nic, co do czego mogliby 

być   zgodni.   Miała   jednak   dwadzieścia   siedem   lat   i   niewielkie   doświadczenie 

radiowe.   Trudno   byłoby   jej   znaleźć   drugą,   równie   dobrą   pracę   w   porannym 

programie, zwłaszcza w Kansas. No dobrze, byłoby to prawie niemożliwe. 

- Mogę już iść? - zapytała słabo. 

Stała ze zwieszonymi ramionami,  zgarbiona pod ciężarem kłopotów, które 

nagle na nią spadły. 

- Rozmawiałem już z Kyle' em - powiedział Clyde. 

- I co on na to? 

Clyde potarł dłonią kark. 

- Zareagował podobnie jak ty. Jest bardzo zaskoczony. 

- Rozumiem. 

- Chciałby z tobą porozmawiać, zgadzasz się? 

Już stojąc w drzwiach, spojrzała na niego spod oka. 

- Chyba nie mam wyboru. 

-   Chyba   nie   -   Clyde   umieścił   cygaro   w   kryształowej   popielniczce.   - 

Naprawdę, to wstyd - mruknął - że dwoje przyzwoitych, ciężko pracujących ludzi 

nie umie się ze sobą dogadać. 

Carrie   nie   przeszła   jeszcze   nawet   dziesięciu   kroków   długim,   wąskim 

korytarzem wiodącym do jej maleńkiego biura, kiedy stanęła twarzą w twarz z 

Kyle'em Harrisem.  Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odezwało. Carrie 

chciała powiedzieć coś dowcipnego, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Była 

background image

znana ze swoich szybkich ripost, a więc sytuacja musiała być naprawdę poważna. 

Podniosła wzrok na Kyle' a, wznoszącego się nad nią jak wieża, próbując 

spojrzeć   na   niego   inaczej   niż   dotąd.   Szerokie   ramiona,   wąskie   biodra,   płaski 

brzuch. Wiedziała, że to zasługa regularnych ćwiczeń. Często brał udział w biegach 

organizowanych na cele dobroczynne i czasem w nich zwyciężał. 

Carrie nie znosiła wszelkich ćwiczeń fizycznych. Kiedy czasami nachodziła ją 

chęć   przyłączenia   się   do   grupy   uprawiającej   aerobik,   ucinała   sobie   drzemkę, 

czekając aż jej przejdzie. 

Ciemne oczy Kyle' a przyglądały się jej uważnie i otwarcie, jakby była jego 

odbiciem w lustrze. Carrie nie mogła powstrzymać się od zadania sobie pytania, 

jak on ją widzi. Była niewysoka, marne  metr sześćdziesiąt  dwa, i szczupła, co 

zawsze ją dziwiło, bo apetyt miała potężny i często była głodna jak wilk. Długie, 

ciemne   włosy   upinała   na   czubku   głowy,   w   nadziei,   że   doda   jej   to   parę 

centymetrów. 

Niestety,   chwiejna   konstrukcja   na   jej   głowie   dość   często   przypominała 

uczesanie matki Burta Simpsona. Mało prawdopodobne, żeby ktoś zaproponował 

jej   prezentowanie   kostiumów   kąpielowych   dla   "Sports   Illustrated",   chociaż 

właściwie   zdecydowanie   najlepszą   częścią   jej   ciała   był   biust.   Nie   żeby   została 

szczególnie   hojnie   obdarowana   przez   naturę,   biust   był   całkiem   normalnych 

rozmiarów, tyle że cała reszta wydawała się miniaturowa. 

- Clyde już z tobą rozmawiał? - odezwał się Kyle. 

- Tak. 

- Co robisz po południu? - zapytał. 

- Na razie niczego nie planowałam. A ty? 

- Mam trochę wolnego czasu. 

Carrie miała  już na końcu języka, że wkrótce oboje będą mieli  wyłącznie 

wolny czas, jeśli nie uda im się przekonać Clyde' a, że potrafią się zmienić. 

background image

- Może pójdziemy na lunch? 

- Dobry pomysł. - Czy będą w stanie zjeść razem posiłek bez nieprzerwanej 

wymiany złośliwości? 

-   Myślisz,   że   wytrzymamy   ze   sobą   tyle   czasu?   -   najwyraźniej   Kyle   miał 

podobne wątpliwości. 

- Nie wiem - Carrie uśmiechnęła się słabo. - Ale mam zamiar sprawdzić, czy 

ty wytrzymasz. 

Uzgodnili miejsce i godzinę, co zabrało kolejne pięć minut. Kyle zasugerował 

restaurację   z   lnianymi   obrusami   i   kelnerami   w   sztywno   wykrochmalonych 

uniformach. Carrie wolałaby swoją ulubioną, dobrze znaną knajpkę barbecue, ale 

postanowiła nie upierać się przy niej. Ktoś tak wybredny jak Kyle z pewnością nie 

bawiłby się dobrze z sosem barbecue za paznokciami. 

Osiągnęli   pożądany   kompromis,   decydując   się   na   swojską   restauracyjkę 

niedaleko radiostacji. 

Carrie   przyszła   pierwsza,   kwadrans   przed   umówioną   godziną,   i   wybrała 

miejsce na usianym cętkami słońca patio, w cieniu parasola. Lekki wiatr wnosił 

trochę świeżości w letnie popołudnie. Carrie piła mrożoną herbatę i czekała. Kyle 

bez wątpienia pojawi się punktualnie o wyznaczonej godzinie. 

Dzień był piękny, pełen słonecznego ciepła i blasku. Po ostrym błękicie nieba 

ciągnęły   postrzępione,   białe   obłoki.   Carrie   przybyła   do   Kansas   z   Teksasu   rok 

wcześniej, i od razu niezmiernie polubiła ten stan. Kansas, z feerią swych barw, był 

jak   tęcza   -   jego   zielone   wzgórza   porastały   gęste   lasy   i   miododajne   łąki, 

poprzecinane siecią bystrych rzek i strumieni o kryształowej wodzie. 

Nie   interesowało   jej   specjalnie   wędkarstwo   sportowe,   ale   wiedziała,   że 

Kansas był pod tym względem jednym z przodujących stanów. Kyle natomiast 

wędkował,   a   w   każdym   razie   Carrie   podsłuchała   kiedyś,   jak   przechwalał   się 

wynikami   swojej   ostatniej   wyprawy.   Mogła   się   przesłyszeć,   ale   zdaje   się   że 

background image

wspomniał   coś   o   chacie   nad   jeziorem,   gdzie   uciekał   na   weekendy.   Starała   się 

wyprzeć   tę   informację   z   pamięci   -   nie   pasowała   do   wizerunku   Kyle'   a,   który 

stworzyła na własny użytek. Nie mogła go sobie wyobrazić odpoczywającego. Nie 

mogła go sobie wyobrazić bez kamizelki zapinanej na trzy guziki i jedwabnego 

krawata. 

Rodzina Carrie nie była zachwycona jej pomysłem opuszczenia Teksasu, ale 

ona sama czuła, że im dalej będzie się trzymać od swego nieustępliwego ojca, tym 

lepiej. Nie miała wątpliwości, że rozczarowała Michaela Jamisona, który życzył 

sobie, aby jego córka studiowała raczej techniki kształcenia, a nie komunikacji. Nie 

spojrzeli sobie prosto w oczy, odkąd Carrie ukończyła trzynasty rok życia. 

Prawdę mówiąc, Kyle bardzo przypominał Carrie jej ojca. Michael Jamison 

był   wzorowym   obywatelem,   filarem   społeczności   i   diakonem   kościoła.   Carrie 

uważała, że jest zadufany w sobie - nic dziwnego, skoro ma się taką pozycję. 

Kyle przyszedł i usiadł po przeciwnej stronie stołu, wysuwając krzesło spod 

parasola. Spojrzał w słońce i zmrużył oczy. 

- Nie sądzę, żeby udało mi się namówić cię na wejście do środka? - zapytał, 

osłaniając oczy dłonią. 

-   Nie   masz   okularów   przeciwsłonecznych?   -   burknęła   niecierpliwie   w 

odpowiedzi. 

- Jak widać, nie. 

Ledwo usiadł, a już zdążyli zacząć swoje słowne utarczki. Nie wróżyło to nic 

dobrego. 

- Zamieńmy się miejscami - zaproponowała ugodowo. 

- Nie trzeba - mruknął i spojrzał na nią zmrużonymi oczami, biorąc serwetkę 

ze stołu. - Zapomnij, że w ogóle coś powiedziałem. 

Carrie wstała. 

- Proszę, naprawdę chętnie zamienię się z tobą na miejsca. 

background image

Dość zgrabnie dokonali zamiany. Carne rozsiadła się wygodnie na nowym 

miejscu i uśmiechnęła do Kyle'a przez stolik. Odwzajemnił uśmiech. Cóż, trochę 

wysiłku i może im się uda. 

- A więc - zaczął, wygładzając rozłożoną na kolanach serwetkę - nie było to 

znowu takie trudne, prawda? 

- Ani trochę - przyznała, przeglądając menu. 

Co by tu wybrać? Miała ochotę na sałatkę Cobb, ale francuska kanapka także 

zasługiwała na uwagę. Kyle potrzebował dokładnie trzech sekund, aby zdecydować 

się na rostbef z musztardą i pomidorami. Kelnerka przyszła odebrać zamówienie, a 

Kyle poprosił o jeden rachunek. 

- Ja stawiam. 

W tej sytuacji Carrie już chciała zamówić homara, ale nie było go w menu. 

- Carrie? - Kyle zawiesił wyczekująco głos, spoglądając na kelnerkę, która z 

bloczkiem i ołówkiem w ręku czekała na zamówienie. 

- Poproszę sałatkę Cobb. - Nie podobał jej się sposób, w jaki ją ponaglił. W 

innych okolicznościach nie dałaby się zmusić do podjęcia żadnych pochopnych 

decyzji, ale tym razem, dla ich obopólnego dobra, puściła to mimo uszu. 

- A więc - powiedziała, opierając się wygodnie - Clyde wylał nas oboje. 

-   Ale   sądzę,   że   przyjmie   nas   z   powrotem,   jeśli   puścimy   stare   urazy   w 

niepamięć i zaczniemy od nowa. 

- Też tak myślę - odparła Carrie optymistycznie. - To nie powinno być zbyt 

trudne, prawda? - Na pewno się dogadają, choćby tylko ze względu na utrzymanie 

pracy. 

- Zgadza się. Zaczynamy od dzisiaj. 

Uśmiechnęli się oboje. 

- Ogłośmy zawieszenie broni - zaproponował Kyle. 

Carrie kiwnęła głową. Jak dotąd nieźle im idzie. 

background image

- Może powinniśmy spróbować poznać się trochę lepiej. Nie wiem, co takiego 

zrobiłem zaraz na początku, że ... 

-   Nic   nie   zrobiłeś   -   przerwała   mu   Carrie   i   sięgnęła   po   swoją   szklankę   z 

mrożoną herbatą. - Tylko ... och, sama nie wiem. Przyszedłeś dumny, w tym swoim 

trzyczęściowym garniturze, jak jakaś wielka persona. 

- Cóż, jestem profesjonalistą i tak też postanowiłem się ubierać - warknął 

Kyle. 

Zamilkli oboje, jakby jednocześnie zorientowali się, że wkroczyli na cienki 

lód. W końcu Carrie przerwała krępującą ciszę: 

- Wydaje mi się, że w pierwszej chwili zrobiliśmy na sobie nawzajem nie 

najlepsze wrażenie, i tak już zostało. 

Koniuszki uszu Kyle'a gwałtownie poczerwieniały. Carrie widywała to już 

wcześniej i wiedziała, że stara się on zapanować nad irytacją. 

- To może teraz ty mi powiesz, co tak cię we mnie drażni? - zapytała, czując, 

że właśnie położyła głowę pod topór. Był to gest dobrej woli, który miał przekonać 

Kyle'a o jej szczerych chęciach dojścia z nim do porozumienia. 

- Jesteś bardzo dobra w tym,  co robisz  - powiedział z wahaniem.  - Masz 

refleks   i   ze   wszystkiego   umiesz   zrobić   interesujący   temat.   Cykl   "Wiadomości 

Zbędne" jest naprawdę niezły. 

- Dziękuję. 

- Proszę bardzo - uśmiechnął się szeroko. 

- Ty świetnie podajesz wiadomości - stwierdziła Carrie. - Nawet w takie dni, 

kiedy dzieją, się straszne rzeczy i nic na tym świecie nie idzie dobrze, zostawiasz 

miejsce na nadzieję i optymizm. 

- Dziękuję - wyglądał na zdziwionego tym, co właśnie usłyszał. - Zdaje się, że 

możemy się szanować jako zawodowcy.

- Tylko że ... 

background image

- Tak? - zachęcił ją. 

- Może nie powinnam tego mówić, ale myślę, że byłoby lepiej, gdybyś umiał 

się trochę odprężyć. 

-   Odprężyć?   -   powtórzył   takim   tonem,   jakby   potrzebował   słownika,   żeby 

rozszyfrować znaczenie tego słowa. 

- No, wiesz - mruknęła, żałując, że w ogóle podjęła ten temat - Wyluzuj trochę 

od czasu do czasu. Nie musisz ciągle być taki cholernie poważny. 

Tym razem nie tylko koniuszki uszu Kyle'a zmieniły kolor. Czerwień objęła 

całe  małżowiny   i ognistą  falą   spłynęła  na szyję.  Carrie  zrozumiała,   że właśnie 

popełniła wielki błąd. 

- A może przyjrzysz się dokładniej sobie, zanim zaczniesz rzucać w innych 

kamieniami? - zaproponował. 

-   Nie   powinnam   była   tego   mówić   -   przyznała   i   nie   mogąc   opanować 

ciekawości, spytała: 

- A co ze mną jest nie tak? Możesz się nie krępować. 

- Więc nie będę - Kyle ożywił się wyraźnie. - Nie myślisz, zanim coś powiesz. 

Mówisz wszystko, co ci ślina na język przyniesie, bez chwili zastanowienia. A 

skoro już jesteśmy przy tym temacie ... - urwał gwałtownie. 

- No, dalej - Carrie uśmiechnęła się słodko. 

To,   co   powiedział,   było   prawdą,   ale   wolałaby   umrzeć,   niż   się   do   tego 

przyznać. 

Kelnerka przyniosła zamówione potrawy i Carrie zaatakowała swoją sałatkę z 

taką siłą, jakby trzeba było ją najpierw zabić, a dopiero potem zjeść. Pod ciosem 

widelca czarna oliwka wyskoczyła z talerza i potoczyła się po stole. 

- Zostaw to - warknęła, choć pewnie Kyle nie dotknąłby niczego, co leżało na 

jej talerzu, bez dokładnej sterylizacji. 

- Jesteś niedojrzała i uparta jak dziecko z przedszkola - ciągnął. - Brak ci 

background image

zdrowego rozsądku. 

Wbił   zęby   w   swoją   kanapkę,   jakby   spodziewał   się,   że   będzie   twarda   jak 

podeszwa. 

- A ty jesteś tak zachwycony samym sobą, że nie masz pojęcia, jaki arogancki 

i  napuszony  wydajesz   się  wszystkim dookoła.  -  Widelec,  zanurzony  w  sałatce, 

zazgrzytał na dnie talerza. 

- A ty nie wiesz, jak inni postrzegają ciebie - rzucił przez zęby. 

- To się nigdy nie uda - Carrie odłożyła widelec i sięgnęła po swój portfel. 

Wyjęła kilka banknotów, położyła je na stole i wstała. 

-

Dziękuję, wolę sama za siebie zapłacić - powiedziała i nie oglądając się 

za siebie, odeszła.

Kyle potrzebował całych dziesięciu minut, by opanować wściekłość. 

Sam dałby wiele, żeby wiedzieć, dlaczego ta Carrie Jamison tak go denerwuje. 

Obserwował   ją   czasami   w   towarzystwie   innych   ludzi   i   podobało   mu   się   ich 

swobodne koleżeństwo, a nawet trochę im zazdrościł. 

Wiedział,   że   to   nie   tylko   jego   garnitur   tak   ją   do   niego   zniechęcił   tego 

pierwszego dnia. W tym, co powiedziała, było ziarnko prawdy. Maleńkie ziarenko. 

Wielkości ziarnka piasku. Ale to wszystko, co mówiła o jego nadęciu i arogancji, 

napełniało go goryczą. Wcale taki nie był. 

Jeśli chodziło o niego, Kyle już jakiś czas temu zrozumiał, dlaczego Carrie 

wydaje mu się nie do wytrzymania. Otóż przypominała mu jego własną kochaną 

mamuśkę.   Lilian   Harris   psychicznie   nigdy   nie   opuściła   pięknych   lat 

sześćdziesiątych. Przeczytał kiedyś gdzieś, że większość z tych, którzy wspominają 

lata   sześćdziesiąte,   naprawdę   niewiele   o   nich   wiedzą.   Jego   matka   jednak   była 

jednym   z   prawdziwych   dzieci-kwiatów,   protestujących   przeciw   wojnie   w 

Wietnamie i śpiewających pieśni gospel o miłości i pokoju. Zarabiała na życie, 

background image

sprzedając koraliki i stokrotki na chodnikach Haight-Ashbury, dopóki nie zaszła w 

ciążę. 

Carrle   wyznawała   tę   samą   optymistyczną   filozofię   co   jego   matka, 

streszczającą się w słowach "grunt to się nie przejmować, wszystko będzie dobrze". 

Kyle kochał matkę, ale nie traktował jej jak rodzica. Właściwie uważał, że sam się 

wychowywał,   choć   pewnie   Lilian   byłaby   bardzo   zaskoczona,   gdyby   się   o   tym 

dowiedziała. Nawet teraz, kiedy przekroczył już trzydziestkę, dzwoniła do niego co 

najmniej dwa razy w tygodniu, żeby przeczytać mu jego horoskop. Kyle słuchał 

uprzejmie, zaciskając przy tym zęby. 

Lilian chciała dobrze, ale Kyle spędził większość  swego dotychczasowego 

życia na ucieczce z jej objęć. Nie, bynajmniej nie był zachwycony faktem, że musi 

pracować z kimś tak podobnym do jego kochanej starej mamy. 

Następne dni były jeszcze gorsze niż cały poprzedni rok, choć oboje bardzo 

się   starali,   żeby   było   inaczej.   Mimo   że   Kyle   nigdy   nie   zauważył,   by   Clyde 

obserwował   jego   i   Carrie,   wiedział,   że   szef   stacji   widzi   wszystko.   Clyde 

pozostawał ukryty w cieniu, przyglądając im się uważnie, trochę jak chłopczyk 

dźgający długim kijem martwą żabę. 

Nie było więc żadnym zaskoczeniem,  kiedy pod koniec drugiego tygodnia 

wezwał ich oboje do siebie do biura. Bóg jeden wiedział, jak bardzo Kyle życzył 

sobie, żeby im się udało; niestety, pierwszy wspólny lunch i kilka spotkań, które po 

nim nastąpiły, nie dawały wiele nadziei. 

Kyle dostrzegł pełne wyrzutu, przerażone spojrzenie Carrie. Postarał się, żeby 

jego własny wzrok wyrażał te same uczucia. Jego zdaniem byli parą przyzwoitych, 

Bogu ducha winnych ludzi, którzy niechcący budzili w sobie nawzajem najgorsze 

instynkty. Kyle nigdy wcześniej nie powiedział żadnej kobiecie tylu okropnych 

rzeczy i był przekonany, że dla Carrie był to również debiut. 

background image

Clyde wskazał im dwa drewniane krzesła. 

- Macie coś jeszcze do powiedzenia przed swoją ostatnią wypłatą? - zapytał, 

przyglądając się im tak uważnie, jakby wojowniczość charakteru mieli wypisaną na 

czołach. 

- Oczywiście - skłamał Kyle. - Obojgu nam bardzo zależy na tej pracy. 

- Mamy   dla  siepie   nawzajem  wiele   szacunku   - pospiesznie  dodała   Carrie, 

uśmiechając   się   przy   tym   tak   olśniewająco,   że   ktoś   inny   mógłby   na   moment 

oślepnąć.

Clyde założył ręce do tyłu. 

- Nie wydaje mi się. 

Kyle już otwierał usta, by gorąco zaprotestować; zauważył, że Carrie zamierza 

zrobić to samo. Clyde powstrzymał ich jednak ruchem dłoni. 

- Miałem nadzieję, że postaracie się trochę i zostaniecie przyjaciółmi. 

- Ależ my już jesteśmy  przyjaciółmi, prawda, Kyle? - szybko powiedziała 

Carrie. Promienny, fałszywy uśmiech wrócił na jej twarz, i jeśli był tak czytelny 

dla Kyle'a, to tym bardziej dla Clyde'a. 

- Oczywiście - poparł ją Kyle, starając się, żeby zabrzmiało to przekonująco. - 

Rozumiemy się całkiem dobrze. Zjedliśmy razem lunch, obgadaliśmy wszystko i 

podjęliśmy kilka ważnych decyzji. 

Clyde   zmarszczył   brwi   i   zaczął   przemierzać   tam   i   z   powrotem   wąską 

przestrzeń między nimi a swoim biurkiem. Nie powiedział ani słowa i Kyle z każdą 

chwilą czuł się coraz bardziej nieswojo. 

- Wiesz, że oboje mamy jechać w przyszłym tygodniu na zjazd radiowców do 

Dallas? - zwrócił się do Clyde'a. 

- Tak. To dobry pomysł, żeby rozdać tam swoje CV. 

- Jak już Kyle wspomniał, spotkaliśmy się na lunchu i mamy kilka pomysłów, 

jak poradzić sobie z tym, co nas różni - pospieszyła Carrie. 

background image

- Cóż to za pomysły? - spytał Clyde z nutą ironii w głosie. 

Kyle spojrzał  na  Carrie pytająco.  Do  diabła, nie  chciał  stracić  tej posady. 

Dawała mu wszystko, czego potrzebował, aby w przyszłości rozpocząć planowaną 

pracę w telewizji na stanowisku kierownika wiadomości. Zaczynał od zera i od 

jakiegoś czasu mozolnie zbierał niezbędne doświadczenia. Zwolnienia z pracy nie 

było w jego planach. 

-   Postanowiliśmy   razem   pojechać   na   ten   zjazd.   Jednym   samochodem   - 

wypaliła Carrie. 

Jednym samochodem? Skąd u licha przyszło jej to do głowy? Kyle sądził, że 

się   przesłyszał.   Czy   rzeczywiście   proponowała   mu   właśnie   wspólną   podróż   do 

Dallas?   Po   tym   koszmarnym   lunchu?   Wariatka.   Albo   zdesperowana. 

Najprawdopodobniej zdesperowana wariatka. 

- Doprawdy? - Clyde spojrzał na nich przenikliwie. 

- Cóż, to powinno przesądzić - w tę albo we wtę. - Carrie powoli zapalała się 

do projektu. - To Kyle wpadł na ten pomysł, a ja się zgodziłam. Zrobimy wszystko 

co w naszej mocy, bylebyś tylko dał nam jeszcze jedną szansę. Jeżeli po zjeździe 

nadal będziesz chciał nas zwolnić, podporządkujemy się bez słowa. Teraz prosimy 

cię tylko o jedno - żebyś pozwolił nam spróbować ostatni raz. 

Kyle   zauważył,   że   jego   koleżanka   siedzi   już   na   samej   krawędzi   krzesła. 

Jeszcze chwila, a wylądowałaby na podłodze. 

- Aż tyle dla was znaczy ta praca? - zapytał Clyde. 

- Och, tak - gorąco przyświadczyła Carrie. 

Kyle doszedł do wniosku, że mogłaby równie dobrze znaleźć pracę w teatrze. 

Z pewnością miała wyczucie dramatyzmu. 

Clyde milczał przez chwilę, po czym uśmiechnął się szeroko. Kyle wiedział 

już, co go czeka. Setki kilometrów w małym, blaszanym pudełku, z kobietą, której 

szczerze nie znosił, na siedzeniu obok. 

background image

- Chcę, żebyście wzięli sobie parę wolnych dni przed zjazdem - zarządził 

Clyde. - I poznali się trochę lepiej. Dam wam płatny urlop. 

- Naprawdę, zrobisz to dla nas? - zapytała Carrie cicho, rzucając jednocześnie 

Kyle'owi tryumfalny uśmiech. 

Przyjemnie było patrzeć, jak promienieje szczęściem. Osobiście jednak Kyle 

uważał, że cały ten plan jest obłąkany. 

-

Ciekawe, czy się dogadacie, czy znienawidzicie do reszty? - rzucił Clyde. 

Kyle znał już odpowiedź na to pytanie. Nim zjazd się skończy, zagryzą się na 

śmierć.

Rozdział 2

Kyle   zaznaczył   trasę   na   mapie   (cały   czas   droga   I   -35),   rozłożył   plan   na 

siedzeniu obok i chwilę później zajeżdżał już pod dom Carrie. 

Jego zdaniem mogliby przejechać całe te osiemset pięćdziesiąt kilometrów w 

jeden dzień i jak najszybciej zakończyć tę farsę. Konferencja zaczynała się dopiero 

w piątek wieczorem, oficjalnym koktajlem, lecz Kyle miał nadzieję, że przybędą na 

miejsce   już   w   środę   wieczorem   lub   wczesnym   rankiem   w   czwartek. 

Prawdopodobnie   Carrie   chętnie   na   to   przystanie;   na   pewno   będzie   chciała 

odwiedzić siostrę, mieszkającą gdzieś pod Dallas. Im mniej czasu będą ze sobą 

spędzać, tym lepiej dla nich. Szczerze mówiąc wątpił, czy uda im się zachować 

zdrowie psychiczne w trakcie tej podróży. 

Nie   wiedział,   co   myśli   o   tym   wszystkim   Carrie,   ale   przypuszczał,   że   ma 

podobne   obawy.   Liczył,   że   konferencja   będzie   dobrą   okazją   znalezienia   nowej 

pracy. Nie miał  złudzeń co do ich ewentualnego "dogadania się". Sprawa była 

przegrana od pierwszej chwili. 

Zaparkował   przed   małym   domkiem,   który   Carrie   wynajmowała   na 

background image

przedmieściach Kansas City, i odetchnął z ulgą, widząc jej torbę przygotowaną już 

na werandzie. Przynajmniej była punktualna. 

Ledwo   zdążył   wysiąść   ze   swojego   czarnego   bmw,   kiedy   frontowe   drzwi 

otworzyły   się   i   wyszła   Carrie.   Tym   razem   długie   do   połowy   pleców   włosy 

swobodnie opadały jej w lokach na ramiona. Kyle był zaskoczony: nie pamiętał, 

żeby   kiedykolwiek   widział   ją   bez   charakterystycznie   spiętrzonej   piramidy   na 

głowie. Bez niej była jeszcze mniejsza, niż mu się wydawało. 

Szybko odwrócił wzrok. Nie chciał za bardzo się jej przyglądać. Miał już 

wyrobione zdanie na jej temat - była Amazonką, jeśli nie z postury, to z charakteru, 

i nie chciał  widzieć w niej niczego  poza źródłem wszystkich  jego problemów. 

Przemyślał już całą tę sytuację i mimo najlepszych chęci czuł, że jego możliwości 

są ograniczone. 

Bez słowa wyciągnął rękę po torbę, którą niechętnie puściła. Włożył ją do 

bagażnika   i   otworzył   drzwi   od   strony   pasażera.   Carrie   podziękowała   mu 

uśmiechem, ale miał wrażenie, że wolałaby sama sobie radzić. 

Więc tak to miało wyglądać. Świetnie. Po prostu świetnie. Kyle tego właśnie 

się   spodziewał.   Postanowiła,   że   ta   podróż,   absolutnie   beznadziejna,   będzie 

rodzajem powolnej agonii. Kiedy wsiadł z drugiej strony, Carrie patrzyła już w 

mapę.   Ujął   w   dłonie   kierownicę   i   otworzył   usta   z   zamiarem   poinformowania 

swojej pasażerki o trasie i planowanych postojach. 

- Zanim ruszymy - odezwała się Carrie, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć - 

powinniśmy omówić pewne kwestie. - Mówiła sztywno, nie patrząc na niego. - Nie 

ma powodu, żebyśmy się mieli nawzajem unieszczęśliwiać. 

- A ja myślałem, że to nieuniknione. 

Siedziała wyprostowana, jakby się wcześniej wykąpała w krochmalu. 

- Owszem, jeśli się o to postarasz. 

- W porządku - powiedział niechętnie. - O co chodzi? 

background image

  -   Po   pierwsze,   w   samochodzie   często   robi   mi   się   niedobrze,   jeśli   nie 

zatrzymuję   się   regularnie.   Poza   tym   lubię   oglądać   po   drodze   widoki,   jeśli   to 

możliwe. 

Kyle  zacisnął   palce  na   kierownicy.  To  tyle,  jeśli  chodzi   o  zaliczenie  tych 

ośmiuset   pięćdziesięciu  kilometrów  w  jeden  dzień. Wyglądało na  to, że  Carrie 

będzie chciała się zatrzymywać przy każdej toalecie. 

-   Jazdą   samochodem   z   moim   ojcem   była   koszmarem   -   ciągnęła.   - 

Zatrzymywał się tylko wtedy, kiedy było to już absolutnie konieczne. Zjeżdżaliśmy 

Wtedy na jakiś parking, a on siedział i wściekał się na wszystkich, którzy zdążyli 

go wyprzedzić. 

Kyle rozpoznał w tym opisie wiele swoich własnych zachowań, ale starczyło 

mu rozsądku, by nie dzielić się z nią tą informacją. Kiedy siadał za kierownicą 

dobrego samochodu, budził się w nim duch rywalizacji. Lubił jazdę na długich 

dystansach i traktował to jak coś w rodzaju sprawdzianu. I bez Carrie wiedział, że 

to   męska   sprawa.   Ta   samochodowa   obsesja   stanowiła   istotną   część   jego 

osobowości. 

- Zatrzymamy  się zawsze,  kiedy będzie trzeba - powiedział, wciąż jednak 

zdecydowany sprowadzić postoje do niezbędnego minimum. 

- Dziękuję bardzo - Carrie wydała przesadne westchnienie ulgi. 

Kyle skręcił w stronę wjazdu na autostradą, a Carrie ponownie zagłębiła się w 

atlasie. 

- Cały czas chcesz jechać autostradą? 

- Oczywiście. - W końcu nie wybierali się na wycieczkę krajoznawczą. Po co 

niby mieliby zjeżdżać z głównej drogi? Z pewnością nie było tam nic, co chciałby 

zwiedzać. Im szybciej dojadą do Dallas, tym lepiej. 

- To okropnie nudne - mruknęła Carrie głosem rozczarowanej pięciolatki. 

Świetnie. A więc ma ją także zabawiać. 

background image

Nie   ujechali   dwudziestu   kilometrów,   kiedy   zapytał,   czy   nie   chciałaby   się 

zatrzymać. Żartował, oczywiście, ale kiedy zapewniła go, że tak, bardzo chętnie, 

zacisnął zęby i skręcił w pierwszy zjazd z autostrady. 

Od   chwili,   gdy   Carrie   wyskoczyła   z   pomysłem   tej   nieszczęsnej   podróży, 

wiedział, że będzie to jedna wielka katastrofa. 

Carrie bardzo się starała poprawić stosunki z Kyle'em,  ale robił wszystko, 

żeby jej to uniemożliwić.  Siedział obok ponury i milczący. Sam zaproponował 

postój, a teraz był wściekły, bo skorzystała z jego propozycji. 

Carrie postanowiła, że podejmie jeszcze jedną, ostatnią próbę dogadania się z 

nim, ale nie stawiała zbyt wiele na tę kartę. Jej współpracownik jasno dawał do 

zrozumienia, że nie wierzy w powodzenie tej podróży. Jeśli pierwsze kilkanaście 

kilometrów miało być wskazówką, to czekała ich sromotna klęska. 

W Dallas Carrie miała się spotkać z Tomem Atkinsem, starym kumplem z 

college'u,   z   którym   była   na   praktyce.   Tom   zadzwonił   do   niej   poprzedniego 

wieczora, pytając, czy Carrie wybiera się na zjazd, a Carrie, sama nie wiedząc 

kiedy, wylała przed nim swe żale. Tom zasugerował kilka rozwiązań. Wszystkie 

opierały się na opuszczeniu przez nią dotychczasowej pracy. Trudno było przyznać 

się do porażki, ale nie mając wyboru, Carrie obiecała spotkać się z Tomem po 

przyjeździe do Dallas i rozejrzeć podczas zjazdu za czymś nowym. Zaplanowała 

już także spotkanie z siostrą. 

Z żołądka Carrie wydobyło się przeciągłe burczenie, i Kyle rzucił jej wrogie 

spojrzenie.   Faktycznie,   zjadła   dość   skromne   śniadanie,   zakładając,   że   Kyle   od 

czasu do czasu również będzie musiał coś zjeść. 

- Zdaje się, że jesteś głodna. 

- Mogę jeszcze poczekać - odparła Carrie. 

Postanowiła   znieść   kilka   bolesnych   skurczów   żołądka   w   imię   utrzymania 

background image

pokoju. Oczywiście wszystko miało swoje granice. Wkrótce Kyle sam dojdzie do 

wniosku, że lepiej ją karmić, zanim stanie się naprawdę wściekle głodna. 

- O ile dobrze pamiętam, przy następnym zjeździe jest stacja benzynowa - 

rzucił jej kierowca. - Pewnie dostaniemy tam jakieś kanapki na wynos i zjemy je po 

drodze. 

- Nie jadam w samochodzie - poinformowała go Carrie. Utrzymanie pokoju 

nie jest prostą  sprawą. - Mam wrażenie, że jedziemy  bez przerwy od wieków. 

Stańmy gdzieś. 

- Staliśmy dopiero co! 

- To było bardzo dawno temu! 

-  Dobrze   -   powiedział   Kyle   takim   tonem,   jakby   to   jedno   słowo   wiele   go 

kosztowało. 

-   Posłuchaj,   Kyle.   Czeka   nas   wiele   kłopotów,   jeśli   nie   będziesz   trzymał 

swoich męskich popędów na wodzy. Muszę skorzystać z toalety, a z pewnością 

oboje z przyjemnością rozprostujemy na chwilę nogi. 

Już kiedy wsiadała do jego samochodu, był w nie najlepszym nastroju, a ona 

ani trochę mu go nie poprawiła. 

- Dobrze, skoro to takie konieczne, to zatrzymamy się na chwilę. Piętnaście 

minut wystarczy? 

- Pół godziny. 

-   Pół   godziny?   -   wykrzyknął   Kyle   z   rozpaczą   w   głosie,   jakby   powrót   na 

autostradę piętnaście minut później groził śmiercią lub kalectwem.

- Pół godziny - powtórzyła Carrie twardo. 

- Dobrze już, dobrze. 

Zjazd pojawił się po pięciu minutach i Kyle skręcił już bez słowa komentarza. 

Podjechał do dystrybutora i zaczął tankować, a Carrie poszła do sklepu. Okazało 

się, że mają tu kanapki w twardych plastykowych opakowaniach, pokrojone tak, 

background image

żeby   można   było   dojrzeć   ich   zawartość.   Carrie   otworzyła   lodówkę   i   szybko 

zorientowała się, że wybór jest raczej skromny. Wybrała wołowinę dla Kyle'a i 

pierś z indyka dla siebie, po czym dorzuciła do tego dwie puszki wody mineralnej i 

dużą paczkę chipsów. 

Zapłaciła i wychodziła właśnie ze sklepu, kiedy Kyle zakończył tankowanie i 

zaparkował   samochód   pod   budynkiem   stacji,   w   pobliżu   toalet.   Najwyraźniej 

postanowił, że właśnie tam zjedzą swój szybki posiłek, stojąc obok samochodu. 

Carrie nie protestowała; była już trochę zmęczona siedzeniem. Oczywiście nie 

sądziła, że jej ugodowa postawa w czymkolwiek  pomoże.  Kyle był wyjątkowo 

uparty.   Skończył   pierwszy   i   zaczął   niecierpliwie   bębnić   palcami   po   dachu 

samochodu, podczas gdy ona niespiesznie jadła swoją kanapkę, nie reagując na 

jego ponaglenia. 

Zauważyła,   że   patrzy   na   autostradę,   i   omal   nie   wycelowała   w   niego 

oskarżycielskiego palca. Od początku miała rację - Kyle Harris jest dokładnie taki 

sam, jak jej ojciec. 

- O co chodzi? - zapytał. 

-   Gapisz   się   na   samochody   -   powiedziała,   jakby   to   dowodziło   absolutnie 

wszystkiego. - I już myślisz o wszystkich tych, które nas wyprzedziły. 

Uczciwość nie pozwoliła mu zaprzeczyć. Zachęcona jego milczeniem, Carrie 

wyjęła mapę i rozłożyła ją na klapie bagażnika. 

- Myślę, że mógłbyś rozważyć jazdę inną drogą - powiedziała, nie patrząc na 

niego i wstrzymała oddech.

- Chyba już to omówiliśmy. 

-   Ale   to   nam   zaoszczędzi   około   dwudziestu   pięciu   kilometrów.   Popatrz   - 

wskazała na dwupasmową drogę, chcąc przekonać go do swojego planu. 

Może   rzeczywiście   uwierzy,   że   przeoczył   ten   skrót.   Gdyby   jej   się   udało, 

wkrótce   zjechaliby   z   autostrady,   która   śmiertelnie   ją   nudziła.   Tamta   droga   na 

background image

pewno była ciekawsza niż to szare pasmo,  ciągnące się bez końca kilometr za 

kilometrem.  Carrie  przepadała  za jazdą  bocznymi  drogami.  Przynajmniej  każda 

była inna i miała swój charakter. 

Kyle   uważnie   studiował   mapę.   Podejrzewał,   że   coś   pokręciła,   ale   miał 

wszystko przed nosem czarno na białym. 

- Rzeczywiście moglibyśmy  pojechać tą drogą - przyznał bez entuzjazmu, 

jakby właśnie zdobył się dla niej na nie lada poświęcenie i oczekiwał, że doceni to. 

- Daj spokój, Kyle - uśmiechnęła się wspaniałomyślnie. - Wiem, że wolałbyś 

nigdy nie znaleźć się w tej sytuacji, to jasne. Za późno - jesteśmy tu razem, skazani 

na siebie, więc postarajmy się jakoś dogadać. Myślę, że może być całkiem fajnie. 

- Ty też pewnie wolałabyś inaczej spędzić ten czas - mruknął Kyle z ledwie 

słyszalną nutą wdzięczności w głosie. 

Carrie wstrzymała oddech i wyciągnęła do niego rękę. 

- Zgoda? 

W pierwszej chwili Kyle spojrzał na jej dłoń jak na elektrycznego węgorza, 

gotowego zaraz razić go prądem, w końcu jednak uścisnął ją, choć krótko i bez 

entuzjazmu. Carrie zresztą nie spodziewała się, że będzie inaczej. Wiedziała, że 

zaklinacz węży wzbudziłby w nim więcej zaufania. 

- Zgoda - powiedział bez przekonania. 

Carrie obdarzyła go promiennym uśmiechem, żeby pokazać, jak bardzo jest z 

niego dumna.  Nie będzie tak źle. Te dni będą ich łabędzim śpiewem.  Jeśli się 

postarają, na pewno im się uda. Ale trzymanie języka za zębami dłużej niż kilka 

dni byłoby ponad jej siły. 

Pierwsza godzina po zjeździe z autostrady minęła  spokojnie, chociaż Kyle 

trochę ją przestraszył, włączając urządzenie antyradarowe, które ni stąd, ni zowąd 

wydawało przenikliwe piski. 

- Nie mam ochoty dać się złapać - wyjaśnił. 

background image

Carrie zaczęła go wypytywać o policyjne pułapki na drogach. Kiedy już udało 

jej się wciągnąć go w rozmowę, szło im całkiem nieźle. Nie było w tym zresztą nic 

dziwnego. Mężczyźni byli na ogół bardzo do siebie podobni, jak już zdążyła się 

zorientować. Potrafili rozmawiać godzinami, pod warunkiem że tematem były ich 

samochody. Albo oni sami. 

Samochód zdawał się płynąć wśród falujących łanów zboża, rozciągających 

się po obu stronach drogi aż po linię horyzontu, gdzie dotykały jasnego błękitu 

nieba. Widok wart był wysiłku, jaki włożyła w przekonanie Kyle'a do zmiany trasy. 

-   Jest   naprawdę   miło   -   powiedziała,   zauważając   jednocześnie,   że   jadą   z 

prędkością znacznie przekraczającą dopuszczalną. 

- Tak - odparł, rzucając jej prawie przyjacielski uśmiech. - A najważniejsze, 

że nie ma tu tylu miejsc, w których można by się zatrzymywać. Obawiam się, że 

jeśli będziesz potrzebować toalety, pozostanie ci wejść w zboże. 

Carrie wyciągnęła przed siebie nogi i założyła ręce za głowę, rozkoszując się 

jazdą i faktem, że tak dobrze im idzie. Jak się okazało, zbyt dobrze. A w każdym 

razie zbyt dobrze, żeby miało trwać dłużej. 

Kiedy   się   tego   najmniej   spodziewała,   samochód   podskoczył   gwałtownie. 

Gdyby   nie   pas,   Carrie   wylądowałaby   na   przedniej   szybie.   W   tej   samej   chwili 

BMW zaczęło wydawać głośny denerwujący dźwięk. 

- Co to było? - wykrzyknęła. 

- Uderzyłem w coś - wyjaśnił Kyle, zwalniając i zatrzymując się na poboczu. 

Carrie   wysiadła.   Kyle   również   wyskoczył   z   samochodu   i   obszedł   go   ze 

zmarszczonymi brwiami. Poklepał składany dach, jakby pocieszał chore dziecko. 

- Czy to twój tłumik? - Carrie wskazała na drogę. 

Tak naprawdę nie bardzo znała się na mechanice,  ale ponieważ niedawno 

zmieniła samochód, mniej więcej wiedziała, gdzie co jest. 

Kyle odwrócił się i spojrzał w kierunku, który wskazywała. 

background image

- Razem z rurą wydechową. 

- Co się stało? 

- Na drodze coś leżało - odparł spokojnie. - I najwyraźniej wjechaliśmy na to. 

"Coś"   okazało   się   kamieniem   wielkości   melona   -   na   tyle   małego,   żeby 

zmieścić   się   pod   samochodem,   i   na   tyle   dużego,   żeby   wyrządzić   sporo   szkód. 

Urwał tłumik i rurę wydechową, i musiał też zrobić dziurę w zbiorniku paliwa, bo 

benzyna wyciekała na drogę.

Sprawy przyjęły jak najgorszy obrót. Było oczywiste, że ten mały wypadek 

nie zdarzyłby się na autostradzie. 

-   Jesteś   zły?   -   zapytała   Carrie,   odsuwając   się   trochę,   na   wypadek,   gdyby 

zechciał wyładować frustrację na niej. Zaraz jednak przypomniała sobie, z kim ma 

do   czynienia.   Kyle   Harris   był   zbyt   dystyngowany,   by   dawać   upust   irytacji   w 

sposób właściwy większości ludzi. 

- Czemu miałbym być zły? - spytał, umacniając Carrie w jej podejrzeniach. 

- Tak mi przykro, Kyle. 

- To nie twoja wina - zapewnił ją gładko. 

Położył urwane części samochodowe i kamień na poboczu, po czym stanął na 

środku drogi z założonymi rękami, wpatrując się w dal. Carrie nie pamiętała, kiedy 

ostatnio mijali jakiś samochód czy gospodarstwo. Jak okiem sięgnąć, rozciągały się 

wokół łany żyta. 

Słońce prażyło niemiłosiernie. 

- Nie wygląda to obiecująco - Kyle otarł pot z czoła. 

- Zaraz na pewno ktoś się pojawi - Carrie zmusiła się do optymizmu. 

Rzuciła   okiem   na   zegarek,   modląc   się,   żeby   stali   przynajmniej   na   trasie 

szkolnych   przejazdów.   Wiele   by   dała   za   widok   jaskrawożółtego   autobusu, 

wyłaniającego się zza zakrętu. 

- Owszem, ktoś się pojawi - zgodził się Kyle. - Ale nie tak zaraz. Może w 

background image

przyszłym tygodniu. Jeśli będziemy mieć szczęście. 

Oparł się o samochód, a potem powolutku osunął na ziemię. Siedział tak, 

patrząc ponuro w przestrzeń i milcząc, jakby medytował. Prawdopodobnie żałował, 

że kiedykolwiek ją spotkał. Tak przynajmniej wydawało się Came. 

Nie mogła nie podziwiać jego spokoju. Usiadła przy nim na trawie i objęła 

ramionami kolana, opierając na nich czoło.

-   Okropnie   się   czuję   -   wyznała,   gotowa   wziąć   na   siebie   pełną 

odpowiedzialność za ten żałosny wypadek. Gdyby się tak nie upierała przy tym 

skrócie, nigdy by do tego nie doszło. 

- To nie twoja wina - powtórzył Kyle. 

- Ale to ja .... 

- Powiedziałem, że to nie twoja wina! 

- Nie musisz na mnie krzyczeć - odwarknęła z urazą. 

I wtedy zorientowała się, co się stało. Kyle tracił cierpliwość. Pozbawiony 

nerwów Kyle Harris. Ten sam Kyle Harris, który prawie nigdy nie podnosił głosu. 

Carrie wpadła w euforię. 

- No, dalej - zawołała podekscytowana, zrywając się na nogi. Zacisnęła dłoń 

w pięść i zamachnęła się na niewidzialnego przeciwnika. - Ulżyj sobie, Kyle. Masz 

święte prawo, żeby być wściekłym. No, wrzeszcz! 

Odrzuciła głowę do tyłu i sama wrzasnęła donośnie, w nadziei, że pomoże mu 

to pozbyć się zahamowań. Kyle patrzył na nią osłupiały, jakby postradała zmysły. 

- Co ci jest? Za długo siedziałaś na słońcu? 

- Nie - Carrie z powrotem przysiadła na poboczu. Kyle najwyraźniej nie miał 

zamiaru jej naśladować. - Przez chwilę wydawało mi się, że masz jakieś ludzkie 

cechy. Myliłam się. 

-   Sądzisz,   że   jestem   nieludzki,   bo   nie   dostaję   spazmów   z   wściekłości? 

Przywykłem uważać się za osobę dojrzałą. 

background image

- Więc nigdy się nie wściekasz? 

 - Oczywiście, że się wściekam. 

- A jak to wyrażasz? Każdy jakoś to wyraża, w ten czy inny sposób. - Nie 

wyglądał na faceta, który kopie wtedy swojego psa. Był miły dla starszych pań i 

dobry   dla   dzieci,   widziała   to   nieraz.   W   przeładowanym   programie   wystąpień 

publicznych był zawsze cudowny. Oczywiście nie dla niej. 

- Idę pobiegać - powiedział spokojnie. - Wiem, że wolałabyś usłyszeć coś 

bardziej dramatycznego - na przykład, że idę do McDonald'sa albo na pocztę i 

wybijam tam wszystkich co do nogi z karabinu maszynowego. Ale ja wolę dawać 

upust emocjom w bardziej cywilizowany sposób. 

A więc to było źródło wzajemnej niechęci, pomyślała Carrie. Prawdopodobnie 

najdzikszym, najbardziej nieobliczalnym czynem, jaki kiedykolwiek popełnił Kyle, 

było zerwanie z poduszki metki z napisem ,,Nie usuwać". Szczerze wątpiła, czy 

jako dziecko robił to, co cała reszta - wagarował, jadł klej itd. Za to z pewnością 

był najlepszym członkiem grup dyskusyjnych, jakiego wydała jego szkoła. 

- Jak sądzisz, kiedy ktoś się tu pojawi? - zapytała po kilku długich minutach. 

Cisza wydała jej się nieznośna. 

-   Wiem   tyle   co   ty.   -   W   jego   głosie   coś   zgrzytnęło,   co,   zdaniem   Carrie, 

oznaczało u niego ekstremum irytacji. 

Po   kolejnych   pięciu   minutach   Kyle   wstał,   sięgnął   w   głąb   samochodu   i 

wyciągnął mapę. Rozłożył ją. 

- Wydaje mi się, że jesteśmy tutaj - wskazał jakiś bliżej nieokreślony punkt na 

mapie. - A tu jest jakieś miasto - przesunął palec trzy centymetry wzdłuż drogi. - 

Mniej więcej piętnaście kilometrów. 

- Co najmniej dwadzieścia. 

- Dobrze, więc dwadzieścia - zgodził się z anielską cierpliwością. - Pobiegnę 

tam, a ty poczekasz tutaj. 

background image

- Ja tu nie zostanę. - To akurat trzeba było wyjaśnić jak najszybciej. Chyba nie 

znał jej tak dobrze, jak sądziła. 

- Carrie, nie, mamy wyboru. 

-   Nie   będę   siedzieć   tu   w   tym   upale,   podczas   gdy   ty   zrobisz   sobie   miły 

spacerek do miasteczka. 

Tak się złożyło, że tego popołudnia temperatura powietrza w słońcu osiągnęła 

około   dwudziestu   pięciu   stopni,   nie   groziło   jej   więc   żadne   nagłe 

niebezpieczeństwo.   Przynajmniej   fizyczne.   Nad   psychicznym   można   by   się 

zastanowić. 

- Bez ciebie odbędę ten spacerek dwa razy szybciej - Kyle był nieprzejednany. 

- Możliwe, ale ... nie wiem, czemu tak mi na tym zależy, ale nie chcę zostać 

tu, na tej pustej drodze, całkiem sama. 

- To tylko godzina, najwyżej dwie. 

Carrie była przekonana, że uważa ją za nieznośny kamień u nogi, i tym luzem 

trudno jej było się z nim nie zgodzić. 

-  Masz   rację,   jestem   głupia.   To   jedyne   logiczne   rozwiązanie.   Idź,   a   ja   tu 

zaczekam - zadecydowała odważnie. 

Kyle przez chwilę przyglądał jej się zdezorientowany, jakby nie był pewny, 

czy go słuch nie myli. Potem, najwyraźniej bojąc się, żeby nie zmieniła zdania, 

szybko otworzył swój neseser i wyjął z niego adidasy. Zmienił obuwie, po czym 

kilka   razy   okrążył   truchtem   samochód,   żeby   się   rozgrzać.   tak   w   każdym   razie 

powiedział, kiedy Carrie zapytała go, co robi. 

- Na pewno? - przyjrzał się jej uważnie. 

- Oczywiście - Carrie uśmiechnęła się uspokajająco. 

Wolała   już   zostać   tu   sama,   wydana   na   pastwę   promieni   słonecznych,   niż 

przyznać,   jakim   jest   tchórzem.   Mało   prawdopodobne,   że   spotka   się   seryjnego 

zabójcę   na   odludnej   wiejskiej   drodze.   Carrie   wiedziała   to   z   programu 

background image

telewizyjnego   "Niewyjaśnione   tajemnice",   który   nałogowo   oglądała.   Był   to   jej 

ulubiony program kryminalny. Carrie widziała wszystkie odcinki i wierzyła, że 

pewnego dnia też uda jej się rozwiązać jakąś mroczną zagadkę. 

Przebiegła parę metrów razem z Kyle'em, ale szybko się zmęczyła. 

- Uważaj na siebie - pomachała mu. 

Kyle zawrócił i spojrzał na nią uważnie. Po chwili odwrócił się, przyspieszył i 

ruszył   przed   siebie.   Patrząc,   jak   się   oddala,   Carrie   pomyślała,   że   przypomina 

gazelę, tak płynne i pełne wdzięku były jego ruchy. W ciągu zaledwie kilku minut 

zniknął za zakrętem. 

Carrie została tam, gdzie stała, z dłonią przyciśniętą do ust, jakby próbowała 

opanować   jakieś   nienazwane   uczucie.   Nie   żeby   specjalnie   się   o   niego   bała   - 

wyjąwszy obawę, że jest niezdolny do wyrażania uczuć, rzecz jasna. Była pewna, 

że Kyle potrafi o siebie zadbać. Nie bała się też w zasadzie o siebie, tylko czuła się 

troszeczkę rozchwiana emocjonalnie. 

A   właściwie   -   bardzo   rozchwiana.   Nie   pamiętała,   kiedy   ostatnio   była   tak 

bliska łez. Z jakiego powodu? Carrie nie miała pojęcia. 

Wróciła do samochodu i usiadła w jego cieniu. Nie zdążyła jeszcze spojrzeć 

na zegarek, kiedy kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Podniosła wzrok i zobaczyła 

wyłaniającego się zza zakrętu Kyle'a. Wracał. 

Carrie poderwała się na równe nogi, oczekując wyjaśnień. 

- Nie mogę - mruknął. 

Pochylił się i oparł dłonie na kolanach, ciężko dysząc. 

- Nie dasz rady? Za daleko? 

- Skąd - zaprzeczył urażony. - Nie mogę cię tu zostawić. 

- Dlaczego? - Sądziła, że udało jej się go przekonać. 

- Twoje oczy - mruknął takim tonem, jakby był zły sam na siebie. 

Chociaż właściwie jeszcze bardziej był zły na nią, ale nigdy by się do tego nie 

background image

przyznał. 

To nie miało żadnego sensu. 

- Patrzyłaś na mnie tymi swoimi brązowymi oczami, jak szczeniak spaniela. 

Wydało mi się, że zostawiam cię tu samą na pastwę losu. Razem w tym siedzimy. 

Jeśli jesteś w stanie pokonać te dwadzieścia kilometrów, to pójdziemy razem. 

-   Nie   dam   rady   biegiem   tak   daleko.   -   Szczerze   mówiąc,   bez   środków 

dopingujących nie dobiegłaby nawet do następnego zakrętu. 

- Więc pójdziemy - zgodził się Kyle uprzejmie. 

Ktoś inny na jego miejscu mógłby skorzystać z okazji i wygłosić kilka uwag 

na temat jej braku kondycji, ale nie on. Chyba jednak posiadał nieco więcej cech 

pozytywnych, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. 

- Mogłabyś zmienić buty - zasugerował, patrząc na jej sandałki. 

- Och. - O ile pamiętała, wszystkie inne pary, które ze sobą wzięła, miały 

wysokie obcasy. 

Szybko   przekopała   torbę   i   już   miała   ją   zamknąć,   kiedy   usłyszała   odgłos 

silnika, najwyraźniej bardzo starego i zdezelowanego. Chwilę później na drodze 

pojawiła się niebieska, zniszczona furgonetka. 

- Kyle - wrzasnęła, na wypadek gdyby nie zauważył - ktoś jedzie! Farmer, w 

drelichowym kombinezonie i słomkowym kapeluszu, zjechał na pobocze. 

-   Jakieś   kłopoty?   -   zapytał,   wystawiwszy   głowę   przez   okienko,   po   czym 

wyskoczył   z   kabiny.   -   Billy   Bob   -   zdecydowanym   ruchem   wyciągnął   dłoń   do 

Kyle'a. Ten przedstawił siebie i Carrie i wyjaśnił pokrótce, co się stało. Carrie 

wtrąciła parę słów, biorąc na siebie winę za powstałą sytuację. 

- Może mógłby nas pan podrzucić do miasta? - zapytał Kyle. - Oczywiście z 

największą chęcią odwdzięczymy się panu za fatygę. 

Farmer   potarł   palcami   brodę,   jakby   ich   położenie   wymagało   poważnego 

zastanowienia. 

background image

- Żadna fatyga i nie trza się odwdzięczać. Ludzie se tu chętnie nawzajem 

pomagają   i   są   z   tego   dumne.   -   Otworzył   przed   Carrie   przerdzewiałe   drzwi 

furgonetki. - Wskakujta, a ja wezmę wasz bagaż. 

Szybko   i   zręcznie   załadował   ich   torby   na   pakę.   Carrie   zauważyła   w   jego 

ruchach pośpiech, który dotąd uszedł jej uwagi. Billy Bob wskoczył do samochodu 

i zapuścił silnik. 

- Wprost trudno mi wyrazić, jak się cieszymy, że akurat pan tędy przejeżdżał - 

szczebiotała Carrie, ściśnięta jak naleśnik między dwoma mężczyznami. 

Była   tak   uszczęśliwiona   niespodziewanym   ratunkiem,   że   ledwo   mogła   się 

powstrzymać od rzucenia się farmerowi na szyję i wyciśnięcia pocałunku na jego 

ogorzałym od słońca policzku. 

Tylko że on nie był ani trochę ogorzały. Carrie doszła do wniosku, że ich 

zbawca musiał przejść jakąś długą chorobę, bo wyglądał, jakby od lat nie widział 

słońca. Był blady jak noworodek. 

Kyle zaczął rozmowę o sporcie. Carrie była zadowolona, że znaleźli wspólny 

temat,   ale  nie uszło  jej  uwagi, że  Billy  Bob  co  chwilę spoglądał  we  wsteczne 

lusterko, zupełnie jakby czekał, że ktoś się za nimi pojawi. 

Teraz, kiedy miała dość czasu, żeby mu się dokładnie przyjrzeć, zdała sobie 

sprawę, iż kiedyś już widziała tego człowieka. 

- Mieszka pan tutaj? - zapytała, kiedy na chwilę zamilkli. 

- No. Mamy z małżonką farmę po drugiej stronie Wheatland. 

- Pewnie ma pan dzieci? 

- Sie rozumie. Pięcioro - odparł z dumą. 

Jego ręce! To właśnie to jej nie pasowało od samego początku. Były delikatne 

i gładkie, o czystych, równo przyciętych paznokciach. 

Mężczyźni znów podjęli pogawędkę. Nie mieli najmniejszych problemów ze 

znajdowaniem coraz to nowych tematów do dyskusji. 

background image

Przez jedną straszną chwilę Carrie miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje. W jej 

rozgorączkowanej głowie wszystko zaczynało się układać w logiczną całość. 

To nie jest żaden farmer. 

Jego   bladość   świadczyła,   że   ten   człowiek   nie   spędził   ani   jednego   dnia   w 

swoim życiu na pracy pod gołym niebem.   

Jeden kawałek układanki jak ulał pasował do drugiego. Carrie nie podobał się 

też fakt, że ich kierowca bezustannie zerkał we wsteczne lusterko. Teraz była już 

pewna, że gdzieś go wcześniej widziała. Jego profil wydawał się znajomy. Carrie 

była przekonana, że już widziała tę twarz i usilnie starała się sobie przypomnieć, 

gdzie. 

I nagle błysk. Przypomniała sobie. 

Widziała   już   tego   człowieka.   I   to   całkiem   niedawno,   jeśli   jej   pamięć   nie 

zawodziła. Pokazywali go w "Niewyjaśnionych tajemnicach". 

Rozdział 3

- Kyle - głos Carrie przypominał bardziej skrzek ropuchy, niż jakikolwiek 

dźwięk wydawany przez ludzkie istoty. 

Jej współpracownik spojrzał na nią roztargniony, a ponieważ nie była w stanie 

wydusić z siebie ani słowa więcej, powrócił do przerwanej rozmowy. 

Carrie   doszła   do   wniosku,   że   Billy   Bob   jest   zbrodniarzem.   Musi   być,   w 

przeciwnym wypadku nie pokazywaliby go w "Niewyjaśnionych tajemnicach". A 

Kyle nawet nie podejrzewa, na jakie niebezpieczeństwo są teraz narażeni. 

Nie mając innego wyboru, Carrie wpakowała mu łokieć pod żebro. 

Zupełnie straciła głos. Oddychała głęboko, próbując się uspokoić i móc znowu 

mówić normalnie, choć właściwie nie miała pojęcia co powiedzieć. Oznajmienie, 

że   widziała   pana   Boba   w   "Niewyjaśnionych   tajemnicach",   mogło   równać   się 

background image

gwałtownej   śmierci   ich   obojga.   W   końcu   złapała   Kyle'a   za   rękę   i   z   całej   siły 

uszczypnęła go w ramię. 

- Jezu - wykrztusił, podskakując. 

Niestety,   Carrie   nie   była   w   stanie   zwolnić   uścisku   zesztywniałych   ze 

zdenerwowania palców. 

- O co chodzi? - zapytał w końcu. 

Carrie, wpatrzona w niego, modliła się, żeby odczytał nieme przesłanie w jej 

oczach. Jeśli ma trochę rozumu, domyśli się, że coś tu jest bardzo nie w porządku. 

Pół minuty później stwierdziła, że Kyle niczego się nie domyśla. 

- Blada jesteś - powiedział. - Niedobrze ci? 

Carrie zaczęła kiwać głową tak gwałtownie, jakby dostała ataku konwulsji. Na 

ramionach   wystąpiła   jej   gęsia   skórka,   która   jednak   nie   miała   nic   wspólnego   z 

temperaturą powietrza w samochodzie. 

- Chcesz coś powiedzieć? - zachęcił ją Kyle. 

Carrie znowu dziko pokiwała głową. 

- Coś nie tak? 

Cóż za genialny człowiek. Carrie jeszcze raz kiwnęła głową, tym razem z taką 

siłą, że prawie uderzyła brodą o klatkę piersiową.

 - No to mów - rzucił Kyle niecierpliwie. 

- Właśnie - przyszedł mu w sukurs Bob. - Co jest? 

- To nie jest żaden farmer - rzuciła w końcu bez tchu. - To zbiegły skazaniec. 

- Och, daj spokój, Carrie - Kyle zaśmiał się, zakłopotany. - To śmieszne. 

- To  nie  jest  takie   śmieszne   -  gwarowy  akcent   zniknął  szybciej  niż  deser 

czekoladowy na przedszkolnym balu. - Jak się domyśliłaś? - wyszczerzył zęby w 

uśmiechu,   jakby   w   uznaniu   dla   jej   zdolności   detektywistycznych.   -   Cholera, 

myślałem, że dobrze odegrałem rolę farmera. 

- To znaczy, że nie jest pan farmerem? - zapytał Kyle nieswoim głosem. 

background image

- Przykro mi, ale nie. Obiecuję, że to nie potrwa długo - trzymając jedną ręką 

kierownicę,   Billy   Bob   sięgnął   drugą   do   schowka   i   wyciągnął   mały   rewolwer. 

Zamachał nim w powietrzu, żeby mogli go dobrze zobaczyć, po czym wycelował 

lufę w ich kierunku. 

Carrie, z trudem łapiąc oddech, automatycznie wyrzuciła obie ręce w górę. 

- No, jak na to wpadłaś? - Billy Bob czekał na odpowiedź. 

- Nie jesteś opalony i masz czyste paznokcie. 

- Cholera, masz rację. - Spojrzał w lusterko i dorzucił: - Cholera do kwadratu. 

Zdaje się, że gliny depczą mi po piętach. Myślałem, że zostali bardziej w tyle. 

Słysząc   to,   Carrie   poweselała   odrobinę,   ale   szybko   uświadomiła   sobie,   że 

Billy Bob może ich wykorzystać jako zakładników. 

Zbliżali się do przedmieść Wheatland, wpatrzeni w błękitno-czerwone światła 

wozu policyjnego błyskające w lusterku. Carrie odwróciła się, żeby zobaczyć, ile 

ich jeszcze dzieli od przedstawicieli prawa, ale trudno było to ocenić. Syreny wyły 

tak głośno, jakby policja była tuż za nimi, lecz światła migały daleko z tyłu. Carrie 

spróbowałaby jakoś zatrzymać Billy' ego Boba, gdyby nie była tak przerażona. 

Lufa rewolweru skierowana w ich stronę skłaniała jednak do posłuszeństwa. 

Carrie przyglądała się okolicy. W oddali, po lewej stronie miasta wznosiła się 

potężna wieża ciśnień, a po prawej kilka silosów. Zbliżali się do nich w szybkim 

tempie. 

Wtem furgonetka wydała przenikliwy pisk: Billy Bob niespodziewanie skręcił 

w stronę torów kolejowych. Carrie rzuciło na twarde ramię kierowcy, zaś na nią 

wpadł całym ciężarem Kyle. Furgonetka podrygiwała, jadąc wzdłuż torów; Carrie 

czuła się jak ziarnko kukurydzy skaczące w gorącym oleju. Odchodziła już pomału 

od zmysłów, kiedy Billy Bob postanowił zatrzymać samochód. 

-   Wysiadać   -   rozkazał,   hamując   raptownie,   a   jego   pasażerowie   omal   nie 

wpadli na przednią szybę. - No, już, już, już. Ruszać się! - rozwlekły farmerski 

background image

akcent zastąpił teraz wojskowy ton, który siałby postrach w szeregach poborowych. 

Carrie   i   Kyle   szamotali   się   przez   chwilę,   aż   w   końcu   Kyle   wypadł   na 

zewnątrz, a Carrie, gwałtownie wypchnięta, wyleciała tuż za nim. Gdyby jej nie 

złapał, prawdopodobnie uderzyłaby głową w beton. 

Billy Bob nie tracił czasu na sprawdzanie, czy nic się im nie stało. 

Z   wciąż   otwartymi   drzwiami   od   strony   pasażera,   furgonetka   ruszyła   w 

kierunku ulicy na tyłach torów i po chwili skręciła w nią, dwoma kołami niemal 

zawisając w powietrzu. 

-   On   ma   nasze   bagaże   -   wykrzyknęła   Carrie,   rzucając   się   w   pogoń   za 

samochodem. Sama nie miała pojęcia, skąd wzięła siły, by zrobić coś tak głupiego. 

Nie sądziła, że może go złapać, i nie wiedziałaby co zrobić, gdyby przez przypadek 

się jej to udało. 

- Daj spokój, Carrie - Kyle złapał ją wpół. - To nie ma znaczenia. 

- On zabrał nasze ubrania. 

-   Ale   zostawił   nas   przy   życiu   -   Kyle   ustawił   wszystko   we   właściwej 

perspektywie. 

Carrie zdała sobie nagle sprawę, że Kyle ciągle ją obejmuje. Był taki rosły i 

silny. Carrie także go objęła, a on ściskał ją mocno, jakby zawsze marzył tylko o 

tym, żeby trzymać ją w ramionach. Carrie wiedziała, że to niezupełnie prawda, ale 

nic   jej   to   nie   obchodziło.   W   tej   chwili   potrzebowali   siebie   nawzajem.   Dawne 

waśnie nic nie znaczyły. Uraza znikła, zmieciona przez przeznaczenie w osobie 

uciekającego przestępcy. 

Kyle odsunął jej włosy ze skroni i spojrzał na nią uważnie, chcąc sprawdzić, 

czy nie jest ranna. Prawdopodobnie chciał się też upewnić, że obejmująca go czule 

kobieta to ta sama Carrie Jamison, która od miesięcy grała mu na nerwach. Żadne z 

nich się nie odezwało. Stali tak: w milczeniu, drżący - dwoje ludzi, którym udało 

się wyjść cało z opresji. 

background image

Sielanka   nie   trwała   jednak   długo.   W   ciągu   minuty   zostali   otoczeni   przez 

samochody   policyjne.   Policjanci   z   rozmachem   otwierali   drzwi,   wyskakiwali   i 

kucali za nimi, kierując lufy pistoletów w stronę Carrie i Kyle'a. 

- Pojechał w tamtą stronę - krzyknęła Carrie, wskazując kierunek, w którym 

zniknęła furgonetka Billy'ego Boba. 

Nikogo jednak specjalnie to nie zainteresowało. W każdym razie nikt za nim 

nie ruszył, chociaż Carrie była pewna, że jeden czy dwa samochody  ciągle go 

goniły. 

- Nie jesteśmy uzbrojeni - oznajmił Kyle autorytatywnie. 

Policja ciągle trzymała ich na muszce. Tylko zastępcy szeryfa wstali i polecili 

im oprzeć się o policyjny wóz, a także rozstawić nogi. 

- Nie   jesteśmy   przestępcami   -   rzuciła   Carrie,   starając   się   opanować 

wzburzenie. Traktowano ich, jakby zrobili coś złego.

-

Są czyści - oznajmił pierwszy oficer. 

- Dobra - zwolnił ich drugi. 

- Kim jest ten człowiek, którego szukacie? - spytał Kyle, odwracając się do 

nich. Ale zanim zdążyli odpowiedzieć, z nieoznakowanego samochodu wysiadło 

dwóch   mężczyzn   w   cywilnych   ubraniach.   Starszy   z   nich   podszedł   pierwszy   i 

machnął im przed oczami odznaką. 

- Sam Richards - przedstawił się. - A to jest agent Bates. 

Jeden   rzut   oka   wystarczył,   by   Carrie   zauważyła,   że   jego   odznaka 

identyfikacyjna   była   niepodobna   do   żadnej   z   tych,   jakie   dotąd   widziała.   Sam 

Richards był członkiem tajnych służb, chociaż wyglądał raczej jak sympatyczny 

prezenter prognozy pogody jakiejś lokalnej telewizji, niż jak agent rządowy. 

- Billy Bob musiał grozić prezydentowi - mruknęła rozczarowana. 

Była pewna, że widziała go w telewizji, ale nie przypominała sobie ani jednej 

części   "Niewyjaśnionych   tajemnic",   w   której   pokazywano   by   w   związku   z 

background image

zabójstwem kogoś podobnego do niego. 

Richards wymienił spojrzenia z innym policjantem. Jego jasnoniebieskie oczy 

patrzyły w sposób, który Carrie nazywała spojrzeniem rejestrującym. Jej siostra 

Cathie nazywała je spojrzeniem sypialnianym, ale Carrie była znacznie bardziej 

konserwatywna od młodszej panny Jamison. 

- Chcielibyśmy z wami porozmawiać - oznajmił Richards. 

- Oczywiście - zgodził się Kyle. 

- A po co? - Carrie miała już dość tego wszystkiego. 

Uśmiech pana Spojrzenie Rejestrujące nie wystarczał, aby zapomniała, w jaki 

sposób byli dotąd traktowani. 

- Pojedziemy teraz do biura szeryfa - powiedział Richards. - Collins nie będzie 

miał nic przeciwko temu. 

Agent wyraźnie postanowił zignorować słaby protest Carrie. Zauważyła też, 

że nie raczył odpowiedzieć na jej pytanie. Zanim zdołała ponownie otworzyć usta, 

została wepchnięta do samochodu, który powoli ruszył ulicami Wheatland. 

Wyglądało   na   to,   że   miasto   nie   widziało   podobnego   poruszenia   od 

ubiegłorocznej   parady   z   okazji   Dnia   4   Lipca.   Zaintrygowani   mieszkańcy 

przystawali na chodnikach. Matki zakrywały twarze dzieciom, a mężczyźni patrzyli 

na nich podejrzliwie spod oka. Młodzież była odważniejsza: kilkoro nastolatków, 

opartych o słupy ulicznych lamp, przyglądało się otwarcie, jak cztery samochody 

zajeżdżały na parking przed biurem szeryfa. 

Sam Richards otworzył drzwi przed Carrie i wszedł za nią. Było to jak kadr z 

jednego ze starych show Andy' ego Griffitha. Z całą pewnością oglądała za dużo 

powtórek. 

Areszt składał się z czterech sąsiadujących ze sobą cel. Po przeciwnej stronie 

stało wielkie biurko szeryfa. Wyglądało na to, że w interesie panował zastój - cele 

świeciły pustkami. 

background image

Przed   biurkiem   szeryfa   Collinsa   stała   drewniana   balustrada,   sięgająca 

dorosłemu   mężczyźnie   mniej   więcej   do   pasa.   Poza   tym   w   pomieszczeniu 

znajdował się jeszcze tylko stół i kilka krzeseł. 

Po wejściu do biura cała trójka usiadła przy stole, a Carrie i Kyle zaczęli na 

przemian opowiadać, historię ich spotkania z Billym Bobem. 

Szeryf Collins wrócił sam, wziął agenta tajnych służb na bok i zaczął coś do 

niego mówić tak cicho/jakby się bał, że Kyle i Carrie mogliby go podsłuchać. Z ich 

przyciszonej   wymiany   zdań   Carrie   domyśliła   się,   że   Billy   Bob   kolejny   raz 

wymknął się z rąk wymiaru sprawiedliwości. 

- To przeze mnie zjechaliśmy z autostrady - wyjaśniła Carrie, kiedy wrócili do 

stołu.   -   Myślałam,   że   w   ten   sposób   zaoszczędzimy   sobie   parę   kilometrów   i 

zobaczymy jakieś ładne widoki. 

-   Nie   ma   tu   nic   poza   polami   -   wtrącił   szeryf   Collins,   patrząc   na   nią   z 

niedowierzaniem, jakby jej wyjaśnienie było mało prawdopodobne. 

- Ale to ładne pola - Carrie wytrzymała jego spojrzenie. - A boczne drogi są 

znacznie ciekawsze niż autostrady. 

- I na tej drodze wjechaliśmy na kamień - wtrącił Kyle. - Uderzył w podwozie 

i oderwał tłumik i rurę wydechową. 

- Kyle chciał pobiec do miasta, ale w końcu zrezygnował. 

-   Dlaczego?   -   szeryf   Collins   patrzył   na   nich   tak,   jakby   wolał   najpierw 

zamknąć ich w więzieniu, a dopiero potem zacząć zadawać pytania. 

- Nie pobiegłem, bo ... 

- Pobiegłeś - sprostowała Carrie - a potem wróciłeś, pamiętasz? 

Czuła,  że  lepiej od  początku  ściśle  trzymać   się  prawdy. Brak  dokładności 

może spowodować poważne kłopoty. Jessica Fletcher w serialu ,,Morderstwo na 

papierze"   rozwiązywała   całe   zagadki   na   podstawie   kilku   na   pozór   nieistotnych 

szczegółów. 

background image

- Dlaczego pan wrócił? - Richards 'uśmiechnął się zachęcająco, jakby byli 

starymi znajomymi. 

Carrie nie dała się na to nabrać, ale nie była pewna co do Kyle'a. 

- Nie było go najwyżej dziesięć minut. 

-   Ale   dlaczego   wrócił?   -   W   pokoju   zaległa   nagle   grobowa   cisza,   jakby 

wszyscy oczekiwali jakiegoś przełomowego wyznania. 

Carrie ciągle zachodziła w głowę, o co takiego jest oskarżony Billy Bob. 

- Carrie bała się zostać sama - wyjaśnił Kyle. 

Carrie od dłuższej chwili nie spojrzała na niego ani razu i obawiała się, że nie 

jest zachwycony wywlekaniem przez nią wszystkich szczegółów tej historii. 

- Zdecydował, że będzie lepiej, jeśli pójdziemy do miasta oboje - dodała. - Ale 

zanim zdążyliśmy wyruszyć, pojawił się Billy Bob i zgodził się nas podwieźć. 

- Naprawdę nazywa się Max Sanders. 

-   Max   Sanders   -   powtórzyła   Carrie   powoli,   jakby   smakując   dźwięk   tego 

nazwiska. Nie brzmiało znajomo. 

- Co on takiego zrobił? - zapytał Kyle. 

- To nie jest w tej chwili najważniejsze. 

- Jest, jeśli macie zamiar nas tu zatrzymać - odparł spokojnie Kyle, śmiało 

patrząc na agenta tajnych służb. 

-   Właśnie   -   Carrie   natychmiast   przyłączyła   się   do   Kyle'a.   -   Jesteśmy 

niewinnymi obywatelami tego kraju. Znamy swoje prawa. Myślę, że powinniśmy 

skontaktować się z prawnikiem, jak sądzisz, Kyle? 

-   Widzę,   że   macie   dużo   doświadczenia,   jeśli   chodzi   o   prawo.   -   Richards 

odwrócił krzesło oparciem do przodu i usiadł na nim okrakiem. 

- Owszem, trochę - odparła Carrie buntowniczo, usiłując sobie jednocześnie 

przypomnieć   ostatni   odcinek   "Prawników   z   Miasta   Aniołów",   jaki   widziała.   - 

Przeprowadziłam kiedyś wywiad z oficerem policji. Sprzedawał bilety na doroczny 

background image

bal dobroczynny. 

- Pracujemy dla radia KUTE w Kansas - wyjaśnił Kyle. - Proszę sprawdzić 

nasze dokumenty, a przekona się pan, że mówimy prawdę. 

- Za   co   Max   Sanders   jest   poszukiwany?   -   Carrie   nie   dawała   za   wygraną, 

postanawiając zebrać tyle informacji, ile się da.

-

Za fałszerstwa. 

- Rozprowadza fałszywe pieniądze? 

- Zgadza się. Sądzę, że możemy obejrzeć banknoty, które macie przy sobie? 

- Oczywiście - Kyle sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął portfel. 

Otworzył go, wyjął kilka banknotów i wyciągnął je w stronę policjantów. 

Najwyraźniej nie były podrobione, bo po krótkich oględzinach wróciły do 

właściciela.   Ponieważ   Kyle   tak   chętnie   pozwolił   sprawdzić   zawartość   swojego 

portfela, Carrie nie miała wyboru i opróżniła swój. 

-   Ile   wzięłaś   ze   sobą   gotówki?   -   zainteresował   się   Kyle,   kiedy   podała 

policjantom cienki plik banknotów. 

- Wystarczająco - Carrie nie podobał się jego ton. - Ale w torbie mam czeki 

podróżne. 

Kyle na moment przymknął powieki. 

- Ja też.

A więc Max Sanders pozbawił ich nie tylko ubrań. Miał też ich pieniądze.

-   Możemy   już   iść?   -   Carrie   coraz   bardziej   miała   dość   tego   całego 

przesłuchania. 

Zrobili, co mogli, żeby się na coś przydać, ale czuła się już bardzo zmęczona. 

Poza   tym   musieli   zdecydować,   co   robić   -   teraz,   gdy   nie   mieli   samochodu, 

pieniędzy i ubrań. 

-   Na   razie   nie   możemy   was   puścić   -   powiedział   Richards   z   nutką 

usprawiedliwienia w głosie. 

background image

- Dlaczego? 

- Mamy jeszcze kilka pytań. Możecie bardzo nam pomóc. 

Carrie   wymieniła   spojrzenia   z   Kyle'em,   który   wydawał   się   całkiem 

zadowolony. Wiedziała już jednak, że jego spokój może być tylko pozorny. W 

środku Kyle gotował się czasem z wściekłości,  ale potrafił tego nie okazywać. 

Zwłaszcza   teraz,   kiedy   demonstracja   niezadowolenia   mogłaby   się   bardzo   źle 

skończyć. 

-   Mamy   pewne   wątpliwości   co   do   waszej   wersji   wydarzeń   -   powiedział 

ostrożnie Richards. 

- Wiedziałem, że kłamią, jak tylko ich zobaczyłem - wtrącił szeryf Collins, 

wyraźnie podekscytowany. 

Był   to   typ   rozmiłowanego   w   prawie   oficera,   który   potrzebował   tylko 

szybkiego samochodu i dobrego rewolweru, żeby naprawić całe zło tego świata. 

Carrie była pewna, że podwładni nazywają go za plecami Smokey. 

- Nie wierzycie nam? - Carrie zerwała się na równe nogi. 

Kyle mógł sobie prezentować zimną krew nawet do jutra, ale jeśli chodzi o 

nią, to właśnie przebrała się miara! Była półżywa - porwanie, pościg, rewolwer 

przy skroni, a teraz traktują ją, jakby popełniła jakieś przestępstwo. To zupełnie 

Wystarczyło, żeby straciła cierpliwość. 

- Nie   możemy   zrozumieć,   jak  człowiek  uciekający   przed  policją  mógł   się 

zatrzymać, żeby pomóc zupełnie obcym ludziom - powiedział agent Bates. - Tym 

bardziej że wiedział, że pościg jest dziesięć minut za nim. 

- Być może nie wiedział - poddał Kyle. 

-  Wiedział   -  "prezenter  pogody"   nie   wydawał  się   już   taki   sympatyczny.   - 

Trudno uwierzyć, że postanowił odegrać rolę dobrego Samarytanina. Nic nie mógł 

na tym wygrać, a wszystko stracić. 

- Ma przy sobie fałszywe matryce? - zapytał Kyle z namysłem. 

background image

 - Zgadza się - potwierdził Richards. 

- Ma też nasz bagaż i nasze pieniądze - rzuciła Carrie cierpko. 

Nie miała pojęcia, co na siebie włoży, kiedy już będą w Dallas. Jeżeli w ogóle 

tam dotrą. Pierwszy dzień podróży nie dawał na to wiele nadziei. 

- Co dokładnie wchodziło w skład bagażu? 

- Moja wyjściowa sukienka - jęknęła Carrie. 

Nic nie zastąpi tej czerwonej, obszytej cekinami wieczorowej sukni. Znalazła 

ją na wyprzedaży, tuż po Bożym Narodzeniu, i natychmiast się w niej zakochała. 

Nie miała pojęcia, kiedy nadarzy się okazja do włożenia tak strojnej sukienki, ale 

nie mogła się oprzeć i kupiła ją, zresztą po bardzo okazyjnej cenie. 

Suknia opinała jej biodra jak lśniąca rękawiczka. Głęboki dekolt podkreślał 

najlepszą część jej figury, a rozcięcia zalotnie ukazywały nogi do połowy uda. A co 

najważniejsze, Kyle odniósłby się z dezaprobatą do tak śmiałej sukni. Jej ojciec, w 

każdym razie,  z pewnością  nie byłby  zachwycony, a  Carrie nie  wątpiła, że jej 

współpracownik ma podobny gust. 

- Pytałem, co pan Harris miał w swojej walizce - wyjaśnił Sam Richards. - Jest 

znacznie bardziej prawdopodobne, że Sanders przebierze się w jego ubrania, a nie 

w pani. 

Carrie poczuła, że fala gorąca oblewa jej twarz. 

- Oczywiście. Tylko że ... - urwała i uśmiechnęła się z wysiłkiem, jakby od 

początku tylko żartowała. 

- Co o tym sądzisz? - Richards spojrzał na Collinsa. 

Szeryf wzruszył ramionami. 

- On ma teraz ważniejsze rzeczy na głowie, niż zmiana ubrań. Siedzieliśmy 

mu na ogonie i dobrze o tym wiedział. Co mogło skłonić człowieka w jego sytuacji 

do zatrzymania się z powodu dwojga nieznajomych? 

Pytanie było skierowane do Kyle'a i Carrie. 

background image

-

Sądzi pan, że znam odpowiedź? - Kyle stracił w końcu cierpliwość. 

Carrie natychmiast poweselała i rzuciła mu pełen aprobaty uśmiech.

- Coś mi się zdaje, panowie, że brak wam jasności myślenia - powiedziała. - 

Odpowiedź   jest   prosta,   jeśli   się   wszystko   dokładnie   rozważy.   Być   może 

rzeczywiście Max Sanders zdawał sobie sprawę, że depczecie mu po piętach, ale 

wiedział także, że szukacie jednego człowieka. Zatrzymał się więc i zaproponował, 

że   podrzuci   nas   do   miasta,   w   nadziei,   że   was   zmyli.   Prawdopodobnie   nie 

zwrócilibyście uwagi na furgonetkę z trojgiem ludzi w środku. Poza tym może 

chciał wziąć nas jako zakładników. Kto wie? 

W pokoju na moment zapanowała cisza. Przerwał ją Richards. 

- To mało prawdopodobne. 

Szeryf i jego dwaj zastępcy szeptali między sobą, rzucając na Kyle'a i Carrie 

nieufne spojrzenia. 

Bates potarł dłonią kark. 

  - Sam nie wiem. W tym wszystkim kryje się coś więcej, niż wydaje się na 

pierwszy rzut oka. 

- Faktycznie to prawda, że zepsuł im się samochód - oznajmił szeryf. 

Kołysał   się   w   przód   i   w   tył   z   dłońmi   opartymi   na   biodrach,   skrzypiąc 

podeszwami lśniących czarnych oficerek. 

- Na poboczu, dokładnie w miejscu, które wskazali, stoi bmw. 

- To, że pod miastem zepsuł im się samochód, nie świadczy o tym, że są 

osobami, za które się podają - dorzucił, jakby sądził, że nie słyszą, o czym się 

mówi. 

- Niech pan nie będzie śmieszny - wykrzyknęła Carrie. - Chyba nie sądzi pan 

poważnie, że jesteśmy przestępcami. To kompletny absurd. 

- A teraz, jeśli panowie pozwolą - oznajmił Kyle - już sobie pójdziemy. 

Carrie odsunęła się z krzesłem od stołu i wstała, gotowa do wyjścia. Dzień, 

background image

biorąc pod uwagę wszystko, co się stało, był pełen wrażeń. 

- Byłoby dobrze, gdybyście zostali w mieście jeszcze kilka dni - powiedział 

szeryf, patrząc na nich twardo. 

-   Nic   z   tego   -   odparował   Kyle.   -   Musimy   trzymać   się   planu.   Jak   tylko 

naprawimy samochód, zabieramy się stąd. 

- Właśnie - Carrie energicznie kiwnęła głową. - Zabieramy się. 

- Myślę, że wyczerpująco odpowiedzieliśmy na wasze pytania - dodał Kyle 

zimno. - Nie powiem, że była to przyjemność, panowie, ale z pewnością nowe 

doświadczenie. 

- Puszczacie ich? - szeryf Collins zaatakował agentów rządowych. 

Najwyraźniej tylko czekał na jedno ich słowo, by wtrącić Carrie i Kyle'a do 

lochu, a klucz wrzucić do rzeki. 

- Nie ma podstaw, żeby ich zatrzymać - mruknął Bates. 

- Naprawdę bardzo chciałbym wiedzieć, co ten Sanders kombinuje. 

- Gdyby pan wiedział - Carrie uśmiechnęła się bezczelnie - miałby pan teraz 

jego w areszcie, zamiast dwojga niewinnych ludzi. 

Kyle   otworzył   przed   nią   drzwi   i   wyszli   na   zalaną   słońcem   ulicę.   Carrie 

zmrużyła oczy, przycisnęła dłonie do żołądka i wzięła głęboki oddech. Niestety, 

natychmiast sobie przypomniała, jak bardzo jest głodna. 

- Nie wiem jak ty, ale ja umieram z głodu. 

Kyle milczał przez chwilę. 

- Jesteś głodna? - powtórzył, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał. 

- Tak właśnie reaguję na stres. - W tej chwili zjadłaby przysłowiowego konia 

z   kopytami.   Nie   najadła   się   specjalnie.   kanapką   z   chipsami,   a   było   już   późne 

popołudnie. 

- Teraz chcesz jeść? 

Nie było to zresztą nic nowego. Kyle pracował z nią na tyle długo, żeby znać 

background image

większość jej dziwactw. 

- Dobrze - mruknął. - Idź coś zjeść. Zobaczymy się później. 

- Co chcesz robić? - zapytała przyspieszając, by dotrzymać mu kroku. 

- Muszę dostać się do samochodu. 

Jakie to typowe dla mężczyzn, pomyślała Carrie, bardziej troszczyć się o swój 

cenny samochód niż o własny żołądek. 

- Nie byłoby lepiej znaleźć kogoś, kto przyholuje go do miasta? 

- Nie. 

- Dlaczego? 

Sądziła,   że   Kyle   powinien   raczej   zainteresować   się   tym,   ile   czasu   zajmie 

naprawa wozu, by mogli kontynuować swoją wesołą podróż. Miała szczery zamiar 

zaraz po wyjeździe z Wheatland nalegać na powrót na autostradę. 

Kyle   nie   od   razu   odpowiedział   na   jej   pytanie.   Zamiast   tego   potarł   twarz 

dłońmi. Wyglądał na zmęczonego i przybitego. Carrie rozumiała, dlaczego. Byli 

powodem zamieszania w mieście. Ludzie gapili się na nich i nie było na to rady. 

Wszystko co mogli zrobić, to jak najszybciej naprawić samochód i ruszyć w dalszą 

drogę. Spojrzenia kierowane w ich stronę wyraźnie dawały im do zrozumienia, że 

są tu z nimi same kłopoty. 

- Muszę coś znaleźć, zanim wezwę pomoc drogową - powiedział Kyle cicho. 

Zachowywał się tak, jakby sądził, że ktoś może ich podsłuchać. 

-   Co   znaleźć?   -   spytała   Carrie   rozgorączkowanym   szeptem,   poddając   się 

nastrojowi. 

Na chwilę zapomniała o swym żałośnie burczącym żołądku. 

- Ten agent miał rację - ciągnął Kyle półgłosem. - Sanders musiał mieć jakiś 

powód, żeby się zatrzymać i wziąć nas, i chyba wiem, o co mu chodziło. 

- O co? - Carrie przeszła już w lekki trucht, żeby nie zostawać w tyle za 

Kyle'em, który sadził wielkimi krokami w stronę przedmieścia. 

background image

Musiała   się   jeszcze   dowiedzieć,   dlaczego   miał   zamiar   dostać   się   do 

samochodu. 

- To nie ma znaczenia, Carrie. Idź coś zjeść, a ja dołączę do ciebie później. 

- Wykluczone! Ja też w tym siedzę. Jeśli coś ci przyszło do głowy, musisz mi 

powiedzieć. 

Kyle spojrzał na nią zniecierpliwiony i zacisnął usta. Carrie nie znosiła, kiedy 

jego wargi zwężały się nagle, a w oczach zaczynała błyskać pogarda. Bóg jeden 

wie, że widywała to już dostatecznie często. 

- Poza tym, czy nie powinieneś powiedzieć o tym policji? 

- Nie miałem odwagi. Mógłbym wplątać w to nas oboje. 

-   Jak?   -   Carrie   odgarnęła   włosy   z   twarzy   i   wstrzymała   oddech.   Kto   by 

przypuszczał, że jeden niewinny zjazd z autostrady może doprowadzić do takiej 

sytuacji. 

- Jeśli moja teoria jest słuszna, Sanders zostawił matryce w moim wozie.

Carrie   stanęła   jak   wryta.   Kyle   przeszedł   kilka   dobrych   kroków,   zanim   to 

zauważył. 

- Co zrobił? - wykrzyknęła Carrie, próbując go dogonić. 

- Nie przejmuj się aż tak, to tylko teoria. - Kyle zatrzymał się, odwrócił i z 

powagą spojrzał jej w oczy. - Chcę, żebyś tu została. Rób, na co tylko masz ochotę 

dla zabicia czasu, a ja wrócę tak szybko, jak się da. 

Carrie potrząsnęła ,głową, ale zanim zdołała otworzyć usta i zaprotestować, 

Kyle chwycił ją za ramię, mocno ścisnął i wpatrując się w jej twarz powiedział z 

naciskiem: 

- Nie może być inaczej. 

- Ale jak masz zamiar dostać się z powrotem do samochodu? 

-   Autostopem,   a   jeśli   nikt   mnie   nie   weźmie,   pobiegnę.   To   bliżej   niż 

początkowo sądziliśmy. Tylko dziesięć czy dwanaście kilometrów. 

background image

Carrie już miała wyrazić swoje zdanie na ten temat, kiedy nagle zobaczyła 

czarne bmw, wjeżdżające na holu do miasta. 

- Chyba nie będziesz miał żadnych problemów ze sprawdzeniem, czy twoja 

teoria jest słuszna - uśmiechnęła się, zadowolona z siebie. - Zwłaszcza że twój 

samochód już tu jest.

Kyle ogólnie był w nie najlepszym nastroju, a zatrzymanie przez tajne służby 

nie poprawiło mu samopoczucia. Wprawdzie od początku wiedział, że nie zanosi 

się   na   miłą   przejażdżkę,   ale   spodziewał   się,   że   jego   największym   problemem 

będzie Carrie, a nie agenci rządowi i szeryf z małego miasteczka, gorąco pragnący 

awansu. A już najmniej spodziewał się spotkania z uzbrojonym fałszerzem. 

Pożegnał Carrie i ruszył do miasta, aby dowiedzieć się, ile dokładnie czasu 

zajmie   naprawa   tłumika,   rury   wydechowej   i   zbiornika.   Swoją   teorię   dotyczącą 

matryc postanowił sprawdzić później, chociaż jeśli była ona słuszna, to nie bardzo 

wiedział, co dalej począć. 

Nie ufał szeryfowi. Agenci opuścili miasto; widział jak wyjeżdżali. 

Pewnie otrzymali jakieś uaktualnione informacje na temat tego Sandersa. Do 

tej chwili, jak podejrzewał, mieli dość czasu, żeby dokładnie sprawdzić wszelkie 

dane jego i Carrie i przekonać się, że są czyści. Nie był jednak przekonany, czy 

szeryf podziela ich opinię. Kyle chciał wynieść się z Wheatland, skoro tylko będzie 

to możliwe. Im szybciej ruszą w dalszą drogę, tym lepiej. 

Rozejrzał się i szybko przebiegł przez ulicę. Był już na chodniku po drugiej 

stronie jezdni, kiedy spomiędzy dwóch samochodów wyszedł szeryf. 

- Sie ma - powiedział, dotykając dwoma palcami ronda kapelusza, jakby był to 

punkt protokołu, którego w żadnym wypadku nie wolno pominąć. 

- Witam - odparł ostrożnie Kyle. 

- Właśnie przeszedł pan przez ulicę? 

Kyle obejrzał się. 

background image

- Taak. 

- Więc nie zauważył pan przejścia dla pieszych? 

Kyle potrząsnął głową. 

-

Nie mogę powiedzieć, że zauważyłem.

-

Szeryf podrapał się po głowie. 

- Przykro mi to panu robić. Wygląda mi pan na porządnego gościa. Czego 

chyba nie można powiedzieć o pańskiej przyjaciółce.

-

Carrie? 

Szeryf zatknął kciuki za pas i odchylił się do tyłu przenosząc ciężar ciała na 

obcasy lśniących czarnych oficerek. 

-

To się czasem zdarza, jak się człowiek zadaje nie wiadomo z kim.

-

Co się zdarza? - spytał Kyle. 

- Cóż, obawiam się, że muszę pana zamknąć - szeryf ujął go pod ramię. 

- Tak? A pod jakim zarzutem? 

Szeryf   uśmiechnął   się   dumnie,   jakby   osobiście   schwytał   go   na   gorącym 

uczynku podkopywania się pod bank Wheatland. 

-

Przekraczania ulicy w niewłaściwym miejscu.

Rozdział 4

Kyle przechadzał się właśnie po swojej celi, kiedy u szeryfa otworzyły się 

drzwi.   Carrie.   Jej   zaczerwieniona   twarz   i  błyszczące   oczy   wskazywały   na   stan 

najwyższego podniecenia. 

Stanęła w rozkroku z dłońmi na biodrach i, patrząc na niego srogo, zapytała: 

- Co znowu zrobiłeś? 

Kyle mógłby przysiąc, że nie zna nikogo, kto byłby równie irytujący. Z jej 

słów i całej postawy wynikało, że był stałym bywalcem aresztów. 

background image

- Nic nie zrobiłem - warknął w odpowiedzi. 

- Jasne, wsadzili cię do pudła bez żadnego powodu. Mówisz "idź coś zjedz", a 

ledwo się odwrócić, już robisz jakąś głupotę i pozwalasz się aresztować. Powiedz 

w końcu, pod jakim zarzutem clę tu trzymają, a ja zobaczę, co da się zrobić, żeby 

cię z tego wyciągnąć. 

- Dobrze. Jeśli chcesz wiedzieć, zostałem aresztowany za przechodzenie przez 

jezdnię w niedozwolonym miejscu. - Kyle wiedział, że był to tylko pretekst, żeby 

zatrzymać go w mieście. Nie wiedział tylko, dlaczego szeryf Collins uważa to za 

konieczne. 

-   Przechodzenie   w   niedozwolonym   miejscu?   -   powtórzyła   Carrie   z 

niedowierzaniem. W pierwszej chwili była tak zaskoczona, że opuściła ramiona 

wzdłuż   ciała   i   stała   zupełnie   nieruchomo.   Wkrótce   jednak   doszła   do   siebie   i 

parsknęła. 

- Po tej stronie krat wydaje się to mniej zabawne - powiedział Kyle. 

Carrie   już   trzęsła   się   ze   śmiechu,   próbując   się   opanować,   zresztą   bez 

większego powodzenia. Kyle nie podzielał jej wesołości. 

- Kiedy  już  przestaniesz  się śmiać,  powiem ci, co zrobić, żeby  mnie  stąd 

wyciągnąć - rzekł oschle. 

- Przepraszam - mruknęła Carrie i zatkała sobie usta ręką, ale w jej ciemnych 

oczach ciągle migotały iskierki rozbawienia. Niedbale rozsiadła się na krześle i 

założyła nogę na nogę: 

- Naprawdę bardzo mi przykro, Kyle. Ale to wszystko jest takie komiczne, że 

już sama nie wiem czy się śmiać, czy płakać. 

Przeprosiny także nie poprawiły mu nastroju. Nic nie mogło mu go poprawić, 

dopóki siedział w tej zapomnianej przez Boga i ludzi mieścinie.

 - A więc - rozpoczęła Carrie - co mam robić? 

- Dowiedz się, kiedy zostanie ustalona kaucja i rób wszystko, żeby ją wpłacić. 

background image

Zadzwoń do Kansas w razie potrzeby, Clyde poda ci nazwisko dobrego prawnika, 

jeśli będzie to konieczne. 

Nie   był   w   stanie   ustać   spokojnie   ani   minuty,   ale   drobienie   po   celi   nie 

wpływało   łagodząco   na   jego   irytację,   chodził   więc   teraz   wielkimi   krokami   z 

jednego jej końca w drugi. Chciał jak najszybciej zorganizować wszystko, co było 

konieczne, by opuścić ten przybytek. 

- Kto ustala kaucję? - zapytała Carrie. 

- Skąd mam to, do diabła, wiedzieć? Pewnie jakiś wiejski sędzia. 

- Dobra, zrobię co się da - Carrie ruszyła do drzwi. 

Kiedy tylko wyszła, Kyle, ku swemu zdumieniu, zdał sobie sprawę, że ma 

ochotę zawołać ją z powrotem. Westchnął ciężko, cofnął się w głąb celi i przysiadł 

na brzegu leżącego na pryczy cienkiego materaca. Potarł dłońmi twarz i pogrążył 

się w rozmyślaniach. 

Kilka spraw było niejasnych. Miał teraz czas, żeby przemyśleć spotkanie z 

Maxem   Sandersem   i   doszedł   do   wniosku,   że   wiele   związanych   z   nim   pytań 

pozostaje bez odpowiedzi. 

Sam Richards, agent tajnych służb, też nie wyglądał na głupiego. Na pewno 

znacznie wcześniej zaczął podejrzewać, że Sanders mógł  podrzucić matryce do 

samochodu   Kyle'a,   niż   jemu   samemu   przyszło   to   do   głowy.   Gdy   siedzieli   w 

mieście   zatrzymani   przez   policję,   okolica   została   dokładnie   przeczesana   w 

poszukiwaniu jego bmw. 

Carrie twierdziła, że widziała Sandersa w ,,Niewyjaśnionych tajemnicach", ale 

nikt poza nią nic o tym nie wiedział. Jednak było w tym człowieku coś bardzo 

znajomego,  a  jednocześnie  nieuchwytnego. Carrie  pierwsza   to zauważyła.  Kyle 

także miał wrażenie, że już gdzieś go widział, ale nie miał pojęcia ani gdzie, ani 

kiedy. Nie miał jednak wątpliwości, że w końcu sobie przypomni. 

A co najdziwniejsze, fałszerz w pewnym sensie wzbudził jego sympatię. To 

background image

prawda, groził im rewolwerem, ale był to bluff i Kyle o tym wiedział. Kiedy tylko 

nadarzy   się   okazja,   dokładnie   go   sprawdzi   -   Kyle   miał   swoje   źródła   -   ale   na 

pierwszy rzut oka Sanders nie sprawiał wrażenia brutala ani psychopaty. 

Drzwi otworzyły się i do pokoju wkroczył szeryf Collins. Zatknął kciuki za 

pas i uśmiechnął się z zadowoleniem. 

- Nie chcemy tu żadnych kłopotów, synu. Musi pan zrozumieć, że wykonuję 

tylko swoją pracę.

Kyle nie zniżył się do odpowiedzi. 

-   Ta   pańska   mała   kobitka   podnosi   tu   straszny   rwetes   -   dorzucił   szeryf.   - 

Zagroziła, że zgłosi tę sprawę do Prokuratora Generalnego Stanów Zjednoczonych, 

jeśli sędzia Hawkins natychmiast nie ustali kaucji. 

Kyle mógł więc docenić przynajmniej jedno - niepospolitą zdolność Carrie do 

wszczynania rwetesu. Ta kobieta naprawdę miała dar doprowadzania absolutnie 

wszystkich   do   szewskiej   pasji.   Trzeba   przyznać,   że   nie   brakowało   jej   ikry.   Ta 

właśnie cecha, która w ciągu ostatnich miesięcy wielokrotnie wyprowadzała go z 

równowagi, teraz mogła okazać się bardzo przydatna. 

Kyle mógł, rzecz jasna, wyprowadzić szeryfa z błędu oświadczając, że Carrie 

nie   jest   „jego   kobitką".   Doszedł   jednak   do   wniosku,   że   lepiej   będzie,   jeśli 

przedstawiciel prawa podręczy się trochę, oczekując, co Carrie jeszcze wymyśli, by 

ratować swojego mężczyznę. 

Drzwi   biura   ponownie   otworzyły   się   szeroko   i   Carrie,   ignorując   zupełnie 

szeryfa, podbiegła zaaferowana do celi Kyle'a. 

- Ile pieniędzy masz przy sobie? - zapytała bez zbędnych wstępów. 

Kyle   sięgnął   do   tylnej   kieszeni   spodni   po   portfel,   który   pozwolono   mu 

zatrzymać. 

- Niecałe sto dolarów. 

- Cholera. Nie wystarczy. 

background image

- Na co? 

- Na twoją kaucję - Carrie wlepiła w niego oczy. - Sędzia Hawkins ustalił 

kaucję za ciebie na dwieście pięćdziesiąt dolarów, a my razem nie mamy nawet 

dwustu. 

- Proszę - Kyle wyciągnął z portfela kartę VISA. - Skorzystaj z tego. 

- Naprawdę sądzisz, że przyszłabym do ciebie po gotówkę, gdyby akceptowali 

VISĘ? Miałam nadzieję, że wybiorę pieniądze z banku, ale już zamknięty. 

Kyle spojrzał na zegarek i ze zdumieniem stwierdził, że jest już po czwartej. 

Kiedy podniósł wzrok, zobaczył, że Carrie rozsiadła się za stołem, przy którym byli 

wcześniej przesłuchiwani i w skupieniu przelicza ich wspólne zasoby pieniężne. 

Fakt, że Sanders zbiegł zabierając ich czeki podróżne, bardzo komplikował sprawę. 

- Dowiedziałaś się, jak przedstawia się sprawa mojego samochodu? 

Carrie kiwnęła głową, nie przerywając liczenia. 

- Nie jest tak źle. Mechanik powiedział, że bez problemu załata zbiornik i 

przyspawa tłumik i rurę wydechową, ale uważa, że po powrocie do Kansas twój 

serwis powinien jeszcze to sprawdzić. Aha, możesz zapłacić mu VISĄ.

- Świetnie. A co z kaucją? 

- Na pewno nie masz więcej gotówki? 

- Na pewno. - Wyraźnie podejrzewała, że chowa w bucie banknot studolarowy 

na czarną godzinę. 

- Tak myślałam. - Z jej twarzy zniknął wyraz nadziei. 

Kyle   zauważył,   że   cały   czas   kręci   widniejącym   na   palcu   prawej   ręki 

pierścionkiem  z  opalem i  miał  ochotę  powiedzieć  jej,  żeby  w  końcu  przestała. 

Zastanawiał   się,   czemu   nosi   taki   tradycyjny,   staromodny   pierścionek,   skoro 

zazwyczaj ubiera się raczej jak Madonna. 

- Musi być jakiś sposób, żeby zdobyć trochę gotówki - powiedział bardziej do 

siebie, niż do niej. Pogodził się już z myślą, że tę noc spędzi w swej zawszonej celi, 

background image

ale ani chwili dłużej. 

- Zdobędę pieniądze - stwierdziła Carrie i oczy rozbłysły jej pod wpływem 

jakiegoś nieodwołalnego postanowienia. Wiedział z własnego doświadczenia, jaka 

potrafi być uparta, kiedy wbije sobie coś do głowy. 

- Jak? 

- Bardzo prosto - uśmiechnęła się leniwie. - Sprzedam ... coś - oparła dłoń na 

biodrze i rzuciła mu przez ramię powłóczyste spojrzenie. - Na razie, wielkoludzie. 

Kyle odniósł wrażenie, że jego serce zatrzymało się na chwilę. 

- Carrie! ...:. ryknął, chwytając za pręty krat z taką siłą, że aż zbielały mu 

kostki. - Nie rób nic głupiego! Bo sama trafisz do więzienia. 

Musiał   jednak   przyznać,   że   nie   widział   dotąd   kobiety,   która   potrafiłaby 

poruszać   biodrami   tak   jak   Carrie,   zmierzająca   w   tej   chwili   do   drzwi.   Ten 

prowokacyjny chód rzeczywiście przyciągnął jego uwagę. 

- Carrie, zaczekaj. Najpierw musimy o tym porozmawiać. - Serce zabiło mu 

mocniej, a jednocześnie odczuł irytację na myśl, że jej mała sztuczka zrobiła na 

nim takie wrażenie. 

Carrie   zatrzymała   się,   uśmiechnęła   słodko   i   już   spod   drzwi   przesłała   mu 

zmysłowy pocałunek. 

-   Nie   martw   się,   kochanie.   Zaraz   wracam,   z   całą   gotówką,   jakiej 

potrzebujemy. 

- Carrie, ani się waż! 

Carrie spokojnie opuściła biuro, udając, że nie słyszy. 

- Carrie, stój, słyszysz?! Wracaj natychmiast! - rozwścieczony Kyle zatrząsł 

kratą, przy okazji uderzając głową w stalowy pręt i nabijając sobie potężnego guza. 

Tarł czoło ręką i ze złością kopnął w ścianę, omal nie łamiąc sobie trzech palców u 

stopy. 

Zawyłby z bólu, gdyby szeryf Collins już i tak nie śmiał się w kułak. 

background image

- No, no, ta pańska kobitka to naprawdę niezły numerek. 

Kyle miał na końcu języka, że Carrie nie jest bynajmniej jego kobitką i że 

jedynym uczuciem, które ich łączy, jest głęboka niechęć, że nie są w stanie znieść 

się nawzajem i że w związku z tym postanowili poniechać wspólnej pracy. Nagle 

jednak zdał sobie sprawę, że nie może tego powiedzieć. Nie dlatego, broń Boże, że 

była to nieprawda. Wręcz przeciwnie, był to niezaprzeczalny, bezlitosny fakt. 

Ale  tego  popołudnia  zostali   sojusznikami.   Teraz  Carrie  Jamison  była  jego 

jedynym   łącznikiem   ze   światem   zewnętrznym.   Potrzebował   jej.   A   odczucie, 

jakiego doznał, patrząc na jej kołyszące się biodra, świadczyło najwyraźniej o tym, 

że właśnie zaczął doświadczać całego wachlarza zupełnie nowych emocji z nią 

związanych. 

Szeryf   Collins,   ciągle   chichocząc,   wyszedł   z   biura.   Kyle   domyślił   się,   że 

poszedł na własne oczy zobaczyć, jak Carrie wprowadza swoje słowa w czyn. 

Carrie bawiła się jak król. Kyle rzeczywiście uwierzył, że ma zamiar sprzedać 

swe ciało, aby go oswobodzić. Zdaje się, że miał bardzo wygórowane mniemanie o 

jej wdziękach  - i dość  niskie  o jej morale.  Sama  nie  wiedziała, czy ma  się  w 

związku z tym cieszyć, czy wręcz przeciwnie. 

Przechodząc   przez   ulicę,   Carrie   upewniła   się,   że   jest   na   pasach.   Ostatnią 

rzeczą, jakiej sobie życzyła, było wylądowanie w celi obok Kyle'a. 

Ociągając się, weszła do lombardu, tuż przed jego zamknięciem. Niechętnie 

rozstawała się z pierścionkiem od babci, nawet tylko na parę dni. 

- W czym mogę pomóc? - ekspedient oparł się o oszkloną ladę i patrzył na nią 

wyczekująco. 

Był mały i łysy, a jego paciorkowate oczka czujnie śledziły każdy jej ruch. 

Wyraźnie spodziewał się, że może w każdej chwili wyciągnąć rewolwer z torebki i 

zażądać pieniędzy. Carrie doszła do wniosku, że nie może mieć o to do niego żalu, 

background image

biorąc pod uwagę, w jakim charakterze przybyła do tego miasteczka. 

Transakcja poszła jednak niespodziewanie gładko. W ciągu dziesięciu minut 

Carrie uzyskała od pana Dillona potrzebną gotówkę i zapewnienie, że nie sprzeda 

pierścionka, pod warunkiem że skontaktuje się z nim w ciągu tygodnia. Carrie 

przystała na to natychmiast. Pierścionek miał dla niej wielką wartość. 

Mieli teraz pieniądze na kaucję, ale było jasne, że wyruszą dopiero następnego 

ranka. Carrie postanowiła więc poszukać hotelu na tę noc. 

Kyle   spacerował   nerwowo   po   swojej   maleńkiej   celi,   co   pięć   minut 

spoglądając na zegarek i zachodząc w głowę, na co też Carrie potrzebuje aż tyle 

czasu. Tymczasem w drzwiach biura stanęła młoda, najwyżej dwudziestoparoletnia 

blondynka w różowej sukience i białym kelnerskim fartuszku. Niosła dużą tacę 

przykrytą różową lnianą serwetką. 

Uśmiechnęła się i zrobiła kilka kroków w jego kierunku. 

- Przyniosłam panu obiad - powiedziała nieśmiało. - Filety z kurczaka. Do 

tego ziemniaki, kukurydza i domowe biszkopty. Mam nadzieję, że będzie panu 

smakować. 

Po wszystkim, co mu się tego dnia przydarzyło, Kyle na samą myśl o jedzeniu 

poczuł mdłości. 

- Nie, dziękuję. 

Blondynka cofnęła się, jakby ją obraził. 

- Przyniosłam też  kawałek ciasta  z jagodami.  Ten przepis zdobył błękitną 

wstęgę w ubiegłorocznym Stanowym Konkursie Kulinarnym. To najlepsze ciasto 

jagodowe w okręgu. 

- Nie chciałem pani urazić. Po prostu nie jestem głodny - mruknął Kyle. 

- Ach, tak. No, to trudno - dziewczyna zarumieniła się uroczo. - Jestem Mary 

Lu. 

background image

Kyle wcisnął ręce do kieszeni. 

- Miło mi - powiedział chłodno. 

Nie miał najmniejszej ochoty na pogawędkę, a Mary Lu nie zdradzała chęci 

odejścia. Stała po drugiej stronie krat i Kyle miał wrażenie, choć nie bardzo znał 

się na takich rzeczach, że robi do niego słodkie oczy. 

- Nie spotkała pani niewysokiej brunetki, krążącej po mieście? - Skoro Mary 

Lu już tu była, to przynajmniej mógł wyciągnąć z niej jakieś informacje.

- Pewnie pan pyta o swoją przyjaciółkę? 

- Tak. 

- Jest pan żonaty, czy coś w tym rodzaju? 

Kyle żonaty nie był, ale nie miał pewności co do "czegoś w tym rodzaju". W 

tej chwili nie był z nikim związany, jeśli o to jej chodziło. Być może jednak w ten 

sposób próbowała się dowiedzieć, co łączy go z Carrie. W tym przypadku mógł z 

całą uczciwością stwierdzić, że nic. 

- Nie jestem żonaty - mruknął w końcu. 

Mary Lu położyła tacę na stole, usiadła na krześle i założyła nogę na nogę w 

taki sposób, żeby Kyle mógł dobrze widzieć jej zgrabne uda. 

- Co więc porabia Carrie? - zapytał wprost, zbyt przejęty, by móc to ukryć. 

- Dokładnie nie wiem. Podobno była w lombardzie Dillona. 

- W lombardzie? Po co u licha?! - jego wybuch speszył kelnerkę, więc szybko 

się opanował i zniżył głos. - Po prostu to trochę dziwne, bo, o ile wiem, nie miała 

przy sobie nic wartościowego, co mogłaby zastawić. 

- Na pewno nic pan nie zje? - ponownie zapytała miękko Mary Lu. 

Spojrzał na nią uważnie, pewny, że jeśli będzie patrzył dostatecznie długo, 

dolna warga zacznie jej drżeć. 

- Nie, dziękuję. 

- Mogę coś jeszcze dla pana zrobić? 

background image

- Nie, niczego mi nie brakuje. 

-   Myślałam,   że   może   chciałby   pan,   żebym   przyszła   i   dotrzymała   panu 

towarzystwa - znowu się zarumieniła. 

Gdyby Kyle nie siedział za kratkami, mógłby uznać ją za interesującą. Może 

nawet przystałby na jej propozycję. Chociaż ... chyba jednak nie. 

- To ładnie z pani strony, ale nie, dziękuję. - Nie chciał być niegrzeczny, ale 

marzył tylko o tym, żeby wyjść z tej celi i jak najszybciej opuścić Wheatland. 

W   tym   momencie   do   biura   wpadła   Carrie,   niosąc   białą   papierową   torbę. 

Zobaczyła Mary Lu i zawahała się. Kelnerka stała z twarzą przyciśniętą do krat, 

spoglądając na Kyle'a tęsknym wzrokiem.

Kyle był zupełnie niewinny, ale poczuł się w tej chwili tak, jak wtedy, gdy 

matka  znalazła  paczkę   prezerwatyw  w  jego  szufladzie  na   bieliznę.  Miał  wtedy 

trzynaście lat i Lilian, głęboko wierząca w wolną miłość, była wstrząśnięta. Nie 

miał serca powiedzieć jej, że tylko napełniał je wodą i rzucał w kolegów. 

- Mam przyjść później? - zapytała Carrie oschle, zwalniając. 

Otworzyła  oczy  tak  szeroko,   że  wydawały  się   zupełnie  okrągłe.  Wyraźnie 

chciała mu dać do zrozumienia, że jest pod wrażeniem - nawet w więzieniu udało 

mu się poderwać dziewczynę. 

- Stój! Ani kroku dalej! - sapnął Kyle gniewnie. Nie był właściwie zły, ale 

chciał ukryć poczucie winy. - Mary Lu właśnie wychodziła. Prawda, Mary Lu? 

- Możesz do mnie zadzwonić, do kafejki Billy'ego Boba, więc jeśli ... 

- Billy'ego Boba! - wykrzyknęli prawie jednocześnie. 

Mary Lu aż podskoczyła. 

- Powiedziałam coś nie tak? 

-

Ależ nie, skąd - zapewnił ją uprzejmie Kyle. 

Dziewczyna była bliska zawału.

Carrie poczekała, aż zamkną się za nią drzwi i podeszła do stołu. Podniosła 

background image

różową serwetkę  i zbadała zawartość  stojących na tacy naczyń, przyniesionych 

przez spragnioną miłości kelnerkę. 

- Czego się dowiedziałaś? 

- Kaucja zostanie przyjęta dopiero jutro o ósmej, więc musisz zostać tu na noc. 

- Położyła serwetkę na stole i spojrzała na niego. - Nie jesz tego?

- Naprawdę myślisz tylko o tym, co by tu włożyć do brzucha? - wycedził 

przez zęby. Został uwięziony, w perspektywie ma noc w areszcie, a jedyną rzeczą, 

która ją interesuje, jest obiad. W dodatku jego obiad. 

Carrie puściła uwagę mimo uszu, zajęta pochłanianiem biszkoptów.

- Załatwiłam parę spraw, ale nic ci nie powiem, jak nie przestaniesz się mnie 

czepiać. To nie ja rażąco naruszyłam prawo. 

- Ja tylko przechodziłem przez ulicę. - Stopniowo odzyskiwał panowanie nad 

sobą. 

Chociaż po jej wykładzie na temat wyrażania uczuć mogłaby docenić fakt, że 

dał upust frustracji. Oto do czego doprowadza człowieka więzienie, pomyślał. 

Carrie, która w międzyczasie rozsiadła się wygodnie za stołem, raczyła się już 

jego filetem z kurczaka. Wyglądała jak ktoś, kto nie jadł od tygodnia. 

- Mówiłaś, że czegoś się dowiedziałaś. 

- A tak. Już prawie zapomniałam - rzuciła między kęsami. Wytarła kąciki ust 

serwetką i odłożyła widelec. - Samochód będzie gotowy zaraz z rana, ale będzie cię 

to trochę kosztować. Matt obciążył tym moją kartę.

- Matt? 

-   Matt   to   człowiek,   który   składa   twój   samochód   do   kupy.   Przyjechał   do 

Wheatland   trzy   lata   temu   i   na   początku   było   mu   tu   bardzo   ciężko,   ale   teraz 

miejscowi już go zaakceptowali. 

A więc była już po imieniu z mechanikiem. Szybko jej poszło, zauważył. 

- Rozumiem, że zdobyłaś pieniądze na kaucję. - Chciał zmienić temat. 

background image

Gdyby nie znał się tak dobrze, mógłby pomyśleć, że jest zazdrosny o jakiegoś 

mechanika, którego nawet nie widział. 

Carrie poklepała się po kieszeni na biodrze, którym wcześniej tak kusząco 

poruszała. 

- Jasne, wszystko jest tutaj. Nie masz się czym martwić. 

Na myśl o tym, że mogłaby zgubić te pieniądze albo dać się okraść, poczuł, że 

podnosi   mu   się   poziom   adrenaliny   we   krwi.   Ale   znał   ją   już   zbyt   dobrze,   by 

zaproponować   przechowanie   tej   gotówki   w   jakimś   bezpiecznym   miejscu.   Sam 

pomysł by ją obraził, a teraz był zdany tylko na nią. 

Wiele pytań cisnęło mu się na usta, ale bał się, że zadając je, mógłby ją do 

siebie zrazić. Wiedział, że coś zastawiła, ale nie miał pojęcia, co. Nagle zauważył, 

że na jej palcu nie ma już pierścionka z opalem. 

- Zastawiłaś swój pierścionek - powiedział miękko, zdumiony, że rozstała się 

z czymś, co niewątpliwie było jej drogie. 

- Nie miałam wyboru - przerwała jedzenie, żeby mu odpowiedzieć, po czym z 

apetytem wróciła do kurczaka. 

Kyle  zastanawiał   się,   jak   udaje   się   jej  utrzymać   tak  szczupłą   figurę.  Znał 

kobiety, które ważyły pewnie dwa razy tyle co ona, jedząc dwa razy mniej. 

- Pan Dillon, właściciel lombardu, przysiągł mi na prochy swojej matki, że go 

nie sprzeda. Wyjaśniłam mu okoliczności i ... 

- Powiedziałaś mu, że siedzę w więzieniu?! - Kyle poczuł się tym obrażony, 

sam nie wiedząc, czemu. Nie chciał, żeby Carrie musiała zastawiać swoje cenne 

rzeczy dla kogokolwiek, włączając w to jego samego.

- Och, nie. - Carrie szybko wyprowadziła go z błędu. - Opowiedziałam mu o 

babci, o pierścionku, który był w naszej rodzinie od wieków i o tym, że najstarsza 

córka dostaje go w dniu swoich dwudziestych pierwszych urodzin. 

- Rozumiem - mruknął Kyle. - Naprawdę mi przykro. 

background image

- Nie masz się czym przejmować - zamachała rękami i dodała, jakby nagle 

przypomniało jej się coś ważnego: - Zarezerwowałam sobie pokój w hotelu na tę 

noc. To właśnie zabrało mi tyle czasu, jeśli cię to interesuje. Zdaje się, że wszyscy 

w tym mieście mają nas za zatwardziałych kryminalistów. 

- Nie wiedziałaś? Wszystkie pokoje nagle okazały się już zarezerwowane - 

podpowiedział. - Ale udało ci się coś znaleźć? 

- W pewnym sensie - przerwała ze wzrokiem wbitym w przestrzeń. - Musisz 

zrozumieć, nie jest to miejsce, jakie wybrałabym w innych okolicznościach. Jest za 

miastem. 

Gdyby   mu   teraz   powiedziała,   że   jest   to   kurza   ferma,   Kyle   przestałby 

odpowiadać   za   swoje   czyny.   Zawsze   mu   się   wydawało,   że   jest   człowiekiem 

spokojnym i odpowiedzialnym. Całymi latami ćwiczył panowanie nad emocjami. 

Wszystko to wzięło w łeb w ciągu jednego dnia. 

W tej chwili czuł się jak odbezpieczony granat. 

- Jak daleko za miastem? - zapytał z wymuszonym spokojem. 

Carrie   zastanawiała   się   przez   chwilę,   trzymając   widelec   zawieszony   na 

wysokości ust. 

- Mniej więcej kilometr. Jest tam trochę dziwnie. 

- Trochę dziwnie - powtórzył Kyle jak echo, nie wiedząc jak to rozumieć. 

-   Tak,   w   pierwszej   chwili   myślałam,   że   to   jakiś   nawiedzony   dom.   Ale 

właściciele są bardzo mili. Małżeństwo w średnim wieku. Wynajmują pokoje od 

czasu, kiedy ich dzieci opuściły dom. 

- Rozumiem. - Kyle trochę się uspokoił. 

Wątpił jednak, czy wyśpi się tej nocy. Było bardziej prawdopodobne, że nie 

zmruży oka, zastanawiając się, co wyrabia jego koleżanka. 

- Przyniosłam ci coś do jedzenia - Carrie wstała i podała mu papierową torbę. 

- Nic nie wiedziałam o słodkiej Mary Lu. - Przycisnęła do piersi złożone dłonie, 

background image

uniosła trochę ramiona i westchnęła teatralnie. 

Kyle postanowił, że nie da się sprowokować.

 - Nie jestem głodny. 

- Zaufaj mi, wkrótce będziesz. 

- Co to jest? 

-   Kanapka   z   wędliną,   sałatka   z   pomidorów   i   dwa   duże   ciastka   owsiane. 

Poprosiłam panią Johnson, żeby to dla ciebie przygotowała. 

Kyle zajrzał do torby i wyciągnął kanapkę. Może jednak będzie w stanie coś 

przełknąć. 

- Gdzie szeryf Collins? 

-   Pewnie   ogląda   telewizję   w   domu   -   mruknął   Kyle   zdejmując   celofan   z 

kanapki. 

Dziwiło go trochę, że areszt może być prowadzony na takim luzie. Gdyby 

miał   zamiar   uciec,   wystarczyłoby   poprosić   Carrie   o   poszukanie   w   szufladach 

zapasowych kluczy. 

- Pójdę już chyba. 

Kyle   wolałby,   żeby   została   jeszcze   trochę,   ale   nie   wiedział,   pod   jakim 

pretekstem ją zatrzymać. Nigdy nie sądził, że będzie mu jej brakować. Zazwyczaj 

pięciominutowa   dawka   Carrie   Jamison   sprawiała,   że   miał   jej   dosyć   na   wiele 

tygodni. A teraz nagle gorączkowo zastanawia się, jak zatrzymać ją jeszcze choć 

przez chwilę. Kyle chciał wierzyć, że to tylko dlatego, iż siedzi od wielu godzin w 

zamknięciu, ale zaczynał w to wątpić. 

Była już przy drzwiach, kiedy ją zawołał. 

- Carrie. 

Odwróciła się szybko, tak jakby też nie chciała jeszcze iść. 

- Tak? 

- Dziękuję. 

background image

- Za co? 

Kyle nie bardzo wiedział, od czego zacząć. Miał już u niej pokaźny dług 

wdzięczności. 

- Za wszystko, ale głównie za to, że zastawiłaś swój pierścionek. 

- Nie ma sprawy. 

- Przykro mi, że do tego doszło. Oddam ci pieniądze, jak tylko odzyskam 

czeki podróżne. 

Carrie spojrzała na niego i na jej twarz powoli wypłynął uśmiech, od którego 

całe pomieszczenie jakby pojaśniało. 

- Mam u ciebie dobry obiad, człowieku. - Przesłała mu pocałunek i zniknęła 

za drzwiami zbyt szybko, by zobaczyć, jak Kyle chwycił go i zamknął w dłoni, 

zupełnie jakby chciał zatrzymać chwilę dłużej choć namiastkę jej obecności. 

Wkrótce potem przyszedł zastępca szeryfa, prowadząc starszego mężczyznę, 

aresztowanego zapewne za picie alkoholu w miejscu publicznym. W każdym razie 

człowiek   ten   był   pijany   w   sztok   i   upierał   się,   żeby   zaśpiewać   coś   o   Tomie 

Dooley'u. 

Policjant umieścił go w celi obok. Pijaczyna pomachał do Kyle' a i zwalił się 

na pryczę.

 - Siemasz. 

- Dobry wieczór - odpowiedział Kyle ostrożnie. 

- Zalałem się. 

- Widzę. 

- Siedź cicho, Carl. Idź spać - odezwał się zastępca. 

- Sam siedź cicho - ryknął Carl i zachwycony swoją odpowiedzią, wybuchnął 

pijackim śmiechem. Usiadł na pryczy. 

- Za co cię wsadzili? - zapytał i runął na pryczę z powrotem. 

- Za to, że nie przechodziłem po zebrze - przyznał się Kyle, zmieszany. 

background image

Carl zerwał się na równe nogi, piszcząc przeraźliwie. Rzucił się na drzwi celi i 

chwycił za pręty. 

- Nie zostaję tu! W celi obok tego faceta! Co za areszt szeryf Collins   tu 

prowadzi! 

- Zamknij się i idź spać - poradził mu policjant znudzonym głosem. 

- Nie jestem tu bezpieczny. Posadziliście mnie obok człowieka, który ... który 

chodził po zebrze! 

-   Czy   ty   wiesz,   co   mówisz,   Carl?   -   zastępca   szeryfa   miał   niewyczerpane 

zasoby cierpliwości. 

- Myślisz, że jestem głupi, czy co? Jasne, że wiem. On deptał po tym ślicznym 

koniku w paski. Posadziliście mnie obok zabójcy. Zabójcy pasiastych stworzonek. 

Nie zamierzam tego znosić. - Zebrał wszystkie siły i zatrząsł kratą. - Chcę stąd 

wyjść! 

Kyle rzucił się na pryczę i podłożył ręce pod głowę. 

- To dokładnie tak, jak ja - mruknął pod nosem. 

Rozdział 5

- Proszę się z nami skontaktować, w przypadku, gdyby znowu się państwo 

natknęli na Maxa Sandersa - zwrócił się do nich Richards, podczas gdy szeryf 

Collins otwierał drzwi więzienia. Kyle z godnością wyszedł ze swojej celi. 

Carrie osobiście nawet życzyła sobie spotkania z tym draniem Sandersem, 

choćby tylko po to, żeby mu powiedzieć, co o nim myśli. Przysporzył im mnóstwa 

kłopotów. 

Kyle   przyjął   wizytówkę   od   Richardsa   i   dłuższą   chwilę   wpatrywał   się   w 

widniejący na niej numer telefonu, jakby chciał się go nauczyć na pamięć.   

- Czy to już wszystko? - zapytał bardzo uprzejmie. 

background image

Carrie nie dała się nabrać na ten potulny ton. Kyle gotował się z wściekłości i 

osiągał właśnie szczyt możliwości w ukrywaniu tego. Ale był już na krawędzi. 

Carrie   widywała   go   już   w   tym   stanie   i   gdyby   Richards   wiedział   to,   co   ona, 

uważałby na każde słowo. 

Wczesnym rankiem Carrie odebrała samochód od mechanika. Pomyślała się, 

że Kyle na pewno będzie chciał jak najwcześniej ruszyć w dalszą drogę. 

Kyle   wsadził   wizytówkę   do   portfela   i   zdecydowanym   krokiem   ruszył   do 

drzwi. Nie obiecał nikomu, że się skontaktuje w takim czy innym przypadku, co 

Carrie natychmiast zauważyła. Nie raczył też na nią poczekać, była więc zmuszona 

posłusznie   za   nim   podreptać.   Podbiegła   do   drzwi,   zatrzymała   się   i   odwróciła 

buntowniczo do szeryfa i agenta. 

-   Mam   zamiar   napisać   do   mojego   kongresmena   o   tym,   jak   zostaliśmy   tu 

potraktowani. 

- Proszę bardzo - Richards nie przejął się ani trochę. 

- I zrobię to - wycelowała w nich oskarżycielsko palec. - Zapamiętajcie sobie, 

nie rzucam słów na wiatr. 

Kyle siedział już w samochodzie. Kiedy Carrie wślizgnęła się na siedzenie 

obok, zapuścił silnik. 

- Wracamy na autostradę? - zapytała, zapinając pas. 

Była pewna, że Kyle przeklina dzień, w którym za jej namową zgodził się 

zjechać na boczną drogę. 

- Nie - odparł krótko, nie mając zamiaru wyjaśnić jej, dlaczego. Tym jednym 

słowem dał jej wyraźnie do zrozumienia, że nie jest w nastroju do rozmowy. 

A   więc   to   tak.   Świetnie.   Carrie   uznała,   że   Kyle   postanowił   ukarać   ją 

milczeniem. Było jej to nawet na rękę. Miała za sobą ciężką noc w bawełnianej 

koszuli nocnej pani Johnson, która uparła się zrobić jej pranie, żeby Carrie mogła 

włożyć rano czyste rzeczy. Carrie postarałaby się o jakieś ubrania, gdyby nie była 

background image

tak zajęta wyciąganiem Kyle'a z więzienia. Teraz będzie musiała z tym poczekać. 

Przez pół godziny nie zamienili ani słowa, ale nie była to krępująca cisza. 

Carrie miała ochotę pogadać, ale było jasne, że Kyle nie chce. 

W końcu jednak przemówił. 

-  Mimo   wszystko  nie  powinniśmy   się  spóźnić.  Zatrzymamy   się  na  noc w 

Paryżu, a jutro rano będziemy już w Dallas. 

- Świetnie - powiedziała ugodowo. 

Chciała się spotkać z Tomem dopiero na wieczornym koktajlu. Ależ będzie jej 

brakowało   tej   pięknej,   czerwonej   sukienki.   Na   szczęście   starczy   czasu,   żeby 

najpierw odwiedzić siostrę. Cathie na pewno coś jej pożyczy. 

- Świetnie - powtórzył Kyle. 

Carrie   zauważyła,   że   starał   się   odprężyć.   Rozluźnił   palce   na   kierownicy. 

Przedtem ściskał ją tak, jakby właśnie wychodził na prowadzenie w rajdzie Paryż - 

Dakar. 

- Dobrze ci się spało? - zagaiła uprzejmie. 

- Marnie. Nie za bardzo mam ochotę o tym rozmawiać. 

- Nie ma sprawy. 

- A ty? - zapytał. 

Carrie   już   otwierała   usta,   żeby   odpowiedzieć,   kiedy   rozległ   się   pisk 

antyradaru.   Kyle   natychmiast   zdjął   nogę   z   gazu,   ale   było   już   za   późno.   We 

wstecznym lusterku błyskały czerwono-błękitne światła policyjnego wozu. 

Kyle   wymruczał   coś   niecenzuralnego,   zjechał   na   pobocze   i   zatrzymał 

samochód. 

- Ciekawe, jak się tym razem wywinę z aresztu. 

Carrie ścisnęła go za ramię, chcąc dodać mu otuchy. Kyle był sztywny, jak 

trzydniowy trup. Policjant wysiadł z samochodu i podszedł do bmw. Bez najmniej 

szych oznak zdenerwowania Kyle opuścił szybę w oknie. 

background image

- Dzień dobry, panie władzo - rzucił pogodnie, chociaż z przymusem. 

-   Dzień   dobry.   Poproszę   pańskie   prawo   jazdy   i   dowód   rejestracyjny.   - 

Policjant był energicznym formalistą. 

- Jechałem za szybko? - zapytał Kyle. 

Carrie dobrze wiedziała, że o wiele za szybko. 

Policjant przeglądał dokumenty i nie odpowiedział na pytanie. 

- Widzę, że jesteście z Kansas. 

- Zgadza się. 

Carrie ponownie zdecydowała, że lepiej będzie nie zabierać głosu i zdać się na 

Kyle'a.   Im   mniej   będzie   otwierać   usta,   tym   lepiej.   Kyle,   w   każdym   razie,   był 

dokładnie tego zdania. 

-

Od dawna są państwo małżeństwem?

Kyle i Carrie wymienili spojrzenia. 

-   Nie   jesteśmy   małżeństwem   -   powiedział   Kyle   do   policjanta,   który   na 

plakietce miał napisane Adrew Lindsey. 

- Nigdy państwo tego nie róbcie. 

- Czego? 

- Nie pobierajcie się. 

- Proszę się nie martwić - powiedziała Carrie, nachylając się w stronę Kyle'a, 

żeby lepiej widzieć policjanta. - My się nawet nie lubimy. Tyle tylko, że pracujemy 

razem. Ale nie możemy się dogadać. 

-   Nie   sądzę,   żeby   pan   Lindsey   był   zainteresowany   naszymi   animozjami   - 

przerwał jej Kyle stanowczo. 

- Tak, tak - policjant otworzył drzwiczki i rozsiadł się na tylnym siedzeniu. 

Zdjął czapkę i przetarł oczy. - Ze mną i Gayle też tak było na początku. Była 

sekretarką   na   komisariacie.   Nie   mogliśmy   nawet   patrzeć   na   siebie.   A   potem 

zdecydowaliśmy się pobrać. 

background image

- Pobrać! - zaśmiał  się Kyle. - Może mi  pan wierzyć, że wolałbym zjeść 

skunksa, niż ożenić się z tą kobietą. 

Carrie spojrzała na niego ostro. Zaczynała już tracić cierpliwość. Nie musiał 

jej obrażać. 

- A ja bym wolała położyć głowę na torach, niż spędzić resztę życia z tym 

człowiekiem - zrewanżowała się. 

- Nie martw się, nie będziesz musiała. 

- Masz rację, do diabła. Musiałabym zwariować, żeby wyjść za kogoś takiego! 

- Najpierw ja musiałbym postradać zmysły, żeby żenić się z kimś takim jak ty! 

- Odeszła ode mnie - powiedział policjant. 

Jego ramiona obwisły. 

Carrie domyśliła się, że nie słyszał ani słowa z ich wymiany zdań. 

- Tak  mi   przykro  -  powiedziała  współczująco,  odwracając   się  do  niego.  - 

Kiedy to się stało? 

Kyle   mruknął   pod   nosem   coś,   czego   nie   dosłyszała.   Był   wyraźnie 

niezadowolony, że Carrie podtrzymuje tę rozmowę. 

-   W   zeszłym   tygodniu   -   odparł   Lindsey.   -   Zupełnie   niespodziewanie. 

Poszedłem   do   pracy   jak   zwykle.   Wszystko   było   w   porządku.   Po   powrocie 

znalazłem list. Mogła przynajmniej zabrać dzieci. 

- Ma pan dzieci? 

- Pięcioro. 

- Pięcioro! - zawołali jednocześnie. 

- Dwoje najstarszych chodzi już do szkoły. Dobrze, że matka Gayle mieszka z 

nami, bo nie wiem, jak bym sobie poradził z młodszą trójką. 

Carrie i Kyle popatrzyli na siebie znacząco. 

- Jej matka mieszka z panem? 

-   Tak.   Gayle   zostawiła   mi   dzieciaki,   matkę   i   list,   w   którym   napisała,   że 

background image

odchodzi, aby odnaleźć siebie. Do diabła, nie miała tak znów wiele do roboty, 

trochę prania i takie tam. 

- Rany - mruknęła Carrie. 

-   Nie   dostałem   od   niej   jeszcze   żadnej   wiadomości.   Z   tego   co   wiem,   to 

medytuje z jakimś guru, co to nosi tylko przepaskę na biodrach i je sushi.

- Na pewno wróci. - Carrie zrobiła wszystko, żeby zabrzmiało to naprawdę 

optymistycznie. 

- Na początku też tak myślałem - wymamrotał posępnie Lindsey. - Teraz nie 

jestem już taki pewien. 

- Tęskni pan za nią? - Carrie czuła na sobie wzrok Kyle'a. 

Chciał,   żeby   jak   najszybciej   zakończyła   tę   rozmowę,   zamiast   zachęcać 

człowieka do opowiadania o swoich problemach. 

Tak, pomyślała Carrie, to jedna z tych rzeczy, które ich różnią. Kyle wszystko 

w sobie dusi, aż napięcie staje się nie do wytrzymania. Ona natomiast mówi to, co 

myśli. Carrie natychmiast uznała się za zdrowszą psychicznie. 

- Problem polega na tym, że tylko w łóżku umieliśmy się dogadać - ciągnął 

policjant w zamyśleniu. - Kłóciliśmy się całymi dniami i kochaliśmy się przez całe 

noce. Nie mogliśmy znaleźć wspólnego języka. 

- To rzeczywiście przykre - powiedział Kyle niecierpliwie. 

Jego ton wyrwał Lindseya z kręgu bolesnych rozważań. Podniósł wzrok z 

miną człowieka, który nie wie, gdzie jest ani skąd się tu wziął. Wyjął bloczek i 

długopis i wysiadł z samochodu. Napisał coś i wyrwał kartkę z bloczku. 

- Według odczytu z radaru - powiedział tonem oficera na służbie - na odcinku, 

gdzie   obowiązuje   ograniczenie   prędkości   do   dziewięćdziesięciu   kilometrów   na 

godzinę, jechał pan z prędkością stu piętnastu. 

- Stu piętnastu? - Kyle znakomicie udał zdumienie. 

- Udzieliłem panu pouczenia. Proszę podpisać - podał Kyle'owi bloczek. - 

background image

Radzę patrzeć na licznik. 

- I nie żenić się - dorzuciła Carrie. - Do tej rady na pewno się zastosujemy. 

Lindsey   pożegnał   ich,   uśmiechając   się   z   zakłopotaniem.   Wsiadł   do 

samochodu i zapuścił silnik. Kyle i Carrie siedzieli bez ruchu, patrząc jak odjeżdża. 

Napięcie znikło bez śladu i Carrie wybuchnęła śmiechem. Kyle spojrzał na nią z 

dezaprobatą. 

- Przepraszam - wykrztusiła, nie mogąc się powstrzymać. Otarła łzy z oczu. - 

Żona   zostawiła   go   z   piątką   dzieciaków   i   swoją   matką,   a   on   dziwi   się,   że   nie 

"odnalazła siebie" w pralni. 

Kyle zachichotał. 

- I odradza nam branie ślubu. 

- Nam! - powtórzyła Carrie. 

Teraz śmiali się już oboje. Sama myśl o tym, że mogliby wymienić obrączki, 

była absurdalna. W końcu nawet się nie lubili. Umilkli  na chwilę, spojrzeli na 

siebie i znowu, jak na komendę, wybuchnęli śmiechem. 

Carrie   nagle   zdała   sobie   sprawę,   że   opiera   się   swobodnie   o   Kyle'a,   który 

obejmuje ją ramieniem. Wyprostowała się szybko i spojrzała na zegarek. 

- O rany! - wykrzyknęła, chcąc ukryć zmieszanie. - Jak ten czas szybko leci, 

kiedy jest fajnie. 

- Fajnie - powtórzył Kyle i pośpiesznie cofnął ramię. 

- No - rzuciła Carrie wesoło. 

Kyle nagle zaczął się bardzo śpieszyć. Włączył silnik i wyjechał na drogę. 

Oboje milczeli. Carrie zaczęła nerwowo skubać swoją spódniczkę; przestała, kiedy 

zauważyła, że Kyle patrzy jej na ręce. Wyciągnęła mapę, żeby sprawdzić, gdzie są i 

ile jeszcze czasu będą musieli spędzić razem, zamknięci w samochodzie, który z 

każdą chwilą wydawał się mniejszy. Miała wrażenie, że wnętrze bmw kurczy się i 

zwęża, napierając na nią ze wszystkich stron. 

background image

Jednocześnie   zdała   sobie   sprawę,   że   jej   spojrzenie   na   Kyle'a   bardzo   się 

zmieniło. Teraz dopiero zauważyła, jakie ma szerokie ramiona, silne dłonie i gęste 

rzęsy o złotawych końcówkach. 

Kyle przyłapał ją na tej obserwacji, więc, spłoszona, powróciła do skubania 

swej dżinsowej spódnicy. 

- Chciałabyś się zatrzymać? - Zbliżali się właśnie do następnego niewielkiego 

miasteczka. 

- Nie, dziękuję - powiedziała zmienionym głosem. 

Kyle spojrzał na nią. 

- Wszystko w porządku? 

- Tak. Tylko ... chyba jestem trochę zmęczona. To wszystko. 

Zmęczona? Niechby tak, jak on, spędziła noc w towarzystwie rozśpiewanego 

pijaczka i policjanta, który wysłuchał w tym czasie wszystkich nocnych audycji 

radiowych. 

Kyle zawsze miał pewne problemy z nazywaniem po imieniu tego, co czuje. 

Często zazdrościł kobietom tej niezwykłej zdolności przekładania uczuć na język 

słów. Teraz też zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. 

- Wiesz coś o tym miasteczku? - zapytał w końcu. 

Cisza   zaczynała   go   niepokoić.   Jeśli   Carrie   milczy,   to   znaczy,   że   myśli,   a 

myśląca kobieta może oznaczać tylko kłopoty. 

- Tyle, co widać na mapie - odparła. - Dwadzieścia pięć tysięcy ludzi. Więc 

chyba   znajdzie   się   tam   ktoś,   kto   załatwi   nam   nowe   czeki.   Poza   tym   pewnie 

zrobimy jakieś zakupy. 

- Świetnie - Kyle marzył o przebraniu się w czyste rzeczy.

- Kiedy tam dojedziemy? 

- Za godzinę czy dwie. 

Niewiele się pomylił. Dojechali do miasteczka - o dumnej nazwie Paryż - o 

background image

wpół do trzeciej. Przy wjeździe natknęli się na informację, że Paryż jest jedynym 

miastem w okręgu Lamar, które ma sygnalizację świetlną. Uśmiechnęli się oboje. 

Podobnie   jak   w   innych   miasteczkach,   przez   które   przejeżdżali,   wzdłuż 

głównej ulicy ciągnął się parking. Kyle stanął naprzeciw banku. Szybko załatwili 

nowe czeki podróżne. 

- A teraz poszukajmy hotelu - zaproponował Kyle. 

- Już? - Carrie była zaskoczona. 

- Pewnie jesteś głodna? 

- Potwornie. O ile dobrze pamiętam, nic jeszcze dzisiaj nie jedliśmy. 

Nie   bez   przyczyny.   Nie   mieli   dotąd   pieniędzy   ani   czeków   podróżnych,   a 

benzyny w baku tylko tyle, żeby dojechać do Paryża. Kyle zdał sobie sprawę, że 

sam umiera z głodu. 

- Dobrze - zgodził się. - Chodźmy najpierw coś zjeść. 

Znaleźli   małe   bistro   i   weszli   do   środka,   zwabieni   rozkosznym   zapachem. 

Lokal zionął jednak pustką - co było o tyle dziwne, że wyglądał na knajpkę, gdzie 

zbierają się miejscowi, by poplotkować o sąsiadach. 

- Siadajcie, gdzie chcecie - powitała ich kelnerka. 

- Co tu tak pusto? - zapytała Carrie. 

- Nie jesteście stąd, co? - kelnerka podała im wodę i menu na laminowanym 

kartoniku. 

Na przypiętej do jej fartuszka plakietce widniało imię Trixie. Miała najwyżej 

trzydzieści lat i była, jak zauważył Kyle, całkiem niczego sobie. 

- Jesteśmy z Kansas - odparł. 

- Słyszeliście kiedyś o Bubbie Cornersie? 

- Nie przypominam sobie. 

- No więc, jest teraz u nas w mieście i wszyscy poszli go posłuchać. 

Pewnie jakiś pieśniarz country, pomyślał Kyle. 

background image

- Sama bym poszła, ale nie udało mi się znaleźć nikogo na zastępstwo. - Trixie 

wyciągnęła ołówek zza ucha. - Dzisiaj podajemy faszerowane zrazy wieprzowe i 

pieczeń ze schabu. Możecie dostać też naleśniki z szynką. To danie śniadaniowe, 

ale serwujemy je przez cały dzień. 

- Poproszę o sałatkę szefa. - Carrie oddała menu kelnerce. 

- Dla mnie to samo. 

Trixie   poszła   do   kuchni,   robiąc   po   drodze   notatki   w   bloczku.   Kyle 

odprowadził ją wzrokiem. Nie dlatego, że wydała mu się szczególnie pociągająca. 

Właściwie   sam   nie   wiedział,   dlaczego   się   na   nią   gapi.   Chyba   po   to,   żeby   nie 

patrzeć   na   Carrie   i   nie   widzieć,   jak   ładnie   wygląda   z   tymi   swoimi   kręconymi 

włosami i pełnymi ustami. Nie bardzo zdawał sobie sprawę z tego, co robi, dopóki 

nie spojrzał ponownie na swoją koleżankę. Carrie również na niego patrzyła - z 

zimną pogardą. 

- O co chodzi? - spytał niewinnie. 

- O nic - rzuciła w odpowiedzi, nie przerywając darcia papierowej serwetki na 

małe strzępki. 

Kyle   był   pewny,   że   przez   krótką   chwilę   miała   ochotę   przejechać   mu 

paznokciami po twarzy. 

- Mam wrażenie, że coś cię niepokoi. - Zrobił wszystko, żeby brzmiało to 

spokojnie   i   rozsądnie,   ale   wiedział,   że   mu   się   nie   udało.   Dwa   dni   w   jej 

towarzystwie obróciły wniwecz trzydzieści lat wytężonej pracy nad sobą. 

- Powiedziałam już, że wszystko w porządku - powiedziała sztywno. 

- Świetnie - wstał i sięgnął po gazetę, którą ktoś pozostawił przy kasie. 

Usiadł i rozłożył ją, chowając się za nią jak za parawanem. W tej samej chwili 

Carrie chwyciła za jej górny brzeg i pociągnęła w dół. Ich oczy spotkały się nad 

gazetą. 

- Zawsze patrzysz na kobiety w ten sposób? 

background image

- W jaki sposób? 

- W taki, jakbyś je sobie wyobrażał bez ubrania. 

- Nie bądź śmieszna. - Jeśli rzeczywiście wyobrażał sobie jakąś kobietę bez 

ubrania, to była nią Carrie, ze swoim krągłym, ponętnym biustem i biodrami, a nie 

żadna kelnerka. 

Złożył gazetę i rzucił ją na stół. 

- Jesteś zazdrosna? 

Carrie przewróciła oczami. 

-   Nie.   Tylko   nie   wiedziałam,   jakim   jesteś   ...   -   nie   mogła   znaleźć 

odpowiedniego słowa. - Nie sądziłam, że jesteś mężczyzną tego typu. 

- Jakiego typu? - zapytał trochę głośniej, niż zamierzał. 

Trixie,   która   stała   za   ladą   tyłem   do   nich,   odwróciła   się   i   zaczęła   im 

przyglądać. Carrie chwyciła za brzeg stołu, pochyliła się do przodu i zaszeptała 

gorączkowo: 

- Takiego, co to w myślach rozbiera każdą kobietę, którą spotka! 

Kyle   sam   nie   wiedział,   czy   ta   cała   sytuacja   bardziej   go   bawi,   czy   złości. 

Pochylił się w jej stronę i również zniżył głos. 

- Wiesz, już myślałem, że nie jesteś taka zła i że dogadamy się w pracy, ale 

teraz widzę, jak bardzo się pomyliłem. Nic się nie zmieniło. 

Carrie nie raczyła odpowiedzieć, ale, jak domyślał się Kyle, nie dlatego, że nie 

miała nic do powiedzenia. Ponownie rozłożył gazetę. 

Trixie podała sałatki i Kyle zabrał się do jedzenia. Ponownie rozłożył gazetę, 

chociaż nie rozumiał ani słowa z tego, co czytał. Parę razy rzucił okiem na Carrie, 

która   siedziała,   opierając   łokieć   na   stole,   a   głowę   na   dłoni,   jakby   była   bliska 

zaśnięcia. Pewnie nie wypoczęła dobrze tej nocy i była tak samo wykończona, jak 

on. Wyglądała jak zabłąkane kocię i Kyle nagle poczuł się winny. Walczył przez 

chwilę z tym uczuciem, po czym złożył gazetę. 

background image

- Nie powinienem był złościć się na ciebie - powiedział. 

Carrie spojrzała na niego zdumiona, jakby sądziła, że się przesłyszała.

- To ja nie powinnam była zaczynać tej głupiej rozmowy. To nie moja sprawa, 

jak patrzysz na tę kelnerkę. 

- Nie patrzyłem na nią w taki sposób,  jak myślisz  - Kyle postanowił być 

szczery. - Po prostu nie chciałem patrzeć na ciebie. 

- Dlaczego? 

- Bo ... - zorientował się, że zabrnął w ślepy zaułek. Było tylko jedno wyjście: 

powiedzieć prawdę. - Bo nie chciałem przyznać, jak bardzo mi się podobasz. 

Carrie zamrugała, zupełnie zdezorientowana. Kyle postanowił uściślić swoją 

wypowiedź. 

- Wiesz, tak długo darliśmy ze sobą koty, że trudno mi na ciebie spojrzeć z 

innej perspektywy. 

W   ciągu   prawie   całego   roku   wspólnej   pracy   nie   zauważył,   jaką   ładną   i 

pociągającą jest kobietą. 

- Wiem co masz na myśli - powiedziała Carrie cicho. - Ty też wydawałeś mi 

się taki... jednowymiarowy. 

- Zgoda? - zapytał. 

- Zgoda - uśmiechnęła się Carrie. 

Kyle  nigdy   nie  widział   kobiety,   której   oczy   w  ciągu   sekundy   nabierałyby 

takiego blasku. Skończyli każde swoją sałatkę i podzielili rachunek. 

- Gotowa na poszukiwanie hotelu? 

Carrie znowu potrząsnęła głową. 

- Nie, jestem taka zmęczona, że jeśli się teraz położę, to już dzisiaj nie wstanę. 

Wolę najpierw zrobić zakupy. 

Mówiła całkiem do rzeczy, co trochę go zaskoczyło. Przyznał jej rację. 

- To dobry pomysł. Spotkajmy się tutaj za godzinę - zaproponował, patrząc na 

background image

zegarek. Sam nie planował tak długich zakupów, ale zakładał, że Carrie będzie 

potrzebowała więcej czasu. - Pasuje? 

- Jasne - zapewniła go. 

- Jak tylko skończę, poszukam hotelu i zarezerwuję dla nas pokoje. 

- Doskonale. 

Pożegnali się i ruszyli w przeciwnych kierunkach. Kyle w ciągu kwadransa 

kupił wszystko, co było mu potrzebne na weekend, i prosto ze sklepu z męską 

odzieżą udał się na poszukiwanie hotelu. 

Spóźnił się na spotkanie z Carrie dziesięć minut, ale nie to było najgorsze. 

- Zarezerwowałeś pokoje? 

- Wiem już, kim jest Bubba Corners - powiedział Kyle, jakby nie słyszał jej 

pytania. 

- Słucham? 

- Pamiętasz, Trixie mówiła, że wszyscy poszli słuchać Bubby? 

- No tak. - Carrie zaczynała się niecierpliwić. 

- Bubba jest światowej sławy hodowcą i znawcą świń. A tu właśnie odbywają 

się Mistrzostwa Świata Hodowców Nierogacizny. 

Carrie patrzyła na niego z twarzą zupełnie bez wyrazu. 

- Chcesz mi coś powiedzieć? 

- Owszem - mruknął. - Coś, co ci się nie spodoba. 

- K yle, proszę, nie zmrużyłam oka przez całą noc i jestem zbyt zmęczona, 

żeby bawić się w zagadki. Mów w końcu, o co chodzi. …

- Wszystkie hotele są już zajęte. 

- Wszystkie pokoje? 

- Nie. Jest jeden wolny pokój. Jeśli chcemy zostać tu do jutra, musimy spędzić 

noc w jednym łóżku. 

background image

Rozdział 6

 - Przysięgam, że jeśli piśniesz choć słowo na ten temat w pracy, postaram się 

uprzykrzyć ci życie - Carrie szarpnęła brzeg kołdry z taką siłą, że leżąca na niej 

poduszka poszybowała na środek pokoju. 

- Jeszcze bardziej niż dotąd? - zapytał Kyle spokojnie. 

Carrie wzięła się pod boki, uśmiechnęła złowieszczo i spojrzała na niego. 

- Dużo bardziej. 

Kyle podniósł poduszkę z podłogi i położył ją z powrotem na łóżku. 

- Żeby nie było żadnych niejasności, mnie ta sytuacja nie podoba się nie mniej 

niż tobie. 

Rzuciła mu gniewne spojrzenie. 

- Może będziesz w stanie spać spokojnie, jeśli dam ci słowo dżentelmena, że 

nawet cię nie dotknę. 

Carrie była pewna, że może mu zaufać, ale nie odezwała się ani słowem. 

Kyle westchnął. 

- Jeżeli tak cię to niepokoi, to mogę spać na podłodze - powiedział cierpliwie, 

chociaż brak odpowiedzi z jej strony uraził go. 

Z   początku   postanowił   spać   na   dywanie,   ale   Carrie   nie   chciała   się   na   to 

zgodzić i stwierdziła wspaniałomyślnie, że oboje są dorośli i nie muszą się uciekać 

do tak drastycznych środków. 

- Więc chcesz czy nie chcesz, żebym spał na podłodze? 

Carrie patrzyła na zniszczony beżowy dywan. Był szorstki i brudny. Kyle, 

spędziwszy   poprzednią   noc   na   więziennej   pryczy,   musiał   być   co   najmniej   tak 

wykończony jak ona. 

- Nie - powiedziała w końcu, ziewając przeraźliwie. - Ale musisz trzymać się 

swojej strony łóżka. 

background image

- Nie masz się czego bać - mruknął. - Ale obiecaj mi jedno. 

- Tak? 

- Że mnie nawet nie dotkniesz - zachichotał, ale Carrie jego sarkazm wydał się 

mało zabawny. 

Wyciągnęła   z   torby   nową  pidżamę   i   westchnęła   ciężko   na   myśl   o  innych 

rzeczach, które kupiła. Zakupy nie należały do najbardziej udanych. 

- Mogę iść pierwsza do łazienki? 

- Proszę.

Po   długiej,   gorącej   kąpieli   Carrie   poczuła   się   znacznie   lepiej   i   zaczęła 

żałować,   że   tak   narzekała   na   ten   jeden   pokój   i   jedno   łóżko.   Chciała   nawet 

przeprosić Kyle'a za swoje zachowanie, ale kiedy wróciła do pokoju, zastała go 

pogrążonego w głębokim śnie. Leżał tak blisko krawędzi łóżka, że mógł w każdej 

chwili z niego spaść. 

Carrie uśmiechnęła się do siebie, zgasiła nocną lampkę i uniosła kołdrę po 

swojej   stronie   łóżka.   A   właściwie   łoża,   bo   ten   potężny   mebel   pomieściłby 

pięcioosobową   rodzinę.   Naprawdę   nie   miała   się   czym   niepokoić.   Żałowała,   że 

narobiła takiego krzyku. 

Wśliznęła się między chłodne warstwy płótna, uderzyła parę razy w poduszkę, 

żeby nadać jej pożądany kształt, i w końcu, szczęśliwa, powoli zamknęła oczy. 

Spała tak mocno, że plusk wody zbudził ją dopiero po dłuższej chwili. 

Nagle zdała sobie sprawę, że stoi na piaszczystym brzegu jeziora i patrzy na 

rozedrganą   powierzchnię   wody,   odbijającą   światło   księżyca.   Po   chwili 

zorientowała się, że w jeziorze ktoś pływa. Wytężyła wzrok i rozpoznała Kyle'a. 

Odwrócił się nagle i zachęcająco pomachał do niej ręką. W pierwszej chwili 

chciała się odruchowo ukryć wśród nadbrzeżnych zarośli. Wtedy Kyle roześmiał 

się,   a   wody   jeziora   przyniosły   dźwięk   jego   śmiechu   do   brzegu,   jak   mgliste 

zaproszenie. 

background image

Zawołał ją, a jej imię brzmiało w jego ustach dziwnie słodko. Miała coraz 

większą   ochotę   przyłączyć   się   do   niego.   Tors   miał   silny   i   twardy,   lecz   nie 

poznaczony   węzłami   mięśni,   typowymi   dla   kulturystów.   Klatkę   piersiową 

pokrywały   kręcone  ciemne   włosy,  wąskim  pasmem  schodzące  w  dół płaskiego 

brzucha. 

Carrie, słuchając jego kuszącego wołania, miękła jak wosk. W końcu, prawie 

nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, wyszła zza krzaków i zanurzyła stopy w 

wodzie, która okazała się ciepła i kojąca. Śmiało zrobiła pierwszy krok w stronę 

Kyle'a, a wtedy on ruszył jej na spotkanie. Przez chwilę stali naprzeciw siebie. 

Woda sięgała im do piersi. Milczeli. 

Podniosła wzrok i napotkała wymowne spojrzenie jego ciemnych oczu. 

Uśmiechnęła się. Objął ją mocno w talii, jakby miał do tego wszelkie prawo, a 

ona zarzuciła mu ramiona na szyję, przymknęła oczy i... 

Carrie usiadła na łóżku, dysząc ciężko i przyciskając prześcieradło do piersi. 

Dopiero po chwili dotarło do niej, że był to tylko sen. 

Kyle   stał   w   drzwiach   do   łazienki   z   ręcznikiem   owiniętym   wokół   bioder. 

Wyglądałby   niezwykle   seksownie,   gdyby   nie   fakt,   że   prawie   całą   twarz   miał 

pokrytą   gęstym   kremem   do   golenia.   Jednak   nawet   wysmarowany   białą   pianą 

sprawił, że serce Carrie zabiło mocniej. Sama nie wiedziała, jak mogła wcześniej 

nie zauważyć, że taki z niego przystojniak. 

-   Przepraszam   -   mruknął.   -   Puszka   wypadła   mi   z   ręki.   Nie   chciałem   cię 

obudzić. 

- Nic nie szkodzi - zrozumiała, że szum wody dochodził z prysznica. 

Rozczarowana, opadła z powrotem na poduszki. 

Kilkanaście minut później Kyle zakończył to, co robił - cokolwiek to było - i 

zgasił światło w łazience. Najwyraźniej sądził, że Carrie zdążyła już znowu zasnąć, 

bo starał się poruszać bezszelestnie, co w zupełnej ciemności było jednak dość 

background image

trudne. W końcu oczywiście wpadł na coś, boleśnie uderzając w to palcami stopy. 

Carrie usłyszała stłumione przekleństwo. Zapaliła lampkę nocną. Miękkie światło 

zalało pokój. 

- Wszystko w porządku? - zapytała, podnosząc się na łokciu. 

- Tak - mruknął Kyle skacząc w stronę łóżka. - Zresztą paznokcie u nóg nie są 

mi aż tak potrzebne. 

- Włączenie światła, kiedy jest ciemno, nie jest oznaką słabości - powiedziała, 

mając na myśli bardziej nieustanne męskie pragnienie, by odgrywać macho, niż tę 

konkretną sytuację. 

- Nie chciałem cię obudzić - rzucił cierpko.- To nie ma nic wspólnego ze 

słabością czy siłą. Starałem się zachować kulturalnie.

- Obudziłeś mnie już wcześniej. 

- Myślałem, że zaraz znowu zasnęłaś. 

- Nie zasnęłam. 

- Widzę. - Wszedł do łóżka i upewnił się, że nie może już leżeć dalej od niej. 

Chwilę później przewrócił się na bok. A potem znowu na wznak. 

- Ułożyłeś się już? 

- Tak. 

Carrie zgasiła światło i pokój zaległa nieprzenikniona ciemność. Przez grube 

zasłony nie przeświecało nawet światło księżyca. 

- Kiedy się obudziłeś? - przerwała ciszę. 

- Mniej więcej godzinę temu. Zmogło mnie, jak czekałem, aż się wykąpiesz, 

potem zbudziłem się i wiedziałem, że nie zasnę już, jeśli się nie umyję i nie ogolę. 

-   Nie   powinnam   była   tak   długo   siedzieć   w   wannie.   -   Carrie   miała   teraz 

wyrzuty sumienia. Zachowała się bezmyślnie i egoistycznie. 

- To nie twoja wina. Zasnąłem, skoro tylko weszłaś do łazienki. 

Carrie   poczuła   zapach   jego   wody   po   goleniu.   Wciągnęła   go   głęboko   w 

background image

nozdrza - miły, gorzkawy, z nutą rumu i egzotycznych korzeni. Przywodził na myśl 

słoneczne Karaiby, turkusową wodę i złoty, rozgrzany piasek. Jak w jej niedawnym 

śnie. Czuła ciepło, jakim emanowało jego ciało. 

-   Przez   to   całe   zamieszanie   z   pokojem   nie   powiedziałam   ci,   co   mi   się 

przydarzyło na zakupach - powiedziała, żeby przestać o nim myśleć. 

- Coś ci się przydarzyło? 

- W pewnym sensie. Biorąc pod uwagę, że po powrocie może się okazać, że 

jestem bezrobotna, postanowiłam nie szaleć za bardzo z kartą kredytową. 

- Doskonale cię rozumiem. 

- Sprzedawczyni była bardzo miła i pomocna. Mieli na składzie trochę rzeczy 

po bardzo obniżonych cenach. Jak się okazało, tu w okolicy był żeński klasztor, 

który w zeszłym roku został zamknięty. Ten sklep zaopatrywał zakonnice w buty i 

takie tam rzeczy. Znalazłam trochę ubrań w moim rozmiarze. 

- Tak? A co właściwie kupiłaś? 

- Klasztorne buty i długą czarną spódnicę. Nikt się nie domyśli,   że w talii 

powinna być przewiązana różańcem. Tak w każdym razie uważała ta ekspedientka. 

- Buty klasztorne? 

- Takie ciężkie, czarne buciory, za jakimi szaleją teraz wszystkie nastolatki. 

Ale nie martw się, pod tą spódnicą nikt nie będzie w stanie ich dojrzeć. Właściwie 

nie potrzebowałam butów, ale były tak tanie, że nie mogłam się oprzeć. 

Kyle   przez   chwilę   walczył   z   wesołością,   ale   w   końcu   nie   wytrzymał   i 

wybuchnął zduszonym chichotem. 

- Bluzka jest całkiem niezła, tyle tylko, że na całej długości ma guziki, aż pod 

brodę. - Carrie też zaczęła się śmiać. 

Jej śmiech dźwięczał w ciemności jak świergot ptaków. 

- Lepiej się nie śmiej - szepnął Kyle. 

- Dlaczego? 

background image

- Bo nie wiem, czy potrafię się powstrzymać ... 

Przewrócił się na brzuch i podniósł głowę. Przeciągle spojrzał jej w  oczy.

- Carrie? - powiedział niskim, trochę zachrypniętym ze wzruszenia głosem. 

Nie  odezwała   się.   Kyle  delikatnie   ujął   ją  pod   brodę   i  uniósł   jej   twarz   na 

wysokość   swojej.   Potem   bardzo   powoli,   jakby   spodziewał   się,   że   zaprotestuje, 

pochylił się nad nią. Ich usta zetknęły się nieśmiało, poznając się nawzajem. Jego 

były ciepłe i lekko wilgotne. 

Pocałunek   był   tak   delikatny   i   pełen   słodyczy,   że   Carrie   przeszył   dziwny 

dreszcz.   Nagle   poczuła   się   strasznie   zmieszana.   To   przecież   niemożliwe.   Nie 

między nimi. A jednak jej serce było innego zdania. Kiedy wysunęła się z objęć 

Kyle'a, natychmiast poczuła się okropnie samotna i opuszczona w tym wielkim i 

zimnym łóżku. Szybko przysunęła się do niego ponownie i bez oporu poddała jego 

uściskowi. 

Pocałował   ją   znowu,   tym   razem   jednak   był   to   zachłanny,   gwałtowny 

pocałunek,   nie   mający   nic   wspólnego   z   subtelną   nieśmiałością   pierwszego. 

Zachowywał się tak, jakby umierał z głodu, a ona była suto zastawionym stołem. 

Carrie miała wrażenie, jakby robiła to już przedtem niezliczoną ilość razy, jakby od 

dawna byli kochankami i wiedzieli o sobie wszystko. 

Ich   języki   spotkały   się.   Carrie,   z   początku   nieufna,   wkrótce   odzyskała 

pewność siebie i dała się wciągnąć w ten zmysłowy pościg, w tę rozkoszną zabawę 

w uciekanie i szukanie, szukanie i łapanie. Namiętny pocałunek zdawał się nie 

mieć końca, dostarczając im coraz to nowych doznań. 

Carrie wiedziała, że powinna to jak najszybciej przerwać. Jednak, mimo iż 

zdawała sobie sprawę, że później oboje będą zażenowani tym, co się stało, nie 

umiała się powstrzymać. 

- Boże - wyszeptał Kyle i wziął jej twarz w dłonie. 

Carrie miała jednak mgliste wrażenie, że nie jest to modlitwa. 

background image

Jego wargi ponownie odnalazły jej usta, ale ten pocałunek był delikatny i 

pełen czułości. W końcu Carrie odsunęła się niechętnie. Była bez tchu, zmieszana i 

oszołomiona.   Kyle   nie   był   naturalnie   pierwszym   mężczyzną,   z   którym   się 

całowała, ale nigdy przedtem nie czuła się tak, jak w tej chwili. Leżeli twarzą w 

twarz, prawie stykając się czołami. Carrie nie miała odwagi otworzyć oczu. 

Kyle konwulsyjnie zacieśnił swój uścisk, jakby nie był w stanie wypuścić jej z 

objęć. Oddychał ciężko i chrapliwie. Najwyraźniej podzielał jej uczucia. Carrie 

także nie chciała go jeszcze puścić. Ukryła twarz na jego ramieniu. 

-   Ta   pidżamka   jest   niezupełnie   w   zakonnym   stylu   -   mruknął   tytułem 

usprawiedliwienia. 

- Niezupełnie. 

- Chodźmy spać. Jutro mamy przed sobą długą drogę. 

Kyle zazdrościł Carrie jej zdolności do natychmiastowego zapadania w sen. 

Sam miał z tym problemy, i to nie tylko dlatego, że był zmęczony. Leżała na boku, 

tyłem do niego, dotykając pupą jego biodra. Przez chwilę myślał, żeby się odsunąć, 

ale   nie   chciał   stracić   kontaktu   z   jej   ciepłym   ciałem.   Przewrócił   się   na   bok, 

przysunął jeszcze trochę i ułożył w tej samej pozycji, wsuwając nogi w zagłębienie 

jej kolan. Położył rękę na łagodnym wzniesieniu kobiecego biodra i stwierdził, że 

idealnie do siebie pasują pod względem fizycznym. Czuł się tak, jakby po długiej, 

męczącej podróży dotarł w końcu do domu. Zamknął oczy i uśmiechając się do 

siebie, zapadł w odprężający, bezpieczny sen. 

Budząc się następnego ranka, Kyle z ulgą stwierdził, że leży znowu po swojej 

stronie materaca. 

Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, powinni bez problemu zdążyć do 

Dallas na wieczorny koktajl. Wprawdzie Carrie narzekała na swoją ubogą, zakonną 

garderobę, ale Kyle nie miał nic przeciw temu, żeby ubierała się jak zakonnica, a 

inni mężczyźni na zjeździe sądzili, że pracuje dla jakiejś religijnej rozgłośni. Wolał 

background image

już, żeby  na przyjęciu wystąpiła w  habicie, niż paradowała w tej swojej  kusej 

pidżamce po pokoju hotelowym. Jej nocny ubiór sprowadziłby z drogi cnoty nawet 

mnicha. 

- Dzień dobry - szepnęła Carrie. 

- Dzień dobry. Gotowa do drogi? - nic lepszego nie przyszło mu do głowy. 

Carrie milczała przez chwilę. 

- Niezupełnie. Właśnie się obudziłam. 

- Ubiorę się i przyniosę kawę - zaproponował. - Masz ochotę? 

- Tak, proszę. 

Poczekał, aż odwróciła głowę, wyskoczył z łóżka i pospiesznie narzucił na 

siebie   ubranie.   Kiedy   wrócił   z   kawą,   Carrie   była   już   ubrana   i   krzątała   się   po 

pokoju. Zauważył, że stara się nie patrzeć mu w oczy. Podał jej filiżankę z kawą. 

- Zaraz będę gotowa - powiedziała cicho. 

- Nie śpiesz się. 

Spojrzała na niego, niepewna, czy dobrze usłyszała. Jeszcze wczoraj liczyła 

się   każda   minuta.   Spakowała   się   w   niespełna   kwadrans.   Kyle   oddał   klucze 

recepcjonistce i bez dalszej zwłoki ruszyli w drogę. 

Jeszcze zanim wyjechali z miasta, Kyle pomyślał o śniadaniu. 

- Jesteś głodna? - zapytał, mając cichą nadzieję, że nie. 

- Nie, dziękuję. 

- Dobrze, zjemy coś w Dallas. 

To naturalnie musiało wywołać żywszą reakcję z jej strony. I wywołało. 

- Żartujesz, prawda? 

Kyle spojrzał na nią i wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

- Cel: Dallas. Dwa lub trzy postoje po drodze. 

- Tak już lepiej - uśmiechnęła się Carrie. 

Szkoda, że tego uśmiechu nie można zapakować i przechować na złe chwile, 

background image

pomyślał   Kyle.   Zabawne,   że   nigdy   przedtem   nie   zwrócił   uwagi   na   ten   piękny 

uśmiech. Inna rzecz, że dotąd raczej rzadko się do siebie uśmiechali. 

Spojrzał na nią spod oka i zauważył, że nerwowo skubie palce. Wiedział już, 

że robi to tylko wtedy, kiedy jest czymś zakłopotana. Tym razem nie potrzebował 

szklanej kuli, żeby domyślić się, o co chodzi. 

- Myślę, że powinniśmy porozmawiać o tym, co się zdarzyło w nocy - nie silił 

się na dyplomatyczne wybiegi. Chciał po prostu wiedzieć, co ona o tym myśli. 

- W nocy? 

- Chyba nie musimy robić wielkiej sprawy z jednego niewinnego pocałunku - 

stwierdził i znowu spojrzał na nią z ukosa. - Nie sądzisz? 

- Naturalnie. Jak sam mówisz, to był tylko niewinny pocałunek. 

- Właśnie. - To mu wystarczało, ale Carrie nie uważała tematu za wyczerpany. 

- To zresztą zupełnie zrozumiałe, naprawdę. 

- Tak? Dlaczego? - chciał wiedzieć Kyle. 

-  Musisz   przyznać,   że   ostatnie   czterdzieści   osiem   godzin   dostarczyło   nam 

wielu dramatycznych przeżyć. 

- Zgadza się - Kyle kiwnął głową. Fantastycznie się rozumieją. 

- Nie co dzień natykamy się na zbiegłych przestępców, nie co dzień zdarzają 

nam się porwania, przesłuchania ... 

- Noc w więzieniu - dodał Kyle; kiwając głową. 

- A więc nie powinniśmy przywiązywać wagi do czegoś tak banalnego jak 

pocałunek? - zabrzmiało to jak pytanie, bo Carrie sama nie wiedziała, co o tym 

myśleć. I to mimo wszystkich usprawiedliwień, które przedstawiła. 

- Zdecydowanie nie powinniśmy - odparł Kyle. - Zresztą nie sądzę, żeby coś 

takiego jeszcze kiedyś miało miejsce. 

A więc miała rację. Kyle chciał o tym zapomnieć, udać, że to się nigdy nie 

zdarzyło,   zbagatelizować   znaczenie   tej   zmysłowej   eksplozji,   której   razem 

background image

doświadczyli. A skoro tak, to ona musi zrobić to samo. Była jednak rozczarowana. 

- To się już nigdy nie powtórzy - zapewniła go. 

- Oczywiście. 

Kyle czuł się winny tego całego zamieszania. Powinien był przewidzieć, że 

spanie w jednym pokoju hotelowym do niczego dobrego nie doprowadzi. Zacisnął 

ręce na kierownicy i wstrzymał na chwilę oddech. Sam nie wiedział, co z tym 

wszystkim począć. 

-  Kyle. 

- Tak? - odpowiedział niespokojnie. 

- Wydaje mi się, że powinniśmy byli skręcić, tam wcześniej. 

- Gdzie? 

- Na tamtym rozjeździe. Według tej mapy mieliśmy tam skręcić w prawo. 

Kyle westchnął ciężko. 

- Nie przypominam sobie żadnego rozjazdu. 

- Nie? - Carrie jeszcze raz uważnie spojrzała na mapę i potrząsnęła głową. - 

Jedziemy w złym kierunku. - W ciszy, która nagle zapadła w samochodzie, jej 

słowa zabrzmiały dziwnie złowieszczo. 

- A ja uważam, że w dobrym. 

- Popatrz na mapę, jeśli mi nie wierzysz - powiedziała spokojnie. 

- Wiem, że jedziemy prawidłowo - upierał się Kyle. 

Był zły i brakowało mu jego zwykłej jasności uczuć. Chciał po prostu jechać 

przed siebie i nie zawracać sobie głowy żadnymi urojonymi rozjazdami. 

- Czas pokaże - Carrie podniosła oczy do nieba gestem męczennika zaprawdę. 

I pokazał. Godzinę później Kyle musiał przyznać, że się beznadziejnie zgubili 

w bezdrożach Teksasu. 

Rozdział 7

background image

- Dlaczego nie zapytamy kogoś o drogę? - zaproponowała Carrie.

- Nie ma potrzeby - odparł Kyle sucho. - Doskonale wiem, gdzie jesteśmy. 

Carrie   powstrzymała   cisnący   się   na   usta   komentarz.   Oto   kolejny   przykład 

głupoty   silnych,   twardych   macho   -   tak   samo   jak   rozbijanie   się   po   ciemku   po 

pokoju,   podczas   gdy   wystarczyło   włączyć   światło,   żeby   bezboleśnie   trafić   do 

łóżka. 

- Chyba przejeżdżaliśmy już koło tej stodoły. 

Miała   nadzieję,   że   nie   zabrzmiało   to   sarkastycznie.   Nie   obawiała   się 

oczywiście, że Kyle mógłby stracić cierpliwość. Ten człowiek nigdy nie pozwalał 

sobie na luksus okazania złości - chyba że na nią. 

- Nie - uciął krótko. - To inna stodoła. 

- Ta sama 

Carrie dałaby głowę, że w ciągu ostatniej godziny minęli ją co najmniej pięć 

razy, Krążyli po okolicy od tak dawna, że już zaczynało jej się kręcić w głowie. 

Kyle   ciągle   jednak   nie   chciał   przyznać   się   do   błędu.   Idiotyczna   męska   duma 

stanowiła najwyraźniej istotny składnik jego osobowości. 

-   Wiem,   że   wiele   ryzykuję   -   Carrie   uśmiechnęła   się   swoim   najsłodszym 

uśmiechem   -   ale   moim   zdaniem   jest   bardzo   prawdopodobne,   że   dziś   już 

widzieliśmy   tę   stodołę.   Zwróć,   proszę,   uwagę   na   traktor,   który   przy   niej   stoi. 

Gdzieś w pobliżu jest z pewnością jakieś gospodarstwo, więc sądzę .... 

- Doskonale wiem, gdzie jesteśmy! - przerwał jej Kyle niecierpliwie. 

- Ja również! Jesteśmy zabłąkani gdzieś wśród bezkresnych pól stanu 

- Teksas, a nazwa miejsca, w którym się teraz znajdujemy, zostanie wyryta na 

naszych nagrobkach, kiedy już nas znajdą i pogrzebią. 

- Odnoszę wrażenie, że przesadzasz. 

-   Nie,   nie   przesadzam.   Choć   ten   jeden   raz   mnie   posłuchaj.   Proszę,   Kyle, 

zatrzymajmy się i zapytajmy o drogę. 

background image

- Carrie - rzucił jej przeciągłe, pełne bólu spojrzenie - zwróć uwagę, że wokół 

nie ma żywej duszy. Kogo mamy zapytać?

- Po drodze minęliśmy z dziesięć farm. 

- Wyjdę na idiotę - mruknął Kyle. 

- Czy naprawdę twój wizerunek jako mężczyzny dozna aż takiego uszczerbku, 

jeśli poprosisz kogoś o pomoc? 

Nie   odpowiedział,   ale   Carrie   odetchnęła   z   ulgą,   kiedy   skręcił   w   zapyloną 

wiejską   drogę.   Wkrótce   ich   oczom   ukazał   się   świeżo   pomalowany,   lśniący   w 

słońcu dwupiętrowy dom. Nareszcie cywilizacja - Carrie czuła się tak, jakby od 

czterdziestu lat wędrowała w głuchej dziczy. 

Skoro tylko zatrzymali się przed domem, na ganek wyszła młoda kobieta, w 

dżinsach   i   lekkiej   bawełnianej   bluzce,   w   towarzystwie   dwójki   dzieci.   Młodsze 

trzymała na biodrze, starsze, mniej więcej pięcioletnie, stanęło tuż za nią. 

Kyle zgasił  silnik i stanął w  otwartych drzwiach samochodu.  Carrie także 

wysiadła. Zaskoczył ją panujący na zewnątrz upał. 

- Dzień, dobry - kobieta osłoniła oczy dłonią. - Co mogę dla państwa zrobić? 

- Czy mogłaby nam pani powiedzieć, jak dojechać do Paryża? - zapytał Kyle 

w nadziei, że odnajdzie drogę, jeśli cofnie się po swoich śladach. 

- Och, naturalnie! - kobieta postawiła malucha na ziemi. - Musicie dojechać 

do   drogi   i   skręcić   w   lewo,   a   potem   jechać   ze   trzy   kilometry   aż   zobaczycie 

czerwoną   skrzynkę   na   listy   z   nazwiskiem   Wilson,   napisanym   dużymi   białymi 

literami. 

- Czerwona skrzynka - powtórzył Kyle. 

- Tak. A tuż za skrzynką będzie droga w lewo. 

- Na południe czy na północ? - zainteresował się. 

- Nie wiem, prawdę mówiąc. 

- Proszę mówić dalej - zniecierpliwiła się Carrie. - Znajdziemy tę drogę. 

background image

- Na pewno, jest dobrze oznaczona. Nie da się jej nie zauważyć. 

 - Zobaczymy - szepnął Kyle powątpiewająco. 

- Jest zagrodzona, a na szlabanie wisi napis "Droga zamknięta do odwołania". 

Skręcicie w nią i... 

- Ale ta droga jest zamknięta.

Kobieta machnęła ręką. 

- Jest zamknięta od wiosny. Zanim zabiorą się w końcu do naprawy, minie 

następne parę miesięcy, a chodzi tylko o jedną małą dziurę. 

- Dziurę? - zaniepokoił się Kyle. Carrie zauważyła, że czułym gestem położył 

dłoń na swoim zmaltretowanym już trochę pojeździe. 

- Kilka miesięcy temu ta droga została zalana, ale nie ma większych szkód. 

Jest   całkowicie   przejezdna.   Jeden   gorszy   odcinek   zaczyna   się   jakieś   półtora 

kilometra za znakiem, a potem to już gładko dojedziecie do Paryża. 

W   tym   momencie   Carrie   spostrzegła   zbliżający   się   do   gospodarskich 

zabudowań tuman kurzu. 

-   O,   jedzie   Joe!   -   powiedziała   kobieta.   -   To   mój   mąż.   On   pewnie   lepiej 

wytłumaczy wam, jak jechać. To znaczy, jeśli możecie chwilę zaczekać. 

- Zaczekamy, oczywiście - Kyle spojrzał znacząco na Carrie. - Kobiety nigdy 

nie potrafią dobrze wskazać drogi - mruknął pod nosem. 

- Co masz na myśli? - Carrie była gotowa przystąpić do obrony swej płci. - 

Uważam, że kobieta tak samo dobrze pokaże drogę, jeśli ją zna, jak mężczyzna. 

- Nie kłóćmy się, dobrze? - rzucił Kyle niecierpliwie. 

- Świetnie, nie będziemy się kłócić, tylko powiedz mi, co miałeś na myśli. 

- Proszę bardzo. Kobiety nie wiedzą, gdzie jest wschód, a gdzie zachód, i 

opisują wszystko według jakichś śmiesznych punktów odniesienia.

- Śmiesznych punktów odniesienia? 

- Na przykład jakich? 

background image

-   Jeśli   chcesz   wiedzieć,   kobieta   każe   ci   skręcić   w   lewo   przy   drogerii   na 

głównej ulicy. Mężczyzna powie ci, żebyś szła na wschód. 

- To chyba na jedno wychodzi, jeśli kierunek się zgadza? 

-   Nie   -   odparł   Kyle   dumnie.   -   Mężczyźni   nie   zauważają   drogerii   ani 

czerwonych skrzynek na listy. 

 - Jasne, każdy facet to urodzony Meriwether Lewis. Jaka szkoda, że już po 

południu musimy być w Dallas i nie możemy czekać, aż poprowadzisz nas tam 

według gwiazd. 

Kyle zacisnął zęby, aż zagrały mu mięśnie twarzy. Spojrzał na nią zwężonymi 

złością oczami.

- Jesteś niemożliwa. 

- Ja? - Carrie odsunęła się od samochodu i trzasnęła drzwiami. 

Kyle   również   zatrzasnął   swoje.   Przez   chwilę   mierzyli   się   nawzajem 

gniewnym   spojrzeniem.   Ten   niemy   pojedynek   przerwało   pojawienie   się   na 

podjeździe innego samochodu. Kyle oderwał wzrok od Carrie dopiero wtedy, kiedy 

podszedł do nich gospodarz farmy. Był to mężczyzna w średnim wieku. Miał na 

sobie dżinsy, kraciastą koszulę i kapelusz z szerokim rondem. 

- Kyle Harris - Kyle wyciągnął do niego rękę - a to jest Carrie Jamison. 

Zatrzymaliśmy się, żeby zapytać o drogę. 

- Joe Brighton - farmer zdjął rękawice robocze z rąk i wymienił z Kyle'em 

uścisk dłoni. Skłonił się w stronę Carrie, dotykając kapelusza. - Wejdźcie, proszę, 

do środka. Straszny dzisiaj upał. 

Kyle zawahał się. 

- Nie chcielibyśmy przeszkadzać. 

- Żaden problem. - Joe po dwa schodki wskoczył na ganek. - To nasz Adam - 

sięgnął po młodszego syna. - A ta piękna kobieta to moja żona Kate - pocałował ją 

w policzek. 

background image

Starszy   chłopiec   zaprotestował   głośno,   wyciągając   do   niego   ręce.   Ojciec 

złapał go wpół i posadził sobie na biodrze. 

- A ten mały, co ciągle wierzga, to Seth. - Pchnął drzwi do dużej rodzinnej 

kuchni. 

- Miło mi cię poznać, Kate: - Carrie uśmiechnęła się, patrząc na figlującą 

rodzinkę. Złość nagle jej przeszła. Spojrzała na Kyle'a przepraszająco. On także 

zdawał się żałować ich niedawnej wymiany zdań. 

- Musicie umierać z pragnienia. - Kate wyjęła z lodówki wysoki dzbanek z 

mrożoną herbatą. 

Joe wskazał im miejsca  przy stole i poszedł się umyć,  zabierając ze sobą 

chłopców. Kate napełniła szklanki herbatą z lodem i postawiła je na stole. 

- Nie chcielibyśmy sprawiać kłopotu - Carrie czuła, że powinna powiedzieć 

coś w tym rodzaju. 

-   To   naprawdę   żaden   kłopot.   Nieczęsto   mamy   gości.   Mam   nadzieję,   że 

zostaniecie na lunchu. Wystarczy dla wszystkich. 

- Dziękujemy za zaproszenie, ale nie możemy go przyjąć. Musimy jechać, 

żeby zdążyć do Dallas przed wieczorem. 

Kate podniosła pokrywkę na wielkim garze gotującej się zupy. Rozkoszny 

zapach rozszedł się po pomieszczeniu. Carrie aż uniosła się na krześle. 

- Mamy  mnóstwo  jedzenia  - nalegała  Kate. - Zrobiłam pieczeń wołową  z 

kaszą jęczmienną i upiekłam ulubioną szarlotkę Joego. 

- Z drugiej strony - Carrie spojrzała błagalnie na Kyle'a - już jesteśmy trochę 

spóźnieni.   Jeszcze   parę   chwil   zwłoki   nie   zrobi   większej   różnicy,   prawda?   - 

zatrzepotała długimi rzęsami. 

Miała nadzieję, że Kyle przypomni sobie, że jeszcze nic dzisiaj nie jedli. Sama 

umierała z głodu i wiedziała, że może minąć kilka godzin, zanim natkną się na 

jakiś bar. 

background image

- Bardzo prosimy - poparł żonę Joe, wchodząc do kuchni i obejmując ją w 

pasie. Pieszczotliwie potarł nosem o jej kark. - Jak się dzisiaj czujesz? - przyjrzał 

się jej z bliska. 

- Świetnie, Joe. Naprawdę, można by pomyśleć, że jestem jedyną kobietą na 

całym   świecie,   która   zaszła   w   ciążę.   Jak   się   już   pewnie   domyśliliście,   mamy 

jeszcze jedno w drodze. To dopiero trzeci miesiąc, a on już się martwi. 

Joe puścił ją na chwilę, wychylił całą szklankę mrożonej herbaty i nalał sobie 

następną. 

- Nie wiem już, co robić z tą kobietą - wydaje na świat samych chłopców. - 

Kate popatrzyła na męża pełnym miłości spojrzeniem kobiety szczęśliwej, a on 

ponownie   czule   ją   objął.   -   Powiedziałem,   że   nie   dam   jej   spokoju,   dopóki   nie 

dostanę obiecanej córki. 

- Niczego nie obiecywałam, Josephie Brighton - zaśmiała się Kate. 

- Mogę w czymś pomóc? - Carrie podała jej szklankę herbaty. 

- Owszem, możemy razem zrobić kanapki. 

- Panie zajmą się lunchem - Joe zwrócił się do Kyle'a - a ja narysuję wam 

mapę. W ten sposób najszybciej znajdziecie główną drogę. 

- Świetnie. - Kyle wszedł za gospodarzem do drugiego pokoju. 

Carrie natychmiast  polubiła uroczą gospodynię. Po chwili śmiały  się już i 

żartowały w najlepsze, przygotowując posiłek. 

- Zdziwiłam się, że ty i Kyle nie jesteście małżeństwem - powiedziała Kate, 

krojąc pomidory na nieprawdopodobnie cienkie plasterki. - Patrzycie na siebie tym 

szczególnym wzrokiem. Tak, jak Joe patrzy na mnie, kiedy chłopcy już śpią, a on 

ma ochotę usiąść na ganku i pogadać. 

- My tylko razem pracujemy. - Carrie miała nadzieję, ze wystarczy to za całe 

wyjaśnienie. 

Kate przerwała krojenie. 

background image

- Nic poza tym was nie łączy? 

Carrie nie wiedziała, co powiedzieć. Skupiła się na smarowaniu majonezem 

grubych pajd domowego chleba. 

- Raczej ... nie. 

- Rozumiem, nie ma o czym mówić. Nie chciałam się wtrącać ... Przepraszam. 

- Nie ma za co. 

Ale   Kate   uświadomiła   jej   to,   czego   Carrie   najbardziej   się   obawiała.   Kyle 

coraz bardziej się jej podobał. I to było widać. 

Z   drugiego   pokoju   dobiegały   wybuchy   histerycznego   śmiechu   dwojga 

malców. Kate uśmiechnęła się porozumiewawczo do Carrie. 

- Joe przepada za dzieciakami. Czasem wieczorem tak ich rozbawi, że nie 

chcą iść do łóżek. 

Teraz   w   sąsiednim   pokoju   rżały   dwa   dzikie   rumaki.   Carrie   nie   mogła 

powstrzymać śmiechu. Podeszła cicho do drzwi i jej oczom ukazała się taka oto 

scenka:   Kyle   i   Joe   galopowali   po   pokoju   na   czworakach,   ujeżdżani   przez 

piszczących z radości Setha i Adama. Panowie bawili się niemal równie dobrze, 

nacierając na siebie nawzajem. 

Zafascynowana nie mogła oderwać oczu od Kyle'a. Wyglądał tak naturalnie i 

swobodnie, bawiąc się z dziećmi na podłodze. Serce zaczęło jej mocniej bić i nagle 

poczuła, że napływają jej do oczu bez żadnego powodu piekące łzy. Zamrugała, nie 

pozwalając im spłynąć i opanowała się z trudem. 

Gdyby myślała o takich rzeczach wcześniej, na pewno doszłaby do wniosku, 

że   Kyle   nie   może   mieć   dobrego   kontaktu   z   dziećmi;   był   zawsze   tak   strasznie 

poważny i sztywny. Nie mogłaby się bardziej pomylić. Obraz, jaki stworzyła na 

podstawie   swoich   uprzedzeń,   rozpadał   się   na   kawałki.   Zza   niego   wyłaniał   się 

prawdziwy człowiek - atrakcyjny, pełen ciepła mężczyzna. 

Kyle musiał poczuć na sobie jej wzrok, bo odwrócił się gwałtownie i spojrzał 

background image

jej w oczy. Znieruchomiał na moment, przez co Seth omal nie wypadł ze swojego 

"siodła".   Kyle   złapał   go   i   z   ociąganiem   wrócił   do   zabawy,   ale   zanim   usiedli 

wszyscy do lunchu, jeszcze dwa razy na nią spojrzał. 

Carrie przebrnęła jakoś przez posiłek. Śmiała się, żartowała i robiła wszystko, 

żeby nie patrzeć na Kyle'a. Bała się, że zdradzi się przed nim ze swoimi uczuciami, 

co do których sama nie miała jeszcze pewności. 

Potem cała rodzina Brightonów odprowadziła ich do samochodu. Kyle i Joe 

wymienili uścisk dłoni, Carrie i Kate uścisnęły się serdecznie. Kiedy odjeżdżali, 

obaj   chłopcy   uderzyli   w   płacz   z   żalu   za   gośćmi,   ale   chyba   przede   wszystkim 

dlatego, że byli już gotowi do popołudniowej drzemki. 

Kiedy ruszyli w drogę, Kyle podał Carrie narysowaną przez Joego mapę. 

- Wierz mi lub nie, ale ta zamknięta droga to rzeczywiście najlepszy sposób, 

żeby dojechać do szosy. 

- Kate powiedziała dokładnie to samo, czyż nie? 

- To prawda - przyznał Kyle. 

- Niepokoi cię to podmycie? 

- Będę uważał. 

Carrie założyła ręce i westchnęła ciężko. 

- Biorąc pod uwagę pecha, jaki prześladuje nas w tej podróży, nie umiem 

podzielać twojego optymizmu. 

- Wszystko będzie dobrze. - Kyle sięgnął, po jej rękę i delikatnie ją pocałował. 

Carrie nagle zorientowała się, co właśnie zrobił, i gwałtownie wyrwała dłoń. 

Żadne z nich się nie odzywało. Carrie wskazała czerwoną skrzynkę na listy, o 

której wspomniała Kate, i dziesięć sekund później minęli szlaban i znak z napisem. 

Cisza stawała się krępująca. Kyle chrząknął. 

-   Chciałbym   wiedzieć,   co   takiego   zaszło   u   Brightonów,   że   tak   mi   się 

przyglądałaś? 

background image

Zakłopotana,   Carrie   w   pomieszaniu   spuściła   głowę.   Kiedy   ją   podniosła, 

zobaczyła z przerażeniem, że Kyle jedzie prosto na barierkę, zagradzającą potężną 

wyrwę w nawierzchni. 

Krzyknęła przeraźliwie i zasłoniła twarz rękami. 

Kyle raptownie skręcił w prawo. Samochód zatańczył na drodze i zatrzymał 

się gwałtownie, rzucając Carrie do przodu. Tylko pas uchronił ją przed rozbiciem 

głowy o przednią szybę. 

- Carrie, na Boga! 

Zanim zdołała zaczerpnąć powietrza, żeby coś powiedzieć, Kyle chwycił ją w 

ramiona. 

- Nic ci nie jest? - obrzucił jąniespokojnym, badawczym spojrzeniem. 

- Nie. Nie. Wszystko w porządku. 

Kyle przycisnął ją mocno do piersi i zadrżał. Dłuższą chwilę trzymał ją w tym 

niedźwiedzim uścisku. W końcu z westchnieniem ulgi wypuścił ją z objęć. 

-   A   tobie   nic   się   nie   stało?   -   Carrie   była   zaskoczona,   słysząc   swój   głos: 

brzmiał tak słabo i obco. 

- Nie. Wszystko w porządku - pogładził ją po plecach. - Tak mi namieszałaś w 

głowie, że nie panuję już nawet nad samochodem. 

-   A   więc   to   wszystko   moja   wina?   -   Rzeczywiście   potrafił   odwrócić   kota 

ogonem. Tym razem jednak Carrie była bardziej rozbawiona niż zła. Zresztą nie 

potrafiła się długo złościć, kiedy trzymał ją w ramionach. 

- Nie - wyszeptał w jej włosy. - Tylko i wyłącznie moja. 

Odsunęli się od siebie niechętnie, jakby ten mały wypadek dostarczył im w 

końcu okazji do tego, na co czekali przez cały dzień - rzucenia się sobie w objęcia. 

Patrzenia w oczy. Poznania niezbadanych rejonów wzajemnej fascynacji. 

Kyle wysiadł, żeby sprawdzić, w jakim stanie jest bmw. Carrie także wyszła z 

samochodu.   Odetchnęła   z   ulgą,   kiedy   zobaczyła,   jak   niewiele   brakowało,   żeby 

background image

rozbili się na barierce. Skręcając, Kyle zdołał uniknąć katastrofy. Niestety, wjechał 

w trzęsawisko. 

-   Damy   radę   wyciągnąć   samochód   na   drogę?   -   spytała   Carrie   z 

powątpiewaniem. 

Jej buty już zdążyły nasiąknąć wodą i wydawały chlupoczące dźwięki przy 

każdym kroku. Wokół unosiła się niemiła woń wilgoci. 

- Nie dowiemy się, póki nie spróbujemy. - Usiadł za kierownicą. 

Carrie stanęła na poboczu, by obserwować jego działania. Wiedziała, że nie 

jest to odpowiedni moment, żeby udzielać zbawiennych rad, więc postanowiła na 

razie trzymać język za zębami. Zresztą w pierwszej chwili wyglądało na to, że Kyle 

nie   będzie   miał   większych   kłopotów   z   wyjechaniem   na   drogę.   Bmw   odpaliło 

natychmiast   z   rykiem   silnika.   Kyle   wrzucił   bieg   i   powoli,   ostrożnie   ruszył   do 

przodu. Był zaledwie kilkanaście centymetrów od jezdni, kiedy koła zabuksowały 

w   gliniastym   podłożu.   Kyle   spróbował   jeszcze   raz,   bez   skutku.   Wysiadł   z 

samochodu. 

- Musimy go wypchać - powiedział, sprawdzając opony - inaczej zakopiemy 

cały tył. 

- Myślisz, że nam się uda? - Carrie wydało się to mało prawdopodobne. 

- Cóż, nie mamy wyboru. 

Byłoby lepiej, gdyby tego nie mówił. Joe twierdził, że bez problemu zdążą do 

Dallas   na   koktajl,   ale   Carrie   dałaby   pięć   lat   życia,   żeby   móc   najpierw   zrobić 

zakupy w sklepie z normalną damską odzieżą.

Kyle   stanął   w   otwartych   drzwiach   samochodu   i,   jedną   ręką   operując 

kierownicą, z całej siły pchnął bmw do przodu. 

- Pomogę ci! - wykrzyknęła Carrie. 

Chwyciła za tylny błotnik i naparła na samochód. Dała z siebie wszystko, a w 

tej chwili było to całkiem sporo. Ruszyłaby z miejsca czołg, gdyby od tego zależało 

background image

dotarcie do upragnionej cywilizacji. 

Powoli, z wysiłkiem, bmw podjechało kawałeczek do przodu. Carrie wydała 

triumfalny okrzyk. Niestety, dobra passa nie trwała długo: samochód stoczył się z 

powrotem w grzęzawisko. 

- Jeszcze raz! -zachęcił ją Kyle. 

Carrie stała już po kostki w błocie, ale nie zważając na to pchała i pchała, aż 

wystąpiły   na   nią   siódme   poty.   Kyle   wytężył   wszystkie   siły.   Samochód   znowu 

drgnął, i znowu osunął się w dół. Kyle krzyknął jeszcze raz i bmw nagle skoczyło 

do przodu. Carrie, zupełnie się tego nie spodziewając, straciła równowagę i runęła 

twarzą w gęste błoto. 

Przez chwilę leżała bez ruchu. 

- Carrle? 

Niezdarnie podniosła się na czworaki. Kyle chwycił ją w pasie i wyciągnął z 

grzęzawiska, a następnie, starając się trzymać ją z daleka od siebie, wyniósł na 

drogę i postawił na twardym gruncie. Od stóp do głów była oblepiona mułem. 

- Nie ruszaj się! - krzyknął Kyle i rzucił się do bagażnika. 

Wyciągnął koc i ostrożnie wytarł jej twarz. 

Carrie otworzyła usta i zaczęła kaszleć i pluć. Powoli odzyskiwała panowanie 

nad sobą. Teraz Kyle zajął się jej rękami. 

- Jeśli będziesz się śmiał, przysięgam, że nigdy ci nie wybaczę - powiedziała 

ponuro. 

- Nie mam najmniejszego zamiaru się śmiać - na potwierdzenie szczerości 

tych słów pocałował ją w czoło. 

- Ale masz ochotę. - Ciągle trzymała ręce sztywno rozstawione, mimo że były 

już prawie czyste. 

- Nie, Carrie, nie mam wcale ochoty śmiać się z ciebie - powiedział Kyle 

poważnie i ryknął śmiechem. 

background image

- Przestań, dobrze ci radzę. 

- Masz rację - wykrztusił Kyle z trudem. - To poważna sprawa. - Odsunął się 

trochę i przyjrzał jej dokładnie. Pokręcił głową. - Będziesz musiała się przebrać. 

  - W co, na litość boską? Kupiłam tylko jeden zestaw i trzymałam go na 

wieczorną imprezę. Nie rozmawiałam z Cathie od wyjazdu, więc nie wie, że będę 

potrzebowała ubrań. Zresztą przy moim pechu pewnie pracuje na dwie zmiany! 

- Och, nie martw się na zapas - Kyle zmarszczył brwi w głębokim namyśle. - 

Do   czasu,   kiedy   przyjedziemy   do   Dallas,   błoto   na   pewno   wyschnie   i   samo 

odpadnie. 

Carrie po raz pierwszy spojrzała w dół i przekonała się, że od ramion do stóp 

jest ciągle pokryta mułem. 

- Wyglądam jak narzeczona Frankensteina - jęknęła .. 

A więc pojawi się na oficjalnym przyjęciu, wśród wszystkich tych ważnych 

ludzi w takim stanie, jakby zapomniała wziąć prysznic po kąpieli błotnej. 

Kyle zorientował się, że miara jej goryczy właśnie się przebrała. 

- Kochanie, tak mi przykro - powiedział skruszony i podszedł do niej. - To 

wszystko moja wina. 

Nie zważając na swoje stosunkowo jeszcze czyste ubranie, objął ją i zaczął 

pocieszać. Carrie skwapliwie przytuliła się do niego, wcierając błoto w jego czystą 

koszulę, i rozpaczliwie załkała. 

- Kupię ci inne ubranie jeszcze przed Dallas - obiecał.

- Muszę się wykąpać. 

- Znajdziemy coś. 

- Gdzie? 

- Nie wiem, ale zaufaj mi. Dobrze już? 

Carrie kiwnęła głową. Od razu poczuła się lepiej. 

- Powiedziałeś do mnie "kochanie". 

background image

- Naprawdę? 

Kiwnęła głową. 

- Tak właśnie chciałem powiedzieć. - Wyciągnął jej długie źdźbło bagiennej 

trawy zza ucha. - Pewnie mi nie uwierzysz, ale jeszcze nigdy nie wyglądałaś tak 

pięknie, jak w tej chwili. 

- Rzeczywiście, nie wierzę ci. 

Kyle ujął ją pod brodę, uniósł jej twarz i pocałował w usta. Skrzywił się. 

 - Niestety, zalatujesz jaszczurką. 

Oboje wybuchnęli śmiechem i długo nie mogli się uspokoić. Potem usiedli na 

drodze,   aby   zebrać   siły   przed   dalszą   podróżą.   Dopiero   po   piętnastu   minutach 

ruszyli w drogę. 

Do Dallas dotarli pół godziny przed rozpoczęciem przyjęcia. Kyle dotrzymał 

słowa. Zatrzymali się na przedmieściu, gdzie Carrie kupiła meksykańską suknię z 

obcisłym stanikiem i skórzane sandałki. Gorzej było z kąpielą, ale w końcu trafili 

na   kemping,   gdzie   za   niewielką   opłatą   Carrie   mogła   się   odświeżyć.   Na   razie 

odpuściła sobie pranie, ale nie miała zamiaru pojawić się w eleganckim hotelu, 

wyglądając jak bezdomna. 

Recepcjonista   wręczył   im   klucze   do   pokoi,   uśmiechając   się   gościnnym 

uśmiechem południowca. 

- Zaraz zadzwonię na bagażowego. 

- Nie ma potrzeby - Kyle zabrał oba klucze. 

- Skradziono nam bagaż - wyjaśniła Carrie. 

- Och, to przykre. Zawiadomili państwo policję? 

- Policja już tam była. Widzi pan, zostaliśmy porwani przez takiego faceta, 

którego chyba widziałam wcześniej w ,,Niewyjaśnionych tajemnicach". A potem 

aresztowali Kyle'a za przechodzenie przez jezdnię w niedozwolonym miejscu - co 

background image

było oczywiście śmieszne, ale musieli sprawdzić, czy mówimy prawdę ... 

- Byli państwo porwani? Aresztowani? 

- Carrie - mruknął Kyle - tego pana naprawdę nie interesują nasze problemy. 

- Chciałam tylko wyjaśnić, dlaczego nie mamy bagażu. - Carrie zrozumiała, że 

zrobiła z siebie idiotkę, ale była taka szczęśliwa, że w końcu dotarli na miejsce. 

Czuła się tak, jakby zdała egzamin w szkole przetrwania i czekała, aż ktoś wręczy 

jej nagrodę. 

Kyle utorował jej drogę przez zatłoczony hol i podał klucz do pokoju. 

Carrie   rozglądała   się   wokół,   zachwycona   swym   cudownym   ocaleniem   i 

powrotem do normalnego życia. 

Sala   bankietowa   była   po   prawej   stronie,   w   luksusowym,   pełnym   zieleni 

atrium.   Naprzeciwko,   po   lewej,   znajdowała   się   restauracja.   Carrie   natychmiast 

przypomniała sobie, że od dawna nie miała nic w ustach. 

- Na którym piętrze masz pokój? - Kyle oglądał swój klucz. 

- Na dziesiątym. A ty? 

- Na piętnastym. 

Weszli do windy i nacisnęli odpowiednie guziki. Winda ruszyła i zatrzymała 

się dopiero na dziesiątym piętrze. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie. 

- To chyba tutaj - Carrie ponownie sprawdziła klucz. 

- To na razie - Kyle przytrzymał drzwi. 

- Na razie - powtórzyła. 

Nagle   poczuła,   że   nie   chce   się   z   nim   rozstawać,   co   było   dość   niemądre. 

Ociągając się, wyszła z windy. 

- Idziesz na przyjęcie? 

- Tak, a ty? 

- Ja też przyjdę - powiedziała szybko. 

Jakkolwiek głupie by to było, oddałaby swoją miesięczną pensję, byle tylko 

background image

usłyszeć   w   recepcji,   że   hotel   jest   pełny   i   został   tylko   jeden   wolny   pokój,   z 

małżeńskim łóżkiem. 

- To do zobaczenia na przyjęciu - Kyle odsunął się od drzwi, które zaczęły się 

zamykać. 

Carrie pospiesznie znowu je zablokowała. 

- Łatwo będzie mnie zauważyć - powiedziała. - Będę ubrana jak siostra Maria 

z "Dźwięków muzyki". 

Kyle zachichotał i Carrie puściła drzwi. 

Odnalazła swój pokój i natychmiast wzięła długi, gorący prysznic, mimo że 

kąpała się najwyżej dwie godziny temu. Odprężona, owinęła się w znaleziony w 

łazience wielki frotowy szlafrok. Z niewielkiej lodówki wmontowanej  w nocną 

szafkę wyciągnęła malutką butelkę wina, za którą, pomyślała, z pewnością zapłaci 

fortunę. Tycia puszeczka solonych orzeszków kosztowała prawie osiem dolarów. 

Nie spojrzała na listę cen, bo gdyby je poznała, niczego nie byłaby w stanie ruszyć. 

Wychowana w bogobojnej, praktykującej rodzinie, Carrie prawie nie brała do 

ust alkoholu. Tego wieczora jednak postanowiła zrobić wyjątek. 

Wino   było   zaskakująco   dobre   i   okazało   się   dokładnie   tym,   czego 

potrzebowała.   Sprawdziła,   która   godzina   i   poszła   do   łazienki.   Ubrała   się   i 

umalowała. Skończywszy, przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze. Jak też widzi ją 

teraz   Kyle?   Czy   ciągle   uważają   za   kulę   u   nogi,  czy   zobaczył   w   niej   piękno   i 

powab? Carrie zamknęła oczy, gorąco modląc się o to drugie. 

Kiedy Carrie pojawiła się na dole, przyjęcie było już w toku. Zgłosiła swoją 

obecność   na   konferencji   i   przypięła   do   piersi   plakietkę,   a   następnie   stanęła   w 

przejściu, szukając w tłumie twarzy Kyle'a. Nigdzie jednak nie było go widać. 

Carrie westchnęła i weszła na salę.

Nie spotkała nikogo znajomego, więc kupiła jeszcze jeden kieliszek białego 

background image

wina. Chciała jak najszybciej znaleźć Kyle' a. Spędzili razem ostatnie trzy dni, 

próbując   znaleźć   wspólny   język,   i   w   tym   czasie   Carrie   tak   zdążyła   się 

przyzwyczaić   do   jego   obecności,   że   bez   niego   czegoś   jej   brakowało.   Miała 

wrażenie, że kiedy nie ma go obok, ginie jakaś cząstka jej samej. 

Z kieliszkiem wina w ręce przeszła się po sali, obserwując zgromadzonych 

ludzi.   Rozpoznała   kilka   widniejących   na   plakietkach   nazwisk,   należących   do 

legend branży, których od lat podziwiała, słuchała i naśladowała. 

- Carrie! 

Odwróciła się i zobaczyła Toma Atkinsa. Podszedł do niej z uśmiechem na 

twarzy. 

- Tom! - ucieszyła się. - Tak się cieszę, że cię widzę! 

Zaśmiał się i uściskał ją serdecznie. 

- Do licha, a ja jeszcze bardziej! Powiedz mi teraz wszystko o tym człowieku, 

który tak zatruwa ci życie w pracy. 

- Och, Kyle nie jest taki zły ... - Carrie próbowała sobie przypomnieć, co 

właściwie naopowiadała Tomowi. 

- A mówiłaś, że jest okropny, że nie da się z nim pracować. Twierdziłaś, że 

niewiele brakuje, żebyś przez niego straciła pracę. Wygląda na to, że to wyjątkowy 

drań. 

Właśnie wtedy Carrie zauważyła Kyle'a. Tak się ucieszyła, że ledwo mogła 

się powstrzymać, żeby nie rzucić mu się w ramiona. 

- Kyle - zawołała i podniosła rękę, by zwrócić jego uwagę. 

Kyle dostrzegł ją, a zaraz potem Toma. Przez chwilę jego wzrok wędrował od 

jednego do drugiego. Podszedł do nich. 

- Tom Atkins. A to jest Kyle Harris - powiedziała Carrie, wsuwając rękę pod 

ramię Kyle' a. 

Teraz Tom wyglądał na zdezorientowanego. 

background image

- To jest ten drań, o którym mi opowiadałaś? 

Rozdział 8

Kyle był wściekły. Wyszedł na kompletnego  dupka przed Carrie. Tak mu 

odbiło na jej punkcie, że prawie zjechał z drogi. A ona, skoro, tylko przyjechali do 

Dallas, zaczęła robić słodkie oczy do innego faceta. 

Skorzystał z pierwszej okazji, żeby się pożegnać, i zostawił Carrie pod opieką 

jej kowboja. Od tej chwili wieczór zaczął zamieniać się w piekło. Wszystko byłoby 

dobrze, gdyby tylko mógł przestać o niej myśleć. Ale nie mógł. Trzy dni z Carrie i 

nie mógł już myśleć o niczym innym. Całkiem odebrało mu rozum. 

Powinien starać się nawiązać tu jak najwięcej kontaktów, mieć oczy i uszy 

szeroko otwarte i szukać nowej pracy. Nie wiadomo przecież, czy po powrocie do 

Kansas jego stanowisko będzie na pewno na niego czekało. 

Zapomniał,   jak   zmienne   potrafią   być   kobiety.   Zszedł   do   baru   i   zamówił 

podwójną szkocką. Krążył po sali, czekając, aż roztopi się lód, po czym zrobił 

pierwszy   łyk.   Whisky   na   moment   objęła   płomieniem   gardło   i   przełyk.   Kyle 

skrzywił się - sam nie wiedział, czemu zamówił szkocką, której nie cierpiał. 

A odpowiedź była prosta: Carrie. 

Zobaczył ją, pochyloną nad stolikiem, twarzą w twarz z Tomem Atkinsem. 

Nie wyglądała jak żadna z zakonnic; które dotąd widział. Owszem, spódnicę miała 

długą i czarną, ale tak obcisłą, że opinała wszystkie kobiece krągłości, jakby Carrie 

została w nią zapakowana metodą próżniową. 

Było źle, i czuł, że będzie jeszcze gorzej, jeśli nie weźmie się w garść i nie 

przestanie wpatrywać w nią z daleka, jak zakochany szczeniak. 

Samotny saksofon nawoływał w oddali. Długie, głębokie dźwięki zwiastowały 

bluesa. Odpowiednia muzyka dla kogoś, kto właśnie dostał cegłą w głowę. Dopił 

background image

whisky i odniósł szklankę do baru. Barman chciał mu nalać następną, ale Kyle był 

na tyle przytomny, żeby go powstrzymać. 

- Nie napije się pan jeszcze jednego? 

- Nie. Proszę całą tę butelkę, czy co tam w niej zostało. 

- Butelkę? -. powtórzył barman, ze zrozumieniem unosząc brwi. - A więc 

chyba kryje się za tym kobieta. 

- Jak zawsze - Kyle zaśmiał się ponuro. 

Podpisał się i opuścił przyjęcie, zabierając butelkę do pokoju. 

Kyle nigdy nie pił dużo, ale zdarzały się dni, kiedy pocieszenie mógł znaleźć 

tylko na dnie butelki. Rano drogo płacił za chwile słabości, jednak wieczorem ani 

trochę o to nie dbał. Zresztą rzadko się zdarzało, żeby Kyle Harris, uosobienie 

rozsądku i odpowiedzialności, musiał przyznać, że zachował się jak głupiec. 

Stojąca przy windzie para spojrzała na niego zdumiona, ale Kyle nie zwrócił 

na nich najmniejszej uwagi. Niech sobie myślą, co tylko chcą. Podniósł butelkę do 

ust i pociągnął spory łyk szkockiej. Wyszczerzył zęby i potrząsnął głową. Jeśli ma 

zamiar wypić więcej, lepiej żeby polubił ten trunek. 

Pokój był ciemny i pusty. Kyle zapalił jedną, słabą lampę. Cienie poruszyły 

się i znieruchomiały, kiedy usiadł pod przeciwległą ścianą i postawił butelkę na 

stole. Rozluźnił krawat i rozpiął górny guzik swej dobrze wykrochmalonej koszuli. 

Nadszedł czas, żeby się porządnie upić. 

Szukał właśnie szklanki, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Kyle nie życzył 

sobie towarzystwa i nie ruszył się z miejsca. Nie miał ochoty z nikim rozmawiać. 

Pukanie rozległo się znowu, głośniej i bardziej stanowczo. 

- Daj spokój, Kyle, wiem, że tam jesteś. 

Carrie. 

Kyle drgnął. Wstał i otworzył drzwi. Przez chwilę w milczeniu patrzyli sobie 

w oczy. 

background image

- Czego chcesz? - zapytał uprzejmie. 

- Porozmawiać. 

- Innym razem - burknął i zaczął zamykać drzwi. 

Carrie   jednak  zdążyła  wstawić  w  nie  stopę.  Do  diabła  z  tymi  jej  oczami, 

pomyślał. Wielkie, ciemne, błyszczące patrzyły prosto w jego twarz. Poczuł się tak, 

jakby maltretował sarenkę Bambi z kreskówek Disneya. 

- Proszę - powiedziała miękko. 

Kyle wzruszył ramionami i odsunął się od drzwi. Carrie niepewnie weszła do 

pokoju,   usiadła   na   krześle   i   oparła   nogi   o   łóżko,   eksponując   wielkie,   czarne 

buciska. Zauważyła, że Kyle przygląda im się z odrazą. 

- Masz coś przeciw temu, żebym je zdjęła? Nóg nie czuję. 

- Nie krępuj się. 

Carrie zrzuciła buty i poruszyła obciągniętymi nylonem palcami stóp. Kyle 

poszedł do łazienki i po chwili wrócił ze szklanką. 

- Przynieś drugą - zażądała. 

- Pijesz mocne alkohole? - zdumiał się. 

- Na ogół nie, ale tu nic innego nie ma. 

Kyle niechętnie spełnił jej polecenie. Postawił obie szklanki na stole, a Carrie 

sięgnęła po butelkę i nalała do nich spore porcje whisky. Pierwsza sięgnęła po 

swoją porcję. Kyle obserwował ją spod oka, ciekaw, jak zareaguje na alkohol. 

Musiał jednak przyznać, że była niezła. Oczy zaszły jej lekko łzami i to wszystko. 

Zamrugała, wstrzymała na moment oddech i powoli wypuściła powietrze. 

Kyle usiadł obok niej. 

- Chciałaś porozmawiać? 

- Tak - głos Carrie zdawał się dochodzić z dna studni. 

Pociągnęła jeszcze jeden łyk ze swojej szklanki, zakrztusiła się i dostała ataku 

kaszlu. Kyle klepnął ją parę razy po plecach. 

background image

- Wszystko w porządku. 

Kiwnęła głową. 

- Chyba tak. Co to jest? Ścieki z zakładów chemicznych? 

- Szkocka whisky. 

-   Och.   -   Zaczęła   się   przyglądać   zawartości   szklanki,   jakby   chciała   z   niej 

odczytać przyszłość. 

Kyle domyślił się, że próbuje zebrać się na odwagę. 

- Chciałam tylko wyjaśnić ... Dziś wieczorem… Widzisz, znam Toma jeszcze 

z college'u i przed zjazdem poprosiłam go… 

- Nie interesują mnie twoje szkolne miłości. - Kyle nie miał ochoty słuchać 

żadnych zwierzeń. 

- Kyle - wyrzekła miękko. Jej oczy zdawały się świecić własnym światłem. - 

Jesteś zazdrosny. 

W   pierwszej   chwili   Kyle   miał   zamiar   gorąco   zaprzeczyć,   ale   czuł   że   to 

niewiele da. 

- Myśl sobie co chcesz. - Sięgnął po szklankę i pociągnął z niej haust whisky. 

-   Jesteśmy   starymi   przyjaciółmi   z   college'u   -   zaakcentowała   słowo 

"przyjaciółmi". 

- Świetnie - spojrzał na zegarek, chcąc sprawić wrażenie, że śpieszy się na 

spotkanie, ma dużo do roboty, a przez nią może nie zdążyć. 

W pokoju zrobiło się cicho. Kyle zastanawiał się, jak długo Carrie ma zamiar 

ciągnąć te swoje gierki. 

- Ja  pewnie  też   byłabym  zazdrosna  -  powiedziała  bardzo  cicho   - gdybym 

przyszła na przyjęcie i zobaczyła cię z inną kobietą. 

Kyle słuchał uważnie, usiłując pojąć właściwe znaczenie tych słów. 

Carrle zaczęła wachlować twarz dłonią. 

- Rzeczywiście jest tu tak gorąco, czy to tylko mnie się tak wydaje? 

background image

- Jest gorąco. - Kyle wstał, żeby sprawdzić, czy działa klimatyzacja. Kiedy 

wrócił, zobaczył, że Carrie stoi i rozpina swoją białą bawełnianą bluzkę. - Co ty 

wyprawiasz? - zawołał przerażony. 

Spojrzała na niego i zamrugała niewinnie oczami. 

- Próbuję się ochłodzić. Nie patrz tak na mnie, widziałeś mnie już bardziej 

rozebraną. 

Kyle otworzył usta, by dać wyraz oburzeniu, kiedy zdał sobie sprawę, że ona 

ma rację. Pidżamka, w której niedawno spała, została chyba zaprojektowana na 

potrzeby "Playboya". 

- Ile już dzisiaj wypiłaś? - zapytał. 

To mogło wiele wyjaśnić. Carrie zastanowiła się. Widocznie było nad czym. 

- Parę kieliszków wina - może trzy - i teraz ta szkocka. Nie tak wiele. Nie 

jestem pijana, jeśli o to ci chodzi. W każdym razie nie czuję się pijana - zawahała 

się i przetarła ręką twarz. - Z drugiej strony mogę być odrobinę wstawiona; inaczej 

nie miałabym odwagi do ciebie przyjść. - Wyciągnęła bluzkę ze spódnicy i znowu 

spojrzała na Kyle'a. 

- Masz coś przeciw temu, żebym zdjęła rajstopy? Już zapomniałam, jak źle się 

w nich zawsze czuję. Zazwyczaj noszę pończochy, ale nie mieli ich w tym sklepie 

w Paryżu. 

Nie czekając na odpowiedź, podciągnęła wysoko spódnicę i zebrała ją w talii, 

pokazując uda i długie, zgrabne łydki. Carrie była nieduża i Kyle nigdy nie zwracał 

szczególnej uwagi na jej nogi, ale w tej chwili wydawało mu się, że sięgają jej aż 

po szyję. Nie mógł oderwać od nich oczu. Nerwowo przełknął ślinę. 

Carrie zatknęła kciuki za gumkę rajstop i już miała się z nich wyślizgnąć, 

kiedy   nagle   straciła   równowagę.   Kyle   błyskawicznie   wkroczył   do   akcji.   Z 

rajstopami zsuniętymi do połowy ud, Carrie uderzyłaby głową w podłogę, gdyby 

nie zdążył jej złapać. Przy tym jednak sam zachwiał się niebezpiecznie. Zdążył się 

background image

jeszcze przekręcić tak, aby zamortyzować jej upadek i chwilę później wylądowali 

oboje na łóżku. 

Leżeli tak kilka sekund, oddychając głęboko i patrząc na siebie w milczeniu. 

Carrie, z jednym policzkiem przyciśniętym do materaca, wyglądała na przybitą i 

nieszczęśliwą. 

- Ale namieszałam - szepnęła. 

- Nie, to nie twoja wina - zaprzeczył. 

Sam ledwo słyszał własny głos. Carrie przymknęła oczy. Słowa najwyraźniej 

nie były w stanie jej przekonać, więc Kyle zrobił to, na co miał ochotę od chwili 

kiedy weszła do pokoju. Pocałował ją. 

Był to wielki błąd. 

Kiedy dotknął wargami jej ust zrozumiał, że nic ich nie powstrzyma. 

Jęknął i chwycił ją w ramiona. Poddała się temu skwapliwie, radośnie. Objęła 

go za szyję i z westchnieniem oddała mu pocałunek. Było jej tak dobrze w jego 

ramionach. Kyle nie mógł przestać. 

- Kyle? - odezwała się międ2y pocałunkami. 

-   Hmmm?   -   koniuszkiem   języka   obrysował   kształt   jej   ust   i   znowu   ją 

pocałował. 

- Nic - westchnęła - nieważne. 

Kyle uśmiechnął się do niej i pocałował ją jeszcze raz. Pachniała szkocką 

whisky i kobietą. Oba te zapachy wydały mu się obezwładniające i jednocześnie 

pobudzające. Miał zamiar upić się tego wieczora szkocką, ale teraz już wiedział, że 

woli upajać się Carrie. 

Nie przestając się całować, zaczęli ściągać z siebie nawzajem ubranie. 

Kyle pozbył się już koszuli, ale nie umiał zdjąć krawata, który nie chciał mu 

przejść   przez   ucho.   Carrie   próbowała   mu   pomóc,   ale   bez   powodzenia.   Musiał 

oderwać się od niej na chwilę - co było straszne - i zrobić to samemu. Oddychał z 

background image

trudem. Przy okazji zgasił światło. Noc otuliła ich ciepłą, intymną ciemnością. Była 

to ostatnia chwila, by odzyskać rozsądek. 

- Chcę się z tobą kochać - szepnął, kładąc się obok niej. 

Rozpaczliwie pragnął jej dotknąć, ale nie chciał w żaden sposób wpływać na 

jej decyzję. Jeśli teraz postanowi odejść, nawet nie spróbuje jej zatrzymać, choćby 

nie wiem ile go to kosztowało. Nigdy przedtem nie pragnął tak żadnej kobiety. 

Miał wrażenie, że boli go całe ciało. 

- Wiem - szepnęła Carrie w odpowiedzi. - Ja też tego chcę. 

Usłyszał pożądanie w jej głosie i zrozumiał, że dlatego właśnie przyszła do 

jego pokoju, choć pewnie nigdy by się do tego nie przyznała. 

- Kto by uwierzył... - mruknęła. 

- Uwierzył? - pocałował ją, zastanawiając się jak długo jeszcze wytrzyma.

-   Ty   i   ja?   To   najbardziej   zwariowana,   i   najcudowniejsza   chwila   w   moim 

życiu! 

- Carrie? 

- Hmmm? 

- Cicho bądź. 

Jęknęła,   zanim   jeszcze   jego   wargi   zamknęły   się   wokół   jej   sutka.   Kyle, 

zachwycony   jej   smakiem,   zapachem,   dotykiem,   musnął   językiem   twardniejący 

koniuszek. Zaczął go delikatnie ssać i doświadczył uczucia dzikiej radości, kiedy 

poczuł, że jej kręgosłup wygina się w łuk, a biodra unoszą w górę. 

- Kyle ... proszę ... 

Sama nie wiedziała, o co go prosi, ale Kyle wiedział. Wsunął się między jej 

nogi, czując, że nie wytrzyma już ani chwili dłużej. Rozpaczliwie chciał znaleźć się 

w środku. Jeszcze sekunda, a oszalałby z pragnienia. Uniósł ją lekko i wszedł w nią 

powoli, przeciągając ten rozkoszny moment tak długo, aż przeraził się, że wszystko 

się skończy, zanim się na dobre zacznie. 

background image

Carrie drżała i oddychała pod nim ciężko, starając się dostroić do niego swe 

ciało. Wchodził w nią coraz głębiej, aż dotarł do końca. Zatrzymał się na chwilę, 

znowu przestraszony, że zaraz będzie po wszystkim. Cofnął się i wszedł w nią 

ponownie,   delikatnie   badając   ciepłe,   wilgotne   wnętrze,   które   zdawało   się 

obejmować go ciasno ze wszystkich stron. Zadrżał, a Carrie oplotła go w pasie 

nogami. Uniosła przy tym biodra, co doprowadziło go prawie do szaleństwa. 

- Nie ruszaj się - poprosił, nieruchomiejąc i starając się odzyskać panowanie 

nad swoim ciałem. 

- Ruszaj? - szepnęła, unosząc się ponownie i lekko niespiesznie kręcąc przy 

tym biodrami. 

Kyle jęknął, zacisnął zęby i odrzucił głowę do tyłu. To było silniejsze od 

niego. Prawie nieświadomie wszedł w rytm gwałtownych, silnych pchnięć. Carrie 

wsparła stopy o materac unosząc się i wzdychając przy każdym jego ruchu. 

Kyle nigdy przedtem nie doświadczył takiej przyjemności. Nawet kiedy już 

osiągnął jej najwyższy poziom, ciągle nie mógł się zatrzymać, rozkosz zdawała się 

trwać i trwać, bez końca. Kiedy wreszcie pokonało go zmęczenie, padł na Carrie, z 

trudem chwytając oddech. 

Kiedy odzyskał siły, przewrócił się na bok, pociągając ją za sobą. Pocałowali 

się. Delikatnie wsunął język w jej usta. Przedtem zbyt gwałtownie jej pożądał i nie 

był w stanie przeciągnąć gry wstępnej. 

Spodziewał się, że będzie fajnie, ale rzeczywistość przeszła jego najśmielsze 

oczekiwania.   Teraz,   kiedy   leżeli   zmęczeni   miłością,   wspominał   doskonałą 

harmonię ich ciał. Pod względem fizycznym pasowali do siebie idealnie. Carrie 

była tak gorąca i namiętna, że Kyle był bliski eksplozji już w chwili, gdy rozchyliła 

przed nim kolana. 

Na   samą   myśl   o   tym   poczuł   świeży   przypływ   energii.   Nie   do   wiary   - 

zazwyczaj   zabierało   mu   to   około   godziny.   A   tym   razem   ledwo   skończył,   już 

background image

pragnął jej od nowa. 

Poprzednio usta się Carrie nie zamykały, teraz milczała jak zaklęta. 

- Carrie? Coś się stało? 

- Nie. Wszystko super - szepnęła. - Ty jesteś super. 

Uśmiechnął się do siebie, zadowolony, że nie przeżywał niczego samotnie. 

- To ty jesteś super - ujął jej piersi w dłonie i delikatnie potarł oba sutki. 

Natychmiast zrobiły się twarde jak kamyczki. 

- Pozwól mi - poprosił, pochylając się nad nią - skosztować, jak smakujesz. 

Przedtem nie było czasu, żeby to zrobić jak należy. 

- Ale ... 

Kyle   objął   wargami   jeden   sutek,   a   potem   drugi,   delektując   się   tym   przez 

kilkanaście minut. Carrie już nie protestowała. Oddychając ciężko, wyszeptała jego 

imię. Uśmiechnął się: prosiła o to, co właśnie zamierzał jej dać. Za pierwszy razem 

kochali   się   dziko,   gwałtownie,   spalając   się   prawie   w   tej   miłości.   Kyle   miał 

nadzieję, że teraz będzie czuły i niespieszny, pełen słodyczy. Niestety - nie udało 

się. Napięcie było zbyt duże i rozładowanie znowu nastąpiło znacznie szybciej, niż 

się spodziewał, szybciej niż tego chciał. 

Potem zasnęli. Kyle obudził się w środku nocy i spojrzał na stojący obok 

łóżka zegarek. Było parę minut po drugiej. Carrie odrzuciła prześcieradło i leżała 

na wznak z rękami nad głową i jedną nogą zgiętą w kolanie. Kyle patrzył na nią 

przez   dłuższą   chwilę.   Jej   piersi   unosiły   się   i   opadały,   poruszane   głębokim, 

miarowym oddechem. Przypomniał sobie, że zaprzątały jego myśli od wielu dni. I 

że pieścił je i całował zaledwie kilka godzin temu. Pomyślał z zadowoleniem, że 

szybko nauczyłby się sypiać z taką kobietą w jednym łóżku. Szybko nauczyłby się 

taką kobietę kochać. 

Pokusa   dotknięcia   jej   była   nie   do   odparcia.   Wyciągnął   rękę   i   przeciągnął 

palcem   wzdłuż   gładkiego   brzucha   aż   do   miejsca,   gdzie   gniazdko   ciem¬nych, 

background image

kręconych włosów strzegło wejścia do jej kobiecego wnętrza. 

Carrie otworzyła sennie oczy, ziewnęła i uśmiechnęła się do niego. 

- To już rano? 

- Niezupełnie. 

Przymknęła powieki. Długie rzęsy na moment spoczęły na lekko wystających 

kościach policzkowych. 

- Muszę wrócić do swojego pokoju. 

- Nie! - zaprotestował gorąco i szybko zniżył głos. - Zostań, proszę. 

Uśmiechnęła się szerzej. 

- Żeby spać? 

- Nie. 

Zaśmiała się cicho. Kyle nigdy nie słyszał tak melodyjnego śmiechu. Carrie 

zarzuciła mu ręce na szyję i, ciągle rozbawiona, pocałowała go w usta. 

- Co cię tak śmieszy? 

- Ty. 

Uniosła się i pchnęła go lekko w pierś. Teraz Kyle leżał na wznak, a Carrie 

opierała mu dłonie na ramionach. 

- Kto by pomyślał, że coś takiego zdarzy się właśnie nam? Ja na pewno nie! 

Kyle   roześmiał   się   także,   patrząc   na   nią   z   zachwytem.   Spoważniał,   kiedy 

drobne, rozgrzane ciało Carrie opadło na jego rozbudzoną męskość. 

- Carrie - szepnął ostrzegawczo przez zęby, gdy uniosła się trochę, a potem 

powoli, centymetr za centymetrem, wchłonęła go w siebie aż do końca. 

Kyle wstrzymał oddech. Ogarnęło go uczucie gorąca i szczęśliwości, jakiej 

dotąd nawet sobie nie wyobrażał. Chwycił Carrie w talii i zaraz wszedł w rytm jej 

ruchów. Unosił się gorączkowo wychodząc jej ciału na spotkanie. Rozkosz była 

prawie   nie   do   zniesienia.   Ilekroć   Carrie   całym   ciężarem   opadała   na   niego, 

przebiegał go dreszcz. Oddychał płytko i nierówno, zaciskając zęby i starając się 

background image

przeciągnąć tę chwilę jak najdłużej. 

Carrie była kochanką zmysłową i namiętną. Przymknęła oczy i zagryzła usta, 

a potem uśmiechnęła się swoim kobiecym, zagadkowym uśmiechem. Ten uśmiech 

pokonał go w ciągu sekundy. Kyle zapomniał o samokontroli i o wszystkim, co nie 

było rozkoszą kochania Carrie. 

Później, wyczerpani, oboje zapadli w głęboki sen. 

Carrie obudziła się zadowolona jak kotka grzejąca się w słońcu. Kyle spał 

jeszcze, leżąc na boku. Przez chwilę Carrie przyglądała się jego szerokiej męskiej 

piersi, poruszanej głębokim, spokojnym oddechem. 

Wkrótce   jednak   zaczęła   ją   boleć   głowa.   Zdecydowanie   za   dużo   wczoraj 

wypiła. Chociaż z drugiej strony, wypiła dokładnie tyle, ile trzeba. Wino pozwoliło 

jej   zebrać   się   na   odwagę   i   zapukać   do   drzwi   Kyle'a,   a   parę   łyków   szkockiej 

pomogło pozbyć się zahamowań. 

Ta podróż już odniosła pewien skutek. Carrie zrewidowała swoje zdanie na 

temat Kyle'a Harrisa. Był z niego niezły ogier, choć na pierwszy rzut oka sprawiał 

zupełnie inne wrażenie. Carrie nie miała pojęcia, co Kyle jada na śniadanie, ale 

wiedziała już, że drzemie w nim bestia. 

Nie mogła sobie przypomnieć, ile razy się właściwie kochali. Zdawało jej się, 

że całą noc z krótkimi przerwami, po których budzili się i znowu wyciągali do 

siebie ręce. Tamy uprzedzeń, wzniesione między nimi, runęły i oboje z pełnym 

zaangażowaniem nadrabiali stracony czas. 

Carrie przewróciła się na wznak i syknęła z bólu. Nic dziwnego. Nachyliła się 

nad Kyle'em i szepnęła mu do ucha: 

- Idę wziąć kąpiel. 

- Teraz? - chwycił ją w pasie od tyłu i przytulił do siebie. - Która godzina? 

- Ósma. - Pierwsze zajęcia zaczynały się o dziewiątej. Jeśli chcieli zdążyć na 

background image

poranne warsztaty musieli się pospieszyć. 

- Zamówić śniadanie? 

- Tak, proszę. - Pocałowała go w czubek nosa i wyskoczyła z łóżka. 

Nucąc, odkręciła kurki i zatkała odpływ. Zanurzyła się w pienistej, ciepłej 

kąpieli, oparła głowę o porcelanową półeczkę nad wanną i zamknęła oczy. Parę 

minut później dało się słyszeć pukanie i do łazienki, boso, wszedł Kyle. 

- Przyszedłem zobaczyć, czy czegoś nie potrzebujesz. 

- Nie, dziękuję - uśmiechnęła się do niego. 

Miał na sobie bokserki i rozpiętą, wyłożoną na wierzch koszulę. Nie spieszył 

się do wyjścia. Przysiadł na brzegu. wanny i wziął do ręki myjkę. 

- Pomóc ci? 

Carrie spojrzała na niego przenikliwie.

 - Nie, dziękuję. Poradzę sobie. 

Ramiona mu obwisły. 

- Na pewno? 

- Kyle, warsztaty zaczynają się za niecałą godzinę. 

- Chcesz iść? - był naprawdę zdumiony. 

- Zapłaciliśmy za nie, prawda? 

- Tak, ale ... - wstał i wsadzając ręce do kieszeni spodenek, uśmiechnął się 

przebiegle.   -   Wiem   z   własnego   doświadczenia,   że   poranne   warsztaty   rzadko 

bywają interesujące. 

- Pewnie mało kto na nie przychodzi? - podsunęła Carrie. 

- Poza tym, o ile wiem, temat jest nudny jak flaki z olejem. 

- Nudny? - powtórzyła Carrie. 

Westchnęła i zanurzyła się głębiej w pachnącej białej pianie. 

- Na pewno nie chcesz, żebym ci umył plecy ... albo coś innego? 

- Jesteś niepoprawny - zamknęła oczy i podała mu myjkę. 

background image

Kyle namydlił ją porządnie i delikatnie przeciągnął nią po ramionach Carrie. 

Wkrótce myjka gdzieś się zapodziała, a jego ręce ześlizgnęły się na lśniącą od 

mydła skórę. 

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Kyle przymknął powieki i 

jęknął. 

- Kto to może być? - szepnęła Carrie. 

- Obsługa - mruknął i wyszedł z łazienki, zamykając za sobą drzwi. 

Gdy odbierał śniadanie, Carrie wyszła z wanny, wytarła się i otuliła w gruby 

hotelowy szlafrok. 

Kiedy wkroczyła do pokoju, Kyle nalewał właśnie kawę do filiżanek. 

-   Umieram   z   głodu   -   oznajmiła   i   podniosła   srebrną   pokrywę.   Z   lubością 

wciągnęła   w   nozdrza   zapach   jedzenia.   Zamówił   posiłek   o   niskiej   zawartości 

cholesterolu, ale nawet to jej dzisiaj nie przeszkadzało. 

- Ja też jestem głodny. 

Carrie zachichotała w odpowiedzi. 

- Nic dziwnego. 

Sięgnęła po grzankę i wbiła w nią zęby. Kyle rozkładał talerzyki i sztućce na 

małym stoliku przy oknie. Carrie usiadła przy nim i wzięła drugi kawałek chleba. 

- Nakarm mnie, Seymour, a potem możesz mnie kochać. 

Kyle uśmiechnął się szeroko. 

-   Takie   mam   właśnie   plany.   -   Odkręcił   wieczko   miniaturowego   słoiczka 

ketchupu. - Możemy tylko dziękować Bogu za pigułkę. 

Carrie zesztywniała. 

- Dlaczego sądzisz, że biorę tabletki antykoncepcyjne? I dlaczego uważasz, że 

antykoncepcja to tylko sprawa kobiety? Myślę, że kobieta i mężczyzna powinni 

wspólnie odpowiadać za to, co razem robią. 

Kyle spojrzał na nią zakłopotany. 

background image

-   Przyszłaś   do   mnie,   pamiętasz?   Skoro   chciałaś   się   kochać,   to   chyba 

zabezpieczyłaś się przeciw ciąży. To przecież logiczne. 

- Przyszłam do ciebie? 

- No tak. Chciałaś pójść ze mną do łóżka, prawda? 

W pierwszej chwili Carrie odczuła dziką chęć, żeby uderzyć go w twarz. 

- Nie, nie chciałam pójść z tobą do łóżka, chciałam cię przeprosić za Toma i 

wyjaśnić, że to tylko przyjaciel. 

Kyle odłożył grzankę, którą trzymał w ręce i wziął głęboki oddech. 

-   Widzę,   że   ta   rozmowa   cię   denerwuje.   Przepraszam,   Carrie.   Masz   rację. 

Rzeczywiście   powinniśmy   byli   porozmawiać   o   antykoncepcji,   zanim   ...   zanim 

cokolwiek zaszło. Ale nie zrobiliśmy tego i musimy się z tym faktem pogodzić. 

Carrie wstała powoli i zaczęła  krążyć po pokoju, zbierając swoje ubrania. 

Najbardziej  wzburzyło  ją  nie  to,  co   otwarcie   powiedział,  ale  to,  co  sugerował. 

Najwyraźniej uważał ją za osobę prowadzącą niezwykle aktywne życie seksualne - 

a   przynajmniej   na   tyle   aktywne,   żeby   musiała   brać   tabletki   antykoncepcyjne. 

Zraniło ją to do żywego. Kilka nieprzemyślanych słów zmieniło wyjątkową, piękną 

noc w coś taniego i brudnego. 

- Carrie - wziął ją za ramiona - co ty wyprawiasz? 

- Wracam do swojego pokoju - obronnym ruchem przycisnęła do piersi kłąb 

swoich rzeczy. 

- Ale dlaczego? 

-   Przyjechaliśmy   tu   na   zjazd,   pamiętasz?   I   jak   już   mówiłam,   sporo 

zapłaciliśmy za warsztaty. Myślę, że powinniśmy wziąć w nich udział, a ty? 

- Nie - odparł stanowczo. - Najpierw porozmawiajmy. 

Carrie spojrzała na niego i przygryzła dolną wargę. 

- Nie teraz. Muszę pomyśleć. 

background image

Na schodach było zupełnie pusto. Całe szczęście, bo nie chciała, żeby ktoś 

zobaczył   ją   wędrującą   po   hotelowych   korytarzach   w   szlafroku,   z   ubraniem 

zwiniętym pod pachą. 

W pokoju Carrie usiadła na brzegu łóżka, próbując zebrać myśli. Kyle miał 

rację. To, że do niego poszła, było błędem. Nie miała wprawdzie zamiaru iść z nim 

do łóżka, ale też nie wykluczała takiej możliwości. Wszystko zaczęło się już w 

Paryżu, gdzie zostali zmuszeni do spędzenia nocy pod jedną kołdrą, a może nawet 

jeszcze wcześniej - Carrie niczego nie była już pewna. 

Wzięła   słuchawkę   telefonu   i   wykręciła   numer   siostry.   Jeśli   będzie   miała 

szczęście, może jeszcze zastanie ją w domu. Cathie odebrała dopiero po czwartym 

sygnale, zadyszana i zniecierpliwiona. 

- To ja, Carrie - powiedziała i natychmiast wybuchnęła płaczem. - Narobiłam 

strasznych głupstw i nie wiem, co mam teraz robić. 

Kyle cały ranek wypatrywał Carrie na różnych warsztatach. Miał nadzieję, że 

pojawi się przynajmniej na jednym, ale nigdzie jej nie było. Nie sądził, żeby to, co 

powiedział,   było   aż   tak   okropne.   Może   istotnie   lepiej   było   nie   wspominać   o 

tabletkach, ale przecież prędzej czy później musieliby omówić te kwestie. Wiedział 

jednak,   że   Carrie   miała   całkowitą   rację,   kiedy   wspomniała   o   wspólnej 

odpowiedzialności. Kiedy się zorientował, na co się zanosi, powinien był odbyć 

krótką wycieczkę na dół. 

No   dobrze,   popełnił   błąd,   ale   to   nie   koniec   świata.   Szkoda   tylko,   że 

najbardziej   niewiarygodna   i   szalona   noc   jego   życia   zakończyła   się   taką   głupią 

sprzeczką. 

Znając Carrie, potrzebowała pewnie trochę czasu, żeby wszystko przemyśleć. 

Kyle postanowił uzbroić się w cierpliwość i zaczekać, aż sama zechce się z nim 

skontaktować, choćby było to nie wiem jak trudne. Chciał jak najszybciej wszystko 

background image

wyjaśnić. Jeżeli uda im się przezwyciężyć ten kryzys, będzie to znaczyło, że stało 

się między nimi coś prawdziwego i wartościowego. 

Trochę   się   tym   martwił.   No   dobrze,   bardzo   się   tym   martwił.   Zrobiłby 

wszystko, żeby naprawić to, co się między nimi popsuło. 

Carrie nie dała znaku życia przez cały ranek. Wczesnym popołudniem Kyle 

stwierdził, że nie wytrzyma już ani chwili dłużej i podniósł słuchawkę telefonu. 

- Poproszę z pokojem Carrie Jamison. 

- Chwileczkę - odpowiedział cienki głosik panienki z recepcji. - Przykro mi, 

ale pani Jamison wyprowadziła się z hotelu dziś rano. 

Rozdział 9

- Co to znaczy zniknęła? - ryknął Clyde Tarkington. 

- Wyprowadziła się z hotelu. Pomyślałem, że może wiesz, gdzie się podziała. - 

Kyle   czuł   się   okropnie   bezradny,   tak   bezradny,   że   zadzwonił   do   radia.   Miał 

nadzieję, że Clyde coś wie. Ta kobieta na pewno go wykończy. 

- Ciągle skaczecie sobie do oczu? - zainteresował się szef. 

- Nie - odparł Kyle niecierpliwie i przeczesał włosy palcami. - Zaszło tu małe 

nieporozumienie. 

- Małe? Nie wygląda mi na to. - Clyde chyba dobrze się bawił. 

- Ona ma siostrę gdzieś koło Dallas - ciągnął Kyle. - Wiesz coś na ten temat? 

- Poczekaj chwilę, coś może być w aktach. 

Kyle nigdy nie był tak niecierpliwy, jak w tej chwili. Zdał sobie sprawę, że 

zaciska i rozprostowuje palce, próbując rozładować napięcie. 

- Brak informacji o jej siostrze - odezwał się Clyde po dłuższej chwili. 

-   Wspominała   o   niej   czasami,   ale   nie   mogę   sobie   przypomnieć,   jak   się 

nazywa. 

background image

- Mnie też o niej mówiła. Wydaje mi się, że ma na imię Cathie - powiedział 

Clyde z namysłem. 

-   To   powinno   wystarczyć   -   mruknął   Kyle.   -   Spróbuję   ją   odnaleźć.   Ale 

posłuchaj, Clyde jeśli dowiesz się czegoś o Carrie, daj mi znać. 

- Nie ma sprawy. 

- Będziemy w kontakcie. 

- Do zobaczenia w poniedziałek. 

Kyle uspokoił się trochę. A więc nie wszystko stracone. Przynajmniej ciągle 

ma pracę. 

Następną   godzinę   spędził   na   kartkowaniu   książki   telefonicznej.   W   końcu 

odnalazł Cathie Jamison, zamieszkałą w Eule'ss, stan Teksas. Nie wykręcił jednak 

jej numeru - wolał, żeby Carrie nie została uprzedzona o jego wizycie. Wsiadł do 

samochodu   i   ruszył   do   Euless.   Trafił   do   mieszkania   Cathie   bez   większych 

problemów. Jeżeli szczęście dopisze mu tak jak dotąd, zastanie Carrie u siostry i 

wyjaśnią sobie wszystko. 

Młoda kobieta, która otworzyła drzwi, wyglądała jak bliźniaczka Carrie. Te 

same głębokie, brązowe oczy, zadarty nosek, ciemne włosy - tyle że przystrzyżone 

w krótką, twarzową fryzurkę. 

- W czym mogę panu pomóc? 

- Nazywam się Kyle Harris - powiedział szybko. - Szukam Carrie. 

- Kyle Harris? - Cathie zmierzyła go gniewnym wzrokiem. - Raczej skonam, 

niż udzielę ci jakiejkolwiek informacji o mojej siostrze - rzuciła i zatrzasnęła mu 

drzwi przed nosem. 

A więc nie kończyło się na zewnętrznym podobieństwie.  

Kyle ponownie zadzwonił do drzwi. Cathie chyba się tego spodziewała, bo 

otworzyła je, kiedy jeszcze przyciskał dzwonek. 

background image

- Jeśli chcesz wiedzieć, to naprawdę mi zależy na twojej siostrze - oznajmił, 

zanim zdążyła otworzyć usta. 

 Cathie głęboko odetchnęła. 

- W takim razie wejdź. 

Kyle wszedł za nią do środka i rozejrzał się po niewielkim mieszkaniu. Jeśli 

Carrie tu jest, to pewnie ukrywa się w sypialni, pomyślał.

- Domyślam się, że rozmawiałaś ze swoją siostrą. 

- Tak, dziś rano. - Cathie wskazała mu miejsce na kanapie. - Napijesz się 

czegoś? 

- Nie, dziękuję. Była zdenerwowana? 

- Ja myślę! Opowiadała niestworzone historie. Moim zdaniem to wszystko za 

bardzo nie trzymało się kupy. 

Kyle przesunął się na brzeg kanapy.

 - Co mówiła? 

- Coś o ubraniach dla zakonnic. A potem, że zastawiła pierścionek po babci, 

bo ciebie zamknęli w więzieniu. Żałowała, że cię stamtąd wypuścili, ale chyba nie 

mówiła tego poważnie. 

Nie byłbym taki pewny, pomyślał Kyle . 

- Najdziwniej sza była ta historia o jakimś zbiegłym bandycie, którego ponoć 

widziała  przedtem w "Niewyjaśnionych tajemnicach".  Mówiła,  że skradł wasze 

czeki podróżne. To wszystko prawda? 

- Każde słowo - przyznał posępnie Kyle. 

- A w międzyczasie poczuliście do siebie miętę? 

- Właśnie - spojrzał jej prosto w oczy. - Czy Carrie opowiedziała ci o ostatniej 

nocy? 

Cathie kiwnęła głową. 

- Carrie lubi sprawiać wrażenie wyzwolonej, ale za tą fasadą kryje się osoba o 

background image

żelaznych   zasadach.   Pozuje   na   niezależną   i   obojętną,   ale   jest   całkiem   inna. 

Zrozumiałbyś szybko, o co mi chodzi, gdybyś znał naszego ojca. 

- A co on ma z tym wspólnego? 

Cathie usiadła na podłodze i skrzyżowała nogi po indiańsku. 

- Nie zrozum mnie  źle, to wspaniały człowiek, ale ma  dość staroświeckie 

poglądy na miejsce i rolę kobiet w społeczeństwie. Chciał, żeby Carrie została 

pielęgniarką. 

- Carrie? Pielęgniarką? - nie mógł jej sobie wyobrazić w białym fartuchu. W 

swojej pracy była świetna - bystra, dowcipna i zabawna, prawdziwa osobowość 

radiowa. 

- Wiem, wiem. Zresztą Carrie mdleje na sam widok krwi, ale tata uważał, że z 

czasem pokona tę słabość. Był szczerze zdumiony, kiedy się okazało, że jego córki 

mają własne plany na przyszłość. 

- No właśnie, a ty? 

Cathie zachichotała. 

- Zgodnie z wolą ojca miałam zostać nauczycielką. Nie jestem tak twarda jak 

Carrie i nie buntowałam się tak otwarcie jak ona. Carrie przetarła dla mnie ścieżki i 

od   początku   było   mi   łatwiej.   Zresztą,   Carrie   może   kłócić   się   z   ojcem,   ale   tak 

naprawdę jest mu bardzo bliska. Już dawno jej wybaczył, że poszła własną drogą. 

- Więc jesteś nauczycielką? 

- Niezupełnie - Cathie potrząsnęła głową. - Jestem pielęgniarką. 

Kyle nie mógł powstrzymać uśmiechu. Co za ironia.

 - Carrie mówiła, że przypominam jej ojca. 

-  Opowiadała   mi   trochę   o   tobie   i  sądzę,   że   coś   w   tym  jest.   Może   nawet 

bardziej jesteś do niego podobny, niż  jej się wydaje. Ale  przyszedłeś do mnie 

szukać Carrie. 

- Tak. Wiesz, gdzie ona jest? 

background image

Cathie spojrzała na zegarek. 

-  Jeśli  samolot  wylądował  punktualnie,  to jest  już  z powrotem  w Kansas. 

Odwiozłam ją na lotnisko. 

Kyle zerwał się na równe nogi. 

- Poleciała do domu? 

- Tak. Nie wiem co jej powiedziałeś, ale nigdy przedtem nie widziałam jej tak 

roztrzęsionej.   

Carrie weszła do domu, podniosła z podłogi listy i w drodze do kuchni zaczęła 

je   przeglądać.   Automatyczna   sekretarka   przy   telefonie   mrugała   czerwonym 

światełkiem.   Carrie   z   roztargnieniem   nacisnęła   guzik.   Wiadomości   nagrane   w 

ciągu ostatnich czterech dni przeplatały  się z dźwiękami  odkładanej słuchawki. 

Nagle rozległ się głos Kyle'a. Listy wyślizgnęły się Carrie z rąk. 

- Carrie, mówi Kyle. Posłuchaj, cokolwiek powiedziałem, nie miałem zamiaru 

cię   urazić.   Wiem,   że   automatyczna   sekretarka   to   nie   jest   najlepszy   środek 

komunikacji, ale muszę ci to powiedzieć. Bóg jeden wie, że powinienem był zrobić 

to wcześniej.

Przerwał i Carrie była pewna, że w tej chwili zesztywniał. 

- Myślę, że cię kocham, Carrie. Nie mam pojęcia, kiedy to się stało, chyba 

wtedy, kiedy zastawiłaś dla mnie swój pierścionek. Mogę jeszcze tylko dodać, że 

dziś jest najkoszmarniejszy dzień mojego życia. 

Widziałem się z twoją siostrą. Zabrało mi to trochę czasu, ale w końcu ją 

przekonałem, że nie jestem potworem i pogadaliśmy trochę. Twój liścik dostałem 

dopiero po powrocie z Euless. I dobrze, bo w przeciwnym wypadku nie poznałbym 

Cathie. 

Na wypadek, gdybyś chciała się ze mną skontaktować, a mam nadzieję, że 

zechcesz, to nie będzie mnie w hotelu. Wracam do Kansas, jak tylko załatwię tu 

background image

wszystkie   swoje   sprawy.   Może   do   tego   czasu   przemyślisz   wszystko   i 

porozmawiamy, jak już będę na miejscu. 

Carrie opadła ciężko na najbliższe krzesło i zasłoniła twarz rękami. 

Zawsze była impulsywna, ale popełniła duży błąd porzucając Kyle'a w taki 

sposób. List, który mu zostawiła, był krótki i oschły. Napisała, że wraca do Kansas 

i że życzy mu dobrej zabawy na zjeździe. 

Zadzwonił telefon. To mógł być Kyle. Carrie jednym susem znalazła się przy 

aparacie. 

- Halo? 

W odpowiedzi usłyszała szczęk odkładanej słuchawki. Spojrzała zdumiona na 

swoją   i  powoli  ją  odłożyła.  Miała   zastrzeżony   numer  i  rzadko  zdarzały  jej  się 

głuche telefony. A przecież tym razem na sekretarce było ich kilka. Dziwne. 

Zmęczona   i   wyczerpana   psychicznie,   Carrie   wzięła   długą,   gorącą   kąpiel   i 

poszła do łóżka przekonana, że mogłaby spać cały tydzień bez przerwy. 

Spędziwszy noc za kierownicą, Kyle dotarł do Kansas w niedzielę wczesnym 

rankiem. Już od granicy stanu ćwiczył, co powie Carrie, kiedy się z nią spotka. Nie 

chciał się z nią kłócić, zwłaszcza że, jak już wiedział, potrafili przyjemniej spędzać 

razem czas. 

Nie zatrzymując się u siebie, pojechał prosto do Carrie. Nie było to może 

najmądrzejsze, ale nie wytrzymałby ani chwili dłużej. Zadzwonił do frontowych 

drzwi.   Cisza.   Poszedł   więc   na   tył   domu   i   znalazł   ją   na   patio,   gdzie   właśnie 

przesadzała geranium. Miała na sobie krótkie dżinsowe spodenki, zawiązaną nad 

pępkiem bawełnianą koszulę i czerwoną bandankę na głowie. Kyle był pewny, że 

nigdy nie widział tak pięknej kobiety. 

- Cześć, Carrie. 

Obejrzała się przez ramię i znieruchomiała. 

background image

- Kyle. - Otarła pot z czoła. - Widzę, że szczęśliwie wróciłeś. 

Kiwnął   głową.   Niestety,   dokładnie   przygotowana   mowa   uleciała   mu   z 

pamięci. 

- Właśnie przyjechałem. 

Carrie pokiwała głową i wstała. Nie spodziewała się go. 

- Napijesz się mrożonej Herbaty? 

- Tak, proszę. - Wszedł za nią do środka, zdjął okulary przeciwsłoneczne i 

wsunął do kieszonki na piersi. Po dziesięciu godzinach za kierownicą miał dość 

siedzenia, stał więc, podczas gdy Carrie wyjmowała dzban z lodówki. 

- Wiem, że czasami  bywam strasznie tępy - zaczął, dziękując uśmiechem, 

kiedy podała mu szklankę. Upił duży łyk i ciągnął: - To, co powiedziałem na temat 

tabletek   antykoncepcyjnych   było   głupie.   Masz   rację.   Obydwoje   ponosimy 

odpowiedzialność. 

-   Nie   to   najbardziej   mnie   zdenerwowało   -   Carrie   odetchnęła   głęboko, 

podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. - Tylko sugestia, że ciągle chodzę z kimś 

do łóżka. Powinieneś wiedzieć, że to nieprawda. 

-   Carrie,   nie   gniewaj   się,   mnie   naprawdę   nie   interesowało   twoje   życie 

towarzyskie. Z tego co wiem, to umawiałaś się z paroma facetami. 

- I oczywiście także z nimi sypiałam - mruknęła pod nosem. 

- Tego nie wiem. No i bardzo dobrze. A co ty wiesz o kobietach w moim 

życiu? Nic, prawda? Nie mówię tego, żeby ci dokuczyć - zrobił krok w jej stronę .. 

- Mogłaś mieć nawet dziesięciu kochanków, nic mnie to nie obchodzi ... 

- Nic cię to nie obchodzi? - Carrie spojrzała na niego tak, jakby go widziała po 

raz pierwszy w życiu. 

- Teraz mnie to obchodzi, Carrie - odparł szybko. - Chciałbym, żebyś miała 

tylko jednego kochanka. I żebym to był ja.

- Za kogo ty mnie właściwie uważasz? - zapytała Carrie łagodnie. 

background image

Już wcześniej zwiódł go ten spokój i opanowanie. Nie wróżył nic dobrego. 

Gorączkowo zastanawiał się, jak uśmierzyć jej gniew. 

- Uważam, że jesteś wspaniała. Ciepła, kochająca ... 

- Niemoralna, pozbawiona zasad i puszczalska - dokończyła. 

- Nic takiego nie powiedziałem - bronił się Kyle. Ktoś musiał tu zostać przy 

zdrowych zmysłach. - Wkładasz mi w usta swoje słowa. 

- Więc poszłam z tobą do łóżka, mimo że jestem związana z kimś innym, tak 

sądzisz?   -   mówiła   powoli   i   wyraźnie,   jakby   chcąc   uniknąć   jakichkolwiek 

nieporozumień. - Gorzej. Wiesz, jaka jestem zapracowana, ile godzin codziennie 

spędzam w rozgłośni, wywiady, spotkania i tak dalej, a jednak sądzisz, że po pracy 

zaspokajam zachcianki miłej gromadki kochanków. 

- Próbuję ci tylko powiedzieć, że nie interesuje mnie, ilu kochanków miałaś 

kiedyś, w przeszłości. 

Carrle zazgrzytała zębami. 

-   Jak   to   miło   z   twojej   strony.   Mnie   twoje   stare   kochanki   także   nic   nie 

obchodzą.

- Wszystko przekręcasz. Nie przyjechałem tu, żeby się z tobą kłócić. 

- Ja też nie chcę się kłócić. Ale wszystko, co mówisz, tylko pogarsza sytuację. 

Kyle, sfrustrowany i zrezygnowany, podniósł ręce do góry. 

- Więc powiedz mi, czego chcesz. 

- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli sobie teraz pójdziesz.  Oboje musimy  to 

wszystko przemyśleć. 

- Dobrze - powiedział urażony. Ma swoją dumę, i jeśli go tu nie chcą, nie 

będzie się narzucał. Tyle tylko, że gnał jak wariat, żeby ją znowu zoba¬czyć. - 

Powiedz mi tylko jedno. 

- Dobrze. 

- Czy to możliwe, że zaszłaś w ciążę? 

background image

Carrle   zamrugała   zdumiona.   Nie   brała   właściwie   dotąd   pod   uwagę 

potencjalnych konsekwencji ich szalonej nocy. 

- Boże, nie wiem. - Policzyła dni i zatrzymała się na nocy, którą spędziła z 

Kyle'em. 

- Tak? - ponaglił ją, zaniepokojony. 

- W skali od jeden do dziesięć? 

- Jak chcesz. 

-   Gdzie   jeden   oznacza   brak   jakiejkolwiek   możliwości   zajścia   w   ciążę,   a 

dziesięć najbardziej płodny dzień cyklu. 

- No dobrze, w skali od jeden do dziesięć. Odpowiedź z trudem przeszła jej 

przez gardło. 

- Dziesięć. 

Kyle usiadł na krześle. 

- Co nie oznacza, że rzeczywiście jestem w ciąży - szybko dodała, ale Kyle 

zauważył,   że   sama   również   natychmiast   poszukała   sobie   miejsca   do   siedzenia. 

Oparła łokcie na stole i ukryła twarz w dłoniach. - Żałuję, że o to zapytałeś. Teraz 

będzie mnie to dręczyć. 

Kyle też był wystraszony. 

- Kiedy można to będzie stwierdzić? 

- Skąd mam wiedzieć? Pewnie za parę tygodni. Nigdy dotąd nie byłam w 

ciąży. I pewnie bardzo cię to zdziwi, ale nigdy wcześniej nie musiałam się bać, że 

jestem. - Odwróciła się i spojrzała na niego wielkimi, pełnymi niepokoju oczami. - 

A jeśli zaszłam w ciążę? Co wtedy zrobię? 

- Ty? Razem w tym siedzimy. O ile sobie przypominam, ja też tam byłem. 

- To prawda, ale jak mi to zgrabnie przedstawiłeś, to ja przyszłam do twojego 

pokoju, a ty odniosłeś wrażenie, że z pewnością odpowiedzialnie zabezpieczyłam 

się przed niepożądaną ciążą. 

background image

- Lepiej zaczekajmy, aż będzie wiadomo, na czym stoimy, a potem będziemy 

się kłócić o to, kto jest odpowiedzialny za poczęcie. - Kyle wstał i potarł dłonią 

twarz. - Do zobaczenia w poniedziałek. 

- Na razie - mruknęła Carrie, odprowadzając go do drzwi. 

Kyle położył już rękę na klamce, ale nagle zawahał się i odwrócił. Oboje czuli 

się zbyt skrępowani, by wyrazić, co czują w związku z tym wszystkim. Możliwość, 

że Carrie jest w ciąży była zbyt nowa, zbyt szokująca. Kyle również nigdy dotąd 

nie znalazł się w takiej sytuacji. Nie bardzo umiał rozeznać się teraz w swoich 

uczuciach, poza tym, że miał ochotę dać sobie porządnego kopa za własną głupotę. 

- Mogę cię pocałować? - nie miał pojęcia, dlaczego zadał to pytanie, ale zadał 

je i nie było już odwrotu. 

Nie zapomniał jeszcze przecież smaku jej ust, przeciwnie, czuł go cały czas, 

przemierzając te kilkaset kilometrów z Dallas do Kansas. Chyba chciał sprawdzić, 

czy to, co im się przytrafiło, nie jest tylko złośliwym figlem losu, bez żadnego 

znaczenia. Czy rzeczywiście stało się coś pięknego i prawdziwego. 

- Pocałować? 

- Tylko raz - nalegał. 

- Ale ja pracowałam w ogródku, jestem cała spocona, brudna i w ogóle ... 

- Całowałem cię już, kiedy ociekałaś błotem - przypomniał. 

Carrie uśmiechnęła się leciutko. 

- No dobrze, ale tylko raz. 

- Oczywiście - zapewnił, biorąc ją w ramiona. 

Carrie  wspięła się  na palce  i wyciągnęła ręce. Poczuł jej ciepły, wilgotny 

oddech   na   swojej   szyi.   Z   chwilą,   gdy   jej   dotknął,   zalała   go   fala   wspomnień. 

Pocałunek miał być tylko czymś w rodzaju eksperymentu, ale uczucie zwyciężyło 

ciekawość.   Carrie   rozchyliła   usta,   a   on   po   prostu   nie   był   w   stanie   się   od   niej 

oderwać. Była dla niego tym, czym dla więźnia jest wolność, koc dla bezdomnego 

background image

zimą. 

Niechętnie wypuścił ją z objęć. Odsunął się i odetchnął głęboko. 

- Więc znam już odpowiedź - mruknął. 

- Chciałeś mnie o coś zapytać? 

- Tak, ale już nie muszę - krokiem lunatyka ruszył do drzwi, otworzył je i 

wyszedł. 

- No to do poniedziałku! - zawołała Carrie. 

Kyle   wsiadł   do   samochodu,   pomachał   do   niej   i   kiwnął   głową.   Do 

poniedziałku. A więc ma przed sobą jeden cały długi dzień bez Carrie. Nie miał 

pojęcia, jak go przeżyje. 

Rozdział 10

Carrie próbowała trochę się zdrzemnąć, ale okazało się to niemożliwe. Było 

bardzo prawdopodobne, że zaszła w ciążę. W ciągu kilku ostatnich dni próbowała 

przekonać samą siebie, że jest inaczej, ale w końcu musiała spojrzeć prawdzie w 

oczy. 

Pierwszą osobą, która przyszła Carrie na myśl, była siostra. Tak, Cathie mogła 

pomóc.   Pracowała   w   szpitalu   na   zmiany,   więc   Carrie   nie   miała   pojęcia,   jak 

wygląda   jej   rozkład   dnia.   Postanowiła   jednak   spróbować.   Jeśli   będzie   miała 

szczęście, zastanie siostrę w domu. 

Usiadła   na   kanapie,   podwinąwszy   nogi,   i   wykręciła   numer   Cathie.   Po 

czwartym   sygnale   odezwała   się   automatyczna   sekretarka.   Carrie   wysłuchała 

zwięzłej informacji nagranej na taśmie, wzięła głęboki oddech i starając się nadać 

głosowi pogodny ton, zaczęła: 

- Cathie, to ja. Pomyślałam, że dam ci znać, bo szczęśliwie dotarłam już do 

domu.   Mam   do   ciebie   takie   małe   medyczne   pytanko.   Nic   ważnego,   po   prostu 

background image

moja ... moja przyjaciółka potrzebuje pewnej informacji. Chodzi o to, ile czasu 

musi upłynąć od zapłodnienia, zanim można stwierdzić, że kobieta jest w ciąży? 

Jeszcze zadzwonię, pa. 

Ostatnie słowa wypowiedziała z taką prędkością, że zaczęła się zastanawiać, 

czy Cathie je zrozumie. I czy w ogóle cokolwiek zrozumie z tego telefonu. 

Carrie odłożyła słuchawkę, wróciła do sypialni i położyła się na łóżku. 

Obudziła   się   po   południu   i   natychmiast   pomyślała   o   jedzeniu,   co   mile   ją 

zaskoczyło. Ostatnio nie miała apetytu, ale w tej chwili mogłaby pożreć nawet kota 

sąsiadów na surowo. 

Telefon zadzwonił w chwili, kiedy układała na grzance grube plastry żółtego 

sera. 

- Słucham? - bąknęła ostrożnie do słuchawki. 

To mógł być Kyle, a właśnie postanowiła go unikać. Nie bardzo wiedziała, jak 

go  teraz  traktować.  Wkrótce  będzie   musiała  podjąć   jakąś decyzję,  ale  na  razie 

miała inne sprawy na głowie. 

Osoba, która zadzwoniła - ktokolwiek to był - odłożyła słuchawkę. 

Carrie rzuciła swoją i wzruszywszy ramionami, wróciła do swojej kanapki. 

Nie   minęła   jednak   nawet   minuta,   kiedy   telefon   znowu   zadzwonił.   Carrie 

westchnęła i postanowiła, że tym razem nie da się nabrać. Nie miała ochoty na 

głupie zabawy z jakimś świrem. Automatyczna sekretarka włączyła się i Carrie 

usłyszała niespokojny głos siostry. 

-  Carrie,   właśnie   wróciłam   i   odebrałam   twoją   wiadomość.   To   ty   jesteś   w 

ciąży, prawda? Chyba nie sądziłaś, że uwierzę w tę historyjkę o przyjaciółce, ten 

numer ma brodę po pas. 

 - Cathie - Carrie złapała słuchawkę - zaczekaj chwilę. - Wyłączyła sekretarkę. 

- No, już jestem z powrotem - powiedziała najspokojniej jak umiała. 

Teraz Cathie umilkła. 

background image

- Halo - zawołała Carrie, sądząc, że rozmowa została przerwana. 

- Tak, jestem - głos Cathie zdawał się należeć do kogoś innego. - Jesteś w 

ciąży? 

Ukrywanie czegokolwiek nie miało sensu. 

- Nie wiem, ale to możliwe. 

- Możliwe! - Cathie była przerażona. 

- Jeszcze trochę za wcześnie, żeby to stwierdzić. Dlatego właśnie do ciebie 

dzwoniłam. 

Cathie znowu milczała dłuższą chwilę, co było do niej niepodobne. 

- Dobrze się czujesz? - Carrie była już trochę zaniepokojona. 

- Oczywiście - rzuciła Cathie histerycznie. - Ale to nie ja jestem w ciąży. Ty 

miałaś już trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do tej myśli, ja nie. Kiedy to się 

mogło   stać?   -   ostatnie   pytanie   zadała   tak   cichym,   zduszonym   głosem,   jakby 

brakowało jej tlenu. 

- W przyszły piątek miną dwa tygodnie. Nie sądzisz chyba, że tamtej nocy 

grałam z Kyle'em w warcaby. 

- Nie, ale miałam nadzieję, że skoro postanowiliście spędzić razem noc, to 

przynajmniej jedno z was było na tyle rozsądne, żeby się jakoś zabezpieczyć. 

- Niestety, nie. 

- Jasne. Muszę się zastanowić. 

- Powinnam ci powiedzieć, co się ze mną dzieje od czasu, kiedy wróciłam z 

Dallas - stwierdziła Carrie i krótko opisała objawy. 

- Co na to wszystko Kyle? 

- Na razie nic nie powiedział. 

- Ale widziałaś się z nim? - Cathie wiedziała, że razem pracują. 

- Oczywiście. 

- Czy on wie? 

background image

- Myślę, że coś podejrzewa. 

- Co macie zamiar zrobić, jeśli się okaże, że rzeczywiście jesteś w ciąży? - w 

głosie Cathie pobrzmiewała znowu nuta histerii. 

- Nie wiem. - Carrie na razie wolała nie zastanawiać się nad tym, co ją łączy z 

Kyle'em i czy ma to przyszłość. Nie miała wątpliwości, jak Kyle zareaguje na 

wiadomość, że ona istotnie jest z nim w ciąży. Zaciśnie zęby i zaproponuje jej 

małżeństwo. Carrie jednak doszła do wniosku, że wolałaby sama  wychowywać 

dziecko, niż mieć męża-męczennika. 

- Może niepotrzebnie się zamartwiamy - Cathie zdobyła się na optymizm. 

- Może - podchwyciła Carrie i w tej samej chwili poczuła, że nosi w sobie 

dziecko Kyle'a. Nie miała co do tego żadnej wątpliwości. 

- Możesz pójść do swojego lekarza i zrobić próbę krwi - powiedziała Cathie. - 

Albo kupić w aptece test ciążowy. 

- Dobra - zgodziła się Carrie posępnie. 

- A co powiesz mamie i tacie? 

Tak,   ta   był   jeszcze   jeden   aspekt   tej   sprawy   i   Carrie   na   razie   nie   była 

przygotowana, żeby się nim zająć. 

- W końcu trzeba będzie ich powiadomić, ale dopiero wtedy, kiedy będę miała 

absolutną pewność. 

- Nie mów tylko tacie, kto ... 

Carrie dobrze wiedziała, co siostra chciała powiedzieć. Jedno było pewne - 

Michael Jamison nigdy nie może się dowiedzieć, że to Kyle jest ojcem dziecka. 

Gdyby to odkrył, mamy byłby los ich wszystkich. 

Kyle rzadko tak się spieszył do wyjścia z pracy. Miał już dosyć czekania na 

jakiś sygnał od Carrie. Najwyższy czas, żeby spojrzeli sobie w oczy i ustalili pewne 

sprawy. 

background image

Po drodze wstąpił do sklepu spożywczego po parę rzeczy, których pewnie 

potrzebowała, a nie miała czasu kupić. Tak, najpierw przygotuje dla niej porządny 

obiad, a potem usiądą i porozmawiają. Poważnie porozmawiają. Przede wszystkim 

postanowił wyjaśnić, że ani przez chwilę nie miał zamiaru jej obrazić. Próbował 

już jej wytłumaczyć, że nie miał nic złego na myśli, ale tylko pogorszył sprawę. 

Tym razem jednak będzie inaczej. Obiecał sobie, że uważniej wysłucha tego, co 

Carrie będzie miała mu do powiedzenia. Postara się lepiej ją zrozumieć. A kiedy 

będą to już mieli za sobą, zmierzą się z drugim poważnym kryzysem w ich związku 

- potencjalną ciążą Carrie. 

Carrie   otworzyła   drzwi   i   wybałuszyła   oczy   na   jego   widok.   Była   dziwnie 

niepewna. 

- Wiem, mówiłaś, że potrzebujesz czasu, ale ja nie mogę już dłużej czekać. 

Wydawało mu się, że niechętnie wpuszcza go do domu. 

- Przyniosłem dla nas obiad. - Wszedł do kuchni i umieścił dwie papierowe 

torby z zakupami na stole. 

- Niedawno jadłam - bąknęła Carrie. 

- To dobrze, ja też jeszcze nie jestem głodny. - Wyciągnął z toreb mleko i 

kilka innych produktów, które powinny znaleźć się w lodówce, a resztę zostawił na 

kuchennym blacie. 

Kiedy się odwrócił, zobaczył, że Carrie odsunęła się tymczasem w najdalszy 

kąt pomieszczenia. Kciuki zatknęła za pasek krótkich dżinsowych spodenek. Włosy 

zebrane wysoko w koński ogon, bose stopy. Patrzyła na niego znużona. 

- Po pierwsze - zaczął Kyle - musimy porozmawiać. 

- O czym? 

- O nas. - Kyle wysunął spod stołu dębowe krzesło, ale nie usiadł. 

Carrie także wyraźnie wolała stać. Chwycił obiema rękami za oparcie. 

- Jeśli chciałbyś omówić kwestie związane z naszą dalszą współpracą w radiu 

background image

KUTE, to powinieneś wiedzieć, że ... 

- Nie - uciął krótko. Wyczuł, że Carrie chce uniknąć rozmowy na kluczowy 

temat i postanowił, że jej na to nie pozwoli. - Porozmawiamy, jak naprawić to, co 

się między nami popsuło. 

Carrie założyła ręce na piersi. 

- To trochę autokratyczne z twojej strony, ustalić samemu temat rozmowy, 

zamiast najpierw ... Kyle, czy ty mnie w ogóle słuchasz? 

Kyle   nie   był   w   stanie   odpowiedzieć.   Nie   żeby   nie   wiedział,   co   chce 

powiedzieć; po prostu nagle zobaczył przed sobą kobietę. Słowa uwięzły mu w 

gardle. Założone ręce uniosły jej piersi  lekko w górę i Kyle  uświadomił  sobie 

niespodziewanie, że pod bawełnianym podkoszulkiem Carrie nie ma stanika. 

- Kyle! 

- Przepraszam. 

Zauważył, że sutki jej stwardniały, wyraźnie odznaczając się pod koszulką, 

jakby   zapraszały   go   do   siebie.   Kyle   natychmiast   przypomniał   sobie   z   bolesną 

dokładnością, jakie są w dotyku. 

- O co chodzi? 

Kyle ścisnął oparcie stojącego przed nim krzesła z taką siłą, że aż poczuł ból 

w rękach. 

- Nie masz stanika - rzucił niecierpliwie. 

- A co to, na Boga, ma do rzeczy? 

- Nie mogę skupić się na poważnej rozmowie, kiedy jesteś tak ubrana. - Zrobił 

zamaszysty ruch ręką. - Idź i włóż coś na siebie. 

- Ani mi się śni. Może nie zauważyłeś, ale jest potwornie gorąco. Nie mam 

zamiaru się tu ugotować tylko dlatego, że według ciebie kobiety powinny chodzić 

w biustonoszach. 

Carrie nie rozumiała, że nie chodziło mu o kobiety w ogóle, tylko o jedną, 

background image

szczególnie pociągającą. O nią właśnie. W każdym innym przypadku byłby tego 

samego zdania, co ona. 

- Dobrze - powiedział powoli i głęboko odetchnął. - Nie zwracajmy na to 

uwagi. 

- A więc? - spojrzała na niego zniecierpliwiona. - Słucham. 

Kyle popatrzył w jej stronę, ale nie miał odwagi podnieść wzroku wyżej niż 

do talii. To wszystko było do niego niepodobne. Zawsze doskonale panował nad 

swoim ciałem, nad emocjami. W jego życiu były inne kobiety, ale żadna z nich nie 

miała na niego tak przemożnego wpływu jak Carrie. 

Nagle stwierdził, że musi usiąść, w przeciwnym wypadku Carrie mogłaby się 

zorientować, jaką ma nad nim władzę. Nie miał zamiaru pokazywać jej swojej 

słabości. 

- Usiądź - zaproponował - i porozmawiajmy rozsądnie. 

-   W   porządku.   -   Zabrzmiało   to   tak,   jakby   robiła   niezwykłe   ustępstwo.   - 

Domyślam   się,   że   chcesz   rozmawiać   o   tym,   co   zaszło   w   Dallas,   ponieważ 

przerażają cię potencjalne skutki naszych poczynań. 

- Wcale nie o to chodzi! - Gwałtowność, z jaką wypowiedział te słowa, jego 

samego zaskoczyła. W obecności innych ludzi świetnie potrafił ukryć irytację, ale 

nie przy Carrie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zamieniała go w ciągu 

kilku sekund w bełkoczącego ze złości idiotę. - Chciałbym się tylko dowiedzieć, 

czym cię tak obraziłem. 

Twarz Carrie pociemniała. 

- Sądzę, że już to przerabialiśmy. Wierz mi, powtórka z twoich przemyśleń na 

temat mojej moralności niczego nie rozwiąże. 

Kyle przymknął powieki. Zalała go fala znajomego wzburzenia i rezygnacji. 

- Dajmy sobie z tym spokój. 

- Też tak uważam - rzuciła Carrie gniewnie. - Zwłaszcza że mamy ważniejsze 

background image

sprawy do omówienia. 

- Na przykład jakie? 

Carrie   spojrzała   na   niego   podejrzliwie,   zastanawiając   się,   czy   nie   byłoby 

dobrze poznać jego wyniki w testach na inteligencję. 

- Może już zapomniałeś, ale prawdopodobnie jestem w ciąży. 

- Jeszcze nie wiadomo. - Zaprzątało to jego myśli, odkąd wrócił z Dallas, ale 

nie chciał się z tym zdradzić przed Carrie. 

- To prawda, nie zrobiłam jeszcze testu, ale ... 

-  Zajmiemy się tą sprawą, kiedy będziemy już wiedzieć na pewno. 

- Nie - Carrie była blada jak ściana. - Nie chcesz o tym rozmawiać, bo boisz 

się, że to prawda. 

- Nie ma sensu rozmawiać o czymś, czego nie jesteśmy  pewni. Po co się 

niepotrzebnie denerwować? 

- Denerwować? A kto powiedział, że ja się denerwuję? - wykrzyknęła Carrie. 

- W każdym razie ja się nie denerwuję! - wrzasnął Kyle w odpowiedzi. 

Carrie   zerknęła   na  niego   kilka   razy,   jakby   była  czymś   zdziwiona   i   na  jej 

ustach pojawił się cień uśmiechu. 

- Co cię tak śmieszy? - zapytał zgnębiony, już żałując, że dał się ponieść. 

Carrie na pewno zamartwia się tym wszystkim, a on potrafi się tylko wściekać i 

krzyczeć na nią, zamiast postarać się ją uspokoić. 

Carrie wstała, ciągle rozbawiona. 

- Nic. Tylko że ... och to urocze z twojej strony, że przyniosłeś obiad, ale ja 

naprawdę jeszcze długo nie będę głodna. 

Była to forma pożegnania, ale Kyle nie miał zamiaru wyjść. Wstał, podszedł 

do niej i wziął ją w ramiona. Nie opierała się, tak jakby czekała na to, jednocześnie 

bojąc się i pragnąc, by ją objął. Kyle pocałował ją delikatnie, starając się włożyć w 

to jak najwięcej ciepła. Nie rozchyliła ust, zresztą Kyle tego nie oczekiwał. W 

background image

każdym razie nie od razu. Pocałował ją jeszcze raz, i jeszcze, w skroń i w policzek, 

lekko   i   czule.   Przejechał   językiem   pod   jej   podbródkiem.   Jedwabista   gładkość 

skóry, świeży kobiecy zapach ... 

Między   pocałunkami   szeptał   jej   do   ucha,   że   jest   piękna   i   wyjątkowa.   Z 

pewnym   trudem   udało   mu   się   rozpuścić   jej   włosy   i   ciężka,   ciemna   kaskada 

spłynęła mu na ręce. Poczuł, że w końcu opuszcza ją napięcie. Wziął ją za rękę i 

zaprowadził do pokoju. Usiadł na kanapie, pociągając ją za sobą. 

Sam za dobrze nie wiedział, do czego zmierza. W jednej chwili skaczą sobie 

do oczu, a w następnej Carrie jest już w jego ramionach. Które zresztą zdawały się 

być   najodpowiedniejszym   dla   niej   miejscem.   Na   pewno   nie   mieli   żadnych 

problemów z porozumiewaniem się na płaszczyźnie fizycznej, wszystko inne za to 

było   jedną   wielką   katastrofą.   Kyle   zdecydował,   że   trudną   sztukę   komunikacji 

werbalnej opanują później, teraz były inne, nie cierpiące zwłoki sprawy. 

Zbliżał się właśnie do granicy wytrzymałości. Ani chwili dłużej. Wstrzymał 

oddech, wsunął dłoń pod jej bluzkę i powolnymi ruchami zaczął pieścić ukrytą tam 

krągłość piersi, aż sutki stwardniały i stanęły sztorcem. Wygięta na oparciu sofy 

Carrie westchnęła i podała mu usta. Kyle delikatnie wsunął w nie język. Przesunął 

kciukiem   po   nabrzmiałym   sutku   i   został   nagrodzony   jeszcze   jednym 

westchnieniem. 

- To nie fair - powiedziała Carrie z wysiłkiem, ale wyprostowała się, jednym 

ruchem zdjęła koszulkę i usiadła na nim okrakiem. 

Kyle zamrugał, zaskoczony. Nie wiedział czego się spodziewać, ale wiedział 

czego chce. Pragnął, żeby znalazła się pod nim ciepła i drżąca, i to jak najszybciej, 

zanim popadnie w obłęd. Fala gorąca zdawała się obejmować  ciało, poczuł na 

sobie ciężar twardych, drobnych pośladków i jego męskość stanęła na baczność w 

pełnej gotowości do działania. 

Carrie objęła go i zaczęła okrywać całą jego twarz pocałunkami. Pieszcząc i 

background image

drażniąc językiem jego skórę zeszła niżej, aż do niewielkiego zagłębienia u nasady 

szyi. 

Kyle jęknął w bezsilnym pragnieniu. Doprowadzała go do szaleństwa. 

Niecierpliwie   sięgnął   do   zapięcia   jej   dżinsów,   ale   drżące   ręce   nie   były   w 

stanie sobie z nim poradzić. Westchnął z wdzięcznością, kiedy odepchnęła lekko 

jego dłoń i sama  rozpięła spodnie. Kiedy uniosła się, żeby to zrobić, Kyle był 

gotowy.   Wsunął   dłonie   w   jej   spodenki   i   poczuł   gładkie   ciepło   skóry   po 

wewnętrznej stronie ud. 

- To chyba nie jest dobry pomysł - powiedziała, wolno opadając na niego. 

Z   trudem   powstrzymał   się   od   przewrócenia   jej   na   plecy   i   gorączkowego 

wejścia w jej ciało. Carrie jednak nie była jeszcze gotowa, zdawało mu się, że 

znacznie ją wyprzedza. Był tylko jeden sposób, aby temu zaradzić, choć w tej 

chwili była to tortura. Wsunął rękę za gumkę koronkowych majteczek i chwycił w 

usta sterczący na wysokości jego oczu sutek. 

Carrie   krzyknęła   cicho   ze   zdumienia   i   zanurzyła   palce   w   jego   włosach. 

Wkrótce   zaczęła   poruszać   się   nad   nim   miarowo   i   Kyle   poczuł,   że   długo 

wyczekiwana chwila nadeszła. 

- Zaraz, kochanie, zaraz - szepnął ledwo dosłyszalnie, próbując wyswobodzić 

ją z dżinsów. 

- Kyle ... och, Kyle ... 

- Tak, skarbie, jeszcze tylko chwilka. 

- Kyle ... masz przy sobie jakieś ... zabezpieczenie? 

Zanim   znaczenie   tych   słów   przedarło   się   przez   czerwoną   mgłę   pożądania 

spowijającą jego umysł, minęło kilka długich sekund. Otworzył oczy i zamrugał, 

jakby zbudzony z długiego snu. 

- Nie - odparł. - A ty? 

Za odpowiedź wystarczyło zrezygnowane westchnienie. 

background image

- Chcesz mi powiedzieć, że my dwoje nie jesteśmy  w stanie dobrać sobie 

jakiejś prostej metody zapobiegania ciąży? 

- Naturalnej? - szepnęła Carrie. 

Kyle miał już na końcu języka, że jest gotów zaryzykować, ale chwilę później 

rozjaśniło   mu   się   w   głowie.   Tak,   tego  tylko   brakowało,   żeby   przy   jego   pechu 

Carrie  zaszła  w  ciążę   teraz,  jeśli  nie  stało   się  to  przy  okazji  ich  poprzedniego 

nocnego spotkania. 

Carrie   powoli   podniosła   się   na   kolana   i   zapięła   spodnie.   Zanim   zdążył 

zaprotestować, wciągnęła też koszulkę. Kyle zdołał tylko zatrzymać ją na kolanach, 

nie mogąc się wyrzec przynajmniej tej drobnej przyjemności. 

- Proszę, zostań tu ze mną przez chwilę - poprosił szeptem. 

Carrie także nie miała zamiaru wyrywać się z jego objęć, co wlało w niego 

trochę otuchy. Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało. 

- Wiesz, co sobie myślę? - szepnęła Carrie. 

- Nie. 

- Pamiętasz tego policjanta, który zatrzymał nas pod Paryżem? 

- Tego, którego zostawiła żona? 

- Tak. Pamiętasz, co mówił o swoim małżeństwie? 

- Nie bardzo. - W tej chwili w ogóle trudno było mu myśleć i dziwił się, że dla 

Carrie nie stanowi to żadnego problemu. 

- Mówił, że nie umieli się dogadać nigdzie poza łóżkiem. Z nami jest tak 

samo.   Nie   możemy   zamienić   dwóch   zdań,   żeby   zaraz   nie   było   awantury,   ale 

wystarczy, że mnie pocałujesz, a już mięknę jak wosk. 

Było na odwrót. To ona miała nad nim władzę. Kiedy ją całował i dotykał, 

czuł, że Carrie całkowicie nad nim panuje. Jako człowiek dumny z siebie i swojej 

siły wolał jednak nie przyznawać się do tego. Zwłaszcza przed nią. 

- A więc łatwo sobie ze wszystkim poradzimy - zażartował. - Będę cię trzymał 

background image

w łóżku i sprawa załatwiona. Oboje będziemy szczęśliwi. 

-   A   ja   będę   goła,   bosa   i   na   okrągło   z   brzuchem.   To   by   ci   odpowiadało, 

prawda? 

Kyle usłyszał w jej głosie złość. 

-   Tylko   żartowałem   -   powiedział   szorstko,   zaskoczony,   że   sama   tego   nie 

zauważyła. - Wiele par najlepiej komunikuje się w łóżku. Co w tym złego? 

-  Nic   -  przyznała   niechętnie.   -  Znakomicie   się   rozumiemy,   dopóki   się   do 

siebie nie odzywamy. 

- Co cię tak uraziło? - Kyle naprawdę chciał wiedzieć. - Zrobiłbym wszystko, 

żeby lepiej się między nami układało. 

- Po co? Żebyś mógł znowu pójść ze mną do łóżka? 

Kyle potrzebował chwili namysłu, by odpowiedzieć na to pytanie. Chciał być 

absolutnie uczciwy wobec niej. Carrie jednak uznała brak odpowiedzi za obraźliwy 

i wstała z jego kolan tak gwałtownie, że omal nie upadła na dywan. Kyle nie mógł 

powstrzymać się od śmiechu i całkowicie się pogrzebał. 

- Przestań się śmiać - rzuciła ostro. - A w ogóle najlepiej będzie, jak już sobie 

pójdziesz. 

- Nie mówisz poważnie. - Kyle nie mógł się nadziwić, jak po raz kolejny jego 

najlepsze chęci obróciły się przeciw niemu. 

Carrie najwyraźniej mówiła poważnie: na potwierdzenie swych słów podeszła 

do   drzwi   i   otworzyła   je   szeroko.   Kyle   wstał   i   gapił   się   na   nią   bezradnie.   Nie 

powinien był odwoływać się do jej rozsądku. Ta kobieta kierowała się wyłącznie 

emocjami. Więcej nie popełni tego błędu. Carrie zbyt często wystawiała jego dumę 

na ciężkie próby. Koniec z błąkaniem się wokół jej domu z podkulonym ogonem. 

Koniec   z   błaganiem   o   przebaczenie   wyimaginowanych   uchybień,   których   się 

wobec niej dopuścił. Teraz należało tylko powiadomić o tym Carrie. 

Z ręką na klamce Kyle odwrócił się do niej. 

background image

- Nie wrócę tu już, chyba że mnie zaprosisz. 

Carrie zaśmiała się zimno. 

- To najlepsza wiadomość, jaką dzisiaj usłyszałam. 

Kyle spojrzał na nią z uczuciem kompletnego zagubienia. Nie miał pojęcia, co 

takiego   strasznego   zrobił.   I   wyglądało   na   to,   że   ona   także   nie   bardzo   wie.   Te 

ustawiczne awantury były dla niej chyba sposobem na ukrycie niekontrolowanego 

pociągu seksualnego, który wobec siebie odczuwali. Jeśli o to jej chodzi, to proszę 

bardzo. Nie będzie nalegał, woli zachować swoją nadwątloną godność osobistą. 

Carrie udało się jakoś przeżyć kilka następnych dni bez kolejnej konfrontacji z 

Kyle'em. W pracy był wobec niej sztywny i ugrzeczniony. Robił co mógł, żeby 

zachowywać się obojętnie i w miarę możliwości ignorować jej obecność. 

W każdym razie Kyle życzył sobie, żeby tak to wyglądało. Carrie jednak nie 

dała się nabrać. Kilkakrotnie czuła na sobie jego spojrzenie, ale kiedy na niego 

spoglądała, natychmiast odwracał wzrok. 

Nie rzucał słów na wiatr, mówiąc, że następny ruch należy do niej. Ani razu 

nie   odezwał   się   do   niej   bez   wyraźnego   powodu,   nie   dzwonił,   nie   szukał   jej 

bliskości. Krótko mówiąc, zachowywał się dokładnie tak, jak przed ich podróżą do 

Dallas.   Wtedy   Carrie   niczego   nie   brakowało   do   szczęścia,   ale   teraz   czuła   się 

mamie. Duma może bardzo ,utrudniać życie. 

Piątek od samego rana nie zapowiadał się dobrze. Czek, który Carrie wysłała 

do   lombardu,   wrócił   z   krótkim  listem,   w   którym  pan   Dillon   zawiadamiał   ją   z 

przykrością, że jego ekspedient sprzedał przez pomyłkę jej pierścionek z opalem, 

Niestety, nabywca pozostał nieznany. 

Carrie była załamana. Pierścionek był w jej rodzinie od trzech pokoleń. Na 

domiar złego po południu czekało ją publiczne wystąpienie w towarzystwie Kyle'a. 

"Pan   Czyścioch"   otwierał   właśnie   dziesiątą   pralnię   w   mieście   i   zaprosił 

background image

pracowników radia KUTE na wielkie otwarcie. 

Jak zwykle będą darmowe hot-dogi, prażona kukurydza, baloniki i oczywiście 

uroczysta   ceremonia   przecięcia   wstęgi.   W   innych   okolicznościach   Carrie 

cieszyłaby się na to wyjście. Ale nie tego popołudnia. 

Ponieważ oboje mieli zamiar wrócić po imprezie do radia, Kyle zaproponował 

wspólną jazdę jego wynajętym samochodem. 

-   Twój   ciągle   jeszcze   jest   w   warsztacie?   -   zapytała   Carrie,   kiedy   już 

wychodzili.   

- Tak. Powiedzieli, że prawdopodobnie skończą go dziś wieczorem. 

- Mam nadzieję, że wszystko się uda - mruknęła Carrie. 

Nagle   zrobiło   jej   się   strasznie   smutno.   Wyjrzała   przez   okno,   czekając,   aż 

ruszą.   Kyle   jednak   dłuższą   chwilę   nie   zapuszczał   silnika.   Odwróciła   się   i 

zobaczyła, że przygląda jej się zatroskanym wzrokiem. 

-   Coś   nie   tak?   -   zapytała   tonem   zaczepno-obronnym.   -   Mam   szminkę   na 

zębach? 

- Nie - odparł i szybko przekręcił kluczyk w stacyjce. - Tylko myślałem ... 

- Co myślałeś? - przycisnęła go, kiedy urwał. 

- Nic - odpowiedział po chwili. 

Coś w jego głosie zastanowiło ją. Brzmiał tak posępnie ... Czyżby Kyle był 

równie przygnębiony jak ona? Zaczęła podejrzewać, że i jemu ciąży duma. 

- Przepraszam - mruknęła, kiedy już wyjechali na drogę. 

- Za co? 

Carrie wzięła głęboki oddech. 

-   Za   tamten   wieczór.   Byłeś   taki...   sama   nie   wiem   jaki,   ale   ja   trochę 

przesadziłam. Muszę ... musimy zostawić to już za sobą. 

- Jestem dokładnie tego samego zdania - Kyle uśmiechnął się szeroko i Carrie 

przez chwilę miała wrażenie, że nagle wszystko dokoła pojaśniało, jakby słońce 

background image

wyszło zza chmur. Wziął ją za rękę i mocno uścisnął. 

- To nie ma sensu - stwierdziła Carrie. 

- Co nie ma sensu? 

Potrząsnęła głową. 

-   Zachowujemy   się   jak   dzicy,   kiedy   jesteśmy   razem,   a   jednak   bez   ciebie 

strasznie mi czegoś brakuje. 

 - Ja też czuję się podle bez ciebie. 

Kiedy   przybyli   na   miejsce,   zastali   tam   już   spory   tłumek.   Carrie 

przeprowadziła wywiad z Dawidem Bondem, właścicielem "Pana Czyściocha" i 

jednym   z   najpoważniejszych   reklamodawców   radia   KUTE.   Potem   rozdawała 

baloniki i rozmawiała z kilkoma osobami przybyłymi na wielkie otwarcie. Kyle 

także był bardzo zajęty. 

Kiedy nadeszła chwila przecięcia wstęgi, stanęli na podwyższeniu. 

Właściciel   pralni   powiedział   kilka   słów,   a   Carrie   dostała   wielkie   nożyce. 

Uśmiechnęła   się   i   powiodła   wzrokiem   po   zgromadzonym   tłumie.   Bezwiednie 

zatrzymała spojrzenie na mężczyźnie, który bacznie się jej przyglądał, i omal nie 

przewróciła się z wrażenia. Platforma podwyższenia zakołysała jej się pod stopami. 

- Kyle ... Kyle - wyciągnęła do niego rękę. 

Był na szczęście tuż obok. Chwycił ją wpół i zaniepokojony zajrzał jej w 

twarz. 

- Co się stało? - zapytał z nieznaną jej dotąd nutą paniki w głosie. 

Carrie podniosła na niego niewidzący z przerażenia wzrok. 

- Billy Bob ... jest tutaj. Widziałam go w tłumie. 

- Billy Bob? 

- Ten, który nas porwał.

Rozdział 11

background image

- Gdzie? - Kyle wpatrywał się w tłum, ale nie widział nikogo, kto choćby w 

niewielkim stopniu przypominałby Maxa Sandersa. Oczy wszystkich spoczywały 

na nich, więc dał Carrie znak, żeby szybko zrobiła użytek ze swoich potężnych 

nożyc. 

Tłum wzniósł radosny okrzyk. Dawid Bond podszedł do mikrofonu i obiecał 

bezpłatny płyn do płukania dla pierwszych pięciuset klientów. Ludzie rzucili się na 

drzwi pralni, jakby bezpłatny płyn do płukania miał uchronić ich przed finansową 

ruiną. 

- Widzisz go? - Carrie przylgnęła do Kyle'a. 

Kyle natychmiast poczuł się lepiej, jak zawsze kiedy się do niego przytulała. 

Było bez znaczenia, że to, co mówiła, nie miało żadnego sensu. Człowiek pokroju 

Maxa Sandersa z pewnością nie był zainteresowany płynem do płukania tkanin. 

- Kogo mam widzieć? Chyba nie Maxa Sandersa? 

- A kogo innego? - wykrzyknęła zrozpaczona Carrie. 

- Nie widzę go. 

-   Był   tu   -   Carrie   obiema   rękami   chwyciła   Kyle'a   za   klapy   marynarki.   - 

Przysięgam, że go widziałam.

- Carrie - Kyle postanowił, że tym razem nie da się wyprowadzić z równowagi 

- na pewno ci się wydawało, że go widziałaś. 

- Wiedziałam,   że  nie  będziesz  słuchał,  co  mówię  -  Carrie  odepchnęła  go, 

jakby brakowało jej powietrza. - Był tu, przysięgam. Człowiek, który nas porwał, 

był tu jeszcze minutę temu. 

- A może to był tylko ktoś bardzo do niego podobny? Co niby miałby tu 

robić? Człowiek, który zbiegł z więzienia, na otwarciu lokalnej pralni? 

Carrie rzuciła mu  spojrzenie pełne bólu i gniewu. Kyle był pewny, że jej 

wielkie,   ciemne   oczy   przywiodą   go   kiedyś   do   zguby.   W   tej   chwili   oddałby 

wszystko, byle tylko zobaczyć Maxa Sandersa w pralni. 

background image

- Masz rację, oczywiście - powiedziała Carrie sucho. - Musiałam się pomylić. 

- Był w ubraniu farmera? - dopytywał się Kyle. 

- Nie, miał na sobie garnitur. 

- Garnitur? 

- Garnitur, koszulę i krawat - uzupełniła. - Wyglądał zupełnie zwyczajnie, jak 

biznesmen. 

- Jesteś pewna, że nie był to ktoś bardzo do niego podobny? 

Carrie zastanowiła się. 

- Nie, to niemożliwe. Podobieństwo byłoby zbyt uderzające. 

- Rozumiem - powiedział Kyle, chociaż nie rozumiał. 

Cały problem z Carrie według niego polegał na tym, że oglądała za dużo 

telewizji. Uzależniła się od tych programów kryminalnych. 

-   Chyba   dobrze   nam   poszło   -   przerwał   ciszę.   Miał   niejasne   wrażenie,   że 

znowu zrobił coś bardzo złego i uraził ją, choć nie miał takiego zamiaru. 

- Tak. - Mówiła tak cicho, że nie tyle ją usłyszał, co odczytał to słowo z ruchu 

jej warg. 

Kiedy zajechali na parking przed radiostacją, otworzyła drzwi, wyskoczyła z 

samochodu i nie czekając na niego, ruszyła do wejścia. 

- Gdzie idziesz? - zapytał zdumiony tym pośpiechem. 

- Muszę zaraz porozmawiać z agentem Secret Service. 

Kyle bezwiednie zacisnął palce na kluczykach. 

- Nie musisz mi wierzyć - ciągnęła Carrie zdecydowanym tonem. - Ale ja 

dobrze wiem, co widziałam i nie przekonałeś mnie, że było inaczej. Jeśli Sanders tu 

jest, to znaczy, że ma jakiś powód, a ja osobiście nie życzę sobie znowu spotkać 

tego drania. 

- Carrie, bądź rozsądna. Wiesz przynajmniej, gdzie jest najbliższe biuro Secret 

Service? Mało prawdopodobne, żeby jakieś było w Kansas. Jeśli mamy zamiar ich 

background image

poinformować, powinniśmy skontaktować się z tym agentem z Wheatland. 

Carrie zawahała się. Chyba wolałaby, żeby nie mówił tak do rzeczy, mogłaby 

wtedy natychmiast mu się sprzeciwić. 

- No dobrze - zgodziła się w końcu. 

- Nie mamy się czego bać - oznajmił Kyle, ale tak naprawdę to nie miał już co 

do tego pewności. 

Do   tej   pory   w   ogóle   nie   brał   pod   uwagę,   że   może   im   grozić   realne 

niebezpieczeństwo.   No,   ale   to   przecież   nie   ma   sensu.   Gdyby   spotkali   swojego 

porywacza po raz drugi, byłby to zaiste niezwykły zbieg okoliczności. Chyba że 

Sanders przybył tu celowo. 

- Porozmawiamy z agentem Richardsem i pojedziemy - powiedział, grzebiąc 

w portfelu w poszukiwaniu wizytówki agenta. 

Przeczytał   numer   i   przypomniał   sobie,   jak   go   otrzymał   przy   wyjściu   z 

więzienia. Na samą myśl o tym ogarnął go gniew, ale miał też wrażenie, że od 

tamtego czasu minęły całe wieki. 

- Uważam, że naprawdę powinniśmy to zrobić - Carrie kiwnęła głową. 

Weszli do budynku radiostacji, a potem do jej małego biura, zamykając za 

sobą drzwi. Kyle zauważył, że Carrie jest bardzo blada i że drżą jej ręce. Dotarło 

do niego, że jest przerażona. 

Być może powinien bardziej się tym wszystkim przejąć, ale tak naprawdę 

Sanders   nie   wzbudzał   w   nim   strachu.   O   jakiekolwiek   przestępstwo   byłby 

oskarżony, pozostawało faktem, że im nie wyrządził żadnej krzywdy. Ryzykował, 

że zostanie złapany, a mimo to zatrzymał się, by ich wypuścić. 

- Kochanie, nie martw się, wszystko będzie dobrze. 

Carrie przymknęła oczy. 

- Nie nazywaj mnie tak - szepnęła. 

- Dlaczego? 

background image

- Źle się z tym czuję. 

Kyle wzruszył ramionami, jakby niewiele go to obeszło, ale prawda była inna. 

Jej słowa bolały. Kiedy, u licha, stała się taka przewrażliwiona? Nic już z tego nie 

rozumiał. 

Nagle zapragnął chociaż jej dotknąć. Wziął ją za ramiona. 

- Zadzwonię. 

- Nie - sprzeciwiła się gwałtownie. - To nie ty go widziałeś, tylko ja. Nie 

jestem nawet pewna, czy mi wierzysz. 

Najwyraźniej to jego brak wiary tak ją dotknął. Ale Kyle nie chciał, żeby 

wyszli na durniów, a Carrie miała zwyczaj przesadzać. Chciał ją tylko chronić, ale 

nie wiedział, jak sprawić, żeby to zrozumiała. 

-   Wierzę,   że   widziałaś   kogoś,   kogo   wzięłaś   za   Sandersa   -   powiedział   z 

namysłem. - Kogoś bardzo do niego podobnego. 

- Widziałam Sandersa - rzuciła Carrie z wściekłością. 

-   Więc   to   właśnie   oznajmię   Richardsowi.   -   Kyle   sięgnął   po   słuchawkę, 

Wystukał numer i chwilę czekał na połączenie. Carrie nerwowo wykręcała palce. 

- Nie waż się tego bagatelizować - ostrzegła go. 

- Nie będę, obiecuję - zapewnił. 

Minęła cała długa minuta, zanim po drugiej stronie odezwał się znajomy głos. 

- Richards, słucham. 

-   Mówi   Kyle   Harris   -   powiedział   rzeczowo,   już   żałując,   że   nie   pozwolił 

mówić Carrie. 

- Sanders skontaktował się z wami? - przerwał mu agent z nadzieją w głosie. 

- Niezupełnie. Wzięliśmy udział w akcji promocyjnej i Carrie jest przekonana, 

że widziała Sandersa w tłumie. 

Starał się mówić obojętnie, nie chcąc, by Richards usłyszał sceptycyzm w 

jego głosie. Po prostu opisał to, co widziała Carrie. Czy też to, co jej się wydaje, że 

background image

widziała. Niestety, mogą to być dwie zupełnie różne rzeczy. 

Entuzjastyczna reakcja agenta trochę go zaskoczyła. Richards chciał z nimi 

jak   najszybciej   omówić   tę   sprawę,   jeszcze   tego   wieczoru.   Ustalili   godzinę 

spotkania i Kyle podał mu adres, po czym odłożył słuchawkę. 

- Co powiedział? - niecierpliwiła się Carrie. 

- Chce  z  nami  porozmawiać.  Mamy  się   z  nim  spotkać  u  mnie  o  siódmej 

wieczorem. 

Carrie pokiwała głową, nagle jakby trochę niepewna. 

- Niewiele jest do powiedzenia. 

Kyle uważał, że w ogóle nic nie ma do powiedzenia. Carrie sądzi, że widziała 

Sandersa,   ale   Richards   nie   wie,   że   nie   ma   dnia,   w   którym   by   nie   spotkała 

przynajmniej jednego z dziesięciu najbardziej poszukiwanych przez FBI ludzi. 

- Richards mi wierzy? - zapytała. 

- Oczywiście - odparł Kyle nonszalancko. - Czemuż by nie? 

- Cóż, ty mi nie wierzysz. A poza tym zagroziłam Richardsowi, że napiszę o 

nim do mojego kongresmena. Zdenerwował mnie ... zdenerwował mnie sposób, w 

jaki cię tam traktowali. 

- Groziłaś mu? Kiedy? 

Carrie rozglądała się dokoła, jakby zakłopotana. 

- Tamtego ranka, kiedy wypuścili cię z więzienia. Byłam wściekła, bo kazali 

ci spać za kratkami. Chciałam, żeby wiedział, że nie ujdzie im to na sucho. 

  Kyle,  nie  bez  trudu,  zdołał  ukryć  uśmiech.  Wściekła  Carrie  rzeczywiście 

mogła być niebezpieczna - któż wiedział to lepiej od niego. Fakt, że nadarła trochę 

piór z jego powodu, sprawił mu wielką przyjemność. 

Taka lojalność powinna zostać nagrodzona. Niewiele myśląc, Kyle wziął ją w 

ramiona i pocałował. Serdeczny pocałunek wdzięczności szybko przeszedł w coś 

zupełnie innego. 

background image

Carrie   westchnęła   i   rozchyliła   wargi,   ale   kiedy   Kyle   spróbował   z   tego 

skorzystać, zesztywniała, oparła mu dłonie na piersi i odsunęła twarz. Oddychała 

jednak równie ciężko jak on. Przynajmniej dobrze wiedzieć, że wszystkie uczucia 

są im wspólne, nie tylko te negatywne. 

- Uważam, że jesteś cudowna - wyszeptał z ustami wtulonymi w jej włosy. 

Ciągle   luźno   ją   obejmował,   nie   chcąc   przerywać   przynajmniej   tego   słabego 

kontaktu z jej ciałem. - Nie co dzień ktoś naraża się dla mnie agentom tajnych 

służb. 

-   Mogę   sobie   być   cudowna   -   powiedziała,   ciągle   trochę   zdyszana   -   ale 

uważasz, że powinnam sobie sprawić okulary. 

-   Carrie   -   westchnął,   nie   wiedząc   co   powiedzieć.   Zupełnie   nie   rozumiał, 

dlaczego   to  takie  ważne,   żeby   jej  uwierzył.  Prawdę   mówiąc,   czuł  się   znacznie 

lepiej wierząc, że nie widziała Sandersa.

Carrie po raz pierwszy była u Kyle'a w domu. Wnętrze było sterylne, nawet 

kolorowe   magazyny   zostały   porządnie   ułożone   na   dolnej   półce   mahoniowego 

stolika do kawy. Miał subskrypcję na cztery dzienniki, w tym "The Wall Street 

Journal", co zauważyła, przeglądając gazety równiutko poukładane przy kominku. 

-   Rozgość   się   -   powiedział   Kyle   w   drodze   do   sypialni.   Zatrzymał   się   w 

korytarzu i spojrzał na nią, próbując rozluźnić krawat. - Zaraz będę z powrotem. 

- Kiedy przyjdzie Richards? 

Kyle popatrzył na zegarek. 

- Za jakieś dwadzieścia minut. 

Carrie kiwnęła głową. Założyła ręce do tyłu i rozpoczęła spacer po pokoju. 

Panował   tu   wzorowy   porządek.   Zdumiewało   ją,   że   mężczyzna   może   być   tak 

schludny. Całe jego życie było takie czyste i uładzone. 

Zadzwonił   telefon.   Kyle   nie   odebrał   i   Carrie   pomyślała,   że   zrobi   to 

background image

automatyczna   sekretarka.  Kiedy  jednak   rozległ  się   czwarty   dzwonek,  podniosła 

słuchawkę. 

Po drugiej stronie zapanowała chwilowa cisza. 

- Czy jest Kyle? - zapytał w końcu damski głos, niski i ciepły.

Carrie zobaczyła oczami wyobraźni jego właścicielkę. Na pewno ma piękne, 

bujne ciało i od dawna pozostaje z Kyle'em w zażyłych stosunkach. Zesztywniała. 

Kyle nigdy nie wspominał o innej kobiecie. Na myśl, że mógłby być związany z 

kimś innym, Carrie poczuła dziwny ból w okolicy serca. Powoli usiadła na obitym 

skórą fotelu. 

- W tej chwili nie może podejść do telefonu - powiedziała głosem, którego 

zwykle używała w pracy. - Czy mam coś przekazać? 

Kobieta milczała przez kilka sekund i w końcu rzekła z wahaniem. 

- Pani głos wydaje mi się znajomy ... 

Czasami jej się to zdarzało, ale ludzie rzadko pamiętali, że słyszeli go w radiu. 

- Z kim mam przyjemność? 

- Carrie Jamison - przedstawiła się niechętnie. - Pracuję z Kyle'em. 

- Carrie! - zawołał kobiecy głos entuzjastycznie. - Kyle wiele razy o tobie 

wspominał. 

Jasne. Carrie domyślała się nawet, co mówił. 

Do pokoju wszedł Kyle. Carrie zakryła dłonią słuchawkę i spojrzała na niego. 

- Do ciebie - powiedziała lodowato. 

- Kto? 

-   Nie   wiem   ...   kobieta.   -   Szybko   wcisnęła   mu   słuchawkę   do   ręki,   jakby 

trzymając ją jeszcze przez minutę, mogła się zarazić jakąś nieuleczalną chorobą. 

Kyle zmarszczył brwi i wziął słuchawkę, nie spuszczając z Carrie oka, jakby 

kontakt wzrokowy miał upewnić ją, że jest jedyną kobietą w jego życiu. Jego twarz 

pociemniała. 

background image

- Tak, mamo - powiedział. 

Mamo?   Carrie   nie   byłaby   w   stanie   w   to   uwierzyć,   nawet   gdyby   od   tego 

zależało jej życie. Jeśli Kyle sądzi, że jest na tyle głupia, by wierzyć, że po drugiej 

stronie drutu jest jego matka, to jeszcze jej nie zna. 

-   Tak,   mamo   -   powtórzył   Kyle,   wyraźnie   zniecierpliwiony.   -   Masz   rację, 

miałem zadzwonić wcześniej. Na zjeździe było fantastycznie - spojrzał na Carrie. - 

Zwłaszcza pierwszej nocy. 

Carrie założyła ręce i podeszła do okna. 

- Tak, spotykamy się - ciągnął. - Tak, to coś poważnego: Nie, nie sądzę ... To 

moja sprawa. 

Jeśli chciał coś jeszcze powiedzieć, nie zrobił tego. Carrie sama nie wiedziała, 

czy jej ulżyło, czy nie. 

- Naprawdę wydaje mi się, że to nie twoja sprawa - powtórzył. Nastąpiła seria 

kolejnych   ,,nie".   W   końcu   westchnął   ciężko   i   wyciągnął   słuchawkę   w   stronę 

Carrie. - Moja matka chciałaby z tobą porozmawiać. 

Carrie z wahaniem ujęła słuchawkę. 

- Halo? 

- Moje drogie dziecko, nie masz pojęcia, jak się cieszę, że spotykasz się z 

Kyle'em. 

- Dziękuję - Carrie nie bardzo wiedziała co powiedzieć. 

Głos w słuchawce cały czas brzmiał tak samo zmysłowo, ale teraz istotnie 

zdawał się należeć do osoby w dojrzałym wieku. To naprawdę była jego matka. 

-   Jeśli   ktokolwiek   może   uleczyć   mojego   syna   z   jego   sztywnych 

republikańskich   naleciałości,   to   tylko   ty.   Uwielbiam   twoją   poranną   audycję   i 

codziennie jej słucham. 

Carrie doszła do wniosku, że byłoby niegrzecznie stwierdzić, że i tak by jej 

pewnie słuchała ze względu na Kyle'a. 

background image

- Jestem Lilian Harris, matka Kyle'a. 

- Bardzo mi miło, pani Harris. 

- Mów mi Lilian, proszę! Czuję się tak, jakbym cię znała od dawna - mówiła 

głośno i radośnie. - Kyle potrzebuje kogoś takiego jak ty, moja droga. Bóg jeden 

wie, dlaczego stał się taki, no wiesz. Zupełnie nie jest do mnie podobny. 

- Ani do mnie - dodała Carrie uczciwie. 

- Wiem. Już się zastanawiałam, czy nie spisać tego mojego syna na straty. Ale 

to, że zaczął spotykać się z tobą, dało mi prawdziwą nadzieję. Ucałuj Ringo ode 

mnie, dobrze? 

- Ringo? - powtórzyła Carrie. 

Kyle jęknął i padł na fotel. 

-   Takie   właśnie   nadałam   mu   imię,   ale   zmienił   je   sobie,   kiedy   skończył 

osiemnaście lat. Obawiam się, że nigdy nie doceniał Beatlesów. Niestety, jest wiele 

cennych rzeczy, których mój syn nie rozumie lub nie docenia. - Miło mi było panią 

poznać, pani Harris. 

- Lilian. A poza tym nie pani, tylko panna. Nigdy nie wyszłam za mąż. 

Carrie spojrzała na Kyle'a, który od dłuższej chwili uważnie się jej przyglądał. 

Głowa ją rozbolała od nadmiaru  sensacyjnych informacji.  Więc matka  nazwała 

Kyle'a Ringo? Jej Kyle'a? 

- No dobrze - wstał z fotela. - Co ci jeszcze powiedziała? 

- To naprawdę była twoja matka? 

- Oczywiście. A może przedstawiła się jako Letnia Miłość? - wsadził ręce 

głęboko do kieszeni. - Przedstawia się tak czasami, żeby zrobić wrażenie na moich 

znajomych. 

- Twoja matka ma na imię Letnia Miłość? 

- Oczywiście, że nie. Przyszła na świat jako Lilian Harris, ale pewnego lata 

została dzieckiem-kwiatem w Kalifornii. Tam właśnie poznała mojego ojca, który 

background image

porzucił ją z chwilą, gdy się dowiedział, że jestem w drodze. Nawet mnie nigdy nie 

widział. Zresztą nie sądzę, żeby to coś zmieniło. Niestety, były to najszczęśliwsze 

dni w życiu mojej matki. Mentalnie nigdy nie opuściła swojej komuny. I nigdy nie 

zapomniała jedynego człowieka, jakiego kiedykolwiek kochała. Do diabła, nawet 

nie wiedziała, jak się nazywa. Księżycowy Goniec - zaśmiał się gorzko - tyle tylko 

była w stanie mi powiedzieć o moim ojcu. Jej cudowny Księżycowy Goniec. Sama 

się   zachowuje,   jakby   spadła   z   księżyca.   Cały   czas   siedzi   jedną   nogą   w   latach 

sześćdziesiątych. Jeśli ktoś zasługuje na współczucie, to właśnie moja matka. 

Carrie bardziej wyczuła, niż usłyszała ból w jego głosie. 

- No, dalej, śmiej się - powiedział Kyle z goryczą - Ringo to świetne imię dla 

dziecka. 

- Wcale się nie śmieję. 

- Ale masz ochotę. Widzę przecież, że jesteś rozbawiona. No, dalej. Nie mam 

do ciebie żalu, wiem, że to komiczne. 

Kiedyś Carrie oddałaby jedno oko, żeby mieć na niego takiego haka. Jego 

chłód i opanowanie cały czas prowokowały ją do zrobienia czegoś, co by nim 

wstrząsnęło. Chociaż raz. Nie miała zamiaru permanentnie się nad nim znęcać. 

Jeden raz zupełnie by jej wystarczył. 

Ale teraz, kiedy  nadeszła  ta chwila, nie była w stanie wydusić  ani słowa. 

Zamiast   tego   przepełniło   ją   gorące   współczucie   dla   małego   chłopca, 

wyśmiewanego z powodu niezwykłe go imienia. 

Nagle   zapragnęła   go   dotknąć.   Nie   była   w   stanie   się   powstrzymać.   Nie 

zastanawiając się dłużej, weszła na fotel. Ich oczy w końcu spotkały się na tym 

samym poziomie. 

- Chodź tutaj - pokiwała na niego palcem. 

Kiedy podszedł, zarzuciła mu ręce na szyję i delikatnie pocałowała w usta. 

Zdziwił  ją  jednak  pewien  opór,  jaki  wyczuła   przy  tym z  jego  strony.  Chwycił 

background image

Carrie w pasie, jakby chciał ją od siebie odepchnąć, albo podnieść do góry. 

Przejechała czubkiem języka po zarysie jego ust. Rozluźnił się trochę i Carrie 

po raz pierwszy poczuła, że ma nad nim pewną władzę. Ale gdy on ją pocałował, 

nagle stała się słaba i bezbronna. To także było czymś nowym i w pewnym sensie 

zachwycającym.   Objęła   go   mocniej   i   przytuliła   się   do   jego   szerokiej   piersi. 

Poczuła,   jak   cudownie   twardnieją   jej   sutki.   Natychmiast   przypomniała   sobie 

wszystkie   te   wspaniałe   rzeczy,   których   ją   nauczył,   i   nieznane   dotąd   obszary 

rozkoszy, do których ją zaprowadził. 

Opór   Kyle'a   zniknął   bez   śladu.   Jęknął   cicho,   przygarnął   ją   do   siebie   i 

namiętnie oddał jej pocałunek. Sytuacja zaczęła wymykać im się spod kontroli. 

- No, to dopięłaś swego - wyszeptał jej do ucha. 

- Czego dopięłam? 

- Daj spokój, nie całuje się mężczyzny w taki sposób, żeby na tym poprzestać. 

-   Nie?   -   dopiero   po   dłuższej   chwili   zrozumiała,   co   powiedział,   ale   nawet 

wtedy nie bardzo pojmowała znaczenie słów. 

- Bez obaw, tym razem jestem przygotowany. 

- Przygotowany? - Carrie niejasno zdała sobie sprawę, że zachowuje się jak 

papuga. 

- Apteka - mruknął czule pocierając nosem o jej policzek. - Kupiłem wszystko 

w aptece. 

- W aptece? - nie mogła się powstrzymać. 

Kyle zanurzył ręce w jej włosach. 

- Czy ktoś ci już powiedział, że za dużo mówisz? 

- Nie - zachichotała. 

Nie bez wysiłku podniósł ją z fotela i zaczął całować, jakby to był jedyny 

dowód na to, jak bardzo potrzebuje jej w swoim łóżku. Stopy Carrie dyndały pół 

metra nad podłogą. 

background image

Oczywiście właśnie wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Zdawał się brzęczeć 

gdzieś  bardzo  daleko  i dopiero po  dłuższej  chwili  przedarł  się  przez  czerwona 

mgłę,   spowijającą   świadomość   Carrie.   Na   szczęście   Kyle   szybciej   nad   sobą 

zapanował. 

- To na pewno Richards - mruknął, ciężko wzdychając. 

Powoli   opuścił   ją   na   podłogę.   Wsparł   się   czołem   o   jej   czoło,   ale   kiedy 

dzwonek zabrzmiał ponownie, gwałtownie się od niej odsunął. Carrie wyciągnęła 

rękę i zatrzymała go. 

- Kupiłeś ... Byłeś w aptece?

Kiwnął głową. 

- Już nie musimy się denerwować, mam zapas na jakieś dziesięć lat. Chociaż 

czuję, że już dzisiaj moglibyśmy go w całości wyczerpać. 

Carrie   uśmiechnęła   się   z   wysiłkiem,   a   kiedy   Kyle   wrócił   do   pokoju   w 

towarzystwie dwóch agentów tajnych służb, była już zupełnie spokojna. 

- Witam - powiedziała swobodnie, wymieniając z nowo przybyłymi uścisk 

dłoni. Sam Richards przyjechał wraz z agentem Batesem, który, jak się okazało, 

miał na imię Charles. 

- Siadajcie, panowie - Kyle podszedł do kanapy. 

Kiedy   już   wszyscy   znaleźli   sobie   miejsca,   Richards   wyciągnął   notatnik   i 

ołówek i spojrzał na Carrie. Nie lubiła tego człowieka, ale ufała mu. Nie miała 

zresztą wyboru. 

- Dziś po południu widziałam Maxa Sandersa - oznajmiła. 

Agenci wymienili spojrzenia, ale nie wyglądali na zaskoczonych. 

- Czy macie zamiar mnie wyśmiać i stwierdzić, że z pewnością coś mi się 

przywidziało? - Powiedziała to z powodu Kyle'a, pewna, że trzej panowie nie będą 

ukrywać wesołości na wiadomość o obecności Sandersa w pralni. 

- W żadnym wypadku - odparł Richards. - Oczekiwaliśmy, że Sanders znowu 

background image

się pojawi. Dziwne jest tylko to, że tak długo zwlekał. 

Carrie rzuciła Kyle'owi tryumfalne spojrzenie. Miała na końcu języka "a nie 

mówiłam", ale się powstrzymała. 

- Co to znaczy "oczekiwaliśmy"? - zapytał Kyle gniewnie i wstał. Nie był w 

stanie słuchać tego na siedząco, ale stojąc wyglądał trochę niepewnie. - Następnym 

razem powiecie nam, że jesteśmy obserwowani. 

Richards i Bates spuścili oczy. 

- Obserwowaliście nas?! - wykrzyknęła Carrie, zrywając się na równe nogi. 

- Oczywiście podsłuchiwaliście także nasze rozmowy telefoniczne, czyż nie? - 

Kyle   powiedział   to   w   formie   pytania,   ale   było   to   twierdzenie   i   agenci   nie 

zareagowali na nie w żaden sposób. 

Bates w milczeniu przeglądał swój notes. 

- Spodziewaliśmy się, że coś nastąpi po tych wszystkich głuchych telefonach - 

powiedział w końcu. 

- To był Sanders? - Carrie kurczowo chwyciła Kyle'a za rękę - Kilka razy ktoś 

bez słowa odłożył słuchawkę. Ty też miałeś takie telefony? 

Kyle pokiwał głową. Carrie zauważyła, że zesztywniał i zbladł pod warstwą 

opalenizny. Opiekuńczym gestem objął ją ramieniem, jakby w ten sposób mógł ją 

lepiej chronić. 

- Czego on chce? - zapytał spokojnie. 

- Przypuszczamy, że zostawił coś u was. 

- Co? - zainteresowała się Carrie. 

- Wiemy tyle, co wy. Bardzo dokładnie przeszukaliśmy wasz samochód, ale 

niczego   nie   znaleźliśmy.   Ale   nie   tylko   my   go   szukamy.   Sanders   wykołował 

niebezpiecznych ludzi. Wiemy, że musiał się pozbyć tego, co miał przy sobie, i to 

jak najszybciej. I znalazł jakiś sposób, żeby zostawić to wam. 

- Sądzi pan, że podrzucił nam matryce? - spytała Carrie. - Gdyby tak było, na 

background image

pewno byśmy je znaleźli. 

- Byliście jego ostatnią szansą.

Kyle spojrzał na agenta z niedowierzaniem. 

- A czy nie przyszło wam do głowy, że Sanders chciał nas wykorzystać jako 

przynętę? 

Agenci   znowu   wymienili   porozumiewawcze   spojrzenia.   Wyglądało   to   tak, 

jakby  musieli   najpierw  uzgodnić  wszystko bez  słów,  zanim  jeden  z nich  mógł 

otworzyć usta. 

- Owszem, myśleliśmy o tym - odparł Richards. - Ale w takim wypadku nie 

zajmowałby  się wami  tak intensywnie. Jedno jest pewne. Macie coś, czego on 

chce. 

 - Skąd ta pewność? - zapytała Carrie powątpiewająco. 

- W przeciwnym razie nie ryzykowałby, włócząc się po Kansas. Wierzcie mi, 

ludzie, którzy na niego polują, nie mają zamiaru dać mu klapsa i o wszystkim 

wspaniałomyślnie zapomnieć. Szczerze mówiąc, myślałem, że Sanders będzie miał 

więcej rozumu i nie wystawi do wiatru swoich kumpli. Ale się myliłem. 

- I sądzi pan, że mam coś, czego on chce? - zapytał Kyle. 

- Pan albo panna Jamison. 

- Ja? - Carrie odwróciła się do Kyle'a. - Myślę, że nadszedł już czas na urlop, a 

ty? Tak czy owak chcę, żebyś poznał moich rodziców, więc ...

- Przykro mi, ale nie możemy wam teraz pozwolić opuścić miasta - przerwał 

jej Bates. 

- Nie możemy wyjechać? Mamy tu czekać na Sandersa jak owce na oprawcę? 

- Carrie podniosła głos o dwa tony. 

- Wyjazd w niczym tu nie pomoże - powiedział Richards łagodnie. - Sanders 

pojedzie za wami, a za nim podąży Nelson. 

- Nelson? 

background image

- Philip T. Nelson - wyjaśnił Bates, jakby wszyscy musieli znać to nazwisko. - 

Fałszerz,   prawdziwy   zawodowiec.   Działa   od   co   najmniej   piętnastu   lat.   Ma   już 

bardzo wiele na sumieniu, w tym także morderstwo. 

- Morderstwo? - Carrie z trudem przełknęła ślinę. 

-   Nie   mówimy   o   tym   po   to,   żeby   panią   przestraszyć.   Ale   lepiej,   żeby 

dowiedziała   się   pani   prawdy   od   nas,   zamiast   niespodziewanie   natknąć   się   na 

chłopców Nelsona. 

- Sanders czuje, że grunt pali mu się pod nogami, skoro ryzykuje, że zostanie 

rozpoznany. - Richards spojrzał poważnie na Kyle'a. - Musicie na siebie uważać. 

Kyle kiwnął głową. 

- Uważać na siebie - powtórzyła Carrie. - Ale co to właściwie znaczy? 

- Po prostu bądźcie ostrożni - odparł Bates. - Mamy was na oku dwadzieścia 

cztery godziny na dobę, więc nie ma się czego bać. Róbcie to, co zawsze, a resztę 

zostawcie już nam. 

- Udawajcie, że nic się nie zmieniło - dodał Richards. 

- Oczywiście, nic prostszego - rzuciła Carrie sarkastycznie. 

Pół   godziny   później   agenci   wyszli,   nie   udzieliwszy   bynajmniej 

wyczerpujących odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie przyszły Carrie do głowy. 

Kyle zamknął za nimi drzwi, wrócił do pokoju i objął Carrie ramieniem. 

- Nie spuszczę cię z oka. Od tej chwili wszędzie będziemy chodzić razem. 

- Zwariowałeś? 

- Tak - przyznał. - Możesz się tu wprowadzić ... u mnie jest więcej miejsca. 

- Kyle, to nie ma sensu. 

Odsunął się od niej, ale trzymał jej ramię w miażdżącym uścisku. 

- Nie rozumiesz? To wszystko zmienia - powiedział z naciskiem. - Tam gdzieś 

na zewnątrz są ludzie, którzy sądzą, że mamy  coś, czego nie mamy. Wolę nie 

myśleć, co mogłoby się stać, gdyby cię dostali. 

background image

- I dlatego chcesz, żebym się do ciebie wprowadziła? 

- Tak - powiedział z naciskiem. - Muszę cię mieć na oku. 

- Richards i Bates twierdzili, że cały czas nas pilnują. Nie mamy się czego 

bać. 

- Owszem, mamy - postanowił nie pozwolić jej zbagatelizować tej sytuacji. 

- Ale dlaczego to ja mam się tu wprowadzić? Równie dobrze ty mógłbyś 

zamieszkać ze mną. 

Kyle zmrużył oczy. 

- Bo u mnie są dwie sypialnie. 

Carrie parsknęła niepohamowanym śmiechem. 

- Naprawdę sądzisz, że będą nam potrzebne dwie sypialnie?

Rozdział 12

Naprzeciw domu Kyle'a, po drugiej stronie ulicy, Sanders czekał skryty w 

krzakach na zapadnięcie ciemności. Kiedy zobaczył Richardsa i Batesa, zrozumiał, 

że wszystko idzie zgodnie z jego planem. Ta kobieta widziała go w pralni, tak jak 

tego chciał. O to mu właśnie chodziło. 

Ktoś   musiał   przecież   ostrzec   tych   dwoje   niewinnych   ludzi,   że   grozi   im 

poważne niebezpieczeństwo.  Policjant siedzący w zaparkowanym przed domem 

samochodzie stanowił bardzo marną ochronę. Teraz przynajmniej wiedzą, czego 

się spodziewać. Na samą myśl o tym, że któreś z nich mogłoby wpaść w ręce 

Nelsona, cierpła na nim skóra. 

Sanders zaoszczędziłby sobie mnóstwo kłopotów, gdyby udało mu się dostać 

do samochodu Kyle'a. Do diabła, tym razem miał okropnego pecha. Włamał się do 

garażu tego młodego człowieka i istotnie znalazł tam samochód, tyle tylko, że nie 

background image

było to bmw. Dużo by dał, żeby się dowiedzieć, co ten dzieciak zrobił ze swoim 

samochodem. Domyślał się, że pewnie oddał go do naprawy, ale nie do dealera 

bmw w Kansas. Sprawdził to. 

Ten   żółtodziób   nie   miał   pojęcia,   w   jakim   jest   niebezpieczeństwie.   Jego 

koleżanka zresztą  też. Teraz Sanders mógł tylko czekać. Kiedy bmw  wróci do 

właściciela, zabierze co trzeba i w drogę. 

Zaczynał też dochodzić do wniosku, że się starzeje i traci wyczucie. 

Niedobrze. Szkoda byłoby tak głupio wpaść właśnie na tym etapie kariery. 

Myśl o emeryturze na jakiejś malowniczej tropikalnej wysepce stawała się coraz 

bardziej atrakcyjna. 

Jeśli dożyje. 

Kiedy   Nelson   depcze   komuś   po   piętach,   przyszłość   może   być   bardzo 

niepewna. Sanders nie miał zamiaru wplątywać tych dzieciaków w swoje sprawy, 

ale   nie   miał   wyboru.   Ktoś   musiał   wystawić   go   do   wiatru.   Kiedy   zobaczył 

samochód policyjny, specjalnie się nie przejął. Miał dobre przebranie, a furgonetka 

była zupełnie czysta. Ale potem zauważył, że wzbudził zainteresowanie. Policjant 

sięgnął po radiotelefon, a Sanders zorientował się, że jego rysopis został rozesłany 

do wszystkich posterunków. Zaskoczyło go, że policja natychmiast nie wszczęła 

pościgu.  Wkrótce  jednak  spostrzegł,  że  jadą za  nim.   Skręcił  w boczną  drogę  i 

spróbował   zgubić   ogon,  ale   nie   miał   szczęścia.   Kiedy   myślał,   że   już  go   mają, 

natknął się na tych dwoje smarkaczy. 

Narażanie innych, zwłaszcza takich miłych, młodych ludzi jak Kyle Harris i 

Carre Jamison, nie było w jego stylu. Ochranianie ich, z drugiej strony, nie należało 

do jego obowiązków, ale tym razem po prostu musiał się tym zająć. Czuł się za 

nich odpowiedzialny. Odpowiedzialność, na tym właśnie polegał jego problem. Nie 

bardzo nadawał się do tej roboty, ale nigdy nie udało mu się przekonać o tym 

McKinziego. W końcu przestał próbować. 

background image

Teraz, zanim zajmie się własnymi sprawami, musi pokazać tym ludziom, w 

jakim się znaleźli niebezpieczeństwie. Wyszedł z krzaków i przebiegł przez ulicę, 

ostrożnie zmierzając w kierunku domu. Rozpłynął się w mroku, zanim ktokolwiek 

zdążył go zauważyć. 

Potem usiadł i uśmiechnął się do siebie. 

Carrie zajrzała do brązowej papierowej torby. 

-   Kupiłeś   to   wszystko   w   aptece?   -   zapytała,   wyciągając   z   niej   kilka 

fascynujących rzeczy. 

Kyle wyrwał jej torbę i zaczął z powrotem upychać do niej rozmaite środki 

antykoncepcyjne. 

- Nieważne. 

- Co jest w tym pudełku? 

- W którym? 

- W tym wielkim. 

Zakłopotany, Kyle wyciągnął z pudełka domowy test ciążowy i położył go na 

stole. 

- Potrzebujemy czegoś takiego, prawda? - spytał, uważnie jej się przyglądając. 

Carrie miała niejasne wrażenie, że Kyle czeka, aż powie uspokajająco: "Już 

nie, to był fałszywy alarm". 

- Owszem, być może - powiedziała zamiast tego. 

Była zła, że głos jej trochę drżał. Ostatnio ze wszystkich sił starała się nie 

myśleć o tym, że to, co miało nadejść, jeszcze się nie pojawiło. 

- Czy masz ... jakieś opóźnienie? 

- Och, niewielkie - rzuciła lekko. 

- To znaczy jakie? - był wyraźnie zaniepokojony. 

- Naprawdę niewielkie - powiedziała pogodnie. - Tylko parę dni. 

background image

- To znaczy ile? 

- Trzy, cztery - ale zazwyczaj mi się to nie zdarza. 

- Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś? 

- Nie wiem.  

Kyle otworzył pudełko zawierające test ciążowy, jakby w środku znajdowały 

się   gotowe   rozwiązania   wszystkich   życiowych   problemów.   Wyciągnął 

pojemniczek wraz z instrukcjami i położył wszystko na stole. 

Carrie zdecydowanym gestem założyła ręce. 

- Nie robię żadnego testu - powiedziała poważnie. 

Kyle rozłożył broszurę informacyjną na blacie stołu. 

- Dlaczego nie? 

- Wolę pójść do mojego ginekologa. 

Kyle myślał przez chwilę. 

- Kiedy będziesz mogła umówić się na wizytę? 

- Wkrótce. Za tydzień, czy coś koło tego. 

Spojrzała na niego i natychmiast zorientowała się, że ten numer nie przejdzie. 

- Tu jest napisane, że ten test daje wyraźną odpowiedź na nasze pytanie w 

ciągu piętnastu minut. Proponuję, żeby go zrobić, i to zaraz. 

Carrie zagryzła drżące wargi. 

- Zaraz? 

- Masz coś lepszego do roboty? 

Właśnie   w   tym   momencie   Carrie   przypomniała   sobie,   że   musi   w   końcu 

rozmrozić lodówkę. 

-   Właściwie   nie.   -   Usiadła   na   krześle,   czując   się   tak,   jakby   czekała   na 

egzekucję. 

Kyle   głośno   odczytał   instrukcję.   Rzecz   była   rzeczywiście   bardzo   prosta. 

Bezbolesna   -   przynajmniej   fizycznie.   Psychicznie   ...   cóż,   to   już   inna   sprawa. 

background image

Osobiście Carrie wolałaby nie wiedzieć, nie tak szybko. Jeśli była w ciąży - Boże, 

dopomóż - to nie chciała stawać z tym oko w oko już w tej chwili. Nie była na to 

przygotowana, podobnie jak na reakcję Kyle'a. 

- Gotowa na pierwszy krok? - Kyle skończył czytać. 

- Wierz mi, pierwszy krok mamy już za sobą. 

Uśmiechnął się pokrzepiająco i wziął ją za rękę. Carrie konwulsyjnie ścisnęła 

jego palce. 

-   Co   zrobimy,   jeśli   jestem   w   ciąży?   -   zapytała   i   potrząsnęła   głową,   nie 

czekając na odpowiedź. Już ją znała. 

- Będziesz nalegał, żebyśmy się pobrali, prawda? 

- Oczywiście - odparł bez namysłu. 

Carrie przymknęła oczy. 

- Tego się właśnie obawiałam. 

- Nie chcesz za mnie wyjść? 

Uraza w jego głosie kazała jej uważać na każde słowo. 

- Nie chodzi o to, czego chcę czy nie chcę - powiedziała ostrożnie, starając się 

nie zranić jego dumy. 

- Chyba musimy wyjaśnić sobie pewne rzeczy - rzucił tonem nie znoszącym 

sprzeciwu. - Jeśli jesteś w ciąży, to nie ma o czym mówić. W poniedziałek, zaraz z 

rana, załatwię formalności. 

-   O   ile   pamiętam,   twoim   zdaniem   to   dziecko   może   nie   być   twoje   - 

przypomniała mu Carrie. 

Jeśli będzie miała choć cień podejrzenia, że mógłby w to uwierzyć, uderzy go 

w twarz, postanowiła. 

Kyle zamknął oczy i położył ręce płasko na stole, jakby miał zamiar zza niego 

wstać. Ale nie wstał. Widocznie był to tylko jego sposób opanowywania emocji. 

- Wyciągamy daleko idące wnioski, a nie wiemy nawet, na czym stoimy - 

background image

powiedział. - Zrób ten test, a potem możemy się kłócić, ile wlezie. 

Carrie wiedziała, że dalsze  dyskusje nic nie dadzą. Wzięła test, poszła do 

łazienki   i   zrobiła   wszystko,   co   zalecała   instrukcja.   Kiedy   skończyła,   nastawiła 

czasomierz na piętnaście minut i wróciła do Kyle'a, który chodził tam i z powrotem 

po kuchni. 

- Nie uwierzyłeś mi - mruknęła. 

Nie umiała zapomnieć, jak ją to zabolało. 

- O czym ty mówisz? 

- O Sandersie. 

- Oglądasz za dużo programów kryminalnych. 

Carrie poczuła się tak, jakby dostała obuchem w głowę. 

-   To   chyba   najbardziej   obraźliwa   rzecz,   jaką   kiedykolwiek   od   ciebie 

usłyszałam.   -   Oddychała   głęboko,   próbując   się   uspokoić.   -   Jestem   normalnym 

człowiekiem, w pełni władz umysłowych, a ty chcesz ze mnie zrobić paranoiczkę. 

- Nie to miałem na myśli! - wykrzyknął Kyle, i Carrie wiedziała, że mówi 

prawdę. Niestety było już za późno. Tym razem był naprawdę wściekły. 

- Ciągle się nawzajem obrażamy - powiedziała bez złości. - Nic dziwnego, że 

nie możemy się dogadać. - Odsunęła włosy z twarzy i zebrała je z tyłu głowy. - I ty 

chcesz, żebyśmy się pobrali? Nie rozumiem, po co. 

- Jest jeden mały powód - dziecko, a w każdym razie prawdopodobieństwo, że 

będziemy je mieli. 

- To prawda - powiedziała miękko - ale odpowiedz mi na jedno pytanie. Jeśli 

okaże się, że nie jestem w ciąży, czy nadal będziesz chciał wszystko załatwiać w 

poniedziałek rano i niezwłocznie się ze mną ożenić? 

- Oczywiście, że nie - odparł. I natychmiast zrozumiał, co powiedział. - To 

znaczy, będę chciał się z tobą ożenić, tylko nie w przyszłym tygodniu. 

Carrie usiadła, żeby przetrawić jego odpowiedź. No cóż, jeśli miała jakieś 

background image

złudzenia, to już się ich pozbyła. Najwyraźniej doszukiwanie się w ich stosunkach 

czegoś więcej, niż tylko pociągu seksualnego, było błędem. Wypowiedź Kyle'a 

była jednoznaczna. 

- Wszystko jasne - szepnęła przez ściśnięte gardło. W ustach miała dziwnie 

sucho. - Nie ma znaczenia, jaki będzie wynik testu. 

- Oczywiście, że ma. 

- Nie, nie ma, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. W żadnym wypadku nie mam 

zamiaru wyjść za ciebie. 

Kyle   spojrzał   na   nią   bezradnie.   W   łazience   zadzwonił   czasomierz.   Carrie 

przymknęła oczy. Miała wrażenie, że powietrze w jej płucach zamieniło się w lód. 

Nie była w stanie się ruszyć. 

- Gotowa? - zapytał Kyle. 

Wątpiła w tej chwili, czy kiedykolwiek będzie gotowa. 

- Chyba tak. 

Razem weszli do łazienki. 

- Niebieski oznacza wynik pozytywny - przypomniał Kyle. 

Wspólnie pochylili się nad testem. 

- Nie jest zbyt niebieski, prawda? - zapytała Carrie głosem słabym i drżącym. 

- Obawiam się, że jest. 

- Jest tylko lekko niebieskawy, nie wydaje ci się? 

- Kochanie, nawet niebo w Kalifornii rzadko osiąga taki błękit. Jeśli kolor 

może być jakąś wskazówką, to prawdopodobnie będziesz miała trojaczki. 

Carrie   przykryła   ręką   usta.   Sama   nie   wiedziała   dlaczego.   Może   chciała 

powstrzymać   się   przed   powiedzeniem   czegoś   niewłaściwego,   a   może   postawić 

tamę morzu łez? W każdym razie na pewno nie spodziewała się ataku śmiechu. A 

to właśnie nastąpiło. 

- Osobiście uważam, że to dość poważna sprawa - powiedział Kyle surowo. 

background image

- Ja też - wykrztusiła z trudem Carrie. - Ale to takie charakterystyczne dla 

mnie. Musisz przyznać, że nie jestem typem kobiety, która planowałaby ciążę z 

dużym wyprzedzeniem. 

- To prawda - zgodził się Kyle, po czym dodał z westchnieniem męczennika: - 

W poniedziałek rano załatwię zezwolenie na ślub. 

- Z kim masz zamiar się żenić? - zapytała Carrie takim samym tonem. - Jeśli 

masz zamiar złożyć z siebie ofiarę na ołtarzu obowiązku, to musisz się szybko 

postarać, żeby jakaś inna kobieta zaszła w ciążę. Bo ja nie planuję żadnego ślubu w 

poniedziałek. W każdym razie nie ze mną w roli głównej. 

-   Dobrze,   dobrze.   Schrzaniłem   to   -   przyznał   Kyle.   -   Jak   zresztą   prawie 

wszystko, co ma jakiś związek z tobą. Ale naprawdę chcę się z tobą ożenić. To dla 

mnie bardzo ważne, żeby nasze dziecko nosiło moje nazwisko. 

Był to pewien postęp w stosunku do tego, co powiedział przedtem, zauważyła 

Carrie. 

- Potrzebuję czasu do namysłu - powiedziała. - Idę do domu. 

- Nie możesz - odparł Kyle odruchowo. 

- Naprawdę, nic mi nie będzie. - Wiedziała, że musi znaleźć się w otoczeniu 

znajomych sprzętów i swoich własnych rzeczy. Kyle z pewnością chciał dobrze, 

ale po prostu nie rozumiał pewnych spraw . 

 - Idę z tobą. 

Carrie nie miała sił, by się sprzeczać. 

-   Skoro   się   upierasz   -   powiedziała   apatycznie.   Nagle   poczuła   się   słaba   i 

bezwolna, jak szmaciana lalka. 

Wzięła swoją torebkę i podeszła do drzwi. Otworzyła je i stanęła jak wryta. 

-   Kyle   ...   Kyle!   -   odwróciła   się   i   wpadła   na   niego,   zwabionego   jej 

histerycznym krzykiem. Chwyciła go obiema rękami za koszulę na piersiach. - On 

tu był! On tu był! 

background image

- O kim ty do licha mówisz? 

- O Sandersie! - po jej niedawnej apatii nie zostało ani śladu. 

- Skąd wiesz? 

- Zobacz! - wykrzyknęła, odwracając się i wskazując  na werandę. - Oddał 

nasze bagaże!

Rozdział 13

- Carrie, to ty? 

- Cśśś,  cicho - szepnęła  Carrie w słuchawkę  telefonu. - Nie chcę zbudzić 

Kyle'a. 

Nie mogła zasnąć i w końcu postanowiła zadzwonić do siostry. Dopiero kiedy 

już   wykręciła   numer,   dotarło   do   niej,   że   jest   trzecia   nad   ranem   i   Cathie 

najprawdopodobniej smacznie śpi. 

- Gdzie jesteś? - zapytała Cathie, ziewając. 

- U siebie. Muszę z tobą porozmawiać. 

- Kyle jest u ciebie? 

- To nie tak jak myślisz. Śpi na kanapie. 

- Pokłóciliście się. 

- Niezupełnie. Słuchaj, nie dzwonię, żeby dyskutować o Kyle'u, w każdym 

razie nie tylko o nim. Muszę z kimś porozmawiać, i wychodzi na to, że jesteś 

jedyną osobą, której mogę zaufać. 

- Jesteś w ciąży. 

- Skąd wiesz? - W rzeczywistości Carrie zdążyła przygotować siostrę na tę 

wiadomość. 

Teraz,   kiedy   jej   podejrzenia   przerodziły   się   w   pewność,   odczuła   potrzebę 

zwierzenia się komuś. Doszła też do wniosku, że na Kyle'a nie ma co liczyć. Pod 

background image

pewnymi względami ten człowiek był tak ograniczony! Potrafił myśleć tylko o 

poświęceniu się dla swego cennego honoru, nie zastanawiając się nad tym, jak ona 

będzie się z tym czuła. 

- Skąd wiem?  - zaśmiała się Cathie. - Cóż, powiedzmy, że nasza ostatnia 

rozmowa   była   obiecująca.   Więc   kupiłaś   test   ciążowy,   jak   ci   powiedziałam,   i 

otrzymałaś wynik pozytywny, tak? 

- Zgadza się. - Dziecko nie jest końcem świata, ale przyzwyczajenie się do tej 

myśli wymaga czasu. Lepiej było, dopóki nie miała pewności. 

- Co na to wszystko Kyle? 

Dlatego właśnie Carrie obudziła siostrę w środku nocy. 

- Uważa, że powinniśmy się pobrać. 

Cathie milczała przez chwilę. 

- Mówisz to tak, jakby cię tym obraził - powiedziała w końcu. 

-   Bo   tak   się   czuję   -   rzuciła   Carrie   trochę   za   głośno.   Przez   chwilę   miała 

wrażenie, że dźwięk tych słów wstrząsnął ścianami jej maleńkiej sypialni. - Nie 

powiedział, że mnie kocha, ani że cieszy się, że będziemy mieli dziecko, ani nic, co 

by mnie przekonało, że rzeczywiście chce się ze mną ożenić. 

- Daj mu trochę czasu - powiedziała Cathie. - Był to szok dla was obojga, i on 

też musi się z nim uporać. Potrzebuje paru dni, żeby wszystko sobie poukładać. 

Zamiast narzekać, powinnaś być wdzięczna. 

- Wiem, ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić Kyle'a jako mojego męża. Jest 

cudowny, czy też raczej potrafi być cudowny, ale ciągle mi się wydaje, że nie 

jesteśmy dla siebie odpowiedni. 

-   Myślę,   że   czujesz   się   po   prostu   trochę   zdezorientowana.   Pierwszy   raz 

naprawdę się zakochałaś i nie wiesz, co z tym zrobić. Więc próbujesz jakoś się z 

tego wykręcić. 

Carrie myślała chwilę. 

background image

- Od kiedy jesteś taka mądra - zaśmiała się. 

- Nie wiem. No, a poza tym, nigdy nie byłam zakochana. 

- To skąd wiesz, że ja go kocham? - Carrie sama gubiła się w labiryncie uczuć 

i wątpliwości, a jej siostra mówiła z takim przekonaniem. Prawda była taka, że jeśli 

nawet tak dobrze układa im się w łóżku, życie toczy się także poza nim. 

- Wiem, co czułaś do Kyle'a na początku - powiedziała Cathie spokojnie. - 

Pojawiłaś   się   u   mnie   w   zakonnej   spódnicy   i   jak   tylko   na   ciebie   spojrzałam, 

wiedziałam, że coś się zmieniło. A potem zdałam sobie sprawę, co. Zakochałaś się. 

Kyle   wyglądał   tak   samo,   kiedy   przyjechał   cię   szukać.   A   teraz   już   musisz   się 

zdecydować - wychodzisz za niego czy nie? 

Carrle wahała się. 

- Nie jestem pewna. 

- Nie pozwól, żeby ktoś wywierał na ciebie jakiś nacisk: To musi być twoja 

własna decyzja.

- Tak, wiem. 

- Ja już nie mogę się doczekać, kiedy zostanę ciocią. Mama dostanie szału, jak 

się dowie. 

- Mama - powtórzyła Carrie tęsknie. 

Prawdę mówiąc wolałaby ukryć tę wiadomość przed rodzicami, a zwłaszcza 

przed ojcem, ale wiedziała, że to niemożliwe. Dowiedzą się, prędzej czy później. 

Jeśli o nią chodzi, to wolałaby później. Znacznie później. Za jakieś cztery czy pięć 

lat. 

- Ciągle kłócisz się z Kyle 'em? - zapytała Cathie ostrożnie, jakby się bała, że 

to pytanie mogłoby być poczytane za wścibstwo. 

Carrie nie była pewna, co odpowiedzieć. Nikt nie irytował jej tak, jak Kyle 

Harris, ale kiedy go nie było, czuła się pusta i samotna. Nikt nie powiedział jej 

nigdy tylu okropnych rzeczy co Kyle, a jednak kiedy brał ją w ramiona, wydawało 

background image

jej się, że nigdzie nie będzie jej tak dobrze. 

Czasami była prawie pewna, że już nigdy więcej nie chce go widzieć, ale z 

chwilą   gdy   odchodził,   zaczynała   liczyć   minuty   dzielące   ją   od   następnego 

spotkania. 

To wszystko było bez sensu. Nic nie miało sensu od czasu, gdy wyruszyli na 

zjazd do Dallas. Zjazd z kolei łączył się z jeszcze innym powodem do zmartwienia 

-   Maxem   Sandersem,   agentami   tajnych   służb   i   facetem   o   nazwisku   Nelson,   o 

którym nigdy wcześniej nie słyszała. 

Ale tymi kłopotami Carrle nie miała zamiaru obarczać siostry. Przynajmniej 

nie teraz. I tak już nazawracała jej głowę.

- Zadzwonisz, jeśli będziesz czegoś potrzebować? - upewniała się Cathie. 

- Pewnie tak. - Dotąd to Carrie odgrywała rolę starszej i mądrzejszej, dając 

siostrze zbawienne rady, wysłuchując jej kłopotów i od czasu do czasu dzieląc się z 

nią swoją życiową mądrością, jakby była Dalaj Lamą. Teraz role się odwróciły. 

Carrie odkryła, jak dobrze jest mieć siostrę, kogoś, komu można zaufać, na czyim 

ramieniu można się oprzeć w potrzebie. 

- Dziękuję, Cathie - powiedziała głosem pełnym wdzięczności. 

- Nie ma sprawy. Od tego jestem, siostro, żeby pokierować twoim życiem 

uczuciowym i doradzić, kiedy trzeba. A teraz idź się trochę przespać, na pewno ci 

się to przyda. 

Carrie ziewnęła na samą myśl o spaniu. Ostatnio praktycznie nic innego nie 

robiła.   Po   dziewiątej   wieczorem   w   zasadzie   nie   była   w   stanie   normalnie 

funkcjonować. 

- Zadzwonię na początku przyszłego tygodnia - obiecała Cathie. 

- Jeszcze raz wielkie dzięki - wymamrotała Carrie. 

Rozłączyła   się,   odłożyła   przenośny   telefon   na   bazę   i   wślizgnęła   się   pod 

kołdrę. Zamknęła oczy i już po chwili spała. 

background image

Kyle obudził się, skoro tylko pierwsze promienie słońca wdarły się do salonu, 

gdzie spędził noc. Poruszył ramionami i skrzywił się. Bolała go szyja. Spróbował 

się wyprostować, ale była to pozycja, o której jego ciało zdążyło już zapomnieć. 

Kiedy   Carrie   odmówiła   pozostania   u   niego   na   noc,   postanowił   grać 

dżentelmena i zgodził się na kanapę, ale, na Boga, nie brał tego poważnie! Nigdy w 

życiu nie był tak zdumiony jak w chwili, kiedy Carrie wręczyła mu poduszkę i 

cienki kocyk. Miał ochotę zauważyć, że nie ma sensu zamykać stajni, jeśli koń już 

uciekł, ale ugryzł się w język. Teraz żałował, że nie postarał się jednak spać razem 

z nią. 

Cała ta sprawa z ciążą wytrąciła go z równowagi. Ją także. Był pewien, że 

będzie mu wdzięczna za propozycję małżeństwa. Nic z tego. Nie Carrie. Może 

chciała mieć pewność, że mu na niej zależy. Cóż więc mogło bardziej ją o tym 

przekonać niż fakt, że chce ją poślubić? 

Poszedł do kuchni, gdzie przekopał się przez dziesięć puszek zawierających 

rozmaite   rodzaje   ziołowych   herbat,   aż   w   końcu   znalazł   pojemnik   z   kawą. 

Zaproponował jej przejście na herbatę ziołową, ponieważ nie zawiera kofeiny, i z 

przyjemnością zauważył, że posłuchała jego rady. Tyle że jak zwykle przesadziła. 

Zaparzył sobie filiżankę kawy bezkofeinowej i wszedł do sypialni. 

Carrie leżała na wznak z rękami nad głową. Z rozsypaną na poduszce masą 

ciemnych,   wijących   się   włosów   wyglądała   jak   anioł.   Musiała   wyczuć   jego 

obecność w pokoju, bo otworzyła oczy. Widząc go, zamrugała. 

- Dzień dobry - powiedział. Opierał się o framugę drzwi, trzymając oburącz 

kubek z kawą. - Dobrze spałaś? 

Carrie przetarła oczy ręką i podniosła się na łokciu. 

- Która godzina? 

- Wcześnie. - Kyle nie spojrzał dotąd na zegarek. - Chyba koło ósmej. 

background image

Carrie naciągnęła prześcieradło po szyję. Jeśli chodzi o Kyle'a, był to duży 

błąd, ponieważ przyciągnęła jego uwagę do tej właśnie części ciała, którą starała 

się ukryć. 

- Dobrze spałeś? 

- Nie - Kyle nie miał zamiaru kłamać. - Znacznie lepiej spało mi się z tobą. 

- Rozumiem. - Kyle' a zdumiewał fakt, że Carrie tak łatwo się rumieni. Nigdy 

by jej o to nie podejrzewał.

- Chcesz kawy? 

- Tak, proszę. 

Ruszył   z   powrotem   do   kuchni   i   nalał   jej   filiżankę.   Kiedy   wrócił,   Carrie 

siedziała   w   łóżku.   Uśmiechnęła   się   z   wdzięcznością,   kiedy   podał   jej   kawę. 

Pozwolił jej się napić, po czym wziął filiżankę z jej rąk i usiadł na brzegu łóżka. 

Spojrzeli sobie w oczy. 

- Ślicznie wyglądasz z rana. 

Carrie otworzyła usta, ale Kyle położył na nich palce. Nie chciał, żeby mu 

zaprzeczyła. To prawda, miała włosy w nieładzie i była bez makijażu, ale też w 

ogóle malowała się oszczędnie. Była piękna, bo taką ją widział. A teraz, kiedy 

nosiła jego dziecko, wydawała mu się piękniejsza niż kiedykolwiek. Nagle zrobiło 

mu się zimno ze strachu, że ją straci, że będzie musiał bez niej iść przez życie. Nie 

zniósłby tego, nie teraz. 

Delikatnie odgarnął jej włosy ze skroni, pochylił się i pocałował ją nieśmiało. 

Czule, bez pośpiechu, bez pożądania. Tylko po to, żeby wiedziała, jak bardzo mu 

zależy. 

Kiedy się wyprostował, zobaczył z przerażeniem, że jej oczy są pełne łez. 

Chlipnęła i wytarła nos wierzchem dłoni.

 - Ty płaczesz? 

Carrie przytaknęła i machnęła ręką. 

background image

- Na   ogół  rzadko  płaczę.  Ale  teraz  zdaje   mi  się,  że  wszystkie   uczucia  są 

bliżej ... bliżej powierzchni. 

Kyle ujął jej dłonie w swoje i pocałował drobne, drżące paluszki.

- Musimy porozmawiać. O naszej przyszłości - powiedział. 

- Musimy? 

- Tak. Chcę, żebyś za mnie wyszła, Carrie, i żebyśmy stworzyli rodzinę, na 

jaką zasługuje nasze dziecko. - Nie chciał wywierać na nią presji, ale z drugiej 

strony czuł, że muszą  przedsięwziąć  jakieś kroki. Dla spokoju jego umysłu im 

prędzej, tym lepiej. 

- Pozwól mi to przemyśleć, dobrze? Potrzebuję czasu. 

Kyle omal nie zazgrzytał zębami. Carrie często sprawiała, że czuł się słaby i 

bezsilny. To właśnie najbardziej go niepokoiło w ich stosunkach. Zawsze udawało 

jej się być górą. Tyle razy już zmusiła go do połknięcia gorzkiej pigułki, że prawie 

polubił ten smak. 

- Daj mi parę tygodni, żebym mogła wszystko sobie poukładać - powtórzyła. - 

To wszystko jest ciągle takie nowe. Sama nie wiem, co byłoby teraz najlepsze, co 

powinniśmy zrobić. 

Kyle westchnął. 

- Czy wzięłabyś to za próbę manipulacji, gdybym ci powiedział, że chcę cię 

jeszcze raz pocałować? 

Długie rzęsy Carrie dotknęły jej kości policzkowych. Pokręciła głową. Kyle 

pochylił się i złożył na jej ustach długi, głęboki pocałunek. Wkrótce w całym ciele 

poczuł znajome podniecenie. Opanował się, ale z trudem. Odsunął się niechętnie i 

zauważył, że jej włosy wyglądają jak jedwabiste pióra jakiegoś pięknego ptaka. 

Bardziej niż czegokolwiek na świecie pragnął wziąć ją w ramiona i kochać się z nią 

do utraty sił. 

Popatrzyli na siebie i Kyle odniósł wrażenie, że Carrie pragnie tego samego, 

background image

co on. Podniósł dłonie i delikatnie ujął w nie jej piersi. 

- Chyba są pełniejsze - powiedział. 

- Mnie też się tak wydaje. I są wrażliwsze. 

- Zbyt wrażliwe, żeby je dotykać? - Kyle przesunął kciukiem po sutku i przez 

bawełnę piżamy poczuł, że staje się twardy jak kamyczek. 

Carrie odetchnęła głęboko i zadrżała. 

- Nie. Można dotykać. 

Kyle był już w pełni gotowy, a przecież zaledwie ją pocałował. Przesunął rękę 

w   dół   i   dotknął   jej   gładkiego   brzucha.   Znowu   przywarł   ustami   do   jej   warg 

wsuwając dłoń jeszcze niżej, pod kołdrę. Delikatnie pogłaskał to miejsce. Carrie 

zadrżała i przywarła do niego całym ciałem, wbijając palce w jego ramiona. 

- Czy masz coś przeciwko temu, żebym dotykał cię w ten sposób? - szepnął i 

pocałował   ją   w   ucho.   Drgnęła,   kiedy   wilgotny   koniuszek   języka   przesunął   się 

wokół małżowiny. 

Carrie   powiedziała   coś   niezrozumiale,   kiedy   jego   palce   dotknęły 

najwrażliwszego punktu jej ciała. Poruszyła się. 

- Ja ... lepiej przestań - poprosiła. 

Kyle zacisnął zęby. Chyba jej nie zrozumiał. To niemożliwe, żeby teraz kazała 

mu przestać. 

- K yle ... och, proszę. 

- Mam zamiar zadbać o nas oboje - zapewnił ją. - Chcę się z tobą kochać. 

Przecież   wiesz,   że   doprowadzasz   mnie   do   szaleństwa.   Od   wielu   tygodni. 

Potrzebuję   cię,   Carrie.   Zobacz,   jak   bardzo   -   ujął   jej   dłoń   i   położył   sobie   na 

spodenkach. 

Carrie na moment wstrzymała oddech. Kyle jęknął pod dotykiem jej palców. 

Siła   tego   intymnego   gestu   wstrząsnęła   nim.   Jej   władza   nad   nim   była   niemal 

absolutna. Zdał sobie sprawę, że nie ma takiej rzeczy, której by dla niej nie zrobił. 

background image

- Chcę się z tobą kochać - szepnął. - Marzyłem o tym od tamtej nocy w Dallas. 

- Och, proszę Kyle, nie mów do mnie w ten sposób - jej głos drżał od emocji. 

Zabrzmiało to tak, jakby sądziła, że on się z niej nabija. 

- W jaki sposób? 

- Jakbym była piękna i godna pożądania  i doprowadzała  cię do spazmów 

namiętności. 

- No cóż, dowód na to, że tak jest, trzymasz właśnie w ręce. 

Carrie delikatnie uniosła dłoń, wyraźnie musiała przywołać całą swoją siłę, 

żeby się na to zdobyć. Odsunęła się trochę i poprawiła włosy drżącymi rękami. 

- Przy tobie nie potrafię jasno myśleć. 

- Więc nie myśl, czuj - zachęcił ją. - Poczuj, jak bardzo cię potrzebuję. 

- To tak, jakbyś mnie posiadał na własność - wyszeptała. Ze sobą musiała 

walczyć tak samo jak z nim. - Mówię sobie, że nie pozwolę, aby sprawy zaszły 

między nami za daleko, a zaraz potem lądujemy razem w łóżku. I tak mam już 

kompletny   mętlik   w   głowie.   Nie   chcę   dodatkowo   komplikować   wszystkiego 

sypianiem z tobą. 

Kyle był zupełnie zbity z pantałyku. 

- Więc mówisz poważnie? Naprawdę nie chcesz, żebym cię dotykał? 

- Tylko przez jakiś czas, aż wszystko przemyślę i trochę rozjaśni mi się w 

głowie. 

W tej chwili Kyle miał wrażenie, że w jego własnej głowie zebrała się gęsta 

mgła.   Nie   mógł   w   to   uwierzyć.   Aby   zadośćuczynić   jej   prośbie,   musiałby 

natychmiast wstać z łóżka. 

- Na czym w takim razie stanęło? 

- Nie jestem pewna, czy rozumiem pytanie. 

-   Muszę   wiedzieć,   czego   właściwie   oczekujesz   od   naszego   ...   związku   - 

powiedział Kyle zimno. - Nie możemy żyć jak brat z siostrą, a zdaje się, że o to ci 

background image

chodzi. 

- Chodzi o to - Carrie wzięła kubek z kawa w obie dłonie - że sama nie wiem, 

czego chcę. 

- Więc mam się kręcić w pobliżu z wywieszonym językiem, podczas gdy ty 

będziesz sobie powolutku dojrzewać do jakiejś decyzji. 

To wszystko stawało się nie do zniesienia. Kto by przypuszczał, że tak trudno 

będzie mu nakłonić Carrie, żeby za niego wyszła? Zwłaszcza teraz. 

- Potraktowałaś moją propozycję jak obrazę. Zraniłaś moją miłość własną - 

powiedział. - Chyba naprawdę byłabyś zadowolona, gdybym odwrócił się do ciebie 

plecami i odszedł. 

- Nie chcę ci niczego utrudniać. 

- Doprawdy? Więc musisz się bardziej postarać. 

- Popatrz na to z mojego punktu widzenia - przekonywała Carrie. Uklękła na 

łóżku. - Przez prawie całe moje życie pozwalałam innym decydować o sobie. Mój 

ojciec stawał na głowie, żeby zrobić ze mnie pielęgniarkę, bo uważał, że właśnie 

do tego się nadaję. To on wybierał szkoły, do których chodziłam, chłopców, z 

którymi   się   umawiałam   i   ubrania,   które   nosiłam.   Moim   rodzicom   zawsze   się 

wydawało, że najlepiej wiedzą, co jest dla mnie dobre. Ale teraz chcę sama podjąć 

decyzję. 

- Nie jestem twoim ojcem. 

- Ale najwyraźniej wiesz lepiej ode mnie, co powinnam zrobić. 

- Będziesz miała dziecko. Ze mną. Powinniśmy się pobrać. 

-   Proszę   bardzo   -   Carrie   oskarżycielsko   wycelowała   w   niego   palec.   - 

Potwierdzasz to, co powiedziałam, nie muszę się już wysilać. Dlaczego, do diabła, 

to takie ważne, żebyśmy się pobrali właśnie teraz? 

Kyle spojrzał na nią spode łba. Sam nie bardzo wiedział, czemu to dla niego 

takie ważne. 

background image

- Bo tak. 

-   Jestem   pod   każdym   względem   zdolna   do   wychowywania   dziecka   bez 

niczyjej pomocy. 

- Och, znakomicie - rzucił sarkastycznie, unosząc w górę ramiona. - Takie już 

mam   szczęście.   Zakochałem   się   po   uszy   w   drugiej   Murphy   Brown.   Dziecko 

potrzebuje ojca tak samo jak matki. Chcę być przy moim dziecku, chcę dać mu to, 

czego mój ojciec nigdy mi nie dał. 

-   Możesz   być   przy   naszym   dziecku   -   upierała   się   Carrie.   -   Możesz   grać 

główną rolę w jego życiu. 

- Jasne. Co masz zamiar mi zaproponować? Prawo do odwiedzin co drugi 

weekend? 

- Oczywiście, że nie. Moglibyśmy spróbować pomieszkać razem przez jakiś 

czas...  

Kyle zesztywniał. 

- Nie, Carrie, nie mam ochoty z tobą mieszkać. Moim zdaniem oboje byśmy 

na tym stracili. Jeśli nie ufasz mi na tyle, żeby za mnie wyjść, to nie ma sensu, 

żebyśmy się bawili w męża i żonę. 

- Postaraj się zrozumieć, kim jestem i skąd pochodzę - przekonywała Carrie. 

-   A   ty   postaraj   się   zrozumieć,   kim   ja   jestem   i   jakie   było   moje   życie   - 

powiedział Kyle twardo, podniesionym głosem. - Nigdy nie poznałem własnego 

ojca.   Zostawił   moją   matkę,   jeszcze   kiedy   była   w   ciąży.   Ty   czułaś   się   może 

zdominowana i stłamszona, ale ja powitałbym ojca z otwartymi ramionami. Chcę, 

żeby nasze dziecko nosiło moje nazwisko, nie twoje. Chcę dać naszemu synowi 

czy córce rodzinę, jakiej sam nigdy nie miałem, pełną miłości i bezpieczeństwa. A 

ty myślisz tylko o sobie, o tym, do czego masz prawo. A moje prawa? A prawa 

naszego dziecka? 

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Oboje musieli przemyśleć słowa, 

background image

które między nimi padły. 

- Nie mówię, że za ciebie nie wyjdę - mruknęła Carrie. - Po prostu potrzebuję 

trochę czasu. 

- Nie ma sprawy - zgodził się Kyle. - Masz tydzień.

Po czym wyszedł z pokoju, wzuł buty i zatrzasnął za sobą drzwi wejściowe. 

Szedł szybko, jakby uciekał, zły, rozczarowany i rozgoryczony. Kiedy otwierał już 

swój wypożyczony samochód, drzwi domu otworzyły się na oścież i stanęła w nich 

Carrie. 

- Nie zgadzam się na żadne ograniczenia czasowe! - krzyknęła. 

Kyle nie zaszczycił jej odpowiedzią. 

Był   to   niewątpliwie   najgorszy   tydzień   w   życiu   Carrie.   Kyle   był   bardziej 

uprzejmy   niż   serdeczny.   Zachowywał   się   grzecznie   i   taktownie,   ale   dziwnie 

chłodno. Nie naciskał już na małżeństwo, ani na nic innego. Wyglądało to tak, 

jakby poza pracą nic ich nie łączyło. W zasadzie nic się nie zmieniło, ale Carrie 

miała wrażenie, że rozdziela ich drut kolczasty. Pewnego ranka dostała w pracy 

napadu   mdłości;   ledwo   zdążyła   dobiec   do   toalety.   Kyle   czekał   na   nią   pod 

drzwiami, ale kiedy wyszła i ocenił, że już nic jej nie będzie, bez słowa wrócił do 

pracy. 

Wieczorami, mimo protestów Carrie, odprowadzał ją do domu i sprawdzał 

wszystkie pomieszczenia, zanim wyszedł. Spotykali się dopiero następnego dnia 

rano, ale Carrie była przekonana, że w ciągu nocy także nad nią czuwa. Wiedział, 

kiedy wyszła na spacer, o której wróciła i poszła spać. 

Jej zdaniem ta cała sprawa z Sandersem została niepotrzebnie rozdmuchana. 

Nie widziała go od tamtego dnia, i była pewna, że Kyle także się nigdzie na niego 

nie natknął. Ale nie powiedziała mu, żeby jej nie odprowadzał. 

background image

Kiedy Carrie pojawiła się w piątek rano w pracy, Kyle już tam był. 

Podniósł wzrok i spojrzał na nią wyczekująco. Nagle zdała sobie sprawę, że 

minął tydzień. 

- Mój czas się skończył? - zapytała obojętnie. 

Usiadła na biurku i zaczęła machać w powietrzu nogami. 

- Wiesz już, czego chcesz? - spytał Kyle spokojnie. 

Przybrał tę swoją pozę wyższości i samozadowolenia, która działała na nią jak 

czerwona płachta na byka. Jeżeli sądzi, że ona wyjdzie za człowieka, który ma 

zamiar narzucać jej swoją wolę, to czeka go gorzkie rozczarowanie. 

- Dużo myślałam - mruknęła. Nie była to odpowiednia chwila na unoszenie 

się ambicją. - Wzięłam pod uwagę to, co mi powiedziałeś o swojej rodzinie i mam 

nadzieję, że ty słuchałeś tego, co mówiłam o swojej. 

-   Słuchałem   uważnie.   -   Siedział   sztywno   wyprostowany,   patrząc   na   nią 

nieustępliwie, chłodno, jakby przygotowany na złe wieści. 

- Chcesz dać naszemu dziecku nazwisko. A gdybym ci powiedziała, że można 

to załatwić bez zawierania związku małżeńskiego? 

- Uznałbym, że podjęłaś już decyzję. - Wstał, wyciągnął kartkę z maszyny do 

pisania i położył ją obok. 

Może   tylko   jej   się   wydawało,   ale   Kyle   złagodniał   nagle,   i   kiedy   na   nią 

spojrzał, jego oczy nie miały już tego bezlitosnego, twardego wyrazu. 

Zeskoczyła z biurka. 

- Tęskniłam za tobą. 

Popatrzyli sobie w oczy i coś jakby cień uśmiechu pojawiło się na jego ustach. 

- Ja też za tobą tęskniłem. Stałaś się bardzo ważną częścią mojego życia. 

- Twój samochód wrócił z warsztatu. - Idąc do pracy zauważyła stojące na 

parkingu bmw. 

- Tak, nareszcie. 

background image

- Coś nie tak? - Od chwili, gdy zobaczyła Sandersa, nie mogła uwolnić się od 

myśli, że czeka on na bmw. 

- Skąd. - Kyle zaczął sprawdzać wyniki ostatnich meczy na Wimbledonie. 

- Przeszukałeś samochód, prawda? - Sama by tak zrobiła. 

Znieruchomiał na sekundę i to starczyło jej za odpowiedź. 

- Znalazłeś coś. 

-   Tak.   -   Powiedział   to   bardzo   cicho,   jakby   się   bał,   że   ktoś   mógłby   ich 

podsłuchać. 

- Co? - Carrie usiadła na krześle naprzeciw niego i pochyliła się do przodu. 

- To - wyjął z kieszeni  klucz i wyciągnął ku niej na rozpostartej dłoni. - 

Sanders nie ukrył w moim samochodzie matryc, tylko klucz. 

- Do czego? 

- Nie mam pojęcia. Pewnie do jakiejś skrytki, ale Bóg jeden wie, gdzie ona 

jest. 

- Powiedziałeś Richardsowi? 

- Jeszcze nie. 

Serce Carrie biło jak oszalałe ze strachu i podniecenia. Kyle trzymał właśnie 

w ręce zapaloną laskę dynamitu. 

- Dlaczego?! - krzyknęła, zrywając się na równe nogi. Wolała nie myśleć, co 

się stanie, jeśli Sanders czy ten Nelson Jakiśtam złapią Kyle'a z tym kluczem. 

- Na początku nie zwróciłem na to większej uwagi. Sam mam taki kluczyk. 

Dopiero dziś rano, kiedy przyjechałem do pracy, zdałem sobie sprawę, że nie było 

go tam, gdzie go położyłem. Sprawdziłem i oczywiście, były dwa. 

- Nie wiedziałeś, że były tam dwa klucze, aż do dzisiaj? 

- Zaraz skontaktuję się z Richardsem. Wierz mi, nie mam zamiaru skończyć 

na dnie Missisipi w betonowych butach. 

- Schowajmy go w jakimś bezpiecznym miejscu - zaproponowała Carrie. - W 

background image

biurze Clyde' a. Nigdy się nie dowie, więc nic mu się nie stanie. 

- Nie możemy mu tego zrobić. 

- Oczywiście, że możemy. 

- Zamknę go w swoim biurku, jeśli cię to uspokoi. 

- Po prostu pozbądź się go jakoś, proszę. 

- Dobrze już, dobrze. Nie ma czym się tak denerwować. 

- Nie ma czym? Możesz zostać zabity! 

W trakcie całej swojej audycji Carrie myślała tylko o kluczu. Było tak, jakby 

w pokoju obok cicho tykała bomba zegarowa. Jak na złość, dzień obfitował w 

interesujące wydarzenia i Kyle nie miał ani chwili dla siebie. 

Poranny program dobiegł końca. Carrie była pewna, że Kyle nie rozmawiał 

jeszcze z Richardsem. Już miała sama to zrobić, kiedy usłyszała  dochodzącą z holu 

wrzawę. 

- Co tam się dzieje? - Kyle wystawił głowę zza swoich drzwi. 

- Nie wiem - Carrie także stanęła w drzwiach swojego biura. 

I  nagle  zdrętwiała  z  przerażenia.  Rozpoznała   jeden  z głosów,  zbyt  dobrze 

znany, by mogła go pomylić z jakimkolwiek innym. Należał do jej ojca, który 

właśnie minął recepcjonistkę i wielkimi krokami zbliżał się korytarzem do Carrie. 

- Carrie, dziecino - zagrzmiał tubalnie, uważnie się jej przyglądając. - Czy to 

prawda? 

- Co ... co mianowicie? 

- Czy jesteś w ciąży? 

- Och ... 

- Odpowiedz. 

- Tak - szepnęła. 

Jej ojciec odwrócił się i powiódł wzrokiem po tłumie zwabionych hałasem 

pracowników radiostacji. 

background image

- A teraz chciałbym się dowiedzieć, który z obecnych tu młodzieńców jest 

ojcem dziecka mojej małej córeczki.

Rozdzial14

- To ja - powiedział Kyle i bez namysłu zrobił krok naprzód. 

Michael Jamison dokonał niemal cudu, by spojrzeć na niego z góry. 

-   Czy   planuje   pan   potraktować   moją   dziewczynkę   jak   uczciwą,   godną 

szacunku kobietę? 

-   Tato!   -   wykrzyknęła   Carrie,   niemal   chora   z   zażenowania.   Czuła,   że   się 

czerwieni i nie jest w stanie nikomu spojrzeć w oczy. 

- Co się tutaj dzieje? - Przez tłum przepychał się Clyde. 

Zobaczywszy   Michaela   Jamisona   wpatrującego   się   w   Kyle'a,   jakby   miał 

zamiar rozerwać go na strzępy, stanął jak wryty. 

- Albo ten młody człowiek ożeni się z moją córką, albo, do pioruna, poniesie 

konsekwencje swoich czynów - mruknął ojciec Carrie. 

- Tato, musisz opuścić teren stacji, natychmiast - zażądała Carrie, wysuwając 

się przed Kyle'a. 

Była   zawstydzona   i   wściekła,   gotowa   walczyć   do   upadłego,   jeśli   będzie 

trzeba. 

- Czy masz zamiar chować się za kobietą, synu? 

- W żadnym wypadku - Kyle zdołał odepchnąć Carrie do tyłu. 

- Zdaje się, że my dwaj musimy odbyć małą rozmowę. 

- W każdej chwili - odparł Kyle odważnie. 

- Panie Jamison ... - zaczął Clyde, ale nie było mu dane dokończyć. 

- Najlepiej będzie, jeśli stąd wyjdziemy - zaproponował Kyle rzeczowo. 

- Kyle! - Carrie zagrodziła mu drogę. - Mój ojciec waży o dwadzieścia pięć 

background image

kilo więcej! 

- Przyznaję, że jestem ojcem twojego dziecka - powiedział Kyle bez wahania. 

- A ponieważ dziś rano nie weźmiemy ślubu, najlepiej od razu wyjaśnić sytuację, 

jeśli twój ojciec sobie tego życzy. 

-   To   najgłupsza   rzecz,   jaką   kiedykolwiek   zrobiłeś!   -   wykrzyknęła   Carrie 

zrozpaczona. 

- Ja? - zapytał spokojnie Kyle. 

- Nie! Mówię do ojca! 

- Zostaniesz matką, mając na palcu obrączkę. Porozmawiamy o tym tu i teraz, 

tak jak ja sobie tego życzę, nie inaczej. Ten młody człowiek i ja możemy wymienić 

argumenty za moją furgonetką, jeden na jednego. 

- Mój drogi, robisz z siebie idiotę - do rozmowy włączył się nowy głos. 

Carrie odwróciła się. 

- Mama! - Nigdy jeszcze nie czuła na widok matki takiej ulgi.

Uścisnęły się krótko. 

- A my dwaj mamy coś niecoś do omówienia.

- Więc zróbcie to, na Boga! - zawołała Patsy Jamison. - Przysięgam, Michael, 

ty świętego wyprowadziłbyś z równowagi. 

Ojciec Carrie, zmieszany, podrapał się po głowie. 

-   Po   prostu   nie   mogę   znieść   myśli,   że   nasza   mała   dziewczynka   będzie 

samotną matką. 

- Może byłoby lepiej, gdybyście państwo omówili te kwestie na osobności - 

zasugerował   Clyde,   wycierając   czoło   chustką   do   nosa.   -  Nie   ma   sensu   tak   się 

emocjonować. A my tu chyba pracujemy - zmarszczył brwi i tłumek ciekawskich 

zaczął się pospiesznie rozchodzić. 

- Mamo, tato - Carrie otworzyła przed rodzicami drzwi do swojego biura. 

background image

Kyle wszedł za nimi, wlokąc za sobą dodatkowe krzesło. 

Na   szczęście   następne   wiadomości   zaczynają   się   dopiero   za   dwadzieścia 

minut,  pomyślała  Carrie. To powinno  wystarczyć, żeby  wszystko  omówić.  Nie 

wiedziała jednak od czego zacząć. Na usta cisnęło jej się pytanie, skąd rodzice 

dowiedzieli się o ciąży. Trudno było jej uwierzyć, że siostra nie potrafiła dochować 

tajemnicy. 

- Proszę  państwa - Kyle przejął kontrolę nad sytuacją.  Posadził Carrie na 

krześle   i   stanął   za   nią,   kładąc   dłonie   na   jej   ramionach.   -   Przede   wszystkim 

chciałbym powiedzieć, że bardzo mi zależy na waszej córce. 

- Nazywasz się jakoś, synu? - Kyle Harris. 

-   Kyle   Harris   -   ojciec   Carrie   powtórzył   to   kilkakrotnie,   jakby   brzmienie 

nazwiska świadczyło o charakterze człowieka. 

W końcu, zadowolony, spojrzał na Carrie. 

- No to kiedy ślub? 

Carrie   wyprostowała   się   i   już   otwierała   usta,   by   dać   odpór   ojcu,   który 

najwyraźniej postanowił ją dziś upokorzyć jak nigdy dotąd, kiedy Kyle zacisnął 

palce na jej ramionach. 

- Sądzę, że to sprawa między mną a Carrie - powiedział, zanim zdołała się 

odezwać. 

Ojciec zmarszczył brwi. 

- Rozumiem pańskie uczucia - dodał Kyle łagodnie - ale oboje skończyliśmy 

dwadzieścia jeden lat i jesteśmy zdolni do podejmowania własnych decyzji. 

- On ma rację, kochany - pokiwała głową Patsy Jamison. 

- Czy to Cathie wam powiedziała? - Carrie nie mogła już dłużej wytrzymać. 

- Niezupełnie. Zadzwoniłam do niej parę dni temu i wydała mi się taka czymś 

uradowana. Kiedy ją przycisnęłam, powiedziała, że, jej bliska przyjaciółka będzie 

miała dziecko. 

background image

- I to wystarczyło? Od razu pomyślałaś, że to ja? 

- Och, nie - wyjaśniła pospiesznie matka. - Wtedy powiedziałam jej, że mam 

nowy wzór na kocyk dla dziecka i że kupię włóczkę i zrobię go dla jej przyjaciółki. 

A   ona   wtedy   szybko   zmieniła   temat.   Wydało   mi   się   to   trochę   dziwne,   ale 

zaczęłyśmy rozmawiać o czymś innym. A potem zapytałam, jak udała się twoja 

wizyta w Dallas i Cathie powiedziała mi, że nagle postanowiłaś wrócić do Kansas 

z powodu problemów z prezenterem wiadomości. 

- Czy to o ciebie chodzi, młody człowieku? 

- Tak, proszę pana. 

- Dopiero kiedy dowiedziałam się od twojej siostry, że coś między  wami 

zaszło, zaraz zapytałam, czy może myślicie o małżeństwie. Powiedziałam, że jeśli 

to   coś   poważnego,   to   trzeba   wszystko   zaplanować.   Bo   klub   Country   jest 

zarezerwowany aż do kwietnia i jeśli będzie ślub, to chciałabym, żeby tam odbyło 

się przyjęcie. Ale oczywiście nie mam zamiaru na was naciskać. Tylko muszę 

wiedzieć, czy traktujecie to poważnie. - Przerwała i wzięła głęboki oddech. - A 

wówczas Cathie wyznała, że bardzo poważnie. I dodała, że nie powinnam być 

zaskoczona, jeśli zdecydujecie się pobrać naprawdę szybko. 

Biedna Cathie dała się złapać we własne sidła. 

- Coś w jej głosie powiedziało mi, że to ty właśnie jesteś jej spodziewającą się 

dziecka przyjaciółką - zakończyła Patsy. 

Jej mąż przetarł dłonią zmęczoną twarz. 

-   Twoja   matka   bardzo   się   tym   przejęła,   więc   doszedłem   do   wniosku,   że 

najlepiej będzie pojechać do ciebie i po prostu zapytać, czy jesteś w ciąży. 

- Nie miałam pojęcia, że twój ojciec wpadnie tu jak bomba i zrobi awanturę, 

jak tylko pójdę na pięć minut do toalety. Nie można go ani na chwilę spuścić z oka 

- spojrzała karcąco na męża Patsy. 

- Znam swoją córkę - stwierdził. - Jest uparta jak osioł. Szarpałem się z nią 

background image

prawie o wszystko, sam już nie wiem przez ile lat. 

-   Och,   przestań,   Michael.   Wkrótce   zostanę   babcią!   Możesz   to   sobie 

wyobrazić? - Patsy przyłożyła chusteczkę do oczu. - Będziemy dziadkami. Już nie 

mogę się doczekać. 

- No dobra, to żenisz się z moją córką czy nie? - zaatakował dziadek ojca. 

- To zależy tylko od niej. 

-   W   takim   razie   wyjdzie   za   ciebie   -   powiedział   Michael   bez   cienia 

wątpliwości. - Ja tego dopilnuję. 

- Posłuchaj, tato, sama mam zamiar o sobie decydować. 

- Już zdecydowałaś, idąc do łóżka z tym oto człowiekiem. 

- Panie Jamison - rzekł Kyle twardo - oboje szanujemy pańskie zdanie, ale to, 

czy się pobierzemy, czy nie, zależy od wielu czynników, z których żaden nie ma 

nic wspólnego z panem. 

Carrie, która przez kilkanaście lat samotnie stawiała czoło ojcu, odczuła ulgę. 

Dobrze było mieć kogoś po swojej stronie. Była mile zaskoczona. Sądziła, że Kyle 

wykorzysta okazję, by zmusić ją do małżeństwa, a nie zrobił tego. W tej chwili tak 

go kochała, że miała ochotę rzucić mu się na szyję. 

- Mamo, tato - powiedziała zamiast tego - doceniam waszą troskę i obiecuję, 

że powiadomimy was o naszej decyzji, jak tylko ją podejmiemy. 

- Coś mi się zdaje, że to ty stwarzasz najwięcej problemów - mruknął ojciec. - 

Kyle   wygląda   na   porządnego   człowieka.   Jeśli   masz   zamiar   z   nim   sypiać,   to 

powinnaś także chcieć go poślubić.

- To są nasze sprawy, tato. 

- Najlepiej będzie zostawić ich teraz samych - stwierdziła Patsy. Stosowała tę 

politykę wobec męża już od dwudziestu dziewięciu lat. 

- W dzisiejszych czasach młodzi ludzie nie szanują starszych tak jak kiedyś - 

zrzędził Michael. - Gdzie popełniliśmy błąd? Carrie zawsze była takim słodkim 

background image

dzieciaczkiem.   Nie   sprawiała   żadnych   kłopotów,   przynajmniej   do   czternastego 

roku życia. 

- Tak, kochanie. 

- Mam tylko nadzieję, że to będzie dziewczynka. Wtedy może sama zobaczy 

pewnego dnia, jak to jest, kiedy twoja ukochana córka oznajmia ci, że postanowiła 

wychowywać   nieślubne   dziecko.   Wierzcie   mi,   dzieci   kocha   się   tak   bardzo,   że 

wyprulibyście sobie flaki, gdyby miało je to uszczęśliwić. 

- Ale ja jestem szczęśliwa, tato - stwierdziła Carrie. - Naprawdę szczęśliwa. 

- Więc uważasz, że nieślubne dziecko to powód do zadowolenia? 

- Cieszę się tym dzieckiem - wyznała szczerze. 

Pomyślała   jednak,   że   nie   jest   to   dobry   moment,   by   dzielić   się   rodzicami 

wątpliwościami, jakie miała na początku. Ani opowiadać o tym, jak trudno jej było 

pogodzić się z tą sytuacją. 

- Myślę, że powinniśmy wracać do domu - powiedziała Patsy. - Dosyć tu 

narozrabialiśmy. 

- Nigdzie się nie wybieram, dopóki Carrie nie podejmie decyzji co do swojej 

przyszłości. 

- Zgodnie z twoimi oczekiwaniami - dodała Carrie. 

Znowu ta stara śpiewka. Zmieniają się zwrotki, a refren wciąż ten sam. Ojciec 

naturalnie wie najlepiej, co jest dla niej dobre, i zrobi wszystko, żeby zrealizowała 

scenariusz,   który   dla   niej   napisał.   Walczyła   z   jego   despotyzmem,   odkąd   była 

nastolatką. Kiedy dorosła, zdawało jej się, że wyrwała się spod jego kurateli na 

dobre, ale najwyraźniej była w błędzie. 

- Będziesz miała dziecko! - zagrzmiał Michael. Miał widocznie nadzieję, że 

jeśli   powie  to  dostatecznie   głośno,  Carrie  dozna  oświecenia   i nareszcie  pojmie 

prawdziwy sens tych słów. - Dziecko potrzebuje ojca! 

Carrie sądziła, że tym razem Kyle stanie po stronie jej ojca. Używał przedtem 

background image

tych samych argumentów. 

- Carrie wie, co robi - powiedział zamiast tego. 

- Jak długo znasz moją córkę? 

- Wystarczająco długo - stwierdził Kyle spokojnie. Popatrzył na zegarek i 

otworzył drzwi. - Jedno z nas wkrótce się z państwem skontaktuje.

 - Chyba mógłbym polubić tego młodego człowieka - powiedział Michael do 

żony, ale Carrie odniosła wrażenie, że te słowa były skierowane do niej. 

Który zresztą ojciec nie polubiłby Kyle'a? Znakomicie nadawał się na męża. I 

na zięcia. Inteligentny, oddany, szczodry. Musiałaby przyznać, że jest idealnym 

materiałem na męża, nawet gdyby przypadkiem nie zaszła z nim w ciążę. 

- Mam nadzieję, że jeśli przeprosimy waszego szefa, zgodzi się zapomnieć o 

tym   incydencie   -   powiedziała   Patsy,   wychodząc   z   biura   Carrie.   -   Naprawdę 

musimy porozmawiać o tym, jak się czasami zachowujesz, kochanie. Wpaść tu jak 

bomba i wszcząć publiczną awanturę! Dobrze, że nikt nie zadzwonił po policję. 

- Nie bądź śmieszna. Jestem zupełnie nieszkodliwy.

- Michael, doprawdy! 

Kyle życzył im dobrej drogi i poszedł odczytać kolejny serwis informacyjny. 

Carrie   podziwiała   jego   opanowanie.   Odprowadziła   rodziców   do   wyjścia. 

Postanowiła pójść za jego przykładem i nie naskakiwać na ojca, chociaż język ją 

świerzbił. 

- Chciałbym z tobą porozmawiać, jak już skończysz. - Clyde wystawił głowę 

przez drzwi swojego biura. 

Ojciec Carrie podszedł do niego. 

-   Moja   żona   twierdzi,   że   zrobiłem   z   siebie   idiotę   i   jestem   winien   panu 

przeprosiny. 

- Tam, gdzie w grę wchodzi dobro naszej córki, mojego męża często ponoszą 

emocje - Patsy uśmiechnęła się uroczo. 

background image

Clyde uścisnął im dłonie i powiedział coś, czego Carrie nie dosłyszała. 

Zaniepokoiło   ją   jednak   wezwanie   na   rozmowę.   Szef   na   pewno   był 

zdenerwowany całym tym zajściem. Pocieszał ją tylko fakt, że przecież nie miała 

żadnego wpływu na zachowanie ojca. 

Pożegnała   się   z   rodzicami   i   wróciła   do   Clyde'a.   Zapukała   do   drzwi.   Im 

szybciej przez to przejdzie, tym lepiej. 

- Chciałeś się ze mną zobaczyć - powiedziała, wchodząc. 

- Owszem - Clyde sięgnął po cygaro. 

A więc będzie to jedna z tych rozmów. Carrie widywała go z cygarem tylko 

wtedy,   kiedy   czekało   go   jakieś   nieprzyjemne   zadanie.   Na   przykład   zwolnienie 

kogoś z pracy. 

Wskazał jej wysokie krzesło po drugiej stronie biurka, którego drewniane, 

proste oparcie natychmiast przywiodło jej na myśl krzesło elektryczne. Widziała 

kiedyś takie na zdjęciu w gazecie. Usiadła na samej krawędzi, gotowa poderwać się 

do wyjścia, kiedy tylko dowie się.. że już tu nie pracuje. 

- Już raz cię w tym roku zwolniłem - zaczął Clyde poważnie. 

- Masz zamiar zrobić to ponownie? - Carrie wzięła byka za rogi. 

Nie była pewna, co w takiej sytuacji zrobi, szczególnie teraz. Oczywiście, jeśli 

do tego dojdzie, postara się o inną pracę, w innej radiostacji; znajdzie inne środki 

utrzymania siebie i dziecka. Utrata porannej audycji w KUTE to jeszcze nie koniec 

świata, nawet jeśli vii pierwszej chwili tak to wygląda. 

- Nie, możesz być spokojna o swoją pracę - Clyde zupełnie ją zaskoczył. 

Carrie odczuła taką ulgę, że bezwiednie wyciągnęła do niego ręce. 

-   Tak   mi   przykro   z   powodu   moich   rodziców   -   powiedziała   impulsywnie. 

Chciała oczyścić atmosferę za wszelką cenę. Zazwyczaj jej ojciec nie zachowywał 

się w taki sposób przy ludziach. 

- Mnie  nie jest  ani trochę przykro, przeciwnie,  cieszę  się,  że mogłem  ich 

background image

poznać   -   stwierdził   Clyde   spokojnie,   przygryzając   cygaro.   -   Ich   wizyta   wiele 

wyjaśniła. Zwłaszcza twój ... stan. 

- Naprawdę? - nie przypuszczała, że po licznych atakach porannych mdłości i 

przyspieszonych wizytach w toalecie pozostała w radiu choć jedna osoba, która nie 

wiedziałaby ojej ciąży. A jeśli tak, to wolałaby, żeby ojciec nie ogłaszał tego w taki 

sposób. Nic nie mogła jednak na to poradzić. 

- Myślałem, że między tobą a Kyle'em wszystko układa się dobrze. Nie aż tak 

dobrze, to prawda, ale zauważyłem znaczną poprawę. 

- Kocham go - szepnęła Carrie. 

Zabawne, bez problemu otworzyła serce przed swoim szefem, ale rodzicom 

nie była w stanie powiedzieć, co naprawdę czuje. Zdawała sobie sprawę, dlaczego. 

Gdyby wiedzieli, wykorzystaliby to przeciw niej. Clyde tego nie zrobi. 

- Sądzę, że Kyle odwzajemnia twoje uczucia - rzekł Clyde. - Dlatego właśnie 

nie mogę zrozumieć tego - wręczył jej kartkę papieru. 

Carrie przeczytała to, co było na niej napisane, nie wierząc własnym oczom. 

- To dwutygodniowe wypowiedzenie, podpisane przez Kyle'a - powiedziała 

przez ściśnięte gardło. Czuła się tak, jakby ktoś dał jej pięścią między oczy. 

- Więc dla ciebie to także jest zaskoczeniem? 

- Tak. Nie miałam pojęcia - wyjąkała. - Powiedział ci, dokąd się wybiera? 

- Nie. Mam wrażenie, że sam jeszcze nie wie. Ale chyba gdzieś daleko. 

- Rozumiem. 

- Więc nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi? 

Carrie potrząsnęła głową. 

- Nie mam pojęcia - powtórzyła bezradnie. 

Kyle odwrócił się do niej plecami, Kyle wyrzekł się jej i postanowił odejść. 

Po tym, jak prosił, żeby za niego wyszła i powtarzał, że mu na niej zależy. Jak 

nalegał, żeby dziecko nosiło jego nazwisko. 

background image

A teraz prawda wyszła na jaw. 

To   były   tylko   słowa.   Kyle   potępiał   swojego   ojca,   ale   miał   zamiar   zrobić 

dokładnie to samo, co on zrobił jego matce: zostawić ją samą. Ale z drugiej strony 

może za szybko wyciąga wnioski. Już wcześniej jej się to zdarzało. 

- Porozmawiam z nim - oznajmiła. 

Wiedziała, że Clyde liczył na to, chociaż nie próbował jej do tego nakłonić. 

 - KUTE nie chce go stracić. 

- Jeszcze niedawno chciałeś pozbyć się nas obojga - przypomniała mu Carrie. 

- Nie - Clyde uśmiechnął się szeroko. - To był tylko taki fortel, który miał 

wam pomóc się dogadać - i zadziałał, aż za dobrze zresztą. Wy, młodzi, często nie 

zdajecie sobie sprawy, że miłość i nienawiść czasem trudno od siebie odróżnić. 

- Innymi słowy, wyswatałeś nas. 

- Coś w tym rodzaju. Wiedziałem, że albo zakochacie się w sobie na zabój, 

albo zagryziecie na śmierć. Stawiałem jednak na to pierwsze i nie pomyliłem się. 

Więc   wysłał   ich   razem   do   Dallas,   a   potem   odsunął   się   na   bezpieczną 

odległość i czekał, co z tego wyniknie. No i doczekał się niezłego przedstawienia. 

- Porozmawiaj z nim, Carrie. Jeśli ktoś może go przekonać, żeby został, to 

tylko ty. 

Carrie   nie   była   tego   taka   pewna.   Miała   powody   przypuszczać,   że   złożył 

wymówienie, aby się od niej uwolnić. Najbardziej zabolał ją fakt, że zrobił to za jej 

plecami i pozwolił, żeby dowiedziała się o jego decyzji od Clyde'a. 

Pożegnała się i poszła do małego pomieszczenia, w którym czytano serwisy 

informacyjne. Kyle przeglądał właśnie wiadomości z Associated Press. Redagował 

je od nowa, biorąc pod uwagę zainteresowanie, jakim poszczególne informacje 

mogły cieszyć się w ich regionie. 

- Jesteś zajęty? 

- Nieszczególnie - odpowiedział z roztargnieniem. 

background image

Carrie weszła  do środka, zamykając  za sobą drzwi. Kiedy się zatrzasnęły, 

Kyle spojrzał na nią zaskoczony. Uśmiechnęła się do niego niepewnie. Usiłowała 

zachować spokój, co wiele ją kosztowało po tym, czego dowiedziała się od Clyde'a. 

- Przykro mi z powodu tej awantury z moimi rodzicami. 

- Nie przejmuj się. - Kyle wrócił do wiadomości. - Rozumiem już, co miałaś 

na myśli, kiedy mówiłaś o ojcu. 

- Na pewno nie chciał tak się zachować. Martwi się o mnie, to wszystko. 

- To właśnie mi powiedział. 

- Ty zrobiłeś wszystko, co trzeba. Ojciec jest przekonany, że jesteś najlepszą 

rzeczą, jaka mi  się w życiu przytrafiła. Wspaniały młody człowiek, właśnie za 

kogoś takiego od dawna chciał mnie wydać. Sądzi, że potrzebuję mężczyzny, który 

by mnie krótko trzymał. - Zrobiła groźną minę. - Do licha, już się sprawdziłeś, mój 

ojciec raz na ciebie spojrzał i od razu wiedział, że przy tobie wyląduję w domu z 

gromadą dzieci. 

Kyle   spojrzał   na   nią,   jakby   sam   nie   wiedział,   czy   jest   bardziej   zły,   czy 

rozbawiony. 

- Wątpię. 

-   Ależ   już   zacząłeś   -   powiedziała   ironicznie   i   zaraz   tego   pożałowała.   - 

Rozmawiałam z Clyde'em. 

Kyle   popatrzył   na   nią   uważnie.   Teraz   przeoczyłby   nawet   informację   o 

rozpoczęciu   trzeciej   wojny   światowej.   Wpatrywał   się   w   Carrie   nieruchomym, 

przejmującym spojrzeniem. 

- Pokazał mi twoje wymówienie. 

Kyle spuścił wzrok na trzymane w ręku wiadomości. 

- Więc już wiesz? 

- Tak, wiem.  Kiedy chciałeś mi  powiedzieć?  A może  w ogóle nie miałeś 

zamiaru mnie o tym poinformować? 

background image

- Nie sądzę, żebym potrafił to ukryć. 

- Też tak myślę - zgodziła się Carrie. Zabrzmiało to trochę arogancko. - Kiedy 

postanowiłeś   odejść   z   radia?   -   Mimo   oświadczyn   podejrzewała,   że   po   prostu 

przemyślał wszystko i wystraszył się konsekwencji ich wspólnej szalonej nocy. 

Nie musiał przecież poczuwać się do odpowiedzialności. Sama zresztą go z 

niej zwolniła. A on uważał, że to ona przyszła do jego pokoju, i to w określonym 

celu. 

Carrie czuła, że Kyle próbuje sprawdzić, czy mówiła to wszystko poważnie. 

Wtedy rzeczywiście powiedziała to, co myślała, ale teraz nie była pewna, czy nie 

popełniła   błędu.   Powstrzymała   jednak   cisnące   się   jej   na   usta   słowa,   które 

zmusiłyby go do przyjęcia odpowiedzialności za nią i dziecko. 

- Zdecydowałem się dziś rano. 

- Po spotkaniu z moim ojcem czy przed? - zapytała, śmiejąc się nerwowo. 

Kyle uśmiechnął się lekko. 

- Przed. 

- Masz ... masz już nową pracę? 

- Jeszcze nie. 

Słyszałam, że radio KAKY potrzebuje kogoś do wiadomości. - Nic takiego 

nie słyszała, ale była ciekawa, jak na to zareaguje. 

- Tak? Dzięki. 

- Masz zamiar zwrócić się do nich? - nalegała Carrie. 

- Raczej nie. 

- Dlaczego nie? Przyjęliby cię z pocałowaniem ręki, zwłaszcza że Clyde z 

pewnością napisze ci świetny list polecający. 

Kyle wyminął ją i podszedł do biurka. 

- Mam zamiar poszukać pracy gdzieś poza tym stanem. Jeśli cię to interesuje, 

to   zastanawiam   się   nad   wyjazdem   na   południowy   Pacyfik.   Zawsze   chciałem 

background image

zwiedzić Australię i Nową Zelandię. 

- Och. - Carrie zrobiło się ciemno przed oczami. 

Zdaje się, że postanowił uciec od niej tak daleko, jak to możliwe. 

-   Innymi   słowy,   opuszczasz   mnie   -   powiedziała,   starając   się,   żeby   nie 

zabrzmiało łojak oskarżenie. 

- Niezupełnie. 

- Niezupełnie? - powtórzyła. - Wygląda na to, że niedaleko pada jabłko od 

jabłoni. Twój tatuś, o ile pamiętam, także zostawił twoją matkę. A teraz ty robisz 

mi dokładnie to samo. 

- Nie, Carrie, to nieprawda. - Mówił spokojnie, ale Carrie czuła, że jest zły. - 

Ja tylko daję ci to, o co prosiłaś. Czas i przestrzeń. 

- Piętnaście tysięcy mil to trochę więcej przestrzeni niż potrzebuję. 

- Planowałem, że cię odwiedzę, kiedy dziecko już się urodzi. - Zanotował coś 

na marginesie jednej z kartek. 

- Czy nie jest to jednak zbyt pochopna decyzja? - Carrie przypomniała sobie 

ich poranną rozmowę. 

Już   wtedy   wydawał   się   dziwnie   spokojny,   odprężony.   Teraz   rozumiała, 

dlaczego.   Postanowił   ją   opuścić,   zrobić  to,   w  co   Carrie  ani   przez   moment   nie 

wierzyła. Zauważyła, że nie wspomniał o swoich planach jej ojcu. Nic dziwnego 

zresztą. 

- Cóż, muszę przyznać, że znakomicie poradziłeś sobie z moimi rodzicami. 

Chyba powinnam ci podziękować. 

Rzucił jej gniewne spojrzenie. 

- Nie zapytasz, dlaczego nagle postanowiłem przewrócić całe moje życie do 

góry nogami i wynieść się jak najdalej od ciebie i naszego dziecka? 

- Dlaczego? - zapytała przez ściśnięte gardło. 

- Bo niczego nie jestem już pewny. 

background image

Był to dotkliwy cios. 

- Nie chcę, żebyś wyjeżdżał z Kansas. Potrzebuję cię ... teraz bardziej niż 

kiedykolwiek. - Odrzuciła dumę i ambicję. Głos jej drżał, ale zrobiła wszystko, 

żeby się opanować. 

- Chcesz ze mnie zrobić pokojowego pieska. 

- To nieprawda. 

- Nie mam zamiaru uganiać się za tobą, czekając, aż raczysz podjąć jakąś 

decyzję. Jestem mężczyzną, Carrie, i chociaż tam, gdzie chodzi o ciebie i nasze 

dziecko, mięknę jak wosk, mam ciągle dość siły, żeby ratować te resztki godności, 

jakie mi jeszcze zostały. 

- Ale ... 

- Przedstawiłaś mi długą listę powodów, dla których nie chcesz za mnie wyjść 

- uciął. - Szanuję twoją wolność wyboru. Wszystko pięknie i ładnie, ale ja też mam 

swoje potrzeby. A poza tym...

- Co poza tym? - zapytała Carrie słabo. 

- Nie mógłbym patrzeć dzień po dniu, jak moje dziecko rośnie w twoim ciele i 

być kimś obcym. Wystarczy, że w taki sposób usunęłaś mnie ze swojego życia. 

- Nie usunęłam cię ze swojego życia - upierała się Carrie, gotowa uczepić się 

każdego słowa, ale Kyle widocznie nie miał ochoty na dyskusje. 

- Szanuję twoją decyzję. I proszę cię tylko o to, żebyś uszanowała moją.

- Ale ... - ugryzła się w język. 

- Staram się zrobić to, co będzie najlepsze dla ciebie, dla mnie i dla naszego 

dziecka. Jeśli zmienisz zdanie co do naszego małżeństwa, daj mi znać. 

- A więc o to chodzi - powiedziała z niedowierzaniem. 

Wszystko zaczynało się układać w jedną całość. Chcąc zmusić ją do uległości, 

Kyle   posunął   się   do   szantażu.   Nie   udało   mu   się   przekonać   jej,   żeby   za   niego 

wyszła,   więc   przeszedł   do   planu   B.   Miała   wrażenie,   że   od   początku   coś 

background image

podejrzewała.   Kyle   był   dokładnie,   taki   sam,   jak   jej   ojciec,   tyle   że   nosił   białe 

rękawiczki. 

- Cóż, będzie mi cię brakowało - powiedziała zdawkowo, jakby jego wyjazd w 

żaden sposób jej nie dotyczył. - Mam nadzieję, że będziemy w kontakcie. 

- Oczywiście. 

- Miło będzie od czasu do czasu dostać pocztówkę z pięknej Australii. 

Kyle   podszedł   do   pulpitu,   a   Carrie   szybko   wyszła   na   korytarz.   Była 

roztrzęsiona.   Wróciła   do   swojego   biura,   usiadła   na   krześle   i   oparła   głowę   na 

dłoniach.

- Jak ci poszło? - Clyde wetknął głowę w drzwi. 

- Źle - nie podniosła wzroku. - Kyle myśli o wyjeździe do Australii. 

- To dość radykalne rozwiązanie. 

Carrie uśmiechnęła się smutno. 

- Też tak uważam.

- Powiedział ci, dlaczego? 

- Tak - wyszeptała i spojrzała na Clyde'a. - Powiedział, że niczego nie jest już 

pewny. 

Rozdział 15

Telefon   zadzwonił,  gdy  tylko Kyle  wszedł  do  domu  tego  wieczoru. Przez 

chwilę patrzył na niego. Odebrał dopiero po czwartym sygnale. 

- Słucham. 

- Kyle, coś jest nie tak. Moje kryształy przez cały dzień były gorące. Powiedz, 

co się dzieje, może będę mogła ci pomóc. 

Powinien był się domyślić, że to jego matka. Zawsze wiedziała, kiedy miał 

gorszy dzień i atakowała go z całą siłą swego matczynego uczucia. Kyle uważał, że 

background image

to on wychował Lilian, a nie odwrotnie, i drażniło go, kiedy próbowała wchodzić w 

rolę rodzica. 

- No, mów - nalegała. 

- Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że twoje kryształy mogą się mylić? - 

Kyle   postanowił   nie   dać   się   wciągnąć   w   dyskusję.   Nie   dziś.   Miał   ważniejsze 

sprawy na głowie. 

- Zawsze wiem, kiedy dzieje się coś złego. Moje kryształy nigdy mnie jeszcze 

nie zawiodły. 

- Dobrze, jeśli chcesz wiedzieć, to rzuciłem dzisiaj pracę. - Lepiej mieć to już 

z głowy. 

- Rzuciłeś pracę? Ale dlaczego? Już zacząłeś wyrabiać sobie nazwisko w tym 

radiu. Ty i Carrie cieszycie się największą popularnością w Kansas, jeśli chodzi o 

audycje poranne. 

- Mamo, wybacz, ale muszę kończyć. 

- Zadzwonisz do mnie? - powiedziała głosem, który miał mu zakomunikować, 

że zranił jej uczucia. 

-   Oczywiście,   wkrótce   zadzwonię   -   obiecał.   Spojrzał   na   zegarek,   żeby 

sprawdzić,   ile   czasu   zostało   mu   do   spotkania   z   Richardsem.   -   Nie   martw   się, 

wszystko będzie dobrze. 

- Nie zapomnij zadzwonić. 

-  Nie   zapomnę.   -   W  tej   chwili  obiecałby   absolutnie   wszystko   -  Ale   teraz 

naprawdę muszę już kończyć. 

-   Dobrze,   dobrze   -   zgodziła   się   niechętnie   Lilian.   -   Chciałam   ci   tylko 

powiedzieć, że zawsze możesz na mnie liczyć. Wiesz o tym, prawda? 

- Oczywiście. - Z westchnieniem ulgi odłożył słuchawkę. 

Ponownie spojrzał na zegarek. Był umówiony z Richardsem w kinie. 

To   agent   wybrał   miejsce   spotkania,   a   Kyle   zgodził   się,   choć   nie   bardzo 

background image

rozumiał, dlaczego nie mogą po prostu porozmawiać u niego w domu, jak ostatnio. 

Im prędzej pozbędzie się tego klucza, tym lepiej. W ogóle nie przepadał za 

zabawą   w   policjantów   i   złodziei,   a   teraz,   kiedy   jego   życie   osobiste   tak   się 

skomplikowało, miał zamiar jak najszybciej z tym skończyć.

Mimo że zostali ostrzeżeni, Kyle nie miał wrażenia, że jemu i Carrie grozi 

jakieś bezpośrednie niebezpieczeństwo. Może przejąłby się bardziej, ale nic nie 

wskazywało na to, że istotnie ktoś na nich nastaje. Przeciwnie, życie toczyło się jak 

dotąd. Tak czy inaczej, już wkrótce oboje będą to mieli za sobą. 

Sięgnął po telefon i wystukał numer Carrie. Po trzecim sygnale podniosła 

słuchawkę. 

- Halo - Jej głos brzmiał tak, jakby przechodziła właśnie ciężkie przeziębienie. 

- Mówi Kyle - powiedział trochę oficjalnie. - Dzwonię, żeby zapytać, czy nie, 

poszłabyś ze mną do kina. 

Po drugiej stronie zapanowała długa cisza. 

- Zapraszasz mnie do kina? - zapytała w końcu Carrie, jakby nie była pewna, 

czy dobrze usłyszała. 

-   Tak.   -   Początkowo   miał   zamiar   powiedzieć   jej,   co   będą   tam   robić,   i 

przypomnieć, że ona także powinna wziąć w tym udział. Ale tak naprawdę to po 

prostu chciał ją zobaczyć. Za dwa tygodnie będzie to już niemożliwe. 

- Dziś rano złożyłeś wypowiedzenie - Carrie mówiła  głosem zawodowego 

spikera radiowego - i bez ogródek powiedziałeś mi, że zostawiasz mnie i dziecko, 

żeby zwiedzić Australię, a teraz dzwonisz, żeby zaprosić mnie do kina? - ostatnie 

słowa zabrzmiały już trochę histerycznie. 

- No dobrze. Spotykam się w kinie z Richardsem, żeby dać mu ten klucz. 

Chcesz pójść czy nie? - zwrócił uwagę na sposób, w jaki mówiła o jego odejściu, 

ale nic nie powiedział. 

- Chcę.

background image

- Świetnie. Przyjadę po ciebie za piętnaście minut. 

Kiedy przyjechał, była już gotowa. W bladobłękitnej bawełnianej sukience, z 

włosami opadającymi luźno na ramiona, wydała mu się uderzająco piękna. Na szyi 

miała   zawiązany   jedwabny   szalik,   a   przez   ramię   przewieszoną   wielką   torbę. 

Odwrócił wzrok. Nie potrafił patrzeć na nią obojętnie. Przepadł z kretesem już w 

chwili, kiedy test ciążowy dał wynik pozytywny. A nawet wcześniej. Nie był w 

stanie patrzeć na nią, wiedząc, że nie może wziąć jej w ramiona, kochać się z nią. 

W   milczeniu   podjechali   pod   kino,   będące   częścią   wielkiego   centrum 

handlowo-rozrywkowego. 

- To pomysł Richardsa, żeby spotkać się z nim w kinie? - spytała Carrie, kiedy 

ustawili się w kolejce po bilety. 

-   Tak,   też   byłem   zaskoczony.   Ale   on   pewnie   wie,   co   robi.   -   Kyle   miał 

wrażenie, że ten głupi klucz wypali mu zaraz dziurę w spodniach. 

- Będę naprawdę szczęśliwa, kiedy to wszystko wreszcie się skończy. Kyle w 

pełni podzielał jej uczucia. Film okazał się jednym z tych głupich thrillerów, na 

które   w   innej   sytuacji   nigdy   by   nie   poszedł.   Richards   wykazał   się   dość 

specyficznym poczuciem humoru. 

- Masz ochotę na prażoną kukurydzę? - spytał Kyle, kiedy przechodzili koło 

baru. 

-   Przyniosłam   swoją   -   szepnęła   Carrie   konspiracyjnie,   rozglądając   się 

ukradkiem dookoła. - Mam też coś do picia. 

Kyle nie wierzył własnym uszom. 

- Tak nie można - chwycił ją za łokieć i pociągnął w róg holu, gdzie mogli 

rozmawiać swobodniej. - Nie widziałaś napisu na drzwiach? Nikomu nie wolno 

wnosić do kina jedzenia. 

- Jasne, chcą, żebyś wydał tu trzy dolary na wodę mineralną i dwa razy tyle na 

paczkę popcornu. To szczyt zdzierstwa. Nie mam ochoty tak głupio przepłacać. 

background image

- Więc nie jedz - Kyle tracił już cierpliwość. 

- Kiedy lubię. W kinie zawsze mam ochotę na popcorn. 

- Carrie, mogą cię nawet wyrzucić z kina.  

- Niech spróbują - uniosła buntowniczo podbródek.- A ty nie masz się czym 

martwić, obiecuję nie wciągać cię w to w żadnym wypadku. - Wolałaby stanąć 

naprzeciw plutonu egzekucyjnego, niż rzucić na niego cień podejrzenia, że brał 

udział w tej ohydnej zbrodni. Tak to w każdym razie zabrzmiało. 

-   Doskonale   -   odparł   Kyle,   chociaż   nic   w   tej   chwili   nie   wydało   mu   się 

doskonałe. 

Być może powinien dwa razy dziennie dziękować Bogu za to, że Carrie nie 

zgodziła   się   za   niego   wyjść.   Ta   dziewczyna   znała   niezliczoną   ilość   sposobów 

wyprowadzania go z równowagi. 

Opalona   na   ciemny   brąz   nastolatka   wskazała   im   drogę   do   kina.   Kyle 

podejrzewał, że tak równa opalenizna musi pochodzić z solarium. 

- Oczywiście należysz do tych, którzy siadają tak daleko od ekranu, jak to 

możliwe - powiedziała Carrie, kiedy weszli do szybko zapełniającej się sali. 

- Rzeczywiście, zazwyczaj siadam z tyłu. - Nie wątpił, że Carrie najchętniej 

siedziałaby   w   pierwszym   rzędzie.   -   Ale   tym   razem   i   tak   nie   mamy   wyboru. 

Richards dokładnie określił, gdzie się z nami spotka.  

- A jeśli te miejsca są już zajęte? 

- Nie  są. Naprawdę nie  mamy  się czym martwić.  Usiądę  z brzegu.- Kyle 

zatrzymał się przy trzecim rzędzie i puścił Carrie przodem.

Przynajmniej fotele w kilku pierwszych rzędach są szersze i wygodniejsze, 

zauważył z ulgą. 

- Kiedy przyjdzie Richards? - zapytała, jakby czytała w jego myślach. 

- Nie wiem. 

- Tak sobie właśnie myślę  ... - zaczęła  Carrie swobodnym,  roztargnionym 

background image

tonem,   którego   używała   zawsze   wtedy,   kiedy   miała   zamiar   powiedzieć   coś 

ważnego. Kyle znał ją już na tyle długo, żeby nie dać się nabrać. 

- O czym? - zapytał z zainteresowaniem. 

Przed   nimi   usiadła   para   nastolatków,   o   ufarbowanych   na   czarno   włosach, 

strzyżonych   prawdopodobnie   sekatorem,   a   następnie   artystycznie   nastroszonych 

przez  jakiegoś  szalonego   fryzjera.  Z  uszu  dziewczyny   zwisały   ogromne  koliste 

kolczyki, tak wielkie, że mogłyby przez nie skakać delfiny. 

- Pomyślałam, że sama chętnie wybrałabym się w podróż - podjęła Carrie. - 

Zawsze interesował mnie rejon południowego Pacyfiku. Mogłabym przyjechać do 

ciebie z dzieckiem, a ty pokazałbyś nam wszystko. 

- Jeśli chcesz - odparł wymijająco. 

- Chciałbyś, żebym przyjechała? - zapytała, ciągle z tą samą nonszalancją. 

- Bardzo bym chciał. 

Wydawała się uspokojona, Kyle natomiast nie poczuł się ani trochę lepiej. 

Naprawdę   przydałoby   porządnie   nią   potrząsnąć.   Uwaga,   że   najlepiej   by   było, 

gdyby najpierw za niego wyszła, uwięzła mu w gardle. Przysiągł sobie, że już jej o 

to nie poprosi. Jeśli mają się pobrać, inicjatywa musi wyjść od niej. 

- Możesz zakaszleć? - zapytała Carrie szeptem. 

- Słucham? 

- Możesz zakaszleć? - powtórzyła, wyciągając ze swojej wielkiej torby puszkę 

wody. 

Kyle   odkaszlnął   dystyngowanie,   czując   się   przy   tym   idiotycznie,   a   Carrie 

wykorzystała   to,   by,   otworzyć   puszkę.   Niestety,   nie   udało   mu   się   zagłuszyć 

dobywającego się z niej syku. Rozejrzał się nerwowo dokoła, żeby sprawdzić, czy 

ktoś nie zwrócił na nich uwagi. Z ulgą stwierdził, że nikt się nie zainteresował. 

Carrie pociągnęła łyk ze swojej puszki i odwróciła się do niego. 

- Zjesz trochę kukurydzy? - otworzyła torbę, jak się okazało, wypchaną po 

background image

brzegi torebkami popcornu. 

- Nie,   dziękuję.  - Obawiał   się,  że   przez   nią  wyrzucą  ich  z  kina.  Mógł   ją 

przynajmniej poprosić, żeby zaczekała z tym, aż przyjdzie Richards. 

- Jak chcesz. 

Skoro tylko pogasły światła, Carrie zaczęła z apetytem podjadać kukurydzę. 

Kyle spojrzał na nią zazdrośnie. Nie jadł obiaduj teraz burczało mu w brzuchu. 

Musiał przyznać, że kukurydza wspaniale pachnie i wygląda. Złamał się jeszcze 

przy zwiastunach. 

- Mogę się jednak poczęstować? - sięgnął ręką do torby. 

- Oczywiście - Carrie podniosła do ust kolejną garść popcornu. 

Kyle   również   zaczął   chrupać,   dziwiąc   się,   jak   łatwo   przyszło   mu   złamać 

swoje zasady. Wystarczyło, że poczuł się trochę głodny. 

- Chcesz coś do picia? - spytała Carrie. 

- Jasne. - Czy to ważne, za co wyrzucą go z kina? 

Carrie pogrzebała w torbie i wydobyła z niej piwo imbirowe. Jego ulubione. 

- Dzięki - powiedział i zakaszlał jak suchotnik. 

Niestety,   jego   puszka   narobiła   jeszcze   więcej   hałasu.   Kiedy   ją   w   końcu 

otworzył, miał wrażenie, że strzelił z armaty. Spojrzał na Carrie. Uśmiechnęła się 

do niego. Nie miał pojęcia, dlaczego jej uśmiech tak na niego działa. Za każdym 

razem   wydawało   mu   się,   że   przebiega   go   prąd   elektryczny.   Spróbował   sobie 

wyobrazić   swoje   życie   bez   niej.   Opowieść   o   wieloletniej   fascynacji   rejonem 

południowego Pacyfiku została mu podyktowana przez dumę, ale miała niewiele 

wspólnego z prawdą. W rzeczywistości natychmiast porzuciłby myśl o podróży do 

Australii, gdyby Carrie zgodziła się za niego wyjść. Bez cienia żalu. 

Z drugiej jednak strony, gdyby nie ciąża Carrie, Kyle nie byłby pewny, czy 

istotnie chce stałego związku. Łączyłoby się z tym zbyt wiele bólu, zwłaszcza 

gdyby druga strona nie odwzajemniała jego uczuć. Pozostało mu więc tylko usunąć 

background image

się jak najszybciej, by oszczędzić sobie dalszych cierpień. 

- Przepraszam państwa - snop światła z ręcznej latarki padł na torbę Carrie. 

Olej na przemyconej kukurydzy zalśnił diamentowo. - Czy mogłabym poprosić 

państwa do holu? 

Była to ta sama opalona nastolatka, która wcześniej sprawdzała ich bilety. 

- O co chodzi? - zapytała Carrie głośnym szeptem. 

- Cśśś .... - dziewczyna z kołami hula-hop w uszach odwróciła się i spojrzała 

na nich karcąco, kładąc palec na ustach.

- Proszę, takie sprawy załatwiamy w holu. 

- Wyrzucają nas z kina. Wiedziałem, że tak będzie - mruknął Kyle. 

To wszystko oczywiście wina Carrie. Wszyscy dokoła, łącznie z chłopakiem o 

upiornej   fryzurze,   gapili   się   na   niego.   Odpowiedział   im   dumnym,   zimnym 

spojrzeniem, chociaż czuł się jak konkursowy idiota. 

- Chyba nie mają zamiaru naprawdę nas wyrzucić, jak myślisz? - szepnęła 

Carrie, drepcząc obok niego za dziewczyną z obsługi. 

- Muszą państwo porozmawiać z kierownikiem - wyjaśniła nastolatka; Kyle 

wziął Carrie za rękę. Wiedział, że może to mieć coś wspólnego z Richardsem. 

Postanowił, że powie mu, co o tym myśli. Mógł znaleźć inny sposób przejęcia tego 

klucza, zamiast narażać ich na publiczne upokorzenie. 

W biurze kierownika dziewczyna poleciła im usiąść i zaczekać. 

- Widziałem, że będą z tego same kłopoty - powiedział Kyle, przechadzając 

się nerwowo po niewielkim pomieszczeniu. 

Po chwili nadszedł kierownik, otyły mężczyzna w średnim wieku. Kiedy ich 

zobaczył, zawahał się. 

- Zwykle robią to dzieci - powiedział i zmarszczył brwi. - Pierwszy raz zdarza 

mi się prosić o opuszczenie kina osoby dorosłe. 

-   Co   właściwie   takiego   strasznego   zrobiliśmy?   --   zapytała   Carrie   tonem 

background image

urażonej niewinności. 

- Wnieśli  państwo  na teren  kina napoje i kukurydzę  - odparł kierownik z 

namaszczeniem. - Nasza firma nie zezwala na to. Informacje na ten temat wiszą na 

wszystkich drzwiach, więc nie mogli ich państwo nie zauważyć. 

- Ale  ... - Carrie na pewno chciała  powiedzieć coś bardzo interesującego, 

zrezygnowała   jednak,   kiedy   kierownik   wyjął   z   jej   torby   puszkę   i   torebkę   z 

popcornem. 

- Z przyjemnością powitamy was w naszym kinie ponownie, pod warunkiem 

że przyniesiecie ze sobą pisemne pozwolenie od rodziców, w którym ... 

- Słucham? Pozwolenie rodziców? - zdumiał się Kyle. 

- Przepraszam   - uśmiechnął   się   kierownik.  -  Jak  już   mówiłem,  zazwyczaj 

zdarza   się   to   dzieciom.   Z   przyjemnością   powitamy   państwa   w   naszym   kinie 

ponownie, pod warunkiem że uszanujecie nasze zasady. Na terenie kina dozwolone 

jest spożywanie wyłącznie produktów zakupionych w naszych barach i stoiskach 

ze słodyczami. 

-   No   dobrze,   a   teraz,   skoro   pozbawił   nas   pan   kontrabandy,   chcielibyśmy 

obejrzeć film do końca - powiedział Kyle oschle. Jest dorosły i nie życzy sobie, 

żeby ten gruby kierownik traktował go jak smarkacza! 

-   Nie   trzeba   było   wnosić   nielegalnego   jedzenia   -   oznajmił   kierownik 

uroczyście, głosem człowieka, który nigdy nie zbacza z drogi cnoty. - Jeśli chcą 

państwo zobaczyć film, trzeba kupić nowe bilety. 

- Omówię to z moim prawnikiem. - Kyle był wściekły. 

- Zrobi pan, co uzna za stosowne - kierownik ani trochę się nie przejął. 

Podszedł do drzwi i otworzył je przed nimi. Kiedy wyszli, otrzepał dłonie, 

jakby był zadowolony, że się w końcu wynieśli. 

Kyle nie posiadał się z oburzenia. Potraktowano ich jak kryminalistów. W 

dodatku zostali wyrzuceni z kina i żeby wrócić, musieli kupić nowe bilety.

background image

- Chodź - powiedział i ruszył w stronę kas. 

- Tak mi przykro, Kyle. 

- Nie przejmuj się. - Prędzej "Hustler" zostanie patronem medialnym Zlotu 

Dziewic Amerykańskich, niż Kyle Harris przekroczy próg tego kina.

- Wszystko,  czego się  dotknę, obraca  się przeciwko  mnie  - mruknęła,  nie 

patrząc na niego. 

- Daj spokój. 

- Nie chodzi tylko o kukurydzę - Carrie była bliska łez. - Tylko w ogóle o 

wszystko. Zobacz, co się dzieje z nami. 

Nie był to właściwy moment na takie rozmowy. Musieli jak najszybciej dostać 

się do kina, gdzie Richards pewnie już na nich czekał. 

- Nic takiego się nie dzieje - Kyle spojrzał na zegarek. Zaczynał już wątpić, 

czy spotkają agenta. 

-   No   więc   właśnie   -   ciągnęła   Carrie.   -   Tak   wszystko   między   nami 

pogmatwałam, że pewnie już nigdy cię nie zobaczę. Nie wiem, jak to wytrzymam. 

- Może  porozmawiamy  o tym kiedy  indziej?  - zapytał Kyle niecierpliwie. 

Zmierzył wzrokiem kolejkę. Niedobrze, zanim dostaną się  do środka, minie  co 

najmniej pięć minut. 

- Dotarło  do  mnie,  jak  bardzo  będzie  mi  ciebie   brakować,   jak  bardzo  cię 

potrzebuję   i   nagle   wszystko   inne   przestało   się   liczyć   -   mówiła   Carrie,   nie 

zniechęcona jego brakiem entuzjazmu. - Rozmawiałam z Cathie po powrocie do 

domu i dzięki niej zrozumiałam, że walczę z tym, czego najbardziej pragnę. Po raz 

pierwszy w życiu jest to także coś, czego chciałby dla mnie mój ojciec. Dlatego 

trudno mi było w to uwierzyć. Wiesz, ja nigdy nie zgadzam się z ojcem. My też się 

ze sobą nie zgadzamy, ale możemy nad tym popracować. 

Kyle   zdębiał,   nie   wierząc   własnym   uszom.   Chwycił   Carrie   za   ramiona   i 

spojrzał jej w twarz. 

background image

- Chcesz powiedzieć że zgadzasz się za mnie wyjść?

Oczy Carrie błyszczały od łez. Kiwnęła głową. 

- Nie tylko ze względu na dziecko. Ja cię kocham, Kyle. Naprawdę kocham, 

chociaż nie wiem jak to się stało, ani kiedy. Ta podróż do Dallas była najlepszą 

rzeczą, jaka mi się w życiu przytrafiła. To dziecko jest moim szczęśliwym losem na 

loterii. 

Kyle nie był w stanie wymówić ani słowa. 

- Jeśli ciągle chcesz jechać do Australii, to pojadę z tobą. Tylko chciałabym, 

żeby dziecko urodziło się w Stanach. Inaczej w przyszłości nie będzie mogło zostać 

prezydentem. 

- Prezydentem Stanów Zjednoczonych? 

- Tak - Carrie z zapałem kiwnęła głową. - Może o tym nie wiedziałeś. Prawo 

ziemi. Twoja inteligencja i mój nos do ludzi połączą się w naszym dziecku, więc 

możemy spodziewać się po nim wielkich rzeczy. 

Kyle objął ją i mocno przytulił. Wolałby ją pocałować, obawiał się jednak, że 

obsługa znowu mogłaby ich wyprosić, tym razem za obrazę moralności. 

- Kupujecie bilety czy nie? - zapytał stojący za nimi człowiek. 

- Tak, przepraszam - Kyle sięgnął  po portfel.  Wyciągnął  z niego banknot 

dwudziestodolarowy i już miał zapłacić, kiedy drzwi kina otworzyły się na oścież i 

stanęła w nich młoda dziewczyna o dziwacznej fryzurze, ta sama, która przedtem 

siedziała przed nimi. Wyglądała na przerażoną. Zamknęła oczy i wzięła głęboki 

oddech. 

- Tam w kinie ... ktoś ... ktoś został zamordowany! - krzyknęła i zgięła się 

wpół, jakby w paroksyzmie bólu. 

Jej chłopak wyszedł za nią i objął ją ramieniem, ale sam nie wyglądał dużo 

lepiej. Oboje byli bardzo bladzi i drżeli na całym ciele. 

Kierownik wystawił głowę przez drzwi i poprosił ich z powrotem do środka. 

background image

-   Nikt   nie   może   opuścić   kina,   dopóki   ci   młodzi   ludzie   nie   zostaną 

przesłuchani. To rozkaz policji - wyjaśnił. 

Kyle i Carrie wymienili znaczące spojrzenia. 

- Co się stało? - spytała Carrie roztrzęsioną parę nastolatków. 

- Jacyś dwaj faceci cały czas szeptali za nami, a potem jeden jakby wkurzył 

się na drugiego i strzelił, ale jakoś tak cicho. 

- Chyba z tłumikiem - pierwszy raz odezwał się chłopak. - Ale i tak było 

słychać. 

- Nagle ten, który siedział z brzegu, zaraz za nami, spadł z fotela - dziewczyna 

ukryła twarz w dłoniach - Krew ... wszędzie było pełno krwi. 

-  Siedział  zaraz   za   wami?   -  powtórzyła  Carrie   i  chwyciła   Kyle'a   za   rękę. 

Wyglądała tak, jakby miała za chwilę zemdleć. 

- Lepiej wracajmy - chłopak ujął dziewczynę za rękę.

W oddali rozległ się dźwięk policyjnej syreny. Kyle odsunął się od kasy, a 

przez głowę przeleciało mu tysiąc myśli na raz. Ta kula mogła być przeznaczona 

dla niego. Gdyby nie Carrie i jej prażona kukurydza, to on leżałby teraz martwy w 

kinie. Albo Carrie. 

Objął ją ramieniem i wyprowadził z tłumu. 

- Słyszałeś, co ta dziewczyna powiedziała? - spytała roztrzęsionym głosem. 

Nietrudno mu było dostrzec jej panikę, bo czuł się podobnie. 

-  Słyszałem   -   wyciągnął   portfel   i   przeliczył   gotówkę.   Niecałe   pięćdziesiąt 

dolarów. 

- Ile masz przy sobie pieniędzy? - zapytał. 

-   Przy   sobie?   -   Carrie   sięgnęła   do   torby,   w   której   została   już   tylko 

portmonetka. - Trzydzieści dolarów. 

- Ile możesz wyciągnąć? 

- Nie wiem. Dlaczego pytasz? 

background image

- Wyjeżdżamy z miasta. 

- Wyjeżdżamy? Nie możemy ... 

Kyle wiedział, że zaraz usłyszy niekończącą się listę argumentów. 

- Tu jest bankomat - powiedział z naciskiem, bardzo cicho. - Wyjmij tyle, ile 

się da. Ja zrobię to samo. 

- Mam teraz niewiele na koncie - powiedziała Carrie. 

- To znaczy ile? 

- Jakieś trzy dolary - westchnęła ciężko. - W tym miesiącu było mnóstwo 

wydatków. 

Kyle szybko policzył, ile ma na swoim. Na szczęście miał też dostęp do konta 

z oszczędnościami, wiedział jednak, że zgromadzone tam zasoby nie wystarczą na 

długo, szczególnie jeśli będą musieli uciekać. 

- Mam kartę kredytową - powiedziała Carrie, wyciągając ją z portmonetki. 

- Nie, przez kartę będą mogli nas namierzyć. 

- Nie przez tę kartę. Należy do mojego ojca. Uparł się, żebym miała ją na 

wszelki wypadek. Nigdy jej nie używałam. Dla zasady. 

Nadszedł właśnie odpowiedni moment, żeby ją złamać. Kyle wziął Carrie za 

rękę. Była lodowata i lekko wilgotna. Przede wszystkim musi chronić Carrie, musi 

jak najszybciej znaleźć dla niej jakieś bezpieczne miejsce. 

Pod   kino   podjechała   karetka,   wóz   straży   pożarnej   i   sześć   samochodów 

policyjnych. Kyle i Carrie weszli na teren centrum handlowego jednym z bocznych 

wejść   i   znaleźli   bankomat.   Potem,   bezpiecznie   ukryci   w   anonimowym   tłumie, 

czekali na dalszy rozwój wypadków. 

Kyle rozglądał się wokół, szukając jakiejś znajomej twarzy. W końcu przed 

kinem   zatrzymał   się   nieoznakowany   samochód.   Drzwi   od   strony   pasażera 

otworzyły się, pospiesznie wyskoczył Charles Bates i wbiegł do środka. 

- To Bates! - Carrie, podekscytowana, ścisnęła Kyle'a za ramię. 

background image

- Wiem. 

- Nie chcesz z nim porozmawiać? 

- Nie - powiedział Kyle stanowczo. 

Wszystko   to   wyglądało   bardzo   podejrzanie.   Od   początku   wydało   mu   się 

dziwne, że Richards umówił  się z nim w kinie, choć nie dopytywał, dlaczego. 

Zabrał ze sobą Carrie, bo sądził, że z nim będzie bezpieczniejsza, niż pozostawiona 

sama sobie. Jakże niewiele wiedział. 

Jedno było pewne. W Kansas nie byli już bezpieczni. Podszedł do automatu 

telefonicznego. 

- Do kogo dzwonisz? - Carrie przylgnęła do jego ramienia. Była przerażona. 

Prawdę mówiąc, Kyle sam miał porządnego stracha.

- Muszę ustalić pewne rzeczy - wyjaśnił. 

- Z kim? 

-   Z   moją   matką   -   odparł,   zasłaniając   ręką   ustnik   słuchawki.   -   Ktoś   musi 

wiedzieć, gdzie się ukrywamy. Nie ma nikogo innego, komu mógłbym zaufać. 

- Ale ... 

- Nie martw się. Wiem, co robię. Musimy wyjechać z miasta. 

- Dokąd? 

- Moi dziadkowie mają domek nad jeziorem, w lesie. To tylko zwykła wiejska 

chałupa,   ale   możemy   się   tam   ukrywać,   póki   nie   zdecydujemy,   co   dalej.   - 

Przypuszczał, że mają jakiś tydzień, najwyżej dwa, zanim ich znajdą. Potrzebował 

czasu, żeby przemyśleć wszystko, co się zdarzyło. 

Poszli na parking. Kyle zauważył, że Carrie ciągle jest upiornie blada. 

Sam był w niewiele lepszym stanie. Wolałby spakować walizkę, ale wiedział 

już,   że   czasem   lepiej   podróżować   bez   zbędnego   bagażu.   Nauczył   się   tego   od 

Sandersa.   Musi   im   wystarczyć   to,   co   mają.   Kiedy   skończą   się   im   pieniądze, 

wykorzystają kartę kredytową ojca Carrie. 

background image

Max Sanders przeciskał się przez tłum, w nadziei, że znajdzie lepsze miejsce 

do obserwacji tego, co się działo. Był w kinie, kiedy padł strzał. W pierwszej 

chwili   przeraził   się,   że   tych   dwoje   dzieciaków   pożegnało   się   z   życiem.   Czuł 

bezsilny gniew, przepychając się gorączkowo przez tylne rzędy. 

Ale ten, kto zginął, ktokolwiek to był, nie był żadnym z "dzieciaków". Całe 

szczęście. Ta para coraz bardziej mu się podobała. Nie chciał, żeby spotkało ich 

coś złego. Problem polegał na tym, że żadne z nich nie zdawało sobie sprawy, z 

kim mają do czynienia. Ludzie, którzy deptali im po piętach, byli zdecydowanymi 

na wszystko zawodowcami. 

Kyle   Harris   znalazł   klucz.   Max   zauważył,   że   nie   było   go   w   podwoziu   i 

zrozumiał,   że   to   Kyle   go   stamtąd   zabrał.   Musiał   trochę   zboczyć   z   trasy,   żeby 

zwieść   Nelsona   i   wzbudzić   zainteresowanie   tajnych   służb.   Chciał   tylko,   żeby 

obywatele tego pięknego kraju wiedzieli, na co idą ich podatki. 

Pojechał za Kyle'em z radia do domu. Miał zamiar zabrać klucz, ale zanim 

zdążył   podejść   do   samochodu,   Kyle   wyszedł,   gwiżdżąc   jakąś   smutną   melodię. 

Sanders zaczął się zastanawiać, co tak męczy tego chłopca. Miał nadzieję, że nie 

ten klucz, ale chyba właśnie oto chodziło. 

Kyle pojechał po dziewczynę i razem udali się do kina. Im częściej widywał 

ich razem, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że ci młodzi ludzie są w 

sobie   zakochani.   Max   Sanders   prawie   już   zapomniał,   jak   to   jest   być   częścią 

normalnego świata, gdzie ludzie poznają się, zakochują w sobie, a potem pobierają. 

Sam nigdy nie był żonaty. 

Wiele   razy   za   to   był   zakochany.   Zazwyczaj   kończyło   się   to   kolejnym 

rozczarowaniem. Była tylko jedna kobieta, której nie mógł  zapomnieć. Było to 

wiele lat temu, kiedy był młody i głupi. Z nią byłby się ożenił, gdyby to było 

możliwe. Czasami, kiedy widział młodą, zakochaną parę, taką jak Kyle i Carrie, 

background image

zaczynał   się   zastanawiać,   jak   wyglądałoby   jego   życie,   gdyby   sprawy   przyjęły 

wtedy inny obrót. 

Sanders wiedział, że Kyle ma klucz. Niestety, młody człowiek nie rozumiał, 

że   oddanie   go   Richardsowi   lub   Batesowi   niewiele   pomoże.   Żaden   z   nich   nie 

domyślał się nawet, co ten kluczyk otwiera. Tylko on znał to miejsce. 

Zabójstwo w kinie przeraziło go. Z ulgą stwierdził, że żadnemu z dwojga 

młodych ludzi nic się nie stało. Kręcił się tam dość długo i w końcu odkrył, że 

zastrzelono Richardsa. Nie zdziwiło go to ani trochę. Częścią jego zadania było 

odkrycie, kto jest wtyczką w tajnych służbach. Po pewnym czasie zawęził krąg 

podejrzanych do trzech agentów, z Richardsem na czele. 

Odgadnięcie, kto zabił, także nie wymagało geniuszu. Wiedział, że Nelson jest 

w mieście, co znaczyło, że Sanders powinien zrobić sobie małe wakacje i wyjechać 

z niego jak najszybciej. Miał tylko nadzieję, że Kyle będzie miał wystarczająco 

dużo oleju w głowie, aby zrobić to samo. Teraz w żaden sposób nie mógł im już 

pomóc. 

Kyle   tankował,   a   Carrie   nabyła   w   sklepiku   na   stacji   mapę   i   parę   innych 

drobiazgów. Kyle zapłacił i ruszyli w drogę .

- Jak daleko jest do twojej chatki? 

- Dojedziemy za parę godzin. 

- Rozmawiałeś z Clyde'em? Co mu powiedziałeś? - zapytała Carrie. 

Kyle dzwonił ze stacji do szefa. 

- Że się pobieramy - odparł Kyle z roztargnieniem. 

- O co chodzi? - Carrie zauważyła, że myślał o czymś innym. 

- Ten człowiek, który został zabity w kinie, to Richards. 

Carrie przełknęła ślinę. 

- Skąd wiesz? 

background image

-   Clyde   mi   powiedział.   Niewiele   brakowało,   żeby   to   było   któreś   z   nas. 

Widzisz więc, że nie jest to najlepszy moment na omawianie ślubu. 

Carrie parsknęła śmiechem, Nie mogła się powstrzymać, 

- Chcesz powiedzieć, że w związku z tym zmieniłeś zdanie?

Rozdział 16

-   Ale   tu   jest   napisane,   że   udzielają   pozwoleń   na   połowy   i   polowania   ¬ 

zaprotestowała Carrie, kiedy Kyle zatrzymał się przy wiejskim sklepie. 

Wczoraj dotarli na miejsce i od razu poszli spać. Rano udali się na zakupy. 

- W takich miejscach sprzedaje się najróżniejsze rzeczy - odparł - Sądzę, że 

urzędujący tu człowiek jest sędzią pokoju, naczelnikiem poczty, koronerem i Bóg 

wie czym jeszcze. 

Miał rację. Dostali pozwolenie na ślub i postanowili wrócić za parę dni, aby 

zawrzeć związek małżeński. 

Kupili   gazety   i   jedzenie.   Carrie   nabyła   także   dwie   pary   dżinsów   i   kilka 

bawełnianych podkoszulek bez rękawów. Kyle również uzupełnił garderobę. 

- Nie wiem, czy to właściwa osoba do omawiania naszego ślubu - powiedziała 

Carrie, patrząc na mężczyznę, który, obsłużywszy ich, ponownie usiadł na ganku i 

wrócił do strugania z drewna figury psa. 

-   Chcesz,   żebyśmy   się   pobrali,   czy   nie?   -   Kyle   nie   był   tego   ranka   w 

najlepszym nastroju. Milczał i wydawał się dziwnie nieobecny. Wyglądało na to, 

że jeśli któreś z nich zaczyna mieć wątpliwości co do ślubu, to raczej on. 

- Tak, chcę - powiedziała Carrie z prostotą. Miała tylko wrażenie, że to trochę 

niepoważne - załatwiać pozwolenie na zawarcie związku małżeńskiego razem z 

licencją   na   połów   ryb.   No,   ale   jak   tłumaczyła   sobie   niezliczoną   ilość   razy, 

okoliczności były dość niezwykłe. 

background image

Ruszyli z powrotem wąską, zakurzoną dróżką wiodącą do chaty. Carrie po raz 

pierwszy zobaczyła ją w dziennym świetle. Stała na tle żywej zieleni drzew pięknie 

kontrastującej   z   przejrzystym   błękitem   jeziora.   Rosnące   przy   brzegu   wierzby 

płaczące   odbijały   się   w   krystalicznie   czystej   wodzie,   a   ich   wiotkie   gałązki 

delikatnie   muskały   jej   lśniącą   powierzchnię.   Otoczenie   tchnęło   niezmąconym 

spokojem. 

Chata odcinała się od krajobrazu ciemnym brązem ścian. Carrie podejrzewała, 

że  od  lat nikt jej  nie  odnawiał. Była mocno   zaniedbana,  co  w pewnym sensie 

stanowiło o jej uroku i budziło wspomnienia dawno minionych lat. Na obszerny 

ganek wiódł jeden schodek. Brakowało tylko wygodnego fotela na biegunach, by 

uzupełnić ten sielski obrazek. 

Wnętrze było jednak zaskakująco czyste i schludne. Kyle musiał odwiedzać to 

miejsce dość często, ostatnio zapewne całkiem niedawno. Drewniana podłoga była 

zamieciona   i   umyta,   a   wszystkie   przedmioty   porządnie   poukładane   na   swoich 

miejscach. 

Znaleźli nawet trochę rzeczy do jedzenia, ale, jak powiedział Kyle, większość 

z nich została przywieziona przez jego matkę z jej sklepu ze zdrową żywnością. 

Nie było wśród nich w każdym razie niczego, na co Carrie miałaby ochotę. Kyle 

także zrezygnował, widząc pokrywającą wszystkie produkty warstwę kurzu. 

Poza strychem w chacie była jedna sypialnia z wielkim mosiężnym łożem, 

zarzuconym wielobarwnymi patchworkami. 

Kiedy wypakowywali zakupy z toreb, Kyle spojrzał na Carrie spod oka. 

- Przemyślałem pewne kwestie - powiedział. 

Carrie natychmiast zorientowała się, że nie spodoba jej się to, co za chwilę 

usłyszy. 

- Tak? 

-   Muszę   pozbyć   się   tego   cholernego   klucza.   Dopóki   tego   nie   zrobię,   nie 

background image

będziemy bezpieczni. 

Carrie już o tym myślała. 

- Komu masz zamiar go oddać? 

Kyle przeczesał włosy palcami. 

- Niech mnie diabli, jeśli wiem komu. 

- Możemy zaufać Batesowi? 

- Wątpię. 

- Myślisz, że Richards cię wystawił? - na samą myśl, że to Kyle mógł zginąć 

w kinie, uginały się pod nią nogi. 

Kyle zacisnął usta. 

- O to właśnie chodzi. Nie wiem już, komu ufać, a komu nie. Powinienem był 

się   domyślić,   że   coś  jest   nie   tak,   kiedy   Richards   umówił   się   ze   mną   w   kinie. 

Gdybym wtedy nie miał innych spraw na głowie, zapytałbym go, dlaczego akurat 

tam mamy się spotkać. Ale w tym dniu poznałem też twoich rodziców i ... wiesz, 

jak to było. 

Rzeczywiście,   Carrie   doskonale   pamiętała   scenę   ze   swoim   ojcem   w   roli 

głównej. 

- Nie sądzę, żebyś istotnie mógł zmienić bieg wypadków - pocieszyła go. 

Richards był profesjonalistą. Gdyby to z nią umówił się w kinie, też by się 

zgodziła bez zastrzeżeń. 

- Kto zabił Richardsa? - zastanowiła się głośno. 

- Nie mam pojęcia. 

- Nelson? - przypomniała sobie nazwisko człowieka, którego mieli się ponoć 

szczególnie   wystrzegać.   Pozytywni   bohaterowie   i   czarne   charaktery   -   wszyscy 

zaczynali mieszać się ze sobą i nie bardzo już było wiadomo, kto jest kto. 

- Wiem tyle, co ty - Kyle wzruszył ramionami. 

- Może powinniśmy skontaktować się z FBI - zaproponowała Carrie. 

background image

Wydawało jej się, że może to być dobre rozwiązanie. Skoro nie mogą ufać 

jednej agencji państwowej, należy zwrócić się do innej. 

- FBI nie ma pojęcia o tej sprawie. Mogę dać im klucz, ale nie będą wiedzieli, 

co z nim zrobić. Poza tym ludzie, którym na nim zależy, nie dowiedzą się, że ja już 

go nie mam. 

- Ci, którzy nam zagrażają, będą myśleli, że ciągle go mamy? 

- Właśnie tak. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby zabierać cię ze sobą 

do tego kina, gdybym miał choć cień podejrzenia, że może tam dojść do takich 

rzeczy. 

- Wiem o tym. 

- Tu jesteś bezpieczna, przynajmniej na razie. 

Chata nie była wprawdzie apartamentem w hotelu HiIton, ale dało się w niej 

mieszkać. Zresztą Carrie chętnie zamieszkałaby nawet w igloo, pod warunkiem że 

razem z Kyle'em. 

- Zastanawiałem się, co robić i przemyślałem różne rozwiązania - przerwał, 

jakby bał się jej reakcji na to, co powie. - Zdaje się, że będzie najlepiej, jeśli cię tu 

zostawię, a sam skontaktuję się z Batesem i... 

Carrie wystarczyło to, co już usłyszała. 

- Mowy nie ma - powiedziała stanowczo. - Siedzimy w tym razem, pamiętasz? 

Razem od samego początku - i do samego końca. 

- Carrie, nie - głos Kyle'a brzmiał równie stanowczo, choć on sam usłyszał w 

nim także błagalną nutę. - Jesteś w ciąży. Nie mogę cię więcej narażać. 

- Ale ... 

Kyle ukląkł przed nią, ujmując jej dłonie w swoje. 

  - Posłuchaj, to jedyny sposób. Wierz mi, bardzo nie chcę zostawiać cię tu 

samej, ale wrócę za dzień lub dwa i wtedy się pobierzemy. 

-   Kyle,   proszę,   nie   zostawiaj   mnie.   Dokąd   pójdziesz?   Z   kim   chcesz 

background image

rozmawiać? - pytała rozpaczliwie Carrie. Kyle zamknął oczy i ucałował jej dłonie. 

- Nie znam innego sposobu zakończenia tego szaleństwa. Jedno jest pewne, 

nie narażę więcej na niebezpieczeństwo twojego życia ani zdrowia. Nigdy. 

- Ale ... 

- Gdyby było inne wyjście z tej sytuacji, na pewno bym z niego skorzystał, ale 

nie ma. Teraz słuchaj uważnie - jego ciemne oczy wpatrywały się w nią z powagą. 

- Umiesz strzelać? 

Carrie poczuła dziwną suchość w ustach. Przełykanie nagle zaczęło sprawiać 

jej trudność. Potrząsnęła głową. Broń palna od dzieciństwa napawała ją lękiem. 

Nigdy nie trzymała w ręce nawet damskiego rewolweru, i nie miała na to specjalnej 

ochoty. 

- Nauczę cię. 

- Sama potrafię się obronić - upierała się Carrie. - Naprawdę nie musisz się o 

mnie martwić. Znam trochę karate.

- Co? 

To co słyszałeś. Pamiętasz ten wywiad, który przeprowadziłam parę miesięcy 

temu z tym facetem ubranym jak Wojowniczy Żółw Ninja? Wiesz, tym co uczył w 

różnych szkołach?

- Tak, no i co? 

- Spotkaliśmy się parę razy i Ronny - on nazywa się Ronny - dał mi trzy 

lekcje. 

Kyle zacisnął usta i spojrzał na nią z dezaprobatą. 

- Jesteś zazdrosny? Nie ma o co - uśmiechnęła się do niego niewinnie. - Ty 

prawie mnie nie dostrzegałeś w tym czasie, a poza tym on nic dla mnie nie znaczył, 

no,   i   do   niczego   między   nami,   nie   doszło.   Całowaliśmy   się   kilka   razy,   o   ile 

pamiętam, to wszystko. Nie potrafiłam poważnie traktować dorosłego mężczyzny 

przebranego za żółwia. Chociaż był bardzo miły. 

background image

- Nie jestem zazdrosny - zaprzeczył Kyle, ale Carrie wiedziała swoje. 

Mile ją to połechtało. 

-   Daj   spokój,   oczywiście   że   możesz   być   zazdrosny   -   powiedziała 

wspaniałomyślnie.   -   Ja   też   wolałabym   nic   nie   wiedzieć   o   innych   kobietach   w 

twoim życiu. 

-   Nie   jestem   zazdrosny   -   powtórzył   Kyle   cierpliwie.   -   Ale   martwię   się   o 

ciebie. Chyba nie uważasz naprawdę, że możesz  obronić się przed kimkolwiek 

tylko dlatego, że Żółw Ninja udzielił ci trzech lekcji karate? 

- No to spróbuj - Carrie zerwała się na równe nogi. Przyjęła postawę, której 

nauczył jej Ronny i uniosła ręce w taki sposób, jakby miała zamiar posiekać go na 

równe kawałki brzegiem dłoni. - Nie pójdzie ci ze mną tak łatwo - zaczęła krążyć 

wokół Kyle'a w podskokach. 

Próbował złapać ją za ręce, ale bez skutku. W końcu dał spokój. 

- Carrie, porozmawiajmy poważnie, dobrze? 

- Zapewniam cię, że jestem bardzo poważna - wykonała wokół niego krótki 

taniec   zakończony   wyrzutem   nogi   w   górę,   który   widziała   kiedyś   na   filmie   z 

Chuckiem   Norrisem.   Już   wtedy   wydawało   się   to   dość   proste,   ale   teraz   Carrie 

zdumiała  się, widząc,  jak głowa Kyle'a gwałtownie  odskakuje w  tył. Upadł  na 

wznak. 

- Nic ci nie jest? - pochyliła się nad nim, mocno zaniepokojona. Zaczęła się 

obawiać,   że   wyrządziła   mu   poważną   krzywdę.   Przypomniała   sobie,   jak   Ronny 

mówił, że najsilniejszy mięsień ludzkiego ciała znajduje się w udzie. 

Kyle natychmiast skorzystał z okazji. Zerwał się z podłogi i chwycił Carrie w 

Italii, mocnym uściskiem dłoni krępując jej ręce. Carrie protestowała głośno, ale on 

nie zwracał na to uwagi. 

- Co uczynisz teraz, o przesławna wojowniczko Ninja? 

- Kyle, postaw mnie na ziemi! - Carrie wierzgała trochę, ale tak naprawdę 

background image

wcale tego nie chciała. Zbyt dobrze czuła się w jego ramionach. 

Kyle zataszczył ją do sypialni i razem z nią padł na łóżko. Na szczęście było 

bardzo miękkie. Rozbawiony, przytrzymał jej ręce nad głową. 

- No i co teraz? 

 

Carrie zastanawiała się, po co tak zawzięcie z nim walczyła, skoro cały czas 

marzyła tylko o tym, żeby ją objął i przytulił. Zaśmiała się cicho, usiłując złapać 

oddech. Kyle znajdował się teraz zbyt blisko, aby mogła logicznie myśleć. 

- Co teraz? - powtórzyła. - Nie wiem, zastanowię się. A ty mógłbyś mnie w 

tym czasie pocałować. 

Spoważniała i zajrzała mu głęboko w oczy. Kyle puścił jej ręce i zaczął się 

podnosić. Obawiając się, że ma zamiar odejść, Carrie zarzuciła mu ręce na szyję i 

pierwsza go pocałowała. 

I nic. 

Rozczarowana otworzyła oczy. 

- Nie mam odwagi cię pocałować - szepnął chrapliwie. 

Carrie przełknęła rozczarowanie. 

- Dlaczego? 

- Bo nie umiałbym na tym poprzestać. Walczę ze sobą za każdym razem, 

kiedy cię dotykam, a nie mogę się z tobą kochać. 

- To już miało miejsce - przypomniała mu z uśmiechem. 

Miała nadzieję, że wypadł kusząco. Kyle najwyraźniej miał jakieś skrupuły, 

ale Carrie nie zawracała sobie głowy takimi rzeczami. Uniosła głowę i dotknęła 

jego ust wilgotnymi wargami. Nawet nie mrugnął, ale Carrie znała go dość dobrze, 

by wiedzieć, że jej działania odniosły pożądany skutek. 

Zachęcona, pocałowała go ponownie, tym razem śmielej. 

Kyle zacisnął powieki, jakby walczył z ogarniającymi go emocjami. 

- Kiedy następnym razem będziemy się kochać, będziemy mężem i żoną. 

background image

-   Och,   Kyle   -   szepnęła   Carrie.   Uczucie   do   niego   zdawało   się   szczelnie 

wypełniać jej ciało od stóp do głów. - Tak cię kocham. 

- Jeśli to prawda, to przestań mnie torturować. 

-   Nie   pocałuję   cię   więcej,   jeśli   tego   chcesz   -   zapewniła   go,   choć   była 

zaskoczona jego postawą. 

- Nie chodzi tylko o pocałunek, tylko o to, jak na mnie działasz. 

- A działam? - eksperymentując, poruszyła biodrami i rzeczywiście poczuła, 

że ma władzę nad jego ciałem. Kyle zacisnął zęby. 

- Carrie - objął ją jedną ręką i unieruchomił. 

Carrie miała wrażenie, że jej ciało jest puste i tylko on może je wypełnić, 

tylko on może ugasić ten ogień, który w niej zapalił. 

- Lepiej żebym nie musiała czekać na ciebie przy ołtarzu - mruknęła, próbując 

opanować strach, który znowu zaczynał ją ogarniać. U ścisnęła go mocno, nic już 

nie   mówiąc.   Wiedziała,   że   nic   go   nie   powstrzyma   od   wyjazdu.   Mogła   tylko 

siedzieć tu i czekać - i powoli wariować ze zmartwienia. 

- Nie bój się, wrócę - obiecał i pocałował ją w czubek nosa. - Nawet końmi nie 

odciągną mnie od ciebie.

- Ale chłopcy z rewolwerami mogą spróbować. 

- Nie będą mieli okazji. 

Nie oszukał jej jednak. Za wszelką cenę chciał wlać w nią trochę otuchy, ale 

to,   co   mówił,   nie   przyniosło   jej   ulgi.   Wyjeżdżał   i   narażał   się   na   wielkie 

niebezpieczeństwo. 

- Trzymaj się i uważaj na siebie - powiedziała tylko, a potem spojrzała mu w 

oczy. - Pocałuj mnie teraz. 

Kyle pocałował ją delikatnie, a Carrie rozchyliła usta. Poczuła się dziwnie 

spokojna. Pocałunek przeciągał się, a jej z każdą chwilą przybywało odwagi i siły. 

Kyle bez słowa przekonał ją, że należy do niej bez reszty. Nie musiał przysięgać, 

background image

zapewniać, obiecywać. Już oddał swoje życie w jej ręce. W tej chwili Carrie nie 

wątpiła,   że   nie   ma   rzeczy,   jakiej   nie   zrobiłby   w   obronie   przyszłej   żony   i   ich 

nienarodzonego jeszcze dziecka. 

Wyjechał za niespełna godzinę. 

Carrie do zmierzchu spacerowała nad jeziorem i po otaczającym chatę lesie. 

Piękno krajobrazu i bliskość wody uspokajały ją, a teraz najbardziej potrzebowała 

właśnie   spokoju.   Kyle   przed   odjazdem   uparł   się,   żeby   jej   pokazać,   gdzie   jego 

matka trzyma rewolwer. Carrie nie miała najmniejszego zamiaru go używać, ale 

Kyle wydawał się spokojniejszy, wiedząc, że w razie potrzeby będzie miała do 

niego dostęp. 

Tej   nocy   nie   spała   dobrze.   Przewracała   się   z   boku   na   bok,   budziły   ją 

koszmary, w których widziała Kyle'a atakowanego przez jakieś potwory. Wstała 

jeszcze   przed   świtem,   zaparzyła   dzbanek   herbaty   i   usiadła   na   werandzie   w 

oczekiwaniu na wschód słońca. 

Przez cały dzień wynajdywała sobie różne zajęcia, ale miała wrażenie, że nie 

wytrzyma kolejnej samotnej nocy i dnia. Nie wiedziała, co pocznie, jeśli Kyle nie 

wróci. Do miasteczka było dobre dziesięć mil, ale gdyby nawet tam dotarła, nie 

miałaby pojęcia, do kogo się zwrócić ani jak dojechać do Kansas. 

Marzyła, żeby porozmawiać z siostrą. Tęskniła za Cathie i rodzicami, a nawet 

za Clyde'em, niech Bóg ma drania w opiece. 

Wszystko wydawało jej się dziwne i obce. Tęskniła za domem i wszystkimi 

zdobyczami cywilizacji, które tak fantastycznie ułatwiają ludziom życie. Oddałaby 

swoją tygodniową pensję, żeby móc w jakikolwiek sposób rozproszyć ciemności 

tej nocy. 

Bez   radia   i   telewizora   była   zupełnie   odcięta   od   świata.   Jeszcze   przed 

zmrokiem poszła do łóżka, ale leżała bezsennie, czujna i spięta. 

background image

Nagle usłyszała jakiś dźwięk dobiegający z oddali. Usiadła i wytężyła słuch. 

Dźwięk powtórzył się, dziwny, niepodobny do zwykłych odgłosów nocy. 

Przypominał trochę pomruk samochodowego silnika. Carrie odrzuciła kołdrę i 

omal   nie   wypadła   z   łóżka   w   gorączkowym  dążeniu,   by   jak   najszybciej   ustalić 

źródło dźwięku.

Modląc się, żeby to był Kyle, rzuciła się do wyjścia. Ale jeśli to był ktoś inny? 

Na samą myśl oblał ją zimny pot. To może być ktoś inny, zabójca Richardsa, który 

dowiedział się o ich kryjówce i przyjechał odebrać klucz. 

Carrie rozejrzała się wokół, gorączkowo szukając jakiegoś miejsca, w którym 

mogłaby się schować. Niestety, na myśl przyszedł jej tylko strych, a tam na pewno 

zaraz by ją odkryto. 

Kyle   miał   rację.   Kiedy   jej   życie   znalazło   się   w   niebezpieczeństwie,   nie 

myślała serio o wykorzystaniu wiedzy nabytej podczas trzech lekcji karate. Ale nie 

miała też zamiaru użyć broni palnej. Może to głupie, ale nawet myśl o tym była dla 

niej nie do przyjęcia. 

Dźwięk, początkowo  słaby  i daleki, przybierał na sile.  Carrie, przyklejona 

plecami   do   ściany,   przysunęła   się   do   okna.   Stała   tam   chwilę,   sztywna   z 

przerażenia, aż w końcu zebrała się na odwagę i wyjrzała. 

Rzeczywiście był to samochód, ale nie Kyle'a. 

Serce Carrie biło głośno jak afrykański tam-tam. Miała wrażenie, że za chwilę 

z hukiem eksploduje jej w piersi. Ale kiedy samochód zatrzymał się w końcu przed 

chatą,   Carrie   z   niewypowiedzianą   ulgą   zobaczyła   na   bocznych   drzwiach   napis 

"Harris - Zdrowa Żywność" i zorientowała się, że nieoczekiwanym gościem jest 

matka Kyle'a. 

Podeszła do drzwi, otworzyła je drżącymi jeszcze rękami i stanęła boso na 

ganku. 

- Dobry wieczór - zawołała Lilian Harris; wysiadając ze starego forda. 

background image

- Dobry wieczór. Jestem Carrie Jamison. 

Carrie   inaczej   wyobrażała   sobie   matkę   Kyle'   a.   Stała   przed   nią   wysoka, 

postawna   kobieta   o   krótko,   niemal   po   chłopięcemu   obciętych   włosach   koloru 

srebra.   Gdyby   nie   te   włosy,   Carrie   nie   dałaby   jej   nawet   czterdziestu   lat   -   a 

wiedziała przecież, że ma pięćdziesiąt z okładem. 

- Zastałam Kyle'a? 

- Nie ma go w tej chwili - Carrie przytrzymała drzwi. - Proszę do środka. 

Piętnaście   minut   później,   popijając   ziołową   herbatę,   Carrie   kończyła 

opowiadanie   mrożącej   krew   w   żyłach   historii   o   porwaniu,   Billym   Bobie   alias 

Maxie Sandersie, kluczu, agencie Richardsie i jego nagłej śmierci, czyli o tym 

wszystkim,   co   sprawiło,   że   siedziała   w   odciętej   od   świata   leśnej   chacie, 

zamartwiając się o Kyle'a. 

-   Według   tego,   co   mówią   moje   runy,   Kyle'owi   nie   grozi   żadne   poważne 

niebezpieczeństwo - powiedziała Lilian uspokajająco. 

Carrie   nie   była   pewna,   czy   powinno   ją   to   istotnie   pocieszyć.   Osobiście 

wolałaby coś nowocześniejszego, na przykład telefon od Kyle'a albo żeby on sam 

przyjechał tu samochodem. 

- Cieszę się, że mogłam cię w końcu poznać - powiedziała Lilian. - Szkoda 

tylko, że w takich okolicznościach. 

- Ja też się cieszę, że panią poznałam. Kyle często o pani wspomina. Lilian 

parsknęła śmiechem, kołysząc się na drewnianym krześle stojącym koło kominka. 

- Ja myślę. Muszę powiedzieć, że inaczej sobie ciebie wyobrażałam. 

- Mnie? - Carrie położyła dłoń na piersi. 

-   Nie   chciałabym,   żeby   zabrzmiało   to   niepochlebnie,   ale   nie   sądziłam,   że 

jesteś taka drobniutka. 

Carrie   wiedziała,   o   co   chodzi.   Ona   także   inaczej   wyobrażała   sobie   matkę 

swojego ukochanego. Spodziewała się kogoś w sandałach, o długich splątanych 

background image

włosach   i   obwieszonego   kolorowymi   koralikami.   A   tymczasem   zobaczyła 

szykowną, krótko ostrzyżoną czuprynę i delikatny naszyjnik z trzema kryształkami. 

Ubrana była w rzeczy, które Carrie sama chętnie by założyła - pomijając kryształki. 

Lilian wyglądała dokładnie na to, czym była - zwolenniczkę zdrowego żywienia 

poważnie traktującą swój interes. 

-   To   pewne   przeżycie   dowiedzieć   się,   że   jedyny   syn   zakochał   się   po   raz 

pierwszy w życiu - powiedziała w zadumie  Lilian. - Wiedziałam,  że to kiedyś 

nastąpi, tyle że trochę później niż zazwyczaj. Ale czego można się spodziewać po 

człowieku, który głosował na Busha? 

Carrie roześmiała się. 

- Być może teraz Kyle zrozumie uczucie, które łączyło mnie z jego ojcem. 

Carrie nie wiedziała, czy powinna coś powiedzieć, a jeśli tak, to co. 

Kyle nie myślał zbyt ciepło o swoim nieznanym ojcu. Kiedy wspominał o 

Księżycowym Gońcu, dość ostro dawał wyraz dezaprobacie wobec niego i jego 

stylu życia. 

Lilian   wpatrywała   się   w   swój   kubek.   Przyćmiony   blask   lampy   naftowej 

oświetlał tylko fragment pokoju w pobliżu kamiennego kominka. Carrie siedziała 

przed nim na plecionym dywaniku, popijając swoją herbatę. 

- Czy Kyle ciągle chce rzucić pracę? - zapytała Lilian. 

- Nie sądzę. 

-   To   dobrze.   Jesteście   świetnie   dobraną   parą,   na   antenie   i   poza.   Nie 

chciałabym, żeby zakończył swoją karierę w KUTE na tym etapie. 

Teraz Carrie wbiła wzrok w kubek z herbatą. 

- Powiedział pani, że jestem w ciąży? 

- Nie, coś podobnego! - rozpromieniła się Lilian. - To cudownie! 

- Postanowiliśmy się pobrać. Przyjechaliśmy tu wieczorem, a następnego dnia 

rano   wybraliśmy   się   do   Jansenville   po   zezwolenie   na   ślub.   Widzieliśmy   się   z 

background image

panem Henleyem, który jest sędzią pokoju. - Nie wymieniła innych jego tytułów. 

- Jest także wyświęconym duchownym. 

- Naprawdę? - Carrie szczerze się ucieszyła. 

- Domyślam się, że Kyle opowiedział ci o mnie i swoim ojcu - powiedziała 

Lilian tak cicho, że Carrie ledwo ją usłyszała.

- Tylko trochę. 

- Tego  lata,  kiedy  się   poznaliśmy,  miałam  dziewiętnaście   lat.  Mieszkałam 

wtedy w Haight-Ashbury i byłam przekonana, że wszystko, czego potrzeba temu 

światu,   to   miłość.   Oczywiście   występowałam   przeciw   wojnie   w   Wietnamie. 

Poznałam   Księżycowego   Gońca   na   spotkaniu   protestacyjnym,   gdzie   on   i   jego 

koledzy palili swoje powołania do wojska. 

Zobaczyłam go, i od chwili gdy spotkały się nasze oczy, wiedziałam, że już 

nigdy nie będę tą samą osobą. I miałam rację. Tej pierwszej nocy siedzieliśmy i 

rozmawiali aż do świtu. Szkoda, że nie potrafię przekazać ci siły uczucia, które 

owładnęło   nami   od   pierwszej   chwili.   Wydawało   mi   się,   że   przez   całe   życie 

czekałam na tego jednego człowieka. On czuł to samo. 

-   Ale   odszedł.   -   Carrie   natychmiast   pożałowała   tych   słów.   -   Kyle   ci   to 

powiedział, prawda? 

- Owszem - przyznała Carrie niechętnie. - Przepraszam, nie powinnam była 

tego powtarzać. 

- Księżycowy Goniec nie odszedł ode mnie. Nawet teraz, po tych wszystkich 

latach, nie mogę w to uwierzyć. Nie wiedział, że ma nam się urodzić Ringo - to 

znaczy Kyle. Gdyby wiedział, poruszyłby niebo i ziemię, żeby nas znaleźć .. - 

Lilian wygładziła niedostrzegalną fałdkę na spódnicy. - Być może to tylko pobożne 

życzenie   starej   kobiety,   która   nie   jest   w   stanie   zapomnieć   jedynej   prawdziwej 

miłości  swojego życia. Byli później inni mężczyźni, ale tylko raz rzeczywiście 

myślałam o zamążpójściu, wiele lat temu. 

background image

- Sprzeciwiała się pani przemocy? 

- O tak, i nadal jestem gotowa z nią walczyć. 

-   Ale   ma   pani   rewolwer.   Kyle   mi   go   dał.   Uparł   się,   że   to   dla   mojego 

bezpieczeństwa, kiedy jego nie będzie. - Spojrzała w stronę kuchennego kredensu, 

gdzie na razie spokojnie spoczywała broń. 

- Należał do jego ojca. Mam nadzieję, że nie próbowałaś z niego strzelać.

- Oczywiście, że nie. 

-   Bogu   dzięki.   Nikt   go   nie   używał   od   ponad   trzydziestu   lat.   Księżycowy 

Goniec   dał  mi   go  z  tego  samego   powodu.  Sądził,  że  może  mi  się   przydać   do 

obrony. 

- Przed kim? - Carrie chciała dowiedzieć się jak najwięcej o rodzicach Kyle'a. 

- Przed policją. Księżycowy Goniec był zamieszany w jakąś sprawę, o której 

nigdy   nie   mówił.   Mnie   też   nie   mógł   powiedzieć,   dla   mojego   własnego 

bezpieczeństwa,   ale   sądzę,   że   wiem,   o   co   chodziło   ..   Pamiętaj,   że   to   były 

niespokojne czasy. Nasi chłopcy ginęli na obcej ziemi, a wraz z nimi umierała 

przyszłość naszego kraju. Ludzie teraz już tego nie rozumieją. Jestem dumna, że 

udało mi się wziąć udział w marszach protestacyjnych. Wierzę, że przyspieszyły 

koniec wojny i uratowały wielu Amerykanów. 

- Ale mówiła pani o ojcu Kyle'a. - Carrie skierowała rozmowę na temat, który 

najbardziej ją interesował. 

-   Tak,   o   Księżycowym   Gońcu.   Podejrzewam,   że   był   związany   z   grupą 

bojówkarzy, którzy chcieli wysadzić budynek ROTC w jakimś kampusie. 

- I wysadzili? 

- Nie jestem pewna. Wiele organizacji wysadzało wtedy różne budynki. Był 

między innymi jeden należący do ROTC, ale nie ten, który Księżycowy Goniec, 

moim   zdaniem,   planował   wysadzić.   Oczywiście   zabawy   z   materiałami 

wybuchowymi są zawsze bardzo niebezpieczne. 

background image

- Naturalnie - Carrie wzdrygnęła się na myśl o ludziach, z narażeniem życia 

protestujących przeciw wojnie. Historia opowiedziana przez Lilian była doskonałą 

ilustracją tezy, że przemoc rodzi przemoc. 

- Wielu z nas utraciło przyjaciół. Jeden wybuch ... 

- Tak? - zachęciła ją Carrie ostrożnie. 

- To był wypadek - powiedziała Lilian. Głos jej drżał na wspomnienie tamtych 

bolesnych   dni.   -   Zginęli   trzej   studenci.   Próbowałam   dowiedzieć   się   czegoś   o 

Księżycowym   Gońcu,   ale   mi   się   nie   udało.   Widzisz,   nie   wiedziałam,   jak   się 

naprawdę   nazywa.   Nie   powiedział   mi   swojego   nazwiska   dla   mojego   własnego 

dobra. Do dziś go nie znam. 

- A czy on wiedział, jak pani się nazywa? 

- Nie - Lilian uśmiechnęła się smutno. - Wyrzekłam się rodziców i nazwiska. 

- Rozumiem. 

- Nie sądzę, żebyś to rzeczywiście rozumiała, ale pamiętaj, że byłam wtedy 

bardzo młoda i głupia. Kiedy odkryłam, że jestem w ciąży, szybko przypomniałam 

sobie, jak się nazywam, i wróciłam do domu, do Kansas. Dzięki Bogu miałam 

wspaniałych rodziców. 

- Pomogli pani stanąć na własnych nogach? 

- O tak, ale to trochę trwało. Źle znosiłam ciążę i strasznie upadłam na duchu. 

Bardzo się starałam, ale nie mogłam zapomnieć o Księżycowym Gońcu, chociaż 

przypuszczałam, że zginął. 

 Carrie przymknęła oczy, modląc się, żeby Kyle bezpiecznie do niej wrócił. 

- Lubię sobie myśleć, że ojciec Kyle'a zdziwiłby się, gdyby go teraz poznał. 

Kto   by   pomyślał,   że   dwoje   hipisów   spłodzi   takiego   konserwatywnego 

republikanina? 

- Niech mu pani da troszeczkę czasu - Carrie filuternie zmrużyła oko. 

- Do trzydziestki żyłam trochę jak we śnie, a kiedy się w końcu obudziłam, 

background image

było   już   za   późno.   Osobowość   Kyle'a   już   się   ukształtowała.   Prawdę   mówiąc, 

bardziej przypomina mojego ojca niż mnie czy Księżycowego Gońca. 

Carrie położyła rękę na brzuchu, zastanawiając się, jakie będzie to dziecko, 

które tam rośnie, i jakie też czeka je życie. 

-   Kiedy   Kyle   miał   dziesięć   lat,   prawie   wyszłam   za   mąż.   Za   sprzedawcę 

naturalnego jogurtu z Missouri. Rozumieliśmy się i myślę, że dobrze by nam się 

razem żyło. Ale jak przyszło co do czego, pojęłam, że wychodzę za niego nie z 

tych powodów, co trzeba. Bardzo go lubiłam, był dobrym człowiekiem i byłby też 

dobrym ojczymem, ale wiesz, brakowało między nami tej iskierki. Nie było tak, jak 

z Księżycowym Gońcem. 

Czasem zastanawiam się, jaki wpływ miałoby na Kyle'a moje małżeństwo z 

Haroidem. Wtedy Kyle uważał, że to znakomity pomysł. Był wściekły, kiedy mu 

powiedziałam, że odwołałam ślub - zaśmiała się. - Uciekł, i to dalej, niż ktokolwiek 

mógł podejrzewać. Gdybyśmy go nie znaleźli, zanim dotarł do Missisipi, pewnie 

już bym go nie zobaczyła - znowu zachichotała, jakby wspomnienia ją rozbawiły. - 

Pewnie   się   zdziwisz,   jeśli   ci   powiem,   że   Kyle   jest   pod   wieloma   względami 

podobny do mnie. Jest typem człowieka, który kocha tylko jeden raz. Kiedy taki 

mężczyzna wiąże się z kobietą, to na całe życie. 

Słowa Lilian dodały Carrie sił. 

- Zrobię wszystko, żeby być dla niego dobrą żoną. 

- Dać ci radę? - spytała Lillan, powoli pochylając się i obejmując  rękami 

kolana. 

- Oczywiście. 

- To pewnie pierwszy i ostatni raz, kiedy udzielam ci jakiejkolwiek rady. Nie 

bardzo się do tego nadaję. Ale mojego syna znam na wskroś i mogę ci powiedzieć, 

co zrobić, żeby był zadowolony. 

- Tak? 

background image

- Kochaj go z całego serca. 

- Kocham go - powiedziała Carrie z mocą. 

- I zawsze trzymaj pod ręką mnóstwo przepisów na kurczaka. Uwielbia drób. 

 

Rozdział 17

Kyle   musiał   przemyśleć   wiele   spraw,   ale   nie   bardzo   mu   się   ta   udawało. 

Próbował skupić się na biegu zdarzeń, które przywiodły go da punktu, w jakim się 

obecnie znajdował, ale za każdym razem przed jego. oczami pojawiała się twarz 

Carrie, uniemożliwiając mu magiczne rozumowanie. 

Teraz   chciał   już   mieć   całe   ta   szaleństwa   za   sobą,   wrócić   da   Carrie   i   jak 

najszybciej się z nią ożenić. Chyba mało komu aż tak się spieszyła do miodowego 

miesiąca. 

Nie był pewny, czy może zaufać Batesawi, ale nie miał wyboru. Zaraz po 

powrocie do Kansas skontaktował się z nim i umówił na spotkanie. 

Czekał   na   agenta   w   pobliżu   meksykańskiej   restauracji,   w   której   mieli   się 

spotkać, dla zabicia czasu przymierzając zimowe płaszcze w sklepie naprzeciwka. 

Przymierzył ponad dziesięć i już musiał zacząć się opędzać ad sprzedawcy, kiedy 

zauważył Batesa. Towarzyszył mu agent, którego. Kyle nie znał. 

Najwyraźniej postanowili zjeść  obiad al fresco,  ba usiedli przy jednym ze 

stolików   na   patia,   w   cieniu   kolorowych   parasoli,   reklamujących   różne   rodzaje 

piwa. Nawet gdyby Kyle nie wiedział, że są ta agenci rządowi, domyśliłby się tego 

natychmiast. Zdradzało ich wszystko: nienaganny krój garniturów, postawa, fakt, 

że siedzieli obok siebie, obaj plecami da ściany. 

Rozbawiany,   Kyle   spojrzał   na   jedynego   poza   nimi   klienta   restauracji 

siedzącego. na zewnątrz. Była to starsza kobieta, sącząca mocno osoloną margaritę. 

Kyle   skrzywił   się.   Kobieta   była   brzydka,   upiornie   brzydka.   Okrucieństwo   nie 

background image

leżało w jego naturze, ale nie wyobrażał sobie jedzenia obiadu naprzeciw kogoś, 

kto wyglądał, jakby cały dzień ssał cytryny. Kobieta miała na sobie duży kapelusz i 

rękawiczki, które byłyby bardziej na miejscu na eleganckim garden party, niż w 

meksykańskiej knajpie. 

Kyle oderwał się w końcu od płaszczy i już ruszał w kierunku restauracji, 

kiedy   coś   kazała   mu   się   zatrzymać.   Ponownie   spojrzał   na   kobietę,   tym   razem 

uważniej. Wydała mu się dziwnie znajoma. I nagle zorientował się, skąd zna tę 

twarz. Miał wrażenie, że się dusi, zabrakło mu  powietrza. Pani Margarita nie była 

żadną panią. Ta był Max Sanders przebrany za kobietę. 

Kyle musiał przyznać, że znajomy kryminalista jest mistrzem przebrania. Na 

pierwszy, a nawet na drugi rzut oka Kyle nie byłby w stanie go rozpoznać. Bates i 

jego nowy partner niczego. nie podejrzewali, a byli to w końcu profesjonaliści. 

Jedno była pewne - Kyle nie mógł teraz tak po prostu przejść przez ulicę i 

wręczyć agentom kluczyka, którego miał już naprawdę dosyć. Zaczynał wątpić, 

czy kiedykolwiek uda mu się pozbyć tego. kłopotliwego kawałka metalu. 

Pojawienie się Sandersa stanowiło poważny problem. Kyle zastanawiał się, 

skąd zbieg dowiedział się o spotkaniu. Czy ta Bates mu powiedział? Wątpliwe, w 

takim wypadku nie musiałby się przecież przebierać. 

Przyszło mu do głowy, że Sanders mógł założyć podsłuch na jego telefonie. 

Aż jęknął nad własną głupotą. Chciał sprawić na Batesie wrażenie, że cały czas 

siedział   w   domu,   więc   na   wypadek,   gdyby   agentowi   przyszło   na   myśl   go 

namierzyć, zadzwonił da niego od siebie. Był przy tym bardzo. dumny ze swojego 

sprytu. 

Teraz siedział bezpiecznie ukryty za wieszakiem na płaszcze, zastanawiając 

się, co robić. Wiedział, że Bates bardzo chciał się z nim spotkać, przede wszystkim 

aby zdobyć dodatkowe informacje na temat  śmierci Richardsa. 

Sanders też pewnie chętnie by się z nim zobaczył, ale Kyle wiedział, że nie po 

background image

to, żeby uciąć sobie miłą pogawędkę. Chciał dostać ten cholerny klucz. 

Kyle miał też inny problem. Carrie pewnie odchodzi już tam od zmysłów. 

Pomimo że obiecała siedzieć w chacie i nigdzie się nie ruszać, za bardzo jej nie 

ufał. Było by to dokładnie w jej stylu, wyruszyć za nim i wpakować się w jakieś 

kłopoty.. 

Nie miał wyboru. Musiał do niej wrócić, zanim coś głupiego przyjdzie jej do 

głowy. 

Carrie tymczasem siedziała koło domku z paczką chusteczek higienicznych na 

kolanach,   wpatrując   się   w   ścieżkę,   która   wiodła   od   drogi.   Siedziała   tak   od 

wczesnego ranka. Wyczekując. Nasłuchując. I zamartwiając się, oczywiście. Matka 

Kyle'a twierdziła, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo, ale Carrie nie miała aż 

takiego zaufania do jakichś run. 

Lilian   wyjechała   rano,   obiecując   wrócić   za   dzień   lub   dwa.   Bez   niej   dom 

wydawał się cichy i pusty. Carrie sama była zaskoczona faktem, że tak polubiła tę 

kobietę. A teraz siedziała z paczką chusteczek pod ręką, na wypadek, gdyby miała 

zacząć użalać się nad sobą. 

Nagle   u   szczytu   drogi   pojawiła   się   chmurka   kurzu.   Carrie   wstała   powoli. 

Serce podeszło jej do gardła, kiedy tak stała nieruchomo czekając, aż na drodze 

pojawi się samochód. W tej chwili nie zastanawiała się, czy będzie to przyjaciel, 

czy wróg. Wszystko było lepsze od tego okropnego czekania. Kiedy zobaczyła w 

końcu znajome bmw, łzy napłynęły jej do oczu. Kyle zatrzymał się przed domem, a 

Carrie, szlochając histerycznie, podbiegła do niego. i rzuciła mu się na szyję. Kyle 

podniósł ją i mocno przycisnął do siebie, jedną ręką trzymając ją w talii, drugą 

zanurzając w jej włosach. Jego usta odnalazły jej wargi i na przemian śmiejąc się i 

płacząc, zaczęli się całować, wypowiadając jakieś niezrozumiałe słowa. 

- Spóźniłeś się - powiedziała Carrie między pocałunkami. 

background image

Jej ciało zareagowało natychmiast na jego dotyk. Opuścił ją lęk i napięcie, 

rozluźniła   się   i   uspokoiła.   Znaleźć     się   znowu   w   jego   ramionach   było 

niewyobrażalną   ulgą.   Nagle,   ku   własnemu   zaskoczeniu,   zapragnęła   go   gorąco. 

Zdziwiła się, że może myśleć o takich rzeczach w chwili, kiedy liczy się tylko fakt, 

że Kyle wrócił do niej cały i zdrowy. 

- Wiem, przepraszam. 

- Co się stało? - zapytała, okrywając całą jego twarz pocałunkami. 

Nie mogła się nim nacieszyć. 

- Zaraz. Ja też muszę cię pocałować. 

Co też zrobił, i to nie raz. Powoli postawił ją na ziemi, oddychając ciężko, 

podobnie jak ona. 

- Co się stało? - powtórzyła Carrie, teraz już trochę niespokojna. 

- Nic poważnego, nie denerwuj się. 

- Powiedz mi - wzięła go za rękę i pociągnęła do środka, gdzie było chłodniej. 

Kyle   usiadł   w   fotelu   na   biegunach,   który   jeszcze   całkiem   niedawno 

zajmowała jego matka, i posadził sobie Carrie na kolanach. Pocałował ją w skroń. 

Carrie ujęła jego dłoń i ucałowała ją czule. 

- Kiedy jechałem do Kansas, przyszło mi do głowy, że mam wprawdzie klucz, 

ale nie wiem, do czego. 

- Na pewno do skrytki z fałszywymi matrycami, Richards nam to powiedział, 

pamiętasz? 

-  Tak,   ale   czy   możemy   wierzyć   w   to,   co   on   mówił?   -  O   tym  Carrie   nie 

pomyślała, wierzyła w słowa agenta jak w Ewangelię. 

- Nie wiem. Ale wszystko, co mamy, mieliśmy - poprawiła się - to ten klucz. 

- Mamy - powiedział Kyle ponuro. - Ciągle go mam. Na moje rendez -vous z 

Batesem przybył też Sanders. Ten klucz niedługo wrośnie mi w kieszeń. W żaden 

sposób nie mogę się go pozbyć. 

background image

- Och, Kyle. - Ich życie nie wróci do normy, dopóki mają ten głupi klucz. 

- Tylko że on nie jest do skrytki z matrycami. 

Carrie poczuła, że kręci jej się w głowie. W pierwszej chwili pomyślała, że 

Kyle   odnalazł   rulony   złotych   monet,   worki   diamentów   -   a   może   bezcenny 

komputerowy mikroprocesor. 

- Przede wszystkim dokładnie sobie obejrzałem ten klucz - Kyle odpowiedział 

na pytanie, które dopiero miała mu zadać - i doszedłem do wniosku, że jest to 

kluczyk do skrzynki depozytowej. Nie mam takiej skrzynki, nigdy nie miałem. Nic 

innego nie przychodziło mi do głowy. Ale potem zauważyłem, że. coś jest na nim 

napisane. Wyglądało na numer, tylko farba już dawno zeszła. 

- Klucz do schowka bagażowego - rzuciła bez tchu Carrie. 

- W rzeczy samej. 

- Znalazłeś schowek? Jak? To przecież szukanie igły w stogu siana. 

- Całkiem po prostu. Próbowałem sobie wyobrazić, co ja bym zrobił, gdyby 

policja   deptała   mi   po   piętach,   a   ja   musiałbym   coś   ukryć.   Zacząłem   szukać 

schowków między Wheatland i Kansas. 

- Nic dziwnego, że zabrało ci to tyle czasu. - Carrie spojrzała na niego z 

mieszaniną podziwu dla jego cierpliwości i złości, że kazał jej tak długo czekać. 

- Masz rację, to było szukanie igły w stogu siana - ciągnął Kyle. - Ale w 

końcu   znalazłem   ten   schowek.   W   zapyziałym   miasteczku,   gdzie   dworzec 

autobusowy jest największym budynkiem w całym okręgu. 

- Co było w środku? 

- Papiery, notatki, wydruki komputerowe. Usiadłem i przeczytałem, ile dałem 

radę,   ale   nie   bardzo   wiem,   o   co   w   tym   wszystkim   chodzi.   Prawdę   mówiąc 

wyglądało to jak dowody. 

- Dowody? 

- Sądzę, że Sanders szantażuje Nelsona. 

background image

- Na pewno. - Wydawało się to logiczne. - Dziwne, że agenci na to nie wpadli. 

- Założyli, że to kluczyk do skrytki depozytowej. 

- To co robimy? 

- Nie wiem już, komu wierzyć. Nie wiem, co teraz robić. 

- Za to ja wiem. - Carrie uśmiechnęła się radośnie. - Pobierzmy się - Spojrzała 

na zegarek. - Godzina ci wystarczy? 

Kyle popatrzył na nią, jakby mu właśnie zaproponowała pływanie nago w 

przerębli. 

- Chcesz ślubu? Teraz? 

- Masz zamiar mi powiedzieć, że zmieniłeś zdanie? 

-   Nie,   tylko   myślałem   ...   Może   byłoby   lepiej,   gdybyśmy   poczekali,   aż   to 

wszystko się skończy? 

- Nie sądzę. Nie dam ci się wykiwać, mój drogi. Obiecałeś mi małżeństwo. 

Poza tym twoja matka powiedziała mi... 

- Moja matka? Lilian Harris udzieliła ci porady małżeńskiej? 

- Tak. Powiedziała, że mam cię kochać i jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś, do 

tej rady chętnie się  zastosuję.  To raczej ten drób budzi moje  wątpliwości. Nie 

przyznałam się jej, że marna ze mnie kucharka. 

- Drób? 

Carrie zachichotała, ucałowała go i zeskoczyła mu z kolan. 

- No, jeśli uciekniesz mi sprzed ołtarza, to usłyszysz o moim tacie.

Kyle parsknął śmiechem i poszedł do sypialni zmienić ubranie. 

Ceremonia zaślubin była równie piękna, co krótka. Trwała niecałe pięć minut, 

w   czasie   których   przysięgli   sobie   nawzajem   miłość,   wierność   i   uczciwość 

małżeńską. Kyle czuł, że istotnie wypełnia go miłość,  jakiej nie przewidział w 

swych najdzikszych snach.  

background image

Carrie promieniała. Miała na sobie prostą letnią sukienkę, twarz nietkniętą 

makijażem i polne kwiaty we włosach. Jej oczy lśniły miłością i szczęściem. Kyle 

nie wiedział, czy sprawił to ten szczególny dzień, czy też może zawsze była tak 

piękna, a on po prostu był ślepy przez cały ten czas, zanim pojechali razem do 

Teksasu. 

Żałował, że nie może dać jej ślubu, na jaki zasługuje, z muzyką organów, 

mnóstwem kwiatów i wielkim przyjęciem dla wszystkich, którzy chcieliby dzielić z 

nimi ich szczęście. 

Tymczasem stali, trzymając się za ręce, twarzami zwróceni do siebie, sami w 

pustym kościele, powtarzając za pastorem Henleyem słowa przysięgi. Później dwaj 

przyjaciele  pastora,   występujący   w  roli  świadków,   złożyli  swoje   podpisy,  a  on 

wręczył młodej parze świadectwo zawarcia związku małżeńskiego. 

- Bądźcie razem szczęśliwi i żyjcie w pokoju. To rozkaz. - Poprawił swój 

aparat   słuchowy.   -   Do   licha,   zawsze   się   psuje,   kiedy   mam   coś   ważnego   do 

powiedzenia. 

-   Dziękujemy.   -   Carrie   serdecznie   ucałowała   go   w   oba   policzki,   które 

natychmiast przybrały barwę dojrzałych pomidorów. 

- Nie udzielam obecnie zbyt wielu ślubów, ale zawsze bardzo mi zależy, żeby 

ci, którym go udzieliłem, dochowali przyrzeczeń. 

- Dochowamy. Dziękujemy za wszystko - powiedział Kyle. 

Kiedy wracali już do domu,  czuł, że jest tak wiele rzeczy, które chciałby 

powiedzieć Carrie. 

- Jaka szkoda, że nie mogłaś mieć pięknego tradycyjnego ślubu, z przyjęciem 

weselnym, z twoimi rodzicami... 

- Było cudownie - szepnęła tylko w odpowiedzi. 

Kyle stanął w cieniu dębu rosnącego koło domu. Zachodzące słońce odbijało 

się w spokojnych wodach jeziora. 

background image

- Zjemy obiad? 

- Później - odparła Carrie ku jego zaskoczeniu. 

- Masz inne plany? 

- O tak - powiedziała z uwodzicielskim uśmiechem, pod wpływem którego 

zmiękły mu kolana. Carrie złapała go za krawat i pociągnęła za sobą do sypialni. 

Kyle  zresztą  nie  potrzebował  dodatkowych zachęt  - w  tej chwili  pragnął  tylko 

jednego: swojej żony. 

- Może nie zauważyłeś ... - Carrie rozwiązała mu krawat, zsunęła z szyi i 

powiesiła na mosiężnej ramie łóżka.   

- Czego? - Kyle odpiął górny guziczek jej sukienki, przesuwając dłonią po 

twardych, jędrnych piersiach. Rozpiął w końcu cały przód sukienki i zsunął jej z 

ramion satynowy staniczek. 

Milczeli oboje, nie śmiąc nawet głośniej odetchnąć. 

Kyle   powoli   powiódł   palcem   wokół   różowych   brodawek.   Patrzył, 

zachwycony idealną krągłością jej piersi. 

Teraz musiał ją pocałować. Ujął jej twarz w swoje dłonie i powoli zbliżył usta 

do   jej   ust.   Carrie   rozchyliła   wargi.   Ich   języki   spotkały   się.   Westchnęła.   Kyle 

zaniósł ją na łóżko i zrzucił to, czego nie zdążyła z niego zdjąć Carrie. Potem 

pomógł   jej oswobodzić  się   z ubrania,  przeklinając  wszystkie  te  warstwy, które 

kobiety zawsze mają na sobie. 

Oboje byli teraz niecierpliwi, drżący. Wydawało się, że od ich jedynej nocy w 

Dallas   minęły   wieki,   ale   Kyle   nie   zapomniał   ani   jednej   chwili.   Chciał   Carrie 

znowu. Bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. 

- Pospiesz się - szepnęła gorączkowo. 

Kyle nie dał się dwa razy prosić. Osunął się na nią. Carrie rozchyliła kolana. Z 

zamkniętymi oczami, z jękiem rozkoszy, wszedł w nią jednym szybkim ruchem. 

Jej   ciało   było   jak   miękka,   ciepła   rękawiczka,   w   którą   wsuwał   swoje.   Carrie 

background image

obejmowała go, dotykała, głaskała, obiecując jeszcze większą przyjemność, niż ta, 

której doznawał. 

Niemal w tym samym czasie oboje sięgnęli szczytu, wydając krótki zduszony 

krzyk.   Leżeli   jeszcze   przez   chwilę,   dysząc   ciężko   w   spazmatycznym   uścisku. 

Potem przytulili się do siebie, szepcząc, śmiejąc się i całując od czasu do czasu. 

Kyle był wyczerpany, nieprzytomnie szczęśliwy i bardzo śpiący. 

Musieli zasnąć oboje, bo następną rzeczą, jaką Kyle zobaczył, była Carrie 

sennie zabawiająca się włosami na jego piersi. 

-  To  wstyd  -  mruknęła,  pieszczotliwie   trącając  go  nosem  - że  marnujemy 

naszą noc poślubną na spanie, zamiast ćwiczyć ... inne rzeczy. 

- Masz coś konkretnego na myśli? - uniósł brwi. 

- Oczywiście. - W jej ciemnych oczach zalśniły iskierki. 

Delikatnie przewróciła go na wznak, a następnie położyła się na nim. Kyle nie 

potrzebował dalszej gry wstępnej. Był już bardziej niż gotowy. 

Ujął w dłonie talię Carrie, próbując posadzić ją na sobie. 

- Zaraz - obiecała, odsuwając jego ręce. 

Uniosła się, pochyliła i chwyciła za wezgłowie łóżka, kołysząc piersiami w 

pobliżu   jego   ust.   Kyle   nie   wiedział,   czy   o   to   jej   chodziło,   ale   skorzystał   z 

nadarzającej się rozkosznej sposobności. Podniósł głowę, złapał wargami jeden z 

sutków   i   zaczął   ssać.   Carrie   wydała   okrzyk   zdumienia,   ale   chwilę   później 

westchnęła i znieruchomiała. Kyle podniósł się jeszcze trochę, a ona pochyliła się 

głębiej. Pieścił jedną pierś, potem drugą ... 

Nachyliła ku niemu twarz, a kaskada jej włosów opadła wokół niego jak gęsta 

zasłona. Wzdychając, zaczęła poruszać się na nim, jak jeździec na koniu pełnej 

krwi. Była to najsłodsza tortura, jaką mógł sobie wyobrazić. 

- Carrie, kochanie, proszę - jęknął, chwytając ją w pasie i wyginając ciało w 

łuk. 

background image

Carrie usiadła, odgarnęła włosy z twarzy, próbując złapać oddech. Położyła 

dłonie   na   jego   szerokiej   piersi   i   przejechała   paznokciami   po   ciepłej,   lekko 

wilgotnej skórze. 

Kyle nie wiedział, co to za gra, ale czuł, że albo Carrie skończy to, co zaczęła, 

i to szybko, albo zaraz będzie za późno. Zbliżał się do granicy wytrzymałości. 

Carrie uniosła biodra i powoli, jakby miała mnóstwo czasu, opuściła ciało na niego. 

Było to niezwykłe doznanie. Kyle zacisnął zęby, nie chcąc stracić panowania nad 

sobą.   Kiedy   już   opadła   na   niego,   znowu   chwyciła   się   wezgłowia.   Zaczęła   się 

rytmicznie poruszać. Kyle jęknął. Carrie także. Zamknął oczy z ulgą, czując, że 

doświadczana   przez   niego   ekstaza   jest   także   jej   udziałem.   To   musi   być   niebo, 

stwierdził. Kilka sekund później wiedział, że dłużej nie wytrzyma, i miał rację. Ta 

rozkosz z pewnością nie była z tego świata. 

Kiedy   następnego   ranka   Carrie   wstała,   czuła   się   kochana,   zaspokojona   i 

wypoczęta.   Ziewając,   przewróciła   się   na   wznak   i   przeciągnęła   się   powoli. 

Otworzyła oczy i zobaczyła, że Kyle siedzi i przygląda się jej z czułością. 

- Dzień dobry, mężu - powiedziała, wzdychając. 

To niemożliwe, żeby byli małżeństwem, a jednak to prawda. 

- Dzień dobry, żono - odparł Kyle, pochylając się nad nią i całując w usta. - 

Dobrze spałaś? 

Kiwnęła głową. 

- A ty? 

-  Jak   kamień.   -   Odsuwając   pasmo   włosów   z   jej   twarzy,   pozostawił   przez 

chwilę dłoń na rozgrzanym policzku. Patrzył na nią z troską. Carrie zastanawiała 

się, dlaczego. 

-   Musimy   podjąć   kilka   ważnych   decyzji.   Na   przykład   kiedy   wracać   do 

Kansas. 

background image

- Nie dzisiaj, proszę. - Carrie nie chciała myśleć o Sandersie, kluczu i tajnych 

służbach.   Może   było   to   dziecinne   z   jej   strony,   ale   od   miesiąca   oboje   żyli   w 

ogromnym napięciu. Uważała, że przyda im się trochę czasu tylko po to, aby mogli 

nacieszyć się sobą. 

- Ależ, Carrie ... 

Carrie usiadła i położyła mu dłoń na ustach. 

- Chciałabym, żebyś nauczył mnie wędkować. 

- Wędkować? - powtórzył z niedowierzaniem. 

- No - przytuliła się do Kyle'a, a on położył rękę na jej brzuchu, jakby witając 

się z ich nienarodzonym jeszcze dzieckiem. - Twoja matka powiedziała mi, że 

swego czasu byłeś świetnym wędkarzem. 

- Przesadza, jak zwykle. 

- Tu są wędki, sprawdziłam. I myślę, że zasłużyliśmy sobie na luksus choć 

jednego miodowego dnia. 

- I nocy, mam nadzieję? - zapytał i Carrie czuła, że da się namówić. 

- Oczywiście. Musimy się trochę wzmocnić, zanim znowu staniemy oko w 

oko z twardą rzeczywistością. Tylko jeden jedyny dzień - kusiła, patrząc na niego 

prosząco. - Obiecuję, że nie będziesz żałować. 

Kyle zaśmiał się i powiedział, że zdążyła już spełnić jego najdziksze fantazje. 

Carrie poczuła, że kocha go jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle było możliwe. 

Po   śniadaniu   włożyła   szorty   i   sięgnęła   po   bluzkę   bez   rękawów   z   rzędem 

guziczków   na   przedzie.   Byli   tu   całkiem   sami,   postanowiła   więc   nie   wkładać 

stanika. Zapinała właśnie bluzkę, kiedy poczuła ręce Kyle'a wślizgujące się pod 

materiał. Objął ją i pogładził gładkie, twarde piersi. 

- Kocham cię - szepnął jej do ucha. Odwrócił ją do siebie i pocałował. 

-   Wiem   -   odpowiedziała   Carrie   po   prostu,   zastanawiając   się,   dlaczego 

odkrycie tego oczywistego faktu zabrało mu tak dużo czasu. - Ja też cię kocham. 

background image

- Wiesz, że narażamy życie dla kilku ryb? 

- Nie sądzę - odparła Carrie. - Twoja matka twierdziła, że nie grozi ci żadne 

niebezpieczeństwo. 

- Ciekawe, skąd przyszło jej to do głowy? - Kyle zmarszczył brwi i potrząsnął 

głową.   -   Nie   musisz   mi   odpowiadać.   Zapewne   kryształy   dostarczyły   jej   tej 

informacji. 

- Kyle, może to głupie, ale nic mnie to nie obchodzi. Mam już dość życia w 

strachu,   ucieczek   i   ukrywania   się.   Chcę   tylko,   żebyśmy   spędzili   trochę   czasu 

razem, sami. Jutro zastanowimy się, co zrobić z tym głupim kluczem. Szczerze 

mówiąc, gdyby to ode mnie zależało, wrzuciłabym go do jeziora. 

Kyle uśmiechnął się i Carrie wiedziała już, że wygrała. Będą mieli ten czas - 

ten jeden dzień i noc - zanim znowu zmierzą się z życiem. 

Chwilę   później   Kyle,   obładowany   sprzętem   do   wędkowania,   wkroczył   na 

krótki   chybotliwy   pomost.   Dłuższą   chwilę   wybierał   haczyk   i   przynętę,   jakby 

podejmował decyzję niezwykłej wagi. 

- Najpierw dla ciebie - wyjaśnił. 

Carrie   usiadła   na   pomoście   przechylona   do   tyłu   i   zaczęła   leniwie   machać 

nogami w wodzie. 

- Płoszysz ryby - ostrzegł ją. - Jeśli masz ochotę na pstrąga, lepiej nie pokazuj 

mu, że tu jesteś. Ryby są znacznie inteligentniejsze, niż ci się wydaje. 

Carrie   westchnęła   i   wyjęła   nogi   z   wody.   Podciągnęła   kolana   pod   brodę   i 

objęła je ramionami. 

- Na początku nie zauważyłam, że tu jest tak pięknie. I tak spokojnie. 

- Nie mogę uwierzyć, że grozi nam jakieś niebezpieczeństwo. - Od miesięcy 

tu nie byłem. 

- Twoja matka mówiła, że uwielbiasz to miejsce i rozumiem już, dlaczego. 

Strasznie mi się tu podoba. O, nareszcie coś, co do czego jesteśmy zgodni! 

background image

- A  co   do  mojej   matki  -  Kyle  odłożył  wędkę   i  usiadł  obok  -  możesz   mi 

powiedzieć, o co chodzi z tym drobiem? 

Carrie zaśmiała się i przycisnęła czoło do kolan. 

- To proste. Jako znawca tematu udzieliła mi pewnej porady. Wiem teraz, jak 

z tobą postępować, i możesz być pewny, że będę korzystać z jej rad, i to często. 

- To znaczy, że masz mnie kochać, mam nadzieję. 

- Kocham cię - powiedziała Carrie z mocą - całym sercem. 

Kyle pochylił się i pocałował ją w ucho. 

- Kochałaś się kiedyś na takim pomoście? - szepnął. 

Carrie była szczerze zdumiona. Przysięgłaby, że Kyle Harris nigdy nie kochał 

się poza łóżkiem. Ten człowiek miał w zanadrzu mnóstwo niespodzianek. 

- Kyle? 

- Hmm? 

- Nie boisz się, że wpadniemy do wody? 

- Ani trochę. 

- A jeśli spłoszymy ryby? 

Kyle milczał chwilę, jakby musiał się nad tym zastanowić. 

- Cóż, moim zdaniem pstrągi są mocno przereklamowane. 

Kyle nigdy dotąd nie czuł się tak szczęśliwy. I nigdy dotąd tak nie kochał. 

Kiedy zgodził się opóźnić powrót do Kansas, nie był pewien, czy to dobry pomysł. 

Ale Carrie miała rację, czas spędzony tu razem był im bardzo potrzebny. Ten dzień 

był nagrodą za wszystkie trudy. 

I nie chodziło wcale o miłość fizyczną, choć Bóg jeden wiedział, że ten aspekt 

ich uczucia od początku był niezwykły: wspólnie przeżywana bliskość, wspólny 

śmiech,   wspólna   gra.   Rozmawiali   o   przyszłości,   jakby   nic   nie   mogło   nigdy 

zakłócić ich szczęścia. Rozmawiali o dziecku. 

- Czy myślałeś kiedyś o naszym dziecku jako o osobie? - spytała Carrie. 

background image

Kyle leżał na łące, opierając głowę na kolanach Carrie, obracającej w ustach 

łodygę mlecza. 

- Chyba nie. Ale dużo myślałem o tym, co twój ojciec powiedział o miłości do 

dziecka. Że dalibyśmy sobie wypruć flaki, byle tylko było szczęśliwe. 

- Tak, mój ojciec ma taki delikatny sposób wyrażania myśli. 

- Ja już kocham to dziecko - stwierdził Kyle. Na samą myśl o nim miękło mu 

serce. 

- Ja też. 

Kyle wspominał własne dzieciństwo i po raz pierwszy przyszło mu do głowy, 

że nie doceniał matki. 

W   otaczającą   ich   ciszę   wdarł   się   odgłos   samochodowego   silnika.   Kyle 

znieruchomiał na chwilę, nasłuchując, po czym wstał. 

- Zostań tutaj - polecił Carrie, która naturalnie ani myślała go posłuchać. 

Na  szczęście   z  miejsca,   gdzie  leżeli,  droga  była  dobrze  widoczna.   Z ulgą 

rozpoznał, samochód matki. Był to jeden z niewielu momentów w życiu, kiedy 

autentycznie ucieszył  się  na jej  widok. Oczywiście,  odeśle  Carrie  do Kansas  z 

matką, a sam zajmie się sprawą klucza. 

Lilian   wysiadła   z   samochodu,   osłaniając   oczy   przed   słońcem.   Kiedy 

zobaczyła ich, schodzących ze wzgórza, pomachała do nich dłonią. 

Carrie wyprzedziła Kyle'a i pierwsza uścisnęła jego matkę.

-   Pobraliśmy   się!   -   wykrzyknęła   radośnie,   a   echo   zabrzmiało   wokół   jak 

dzwony weselne. 

Kyle objął żonę ramieniem. 

- Widzę,   że  wróciłeś cały   i  zdrowy  -  stwierdziła  Lilian  i  cmoknęła  go  w 

policzek. - Rozumiem, że przyszła pora na gratulacje. 

- Zostaniesz babcią - oznajmił Kyle. 

Lilian rozpromieniła się w uśmiechu. 

background image

- Słyszałam. Myślę, że będę lepszą babcią, niż byłam matką. Widocznie Pan 

Bóg postanowił dać mi jeszcze jedną szansę. 

- Chodźmy do środka, tak tu gorąco - zaproponowała Carrie. Trajkoczą jak 

dwie sroki, pomyślał Kyle rozbawiony, kiedy wchodzili do domu. Ale ich głosy 

nagle zamarły. 

W fotelu na biegunach, jakby niecierpliwie oczekując ich powrotu, siedział 

Max Sanders. 

Rozdział 18

Kyle natychmiast stanął między nim a dwiema kobietami. Ale zanim zdążył 

się odezwać, Lilian odsunęła go i postąpiła krok do przodu. 

- Księżycowy Goniec? - wyszeptała z niedowierzaniem przez ściśnięte gardło. 

- Letnia Miłość? 

Kyle   i   Carrie   otworzyli   usta   ze   zdumienia.   Matka   Kyle'a   i   Max   Sanders, 

wołając   coś   niezrozumiale   jedno   przez   drugie,   rzucili   się   ku   sobie   i   padli   w 

ramiona. 

Kyle poczuł nagle, że musi usiąść. Odnalazł ojca. Człowieka, którym od lat 

pogardzał. 

Ale wiedzieć, że ojciec odszedł, zostawiając matkę spodziewającą się dziecka 

to jedno, a zdać sobie sprawę, że jest on przy okazji przestępcą ściganym przez 

prawo, to zupełnie inna sprawa. 

- Kyle - Lilian drżącą ręką otarła spływającą jej po policzku łzę - to jest twój 

ojciec. 

- Domyśliłem się - odparł jej syn bez śladu entuzjazmu. 

Max spojrzał na niego, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. 

- Mam syna? 

background image

Lilian kiwnęła głową. 

- Próbowałam cię odszukać - wyjaśniła łamiącym się ze wzruszenia głosem. - 

Zrobiłam wszystko co w mojej mocy, ale kiedy po trzech miesiącach nadal nie 

dostałam od ciebie znaku życia, musiałam wracać do domu. Nie miałam wyboru. 

- Siedziałem w więzieniu. 

- W więzieniu? Ale ... 

- Mamo - Kyle łagodnie, acz stanowczo położył dłoń na ramieniu Lilian - 

powinnaś wiedzieć, że ten człowiek jest poszukiwany przez policję i tajne służby. - 

Doprawdy, nie miał zamiaru przerywać idyllicznej sceny spotkania po latach, ale 

ten typ może być uzbrojony i niebezpieczny. 

- Księżycowy Goniec? 

- Nazywa się Max. Max Sanders. 

- Max - powtórzyła. - A ja mam na imię Lilian. 

- Lilian - wyszeptał Max, przenosząc wzrok z twarzy Kyle'a na jego matkę i z 

powrotem, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa więcej. 

Kyle postanowił skorzystać z okazji. 

- Najlepiej będzie, jeśli siądziemy  sobie tu razem i porozmawiamy  o tym 

wszystkim - zaproponował. Bez względu na to, co mówiła jego matka, nie ufał 

temu człowiekowi. 

Usiedli   przy   kwadratowym   drewnianym   stole.   Max   i   Lilian   natychmiast 

wyciągnęli   do   siebie   ramiona   nad   blatem   stołu   i   chwycili   się   za   ręce,   jakby 

postanowili już nigdy nie rozstawać się ani na chwilę. 

- Może zechce pan wyjaśnić, dlaczego opuścił pan moją matkę - powiedział 

Kyle oschle. 

- Nie wiedziałem, jak się nazywa. Znałem ją tylko jaką Letnią Miłość. - Max 

nie patrzył na Kyle'a. - A kiedy już mogłem do niej wrócić, nie udało mi się jej 

znaleźć. 

background image

-   Trudno   mi   wyrazić   radość,   z   jaką   się   dowiaduję,   że   mój   ojciec   jest 

kryminalistą - dodał Kyle sarkastycznie. 

- Kyle - Carrie popatrzyła na niego błagalnie. 

Niewiele było rzeczy, których umiałby jej odmówić,  ale nie miał  zamiaru 

udawać, że cieszy się ze spotkania ze swym domniemanym tatusiem. 

- Czyście obie powariowały? - postanowił, że nie da się zwieść romantycznym 

mrzonkom   Carrie.   -   To   jest   groźny   typ,   przestępca.   Chyba   nie   zdajecie   sobie 

sprawy, że jesteśmy, być może, w wielkim niebezpieczeństwie. Lepiej nie spieszcie 

się tak z przyjmowaniem go do rodziny. 

Max uśmiechnął się szeroko. 

- Mój syn, moja krew. Do diabła, gada jak ja trzydzieści lat temu. 

- Opowiedz mi wszystko - poprosiła Lilian, nie zwracając najmniejszej uwagi 

na wybuch Kyle'a. - Aresztowali cię za zamachy bombowe, prawda? Ale dlaczego 

nic   nie   było   w   mediach?   Całymi   tygodniami   przeglądałam   gazety   i   szukałam 

jakiejś   wzmianki   na   twój   temat.   Wyglądało   na   to,   że   zniknąłeś   z   powierzchni 

ziemi. 

- Przede wszystkim - powiedział Max, patrząc na Kyle'a - z mojej strony nie 

grozi wam żadne niebezpieczeństwo. Pracuję dla tajnych służb. 

- Chyba nie sądzi pan, że panu uwierzymy. 

-   Ale   sam   mówiłeś,   że   w   schowku   było   pełno   dokumentów   i   innych 

materiałów dowodowych - przypomniała mu Carrie. 

- Znalazłeś schowek? - ojcowskie uczucia Maxa natychmiast ustąpiły miejsca 

podejrzliwości. - Mam nadzieję, że niczego stamtąd nie zabrałeś. 

-   Spokojnie,   zostawiłem   wszystko   tak,   jak   zastałem.   Może   mam   ojca 

półgłówka, ale sam półgłówkiem nie jestem.

- Kyle - syknęła Carrie. 

Max zignorował obraźliwą uwagę syna. 

background image

- Ciekaw jestem, jak znalazłeś schowek. Stąd do Kansas jest ich chyba tysiąc. 

- Niecały tysiąc. 

Kyle wiedział, że zabrzmiało to zarozumiale, ale nie dbał o to. Jego matka i 

żona   może   dały   się   nabrać   na   gładką   gadkę   tego   faceta,   ale   on   nie   jest   tak 

łatwowierny.   Max   Sanders  będzie   musiał   udowodnić,   że   jest   tym,   za   kogo   się 

podaje. 

- Kyle powiedział, że wpadł na to, kiedy próbował sobie wyobrazić, co by 

zrobił, gdyby był na pana miejscu - wyrwała się Carrie. 

Kyle zgromił ją spojrzeniem, żałując że w ogóle coś jej mówił. 

- Nawet myślicie obaj w podobny sposób - powiedziała Lilian tonem, jakiego 

zawsze używała, kiedy Kyle był mały i powiedział coś mądrego. 

- Domyśliłem się, że chciał pan, aby ten, kto znajdzie klucz, sądził, że otwiera 

on   jeden   z   niezliczonych   schowków   rozrzuconych   po   całym   wielkim   mieście. 

Wydało mi się logiczne, że wybrał pan miejsce bardziej na uboczu, ale takie, do 

którego można się szybko dostać. 

Max był wyraźnie pod wrażeniem tego rozumowania. 

- Dokładnie o to mi chodziło. 

- Jaki ojciec, taki syn - Powtórzyła zachwycona Lilian. 

Max błysnął ku niej uśmiechem, po czym znowu spojrzał na Kyle'a. 

- Więc wiesz, co jest w schowku? 

- Wiem. 

Max nie spuszczał z niego wzroku. 

-   Pracowałem   nad   tą   sprawą   od   osiemnastu   miesięcy.   Miałem   już   prawie 

wszystko   czego   potrzebowałem,   kiedy   ktoś   mnie   wydał.   Ledwo   uszedłem   z 

życiem. Właściwie to, że jeszcze żyję, zakrawa na cud. 

- Ucieka pan przed Nelsonem - powiedziała Carrie ze zrozumieniem, jakby 

wszystko już pojęła. 

background image

Niestety, Kyle nadal błądził w ciemności.

- Co wiecie o Nelsonie? - spytał Max niespokojnie. 

- Wystarczająco dużo - odparł Kyle. 

- To naprawdę niebezpieczny typ - dodała Carrie. - To on skradł panu te 

fałszywe matryce. 

-   Skradł   matryce?   -   Sanders   pokręcił   głową.   -   Nie   wiem,   kto   wam   to 

powiedział,   ale   mnie   nie   interesowały   matryce.   To   agencja   ma   powiązać   je   z 

Nelsonem,  nie ja. Te matryce stanowią  istotną część  sprawy. Jeśli zaginęły, to 

zapewniam was że nie mnie je skradziono. 

- Ale kto cię wydał? - zapytała Lilian. 

Kyle wzruszył ramionami. Drażniło go, że obie kobiety tak łatwo dały się 

wciągnąć w tę historię. 

- Nie mam pewności - powiedział Sanders. - Mam tylko pewne podejrzenia. 

- Wie pan, że Richards został zabity? - Carrie powiedziała to takim tonem, 

jakby śmierć agenta była częścią serialu, który właśnie śledzi w telewizji. - Myślę, 

że Nelson maczał w tym palce. 

Sanders uśmiechnął się od ucha do ucha. Kyle miał wrażenie, że rzadko mu 

się to zdarza. 

- Nie wątpię. 

- Ale dlaczego miałby go zabić? 

Sanders zawahał się, jakby nie wiedział, czy odpowiedzieć na to pytanie. 

- No, proszę powiedzieć - nalegała Carrie. - Nam może pan zaufać. Jesteśmy 

rodziną, a poza tym Kyle i ja już i tak w tym siedzimy. Mieliśmy przyjść do kina, 

ale ... 

- Chwileczkę - przerwał jej Kyle. Był równie ciekaw jak Carrie, ale nie chciał 

usłyszeć   nic,   co   mogłoby   ich   narazić   na   jeszcze   większe   niebezpieczeństwo.   - 

Lepiej, żebyśmy nie wiedzieli wszystkiego. 

background image

- Kyle ma rację - powiedział Sanders. - Lepiej na tym poprzestańmy. 

Carrie w zamyśleniu potarła brodę palcem. 

- Ja i Kyle uważamy, że Richards chciał nas wystawić. Oczywiście nie mamy 

pewności. Wiemy tylko, że umówił się z Kyle'em w kinie, a wkrótce potem trafił 

do kostnicy. 

- To on powiedział nam,  że jest pan fałszerzem,  ale w schowku  nie było 

matryc - dodał Kyle, idąc tym samym tokiem rozumowania. 

- Właśnie. Ktoś pana wydał. - Carrie oparła łokcie na stole i pochyliła się do 

przodu. - To proste. Richards był wtyką. 

- A Bates? - Kyle nie wiedział, czy może ufać partnerowi Richardsa. 

- Nie jestem pewny - przyznał Sanders niechętnie. 

- Ja też nie - powiedział Kyle w zamyśleniu. - Kim był ten człowiek, który 

przyszedł z nim do tej meksykańskiej restauracji?

- Więc byłeś tam? 

- Tak, dla zabicia czasu mierzyłem płaszcze w sklepie naprzeciwko. Kiedy 

pana zobaczyłem, zupełnie zgłupiałem, więc się nie pokazałem. Kto to był?

- Bowie. On jest czysty. A w każdym razie byłbym bardzo zdziwiony, gdyby 

się okazało, że nie jest. 

-   Jeśli   wszyscy   się   znacie   i   pracujecie   dla   tej   samej   agencji,   to   dlaczego 

uciekał pan przed tajnymi służbami? - Kyle musiał w końcu zadać to pytanie. 

- Oni nie znają mnie osobiście - wyjaśnił Sanders. - Tylko wiedzą o mnie. Od 

trzydziestu lat pracuję prawie wyłącznie tajnie. Federalni dobili ze mną targu, kiedy 

zostałem aresztowany za te zamachy bombowe - mówiąc to, patrzył na Lilian. - 

Zwolnili mnie z odsiadki, pod warunkiem że pomogę zidentyfikować paru innych 

bojówkarzy.   Nie   chciałem   zostać   zdrajcą,   ale   kiedy   głębiej   wniknąłem   w 

podziemne struktury, odkryłem, że kilka z tych grup załatwiało własne interesy, 

które nie miały nic wspólnego z protestami przeciw wojnie w Wietnamie. 

background image

- Jesteś ... jesteś żonaty? - zapytała Lilian cicho i niepewnie, jakby bała się 

tego, co może usłyszeć w odpowiedzi. 

- Nie - odparł Sanders, ściskając jej ręce. - Moja rodzina, gdybym ją miał, 

byłaby z mojego powodu w ciągłym niebezpieczeństwie. - Zawahał się, po czym 

zapytał cicho: - A ty? 

- Nie ... Nigdy nie wyszłam za mąż. 

Kyle pierwszy raz w życiu widział, jak jego matka się rumieni. 

-   Nie   potrafiłam   o   tobie   zapomnieć.   Właściwie   zawsze   wierzyłam,   że   się 

jeszcze odnajdziemy. 

- Był ten sprzedawca jogurtu - wtrąciła Carrie - ale nic z tego nie wyszło. 

Kyle wybałuszył oczy ze zdumienia. 

- Wiesz o Haroldzie? 

Carrie uśmiechnęła się wyrozumiale. 

- Mówiłam ci, że poznałyśmy się już dość dobrze. 

Kyle   podrapał   się   po   głowie.   Nigdy   nie   zrozumie   kobiet.   Ciekawe, 

zastanawiał   się,   o   czym   jeszcze   matka   powiedziała   Carrie.   Na   pewno   o   jego 

ucieczce   z   domu.   Niewątpliwie   wyciągnęła   wszystkie   żenujące   historie   jego 

dzieciństwa, tylko dlatego, że uważała je za urocze. 

- Wracajmy  do tematu  - rzucił niecierpliwie. Było mu  przykro, że  znowu 

zakłóca scenę szczęśliwego połączenia zakochanych, ale pewne szczegóły ciągle 

wymagały   wyjaśnienia.   -   Przede   wszystkim,   dlaczego   Richards   i   Bates   ścigali 

pana, skoro jesteście po tej samej stronie? 

- To długa historia. 

- Mam mnóstwo czasu. 

- Nie masz. Im prędzej cała wasza trójka stąd wyjedzie, tym lepiej. 

Nelson prawdopodobnie mnie śledzi. 

- Jeśli sądzisz, że po tych wszystkich latach zostawię cię samego, to mnie 

background image

jeszcze nie znasz, Miles - powiedziała Lilian stanowczo. 

- Max - poprawił ją Kyle. - Mój ojciec nazywa się Max. 

W tej samej chwili dotarło do niego, że właśnie uznał Sandersa za swojego 

ojca.   Miał   ochotę   szybko   jakoś   to   sprostować,   ale   nie   mógł,   zwłaszcza   że 

bezpośrednio zainteresowany siedział naprzeciwko, bacznie mu się przyglądając. 

 Carrie także zdała sobie sprawę ze znaczenia jego słów. 

-   Pamiętasz,   jak   ci   mówiłam,   że   Sanders   wygląda   dziwnie   znajomo?   - 

szepnęła. 

-   Pamiętam   tylko,   jak   twierdziłaś,   że   widziałaś   go   w   "Niewyjaśnionych 

tajemnicach" - mruknął Kyle. 

- No dobrze, może rzeczywiście nie było go w tym programie, ale naprawdę 

wydał mi się znajomy. To dlatego, że jesteście do siebie bardzo podobni. 

- Wiesz co - powiedziała Lilian z błyszczącymi zachwytem oczami - masz 

rację. Nos i usta. Dopiero teraz, kiedy siedzicie obok siebie, widzę, jak bardzo 

jesteście podobni. 

Szczerze   mówiąc,   Kyle   był   zdania,   że   jest   znacznie   przystojniejszy   od 

Sandersa i nie był zachwycony faktem, że jego matka uważa go za uderzająco 

podobnego do tego człowieka. 

-  Mówię   poważnie,   sądzę,   że   jestem   śledzony   -   ponownie   włączył   się   do 

konwersacji Max. 

Kyle odczuł coś na kształt wdzięczności. Obie kobiety przyglądały im się, 

wymieniając znaczące spojrzenia, i Kyle'a coraz bardziej to krępowało. 

-   Zacierałem   za   sobą   ślady   najlepiej   jak   umiałem,   ale   nie   mogę 

zagwarantować, że Nelson i jego ludzie zaraz się tu nie zjawią. 

- Zaryzykuję - upierała się Lilian. 

Sanders nie zareagował na jej słowa. 

- Oddaj mi klucz - zwrócił się do Kyle'a. 

background image

Kyle   czekał   na   tę   chwilę.   Wszystko   do   tego   właśnie   zmierzało.   Sanders 

przyjechał tu tylko po to, żeby odebrać klucz. Lilian i Carrie patrzyły na niego, 

zastanawiając się, co zrobi. Kyle sam nie bardzo wiedział. 

- Nie jestem pewien, czy mogę ci go dać - powiedział, patrząc Sandersowi 

prosto w oczy. 

Mimo   początkowej   nieufności,   zaczynał   wierzyć   w   wyjaśnienia   tego 

człowieka:   Sanders   powiedział   niewiele,   ale   wszystkie   informacje,   jakich   im 

udzielił, zgadzały się tym, co Kyle już wiedział. 

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie - dodał, grając na zwłokę. 

-   Nie   mogę   na   nie   odpowiedzieć,   dopóki   to   wszystko   się   nie   skończy.   - 

Sanders wyciągnął dłoń. - Wiem, że to trudne. Nie masz najmniejszego powodu, 

żeby mi wierzyć, ale mimo to postaraj się mi zaufać. 

Nie wykorzystał faktu, że jest jego ojcem, aby go przekonać, i to zrobiło na 

Kyle'u wrażenie. 

- Moglibyśmy pójść na kompromis - zaproponował po chwili wahania. 

- Kompromis? - było oczywiste, że Sanders nie przepada za kompromisami. 

  -   Tak   -   Kyle   nie   spuszczał   z   niego   wzroku.   -   Pójdę   z   tobą.   Razem 

doprowadzimy tę sprawę do końca. 

- Nie - Carrie zareagowała natychmiast. - Kyle, czy odebrało ci rozum? Nic 

nie   wiesz   o   takiej   pracy.   Jeszcze   zrobisz   coś   głupiego   i   oboje   przypłacicie   to 

życiem. 

- Zaryzykuję - odparł Kyle. - Jeśli on się zgodzi - dodał patrząc na Sandersa. 

- Chcesz załatwić to w ten sposób? 

- Tak - odparł Kyle spokojnie. 

- Wiesz, że Nelson depcze mi po piętach - powiedział surowo Sanders. - A ten 

człowiek idzie na całość. 

- Wiem. - Kyle sam się zastanawiał, dlaczego było to dla niego takie ważne. 

background image

Być może było w nim więcej z ojca, niż chciał przyznać. Nagle zapowiedź przygód 

i niebezpieczeństw wydała mu się dziwnie pociągająca. 

A poza tym, ta wspólna wyprawa mogła zadzierzgnąć więzi jakiegoś uczucia 

między ojcem i synem. 

-   Wiesz,   co   oni   mają   zamiar   zrobić?   -   Carrie   patrzyła   na   tuman   kurzu 

znikający za zakrętem. - Zamierzają zostawić za sobą tyle śladów, że dziecko z 

przedszkola bez problemu ich znajdzie. 

Sanders   przyznał,   że   Nelson   mógł   przybyć   za   nim   w   te   okolice.   Dlatego 

należało upewnić się, że nie trafi do ich domku. W tym celu mężczyźni postanowili 

poprowadzić go innym śladem. Lilian dotknęła kryształów w naszyjniku. 

- Chyba nie mamy się czym martwić - powiedziała, ale bez przekonania. 

- Jeden dzień po ślubie, a mój mąż już zgłasza się na ochotnika do zadań 

specjalnych - stwierdziła Carrie smętnie. 

Kyle zawsze potrafił pozbawić ją pewności siebie. 

- Nie bierz tego do siebie - mruknęła Lilian, ale Carrie zauważyła, że matka 

Kyle'a również nie ma zamiaru zejść z ganku. 

Im dłużej tam obie stały, tym bardziej zdawały się przekonane, że siła ich 

uczuć zapewni mężczyznom bezpieczny powrót do domu. 

- Pójdę upiec chleb - oznajmiła nagle Lilian. 

Upiec chleb! Było strasznie gorąco i Carrie nie miała najmniejszej  ochoty 

siedzieć przy piecu. 

- Pozbieram wędki - powiedziała szybko. 

- Więc Kyle zabrał cię na ryby? 

- A jakże. - Carrie nie miała serca powiedzieć teściowej, że nie zamoczyli 

nawet żyłki. Byli pełni dobrych chęci, ale szybko znaleźli ciekawszy sposób na 

spędzenie poranka. 

background image

Weszła na pomost i spojrzała na swoje odbicie w wodzie cichej i spokojnej. 

Ciepły   wietrzyk   szeleścił   liśćmi.   Kątem   oka   dostrzegła   jakiś   ruch   za   plecami. 

Odwróciła   się   gwałtownie   -   nic,   tylko   wiązy   i   skłębiona   zieleń   nadbrzeżnych 

zarośli. Wyobraźnia mnie ponosi, pomyślała, i szybko pozbierała sprzęt.

Rozglądając się wokół uważnie, ruszyła do domu. Szła pogwizdując wesoło, 

ale nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, że ktoś ją obserwuje. Oczywiście mogła to 

sobie tylko wymyślić, jednak nieprzyjemne uczucie nie chciało jej opuścić. 

Lilian krzątała się po kuchni. Na stole, obok wielkiej fajansowej misy, stała 

mąka, tłuszcz i cukier. 

-   Jadłaś   kiedy   chleb   owsiany   z   melasą?   -   zapytała   z   roztargnieniem, 

poprawiając okulary, które zjechały jej na czubek nosa. 

- Chyba nie. - Carrie postawiła wędki w kącie. 

- Pewnie myślisz, że twojej starej teściowej całkiem odbiło, żeby robić chleb 

w taki upał. Ale zawsze piekę coś, kiedy chcę się uspokoić. Swego czasu poważnie 

się zastanawiałam nad otwarciem własnej piekarni, ale doszłam do wniosku, że za 

bardzo to lubię.

- Jeśli tak to lubisz, czemu nie chciałaś robić tego dla pieniędzy? 

Lilian podniosła torbę z mąką. 

- Bałam się, że wtedy  znienawidzę tę robotę. - Postawiła  torbę na stole i 

zapatrzyła się w dal. Spotkanie z Sandersem musiało nią wstrząsnąć. 

- Usiądźmy i napijmy się herbaty - zaproponowała Carrie. 

- Dobry pomysł - Lilian podeszła do fotela na biegunach. - To, że po tych 

wszystkich latach znowu zobaczyłam Księ… Maxa, poruszyło mnie bardziej, niż 

sądziłam. - Usiadła w fotelu. - Dobrze go zrozumiałam, prawda? Nigdy się nie 

ożenił. 

- Tak powiedział - potwierdziła Carrie, podając jej filiżankę herbaty. 

- Wyobrażasz sobie? Odnaleźliśmy się po ponad trzydziestu latach! To musi 

background image

być cud. 

- To jest cud - zgodziła się Carrie, siadając naprzeciwko. 

- Chyba nie zdawałam sobie sprawy, jak go kocham - ciągnęła Lilian szeptem. 

- Tak krótko się znaliśmy. 

- Ale miałaś jego syna - powiedziała Carrie. - Wychowując go, nie mogłaś 

zapomnieć o jego ojcu i swojej miłości do niego. - Nie mogę uwierzyć, że znowu 

mnie opuścił. 

- Wróci - obiecała Carrie. 

- Pewnie myślisz, że jestem bardzo głupia. 

- Skąd - zapewniła ją Carrie. - Jak mogłabym uważać, że jesteś głupia, bo go 

kochasz, skoro ja sama tak kocham Kyle'a. Nie wiem, czy ci mówiłam, ale szaleję 

za nim. 

Lilian uśmiechnęła się słabo. 

- Wiem. On czuje do ciebie to samo. Odkąd jest z tobą, bardzo się zmienił. 

Stał się bardziej tolerancyjny, nie osądza już innych tak surowo. A już zaczynałam 

się o niego martwić. 

Uczucie, że ktoś ją obserwuje, wróciło. Carrie zerwała się na równe nogi. 

- O co chodzi? 

Carrie   nie   wiedziała,   co   powiedzieć,   żeby   niepotrzebnie   nie   denerwować 

Lilian, ale poczucie zagrożenia rosło z każdą chwilą. Zaczynała się bać. 

- Myślę, że ktoś jest tam, na zewnątrz - powiedziała nieswoim, piskliwym 

głosem. 

Lilian odstawiła filiżankę z herbatą. 

- Kiedy poszłam pozbierać wędki, wydawało mi się, że kogoś widziałam koło 

pomostu. 

- Widziałaś czy wyczułaś? - zapytała Lilian szeptem. 

Carrie zamknęła oczy, usiłując przypomnieć sobie tamtą chwilę. 

background image

- Jedno i drugie. 

- Więc ktoś tam jest. Ja też to czuję. 

- Naprawdę? 

- Nie ma się czym przejmować. - Lilian sięgnęła po drewnianą chochlę. - 

Znakomicie możemy się same obronić. 

- Tak sądzisz? - Carrie ciągle mówiła nienaturalnie wysokim głosem. 

- Oczywiście. Musimy go tylko przechytrzyć. 

Carrie natychmiast ulżyło. 

- Więc masz jakiś plan? 

- Och, nie, miałam zamiar improwizować, chyba że masz lepszy pomysł na 

wyciągnięcie go z kryjówki. 

- Raczej nie. 

- Więc poczekajmy. 

Carrie nie była zachwycona. Miała za sobą dwa koszmarne dni; kiedy czekała 

na   Kyle'a,   a   teraz   znowu   nie   wiadomo,   co   się   z   nim   dzieje.   Kobieca   intuicja 

podpowiadała jej, że w pobliżu chaty ktoś się czai. Było bardzo prawdopodobne, że 

to raczej wróg, a nie przyjaciel. 

Lilian krążyła po domku jak ktoś, kto zna wszystkie kąty. Przyniosła sznur, 

prawdopodobnie od bielizny, i wysunęła na środek jedno z kuchennych krzeseł. 

Rozejrzała się wokół. 

- Po co to? - spytała Carrie. 

- Najpierw go zwiążemy, a potem przesłuchamy.

- Ale ... jeśli tam naprawdę ktoś jest... to może być niebezpieczny. 

- A my nie? - Lilian wytarła patelnię i pomachała nią groźnie. 

- Znam trochę karate - powiedziała Carrie niepewnie. 

- No widzisz! - Lilian potraktowała te informacje poważniej niż jej syn. - A 

więc postanowione. Teraz trzeba go tylko zwabić do domu.

background image

 - Jak chcesz to zrobić? 

Lilian potarła brodę gestem, który Carrie tak często widywała u jej syna. 

- Jest tylko jeden sposób. 

-   To   znaczy?   -   Carrie   miała   dziwne   wrażenie,   że   ten   sposób   jej   się   nie 

spodoba.

- Powiesz mu, że wiesz, że tu jest i zaprosisz go na rozmowę. To na pewno 

jest mężczyzna, zniecierpliwiony, znudzony i zmęczony upałem. Moim zdaniem 

ma już dość krycia się w krzakach. 

- A jeśli jest ich więcej? 

- Widziałaś jednego czy dwóch? 

- Jednego, tak mi się przynajmniej wydaje. Lilian, nie wiem czy powinnyśmy 

tak ryzykować. 

- Sądzę, że tam jest tylko jeden człowiek, i jeśli nawet wie, że ja tu jestem z 

tobą, na pewno uważa nas za dwie bezbronne kobiety. 

Carrie podzielała jego zdanie. 

- Naprawdę myślisz, że to się może udać? 

- Lepiej chyba spróbować, niż siedzieć i czekać nie wiadomo na co? 

Carrie nie była pewna. 

- A teraz wyjdź na ganek i przemów do maleństwa najlepiej jak umiesz. Masz 

go   tylko  przyprowadzić   do   mamusi.   -  Carrie  nie   bardzo  wiedziała,   o   co  może 

chodzić Lilian, domyślała się tylko, że ma to jakiś związek z patelnią. 

Trzęsła się ze zdenerwowania tak, że musiała się zatrzymać i wziąć w garść, 

zanim wyszła przed dom. 

- Hej,  ty tam - zawołała,  zdumiona  pewnym,  silnym brzmieniem  swojego 

głosu. - Widziałam cię już, nad jeziorem. Wiem, że tam jesteś. 

Cisza. Nawet wiatr ustał. 

-  Byłoby   znacznie   lepiej,   gdybyśmy   zakończyli   tę   zabawę   i   porozmawiali 

background image

poważnie, nie sądzisz? Oczywiście możesz smażyć się w słońcu jak długo chcesz, 

ale to chyba nie ma sensu. 

Powiedziawszy to, odwróciła się na pięcie i weszła z powrotem do domu. 

Nalała sobie szklankę wody i stanęła oparta o framugę drzwi, rozglądając się po 

okolicy.

Ku jej zdumieniu, zza wielkiego dębu rosnącego jakieś dziesięć metrów dalej 

wyszedł chudy, wysoki mężczyzna. Carrie dostrzegła zatknięty za pasek rewolwer. 

Uśmiech zamarł jej na ustach. 

- Cieszę się, że możemy rozsądnie pogadać - zawołała. - Tak jest znacznie 

lepiej. 

Zebrała się na odwagę i spojrzała mu w twarz. Serce na moment przestało jej 

bić. Ten człowiek miał tak zimne, okrutne oczy, jakich nigdy jeszcze u nikogo nie 

widziała. Ich spojrzenie zdawało się przewiercać ją na wskroś. 

- Może wody? - zapytała gdy zbliżył się do domu. 

- Tak, poproszę. 

Poproszę.   Maniery,   ten   morderca   o   zimnych   oczach   miał   naprawdę   dobre 

maniery! Carrie odsunęła się od drzwi i ruszyła w stronę małej ręcznej pompy. 

Zrobiło jej się dziwnie słabo, kiedy mężczyzna przekraczał próg. 

Lilian odsunęła się od ściany i gdy ich gość już znalazł się po drugiej stronie 

drzwi, z całej siły grzmotnęła go patelnią w głowę. Zatoczył się wywracając oczy, 

tak że Carrie zobaczyła ich przekrwione białka. Niewiele myśląc, chwyciła krzesło 

i szybko postawiła je za nim w chwili, kiedy ugięły się pod nim kolana. Całym 

ciężarem   ciała   opadł   na   twarde   drewniane   siedzenie.   Lilian   złapała   sznur   i 

błyskawicznie okręciła go wokół niego tyle razy, że Carrie obawiała się, czy ich 

ofiara będzie w stanie oddychać. 

- Wiesz kto to jest, prawda? - zapytała podekscytowana. Głos drżał jej tak 

samo jak ręce. - To na pewno Nelson, ma takie okrutne oczy. 

background image

- Mylisz się, kochanie - odezwał się głos za ich plecami. 

Lilian i Carrie odwróciły się gwałtownie. W drzwiach stał drugi mężczyzna z 

rewolwerem wycelowanym w ich stronę. Miał niebieskie oczy i przyglądał się im z 

rozbawieniem. To w kącikach jego ust czaiło się okrucieństwo, stwierdziła Carrie. 

Uśmiechał się drwiąco. 

Carrie powoli podniosła ręce do góry. Lilian poszła w jej ślady. 

- Chyba powinienem się przedstawić - powiedział mężczyzna. - To ja jestem 

Nelson.

Rozdział 19

-   Zechcą   panie   usiąść   -   z   tymi   uprzejmymi   słowy   Nelson   wskazał   lufą 

rewolweru kuchenny stół. 

Krzesło, raptownie odsunięte przez Carrie, zgrzytnęło po podłodze. Opadła na 

nie z rozmachem. Lilian zachowała się spokojniej, godnie krocząc w stronę kuchni. 

Carrie uwierzyła jej, że są takie sprytne. A przecież powinna była wiedzieć 

swoje.   Nie   były   agentkami   rządowymi   wyszkolonymi   w   technikach 

terrorystycznych.   Właścicielka   sklepiku   ze   zdrową   żywnością   i   dziennikarka 

radiowa - nie miały najmniejszych szans w walce z zawodowymi przestępcami. 

-   Widzę,   że   przeszkodziliśmy   w   przygotowaniach   do   obiadu.   Jestem 

niepocieszony - powiedział Nelson kpiąco. 

-   Miałam   się   właśnie   zabrać   do   pieczenia   chleba   -   odparła   Lilian   tonem 

konwersacyjnym,   jakby   bez   przerwy   miała   do   czynienia   z   uzbrojonymi 

gangsterami. 

- W tym upale? - Nelson otarł pot z czoła. 

Podszedł do swego półprzytomnego towarzysza, poklepał go po twarzy. 

- W porządku? 

background image

Mężczyzna kilka razy potrząsnął głową, próbując odzyskać jasność myślenia. 

- Lawton? 

- Już dobrze. Rozwiąż mnie. 

- Zaraz - odparł Nelson niecierpliwie. - Twierdziłeś, o ile dobrze pamiętam, że 

z tymi kobietami nie będzie żadnych problemów. 

Lawton spojrzał na nie z szyderczym uśmiechem. 

- Też się nie spodziewałem, że oberwę tu po łbie. 

- Jestem głodny - Nelson wszedł do kuchni. 

Carrie popatrzyła na Lilian. 

- On chyba chce, żebyśmy zrobiły mu obiad. 

- Właśnie o to mi chodzi. Zabierajcie się do roboty. Cały dzień nic w ustach 

nie miałem. 

Carrie nie zastanawiała się nigdy, co robią gangsterzy ze schwytanymi przez 

siebie   niewinnymi   obywatelami.   Ale   gdyby   nawet   często   nad   tym   rozmyślała, 

nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że chcą, aby dla nich gotować. Obie już teraz 

znajdowały się w niebezpieczeństwie, ale kiedy te bandziory skosztują jej kuchni, 

może być znacznie gorzej. 

- No, dalej - ponaglił je Nelson. - Umieram z głodu. 

- Na pewno nie wolicie pojechać do restauracji? 

- Ale nam się dowcipna laleczka trafiła, szefie - Lawton macał się po potylicy. 

- Do licha, krwawię. - Spojrzał na Lilian i rzucił w jej stronę wiązankę przekleństw, 

z   których   wiele   Carrie   słyszała   po   raz   pierwszy   w   życiu.   Wątpiła   jednak,   czy 

znajdzie je w słowniku. 

Krzątając się wraz z Lilian po kuchni, Carrie próbowała udawać, że wie, co 

robi. Za ich plecami mężczyźni o coś się sprzeczali. Gdyby tylko zdołała wydobyć 

rewolwer z szuflady, mogłaby rozprawić się z tą dwójką. Lilian chyba czytała w jej 

myślach, bo spojrzała jej w oczy i bez słowa krótko potrząsnęła głową. 

background image

-   Co   chcesz   zrobić?   -   zapytała   Carrie   szeptem,   mimo   że   mężczyźni   z 

pewnością nie mogliby niczego usłyszeć, zajęci coraz głośniejszą dyskusją. 

- Myślę, że omlety - powiedziała Lilian z namysłem, jakby nie miały innych 

zmartwień poza wyborem potrawy. Sięgnęła po miskę i jajka. 

- Nie mówiłam o obiedzie - syknęła Carrie przez zaciśnięte zęby. - Mówiłam o 

Lawtonie i Nelsonie. 

- Ach, o nich. Cóż, nie mamy wielkiego wyboru. Musimy poczekać, aż ktoś 

wybawi nas z tej sytuacji. 

- Nie sądzisz, że powinnyśmy przynajmniej spróbować uciec? - wyszeptała 

Carrie. - Mamy ... wiesz co. 

- Nawet o tym nie myślcie - rzucił Nelson nieoczekiwanie. - Nie chciałbym 

zastrzelić kobiety - podniósł rewolwer. - Już to jednak kiedyś zrobiłem i znowu 

zrobię, jeśli zajdzie potrzeba - dodał takim tonem, że Carrie z miejsca oblała się 

zimnym potem. 

- Nie ma sprawy - powiedziała, podnosząc ręce w geście uległości. Naturalnie, 

przy jej pechu musiała trafić na kryminalistę z doskonałym słuchem.

- Dobra. Tak trzymać. 

Nelson nie mógł usiedzieć na miejscu. Cały czas nerwowo przechadzał się po 

pokoju.   Lilian   napaliła   tymczasem   w   piecu   i   ubiła   jajka   na   omlety,   a   Carrie 

posprzątała ze stołu, starając się wyglądać na bardzo zajętą. 

- Co macie zamiar z nami zrobić? - zapytała. 

Lilian mogła sobie spokojnie czekać na dalszy rozwój wypadków, ale Carrie 

miała z tym poważny problem. 

- Jeszcze  nie zdecydowałem.  - Nelson wygrzebał z szuflady wykałaczkę  i 

zaczął   sobie   dłubać   w   zębach.   Lawton   siedział   na   krześle   z   niewyraźną   miną. 

Carrie domyśliła się, że pewnie cierpi na potężny ból głowy.

 - Mam już parę pomysłów, szefie. 

background image

Nelson zarechotał drwiąco. 

- Nie wątpię. 

- Tę chudą powiesiłbym na suchej gałęzi. 

Przez sekundę Carrie sądziła, że mówią o niej. Potem dotarło do niej, że nie. 

- A tę młodszą damy Fisherowi. Wygląda na gorącą sztukę, a jemu podobają 

się takie niegrzeczne dziewczynki. Lubi uczyć je dobrych manier.

- Ja na pewno mu się nie spodobam - powiedziała Carrie z przekonaniem. 

- Jeśli Fisher jej nie zechce, ja się nią zajmę - zaofiarował się Lawton. - Jest 

mi coś winna. 

- Do diabła - Nelson wzruszył ramionami. - Obaj możecie ją sobie wziąć, a jak 

skończycie, dam ci tę starszą. Mężczyzna może się wiele nauczyć od dojrzałej 

kobiety. 

Niewzruszona toczącą się obok rozmową, Lilian nałożyła na talerze po dużym 

omlecie i postawiła je na stole wraz z sałatką z pomidorów. 

- Lepiej jedzcie póki gorące. 

Carrie   zrobiło   się   niedobrze.   Nie   miała   wątpliwości,   co   zrobią   Fisher   z 

Lawtonem, kiedy dostaną ją w swoje ręce. 

Mężczyźni pałaszowali omlety, jakby się założyli, który pierwszy skończy. 

Lawton przerwał na moment. 

- Słyszysz, szefie? 

Carrie nadstawiła uszu, ale niczego nie usłyszała. Przez chwilę miała nadzieję, 

że   ktoś   istotnie   się   pojawi   i   wybawi   je   z   opresji.   Było   to   jednak   mało 

prawdopodobne. Będą musiały same się o siebie zatroszczyć. 

- To tylko wiatr. 

- Masz rację - przyznał Lawton, ale nadal był niespokojny. 

- Ja mam zawsze rację - powiedział Nelson. - Dlatego jestem szefem. 

- Jasne, szefie. 

background image

Wrócili do jedzenia. Carrie kończyła już zmywać garnki. Lilian w milczeniu 

podała jej plasterek pomidora, ale Carrie odmówiła, słabo potrząsając głową. Nie 

wiedziała,   jak   jej   teściowa   może   w   takiej   chwili   myśleć   o   jedzeniu.   Lilian 

zachowywała się tak, jakby nie zdawała sobie sprawy, że cały czas są na muszce 

rewolweru.  Zupełnie   jakby   brała  udział   w   jakiejś  grze.   Niestety,  ci   ludzie   byli 

prawdziwymi, zdolnymi do wszystkiego przestępcami. 

Właśnie zmietli z talerzy ostatnie kawałki omletów i rozejrzeli się wokół w 

poszukiwaniu czegoś jeszcze do jedzenia. 

- Macie chleb i masło? - spytał Lawton. 

Carrie położyła jedno i drugie na stole, starając się trzymać jak najdalej od 

obu opryszków. Od samego ich widoku dostawała gęsiej skórki. 

- A może kawy? - zapytała Lilian, jakby podejmowała miłych sercu gości. 

-   Świetnie   -   rzucił   Nelson   niemal   z   uznaniem.   Carrie   podała   im   kubki   z 

parującą kawą. 

-   Ale   mnie   boli   głowa   -   narzekał   Lawton,   patrząc   na   Carrie.   Przerażona, 

przysunęła się natychmiast bliżej do Lilian. 

- Aspirynę? - zaproponowała Lilian. Otworzyła torebkę i wyciągnęła malutki 

pojemniczek. Wysypała z niego dwie tabletki i podała je Lawtonowi. 

Carrie zaczynała już myśleć, że Lilian postanowiła z całych sił wspomagać 

wroga. Dopiero kiedy teściowa, odwracając się od stołu, spojrzała na nią znacząco, 

w serce Carrie wstąpiła nadzieja. Lilian coś knuła. 

Dwadzieścia minut później Nelson zaczął walczyć z sennością. Oczy same mu 

się zamykały, głowa co chwilę opadała na piersi. Wstał z trudem, podszedł do 

zlewu, nabrał wody w dłoń i chlusnął sobie w twarz. 

- Wszystko w porządku, szefie? 

- Jestem trochę zmęczony, nic więcej. 

-   To   się   zdrzemnij,   a   ja   będę   je   miał   na   oku.   Zresztą   Fisher   będzie   tu 

background image

najwcześniej za godzinę. 

Nelson spojrzał na zegarek. 

-   Dobra.   -   Poszedł   do   sypialni,   nakazawszy   przedtem   Lawtonowi   dobrze 

pilnować obu kobiet. 

- Bez obaw, szefie, nie ufam kobietom. 

- Tak trzymaj, a daleko zajdziesz. 

Nie minęły dwie minuty, a z sypialni dobiegło ich donośne chrapanie Nelsona. 

A po kolejnych dziesięciu Lawton zamrugał, przymknął powieki i położył głowę 

na stole. Zasnął jak kamień. 

Lilian ostrożnie wysunęła mu rewolwer z ręki i na palcach ruszyła do drzwi, 

pociągając za sobą Carrie, której nie trzeba było zresztą do tego zachęcać. Nigdy 

dotąd tak jej się nie spieszyło. Skoro tylko stanęła na żwirowej ścieżce, rzuciła się 

do   panicznej   ucieczki   w   stronę   głównej   drogi.   Ledwie   jednak   przebiegła   kilka 

metrów, przyszło jej do głowy, że powinna zaczekać na Lilian. Odwróciła się, żeby 

sprawdzić, czy teściowa za nią nadąża, ale nic nie zdołała zobaczyć. Ktoś złapał ją 

mocno   wpół,   zakrywając   usta   dłonią,   zanim   zdążyła   krzyknąć.   Wydając 

nieartykułowane,   zduszone   dźwięki   i   wierzgając   na   wszystkie   strony,   walczyła 

przeciw niewidzialnemu napastnikowi. 

- Carrie, przestań, to ja! 

Kyle. To był Kyle! Odwróciła się ze szlochem i ukryła twarz na jego piersi, 

obejmując go z taką siłą, jakby był kołem ratunkowym rzuconym w morską kipiel. 

- Nie ma się już czego bać - powiedział. - Dom jest otoczony. Sanders i inni 

mieli właśnie po was wejść, kiedy zobaczyli, że obie wybiegacie. 

- Ma tu jeszcze przyjechać jakiś Fisher - rzuciła Carrie bez tchu. 

- Już go mamy. 

- Skąd wiedziałeś, że jest tu Nelson? 

- Sanders miał rację. Nelson go śledził, ale tajne służby śledziły Nelsona. Jak 

background image

tylko   dostaliśmy   się   do   telefonu,   Sanders   zadzwonił   do   swojego   partnera   i 

dowiedział się, że Nelson jest u nas w domku. Żaden z nas nawet nie pomyślał o 

kluczu. Ważne było tylko to, żeby jak najszybciej się do was dostać. 

Carrie przytuliła się do męża. Spojrzał na jej zwróconą ku niemu twarz. 

- Wszystko w porządku? 

- Teraz już tak. 

Wszystko   będzie   w   jak   najlepszym   porządku,   jeśli   Kyle   z   nią   zostanie. 

Uścisnęła go mocno. 

- Muszę ci się przyznać, że miałem strasznego pietra - szepnął, pocierając 

brodą o czubek jej głowy. - Będę naprawdę szczęśliwy, kiedy zostawię zabawę w 

policjantów i złodziei tym, którzy się na tym znają. 

Carrie parsknęła śmiechem. 

- A co wyście tu nawyrabiały? - zapytał Sanders. 

Obejmował Lilian tak samo jak Kyle Carrie. 

- Dałam im moje tabletki nasenne. Obaj padli jak muchy. Nelson zjadł swoje 

w omlecie, a Lawton dostał je zamiast aspiryny.

 - Nosisz w torebce tabletki nasenne? 

- Od lat - odparła Lilian. - Wszyscy przecież noszą, no nie? 

- E, chyba nie wszyscy. 

- W domku też mam ich trochę. Nie znoszę bezsenności. Czasami biorę jedną, 

kiedy nie mogę zasnąć. Rzadko mi się to zdarza, ale na wszelki wypadek wolę je 

mieć pod ręką. 

Nelson i Lawton, skuci kajdankami, właśnie przechodzili obok. Spojrzeli na 

kobiety   ze   zdumieniem,   jakby   sądzili,   że   to   wszystko   jest   tylko   zwariowanym 

snem. 

- Z tego co wiem na temat Nelsona, nie przypuszczam, żeby zobaczył świat 

boży wcześniej niż za jakieś trzydzieści lat - powiedział Sanders. 

background image

- Możemy już iść do domu? - spytała Carrie. - Mam ochotę wziąć kąpiel i 

umyć głowę. 

- Ja też mam ochotę na parę rzeczy - szepnął Kyle kusząco. - To ciągle nasz 

miesiąc miodowy, pamiętasz? Trzeba dotrzymać kilku obietnic. 

Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się prawie nieśmiało. 

Obietnice. Carrie miała  wrażenie, że całe jej życie jest teraz jedną wielką 

obietnicą. A gwarancją ich spełnienia było poczęte w miłości dziecko, pierw¬sza, 

ale zapewne nie ostatnia niespodzianka w ich wspólnym życiu. Ich małżeństwo 

będzie burzliwe, ale przetrwa, bo nauczą się szanować swoją inność. Oczywiście 

będą   się   kłócić   o   każdy   najmniejszy   drobiazg.   Miłość   i   ślub   nie   zmienią   ich 

osobowości. Ale potem będą się kochać do utraty sił. W każdym razie ani przez 

chwilę nie będą się nudzić, Carrie była tego pewna. 

I miała rację. 

 

Epilog

- Przyszedł list od twoich rodziców - powiedziała Carrie. 

Kyle   wyszedł   z   sypialni,   niosąc   na   rękach   ich   sześciomiesięczną   córkę. 

Carolyn Marie  ziewnęła sennie.  Matka  wzięła ją w ramiona  i usadowiła  się w 

fotelu na biegunach. Kiedy rozpięła bluzkę, Carolyn kręciła się już niespokojnie, 

gotowa do swego lunchu. Chwyciła sutek i zaczęła łapczywie ssać. 

Carrie aż bolało serce z miłości do tego dziecka. Odsunęła kosmyk jasnych 

włosów z pyzatej buzi i zakołysała się delikatnie. Z zaskoczeniem zauważyła, że 

Kyle na nią patrzy. 

- Pamiętam tę noc, kiedy przyszła na świat - powiedział. 

- Wierz mi, ja również - uśmiechnęła się Carrie. 

- Pielęgniarka położyła ją na wadze, a ona złapała mnie za palec i na zawsze 

background image

skradła mi serce. Już go nigdy nie odzyskam. 

- Teraz dopiero doceniam miłość moich rodziców. 

- Chcę być jej rycerzem w lśniącej zbroi, jej bohaterem. 

- O nie, jesteś już moim. 

Ich   oczy   spotkały   się   i   Carrie   poczuła   całą   siłę   i   głębię   miłości,   jaką   ją 

obdarzał. 

- Carolyn to anioł, którego dostaliśmy na kredyt. 

- Coś mi się zdaje, że zmienimy zdanie, kiedy zostanie zbuntowaną nastolatką. 

Kyle zaśmiał się, ale po chwili znowu spoważniał. 

- Dużo myślałem. - Usiadł w swoim skórzanym fotelu. 

Teraz, kiedy został kierownikiem działu wiadomości stacji telewizyjnej ABC 

w Kansas, ciążyła na nim wielka odpowiedzialność. Uwielbiał swoją pracę, ale 

pochłaniała go ona niemal bez reszty. 

- Martwisz się o stację? 

- Nie, ze stacją wszystko w porządku. 

- Więc o co chodzi? 

-   Myślałem   właśnie   o   mamie   i   Maxie   i   o   tym   niezwykłym   zbiegu 

okoliczności, który wprawił to wszystko w ruch. Tylko dlatego, że jazda do Dallas 

autostradą wydawała ci się nudna. 

-   Cóż,   to   tylko   znaczy,   że   zawsze   powinieneś   mnie   słuchać   -   stwierdziła 

Carrie.  Oczywiście  tak  naprawdę  nie  chciała,  żeby  coś takiego  się  powtórzyło, 

przynajmniej w najbliższej przyszłości. 

- Ciągle myślę czasami o Richardsie - mruknął Kyle. 

- Ciekawe, co sprawiło, że taki człowiek dał się sprowadzić na manowce. - 

Carrie kołysała się w fotelu, karmiąc córkę. 

- Ludzie z tajnych służb zadają sobie to samo pytanie. 

- No i dlaczego Nelson go zabił? 

background image

- Myślę, że nigdy się tego nie dowiemy. Richards pewnie powiedział mu, że 

ma klucz, a kiedy się okazało, że go nie ma, Nelson się zdenerwował. - Ależ on 

zastrzelił go w kinie! To dość drastyczne, nie sądzisz? 

- Może cały czas miał zamiar się go pozbyć. Max ma pewną teorię na ten 

temat. Uważa, że Richards dał Nelsonowi fałszywy klucz, żeby mieć go na jaki$ 

czas z głowy. Nie przypuszczał, że Nelson będzie chciał go zabić. Grał na zwłokę i 

to właśnie przypieczętowało jego los. 

- To smutne. 

- Ludzie, którzy nie znają umiaru, często tak kończą. 

- Ty powinieneś wiedzieć coś niecoś o braku umiaru. - Carrie spojrzała na 

męża. 

- Chcesz powiedzieć, że mnie go brakuje? 

-  W  pewnym sensie.   Jesteś  nienasycony,  a dziecko  tak  mnie  absorbuje  ... 

Zresztą, równie dobrze mogę ci powiedzieć. Chyba znowu jestem w ciąży. 

- Co? - Kyle poderwał się z fotela jak porażony prądem. - Ale ... mówiłaś, że 

skoro karmisz ... 

- Najwyraźniej się myliłam. - Carrie spuściła oczy. 

Sama na razie nie wiedziała, co czuje w związku z kolejnym dzieckiem, w 

dodatku tak zaraz po pierwszym. Obawiała się, że się rozpłacze, jeśli Kyle będzie 

niezadowolony. Była bardzo rozchwiana emocjonalnie. 

- Carrie, najdroższa. - Kyle podszedł, pochylił się nad nią i zaczął ją całować. 

Carrie   omal   nie   zapomniała,   że   trzyma   w   ramionach   dziecko.   -   Jesteś 

niezadowolona? - zapytał. 

Carrie potrząsnęła głową. 

- Nie, jeśli ty nie jesteś. 

- Ja? Nie mógłbym się bardziej cieszyć! - powiedział z radosną czułością w 

oczach. - Jestem tylko trochę zaskoczony, to wszystko. 

background image

- Mój ojciec jeszcze bardziej się w tobie zakocha - mruknęła Carrie. 

Jej rodzice i tak uważali Kyle'a za świętego. Drugi wnuk, zaledwie piętnaście 

miesięcy po pierwszym, tylko umocni ich zachwyt nad zięciem. 

- Muszę podzielić się nowiną z mamą i Maxem - powiedział Kyle. - A tak 

przy okazji, co piszą?

- Że są szczęśliwi. 

- Kto by nie był, mieszkając na Karaibach? 

- Twoja matka myśli o otwarciu jakiegoś interesu. 

-  Wiesz,  cały  czas  się  zastanawiam,  czy  ich  małżeństwo  przetrwa.  - Kyle 

usiadł na sofie, tuż przy Carrie. 

- Dlaczego nie? Kochali się przez tyle lat. 

-   To   fakt,   ale   czasami   prawdziwe   życie   wygląda   zupełnie   inaczej   niż 

marzenia. Cieszę się, że są ze sobą. Trochę się bałem, że Max będzie się nudził, ale 

on ma sto pomysłów na minutę. 

Carrie wiedziała, że Kyle nie lubi, kiedy ktoś porównuje go do ojca, ale z 

każdym dniem wydawał się coraz bardziej do niego podobny. 

- Dobrze się prezentował na rozprawie, prawda? 

- Świetnie  -  przyznała  Carrie.  -  Muszę   przyznać,  że  lepiej   sypiam,  odkąd 

wiem, że Nelson i jego kompani siedzą za kratkami.

- Tak, Carrie, to już koniec. Nie mamy się czego bać. 

-Chyba że znowu wybierzemy się w podróż i zepsuje się nam samochód. Na 

pewno będziemy mogli wówczas liczyć na to, że spotkamy bandę opryszków, że 

trafimy do pudła i że będziemy się kłócić jak pies z kotem.

-   Po   co   ruszać   w   podróż,   skoro   wszystko   to   mam   w   czterech   ścianach 

własnego domu? 

- Kyle! 

Kyle zaśmiał się, pochylił i jeszcze raz pocałował żonę. 

background image

-   Odkąd   cię   poznałem,   nie   zaznałem   chwili   spokoju.   Ale   wiesz   co?   Nie 

chciałbym, żeby było inaczej.