background image

 
 
 
 
 
 

SCHULER

SCHULER

SCHULER

SCHULER    

CANDANCE

CANDANCE

CANDANCE

CANDANCE    

PI

PI

PI

PI

ę

TNO

TNO

TNO

TNO    

PRZESZ

PRZESZ

PRZESZ

PRZESZ

ł

O

O

O

O

ś

CI

CI

CI

CI    

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Lokatorzy Bachleror Arms 
 
Ken Amberson
 - nieco zdziwaczały administrator, który wie 
więcej na temat legendy Bachelor Arms, niŜ się do tego 
przyznaje.  
Zeke Blackstone - hollywoodzki reŜyser, a takŜe playboy. W 
czasach kawalerskich dzielił apartament l G z Jackiem 
Shannonem i Ethanem Robertsem.  
Ariel Cameron - piękna i znana aktorka, która po latach 
rozstania odnajduje szczęście w ramionach Zeke'a, miłości 
swego Ŝycia.  
Eddie Cassidy - barman w pobliskiej knajpce "U Flynna", a 
takŜe scenarzysta, który czeka na swój wielki dzień.  
Steve Hart - ma wielkie serce, a W nim duŜo miłości dla 
Willowo Na pierwszym miejscu sta:wia jednak obowiązki.  
Natasza Kuryan - podstarzała Jemme Jatale, z pochodzenia 
Rosjanka. Ongiś charakteryzatorka gwiazd filmowych.  
Ethan Roberts - dawny współlokator Zeke'a i Jacka. Ta eks-
gwiazda seriali telewizyjnych przygotowuje się do swojej 
największej roli'- urzędnika państwowego.  
Willow Ryan - pragnie za wszelką cenę odnaleźć ojca. Liczy 
na pomoc Steve'a.  

background image

Eryk Shannon - młody, obiecujący scenarzysta, którego 
ś

mierć wpłynęła na losy wielu mieszkańców Bachelror 

Arms.  
Faith Shannon - urocza dziewczyna z Georgii, obecnie Ŝona 
Jacka Shannona, studentka szkoły medycznej.  
Jack Shannon - cyniczny reporter, który przez całe Ŝycie 
sobie przypisywał winę za śmierć brata. Wybawieniem stała 
się dopiero miłość szlachetnej kobiety.  
Theodore "Teddy" Smith - miejscowy donŜuan. KaŜda 
ś

wieŜo poznana kobieta wywołuje błysk w jego oku.  

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
PROLOG  
 
Los Angeles, 1970 r.  
Przez głośną muzykę rockową rozsadzającą ściany 
apartamentu 1 G przedarł się krzyk kobiety. Dziewczyna 
przyoknie chwyciła za ramię ubranego w skórzaną kurtkę 
długowłosego młodzieńca.  
- Słyszałeś? - spytała. - Co to było?  
- Co takiego?  
- Ktoś krzyczał.  
- Zdawało ci się, to pewnie syrena wyje - rzucił ktoś ze 
stojącej wokół okna grupki, wypuszczając z ust kłąb dymu.  
- To nic nadzwyczajnego w L.A. - dodał ktoś inny.  
- Nie ma się czym martwić.  
- Nie, to nie syrena - zaoponowała dziewczyna, która 
pierwsza zwróciła uwagę na dziwny odgłos.  
Energicznym krokiem podeszła do stojącego pod ścianą 
stolika i, pchnęła rączkę adaptera. Rozległ się przenikliwy 
zgrzyt, po czym zapadła cisza. Teraz nikt nie miał wątpli-
wości. Zza okna dobiegało histeryczne zawodzenie.  
Wszyscy w apartamencie 1G zamarli.  
Głos kobiety wznosił się w wyŜsze rejestry i opadał, tylko co 
jakiś czas urywając się na moment, jakby krzycząca robiła 
przerwę, by zaczerpnąć tchu.  
- Co się, do diabła, stało?  
- Kto ..  
- Psiakrew, moŜe ktoś wezwie wreszcie to cholerne 
pogotowie?  
To wezwanie, które dobiegło zza okna, wyrwało zebranych z 
osłupienia. Wszyscy jak jeden mąŜ ruszyli w stronę drzwi, 
przez korytarz i biegiem schodami w dół, na dziedziniec. W 

background image

całym budynku jedno po drugim zapalały się światła. 
Mieszkańcy Bachelor Anns wychylali się z okien, wychodzili 
na balkony i coraz gęściej zapełniali dziedziniec.  
- Czy ktoś mógłby ją uspokoić? - rozległ się przy tłumiony 
głos Kena Ambersona, zarządcy budynku, który przepychał 
się między ciasno stłoczonymi ludźmi. Wracajcie do 
mieszkań. Nie ma tu na co czekać. - Twarz Ambersona nie 
zdradzała Ŝadnych uczuć, lecz W jego. głosie pobrzmiewała 
nuta zniecierpliwienia. - NiechŜe ją ktoś w końcu, do cholery, 
uciszy!  
- Uspokój się, dziecinko - odezwała się miękko drobna 
kobieta mówiąca z lekkim obcym akcentem. Tobie nic złego 
się nie stało.  
PoniewaŜ łagodna perswazja nie wywierała Ŝadnego skutku, 
wymierzyła wrzeszczącej dziewczynie siarczysty policzek. 
Krzyk ucichł jak noŜem uciął.  
- Od tego trzeba było zacząć - mruknął pod nosem 
Amberson.  
W końcu udało mu się' przepchnąć między gapiami do 
miejsca, w którym leŜał nieruchomo na wznak młody 
męŜczyzna z szeroko rozpostartymi ramionami. Pod jego 
głową utworzyła się mała kałuŜa ciemnej, gęstej krwi.  
_ Co tu się stało, Blackstone? - Amberson pochylił się nad 
młodym człowiekiem w samych spodniach, klęczącym przy 
ofierze.  
_ Czy ktoś juŜ wezwał pogotowie? - odpowiedział pytaniem 
Zeke, Blackstone, nie podnosząc głowy.  
_ Tak - odparła dziewczyna, która pierwsza usłyszała krzyk.  
Zebrani rozstąpili się, by dopuścić ją na miejsce wypadku.  
_ Powiedzieli, Ŝeby go nie ruszać ... Ŝeby w ogóle niczego nie 
robić, dopóki nie przyjadą - ciągnęła, podchodząc bliŜej. 
Kiedy ujrzała twarz leŜącego chłopaka, zbladła jak płótno.  

background image

- O mój BoŜe, to Eryk!  
Amberson ujął ją za ramię i wypchnął na zewnątrz 
utworzonego z gapiów kręgu.  
_ Pytałem .cię, co się tu stało, Blackstone - przypomniał.  
_ JuŜ mu nic nie zaszkodzi - mruknął Zeke, nie zwracając 
uwagi na Ambersona. - On nie Ŝyje.  
Wypowiedziane nienaturalnie spokojnym głosem słowa 
sprawiły, Ŝe wszyscy nagle ucichli.  
_ Nie Ŝyje? Co mu się stało? - nalegał zarządca.  
_ Nie wiem - odparł Zeke. - Musiał upaść i roztrzaskać sobie 
głowę·  
Nie odrywał wzroku od nieruchomej twarzy współlokatora, 
który jeszcze przed paroma godzinami był tak pełen Ŝycia. 
Siedzieli wtedy we trójkę z Erykiem .i Ethanem w kuchni i 
rozmawiali. Eryk był w świetnym humorze.  
- Skąd upadł? - nie dawał mu spokoju Amberson.  
- Nie wiem - powtórzył Zeke, po czym uniósł rękę i wskazał 
w górę, na wiszące nad dziedzińcem balkony z ozdobnymi 
balustradami z kutego Ŝelaza. - Gdzieś stamtąd.  
- To niemoŜliwe - szepnął półgłosem ktoś ze stłoczonej 
wokół nich gromadki i w tym samym momencie wszyscy 
zaczęli mówić naraz. W chwilę potem przez gwar przedarł 
się dźwięk syreny. NadjeŜdŜało pogotowie.  
Rudowłosa dziewczyna szlochała bezgłośnie. Po jej bladych 
policzkach spływały łzy. Ethan Roberts objął ją ramieniem i 
przyciągnął do siebie. Odwzajemniła jego uścisk.  
  _ Biedny Eryk - szepnęła. - Biedny Eryk. To wszystko moja 
wina. To ja zobaczyłam damę w lustrze.  
- Cicho. - Ethan mruczał uspokajająco jak do dziecka i 
głaskał dziewczynę po głowie. - Cicho, dziecino. W szystko 
będzie dobrze. Niczym się nie martw. Teraz ja się tobą 
zajmę.   

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ 1
  
Tylko prowadzona przez Wietnamczyków ciastkarnia nie 

background image

pasowała do tego miejsca. Zamiast niej powinien być 
lombard lub moŜe jakiś podejrzany bar. Poza tym wszystko 
wyglądało tak, jak to sobie Willow Ryan wyobraŜała. Na 
ulicy ciasno parkowały samochody. Schody skrzypiały. Ze 
ś

cian wąskiego korytarza oświetlonego jedną gołą Ŝarówką 

sypała się farba. Złote litery wymalowane na matowej szybie 
miały postrzępione krawędzie. Willow Ryan połoŜyła rękę 
na klamce, stała przez chwilę nieruchomo, po czym cofnęła 
dłoń.  
Po raz ostatni miała okazJę zastanowić się nad konse-
kwencjami tego, co chciała zrobić. Decyzja wcale nie była 
łatwa. W najlepszym razie mogła stworzyć dość niezręczną 
sytuację, w najgorszym - zrujnować czyjeś Ŝycie.  
Czy zatem warto?'  
Dotychczas wszystko było w porządku i nic nie wróŜyło, by 
miało stać się inaczej. Jeśli teraz stąd odejdzie, to zapewne 
nic się nie zmieni.  
Więc po co? Uświadomiła sobie, Ŝe po raz pierwszy w Ŝyciu 
jest zdecydowana postąpić nieracjonalnie i nielogicznie.  
Musiała się dowiedzieć. I tyle.  
Osiągnęła w Ŝyciu punkt, w którym nie mogła juŜ tego dłuŜej 
tak zostawić.  
Zatknęła kosmyk ciemnych, równo z brodą przyciętych 
włosów za ucho, wzięła głęboki oddech i pchnęła drzwi. We 
wnętrzu Z powodzeniem moŜna by kręcić film gangsterski, 
którego akcja rozgrywałaby się w latach trzydziestych.  
Na środku pokoju stało wielkie mahoniowe biurko, dwa stare 
skórzane fotele i niski stolik zawalony ksiąŜkami 
telefonicznymi, gazetami i innymi papierami niewiadomego 
przeznaczenia. Ogromna szklana popielniczka była pełna 
niedopałków. W przeciwieństwie do stolika, biurko było 
niemal puste. Prócz telefonu .j wypełnionego długopisami i 

background image

ołówkami pojemnika znajdował się na nim tylko jakiś 
kolorowy magazyn, otwarty na stronie z horoskopami. W 
powietrzu unosił się silny zapach kawy i papierosów, który 
zaskakująco dobrze pasował do słodkiego aromatu świeŜo 
upieczonych ciastek płynącego zza okna. Do pełnego obrazu 
brakowało tylko sekretarki w pantoflach na wysokim obcasie 
i bardzo obcisłym sweterku.  
No i jej szefa z twardym konturem mocnej szczęki. Na 
razie jednak była sama.  
Skierowała spojrzenie w stronę uchylonych drzwi do 
,sąsiedniego pokoju.  
_ Dzień dobry -rzuciła, spodziewając się, Ŝe tam właśnie 
znajduje się męŜczyzna, z którym się umówiła. - Jest tam 
kto?  
Zza drzwi nie dobiegła Ŝadna odpowiedź. Podeszła o krok 
bliŜej.  
_ Dzień dobry - powtórzyła, tym razem nieco głośniej. - 
Panie Hart?! Czy jest pan tam?!  
Odpowiedział jej miękki stłumi,ony dźwięk, w niczym nie 
przypominający normalnych odgłosów pracy biurowej. JuŜ 
chciała odezwać się po raz kolejny, ale zmieniła zdanie. 
Przez głowę przebiegła jej absurdalna, choć bardzo 
sugestywna myśl, Ŝe rezydujący w tym stylowym wnętrzu 
męŜczyzna jest właśnie zajęty swoją zmysłową asystentką. 
Zerknęła na zegarek. Było dwadzieścia pięć po dziewiątej. 
To szaleństwo. Nie grali w Ŝadnym zwariowanym filmie, a 
rzeczywistość nie bywa równie barwna ... O wpół do 
dzieslątej byli umówieni. Nie miała Ŝadnych powodów, Ŝeby 
czekać, aŜ ktoś się nad nią wreszcie zmiłuje i przypomni 
sobie o umówionym spotkaniu. Zrobiła kilka kroków, ale tuŜ 
przed uchylonymi drzwiami znów znieruchomiała. AjeŜeli 
oni tam jednak ...  

background image

- Panie Hart?  
Znów ten miękki, przytłumiony  

dźwięk.  

Najwyraźniej nikt nie zwracał na nią uwagi. Mogła wejść, ale 
czuła, Ŝe spotkanie z tą parą kochającą się na biurku byłoby 
dla niej równie upokarzające jak dla nich. Starając się nie 
robić hałasu, odwróciła się w stronę drzwi wejściowych. 
Gotowa była pogodzić się ze stratą czasu, byle tylko się stąd 
wydostać. Poszuka kogoś innego. Zanim jednak ruszyła do 
wyjścia, powietrze przeciął dźwięk, który sprawił, Ŝe stanęła 
jak skamieniała.  
Ktoś chrapał.  
Głośno i błogo.  

WilIow wróciła do drzwi prowadzących do sąsiedniegol 
pokoju, pchnęła je i wsunęła głowę do środka.  
Prócz biurka i znanych jej juŜ skórzanych foteli w pokoju 
znajdowały się jeszcze metalowe szafki z szufladami na 
segregatory, w tej chwili słuŜące teŜ jako podstawa pod 
ekspres do kawy. Pod omem stał niski bufet z ciemnego 
drewna, a na nim jakieś drobiazgi. W rogu wisiał worek 
bokserski, obok na podłodze rzucono torbę, z której 
wystawały podRoszulek i jeszcze wilgotny ręcznik. Przez 
oparcie jednego krzesła przewieszono rękawice bokserskie, 
na siedzeniu drugiego postawiono komputer, najwyraźniej 
ś

wieŜy nabytek, poniewaŜ dookoła leŜały jeszcze firmowe 

kartonowe pudła i folioWe opakowania. Powierzchnię 
biurka pokrywały stosy ksiąŜek i pojemniki na jedzenie. Ich 
szybki przegląd pozwalał stwierdzić, Ŝe gospodarz wykazuje 
wyraźną skłonność do dań chińskich, choć nie gardzi takŜe 
włoską pizzą czy zwykłym hamburgerem. W tej chwili 
jednak leŜał na wznak na miękkiej skórzanej kanapie, równie 
starej jak cała reszta mebli, i chrapał.  
WilIow zaczęła od wyłączenia ekspresu; w którym od dawna 

background image

juŜ nie było ani kropli wody, po czym podeszła do kanapy.   
Ten całkiem normalnych rozmiarów mebel był najwyraźniej 
za krótki dla śpiącego na nim męŜczyzny. Z jednej strony 
sterczała odrzucona za głowę ręka, z drugiej wystawały 
oparte na poręczy bose stopy. Ciemnoblond włosy były 
zmierzwione, jakby od paru dni nie dotknął ich grzebień. 
"Nieco jaśniejsza szczecina pokrywająca podbródek zdawała 
się potwierdzać przypuszczenie, Ŝe śpiący nie miał ostatnio 
zbyt wiele czasu na toaletę·  
Willow słuchała głośnego chrapania i zastanawiała się, co ma 
zrobić. Więc to jest Steve Hart, prywatny detektyw, ,o 
którym tyle dobrego jej naopowiadano? Kiedy tak leŜał, 
całkowicie obojętny na wszystko wokół, nie sprawiał 
najlepszego wraŜenia, Wyglądał na jednego z tych 
młodzieńców, którzy spędzają całe dni na plaŜy nad 
Pacyfikiem, uprawiając surfing i podrywając dziewczyny. 
Byl przystojny, umięśniony jak atleta i niewątpliwie nie 
odmawiał sobie przyjemności Ŝycia.  
Z drugiej strony jednak to właśni 'e on odnalazł nastoletniego 
brata Angie Clairbórne trzy miesiące po' tym, j ak wszyscy 
zaprzestali juŜ poszukiwań. ,  
MoŜe nie powinna rezygnować? MoŜe chrapiący na całe 
gardło męŜczyzna spędził tę noc pracując i dopiero nad 
ranem dał się pokonać zmęczeniu? Skoro juŜ poświęciła tyle 
czasu, by tu przyjechać, to nie, ma powodu, Ŝeby teraz 
rezygnować, niczego nie załatwiwszy.  
Pochyliła się i trąciła męŜczyznę w ramię.  
- Panie Hart?  
Chwała Bogu nie śmierdział alkoholem: Choć tyle  
 
dobrego. Willow mocniej szarpnęła za ramię męŜczyznę, 
który dalej pochrapywał jak gdyby nigdy nic.  

background image

- Panie Hart? Proszę się obudzić.  
Tym razem śpiący wydał z siebie przeciągłe chrapnięcie, 
jakby chciał zaprotestować przeciwko naruszaniu jego 
spokoju, i odwrócił się na bok, twarzą do oparcia i plecami 
do świata.  
Willow zdała sobie sprawę, Ŝe w ten sposób niewiele 
wskóra. OstroŜnie odstawiła teczkę na krzesło i podeszła do 
okna. Z trudem udało jej się uruchomić stare Ŝaluzje, w 
końcu jednak pokój zalało światło dnia.  
Rozejrzawszy się jeszcze raz, wybrała spośród leŜących na 
stoliku ksiąŜek szczególnie grubą, uniosła ją oburącz nad 
głowę i z całych sił cisnęła o podłogę. Huk z powodzeniem 
moŜna by wziąć za wystrzał z pistoletu.  
MęŜczyzna w mgnieniu oka usiadł na krawędzi kanapy i 
otworzył oczy.  
Zaraz je zresztą przymknął, oślepiony słonecznym blaskiem. 
 

 

- Co, do diabła ... ? - zaczął, patrząc na nią spod uchylonych 
powiek. - Kim pani jest?  
- Przykro mi, Ŝe obudziłam pana w taki sposób, panie Hart, 
ale jesteśmy umówieni na wpół do dziesiątej i ...  
- Kim pani, do diabła, jest? - Zrobił z dłoni daszek, ale w 
bijącym od okna blasku i tak nie mógł dostrzec niczego poza 
szczupłą kobiecą sylwetką. - Skąd się pani tu wzięła?  
- Nazywam się Willow Ryan. Umówił się pan ze mną na 
dziewiątą trzydzieści, więc ...  
_ Ach, tak, to prawda. Byliśmy umówieni - przypomniał 
sobie wreszcie.  
Potarł zaspaną twarz dłońmi, jakby chciał w ten sposób 
zetrzeć z niej resztki snu, po czym znów spróbował przyjrzeć 
się stojącej przed nim kobiecie. Była niewątpliwie zgrabna, 
szczupła i wysoka, ale całą jej sylwetkę, podobnie jak 

background image

okoloną ciemnymi włosami głowę otaczała świetlista aureola, 
która nie pozwalała mu niczego więcej dostrzec.  
_ Opuść no te Ŝaluzje. Nic nie widzę. 
- A obudziłeś się juŜ?  
_ PrzecieŜ siedzę - odparł zirytowany. - Zamknij Ŝe juŜ te 
cholerne Ŝaluzje.  
Zmarszczyła brwi, by dać mu do zrozumienia, Ŝe nie 
zamierza tolerować takiego traktowania, ale zaraz połapała 
się, Ŝe oślepiony słońcem i tak tego nie widzi, więc 
posłusznie opuściła Ŝaluzje do połowy wysokości.  
- Lepiej?  
_ Znacznie. Dziękuję. - MęŜczyzna westchnął cięŜko i potarł 
zarośniętą brodę. - No dobrze, Wilmo ... tak? _ Willow - 
poprawiła go. - Willow Ryan.  
- Aha, Willo w Ryan. No dobrze. Zacznijmy od tego, Ŝe 
wczesny ranek nie jest moją ulubioną porą dnia. Prze 
praszam, jeśli nie byłem dość uprzejmy, ale nabieram w pełni 
ludzkich cech dopiero po wypiciu pierwszego kubka kawy .  
Willow rzuciła okiem na spalony ekspres. Choć nieznajomy 
był niewątpliwie irytujący, zrobiło jej się go Ŝal. Sama teŜ nie 
potrafiła zacząć dnia bez porcji kofeiny.  
- W takim razie obawiam się, Ŝe to jeszcze trochę potrwa, 
poniewaŜ ekspres nie nadaje się do uŜytku.  
PodąŜył za jej spojrzeniem.  
- Cholera. Trzeci w tym roku.  
Podniósł się z kanapy i wygrzebał z kieszeni spodni drobne.  
- W takim razie mam prośbę. Skocz na dół i przynieś mi duŜą 
kawę i francuskie ciastko z brzoskwinią. Weź teŜ przy okazji 
coś dla siebie. Thuy świetnie piecze i robi pyszną kawę, a 
parę kalorii ci nie zaszkodzi.  
- Kawę?! Mam iść na dół do cukierni i przynieść ci kawę?!  
- Dobrze, juŜ dobrze. Nie ma powodu do krzyku. To nie jest 

background image

jeszcze skandaliczny męski szowinizm, jeśli o to się 
martwisz. Chodzi mi tylko o cholerny kubek kawy. Nie 
czynię Ŝadnego zamachu na święte zasady feminizmu. Zrób 
to - zakończył przymilnym tonem. - Nic ci się nie stanie. 
Obiecuję, Ŝe następnym razem ja skoczę po kawę·  
Willow miała powaŜne wątpliwości, czy będzie jeszcze jakiś 
następny raz. Uznała jednak, Ŝe mniej czasu straci, idąc po 
kawę niŜ prowadząc próŜne dyskusje.  
- Czarną z dwiema kostkami cukru! - krzyknął, zanim doszła 
do drzwi. -l dziękuję.  
Odwróciła się, choć nie bardzo wiedziała, po co to robi. 
Okazało się, Ŝe aby dostrzec promienny uśmiech i wdzięczne 
spojrzenie błękitnych oczu, które zdawały się kompletnie 
odmieniać całą jego fizjonomię. Był nie tylko przystojny, co 
wcześniej zauwaŜyła, lecz miał w sobie coś niesłychanie 
sympatycznego i budzącego Ŝyczliwość.  
Nic dziwnego, Ŝe Angie Claiborne była oczarowana.  
Willow była jednak ulepiona z innej gliny i choć zrobiło się 
jej przyjemnie ciepło, kiedy napotkała wzrok Steve'a Harta, 
to nie zamierzała dać tego po sobie poznać.  
_ Będę za dziesięć minut - oświadczyła rzeczowo. - I mam 
nadzieję, Ŝe wreszcie przystąpimy do rzeczy.  
_ Jasne, kochanie. Dziesięć minut i ani sekundy dłuŜej - 
poŜegnał ją ciepły, zaspany głos.  

W cukierni czekały juŜ w kolejce trzy osoby, więc Willow 
wróciła po kwadransie. W niczym to zresztą nie zmieniało 
faktu, Ŝe Steve Hart nie tylko nie był jeszcze gotów, lecz 
wręcz w ogóle go nie było.  
Westchnęła rozczarowana. MoŜe i Steve Hart jest naj-
lepszym detektywem w Los Angeles, ale korzystanie z jego 
usług wymaga stanowczo zbyt wiele cierpliwości. Wygląd 

background image

biura wzbudził w niej zresztą wątpliwości takŜe co do jego 
kompetencji. Porządny detektyw musi przecieŜ zarabiać 
choćby tyle, Ŝeby móc wynająć sprzątaczkę·  
Zastanawiała się właśnie, czy zadać sobie trud uprzątnięcia 
skrawka stołu, by było gdzie postawić kawę, czy wyjść i 
wyrzucić wszystko' do śmieci, kiedy ktoś wyjął jej kubek z 
ręki.  
_ Zaraz tu sprzątnę i przejdziemy do interesów. Wszystko 
stało się tak nagle, Ŝe Willow aŜ podskoczyła. Stał tuŜ za nią, 
tak blisko, Ŝe kiedy pociągnęła nosem, poczuła świeŜy 
zapach mydła i pianki do golenia.  
- UwaŜaj, bo to gorące.  
Steve pociągnął łyk, po czym spokojnie wręczył jej kubek z 
powrotem i wziął się do porządków.  
- Zwykle nie ma tu aŜ takiego bałaganu - wyjaśniał jej 
lekkim tonem, zgarniając puste pojemniki po jedzeniu i 
wrzucając je do kosza na śmieci. - Ostatnio miałem jednak 
sporo roboty, a przed tygodniem sekretarka wymówiła 
pracę, więc byłem zdany tylko na siebie.  
Skończywszy ze śmieciami, zaczął układać ksiąŜki w 
jeszcze większe sterty. Willow z niepokojem patrzyła, jak 
chwieją się, groŜąc lada chwila zawaleniem.  
- Nie nadaję się na gospodynię domową - oświadczył . w 
pewnej chwili z rozbrajającą szczerością.  
- To widać - wykrztusiła, z trudem zachowując obojętny 
ton.  
Niech to diabli! Steve Hart był nie tylko najprzystojniejszym 
i najsympatyczniejszym, a przy okazji takŜe najbardziej 
niefrasobliwym detektywem w Los Angeles. Przede 
wszystkim był najbardziej seksownym męŜczyzną, jakiego w 
Ŝ

yciu widziała. Wchodząc pod prysznic, zdjął poplamiony 

podkoszulek i najwyraźniej zapomniał. włoŜyć nowy, dzięki 

background image

czemu miała okazję podziwiać jego mocną i męską, choć 
bynajmniej nie masywną czy cięŜką sylwetkę. Był pięknie 
opalony, a szeroką pierś porastały złociste włoski, które na 
płaskim brzuchu stawały się wyraźnie krótsze i tworzyły 
wąski pasek prowadzący gdzieś w głąb obcisłych, błękitnych 
dŜinsów. Kiedy się poruszał, mogła podziwiać pręŜące się 
pod opaloną skórą mięśnie.  
_ No, starczy juŜ tych porządków - oświadczył wreszcie i 
spojrzał z dumą na swoje dzieło.  
_ Uhm. - Willow nie potrafiła zdobyć się na Ŝadną 
mądrzejszą odpowiedź.  
Steve spojrzał na nią zaskoczony. Potem, jakby, sobie o 
czymś przypomniał, podskoczył do biurka, sięgnął po 
cięŜkie krzesło, zdjął z oparcia rękawice bokserskie, rzucił 
je na kanapę i podsunął jej krzesło tak swobodnym 
gestem, jakby trzymał w ręku rakietę do tenisa.  
_ Śmiało - zachęcił ją. - Ja tylko jeszcze usunę te papiery, 
włoŜę koszulę i będę gotowy. Dobrze?  
_ Dobrze - powtórzyła bezradnie.  
Odwrócił się do niej tyłem i podszedł do szatki. Kiedy 
wkładał do jednej z wyŜszych szuflad zebrane z biurka 
akta, mogła podziwiać potęŜne mięśnie grzbietu pręŜące 
się pod złotą skórą. Zafascynowana, nie potrafiła oderwać 
od niego oczu ..  
Wreszcie przeniosła wzrok na biurko. Ku swemu zaskoczeniu 
zauwaŜyła na nim rozłoŜoną księgę przychodów i 
rozchodów, której rubryki ktoś pracowicie wypełnił 
gryzmołami, myląc się najwyraźniej co jakiś czas, ścierając 
błędy, zamazując bazgroły korekt0fem i nanosząc poprawki. 
Widok tego rozpaczliwego bałaganu był zaskakująco 
wzruszający. Po cóŜ mu w ogóle taka staroświecka księga? 
Od czego są komputery? To chyba niemoŜliwe, Ŝeby stojący 

background image

na krześle nowiutki .PC był pierwszym, jaki zawitał do tego 
pokoju?  
Huk zasuwanej szuflady wyrwał ją z rozmyślań. Steve 
skończył chowanie akt i wkładał właśnie koszulę. Nastę-
pnie, wciąŜ odwrócony tyłem,' rozpiął rozporek, wsunął 
koszulę w spodnie, podciągnął je i zaczął bez pośpiechu 
zapinać guziki.  
Nie mogła nic poradzić -zrobiło jej się gorąco.  
- Na miłość boską, dziewczyno, weź się w garść mruknęła 
pod nosem. - Nie daj się zwariować. PrzecieŜ to nic 
nadzwyczajnego.  
Miała jednak powaŜne podejrzenia, Ŝe jest wręcz 
przeciwnie. Czegoś równie podniecającego jeszcze  
w Ŝyciu nie widziała.  .  
- Słucham? - Steve odwrócił się do niej i najzupełniej 
obojętnym gestem zapiął ostatni metalowy guzik od . 
rozporka. - Mówiłaś coś?  
. AleŜ dała się przyłapać! W panice natychmiast przeniosła 
wzrok z wąskich bioder Steve'a gdzieś w powietrze nad jego 
głowę. .  
- Kawa ci stygnie - odezwała się niepewnym głosem i 
wyciągnęła w jego stronę kubek pełen parującej wciąŜ 
jeszcze, aromatycznej kawy.  
- Dzięki.  
Pociągnął długi łyk.  
- Pycha. Jestem pewny, Ŝe Thuy dodaje do niej wanilii, ale 
ona zaprzecza, i rzeczywiście nigdy jej na tym nie 
przyłapałem.  
Odstawił kubek, rozwinął torebkę i pociągnął nosem.  
- Ach, ten .. kuszący zapach tłuszczu i cukru. Nie znam 
niczego, co mogłoby się z tym równać. Chodź, chodź, to cię 
zjem -zapiszczał śmiesznie-i zanurzył dłoń w torbie. - Jak 

background image

to, niczego więcej tam nie ma?  
Popatrzył na Willow ze szczerze zmartwioną miną·  
- Jestem po śniadaniu.  
_ ZałoŜę się, Ŝe jadłaś je ładne parę godzin temu. Wyglądasz 
mi na rannego ptaszka. Wstajesz ze słonkiem, co?  
  - No ... zwykle tak, ale...  

.  

_ Podzielę się z tobą - zaproponował wielkodusznie i złapał 
ciastko drugą ręką, aby je przełamać.  
_ Nie trzeba, naprawdę. - Willow wyciągnęła rękę i chwyciła 
go za nadgarstek. - To twoje śniadanie. Nie chcę···  
Zafascynowana popatrzyła na swoje długie, wąskie palce 
zaciśnięte na opalonym nadgarstku Steve'a Harta. Nie tylko 
nie mogła oderwać ręki, ale w dodatku mimowolnie 
pogładziła go po przegubie, jakby chciała lepiej poznać dotyk 
jego skóry. Ich spojrzenia spotkały się i przez dobrą chwilę 
Ŝ

adne z nich nie było w stanie uczynić ruchu ani niczego 

powiedzieć.  
W końcu Willow oprzytomniała i cofnęła dłoń. Steve 
wciągnął głęboko powietrze i odchylił się bezpiecznie daleko 
na swoją stronę biurka. Nietknięte ciastko powędrowało z 
powrotem do torby.  
_ Lepiej przejdźmy do rzeczy - odezwał się zmienionym 
głosem i zaczął wertować pierwsze z brzegu papiery, jakby 
szukał w nich czegoś bardzo waŜnego. - Mam nadzieję, Ŝe w 
agencji powiedzieli ci juŜ z grubsza, o co chodzi?  
- W agencji? - Głos kompletnie zawiódł Willowo W jakiej 
agencji? Angie Claibome nie wspominała o Ŝadnej agencji!  
- Nie mówili ci, Ŝe trzeba mi kogoś, kto pisze w tempie co 
najmniej osiemdziesięciu słów na minutę? I pod dyktando? 
Potrafisz pisać pod dyktando? - spytał i miał szczerą 
nadzieję, Ŝe usłyszy odpowiedź przeczącą.  
Nie chciał kolejnej sekretarki, która będzie .na niego patrzeć 

background image

jak cielę na malowane :wrota, pomimo ... a raczej dlatego, Ŝe 
sam nie mógł oderwać od niej wzroku. Ostatnia opuściła 
biuro lub raczej wypadła z niego jak bomba, kiedy 
oświadczył jej, Ŝe przy całej sympatii i Ŝyczliwości, jaką dla 
niej czuje, nie zamierza przenosić łączących ich stosunków 
na płaszczyznę prywatną. Było mu przykro, Ŝe ją zranił, 
zwłaszcza Ŝe bardzo dobrze radziła sobie z obowiązkami ... 
No moŜe prawie dobrze, poprawił się, kiedy przypomniał 
sobie, jakiego bałaganu narobiła w księdze przychodów i 
rozchodów.  
- Rano będziesz nastawiała kawę, a jeŜeli nawali ekspres, 
przyniesiesz ją z dołu. Raz w tygodniu podrzucisz moje 
rzeczy do pralni na sąsiedniej ulicy. No i jeszcze jest mój 
pies. Trzeba wyprowadzać go na spacer. ...  
Ku jego uldze wreszcie pokręciła głową.  
- Nie reflektujesz na tę pracę? - zapytał z mieszaniną radości i 
Ŝ

alu. - Nie. Ja ...  

- Świetnie, co w takim razie powiedziałabyś ...  
- Nie przyszłam tu szukać pracy - wyjaśniła.  
_ . .. na wspólny lunch? - dokończył w tym samym 
momencie.,  
Patrzyli na siebie przez biurko, aŜ obojgu zaczęło wreszcie 
ś

witać, Ŝe cała ich rozmowa jest jakimś gigantycznym 

nieporozumieniem.  
Steve pierwszy zebrał myśli.  
_ Najwyraźniej coś poplątaliśmy - zaczął i przyjrzał się 
uwaŜnie siedzącej naprzeciwko kobiecie.  
Miała na sobie elegancki szary Ŝakiet i dopasowaną, szytą na 
zamówienie jedwabną bluzkę· Maleńkie kolczyki i cięŜki 
łańcuch najej szyi były ze szczerego złota. Znakomicie 
podkreślająca delikatne rysy fryzura musiała być dziełem 
mistrza, a teczka, którą postawiła mu przed nosem na biurku, 

background image

warta była pewnie tyle co jego komputer. Nie, ta kobieta 
najwyraźniej nie przyszła do niego w poszukiwaniu pracy.  
_ Nie przysłali cię tu z agencji zatrudnienia?  
- Nie.  
- l nie szukasz tu pracy jako sekretarka?  
- Nie.  
_ Rozumiem. W takim razie ... - Lekko zmarszczył brwi i 
zmierzył ją uwaŜnym, rzeczowym spojrzeniem. _ Czego 
sobie Ŝyczysz, Willow Ryan?  
Willow odwzajemniła jego spojrzenie.  
_ Chcę, Ŝebyś pomógł mi odnaleźć ojca.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ 2 
 
 

background image

Takie zlecenia nie były codziennym chlebem Steve'a, co nie 
znaczy, Ŝe mu się nie zdarzały. Nie tylko nastolatkom 
przychodziło na myśl, Ŝeby uciec z domu, gdy zanadto 
dopiekły im kłopoty.  
- W takim razie proszę usiąść wygodniej i powiedzieć mi coś 
więcej.  
Willow dopiero teraz zauwaŜyła, Ŝe siedzi na samym 
brzeŜku krzesła. Spróbowała spełnić Ŝyczenie Steve' a, ale 
okazało się, Ŝe bardzo trudno jej usiąść naprawdę wygodnie. 
Była na to zbyt zdenerwowana.  
- Dostałam twój telefon od Angie Claibome - zaczęła. - 
Mówiła, Ŝe odnalazłeś jej brata Teddy'ego, kiedy juŜ 
wszyscy dali za wygraną.  
Skinął głową. Wiedział, Ŝe nie ma sensu jej popędzać.  
Wielu jego klientom trudno było tak od razu przejść do 
osobistych problemów.  
- Pamiętam Teddy'ego. Taki szczupły chłopak z wielką 
szopą czarnych włosów. Wysoki jak na swój wiek. Z 
wielkimi, wystraszonymi oczami. Co u niego słychać?  
- Jest juŜ znacznie lepiej. Wrócił do szkoły i jakoś sobie 
radzi. Angie mówi, Ŝe zdecydowali się na terapię rodzinną·  
,- Cieszę się, Ŝe to słyszę - powiedział i była to szczera 
prawda.  
Przez chwilę w pokoju panowała cisza przerywana tylko 
warkotem przejeŜdŜających ulicą samochodów.  
  Willow przygładziła spódniczkę.  

 

- Pozdrowienia od Angie.  
- Dziękuję ... i pozdrów ją ode mnie przy najbliŜszej okazji, 
dobrze? 
 - Jasne.  
Przygryzła wargę. Nie miała pojęcia, od czego zacząć.  
- Jeśli mogę ci coś podpowiedzieć, to najlepiej skoczyć od 

background image

razu na głęboką wodę - poradził jej Ŝyczliwym tonem.  
- Niestety nie mam wiele do powiedzenia.  
- Tym lepiej. Zacznijmy od tego, czym dysponujemy, i 
zobaczmy, co z tego wyniknie. Kiedy zaginął twój ojciec?  
- Dwadzieścia pięć lat temu.  
- Dwadzieścia pięć lat? W takim razie szukasz biologicznego 
ojca, tak? Zostałaś adoptowana?  
Poruszyła się niespokojnie. Z jednej strony tak niewiele 
miała mu do powiedzenia, z drugiej tak duŜo było do 
wyjaśniania.  
~ Tak, szukam swego biologicznego ojca, ale nie byłam 
adoptowana. W kaŜdym razie nie formalnie. Wychowywała 
mnie ciotka Sharon i wujek Dan. Głównie oni ... - 
Uśmiechnęła się kącikiem ust. - To nie tak łatwo wyjaśnić.  
Siedzący przed nią męŜczyzna nie tracił cierpliwości. 
- Spróbujmy. Mamy czas.  
- No więc ... - Willow urwała, aby zebrać myśli i znów 
wygładziła spódniczkę. - Wyrosłam w komunie. - W 
komunie? Z hipisami? Powrót do natury, trawka, prochy i tak 
dalej?  
- W zasadzie tak, choć więcej w tym było powrotu do natury 
niŜtrawki i prochów. Tę komunę załoŜyło w połowie lat 
sześćdziesiątych kilkanaście osób między innymi moja ciotka 
Sharon i jej mąŜ, wujek Dan. Kupili farmę u podnóŜa 
Cascade Mountains w Oregonie. Na szczęście, Dan znał się 
na przepisach, przez trzy lata studiował prawo, i załatwił 
wszelkie formalności potrzebne, Ŝeby uznano całe 
przedsięwzięcie za nowo załoŜoną osadę. Dzięki temu w 
przeciwieństwie do większości innych komun z tego okresu 
udało im się przetrwać do dziś. Znasz moŜe Jagodowe Pole - 
Czyste Ekstrakty Owocowe.  
Steve nawet okiem nie mrugnął.  

background image

- Jagodowe Pole? DŜemy i galaretki bez cukru, z owoców 
uprawianych na nawozach organicznych i bez pestycydów? 
Dostępne w ograniczonych ilościach w najlepszych sklepach 
spoŜywczych i ze zdrową Ŝywnością? Czy o to Jagodowe 
Pole ci chodzi?  
 _ Tak, to my. To znaczy ... to właśnie ta komuna.  
_ Uwielbiam waszą, czy teŜ ich; jak chcesz, galaretkę 
malinową. Cudownie pasuje do gofrów z bitą śmietaną albo 
do lodów.  
_ Powiem o tym Sharon. - Uśmiechnęła się na myśl, jaką 
minę zrobi ciotka, kiedy usłyszy, Ŝe ktoś uŜywa jej 
naturalnych galaretek jako dodatku do gofrów i lodów. _ 
Sharon robiła pierwsze galaretki na najprawdziwszym w 
ś

wiecie piecu na węgiel. Wyszły takie dobre, Ŝe ogołociła z 

jagód całe pole. Kilka słoikqw zawiozła do sklepu w 
miasteczku. Wiesz, kiedy się Ŝyje na wsi, nie tak łatwo o 
gotówkę. W kaŜdym razie dziś robimy sześć rodzajów 
dŜemów i galaretek, które sprzedajemy na całym zachodnim 
wybrzeŜu.  
Steve skinął głową i czekał, co będzie dalej.  
_ Niepotrzebnie o tym wszystkim opowiadam - zreflektowała 
się Willow. 
Kłopot polegał na tym, Ŝe bała się przejść do rzeczy, 
poniewaŜ miała rozpaczliwie mało do powiedzenia. Nie 
zdziwiłaby się, gdyby usłyszawszy wszystko, oświadczył jej 
po prostu, Ŝe to za mało, by cokolwiek rozpocząć.  
_ Urodziłam się dwudziestego szóstego lutego tysiąc 
dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku - zaczęła 
wreszcie. - Moja matka wyjechała z farmy, kiedy miałam 
trzy miesiące, pod koniec kwietnia. Dwa miesiące później 
wpadła pod samochód na Hollywood Boulevard.  
Mówiła spokojnie, jakby te wszystkie wydarzenia od dawna 

background image

juŜ przestały ją boleć, ale Steve zauwaŜył nerwowe ruchy jej 
dłoni.  
- Sharbn dowiedziała się o jej śmierci dopiero w miesiąc 
później.  
. - A twój ojciec? - spytał łagodnie.  
- Niczego o nim nie wiem. Nikt nie wie, kim jest.  
- Czy tak napisano w akcie urodzenia? Ojciec nieznany?  
Uwagi Steve'a nie uszło. wahanie, z jakim WilIow 
odpowiedziała. Czuł, Ŝe nie jest jej' łatwo mówić o tym 
wszystkim.  
. - Nie mam aktu urodzenia.  
- Jak to moŜliwe? - spytał, nie okazując zaskoczenia.  
- Urodziłam się w domu. Sharon i inne kobiety z komuny 
rodziły w domu i znały się na tym, więc wystąpiły w roli 
połoŜnych.· Mieszkańcy Jagodowego Pola uwaŜali wszelkie 
dokumenty urzędowe za pozbawione znaczenia, wszystko 
jedno, czy chodziło o akty ślubu, czy akty urodzenia.  

Spokój, z jakim jej słuchał, pozwolił jej opanować 
rozdygotane nerwy.  

- A w jaki sposób dostałaś się do szkoły? Skąd masz 
ksiąŜeczkę zdrowia i prawo jazdy?  
- Sharon zapisywała daty wszystkich porodów w Biblii. l 
daty ślubów takŜe. To nie jest przyjęte, ale całkowicie 
zgodne z prawem. Kiedy wreszcie miałam iść do szkoły, 
zdałam egzamin i przyjęto mnie ... zresztą o dwie klasy 
wyŜej, niŜby naleŜało z racji wieku.  
- Tak?  
- No widzisz; to wyglądało naprawdę inaczej, niŜ mógłbyś 
sądzić  stwierdziła z ulgą. - Troje naszych sąsiadów było 
nauczycielami, nim zamieszkali w komunie. W kaŜdym razie 
ukończyłam studia na wydziale administracji i zarządzania, a 

background image

potem zajęłam się prowadzeniem rodzinnego interesu ...  
Wiedziała, Ŝe nieustannie odbiega 06 tematu, ale bała się 
usłyszeć odpowiedź, która przekreśli wszystkie jej nadzieje. 
Na szczęście Steve nie popędzał jej i czekał spokojnie na to, 
co jeszcze miała mu do powiedzenia.  
- Mama wysłała z Los Angeles dwa listy do Sharon ... - 
Willow sięgnęła po teczkę, otworzyła ją i wyjęła ze środka 
duŜą kopertę. - Pracowała jako kelnerka i starała się znaleźć 
pracę w jakimś studiu filmowym. W kwietniu tysiąc 
dziewięćset siedemdziesiątego roku dostała rólkę w te-
lewizyjnym serialu i wynajęła mieszkanie do spółki' z jakąś 
przyjaciółką. Opisała to w pierwszym liście. Wkrótce później 
nadszedł drugi, w którym napisała, Ŝe spotkała jakiegoś 
naprawdę wspaniałego chłopaka, a scenarzyści serialu 
postanowili, Ŝe grana przez nią postać pozostanie na stałe. 
Jak widzisz, wszystko układało się cudownie i wydawało się, 
Ŝ

e moja matka jest na najlepszej drodze, Ŝeby zostać aktorką. 

Tymczasem we wrześniu wróciła na farmę chora, kompletnie 
załamana i w ciąŜy.  
- Ijak się domyślam, sama.  
- Tak.  
- l nigdy nie wspomniała ani słowem o tym wspaniałym 
facecie, z którym zaszła w ciąŜę i który najwyraźniej 
natychmiast ją porzucił? - W głosie Steve'a brzmiała pogarda 
dla męŜczyzny zdolnego do takiej podłości. - Nawet siostrze? 
Ani słowem?  
- Nie powiedziała ani słowa na ten temat.  
- Jesteś pewna, Ŝe chcesz znaleźć tego faceta? - Wiedział, 
jaką usłyszy odpowiedź, ale czuł, Ŝe powinien przygotować 
ją na wszystkie moŜliwe scenariusze wydarzeń. - Jeśli uda się 
nam go odnaleźć, a jak się wydaje" mamy na to bardzo, 
bardzo małą szansę, no więc jeśli uda się nam jakimś cudem 

background image

do niego dotrzeć, to moŜe oświadczyć, Ŝe nie chce cię 
widzieć ani o tobie słyszeć. To nic przyjemnego. Czy jesteś 
przygotowana na taką ewentualność?  
- Tak. Myślałam o tym, ale i tak chcę spróbować.  
- Zacisnęła pięści. - Muszę spróbować.  
- W porządku. - Steve poddał się bez oporu, bo zrozumiał, Ŝe 
Willow podjęła decyzję, zanim jeszcze do niego przyszła. - 
W takim razie zobaczmy te listy.  
Podała mu kopertę.  
- Prócz listów są tam jeszcze zdjęcia i kartka pocztowa 
adresowana do mojej matki i podpisana tylko inicjałem E.  
Steve wysypał zawartość koperty na biurko.  

- Listy są bez kopert? - spytał, podnosząc złoŜoną na pół 
kartkę papieru.  

- Sharon zachowała tylko listy. Trudno jej było prze-
widzieć, Ŝe koperty mogą być kiedyś potrzebne - Willow 
czuła, Ŝe powinna jakoś usprawiedliwić ciotkę.  
Oba listy były krótkie, pełne młodzieńczego entuzjazmu i 
Ŝ

ałośnie ubogie w szczegóły, z których moŜna by 

wyciągnąć jakieś konkretne wnioski.  
- "Wreszcie dostałam rolę" - Steve czytał na głos fragmenty. - 
"Gram pielęgniarkę ze szpitala Meadowland w serialu «Lata 
mijają» ... Spotkałam naprawdę cudownego chłopaka... 
Christine i ja przenosimy się w przyszłym tygodniu do 
nowego mieszkania ... Scenarzyści rozszerzyli moją rolę, 
odtąd będę juŜ na stałe występować w serialu. MoŜe dzięki 
temu będę mogła rzucić tę pracę w barze!"  
Oba listy podpisane były "Uściski, Donna". Oba napisano 
długopisem na takim samym zwykłym papierze bez Ŝadnych 
cech szczególnych, które pozwoliłyby ustalić jego 
pochodzenie. Steve odłoŜył je na biurko i sięgnął po kartkę 

background image

pocztową.  
Na kopercie nie było ani znaczka, ani adresu, kartka została 
więc posłana przez doręczyciela lub wręczona osobiście. 
Steve sięgnął do koperty i wyjął pocztówkę, która 
przedstawiała trzymającą się za ręce parę nad brzegiem 
morza o zachodzie słońca. Nad postaciami ktoś napisał "ty" i 
,Ja", a Ŝeby nie było Ŝadnych wątpliwości, od napisów biegły 
do figurek strzałki. Na odwrocie wydrukowany był jakiś 
rzewny wiersz miłosny, do którego ktoś dopisał w zupełnie 
innym duchu: "Ostatnia noc była naprawdę wielkim 
przeŜyciem, dziecinko. Kocham Cię, E".  
Steve odłoŜył kartkę na leŜące na biurku listy i sięgnął po 
zdjęcia. Dwa pierwsze ukazywały Willow z matką zaraz po 
porodzie. Dziecko było czerwone i pomarszczone, na twarzy 
matki malowała się duma, lecz z wyraźnym odcieniem 
smutku czy melancholii. Na trzecim zdjęciu, zrobionym po 
kilku tygodniach, matka trzymała w ramionach pulchne, 
zdrowe i zadowolone dziecko, sama jednak, choć wyglądała 
lepiej niŜ bezpośrednio po porodzie, nadal miała w oczach 
smutek.  
- Pozostałych pięć zdjęć zrobiono w Los Angeles, zanim się 
urodziłam.  
W pierwszej chwili Steve miał wraŜenie, Ŝe widzi zupełnie 
inną kobietę. Na wcześniejszych fotografiach Donna Ryan 
wyglądała jak świeŜo rozkwitły kwiat. Nawet psychodeliczna 
moda końca lat sześćdziesiątych nie była w stanie zaćmić jej 
urody. Ze zdjęć patrzyły na niego wielkie, kusicielskie oczy 
osadzone w twarzy pełnej egzotycznej, lecz niezaprzeczalnej 
urody. Włosy koloru miedzi spływały aŜ do krawędzi 
sukienki mini, która pozwalała podziwiać długie i zgrabne 
nogi. Donna stała przed bramą z kutego Ŝelaza i uśmiechała 
się zalotnie do kogoś, kto robił zdjęcie. Steve podniósł na 

background image

moment wzrok i spojrzał na Willowo  
- Masz po niej oczy - zauwaŜył i odłoŜył zdjęcie. Pozostałe 
fotografie przedstawiały po kilka osób.  
Prócz Donny znajdowały się na nich jeszcze jedna 
dziewczyna i czterej równie młodzi męŜczyźni. Wszystkie 
zdjęcia były najwyraźniej zrobione przy jednej okazji, 
kolejno przez róŜnych uczestników spotkania.  
- Jak się domyślam, uwaŜasz, Ŝe jeden z nich jest twoim 
ojcem - rzucił Steve.  
- Wydaje mi się to całkiem moŜliwe. Musiała mieć jakiś 
powód, Ŝeby zachować te zdjęcia. Prócz nich, kartki, którą 
juŜ widziałeś, i czegoś do ubrania nie przywiozła ze sobą na 
farmę niczego więcej.   
Steve skinął głową i powrócił wzrokiem do fotografii.  
Budynek w tle wydał mu się znajomy. W pierwszej chwili 
sądził, Ŝe moŜe to być złudzenie, bo typowe dla . stylu 
hiszpańskiego szczegóły, takie jak róŜowe stiuki czy 
poręcze balkonów z kutego Ŝelaza, stanowiły wspólną cechę 
wielu starych rezydencji w Los Angeles. Kiedy jednak 
przyjrzał się uwaŜniej charakterystycznej mauretańskiej 
wieŜyczce wznoszącej się w rogu budynku, coś przyszło mu 
do głowy. Nie odkładając kartki, wysunął szufladę i 
wydobył z niej szkło powiększające, po czym jeszcze raz 
powoli i dokładnie przestudiował wszystkie  
zdjęcia.  
Twarz rozjaśnił mu uśmiech.  
Całkiem nieźle znał budynek w tle.  
 Znał takŜe dwóch spośród czterech męŜczyzn na zdjęciach.  
_ No i co? - Willow nie mogła znieść dłuŜej napięcia. - Co to 
jest?  
_ To - Steve odłoŜył fotografię na biurko i popukał palcem w 
mauretańską wieŜyczkę - to jest Bachelor Arms. Dawna 

background image

rezydencja,. wzniesiona w latach dwudziestych dla jakiegoś 
potentata z Hollywood, w której od lat wynajmuje się 
mieszkania. To kilka mil stąd.  
- l?  
Twarz Steve'a dostatecznie jasno zdradzała, Ŝe wie coś 
więcej.  
_ Jednym z facetów na zdjęciach jest Zeke Blackstone.  
Willow była tak zaskoczona, Ŝe aŜ otworzyła usta.  
- Zeke Blackstone? Ten aktor, reŜyser i producent? Jesteś 
pewny?  
- Przyjrzyj się dobrze ostatniemu z lewej. - Podał jej zdjęcie i 
szkło powięksŜające. - JeŜeli to nie Blackstone, to musi to 
być jego brat bliźniak.  
- Mój BoŜe, chyba masz rację. - Przy odrobinie wysiłku 
mogła rozpoznać wyłaniającą się spod opadających na 
ramiona włosów twarz.  
- A teraz popatrz na faceta obok. Tego, który obejmuje 
ramieniem twoją matkę.  
Willow zmarszczyła czoło, usiłując domyślić się, kim moŜe 
być młody męŜczyzna z obfitymi bokobrodami i długimi 
wąsami opadającymi na usta.  
- To teŜ jakiś aktor?  
- Przed laty próbował swoich sił na scenie, ale nie zrobił 
wielkiej kariery. Potem zajął się polityką. Przyjrzyj mu się 
uwaŜnie. Nie poznajesz go?  
- Kto to taki?  
- Ethan Roberts. JeŜeli republikanie wygrają wybory, to 
będzie senatorem stanu Kalifornia.  
Brązowe oczy Willow zrobiły się wielkie jak spodki.  
- O mój BoŜe - szepnęła. Ethan Roberts. Wszystko 
pasowało. Litera "E" na kartce do matki, wspólne zdjęcie ... 

background image

A więc po latach rozmyślań, wahań i wątpliwości wszystko 
miało okazać się aŜ tak proste? Podniosła spojrzen(e na 
Steve'a ..  
- Myślisz, Ŝe to on?  
- Czy myślę, Ŝe jest twoim ojcem?  
- Tak.  
- Być moŜe. Ale tylko być moŜe, nic więcej. - Widział błysk 
nadziei w oczach Willow i wiedział, Ŝe jeszcze za wcześnie 
na pewność. - MoŜe teŜ być całkiem inaczej. Jest tylko jeden 
sposób, Ŝeby to ustalić.  
Sięgnął po telefon.  
- Masz zamiar do niego zadzwonić? Teraz? W tej chwili? - W 
głosie Willow zabrzmiała panika. ~ Naprawdę myślisz, Ŝe 
powinniśmy to zrobić?  
  - Po to tu przyszłaś, prawda?   .  
- No ... tak, ale ... - Uniosła ręce, w których ciągle jeszcze 
trzymała zdjęcie i szkło powiększające, a potem opuściła je 
bezwładnie na biurko. - Nie moŜemy chyba tak po prostu 
zadzwonić i spytać go, czy ... czy ...  
Patrzyła mu prosto w oczy, jakby oczekiwała, Ŝe pomoŜe jej 
sformułować pytanie.  
- Jak mam go o to właściwie zapytać?  
- Zwyczajnie. - Uśmiech, z jakim jej to poradził, był 
rzeczywiście przekonujący. - Ale nie martw się, nie bę-
dziemyo tym rozmawiać przez telefon. Na razie umówimy 
się na spotkanie.  
Steve uniósł słuchawkę i wykręcił numer.  
- Dzień dobry, czy moŜe pani podać mi numer telefonu do 
rezydencji Ethana Robertsa?  
Przez chwilę czekali na odpowiedź.  
- Nie ma? W takim razie prószę mi podać telefon do jego 
sztabu wyborczego.  

background image

Steve podziękował, rozłączył się i wykręcił następny numer. 
Przez długą chwilę Willow słuchała w milczeniu rozmów 
prowadzonych przez Steve'a z kolejnymi, .coraz wyŜszego 
szczebla pracownikami sztabu wyborczego. Wreszcie do 
słuchawki poproszono kogoś dostatecznie waŜnego, by mógł 
przekazać informację samemu Robertsowi.  
- Przykro mi, ale nie mogę rozmawiać na ten temat z nikim 
prócz samego pana Robertsa - oświadczył Steve. - Wiem, Ŝe 
jest pan szefem sztabu wyborczego, ale jak to juŜ 
powtarzałem pańskim podwładnym, jest to sprawa ściśle 
osobista i poufna. Proszę przekazać panu Robertsowi, Ŝe 
chodzi o Donnę Ryan. Tak, Donna Ryan. Jej córka stawia 
sobie pewne pytania i ma nadzieję, Ŝe pan Roberts pomoŜe 
jej znaleźć odpowiedź. Tak, czekam pod numerem, który juŜ 
podałem. MoŜna tu dzwonić o kaŜdej porze dnia i nocy.  
- I co teraz? - spytała, kiedy odłoŜył słuchawkę.  
- Teraz czekamy.  
- Jak długo?  
- Nie wiem, moŜe parę minut, moŜe kilka godzin, a moŜe dni. 
To zaleŜy od tego, jak szybko nasza wiadomość dotrze do 
adresata i na ile cała sprawa jest dla niego istotna.  
- Kilka dni? - jęknęła. - Nie wytrzymam tak długo.  
- Wytrzymałaś przez dwadzieścia cztery lata. Kilka dni 
więcej czy mniej nie zrobi duŜej róŜnicy. - Masz rację, ale 
być tak blisko celu i ...  
Telefon zadzwonił tak nagle, Ŝe oboje podskoczyli.  
W pierwszej chwili Ŝadne z nich nie mogło się zdecydować, 
czy sięgnąć po telefon.  

- Myślisz, Ŝe to on? - Willow mimowolnie zniŜyła głos do 
szeptu. - JuŜ?  
- Jest tylko jeden sposób, Ŝeby to sprawdzić. - Sięgnął po 
słuchawkę. - Steve Hart.  

background image

- Dzwonię ze sztabu wyborczego Ethana Robertsa - rozległ 
się w słuchawce bezbarwny kobiecy głos -w sprawie 
wiadomości pozostawionej przez pana dla pana Robertsa i 
dotyczącej pani Ryan.  
- Tak. - Steve wcisnął guzik interkomu, Ŝeby Willow mogła 
na własne uszy usłyszeć odpowiedź. - Słucham?  
- Pan Roberts będzie dziś do późnego wieczora w San 
Francisco, gdzie bierze udział w zbiórce pieniędzy na cele 
dobroczynne. Bardzo Ŝałuje, Ŝe nie moŜe spotkać się z 
państwem i zaprasza do siebie na jutro na goazinę dziewiątą 
rano. Pan Roberts polecił mi równieŜ . przekazać, Ŝe chętnie 
podzieli się wszelkimi informacjami, jakie sam zna.  
- Zatem do jutra rana.  
- Dziękuję. - Głos w słuchawce podyktował adres.  
- Pan Roberts będzie czekał na państwa ze śniadaniem. Zaraz 
potem połączenie zostało przerwane i w słuchawce słychać 
było juŜ tylko jednostajne brzęczenie. Steve wcisnął guzik i 
w pokoju zapadła cisza.  
- O mój BoŜe - jęknęła WilIow słabym głosem i oparła się 
rękami o biurko. Była blada jak trup.  
- Chryste Panie! Chyba nie masz zamiaru mi tu zemdleć?  
- Nie ... wiem - szepnęła i pochyliła się raptownie do przodu.  
Steve poderwał się z krzesła i w mgnieniu oka znalazł się 
przy niej.  
- Pochyl głowę i wsuń między kolana - polecił Willow i 
połoŜył jej rękę karku.  
- Nic mi nie jest. Naprawdę. Nigdy mi się to nie zdarzyło. - 
Zamiast pochylić głowę, uniosła ją do góry i spojrzała mu w 
oczy. - To tylko ...  
Odetchnęła głęboko, a potem znów skuliła ramiona i oparła 
czoło o brzuch Steve'a tuŜ powyŜej pasa z metalową klamrą.  
- Nie spodziewałam się, Ŝe to zrobi na mnie aŜ takie 

background image

wraŜenie - szepnęła.  
Nie odpowiedział. Całą jego uwagę zaprzątały teraz 
całkowicie sprzeczne doznania. Czuł cięŜar jej głowy na 
brzuchu, przesypywanie się jedwabiście gładkich włosów 
pomiędzy palcami, zapach perfum. Wszystko to po prostu 
nie mogło nie oddziaływać na jego męskie instynkty. 
DrŜenie wstrząsanych tłumionym łkaniem ramion i walka 
dziewczyny o kaŜdy w miarę spokojny oddech budziły w 
nim uczucia opiekuńcze.  
A przecieŜ nie pierwszy raz zdarzała mu się taka sytuacja. W 
swoim fachu nieraz miał do czynienia z kobieta- . mi 
przeŜywającymi załamanie nerwowe, i zresztą nie tylko z 
kobietami. Nigdy jednak nie czuł się tak jak w tej chwili i 
nigdy w Ŝyciu nie był równie zakłopotany.  
- Wszystko dobrze, kochanie - mruknął łagodnie. Kilka 
głębokich oddechów i poczujesz się lepiej. Na razie jeszcze 
niczego nie wiemy. Zachowaj siły na później, myślę, Ŝe 
jeszcze mogą ci się przydać.  
Pociągnęła nosem.  
- Masz rację·  
Objęła go w pasie, odsunęła się trochę i podniosła głowę. W 
pięknych oczach błyszczały łzy.  
_ Przepraszam .. - Spróbowała się uśmiechnąć. - Pomyślisz, 
Ŝ

e ze mnie wariatka.  

- Wcale ci się nie dziwię - pocieszył Willow, mimowolnie 
przesuwając dłonią po jej włosach w pieszczotliwym geście. 
- Nie co dzień się człowiek dowiaduje, Ŝe jest, być moŜe, 
dzieckiem senatora stanu Kalifornia. I to w dodatku 
republikańskiego senatora.  
Teraz juŜ naprawdę odwzajemniła jego uśmiech.  
Steve zdjął dłoń z głowy Willowo JuŜ miał cofnąć rękę, gdy 
dostrzegł niesforny kosmyk, który zasłaniał jej oczy, i 

background image

postanowił załoŜyć go jej za ucho. Sam nie wiedział, jak to 
się stało, ale zamiast to zrobić, przytulił dłoń do policzka 
Willow i powolnym, zmysłowym gestem przeciągnął 
kciukiem po jej wardze.  
Westchnęła cicho i zamarła w jego rękach jak ptak 
przeraŜony widokiem drapieŜnika.  
Steve Jeszcze raz przeciągnął palcem po wardze Willow. Nie 
umiał się oprzeć fascynacji, jaką budziło w nim jej ciało. 
Było delikatne i idealnie gładkie. Jej włosy były jedwabiste i 
miękkie.  
Nagle wyobraził sobie, Ŝe kładzie ją na łóŜku i powoli 
wyłuskuje z ubrań jej jasne i lśniące ciało. Widział oczyma 
duszy, jak ściąga jej z ramion Ŝakiet, rozpina białą jedwabną 
bluzkę, zsuwa spódnicę.  
Jego wzrok powędrował w dół i zatrzymał się na skórzanych 
pantoflach z paskami wokół kostki zapinanymi na klamerki.  
Te pantofle by zostawił. Było w nich coś nieopisanie 
podniecającego. Podobnie jak w szczupłych łydkach i 
zgrabnych kostkach.  
Do diabła, moŜe to zrobić, uświadomił sobie nieoczekiwanie. 
MoŜe to zrobić tu i teraz. Wystarczy jeden, dwa pocałunki i 
dziewczyna będzie jego. Przesunął dłoń na kark Willow, 
wsunął jej dłoń pod pachę i pociągnął ją lekko w górę. Wstała 
posłusznie jak marionetka.  
Delikatnie przesunął wargami po jej wargach. Rozchylił usta 
i skubnął wargi dziewczyny, ale tylko po to, Ŝeby zaraz znów 
je puścić. Miała zamknięte oczy. Nie stawiała oporu, tylko 
westchnęła cicho, jakby ze skargą.  
I to wystarczyło, by Steve całkowicie oprzytomniał. Wielki 
BoŜe, co on wyprawia! Nigdy, nigdy dotąd nie zdarzyło mu 
się nic podobnego.  
Ta dziewczyna przyszła do niego po pomoc. Zaufała mu. A 

background image

on wykorzystał moment jej słabości, chwilę, gdy szukała u 
niego pociechy, by pogrąŜyć się w szalonych, erotycznych 
fantazjach i co gorsza spróbować wcielić je w Ŝycie. To było 
... Steve wolał nawet nie szukać określeń na taką podłość.  
Choć je znał.  
Rozluźnił ręce i cofnął się o krok.  
- Lepiej, skarbie? - zapytał, zgrywając się na Bogarta.  
MoŜe i nie był to najlepszy pomysł, ale czuł, Ŝe musi zrobić 
czym prędzej coś, cokolwiek, co rozładuje napięcie, jakie 
między nimi powstało. Musi odbudować zaufanie, z jakim do 
niego przyszła.  
- Tak, lepiej - przyznała.  
I co najzabawniejsze, była to szczera prawda. Delikatny 
pocałunek był właśnie tym, czego jej było trzeba, Ŝeby 
przezwycięŜyć mdlące uczucie w Ŝołądku .  
_ Skoro zatem rozmowa z Robertsem czeka nas dopiero jutro 
rano - zauwaŜył Steve takim tonem, jakby oboje wcale nie 
mieli nieco przyśpieszonego tętna - co powiesz na to, 
Ŝ

ebyśmy podjechali teraz do Bachelor Arms? Będziesz miała 

okazję poznać miejsce swego prawdopodobnego poczęcia.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ 3 
 
 

background image

 
Willow oparła się o skórzany zagłówek i zamknęła oczy. 
Słońce pieściło jej twarz, wiatr tańczył z włosami. Nie 
Ŝ

ałowała juŜ, Ŝe jadą fordem mustangiem z odkrywanym 

dachem, który naleŜał do Steve'a, choć w pierwszej chwili 
czuła się nieco uraŜona lekcewaŜeniem, z jakim odniósł się 
do propozycji, by pojechali wynajętym przez nią 
samochodem.  
Był piękny dzień. W taki dzień miliony ludzi utwierdzają się 
w przekonaniu, Ŝe to właśnie Los Angeles jest miastem, w 
którym chcą Ŝyć pomimo trzęsień ziemi, wysokiego 
wskaźnika przestępczości i horrendalnych podatków. Willow 
wyciągnęła nogi i załoŜyła ręce za głowę. Cudownie było tak 
pędzić, mając wokół kalifornijski krajobraz. Niewątpliwie 
waŜny udział w jej dobrym samopoczuciu miała obecność 
przystojnego męŜczyzny za kierownicą, ale o tym wolała nie 
myśleć ...  
Z rozkosznego rozmarzenia wyrwało ją ostre hamowanie i 
dźwięk klaksonu. Usłyszała krzyki i przekleństwa. Otworzyła 
oczy, by ujrzeć przed sobą gigantyczny billboard zachęcający 
do zaciągnięcia kredytów na wyjątkowo korzystnych 
warunkach.  
Odruchowo obciągnęła spódniczkę.,  
_ Przyszło mi właśnie do głowy, Ŝe w ogóle nie roz-
mawialiśmy jeszcze o twoim honorarium.  
_ Proszę? - Steve wydawał się pogrąŜony w myślach.  
- Twoje honorarium - powtórzyła.  
Nie była z siebie zadowolona. Owszem, miała powody do 
zdenerwowania, ale to jeszcze nie wystarczało, Ŝeby 
zapominać o pieniądzach. Być moŜe właśnie dlatego, Ŝe 
wyrosła wśród ludzi programowo lekcewaŜących pieniądze, 
była pod tym względem zawsze wyjątkowo skrupulatna.  

background image

Steve spojrzał na nią spod oka.  
- Sześćset dolarów bezzwrotnej zaliczki, siedemdziesiąt pięć 
dolarów za godzinę i zwrot poniesionych kosztów - 
oświadczył po krótkiej chwili namysłu.  
Zwykle brał znacznie mniej, a sprawy klientów, których nie 
było stać na honorarium, prowadził czasem za darmo, jeśli 
tylko czuł, Ŝe potrzebują pomocy. Tym razem jednak miał 
obok siebie kobietę w Ŝakiecie wartym z siedemset dolarów i 
prawdziwej złotej biŜuterii, więc nie widział powodów, by ją 
oszczędzać.  
- Siedemdziesiąt pięć dolarów za godzinę - powiedziała 
wolno, odruchowo starając się zbić cenę· - Czy to nie za 
wiele nawet jak na Los Angeles?  
- Takie są moje stawki, kochanie - oświadczył z promiennym 
uśmiechem. - Jeśli okaŜą się naprawdę za wysokie, będziemy 
mogli pomyśleć o modyfikacji warunków umowy.  
Willow poczuła, Ŝe oblewa się rumieńcem. Nie miała 
Ŝ

adnych wątpliwości, Ŝe Steve robi aluzję do tego, co 

wydarzyło się między nimi w biurze.  
- Co masz na myśli? - spytała, rzucając mu spojrzenie spod 
zmarszczonych surowo brwi.  
- Na pewno nie to, co ty. - Steve pokazał w zadowolonym 
uśmiechu nienagannie białe zęby.  
Nie upadł jeszcze tak nisko, Ŝeby oczekiwać od niej zapłaty 
w naturze, ale w końcu kaŜdy moŜe czasami pomarzyć. 
Więc marzył.-  
Odczekał chwilę. .  
- Myślałem o wymianie czysto profesjonalnych doświadczeń 
- wyjaśnił w końcu z powaŜną miną.  
Willow zastanawiała się przez chwilę nad jego słowami: 
Skoro nie chodziło mu o jej ciało, mogli się targować. To 
było nawet zabawne. '  

background image

- Chodzi ci o handel wymienny?  
- MoŜna to tak nazwać.  
Z niewinną miną odwróciła się do niego i załoŜyła nogę na 
nogę. Wypielęgnowanym palcem z ostrym, lśniącym 
paznokciem załoŜyła kosmyk włosów za ucho. Steve rzucił 
jej przelotne spojrzenie. Gdy wyjaśniło się, Ŝe chodzi o 
pertraktacje handlowe, Willow zdawała się odzyskiwać 
pewność siebie. Ciekaw był tylko, czy świadomie eksponuje 
teraz swoje wd2:ięki, Ŝeby wytargować korzystniejsze 
warunki wymiany.  
- Czy znasz się moŜe na komputerach?  
- Na tyle, Ŝeby zauwaŜyć, Ŝe masz w biurze komputer 386 
SX z pamięcią na cztery megabajty i stupięćdziesięcio 
megowym dyskiem i drukarkę laserową. Moim zdaniem 
przydałoby ci się raczej Pentium 386 z dwunastoma 
megabajtami, gigowym dyskiem i CD-ROMEM. 
Uzyskałbyś znacznie lepszą jakość druku.  
- Niepotrzebna mi lepsza jakość druku - mruknął i zwolnił, 
by zmienić pas i zjechać z autostrady. - Doszedłem do 
wniosku, Ŝe pora zacząć stosować komputerowy system 
prowadzenia księgowości. 
- Aha. .. - Wiedząc, czego od niej chce, mogła przystąpić do 
powaŜnych targów. - Sądząc z księgi rachunkowej, którą 
zauwaŜyłam na twoim biurku, w tej chwili nie umiesz się 
posługiwać nawet liczydłami. Na to, Ŝeby uporządkować cały 
ten bałagan, trzeba by mi było prawdopodobnie dwóch lub 
trzech dni, a potem jeszcze jednego dnia na zainstalowanie 
programu i wprowadzenie danych. W sumie daje to cztery 
dni. Gdybym spędziła ten czas na prowadzeniu interesów 
Jagodowego Pola, zarobiłabym jakieś cztery tysiące dolarów, 
po tysiąc dolarów dziennie.  
Zanim po raz kolejny otworzyła usta, zdjęła ze spódnicy 

background image

jakiś niewidoczny pyłek, wyciągnęła rękę przez okno i 
wypuściła go na wiatr. Steve nie przepuścił tej okazji, by się 
jej uwaŜnie przyjrzeć: Robienie interesów z taką partnerką 
wciągało go jak hazardowa gra o najwyŜszą stawkę.  
- Potrzebny byłby co najmniej tydzień do nauczenia cię 
posługiwania się komputerem. Podejrzewam, Ŝe nie masz o 
tym zielonego pojęcia.  
- Te cztery tysiące za tydzień to przed opodatkowaniem czy 
po?  
- Przed - przyznała. - MoŜesz teŜ powiedzieć "brutto". Ale to 
samo dotyczy takŜe twoich siedemdziesięciu pięciu dolarów 
za godzinę.  
Spojrzał na nią zaskoczony. Ta dziewczyna była jak chińskie 
danie - ostra i słodka jednocześnie. I równie apetyczna. 
Nigdy dotąd nie przyszło mu do głowy, Ŝe robienie interesów 
moŜe być tak podniecającym zajęciem.  
Zwolnił i zmienił pas jezdni. - Umowa 
stoi? - spytała.  
- Zastanawiam się właśnie - przeciągał sprawę, chcąc skłonić 
ją, by dorzuciła coś jeszcze.  
- Mogę dołoŜyć dwa dni nauki za darmo jako wyraz dobrej 
woli - zaproponowała, jakby czytając w jego myślach.  
- Zgoda. Umowa stoi.  
Zjechali z autostrady. Oboje mieli zadowolone miny i kaŜde 
z nich było przekonane, Ŝe właśnie ubiło świetny interes.  
 
Bachelor Arms znajdowało się przy Wilshire Bouleyard 
pomiędzy niewielkim włoskim sklepem spoŜywczym a 
barem "U Flynna". Była to stara rezydencja z róŜowymi, 
wyblakłymi od słońca tynkami, kutymi z Ŝelaza balustradami 
balkonów, wdzięcznymi łukami okien zasłoniętych Ŝaluzjami 
i pokrytym czerwoną dachówką dachem; nad którym 

background image

sterczała fantazyjna wieŜyczka w stylu mauretańskim. 
Wzniesiona w latach dwudziestych rezydencja została z 
biegiem czasu podzielona na mieszkania do wynajęcia.  
Willow spoglądała to na wznoszący się przed nią budynek, 
to na trzymane w rękach zdjęcia. Nie mogła uwierzyć, Ŝe 
nagle znalazła się w miejscu, o którym tak wiele przez te 
wszystkie lata myślała. Bananowiec na dziedzińcu urósł, a 
wokół wejścia ktoś posadził kwiaty, poza tym jednak 
wszystko wyglądało tak jak na fotografiach.  
- Czy masz zamiar spędzić resztę dnia w samochodzie, czy 
wysiądziesz i wejdziesz ze mną do środka?  
Willow  podniosła wzrok i ku swemu zaskoczeniu 
stwierdziła, Ŝe Steve zdąŜył wysiąść i stanąć na chodniku od 
jej strony. Schylił się i otworzył przed nią drzwiczki:  
_ Przepraszam. - Wsunęła zdjęcia do kieszeni Ŝakietu i 
postawiła stopy na chodniku.   .  
Steve nie mógł sobie odmówić przelotnego spojrzenia na jej 
nogi w czarnych pończochach. Były niesamowicie zgrabne. 
 

 

- Czy masz coś przeciwko temu, Ŝeby zostawić ją w 
bagaŜniku? - spytał, kiedy sięgnęła po teczkę leŜącą na 
tylnym siedzeniu. - Nie przyda ci się tu do niczego.  
Willow bez słowa podała mu teczkę. Steve wsadził ją do 
bagaŜnika i zatrzasnął klapę.  
- Nie boisz się, Ŝe ktoś się włamie do samochodu?  
- To porządna dzielnica. A poza tym mam alarm, który 
mógłby umarłego postawić na nogi.  
Minęli bramę z kutego Ŝelaza prowadzącą na dziedziniec 
Bachelor Arms i podeszli do frontowych drzwi. Były 
zamknięte na klucz. Obok drzwi wisiała mosięŜna tabliczka z 
nazwiskami lokatorów i domofon. WyŜej jeszcze jedna, stara 
tabliczka z wypisaną gotyckimi literami nazwą rezydencji, 

background image

pod którą ktoś wydrapał w tynku dwa słowa: "Uwierz 
legendzie".  
- Co to moŜe znaczyć? - spytała. - O jaką legendę chodzi?  
Steve wcisnął guzik obok tabliczki z napisem "Zarządca".  
- Nie mam pojęcia. Wygląda mi to na jakiś głupi Ŝart.  
- To nie Ŝart. Tu chodzi o damę z lustra - odezwał się miękki 
głos z leciutkim rosyjskim akcentem.  
Steve i Willow odwrócili się jak na komendę. śadne z nich 
nie zauwaŜyło, by ktoś nadchodził, a tymczasem ujrzeli 
stojącą u stóp schodów kobietę. Pomimo wyraźnie 
podeszłego wieku była ciągle jeszcze piękna jakąś 
szczególną, rzadko spotykaną szlachetną urodą. Niska i 
drobna, miała na sobie róŜowy dres i białe adidasy. Spod 
baseballowej czapki z daszkiem ocieniającym twarz spływał 
długi warkocz siwych włosów.  
- Przepraszam - odezwała się Willowo - Czy chce pani 
wejść?  
- Zwykle wchodzę przez podwórze. Dzięki temu nie muszę 
nosić klucza. Zobaczyłam, Ŝe stoicie tu i próbujecie 
dodzwonić się do Kena Ambersona, więc podeszłam, aby 
wam powiedzieć, Ŝe go nie ma. Kiedy wychodziłam na 
spacer, jechał po zakupy. Wątpię, czy zdąŜył wrócić. - 
Staruszka przyjrzała się im z nie skrywaną ciekawością. - 
Czy zamierzacie wynająć mieszkanie?  
Steve, pokrę9ił głową.  
- Chcieliśmy dowiedzieć się czegoś o jednym z dawnych 
lokatorów tego domu. Sprzed wielu lat. MoŜe pan Amberson 
będzie nam mógł pomóc. Czy wie pani, od jak dawna on tu 
pracuje?  
- Owszem, wiem. Ken Amberson pracuje tu od ... - kobieta 
zamknęła oczy i zastanawiała się przez chwilę - od około 
dwudziestu siedmiu lat.  

background image

Steve i Willow wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Od 
dwudziestu siedmiu lat! Ich szanse, by dowiedzieć się czegoś 
o losach Donny Ryan, rosły. Zeszli po schodach na chodnik i 
stanęli obok starszej pani.  
- Tak, Ken zaczął tu pracować w tysiąc dziewięćset 
sześćdziesiątym ósmym. Dobrze to pamiętam, bo właśnie 
kazałam pomalować swoje mieszkanie na fiołkowo róŜowo. 
AleŜ to był głupi pomysł! - Wybuchnęła śmiechem, który 
brzmiał tak młodzieńczo, jakby miała nie więcej niŜ 
dwadzieścia lat. - Biedak musiał zacząć od malowania całego 
mojego apartamentu na nowo.  
- Więc pani takŜe mieszka tu od sześćdziesiątego ósmego 
roku? - spytała Willow.  
- O, nie, drogie dziecko. Ja mieszkam od czterdziestego 
siódmego - oświadczyła z dumą ich rozmówczyni.  
Steve i Willow zaniemówili.  
- Za dobrze nam idzie - mruknął pod nosem Steve. - 
Zaczynam się bać, Ŝe za dobrze nam idzie.  
- MoŜe to za sprawą damy z lustra? - zasugerowała starsza 
pani.  
- Damy z lustra? ~ powtórzyła pytającym tonem Willow.  
Ich rozmówczyni wskazała wzrokiem  tabliczkę.  
- Uwierzcie legendzie.  
- Jakiej legendzie?  
- O, to długa historia. A moŜe weszlibyście do mnie? 
Napijemy się herbaty i spokojnie porozmawiamy -za-
proponowała staruszka i wyciągnęła rękę w geście pełnym 
tak szlachetnej elegancji, jakby znajdowali się na uroczystym 
balu. - Natasza Kuryan.   .  
- Steve Hart. - Steve ujął wyciągniętą ku nim dłoń. A to 
Willow Ryan. Bardzo nam miło panią poznać.  
Pochylił się nagle i pocałował Nataszę w rękę, jakby poczuł, 

background image

Ŝ

e tak właśnie naleŜy ją powitać. Nie była zaskoczona, 

przeciwnie, spojrzała na niego z wyraźną aprobatą·  
- Młodzi lokatorzy Bachelor Arms nazywają mnie madame 
oznajmiła. - Nie mam nic przeciw temu, byście zwracali się 
do mnie tak samo, a teraz chodźcie za mną·  
 
- Ludzie opowiadają róŜne rzeczy - zaczęła Natasza Kuryan, 
nalewając esencję do niewielkich szklanek w srebrnych, 
rzeźbionych w delikatne wzory, koszyczkach. - Podobno 
Ŝ

yła tu w latach dwudziestych, jeszcze w czasach świetn'ości 

tego domu. - Urwała, dopełniła' szklanki wodą ze srebrnego 
samowara i podała gościom.  

.  

.  

Steve, który wyraźnie nie czuł się najlepiej na wąskiej 
kanapce, pośród maleńkich stoliczków zastawionych 
porcelaną i starymi fotografiami, niezgrabnie. uchwycił 
szklankę za krawędź. Willow nie umiała powstrzymać 
uśmiechu, kiedy dostrzegła, Ŝe jego palce nie mieszczą się w 
maleńkim uszku. ZauwaŜył to i przesłał jej chmurne 
spojrzenie.  
- W kaŜdym razie – podjęła Natasza, która nie dostrzegła lub 
moŜe' nie Ŝyczyła sobie widzieć milczącej sprzeczki swych 
gości - stało się to w wyjątkowo tragicznych okolicznościach. 
Od tej pory pojawia się, tak przynajmniej ludzie opowiadają, 
w starym lustrze wiszącym w apartamencie IG. Spotkanie z 
nią zapowiada wielką zmianę w Ŝyciu człowieka, któremu się 
to przydarzyło - spełnienie najskrytszych marzeń lub 
przeciwnie, ziszczenie się najgorszych przeczuć. Pierwszą 
osobą, która zobaczyła damę w lustrze, była młoda aktorka, 
Jeannie Masters. Jeannie opowiedziała o swoim spotkaniu i w 
kilka dni później znaleziono, ją martwą na dnie basenu, który 
był tu na dziedzińcu. Po tym basenie teŜ juŜ nie ma śladu.  
Staruszka popatrzyła uwaŜnie na Steve'a.  

background image

- Widzę z twojej miny, mój chłopcze, Ŝe mi nie wierzysz.  
- Pani daruje, madame, ale to mi wygląda na niezły kit. .. 
Przepraszam, chciałem powiedzieć ...  
- A jeŜeli powiem ci, Ŝe sama teŜ ją widziałam? Dobrze to 
pamiętam. To było tej, samej nocy, gdy Errol Flynn i ja 
zostaliśmy kochankami.  
- Czy w ten sposób spełniły się pani lęki czy marzenia? - 
spytał z kamienną twarzą.  
Natasza roześmiała się i pokręciła głową.  
- Za duŜo chciałbyś wiedzieć, mój chłopcze.  
 
- Te dziewczyny nie mieszkały długo - oświadczyła Natasza, 
kiedy pokazali jej zdjęcia. - Nie więcej niŜ miesiąc, moŜe 
dwa.  
- Tę pamiętam - dodała, wskazując palcem na Donnę Ryan. - 
Była wyjątkowo piękna. Przez wiele lat pracowałam jako 
charakteryzatorka w Xanadu Studios i widziałam wiele 
pięknych kobiet, ale ta dziewczyna miała w sobie coś 
szczególnego. Wszyscy faceci w Bachelor Arms zwariowali 
na jej punkcie.  
Starsza pani przyjrzała się uwaŜnie Willow. 
- Masz podobne do niej oczy, ale inne kości policzkowe. 
MoŜe cię to śmieszyć, ale uroda zaczyna się od ,kości. 
Dopiero na nich moŜna coś zbudować.  
- To była moja matka.  
Natasza skinęła głową, jakby słowa Willow stanowiły 
odpowiedź na jej nie wypowiedziane pytanie.  
- A czy przypomina sobie pani, z kim się spotykała, 
mieszkając tutaj? MoŜe z którymś z tych chłopaków na 
zdjęciach? - zapytała Willowo  
- KtóŜ by to pamiętał. - Natasza wzruszyła ramionami. - Tyle 
się wtedy mówiło o wolnej miłości, o rewo lucj i seksualnej... 

background image

Owszem, widywałam ją to z tym, to z owym, ale nie mam. 
pojęcia, jakiego rodzaju to były związki.   
- A sami ci faceci? - spytał Steve.  
- O, pamiętam ich dobrze. Bardzo dobrze. Ten z wielkimi 
wąsiskami to Ethan. - Natasza wydęła lekko wargi. - Nie 
powiem, Ŝeby był moim ulubieńcem.  
- Nie? - podchwycił Steve.  
- Był arogancki i egocentryczny. To przypadłość wielu 
młodych ludzi. - Starsza pani spojrzała wymownie na Steve'a, 
ale zaraz osłodziła mu tę uszczypliwość uśmiechem. - Pewnie 
z tego wyrósł.  
Steve odwzajemnił uśmiech.  
- A inni?  
- Ci dwaj, tutaj - Natasza wskazywała po kolei palcem - byli 
braćmi. Młodszy nazywał się Jack. A ten to Eryk.  
Steve i Willow spojrzeli po sobie. Eryk? Kolejny męŜczyzna 
o imieniu zaczynającym się na "E". A więc sprawa się 
komplikuje.  
- Ale on juŜ nie Ŝyje - wyjaśniła Natasza smutno. - Według 
policji popełnił samobójstwo, ale osobiście w to wątpię. 
Zawsze wolałam myśleć, Ŝe to był nieszczęśliwy wypadek. 
Choć ktoś mówił mi, Ŝe Eryk widział damę w lustrze, więc 
wszystko jest moŜliwe ..  
- Popełnił samobójstwo? - Willow starała się ukryć 
rozczarowanie. - Kiedy?  
- Myślę, Ŝe wkrótce po zrobieniu tych zdjęć. Latem tysiąc 
dziewięćset siedemdziesiątego roku. W czerwcu. A moŜe w 
lipcu. Nie mam juŜ takiej dobrej pamięci jak kiedyś - 
pokręciła głową. - Ale Ken Amberson powinien wam pomóc. 
A tym bardziej Jack Sharinon. Ken na pewno będzie wam 
mógł podać jego adres.  
- Wątpię, Ŝeby to nam wiele pomogło: Minęło tyle czasu ...  

background image

- Wcale nie! Jack wyprowadził się zaledwie przed kilkoma 
miesiącami. Zajmował właśnie apartament l G. - Czy chce 
pani powiedzieć, Ŝe on teŜ mieszkał tu . przez ćwierć wieku?  
- Nie .. Jack opuścił Bachelor Arms po śmierci brata. Ludzie 
mówili, Ŝe zaciągnął się do wojska, to znów, Ŝe wyjechał za 
granicę. Ale musiał wrócić, Ŝeby spełniły się jego marzenia. 
Tak jak Ezekiel- wskazała na Zeke'a Blackstone'a. -On teŜ 
musiał wrócić.  
- Czy chce pani powiedzieć, Ŝe obaj ci faceci pojawili się 
ostatnio w Bachelor Arms? l czy Zeke Blackstone nazywa 
się Ezekiel?  
- Tak. Powiedział mi to wkrótce po przyjeździe. Tęsknił za 
domem i matką. Tylko ona tak go nazywała. Moim zdaniem 
to brzmi duŜo ładniej niŜ Zeke, choć trochę staroświecko. A 
wy co o tym sądzicie?  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ 4  
 
-  Imiona tych trzech męŜczyzn zaczynają się na "E",' znali 
moją matkę i kaŜdy mógł być jej kochankiem. A więc kaŜdy 

background image

z nich moŜe być moim ojcem ... - Willow urwała i podniosła 
wzrok na Steve' a - I co teraz zrobimy?  
- Porozmawiamy z zarządcą. Być moŜe od niego dowiemy 
się czegoś więcej.  
Ujął ją pod rękę i poprowadził przez zalany słońcem 
dziedziniec. Natasza Kuryan powiedziała, Ŝe jeśli Amberson 
wrócił juŜ z zakupów, to najprawdopodobniej znajdą go w 
apartamencie 1G, gdzie od lat zmaga się z wiecznie 
cieknącym kranem.  
- Musicie przejść przez dziedziniec i wejść przez drzwi po 
drugiej stronie - tłumaczyła im, gdy juŜ stali we trójkę na 
progu jej apartamentu. - l G jest na trzecim piętrze, po lewej 
stronie.  
Znalezienie Ambersona nie okazało się trudne. Drzwi do 
mieszkania były na wpół otwarte, a stukanie młotka było 
słychać z daleka. Steve przepuścił Willow przodem. Przez 
niewielki korytarz weszli do pustego, pomalowanego na 
kremowy kolor pokoju. Przez dwa wysokie okna zwieńczone 
ostrymi łukami wpadały do wnętrza promienie słońca. Na 
ś

cianie wisiało wielkie lustro. Bogato zdobiona rama, 

pokryta pracowicie rzeźbioną plątaniną róŜ i wstąŜek, w 
zasadzie nie powinna pasować do tego pustego wnętrza, a 
jednak w jakiś przedziwny sposób czuło się, Ŝe jest ona na 
swoim miejscu.  
- Myślisz, Ŝe to właśnie to lustro? - spytała szeptem.  
- Musi być to, bo innego tu nie ma. 
Willow zawahała się przez krótką chwilę i podeszła do lustra. 
Nie zobaczyła w nim jednak niczego prócz odbicia własnego 
i Steve'a, który stanął obok niej. Swoją drogą dopiero teraz 
zauwaŜyła, Ŝe stanowią swoje przeciwieństwa, a zarazem 
zdają się dopełniać. Steve był wysokim, barczystym 
blondynem o wysportowanej sylwetce, noszącym się 

background image

swobodnie. Ona sama była szczupła i wydawała się przy nim 
niŜsza niŜ w rzeczywistości. Staranna fryzura i makijaŜ, 
wytworny, szyty na miarę kostium tworzyły elegancką, 
zadbaną całość.  
JeŜeli Willow nie czuła się dotąd wystarczająco kobieca, to 
moŜe dlatego, Ŝe po raz pierwszy w Ŝyciu miała obok siebie 
męŜczyznę, który był tak zdecydowanie, w kaŜdym calu 
męski. Steve Hart był oszałamiająco przystojny, lecz zarazem 
zdawał jej się kimś w rodzaju starszego brata - od pierwszej 
chwili wzbudził jej zaufanie.  
- I jak, widzisz coś? - szepnął, w komiczny sposób udając, Ŝe 
jest przejęty.   
- Nie - odpowiedziała równieŜ szeptem i odsunęła się od 
lustra ... i od Steve'a. - MoŜe powinniśmy juŜ pójść do tego 
Ambersona. To trochę nieelegancko tak wchodzić bez 
pukania i myszkować po mieszkaniu.  
Zanim jednak odeszli od lustra, zarządca Bachelor Arms sam 
ich znalazł. śadne z nich nie zauwaŜyło, kiedy stanął w 
drzwiach. Miał na sobie zabrudzony smarem granatowy 
kombinezon, w ręku trzymał klucz francuski. Patrzył na nich 
spode łba małymi, chytrymi oczkami. Jego widok wzbudził 
w Willow instynktowny odruch antypatii.  
- Kim jesteście? - zaczął niezbyt przyjaźnie. - JeŜeli 
przyszliście w sprawie mieszkania, to ten apartament nie jest 
w tej chwili do wynajęcia.  
Willow odruchowo przysunęła się bliŜej Steve'a. JeŜeli nawet 
czuła się nieco zirytowana swoją bezradnością, to akurat w 
tym momencie nie miała najmniejszej ochoty na 
samodzielność. Znacznie milej było mieć u boku silnego, 
opiekuńczego męŜczyznę·  
- Nie szukamy mieszkania do wynajęcia - zaczął spokojnie 
Steve. - Chcielibyśmy z panem chwilę porozmawiać.  

background image

- Jesteście dziennikarzami? - spytał podejrzliwie Amberson.  
- Nie, my ...  
- Odkąd się rozniosło, Ŝe mieszka tu Blackstone, zwaliło się 
tyle tej hołoty, Ŝe cholery moŜna dostać - burczał gniewnie 
Amberson. - Tak czy siak, juŜ go nie ma! Sami widzicie, Ŝe 
mieszkanie jest puste. Blackstone wyniósł się stąd zaraz po 
weselu córki. Nie mamy o czym gadać.   
- Nie jesteśmy dziennikarzami, panie Amberson. Steve 
sięgnął do kieszeni, wyjął portfel i wyciągnął z niego kartę 
wizytową. - Jestem prywatnym detektywem. Pani Ryan jest 
moją .klientką.  
- Czego tu szukacie? - spytał Amberson, kiedy juŜ dokładnie 
przyjrzał się wizytówce.  
- Chcielibyśmy spytać pana o róŜne rzeczy, między innymi o 
Jeke'a  Blackstone'a ...  
- Wiedziałem - warknął Amberson. - Wynoście się stąd, 
zanim wezwę policję.  
- Ethana Robertsa ...  
 - Co takiego?  
- Oraz Eryka i Jacka Shannonów - dokończył Steve 
zadowolonym tonem. Gdy wymienił Robertsa, dostrzegł 
iskierkę ciekawości w oczach męŜczyzny w kombinezonie. 
Kończąc wyliczanie interesujących go nazwisk, nie miał juŜ 
wątpliwości, Ŝe Amberson zechce z nimi rozmawiać.  
- Chcielibyśmy wyjaśnić, co ich łączyło z młodą kobietą 
Donną Ryan - uzupełniła Willowo  
- Skąd, do diabła, wytrzasnęliście po tylu latach te wszystkie 
nazwiska?  
Zachęcona spojrzeniem Steve'a, Willow wyjęła z kieszeni 
Ŝ

akietu zdjęcia i wręczyła je Ambersonowi. Wytarł starannie 

ręce o kombinezon i obejrzał je uwaŜnie. Marszczył przy tym 
brwi i pocierał dłonią brodę.  

background image

- Chodzi wam o Eryka, tak?  
- Chodzi nam o róŜne rzeczy, jakie wydarzyły się tego lata. 
Chcielibyśmy usłyszeć wszystko, co pan pamięta.  
- Na co wam to?  
- To sprawa osobista.  
- Tak jak moja pamięć, to teŜ bardzo osobista sprawa - 
stwierdził chłodno Amberson.  
Steve wyciągnął z portfela dwadzieścia dolarów.  
- MoŜe jednak będzie pan skłonny odstąpić nam część jej 
bezcennej zawartości?  
Amberson nawet nie spojrzał na pieniądze.  
- Czterdzieści?  
Willow połoŜyła rękę na ramieniu Steve'a. Zerknął na nią 
pytającym wzrokiem.  
- Pana Ambersona nie interesują twoje pieniądze, Sama nie 
wiedziała dlaczego, ale była pewna, Ŝe stojącego przed nimi 
niskiego, niezbyt sympatycznego męŜczyznę interesuje 
zupełnie co innego - cudze sekrety. Amberson gotów był 
sprzedać im to, co wiedział, wyłącznie za inne informacje.  
- Donna Ryan była moją matką - oświadczyła po prostu. - I 
podejrzewam, Ŝe któryś z męŜczyzn na tym zdjęciu jest 
moim ojcem.  
- Tak, pamiętam ją. To była dziewczyna ... - W małych 
oczkach zapłonął płomień szczerego podziwu. Wprowadziła 
się z przyjaciółką w maju siedemdziesiątego roku. Ściągnął 
je tu Ethan Roberts, ten sam, który teraz jest republikańskim 
kandydatem na senatora. Wtedy był aktorem. Oboje 
pracowali w telewizji przy jakimś serialu i Ethan 
najwyraźniej chciał mieć tę dziewczynę jak najbliŜej siebie. 
Pewnie liczył, Ŝe łatwiej ją w ten sposób zdobędzie.  
- Udało mu się? - spytał Steve.  
- A kto to, do diabła, moŜe wiedzieć? - Amberson wzruszył 

background image

ramionami. - W tamtych czasach te sprawy wyglądały 
inaczej. Nie było jeszcze AIDS, nikt się niczego nie bał. Ale 
wróćmy do tej dziewczyny. Wychodziła czasem z 
Robertsem, ale wychodziła teŜ z innymi, na przykład z 
Erykiem Shannonem. A jeŜeli chodzi wam o to, z kim spała, 
to szczerze mówiąc, nie wiem. W kaŜdym razie nie 
obściskiwała się publicznie z Ŝadnym z tych facetów, jak to 
robiły inne.  
W trakcie rozmowy opuścili apartament l G i zeszli schodami 
na dół. Amberson pchnął .drzwi i wyszedł na podwórze. 
Steve wyciągnął rękę, przytrzymał cięŜkie drzwi i puścił 
Willow przodem.  
- Tutaj leŜał - oznajmił Amberson z  wyraźnym zado-
woleniem i wskazał na stojącą na bruku donicę z hibiskusem. 
- Chłopak przeleŜał tu parę ładnych godzin, ale nikt nie 
zwracał na niego uwagi. Wszyscy myśleli, Ŝe jest pijany albo 
naćpany. Wtedy zdarzały się tu takie rzeczy. Policja mówiła, 
Ŝ

e kiedy wreszcie zainteresował się nim Zeke Blackstone, 

Eryk był juŜ od paru godzin martwy. Miał połamany. 
kręgosłup i strzaskaną czaszkę, ale tego wszystkiego nie było 
widać, bo był wieczór. Nikt nie zauwaŜył nawet płynącej z 
rozbitej głowy krwi, chociaŜ zrobiła się tego w końcu cała 
kałuŜa.  
Willow miała wraŜenie, Ŝe Amberson rozkoszuje się 
okropnymi szczegółami, od których cierpła jej skóra.  
- Policjanci obliczyli sobie, Ŝe wypadł z trzeciego piętra. Z 
tego balkonu nad nami. - Wszyscy podnieśli oczy. - To tam 
mieszkała pani matka ze swoją przyjaciółką.  
Amberson spojrzał Willow prosto w oczy, najwyraźniej 
ciekaw jej reakcji.  
- Chce pan przez to powiedzieć, Ŝe on wyskoczył z 
mieszkania mojej matki?  

background image

Steve w samą porę połoŜył jej dłonie na ramionach. Willow 
miała wraŜenie, Ŝe wraz z ciepłym uściskiem przekazał jej 
część swojego spokoju.  
- Czy ona przy tym była? Widziała to?  
Ainberson pokręcił głową.  
- Według policji była wtedy na przyjęciu w apartamencie l G. 
To ona usłyszała krzyk. I to ona wezwała pogotowie. - Jaki 
krzyk? Przed chwilą powiedział pan, Ŝe nikt się nie 
zorientował, kiedy on ... wypadł.  
- Na ławce całowała się jakaś para. Kiedy odkryli ciało 
Eryka, dziewczyna wpadła w histerię i podniosła straszliwy 
wrzask. Było ją słychać w całym domu.  
- Czy wie pan, jak on znalazł się w mieszkaniu Donny pod jej 
nieobecność? - Steve starał się skierować rozmowę na 
bardziej konkretne tematy.  

 

- To nie był problem. Mówiłem wam juŜ, Ŝe w tamtych 
czasach wszystko wyglądało inaczej niŜ teraz. Ci młodzi 
ludzie, którzy tu mieszkali, siedzieli u siebie całymi dniami, 
nocowali gdzie popadło i najczęściej w ogóle nie uŜywali 
kluczy. Zdaniem policji Eryk mógł wybrać to mieszkanie, bo 
wiedział, Ŝe będzie sam i nikt go nie powstrzyma.   
- A czy ktokolwiek wie, dlaczego on się zabił? - spytała 
Willowo  
- Słyszałem, Ŝe pokłócił się tego wieczoru z bratem, ale oni 
często się kłócili. Inna sprawa, Ŝe Jack zniknął stąd zaraz po 
ś

mierci brata, jakby się pod ziemię zapadł. Dlaczego? MoŜe 

miał wyrzuty sumienia, a moŜe jakieś inne powody. Zresztą 
wcale nie wiadomo, czy miał z tym cokolwiek wspólnego. 
Równie dobrze Eryk mógł tak się naćpać, Ŝe wydawało mu 
się, Ŝe poleci jak ptak ... Dla mnie to bez znaczenia. 
Wiadomo było tylko, Ŝe to się źle skończy.  
- Co się źle skończy?  

background image

- Eryk widział damę z lustra.  
- Znowu ta dama z lustra. - Steve był juŜ najwyraźniej 
zniecierpliwiony. - To przecieŜ jakaś bzdura.  
- Nie, to prawda - oświadczył pewnym tonem Amberson. - 
W tysiąc dziewięćset trzydziestym roku w basenie, który 
znajdował się dokładnie pod naszymi stopami, utopiła się 
aktorka Jeannie Masters. To teŜ wydarzyło się nocą podczas 
szalonej zabawy. Nikt niczego nie zauwaŜył. Dopiero rano 
ktoś spostrzegł ciało na dnie basenu. Wtedy takŜe ludzie 
zadawali sobie pytanie, czy to było samobójstwo czy 
morderstwo. Do dziś nie wiadomo. Wiadomą  tylko, Ŝe przed 
ś

miercią ją zobaczyła.  

Willow miała wraŜenie, Ŝe Amberson wypowiedział ostatnie 
słowa tonem tryumfu, jakby osobiście zaleŜało mu na tym, 
by wszystko, co wiąŜe się z miejscową legendą, pozostało 
owiane tajemnicą.  
- Nie mogę uwierzyć - Steye pokręcił głową - Ŝe dorośli 
ludzie opowiadają sobie takie bajki. PrzecieŜ to nie ma 
najmniejszego sensu.  
- To wszystko święta prawda - upierał się Amberson. - Jak 
to, Ŝe tu stoję. Pojawia się w lustrze w mieszkaniu l G. 
Ubrana w długą, jasną suknię z trochę smutnym uśmiechem. 
Widzisz ją i juŜ wiesz, Ŝe coś się stanie.  
- Czy chce nam pan powiedzieć, Ŝe pan sam takŜe ją widział? 
- spytała Willowo  
- Nie mówię, Ŝe widziałem, nie mówię, Ŝe nie widziałem. 
Opowiedziałem wam tylko, co się stało, gdy ktoś ją ujrzał.  
- Dobrze, dobrze. - Steve miał juŜ tego wszystkiego po 
dziurki w nosie. - A widziało ją kilku sztywnych i jedna 
starsza pani, która do dziś Ŝyje romantycznymi 
wspomnieniami.  
- Nie tylko - zaprotestował Amberson. ,- Ethan Roberts 

background image

zobaczył ją w dniu, w którym jego Ŝycie potoczyło się 
nowym torem. A Ŝona Jacka Shannona zobaczyła ją w dniu, 
gdy pierwszy raz w Ŝyciu przekroczyła próg mieszkania l G.  
 
- No dobrze. - Steve wsunął telefon komórkowy do kieszeni 
sportowej kurtki. - O szóstej jesteśmy umówieni z Jackiem 
Shannonem i jego Ŝoną. Tu obok, 'lU Flynna". - To miło, Ŝe 
się z nami tak szybko spotkają.  
Willow wydawała się zadowolona, lecz jej ton zdradzał, Ŝe 
coś jej leŜy na sercu. Steve wsunął kluczyk do stacyjki, ale 
nie zapalił silnika.  
- Wszystko W porządku, kochanie? - zapytał juŜ bez Ŝartów. 
- Wyglądasz, jakbyś się czymś martwiła ..  
Wyciągnął rękę .i wsunął jej za ucho niesforny kosmyk. 
Willow przytuliła policzek do jego dłoni, ale zaraz, 
wyprostowała głowę. Steve nie cofnął ręki, zaczął natomiast 
bardzo, bardzo lekko gładzić dziewczynę po karku. Willow 
poczuła, Ŝe wzdłuŜ kręgosłupa przebiegają jej niebezpiecznie 
rozkoszne dreszcze.  
- Wszystko w porządku.  
- Nie dziwię ci się, Ŝe masz w głowie zamęt. Jeszcze rano nie 
miałaś pojęcia, kim jest twój ojciec, a teraz jest aŜ za duŜo 
kandydatów. I to od nieboszczyka po przyszłego senatora.  
- Nie bój się, nie będę ci więcej sprawiała kłopotów. Wiem, 
Ŝ

e dziś rano zachowałam się jak idiotka, ale naprawdę wcale 

taka nie jestem.  
Pięknie wykrojone usta Steve'a wykrzywił ironiczny 
uśmieszek.  
- AleŜ me mam nic przeciwko temu. Za siedemdziesiąt pięć 
dolarów na godzinę moŜesz Ŝądać ode mnie wszystkiego, 
łącznie ze znoszeniem twoich humorów.  
- Wszystkiego?  

background image

- Co masz na myśli?  
- A jaka jest granica twoich moŜliwości?  
Nie miała pojęcia, skąd jej to przyszło do głowy.  
Wiedziała natomiast, Ŝe jeśli Steve nie przestanie pieścić jej 
karku, to za chwilę nic juŜ jej nie powstrzyma przed tym, by 
usiąść mu na kolanach i zacząć go całować.  
Opuścił rękę.  
- JeŜeli chodzi o to, co zdarzyło się dziś rano w moim biurze, 
to nie przejmuj się tym. Przyznaję, Ŝe się nie popisałem i 
bardzo mi z tego powodu przykro. To się juŜ nie powtórzy. 
Przepraszam.  
- Za co?  
Willow niczego juŜ nie rozumiała. Pocałował ją w 
momencie, gdy tego potrzebowała. Nie miała powodów, Ŝeby 
się na niego złościć.  
- śe wykorzystałem moment, gdy byłaś w szoku.  
- Nie martw się o mnie - odpowiedziała zirytowana, bo 
pierwszy raz ktoś jej sugerował, Ŝe dała się wykorzystać.  
- Dopóki pozostajesz moją klientką, nie pójdziemy do łóŜka. 
Nie sypiam z kobietami, z którymi wiąŜą mnie sprawy 
zawodowe.  
Wiedział, Ŝe to brzmi drętwo, ale było mu naprawdę głupio i 
chciał ją jakoś uspokoić.  
- Czy chcesz przez to powiedzieć, Ŝe kiedy przestanę być 
twoją klientką, to się ze mną prześpisz? - Podniosła głos 
oburzona jego pewnością siebie. - A skąd ci to w ogóle 
przyszło do głowy?  
- Na pewno nie wyczytałem tego w starym lustrze, kochanie. 
To się czuje. Gdybym zechciał, kochałabyś się ze mną dziś 
rano na mojej kanapie i aŜ piszczałabyś z radości. Oboje 
dobrze o tym wiemy.  
Willow zaniemówiła z oburzenia. Co za bezczelność!  

background image

- I jeszcze jedno, kochanie. Kiedy juŜ znajdziemy twojego 
tatusia, zamierzam to właśnie zrobić.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ 5  
 
Tego, dnia po południu Willow zrobiła coś, co się jej dotąd 
jeszcze nie zdarzyło - odwołała umówione spotkanie w. 

background image

interesach i wybrała się po zakupy. Miała dość czasu, by 
starczyło jeszcze na wizytę u fryzjera, poniewaŜ Steve miał ją 
odebrać z hotelu i zawieźć na spotkanie z Jackiem 
Shannonem i jego Ŝoną dopiero o wpół do szóstej. Wybór 
sukienki sprawił jej więcej kłopotu niŜ zwykle. Wróciła do 
hotelu dopiero koło piątej.  
Wzięła prysznic i zaczęła szykować się do wyjścia.  
Mimo woli powróciła myślami do rozmowy ze Steve'em. 
Jego tupet był zdumiewający. Zgoda, odpowiedziała na jego 
pocałunek, ale co w tym dziwnego? Była zdenerwowana i nie 
wiedziała, co robi, a on najbezczelniej w świecie wykorzystał 
chwilę jej słabości.  
Całowała się z nim, lecz to nie oznaczało, Ŝe zamierza iść z 
nim do łóŜka. No moŜe kiedyś byłaby nawet skłonna ... w 
innych okolicznościach ... gdyby ładnie poprosił... Ale 
powiedzieć tak wprost, Ŝe mógłby ją mieć w kaŜdej chwili, i 
sugerować, Ŝe nie prześpi się z nią tylko dlatego, Ŝe jest jego 
klientką ... O, tego za wiele!  
- Zobaczymy, Hart - mruczała pod nosem, gdy zamykała 
drzwi do swego pokoju. - Przyjdzie dzień, w którym twoje 
marzenia spełnią się na twoją własną zgubę. Jeszcze będziesz 
klęczał przede mną i błagał, Ŝebym cię tak nie zostawiała ...  
 
Kiedy wsiadała o wpół do szóstej do samochodu Steve'a, 
była ubrana na czarno. Miała na sobie czarne pantofle, czarne 
rajstopy i czarną wieczorową suknię z dekoltem, znakomicie 
podkreślającą jej figurę. Na wierzch narzuciła równieŜ czarny 
Ŝ

akiet.  

A figurę miała fantastycznie zgrabną, to musiał przyznać. 
Wystarczyło na nią rzucić okiem. Garnitur, który miał na 
sobie, wydał się naraz Steve'owi nie dość elegancki.  
Gdy zajechał przed hotel, Willow ku jego zaskoczeniu była 

background image

juŜ na dole i w dodatku zamiast czekać w holu, stała przed 
wyjściem i gawędziła przyjaźnie z portierem. Sam nie 
wiedział, dlaczego wzbudziło to w nim irytację. 'Kiedy 
podjechał, otworzyła sobie drzwiczki, nim zdąŜył to zrobić i 
zgrabnie wsunęła się na swoje miejsce, po czym roześmiana 
serdecznie pomachała ręką szczerzącemu do niej zęby 
dryblasowi uniformie.  
- No i czego dowiedziałeś się od swojego znajomego z 
policji? - zapytała, nie dając mu dojść do słowa.  
Rozsiadła się wygodnie i załoŜyła nogę na nogę. Przy okazji 
trochę się jej podwinęła sukienka. Steve oczywiście nie 
omieszkał rzucić okiem na uda Willowo Były cudownie 
zgrabne. Podobnie jak łydki, które miał okazję podziwiać juŜ 
rano.  
Przeniósł spojrzenie na twarz dziewczyny. Uśmiechnęła się 
do niego kokieteryjnie, ale nie poprawiła sukienki. 
Najwyraźniej, uznał, zamierzała ukarać go za to, Ŝe okazał 
się - jak to ujęła, zanim wysiadła po południu z samochodu, 
trzaskając drzwiami - "aroganckim typem".  
- No więc, dowiedziałeś się czegoś?  
Nie, to jednak nie było zamierzone, stwierdził po namyśle. 
Dopasowana sukienka musiała się unieść, kiedy Willow 
zakładała nogę na nogę. Chyba Ŝe ...  
- Marty potwierdził· słowa Ambersona. Eryk Shannon 
wypadł - albo wyskoczył - z mieszkania na trzecim piętrze, 
wynajmowanego przez Donnę Ryan i Christine Loudon. Nikt 
nie zauwaŜył jego upadku. Posprzeczał się z bratem, ale 
ludzie zwykle nie popełniają samobójstwa z powodu kłótni. 
Natomiast wbrew temu, co sugerował Amberson, Eryk nie 
był tak zaćpany, Ŝeby nie wiedział, co robił. Badania 
wykazały obecność we krwi pewnej ilości alkoholu i 
marihuany, ale było tego za mało, Ŝeby stracił poczucie 

background image

rzeczywistości.  
Przerwał na chwilę. Ciekaw był; jak Willow przyjmie 
następną informację, więc zwolnił i obserwował ją spod oka.  
- Dowiedziałem się takŜe, Ŝe wypadek miał miejsce 
dwudziestego ósmego czerwca siedemdziesiątego roku, na 
osiem miesięcy przed twoim urodzeniem.  
. - UwaŜasz, Ŝe był moim ojcem?  
~ MoŜe tak, moŜe nie. Na podstawie tego, co wiemy, nie 
sposób powiedzieć niczego więcej.  
- W takim razie nadal mamy trzech kandydatów. Willow 
westchnęła rozczarowana i wydęła lekko wargi z obraŜoną 
miną. Zmieniła pozycję, przez co sukienka . podjechała o 
dalsze kilka centymetrów wyŜej, lecz i tym . razem 
wydawała się nie zwracać na to uwagi.  
- A czy udało ci się znaleźć kogoś, kto występował razem z 
moją matką w serialu?  
- Owszem, ale niewiele z tego wynikło. To było ładne parę 
lat temu. Dotarłem natomiast do sekretarki planu, która 
pracowała przy produkcji "Lata mijają", i poprosiłem, Ŝeby 
przejrzała stare listy płac i postarała sięj eszcze kogoś 
odszukać.  
Tak naprawdę, to ciekawiło go w tej chwili wyłącznie jedno - 
kiedy Willow wreszcie poprawi sukienkę. Rano robiła to co 
chwila, teraz wydawała się w ogóle nie zauwaŜać, Ŝe ma 
odsłonięte uda.  
Myśl o tym, Ŝe Steve czarował jakąś wymalowaną lafiryndę, 
choćby nawet w jej sprawie, sprawiła, Ŝe Willow poczuła coś 
jakby lekkie ukłucie w sercu.  
- Dowiedziałem się takŜe,· Ŝe twoja matka i Ethan Roberts 
grali w tym samym czasie, ale to było tylko potwierdzenie 
wcześniejszej informacji. Ludzie pamiętający twoją matkę 
powiedzieli mi, Ŝe była utalentowana, i dziwili się, Ŝe 

background image

zrezygnowała właśnie w momencie, kiedy jej rola miała 
zostać rozbudowana. Pamiętała ją takŜe charakteryzatorka. I 
to z tego samego powodu, co madame Kuryan ... - urwał i 
znów rzucił okiem na Willowo - "Wspaniała budowa kości", 
tak to ujęła ... ale, ale ... co ty robisz?  
- Strasznie mi gorąco. Nie powinnam była zakładać tego 
Ŝ

akietu.  

Willow rozpinała Ŝakiet. Jej krwistoczerwone paznokcie 
wyłuskiwały z dziurek guzik po guziku. Steve nie mógł 
oderwać od nich wzroku. Usiłował sobie przypomnieć, czy 
kiedy widzieli się wcześniej, miały ten sam kolor. A jeśli 
tak, to czy mógł tego nie zauwaŜyć?  
- UwaŜaj na ten wóz przed nami. Zaraz się zmienią światła.  
Oderwał od niej spojrzenie w ostatniej chwili, by nie wpaść 
na hamujący przed nimi samochód. Zaklął pod nosem. 
Zapiszczały opony. Kiedy stanęli pod światłami, . odwrócił 
się, Ŝeby dokończyć sprawozdanie, i słowa uwięzły mu w 
gardle.  
Willow pochyliła się do przodu, by ściągnąć wąskie rękawy 
Ŝ

akietu. W skutek tego ruchu jej biust znalazł się niemal w 

całej okazałości przed oczami Steve'a.  
- Czy mógłbyś mi pomóc? - Wyciągnęła do niego rękę·  
Nie był w stanie odpowiedzieć. Nie potrafił oderwać oczu od 
jej piersi. W milczeniu przytrzymał rękaw Ŝakietu i patrzył na 
wynurzające się spod materiału olśniewająco piękne, 
ramiona.  
- Dziękuję. - Obdarzyła go uprzejmym uśmiechem. - Kto 
mógłby się spodziewać, Ŝe wieczory będą jeszcze takie 
ciepłe. W końcu to juŜ październik. Nie wzięłam ze sobą nic 
lŜejszego i teraz mam za swoje.  
DuŜo dałby, Ŝeby wiedzieć, czy mówi prawdę.  
- Masz zielone światło - zwróciła mu uwagę ze złośliwym 

background image

uśmieszkiem.  
Oderwał od niej wzrok i ostro ruszył do przodu. Wiedziała, 
Ŝ

e cały czas zerka na nią kątem oka, więc dłuŜej, niŜ to było 

konieczne, wierciła się na siedzeniu, aŜ wreszcie znów 
podtykając mu biust pod sam nos, odwróciła się i odłoŜyła 
Ŝ

akiet na tylne siedzenie. Potem wyciągnęła nogi, odsłaniając 

uda i wzniosła obie ręce, by poprawić włosy. Biust 
natychmiast powędrował w górę. Steve milczał i zerkał, a 
Willow zastanawiała się, czy w końcu wpadnie na coś i 
rozbije swego ukochanego mustanga. Dotychczas miał 
szczęście.  
- Co ty, do cholery, wyprawiasz? - wymamrotał wreszcie 
przez zęby.    
- Co robię? - Odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy.  
Na jej twarzy malował się wyraz szczerego zaskoczenia.  
- Nie rób takiej niewinnej minki. Dobrze wiesz, co mam na 
myśli.  
- Pojęcia nie mam. Czy właśnie nie minęliśmy baru? Steve 
zaklął i zawrócił ostro, przecinając ciągłą linię· Willow 
straciła równowagę i oparła się odrzwi.  
- To nie było eleganckie - napomniała go z nadąsaną miną. - 
Mogłam sobie złamać paznokieć. Nie mówiąc juŜ o tym, Ŝe 
mogłam wylecieć na ulicę.  
- Rób tak dalej, to skończysz ze złamanym karkiem - ostrzegł 
ją ponurym tonem i zaparkował samochód.  
Zgasił silnik. Nie odrywał rąk od kierownicy. Czuł, Ŝe zanim 
cokolwiek zrobi, będzie musiał najpierw opanować 
podniecenie. Dlaczego ilekroć kobiety chcą zemścić się na 
męŜczyznach, posługują się seksem? Czy Willow nie zdaje 
sobie sprawy, czym to się moŜe skończyć? Jak niewiele 
brakuje, by porwał ją na tylne siedzenie i jednym 
szarpnięciem zdarł z niej te wS21ystkie fatałaszki?  

background image

Opanował się wreszcie na tyle, Ŝe mógł puścić kierownicę. Z 
trudem przełknął ślinę i odwrócił się do Willow, aby się z nią 
rozmówić.  
- Czy masz pojęcie, czym to się mogło skończyć?  
- Hmm? - mruknęła w odpowiedzi, całkowicie pochłonięta 
przeszukiwaniem maleńkiej czarnej torebki.  
Czekał cierpliwie, aŜ skończy. Kiedy wreszcie wyjęła 
szminkę, otworzył usta.  
- Nie będzie ci przeszkadzać, prawda? - nie pozwoliła mu 
nawet zacząć.  
Odwróciła ku sobie lusterko i krytycznie obejrzała usta. Nie 
zwracając uwagi na Steve'a, wykrzywiła wargi i powolnym 
ruchem przeciągnęła wzdłuŜ nich szminką.  
Steve uznał to za bezczelną prowokację.  
- Willow - zaczął niskim, groźnym tonem.  
Nie był z siebie zadowolony, bo obojętność, z jaką odnosiła 
się do niego w tej chwili, czyniła go właściwie całkowicie 
bezbronnym. Wobec jej niezmąconego spokoju jego gniew 
stawał się komiczny i dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Z 
drugiej strony czuł, Ŝe nie moŜe tego tak zostawić.  
- Mów, mów, ja cię słucham - mruknęła zdawkowo i 
rozchyliła kusząco wargi. - Pytałeś mnie, czy mam pojęcie, 
czym to się mogło skończyć. Nie powiedziałeś właściwie co 
takiego. Więc co się czym mogło skończyć?  
Nie mógł powstrzymać śmiechu.  
- Powiedz szczerze, czy chcesz mnie kompletnie zdruzgotać 
dzisiejszego wieczoru?  
- Tak - oświadczyła spokojnie i spojrzała mu prosto w oczy. -
:- I jak mi idzie?  
- Nieźle, całkiem nieźle. Właściwie to byłem ugotowany, juŜ 
kiedy załoŜyłaś nogę na nogę. I dobrze o tym wiedziałaś, ty 
mała, złośliwa jędzo.  

background image

- To dobrze. ZasłuŜyłeś sobie na to - skwitowała jego słowa z 
całkowitym spokojem.  
W sunęła szminkę w oprawkę i schowała do torebki.  
Zatrzasnęła zamek.  
Steve westchnął bezradnie. Czym zasłuŜył sobie na to 
okrutne przedstawienie, nie miał pojęcia. Czy tym, Ŝe trzymał 
na wodzy swoje niskie instynkty? Kobiety są szalone, uznał, 
a męŜczyźni, którzy się za nimi uganiają, zasługują na swój 
marny los.  
- Siedź teraz i czekaj, dopóki nie obejdę samochodu i nie 
otworzę przed tobą drzwiczek. Są tu takie dziury w chodniku, 
Ŝ

e mogłabyś upaść i złamać kark oświadczył ze śmiertelną 

powagą i połoŜył dłoń na klamce.   
- Zmartwiłoby cię, gdybym to zrobiła sama, zanim. uda ci 
się połamać mi go po drodze?  
Nie odpowiedział. OkrąŜył samochód, sięgnął do klamki i 
uchylił przed nią drzwiczki.  
- Masz naprawdę apetyczne usta. Dlaczego ja tego wcześniej 
nie zauwaŜyłem?  
- Pewnie dlatego, Ŝe przez cały czas gapiłeś się na moje 
piersi.  
Zmierzył ją groźnym spojrzeniem, ale to niczego nie 
zmieniało. Zaklął w duchu i podał jej rękę.  
- UwaŜaj, bo te twoje apetyczne usta wpakują cię w końcu w 
niezłe kłopoty.  
Willow złoŜyła wargi jak do pocałunku.  
- Obiecanki cacanki.  
Podała mu rękę i powoli wyciągnęła nogi, tak by dać mu 
dość czasu na ich podziwianie.  
Steve przez dobrą chwilę wpatrywał się w zgrabne uda, 
kształtne kolana, szczupłe łydki i drobne stopy w pantoflach 
na bardzo wysokich obcasach, z wąskimi paseczkami wokół 

background image

kostek. Te stopy były stopami z jego marzeń i fantazji 
snutych w chwilach samotności. Zacisnął zęby i poprzysiągł 
sobie, Ŝe kiedy będzie się i. nią kochać po raz pierwszy, 
będzie miała na sobie właśnie te pantofle ... i nic więcej.  
Kiedy tak upajał się myślą o tym, co jej zrobi, gdy juŜ będzie 
miał ją w łóŜku, Willow podniosła się z siedzenia i stanęła 
obok niego.  
- Weź mój Ŝakiet - rzuciła i ruszyła, nie czekając na niego. - 
Wieczorem moŜe się zrobić chłodno.  
Nie mógł się powstrzymać, by nie podąŜyć za nią wzrokiem. 
Na widok krągłych bioder i pośladków poruszających się 
harmonijnie pod obcisłą sukienką zrobiło mu się gorąco. 
Sięgnął po Ŝakiet i ruszył śladem Willowo Prócz dekoltu z 
przodu sukienka miała śmiałe wycięcie z tyłu.  
- Jeszcze się z tobą policzę - mruknął, kiedy ją dogonił.  
- Próbuj śmiało, skarbie - odpowiedziała i roześmiała się 
drwiącym, perlistym śmiechem.  
 
Bar "U Flynna", utrzymany w stylu art deco, był zarazem 
elegancki i przytulny. W przyciemnionym wnętrzu panował 
gwar oŜywionych rozmów. Na ścianach wisiały plakaty i 
fotografie gwiazd filmowych z czasów świetności 
Hollywood. Kelnerki, ubrane w krótkie Ŝakieciki z 
czerwonymi muszkami, krąŜyły między stolikami a kuchnią, 
sporo gości oblegało bar.  
Zaraz za drzwiami Willow zdała sobie sprawę, Ŝe jej osoba 
wzbudziła zainteresowanie. Kto wie, moŜe nawet za wielkie. 
Dwóch pogrąŜonych w rozmowie yuppies na jej widok 
umilkło i znieruchomiało z wytrzeszczonymi oczami. 
Przechodząca kelnerka obrzuciła ją niezbyt Ŝyczliwym 
spojrzeniem. Na twarzy samotnego starszego, eleganckiego 
męŜczyzny pojawił się rozmarzony uśmiech. Zastanawiała 

background image

się właśnie, co ma zrobić, gdy tuŜ nad jej uchem rozległ się 
groźny pomruk. .  
- WłóŜ to, do cholery, i chodźmy dalej. - Steve narzucił jej 
Ŝ

akiet na ramiona.  

Starszy męŜczyzna opuścił wzrok do kieliszka, yuppies 
podjęli rozmowę. Obejrzała się, Ŝeby zobaczyć, co właściwie 
sprawiło, Ŝe tak nagle stracili dla niej zainteresowanie. 
Zrozumiała. Steve rozglądał się dokoła z miną brytana 
gotowego rozedrzeć na strzępy kaŜdego, kto zagroziłby jego 
zdobyczy. Nie mogła ukryć przed sobą, Ŝe jego groźny wyraz 
twarzy sprawił jej przyjemność. Zastanawiała się, jak daleko 
posunąłby się Steve, lub moŜe raczej, jak daleko mogłaby go 
popchnąć, gdyby jeszcze trochę się z nim podroczyła.  
- Nawet o tym nie myśl- warknął, jakby czytał w jej myślach. 
- Na pewno byłoby ci przykro, gdybym musiał dać któremuś 
z tych amantów w szczękę. Chcesz mnie draŜnić i sprawdzić, 
ile wytrzymam na łańcuchu, proszę bardzo, ale nie mieszaj 
do tego Bogu ducha winnych ludzi, bo to juŜ nieładnie.  
Przyciągnął Willo w do siebie i złoŜył na jej ustach 
przeciągły pocałunek, jakby chciał podkreślić swoje wy-
łączne prawo do jej osoby. Potem popchnął przed sobą w 
kierunku baru.  
- Który z was jest Eddie? - zapytał jednego z dwóch 
krzątających się za kontuarem męŜczyzn.  
- To ja - odezwał się zagadnięty, nie przestając nalewać piwa 
do wysokiej szklanki.'  
Kiedy skończył, postawił szklankę przed klientem i odwrócił 
się do Steve'a.  
- Czym mogę słuŜyć?  
- Umówiłem się tu dziś wieczorem z Jackiem Shannonem. 
Nie znamy się, ale powiedział mi przez telefon, Ŝe pomoŜesz 
mi go znaleźć.  

background image

- Jasne. - Barman z wysiłkiem powstrzymywał się, by nie 
zerkać w apetyczny dekolt Willow - Siedzi tam pod ścianą, 
razem ze swoją Ŝoną Faith.  
- Dzięki. - Steve objął Willow ramieniem i połoŜył na barze 
parę monet. - Przyślij nam w takim razie coś do picia. Dla 
mnie piwo, jakiekolwiek, byle zimne. Willow?  
- Dla mnie tequilla. DuŜa. - Willow uśmiechnęła się do 
barmana, jakby byli starymi przyjaciółmi, i ruszyła w 
kierunku stolika Shannonów.  
Steve zmełł w zębach przekleństwo i podąŜył za nią.  
Willow nieoczekiwanie stanęła i odwróciła ku niemu głowę.  
- Jak się upiję i zacznę tańczyć na stole, nie powstrzymasz 
ich - szepnęła.  
Nie odpowiedział ani słowem.  
- Masz! - Sięgnęła do torebki i podała mu chusteczkę. - 
Wytrzyj usta. Jesteś cały umazany szminką.  
Faith liczyła sobie mniej więcej tyle lat co Willow, natomiast 
Jack Shannon był o dobre dwadzieścia lat starszy od swojej 
Ŝ

ony. Faith miała ciemnobrązowe włosy, opadające falami na 

ramiona, wielkie, migdałowe oczy i delikatne rysy twarzy. 
Jack Shannon z powodzeniem mógłby być - jak twierdził 
Amberson - najemnikiem. Zbudowany z samych ścięgien i 
mięśni, przypominał wypoczywającego lamparta. Willow bez 
trudu mogła wyobrazić go sobie, jak maszeruje nocą przez 
dŜunglę jakiegoś małego państewka Ameryki Środkowej z 
uzi na ramieniu, pozostawiając za sobą trupy i zgliszcza. 
Tylko  
kiedy spoglądał na Ŝonę, jego spojrzenie stawało się miękkie 
i łagodne.  
- Tak, pamiętam ją - oświadczył, rzuciwszy przelotnie 
wzrokiem na rozłoŜone na stole fotografie. - Te zdjęcia 
robiliśmy, gdy tylko się wprowadziły. Chyba w kwietniu. 

background image

Pomogliśmy im wnieść rzeczy na górę, bo mieszkały na 
trzecim piętrze,· a potem siedliśmy na pod-  
 wórzu, Ŝeby się napić piwa.  

.  

- Czy Donna spotykała się z pańskim bratem?  
- MoŜe. - Jack wzruszył ramionami. - Wydaje mi się, Ŝe 
kręciła przede wszystkim z Ethanem. To on ją namówił, Ŝeby 
sprowadziła się do Bachelor Arms. Czasem wychodzili 
gdzieś razem ... Ethan starał się, Ŝeby wszyscy o tym 
wiedzieli. Nie wiem... - Pokręcił głową. - MoŜliwe, Ŝe 
spotykała się takŜe z Erykiem, ale trudno mi coś o tym 
powiedzieć, bo nie byliśmy wtedy w najlepszych stosunkach 
i niewiele sobie opowiadaliśmy. Gdyby było inaczej, być 
moŜe udałoby mi się go wtedy uratować.  
Shannon zamilkł i popadł w zamyślenie. Gdy Faith połoŜyła 
rękę na jego dłoni, rozluźnił pięść, odwrócił wnętrzem do 
góry i splótł palce z jej palcami. Sięgnął po szklankę i 
pociągnął długi łyk.  
- Pokłóciliśmy się tego wieczoru. Zresztą nie pierwszy raz. 
Wybiegłem z domu, trzaskając drzwiami. I juŜ nigdy więcej 
nie widziałem go Ŝywego.  
- Bardzo mi przykro - odezwała się Willow, widząc w oczach 
Shannona szczery ból. - Nie zadawałabym panu tych 
wszystkich pytań, gdyby nie było to dla mnie takie waŜne.  
- Rozumiem panią. Nie ma o czym gadać. - Machnął ręką. - 
Co się stało, to się nie odstanie.  
- A co z Zeke'em Blackstone'em?  
- Chodzi panu o to, czy spotykał się z Donną? Nie, nie sądzę. 
Zeke szalał wtedy za Ariel Cameron. Kręcili razem film.  
- Oni niedawno pobrali się powtórnie, prawda? spytała 
Willowo  
- Tak. - Jack uśmiechnął się od ucha do ucha. W dwa 
tygodnie po ślubie córki uciekli przed całym światem do 

background image

Las Vegas.  
- A czy wie pan, dlaczego się poprzednio rozwiedli? - wtrącił 
Steve.  
Jack wymownie uniósł brwi.  
- O to juŜ powinien pan zapytać Zeke'a.  
- Zamierzam to zrobić. A czy pan spotykał się z Donną 
Ryan?  
- Nie miałem szans - odparł lekkim tonem Shannon.  
- To była piękność, zapowiadała się na niezłą aktorkę i w 
dodatku była ode mnie' o parę lat starsza.  
- Więc nie spotykał się pan z nią? - Steve najwyraźniej 
chciał usłyszeć zdecydowane tak 'lub nie.  
Jack spojrzał na niego wzrokiem mówiącym jasno, Ŝe nie 
lubi przymusowych sytuacji, lecz Steve spokojnie czekał na 
odpowiedź.  
- Nie - przerwał w końcu milczenie Jack. - Nie spotykałem 
się z nią.  
Steve usatysfakcjonowany skinął głową.  
- A co z kartką? Poznaje pan to pismo?  
Jack pokręcił głową.  
- Chętnie bym wam pomógł, ale upłynęło juŜ dwadzieścia 
pięć lat, odkąd ostatni raz widziałem cokolwiek, co wyszłoby 
spod ręki mojego brata.  
- A co z tym pudłem, które dostałeś od pana Ambersona? Z 
tym, które trzymał w piwnicy i które dał ci, gdy wróciliśmy 
do Bachelor'Arms. Nie było w nim Ŝadnych notatek czy 
czegoś w tym rodzaju?  
- Masz rację. - Jack skinął głową. - Kompletnie o nim 
zapomniałem. Zdaje się, Ŝe wylądowało w końcu na strychu 
razem z resztą starych gratów.  
- Czy moglibyśmy do niego zajrzeć? - zainteresowała się 
Willowo - Miałby pan coś przeciw temu?  

background image

- Musiałbym je najpierw znaleźć. Oczywiście będziecie 
mogli zobaczyć, co w nim jest. Mam nadzieję, Ŝe znajdziecie 
coś, co wam pomoŜe.  
Jack sięgnął do kieszeni i wyciągnął wizytówkę.  
- Tu są numery do domu i do pracy, do redakcji "Los Angeles 
Times".  
- To pan pracuje w "Los Angeles Times"? Nie jest pan ... - 
Willow urwała, zdając sobie sprawę, Ŝe niewiele brakowało, 
aby palnęła potęŜne głupstwo.  
- Czuję, Ŝe Amberson opowiedział pani ładne bajki, co? 
Mówił pewnie, Ŝe jestem najemnikiem lub coś w tym 
rodzaju.  
- Wspomniał coś takiego - przyznała Willow. 
- Jack nie był najemnikiem - wystąpiła w obronie męŜa pani 
Shannon. - Był korespondentem wojennym.  
Jack uniósł dłoń Ŝony do ust i pocałował.  
- Amberson ma niezłego bzika. Zawsze miał. Radziłbym 
odnosić się do tego, co mówi, z większą dozą sceptycyzmu. 
Czy wspomniał o legendzie krąŜącej po Bachelor Arms?  
- Z detalami. - Willow wzdrygnęła się. - Miałam wraŜenie, Ŝe 
opowiadanie wszystkich tych makabrycznych szczegółów 
sprawia mu prawdziwą przyjemność.  
- Moim zdaniem on nie moŜe odŜałować, Ŝe sam nigdy nie 
zobaczył damy z lustra, i dlatego woli wierzyć, Ŝe przynosi 
ona samo zło i nieszczęścia.  
- Czy chce pan powiedzieć, Ŝe pan ją widział?  
- Wiem, Ŝe to zabrzmi dziwnie, i nie lubię się do tego 
przyznawać, ale tak, widziałem ją. - Spojrzał na Ŝonę, która 
odpowiedziała mu pełnym miłości uśmiechem. Razem ją 
widzieliśmy.  
Steve pokręcił z niedowierzaniem głową.  
- Nie dziwi mnie, Ŝe nie lubi się pan do tego przyznawać. 

background image

Więc widzieliście oboje ducha?  
- "Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się 
filozofom". - Jack ze wzruszeniem ramion zacytował 
Szekspira. - Nie potrafię powiedzieć, co właściwie wi-
dzieliśmy ani jak to moŜliwe. Wiem tylko, Ŝe coś widzie-
liśmy.  
Steve patrzył to na jedno, to na drugie, jakby nie mógł 
pogodzić się z tym, co słyszy.  
- Naprawdę nie Ŝartujecie? Na serio wierzycie, Ŝe 
widzieliście ducha?  
- Widzieliśmy coś, panie Hart - ruszyła w sukurs męŜowi 
Faith Shannon - i to coś zmieniło nasze Ŝycie, Jeśli o mnie 
chodzi, to wszystko mi jedno, czy był to duch, anioł z nieba 
czy złudzenie optyczne. I nie obchodzi mnie, co sądzą na ten 
temat inni.  
- No tak, to kaŜe nam zamknąć temat. Nie miałem zamiaru 
kwestionować państwa prawdomówności. Przepraszam.  
- Tylko nasze zdrowie psychiczne - roześmiała się Faith 
Shannon, która najwyraźniej nie poczuła się uraŜona jego 
sceptycyzmem.  
Jack sięgnął po fotografie i przejrzał je jeszcze raz. -I To· 
zabawne - mruknął. - Być moŜe to tylko sugestia, ale wydaje 
mi się, Ŝe widzę pewne podobieństwo ... ma pani takie same 
włosy jak Eryk.  
- I ty - wtrąciła jego Ŝona.  
Jack oddał zdjęcia Willow.  
-  Jeśli pani zechce, mogę zrobić badania krwi.  
- Badania krwi? Ma pan na myśli badanie DNA? Aby 
wykluczyć, Ŝe jest pan moim ojcem?  
- Raczej aby ustalić, czy jestem pani stryjem. Willow 
spojrzała na Steve'a z nadzieją.  
- Czy to moŜliwe? Czy te badania mogą określić stopień 

background image

pokrewieństwa?  
- Tak mi się wydaje - przyznał bez entuzjazmu, nie chcąc 
rozniecać w niej próŜnej nadziei. - Musiałbym dowiedzieć się 
na ten temat czegoś więcej.  
- Mogę udzielić wam potrzebnych informacji - wtrącił Jack 
Shannon. - Dowiedziałem się tego przy okazji procesu 
Simpsona. Jeśli nie jesteśmy spokrewnieni, to dzisiejsze 
metody badań pozwolą stwierdzić to z niemal stuprocentową 
pewnością. Z drugiej strony jeŜeli jesteśmy krewnymi, to 
mamy osiemdziesiąt procent szans, Ŝe badania to wykaŜą.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ 6  
 
Pod koniec wieczoru Willow popadła w zamyślenie. 

background image

Zastanawiała się nad tym, co usłyszała od Jacka Shannona. 
To były jedynie przypuszczenia. Właściwie nie zbliŜyła się 
ani o krok do rozwiązania zagadki, ale była mile zdziwiona, 
Ŝ

e gotów był nawet zrobić badanie krwi. Zajęła miejsce w 

samochodzie, nie zwracając większej uwagi na Steve'a. Nie 
odpowiedziała na spojrzenie, jakim ją zmierzył, zanim 
uruchomił samochód. Przez jakiś czas jechali w milczeniu.  
- Obmyślasz nowe tortury? - Steve popatrzył na nią z ukosa.  
Zupełnie juŜ o tym zapomniała, ale wystarczyła jedna 
zaczepka, Ŝeby powróciła chęć powalenia Steve'a na kolana.  
Pozornie nie zwracając na niego uwagi, zgięła nogę i powoli 
odpięła klamerkę paska od pantofla. Potem drugą. Sukienka 
podjechała jej przy tym wysoko. Kiedy juŜ zdjęła pantofle, 
odwróciła się do Steve' a i podkuliła nogi na siedzeniu. 
Oparła głowę na złoŜonych rękach, jak mała dziewczynka, i 
uśmiechnęła się do niego, patrząc mu prosto w oczy.  
 
- Dasz mi całusa na dobranoc? - spróbowała go 
sprowokować, gdy znaleźli się juŜ przed drzwiami jej pokoju.  
Steve pokręcił głową.  
- Nie sądzę, Ŝeby to był dobry pomysł.  
Willow odniosła wraŜenie, Ŝe Ŝal miesza się w jego głosie z 
rozbawieniem.  
Podniosła rękę, w której trzymała torebkę, i powoli 
przesunęła wierzchem dłoni w dół, wzdłuŜ jego szerokiej 
piersi.  
- Boisz się, Ŝe nie będziesz umiał nad sobą zapanować? - 
spytała kusząco zmysłowym tonem.  
- Boję się, Ŝe nie będę umiał zapanować nad tobą - odparował 
z uśmiechem i chwycił ją za rękę, zanim dojechała do klamry 
paska. Prowadzili tę grę przez cały wieczór - jeŜdŜąc 
samochodem, podczas kolacji zjedzonej razem po wyjściu z 

background image

baru "U Flynna" w małej meksykańskiej knajpce, a wreszcie 
jadąc powoli windą na piętro, na którym mieszkała Willowo  
Willow nieustannie kokietowała Steve'a, a on znosił to z 
kamienną twarzą, prowokując ją do jeszcze śmielszych 
zaczepek. Ku jego zadowoleniu udawało mu się to całkiem 
nieźle. W miarę upływu czasu Willow przeszła od 
powłóczystych spojrzeń i podsuwania mu pod nos swych 
wdzięków do pozornie przypadkowych dotknięć, które 
moŜna było uznać niemal za pieszczoty.  
Steve'a bawiła ta sytuacja do momentu, w którym zdał sobie 
sprawę, ze przeciąganie struny moŜe skończyć się czymś, 
czego oboje będą Ŝałowali.  
- Co byś powiedziała ,na zawieszenie broni? - zaproponował 
Ŝ

artobliwie, kładąc Willow dłonie na ramionach i odsuwając 

ją nieco od siebie.  
Nie miała na to najmniejszej ochoty. Zwłaszcza dopóki na 
twarzy Steve'a malował się wciąŜ ten sam pewny, siebie, 
męski uśmiech.  
Opuściła ręce, ale tylko po to, by przywrzeć do niego całym 
ciałem, jakby szukała opieki.  
- Na pewno nie dasz się skusić? - szepnęła i spojrzała na 
niego uwodzicielsko spod długich rzęs.  
Steve czuł nacisk piersi wspartych na jego torsie.  
Kiedy spojrzał w dół, widział dwie półkule koloru kości 
słoniowej zdające się wychylać do niego zapraszająco z 
głębokiego dekoltu. Uśmiech zniknął z jego ust.  
- Święty by ci się nie oparł - powiedział, czując, Ŝe lada 
chwila ulegnie.  
Uśmiechnęła się i odchyliła głowę, dzięki czemu zyskał 
jeszcze bardziej kuszącą perspektywę.  
- Święty tak, ale ty nie dasz się skusić, prawda?  
- Prawda - potwierdził nieswoim głosem.  

background image

Jego podniecenie sięgnęło granicy bólu. Zacisnął zęby i 
odczekał chwilkę w nadziei, Ŝe to minie. 
Nie minęło.  
- Nie zadaję się z klientkami. Taką mam zasadę.  
Willow uniosła twarz. Jej wargi znalazły się tuŜ poniŜej jego 
ust. Wystarczyłoby, Ŝeby opuścił głowę ... Wiedziała, Ŝe igra 
z ogniem. Powinna przestać, powinna dać mu juŜ spokój. 
ChociaŜ ...  
- Nigdy nie łamiesz reguł? - spytała. Bez słowa 
skinął głową ..  
Willow uniosła rękę i połoŜyła mu na karku. Jej wąskie palce 
z ostrymi 'paznokciami delikatnie pieściły włosy Steve'a. 
Przesunęła językiem po rozchylonych wargach.  
- Nawet gdybym cię o to poprosiła?  
- A poprosisz? - spytał ochrypłym głosem. - Czy jest to tylko 
dalszy ciąg gry? -  A gdyby nie był?  
- Porozmawiamy o tym, kiedy juŜ odzyskasz równowagę. Na 
razie nie.  
- Teraz! Porozmawiajmy o tym teraz! - domagała się jak 
dziecko, napierając na niego piersiami. - Teraz!  
W spięła się na palce i pocałowała go w usta. Steve 
zesztywniał i bronił się przed jej pocałunkiem, zaciskając 
usta. Sekunda ... dwie ... trzy ... w pewnym momencie 
opanowanie go zawiodło. Jego ramiona w mgnieniu oka 
oplotły ciało Willowo  
Wygrała.  
Tyle Ŝe teraz to nie była juŜ gra.  
Język Steve'a wdarł się do jej ust. Willow ogarnęła fala 
gorąca i przemoŜne pragnienie. Steve przesuwał z wolna 
dłonie po jej plecach, wzdłuŜ łagodnych linii kręgosłupa. 
Kiedy dotarł do pośladków, przygarnął Willow mocno do 
siebie, tak Ŝe poczuła jego męskość. Westchnęła i przywarła 

background image

do niego jeszcze mocniej.   
Steve wyłuskał jej piersi z dekoltu i nakrył dłońmi.  
Oderwał usta od warg Willowo Pochwycił jedną sutkę 
palcami, pochylił głowę i ujął drugą wargami. Trudno byłoby 
Willow powiedzieć, co przynosi silniejsze doznania - 
delikatna pieszczota wilgotnych warg, czy pocieranie 
palcami. Miała wraŜenie, Ŝe kaŜde z tych odczuć z osobna 
starczyłoby, Ŝeby doprowadzić ją do omdlenia z rozkoszy.  
Stali objęci, wpółprzytomni, złączeni namiętnością, 
oddychając coraz szybciej i cięŜej. Nie słyszeli niczego prócz 
tętnienia krwi ... Nie czuli niczego innego prócz swoich 
gorących ciał.  
Odgłos dzwonka od windy zabrzmiał w ich uszach jak huk 
wystrzału. Z trudem oderwali się od siebie i przez chwilę, 
która zdawała się nie mieć końca, patrzyli sobie w oczy.  
Potem Willow raptownie· odwróciła się do drzwi, w samą 
porę, by schować piersi i poprawić suknię. Drzwi windy 
otworzyły się i na korytarz niedaleko od nich wyszło trzech 
męŜczyzn w smokingach.  
Steve zaklął cicho, kucnął i zaczął zbierać drobiazgi, które 
wysypały się z torebki Willowo Szminka, karta kredytowa, 
klucz do pokoju ...  
Wszystko to, prócz klucza, zebrał i wsypał do środka.  
W stał i wsunął klucz w zamek. śadne z nich nie miało 
odwagi unieść wzroku, by spojrzeć na drugie, gdy mijali ich 
rozgadani męŜczyźni.  
Kiedy znów zostali sami, Willow odwróciła głowę i spojrzała 
na Steve'a. Stał bez ruchu, jak posąg, maleńka torebka 
wyglądała w jego rękach jak dziecinna zabawka.  
- Nic nie mów - poprosił.  
Nie mogła spełnić jego prośby. Nie 
potrafiła.  

background image

- Wejdziesz? - szepnęła.  
Pokręcił głową i podał jej torebkę· - Nie mogę.  
- Dobrze. Jak sobie chcesz. - W jej głosie była tylko złość 
odrzuconej kobiety.  
Otworzyła drzwi i nie oglądając się na Steve'a, weszła do 
pokoju. Kiedy odwróciła się do niego, na jej ustach igrał 
diabelski uśmieszek.  
- Jeśli cię to interesuje, to powiem ci tylko, Ŝe nie mam na 
sobie majtek - skłamała i z hukiem zatrzasnęła za sobą 
cięŜkie drzwi.  
Jęknął i z trudem zapanował nad pragnieniem, by uderzyć 
głową o ścianę.  
Willow przeszła parę kroków, cisnęła torebkę na podłogę, 
przysiadła na łóŜku, skuliła ramiona i wybuchnęła  
bezgłośnym szlochem.  
 

.  

Uporczywy dzwonek telefonu· wdarł się wreszcie w 
niespokojne sny Willow i przywrócił ją do rzeczywistości. 
Na wpół przytomna wyciągnęła rękę i sięgnęła po słuchawkę·  
- Słucham - mruknęła zaspanym głosem.  
- JuŜ dziesięć po ósmej - odezwał się główny bohater jej 
nocnych rojeń. - Punktualnie o ósmej mieliśmy się spotkać na 
dole w holu. Jesteś jeszcze w łóŜku? spytał podejrzliwie.  
Zanim odpowiedziała, usiadła gwałtownie i opuściła bose 
stopy na podłogę.  
- Nie. - Aby dodać swym słowom wiarygodności, stanęła z 
wysiłkiem na nogi. - JuŜ wstałam. Właśnie ... właśnie 
miałam wziąć prysznic, ale usłyszałam dzwonek 1. ..  
- Jeszcze się nie umyłaś? Niech to cholera, Willow - Głos 
Steve'a wyraźnie wskazywał, Ŝe nie ona jedna miała cięŜką 
noc. - O dziewiątej jesteśmy umówieni z Ethanem 
Robertsem. Myślałem, Ŝe zaleŜy ci na tym, Ŝeby jak 

background image

najszybciej wyjaśnić całą sprawę.  
Steve westchnął cięŜko, jak zwykli robić to męŜczyźni 
rozczarowani kobiecą lekkomyślnością.  
- Za ile będziesz na dole?  
- Za kwadrans. Góra dwadzieścia minut - odparła i nie 
czekając na odpowiedź, odłoŜyła słuchawkę.  
 
Steve stał bez ruchu, nie odkładając słuchawki, z zamyśloną 
miną. Co teŜ mogła na sobie mieć? Jedwabny szlafrok, 
gładki i miękki jak jej skóra? Zawinięty wokół ciała szorstki 
hotelowy ręcznik? A moŜe w ogóle niczego na sobie nie 
miała? Ta ostatnia moŜliwość wyrwała mu z piersi głuchy 
jęk.  
Steve nigdy jeszcze nie pragnął Ŝadnej kobiety tak bardzo jak 
Willow Ryan. I to nie tylko z powodu gry1 którą prowadziła 
z nim przez cały ubiegły wieczór. Odkąd ją poznał, odkąd po 
raz pierwszy zmierzyła go spojrzeniem swoich wielkich, 
brązowych oczu, narastało w nim coś, czego dotychczas nie 
doświadczał.  
Czuł, Ŝe musi być bardziej ostroŜny niŜ kiedykolwiek.  
Miał niewątpliwą słabość do kobiet, które popadły w 
kłopoty, a one w sposób równie oczywisty skłonne były 
zdawać się na jego opiekę. Powinien był jej o tym 
powiedzieć. Uniknęliby, być moŜe, całego tego napięcia, 
jakie wytworzyło się między nimi wieczorem. Świadomość, 
Ŝ

e oboje znaleźli się we władzy tej samej namiętności, 

pomogła wziąć się w garść. JeŜeli tym razem jego uczucia 
okaŜą się trwalsze od sytuacji, która je zrodziła, podda się im. 
I podda się Willowo Ale nie wcześniej.  
- Miejmy nadzieję, Ŝe Ethan Roberts okaŜe się jej ojcem i 
będziemy mogli zamknąć sprawę juŜ dzisiaj mruknął do 
siebie w końcu i odłoŜył słuchawkę.  

background image

 
Willow uwinęła się w ciągu kwadransa. Nigdy jeszcze nie 
umyła się i nie umalowała równie szybko. W ciągnęła na 
siebie barwną sukienkę w wielkie kwiaty w pastelowych 
kolorach i pantofle na obcasie z paskami wokół kostek. 
Spojrzała w lustro. Małe złote kolczyki i naszyjnik z 
drobnych ogniwek dopełniały całości i sprawiały, Ŝe. 
wyglądała, jakby nic nadzwyczajnego się nie zdarzyło.  
Najchętniej usunęłaby wczorajszy wieczór z pamięci - swojej 
i jego. Nigdy wcześniej nie droczyła się z nikim tak jak ze 
Steve'em. "Jeśli cię to interesuje, to powiem ci tylko, Ŝe nie 
mam na sobie majtek". Co właściwie kazało jej posunąć się 
aŜ do tego kłamstwa? - pytała samą siebie. I co by zrobiła, 
gdyby dał się sprowokować i wszedł za nią wczoraj do 
pokoju?  
Obudziłaby się teraz w łóŜku z męŜczyzną, którego 
właściwie w ogóle nie zna! Z którego twarzy nie znikał 
pewny siebie uśmieszek. Z męŜczyzną, którego wielkie i 
silne dłonie dotykały jej tak delikatnie ... który sprawiał 
wraŜenie ulicznika, a zachowywał się jak rycerz w lśniącej 
zbroi; którego jedno spojrzenie wystarczyło, by obudzić w 
niej poŜądanie.  
To byłoby ... cudowne. I głupie.  
I nie zamierzała myśleć o tym ani przez sekundę dłuŜej.  
Od tej pory, obiecała sobie, będą tylko i jedynie partnerami 
we wspólnym przedsięwzięciu. Wynajęła Steve'a, by pomógł 
jej odnaleźć ojca. Fakt, Ŝe budził w niej wiele innych 
pragnień, kłopotliwych dla nich obojga, nie miał i nie 
powinien mieć tu nic do rzeczy.  
 
Steve stał oparty o marmurową kolumnę i obserwował gości 
nieustannie wyłaniających się i znikających w drzwiach 

background image

sześciu hotelowych wind, Kiedy Willow pokazała się w 
jednych z nich, dokładnie po upływie siedemnastu minut, 
nawet nie drgnął.  
Ku jego zaskoczeniu drapieŜny wamp zniknął. JeŜeli miała 
do niego pretensje z powodu wczorajszego wieczoru, to nie 
pokazywała tego po sobie. Po baczniejszej obserwacji uznał 
jednak, Ŝe kiedy tak stała bezradnie pośród mijających ją 
ludzi i wypatrywała go, wyglądała na lekko zdenerwowaną. 
Zastanawiał się, czy to z powodu wydarzeń wczorajszego 
wieczoru, czy rychłego spotkania z człowiekiem, który moŜe 
okazać się jej ojcem. Kiedy po raz trzeci przesunęła po nim 
spojrzeniem, nie poznając go, umyślnie zmienił pozycję, by z 
jej miny wyczytać odpowiedź.  
Ujrzawszy go, rozjaśniła się jak dziecko rozpakowujące 
ś

wiąteczny prezent. Steve poczuł silne wzruszenie. I wtedy 

właśnie Willow zarumieniła się i opuściła wzrok, dając mu w 
ten sposób kilka sekund potrzebnych na to, Ŝeby zapanować 
nad emocjami, oderwać się od kolumny i stanąć o własnych 
siłach.  
KaŜde z nich pospieszyło naprzeciw drugiemu i oboje 
zatrzymali się równocześnie o krok od siebie, niepewni, co 
mają począć.  
- Jeśli chodzi o wczorajszy wieczór, to ... - zaczęli oboje 
równocześnie i urwali.  
Wymienili niezręczne uśmiechy mające zachęcić do 
mówienia, ale to niczego nie rozwiązało.  
- Damy mają pierwszeństwo. - Steve usiłował Ŝartować ..  
- Chciałam cię przeprosić za swoje zachowanie ubiegłego 
wieczoru - oznajmiła Willow, nie patrząc mu w oczy. - Nie 
powinnam była tak postępować i wstydzę się tego. 
Przepraszam, Steve.  
- Ja nie - mruknął w odpowiedzi, zastanawiając się, czy 

background image

dziwny ucisk serca ustąpiłby, gdyby pocałował ją na 
powitanie.  
Willow spojrzała mu w oczy.  
- Co chcesz przez to powiedzieć?  
- Ja? - Steve poczuł, Ŝe cięŜar na jego piersi zelŜał nieco pod 
wpływem jej spojrzenia. - Chcę powiedzieć, Ŝe nie jest mi 
przykro z powodu twojego zachowania.  
Nagle, sam nie wiedząc dlaczego, poczuł się znów 
szczęśliwy. To było cudowne uczucie. Zapomniane od lat. 
Uśmiechnął się.  
- Mam nadzieję, Ŝe i ty w niedalekiej przyszłości zmienisz 
zdanie - powiedział i wyciągnął dłoń, by wsunąć za ucho 
niesforny jedwabisty kosmyk. - I przestaniesz się wstydzić 
tego, Ŝe masz ochotę mnie uwieść.  
Willow patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.  
Nic nie odpowiedziała.  
- Chodźmy. - Podał jej ramię i poprowadził w stronę wyjścia. 
- Czeka nas śniadanie z Ethanem Robertsem.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ 7 
 
 
Dom Ethana Robertsa stał w cichej i zamoŜnej części miasta 

background image

na północ od Wilshire Boulevard, zwanej Pacific Palisades. 
W przeciwieństwie do ostentacyjnego bogactwa Beverly 
HilIs, Pacific Palisades ukrywała. otoczonego grodami 
rezydencje za wysokimi, gęstymi Ŝywopłotami.  
Do domu Ethana Robertsa prowadziła kręta droga pośród 
drzew, przegrodzona masywną bramą znajdującą się pod 
nieustanną obserwacją kamer wideo. Sam dom był obszerny, 
lecz zaskakująco skromny. Wokół rosły stare, okazałe 
drzewa, a na starannie utrzymanych trawnikach wybuchały 
feeriami barw kwitnące krzewy.  
Na tarasie wyłoŜonym czerwoną terakotą, pomiędzy 
obsypanymi jaskrawym kwieciem donicami, stały wokół 
stołu proste drewniane fotele z płóciennymi poduszkami. 
Nieco z boku znajdowało się małe boisko do koszykówki, a 
po drugiej stronie domu garaŜ. Przed zamkniętymi drzwiami 
stał stalowoszary lincoln continental. Na podjeździe 
zaparkowany był niebieski minivan.  
W poprzek wyłoŜonej terakotowymi 'płytkami ścieŜki 
wiodącej do frontowych drzwi wylegiwał się w słońcu 
wielki, czarno-biały kot. Steve zaparkował swego mustanga 
za minivanem i zgasił silnik. Wokół zapanowała cisza, którą 
zakłócało tylko łopotanie flagi targanej poranną bryzą.  
- BoŜe, błogosław Amerykę - mruknął z ironią Steve i 
spojrzał spod oka na swoją pasaŜerkę. '  
- Nie lubisz patriotyzmu?  
- Lubię, kiedy wiem, Ŝe jest prawdziwy. - Wysiadł, obszedł 
samochód, otworzył drzwiczki i podał jej rękę. A to, co tu 
widzę, wygląda mi na teatralną dekorację, zaprojektowaną 
dla potrzeb polityka, a nie na prawdziwy dom, w którym 
mieszkają ludzie.  
Pozostawiła jego słowa bez komentarza. Wysiadła i ruszyli 
razem ścieŜką w stronę ,domu. Rozejrzawszy się dookoła, 

background image

musiała przyznać mu rację. Wszystko wokół zdawało się 
doskonale zaaranŜowane, a miało świadczyć o tym, Ŝe oto 
pomimo ekskluzywnego adresu mieszka tu budząca zaufanie 
przeciętna amerykańska rodzina.  
W rzeczywistości miejsce, w którym się znaleźli, wydawało 
się pozbawione Ŝycia. Brakowało w nim kogoś, moŜe 
dziewczynki, która przed chwilą rzuciła rower, chłopców 
grających w koszykówkę, a moŜe kogoś siedzącego na tarasie 
z ksiąŜką w ręku. Nawet leŜący w poprzek ich drogi kot 
sprawiał wraŜenie sztucznego.  
- MoŜe mama dokądś poszła z dziećmi - zasugerowała. - Na 
spacer. Na mecz piłkarski. Albo Ŝeby kupić dzieciom buty.  
- To czemu samochód stoi przed domem? - Steve nie dawał 
się przekonać.  
Drzwi otwarły się gwałtownie i z domu wybiegła mała 
dziewczynka w Ŝółtej sukience, Ŝółtych skarpetkach i 
róŜowych tenisówkach starannie zawiązanych na kokardki. 
 

 

Nie patrząc na nich, mała gnała pędem w dół ścieŜki. W 
pewnym momencie zdawało się, Ŝe zaraz się przewróci. 
Steve wyciągnął do niej ręce, ale dziewczynka zręcznie go 
wyminęła i pobiegła dalej za ujadającym cocker spanielem, 
który pędził prosto na wylegującego się kota.  
Oboje odwrócili się i czekali na to, co miało się wydarzyć. 
Niemal jednocześnie usłyszeli głośne syczenie roz-
gniewanego kota i skomlenie' szczeniaka, który zakosztował 
ostrych pazurów. Dziewczynka schyliła się i wzięła na ręce 
przestraszonego ulubieńca, który uciekł do niej z 
podwiniętym ogonem.  
- Mary Catherine, zostaw tego psa, zanim wybrudzi twoją 
sukienkę - zakomenderował kobiecy głos.  
Przed drzwiami stała młoda kobieta w białym stroju do 

background image

tenisa, adidasach i róŜowych skarpetkach. Na białą bluzkę 
narzuciła zielony sweterek. Miała opalone nogi i jasne włosy 
związane czerwoną wstąŜką w koński ogon. W jednej ręce 
trzymała sportową torbę i rakietę tenisową, w drugiej klucze. 
Sprawiała wraŜenie osoby, która się śpieszy.  
- Mary Catherine, zaraz musimy jechać. Alma nie zdąŜy cię 
przebrać.  
Dziewczynka odwróciła się w ich stronę, nie wypuszczając 
psa z objęć. Na Ŝółtej sukience juŜ widać było ślady psich 
łap.  
- Ale, mamo, Butterscotch potrzebuje ...  
- Butterscotch musi się zacząć sam o siebie martwić - 
zabrzmiał za ich plecami surowy męski głos.  
Odwrócili się jak na komendę. Willow starała się nie gapić 
zbyt natrętnie na stojącego w drzwiach wysokiego, 
przystojnego męŜczyznę. Miał na sobie beŜową koszulę 
polo z krótkimi rękawami, sportowe spodnie w kolorze 
khaki i lekkie skórzane pantofle.,  
Bujne wąsy i bokobrody, wyraz młodzieńczej fantazji, 
zniknęły oczywiście bez śladu. Czterdziestoparoletni Ethan 
Roberts strzygł się krótko i golił gładko jak przystało na 
kandydata konserwatystów. Na jego skroniach wśród 
brązowych włosów pojawiła się zapowiedź siwizny, wokół 
oczu i ust zarysowały się zmarszczki, których nie było na 
zdjęciach. Niewątpliwie, z czasem zaczął przywiązywać 
większą wagę do elegancji. Pomimo wszystkich tych zmian 
pozostało w nim tak oczywiste podobieństwo do młodzieńca 
z fotografii, Ŝe Willow nie mogła się nadziwić, Ŝe sama go od 
razu nie poznała.  
Najwyraźniej brakło jej doświadczenia Steve'a.  

 

W kaŜdym razie miała przed sobą męŜczyznę, który mógł 
okazać się jej ojcem. Ale tylko mógł, starała się uciszyć 

background image

niespokojne serce. Pamiętaj, powtarzała sobie w duchu, Ŝe 
to nic pewnego.  
- Zostaw psa, proszę - odezwał się męŜczyzna i chodź. 
Przeproś naszych gości, bo omal na nich nie wpadłaś.   
- Dobrze, tatusiu. - Dziewczynka natychmiast spełniła 
Ŝ

yczenie ojca.  

Postawiła szczeniaka na ziemi i ruszyła w kierunku Willow i 
Steve' a. Po drodze bezskutecznie starała się strzepnąć z 
sukienki ślady psich łap.  
- Co się mówi? - zapytał ojciec, gdy mała stanęła przed 
gośćmi.  
- Przepraszam, Ŝe na państwa' omal nie wpadłam zaczęło 
dziecko. - Nie powinnam tak pędzić. Ale chciałam złapać 
Butterscotcha, który nie powinien biegać sam przed domem. 
Bałam się, Ŝe kot go podrapie.  
Mary Catherine rzuciła wzrokiem na ojca, oczekując jego 
aprobaty. Kiedy skinął głową, wyraz napięcia zniknął z 
twarzy dziewczynki, a jego miejsce zajęła ulga. Odwróciła 
się i popędziła do minivanu.  
- Nie biegnij tak - napomniał ją jeszcze ojciec, po czym 
wzruszył ramionami i zwrócił się do gości. - To była moja 
córka Mary Catherine. A to moja Ŝona Joanna.  
Ethan Roberts objął stojącą obok kobietę jakby pozował do 
zdjęcia.  
- Miło mi was poznać. - Joanna uścisnęła im obojgu ręce. - 
Bardzo nie lubię poznawać kogoś i od razu się rozstawać, ale 
juŜ jesteśmy spóźnione. Muszę jeszcze podrzucić Mary 
Catherine do przedszkola, zanim pojadę do klubu. Będziemy 
o trzeciej - zwróciła się do męŜa i nadstawiła policzek do 
pocałunku. - Przypomnij Almie, Ŝeby trzymała psa w domu, 
dobrze?  
Ethan kiwnął głową i jego Ŝona bez dalszych ceregieli 

background image

ruszyła ścieŜką do samochodu. Steve'a uderzyło, Ŝe 
prezentacja dokonana przez Robertsa była jednostronna. 
Zastanawiał się, czy postąpił tak przypadkiem czy umyślnie. 
Zaciekawiło go równieŜ, czy spotkanie z Ŝoną i córką 
gospodarza było przypadkowe, czy teŜ zawdzięczali je 
obecności kamery, która zarejestrowała przed chwilą ich 
wjazd na obszar rezydencji.  
Kandydat na senatora postarał się, by nikt nie mógł posądzić 
go, Ŝe ukrywa przed Ŝoną spotkanie z córką swojej 
dziewczyny sprzed lat, a być moŜe takŜe ze swoim 
porzuconym przez niego jeszcze przed narodzeniem 
dzieckiem.  
- Panna Ryan, jak się domyślam - odezwał się, kiedy 
samochód odjechał sprzed domu.  
- Tak, Willow Ryan. A to ... - Willow zawahała się przez 
chwilę, bo nie miała pojęcia, w jaki właściwie sposób 
przedstawia się prywatnego detektywa - mój współpracownik 
Steve Hart.  
MęŜczyźni uścisnęli sobie ręce. Willow miała wraŜenie, Ŝe 
obaj chcieli sprawdzić, który z nich jest silniejszy. - Proszę 
do środka. - Ethan cofnął się i zaprosił ich szerokim gestem.  
Wnętrze domu, podobnie jak jego otoczenie, miało 
najwyraźniej przekonywać gości, Ŝe znajdują się we 
wzorowym, spokojnym i zadbanym amerykańskim domu. 
Ś

ciany pokryte były tapetami w drobny wzorek. Luksus nie 

rzucał się w oczy, choć stare meble, niektóre jeszcze z 
Anglii, świadczyć miały o przywiązaniu do tradycji. W 
salonie nad kominkiem wisiał wielki, olejny obraz - siedząca 
w fotelu Joanna trzymała na kolanach  
małą Mary Catherine, na poręczy fotela przysiadł jede-
nastoletni mniej więcej chłopiec, obok stał drugi, wyglą-
dający na jakieś piętnaście lat. Ethan Roberts stał za nimi. 

background image

Jedną rękę trzymał na oparciu fotela, drugą na ramieniu 
starszego syna. Wyglądał przy nich jak patriarcha, wzorowy 
ojciec wzorowej amerykańskiej rodziny.  
- Upłynęło juŜ ładne kilka lat, odkąd był malowany - odezwał 
się Ethan, który zauwaŜył, Ŝe Willow patrzy na rodzinny 
portret. - Chłopcy przyjechali wtedy właśnie do domu ze 
szkoły na święta BoŜego Narodzenia. Na poręczy fotela 
siedzi Edward. Obok stoi Peter. No a Mary Catherine juŜ 
poznaliście. Miała wtedy trzy lata.  
- Ma pan wspaniałą rodzinę - odezwała się Willow. 
Nic nie mogła poradzić na to, Ŝe próbowała wyobrazić sobie, 
jak by to było dołączyć do rodziny Robertsów. Miałaby małą, 
słodką siostrzyczkę, braci ... Poczuła na plecach dłoń Steve'a 
i to ją otrzeźwiło. Za wcześnie było jeszcze na rozpływanie 
się w marzeniach.  
- Musi pan być z niej bardzo dumny.  
- Owszem, jestem -zgodził się Ethan. - Jestem bardzo dumny 
z moich dzieci.  
Odwrócił się w kierunku drzwi prowadzących w głąb domu.  
- Alma! - krzyknął niecierpliwie.  
W drzwiach stanęła kobieta w średnim wieku, o wyraźnie 
południowej urodzie, ubrana w czarną suknię i fartuszek 
pokojówki.  
- Pies Mary Catherine znów znalazł się przed domem -
odezwał się Ethan takim tonem, jakby obwiniał pokojówkę O 
wszelkie niedociągnięcia. - Dopilnuj, Ŝeby trafił do swojej 
zagrody. I odprowadź rower na miejsce, do garaŜu.  
Pokojówka kiwnęła głową.  
- Śniadanie zjemy na tarasie za ... - Ethan Roberts spojrzał na 
złotego rolexa - piętnaście minut.  
Pokojówka powtórnie kiwnęła głową i nic nie mówiąc, 
wyszła z salonu.  

background image

Ethan Roberts odwrócił się do gości z czarującym 
uśmiechem.  
- Tędy, proszę - wskazał im dwuskrzydłowe, przeszklone 
drzwi, za którymi rozciągał się oszałamiająco piękny widok 
na Pacyfik.  
 
Czekali z rozpoczęciem rozmowy do chwili, gdy Alma, która 
przyniosła owocowe sałatki, meksykańskie zakąski i kawę, 
odeszła od stołu.  
- Dziękuję bardzo, senora - odezwał się Steve po hiszpańsku. 
- Zrobiła pani pyszne śniadanie.  
Słysząc uprzejme podziękowanie w ojczystym języku, 
pokojówka spojrzała na niego zaskoczona.  
- Nie ma za co - odpowiedziała po hiszpańsku z nieśmiałym 
uśmiechem, po czym wróciła do domu, zamykając za sobą 
drzwi na taras.  
- Mówisz po hiszpańsku? - spytała zaskoczona Willow.  
Steve wzruszył ramionami.  
- W moim zawodzie to się przydaje.  
- A jaki jest właściwie pański zawód? - wtrącił zaciekawiony 
Ethan Roberts. - Jeśli się nie mylę, nie było ó tym dotąd 
mowy.  
- Jestem prywatnym detektywem - wyjaśnił Steve, ciekaw, 
jak jego rozmówca przyjmie tę wiadomość.  
- Rozumiem. - Roberts pociągnął łyk kawy i podniósł wzrok 
na Willowo - Dowiedziałem się, Ŝe chciała , mi pani zadać 
jakieś pytania dotyczące pani matki.  
- Tak ... - Teraz, kiedy wreszcie nadszedł ten moment, nie 
miała pojęcia, jak właściwie sformułować dręczące ją 
pytanie. - Ciekawa jestem ... to jest, chciałam powiedzieć ... 
MoŜe najlepiej będzie, jak zacznę od tego, Ŝe moja matka 
zginęła w wypadku samochodowym, kiedy miałam pięć 

background image

miesięcy ...  
Urwała i spojrzała z napięciem na Ethana.  
- To przykre ~ stwierdził ze współczuciem. - Nie wiedziałem 
o tym. Odkąd Donna przed laty tak nagle zniknęła mi z oczu: 
nie miałem o niej Ŝadnych wiadomości.  
- Aha ... W kaŜdym razie wiem o niej bardzo niewiele, a 
niczego o moim ojcu. Postanowiłam go odszukać i dlatego 
przyjechałam do Los Angeles. Wiem, Ŝe pracował pan razem 
z moją matką w telewizji i Ŝe mieszkaliście w tym samym 
domu i ...  
- I pomyślała pani, Ŝe opowiem coś o pani matce?  
- spytał domyślnie Roberts.  
- Tak. - Willow z wyraźną ulgą odsunęła chwilę, w której 
trzeba będzie wreszcie zadać trudne pytanie. - Tak ... 
pomyślałam, Ŝe być moŜe opowie mi pan coś o niej. Bo 
pewnie ją pan pamięta.  
- Owszem, pamiętam, i to całkiem nieźle. Była wspaniałą 
młodą kobietą. Bardzo piękną. Pod tym względem jest pani 
do niej podobna - uśmiechnął się do Willowo  
Willow odpowiedziała uśmiechem, ale nie odezwała się. 
Wiedziała, Ŝe wcale nie jest podobna do matki, i miała 
nieprzyjemne wraŜenie, Ŝe. w ujmującej uprzejmości Ethana 
Robertsa kryje się coś śliskiego.  
Być moŜe politycy muszą być tacy, pocieszyła się w 
myślach.  
- Jak blisko znał pan Donnę Ryan? - wtrącił zniecierpliwiony 
kurtuazyjnym dreptaniem w miejscu Steve.  
Rozumiał, Ŝe Willow stara się być delikatna, ale czuł, Ŝe jeśli 
nie podejmie draŜliwego tematu, to odejdą z niczym. 
Kandydat na senatora miał najwyraźniej skłonność do 
unikania kłopotliwych zagadnień.  
- Czy spotykał się pan z nią? - zapytał ciekaw, czy 

background image

odpowiedź zgodna będzie z tym, co juŜ wiedzą.  
- Czy się z nią spotykałem? - Głos Ethana brzmiał tak, jakby 
nie był pewny, co właściwie te słowa znaczą. - Wydaje się, 
Ŝ

e moŜna to tak nazwać.  

- Wydaje się? ~ Steve nawet nie starał się ukryć sarkazmu w 
głosie.  
Willow spiorunowała go wzrokiem za tę niedelikatność, ale 
nie zwrócił na nią uwagi.  
- Albo się pan z nią spotykał, albo nie. Osobiście widzę tylko 
te dwie moŜliwości. Więc?  
- W studiu filmowym zasugerowano nam raz czy dwa jakieś 
wspólne wyjścia. Ze względów reklamowych. - Ethan urwał i 
pociągnął łyk kawy. - To się wtedy praktykowało. Widzowie 
lubili, Ŝeby bohaterowie mieli teŜ ze sobą coś wspólnego w 
Ŝ

yciu prywatnym.  

- Zarządca, Ken Amberson, powiedział nam, Ŝe to pan 
ś

ciągnął Donnę do Bachelor Arms. To teŜ zrobił pan ,ze 

względów reklamowych?  
- Donna powiedziała mi, Ŝe szuka mieszkania. Chciałem jej 
pomóc. To wszystko.  
- Jack Shannon przedstawił nam to trochę inaczej.  
- Jack Shannon? - Na dźwięk znajomego nazwiska na twarzy 
Ethana pojawił się wyraz niepokoju, który zaraz zniknął za 
uprzejmym uśmiechem. - Od dawna o nim juŜ nic nie 
słyszałem, choć czytuję jego artykuły. Co tam słychać u 
starego Jacka?  
Steve zignorował pytanie.  
- Stary Jack powiedział nam, Ŝe Donna była pana 
dziewczyną. I Ŝe był pan z tego bardzo dumny.  
Uśmiech znikł z twarzy Ethana.  
- Całkiem moŜliwe, Ŝe tak było. - Zmierzył Steve'a zimnym 
wzrokiem. - Byłem wtedy młodym, samotnym męŜczyzną. 

background image

Donna była piękną dziewczyną. Przyznaję, Ŝe mogłem Ŝywić 
pewne - w tym miejscu spojrzał na Willow przepraszającym 
wzrokiem - zakusy wobec niej. Ale, niestety, nic z nich nie 
wyszło. Zapewniam was o tym.  
- Więc nie spał pan z nią?  
- Czy z nią ... spałem? - Na twarzy Ethana pojawił się wyraz 
głęboko uraŜonej niewinności. - Nie. Stanowczo nie. Nie 
rozumiem nawet, skąd przyszło panu do głowy takie pytanie. 
Zwłaszcza w obecności jej córki.  
- PoniewaŜ sądziliśmy, Ŝe być moŜe jestem takŜe pańską 
córką - odpowiedziała Willow za Steve'a.  
- Moją córką? - Ethan Roberts zmierzył ją takim wzrokiem, 
jakby nie wierzył własnym uszom. - Nie, Ja ...  
Ethan urwał i podniósł się od stołu. Jego twarz wyraŜała teraz 
szczere oburzenie.  
- JeŜeli to szantaŜ, to lepiej od razu' dajcie sobie spokój. - 
Spojrzał na nich groźnie z góry. - I opuśćcie mój dom, zanim 
wezwę policję. W tej chwili.  
Willow podniosła się, gotowa wyjść, ale Steve z nie-
zmąconym spokojem połoŜył jej dłoń na ramieniu.  
- Spokojnie, Roberts - odezwał się leniwie, nie mając 
Ŝ

adnych wątpliwości, Ŝe ich rozmówca blefuje. - Nie dzieje 

się jeszcze nic strasznego. Moja klientka nie potrzebuje 
pańskich pieniędzy ani nie szuka sensacji. Gdyby ich 
potrzebowała, wystarczyłoby, Ŝeby sprzedała prasie to, co juŜ 
mamy. Chodzi jej wyłącznie o to, Ŝeby dowiedzieć się, czy 
moŜe pan być jej ojcem. To wszystko.  
- Powiedziałem wam juŜ, Ŝe taka moŜliwość jest absolutnie 
wykluczona.  
- W porządku. - Steve nie zamierzał się spierać. Nie jest pan 
ojcem Willowo A czy wie pan, kto moŜe nim być?  
- A skąd miałbym to wiedzieć?  

background image

- Pracowaliście razem. Byliście sąsiadami. Mieliście 
wspólnych przyjaciół. Chyba mógłby pan wiedzieć, z kim 
Donna się spotykała.  
Steve przeniósł spojrzenie na Willowo - PokaŜ 
panu Robertsowi zdjęcia.  
Willow sięgnęła do torebki, wydobyła kopertę, wysypała z 
niej zdjęcia i podała Robertsowi. Kandydat na senatora 
zastanawiał się przez chwilę, ale w końcu usiadł.  
- PokaŜ jeszcze kartkę.  

.  

Ethan Roberts wziął fotografie do ręki i przejrzał je uwaŜnie.  
- Ani pan, ani Zeke Blackstone nie zmieniliście się tak 
bardzo, Ŝeby nie moŜna było was poznać. Bachelor Arms teŜ 
nietrudno było zidentyfikować. Rozmawialiśmy z zarządcą, 
który twierdzi, Ŝe pan i Eryk Shannon spotykaliście się z 
Donną, choć zastrzegł, Ŝe nie wie, na ile bliskie były to 
znajomości. - Przerwał na chwilę, by Ethan mógł spokojnie 
obejrzeć kartkę. - Domyślam się, Ŝe to nie pan był jej 
nadawcą?  
- Nie. - Ethan energicznie potrząsnął głową. - Być moŜe 
napisał ją Eryk.  
- Być moŜe - zgodził się Steve, wzruszając ramionami. - Eryk 
nie Ŝyje, a tym samym nie moŜe ani potwierdzić pańskich 
słów, ani im zaprzeczyć.  
Powiedział to tak dobitnie, Ŝe Willow powtórnie zgromiła go 
wzrokiem. Steve pokręcił głową, jakby odradzał jej wtrącanie 
się do rozmowy. .  
- Zarządca ,Bachelor Arms miał nam sporo do opowiedzenia. 
Dzięki niemu poznaliśmy wszystkie okropne szczegóły 
tragicznej śmierci Eryka, usłyszeliśmy co nieco o innych 
mieszkańcach domu i poznaliśmy dziwaczne plotki o jakiejś 
damie z lustra w apartamencie lG.  
- Na śmierć zapomniałem o tym lustrze - mruknął Ethan i 

background image

powrócił do studiowania fotografii.  
Willow miała niejasne wraŜenie, Ŝe stara się zyskać na 
czasie, jakby nie był do końca pewny, co ma im powiedzieć.  
- Pan Amberson twierdzi, Ŝe pan teŜ ją widział. Ethan 
podniósł wzrok znad zdjęć.  
- Ambersonowi pomieszało się w głowie - powiedział ostro. 
W jego głosie moŜna było wyczuć gniew spowodowany 
gadulstwem zarządcy Bachelor Arms.  
- Co do tego nie mam wątpliwości - zgodził się Steve. - Sam 
teŜ uwaŜam te pogłoski za bzdury.  
Naprawdę interesowało go w tej chwili głównie to, dlaczego 
wspomnienie damy z lustra wywołało tak gwałtowną reakcję 
ich rozmówcy.  
- Jack i Faith Shannonowie teŜ zresztą mówili nam o damie z 
lustra. Twierdzą, Ŝe oboje ją widzieli - podjął Steve ciekaw, 
czy Robertsa bardziej poruszyła wzmianka o lustrze, czy 
gadulstwo Ambersona.  
- Faith Shannon powiedziała, Ŝe to wydarzenie zmieniło całe 
ich Ŝycie - dorzuciła Willow, domyślając, się w lot, o co mu 
chodzi.  
Ale Ethan Roberts zdąŜył juŜ odzyskać swój pokazowy 
spokój wytrawnego gracza.  
- Zawsze mi 'się wydawało, Ŝe śmierć brata pozostawiła 
trwały uraz w umyśle Jacka.   
Pozbierał fotografie i wręczył je Willowo Wydawało się jej, 
Ŝ

e na jego opanowanej twarzy igra ironiczny uśmieszek, ale 

nie była tego pewna.  
- Przykro mi, Ŝe nie mogę wam pomóc.  
Steve wzruszył ramionami i podniósł się z krzesła.  
- Podejrzewałem, Ŝe to daleki strzał. Garść zdjęć i kartka 
sprzed ćwierć wieku to niewiele. Mówiłem to Willow, kiedy 

background image

do mnie przyszła.  
- Nie straciłam jeszcze nadziei. - Willow siedziała przy stole i 
chowała zdjęcia do torebki. - Pozostaje nam pudło z rzeczami 
Eryka, które pan Amberson dał Jackowi. Być moŜe 
znajdziemy tam jakieś listy, zdjęcia, moŜe dziennik. Jack 
mówił przecieŜ, Ŝe jego brat był pisarzem. No i nie 
rozmawialiśmy jeszcze z Zeke'em Blackstone' em. MoŜe on 
będzie wiedział coś więcej.  
Podniosła się od stołu i podała Ethanowi rękę.  
- Dziękuję, Ŝe zechciał pan poświęcić nam swój czas, panie 
Roberts. Przepraszam, jeŜeli zdenerwowaliśmy pana.  
- Nic się nie stało - odparł Ethan z gładkim uśmiechem. - 
Przykro mi tylko, Ŝe nie mogłem okazać się pomocny.  
W szedł z nimi do domu i przycisnął guzik. Natychmiast 
pojawiła się przy nich pokojówka.  
- Alma was odprowadzi. Ja, niestety, mam kilka pilnych 
rozmów telefonicznych.  
Przeszli przez dom w milczeniu. Dopiero przed drzwiami 
wejściowymi Steve spytał o coś Almę po hiszpańsku.  
Pokojówka spojrzała za siebie, jakby chciała się upewnić, Ŝe· 
Roberts zniknął, i odpowiedziała na jego pytanie 
gwałtownym potokiem słów.  
- Gracias, senora - podziękował grzecznie Steve. Sięgnął do 
kieszeni i wydobył wizytówkę, którą podsunął Almie wraz z 
dwudziestodolarowym banknotem. Przy okazji zadał 
pokojówce kolejne pytanie w niezrozumiałym dla Willow 
języku.  

.  

Alma zawahała się, po czym wzięła wizytówkę wraz z 
napiwkiem do ręki, obejrzała Ją i oddała Steve'owi. Pieniądze 
wsunęła zręcznie do kieszonki białego fartuszka.  
- O co w tym wszystkim chodzi? - spytała Willow, kiedy juŜ 
znaleźli się przed domem. :- O co ją pytałeś?  

background image

- Od jak dawna pracuje u Robertsów.  
- I co ci powiedziała?  
- Prawie osiem lat.  
- Powiedziała ci coś jeszcze?  
Doszli do samochodu. Steve otworzył przed Willow 
drzwiczki, a kiedy wsiadła, zatrzasnął je, obszedł samochód i 
zajął miejsce za kierownicą ..  
- PrzecieŜ ona mówiła coś jeszcze. Co to było? - dopytywała 
się niecierpliwie Willowo  
- Na pewno chcesz wiedzieć? Nie świadczy to najlepiej o 
twoim ewentualnym tatusiu.  
Spojrzała na niego ze złością.  
- Nie jestem mimozą. Chcę wiedzieć; czego się dowiedziałeś. 
Za to ci płacę.  
- Zdaje się, Ŝe rodzina kandydata na senatora nie jest wcale 
taka idealna.  
Willow prychnęła, dając mu do zrozumienia, Ŝe nie odkrył 
Ameryki.  
- Czy ty teŜ· miałaś wraŜenie, Ŝe to wszystko bardziej 
przypomina dekoracje teatralne niŜ prawdziwy dom?  
- Nie trzeba mieć do tego specjalnie bystrego wzroku. To 
jasne, Ŝe coś w tym musi być nie tak.  
Steve był rozanielony.  
- Niech to diabli, niezła jesteś, mała - odezwał się tonem 
Bogarta. - Wiesz co? A moŜe byś tak rzuciła tę swoją 
księgowość i została moim wspólnikiem? Niezła byłaby z nas 
para. Miło było słyszeć cię w akcji.  
- Dziękuję, ale wolę pozostać przy swoim zajęciu.  
A ty nie zmieniaj tematu. Czego jeszcze dowiedziałeś się od 
Almy?  
Steve zapalił silnik i zawrócił samochód. Powoli zjeŜdŜali 

background image

krętą drogą w stronę bramy.  
- Alma zaczęła pracować u Robertsów w kilka miesięcy po 
tym, jak chłopcy zniknęli z domu.  
Willow spojrzała na niego zaskoczona.  
- Synowie są dziećmi z pierwszego małŜeństwa wyjaśnił. - 
Ethan wysłał ich do szkoły oficerskiej na wschodnim 
wybrzeŜu. Jego nowa Ŝona była wtedy w ciąŜy, a on sam 
ubiegał się o stanowisko w radzie miejskiej. PrzyjeŜdŜają do 
domu na święta i wtedy, kiedy naleŜy na potrzeby prasy 
zademonstrować rodzinne szczęście. Senora Rodriguez 
twierdzi, Ŝe chłopcy sprawiają wraŜenie, jakby nienawidzili 
ojca. A on w ogóle się nimi nie interesuje.  
Odczekali chwilę, aŜ otworzy się przed nimi brama, i 
wyjechali na ulicę.  
- Więc to wszystko jest jednym wielkim kłamstwem. 
Wzorowy dom. Wzorowa rodzina. Wszystko, co widzie-
liśmy.  
Przez chwilę jechali w milczeniu.  
- Wobec tego mówiąc o mojej matce, Roberts takŜe mógł 
kłamać. JeŜeli nawet jestem jego córką, nic to dla mego me 
znaczy.  
- Uprzedzałem cię, Ŝe tak moŜe być. JeŜeli chcesz, nie 
musimy dalej szukać.  
- Nie. - Willow pokręciła głową. - Chcę wiedzieć, kto jest 
moim ojcem. Chcę go odnaleźć, choćby !lawet miało się to 
okazać bardzo bolesnym doświadczeniem.  
 
 
 
 
ROZDZIAŁ 8 
 
- A zatem - odezwała się Willow, kiedy juŜ opuścili dzielnicę 

background image

willową i znaleźli się w potoku samochodów na San 
Vincente Boulevard. - Jaki będzie nasz następny krok?  
Steve spojrzał na nią spod oka. 
- Nasz następny krok?  
- Zaproponowałeś, Ŝebyśmy zostali partnerami.  
- śartowałem.  
- Co takiego? - Odwróciła się do niego i załoŜyła nogę na 
nogę. - Nabierałeś mnie? 
 - Nie zaczynaj - ostrzegł ją. Willow zarumieniła się.  
- Przepraszam. - Odwróciła się do niego plecami.  
- Nie pomyślałam.  
- Słuchaj; nie chciałem ... Proszę cię, nie bądź zła. Ja tylko 
Ŝ

artowałem.  

- Nie jestem zła. Czuję się zakłopotana.  
- Zakłopotana? A co takiego się stało?  
- Jechaliśmy tędy wczoraj wieczorem. Wiem, Ŝe zrobiłam z 
siebie kompletną idiotkę.  
- Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, Ŝe powtórzymy 
wczorajszą zabawę.  
- W Ŝadnym wypadku - mruknęła obraŜona.  
- AleŜ tak, oczywiście, Ŝe powtórzymy, kochanie. MoŜesz 
być tego pewna.  
Mówił to z takim przekonaniem, Ŝe Willow zapomniała o 
zakłopotaniu.  
- Na miłość boską, czy tobie się wydaje, Ŝe Ŝadna kobieta ci 
się nie oprze?  
- Ty na pewno nie.  
JuŜ otworzyła usta, Ŝeby zaprotestować, ale nie mogła 
znaleźć właściwych słów. Jego pewność siebie była obu-
rzająca, zgoda, ale nie bezpodstawna.  
- Na pociechę powiem ci, Ŝe to działa w obie strony. Od 
dwudziestu sześciu godzin i... - Steve spojrzał na zegarek - 

background image

dwudziestu minut nie potrafię myśleć o niczym innym niŜ o 
tym, jak bardzo pragnę wziąć cię w ramiona i kochać się z 
tobą.  
- Wypraszam sobie - powiedziała wyniosłym tonem Willow.  

- Nic ci to nie pomoŜe. - Steve połoŜył dłoń na jej udzie.  
Strąciła jego rękę odrobinę za późno, Ŝeby moŜna było 
potraktować ten gest jako zdecydowaną odmowę. Przez 
dłuŜszy czas jechali w pełnym napięcia milczeniu. Oboje 
myśleli o tym samym i w dodatku doskonale zdawali sobie z 
tego sprawę. .  
- Nie powiem, Ŝe jest mi przykro - odezwał się w końcu 
Steve -bo nie jest. Szkoda tylko, Ŝe czas nam nie sprzyja. Ale 
co do reszty ... - urwał i wzruszył ramionami. - Ja jestem 
męŜczyzną, ty jesteś kobietą i tyle. Nie widzę powodu, Ŝeby 
się  przed tym bronić. Na razie mamy jednak inne sprawy na 
głowie.  
- Jakie sprawy?  
- Czy propozycja uporządkowania mojej księgowości była 
powaŜna?  
- Oczywiście. Zawsze jestem powaŜna, kiedy chodzi o 
pieniądze.  
- W takim razie co byś powiedziała na to, Ŝebym podrzucił 
cię do biura i zostawił sam na sam z księgami 
rachunkowymi?  
- A co ty będziesz w tym czasie robił?  
- Nic szczególnego. Pogadam ze swoim kumplem z policji i 
spróbuję skontaktować się z jakimś tutejszym politykiem. 
MoŜe dowiem się czegoś więcej o Robertsie.  
- Mogłabym ci pomóc.  
Pokręcił głową.  
- Szybciej sobie z tym wszystkim poradzę sam, uwierz mi.  
- No dobrze. Zawieź mnie do biura. Wezmę się do 

background image

porządkowania tego bałaganu, który nazywasz swoją 
księgowością.  

 

 
Okazało się, Ŝe Steve zdąŜył rozpakować i ustawić na biurku 
komputer i drukarkę. Obok leŜała sterta dokumentów - 
faktur, kwitów i rachunków. Willow zdjęła Ŝakiet i powiesiła 
na oparciu krzesła. JuŜ miała usiąść za biurkiem, gdy jej 
uwagę przyciągnęła fotografia stojąca na szafce. 
Zaintrygowana podeszła bliŜej, by się jej przyjrzeć.  
Zdjęcie zostało zrobione na jachcie. Pośrodku, na tle 
błękitnego nieba i kawałka białego Ŝagla" stało dwoje 
starszych ludzi" trzymających ręce na kole sterowym. Byli to, 
jak domyśliła się Willow, rodzice Steve'a. On sam stał z tyłu, 
za matką, a obok ojca zajęła miejsce dwudziestoparoletnia 
dziewczyna, w której rysach moŜna było dopatrzyć się 
rodzinnego podobieństwa. Sam Steve obejmował wszystkich 
swymi potęŜnymi ramionami i uśmiechał się szeroko do 
aparatu.  
Zdjęcie sprawiało wraŜenie zrobionego naprędce.  
Uwiecznieni na nim ludzie wyglądali na mocno ze sobą 
zŜytych. Willow nie zastanawiała się dotąd nad tą stroną 
Ŝ

ycia Steve'a. Sama nie wiedziała dlaczego, ,ile wydawało jej 

się, Ŝe musi być człowiekiem samotnym. Być 'moŜe sprawiła 
to otaczająca go aura samodzielności, a moŜe po prostu cały 
czas patrzyła na niego trochę tak, jakby był bohaterem 
filmowym, a nie człowiekiem z krwi i kości. Jeszcze raz 
przyjrzała się zdjęciu i zdała sobie sprawę, Ŝe podobieństwo 
młodej kobiety do Steve' a sprawia jej ulgę. Jak by się 
poczuła, gdyby nie była jego siostrą, lecz dajmy na to, 
dziewczyną? Odpowiedź była zaskakująco oczywista. 
Byłaby zazdrosna. Z westchnieniem odstawiła zdjęcie na 
szafkę i wróciła do biurka.  

background image

W ciągu pół godziny podłączyła komputer i weszła w 
odpowiedni program. Teraz czekała ją trudniejsza część 
zadania - uporządkowanie piętrzących się przed nią 
rachunków i faktur i wprowadzenie danych do komputera. 
Wstała zza biurka i przeciągnęła się. Przed przystąpieniem do 
dalszej pracy postanowiła zrobić sobie krótką przerwę, a przy 
okazji rozejrzeć się po biurze. MoŜe znajdzie w nim jeszcze 
coś ciekawego?  
Zaczęła od wymierzenia kilku ciosów wiszącemu w kącie 
pokoju workowi treningowemu. Był duŜo twardszy i cięŜszy, 
niŜ sobie wyobraŜała, i uderzenia jej pięści nie były w stanie 
ruszyć go z miejsca. Oparła się na nim w końcu oburącz i 
pchnęła z całych sił. Ledwo się odchylił i zaraz powrócił na 
miejsce, omal nie zbijając jej z nóg.  
- BoŜe kochany - mruknęła do siebie - nic dziwnego, Ŝe ma 
muskuły jak Rocky Balboa.  
Porzuciła worek treningowy i dokonała przeglądu zapasów, 
jeśli moŜna tak nazwać puszkę mielonej kawy, słoik 
ś

mietanki w proszku i pudełko wypełnione równo ułoŜonymi 

kostkami cukru. Uzupełnienie stanowiły dwa najprostsze 
kubki. Ekspresu nie było. Steve wyrzucił ten, którego końca 
była świadkiem poprzedniego dnia, ale nie miał czasu kupić 
nowego.  
Przez chwilę rozglądała się wokół, nie mogąc podjąć decyzji. 
W końcu, powtarzając sobie, Ŝe nie powinna tego robić, 
uległa ciekawości i postanowiła zajrzeć do szafek 
zawierających kartotekę Steve'a.  
Spotkał ją jednak całkowity zawód. W jedynej szufladzie, 
która nie była zamknięta na klucz, leŜały wyłącznie 
podkoszulki, grube białe skarpety i majtki. Wszystko to było 
najwyraźniej przywiezione prosto z pralni.  
Po szafkach przyszła kolej na biurko. I tu jednak nie znalazła 

background image

w szufladach Ŝadnych obciąŜających materiałów - zdjęć 
dawnych narzeczonych czy listów od zakochanych po uszy 
klientek. Zamiast tego natrafiła jedynie na przybory do 
pisania, równo ułoŜone koperty, przezroczystą taśmę klejącą, 
papier listowy i pudełeczko spinaczy. Najbardziej uderzał w 
tym wszystkim wzorowy porządek. Uświadomiła sobie, Ŝe 
bałagan, jaki zastała poprzedniego dnia, był raczej czymś 
wyjątkowym. JuŜ miała zakończyć poszukiwania, gdy w 
jednej z dolnych szuflad natknęła się na spory zapas 
prezerwatyw: Poczuła falę gorąca. Zasunęła z hukiem 
szufladę i schowała twarz w 'dłoniach, jakby mogła w ten 
sposób opanować targające nią emocje. Najwyraźniej był nie 
tylko sprawnym detektywem i kochającym synem i bratem, 
lecz takŜe odpowiedzialnym kochankiem.  
 
Kiedy po niemal pięciu godzinach wstała od biurka, zamiast 
jednej wielkiej sterty papierów leŜało na nim pół tuzina 
równo poukładanych kupek. KaŜdą z nich tworzyły 
dokumenty naleŜące do innej kategorii. Nie oznaczało to 
końca pracy. Choć zakwalifikowanie wielu pozycji, takich 
jak wydatki na biuro czy . samochód, nie sprawiło jej 
trudności, to zdarzało jej się takŜe znaleźć wyrwane Z notesu 
karteczki, na których nie było niczego prócz daty, sumy i 
nieczytelnych podpisów. Mogła tylko podejrzewać, Ŝe w ten 
sposób Steve w dobrej wierze księgował sumy przeznaczone 
na napiwki czy opłaty dla informatorów, takie jak 
dwadzieścia dolarów, które dał przy niej Almie. Tymczasem 
w Ŝadnej z opasłych ksiąg, jakie musiała pochłonąć podczas 
lat nauki, nie było ani słowa o tym, w jaki sposób księgować 
napiwki dla anonimowych informatorów. Ostatecznie 
zgromadziła wszystkie te wątpliwe pokwitowania na 
oddzielną kupkę i odsunęła od reszty. Na razie nie mogła 

background image

dokazać niczego więcej. Z resztą musiała poczekać na 
Steve'a, który jako jedyny człowiek na świecie mógł wy 
jaśnić ,jej wątpliwości.  
Pospinała pliki pokwitowań i połoŜyła na środku biurka 
kartkę z wielkim napisem "NIE RUSZAĆ". Była głodna. 
Wstała od biurka i przeciągnęła się. WłoŜyła Ŝakiet i 
przewiesiła przez ramię torebkę. JuŜ wcześniej wypatrzyła z 
okna biura małą grecką kafejkę po drugiej stronie ulicy. Po 
tylu godzinach mozołu naleŜało jej się coś słodkiego i 
filiŜanka porządnej kawy.  
 
O wpół do szóstej Steve wiedział juŜ o Ethanie Robertsie 
więcej złego, niŜby sobie Ŝyczył. UwaŜany był za 
wyrachowanego, zimnego gracza, który zmierza do swoich 
celów, nie licząc się z nikim i niczym, nawet z własnymi 
dziećmi.  
Steve nie miał Ŝadnych wątpliwości, Ŝe ten człowiek byłby 
zdolny do porzucenia kobiety w ciąŜy, jeŜeli tylko uznałby 
takie rozwiązanie za konieczne. Nie byłoby to ani pierwsze, 
ani ostatnie, ani wreszcie największe świństwo w jego Ŝyciu. 
 

 

Kłopot polegał na tym, Ŝe jedynym sposobem dowiedzenia 
ojcostwa były badania krwi, na które Roberts za Ŝadne skarby 
ś

wiata się nie zgodzi. Zwłaszcza jeŜeli wie, jaki będzie ich 

wynik. Steve przypuszczał, ,Ŝe Roberts ugiąłby się pod 
groźbą skandalu ... choć niekoniecznie. W Senacie zasiadało 
niemało ludzi, których Ŝycie osobiste pozostawiało wiele do 
Ŝ

yczenia.  

MoŜna więc było przypuszczać, Ŝe nawet gdyby nie był 
ojcem Willow, nie zgodziłby się na badania krwi. 
Oznaczałyby one przyznanie się do tego, Ŝe jeśli nawet nie 
jest, to mógłby być ojcem nieślubnego dziecka, o które w 

background image

dodatku nigdy się nie zatroszczył. Jako kandydat na senatora 
miał tylko jedno wyjście: zaprzeczać wszystkiemu i robić z 
siebie niewinną ofiarę spisku.  
Poza tym Steve nie był wcale pewny, czy Willow, pomimo 
całej niechęci, jaką budził w niej 'domniemany ojciec, będzie 
skłonna naraŜać go na zrujnowanie kariery. Myśl o Willow 
najbardziej go w tym wszystkim niepokoiła. Dziewczyna, 
która stała mu się z dnia na dzień tak bliska, wyruszyła z 
domu, by odszukać ojca. Tymczasem wszystko wskazywało 
na to, Ŝe jeśli nawet go znajdzie, to tylko po to, by zostać 
przez niego odrzucona. To będzie dla niej cios. Choć poznał 
ją juŜ na tyle dobrze, aby wiedzieć, Ŝe byłaby w stanie go 
znieść, Steve nie mógł przestać myśleć o tym, jak wiele bólu 
jej to sprawi.  
Steve nie lubił uŜywać siły i starał się uciekać do niej jak 
najrzadziej . Cała jego praca zmierzała w pewnym sensie do 
tego, Ŝeby stosunki między ludźmi kształtowały się według 
innych reguł niŜ prawo silniejszego. Ale czasem właśnie 
dlatego nie miał innego wyjścia niŜ pokazać zwolennikom 
prawa dŜungli, Ŝe nie do nich naleŜy ostatnie słowo. I teraz 
miał wielką chęć, by dowieść tego temu łajdakowi 
Robertsowi. I to jak najbardziej dobitnie.  
Zresztą moŜe wcale nie miał racji. Być moŜe w pudle z 
papierami Eryka Shannona zmijdą dowody, Ŝe to właśnie on 
był ojcem Willowo MoŜe się równieŜ okazać, Ŝe jest nim 
Ezekiel Blackstone. A moŜe dzięki pomocy policji uda im się 
odnaleźć współlokatorkę Donny, Christine Loudon.  
PogrąŜony w takich rozwaŜaniach dojechał na miejsce. 
Wysiadł o kilkanaście metrów od wejścia do biura i ruszył 
chodnikiem. Złapał się na tym, Ŝe na myśl o spotkaniu z 
Willow usta same się uśmiechają, serce bije przyspieszonym 
rytmem, a ręce aŜ świerzbią, by jej dotknąć. To wszystko 

background image

było w gruncie rzeczy niepokojące i Steve obiecał sobie, Ŝe 
gdy tylko będzie miał więcej czasu, spróbuje przeanalizować, 
co się z nim właściwie dzieje.    
W tym właśnie momencie ją zobaczył. Wychodziła z greckiej 
kafejki po drugiej stronie ulicy. Kiedy patrzył na nią z tej 
odległości, wydała mu się tak drobna i krucha, Ŝe miał ochotę 
schronić ją w swoich ramionach. Niech to diabli! Więc to aŜ 
takie proste? Zakochał się po uszy w tej ledwie co poznanej 
dziewczynie. I do tego w swojej klientce!  
- Willow! - ryknął na cały głos, starając się przekrzyczeć 
uliczny hałas.  
Rozejrzała się. Na jego widok jej twarz natychmiast rozjaśnił 
uśmiech. Pomachała mu ręką i ruszyła w jego kierunku przez 
jezdnię.   
- Coś ty miał za bałagan! To niewiarygodne! Jak ci nie 
wstyd! - krzyczała z daleka.  
Ton, jakim go strofowała, wydał mu się zarazem komiczny i 
wzruszający. Nie umiał powstrzymać uśmiechu, ale 
jednocześnie podniósł ręce na znak, Ŝe nie zamierza stawiać 
oporu i przyznaje jej rację.  
Minęła właśnie linię wyznaczającą połowę jezdni, gdy 
zauwaŜył kątem oka nadjeŜdŜający szybko ciemnoniebieski 
samochód. Za kierownicą siedział męŜczyzna w nasuniętym 
nisko na oczy kapeluszu. Steve rzucił się między 
zaparkowane wzdłuŜ chodnika wozy, krzycząc jak wariat, 
Ŝ

eby się cofnęła. Zdezorientowana rozejrzała się dookoła. Na 

widok pędzącego wprost na nią samochodu stanęła jak  
 wryta, a potem cofnęła się o krok.   .  
W ostatniej chwili Steve dopadł Willow i obejmując ją 
rękami, pchnął w tył. W tym samym momencie poczuł 
uderzenie, które zdawało się miaŜdŜyć mu łydkę, i ostre 
szarpnięcie. Natychmiast potem upadli na jezdnię i potoczyli 

background image

się z szybkością bilardowej kuli. W ułamku sekundy wpadli 
na zaparkowany przy chodniku samochód i znieruchomieli. 
Wokół słychać było pisk opon, klaksony i krzyki 
przechodniów.  
Dopiero teraz Steve zdał sobie sprawę, Ŝe odruchowo  
. starał się ochronić Willow swoim ciałem i Ŝe trzymał jej 
głowę w ramionach ciasno przyciśniętą do piersi. Sekunda 
wystarczyła, by zrozumiał, Ŝe nie stało mu się nic powaŜne-
go. W następnej w ogóle przestał myśleć o sobie.  
- Willow? - szepnął głosem drŜącym z niepokoju.  
- Willow? Nic ci nie jest, kochanie?  
Z trudem poruszyła się w jego uścisku.  
- Nic mi nie jest, ale za chwilę połamiesz mi wszystkie kości. 
 

 

Steve nie był w nastroju do Ŝartów. Rozluźnił uścisk i z 
trudem dźwignął się nad Willow, podnosząc się na czworaki. 
Kręciło mu się w głowie, ale to było naturalne po wstrząsie 
spowodowanym uderzeniem.  
- Nic cię nie boli? Nie krwawisz?  
- BoŜe kochany! - rozległ się nad nimi krzyk. - Nic wam nie 
jest? Wezwać pogotowie?  
- Tak - zdecydował bez chwili wahania Steve. - Ona jest 
ranna.  
- Nic mi nie jest - zaprotestowała. - Naprawdę. Steve pomógł 
jej usiąść, opierając się plecami o drzwi samochodu, obok 
którego wylądowali.  
- Jesteś pewna? Nie czujesz niczego niepokojącego? Nic cię 
nie boli?  
- Cholernie bolą mnie łokcie, ale· mogę wszystkim ruszać. 
Nic mi się nie stało. - Uniosła dłoń i dotknęła delikatnie jego 
policzka. - A co z tobą? Wszystko w porządku?  
-W porządku.  

background image

Miał wraŜenie, Ŝe odetchnęła z ulgą .  
- To jak? - zapytał. - Dźwigamy się na nogi?  
Skinęła potakująco głową. Steve podniósł się pierwszy i 
troskliwie pomógł Willow wstać.  
- Nie kręci ci się w głowie? - spytał. - Nie masz mdłości?  
- Nie.  
Była blada, ale wyglądało na to, Ŝe nie odniosła Ŝadnych 
powaŜnych obraŜeń. Steve po raz pierwszy oderwał wzrok od 
jej twarzy i rozejrzał' się po stojących wokół nich ludziach.  
- Kto jest kierowcą tego cholernego wozu? - zapytał 
wściekły.  
- Człowieku, on nawet nie stanął - wyjaśnił ze wzruszeniem 
ramion chłopak ubrany w szerokie spodnie do pół łydki, 
wielkie adidasy na kolorowej podeszwie, workowatą bluzę i 
odwróconą daszkiem do tyłu czapkę.  
- Czy ktoś zapamiętał numer rejestracyjny?  
- Nie, ale mogę ci powiedzieć, Ŝe to była ciemnoniebieska 
honda accord. I powiem ci coś jeszcze. Moim zdaniem 
kierowca miał wielką ochotę rozjechać twoją dziewczynę ..  
- Jesteś pewny? - Steve rozejrzał się po otaczających ich 
twarzach. - Czy ktoś jeszcze to zauwaŜył?  
- To moŜliwe - odezwała się ostroŜnie starsza pani z zieloną 
torbą na zakupy. - Odniosłam wraŜenie, Ŝe kierowca zamiast 
was wyminąć, skręcił w waszą stronę. - Kierowca? To był 
męŜczyzna?  
- Tak - odpowiedziała z wahaniem starsza pani. - Tak mi się 
wydaje.  
- Nie, to była kobieta - wtrącił chłopak, który odezwał się 
pierwszy. ~ Blondynka. Miała na głowie kapelusz. I jak nic 
próbowała was trafić.  
- Co to był za kapelusz?  
Ludzie wokół nich zaczęli się rozchodzić.  

background image

- No taki ... jak na westernach - wyjaśniał nieporadnie 
chłopak.  
- Z rondem? - wtrąciła Willowo  
- No właśnie. Z rondem. To rondo ona opuściła na same 
oczy.  
- ZauwaŜyłeś, w jakim kolorze był kapelusz?  
- Jakiś ciemny. Czarny albo brązowy.  
Steve kiwnął głową i wsunął rękę do kieszeni. Wyciągnął 
dziesięć dolarów i wręczył swemu rozmówcy.  
- Dzięki - powiedział. - To, co zauwaŜyłeś, moŜe nam bardzo 
pomóc.  
- Nie ma za co, człowieku. - Chłopak podciągnął opadającą 
bluzę, by wsunąć pieniądze do kieszeni.  
Steve odwrócił się do Willow. 
- MoŜesz przejść na drugą stronę o własnych siłach? - 
Ruchem głowy wskazał jezdnię. - Czy wziąć cię na ręce?  
Uśmiechnęła się z trudem i wsunęła mu rękę pod ramię·  
- Pójdę sama - odpowiedziała i oparła głowę na ramieniu 
Steve'a. - Prowadź.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ 9  
 
Willow była zaskoczona delikatnością, z jaką Steve obmył 
jej podrapane łokcie. Ciekawiło ją, gdzie nauczył się 
zakładania opatrunków, ale ni~ mogła go spytać, bo pomimo 
całej troskliwości, jaką jej okazywał, i tak musiała zaciskać 
zęby, Ŝeby nie jęczeć z bólu.  
- Zaraz kończymy. Zaraz, zaraz. Jeszcze trochę i będzie po 
wszystkim. - Przez cały czas pocieszał ją i zagadywał, jakby 
była dzieckiem. - JuŜ ... juŜ prawie koniec. Jeszcze troszkę. 
Gotowe ..  
Była mu wdzięczna i za zręczność, i za cierpliwość.  
Teraz, gdy przyszła jej kolej, obawiała się, Ŝe nie będzie 
umiała. opatrzyć go równie umiejętnie. Na początek uklękła 
i podciągnęła nogawkę dŜinsów, Ŝeby obejrzeć ranę na łydce 
Steve'a.  
~ Moim zdaniem naleŜałoby załoŜyć szwy. - Czy 
jeszcze krwawi?  
- Nie ... - Jeszcze raz przyjrzała się jego nodze. - Rana się juŜ 
zasklepiła, ale nie wygląda to dobrze. NaleŜałoby pojechać 
do chirurga ..   
- NajwaŜniejsze, Ŝe nie krwawi. - Steve wykręcił głowę, 
Ŝ

eby spojrzeć na zranione miejsce. - Lepiej wstań. - 

Odwrócił się i wziął ją pod rękę. - Ubrudzisz sobie sukienkę. 
 

 

Willow nie potrafiła powstrzymać śmiechu.  
- Sukienką nie ma się co przejmować, i tak jest zniszczona.  
Dopiero teraz zauwaŜył, Ŝe ,suknia Willow jest z jednej 
strony rozdarta od dołu aŜ do pasa. Nie pytając o pozwole-
nie, odchylił postrzępiony materiał, Ŝeby obejrzeć jej nogę. 
Rajstopy wyglądały tak, jakby przed załoŜeniem wytarła 
nimi podłogę. Skóra na udzie była podrapana i gdzieniegdzie 

background image

krwawiła. Zanim Willow zdała sobie sprawę, co się dzieje, 
Steve włoŜył ręce pod jej sukienkę.  
- Co robisz? - pisnęła w panice i chwyciła jego dłonie przez 
ś

liski jedwab.  

- Ściągam rajstopy. Muszę zobaczyć, jak wygląda twoja 
noga.  
- Rozumiem. - Willow wiedziała, Ŝe nie ma sensu się z nim 
spierać. - Sama je zdejmę. Najpierw buty.  
Uniosła nogę i oparła na krawędzi toalety. Kiedy pochyliła 
się, Ŝeby rozpiąć klamerkę, omal nie straciła równowagi. 
Steve natychmiast chwycił ją za ramię.  
- Co się dzieje? Jest ci słabo?  
- Trochę mi się zakręciło w głowie, ale juŜ przeszło.  
- Oprzyj tu ręce - chwycił ją za dłonie - i stój spokojnie, a ja 
ci zdejmę buty.  
Przyklęknął na jedno kolano i uniósł najpierw jej lewą, a 
potem prawą nogę, odpiął klamerki i ściągnął buty.  
- W porządku - mruknął. - Teraz rajstopy.  

Patrząc, jak przed nią klęczy, Willow przypomniała sobie, Ŝe 
wczoraj marzyła o tym, Ŝeby powalić go na kolana, ale to nie 
było dokładnie to, o co jej chodziło.  
- . Odwróć się - zaŜądała.  
- Na miłość boską! - wybuchnął. - Czy ty myślisz, Ŝe nie 
widziałem kobiety zdejmującej rajstopy?  

- Tej kobiety jeszcze nie widziałeś - odpaliła. - I jeŜeli nie 
okaŜesz chęci współpracy, to moŜe się zdarzyć, Ŝe nigdy nie 
zobaczysz.  
Dopiero, kiedy to powiedziała, uświadomiła sobie, Ŝe chcąc 
go postraszyć, mimo woli złoŜyła obietnicę.  
- Odwracaj się - powtórzyła.  

background image

Steve uśmiechnął się, podniósł z kolan i odwrócił plecami.  

Willow zadarła sukienkę, wsunęła palce za pasek rajstop i 
zaczęła je ściągać. Kiedy dotarła do otartego miejsca, nie 
udało jej się powstrzymać syknięcia.  
- Jeszcze nie! - zaprotestowała, widząc, Ŝe Steve ma zamiar 
się odwrócić. - Sama ci powiem kiedy.  

Gdy juŜ ściągnęła podarty nylon z ud, oparła się o umywalkę 
i unosząc po kolei nogi, tak Ŝeby nie musiała się schylać, 

ś

ciągnęła rajstopy do końca.  

- W porządku - odezwała się i wrzuciła podarty i brudny 
zwitek do kosza na śmieci.  

Wiedziała, Ŝe w Ŝaden sposób nie powstrzyma. go przed 
obejrzeniem pokaleczonego miejsca, więc nawet tego nie 
próbowała. Uniosła krawędź spódnicy, a Steve delikatnie 
otarł pokaleczone udo wilgotnym ręcznikiem.  

- To tylko zadraśnięcia - pocieszył ją i przycisnął wilgotny i 
zimny ręcznik do obolałego miejsca. - Wygląda i tak 
znacznie lepiej niŜ skaleczenia na łokciach. W parę dni się 
zagoi i nie będzie nawet śladu.  
- To dobrze - mruknęła i opuściła spódnicę. - JuŜ chyba 
koniec, prawda?  

Nie czekając na odpowiedź, schyliła się, Ŝeby nałoŜyć buty. 
Kompletnie zapomniała o tym, Ŝe ilekroć pochylała głowę, 

ś

wiat zaczynał wokół niej wirować.  

Odzyskała świadomość na kanapie. Na czole miała mokry, 
zimny ręcznik, z którego spływały do uszu i po szyi struŜki 
wody. Uniosła rękę, Ŝeby go zdjąć.  
- LeŜ spokojnie - odezwał się Steve. Widząc, Ŝe Willow 

background image

próbuje się podnieść, połoŜył jej rękę na piersi.  

- Zaraz mnie utopisz - poskarŜyła się i bez powodzenia 
próbowała odsunąć jego cięŜką dłoń. - Chcę usiąść.  

- No dobrze, ale uwaŜaj. - Zdjął jej ręcznik z czoła i rzucił na 
podłogę. - PoleŜ jeszcze przez chwilę spokojnie. Wolałbym, 

Ŝ

ebyś mi tu znowu nie zemdlała. I tak dosyć się o ciebie 

martwię·  
Przesunął dłoń po jej głowie. W pewnym momencie Willow 
skrzywiła się boleśnie.  
- Boli?  
- Trochę·  
- Nie masz guza, ale myślę,. Ŝe powinniśmy na wszelki 
wypadek pojechać do szpitala. To moŜe być coś powaŜnego. 
Powinien cię obejrzeć lekarz.  
- Nie chcę do szpitala - zaprotestowała. - Nic mi nie będzie. 
Gorsze wypadki zdarzały mi się, kiedy uczyłam się jeździć 
konno. Pozwól mi juŜ usiąść.  
Wsunął jej rękę pod szyję i starannie oparł głowę w zgięciu 
łokcia.  
- Powoli ~ mruknął i uniósł jej plecy. - OstroŜnie. Wszystko 
w porządku?  
Patrzył na nią w napięciu, szukając jakiegoś znaku, Ŝe 
mogłaby znowu zemdleć.  
- Wszystko w porządku - odpowiedziała cicho i kiwnęła 
lekko głową.  
- To dobrze. Pamiętaj, Ŝe musisz na siebie uwaŜać.  
- PrzecieŜ nie zrobiłam tego specjalnie - zaprotestowała 
trochę uraŜona jego tonem.  

background image

- W kaŜdym razie nie rób tego więcej. Śmiertelnie mnie 
wystraszyłaś.  
- Przepraszam - mruknęła. - Postaram się nie wywracać 
więcej na twoich oczach.  
- Mam nadzieję - odpowiedział powaŜnie, jakby nie dostrzegł 
ironii w jej głosie. - Idę po twoje buty. Siedź spokojnie i nie 
ruszaj się z kanapy.  
Posłuchała go tylko dlatego, Ŝe nie miała siły się z nim 
spierać. Skorzystała natomiast z jego nieobecności, Ŝeby 
ostroŜnie poruszać trochę głową, odchylając ją do tyłu, 
pochylając do przodu i na boki. Czuła się dosyć dziwnie, ale 
zawroty głowy nie powracały, przynajmniej dopóki. nie 
poruszała głową zbyt gwałtownie.  
Właśnie doszła do wniosku, Ŝe Steve przesadzał, i po-
stanowiła wstać, gdy zjawił się w drzwiach z jej butami w 
ręku. Na wszelki wypadek wolała nie ruszać się z miejsca i 
pozwoliła, by nałoŜył jej buty.  
- Czy moŜesz wstać o własnych siłach? - zapytał z 
niepokojem. - JeŜeli nie ...  
- Mam nadzieję - przerwała mu szczerze zniecierpliwiona 
tymi wszystkimi ceregielami.  
Kiedy się. podnosiła, podtrzymywał ją, jakby była cięŜko 
chora. Dopiero gdy nie miał juŜ Ŝadnych wątpliwości, Ŝe jest 
w stanie ustać o własnych siłach, puścił ją, aby zabrać z 
krzesła Ŝakiet i torebkę. Objął ją ramieniem i poprowadził w 
stronę drzwi.  
- Jedziemy do szpitala - oznajmił.  
- Nie jadę do Ŝadnego szpitala. Ani mi się śni. JeŜeli 
pojedziemy, to na pewno zatrzymają mnie na noc na 
obserwację.  

background image

- Niech to. diabli, Willow, przed chwilą straciłaś przy-
tomność.  
- Wcale nie - zaprzeczyła natychmiast. - Nic się nie stało. 
Zakręciło mi się tylko w głowie, a ty od razu robisz z tego 
wielką sprawę.  
- MoŜesz mieć wstrząs mózgu.  
- Nie mam Ŝadnego wstrząsu mózgu. Uwierz mi. Miałam juŜ 
wstrząs mózgu i pamiętam, jak się wtedy czułam.  
Właściwie to było jej bardzo, bardzo miło, Ŝe tak się o nią 
troszczył, ale nie naleŜało przesadzać. Mówiła mu przecieŜ, 

Ŝ

e nie jest mimozą.  

- Posłuchaj, Steve. Doceniam twoją troskę. Naprawdę. Ale 
nic mi nie jest. śebym się dobrze poczuła, wystarczy mi 
gorący prysznic i spokojnie przespana noc.  
Steve zastanawiał się przez chwilę nad jej słowami.  
- No dobrze - zgodził się w końcu. - Zabiorę cię do siebie.  
- Czemu nie mogę po prostu wrócić do hotelu?  

- W hotelu byłabyś sama. Kto by ci pomógł, gdybyś zemdlała 
pod prysznicem? A jeŜeli okaŜe się, Ŝe jednak masz wstrząs 
mózgu, to co wtedy? Ktoś musi być z tobą w nocy. Masz do 
wyboru: albo ja, albo lekarze.  
Wolał nie przypominać Willow o jeszcze jednym.  
Skoro ktoś usiłował na nią najechać, to moŜe dokonać 
kolejnego zamachu.  
- Co wybierasz?  
Milczała przez chwilę.  
- Dobrze, pojadę do ciebie.  
 

background image

Willow sądziła, Ŝe Steve wynajmuje mieszkanie w centrum, 
gdzieś niedaleko biura, a on tymczasem wywiózł ją za 
miasto, aŜ do podnóŜy wzgórz rozciągających się za Laurel 
Canyon Boulevard. Dom przypominał wiejskie siedziby na 
południu - niski, rozłoŜysty, kryty czerwoną dachówką. 
Wokół- rozciągały się łąki, a nieco dalej rosły wysokie, stare 
drzewa.  

Miejsce to przypominało Willow okolice, w których się 
wychowała. Od ładnych paru lat mieszkała w centrum 
Portlandu, co bardzo sobie chwaliła, ale czasem ogarniała ją 
tęsknota za takim miejscem jak to, odludnym, spokojnym i 
cichym.  
Kiedy wysiadła z samochodu, usłyszała dalekie wycie kojota. 
Spojrzała w kierunku, skąd dobiegało, a potem przeniosła 
zaskoczone spojrzenie na Steve' a.  
- PrzecieŜ jesteśmy blisko miasta.  
- Wiem. I na tym właśnie polega cały dowcip. Czasem widuję 
tu nawet jelenie, szopy i sowy. A spośród tamtych drzew - 
wskazał widoczną w oddali kępę odcinającą się głęboką 
czernią na tle ciemniejącego nieba - wylatuje kaŜdego ranka 
na polowanie para jastrzębi. Chodź do środka, bo nie jest za 
ciepło.  
Rzeczywiście, za miastem wieczorne powietrze zdawało się 
wręcz chłodne. Wnętrze domu zaskoczyło ją jeszcze bardziej. 
W pierwszej chwili sprawiało wraŜenie jednego wielkiego 
pomieszczenia z podłogą z desek, kamiennym kominkiem i 
wielkimi oknami, z których roztaczał się rozległy widok. 
Dopiero gdy rozejrzała się uwaŜniej, zauwaŜyła, Ŝe obszerną 

background image

przestrzeń podzielono na część kuchenną i mieszkalną.  
- Sam to wszystko urządziłeś? - spytała, ciekawa, czy proste i 
pomysłowe urządzenie wnętrza jest dziełem Steve'a, czy teŜ 
pomagała mu w tym jakaś kobieta.  
- Projekt zrobiłem razem z architektem. Meble kupiłem sam, 
a w dobraniu talerzy, ręczników i wszystkich tych 
dekoracyjnych drobiazgów pomogła mi moja siostra Laurie. - 
Gestem dłoni, wskazał donice z roślinami, kosz wypełniony 
po brzegi drewnem do kominka, ręcznie tkaną meksykańską 
narzutę na kanapę, wysokie świeczniki z kutego Ŝelaza na 
kuchennym stole.  
- Tu jest naprawdę pięknie. Jestem zachwycona. 
- Na pewno to wygodne miejsce do mieszkania. Od czego 
zaczniesz, odjedzenia czy od prysznica?  
- Od prysznica. TuŜ przed ...  
- Wypadkiem - wpadł jej w słowo, nie chcąc wdawać się w 
tej chwili w rozwaŜania nad tym, co się właściwie wydarzyło.  
- Zjadłam ciastko i wypiłam kawę w greckiej kafejce 
naprzeciwko twego biura.  
- Wobec tego chodź pod prysznic.  
Chciał wziąć Willow pod rękę, ale przypomniał sobie o 
pokaleczonych łokciach, więc zamiast tego chwycił jej  dłoń i 
poprowadził za sobą.  
Przeszli przez niewielki korytarzyk i znaleźli· się w sypialni. 
Na środku obszernego pomieszczenia utrzymanego w beŜach 
i szarościach pyszniło się królewskie loŜe. Jeden z rogów 
zajmował ozdobny kominek z cegły.    
-  Mam tylko jedną łazienkę - wyjaśnił. - Dam ci ręcznik.  

background image

- A ty?  
- A ja się umyję za chwilę. Nic mi się nie stanie, Jeśli trochę 
poczekam. MoŜesz wziąć spodnie od dresu i bluzę albo 
podkoszulek, jak wolisz. Albo włóŜ szlafrok.  
- Dziękuję.  
- Na górnej półce znajdziesz szczoteczkę do zębów  
i aspirynę. Powinnaś zaŜyć ze dwie tabletki. Nawet jeśli 
jeszcze nie boli cię głowa, to wkrótce zacznie. Dasz sobie 
radę?  
- Tak, oczywiście. Dam sobie radę.  
- Będę tuŜ za drzwiami. - Pogłaskał ją lekko po policzku. - 
Zawołaj, gdybyś mnie potrzebowała.  

"Zawołaj, gdybyś mnie potrzebowała".  
Willow zastanawiała się, co zrobiłby Steve, gdyby 
rzeczywiście go zawołała. Wbiegłby do łazienki i ... umył jej 
plecy? Miała wielką ochotę poprosić o to, ale zabrakło jej 
odwagi. Czy na pewno ... Nie; to było szaleństwo. CóŜ miał 
w sobie takiego ten męŜczyzna, Ŝe w jego obecności traciła 
swe zwykłe opanowanie i rozsądek? Nie wiedziała. Na dobrą 
sprawę się nie znali. Willow miała świadomość, Ŝe prędzej 
czy później ulegnie sile, która popychała ją w ramiona 
Steve'a, ale było stanowczo za wcześnie, Ŝeby decydować się 
na taki krok. 
Steve stał przed drzwiami do łazienki z zaciśniętymi 
pięściami, zasłuchany w szum wody. TuŜ obok kąpała się 
kobieta, której poŜądał jak Ŝadnej innej. Zamknął oczy i 
wyobraził sobie, jak by to było, gdyby wszedł do łazienki i 
wsunął się pod prysznic obok niej. Przypomniał sobie 

background image

dotknięcie jej piersi, zarys bioder, szczupłe łydki. Tak 
cudownie byłoby masować je namydloną, szorstką gąbką, a 
potem polewać wodą i patrzeć, jak wyłaniają się spod piany 
gładkie i lśniące.  
PołoŜył dłoń na klamce. Pragnął tylko jednego i wyczuwał, 

Ŝ

e Willow chce tego samego. Wyobraził sobie, Ŝe wchodzi 

do środka i odsuwa zasłonę prysznica. Wiedział, Ŝe nie 
przestraszyłaby się, Ŝe objęłaby go rękami i przyciągnęła do 
siebie, pod strumień ciepłej wody. Wyobraził sobie, jak 

ś

ciągałby z jej pomocą mokre ubranie ...  

Czemu było dla niego oczywiste, Ŝe zachowałaby się właśnie 
tak? PrzecieŜ znali się zaledwie od dwóch dni. Trudno mu 
było w to uwierzyć. Zdawało mu się, Ŝe Willow stała się 
częścią jego Ŝycia. Czekał niecierpliwie, aŜ ucichnie szum 
wody. Kiedy tylko to nastąpiło, natychmiast energicznie 
zapukał do drzwi.  
- Wszystko w porządku? - zapytał głuchym głosem.  
-Dobrze się czujesz?  
- Nie wchodź tu! - zawołała i Steve nie miał juŜ Ŝadnych 
wątpliwości, Ŝe oboje myśleli o tym samym, a jednocześnie 
tego się obawiali. - Wyjdę, jak tylko się ubiorę i wysuszę 
włosy.  
- Nie spiesz się - odpowiedział. - JeŜeli wszystko jest w 
porządku, to idę do kuchni i zrobię coś do jedzenia. Przyjdź 
do mnie, jak skończysz.  
Siedzieli naprzeciwko siebie po obu stronach kuchennego 
stołu. Przed nimi stały malowane w ludowe meksykańskie. 
wzory miseczki z zupą jarzynową i grzanki z serem. Willow 
wysuszyła włosy, zdezynfekowała na wszelki wypadek 

background image

poobcierane miejsca i połknęła dwie aspiryny. Ubrała się w 
spodnie od dresu i sięgający jej niemal do kolan podkoszulek 
Steve'a.  
- O co w tym wszystkim chodzi? - zapytała. - Wytłumacz mi.  
- Co? - mruknął niewyraźnie, połykając w pośpiechu 
jedzenie.  
- To -wskazała ręką. - Ten dom i biuro na Hollywood 
Boulevard. Musisz przyznać, Ŝe nie pasują do siebie.  
- Czemu nie?  
- Nie udawaj, Ŝe mnie nie. rozumiesz. Twoje biuro wygląda 
tak, jakbyś był podrzędnym prywatnym detektywem, który 
ledwo wiąŜe koniec z końcem. Na to samo wskazuje zresztą 
twoja księgowość, jeśli mogłam się w niej rozeznać. A 
urządzenie tęgo domu wymagało niemałych pieniędzy. - I 
gustu, chciała dodać, ale nie zrobiła tego. - DuŜych pieniędzy 
- dodała.  
- Mogę być bogaty z domu. Nie pomyślałaś o tym?  
- A jesteś?  
- Czy robiłoby to jakąś róŜnicę?  
- Co masz na myśli?  
- Ciebie.  
- Mnie?  
Dopiero po chwili zrozumiała, o co mu chodzi. ObraŜona 
chciała wstać z krzesła.  
- Nie złość się. - Steve uśmiechnął się do niej. Rzuciła mu 
niechętne spojrzenie, ale została na miejscu.  
- To wcale nie było śmieszne.  
- Jasne. Śmieszniejsze byłoby, gdyby to tobie udało się mnie 
dokuczyć.  
Pochyliła się nad miską z zupą, aby ukryć uśmiech. Steve bez 
trudu zrozumiał jej intencje.  
- Więc jesteś bogaty z domu?  

background image

- Tak.  
Przekrzywiła głowę i spojrzała na niego badawczo.  
- Moja matka pochodzi z rodziny farmerów, do których 
naleŜały kiedyś wielkie nieurodzajne obszary San Fremando 
Valley. Jeszcze przed tysiąc dziewięćsetnym rokiem. 
Nazywali się Fallonowie. Zresztą sporo ziemi mają do dziś.  
Willow zastanawiała się przez chwilę. Nigdy nie słyszała o 
Fallonach, ale zdawała sobie sprawę z wartości ziemi 
połoŜonej w najbliŜszych okolicach Los Angeles. - A twój 
ojciec? Czy do jego rodziny naleŜała Silicon Valley?  
- Nie - roześmiał się. - Mój ojciec, William S. Hart, była 
dworkiem.    
Willow mogła nie słyszeć o Fallonach, ale wiedziała, kim był 
William S. Hart. Szanowany i powszechnie znany adwokat, 
od kilku lat, na emeryturze, który zyskał sławę, broniąc z 
powodzeniem ludzi, których sytuacja zdawała się 
beznadziejna.  
- To wyjaśnia sprawę domu. Ale dlaczego w takim razie 
zostałeś detektywem?  
- Czy to teŜ wymaga wyjaśnień?  
- Jasne. Z twoim pochodzeniem powinieneś być prawnikiem 
z dyplomem Harvardu i kancelarią w Beverly Hills.  
- Skończyłem Harvard, ale nigdy nie miałem kancelarii w 
Beverly Hills.  
- Czemu?  
Steve wzruszył ramionami.  
- Prawnicy muszą trzymać się ściśle określonych reguł. A ja 
lubię robić wszystko po swojemu.  
- I?  
- I co?  
- Musiało być coś jeszcze, co wpłynęło na twój wybór.  
- Zajmuję się tym, co lubię, i jestem w tym dobry - 

background image

odpowiedział wymijająco. - A biuro mieści się pod adresem, 
pod który łatwiej trafić moim klientom.  
Popatrzyła mu prosto w oczy i nagle wszystko stało się jasne.  
- Nie jesteś takim twardzielem, za jakiego chciałbyś 
uchodzić. A pod tymi Ŝelaznymi muskułami masz serce z 
wosku. Jesteś idealistą. Robisz to, co robisz, Ŝeby pomagać 
ludziom, prawda?  
- Dajmy juŜ temu spokój, dobrze?  
Willow nie umiała sobie odmówić przyjemności po-
dokuczania mu jeszcze trochę.  
- Poszukiwacz zaginionych dzieci, obrońca kobiet. Walczący 
ze złem i nieprawością w imię sprawiedliwości na ciemnych 
ulicach Los Angeles.  
Steve odstawił kubek i spojrzał Willo w prosto w oczy. Nie 
odwróciła wzroku i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, Ŝe 
pomimo kpiącej miny patrzy na niego z niekłamanym 
podziwem.  
Zaraz potem, choć wydawało im się, Ŝe trwa to wieki, oboje 
uświadomili sobie, Ŝe oddychają coraz szybciej, Ŝe coraz 
mocniej biją ich serca i Ŝe przyszła chwila, od której nie 
będzie odwrotu.  
- Współczesny wojownik, rycerz w lśniącej zbroi ciągnęła 
Willow, ale w jej głosie nie było juŜ drwiny. - DuŜy chłopiec, 
skaut. ..  
- Willow, ostrzegam cię - mruknął przez zęby, lecz oboje, 
wiedzieli, Ŝe to tylko czcze pogróŜki. - Dosyć tego.  
- No co mi zrobisz?  
Steve jęknął głośno, jednym skokiem znalazł się przy niej i 
chwycił ją w ramiona.  
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ 10  
 
ZmiaŜdŜył jej wargi gwałtownym pocałunkiem. W tej 
porywczości była chęć odwetu za Ŝarty, jakie sobie z niego 
robiła, i namiętność, której nie potrafił juŜ dłuŜej utrzymać w 
ryzach. Willow odpowiedziała równie szalonym pocałunkiem 
i' zarzuciła mu ramiona na szyję, podczas gdy jego ręce 
niecierpliwie błądziły po jej ciele.  
Pocałunek zdawał się przeciągać w nieskończoność.  
Steve wplótł palce we włosy Willow, a ona zacisnęła 
kurczowo dłonie na jego bawełnianym podkoszulku, nie 
pozwalając mu odsunąć się choćby o milimetr. Musieli 
znaleźć się bliŜej ... jeszcze i jeszcze bliŜej siebie. Nie zdając 
sobie sprawy z tego, co robią, . zaczęli się rozbierać. Steve 
przyciągnął ją do siebie mocno, trzymając za biodra. 
ZadrŜała. Natychmiast znieruchomiał.  
Willow oderwała usta od jego ust.  
- Przysięgam na Boga, Ŝe jeŜeli. teraz się zatrzymasz, to 
zabiję cię gołymi rękami.  
Pochylił się i otoczył ramieniem szyję Willow. Drugą ręką 
zgarnął wszystko, co jeszcze zostało na stole. Na podłogę 
posypały się miski, szklanki i talerze.  
- Teraz będziesz musiała mnie zabić, Ŝeby mnie po-
wstrzymać - powiedział ochrypłym z podniecenia głosem i 
połączył się z nią. Willow słyszała nad sobą cięŜki oddech 
Steve'a i dziki łomot jego serca. Czuła, jak jego ciało drŜy w 
walce o to, by dać jej rozkosz, nim rozładuje spalające go 
napięcie.  
To było dzikie i gorączkowe.  
To było szalone i nieopanowane.  
To był seks w swojej najbardziej pierwotnej postaci.  
To było cudowne ..  

background image

Willow pręŜyła się i wiła w ramionach Steve'a, a jed-
nocześnie z całych sił przyciągała go do siebie. Nie myślała o 
niczym, nie czuła niczego prócz narastającej fali podniecenia, 
któremu poddała się tak, jak moŜna poddać się tylko 
nieopanowanym, przemoŜnym siłom natury. Z jej ust wyrwał 
się okrzyk rozkoszy, który wreszcie ' pozwolił Steve'owi 
przestać troszczyć się o jej doznania i szukać własnego 
spełnienia.  
Kiedy nastąpiło, z jego piersi wydobył się krzyk tryumfu, 
równie dziki i nieprzytomny jak ten, który przed sekundą 
wyrwał się z gardła Willowo Nim ostatnie spazmy przestały 
wstrząsać jego ciałem, opadł na nią i ogarnął jej wargi 
swoimi.  
Zanim odzyskali poczucie rzeczywistości, upłynęło kilka 
rozkosznie bezczynnych minut. Wreszcie Willow pierwsza 
się poruszyła, odwróciła głowę, pocałowała Steve'a i 
wyszeptała jego imię. Westchnął i uniósł twarz  skrytą w 
pachnącym zagłębieniu jej szyi.  
- Wszystko w porządku, mała?  
- Uhmmm - mruknęła leniwie i spojrzała na niego spod 
wpółprzymkniętych powiek.  
Ta kobieta naprawdę ma najbardziej wyraziste oczy, jakie w 
Ŝ

yciu widziałem, pomyślał Steve. We wzroku Willow 

odbijało się wszystko, co przeŜywała. Mógł wyczytać w nim 
radość i obawę, zaskoczenie i złość, ufność i niepewność. 
Zastanawiał się, jak długo będzie czekał na wyraz miłości w 
jej oczach. Od chwili gdy oddała mu się, naleŜał do niej i nic 
nie mogło juŜ tego' zmienić. Dziki, szalony seks, który tak 
nagle ich połączył, był dla niego potwierdzeniem łączącego 
ich uczucia. To, co się między nimi stało, traktował w 
pewnym sensie jako deklarację. NaleŜała teraz do niego i 
wiedział; Ŝe będzie o nią dbał i Ŝe będzie ją kochał. I gotów 

background image

był czekać, aŜ ona odpowie na jego uczucie miłością.  
-Przepraszam, Ŝe psuję zabawę, ale ten stół nie został 
zrobiony po to, by na nim leŜeć. - Pogłaskała go 
pieszczotliwie po potęŜnym bicepsie.  
Steve ze śmiechem dźwignął się nad nią. Sięgnął ręką w dół 
i uśmiech zamarł mu na twarzy. W otaczającej ich ciszy 
zabrzmiało soczyste przekleństwo.  
Zaskoczona podniosła głowę i podąŜyła za wzrokiem Steve'a 
ku miejscu, w którym przed chwilą jeszcze były złączone ich 
ciała. Kiedy zdała sobie sprawę, co się stało, musiała 
przygryźć wargi, Ŝeby nie wybuchnąć śmiechem. Wiedziała 
zresztą, Ŝe w gruncie rzeczy nie ma się z czego śmiać. 
Konsekwencje mogły okazać się śmiertelnie powaŜne, lecz 
nie moŜna juŜ było nic poradzić:  
Willow zachichotała wbrew woli.  
Sumienny, odpowiedzialny i zawsze przygotowany na 
wszystko pan Hart zapomniał o zabezpieczeniu.  
 
- Powinniśmy porozmawiać o tym, co się wydarzyło - 
odezwał się Steve, kiedy juŜ leŜeli razem w łóŜku.  
Przez szerokie, przeszklone drzwi i okno w dachu wpadał do 
sypialni blask księŜyca. Przed chwilą skończyli się kochać. 
Choć ten drugi raz był niemal równie namiętny i szalony jak 
pierwszy, Steve zachował dość przytomności umysłu, by w 
odpowiedniej chwili sięgnąć do szuflady w nocnym stoliku i 
wyjąć z niej prezerwatywę·  
- Mogłaś zajść w ciąŜę.  
- To mało prawdopodobne - starała się go uspokoić.  
- Nie w tym momencie cyklu.  
- Ale mogło się tak zdarzyć - upierał się.  
PołoŜył jej rękę na brzuchu i pomyśl o chwili, gdy pod jego 
krągłością będzie się kryło nowe Ŝycie.  

background image

Wzruszyła ramionami i zadała sobie w duchu pytanie, czemu 
myśl o tym, Ŝe mogłaby być z nim w ciąŜy, nie napawa jej 
najmniejszym nawet niepokojem.  
- Nie martw się na zapas - odezwała się lekko i połoŜyła dłoń 
na jego dłoni. - Mamy większe zmartwienia.  
- Jeśli ci chodzi o AIDS, to robiłem badania. Robię je co 
roku, poniewaŜ miewam ryzykowne kontakty.  
- A jak często? - spytała zaskoczona jego lekkim tonem.  
- W mojej pracy zdarzają się róŜne sytuacje. Miewam do 
czynienia z pokaleczonymi ludźmi, którym trzeba robić 
opatrunki.  
- Aha - mruknęła, starając się ukryć zaskoczenie.  
- ZauwaŜyłam, Ŝe masz w szufladzie kilka paczek 
prezerwatyw i pomyślałam ...  
- A czemu w ogóle myszkowałaś w moich szufla- . dach, 
Willow Ryan?  
- Szukałam temperówki - odpowiedziała po sekundzie 
namysłu, modląc się w duchu, Ŝeby nie zauwaŜył rumieńca 
wypełzającego jej na twarz.  
- Tere-fere, grzebałaś w moich szufladach.  
- Czy nie chciałbyś dowiedzieć się o mnie czegoś bliŜszego? 
- usiłowała zmienić temat.  
- Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?  
- Sama nie wiem. Mój pierwszy chłopak sam był dziewicą. :- 
Willow czuła się zakłopotana uwaŜnym spojrzeniem Steve'a 
.. - Mojego drugiego chłopaka poznałam w college'u. 
UŜywaliśmy prezerwatyw.  
- I?  

  

- l to wszystko - zakończyła bezradnie. - Moje Ŝycie 
seksualne było na pewno znacznie uboŜsze i mniej ciekawe 
od twojego.  
Steve nie potrafił ukryć uśmiechu. Tylko dwóch kochanków. 

background image

Willow najwyraźniej nie traktowała lekko związków z 
męŜczyznami. Tym bardziej mógł sobie cenić, Ŝe oddała mu 
się po dwóch dniach znajomości.   
- Nie widzę niczego zabawnego w fakcie, Ŝe jedno z nas jest. 
.. rozwiązłe - burknęła uraŜona i spróbowała odepchnąć go od 
siebie.  
Steve. chwycił ją za rękę i przytrzymał na swojej piersi.  
- Przyznaję, Ŝe miałem więcej niŜ dwie kochanki, ale nie 
wyobraŜaj sobie, Ŝe przez moje łóŜko przewinęły się tłumy 
kobiet.  
- Akurat! - Usiłowała wyrwać rękę. - MoŜe mi powiesz, Ŝe 
trzymasz te wszystkie prezerwatywy tylko na wszelki 
wypadek?  
- Faktem jest, Ŝe ogromną większość z nich rozdaję - 
odpowiedział, nie wypuszczając jej dłoni.  
Przestała się wyrywać i przysunęła twarz, by. lepiej spojrzeć 
mu w oczy.  .  
- Rozdajesz? Komu?  
- Dzieciakom. Kiedy po ucieczce z domu lądują na ulicy, 
większość z nich szybko podejmuje Ŝycie seksualne. I wydaje 
mi się, Ŝe waŜniejsza jest ich ochrona niŜ prawienie im 
morałów.  
- Aha - odpowiedziała zakłopotana, Ŝe niesłusznie go 
podejrzewała.  
- Natomiast co do tych, które trzymam w nocnym stoliku, to 
inna sprawa. - Steve przekręcił się na bok i sięgnął do 
szuflady. - Zostało nam jeszcze z pół tuzina, kochanie. Czeka 
nas pracowita noc.  
 
Ich trzeci raz był zupełnie inny od dwóch pierwszych. 
Kochali się powoli, bardzo powoli. Steve poznawał ciało 
Willow, ucząc się, jakie pieszczoty sprawiają jej zaledwie 

background image

przyjemność, a jakie budzą w niej niepohamowaną 
namiętność. Chciał, Ŝeby była szczęśliwa, pragnął dać jej 
wszystko, co męŜczyzna moŜe dać kobiecie, by nie przyszło 
jej do głowy kochać się z innym.  
Z diaboliczną metodycznością .przystąpił do wcielania tego 
planu w Ŝycie. Jego dłonie niezmordowanie wędrowały po jej 
ciele, odwiedzając jego wszystkie zakątki i zakamarki. Palce 
delikatnie gładziły twarz Willow, obejmowały jej piersi, 
wędrowały po łagodnych krzywiznach bioder, smukłych 
łydkach i płynnych krągłościach pośladków. Jego usta 
przemierzały brzuch, biodra i uda Willow, sprawiając, Ŝe 
oddychała coraz szybciej, a jej serce biło coraz silniej.  
Sama nie umiałaby powiedzieć, ile razy doprowadził ją do 
wybuchu rozkoszy. Wiedziała tylko, Ŝw końcu nie miała 
siły na jego dalsze pieszczoty, więc odepchnęła jego ręce i 
uklęknęła obok niego.  
LeŜał. wyciągnięty na plecach i pozwalał jej robić ze sobą 
wszystko, na co tylko miała ochotę. Czasem pomagał jej, 
wskazując, co moŜe zrobić, by spotęgować jego 
przyjemność, kiedy indziej pozwalał jej na eksperymenty, 
zawsze bez skargi znosząc ich wyniki. Nim upłynęła noc, 
Willow nauczyła się o nim niejednego. Wiedziała, co zrobić, 
Ŝ

eby drŜał, co - Ŝeby jęczał i wił się z rozkoszy, a co, Ŝeby 

ogarnięty namiętnością błagał ją o więcej.  
Kiedy juŜ oboje rozpaleni byli do białości, Steve sięgnął na 
stolik, gdzie odłoŜył wyjęte z szuflady prezerwatywy. Tym 
razem wręczył mały kwadracik szeleszczącej srebrnej folii 
Willow. 
Kiedy juŜ było po wszystkim, opadła na niego całym 
cięŜarem ciała. Przygarnął ją do siebie ramionami jak 
dziecko. Willow miękkim, pieszczotliwym głosem wy-
szeptała jego imię i objęła za szyję. Steve uśmiechnął się 

background image

błogo, zamknął oczy i pogrąŜył się w głębokim, spokojnym 
ś

nie.  

 
- Czy sądzisz, Ŝe śmierć mojej matki i nasz wczorajszy 
wypadek mogły mieć ze sobą coś wspólnego? - spytała.  
Było koło południa. Siedzieli razem w wielkiej wannie pełnej 
gorącej wody i popijali świeŜo wyciśnięty sok· 
pomarańczowy. Kąpiel była dobrym pomysłem. Spłukiwała z 
nich zmęczenie wywołane bezsenną nocą i leniwym 
niedzielnym porankiem, w czasie którego kochali się w 
róŜnych miejscach domu.  
Steve popatrzył na Willowo Sam nie wiedział dlaczego, ale 
jej pytanie wcale go nie zaskoczyło.  
- Więc ty teŜ myślisz, Ŝe to nie był wypadek?  
- Nie moŜna nie zauwaŜyć człowieka stojącego na środku 
jezdni, więc jeśli ktoś na jego widok przyśpiesza, zamiast 
zwolnić, to sam przyznasz, Ŝe trudno to uznać za przypadek.  
Uśmiechem dał jej do zrozumienia, Ŝe ma rację. - Co 
wiesz na temat wypadku twojej matki?  
- Wszystko ci juŜ opowiedziałam. Przejechał ją samochód na 
Hollywood Boulevard. Sharon dostała zawiadomienie z 
policji ... albo moŜe z kostnicy, nie pamiętam juŜ.  
Steve przesiadł się tak, Ŝeby znaleźć się obok Willow, i objął 
ją ramieniem.  
- To trwało dosyć długo. - Willow miło było czuć wokół 
siebie opiekuńcze ramię. - Pewnie dlatego, Ŝe mieszkaliśmy 
w innym stanie.   .  
- Czy w tym liście były jakieś szczegóły na temat wypadku? 
Jak do niego doszło? MoŜe twoja matka przechodziła jezdnię 
w niedozwolonym miejscu? MoŜe kierowca był pijany? 
MoŜe to było na światłach? Czy go w ogóle ujęli, czy uciekł 
z miejsca wypadku?  

background image

. - Nie wiem, nie pamiętam. - Popatrzyła mu w oczy, jakby 
spodziewała· się, Ŝe i na to pytanie będzie znał odpowiedź. - 
Myślisz, Ŝe mogło tak być?  
- Jutro się tego dowiemy- obiecał jej. - Wczoraj, kiedy się 
kąpałaś, zadzwoniłem do znajomego z policji i poprosiłem 
go, Ŝeby ustalił okoliczności tamtego wypadku.  
- To by znaczyło, Ŝe ktoś mógł ją przejechać umyślnie, 
prawda? I moŜliwe, Ŝe wczoraj ktoś usiłował przejechać 
mnie.  
- To moŜliwe, ale jeszcze nie pewne - odparł. - Na razie są to 
tylko nasze domysły.  
Willow potrzebowała chwili, by przemyśleć wszystkie 
konsekwencje takiej moŜliwości.  
- Ethan Roberts? - rzuciła pytającym tonem.  
- Tego nie wiemy na pewno.  
- N a pewno nie - przyznała. - Ale ty teŜ go podejrzewasz. 
Czego dowiedziałeś się wczoraj na temat Robertsa?  
- Niewiele.  
- Powiedz mi. Wszystko, co wiesz.  
- Pamiętaj, Ŝe to moŜe być twój ojciec. Roberts zawitał do 
Hollywood pod koniec lat sześćdziesiątych. Wystąpił w paru 
reklamówkach, zagrał epizodyczne rólki w jakichś dawno 
zapomnianych serialach i wreszcie otrzymał pierwszą 
powaŜniejszą rolę, lekarza w serialu "Lata mijają". Wtedy 
poznał twoją matkę. Od tego momentu zaczynają się 
nieścisłości. To prawda, Ŝe było przyjęte, by aktorzy grający 
pary w serialach pokazywali się razem takŜe poza planem. 
Spotkania Robertsa z twoją matką zostały zaaranŜowane na 
jego nalegania. Udało mi się dotrzeć do kogoś, kto z nimi 
pracował, i dowiedziałem się, Ŝe twoja matka wcale nie miała 
ochoty na te randki ... - Steve znowu urwał, Ŝeby mogła 
uchylić się przed prawdą.  

background image

. - Mów - zaŜądała stanowczo.  
- Musisz wziąć jedno pod uwagę. Facet, z którym 
rozmawiałem, przyznał, Ŝe nie lubi Robertsa - zastrzegł się. - 
W kaŜdym razie według niego Roberts był przekonany, Ŝe 
jest geniuszem i Ŝe czeka go wielka kariera. No i w związku, 
z tym traktował otaczających go ludzi, oczywiście tylko tych, 
którzy nie mieli wpływu na jego losy, jak jakiś gorszy 
gatunek. Jakby istnieli tylko p6 to, Ŝeby mu słuŜyć.  
- Tak jak swoją pokojówkę. Steve kiwnął 
głową.  
- Zapewne. Idźmy dalej. Twoją matkę mój rozmówca z kolei 
bardzo lubił. Powiedział mi, Ŝe była naprawdę wspaniałą 
dziewczyną i Ŝe w przeciwieństwie do Robertsa zawsze 
bardzo dobrze traktowała ludzi. Twierdzi, Ŝe wszyscy 
Ŝ

ałowali, kiedy odchodziła. Mówił wreszcie, Ŝe była 

utalentowana.  
Willow bez słowa wyciągnęła rękę i ścisnęła dłoń Steve'a, 
Ŝ

eby choć w ten sposób mu podziękować.  

- Roberts zrezygnował z udziału w serialu w sie-
demdziesiątym drugim roku, kiedy odniósł nieoczekiwany 
sukces, występując w kilku nisko budŜetowych filmach 
kowbojskich.  
- Pamiętam je. Jeszcze, dziś nadają je od czasu do czasu w 
telewizji.  
- W siedemdziesiątym siódmym oŜenił się ze swoją partnerką 
z jednego z tych filmów, Heather Blaine. W siedem miesięcy 
później urodził im się syn, Peter. Edward przyszedł na świat 
w siedemdziesiątym dziewiątym roku. Nim skończył rok, 
Ethan i Heather wzięli rozwód. Roberts w dalszym ciągu 
występował w filmach i choć nigdy nie został naprawdę 
wielkim aktorem, jak, powiedzmy, Nicholson czy Eastwood, 
to jednak zdobył sobie znaczną popularność. No a przede 

background image

wszystkim duŜe pieniądze. W tym samym czasie - głos Ste-
ve'a stwardniał mimowolnie od gniewu - jego pierwsza Ŝona 
mieszkała z dwojgiem dzieci w małym mieszkanku w West 
Hollywood, ledwo wiąŜąc koniec z końcem.  
Willow zacisnęła dłoń na ręce Steve' a, dając mu do 
zrozumienia, Ŝe podziela jego uczucia.   
- W osiemdziesiątym drugim roku jego gwiazda zdawała się 
przygasać. Nie otrzymywał Ŝadnych nowych propozycji, 
zaczął pojawiać się głównie w telewizji. Zwrot nastąpił dwa 
lata później. Poznał wtedy na jakimś przyjęciu 
dobroczynnym córkę miejscowej grubej ryby ze świata 
polityki, Blake'a Hudsona. Joanna Hudson była tym, czego 
potrzebował Roberts. Roberts z kolei był tym, czego po-
trzebował Blake Hudson. Szybko się dogadali i juŜ w 
osiemdziesiątym piątym Roberts po raz pierwszy ubiegał się 
o stanowisko we władzach miejskich Los Angeles. W 
następnym roku oŜenił się z Joanną Hudson i rozpoczął 
przygotowania do walki w wyborach do władz stanowych 
Kalifornii. Nieco wcześniej wystąpił przeciwko pierwszej 
Ŝ

onie, Ŝądając odebrania jej praw do sprawowania opieki nad 

dziećmi. Jak się domyślasz, wygrał, ale zastosował chwyty 
poniŜej pasa. Oczywiście w przeciwieństwie do niej miał do 
dyspozycji najlepszych adwokatów i świadków gotowych 
zeznać za pieniądze wszystko, czego sobie zaŜyczył. 
PoniewaŜ Heather była notowana w kartotekach policyjnych 
w związku z narkotykami, najłatwiej było zrobić z niej 
narkomankę. Świadkowie zeznali; Ŝe prostytuowała się. Fakt, 
Ŝ

e świadkowie powołani na Ŝądanie Heather zaprzeczyli, nie 

pomógł. Dzięki wpływom teścia Roberts stał się bohaterem 
artykułów w prasie, która przedstawiła go jako anioła 
ś

pieszącego na pomoc skrzywdzonym dzieciom. Kiedy sąd 

ogłosił wyrok, Heather dostała ataku szału. Gotowa była 

background image

rzucić się na Robertsa. OdgraŜała się, Ŝe zapłaci mu za jego 
podłość, choćby ją to miało kosztować Ŝycie.  

 

- l? - spytała z nadzieją w głosie.  
- Nie odpłaciła. W dzień po tym, jak jej dzieci zostały oddane 
ojcu, znaleziono ją martwą w łazience własnego mieszkania. 
Za duŜo tabletek nasennych.  
- To było samobójstwo?  
- Tak się wtedy wydawało. Ale jeŜeli dowiemy się czegoś 
więcej o okolicznościach śmierci twojej matki i twojego 
wczorajszego ... wypadku, to moŜe się okazać, Ŝe Heather 
była tylko kolejną przeszkodą na drodze Ethana Robertsa do 
władzy, potęgi i pieniędzy.  
Sięgnął po szklankę i pociągnął długi łyk, jakby chciał 
spłukać z ust coś gorzkiego.  
- To przeraŜające, Steve. Nie mogę uwierzyć, Ŝe takie rzeczy 
się zdarzają.  
- śe się zdarzają, to pewne. Nie wiemy natomiast, czy tak jest 
i teraz. Pamiętaj o tym. - Steve odstawił szklankę, objął 
Willow i posadził sobie na kolanach. W kaŜdym razie jesteś 
juŜ bezpieczna. Nie pozwolę, Ŝeby stało ci się coś złego.  
Przytuliła się do niego.  
- To dobrze.  
W oczach Willow zabłysły łzy.  
- A jeŜeli on naprawdę jest moim ojcem?  
- MoŜe jest, a moŜe nie. Być moŜe w papierach, jakie zostały 
po Eryku Shannonie, znajdziemy dowody, Ŝe to on był twoim 
ojcem. MoŜe dowiemy się tego z badań krwi Jacka. A moŜe 
okaŜe się, Ŝe jesteś córką Zeke'a Blackstone'a? Lub moŜe 
kogoś zupełnie innego, o kim w ogóle jeszcze nie wiemy? W 
kaŜdym razie to wcale nie musi być Ethan Roberts.  
- Ale oboje sądzimy, Ŝe to on. I oboje skłonni jesteśmy 
przypuszczać, Ŝe to on stoi za wczorajszym wypadkiem.  

background image

Steve milczał. Nie mógł pocieszać jej za cenę kłamstwa.  
Nerwy zawiodły Willow. Opuściła głowę na ramię Steve'a i 
wybuchnęła płaczem.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ 11  
 
Steve objął ją mocno i przycisnął do piersi, głaszcząc po 
głowie i kołysząc w ramionach jak zrozpaczone dziecko. 
Niczego nie mówił, bo wiedział, Ŝe jakiekolwiek słowa 
pociechy brzmiałyby w tej chwili niedorzecznie i fałszywie., 
Wszystko, co mógł zrobić, to trzymać Willow w objęciach i 
dać jej czas, by pogodziła się z rzeczywistością.  
Po kilku minutach płacz przycichł, jeszcze przez chwilę 
Willow pochlipywała Ŝałośnie, po czym zupełnie ucichła. 
Siedzieli bez ruchu w wannie i Steve myślał przez jakiś czas, 
Ŝ

e wyczerpana zasnęła.  

- Odkąd byłam dzieckiem - zaczęła tak cichym głosem, Ŝe 
musiał wytęŜać słuch, by ją zrozumieć - wymyślałam sobie 
róŜne, najdziwniejsze historie na temat mego ojca. W miarę 
upływu lat szczegóły się zmieniały, ale zawsze wmawiałam 
sobie, Ŝe nie porzucił nas z własnej woli, Ŝe zmusiła go do 
tego jakaś potęŜna siła, której nie mógł się przeciwstawić ... 
Wiedziałam, Ŝe kiedy zacznę go szukać, moŜe się to okazać 
nieprawdą. Pewnie dlatego tak długo zwlekałam z 
rozpoczęciem poszukiwań. Ale zawsze myślałam ... - plecami 
Willow wstrząsnął bezgłośny szloch - wierzyłam, Ŝe spotkam 
kogoś, kto naprawdę kochał moją matkę, i choć nie udało im 
się być razem, to jednak będzie Ŝywił dla mnie choć trochę 
uczucia, a moŜe nawet ucieszy się na mój widok. Uniosła 
głowę i popatrzyła mu w oczy przez łzy. - Ale nigdy, nigdy 
nie przeszło mi przez myśl, Ŝe spotkam potwora.  
Steve ujął twarz Willow w dłonie.  
- To, czy Ethan Roberts jest twoim ojcem czy nie, nie ma 
Ŝ

adnego znaczenia - powiedział łagodnie i otarł kciukami 

ś

lady łez na jej policzkach. - Nawet jeŜeli jest twoim ojcem 

biologicznym, to i tak nie macie ze sobą nic wspólnego. 

background image

Twoją prawdziwą rodziną jest ciotka Sharon, wujek Dan i 
ludzie, wśród których wyrosłaś na Jagodowym Polu. To 
dzięki nim jesteś taka, jaka jesteś.  
- Zdaję sobie z tego sprawę. Naprawdę. Wiem, Ŝe jeśli 
odnajdę ojca, ktokolwiek nim jest, nie zmieni to mojego 
Ŝ

ycia. Nie oczekiwałam tego ... Ja tylko ... Wzruszyła 

ramionami i wyprostowała się. Uśmiechnęła się smutno, 
zawstydzona swoimi łzami, przygnębiona utratą dziecinnych 
marzeń. - Prawda okazała się taka smutna, Ŝe trudno mi się z 
nią pogodzić ... Ale wiem, Ŝe muszę jakoś z tym Ŝyć i dam 
sobie radę.  
Odwaga, z jaką gotowa była stawić czoło swemu 
przeznaczeniu, wzruszyła go bardziej, niŜ mógł się spo-
dziewać.   
- Kocham cię - powiedział po chwili, jakby chciał dać jej coś 
w zamian za utraconą nadzieję.  
Oczy Willow zrobiły się wielkie jak spodki. Chyba jeszcze 
nigdy w Ŝyciu nie była równie zaskoczona. Przez długą 
chwilę milczała, usiłując uporządkować jakoś własne, 
rozchwiane wskutek wydarzeń . ostatnich dni, emocje.  
- Nie wiem, co powiedzieć, Steve - odezwała się w końcu, 
nie chcąc mówić mu niczego, co nie byłoby prawdą i tylko 
prawdą.  
- Nie oczekuję deklaracji - powiedział. - Chciałem tylko, 
Ŝ

ebyś o tym wiedziała.  

Steve wstał i wyszedł z wody.  
- Pora się ubierać - odezwał się spokojnie, jakby przed chwilą 
nie wyznał jej miłości. - Czeka na nas Zeke Blackstone, a po 
drodze powinniśmy jeszcze zajrzeć do hotelu i zabrać twoje 
rzeczy.  
 
Zeke Blackstone był Ŝywą legendą Hollywood. Odkąd 

background image

przyjechał do Kalifornii, by szukać sławy i majątku, jego 
Ŝ

ycie było nieustającym pasmem sukcesów. JuŜ pierwsza 

rola przyniosła mu uznanie zarówno krytyki, jak i 
publiczności i uczyniła go bezsporną gwiazdą ame-
rykańskiego kina. Teraz, w wieku czterdziestu siedmiu lat, 
stał u szczytu swoich moŜliwości twórczych jako aktor, 
reŜyser i producent filmowy. Pojawić się u jego boku było 
marzeniem najzdolniejszych młodych aktorów i aktorek.  
Zeke mieszkał wraz ze swoją Ŝoną Ariel Cameron nad 
brzegiem oceanu. Okolica, w której stał jego dom, nosiła 
oficjalną nazwę Kolonii znad PlaŜy Malibu, lecz w kręgu 
wtajemniczonych zwana była po prostu Kolonią.  
Willow, która oczekiwała, Ŝe ujrzy zapierające dech w piersi 
widoki Pacyfiku, luksusowe rezydencje i bajeczne sklepy, w 
których słynni i bogaci kupują ubrania od Armaniego, wodę 
Evian i importowane Z Grecji kozie sery, poczuła się 
rozczarowana. Ocean widać było tylko w prześwitach 
między domami i koronami palm, sklepy wyglądały tak samo 
jak gdzie indziej w Ameryce, a rezydencje kryły się za 
wysokimi Ŝywopłotami i zamkniętymi bramami.  
- Jesteś pewny, Ŝe to tu? - spytała, kiedy jechali powoli 
wąską drogą mającą. prowadzić do domu Blackstone'a.  
- Zaufaj mi - odpowiedział spokojnie Steve i zaparkował 
swego mustanga przed niepozornym garaŜem.  
Wysokie Ŝywopłoty, których najwyraźniej od dawna nie 
tknęły noŜyce ogrodnika, zasłaniały widok na ocean. 
Pomiędzy nimi wyłoŜona kamiennymi płytami ścieŜka 
wiodła do schodków prowadzących na taras i do frontowych 
drzwi, którym nie zaszkodziłoby odmalowanie.  
Otworzyła im sama Ariel Cameron. Wyglądała równie 
elegancko jak podczas telewizyjnych występów, które 
przyniosły jej tak wielką sławę. Miała szczupłą figurę, 

background image

wielkie, niebieskie oczy i złote włosy, które opadały na 
ramiona. Była ubrana w obcisłe, białe dŜinsy i biały sweter. 
W uszach miała złote kolczyki z perłami, na palcu' lśnił w 
słońcu pierścionek z brylantem.   
- Zeke jest na tarasie - powiedziała, kiedy się przedstawili. - 
Proszę, wejdźcie.  
Wnętrze domu było dokładnie takie, jak to sobie Willow 
wyobraŜała. Hol na planie trójkąta, z kamienną posadzką, 
wydał jej się większy od jej całego mieszkania w Portlandzie. 
Wysoko pod sklepionym sufitem wisiał Ŝyrandol z kutego 
Ŝ

elaza, ze ściany patrzyła na nią potrójna twarz Ariel 

Cameron pędzla Andy Warhola.  
Do salonu schodziło się po dwustopniowych schodach.  
Na podłodze ze zwykłych, prostych desek leŜały tureckie 
dywany w delikatnych pastelowych kolorach. W ogromnym 
pomieszczeniu, w którym z łatwością mogłoby się zebrać ze 
sto osób, stały w pozornym nieładzie kanapy, sofy, fotele i 
krzesła z tapicerskimi obiciami kremowej barwy, pełne 
bladoróŜowych, błękitnych, Ŝółtych i jasnozielonych 
poduszek. Pod ścianą wznosił się wielki kamienny kominek, 
obok którego stał fortepian z uniesionym wiekiem. Cała 
zachodnia ściana była przeszklona. Na tarasie oparty o 
drewnianą balustradę męŜczyzna rozmawiał przez telefon 
komórkowy. Ariel zapukała w szybę. Zeke Blackstone 
odwrócił się do nich, uśmiechnął i gestem dał im do 
zrozumienia, Ŝe zaraz kończy ..  
- Siadajcie, proszę. - Gospodyni wskazała im najbliŜszą 
kanapę .. - Przygotuję coś do picia. MoŜe być wino czy 
.macie ochotę na coś innego?  
- Chętnie napiję się wina - odpowiedział Steve ..  
- MoŜe pani w czymś pomóc? - zaproponowała Willow. 
Ariel odpowiedziała jej uśmiechem.   

background image

- Dziękuję, dam sobie radę.  
Rozległ się cichy szelest odsuwanych drzwi. 
- A oto Zeke - poŜegnała ich Ariel i odeszła.  
Zeke Blackstone był równie przystojny jak jego Ŝona, 
wysoki, szczupły i szeroki w ramionach. Pomimo swoich 
czterdziestu siedmiu lat miał w sobie coś chłopięcego i 
Ŝ

ywiołowego. Być moŜe sprawiały to wypłowiałe dŜinsy, do 

których nosił zwykłą błękitną koszulkę, bujne ciemne włosy 
ledwo przyprószone siwizną na skroniach lub brązowe oczy 
patrzące ciepło i przyjaźnie. Trudno się było dziwić, Ŝe 
kobiety za nim szaleją.  
- Zeke Blackstone - przedstawił się po prostu i wyciągnął 
rękę.  
Kiedy się przywitali, przysiadł na poręczy fotela.  
- Jack Shannon zostawił mi wczoraj tajemniczą wiadomość, z 
której wynikało tylko tyle, Ŝe koniecznie muszę z wami 
pogadać. Po powrocie do domu zadzwoniłem do niego, ale 
nie chciał mi niczego wyjaśnić. Ach, ci pisarze - westchnął 
Zeke - kochają niespodzianki.  
Do pokoju weszła Ariel. Zeke poderwał się z miejsca, wziął 
od Ŝony tacę i postawił na stoliku koło kanapy.  
- Wiem tylko, Ŝe przyszliście w sprawie młodej kobiety, 
która mieszkała na początku lat siedemdziesiątych w 
Bachelor Anns.  
Wręczył im po kieliszku białego wina, po czym, takŜe z 
kieliszkiem w dłoni, usiadł obok Ŝony.  
- Jak wam mogę pomóc?  
Willow zawahała się i spojrzała niespokojnie na Ariel 
Cameron.  
- Pytaj śmiało - zachęciła ją Ariel z uśmiechem. Stare 
miłości Zeke'a nie przyprawiają mnie o ataki zazdrości.  
- No więc ... - Willow przypomniała sobie słowa  

background image

Steve'a, który radził jej, by nie owijała w bawełnę - za-
stanawiam się, czy nie jest pan przypadkiem moim ojcem.  
Ariel Cameron zgodnie ze swoją obietnicą zachowała  
spokój, ale jej mąŜ omal nie oblał się winem z wraŜenia. 
Trosklhya Ariel wyjęła mu kieliszek z ręki i odstawiła na 
stolik .  
- Czy moglibyśmy usłyszeć coś więcej na ten temat? - 
spytała spokojnie.  
Zeke Blackstone wpatrywał się w fotografie, które wręczyła 
mu Willow. 
- Nigdy nie spotykałem się z pani matką. Przysięgam na 
Boga. Oczywiście, jeŜeli poprawi to pani samopoczucie, to 
gotów jestem w kaŜdej chwili zrobić badania krwi.  
- Nie, to nie ...  
- MoŜemy to zrobić później - wtrącił Steve, zanim  
Willow zdąŜyła podziękować za propozycję.  
Rzuciła mu zaskoczone spojrzenie. Dla niej sama gotowość 
Blackstone'a do poddania się próbie była juŜ dostatecznym 
dowodem.  
- Czy. przypomina pan sobie coś, co mogłoby nam pomóc? Z 
kim się spotykała?  
- Donna była dziewczyną Eryka.   
Steve i Willow popatrzyli na siebie.  
- Eryka? Nie Ethana? - spytał Steve dla pewności.  
- Hmmm. - Zeke Blackstone zmarszczył brwi, jakby się nad 
czymś zastanawiał, ale w końcu tylko wzruszył ramionami. - 
Cała sytuacja była dosyć skomplikowana. Na początku, zaraz 
po przeprowadzce do Bachelor Arms,' Donna spotykała się z 
Ethanem. Potem poznała Eryka. Myślę, Ŝe to był znacznie 
powaŜniejszy związek.  
- Czy byli ... kochankami?  
- Chyba tak, chociaŜ .. .- Zeke pokręcił głową. - Nigdy nie 

background image

wiadomo, jak to naprawdę jest między ludźmi. Później, po 
ś

mierci Eryka, nieraz rozmyślałem o tym wszystkim, ale nie 

doszedłem do Ŝadnych wniosków.  
- A jak to było?  
- Kiedy Donna zaczęła spotykać się z Erykiem, Ethan był 
wściekły. Najwyraźniej uwaŜał, Ŝe poniewaŜ ściągnął ją do 
Bachelor Arms, to powinna naleŜeć wyłącznie do niego. I nie 
miał najmniejszej ochoty dzielić się nią z jakimkolwiek 
innym facetem.  
- Dzielić się? - powtórzyła zaskoczona Willowo  
- No cóŜ - Zeke posłał jej przepraszające spojrzenie - moŜe 
tak, moŜe nie. Ta cała sytuacja była dość nie jasna. Wtedy 
wydawało mi się, Ŝe Donna jest z Erykiem. Po jego 
samobójstwie najwyraźniej szukała pociechy u Ethana. Mam 
wraŜenie, Ŝe czuła się winna, a Ethan był jedynym 
człowiekiem, który rozumiał jej problemy. Musicie wziąć 
pod uwagę, Ŝe ja sam nie byłem wtedy w najlepszej formie. 
Samobójstwo Eryka odmieniło Ŝycie wszystkich 
mieszkańców apartamentu l G. W kaŜdym razie wydaje mi 
się, Ŝe pamiętam ich długie rozmowy o damie z lustra, o 
spotkaniu z nią i o konsekwencjach tego spotkania. Mogli o 
tym rozprawiać w nieskończoność. Czasem, kiedy tego 
słuchałem, ciarki chodziły mi po grzbiecie.  
- Proszę nam tylko nie mówić, Ŝe oni oboje widzieli tę 
mityczną damę z lustra.  
- Obawiam się, Ŝe nie da się tego uniknąć. Jeśli dobrze 
pamiętam, Ethan widział ją przynajmniej dwukrot.nie. Za 
pierwszym razem zanIm dostał rolę lekarza w serialu "Lata 
mijają". Za drugim razem tej samej nocy, gdy zginął Eryk. 
Był wtedy, a być moŜe jest i dzisiaj, całkowicie przekonany 
o prawdziwości tego, co zobaczył.  
Steve prychnął.  

 

background image

- Nic dziwnego, Ŝe nasza polityka schodzi na psy.  
Zeke roześmiał się.  
- Nie tylko Ethanją widział. Zdaje się, Ŝe przydarzyło się to 
takŜe wielu innym ludziom. Na ogół nie przywiązuję do 
takich historii większego znaczenia, ale odkąd usłyszałem, Ŝe 
spotkali ją takŜe Jack Shannon i jego Ŝona, trudno byłoby mi 
uznać to wyłącznie za wytwór bujnej wyobraźni.  
- Tak, wiem, Ŝe ją widzieli. A jego urocza Ŝona gotowa była 
wręcz obrazić się na mnie, kiedy wyraziłem powątpiewanie 
w istnienie tej legendarnej postaci.  
Zeke zaśmiał się znowu.  
- Słodka buzia Faith niejednego juŜ zwiodła. Ta dziewczyM 
gotowa jest bronić Jacka niczym lwica.   
- Czy pan takŜe widział damę z lustra? - Willow nie umiała 
powstrzymać ciekawości.  
Zeke pokręcił głową.  
- Nie przypominam sobie tego.  
- Ja ją widziałam - wtrąciła Ariel.  
Zeke spojrzał zaskoczony na Ŝonę.  
- Naprawdę? Kiedy?  
Ariel spojrzała na niego z łagodnym, kobiecym uśmiechem.  
- To było za pierwszym razem, kiedy wróciliśmy do 
apartamentu lG, po tym, jak ponownie się ze sobązwią-
zaliśmy.  
- Dlaczego nigdy mi o tym nie wspomniałaś?  
- To było bardzo dziwne przeŜycie - powiedziała z namysłem 
Ariel. - Kątem oka zobaczyłam w lustrze coś białego, co 
zaraz znikło. Nigdy nie potrafiłam zdecydować, co to 
naprawdę było, i z czasem o tym niemal zapomniałam. Na 
wszelki wypadek wolałam nikomu nie mówić.  
- Czy to spotkanie zmieniło coś w pani Ŝyciu? - spytała 
Willowo  

background image

Ariel wzruszyła ramionami.  
- Zeke i ja jesteśmy znowu razem. Gdyby ktoś mnie zapytał, 
zanim ją zobaczyłam, czy to moŜliwe, odpowiedziałabym, Ŝe 
to bardzo mało prawdopodobne. A jednak się zdarzyło i - 
Ariel uśmiechnęła się ciepło do męŜa - jesteśmy szczęśliwi 
jak nigdy.  
- I naprawdę sądzi pani, Ŝe to za sprawą damy z lustra? - 
spytał pełnym powątpiewania głosem Steve.  
- Nie wiem. MoŜe. W apartamencie lG jest coś ... - Ariel 
wzruszyła ramionami, jakby chciała po raz kolejny 
podkreślić trudny do określenia charakter tego, co widziała - 
nie z tej ziemi. Wierzę, Ŝe to moŜe wywierać na ludzkie losy 
jakiś trudny do przewidzenia wpływ.  
- Jack jest przekonany, Ŝe jakaś siła zmusiła nas wszystkich 
do powrotu po latach do Bachelor Arms. Na miejsce śmierci 
Eryka. On wrócił tam pierwszy, Ŝeby pogodzić się z 
przeszłością i zacząć nowe Ŝycie. Potem my z Ariel. A teraz 
... - Zeke spojrzał na Steve'a i Willow spod wliesionych brwi 
- wy. Czasem trudno uniknąć wraŜenia, Ŝe coś w tym musi 
być.  
- Czasem trudno uniknąć wraŜenia, Ŝe ludzi dookoła ogarnia 
szaleństwo - prychnął Steve i wsunął do kieszeni drobne, 
które otrzymał jako resztę.  
Wracając od Zeke'a Blackstone'a, wstąpili na obiad do małej 
restauracji z widokiem na ocean. Skończywszy jedzenie, 
uznali, Ŝe przyjemniej' będzie przejść się wzdłuŜ brzegu niŜ 
siedzieć nad deserem.  
- Nie mogę pojąć, jak to moŜliwe, Ŝe dorośli ludzie wierzą w 
takie zabobony.  
Willow roześmiała się z jego zgorszonej miny.  
- Pamiętasz, co powiedział nam Jack Shannon? Czy 

background image

naprawdę nie potrafisz uwierzyć w to, Ŝe dookoła nas dzieją 
się rzeczy, których nie moŜemy pojąć?  
- Nie - oświadczył zdecydowanie Steve. -. JeŜeli o mnie 
chodzi, to na świecie jest dostatecznie duŜo prawdziwych 
kłopotów, Ŝebym miał jeszcze przejmować się duchami.  
- Skąd moŜemy wiedzieć, co jest, a co nie jest prawdziwe? - 
zastanawiała się głośno, zajęta roztapiającymi się lodami. - 
Filozofówie męczą się nad tym od ładnych ... UwaŜaj na 
lody!  
Podwójna porcja lodów truskawkowych wylądowała w 
piasku pod ich stopami.  
- Nic się nie stało - powiedziała pocieszającym tonem, jakby 
był dzieckiem. - Mogę się z tobą po ...  
Urwała napotkawszy jego spojrzenie. Trwało dobrą chwilę, 
zanim odzyskała oddech ..  
- MoŜe masz ochotę spróbować moich?  
- Mam - odpowiedział krótko.  
Wyciągnął dłoń, chwycił jej rękę w nadgarstku i przyciągnął 
do ust. Powoli, nie odrywając wzroku od oczu Willow, 
oblizał róŜową mazię spływającą po jej palcach.  
Zamknęła oczy. Kolejna porcja lodów wylądowała na piasku 
u ich stóp.   .  
- Chcesz drugą porcję? - mruknął, znając odpowiedź.  
Bez słowa pokręciła głową.  
- W takim razie jedziemy do domu. Ale po drodze - 
uśmiechnął się - kupimy lody w pudełku. Są naprawdę 
smaczne, kiedy sięje zjada z twojej ręki.  
 
Po wejściu do mieszkania Steve od razu zauwaŜył migające 
ś

wiatełko w obudowie telefonu. Ktoś zostawił im 

wiadomość. Steve włączył automatyczną sekretarkę· Z 
głośnika dobiegł ich głos Jacka Shannona.  

background image

- Wiem, gdzie znajduje się pudło z papierami Eryka. Kiedy 
pakowaliśmy z Faith nasze rzeczy, Amberson wyniósł je do 
piwnicy w Bachelor Arms. Nie wiem, czy dacie temu wiarę, 
ale powiedział mi, Ŝe tam jest ich miejsce. Wybieram się po 
nie jutro rano. Jeśli chcecie, to moŜemy spotkać się na 
miejscu koło dziesiątej, chyba Ŝe wolicie zobaczyć się z nami 
za parę dni. Faith mówi, Ŝe będzie jej miło, jeśli wpadniecie 
do nas na obiad w środę albo w czwartek. Jak wolicie.  
Willow drgnęła jak pies myśliwski, który poczuł zapach 
zwierzyny. Steve objął ją ramieniem.  
- Pojedziemy tam jutro rano.  
- Tu Marty - odezwał się kolejny rozmówca. - Miałeś rację, 
Steve. Kierowca, który przejechał Donnę Ryan, uciekł z 
miejsca wypadku i nigdy nie został odnaleziony, więc sprawa 
pozostaje otwarta. Zadzwoń do mnie, jak będziesz miał 
wolną chwilę.  
- Zdaje się - zaczęła niepewnym głosem Willow - Ŝe jesteśmy 
juŜ blisko wyjaśnienia tajemnicy.  
- Nie byłbym taki pewny - odpowiedział Steve po chwili 
namysłu. - Coś mi w tym wszystkim nie pasuje. - Co masz na 
myśli?  
Steve przejechał dłonią po zmierzwionych wiatrem włosach. 
 

 

- Tu musi chodzić o coś więcej niŜ o to, czy jesteś córką 
Robertsa.  
- Dlaczego tak sądzisz?   
- JeŜeli Roberts miał udział we wczorajszym wypadku, to 
cała sprawa wygląda powaŜniej. Znacznie powaŜniej. On 
musi się bać.  
- Odkrycia, Ŝe zamordował moją matkę?  
- Tego teŜ. Ale czuję, Ŝe jest coś jeszcze.  
 

background image

ROZDZIAŁ 12  
  Steve otworzył cięŜką bramę z kutego Ŝelaza prowadzącą 
na dziedziniec Bachelor Arms i puścił Willow przodem.  
- Myślisz, Ŝe się uda? - spytała.  
- Nie dowiemy się, jeŜeli nie spróbujemy - odparł.  
- Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, Roberts zachowywał 
się tak, jakby moja teoria na temat okoliczności śmierci 
twojej matki w ogóle go nie interesowała. Ale to tylko 
pozory.  
Przeszli przez pusty dziedziniec. W porannej ciszy 
stukot obcasów czerwonych pantofli Willow wydawał 
się nienaturaInie głośny. Stylowy stary dom zdawał się 
drzemać w porannym słońcu jak starsza dama, która 
zasnęła na fotelu, czekając na przyjście gości.  

 

Kiedy weszli do środka, owiał ich chłód. Willow poczuła się 
nieswojo. Przysunęła się bliŜej do Steve'a   i wsunęła mu 
rękę pod ramię. Drzwi do apartamentu l G były uchylone, 
jakby milcząco zapraszały ich dalej. Oboje zawahali się, 
niepewni, co czeka ich wewnątrz.  
Steve spojrzał na stojącą obok niego dziewczynę.  
- Nie musisz brać w tym udziału. Prawdę mówiąc, nawet 
wolałbym załatwić to sam.  
Willow pokręciła głową.  
- Chcę iść z tobą - odparła zdecydowanym tonem. Wysunęła 
rękę spod jego ramienia i weszła do środka.  
Mieszkanie byo puste. Pudła zawierającego waŜne dla nich 
notatki i pamiątki z dawnych czasów nigdzie nie było widać.  
- Amberson i Jack muszą go jeszcze szukać w piwnicy - 
odezwał się Steve.  
Willow podeszła do lustra.  
- Trudno sobie wyobrazić, Ŝe wywarło wpływ na losy tak 
wielu ludzi, prawda? - Wyciągnęła rękę i dotknęła delikatnie 

background image

rzeźbionej ramy. - Wygląda jak najzwyklejsze w świecie 
,stare lustro.  
- Ale to więcej niŜ lustro - zabrzmiał głos za jej plecami.  
Odwróciła się gwahownie.  
Ethan Roberts stał w otwartych drzwiach do jednej z sypialni. 
Był ubrany w szyty na zamówienie elegancki granatowy 
garnitur, białą kos~lę i krawat w paski. Wyglądał jak 
uosobienie odnoszącego sukcesy polityka: zamoŜny, 
zadowolony z siebie i przyjazny. Tyle Ŝe W ręku trzymał 
rewolwer.  
- W tym lustrze moŜna zobaczyć przyszłość - odezwał się 
swobodnym tonem, jakby p:t;owadzili towarzyską 
konwersację. - Patrząc w nie dostatecznie długo, moŜna 
zobaczyć całe swoje Ŝycie. Jeśli zechce tego dama z lustra. Ja 
nie mogę narzekać, zawsze byłem jej \llubieńcem.  
- Czy nie mówiłeś nam, Ŝe nigdy jej nie widziałeś? - 
zauwaŜył Steve, starając się odwrócić uwagę Robertsa od 
Willowo  
_ Kłamałem - przyznał Roberts lekkim tonem, nie odrywając 
wzroku od Willow lub. moŜe od lustra. Człowiek z moją 
pozycją nie pO,Winien wierzyć w duchy, prawda? Wyborcy 
nie byliby zachwyceni. Nie ruszaj się, Hart - polecił ostro, ale 
w chwilę potem przybrał poprzedni ton. - Nie chciałbym 
strzelać do ciebie albo do panny Ryan.  
- A co zamierzasz z nami zrobić? - spytał Steve.  
_ Wymyśliłem kolejne zrządzenie losu - odparł Roberts. - 
Nie, nie kolejny wypadek drogowy. To byłoby trochę zbyt 
oczywiste. Tym razem to będzie poŜar. Tragiczna historia. 
Co powiecie na taki tytuł w gazetach:  
"Dwoje kochanków spłonęło w domu w Laurel Canyon, 
poniewaŜ wykrywacz dymu nie działał"?  
- Za duŜo ludzi wie o naszym spotkaniu, Roberts. Na 

background image

przykład Jack Shannon i Ken Amberson. Są w tej chwili w 
piwnicy, ale wiedzą, Ŝe umówiliśmy się tu z tobą. Nie uda ci 
się uniknąć podejrzeń.  
- Podejrzęnia - prychnął ze wzgardą Roberts. - Mogą 
podejrzewać mnie, o co tylko zechcą, ale nigdy nie będą 
mieli dowodów. śaden z nich nie będzie mógł zeznać, Ŝe 
widział hl mnie albo was. Nie, nie zabiłem ich - dodał, 
widząc przeraŜone spojrzenie Willowo - Wystarczyło 
zatrzasnąć za nimj drzwi, kiedy zeszli na dół. O tej pqrze 
dom jest pusty. Dopiero za kilka godzin, nie prędzej, ktoś ićh 
wypuści. A wtedy juŜ nie będzie tu po nas śladu. JeŜeli was 
zaczną szukać, okaŜe się, Ŝe w ogóle tu nie przyjechaliście, 
bo zachciało się wam szybkiego numerku przed wyj ściem i 
... tak się rozpaliliście, Ŝe cały dom poszedł z dymem.  
- Nie uda ci się.  
- Czemu nie? Dotąd zawsze mi się udawało. - Roberts był 
pewny swej bezkarności jak rozpieszczone dziecko. - 
Morderstwo to nic trudnego. Trzeba się tylko dobrze 
przygotować.  
- Mylisz się - stwierdził spokojnie Steve. - My na przykład 
wiemy, Ŝe zamordowałeś swoją pierwszą Ŝonę·  
- To było samobójstwo. Wszyscy byli co do tego zgodni. Za 
duŜo proszków nasennych. Załamanie nerwowe. No cóŜ, to 
się zdarza. Zwłaszcza jeŜeli ktoś się źle prowadzi- dodał 
surowo.  
- A moja matka? Czemu ją zabiłeś?  
Twarz Robertsa wykrzywił gniewny grymas.  
- Bo zdradziła mnie z Erykiem Shannonem. Niewdzięczna 
łajdaczka. To ja ją odkryłem. To ja sprowadziłemją do 
Bache10r Arms. Miała być moja.  
- A tymczasem nie chciała mieć z tobą nic wspólnego, co? - 
odezwał się zaczepnie Steve. - Nie dziwię się. Widywała się 

background image

z tobą, bo zaŜądali tego od niej producenci serialu. A potem 
poznała Eryka i odmówiła dalszych spotkań.  
- Nie rozumiała, co jej mogę dać. Ile moŜemy razem 
osiągnąć. Musiała dostać nauczkę·  
- Jaką nauczkę?  
_ Tamtej nocy poszedłem za nimi do ich mieszkania. Eryk 
pokłócił się właśnie z bratem z powodu scenariusza, który 
sprzedali studiu Regal Productions. Twoja mamusia chciała 
go pocieszyć. Czekałem pod drzwiami. Słyszałem, jak się 
kochali. - Na twarzy Robertsa pojawił się wyraz nienawiści. - 
Byłem cierpliwy. Kiedy twoja matka zasnęła, wszedłem po 
cichu do środka. Eryk stał na balkonie i palił ·papierosa. 
Wystarczyło złapać go za nogi i unieść. Spadł sam. - Roberts 
wzruszył ramionami. - Potem poszedłem bawić się z innymi 
w lG. Gdy zjawiła się Donna, ktoś powiedział jej, Ŝe Eryk 
poszedł po piwo. Sam to wcześniej zasugerowałem. Ciało 
odkryto po paru godzinach. Wpadł na nie Zeke.  
- Mówił nam, Ŝe Donna szukała u ciebie pociechy po śmierci 
Eryka. Czy to teŜ było częścią twojego planu?  
- To było zrozumiałe. Byłem pełen współczucia. Słuchałem 
cierpliwie jej Ŝalów. Darowałem jej nawet to, Ŝe mnie 
zdradziła. No ale kiedy się okazało, Ŝe ma z tym sukinsynem 
dziecko ...  
Willow westchnęła głośno.  
_ Tak, Eryk Shannon jest twoim ojcem. Czy to dla ciebie 
pociecha?   .  
_ Owszem - odezwała się przez zęby. - DuŜa pociecha.  
- Masz nie lepszy gust niŜ twoja matka - pocieszył się łatwo 
Roberts.  
- Dlaczego czekałeś aŜ rok, Ŝeby ją zabić? - spytał Steve. - 
Czemu nie zrobiłeś tego od razu, gdy okazało się, Ŝe jest w 
ciąŜy?  

background image

- Bo mi uciekła - odparł Ethan. - I nawet nie wiedziałem 
dokąd. Wróciła po roku. Powiedziala mi, Ŝe Ŝałuje i chce, 
Ŝ

ebyśmy zaczęli wszystko od nowa. Wiedziałem, Ŝe kłamie. 

Podejrzewała, Ŝe zabiłem Eryka, i chciała zdobyć na to 
dowody. Uświadomiłem jej, Ŝe to niemoŜliwe, a ona 
powiedziała, Ŝe i tak pójdzie na policję. Na to nie mogłem 
pozwolić. Dostałem właśnie rolę szlachetnego szeryfa w 
~esternie i takie obrzydliwe oskarŜenie mogłoby zaszkodzić 
mojej popularności. Nawet bez dowodów. No i czy świat jest 
sprawiedliwy? - zapytał tonem skargi.  
- Więc zamordowałeś Donnę z zimną krwią, Ŝeby nie 
udaremniła twojej kariery?  
- Tak. Jak wam juŜ powiedziałem, to nic trudnego. Trochę się 
ucharakteryzowałem, ukradłem samochód z parkingu i 
poczekałem, aŜ będzie przechodziła przez ulicę. Odstawiłem 
samochód parę ulic dalej i spokojnie wróciłem do domu.  
- Nie miałeś wyrzutów sumienia? - spytała z niedo-
wierzaniem Willowo - Spałeś tej nocy?  
-. Całkiem dobrze.  
- To klasyczny psychopata - powiedział Steve. - śadnych 
skrupułów. śadnych wyrzutów sumienia. Taki jest pan 
Roberts. No dobrze. Starczy nam juŜ tego, Marty - zakończył 
głośniej, jakby mówił do kogoś w sąsiednim pokoju.  
- Nie wyobraŜaj sobie, Ŝe mnie nabierzesz, Hart. Steve 
powoli i spokojnie sięgnął do kołnierzyka koszuli i odwinął 
go. Oczom Robertsa ukazał się przyczepiony od spodu 
mikrofon. Jego twarz spurpurowiała.  
- Nie! - wrzasnął i wypalił z rewolweru.  
Kula trafiła Steve'a w pierś, lecz nie zatrzymało go to. W 
mgnieniu oka znalazł się przy Ethanie i wymierzył mu 
mocny cios w szczękę. Pistolet upadł na podłogę. Steve 
unieruchomił Robertsa, wykręcając mu rękę·  

background image

Rewolwer na środku pokoju wirował coraz wolniej, aŜ 
wreszcie się zatrzymał.  
- Podnieś go - polecił Willow Steve.  
Schyliła się i podniosła broń. Za drzwiami rozległ się tupot i 
do mieszkania wbiegli policjanci.  
- Nie wolno wam tego robić - krzyczał siny ze złości 
Roberts. - To niezgodne z prawem. Jestem przedstawicielem 
władz ustawodawczych stanu Kalifornia. śądam ...  
Urwał nagle i wbił osłupiałe spojrzenie w lustro. Steve 
odwrócił głowę, by zobaczyć, co go tak przeraziło. Nie 
dostrzegł w lustrze niczego prócz odbicia dwóch męskich 
sylwetek.  
- Widzisz ją, co? - mruknął przez zęby i popatrzył 
Robertsowi głęboko w oczy. - No cóŜ, tym razem speł. nią 
się chyba twoje najgorsze obawy.  
 
- Myślałam, Ŝe kamizelki kuloodporne naprawdę chronią 
przed kulami - narzekała Willow z ponurą miną, oglądając 
siny ślad na piersi Steve'a, dokładnie w tym miejscu, gdzie 
biło serce. - To wygląda tak, jakby ktoś zdzielił cię kijem 
baseballowym.  
Naprawdę się o niego bała i gdy tylko minął pierwszy szok, 
zaopiekowała się nim tak troskliwie, Ŝe Steve z najwyŜszym 
trudem zdołał ją namówić, by pozwoliła policjantom zdjąć z 
niego kamizelkę kuloodporną i rozplątać kabelki od 
magnetofonu.  
- Czy nie macie kamizelek, które zapewniałyby naprawdę 
skuteczną ochronę? - spytała stojącego przed nią policjanta, 
tak jakby to on był wszystkiemu winien.  
- Nie, proszę pani - odparł zagadnięty z niezmąconym 
spokojem. - To naj nowszy model. Niestety, muszę zabrać i 
tę, którą ma pani na sobie.  

background image

Willow wzruszyła ramionami i Steve nie był wcale pewny, 
czy nie podejrzewa, Ŝe zostali wykorzystani jako króliki 
doświadczalne, na których wypróbowywano ten nowy model. 
JeŜeli nawet tak było, to nie powiedziała na ten temat ani 
słowa więcej. Zdjęła czerwony Ŝakiet i bawełniany sweterek 
w kwiatki, a następnie odwróciła się tyłem do policjanta, 
który pomógł jej zdjąć kamizelkę.  
Zostali sami w apartamencie IG.  
- Czy na pewno cię nie boli? - spytała z troską.  
- Kiedy tak naciskasz, to boli - oświadczył i odsunął 
delikatnie jej rękę.  
W jej oczach odbił się przestrach.  
- O BoŜe! Przepraszam, Steve. - Willow schowała ręce za 
plecy, jakby korciło ją, by go dotknąć. - Nie chciałam cię 
urazić. Tak mi przykro. Ja ...  
- Willo w, spokojnie, kochanie. - Wziął ją za ręce i dopiero 
teraz zauwaŜył, Ŝe drŜą. - JuŜ po wszystkim.  
- JuŜ po wszystkim - powtórzyła i przylgnęła do niego całym 
ciałem.  
Zamknęła oczy i spróbowała zebrać siły. Wtuliła policzek w 
jego nagą pierś. Steve objął ją ramionami i przytulił.  
Stali tak przez długą chwilę. Cieszyli się, Ŝe są razem, cali i 
zdrowi. Willow uniosła głowę i uśmiechnęła się do mego.  
- Kocham cię, Steve. Chciałabym, Ŝebyś o tym wiedział.  
Pokręcił głową.  
- Jeszcze nie, Willowo Poczekaj trochę, aŜ się z tego 
otrząśniesz.  
W jej oczach natychmiast zabłysła złość.  
- Czy chcesz przez to powiedzieć, ze nie wiem, co mówię?  
Uśmiechnął się, rozbawiony jej porywczością.  
- Rzeczywiście miałem na myśli coś w tym rodzaju.  
- Ze wszystkich bezczelnych... Niech to diabli, Steve Hart, 

background image

gdybyś juŜ nie był posiniaczony, to tak bym ci przyłoŜyła... - 
Pokręciła głową, jakby nie mogła uwierzyć w to, co 
usłyszała. - Daruję ci tylko dlatego, Ŝe jesteś w szoku. 
Rozumiesz? - zamikła na dłuŜszą chwilę, po czym dodała: - 
Kocham cię i zawsze będę cię kochała takiego, jaki jesteś. 
Zapamiętaj to sobie dobrze. Raz na zawsze.  
- Willow, ja ...  
Uśmiechnęła się za.dowolona, Ŝe choć raz zapomniał języka 
w gębie.  

 

- Nic juŜ nie mów. Lepiej mnie pocałuj - zaŜądała i 
przyciągnęła jego głowę do swojej.  
 
- Przepraszam bardzo - rozległ się męski głos. - Nie 
przeszkadzam?  
- Owszem - odparł Steve i zanim się odwrócił, by zobaczyć, 
kto przyszedł, wycisnął na ustach Willow długi pocałunek.  
W drzwiach stał Jack Shannon, trzymają~ oburącz kartonowe 
pudło.  
- Pomyślałem, Ŝe moŜe zachcecie to ód razu obejrzeć. Mamy 
tu mnóstwo ciekawych,rzeczy. - Jack postawił pudło na 
podłodze, podszedł bliŜej i wyciągnął dłoń do Steve'a.- Nigdy 
ci tego nie zapomnę, Steve. Nie masz pojęcia, jaka to dla 
mnie ulga wiedzieć, Ŝe Eryk nie popełnił samobójstwa. Przez 
tyle lat gryzłem się tą myślą.  
- Podziękuj Willow. - odpowiedział Steve i potrząsnął dłonią 
Jacka. - To ona chciała to wszystko wyjaśnić.  
- Wolałbym pocałować Willow, jeśli pozwolisz - odparł Jack 
i nie czekając na pozwolenie, ucałował dziewczynę 
serdecznie w oba policzki. - Witam w rodzinie, Willow. 
Zarzuciła mu ręce na szyję i mocno przytuliła się do niego. 
 

 

- Dziękuję ... - odsunęła się i uśmiechnęła przez łzy szczęścia 

background image

- stryjku Jacku.  
Jack Shannon wydał głośny jęk.  
- Sam nie wiem, czy się cieszyć, kiedy słyszę coś takiego z 
ust kobiety, która jest w wieku mojej Ŝony - przyznał, ale 
zaraz dodał z uśmiechem: - Jakoś się do tego przyzwyczaję.  
- Chyba będziesz musiał - odezwał się Steve. - Willow ma 
ostry języczek i na pewno będzie ci o tym przypominać przy 
kaŜdej okazji.  
Jack i Willow uścisnęli się raz jeszcze.  
- W przyszłą środę będziemy na was czekali z obiadem - 
poŜegnał ich Jack i wyszedł.  
Zostali sami w pokoju, w którym nie było niczego prócz 
lustra na ścianie i pudła na podłodze.  
Uklęknęli po jego obu stronach.  
- Ty zajrzyj - poprosiła. - Trzęsą mi się-ręce.  
Steve sięgnął do pudła i zaczął wydobywać z niego ukryte od 
ć

wierć wieku skarby - zdjęcia, kartki pocztowe, listy, 

wreszcie dziennik Eryka .  
- "Donna powiedziała mi wczoraj, Ŝe będziemy mieli 
dziecko" - przeczytał na głos. - "Jestem taki szczęśliwy".  
I tak spełniły się marzenia, które Willow juŜ zdąŜyła 
pogrzebać. Miała ojca, który kochał jej matkę i któregc 
straciła tylko wskutek okrucieństwa losu.  
- Och - szepnęła drŜącym głosem i spojrzała na Steve'a przez 
łzy. - Steve, ja ... - Urwała wpatrzona w lustro.  
Zaskoczony jej niezwykłym wyrazem twarzy Steve odwrócił 
się w stronę lustra.  
- Widzisz ją? - szepnęła.  
Steve zamrugał, jakby nie wierzył własnym oczom.  
- Ja ... mój BoŜe ... tak, widzę ją - przyznał.  
Przez długą chwilę tkwili tak bez ruchu i patrzyli . na kobietę 
w białej, powłóczystej sukni. Obserwowała ich uwaŜnie, po 

background image

czym skinęła przyjaźnie głową i zniknęła.  
Willow i Steve spojrzeli po sobie, ciągle jeszcze niepewni i 
trochę ·wystraszeni tym, co zobaczyli  
- Myślę, Ŝe spełniło się twoje największe marzenie - odezwał 
się wreszcie Steve i połoŜył ręce na stojącym pomiędzy nimi 
pudle.  
- Tak. Ja teŜ tak myślę - przyznała i nakryła jego dłonie 
swoimi. - Ale to coś więcej.  
- Tak sądzisz?  
- Wiesz, Ŝe tak jest. - Willowodepchnęła pudło na bok i 
przysunęła się bliŜej do Steve'a. - Ty teŜ ją widziałeś.  
- No tak - wzruszył ramionami, jakby wciąŜ nie mógł 
uwierzyć.  
- Tylko nie próbuj się teraz wypierać, twardzielu ostrzegła i 
ujęła jego twarz w dłonie, by nie mógł uciec przed nią 
wzrokiem. - Sam to przyznałeś.  
- I co z tego wynika? - spytał, choć dobrze wiedział, do 
czego Willow zmierza.  
- Co z tego wynika? - powtórzyła. - śe spełni się nasze 
największe marzenie, Steve.  
Przekrzywiła głowę i spojrzała na niego spod rzęs. Jej usta 
znalazły się zaledwie o milimetry od jego ust.  
- Mam rację, Steve?  
- Jasne, skarbie - odparł i. nakrył jej wargi swoimi.  
  
EPILOG  
Pierwsze wieści o skandalu ujawnione zostały w po-
południowych wiadomościach telewizyjnych i radiowych 
tego samego dnia, gdy został aresztowany Ethan Roberts. Do 
wieczora mieszkańcy Los Angeles mogli się juŜ zapoznać ze 
szczegółami całej historii. Na pielWszej stronie "Los Angeles 
Times" ukazał się obszerny artykuł pióra Jacka Shannona 

background image

przedstawiający szczegóły niewiarygodnych zbrodni 
kryjących się za karierą Ethana Robertsa. Następnego dnia 
dowiedziała się o nich cała Ameryka. Przez kilka dni postać 
kandydata do Senatu była na ustach wszystkich.  
Armia dziennikarzy oblegała dom Robertsów w Pacific 
Palisades, co bardziej przedsiębiorczy wybrali się nawet do 
Laurel Canyon, by odszukać bohaterów wydarzeń.  
Na darmo. Willow i Steve zniknęli bez śladu.  
 
- W końcu spełniły się jego najgorsze obawy i przeczucia - 
powiedziała Willow, obejrzawszy sprawozdanie sieci CNN w 
dzień poprzedzający rozpoczęcie procesu.  
- Tak. - W głosie Steve'a brzmiała głęboka satysfakcja. - 
Teraz cały świat dowie się wreszcie, kim jest Ethan Roberts.  
Willow przysiadła na krawędzi szerokiego hotelowego łóŜka.  
- Nic na to nie poradzę, ale Ŝal ,mi jego rodziny. Biedna mała, 
będzie cierpiała do końca Ŝycia.  
- Nie powinnaś się zamartwiać. Córce Robertsa będzie lepiei 
bez ojca niŜ z takim łajdakiem. - Steve wyciągnął rękę i 
wyjął pilota z ręki Willowo  
- Zaraz, chwileczkę, nie obejrzałam jeszcze informacji z 
giełdy - zaoponowała.  
- Obejrzysz jutro - odparł krótko.  
Wyłączył telewizor i odłoŜył pilota na nocny stolik poza jej 
zasięgiem.  
Willow spojrzała na niego spod zmarszczonych brwi.  
- Chciałam obejrzeć teraz - zaprotestowała bez przekonania.  
- A ja chcę się teraz kochać z moją Ŝoną. I co ty na to?  
Willow poczuła, Ŝe robi jej się gorąco. śona. To tak 
cudownie brzmiało. Seksownie. Czarodziejsko. Od dwóch 
dni, odkąd wzięli ślub w niewielkim kościele w Las Vegas, 
nie mogła się tego dość nasłuchać. MoŜe powinna się przy-

background image

zwyczaić, ale na razie była jeszcze od tego daleka.  
- Masz coś przeciw temu? - uśmiechnął się i leniwym ruchem 
zaczął rozwiązywać krawat.  
- Nie - przyznała, sięgając do najwyŜszego guzika czarnej; 
wieczorowej sukni. - Nie mam nic przeciwko temu.  
Pochyliła głowę i rzuciła mu uwodzicielskie spojrzenie spod 
rzęs.  
- Za pół godziny będą powtarzali wiadomości.  
- Czy to wyzwanie, pani Hart?  
- A jak pan sądzi, panie Hart? - odpowiedziała i rozpięła 
kolejny guzik.  
Suknia rozchyliła się i Steve mógł ujrzeć rysujący się w 
dekolcie zarys piersi skrytych za czarnymi koronkami 
stanika.  
- Obawiam się - odezwał się niezbyt pewnym głosem - Ŝe 
zajmie nam to trochę więcej niŜ pół godziny.  
Willow zsunęła suknię z ramion. Steve upuścił krawat na 
podłogę.  
Steve ściągnął koszulę, a potem rozpiął klamrę od pasa i 
zaczął rozpinać spodnie.  
Willow wstała i zrzuciła z siebie suknię. Czarny jedwab 
bezszelestnie opadł na podłogę.  
Steve ściągnął buty i zdjął spodnie.  
Willow usiadła i podkuliła nogę, by odpiąć klamerkę 
pantofla.  
- Nie zdejmuj ich - mruknął ochrypłym z podniecenia 
głosem.  

.  

- Nie zdejmować pantofli?  
- Kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem, pomyślałem sobie, Ŝe 
chciałbym, Ŝebyś miała je na sobie, kiedy będziemy się 
kochać. I nic więcej.  
Przygryzła wargę i czekała niecierpliwie na to, co miało 

background image

nastąpić.  
Steve zsunął slipy i podszedł do niej. PołoŜył jej ręce na 
ramionach i popchnął na miękkie łóŜko nakryte czerwonym 
satynowym prześcieradłem. Przez długą chwilę sycili się 
swoim widokiem.  
_ Jest jeszcze lepiej, jeszcze piękniej, niŜ to sobie 
wyobraŜałem.  
Pochylił się nad nią i ujął jej twarz w dłonie.  
_ Kocham cię - powiedział, patrząc jej głęboko w oczy.  
Zarzuciła mu ręce na szyję.  
- Ja teŜ cię kocham, twardzielu.