background image

Debbie Macomber

Noc i dzień

(Sooner Or Later)

background image

Moim przyjaciołom, którzy tak bardzo jak ja kochają zapach chloru o poranku:
Rachel   Williams,   Audrey   Rugh,   Lorraine   Reece,   Joyce   Hudson,   Lety   Taylor,   Marjorie  

Johnson,   Debbie   Noble,   Mary   Cammin,   Marii   Houston,   Janet   Hane,   Sue   Felix,   Markowi 
Ryanowi, Jessie Truax, Gregowi Northcuttowi, Billowi Irvine’owi, Perowi Johnsonowi  i Kathy 
Davis, która się o nas wszystkich troszczy

background image

Wstęp

Rozdzierający krzyk kobiety wyrwał ze snu Luke’a Maddena. Zerwał się z łóżka.
Od  tygodni   chodziły  słuchy  o możliwym   zamachu   wojskowym,   ale  rząd   Zarcero  dobrze 

radził sobie z sytuacją. Niecały tydzień temu prezydent Cartago osobiście zapewnił Luke’a, że 
nie ma powodu do obaw.

Po huku strzałów z broni maszynowej rozległ się okrzyk przerażenia i wściekłości.
Luke odrzucił prześcieradło i sięgnął po spodnie. Włosy zjeżyły mu się na karku. Za oknem 

rozległy się kroki.

Ledwie zdążył zapiąć pasek, kiedy drzwi się otworzyły. Do sypialni wpadł żołnierz. Miał 

groźne spojrzenie i był uzbrojony w uzi. Wrzeszcząc po hiszpańsku, rozkazał, by Luke dołączył 
do pozostałych.

Luke pomyślał, że to już koniec.
Zginie z dala od domu. Z dala od siostry bliźniaczki.
W  tym  momencie   zdał   sobie   sprawę,  że  rozpaczliwie  pragnie  żyć.   Pośpiesznie  wykonał 

rozkaz partyzanta, a w jego umyśle pojawił się obraz brązowookiej Rosity. Kochał ją i chciał się 
z nią ożenić.

Na dworze panował chaos. Przerażone kobiety tłoczyły się przy fontannie, osłaniając dzieci. 

Luke jak oszalały szukał wzrokiem Rosity. Odnalazł ją wśród innych kobiet i poczuł ulgę.

W   kałuży   krwi   pod   drzwiami   kaplicy   leżało   rozciągnięte   ciało   Ramóna   Hermosy. 

Zastrzelony   z nienawiści.   Zamordowany   w imię   postępu.   Oczy   martwego   mężczyzny 
wpatrywały się nieruchomo w noc.

Ramón. Na Boga, tylko nie Ramón. Złość wstrząsnęła Lukiem, jakby poraził go prąd. Ten 

miły staruszek nie mógł zrobić nikomu Krzywdy.

– Czego chcecie?! – krzyknął, zaciskając pięści.
Podeszło do niego trzech mężczyzn, uzbrojonych po zęby. Jeden przycisnął lufę karabinu do 

ramienia Luke’a, popychając go w stronę kobiet.

– Czego chcecie? – powtórzył Luke, nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo.
Trzej   mężczyźni   rozstąpili   się,   kiedy   podszedł   do   nich   oficer.   Patrzył   na   Luke’a 

z nienawiścią. Luke czuł ją tak, jak kiedyś miłość Rosity.

– Rozumiem, że jest pan przyjacielem naszego prezydenta. – Dowódca splunął. Złowrogi 

uśmiech   powoli   uniósł   kąciki   jego   ust.   –  Może   powinienem   raczej   powiedzieć:   „byłego 
prezydenta”.

– To jest misja – Luke wskazał ręką w kierunku kościoła. – Nie mieszam się do polityki.
– Trzeba było się nad tym zastanowić, zanim zaprzyjaźnił się pan z Jose Cartago. Drogo 

będzie pana ta przyjaźń kosztowała, senor. Naprawdę, bardzo drogo.

background image

Wyciągnął lśniący rewolwer z kabury i wymierzył w głowę Luke’a.
– Nie, na miłość boską, nie! – krzyknęła Rosita. Ze szlochem padła do nóg dowódcy. – 

Proszę, zaklinam pana na imię Najświętszej Panienki, błagam, niech pan tego nie robi.

Ale Luke wiedział, że jest za późno.

background image

Rozdział 1.

Zapłacę za pańskie usługi.
– Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. – Murphy zmierzył wzrokiem skromną dziewczynę, 

która trzymała w ręce jego awizo na przesyłkę. – Chce pani, żebym pojechał z panią do Zarcero?

Ta kobieta była szalona. Bez dwóch zdań. Letty Madden, urzędniczka pocztowa z Boothill 

w Teksasie, niewątpliwie nadawała się do domu wariatów.

Spojrzała na niego oczami czarnymi jak gorzka czekolada. Jej rozpacz rozbroiłaby każdego 

mężczyznę,   ale   nie   Murphy’ego.   Nie   miał   zamiaru   przerywać   w pełni   zasłużonego   urlopu 
z powodu jakiejś kobiety, która szuka przygód.

Nigdy  nie  miał   dobrego zdania   na  temat   płci  przeciwnej,  a kiedy jego  przyjaciele,  Cain 

i Mallory, ożenili się, utwierdził się w tym przekonaniu. Trzepotanie rzęsami nie wystarczało, 
żeby nabrał ochoty do przedzierania się przez dżunglę, by szukać gruszek na wierzbie.

– Pan nie rozumie – powtórzyła.
Rozumiał doskonale. Po prostu go to nie interesowało. Zresztą urzędniczki pocztowej nie 

byłoby stać na zatrudnienie go ani na usługi Deliverance Company, nawet gdyby przepracowała 
dwa życia.

– Chodzi o mojego brata. – Zagryzła drżącą dolną wargę.
Niezły chwyt, stwierdził sceptycznie Murphy. Ale nie zmienił zdania.
– Jest misjonarzem.
Jest dobra, musiał przyznać.
Rzeczywiście udało jej się zrobić taką minę, jakby za chwilę miała się rozpłakać. Szczerość 

biła od niej na kilometr.

–   Odkąd   upadł   rząd   w Zarcero,   nikt   z Departamentu   Stanu   ani   z CIA   nie   potrafi   mi 

powiedzieć,   co   się   z nim   dzieje.   Linie   telefoniczne   są   odcięte,   a stosunki   dyplomatyczne   ze 
Stanami Zjednoczonymi zaostrzyły się. Ludzie z Departamentu Stanu nawet nie chcą już ze mną 
rozmawiać. Ale ja nie zapomnę o bracie.

– Nie mogę  pani pomóc.  – Nie chciał  być  niegrzeczny czy cyniczny,  ale  nic go to nie 

obchodziło. Mówił to już ze trzy razy, ale ona najwidoczniej wolała mu nie wierzyć.

To jeden z kilku jej błędów. Murphy zawsze mówił to, co myślał. Jeżeli jej brat był na tyle 

głupi, żeby pchać się do kraju stojącego na krawędzi politycznej zapaści, zasługiwał na to, co go 
spotkało.

– Proszę – dodała, wstrzymując oddech – niech się pan zastanowi.
Murphy westchnął. Idąc po przesyłkę, nie spodziewał się, że zostanie nagabywany przez 

jedną z najspokojniejszych mieszkanek Boothill.

– Pan może mi pomóc – naciskała. – Pan po prostu nie chce. Nie proszę pana, żeby pan to 

background image

zrobił z dobrego serca!

Niezłe zagranie, bo Murphy nie miał natury dobroczyńcy.
– Powiedziałam, że panu zapłacę, i nie żartowałam. Zdaję sobie sprawę, że usługi takiego 

eksperta jak pan nie są tanie, więc...

– Eksperta? – Przecież nikt w Boothill nie wiedział, z czego Murphy żyje.
– Sądzi pan, że nie wiem, czym się pan zajmuje? – Zmarszczyła brwi dotknięta, że uważa ją 

za   idiotkę.   –   Nie   jestem   głupia,   panie   Murphy.   Są   pewne   rzeczy,   których   nie   można   nie 
zauważyć, sortując przesyłki. Jest pan najemnikiem.

Wypowiedziała   te   słowa   tak,   jakby   kalały   jej   usta.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   siostra 

misjonarza nigdy wcześniej nie zadawała się z człowiekiem tak plugawej profesji. Odrażającemu 
Murphy’emu bardzo się to spodobało. Rzeczywiście, nie przeszłoby mu przez myśl, że ktoś tak 
bogobojny jak Letty Madden będzie nalegał, żeby ubić interes właśnie z nim.

– Zapłacę panu – powtórzyła. – Tyle, ile pan zażąda.
Prychnął lekko i specjalnie wlepił wzrok w jej biust.
– Wiem wszystko o Deliverance Company.
– Naprawdę?
Zesztywniała.
– Panie Murphy, proszę... Mam tylko brata. Moi rodzice... Ojciec zmarł cztery lata temu 

i zostaliśmy tylko Luke i ja.

Murphy’ego nie interesowały rodzinne historie, ale najwidoczniej nie dało się ich uniknąć.
– Proszę posłuchać: przykro mi, że pani brat jest w Zarcero. Ale nic, co pani powie czy zrobi, 

nie zmieni faktu, że ten kraj pogrążony jest w chaosie. Jeżeli chce pani rady, dam ją pani. Straci 
pani czas, energię i pieniądze, szukając teraz brata. Całkiem możliwe, że został zabity przed 
dwoma tygodniami albo wcześniej.

– Nie! zaprzeczyła  tak gwałtownie, że Murphy się wzdrygnął. – Luke jest moim bratem 

bliźniakiem. Wiedziałabym, gdyby nie żył. Czułabym to tutaj – uderzyła się pięścią w klatkę 
piersiową. – Proszę mi wierzyć, panie Murphy. Luke żyje.

Murphy   nie   miał   ochoty   się   z nią   sprzeczać.   Mogła   wierzyć   we   wszystko,   na   co   miała 

ochotę. Nawet w to, że brat żyje, jeżeli ta myśl przynosiła jej ukojenie.

– Czy mogę już dostać przesyłkę? – wyciągnął niecierpliwie rękę.
Letty niechętnie wręczyła mu kilka paczek.
– Czy w jakikolwiek sposób mogę pana przekonać? – Zuchwale spojrzała mu w oczy.
– Za żadne skarby. – Miał już to, po co przyszedł. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Ale 

zanim wyszedł z poczty, obejrzał się przez ramię. Kiedy zobaczył, jak spuszcza głowę przegrana, 
poczuł coś w rodzaju żalu. Współczuł jej i bratu, jednak nie na tyle, żeby poświęcać pierwszy 
urlop, jaki miał od miesięcy.

background image

Dwadzieścia minut później był w domu. Już nie myślał o dziewczynie z poczty. Widział ją 

wcześniej wiele razy. Należała do tego typu kobiet, których unikał jak ognia. Te świętsze od 
papieża były najgorsze.

Letty Madden była całkiem niezła, a raczej mogłaby być, gdyby przestała przepraszać za to, 

że jest kobietą. Długie włosy ściągała mocno do tyłu, jakby to miało zapobiec zmarszczkom. 
Skromny uniform pocztowy w żaden sposób nie uwypuklał tego, czym tak hojnie obdarzyła ją 
natura.   Murphy   byłby   zaskoczony,   gdyby   Letty   Madden   zrobiła   sobie   makijaż.   Sprawiała 
wrażenie, że panicznie boi się swojej kobiecości.

Murphy   nie   interesował   się   religią,   a jeszcze   mniej   kobietami.   Och,   oczywiście,   nie 

zaprzeczyłby, że zajmowały pewne miejsce w jego życiu, ale było to głównie miejsce w łóżku. 
Płacił za ich usługi i odchodził wolny od jakichkolwiek uczuciowych zobowiązań.

Widział   już,   co   kobieta   może   zrobić   z mężczyzną.   W ostatnich   latach   stracił   dwóch 

przyjaciół, i to nie od kul. Broń, która pokonała Caina McClellana i Tima Mallory’ego, była 
gorsza. Obu powaliło idiotyczne uczucie nazywane miłością.

Kiedyś   Deliverance   Company   zatrudniła   Caina,   Mallory’ego,   Baileya,   Jacka   Kellera 

i Murphy’ego  – doborowy zespół byłych  ekspertów  wojskowych.  Przeprowadzali  najbardziej 
śmiałe misje specjalne na świecie. Teraz było inaczej.

Murphy nie życzył sobie, żeby Cain czy Mallory udzielali mu dobrych rad na temat kobiet. 

Wszystkiego   i tak   dowiedział   się   od   matki.   Kobiety   są   do   siebie   podobne:   słabe   i godne 
współczucia. Od kiedy skończył dziesięć lat, wiedział, że nie chce mieć nic wspólnego z płcią 
przeciwną. Może i był wtedy smarkaczem, ale po dwudziestu pięciu latach okazało się, że miał 
rację.

Nawet   jego   najlepszy   przyjaciel,   Jack   Keller,   dał   się   złapać   na   kobiece   wdzięki.   Swój 

cholerny   błąd   niemal   przypłacił   życiem.   Ale   najwidoczniej   nie   wyciągnął   z tego   nauczki. 
Niewiele brakowało, żeby schrzanił kilka zadańbo nie potrafił trzymać zapiętego rozporka. Jego 
przyjaciel miał słabość do ładnych buziaków.

Murphy wszedł do swojego domu, oddalonego od Boothill o piętnaście kilometrów. Rzucił 

przesyłkę na blat kuchenny. Stoczył o nią boje, a okazało się, że zawiera plik rachunków i kilka 
ulotek reklamowych.

Otworzył lodówkę, wyjął zimne piwo i poszedł na ganek.
Szklane drzwi zamknęły się za nim. Opadł na wiklinowy fotel i oparł jedną nogę o słupek. 

Słońce prażyło mocno. Nawet parne popołudniowe powietrze było zmęczone upałem.

Boothill nie leżało na końcu świata. Było je stąd widać i to Murphy’emu wystarczało.
Uśmiechnął się do siebie, pociągnął długi łyk piwa i otarł ręką czoło.
Lepiej być nie mogło.

background image

Rozdział 2.

Slim   Watkins,   miejscowy   farmer,   wszedł   na   pocztę   za   pięć   piąta,   na   chwilę   przed 

zamknięciem. Zdjął kapelusz i obracając go w dłoniach, czekał, aż Letty go zauważy.

Posłała mu spłoszony uśmiech i modliła się w duchu, żeby nie chciał zaprosić jej na kolację. 

Straciła apetyt, kiedy Murphy, ostatnia deska ratunku, odmówił jej pomocy. Nie tylko nic go nie 
obchodziło, ledwie dał jej powiedzieć cokolwiek o Luke’u. Nie rozważył nawet jej propozycji. 
Letty nie miała pojęcia, co teraz robić.

–   Rozmawiałaś   z nim?   –   spytał   zdenerwowany   Slim.   –   Z człowiekiem,   który   może   ci 

pomóc?

Slim był uczciwym, pracowitym farmerem. Miał czterdzieści lat i nastoletniego syna, ale od 

kilku lat był  najbardziej wytrwałym konkurentem Letty.  Nieliczni młodzieńcy szybko znikali 
z tych stron.

– Letty? – spróbował znowu, kiedy nie odpowiedziała.
– Rozmawiałam z nim.
– I? – dopytywał Slim. – Zgodził się jechać z tobą do Zarcero?
– Nie – rzuciła sucho.
Zaległa krótka, pełna napięcia cisza.
– Sama chyba nie pojedziesz?
– Oczywiście, że pojadę. Muszę, nie rozumiesz? Luke jest moim bratem.
– Wydawało mi się, że człowiek z Departamentu Stanu odradzał ci tę wyprawę. Powiedział, 

że Stany Zjednoczone nic nie poradzą, że ktoś sam się wpakował w tarapaty.

– Nie obchodzi mnie, co radzi Departament Stanu albo ktokolwiek inny! – wrzasnęła Letty. – 

Muszę wiedzieć, co dzieje się z Lukiem. Nie mam wyboru. Luke nigdy by mnie nie zostawił. Ja 
również go nie porzucę.

Farmer spuścił głowę. Powoli obracał rondo kapelusza w zwinnych palcach.
– Letty, będę się martwił, jeżeli pojedziesz sama do obcego kraju, gdzie nie będzie nikogo, 

kto mógłby cię chronić. Wiesz, że pojechałbym z tobą, ale...

– Masz rancho i syna. Billy nie mieszka w domu, ale nadal cię potrzebuje.
Slim najwyraźniej poczuł ulgę, że Letty go usprawiedliwiła.
– Wiesz, że pojechałbym bez namysłu, gdyby nie Billy.
Letty poklepała go po ramieniu.
– Wiem.
Ich oczy spotkały się.
– Co z dzisiejszą kolacją? Sprawdziłem, co podaje dziś Rossie. Stek po szwajcarsku. Wiem, 

że smakuje ci jej kuchnia.

background image

–  Dzięki,  Slim,  ale   nie  dzisiaj   – odmówiła  łagodnie,  wiedząc,   że  sprawia  mu  zawód.  – 

Zamierzam przemyśleć kilka spraw.

Musi odnaleźć Luke’a. Jeżeli umrze, trudno, ale nie może siedzieć z założonymi rękami.
Wróciła do domu, ciemnego, ale przytulnego. Włączyła  klimatyzację i odpięła trzy górne 

guziki bluzki. Zdjęła pantofle i usiadła na kanapie. Oparła stopy o stolik do kawy, zamknęła oczy 
i czekała,   aż   orzeźwi   ją   chłodne   powietrze.   Kropelka   potu   wolno   spłynęła   z jej   szyi   do 
zagłębienia   między   bujnymi   piersiami.   Zagryzła   usta,   kiedy   przypomniała   sobie,   jakim 
spojrzeniem najemnik zmierzył jej piersi, kiedy oświadczyła, że mu zapłaci.

Był   tajemniczy   i niebezpieczny,   a ona,   idiotka,   poprosiła   go   o pomoc.   Powinna   być 

mądrzejsza,   lecz   kierowała   nią   rozpacz.   Kiedy   Murphy   stanął   tuż   koło   niej,   naruszył   jej 
przestrzeń   i wypełnił   maleńkie   biuro   swoją   obecnością.   Poczuła   bijące   od   niego   ciepło 
i niepowtarzalny męski zapach. Do chwili, gdy wspomniała o zapłacie, nic nie mogła wyczytać 
z zimnej, obojętnej twarzy mężczyzny. Dopiero później jego twarz nabrała wyrazu. Wyśmiał ją 
bez słów.

Zdenerwowana   wstała   i szybko   zmieniła   uniform   na   bawełniane   spodnie   i koszulką   bez 

rękawów. Przeszła się wśród równych grządek w ogrodzie, przyglądając się dorodnym roślinom. 
Wolała poczekać z podlewaniem do zachodu słońca.

Wiedzę  o leczniczych  właściwościach  ziół  przekazała  Letty babcia,  która  nosiła  to samo 

imię. Kiedy umarła, dziewczynka miała jedenaście lat. Odejście babki Letty przeżyła bardziej niż 
utratę matki. Babcia zajęła miejsce Donny Madden, gdy ta porzuciła rodzinę. Letty i Luke mieli 
wtedy po pięć lat i byli za mali, żeby zrozumieć, co się stało. Przez lata Letty nasłuchała się 
plotek o słabościach matki, kobiety uzależnionej od alkoholu i mężczyzn.

Po   odejściu   Donny   ich   ojciec,   miejscowy   pastor,   poprosił   babcię   o pomoc.   I babcia   nie 

odmówiła.

Była prawdziwą kobietą z Południa, pełną uroku i ciepła. Kiedy ktoś umierał, szła do rodziny 

zmarłego,   zatrzymywała   wszystkie   zegary   w domu,   zakrywała   lustra   prześcieradłami   i kładła 
trochę soli na parapetach okiennych. Letty i Luke często towarzyszyli jej w tych wyprawach. 
Letty nie rozumiała sensu owych rytuałów, ale nie pomyślała, by o nie zapytać, zanim babcia 
umarła.

Kiedy ojciec  chował  swoją  matkę,  Letty zapłakana  przeszła  po domu.  Z namaszczeniem 

zatrzymała   ogromny   zegar   dziadka,   który   skwapliwie   wybijał   godziny,   i zasłoniła   lustro 
łazienkowe czystym białym prześcieradłem. Położyła też sól na kuchennym parapecie i szybko 
wróciła do kościoła. Wiedziała, że babcia byłaby z niej zadowolona.

Letty odziedziczyła po babci dobrą rękę do kwiatów. Jej ogród rozkwitał bujnie co roku. Nie 

była  znachorką,  jak babcia,  ale znała  kilka domowych  sposobów  leczenia.  Korzystała  z nich 
sama, leczyła brata i ojca, kiedy żył.

background image

W noc poprzedzającą zamach stanu w Zarcero Letty obudziła się z łomotem serca i bólem 

głowy. Instynktownie czuła, że z bratem dzieje się coś straszliwego. Dużo później dowiedziała 
się, że rząd w Zarcero upadł, a stolicę zajęli rebelianci. Przez następne dni w telewizji podawano 
wiadomości o zbrodniach popełnianych na ludności tego kraju. Letty oglądała relacje przerażona, 
modląc się, by brat ze swoją grupką parafian byli bezpieczni.

Od tamtej nocy przeczucie, że Luke znalazł się w tarapatach, nie dawało jej spokoju. Prawdę 

mówiąc, jeszcze się potęgowało.

Nie ma wyjścia. Musi jechać do Zarcero bez względu na to, czy ktoś jej pomoże.
Zanosiło się jednak na to, że czekają samotna wyprawa.
Przypadek zrządził, że Murphy dosłownie wpadł na Letty w sklepie z artykułami żelaznymi. 

Poczuła, że ktoś uderzył plecami w jej szczupłe ciało. Murphy odwrócił się; chciał przeprosić. 
Ich spojrzenia się spotkały. Słowa zamarły mu na ustach.

Na twarzy Letty malowało się zaskoczenie. Ona także nie spodziewała się go ujrzeć.
– Dzień dobry, panie Murphy – powitała go oficjalnie, jakby wpadli na siebie na pikniku 

szkółki niedzielnej. Marne szansę, żeby kiedykolwiek to się stało.

Skinął lekko głową i już chciał się odwrócić, kiedy zobaczył, co włożyła do kosza na zakupy.
– Kupuję sprzęt na wyprawę do Zarcero – wyjaśniła.
Wyciągnął flarę i zawahał się. Nie wiedział, czy powiedzieć jej, że to ostatnia rzecz, jakiej 

będzie potrzebować.

– Pomyślałam, że flary się przydadzą. – Przyglądała mu się uważnie.
Murphy wrzucił ją z powrotem do koszyka Letty.
– Oczywiście, jeżeli chce pani powiadomić cały ten cholerny kraj o swoim przyjeździe.
– Och, myślałam... – Urwała nagle.
Murphy zapłacił za sprawunki i szybko wyszedł ze sklepu. Dawał Letty Madden piętnaście 

minut życia w Zarcero. Co najwyżej.

Otworzył drzwi swojej ciężarówki i już miał odjeżdżać, kiedy go zawołała.
– Panie Murphy!
Zaklął w duchu i wysiadł z kabiny.
– Co znowu? – spytał takim tonem, by poczuła, że mu przeszkadza. Letty nie przejęła się 

tym, w przeciwieństwie do większości kobiet w podobnej sytuacji.

–   Nie   zabiorę   panu   wiele   czasu.   –   Stała   na   chodniku,   patrząc   z zakłopotaniem,   ale 

i stanowczo.

Ta kobieta miała temperament.
–   W czasie   naszej   ostatniej   rozmowy   nie   dał   mi   pan   szansy,   żebym   przedstawiła   swoją 

propozycję.

– Nie interesuje mnie pani propozycja.

background image

Nie wyszedł z poczty z powodu niedomówienia. Nic, co mogłaby mu zaproponować, nie 

wystarczy, żeby wziął udział w samobójczej misji. Spojrzeli po sobie.

– Zapłacę pięćdziesiąt tysięcy dolarów, żeby pomógł mi pan odnaleźć brata.
Murphy zmarszczył czoło. Zastanawiał się, czy kobieta w rodzaju Letty Madden może mieć 

tyle gotówki.

– Zastawiłam dom, panie Murphy – wyjaśniła, jakby czytała w jego myślach. – Podpisanie 

kilku dokumentów w banku to tylko formalność. Jutro po południu będę mogła przekazać panu 
gotówkę.

Cholera   jasna!   Murphy   czuł,   że   mięknie.   Nie   chodziło   mu   o pieniądze,   lecz   o kobietę. 

Zamierza się dać bezsensownie zabić.

Nie sądził, że zdołają odwieść od wyprawy, ale też nie chciał jej zachęcać.
– Żadne pieniądze nie skłonią mnie do zmiany decyzji. – Uruchomił samochód.
Letty opadły ramiona. Pokiwała głową, przyjmując do wiadomości to, co powiedział.
– Przepraszam, że pana zatrzymałam. Miłego dnia, panie Murphy.
Nie odpowiedział. Włączył wsteczny bieg i jak najszybciej opuścił miasto.
– Idiotka – mruknął, podjeżdżając tyłem pod dom.
Wszedł   do   kuchni   i zobaczył,   że   na   automatycznej   sekretarce   mruga   światełko.   Poza 

poczciwymi  mieszkańcami  Boothill  tylko  jedna osoba na  świecie  wiedziała,  gdzie  jest. Jack 
Keller.

– Jak tam twój bok? – spytał Murphy, kiedy usłyszał głos przyjaciela.
– Boli jak jasny gwint – wymamrotał Jack.
Murphy roześmiał się. Podczas ostatniej misji Jack wpadł pod rozpędzonego dżipa i złamał 

dwa żebra. Urlop musiał poświęcić na rekonwalescencję. Jack lubił życie w mieście, Murphy 
wolał trzymać się z dala od ludzi. Czuł się doskonale wśród otwartych przestrzeni Teksasu.

– Pomyślałem, że zadzwonię do ciebie, żeby dowiedzieć się, co słychać.
Jack należał do osobników stadnych i była to jedyna niedoskonałość, jaką widział w nim 

Murphy, Ten facet nie umiał odpoczywać. Po tygodniu w Kansas City Jack zaczynał się nudzić 
i gotowy był stawić czoło nowym wyzwaniom.

– U mnie wszystko w porządku – odrzekł Murphy. Do cholery, nie mógł przestać myśleć 

o tej nieznośnej Madden. Flary. Kupowała flary do Zarcero. Głupota to mało powiedziane.

Jack zawahał się.
– Co jest?
– Nic – warknął Murphy.
– Przecież słyszę, że coś cię gryzie. Głos cię zdradza.
Murphy uznał, że nic się nie stanie, jeżeli opowie Jackowi o kobiecie z poczty.
– Dostałem ofertę pracy – oznajmił i zaczął wyjaśniać szczegóły.

background image

–   Zabiją   ją   –   stwierdził   ponuro   Jack.   Murphy   wolał   nie   myśleć,   co   stałoby   się   z Letty 

Madden,   gdyby   wpadła   w ręce   buntowników.   Ponad   wszelką   wątpliwość   czekają   ją   tortury, 
zostanie zgwałcona, a potem z sadystyczną przyjemnością zabita.

– Jak ona wygląda? – spytał Jack.
– A jakie to ma, do diabła, znaczenie? – warknął Murphy. Była ładna i młoda, miała ze 

dwadzieścia kilka lat. Ale partyzantów niewiele to będzie obchodziło.

– Pomożesz jej?
– Mowy nie ma.
– Wiesz co? – Jack zachichotał.
– Wcale nie chcę wiedzieć.
– Powinieneś się z kimś przespać.
– O czym ty, do cholery, gadasz?
–   Za   długo   byłeś   bez   kobiety   –   oznajmił   Jack.   –   Inaczej   nie   zaprzątałbyś   sobie   głowy 

urzędniczką pocztową. Żyjesz jak mnich, odkąd pracujesz dla Deliverance Company. Chłopie, 
wyluzuj się i korzystaj z życia!

– Kobieta to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję.
– Posłuchaj mnie, Murphy. Idź do knajpy, upij się i niech jakaś kobieta zabierze cię na noc 

do domu. Uwierz mi, rano poczujesz się o niebo lepiej.

Seks był według Jacka lekarstwem na wszystko.
– To,  że się z kimś  prześpię,  nie powstrzyma  tej  Madden od ryzykowania  swoją głupią 

głową. – Murphy nie dawał za wygraną.

– Może i nie, ale nie będziesz się czuł winny jej śmierci.
– Nie biorę żadnej odpowiedzialności za to, co się z nią stanie.
Jack zachichotał, a Murphy zacisnął zęby.
– Co cię tak śmieszy?
– Ty – odrzekł Jack. – Kusi cię, żeby to zrobić.
– Do diabła, tak. – Chyba tylko tornado mogłoby go skłonić do przerwania urlopu, na który 

długo i ciężko pracował i na który sobie zasłużył. I który zamierzał wykorzystać. Nie dopuści, 
żeby jakaś kobieta pokrzyżowała mu plany. Jeżeli ma ochotę dać się zabić – to jej problem.

– Przyznaj się, Murphy, masz na nią ochotę.
– Czas już skończyć tę rozmowę.
Miał odłożyć słuchawkę, ale usłyszał śmiech Jacka i jego ostatnie słowa:
– Zadzwoń, jak wrócisz z Zarcero!
– Prędzej zgniję w piekle.
Do wieczora Murphy’ego prześladował niepokój. Nie opuścił go też przez cały następny 

dzień. Próbował wszystkiego, co zwykle go uspokajało. Grzebał przy ciężarówce, przejechał się 

background image

konno po swojej posiadłości, posiedział na ganku z piwem i dobrą książką aż do zachodu słońca. 
I nic.

Powtarzał sobie, że nie odpowiada za Letty Madden. Niech sobie robi, co chce.
Rzadko dręczyło go sumienie. To normalne przy jego profesji. Żył według własnych zasad 

i swojego kodeksu honorowego.

Nie chciał się angażować w tę sprawę. Śmieszyło go, że kobieta z Boothill tak się zaparła, by 

jechać do Zarcero. Śmierć będzie dla niej błogosławieństwem. Panienka ze szkółki niedzielnej 
uważa   go   za   okrutnika   i chama.   Przekona   się,   że   w porównaniu   z koszmarem,   jaki   czekają 
w Zarcero, Murphy jest tylko milutkim kociakiem.

Musi być sposób, który skłoni ją do trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość, a jego uwolni od 

poczucia winy.

Wpadł na pomysł następnego popołudnia.
Murphy pogwizdywał, jadąc do miasta. Poprawił mu się nastrój. Musiał przyznać, że w dużej 

mierze dzięki Jackowi. Zaparkował przed pocztą i wszedł do środka.

Letty   sprzedawała   znaczki   starszemu   mężczyźnie,   ale   jej   wzrok   natychmiast   pobiegł 

w kierunku Murphy’ego. Dostrzegł zaskoczenie i promyk nadziei w oczach. Wolnym krokiem 
podszedł do swojej skrytki. Nie odrywała od niego wzroku przez cały czas, kiedy wyjmował 
przesyłki. Gdy skrytka była pusta, podszedł do Letty.

– Słucham? – Wyraźnie usiłowała zachować obojętny, oficjalny ton głosu.
– Nadal wybiera się pani do Zarcero? – spytał Murphy z ożywieniem.
– Tak. Już zarezerwowałam lot do Hojancha. Wyjeżdżam za dwa dni.
– Zmieniłem zdanie. – Przechylił się leniwie przez kontuar.
Letty poczuła ulgę.
– Pomyślałam... miałam nadzieję, że pieniądze jakoś pana zachęcą. Wstąpię do banku po 

południu i załatwię formalności. Jeżeli pan chce, dam panu połowę z góry i resztę po powrocie.

– O pieniądzach porozmawiamy później. Są inne, pilniejsze sprawy, o których powinniśmy 

pomówić najpierw.

Zamrugała i utkwiła w nim wzrok, jakby nie była pewna, czy się nie przesłyszała.
– Na przykład?
– Nie ma mowy o żadnym płaceniu, dopóki...
– Chce pan papiery wartościowe? To może trochę potrwać, poza tym nie jestem pewna...
–   Powiedziałem,   że   o sprawach   finansowych   podyskutujemy   później   –   powtórzył 

z niecierpliwością, tym razem głośniej.

– Czego pan chce?
– Jest pani dziewicą? – spytał bez pośpiechu.
Jej oczy zrobiły się niewiarygodnie wielkie. Przełknęła ślinę. Czuła się niezręcznie.

background image

– To nie pana sprawa. – Murphy roześmiał się grubiańsko.
–   Wiem   już   wszystko,   co   chcę   wiedzieć.   Poradzę   sobie   z pani   brakiem   doświadczenia. 

Chociaż wolę kobiety biegłe w sztuce miłości.

Zjeżyła się.
– Co pan sugeruje, panie Murphy? – Odsunęła się od niego o dwa kroki.
– Układ.
Letty milczała przez jakiś czas, a potem z trudem przełknęła ślinę.
– Jaki układ?
Uśmiechnął   się   leniwie   i zmierzył   Letty   wzrokiem.   Zatrzymał   się   na   pełnym   biuście 

i krągłych biodrach. Postarał się, by w jego oczach widniał podziw.

– Jedna noc. Pani i ja razem całą noc. W zamian pojadę z panią do Zarcero.
Oczy Letty zrobiły się tak wielkie, że Murphy ledwo się powstrzymał, żeby nie wybuchnąć 

śmiechem. Nieporozumieniem byłoby stwierdzenie, że się wahała.

– Albo pani się na to zgadza, albo nie, i do widzenia.
Na   pewno   się   nie   zgodzi.   Nie   miał   co   do   tego   cienia   wątpliwości.   Jeśli   odrzuci   jego 

propozycję, Murphy będzie miał czyste sumienie. Odkrył karty. Wybór należał do niej.

Z satysfakcją odwrócił się do wyjścia. Był już przy drzwiach, kiedy go zatrzymała.
– Shaun... panie Murphy! – krzyknęła drżącym głosem.
Shaun. Nikt nie zwracał się do niego w ten sposób. Nieliczni wiedzieli, że tak ma na imię. 

Nie spodobało mu się to. Nie podobał mu się śpiewny głos, którym go wołała.

Odwrócił się pewny siebie.
Uśmiechała się blado.
– Czy jutrzejszy wieczór panu odpowiada?

background image

Rozdział 3.

To  wariat. Letty doszła do wniosku, że tylko tak można wytłumaczyć, że ją o to poprosił, 

a właściwie że tego zażądał.

Zgadł,   była   dziewicą.   Jej   doświadczenia   z mężczyznami   sprowadzały   się   do   kilku 

niewinnych   pocałunków   ze   Slimem,   które   sprawiły   jej   wiele   radości.   Czuła   się   niezręcznie 
i trochę się bała budzącej się kobiecości.

Nie była przyzwyczajona do mężczyzn, chociaż wychowywał ją ojciec i dorastała z Lukiem. 

Rówieśnicy uważali ją za kujona i szarą myszkę.

W głębi duszy obawiała się, że jest słaba, jak matka. Nie mogła znieść tej myśli. Przez lata 

robiła, co mogła, żeby ignorować swoją kobiecość.

Chcąc wrócić do równowagi, Letty chwyciła obiema rękami szufladę kredensu i wzięła kilka 

głębokich, uspokajających oddechów. Nie miała wyboru – potrzebowała Murphy’ego. Żeby mieć 
ochronę i przewodnika. Żeby przeżyć.

Kiedy odnajdzie Luke’a, najemnik nie będzie już potrzebny. Jeżeli ceną za pomoc ma być jej 

dziewictwo – trudno. Z radością poświęci to i wiele więcej, jeżeli dzięki temu uratuje brata.

Zamknie oczy, zaciśnie zęby i zniesie upokorzenie. Chwila, i będzie po wszystkim.
Kiedy odezwał się dzwonek u drzwi, Letty szybko ogarnęła mieszkanie wzrokiem. Stół był 

nakryty do kolacji, butelka wina chłodziła się w lodówce, a steki były gotowe do pieczenia.

Wyprostowała  ramiona  i otworzyła  szklane  drzwi. Stał  za nimi  Murphy.  Za  chwilę  miał 

otrzymać najcenniejszą rzecz, jaką mogła podarować. Mimo to nie wyglądał na zadowolonego. 
Zmierzył ją uważnie wzrokiem.

Była świadoma swojego wyglądu. Ubrała się tak, jakby na zewnątrz panował mróz, a nie 

ponad  trzydziestostopniowy  upał.  Wiedziała,  że   jest  blada.  Nie  zdołał   tego  ukryć  róż,   który 
nałożyła  na policzki. Zapięła po samą szyję bluzkę z długimi rękawami i miała wrażenie, że 
kołnierzyk  ją udusi. Długa spódnica, która sięgała do samych  stóp, tylko od czasu do czasu 
ukazywała szczupłe kostki.

Otworzyła Murphy’emu drzwi. Miał na sobie wojskowe spodnie, jakby już był w dżungli. 

Kiedy  wchodził   do  środka,  uświadomiła   sobie,  że   jest  o piętnaście   centymetrów  wyższy  niż 
framuga, która ma metr sześćdziesiąt pięć, i że jest przy nim karzełkiem. Wcześniej nie zwróciła 
uwagi, że jest taki wysoki.

Murphy spojrzał na nakryty stół i zmarszczył brwi.
– Pomyślałam, że może najpierw zjedlibyśmy kolację – zaproponowała nieśmiało, wściekła, 

że jej głos drży.

– Jak pani chce.
Poczuła, że ma wilgotne ręce. Wytarła je i zmusiła się do mówienia. Okazało się, że Murphy 

background image

nie jest zainteresowany pogawędką.

– Proszę otworzyć wino, a ja położę steki na ruszcie – powiedziała w ciszy. – Przypuszczam, 

że lubi pan krwiste.

– Bardzo krwiste.
Letty nie miała pojęcia, jak zdoła przełknąć choćby kęs. Ale tym będzie się martwić później. 

Jeszcze nie weszli do sypialni, a serce już waliło jej w piersiach. Kręciło jej się w głowie.

Murphy otworzył wino, a Letty wyniosła mięso. Upał był tak nieznośny, że pot wystąpił jej 

na górnej wardze.

Po chwili zjawił się Murphy, przynosząc jej kieliszek wina.
–   Dziękuję,   Shaun   –   zwróciła   się   do   niego   po   imieniu,   żeby   przynajmniej   częściowo 

rozładować napięcie. Skoro mieli razem podróżować, lepiej było dojść do porozumienia.

– Proszę mówić do mnie Murphy. – Jego niski, poważny i oschły głos nadał ton spotkaniu.
– Dobrze, Murphy. – Steki zaskwierczały, kiedy Letty układała je na rozgrzanym ruszcie.
Przyglądał się każdemu jej ruchowi. Jak jastrząb, który obserwuje ofiarę, gotowy do ataku 

w odpowiednim momencie.

– Proszę się uśmiechnąć – powiedział szorstko.
Podniosła głowę.
– Słucham?
– Słyszała pani. Prosiłem, żeby się pani uśmiechnęła. Wygląda pani tak, jakby się pani bała, 

że w każdej chwili mogę nadziać ją na szpikulec i upiec – zadrwił z tym swoim zarozumiałym 
uśmieszkiem.

Kosztowało ją to nieco wysiłku, ale zdobyła się na coś w rodzaju uśmiechu.
– Lepiej?
– Trochę, ale niewiele. – Letty zajęła się mięsem.
–   Trochę   pani   przesadza   z tym   odgrywaniem   męczennicy.   Zacisnęła   palce   na   uchwycie 

łopatki do mięsa, ale nie dała się sprowokować.

– O co chodzi, Letty? Boisz się, że sprawi ci to przyjemność? To może być całkiem miłe 

przeżycie, jeśli sobie na nie pozwolisz – dodał.

Nie odpowiedziała. Przyszła do niego z własnej woli i przystała na jego warunki. Uważała go 

jednak   za   wyrachowanego   bydlaka.   Ale   właśnie   takiego   człowieka   będzie   potrzebowała 
w Zarcero, żeby odnaleźć Luke’a i przywieźć go żywego do kraju.

– O to chodzi, prawda? – dopytywał  się Murphy z radością. – Boisz się, że może ci się 

spodobać.

Nie wytrzymała.
–   Szczerze   w to   wątpię   –   wyrzuciła   z siebie,   robiąc   wszystko,   żeby   jej   głos   brzmiał 

normalnie.

background image

Murphy roześmiał się sztucznie.
– Wiem, jak cię skłonić, żebyś  mnie chciała. Wierz mi – zanim skończę, będziesz mnie 

błagać o jeszcze.

Przysunął się bliżej – tak blisko, że czuła jego oddech na skroni. Ze – sztywniała. Omal się 

od niego nie odwróciła. Dzięki silnej woli nie ruszyła się z miejsca.

– Wszyscy mężczyźni mają tak wysokie mniemanie o sobie? – odgryzła się.  –  Czy tylko 

pan? Jest pan przekonany, że nie można się panu oprzeć i że będę pana błagać, żeby pan się ze 
mną   kochał?   –   zakpiła   z niego.   Zapewne   słuchał   pan   kobiet,   którym   płacił   za   tego   rodzaju 
rozrywki.

– Sugeruje pani, że pani nie płacę? – rzekł szyderczo.
Letty zbladła.
– Nie martw się, kochanie. Pocieszaj się, jak możesz. Jeśli chcesz sobie wmówić, że robisz to 

dla Luke’a, dla Boga, dla kraju – wolno ci. Jeśli jesteś przekonana, że składasz szlachetną ofiarę 
ze swojego dziewictwa – to też jest w porządku. Ulżyj sobie. – Dotknął palcem czubka jej nosa, 
a ona bezwiednie się wzdrygnęła. Ten mały przejaw słabości najwyraźniej go zaskoczył.

Palcem   wskazującym   dotknął   twarzy   Letty,   leniwie   pogłaskał   ramiona   i zszedł   niżej,   do 

wypukłości piersi. Przerwał, jak kot, który bawi się myszą. Niech cierpi w oczekiwaniu, zanim 
zacznie krążyć wokół brodawki. Teraz Letty prawie go nienawidziła.

– Mów sobie, co chcesz – szeptał uwodzicielsko – jeżeli dzięki temu łatwiej zniesiesz seks. 

Ale oboje znamy prawdę.

– Nie wiem, o czym pan mówi.
Roześmiał się, ale w jego śmiechu nie było wesołości.
– Od długiego czasu chciałaś się pozbyć dziewictwa, czy nie tak?
Wciągnęła powietrze, bojąc się wyznać prawdę.
– Nie – zaprzeczyła gwałtownie.
Murphy niespodziewanie odsunął się i łyknął wina.
– Nieważne. Masz doskonałą wymówkę. Robisz to dla Luke’a. Tylko się nie zdziw, jeżeli się 

okaże, że on już dawno nie żyje.

– Proszę tak nie mówić! – krzyknęła. – Mówiłam już, że Luke żyje. Wiem, że tak jest. Po co 

miałabym przyjmować pana warunki, gdyby było inaczej?

– Dobre pytanie, nie sądzisz? – spytał spokojnie.
Trzęsąc się ze zdenerwowania, Letty pośpiesznie nałożyła steki na półmisek i zaniosła je do 

pokoju. Murphy poszedł za nią. Drzwi zamknęły się za nimi złowieszczo.

Ukrywając lęk pod maską uśmiechu, postawiła półmisek na środku stołu, a potem przyniosła 

z lodówki dwie salaterki z sałatką.

–   Może   pan   siadać.   –   Sama   zajęła   miejsce   na   końcu   stołu,   jakby   była   na   uroczystym 

background image

przyjęciu. Odczekała, aż Murphy usiądzie, a potem położyła sobie na udach lnianą serwetkę.

Murphy   wziął   widelec.   Letty   sięgnęła   po   swój   i poczekała,   aż   mężczyzna   nałoży   sobie 

sałatki.

–   Wszystko,   co   jest   w sałatce,   pochodzi   z mojego   ogrodu  –  powiedziała   z dumą.   –   Sos 

przyrządziłam według starego rodzinnego przepisu. Mam nadzieję, że będzie panu smakować.

Nie odezwał się. Wstrzymała oddech i czekała, aż zje sałatkę. Dopiero wtedy nałożyła sobie. 

Murphy zachowywał się tak, jakby odpowiadał na pytanie: „Jak szybko można zjeść posiłek?”. 
Był już w połowie steku, zanim zdążyła wziąć do ust sałatkę.

Musiał   przyznać,   że   Letty   jest   odważna.   Robił,   co   mógł,   żeby   ją   wyśmiać,   wykpić 

i onieśmielić. Ale wyglądało na to, że ona rzeczywiście ma zamiar wywiązać się z umowy.

Do jasnej cholery, nie tak miało się to wszystko potoczyć. Naprawdę sądził, że dziewczyna 

się   ugnie.   Trudno,   trzeba   uciec   się   do   jeszcze   kilku   pustych   gróźb.   Na   to   również   był 
przygotowany.

Murphy jadł najlepszy posiłek od tygodni. Nie przywiązywał specjalnej wagi do jedzenia. 

W lodówce miał pełno mrożonek. Nie miał nic przeciwko żywności z racji wojskowych. Jednak 
potrafił docenić smak tego steku upieczonego na ruszcie.

– Jak... smakuje? – spytała Letty.
– Dobre. – Jeżeli się spodziewa, że Murphy zasypie ją komplementami, długo sobie poczeka. 

Taktyka przeciągania wszystkiego zaczęła go irytować. Musi zatem przejąć inicjatywę.

Nie spodziewał się, że Letty przygotuje  kolację. Myślał,  że już pięć  minut  po przyjściu 

będzie ją miał w łóżku. Partyzant, który by ją dorwał, nie dałby jej tyle czasu. Ale to marna 
pociecha.

Zjadł o wiele szybciej niż Letty. Wstał i odniósł talerz do kuchni.
– Jesteś gotowa? – Spojrzał w stronę korytarza, gdzie z pewnością znajdowała się sypialnia.
Zbladła. Uznał to za dobry znak.
– Jeszcze... nie zjadłam kolacji. Chwileczkę. Proszę, niech pan jeszcze się napije wina, jeżeli 

ma pan ochotę. Jest dużo.

– Nie, dziękuję.
Niemal   widział,   jak   ogania   ją   lęk.   Z godnością,   na   jaką   niewielu   może   sobie   pozwolić, 

odłożyła serwetkę na stół i wstała. Nawet w jej krokach słychać było niechęć.

Zaprowadziła go do sypialni i gwałtownie odwróciła się do niego twarzą.
– Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, chciałabym umyć zęby.
Zawahał się i wzruszył ramionami.
– Dobrze, ale i tak, prędzej czy później, będziesz musiała dotrzymać obietnicy.
Czekał. Przysiadł na brzegu łóżka i zdjął buty.
Zabrała ze sobą do łazienki długą białą koszulę nocną. Szła wolnym krokiem jak królowa 

background image

skazana na ścięcie.

– Rozpuść włosy – polecił. Zawahała się, ale skinęła głową.
Kiedy wróciła, Murphy leżał na łóżku bez spodni, oparty plecami o wałek. Założył ręce pod 

głowę.

– Ładnie – stwierdził, przyjrzawszy się jej. Mówił serio. W długiej białej koszuli nocnej 

przypominała pastereczkę. Brakowało jej tylko drewnianego kija i kilku owieczek.

Długie brązowe włosy Letty opadały miękkimi falami do połowy pleców. Była boso. Jeżeli 

miała nadzieję, że podobieństwo do bajkowej postaci powstrzyma go, to się myliła.

– Podejdź bliżej.
– Jest pan nagi? – Odwróciła wzrok od jego torsu.
Uśmiechnął się leniwie.
– A jak sądzisz?
Wzięła głęboki oddech, wyprostowała się i zamknęła oczy.
– Czy już dojrzałaś do tego, by porzucić brata?
– Nie – odparła. – Układ to układ. Może pan ze mną robić wszystko, co się panu podoba.
– Taki mam zamiar.
– Jest pan potworem. – Roześmiał się.
– Tak o mnie mówią. – Obejrzała się przez ramię.
– Mogę najpierw zgasić światło?
– Niech się świeci.
Obleciał   ją  strach   i wybiegła   z sypialni.   Murphy  powstrzymał   się   od  śmiechu.   Tylko   jej 

dotknął, a ona już chciała wiać, gdzie pieprz rośnie. Biedna, zacofana dziewica. Śmiertelnie się 
bała nagiego mężczyzny.

Ku   jego   zaskoczeniu   wróciła   po   chwili   z butelką   wina   w ręce.   Piła   wprost   z butelki, 

odchylając głowę i wlewając w siebie alkohol. Murphy obserwował ją zdziwiony.

– Picie nie pomoże.
– Niech pan nie będzie tego taki pewien. – Otarła usta grzbietem dłoni. – Czy chce pan, 

żebym coś zrobiła?

– Bardzo wiele – zapewnił. – Wkrótce do tego dojdziemy.
Przysiadła na brzegu łóżka, jakby nie mogła utrzymać się na nogach.
Koszula rozchyliła się, ukazując piersi. Murphy był oczarowany. Piersi miała piękne – bujne 

i pełne.

Keller miał rację: Murphy zbyt długo był bez kobiety. Letty Madden wyglądała cholernie 

dobrze.

– Pocałuj mnie – polecił.
Wbiła wzrok w jego usta. Zawahała się, pociągnęła jeszcze łyk  wina i przysunęła się do 

background image

niego.

Wziął od niej butelkę i odstawił na nocny stolik.
– Obiecuję, że nie będę gryzł. – Objął ją pewnie w talii i pociągnął na łóżko. Ciało Letty 

ściśle do niego przylegało. Jej oczy były wielkie, a twarz śmiertelnie blada. Ale wytrzymała 
spojrzenie mężczyzny i czekała. Bała się.

Lekko pochylił się do przodu i dotknął jej ust swoimi. Nie był okrutnikiem i mimowolnie 

trochę jej współczuł.

Nie opierała się, ale była sztywna jakby połknęła kij od szczotki.
– Rozluźnij się – polecił niecierpliwie.
– Staram się.
– To się staraj bardziej. – Zły, że jest wobec niej zbyt łagodny, ujął głowę Letty i przycisnął 

jej usta do swoich. Za ten trud była mu winna coś więcej niż tylko niewinny pocałunek, chociaż – 
jak przypuszczał – innych rzeczy będzie musiał ją nauczyć.

Znowu   zesztywniała.   Kilka   razy   przesunął   ustami   po   jej   wargach,   tym   razem   nieco 

brutalniej, zgniatając je i obejmując swoimi. Czuł jej wydatne piersi i walczył z narastającym 
podnieceniem, które chciało nim zawładnąć. Poddając się zmysłom, łakomie pożądał jej warg.

– Otwórz usta – wymruczał.
– Nie rozumiem, jak...
Wykorzystał moment, wsunął język do ust Letty i zaczął nim poruszać. Odwróciła głowę. 

Puścił ją. Obciągnięte jedwabną koszulą piersi ocierały się o jego tors. Zdziwił się, bo Letty się 
nie odsunęła.

– Tak? – wyszeptała ochrypłym głosem, kiedy skończył. Radziła sobie nieźle. Nawet całkiem 

nieźle. Jeżeli pociągną to dalej, nie będzie odwrotu.

– Taak – wymruczał, ledwie łapiąc oddech.
– To nie jest takie straszne.
Sprawy toczyły się inaczej, niż zaplanował. Pocałował Letty znowu, ale tym razem jej język 

nieśmiało przywitał jego. Zaczął oddychać wolniej. Chciał od niej coraz więcej. Zaskoczyła go, 
z własnej woli obejmując za szyję.

– Podoba ci się to, prawda? – zachichotał. Chciał, by wierzyła, że dla niego to nic nie znaczy. 

Cieszył się, że może ukryć swoje podniecenie pod kocem. Zdziwił się, że pobudziła go tak łatwo. 
Nie przypuszczał, że tak silnie podziała na niego cnotliwa panienka.

– Co teraz?
Jeżeli chce, żeby plan się powiódł, musi być dla niej naprawdę niemiły.
– Rozbierz się.
Zamrugała, jakby się przesłyszała.
– Chce pan, żebym zdjęła koszulę?

background image

– Tak właśnie.
Spojrzała na ścianę.
– Przy zapalonym świetle – powtórzył.
Powoli   wstała   z łóżka   i stanęła   dokładnie   na   wprost   niego.   Była   zdenerwowana 

i zawstydzona. Powoli rozpinała guziki, zatrzymując się przy każdym. Nie wiedziała, że takie 
wahanie tylko wzmaga niecierpliwość Murphy’ego. Z zaciśniętymi powiekami zsunęła materiał 
z jednego ramienia. Chyba nie spodziewała się, że gładki jedwab ześlizgnie się po ciele. Koszula 
leżała u jej stóp.

Murphy przełknął  ślinę,  zaskoczony  urodą Letty.  Była  piękna.   Pełne  piersi  wznosiły się 

dumnie. Brzuch miała płaski i gładki, a biodra krągłe i zapraszające. Przyciskając ręce do boków, 
stała przed nim jak mityczna bogini.

Przyklęknął  na łóżku i chwycił  ustami  jej sutek. Zacisnęła  oczy i jęknęła cicho.  Murphy 

błądził wilgotnym językiem po ciepłej skórze Letty. Wygięła się i zagryzła dolną wargę.

Nie mógł czekać dłużej. Położył ręce na jej piersiach i ścisnął je, pieszcząc delikatnie. Jej 

sutki stwardniały pod dotykiem  Murphy’ego, prężąc się dumnie.  Skóra Letty była  miękka  – 
bardziej miękka niż wszystko, czego do tej pory dotykał.

Okrywając pocałunkami jej szyję, przesunął ręce na biodra i pośladki. Zaznajamiał się z jej 

jedwabistym ciałem. Bóg mu świadkiem, że nigdy nie przeżył czegoś podobnego, a przecież to 
on był doświadczony. Uczył się od kobiet, które miały o wiele większą praktykę i zdolności niż 
ta   naiwna   dziewczyna.   Ale   rzadko   czuł   się   tak,   jak   w tej   chwili.   Jego   wnętrzności   trawiło 
pragnienie, które przerodziło się w piekący ból.

Dotknął   palcem   pokrytego   jedwabistym   meszkiem   trójkąta   pomiędzy   złączeniem   jej   ud. 

Jęknęła krótko.

– Rozchyl nogi. – Nie poznawał samego siebie. Jego głos był ochrypły z pragnienia.
– Proszę... niech mi pan pozwoli zgasić światło.
– Nie. Rozchyl uda – powtórzył, tym razem bardziej stanowczo.
– Nie mogę.
Usłyszał złość w jej głosie, ale to go nie zniechęciło. Rozstawiła stopy na odległość kilku 

centymetrów.

– Bardzo dobrze – pochwalił ją. Nie wiedział, czego się po nim spodziewa, więc pochylił się 

i pocałował ją w brzuch. Potem przesunął wargi ku górze, ujął nimi sutek i zaczął zachłannie 
ssać. Letty przełknęła głośno ślinę. Murphy uśmiechnął się do siebie. Cieszył się, że nie tylko on 
pochłonięty był tym, co robili.

Pocałował ją w usta, zadowolony, że odwzajemnia pocałunek, a potem jego wargi wróciły do 

jej piersi. Letty oddychała ciężko. Murphy, wykorzystując jej zaskoczenie, wsunął w nią palec, 
który zanurzył się w miękkich fałdach jej kobiecości.

background image

Letty naprężyła się i zaczęła się szarpać, ale Murphy wolną ręką chwycił ją mocno w talii.
– Rozluźnij się – wyszeptał. – To nie będzie bolało.
Delikatnie zaczął pocierać wrażliwe ciało Letty. Po krótkiej chwili brakowało jej tchu.
– Widzisz? Nie mówiłem ci, że będzie dobrze?
Cały   czas   miała   zamknięte   oczy.   Murphy   rozchylił   jej   nogi   i położył   swoje   usta   na   jej 

wargach.

Kręciło mu się w głowie i niewiele brakowało, żeby stracił panowanie nad sobą. Letty była 

miękka i wilgotna, na krawędzi szczytowania. Ale nie tylko ona. Kiedy dotykał jej w ten sposób, 
rodziła się w nim dzikość.

Całe ciało pulsowało. Albo natychmiast przestaną, albo straci panowanie nad sobą. Otworzył 

oczy i znów je zamknął. Próbował jasno myśleć. Czuł się tak, jakby pochłaniała go głęboka, 
ciemna jama.

Wtedy dotarło do niego to, co powinno być jasne od samego początku. Letty Madden nie 

ucieknie.   Zbyt   wiele  leżało  na  szali  –  nie  miała   wyboru.   Była  po  to, żeby ją  wziął.   Stracił 
nadzieję, że ta kobieta wycofa się z układu. To go zresztą cieszyło, bo jej pożądał. Ta nieśmiała, 
nieskomplikowana kobieta przewróciła mu w głowie. Pragnął jej, choć w każdej chwili mógł ją 
stracić.

Nie marnując czasu, chwycił ją za ramiona i pociągnął na łóżko. Jej miękkość znowu go 

zadziwiła. Dziewczyna była gładka i słodka.

Nie mógł się pohamować i pocałował ją. Zaklął pod nosem, bo pokój zaczął mu wirować 

przed oczami.

– O co chodzi?
– O ciebie. O mnie. Do cholery, nie miało być tak dobrze.
Zdusił chęci ucieczki i ułożył się między jej nogami, rozchylając je tak szeroko, żeby wsunąć 

między nie biodra. Kiedy poczuła, jak ociera się o nią jego męskość, jęknęła i otworzyła oczy.

– Będę ostrożny. – Usiłował pamiętać, że Letty jest dziewicą.
– Murphy! – krzyknęła. – Niech mnie pan pocałuje. Nie będzie tak bardzo bolało, jeżeli mnie 

pan pocałuje.

Pokój zaczął mu znowu wirować przed oczami, tym razem szybciej. Zignorował to i tak, jak 

go prosiła, zbliżył swoje wargi do jej ust.

Pocałunek   był   wilgotny,   dziki   i zupełnie   nie   kontrolowany,   podobnie   jak   zachowanie 

Murphy’ego. Świat zaczął spadać w głęboką, czarną przepaść, a on razem z nim. Walczył z tym 
odczuciem, jak mógł.

Usłyszał swój jęk. Poczuł, że Letty go całuje. Cholera. Jaki ona miała smak! Sama słodycz. 

Ta kobieta sprawiła mu nie lada niespodziankę!

Próbował,   Bóg   mu   świadkiem,   że   próbował.   Przesunął   rękę   w dół.   Zamknęła   oczy 

background image

i odwróciła głowę. Wiedziała, że będzie bolało. Było mu przykro, że musi sprawić jej ból.

– Postaram się, żeby nie bolało – wyszeptał.
To była ostatnia świadoma myśl.
Gdy otworzył oczy, był już ranek.

background image

Rozdział 4.

Gdy tylko zrobiło się jasno, Letty wymknęła się z łóżka i ubrała się pospiesznie. Nie miała 

odwagi spojrzeć na Murphy’ego. Bała się, że się domyśli, co zrobiła. Upłynęło tyle czasu, zanim 
zadziałała  mieszanka   ziołowa.  Zaczęła  się   już  obawiać,  że   nic  z tego   nie  będzie.   Nigdy  nie 
stosowała takich ziół i nie była do końca pewna ich działania.

Miała   nadzieję,  że  zdążą  się  tylko  kilka   razy  pocałować  i niewiele   ponadto,  bo Murphy 

zapadnie w głęboki sen.

Mogła przewidzieć, że okaże się odporny na działanie ziół. Zdążył posunąć się o wiele dalej 

niż   zwykłe   pocałunki.   Wiedziała,   że   nie   zapomni   nocy   z Murphym.   Było   jej   dobrze   w jego 
ramionach.

Kiedy   się   obudziła   w środku   nocy,   zobaczyła,   że   leży   tuż   przy   jego   boku.   Murphy 

obejmował ją ramieniem w talii, a jej pośladki ściśle przylegały do jego wzbudzonej męskości. 
Jeżeli   chciała,   żeby   do   niczego   nie   doszło,   powinna   była   uciec   od   niego.   Niech   Bóg   mają 
w swojej opiece – nie uciekła. Wiedziała, co robi. Zamknęła oczy i odnalazła dziwną rozkosz 
i bezpieczeństwo w ramionach tego mężczyzny.

Zanim zioła  zadziałały,  Murphy wymruczał,  że nie miało  być  tak dobrze. Sytuacja  była 

absurdalna; wypowiadał na głos jej myśli.

Musiała znieść pocałunki i grę wstępną, żeby pomógł odnaleźć Luke’a. Nie spodziewała się 

jednak, że sprawi jej to przyjemność. Ciało okazało się zdrajcą. Ogarnęło ją ciepłe odczucie. 
Przyszło jak niechciany, niespodziewany gość. Murphy miał rację – nie miało być tak dobrze.

– Co się, do cholery, stało? – wymamrotał Murphy z drugiej strony łóżka.
– A o co chodzi? – spytała nieśmiało. Obawiała się, że Murphy domyśli się, co zrobiła.
Usiadł i przetarł twarz, jakby ścierał zaspane myśli. Letty cieszyła się, że jest kompletnie 

ubrana. Nie wierzyła, że Murphy nie będzie już chciał jej dotknąć. Co gorsza, nie wierzyła samej 
sobie, że nie odwzajemni tego dotyku.

– O zeszłą noc – wyjaśnił cierpko.
– Wie pan doskonale, co się stało.
Patrzył na nią w milczeniu, jakby czytając w jej duszy. Letty była spięta. Obawiała się, że 

Murphy odkryje prawdę.

– Czy my... no wiesz? – spytał po chwili.
Musiała zebrać wszystkie siły, żeby na niego nie patrzeć.
– Wolałabym, żebyśmy nie rozmawiali o zeszłej nocy.
– Do diabła! – wrzasnął i skrzywił się na dźwięk zachrypniętego głosu. – Ile wypiłem? – 

Wziął do ręki butelkę po winie. Zmarszczył czoło, na którym pojawiły się grube, nieregularne 

background image

linie. – Była tylko ta jedna butelka, prawda?

–   Za   cztery   godziny   mamy   samolot.   Powinniśmy   jechać   na   lotnisko,   jak   tylko   się   pan 

ubierze.

Była   już   spakowana.   Dokładnie   wszystko   przemyślała.   Walizkę   zamierzała   zostawić 

w Hojancha, kraju graniczącym z Zarcero od północy. Do samego Zarcero miała zamiar zabrać 
tylko   plecak.   Jeżeli   odnajdą   Luke’a   w misji,   zajmie   im   to   niecałą   dobę.   Jeśli   będą   musieli 
wyciągać go z jakiegoś więzienia w zapadłym kącie, potrwa dłużej. Jak długo – nie wiedziała.

– Nie jedziesz ze mną – oznajmił chłodno Murphy.
– O, nie. – Zdenerwowała się, że najemnik chce zmieniać umowę. – Zawarliśmy układ, za 

który drogo zapłaciłam. Nie może pan teraz tego zmieniać.

– Był nagi, ale odrzucił kołdrę.
Oczy Letty otworzyły się szeroko na widok wypukłych mięśni klatki piersiowej, prostych 

bioder i mocnych ud.

Na   ramionach   i brzuchu   miał   niezliczoną   ilość   blizn.   Najgorsze   było   zniekształcenie   na 

lewym ramieniu. Wyglądało na ślad po kuli. Na widok blizn zalała ją czułość. Stłumiła ją. Ten 
mężczyzna nie doceniłby jej współczucia.

Widziała w nim siłę i piękno. Była jak zahipnotyzowana. Speszyła się. Czuła, że rumieniec 

zalewa jej szyję i policzki.

Murphy zachichotał. Najwyraźniej cieszył się, że jest zakłopotana.
– Daj spokój. Nie sądzisz, że już za późno na dziewiczą skromność? – Sięgnął po spodnie. 

Metalowe sprzączki zadzwoniły, kiedy się ubierał. Wcale nie wyglądał na zażenowanego.

– Jadę z panem. – Nie przyjęła odmowy do wiadomości. Nie teraz, gdy posunęła się tak 

daleko. Luke jej potrzebuje. Murphy również, niezależnie od tego, co myśli. Przez ostatnie dwa 
lata Letty była trzy razy w Zarcero. Biegle władała hiszpańskim. Znała kraj, miasta i kilka dróg. 
Znała kilka osób, którym mogła ufać. Miała tam przyjaciół, którzy powiedzą jej, co z Lukiem, 
i pomogą odnaleźć brata.

– Zgodziłem się odszukać twojego ukochanego braciszka i słowa dotrzymam – wymruczał 

oschle. – Ale zrobię to sam. Nie potrzebuję więc ze sobą kobiety.

– Rychło w czas pan to mówi!  –  krzyknęła. Była wściekła, że Murphy usiłuje narzucić jej 

swoje warunki. – Umówiliśmy się, że za tę cenę będzie mi pan towarzyszył  w wyprawie do 
Zarcero. Odebrał pan swoją zapłatę w łóżku zeszłej nocy. Nie może pan teraz zmieniać układu.

Chłód w jego spojrzeniu dotknął ją do żywego, ale tylko się wzdrygnęła.
– Jadę z panem albo bez pana.
Zaklął.
– Wiem, co robię! – wrzasnął. – Będziesz mi przeszkadzać.
– Pomogę panu.

background image

Zaklął znowu, tym razem głośniej.
– Jadę do Zarcero, żeby odnaleźć brata.
Nie miała ochoty na dalsze dyskusje. Zarzuciła plecak na ramię i wyniosła walizkę przed 

dom. Ciężarówka Murphy’ego stała za jej samochodem.

Wrzuciła walizkę na pakę, wsiadła do kabiny i czekała, aż on się zjawi.
Nie czekała długo. Wsiadł do samochodu, zatrzasnął drzwiczki, znowu zaklął i ruszył.
Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie odezwał się ani słowem w czasie półtoragodzinnej 

podróży na lotnisko.

Letty dręczyło mnóstwo pytań. Lecieli do Hojancha, więc jak Murphy zamierzał przedostać 

się do Zarcero, skoro zamknięto granice. Wyjazd i wjazd do kraju był niemożliwy.

W   samolocie   z Houston   siedzieli   na   sąsiednich   fotelach.   Masywne   ramię   Murphy’ego 

ocierało się o ramię Letty. Po starcie wyjął mapę z podręcznej torby. Letty chciała mu przekazać 
wszystko, co wiedziała o Zarcero, ale on najwyraźniej nie był w nastroju, żeby jej wysłuchać, 
więc milczała.

Zamknęła oczy i oparła głowę o boczne okienko. Modliła się w duchu, żeby miał  lepszy 

nastrój. Ta wyprawa i tak będzie wystarczająco trudna. Nie muszą jej dodatkowo komplikować.

Nie   spodziewała   się,   że   Murphy   będzie   dobrym   kompanem,   ale   mógłby   być   bardziej 

uprzejmy.

Udawała, że śpi, ale przyglądała mu się uważnie. Jej życie i życie brata spoczywało teraz 

w rękach   tego   mężczyzny.   Nawet   wysilając   wyobraźnię,   nie   mogłaby   powiedzieć,   że   jest 
przystojny.   Gdyby   miała   go   opisać   –   na   przykład   Luke’owi   czy   przyjaciołom   z kościoła   – 
stwierdziłaby, że mężczyzna ma swoisty urok. Choć nic z delikatności ani miękkości. Płacono 
mu za to, żeby zabijał, szerzył nienawiść, śmierć i zadawał ból innym.

Kiedy poznała ciemną stronę osobowości Murphy’ego, którą uzewnętrzniał, odkryła pewną 

sprzeczność. Nie doświadczyła przecież brutalności podczas ich wspólnej nocy. W stosunku do 
niej był czuły i delikatny. Przy niej chciał dawać, nie brać.

To,   co   mówił,   było   z początku   okrutne   i władcze,   ale   jego   ręce   i usta   przekazywały 

żywiołowy   rodzaj   czułości,   który   pobudził   każdą   cząstkę   jej   ciała.   Zaskoczył   ją.   Zanim 
przygotował ją do tego, by się kochali, i zaciągnął do łóżka, Letty już szaleńczo go pragnęła.

Jej duma na tym cierpiała, ale tak wyglądała prawda. Gdyby zioła wówczas nie zadziałały, 

oddałaby mu się bez pamięci.

Stało się inaczej. Ogarnęło ją głębokie rozczarowanie, ale i ulga. Miała szczęście, jak na 

kobietę, która dobiła targu z samym diabłem.

Cholerne szczęście.
Murphy musiał przyznać, że w swoim czasie popełnił kilka głupich błędów, jednak ten był 

najgłupszy z nich. Powinien sprawdzić, co się dzieje z jego głową. Był w pułapce. Zgodził się na 

background image

udział w wyprawie,  która była  szukaniem igły w stogu siana. Nie miał  wątpliwości,  jaki los 
spotkał Luke’a Maddena. Misjonarz dawno już nie żył.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego wplątał się w to szaleństwo. Rzadko mylił się co do ludzi. 

W jego   pracy   liczyła   się   zręczność   i intuicja.   Murphy   dałby   sobie   głowę   uciąć,   że   ta 
powściągliwa dziewica zemdleje, gdy tylko jej dotknie. Albo zasłoni swoje pełne piersi i ucieknie 
gdzie pieprz rośnie. Stało się inaczej.

Żeby się zabezpieczyć, przewidział też plan awaryjny. Był żołnierzem i wiedział, jak ważna 

jest strategia. Brał pod uwagę, choć było to bardzo wątpliwe, że Letty podda się jego miłosnym 
zabiegom. Postanowił, że jej nie tknie i jeszcze raz omówi ich układ.

Skończyło się na tym, że ją wziął. Nie był dumny z tego powodu, ale już nie było odwrotu. 

Nie   był   słabym   facetem,   jak   Jack   Keller,   który   często   padał   ofiarą   własnych   pożądliwości, 
szczególnie cielesnych. Zdaniem Murphy’ego kobiety należy tolerować i wykorzystywać, kiedy 
nadarza się okazja. Nic ponadto. Mimo to uległ pożądliwości i przespał się z Letty Madden.

Próbował   nie   patrzeć   w jej   stronę,   ale   za   każdym   razem,   kiedy   to   robił,   ogarniało   go 

zdziwienie.   Nie   rozumiał,   dlaczego   zawiodła   go   pamięć.   Pamiętał   wszystko   do   momentu, 
w którym rzeczywiście to się stało. Niepokoiło go to.

Czy  to  pod  wpływem  wina,  czy  może   samej   Letty  poczuł   się  tak   podniecony?   Nie  był 

pewien, czy spodobałaby mu się odpowiedź.

Doszedł do wniosku, że Letty Madden trudno rozgryźć.  Za każdym  razem,  kiedy chciał 

porozmawiać o ich wspólnej nocy, dziewczyna zamykała się w sobie jak ostryga kryjąca perłę. 
Boże drogi, żałował, że nie pamięta. Ale teraz nie było odwrotu. Siedział w samolocie z powodu 
okazanej słabości i eskortował Letty Madden do Zarcero.

Samolot   wylądował   w Hojancha   City   o piątej   po   południu   czasu   teksańskiego.   Dopełnili 

formalności, które polegały na przejściu obok strażnika śpiącego przy biurku, a potem Murphy 
poprowadził Letty do zatłoczonego terminalu.

Na lotnisku było nieprzyjemnie ciepło. Upał panujący na zewnątrz uderzył Murphy’ego jak 

podmuch trąby powietrznej. Zawsze tak przeżywał kilka pierwszych godzin w tropikach. Upał 
i odór przytłaczały go. W zależności od pory roku i dnia czasami miał trudności z oddychaniem.

Ubranie przykleiło mu się do ciała. Teksas w lecie niezupełnie przypominał Eden, ale tropiki 

były czymś innym. Upał mógł pozbawić człowieka sił w ciągu kilku godzin. Murphy spojrzał na 
Letty. Zastanawiał się, jak kobieta zdoła się przystosować, i zaklął pod nosem na myśl, że będzie 
się za nim wlokła przez dżunglę.

Letty szła pośpiesznie za Murphym. W obu rękach niosła bagaż. Murphy uznał, że skoro 

uparła się, żeby zabrać jeszcze walizkę, niech ją sobie niesie sama.

– Będziemy spać w hotelu?
– Nie. – Im mniej Letty będzie wiedziała o jego planach, tym lepiej. Przebiegł wzrokiem 

background image

tłum,   szukając   Ramireza,   swojego   łącznika.   Miał   mu   dostarczyć   broń   i skontaktować 
z człowiekiem, który go zaopatrzy w niezbędne środki na granicy z Zarcero. O ile wiedział, nie 
będzie to łatwe. Obaj słono sobie policzą. Nie martwił się tym. W końcu to nie on płaci.

– Muszę znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, gdzie mogłabym zostawić walizkę.
–   Masz   jakieś   cenne   rzeczy?   –   Obejrzał   się   przez   ramię.   Letty   robiła,   co   mogła,   żeby 

dotrzymać mu kroku, ale na próżno.

– Nie, oczywiście, że nie.
Była przynajmniej na tyle rozsądna, żeby nie zabierać gotówki.
– Co jest w środku?
– Ubranie dla Luke’a i lekarstwa. Mogą mu się przydać.
Murphy   bez   wahania   wziął   od   niej   ciężką   walizkę.   Postawił   ją   na   pierwszym   wolnym 

miejscu, jakie znalazł, otworzył i przerzucił przez ramię zmianę czystej odzieży.

–   Co   pan   robi?!   –   wrzasnęła   Letty.   Wspięła   się   na   palce,   próbowała   ściągnąć   koszulę 

i spodnie. Niestety, uprzedził ją żebrak.

– Murphy! – krzyknęła, głosem drżącym z wściekłości.
Nie   zwrócił   na   nią   najmniejszej   uwagi.   Nie   przestawał   wykładać   zawartości   walizki, 

włącznie z lekarstwami, które nie mieściły się w plecaku. Jak do tej pory nie znalazł niczego, co 
mogłoby im się przydać. Momentalnie  otoczył  ich tłum,  który rozchwytywał  czyste ubrania, 
wywołując zamieszanie wokół Murphy’ego.

– Nie możesz tego zrobić! – krzyknęła znowu Letty. – To są ubrania dla Luke’a.
Pewnie   sama   zaczęłaby   się   bić   o rzeczy,  gdyby   Murphy   nie   wetknął   pustej   walizki   do 

najbliższego kubła na śmieci. Zaczęło o nią walczyć dwóch bezzębnych mężczyzn.

– Dlaczego... Co z Lukiem? – Letty wyglądała tak, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem.
– Ustalmy sobie to jasno na początku – warknął Murphy. – Skoro przyjechałaś ze mną do 

Zarcero, będziesz robić dokładnie to, co powiem, bez żadnych pytań. Jeżeli sprzeciwisz mi się 
albo zaczniesz kłócić – układ przestaje być ważny. Zrozumiano?

Dziewczyna wyprostowała się i pokiwała głową.
–   Byłabym   idiotką,   gdybym   zapłaciła   tę   śmieszną   cenę   i nie   polegała   na   pańskim 

doświadczeniu.   –   Z żalem   spojrzała   na   ubrania,   które   kiedyś   należały   do   jej   brata.   –   Mam 
nadzieję, że kiedy znajdziemy Luke’a, zapewni mu pan wszystko, czego będzie potrzebował.

Murphy nie przypomniał jej, że Luke już nie żyje. Nie zamierzał rozwiewać złudzeń Letty. 

Jeśli chciała wierzyć, że Luke żyje, to jej problem.

– Poczekamy tutaj.
Przeszli   przez   jezdnię.   Samochody   mijały   ich,   nie   zmniejszając   szybkości.   Kierowcy 

niewiele się przejmowali bezpieczeństwem pieszych. Na chodniku piętrzyły się góry gnijących 
śmieci, które tak śmierdziały, że Murphy miał ochotę zatkać nos. Zobaczył, jak przebiega po nich 

background image

szczur, i był ciekawy, czy Letty również go dostrzegła. Jakby czytając w jego myślach, spojrzała 
na niego i skrzywiła się.

–  Jeśli   chcesz,  możesz   poczekać   w czystym  hotelu,   a ja  sam  pojadę  do  Zarcero.  –  Miał 

nadzieję, że zrozumie, że to mądry pomysł.

Letty stanowczym ruchem głowy odrzuciła jego propozycję.
Murphy jęknął w duchu. To miały być jego wakacje, krótka przerwa przed powrotem na 

front. Ale dał się wrobić siostrze nieżyjącego misjonarza. Miał tylko nadzieję, że Jack okaże się 
lojalny i nie zdradzi innym, w co się dał wpakować.

Zza rogu dobiegł warkot silnika dżipa. Murphy zorientował się, że to Ramirez. Pracował 

z tym ciemnoskórym mężczyzną kilka lat temu. Ramirez nie tylko mógł zapewnić niezbędne 
środki, ale i informacje, które na ogół okazywały się przydatne.

Zatrzymał   się   przy   samym   krawężniku   i uśmiechnął   się   do   Murphy’ego,   ukazując   rząd 

brązowych zębów. Murphy nie chciał przeciągać sprawy. Wrzucił wór na tył dżipa, a sam usiadł 
z przodu. Letty nie zdążyła się usadowić, kiedy Ramirez wcisnął gaz i ruszył. Murphy zauważył, 
że Letty wpadła twarzą do środka, i zaśmiał się cicho. Trzeba przyznać, że nie narzekała ani nie 
krzyczała, choć z pewnością była wściekła.

– Kim jest ta kobieta? – spytał po hiszpańsku Ramirez.
– Nieważne.
– Co ona tu robi?
Murphy nie był w nastroju do zwierzeń.
– Szkoda gadać. – Ramirez zmarszczył czoło.
– Kłopoty?
– Nie. – Murphy westchnął ciężko. – Tylko ogromny pryszcz na dupie.

background image

Rozdział 5.

Yack Keller dwukrotnie wysłuchał widomości z automatycznej sekretarki, przekonany, że 

coś   umknęło   jego   uwadze.   Głos   Murphy’ego   brzmiał   normalnie,   ale   Kellerowi   trudno   było 
uwierzyć w to, co mówił jego przyjaciel.

Zrobił   to.   Na   Boga,   Murphy   rzeczywiście   zgodził   się   towarzyszyć   siostrze   misjonarza 

w wyprawie do Zarcero. Keller nie uwierzyłby, gdyby nie usłyszał tego na własne uszy. Jego 
kompan nie wydawał się z tego powodu zadowolony. Po odgłosach dochodzących z tła Keller 
domyślił się, że Murphy dzwonił z lotniska.

Usiadł,   nie   zważając   na   ból   żeber.   Założył   ręce   za   głowę   i położył   nogi   na   kanapie. 

Zastanawiał   się,   co   mogło   skłonić   Murphy’ego   do   takiego   kroku.   Uśmiechnął   się   szeroko. 
Doskonale wiedział, co Murphy myśli o tej wyprawie. Ta kobieta musiała mieć więcej pieniędzy 
niż Rockefeller albo nieziemsko mu się spodobała. Ale to i tak niczego nie wyjaśniało. Gdyby 
posiadała taki majątek, nie pracowałaby na poczcie. A Keller jeszcze nie widział” żeby ktoś – 
a tym bardziej kobieta – mógł skłonić Murphy’ego do zrobienia czegoś, na co nie miał ochoty. 
Dla Murphy’ego kobiety nie stanowiły wielkiej pokusy. Twierdził, że nieraz uratował Jackowi 
tyłek, dlatego że panował nad swoim rozporkiem.

Keller   dostał   porządną   nauczkę.   Parę   lat   temu   zadał   się   z piękną  senoritą   i srogo   za   to 

odpokutował. Doszedł do siebie dopiero po pół roku, ale ślady tej znajomości nosi na sobie do 
dziś. Odtąd słucha rozkazów Murphy’ego. Misja to misja.

Jednak Kansas to co innego. Keller lubił się chełpić swoimi wyczynami seksualnymi. Trzeba 

przyznać, że cieszył się u kobiet powodzeniem. Właściwie nie wiedział, dlaczego do niego lgną. 
Wystarczyło   jedno   spojrzenie   w lustro,   żeby   stwierdzić,   że   nie   jest   modelem   na   okładkę. 
Podejrzewał,   że   to   z powodu   jego   niebieskich   oczu.   Kobietom   najwyraźniej   podobały   się 
niebieskie oczy. Sinatra by się z nim zgodził. Brad Pitt również.

Nie chciał dociekać, dlaczego przypomniała mu się Marcie Alexander. Był w mieście od 

trzech tygodni i jeszcze do niej nie zadzwonił. Do zawsze czekającej Marcie. Mógł nie dawać 
znaku życia przez pół roku albo dłużej, ale gdy go zobaczyła, wybaczała wszystko.

Nie pamiętał, gdzie poznał tę blondynkę. Pewnie w jakimś barze. Była fryzjerką i miała złote 

serce. Niestety, wiedzieli o tym wszyscy i, łącznie z Kellerem, wykorzystywali jej szczodrość. 
Było mu głupio na myśl, że wykorzystywał ją przez lata.

Mógł   bez   zapowiedzi   pojawić   się   w drzwiach   jej   mieszkania,   a ona   przygarniała   go   jak 

zbłąkanego   wędrowca.   Karmiła   go,   troszczyła   się   o niego,   kochała   się   z nim   i tak   niewiele 
oczekiwała w zamian. Zwykle tyle też dostawała.

Nigdy nie podważała kłamstw, które jej wciskał, nawet tych najbardziej naciąganych. Raz 

nawet wyciągnęła go z więzienia. Nie był pewien, czy zwrócił jej za to pieniądze.

background image

Najbardziej lubił w Marcie to, że nigdy nie robiła mu awantur. O nic nie pytała. Niczego nie 

żądała.   Ona   dawała,   a on   brał.   W końcu   uświadomił   sobie,   że   nie   on   jeden   korzystał   z jej 
hojności. Marcie należała do kobiet, które dają się wykorzystywać mężczyznom.

Keller   był   w mieście   od   jakiegoś   czasu.   Gdyby   tylko   chciał,   każdej   nocy   mógłby   mieć 

kobietę. Ale nie chciało mu się płacić za to, co większość kobiet rozdaje za darmo. Jack bez 
problemów potrafił przekonać kobietę, by rozchyliła nogi. Nie lubił natomiast oczekiwań, jakie 
temu towarzyszyły.

Którejś nocy wylądował w domu tlenionej blondynki. Znaleźli się w sypialni i spędzili razem 

noc. Następnego ranka prosiła go, żeby naprawił jej sedes. Na miłość boską, sedes! Odmówił, 
więc się wściekła. Widocznie sądziła, że jest jej coś winien, skoro się z nim przespała.

Im więcej o tym myślał, tym bardziej chciał zobaczyć się z Marcie. Mógłby skorzystać z jej 

czułości   i troskliwości.   Wprawdzie   nie   była   pięknością,   ale   niedostatki   urody   w pełni 
wynagradzała swoim ciałem. Usta Jacka zrobiły się wilgotne na samą myśl o jej piersiach. Krągłe 
i pełne, były chyba najładniejszymi piersiami, jakie widział. A widział ich wiele.

Kiedy byli w łóżku, uwielbiał leżeć na plecach. Wtedy Marcie pochylała się nad nim, a on 

bawił się jej sutkami, drażnił ją niemiłosiernie językiem, aż w końcu jęczała i piszczała. Dopiero 
wtedy dawał jej to, czego oboje tak pragnęli.  Boże, ta kobieta wiedziała,  jak go zadowolić. 
W dodatku nie żądała, żeby potem naprawiał jej sedes.

Keller   skierował   się   do   drzwi.   Jeżeli   dobrze   wyliczył,   dotrze   do   salonu   kosmetycznego 

Marcie przed zamknięciem.

Zanim uruchomił samochód, zastanawiał się, czy wytrzyma drogę do jej domu. Uznał, że 

wystarczy im kanapa na zapleczu salonu fryzjerskiego.

Skręcił w ulicę, gdzie znajdował się salon Marcie, i odetchnął z ulgą. Przez ostatnie dziewięć 

miesięcy wiele się zmieniło i nieco się obawiał, czy Marcie nadal tu pracuje.

Zaparkował na ulicy, wstąpił do pobliskiej kwiaciarni i wybrał bukiet wiosennych kwiatów. 

Róże były ładniejsze, ale o wiele droższe. Marcie i tak nie zauważy różnicy i na pewno jej na tym 
nie zależy.

Wszedł do salonu. Nad drzwiami zadźwięczał dzwonek. Powitał go mdląco-kwaśny zapach 

płynu do trwałej. Młoda blondynka za ladą z zainteresowaniem zmierzyła go wzrokiem.

– Szukam Marcie. – Posłał dziewczynie uśmiech. Nie mógł trafić lepiej. Chyba nie było 

ruchu w interesie.

Dziewczyna przejrzała zeszyt zapisów.
– Jest pan umówiony?
– Jestem starym przyjacielem – wyjaśnił Keller. – Chciałbym jej zrobić niespodziankę.
– Proszę. – Dziewczyna ruchem głowy zaprosiła go do środka. Keller był tak niecierpliwy, że 

niemal wbiegł na zaplecze. Odsłonił kotarę i obdarzył Marcie uśmiechem, który roztopiłby nawet 

background image

górę lodową.

– Dzień dobry, kochanie.
Siedziała przy stole, opierając nogi na krześle, i jadła popcorn. Na widok Kellera Marcie 

otworzyła oczy szeroko ze zdziwienia; malowała się w nich radość.

– Johnny.
Kolejny   grzech.   Keller   nigdy   nie   pokwapił   się,   żeby   jej   wyjaśnić,   że   ma   na   imię   Jack. 

W końcu „Johnny” brzmi podobnie.

– Wyglądasz niewiarygodnie. – Mówił jej to zawsze, kiedy ją widział, szczególnie po długiej 

nieobecności.   Tym   razem   była   to   prawda.   Zrobiła   coś   z włosami.   Były   krótsze,   kręcone 
i jaśniejsze. Jego dłoniom będzie brakowało gęstych, sięgających do pasa włosów, ale musiał 
przyznać, że w tej fryzurze wyglądała o wiele korzystniej.

Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.
Położył   kwiaty   na   stole,   wyciągnął   do   niej   ręce   i uniósł   ją   z krzesła.   Nim   zdążyła 

zaprotestować a przecież wiedział, że protestować nie będzie – wziął jaw ramiona.

Jej usta były tak słodkie, jak zapamiętał. Smakowała niewiarygodnie. Lepiej niż ktokolwiek 

od tak dawna. Pachniała delikatnie liliami, a nie stęchłym dymem barowym. Była tak świeża 
i czysta jak samo lato.

Jeden pocałunek nie był w stanie go zaspokoić. Zanim zdążyła powiedzieć mu, jak bardzo się 

za nim stęskniła, przycisnął ją do ściany i zanurzył  język  w jej gardle. Wykręciła się, ale to 
pobudziło   jeszcze   jego   dumę   i męskość.   Po   chwili   była   tak   twarda,   że   czuł   metalowe   zęby 
rozporka. Było nawet lepiej, niż się spodziewał. Nie miał pojęcia, dlaczego nie zjawił się u niej 
wcześniej.

–   Już,   kochanie   –   wyszeptał   pomiędzy   głębokimi   pocałunkami.   Chciał   popatrzeć 

i posmakować jej piersi, zanim da jej to, czego oboje pragną.

Zdążył rozpiąć trzy guziki fartucha Marcie, gdy usłyszał:
– Nie, Johnny.
Był pewien, że się przesłyszał. „Nie?” Chyba ma omamy. Jej ciało mówiło mu co innego niż 

usta.

– Nie widziałam cię przez dziewięć miesięcy.
– Kochanie, przecież ci mówiłem, że wyjeżdżam w interesach.
Zamknęła oczy i oddychała z trudem.
– Więc co to jest?
Wsunął rękę pod fartuch i westchnął głośno, obejmując pierś Marcie. Jej sutek natychmiast 

stwardniał.

– Przyjemność, kochanie, czysta przyjemność. – Pocałował ją znowu, więc nie zdążyła nic 

powiedzieć. Kiedy skończył, oboje dyszeli.

background image

– To nie jest dobry pomysł. – Jej ciało jednak twierdziło, że to najlepszy pomysł, jaki oboje 

mieli od cholernie długiego czasu.

– Tęskniłem za tobą. – Żeby jej udowodnić, jak bardzo, chwycił ją za rękę i położył  na 

swojej męskości. – Widzisz? – wyszeptał.

– Chyba nie usłyszałeś. – Pragnęła go tak samo, jak on jej. – To nie jest dobry pomysł.
– Marcie, o co chodzi? – Błądził ustami po jej szyi, ssał i lizał jej skórę. Robił wszystko, co 

lubiła najbardziej. A przynajmniej wydawało mu się, że to Marcie lubiła ten rodzaj gry miłosnej. 
Nie miał pamięci do twarzy.

– Zmieniłam się.
Keller jęknął i niechętnie podniósł głowę.
– Wyszłaś za mąż?
– Nie...
Z uczuciem ulgi pocałował ją znowu, tym razem głębiej, usiłując przekonać bez słów.
– Johnny... – Mówiła tak, jakby miała zamiar zaraz się rozpłakać.
– Jesteś zaręczona?
– Nie.
Całował   ją,   żeby   złamać   upór,   i ściskał   jej   piersi   obiema   rękami.   O wiele   później,   niż 

powinien, zorientował się, że nie są takie, jak kiedyś. Powoli podniósł głowę. Ich oczy spotkały 
się.

– Zmniejszyłam biust – odpowiedziała, zanim zdążył spytać.
Keller   nie   mógł   zrozumieć,   co   skłoniło   ją   do   takiej   głupoty.   Chciał   jej   powiedzieć,   ale 

zaczęła trajkotać, jakby nie miała zamiaru skończyć.

– Nie możesz pojawiać się w moim życiu i znikać. Nigdy nie byłam dla ciebie niczym więcej 

niż okazją, Johnny. Jednego dnia jesteś, a następnego znikasz. Nigdy mi nie mówisz, kiedy się 
zjawisz, a co gorsza, kiedy znikniesz. Ostatnim razem... – przerwała gwałtownie. Wydawało się, 
że umacnia się w swojej decyzji. – Nie dam się już wykorzystywać.

–   Wykorzystywać?   Masz   na   myśli   mnie?   Kochanie,   to   nie   tak...   –   Przybrał   wygląd 

zranionego, ale to jej nie przekonało.

– Bukiet kwiatów nie wystarczy, żeby zapomnieć o dziewięciu miesiącach ciszy.
– Przecież ci tłumaczyłem...
– To był ostatni raz, kiedy wtargnąłeś do mojego życia i się ulotniłeś – ucięła jego wywody. 

– Będzie lepiej dla nas obojga, jeżeli wyjdziesz. – Miała pewność w oczach.

– Dobrze, jeśli tego chcesz. – Już miał jej przypomnieć, ile traci. Spuściła głowę.
– Do widzenia, Johnny.
Odwrócił się. Chciał dać jej do zrozumienia,  że niewiele  go to obeszło. Było  im razem 

dobrze i mogło być nadal, ale skoro nie chciała – trudno. Podniósł kotarę i obejrzał się. Marcie 

background image

przytrzymywała się futryny. Stała ze spuszczoną głową i drżącą dolną wargą.

– Jestem ci winien jakieś pieniądze?
– Nie.
Cholera, gdyby mógł sobie przypomnieć, czy był jej coś winien.
– Do widzenia, Marcie – powiedział łagodnie. Wyszedł z salonu kosmetycznego.
Godzinę później w melancholijnym nastroju siedział w barze. Nie miał pojęcia, co się na tym 

świecie wyrabia. Od trzech lat nie miał papierosa w ustach, ale teraz chciało mu się palić. Wypił 
ostatnie piwo i wyszedł.

O   ścianę   budynku   opierała   się   jakaś   dziwka   w skórzanych   spodniach   i koszulce   na 

ramiączkach. Spojrzał na nią. Posłała mu nieśmiały uśmiech.

– Chcesz się zabawić, kochanie? – spytała.
Zastanawiając się nad odpowiedzią, Keller doszedł do smutnego wniosku. Oczywiście, że 

chciał, ale tylko z Marcie.

– Nie wiem – odpowiedział, przystępując do gry. – Co proponujesz?
Podeszła do niego, trzymając rękę na wypukłym biodrze. Jej wiśniowe usta uśmiechały się 

kusząco.

– Dam ci wszystko, czego pragnie twoje serduszko – wyszeptała i zaśmiała się cicho. – I coś 

jeszcze.

– Co to jest „wolna noc”?
– Jeżeli chcesz wolną, będziesz miał wolną.
Po  raz   pierwszy  w życiu   Keller  nie  przejawiał   entuzjazmu.   Był  w stanie  myśleć   jedynie 

o Marcie i jej słodkim ciele, ocierającym się o niego.

– Innym razem.
– Tracisz najlepszą zabawę w życiu.
Keller   wątpił.   Najlepszy   czas   spędził   dziewięć   miesięcy   temu   z Marcie.   Nie   był   głupi, 

domyślał się, że Marcie też go pragnie. Do cholery, chciał wiedzieć, co w nią wstąpiło.

Marcie. Będzie ją miał znowu. Musi tylko wymyślić sposób, by zmieniła zdanie.

background image

Rozdział 6.

Żył, chociaż nie był pewien dlaczego. Po wielokrotnych przesłuchaniach i torturach Luke 

Madden cieszyłby się ze wszystkiego, co uwolniłoby go od męczarni ostatnich dwóch tygodni. 
Nawet ze śmierci.

Próbował   zdobyć   się   na   to,   by   przebaczyć   mężczyznom,   którzy   torturowali   jego   ciało 

i dręczyli   duszę.   Z żalem   musiał   przyznać,   że   o wiele   trudniej   jest   przebaczyć,   niż   znieść 
paraliżujący ból.

Z oczu żołnierzy Luke wyczytał, że jego cierpienie sprawiało im przyjemność. Przyjemność 

czerpali z władzy, jaką nad nim mieli.

Kiedy   ich   rozszyfrował,   robił   wszystko,   żeby   powstrzymać   się   od   krzyku   i nie   dać   im 

satysfakcji, której pragnęli. Bili go mocniej i torturowali dłużej, żeby złamać upór i odebrać mu 
resztki godności. Nie miał ochoty ciągnąć tego dłużej.

Nawet teraz Luke nie rozumiał, dlaczego go biją. Był misjonarzem. Sługą bożym. Pomimo 

że wszelkie dowody temu przeczyły, jego oprawcy uważali, że misja w Zarcero zajmowała się 
nie tylko głoszeniem ewangelii. Byli przekonani, że jest człowiekiem prezydenta Cartago. To 
prawda, że znał i podziwiał prezydenta Zarcero, ale nigdy dla niego nie pracował. O ile wiedział, 
Cartago zdążył przed śmiercią ukryć sporą część majątku narodowego. Luke mógł się jedynie 
domyślać, skąd rebelianci mieli informację, że on wie coś na ten temat.

– Luke? – łagodny, kojący, czuły głos Rosity brzmiał niczym śpiew syreny.
Luke z wysiłkiem podniósł głowę z pryczy i usiłował otworzyć oczy, ale nie mógł. Były tak 

spuchnięte. Po przesłuchaniach, kiedy ból trawił jego wnętrzności i rozdzierał duszę, misjonarz 
znajdował pociechę, myśląc o Rosicie. O tym, jaka była piękna, delikatna i miła.

– Rosita? – Modlił się tak bardzo, jak nigdy w życiu, żeby jej nie wzięli. Podziękował Bogu 

za to, że po raz ostatni może ją zobaczyć i usłyszeć.

– Jestem. Nie bój się, nic mi nie grozi, nikt nie wie.
– Strażnik... ktoś może cię znaleźć.
– Mój wuj jest strażnikiem – wyszeptała. – Załatwił wszystko, żebym mogła cię zobaczyć.
Ryzyko, na jakie się zdobyła, było o wiele większe niż pożytek z tej wyprawy. Luke nie 

mógł znieść myśli, co by się stało, gdyby ją złapali. Rosita ryzykowała dla niego życiem. Luke 
usłyszał dźwięk klucza w drzwiach celi.

– Och, Luke, co oni ci zrobili? – Rosita była wstrząśnięta. Misjonarz żałował, że nie może jej 

oszczędzić tego widoku.

Wiedział, że spuchnięte oczy to najmniejsze z obrażeń. Przypuszczał, że ma złamane żebra 

i obrażenia wewnętrzne. Zerwano mu paznokcie u rąk. Podejrzewał, że ma rozdarty mięsień nogi.

Rosita, szepcząc coś po hiszpańsku, delikatnie odsunęła mu włosy z czoła palcami drżącymi 

background image

z czułości i miłości. Luke czuł, że jej ból jest równie dotkliwy, jak jego.

Podłożyła mu ramię pod kark, uniosła mu głowę i przysunęła kubek do warg. Spragniony 

Luke pił z wdzięcznością.

Kiedy skończył, Rosita pochyliła się i wyszeptała mu do ucha:
– Wkrótce cię uwolnimy. Hector i inni mają plan i...
–   Nie,   Rosito,   nie.   –   Był   pewien,   że   długo   nie   pożyje.   Jeszcze   jedno   takie   bicie,   jak 

dzisiejszego popołudnia, i będzie po wszystkim. Nie rozumiał, dlaczego jeszcze żyje. Przyszłość 
zapowiadała jeszcze więcej cierpienia. Luke powitałby śmierć bardziej jak przyjaciela niż wroga.

–   Proszę,   kochany,   bądź   silny.   Wytrzymaj   jeszcze   trochę   –   wyszeptała   dziewczyna 

z rozpaczą.

– Nie. – Nie mógł pozwolić, żeby jego przyjaciele ryzykowali życiem, by go uwolnić. – Już 

za późno.

– Nie, musisz być silny. Niedługo, bardzo niedługo, będziesz wolny.
– Rosito, ja nie mogę... wybacz mi, ale nie; – Zebrał wszystkie siły, żeby to powiedzieć.
Musiał   stracić   przytomność,   bo   kiedy   się   ocknął,   Rosity   nie   było.   Może   tylko   mu   się 

przywidziało. Modlił się, żeby tak było. Lepiej, gdyby nie widziała go w takim stanie. Serce 
Luke’a było pełne miłości i żalu nad życiem, którego nie dane im będzie razem wieść. Ale dla 
nich było już za późno, o wiele za późno.

Myśli   o Rosicie   napełniły   Luke’a   ogromnym   smutkiem.   Nie   miał   siły,   żeby   trwać,   ani 

ochoty, żeby ciągnąć to dalej. Modlił się, by Rosita mu wybaczyła. Rosita i jego siostra.

Myśli   o Letty  nie  dawały  mu  spokoju. Zawsze  byli  ze  sobą  blisko. Wiedział,   że  będzie 

zdruzgotana po jego śmierci. Znał swoją siostrę bliźniaczkę tak dobrze, jak siebie samego. Był 
przekonany, że Letty nie chciałaby, żeby dłużej cierpiał.

background image

Rozdział 7.

Letty   stała   w cieniu   spadzistego   dachu.   Promienie   słońca   uderzały   w spieczoną   ziemię 

niczym gigantyczne młoty. Powietrze mieniło się w popołudniowym skwarze. Słońce świeciło 
tak mocno, że niemal oślepiało Letty.

Obok   niej,   pod   strzechą   z trzciny   stała   młoda   matka.   Trzymała   półroczne   niemowlę 

i zmęczonym  wzrokiem  przyglądała   się  Letty.  Najwyraźniej  czekała   na jednego  z mężczyzn, 
którzy kłócili się z Murphym po drugiej stronie drogi.

Letty   spojrzała   na   Murphy’ego   i Ramireza,   którzy   targowali   się   z muskularnym, 

ciemnoskórym   mężczyzną   i starszym   człowiekiem.   Ich   podniesione,   podekscytowane   głosy 
rozdzierały gorące popołudniowe powietrze. Letty udało się wychwycić tylko pojedyncze słowa. 
Zorientowała   się,   że   sprzeczają   się   o pieniądze.   Letty   doskonale   władała   hiszpańskim,   ale 
mężczyźni mówili wszyscy naraz, nie mogąc dojść do porozumienia.

Murphy najgłośniej wyrażał swój sprzeciw. O ile Letty zrozumiała, mężczyźni twierdzili, że 

niebezpieczeństwo   znacznie   wzrosło   i że   za   przeprowadzenie   przez   granicę   Letty   i Murphy 
muszą zapłacić dwa razy więcej.

Ramirez rzucił jej przelotne spojrzenie, jakby dając do zrozumienia, że to ona jest przyczyną 

kłopotów. Wyprostowała się i odwzajemniła spojrzenie. Nie mogła pozwolić, by ją onieśmielał. 
To ona finansuje tę wyprawę, więc nikt nie powinien narzekać.

Po Murphym widać było, że nie cieszy go taki obrót sprawy. Ani razu nie spojrzał w stronę 

Letty. Musiałaby chyba zemdleć i paść na ziemię, żeby Murphy raczył na nią zwrócić uwagę. Ale 
i tego nie była pewna.

Odkąd wsiedli do samolotu w Teksasie, Murphy wychodził z siebie, żeby dać jej jasno do 

zrozumienia, że przeszkadza mu w tej wyprawie.

Letty zdjęła kapelusz i grzbietem dłoni otarła pot z czoła. Plecak wrzynał jej się w ramiona, 

więc poprawiła grube szelki, mając nadzieję, że to pomoże. Koszula khaki była mokra od potu, 
ale postanowiła, że prędzej umrze, niż poskarży się na upał czy cokolwiek innego.

Ostatnią noc i większość ranka spędziła na tylnym  siedzeniu dżipa, gdzie rzucało nią jak 

workiem ziemniaków. Nie wiedziała, co Murphy powiedział mężczyznom, ale podejrzewała, że 
zaoferował im nagrodę, jeżeli znajdą sposób, żeby się jej pozbyć. Podróż dżipem przez Hojancha 
była gorsza niż rajdy karnawałowe, w jakich brała udział.

Kiedy   dotarli   do   wioski,   Murphy   kazał   jej   wysiąść   z dżipa   tonem,   jakim   do   tępego 

szeregowca zwraca się sierżant prowadzący musztrę. Nogi jej zdrętwiały, ale jakoś wysiadła.

Pojawił się muskularny mężczyzna razem z przyjacielem i Murphy kazał Letty poczekać po 

drugiej stronie drogi. Przydałaby mu się w rozmowach, ale nie chciała wszczynać kłótni, więc 
zrobiła to, co kazał. Od czasu do czasu Murphy musiał prosić Ramireza o tłumaczenie. Równie 

background image

dobrze mogłaby to zrobić ona.

Poirytowana i sfrustrowana stanęła w cieniu i czekała, aż mężczyźni dojdą do porozumienia. 

Dla niej nie liczyły się koszty, aby tylko dostali się do Zarcero niezauważeni.

Naraz usłyszała cichy, żałosny płacz. Odwróciła się w stronę młodej kobiety, która usiłowała 

uspokoić niemowlę,  karmiąc  je z butelki. Chorym  dzieckiem znowu wstrząsnął słaby szloch. 
Kobieta starała się powstrzymać łzy.

Letty   była   tak   pochłonięta   własnymi   problemami,   że   posłała   dziecku   i matce   obojętne 

spojrzenie.

– Czy dziecko jest chore? – spytała po hiszpańsku.
Kobieta popatrzyła na nią oczami pełnymi smutku i łez, ale nie odpowiedziała.
Letty przyłożyła dłoń do czoła niemowlęcia. Dziecko było rozpalone od gorączki.
Kobieta mocniej zacisnęła wokół niego ramiona i pokiwała głową.
Letty   zadała   kilka   pytań   i dowiedziała   się,   że   kobieta   ma   na   imię   Anna,   a jej   córka   – 

Margherita.

Zrzuciła plecak z ramion i przyklęknęła na piaszczystej drodze. Nie wiedziała, w jakim stanie 

odnajdzie   Luke’a,   dlatego   zabrała   różne   ziołowe   mieszanki,   nalewki   i maści.   Z pewnością 
znajdzie coś, co obniży gorączkę.

– Nie jestem lekarzem – wyjaśniła Letty, wyciągając małą plastikową buteleczkę. Wyjaśniła, 

że płyn jest wyciągiem z żeńszenia. – Znam się na ziołach. Dwie kropelki dodane do soku albo 
osłodzonej wody powinny niemowlęciu pomóc.

Oczy Anny wyrażały rozterkę, nie była pewna, czy może Letty ufać.
– Trzeba zbić gorączkę – powtórzyła Letty. Nie wiedziała, czy zdoła przekonać Annę. Ta 

kobieta przecież jej nie znała.

Anna jeszcze chwilę się ociągała. W końcu podała Letty butelkę z wodą. Letty wpuściła do 

niej dwie krople nalewki.

Wilgotną szmatką zwilżyła twarz i klatkę piersiową niemowlęcia. Kobiety siedziały obok 

siebie i uspokajały dziecko. Niemowlęciu na chwilę ulżyło. Wypiło całą zawartość butelki.

–  Ramón jest ojcem Margherity. – Spojrzała na muskularnego mężczyznę, stojącego obok 

Murphy’ego.

– To pani mąż? – Anna szybko spuściła wzrok.
– Nie. – Wyprostowała plecy i uniosła głowę, dumnie i pewnie. – Przyjechałam, bo miałam 

nadzieję, że Ramón pomoże mi znaleźć  lekarza dla Margherity.  Kiedy mu powiedziałam, że 
jestem w ciąży, odpowiedział, że dziecko to mój problem, nie jego. Kochałam go. Oddałam serce 
mężczyźnie bez duszy. – Pochyliła się i delikatnie położyła rękę na ramieniu Letty. – Składa 
wiele obietnic, ale ich nie dotrzymuje. Niech pani nie powtórzy mojego błędu. Proszę mu nie 
ufać.

background image

Murphy, który stał po drugiej stronie drogi, wyglądał na niezadowolonego. Twarz Ramireza 

była czerwona z gniewu. Kręcił bez przerwy głową.

– Muszę się dostać do Zarcero – wyszeptała Letty, obdarzając Annę zaufaniem.
Na twarzy i w oczach kobiety malowało się przerażenie.
– Nie, seńorita, Zarcero to niebezpiecznie miejsce dla pani i dla pani mężczyzny.
– Tam jest mój brat. – Twarz Anny wyrażała niedowierzanie.
– To niemożliwe. Żołnierze nie pozwolą wam przekroczyć granicy – przekonywała ją.
– Wiem. Ramón ma nam pomóc.
– Ramón? – Ciemne oczy Anny otworzyły się jeszcze szerzej ze zdziwienia, kontrastując 

z białym   kaftanem   i falbaniastą   spódnicą.   –   Nie   –   powiedziała   z przekonaniem   i zaprzeczyła 
ruchem głowy. – Proszę mu nie ufać, senorita.

– Mój brat jest dobrym człowiekiem. Potrzebuje pomocy.
– Takim dobrym, jak pani? – Anna ścisnęła butelkę z nalewką.
Letty uśmiechnęła się. Nie była tak dobra jak Luke ani tak szczodra, ani wybaczająca. Brat 

zawsze był przy niej, więc nie mogła go teraz zostawić.

– Tak – odpowiedziała.
– Pomogą pani – obiecała Anna.
– Ale jak?
Anna spojrzała przez ramię i ściszyła głos.
– Niech pani tu poczeka, przyprowadzę mojego wuja.
– Wuja? – Letty zdążyła się już zorientować, że wszyscy obywatele Zarcero byli ze sobą 

w jakiś sposób spokrewnieni.

Anna po raz pierwszy się uśmiechnęła.
– On dużo wie.
Zniknęła. Letty, zniechęcona, usiadła na ziemi. Niespełna minutę później Murphy, zły jak 

diabli,   ostentacyjnie   przeszedł   na   drugą   stronę   drogi.   Ramirez   uderzył   kapeluszem   o udo, 
wskoczył do dżipa i odjechał.

Murphy usiadł w cieniu obok Letty i objął rękami kolana.
– Nie wierzę mu. Bez namysłu sprzedałby wątrobę własnej babki.
– Ramón? – spytała od niechcenia. – Przeszył ją wzrokiem.
– Skąd wiesz, jak ma na imię?
–   Trudno   nie   wiedzieć.   Kłóciliście   się   tak   głośno,   że   było   was   słychać   pewnie   aż 

w Kanadzie.

Murphy otarł kark dłonią.
– Podróż do Zarcero to nie piknik.
– Nie oczekiwałam na piknik.

background image

– Ramirez radzi, żebyśmy poczekali kilka dni...
– Nie – rzekła zdecydowanie. – Nie mamy na to czasu.
– Słuchaj, mnie też się ten pomysł nie podoba. Ale nie mamy wyboru.
– Może znajdę kogoś, kto nam pomoże. – Wreszcie przykuła jego uwagę.
– Co masz na myśli?
– Młoda kobieta, która tu wcześniej była, poleciła mi swojego wuja. Najwidoczniej ma jakieś 

kontakty.

– Wuj? Mamy zaufać wujowi jakiejś dziewczyny?
– Wolę zaufać jemu, niż polegać na pańskim człowieku. Chciałabym przypomnieć, że płacę 

panu   ciężkie   pieniądze   za   fachową   pomoc.   Następnym   razem,   kiedy   będziemy   kogoś 
potrzebować, niech pan lepiej sprawdza jego wiarygodność.

Ku   zaskoczeniu   Letty   Murphy   odchylił   głowę   i głośno   się   roześmiał.   Chcesz,   żebym 

sprawdzał wiarygodność? Teraz rozumiem, dlaczego pozwoliłem ci ze mną jechać. Dostarczasz 
mi rozrywki.

Nie przejęła się dowcipem, choć Murphy bawił się jej kosztem.
Po jakimś  czasie Anna wróciła ze swoim wujem. Staruszek miał około siedemdziesiątki. 

Chodził   z trudem.   Poruszał   się   wolno   i ostrożnie.   Twarz   osłaniał   przed   słońcem   dużym 
słomkowym kapeluszem.

– Jestem Carlos. – Miał młody głos. – Przyjechaliście z ważną misją?
– Tak – odparła Letty z przekonaniem.
Murphy milczał, ale oczy miał okrągłe ze zdziwienia, kiedy zorientował się, że Letty płynnie 

mówi po hiszpańsku.

– Proszę ze mną. Moja siostrzenica nie zaproponowała państwu nic do picia.
Ośmielona Letty wstała i otrzepała spódnicę z piasku. Starszy mężczyzna wbił w nią wzrok.
– Margherita po raz pierwszy od dwóch dni śpi spokojnie.
Murphy rzucił Letty złowrogie spojrzenie, nie rozumiejąc, o co chodzi. Letty nie zadała sobie 

trudu, żeby mu cokolwiek wyjaśniać. Gdyby Murphy dowiedział się, że Letty zna się na ziołach, 
mógłby się domyślić, dlaczego stracił pamięć.

W swoim starym domu Carlos poczęstował ich sokiem z puszki. Zanim zdążył podać napój, 

Murphy odciągnął go na bok i zaczął zadawać pytania. Po raz kolejny zignorował Letty, tak 
jakby ta rozmowa jej nie dotyczyła.

Mężczyźni rozmawiali szeptem. Zauważyła, że głównie mówił Murphy. Kilka razy pokiwał 

głową. Domyśliła się, że spodobały mu się postawione warunki.

Tylko raz spojrzał w stronę Letty. Zmarszczył czoło, zanim odpowiedział na pytanie Carlosa.
Letty była zła, że pominięto ją w rozmowie, przecież chodziło o uratowanie Luke’a. Miała 

ochotę się wtrącić, ale mężczyźni szybko się dogadali.

background image

Carlos skinął głową i wyszedł, zostawiając Murphy’ego i Letty samych.
– O co chodzi? – spytała Letty.
– Carlos ma łódkę. Zgodził się przewieźć nas do Zarcero. Jest znany i cieszy się zaufaniem. 

Jeśli nawet rebelianci złapaliby go i zaczęli przesłuchiwać, raczej nie będą przeszukiwać łódki. – 
Zawahał się i spojrzał na nią tak, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. – Mimo to musimy być 
przygotowani na wypadek, gdyby nas złapali. Masz jakieś pojęcie o broni?

Przełknęła ślinę.
– Jakieś. – Prawdę mówiąc, było to bardzo blade pojęcie, ale bała się do tego przyznać.
– Czeka cię szkoła przetrwania. Jeżeli wybierasz się do Zarcero, naucz się o siebie troszczyć.
– Od tego mam pana – odcięła się.
Najwidoczniej taka odpowiedź mu się nie spodobała, bo wyciągnął przerażająco wyglądający 

pistolet i położył go sobie na dłoni.

– Albo nauczysz się tym posługiwać, albo zostaniesz tutaj i poczekasz na mnie.
Wyszedł z domu, zostawiając jej wybór: pójść za nim czy zostać. Nie mając innego wyjścia, 

wybiegła za nim. Murphy niczego bardziej nie pragnął niż tego, by się jej pozbyć.

Letty nie miała pojęcia, jak długo szli. Wydawało jej się, że wieczność. W rzeczywistości 

przeszli pewnie półtora kilometra. Krajobrazy Hojancha, jak ten przy granicy z Zarcero, były 
niewypowiedzianie   piękne   i różnorodne.   Maszerowali   po   spalonej   słońcem   trawie.   Powietrze 
było już chłodniejsze, łagodne i miało słodki zapach.

Zanim Murphy się zatrzymał, Letty bolały nogi, kłuło ją w płucach, ale mimo morderczego 

tempa zdołała dotrzymać mu kroku.

Zatknął kawałek białego papieru w gałęziach rozłożystej cynerarii i oznajmił kategorycznie:
– Nie wyruszymy do Zarcero, dopóki nie nauczysz się celnie strzelać.
– Pan chyba żartuje.
Jedno zimne spojrzenie Murphy’ego potwierdziło, że nie żartuje.
– Nie za to panu płacę. – Nienawidziła broni i nie mogła sobie nawet wyobrazić, że będzie 

musiała strzelać, a co dopiero zabić człowieka. Prędzej sama zginie.

Niestety, Murphy nie dawał jej wyboru. Albo nauczy się władać bronią, albo poczeka, aż on 

wróci z Zarcero z Lukiem.

– Proszę dać mi broń – zażądała zdecydowana, że na złość Murphy’emu nauczy się strzelać.

background image

Rozdział 8.

Blask   księżyca   odbijał   się   w spokojnych   wodach   rzeki   Cojon,   która   dzieliła   Hojancha 

i Zarcero. Niewielka motorówka Carlosa robiła tyle hałasu, co piła tarczowa. Letty zastanawiała 
się, jak to możliwe, żeby nikt ich nie słyszał.

Po   wielu   godzinach   leżenia   pod   brezentem   była   spięta   i zdrętwiała.   Murphy,   przebrany 

w strój pożyczony od miejscowego rybaka, siedział obok Carlosa w łódce niewiele większej od 
pontonu, która – ku zdumieniu Letty – utrzymywała się na powierzchni z ich trojgiem i bagażem.

Letty   miała   ochotę   się   zbuntować.   Czy   to   sprawiedliwe,   że   ona   siedzi   pod   brezentem, 

a Murphy nie. Ale wiedziała, że sprzeciw do niczego dobrego nie prowadzi. Kiedy Murphy wbił 
sobie coś do głowy, tylko sam Bóg mógłby go przekonać, żeby zmienił zdanie.

Letty na przemian wstrzymywała oddech i zamykała oczy, żeby nie czuć smrodu zgniłych 

ryb. Ale to wcale nie pomagało. Wiele by dała, żeby zasnąć. Poprzednią noc spędziła na tylnym 
siedzeniu dżipa, gdzie podskakiwała jak popcorn na patelni. Sen w takiej podróży był równie 
możliwy, co ściągnięcie gwiazdki z nieba.

Murphy także nie odpoczywał i Letty zastanawiała się, jak on się czuje. Nic nie było po nim 

widać, ale mógł odmawiać sobie snu tylko dlatego, żeby dowieść, jak bardzo jest wytrzymały.

–   Niemądrze,   że   pan   zabrał   ze   sobą   kobietę.   –   Letty   usłyszała   słowa   Carlosa.   Musiała 

wytężyć słuch, żeby usłyszeć odpowiedź Murphy’ego.

– Nie miałem wyboru.
– Co jest tak ważnego w Zarcero, że ryzykujecie życiem?
–   Im   mniej   pan   wie,   tym   lepiej   –   odpowiedział   Murphy   bez   emocji.   Silnik   działał   na 

wolniejszych obrotach.

– Jest dobrą kobietą. – Murphy parsknął.
W innych okolicznościach Letty mogłaby czuć się winna, że użyła podstępu, by Murphy 

towarzyszył jej do Zarcero, ale nie po jego obraźliwej propozycji. Miał to, na co zasługiwał.

Martwiła się tym,  że jej myśli jak bumerang wracały do nocy, którą spędzili razem. Na 

chwilę straciła rozum. Nie była doskonała, ale nie zachowywała się jak jej matka, która sprzedała 
siebie i rodzinę za rozkosz, jaką znalazła w ramionach innego mężczyzny.

Jednego była pewna: to się nie powtórzy.
Silnik motorówki ucichł i Letty wyjrzała spod brezentu. Zwróciła twarz w stronę wąskiego 

otworu i wychyliła się, by zaczerpnąć świeżego powietrza.

– Jesteśmy na miejscu? – spytała szeptem.
– Miałaś być cicho – odpowiedział Murphy niespokojnie.
– Chcę stąd wyjść.
– Wszystko w swoim czasie. – Przycisnął ją butem do pokładu. – A teraz ani drgniesz, jasne?

background image

– Tutaj podobno jest pełno oddziałów rebeliantów – ostrzegł Carlos. – Trzymajcie się z dala 

od głównych dróg.

Letty nie czekała ani chwili dłużej. Nie była pewna, czy Murphy jej nie zostawi. Odrzuciła 

brezent i usiadła. Było strasznie ciemno, ale spostrzegła, że najemnik jest niezadowolony.

Motorówka lekko uderzyła o brzeg.
Murphy chwycił Letty za ramię i pomógł jej wstać.
– Bądź tak cicho, jak tylko możesz, jasne! – rozkazał.
– Nie mam zamiaru śpiewać.
Murphy wyskoczył na brzeg. Letty sama musiała poradzić sobie z wysiadaniem, bo on zajął 

się bagażem.

Carlos dał mu rzeczyktóre dostarczył Ramirez.
– Uważajcie  na siebie,  przyjaciele.  – ostrzegł ich, po czym  zręcznie  odbił  od brzegu. – 

Każdej nocy będę czekał na sygnał od was.

– Dziękujemy – wyszeptała Letty i pomachała mu.
– Chodź – ponaglił ją Murphy. – Pamiętaj o tym, co powiedział Carlos.
Staruszek   dużo   mówił,   głównie   po   to,   żeby   zniechęcić   Letty   do   wyprawy.   Dlatego   nie 

zwracała na to większej uwagi.

– Chodź, przed nami długa droga.
– Nie będę dla pana przeszkodą. – Zawzięła się, że prędzej padnie, niż da mu powód do 

satysfakcji. Carlos nazwał ich przyjaciółmi. Jemu mogli ufać.

Murphy ruszył, zarzuciwszy sobie bagaż na plecy. Letty pośpiesznie przewiesiła sobie plecak 

przez ramię i podążyła za nim. Milczeli.

W innych okolicznościach Letty zatrzymałaby się, by podziwiać niebo. Nieliczne gwiazdy 

nikłym światłem rozjaśniały noc. Po morderczym upale w ciągu dnia chłodny wiatr przynosił 
wyczekiwaną ulgę.

Murphy nie dał Letty czasu na patrzenie w gwiazdy. Przyśpieszyła kroku, żeby go dogonić. 

Po chwili zabrakło jej tchu, ale się nie skarżyła. Usiłowała oddychać miarowo i dotrzymać mu 
kroku.

Zrobili przerwę tylko raz i właśnie wtedy wydało mu się, że coś usłyszał. Wyciągnął rękę, 

przycisnął palec do ust i zamarł. Ta chwila trwała wieczność. Noc przemawiała do nich strzępami 
dźwięków. Głos ptaka brzmiał jak granie świerszcza albo wołanie małp, a w grubym listowiu 
szeleścił   wiatr.   Letty   czuła   zapach   orchidei.   Ją   także   oczarowała   atmosfera   kraju,   który   tak 
bardzo pokochał Luke.

Wydawało się, że ten postój trwa wiecznie. W końcu ruszyli dalej. Do Letty dotarło, że od tej 

chwili zdana jest całkowicie na Murphy’ego. Jej życie i życie Luke’a spoczywało w rękach tego 
człowieka.   Uzmysłowiła   sobie,   że   niewiele   o nim   wie   poza   nazwiskiem   i numerem   skrytki 

background image

pocztowej. Przez kilka lat sortowała przesyłki, które do niego przychodziły – głównie rachunki 
i czasopisma, najczęściej o tematyce wojskowej. Wiedziała o nim tak mało, mimo to powierzyła 
mu życie.

Dotarli   do   gospodarstwa,   o którym   wspominał   Carlos,   i Letty   odetchnęła   z ulgą.   Szelki 

plecaka wrzynały jej się w ramiona, a od marszu w morderczym tempie bolały ją łydki.

–   Poczekaj   tutaj   –   rzekł   Murphy   władczym   tonem,   jakim   zwykle   się   do   niej   zwracał. 

Zaprowadził ją pod ogromne drzewo.

– Dokąd pan idzie?
– Nie będę ci się tłumaczył – warknął. – Wrócę tak szybko, jak się da.
Otworzyła usta, żeby się sprzeciwić, ale wiedziała, że to bez sensu.
Carlos  powiedział,  że jego kuzyn  zapewni  im wszystko,  czego  będą potrzebowali.  Letty 

podeszłaby do drzwi, grzecznie zapukała i się przedstawiła. Ale nie Murphy. On pewnie uważał, 
że lepiej się włamywać jak przestępca.

Niestety, księżyc nie świecił na tyle jasno, by Letty mogła zobaczyć, dokąd poszedł. Po 

prostu zniknął w mroku. Może naoglądała się za dużo filmów z Jamesem Bondem.

Letty   usiadła   i przywarła   plecami   do   pnia   drzewa.   Musiała   chyba   zasnąć,   bo   kiedy   się 

ocknęła, Murphy zdążył wrócić.

– Spędzimy noc w stodole – wyszeptał.
Przetarła zaspaną twarz i skinęła głową. Spodobałoby jej się wszystko, co miało związek ze 

spaniem.

– Jest tam mała stodółka. – Skierowała ku niemu pytające spojrzenie.
– Będziemy tam razem.
Zmarszczyła czoło, nie rozumiejąc, o co chodzi.
– Inaczej mówiąc, śpimy obok siebie.

background image

Rozdział 9.

Marcie   Alexander   stała   na   zapleczu   salonu   kosmetycznego   i analizowała   dotychczasowe 

życie. Mężczyźni ją peszyli i drażnili.

Przez   pierwsze   trzydzieści   jeden   lat   z płcią   przeciwną   mogła   porozumieć   się   wyłącznie 

w łóżku.   Ale   skończyła   z tym.   Miała   dosyć   czekania   nie   wiadomo   na   co,   podczas   gdy   jej 
przyjaciółki powychodziły za mąż i założyły rodziny. Okazje przechodziły jej koło nosa.

Nigdy   nie   miała   problemu,   żeby   podobać   się   mężczyznom.   Bywało,   że   umawiała   się 

jednocześnie z trzema lub czterema. Ale nie czuła, że jest obiektem pożądania i zachwytu.

Miała mężczyzn na pstryknięcie palcami. Trafiali się zwłaszcza ci w potrzebie. Od kiedy 

skończyła   szesnaście   lat   i straciła   dziewictwo   na   tylnym   siedzeniu   samochodu   w kinie 
samochodowym na filmie „Wściekły byk”, utrzymywała regularne kontakty z płcią przeciwną. 
Niestety, kontakty te rzadko trwały dłużej niż miesiąc, w najlepszym wypadku – dwa.

Przez lata Marcie dostała bolesną nauczkę. Mężczyźni jej pochlebiali, zalecali się do niej, 

pożyczali pieniądze – które rzadko zwracali – a potem ją porzucali. Ten scenariusz stale się 
powtarzał. Marcie zakochiwała się i odkochiwała tak często, że zaczęło to przypominać kręcenie 
się w drzwiach obrotowych.

Mężczyźni do niej lgnęli. Przeważnie bez grosza, tacy, którzy oczekiwali, że rozwiąże ich 

problemy.   Wyspecjalizowała   się   w akcjach   ratunkowych.   Przez   lata   żyła   w przekonaniu,   że 
wszyscy ci biedni, nie zrozumiani mężczyźni potrzebują miłości dobrej kobiety.

Poszukując męża, posunęła się nawet do tego, że wzięła pożyczkę, żeby Danny, jej ówczesny 

partner, mógł wynająć adwokata, by uzyskać rozwód. Była pewna, że gdy Danny uwolni się od 
żony – hetery, ożeni się z nią. Po dwóch miesiącach dowiedziała się, że nie był żonaty. Pieniądze 
wydał na weekend w Vegas z inną kobietą. Marcie przez szesnaście miesięcy spłacała pożyczkę 
w banku.

Najbardziej bolało ją, że kilka jej przyjaciółek ze szkoły kosmetycznej wyszło za mąż już po 

raz drugi. Założyły rodzinę z drugim mężczyzną, a Marcie nie udało się upolować nawet jednego.

Za każdym razem, kiedy widziała którąś z przyjaciółek z dzieckiem i zakochanym mężem, 

czuła kłucie w sercu. Ona też tego chciała. Męża. Czułego, dobrego mężczyzny, który kochałby 
ją do szaleństwa. Jednego mężczyzny, na którym mogłaby polegać w życiu i w łóżku.

Bóg świadkiem, że zrobiła wszystko, co mogła. Ale w ciągu długich, czasem burzliwych 

poszukiwań trafiła tylko na jednego kandydata. Johnny’ego.

Oszalała na jego punkcie, gdy spotkała go w „Pour House”, miejscowym barze. Wkrótce 

przekonała się, że popełniła błąd, za szybko idąc z nim do łóżka. O wiele za szybko.

Odprowadził ją do domu  i, wbrew jej najśmielszym  oczekiwaniom, został na noc. Choć 

bardzo się starała, nie żałowała tego, co się stało. Seks z Johnnym był niewiarygodny. Chyba 

background image

najlepszy.

Kiedy opuścił ją następnego ranka, Marcie bała się, że już nigdy go nie zobaczy. Niemal 

rozpłakała się z radości, kiedy miesiąc później pojawił się w jej drzwiach. Postanowiła sobie, że 
– jeżeli nadarzy się druga taka okazja – nie popełni tego samego błędu. Całe życie czekała na 
mężczyznę   takiego   jak   Johnny   i chciała   znaleźć   sposób,   by   wyjść   za   niego.   Nieważne,   ile 
miałoby ją to kosztować.

Niestety, pod wpływem Johnny’ego zmiękła i zanim uświadomiła sobie, co się dzieje, znów 

wylądowali w sypialni. Tym razem został przez cały weekend. Nic im nie przeszkadzało. Żadne 
mecze  telewizyjne.  Żadne  telefony.  Nic. Nawet nie chciał,  żeby gotowała. Upierał się, żeby 
zamawiać jedzenie. W dodatku sam za nie płacił. Kiedy opuścił ją tym razem, Marcie była tak 
wyczerpana, że musiała wziąć dwa dni zwolnienia.

Jeżeli istnieje jakiś mężczyzna, który może ją uszczęśliwić, jest nim Johnny. Jeśli chce za 

niego wyjść, musi właściwie rozegrać partię.

Marcie wiedziała, że popełniła taktyczny błąd, nawiązując intymny kontakt, zanim zrodziła 

się   między   nimi   więź   uczuciowa.   Johnny  powinien   pragnąć   nie   tylko   jej   ciała.   Choć   o tym 
wiedziała, znowu dała się zaciągnąć do łóżka. Głównie dlatego, że Johnny był niesamowitym 
kochankiem.

Wpadał   coraz   częściej,   ale   rzadko   na   dłużej   niż   dwa,   trzy   dni.   Czasami   zjawiał   się 

nieoczekiwanie w salonie, ale zwykle odwiedzał jaw mieszkaniu. Nie wyjawiła mu, że od kiedy 
się poznali, nie spała z żadnym innym mężczyzną, bo i tak by nie uwierzył.

Kiedy byli razem, Johnny prawie o sobie nie mówił. Rzadko zresztą rozmawiali szczerze 

i nic w tym nic dziwnego. Zaufanie pojawia się z czasem. Jeżeli muszą wystarczyć jej strzępy 
wiadomości o jego życiu, usłyszane tu czy tam – trudno. Była cierpliwą kobietą.

Johnny był wyjątkowy. Okazał się kochankiem niesamolubnym i twórczym. Jej poprzedni 

partnerzy byli  seksualnymi  brontozaurami. Dla nich zbliżenie polegało na tym,  żeby zedrzeć 
z niej  ubranie, rzucić  ją na łóżko i sapiąc jak przy zapaści sercowej, dopełnić  aktu, a potem 
odwrócić się i zasnąć.

Mężczyźni, z którymi kochała się Marcie, niewiele wiedzieli o grze wstępnej. Johnny był 

w tym znakomity. Doświadczenie pozwalało jej docenić niespiesznego kochanka, który łaskocze 
słowami i uwodzi mową, zanim pocałuje.

Marcie była zdziwiona, jak świetnie Johnny odgaduje jej nastroje. Czasami tak go pragnęła, 

że nie miała ochoty tracić czasu na długie, powolne rozbieranie i jego podziw po zdjęciu każdej 
części garderoby.

Johnny   nie   potrzebował   słów,   żeby   odgadnąć   jej   pragnienia.   Uśmiechał   się   miękko 

i zmysłowo, a potem szybko porzucał wstępy. Przyciskał ją do ściany, zadzierając jej spódnicę do 
pasa. Pozostawiał ją omdlałą i bez tchu.

background image

Widywali się dość często, a potem nastąpiła  przerwa. Przez kilka miesięcy nie miała  od 

niego żadnych wieści. Podejrzewała, że jest żonaty. Już kiedyś wpadła w podobną pułapkę, więc 
znała się na rzeczy. Johnny był wolnym strzelcem, handlowcem i jego praca wymagała częstych 
wyjazdów na długie tygodnie.

Chociaż umierała z ciekawości, nie pytała go o nic, skoro nie miał ochoty o sobie mówić. 

Zbyt dobrze wiedziała, że stawianie wymagań potencjalnemu kandydatowi na męża to najlepszy 
sposób, żeby go odstraszyć. Doświadczenie nauczyło ją, że sam dźwięk słowa „zobowiązanie” 
działa jak sygnał do ucieczki. Zasypując faceta pytaniami, skreślało się szansę na trwały związek.

Marcie   zdążyła   popełnić   w życiu   zbyt   wiele   błędów,   żeby   wpaść   w podobną   pułapkę. 

Chciała Johnny’ego i postanowiła, że będzie cierpliwa.

Johnny  długo  nie   dawał  znaku   życia.   Marcie   myślała,   że  go  straciła.   To  właśnie   wtedy 

gruntownie przeanalizowała swoje życie. Nie spodobało jej się to, co zobaczyła. Zdecydowała się 
na kilka zmian.

Najpierw postanowiła, że nie pójdzie już z nikim do łóżka, dopóki nie będzie miała obrączki 

na palcu. Decyzja ta z początku wydała się jej drastyczna. Marcie czerpała radość z aktywnego, 
zdrowego życia seksualnego, od kiedy była nastolatką. Zaskoczona stwierdziła się, że celibat 
cieszy ją bardziej.

Zmieniła radykalnie styl ubierania. Przestała oceniać ciuchy pod kątem, jak seksowna wyda 

się   w nich   mężczyźnie   czy   jak   uwodzicielsko   w nich   wygląda.   Wybierała   rzeczy,   w których 
dobrze się czuła i które jej samej się podobały.

Po dokonaniu tych zmian zaczęła też oceniać mężczyzn nie tylko pod kątem, jak bardzo jej 

potrzebują.   Przestały   ją   interesować   akcje   ratunkowe.   Zaoszczędzone   pieniądze   i trzymanie 
energii na wodzy sprawiły, że poczuła się o wiele młodziej.

Chciała wyjść za Johnny’ego, ale jeśli to nie było możliwe, postanowiła rozejrzeć się za kimś 

innym. Rozpoczęła więc polowanie na męża. Takiego, który nie chadza do barów.

Potraktowała   rzecz   na   tyle   poważnie,   że   zapisała   się   do   biblioteki.   W szkole   niezbyt 

przykładała się do nauki, więc nawet nie umiała dobrze czytać. Zaczęła wypożyczać książki na 
kasetach. Wkrótce zrobiła postępy i zaczęła czytać samodzielnie. Szczególnie poradniki.

Nie potrzebowała wiele czasu, żeby się zorientować, że jest kobietą, która kocha za bardzo.
Za bardzo. Za często. Za krótko.
Teraz wierzyła, że jest bliska sukcesu. Poznała kogoś porządnego, a tu do jej życia znowu 

wtargnął Johnny. Nie była tą samą kobietą, którą zostawił. Był też Clifford. Umawiała się z nim 
od dwóch miesięcy, co było swego rodzaju rekordem. To niewątpliwie najdłuższy okres, kiedy 
spotykała się z mężczyzną, nie idąc z nim do łóżka.

Clifford   Cradmen   był   właścicielem   firmy   hydraulicznej,   grał   w miejscowej   drużynie 

piłkarskiej   i nigdy   nie   poprosił   o pożyczkę.   Raz   zabrakło   mu   czeków,   ale   szybko   oddał   jej 

background image

pieniądze. Nieźle całował. Ich pieszczoty kilka razy zabrnęły daleko, ale zawsze kończył grę, 
zanim sprawy wymknęły się spod kontroli. Tylko  raz zaproponował, by spędzili razem noc. 
Marcie delikatnie ten pomysł odrzuciła, a on nie nalegał. W końcu nie byłby mężczyzną, gdyby 
nie miał ochoty na seks.

Umawiali się tak długo, że Marcie swobodnie mówiła o „ich związku”. Po raz pierwszy 

w życiu   stała   na   pewnym   gruncie   i nie   miała   zamiaru   dopuścić,   żeby   zepsuł   to   weekend 
w ramionach Johnny’ego.

Przemyślała wszystko. Johnny pojawił się w mieście na krótko, szukał rozrywki, a ona jest 

rozrywkową dziewczyną. A raczej była.

Znalazła się w rozterce, kiedy Johnny wszedł na zaplecze, dostrzegła błysk pragnienia w jego 

oczach. Niech Bóg ma ją w swojej opiece – ona też go pragnęła. Mimo to zdołała mu się oprzeć, 
co było dowodem, jak bardzo się zmieniła.

Johnny na pewno wróci. Marcie założyłaby się o ostatniego dolara. Nie miał w zwyczaju 

przegrywać   i zawsze   dostawał   to,   co   chciał.   Podejrzewała,   że   następnym   razem   pojawi   się 
z czymś o wiele większym niż bukiet tanich kwiatów.

– Marcie.
– Słucham – odpowiedziała przez ramię.
– Ktoś przyszedł się z tobą zobaczyć.
Coś   w głosie   Samanthy   dało   jej   do   zrozumienia,   że   to   nie   klientka.   Marcie   potrafiła 

wyprawiać cuda z włosami starszych pań. Starsze kobietki ją ubóstwiały, bo Marcie poświęcała 
im dużo czasu.

– Kto? – Znała rozkład dnia i wiedziała, że na dziś koniec. Ton głosu Samanthy świadczył, 

że to mężczyzna. Pewnie Johnny.

– Chodź i zobacz.
Marcie wyszła z zaplecza, wycierając dłonie w ręcznik i modląc się o dość siły, by mu się 

oprzeć. Tylko Johny’emu udałoby się rozpiąć guziki jej bluzki. Najpierw zobaczyła ogromnego 
pluszowego misia.

– Cześć, kochanie. – Zza wypchanego zwierzaka wyłoniła się głowa Clifforda. Uśmiechał się 

szeroko.

– Clifford. – Ulżyło jej tak bardzo, że omal się nie rozpłakała.
– To tylko taki drobiazg, żebyś wiedziała, jak bardzo cię kocham.

background image

Rozdział 10.

Powinienem spać, pomyślał ponuro Murphy. I niewątpliwie by spał, gdyby nie irytowała go 

osóbka leżąca obok.

Przyjaciel   Carlosa   zaoferował   im   nocleg.   Wyświadczając   im   tę   przysługę,   mężczyzna 

ryzykował życiem. W końcu on i Letty byli obcokrajowcami, a ten człowiek nie miał wobec nich 
żadnych zobowiązań.

To Murphy nalegał, by zostali w stodole. Panna – cnotka obrzuciła pomieszczenie takim 

spojrzeniem, jakby oczekiwała, że Murphy ulokuje ją w hotelu „Hilton”. Co za wymagania!

Murphy był zły, że zgodził się na tę eskapadę. Znalazł  się w Teksasie, bo pragnął trochę 

odpoczynku   i relaksu.   A tymczasem   –   ryzykuje   własnym   tyłkiem   dla   jakiegoś   faceta,   który 
dawno nie żyje. Wszystko dlatego, że tej kobiecie się wydaje, że jest inaczej.

Był niespełna rozumu, że się na to zgodził. Spędził z Letty Madden niecałe dwa dni i nie 

mógł sobie wyobrazić, żeby miało trwać to dłużej.

Denerwowała   go   nawet,   gdy   spała.   Żyła   w strachu,   że   ją   wykorzysta.   Zdziwiłaby   się. 

Wolałby zostać mnichem, niż jej dotknąć.

Ta kobieta sama nie wiedziała, czego chce. Jej ciało mówiło coś innego niż usta.
Nie przyznawała się do swoich pragnień. Wbijała w niego wzrok, zwilżała usta i kusiła go 

o wiele bardziej, niż normalny mężczyzna jest w stanie wytrzymać.

Jedna noc spędzona z nią sprawiła, że pragnął następnych. To nie wchodziło w rachubę. Ta 

kobieta była problemem. Ogromnym problemem.

Musiałaby się rozebrać do naga i błagać go, żeby się z nią kochał. Może wtedy by się skusił. 

Ale zastanowiłby się nad tym ze dwa razy.

Rozwścieczona   dziewica   może...   Przerwał.   Letty   nie   była   już   dziewicą.   Poświęciła 

dziewictwo w zamian za pomoc.

Poczuł żal. Żal i poczucie winy. Czuł się nieswojo i niezręcznie.
Murphy   chciał   sobie   przypomnieć,   co   między   nimi   zaszło.   Choć   usilnie   próbował,   nie 

pamiętał.

Letty smacznie spała u jego boku. Mieli jeden koc. Uparła się, żeby położyć go na sianie, 

zamiast użyć jako przykrycia.

Głęboki, miarowy oddech kobiety wprowadził Murphy’ego w stan półsnu. Leżał na plecach, 

trzymając rękę pod głową, i zmuszał ciało do odpoczynku.

Za kilka godzin zrobi się jasno. Wolałby przemieszczać się w nocy. Zarówno Carlos, jak 

i Juan ostrzegali go przed rebeliantami, którzy krążą po wsiach. Murphy żałował, że nie może 
sobie pozwolić na luksus czekania. Potrzebny mu był samochód, ale w pobliżu nie było komisu 
z używanymi samochodami.

background image

Bez środka transportu minie parę dni, zanim dostaną się do San Paulo. Letty powiedziała, że 

misja Luke’a znajduje się w Managna, około piętnastu kilometrów od stolicy.

San Paulo było położone w środkowej części kraju, w zielonej dolinie. Niezależnie od tego, 

jaką drogę obiorą, będą musieli pokonać zwarty łańcuch górski.

Murphy uznał, że dobrze będzie, jeżeli przedostaną się do najbliższej wioski i ukradną dżipa, 

najlepiej   wojskowego.   Kradzież   nie   stanowiła   dla   niego   problemu,   jeżeli   wykonywał   jakieś 
zlecenie. Zwłaszcza jeśli przedmiot kradzieży należał do przeciwnika.

Letty odwróciła się na bok, twarzą  do niego. Chyba  było  jej chłodno, bo całym  ciałem 

przywarła do Murphy’ego. Myślał, jak się od niej uwolnić, ale położyła głowę na jego ramieniu, 
które posłużyło jej za poduszkę.

Mógłby dzielić ciepło swojego ciała z kimkolwiek, ale nie chciał zostać przez nią oskarżony, 

że zrobił coś niewłaściwego. Ta kobieta żyła w mylnym przekonaniu, że Murphy pożąda jej stale 
we dnie i nocy. Prędzej nastanie chłodny dzień w piekle, niż da jej powód do satysfakcji.

Zmrużył oczy. Starał się zignorować jej bliskość. I prawie mu się udało, ale Letty jęknęła. 

Zmarszczył czoło, zastanawiając się, czy mu sienie zdawało.

Jęknęła znowu, tym razem głośniej, jakby coś sprawiało jej dotkliwy ból. Murphy czekał, 

niepewny   co   zrobić.   Rzucała   głową   na   wszystkie   strony,   a z jej   ust   wydobywało   się   ciche 
zawodzenie, które przypominało płacz.

– Letty – wyszeptał, nie chcąc jej przestraszyć. Nie mógł dopuścić, żeby zaczęła krzyczeć. 

Nie potrzebowali ogłaszać o swoim przybyciu rebeliantom.

Tylko   zdążył   o tym   pomyśleć,   kiedy   Letty   zerwała   się   i wydała   z siebie   mrożący   krew 

w żyłach krzyk.

Murphy błyskawicznie przewrócił ją na plecy i zasłonił usta dłonią.
Otworzyła   szeroko   oczy.   W świetle   księżyca   jej   szalone   spojrzenie   spotkało   się   z jego 

wzrokiem.   To,   co   było   się   później,   zaskoczyło   go   jeszcze   bardziej   niż   krzyk.   Letty   cicho 
zaszlochała i objęła go rękami za szyję, jakby nie chciała go wypuścić. Ukryła twarz w szyi 
Murphy’ego i zaczęła płakać.

– Letty? – Doświadczył w życiu niemal wszystkiego, ale nie miał pojęcia, jak się pociesza 

płaczącą kobietę. – Co się stało?

– Miałam sen. – Objęła go mocniej. Zaczęła drżeć w jego ramionach.
– Nie ma się czym przejmować, wszystko w porządku – powiedział tak rzeczowo, jak tylko 

potrafił.

– Nie. Nie jest w porządku. Mój brat okropnie cierpi. – Mógł się domyślić, że przyśnił jej się 

brat.

– To tylko sen, Letty. Nie wiesz, co się dzieje z Lukiem.
– Wiem. Widziałam go.

background image

–   Widziałaś   go?   –   Nie   mógł   uwierzyć,   że   między   Letty   i jej   bratem   istnieje   telepatia. 

Usiłowała   przekonać   go   o psychicznym   związku.   Zgoda,   byli   bliźniętami.   Ale   Luke   jest 
mężczyzną,   a ona   kobietą.   Czytał,   że   coś   takiego   może   się   zdarzyć   między   bliźniętami 
jednojajowymi, ale i tak nie był o tym przekonany.

– Torturują go.
W   to   akurat   mógł   uwierzyć.   Jeżeli   misjonarza   jeszcze   nie   zamordowali,   na   pewno   był 

przesłuchiwany. Tylko co brat Letty mógł wyjawić?

Letty   poczuła   się   w ramionach   Murphy’ego   niewiarygodnie   błogo   i bezpiecznie. 

Automatycznie odgarnął jej włosy z twarzy. – Musimy go odnaleźć.

– Odnajdziemy – odpowiedział, jakby wierzył, że to możliwe. – Letty westchnęła głośno, 

a jej ciepły oddech dotknął skóry w zagłębieniu jego szyi.

– Obiecaj mi – nalegała.  –  Obiecaj, że nie wyjedziemy z Zarcero, dopóki nie odnajdziemy 

Luke’a.

Nie mógł tego zrobić.
– Letty, bądź rozsądna.
– Błagam, musimy go uratować.
Murphy milczał. Nie był okrutny. Był tylko realistą. Chciałby jej złożyć wszystkie możliwe 

obietnice, ale nie mógł. Nie tym razem.

Nie miał  nic przeciwko temu,  żeby przespać się z kobietą. Robił  to wiele  razy.  I mówił 

kobiecie to, co chciała usłyszeć.

Ale nie mógł się zmusić, żeby zrobić to Letty.
– Luke umrze, jeżeli go nie uratujemy. – Drżące słowa wychodziły z jej wilgotnych ust. 

Murphy czuł na skórze ruch jej warg. Czuł też wilgoć łez, które spływały po policzkach Letty.

– Nie rozumiesz. Luke umiera.
Murphy milczał, bo nie wiedział, co odpowiedzieć.
– Obiecaj mi.
Milczenie nie przynosiło jej ulgi. Cicho jęknęła z bólu i żalu.
– Dobrze, dobrze – wyszeptał jej we włosy. – Masz moje słowo honoru. Nieważne, ile nas to 

będzie kosztować. Wydostaniemy stąd Luke’a.

– Dziękuję. Dziękuję – powtórzyła kilkakrotnie.
Murphy   nie   wiedział,   jak   długo   ją   tulił.   Wystarczająco   długo,   żeby   ponownie   zasnęła. 

O wiele dłużej, niż powinien.

Odnajdzie jej brata. Martwego czy żywego. Murphy był człowiekiem honoru.

background image

Rozdział 11.

Letty obudziła się z głową opartą o ramię Murphy’ego. Obejmował ją opiekuńczo. Czuła się 

przyjemnie i bezpiecznie, dopóki nie przypomniał jej się sen.

Zaniepokojona odsunęła się od Murphy’ego i usiadła. Usiłowała się skupić. Luke, biedny 

Luke, krzyczał, że chce umrzeć, bo nie może już znieść bólu.

Wyczuwała, że jest bliski śmierci. Muszą dostać się do Managna i odnaleźć go, zanim będzie 

za późno.

Odgarnęła   z twarzy   niesforny   kosmyk   włosów.   Przypomniała   sobie,   że   zeszłej   nocy 

przytuliła się do Murphy’ego i błagała, żeby odnalazł jej brata. Dał jej słowo. Z wahania w jego 
głosie wywnioskowała, że nie przejął się jej obawami. Mimo to wydusił z siebie, że nie wyjadą 
z Zarcero, dopóki nie znajdą Luke’a.

Ten mężczyzna był zagadką. Spędzili ze sobą dwa dni. Był w stosunku do niej niecierpliwy 

i okrutny.  Ale ostatniej nocy wziął ją w ramiona  i zgodził się uratować Luke’a, choćby miał 
ryzykować własnym życiem. Letty nie rozumiała Murphy’ego, ale podejrzewała, że nikt go nie 
rozumie.

Poczuła, że się obudził. Nie patrzył na nią, a ona na niego. Zamarła na wspomnienie sceny 

z poprzedniej nocy.

– Musimy się stąd zbierać – wymruczał. – Im szybciej, tym lepiej. – Letty wiedziała, że 

chodzi o bezpieczeństwo przyjaciela Carlosa. Podzielała jego obawy.

– Jak daleko jesteśmy od San Paulo?
– Ze sto kilometrów, może więcej. Niedaleko jest miasteczko. Zdobędę tam samochód.
Murphy   chciał   go   ukraść.   Letty   nigdy   nie   uwierzyłaby,   że   weźmie   udział   w czymś 

podobnym. W dodatku poczuła ulgę. Samochodem, przy odrobinie szczęścia, dotrą do San Paulo 
i do Luke’a przed wieczorem.

Murphy   zostawił   Letty   i poszedł   się   rozejrzeć.   Skwapliwie   wykorzystała   te   kilka   minut. 

Spakowała się i kiedy wrócił, była gotowa do drogi. Chciała jak najszybciej opuścić stodołę.

Murphy   otworzył   jej   drzwi.   Do   zimnego,   ciemnego   wnętrza   wdarł   się   blask   słońca, 

obwieszczając kolejny pogodny dzień w Zarcero.

Opuścili teren farmy i weszli na łąki, porośnięte wysokimi trawami. Trzymali się z dala od 

szosy. Przez dwie godziny maszerowali w milczeniu.

Murphy był wyczulony na każdy dźwięk, bo kilka razy zatrzymywał się niespodziewanie 

i czekał, przyciskając palec do ust.

Gdy   dotarli   do   liściastego   lasu,   Murphy   zatrzymał   się   i wyciągnął   menażkę.   Napił   się 

pierwszy, a potem podał ją Letty. Woda miała paskudny smak. Widziała, że Murphy wrzucił do 
niej jakąś kapsułkę. Podejrzewała, że to tabletka uzdatniająca wodę. Letty trudno było stwierdzić, 

background image

jak daleko zaszli. Wydawało jej się, że przeszli z osiem kilometrów, może więcej.

Była rozczarowana, bo Murphy nie odnosił się do niej przyjaźnie, a przecież zeszłej nocy coś 

jej obiecał.

Nie był rozmowny.
Chyba   coś   postanowił,   bo   usiadł   pod   drzewem,   rozłożył   na   ziemi   mapę   i studiował   ją 

uważnie.

– Daleko jeszcze do miasteczka? – spytała Letty.
Nie podniósł wzroku.
– Niedaleko.
Złożył starannie mapę i schował ją do plecaka. Wstał, Letty niechętnie też się podniosła.
– Zostaniesz tu.
– Dlaczego?
Nie   odpowiedział,   tylko   wyciągnął   pistolet   z kabury   i wręczył   go   Letty.   Wpatrywała   się 

w broń, jakby bała się, że wystrzeli jej w dłoni.

– Po co?
– Chcę, żebyś go miała przy sobie. Zrozumiano?
– Ale...
– Chcesz znaleźć brata czy nie?
– Oczywiście, ale...
– Więc rób, co mówię. – Przeszył ją wzrokiem. – Pewnie nie trafiłabyś nawet w najszerszą 

ścianę stodoły, ale to jedyna ochrona, jaką mogę ci zapewnić.

– Co mam robić, kiedy cię nie będzie?
–   Spokojnie   czekać   –   odpowiedział   niecierpliwie.   Zaczął   się   oddalać.   Letty   przyszła   do 

głowy straszna myśl.

– Murphy?!– zawołała.
Obejrzał się przez ramię. Nie wyglądał na zadowolonego. Spojrzała na niego błagalnie, ze 

strachem.

– A co jeżeli... Co będzie, jeżeli nie wrócisz?
Na jego twarzy pojawił się niewymuszony uśmiech, jakby uznał jej pytanie za komiczne.
– Wrócę.
Skinęła głową i uśmiechnęła się drżącymi wargami.
– Dobrze.
Trzymała   broń   obiema   rękami   i rozglądała   się   podejrzliwie.   Zastanawiała   się,   czy 

w krzakach nie czają się rebelianci, gotowi zaatakować ją, gdy Murphy zniknie z pola widzenia.

Zaczęła wołać go po raz drugi, bez skutku. Zniknął w jednej chwili. Wyparował.
Letty chodziła wokół lasku. Co chwilę spoglądała na zegarek. Murphy odszedł pięć minut 

background image

temu, a ona już się martwiła.

Przekładała pistolet z ręki do ręki, zastanawiając się, czy byłaby zdolna zabić człowieka. 

Szczerze w to wątpiła.

Lekcje strzelania, których udzielił jej Murphy, uważała za bezcelowe. Może czuł się lepiej, 

zostawiając jej coś do obrony, choć uważała to za bezużyteczne.

Dochodziła piąta, dziewięć godzin po tym, jak Murphy odszedł. Letty zmuszała się, żeby nie 

patrzeć na zegarek. Nie było go o wiele dłużej, niż się spodziewała.

Mogli go złapać. Mogli go zabić.
Nie   mógł   nawet   dać   jej   znać,   że   jest   w tarapatach.   Zabronił   ruszać   się   z miejsca,   ale 

właściwie ile czasu ma czekać? Dziewięć godzin to chyba o wiele za długo.

Choć była to nieprzyjemna perspektywa, musiała pogodzić się z możliwością, że Murphy nie 

wróci. Był wprawdzie zawodowcem, ale nie cudotwórcą.

Mógł się natknąć na grupę rebeliantów. Mogli go złapać, kiedy usiłował ukraść samochód, 

i zamknąć do więzienia.

Letty obawiała się najgorszego. Zastanawiała się, co teraz zrobić. I czy w ogóle coś robić.
Wpadła na pomysł, żeby wrócić po śladach na farmę, ale nie chciała się cofać. Nie po tym 

nocnym koszmarze. Jeżeli chce dotrzeć na czas do Luke’a, musi kierować się w stronę San Paulo 
albo Managna i nie może całymi  dniami czekać na Murphy’ego. Zwłaszcza jeśli coś mu się 
przydarzyło.

Z drugiej jednak strony Murphy’emu zależało, żeby Letty słuchała jego poleceń. Nigdy nie 

miała do czynienia z tak twardym i zarozumiałym mężczyzną. Co robić?

Decyzję podjęła kilka minut później, kiedy usłyszała w pobliżu odgłos strzelaniny.
Murphy   był   w niebezpieczeństwie.   Czuła   to.   Nie   tak,   jak   czuła   niebezpieczeństwo 

zagrażające Luke’owi. Tym razem mówiła jej to kobieca intuicja.

Musi znaleźć sposób, by uratować Murphy’ego.
Nie   była   pewna,   czy   postępuje   słusznie,   ale   sięgnęła   po   plecak   i zarzuciła   go   sobie   na 

ramiona. Ściskając w dłoni broń, skierowała się w tę samą stronę, w którą poszedł Murphy.

background image

Rozdział 12

Jack   Keller   postanowił   dać   Marcie   czas   na   zastanowienie.   Zaskoczyła   go   chłodnym 

przyjęciem. Z początku był zły, ale potem zmienił zdanie. Właściwie ją rozumiał.

Nie widzieli się od miesięcy, a przecież kobieta ma swoją godność. Świat się zmienia. Ludzie 

się   zmieniają.   Zostawił   ją   bez   słowa.   Miała   prawo   czuć   się   zawiedziona.   Chciał   jej   to 
wynagrodzić. Kiedy już ją udobrucha, może będzie tak, jak zawsze między nimi bywało.

Marcie była kobietą zmysłową. Niełatwo znaleźć tak otwartą i żywiołową w łóżku kobietę. 

Jeszcze rzadsze było to, że nigdy o nic nie pytała ani nie oczekiwała niczego w zamian.

Tym   razem   przyniesie   jej   w koszu   wspaniałe   róże,   przewiązane   wyszukaną   jedwabną 

wstążką zamiast bukietu pospolitych kwiatów.

Wystroił się. Wprawdzie nie w garnitur i krawat, ale w koszulę prosto z pralni i odprasowane 

spodnie. Zadzwoniłby najpierw, gdyby wiedział, z jakim przyjęciem się spotka.

Samochód Marcie stał przy krawężniku. Keller się uśmiechnął. Trzeba przyznać, że jest stała. 

Kellerowi się to podobało. Od dziesięciu lat mieszkała w tym  samym  bloku i miała ten sam 
samochód, od kiedy się poznali.

Zadzwonił do drzwi i czekał. Był niemal pewien, że otworzy mu w szlafroku, pod którym nie 

będzie   miała   prawie   nic.   O ile   pamiętał,   kiedy   wracała   do   domu,   przebierała   się   w coś 
wygodniejszego. Zdecydowanie to pochwalał.

Ku jego zaskoczeniu Marcie otworzyła drzwi w białych szortach i bezrękawniku z golfem.
– Johnny. – Jej głos brzmiał stanowczo. Nie mógł wyczuć, czy się cieszy, że go widzi.
– Przyszedłem przeprosić za wtedy. – Wyglądał na skruszonego. – Pewnie uważasz mnie za 

neandertalczyka.

Stała po drugiej stronie szklanych drzwi, z ręką na klamce, jakby nie była pewna, czy go 

wpuścić.

Keller pomyślał, że małe kłamstewko nie zaszkodzi.
– Przyszedłbym wcześniej, ale miałem wypadek. – Czasami trzeba nieco naciągnąć fakty, 

choć rzadko to robił.

– Wypadek? – Zmartwiona otworzyła szeroko ładne oczy.
– Chciałbym  z tobą porozmawiać, Marcie. Nic więcej, obiecuję. – Podniósł obie ręce na 

znak, że się poddaje.

Wahała się.
– Proszę. – Mało kto potrafiłby się oprzeć jego wdziękowi. Plan wypalił. Otworzyła drzwi.
– Cieszę się, że cię widzę – rzucił, wchodząc do mieszkania. Powiedział to tak, jakby miał 

cholerne szczęście, że żyje.

Był   zaskoczony,   wystrój   mieszkania   bardzo   się   zmienił.   Tylko   meble   zostały   te   same. 

background image

W lśniących oknach wisiały jasne zasłony. Obok krzesła stał wiklinowy kosz pełen włóczki. Na 
stoliku do kawy leżało kilka czasopism.

Usiadł, nie czekając na zaproszenie. Dał jej do zrozumienia, że trudno mu stać, co właściwie 

nie było dalekie od prawdy. Od tygodni dokuczał mu ból żeber.

Postawił kosz róż na stoliku do kawy i prawie zwalił się na kanapę.
– Co się stało?
Keller ukrył uśmiech, słysząc troskę w jej głosie.
– Wypadek samochodowy. – Chciał jej powiedzieć, że ma metalową płytkę w głowie, ale 

uznał,   że   mógłby   przesadzić.   –   Jeżeli   nie   masz   nic   przeciwko   temu,   wolałbym   o tym   nie 
rozmawiać.

–   Oczywiście.   –   Jej   ciepły,   troskliwy   głos   był   jak   balsam   po   odprawie,   jaką   dała   mu 

wcześniej.

Na chwilę zaległa pełna napięcia cisza. Wszystko toczyło się zgodnie z planem oprócz tego, 

że Marcie stała w odległym końcu pokoju. Jakby obawiała się tego, co mogłoby się stać, gdyby 
usiadła obok. A Keller chciał, żeby usiadła. Gdyby mógł ją pocałować raz czy dwa, zmieniłby się 
ten dziwny stan rzeczy.

Marcie najwyraźniej czekała, żeby coś powiedział, więc wyciągnął z zanadrza pierwsze, co 

mu przyszło do głowy.

–   Wpadłem   nie   tylko   po   to,   żeby   cię   przeprosić.   Chciałem   ci   też   podziękować,   że 

wyciągnęłaś mnie z więzienia.

– Nie ma za co, Johnny.
– Chciałbym ci okazać, jak bardzo cenię naszą przyjaźń,  Marcie. Nie wiem, co bym bez 

ciebie   zrobił.   –   Kilka   miesięcy   temu   wygłupił   się   i został   aresztowany   za   bójkę   w barze. 
Oskarżenia wprawdzie wycofano, ale gdyby nie Marcie, spędziłby noc za kratkami. Odsiedziałby 
swoje, ale Murphy go potrzebował. Musiał zdążyć na samolot.

– Nie jesteś mi nic winien – zapewniła, widząc, że wyciąga portfel. – Przez ten wypadek 

chyba zapomniałeś.

– Na pewno?
– Tak. Tydzień później dostałam czek z banku.
– To dobrze.
Mówiła mu już o tym, ale fakt, że chciał się upewnić, czy nie jest jej nic winien, stawiał go 

w dobrym świetle. Znowu zapanowała krótka, dziwna cisza.

– Wyglądasz wspaniale. – Nie przesadzał. Marcie naprawdę świetnie wyglądała. Lepiej niż 

poprzednio. – Co się zmieniło?

– Wiele rzeczy.
Pochylił się, obejmując kolana ramionami.

background image

– Masz może coś do picia? – O ile pamiętał, Marcie miała dobrze zaopatrzony barek.
– Może być kawa?
W pierwszej chwili pomyślał, że żartuje, ale okazało się, że nie.
– Jasne.
– Z cukrem i śmietanką?
– Nie, czarna.
Wyszła z jadalni, a on został sam. Odczekał chwilę, po czym poszedł za nią do małej kuchni.
Marcie była zajęta nastawianiem czajnika. Zerknęła na niego przez ramię.
– Johnny. – Była zdenerwowana. Pośpiesznie dokończyła ochrypłym głosem. – Powinieneś 

o czymś wiedzieć. Spotykam się teraz z kimś innym.

A więc o to chodzi. Cóż, nie była to żadna niespodzianka.
– Jest dla mnie naprawdę dobry.
– Innymi słowy – nie znika na długie miesiące.
Wzruszyła ramionami, jakby nigdy nie przejmowała się jego nieobecnością.
– Cieszę się, kochanie. – Miał ochotę wcisnąć temu facetowi pięść do gardła, ale nie mógł 

pozwolić, by Marcie to wyczuła.

– Naprawdę? – W widoczny sposób jej ulżyło. Pokiwał głową.
– Zasługujesz na wszystko, co najlepsze.
Ekspres do kawy zabulgotał i ciemny płyn popłynął do szklanego dzbanka. Marcie odwróciła 

się i otworzyła  kredens, żeby wyciągnąć dwa kubki. Keller podszedł bliżej i przylgnął do jej 
pleców.

– Pozwól, że ja to zrobię – wyszeptał. Była miękka, ciepła i kobieca. Jej pośladki idealnie do 

niego przylegały. Z natury nie był zazdrosny, ale na myśl o Marcie z innym mężczyzną w łóżku 
zmieniał się w potwora. To go zaskoczyło.

Powoli odsunął się od niej i zdjął dwa kubki.
– Opowiedz mi o nowym chłopaku – zagadnął. Im więcej się dowie, tym łatwiej będzie mu 

zdyskwalifikować konkurenta.

Zauważył, że Marcie lekko drżą ręce, kiedy nalewała świeżo zaparzoną kawę. Uśmiechnął 

się   w duchu.   Ta   chwila   bliskości   sprawiła   jej   taką   samą   radość,   co   i jemu.   Nie   była   z tego 
zadowolona, ale nie mogła zaprzeczyć.

– Nazywa się Clifford Cradmen i jest hydraulikiem.
–   Hydraulikiem.   –   Coś   się   nie   zgadzało.   Marcie,   którą   znał,   zanudziłaby   się   na   śmierć 

w towarzystwie Clifforda Cradmena. To się nie trzymało kupy.

– Jest zazdrosny? – Keller usiadł na kuchennym krześle.
– Clifford? – Spojrzała na niego pytająco. – Nie wiem. Nigdy nie dałam mu powodu do 

zazdrości.

background image

Nie dała powodu do zazdrości? Marcie?
–   Myślisz,   że   miałby   coś   przeciwko   temu,   żebym   zaprosił   cię   na   kolację?   Chciałem   ci 

podziękować, że wyciągnęłaś mnie z więzienia.

– Nie trzeba.
– Przynajmniej tyle mogę zrobić. – Starał się, żeby brzmiało to szczerze. – Jeżeli chcesz, 

mogę się skontaktować z twoim chłopakiem i mu wytłumaczyć. Nie chciałbym doprowadzić do 
nieporozumień między wami.

Marcie spuściła wzrok. Nie miał wątpliwości, że ją kusi.
– „U Cattlemana”. – Rzucił nazwę najdroższej restauracji w mieście. Ich oczy się spotkały.
– Zawsze marzyłam, żeby zjeść tam kolację.
Ledwie się powstrzymał z komentarzem, że hydraulik nie mógłby sobie na to pozwolić.

–   Więc   jak,   Marcie?   Jutro   wieczorem.   Wpadnę   po   ciebie   o szóstej.   –   Zamknęła   oczy, 

pokręciła głową i powiedziała pośpiesznie:

– Nie mogę.
– Więc pojutrze. – Nie chciał się poddać. – Jeżeli też ci nie pasuje, sama zaproponuj dzień 

i godzinę.

Odezwała się dopiero po drugiej chwili.
– W sobotę?
Wstrzymała oddech, jakby w dalszym ciągu nie była pewna, czy powinna się zgodzić.
– Niech będzie sobota. – Keller ucieszył się. Czuł się tak, jakby wygrał decydującą bitwę. – 

Będę o szóstej.

– Ale tylko jako przyjaciele – zastrzegła, nie spuszczając z niego wzroku.
– Oczywiście – skłamał. To przyjaciele stają się w końcu najlepszymi kochankami.

background image

Rozdział 13.

Nad Zarcero zapadła noc. Letty zgubiłaby się zupełnie, gdyby nie światła w miasteczku, 

które jak małe latarnie morskie wskazywały jej drogę. Zeszła w dół, pokonując strome zbocze tak 
ostrożnie, jak się dało. Przy każdym kroku uważała, by nie stracić równowagi. W oddali słychać 
było pojedyncze strzały.

Księżyc   i gwiazdy   dawały   niewiele   światła.   Kiedy   zbliżyła   się   do   miasteczka,   usłyszała 

hałaśliwą   muzykę   i śpiew.   Dopiero   po   chwili   dotarły   do   niej   słowa   sprośnej   piosenki. 
Zarumieniła się, gdy je przetłumaczyła. Widać zamieszki w kraju nie wszystkim przeszkadzały.

Na   przedmieściach   ukryła   się.   Zastanawiała   się,   co   robić.   Maszerowała   cztery   czy   pięć 

godzin i nie natrafiła na ślad Murphy’ego.

Przyszedł po samochód i najwidoczniej nie udało mu się. Prawdopodobnie go złapali. Letty 

postanowiła, że najpierw ukradnie samochód, a potem poszuka Murphy’ego. Chociaż słabo znała 
się na samochodach i silnikach, miała jednak nadzieję, że przy odrobinie cierpliwości, posługując 
się   wsuwką   do   włosów,   uruchomi   stacyjkę.   Słyszała,   że   kartą   kredytową   można   otworzyć 
zamknięte drzwi, a jeśli to prawda, na pewno wsuwką można uruchomić samochód.

Przypuszczała,   że   niemało   samochodów   stało   pod   knajpą.   Ale   kradzież   jednego   z nich 

i ucieczka były prawie nierealne. Musiała się rozejrzeć.

Bezgłośnie podążała opustoszałą uliczką pod ścianą jakiegoś domu. Z czoła ciekł jej pot; 

bała się, żeby jej nie schwytano. Może powinna poczekać... Po chwili doszła do wniosku, że 
postępuje   właściwie.   Zmarnowała   już   cały   dzień,   bezskutecznie   wyczekując   na   powrót 
Murphy’ego. Starała się nie myśleć, co się z nim stało ani co oznaczała strzelanina.

Myśl,  że  mógł   zostać  zabity,   sprawiała,   że  Letty  czuła  ból  w piersi.  Pozbyła  się  jej   jak 

najszybciej. Postanowiła, że najpierw pojedzie po Luke’a, a potem wróci po Murphy’ego.

Kiedy   rozejrzy   się   po   miasteczku,   przemyśli   wszystko   jeszcze   raz,   podejmie   decyzję 

i wyruszy w drogę.

Miasteczko sprawiało wrażenie opustoszałego. Wyjątkiem była knajpa, skąd dobiegały coraz 

głośniejsze i bardziej sprośne piosenki. Zdołała wcisnąć się pomiędzy dwa budynki i wyjrzała na 
główną ulicę, na której znajdowała się knajpa. Słysząc śmiech i radość, trudno się było domyślić, 
że kraj pogrążył się w chaosie.

Zgodnie z przypuszczeniami Letty przed knajpą stało sześć czy siedem dżipów i mnóstwo 

zdezelowanych trzydziestoletnich albo starszych innych amerykańskich samochodów.

Zdawało się, że ludzi wewnątrz nic nie obchodzi. Drzwi były otwarte na oścież, a stoły 

wystawione   na   ulicę.   Wokół   nich   krzątało   się   kilka   kobiet   w dopasowanych   spódnicach 
i stylonowych   bluzkach   z głębokimi   dekoltami.   Niektóre   roznosiły   drinki,   inne   bezwstydnie 
nagabywały mężczyzn i otwarcie zachwalały swoje wdzięki.

background image

Kątem   oka   Letty   zobaczyła,   jak   żołnierz   chwycił   kobietę   w pasie   i posadził   ją   sobie   na 

kolanach.   Młoda   kelnerka   pisnęła   z rozkoszy,   kiedy   zamknął   jej   usta   swoimi.   Wijąc   się   na 
kolanach żołnierza, objęła jego biodra udami. Dysząc, odchyliła głowę, a on ukrył twarz w jej 
obfitym biuście. Ujął w dłonie jej pełne piersi, liżąc i ssąc jej kark.

Letty patrzyła jak zahipnotyzowana. Nie była w stanie odwrócić wzroku. Ci dwoje prawie się 

kochali na oczach wszystkich. Zaschło jej w gardle. Nie mogła zrozumieć, dlaczego fascynuje ją 
ten krzykliwy pokaz erotyczny.

Naraz wszystko pojęła. Tym żołnierzem był Murphy.
Szok był tak wielki, aż ugięły się pod nią kolana. Opierając się plecami o ścianę, osunęła się 

na ziemię.

Murphy. Ten sukinsyn kazał jej czekać godzinami w upalnym słońcu, a sam zabawiał się 

z jakąś... lafiryndą!

Nigdy nie była bardziej wściekła. Do tej pory niepokoiła się i denerwowała przekonana, że 

go złapali albo jeszcze gorzej. To popołudnie było piekłem – tak się o niego martwiła.

Zaryzykowała życie, żeby dowiedzieć się, co się z nim stało. Wszystko mogło się zdarzyć 

podczas drogi do miasteczka. Ale Murphy’ego to nie obchodziło. Cieszył się pewnie, że mają 
z głowy.

Popełniła fatalny błąd, ufając mu. Ten człowiek nie ma zasad. Żadnej przyzwoitości. Miała 

nadzieję, że umrze powolną śmiercią, w męczarniach. Rozkoszowała się myślą o jego cierpieniu.

Złość popchnęła ją do działania. Jeszcze przed chwilą bała się oddychać ze strachu, a teraz 

swobodnie przechodziła od jednego budynku do drugiego, uważając, żeby nie rzucać się w oczy. 
Była ostrożna, bardzo ostrożna, ale nie głupia.

Nie miała pewności co do szans na kradzież dżipa, dlatego zamierzała przeczekać do świtu 

w miejscowym kościele. Do tej pory żołnierze będą już na tyle pijani, że nie zorientują się, co 
robi.

W pobliżu kościoła usłyszała za sobą czyjeś ostrożne, niemal bezgłośne kroki. Serce w niej 

zamarło. Pomyślała, że strach jest zadziwiającym zjawiskiem. Nigdy nie rozumowała bardziej 
logicznie.

Poczekała, aż skradający zbliży się do niej, a potem odwróciła się, gwałtownie. Myślała, że 

go przestraszy.

Przed nią stał Murphy.
– Murphy?! – Krzyknęła cicho zaskoczona. Zasłonił jej usta ręką i zaciągnął pod kościół.
– Do cholery jasnej, co ty sobie myślisz?
Na początku żołnierskiej kariery Murphy nauczył się, że uczucia są takim samym wrogiem, 

jak uzbrojony przeciwnik. Jeździł na misje bez żadnych emocji. Robił to, za co mu płacono, 
i wracał tak szybko, jak się dało. Przez wszystkie lata pracy w Deliverance Company kierował się 

background image

tymi zasadami.

Potem wdał się w współpracę z jakąś Letty Madden.
Wszystko zmieniło się w chwili, kiedy zgodził się towarzyszyć tej urzędniczce pocztowej 

w wyprawie do Zarcero. Wkurzała go do maksimum.

Jej   ostatnia   eskapada   i przemykanie   ciemną   uliczką   na   terytorium   wroga,   gdzie   była 

widoczna jak spuchnięty palec, to najlepszy dowód głupoty. Nieważne, ile wypiją rebelianci nie 
przestają być żołnierzami. Zdemaskowanie jej było kwestią czasu.

Murphy   uzbroił   się   w cierpliwość   i czekał,   aż   zapadnie   noc.   Usiadł   w knajpie, 

w „pożyczonym”   mundurze   buntownika   i zbierał   cenne   informacje.   Zanim   dołączył   do 
towarzystwa,   większość   żołnierzy   była   zalana   w pestkę.   Carlotta,   zgrabna   kobieta   w jego 
ramionach, stanowiła doskonały kamuflaż. Mógł spokojnie zasięgnąć języka.

Wtem pojawiła się Letty i wszystko prysło. Krew go zalała. Miała szczęście, że skończyło się 

tylko na tym, że zaciągnął ją do kościoła.

Szarpała   się   i ugryzła   go   w dłoń,   pomiędzy   kciukiem   a palcem   wskazującym.   Mocno. 

Murphy zdusił jęk i ścisnął jej szczęk? tak, że go puściła. Mimo bólu trzymał ją nadal.

– Do cholery jasnej, co ty wyprawiasz? Chcesz, żebyśmy oboje zginęli? Kazałem ci na mnie 

czekać. – Kiedy odzyska spokój, ukarze ją, że nie posłuchała polecenia.

Letty przycisnęła dłoń do piersi Murphy’ego. Chciała go odepchnąć, ale nawet nie drgnął.
– Ty sukin... – Ugryzła się w język i rzuciła mu mordercze spojrzenie.
– Ja? – Nie rozumiał, o co się wścieka. – Słuchaj, mała, ustalmy coś. Kiedy wydaję rozkaz, 

musisz mnie słuchać.

– Ostatni  raz mi  rozkazywałeś. – Wywinęła  się i zrobiłaby mu  krzywdę,  ale  uniknął jej 

kolana.

Jej wściekłość zaintrygowała Murphy’ego. Do diabła, co ją tak wkurzyło? Dopiero po jakimś 

czasie   dotarło   do   niego,   że   Letty   widziała   go   z Carlottą.   Szukając   dodatkowego   zarobku, 
kelnerka siedziała na jego kolanach i odsłaniała swoje wdzięki.

–   Puść   mnie   –   zażądała   Letty,   wypinając   pierś.   W innych   okolicznościach   Murphy’ego 

bawiłoby, że się tak o niego ociera. Ale teraz groziło im niebezpieczeństwo.

– Zamknij się, bo nas zabiją – powiedział.
Rozluźnił uścisk dłoni na jej nadgarstku, ale tylko trochę. Musieli wyjaśnić sobie co nieco. 

Niestety, nie mogli tego zrobić mulicy, gdzie spacerowali żołnierze.

– Puszczę cię, jeżeli przyrzekniesz, że będziesz milczała. – Czekał, aż się zgodzi. Zrobiła to 

niechętnie jednym stanowczym ruchem głowy.

Murphy, zadowolony, objął ją ramieniem i prawie zaciągnął w głąb zaułka. Wyprowadził ją 

z miasteczka. Zatrzymał się dopiero, kiedy był pewien, że nikt ich nie usłyszy.

– Nie będę tolerował niesubordynacji – powiedział z wściekłością.

background image

–   Nie   będziesz   musiał   –   odpowiedziała   spokojnie.  –  Zwalniam   cię.   Był   pewien,   że   się 

przesłyszał.

– Zwalniasz?
– Sama znajdę Luke’a.
Nie mógł się powstrzymać i wybuchnął śmiechem.
– Naprawdę?
– Zwalniam cięż twoich obowiązków. – Odprawiła go teatralnym gestem.
– Jak daleko dojdziesz, zanim cię złapią?
– Dalej niż dzisiaj. Jak długo miałeś zamiar trzymać mnie na tym skwarze, kiedy ty i ta... ta 

kobieta się...

– Dzięki tej kobiecie nie zostałem zdemaskowany. – Najwyraźniej zapomniała, że to dla niej 

ryzykował.

–  Dobrze wiem, co miałeś dzięki tej kobiecie – wycedziła Letty przez zęby. Każde słowo 

przepełnione było niesmakiem.

Murphy miał już tego dość. Jeżeli chciała go odprawić, nie miał nic przeciwko temu. I tak 

był przekonany, że to strata czasu.

– Wspaniale. Cudownie. Dawno się tak nie cieszyłem. – Odwrócił się i zamierzał odejść.
Był  nadal wściekły.  Po wszystkim, co przeszedł, spotkało go takie podziękowanie. Letty 

nadaje do czubków. On zresztą też, skoro pojechał z nią do Zarcero.

Cóż. Robota skończona. Umywa ręce od niej i jej świętego braciszka. Po co mu kłopoty.
Zatrzymała go, zanim zdążył zrobić krok.
– Poczekaj!
Szybko wrócił jej rozum, pomyślał zadowolony. Potrzebowała go. Myli się, jeżeli myśli, że 

natychmiast do niej wróci. Niesubordynacji nie miał zamiaru tolerować. Niczyjej, a już na pewno 
nie tej zwariowanej kobiety.

Odwrócił się i zobaczył, że Letty klęczy na ziemi i grzebie w plecaku.
– Nie będzie mi to potrzebne. – Oddała mu pistolet. Trzymała broń w dwóch palcach, jakby 

miała do czynienia z trędowatym i bała się zarazić.

Broń. Letty wkurzyła go do tego stopnia, że zapomniał o jedynej rzeczy, którą jej zostawił, 

żeby nie była bezbronna.

–   Zanim   odejdziesz   –   powiedziała   wyprostowana   –   chcę   ci   powiedzieć,   że   jesteś 

najpodlejszym,   najbardziej   niemoralnym   i pozbawionym   skrupułów   mężczyzną,   jakiego 
kiedykolwiek poznałam.

Brwi Murphy’ego uniosły się. Zachichotał.
– Aż tyle czasu potrzebowałaś, żeby się o tym przekonać? – Aż wrzała ze złości.
Murphy   był   zachwycony.   Spełnił   swój   obowiązek,   a nawet   zrobił   o wiele   więcej,   niż 

background image

powinien. Letty Madden była teraz zdana na siebie, z czego on niewymownie się cieszył.

Schował pistolet do kabury.
– Powodzenia w szukaniu brata.
– Niepotrzebne mi powodzenie – oświadczyła. – Bóg jest ze mną.
–   Jeśli   tak,   to   nie   wiem,   do   czego   byłem   ci   potrzebny   –   odpowiedział   Murphy   bez 

złośliwości.

– Szczerze mówiąc, ja też nie.
Dużymi,   pewnymi   krokami   wspinał   się   po   stromym   zboczu.   Bez   problemów   powinien 

dotrzeć   na  farmę   tej   nocy.  Rano  porozmawia   z Juanem   i zawiadomi   Carlosa.  Jeśli  wszystko 
pójdzie gładko, za dwa dni będzie w Boothill.

background image

Rozdział 14.

Z przyczyn, których Luke prawdopodobnie nigdy nie pozna, przestano go torturować. Ból 

stał się teraz do zniesienia, a wraz z tym niespodziewanym zwrotem w sytuacji powróciła wola 
przetrwania. Po raz pierwszy, od kiedy go schwytano, chciało mu się żyć.

Nie   dawało   mu   spokoju   mgliste   wspomnienie   odwiedzin   Rosity.   Czy   to   się   zdarzyło 

naprawdę? Nie wiedział. Z jakiegoś powodu Bóg pozwolił, by do niego przyszła. Nie wiedział, 
czy była to wizyta w wyobraźni, czy realna. Mimo to był wdzięczny.

Próbował   usilnie,   ale   nie   mógł   sobie   przypomnieć,   co   mówiła,   jeśli   rzeczywiście   go 

odwiedziła.

Pamiętał, że dręczył go najgorszy ból i wydawało mu się, że nie zniesie dalszych męczarni, 

kiedy   zjawiła   się   Rosita.   Odgarnęła   mu   włosy   z czoła   i szeptała   pocieszające   słowa.   Swoją 
miłością i odwagą kładła balsam na jego rany.

Serce Luke’a było pełne miłości do Rosity. Planował z nią wspólną przyszłość.
Luke wierzył, że Bóg posłał go do niespokojnej Ameryki Środkowej z jakiegoś szczególnego 

powodu. Spędził w Zarcero dwa lata, zanim odkrył, czego Bóg chciał go nauczyć.

Miłości.
Nie do prostych wieśniaków, którym poświęcał większość czasu. Od wielu lat serce Luke’a 

było   przygotowane,   by   ich   kochać   i pokrzepiać.   W rewanżu   miejscowi   polubili   go 
i zaakceptowali.

Nie. Bóg wysłał go do Zarcero, żeby nauczyć go miłości, jaka łączy mężczyznę i kobietę. 

Uczucia, jakie mogło być udziałem jego rodziców, gdyby go nie zaprzepaścili.

Luke nie mógł sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy zobaczył Rositę. To nie jej uroda 

go oczarowała, choć była piękniejsza, niż mógł to wyrazić.

Każdego   ranka,   po   drodze   do   sklepu,   w którym   pracowała,   odprowadzała   swojego 

młodszego brata i siostrę do szkoły prowadzonej przez misjonarza. Wiele razy mówił jej „dzień 
dobry”, zanim spojrzał na nią tak, jak mężczyzna patrzy na kobietę.

Poświęcił   życie   dla   służby   bożej.   Nieszczęśliwe   małżeństwo   rodziców   sprawiło,   że 

postanowił spędzić życie w samotności.

Służba   misyjna   mogła   kolidować   z życiem   rodzinnym.   Nie   chciał   dokonywać   trudnych 

wyborów pomiędzy potrzebami podopiecznych a rodziną.

Paul Madden nigdy nie pozbierał się po odejściu żony. Żył przepełniony wątpliwościami 

i poczuciem winy do końca swoich dni.

Ojciec Luke’a kochał żonę całym sercem i duszą. Kiedy zostawiła go z dwojgiem dzieci dla 

innego   mężczyzny,   wziął   całą   winę   na   siebie.   Gdyby   był   lepszym   mężem   zamiast   dobrym 
pastorem... Gdyby więcej uwagi poświęcał swojej żonie, a mniej parafii... Nigdy sobie tego nie 

background image

wybaczył. Nigdy się ponownie nie ożenił. Nigdy nie dał miłości drugiej szansy.

Luke przyrzekł sobie, że nie popełni tego samego błędu. Oczywiście, miłość stanowiła dla 

niego pokusę. Był  podatny na wdzięki atrakcyjnych  młodych  kobiet. Podobało mu się wiele 
dziewcząt.

Ale nigdy ktoś taki jak Rosita. Była dobra i miła, delikatna i czuła. Mieszkańcy Managna ją 

kochali. Każdy, kto ją znał, nie mógł się oprzeć jej dobroci i subtelnej urodzie.

Upłynęły miesiące, zanim zwrócił na nią uwagę. Z Rosita było inaczej. Okazało się, że jej 

młodsze rodzeństwo samo potrafiłoby dotrzeć do szkoły. Z czułością wypominała Luke’owi, że 
jest najbardziej tępym mężczyzną we wszechświecie.

Nie miał co do tego wątpliwości.
Dopiero po kilku miesiącach odważył się umówić się z nią na randkę. Kiedy mieli pójść 

razem na kolację, był zdenerwowany jak nigdy. Miał dwadzieścia siedem lat, a czuł się jakby 
znowu miał siedemnaście.

Przyszedł po Rositę, porozmawiał po przyjacielsku z jej ojcem, pogłaskał po głowie siostrę 

i pożartował z bratem. Rosita wyszła w ślicznej białej zwiewnej sukni z czerwonym  paskiem. 
Luke oniemiał z wrażenia.

Kiedy odprowadzał ją do domu, był przekonany, że jego towarzystwo musiało się Rosicie 

wydać najnudniejszym pod słońcem. Tylko on ponosił winę za tę katastrofę.

Był nie tylko zdenerwowany, ale przede wszystkim zdał sobie sprawę, że kocha tę kobietę. 

To była prawdziwa miłość.

Nie przyjechał do Zarcero szukać żony i zakładać rodziny. A potem Bóg Wszechmogący, 

w swej mądrości, zachwiał w posadach jego poukładanym światem.

Zamiast radować się z tego cudu, zamiast dziękować Bogu za ten nieoczekiwany dar, Luke 

postanowił,   że   nie   chce   mieć   do   czynienia   z miłością.   Przeszkodziłaby   mu   w pracy.   Miłość 
odciągnęłaby go od celu, jaki sobie postawił.

Miał nadzieję, że czasem zniknie fizyczny pociąg, jaki czuł do tej pięknej młodej kobiety. 

Ale   tak   się  nie   stało.   Wręcz   odwrotnie   –   uczucie   wzrastało   i rozkwitało,   nie   podsycone   ani 
pocałunkiem, ani dotykiem.

Luke napisał do siostry, prosząc o modlitwę z powodu głębokiej wewnętrznej walki, ale nie 

wyjaśnił   jej,   z czym   się   zmaga.   Mimo   że   byli   sobie   bliscy,   obawiał   się,   że   siostra   go   nie 
zrozumie.

Oboje mieli  taki  sam pogląd na temat  miłości  i małżeństwa.  Ona śpieszyła  się do stanu 

małżeńskiego nie bardziej niż brat.

Unikał Rosity przez dwa miesiące, aż w końcu natknął się na nią przypadkowo, odwiedzając 

starszą wdowę, panią Esparza.

Oboje   byli   zaskoczeni,   kiedy   Rositą   otworzyła   drzwi.   Czytała   coś   schorowanej 

background image

dziewięćdziesięcioczteroletniej kobiecie i wtedy po raz pierwszy pani Esparza spokojnie zasnęła.

Luke chciał szybko wyjść, żeby uniknąć pokusy. Mimo że nigdy tego nie robił, od razu 

znalazł wymówkę. Obiecał, że przyjdzie później.

Zanim wyszedł, odwrócił się i spojrzał na Rositę. Siedziała przy łóżku staruszki z pochyloną 

głową. Miała oczy pełne łez.

Kiedy spytał ją, co się stało, zarumieniła się i wyjaśniła, że coś jej wpadło do oka. Luke po 

raz drugi odwrócił się do drzwi. Ale nie wyszedł.

Czuł się zmęczony walką z tym, czego pragnął najbardziej. Zmęczony udawaniem silnego. 

Zmęczony ignorowaniem głosu serca.

Tego popołudnia Luke zrozumiał, czego Bóg chciał go nauczyć – miłości.
Luke był mężczyzną, a próbował żyć jak święty. Potrzebował kuksańca, by zaakceptować 

i docenić ludzką stronę swojej natury. Tak długo lekceważył i prześladował swoje ciało, że kiedy 
w końcu je uwolnił, omal go nie poniosło na skraj przepaści.

Od tej pory wiedział, że albo będzie głosił jedno, a żył inaczej, albo ożeni się z Rositą. Dwa 

tygodnie przed zamachem stanu Luke poprosił Rositę o rękę i został przyjęty.

Wiedział, że powinien poprosić ją, by dzieliła z nim życie i służbę, bo tego chciał Bóg.
Nie   mógł   się   doczekać   dnia,   kiedy   staną   się   małżeństwem.   Chciał   znaleźć   równowagę 

w życiu; kontynuować pracę w misji i być jednocześnie dobrym mężem i ojcem.

Otworzył   oczy   i rozejrzał   się   po   okratowanej   celi   więziennej.   Z nowym   zapałem   zaczął 

modlić się o przyszłość. Tego wieczoru zmusił się nawet, by przełknąć kilka kęsów niejadalnej 
strawy, którą przyniesiono do celi. Chciał, by powiedzieć to głośno, więc podniósł się na pryczy, 
wzniósł oczy ku niebu i wyszeptał:

– Chcę żyć.

background image

Rozdział 15.

Złość była dla Letty uczuciem obcym  i nieprzyjemnym.  Siedziała po ciemku i trzęsła się 

z wściekłości po odejściu Murphy’ego.

Poczuła   się   fizycznie   chora,   kiedy   zobaczyła   go   z tą...   kobietą.   Jak   chował   twarz   w jej 

piersiach, całował w szyję. Gotowało się w niej na samą myśl o tym.

Pozbyła się go na dobre. Nie miała wątpliwości: zaufała nieodpowiedniej osobie. Była to 

bolesna i droga lekcja. Przez Murphy’ego jest jeden dzień do tyłu. A kto może wiedzieć, ile czasu 
zabawiałby się z tą ladacznicą.

Na pewno miał ją za idiotkę, kiedy go zwolniła. Zrobiła to pod wpływem wściekłości. Musi 

poradzić sobie sama.

W blasku księżyca widać było wieżę kościelną. Chociaż Luke mieszkał w Zarcero niecałe 

dwa   lata,   był   znany   i kochany  przez   społeczność   wierzących.   Wystarczyło   skontaktować   się 
z innym księdzem czy pastorem, a oni z pewnością zaprowadzą ją do brata.

Skierowała się w stronę kościoła katolickiego. Szła bardzo ostrożnie. Na ulicy przed stuletnią 

budowlą panowała ciemność i cisza. Wysokie, masywne drzwi wskazywały wejście.

Letty długi czas obserwowała ulicę. Bała się, że jeżeli wyjdzie na otwartą przestrzeń, złapią 

ją. Jej strach był bezpodstawny. Murphy kręcił się tutaj cały dzień w tym idiotycznym mundurze 
i nikt go nie zdemaskował.

Wzięła   głęboki   oddech,   wyłoniła   się   z ciemności   i szybko   pobiegła   pod   kościół.   Kiedy 

pokonała   kilka   niskich   stopni,   serce   waliło   jej   jak   młotem,   jakby   miało   zamiar   za   chwilę 
eksplodować.

Ulżyło   jej,   gdy   okazało   się,   że   budynek   nie   jest   zamknięty.   Ciężkie   drewniane   drzwi 

otworzyły się ze zgrzytem, gdy nacisnęła klamkę.

Weszła do przedsionka i usłyszała dziwny brzęk. Oślepiło ją światło, więc podniosła dłoń, 

żeby osłonić oczy.

Najpierw zauważyła, że nie ma ławek. Zamiast nich w kościele stało pełno biurek. Siedzieli 

przy nich żołnierze. Mnóstwo żołnierzy.

Usłyszała dziwny dźwięk.
Zamarła. Lufy tuzina karabinów mierzyły prosto w jej serce. To miejsce nie było już domem 

bożym. Było centrum dowodzenia rebeliantów.

Im   bardziej   Murphy   się   oddalał,   tym   większa   ogarniała   go   złość.   Aż   zaczął   przeklinać. 

Najpierw   pod   nosem,   potem   głośniej,   aż   w końcu   musiał   powstrzymać   się   od   krzyku.   Nie 
poprawiło mu to humoru.

I wiedział dlaczego.
Postanowił wrócić, mimo że Letty go zwolniła. Przeklinał dzień, w którym spojrzał na tę 

background image

kobietę. Postępował wbrew temu, co nakazywał rozsądek.

Robił to ze względu na własne sumienie. Gdyby coś jej się stało, a to wielce prawdopodobne, 

bo nie tylko jest głupia, ale też naiwna, Murphy nigdy by sobie tego nie wybaczył.

W dodatku zapewnił ją, że odnajdzie brata, choć dobrze wiedział, że tego pożałuje.
Nie ulegało wątpliwości, że sam miałby większe szansę na uratowanie Luke’a Maddena, ale 

nie mógł zostawić Letty na pastwę losu.

Chociaż bardzo by tego chciał.
Irytowała go. Była karą za jego grzechy.
Po   drodze   do   wioski   Murphy   opanował   emocje.   Powinien   się   kierować   zdrowym 

rozsądkiem.   Poradzi   sobie   z rebeliantami.   Przez   ostatnie   lata   radził   sobie   w podobnych 
sytuacjach.   Doszedł   do   perfekcji   w sztuce   maskowania   i upodabniania   się   do   otoczenia. 
Nieznanym elementem, który przysparzał mu najwięcej kłopotów, nie byli rebelianci. Była nim 
Letty.

Wcale by się nie zdziwił, gdyby ich wydała, jak tylko zobaczy, że wrócił. Nie ma rozumu za 

grosz.

Z knajpy nadal dochodziła głośna muzyka. Zabawa się jeszcze nie skończyła i podejrzewał, 

że będzie trwała do rana.

Szedł ulicą pewnie, jakby wypełniał ważny rozkaz. Nikt go nie zatrzymał i Murphy wątpił, 

żeby ktoś to zrobił.

Stanął   dopiero   przy   końcu   głównej   ulicy.   Jedyną   budowlą   w okolicy   był   stary   kościół. 

Prawie nie zwrócił na niego uwagi. Chociaż...

Światła o tej porze nocy? W kościele?
Coś było nie tak.
Letty posadzono na krześle ze związanymi z tyłu rękami. Spoglądała w górę na przywódcę 

rebeliantów, kapitana Norte. Nie dała po sobie poznać, że się boi.

– Jak się pani dostała do Siguierres? – spytał Norte łamaną angielszczyzną.
Powiedziała mu prawdę.
– Przyszłam – oznajmiła spokojnie.
Uderzył   ją   w twarz.   Krew   wypełniła   jej   usta.   Zmrużyła   oczy,   zszokowana   i zaskoczona 

przemocą. Chyba miał ochotę uderzyć japo raz drugi.

– Zamknąć ją. Niech przez jakiś czas posiedzi sobie w towarzystwie szczurów. Zobaczymy, 

czy to rozwiąże jej język – zwrócił się do dwóch żołnierzy.

Żołnierze   stanęli   po   obu   stronach   Letty,   ściągnęli   ją   z krzesła   i wyprowadzili   za   drzwi. 

Nocne powietrze chłodziło jej rozpaloną twarz. Ostrożnie poruszyła ustami. Nigdy nie sądziła, że 
uderzenie może tak bardzo boleć.

Dwaj eskortujący ją mężczyźni zaczęli ze sobą szeptać. W pierwszej chwili Letty nie mogła 

background image

zorientować się, o czym rozmawiają. Potem dotarło do niej, że nie zaprowadzą jej od razu do 
więzienia. Postanowili się z nią trochę zabawić.

– Nie. – Zaczęła odpychać ich łokciami. Usiłowała ich przekonać, że kapitan będzie bardzo 

niezadowolony, kiedy dowie się, że nie wykonali rozkazu.

Przerażona tłumaczyła im, że skoro chcą zaprowadzić nowy porządek, w kraju nie mogą się 

uciekać do godnych pogardy aktów przemocy wobec niewinnych kobiet.

Mówiła szybko, myślała z trudem i każde kolejne błaganie dowodziło, że to nie ma sensu. Ci 

dwaj nie mieli zamiaru odmówić sobie przyjemności.

Letty wyrywała się i krzyczała. Zaciągnęli ją za budynek i pchnęli na twardą ziemię. Upadła 

na plecak.

Jeden z mężczyzn przyciskał jej ramiona do ziemi. Musieli trzymać ją obaj. Pozwolili, żeby 

się rzucała i wiła, aż w końcu opadła z sił. Potem jeden z nich przyklęknął i rozerwał jej bluzkę.

Letty zamknęła oczy. Nie chciała na niego patrzeć. Wrzasnęła, kiedy poczuła dotyk jego 

szorstkich rąk na swojej gładkiej skórze. Kopała i rzucała się, jakby wstąpiła w nią nowa siła, ale 
nic nie wskórała. Mężczyzna rozchylił jej nogi i zaczął rozpinać zamek w jej dżinsach.

Żołnierz, który ją przytrzymywał, ponaglał drugiego. Letty zaczęła szlochać. Straciła wolę 

walki i możliwość stawiania oporu.

Mężczyzna położył się na niej i przygniótł do ziemi.
W tym momencie rozległ się przeraźliwy huk. Ziemia zadrżała. Wybuch zakołysał całym 

miastem. Płomienie wystrzeliły aż do nieba, a huk stawał się coraz potężniejszy.

– Wybuchło paliwo! – krzyknął przerażony mężczyzna. Puścił Letty i uciekł. Żołnierz, który 

na   niej   leżał,   przejął   się   tylko   na   chwilę.   Pomagając   sobie   przedramieniem,   podźwignął   się 
i zacisnął rękę na jej gardle, odcinając dopływ powietrza. Przestała się zmagać z przeciwnikiem. 
Traciła siły.

Pomyślała, że zaraz się udusi, i wtedy uścisk zelżał. Ramię żołnierza zsunęło się z gardła 

Letty. Sapnęła i wzięła głęboki haust świeżego powietrza. Napastnik leżał daleko od niej. Jego 
otwarte oczy były martwe, a na twarzy malował się wyraz śmiertelnego przerażenia.

Letty   zaczęła   szlochać.   Spojrzała   w górę   na   swojego   wybawiciela.   Była   pewna,   że   ma 

przywidzenia.

Murphy pochylił się i podał jej rękę.
– Chodź! – krzyknął. – Musimy stąd wiać, i to szybko.
Nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Murphy schylił się i wziął ją na ręce. Kiedy 

się ocknęła, siedziała na przednim siedzeniu dżipa, który czekał z zapalonym silnikiem.

Błyskawicznie opuścili miasto, zostawiając za sobą tuman kurzu.
Murphy   jechał   z zawrotną   prędkością.   Letty   robiła,   co   mogła,   żeby   nie   wypaść   z dżipa. 

Kiedy zwolnił, dotarła do niej groza ostatnich wydarzeń. Jej ciałem wstrząsał dreszcz.

background image

Murphy spojrzał na dziewczynę.
– Dobrze się czujesz?
Szlochając, uderzyła pięścią w jego ramię.
– Wróciłeś...
– Nie masz mi za co dziękować.
Objęła się ramionami, bo zimna, brutalna rzeczywistość tego, co przeżyła, nie dawała jej 

spokoju.

– Wszystko w porządku? – mruknął Murphy. Zamknęła oczy i pokiwała głową.
– Na pewno?
Tak, do diabła, na pewno.
– Wszystko będzie dobrze – pocieszył ją.
Letty umiała sobie radzić z jego złością, oschłością i wrogością. Nie wiedziała jednak, jak 

przyjąć jego czułość. Otarła łzy z twarzy i pociągnęła nosem.

– Dziękuję wyszeptała.

background image

Rozdział 16.

Marcie   siedziała   obok   Johnny’ego   przy   eleganckim   stole,   przykrytym   lnianym   obrusem. 

Sytuacja wydawała jej się absurdalna. To była ich pierwsza prawdziwa randka, a przecież przez 
prawie dwa lata byli kochankami. Oprócz niewiarygodnego seksu łączyły ich miłe chwile przy 
posiłkach na wynos, ale nigdy się nie umawiali. Nie w pełnym tego słowa znaczeniu.

Od   czasu   do   czasu   Johnny  przynosił   jej   prezenciki,   jakieś   niedrogie   błyskotki   w dowód 

wdzięczności.   Wyrównywał   rachunki,   uświadomiła   sobie   ze   smutkiem.   Do   niedawna 
podarunków   od   niego   nie   traktowała   jako   formy   zapłaty,   ale   nadszedł   czas,   żeby   spojrzeć 
prawdzie w oczy.

Pluszowy miś od Clifforda był pierwszym prezentem od mężczyzny, z którym nie poszła do 

łóżka.

Dotychczas   dziewięćdziesiąt   pięć   procent   spotkań   Marcie   i Johnny   spędzali   w jedwabnej 

pościeli. Wiedziała bardzo niewiele o nim i o jego życiu. Głównie to, że Johnny jest mężczyzną 
z krwi i kości i ma fizyczne potrzeby. Te właśnie potrzeby zdominowały wszystkie ich spotkania.

Zgodziła się na kolację, niepewna, czy dobrze robi. Ponieważ czuła się winna, przypadkiem 

wspomniała o spotkaniu z Johnnym Cliffordowi. Wyjaśniła mu, że dawny przyjaciel przyjechał 
do miasta na dzień czy dwa i wyraziła nadzieję, że nie ma nic przeciwko temu.

Czasami trudno było zgadnąć, co Clifford rzeczywiście myśli. Jego jedyną wadą, o ile to 

można nazwać wadą, była urzekająca grzeczność.

Marcie   nie   miała   wątpliwości,   że   Clifford   nie   jest   zachwycony,   ale   wspaniałomyślnie 

pozwolił jej iść na kolację z Johnnym i życzył, żeby się dobrze bawiła. Powiedział, że zadzwoni. 
Na tym się skończyło.

– Wiesz już, co zamówić? – Johnny odłożył na bok kartę.
Marcie była oszołomiona cenami. Za jeden posiłek tutaj zapłaciłaby tyle, co za zakupy na 

cały tydzień.

– Mały filet? – powiedziała niepewnie.
Uśmiechnął się szeroko, jakby dokonała najlepszego wyboru.
Była zaskoczona, że tak bardzo się denerwowała. Nie z powodu Johnny’ego. Łatwo się z nim 

rozmawiało   –   jeżeli   mieli   czas   na   rozmowę.   Ale   nie   była   przyzwyczajona   do   wizyt 
w wykwintnych restauracjach, gdzie kelnerzy nosili smokingi, a nakrycie składało się nie tylko 
z noża i widelca.

– Miałaś problemy, żeby wytłumaczyć się z naszego spotkania Cliffordowi? – spytał, jakby 

się tym martwił.

– Clifford nie jest typem zazdrośnika. Johnny wziął kartę win.
– Wygląda na poczciwinę.

background image

– Jest dla mnie bardzo dobry. Lepszy niż inni.
Pojawił   się kelner.   Johnny  złożył  zamówienie   i poprosił  o butelkę   drogiego  francuskiego 

wina, bordeaux.

Przy   posiłku   miło   gawędzili.   Zwykle,   kiedy   mężczyzna   gdzieś   ją   zabierał,   Marcie   była 

skazana na słuchanie długiego monologu. Czasami miała wrażenie, że mężczyźni się boją, że nie 
ma mózgu albo własnego zdania. A może bali się tego, co ma do powiedzenia. Podejrzewała, że 
w jej towarzystwie chcieli odpocząć od wojujących feministek.

Marcie   często   stykała   się   z mężczyznami,   którzy   chcieli   wywrzeć   na   niej   wrażenie 

i udowodnić,   że   są   fascynujący,   inteligentni   i wspaniali.   Zwykłe   bez   zbędnych   ceregieli 
zamierzali zaciągnąć ją do łóżka i dowieść, jakimi są wspaniałymi kochankami. Co najczęściej 
mijało się z prawdą.

Przed   trzydziestką   Marcie   wiedziała   już   wiele   na   temat   stosunków   damsko   –   męskich. 

Zdawała sobie sprawę, że wolni mężczyźni zwykle uważają, że panna w jej wieku rozpaczliwie 
szuka   męża.   Marcie   rzeczywiście   chciała   mieć   męża   i dzieci,   ale   wymagała   od   mężczyzny 
o wiele   więcej.   Tęskniła   za   partnerstwem,   wspólnotą   celów   i tym   przed   czym   nieustraszeni 
mężczyźni uciekali w siną dal. Odpowiedzialnością.

Nie potrzebowała wina, żeby się odprężyć. Była szczęśliwa jak chyba nigdy dotąd. Johnny 

był inteligentny i miał gest.

W porównaniu z nim Clifford, drogi, kochany Clifford, wydawał się ograniczony i tępawy. 

Dla niego miły wieczór sprowadzał się do seansu filmowego i torby popcornu. Clifford był solą 
ziemi, a Johnny – pieprzem życia. Marcie zbyt długo stosowała łagodną dietę, chciała spróbować 
czegoś ostrzejszego.

Gdy Johnny wszedł do salonu fryzjerskiego, Marcie wiedziała, że go pragnie. Ale dopóki nie 

umówili się na kolację, nie miała pojęcia jak bardzo.

Johnny tak pokierował rozmową, żeby napomknąć, w jak niesamowity sposób się kochali. 

Jego ciemnoniebieskie oczy iskrzyły się łobuzersko, kiedy wspominał, jak podniecająco na siebie 
działali.

Mówił cichym,  uwodzicielskim głosem. Marcie, schwytana w pułapkę wspomnień, czuła, 

jakby powoli wciągał ją wir. Stała się pożądającą, spragnioną ofiarą.

Oczy Johnny’ego  obdarzyły  ją spojrzeniem  pełnym  podziwu, jakby była  jedyną  kobietą, 

z którą zaznał tego niesamowitego cudu.

Opanowała   kołatanie   serca.   Johnny   powoli   wyciągnął   rękę   i ujął   jej   dłoń.   Nie   miała 

wątpliwości, co znaczył ten gest. Pożądał jej, Potrzebował. Szalał bez niej.

Ogarnęły ją sprzeczne uczucia. Zaszła przecież tak daleko i tyle się nauczyła. Johnny chciał 

jaz tej drogi zawrócić.

– Marcie...  – Jej  imię  zabrzmiało  w ustach  Johnny’ego  jak delikatne  błaganie. Próbował 

background image

powiedzieć, że bez niej oszaleje. Marcie chciała być potrzebna, chciała, żeby jej pragnął.

Jej miłość i ciało ukoiłyby jego ból, uleczyły cierpienie i odegnały kłopoty. Przyszedł do niej. 

Właśnie do niej.

Usiłowała   sobie   uzmysłowić,   że   rano   będzie   się   czuła   wykorzystana   jak   idiotka.   Ale 

pragnienie wzięło górę nad strachem i wyrzutami sumienia.

Powoli wsunęła dłoń w jego rękę. Johnny zamknął oczy i westchnął z wielką wdzięcznością 

i ulgą. Zacisnął palce na jej ręce i przeniósł dłoń Marcie pod stołem. Hipnotyzując ją wzrokiem, 
przycisnął dłoń Marcie do twardego wzgórka w swoim kroczu i uśmiechnął się szeroko.

Zabrakło jej tchu, kiedy poczuła siłę jego erekcji.
Johnny przedłużył oczekiwanie. Zamówił deser, a potem kawę. Jego oczy wiele obiecywały. 

Zapłacił rachunek, zostawiając hojny napiwek.

Parkingowy przyprowadził samochód. Marcie nie mogła już oddychać z podniecenia. Johnny 

jechał do jej mieszkania z ogromną prędkością, tak bardzo jej pożądał.

Milczeli.
Marcie nie zadała sobie trudu, żeby zaproponować mu kawę, a on nie pytał, czy może wejść. 

Zaparkował samochód, wysiadł i poszedł za nią.

W mieszkaniu  od razu wziął  ją w ramiona.  Ich pierwsze pocałunki  pełne były  gorącego 

pośpiechu. Johnny miażdżył jej usta. Musiała się od niego oderwać, bo brakło jej tchu. Po chwili 
palący, słodki ogień wzrósł, a pożądanie sięgnęło zenitu.

Niewiarygodnie   zmysłowe   usta   i dłonie   Johnny’ego   wędrowały   po   ciele   Marcie,   jej 

piersiach, biodrach i pośladkach. Zdjął z niej bluzkę, potem stanik i zaczął łakomie ssać jej piersi, 
rozpinając jednocześnie zamek spódnicy. Zachowywał się jak chłopiec w sklepie ze słodyczami, 
który nie może się zdecydować, jakich łakoci najpierw spróbować.

Marcie kilka razy jęknęła cicho i niecierpliwie. Pomogła mu się rozebrać. Zaprowadziła do 

sypialni, zasypując wilgotnymi, dzikimi pocałunkami. Johnny podniósł ją i delikatnie położył na 
łóżku.

Tak jak przy deserze i kawie przeciągał czas oczekiwania. Dłońmi i ustami doprowadził ją do 

tego, że jęczała z pragnienia. Pożądała go tak rozpaczliwie, że bała się, czy nie zwariuje.

– Zdążymy – zapewnił chrapliwym szeptem. – Mamy całą noc, kochanie, całą noc.
Marcie   niecierpliwie   wyciągnęła   do   niego   ramiona,   uderzając   głową   w coś   miękkiego 

i puszystego.

Johnny wziął misia i zrzucił go z łóżka.
Miś. Prezent   od Clifforda.   Dał go  Marcie,  żeby pamiętała,  jak bardzo  ją kocha.  Jedyny 

podarunek, jaki dostała od mężczyzny, który nie oczekiwał nic w zamian.

To podziałało na nią jak kubeł zimnej wody.
Zaczął ją całować, ale ona odwróciła twarz.

background image

– Nie mogę. – Johnny zamarł.
– Czego nie możesz?
– Kochać się z tobą.
– Złotko, trochę za późno na wyrzuty sumienia. Przecież już się kochamy. – Roześmiał się 

serdecznie, jakby brał to za głupi dowcip.

Marcie odzyskała siły i podniosła się łóżka. Niepewnie trzymając się na nogach, podeszła 

do szafki i pośpiesznie zarzuciła na siebie szlafrok.

– Masz papierosa? – spytała  drżącym  głosem.  Rzuciła palenie, ale teraz chciała zapalić. 

Bardziej niż kiedykolwiek odkąd pozbyła się nałogu.

– Papierosa? – Johnny siedział na brzegu łóżka i drapał się po głowie. – Czy zwykle nie 

robiliśmy tego po wszystkim?

– Już nie palę. – Uświadomiła sobie, że prosiła o papierosa. – To znaczy, czasami palę, kiedy 

jestem bardzo zdenerwowana.

Johnny zanurzył dłonie we włosach.
– Coś mi się tu nie zgadzaMoże mi wyjaśnisz? Do cholery, co się stało?
–   To   długa   historia.  –  Przypomniała   sobie,   że   powinna   mieć   gdzieś   paczkę   salemów. 

Podeszła do kredensu i przeszukała górną szufladkę. W końcu znalazła papierosa.

Trzęsły   jej   się   ręce   i nie   mogła   go   zapalić.   Zaciągnęła   się,   wydmuchnęła   dym   w górę 

i zaczęła tak kaszleć, jakby miała wypluć z siebie wnętrzności.

Poszła do łazienki i wyrzuć zapalonego papierosa do toalety.
– Marcie, kochanie, powiek co się stało?
– Masz prawo być zły. – Weszła do pokoju i podniosła misia. Przycisnęła go do brzucha jak 

tarczą.

– Nie jestem wściekły – zapewnił łagodnie. – Po prostu nie rozumiem.
– Chodzi o Clifforda.
– O Clifforda? – powtórzy’ Johnny, jakby nie był pewien, czy dobrze zapamiętał imię. – 

Twojego nowego chłopaka?

– Tak – kiwnęła głową. – nigdy niczego ode mnie nie chciał. – Jej wzrok pobiegł w stronę 

łóżka, jest miły i dobry...

– Ja też będę dla ciebie dobry kochanie. – Jego słowa były ciężkie od aluzji. – Daj mi tylko 

szansę, a pokażę ci, jak może być dobrze.

– Nie w tym sensie „dobry” – Zdała sobie sprawę, że usiłuje się tłumaczyć. Odgarnęła włosy 

z twarzy. – Clifford nic ode mnie nie chce – powiedziała ostro.

Johnny otworzył szeroko oczy.
– Hej, przecież nie zaprosiłem cię na kolację, żeby...
– Wiem, wiem – przerwała mu – Nie mam pojęcia, jak ci to wytłumaczyć. Jest miły, wierny 

background image

i...

– Cały czas mówisz o Cliffordzie, tak?
– Tak. Nie mogłabym  go zranić tylko  dlatego, że ty się pojawiłeś. – Nadal przyciskała 

pluszowego zwierzaka do brzucha.

Johnny nie odpowiedział.
– Masz prawo być wściekł Nie miałabym ci za złe, gdybyś wyszedł i nie chciał mnie więcej 

widząc – I pewnie tak byłoby najlepiej dla nas obojga.

Johnny milczał dalej. Kompletnie nagi wstał i pozbierał swoje rzeczy.
– Może napilibyśmy się kawy? – zaproponował.
– Kawy?
– Mocnej. Bardzo mocnej.
Pokiwała głową.
Johnny poszedł do łazienki.
– Mógłbym skorzystać z prysznica?
– Oczywiście.
Zamknął   drzwi   od   łazienki,   a Marcie   przypomniało   się,   że   kurek   z ciepłą   wodą   źle   się 

odkręca.

– Nie przejmuj się – wymamrotał, kiedy mu o tym powiedziała. Pocierał dłonią twarz. – 

Gorąca woda nie będzie mi potrzebna.

background image

Rozdział 17.

Murphy zaparkował dżipa na poboczu wyboistej drogi i przestudiował mapę. Trzymał się 

z daleka od głównych arterii, ale nie był na tyle głupi, aby sądzić, że udało im się uciec.

Wysadzając w powietrze zbiornik z paliwem, wywołał zamieszanie, dzięki któremu uratował 

Letty. Kapitan Norte na pewno tego nie zapomni ani nie puści płazem. Ale kapitan Norte był 
najmniejszym zmartwieniem.

Na szyi Murphy’ego zaciskała się pętla. Na szyi Letty również. Ale kapitan i jego banda 

zbirów najpierw będą musieli go znaleźć, a Murphy miał zamiar, jak najbardziej im to utrudnić.

Zorientował się, gdzie się znajdują, złożył mapę i schował do plecaka.
Letty spała niespokojnie u jego boku. Zasnęła dopiero po kilku godzinach. Zmęczenie wzięło 

nad nią górę.

Murphy nie umiał pocieszać kobiet. Nie wiedział, co powiedzieć, żeby się rozchmurzyła, 

więc prawie się nie odzywał. To przez niego Letty omal nie została zgwałcona. Nie mógł sobie 
darować, że ją zostawił. Była naiwna i głupia, ale on zachował się podobnie.

Nie wiedział, jak długo go nie było. Pół godziny, może czterdzieści minut. I w tym czasie 

Letty zdążyła wpakować się w taką kabałę.

Murphy przestał się obwiniać. Było już po wszystkim. Żołnierz, który zaatakował Letty, nie 

żył, a oni byli już daleko od Siguierres.

Letty poruszyła się, usiadła i potarła ręką kark.
– Jak długo spałam?
– Kilka godzin.
Czuł, że na niego patrzy, i że się waha.
– Ja... Myliłam się.
Murphy wrzucił pierwszy bieg.
– Kiedy?
– Powinnam była czekać, jak mi kazałeś. Źle zrobiłam, że za tobą poszłam. Tylko że dziesięć 

godzin to strasznie długo, kiedy się czeka. Usłyszałam strzały i nie wiedziałam, co się z tobą 
stało, i... Nieważne. Popełniłam błąd. To wszystko moja wina i... – zamilkła.

– O ile sobie przypominam, zwolniłaś mnie – zauważył surowo.
– Tego też nie powinnam była robić.
– Racja. – Nie miał zamiaru kłócić się o rzeczy oczywiste. Dostała już porządną nauczkę. – 

Co mi oferujesz, żebym wrócił?

Objęła się ramionami w obronnym geście.
– Nie martw się, tym razem warunki będą inne.
– Czego chcesz?

background image

Wyczuł obawę w jej głosie.
– Jednego i tylko jednego. Będziesz robić to, co ci każę i kiedy każą, bez dyskusji. Jeżeli 

znowu nie posłuchasz, to koniec. Jasne?

Pokiwała głową.
– Dobrze. Skoro to już wyjaśniliśmy, znajdźmy twojego brata i zabierajmy się stąd.
Na drodze były tak głębokie koleiny, że mogłyby w nie wpaść mniejsze zwierzęta. Byli na 

tyle daleko od bitej drogi, że Murphy przestał się niepokoić, że ich znajdą. Zwolnił nieco.

Martwił się o Letty. Nie lubił dużo gadać podczas wykonywania zadania i ucinał wszelkie 

rozmowy. Chociaż podporządkowała się tej zasadzie, wiedział, że korciło ją, żeby pytać. Ale nie 
dzisiaj. Milczenie było najlepszym dowodem, że groźba gwałtu bardzo nią wstrząsnęła.

– Jesteś głodna?
– Trochę.
–  Niedługo   się  zatrzymamy.  –  Gdyby  był   innym  mężczyzną,  wziąłby  ją  w ramiona,  ale 

czułość była mu obca. Nie umiał pocieszać zrozpaczonych kobiet. I był prawie pewien, że w tej 
chwili najmniej potrzebowała i pragnęła dotyku mężczyzny.

– Chciałabym się wykąpać.
Wykąpać? Rany boskie, czego ona się spodziewała? W tej dżungli raczej nie natkną się na 

luksusowy kurort.

Pamiętał z mapy, że w pobliżu było małe jeziorko.
Odkąd  wyjechali   z Hojancha,   cały  czas   pięli   się pod  górę.  Roślinność  stawała   się coraz 

bujniejsza. Teren różnił się zdecydowanie od rozgrzanej, suchej ziemi, którą opuścili dwa dni 
temu.

Murphy znalazł miejsce na zaparkowanie dżipa. Letty skubała śniadanie, a on obszedł jezioro 

dookoła, żeby sprawdzić, czy nie wpakowali się w sam środek okupowanego przez rebeliantów 
terytorium.

– Idź się wykąpać – powiedział, kiedy wrócił. Zdjął kapelusz i otarł ręką pot z czoła.
Letty zawahała się.
– Nikt nie będzie mnie podglądać?
– Nie ma tu żywej duszy.
Podziękowała mu niewyraźnym: uśmiechem i poszła się rozebrać za niskim krzakiem.
Murphy wsiadł do dżipa, odchylił oparcie i usiłował zasnąć. Od ponad trzydziestu godzin był 

na nogach i dawało mu się to we znaki.

Usłyszał plusk wody, kiedy Letty wchodziła do jeziora. W jego umyśle pojawił się obraz jej 

ciała. Walczył zaciekle, by odpędzić wizję. Na próżno.

Wyobrażał sobie jej piersi i mlecznobiałą skórę. Pot wystąpił mu na czoło.
– Murphy...

background image

Zaklął pod nosem.
– Co znowu? – spytał grubiańsko.
– Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale masz może mydło?
Był pewien, że za chwilę poprosi o krem do twarzy i dezodorant. Ugryzł się w język i sięgnął 

do plecaka.

– Chwileczkę. – Wysilił się na uprzejmość.
– Dziękuję. Naprawdę nie cierpię ci przeszkadzać.
Nie miał co do tego wątpliwości. Znalazł mydło i poszedł na brzeg jeziora. Fale uderzały 

zapraszająco   o piaszczysty   brzeg.   Wesoło   szczebiotały   ptaki.   Był   zadowolony,   że   ktoś   jest 
szczęśliwy.

Letty   zanurzyła   się   po   szyję.   Z krystalicznie   czystej   wody   wystawały   białe   jak   mleko 

ramiona. To wystarczyło. Murphy zacisnął zęby ze złości na widok paskudnego siniaka, którego 
nie było widać pod bluzką.

– Rzuć mydło. Złapię. – Wyciągnęła ręce. Przez chwilę Murphy widział jej pełne piersi.
Rzucił mydło w jej stronę, odwrócił się szybko i wrócił do dżipa.
– Woda jest cudowna.
Wymamrotał coś pod nosem. Nie był w nastroju do pogawędek.
– Powinieneś sam się przekonać. Już ci robię miejsce.
Pokusa była silna, o wiele silniejsza, niż powinna. Murphy mógłby być mądrzejszy, ale było 

mu gorąco, czuł się wykończony i potrzebował czegoś. Sam nie wiedział czego.

Zanim zdążył zastanowić się nad tym, co robi, usiadł na piasku i zdjął buty. W rekordowym 

tempie zrzucił z siebie ubranie. Wszedł do wody w samych slipkach.

Oczy Letty z każdym jego krokiem robiły się coraz większe.
– Myślałam, że poczekasz, aż wyjdę.
– Ale nie poczekałem. – Nie wiedział, czego od niego oczekiwała. Zanurzył się do pasa 

i zanurkował. Był pod wodą tak długo, aż poczuł, że za chwilę pękną mu płuca.

Cholera, ale mu było dobrze.
Rozejrzał się i zobaczył, że Letty nie ruszyła się z miejsca.
– Chcesz mydło? – spytała nieśmiało, odwrócona do niego plecami.
– Tak. – Podpłynął do niej i zatrzymał się na tyle daleko, żeby nie czuła się skrępowana. 

Odszukał stopami dno i stanął. Woda sięgała mu do piersi. Letty wyciągnęła kostkę mydła, jakby 
była złota.

– Murphy?
Jej głos był pełen uczucia. Murphy przestał się kontrolować.
– Tak?
– Muszę... ci coś powiedzieć – odezwała się przez ściśnięte gardło.

background image

– Teraz?
– Tak. – Śmiała się i płakała. – Teraz, dopóki jeszcze mam odwagę.
Umysł kobiecy był dla Murphy’ego zagadką. Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego wybrała 

chwilę, kiedy oboje byli prawie nadzy.

– Chcę ci podziękować za to, że uratowałeś mnie przed tymi żołnierzami. – Każde słowo 

wymawiała z trudem.

Miał ochotę wyjaśnić, na czym polega jego rola. Był tu, żeby ją chronić, wwieźć do tego 

kraju i wywieźć tak szybko i bezpiecznie, jak to możliwe. Chyba zapomniała, że nic by się nie 
stało, gdyby oboje robili to, co powinni. To była niezła lekcja.

Otarła mokrą twarz.
– Mógłbyś... czy mógłbyś mnie na chwilkę przytulić? – spytała rozbrajająco.
Nim zdążył zareagować, znalazła się w jego objęciach. Przywarła do niego tak, jakby był liną 

zwisającą nad przepaścią. Jej ręce zacisnęły się wokół szyi Murphy’ego. Ukryła twarz na jego 
ramieniu. Szlochała cicho.

– Byłam taka przerażona.
– Tak. Jasne. – Nie bardzo wiedział, co powiedzieć czy zrobić. Delikatnie poklepał japo 

plecach. Starał się, jak mógł, nie zwracać uwagi na miękkość jej skóry.

– Gdybyś wtedy nie przyszedł...
– Już po wszystkim.
– Chciał mnie zabić – oznajmiła z przekonaniem. – Chciał mnie zgwałcić, a potem udusić. 

Ścisnął mi gardło i nie mogłam oddychać.

– Już po wszystkim, kochanie.
Przywarła do niego. Jej skóra była chłodna i jedwabista. Ciało Letty dotykało jego ciała. 

Murphy nie był z kamienia. Nie mógł nie zauważyć, że jej piersi ocierają się o jego tors, nie mógł 
nie czuć, że jej nogi dotykają jego nóg.

Zacisnął   zęby   i objął   Letty   w talii.   Trzymał   ją   pewnie   i bezpiecznie   w ramionach. 

Potrzebowała jego siły, ochrony i poczucia bezpieczeństwa. Tego w nim szukała.

– Chodź – wyszeptał i pogłaskał japo głowie. – Musimy jechać.
Potaknęła i otarła łzy.
– Będziemy przyjaciółmi?
Wolał nie odpowiadać na to pytanie. Uniosła głowę i ich oczy spotkały się.
– Będziemy przyjaciółmi? – spytała po raz drugi.
Letty Madden i on. Nieprawdopodobne. Miał niewielu przyjaciół. Starannie dobranych. Był 

bronią do wynajęcia. Nie chciał, żeby go traktowała jak błędnego rycerza, dlatego tylko że zabił 
bydlaka, który chciał ją zgwałcić.

– Nie, dziękuję, złotko. Mam już tylu przyjaciół, że się nie wyrobię. – Wiedział, że tymi 

background image

słowami ją dotknie i obrazi, ale nie było innej rady. Przyjechali do Zarcero wykonać zadanie. 
Kiedy skończą, Letty Madden zniknie z jego życia, a on z jej.

Letty odchyliła głowę i wpatrywała się w niego.
– Jesteś okropnym sukinsynem?
– Tak. – Nie mógł zaprzeczyć. – Lepiej o tym pamiętaj.
Szedł w stronę brzegu.
– Czas ruszać w drogę – powiedział stanowczo. – Za pięć minut jedziemy.
Letty wynurzyła się z wody, robiąc więcej hałasu niż czołg. Wzniecała fontanny wody, dając 

upust swojej frustracji, jak przystało na wzgardzoną kobietę.

Murphy szybko się ubrał i miał niezły ubaw, ale skrył uśmiech.
Jego rozbawienie szybko minęło, bo zorientował się, że ktoś ich obserwuje. Nie wiedział 

gdzie ani kto. Jeszcze nie. W ciągu lat pracy miał wykształcony szósty zmysł.

– Letty... – powiedział cicho i spokojnie.
Nie zareagowała.
– Staraj się nie zwracać na siebie uwagi i podejdź do mnie.
Coś   w jego   głosie   musiało   ją   zaalarmować   o niebezpieczeństwie.   Podniosła   ubranie 

i podeszła do niego.

– Ktoś tu jest – wyszeptała. Uśmiechnął się szeroko.
– Tak. Wiem.

background image

Rozdział 18.

Jack Keller wrócił do swojego mieszkania około drugiej w nocy. Wszedł, rzucił klucze na 

stół   i krążył   bez   celu   po   pokoju   stołowym,   pocierając   kark.   Tej   nocy   sprawy   przyjęły 
niespodziewany   obrót.   Miał   Marcie   w garści.   Skomlała   o to,   czego   oboje   pragnęli.   Nagle 
poprosiła o papierosa i zaczęła wymieniać zalety Clifforda.

Jack miał prawo być zły. Kobieta nie może doprowadzać mężczyzny do miejsca, z którego 

nie ma odwrotu, a potem się wycofywać. Marcie właśnie to zrobiła. Był sfrustrowany. Musiał 
spędzić  dziesięć   minut  pod  zimnym   prysznicem,  żeby ochłonąć.   Czuł  się  rozczarowany.  Do 
cholery, pożądał jej. Musiał wypić pół czajnika mocnej kawy, żeby odzyskać jasność umysłu.

Cały czas nie bardzo rozumiał, co jest między Marcie a Cliffordem. Był prawie pewien, że 

nie jest zakochana w hydrauliku. Marcie pragnęła jego i nie miało to nic wspólnego z męską 
próżnością.   Uwielbiał,   jak   na   jego   widok   świeciły   jej   się   oczy.   Jego   dotyk   ją   podniecał 
i fascynował. Była zmysłowa i szczera, co – jak się przekonał – rzadko się zdarzało wśród kobiet. 
Martwił się, bo zrozumiał, że jeśli nie zacznie działać  szybko,  to ją straci. Nie dla jakiegoś 
wyszczekanego prawnika, ale dla hydraulika.

Jack przyznał, że nie doceniał Marcie. Nie darzył jej takim zaufaniem, na jakie zasługiwała. 

Myślał, że łatwo ją będzie zaciągnąć do łóżka. Kolacja, miła pogawędka. Pocałunek. Cholera, 
nawet tyle nie było trzeba. Zanim podano kolację, tak siebie pragnęli, że ledwie mogli usiedzieć 
na krzesłach. Wszystko się zmieniło, kiedy znaleźli się w jej mieszkaniu.

Zanim Marcie odsunęła się od niego, Jack pomyślał, że zaraz ją będzie miał. A tu – nie. No, 

ale zawsze lubił wyzwania. Marcie była kobietą w pełnym tego słowa znaczeniu – i w łóżku, 
i poza nim. Dobrze by było, żeby o tym pamiętał.

Myślał tylko o Marcie i przyjemności, jaka ich czekała. Zawziął się, żeby ją mieć. Do diabła, 

tylko  czy mu  się to uda? Żadna  kobieta przy zdrowych  zmysłach  nie wybrałaby hydraulika 
zamiast niego. Kobiety potrzebowały podniety, przyjemności, przygody. On mógł im to wszystko 
dać.

Co z tego, że Clifford wygrał pierwszą rundę? Rozgrywka dopiero się rozpoczęła. Jack był 

pewien,   że   to   on   będzie   górą,   i,   szczerze   mówiąc,   spodziewał   się,   że   nie   potrwa   to   długo. 
Wystarczy mieć dobry plan i łup należy do niego.

Podniecał się na samą myśl o tym.
Był  zbyt  pobudzony,  żeby zasnąć. Włączył  telewizor  i usiadł przed ekranem.  Nie zdążył 

przelecieć wszystkich kanałów, gdy dzwonek u drzwi zabrzęczał długo i głośno.

– Co u licha? – spojrzał na zegarek. To nie jest pora na wizyty.
Przez wizjer zobaczył dwóch przystojniaczków. Mogliby być bliźniakami, gdyby jeden nie 

był o dobre piętnaście centymetrów wyższy od drugiego. Od obu biła poprawność. Oficjalność. 

background image

Wzniosłość. Ważność.

Wyższy niecierpliwie nacisnął ponownie dzwonek.
Jack nie miał ochoty otwierać. Był podenerwowany i nie miał zamiaru o tak barbarzyńskiej 

porze użerać się z jakimiś dupkami, agentami federalnymi.

Po namyśle uznał, że wcale nie poprawi im nastroju, jeżeli każe im siedzieć całą noc na 

schodach. Z trudem opanował irytację i otworzył drzwi.

– Przepraszamy, że przeszkadzamy o tej porze – powiedział niższy. Wyciągnął identyfikator 

z wewnętrznej kieszeni marynarki i pokazał Kellerowi. Ken Kemper. CIA. Drugi mężczyzna – 
Barry Moser – również pokazał identyfikator.

Jack, niewzruszony, założył ręce i oparł się o framugę drzwi. Czekał.
– Czego panowie ode mnie chcą?
– Musimy zadać panu kilka pytań.
– Teraz? – Jack wymownie spojrzał na zegarek, dając im do zrozumienia, że o tej porze są 

ciekawsze rzeczy do roboty. Ma towarzystwo. Czeka na niego film.

– Możemy zrobić to tutaj albo zabrać pana do miasta – zasugerował Barry monotonnym, 

obojętnym głosem. – Jak pan woli.

W ten sposób dano mu wybór, którego naprawdę nie było. Westchnął głośno i zaprosił ich 

gestem ręki do środka.

– Czujcie się jak u siebie w domu, panowie.
Dwaj agenci weszli do środka. Jednocześnie, jak roboty, usiedli na kanapie.
Jack niechętnie sięgnął po pilota i wyłączył telewizor.
– Rozumiem, że jest pan przyjacielem człowieka, który posługuje się nazwiskiem Murphy.
Jack potarł szczękę i udał głupiego.
– Murphy?
–   Nie   bawmy   się   w kotka   i myszkę   –   powiedział   Kemper   z niecierpliwością.   –   Wiemy 

wszystko o panu, Murphym i Deliverance Company.

– Nie przyszliśmy tu w sprawie tajnej działalności – dodał Moser.
Jack mógłby się założyć.
– Więc po co?
– Gdzie jest Murphy?
– Nie wiem. – Nie było to dalekie od prawdy. Ostatnia wiadomość od niego, to informacja 

nagrana na sekretarce. Dowiedział się z niej, że Murphy jedzie do Zarcero z kobietą o nazwisku 
Madden. I że wcale nie wydawał się zadowolony z tego powodu.

– Nie wie pan, gdzie jest Murphy? – spytał po raz drugi Ken Ważniak.
– Sprawdzali panowie w Boothill w Teksasie?
– Nie ma go –  odpowiedział Moser, potężniejszy. – Tak się dziwnie składa, że nie ma też 

background image

Letty Madden.

– Letty jak? – Jack udawał głupiego. Co nie było wcale trudne. Na starość spowolniał i stał 

się beztroski. Idiotyczne wpadki. Nauczył się niegdyś, że za pomyłki płaci się życiem. Ci dwaj 
mężczyźni siedzieli w pobliżu mieszkania i czekali na jego powrót. A on ich nie zauważył.

– Letty Madden – powtórzył Barry. – Jest urzędniczką na poczcie w Boothill.
– Nie słyszałem o niej.
Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia, ale nie sprzeczali się z nim.
– Nie sądzi pan, że to co najmniej dziwne, że tych dwoje zniknęło w tym samym czasie?
Jack wstrzymał się z odpowiedzią przez kilka pełnych napięcia chwil.
– Myśli pan, że Murphy ją porwał? Jeżeli tak, to sprawą powinno się zająć FBI.
Mężczyźni zbyli tę sugestię milczeniem.
– Słyszał pan kiedyś o Zarcero? – spytał znowu Ken.
Jack udawał, że waży w myślach nazwę. Potem odezwał się jak uczniak, który odrobił pracę 

domową:

– Jest to kraj w Ameryce Środkowej, który przeżywa zamach stanu, tak?
– Brat Letty, Luke Madden, pracował w Zarcero jako misjonarz.
Obaj mężczyźni oczekiwali jakiejś reakcji. Jack nie zareagował.
– Z tego, co wiemy, panna Madden uparła się, żeby odnaleźć brata. Jest na tyle zawzięta, że 

mogła zlekceważyć oficjalne rady i pojechać na poszukiwanie brata.

– Czy to przestępstwo?
– Zależy, do czego się posunie.
Jack głośno stłumił ziewnięcie. Miał nadzieję, że ci dwaj zrozumieją aluzję. Nie wyciągną od 

niego żadnej informacji. Nawet jeżeli miałby coś do zaoferowania, nie podzieliłby się tajemnicą 
z agentami CIA.

– Co to wszystko ma wspólnego z Murphym? – Udawał, że ta rozmowa go męczy.
Agenci  nie za  bardzo kwapili  się,  żeby mu  odpowiedzieć.  Najwyraźniej  woleli  zadawać 

pytania.

– Jesteśmy przekonani, że panna Madden zatrudniła pańskiego przyjaciela, żeby pomógł jej 

odnaleźć brata.

– Naprawdę? – Jack uniósł brwi. Udawał, że po raz pierwszy słyszy tę wiadomość. – Panom 

się wydaje, że urzędniczka pocztowa może sobie pozwolić na usługi Deliverance Company?

– Nie Deliverance Company – poinformował go zdegustowany Kemper, niższy. – Jesteśmy 

przekonani, że zatrudniła Murphy’ego.

–   Po   co   miałaby   to   robić,   skoro   wystarczyło,   żeby   skontaktowała   się   z ludźmi 

z Departamentu Stanu, którzy z pewnością byli gotowi jej pomóc? Przecież Departament Stanu 
chętnie   udzieliłby   wsparcia   zrozpaczonej   kobiecie,   która   chce   odnaleźć   zaginionego   brata. 

background image

Gdybyście   tylko   nałożyli   jakieś   sankcje   i wykazali   się   odrobiną   dyplomacji,   Luke   Madden 
wróciłby   do   domu,   śpiewając   hymny   pochwalne   na   cześć   demokracji.   Alleluja,   bracia!   – 
zaśpiewał, wznosząc ręce nad głowę i machając dłońmi.

Mężczyźni nie byli rozbawieni tym przedstawieniem.

–   Słyszał   pan   kiedyś   o Siguierres?   –   Kemper   przesunął   się   na   kanapie,   zmniejszając 

odległość między nimi.

– Siguierres – powtórzył Jack i absolutnie szczerze zaprzeczył ruchem głowy.
– Dostaliśmy wiadomość, że doszło tam do wybuchu.
– Zbiornik na paliwo – uzupełnił drugi.
– Robota jest podejrzanie podobna do wyczynów pańskiego kolegi, Murphy’ego.
– Czy to prawda? – Jack powstrzymał uśmiech i leniwie oparł się na krześle, a ręce podłożył 

sobie pod głowę

– Nie wiemy, czy pański kumpel utrzymuje z panem kontakt – oznajmił sztywno Ken i wstał. 

Barry zrobił to samo. – Ale jeżeli tak, mamy dla niego pewne informacje.

– Co panów skłania do przypuszczenia, że Murphy się ze mną skontaktuje?
– Może to, że jesteście siebie warci – rzucił wyższy.
– Z tego, co wiem, Murphy pewnie łowi ryby w Zatoce Meksykańskiej. – Jack wzruszył 

ramionami,   jakby   dając   im   do   zrozumienia,   że   zajęcia   jego   przyjaciela   pozostają   dla   niego 
tajemnicą.

– Jeżeli Murphy się do pana odezwie, proszę mu powiedzieć, że tym razem posunął się za 

daleko.

– Chwileczkę – powiedział Jack i wstał z krzesła. Podszedł do stolika i wyjął kartkę i pióro. – 

Jeszcze raz. Jak pan powiedział? Muszę być pewny, że dobrze zapamiętałem. Nie chciałbym źle 
przekazać tak ważnej informacji. „Posunął się za daleko?” To mam mu powtórzyć? Czy coś 
jeszcze, koledzy?

Mężczyźni popatrzyli na niego i wyszli bez słowa.
Jack zamknął za nimi drzwi, zmagając się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Kumpel zalazł im 

chyba za skórę. Jack zastanawiał się, w co też mógł wpakować się Murphy. Wyglądało na to, że 
radzi sobie całkiem nieźle.

background image

Rozdział 19.

Nie ruszaj się – polecił Murphy stanowczym szeptem. Sam zaczaił się za dżipem. – Nawet 

nie oddychaj. Pokiwała głową. Była spięta. Miała serce w gardle. Wydawało się, że nawet ptaki 
na drzewach umilkły. Wokół panował dziwny bezruch. Murphy wyjął broń i starannie namierzył 
cel.

Letty ukucnęła za samochodem i usiłowała myśleć trzeźwo. Zmysły miała tak wyostrzone, że 

najmniejszy nawet szmer wydawał jej się hukiem. Między drzewami przeleciała purpurowa ara. 
Jej   kolorowe   skrzydła   odbijały   się   na   tle   błękitnego   nieba   i bujnej   zieleni   dżungli.   Ptaki 
nawoływały   się   głośnym   śpiewem,   kontrastującym   z panującą   ciszą.   Grube   zielone   liście 
falowały   i powiewały   na   wietrze.   Dzień   był   nieopisanie   piękny.   I pełen   śmiertelnych 
niebezpieczeństw.   Dźwięki   pasowały   do   siebie   jak   części   skomplikowanych   puzzli,   które 
w umyśle Letty tworzyły całość. Nie pasował tylko jeden dźwięk: ściszone głosy.

Letty zamarła. Nie ruszała się, nie oddychała, nie wydała najmniejszego odgłosu. Murphy 

stał tuż przy niej. On też usłyszał to samo i skierował broń tam, skąd dochodził dźwięk. Letty 
przyjrzała mu się. Wiedziała, że rozważał, jakie mają szansę na ucieczkę i jaki mają wybór. 
Ucieczka albo walka.

Letty doskonale zdawała sobie sprawę, co się z nią stanie, jeżeli ich złapią. Przekonała się 

zeszłej nocy, do czego są zdolni rebelianci. Ze strachu nie była w stanie trzeźwo myśleć, ale była 
na tyle przytomna, żeby szeptać słowa modlitwy. Jeżeli ma umrzeć, wolała, żeby stało się to 
szybko. Nie tyle bała się samej śmierci, co procesu umierania.

Przeanalizowała sytuację i zrozumiała, że nie ma szansy na ucieczkę. Utknęli nad jeziorem 

i nie mieli odwrotu. Każdy żołnierz – a nie wiadomo, ilu się tam ukrywa – z pewnością jest 
uzbrojony po zęby. Murphy będzie się bronił, dopóki da radę, ale jeden człowiek niewiele może 
zdziałać. Ona w żaden sposób nie mogła mu pomóc. Sobie też nie.

Zaschło   jej   w gardle   i nie   mogła   przełknąć   śliny.   Pomyślała   o Luke’u   i o swoim   ojcu. 

O babci. Jej umysł był zadziwiająco sprawny, trzeźwy i jasny.

Nagle   w napiętej   ciszy   rozległ   się   stłumiony   szloch,   podobny   do   płaczu   dziecka. 

Przerażonego i zagubionego.

– Murphy. – Niezdarnie starała się ubrać. Jakoś wciągnęła sukienkę przez głowę i wsunęła 

ręce w rękawy. – To dziecko.

–  Słyszałem.  –  Ale  nadal  trzymał  broń  wycelowaną   i gotową  do strzału.  –  Wychodź!  – 

zawołał po hiszpańsku.

Letty   zmrużyła   oczy.   Biedactwo   było   przerażone.   Groźny   głos   Murphy’ego   nikogo   nie 

zachęciłby do wyjścia z ukrycia.

–   Nie   zrobimy   ci   krzywdy   –   dodała   Letty   łagodniej,   także   po   hiszpańsku.   –   Jesteś 

background image

bezpieczny.

Po   tych   słowach   ich   oczom   ukazała   się   śniada   dziewczynka,   na   oko   dwunastoletnia. 

Trzymała na ręku niemowlę. Wyszła na polanę, bosa, w porwanym ubraniu. Przypatrywała się 
Letty dużymi brązowymi oczami. Miała pusty, zmęczony i wystraszony wzrok.

– Boże święty – wyszeptał Murphy, kiedy z krzaków po kolei wyłoniło się czworo dzieci. Na 

oko miały od pięciu do dziesięciu lat.

Były przerażone. Drżały i dygotały. Zbiły się w gromadkę, niepewne, co je czeka.
Murphy zadał im kilka pytań, ale najwyraźniej były zbyt przestraszone, żeby odpowiadać.
Letty wyszła zza dżipa. Murphy wciągnął spodnie i poszedł za nią.
– Gdzie są wasi rodzice? – spytała Letty najstarszą dziewczynkę.
Młodszy   chłopiec,   na   oko   pięcioletni,   zaczął   szlochać.   Dziewczynka,   która   trzymała 

niemowlę, położyła opiekuńczo dłoń na jego ramieniu.

– Nie wiemy.
– Jak się nazywacie? – spytał Murphy.
Letty   zgromiła   go   spojrzeniem.   I bez   jego   krzyku   dzieci   były   porządnie   przestraszone. 

Najstarsza dziewczynka przedstawiła się jako Maria. Jej bracia nazywali się: Vincente, Esteban, 
Rico, Dario, a niemowlę – Pablo.

–   Przyszli   żołnierze   –   wytłumaczył   Vincente.   Z jego   ciemnych   oczu   biła   rezygnacja 

i nieufność. – Napadli na naszą wioskę wcześnie rano. Mama nas obudziła i pomogła nam uciec 
przez okno... Powiedziała, żebyśmy pobiegli i schowali się w dżungli. Tak zrobiliśmy.

– Potem usłyszeliśmy strzały.
– Kiedy żołnierze poszli – powiedziała szeptem Maria. Jej oczy błyszczały z przerażenia na 

wspomnienie tego, co się stało – wróciliśmy, ale w wiosce nikogo nie było.

– Wszystkie domy były puste.
– Znaleźliśmy tylko Carlosa, Juana i Ernesto. Nie żyli. – Vincente, który nie miał więcej niż 

jedenaście   lat,   wyprostował   plecy,   jakby   chciał   przez   to   powiedzieć,   że   gdyby   on   tam   był, 
pomógłby   uratować   mężczyzn.   Letty   uderzyło   to,   że   chłopak   beznamiętnie   wyliczył   trzech 
zabitych. Wyglądało na to, że żołnierze mieli w zwyczaju plądrować wioskę. Podobne zdarzenia 
były na porządku dziennym.

–   Pochowaliśmy   ich   najlepiej,   jak   umieliśmy.   –   Maria   zabawiała   małego   braciszka, 

podrzucając go delikatnie na biodrze.

– Nikogo nie było? – spytała Letty. – Dokąd mogli ich zabrać żołnierze? – Spojrzała na 

Murphy’ego,   oczekując   odpowiedzi.   Miał   doświadczenie.   Na   pewno   wie,   co   robić.   Dzieci 
również zwróciły się ku niemu w oczekiwaniu.

Wzruszył ramionami, jakby to wszystko było dla niego tak samo zagadkowe, jak dla nich.
– Na ogół interesują ich tylko mężczyźni.

background image

– Dlaczego? – Letty zorientowała się, że Murphy nie udzieli odpowiedzi. Żadna odpowiedź 

nie nadawała się dla dzieci.

– Kiedy to się stało? – Murphy nie zwrócił uwagi na jej dociekliwość.
– Trzy dni temu.
– Trzy dni! – krzyknęła Letty. Nic dziwnego, że dzieci były tak wycieńczone. – Pewnie 

umieracie   z głodu.   –   Nie   czekając   na   pozwolenie   Murphy’ego,   zabrała   niemowlę   z ramion 
dziewczynki i ułożyła sobie w ramionach. – Kiedy ostatni raz to dziecko coś jadło?

Słysząc   o jedzeniu,   dzieci   otoczyły   ją   jak   pisklęta,   chroniące   się   przed   burzą.   Letty 

podejrzewała, że Murphy’emu się to nie spodoba, ale nie okazał niezadowolenia. Nie sprzeciwił 
się, kiedy wyjęła ich skromne zapasy.

Dzieci jadły jak zwierzątka. Wpychały, co mogły, do ust i do kieszeni. Letty patrzyła na nie 

z bólem   serca.   Chciałaby   móc   dać   im   więcej.   Kiedy   skończyły,   podziękowały   jej   bladymi, 
żałosnymi uśmiechami.

Murphy   nie   przestawał   zasypywać   dzieciaków   pytaniami.   Chciał   wyciągnąć   z nich   jak 

najwięcej informacji. W końcu Letty spojrzeniem dała mu znać, żeby przestał. Te biedactwa 
wycierpiały już wystarczająco dużo.

Pomogła im się umyć i uczesać. Przez cały czas zastanawiała się, co zrobić. Nie mogli zabrać 

całej  szóstki do San Paulo. Zbyt  duże ryzyko.  Przede wszystkim  powinna myśleć  o Luke’u. 
Chciała poradzić się Murphy’ego, ale siedział z dala i studiował mapę.

– Vincente! – zawołał po chwili Murphy.
Letty spojrzała na Murphy’ego. Siedział po turecku na piasku. Wokół niego cisnęły się Maria 

i czwórka chłopców. Letty kąpała niemowlaka. Przypatrywała się dziewczynce, która patykiem 
rysowała plan na ziemi. Od czasu do czasu kiwała głową, odpowiadając na pytania Murphy’ego. 
Chłopcy dodawali jakieś szczegóły.

Letty nie mogła zorientować się, o czym rozmawiają. Wiedziała, że dzieci się zgubiły. Od 

kilku dni chodzą, szukając miasteczka, w której mieszka ich babka.

– Mama kazała nam iść do babci. – Maria powstrzymywała łzy. – Babcia będzie wiedziała, 

co robić.

Letty   podeszła   do   gromadki.   Położyła   rękę   na   chudziutkich   ramionkach   dziewczynki 

i odgarnęła jej włosy z czoła. To dziecko, w dodatku dziewczynka, musiała dźwigać ciężar troski 
o pięcioro rodzeństwa.

– Wszystko będzie dobrze. – Letty modliła się, żeby to była prawda.
Dziewczynka uśmiechnęła się blado i pokiwała głową.
Letty oderwała się od dzieci i zwróciła do Murphy’ego. Niemowlę przywarło do jej biodra, 

zupełnie jakby spędziło tam większość życia.

– Co zrobimy? – spytała. – Nie możemy zabrać ze sobą dzieci. To zbyt niebezpieczne.

background image

Ich oczy spotkały się.
– To prawda.
– Ale nie możemy ich tutaj zostawić. One zabłądziły. Przymierają głodem i są śmiertelnie 

przerażone.

– Luke... Myślę, że nie wytrzyma długo. – Chciała, żeby Murphy znalazł odpowiedź, wsparł 

ją, ale on tego nie zrobił.

– To twoja sprawa – oświadczył stanowczo.
– Moja sprawa. – Letty chciała jakoś zrzucić z siebie ten ciężar. Chodziło o życie jej brata. 

Ale nie mogła zostawić własnemu losowi sześciorga dzieci.

Murphy przyglądał się jej.
– Jesteś gotowa?
– Gotowa? – Letty spojrzała na dzieci. Dawał jej mało czasu na podjęcie najważniejszej 

decyzji w życiu.

– Nie możemy debatować nad tym cały dzień. Zdecyduj się.
Zwróciła twarz ku niebu, wystawiając jaku promieniom słonecznym.
Prawie nieświadomie objęła niemowlaka ramionami. Wydał jej się niesamowicie ciężki.
Murphy nadal się jej przypatrywał.
– Co postanowiłaś?
– Luke jest moim bratem. – Rozpłakała się. Potem jej wzrok padł na pięciu chłopców, braci 

Marii. Ciężar odpowiedzialności sprawił, że wyglądała o wiele doroślej niż w rzeczywistości. 
Dwunastolatka musiała troszczyć się o to, by przeżyli.

– W porządku, jedziemy bez nich – zdecydował Murphy i ruszył w stronę dżipa.
– Poczekaj! – Letty zagryzła dolną wargę. Nie mogła tego zrobić. Murphy przystanął.
– Odwieziemy dzieci do babci.
– Ty jesteś szefem. – Delikatny ruch jego warg mógł być uśmiechem aprobaty, ale jeżeli 

chodzi   o Murphy’ego,   Letty   niczego   nie   była   pewna.   Był   najbardziej   skomplikowanym 
mężczyzną, jakiego znała.

Murphy oszacował, że Questo, miasteczko, którego szukały dzieci, jest oddalone od jeziora 

o jakieś dwadzieścia pięć kilometrów. Biorąc pod uwagę stan tamtejszych dróg, Letty liczyła się 
z tym,  że podróż zabierze  im większą część dnia. Co oznaczało  późniejszy przyjazd do San 
Paulo.

– Tego oczekiwałby ode mnie Luke. – Wsiadła do dżipa. Wiedziała, że to prawda, ale wcale 

nie było jej łatwiej podjąć decyzję. Była przekonana, że Luke jest bliski śmierci. Nie mogła 
jednak zostawić dzieci własnemu losowi, skoro była w stanie im pomóc.

Murphy   wsadził   do   dżipa   dwóch   mniejszych   chłopców.   Ulokował   ich   pomiędzy   Letty 

a Marią. Starsi jechali na masce i pokazywali, skąd przyszli.

background image

Wyczerpane niemowlę spało w ramionach Letty. Oparło główkę w pobliżu jej serca, a tłuste 

łapki przycisnęło do jej piersi. Trzymanie dziecka sprawiało Letcie dziwną przyjemność. Kochała 
dzieci, ale nie myślała o tym, by zostać matką. Powściągliwość w tej kwestii wiązała się chyba 
z jej własną matką i nieudanym małżeństwem rodziców.

Zresztą nie znalazła jeszcze odpowiedniego mężczyzny.
Oczywiście, był Slim. Oświadczał się jej średnio co pół roku i był nad wyraz wyrozumiały. 

Wiedziała, że prędzej czy później wyjdzie za mąż, ale nie spieszyło jej się.

Letty bezwiednie spojrzała na Murphy’ego. Nie miała pojęcia, jak udawało mu się prowadzić 

dżipa z dwoma chłopcami na masce, ale robił to doskonale. Biedne dzieciaki czuły się bardzo 
ważne z tego powodu, że siedziały na tak szczególnym miejscu.

Murphy najwidoczniej poczuł na sobie wzrok Letty, bo spojrzał w jej stronę. Nie uśmiechnął 

się.   Chyba   nie   należał   do   mężczyzn,   którzy   robili   to   często.   Na   swój   sposób   dał   jej   do 
zrozumienia, że pochwala decyzję.

Letty   poczuła   przypływ   tajemniczego   ciepła.   Miała   poczucie   spełnionego   obowiązku 

i spokoju.   I czułości.   Była   z mężczyzną,   najemnikiem,   w gęstej   dżungli   w Zarcero.   Trzymała 
w ramionach dziecko. I nigdy nie czuła się lepiej. Pocałowała niemowlę w pulchny policzek, 
uśmiechnęła się łagodnie do Murphy’ego i odwróciła wzrok. Nie krył, że nie przepada za nią, 
i odrzucał   jej   przyjaźń.   Utrzymywał   ogromny   dystans   emocjonalny   w stosunku   do   niej   i do 
każdego. Mimo to zasługiwał na szacunek. Wrócił po nią, chociaż  go zwolniła. Przytulał  ją 
i pocieszał.

Murphy nie chciał jej za przyjaciela, ale ona zaczynała myśleć o nim w tych kategoriach. Był 

chyba najlepszym przyjacielem, jakiego miała.

Boczne   drogi   były   w opłakanym   stanie.   Dżip   podskakiwał   na   wyboistej   szosie.   Będą 

potrzebować całego dnia i pewnie jeszcze pół nocy, żeby pokonać pięćdziesiąt kilometrów.

Po południu, kiedy słońce znajdowało się dokładnie nad ich głowami i upał był najgorszy, 

zatrzymali się, żeby odpocząć. Dzieci były wyczerpane i kaprysiły. Cała ósemka zjadła wspólnie 
posiłek,   przeznaczony   dla   dwóch   dorosłych   osób.   Potem   położyli   się   w cieniu   rozłożystego 
drzewa. Letty z dziećmi wyciągnęła się na chłodnej trawie. Maluchy od razu zasnęły.

Murphy usiadł z daleka od niej i oparł się o pień drzewa. Na kolanach trzymał broń.
Letty zorientowała się, że mu się przygląda. Fascynował ją każdy aspekt jego osobowości. 

Był grubiański i niecierpliwy, ale czasem zaskakująco troskliwy.

Nie uważała go za przystojnego. Był zbyt szorstki, zbyt wielki. Z kilkudniowym zarostem 

wyglądał jak bywalec teksańskiej tawerny. Może dlatego wybrał Teksas na swoją siedzibę.

– Kiedy ostatnio spałeś?
– Nie pamiętam.
Wstała i podeszła do niego.

background image

– Jeżeli chcesz, ja będę czuwać, a ty odpocznij.
– Miło z twojej strony, ale dziękuję.
– Jak myślisz, ile jeszcze do Questo?
– Cztery, może pięć godzin. Chyba szybciej byłoby pieszo.
Usiadła na trawie obok niego i skrzyżowała nogi.
– Dlaczego Teksas?
– Teksas?
–   Dlaczego   zdecydowałeś   się   zamieszkać   w Teksasie,   jeśli   mogłeś   wybrać   każde   inne 

miejsce na świecie?

Odwrócił od niej wzrok i odpowiedział niechętnie.
– Bo to dom.
– Urodziłeś się i wychowałeś w Boothill?
Zaskoczył ją. Spędziła tam większość życia i myślała, że zna wszystkich.
– Nie.
– Ale kupiłeś tam posiadłość.– Opowiedział dopiero po długiej chwili.
– Te tysiąc akrów należało kiedyś do mojego dziadka – wymruczał, jakby nie był pewny, czy 

powinien jej wyjawiać aż tyle.

– Pana Whiteheada? – Pokręcił przecząco głową.
–   O wiele   wcześniej   przed   Whiteheadem.   Mój   dziad   stracił   farmę   w czasie   kryzysu,   na 

początku lat trzydziestych. Chciałem mu ją odkupić. To chyba nie brzmi zbyt sensownie, bo już 
dawno nie żyje. Nawet dokładnie nie pamiętam ile lat.

–   Dobrze   się   stało.   Dzięki   twojemu   dziadkowi   trafiłam   na   ciebie.   Luke   też   będzie   mu 

wdzięczny, kiedy już wywieziemy go z Zarcero.

– Nie mów hop, póki nie przeskoczysz. Jeszcze go nie znaleźliśmy.
– Ale znajdziemy – powiedziała z pewnością w głosie.
– Masz rozpięty guzik. – Murphy wskazał ręką jej sukienkę.
– Tak? – Spojrzała na mały dekolt, utworzony przez rozpięcie. Celowo nie zapięła guzika, 

żeby chłodził ją wiaterek.

– Kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem, byłaś pozapinana po sam czubek nosa.
– Śmieszny jesteś.
Nie odpowiedział. Wiedziała, że mówi prawdę. Sama zauważyła, że przestała się przy nim 

pilnować.

– Jest za gorąco, żeby się zapinać. – Miała nadzieję, że takie wyjaśnienie wystarczy. Była 

w błędzie.

– Nie jest bardziej gorąco niż w Boothill w sierpniu.
Zagryzła wargi. Ku jej zaskoczeniu Murphy ryknął śmiechem.

background image

– Co cię tak śmieszy, jeżeli można wiedzieć?
– Ty. Cholera, kobieto, przecież się kochaliśmy. Wyluzuj się trochę?
Zamrugała oczami. Była wściekła, że Murphy oznajmił to przy dzieciach, nawet jeśli spały.
Zagotowało się w niej z oburzenia.
–   Chciałabym   ci   przypomnieć,   że   nasza   jedna   i jedyna   wspólna   noc   była   ceną,   jaką 

zapłaciłam za twoje usługi i niczym więcej.

Murphy zerwał źdźbło trawy i zaczął je od niechcenia żuć. Była pewna, że zdziwiła go jej 

reakcja. Nie była zachwycona, że stała się obiektem jego kpin.

– Byłaby z ciebie niezła laska, gdybyś tylko dała sobie szansę.
–   Chcesz   powiedzieć,   gdybym   zadzierała   spódnicę   przed   tobą   czy   każdym   napalonym 

facetem, któremu wpadnę w oko? – wyrzuciła z siebie z wściekłością.

– Nie – odburknął. – Mówię o jednym facecie. A tak w ogóle, to co z tobą jest nie tak? 

Widziałem,   jak   przytulasz   to   niemowlę.   Dobrze   ci   z tym.   Już   dawno   powinnaś   mieć   męża 
i wychowywać gromadkę dzieci.

– Nie mam zamiaru omawiać z tobą życiowych planów.
– I z nikim innym, jak przypuszczam. – Od niechcenia żuł trawę, jakby nie obchodziło go nic 

na tym świecie.

Wszystko   zepsuł.   Cieszyła   się   tą   chwilą   spokoju,   tą   miłą   przerwą,   a on   musiał   ją 

zdenerwować. Udało mu się. Miała ochotę wstać i wymierzyć mu policzek, ale właśnie tego się 
po niej spodziewał. A może tego chciał. Upór sprawił, że się nie ruszyła.

– Jak było? – Jego głos nabrał zmysłowości. – Kiedy się kochaliśmy?
Letty poczuła, że zalewa ją rumieniec po samą szyję, jak fala powodziowa, podchodząca pod 

wały.

– Mogę pana zapewnić, panie Murphy, że to nie było kochanie się, tylko seks.
– Dobra. I jak ten seks?
Najwyraźniej   nie   miał   zamiaru   kłócić   się   o słowa.   Letty   bezwiednie   zaczęła   garściami 

wyrywać trawę. Oddychała głośno i z trudem. Murphy zachichotał lekko.

– Dobrze było, prawda?
– Słucham?
– Popatrz na siebie. Jesteś rozpalona od samego myślenia o tym. – Najwyraźniej bardzo go 

bawiło, że Letty czuje się niezręcznie.

– Moglibyśmy zmienić temat? – spytała.
– Dlaczego? Bardzo mi się podoba nasza rozmowa. Było ci dobrze. Do diabła, złotko, nie ma 

w tym nic złego. Mnie też było dobrze.

Ich oczy spotkały się.
– Tak?

background image

– O ile pamiętam. – Podrapał się w głowę i zmarszczył czoło. – Nie miewam problemów 

z pamięcią. Albo byłaś najlepszą sztuką, jaka mi się trafiła od lat, albo było tak potwornie, że 
o tym zapomniałem.

Letty miała dość. Zerwała się na równe nogi i zacisnęła pięści.
– Jesteś najbardziej odrażającym i wulgarnym mężczyzną, jakiego znamZa każdym razem, 

kiedy zaczynam wierzyć, że potrafisz być szlachetnym i dobrym człowiekiem, robisz wszystko, 
żeby udowodnić, że jest inaczej.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Dobrze ci zrobi, jeżeli to sobie zapamiętasz.
– Nie martw się. Zapamiętam.

background image

Rozdział 20.

Marcie  ubrana w białe bawełniane  spodnie i niebieską  koszulkę marynarską  wypatrywała 

przez okno samochodu Clifforda. Zabierał ją dzisiaj na mecz koszykówki. Spodziewała się go 
lada moment.

Przez telefon usłyszała wahanie w jego głosie, jakby spodziewał się, że wreszcie powie mu 

coś, czego nie chciał usłyszeć. Obiecała, że będzie gotowa na czas. I była. Ciałem. Ale duchem 
odpłynęła całkiem gdzie indziej. Po raz pierwszy, odkąd zaczęła się spotykać z Cliffordem, nie 
cieszyła się, że go zobaczy.

Potrzebowała czasu, żeby zastanowić się, co zaszło między nią i Johnnym. Przemyśleć swoje 

uczucia do niego. Pewnie jest wściekły, że go spławiła. Nie promieniał ze szczęścia, ale i nie 
wrzeszczał.   Usiadł   przy   kuchennym   stole   i zaczął   z nią   rozmawiać.   Opowiedziała   mu 
o Cliffordzie, a on wysłuchał i zrozumiał.

Przed wyjściem pocałował ją delikatnie. Pocałunek był  niemal braterski, ale niezupełnie. 

Trwał zbyt długo, żeby można go było uznać za przejaw przyjacielskiego uczucia. Niósł ze sobą 
cień obietnicy. Dlatego nie mogła zasnąć przez całą noc. Z powodu obietnicy. Bo kiedy Johnny 
coś obiecuje, dotrzymuje słowa.

Przez   to   wszystko   cały   dzień   był   dla   Marcie   pasmem   porażek.   Nie   wiadomo   dlaczego, 

farbowane   na   kasztanowo   włosy   pani   Hampton   stały   się   wściekle   rude.   Pani   Hampton, 
długoletnia klientka, była wściekła. Wściekły się również trzy następne klientki, które musiały 
czekać, aż Marcie stonuje kolor włosów starszej pani.

Marcie   wiedziała,   że   wszystkie   kłopoty   były   spowodowane   tym,   co   zaszło   między   nią 

a Johnnym. Myślała, że jest dość silna, by mu się oprzeć. Ale nie była. Wydawało jej się, że 
wspólna kolacja jak za „starych dobrych czasów” nie jest niebezpieczna. Ale była.

Tak bardzo go pragnęła, że nie potrzebował wiele czasu, żeby zaciągnąć ją do łóżka. Była 

przybita tym, że wiedziała, co się stanie, jak tylko zamówili posiłek. I, cholera, prawie do tego 
doszło. Przerwała grę, ale było to najtrudniejsze, co przyszło jej w życiu zrobić. Pragnęła go. 
Kochała go. Johnny nie musiał się wysilać, żeby wróciła do dawnego zwyczaju zadowalania 
mężczyzn.

Zza   rogu   wyjechał   wielki   ford   Clifforda   i zatrzymał   się   przed   blokiem   Marcie.   Wzięła 

torebkę i podeszła do drzwi.

Clifford szedł alejką. Przystanął, kiedy ją zobaczył.
– Ładnie wyglądasz. – Pochylił się, żeby pocałować Marcie. Zrobił to trochę niezdarnie. Jego 

usta musnęły krawędź jej warg i policzek.

Clifford był postawnym mężczyzną – wysokim i krzepkim, ale nie grubym. Miał na sobie 

strój do gry w kosza i ochraniacze. Na plecach bluzy w niebieskie pasy duże czerwone litery 

background image

tworzyły napis „Hydraulicy Kansas”.

Spod   czapki   wystawał   mu   kosmyk   gęstych,   niesfornych   włosów.   Marcie   stwierdziła,   że 

należałoby je przystrzyc.  Tak się właśnie poznali.  Któregoś  późnego piątkowego popołudnia 
Clifford zjawił się w salonie fryzjerskim. Chciał się ostrzyc. Jego fryzjer przeszedł na emeryturę, 
a on nie mógł znaleźć innego w pobliżu. Marcie miała już zamykać, ale go przyjęła.

Na fotelu w salonie piękności czuł się nieswojo, więc Marcie zagadywała go, żeby się nieco 

odprężył.  Była  zaskoczona, kiedy zaprosił ją na kolację. Zastanawiała się, czy nie zaskoczył 
samego  siebie.  Zaproszenie  wypowiedział  w niezwykłej  formie.  „Nie sądzę, żeby miała  pani 
ochotę wybrać się ze mną na kolację?” Był chyba zaskoczony i zadowolony, kiedy się zgodziła.

Wkrótce   zaczęli   się   spotykać   regularnie.   Clifford   był   inny   niż   mężczyźni,   z którymi 

umawiała się do tej pory. Nie był słodki ani skomplikowany. Nie miała wielkiego doświadczenia 
z robotnikami. Clifford był normalnym miłym facetem.

– Jak się udała kolacja z przyjacielem? – spytał od niechcenia, prawie obojętnie.
Marcie nie była głupia. Zaniepokoiła go randką z Johnnym.
– Dobrze. – Chciała uciąć rozmowni uniknąć pytań. Przecież nie mogła mu powiedzieć, że 

była tak napalona na Johnny’ego, że prawie zdarła z siebie ubranie, bo tak jej się śpieszyło, żeby 
się z nim kochać.

– Dokąd poszliście?
Miała nadzieję, że o to nie spyta. Westchnęła w duchu. Restauracja „U Cattlemana” była 

jedną z najdroższych w mieście. Chciała skłamać albo powiedzieć, że nie pamięta. Pokusa była 
silna,   ale   na   początku   ich   związku   obiecała   sobie,   że   nigdy   go   nie   okłamie   ani   nie   będzie 
naciągać faktów.

Prawda była  zadziwiająco elastyczna. Marcie czasami mogłaby ją naciągnąć do księżyca 

i z powrotem, nie mrugnąwszy powieką. Ale już z tym skończyła.

– „U Cattlemana”.
Clifford gwizdnął cicho.
– Twój przyjaciel musi być bogaty.
– Chyba tak.
– A jakie jedzenie?
Spodziewała się, że Clifford będzie ciekawy. To całkiem naturalne. Nie była jednak gotowa 

na krzyżowy ogień pytań, jak w sądzie. Wahała się odrobinę za długo, bo spytał ponownie:

– Pytałem o jedzenie. Dobre?
Mówiąc prawdę, przełknęła tylko parę kęsów.
– Przepyszne.
–   Tak   mówią.   Słyszałem,   że   filiżanka   kawy   kosztuje   tam   co   najmniej   pięć   dolców.   – 

Otworzył jej drzwi samochodu, a ponieważ stopnie były wysokie, podał jej ramię.

background image

Okrążył samochód i usiadł obok niej w kabinie. Włączył silnik, patrząc prosto przed siebie. 

Nagle oznajmił:

– Ja nigdy nie będę bogaty, Marcie.
– Johnny jest tylko moim przyjacielem – wymruczała i natychmiast poczuła się winna, bo 

Johnny był dla niej kimś więcej niż kumplem. Powiedziała tak, bo nie chciała zranić Clifforda, 
ale wiedziała, że już to zrobiła.

– Długo go znasz? – spytał na pierwszym czerwonym świetle.
– Kilka lat. Powiedziałam Johnny’emu, że teraz spotykam się z tobą. Stwierdził, że chyba 

jesteś porządnym facetem i że się cieszy.

Wyraz twarzy Clifforda nie zmienił się. Marcie zauważyła, że zacisnął dłonie na kierownicy.
– Zobaczysz się z nim jeszcze?
Uświadomiła sobie, że właśnie w tym tkwi problem. Czy zobaczy się jeszcze z Johnnym? 

Postanowiła być uczciwa.

– Nie wiem.
Clifford spojrzał na Marcie. Miała wrażenie, że świdruje ją oczami na wylot.
– Tak naprawdę chcę cię spytać, czy masz ochotę jeszcze się z nim spotkać.
Pierwsze pytanie było trudne, ale drugie okazało się beznadziejne. Wyjrzała przez okno. 

Chciała być szczera nie tylko wobec Clifforda, ale i wobec siebie samej.

Prawda   przyprawiła   ją  niemal   o mdłości.   Chciała   się  spotkać   z Johnnym.   Był   jak  deser: 

kuszący, pociągający, ale dla niej niezdrowy.

Pojawiał się w jej życiu i znikał jak cień. Był dla niej szczodry, ale nie należał do mężczyzn, 

których interesuje stały związek. Nigdy też nie wyraził chęci założenia rodziny. Marcie nie miała 
zamiaru przepraszać za to, że chce być żoną i matką.

– Marcie? – ponaglił ją zniecierpliwiony Clifford.
– Nie wiem – przyznała żałośnie. – Po prostu nie wiem.
Clifford zamilkł. Chciała, żeby czuł się pewnie. Żeby wiedział, że to o nim myśli poważnie. 

Ale przecież nie mogła mu powiedzieć, że chociaż szaleje za Johnnym, ten związek jest skazany 
na niepowodzenie.

Clifford zaparkował ciężarówkę na boisku do koszykówki. Kilku zawodników z drużyny 

urządziło na trawie rozgrzewkę.

Wyłączył silnik, ale nie zdjął ręki ze stacyjki.
– Nie mogę powiedzieć, żebym się cieszył, że chcesz się spotkać z tym facetem.
Nie   oczekiwała,   że   Clifford   będzie   z tego   powodu   zadowolony.   Sama   nie   była   zbyt 

szczęśliwa.

– Chciałabyś, żebym zniknął z twojego życia na dobre?
– Nie  –  powiedziała automatycznie, zdecydowanie. Nie chciała stracić Clifforda. Z drugiej 

background image

jednak   strony   chciała   być   wobec   niego   uczciwa.   Chociaż   nie   poczyniła   żadnych   planów 
w związku z Johnnym, spodziewała się, że wróci. Oboje o tym wiedzieli.

Ciemne oczy Clifforda zatrzymały się na oczach Marcie.
– Może powinnam zostawić tę decyzję tobie? – zasugerowała, przerażona brakiem silnej 

woli. Nie mogła mu obiecać, że nie spotka się ponownie z Johnnym. Reakcja Clifforda zdecyduje 
o dalszych losach ich związku.

Oczywiście mogła skłamać i powiedzieć mu to, co chciał usłyszeć. Zawsze mogła nakarmić 

go   bajkami,   jakimi   sama   wiele   razy   była   częstowana.   Ale   nie   chciała   tego   robić   jedynemu 
porządnemu i dobremu mężczyźnie, z jakim się spotykała.

Clifford wziął głęboki oddech i długo wstrzymywał powietrze w płucach.
1Przypuszczam,   że   wszyscy   autorzy   poradników   kazaliby   mi   pozostawić   ci   wybór   – 
powiedział   w końcu.   –   On   albo   ja...   czy   coś   w tym   rodzaju.   Obawiam   się,   że   jeśli   tak 
postawię sprawę, wybierzesz jego. – Przerwał i wypuścił powietrze. – Pewnie przez następne 
dziesięć   lat   nie   będzie   mnie   stać   na   to,   żeby   zaprosić   cię   na   kolację   do   Cattlemana. 
Rozbudowuję firmę, myślę o przyszłości i nie mam zbyt wiele pieniędzy na rozrywki.
– Clifford, nie chodzi o to, że on jest bogaty.
– Wiem – rzucił szorstko. – Pewnie też wygląda o niebo lepiej ode mnie. – Nie czekając na 

odpowiedź, otworzył drzwi ciężarówki i wyskoczył.

Mimo że był dotknięty i wściekły podszedł do drzwi i podał Marcie rękę. Miał rację. Johnny 

wyglądał od niego o wiele lepiej. Ale mężczyzn ocenia się nie tylko po wyglądzie. Gdyby tylko 
wiedziała, jak...

Rozdział 21.

Letty obudziła się o świcie. Murphy siedział przy małym ogniskiem i grzał wodę na kawę. 

Usiadła, wyciągnęła ręce wysoko nad głowę i przeciągle ziewnęła.

Dzieci,   przytulone   do   siebie,   spały   koło   niej   spokojnie,   niewinne   jak   baranki.   Były 

wyczerpane przeżyciami.

Rozczuliła się, kiedy na nie spojrzała.
Jej wzrok padł na dżipa, który z nieznanych przyczyn odmówił posłuszeństwa. Murphy przez 

dwie godziny usiłował znaleźć i naprawić usterkę, ale w końcu się poddał. Według jego obliczeń 
znajdowali się osiem kilometrów od Questo. Mogło się jednak okazać, że się myli.

Na odwiezienie dzieci do babci poświęcili o wiele więcej czasu i wysiłku, niż przewidywała 

Letty.  Myślała, że do tej pory zdążą przekazać dzieci i będą wracać. Okazało się, że muszą 
spędzić noc w dżungli. Serce łomotało jej ze strachu na myśl o tym, co się stanie z Lukiem, jeżeli 
nie dotrze na czas.

Miała dosyć Murphy’ego. Chciała, żeby zniknął z jej życia. Samo patrzenie na niego, na jego 

background image

uśmieszek, przyprawiało ją o mdłości. Był pozbawiony wszelkich zasad moralnych. Znosiła go 
ze względu na Luke’a, ale nie będzie go tolerować ani chwili dłużej, niż to konieczne.

Poprzedniej nocy, kiedy zdecydowali, że przeczekają w dżungli do rana, Murphy polecił jej 

rozbić obóz, a sam się ulotnił, zostawiając ją z dziećmi.

Godzinę   później   wrócił   z dwoma   legwanami   i oznajmił,   że   to   będzie   ich   kolacja.   Letty 

słyszała, że mięso legwanów reklamuje się jako najbardziej zbliżone w smaku do kurczaka, ale 
nigdy go nie próbowała.

Pieczone okazało się pyszne. Po wieczornym posiłku z miejsca zasnęła i spała jak zabita aż 

do rana.

Wzięła plecak i oddaliła się od polany w stronę drzew, żeby się przebrać. Popełniła błąd, 

zakładając sukienkę, i chciała go naprawić.

Wróciła w spodniach i koszulce.
– Jest jeszcze gorąca woda, jeżeli chcesz kawę. – Usiadł przy małym ognisku. Obrócił kubek 

parę razy w dłoniach, a potem podniósł go do ust.

– Dziękuję, nie chcę – odpowiedziała obcesowo.
– Doskonale, Wasza Wysokość.
Nabijał się z niej i wiedziała o tym. Najlepiej było go zignorować. Musiała jednak poruszyć 

kłopotliwą dla niej sprawę.

– Obawiam się, że mogłeś mnie źle zrozumieć – zaczęła.
Obrzucił ją obojętnym spojrzeniem.
– Tamtego ranka... kiedy... kiedy kąpaliśmy się w jeziorze... ja... chyba można powiedzieć, 

że wypłakiwałam ci się na ramieniu.

– Można powiedzieć. – Podniósł do ust kubek i pociągnął łyk kawy.
– Boję się, że mogłeś pomyśleć, że mnie podniecasz.
– Fizycznie?
– Tak – odpowiedziała szybko. Może za szybko.
Kącik jego ust uniósł się w uśmiechu.
– I to cię martwi, prawda?
– Niezupełnie. Ale pomyślałam, że lepiej tę sprawę wyjaśnić. – To było trudniejsze, niż 

przypuszczała. Wcale jej nie pomógł, ale wiedziała, że w tej kwestii nie należy oczekiwać od 
niego pomocy.

– Czego się boisz, kochanie?
Chciała mu zwrócić uwagę, żeby nie zwracał się do niej czule. Jego słowa nie były szczere. 

Powstrzymała się jednak.

– Jestem pewna, że jest na świecie mnóstwo kobiet, które... dla których byłbyś pociągający, 

ale ja do nich nie należę. Nie chciałam cię obrazić.

background image

Uniósł brwi, jakby się zastanawiał, czy mówi szczerze. Kąciki ust drżały mu z wysiłku, żeby 

ukryć uśmiech.

– Nie gniewam się.
Miała   wrażenie,   że   Murphy  zaraz   ryknie   śmiechem.   Całe   to   zdarzenie   to   skutek   zbiegu 

okoliczności.

– Rozumiem doskonale, jednak...
– Co? – ponagliła, bo nie śpieszył się, żeby dokończyć zdanie.
– Jak wytłumaczysz tę noc, zanim wyjechaliśmy z Boothill?
Zesztywniała.
– Co masz na myśli?
– Mam ci przeliterować? Chyba byłaś na mnie mocno napalona. Chcesz, żebym podał ci 

szczegóły?

Letty najeżyła się.
– Niekoniecznie.
– Tak myślałem. – Wylał resztkę kawy na ogień. Płonące drewno zasyczało. Murphy wstał.
–   Lepiej   obudź   dzieci.   Przed   nami   długa   droga.   –   Letty   odwróciła   się,   żeby   wykonać 

polecenie.

– A przy okazji – rzucił, zatrzymując ją – masz zapięty guzik u bluzki.
Odruchowo chwyciła za guzik, zanim dotarł do niej sens jego uwagi. Wściekła odwróciła się 

na pięcie tak szybko, że omal się nie przewróciła.

Obudziła dzieci, nakarmiła je i przygotowała do drogi.
Zdziwiła   się,   bo   Murphy   wziął   niemowlę   na   ręce.   Brzdąc   nie   protestował.   Był   tylko 

zaciekawiony i przyglądał się Murphy’emu szeroko otwartymi oczami.

Maszerowali w milczeniu. Dotarli na przedmieścia Questo zmęczeni, brudni i głodni.
– Nasza babcia mieszka przy sklepie spożywczym – poinformowała Murphy’ego Maria. Ze 

wzgórza, na którym się znajdowali, widać było sporą miejscowość. Na pewno była tam poczta. 
Porównując liczbę  fabryk,  Letty doszła  do wniosku, że  musi  w nim mieszkać  tyle  ludzi,  co 
w Boothill – około pięciu tysięcy.

Murphy oddał małego Letty.
– Poczekaj tutaj z dziećmi – polecił.
– Gdzie idziesz? – Zacisnął usta i Letty domyśliła się, że nie jest przyzwyczajony,  żeby 

tłumaczyć się ze swoich poczynań. Nie obchodziło jej to. W końcu to ona finansowała wyprawę.

– Najpierw sprawdzę, czy jest tu babcia dzieciaków.
Letty cały czas się nad tym zastanawiała.
– Po drugie, należałoby sprawdzić ulice, zanim zaczniemy nimi paradować.
Kolejny punkt.

background image

– W miasteczku, w której ostatnio byliśmy, nie zyskaliśmy przyjaciół – przypomniał jej.
To również była prawda. Murphy nie zdradził, co wysadził w powietrze, ale po sile wybuchu 

domyślała   się,   że   musiało   to  być   coś   dużego.   Coś   ważnego,   czego   kapitan   Norte   nie   puści 
płazem.

– Co jeszcze chcesz wiedzieć? – Z jego oczu biła niecierpliwość.
–   Nic   –   odpowiedziała.   Odwrócił   się   i zaczął   oddalać.   Letty   zrobiła   krok   do   przodu 

i krzyknęła: – Murphy! Uważaj na siebie!

Rzucił jej przez ramię filuterny uśmiech i zaczął zbiegać z góry.
– Wrócę, ani się obejrzysz.
Zniknął.
Minęła godzina, potem dwie.
Po ostatnim incydencie, kiedy Letty zignorowała jego polecenia, bała się na własną rękę 

dociekać, co się z nim dzieje. Coś się jednak musiało stać.

Murphy chciał tylko sprawdzić miasto. Ze względów bezpieczeństwa.
– Pani mężczyzna zniknął na długo – zauważyła Maria, kiedy słońce zbliżało się do zenitu.
Letty nie poprawiła dziewczynki. Murphy nie był jej mężczyzną. Mimo to martwiła się. Co 

się   mogło   stać?   Możliwości   było   dużo.   Mogli   go   schwytać,   zabić,   mógł   być   ranny, 
nieprzytomny, mógł umierać.

– Ja pójdę – zaoferował się Vincente.
– Nie – sprzeciwiła się Letty.
– Jestem chłopakiem. Nikt mnie nie będzie o nic pytał. Nikt mnie nie zauważy – tłumaczył. – 

Zawsze chodzę na zwiady.

– To prawda – potwierdziła Maria.
Letty, niezdecydowana, zagryzła dolną wargę. Jeżeli Murphy się dowie, że wysłała dziecko 

do miasta, żeby go szukało, zamorduje ją. Ale jest inne wyjście?

Dzieci   czekały,   aż   podejmie   decyzję.   Czuła   się   zagubiona.   Zamknęła   oczy   i zaczęła   się 

modlić, zwracając się do Boga o pomoc.

– Dobrze – wyszeptała w końcu. – Ale bądź ostrożny.
Maria zachichotała.
– To samo powiedziała pani swojemu mężczyźnie.
Następna   godzina   dłużyła   się   Letty   jak   cały   rok.   Dreptała   nerwowo,   martwiła   się 

i denerwowała.   Dzieci   też   były   niespokojne,   sprzeczały   się   między   sobą,   rozdrażnione 
i poirytowane. Letty wiedziała, że udzieliły im się jej obawy. Było jej przykro z tego powodu, ale 
nie mogła tego zmienić.

Kiedy straciła już nadzieję, wrócił Vincente z niską, przysadzistą kobietą.
Gdy dzieci ją zobaczyły, wyciągnęły ręce i podbiegły do niej, wołając:

background image

– „Babciu!”.
Kobieta  musiała  pokonać strome  zbocze  i ciężko  oddychała.  Ubrana była  w białą  bluzkę 

i czarną spódnicę. Włosy miała upięte w ciasny kok, a twarz czerwoną z wysiłku. Usiadła na 
dużym   kamieniu,   żeby   złapać   oddech.   Dzieciaki   mówiły   wszystkie   naraz.   Nawet   niemowlę 
wydało z siebie przeraźliwy wrzask.

Babcia przytuliła i wycałowała każde z dzieci, a potem wzięła na ręce malucha i przytuliła do 

siebie. Pulchne łapki objęły szyję kobiety.

Letty chwyciła Vincente za ramiona.
– Dowiedziałeś się, co z Murphym?
Chłopiec spojrzał wymownie w stronę babki.
– Babciu. – Letty nie wiedziała, jak się do niej zwracać.
– Pani mężczyzna... – Starsza kobieta w dalszym ciągu miała kłopoty z oddychaniem. Otarła 

pot z twarzy białą chusteczką. – Stała się najgorsza rzecz.

Letty zamarło serce.
– Najgorsza rzecz?
– Dotarł do miasta w chwili, kiedy miejscowa policja dostała meldunek, że poszukuje się 

dwojga   Amerykanów,   mężczyzny   i kobiety.   –   Przerwała.   Miała   ciemne   i poważne   oczy.   – 
Komendant policji jest człowiekiem sumiennym. Stara się przypodobać siłom, które chcą dojść 
do władzy w naszym kraju. Kiedy otrzymał sygnał, że na tym terenie przebywają Amerykanie, 
zamierzał wysłać patrol. – Przerwała, żeby zaczerpnąć powietrza. – Dwóch oficerów odmówiło 
przyłączenia się do patrolu, dopóki nie dostaną zimnego piwa. Pech, że w kantynie natknęli się 
na pani przyjaciela.

– Murphy poszedł do kantyny?! – krzyknęła Letty z oburzenia. Najwyraźniej miał ciągotki 

do tego typu lokali i słabość do kobiet, które się tam pojawiały. Na samą myśl o tym, że Murphy 
trzyma w ramionach i całuje jakąś kobietę, zawrzała w niej krew.

Znowu to zrobił. Zostawił jaz sześciorgiem dzieci na tym skwerze, żeby się zamartwiała, 

a sam zaspokajał swoje pragnienie i seksualne żądze.

– Gdzie teraz jest? – spytała bez ceregieli.
– W wiezieniu.
Niech sobie tam zgnije. Była tak wściekła, że nie mogła ustać na nogach.
–   Poprosiłam   przyjaciela,   żeby   dostarczył   mi   wszelkich   możliwych   informacji.   –   Oczy 

kobiety pociemniały ze smutku. – Powiedział mi, że o schwytaniu pani męża powiadomiono 
człowieka, który nazywa się kapitan Norte.

Letty przycisnęła palce do ust, żeby powstrzymać jęk.
– Podobno kapitan jest bardzo zadowolony. Z pewnością zjawi się przed nocą.
– O, nie. – Letty usiadła na kamieniu. Starała się skupić myśli.

background image

– Ale to nie koniec złych wieści – ciągnęła grzecznie starsza kobieta. – Pani mąż wywołał 

bójkę.

–   Jest   ranny?   –   Letty   rozpłakała   się.   Zachowanie   Murphy’ego   było   karygodne,   ale   nie 

chciała, żeby cierpiał. W końcu przyjechał do Zarcero, żeby pomóc jej odnaleźć Luke’a.

– Tego nie wiem. – Na ustach kobiety malował się delikatny uśmiech. – Ale podobno dwaj 

mężczyźni ucierpieli bardziej niż pani mąż.

– Muszę go wyciągnąć z więzienia. – Letty celowo powiedziała to głośno i stanowczo. – 

I muszę to zrobić, zanim zjawi się tu kapitan Norte.

Kobieta  położyła  ręce  na ramionach  dwojga starszych  dzieci.  Moja rodzina i ja zrobimy 

wszystko, żeby pani pomóc.

Murphy wypluł krew i poruszył szczęką w przód i w tył, żeby sprawdzić, czy jest cała. Nie 

było z nim tak źle. Dołożył więcej, niż sam oberwał. Nieźle, biorąc pod uwagę fakt, że było 
dwóch na jednego, a potem trzech. Do więzienia musiało go doprowadzić pięciu mężczyzn.

Miał   pecha.   Był   w mieście   tylko   dziesięć   minut,   kiedy   do   kantyny   weszło   dwóch 

miejscowych   policjantów.   Nie  przejął   się   nimi.   Nie  interesowali   go   przedstawiciele   lokalnej 
władzy, tylko rebelianci, którzy przejęli kontrolę nad armią. W prowincjonalnych miasteczkach 
trudno było zgadnąć, w którą stronę wieje polityczny wiatr. W Questo znaleźliby się i lojaliści.

Murphy jednym okiem spoglądał na policjantów i starał się nie zwracać na siebie uwagi. 

Niestety, miał niewielkie szansę. Mężczyźni szli w jego stronę. Nim się połapał, został otoczony 
i wsadzony do miejskiego więzienia.

Więzienie,   zbudowane   z cegieł,   składało   się   z jednego   wielkiego   pomieszczenia, 

podzielonego   grubymi   metalowymi   kratami   na   trzy   cele.   Pod   ścianą   stały   dwa   biurka   dla 
dozorców, którzy bez przerwy pilnowali więźniów.

Murphy starał się nie myśleć o Letty, która siedziała na wzgórzu i czekała na jego powrót. 

Miał nadzieję, że jest na tyle rozsądna, że nie zrobi czegoś głupiego. Na przykład nie pójdzie go 
szukać. Ale możliwe, że będzie chciała wyjaśnić, co się stało.

Nie miała cierpliwości. To nie była jedyna jej „zaleta”. Była powściągliwa i układna. Musiał 

się bardzo pilnować, żeby nie pocałować jej z samego rana, kiedy spała.

Oznajmiła, że w ogóle jej nie pociąga. A świnie pewnie latają. Pragnęła go, była tylko zbyt 

dumna, żeby się do tego przyznać. I zbyt naiwna. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Na pewno nie 
podobały jej się te uczucia.

Nie tylko jej. Murphy chciał się z nią kochać jeszcze raz. Wiedział, że lepiej nie mieszać 

interesów z przyjemnościami, ale ta misja była nietypowa.

Letty nieświadomie stała się najbardziej ponętną kobietą, jaką znał. Murphy’emu niełatwo 

było się do tego przyznać i pewnie by tego nie zrobił, gdyby nie siedział w więzieniu. Tutaj miał 
za dużo czasu na myślenie. Pożądał jej i to prowokowało go do ujawnienia nie najlepszej strony 

background image

osobowości.   Był   dla   niej   okrutny,   bo   chciał   ją   przerazić   i ukarać   za   to,  że   tak   strasznie   jej 
pragnął. Wcale nie był zachwycony tym, że go pociąga. Nie bawiło go to, że omotała go siostra 
misjonarza. Jak żadna inna kobieta. Nagle drzwi więzienia otworzyły się i do pomieszczenia 
wszedł głupkowato wyglądający strażnik. Był niski, a brzuch wylewał mu się poza pasek od 
spodni. Rzucił tylko przelotne spojrzenie w stronę Murphy’ego, który w ogóle nie zwrócił na 
niego uwagi.

Dwóch strażników  rozmawiało  po hiszpańsku. Słowa płynęły jak rwący potok, mimo  to 

Murphy’emu udało się zrozumieć prawie wszystko. Moose – Gut został wyznaczony do tego, 
żeby pilnować więźnia, dopóki nie przybędzie jakiś ważny człowiek. Kapitan. Oby nie Norte, 
pomyślał Murphy.

Pierwszy   policjant   wyszedł.   W umyśle   Murphy’ego   zaczął   się   rodzić   plan.   Strażnik   nie 

wyglądał na rozgarniętego i ruszał się jak żółw.

Murphy jęknął, chcąc wybadać sytuację.
Strażnik nie zwrócił na niego uwagi.
Murphy chciał poprosić, żeby wezwano lekarza. Wtedy drzwi otworzyły się po raz drugi. 

Szczupła, wysoka kobieta wniosła dwie tace z jedzeniem. Jedna była pewnie dla strażnika, druga 
dla niego. Zdziwił się, bo posiłek wyglądał apetycznie. Zachęcająca zielona sałatka warzywna, 
smażona fasola, ciepła tortilla, ryż i kurczak. Zaczęła mu cieknąć ślinka.

Funkcjonariusz spojrzał na Murphy’ego, założył sobie serwetkę za kołnierz koszuli i zabrał 

się do jedzenia. Murphy patrzył z niesmakiem, jak ten wieprz pochłaniał obie porcje.

Po dwudziestu minutach drzwi wejściowe znowu się otworzyły.  Murphy leżał na pryczy, 

z rękami pod głową i patrzył w sufit. Z czystej ciekawości zerknął w stronę drzwi.

Zatkało go. Mało nie spadł z łóżka. W drzwiach stała Letty. Tylko inaczej ubrana niż wtedy, 

gdy ją zostawiał.

Przebrała się za dziwkę.
Rozdział 22.

Murphy nie miał pojęcia, co jej strzeliło do głowy. Nie podobało mu się to. Ledwie się 

powstrzymał, żeby nie wstać i nie spytać jej, co tutaj robi. Usiadł na łóżku i patrzył zaskoczony, 
jak Letty powoli wchodzi do więzienia.

Miała na sobie typowy strój z Zarcero. Biała nylonowa bluzka była o kilka rozmiarów za 

duża. Głęboki dekolt odsłaniał górną część pięknych piersi. Falbaniasta spódnica sięgała do pół 
łydki.   Podciągnięta   z jednej   strony   i spięta   czerwonym   kwiatem   ukazywała   niemałą   część 
smukłego uda. Włosy opadały jej na ramiona niczym jedwabisty wodospad. Zmysłowo wydęła 
czerwone usta. Trzymając  rękę na biodrze, wolnym  krokiem podeszła do biurka i stanęła na 
wprost grubego strażnika.

background image

Murphy   zauważył,   że   Letty   unika   jego   spojrzenia.   Nie   patrzyła   też   na   funkcjonariusza. 

Utkwiła wzrok w dwóch pustych tacach po posiłku. Na jej twarzy pojawił się leniwy, spokojny 
uśmiech.

– Czego pani chce? – warknął strażnik.
– Zostawili pana samego, co? – powiedziała doskonale po hiszpańsku. – Zawsze zwalają na 

pana brudną robotę, a sami leżą do góry brzuchem.

– Kim pani jest? – spytał, mniej wrogo.
–   Przyjaciółką.   –   Jej   głos   był   niski   i przekonujący.   –   Chciałabym   zostać   bardzo   dobrą 

przyjaciółką.

Chyba nie była aż tak naiwna, żeby myśleć, że zdoła wyłudzić klucze od strażnika.
–   Potrzebuję   przyjaciela.   Pan   ma   mnóstwo   czasu,   żeby   się   zabawić.   –   Jej   głos   stał   się 

uwodzicielski. – Zrobię wszystko, co pan zechce. – Pochyliła się i oparła dłonie na biurku. Piersi 
o mało nie wypadły jej z głębokiego dekoltu.

Murphy zerwał się z pryczy niczym odpalony granat. Zaczął walić rękami w metalowe kraty. 

To była niebezpieczna gra. Przypuszczał, że Letty jeszcze nie zna jej zasad.

–   Możemy   się   nieźle   zabawić   –   ciągnęła.   –   Tylko   my   dwoje.   Tak   jak   pan   chce.   – 

Wyprostowała się i położyła na biurku bosą stopę. Powoli zaczęła podciągać rąbek spódnicy. 
Miała długie, smukłe i zgrabne nogi. Strażnik był najwyraźniej pod wrażeniem gładkiej białej 
skóry. Murphy był nie mniej oczarowany. Wiedział, że Letty jest piękna, ale zapomniał, jak 
piękna.

Strażnik się oblizał, a Letty szybko zdjęła nogę z biurka.
– Później. – Gruby mężczyzna jeszcze się wahał.
Odwróciła się tak szybko, że rozwiały jej się włosy. Westchnęła żałośnie.
– Później jestem zajęta, za to teraz mam mnóstwo czasu.
Strażnik walczył ze sobą.
– Delma mi powiedziała, co pan lubi najbardziej.
Zaśmiał się nerwowo i niezdarnie poruszył na krześle.
– Nie... nie masz nic przeciwko?
– Nie – powiedziała z przekonaniem, ponownie zwilżając usta.
Murphy nie dosłyszał, co wyszeptała później, ale wystarczyło mu to, co zrozumiał. Letty 

najwyraźniej udawała, że preferencje seksualne strażnika są jej specjalnością. Otarł ręką twarz. 
Nie mógł uwierzyć, że zdobyła się na coś takiego.

– Ile? – Strażnik podejrzliwie zmierzył ją wzrokiem.
Mięśnie Murphy’ego napięły się. Nie miał zamiaru znosić tej sceny ani minuty dłużej.
Letty podała cenę. Bluzka ześlizgnęła jej się z ramienia. Poprawiła ją nerwowym ruchem. 

Wtedy przypomniała sobie, jaką gra rolę. Zadarła podbródek i pozwoliła, by bluzka znowu się 

background image

zsunęła.

Gdyby Murphy mógł  się zdobyć  na obiektywny osąd, nazwałby tę robotę najgorszą grą 

aktorską, jaką kiedykolwiek widział. Zgadzało się tylko jedno. Miała ciało gwiazdy filmowej – 
młode, jędrne i ponętne. Gdyby nie pewne zahamowania, byłaby prowokująca. Zauważył to już 
wcześniej, kiedy spotkali się po raz pierwszy w Boothill. Murphy intuicyjnie wyczuwał, że pod 
skorupą obojętności kryła się gorąca kobieta z krwi i kości.

Mimo że była to tylko gra, Letty zrobiła na Murphym wrażenie. Był zauroczony jej gładkim, 

czarującym ciałem, tak samo jak strażnik.

Poczuł  przypływ  pożądania.  Letty  przechadzała  się po izbie,  zręcznie  unikając pieszczot 

strażnika. Murphy nie wiedział, co chce przez to osiągnąć. Nawet nie chciał wiedzieć. To było to 
idiotyczne. Jeśli myślała, że uda jej się zapanować nad mężczyzną, który waży trzy razy tyle, co 
ona, czekają bolesna nauczka.

Murphy po raz kolejny rozważył możliwość ucieczki, chociaż zrobił to już z tysiąc razy. Za 

kilka minut Letty będzie się darła w niebogłosy i wzywała pomocy. Chyba jeszcze nie zdawała 
sobie z tego sprawy.

Spojrzał   na   strażnika   i zobaczył,   że   chodzi   za   nią   po   pokoju,   jakby   bawił   się   w kotka 

i myszkę. Potem podszedł do drzwi i przekręcił zamek.

– Och, ty mój – gruchała Letty. – Jesteś już duży i silny.
Murphy zacisnął palce na stalowych kratach. Jeżeli ta świnia strażnik spróbuje jej dotknąć, 

przysięga, że go zabije.

– Jesteś gotowy na najważniejszą chwilę w życiu? – wyszeptała Letty,  prowadząc go do 

otwartej celi. Obejrzała się za ramię.

Murphy’emu wydawało się, że strażnik idzie za nią nieco chwiejnym krokiem. Nie spuszczał 

z nich oczu. Miał wrażenie, że zaraz go rozsadzi. Że za chwilę, eksploduje. Tych dwoje tańczyło 
wokół   siebie.   Spódnica   Letty   ocierała   się   o spodnie   strażnika,   a jej   piersi   dotykały   torsu 
mężczyzny.

Strażnik   chciał   jej   dotknąć,   ale   Letty   roześmiała   się   i prześlizgnęła   koło   niego.   Nagle 

mężczyzna zachwiał się, przewrócił oczami i runął twarzą do ziemi. Tak jakby w jednej chwili 
opuściły go siły.

Letty zamknęła oczy i z ulgą przycisnęła rękę do piersi.
– Dzięki Bogu – wyszeptała.
– Do cholery, co się stało?! – wrzasnął Murphy.
Letty   przytknęła   palec   do   ust   i szybko   wyszła   z celi.   Pośpiesznie   przeszukała   szuflady 

i wyjęła klucze. Zamknęła funkcjonariusza w celi i wypuściła Murphy’ego.

– Musimy się stąd wydostać – wyszeptała gorączkowo. – Norte tu jedzie.
– Cholera. – Murphy chwycił ją za rękę i prawie pociągnął po ziemi.

background image

– Maria i Vincente czekają na zewnątrz.
– Dzieciaki?
Przywlokła je z sobą. Powinien był przewidzieć, że znowu coś wykręci.
Dwoje dzieci czekało w pick-upie. Na miejscu kierowcy siedziała starsza kobieta. Gdy ich 

zobaczyła, posłała Murphy’emu niespokojny uśmiech i uruchomiła samochód.

– Szybko – ponagliła ich.
–   Dzieci   odwrócą   od   nas   uwagę.   –   Letty   wskoczyła   do   przyczepy   i wślizgnęła   się   pod 

warstwę siana.

Murphy zrobił to samo. Kiedy leżeli już w kryjówce, przykryto ich kolejną warstwą siana, na 

którą wgramoliły się dzieci. Samochód powoli ruszył. O co w tym wszystkim chodzi? – spytał 
Murphy stanowczo.

Prawe przednie koło wjechało w dziurę i Letty zarzuciło na Murphy’ego.
– Później ci wyjaśnię.
– Teraz mi wyjaśnij. – Nie chciał, żeby go zbyła. Rzucało nimi jak ziemniakami na taśmie, 

ale nie zwracał na to uwagi.

– Ważne, że uciekliśmy.
– To było chyba najgłupsze przedstawienie, jakie widziałem. Udawałaś dziwkę. Na Boga, 

lepiej odegrałabyś rolę zakonnicy.

– Powinieneś być mi wdzięczny, a nie narzekać. – Letty była niezadowolona.
On   też   nie   był   zachwycony.   Była   głupia   i miała   cholerne   szczęście,   że   wyszła   z tego 

więzienia  cało.  Chciał  wiedzieć,  co się stało strażnikowi. Nie widział,  żeby mu coś dawała. 
Mogła   użyć   innego   sposobu,  żeby  wyciągnąć   go  z więzienia.   Nie   musiała   przebierać   się   za 
prostytutkę.

Ciągle nimi rzucało i Murphy po raz kolejny wpadł na Letty. Tym razem jęknęła boleśnie.
Zaklął cicho i objął ją ramieniem, przyciskając do siebie. Przynajmniej nie będą się o siebie 

obijać.   Pod   grubą   warstwą   siana   było   strasznie   gorąco   i duszno,   za   to   Letty   była   miękka 
i kobieca.

Murphy wstrzymał oddech, usiłował nie myśleć o dziewczynie, którą trzymał w ramionach. 

Starał się nie zwracać uwagi na jej miękkie piersi, które dotykały jego przedramienia. Ani na 
pośladki, które znalazły się pomiędzy jego udami. Do tego jeszcze ładnie pachniała. Naprawdę 
ładnie. Murphy niezbyt znał się na kwiatach, ale ten zapach kojarzył mu się z lawendą.

Bezwiednie odwrócił głowę i dotknął nosem jej ucha. Może mu się tylko wydawało, ale miał 

wrażenie, że Letty przysunęła do niego głowę.

Po raz pierwszy od aresztowania czuł się swobodnie. Rozluźnił nieco uścisk i przesunął ręką 

pod piersiami Letty. Do cholery, było mu tak dobrze. Poczuł ciężar jej piersi na ramieniu i miał 
wrażenie, że jego zmysły oszaleją. Nic nie pomoże, że będzie się okłamywał. Pragnął jej.

background image

Przycisnął wargi do karku Letty i wyszeptał jej do ucha:
– Dziękuję.
Westchnęła głośno i odwróciła się, żeby spojrzeć mu w twarz.
– Co powiedziałeś? – Nie mogła uwierzyć.
– Dziękuję. Za to, że wyciągnęłaś mnie  więzienia  –  dodał szorstko. Rzadko zawdzięczał 

coś obcym. Później, kiedy nadarzy się okazja, zapyta o szczegóły. Miał ochotę ją pocałować. 
Ostrożnie zbliżył wargi do jej ust. Czuł, że delikatnie westchnęła, kiedy końcem języka rozchylał 
jej wargi.

Chwyciła go za kołnierz koszuli. Pocałował ją jeszcze raz. Nic nie mogło go powstrzymać. 

Jęknął i wsunął język głęboko do jej ust. Poruszał nim wolno i delikatnie. Jego zmysły przeniosły 
się w inny wymiar.

Letty  mruczała  cicho   i kusząco   dotykała  jego  języka  swoim.   Murphy’ego  ogarnęło  takie 

podniecenie, że serce mało nie wyskoczyło mu z piersi. Nigdy nie pożądał tak żadnej kobiety. 
Inną przewróciłby na plecy i posiadł bez żadnych ceregieli.

Z Letty było  inaczej. Chciał, żeby było  dobrze. Chciał  ją zadowolić i zaspokoić. Wobec 

innych kobiet nigdy nie czuł tej słodkiej odpowiedzialności.

Objął   ją   opiekuńczym   ruchem,   przyciągnął   jej   biodra   do   swojej   nabrzmiałej   męskości 

i westchnął głośno, kiedy jej miękkie ciało poruszyło się między jego udami.

Niezbyt delikatnie – bo jadący samochód na to nie pozwalał – wsunął rękę między jej piersi. 

Ich dojrzała obfitość wypełniła mu dłonie. Nie zdziwiło go, że sutki zdążyły już stwardnieć jak 
koraliki.

– Przez ten cały czas w więzieniu... – powiedziała pomiędzy delikatnymi pocałunkami.
– Tak?
– Udawałam...
Przesunął usta do jej nagich piersi, okrywał pocałunkami, ssał i lizał brodawki.
– Udawałaś co? – spytał.
– Że uwodzę ciebie.
Zachichotał cicho.
– Dziękuj Bogu, że tak nie było.
– Dziękować Bogu?
– Tak. – Ujął brodawkę wargami i zaczął ją łakomie ssać. Letty jęczała i wiła się pod nim. – 

Uwierz mi, kochanie, że zdarłbym z ciebie spódnicę, zanim zdążyłabyś wyznać, w czym jesteś 
najlepsza.

Zesztywniała.
–   Za   każdym   razem,   kiedy   zaczynam   myśleć...   –   Zawahała   się   i dodała.   –   Jest   pan 

niewiarygodnie okrutny, panie Murphy.

background image

Prawie się kochali, a ona zwracała się do niego per „panie Murphy”.
– To prawda, kochanie. Jeżeli byłabyś wobec siebie szczera, przyznałabyś, że pragniesz mnie 

tak samo, jak ja ciebie.

Nie wiadomo, dokąd zawiodłaby ich ta rozmowa i gra miłosna. Samochód zatrzymał  się 

gwałtownie. Letty ukryła twarz w ramionach Murphy’ego i westchnęła ciężko. Mieli tylko pół 
sekundy, żeby doprowadzić się do porządku, rozplatać nogi i ręce. Letty zdążyła poprawić sobie 
bluzkę.

– Wszystko w porządku? – spytała babcia.
– Tak – mruknął Murphy.
– Letty?
– Ja... też. – Nie zabrzmiało to przekonująco.
– Gdzie jesteśmy? Murphy rozejrzał się dookoła.
Starsza kobieta nie odpowiedziała.
– Chodźcie, szybko – ponagliła.
Murphy pomógł wysiąść Letty z przyczepy. Zauważył, że chwieje siana nogach. Jego zmysły 

również zbzikowały, ale nie dał tego po sobie poznać.

– Zostańcie tutaj – poleciła kobieta, a sama podeszła do domu.
– To jest dom brata babci, Alda – wytłumaczył jeden z chłopców.
– Jest rybakiem – dodał Vincente.
Niedługo czekali. Babcia wyszła z domu w towarzystwie niskiego, siwowłosego mężczyzny 

w podeszłym wieku. Chyba cierpiał na skrzywienie kręgosłupa.

– To mój brat, Aldo – przedstawiła staruszka.
Murphy wymienił z mężczyzną uścisk dłoni.
– Pan i pańska żona uratowaliście życie wnukom Eleny. Nasza rodzina jest wam wdzięczna. 

Chcemy się zrewanżować. Proszę za mną.

Poprowadził ich wąską, krętą dróżką, którą oświetlał tylko księżyc i gwiazdy. Piaszczysta 

ścieżka wiła się pomiędzy bujną roślinnością w kierunku rzeki.

–   Szukamy   mojego   brata,   Luke’a   Maddena   –   wyjaśniła   Letty,   nie   zapominając   o celu 

wyprawy. – Zna go pan?

Mężczyzna zatrzymał się i potarł ręką brodę. Wyglądało, jakby się zastanawiał.
– A z jakiego miasta?
– Z Managna, niedaleko San Paulo.
Aldo znowu potarł brodę.
– San Paulo to duże miasto. Nie znam żadnego Luke’a z Managna.
– Jest misjonarzem. Prowadzi tam kościół i szkołę. Zaginął na początku zamieszek.
– Obyście go znaleźli – powiedział staruszek, kiedy dotarli do rzeki. Woda uderzała o brzeg 

background image

jak kobieta piorąca rzeczy o kamień.

Murphy pomyślał, że szczęście to za mało, żeby odnaleźć Luke’a. Nie chciał jednak martwić 

się na zapas. Już teraz mieli wystarczająco dużo problemów, z którymi musieli się uporać.

– Żołnierze nie wpadną na to, żeby szukać was na rzece. – Aldo podszedł do niewielkiej 

motorówki, – Weźcie moją.

Propozycja płynęła  z serca, ale Murphy wiedział,  że jeżeli się zgodzą, pozbawią rodzinę 

jedynego źródła utrzymania.

– Nie możemy tego zrobić – zaprotestował.
– Nie możemy? – Letty patrzyła na niego dużymi, błagającymi oczami.
– Proszę – nalegał Aldo, zwracając się tylko do Murphy’ego. – Chcemy wypożyczyć wam 

łódź   z wdzięczności   za   uratowanie   wnuków   Eleny.   Mam   w San   Paulo   wielu   przyjaciół, 
zaopiekują się nią.

Murphy nie ustępował. Starszy człowiek oddawał im swój jedyny środek utrzymania. Musi 

znaleźć inny sposób, żeby dotrzeć do San Paulo.

–   Nie   macie   wyboru   –   przekonywała   Elena.   –   Drogi   są   obstawione,   a w dżungli   czyha 

mnóstwo niebezpieczeństw. Jak daleko dojdziecie piechotą?

– Norte postawił na nogi cały kraj, żeby nas znaleźć – dodała Letty.
Murphy   westchnął.   Gdyby   był   sam,   poradziłby   sobie   jakoś.   Ale   musiał   myśleć 

o bezpieczeństwie Letty.

– Dziękujemy – odpowiedział. Nie cierpiał długów wdzięczności, zwłaszcza takich, które 

trudno spłacić.

Letty uściskała Elenę i dwójkę dzieci.
– Zapomniała pani plecaka. – Vincente pobiegł z powrotem do pick-upa. Wrócił z bagażem 

i wręczył go Letty.

– Dziękuję, Vincente.
– Trucizna zadziałała? – spytała Maria.
Wsiedli do łódki. Murphy natychmiast włączył silnik. Aldo i Elena zmusili ich do zabrania 

prowiantu   i innych   rzeczy.  Aldo   narysował   Murphy’emu   szczegółową   mapę   rzeki.   Jeżeli 
szczęście im dopisze, dotrą do stolicy przed świtem.

Murphy był tutaj dłużej, niż się spodziewał. Miało to być błyskawiczne zadanie. Ale zdał 

sobie   sprawę,   że   podczas   tej   wyprawy   mało   co   –   o ile   w ogóle   cokolwiek   –   szło   zgodnie 
z planem.

Dopiero kiedy wypłynęli na ciemną, spokojną rzekę, mógł zadać Letty kilka pytań.
– O co chodziło z tą trucizną?
– O nic – ucięła krótko Letty i odwróciła wzrok. Pytanie było jej nie w smak.
Murphy   nie   był   głupi.   Wyczuł   w jej   głosie   obawę.   Siedziała   od   niego   jak   najdalej,   co 

background image

wydawało się głupie po niedawnych gorących pocałunkach.

– Co dałaś strażnikowi?
Podniosła głowę. Mimo ciemności dostrzegł na jej twarzy niepokój.
– Dałam mu coś na uśpienie.
– Kiedy?
– Wcześniej...
Murphy zmarszczył czoło. Strażnik jadł tylko obiad.
– Jak?
– Nieważne. Udało się, prawda?
Murphy nie miał zamiaru tak tego zostawić.
– Wytłumacz mi to, Letty.
– Cóż... – Pochyliła się i obronnym gestem objęła się ramionami w pasie. – Myślisz, że tylko 

dzięki mnie wyszedłeś z więzienia. Naprawdę zawdzięczasz to kilku osobom. To nie było łatwe, 
Murphy. Nie zdajesz sobie sprawy, przez co musieliśmy przejść.

– Nie odpowiadasz na pytanie. – Nie podobało mu się to, co podpowiadał mu podejrzliwy 

umysł.  Strażnik runął jak ścięte drzewo. Kiedy się obudzi, będzie się zastanawiał, co zaszło 
między nim a dziwką. Murphy też zachodził w głowę, co się stało w nocy, którą spędził z Letty.

–   Zrozum...   –   powiedziała   szybko.   –   Trzeba   było   najpierw   załatwić,   żeby   w więzieniu 

znalazł się akurat ten strażnik.

– Dlaczego?
– Bo jest głupi i słaby. Delma uznała, że to najlepszy sposób.
Delma?... Ach, to imię padło w rozmowie ze strażnikiem.
– Jak to zrobiliście?
–   Tę   część   wzięła   na   siebie   Elena   i jej   rodzina.   Chyba   wymyślili   jakiś   podstęp,   coś 

z bankiem. Pierwszy policjant musiał wyjść...

– Mów  dalej. – Zaczął  zaciskać  i rozluźniać  lewą  pięść. Robił  tak  zawsze, kiedy chciał 

wyrzucić z siebie złość.

– Pani Alamos przygotowała specjalne danie, ale ty swojego nie zjadłeś.
– Nie miałem okazji. On uważał, że należą mu się oba posiłki.
– To wszystko tłumaczy.
– Co tłumaczy? – spytał obcesowo.
– Dlaczego... Nieważne.
– Dla mnie ważne – warknął. – Co dodałaś do jedzenia?
– Zioła. – Murphy musiał wytężać słuch, żeby usłyszeć cokolwiek na tle warkotu silnika.
– Zioła?
Pokiwała głową.

background image

Szybko skojarzył fakty.
– Te same zioła dodałaś do kolacji, którą mnie uraczyłaś, zanim wyjechaliśmy do Zarcero?
Zagryzła dolną wargę i znów pokiwała głową.
Murphy zacisnął pięść na sterze.
– Nie kochaliśmy się, prawda?
Nie odpowiedziała.
– Prawda?! – wrzasnął.
Podskoczyła na twardej drewnianej ławce.
– Oszukałaś mnie.
– Niezupełnie.
– Do cholery, co znaczy „niezupełnie”?
– Spędziliśmy razem noc – przypomniała mu nieśmiało. – Taka była twoja cena, prawda?
Murphy’ego ogarnęła obezwładniająca złość. Kiedy przypomniał sobie, w co go wpakowała 

w ciągu ostatnich dni, wściekł się. Powinien wiedzieć, że nie można jej ufać. Mimo że była 
siostrą misjonarza, córką pastora i świętszą niż wszyscy święci, okłamała go.

Siedziała spłoszona i wystraszona.
Wolał milczeć, bo nie ufał samemu sobie. Był wściekły jak rzadko. Dobrze by jej zrobiło, 

gdyby ją zostawił. Dobiłby do brzegu, wysiadł z łódki i wycofał się z tego gówna, w które go 
wplątała. Ale nie mógł sobie wyobrazić, jak będzie żył z tą świadomością.

– Jesteś mi to winna – wycedził przez zęby. Zabrzmiało to jak dźwięk przecinanej stali.
Letty milczała.
– Odbiorę to sobie, Letty. Nie myśl, że wyjdziesz z tego jako dziewica. Sprzedałaś mi prawo 

pierwszej nocy dawno temu. Mam zamiar wziąć, co mi się należy.

Podniosła głowę. W jej dużych, okrągłych oczach pojawił się strach.
– Pamiętaj, jesteś mi to winna.
Rozdział 23.

Z   każdym   dniem   Luke   nabierał   sił.   Od   kiedy   został   schwytany,   nie   widział   Rosity. 

Przynajmniej   tak   sądził.   Wydawało   mu   się,   że   odwiedziła   go   raz,   w nocy,   po   najgorszych 
torturach, kiedy jego umysł był zamroczony z bólu i żalu. Nie mógł ufać swojej pamięci.

Miłość Rosity była przy nim. Czuł ją tak mocno, jak miłość Boga. Była źródłem siły, która 

pozwalała mu przetrwać każdy dzień, i dodawała odwagi, żeby zmierzyć się z nieznanym.

Cela Luke’a była wilgotna i ciemna. Samotność w piekle. Miał tylko jeden nikły promień 

słoneczny. Cały dzień czekał, kiedy słońce skieruje ten cenny strumień złotego światła na jego 
łóżko.   Promień   obmywał   go,   oczyszczał   jego   serce   i dawał   duszy   nadzieję.   Tych   kilka 
cudownych chwil było dla niego jak dotyk Bożej ręki.

background image

Dni zlewały się ze sobą. Luke stracił poczucie czasu. Nie mógł ufać pamięci, więc wynalazł 

własny kalendarz. Dzisiaj była sobota, według jego obliczeń.

Potwornie tęsknił za swoimi książkami. Najbardziej ze wszystkich – za Biblią. Tęsknił za 

życiem, za przyjaciółmi, za kościołem. Bezsenne godziny wypełniał modlitwą.

Usiadł na łóżku, słysząc odgłos kroków na betonowej posadzce. Nie torturowano go już kilka 

dni i myślał, że najgorsze ma za sobą.

Ścisnęło go w żołądku. Pocieszał się, że Bóg nie prosiłby go o nic, co przekraczałoby jego 

siły. Ze strachu przed kolejnym biciem zaparło mu dech w piersiach.

Nie zniesie więcej bólu.
Zacisnął  powieki i modlił  się, żeby nie szli  po niego. Poczuł się winny.  Jeżeli  nie będą 

torturować jego, czeka to kogoś innego. Usłyszał krzyki. Wiedział, co się dzieje, sam przechodził 
podobne cierpienia.

Zamek w grubych drzwiach celi został otwarty.
Luke   czuł,   że   zwymiotuje.   W drzwiach   stał   mężczyzna.   Nie   miał   na   sobie   munduru. 

Przedstawił się jako jego adwokat.

Godzinę później Luke stał przed sądem polowym. Potwornie bolała go noga, ale nie miał 

wyjścia. Sędzią był oficer, który zabił jego przyjaciela, Ramóna. Miłego staruszka, który nigdy 
nie zrobił nikomu krzywdy. Uważano go za niemal świętego. Jedyną pociechą dla Luke’a było 
to, że Ramón opuścił ten okrutny świat i znalazł się w lepszym.

W pomieszczeniu znajdowało się pełno ludzi, których Luke znał z San Paulo i z Managna. 

Ludzi, z którymi pracował i którzy mu pomagali przez ostatnie dwa lata. Przeszukiwał wzrokiem 
tłum, modląc się, żeby znaleźć w nim Rositę. Jego miłość. Jego serce. Rozczarował się, kiedy jej 
nie zobaczył.

– Do czego się pan przyznaje? – spytał oficer pełniący rolę sędziego.
– A jakie są zarzuty? – spytał Luke.
Lista, którą odczytał prowadzący sprawę, była tak absurdalna, że Luke omal nie wybuchnął 

śmiechem. Oskarżano go o wszystko – od podpalenia do gwałtu.

– Czy rozumie pan przedstawione zarzuty?
To pytanie wywołało uśmiech na twarzy Luke’a.
– Tak. – Niewiele brakowało, żeby dodał „wysoki sądzie”, ale zakpiłby ze sprawiedliwości, 

gdyby nazwał prowadzącego sprawę „sędzią”.

– Do czego się pan przyznaje?
– Jestem niewinny – powiedział Luke spokojnie.
Wśród tłumu rozległ się szum.
– Przyprowadzić resztę.
–   Resztę?   –   Luke   odwrócił   się   w   stronę   tylnych   drzwi,   które   akurat   się   otworzyły. 

background image

Wprowadzono czterech chłopców. Mieli spuchnięte twarze i krwawili. Dopiero po chwili Luke 
ich rozpoznał. Byli to nastolatkowie, mieszkający niedaleko misji.

– Hector – wyszeptał – Emilio, Juan i Roberto. – Wszyscy tępym wzrokiem wpatrywali się w 

przestrzeń.

Luke   myślał,   że   pęknie   mu   serce.   Pomieszczenie   wirowało   mu   przed   oczami,   kiedy 

odczytywano zarzuty przeciwko jego przyjaciołom. Ten proces był farsą. Zostali oskarżeni, bo 
próbowali wyciągnąć Luke’a z więzienia.

2Proszę – błagał Luke. – Powiem wam wszystko, co chcecie wiedzieć.
Na twarzy prowadzącego sprawę pojawił się znudzony, sztuczny
uśmiech.
– Za późno na spowiedź.
– Nie mam się z czego spowiadać! – krzyknął Luke.
– Pańskie przestępstwa są liczne.
–   W porządku.   Możecie   mnie   oskarżyć   o wszystko,   co   chcecie,   ale   wypuśćcie   tych 

niewinnych chłopaków. To dzieci.

– Już nie, senor.
Luke zacisnął powieki. Poczuł się tak, jakby ciężar całego świata spoczął na jego ramionach. 

Zrozumiał, że to była prawda. Rosita go odwiedziła. Mówiła, że Hector ma plan, żeby wyciągnąć 
go z więzienia. Nie posłuchała  go, kiedy prosił, by pozwoliła mu umrzeć.  I teraz życie  tych 
czterech młodych chłopaków wisi na włosku, bo chcieli uwolnić go z tego piekła.

Zaczęła go trawić nienawiść, ciemna i czarna.
Wstał oskarżyciel i z przyklejonym uśmiechem, rozwodził się nad przestępstwami, o które 

posądzano Luke’a i chłopaków. Przy stole za nim siedział adwokat i robił notatki.

Luke   doliczył   się   siedemnastu   przestępstw,   które   przedstawiono   mu   w krótkim   akcie 

oskarżenia. Ale to nie miało znaczenia. To był sfabrykowany proces.

Nie wysilał się, żeby wysłuchać przemówienia obrońcy, bo i tak było słabe.
Zanim zaczął zeznawać, rozejrzał się po sali sądowej i dostrzegł morze złych twarzy. Tych, 

którzy   zawsze   płynęli   z prądem.   Tych,   którzy   stawali   po   stronie   ludzi   władzy,   mając   na 
względzie własne interesy.

Był zdegustowany, ale spojrzał na ten żałosny tłum i z serca próbował im wybaczyć.
Przez ostatnie dwa lata nauczał o miłości i przebaczeniu. Nie wiedział, że Bóg da mu tak 

żywą lekcję tych wartości.

– Proszę wstać.
Adwokat,   który   stał   obok,   pomógł   mu   się   podnieść   na   nogi.   Misjonarz   zachwiał   się 

i rozstawił stopy, żeby utrzymać równowagę. Kątem oka spojrzał na sędziego.

– Po rozważeniu wszystkich przedstawionych dowodów uznaję pana za winnego.

background image

Ten sam werdykt odczytano Hectorowi, Emilio, Juanowi i Roberto. Luke nie spodziewał się 

niczego innego.

– Nakazuję stawić się jutro o świcie przed plutonem egzekucyjnym.
Oczy Luke’a zamknęły się, a słowa te spadły na niego niczym grad kamieni.
Oskarżyciel uderzył młotkiem o biurko. W pomieszczeniu zahuczało od oklasków.

background image

Rozdział 24.

Płynęli dalej. Letty czuła, że Murphy’emu powoli przechodzi złość. Prowadził ich księżyc, 

gwiazdy i nikłe światło latarki. Zaległa między nimi pełna napięcia cisza, której Letty nie mogła 
znieść.

Poruszyła się na twardej drewnianej desce. Nie dlatego że było jej niewygodnie. Zżerało ją 

poczucie winy. Oszukała Murphy’ego. Nabrała go. Szybko jej chyba nie wybaczy.

Nieruchome oczy mężczyzny patrzyły na nią oskarżycielsko. Chciała się odezwać, ale nie 

miała   pojęcia,   co   powiedzieć.   Usprawiedliwienie,   które   w Boothill   wydawało   się   racjonalne 
i rzeczowe, teraz brzmiało fałszywie.

Choć Murphy milczał, Letty wiedziała, o czym myśli. Uważał ją za hipokrytkę; zasłania się 

zasadami,   ale   kiedy   jej   wygodnie,   postępuje   wbrew   nim.   Przełknęła   ślinę,   bo   zaschło   jej 
w gardle. Zrozumiała, że właśnie tak postąpiła. Wykorzystała go.

Nie była w stanie mu tego wytłumaczyć, ale robiła to w myślach. Nie oszukała Murphy’ego 

z egoistycznych   pobudek.   Chodziło   o Luke’a.   Brat   był   w tarapatach.   Musiała   przyjść   mu 
z pomocą. Nawet za cenę oszukania Murphy’ego. Dopóki nie przejrzał intrygi, był zadowolony.

Miał to, na co sobie zasłużył. Postąpił nikczemnie, żądając tak poniżającej opłaty za swoje 

usługi. Postawił takie warunki, bo miał nadzieję, że Letty mu odmówi. Chciał uspokoić sumienie 
i był wściekły, kiedy pokrzyżowała mu plany.

Spełniła   warunki   układu   i spędziła   z nim   noc.   Tylko   zmieniła   trochę   sens   ich   umowy. 

Zażyłość między nimi i tak posunęła się o wiele dalej, niż się spodziewała.

Spojrzała na ciemną wodę i westchnęła ciężko. Żałowała i była pełna wątpliwości. Lepiej, 

gdyby dotrzymała umowy i oddała się Murphy’emu. Ale wtedy ledwie go znała i bała się go. Po 
tych kilku dniach spędzonych razem zaczęła mu ufać. Ku swojemu zdumieniu odkryła, że coraz 
bardziej go lubi.

Po czułych pocałunkach mogła się tylko domyślać, jak by było, gdyby dotrzymała umowy. 

Była wdzięczna Murphy’emu, bo zaznała z jego strony zaskakującej czułości.

Czy to dobrze? Murphy potwierdził jej najgorsze obawy. Była niewolnicą swoich zmysłów, 

jak jej matka. Rozpustnicą. Kobietą skłonną do cudzołóstwa.

Jeżeli odda się mężczyźnie bez ślubu, otworzy puszkę Pandory. I dokąd ją to zawiedzie? 

Wyjdzie za mąż i odda swoje ciało mężczyźnie, którego szanuje i podziwia. Mężczyźnie, który ją 
interesuje. Komuś takiemu, jak Slim. Nie będzie wymagającym kochankiem. Od lat zadowalał 
się okruchami  czułości. Murphy był  niebezpieczny.  Najbardziej niebezpieczny ze wszystkich 
mężczyzn, jakich znała.

Bała się go nie dlatego, że był najemnikiem, ale dlatego że ją podniecał. Czułe pocałunki 

były dowodem, że Murphy jest w stanie doprowadzić ją do szaleństwa.

background image

Poczuła, że dłużej nie zniesie tego strasznego napięcia.
– To przez moją matkę. – Wiedziała, że to jeszcze bardziej skomplikuje sytuację, zamiast ją 

wyjaśnić.  Z trudem  przełknęła  ślinę  i uniosła  dumnie  podbródek. Miała  nadzieję,  że Murphy 
doceni to, ile kosztowało ją takie wyznanie.

Nie zwrócił na Letty uwagi.
– Porzuciła mnie i Luke’a, kiedy mieliśmy po pięć lat. Mój ojciec był załamany... Nigdy się 

ponownie nie ożenił.

Murphy zamrugał oczami.
– Uciekła z innym mężczyzną. Nie pierwszy raz zdradziła ojca. Przyznał, że przez lata było 

w jej życiu kilku innych mężczyzn.

Opuściła głowę, bojąc się patrzeć na Murphy’ego. Obawiała się, co usłyszy, jeżeli ich oczy 

się spotkają.

– Babcia mi powiedziała, że matka miała słabość do mężczyzn. Że należy jej współczuć. – 

Głos Letty drżał lekko. Przerwała na chwilę, żeby się uspokoić.

– Ale ty chyba nie masz się o co martwić? – rzucił obcesowo Murphy.
– Nie?
– Uwierz mi, kochanie, nie jesteś w niczym podobna do matki.
Dał jej w ten sposób do zrozumienia, że jest oziębła jak ryba, co było obelgą. Letty się 

zjeżyła, ale nie chciała się z nim kłócić. Nie mogła mu wyznać, jak na nią działa. Włożyłaby mu 
do rąk broń, której z pewnością nie zawahałby się użyć przeciwko niej. Trzymała głowę prosto, 
zdusiła emocje i milczała.

– A więc to cię martwiło? – Pytanie nie wymagało odpowiedzi. Oczy Murphy’ego błyszczały 

w ciemności. Jego złość ustąpiła miejsca niememu zdziwieniu.

– Żałuję, że cię oszukałam. – Przynajmniej tyle była mu winna. – To, co powiedziałam ci 

o matce, nie usprawiedliwia mojego postępowania, ale chociaż tłumaczy jego powody.

– Tak?
– Ja... Czeka nas długa droga, więc dobrze by było to sobie wyjaśnić. Masz rację, skłamałam 

i oszukałam  cię.  Masz  prawo  być  zły.   Jeżeli   to  cię  usatysfakcjonuje,   przyznam,   że  szczerze 
żałuję. Byłeś wobec mnie uczciwy. Mogę sobie tylko wyobrazić, co by mnie spotkało, gdybym 
wybrała się tu sama. Przykro mi, Murphy.

– Na tyle, żeby w końcu mi zapłacić?
Przyjrzała mu się.
– Czy wszystko dla ciebie sprowadza się do seksu?
– Dość wiele.
– Nie uważasz, że jesteś trochę śmieszny?
– Nie. Podałem ci cenę, a ty się zgodziłaś. Nad czym tu jeszcze debatować?

background image

– Ten mężczyzna był niemądry.
– Twoje żądanie było podłe.
– Przecież mi zaufałaś. Powierzyłaś mi życie.
– Potrzebowałam twojej pomocy. Nadal jej potrzebuję. Skąd mogłam wiedzieć, jakim jesteś 

człowiekiem?

– Usprawiedliwiaj się, jak chcesz, złotko. Prawda jest taka, że mnie oszukałaś. Sprzedałaś mi 

się. Warunki były jasne i ty się na nie zgodziłaś. Chcę od ciebie tylko tego, co mi się należy. – 
Złość Murphy’ego słychać było w każdej sylabie.

– Zgodziłam się, żeby ratować życie brata.
– Tłumacz sobie, jak chcesz. To nie zmienia faktów.
– Ale ja cię nie oszukałam, przynajmniej nie do końca...
– To prawda – przerwał jej.  –  Znalazłaś sposób, żeby się od tego wymigać. Czy to coś 

zmienia?

Letty zjeżyła się, słysząc jego szorstki głos.
– Dobrze. Dostaniesz to, co ci się należy, skoro tak bardzo chcesz. – Takie oświadczenie nie 

było   najmądrzejsze.   Nie   w przypadku   Murphy’ego.   Letty   miała   nadzieję,   że   kiedy   opowie 
o swojej przeszłości, dzieląc się z nim swoimi obawami, Murphy nie będzie taki bezwzględny. 
Myliła się.

– Zgadzasz się?
– Tak! – wrzasnęła.
– Kiedy?
– Teraz – – Wstała. Motorówka zachybotała się na boki. Nie przejmowała się tym, że łódka 

może się wywrócić. Ściągnęła przez głowę stylonową bluzkę i rzuciła ją na bok.

– Letty, usiądź – wycedził Murphy przez zaciśnięte zęby.
– Nie usiądę, dopóki nie wywiążę się z umowy. Jeżeli tak strasznie mnie pożądasz, proszę 

bardzo. – Zaczęła ściągać spódnicę przez głowę. Materiał przykrył jej twarz, straciła równowagę. 
Zaczęła wymachiwać rękami, żeby ją odzyskać. Czuła, że łódka niebezpiecznie kołysze się na 
boki.

Murphy zaklął głośno i krzyknął:
– Siadaj, do licha!
Nie zdołała odzyskać równowagi i wpadła do ciemnej, zimnej wody. Spódnica opadła jej na 

twarz.

Zanurzając się pod wodę, słyszała, że Murphy klnie ze złości.
Zachłysnęła się wodą. Zaczęła się dusić. Sparaliżował ją strach. Porwał ją prąd, rzucając raz 

w prawo, raz w lewo. Spódnica owinęła jej się wokół twarzy.

Wypłynęła na powierzchnię i zaczęła krzyczeć przerażona, że się utopi. Przerażona, że zginie 

background image

i nie uratuje Luke’a. Czytała kiedyś, że tonący widzi się przed oczami całe życie. Letty nie czuła 
nic poza paraliżującym, potwornym strachem. Z braku powietrza piekło ją strasznie w płucach.

Nagle poczuła, że ktoś wyciąga jaz wody. Była pewna, że umiera, a za moment jej głowa 

znalazła się nad powierzchnią i znowu mogła oddychać.

Kaszlała  i pluła, a potem jeszcze  przez chwilę się dławiła.  Murphy trzymał  ją mocno  za 

nadgarstek. Jakoś udawało mu się jednocześnie panować nad łódką i trzymać Letty.

– Podaj mi drugą rękę! – krzyknął.
Musiała zebrać wszystkie siły, żeby to zrobić. Murphy ścisnął ją mocno za drugi nadgarstek.
– Dalej, kochanie. Musisz mi pomóc.
Słychać było, że z całych sił usiłuje ją utrzymać.
Rzeka wirowała wokół Letty, jakby chciała ją zatrzymać. Woda napierała na nią z jednej 

strony, a Murphy z drugiej. Czuła się, jakby rozciągano jej członki na torturach.

Udało   jej   się   wydobyć   ramiona   z wody   i Murphy   jakimś   cudem   zdołał   wciągnąć   ją   do 

motorówki. Udało mu się, choć łódź kilka razy omal się nie wywróciła.

Letty czuła się jak zdechła ryba. Trzęsła się z zimna.
Murphy, wyczerpany, oparł się o ster. Oddychał ciężko i głośno.
Letta dopiero teraz uświadomiła sobie grozę sytuacji i wybuchnęła płaczem. Nienawidziła łez 

i słabości.   Ale   nie   mogła   zapanować   nad   emocjami.   Nie   pierwszy   raz   płakała   w obecności 
Murphy’ego. Za każdym razem czuła się bardziej zmieszana.

Spodziewała się awantury za tak kretyńskie zachowanie. Naraziła ich na niebezpieczeństwo 

tylko dlatego, że poczuła się dotknięta i wściekła.

Zdradziła   swoją   tajemnicę   i odpłacił   jej   sarkazmem.   Mogła   się   nie   trudzić   opowieścią 

o matce, bo niczego to nie zmieniło. Objęła ramionami kolana i ukryła w nich twarz. Wstrząsnął 
nią cichy szloch.

Nie spodziewała się, że Murphy weźmie ją w ramiona. Ale to zrobił.
Szlochając,   przylgnęła   do   niego;   przyjęła   ciepło,   pociechę   i bliskość.   Nie   przestawał   jej 

głaskać   po   mokrej   głowie.   Milczał.   Słyszała   gwałtowne   bicie   jego   serca.   Był   tak   samo 
przerażony jak ona, może nawet bardziej.

Przycisnął policzek do jej głowy i wypuścił z płuc powietrze.
– Dalej – wyszeptała, bo chciała już to mieć za sobą.
– Co dalej?
– Nakrzycz na mnie. Zasłużyłam na to.
– Myślę, że rzeka mnie w tym wyręczyła. Murphy’emu udało się skierować łódkę do brzegu.
Milczeli, przytuleni do siebie. W końcu Murphy powiedział:
– Nie musisz się martwić, że jesteś jak twoja matka. Każdy mężczyzna uważałby tak wierną 

i lojalną kobietę za skarb. Nie każda siostra ryzykowałaby jak ty, żeby odnaleźć brata.

background image

Letty   podniosła   twarz   i spojrzała   na   Murphy’ego.   Odgarnęła   z czoła   kosmyk   mokrych 

włosów.

– Moja matka też nie była uosobieniem cnoty – przyznał. – Popełniła w życiu błędy i drogo 

za nie zapłaciła. Przypuszczam, że twoja matka również. Każdy z nas ma swoją indywidualność, 
swoje życie, popełnia własne błędy, wyciąga z nich wnioski i idzie naprzód.

– Czy to znaczy, że zwalniasz mnie ze zobowiązania? – spytała z nadzieją w głosie.
Murphy pozwolił sobie na ironiczny uśmieszek.
– Wątpię. Z niecierpliwością czekam, żeby odebrać, co mi się należy. Ale wszystko w swoim 

czasie. Wszystko w swoim czasie.

background image

Rozdział 25.

Jack postanowił, że na jakiś czas wycofa się z gry. Niech Marcie trochę poczeka na sygnał od 

niego.   Wytrzymał   jeden   dzień.   Ze   zdziwieniem   stwierdził,   że   większość   czasu   zmarnował, 
myśląc   o właścicielce   salonu   piękności.   Nie   był   zachwycony,   że   przerwała   ich   grę   miłosną. 
Musiał jednak przyznać, że wiele ją to kosztowało. Kiedy doszedł do siebie, poczuł w stosunku 
do Marcie coś jakby podziw.

Jack stale obracał się wśród kobiet. Kochał je, był  dla nich hojny,  bo mógł sobie na to 

pozwolić,   a potem   je   opuszczał.   Nie   bez   żalu.   Kiedy   wyjeżdżał   w związku   z jakąś   misją, 
w przyjazny sposób rozstawał się z aktualną kobietą swojego życia. Kiedy wracał, czekała na 
niego i witała go z otwartymi ramionami. Tak też było wiele razy z Marcie.

Pociągała go, bo jej temperament, jeśli chodzi o seks, był podobny do jego. Mogli spędzić 

w łóżku dwa albo trzy dni.

Grał w tę grę od dobrych kilku lat. Kobiety pojawiały się w jego życiu i znikały, czasem 

dwie albo trzy naraz. Kochał je wszystkie.

Od niedawna zaczął poważnie zastanawiać się nad związkiem monogamicznym.
Nie mówił o tym głośno. A już na pewno nie rozmawiał o tym z Murphym, który nieźle by 

się uśmiał. Decyzję tę podjął w ciągu ostatnich tygodni. Może wywarli na niego wpływ Cain 
i Mallory.   Śluby   dwóch   byłych   najemników   wywołały   w Deliverance   Company   ogólne 
poruszenie.

Z   Jackiem   było   inaczej.   Nie   brał   pod   uwagę   małżeństwa.   Chciał   w pewnym   sensie   być 

wolny.   Co   nie   znaczyło   to,   że   nie   ma   zamiaru   dotrzymać   wzajemnej   umowy.   Zamierzał 
szanować swoją wybrankę i poświęcić jej całą uwagę.

W zamian będzie oczekiwał kilku rzeczy. Pierwsza i najważniejsza to całkowita wierność. 

Dopóki Marcie nie przerwała ich gry miłosnej, Jack’ sądził, że kobieta nie jest zdolna do takiego 
poświęcenia. Marcie udowodniła, że jest. Przyznała, że nie kocha swojego hydraulika, ale nie 
chciała zawieść jego zaufania.

Jack był pod wrażeniem.
Nie wiedział, dlaczego Marcie się zmieniła, ale podobała mu się jej nowa osobowość. Chciał 

ją mieć w łóżku od chwili, kiedy na nią spojrzał. Ale teraz chciał, żeby była też w jego życiu.

Kiedy   był   pewien,   że   Marcie   wróciła   z pracy,   zadzwonił   do   niej.   Odebrała   po   drugim 

sygnale, jakby czekała na telefon od niego.

– Mówi Johnny. – Prędzej czy później powie jej, jak naprawdę ma na imię, ale na razie niech 

zostanie tak jak jest.

–  Johnny.   –  Rzuciła  bez   tchu,  podekscytowanym  głosem.   Miał  wrażenie,  że   ten  telefon 

sprawił jej olbrzymią radość. Był wyjątkową, najcudowniejszą rzeczą, jaka jej się kiedykolwiek 

background image

przydarzyła. Miło byłoby się przyzwyczaić do takich powitań.

– Powinniśmy porozmawiać.
Wyczuł, że się waha.
– Porozmawiać? O czym?
– O czymkolwiek. O wszystkim. Nie chcę cię stracić, Marcie.
– Johnny, nie, proszę.
Prawie   widział,   jak   z zamkniętymi   oczami   ściska   słuchawkę,   a jej   umysł   walczy 

z pożądaniem.

– Powiedziałaś Cliffordowi o naszej randce?
– Tak.
– Obiecałaś mu, że więcej się ze mną nie spotkasz?
Milczała, jakby nie chciała mu odpowiedzieć.
– Nie. Powinnam była, ale tego nie zrobiłam.
Jack uśmiechnął się znacząco. Nie obiecała Cliffordowi, bo nie była pewna, czy uda jej się 

dotrzymać słowa. Kolejna rzecz godna pochwały. Uczciwość.

–   Muszę   się   z tobą   zobaczyć.   –   Jego   głos   stał   się   głęboki,   chrypliwy   i uwodzicielski. 

Podkreślił słowo „muszę”. Nie przesadzał. Podniecał go sam dźwięk jej głosu. Od miesięcy nie 
był   tak   spragniony,   ale   nie   chciał   zadowolić   się   jakąś   panienką.   Pragnął   Marcie.   Paliło   go 
w środku coraz mocniej, aż w końcu rozmowa stała się dziwną torturą.

– Dobrze – wyszeptała Marcie. – Ale gdzieś w miejscu publicznym.
–   Zgoda.   Zadecyduj   gdzie.   –   Restauracja   nie   stanowi   przeszkody.   Ich   pragnienie   nie 

zmniejszy się tylko dlatego, że znajdą się wśród innych ludzi. Może jeszcze wzrosnąć.

– Kiedy? – spytała bez tchu.
– Zaraz.
Zawahała się.
– Potrzebuję cię, kochanie – wyszeptał do słuchawki.
– Och, Johnny, to chyba nie jest dobry pomysł.
– Jest. Nic się nie stanie, obiecuję. Chcę się tylko z tobą spotkać.
Marcie milczała przez chwilę, potem westchnęła.
– Grałeś kiedyś w golfa?
Teraz on z kolei nie wiedział, co odpowiedzieć. Zmarszczył czoło i podrapał się w głowę.
– Chcesz zagrać w minigolfa?
– Tak.
Cień prowokacji w jej głosie wywołał uśmiech na jego twarzy. Najwyraźniej Marcie była 

przekonana,   że   kiedy   zajmą   się   czymś   idiotycznym,   zapomną   o tym,   czego   oboje   pragnęli 
najbardziej – siebie nawzajem.

background image

– Nie ma sprawy. Powiedz gdzie. Zaraz tam będę.
Czekał  na nią. Przyjechała  tym  swoim gratem.  Kupi jej inny samochód.  Pasowałaby do 

czegoś   w kolorze   ciemnego   błękitu.   Albo,   do   diabła,   sprawi   jej   mały   czerwony   samochód 
sportowy.

Marcie podeszła do Jacka, spoglądając na niego nerwowo.
– Dziękuję, że przyjechałaś. – Pochylił się, żeby musnąć ustami jej policzek. Miała na sobie 

długą letnią suknię bez rękawów z wymyślnym dekoltem. Pachniała różami i słońcem. Zrobił 
wszystko, co mógł, żeby się powstrzymać. Chłonął jej ciepły, świeży zapach.

– Powinnam cię była ostrzec. Jestem w tym dobra – oznajmiła, kiedy płacił za bilety.
– Chcesz zrobić mały zakład o wynik meczu?
Przyjrzała mu się badawczo, jakby nie była pewna, czy spodobają jej się warunki.
– O co?
– O loda.
Uśmiech rozjaśnił jej twarz.
– Zgoda.
Jack nie zdradził jej, że ma nadzieję, iż Marcie da mu polizać loda. Kiedy jego język będzie 

chłodny, zacznie ssać jej piersi. Tak się kiedyś bawili, ale ona najwidoczniej o tym zapomniała.

Pierwszą przeszkodą był wiatrak. Należało uderzyć w odpowiednim momencie, żeby piłka 

golfowa ominęła skrzydło wiatraka, które obracając się, zasłaniało dziurę.

Marcie była pierwsza. Pochyliła się z kijem golfowym. Jackowi wydawało się, że Marcie 

celowo eksponuje pupę. Wygięła się tak, że nie mógł zapanować nad podnieceniem.

– Marcie... – Zacisnął powieki i głośno jęknął.
– Co? – Odwróciła się do niego.
– Musisz trzymać kij golfowy w ten sposób?
– W jaki sposób? – Rzuciła mu niewinne spojrzenie.
– Nieważne – odpowiedział szorstko. – To bez znaczenia.
Wkrótce zdał sobie sprawę z tego, że nie przesadzała. Nieźle go ogrywała i cieszyła się każdą 

minutą tej gry. Dziwne, ale Jack również nieźle się bawił.

– Przypuszczam, że będę musiał ci kupić tego loda. – Wydawał się niepocieszony.
– Nic nie stoi na przeszkodzie.
Weszli do małej kawiarenki. Jack zamówił dwa rożki po trzy kulki. Usiedli naprzeciwko 

siebie przy stoliku w cieniu. Jack ujął dłoń Marcie, odwrócił ją i zaczął palcem wskazującym 
leniwie zataczać na niej kółka.

– Mówiłeś, że chcesz porozmawiać – przypomniała mu Marcie, uwalniając dłoń.
–   Tak.   –   Teraz,   kiedy   nadeszła   odpowiednia   chwila,   nie   wiedział,   od   czego   zacząć.   – 

Byliśmy dobrymi przyjaciółmi przez kilka ostatnich lat.

background image

– Tak uważasz? – zdziwiła się.
Zaskoczyła go.
–   Byliśmy   głównie   kochankami,   Johnny.   Związek   to   coś   więcej   niż   dwu-,   trzydniowe 

miłosne szaleństwo co kilka miesięcy.

– W porządku, w porządku. Punkt dla ciebie. Chcę, żeby to się zmieniło.
Przestała lizać loda i przyglądała mu się dużymi, okrągłymi oczami.
– Co masz na myśli?
Ich spojrzenia spotkały się.
– Lubię cię, Marcie. Bardzo. Jesteś niesamowitą kobietą. Muszę ze wstydem przyznać, że do 

niedawna traktowałem cię jako łatwą zdobycz.

– Chciałeś powiedzieć, zanim pojawił się Clifford?
Wobec takiego argumentu nie miał zbyt wielkiego pola do popisu.
– Punkt dla ciebie, ale tym razem jest inaczej.
– Masz rację. Jest inaczej. Nie idę z tobą do łóżka, gdy tylko wyciągniesz ręce. Szaleję za 

tobą, Johnny, od dawna, ale to do niczego dobrego nie prowadzi.

– Jack Keller – powiedział miękko. Nadszedł czas odkryć karty, wyciągnąć rękę i zagrać 

wobec niej uczciwie i szczerze.

– Jack Keller? – powtórzyła.
– Mam na imię Jack, Pomyślałem, że muszę ci o tym powiedzieć.
Długo milczała. Jack z przerażeniem zauważył, że do jej oczu napływają łzy.
– Marcie? – Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął czystą chusteczkę. – Co się stało?
Wstała, podeszła do kosza na śmieci, wyrzuciła loda i objęła się ramionami. Spodziewał się 

różnych reakcji, ale nie łez. Podszedł do niej, również wyrzucił loda i delikatnie położył dłonie 
na jej ramionach.

– Możesz nadal mówić do mnie Johnny, jeśli chcesz – zaproponował.
– Nawet nie powiedziałeś mi, jak masz na imię.
– Powiedziałem – odpowiedział szybko. – Ale byliśmy w barze, pamiętasz? Muzyka głośno 

grała i musiałaś mnie źle zrozumieć. Miałem powiedzieć ci później.

– Ale nie mogłeś mi oznajmić, że źle się do ciebie zwracam, kiedy okręcałeś mnie sobie 

wokół palca.

– Mylisz się. Nie obchodziło mnie, jak mnie nazywasz, dopóki pozwalałaś mi być przy sobie 

– wyszeptał. Przycisnął usta do jej szyi. – Chcę, żebyśmy zaczęli od nowa, Marcie. Tym razem 
wszystko będzie tak, jak powinno.

– A niby dlaczego? – odpowiedziała szeptem. – Oboje wiemy, że łączy nas tylko jedno – 

ogromny fizyczny apetyt.

– Masz rację, ale skoro jest nam tak dobrze w łóżku, wyobraź sobie, jak byłoby i poza nim?

background image

Plecy Marcie drżały od urywanego śmiechu. Grzbietem dłoni otarła mokrą twarz.
– W porządku, powiedzmy, że zgadzam się poznać cię lepiej poza łóżkiem. Innymi słowy, 

chcesz, żebyśmy zostali przyjaciółmi, tak?

Ugryzł się w język. Niezupełnie o to chodziło, ale była blisko. Chciał, żeby się do niego 

wprowadziła,  ale nie  miał  zamiaru  ulokować jej  w sypialni  dla gości.  Marzył,  żeby mieć  ją 
znowu w łóżku, ale wiedział, że jeżeli będzie posuwał się zbyt szybko, to ją straci.

– Tego chcesz, prawda? – Odwróciła się do niego twarzą.
– Tak – zgodził się niechętnie. – Przyjaźni.
– I co? – nalegała.
Zawahał się niepewny, co Marcie chce usłyszeć.
– Co tylko chcesz, kochanie. Pozwolimy temu związkowi rozwijać się tak, jak ty będziesz 

chciała. Ty będziesz przy sterze.

To ją najwyraźniej  zdziwiło.  Jej oczy zrobiły się ogromne,  wyczekujące,  jakby nie była 

pewna, czy powinna mu wierzyć. Chcąc go wypróbować, powiedziała:

– Zacznijmy od odrobiny szczerości. Jeśli źle zrozumiałam twoje imię, może powinniśmy 

wyjaśnić sobie inne rzeczy.

– Zgoda. – Podniósł obie ręce, dając do zrozumienia, że może pytać.
Szli   przed   siebie   bez   żadnego   celu.   Ogromnie   go   kusiło,   żeby   jej   dotknąć.   Był   prawie 

pewien, że Marcie tego nie chce, zacisnął więc pięści za plecami.

– Jesteś żonaty?
– Nie – powiedział dobitnie.
– A byłeś?
– Nie.
Popatrzyła na niego, chcąc sprawdzić, czy mówi prawdę. Wytrzymał jej spojrzenie.
– Przysięgam, że mówię prawdę.
– Z tym sporo się spóźniłeś.
– Racja. – Nie chciał się nad tym rozwodzić, dopóki nie dostrzegł błysku sceptycyzmu w jej 

oczach. Wiedział, że go sprawdza. Jeżeli tym razem minie się z prawdą, straci Marcie. – Nie 
jestem handlowcem, jak myślałaś.

– Nie?
Wziął kilka głębokich oddechów. Prawda może być zbyt trudna do zaakceptowania. Nie miał 

wyjścia – musiał podjąć ryzyko.

– Pewnie ci się to nie spodoba. Moja praca nie jest bezpieczna, ale jeżeli chcesz prawdy, to ją 

wyjawię.

– Jesteś agentem służb specjalnych?
Roześmiał się. Marcie wyglądała tak wdzięcznie, że pochylił się i delikatnie pocałował jaw 

background image

usta.

–   Nie.   Pracuję   dla   Deliverance   Company.   Jesteśmy   zespołem   dobrze   przeszkolonych 

komandosów, którzy specjalizują się w operacjach ratunkowych.

– Jesteś najemnikiem? – spytała z niedowierzaniem.
– Tak.
– O, Boże.
– Kochanie, posłuchaj, robię to od wielu lat. Jestem w tym cholernie dobry. Przecież żyję, 

prawda?

Pokiwała  głową,  ale  zauważył,   że  z jej  oczu  zniknął  blask.  Podeszła   do ławki  parkowej 

i usiadła.

– Powiedz coś. – Usiadł obok niej.
Przyglądała mu się dłuższą chwilę i położyła dłoń na jego twarzy.
– Zmieniłbyś pracę, gdybym cię o to poprosiła?
Ta kobieta szła na całość. Ale szanował ją za to. Nie ma sensu rozmawiać o szczegółach, 

jeżeli   nie   dogadają   się   w tak   ważnej   sprawie.   Potrzebował   trochę   czasu,   żeby   przemyśleć 
odpowiedź.

– Nie wiem.
– To mi nic nie mówi.
– Ujmijmy to tak. Spróbowałbym, gdybyś nie mogła znieść mojej profesji. Parę lat temu 

ożeniło się dwóch moich kolegów. Odeszli z Deliverance Company i wygląda, że są zadowoleni. 
Jeżeli Mallory i Cain mogli przystosować się do normalnego życia, myślę, że i ja bym potrafił.

– Obaj się ożenili?
– Tak. I chyba szczęśliwie. – Nie był to odpowiedni moment na obwieszczenie, że sam nie 

zamierza   podjąć   tak   radykalnych   kroków.   Chciał   żyć   z Marcie,   ale   chwilowo   nie   myślał 
o zalegalizowaniu tego związku.

Ramiona Marcie opadły, jakby pod ciężarem własnych myśli.
– Muszę to wszystko przemyśleć, Johnny. Jack – poprawiła się szybko.
– Dobrze, kochanie.
– Muszę też pomyśleć o Cliffordzie. – Była najwyraźniej zmartwiona.
– Wiem.
– Jest dla mnie dobry.
– Ja też będę dla ciebie dobry – obiecał Jack.
– Nie rozumiesz, o co chodzi z Cliffordem.
– Na pewno nie rozumiem.  – Poniżanie innego mężczyzny nie byłoby w tym momencie 

najmądrzejsze.

– Potrzebuję czasu, żeby się nad tym zastanowić.

background image

– Oczywiście, masz rację. – Cierpliwość będzie Jacka dużo kosztowała. Pragnął Marcie. 

Miał wrażenie, że z łatwością może się w niej zakochać.

background image

Rozdział 26.

O świcie Luke usłyszał na korytarzu kroki strażnika. Był gotowy na śmierć. Przez długie 

tygodnie oswoił się z tą myślą. Jak na ironię egzekucja wypadała w dniu świętego Pawła, patrona 
stolicy Zarcero.

Kiedy go aresztowano i przechodził najgorsze tortury, kiedy nieopisany ból nie dawał mu 

spać w nocy ani w dzień, modlił się o śmierć. Później, gdy cierpienia stały się lżejsze, zrozumiał, 
że bardzo pragnie żyć. Myśli o Rosicie i ich wspólnej przyszłości przysparzały mu sił, żeby się 
nie poddawał. Żeby miał nadzieję. Wiarę. Żeby ufał.

Teraz mieli go zabić. Jego i czterech chłopców. Byli niewinni. Jedynym ich przestępstwem 

było to, że chcieli go wyrwać z rąk tych bydlaków. Nie będzie niespodziewanego zawieszenia 
wyroku. Żadnego ratunku. To koniec.

Drzwi celi otworzyły się. Mimo bólu w nodze Luke stał dumny i wyprostowany. Niedługo 

odbiorą   mu   życie,   ale   nie   będzie   skamlał   ani   krzyczał   przed   oprawcami.   Trzymając   głowę 
wysoko i z godnością, na jaką go było stać, położył dwa listy na pryczy i odważnie spojrzał na 
strażników. Obrzucił celę ostatnim spojrzeniem. Modlił się w milczeniu, żeby jego listy dotarły 
do Rosity i Letty.

Niższy strażnik wykręcił mu mocno ręce za plecami, a potem kolbą karabinu popchnął do 

przodu. Luke szedł ciemnym kamiennym korytarzem. Może był śmieszny w ostatnich chwilach 
życia. Czuł, że za kilka minut opuści ziemię pełną nienawiści i zemsty i przejdzie do świata 
miłości i przebaczenia.

Na zewnątrz oślepiło go słońce. Zmrużył oczy. Zobaczył, że Hector, Emilio i Juan już są. 

Stali przy ścianie, z rękami za plecami. Najwyraźniej nie pozwolono im nawet zawiązać oczu.

Zawziął się, że będzie silny, ale poczuł bolesne ściskanie w piersiach. Nie chciał umierać. 

Nie chciał zostawiać tego, co go jeszcze czekało w życiu. Pomyślał o Rosicie i miłości jaką żywił 
do niej i do ich dzieci, którym nie będzie dane się narodzić. Miłości do misji w Zarcero, którą 
chciał rozwinąć. Do Letty, która zostanie sama. Żywił nadzieję, że jego śmierć skłoni siostrę, by 
poślubiła Slima. Ten farmer był w stosunku do niej bardzo cierpliwy.

Oprawcy   Luke’a   popchnęli   go   brutalnie   w stronę   pozostałych   skazanych.   Potknął   się 

i uderzył głową w twardy mur. Przeszył go ból i przez chwilę dwoiło mu się w oczach.

Kiedy doszedł do siebie, zauważył, że Juan i Roberto szlochają ze strachu. Byli przecież 

dziećmi. Żaden z nich nie miał jeszcze szesnastu lat. Hector wyglądał, jakby był w szoku. Patrzył 
pustym wzrokiem w dal. Szesnastoletni Emilio osunął się na ziemię, bo nie mógł utrzymać się 
dłużej na nogach.

Na widok Luke’a w tłumie rozległ szum. Zza plutonu egzekucyjnego wybijał się kobiecy 

szloch   i błaganie   o miłosierdzie.   To   rodziny   chłopców,   pomyślał   smutno   Luke.   Wiedział,   że 

background image

Rosita jest tutaj, i zanim pluton egzekucyjny uniósł karabiny, ostatnia myśl misjonarza pobiegła 
ku niej. Zamknął oczy i modlił się, żeby Bóg wziął miłość, którą czuł do Rosity, i przelał ją 
w serce innego mężczyzny.  Człowieka, który będzie dla niej tak czuły, jak on by był, gdyby 
pozwolono mu żyć.

Zamknął oczy. Był przygotowany na spotkanie z Bogiem, któremu służył.
– Stać!
Luke’a otworzył szeroko oczy. Do plutonu egzekucyjnego pewnym krokiem podszedł jakiś 

oficer. Rozmawiał z dowódcą i spoglądał w stronę Luke’a. Misjonarz nie miał pojęcia, co się 
dzieje, ale zauważył, że w oczach jego przyjaciół rozbłysła nadzieja. Patrzyli na Luke’a, jakby on 
potrafił wytłumaczyć, co się stało.

– Wiary, moi przyjaciele – wyszeptał, chcąc dodać im odwagi.
W więzieniu poznał wielu dowódców, ale tego tutaj widział po raz pierwszy.
Dwaj oficerowie naradzili się krótko. Potem przybyły oficer podszedł do Luke’a, chwycił go 

za ramię i odciągnął od pozostałych więźniów.

– Wykonać! – Padł rozkaz wydany przez dowódcę plutonu egzekucyjnego.
– Nie! – krzyknął Luke. – Nie!
Jego krzyk zagłuszyły strzały, które niosły się echem, mieszając z okrzykami przerażenia. 

Odwrócił   się   i zobaczył,   jak   zakrwawione,   martwe   ciała   czterech   chłopców   osuwają   się   po 
murze. W powietrzu zawisł zapach siarki i śmierci.

Rozpacz i przerażenie były tak silne, że nogi odmówiły Luke’owi posłuszeństwa i upadł na 

ziemię. Zwymiotował. Nie był już w Zarcero. Był w piekle, w rękach samego diabła.

Kiedy się uspokoił, zaprowadzono go sztabu dowódcy i posadzono na krześle. Patrzył na 

twarze dwóch mężczyzn i nie czuł kompletnie nic. Żadnego strachu. Żadnego bólu. Nic.

Dowódca plutonu i drugi oficer rozmawiali po cichu, ale Luke nie zwracał na nich uwagi. 

Miał wrażenie, że jego umysł wyłączył się z powodu tego, czego był świadkiem, okrucieństwa 
wyrządzonego jego przyjaciołom. Wolał nie myśleć o życiu tych niewinnych chłopaków, żeby 
nie zwariować. Siedział kompletnie otępiały.

– Przyjechałem, żeby zapytać cię o rodzinę – oznajmił oficer, który przerwał egzekucję.
Luke rzucił mu krótkie spojrzenie.
– Odpowiedz kapitanowi Norte! – wrzasnął kapitan Faqueza, dowódca oddziału, widząc, że 

Luke nie śpieszy się z odpowiedzią.

– Moją rodzinę – powtórzył Luke, nadal otępiały i ogłuszony.
– Opowiedz mi o swojej rodzinie – ponaglił kapitan.
– Należę do Bożej rodziny.
Za tę odpowiedź dostał w twarz.
– Masz żonę?

background image

– Nie – odpowiedział szeptem.
– A siostrę?
Luke milczał.
– Znaleziono to na jego pryczy. – Faqueza położył na biurku dwa listy, które Luke zostawił 

w celi. Norte wziął pierwszy list do ręki.

Letty.
Luke pokręcił głową i zmrużył oczy.
– Co ma z tym wspólnego moja siostra?
– Letty Madden. – Wymówienie  po angielsku tego nazwiska sprawiło  kapitanowi  Norte 

kłopot. – Tak chyba przedstawiła się ta kobieta.

– Letty tutaj jest? – Luke poczuł przypływ sił. Poderwał się z krzesła.
Posadzono go z powrotem. Kapitan Norte przechadzał się przed nim w tą i z powrotem.
– Zetknąłem się z pana siostrą i jej przyjacielem.
Jej przyjacielem? Luke nie miał pojęcia, kto to mógł być. Na pewno nie Slim. Nie mógł sobie 

wyobrazić  tego  farmera   w Zarcero.   Nie  w dzisiejszym  Zarcero.   Łagodnie   mówiąc,   przyjaciel 
Letty nie pasował do Ameryki Środkowej.

– Co jej zrobiliście? – spytał Luke.
– Nic – odpowiedział Norte i dodał z lekkim, fałszywym uśmieszkiem: – Jeszcze nic, ma się 

rozumieć. Twoja siostra jest trochę uciążliwa. Razem z przyjacielem wysadzili zbiornik paliwa, 
zabili dwóch moich ludzi i ukradli dżipa.

– Letty? – Luke nie mógł uwierzyć. – Musieliście pomylić ją z kimś innym. Moja siostra 

pracuje w urzędzie pocztowym w Stanach Zjednoczonych.

Norte prychnął.
– Zgadza się.
– Dostaliśmy niedawno wiadomość, że jej przyjaciel wpadł, ale niestety, zanim zdążyliśmy 

przyjechać, żeby go przesłuchać, udało mu się uciec. Jesteśmy przekonani, że za tym też stoi 
twoja siostra.

– Letty?
– Najwidoczniej udało jej się upić strażnika.
– Mylicie ją z inną kobietą – oznajmił beznamiętnie Luke. Nie miał pojęcia, co Letty robi 

w Zarcero, ale modlił się, żeby wyjechała stąd jak najszybciej.

– Mam zamiar zrobić porządek z twoją siostrą.
Luke milczał.
– I najlepszym sposobem, żeby ją schwytać, jesteś ty.
– Był skazany na śmierć – przypomniał kapitan Faqueza, najwyraźniej niezadowolony, że 

Luke’a nie rozstrzelano wraz z innymi.

background image

– I umrze – odpowiedział Norte pewnym głosem. – Ma pan moje słowo. Tylko najpierw 

użyję go jako przynęty na naszych wrogów.

background image

Rozdział 27.

Letty obudziła się nagle i zerwała się na równe nogi. Powoli wciągnęła powietrze i rozejrzała 

wokół, usiłując  zorientować  się, gdzie jest. Słychać  było  wesołe głosy żółtodziobych  papug, 
białych czapli i fregat. Zobaczyła łódkę i uświadomiła sobie, że są wciąż na wodzie, Murphy 
zabezpieczył   miejsce   postoju,   żeby   mogli   się   parę   godzin   zdrzemnąć.   Oboje   bardzo   tego 
potrzebowali.

Nie była pewna, co ją obudziło. Przez jakiś czas jej rozkojarzony umysł nie był w stanie 

funkcjonować. Ogarnął ją potworny smutek i głęboki, przeszywający żal. Przejęta zastanawiała 
się, co to może być. Choć od razu domyślała się, że chodzi o Luke’a. To on odczuwał ból, prawie 
nie do zniesienia.

– Co się dzieje? – Niechcący obudziła Murphy’ego. Wsparł się na łokciu i patrzył na nią.
– Nie wiem. – Usiłowała przezwyciężyć falę wszechogarniającego smutku. – Wiem tylko, że 

coś   się   stało   z Lukiem.   Coś   strasznego.   Czuję   jego  męczarnie,   czuję  żal.   –  Nie   patrzyła   na 
Murphy’ego.   Wiedziała,   że   sceptycznie   podchodzi   do   jej   emocjonalnego   związku   z bratem 
bliźniakiem.  –  Murphy, musimy go szybko odnaleźć. Stało się coś okropnego. To złamało mu 
serce.

– Będziemy w San Paulo po południu – powiedział Murphy.
– Musimy się pospieszyć. – Ukryła twarz w dłoniach. Odczucie słabło, aż w końcu zniknęło.
– Uspokój się, kochanie, dotrzemy tam na czas.
– Martwię się. – Wyprostowała się i spojrzała na rzekę. Chciała natychmiast wyruszać.
Murphy usiadł, ziewnął i potarł ręką brodę. Letty zauważyła, że nie golił się od kilku dni. 

Musiała oprzeć się pokusie, żeby nie wyciągnąć dłoni i nie dotknąć jego twarzy. To pragnienie ją 
zaskoczyło. Podczas tej wyprawy kilka sytuacji zbliżyło ich do siebie. Letty czuła się przy nim 
swobodnie, jak przy żadnym innym mężczyźnie, pomijając ojca i brata. Swobodniej nawet niż 
przy Slimie, mężczyźnie, którego – jak myślała – poślubi.

– Tak jakoś patrzysz – wymamrotał Murphy i zmarszczył czoło.
– Jak patrzę? – Letty sięgnęła po plecak. Zaczęła rozczesywać splątane włosy.
– Nie wiem, ale mi się nie podoba.
Letty zagryzła wargi.
– Nie martw się. Znajdziemy Luke’a i wyjedziemy stąd jak najszybciej. Wtedy nie będę cię 

dręczyć nieprzyjemnymi spojrzeniami.

– Nie powiedziałem,  że było nieprzyjemne.  – Wziął do ręki broń i zeskoczył  z łódki na 

brzeg. – Powiedziałem tylko, że mi się nie podoba. – Zniknął w krzakach.

Letty dalej  czesała  włosy.  Murphy był  najbardziej  niemiłym  człowiekiem,  jakiego miała 

nieszczęście poznać.

background image

Nie rozumiała go. Atakował ją jak wściekły niedźwiedź, a po chwili trzymał w ramionach, 

pocieszał, zapewniał, że ona nie odpowiada za grzechy swojej matki.

Zaproponowała   mu   przyjaźń,   którą   stanowczo   odrzucił.   Mimo   to   okazał   się   najlepszym 

przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miała. W ciągu tygodnia Letty obdarzyła tego mężczyznę 
większym zaufaniem niż swoich najbliższych, najdroższych przyjaciół z dzieciństwa.

Zdawała sobie sprawę, że Murphy nie miał ochoty wysłuchiwać jej zwierzeń. Wolał o nich 

nie wiedzieć. Jej problemy musiały go wprawiać w zakłopotanie. Sama też czuła się niezręcznie. 
Przyrzekła sobie, że cokolwiek się zdarzy, nie będzie obciążać Murphy’ego swoją przeszłością.

Po pół godzinie wyruszyli. Letty siedziała w kącie łódki. Unikała wzroku Murphy’ego. Może 

mu się to nie podobało, ale nic nie mówił.

Podróżowali   w milczeniu   ze   dwie   godziny   albo   dłużej.   Letty   obiecała   sobie,   że   prędzej 

ugryzie się w język, nim pierwsza się odezwie. Murphy’emu było to chyba na rękę. Dotychczas 
nigdy   nie   wyglądał   na   tak   zadowolonego.   Oparł   się   i gwizdał   wesoło,   jakby   przyjechali   na 
Karaiby, a nie ratować jej brata.

–   Takiego   spojrzenia   nie   lubię   najbardziej.   –   Murphy   wyciągnął   długie   nogi.   Oparł   się 

o burtę, jedną rękę położył na silniku.

– Jakiego spojrzenia? – Była zła, że się odezwała.
– Tej twojej świętoszkowatej miny.
– Nie jestem świętoszkowata!
Murphy roześmiał się.
Letty założyła ręce i przyglądała mu się.
– Czy coś ci się we mnie podoba?
– Jasne – odrzekł powoli. – Masz najładniejsze cycki, jakie kiedykolwiek widziałem.
Letty zamknęła oczy.
– Jesteś najwulgarniejszym, najokropniejszym mężczyzną na świecie.
– Kochanie, to był komplement.
– Bądź łaskaw zachować swoje komplementy dla siebie. Brzydzę się tobą.
Murphy uśmiechnął się szeroko, najwyraźniej zadowolony.
– Ha! To mi się podoba najbardziej. Wybuchasz głośniej niż petarda. Nic mnie bardziej nie 

cieszy.

– Cóż, skoro tak cię to cieszy, nie będę ci poprawiać humoru rodem z rynsztoka.
Murphy zachichotał.
–   Kochanie,   nie   bądź   tak   prędka   w ocenianiu   rynsztoku.   Można   tam   spotkać   wielu 

interesujących ludzi.

– Wyobrażam sobie.
– Wiesz, bardzo lubię się z tobą droczyć. – Zaśmiał się cicho. – Nie wiem, czego będzie 

background image

potrzeba, żeby mnie rozśmieszyć, kiedy już wrócimy do Teksasu.

– Znajdziesz sobie jakąś inną formę rozrywki.
– Z pewnością. – Sam był zdziwiony. – Ale wydaje mi się, że nie będzie to nawet w połowie 

tak zabawne, jak czas spędzony z tobą.

Zaległa między nimi pełna napięcia cisza, nie do zniesienia. Ale rozmowa z Murphym była 

znacznie gorsza.

– Jak daleko jeszcze do San Paulo? – Letty starała się, żeby temat rozmowy skierować na 

bieżące sprawy.

– Godzinę, może dwie.
Westchnęła wymownie.
– Masz zamiar mnie znowu zostawić?
– Zostawić?
– Tak – powiedziała dobitnie. – Dwa razy uparłeś się, żebym została za miastem, kiedy ty 

pójdziesz na zwiady. Chciałabym ci przypomnieć, że dwukrotnie wynikły z tego kłopoty.

– Tak?
– Tak – odpowiedziała wymownie. – Pod Siguierres zostawiłeś mnie na dziesięć godzin. 

Sądziłam,   że   nie   mam   wyjścia,   i poszłam   sprawdzić,   co   się   z tobą   dzieje.   Zastałam   cię 
kochającego się z dziwką w jakiejś plugawej knajpie.

– Dla jasności, zbierałem informacje.
Letty przewróciła oczami.
– Mogę się tylko domyślać, czego się dowiedziałeś. Kiedy cię znalazłam, przemawiałeś do 

jej biustu.

Murphy parsknął głośno.
– Nie martw się, twoje piersi biją jej biust na głowę. Nie miała takich, którymi bym się 

zadowolił.

– Czy mógłbyś się łaskawie zamknąć?
Murphy zachichotał. Letty wiedziała, że ją prowokuje, ale nie mogła się powstrzymać.
– Wiesz, na czym polega twój problem? – wybuchnęła.
– Nie, ale mi powiesz.
– Po pierwsze, nie umiesz rozmawiać z kobietą...
– Ośmielę się nie zgodzić. Potrafię zagadać najlepsze.
–   Dziwki   masz   na  myśli.   Ale   kiedy  masz   do   czynienia   z prawdziwą   kobietą,   kulturalną 

i subtelną, jesteś kompletnym zerem.

Nie sprzeciwił się jej.
– I dlatego zawsze zachowujesz się w ten sam sposób – ciągnęła. – Obrażasz i krytykujesz 

coś, czego nie rozumiesz.

background image

Uniósł brwi, jakby jej uwaga go dotknęła.
– Kiedy cię słucham – ciągnęła  Letty skwapliwie  – nabieram  przekonania,  że  nie masz 

zielonego pojęcia, co naprawdę znaczy kochać się.

– Chwileczkę...
–   Postrzegasz   seks   jako   czynność   ciała,   jak   golenie   się  czy  mycie   zębów.   Coś   w miarę 

przyjemnego, co możesz mieć, kiedy najdzie cię ochota. Szczerze wątpię, że kiedykolwiek byłeś 
zakochany. Nie masz pojęcia, co to znaczy kochać się z kobietą na płaszczyźnie emocjonalnej. 
Dla   ciebie   istnieje   jedynie   wymiar   fizyczny.   Możesz   być   nawet   najlepszym   kochankiem   na 
świecie albo tak o sobie myśleć. Naprawdę to mi cię żal.

Z oczu Murphy’ego zniknęło zdziwienie. Zacisnął wargi. Powiedziała o wiele więcej, niż 

zamierzała. Może dobrze mu zrobi, kiedy skosztuje własnej trucizny.

Przez resztę poranka odzywali się do siebie wtedy, kiedy było to konieczne.
Minęli kuter rybacki i Letty domyśliła się, że dopływają do San Paulo. Z przejęcia serce 

waliło jej jak młotem. Wkrótce odnajdą Luke’a. A kiedy brat będzie bezpieczny, uwolni się od 
tego nieznośnego, irytującego, zepsutego do szpiku kości żołnierza.

O ile, oczywiście, nie będzie nalegał na odebranie należnej mu zapłaty.
Po   kłótni   z Letty   Murphy   spochmurniał.   Była   łatwym   celem.   Cieszyło   go,   kiedy   ją 

prowokował,   folgując   sobie.   Tym   razem   oddała   mu   z nawiązką.   Był   zaskoczony,   że   celnie 
strzeliła.

Trafiła   w samo   sedno.   Nie   wiedział,   jak   rozmawiać   z kobietami.   Jego   kontakty   z płcią 

przeciwną   ograniczały   się   do   spraw   łóżkowych.   Unikał   stałych   związków.   Najdłużej   był 
z kobietą godzinę czy dwie, które spędzili na przyjemnościach.

A co do jej opinii na temat kochania się... przypuszczał, że też ma rację. Od lat uprawiał seks, 

ale nigdy tak naprawdę nie kochał. Wcale go to nie martwiło, ale zastanawiał się, jaka to różnica.

Było popołudnie, kiedy Murphy znalazł bezpieczną przystań dla łodzi. Chciał zostawić Letty 

i iść do miasta na zwiady, ale się nie odważył. Ta kobieta miała szczególny talent do pakowania 
się w kłopoty. Miasto stwarzało do tego najlepszą okazję. Wolał ją mieć przy sobie, żeby ją 
ochronić w razie potrzeby.

Zabrali ze sobą wszystko. Murphy znalazł mężczyznę, który wzbudzał zaufanie. Za opłatą 

zgodził się odstawić łódkę z powrotem do Questo. Twierdził, że ma tam rodzinę, i gwarantował, 
że bezpiecznie ją odholuje.

Bocznymi   uliczkami   skierowali   się   do   miasta.   Murphy  trzymał   Letty   blisko   przy   sobie. 

Szybko   zorientowali   się,   że   trafili   na   jakieś   święto   religijne.   Na   udekorowanych   ulicach 
panowała uroczysta atmosfera. Miejscowi ubrani byli w swoje najlepsze stroje. Na rogach ulic 
produkowali się muzykanci.

– Co tu się dzieje? – spytała Letty.

background image

–   A skąd,   do   cholery,   mam   wiedzieć?   Wygląda   to   na   jakieś   święto.   –   Całe   szczęście, 

pomyślał Murphy. Po raz pierwszy los im sprzyjał.

– Kupimy sobie jakieś ciuchy i wtopimy się w tłum – zadecydował, kierując się do sklepu.
Spod sufitu zwisała cała kolekcja ubrań. Bluzki, koszule, suknie we wszelkich rozmiarach 

i kolorach powiewały na wietrze.

Murphy rozejrzał się i spytał sprzedawcę, czy znajdzie coś na jego postawną figurę. Jeżeli 

nie zmieni ubrania, będzie się wyróżniał jak dynia na polu ryżowym.

Nie miał ochoty informować rebeliantów, że przybył do miasta. W nowych ciuchach będzie 

mógł wmieszać się w tłum.

Zostawił Letty. Poszedł przymierzyć koszulę i parę spodni. W przymierzalni nie było lustra, 

ale dziewczyna musiała być pod wrażeniem, bo spojrzała na Murphy’ego i zaczęła chichotać.

Kiedy   się   wreszcie   przejrzał,   zrozumiał   dlaczego.   Białe   bawełniane   spodnie   i koszula 

z wielokolorowymi haftami na szerokich kieszeniach sprawiły, że wyglądał jak mistrz karate. 
Właściciel  dołożył  mu kolorowy pas, tłumacząc, że to dodatek niezbędny na ten świąteczny 
dzień.

Letty, na szczęście, miała już na sobie tradycyjną sukienkę, jaką nosi się w Zarcero. Murphy 

kupił jej szal i parę butów. Zapłacił za zakupy gotówką.

– Gdzie teraz? – spytała, kiedy znaleźli się ponownie na ulicy.
Murphy uśmiechnął się szeroko.
– Na święto, a gdzieżby?
– Ale...
– Zaufaj mi, wiem, co robię.
W centrum miasta odbywało się szaleństwo. Rynek pełen był świętujących mieszkańców.
Murphy   i Letty   dostali   się   na   plac,   skąd   akurat   wyruszała   procesja.   Na   jej   czele   stał 

ministrant,   który   niósł   wielki   złoty  krzyż.   Za   nim   kroczył   ksiądz   ubrany   w uroczysty   ornat. 
Następnie szedł inny ministrant z półtorametrowym wizerunkiem Błogosławionej Dziewicy. Za 
nimi, w równiutkich rzędach, szło dwudziestu innych ministrantów.

Ludzie zgromadzeni na placu żegnali się, kiedy mijał ich ksiądz z kadzielnicą. Za procesją 

maszerował pluton żołnierzy. Na ich widok pierzchła wesołość, a na twarzach zgromadzonych 
ludzi pojawiało się przygnębienie.

Letty przysunęła się do Murphy’ego. Poczuł, że ogarnął ją strach.
– Nie martw się – wyszeptał jej do ucha. – Nie widzą nas.
Gdy procesja zniknęła z pola widzenia, na nowo rozległa się muzyka. Mężczyźni grali na 

gitarach i śpiewali, dzieci biegały po trawie, a kobiety stały w tłumie.

– Zjedzmy coś – zaproponował Murphy. Był potwornie głodny i wiedział, że Letty również.
Pokiwała głową.

background image

Murphy chwycił ją za ręce i ruszyli. Jeżeli zgubiliby się w tym tłumie, nie było szans, żeby 

się odnaleźli.

Murphy kupił na straganie smaczny i pożywny posiłek, złożony z mieszaniny ryżu i mięsa.
– Nic nie mów – ostrzegł Letty, kiedy siedzieli na trawie.
– Mam doskonały akcent – upierała się, urażona do żywego tym, co sugerował Murphy.
– Chcę posłuchać.
– Posłuchać?
Pokiwał głową.
– A co my właściwie robimy?
Ta kobieta przyprawiała go o szaleństwo.
– Udajemy kochanków.
Letty zarumieniła się. To było do przewidzenia.
– Nie widzimy nic poza sobą, jasne?
Pokiwała głową.
Murphy ku swojemu zmartwieniu odkrył, że nietrudno mu udawać namiętność do Letty. 

Prawdę mówiąc, tę rolę odegrał bardziej naturalnie, niż chciał.

Co chwila pochylał się, odgarniał jej włosy z ramion i całował w kark. Później położył się na 

trawie z głową na jej udach i wpatrywał się w błękitne niebo, jakby nic go nie obchodziło.

W   ciągu   godziny   dowiedział   się,   gdzie   stacjonują   oddziały   wojskowe   i jak   nazywa   się 

dowódca. Wiadomość o rozstrzelaniu czterech nastolatków szybko się rozniosła. Dzień, który 
miał być dniem radości, naznaczony został żałobą.

Minęły ich dwie kobiety, które rozmawiały o egzekucji. Letty spojrzała na Murphy’ego.
– Zabijają dzieci?
– Na to wygląda. – Murphy wstał i pomógł się Letty podnieść. – Wmieszajmy się w tłum.
Kiedy szli przez plac, dostrzegł dwóch uzbrojonych żołnierzy, zmierzających w ich kierunku.
– Zatańczmy. – Wziął ją w ramiona.
– Będziemy tańczyć?
Zbliżał  się wieczór,  zrobiło  się już chłodniej.  Między drzewami  wisiał  sznur japońskich 

lampionów, który wyznaczał miejsce przeznaczone do tańców. Murphy obrócił Letty. Nie czuł 
się pewnie w tej roli, ale robił wszystko, żeby naśladować kroki walca.

Co   innego   było   siedzieć   obok   Letty,   a co   innego   trzymać   ją   w ramionach.   Ocierała   się 

o niego w sposób tak naturalny, jakby od wielu lat stanowili parę. Jej ciepły oddech łaskotał 
Murphy’ego w szyję. Bardzo chciał zamknąć oczy i zanurzyć się w jej delikatnej miękkości, ale 
oparł się tej pokusie. Boże, jak ona go pociągała!

Zorientował się, że przygląda mu się, a jej oczy śmieją się do niego. Kołysali się w takt 

muzyki. Przestał podsłuchiwać rozmowy. Niemal zatopił się w głębinie jej oczu.

background image

Nie   mógł   się   oprzeć.   Opuścił   głowę   i dotknął   ustami   jej   warg.   Smakował   ich   słodycz, 

obrysowując kontur końcem języka. Letty jęknęła cicho i objęła go za szyję.

– Musimy odnaleźć Luke’a – wyszeptała ochryple i przytuliła twarz do jego szyi.
– Odnajdziemy. – Zamknął na chwilę oczy i chłonął jej świeży, kobiecy zapach. Intuicja 

mówiła mu, że rebelianci przetrzymują Luke’a Maddena wraz z innymi więźniami politycznymi 
w więzieniu   wojskowym.   Jeżeli   już   zaczęły   się   egzekucje,   nie   było   czasu   do   stracenia.   Ze 
względu na Letty żywił nadzieję, że nie jest za późno.

Żałował, że nie może jej uchronić przed najgorszym. Brat był jedyną jej rodziną.
Muzyka ucichła. Zeszli z miejsca do tańca. Był im potrzebny samochód. Z powodu święta 

ruch uliczny był wstrzymany. W zasięgu wzroku nie było ani jednego pojazdu.

Okazało się, że wcale nie jest łatwo wmieszać się w tłum. Wszędzie było pełno żołnierzy. 

Najwyraźniej kogoś szukali.

– Musimy stąd wiać – wyszeptał Murphy. – Chodź.
Kiedy uszli kilka kroków, Murphy kazał Letty zasłonić się szalem. Od razu go posłuchała.
Udając, że jest nią zaabsorbowany, zdołał ukryć twarz. Dwóch żołnierzy zmierzało w ich 

stronę. Murphy pociągnął Letty w zaułek.

– Pocałuj mnie – polecił.
– Słucham?
– Zrób to i udawaj, że od dawna tego pragnęłaś. Jasne?
Pokiwała głową. Murphy oparł się plecami o mur, a Letty przycisnęła swoje usta do jego 

warg. Nie miała wielkiego doświadczenia, ale nieźle sobie poradziła.

Murphy jednym okiem obserwował mijających ich żołnierzy. Potem zamknął oczy i przejął 

inicjatywę, zręcznie zmieniając pozycję. Teraz Letty stała plecami do ściany.

Miał twarde wargi. Jęknęła delikatnie i rozchyliła usta, żeby wpuścić jego język. Oplotła 

ramionami szyję Murphy’ego i w pełni odwzajemniła pocałunek.

Kiedy skończyli się całować, oboje ciężko dyszeli.
– Poszli?
– Już dawno – wyszeptał Murphy.
Letty zamruczała coś pod nosem, a potem spytała:
– Dobrze się bawisz?
– Nie. Chciałem się tylko przekonać, jak bardzo mnie pragniesz. Teraz już wiem. Szalejesz 

za mną.

– Nie bądź śmieszny. Chcę tylko odnaleźć brata i wydostać się stąd. – Owinęła szal wokół 

ramion, jakby był stalową zbroją. Murphy uwłaczał jej godności, obrażał ją.

– Nie martw się, uratujemy Luke’a – powiedział z przekonaniem, którego nie miał. Wziął ją 

pod ramię. Powoli zapadała noc. Prawdziwe świętowanie dopiero się zacznie, a wtedy nie da się 

background image

przedrzeć przez ulice San Paulo. Lepiej, żeby wydostali się z miasta, dopóki to jeszcze możliwe.

Nagle Letty przystanęła.
– Popatrz – wyszeptała zdziwiona.
Murphy zobaczył dwóch mężczyzn na szczudłach, ubranych w dziwaczne, kolorowe stroje. 

Każdy   z nich   trzymał   płonący   nóż,   który   co   pewien   czas   wkładał   sobie   do   gardła,   a potem 
puszczał płomienie ku niebu.

– Nigdy nie widziałam czegoś podobnego.
– A ja tak, w Rio na Mardi Gras.
Nagle jej ręka wyślizgnęła się spod jego ramienia.
– Co się stało? – spytał.
– Wydaje mi się, że widzę kogoś znajomego.
Zanim zdążył ją powstrzymać, zniknęła w tłumie. Usiłował ją dogonić, ale się nie dało.
– Letty! – krzyknął, nie przejmując się tym, że ktoś inny może go usłyszeć. – Stój!
Krążył po placu, na próżno. W ciągu kilku sekund stracił ją z oczu.

background image

Rozdział 28.

Marcie   podniosła   błyszczącą   różową   kulę   i podeszła   do   krągli.   Przyjrzała   się   dokładnie 

torowi i zrobiła krok do przodu. Wyciągnęła ramię i pchnęła kulę. Potoczyła się środkiem toru 
i trafiła w środkowy kręgiel. Nagle skręciła gwałtownie w lewo i zamiast uderzyć we wszystkie 
kręgle, strąciła tylko trzy z dziesięciu.

Marcie  była   rozczarowana.   Zrobiła  wszystko   tak,  jak  powinna.  Kula  uderzyła  w główny 

kręgiel, a potem wybrała własną ścieżkę. Przewróciła tylko trzy marne kręgle.

– Nie szkodzi, kochanie! – krzyknął z tyłu Clifford.
Marcie naciągnęła rękawy cienkiego wełnianego sweterka. W kręgielni zawsze było dla niej 

za chłodno, działała klimatyzacja.

– Oszukaństwo!
– Masz jeszcze jeden rzut.
Clifford był pewien, że jej się uda. Jego roześmiany wzrok pobiegł w stronę Marcie. Zrobiła 

wszystko, co mogła, żeby odwzajemnić uśmiech. Nie było to łatwe.

Za to, że przegrywała w kręgle, mogła winić tylko Johnny’ego... Jacka Kellera. Wczorajsze 

spotkanie zaskoczyło ją. Był otwarty, szczery i prostolinijny. Kiedy okazało się, że nawet nie 
znała jego prawdziwego imienia, poczuła się dotknięta i zła. Dopiero później doceniła ryzyko, na 
jakie się zdecydował, ujawniając wszystko.

– Uda ci się! – krzyknął Clifford. Z mechanizmu zwrotnego wypadła różowa kula. – Masz. – 

Podszedł do niej, ścisnął ją za ramiona i delikatnie przesunął dwa kroki w prawo.

– Teraz powinno być dobrze.
Marcie  ważyła  w rękach  kulę i wpatrywała  się w pozostałe  kręgle. Zawzięła  się, żeby je 

przewrócić. Nie pozwoli, żeby propozycja Jacka odciągnęła ją od rzeczy, które naprawdę liczą 
się w życiu, jak na przykład kręgle.

Uśmiechnęła się do siebie, pochyliła się nad torem i przyłożyła do wyrzutu. Tym razem kula 

jak strzała pomknęła prawą stroną toru. Wyglądało na to, że nie strąci sześciu stojących w środku 
kręgli.

Rozczarowana Marcie odwróciła się, nie chcąc oglądać porażki.
– Jest! Jest! – Clifford pomachał ręką w prawą stronę, jakby to mogło wpłynąć na bieg kuli.
Marcie odwróciła się i, ku swojemu zdumieniu, zobaczyła, że – podobnie jak przedtem – 

kula   skręciła   w lewo.   Tym   razem   mocno   uderzyła   w pierwszy   kręgiel.   Pozostałe   runęły   jak 
wysadzone dynamitem.

– Udało się! Udało! – krzyknęła Marcie, podskakując.
Clifford podszedł do niej, objął ją mocno ramionami w talii i uniósł wysoko.
–   Moja   dziewczyna!   –   Uśmiechnął   się   do   niej   szeroko.   Jego   twarz   promieniała   z dumy 

background image

i szczęścia.

Marcie była dumna z sukcesu, jakby dokonała największego wyczynu w życiu...
Clifford wziął swoją kulę. Marcie przyjrzała mu się i uśmiech zniknął z jej twarzy. Hydraulik 

nigdy nie będzie materiałem na chłopaka z plakatu, ale jest za to delikatny i ujmujący.

Wiedziała, że dużo go kosztuje, żeby nie pytać o to, co dzieje się między nią a Jackiem. 

Spytał tylko raz, żeby się dowiedzieć, czy Marcie jeszcze się z nim zobaczy. Przyznała, że nie 
wie, co zrobi. Docenił jej uczciwość i nie naciskał.

Gdyby sytuacja była odwrotna, zżarłaby ją ciekawość.
Clifford pchnął kulę i powalił wszystkie kręgle. Marcie zaklaskała żywiołowo, wzięła piwo 

i zasalutowała. Clifford ukłonił się wytwornie i zapisał punkty.

Nie mogła sobie wyobrazić, jak wyglądałaby gra w kręgle z Jackiem. Nigdy nie byli razem 

w kinie ani na meczu piłki nożnej. Nawet nie wiedziała, czy lubi sport i czy jest za drużyną 
Kansas City.

Z wyjątkiem jednej wspólnej kolacji ich związek kręcił się wokół łóżka. Nie żeby to jej się 

nie podobało. Seks był niewiarygodny, ale życie polegało na czymś więcej niż tylko szybkim 
wskoczeniu do łóżka.

Teraz Jack wyznał, że chce się z nią związać na stałe. Chociaż w ogóle nie padło słowo 

„małżeństwo”. Przynajmniej nie w odniesieniu do ich relacji.

Wprawdzie wspomniał coś o dwóch przyjaciołach, którzy się niedawno ożenili, ale unikał 

postawienia kropki nad i, jeżeli chodziło o nich dwoje.

Marcie zdawała sobie sprawę, że wobec niej mężczyźni unikali deklaracji. Poczuła lekkie 

kłucie   w sercu   i odgoniła   myśli   o Jacku.   Nieuczciwie   było   na   randce   z Cliffordem   myśleć 
o innym mężczyźnie.

– Może byśmy coś przekąsili? – zaproponował Clifford, kiedy skończyli grać.
– Brzmi nieźle. – Okazała entuzjazm, chociaż nie była głodna.
Clifford odniósł do samochodu sprzęt. Marcie miała wrażenie, że jest trochę rozdrażniony. 

Pewnie z powodu niejasnej sytuacji między nimi.

Poszli   do   całodobowej   restauracji,   ulubionego   miejsca   Clifforda.   Kelnerka   wskazała   im 

stolik w rogu. Marcie wślizgnęła się głębiej, w czerwone plastikowe krzesełko.

Clifford wziął karty dań, zatknięte za cukiernicę i podał jedną Marcie.
– Mam ochotę na cheesburgera – oznajmił. – A ty?
Marcie pokręciła przecząco głową.
– Nie jestem głodna – wymruczała cicho. – Zamówię kawałek ciasta cytrynowego.
Po kilku minutach podeszła do nich kelnerka, żująca gumę.
–   I jak   ci   się   wiodło   w tym   tygodniu?   –   zagadnął   Clifford,   trzymając   w obu   dłoniach 

szklankę wody.

background image

– Dobrze – odpowiedziała Marcie.
Odkaszlnął, przelotnie spojrzał jej w oczy i znowu utkwił wzrok w szklance.
– Dziś po południu myślałem o tobie i tym twoim przyjacielu.
– Chcesz wiedzieć, czy się z nim widziałam, prawda?
Clifford pokręcił przecząco głową.
– Nie – powiedział naciskiem. – Lepiej, żebyś mi nie mówiła. Nie chowam głowy w piasek. 

Masz   prawo  się  z nim  spotykać,   ale   przejąłbym   się  tym   bardziej,  niż   należy.   Nie  mógłbym 
pracować. – Uśmiechnął się z wysiłkiem i ponownie spojrzał na stół.

– Clifford, może...
–   Nie   chciałbym   ci   przerywać,   ale   jeżeli   pozwolisz   mi   dokończyć   to,   co   mam   do 

powiedzenia, będzie mi łatwiej. W porządku?

– Jasne. – Był tak ujmujący, że musiała przezwyciężyć ochotę przysunięcia się do niego 

bliżej. Wyciągnęła rękę i ścisnęła jego dłoń.

–   Pozostawiłem   ci   decyzję,   czy   chcesz   się   spotkać   z dawnym   przyjacielem.   Mogłaś 

pomyśleć, że nie ma to dla mnie znaczenia.

– Och, Clifford, przecież wiem.
– Zdaję sobie sprawę, że nie za wiele jest we mnie do podziwiania. Mam resztki smarów pod 

paznokciami i mógłbym zrzucić parę kilogramów.

Marcie zawsze widziała w nim czułego, miłego faceta, który był  dla niej dobry. Clifford 

nigdy nie udawał kogoś, kim nie był. Nigdy jej nie okłamał. Był rozsądny, słodki i szczodry.

– Jesteś moim misiem.
Uśmiech podniósł jeden kącik jego ust.
– Nikt wcześniej nie nazywał mnie tak pieszczotliwie.
Wyprostował się i potarł ręką kark.
– Kiedy cię poznałem, odżyła we mnie nadzieja, że spotkałem kogoś szczególnego – ciągnął. 

– Cholera, mam prawie trzydzieści pięć lat. Mój młodszy brat ma już czworo dzieci. Najstarszy 
pójdzie we wrześniu do liceum.

– Bobby?
Clifford pokiwał głową.
– Nigdy nie umiałem  rozmawiać ani umawiać  się z kobietami. Za każdym  razem,  kiedy 

w pobliżu pojawiała się atrakcyjna kobieta, język stawał mi w gardle i mówiłem coś głupiego, co 
brzmiało niemal jak obelga. Potem poznałem ciebie. – Odważył się na nią spojrzeć.

– Pojawiłeś się w moim życiu w odpowiednim momencie – odpowiedziała Marcie. Nigdy nie 

opowiadała   mu   o swojej   przeszłości,   o błędach,   które   popełniła.   O tym,   jak   mężczyźni   ją 
wykorzystywali i znikali. Dla Clifforda była czysta jak śnieg.

– Naprawdę?

background image

– Już myślałam, że nie ma na świecie porządnych mężczyzn.
– Ty? – Clifford nie dowierzał. – Marcie, przecież jesteś piękna. Na pewno setki mężczyzn 

chciało się z tobą ożenić.

Nie miała serca powiedzieć mu prawdy. Mężczyźni nie żenią się z rozrywkową dziewczyną. 

Spędzają z nią miło czas i uprawiają wyszukany seks. Potem wracają do domu, do swoich żon 
czy dziewczyn.

Clifford znowu spuścił głowę i wsunął rękę do kieszeni spodni. Wyciągnął z niej pierścionek 

z brylantem. Trzymał go między kciukiem i palcem wskazującym. Kamień był niewielki i lśnił 
w świetle lamp.

Odkaszlnął i spojrzał na Marcie niepewnie.
– Marcie, prawie od miesiąca zbieram się na odwagę, żeby poprosić cię o rękę. Cały czas 

noszę ten pierścionek.

– Od miesiąca?
– Za każdym  razem,  kiedy próbuję znaleźć  odpowiednie  słowa, język  staje mi  kołkiem. 

Chciałem wykrztusić to z siebie z tysiąc razy. A potem pojawił się ten twój bogaty przyjaciel i... 
Zdecydowałem, że poczekam.

– Ale...
– Wiem, wiem. Ten facet jest cały czas w mieście i przypuszczam, że się z nim widujesz. 

Zadzwoniłem do ciebie wczoraj wieczorem i nikt nie odbierał.

– Nie zostawiłeś wiadomości na automatycznej sekretarce.
– Nie – przyznał niechętnie. – Zrozumiałem, że stracę cię dla tego faceta, zanim zdążę się 

oświadczyć.

–   Clifford,   proszę.   –   Słowa   uwięzły   jej   w gardle,   kiedy   usłyszała   tę   niespodziewaną 

propozycję. Nie wiedziała, co powiedzieć.

– Przypuszczam,  że to najgorsze, co mogłem  w tej  chwili  zrobić.  Ale bałem się, że ten 

brylant wypali mi dziurę w kieszeni, kiedy mi powiesz, że wracasz do byłego chłopaka.

– Och, Clifford.
– Kocham cię, Marcie. Pokochałem cię już pierwszego dnia, kiedy wszedłem do twojego 

salonu   i kiedy   mnie   ostrzygłaś.   Po   raz   pierwszy   strzygła   mnie   kobieta.   Byłaś   taka   miła 
i gawędziłaś   ze   mną,   jakbym   był   kimś   wyjątkowym.   Kobiety   najczęściej   traktują   mnie   jak 
nieokrzesanego   Forresta   Gumpa.   Chyba   dlatego,   że   czasami   sprawiam   wrażenie   niezbyt 
rozgarniętego.

– Clifford, jesteś mądry i miły...
– Tak, ale nie pasuję do wizerunku wysokiego, ciemnego przystojniaka, więc... Nieważne. 

Ważne jest to, że cię kocham. Chcę się z tobą ożenić. Jeżeli się zgodzisz, obiecuję, że zrobię 
wszystko, żebyś była szczęśliwa.

background image

Marcie zakryła usta obiema dłońmi, a do jej oczu napłynęły łzy.
– Nie wiesz o mnie tylu rzeczy...
– Wiem wszystko, co jest ważne.
Marcie   otarła   mokrą   twarz,   bo   zbliżała   się   do   nich   kelnerka   z posiłkiem.   Prychnęła 

i uśmiechnęła się do Clifforda.

– Nie pogniewasz się na mnie, jeśli poproszę cię o dwa dni, żeby to przemyśleć?
Uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.
– Spodziewałem się, że to powiesz. Możesz zastanawiać się tak długo, jak chcesz. Nigdzie 

się nie wybieram.

Wziął cheesburgera i jadł go jak mężczyzna, który umiera z głodu.

background image

Rozdział 29.

Letty   czuła   się   zagubiona.   Krążyła   bez   celu   po   ulicach   San   Paulo.   Odłączyła   się   od 

Murphy’ego, bo wydawało jej się, że widzi znajomą młodą kobietę z misji Luke’a. Nie mogła 
sobie przypomnieć jej imienia. Rosa. Nie, Rosita. Coś w tym stylu.

Poznała   Rositę   zeszłego   lata.   Pamięta   ją   dokładnie,   bo   ta   przemiła   młoda   kobieta   była 

zakochana   w Luke’u.   Jej   brat   bliźniak,   oporny   i kompletnie   ślepy,   jeżeli   chodzi   o sprawy 
sercowe, był beztrosko nieświadomy uczucia Rosity.

Rosita mignęła jej przed oczami. Powiedziałaby jej, co się stało z Lukiem. Podekscytowana 

Letty odłączyła się od Murphy’ego i klucząc po ulicach, szukała wzrokiem Rosity.

Wszędzie było tyle ludzi. Po chwili poniósł ją tłum. Kiedy po raz ostatni spojrzała na Rositę, 

tłum unosił ją w przeciwnym kierunku.

Dziewczyna   była   blada   i zmęczona.   Miała   podkrążone   oczy,   w których   widać   było   ból 

i strach. Piękna młoda kobieta wyglądała tak, jakby nie spała od tygodnia.

Kiedy   Letty   zdała   sobie   sprawę   z tego,   że   straciła   z oczu   przyjaciółkę   Luke’a,   była   tak 

załamana, że chciało jej się płakać. Przypomniała sobie o Murphym.

– O, cholera – powiedziała na głos.
Murphy’ego   nie   było   już   w zasięgu   wzroku.   Samotna   i wyczerpana   pomyślała,   że   mógł 

przynajmniej się jej trzymać. Ściślej owinęła ramiona nowym szalem. Nie dlatego, że było jej 
zimno, ale żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Wiedziała, że to marna ochrona.

Zapadła noc, a potem nastał ranek. Letty nie wiedziała, gdzie jest Murphy i jak go odnaleźć.
Nie było go w żadnym z miejsc, które odwiedzali. Wróciła do sklepu z ubraniami i czekała 

obok, bo myślała, że Murphy będzie jej tutaj szukać.

Wybrała się nawet nad rzekę, do miejsca, gdzie zostawili łódkę. To był błąd. Nie było tam 

śladu Murphy’ego ani łódki, którą pożyczył im Aldo, za to wpadła na grupę pijanych żołnierzy. 
Na   szczęście   jej   nie   zauważyli   i zdążyła   uciec.   Zresztą   żaden   z nich   nie   byłby   w stanie   jej 
dogonić.

Na rynku miejskim też go nie spotkała. Włóczyła się po nim godzinami z nadzieją, że nie 

rzuca się w oczy, i ze świadomością, że jest inaczej.

Nad horyzontem zaczęło wschodzić słońce. Letty zdała sobie sprawę z tego, że nie ma dokąd 

pójść. Nie wiedziała, gdzie jeszcze mogłaby go szukać. Zgubili się na dobre, i to z jej winy. 
Teraz jedynie musiała znaleźć kogoś, kto wskazałby jej drogę do Luke’a.

Ale dno, pomyślał  Murphy,  przemykając  ciemnymi  uliczkami.  Trzymał  Letty w uścisku, 

a potem w jednej chwili zniknęła mu z oczu.

Złość piekła go gorzej niż zgaga. Chodził w tę i z powrotem po San Paulo, ale nigdzie nie 

natrafił na ślad Letty.

background image

Z   jej   wszystkich   kretyńskich   wyskoków   ten   był   najgorszy.   Chyba   zobaczyła   kogoś,   kto 

wydał jej się znajomy. Ale skąd?

Gdyby był przewidujący, nie dałby się wpakować w kabałę. Kobiety pokroju Letty Madden 

całe noce rozmyślają, jak zaleźć mężczyznom za skórę.

Kiedy Letty po raz pierwszy poprosiła go o pomoc, właśnie wrócił z misji i nie miał ochoty 

wyruszać   na   kolejną.   Od   kilku   dni   był   w domu   i zaczynał   się   wczuwać   w rolę   farmera 
z prawdziwego zdarzenia. Chociaż nie zamierzał zajmować się tym na stałe.

Osiadły tryb życia nie był dla niego. Ale to samo mógłby powiedzieć o Cainie i Mallorym, 

kiedy zwalniali się z wojska. Lubili przygody tak samo, jak on. Był pewien, że nie na długo 
zadowoli ich cywilizowane życie. Mylił się.

Mallory’ego   mógł   jeszcze   zrozumieć.   Ten   postawny   facet   wdepnął   na   minę   lądową 

i niewiele brakowało, żeby stracił nogę, a może i życie. Kiedy wrócił do Deliverance Company, 
nie   był   już   tym   samym   człowiekiem.   Wypadek   i rekonwalescencja   odebrały   mu   ochotę   do 
przygód. Odszedł nie tylko z powodu odniesionych obrażeń, ale i dlatego że poznał Francine.

Z Cainem to zupełnie inna historia. Jedynym powodem niespodziewanego odejścia ich szefa 

–   najodważniejszego   i najbardziej   nieustraszonego   mężczyzny,   jakiego   Murphy   znał   –   była 
kobieta. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda.

Czarująca wdowa z San Francisco przewróciła życie jego przyjaciela do góry nogami. Zanim 

Murphy zorientował się, co się dzieje, Cain kupił dom w Montanie i założył  hodowlę bydła. 
Bardziej jednak zadziwiło Murphy’ego, że Cain był szczęśliwy.

W przeciwieństwie do Mallory’ego, który zajął się hodowlą lam i wychowywaniem dzieci na 

wyspie   należącej   do   stanu   Waszyngton,   i Caina-farmera,   dla   Murphy’ego   liczyło   się   tylko 
wojsko.

Nie   miał   pojęcia,   dlaczego   o tym   myśli,   przemierzając   ulice   San   Paulo,   zajętego   przez 

rebeliantów. Szczerze mówiąc, wolał nie wiedzieć.

Obiecał   sobie,   że   jeżeli   uda   mu   się  znaleźć   Letty,   ta   dręczycielka   będzie   mogła   mówić 

o szczęściu, jeżeli skończy się tylko na laniu pasem.

Szukał jej wszędzie. Na ulicach. Na rynku. Nad rzeką. Wszedł nawet do poczekalni dla 

kobiet, sądząc, że może tam być.

Stracił   cierpliwość,   i tak   już   nadszarpniętą.   Wyparowała   w czasie   poszukiwań.   Teraz 

pozostało mu tylko odnaleźć Luke’a Maddena. Brat jest najlepszą drogą do Letty.

Jeżeli ta oślica jeszcze żyje.
Letty straciła wszelką nadzieję, że kiedykolwiek znajdzie Murphy’ego. Nie mogła marnować 

czasu na szukanie go. Cały czas wypatrywała Rosity albo kogoś innego, kogo znałaby z misji 
w Managna.

O dziewiątej wieczorem drugiego dnia znalazła się przed kościołem katolickim. Wcześniej, 

background image

w Siguierres, weszła do takiego kościoła, bo myślała, że tam będzie bezpieczna. Okazało się, że 
wdepnęła do siedziby dowództwa rebeliantów. Za mało powiedziane, że dostała nauczkę.

Wielkie drewniane drzwi zaskrzypiały, kiedy delikatnieje pchnęła. Odetchnęła z ulgą, kiedy 

okazało się, że nie ma tu żadnego sztabu dowodzenia.

W kościele paliło się kilka świeczek. Rzędy ławek z klęcznikami z surowego drewna stały 

w nierównych rzędach po obu stronach świątyni.

Ołtarz z drewna, pomalowany na biało i pozłacany, miał wysokość dwóch pięter i sięgał do 

sufitu. Przed Letty leżała postać w białych szatach.

Przypomniała sobie, że podobno w katedrze w San Paulo spoczywają autentyczne relikwie 

świętego Pawła. Nie tego, którego nazywano trzynastym Apostołem, ale innego, który żył kilka 
wieków   później.   W Ameryce   Środkowej   do   popularnych   zwyczajów   należało   wystawianie 
szczątków ulubionych świętych.

Wstrzymała   oddech   i ostrożnie   zrobiła   kilka   kroków   naprzód.   Wślizgnęła   się   do   jednej 

z ostatnich ławek. Uklękła i skłoniła głowę do modlitwy.

Jeżeli kiedykolwiek potrzebowała ingerencji Boga, to właśnie teraz. Wokół niej panowało 

zamieszanie. Nawet jeżeli Murphy ją znajdzie, będzie tak wściekły, że więcej jej nie zaufa. Poza 
tym był jeszcze Luke, a ona traciła czas na szukanie Murphy’ego.

Nie miała pojęcia, jak długo się modliła. Była wyczerpana, głodna i wystraszona.
Usłyszała   ruch,   stuk   butów,   świst   powietrza   i urywane   westchnienie.   Nawet   jeżeli   to 

żołnierz, nie przejęłaby się tym. Była bliska emocjonalnego załamania i wycieńczona.

Otworzyła oczy i podniosła głowę. Jej oczy napotkały wzrok siwego księdza, który – jak jej 

się wydawało – miał około sześćdziesiątki. Zamrugał. Ona też.

– Moje dziecko – wyszeptał łamanym angielskim. – Niebezpieczne to czasy dla samotnej 

kobiety.

– Tak, wiem – odpowiedziała po hiszpańsku. Ten język był bezpieczniejszy dla nich obojga.
– Jestem ojciec Alfaro. Czy mogę pani jakoś pomóc?
Zawahała się.
– Nie sądzę. – Wstała pewna, że poprosi ją, by wyszła, ale trzęsły jej się nogi i z powrotem 

opadła na ławkę.

– Jest pani chora?
– Nie, wszystko w porządku. – Zlekceważyła jego troskę. – Naprawdę.
– Gdzie pani mieszka? – Podszedł do ławki i usiadł obok. Chwycił ją za rękę i delikatnie 

poklepał po grzbiecie dłoni.

Jej wahanie musiało być wystarczającą odpowiedzią. Rozprostowując ramiona, spojrzała mu 

prosto w oczy. Musiała mu zaufać. Nie było nikogo innego.

– Słyszał ksiądz o misji w Managna?

background image

– Tak, oczywiście.
Nadzieja dodała jej sił.
–   Musiał   ksiądz   słyszeć   o moim   bracie,   Luke’u   Maddenie.   Jest   misjonarzem 

odpowiedzialnym za misję w Managna. – Pochyliła się i dotknęła kruchego ramienia księdza. – 
Wie ksiądz, co się z nim stało? Słyszał ksiądz coś o nim? Jestem pewna, że został aresztowany, 
ale...

– Moje dziecko, chce pani powiedzieć, że pokonała całą tę drogę w nadziei, że odnajdzie 

pani brata?

Pokiwała głową.
– Może mi ksiądz opowiedzieć, co stało się w Managna?
Oczy duchownego posmutniały.
– Niestety, nie. Owszem, słyszałem o pani bracie i o pracy, jaką wykonywał wśród ludzi. 

Mówi się o nim z wielką miłością.

– Aresztowano go?
Ksiądz przyglądał jej się długą chwilę, zanim odpowiedział.
– Tak, tak mi się wydaje.
– A więc żyje. Luke żyje. Żyje. – Poczuła niewysłowioną ulgę.
– Moje dziecko, przykro mi, ale tego nie mogę powiedzieć. Po prostu nie wiem.
Ramiona Letty opadły pod ciężarem jego słów.
– Modliła się pani o brata? – spytał ksiądz łagodnie.
Tak,   o Luke’a,   ale   w jej   sercu   był   również   Murphy.   Przyjechał   do   Zarcero,   bo   go 

potrzebowała. Wiedział, że go oszukała, ale został z nią. Nie obwiniałaby go, gdyby wtedy ją 
zostawił. Za wszelką cenę starał się udawać podłego faceta, ale był mężczyzną honoru. Postępuje 
bardziej uczciwie niż ona. Nabrała go. Użyła podstępu. I wykorzystała dla własnych celów.

– Moje dziecko – wyszeptał ojciec Alfaro. – Jest pani sama?
– Sama? – Obejrzała się przez ramię, niepewna, o co pyta. Przecież nikogo z nianie było.
– Czy ktoś z panią przyjechał, może jakiś mężczyzna? – ciągnął głosem nieco głośniejszym 

od szeptu.

– Zgubiliśmy się – odpowiedziała Letty ledwie dosłyszalnym szeptem. – Skąd ksiądz wie?
W jego oczach zaiskrzył blady uśmiech.
– Lepiej, żebym nie odpowiadał.
– Przyjaciel pomógł mi przedostać się z Hojancha do Zarcero.
– Przyjaciel? Mówiła pani, że się rozdzieliliście? Jak dawno?
–   Dwa   dni   temu.   Wydawało   mi   się,   że   zobaczyłam   kogoś,   kto   zna   Luke’a.   Kiedy   się 

odwróciłam... mojego przyjaciela już nie było. Od tej pory cały czas go szukam.

Ksiądz zmarszczył czoło.

background image

– Słyszał ksiądz coś o... moim przyjacielu? – Letty wydawało się, że uszło z niej życie. Bez 

Murphy’ego   czuła   się   zagubiona   i niepewna,   gdzie   iść   i co   robić.   W dodatku   życie   Luke’a 
wisiało na włosku.

– Nie, nic – wyszeptał ojciec Alfaro.
– I nic o Luke’u?
– Nie mogę pani pomóc w sprawie brata.
– Proszę – błagała Letty, ściskając jego rękę. – Muszę go odnaleźć.
– Przykro mi, moje dziecko.
– Na pewno jest ktoś, kto może mi pomóc. – Nie miała się do kogo zwrócić. Nie miała dokąd 

pójść. Jeżeli ojciec Alfaro odmówi jej pomocy, równie dobrze może oddać się w ręce władz. 
W ciągu   ostatnich   dwóch   dni   bez   Murphy’ego   jak   nigdy   dotąd   uświadomiła   sobie   swoją 
bezsilność. Stał się dla niej kimś więcej niż przewodnikiem i obrońcą. Znacznie więcej. Dawał jej 
poczucie bezpieczeństwa, którego potrzebowała. Odwagę, by stawić czoło trudnościom.

Ojciec Alfaro przypatrywał się uważnie Letty. Jak człowiek, który chce wyczuć, czy może 

jej zaufać. Ryzykował przecież życie.

– Znam człowieka, który może dowiedzieć się czegoś o pani bracie. – Powiedział tak cicho, 

że ledwie go usłyszała. Oddech księdza łaskotał ją w ucho.

– Proszę, bardzo proszę – mówiła, robiąc wszystko, żeby powściągnąć emocje. – Zrobię 

wszystko.   Zapłacę   każdą   cenę.   Może   mnie   ksiądz   do   niego   zaprowadzić?   Ale   musimy   się 
pośpieszyć. Obawiam się, że Luke jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

– Nie. Nie może pani zobaczyć się z tym człowiekiem ani z nim porozmawiać.
– Ale...
– Słyszała pani o czterech chłopcach, na których wykonano egzekucję?
Pokiwała głową. Ta przerażająca wiadomość obiegła wszystkie ulice.
– Wszyscy byli z Managna.
– Nie. – Letty westchnęła ciężko.
Ojciec Alfaro pokiwał smutno głową.
– Tak mówią.
– Czy mojego brata mogli rozstrzelać razem z nimi? – Letty ledwie mogła logicznie myśleć 

z powodu niepokoju o brata.

– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie – odrzekł ksiądz łagodnie. – Ale zrobię wszystko, 

żeby   pomóc   pani   zdobyć   informacje.   Serce   mi   mówi,   że   Bóg   odpowie   na   pani   modlitwy. 
Odnajdzie pani obu mężczyzn, których tak bardzo pani kocha.

Letty wstrzymała oddech. Obu mężczyzn, których tak bardzo kocha...?
Z przerażeniem zdała sobie sprawę z tego, że ksiądz ma rację. Zakochała się w Murphym. 

Nie   przypuszczała,   że   tak   się   stanie.   I tego   nie   planowała.   Nawet   nie   była   pewna,   czy   jest 

background image

zadowolona. Przez te dwa dni, kiedy nie byli razem, miała wrażenie, że w jej sercu zieje ogromna 
dziura.

– O, nie – powiedziała głośno.
– Nie? – Ksiądz przyglądał jej się zdziwiony.
– Nie Murphy – jęknęła, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówi. Ze Slimem życie byłoby 

o wiele   prostsze.   Kochany,   dobrotliwy   Slim.   Jeśli   naprawdę   kocha   Murphy’ego,   nie   znaczy 
wcale, że coś się zmieni w ich stosunkach.

Drzwi zaskrzypiały. Letty zesztywniała. Ojciec Alfaro również.
–   Musi   pani   już  iść   –  wyszeptał.   –  I to   szybko.   Proszę   przyjść   jutro   rano.   Dowiem   się 

o bracie, czego będę mógł.

– Dziękuję. – Odwróciła się, żeby wyjść z ławki.
– Na rany Jezusa! Letty!
Dźwięk ochrypłego męskiego głosu odbijał się echem w kościele jak odgłos strzału.
– Murphy. – Wspięła się na lśniącą drewnianą ławkę, przeskoczyła przez oparcie i podbiegła 

do niego. Wyglądał jak z krzyża zdjęty. Letty czuła się równie fatalnie.

Wyciągnął ramiona. Letty wpadła w nie, śmiejąc się i płacząc.
Objął ją i trzymał tak mocno, że nie mogła oddychać. Nie przejmowała się tym. Może jej 

płuca nie były w stanie funkcjonować, ale serce miało się całkiem nieźle.

– Gdzie ty się, do cholery, podziewałaś przez ostatnie dwa dni?
– Ja? – wysapała Letty. – A ty gdzie byłeś?
Nie odpowiedział.
– Spróbuj jeszcze raz takiej głupiej sztuczki, a obiecuję...
– Tak. Tak.
Przycisnął usta do jej warg i pocałował z taką pasją i pożądaniem, że pozbawił ją resztek 

tchu.

– Powinienem cię zabić za to, co przeżyłem przez ostatnie dwa dni.
– Dla mnie to też nie był piknik.
Nie przestawał jej całować. Co chwilę przywierał do niej ustami. Ich zęby zderzyły się, 

a kiedy   jęknęła,   język   Murphy’ego   wślizgnął   się   do   jej   wilgotnego   wnętrza.   Zaczęli   dyszeć 
i brakło im tchu.

Letty zarzuciła mu ręce na szyję i stanęła na palcach.
– Nie wiedziałam, co robić.
– Nie mogłem przestać cię szukać – wymruczał Murphy między pocałunkami.
– Tak się bałam.
Murphy zachichotał.
– Ty? Nie wierzę.

background image

Ojciec Alfaro odchrząknął znacząco.
– Może powinna mnie pani przedstawić swojemu przyjacielowi, moje dziecko?

background image

Rozdział 30.

Obejmując   Letty   ramieniem,   Murphy   odwrócił   się   do   mężczyzny   w sutannie.   Nie   miał 

zamiaru   wypuścić   Letty   z uścisku   z powodu   ostatnich   wydarzeń.   Przez   ostatnie   dwa   dni 
wywrócił   San   Paulo   do   góry   nogami,   żeby   ją   znaleźć.   Martwił   się   o jej   naiwną   łepetynę 
i ryzykował przy tym swoją.

– Murphy, to jest ojciec Alfaro. – Letty wykonała ręką gest w stronę księdza.
– Miło księdza poznać. – Murphy zrobił krok do przodu i podał starszemu mężczyźnie rękę.
– Ksiądz ma przyjaciela, który może dowiedzieć się, co się stało z Lukiem.
Murphy przyjrzał się księdzu, zastanawiając się, czy mogą mu zaufać. Zwykle nie zawodziła 

go intuicja. Miał wrażenie, że mogą uznać księdza za sprzymierzeńca.

Kiedy   włóczył   się   po   mieście,   zasięgnął   języka   i dowiedział   się,   że   kapitan   Faqueza, 

odpowiedzialny   za   koszary  wojskowe,   jest   prawdziwym   draniem.   Słynie   z tego,   że   torturuje 
więźniów i dręczy ich psychicznie. Jeżeli – jakimś cudem – brat Letty jeszcze żyje, Faqueza 
pewnie go zadręczył. Może się okazać, że Letty ryzykuje życiem dla brata, który z bólu stracił 
zmysły.

– Dowiem się, czego tylko będę mógł – zapewnił Murphy’ego ojciec Alfaro. – Ale niczego 

nie obiecuję.

Wzrok księdza spoczął na Murphym o sekundę czy dwie dłużej, niż to konieczne. Może 

chciał w ten sposób dać mu do zrozumienia, że osobiście nie robiłby sobie zbyt wielkich nadziei, 
że Luke żyje.

– Brak mi słów, żeby wyrazić, jak bardzo jesteśmy wdzięczni – odpowiedziała Letty za nich 

oboje.

Dłoń Murphy’ego zacisnęła się na jej ramieniu. Kiedy wszedł do kościoła i ją znalazł, poczuł 

nieopisaną ulgę. Już się poddał się, przekonany, że dotrze do niej tylko przez Luke’a.

Przez całe dwa dni próbował, jak mógł, pozbyć się głosu sumienia, który mówił mu, że 

powinien szukać Letty.

Dopiero kiedy słońce zaszło i nad stolicą zapadła noc, Murphy przypomniał sobie, że kiedy 

na   krótko   rozdzielili   się   w Siguierres,   Letty   od   razu   poszła   do   kościoła.   Zaczął   więc 
przeszukiwać kolejne kościoły.

– Mamy inny problem – poinformował ją z ponurą miną Murphy. Teraz, kiedy wiedział, że 

w mieście jest kapitan Norte, nie miał wątpliwości, że im prędzej odnajdą Luke’a, tym lepiej. 
Murphy był sprytny i domyślał się, że obecność oficera nie jest przypadkowa.

– Jaki? – Zaniepokojony wzrok Letty spotkał się ze wzrokiem Murphy’ego.
– Norte jest w mieście.
– Zna go pan? – Głos ojca Alfaro zadrżał, kiedy Murphy wymienił nazwisko kapitana.

background image

Murphy pokiwał głową.
– Nie powiedziałabym, żebyśmy należeli do jego ulubieńców – wyjaśniła Letty, a Murphy 

poczuł, że wyprostowała się. Była spięta.

Ksiądz smutno pokiwał głową.
– Kapitan nie jest dobrym wrogiem.
Murphy zdążył się już o tym przekonać.
– Lepiej, żeby nie widziano was razem. – Ojciec Alfaro nerwowo zatarł ręce. Spojrzał na 

nich i wydawało się, że podjął jakąś decyzję.

– Chodźcie – zarządził. – U mnie będziecie bezpieczni. Mam nadzieję, że do jutra rana będę 

coś wiedział o pani bracie.

Murphy zdawał sobie sprawę, że ksiądz bierze na siebie oczywiste ryzyko. Wahał się, czy 

może wystawiać tego człowieka na niebezpieczeństwo. Nie zgodziłby się na to, gdyby nie Letty.

Ojciec Alfaro najwyraźniej domyślił się, co trapi Murphy’ego.
– Nie musi się pan martwić.  Wiele razy oddawałem moje życie  w ręce Boga. – Ksiądz 

wyprowadził ich ze świątyni.

Poprowadził   ich   krużgankami   okalającymi   kościół   do   stojącego   obok   dwupiętrowego 

budynku. Weszli tylnymi drzwiami i przeszli przez kuchnię, a potem długim korytarzem udali się 
na dół.

Murphy zauważył, że ojciec Alfaro porusza się bardzo cicho i nie włącza światła. Zatrzymał 

się   na   dole   schodów   i spojrzał   w górę.   Odczekał   chwilę,   a potem   wprowadził   ich   do 
pomieszczenia, które wyglądało na bibliotekę. Ostrożnie zamknął drzwi. Przez okna sączyło się 
do środka nikłe światło księżyca.

Murphy   poczuł   zapach   cytryny   i starych   książek,   co   stanowiło   całkiem   przyjemną 

mieszankę.   Ksiądz   oparł   dłonie   o kominek.   Najwyraźniej   czegoś   szukał.   Po   chwili   Murphy 
usłyszał   ciche   kliknięcie   i zdumiony   zobaczył,   że   półka   z książkami   otwiera   się   jak   drzwi, 
zapraszając ich do magicznego, fikcyjnego świata. W środku znajdowało się tylko łóżko i stolik 
nocny.

– Na razie będziecie tu bezpieczni. Przyjdę po was rano tak wcześnie, jak mi się uda. Do tego 

czasu muszę was poprosić, żebyście zachowywali się bardzo cicho.

Murphy pokiwał głową i z Letty u boku wszedł do tajemniczego pokoju. Letty usiadła po 

jednej stronie łóżka. Zwiesiła ramiona. Murphy widział, że jest wyczerpana. On sam też nie był 
w lepszej   kondycji   fizycznej.   Przeżycia   emocjonalne   ostatnich   dni   i na   nim   odcisnęły   swoje 
piętno.

–   Odpocznijcie,   przyjaciele   –   wyszeptał   ojciec   Alfaro,   zanim   półka   z książkami   nie 

powróciła na swoje miejsce.

W pomieszczeniu natychmiast zrobiło się ciemno. Poczuli zapach starych  książek, kurzu 

background image

i pleśni. Nikłe światło docierało jedynie przez wąskie szczeliny w regale z książkami.

Murphy   stał   przez   chwilę.   O sekretnych   pomieszczeniach   na   plebanii   nie   pisano 

w podręcznikach wojskowych. Przez całe lata służby Murphy nie znalazł się w podobnej sytuacji. 
Najbardziej martwił się o bezpieczeństwo Letty. Miał nadzieję, że tutaj nic im nie grozi.

Usłyszał, że Letty wyciąga się na wąskim łóżku. Był niemal pewien, że skoro łóżko jest 

jedno, będzie chciała, żeby spał na podłodze. Nie chciał się z nią kłócić i właśnie zamierzał się 
położyć, kiedy usłyszał szept:

– Jest tu miejsce i dla ciebie. – Jej głos był nieco spłoszony.
Coś było zdecydowanie nie tak. Murphy miał ochotę przeczyścić sobie ucho palcem. Nie był 

pewien, czy to dobry pomysł, żeby znaleźli się tak blisko siebie. Był potwornie zmęczony, ale 
wiedział, że będzie mu cholernie trudno nie kochać się z Letty. Doszedł do wniosku, że jego 
wątpliwości są przejawem krańcowego wyczerpania.

Była mu to winna. Obiecała mu to. Chciał się z nią kochać bardziej niż z jakąkolwiek inną 

kobietą. A teraz jeszcze...

– Murphy?
W milczeniu  podszedł do łóżka. Letty zrobiła mu  miejsce. Murphy wyjął broń i jednym 

ruchem położył ją na nocnym stoliku.

–   Jak   to   możliwe,   że   w San   Paulo   jest   tyle   kościołów,   a ty   spotkałaś   akurat   księdza 

zamieszanego w tajną działalność?

Odpowiedziała mu dopiero po dłuższej chwili.
– Wierzę, że Bóg posłał mnie do ojca Alfaro.
Gdyby było jaśniej, Letty zobaczyłaby kwaśną minę Murphy’ego. Taka odpowiedź mu sienie 

podobała.   Jeżeli   Bóg   był   skłonny   wyświadczać   przysługi,   Murphy   miał   ważniejsze   prośby. 
Zresztą, to całkiem możliwe, że Bóg Letty naraził ich na pokusy. Jeżeli to, że mieli razem spać, 
było jednym z dowcipów Boga, Murphy’emu nie było do śmiechu.

Niechętnie położył się na łóżku. Choć Letty twierdziła, że starczy miejsca dla nich obojga, 

wcale tak nie było. Kręcił się i przewracał z boku na bok. W końcu odkryli, że najwygodniej 
będzie, kiedy on położy się na plecach, a Letty obok niego na boku i oprze mu głowę na piersi.

Zamknął   oczy,   tuląc   Letty   do   siebie.   Jej   ramię   znalazło   się   na   jego   brzuchu.   Wydała 

delikatne westchnienie z zadowolenia. Murphy znalazł się tak blisko nieba, jak chciał. Trzymanie 
tej kobiety w ramionach sprawiało mu niesamowitą przyjemność. Wywoływało uczucie, które 
ma tyle samo wspólnego z ciałem, co z duszą. Uczucie, którego Murphy obawiał się najbardziej, 
bo oznaczało, że mu na niej zależy.

To mogło żołnierza drogo kosztować. Niejeden zapłacił za to życiem. Murphy widział, jak 

Cain dostał kulkę tylko dlatego, że jego umysłem zawładnęła Linette. Nie chciał popełnić tego 
samego błędu.

background image

– Ojciec Alfaro wiedział o tobie – powiedziała Letty, przerywając jego rozmyślania.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Pytał, czy podróżuję z mężczyzną.
– Kiedy?
– Wcześniej, na początku rozmowy.
Murphy musiał się nad tym zastanowić. Podejrzewał, że ksiądz ma jakieś powiązania z CIA. 

To była dla niego dobra wiadomość. Mogą mu się przydać tacy sprzymierzeńcy.

– Jestem taka zmęczona. – Letty zatopiła się w jego objęciach.
– Wiem, kochanie.
– Nie mam pojęcia, co bym zrobiła, gdybym cię nie znalazła. – Ziewnęła po raz drugi.
–  Ja  też  –  przyznał  Murphy.   Czuł,  że   poddaje  się  potrzebom  ciała.   Objął  ją  ramieniem 

i opuścił podbródek tak, że dotknął czubka jej głowy. Odpływając w krainę snu, delektował się 
przyjemnością   trzymania   jej   w ramionach.   Głupotą   byłoby   zaprzeczać   prawdzie.   Bardzo   mu 
zależało na Letty.

background image

Rozdział 31.

Luke.
Usłyszał, że ktoś prawie bezgłośnie wypowiada jego imię. Odwrócił głowę i otworzył oczy. 

W małym kwadratowym otworze w drzwiach celi widać było twarz Rosity.

– Rosita? – Czy to możliwe, żeby to była prawda? Serce łomotało mu pod żebrami. Ostrożnie 

próbował wstać z pryczy, nie zważając na ból. Ten ruch kosztował go tyle wysiłku, że jęknął. 
Przeżywał straszliwe męki, ale zniósłby o wiele gorsze, żeby tylko zobaczyć Rositę.

– Jestem.
Przez   otwór   widać   było   tylko   piękne   ciemne   oczy.   Ale   to   wystarczyło,   by  ogarnęła   go 

radość. Ten dar, cud ujrzenia kobiety, którą kocha, sprawił, że poczuł się ogromnie szczęśliwy.

– Jak to możliwe, że tu jesteś, skoro...
– O nic nie pytaj. Nie chcą mnie wpuścić do środka, do celi. Już nie.
– Więc jednak byłaś tu wcześniej?
– Tak. – Zamrugała powiekami, żeby się nie rozpłakać. – Chciałabym cię dotknąć. – Przez 

stalowe pręty zdołała przecisnąć jedynie dwa palce.

Luke przycisnął usta do opuszka jednego z nich i niewiele brakowało, żeby się rozpłakał. 

Palce   Rosity  dotknęły  jego  twarzy.  Pogłaskała   nie  ogolony  policzek  Luke’a.   Zamknął  oczy, 
rozkoszując się pieszczotą dotyku.

– Zawsze będę cię kochać. – Usiłował zapanować nad emocjami. Zamilkł. Bał się, że kiedy 

zacznie mówić, nie będzie w stanie powstrzymać szlochu.

– A ja zawsze będę kochać ciebie.
Przez dłuższą chwilę cieszyli się z tego niepojętego cudu, że mogą być razem. Grube żelazne 

drzwi nie stanowiły przeszkody i nie mogły powstrzymać ich gorących uczuć.

– Biją cię? – spytała Rosita głosem, który świadczył, że boi się usłyszeć prawdę.
Nie mógł jej okłamać.
– Trochę. Nie tak bardzo, jak na początku.
Oczy Rosity stały się świecące i szkliste. Wypełniły się łzami, które zaczęły spływać jej po 

twarzy.

– A Hector i inni?
– Godnie ich pochowano. – Głos Rosity załamywał się.
Obawiał się wypowiedzieć imię swojej siostry.
– Miałaś jakieś wieści od Letty?
– Od Letty? Nie. Jest tutaj? W Zarcero? Jak to możliwe?
– Nie wiem, ale możliwe, że przyjechała. Dlatego nie zostałem stracony z innymi.
– To wyjaśnia, dlaczego... – Rosita przerwała raptownie, jakby już i tak powiedziała więcej, 

background image

niż zamierzała.

– Powiedz mi.
– Mój wuj... pozwolił mi tu przyjść, żebym mogła się z tobą pożegnać. Komendant Faqueza 

wyznaczył termin publicznej egzekucji za dwa dni.

– To pułapka. Musisz odnaleźć moją siostrę i uprzedzić ją.
– Ale jak? Gdzie?
Luke   oparł   czoło   o drzwi.   W zetknięciu   ze   skórą   wydały   się   zimne.   Zimne   i twarde. 

Powinien się skupić, ale nie mógł. W jego umyśle kłębiły się troski i zmartwienia. Wszyscy, 
którzy mogliby pomóc Letty, albo nie żyli, albo znajdowali się w więzieniu.

– Spróbuję ją znaleźć, Luke – obiecała Rosita. – Tylko nie wiem, gdzie szukać.
– Zrób, co możesz. – Nie mógł się teraz martwić o Letty. Później, kiedy zostanie sam, będzie 

się modlił, żeby Bóg jej strzegł. Chwile z Rositą, możliwe, że ostatnie, były zbyt cenne, żeby je 
tracić.

Jeszcze raz pocałował jej palce.
– Rosito, kiedy zginę, musisz...
– Nie. – Płakała. – To cud, że się uratowałeś. Nie umrzesz, kochany.
–   Nie   mamy   czasu   na   sprzeczki.   Musimy   przygotować   się   na   najgorsze,   kiedy   jeszcze 

możemy. – Jeśli go nie zastrzelą albo nie powieszą, tak jak kilku innych więźniów politycznych, 
możliwe, że zamęczą go na torturach.

– Jak Bóg mógł do tego dopuścić? – Głosem Rosity wstrząsał szloch. – Jak mógł pozwolić, 

żeby Hector i inni zginęli tak okrutną śmiercią?

Luke wiele razy zadawał sobie to samo pytanie.
– Bóg nie ponosi odpowiedzialności za nienawiść na tym świecie. – Pragnął przytulić Rositę 

po raz ostatni. Umarłby szczęśliwy, gdyby mógł poczuć przy sobie jej miękkie ciało. Gdyby 
tylko mógł dotknąć jej słodkiej twarzy i poczuć bicie jej serca przy swoim...

Rosita spojrzała przez ramię. Luke dostrzegł cień strachu na jej twarzy.
– Muszę iść. – Otarła łzy i obdarzyła  go krótkim uśmiechem.  Odwróciła się gwałtownie 

i zniknęła.

Luke słyszał  delikatny odgłos  kroków, kiedy odchodziła.  Musiał  włożyć  tyle  fizycznego 

wysiłku, żeby utrzymać się na nogach, że zaczął gwałtownie drżeć. Z trudem szedł do łóżka, 
żeby się nie przewrócić.

Przygniótł go ciężar zmartwień. Norte miał zamiar posłużyć się nim, żeby złapać Letty.
Luke dobrze znał swoją siostrę. Zrobiłaby wszystko, żeby go uratować. Wystawiłaby się na 

każde niebezpieczeństwo. Nie mógł pozwolić, żeby coś jej się stało, ale nie wiedział, jak ją 
uratować.

Nie miała pojęcia, jacy są ci mężczyźni. Nigdy nie zetknęła się z takim złem. Luke też nie, 

background image

dopóki go nie schwytano.

Mógł tylko przechytrzyć kapitana Norte, umierając przed publiczną egzekucją. Wzniósł oczy 

do nieba i zwrócił się do Boga:

– Pozwól mi umrzeć, zanim będzie za późno.

background image

Rozdział 32.

Jeszcze dwa dni temu pani brat żył.
Z sercem w gardle, Letty odwróciła się i stanęła przodem do ojca Alfaro.
– Żyje?
Ksiądz przyszedł po nich wczesnym rankiem i zaprowadził do zaufanego przyjaciela. Chwilę 

później   Murphy   zniknął   z ojcem   Alfaro.   Letty   nie   cieszyła   się   z tego,   że   znowu   zostali 
rozdzieleni. Ale nie miała wyboru.

Murphy spojrzał na ojca Alfaro, potem na Letty.
– O co chodzi? – Znała trochę Murphy’ego i wiedziała, że coś przed nią ukrywa.
Nikt nie śpieszył się z wyjaśnieniami.
– Luke’owi coś się stało. – Zaczęła płakać, pewna, że usłyszy złe wieści. – Jest ranny? 

Możemy go zabrać? Potrzebuje lekarza?

– Letty. – Murphy delikatnie objął ją ramieniem.
– Z moich źródeł nie mogłem się dowiedzieć, jaki jest stan fizyczny pani brata – wyjaśnił 

ojciec Alfaro. – Wiem tylko, że pani brat żyje.

– Jest coś jeszcze. – Letty nie chciała, by ukrywano przed nią prawdę. Murphy powinien 

znać ją na tyle dobrze, żeby o tym wiedzieć.

– Proszę mi wszystko powiedzieć.
Mężczyźni ponownie wymienili między sobą spojrzenia. Oczy Murphy’ego spotkały się ze 

wzrokiem Letty. Powiedział cicho, głosem pozbawionym emocji.

– Luke został skazany na śmierć.
Letty zamknęła oczy i wstrzymała oddech.
– Za dwa dni w południe ma się odbyć publiczna egzekucja.
– Dwa dni – powtórzyła. Krew odpłynęła jej z głowy, a wszystko wokół zaczęło wirować. 

Przez chwilę myślała, że zemdleje. Poczuła, że musi usiąść. Wyciągnęła po omacku ręce i opadła 
na drewniane krzesło.

– Letty?
– Wszystko w porządku.
Nie było w porządku. Rano nie czuła się dobrze. Chociaż w ramionach Murphy’ego spała 

lepiej niż od tygodni, obudziła się wyczerpana i potwornie zmęczona.

To wrażenie się pogłębiało. Myślała, że samo jej przejdzie i dlatego nikomu nie mówiła. Ale 

nie przeszło.

–  Musimy  go  uratować.  –  Spojrzała  na   Murphy’ego.  Zorientowała  się,  że   robi  to   coraz 

częściej.   Poza   sercem   obdarzyła   go   zaufaniem.   W jej   oczach   Murphy   mógł   dokonać   rzeczy 
niemożliwych.  Choć napotykali  coraz  więcej  przeszkód  na swojej  drodze,  Letty polegała  na 

background image

talentach Murphy’ego.

– Letty,  dałem ci słowo, że odnajdę twojego brata, i zrobię  to. – Murphy zacisnął  zęby 

z determinacją.

Bardzo chciała go dotknąć. Przycisnąć dłoń do jego policzka i podziękować mu. Te dwa dni, 

kiedy   włóczyła   się   sama   po   mieście,   były   dla   niej   cenną   lekcją.   Bardzo   chciała   odnaleźć 
i uwolnić Luke’a, ale zamierzała to zrobić razem z Murphym.

Ksiądz rzucił Murphy’emu niespokojne spojrzenie. W małym ceglanym domu zapanowała 

atmosfera pełna napięcia. Letty nie rozumiała, o co chodzi. Spojrzała na ojca Alfaro.

– Obawiamy się, że ta egzekucja może być pułapką – wyjaśnił ksiądz.
Murphy zachichotał.
– Norte chce nas. Ale czy można mu się dziwić? Ośmieszyliśmy go. Nie wie tylko, że za 

niego nikt sienie modli. Unikniemy jego zasadzki i na dodatek wykradniemy mu Luke’a sprzed 
nosa.

– Na mieście się mówi, że komendant Norte sowicie wynagrodzi tego, kto schwyta któreś 

z was.

– Rozumiem. – Bo rozumiała. Jak powiedział zeszłej nocy ojciec Alfaro, kapitan Norte nie 

jest dobrym wrogiem.

– Powinna pani być przygotowana na najgorsze – uprzedził ją łagodnie ksiądz. – Zrobimy 

wszystko, co w naszej mocy, ale może się zdarzyć, że nie zdołamy uratować pani brata.

– Musi się wam udać. – Rozpłakała się. Rozpaczliwie pragnęła wierzyć, że można uratować 

Luke’a. On na to zasługiwał. Oddał swoje serce ludziom z Zarcero, poświęcił im życie. Bez 
Luke’a będzie sama i zagubiona. W nikim nie znajdzie oparcia.

– Masz moje słowo: zrobię wszystko, co możliwe, żeby uwolnić Luke’a. – Oczy Murphy’ego 

potwierdziły powagę tej obietnicy.

– Nie mogę prosić o więcej – odpowiedziała Letty.
Przez resztę poranka rozmawiała z Murphym i ojcem Alfaro. Mężczyźni zastanawiali się nad 

sposobem działania. Szybko się dogadali. Wkrótce Murphy wyszedł. Nie powiedział dokąd idzie 
ani jak długo go nie będzie.

Siedziała w cieniu drzewa. Usiłowała dociec, co jej dolega. Nękające bolesne uczucie nie 

ustąpiło do popołudnia. Usiłowała jakoś nazwać to, co czuła. Objawy fizyczne wskazywały na 
niegroźny przypadek grypy, ale wiedziała, że to nie grypa. Była pewna, że dolegliwości w jakiś 
sposób są związane z bratem bliźniakiem.

Niecierpliwie czekała na powrót Murphy’ego. Musiała z nim omówić parę spraw. Była tak 

zaprzątnięta myślami, że niczego nie zauważyła.

Z początku.
Nagle poczuła, że ktoś ją obserwuje. Nie była  tego pewna, ale ufała swojemu  szóstemu 

background image

zmysłowi. Przez dłuższy czas nawet nie drgnęła, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Ten sam 
szósty zmysł, który dał jej do zrozumienia, że ona i ojciec Alfaro nie są już sami, ostrzegł, że jeśli 
się poruszy, będzie martwa.

Letty ogarnął strach niby gęsta mgła, która utrudniała zrozumienie tego, co się dzieje.
Wstrzymała oddech i spojrzała przed siebie. Ojciec Alfaro siedział w domu przy stole. Chyba 

czytał.

Oczami wyobraźni zobaczyła celę więzienną, tortury i śmierć. Poczuła, jak smakuje horror. 

Czuła ból. Potem wszystko zniknęło.

Do jej myśli wdarł się obraz Murphy’ego, który pochylał się do chłosty. Zrozumiała obraz 

i zatrzymała go w umyśle. Potrzebowała jego ochrony. On wiedziałby, co robić. Miała przy sobie 
broń, bo Murphy się przy tym upierał, ale nie było sensu po nią sięgać. Byłaby martwa, zanim 
zdążyłaby wycelować. Zresztą nie była pewna, czy umie się nią posługiwać. Próbowała tylko raz 
i to dlatego, że Murphy ją do tego skłonił. Teraz żałowała, że nie nauczyła się strzelać.

Może dlatego, że myślała o Murphym i o broni, była przygotowana na to, co nastąpiło. Z tyłu 

usłyszała jego głos, cichy i niecierpliwy.

– Letty, kiedy krzyknę, padniesz na ziemię i osłonisz głowę. Rozumiesz?
Potwierdziła ledwie zauważalnym skinieniem głowy. Każdy mięsień jej ciała był napięty.
Za  moment  zobaczyła  trzech  żołnierzy,  chowających  się w krzakach  przy domu.  Dwóch 

z nich mierzyło w nią. Trzeci mężczyzna przez okno celował w ojca Alfaro.

Byli   zamaskowani   i doskonale   zlewali   się   z tłem.   Zastanawiała   się,   jakim   cudem   ich 

zauważyła.

Smak strachu wypełnił Letty usta i zaatakował zmysły.  Dzwoniło jej w uszach. W gardle 

miała potwornie sucho.

– Teraz! – Krzyk Murphy’ego rozdarł gorące, nieruchome powietrze. Tłumiąc krzyk, Letty 

padła twarzą do ziemi. Pamiętała, że kazał jej osłonić głowę, więc podniosła ramiona.

Szybkie strzały w rytmie staccato z broni Murphy’ego przeleciały nad jej głową. Zamarła ze 

strachu. Nie mogła się podnieść, nawet jeśli by ją o to prosił.

Trzech napastników padło koło domu. Letty i ksiądz siedzieli jak sparaliżowani. Rebelianci 

mogli dopaść ich w każdej chwili, zapomnieli tylko o jednym szczególe. O Murphym.

Wkroczył na scenę i od razu zorientował się, że Letty wyczuła obecność żołnierzy. Chodziło 

im o księdza. Do chwili, kiedy przekonali się, że ojciec Alfaro nie jest sam.

Murphy dziękował mocom niebieskim, że Letty miała na tyle rozsądku, żeby siedzieć cicho. 

To uratowało jej życie.

Nie miał wątpliwości, że jego uczucia w stosunku do Letty uległy zmianie. Mur obronny, 

którym się otoczył, pękł i Murphy beznadziejnie się w niej zakochał. Kiedy uświadomił sobie, że 
mógł ją przed chwilą utracić, pozbył się wątpliwości co do swoich uczuć.

background image

Nie był nieskromny, twierdząc, że jest dobrym żołnierzem. I wiedział, dlaczego jest dobry. 

Śmierć   nigdy   go   nie   przerażała.   Jego   świat   stanowiło   kilku   starannie   dobranych   przyjaciół 
i Deliverance Company. To wszystko. Miał niewiele do stracenia.

Do tej  pory w jego życiu  nie  było  miejsca  na szczęście  i radość. Najbardziej  brakowało 

w nim miłości.

Musiał przyznać, że kocha Letty. Nie był szczęśliwy z tego powodu. Nie było mu dobrze 

z tym uczuciem. Obawiał się, że miłość do Letty będzie wymagała poświęcenia części siebie, to 
go martwiło. Oddałby za nią życie. Ale nie był pewien, czy powinien ujawnić, jak bardzo mu na 
niej zależy.

Po huku strzałów  nastąpiła cisza głośniejsza niż wystrzał z armaty.  Murphy podszedł do 

miejsca, gdzie leżały ciała rebeliantów. Sprawdził, czy na pewno są martwi. Byli.

Murphy nic  nie czuł. Żadnych  wyrzutów  sumienia  ani żalu.  Zabijanie nie  sprawiało  mu 

przyjemności ani nie robiło na nim wrażenia.

– Murphy... – Jego imię w ustach Letty zabrzmiało jak cichy płacz. Podbiegła  do niego 

i padła mu w ramiona. Podniósł ją i przytulił. Trzęsła się bardzo. Objęła go tak mocno za kark, że 
omal nie udusiła.

– Już dobrze, kochanie.
Trzymał ją w ramionach. Sprawiło mu to tyle radości, że na chwilę zapomniał o księdzu.
Ojciec Alfaro wyszedł z domu blady i przerażony. Szedł niepewnym krokiem. Wyciągnął 

chusteczkę z kieszeni i otarł czoło.

– Matko Boska – wyszeptał, przyglądając się zabitym mężczyznom.
– Wszystko w porządku, ojcze? – spytał Murphy, wypuszczając Letty z objęć.
– Tak. Tak. – Jeszcze raz spojrzał na ciała rebeliantów. – To ludzie kapitana Norte.
– Więc wie, gdzie jesteśmy.
Ksiądz zamknął oczy.
– Alphonse – powiedział z ogromnym bólem. – Nigdy by mnie nie zdradził, chyba że na 

torturach.

– Musimy stąd uciekać. – Murphy’emu zależało, żeby przenieść Letty w bezpieczne miejsce. 

Nie wiedział tylko dokąd.

– Letty!  – Przed chwilą trzymał  ją w ramionach.  Teraz była  w domu. Siedziała  z twarzą 

ukrytą w dłoniach, jakby nie mogła znieść widoku martwych ciał.

Chciał ją pocieszyć i wytłumaczyć, dlaczego musiał użyć broni.
– Letty, musimy stąd uciekać! – krzyknął. Wiedział, że brzmi to gburowato, ale nie mógł nic 

na to poradzić. Groziło jej niebezpieczeństwo. Murphy wolałby umrzeć, niż dopuścić, by stało jej 
się coś złego.

Nagle kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Pchnął księdza na ziemię i upadł koło niego. Letty była 

background image

za daleko.

Tocząc   się   po   ziemi,   wystrzelił   serię   z,   karabinu.   Zobaczył   dwóch   rebeliantów.   Jeden 

krzyknął   z bólu,   a potem   umilkł.   Zapanowała   dziwna,   nienaturalna   cisza,   która   często 
towarzyszyła strzelaninie i śmierci.

–   Uciekajmy   stąd   w cholerę!   –   krzyknął   Murphy.   Niecierpliwił   się,   żeby   zabrać   Letty 

i księdza   w bezpieczne   miejsce.   Przeszukiwał   wzrokiem   ogród,   badał   go   wyostrzonymi 
zmysłami.

Przerwał   mu   krzyk   Letty.   Rozległ   się   huk   pojedynczego   wystrzału.   Murphy’ego 

obezwładniło przerażenie. Boże drogi, tylko nie Letty. Proszę, niech nie dostaną Letty. Dawał za 
nią wszystko, co miał. Swoje życie. Swoje serce. Swoją duszę.

Zerwał się na nogi i krzycząc, wbiegł do domu. Był gotów zabić lub zginąć, jeżeli będzie 

trzeba. Zobaczył, że Letty stoi z pistoletem, który dał jej na początku wyprawy. Broń zwisała jej 
z ręki.

Nie dalej niż półtora metra od niej leżał żołnierz.
Letty   była   w szoku.   Śmiertelnie   blada   wpatrywała   się   pustym   wzrokiem   w martwego 

człowieka. Leżał w kałuży krwi, z otwartymi oczami. Choć napastnik nie żył, Murphy pałał do 
niego nienawiścią.

Podszedł do Letty i delikatnie wyjął jej pistolet z dłoni.
– Dobrze się czujesz? – spytał łagodnie.
Pokręciła przecząco głową, wyszła przed dom i zwymiotowała.

background image

Rozdział 33.

Rosita weszła do słabo oświetlonego pokoju i spojrzała na ciało mężczyzny, leżące na stole. 

Rozdzierający ból przeszył jej serce. Zrozumiała, że wuj mówił prawdę.

Luke nie żył.
Z jej gardła wydobył się szloch. Zakryła usta, żeby powstrzymać krzyk cierpienia. To nie tak 

miało być. Mieli się pobrać, chciała urodzić mu dzieci i przeżyć z nim w szczęściu wiele długich 
lat. Luke ją kochał, a ona darzyła go większym uczuciem niż jakiegokolwiek innego mężczyznę.

– Cicho bądź – skarcił ją wuj. – Jeżeli ktoś nas tu znajdzie, będę miał kłopoty.
Odpowiedziała mu stłumionym szlochem.
– Co się stało? – Rosita chciała wiedzieć.
– Strażnik powiedział mi, że Luke umarł we śnie.
– We śnie? – Rosita nie uwierzyła, chociaż był jej wujem i dwa razy pomógł jej się spotkać 

z Lukiem.

– Nikt nie zna przyczyny jego śmierci. Żył, kiedy gaszono światło, a rano już był martwy. 

Komendant Faqueza przesłuchiwał strażników, ale nikt nie wchodził w nocy do celi twojego 
przyjaciela.

Rosita w pożegnalnym geście delikatnie dotknęła twarzy Luke’a. Była jasna i pełna spokoju.
–  Podobno   kapitan   Norte   jest   wściekły   –   dodał   wuj.   –   Chciał   wykorzystać   twojego 

przyjaciela jako przynętę.

Rosita przyjrzała się Luke’owi i zrozumiała, że stało się to, o co się modlił. Tylko tak mógł 

uratować siostrę i uniknąć wraz z nią okrucieństwa publicznej egzekucji. Zawsze nad wszystko 
przedkładał dobro innych.

Luke Madden skradł jej serce, kiedy tylko przybył do Zarcero. Przez długie miesiące Rosita 

ukrywała swoje uczucia. Bała się okazać misjonarzowi, jak bardzo jej na nim zależy.

Kiedy Luke ją pokochał, jej serce szalało z radości. Teraz była pełna cierpienia tak, jak wtedy 

pełna szczęścia. Głębia jej uczucia była równie wielka, jak ból, który przeżywała po śmierci 
Luke’a.

– Musimy iść.
– Jeszcze tylko chwilę – poprosiła. Chciała popatrzeć na Luke’a trochę dłużej, zapamiętać 

pełen   spokoju   wyraz   jego   twarzy.   Chciała,   żeby   ten   obraz   wyrył   się   w jej   sercu   na   długie, 
samotne lata, które ją czekają.

– Już?
Pokiwała głową. Po jej policzkach spływały gorące łzy.
–  Nie  mogłem  zrobić   nic  więcej, by  go uratować   – powiedział  ze  smutkiem   jej  wuj.  – 

Próbowałem.

background image

– Wiem. – Położyła delikatnie dłoń na jego ramieniu. – Dziękuję, że zaryzykowałeś, żebym 

mogła tu przyjść.

– Twój przyjaciel był dobrym człowiekiem.
Rosita otarła łzy z twarzy.
– Szkoda, że go nie znałeś.
– Trochę go poznałem. Nie przeklinał, kiedy go torturowali. Była w nim tylko miłość. Twój 

przyjaciel na pewno jest z Bogiem.

background image

Rozdział 34.

Letty wiedziała, że Murphy się o nią martwi. Zabiła człowieka. Nie chciała tego zrobić i do 

końca życia będzie miała poczucie winy.

Ale żołnierz nie dał jej wyboru. Kiedy zrozumiała, że rozpaczliwie pragnie żyć, ogarnęło ją 

przerażenie.

Nie zawahała się. Ocalił ją refleks i instynktowne pragnienie życia.
Ojciec Alfaro pośpiesznie zaprowadził ich do domu innego zaufanego przyjaciela. Tę noc 

spędzili ukryci w piwnicy pod stodołą. Było tam niewiele więcej miejsca niż w sekretnym pokoju 
u księdza.

Murphy usiadł naprzeciwko Letty i jadł kolację. Tortillą wyczyścił z talerza resztki fasoli. 

Smakowało mu. Kiedy kończył, spostrzegł, że Letty w ogóle nie ruszyła posiłku.

– Jedz, Letty.
Pokręciła głową.
– Nie mogę. Nie chce mi się.
Odsunął na bok metalowy talerz i usiadł obok niej na łóżku.
– Kochanie, słuchaj, zrobiłaś to w obronie własnej.
Letty zamknęła oczy. Chciała, żeby milczał. Znowu ogarnęło ją to dziwne wrażenie, które 

nawiedziło ją rano.

– ...i pewnie uratowałaś też mój żałosny tyłek – ciągnął Murphy. – Nie skończyłby na zabiciu 

ciebie.

– Murphy. – Wyciągnęła po omacku rękę i dotknęła jego ramienia.
– Znowu masz mdłości?
– Nie. Och, Murphy... nie, proszę, nie.
– Kochanie, o co chodzi?
– On nie żyje.
– Kochanie, nie miałaś wyboru.
– Nie mówię o tym żołnierzu – zaszlochała. – Luke. – Pochyliła się i położyła głowę na 

kolanach. A więc o to chodziło. Cały dzień to czuła. Cały dzień walczyła z tymi potwornymi 
mdłościami.

– Ojciec Alfaro zapewnił nas, że dwa dni temu Luke żył.
Ogarnął ją żal. Czuła się tak, jakby obciążono jej ciało kamieniami, a potem wyrzucono za 

burtę statku. Zanurzała się coraz bardziej i bardziej i nic na to nie mogła poradzić.

Dopiero, kiedy Murphy ją objął, zdała sobie sprawę, że kurczowo się go trzyma. Szloch 

wstrząsał nią tak mocno, aż czuła ból. Kołysała się w tył i w przód. Szlochała i próbowała złapać 
oddech. Opłakiwała brata, którego straciła.

background image

– Letty, kochanie, nie płacz tak. Nie wiemy, co się stało z Lukiem.
– Ja wiem. Moje serce wie.
– Ojciec Alfaro powiedział...
– On nie żyje. Mój brat nie żyje. Spóźniliśmy się. Nie możemy go uratować.
Murphy trzymał ją w ramionach tak długo, aż wypłakała wszystkie łzy. Przylgnęła do niego, 

z żalu i rozpaczy wbijając palce w jego ciało. Cały czas ją przytulał, cały czas pocieszał.

Kiedy zabrakło już łez, położył ją na łóżku i usiadł przy niej. Szeptał słowa pociechy, ale 

Letty ich nie słyszała. Jej serce przepełniał smutek.

Chyba   zasnęła,   bo   kiedy   się   ocknęła,   było   ciemno.   W schowku   pod   stodołą   panowały 

egipskie ciemności.

Wiedziała,   że   jest   przy   niej   Murphy,   czuła   jego   miarowy   oddech.   Przypomniała   sobie 

o Luke’u. Ból i rozpacz powróciły.

– Letty...
Odwróciła się i ukryła twarz w jego karku.
– Kochaj się ze mną – wyszeptała. – Czuję się taka samotna, taka pusta. Potrzebuję cię. 

Proszę cię, Murphy. Proszę cię, kochaj się ze mną.

Murphy zamknął oczy, musiał być silny. Letty w jego ramionach była wystarczającą pokusą. 

Żaden mężczyzna nie oparłby się takiej prośbie.

– Kochanie – wyszeptał delikatnie, odgarniając jej włosy z twarzy. – Nie wiesz, o co prosisz.
– Pragnę cię. Potrzebuję cię. Murphy, proszę. – Przysunęła się do niego blisko. Brodawki jej 

piersi   otarły  się   o tors   Murphy’ego.   Były   gorące.   Murphy  poczuł   się,  jakby  przypiekano   go 
rozżarzonym żelazem. Zacisnął zęby. Chciał, żeby Letty przestała się poruszać.

On też jej potrzebował. Jego ciało mówiło mu o tym od tygodni. To nie był dobry moment. 

Letty szalała z żalu, przekonana, że straciła brata.

Murphy nie wiedział, co myśleć o psychicznym związku Letty z bratem bliźniakiem. Wolał 

polegać na pewnych, potwierdzonych  faktach. Informacja sprzed dwóch dni, którą otrzymali 
dzisiaj rano, mówiła, że Luke Madden żyje. Wolał ufać jej niż intuicji Letty.

Murphy obiecał jej, że odnajdzie Luke’a. Nie miał zamiaru się poddać, dopóki nie zdobędzie 

dowodu. Odnajdzie brata Letty, żywego czy martwego.

Pocałowała go w kark. Jej wilgotne usta przesuwały się po skórze Murphy’ego w zmysłowy 

sposób. Zamknął oczy i walczył z pożądaniem, które zaczęło trawić jego ciało.

– Letty, proszę...
– Czuję się taka samotna.
– Nie jesteś sama. Nie wiemy, czy Luke nie żyje. Nie wiemy.
– Ja wiem, co się stało – wyszeptała i zaszlochała cicho. – On nie żyje. Czuję to w umyśle 

i w sercu. – Jej ręce przesuwały się po klatce piersiowej Murphy’ego. Okrywała pocałunkami 

background image

jego brzuch. Ścisnął mocno koc obiema rękami: próbował się jej oprzeć.

– Nie masz pojęcia, o co prosisz. – Murphy żywił głęboką nadzieję, że jeżeli Bóg istnieje, 

doceni jego poświęcenie. Był to najlepszy uczynek, na jaki kiedykolwiek się zdobył.

Jedynie dla Letty mógł się zdobyć na taki gest. Wiedział, że przysporzy mu kłopotów, kiedy 

ją poznał, ale nie brał pod uwagę, że zdobędzie jego serce.

Nie mógł dłużej wytrzymać. Przesunął dłonią po jej kręgosłupie, ale zatrzymał się przed 

pośladkami. Rozkoszował się jej ciepłem i gładkością.

Potrzebował jej. Umysł i ciało mówiły mu to od początku. Letty wdarła się w jego życie bez 

ostrzeżenia i pokazała mu, kim naprawdę jest. Wskazała jego sercu, do czego zostało stworzone.

Jej subtelność była odskocznią od bezwzględnego i okrutnego świata, w jakim się obracał. 

Kiedyś nie rozumiał, dlaczego Cain chciał spędzić życie z Linette. Dlaczego tyle poświęcił, żeby 
ożenić się z wdową. Teraz, na ironię, wszystko nabrało sensu.

Cain potrzebował Linette z tego samego powodu, dla którego Murphy potrzebował Letty.
Jej   miłość   pomogła   wymazać   z pamięci   wszystko,   co   zrobił,   okropności,   które   widział. 

Nienawiść człowieka do człowieka. Pomagała uciec od rzeczy, do których był zmuszany.

– Nie chcesz mnie?
– Nie chcę? Nie masz pojęcia, jak bardzo cię pragnę.
– Więc dlaczego nie chcesz się ze mną kochać? – Przysunęła się do niego, nieświadomie 

zadając mu tortury. Była cholernie pociągająca i zupełnie tego nieświadoma.

– Nie zmuszaj mnie, żebym to powiedziała. – Ukryła twarz w jego ramieniu.
– Co? – Murphy nic nie rozumiał.
– Niech cię diabli, Murphy. – Uderzyła go pięścią w pierś.
– Czego nie chcesz mi powiedzieć? – Przewrócił ją na plecy. W oczach Letty lśniły łzy. 

Wpatrywała się w niego i milczała z uporem. Bunt trwał krótko. Po chwili zarzuciła mu ramiona 
na szyję i uniosła się, żeby go pocałować.

Dotknęła ustami jego warg. Stwierdził, że była niezłą uczennicą. Murphy oderwał usta od 

Letty.

– Letty, powiedz to.
– Kocham cię – wyszeptała.
Jego serce oszalało.
– Och, kochanie.
Zsunął się z niej i położył na plecach.
– Dlatego nie chciałam ci tego powiedzieć. Nie chcesz mojej miłości. Nie potrzebujesz jej. 

Wprawiłam cię tylko w zakłopotanie. Nie chciałam, żebyś wiedział. Nie chciałam ci mówić.

Zaklął cicho i wziął jaz powrotem w ramiona. Przytulił mocno do siebie. Pocałowali się. 

Tym razem on był górą.

background image

–   Och,   Letty   –   wyszeptał   jej   w usta.   –   Nie   wiesz,   jak   bardzo   cię   kocham?–   Ich   języki 

spotkały   się.   Przytulił   ją   do   siebie,   przygniatając   jej   piersi   twardym   torsem.   Było   mu   z nią 
dobrze. Zbyt dobrze. Szybko łamała jego opór.

Odsunął się od niej niechętnie. Pogładził japo włosach. Kiedy patrzył w jej oczy, zdał sobie 

sprawę, jak bardzo mu na niej zależy. Tak bardzo, że nie mógł teraz się z nią kochać. To nie był 
właściwy moment.

Wzrok Letty wyrażał zdziwienie.
– Kochasz mnie?
– Bardziej niż własne życie.
– Kiedy to sobie uświadomiłeś?
Tylko kobieta mogła zadać takie pytanie.
– Dziś po południu.
– Z powodu rebeliantów?
– Tak. Wiedziałem wcześniej, ale nie chciałem się do tego przyznać.
Pocałował ją leciutko. Odmawianie sobie tego, czego pragnął najbardziej, było prawdziwą 

torturą.

– Kochasz mnie? – powtórzyła z niedowierzaniem, które zadziwiło Murphy’ego.
– Tak trudno w to uwierzyć?
– Tak... Myślałam... Wydawało mi się, że uważasz mnie za straszną idiotkę.
–   Bo   tak   jest.   Ale   cię   kocham.   Chcę,   żebyśmy   się   pobrali.   –   Nie   mógł   uwierzyć,   że 

zaproponował Letty małżeństwo. Nie wiedział, że się jej oświadczy, dopóki słowa nie wyrwały 
mu się z ust.

– Chcesz się ze mną ożenić? – Nie była pewna, czy może mu wierzyć.
– Tak bardzo cię kocham. – Znowu ją pocałował. Pokazał w ten sposób, co czuł w sercu. – 

Tak bardzo, że chcę poczekać do ślubu, żeby się z tobą kochać.

– Chcesz czekać?
– Dobrze, dobrze, przesadziłem. Poczekamy, aż wrócimy do Boothill. – Usiadł i zdjął z szyi 

srebrny łańcuch. – Weź. To twój pierścionek zaręczynowy. – Założył Letty naszyjnik. Mały złoty 
aniołek zadźwięczał, uderzając w srebrny nieśmiertelnik.

Letty wzięła go w palce.
– Ten aniołek należał do mojej babci. To jedyna rzecz, jaka mi po niej została. Traktowałem 

go jak amulet. Teraz należy do ciebie.

– Dajesz mi amulet?
– Daję ci moje serce. Będziesz moją żoną, Letty.
– A co z Deliverance Company?
– Nie wiem – odpowiedział Murphy. – Zastanowimy się nad tym później. – Nie pomyślał 

background image

nawet, że Letty może go nie chcieć. Nie był może najlepszym materiałem na męża, ale ją kochał.

– Dobry pomysł.
– Możesz teraz zasnąć? – spytał.
Nie odzywała się przez dłuższą chwilę, a potem skinęła głową.
– Czy po ślubie będę mogła mówić do ciebie Shaun?
Uśmiechnął się szeroko.
– Chyba będziesz musiała. Dziwne by było, żeby żona zwracała się do męża po nazwisku.
Ułożyła się w jego ramionach, jakby przez pół życia sypiali razem. Prawie odpłynął w krainę 

snu, szczęśliwszy niż kiedykolwiek, gdy Letty znowu się odezwała.

– Chcę mieć dzieci.
– Dzieci – powtórzył Murphy. Nad tym aspektem małżeństwa jeszcze się nie zastanawiał. – 

Możemy porozmawiać o tym później?

– Nie. Nie zasnę, dopóki nie będę wiedziała, czy pragniesz tych samych rzeczy, co ja.
–   Dzieci   –   powtórzył   ponownie,   myśląc   o swoich   żonatych   przyjaciołach.   Obaj   zostali 

ojcami i sprawiali wrażenie zadowolonych. – Dlaczego nie? Zanim się zorientuje, całkiem mnie 
udomowisz.

– Mam nadzieję. – Usłyszał uśmiech w jej głosie.
Zamknął oczy i zasnął. Całą noc nie wypuszczał Letty z objęć. Obudziła go raz i wyszeptała, 

że chce jej się pić. Przyniósł wodę. Wypiła ją chciwie, a potem oboje zasnęli.

Rano odkrył, że z Letty jest bardzo źle. Leżała z otwartymi oczami i wpatrywała się w niego 

bez słowa.

– Letty? – Przyłożył grzbiet dłoni do jej czoła. Była rozpalona od gorączki.
Murphy obudził ojca Alfaro. Zanim przyjechał zaprzyjaźniony lekarz, Letty dostała dreszczy. 

Rozpoznawała tylko Murphy’ego i nie chciała go puścić.

– Co jej jest? – spytał, kiedy lekarz skończył badanie.
– Nie wiem, ale nie wygląda to najlepiej. Ma bardzo wysoką gorączkę. Tylko raz widziałem 

taką gorączkę i wysypkę.

– I?
Lekarz nie odpowiedział wprost.
– Musimy ją zabrać do szpitala.
Do szpitala. Ten mężczyzna chciał gwiazdki z nieba. Lekarz mówił poważnie.
– Inaczej nie przeżyje dwóch dni.

background image

Rozdział 35.

Marcie, zamówiłaś płyn do trwałej?
Przerwała liczenie pieniędzy, żeby sobie przypomnieć. Dostawca kosmetyków był już dzisiaj 

po południu. Zamówiła długą listę artykułów.

– Nie pamiętam.
– Specjalnie  prosiłam  o ten  płyn,  nie  pamiętasz?  Wiesz, że  Gladys  Williams  chce,  żeby 

używać tylko tego do jej cienkich włosów. – Samantha miała prawo być zła.

Marcie westchnęła głęboko.
– Przepraszam, nie mogę sobie przypomnieć, co zamówiłam u Vickie. Zadzwonię do niej 

rano i upewnię się, czy wspomniałam o tym płynie.

– Muszę dbać o klientki.
– Wiem.
Samantha   w oczach   starszych   kobiet   uchodziła   za   czarodziejkę.   Większość   jej   klientek 

stanowiły kobiety po siedemdziesiątce. Przyjaciółka zawahała się.

– Marcie, na pewno dobrze się czujesz? Cały dzień jesteś myślami gdzie indziej. Co cię 

gryzie?

– Nic mi nie jest. – Zdobyła się na uśmiech.
– Zresztą jest tak nie tylko dzisiaj. Coś cię trapi od kilku dni.
Marcie odsunęła na bok stos jednodolarówek. Trzy razy próbowała je policzyć i za każdym 

razem miała inny wynik.

– Coś mnie trapi, tak?
–  Jesteś pewna, że nie chcesz o tym pogadać? – Samantha odłożyła torebkę i pochyliła się 

nad   szklaną   ladą.   –   Mam   czas.   Kiedyś   rozmawiałyśmy   bez   końca   przez   długie   godziny, 
pamiętasz?

To było dawno temu, kiedy Marcie chadzała do barów. Często wychodziły razem po pracy, 

a rano opowiadały sobie niestworzone historie. Wszystko się zmieniło. Marcie porzuciła taki styl 
życia, a Samantha była samotną matką, która miała dziecko na utrzymaniu.

– Clifford mi się oświadczył – wyznała Marcie.
– Clifford! Najwyższy czas. Miałam już zamiar przycisnąć go do ściany i spytać, kiedy to 

zrobi.

Marcie roześmiała się, ale jej śmiech był wymuszony.
– Wspaniale, kochana. Nie jesteś szczęśliwa?
– Pewnie, że jestem – powiedziała szczerze Marcie. Przez większość życia czekała, żeby 

jakiś mężczyzna poprosił ją o rękę. To marzenie stało się rzeczywistością.

– Och. – Uśmiech zniknął z twarzy Samanthy. – Jesteś zakochana w Johnnym, prawda?

background image

– Tak... Nie. Och. Sama już nic nie wiem.
– Czy wy... no wiesz? – Podniosła nieznacznie głos, dając do zrozumienia, o co pyta.
– Chcesz wiedzieć, czy z nim sypiam, tak?
– Słuchaj, moja droga, jeżeli nie chcesz o tym mówić – rozumiem, to nie moja sprawa.
Marcie schowała pieniądze do kasy i zamknęła ją.
– Nie, nie powiem, żeby mnie nie kusiło. Johnny ma w sobie coś takiego, że miękną mi 

kolana.

– Chcesz powiedzieć, że nie przespałaś się z nim ostatnio? – Samantha nie chciała wierzyć.
– Jak mogłabym potem spojrzeć w oczy Cliffordowi?
– Chyba masz rację. – Samantha opadła na wyściełane krzesło przy umywalce i skrzyżowała 

długie, smukłe nogi. – Szalejesz za Johnnym, ale oświadczył ci się Clifford.

– Mówiąc prawdę, Johnny wspomniał coś o wspólnym życiu.
Samantha podniosła głowę, szeroko otwierając oczy.
– Tak?
Marcie   żałowała,   że   zdradziła   to   przyjaciółce.   Dokładnie   wiedziała,   co   teraz   powie, 

i w dodatku będzie miała rację.

– Sprawa jest jasna Nie ma o czym mówić. Clifford jest słodki i tak dalej, ale to na widok 

Johnny’ego burzy się w tobie krew.

–   Wiem,   ale...   –   Marcie   zamilkła.   Clifford   był   jak   skała   Gibraltaru,   a Jack   Keller 

przypominał   przemieszczające   się   wydmy.   Wiedziała   o tym,   ale   zmagała   się   z uczuciami. 
Pragnęła Jacka, lecz zależało jej na Cliffordzie.

– Oj – szepnęła Samantha. – O wilku mowa. Spójrz, kto idzie.
Marcie nie chciała patrzeć. To mógł być tylko Jack. Nie chciała go widzieć. Kiedy byli 

razem, nie potrafiła trzeźwo myśleć. Nie mogła być pewna, że zachowa się tak, jak powinna. On 
o tym wiedział i wykorzystywał to przeciwko niej. Krok po kroku burzył jej mur obronny.

Powiedziała, że musi przemyśleć jego propozycję, by zamieszkali razem. Cliffordowi też 

powiedziała, że musi się zastanowić. Od tego czasu upłynęło kilka dni i najwidoczniej Jack się 
zniecierpliwił.

– Wychodzę. – Samantha mrugnęła do Marcie, wzięła torebkę i zniknęła za drzwiami.
– Cześć, Sam.  –  Marcie  usłyszała,  jak Jack wita się z jej przyjaciółką  swoim głębokim, 

ochrypłym głosem.

Marcie nie odwróciła się. Zamknęła oczy i zebrała w sobie siły. Jack stanął za nią. Czuła jego 

obecność niemal namacalnie.

– Marcie.
– Witaj, Jack. – Zacisnęła palce na szklanej ladzie.
– Jak się miewa moja dziewczynka? – Chwycił ją za ramiona. Pochylił się i pocałował ją 

background image

w kark. Poczuła jego gorący oddech. Pieścił ją delikatnie ustami i przesunął językiem po gładkiej 
skórze.

Zacisnęła pięści. Czuła, że wzbiera w niej pożądanie.
– Myślałem o tobie dzień i noc – wyznał Jack. – I zastanawiałem się, kiedy się do mnie 

odezwiesz.

– Ja... przecież mówiłam, że zadzwonię.
Nie przestawał błądzić ustami po jej szyi.
– Nie mogłem już dłużej czekać. Muszę wiedzieć.
Zamknęła oczy i przechyliła głowę na bok, odsłaniając szyję. Chciała się odwrócić i ukryć 

się w jego ramionach. To ją osłabiło, a tak rozpaczliwe potrzebowała być silna.

– Jeszcze nie podjęłam decyzji. – Robiła wszystko, żeby jej głos brzmiał stanowczo. – Muszę 

przemyśleć każdy aspekt. To jest ważne, bardzo ważne.

– To, o czym ci mówiłem, prawda?
– Nie. – Głos zdradzał, że brakuje jej tchu. – Chodzi o wszystko.
– Więc pozwól, że pomogę ci podjąć decyzję – wyszeptał.
– To nie jest dobry pomysł. – Chociaż jej usta mówiły jedno, ciało twierdziło coś innego. 

Głowa opadła jej do tyłu. Kołysała nią z boku na bok, domagając się pieszczoty.

– Dziecino, szaleję za tobą. – Objął ją w talii i przycisnął jej pośladki do swojej męskości.
– Jack...
–   Wiem,   nie   powinienem   tu   przychodzić.   –   Jego   ręce   zajęte   były   rozpinaniem   fartucha 

Marcie. Zanim zebrała w sobie dość siły, by go powstrzymać, wsunął rękę pod bluzkę i dotknął 
piersi. Brodawki okazały się zdrajcami i stwardniały w jednej chwili. Drżała. Nie mogła przestać 
ocierać się pośladkami o jego twardą męskość.

– Powoli, kochanie, powoli. – W jego szepcie słychać było głęboką satysfakcję. Wolną rękę 

wsunął jej między nogi i zaczął ją pieścić palcami.

Marcie nie mogła uwierzyć, że mu na to pozwala. Wprawdzie zamknęła salon i zaciągnęła 

firanki,   ale   okiennice   były   otwarte.   Każdy,   kto   przechodził   ulicą,   mógł   zajrzeć   do   środka 
i przyglądać się temu, co robią.

Nie mogła uwierzyć, że jakiś mężczyzna może doprowadzić ją do takiego stanu. Jęknęła 

cicho, usiłując zebrać siły, żeby mu się oprzeć.

Jack wziął ten przejaw rozpaczy za jęk pragnienia.
– Czy na zapleczu jest jeszcze kanapa? – spytał niecierpliwie. Jego gorący oddech łaskotał 

jaw ucho.

– Tak, ale myślę...
– To jest właśnie nasz problem – wyrzucił z siebie szorstko. – Oboje za dużo myślimy. 

Najwyższy czas, żebyśmy wzniecili ogień, który kiedyś w nas płonął.

background image

– O, Boże.
Nie chciała, żeby to się skończyło na kanapie. Nie wiedziała, jak się tam znalazła. Stała 

w salonie fryzjerskim, walcząc ze swoim zdradzieckim ciałem, a po chwili leżała na kanapie na 
zapleczu. Jackowi wystarczyło kilku sekund, by zdjąć z niej bluzkę i obnażyć piersi. Uklęknął na 
podłodze i ukrył twarz w jej bujnym biuście, ujmując go w dłonie. Przywarł ustami do brodawki 
i zaczął ją chciwie ssać.

Kiedy zacisnął wargi na jej piersi, Marcie poczuła przypływ pożądania, aż uniosła biodra 

z kanapy.

– Dobrze, kochanie, naprawdę dobrze. Pozwól mi sprawdzić, na ile jesteś gotowa. – Jego 

głos był ochrypły z pragnienia.

Wsunął rękę w majtki Marcie.
Zesztywniała w jego ramionach. Od dawna się nie kochała. Dawno żaden mężczyzna nie 

dotykał   jej   w tak   intymny   sposób.   Jej   ciało   zareagowało   głośnym   jękiem   na   nieoczekiwany 
wybuch rozkoszy. Była oszołomiona i ogłupiała, kiedy palce Jacka zaczęły się w niej poruszać

– Nie...
Uciął krzyk protestu pocałunkiem. Jego język wsuwał się w nią tak samo, jak palce.
Wywoływał   w niej   uczucia   podobne   do   ognia,   płonącego   coraz   intensywniej.   W każdej 

chwili groziło to wybuchem.

Marcie wiedziała, co robi Jack. Zmierzał do tego od początku. Wykorzystywał przeciwko 

niej jej własne ciało. Chciał, żeby się z nim kochała.

– Jack, nie. – Jej głos był cichym jękiem rozpaczy. Wyzwoliła się z pocałunku i podciągnęła 

na kanapie. Oddychała ciężko, wspierając się na łokciu.

Jack również oddychał z trudem. Pochylił głowę, jakby nie do końca zrozumiał jej słowa.
– Nie myślisz tak. Powiedz, że tak nie myślisz? – błagał.
Nie   od   razu   odważyła   się   znowu   spojrzeć   mu   w oczy.   Jeszcze   dłużej   trwało,   zanim   się 

odezwała.

– Przykro mi, naprawdę. Nie chciałam, żeby sprawy posunęły się tak daleko.
Jack wstał z podłogi i usiadł na brzegu kanapy, opierając łokcie na kolanach. Spojrzał na nią 

i odetchnął gwałtownie.

– Tym razem ja potrzebuję papierosa. Masz?
– Nie przy sobie.
Potarł ręką twarz.
– A co z prysznicem?
Tym też nie mogła mu służyć.
– Mogę ci wetknąć głowę do umywalki.
Zachichotał.

background image

– Dziękuję.
Marcie usiadła. Musiało upłynąć kilka minut, żeby wyrównał się jej oddech. Palce nie mogły 

sobie poradzić z zapięciem małych białych guzików u bluzki.

– Nie mogę trzeźwo myśleć, kiedy mnie dotykasz.
Jack się roześmiał.
–  Zmyślasz.   Oparłaś   mi   się   bez   większego   problemu.   Nie   zrozum   mnie   źle.   Jestem 

sfrustrowany, ale robi na mnie wrażenie twoja silna wola. Zmieniłaś się, Marcie.

Mógł jej powiedzieć lepszy komplement.
– Już nie jestem tą samą Marcie. Od jakiegoś zresztą czasu.
– Wprowadź się do mnie.  – Wyciągnął  ręce  po jej  dłonie.  –  Kochanie,  jest nam razem 

dobrze.

– W łóżku, chciałeś powiedzieć.
– Za pół roku będziemy się znali tak dobrze, jak małżeństwo – odpowiedział.
– Ale możemy się nie polubić.
Ujął jej twarz w dłonie.
– Zawsze cię lubiłem. Jesteś słodka, delikatna i dobra.
Marcie zagryzła dolną wargę.
– O co chodzi? – spytał Jack łagodnie. – Powiedz, zrobię wszystko, co w mojej mocy.
– Chcę mieć dzieci, dom, rodzinę. – Ich oczy spotkały się. – Chcę mieć męża.
– Chciałabyś, żebym się z tobą ożenił, tak?
–   Tak   –   potwierdziła.   Nie   powiedziała   mu,   że   Clifford   się   jej   oświadczył.   To   nie   było 

współzawodnictwo, który z mężczyzn kupi jej pierścionek z większym brylantem.

– Małżeństwo – powtórzył Jack, bez zachwytu.
Nad drzwiami zadzwonił dzwonek. Jack spojrzał na Marcie. Zatknęła w drzwiach tabliczkę: 

ZAMKNIĘTE, ale nie przekręciła klucza.

– Marcie?
Clifford. Poderwała się z kanapy tak szybko, że omal nie upadła.
– Cześć, Clifford. – Radosne powitanie zabrzmiało fałszywie nawet w jej własnych uszach. 

Była pewna, że płoną jej policzki i że Clifford domyśla się, że na zapleczu jest inny mężczyzna.

–   Mam   nadzieję,   że   się   nie   gniewasz,   że   wpadłem   bez   zapowiedzi?   –   Zdjął   czapkę 

baseballową i trzymał ją w obu rękach. Jego wzrok pobiegł w kierunku zaplecza.

– Nie, oczywiście, że nie. – Marcie oparła się o szklaną ladę, unikając jego spojrzenia.
– Zdaję sobie sprawę, że nie dałem ci zbyt wiele czasu...
– Chcesz wiedzieć, czy już podjęłam decyzję?
–   Tak.   –   Ponownie   spojrzał   za   nią,   w stronę   zaplecza   salonu   i zasłon,   które   oddzielały 

obydwa pomieszczenia. – Ale nie chcę cię naciskać – dodał.

background image

– Wiem.
Jego wzrok padł na przód jej fartucha. Spojrzał na drzwi wejściowe.
– Widzę, że przyszedłem nie w porę...
– Zadzwonię do ciebie. Dobrze?
– Jasne. – Jego oczy były pełne niewyobrażalnego smutku. – Jasne – powtórzył. – Cokolwiek 

masz mi do powiedzenia. – Odwrócił się pośpiesznie i podszedł do drzwi.

Marcie strasznie chciało się płakać. W spojrzeniu Clifforda rozpoznała to, czego sama kiedyś 

doświadczyła   –   rozczarowanie   i poczucie   krzywdy.   Kiedy   okazywało   się,   że   mężczyzna, 
z którym spotykała się od trzech miesięcy jest żonaty. Albo kiedy dowiadywała się, że facet, 
który prosił ją o małą pożyczkę na leczenie matki, wydawał pieniądze na balangi.

Wróciła na zaplecze i opadła na kanapę.
Jack stanął przy niej.
– Dobrze – powiedział szybko. – Pobierzmy się.

background image

Rozdział 36.

Do Letty jak przez mgłę docierało, co się z nią dzieje. Wydawało jej się, że idzie długim 

wąskim korytarzem. Z każdej strony otwierały się drzwi. Wszyscy się jej kłaniali.

Zatrzymała   się   i przeczytała   tabliczkę.   Przy   każdych   drzwiach   kusiło   ją,   żeby   wejść   do 

środka. Zrobiłaby to, ale na końcu korytarza stał Murphy i ją wołał. Był zły i zrozpaczony. Kiedy 
się wahała, nie dawał jej spokoju. Nie pozwalał jej odpocząć ani się zatrzymać. Był wobec niej 
nieustępliwy.

Podeszła do niego, ale nie był zadowolony. Czegoś od niej chciał. Nie mogła się zorientować 

czego.   Kochała   go   i usiłowała   spełnić   to,   o co   ją   prosił.   Nie   mogła   go   zrozumieć.   Chyba 
ogromnie zależało mu na tym, żeby wypiła coś gorzkiego.

Głos Murphy’ego stał się łagodniejszy. Jego ręce chłodziły, zwilżały jej twarz i szyję. Nie 

pamiętała, żeby był tak nieznośny. W stosunku do innych był niecierpliwy i opryskliwy. Do niej 
odnosił się z nie pasującą do niego czułością.

Spała   i nie   mogła   się   obudzić.   Ze   snu   wyrwał   ją   hałas.   Przypominał   warkot   silnika. 

W dodatku samolotowego. Poczuła słońce na twarzy i silny wiatr. Był chłodny, a ona była tak 
okropnie rozpalona.

Murphy przytulił ją do siebie i powiedział, że bardzo ją kocha. Obiecał, że odnajdzie Luke’a.
Luke. Na wspomnienie brata szloch uwiązł jej w gardle. Straciła go na zawsze. Na zawsze. 

Nie   zdążyła   do   niego   dotrzeć.   Ogromny   żal   mieszał   się   ze   wspomnieniem   jakiegoś 
nieoczekiwanego daru. Miłości Murphy’ego. Zacisnęła w dłoni małego złotego aniołka.

– Pamiętaj, kocham cię – wyszeptał Murphy.
Letty na pewno szybko nie zapomni.
Wyciągnięto ją z ramion Murphy’ego i posadzono. Nie znała tego samochodu. Spojrzała na 

rząd pulpitów sterowniczych i zrozumiała, że jest w samolocie. Był z nią ojciec Alfaro.

Pożegnanie   przerwał   huk   wystrzałów   i krzyki.   Murphy   natychmiast   odskoczył   do   tyłu 

i zatrzasnął drzwi.

– Ruszajcie! Ruszajcie! – wołał, ale nie do niej. – Uciekajcie stąd!
Przechyliła   głowę   na   bok   i zobaczyła,   że   Murphy   biegnie   przez   trawnik.   Jęknęła 

z przerażenia, bo zobaczyła,  że otoczył  go oddział  rebeliantów. Z broni maszynowej  buchnął 
ogień. Jęk Letty przerodził się w płacz i rozpacz. Bezradna patrzyła, jak Murphy upada.

– Nie... nie... Nie Murphy... Musimy zawrócić.
– Nie możemy – powiedział ze smutkiem ojciec Alfaro.
– Nie miał szans – stwierdził pilot z mocnym amerykańskim akcentem.
Letty usiłowała się skupić, ale wszystko było takie zagmatwane i ciemne, jakby spowijała ją 

gęsta mgła.

background image

– Dlaczego Murphy nie poleciał z nami? – Nie miało to przecież sensu.
– Odciągnął od nas uwagę. Uratował nam życie – wyjaśnił ojciec Alfaro, ściskając ją za rękę. 

– Nie ma większej miłości, gdy ktoś oddaje życie, żeby uratować swoich przyjaciół.

Letty słyszała łagodne dźwięki. Cykanie zegara, odliczającego sekundy. Odgłosy kroków na 

wyłożonej   terakotą   podłodze,   skrzyp   metalowych   kół   po   szynach.   Wokół   unosił   się   zapach 
środka dezynfekującego i czegoś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać.

Musiała włożyć  zadziwiająco  dużo wysiłku,  żeby otworzyć  oczy i rozejrzeć się dookoła. 

Najpierw zobaczyła okrągły zegar na ścianie, potem telewizor, stojący w rogu. Wokół jej łóżka 
stał parawan, takt jak przy prysznicu.

Wyglądało   na   to,   że   jest   w szpitalu.   Ale   to   niemożliwe.   Widok   za   oknem   przypominał 

teksański krajobraz. Ale to było nieprawdopodobne.

Ostatnim jej wspomnieniem było Zarcero i Murphy, który trzymał ją w ramionach. Pamiętała 

coś jeszcze. Samolot, strzały i Murphy, który dla niej oddał życie.

Murphy. Uśmiechnęła się, zamknęła oczy i dotknęła łańcuszka na szyi.
Nie miała go.
Usiadła z wysiłkiem. Wyciągnęła się dziwacznie, żeby dosięgnąć dzwonka, którym wzywało 

się pielęgniarkę. Odpowiedział jej niewidzialny głos.

– Panno Madden, obudziła się pani. Wspaniale. Już idę. Jest tutaj pewien zaniepokojony 

dżentelmen, który chce się z panią widzieć.

Murphy. Wszystko było takie skomplikowane. Murphy by jej nie porzucił. Nie po tym, jak 

podarował   jej   naszyjnik   zaręczynowy.   Cała   ta   historia   z samolotem   najwidoczniej   była 
koszmarnym snem. Zamknęła oczy i szeptem wypowiedziała modlitwę dziękczynną.

Po chwili zjawiła się pielęgniarka. Jej promienny, przyjazny uśmiech uspokoił Letty. Nie 

spodziewała się, że pielęgniarka wsunie jej termometr do ust. Zmierzyła jej ciśnienie.

– Mówiła pani, że mój przyjaciel... – zaczęła, gdy tylko pozbyła się z ust termometru.
– Chwileczkę, kochanie. – Pielęgniarka uśmiechnęła się wdzięcznie i chwyciła nadgarstek 

Letty,   żeby   zbadać   puls.   Letty   omal   jej   nie   powiedziała,   że   z jej   sercem   wszystko   jest 
w porządku. Chciała odzyskać naszyjnik, a potem zobaczyć Murphy’ego. W tej kolejności.

Miła   pielęgniarka   wyciągnęła   naszyjnik   i była   najwyraźniej   zaskoczona,   kiedy   Letty 

pocałowała aniołka i założyła sobie łańcuszek na szyję. Nikt nie wiedział, że to zaręczynowy 
pierścionek. Dla Letty był wart więcej niż największy brylant. To był dar serca Murphy’ego.

– Czy poprosić pani przyjaciela?
Letty pokiwała entuzjastycznie głową, ale zaraz zmieniła zdanie.
– Nie, chwileczkę. Muszę sprawdzić, jak wyglądam.
–   Wygląda   pani   tysiąc   razy   lepiej,   niż   kiedy   panią   tu   przywieziono.   Przez   dwa   dni   nie 

wiedzieliśmy, czy pani przeżyje. Była pani bardzo chora.

background image

Pielęgniarka przyczesała jej włosy.
– Jest już pani gotowa?
–   Tak.   –   Letty   nie   mogła   się   doczekać,   żeby   porozmawiać   z Murphym.   Chciała   się 

dowiedzieć czegoś o Luke’u. Niecierpliwie czekała, żeby powiedzieć mu, jak bardzo go kocha.

Usłyszała   ciężkie   kroki.   Zamknęła   oczy   w oczekiwaniu.   Ale   to   nie   Murphy   wszedł   do 

szpitalnej sali. To był Slim.

– Witaj w domu, Letty. – Trzymał w ręce kapelusz kowbojski, z którym się nie rozstawał. – 

Cudownie wyglądasz. Nie potrafię ci powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że cię widzę.

– Slim. – Nie umiała ukryć rozczarowania.
– Z tego, co wiem, mamy szczęście, że z nami jesteś.
– Cześć. – Nie była w stanie ukryć strasznego rozczarowania. – Wiesz coś o Murphym?
– Nie wrócił z tobą?
– Nie. Nie wiem. – Oparła się o poduszkę. Była potwornie zmęczona, załamana i samotna. 

Slim był jej przyjacielem, a Murphy całą jej miłością. Dla niego żyła.

Jack ją kocha. Nie zdawał sobie sprawy ze swoich uczuć do Marcie, dopóki się jej  nie 

oświadczył.   Potem   zastanawiał   się,   dlaczego   tak   późno   się   zorientował.   Po 
dziewięciomiesięcznej nieobecności odwiedził ją pod wpływem impulsu. Bardzo się zmieniła 
przez ten czas. Zrobiła na nim wrażenie. Ich pieszczoty polegały na czymś  więcej niż tylko 
seksualnym  zaspokojeniu.  Olśniło   go  po  tym,  jak  nie   poszła  z nim  do  łóżka.  Przez   ostatnie 
tygodnie cieszył się z tego, że spędzał z nią czas. Odkrył, że jest inteligentna, oczytana i dobrze 
zorientowana w wydarzeniach politycznych. Nie tylko miała głowę na karku. Była też ciepła, 
dowcipna i wesoła.

To, jak działała na jego zmysły,  było  całkiem inną sprawą. Jeżeli w ogóle istniała  jakaś 

kobieta, która dorównywała mu w sztuce miłości, była nią Marcie Alexander. Wkrótce zostanie 
jego żoną.

Powstrzymał się i nie zadzwonił do Caina. Miał ochotę zawiadomić przyjaciół, że wkrótce 

dołączy do szeregu żonatych.

Powiedziała mu, że chce mieć dzieci. Jack nie myślał specjalnie o rodzinie. Nie miał takiej 

potrzeby. Teraz był podekscytowany na myśl, że zostanie ojcem.

Nie tak dawno odwiedził Caina. Zdziwił się, że jego przyjaciel jest dobrym ojcem. Jack nie 

widział, żeby ktoś tak bardzo się zmienił.

Cain zajmujący się brudnymi pieluszkami bardziej go zaskoczył, niż gdyby na przykład pasł 

krowy. To był dopiero widok!

Najwidoczniej Mallory’ego też pochłonęło ojcostwo. Jack słyszał ostatnio, że Mallory i jego 

żona planują znowu powiększyć rodzinę.

Teraz przyszła kolej na niego. Cholera, nawet mu się to podobało. Nie mógł zrozumieć, 

background image

dlaczego tak długo zwlekał z decyzją. Chyba czekał na właściwą kobietę. I teraz właśnie znalazł 
Marcie.

Wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i wlał sobie trochę zielonej oliwy do ust. Marcie mogła 

wpaść do jego mieszkania o każdej porze.

Dziś   po   południu   kupił   pierścionek   z brylantem   za   dziesięć   tysięcy   dolarów.   Nie 

przypuszczał, że wyda aż tyle pieniędzy, ale chciał, żeby Marcie wiedziała, jak bardzo ją kocha. 
Był z niej dumny. Dumny z tego, jak bardzo zmieniła swoją osobowość. Dumny, że nie poszła 
z nim do łóżka, gdy tylko zjawił się w salonie fryzjerskim.

Jeżeli   będzie   nalegała,   poczeka   nawet   do   ślubu.   Oszalał   na   jej   punkcie.   Miał   szczerą 

nadzieję, że nie odrzuci go po raz kolejny.

Odezwał się dzwonek u drzwi. Jack szybko obrzucił wzrokiem mieszkanie. Marcie przyszła 

wcześniej, to dobry znak. Pewnie także nie mogła się doczekać, żeby go zobaczyć.

Ku jego zaskoczeniu w drzwiach stała jakaś obca kobieta. Też była całkiem niezła. Trochę 

szczupła i blada, jak po ciężkiej chorobie.

– Czy pan się nazywa Jack Keller?
Oparł się o framugę drzwi.
– Zależy, kto pyta.
– Letty Madden.
Madden. Madden. Nazwisko wydawało mu się znajome, ale nie wiedział skąd.
– Ma pan chwilę czasu na rozmowę?
Czuł, że łatwo jej nie spławi. Zawahał się. Lepiej, żeby Marcie nie zastała go z inną kobietą.
– Pokonałam bardzo długą drogę, żeby do pana dotrzeć, panie Keller – oznajmiła Letty 

wprost. – To ma związek z Murphym.

Stąd znał to nazwisko. Letty Madden – irytująca urzędniczka pocztowa, która zatrudniła 

Murphy’ego, żeby odnalazł jej brata w jakiejś zapadłej dziurze w Ameryce Środkowej.

– Proszę wejść – wskazał ręką pokój jadalny.
Zrobiła kilka kroków i zachwiała się. Jack wystraszył się, że runie jak długa, jeżeli jej nie 

złapie. Chwycił ją mocno za łokieć, a potem objął w pasie i posadził na krześle.

– Przepraszam.  Wczoraj  wyszłam  ze szpitala.  Odradzano mi  podróż, ale muszę  z panem 

porozmawiać.

– Wie pani o mnie?
– Murphy często o panu wspominał.
Interesujące. Jego przyjaciel był małomówny.
– Miał pan ostatnio od niego jakieś wiadomości?
– Od jakiegoś czasu – nie.
Z jej oczu zniknął blask. Był to żałosny widok.

background image

– Myślałam... Miałam nadzieję, że się z panem kontaktował.
– Murphy mi  o pani wspominał. To pani chciała  go zatrudnić, żeby pojechał z panią do 

Zarcero, prawda?

Pokiwała głową, a na jej ustach zagościł ledwie zauważalny uśmiech.
– Przypuszczam, że nie wyrażał się o mnie zbyt pochlebnie.
Jack nie odpowiedział wprost. Murphy uważał, że ta kobieta jest dla niego jak wrzód na 

dupie.

– Odnalazła pani brata?
Letty z trudem przełknęła ślinę i odwróciła wzrok.
– Spóźniliśmy się, zabili go.
– Przykro mi.
–   Mnie   też.   Luke   był   porządnym   człowiekiem.   –   Dotknęła   ręką   szyi   i ujęła   w palce 

nieśmiertelnik  i małego  złotego  aniołka. Jack widział  w życiu  tylko  jednego takiego aniołka. 
U Murphy’ego. Twierdził, że przynosi mu szczęście.

– Skąd go pani ma?
Letty otworzyła szeroko oczy. Nie była pewna, o co mu chodzi. Dopiero po chwili dotarło do 

niej, że Keller ma na myśli naszyjnik.

– Murphy mi dał. – Ich oczy się spotkały. – Nie mam od niego żadnych wiadomości. Ani 

słowa. I nikt nie chce mi powiedzieć, co się z nim stało. Straciłam brata. Nie mogę stracić jeszcze 
Murphy’ego.

Jack zmarszczył  czoło. Tak mówi  kobieta  zakochana.  Zacisnęła  rękę na nieśmiertelniku, 

jakby był źródłem siły, jedyną rzeczą, dzięki której udawało jej się panować nad emocjami.

– Boję się, że on nie żyje – wyszeptała. Głos jej się załamał.
– Murphy nie żyje?
– Nie wiem, do kogo jeszcze się zwrócić.
–   Proszę   mi   opowiedzieć,   co   się   stało.   –   Usiadł   naprzeciw   niej   i słuchał   szczegółowej 

opowieści   o ich   przygodach   w Zarcero.   Przerywał   jedynie   wtedy,   gdy   chciał   o coś   zapytać. 
Skończyła w momencie, kiedy była na wpół przytomna z gorączki i Murphy zawiózł ją i księdza 
na   lotnisko.   Następnie   skupił   na   sobie   uwagę   oddziałów   rebelianckich,   dzięki   czemu   mogli 
bezpiecznie odlecieć.

– A ksiądz?
– Nie widziałam go od tamtej pory – wymamrotała że smutkiem.
– Był z panią w samolocie?
– Tak, tak mi się wydaje. Nic już więcej nie pamiętam.  Moje następne wspomnienie  to 

szpital w Teksasie. Przyjaciel rodziny czekał, żeby ze mną porozmawiać. Kiedy wypisali mnie ze 
szpitala, przyjechałam, żeby pana odnaleźć.

background image

– Nie wie pani, gdzie wylądował samolot?
–   Niestety.   Przykro   mi.   Byłam   zbyt   chora.   Chyba   ukąsił   mnie   jakiś   szczególnie 

niebezpieczny   pająk.   Teraz   już   wszystko   w porządku.   –   Odgarnęła   włosy   z twarzy   ruchem, 
w którym widać było niecierpliwe oczekiwanie. – Znajdzie pan Murphy’ego?

Jack   nie   musiał   się   długo   zastanawiać.   Kilka   lat   temu   schwytano   go   i był   torturowany. 

Murphy sprowadził wtedy grupę ludzi, którzy uwolnili go z więzienia. Nie wahał się ani chwili, 
kiedy przyszedł czas, żeby się zrewanżować.

– Wsiadam do samolotu, jak tylko załatwimy lot.
Powinien najpierw porozmawiać z Marcie i wszystko jej wytłumaczyć. Ale ona na pewno 

zrozumie.

Letty zamknęła oczy. Była mu ogromnie wdzięczna.
– Dziękuję – powiedziała szeptem.
– Nie ma za co. Wiele Murphy’emu zawdzięczam.
– Ja też. – Nie rozwodziła się nad tym.
Jack zaczął się zastanawiać, co zaszło między nimi w dżungli. Letty wyszła, a po pięciu 

minutach zjawiła się Marcie.

– Cześć, Jack – powiedziała cicho.
Objął   ją   ramionami   w talii   i wciągnął   do   mieszkania.   Chciał   ją   namiętnie   pocałować 

i pokazać, jak za nią szaleje. Zrobiłby to, gdyby w ostatniej chwili nie odwróciła głowy.

– Kochanie?
Dopiero wtedy zauważył łzy w jej oczach.
– Marcie, co się stało?
– Tak mi przykro – wyszeptała.
– Przykro?
Zacisnęła ręce i spuściła głowę.
– Nie mogę za ciebie wyjść, Jack.
Niewiele brakowało, żeby się roześmiał. Ta kobieta chyba żartowała. Przecież mówiła, że 

pragnie małżeństwa. Wyszedł z pokoju i przyniósł pierścionek z diamentem. Coś nie pasowało 
do tego obrazka, ale on nie miał pojęcia co.

– Nie wyjdziesz za mnie?
– Zdecydowałam  – powiedziała  cichym,  zdławionym  głosem – że przyjmę  oświadczyny 

Clifforda, o ile będzie mnie jeszcze chciał.

background image

Rozdział 37.

Marcie   zamknęła   oczy.   Próbowała   się   uspokoić,   zanim   zadzwoni   do   drzwi   mieszkania 

Clifforda. Była u niego tylko raz i to z krótką wizytą.

Mieszkał   niedaleko   Olathe,   na   przedmieściach   Kansas   City,   w piętrowym   domu,   który 

kiedyś należał do jego rodziców. Wprowadził się, kiedy został zmuszony oddać ojca do domu 
opieki. Był to solidny, stary dom z kwietnikami od frontu i miejscem na mały ogródek z tyłu.

Nie otwierał i Marcie myślała, że nie ma go w domu. Wtedy drzwi raptownie się otworzyły.
Clifford był zaskoczony. Patrzył na Marcie, jakby zobaczył ducha.
– Marcie, co ty tu robisz?
Dobre pytanie.
– Pomyślałam, że powinniśmy porozmawiać.
Otworzył szklane drzwi.
– Jasne.
W domu panował mrok i chłód. Meble były wielkie, masywne i ciężkie, jak Clifford. Pod 

ścianą   stało   stare   pianino,   którego   pewnie   nie   używano   od   lat.   Na   nim   stały   fotografie 
w ramkach.

Kiedy Marcie była dzieckiem, chciała nauczyć się grać na pianinie. Ale nie mieli pieniędzy 

na takie rzeczy.  Ojciec zwykle przepijał więcej, niż przynosił. Nim skończyła  trzynaście lat, 
rodzice rozwiedli się i od tego czasu rzadko widywała ojca.

– Napijesz się czegoś? Mam świeżą kawę, jeśli chcesz.
Była tak zdenerwowana, że nie udałoby się jej utrzymać w ręku kubka z kawą.
– Nie, dziękuję.
Wskazał jej miejsce na miękkiej kanapie. Miał na sobie ubranie robocze, ale zdążył zdjąć 

buty. Białe skarpetki kontrastowały z czarną koszulką i dżinsami.

Pewnie wrócił do domu, zaczął czytać gazetę i zasnął w fotelu. To dlatego tak długo nie 

otwierał drzwi.

– Chyba wiem, dlaczego przyszłaś. – Usiadł naprzeciw niej, na brzegu krzesła i pochylił się. 

Absorbowały go własne ręce, bo wcale na nianie patrzył.

Czy Clifford wie? Marcie szczerze w to wątpiła.
– Przepraszam za tamto. Nie powinienem był tak wpadać bez zapowiedzi do salonu, ale 

chciałem usłyszeć twoją odpowiedź – wymruczał ze smutkiem.

Marcie niemal się uśmiechnęła.
– Martwisz się pierścionkiem czy oświadczynami?
– Podejrzewam, że wszystkim. Ten mały brylant nie jest dla ciebie zbyt wielką zachętą, żeby 

wyjść za takiego faceta, jak ja. Wybacz mi, Marcie, nie powinienem ci go dawać.

background image

– Mam nadzieję, że to nieprawda. Przyszłam tutaj, żeby ci coś powiedzieć. – Z pośpiechem 

wyrzucała z siebie słowa. Chciała to już mieć za sobą.

– Wiem, że byłaś wtedy z tamtym facetem, jeżeli to cię gnębi.
Marcie poruszyła się niespokojnie.
– Zgadza  się, byłam z nim. – Nie mogła go okłamać. Nie Clifforda, jedynego, który był 

wobec niej szczery i uczciwy.

– Od razu zorientowałem się, że przyszedłem w nieodpowiedniej chwili. – Jego głos był 

pełen sarkazmu.

Marcie wzięła głęboki oddech. Żal chwycił ją za gardło. Zacisnęła nerwowo ręce. Zastał jaz 

Jackiem. To, co miała mu do powiedzenia, stawało się jeszcze trudniejsze.

– Nie kochaliśmy się. Przysięgam ci, Clifford, że mówię prawdę.
– Ale cię kusiło.
– Tak – powiedziała cicho płaczliwym głosem.
Clifford zerwał się z krzesła tak energicznie, że Marcie była zaskoczona. Podszedł do okna.
– To chyba jest dla mnie wystarczająca odpowiedź. Zatrzymaj pierścionek, Marcie. Kupiłem 

go dla ciebie. Nie wiem, jak będzie się czuł tamten facet, kiedy będziesz go nosiła, ale mam 
nadzieję, że będziesz.

– Nie będzie tym zachwycony.
Ramiona Clifforda napięły się.
– Nie przypuszczam, żeby był. Ja bym sobie nie życzył, żeby moja żona nosiła pierścionek 

od innego mężczyzny.

– Nie zrozum mnie źle. Naprawdę zamierzam nosić ten pierścionek.
Clifforda roześmiał się głośno.
– Zawsze byłaś upartą kobietą. – Odwrócił się do niej twarzą. Przyglądał jej się tak, jakby 

chciał zapamiętać rysy twarzy. – Kocham cię, Marcie. Od samego początku wiedziałem, że cię 
stracę. Jesteś dla mnie zbyt dobra. Nie dziwię się, że kochasz tamtego faceta.

– Nie dziwisz się? – Nie miała zamiaru płakać. Zdziwiła się, kiedy łzy nabiegły jej do oczu 

i zaczęły spływać po policzkach.

– Marcie?
– Jesteś  idiotą,  Cliffordzie  Cradmenie!  – wrzasnęła.  –  Idiotą! Nie wiesz, co ze mnie  za 

kobieta! Takim kobietom nie daje się pierścionków z diamentem.

Clifford był przerażony.
Marcie   wstała,   nie   wiedząc   czemu.   Nie   chciała   wychodzić,   zaczęła   więc   dreptać   przed 

starym pianinem.

– Nie waż się mówić, że nie jesteś dla mnie wystarczająco dobry. Jest odwrotnie. – Objęła się 

rękami w pasie. – W moim życiu było tylu mężczyzn, że nie potrafiłabym zliczyć. Kochałam się 

background image

z tyloma facetami, że w końcu przestałam kochać samą siebie.

Clifford wpatrywał się w nią bez słowa.
– Przez lata żyłam w przekonaniu, że mężczyznom potrzeba jedynie miłości dobrej kobiety, 

żeby się zmienili. Nie byłam na tyle mądra, żeby wiedzieć, że kiedy zanurzałam się w oceanie, 
ratując tonącego mężczyznę, ryzykowałam, że razem z nim pójdę na dno. – Pociągnęła nosem 
i zadarła głowę. Otarła łzy z policzków  i usiadła na stołku do pianina. Oparła ręce na klapie 
z wypolerowanego drewna.

– Długo trwało, zanim zrozumiałam, że kiedy mężczyzna mnie bił, a potem twierdził, że nie 

ma pojęcia, dlaczego go utrzymuję, to wiedział, co mówi.

– Mężczyzna cię bił?
– Bo to jeden? Wolno się uczę.
– A ten, z którym byłaś dziś wieczorem? Uderzył cię kiedyś? – Clifford, zacisnął pięści.
– Jack? Nie, nigdy.
Clifford odetchnął.
– To dobrze.
– Nie rozumiesz, Clifford? – Nie mogła zapanować nad emocjami. Rozpłakała się.
– Co mam rozumieć? Kim jesteś? Wiedziałem o tym od razu, Marcie.
Wpatrywała się w niego, niepewna, czy dobrze zrozumiała.
– Jesteś ciepłą, wspaniałą, kochającą kobietą.
Parsknęła.
–   Nie   słyszałeś,   co   powiedziałam?   Przeżyłam   wiele   z mężczyznami,   Clifford.   Nie 

kończących się, nudnych historii z wieloma facetami.

– Cóż, wszyscy mają jakieś przeżycia, prawda? O twoich dowiedziałem się dawno temu.
– Naprawdę?
Odwrócił od niej wzrok i lekko wzruszył ramionami.
– Znalazło się wielu tak zwanych przyjaciół, którzy powiedzieli mi, że cieszysz się pewną 

reputacją.

Marcie zamknęła oczy, bo zrobiło jej się niedobrze.
– Poza jednym jedynym razem nigdy nie próbowałeś zaciągnąć mnie do łóżka.
– Wiesz dlaczego, Marcie? Bo dla mnie zawsze byłaś damą. Nigdy nie dałaś mi powodu, 

żebym myślał inaczej. Byłem dumny, że mogę się z tobą spotykać. Masz w sobie dużo ciepła 
i jesteś   wesoła.   Przynosiłaś   mi   radość.   Czas,   który   z tobą   dzieliłem,   był   najlepszym   czasem 
w moim życiu.

– Jesteś idiotą.
–   Dlatego,   że   cię   kocham?   Nie   sądzę.   Bardzo   wiele   dla   mnie   znaczy   to,   że   przyszłaś 

zawiadomić mnie, że odchodzisz z tym facetem. Nie mam o to pretensji. On da ci o wiele więcej, 

background image

niż ja mógłbym kiedykolwiek ci dać.

Nie mogła uwierzyć w to, co mówił Clifford.
– Widzisz, kocham cię i dlatego muszę się pogodzić z twoją decyzją.
– Cliffordzie Cradmen, kocham cię. To za ciebie chcę wyjść, nie za Jacka Kellera. Za ciebie.
– Za mnie? – Zmrużył oczy, jakby nie był pewien, czy powinien uwierzyć. – Przyszłaś tutaj, 

żeby mi powiedzieć, że chcesz za mnie wyjść?

Podeszła do Clifforda i stanęła naprzeciw niego, spoglądając groźnie.
– Nawet nie myśl o tym, żeby zmienić zdanie.
– Zmienić zdanie? Ja... jesteś pewna?
– Jestem tego bardziej pewna niż czegokolwiek innego.
– Ale...
– Nie szukaj wymówek, nie wykręcisz się. Jasne?
– Tak, ale... – Jego oczy rozbłysły z radości.
– Całe życie czekałam na takiego dobrego mężczyznę, jak ty.
Uśmiechając się szeroko, posadził Marcie na kolanach.
– Szaleję za tobą, Marcie. Nawet nie masz pojęcia, jak cholernie trudno nie kochać się z tobą.
– Mamy na to mnóstwo czasu. – Zarzuciła mu ręce na szyję.
– Całe życie – powiedział Clifford, całując tak łakomie, że zabrakło jej tchu.
Uśmiechnęła się do niego, bo wiedziała, że będą razem szczęśliwi. Bardzo szczęśliwi.

background image

Rozdział 38.

Ten tydzień był najdłuższy w życiu Letty. Siedziała przy telefonie, podnosiła słuchawkę, gdy 

dzwonił, i czekała na jakąś wiadomość o Murphym. Nieważne od kogo. Od Jacka Kellera. Od 
ojca Alfaro. A nawet od samego kapitana Norte.

Nie wiedziała nic i to doprowadzało ją prawie do szaleństwa. Nie spała i nie miała apetytu. 

Brak wiadomości nie był dobrą wiadomością. Nie miała informacji o Murphym, a rozpaczliwie 
chciała wiedzieć, co się z nim stało.

Nie mogła dłużej znieść oczekiwania. Zaczęła działać. Udała się tam, gdzie mogli udzielić jej 

informacji – do siedziby CIA w Waszyngtonie.

Zmarnowała   prawie   dwa   dni,   żeby   się   przedrzeć   przez   biurokratyczną   dżunglę.   Musiała 

wrzeszczeć, żeby ktoś zwrócił na nią uwagę. Miała nadzieję, że powiedzą jej wszystko, żeby 
tylko się od niej uwolnić. Trzeciego ranka zaprowadzono ją do biura agenta Kena Kempera.

– Panna Madden.
Zaprosił ją do swojego gabinetu, stanął za biurkiem i wskazał jej miejsce.
Sam również usiadł i wziął plik dokumentów.
– Szuka pani informacji o wielebnym Luke’u Maddenie i najemnym żołnierzu o nazwisku 

Shaun Murphy.

– Zgadza się. – Złożyła race i czekała. Zorientowała się już, że im mniej mówi, tym lepiej.
– Czy wielebny Madden to pani brat?
– Tak.
– Misjonarz z Zarcero?
– Zgadza się.
– A dlaczego interesuje się pani Murphym?
– Wynajęłam go, żeby odnalazł mojego brata – odpowiedziała rzeczowo.
– Rozumiem. – Zacisnął usta, wyrażając dezaprobatę.
Milczała. Nie będzie się tłumaczyła, dlaczego zatrudniła Murphy’ego. Rząd federalny nie dał 

jej wyboru.  Zrobiła wszystko, co mogła,  żeby skłonić władze do interwencji. Zbyli  ją, więc 
musiała sama zacząć działać.

– Czy wynajęcie Murphy’ego było mądrym posunięciem?
– A co miałam zrobić? – Straciła cierpliwość. – Błagałam i prosiłam, żeby nasze władze 

pomogły mi odnaleźć Luke’a.

– Z pewnością rozumie pani, że to było niemożliwe.
–   Bez   przerwy   mi   to   powtarzano.   Dlatego   wynajęłam   Murphy’ego.   –   Zadarła   dumnie 

podbródek. Nie da się zbić z tropu.

– I znalazła pani brata?

background image

Letty ścisnęło się gardło.
– Jestem prawie pewna, że został zabity. – Trudno jej było wypowiedzieć te słowa. – Nie 

mam żadnego dowodu, ale obawiam się, że dla Luke’a nie ma już nadziei.

Agent spuścił wzrok.
– My również jesteśmy przekonani, że pani brat został zamordowany.
Milczała, dopóki skurcz w gardle ustąpił.
– Skoro macie wiadomości o losie mojego brata, musicie wiedzieć, co się dzieje z Murphym. 

Wasi ludzie mają swoje sposoby, żeby się tego dowiedzieć. – Zacisnęła zęby. – Daję słowo, że 
jeżeli pan mi nic nie powie, narobię takiego rabanu, jakiego jeszcze nie widzieliście.

– Większego niż zdążyła już pani narobić?
– Tak – odparła z wściekłością.
– Ach...
– Proszę mi powiedzieć, co pan wie o Murphym! – wrzasnęła.
Zaległa między nimi pełna napięcia cisza.
– Jeżeli mogę panią na moment przeprosić...
– Nie. Proszę mi powiedzieć.
Zawahał się, a potem nacisnął przycisk na swoim telefonie.
– Przyślijcie agenta Mosera.
Po pięciu minutach pojawił się drugi mężczyzna. Wszedł do pokoju, podał rękę Letty i usiadł 

na krześle obok niej.

– To, co pani powiemy, nie może wyjść poza to pomieszczenie – ostrzegł Kemper.
– Naraziłoby to niewinnych ludzi na niebezpieczeństwo – dodał Moser. – Zrozumiała pani?
Letty pokiwała głową.
Mężczyźni wymienili spojrzenia, jakby podejmowali decyzję, kto przekaże jej informację.
– Dostaliśmy wiadomość o pani przyjacielu.
– Tak? – Zaschło jej w gardle ze zdenerwowania.
– Obawiam się, że nie jest dobra. – Drugi mężczyzna poprawił okulary, które zjechały mu na 

czubek nosa.

Tak myślała. Inaczej Murphy sam by się z nią skontaktował.
– Nie żyje? – spytała. – Tylko to chcę wiedzieć.
– Obawiam się, że tak.
Letty zamknęła oczy i poczuła, że serce w niej zamiera.
– Bardzo nam przykro, panno Madden – powiedział łagodnie Kemper.
– Chyba złapali go na lotnisku? – Agent Moser zadał retoryczne pytanie.
Letty pokiwała głową. Więc to była prawda, a nie jakieś majaki.
– Został wzięty do niewoli i skazany następnego dnia. Najprawdopodobniej go powieszono.

background image

Rozdział 39.

Letty siedziała na ganku w półmroku chłodnego wieczoru. Łuskała groch i przyglądała się 

gęstym chmurom, które sunęły po ciemnoniebieskim teksańskim niebie. Miesiąc temu wróciła 
z Waszyngtonu. Od tamtej pory nie kontaktowała się z Jackiem Kellerem. Nie miała od niego 
żadnych wiadomości, ale już znała odpowiedź. Nie było żadnej nadziei. Straciła brata. Straciła 
też Murphy’ego.

Kiedyś będzie mogła oglądać zachód słońca bez rozdzierającego bólu w sercu. Kiedyś się 

pozbiera. Czas jest najlepszym lekarzem i najlepszym pocieszycielem.

Slim wpadał co wieczór przez dwa tygodnie. Martwił się o nią i kochał na swój sposób. Letty 

doceniała jego troskę i przyjaźń. Mimo to delikatnie poprosiła go, żeby nie przychodził.

Nie wróciła do pracy na poczcie. Nie zdecydowała jeszcze, czy w ogóle wróci do pracy. 

Pewną   pociechę  przynosiła   jej   praca   w ogrodzie.  Żyła  z dnia  na   dzień,  bez   oczekiwań   i bez 
planów.  Doszła  do  wniosku,  że  taki  tryb   życia   pomoże   jej   szybciej   wrócić  do  siebie.  Tego 
właśnie potrzebowała.

Najbardziej lubiła siedzieć wieczorami i chłonąć piękno zachodu słońca, wspominając dni 

spędzone z Murphym w dżungli Ameryki Środkowej. W przyszłości chciała cieszyć się z tego, że 
go kochała, a nie pielęgnować w sobie żal z powodu jego śmierci.

Mimo że straciła brata, miała w sobie kruchy spokój. Ból wdarł się w nią głęboko. Straciła 

tylu kochanych ludzi. Od kiedy skończyła pięć lat, nie miała matki. Babcia umarła, kiedy miała 
jedenaście   lat,   a śmierć   ojca   przeżyła   jako   młoda   kobieta.   Jej   brat   bliźniak...   Bez   wątpienia 
najbardziej przeżyła tę stratę.

Pogodziła się ze śmiercią Luke’a. Zrobiła wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby go uratować, 

dotrzeć   do   niego   na   czas.   Zanim   wyruszyła   na   poszukiwanie   brata,   ostrzegano   ją,   by 
przygotowała się na najgorsze. Mimo to nie chciała porzucić nadziei.

Żadne psychiczne przygotowania nie mogły oswoić Letty z myślą o śmierci Luke’a. Była 

przekonana, że Luke prosił Boga, żeby go zabrał z jakiegoś ważniejszego powodu. Jego śmierć, 
tak jak całe życie, była odpowiedzią na modlitwę. Mimo że bardzo chciała, nie czuła żalu z tego 
powodu.

Bardziej   opłakiwała   Murphy’ego.   Za   Murphym   będzie   tęskniła.   Kiedy   go   pokochała, 

odnalazła nieoczekiwaną radość. Ta miłość była niespodzianką w jej życiu.

Zakochali się w sobie nieświadomie. Letty z początku uważała, że Murphy jest wulgarny 

i nieprzyzwoity. Wychodził z siebie, żeby ją zaszokować i zdenerwować, ale to była tylko gra. 
Wewnątrz był jednym z najwrażliwszych i najrozsądniejszych mężczyzn, jakich znała.

Zachowała wspomnienie Murphy’ego bawiącego się w Questo z dziećmi. Żałowała, że nigdy 

nie będzie mógł baraszkować i śmiać się z ich dziećmi.

background image

Ujawnił   ludzkie   uczucia,   kiedy   przytulał   ją   i pocieszał,   kiedy   omal   nie   zgwałcono   jej 

w Siguierres. Chwile w jego ramionach zachowa w sercu na długie lata. Była naiwną idiotką, że 
zwolniła Murphy’ego, kiedy zobaczyła go z kobietą w knajpie. Teraz wiedziała, że kierowała nią 
zazdrość. Jej serce musiało już wtedy wiedzieć.

Uśmiechnęła się. Dzięki Murphy’emu tyle się o sobie dowiedziała... Nigdy nie zapomni tych 

lekcji.

W oddali dostrzegła przybliżającą się ciemną plamę i westchnęła. Pewnie znowu Slim. To, 

że   nie   spuszcza   z niej   oka,   nie   zmieni   jej   uczuć   do   niego.   Ale   on   nie   przyjmował   tego   do 
wiadomości.

Ale to nie ciężarówka Slima jechała piaszczystą drogą, która łączyła jej dom z autostradą.
Letty odstawiła na bok miskę z grochem, wstała i oparła rękę o kolumnę ganku. Zamrugała 

oczami, a jej serce zaczęło szybciej bić, kiedy mężczyzna zaczął być widoczny. Poznała tego 
człowieka, jedynego, którego kochała nad życie.

Murphy’ego.
Serce waliło jej jak młotem, tłukąc o żebra. Ostatnio dużo o nim myślała. Nic dziwnego, że 

jej wyobraźnia zaczęła działać. Chyba miała halucynacje.

Ciężarówka zatrzymała się, ale wizja nie znikała. Drzwi kabiny otworzyły się i wysiadł z niej 

Murphy.

Nie wiedziała, czy wierzyć swoim oczom. Spragnione widoku Murphy’ego zmierzyły go od 

ciemnych, gęstych, krótko obciętych włosów do kowbojskich butów.

Stanął   przed   schodami,   a kąciki   jego   ust   uniosły   się   w leniwym,   powolnym   uśmiechu. 

Stęskniony wzrok pobiegł ku niej. Jego oczy promieniały miłością. Letty zrozumiała, że to nie 
sen ani zjawa. To był Murphy, cały i zdrowy.

Z gardła wyrwał jej się zduszony krzyk. Niemal sfrunęła z ganku wprost w jego ramiona.
Złapał ją, odchylił głowę i roześmiał się.
– Przez chwilę się zastanawiałem, czy pamiętasz, kim jestem.
–   Murphy...   och,   Murphy.   –   Nie   dając   mu   czasu   na   wyjaśnienia   czy   odpowiedź, 

nieprzerwanie obsypywała pocałunkami jego twarz. Nie przejmowała się tym, gdzie lądują jej 
usta. Liczyło się tylko to, że była przy nim, całowała go. Rozkoszowała się tym, że Murphy żyje.

– Letty, Letty kochana. – Wymruczał jej imię, objął ją w talii i uniósł kilka centymetrów nad 

ziemię. Ukryła twarz w zagłębieniu jego szyi i westchnęła gwałtownie.

– Kocham cię tak bardzo, tak bardzo, tak bardzo – powtarzała bez przerwy.
– Ja też cię kocham. – Ujął jej twarz w dłonie. Pieścił ją ustami i językiem, aż oboje zaczęli 

drżeć i przywarli do siebie.

Letty   czuła,   że   Murphy   niechętnie   oderwał   wargi   od   jej   ust.   Uśmiechnął   się   i pogładził 

kciukami jej policzki, wilgotne od łez, których nie była świadoma.

background image

– Myślałam, że nie żyjesz – oznajmiła, kiedy już mogła się odezwać.
Usiedli na schodach, przytuleni do siebie.
– Kto ci tak powiedział?
– CIA.
Cichy śmiech Murphy’ego sprawił, że kosmyk włosów Letty zsunął się na skroń.
– Musisz się nauczyć jednej rzeczy, kochanie. Nie należy wierzyć władzom.
– Ale widziałam, jak cię zastrzelili... a przynajmniej tak mi się wydawało.
– Nie mogłaś wiele zapamiętać.
– Strzelili do ciebie, tak?
Zawahał się.
– Tak. Kilka razy.
Westchnęła i chciała natychmiast obejrzeć blizny, ale Murphy ją powstrzymał.
– Wszystko w porządku.
– Wiem, ale...
– Hej, jestem tu, prawda? Dzięki Jackowi i kilku naszym przyjaciołom.
–   To   Jack   Keller   cię   znalazł?   –   Zawsze   będzie   wdzięczna   przyjacielowi   Murphy’ego. 

Znajdzie sposób, żeby mu to wynagrodzić.

– Opowiedz mi wszystko. Muszę wiedzieć. Czego się dowiedziałeś o Luke’u? Nie ukrywaj 

przede mną niczego.

Pocałował ją. Długo trzymał wargi na jej ustach. Chciał poczuć jej smak, zanim odpowie.
– Najpierw cię postrzelili, a potem zaprowadzili do kapitana Norte, tak?
Zesztywniał, a potem skinął głową.
– Tak.
– Czy oni cię... torturowali?
–   Powiedzmy,   że   Norte   był   bardzo   zadowolony,   że   mnie   widzi,   ale   wściekły,   że   mnie 

postrzelono.   Sam   chciał   mnie   zabić.   Wyglądało   na   to,   że   umrę   i nie   dostarczeniu   tej 
przyjemności. Nie zamierzał ułatwiać mi śmierci. Chciał, żebym najpierw odcierpiał za swój 
błąd.

Letty zesztywniała. Wiedziała, że musiał znosić straszny ból.
– Dwie rany na plecach uratowały mi życie.
– Jak?
– Wrzucono mnie do więzienia.
– Bez opieki lekarskiej? To przestępstwo, nieludzkie... Ale czego się można spodziewać po 

rebeliantach?

– Uratowała mi życie kobieta o imieniu Rosita.
Przyjaciółka Luke’a, kobieta, którą Letty chyba widziała w San Paulo.

background image

– Musiała mieć kogoś znajomego, który zgodził się wpuścić ją do więzienia. Przyszła do 

mnie, bo chciała znaleźć ciebie. – Zawahał się i dotknął dłońmi jej twarzy. – Miałaś rację. Luke 
nie żyje. Przykro mi, kochanie. Zrobiłbym wszystko, żeby ci tego oszczędzić.

– Jak? – Z trudem wypowiedziała to słowo.
– Rosita jest przekonana, że umarł spokojnie we śnie, ale nie jest tego pewna.
Murphy objął mocno Letty.
– Dowiedział się, że jesteśmy w Zarcero. Poprosił Rositę, żeby zrobiła, co może, żeby cię 

odnaleźć.

Łzy napłynęły do oczu Letty. Nawet kiedy jego życie wisiało na włosku, Luke był myślami 

przy niej.

– Ona kochała twojego brata.
– Wiem – powiedziała cichym, drżącym głosem. Chociaż Luke nie wyjawił siostrze swoich 

uczuć do Rosity, Letty wiedziała w głębi duszy, że podzielał jej miłość.

Murphy przyciągnął Letty bliżej.
– Pewnie bym umarł, gdyby Jack i inni nie przybyli w porę. Chyba się nie zmartwisz, kiedy 

ci powiem, że Norte nie żyje? Nieźle by było, gdybym to ja go załatwił, ale Jack mnie uprzedził. 
Ja nie mogłem nawet ruszyć ręką.

Przez te długie, samotne tygodnie Letty była zrozpaczona. Wierzyła w najgorsze i cierpiała.
– Dlaczego tak długo zwlekałeś, żeby do mnie przyjechać?
– Nie mogłem wcześniej, kochanie. Było ze mną krucho, zanim Deliverance Company nie 

wywiozła mnie z San Paulo. – Odgarnął jej włosy z karku i pocałował w szyję. Podniósł wzrok, 
żeby spojrzeć jej w oczy, i zauważył naszyjnik.

– Nosisz go.
– Przecież to mój pierścionek zaręczynowy, pamiętasz?
– Zaręczynowy? To my jesteśmy zaręczeni?
– Oświadczyłeś mi się. – Niezbyt cieszyła się z faktu, że najwyraźniej o tym zapomniał.
– Poprosiłem cię o rękę? Ja? Chyba żartujesz. – Przyglądał się jej badawczo. – Mam szczerą 

nadzieję, że nie potraktowałaś tego poważnie.

– Najpoważniej na świecie. Słuchaj, Shaunie Murphy. Może i ucierpiałeś w Zarcero, ale to 

jest nic w porównaniu z tym, co ci zrobię, jeżeli zmieniłeś zdanie.

Roześmiał się i zmierzwił jej włosy.
– W przeciwieństwie do niektórych znanych mi ludzi, dotrzymuję słowa.
– Sugerujesz, że ja nie dotrzymuję? Nagle umilkła. – Czy... chodzi ci o naszą umowę?
– Mam zamiar odebrać swoją należność.
Objęła go ramionami za szyję, westchnęła głośno i przycisnęła głowę do jego piersi.
– A ja mam zamiar ci ją dać.

background image

Epilog

Letty stała na ganku, oparta o drewnianą poręcz. Wpatrywała się w nocne niebo, oczarowana 

milionem migoczących gwiazd. Księżyc w pełni niczym strażnik czuwał nad ziemią.

Chciała   wierzyć,   że   Luke   spogląda   na   nią   z góry   i uśmiecha   się   do   niej   z jednej   z tych 

gwiazd. Nie mogła spać, myślami była przy bracie.

Przed miesiącem dostała niespodziewanie list od Luke’a. Napisał go niemal przed rokiem. 

Rosita załączyła notkę, że tę kopertę znaleziono w biurze komendanta Faqueza krótko po tym, 
jak w Zarcero władzę objął znowu legalny rząd.

Letty przeczytała go nieskończoną ilość razy. Znała go już na pamięć.
Moja najdroższa Letty!
Przykro mi, że piszę, żeby Ci powiedzieć, że zanim przeczytasz ten list, ja nie będę żył. Kilka  

dni temu stanąłem przed sądem, który oskarżył mnie o zbrodnie popełnione przeciwko narodowi 
Zarcero. Proces i to, co stało się z tym krajem, głęboko mnie zasmuca, ale nic nie mogę na to  
poradzić.

Nie opłakuj mnie, Letty. Odchodzę z tego świata, wierząc, że wypełniłem wolę Bożą. Jednak  

odchodzę nie bez żalu. Jest w tym tyle ironii. Po raz pierwszy w życiu jestem prawdziwie, głęboko 
zakochany. Moje nadzieje na przyszłość przepadły, bo Bóg wezwał mnie do większych dzieł.

Znam Cię, Letty, prawie tak dobrze, jak siebie samego. Proszę Cię, nie bądź rozgoryczona. 

Wybacz  moim oprawcom. Odchodzę, ale obiecuję, że nigdy nie  będziesz sama. Moja miłość 
zawsze będzie z Tobą.

Będę przy Tobie w najczarniejszych chwilach i w godzinach największej radości. Żołnierze 

mogą odebrać mi życie i wszystko, co mam, ale nic nie jest w stanie zniszczyć bliskości, jaka nas 
łączyła.

Kiedy  byliśmy   dziećmi,  czasami   twierdziłaś,  że  czujesz,  że  coś   mi  jest.  Nigdy  nie   byłem 

pewien,   co   myśleć   o tym   Twoim   dziwnym   „odczuciu”.   Zawstydzony   przyznaję,   że   Ci   nie  
wierzyłem. Teraz  Cię rozumiem, bo sam  to czuję.  W stosunku do Ciebie. Bóg ma względem  
Ciebie wspaniałe plany, Letty. Czekają Cię niesamowite przygody. Mogę Cię opuścić, bo w głębi 
duszy   wiem,   że   znajdziesz   szczęście.   Nie   jestem   prorokiem,   ale   nie   zdziwiłbym   się,   gdybyś  
w ciągu   najbliższych   miesięcy   wyszła   za   mąż.   Tak   bardzo   chciałbym   Cię   widzieć   jako   żonę  
i matkę.

Zawsze   byłaś   mądrzejsza   ode   mnie.   Przynajmniej   lubiłaś   tak   myśleć!   Po   raz   pierwszy  

poznam coś prędzej od Ciebie. Niebo. Kiedy następnym razem spojrzysz w niebo, wypatruj mnie, 
Letty. Będę się stamtąd uśmiechał do Ciebie.

Twój brat
Dziecko poruszyło się w niej. Dotknęła ręką brzucha i uśmiechnęła się do siebie. W ciągu 

background image

tego ostatniego roku bez Luke’a wiele się o sobie dowiedziała. Tęskniła za nim rozpaczliwie, ale 
stało się tak, jak mówił. Bóg zamknął jedne drzwi i szybko otworzył inne. Była żoną i wkrótce 
miała zostać matką. Dawno porzuciła obawy, że będzie taka jak jej matka. Murphy miał rację. 
W niczym jej nie przypominała. To jego miłość sprawiła, że zrozumiała to, co dawno powinna 
była wiedzieć.

Oszklone drzwi otworzyły się.
– Letty?
– Jestem tutaj. – Spojrzała przez ramię na męża.
Murphy stanął obok.
– Nie możesz spać?
– Myślałam o Luke’u.
Objął jaw talii i przycisnął dłonie do jej zaokrąglonego brzucha.
– Nie znałem go, ale byłbym dumny, gdybym mógł go nazwać przyjacielem.
–   Luke   kręciłby   głową   z niedowierzaniem,   widząc   nas   dwoje.   –   Pomyślała   o tym,   jak 

zmieniła ich miłość.

– Mam wrażenie, że twój brat o mnie wiedział.
Letty westchnęła.
– Chyba tak.
Luke   miał   rację.   Była   naprawdę   szczęśliwa.   Murphy   opuścił   Deliverance   Company. 

Otworzył agencję ochroniarską. Miał tyle zleceń, że nie nadążał z pracą.

– A co z Jackiem? – Pomyślała o firmie i o propozycji, jaką złożył mu Murphy. – Będzie dla 

ciebie pracował?

Murphy pocałował ją w kark.
–   Chyba   się   na   to   nie   zanosi.   –   Wciągnął   głęboko   powietrze.   –   Gdybym   go   nie   znał, 

powiedziałbym, że się zakochał.

– A co w tym dziwnego? Przecież ty też się zakochałeś?
–   Tak,   ale   ja   mam   żonę,   a Jack   –   nie.   Od   kilku   miesięcy   jest   w paskudnym   nastroju. 

Z własnego   doświadczenia   wiem,   że   kiedy   facet   marnieje   w oczach,   przyczyną   jest   zwykle 
kobieta.

Letty nie mogła się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Chyba miał rację.
– Pozbiera się.
– Tak? – Murphy zachichotał. – A skąd to wiesz?
–   Nie   wiem   na   pewno,   ale   chcę   dla   niego   dobrze.   –   Wiele   zawdzięczała   przyjacielowi 

Murphy’ego i chciała, żeby był szczęśliwy.

– Wracamy do łóżka? – Ziewnął głośno.
– Tak. – Razem weszli do domu.

background image

Odwrócili się jeszcze i zobaczyli, jak spadająca gwiazda zostawia na czarnym niebie ognisty 

szlak.


Document Outline