background image

Debbie Macomber

Noc i Dzień

(Sooner Or Later)

Moim przyjaciołom, którzy tak bardzo jak ja kochają zapach chloru o 

poranku:

Rachel Williams, Audrey Rugh, Lorraine Reece, Joyce Hudson, Lety Taylor,  

Marjorie Johnson, Debbie Noble, Mary Cammin, Marii Houston, Janet Hane, Sue 

Felix, Markowi Ryanowi, Jessie Truax, Gregowi Northcuttowi, Billowi Irvine’owi, 

Perowi Johnsonowi i Kathy Davis, która się o nas wszystkich troszczy

Wstęp

Rozdzierający   krzyk   kobiety   wyrwał   ze   snu   Luke’a   Maddena.   Zerwał   się 

z łóżka.

Od   tygodni   chodziły   słuchy   o możliwym   zamachu   wojskowym,   ale   rząd 

Zarcero dobrze radził sobie z sytuacją. Niecały tydzień temu prezydent Cartago 

osobiście zapewnił Luke’a, że nie ma powodu do obaw.

Po   huku   strzałów   z broni   maszynowej   rozległ   się   okrzyk   przerażenia 

i wściekłości.

Luke odrzucił prześcieradło i sięgnął po spodnie. Włosy zjeżyły mu się na 

karku. Za oknem rozległy się kroki.

Ledwie zdążył zapiąć pasek, kiedy drzwi się otworzyły. Do sypialni wpadł 

żołnierz. Miał groźne spojrzenie i był uzbrojony w uzi. Wrzeszcząc po hiszpańsku, 

rozkazał, by Luke dołączył do pozostałych.

background image

Luke pomyślał, że to już koniec.

Zginie z dala od domu. Z dala od siostry bliźniaczki.

W tym momencie zdał sobie sprawę, że rozpaczliwie pragnie żyć. Pośpiesznie 

wykonał   rozkaz   partyzanta,   a w jego   umyśle   pojawił   się   obraz   brązowookiej 

Rosity. Kochał ją i chciał się z nią ożenić.

Na dworze panował chaos. Przerażone kobiety tłoczyły się przy fontannie, 

osłaniając dzieci. Luke jak oszalały szukał wzrokiem Rosity. Odnalazł ją wśród 

innych kobiet i poczuł ulgę.

W   kałuży   krwi   pod   drzwiami   kaplicy   leżało   rozciągnięte   ciało   Ramóna 

Hermosy.   Zastrzelony   z nienawiści.   Zamordowany   w imię   postępu.   Oczy 

martwego mężczyzny wpatrywały się nieruchomo w noc.

Ramón. Na Boga, tylko nie Ramón. Złość wstrząsnęła Lukiem, jakby poraził 

go prąd. Ten miły staruszek nie mógł zrobić nikomu Krzywdy.

– Czego chcecie?! – krzyknął, zaciskając pięści.

Podeszło do niego trzech mężczyzn, uzbrojonych po zęby. Jeden przycisnął 

lufę karabinu do ramienia Luke’a, popychając go w stronę kobiet.

–   Czego   chcecie?   –   powtórzył   Luke,   nie   zwracając   uwagi   na 

niebezpieczeństwo.

Trzej   mężczyźni   rozstąpili   się,   kiedy   podszedł   do   nich   oficer.   Patrzył   na 

Luke’a z nienawiścią. Luke czuł ją tak, jak kiedyś miłość Rosity.

–   Rozumiem,   że   jest   pan   przyjacielem   naszego   prezydenta.   –   Dowódca 

splunął.   Złowrogi   uśmiech   powoli   uniósł   kąciki   jego   ust.   –  Może   powinienem 

raczej powiedzieć: „byłego prezydenta”.

– To jest misja – Luke wskazał ręką w kierunku kościoła. – Nie mieszam się 

do polityki.

–   Trzeba   było   się   nad   tym   zastanowić,   zanim   zaprzyjaźnił   się   pan   z Jose 

Cartago.   Drogo   będzie   pana   ta   przyjaźń   kosztowała,  senor.  Naprawdę,   bardzo 

background image

drogo.

Wyciągnął lśniący rewolwer z kabury i wymierzył w głowę Luke’a.

– Nie, na miłość boską, nie! – krzyknęła Rosita. Ze szlochem padła do nóg 

dowódcy. – Proszę, zaklinam pana na imię Najświętszej Panienki, błagam, niech 

pan tego nie robi.

Ale Luke wiedział, że jest za późno.

background image

Rozdział 1.

– Zapłacę za pańskie usługi.

– Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. – Murphy zmierzył wzrokiem skromną 

dziewczynę, która trzymała w ręce jego awizo na przesyłkę. – Chce pani, żebym 

pojechał z panią do Zarcero?

Ta   kobieta   była   szalona.   Bez   dwóch   zdań.   Letty   Madden,   urzędniczka 

pocztowa z Boothill w Teksasie, niewątpliwie nadawała się do domu wariatów.

Spojrzała   na   niego   oczami   czarnymi   jak   gorzka   czekolada.   Jej   rozpacz 

rozbroiłaby każdego mężczyznę, ale nie Murphy’ego. Nie miał zamiaru przerywać 

w pełni zasłużonego urlopu z powodu jakiejś kobiety, która szuka przygód.

Nigdy   nie   miał   dobrego   zdania   na   temat   płci   przeciwnej,   a kiedy   jego 

przyjaciele,   Cain   i Mallory,   ożenili   się,   utwierdził   się   w tym   przekonaniu. 

Trzepotanie rzęsami nie wystarczało, żeby nabrał ochoty do przedzierania się przez 

dżunglę, by szukać gruszek na wierzbie.

– Pan nie rozumie – powtórzyła.

Rozumiał doskonale. Po prostu go to nie interesowało. Zresztą urzędniczki 

pocztowej nie byłoby stać na zatrudnienie go ani na usługi Deliverance Company, 

nawet gdyby przepracowała dwa życia.

– Chodzi o mojego brata. – Zagryzła drżącą dolną wargę.

Niezły chwyt, stwierdził sceptycznie Murphy. Ale nie zmienił zdania.

– Jest misjonarzem.

Jest dobra, musiał przyznać.

Rzeczywiście   udało   jej   się   zrobić   taką   minę,   jakby   za   chwilę   miała   się 

rozpłakać. Szczerość biła od niej na kilometr.

–   Odkąd   upadł   rząd   w Zarcero,   nikt   z Departamentu   Stanu   ani   z CIA   nie 

background image

potrafi mi powiedzieć, co się z nim dzieje. Linie telefoniczne są odcięte, a stosunki 

dyplomatyczne ze Stanami Zjednoczonymi zaostrzyły się. Ludzie z Departamentu 

Stanu nawet nie chcą już ze mną rozmawiać. Ale ja nie zapomnę o bracie.

– Nie mogę pani pomóc. – Nie chciał być niegrzeczny czy cyniczny, ale nic 

go to nie obchodziło. Mówił to już ze trzy razy, ale ona najwidoczniej wolała mu 

nie wierzyć.

To jeden z kilku jej błędów. Murphy zawsze mówił to, co myślał. Jeżeli jej 

brat był na tyle głupi, żeby pchać się do kraju stojącego na krawędzi politycznej 

zapaści, zasługiwał na to, co go spotkało.

– Proszę – dodała, wstrzymując oddech – niech się pan zastanowi.

Murphy   westchnął.   Idąc   po   przesyłkę,   nie   spodziewał   się,   że   zostanie 

nagabywany przez jedną z najspokojniejszych mieszkanek Boothill.

– Pan może mi pomóc – naciskała. – Pan po prostu nie chce. Nie proszę pana, 

żeby pan to zrobił z dobrego serca!

Niezłe zagranie, bo Murphy nie miał natury dobroczyńcy.

– Powiedziałam, że panu zapłacę, i nie żartowałam. Zdaję sobie sprawę, że 

usługi takiego eksperta jak pan nie są tanie, więc...

– Eksperta? – Przecież nikt w Boothill nie wiedział, z czego Murphy żyje.

–   Sądzi   pan,   że   nie   wiem,   czym   się   pan   zajmuje?   –   Zmarszczyła   brwi 

dotknięta, że uważa ją za idiotkę. – Nie jestem głupia, panie Murphy. Są pewne 

rzeczy, których nie można nie zauważyć, sortując przesyłki. Jest pan najemnikiem.

Wypowiedziała te słowa tak, jakby kalały jej usta. Nie ulegało wątpliwości, że 

siostra misjonarza nigdy wcześniej nie zadawała się z człowiekiem tak plugawej 

profesji. Odrażającemu Murphy’emu bardzo się to spodobało. Rzeczywiście, nie 

przeszłoby mu przez myśl, że ktoś tak bogobojny jak Letty Madden będzie nalegał, 

żeby ubić interes właśnie z nim.

– Zapłacę panu – powtórzyła. – Tyle, ile pan zażąda.

background image

Prychnął lekko i specjalnie wlepił wzrok w jej biust.

– Wiem wszystko o Deliverance Company.

– Naprawdę?

Zesztywniała.

– Panie Murphy, proszę... Mam tylko brata. Moi rodzice... Ojciec zmarł cztery 

lata temu i zostaliśmy tylko Luke i ja.

Murphy’ego nie interesowały rodzinne historie, ale najwidoczniej nie dało się 

ich uniknąć.

– Proszę posłuchać: przykro mi, że pani brat jest w Zarcero. Ale nic, co pani 

powie czy zrobi, nie zmieni faktu, że ten kraj pogrążony jest w chaosie. Jeżeli chce 

pani rady, dam ją pani. Straci pani czas, energię i pieniądze, szukając teraz brata. 

Całkiem możliwe, że został zabity przed dwoma tygodniami albo wcześniej.

– Nie! zaprzeczyła tak gwałtownie, że Murphy się wzdrygnął. – Luke jest 

moim   bratem   bliźniakiem.   Wiedziałabym,   gdyby   nie   żył.   Czułabym   to   tutaj   – 

uderzyła się pięścią w klatkę piersiową. – Proszę mi wierzyć, panie Murphy. Luke 

żyje.

Murphy nie miał ochoty się z nią sprzeczać. Mogła wierzyć we wszystko, na 

co miała ochotę. Nawet w to, że brat żyje, jeżeli ta myśl przynosiła jej ukojenie.

– Czy mogę już dostać przesyłkę? – wyciągnął niecierpliwie rękę.

Letty niechętnie wręczyła mu kilka paczek.

– Czy w jakikolwiek sposób mogę pana przekonać? – Zuchwale spojrzała mu 

w oczy.

–   Za   żadne   skarby.   –   Miał   już   to,   po   co   przyszedł.   Odwrócił   się   i ruszył 

w stronę   drzwi.   Ale   zanim   wyszedł   z poczty,   obejrzał   się   przez   ramię.   Kiedy 

zobaczył, jak spuszcza głowę przegrana, poczuł coś w rodzaju żalu. Współczuł jej 

i bratu, jednak nie na tyle, żeby poświęcać pierwszy urlop, jaki miał od miesięcy.

Dwadzieścia   minut   później   był   w domu.   Już   nie   myślał   o dziewczynie 

background image

z poczty. Widział ją wcześniej wiele razy. Należała do tego typu kobiet, których 

unikał jak ognia. Te świętsze od papieża były najgorsze.

Letty   Madden   była   całkiem  niezła,   a raczej   mogłaby   być,   gdyby   przestała 

przepraszać za to, że jest kobietą. Długie włosy ściągała mocno do tyłu, jakby to 

miało   zapobiec   zmarszczkom.   Skromny   uniform   pocztowy   w żaden   sposób   nie 

uwypuklał tego, czym tak hojnie obdarzyła ją natura. Murphy byłby zaskoczony, 

gdyby Letty Madden zrobiła sobie makijaż. Sprawiała wrażenie, że panicznie boi 

się swojej kobiecości.

Murphy   nie   interesował   się   religią,   a jeszcze   mniej   kobietami.   Och, 

oczywiście, nie zaprzeczyłby, że zajmowały pewne miejsce w jego życiu, ale było 

to   głównie   miejsce   w łóżku.   Płacił   za   ich   usługi   i odchodził   wolny   od 

jakichkolwiek uczuciowych zobowiązań.

Widział już, co kobieta może zrobić z mężczyzną. W ostatnich latach stracił 

dwóch przyjaciół, i to nie od kul. Broń, która pokonała Caina McClellana i Tima 

Mallory’ego, była gorsza. Obu powaliło idiotyczne uczucie nazywane miłością.

Kiedyś Deliverance Company zatrudniła Caina, Mallory’ego, Baileya, Jacka 

Kellera   i Murphy’ego   –   doborowy   zespół   byłych   ekspertów   wojskowych. 

Przeprowadzali najbardziej śmiałe misje specjalne na świecie. Teraz było inaczej.

Murphy nie życzył sobie, żeby Cain czy Mallory udzielali mu dobrych rad na 

temat   kobiet.   Wszystkiego   i tak   dowiedział   się   od   matki.   Kobiety   są   do   siebie 

podobne: słabe i godne współczucia. Od kiedy skończył dziesięć lat, wiedział, że 

nie chce mieć nic wspólnego z płcią przeciwną. Może i był wtedy smarkaczem, ale 

po dwudziestu pięciu latach okazało się, że miał rację.

Nawet   jego   najlepszy   przyjaciel,   Jack   Keller,   dał   się   złapać   na   kobiece 

wdzięki.   Swój   cholerny   błąd   niemal   przypłacił   życiem.   Ale   najwidoczniej   nie 

wyciągnął z tego nauczki. Niewiele brakowało, żeby schrzanił kilka zadańbo nie 

potrafił   trzymać   zapiętego   rozporka.   Jego   przyjaciel   miał   słabość   do   ładnych 

background image

buziaków.

Murphy   wszedł   do   swojego   domu,   oddalonego   od   Boothill   o piętnaście 

kilometrów. Rzucił przesyłkę na blat kuchenny. Stoczył o nią boje, a okazało się, 

że zawiera plik rachunków i kilka ulotek reklamowych.

Otworzył lodówkę, wyjął zimne piwo i poszedł na ganek.

Szklane drzwi zamknęły się za nim. Opadł na wiklinowy fotel i oparł jedną 

nogę o słupek. Słońce prażyło mocno. Nawet parne popołudniowe powietrze było 

zmęczone upałem.

Boothill  nie   leżało   na  końcu   świata.   Było  je   stąd   widać   i to   Murphy’emu 

wystarczało.

Uśmiechnął się do siebie, pociągnął długi łyk piwa i otarł ręką czoło.

Lepiej być nie mogło.

background image

Rozdział 2.

Slim Watkins, miejscowy farmer, wszedł na pocztę za pięć piąta, na chwilę 

przed zamknięciem. Zdjął kapelusz i obracając go w dłoniach, czekał, aż Letty go 

zauważy.

Posłała mu spłoszony uśmiech i modliła się w duchu, żeby nie chciał zaprosić 

jej na kolację. Straciła apetyt, kiedy Murphy, ostatnia deska ratunku, odmówił jej 

pomocy. Nie tylko nic go nie obchodziło, ledwie dał jej powiedzieć cokolwiek 

o Luke’u. Nie rozważył nawet jej propozycji. Letty nie miała  pojęcia, co teraz 

robić.

– Rozmawiałaś z nim? – spytał zdenerwowany Slim. – Z człowiekiem, który 

może ci pomóc?

Slim   był   uczciwym,   pracowitym   farmerem.   Miał   czterdzieści   lat 

i nastoletniego syna, ale od kilku lat był najbardziej wytrwałym konkurentem Letty. 

Nieliczni młodzieńcy szybko znikali z tych stron.

– Letty? – spróbował znowu, kiedy nie odpowiedziała.

– Rozmawiałam z nim.

– I? – dopytywał Slim. – Zgodził się jechać z tobą do Zarcero?

– Nie – rzuciła sucho.

Zaległa krótka, pełna napięcia cisza.

– Sama chyba nie pojedziesz?

– Oczywiście, że pojadę. Muszę, nie rozumiesz? Luke jest moim bratem.

–   Wydawało   mi   się,   że   człowiek   z Departamentu   Stanu   odradzał   ci   tę 

wyprawę.   Powiedział,   że   Stany   Zjednoczone   nic   nie   poradzą,   że   ktoś   sam   się 

wpakował w tarapaty.

– Nie obchodzi mnie, co radzi Departament Stanu albo ktokolwiek inny! – 

background image

wrzasnęła Letty. – Muszę wiedzieć, co dzieje się z Lukiem.  Nie mam wyboru. 

Luke nigdy by mnie nie zostawił. Ja również go nie porzucę.

Farmer spuścił głowę. Powoli obracał rondo kapelusza w zwinnych palcach.

– Letty, będę się martwił, jeżeli pojedziesz sama do obcego kraju, gdzie nie 

będzie nikogo, kto mógłby cię chronić. Wiesz, że pojechałbym z tobą, ale...

– Masz rancho i syna. Billy nie mieszka w domu, ale nadal cię potrzebuje.

Slim najwyraźniej poczuł ulgę, że Letty go usprawiedliwiła.

– Wiesz, że pojechałbym bez namysłu, gdyby nie Billy.

Letty poklepała go po ramieniu.

– Wiem.

Ich oczy spotkały się.

–   Co   z dzisiejszą   kolacją?   Sprawdziłem,   co   podaje   dziś   Rossie.   Stek   po 

szwajcarsku. Wiem, że smakuje ci jej kuchnia.

– Dzięki, Slim, ale nie dzisiaj – odmówiła łagodnie, wiedząc, że sprawia mu 

zawód. – Zamierzam przemyśleć kilka spraw.

Musi   odnaleźć   Luke’a.   Jeżeli   umrze,   trudno,   ale   nie   może   siedzieć 

z założonymi rękami.

Wróciła do domu, ciemnego, ale przytulnego. Włączyła klimatyzację i odpięła 

trzy górne guziki bluzki. Zdjęła pantofle i usiadła na kanapie. Oparła stopy o stolik 

do kawy, zamknęła oczy i czekała, aż orzeźwi ją chłodne powietrze. Kropelka potu 

wolno spłynęła z jej szyi do zagłębienia między bujnymi piersiami. Zagryzła usta, 

kiedy przypomniała sobie, jakim spojrzeniem najemnik zmierzył jej piersi, kiedy 

oświadczyła, że mu zapłaci.

Był   tajemniczy   i niebezpieczny,   a ona,   idiotka,   poprosiła   go   o pomoc. 

Powinna być mądrzejsza, lecz kierowała nią rozpacz. Kiedy Murphy stanął tuż koło 

niej, naruszył jej przestrzeń i wypełnił maleńkie biuro swoją obecnością. Poczuła 

bijące od niego ciepło i niepowtarzalny męski zapach. Do chwili, gdy wspomniała 

background image

o zapłacie, nic nie mogła wyczytać z zimnej, obojętnej twarzy mężczyzny. Dopiero 

później jego twarz nabrała wyrazu. Wyśmiał ją bez słów.

Zdenerwowana   wstała   i szybko   zmieniła   uniform   na   bawełniane   spodnie 

i koszulką   bez   rękawów.   Przeszła   się   wśród   równych   grządek   w ogrodzie, 

przyglądając się dorodnym roślinom. Wolała poczekać z podlewaniem do zachodu 

słońca.

Wiedzę   o leczniczych   właściwościach   ziół   przekazała   Letty   babcia,   która 

nosiła to samo imię. Kiedy umarła, dziewczynka miała jedenaście lat. Odejście 

babki   Letty   przeżyła   bardziej   niż   utratę   matki.   Babcia   zajęła   miejsce   Donny 

Madden, gdy ta porzuciła rodzinę. Letty i Luke mieli wtedy po pięć lat i byli za 

mali,   żeby   zrozumieć,   co   się   stało.   Przez   lata   Letty   nasłuchała   się   plotek 

o słabościach matki, kobiety uzależnionej od alkoholu i mężczyzn.

Po odejściu Donny ich ojciec, miejscowy pastor, poprosił babcię o pomoc. 

I babcia nie odmówiła.

Była prawdziwą kobietą z Południa, pełną uroku i ciepła. Kiedy ktoś umierał, 

szła   do   rodziny   zmarłego,   zatrzymywała   wszystkie   zegary   w domu,   zakrywała 

lustra prześcieradłami i kładła trochę soli na parapetach okiennych. Letty i Luke 

często   towarzyszyli   jej   w tych   wyprawach.   Letty   nie   rozumiała   sensu   owych 

rytuałów, ale nie pomyślała, by o nie zapytać, zanim babcia umarła.

Kiedy   ojciec   chował   swoją   matkę,   Letty   zapłakana   przeszła   po   domu. 

Z namaszczeniem  zatrzymała  ogromny  zegar dziadka, który skwapliwie wybijał 

godziny, i zasłoniła lustro łazienkowe czystym białym prześcieradłem. Położyła też 

sól na kuchennym parapecie i szybko wróciła do kościoła. Wiedziała, że babcia 

byłaby z niej zadowolona.

Letty   odziedziczyła   po   babci   dobrą   rękę   do   kwiatów.   Jej   ogród   rozkwitał 

bujnie   co   roku.   Nie   była   znachorką,   jak   babcia,   ale   znała   kilka   domowych 

sposobów leczenia. Korzystała z nich sama, leczyła brata i ojca, kiedy żył.

background image

W noc poprzedzającą zamach stanu w Zarcero Letty obudziła się z łomotem 

serca i bólem głowy. Instynktownie czuła, że z bratem dzieje się coś straszliwego. 

Dużo później dowiedziała się, że rząd w Zarcero upadł, a stolicę zajęli rebelianci. 

Przez następne dni w telewizji podawano wiadomości o zbrodniach popełnianych 

na ludności tego kraju. Letty oglądała relacje przerażona, modląc się, by brat ze 

swoją grupką parafian byli bezpieczni.

Od tamtej nocy przeczucie, że Luke znalazł się w tarapatach, nie dawało jej 

spokoju. Prawdę mówiąc, jeszcze się potęgowało.

Nie ma  wyjścia.  Musi  jechać do Zarcero bez  względu na to, czy  ktoś jej 

pomoże.

Zanosiło się jednak na to, że czeka ją samotna wyprawa.

Przypadek   zrządził,   że   Murphy   dosłownie   wpadł   na   Letty   w sklepie 

z artykułami   żelaznymi.   Poczuła,   że   ktoś   uderzył   plecami   w jej   szczupłe   ciało. 

Murphy odwrócił się; chciał przeprosić. Ich spojrzenia się spotkały. Słowa zamarły 

mu na ustach.

Na twarzy Letty malowało się zaskoczenie. Ona także nie spodziewała się go 

ujrzeć.

– Dzień dobry, panie Murphy – powitała go oficjalnie, jakby wpadli na siebie 

na pikniku szkółki niedzielnej. Marne szansę, żeby kiedykolwiek to się stało.

Skinął lekko głową i już chciał się odwrócić, kiedy zobaczył, co włożyła do 

kosza na zakupy.

– Kupuję sprzęt na wyprawę do Zarcero – wyjaśniła.

Wyciągnął flarę i zawahał się. Nie wiedział, czy powiedzieć jej, że to ostatnia 

rzecz, jakiej będzie potrzebować.

– Pomyślałam, że flary się przydadzą. – Przyglądała mu się uważnie.

Murphy wrzucił ją z powrotem do koszyka Letty.

– Oczywiście, jeżeli chce pani powiadomić cały ten cholerny kraj o swoim 

background image

przyjeździe.

– Och, myślałam... – Urwała nagle.

Murphy   zapłacił   za   sprawunki   i szybko   wyszedł   ze   sklepu.   Dawał   Letty 

Madden piętnaście minut życia w Zarcero. Co najwyżej.

Otworzył drzwi swojej ciężarówki i już miał odjeżdżać, kiedy go zawołała.

– Panie Murphy!

Zaklął w duchu i wysiadł z kabiny.

– Co znowu? – spytał takim tonem, by poczuła, że mu przeszkadza. Letty nie 

przejęła się tym, w przeciwieństwie do większości kobiet w podobnej sytuacji.

– Nie zabiorę panu wiele czasu. – Stała na chodniku, patrząc z zakłopotaniem, 

ale i stanowczo.

Ta kobieta miała temperament.

–   W czasie   naszej   ostatniej   rozmowy   nie   dał   mi   pan   szansy,   żebym 

przedstawiła swoją propozycję.

– Nie interesuje mnie pani propozycja.

Nie   wyszedł   z poczty   z powodu   niedomówienia.   Nic,   co   mogłaby   mu 

zaproponować, nie wystarczy, żeby wziął udział w samobójczej misji. Spojrzeli po 

sobie.

– Zapłacę pięćdziesiąt tysięcy dolarów, żeby pomógł mi pan odnaleźć brata.

Murphy   zmarszczył   czoło.   Zastanawiał   się,   czy   kobieta   w rodzaju   Letty 

Madden może mieć tyle gotówki.

– Zastawiłam dom, panie Murphy – wyjaśniła, jakby czytała w jego myślach. 

–  Podpisanie kilku dokumentów w banku to tylko formalność. Jutro po południu 

będę mogła przekazać panu gotówkę.

Cholera jasna! Murphy czuł, że mięknie. Nie chodziło mu o pieniądze, lecz 

o kobietę. Zamierza się dać bezsensownie zabić.

Nie sądził, że zdołają odwieść od wyprawy, ale też nie chciał jej zachęcać.

background image

–   Żadne   pieniądze   nie   skłonią   mnie   do   zmiany   decyzji.   –   Uruchomił 

samochód.

Letty   opadły   ramiona.   Pokiwała   głową,   przyjmując   do   wiadomości   to,   co 

powiedział.

– Przepraszam, że pana zatrzymałam. Miłego dnia, panie Murphy.

Nie odpowiedział. Włączył wsteczny bieg i jak najszybciej opuścił miasto.

– Idiotka – mruknął, podjeżdżając tyłem pod dom.

Wszedł   do   kuchni   i zobaczył,   że   na   automatycznej   sekretarce   mruga 

światełko. Poza poczciwymi mieszkańcami Boothill tylko jedna osoba na świecie 

wiedziała, gdzie jest. Jack Keller.

– Jak tam twój bok? – spytał Murphy, kiedy usłyszał głos przyjaciela.

– Boli jak jasny gwint – wymamrotał Jack.

Murphy roześmiał się. Podczas ostatniej misji Jack wpadł pod rozpędzonego 

dżipa i złamał dwa żebra. Urlop musiał poświęcić na rekonwalescencję. Jack lubił 

życie w mieście, Murphy wolał trzymać się z dala od ludzi. Czuł się doskonale 

wśród otwartych przestrzeni Teksasu.

– Pomyślałem, że zadzwonię do ciebie, żeby dowiedzieć się, co słychać.

Jack  należał  do  osobników  stadnych  i była to  jedyna  niedoskonałość,  jaką 

widział w nim Murphy, Ten facet nie umiał odpoczywać. Po tygodniu w Kansas 

City Jack zaczynał się nudzić i gotowy był stawić czoło nowym wyzwaniom.

–   U mnie   wszystko   w porządku   –   odrzekł   Murphy.   Do   cholery,   nie   mógł 

przestać   myśleć   o tej   nieznośnej   Madden.   Flary.   Kupowała   flary   do   Zarcero. 

Głupota to mało powiedziane.

Jack zawahał się.

– Co jest?

– Nic – warknął Murphy.

– Przecież słyszę, że coś cię gryzie. Głos cię zdradza.

background image

Murphy uznał, że nic się nie stanie, jeżeli opowie Jackowi o kobiecie z poczty.

– Dostałem ofertę pracy – oznajmił i zaczął wyjaśniać szczegóły.

– Zabiją ją – stwierdził ponuro Jack. Murphy wolał nie myśleć, co stałoby się 

z Letty Madden, gdyby wpadła w ręce buntowników. Ponad wszelką wątpliwość 

czekają   ją   tortury,   zostanie   zgwałcona,   a potem   z sadystyczną   przyjemnością 

zabita.

– Jak ona wygląda? – spytał Jack.

– A jakie to ma, do diabła, znaczenie? – warknął Murphy. Była ładna i młoda, 

miała ze dwadzieścia kilka lat. Ale partyzantów niewiele to będzie obchodziło.

– Pomożesz jej?

– Mowy nie ma.

– Wiesz co? – Jack zachichotał.

– Wcale nie chcę wiedzieć.

– Powinieneś się z kimś przespać.

– O czym ty, do cholery, gadasz?

– Za długo byłeś bez kobiety – oznajmił Jack. – Inaczej nie zaprzątałbyś sobie 

głowy urzędniczką pocztową. Żyjesz jak mnich, odkąd pracujesz dla Deliverance 

Company. Chłopie, wyluzuj się i korzystaj z życia!

– Kobieta to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję.

–   Posłuchaj   mnie,   Murphy.   Idź   do   knajpy,   upij   się   i niech   jakaś   kobieta 

zabierze cię na noc do domu. Uwierz mi, rano poczujesz się o niebo lepiej.

Seks był według Jacka lekarstwem na wszystko.

– To, że się z kimś prześpię, nie powstrzyma tej Madden od ryzykowania 

swoją głupią głową. – Murphy nie dawał za wygraną.

– Może i nie, ale nie będziesz się czuł winny jej śmierci.

– Nie biorę żadnej odpowiedzialności za to, co się z nią stanie.

Jack zachichotał, a Murphy zacisnął zęby.

background image

– Co cię tak śmieszy?

– Ty – odrzekł Jack. – Kusi cię, żeby to zrobić.

– Do diabła, tak. – Chyba tylko tornado mogłoby go skłonić do przerwania 

urlopu, na który długo i ciężko pracował i na który sobie zasłużył. I który zamierzał 

wykorzystać. Nie dopuści, żeby jakaś kobieta pokrzyżowała mu plany. Jeżeli ma 

ochotę dać się zabić – to jej problem.

– Przyznaj się, Murphy, masz na nią ochotę.

– Czas już skończyć tę rozmowę.

Miał odłożyć słuchawkę, ale usłyszał śmiech Jacka i jego ostatnie słowa:

– Zadzwoń, jak wrócisz z Zarcero!

– Prędzej zgniję w piekle.

Do wieczora Murphy’ego prześladował niepokój. Nie opuścił go też przez 

cały następny dzień. Próbował wszystkiego, co zwykle go uspokajało. Grzebał przy 

ciężarówce,   przejechał   się   konno   po   swojej   posiadłości,   posiedział   na   ganku 

z piwem i dobrą książką aż do zachodu słońca. I nic.

Powtarzał sobie, że nie odpowiada za Letty Madden. Niech sobie robi, co 

chce.

Rzadko dręczyło go sumienie. To normalne przy jego profesji. Żył według 

własnych zasad i swojego kodeksu honorowego.

Nie chciał się angażować w tę sprawę. Śmieszyło go, że kobieta z Boothill tak 

się   zaparła,   by   jechać   do   Zarcero.   Śmierć   będzie   dla   niej   błogosławieństwem. 

Panienka ze szkółki niedzielnej uważa go za okrutnika i chama. Przekona się, że 

w porównaniu z koszmarem, jaki czekają w Zarcero, Murphy jest tylko milutkim 

kociakiem.

Musi być sposób, który skłoni ją do trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość, 

a jego uwolni od poczucia winy.

Wpadł na pomysł następnego popołudnia.

background image

Murphy   pogwizdywał,   jadąc   do   miasta.   Poprawił   mu   się   nastrój.   Musiał 

przyznać, że w dużej mierze dzięki Jackowi. Zaparkował przed pocztą i wszedł do 

środka.

Letty sprzedawała znaczki starszemu mężczyźnie, ale jej wzrok natychmiast 

pobiegł   w kierunku   Murphy’ego.   Dostrzegł   zaskoczenie   i promyk   nadziei 

w oczach. Wolnym krokiem podszedł do swojej skrytki. Nie odrywała od niego 

wzroku   przez   cały   czas,   kiedy   wyjmował   przesyłki.   Gdy   skrytka   była   pusta, 

podszedł do Letty.

– Słucham? – Wyraźnie usiłowała zachować obojętny, oficjalny ton głosu.

– Nadal wybiera się pani do Zarcero? – spytał Murphy z ożywieniem.

– Tak. Już zarezerwowałam lot do Hojancha. Wyjeżdżam za dwa dni.

– Zmieniłem zdanie. – Przechylił się leniwie przez kontuar.

Letty poczuła ulgę.

– Pomyślałam... miałam nadzieję, że pieniądze jakoś pana zachęcą. Wstąpię 

do banku po południu i załatwię formalności. Jeżeli pan chce, dam panu połowę 

z góry i resztę po powrocie.

– O pieniądzach porozmawiamy później. Są inne, pilniejsze sprawy, o których 

powinniśmy pomówić najpierw.

Zamrugała   i utkwiła   w nim   wzrok,   jakby   nie   była   pewna,   czy   się   nie 

przesłyszała.

– Na przykład?

– Nie ma mowy o żadnym płaceniu, dopóki...

– Chce   pan papiery  wartościowe?   To  może   trochę  potrwać,  poza  tym nie 

jestem pewna...

–   Powiedziałem,   że   o sprawach   finansowych   podyskutujemy   później   – 

powtórzył z niecierpliwością, tym razem głośniej.

– Czego pan chce?

background image

– Jest pani dziewicą? – spytał bez pośpiechu.

Jej   oczy   zrobiły   się   niewiarygodnie   wielkie.   Przełknęła   ślinę.   Czuła   się 

niezręcznie.

– To nie pana sprawa. – Murphy roześmiał się grubiańsko.

–   Wiem   już   wszystko,   co   chcę   wiedzieć.   Poradzę   sobie   z pani   brakiem 

doświadczenia. Chociaż wolę kobiety biegłe w sztuce miłości.

Zjeżyła się.

– Co pan sugeruje, panie Murphy? – Odsunęła się od niego o dwa kroki.

– Układ.

Letty milczała przez jakiś czas, a potem z trudem przełknęła ślinę.

– Jaki układ?

Uśmiechnął się leniwie i zmierzył Letty wzrokiem. Zatrzymał się na pełnym 

biuście i krągłych biodrach. Postarał się, by w jego oczach widniał podziw.

– Jedna noc. Pani i ja razem całą noc. W zamian pojadę z panią do Zarcero.

Oczy Letty zrobiły się tak wielkie, że Murphy ledwo się powstrzymał, żeby 

nie wybuchnąć śmiechem. Nieporozumieniem byłoby stwierdzenie, że się wahała.

– Albo pani się na to zgadza, albo nie, i do widzenia.

Na pewno się nie zgodzi. Nie miał co do tego cienia wątpliwości. Jeśli odrzuci 

jego   propozycję,   Murphy   będzie   miał   czyste   sumienie.   Odkrył   karty.   Wybór 

należał do niej.

Z   satysfakcją   odwrócił   się   do   wyjścia.   Był   już   przy   drzwiach,   kiedy   go 

zatrzymała.

– Shaun... panie Murphy! – krzyknęła drżącym głosem.

Shaun. Nikt nie zwracał się do niego w ten sposób. Nieliczni wiedzieli, że tak 

ma na imię. Nie spodobało mu się to. Nie podobał mu się śpiewny głos, którym go 

wołała.

Odwrócił się pewny siebie.

background image

Uśmiechała się blado.

– Czy jutrzejszy wieczór panu odpowiada?

Rozdział 3.

To  wariat. Letty doszła do wniosku, że tylko tak można wytłumaczyć, że ją 

o to poprosił, a właściwie że tego zażądał.

Zgadł, była dziewicą. Jej doświadczenia z mężczyznami sprowadzały się do 

kilku niewinnych pocałunków ze Slimem, które sprawiły jej wiele radości. Czuła 

się niezręcznie i trochę się bała budzącej się kobiecości.

Nie   była   przyzwyczajona   do   mężczyzn,   chociaż   wychowywał   ją   ojciec 

i dorastała z Lukiem. Rówieśnicy uważali ją za kujona i szarą myszkę.

W głębi duszy obawiała się, że jest słaba, jak matka. Nie mogła znieść tej 

myśli. Przez lata robiła, co mogła, żeby ignorować swoją kobiecość.

Chcąc   wrócić   do   równowagi,   Letty   chwyciła   obiema   rękami   szufladę 

kredensu i wzięła kilka głębokich, uspokajających oddechów. Nie miała wyboru – 

potrzebowała Murphy’ego. Żeby mieć ochronę i przewodnika. Żeby przeżyć.

Kiedy odnajdzie Luke’a, najemnik nie będzie już potrzebny. Jeżeli ceną za 

pomoc   ma  być jej  dziewictwo  – trudno. Z radością  poświęci   to  i wiele  więcej, 

jeżeli dzięki temu uratuje brata. Zamknie oczy, zaciśnie zęby i zniesie upokorzenie. 

Chwila, i będzie po wszystkim.

Kiedy   odezwał   się   dzwonek   u drzwi,   Letty   szybko   ogarnęła   mieszkanie 

wzrokiem.   Stół   był   nakryty   do   kolacji,   butelka   wina   chłodziła   się   w lodówce, 

a steki były gotowe do pieczenia.

Wyprostowała ramiona i otworzyła szklane drzwi. Stał za nimi Murphy. Za 

chwilę miał otrzymać najcenniejszą rzecz, jaką mogła podarować. Mimo to nie 

wyglądał na zadowolonego. Zmierzył ją uważnie wzrokiem.

background image

Była świadoma swojego wyglądu. Ubrała się tak, jakby na zewnątrz panował 

mróz, a nie ponad trzydziestostopniowy upał. Wiedziała, że jest blada. Nie zdołał 

tego ukryć róż, który nałożyła na policzki. Zapięła po samą szyję bluzkę z długimi 

rękawami i miała wrażenie, że kołnierzyk ją udusi. Długa spódnica, która sięgała 

do samych stóp, tylko od czasu do czasu ukazywała szczupłe kostki.

Otworzyła Murphy’emu drzwi. Miał na sobie wojskowe spodnie, jakby już 

był w dżungli. Kiedy wchodził do środka, uświadomiła sobie, że jest o piętnaście 

centymetrów wyższy niż framuga, która ma metr sześćdziesiąt pięć, i że jest przy 

nim karzełkiem. Wcześniej nie zwróciła uwagi, że jest taki wysoki.

Murphy spojrzał na nakryty stół i zmarszczył brwi.

–   Pomyślałam,   że   może   najpierw   zjedlibyśmy   kolację   –   zaproponowała 

nieśmiało, wściekła, że jej głos drży.

– Jak pani chce.

Poczuła, że ma wilgotne ręce. Wytarła je i zmusiła się do mówienia. Okazało 

się, że Murphy nie jest zainteresowany pogawędką.

– Proszę otworzyć wino, a ja położę steki na ruszcie – powiedziała w ciszy. – 

Przypuszczam, że lubi pan krwiste.

– Bardzo krwiste.

Letty nie miała pojęcia, jak zdoła przełknąć choćby kęs. Ale tym będzie się 

martwić później. Jeszcze nie weszli do sypialni, a serce już waliło jej w piersiach. 

Kręciło jej się w głowie.

Murphy otworzył wino, a Letty wyniosła mięso. Upał był tak nieznośny, że 

pot wystąpił jej na górnej wardze.

Po chwili zjawił się Murphy, przynosząc jej kieliszek wina.

– Dziękuję, Shaun – zwróciła się do niego po imieniu,  żeby przynajmniej 

częściowo rozładować napięcie. Skoro mieli razem podróżować, lepiej było dojść 

do porozumienia.

background image

– Proszę mówić do mnie Murphy. – Jego niski, poważny i oschły głos nadał 

ton spotkaniu.

–   Dobrze,   Murphy.   –   Steki   zaskwierczały,   kiedy   Letty   układała   je   na 

rozgrzanym ruszcie.

Przyglądał   się   każdemu   jej   ruchowi.   Jak   jastrząb,   który   obserwuje   ofiarę, 

gotowy do ataku w odpowiednim momencie.

– Proszę się uśmiechnąć – powiedział szorstko.

Podniosła głowę.

– Słucham?

– Słyszała pani. Prosiłem, żeby się pani uśmiechnęła. Wygląda pani tak, jakby 

się pani bała, że w każdej chwili mogę nadziać ją na szpikulec i upiec – zadrwił 

z tym swoim zarozumiałym uśmieszkiem.

Kosztowało ją to nieco wysiłku, ale zdobyła się na coś w rodzaju uśmiechu.

– Lepiej?

– Trochę, ale niewiele. – Letty zajęła się mięsem.

– Trochę pani przesadza z tym odgrywaniem męczennicy. Zacisnęła palce na 

uchwycie łopatki do mięsa, ale nie dała się sprowokować.

– O co chodzi, Letty? Boisz się, że sprawi ci to przyjemność? To może być 

całkiem miłe przeżycie, jeśli sobie na nie pozwolisz – dodał.

Nie   odpowiedziała.   Przyszła   do   niego   z własnej   woli   i przystała   na   jego 

warunki.   Uważała   go   jednak   za   wyrachowanego   bydlaka.   Ale   właśnie   takiego 

człowieka będzie potrzebowała w Zarcero, żeby odnaleźć Luke’a i przywieźć go 

żywego do kraju.

– O to chodzi, prawda? – dopytywał się Murphy z radością. – Boisz się, że 

może ci się spodobać.

Nie wytrzymała.

– Szczerze w to wątpię – wyrzuciła z siebie, robiąc wszystko, żeby jej głos 

background image

brzmiał normalnie.

Murphy roześmiał się sztucznie.

– Wiem,  jak cię skłonić,  żebyś mnie  chciała. Wierz mi  – zanim skończę, 

będziesz mnie błagać o jeszcze.

Przysunął   się   bliżej   –   tak   blisko,   że   czuła   jego   oddech   na   skroni.   Ze   – 

sztywniała. Omal się od niego nie odwróciła. Dzięki silnej woli nie ruszyła się 

z miejsca.

– Wszyscy mężczyźni mają tak wysokie mniemanie o sobie? – odgryzła się. – 

Czy tylko pan? Jest pan przekonany, że nie można się panu oprzeć i że będę pana 

błagać, żeby pan się ze mną kochał? – zakpiła z niego. Zapewne słuchał pan kobiet, 

którym płacił za tego rodzaju rozrywki.

– Sugeruje pani, że pani nie płacę? – rzekł szyderczo.

Letty zbladła.

–   Nie   martw   się,   kochanie.   Pocieszaj   się,   jak   możesz.   Jeśli   chcesz   sobie 

wmówić,   że   robisz   to   dla  Luke’a,  dla   Boga,   dla   kraju   –  wolno   ci.  Jeśli   jesteś 

przekonana,   że   składasz   szlachetną   ofiarę   ze   swojego   dziewictwa   –   to   też   jest 

w porządku. Ulżyj sobie. – Dotknął palcem czubka jej nosa, a ona bezwiednie się 

wzdrygnęła. Ten mały przejaw słabości najwyraźniej go zaskoczył.

Palcem wskazującym dotknął twarzy Letty, leniwie pogłaskał ramiona i zszedł 

niżej, do wypukłości piersi. Przerwał, jak kot, który bawi się myszą. Niech cierpi 

w oczekiwaniu,   zanim   zacznie   krążyć   wokół   brodawki.   Teraz   Letty   prawie   go 

nienawidziła.

– Mów sobie, co chcesz – szeptał uwodzicielsko – jeżeli dzięki temu łatwiej 

zniesiesz seks. Ale oboje znamy prawdę.

– Nie wiem, o czym pan mówi.

Roześmiał się, ale w jego śmiechu nie było wesołości.

– Od długiego czasu chciałaś się pozbyć dziewictwa, czy nie tak?

background image

Wciągnęła powietrze, bojąc się wyznać prawdę.

– Nie – zaprzeczyła gwałtownie.

Murphy niespodziewanie odsunął się i łyknął wina.

– Nieważne. Masz doskonałą wymówkę. Robisz to dla Luke’a. Tylko się nie 

zdziw, jeżeli się okaże, że on już dawno nie żyje.

– Proszę tak nie mówić! – krzyknęła. – Mówiłam już, że Luke żyje. Wiem, że 

tak jest. Po co miałabym przyjmować pana warunki, gdyby było inaczej?

– Dobre pytanie, nie sądzisz? – spytał spokojnie.

Trzęsąc się ze zdenerwowania, Letty pośpiesznie nałożyła steki na półmisek 

i zaniosła   je   do   pokoju.   Murphy   poszedł   za   nią.   Drzwi   zamknęły   się   za   nimi 

złowieszczo.

Ukrywając   lęk   pod   maską   uśmiechu,   postawiła   półmisek   na   środku   stołu, 

a potem przyniosła z lodówki dwie salaterki z sałatką.

– Może  pan siadać.  – Sama  zajęła miejsce  na końcu stołu, jakby była na 

uroczystym przyjęciu. Odczekała, aż Murphy usiądzie, a potem położyła sobie na 

udach lnianą serwetkę.

Murphy   wziął   widelec.   Letty   sięgnęła   po   swój   i poczekała,   aż   mężczyzna 

nałoży sobie sałatki.

–   Wszystko,   co   jest   w sałatce,   pochodzi   z mojego   ogrodu  –  powiedziała 

z dumą. – Sos przyrządziłam według starego rodzinnego przepisu. Mam nadzieję, 

że będzie panu smakować.

Nie odezwał się. Wstrzymała oddech i czekała, aż zje sałatkę. Dopiero wtedy 

nałożyła sobie. Murphy zachowywał się tak, jakby odpowiadał na pytanie: „Jak 

szybko można zjeść posiłek?”. Był już w połowie steku, zanim zdążyła wziąć do 

ust sałatkę.

Musiał przyznać, że Letty jest odważna. Robił, co mógł, żeby ją wyśmiać, 

wykpić   i onieśmielić.   Ale   wyglądało   na   to,   że   ona   rzeczywiście   ma   zamiar 

background image

wywiązać się z umowy.

Do jasnej cholery, nie tak miało się to wszystko potoczyć. Naprawdę sądził, 

że dziewczyna się ugnie. Trudno, trzeba uciec się do jeszcze kilku pustych gróźb. 

Na to również był przygotowany.

Murphy jadł najlepszy posiłek od tygodni. Nie przywiązywał specjalnej wagi 

do jedzenia. W lodówce miał pełno mrożonek. Nie miał nic przeciwko żywności 

z racji   wojskowych.   Jednak   potrafił   docenić   smak   tego   steku   upieczonego   na 

ruszcie.

– Jak... smakuje? – spytała Letty.

– Dobre. – Jeżeli się spodziewa, że Murphy zasypie ją komplementami, długo 

sobie poczeka. Taktyka przeciągania wszystkiego zaczęła go irytować. Musi zatem 

przejąć inicjatywę.

Nie spodziewał się, że Letty przygotuje kolację. Myślał, że już pięć minut po 

przyjściu będzie ją miał w łóżku. Partyzant, który by ją dorwał, nie dałby jej tyle 

czasu. Ale to marna pociecha.

Zjadł o wiele szybciej niż Letty. Wstał i odniósł talerz do kuchni.

– Jesteś gotowa? – Spojrzał w stronę korytarza, gdzie z pewnością znajdowała 

się sypialnia.

Zbladła. Uznał to za dobry znak.

– Jeszcze... nie zjadłam kolacji. Chwileczkę. Proszę, niech pan jeszcze się 

napije wina, jeżeli ma pan ochotę. Jest dużo.

– Nie, dziękuję.

Niemal widział, jak ogania ją lęk. Z godnością, na jaką niewielu może sobie 

pozwolić, odłożyła serwetkę na stół i wstała. Nawet w jej krokach słychać było 

niechęć.

Zaprowadziła go do sypialni i gwałtownie odwróciła się do niego twarzą.

– Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, chciałabym umyć zęby.

background image

Zawahał się i wzruszył ramionami.

–   Dobrze,   ale   i tak,   prędzej   czy   później,   będziesz   musiała   dotrzymać 

obietnicy.

Czekał. Przysiadł na brzegu łóżka i zdjął buty.

Zabrała ze sobą do łazienki długą białą koszulę nocną. Szła wolnym krokiem 

jak królowa skazana na ścięcie.

– Rozpuść włosy – polecił. Zawahała się, ale skinęła głową.

Kiedy wróciła, Murphy leżał na łóżku bez spodni, oparty plecami o wałek. 

Założył ręce pod głowę.

–   Ładnie   –   stwierdził,   przyjrzawszy   się   jej.   Mówił   serio.   W długiej   białej 

koszuli nocnej przypominała pastereczkę. Brakowało jej tylko drewnianego kija 

i kilku owieczek.

Długie  brązowe  włosy   Letty  opadały  miękkimi  falami   do  połowy   pleców. 

Była boso. Jeżeli miała nadzieję, że podobieństwo do bajkowej postaci powstrzyma 

go, to się myliła.

– Podejdź bliżej.

– Jest pan nagi? – Odwróciła wzrok od jego torsu.

Uśmiechnął się leniwie.

– A jak sądzisz?

Wzięła głęboki oddech, wyprostowała się i zamknęła oczy.

– Czy już dojrzałaś do tego, by porzucić brata?

– Nie – odparła. – Układ to układ. Może pan ze mną robić wszystko, co się 

panu podoba.

– Taki mam zamiar.

– Jest pan potworem. – Roześmiał się.

– Tak o mnie mówią. – Obejrzała się przez ramię.

– Mogę najpierw zgasić światło?

background image

– Niech się świeci.

Obleciał ją strach i wybiegła z sypialni. Murphy powstrzymał się od śmiechu. 

Tylko jej dotknął, a ona już chciała wiać, gdzie pieprz rośnie. Biedna, zacofana 

dziewica. Śmiertelnie się bała nagiego mężczyzny.

Ku jego zaskoczeniu wróciła po chwili z butelką wina w ręce. Piła wprost 

z butelki, odchylając głowę i wlewając w siebie alkohol. Murphy obserwował ją 

zdziwiony.

– Picie nie pomoże.

– Niech pan nie będzie tego taki pewien. – Otarła usta grzbietem dłoni. – Czy 

chce pan, żebym coś zrobiła?

– Bardzo wiele – zapewnił. – Wkrótce do tego dojdziemy.

Przysiadła na brzegu łóżka, jakby nie mogła utrzymać się na nogach.

Koszula rozchyliła się, ukazując piersi. Murphy był oczarowany. Piersi miała 

piękne – bujne i pełne.

Keller   miał   rację:   Murphy   zbyt   długo   był   bez   kobiety.   Letty   Madden 

wyglądała cholernie dobrze.

– Pocałuj mnie – polecił.

Wbiła   wzrok   w jego   usta.   Zawahała   się,   pociągnęła   jeszcze   łyk   wina 

i przysunęła się do niego.

Wziął od niej butelkę i odstawił na nocny stolik.

– Obiecuję, że nie będę gryzł. – Objął ją pewnie w talii i pociągnął na łóżko. 

Ciało Letty ściśle do niego przylegało. Jej oczy były wielkie, a twarz śmiertelnie 

blada. Ale wytrzymała spojrzenie mężczyzny i czekała. Bała się.

Lekko pochylił się do przodu i dotknął jej ust swoimi. Nie był okrutnikiem 

i mimowolnie trochę jej współczuł.

Nie opierała się, ale była sztywna jakby połknęła kij od szczotki.

– Rozluźnij się – polecił niecierpliwie.

background image

– Staram się.

– To się staraj bardziej. – Zły, że jest wobec niej zbyt łagodny, ujął głowę 

Letty i przycisnął jej usta do swoich. Za ten trud była mu winna coś więcej niż 

tylko   niewinny   pocałunek,   chociaż   –   jak   przypuszczał   –   innych   rzeczy  będzie 

musiał ją nauczyć.

Znowu zesztywniała. Kilka razy przesunął ustami po jej wargach, tym razem 

nieco brutalniej, zgniatając je i obejmując swoimi. Czuł jej wydatne piersi i walczył 

z narastającym podnieceniem, które chciało nim zawładnąć. Poddając się zmysłom, 

łakomie pożądał jej warg.

– Otwórz usta – wymruczał.

– Nie rozumiem, jak...

Wykorzystał   moment,   wsunął   język   do   ust   Letty   i zaczął   nim   poruszać. 

Odwróciła głowę. Puścił ją. Obciągnięte jedwabną koszulą piersi ocierały się o jego 

tors. Zdziwił się, bo Letty się nie odsunęła.

– Tak? – wyszeptała ochrypłym głosem, kiedy skończył. 

Radziła   sobie   nieźle.   Nawet   całkiem   nieźle.   Jeżeli   pociągną   to   dalej,   nie 

będzie odwrotu.

– Taak – wymruczał, ledwie łapiąc oddech.

– To nie jest takie straszne.

Sprawy toczyły się inaczej, niż zaplanował. Pocałował Letty znowu, ale tym 

razem jej język nieśmiało przywitał jego. Zaczął oddychać wolniej. Chciał od niej 

coraz więcej. Zaskoczyła go, z własnej woli obejmując za szyję.

– Podoba ci się to, prawda? – zachichotał. Chciał, by wierzyła, że dla niego to 

nic nie znaczy. Cieszył się, że może ukryć swoje podniecenie pod kocem. Zdziwił 

się, że pobudziła go tak łatwo. Nie przypuszczał, że tak silnie podziała na niego 

cnotliwa panienka.

– Co teraz?

background image

Jeżeli chce, żeby plan się powiódł, musi być dla niej naprawdę niemiły.

– Rozbierz się.

Zamrugała, jakby się przesłyszała.

– Chce pan, żebym zdjęła koszulę?

– Tak właśnie.

Spojrzała na ścianę.

– Przy zapalonym świetle – powtórzył.

Powoli   wstała   z łóżka   i stanęła   dokładnie   na   wprost   niego.   Była 

zdenerwowana   i zawstydzona.   Powoli   rozpinała   guziki,   zatrzymując   się   przy 

każdym.   Nie   wiedziała,   że   takie   wahanie   tylko   wzmaga   niecierpliwość 

Murphy’ego.   Z zaciśniętymi   powiekami   zsunęła   materiał   z jednego   ramienia. 

Chyba nie spodziewała się, że gładki jedwab ześlizgnie się po ciele. Koszula leżała 

u jej stóp.

Murphy przełknął ślinę, zaskoczony urodą Letty. Była piękna. Pełne piersi 

wznosiły się dumnie. Brzuch miała płaski i gładki, a biodra krągłe i zapraszające. 

Przyciskając ręce do boków, stała przed nim jak mityczna bogini.

Przyklęknął   na   łóżku   i chwycił   ustami   jej   sutek.   Zacisnęła   oczy   i jęknęła 

cicho. Murphy błądził wilgotnym językiem po ciepłej skórze Letty. Wygięła się 

i zagryzła dolną wargę.

Nie mógł czekać dłużej. Położył ręce na jej piersiach i ścisnął je, pieszcząc 

delikatnie. Jej  sutki stwardniały  pod dotykiem Murphy’ego, prężąc  się dumnie. 

Skóra   Letty   była   miękka   –   bardziej   miękka   niż   wszystko,   czego   do   tej   pory 

dotykał.

Okrywając   pocałunkami   jej   szyję,   przesunął   ręce   na   biodra   i pośladki. 

Zaznajamiał się z jej jedwabistym ciałem. Bóg mu świadkiem, że nigdy nie przeżył 

czegoś podobnego, a przecież to on był doświadczony. Uczył się od kobiet, które 

miały o wiele większą praktykę i zdolności niż ta naiwna dziewczyna. Ale rzadko 

background image

czuł się tak, jak w tej chwili. Jego wnętrzności trawiło pragnienie, które przerodziło 

się w piekący ból.

Dotknął   palcem   pokrytego   jedwabistym   meszkiem   trójkąta   pomiędzy 

złączeniem jej ud. Jęknęła krótko.

–   Rozchyl   nogi.   –   Nie   poznawał   samego   siebie.   Jego   głos   był   ochrypły 

z pragnienia.

– Proszę... niech mi pan pozwoli zgasić światło.

– Nie. Rozchyl uda – powtórzył, tym razem bardziej stanowczo.

– Nie mogę.

Usłyszał złość w jej głosie, ale to go nie zniechęciło. Rozstawiła stopy na 

odległość kilku centymetrów.

– Bardzo dobrze – pochwalił ją. Nie wiedział, czego się po nim spodziewa, 

więc pochylił się i pocałował ją w brzuch. Potem przesunął wargi ku górze, ujął 

nimi   sutek   i zaczął   zachłannie   ssać.   Letty   przełknęła   głośno   ślinę.   Murphy 

uśmiechnął się do siebie. Cieszył się, że nie tylko on pochłonięty był tym, co robili.

Pocałował ją w usta, zadowolony, że odwzajemnia pocałunek, a potem jego 

wargi wróciły do jej piersi. Letty oddychała ciężko. Murphy, wykorzystując jej 

zaskoczenie,   wsunął   w nią   palec,   który   zanurzył   się   w miękkich   fałdach   jej 

kobiecości.

Letty naprężyła się i zaczęła się szarpać, ale Murphy wolną ręką chwycił ją 

mocno w talii.

– Rozluźnij się – wyszeptał. – To nie będzie bolało.

Delikatnie zaczął pocierać wrażliwe ciało Letty. Po krótkiej chwili brakowało 

jej tchu.

– Widzisz? Nie mówiłem ci, że będzie dobrze?

Cały czas miała zamknięte oczy. Murphy rozchylił jej nogi i położył swoje 

usta na jej wargach.

background image

Kręciło mu się w głowie i niewiele brakowało, żeby stracił panowanie nad 

sobą. Letty była miękka i wilgotna, na krawędzi szczytowania. Ale nie tylko ona. 

Kiedy dotykał jej w ten sposób, rodziła się w nim dzikość.

Całe ciało pulsowało. Albo natychmiast przestaną, albo straci panowanie nad 

sobą. Otworzył oczy i znów je zamknął. Próbował jasno myśleć. Czuł się tak, jakby 

pochłaniała go głęboka, ciemna jama.

Wtedy dotarło do niego to, co powinno być jasne od samego początku. Letty 

Madden nie ucieknie. Zbyt wiele leżało na szali – nie miała wyboru. Była po to, 

żeby ją wziął. Stracił nadzieję, że ta kobieta wycofa się z układu. To go zresztą 

cieszyło, bo jej pożądał. Ta nieśmiała, nieskomplikowana kobieta przewróciła mu 

w głowie. Pragnął jej, choć w każdej chwili mógł ją stracić.

Nie marnując czasu, chwycił ją za ramiona i pociągnął na łóżko. Jej miękkość 

znowu go zadziwiła. Dziewczyna była gładka i słodka.

Nie mógł się pohamować i pocałował ją. Zaklął pod nosem, bo pokój zaczął 

mu wirować przed oczami.

– O co chodzi?

– O ciebie. O mnie. Do cholery, nie miało być tak dobrze.

Zdusił   chęci   ucieczki   i ułożył   się   między   jej   nogami,   rozchylając   je   tak 

szeroko, żeby wsunąć między nie biodra. Kiedy poczuła, jak ociera się o nią jego 

męskość, jęknęła i otworzyła oczy.

– Będę ostrożny. – Usiłował pamiętać, że Letty jest dziewicą.

– Murphy! – krzyknęła. – Niech mnie pan pocałuje. Nie będzie tak bardzo 

bolało, jeżeli mnie pan pocałuje.

Pokój   zaczął  mu   znowu   wirować   przed   oczami,   tym   razem   szybciej. 

Zignorował to i tak, jak go prosiła, zbliżył swoje wargi do jej ust.

Pocałunek   był   wilgotny,   dziki   i zupełnie   nie   kontrolowany,   podobnie   jak 

zachowanie  Murphy’ego. Świat zaczął  spadać w głęboką, czarną przepaść,  a on 

background image

razem z nim. Walczył z tym odczuciem, jak mógł.

Usłyszał swój jęk. Poczuł, że Letty go całuje. Cholera. Jaki ona miała smak! 

Sama słodycz. Ta kobieta sprawiła mu nie lada niespodziankę!

Próbował, Bóg mu świadkiem, że próbował. Przesunął rękę w dół. Zamknęła 

oczy i odwróciła głowę. Wiedziała, że będzie bolało. Było mu przykro, że musi 

sprawić jej ból.

– Postaram się, żeby nie bolało – wyszeptał.

To była ostatnia świadoma myśl.

Gdy otworzył oczy, był już ranek.

background image

Rozdział 4.

Gdy   tylko   zrobiło   się   jasno,   Letty   wymknęła   się   z łóżka   i ubrała   się 

pospiesznie. Nie miała odwagi spojrzeć na Murphy’ego. Bała się, że się domyśli, 

co zrobiła. Upłynęło tyle czasu, zanim zadziałała mieszanka ziołowa. Zaczęła się 

już obawiać, że nic z tego nie będzie. Nigdy nie stosowała takich ziół i nie była do 

końca pewna ich działania.

Miała nadzieję, że zdążą się tylko kilka razy pocałować i niewiele ponadto, bo 

Murphy zapadnie w głęboki sen.

Mogła przewidzieć, że okaże się odporny na działanie ziół. Zdążył posunąć 

się   o wiele   dalej   niż   zwykłe   pocałunki.   Wiedziała,   że   nie   zapomni   nocy 

z Murphym. Było jej dobrze w jego ramionach.

Kiedy się obudziła w środku nocy, zobaczyła, że leży tuż przy jego boku. 

Murphy obejmował ją ramieniem w talii, a jej pośladki ściśle przylegały do jego 

wzbudzonej męskości. Jeżeli chciała, żeby do niczego nie doszło, powinna była 

uciec od niego. Niech Bóg mają w swojej opiece – nie uciekła. Wiedziała, co robi. 

Zamknęła   oczy   i odnalazła   dziwną   rozkosz   i bezpieczeństwo   w ramionach   tego 

mężczyzny.

Zanim  zioła  zadziałały,   Murphy   wymruczał,   że  nie   miało   być  tak   dobrze. 

Sytuacja była absurdalna; wypowiadał na głos jej myśli.

Musiała znieść pocałunki i grę wstępną, żeby pomógł odnaleźć Luke’a. Nie 

spodziewała się jednak, że sprawi jej to przyjemność. Ciało okazało się zdrajcą. 

Ogarnęło   ją   ciepłe   odczucie.   Przyszło   jak   niechciany,   niespodziewany   gość. 

Murphy miał rację – nie miało być tak dobrze.

– Co się, do cholery, stało? – wymamrotał Murphy z drugiej strony łóżka.

– A o co chodzi? – spytała nieśmiało. Obawiała się, że Murphy domyśli się, 

background image

co zrobiła.

Usiadł i przetarł twarz, jakby ścierał zaspane myśli. Letty cieszyła się, że jest 

kompletnie ubrana. Nie wierzyła, że Murphy nie będzie już chciał jej dotknąć. Co 

gorsza, nie wierzyła samej sobie, że nie odwzajemni tego dotyku.

– O zeszłą noc – wyjaśnił cierpko.

– Wie pan doskonale, co się stało.

Patrzył   na   nią   w milczeniu,   jakby   czytając   w jej   duszy.   Letty   była   spięta. 

Obawiała się, że Murphy odkryje prawdę.

– Czy my... no wiesz? – spytał po chwili.

Musiała zebrać wszystkie siły, żeby na niego nie patrzeć.

– Wolałabym, żebyśmy nie rozmawiali o zeszłej nocy.

– Do diabła! – wrzasnął i skrzywił się na dźwięk zachrypniętego głosu. – Ile 

wypiłem? – Wziął do ręki butelkę po winie. Zmarszczył czoło, na którym pojawiły 

się grube, nieregularne linie. – Była tylko ta jedna butelka, prawda?

– Za cztery godziny mamy samolot. Powinniśmy jechać na lotnisko, jak tylko 

się pan ubierze.

Była już spakowana. Dokładnie wszystko przemyślała. Walizkę zamierzała 

zostawić   w Hojancha,   kraju   graniczącym   z Zarcero   od   północy.   Do   samego 

Zarcero miała zamiar zabrać tylko plecak. Jeżeli odnajdą Luke’a w misji, zajmie im 

to niecałą dobę. Jeśli będą musieli wyciągać go z jakiegoś więzienia w zapadłym 

kącie, potrwa dłużej. Jak długo – nie wiedziała.

– Nie jedziesz ze mną – oznajmił chłodno Murphy.

–   O,   nie.   –   Zdenerwowała   się,   że   najemnik   chce   zmieniać   umowę.   – 

Zawarliśmy układ, za który drogo zapłaciłam. Nie może pan teraz tego zmieniać.

– Był nagi, ale odrzucił kołdrę.

Oczy   Letty   otworzyły   się   szeroko   na   widok   wypukłych   mięśni   klatki 

piersiowej, prostych bioder i mocnych ud.

background image

Na   ramionach   i brzuchu   miał   niezliczoną   ilość   blizn.   Najgorsze   było 

zniekształcenie na lewym ramieniu. Wyglądało na ślad po kuli. Na widok blizn 

zalała ją czułość. Stłumiła ją. Ten mężczyzna nie doceniłby jej współczucia.

Widziała w nim siłę i piękno. Była jak zahipnotyzowana. Speszyła się. Czuła, 

że rumieniec zalewa jej szyję i policzki.

Murphy zachichotał. Najwyraźniej cieszył się, że jest zakłopotana.

– Daj spokój. Nie sądzisz, że już za późno na dziewiczą skromność? – Sięgnął 

po spodnie. Metalowe sprzączki zadzwoniły, kiedy się ubierał. Wcale nie wyglądał 

na zażenowanego.

–   Jadę   z panem.   –   Nie   przyjęła   odmowy   do   wiadomości.   Nie   teraz,   gdy 

posunęła się tak daleko. Luke jej potrzebuje. Murphy również, niezależnie od tego, 

co myśli. Przez ostatnie dwa lata Letty była trzy razy w Zarcero. Biegle władała 

hiszpańskim. Znała kraj, miasta i kilka dróg. Znała kilka osób, którym mogła ufać. 

Miała tam przyjaciół, którzy powiedzą jej, co z Lukiem, i pomogą odnaleźć brata.

– Zgodziłem się odszukać twojego ukochanego braciszka i słowa dotrzymam 

– wymruczał oschle. – Ale zrobię to sam. Nie potrzebuję więc ze sobą kobiety.

– Rychło w czas pan to mówi! – krzyknęła. Była wściekła, że Murphy usiłuje 

narzucić   jej   swoje   warunki.   –   Umówiliśmy   się,   że   za   tę   cenę   będzie   mi   pan 

towarzyszył w wyprawie do Zarcero. Odebrał pan swoją zapłatę w łóżku zeszłej 

nocy. Nie może pan teraz zmieniać układu.

Chłód w jego spojrzeniu dotknął ją do żywego, ale tylko się wzdrygnęła.

– Jadę z panem albo bez pana.

Zaklął.

– Wiem, co robię! – wrzasnął. – Będziesz mi przeszkadzać.

– Pomogę panu.

Zaklął znowu, tym razem głośniej.

– Jadę do Zarcero, żeby odnaleźć brata.

background image

Nie miała ochoty na dalsze dyskusje. Zarzuciła plecak na ramię i wyniosła 

walizkę przed dom. Ciężarówka Murphy’ego stała za jej samochodem.

Wrzuciła walizkę na pakę, wsiadła do kabiny i czekała, aż on się zjawi.

Nie czekała długo. Wsiadł do samochodu, zatrzasnął drzwiczki, znowu zaklął 

i ruszył.

Chciał   jeszcze   coś   powiedzieć,   ale   nie   odezwał   się   ani   słowem   w czasie 

półtoragodzinnej podróży na lotnisko.

Letty   dręczyło   mnóstwo   pytań.   Lecieli   do   Hojancha,   więc   jak   Murphy 

zamierzał przedostać się do Zarcero, skoro zamknięto granice. Wyjazd i wjazd do 

kraju był niemożliwy.

W   samolocie   z Houston   siedzieli   na   sąsiednich   fotelach.   Masywne   ramię 

Murphy’ego ocierało się o ramię Letty. Po starcie wyjął mapę z podręcznej torby. 

Letty chciała mu przekazać wszystko, co wiedziała o Zarcero, ale on najwyraźniej 

nie był w nastroju, żeby jej wysłuchać, więc milczała.

Zamknęła oczy i oparła głowę o boczne okienko. Modliła się w duchu, żeby 

miał lepszy nastrój. Ta wyprawa i tak będzie wystarczająco trudna. Nie muszą jej 

dodatkowo komplikować.

Nie spodziewała się, że Murphy będzie dobrym kompanem, ale mógłby być 

bardziej uprzejmy.

Udawała,   że   śpi,   ale   przyglądała   mu   się   uważnie.   Jej   życie   i życie   brata 

spoczywało   teraz   w rękach   tego   mężczyzny.   Nawet   wysilając   wyobraźnię,   nie 

mogłaby  powiedzieć, że jest przystojny. Gdyby miała  go opisać – na przykład 

Luke’owi czy przyjaciołom z kościoła – stwierdziłaby, że mężczyzna ma swoisty 

urok. Choć nic z delikatności ani miękkości. Płacono mu za to, żeby zabijał, szerzył 

nienawiść, śmierć i zadawał ból innym.

Kiedy poznała ciemną stronę osobowości Murphy’ego, którą uzewnętrzniał, 

odkryła pewną  sprzeczność.  Nie  doświadczyła  przecież  brutalności  podczas  ich 

background image

wspólnej nocy. W stosunku do niej był czuły i delikatny. Przy niej chciał dawać, 

nie brać.

To,   co   mówił,   było   z początku   okrutne   i władcze,   ale   jego   ręce   i usta 

przekazywały żywiołowy rodzaj czułości, który pobudził każdą cząstkę jej ciała. 

Zaskoczył ją. Zanim przygotował ją do tego, by się kochali, i zaciągnął do łóżka, 

Letty już szaleńczo go pragnęła.

Jej duma na tym cierpiała, ale tak wyglądała prawda. Gdyby zioła wówczas 

nie zadziałały, oddałaby mu się bez pamięci.

Stało   się   inaczej.   Ogarnęło   ją   głębokie   rozczarowanie,   ale   i ulga.   Miała 

szczęście, jak na kobietę, która dobiła targu z samym diabłem.

Cholerne szczęście.

Murphy musiał przyznać, że w swoim czasie popełnił kilka głupich błędów, 

jednak ten był najgłupszy z nich. Powinien sprawdzić, co się dzieje z jego głową. 

Był   w pułapce.   Zgodził   się   na   udział   w wyprawie,   która   była   szukaniem   igły 

w stogu siana. Nie miał wątpliwości, jaki los spotkał Luke’a Maddena. Misjonarz 

dawno już nie żył.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego wplątał się w to szaleństwo. Rzadko mylił się 

co  do  ludzi.  W jego  pracy  liczyła   się  zręczność  i intuicja.  Murphy  dałby  sobie 

głowę uciąć, że ta powściągliwa dziewica zemdleje, gdy tylko jej dotknie. Albo 

zasłoni swoje pełne piersi i ucieknie gdzie pieprz rośnie. Stało się inaczej.

Żeby   się   zabezpieczyć,   przewidział   też   plan   awaryjny.   Był   żołnierzem 

i wiedział, jak ważna jest strategia. Brał pod uwagę, choć było to bardzo wątpliwe, 

że Letty podda się jego miłosnym zabiegom. Postanowił, że jej nie tknie i jeszcze 

raz omówi ich układ.

Skończyło się na tym, że ją wziął. Nie był dumny z tego powodu, ale już nie 

było odwrotu. Nie był słabym facetem, jak Jack Keller, który często padał ofiarą 

własnych   pożądliwości,   szczególnie   cielesnych.   Zdaniem   Murphy’ego   kobiety 

background image

należy tolerować i wykorzystywać, kiedy nadarza się okazja. Nic ponadto. Mimo to 

uległ pożądliwości i przespał się z Letty Madden.

Próbował   nie   patrzeć   w jej   stronę,   ale   za   każdym   razem,   kiedy   to   robił, 

ogarniało go zdziwienie.  Nie rozumiał,  dlaczego  zawiodła go pamięć.  Pamiętał 

wszystko do momentu, w którym rzeczywiście to się stało. Niepokoiło go to.

Czy to pod wpływem wina, czy może samej Letty poczuł się tak podniecony? 

Nie był pewien, czy spodobałaby mu się odpowiedź.

Doszedł do wniosku, że Letty Madden trudno rozgryźć. Za każdym razem, 

kiedy chciał porozmawiać o ich wspólnej nocy, dziewczyna zamykała się w sobie 

jak ostryga kryjąca perłę. Boże drogi, żałował, że nie pamięta. Ale teraz nie było 

odwrotu.   Siedział   w samolocie   z powodu   okazanej   słabości   i eskortował   Letty 

Madden do Zarcero.

Samolot wylądował w Hojancha City o piątej po południu czasu teksańskiego. 

Dopełnili formalności, które polegały na przejściu obok strażnika śpiącego przy 

biurku, a potem Murphy poprowadził Letty do zatłoczonego terminalu.

Na lotnisku było nieprzyjemnie ciepło. Upał panujący na zewnątrz uderzył 

Murphy’ego   jak   podmuch   trąby   powietrznej.   Zawsze   tak   przeżywał   kilka 

pierwszych godzin w tropikach. Upał i odór przytłaczały go. W zależności od pory 

roku i dnia czasami miał trudności z oddychaniem.

Ubranie przykleiło mu się do ciała. Teksas w lecie niezupełnie przypominał 

Eden, ale tropiki były czymś innym. Upał mógł pozbawić człowieka sił w ciągu 

kilku   godzin.  Murphy   spojrzał   na  Letty.  Zastanawiał   się,   jak   kobieta   zdoła  się 

przystosować,   i zaklął   pod   nosem   na   myśl,   że   będzie   się   za   nim  wlokła   przez 

dżunglę.

Letty   szła   pośpiesznie   za   Murphym.   W obu   rękach   niosła   bagaż.   Murphy 

uznał, że skoro uparła się, żeby zabrać jeszcze walizkę, niech ją sobie niesie sama.

– Będziemy spać w hotelu?

background image

– Nie. – Im mniej Letty będzie wiedziała o jego planach, tym lepiej. Przebiegł 

wzrokiem tłum, szukając Ramireza, swojego łącznika. Miał mu dostarczyć broń 

i skontaktować z człowiekiem, który go zaopatrzy w niezbędne środki na granicy 

z Zarcero.   O ile   wiedział,   nie   będzie   to   łatwe.   Obaj   słono   sobie   policzą.   Nie 

martwił się tym. W końcu to nie on płaci.

–   Muszę   znaleźć   jakieś   bezpieczne   miejsce,   gdzie   mogłabym   zostawić 

walizkę.

–   Masz   jakieś   cenne   rzeczy?   –   Obejrzał   się   przez   ramię.   Letty   robiła,   co 

mogła, żeby dotrzymać mu kroku, ale na próżno.

– Nie, oczywiście, że nie.

Była przynajmniej na tyle rozsądna, żeby nie zabierać gotówki.

– Co jest w środku?

– Ubranie dla Luke’a i lekarstwa. Mogą mu się przydać.

Murphy bez wahania wziął od niej ciężką walizkę. Postawił ją na pierwszym 

wolnym miejscu, jakie znalazł, otworzył i przerzucił przez ramię zmianę czystej 

odzieży.

– Co pan robi?! – wrzasnęła Letty. Wspięła się na palce, próbowała ściągnąć 

koszulę i spodnie. Niestety, uprzedził ją żebrak.

– Murphy! – krzyknęła, głosem drżącym z wściekłości.

Nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Nie przestawał wykładać zawartości 

walizki, włącznie z lekarstwami, które nie mieściły się w plecaku. Jak do tej pory 

nie znalazł niczego, co mogłoby im się przydać. Momentalnie otoczył ich tłum, 

który rozchwytywał czyste ubrania, wywołując zamieszanie wokół Murphy’ego.

– Nie możesz  tego zrobić! – krzyknęła znowu Letty. – To są ubrania dla 

Luke’a.

Pewnie sama zaczęłaby się bić o rzeczy,  gdyby Murphy nie wetknął pustej 

walizki do najbliższego kubła na śmieci. Zaczęło o nią walczyć dwóch bezzębnych 

background image

mężczyzn.

–   Dlaczego...   Co   z Lukiem?   –   Letty   wyglądała   tak,   jakby   zaraz   miała 

wybuchnąć płaczem.

– Ustalmy sobie to jasno na początku – warknął Murphy. – Skoro przyjechałaś 

ze mną do Zarcero, będziesz robić dokładnie to, co powiem, bez żadnych pytań. 

Jeżeli   sprzeciwisz   mi   się   albo   zaczniesz   kłócić   –   układ   przestaje   być   ważny. 

Zrozumiano?

Dziewczyna wyprostowała się i pokiwała głową.

–   Byłabym   idiotką,   gdybym   zapłaciła   tę   śmieszną   cenę   i nie   polegała   na 

pańskim doświadczeniu. – Z żalem spojrzała na ubrania, które kiedyś należały do 

jej brata. – Mam nadzieję, że kiedy znajdziemy Luke’a, zapewni mu pan wszystko, 

czego będzie potrzebował.

Murphy nie przypomniał jej, że Luke już nie żyje. Nie zamierzał rozwiewać 

złudzeń Letty. Jeśli chciała wierzyć, że Luke żyje, to jej problem.

– Poczekamy tutaj.

Przeszli  przez  jezdnię.  Samochody   mijały  ich,  nie   zmniejszając   szybkości. 

Kierowcy   niewiele   się   przejmowali   bezpieczeństwem   pieszych.   Na   chodniku 

piętrzyły się góry gnijących śmieci, które tak śmierdziały, że Murphy miał ochotę 

zatkać   nos.   Zobaczył,   jak   przebiega   po   nich   szczur,   i był   ciekawy,   czy   Letty 

również   go   dostrzegła.   Jakby   czytając   w jego   myślach,   spojrzała   na   niego 

i skrzywiła się.

–   Jeśli   chcesz,   możesz   poczekać   w czystym   hotelu,   a ja   sam   pojadę   do 

Zarcero. – Miał nadzieję, że zrozumie, że to mądry pomysł.

Letty stanowczym ruchem głowy odrzuciła jego propozycję.

Murphy jęknął w duchu. To miały być jego wakacje, krótka przerwa przed 

powrotem na front. Ale dał się wrobić siostrze nieżyjącego misjonarza. Miał tylko 

nadzieję, że Jack okaże się lojalny i nie zdradzi innym, w co się dał wpakować.

background image

Zza rogu dobiegł warkot silnika dżipa. Murphy zorientował się, że to Ramirez. 

Pracował z tym ciemnoskórym mężczyzną kilka lat temu. Ramirez nie tylko mógł 

zapewnić   niezbędne   środki,   ale   i informacje,   które   na   ogół   okazywały   się 

przydatne.

Zatrzymał   się   przy   samym   krawężniku   i uśmiechnął   się   do   Murphy’ego, 

ukazując rząd brązowych zębów. Murphy nie chciał przeciągać sprawy. Wrzucił 

wór na tył dżipa, a sam usiadł z przodu. Letty nie zdążyła się usadowić, kiedy 

Ramirez wcisnął gaz i ruszył. Murphy zauważył, że Letty wpadła twarzą do środka, 

i zaśmiał   się   cicho.   Trzeba   przyznać,   że   nie   narzekała   ani   nie   krzyczała,   choć 

z pewnością była wściekła.

– Kim jest ta kobieta? – spytał po hiszpańsku Ramirez.

– Nieważne.

– Co ona tu robi?

Murphy nie był w nastroju do zwierzeń.

– Szkoda gadać. – Ramirez zmarszczył czoło.

– Kłopoty?

– Nie. – Murphy westchnął ciężko. – Tylko ogromny pryszcz na dupie.

background image

Rozdział 5.

Yack   Keller   dwukrotnie   wysłuchał   widomości   z automatycznej   sekretarki, 

przekonany, że coś umknęło jego uwadze. Głos Murphy’ego brzmiał normalnie, ale 

Kellerowi trudno było uwierzyć w to, co mówił jego przyjaciel.

Zrobił to. Na Boga, Murphy rzeczywiście zgodził się towarzyszyć siostrze 

misjonarza w wyprawie do Zarcero. Keller nie uwierzyłby, gdyby nie usłyszał tego 

na własne uszy. Jego kompan  nie wydawał się z tego powodu zadowolony. Po 

odgłosach dochodzących z tła Keller domyślił się, że Murphy dzwonił z lotniska.

Usiadł, nie zważając na ból żeber. Założył ręce za głowę i położył nogi na 

kanapie.   Zastanawiał   się,   co   mogło   skłonić   Murphy’ego   do   takiego   kroku. 

Uśmiechnął się szeroko. Doskonale wiedział, co Murphy myśli o tej wyprawie. Ta 

kobieta musiała  mieć więcej pieniędzy niż Rockefeller albo nieziemsko  mu się 

spodobała. Ale to i tak niczego nie wyjaśniało. Gdyby posiadała taki majątek, nie 

pracowałaby na poczcie. A Keller jeszcze nie widział” żeby ktoś – a tym bardziej 

kobieta – mógł skłonić Murphy’ego do zrobienia czegoś, na co nie miał ochoty. 

Dla   Murphy’ego   kobiety   nie   stanowiły   wielkiej   pokusy.   Twierdził,   że   nieraz 

uratował Jackowi tyłek, dlatego że panował nad swoim rozporkiem.

Keller  dostał   porządną   nauczkę.   Parę   lat   temu   zadał   się   z piękną  senoritą 

srogo za to odpokutował. Doszedł do siebie dopiero po pół roku, ale ślady tej 

znajomości nosi na sobie do dziś. Odtąd słucha rozkazów Murphy’ego. Misja to 

misja.

Jednak   Kansas   to   co   innego.   Keller   lubił   się   chełpić   swoimi   wyczynami 

seksualnymi. Trzeba przyznać, że cieszył się u kobiet powodzeniem. Właściwie nie 

wiedział,   dlaczego   do   niego   lgną.   Wystarczyło   jedno   spojrzenie   w lustro,   żeby 

stwierdzić,  że  nie  jest  modelem  na  okładkę.  Podejrzewał,  że  to z powodu jego 

background image

niebieskich oczu. Kobietom najwyraźniej podobały się niebieskie oczy. Sinatra by 

się z nim zgodził. Brad Pitt również.

Nie chciał dociekać, dlaczego przypomniała mu się Marcie Alexander. Był 

w mieście od trzech tygodni i jeszcze do niej nie zadzwonił. Do zawsze czekającej 

Marcie.   Mógł   nie   dawać   znaku   życia   przez   pół   roku   albo   dłużej,   ale   gdy   go 

zobaczyła, wybaczała wszystko.

Nie   pamiętał,   gdzie   poznał   tę   blondynkę.   Pewnie   w jakimś   barze.   Była 

fryzjerką   i miała   złote   serce.   Niestety,   wiedzieli   o tym   wszyscy   i,   łącznie 

z Kellerem,   wykorzystywali   jej   szczodrość.   Było   mu   głupio   na   myśl,   że 

wykorzystywał ją przez lata.

Mógł   bez   zapowiedzi   pojawić   się   w drzwiach   jej   mieszkania,   a ona 

przygarniała   go   jak   zbłąkanego   wędrowca.   Karmiła   go,   troszczyła   się   o niego, 

kochała się z nim i tak niewiele oczekiwała w zamian. Zwykle tyle też dostawała.

Nigdy   nie   podważała   kłamstw,   które   jej   wciskał,   nawet   tych   najbardziej 

naciąganych. Raz nawet wyciągnęła go z więzienia. Nie był pewien, czy zwrócił jej 

za to pieniądze.

Najbardziej   lubił   w Marcie   to,   że   nigdy   nie   robiła   mu   awantur.   O nic   nie 

pytała. Niczego nie żądała. Ona dawała, a on brał. W końcu uświadomił sobie, że 

nie on jeden korzystał z jej hojności. Marcie należała do kobiet, które dają się 

wykorzystywać mężczyznom.

Keller   był   w mieście   od   jakiegoś   czasu.   Gdyby   tylko   chciał,   każdej   nocy 

mógłby mieć kobietę. Ale nie chciało mu się płacić za to, co większość kobiet 

rozdaje za darmo. Jack bez problemów potrafił przekonać kobietę, by rozchyliła 

nogi. Nie lubił natomiast oczekiwań, jakie temu towarzyszyły.

Którejś nocy wylądował w domu tlenionej blondynki. Znaleźli się w sypialni 

i spędzili razem noc. Następnego ranka prosiła go, żeby naprawił jej sedes. Na 

miłość boską, sedes! Odmówił, więc się wściekła. Widocznie sądziła, że jest jej coś 

background image

winien, skoro się z nim przespała.

Im więcej o tym myślał, tym bardziej chciał zobaczyć się z Marcie. Mógłby 

skorzystać   z jej   czułości   i troskliwości.   Wprawdzie   nie   była   pięknością,   ale 

niedostatki   urody   w pełni   wynagradzała   swoim   ciałem.   Usta   Jacka   zrobiły   się 

wilgotne na samą myśl o jej piersiach. Krągłe i pełne, były chyba najładniejszymi 

piersiami, jakie widział. A widział ich wiele.

Kiedy byli w łóżku, uwielbiał leżeć na plecach. Wtedy Marcie pochylała się 

nad nim, a on bawił się jej sutkami, drażnił ją niemiłosiernie językiem, aż w końcu 

jęczała i piszczała. Dopiero wtedy dawał jej to, czego oboje tak pragnęli. Boże, ta 

kobieta wiedziała, jak go zadowolić. W dodatku nie żądała, żeby potem naprawiał 

jej sedes.

Keller   skierował   się   do   drzwi.   Jeżeli   dobrze   wyliczył,   dotrze   do   salonu 

kosmetycznego Marcie przed zamknięciem.

Zanim   uruchomił   samochód,   zastanawiał   się,   czy   wytrzyma   drogę   do   jej 

domu. Uznał, że wystarczy im kanapa na zapleczu salonu fryzjerskiego.

Skręcił w ulicę, gdzie znajdował się salon Marcie, i odetchnął z ulgą. Przez 

ostatnie dziewięć miesięcy wiele się zmieniło i nieco się obawiał, czy Marcie nadal 

tu pracuje.

Zaparkował   na   ulicy,   wstąpił   do   pobliskiej   kwiaciarni   i wybrał   bukiet 

wiosennych kwiatów. Róże były ładniejsze, ale o wiele droższe. Marcie i tak nie 

zauważy różnicy i na pewno jej na tym nie zależy.

Wszedł do salonu. Nad drzwiami zadźwięczał dzwonek. Powitał go mdląco-

kwaśny  zapach płynu do trwałej. Młoda blondynka za ladą z zainteresowaniem 

zmierzyła go wzrokiem.

–   Szukam   Marcie.   –   Posłał   dziewczynie   uśmiech.   Nie   mógł   trafić   lepiej. 

Chyba nie było ruchu w interesie.

Dziewczyna przejrzała zeszyt zapisów.

background image

– Jest pan umówiony?

–   Jestem   starym   przyjacielem   –   wyjaśnił   Keller.   –   Chciałbym   jej   zrobić 

niespodziankę.

– Proszę. – Dziewczyna ruchem głowy zaprosiła go do środka. Keller był tak 

niecierpliwy,   że   niemal   wbiegł   na   zaplecze.   Odsłonił   kotarę   i obdarzył   Marcie 

uśmiechem, który roztopiłby nawet górę lodową.

– Dzień dobry, kochanie.

Siedziała   przy   stole,   opierając   nogi   na   krześle,   i jadła   popcorn.   Na   widok 

Kellera Marcie otworzyła oczy szeroko ze zdziwienia; malowała się w nich radość.

– Johnny.

Kolejny grzech. Keller nigdy nie pokwapił się, żeby jej wyjaśnić, że ma na 

imię Jack. W końcu „Johnny” brzmi podobnie.

–   Wyglądasz   niewiarygodnie.   –   Mówił   jej   to   zawsze,   kiedy   ją   widział, 

szczególnie   po   długiej   nieobecności.   Tym   razem   była   to   prawda.   Zrobiła   coś 

z włosami.   Były   krótsze,   kręcone   i jaśniejsze.   Jego   dłoniom   będzie   brakowało 

gęstych,   sięgających   do   pasa   włosów,   ale   musiał   przyznać,   że   w tej   fryzurze 

wyglądała o wiele korzystniej.

Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.

Położył  kwiaty   na  stole,  wyciągnął  do  niej  ręce  i uniósł  ją  z krzesła.   Nim 

zdążyła zaprotestować a przecież wiedział, że protestować nie będzie – wziął jaw 

ramiona.

Jej usta były tak słodkie, jak zapamiętał. Smakowała niewiarygodnie. Lepiej 

niż ktokolwiek od tak dawna. Pachniała delikatnie liliami, a nie stęchłym dymem 

barowym. Była tak świeża i czysta jak samo lato.

Jeden pocałunek nie był w stanie go zaspokoić. Zanim zdążyła powiedzieć 

mu, jak bardzo się za nim stęskniła, przycisnął ją do ściany i zanurzył język w jej 

gardle. Wykręciła się, ale to pobudziło jeszcze jego dumę i męskość. Po chwili była 

background image

tak twarda, że czuł metalowe zęby rozporka. Było nawet lepiej, niż się spodziewał. 

Nie miał pojęcia, dlaczego nie zjawił się u niej wcześniej.

–   Już,   kochanie   –   wyszeptał   pomiędzy   głębokimi   pocałunkami.   Chciał 

popatrzeć i posmakować jej piersi, zanim da jej to, czego oboje pragną.

Zdążył rozpiąć trzy guziki fartucha Marcie, gdy usłyszał:

– Nie, Johnny.

Był pewien, że się przesłyszał. „Nie?” Chyba ma omamy. Jej ciało mówiło mu 

co innego niż usta.

– Nie widziałam cię przez dziewięć miesięcy.

– Kochanie, przecież ci mówiłem, że wyjeżdżam w interesach.

Zamknęła oczy i oddychała z trudem.

– Więc co to jest?

Wsunął rękę pod fartuch i westchnął głośno, obejmując pierś Marcie. Jej sutek 

natychmiast stwardniał.

– Przyjemność, kochanie, czysta przyjemność. – Pocałował ją znowu, więc nie 

zdążyła nic powiedzieć. Kiedy skończył, oboje dyszeli.

– To nie jest dobry pomysł. – Jej ciało jednak twierdziło, że to najlepszy 

pomysł, jaki oboje mieli od cholernie długiego czasu.

– Tęskniłem za tobą. – Żeby jej udowodnić, jak bardzo, chwycił ją za rękę 

i położył na swojej męskości. – Widzisz? – wyszeptał.

– Chyba nie usłyszałeś. – Pragnęła go tak samo, jak on jej. – To nie jest dobry 

pomysł.

– Marcie, o co chodzi? – Błądził ustami po jej szyi, ssał i lizał jej skórę. Robił 

wszystko, co lubiła najbardziej. A przynajmniej wydawało mu się, że to Marcie 

lubiła ten rodzaj gry miłosnej. Nie miał pamięci do twarzy.

– Zmieniłam się.

Keller jęknął i niechętnie podniósł głowę.

background image

– Wyszłaś za mąż?

– Nie...

Z uczuciem ulgi pocałował ją znowu, tym razem głębiej, usiłując przekonać 

bez słów.

– Johnny... – Mówiła tak, jakby miała zamiar zaraz się rozpłakać.

– Jesteś zaręczona?

– Nie.

Całował   ją,   żeby   złamać   upór,   i ściskał   jej   piersi   obiema   rękami.   O wiele 

później, niż powinien, zorientował się, że nie są takie, jak kiedyś. Powoli podniósł 

głowę. Ich oczy spotkały się.

– Zmniejszyłam biust – odpowiedziała, zanim zdążył spytać.

Keller   nie   mógł   zrozumieć,   co   skłoniło   ją   do   takiej   głupoty.   Chciał   jej 

powiedzieć, ale zaczęła trajkotać, jakby nie miała zamiaru skończyć.

– Nie możesz pojawiać się w moim życiu i znikać. Nigdy nie byłam dla ciebie 

niczym   więcej   niż   okazją,   Johnny.   Jednego   dnia   jesteś,   a następnego   znikasz. 

Nigdy mi nie mówisz, kiedy się zjawisz, a co gorsza, kiedy znikniesz. Ostatnim 

razem... – przerwała gwałtownie. Wydawało się, że umacnia się w swojej decyzji. 

– Nie dam się już wykorzystywać.

– Wykorzystywać? Masz na myśli mnie? Kochanie, to nie tak... – Przybrał 

wygląd zranionego, ale to jej nie przekonało.

– Bukiet kwiatów nie wystarczy, żeby zapomnieć  o dziewięciu miesiącach 

ciszy.

– Przecież ci tłumaczyłem...

– To był ostatni raz, kiedy wtargnąłeś do mojego życia i się ulotniłeś – ucięła 

jego wywody. – Będzie lepiej dla nas obojga, jeżeli wyjdziesz. – Miała pewność 

w oczach.

– Dobrze, jeśli tego chcesz. – Już miał jej przypomnieć, ile traci. Spuściła 

background image

głowę.

– Do widzenia, Johnny.

Odwrócił się. Chciał dać jej do zrozumienia, że niewiele go to obeszło. Było 

im razem dobrze i mogło być nadal, ale skoro nie chciała – trudno. Podniósł kotarę 

i obejrzał   się.   Marcie   przytrzymywała   się   futryny.   Stała   ze   spuszczoną   głową 

i drżącą dolną wargą.

– Jestem ci winien jakieś pieniądze?

– Nie.

Cholera, gdyby mógł sobie przypomnieć, czy był jej coś winien.

– Do widzenia, Marcie – powiedział łagodnie. 

Wyszedł z salonu kosmetycznego.

Godzinę   później   w melancholijnym   nastroju   siedział   w barze.   Nie   miał 

pojęcia, co się na tym świecie wyrabia. Od trzech lat nie miał papierosa w ustach, 

ale teraz chciało mu się palić. Wypił ostatnie piwo i wyszedł.

O   ścianę   budynku   opierała   się   jakaś   dziwka   w skórzanych   spodniach 

i koszulce na ramiączkach. Spojrzał na nią. Posłała mu nieśmiały uśmiech.

– Chcesz się zabawić, kochanie? – spytała.

Zastanawiając   się   nad   odpowiedzią,   Keller   doszedł   do   smutnego   wniosku. 

Oczywiście, że chciał, ale tylko z Marcie.

– Nie wiem – odpowiedział, przystępując do gry. – Co proponujesz?

Podeszła do niego, trzymając rękę na wypukłym biodrze. Jej wiśniowe usta 

uśmiechały się kusząco.

– Dam ci wszystko, czego pragnie twoje serduszko – wyszeptała i zaśmiała się 

cicho. – I coś jeszcze.

– Co to jest „wolna noc”?

– Jeżeli chcesz wolną, będziesz miał wolną.

Po   raz   pierwszy   w życiu   Keller   nie   przejawiał   entuzjazmu.   Był   w stanie 

background image

myśleć jedynie o Marcie i jej słodkim ciele, ocierającym się o niego.

– Innym razem.

– Tracisz najlepszą zabawę w życiu.

Keller wątpił. Najlepszy czas spędził dziewięć miesięcy temu z Marcie. Nie 

był głupi, domyślał się, że Marcie też go pragnie. Do cholery, chciał wiedzieć, co 

w nią wstąpiło.

Marcie.   Będzie   ją   miał   znowu.   Musi   tylko   wymyślić   sposób,   by   zmieniła 

zdanie.

background image

Rozdział 6.

Żył,   chociaż   nie   był   pewien   dlaczego.   Po   wielokrotnych   przesłuchaniach 

i torturach   Luke   Madden   cieszyłby   się   ze   wszystkiego,   co   uwolniłoby   go   od 

męczarni ostatnich dwóch tygodni. Nawet ze śmierci.

Próbował zdobyć się na to, by przebaczyć mężczyznom, którzy torturowali 

jego   ciało   i dręczyli   duszę.   Z żalem   musiał   przyznać,   że   o wiele   trudniej   jest 

przebaczyć, niż znieść paraliżujący ból.

Z oczu żołnierzy Luke wyczytał, że jego cierpienie sprawiało im przyjemność. 

Przyjemność czerpali z władzy, jaką nad nim mieli.

Kiedy ich rozszyfrował, robił wszystko, żeby powstrzymać się od krzyku i nie 

dać   im   satysfakcji,   której   pragnęli.   Bili   go   mocniej   i torturowali   dłużej,   żeby 

złamać upór i odebrać mu resztki godności. Nie miał ochoty ciągnąć tego dłużej.

Nawet teraz Luke nie rozumiał, dlaczego go biją. Był misjonarzem.  Sługą 

bożym. Pomimo że wszelkie dowody temu przeczyły, jego oprawcy uważali, że 

misja w Zarcero zajmowała się nie tylko głoszeniem ewangelii. Byli przekonani, że 

jest człowiekiem prezydenta Cartago. To prawda, że znał i podziwiał prezydenta 

Zarcero, ale nigdy dla niego nie pracował. O ile wiedział, Cartago zdążył przed 

śmiercią ukryć sporą część majątku narodowego. Luke mógł się jedynie domyślać, 

skąd rebelianci mieli informację, że on wie coś na ten temat.

– Luke? – łagodny, kojący, czuły głos Rosity brzmiał niczym śpiew syreny.

Luke z wysiłkiem podniósł głowę z pryczy i usiłował otworzyć oczy, ale nie 

mógł. Były tak spuchnięte. Po przesłuchaniach, kiedy ból trawił jego wnętrzności 

i rozdzierał duszę, misjonarz znajdował pociechę, myśląc o Rosicie. O tym, jaka 

była piękna, delikatna i miła.

– Rosita?  – Modlił się tak bardzo, jak nigdy w życiu, żeby jej nie wzięli. 

background image

Podziękował Bogu za to, że po raz ostatni może ją zobaczyć i usłyszeć.

– Jestem. Nie bój się, nic mi nie grozi, nikt nie wie.

– Strażnik... ktoś może cię znaleźć.

– Mój wuj jest strażnikiem – wyszeptała. – Załatwił wszystko, żebym mogła 

cię zobaczyć.

Ryzyko, na jakie się zdobyła, było o wiele większe niż pożytek z tej wyprawy. 

Luke nie mógł znieść myśli, co by się stało, gdyby ją złapali. Rosita ryzykowała dla 

niego życiem. Luke usłyszał dźwięk klucza w drzwiach celi.

– Och, Luke, co oni ci zrobili? – Rosita była wstrząśnięta. Misjonarz żałował, 

że nie może jej oszczędzić tego widoku.

Wiedział, że spuchnięte oczy to najmniejsze z obrażeń. Przypuszczał, że ma 

złamane żebra i obrażenia wewnętrzne. Zerwano mu paznokcie u rąk. Podejrzewał, 

że ma rozdarty mięsień nogi.

Rosita,  szepcząc  coś po  hiszpańsku,   delikatnie odsunęła   mu   włosy   z czoła 

palcami drżącymi z czułości i miłości. Luke czuł, że jej ból jest równie dotkliwy, 

jak jego.

Podłożyła mu ramię pod kark, uniosła mu głowę i przysunęła kubek do warg. 

Spragniony Luke pił z wdzięcznością.

Kiedy skończył, Rosita pochyliła się i wyszeptała mu do ucha:

– Wkrótce cię uwolnimy. Hector i inni mają plan i...

– Nie, Rosito, nie. – Był pewien, że długo nie pożyje. Jeszcze jedno takie 

bicie, jak dzisiejszego popołudnia, i będzie po wszystkim. Nie rozumiał, dlaczego 

jeszcze   żyje.  Przyszłość   zapowiadała  jeszcze   więcej  cierpienia.  Luke  powitałby 

śmierć bardziej jak przyjaciela niż wroga.

–   Proszę,   kochany,   bądź   silny.   Wytrzymaj   jeszcze   trochę   –   wyszeptała 

dziewczyna z rozpaczą.

– Nie. – Nie mógł pozwolić, żeby jego przyjaciele ryzykowali życiem, by go 

background image

uwolnić. – Już za późno.

– Nie, musisz być silny. Niedługo, bardzo niedługo, będziesz wolny.

– Rosito, ja nie mogę... wybacz mi, ale nie; – Zebrał wszystkie siły, żeby to 

powiedzieć.

Musiał stracić przytomność, bo kiedy się ocknął, Rosity nie było. Może tylko 

mu  się  przywidziało. Modlił się,  żeby  tak było. Lepiej,  gdyby  nie  widziała go 

w takim stanie. Serce Luke’a było pełne miłości i żalu nad życiem, którego nie 

dane im będzie razem wieść. Ale dla nich było już za późno, o wiele za późno.

Myśli o Rosicie napełniły Luke’a ogromnym smutkiem. Nie miał siły, żeby 

trwać, ani ochoty, żeby  ciągnąć to dalej. Modlił  się, by Rosita  mu  wybaczyła. 

Rosita i jego siostra.

Myśli o Letty nie dawały mu spokoju. Zawsze byli ze sobą blisko. Wiedział, 

że będzie zdruzgotana po jego śmierci. Znał swoją siostrę bliźniaczkę tak dobrze, 

jak siebie samego. Był przekonany, że Letty nie chciałaby, żeby dłużej cierpiał.

background image

Rozdział 7.

Letty   stała   w cieniu   spadzistego   dachu.   Promienie   słońca   uderzały 

w spieczoną   ziemię   niczym   gigantyczne   młoty.   Powietrze   mieniło   się 

w popołudniowym skwarze. Słońce świeciło tak mocno, że niemal oślepiało Letty.

Obok   niej,   pod   strzechą   z trzciny   stała   młoda   matka.   Trzymała   półroczne 

niemowlę i zmęczonym wzrokiem przyglądała się Letty. Najwyraźniej czekała na 

jednego z mężczyzn, którzy kłócili się z Murphym po drugiej stronie drogi.

Letty   spojrzała   na   Murphy’ego   i Ramireza,   którzy   targowali   się 

z muskularnym,   ciemnoskórym   mężczyzną   i starszym   człowiekiem.   Ich 

podniesione, podekscytowane głosy rozdzierały gorące popołudniowe powietrze. 

Letty udało się wychwycić tylko pojedyncze słowa. Zorientowała się, że sprzeczają 

się   o pieniądze.   Letty   doskonale   władała   hiszpańskim,   ale   mężczyźni   mówili 

wszyscy naraz, nie mogąc dojść do porozumienia.

Murphy najgłośniej wyrażał swój sprzeciw. O ile Letty zrozumiała, mężczyźni 

twierdzili, że niebezpieczeństwo znacznie wzrosło i że za przeprowadzenie przez 

granicę Letty i Murphy muszą zapłacić dwa razy więcej.

Ramirez rzucił jej przelotne spojrzenie, jakby dając do zrozumienia, że to ona 

jest przyczyną kłopotów. Wyprostowała się i odwzajemniła spojrzenie. Nie mogła 

pozwolić, by ją onieśmielał. To ona finansuje tę wyprawę, więc nikt nie powinien 

narzekać.

Po Murphym widać było, że nie cieszy go taki obrót sprawy. Ani razu nie 

spojrzał w stronę Letty. Musiałaby chyba zemdleć i paść na ziemię, żeby Murphy 

raczył na nią zwrócić uwagę. Ale i tego nie była pewna.

Odkąd wsiedli do samolotu w Teksasie, Murphy wychodził z siebie, żeby dać 

jej jasno do zrozumienia, że przeszkadza mu w tej wyprawie.

background image

Letty zdjęła kapelusz i grzbietem dłoni otarła pot z czoła. Plecak wrzynał jej 

się w ramiona, więc poprawiła grube szelki, mając nadzieję, że to pomoże. Koszula 

khaki była mokra od potu, ale postanowiła, że prędzej umrze, niż poskarży się na 

upał czy cokolwiek innego.

Ostatnią   noc   i większość   ranka   spędziła   na   tylnym   siedzeniu   dżipa,   gdzie 

rzucało   nią   jak   workiem   ziemniaków.   Nie   wiedziała,   co   Murphy   powiedział 

mężczyznom, ale podejrzewała, że zaoferował im nagrodę, jeżeli znajdą sposób, 

żeby   się   jej   pozbyć.   Podróż   dżipem   przez   Hojancha   była   gorsza   niż   rajdy 

karnawałowe, w jakich brała udział.

Kiedy dotarli do wioski, Murphy kazał jej wysiąść z dżipa tonem, jakim do 

tępego szeregowca zwraca się sierżant prowadzący musztrę. Nogi jej zdrętwiały, 

ale jakoś wysiadła.

Pojawił   się   muskularny   mężczyzna   razem   z przyjacielem   i Murphy   kazał 

Letty poczekać po drugiej stronie drogi. Przydałaby mu się w rozmowach, ale nie 

chciała wszczynać kłótni, więc zrobiła to, co kazał. Od czasu do czasu Murphy 

musiał prosić Ramireza o tłumaczenie. Równie dobrze mogłaby to zrobić ona.

Poirytowana i sfrustrowana stanęła w cieniu i czekała, aż mężczyźni dojdą do 

porozumienia.  Dla niej nie liczyły się  koszty, aby  tylko dostali się  do Zarcero 

niezauważeni.

Naraz usłyszała cichy, żałosny płacz. Odwróciła się w stronę młodej kobiety, 

która   usiłowała   uspokoić   niemowlę,   karmiąc   je   z butelki.   Chorym   dzieckiem 

znowu wstrząsnął słaby szloch. Kobieta starała się powstrzymać łzy.

Letty była tak pochłonięta własnymi problemami, że posłała dziecku i matce 

obojętne spojrzenie.

– Czy dziecko jest chore? – spytała po hiszpańsku.

Kobieta   popatrzyła   na   nią   oczami   pełnymi   smutku   i łez,   ale   nie 

odpowiedziała.

background image

Letty   przyłożyła   dłoń   do   czoła   niemowlęcia.   Dziecko   było   rozpalone   od 

gorączki.

Kobieta mocniej zacisnęła wokół niego ramiona i pokiwała głową.

Letty zadała kilka pytań i dowiedziała się, że kobieta ma na imię Anna, a jej 

córka – Margherita.

Zrzuciła plecak z ramion i przyklęknęła na piaszczystej drodze. Nie wiedziała, 

w jakim stanie odnajdzie Luke’a, dlatego zabrała różne ziołowe mieszanki, nalewki 

i maści. Z pewnością znajdzie coś, co obniży gorączkę.

–   Nie   jestem   lekarzem   –   wyjaśniła   Letty,   wyciągając   małą   plastikową 

buteleczkę. Wyjaśniła, że płyn jest wyciągiem z żeńszenia. – Znam się na ziołach. 

Dwie   kropelki   dodane   do   soku   albo   osłodzonej   wody   powinny   niemowlęciu 

pomóc.

Oczy Anny wyrażały rozterkę, nie była pewna, czy może Letty ufać.

–   Trzeba   zbić   gorączkę   –   powtórzyła   Letty.   Nie   wiedziała,   czy   zdoła 

przekonać Annę. Ta kobieta przecież jej nie znała.

Anna jeszcze chwilę się ociągała. W końcu podała Letty butelkę z wodą. Letty 

wpuściła do niej dwie krople nalewki.

Wilgotną   szmatką   zwilżyła   twarz   i klatkę   piersiową   niemowlęcia.   Kobiety 

siedziały obok siebie i uspokajały dziecko. Niemowlęciu na chwilę ulżyło. Wypiło 

całą zawartość butelki.

–  Ramón jest ojcem Margherity. – Spojrzała na muskularnego mężczyznę, 

stojącego obok Murphy’ego.

– To pani mąż? – Anna szybko spuściła wzrok.

–   Nie.   –   Wyprostowała   plecy   i uniosła   głowę,   dumnie   i pewnie.   – 

Przyjechałam,   bo   miałam   nadzieję,   że   Ramón   pomoże   mi   znaleźć  lekarza   dla 

Margherity. Kiedy mu powiedziałam, że jestem w ciąży, odpowiedział, że dziecko 

to mój problem, nie jego. Kochałam go. Oddałam serce mężczyźnie bez duszy. – 

background image

Pochyliła się i delikatnie położyła rękę na ramieniu Letty. – Składa wiele obietnic, 

ale ich nie dotrzymuje. Niech pani nie powtórzy mojego błędu. Proszę mu nie ufać.

Murphy, który stał po drugiej stronie drogi, wyglądał na niezadowolonego. 

Twarz Ramireza była czerwona z gniewu. Kręcił bez przerwy głową.

–   Muszę   się   dostać   do   Zarcero   –   wyszeptała   Letty,   obdarzając   Annę 

zaufaniem.

Na twarzy i w oczach kobiety malowało się przerażenie.

–   Nie,  seńorita,  Zarcero   to   niebezpiecznie   miejsce   dla   pani   i dla   pani 

mężczyzny.

– Tam jest mój brat. – Twarz Anny wyrażała niedowierzanie.

–   To   niemożliwe.   Żołnierze   nie   pozwolą   wam   przekroczyć   granicy   – 

przekonywała ją.

– Wiem. Ramón ma nam pomóc.

– Ramón? – Ciemne oczy Anny otworzyły się jeszcze szerzej ze zdziwienia, 

kontrastując   z białym   kaftanem   i falbaniastą   spódnicą.   –   Nie   –   powiedziała 

z przekonaniem i zaprzeczyła ruchem głowy. – Proszę mu nie ufać, senorita.

– Mój brat jest dobrym człowiekiem. Potrzebuje pomocy.

– Takim dobrym, jak pani? – Anna ścisnęła butelkę z nalewką.

Letty   uśmiechnęła   się.   Nie   była   tak   dobra   jak   Luke   ani   tak   szczodra,   ani 

wybaczająca. Brat zawsze był przy niej, więc nie mogła go teraz zostawić.

– Tak – odpowiedziała.

– Pomogą pani – obiecała Anna.

– Ale jak?

Anna spojrzała przez ramię i ściszyła głos.

– Niech pani tu poczeka, przyprowadzę mojego wuja.

– Wuja? – Letty zdążyła się już zorientować, że wszyscy obywatele Zarcero 

byli ze sobą w jakiś sposób spokrewnieni.

background image

Anna po raz pierwszy się uśmiechnęła.

– On dużo wie.

Zniknęła.   Letty,   zniechęcona,   usiadła   na   ziemi.   Niespełna   minutę   później 

Murphy,  zły  jak  diabli, ostentacyjnie  przeszedł   na  drugą  stronę  drogi.  Ramirez 

uderzył kapeluszem o udo, wskoczył do dżipa i odjechał.

Murphy usiadł w cieniu obok Letty i objął rękami kolana.

– Nie wierzę mu. Bez namysłu sprzedałby wątrobę własnej babki.

– Ramón? – spytała od niechcenia. – Przeszył ją wzrokiem.

– Skąd wiesz, jak ma na imię?

– Trudno nie wiedzieć. Kłóciliście się tak głośno, że było was słychać pewnie 

aż w Kanadzie.

Murphy otarł kark dłonią.

– Podróż do Zarcero to nie piknik.

– Nie oczekiwałam na piknik.

– Ramirez radzi, żebyśmy poczekali kilka dni...

– Nie – rzekła zdecydowanie. – Nie mamy na to czasu.

– Słuchaj, mnie też się ten pomysł nie podoba. Ale nie mamy wyboru.

– Może znajdę kogoś, kto nam pomoże. – Wreszcie przykuła jego uwagę.

– Co masz na myśli?

–   Młoda   kobieta,   która   tu   wcześniej   była,   poleciła   mi   swojego   wuja. 

Najwidoczniej ma jakieś kontakty.

– Wuj? Mamy zaufać wujowi jakiejś dziewczyny?

–   Wolę   zaufać   jemu,   niż   polegać   na   pańskim   człowieku.   Chciałabym 

przypomnieć,   że   płacę   panu   ciężkie   pieniądze   za   fachową   pomoc.   Następnym 

razem,   kiedy   będziemy   kogoś   potrzebować,   niech   pan   lepiej   sprawdza   jego 

wiarygodność.

Ku zaskoczeniu Letty Murphy odchylił głowę i głośno się roześmiał. Chcesz, 

background image

żebym sprawdzał wiarygodność? Teraz rozumiem, dlaczego pozwoliłem ci ze mną 

jechać. Dostarczasz mi rozrywki.

Nie przejęła się dowcipem, choć Murphy bawił się jej kosztem.

Po   jakimś   czasie   Anna   wróciła   ze   swoim   wujem.   Staruszek   miał   około 

siedemdziesiątki. Chodził z trudem. Poruszał się wolno i ostrożnie. Twarz osłaniał 

przed słońcem dużym słomkowym kapeluszem.

– Jestem Carlos. – Miał młody głos. – Przyjechaliście z ważną misją?

– Tak – odparła Letty z przekonaniem.

Murphy milczał, ale oczy miał okrągłe ze zdziwienia, kiedy zorientował się, 

że Letty płynnie mówi po hiszpańsku.

– Proszę ze mną. Moja siostrzenica nie zaproponowała państwu nic do picia.

Ośmielona Letty wstała i otrzepała spódnicę z piasku. Starszy mężczyzna wbił 

w nią wzrok.

– Margherita po raz pierwszy od dwóch dni śpi spokojnie.

Murphy rzucił Letty złowrogie spojrzenie, nie rozumiejąc, o co chodzi. Letty 

nie zadała sobie trudu, żeby mu cokolwiek wyjaśniać. Gdyby Murphy dowiedział 

się, że Letty zna się na ziołach, mógłby się domyślić, dlaczego stracił pamięć.

W swoim starym domu Carlos poczęstował ich sokiem z puszki. Zanim zdążył 

podać napój, Murphy odciągnął go na bok i zaczął zadawać pytania. Po raz kolejny 

zignorował Letty, tak jakby ta rozmowa jej nie dotyczyła.

Mężczyźni rozmawiali szeptem. Zauważyła, że głównie mówił Murphy. Kilka 

razy pokiwał głową. Domyśliła się, że spodobały mu się postawione warunki.

Tylko raz spojrzał w stronę Letty. Zmarszczył czoło, zanim odpowiedział na 

pytanie Carlosa.

Letty była zła, że pominięto ją w rozmowie, przecież chodziło o uratowanie 

Luke’a. Miała ochotę się wtrącić, ale mężczyźni szybko się dogadali.

Carlos skinął głową i wyszedł, zostawiając Murphy’ego i Letty samych.

background image

– O co chodzi? – spytała Letty.

– Carlos ma łódkę. Zgodził się przewieźć nas do Zarcero. Jest znany i cieszy 

się zaufaniem. Jeśli nawet rebelianci złapaliby go i zaczęli przesłuchiwać, raczej 

nie będą przeszukiwać łódki. – Zawahał się i spojrzał na nią tak, jakby zobaczył ją 

po raz pierwszy. – Mimo to musimy być przygotowani na wypadek, gdyby nas 

złapali. Masz jakieś pojęcie o broni?

Przełknęła ślinę.

– Jakieś. – Prawdę mówiąc, było to bardzo blade pojęcie, ale bała się do tego 

przyznać.

– Czeka cię szkoła przetrwania. Jeżeli wybierasz się do Zarcero, naucz się 

o siebie troszczyć.

– Od tego mam pana – odcięła się.

Najwidoczniej   taka   odpowiedź   mu   się   nie   spodobała,   bo   wyciągnął 

przerażająco wyglądający pistolet i położył go sobie na dłoni.

–  Albo  nauczysz   się   tym posługiwać,  albo  zostaniesz   tutaj  i poczekasz  na 

mnie.

Wyszedł z domu, zostawiając jej wybór: pójść za nim czy zostać. Nie mając 

innego wyjścia, wybiegła za nim. Murphy niczego bardziej nie pragnął niż tego, by 

się jej pozbyć.

Letty   nie   miała   pojęcia,   jak   długo   szli.   Wydawało   jej   się,   że   wieczność. 

W rzeczywistości przeszli pewnie półtora kilometra. Krajobrazy Hojancha, jak ten 

przy granicy z Zarcero, były niewypowiedzianie piękne i różnorodne. Maszerowali 

po spalonej słońcem trawie. Powietrze było już chłodniejsze, łagodne i miało słodki 

zapach.

Zanim Murphy się zatrzymał, Letty bolały nogi, kłuło ją w płucach, ale mimo 

morderczego tempa zdołała dotrzymać mu kroku.

Zatknął kawałek białego papieru w gałęziach rozłożystej cynerarii i oznajmił 

background image

kategorycznie:

– Nie wyruszymy do Zarcero, dopóki nie nauczysz się celnie strzelać.

– Pan chyba żartuje.

Jedno zimne spojrzenie Murphy’ego potwierdziło, że nie żartuje.

–   Nie   za   to   panu   płacę.   –   Nienawidziła   broni   i nie   mogła   sobie   nawet 

wyobrazić, że będzie musiała strzelać, a co dopiero zabić człowieka. Prędzej sama 

zginie.

Niestety, Murphy nie dawał jej wyboru. Albo nauczy się władać bronią, albo 

poczeka, aż on wróci z Zarcero z Lukiem.

–   Proszę   dać   mi   broń   –   zażądała   zdecydowana,   że   na   złość   Murphy’emu 

nauczy się strzelać.

background image

Rozdział 8.

Blask księżyca odbijał się w spokojnych wodach rzeki Cojon, która dzieliła 

Hojancha   i Zarcero.   Niewielka   motorówka   Carlosa   robiła   tyle   hałasu,   co   piła 

tarczowa. Letty zastanawiała się, jak to możliwe, żeby nikt ich nie słyszał.

Po wielu godzinach leżenia pod brezentem była spięta i zdrętwiała. Murphy, 

przebrany   w strój   pożyczony   od   miejscowego   rybaka,   siedział   obok   Carlosa 

w łódce niewiele większej od pontonu, która – ku zdumieniu Letty – utrzymywała 

się na powierzchni z ich trojgiem i bagażem.

Letty miała ochotę się zbuntować. Czy to sprawiedliwe, że ona siedzi pod 

brezentem,   a Murphy   nie.   Ale   wiedziała,   że   sprzeciw   do   niczego   dobrego   nie 

prowadzi. Kiedy Murphy wbił sobie  coś do głowy, tylko sam Bóg mógłby  go 

przekonać, żeby zmienił zdanie.

Letty   na   przemian   wstrzymywała   oddech   i zamykała   oczy,   żeby   nie   czuć 

smrodu  zgniłych ryb. Ale to wcale nie pomagało.  Wiele by dała, żeby zasnąć. 

Poprzednią   noc   spędziła   na   tylnym   siedzeniu   dżipa,   gdzie   podskakiwała   jak 

popcorn   na   patelni.   Sen   w takiej   podróży   był   równie   możliwy,   co   ściągnięcie 

gwiazdki z nieba.

Murphy także nie odpoczywał i Letty zastanawiała się, jak on się czuje. Nic 

nie było po nim widać, ale mógł odmawiać sobie snu tylko dlatego, żeby dowieść, 

jak bardzo jest wytrzymały.

– Niemądrze, że pan zabrał ze sobą kobietę. – Letty usłyszała słowa Carlosa. 

Musiała wytężyć słuch, żeby usłyszeć odpowiedź Murphy’ego.

– Nie miałem wyboru.

– Co jest tak ważnego w Zarcero, że ryzykujecie życiem?

– Im mniej pan wie, tym lepiej – odpowiedział Murphy bez emocji. Silnik 

background image

działał na wolniejszych obrotach.

– Jest dobrą kobietą. – Murphy parsknął.

W innych okolicznościach Letty mogłaby czuć się winna, że użyła podstępu, 

by Murphy towarzyszył jej do Zarcero, ale nie po jego obraźliwej propozycji. Miał 

to, na co zasługiwał.

Martwiła się tym, że jej myśli jak bumerang wracały do nocy, którą spędzili 

razem. Na chwilę straciła rozum. Nie była doskonała, ale nie zachowywała się jak 

jej matka, która sprzedała siebie i rodzinę za rozkosz, jaką znalazła w ramionach 

innego mężczyzny.

Jednego była pewna: to się nie powtórzy.

Silnik   motorówki   ucichł   i Letty   wyjrzała   spod   brezentu.   Zwróciła   twarz 

w stronę wąskiego otworu i wychyliła się, by zaczerpnąć świeżego powietrza.

– Jesteśmy na miejscu? – spytała szeptem.

– Miałaś być cicho – odpowiedział Murphy niespokojnie.

– Chcę stąd wyjść.

– Wszystko w swoim czasie. – Przycisnął ją butem do pokładu. – A teraz ani 

drgniesz, jasne?

–   Tutaj   podobno   jest   pełno   oddziałów   rebeliantów   –   ostrzegł   Carlos.   – 

Trzymajcie się z dala od głównych dróg.

Letty   nie   czekała   ani   chwili   dłużej.   Nie   była   pewna,   czy   Murphy   jej   nie 

zostawi.   Odrzuciła   brezent   i usiadła.   Było   strasznie   ciemno,   ale   spostrzegła,   że 

najemnik jest niezadowolony.

Motorówka lekko uderzyła o brzeg.

Murphy chwycił Letty za ramię i pomógł jej wstać.

– Bądź tak cicho, jak tylko możesz, jasne! – rozkazał.

– Nie mam zamiaru śpiewać.

Murphy   wyskoczył   na   brzeg.   Letty   sama   musiała   poradzić   sobie 

background image

z wysiadaniem, bo on zajął się bagażem.

Carlos dał mu rzeczyktóre dostarczył Ramirez.

– Uważajcie na siebie, przyjaciele. – ostrzegł ich, po czym zręcznie odbił od 

brzegu. – Każdej nocy będę czekał na sygnał od was.

– Dziękujemy – wyszeptała Letty i pomachała mu.

– Chodź – ponaglił ją Murphy. – Pamiętaj o tym, co powiedział Carlos.

Staruszek dużo mówił, głównie po to, żeby zniechęcić Letty do wyprawy. 

Dlatego nie zwracała na to większej uwagi.

– Chodź, przed nami długa droga.

– Nie będę dla pana przeszkodą. – Zawzięła się, że prędzej padnie, niż da mu 

powód do satysfakcji. Carlos nazwał ich przyjaciółmi. Jemu mogli ufać.

Murphy   ruszył,   zarzuciwszy   sobie   bagaż   na   plecy.   Letty   pośpiesznie 

przewiesiła sobie plecak przez ramię i podążyła za nim. Milczeli.

W   innych   okolicznościach   Letty   zatrzymałaby   się,   by   podziwiać   niebo. 

Nieliczne gwiazdy nikłym światłem rozjaśniały noc. Po morderczym upale w ciągu 

dnia chłodny wiatr przynosił wyczekiwaną ulgę.

Murphy   nie  dał  Letty   czasu   na  patrzenie   w gwiazdy.  Przyśpieszyła  kroku, 

żeby   go   dogonić.   Po   chwili   zabrakło   jej   tchu,   ale   się   nie   skarżyła.   Usiłowała 

oddychać miarowo i dotrzymać mu kroku.

Zrobili przerwę tylko raz i właśnie wtedy wydało mu  się, że coś usłyszał. 

Wyciągnął rękę, przycisnął palec do ust i zamarł. Ta chwila trwała wieczność. Noc 

przemawiała   do   nich   strzępami   dźwięków.   Głos   ptaka   brzmiał   jak   granie 

świerszcza  albo  wołanie  małp,  a w grubym listowiu  szeleścił   wiatr. Letty  czuła 

zapach orchidei. Ją także oczarowała atmosfera kraju, który tak bardzo pokochał 

Luke.

Wydawało się, że ten postój trwa wiecznie. W końcu ruszyli dalej. Do Letty 

dotarło, że od tej chwili zdana jest całkowicie na Murphy’ego. Jej życie i życie 

background image

Luke’a   spoczywało   w rękach   tego   człowieka.   Uzmysłowiła   sobie,   że   niewiele 

o nim wie poza nazwiskiem i numerem skrytki pocztowej. Przez kilka lat sortowała 

przesyłki,   które   do   niego   przychodziły   –   głównie   rachunki   i czasopisma, 

najczęściej o tematyce wojskowej. Wiedziała o nim tak mało, mimo to powierzyła 

mu życie.

Dotarli   do   gospodarstwa,   o którym   wspominał   Carlos,   i Letty   odetchnęła 

z ulgą.   Szelki   plecaka   wrzynały   jej   się   w ramiona,   a od   marszu   w morderczym 

tempie bolały ją łydki.

– Poczekaj tutaj – rzekł Murphy władczym tonem, jakim zwykle się do niej 

zwracał. Zaprowadził ją pod ogromne drzewo.

– Dokąd pan idzie?

– Nie będę ci się tłumaczył – warknął. – Wrócę tak szybko, jak się da.

Otworzyła usta, żeby się sprzeciwić, ale wiedziała, że to bez sensu.

Carlos   powiedział,   że   jego   kuzyn   zapewni   im   wszystko,   czego   będą 

potrzebowali. Letty podeszłaby do drzwi, grzecznie zapukała i się przedstawiła. 

Ale nie Murphy. On pewnie uważał, że lepiej się włamywać jak przestępca.

Niestety, księżyc nie świecił na tyle jasno, by Letty mogła zobaczyć, dokąd 

poszedł.   Po   prostu   zniknął   w mroku.   Może   naoglądała   się   za   dużo   filmów 

z Jamesem Bondem.

Letty usiadła i przywarła plecami do pnia drzewa. Musiała chyba zasnąć, bo 

kiedy się ocknęła, Murphy zdążył wrócić.

– Spędzimy noc w stodole – wyszeptał.

Przetarła  zaspaną  twarz  i skinęła   głową.  Spodobałoby  jej  się   wszystko,   co 

miało związek ze spaniem.

– Jest tam mała stodółka. – Skierowała ku niemu pytające spojrzenie.

– Będziemy tam razem.

Zmarszczyła czoło, nie rozumiejąc, o co chodzi.

background image

– Inaczej mówiąc, śpimy obok siebie.

background image

Rozdział 9.

Marcie   Alexander   stała   na   zapleczu   salonu   kosmetycznego   i analizowała 

dotychczasowe życie. Mężczyźni ją peszyli i drażnili.

Przez pierwsze trzydzieści jeden lat z płcią przeciwną mogła porozumieć się 

wyłącznie w łóżku. Ale skończyła z tym. Miała dosyć czekania nie wiadomo na co, 

podczas   gdy   jej   przyjaciółki   powychodziły   za   mąż   i założyły   rodziny.   Okazje 

przechodziły jej koło nosa.

Nigdy   nie   miała   problemu,   żeby   podobać   się   mężczyznom.   Bywało,   że 

umawiała się jednocześnie z trzema lub czterema. Ale nie czuła, że jest obiektem 

pożądania i zachwytu.

Miała   mężczyzn   na   pstryknięcie   palcami.   Trafiali   się   zwłaszcza   ci 

w potrzebie.  Od  kiedy  skończyła  szesnaście   lat  i straciła   dziewictwo  na  tylnym 

siedzeniu   samochodu   w kinie   samochodowym   na   filmie   „Wściekły   byk”, 

utrzymywała regularne kontakty z płcią przeciwną. Niestety, kontakty te rzadko 

trwały dłużej niż miesiąc, w najlepszym wypadku – dwa.

Przez lata Marcie dostała bolesną nauczkę. Mężczyźni jej pochlebiali, zalecali 

się do niej, pożyczali pieniądze – które rzadko zwracali – a potem ją porzucali. Ten 

scenariusz stale się powtarzał. Marcie zakochiwała się i odkochiwała tak często, że 

zaczęło to przypominać kręcenie się w drzwiach obrotowych.

Mężczyźni do niej lgnęli. Przeważnie bez grosza, tacy, którzy oczekiwali, że 

rozwiąże ich problemy. Wyspecjalizowała się w akcjach ratunkowych. Przez lata 

żyła w przekonaniu, że wszyscy ci biedni, nie zrozumiani mężczyźni potrzebują 

miłości dobrej kobiety.

Poszukując   męża,   posunęła   się   nawet   do   tego,   że   wzięła   pożyczkę,   żeby 

Danny, jej ówczesny partner, mógł wynająć adwokata, by uzyskać rozwód. Była 

background image

pewna, że gdy Danny uwolni się od żony – hetery, ożeni się z nią. Po dwóch 

miesiącach   dowiedziała   się,   że   nie   był   żonaty.   Pieniądze   wydał   na   weekend 

w Vegas   z inną   kobietą.   Marcie   przez   szesnaście   miesięcy   spłacała   pożyczkę 

w banku.

Najbardziej bolało ją, że kilka jej przyjaciółek ze szkoły kosmetycznej wyszło 

za mąż już po raz drugi. Założyły rodzinę z drugim mężczyzną, a Marcie nie udało 

się upolować nawet jednego.

Za   każdym   razem,   kiedy   widziała   którąś   z przyjaciółek   z dzieckiem 

i zakochanym mężem, czuła kłucie w sercu. Ona też tego chciała. Męża. Czułego, 

dobrego   mężczyzny,   który   kochałby   ją   do   szaleństwa.   Jednego   mężczyzny,   na 

którym mogłaby polegać w życiu i w łóżku.

Bóg świadkiem, że zrobiła wszystko, co mogła. Ale w ciągu długich, czasem 

burzliwych poszukiwań trafiła tylko na jednego kandydata. Johnny’ego.

Oszalała   na   jego   punkcie,   gdy   spotkała   go   w „Pour   House”,   miejscowym 

barze. Wkrótce przekonała się, że popełniła błąd, za szybko idąc z nim do łóżka. 

O wiele za szybko.

Odprowadził ją do domu i, wbrew jej najśmielszym oczekiwaniom, został na 

noc. Choć bardzo się starała, nie żałowała tego, co się stało. Seks z Johnnym był 

niewiarygodny. Chyba najlepszy.

Kiedy   opuścił   ją   następnego   ranka,   Marcie   bała   się,   że   już   nigdy   go   nie 

zobaczy. Niemal rozpłakała się z radości, kiedy miesiąc później pojawił się w jej 

drzwiach. Postanowiła sobie, że – jeżeli nadarzy się druga taka okazja – nie popełni 

tego samego błędu. Całe życie czekała na mężczyznę takiego jak Johnny i chciała 

znaleźć sposób, by wyjść za niego. Nieważne, ile miałoby ją to kosztować.

Niestety, pod wpływem Johnny’ego zmiękła i zanim uświadomiła sobie, co 

się dzieje, znów wylądowali w sypialni. Tym razem został przez cały weekend. Nic 

im nie przeszkadzało. Żadne mecze telewizyjne. Żadne telefony. Nic. Nawet nie 

background image

chciał, żeby gotowała. Upierał się, żeby zamawiać jedzenie. W dodatku sam za nie 

płacił. Kiedy opuścił ją tym razem, Marcie była tak wyczerpana, że musiała wziąć 

dwa dni zwolnienia.

Jeżeli istnieje jakiś mężczyzna, który może ją uszczęśliwić, jest nim Johnny. 

Jeśli chce za niego wyjść, musi właściwie rozegrać partię.

Marcie wiedziała, że popełniła taktyczny błąd, nawiązując intymny kontakt, 

zanim zrodziła się między  nimi  więź uczuciowa. Johnny powinien pragnąć nie 

tylko jej ciała. Choć o tym wiedziała, znowu dała się zaciągnąć do łóżka. Głównie 

dlatego, że Johnny był niesamowitym kochankiem.

Wpadał coraz częściej, ale rzadko na dłużej niż dwa, trzy dni. Czasami zjawiał 

się nieoczekiwanie w salonie, ale zwykle odwiedzał jaw mieszkaniu. Nie wyjawiła 

mu, że od kiedy się poznali, nie spała z żadnym innym mężczyzną, bo i tak by nie 

uwierzył.

Kiedy   byli   razem,   Johnny   prawie   o sobie   nie   mówił.   Rzadko   zresztą 

rozmawiali   szczerze   i nic   w tym   nic   dziwnego.   Zaufanie   pojawia   się   z czasem. 

Jeżeli muszą wystarczyć jej strzępy wiadomości o jego życiu, usłyszane tu czy tam 

– trudno. Była cierpliwą kobietą.

Johnny był wyjątkowy. Okazał się kochankiem niesamolubnym i twórczym. 

Jej   poprzedni   partnerzy   byli   seksualnymi   brontozaurami.   Dla   nich   zbliżenie 

polegało na tym, żeby zedrzeć z niej ubranie, rzucić ją na łóżko i sapiąc jak przy 

zapaści sercowej, dopełnić aktu, a potem odwrócić się i zasnąć.

Mężczyźni, z którymi kochała się Marcie, niewiele wiedzieli o grze wstępnej. 

Johnny był w tym znakomity. Doświadczenie pozwalało jej docenić niespiesznego 

kochanka, który łaskocze słowami i uwodzi mową, zanim pocałuje.

Marcie była zdziwiona, jak świetnie Johnny odgaduje jej nastroje. Czasami 

tak go pragnęła, że nie miała ochoty tracić czasu na długie, powolne rozbieranie 

i jego podziw po zdjęciu każdej części garderoby.

background image

Johnny nie potrzebował słów, żeby odgadnąć jej pragnienia. Uśmiechał się 

miękko   i zmysłowo,   a potem   szybko   porzucał   wstępy.   Przyciskał   ją   do   ściany, 

zadzierając jej spódnicę do pasa. Pozostawiał ją omdlałą i bez tchu.

Widywali się dość często, a potem nastąpiła przerwa. Przez kilka miesięcy nie 

miała od niego żadnych wieści. Podejrzewała, że jest żonaty. Już kiedyś wpadła 

w podobną   pułapkę,   więc   znała   się   na   rzeczy.   Johnny   był   wolnym   strzelcem, 

handlowcem i jego praca wymagała częstych wyjazdów na długie tygodnie.

Chociaż umierała  z ciekawości, nie pytała go o nic, skoro nie miał  ochoty 

o sobie   mówić.   Zbyt   dobrze   wiedziała,   że   stawianie   wymagań   potencjalnemu 

kandydatowi   na   męża   to   najlepszy   sposób,   żeby   go   odstraszyć.   Doświadczenie 

nauczyło ją, że sam dźwięk słowa „zobowiązanie” działa jak sygnał do ucieczki. 

Zasypując faceta pytaniami, skreślało się szansę na trwały związek.

Marcie zdążyła popełnić w życiu zbyt wiele błędów, żeby wpaść w podobną 

pułapkę. Chciała Johnny’ego i postanowiła, że będzie cierpliwa.

Johnny   długo   nie   dawał   znaku   życia.   Marcie   myślała,   że   go   straciła.   To 

właśnie wtedy gruntownie przeanalizowała swoje życie. Nie spodobało jej się to, 

co zobaczyła. Zdecydowała się na kilka zmian.

Najpierw postanowiła, że nie pójdzie już z nikim do łóżka, dopóki nie będzie 

miała obrączki na palcu. Decyzja ta z początku wydała się jej drastyczna. Marcie 

czerpała   radość   z aktywnego,   zdrowego   życia   seksualnego,   od   kiedy   była 

nastolatką. Zaskoczona stwierdziła się, że celibat cieszy ją bardziej.

Zmieniła radykalnie styl ubierania. Przestała oceniać ciuchy pod kątem, jak 

seksowna   wyda   się   w nich  mężczyźnie   czy   jak  uwodzicielsko   w nich  wygląda. 

Wybierała rzeczy, w których dobrze się czuła i które jej samej się podobały.

Po dokonaniu tych zmian zaczęła też oceniać mężczyzn nie tylko pod kątem, 

jak bardzo jej potrzebują. Przestały ją interesować akcje ratunkowe. Zaoszczędzone 

pieniądze i trzymanie energii na wodzy sprawiły, że poczuła się o wiele młodziej.

background image

Chciała   wyjść   za   Johnny’ego,   ale   jeśli   to   nie   było   możliwe,   postanowiła 

rozejrzeć się za kimś innym. Rozpoczęła więc polowanie na męża. Takiego, który 

nie chadza do barów.

Potraktowała rzecz na tyle poważnie, że zapisała się do biblioteki. W szkole 

niezbyt przykładała się do nauki, więc nawet nie umiała dobrze czytać. Zaczęła 

wypożyczać   książki   na   kasetach.   Wkrótce   zrobiła   postępy   i zaczęła   czytać 

samodzielnie. Szczególnie poradniki.

Nie potrzebowała wiele czasu, żeby się zorientować, że jest kobietą, która 

kocha za bardzo.

Za bardzo. Za często. Za krótko.

Teraz wierzyła, że jest bliska sukcesu. Poznała kogoś porządnego, a tu do jej 

życia znowu wtargnął Johnny. Nie była tą samą kobietą, którą zostawił. Był też 

Clifford. Umawiała się z nim od dwóch miesięcy, co było swego rodzaju rekordem. 

To niewątpliwie najdłuższy okres, kiedy spotykała się z mężczyzną, nie idąc z nim 

do łóżka.

Clifford Cradmen  był właścicielem firmy  hydraulicznej, grał w miejscowej 

drużynie piłkarskiej i nigdy nie poprosił o pożyczkę. Raz zabrakło mu czeków, ale 

szybko   oddał   jej   pieniądze.   Nieźle   całował.   Ich   pieszczoty   kilka   razy   zabrnęły 

daleko, ale zawsze kończył grę, zanim sprawy wymknęły się spod kontroli. Tylko 

raz zaproponował, by spędzili razem noc. Marcie delikatnie ten pomysł odrzuciła, 

a on nie nalegał. W końcu nie byłby mężczyzną, gdyby nie miał ochoty na seks.

Umawiali się tak długo, że Marcie swobodnie mówiła o „ich związku”. Po raz 

pierwszy   w życiu  stała   na  pewnym gruncie  i nie  miała   zamiaru   dopuścić,   żeby 

zepsuł to weekend w ramionach Johnny’ego.

Przemyślała   wszystko.   Johnny   pojawił   się   w mieście   na   krótko,   szukał 

rozrywki, a ona jest rozrywkową dziewczyną. A raczej była.

Znalazła się w rozterce, kiedy Johnny wszedł na zaplecze, dostrzegła błysk 

background image

pragnienia w jego oczach. Niech Bóg ma ją w swojej opiece – ona też go pragnęła. 

Mimo to zdołała mu się oprzeć, co było dowodem, jak bardzo się zmieniła.

Johnny na pewno wróci. Marcie założyłaby się o ostatniego dolara. Nie miał 

w zwyczaju   przegrywać   i zawsze   dostawał   to,   co   chciał.   Podejrzewała,   że 

następnym razem pojawi się z czymś o wiele większym niż bukiet tanich kwiatów.

– Marcie.

– Słucham – odpowiedziała przez ramię.

– Ktoś przyszedł się z tobą zobaczyć.

Coś w głosie Samanthy dało jej do zrozumienia, że to nie klientka. Marcie 

potrafiła wyprawiać cuda z włosami starszych pań. Starsze kobietki ją ubóstwiały, 

bo Marcie poświęcała im dużo czasu.

–   Kto?  –  Znała  rozkład   dnia   i wiedziała,   że   na   dziś   koniec.   Ton   głosu 

Samanthy świadczył, że to mężczyzna. Pewnie Johnny.

– Chodź i zobacz.

Marcie wyszła z zaplecza,  wycierając dłonie w ręcznik i modląc  się o dość 

siły, by mu się oprzeć. Tylko Johny’emu udałoby się rozpiąć guziki jej bluzki. 

Najpierw zobaczyła ogromnego pluszowego misia.

–   Cześć,   kochanie.   –   Zza   wypchanego   zwierzaka   wyłoniła   się   głowa 

Clifforda. Uśmiechał się szeroko.

– Clifford. – Ulżyło jej tak bardzo, że omal się nie rozpłakała.

– To tylko taki drobiazg, żebyś wiedziała, jak bardzo cię kocham.

background image

Rozdział 10.

Powinienem spać, pomyślał ponuro Murphy. I niewątpliwie by spał, gdyby 

nie irytowała go osóbka leżąca obok.

Przyjaciel   Carlosa   zaoferował   im   nocleg.   Wyświadczając   im   tę   przysługę, 

mężczyzna   ryzykował   życiem.   W końcu   on   i Letty   byli   obcokrajowcami,   a ten 

człowiek nie miał wobec nich żadnych zobowiązań.

To   Murphy   nalegał,   by   zostali   w stodole.   Panna   –   cnotka   obrzuciła 

pomieszczenie   takim   spojrzeniem,   jakby   oczekiwała,   że   Murphy   ulokuje   ją 

w hotelu „Hilton”. Co za wymagania!

Murphy był zły, że zgodził się na tę eskapadę. Znalazł  się w Teksasie, bo 

pragnął trochę odpoczynku i relaksu. A tymczasem – ryzykuje własnym tyłkiem 

dla jakiegoś faceta, który dawno nie żyje. Wszystko dlatego, że tej kobiecie się 

wydaje, że jest inaczej.

Był niespełna rozumu, że się na to zgodził. Spędził z Letty Madden niecałe 

dwa dni i nie mógł sobie wyobrazić, żeby miało trwać to dłużej.

Denerwowała   go   nawet,   gdy   spała.   Żyła   w strachu,   że   ją   wykorzysta. 

Zdziwiłaby się. Wolałby zostać mnichem, niż jej dotknąć.

Ta kobieta sama nie wiedziała, czego chce. Jej ciało mówiło coś innego niż 

usta.

Nie przyznawała się do swoich pragnień. Wbijała w niego wzrok, zwilżała 

usta i kusiła go o wiele bardziej, niż normalny mężczyzna jest w stanie wytrzymać.

Jedna noc spędzona z nią sprawiła, że pragnął następnych. To nie wchodziło 

w rachubę. Ta kobieta była problemem. Ogromnym problemem.

Musiałaby   się   rozebrać   do   naga   i błagać   go,   żeby   się   z nią   kochał.   Może 

wtedy by się skusił. Ale zastanowiłby się nad tym ze dwa razy.

background image

Rozwścieczona   dziewica   może...   Przerwał.   Letty   nie   była   już   dziewicą. 

Poświęciła dziewictwo w zamian za pomoc.

Poczuł żal. Żal i poczucie winy. Czuł się nieswojo i niezręcznie.

Murphy   chciał   sobie   przypomnieć,   co   między   nimi   zaszło.   Choć   usilnie 

próbował, nie pamiętał.

Letty smacznie spała u jego boku. Mieli jeden koc. Uparła się, żeby położyć 

go na sianie, zamiast użyć jako przykrycia.

Głęboki,   miarowy   oddech   kobiety   wprowadził   Murphy’ego   w stan   półsnu. 

Leżał na plecach, trzymając rękę pod głową, i zmuszał ciało do odpoczynku.

Za kilka godzin zrobi się jasno. Wolałby przemieszczać się w nocy. Zarówno 

Carlos, jak i Juan ostrzegali go przed rebeliantami, którzy krążą po wsiach. Murphy 

żałował,   że   nie   może   sobie   pozwolić   na   luksus   czekania.   Potrzebny   mu   był 

samochód, ale w pobliżu nie było komisu z używanymi samochodami.

Bez środka transportu minie parę dni, zanim dostaną się do San Paulo. Letty 

powiedziała, że misja Luke’a znajduje się w Managna, około piętnastu kilometrów 

od stolicy.

San   Paulo   było   położone   w środkowej   części   kraju,   w zielonej   dolinie. 

Niezależnie   od   tego,   jaką   drogę   obiorą,   będą   musieli   pokonać   zwarty   łańcuch 

górski.

Murphy uznał, że dobrze będzie, jeżeli przedostaną się do najbliższej wioski 

i ukradną dżipa, najlepiej wojskowego. Kradzież nie stanowiła dla niego problemu, 

jeżeli wykonywał jakieś zlecenie. Zwłaszcza jeśli przedmiot kradzieży należał do 

przeciwnika.

Letty  odwróciła  się   na  bok,  twarzą  do  niego.  Chyba   było  jej  chłodno,  bo 

całym   ciałem   przywarła   do   Murphy’ego.   Myślał,   jak   się   od   niej   uwolnić,   ale 

położyła głowę na jego ramieniu, które posłużyło jej za poduszkę.

Mógłby dzielić ciepło swojego ciała z kimkolwiek, ale nie chciał zostać przez 

background image

nią   oskarżony,   że   zrobił   coś   niewłaściwego.   Ta   kobieta   żyła   w mylnym 

przekonaniu, że Murphy pożąda jej stale we dnie i nocy. Prędzej nastanie chłodny 

dzień w piekle, niż da jej powód do satysfakcji.

Zmrużył oczy. Starał się zignorować jej bliskość. I prawie mu się udało, ale 

Letty jęknęła. Zmarszczył czoło, zastanawiając się, czy mu sienie zdawało.

Jęknęła  znowu,  tym razem  głośniej,  jakby  coś sprawiało  jej  dotkliwy  ból. 

Murphy czekał, niepewny co zrobić. Rzucała głową na wszystkie strony, a z jej ust 

wydobywało się ciche zawodzenie, które przypominało płacz.

–  Letty   –   wyszeptał,   nie   chcąc   jej   przestraszyć.   Nie   mógł   dopuścić,   żeby 

zaczęła krzyczeć. Nie potrzebowali ogłaszać o swoim przybyciu rebeliantom.

Tylko   zdążył   o tym   pomyśleć,   kiedy   Letty   zerwała   się   i wydała   z siebie 

mrożący krew w żyłach krzyk.

Murphy błyskawicznie przewrócił ją na plecy i zasłonił usta dłonią.

Otworzyła szeroko oczy. W świetle księżyca jej szalone spojrzenie spotkało 

się z jego wzrokiem. To, co było się później, zaskoczyło go jeszcze bardziej niż 

krzyk. Letty cicho zaszlochała i objęła go rękami za szyję, jakby nie chciała go 

wypuścić. Ukryła twarz w szyi Murphy’ego i zaczęła płakać.

– Letty? – Doświadczył w życiu niemal wszystkiego, ale nie miał pojęcia, jak 

się pociesza płaczącą kobietę. – Co się stało?

– Miałam sen. – Objęła go mocniej. Zaczęła drżeć w jego ramionach.

–   Nie   ma   się   czym   przejmować,   wszystko   w porządku   –   powiedział   tak 

rzeczowo, jak tylko potrafił.

– Nie. Nie jest w porządku. Mój brat okropnie cierpi. – Mógł się domyślić, że 

przyśnił jej się brat.

– To tylko sen, Letty. Nie wiesz, co się dzieje z Lukiem.

– Wiem. Widziałam go.

– Widziałaś go? – Nie mógł uwierzyć, że między Letty i jej bratem istnieje 

background image

telepatia. Usiłowała przekonać go o psychicznym związku. Zgoda, byli bliźniętami. 

Ale Luke jest mężczyzną, a ona kobietą. Czytał, że coś takiego może się zdarzyć 

między bliźniętami jednojajowymi, ale i tak nie był o tym przekonany.

– Torturują go.

W to akurat mógł uwierzyć. Jeżeli misjonarza jeszcze nie zamordowali, na 

pewno był przesłuchiwany. Tylko co brat Letty mógł wyjawić?

Letty   poczuła   się   w ramionach   Murphy’ego   niewiarygodnie   błogo 

i bezpiecznie. Automatycznie odgarnął jej włosy z twarzy. – Musimy go odnaleźć.

–   Odnajdziemy   –   odpowiedział,   jakby   wierzył,   że   to   możliwe.   –   Letty 

westchnęła głośno, a jej ciepły oddech dotknął skóry w zagłębieniu jego szyi.

– Obiecaj mi – nalegała. – Obiecaj, że nie wyjedziemy z Zarcero, dopóki nie 

odnajdziemy Luke’a.

Nie mógł tego zrobić.

– Letty, bądź rozsądna.

– Błagam, musimy go uratować.

Murphy   milczał.   Nie   był   okrutny.   Był   tylko   realistą.   Chciałby   jej   złożyć 

wszystkie możliwe obietnice, ale nie mógł. Nie tym razem.

Nie miał nic przeciwko temu, żeby przespać się z kobietą. Robił to wiele razy. 

I mówił kobiecie to, co chciała usłyszeć.

Ale nie mógł się zmusić, żeby zrobić to Letty.

–   Luke   umrze,   jeżeli   go   nie   uratujemy.   –   Drżące   słowa   wychodziły   z jej 

wilgotnych ust. Murphy czuł na skórze ruch jej warg. Czuł też wilgoć łez, które 

spływały po policzkach Letty.

– Nie rozumiesz. Luke umiera.

Murphy milczał, bo nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Obiecaj mi.

Milczenie nie przynosiło jej ulgi. Cicho jęknęła z bólu i żalu.

background image

–  Dobrze,   dobrze   –   wyszeptał   jej   we  włosy.  –   Masz   moje   słowo   honoru. 

Nieważne, ile nas to będzie kosztować. Wydostaniemy stąd Luke’a.

– Dziękuję. Dziękuję – powtórzyła kilkakrotnie.

Murphy nie wiedział, jak długo ją tulił. Wystarczająco długo, żeby ponownie 

zasnęła. O wiele dłużej, niż powinien.

Odnajdzie jej brata. Martwego czy żywego. Murphy był człowiekiem honoru.

background image

Rozdział 11.

Letty   obudziła   się   z głową   opartą   o ramię   Murphy’ego.   Obejmował   ją 

opiekuńczo. Czuła się przyjemnie i bezpiecznie, dopóki nie przypomniał jej się sen.

Zaniepokojona odsunęła się od Murphy’ego i usiadła. Usiłowała się skupić. 

Luke, biedny Luke, krzyczał, że chce umrzeć, bo nie może już znieść bólu.

Wyczuwała, że jest bliski śmierci. Muszą dostać się do Managna i odnaleźć 

go, zanim będzie za późno.

Odgarnęła z twarzy niesforny kosmyk włosów. Przypomniała sobie, że zeszłej 

nocy przytuliła się do Murphy’ego i błagała, żeby odnalazł jej brata. Dał jej słowo. 

Z wahania w jego głosie wywnioskowała, że nie przejął się jej obawami. Mimo to 

wydusił z siebie, że nie wyjadą z Zarcero, dopóki nie znajdą Luke’a.

Ten mężczyzna był zagadką. Spędzili ze sobą dwa dni. Był w stosunku do niej 

niecierpliwy i okrutny. Ale ostatniej nocy wziął ją w ramiona i zgodził się uratować 

Luke’a,   choćby   miał   ryzykować   własnym   życiem.   Letty   nie   rozumiała 

Murphy’ego, ale podejrzewała, że nikt go nie rozumie.

Poczuła,   że   się   obudził.   Nie   patrzył   na   nią,   a ona   na   niego.   Zamarła   na 

wspomnienie sceny z poprzedniej nocy.

– Musimy się stąd zbierać – wymruczał. – Im szybciej, tym lepiej. – Letty 

wiedziała, że chodzi o bezpieczeństwo przyjaciela Carlosa. Podzielała jego obawy.

– Jak daleko jesteśmy od San Paulo?

– Ze sto kilometrów, może więcej. Niedaleko jest miasteczko. Zdobędę tam 

samochód.

Murphy   chciał   go   ukraść.   Letty   nigdy   nie   uwierzyłaby,   że   weźmie   udział 

w czymś   podobnym.   W dodatku   poczuła   ulgę.   Samochodem,   przy   odrobinie 

szczęścia, dotrą do San Paulo i do Luke’a przed wieczorem.

background image

Murphy zostawił Letty i poszedł się rozejrzeć. Skwapliwie wykorzystała te 

kilka   minut.   Spakowała   się   i kiedy   wrócił,   była   gotowa   do   drogi.   Chciała   jak 

najszybciej opuścić stodołę.

Murphy otworzył jej drzwi. Do zimnego, ciemnego wnętrza wdarł się blask 

słońca, obwieszczając kolejny pogodny dzień w Zarcero.

Opuścili teren farmy i weszli na łąki, porośnięte wysokimi trawami. Trzymali 

się z dala od szosy. Przez dwie godziny maszerowali w milczeniu.

Murphy   był   wyczulony   na   każdy   dźwięk,   bo   kilka   razy   zatrzymywał   się 

niespodziewanie i czekał, przyciskając palec do ust.

Gdy dotarli do liściastego lasu, Murphy zatrzymał się i wyciągnął menażkę. 

Napił się pierwszy, a potem podał ją Letty. Woda miała paskudny smak. Widziała, 

że   Murphy   wrzucił   do   niej   jakąś   kapsułkę.   Podejrzewała,   że   to   tabletka 

uzdatniająca wodę. Letty trudno było stwierdzić, jak daleko zaszli. Wydawało jej 

się, że przeszli z osiem kilometrów, może więcej.

Była rozczarowana, bo Murphy nie odnosił się do niej przyjaźnie, a przecież 

zeszłej nocy coś jej obiecał.

Nie był rozmowny.

Chyba   coś   postanowił,   bo   usiadł   pod   drzewem,   rozłożył   na   ziemi   mapę 

i studiował ją uważnie.

– Daleko jeszcze do miasteczka? – spytała Letty.

Nie podniósł wzroku.

– Niedaleko.

Złożył starannie mapę i schował ją do plecaka. Wstał, Letty niechętnie też się 

podniosła.

– Zostaniesz tu.

– Dlaczego?

Nie   odpowiedział,   tylko   wyciągnął   pistolet   z kabury   i wręczył   go   Letty. 

background image

Wpatrywała się w broń, jakby bała się, że wystrzeli jej w dłoni.

– Po co?

– Chcę, żebyś go miała przy sobie. Zrozumiano?

– Ale...

– Chcesz znaleźć brata czy nie?

– Oczywiście, ale...

– Więc rób, co mówię. – Przeszył ją wzrokiem. – Pewnie nie trafiłabyś nawet 

w najszerszą ścianę stodoły, ale to jedyna ochrona, jaką mogę ci zapewnić.

– Co mam robić, kiedy cię nie będzie?

– Spokojnie czekać – odpowiedział niecierpliwie. Zaczął się oddalać. Letty 

przyszła do głowy straszna myśl.

– Murphy?!– zawołała.

Obejrzał się przez ramię. Nie wyglądał na zadowolonego. Spojrzała na niego 

błagalnie, ze strachem.

– A co jeżeli... Co będzie, jeżeli nie wrócisz?

Na jego twarzy pojawił się niewymuszony uśmiech, jakby uznał jej pytanie za 

komiczne.

– Wrócę.

Skinęła głową i uśmiechnęła się drżącymi wargami.

– Dobrze.

Trzymała broń obiema rękami i rozglądała się podejrzliwie. Zastanawiała się, 

czy w krzakach nie czają się rebelianci, gotowi zaatakować ją, gdy Murphy zniknie 

z pola widzenia.

Zaczęła   wołać   go   po   raz   drugi,   bez   skutku.   Zniknął   w jednej   chwili. 

Wyparował.

Letty chodziła wokół lasku. Co chwilę spoglądała na zegarek. Murphy odszedł 

pięć minut temu, a ona już się martwiła.

background image

Przekładała pistolet z ręki do ręki, zastanawiając się, czy byłaby zdolna zabić 

człowieka. Szczerze w to wątpiła.

Lekcje strzelania, których udzielił jej Murphy, uważała za bezcelowe. Może 

czuł się lepiej, zostawiając jej coś do obrony, choć uważała to za bezużyteczne.

Dochodziła   piąta,   dziewięć   godzin   po   tym,   jak   Murphy   odszedł.   Letty 

zmuszała  się,  żeby  nie patrzeć na  zegarek. Nie było go o wiele  dłużej,  niż się 

spodziewała.

Mogli go złapać. Mogli go zabić.

Nie   mógł   nawet   dać   jej   znać,   że   jest   w tarapatach.   Zabronił   ruszać   się 

z miejsca, ale właściwie ile czasu ma czekać? Dziewięć godzin to chyba o wiele za 

długo.

Choć była to nieprzyjemna perspektywa, musiała pogodzić się z możliwością, 

że Murphy nie wróci. Był wprawdzie zawodowcem, ale nie cudotwórcą.

Mógł   się   natknąć   na   grupę   rebeliantów.   Mogli   go   złapać,   kiedy   usiłował 

ukraść samochód, i zamknąć do więzienia.

Letty   obawiała   się   najgorszego.   Zastanawiała   się,   co   teraz   zrobić.   I czy 

w ogóle coś robić.

Wpadła na pomysł, żeby wrócić po śladach na farmę, ale nie chciała się cofać. 

Nie   po   tym   nocnym   koszmarze.   Jeżeli   chce   dotrzeć   na   czas   do   Luke’a,   musi 

kierować się w stronę San Paulo albo Managna i nie może całymi dniami czekać na 

Murphy’ego. Zwłaszcza jeśli coś mu się przydarzyło.

Z   drugiej   jednak   strony   Murphy’emu   zależało,   żeby   Letty   słuchała   jego 

poleceń. Nigdy nie miała do czynienia z tak twardym i zarozumiałym mężczyzną. 

Co robić?

Decyzję   podjęła   kilka   minut   później,   kiedy   usłyszała   w pobliżu   odgłos 

strzelaniny.

Murphy   był   w niebezpieczeństwie.   Czuła   to.   Nie   tak,   jak   czuła 

background image

niebezpieczeństwo   zagrażające   Luke’owi.   Tym   razem   mówiła   jej   to   kobieca 

intuicja.

Musi znaleźć sposób, by uratować Murphy’ego.

Nie była pewna, czy postępuje słusznie, ale sięgnęła po plecak i zarzuciła go 

sobie na ramiona. Ściskając w dłoni broń, skierowała się w tę samą stronę, w którą 

poszedł Murphy.

background image

Rozdział 12

Jack   Keller   postanowił   dać   Marcie   czas   na   zastanowienie.   Zaskoczyła   go 

chłodnym przyjęciem. Z początku był zły, ale potem zmienił zdanie. Właściwie ją 

rozumiał.

Nie widzieli się od miesięcy, a przecież kobieta ma swoją godność. Świat się 

zmienia.   Ludzie   się   zmieniają.   Zostawił   ją   bez   słowa.   Miała   prawo   czuć   się 

zawiedziona. Chciał jej to wynagrodzić. Kiedy już ją udobrucha, może będzie tak, 

jak zawsze między nimi bywało.

Marcie   była   kobietą   zmysłową.   Niełatwo   znaleźć   tak   otwartą   i żywiołową 

w łóżku   kobietę.   Jeszcze   rzadsze   było   to,   że   nigdy   o nic   nie   pytała   ani   nie 

oczekiwała niczego w zamian.

Tym razem przyniesie jej w koszu wspaniałe róże, przewiązane wyszukaną 

jedwabną wstążką zamiast bukietu pospolitych kwiatów.

Wystroił się. Wprawdzie nie w garnitur i krawat, ale w koszulę prosto z pralni 

i odprasowane spodnie. Zadzwoniłby najpierw, gdyby wiedział, z jakim przyjęciem 

się spotka.

Samochód   Marcie   stał   przy   krawężniku.   Keller   się   uśmiechnął.   Trzeba 

przyznać,   że   jest   stała.   Kellerowi   się   to   podobało.   Od   dziesięciu   lat   mieszkała 

w tym samym bloku i miała ten sam samochód, od kiedy się poznali.

Zadzwonił do drzwi i czekał. Był niemal pewien, że otworzy mu w szlafroku, 

pod którym nie będzie miała prawie nic. O ile pamiętał, kiedy wracała do domu, 

przebierała się w coś wygodniejszego. Zdecydowanie to pochwalał.

Ku   jego   zaskoczeniu   Marcie   otworzyła   drzwi   w białych   szortach 

i bezrękawniku z golfem.

– Johnny. – Jej głos brzmiał stanowczo. Nie mógł wyczuć, czy się cieszy, że 

background image

go widzi.

– Przyszedłem przeprosić za wtedy. – Wyglądał na skruszonego. – Pewnie 

uważasz mnie za neandertalczyka.

Stała po drugiej stronie szklanych drzwi, z ręką na klamce, jakby nie była 

pewna, czy go wpuścić.

Keller pomyślał, że małe kłamstewko nie zaszkodzi.

–   Przyszedłbym   wcześniej,   ale   miałem   wypadek.   –   Czasami   trzeba   nieco 

naciągnąć fakty, choć rzadko to robił.

– Wypadek? – Zmartwiona otworzyła szeroko ładne oczy.

– Chciałbym z tobą porozmawiać, Marcie. Nic więcej, obiecuję. – Podniósł 

obie ręce na znak, że się poddaje.

Wahała się.

– Proszę.  –  Mało  kto potrafiłby   się  oprzeć  jego  wdziękowi.  Plan  wypalił. 

Otworzyła drzwi.

– Cieszę się, że cię widzę – rzucił, wchodząc do mieszkania. Powiedział to 

tak, jakby miał cholerne szczęście, że żyje.

Był zaskoczony, wystrój mieszkania bardzo się zmienił. Tylko meble zostały 

te same. W lśniących oknach wisiały jasne zasłony. Obok krzesła stał wiklinowy 

kosz pełen włóczki. Na stoliku do kawy leżało kilka czasopism.

Usiadł, nie czekając na zaproszenie. Dał jej do zrozumienia, że trudno mu 

stać, co właściwie nie było dalekie od prawdy. Od tygodni dokuczał mu ból żeber.

Postawił kosz róż na stoliku do kawy i prawie zwalił się na kanapę.

– Co się stało?

Keller ukrył uśmiech, słysząc troskę w jej głosie.

– Wypadek samochodowy. – Chciał jej powiedzieć, że ma metalową płytkę 

w głowie, ale uznał, że mógłby przesadzić. – Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, 

wolałbym o tym nie rozmawiać.

background image

– Oczywiście. – Jej ciepły, troskliwy głos był jak balsam po odprawie, jaką 

dała mu wcześniej.

Na   chwilę   zaległa   pełna   napięcia   cisza.   Wszystko   toczyło   się   zgodnie 

z planem oprócz tego, że Marcie stała w odległym końcu pokoju. Jakby obawiała 

się tego, co mogłoby się stać, gdyby usiadła obok. A Keller chciał, żeby usiadła. 

Gdyby mógł ją pocałować raz czy dwa, zmieniłby się ten dziwny stan rzeczy.

Marcie najwyraźniej czekała, żeby coś powiedział, więc wyciągnął z zanadrza 

pierwsze, co mu przyszło do głowy.

– Wpadłem nie tylko po to, żeby cię przeprosić. Chciałem ci też podziękować, 

że wyciągnęłaś mnie z więzienia.

– Nie ma za co, Johnny.

– Chciałbym ci okazać, jak bardzo cenię naszą przyjaźńMarcie. Nie wiem, co 

bym bez ciebie zrobił. – Kilka miesięcy temu wygłupił się i został aresztowany za 

bójkę w barze. Oskarżenia wprawdzie wycofano, ale gdyby nie Marcie, spędziłby 

noc za kratkami. Odsiedziałby swoje, ale Murphy go potrzebował. Musiał zdążyć 

na samolot.

– Nie jesteś mi nic winien – zapewniła, widząc, że wyciąga portfel. – Przez 

ten wypadek chyba zapomniałeś.

– Na pewno?

– Tak. Tydzień później dostałam czek z banku.

– To dobrze.

Mówiła mu już o tym, ale fakt, że chciał się upewnić, czy nie jest jej nic 

winien, stawiał go w dobrym świetle. Znowu zapanowała krótka, dziwna cisza.

–   Wyglądasz   wspaniale.   –   Nie   przesadzał.   Marcie   naprawdę   świetnie 

wyglądała. Lepiej niż poprzednio. – Co się zmieniło?

– Wiele rzeczy.

Pochylił się, obejmując kolana ramionami.

background image

– Masz może coś do picia? – O ile pamiętał, Marcie miała dobrze zaopatrzony 

barek.

– Może być kawa?

W pierwszej chwili pomyślał, że żartuje, ale okazało się, że nie.

– Jasne.

– Z cukrem i śmietanką?

– Nie, czarna.

Wyszła z jadalni, a on został sam. Odczekał chwilę, po czym poszedł za nią 

do małej kuchni.

Marcie była zajęta nastawianiem czajnika. Zerknęła na niego przez ramię.

– Johnny. – Była zdenerwowana. Pośpiesznie dokończyła ochrypłym głosem. 

– Powinieneś o czymś wiedzieć. Spotykam się teraz z kimś innym.

A więc o to chodzi. Cóż, nie była to żadna niespodzianka.

– Jest dla mnie naprawdę dobry.

– Innymi słowy – nie znika na długie miesiące.

Wzruszyła ramionami, jakby nigdy nie przejmowała się jego nieobecnością.

– Cieszę się, kochanie. – Miał ochotę wcisnąć temu facetowi pięść do gardła, 

ale nie mógł pozwolić, by Marcie to wyczuła.

– Naprawdę? – W widoczny sposób jej ulżyło. Pokiwał głową.

– Zasługujesz na wszystko, co najlepsze.

Ekspres do kawy zabulgotał i ciemny płyn popłynął do szklanego dzbanka. 

Marcie   odwróciła   się   i otworzyła   kredens,   żeby   wyciągnąć   dwa   kubki.   Keller 

podszedł bliżej i przylgnął do jej pleców.

–  Pozwól,   że   ja  to   zrobię   –  wyszeptał.   Była   miękka,   ciepła  i kobieca.   Jej 

pośladki idealnie do niego przylegały. Z natury nie był zazdrosny, ale na myśl 

o Marcie z innym mężczyzną w łóżku zmieniał się w potwora. To go zaskoczyło.

Powoli odsunął się od niej i zdjął dwa kubki.

background image

– Opowiedz mi  o nowym chłopaku – zagadnął. Im więcej się dowie, tym 

łatwiej będzie mu zdyskwalifikować konkurenta.

Zauważył, że Marcie lekko drżą ręce, kiedy nalewała świeżo zaparzoną kawę. 

Uśmiechnął się w duchu. Ta chwila bliskości sprawiła jej taką samą radość, co 

i jemu. Nie była z tego zadowolona, ale nie mogła zaprzeczyć.

– Nazywa się Clifford Cradmen i jest hydraulikiem.

– Hydraulikiem. – Coś się nie zgadzało. Marcie, którą znał, zanudziłaby się na 

śmierć w towarzystwie Clifforda Cradmena. To się nie trzymało kupy.

– Jest zazdrosny? – Keller usiadł na kuchennym krześle.

– Clifford? – Spojrzała na niego pytająco. – Nie wiem. Nigdy nie dałam mu 

powodu do zazdrości.

Nie dała powodu do zazdrości? Marcie?

– Myślisz, że miałby  coś przeciwko temu, żebym zaprosił cię na kolację? 

Chciałem ci podziękować, że wyciągnęłaś mnie z więzienia.

– Nie trzeba.

– Przynajmniej tyle mogę zrobić. – Starał się, żeby brzmiało to szczerze. – 

Jeżeli chcesz, mogę się skontaktować z twoim chłopakiem i mu wytłumaczyć. Nie 

chciałbym doprowadzić do nieporozumień między wami.

Marcie spuściła wzrok. Nie miał wątpliwości, że ją kusi.

– „U Cattlemana”. – Rzucił nazwę najdroższej restauracji w mieście. Ich oczy 

się spotkały.

– Zawsze marzyłam, żeby zjeść tam kolację.

Ledwie się powstrzymał z komentarzem, że hydraulik nie mógłby sobie na to 

pozwolić.

–   Więc   jak,   Marcie?   Jutro   wieczorem.   Wpadnę   po   ciebie   o szóstej.   – 

Zamknęła oczy, pokręciła głową i powiedziała pośpiesznie:

– Nie mogę.

background image

– Więc pojutrze. – Nie chciał się poddać. – Jeżeli też ci nie pasuje, sama 

zaproponuj dzień i godzinę.

Odezwała się dopiero po drugiej chwili.

– W sobotę?

Wstrzymała oddech, jakby w dalszym ciągu nie była pewna, czy powinna się 

zgodzić.

–   Niech   będzie   sobota.   –   Keller   ucieszył   się.   Czuł   się   tak,   jakby   wygrał 

decydującą bitwę. – Będę o szóstej.

– Ale tylko jako przyjaciele – zastrzegła, nie spuszczając z niego wzroku.

–   Oczywiście   –   skłamał.   To   przyjaciele   stają   się   w końcu   najlepszymi 

kochankami.

background image

Rozdział 13.

Nad  Zarcero zapadła  noc.  Letty  zgubiłaby   się  zupełnie,  gdyby  nie  światła 

w miasteczku, które jak małe latarnie morskie wskazywały jej drogę. Zeszła w dół, 

pokonując strome zbocze tak ostrożnie, jak się dało. Przy każdym kroku uważała, 

by nie stracić równowagi. W oddali słychać było pojedyncze strzały.

Księżyc i gwiazdy dawały niewiele światła. Kiedy zbliżyła się do miasteczka, 

usłyszała   hałaśliwą   muzykę   i śpiew.   Dopiero   po   chwili   dotarły   do   niej   słowa 

sprośnej   piosenki.   Zarumieniła   się,   gdy   je   przetłumaczyła.   Widać   zamieszki 

w kraju nie wszystkim przeszkadzały.

Na przedmieściach ukryła się. Zastanawiała się, co robić. Maszerowała cztery 

czy pięć godzin i nie natrafiła na ślad Murphy’ego.

Przyszedł po samochód i najwidoczniej nie udało mu się. Prawdopodobnie go 

złapali.   Letty   postanowiła,   że   najpierw   ukradnie   samochód,   a potem   poszuka 

Murphy’ego. Chociaż słabo znała się na samochodach  i silnikach, miała jednak 

nadzieję,   że   przy   odrobinie   cierpliwości,   posługując   się   wsuwką   do   włosów, 

uruchomi stacyjkę. Słyszała, że kartą kredytową można otworzyć zamknięte drzwi, 

a jeśli to prawda, na pewno wsuwką można uruchomić samochód.

Przypuszczała,   że   niemało   samochodów   stało   pod   knajpą.   Ale   kradzież 

jednego z nich i ucieczka były prawie nierealne. Musiała się rozejrzeć.

Bezgłośnie podążała opustoszałą uliczką pod ścianą jakiegoś domu. Z czoła 

ciekł jej pot; bała się, żeby jej nie schwytano. Może powinna poczekać... Po chwili 

doszła   do   wniosku,   że   postępuje   właściwie.   Zmarnowała   już   cały   dzień, 

bezskutecznie wyczekując na powrót Murphy’ego. Starała się nie myśleć, co się 

z nim stało ani co oznaczała strzelanina.

Myśl, że mógł zostać zabity, sprawiała, że Letty czuła ból w piersi. Pozbyła 

background image

się jej jak najszybciej. Postanowiła, że najpierw pojedzie po Luke’a, a potem wróci 

po Murphy’ego.

Kiedy rozejrzy się po miasteczku, przemyśli wszystko jeszcze raz, podejmie 

decyzję i wyruszy w drogę.

Miasteczko sprawiało wrażenie opustoszałego. Wyjątkiem była knajpa, skąd 

dobiegały   coraz   głośniejsze   i bardziej   sprośne   piosenki.   Zdołała   wcisnąć   się 

pomiędzy dwa budynki i wyjrzała na główną ulicę, na której znajdowała się knajpa. 

Słysząc śmiech i radość, trudno się było domyślić, że kraj pogrążył się w chaosie.

Zgodnie   z przypuszczeniami   Letty   przed   knajpą   stało   sześć   czy   siedem 

dżipów   i mnóstwo   zdezelowanych   trzydziestoletnich   albo   starszych   innych 

amerykańskich samochodów.

Zdawało   się,   że   ludzi   wewnątrz   nic   nie   obchodzi.   Drzwi   były   otwarte   na 

oścież,   a stoły   wystawione   na   ulicę.   Wokół   nich   krzątało   się   kilka   kobiet 

w dopasowanych   spódnicach   i stylonowych   bluzkach   z głębokimi   dekoltami. 

Niektóre   roznosiły   drinki,   inne   bezwstydnie   nagabywały   mężczyzn   i otwarcie 

zachwalały swoje wdzięki.

Kątem oka Letty zobaczyła, jak żołnierz chwycił kobietę w pasie i posadził ją 

sobie   na   kolanach.   Młoda   kelnerka   pisnęła   z rozkoszy,   kiedy   zamknął   jej   usta 

swoimi.   Wijąc   się   na   kolanach   żołnierza,   objęła   jego   biodra   udami.   Dysząc, 

odchyliła głowę, a on ukrył twarz w jej obfitym biuście. Ujął w dłonie jej pełne 

piersi, liżąc i ssąc jej kark.

Letty patrzyła jak zahipnotyzowana. Nie była w stanie odwrócić wzroku. Ci 

dwoje prawie się kochali na oczach wszystkich. Zaschło jej w gardle. Nie mogła 

zrozumieć, dlaczego fascynuje ją ten krzykliwy pokaz erotyczny.

Naraz wszystko pojęła. Tym żołnierzem był Murphy.

Szok   był   tak   wielki,   aż   ugięły   się   pod   nią   kolana.   Opierając   się   plecami 

o ścianę, osunęła się na ziemię.

background image

Murphy. Ten sukinsyn kazał jej czekać godzinami w upalnym słońcu, a sam 

zabawiał się z jakąś... lafiryndą!

Nigdy nie była bardziej wściekła. Do tej pory niepokoiła się i denerwowała 

przekonana, że go złapali albo jeszcze gorzej. To popołudnie było piekłem – tak się 

o niego martwiła.

Zaryzykowała życie, żeby dowiedzieć się, co się z nim stało. Wszystko mogło 

się   zdarzyć   podczas   drogi   do   miasteczka.   Ale   Murphy’ego   to   nie   obchodziło. 

Cieszył się pewnie, że mają z głowy.

Popełniła   fatalny   błąd,   ufając   mu.   Ten   człowiek   nie   ma   zasad.   Żadnej 

przyzwoitości.   Miała   nadzieję,   że   umrze   powolną   śmiercią,   w męczarniach. 

Rozkoszowała się myślą o jego cierpieniu.

Złość popchnęła ją do działania. Jeszcze przed chwilą bała się oddychać ze 

strachu,   a teraz   swobodnie   przechodziła   od   jednego   budynku   do   drugiego, 

uważając,   żeby   nie   rzucać   się   w oczy.   Była   ostrożna,   bardzo   ostrożna,   ale   nie 

głupia.

Nie   miała   pewności   co   do   szans   na   kradzież   dżipa,   dlatego   zamierzała 

przeczekać do świtu w miejscowym kościele. Do tej pory żołnierze będą już na tyle 

pijani, że nie zorientują się, co robi.

W pobliżu kościoła usłyszała za sobą czyjeś ostrożne, niemal bezgłośne kroki. 

Serce w niej zamarło. Pomyślała, że strach jest zadziwiającym zjawiskiem. Nigdy 

nie rozumowała bardziej logicznie.

Poczekała,   aż   skradający   zbliży   się   do   niej,   a potem   odwróciła   się, 

gwałtownie. Myślała, że go przestraszy.

Przed nią stał Murphy.

– Murphy?! – Krzyknęła cicho zaskoczona. Zasłonił jej usta ręką i zaciągnął 

pod kościół.

– Do cholery jasnej, co ty sobie myślisz?

background image

Na początku żołnierskiej kariery Murphy nauczył się, że uczucia są takim 

samym wrogiem, jak uzbrojony przeciwnik. Jeździł na misje bez żadnych emocji. 

Robił to, za co mu płacono, i wracał tak szybko, jak się dało. Przez wszystkie lata 

pracy w Deliverance Company kierował się tymi zasadami.

Potem wdał się w współpracę z jakąś Letty Madden.

Wszystko   zmieniło   się   w   chwili,   kiedy   zgodził   się   towarzyszyć   tej 

urzędniczce pocztowej w wyprawie do Zarcero. Wkurzała go do maksimum.

Jej   ostatnia   eskapada   i przemykanie   ciemną   uliczką   na   terytorium   wroga, 

gdzie była widoczna jak spuchnięty palec, to najlepszy dowód głupoty. Nieważne, 

ile   wypiją   rebelianci   nie   przestają   być   żołnierzami.   Zdemaskowanie   jej   było 

kwestią czasu.

Murphy uzbroił się w cierpliwość i czekał, aż zapadnie noc. Usiadł w knajpie, 

w „pożyczonym”   mundurze   buntownika   i zbierał   cenne   informacje.   Zanim 

dołączył   do   towarzystwa,   większość   żołnierzy   była   zalana   w pestkę.   Carlotta, 

zgrabna kobieta w jego ramionach, stanowiła doskonały kamuflaż. Mógł spokojnie 

zasięgnąć języka.

Wtem pojawiła się Letty i wszystko prysło. Krew go zalała. Miała szczęście, 

że skończyło się tylko na tym, że zaciągnął ją do kościoła.

Szarpała się i ugryzła go w dłoń, pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. 

Mocno.  Murphy  zdusił  jęk  i ścisnął   jej szczęk?  tak,  że  go puściła.  Mimo  bólu 

trzymał ją nadal.

–   Do   cholery   jasnej,   co   ty   wyprawiasz?   Chcesz,   żebyśmy   oboje   zginęli? 

Kazałem ci na mnie czekać. – Kiedy odzyska spokój, ukarze ją, że nie posłuchała 

polecenia.

Letty przycisnęła dłoń do piersi Murphy’ego. Chciała go odepchnąć, ale nawet 

nie drgnął.

– Ty sukin... – Ugryzła się w język i rzuciła mu mordercze spojrzenie.

background image

– Ja? – Nie rozumiał, o co się wścieka. – Słuchaj, mała, ustalmy coś. Kiedy 

wydaję rozkaz, musisz mnie słuchać.

– Ostatni raz mi rozkazywałeś. – Wywinęła się i zrobiłaby mu krzywdę, ale 

uniknął jej kolana.

Jej wściekłość  zaintrygowała Murphy’ego. Do diabła, co ją tak wkurzyło? 

Dopiero   po   jakimś   czasie   dotarło   do   niego,   że   Letty   widziała   go   z Carlottą. 

Szukając dodatkowego zarobku, kelnerka siedziała na jego kolanach i odsłaniała 

swoje wdzięki.

– Puść  mnie   – zażądała   Letty,  wypinając  pierś.  W innych okolicznościach 

Murphy’ego   bawiłoby,   że   się   tak   o niego   ociera.   Ale   teraz   groziło   im 

niebezpieczeństwo.

– Zamknij się, bo nas zabiją – powiedział.

Rozluźnił uścisk dłoni na jej nadgarstku, ale tylko trochę. Musieli wyjaśnić 

sobie co nieco. Niestety, nie mogli tego zrobić mulicy, gdzie spacerowali żołnierze.

– Puszczę cię, jeżeli przyrzekniesz, że będziesz milczała. – Czekał, aż się 

zgodzi. Zrobiła to niechętnie jednym stanowczym ruchem głowy.

Murphy, zadowolony, objął ją ramieniem i prawie zaciągnął w głąb zaułka. 

Wyprowadził ją z miasteczka. Zatrzymał się dopiero, kiedy był pewien, że nikt ich 

nie usłyszy.

– Nie będę tolerował niesubordynacji – powiedział z wściekłością.

–   Nie   będziesz   musiał   –   odpowiedziała   spokojnie.  –  Zwalniam   cię.   Był 

pewien, że się przesłyszał.

– Zwalniasz?

– Sama znajdę Luke’a.

Nie mógł się powstrzymać i wybuchnął śmiechem.

– Naprawdę?

– Zwalniam cię z twoich obowiązków. – Odprawiła go teatralnym gestem.

background image

– Jak daleko dojdziesz, zanim cię złapią?

– Dalej niż dzisiaj. Jak długo miałeś zamiar trzymać mnie na tym skwarze, 

kiedy ty i ta... ta kobieta się...

–   Dzięki   tej   kobiecie   nie   zostałem   zdemaskowany.   –   Najwyraźniej 

zapomniała, że to dla niej ryzykował.

– Dobrze wiem, co miałeś dzięki tej kobiecie – wycedziła Letty przez zęby. 

Każde słowo przepełnione było niesmakiem.

Murphy miał już tego dość. Jeżeli chciała go odprawić, nie miał nic przeciwko 

temu. I tak był przekonany, że to strata czasu.

–   Wspaniale.   Cudownie.   Dawno   się   tak   nie   cieszyłem.   –   Odwrócił   się 

i zamierzał odejść.

Był   nadal   wściekły.   Po   wszystkim,   co   przeszedł,   spotkało   go   takie 

podziękowanie. Letty nadaje do czubków. On zresztą też, skoro pojechał z nią do 

Zarcero.

Cóż. Robota skończona. Umywa ręce od niej i jej świętego braciszka. Po co 

mu kłopoty.

Zatrzymała go, zanim zdążył zrobić krok.

– Poczekaj!

Szybko wrócił jej rozum, pomyślał zadowolony. Potrzebowała go. Myli się, 

jeżeli   myśli,   że   natychmiast   do   niej   wróci.   Niesubordynacji   nie   miał   zamiaru 

tolerować. Niczyjej, a już na pewno nie tej zwariowanej kobiety.

Odwrócił się i zobaczył, że Letty klęczy na ziemi i grzebie w plecaku.

– Nie będzie mi to potrzebne. – Oddała mu pistolet. Trzymała broń w dwóch 

palcach, jakby miała do czynienia z trędowatym i bała się zarazić.

Broń. Letty wkurzyła go do tego stopnia, że zapomniał o jedynej rzeczy, którą 

jej zostawił, żeby nie była bezbronna.

– Zanim odejdziesz – powiedziała wyprostowana – chcę ci powiedzieć, że 

background image

jesteś   najpodlejszym,   najbardziej   niemoralnym   i pozbawionym   skrupułów 

mężczyzną, jakiego kiedykolwiek poznałam.

Brwi Murphy’ego uniosły się. Zachichotał.

– Aż tyle czasu potrzebowałaś, żeby się o tym przekonać? – Aż wrzała ze 

złości.

Murphy   był   zachwycony.   Spełnił   swój   obowiązek,   a nawet   zrobił   o wiele 

więcej,   niż   powinien.   Letty   Madden   była   teraz   zdana   na   siebie,   z czego   on 

niewymownie się cieszył.

Schował pistolet do kabury.

– Powodzenia w szukaniu brata.

– Niepotrzebne mi powodzenie – oświadczyła. – Bóg jest ze mną.

– Jeśli tak, to nie wiem, do czego byłem ci potrzebny – odpowiedział Murphy 

bez złośliwości.

– Szczerze mówiąc, ja też nie.

Dużymi, pewnymi krokami wspinał się po stromym zboczu. Bez problemów 

powinien   dotrzeć   na   farmę   tej   nocy.   Rano   porozmawia   z Juanem   i zawiadomi 

Carlosa. Jeśli wszystko pójdzie gładko, za dwa dni będzie w Boothill.

background image

Rozdział 14.

Z przyczyn,  których  Luke  prawdopodobnie   nigdy   nie   pozna,  przestano  go 

torturować.   Ból   stał   się   teraz   do   zniesienia,   a wraz   z tym   niespodziewanym 

zwrotem w sytuacji  powróciła  wola  przetrwania.   Po  raz  pierwszy,  od  kiedy   go 

schwytano, chciało mu się żyć.

Nie dawało mu spokoju mgliste wspomnienie odwiedzin Rosity. Czy to się 

zdarzyło naprawdę? Nie wiedział. Z jakiegoś powodu Bóg pozwolił, by do niego 

przyszła. Nie wiedział, czy była to wizyta w wyobraźni, czy realna. Mimo to był 

wdzięczny.

Próbował   usilnie,   ale   nie   mógł   sobie   przypomnieć,   co   mówiła,   jeśli 

rzeczywiście go odwiedziła.

Pamiętał,   że   dręczył   go   najgorszy   ból   i wydawało   mu   się,   że   nie   zniesie 

dalszych męczarni, kiedy zjawiła się Rosita. Odgarnęła mu włosy z czoła i szeptała 

pocieszające słowa. Swoją miłością i odwagą kładła balsam na jego rany.

Serce   Luke’a   było   pełne   miłości   do   Rosity.   Planował   z nią   wspólną 

przyszłość.

Luke   wierzył,   że   Bóg   posłał   go   do   niespokojnej   Ameryki   Środkowej 

z jakiegoś szczególnego powodu. Spędził w Zarcero dwa lata, zanim odkrył, czego 

Bóg chciał go nauczyć.

Miłości.

Nie do prostych wieśniaków, którym poświęcał większość czasu. Od wielu lat 

serce   Luke’a   było   przygotowane,   by   ich   kochać   i pokrzepiać.   W rewanżu 

miejscowi polubili go i zaakceptowali.

Nie.   Bóg   wysłał   go   do   Zarcero,   żeby   nauczyć   go   miłości,   jaka   łączy 

mężczyznę i kobietę. Uczucia, jakie mogło być udziałem jego rodziców, gdyby go 

background image

nie zaprzepaścili.

Luke nie mógł sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy zobaczył Rositę. To 

nie jej uroda go oczarowała, choć była piękniejsza, niż mógł to wyrazić.

Każdego   ranka,   po   drodze   do   sklepu,   w którym   pracowała,   odprowadzała 

swojego młodszego brata i siostrę do szkoły prowadzonej przez misjonarza. Wiele 

razy mówił jej „dzień dobry”, zanim spojrzał na nią tak, jak mężczyzna patrzy na 

kobietę.

Poświęcił   życie   dla   służby   bożej.   Nieszczęśliwe   małżeństwo   rodziców 

sprawiło, że postanowił spędzić życie w samotności.

Służba misyjna mogła kolidować z życiem rodzinnym. Nie chciał dokonywać 

trudnych wyborów pomiędzy potrzebami podopiecznych a rodziną.

Paul   Madden   nigdy   nie   pozbierał   się   po   odejściu   żony.   Żył   przepełniony 

wątpliwościami i poczuciem winy do końca swoich dni.

Ojciec   Luke’a   kochał   żonę   całym   sercem   i duszą.   Kiedy   zostawiła   go 

z dwojgiem dzieci dla innego mężczyzny, wziął całą winę na siebie. Gdyby był 

lepszym mężem zamiast dobrym pastorem... Gdyby więcej uwagi poświęcał swojej 

żonie, a mniej parafii... Nigdy sobie tego nie wybaczył. Nigdy się ponownie nie 

ożenił. Nigdy nie dał miłości drugiej szansy.

Luke przyrzekł sobie, że nie popełni tego samego błędu. Oczywiście, miłość 

stanowiła dla niego pokusę. Był podatny na wdzięki atrakcyjnych młodych kobiet. 

Podobało mu się wiele dziewcząt.

Ale   nigdy   ktoś   taki   jak   Rosita.   Była   dobra   i miła,   delikatna   i czuła. 

Mieszkańcy   Managna   ją   kochali.   Każdy,   kto   ją   znał,   nie   mógł   się   oprzeć   jej 

dobroci i subtelnej urodzie.

Upłynęły   miesiące,   zanim   zwrócił   na   nią   uwagę.   Z Rosita   było   inaczej. 

Okazało   się,   że   jej   młodsze   rodzeństwo   samo   potrafiłoby   dotrzeć   do   szkoły. 

Z czułością   wypominała   Luke’owi,   że   jest   najbardziej   tępym   mężczyzną   we 

background image

wszechświecie.

Nie miał co do tego wątpliwości.

Dopiero po kilku miesiącach odważył się umówić się z nią na randkę. Kiedy 

mieli   pójść   razem   na   kolację,   był   zdenerwowany   jak   nigdy.   Miał   dwadzieścia 

siedem lat, a czuł się jakby znowu miał siedemnaście.

Przyszedł po Rositę, porozmawiał po przyjacielsku z jej ojcem, pogłaskał po 

głowie   siostrę   i pożartował   z bratem.   Rosita   wyszła   w ślicznej   białej   zwiewnej 

sukni z czerwonym paskiem. Luke oniemiał z wrażenia.

Kiedy odprowadzał ją do domu, był przekonany, że jego towarzystwo musiało 

się   Rosicie   wydać   najnudniejszym   pod   słońcem.   Tylko   on   ponosił   winę   za   tę 

katastrofę.

Był  nie tylko  zdenerwowany, ale  przede  wszystkim zdał  sobie  sprawę,  że 

kocha tę kobietę. To była prawdziwa miłość.

Nie   przyjechał   do   Zarcero   szukać   żony   i zakładać   rodziny.   A potem   Bóg 

Wszechmogący,   w swej   mądrości,   zachwiał   w posadach   jego   poukładanym 

światem.

Zamiast   radować   się   z tego   cudu,   zamiast   dziękować   Bogu   za   ten 

nieoczekiwany dar, Luke postanowił, że nie chce mieć do czynienia z miłością. 

Przeszkodziłaby mu w pracy. Miłość odciągnęłaby go od celu, jaki sobie postawił.

Miał nadzieję, że  czasem zniknie fizyczny pociąg, jaki czuł do tej pięknej 

młodej   kobiety.   Ale   tak   się   nie   stało.   Wręcz   odwrotnie   –   uczucie   wzrastało 

i rozkwitało, nie podsycone ani pocałunkiem, ani dotykiem.

Luke napisał do siostry, prosząc o modlitwę z powodu głębokiej wewnętrznej 

walki, ale nie wyjaśnił jej, z czym się zmaga. Mimo że byli sobie bliscy, obawiał 

się, że siostra go nie zrozumie.

Oboje mieli taki sam pogląd na temat miłości i małżeństwa. Ona śpieszyła się 

do stanu małżeńskiego nie bardziej niż brat.

background image

Unikał   Rosity   przez   dwa   miesiące,   aż   w końcu   natknął   się   na   nią 

przypadkowo, odwiedzając starszą wdowę, panią Esparza.

Oboje   byli   zaskoczeni,   kiedy   Rositą   otworzyła   drzwi.   Czytała   coś 

schorowanej dziewięćdziesięcioczteroletniej kobiecie i wtedy po raz pierwszy pani 

Esparza spokojnie zasnęła.

Luke chciał szybko wyjść, żeby uniknąć pokusy. Mimo  że nigdy tego nie 

robił, od razu znalazł wymówkę. Obiecał, że przyjdzie później.

Zanim   wyszedł,   odwrócił   się   i spojrzał   na   Rositę.   Siedziała   przy   łóżku 

staruszki z pochyloną głową. Miała oczy pełne łez.

Kiedy spytał ją, co się stało, zarumieniła się i wyjaśniła, że coś jej wpadło do 

oka. Luke po raz drugi odwrócił się do drzwi. Ale nie wyszedł.

Czuł   się   zmęczony   walką   z tym,   czego   pragnął   najbardziej.   Zmęczony 

udawaniem silnego. Zmęczony ignorowaniem głosu serca.

Tego popołudnia Luke zrozumiał, czego Bóg chciał go nauczyć – miłości.

Luke był mężczyzną, a próbował żyć jak święty. Potrzebował kuksańca, by 

zaakceptować   i docenić   ludzką   stronę   swojej   natury.   Tak   długo   lekceważył 

i prześladował swoje ciało, że kiedy w końcu je uwolnił, omal go nie poniosło na 

skraj przepaści.

Od tej pory wiedział, że albo będzie głosił jedno, a żył inaczej, albo ożeni się 

z Rositą. Dwa tygodnie przed zamachem stanu Luke poprosił Rositę o rękę i został 

przyjęty.

Wiedział, że powinien poprosić ją, by dzieliła z nim życie i służbę, bo tego 

chciał Bóg.

Nie mógł  się doczekać dnia, kiedy staną się małżeństwem.  Chciał znaleźć 

równowagę   w życiu;   kontynuować   pracę   w misji   i być   jednocześnie   dobrym 

mężem i ojcem.

Otworzył   oczy   i rozejrzał   się   po   okratowanej   celi   więziennej.   Z nowym 

background image

zapałem   zaczął   modlić   się   o przyszłość.   Tego   wieczoru   zmusił   się   nawet,   by 

przełknąć kilka kęsów niejadalnej strawy, którą przyniesiono do celi. Chciał, by 

powiedzieć   to   głośno,   więc   podniósł   się   na   pryczy,   wzniósł   oczy   ku   niebu 

i wyszeptał:

– Chcę żyć.

background image

Rozdział 15.

Złość była dla Letty uczuciem obcym i nieprzyjemnym. Siedziała po ciemku 

i trzęsła się z wściekłości po odejściu Murphy’ego.

Poczuła się fizycznie chora, kiedy zobaczyła go z tą... kobietą. Jak chował 

twarz w jej piersiach, całował w szyję. Gotowało się w niej na samą myśl o tym.

Pozbyła   się   go   na   dobre.   Nie   miała   wątpliwości:   zaufała   nieodpowiedniej 

osobie. Była to bolesna i droga lekcja. Przez Murphy’ego jest jeden dzień do tyłu. 

A kto może wiedzieć, ile czasu zabawiałby się z tą ladacznicą.

Na pewno miał ją za idiotkę, kiedy go zwolniła. Zrobiła to pod wpływem 

wściekłości. Musi poradzić sobie sama.

W   blasku   księżyca   widać   było   wieżę   kościelną.   Chociaż   Luke   mieszkał 

w Zarcero niecałe dwa lata, był znany i kochany przez społeczność wierzących. 

Wystarczyło skontaktować się z innym księdzem czy pastorem, a oni z pewnością 

zaprowadzą ją do brata.

Skierowała się w stronę kościoła katolickiego. Szła bardzo ostrożnie. Na ulicy 

przed   stuletnią   budowlą   panowała   ciemność   i cisza.   Wysokie,   masywne   drzwi 

wskazywały wejście.

Letty długi czas obserwowała ulicę. Bała się, że jeżeli wyjdzie na otwartą 

przestrzeń, złapią ją. Jej  strach był bezpodstawny. Murphy kręcił się tutaj cały 

dzień w tym idiotycznym mundurze i nikt go nie zdemaskował.

Wzięła   głęboki   oddech,   wyłoniła   się   z ciemności   i szybko   pobiegła   pod 

kościół. Kiedy pokonała kilka niskich stopni, serce waliło jej jak młotem, jakby 

miało zamiar za chwilę eksplodować.

Ulżyło jej, gdy okazało się, że budynek nie jest zamknięty. Ciężkie drewniane 

drzwi otworzyły się ze zgrzytem, gdy nacisnęła klamkę.

background image

Weszła do przedsionka i usłyszała dziwny brzęk. Oślepiło ją światło, więc 

podniosła dłoń, żeby osłonić oczy.

Najpierw zauważyła, że nie ma ławek. Zamiast nich w kościele stało pełno 

biurek. Siedzieli przy nich żołnierze. Mnóstwo żołnierzy.

Usłyszała dziwny dźwięk.

Zamarła. Lufy tuzina karabinów mierzyły prosto w jej serce. To miejsce nie 

było już domem bożym. Było centrum dowodzenia rebeliantów.

Im bardziej Murphy się oddalał, tym większa ogarniała go złość. Aż zaczął 

przeklinać. Najpierw pod nosem, potem głośniej, aż w końcu musiał powstrzymać 

się od krzyku. Nie poprawiło mu to humoru.

I wiedział dlaczego.

Postanowił wrócić, mimo że Letty go zwolniła. Przeklinał dzień, w którym 

spojrzał na tę kobietę. Postępował wbrew temu, co nakazywał rozsądek.

Robił to ze względu na własne sumienie. Gdyby coś jej się stało, a to wielce 

prawdopodobne, bo nie tylko jest głupia, ale też naiwna, Murphy nigdy by sobie 

tego nie wybaczył.

W dodatku zapewnił ją, że odnajdzie brata, choć dobrze wiedział, że tego 

pożałuje.

Nie ulegało wątpliwości, że sam miałby większe szansę na uratowanie Luke’a 

Maddena, ale nie mógł zostawić Letty na pastwę losu.

Chociaż bardzo by tego chciał.

Irytowała go. Była karą za jego grzechy.

Po   drodze   do   wioski   Murphy   opanował   emocje.   Powinien   się   kierować 

zdrowym rozsądkiem. Poradzi sobie z rebeliantami. Przez ostatnie lata radził sobie 

w podobnych   sytuacjach.   Doszedł   do   perfekcji   w sztuce   maskowania 

i upodabniania   się   do   otoczenia.   Nieznanym   elementem,   który   przysparzał   mu 

najwięcej kłopotów, nie byli rebelianci. Była nim Letty.

background image

Wcale by się nie zdziwił, gdyby ich wydała, jak tylko zobaczy, że wrócił. Nie 

ma rozumu za grosz.

Z knajpy nadal dochodziła głośna muzyka. Zabawa się jeszcze nie skończyła 

i podejrzewał, że będzie trwała do rana.

Szedł ulicą pewnie, jakby wypełniał ważny rozkaz. Nikt go nie zatrzymał 

i Murphy wątpił, żeby ktoś to zrobił.

Stanął dopiero przy końcu głównej ulicy. Jedyną budowlą w okolicy był stary 

kościół. Prawie nie zwrócił na niego uwagi. Chociaż...

Światła o tej porze nocy? W kościele?

Coś było nie tak.

Letty posadzono na krześle ze związanymi z tyłu rękami. Spoglądała w górę 

na przywódcę rebeliantów, kapitana Norte. Nie dała po sobie poznać, że się boi.

– Jak się pani dostała do Siguierres? – spytał Norte łamaną angielszczyzną.

Powiedziała mu prawdę.

– Przyszłam – oznajmiła spokojnie.

Uderzył  ją  w twarz.  Krew   wypełniła  jej  usta.  Zmrużyła   oczy,  zszokowana 

i zaskoczona przemocą. Chyba miał ochotę uderzyć japo raz drugi.

–   Zamknąć   ją.   Niech   przez   jakiś   czas   posiedzi   sobie   w towarzystwie 

szczurów. Zobaczymy, czy to rozwiąże jej język – zwrócił się do dwóch żołnierzy.

Żołnierze stanęli po obu stronach Letty, ściągnęli ją z krzesła i wyprowadzili 

za   drzwi.   Nocne   powietrze   chłodziło   jej   rozpaloną   twarz.   Ostrożnie   poruszyła 

ustami. Nigdy nie sądziła, że uderzenie może tak bardzo boleć.

Dwaj eskortujący ją mężczyźni zaczęli ze sobą szeptać. W pierwszej chwili 

Letty nie mogła zorientować się, o czym rozmawiają. Potem dotarło do niej, że nie 

zaprowadzą jej od razu do więzienia. Postanowili się z nią trochę zabawić.

– Nie. – Zaczęła odpychać ich łokciami. Usiłowała ich przekonać, że kapitan 

będzie bardzo niezadowolony, kiedy dowie się, że nie wykonali rozkazu.

background image

Przerażona tłumaczyła im, że skoro chcą zaprowadzić nowy porządek, w kraju 

nie mogą  się  uciekać do godnych pogardy aktów przemocy  wobec niewinnych 

kobiet.

Mówiła szybko, myślała z trudem i każde kolejne błaganie dowodziło, że to 

nie ma sensu. Ci dwaj nie mieli zamiaru odmówić sobie przyjemności.

Letty wyrywała się i krzyczała. Zaciągnęli ją za budynek i pchnęli na twardą 

ziemię. Upadła na plecak.

Jeden z mężczyzn przyciskał jej ramiona do ziemi. Musieli trzymać ją obaj. 

Pozwolili, żeby się  rzucała i wiła, aż  w końcu opadła  z sił.  Potem jeden  z nich 

przyklęknął i rozerwał jej bluzkę.

Letty zamknęła oczy. Nie chciała na niego patrzeć. Wrzasnęła, kiedy poczuła 

dotyk jego szorstkich rąk na swojej gładkiej skórze. Kopała i rzucała się, jakby 

wstąpiła   w nią   nowa   siła,   ale   nic   nie   wskórała.   Mężczyzna   rozchylił   jej   nogi 

i zaczął rozpinać zamek w jej dżinsach.

Żołnierz, który ją przytrzymywał, ponaglał drugiego. Letty zaczęła szlochać. 

Straciła wolę walki i możliwość stawiania oporu.

Mężczyzna położył się na niej i przygniótł do ziemi.

W   tym   momencie   rozległ   się   przeraźliwy   huk.   Ziemia   zadrżała.   Wybuch 

zakołysał całym miastem. Płomienie wystrzeliły aż do nieba, a huk stawał się coraz 

potężniejszy.

– Wybuchło paliwo! – krzyknął przerażony mężczyzna. Puścił Letty i uciekł. 

Żołnierz,   który   na   niej   leżał,   przejął   się   tylko   na   chwilę.   Pomagając   sobie 

przedramieniem,  podźwignął się i zacisnął rękę na jej gardle, odcinając dopływ 

powietrza. Przestała się zmagać z przeciwnikiem. Traciła siły.

Pomyślała, że zaraz się udusi, i wtedy uścisk zelżał. Ramię żołnierza zsunęło 

się z gardła Letty. Sapnęła i wzięła głęboki haust świeżego powietrza. Napastnik 

leżał  daleko  od niej.  Jego  otwarte oczy  były  martwe,   a na  twarzy  malował  się 

background image

wyraz śmiertelnego przerażenia.

Letty   zaczęła   szlochać.   Spojrzała   w górę   na   swojego   wybawiciela.   Była 

pewna, że ma przywidzenia.

Murphy pochylił się i podał jej rękę.

– Chodź! – krzyknął. – Musimy stąd wiać, i to szybko.

Nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Murphy schylił się i wziął ją 

na ręce. Kiedy się ocknęła, siedziała na przednim siedzeniu dżipa, który czekał 

z zapalonym silnikiem.

Błyskawicznie opuścili miasto, zostawiając za sobą tuman kurzu.

Murphy jechał z zawrotną prędkością. Letty robiła, co mogła, żeby nie wypaść 

z dżipa.   Kiedy   zwolnił,   dotarła   do   niej   groza   ostatnich   wydarzeń.   Jej   ciałem 

wstrząsał dreszcz.

Murphy spojrzał na dziewczynę.

– Dobrze się czujesz?

Szlochając, uderzyła pięścią w jego ramię.

– Wróciłeś...

– Nie masz mi za co dziękować.

Objęła się ramionami, bo zimna, brutalna rzeczywistość tego, co przeżyła, nie 

dawała jej spokoju.

–   Wszystko   w porządku?   –   mruknął   Murphy.   Zamknęła   oczy   i pokiwała 

głową.

– Na pewno?

Tak, do diabła, na pewno.

– Wszystko będzie dobrze – pocieszył ją.

Letty umiała sobie radzić z jego złością, oschłością i wrogością. Nie wiedziała 

jednak, jak przyjąć jego czułość. Otarła łzy z twarzy i pociągnęła nosem.

– Dziękuję wyszeptała.

background image

Rozdział 16.

Marcie siedziała obok Johnny’ego przy eleganckim stole, przykrytym lnianym 

obrusem. Sytuacja wydawała jej się absurdalna. To była ich pierwsza prawdziwa 

randka,   a przecież   przez   prawie   dwa   lata   byli   kochankami.   Oprócz 

niewiarygodnego seksu łączyły ich miłe chwile przy posiłkach na wynos, ale nigdy 

się nie umawiali. Nie w pełnym tego słowa znaczeniu.

Od czasu do czasu Johnny przynosił jej prezenciki, jakieś niedrogie błyskotki 

w dowód wdzięczności. Wyrównywał rachunki, uświadomiła sobie ze smutkiem. 

Do niedawna podarunków od niego nie traktowała jako formy zapłaty, ale nadszedł 

czas, żeby spojrzeć prawdzie w oczy.

Pluszowy miś od Clifforda był pierwszym prezentem od mężczyzny, z którym 

nie poszła do łóżka.

Dotychczas dziewięćdziesiąt pięć procent spotkań Marcie i Johnny spędzali 

w jedwabnej pościeli. Wiedziała bardzo niewiele o nim i o jego życiu. Głównie to, 

że   Johnny   jest   mężczyzną   z krwi   i kości   i ma   fizyczne   potrzeby.   Te   właśnie 

potrzeby zdominowały wszystkie ich spotkania.

Zgodziła się na kolację, niepewna, czy dobrze robi. Ponieważ czuła się winna, 

przypadkiem wspomniała o spotkaniu z Johnnym Cliffordowi. Wyjaśniła mu, że 

dawny przyjaciel przyjechał do miasta na dzień czy dwa i wyraziła nadzieję, że nie 

ma nic przeciwko temu.

Czasami trudno było zgadnąć, co Clifford rzeczywiście myśli. Jego jedyną 

wadą, o ile to można nazwać wadą, była urzekająca grzeczność.

Marcie   nie   miała   wątpliwości,   że   Clifford   nie   jest   zachwycony,   ale 

wspaniałomyślnie pozwolił jej iść na kolację z Johnnym i życzył, żeby się dobrze 

bawiła. Powiedział, że zadzwoni. Na tym się skończyło.

background image

– Wiesz już, co zamówić? – Johnny odłożył na bok kartę.

Marcie była oszołomiona cenami. Za jeden posiłek tutaj zapłaciłaby tyle, co 

za zakupy na cały tydzień.

– Mały filet? – powiedziała niepewnie.

Uśmiechnął się szeroko, jakby dokonała najlepszego wyboru.

Była zaskoczona, że tak bardzo się denerwowała. Nie z powodu Johnny’ego. 

Łatwo   się   z nim   rozmawiało   –   jeżeli   mieli   czas   na   rozmowę.   Ale   nie   była 

przyzwyczajona   do   wizyt   w wykwintnych   restauracjach,   gdzie   kelnerzy   nosili 

smokingi, a nakrycie składało się nie tylko z noża i widelca.

– Miałaś problemy, żeby wytłumaczyć się z naszego spotkania Cliffordowi? – 

spytał, jakby się tym martwił.

– Clifford nie jest typem zazdrośnika. Johnny wziął kartę win.

– Wygląda na poczciwinę.

– Jest dla mnie bardzo dobry. Lepszy niż inni.

Pojawił się kelner. Johnny złożył zamówienie i poprosił o butelkę drogiego 

francuskiego wina, bordeaux.

Przy posiłku miło  gawędzili. Zwykle, kiedy  mężczyzna gdzieś ją zabierał, 

Marcie była skazana na słuchanie długiego monologu. Czasami miała wrażenie, że 

mężczyźni się boją, że nie ma mózgu albo własnego zdania. A może bali się tego, 

co ma do powiedzenia. Podejrzewała, że w jej towarzystwie chcieli odpocząć od 

wojujących feministek.

Marcie   często   stykała   się   z mężczyznami,   którzy   chcieli   wywrzeć   na   niej 

wrażenie   i udowodnić,   że   są   fascynujący,   inteligentni   i wspaniali.   Zwykłe   bez 

zbędnych   ceregieli   zamierzali   zaciągnąć   ją   do   łóżka   i dowieść,   jakimi   są 

wspaniałymi kochankami. Co najczęściej mijało się z prawdą.

Przed trzydziestką Marcie wiedziała już wiele na temat stosunków damsko – 

męskich. Zdawała sobie sprawę, że wolni mężczyźni zwykle uważają, że panna 

background image

w jej   wieku   rozpaczliwie   szuka   męża.   Marcie   rzeczywiście   chciała   mieć   męża 

i dzieci, ale wymagała od mężczyzny o wiele więcej. Tęskniła za partnerstwem, 

wspólnotą celów i tym przed czym nieustraszeni mężczyźni uciekali w siną dal. 

Odpowiedzialnością.

Nie potrzebowała wina, żeby się odprężyć. Była szczęśliwa jak chyba nigdy 

dotąd. Johnny był inteligentny i miał gest.

W   porównaniu   z nim   Clifford,   drogi,   kochany   Clifford,   wydawał   się 

ograniczony i tępawy. Dla niego miły wieczór sprowadzał się do seansu filmowego 

i torby popcornu. Clifford był solą ziemi, a Johnny – pieprzem życia. Marcie zbyt 

długo stosowała łagodną dietę, chciała spróbować czegoś ostrzejszego.

Gdy Johnny wszedł do salonu fryzjerskiego, Marcie wiedziała, że go pragnie. 

Ale dopóki nie umówili się na kolację, nie miała pojęcia jak bardzo.

Johnny tak pokierował rozmową, żeby napomknąć, w jak niesamowity sposób 

się kochali. Jego ciemnoniebieskie oczy iskrzyły się łobuzersko, kiedy wspominał, 

jak podniecająco na siebie działali.

Mówił   cichym,   uwodzicielskim   głosem.   Marcie,   schwytana   w pułapkę 

wspomnień, czuła, jakby powoli wciągał ją wir. Stała się pożądającą, spragnioną 

ofiarą.

Oczy   Johnny’ego   obdarzyły   ją   spojrzeniem   pełnym   podziwu,   jakby   była 

jedyną kobietą, z którą zaznał tego niesamowitego cudu.

Opanowała kołatanie serca. Johnny powoli wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. Nie 

miała wątpliwości, co znaczył ten gest. Pożądał jej, Potrzebował. Szalał bez niej.

Ogarnęły ją sprzeczne uczucia. Zaszła przecież tak daleko i tyle się nauczyła. 

Johnny chciał jaz tej drogi zawrócić.

– Marcie... – Jej imię zabrzmiało w ustach Johnny’ego jak delikatne błaganie. 

Próbował powiedzieć, że bez niej oszaleje. Marcie chciała być potrzebna, chciała, 

żeby jej pragnął.

background image

Jej miłość i ciało ukoiłyby jego ból, uleczyły cierpienie i odegnały kłopoty. 

Przyszedł do niej. Właśnie do niej.

Usiłowała   sobie   uzmysłowić,   że   rano   będzie   się   czuła   wykorzystana   jak 

idiotka. Ale pragnienie wzięło górę nad strachem i wyrzutami sumienia.

Powoli wsunęła dłoń w jego rękę. Johnny zamknął oczy i westchnął z wielką 

wdzięcznością i ulgą. Zacisnął palce na jej ręce i przeniósł dłoń Marcie pod stołem. 

Hipnotyzując ją wzrokiem, przycisnął dłoń Marcie do twardego wzgórka w swoim 

kroczu i uśmiechnął się szeroko.

Zabrakło jej tchu, kiedy poczuła siłę jego erekcji.

Johnny   przedłużył   oczekiwanie.   Zamówił   deser,   a potem   kawę.   Jego   oczy 

wiele obiecywały. Zapłacił rachunek, zostawiając hojny napiwek.

Parkingowy   przyprowadził   samochód.   Marcie   nie   mogła   już   oddychać 

z podniecenia. Johnny jechał do jej mieszkania z ogromną prędkością, tak bardzo 

jej pożądał.

Milczeli.

Marcie nie zadała sobie trudu, żeby zaproponować mu kawę, a on nie pytał, 

czy może wejść. Zaparkował samochód, wysiadł i poszedł za nią.

W mieszkaniu od razu wziął ją w ramiona. Ich pierwsze pocałunki pełne były 

gorącego pośpiechu. Johnny miażdżył jej usta. Musiała się od niego oderwać, bo 

brakło jej tchu. Po chwili palący, słodki ogień wzrósł, a pożądanie sięgnęło zenitu.

Niewiarygodnie   zmysłowe   usta   i dłonie   Johnny’ego   wędrowały   po   ciele 

Marcie,   jej   piersiach,   biodrach   i pośladkach.   Zdjął   z niej   bluzkę,   potem   stanik 

i zaczął   łakomie   ssać   jej   piersi,   rozpinając   jednocześnie   zamek   spódnicy. 

Zachowywał   się   jak   chłopiec   w sklepie   ze   słodyczami,   który   nie   może   się 

zdecydować, jakich łakoci najpierw spróbować.

Marcie   kilka   razy   jęknęła   cicho   i niecierpliwie.   Pomogła   mu   się   rozebrać. 

Zaprowadziła   do   sypialni,   zasypując   wilgotnymi,   dzikimi   pocałunkami.   Johnny 

background image

podniósł ją i delikatnie położył na łóżku.

Tak jak przy deserze i kawie przeciągał czas oczekiwania. Dłońmi i ustami 

doprowadził ją do tego, że jęczała z pragnienia. Pożądała go tak rozpaczliwie, że 

bała się, czy nie zwariuje.

– Zdążymy – zapewnił chrapliwym szeptem. – Mamy całą noc, kochanie, całą 

noc.

Marcie niecierpliwie wyciągnęła do niego ramiona, uderzając głową w coś 

miękkiego i puszystego.

Johnny wziął misia i zrzucił go z łóżka.

Miś.   Prezent   od   Clifforda.   Dał   go   Marcie,   żeby   pamiętała,   jak   bardzo   ją 

kocha.   Jedyny   podarunek,   jaki   dostała   od   mężczyzny,   który   nie   oczekiwał   nic 

w zamian.

To podziałało na nią jak kubeł zimnej wody.

Zaczął ją całować, ale ona odwróciła twarz.

– Nie mogę. – Johnny zamarł.

– Czego nie możesz?

– Kochać się z tobą.

– Złotko, trochę za późno na wyrzuty sumienia. Przecież już się kochamy. – 

Roześmiał się serdecznie, jakby brał to za głupi dowcip.

Marcie   odzyskała   siły   i podniosła   się  łóżka.   Niepewnie   trzymając   się   na 

nogach, podeszła do szafki i pośpiesznie zarzuciła na siebie szlafrok.

–   Masz   papierosa?   –   spytała   drżącym   głosem.   Rzuciła   palenie,   ale   teraz 

chciała zapalić. Bardziej niż kiedykolwiek odkąd pozbyła się nałogu.

– Papierosa? – Johnny siedział na brzegu łóżka i drapał się po głowie. – Czy 

zwykle nie robiliśmy tego po wszystkim?

– Już nie palę. – Uświadomiła sobie, że prosiła o papierosa. – To znaczy, 

czasami palę, kiedy jestem bardzo zdenerwowana.

background image

Johnny zanurzył dłonie we włosach.

– Coś mi się tu nie zgadzaMoże mi wyjaśnisz? Do cholery, co się stało?

– To długa historia.  –  Przypomniała sobie, że powinna mieć gdzieś paczkę 

salemów. Podeszła do kredensu i przeszukała górną szufladkę. W końcu znalazła 

papierosa.

Trzęsły jej się ręce i nie mogła go zapalić. Zaciągnęła się, wydmuchnęła dym 

w górę i zaczęła tak kaszleć, jakby miała wypluć z siebie wnętrzności.

Poszła do łazienki i wyrzuć zapalonego papierosa do toalety.

– Marcie, kochanie, powiek co się stało?

– Masz prawo być zły. – Weszła do pokoju i podniosła misia. Przycisnęła go 

do brzucha jak tarczą.

– Nie jestem wściekły – zapewnił łagodnie. – Po prostu nie rozumiem.

– Chodzi o Clifforda.

–   O Clifforda?   –   powtórzy’   Johnny,   jakby   nie   był   pewien,   czy   dobrze 

zapamiętał imię. – Twojego nowego chłopaka?

– Tak – kiwnęła głową.  –  nigdy niczego ode mnie nie chciał. – Jej wzrok 

pobiegł w stronę łóżka, jest miły i dobry...

– Ja też będę dla ciebie dobry kochanie. – Jego słowa były ciężkie od aluzji. – 

Daj mi tylko szansę, a pokażę ci, jak może być dobrze.

– Nie w tym sensie „dobry” – Zdała sobie sprawę, że usiłuje się tłumaczyć. 

Odgarnęła włosy z twarzy. – Clifford nic ode mnie nie chce – powiedziała ostro.

Johnny otworzył szeroko oczy.

– Hej, przecież nie zaprosiłem cię na kolację, żeby...

– Wiem, wiem – przerwała mu – Nie mam pojęcia, jak ci to wytłumaczyć. Jest 

miły, wierny i...

– Cały czas mówisz o Cliffordzie, tak?

– Tak. Nie mogłabym go zranić tylko dlatego, że ty się pojawiłeś. – Nadal 

background image

przyciskała pluszowego zwierzaka do brzucha.

Johnny nie odpowiedział.

– Masz  prawo być wściekł Nie miałabym ci za złe, gdybyś wyszedł i nie 

chciał mnie więcej widząc – I pewnie tak byłoby najlepiej dla nas obojga.

Johnny milczał dalej. Kompletnie nagi wstał i pozbierał swoje rzeczy.

– Może napilibyśmy się kawy? – zaproponował.

– Kawy?

– Mocnej. Bardzo mocnej.

Pokiwała głową.

Johnny poszedł do łazienki.

– Mógłbym skorzystać z prysznica?

– Oczywiście.

Zamknął   drzwi   od   łazienki,   a Marcie   przypomniało   się,   że   kurek   z ciepłą 

wodą źle się odkręca.

–   Nie   przejmuj   się   –   wymamrotał,   kiedy   mu   o tym   powiedziała.   Pocierał 

dłonią twarz. – Gorąca woda nie będzie mi potrzebna.

background image

Rozdział 17.

Murphy zaparkował dżipa na poboczu wyboistej drogi i przestudiował mapę. 

Trzymał się z daleka od głównych arterii, ale nie był na tyle głupi, aby sądzić, że 

udało im się uciec.

Wysadzając   w powietrze   zbiornik   z paliwem,   wywołał   zamieszanie,   dzięki 

któremu uratował Letty. Kapitan Norte na pewno tego nie zapomni ani nie puści 

płazem. Ale kapitan Norte był najmniejszym zmartwieniem.

Na szyi Murphy’ego zaciskała się pętla. Na szyi Letty również. Ale kapitan 

i jego banda zbirów najpierw będą musieli go znaleźć, a Murphy miał zamiar, jak 

najbardziej im to utrudnić.

Zorientował się, gdzie się znajdują, złożył mapę i schował do plecaka.

Letty spała niespokojnie u jego boku. Zasnęła dopiero po kilku godzinach. 

Zmęczenie wzięło nad nią górę.

Murphy nie umiał pocieszać kobiet. Nie wiedział, co powiedzieć, żeby się 

rozchmurzyła, więc prawie się nie odzywał. To przez niego Letty omal nie została 

zgwałcona. Nie mógł sobie darować, że ją zostawił. Była naiwna i głupia, ale on 

zachował się podobnie.

Nie wiedział, jak długo go nie było. Pół godziny, może czterdzieści minut. 

I w tym czasie Letty zdążyła wpakować się w taką kabałę.

Murphy   przestał   się   obwiniać.   Było   już   po   wszystkim.   Żołnierz,   który 

zaatakował Letty, nie żył, a oni byli już daleko od Siguierres.

Letty poruszyła się, usiadła i potarła ręką kark.

– Jak długo spałam?

– Kilka godzin.

Czuł, że na niego patrzy, i że się waha.

background image

– Ja... Myliłam się.

Murphy wrzucił pierwszy bieg.

– Kiedy?

– Powinnam była czekać, jak mi kazałeś. Źle zrobiłam, że za tobą poszłam. 

Tylko że dziesięć godzin to strasznie długo, kiedy się czeka. Usłyszałam strzały 

i nie wiedziałam, co się z tobą stało, i... Nieważne. Popełniłam błąd. To wszystko 

moja wina i... – zamilkła.

– O ile sobie przypominam, zwolniłaś mnie – zauważył surowo.

– Tego też nie powinnam była robić.

–   Racja.   –   Nie   miał   zamiaru   kłócić   się   o rzeczy  oczywiste.   Dostała   już 

porządną nauczkę. – Co mi oferujesz, żebym wrócił?

Objęła się ramionami w obronnym geście.

– Nie martw się, tym razem warunki będą inne.

– Czego chcesz?

Wyczuł obawę w jej głosie.

– Jednego i tylko jednego. Będziesz robić to, co ci każę i kiedy każą, bez 

dyskusji. Jeżeli znowu nie posłuchasz, to koniec. Jasne?

Pokiwała głową.

– Dobrze. Skoro to już wyjaśniliśmy, znajdźmy twojego brata i zabierajmy się 

stąd.

Na   drodze   były   tak   głębokie   koleiny,   że   mogłyby   w nie   wpaść   mniejsze 

zwierzęta. Byli na tyle daleko od bitej drogi, że Murphy przestał się niepokoić, że 

ich znajdą. Zwolnił nieco.

Martwił   się   o Letty.   Nie   lubił   dużo   gadać   podczas   wykonywania   zadania 

i ucinał wszelkie rozmowy. Chociaż podporządkowała się tej zasadzie, wiedział, że 

korciło ją, żeby pytać. Ale nie dzisiaj. Milczenie było najlepszym dowodem, że 

groźba gwałtu bardzo nią wstrząsnęła.

background image

– Jesteś głodna?

– Trochę.

–   Niedługo   się   zatrzymamy.  –  Gdyby   był   innym   mężczyzną,   wziąłby   ją 

w ramiona, ale czułość była mu obca. Nie umiał pocieszać zrozpaczonych kobiet. 

I był   prawie   pewien,   że   w tej   chwili   najmniej   potrzebowała   i pragnęła   dotyku 

mężczyzny.

– Chciałabym się wykąpać.

Wykąpać? Rany boskie, czego ona się spodziewała? W tej dżungli raczej nie 

natkną się na luksusowy kurort.

Pamiętał z mapy, że w pobliżu było małe jeziorko.

Odkąd wyjechali z Hojancha, cały czas pięli się pod górę. Roślinność stawała 

się coraz bujniejsza. Teren różnił się zdecydowanie od rozgrzanej, suchej ziemi, 

którą opuścili dwa dni temu.

Murphy znalazł miejsce na zaparkowanie dżipa. Letty skubała śniadanie, a on 

obszedł  jezioro  dookoła,  żeby  sprawdzić,   czy  nie  wpakowali   się  w sam  środek 

okupowanego przez rebeliantów terytorium.

– Idź się wykąpać – powiedział, kiedy wrócił. Zdjął kapelusz i otarł ręką pot 

z czoła.

Letty zawahała się.

– Nikt nie będzie mnie podglądać?

– Nie ma tu żywej duszy.

Podziękowała mu niewyraźnym: uśmiechem i poszła się rozebrać za niskim 

krzakiem.

Murphy   wsiadł   do   dżipa,   odchylił   oparcie   i usiłował   zasnąć.   Od   ponad 

trzydziestu godzin był na nogach i dawało mu się to we znaki.

Usłyszał   plusk   wody,   kiedy   Letty   wchodziła   do   jeziora.   W jego   umyśle 

pojawił się obraz jej ciała. Walczył zaciekle, by odpędzić wizję. Na próżno.

background image

Wyobrażał sobie jej piersi i mlecznobiałą skórę. Pot wystąpił mu na czoło.

– Murphy...

Zaklął pod nosem.

– Co znowu? – spytał grubiańsko.

– Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale masz może mydło?

Był pewien, że za chwilę poprosi o krem do twarzy i dezodorant. Ugryzł się 

w język i sięgnął do plecaka.

– Chwileczkę. – Wysilił się na uprzejmość.

– Dziękuję. Naprawdę nie cierpię ci przeszkadzać.

Nie miał co do tego wątpliwości. Znalazł mydło i poszedł na brzeg jeziora. 

Fale  uderzały  zapraszająco   o piaszczysty  brzeg.  Wesoło   szczebiotały  ptaki.  Był 

zadowolony, że ktoś jest szczęśliwy.

Letty zanurzyła się po szyję. Z krystalicznie czystej wody wystawały białe jak 

mleko   ramiona.   To   wystarczyło.   Murphy   zacisnął   zęby   ze   złości   na   widok 

paskudnego siniaka, którego nie było widać pod bluzką.

– Rzuć mydło. Złapię. – Wyciągnęła ręce. Przez chwilę Murphy widział jej 

pełne piersi.

Rzucił mydło w jej stronę, odwrócił się szybko i wrócił do dżipa.

– Woda jest cudowna.

Wymamrotał coś pod nosem. Nie był w nastroju do pogawędek.

– Powinieneś sam się przekonać. Już ci robię miejsce.

Pokusa   była   silna,   o wiele   silniejsza,   niż   powinna.   Murphy   mógłby   być 

mądrzejszy, ale było mu gorąco, czuł się wykończony i potrzebował czegoś. Sam 

nie wiedział czego.

Zanim zdążył zastanowić się nad tym, co robi, usiadł na piasku i zdjął buty. 

W rekordowym   tempie   zrzucił   z siebie   ubranie.   Wszedł   do   wody   w samych 

slipkach.

background image

Oczy Letty z każdym jego krokiem robiły się coraz większe.

– Myślałam, że poczekasz, aż wyjdę.

– Ale nie poczekałem. – Nie wiedział, czego od niego oczekiwała. Zanurzył 

się do pasa i zanurkował. Był pod wodą tak długo, aż poczuł, że za chwilę pękną 

mu płuca.

Cholera, ale mu było dobrze.

Rozejrzał się i zobaczył, że Letty nie ruszyła się z miejsca.

– Chcesz mydło? – spytała nieśmiało, odwrócona do niego plecami.

– Tak. – Podpłynął do niej i zatrzymał się na tyle daleko, żeby nie czuła się 

skrępowana.   Odszukał   stopami   dno   i stanął.   Woda   sięgała   mu   do   piersi.   Letty 

wyciągnęła kostkę mydła, jakby była złota.

– Murphy?

Jej głos był pełen uczucia. Murphy przestał się kontrolować.

– Tak?

– Muszę... ci coś powiedzieć – odezwała się przez ściśnięte gardło.

– Teraz?

– Tak. – Śmiała się i płakała. – Teraz, dopóki jeszcze mam odwagę.

Umysł   kobiecy   był   dla   Murphy’ego   zagadką.   Nie   miał   zielonego   pojęcia, 

dlaczego wybrała chwilę, kiedy oboje byli prawie nadzy.

– Chcę ci podziękować za to, że uratowałeś mnie przed tymi żołnierzami. – 

Każde słowo wymawiała z trudem.

Miał ochotę  wyjaśnić, na czym polega jego rola. Był tu, żeby  ją chronić, 

wwieźć do tego kraju i wywieźć tak szybko i bezpiecznie, jak to możliwe. Chyba 

zapomniała, że nic by się nie stało, gdyby oboje robili to, co powinni. To była 

niezła lekcja.

Otarła mokrą twarz.

– Mógłbyś... czy mógłbyś mnie na chwilkę przytulić? – spytała rozbrajająco.

background image

Nim zdążył zareagować, znalazła się w jego objęciach. Przywarła do niego 

tak, jakby był liną zwisającą  nad przepaścią.  Jej ręce zacisnęły  się  wokół szyi 

Murphy’ego. Ukryła twarz na jego ramieniu. Szlochała cicho.

– Byłam taka przerażona.

– Tak. Jasne. – Nie bardzo wiedział, co powiedzieć czy zrobić. Delikatnie 

poklepał japo plecach. Starał się, jak mógł, nie zwracać uwagi na miękkość jej 

skóry.

– Gdybyś wtedy nie przyszedł...

– Już po wszystkim.

– Chciał mnie zabić – oznajmiła z przekonaniem. – Chciał mnie zgwałcić, 

a potem udusić. Ścisnął mi gardło i nie mogłam oddychać.

– Już po wszystkim, kochanie.

Przywarła do niego. Jej skóra była chłodna i jedwabista. Ciało Letty dotykało 

jego   ciała.   Murphy   nie   był   z kamienia.   Nie   mógł   nie   zauważyć,   że   jej   piersi 

ocierają się o jego tors, nie mógł nie czuć, że jej nogi dotykają jego nóg.

Zacisnął   zęby   i objął   Letty   w talii.   Trzymał   ją   pewnie   i bezpiecznie 

w ramionach.   Potrzebowała   jego   siły,   ochrony   i poczucia   bezpieczeństwa.   Tego 

w nim szukała.

– Chodź – wyszeptał i pogłaskał japo głowie. – Musimy jechać.

Potaknęła i otarła łzy.

– Będziemy przyjaciółmi?

Wolał nie odpowiadać na to pytanie. Uniosła głowę i ich oczy spotkały się.

– Będziemy przyjaciółmi? – spytała po raz drugi.

Letty Madden i on. Nieprawdopodobne. Miał niewielu przyjaciół. Starannie 

dobranych. Był bronią do wynajęcia. Nie chciał, żeby go traktowała jak błędnego 

rycerza, dlatego tylko że zabił bydlaka, który chciał ją zgwałcić.

–   Nie,   dziękuję,   złotko.   Mam   już   tylu   przyjaciół,   że   się   nie   wyrobię.   – 

background image

Wiedział, że tymi słowami ją dotknie i obrazi, ale nie było innej rady. Przyjechali 

do Zarcero wykonać zadanie. Kiedy skończą, Letty Madden zniknie z jego życia, 

a on z jej.

Letty odchyliła głowę i wpatrywała się w niego.

– Jesteś okropnym sukinsynem?

– Tak. – Nie mógł zaprzeczyć. – Lepiej o tym pamiętaj.

Szedł w stronę brzegu.

– Czas ruszać w drogę – powiedział stanowczo. – Za pięć minut jedziemy.

Letty   wynurzyła   się   z wody,   robiąc   więcej   hałasu   niż   czołg.   Wzniecała 

fontanny wody, dając upust swojej frustracji, jak przystało na wzgardzoną kobietę.

Murphy szybko się ubrał i miał niezły ubaw, ale skrył uśmiech.

Jego rozbawienie szybko minęło, bo zorientował się, że ktoś ich obserwuje. 

Nie wiedział gdzie ani kto. Jeszcze nie. W ciągu lat pracy miał wykształcony szósty 

zmysł.

– Letty... – powiedział cicho i spokojnie.

Nie zareagowała.

– Staraj się nie zwracać na siebie uwagi i podejdź do mnie.

Coś w jego głosie musiało ją zaalarmować o niebezpieczeństwie. Podniosła 

ubranie i podeszła do niego.

– Ktoś tu jest – wyszeptała. Uśmiechnął się szeroko.

– Tak. Wiem.

background image

Rozdział 18.

Jack   Keller   wrócił   do   swojego   mieszkania   około   drugiej   w nocy.   Wszedł, 

rzucił klucze na stół i krążył bez celu po pokoju stołowym, pocierając kark. Tej 

nocy sprawy przyjęły niespodziewany obrót. Miał Marcie w garści. Skomlała o to, 

czego   oboje   pragnęli.   Nagle   poprosiła   o papierosa   i zaczęła   wymieniać   zalety 

Clifforda.

Jack   miał   prawo   być   zły.   Kobieta   nie   może   doprowadzać   mężczyzny   do 

miejsca,   z którego  nie  ma  odwrotu, a potem  się  wycofywać.  Marcie  właśnie  to 

zrobiła. Był sfrustrowany. Musiał spędzić dziesięć minut pod zimnym prysznicem, 

żeby ochłonąć. Czuł się rozczarowany. Do cholery, pożądał jej. Musiał wypić pół 

czajnika mocnej kawy, żeby odzyskać jasność umysłu.

Cały   czas   nie   bardzo   rozumiał,   co   jest   między   Marcie   a Cliffordem.   Był 

prawie  pewien,   że  nie  jest  zakochana  w hydrauliku.  Marcie  pragnęła  jego  i nie 

miało to nic wspólnego z męską próżnością. Uwielbiał, jak na jego widok świeciły 

jej się oczy. Jego dotyk ją podniecał i fascynował. Była zmysłowa i szczera, co – 

jak się przekonał – rzadko się zdarzało wśród kobiet. Martwił się, bo zrozumiał, że 

jeśli   nie   zacznie   działać   szybko,   to   ją   straci.   Nie   dla   jakiegoś   wyszczekanego 

prawnika, ale dla hydraulika.

Jack przyznał, że nie doceniał Marcie. Nie darzył jej takim zaufaniem, na 

jakie zasługiwała. Myślał, że łatwo ją będzie zaciągnąć do łóżka. Kolacja, miła 

pogawędka. Pocałunek. Cholera, nawet tyle nie było trzeba. Zanim podano kolację, 

tak siebie pragnęli, że ledwie mogli usiedzieć na krzesłach. Wszystko się zmieniło, 

kiedy znaleźli się w jej mieszkaniu.

Zanim Marcie odsunęła się od niego, Jack pomyślał, że zaraz ją będzie miał. 

A tu – nie. No, ale zawsze lubił wyzwania. Marcie była kobietą w pełnym tego 

background image

słowa znaczeniu – i w łóżku, i poza nim. Dobrze by było, żeby o tym pamiętał.

Myślał tylko o Marcie i przyjemności, jaka ich czekała. Zawziął się, żeby ją 

mieć. Do diabła, tylko czy mu się to uda? Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach 

nie   wybrałaby   hydraulika   zamiast   niego.   Kobiety   potrzebowały   podniety, 

przyjemności, przygody. On mógł im to wszystko dać.

Co   z tego,   że   Clifford   wygrał   pierwszą   rundę?   Rozgrywka   dopiero   się 

rozpoczęła. Jack był pewien, że to on będzie górą, i, szczerze mówiąc, spodziewał 

się, że nie potrwa to długo. Wystarczy mieć dobry plan i łup należy do niego.

Podniecał się na samą myśl o tym.

Był zbyt pobudzony, żeby zasnąć. Włączył telewizor i usiadł przed ekranem. 

Nie zdążył przelecieć wszystkich kanałów, gdy dzwonek u drzwi zabrzęczał długo 

i głośno.

– Co u licha? – spojrzał na zegarek. To nie jest pora na wizyty.

Przez   wizjer   zobaczył   dwóch   przystojniaczków.   Mogliby   być   bliźniakami, 

gdyby jeden nie był o dobre piętnaście centymetrów wyższy od drugiego. Od obu 

biła poprawność. Oficjalność. Wzniosłość. Ważność.

Wyższy niecierpliwie nacisnął ponownie dzwonek.

Jack nie miał ochoty otwierać. Był podenerwowany i nie miał zamiaru o tak 

barbarzyńskiej porze użerać się z jakimiś dupkami, agentami federalnymi.

Po namyśle uznał, że wcale nie poprawi im nastroju, jeżeli każe im siedzieć 

całą noc na schodach. Z trudem opanował irytację i otworzył drzwi.

–   Przepraszamy,   że   przeszkadzamy   o tej   porze   –   powiedział   niższy. 

Wyciągnął   identyfikator   z wewnętrznej   kieszeni   marynarki   i pokazał   Kellerowi. 

Ken   Kemper.   CIA.   Drugi   mężczyzna   –   Barry   Moser   –   również   pokazał 

identyfikator.

Jack, niewzruszony, założył ręce i oparł się o framugę drzwi. Czekał.

– Czego panowie ode mnie chcą?

background image

– Musimy zadać panu kilka pytań.

– Teraz? – Jack wymownie spojrzał na zegarek, dając im do zrozumienia, że 

o tej porze są ciekawsze rzeczy do roboty. Ma towarzystwo. Czeka na niego film.

– Możemy zrobić to tutaj albo zabrać pana do miasta – zasugerował Barry 

monotonnym, obojętnym głosem. – Jak pan woli.

W ten sposób dano mu wybór, którego naprawdę nie było. Westchnął głośno 

i zaprosił ich gestem ręki do środka.

– Czujcie się jak u siebie w domu, panowie.

Dwaj agenci weszli do środka. Jednocześnie, jak roboty, usiedli na kanapie.

Jack niechętnie sięgnął po pilota i wyłączył telewizor.

–   Rozumiem,   że   jest   pan   przyjacielem   człowieka,   który   posługuje   się 

nazwiskiem Murphy.

Jack potarł szczękę i udał głupiego.

– Murphy?

– Nie bawmy się w kotka i myszkę – powiedział Kemper z niecierpliwością. – 

Wiemy wszystko o panu, Murphym i Deliverance Company.

– Nie przyszliśmy tu w sprawie tajnej działalności – dodał Moser.

Jack mógłby się założyć.

– Więc po co?

– Gdzie jest Murphy?

– Nie wiem. – Nie było to dalekie od prawdy. Ostatnia wiadomość od niego, 

to informacja nagrana na sekretarce. Dowiedział się z niej, że Murphy jedzie do 

Zarcero z kobietą o nazwisku Madden. I że wcale nie wydawał się zadowolony 

z tego powodu.

– Nie wie pan, gdzie jest Murphy? – spytał po raz drugi Ken Ważniak.

– Sprawdzali panowie w Boothill w Teksasie?

– Nie ma go – odpowiedział Moser, potężniejszy. – Tak się dziwnie składa, że 

background image

nie ma też Letty Madden.

– Letty jak? – Jack udawał głupiego. Co nie było wcale trudne. Na starość 

spowolniał   i stał   się   beztroski.   Idiotyczne   wpadki.   Nauczył   się   niegdyś,   że   za 

pomyłki   płaci   się   życiem.   Ci   dwaj   mężczyźni   siedzieli   w pobliżu   mieszkania 

i czekali na jego powrót. A on ich nie zauważył.

– Letty Madden – powtórzył Barry. – Jest urzędniczką na poczcie w Boothill.

– Nie słyszałem o niej.

Mężczyźni   wymienili   porozumiewawcze   spojrzenia,   ale   nie   sprzeczali   się 

z nim.

– Nie sądzi pan, że to co najmniej dziwne, że tych dwoje zniknęło w tym 

samym czasie?

Jack wstrzymał się z odpowiedzią przez kilka pełnych napięcia chwil.

– Myśli pan, że Murphy ją porwał? Jeżeli tak, to sprawą powinno się zająć 

FBI.

Mężczyźni zbyli tę sugestię milczeniem.

– Słyszał pan kiedyś o Zarcero? – spytał znowu Ken.

Jack udawał, że waży w myślach nazwę. Potem odezwał się jak uczniak, który 

odrobił pracę domową:

– Jest to kraj w Ameryce Środkowej, który przeżywa zamach stanu, tak?

– Brat Letty, Luke Madden, pracował w Zarcero jako misjonarz.

Obaj mężczyźni oczekiwali jakiejś reakcji. Jack nie zareagował.

– Z tego, co wiemy, panna Madden uparła się, żeby odnaleźć brata. Jest na 

tyle zawzięta, że mogła zlekceważyć oficjalne rady i pojechać na poszukiwanie 

brata.

– Czy to przestępstwo?

– Zależy, do czego się posunie.

Jack głośno stłumił ziewnięcie. Miał nadzieję, że ci dwaj zrozumieją aluzję. 

background image

Nie   wyciągną   od   niego   żadnej   informacji.   Nawet   jeżeli   miałby   coś   do 

zaoferowania, nie podzieliłby się tajemnicą z agentami CIA.

–  Co to wszystko ma wspólnego z Murphym? – Udawał, że ta rozmowa go 

męczy.

Agenci nie za bardzo kwapili się, żeby mu odpowiedzieć. Najwyraźniej woleli 

zadawać pytania.

– Jesteśmy  przekonani, że panna Madden zatrudniła pańskiego przyjaciela, 

żeby pomógł jej odnaleźć brata.

–   Naprawdę?   –   Jack   uniósł   brwi.   Udawał,   że   po   raz   pierwszy   słyszy   tę 

wiadomość. – Panom się wydaje, że urzędniczka pocztowa może sobie pozwolić na 

usługi Deliverance Company?

–   Nie   Deliverance   Company   –   poinformował   go   zdegustowany   Kemper, 

niższy. – Jesteśmy przekonani, że zatrudniła Murphy’ego.

– Po co miałaby to robić, skoro wystarczyło, żeby skontaktowała się z ludźmi 

z Departamentu   Stanu,   którzy   z pewnością   byli   gotowi   jej   pomóc?   Przecież 

Departament Stanu chętnie udzieliłby wsparcia zrozpaczonej kobiecie, która chce 

odnaleźć zaginionego brata. Gdybyście tylko nałożyli jakieś sankcje i wykazali się 

odrobiną   dyplomacji,   Luke   Madden   wróciłby   do   domu,   śpiewając   hymny 

pochwalne na cześć demokracji. Alleluja, bracia! – zaśpiewał, wznosząc ręce nad 

głowę i machając dłońmi.

Mężczyźni nie byli rozbawieni tym przedstawieniem.

–   Słyszał   pan   kiedyś   o Siguierres?   –   Kemper   przesunął   się   na   kanapie, 

zmniejszając odległość między nimi.

– Siguierres – powtórzył Jack i absolutnie szczerze zaprzeczył ruchem głowy.

– Dostaliśmy wiadomość, że doszło tam do wybuchu.

– Zbiornik na paliwo – uzupełnił drugi.

–   Robota   jest   podejrzanie   podobna   do   wyczynów   pańskiego   kolegi, 

background image

Murphy’ego.

– Czy to prawda? – Jack powstrzymał uśmiech i leniwie oparł się na krześle, 

a ręce podłożył sobie pod głowę

–   Nie   wiemy,   czy   pański   kumpel   utrzymuje   z panem   kontakt   –   oznajmił 

sztywno Ken i wstał. Barry zrobił to samo. – Ale jeżeli tak, mamy dla niego pewne 

informacje.

– Co panów skłania do przypuszczenia, że Murphy się ze mną skontaktuje?

– Może to, że jesteście siebie warci – rzucił wyższy.

– Z tego, co wiem, Murphy pewnie łowi ryby w Zatoce Meksykańskiej. – Jack 

wzruszył ramionami, jakby dając im do zrozumienia, że zajęcia jego przyjaciela 

pozostają dla niego tajemnicą.

– Jeżeli Murphy się do pana odezwie, proszę mu powiedzieć, że tym razem 

posunął się za daleko.

– Chwileczkę – powiedział Jack i wstał z krzesła. Podszedł do stolika i wyjął 

kartkę i pióro. – Jeszcze raz. Jak pan powiedział? Muszę być pewny, że dobrze 

zapamiętałem. Nie chciałbym źle przekazać tak ważnej informacji. „Posunął się za 

daleko?” To mam mu powtórzyć? Czy coś jeszcze, koledzy?

Mężczyźni popatrzyli na niego i wyszli bez słowa.

Jack zamknął za nimi drzwi, zmagając się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. 

Kumpel zalazł im chyba za skórę. Jack zastanawiał się, w co też mógł wpakować 

się Murphy. Wyglądało na to, że radzi sobie całkiem nieźle.

background image

Rozdział 19.

– Nie ruszaj się – polecił Murphy stanowczym szeptem. Sam zaczaił się za 

dżipem. – Nawet nie oddychaj. Pokiwała głową. Była spięta. Miała serce w gardle. 

Wydawało   się,   że   nawet   ptaki   na   drzewach   umilkły.   Wokół   panował   dziwny 

bezruch. Murphy wyjął broń i starannie namierzył cel.

Letty ukucnęła za samochodem i usiłowała myśleć trzeźwo. Zmysły miała tak 

wyostrzone,   że   najmniejszy   nawet   szmer   wydawał   jej   się   hukiem.   Między 

drzewami   przeleciała   purpurowa   ara.   Jej   kolorowe   skrzydła   odbijały   się   na   tle 

błękitnego nieba i bujnej zieleni dżungli. Ptaki nawoływały się głośnym śpiewem, 

kontrastującym   z panującą   ciszą.   Grube   zielone   liście   falowały   i powiewały   na 

wietrze.   Dzień   był   nieopisanie   piękny.   I pełen   śmiertelnych   niebezpieczeństw. 

Dźwięki pasowały do siebie jak części skomplikowanych puzzli, które w umyśle 

Letty tworzyły całość. Nie pasował tylko jeden dźwięk: ściszone głosy.

Letty   zamarła.   Nie   ruszała   się,   nie   oddychała,   nie   wydała   najmniejszego 

odgłosu. Murphy stał tuż przy niej. On też usłyszał to samo i skierował broń tam, 

skąd dochodził dźwięk. Letty przyjrzała mu się. Wiedziała, że rozważał, jakie mają 

szansę na ucieczkę i jaki mają wybór. Ucieczka albo walka.

Letty doskonale zdawała sobie sprawę, co się z nią stanie, jeżeli ich złapią. 

Przekonała się zeszłej nocy, do czego są zdolni rebelianci. Ze strachu nie była 

w stanie trzeźwo myśleć, ale była na tyle przytomna, żeby szeptać słowa modlitwy. 

Jeżeli ma umrzeć, wolała, żeby stało się to szybko. Nie tyle bała się samej śmierci, 

co procesu umierania.

Przeanalizowała sytuację i zrozumiała, że nie ma szansy na ucieczkę. Utknęli 

nad jeziorem i nie mieli odwrotu. Każdy żołnierz – a nie wiadomo, ilu się tam 

ukrywa – z pewnością jest uzbrojony po zęby. Murphy będzie się bronił, dopóki da 

background image

radę, ale jeden człowiek niewiele może zdziałać. Ona w żaden sposób nie mogła 

mu pomóc. Sobie też nie.

Zaschło   jej   w gardle   i nie   mogła   przełknąć   śliny.   Pomyślała   o Luke’u 

i o swoim ojcu. O babci. Jej umysł był zadziwiająco sprawny, trzeźwy i jasny.

Nagle   w napiętej   ciszy   rozległ   się   stłumiony   szloch,   podobny   do   płaczu 

dziecka. Przerażonego i zagubionego.

– Murphy. – Niezdarnie starała się ubrać. Jakoś wciągnęła sukienkę przez 

głowę i wsunęła ręce w rękawy. – To dziecko.

– Słyszałem. – Ale nadal trzymał broń wycelowaną i gotową do strzału. – 

Wychodź! – zawołał po hiszpańsku.

Letty zmrużyła oczy. Biedactwo było przerażone. Groźny głos Murphy’ego 

nikogo nie zachęciłby do wyjścia z ukrycia.

– Nie zrobimy ci krzywdy – dodała Letty łagodniej, także po hiszpańsku. – 

Jesteś bezpieczny.

Po   tych   słowach   ich   oczom   ukazała   się   śniada   dziewczynka,   na   oko 

dwunastoletnia. Trzymała na ręku niemowlę. Wyszła na polanę, bosa, w porwanym 

ubraniu.   Przypatrywała   się   Letty   dużymi   brązowymi   oczami.   Miała   pusty, 

zmęczony i wystraszony wzrok.

– Boże święty – wyszeptał Murphy, kiedy z krzaków po kolei wyłoniło się 

czworo dzieci. Na oko miały od pięciu do dziesięciu lat.

Były przerażone. Drżały i dygotały. Zbiły się w gromadkę, niepewne, co je 

czeka.

Murphy zadał im kilka pytań, ale najwyraźniej były zbyt przestraszone, żeby 

odpowiadać.

Letty wyszła zza dżipa. Murphy wciągnął spodnie i poszedł za nią.

– Gdzie są wasi rodzice? – spytała Letty najstarszą dziewczynkę.

Młodszy chłopiec, na oko pięcioletni, zaczął szlochać. Dziewczynka, która 

background image

trzymała niemowlę, położyła opiekuńczo dłoń na jego ramieniu.

– Nie wiemy.

– Jak się nazywacie? – spytał Murphy.

Letty   zgromiła   go   spojrzeniem.   I bez   jego   krzyku   dzieci   były   porządnie 

przestraszone.   Najstarsza   dziewczynka   przedstawiła   się   jako   Maria.   Jej   bracia 

nazywali się: Vincente, Esteban, Rico, Dario, a niemowlę – Pablo.

–   Przyszli   żołnierze   –   wytłumaczył   Vincente.   Z jego   ciemnych   oczu   biła 

rezygnacja   i nieufność.   –   Napadli   na   naszą   wioskę   wcześnie   rano.   Mama   nas 

obudziła   i pomogła   nam   uciec   przez   okno...   Powiedziała,   żebyśmy   pobiegli 

i schowali się w dżungli. Tak zrobiliśmy.

– Potem usłyszeliśmy strzały.

– Kiedy żołnierze poszli – powiedziała szeptem Maria. Jej oczy błyszczały 

z przerażenia na wspomnienie tego, co się stało – wróciliśmy, ale w wiosce nikogo 

nie było.

– Wszystkie domy były puste.

– Znaleźliśmy tylko Carlosa, Juana i Ernesto. Nie żyli. – Vincente, który nie 

miał   więcej   niż   jedenaście   lat,   wyprostował   plecy,   jakby   chciał   przez   to 

powiedzieć, że gdyby on tam był, pomógłby uratować mężczyzn. Letty uderzyło to, 

że chłopak beznamiętnie wyliczył trzech zabitych. Wyglądało na to, że żołnierze 

mieli   w zwyczaju   plądrować   wioskę.   Podobne   zdarzenia   były   na   porządku 

dziennym.

–   Pochowaliśmy   ich   najlepiej,   jak   umieliśmy.   –   Maria   zabawiała   małego 

braciszka, podrzucając go delikatnie na biodrze.

– Nikogo nie było? – spytała Letty. – Dokąd mogli ich zabrać żołnierze? – 

Spojrzała na Murphy’ego, oczekując odpowiedzi. Miał doświadczenie. Na pewno 

wie, co robić. Dzieci również zwróciły się ku niemu w oczekiwaniu.

Wzruszył ramionami, jakby to wszystko było dla niego tak samo zagadkowe, 

background image

jak dla nich.

– Na ogół interesują ich tylko mężczyźni.

–  Dlaczego?   –  Letty  zorientowała  się,   że  Murphy  nie  udzieli  odpowiedzi. 

Żadna odpowiedź nie nadawała się dla dzieci.

– Kiedy to się stało? – Murphy nie zwrócił uwagi na jej dociekliwość.

– Trzy dni temu.

– Trzy dni! – krzyknęła Letty. Nic dziwnego, że dzieci były tak wycieńczone. 

– Pewnie umieracie z głodu. – Nie czekając na pozwolenie Murphy’ego, zabrała 

niemowlę z ramion dziewczynki i ułożyła sobie w ramionach. – Kiedy ostatni raz 

to dziecko coś jadło?

Słysząc o jedzeniu, dzieci otoczyły ją jak pisklęta, chroniące się przed burzą. 

Letty   podejrzewała,   że   Murphy’emu   się   to   nie   spodoba,   ale   nie   okazał 

niezadowolenia. Nie sprzeciwił się, kiedy wyjęła ich skromne zapasy.

Dzieci jadły jak zwierzątka. Wpychały, co mogły, do ust i do kieszeni. Letty 

patrzyła na nie z bólem serca. Chciałaby móc dać im więcej. Kiedy skończyły, 

podziękowały jej bladymi, żałosnymi uśmiechami.

Murphy nie przestawał zasypywać dzieciaków pytaniami. Chciał wyciągnąć 

z nich jak najwięcej informacji. W końcu Letty spojrzeniem dała mu znać, żeby 

przestał. Te biedactwa wycierpiały już wystarczająco dużo.

Pomogła im się umyć i uczesać. Przez cały czas zastanawiała się, co zrobić. 

Nie mogli zabrać całej szóstki do San Paulo. Zbyt duże ryzyko. Przede wszystkim 

powinna myśleć o Luke’u. Chciała poradzić się Murphy’ego, ale siedział z dala 

i studiował mapę.

– Vincente! – zawołał po chwili Murphy.

Letty spojrzała na Murphy’ego. Siedział po turecku na piasku. Wokół niego 

cisnęły się Maria i czwórka chłopców. Letty kąpała niemowlaka. Przypatrywała się 

dziewczynce, która patykiem rysowała plan na ziemi. Od czasu do czasu kiwała 

background image

głową, odpowiadając na pytania Murphy’ego. Chłopcy dodawali jakieś szczegóły.

Letty nie mogła zorientować się, o czym rozmawiają. Wiedziała, że dzieci się 

zgubiły. Od kilku dni chodzą, szukając miasteczka, w której mieszka ich babka.

– Mama kazała nam iść do babci. – Maria powstrzymywała łzy. – Babcia 

będzie wiedziała, co robić.

Letty   podeszła   do   gromadki.   Położyła   rękę   na   chudziutkich   ramionkach 

dziewczynki i odgarnęła jej włosy z czoła. To dziecko, w dodatku dziewczynka, 

musiała dźwigać ciężar troski o pięcioro rodzeństwa.

– Wszystko będzie dobrze. – Letty modliła się, żeby to była prawda.

Dziewczynka uśmiechnęła się blado i pokiwała głową.

Letty oderwała się od dzieci i zwróciła do Murphy’ego. Niemowlę przywarło 

do jej biodra, zupełnie jakby spędziło tam większość życia.

–   Co   zrobimy?   –   spytała.   –   Nie   możemy   zabrać   ze   sobą   dzieci.   To   zbyt 

niebezpieczne.

Ich oczy spotkały się.

– To prawda.

– Ale nie możemy ich tutaj zostawić. One zabłądziły. Przymierają głodem i są 

śmiertelnie przerażone.

–  Luke... Myślę,  że nie wytrzyma  długo. – Chciała, żeby  Murphy  znalazł 

odpowiedź, wsparł ją, ale on tego nie zrobił.

– To twoja sprawa – oświadczył stanowczo.

– Moja sprawa. – Letty chciała jakoś zrzucić z siebie ten ciężar. Chodziło 

o życie jej brata. Ale nie mogła zostawić własnemu losowi sześciorga dzieci.

Murphy przyglądał się jej.

– Jesteś gotowa?

– Gotowa?  – Letty spojrzała na dzieci. Dawał jej mało  czasu  na podjęcie 

najważniejszej decyzji w życiu.

background image

– Nie możemy debatować nad tym cały dzień. Zdecyduj się.

Zwróciła twarz ku niebu, wystawiając jaku promieniom słonecznym.

Prawie   nieświadomie   objęła   niemowlaka   ramionami.   Wydał   jej   się 

niesamowicie ciężki.

Murphy nadal się jej przypatrywał.

– Co postanowiłaś?

– Luke jest moim bratem. – Rozpłakała się. Potem jej wzrok padł na pięciu 

chłopców,  braci Marii.  Ciężar  odpowiedzialności  sprawił,  że  wyglądała  o wiele 

doroślej   niż   w rzeczywistości.   Dwunastolatka   musiała   troszczyć   się   o to,   by 

przeżyli.

–  W porządku,   jedziemy   bez  nich  –  zdecydował  Murphy  i ruszył  w stronę 

dżipa.

– Poczekaj!  –  Letty zagryzła dolną wargę. Nie mogła tego zrobić. Murphy 

przystanął.

– Odwieziemy dzieci do babci.

–   Ty   jesteś   szefem.   –   Delikatny   ruch   jego   warg   mógł   być   uśmiechem 

aprobaty,   ale   jeżeli   chodzi   o Murphy’ego,   Letty   niczego   nie   była   pewna.   Był 

najbardziej skomplikowanym mężczyzną, jakiego znała.

Murphy   oszacował,   że   Questo,   miasteczko,   którego   szukały   dzieci,   jest 

oddalone od jeziora o jakieś dwadzieścia pięć kilometrów. Biorąc pod uwagę stan 

tamtejszych dróg, Letty liczyła się z tym, że podróż zabierze im większą część 

dnia. Co oznaczało późniejszy przyjazd do San Paulo.

– Tego oczekiwałby ode mnie Luke. – Wsiadła do dżipa. Wiedziała, że to 

prawda, ale wcale nie było jej łatwiej podjąć decyzję. Była przekonana, że Luke 

jest bliski śmierci. Nie mogła jednak zostawić dzieci własnemu losowi, skoro była 

w stanie im pomóc.

Murphy   wsadził   do   dżipa   dwóch   mniejszych   chłopców.   Ulokował   ich 

background image

pomiędzy Letty a Marią. Starsi jechali na masce i pokazywali, skąd przyszli.

Wyczerpane niemowlę spało w ramionach Letty. Oparło główkę w pobliżu jej 

serca, a tłuste łapki przycisnęło do jej piersi. Trzymanie dziecka sprawiało Letcie 

dziwną   przyjemność.   Kochała   dzieci,   ale   nie   myślała   o tym,   by   zostać   matką. 

Powściągliwość w tej kwestii wiązała się chyba z jej własną matką i nieudanym 

małżeństwem rodziców.

Zresztą nie znalazła jeszcze odpowiedniego mężczyzny.

Oczywiście, był Slim. Oświadczał się jej średnio co pół roku i był nad wyraz 

wyrozumiały. Wiedziała, że prędzej czy później wyjdzie za mąż, ale nie spieszyło 

jej się.

Letty bezwiednie spojrzała na Murphy’ego. Nie miała pojęcia, jak udawało 

mu   się   prowadzić   dżipa   z dwoma   chłopcami   na   masce,   ale   robił   to  doskonale. 

Biedne   dzieciaki   czuły   się   bardzo   ważne   z tego   powodu,   że   siedziały   na   tak 

szczególnym miejscu.

Murphy najwidoczniej poczuł na sobie wzrok Letty, bo spojrzał w jej stronę. 

Nie uśmiechnął się. Chyba nie należał do mężczyzn, którzy robili to często. Na 

swój sposób dał jej do zrozumienia, że pochwala decyzję.

Letty   poczuła   przypływ   tajemniczego   ciepła.   Miała   poczucie   spełnionego 

obowiązku i spokoju. I czułości. Była z mężczyzną, najemnikiem, w gęstej dżungli 

w Zarcero. Trzymała w ramionach dziecko. I nigdy nie czuła się lepiej. Pocałowała 

niemowlę   w pulchny   policzek,   uśmiechnęła   się   łagodnie   do   Murphy’ego 

i odwróciła   wzrok.   Nie   krył,   że   nie   przepada   za   nią,   i odrzucał   jej   przyjaźń. 

Utrzymywał   ogromny   dystans   emocjonalny   w stosunku   do   niej   i do   każdego. 

Mimo to zasługiwał na szacunek. Wrócił po nią, chociaż go zwolniła. Przytulał ją 

i pocieszał.

Murphy nie chciał jej za przyjaciela, ale ona zaczynała myśleć o nim w tych 

kategoriach. Był chyba najlepszym przyjacielem, jakiego miała.

background image

Boczne   drogi   były   w opłakanym   stanie.   Dżip   podskakiwał   na   wyboistej 

szosie. Będą potrzebować całego dnia i pewnie jeszcze pół nocy, żeby pokonać 

pięćdziesiąt kilometrów.

Po południu, kiedy słońce znajdowało się dokładnie nad ich głowami i upał 

był najgorszy, zatrzymali się, żeby odpocząć. Dzieci były wyczerpane i kaprysiły. 

Cała ósemka zjadła wspólnie posiłek, przeznaczony dla dwóch dorosłych osób. 

Potem położyli się w cieniu rozłożystego drzewa. Letty z dziećmi wyciągnęła się 

na chłodnej trawie. Maluchy od razu zasnęły.

Murphy usiadł z daleka od niej i oparł się o pień drzewa. Na kolanach trzymał 

broń.

Letty zorientowała się, że mu się przygląda. Fascynował ją każdy aspekt jego 

osobowości. Był grubiański i niecierpliwy, ale czasem zaskakująco troskliwy.

Nie   uważała   go   za   przystojnego.   Był   zbyt   szorstki,   zbyt   wielki. 

Z kilkudniowym   zarostem   wyglądał   jak   bywalec   teksańskiej   tawerny.   Może 

dlatego wybrał Teksas na swoją siedzibę.

– Kiedy ostatnio spałeś?

– Nie pamiętam.

Wstała i podeszła do niego.

– Jeżeli chcesz, ja będę czuwać, a ty odpocznij.

– Miło z twojej strony, ale dziękuję.

– Jak myślisz, ile jeszcze do Questo?

– Cztery, może pięć godzin. Chyba szybciej byłoby pieszo.

Usiadła na trawie obok niego i skrzyżowała nogi.

– Dlaczego Teksas?

– Teksas?

– Dlaczego  zdecydowałeś się  zamieszkać  w Teksasie,   jeśli  mogłeś  wybrać 

każde inne miejsce na świecie?

background image

Odwrócił od niej wzrok i odpowiedział niechętnie.

– Bo to dom.

– Urodziłeś się i wychowałeś w Boothill?

Zaskoczył ją. Spędziła tam większość życia i myślała, że zna wszystkich.

– Nie.

– Ale kupiłeś tam posiadłość.– Opowiedział dopiero po długiej chwili.

– Te tysiąc akrów należało kiedyś do mojego dziadka – wymruczał, jakby nie 

był pewny, czy powinien jej wyjawiać aż tyle.

– Pana Whiteheada? – Pokręcił przecząco głową.

– O wiele wcześniej przed Whiteheadem. Mój dziad stracił farmę w czasie 

kryzysu, na początku lat trzydziestych. Chciałem mu ją odkupić. To chyba nie 

brzmi zbyt sensownie, bo już dawno nie żyje. Nawet dokładnie nie pamiętam ile 

lat.

– Dobrze się stało. Dzięki twojemu dziadkowi trafiłam na ciebie. Luke też 

będzie mu wdzięczny, kiedy już wywieziemy go z Zarcero.

– Nie mów hop, póki nie przeskoczysz. Jeszcze go nie znaleźliśmy.

– Ale znajdziemy – powiedziała z pewnością w głosie.

– Masz rozpięty guzik. – Murphy wskazał ręką jej sukienkę.

– Tak? – Spojrzała na mały dekolt, utworzony przez rozpięcie. Celowo nie 

zapięła guzika, żeby chłodził ją wiaterek.

– Kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem, byłaś pozapinana po sam czubek nosa.

– Śmieszny jesteś.

Nie odpowiedział. Wiedziała, że mówi prawdę. Sama zauważyła, że przestała 

się przy nim pilnować.

– Jest za gorąco, żeby się zapinać. – Miała nadzieję, że takie wyjaśnienie 

wystarczy. Była w błędzie.

– Nie jest bardziej gorąco niż w Boothill w sierpniu.

background image

Zagryzła wargi. Ku jej zaskoczeniu Murphy ryknął śmiechem.

– Co cię tak śmieszy, jeżeli można wiedzieć?

– Ty. Cholera, kobieto, przecież się kochaliśmy. Wyluzuj się trochę?

Zamrugała  oczami.   Była  wściekła,   że  Murphy  oznajmił  to  przy  dzieciach, 

nawet jeśli spały.

Zagotowało się w niej z oburzenia.

– Chciałabym ci przypomnieć, że nasza jedna i jedyna wspólna noc była ceną, 

jaką zapłaciłam za twoje usługi i niczym więcej.

Murphy zerwał źdźbło trawy i zaczął je od niechcenia żuć. Była pewna, że 

zdziwiła go jej reakcja. Nie była zachwycona, że stała się obiektem jego kpin.

– Byłaby z ciebie niezła laska, gdybyś tylko dała sobie szansę.

– Chcesz powiedzieć, gdybym zadzierała spódnicę przed tobą czy każdym 

napalonym facetem, któremu wpadnę w oko? – wyrzuciła z siebie z wściekłością.

– Nie – odburknął. – Mówię o jednym facecie. A tak w ogóle, to co z tobą jest 

nie   tak?   Widziałem,   jak   przytulasz   to   niemowlę.   Dobrze   ci   z tym.   Już   dawno 

powinnaś mieć męża i wychowywać gromadkę dzieci.

– Nie mam zamiaru omawiać z tobą życiowych planów.

– I z nikim innym, jak przypuszczam. – Od niechcenia żuł trawę, jakby nie 

obchodziło go nic na tym świecie.

Wszystko zepsuł. Cieszyła się tą chwilą spokoju, tą miłą przerwą, a on musiał 

ją zdenerwować. Udało mu się. Miała ochotę wstać i wymierzyć mu policzek, ale 

właśnie tego się po niej spodziewał. A może tego chciał. Upór sprawił, że się nie 

ruszyła.

– Jak było? – Jego głos nabrał zmysłowości. – Kiedy się kochaliśmy?

Letty poczuła, że zalewa ją rumieniec po samą szyję, jak fala powodziowa, 

podchodząca pod wały.

– Mogę pana zapewnić, panie Murphy, że to nie było kochanie się, tylko seks.

background image

– Dobra. I jak ten seks?

Najwyraźniej nie miał zamiaru kłócić się o słowa. Letty bezwiednie zaczęła 

garściami wyrywać trawę. Oddychała głośno i z trudem. Murphy zachichotał lekko.

– Dobrze było, prawda?

– Słucham?

–   Popatrz   na   siebie.   Jesteś   rozpalona   od   samego   myślenia   o tym.   – 

Najwyraźniej bardzo go bawiło, że Letty czuje się niezręcznie.

– Moglibyśmy zmienić temat? – spytała.

– Dlaczego? Bardzo mi się podoba nasza rozmowa. Było ci dobrze. Do diabła, 

złotko, nie ma w tym nic złego. Mnie też było dobrze.

Ich oczy spotkały się.

– Tak?

– O ile pamiętam. – Podrapał się w głowę i zmarszczył czoło. – Nie miewam 

problemów z pamięcią. Albo byłaś najlepszą sztuką, jaka mi się trafiła od lat, albo 

było tak potwornie, że o tym zapomniałem.

Letty miała dość. Zerwała się na równe nogi i zacisnęła pięści.

– Jesteś najbardziej odrażającym i wulgarnym mężczyzną, jakiego znam.  Za 

każdym razem, kiedy zaczynam wierzyć, że potrafisz być szlachetnym i dobrym 

człowiekiem, robisz wszystko, żeby udowodnić, że jest inaczej.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

– Dobrze ci zrobi, jeżeli to sobie zapamiętasz.

– Nie martw się. Zapamiętam.

background image

Rozdział 20.

Marcie ubrana w białe bawełniane spodnie i niebieską koszulkę marynarską 

wypatrywała   przez   okno   samochodu   Clifforda.   Zabierał   ją   dzisiaj   na   mecz 

koszykówki. Spodziewała się go lada moment.

Przez   telefon   usłyszała   wahanie   w jego   głosie,   jakby   spodziewał   się,   że 

wreszcie powie mu coś, czego nie chciał usłyszeć. Obiecała, że będzie gotowa na 

czas. I była. Ciałem. Ale duchem odpłynęła całkiem gdzie indziej. Po raz pierwszy, 

odkąd zaczęła się spotykać z Cliffordem, nie cieszyła się, że go zobaczy.

Potrzebowała czasu, żeby zastanowić się, co zaszło  między nią i Johnnym. 

Przemyśleć  swoje uczucia do niego. Pewnie jest wściekły, że go spławiła. Nie 

promieniał ze szczęścia, ale i nie wrzeszczał. Usiadł przy kuchennym stole i zaczął 

z nią rozmawiać. Opowiedziała mu o Cliffordzie, a on wysłuchał i zrozumiał.

Przed wyjściem pocałował ją delikatnie. Pocałunek był niemal braterski, ale 

niezupełnie.   Trwał   zbyt   długo,   żeby   można   go   było   uznać   za   przejaw 

przyjacielskiego uczucia. Niósł ze sobą cień obietnicy. Dlatego nie mogła zasnąć 

przez całą noc. Z powodu obietnicy. Bo kiedy Johnny coś obiecuje, dotrzymuje 

słowa.

Przez to wszystko cały dzień był dla Marcie pasmem porażek. Nie wiadomo 

dlaczego, farbowane na kasztanowo włosy pani Hampton stały się wściekle rude. 

Pani   Hampton,   długoletnia   klientka,   była   wściekła.   Wściekły   się   również   trzy 

następne klientki, które musiały czekać, aż Marcie stonuje kolor włosów starszej 

pani.

Marcie wiedziała, że wszystkie kłopoty były spowodowane tym, co zaszło 

między nią a Johnnym. Myślała, że jest dość silna, by mu się oprzeć. Ale nie była. 

Wydawało jej się, że wspólna kolacja jak za „starych dobrych czasów” nie jest 

background image

niebezpieczna. Ale była.

Tak bardzo go pragnęła, że nie potrzebował wiele czasu, żeby zaciągnąć ją do 

łóżka. Była przybita tym, że wiedziała, co się stanie, jak tylko zamówili posiłek. I, 

cholera,   prawie   do   tego   doszło.   Przerwała   grę,   ale   było   to   najtrudniejsze,   co 

przyszło   jej   w życiu   zrobić.   Pragnęła   go.   Kochała   go.   Johnny   nie   musiał   się 

wysilać, żeby wróciła do dawnego zwyczaju zadowalania mężczyzn.

Zza rogu wyjechał wielki ford Clifforda i zatrzymał się przed blokiem Marcie. 

Wzięła torebkę i podeszła do drzwi.

Clifford szedł alejką. Przystanął, kiedy ją zobaczył.

– Ładnie wyglądasz. – Pochylił się, żeby pocałować Marcie. Zrobił to trochę 

niezdarnie. Jego usta musnęły krawędź jej warg i policzek.

Clifford był postawnym mężczyzną – wysokim i krzepkim, ale nie grubym. 

Miał na sobie strój do gry w kosza i ochraniacze. Na plecach bluzy w niebieskie 

pasy duże czerwone litery tworzyły napis „Hydraulicy Kansas”.

Spod   czapki   wystawał   mu   kosmyk   gęstych,   niesfornych   włosów.   Marcie 

stwierdziła, że należałoby je przystrzyc. Tak się właśnie poznali. Któregoś późnego 

piątkowego   popołudnia   Clifford   zjawił   się   w salonie   fryzjerskim.   Chciał   się 

ostrzyc.   Jego   fryzjer   przeszedł   na   emeryturę,   a on   nie   mógł   znaleźć   innego 

w pobliżu. Marcie miała już zamykać, ale go przyjęła.

Na fotelu w salonie piękności czuł się nieswojo, więc Marcie zagadywała go, 

żeby   się   nieco   odprężył.   Była   zaskoczona,   kiedy   zaprosił   ją   na   kolację. 

Zastanawiała   się,   czy   nie   zaskoczył   samego   siebie.   Zaproszenie   wypowiedział 

w niezwykłej formie. „Nie sądzę, żeby miała pani ochotę wybrać się ze mną na 

kolację?” Był chyba zaskoczony i zadowolony, kiedy się zgodziła.

Wkrótce   zaczęli   się   spotykać   regularnie.   Clifford   był   inny   niż   mężczyźni, 

z którymi umawiała się do tej pory. Nie był słodki ani skomplikowany. Nie miała 

wielkiego doświadczenia z robotnikami. Clifford był normalnym miłym facetem.

background image

–   Jak   się   udała   kolacja   z przyjacielem?   –   spytał   od   niechcenia,   prawie 

obojętnie.

Marcie nie była głupia. Zaniepokoiła go randką z Johnnym.

– Dobrze. – Chciała uciąć rozmowni uniknąć pytań. Przecież nie mogła mu 

powiedzieć, że była tak napalona na Johnny’ego, że prawie zdarła z siebie ubranie, 

bo tak jej się śpieszyło, żeby się z nim kochać.

– Dokąd poszliście?

Miała   nadzieję,   że   o to   nie   spyta.   Westchnęła   w duchu.   Restauracja   „U 

Cattlemana”   była   jedną   z najdroższych   w mieście.   Chciała   skłamać   albo 

powiedzieć,   że   nie   pamięta.   Pokusa   była   silna,   ale   na   początku   ich   związku 

obiecała sobie, że nigdy go nie okłamie ani nie będzie naciągać faktów.

Prawda była zadziwiająco elastyczna. Marcie czasami mogłaby ją naciągnąć 

do księżyca i z powrotem, nie mrugnąwszy powieką. Ale już z tym skończyła.

– „U Cattlemana”.

Clifford gwizdnął cicho.

– Twój przyjaciel musi być bogaty.

– Chyba tak.

– A jakie jedzenie?

Spodziewała się, że Clifford będzie ciekawy. To całkiem naturalne. Nie była 

jednak gotowa na krzyżowy ogień pytań, jak w sądzie. Wahała się odrobinę za 

długo, bo spytał ponownie:

– Pytałem o jedzenie. Dobre?

Mówiąc prawdę, przełknęła tylko parę kęsów.

– Przepyszne.

– Tak mówią. Słyszałem, że filiżanka kawy kosztuje tam co najmniej pięć 

dolców. – Otworzył jej drzwi samochodu, a ponieważ stopnie były wysokie, podał 

jej ramię.

background image

Okrążył samochód i usiadł obok niej w kabinie. Włączył silnik, patrząc prosto 

przed siebie. Nagle oznajmił:

– Ja nigdy nie będę bogaty, Marcie.

– Johnny jest tylko moim przyjacielem – wymruczała i natychmiast poczuła 

się winna, bo Johnny był dla niej kimś więcej niż kumplem. Powiedziała tak, bo nie 

chciała zranić Clifforda, ale wiedziała, że już to zrobiła.

– Długo go znasz? – spytał na pierwszym czerwonym świetle.

–   Kilka   lat.   Powiedziałam   Johnny’emu,   że   teraz   spotykam   się   z tobą. 

Stwierdził, że chyba jesteś porządnym facetem i że się cieszy.

Wyraz twarzy Clifforda nie zmienił się. Marcie zauważyła, że zacisnął dłonie 

na kierownicy.

– Zobaczysz się z nim jeszcze?

Uświadomiła sobie, że właśnie w tym tkwi problem. Czy zobaczy się jeszcze 

z Johnnym? Postanowiła być uczciwa.

– Nie wiem.

Clifford spojrzał na Marcie. Miała wrażenie, że świdruje ją oczami na wylot.

– Tak naprawdę chcę cię spytać, czy masz ochotę jeszcze się z nim spotkać.

Pierwsze pytanie było trudne, ale drugie okazało się beznadziejne. Wyjrzała 

przez   okno.   Chciała   być   szczera   nie   tylko   wobec   Clifforda,   ale   i wobec   siebie 

samej.

Prawda przyprawiła ją niemal o mdłości. Chciała się spotkać z Johnnym. Był 

jak deser: kuszący, pociągający, ale dla niej niezdrowy.

Pojawiał się w jej życiu i znikał jak cień. Był dla niej szczodry, ale nie należał 

do   mężczyzn,   których   interesuje   stały   związek.   Nigdy   też   nie   wyraził   chęci 

założenia rodziny. Marcie nie miała zamiaru przepraszać za to, że chce być żoną 

i matką.

– Marcie? – ponaglił ją zniecierpliwiony Clifford.

background image

– Nie wiem – przyznała żałośnie. – Po prostu nie wiem.

Clifford zamilkł. Chciała, żeby czuł się pewnie. Żeby wiedział, że to o nim 

myśli  poważnie.  Ale  przecież   nie  mogła   mu  powiedzieć,  że  chociaż  szaleje   za 

Johnnym, ten związek jest skazany na niepowodzenie.

Clifford zaparkował ciężarówkę na boisku do koszykówki. Kilku zawodników 

z drużyny urządziło na trawie rozgrzewkę.

Wyłączył silnik, ale nie zdjął ręki ze stacyjki.

–   Nie   mogę   powiedzieć,   żebym   się   cieszył,   że   chcesz   się   spotkać   z tym 

facetem.

Nie oczekiwała, że Clifford będzie z tego powodu zadowolony. Sama nie była 

zbyt szczęśliwa.

– Chciałabyś, żebym zniknął z twojego życia na dobre?

–   Nie  –  powiedziała   automatycznie,   zdecydowanie.   Nie   chciała   stracić 

Clifforda. Z drugiej jednak strony chciała być wobec niego uczciwa. Chociaż nie 

poczyniła żadnych planów w związku z Johnnym, spodziewała się, że wróci. Oboje 

o tym wiedzieli.

Ciemne oczy Clifforda zatrzymały się na oczach Marcie.

–  Może   powinnam  zostawić   tę  decyzję  tobie?   –  zasugerowała,   przerażona 

brakiem silnej woli. Nie mogła mu obiecać, że nie spotka się ponownie z Johnnym. 

Reakcja Clifforda zdecyduje o dalszych losach ich związku.

Oczywiście mogła skłamać i powiedzieć mu to, co chciał usłyszeć. Zawsze 

mogła   nakarmić  go  bajkami,  jakimi   sama   wiele  razy  była  częstowana.  Ale  nie 

chciała   tego   robić   jedynemu   porządnemu   i dobremu   mężczyźnie,   z jakim   się 

spotykała.

Clifford wziął głęboki oddech i długo wstrzymywał powietrze w płucach.

1Przypuszczam, że wszyscy autorzy poradników kazaliby mi pozostawić ci 

wybór – powiedział w końcu. – On albo ja... czy coś w tym rodzaju. Obawiam 

background image

się,   że   jeśli   tak   postawię   sprawę,   wybierzesz   jego.   –   Przerwał   i wypuścił 

powietrze. – Pewnie przez następne dziesięć lat nie będzie mnie stać na to, 

żeby   zaprosić   cię   na   kolację   do   Cattlemana.   Rozbudowuję   firmę,   myślę 

o przyszłości i nie mam zbyt wiele pieniędzy na rozrywki.

– Clifford, nie chodzi o to, że on jest bogaty.

– Wiem – rzucił szorstko. – Pewnie też wygląda o niebo lepiej ode mnie. – 

Nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi ciężarówki i wyskoczył.

Mimo że był dotknięty i wściekły podszedł do drzwi i podał Marcie rękę. Miał 

rację. Johnny wyglądał od niego o wiele lepiej. Ale mężczyzn ocenia się nie tylko 

po wyglądzie. Gdyby tylko wiedziała, jak...

Rozdział 21.

Letty obudziła się o świcie. Murphy siedział przy małym ogniskiem i grzał 

wodę na kawę. Usiadła, wyciągnęła ręce wysoko nad głowę i przeciągle ziewnęła.

Dzieci, przytulone do siebie, spały koło niej spokojnie, niewinne jak baranki. 

Były wyczerpane przeżyciami.

Rozczuliła się, kiedy na nie spojrzała.

Jej wzrok padł na dżipa, który z nieznanych przyczyn odmówił posłuszeństwa. 

Murphy przez dwie godziny usiłował znaleźć i naprawić usterkę, ale w końcu się 

poddał. Według jego obliczeń znajdowali się osiem kilometrów od Questo. Mogło 

się jednak okazać, że się myli.

Na odwiezienie dzieci do babci poświęcili o wiele więcej czasu i wysiłku, niż 

przewidywała Letty. Myślała, że do tej pory zdążą przekazać dzieci i będą wracać. 

Okazało się, że muszą spędzić noc w dżungli. Serce łomotało jej ze strachu na myśl 

o tym, co się stanie z Lukiem, jeżeli nie dotrze na czas.

background image

Miała dosyć Murphy’ego. Chciała, żeby zniknął z jej życia. Samo patrzenie na 

niego, na jego uśmieszek, przyprawiało ją o mdłości. Był pozbawiony wszelkich 

zasad moralnych. Znosiła go ze względu na Luke’a, ale nie będzie go tolerować ani 

chwili dłużej, niż to konieczne.

Poprzedniej   nocy,   kiedy   zdecydowali,   że   przeczekają   w dżungli   do   rana, 

Murphy polecił jej rozbić obóz, a sam się ulotnił, zostawiając ją z dziećmi.

Godzinę   później   wrócił   z dwoma   legwanami   i oznajmił,   że   to   będzie   ich 

kolacja. Letty słyszała, że mięso legwanów reklamuje się jako najbardziej zbliżone 

w smaku do kurczaka, ale nigdy go nie próbowała.

Pieczone okazało się pyszne. Po wieczornym posiłku z miejsca zasnęła i spała 

jak zabita aż do rana.

Wzięła  plecak   i oddaliła  się   od  polany  w stronę  drzew,  żeby  się   przebrać. 

Popełniła błąd, zakładając sukienkę, i chciała go naprawić.

Wróciła w spodniach i koszulce.

– Jest jeszcze gorąca woda, jeżeli chcesz kawę. – Usiadł przy małym ognisku. 

Obrócił kubek parę razy w dłoniach, a potem podniósł go do ust.

– Dziękuję, nie chcę – odpowiedziała obcesowo.

– Doskonale, Wasza Wysokość.

Nabijał się z niej i wiedziała o tym. Najlepiej było go zignorować. Musiała 

jednak poruszyć kłopotliwą dla niej sprawę.

– Obawiam się, że mogłeś mnie źle zrozumieć – zaczęła.

Obrzucił ją obojętnym spojrzeniem.

– Tamtego ranka... kiedy... kiedy kąpaliśmy się w jeziorze... ja... chyba można 

powiedzieć, że wypłakiwałam ci się na ramieniu.

– Można powiedzieć. – Podniósł do ust kubek i pociągnął łyk kawy.

– Boję się, że mogłeś pomyśleć, że mnie podniecasz.

– Fizycznie?

background image

– Tak – odpowiedziała szybko. Może za szybko.

Kącik jego ust uniósł się w uśmiechu.

– I to cię martwi, prawda?

–   Niezupełnie.   Ale   pomyślałam,   że   lepiej   tę   sprawę   wyjaśnić.   –   To   było 

trudniejsze,   niż   przypuszczała.   Wcale   jej   nie   pomógł,   ale   wiedziała,   że   w tej 

kwestii nie należy oczekiwać od niego pomocy.

– Czego się boisz, kochanie?

Chciała mu zwrócić uwagę, żeby nie zwracał się do niej czule. Jego słowa nie 

były szczere. Powstrzymała się jednak.

– Jestem pewna, że jest na świecie mnóstwo kobiet, które... dla których byłbyś 

pociągający, ale ja do nich nie należę. Nie chciałam cię obrazić.

Uniósł brwi, jakby się zastanawiał, czy mówi szczerze. Kąciki ust drżały mu 

z wysiłku, żeby ukryć uśmiech.

– Nie gniewam się.

Miała   wrażenie,   że   Murphy   zaraz   ryknie   śmiechem.   Całe   to   zdarzenie   to 

skutek zbiegu okoliczności.

– Rozumiem doskonale, jednak...

– Co? – ponagliła, bo nie śpieszył się, żeby dokończyć zdanie.

– Jak wytłumaczysz tę noc, zanim wyjechaliśmy z Boothill?

Zesztywniała.

– Co masz na myśli?

–   Mam   ci   przeliterować?   Chyba   byłaś   na   mnie   mocno   napalona.   Chcesz, 

żebym podał ci szczegóły?

Letty najeżyła się.

– Niekoniecznie.

– Tak myślałem. – Wylał resztkę kawy na ogień. Płonące drewno zasyczało. 

Murphy wstał.

background image

– Lepiej obudź dzieci. Przed nami długa droga. – Letty odwróciła się, żeby 

wykonać polecenie.

– A przy okazji – rzucił, zatrzymując ją – masz zapięty guzik u bluzki.

Odruchowo   chwyciła   za   guzik,   zanim   dotarł   do   niej   sens   jego   uwagi. 

Wściekła odwróciła się na pięcie tak szybko, że omal się nie przewróciła.

Obudziła dzieci, nakarmiła je i przygotowała do drogi.

Zdziwiła się, bo Murphy wziął niemowlę na ręce. Brzdąc nie protestował. Był 

tylko zaciekawiony i przyglądał się Murphy’emu szeroko otwartymi oczami.

Maszerowali w milczeniu. Dotarli na przedmieścia Questo zmęczeni, brudni 

i głodni.

–   Nasza   babcia   mieszka   przy   sklepie   spożywczym   –   poinformowała 

Murphy’ego   Maria.   Ze   wzgórza,   na   którym   się   znajdowali,   widać   było   sporą 

miejscowość. Na pewno była tam poczta. Porównując liczbę fabryk, Letty doszła 

do   wniosku,   że   musi   w nim  mieszkać   tyle  ludzi,   co  w Boothill   –  około   pięciu 

tysięcy.

Murphy oddał małego Letty.

– Poczekaj tutaj z dziećmi – polecił.

–   Gdzie   idziesz?   –   Zacisnął   usta   i Letty   domyśliła   się,   że   nie   jest 

przyzwyczajony, żeby tłumaczyć się ze swoich poczynań. Nie obchodziło jej to. 

W końcu to ona finansowała wyprawę.

– Najpierw sprawdzę, czy jest tu babcia dzieciaków.

Letty cały czas się nad tym zastanawiała.

– Po drugie, należałoby sprawdzić ulice, zanim zaczniemy nimi paradować.

Kolejny punkt.

–   W miasteczku,   w której   ostatnio   byliśmy,   nie   zyskaliśmy   przyjaciół   – 

przypomniał jej.

To również była prawda. Murphy nie zdradził, co wysadził w powietrze, ale 

background image

po sile wybuchu domyślała się, że musiało to być coś dużego. Coś ważnego, czego 

kapitan Norte nie puści płazem.

– Co jeszcze chcesz wiedzieć? – Z jego oczu biła niecierpliwość.

– Nic – odpowiedziała. Odwrócił się i zaczął oddalać. Letty zrobiła krok do 

przodu i krzyknęła: – Murphy! Uważaj na siebie!

Rzucił jej przez ramię filuterny uśmiech i zaczął zbiegać z góry.

– Wrócę, ani się obejrzysz.

Zniknął.

Minęła godzina, potem dwie.

Po ostatnim incydencie, kiedy Letty zignorowała jego polecenia, bała się na 

własną rękę dociekać, co się z nim dzieje. Coś się jednak musiało stać.

Murphy chciał tylko sprawdzić miasto. Ze względów bezpieczeństwa.

– Pani mężczyzna zniknął na długo – zauważyła Maria, kiedy słońce zbliżało 

się do zenitu.

Letty nie poprawiła dziewczynki. Murphy nie był jej mężczyzną. Mimo to 

martwiła się. Co się mogło stać? Możliwości było dużo. Mogli go schwytać, zabić, 

mógł być ranny, nieprzytomny, mógł umierać.

– Ja pójdę – zaoferował się Vincente.

– Nie – sprzeciwiła się Letty.

– Jestem chłopakiem. Nikt mnie nie będzie o nic pytał. Nikt mnie nie zauważy 

– tłumaczył. – Zawsze chodzę na zwiady.

– To prawda – potwierdziła Maria.

Letty, niezdecydowana, zagryzła dolną wargę. Jeżeli Murphy się dowie, że 

wysłała dziecko do miasta, żeby go szukało, zamorduje ją. Ale jest inne wyjście?

Dzieci czekały, aż podejmie decyzję. Czuła się zagubiona. Zamknęła oczy 

i zaczęła się modlić, zwracając się do Boga o pomoc.

– Dobrze – wyszeptała w końcu. – Ale bądź ostrożny.

background image

Maria zachichotała.

– To samo powiedziała pani swojemu mężczyźnie.

Następna godzina dłużyła się Letty jak cały rok. Dreptała nerwowo, martwiła 

się   i denerwowała.   Dzieci   też   były   niespokojne,   sprzeczały   się   między   sobą, 

rozdrażnione i poirytowane. Letty wiedziała, że udzieliły im się jej obawy. Było jej 

przykro z tego powodu, ale nie mogła tego zmienić.

Kiedy straciła już nadzieję, wrócił Vincente z niską, przysadzistą kobietą.

Gdy dzieci ją zobaczyły, wyciągnęły ręce i podbiegły do niej, wołając:

– „Babciu!”.

Kobieta   musiała   pokonać   strome   zbocze   i ciężko   oddychała.   Ubrana   była 

w białą   bluzkę   i czarną   spódnicę.   Włosy   miała   upięte   w ciasny   kok,   a twarz 

czerwoną z wysiłku. Usiadła na dużym kamieniu, żeby złapać oddech. Dzieciaki 

mówiły wszystkie naraz. Nawet niemowlę wydało z siebie przeraźliwy wrzask.

Babcia   przytuliła   i wycałowała   każde   z dzieci,   a potem   wzięła   na   ręce 

malucha i przytuliła do siebie. Pulchne łapki objęły szyję kobiety.

Letty chwyciła Vincente za ramiona.

– Dowiedziałeś się, co z Murphym?

Chłopiec spojrzał wymownie w stronę babki.

– Babciu. – Letty nie wiedziała, jak się do niej zwracać.

–   Pani   mężczyzna...   –   Starsza   kobieta   w dalszym   ciągu   miała   kłopoty 

z oddychaniem. Otarła pot z twarzy białą chusteczką. – Stała się najgorsza rzecz.

Letty zamarło serce.

– Najgorsza rzecz?

– Dotarł do miasta w chwili, kiedy miejscowa policja dostała meldunek, że 

poszukuje   się   dwojga   Amerykanów,   mężczyzny   i kobiety.   –   Przerwała.   Miała 

ciemne i poważne oczy. – Komendant policji jest człowiekiem sumiennym. Stara 

się   przypodobać   siłom,   które   chcą   dojść   do   władzy   w naszym   kraju.   Kiedy 

background image

otrzymał   sygnał,   że   na   tym   terenie   przebywają   Amerykanie,   zamierzał   wysłać 

patrol.   –   Przerwała,   żeby   zaczerpnąć   powietrza.   –   Dwóch   oficerów   odmówiło 

przyłączenia się do patrolu, dopóki nie dostaną zimnego piwa. Pech, że w kantynie 

natknęli się na pani przyjaciela.

– Murphy poszedł do kantyny?! – krzyknęła Letty z oburzenia. Najwyraźniej 

miał ciągotki do tego typu lokali i słabość do kobiet, które się tam pojawiały. Na 

samą myśl o tym, że Murphy trzyma w ramionach i całuje jakąś kobietę, zawrzała 

w niej krew.

Znowu to zrobił. Zostawił jaz sześciorgiem dzieci na tym skwerze, żeby się 

zamartwiała, a sam zaspokajał swoje pragnienie i seksualne żądze.

– Gdzie teraz jest? – spytała bez ceregieli.

– W wiezieniu.

Niech sobie tam zgnije. Była tak wściekła, że nie mogła ustać na nogach.

–   Poprosiłam   przyjaciela,   żeby   dostarczył   mi   wszelkich   możliwych 

informacji.   –   Oczy   kobiety   pociemniały   ze   smutku.   –   Powiedział   mi,   że 

o schwytaniu pani męża powiadomiono człowieka, który nazywa się kapitan Norte.

Letty przycisnęła palce do ust, żeby powstrzymać jęk.

– Podobno kapitan jest bardzo zadowolony. Z pewnością zjawi się przed nocą.

– O, nie. – Letty usiadła na kamieniu. Starała się skupić myśli.

– Ale to nie koniec złych wieści – ciągnęła grzecznie starsza kobieta. – Pani 

mąż wywołał bójkę.

– Jest ranny? – Letty rozpłakała się. Zachowanie Murphy’ego było karygodne, 

ale   nie   chciała,  żeby  cierpiał.  W końcu  przyjechał   do  Zarcero,  żeby  pomóc  jej 

odnaleźć Luke’a.

– Tego nie wiem. – Na ustach kobiety malował się delikatny uśmiech. – Ale 

podobno dwaj mężczyźni ucierpieli bardziej niż pani mąż.

– Muszę  go wyciągnąć z więzienia. – Letty celowo powiedziała to głośno 

background image

i stanowczo. – I muszę to zrobić, zanim zjawi się tu kapitan Norte.

Kobieta położyła ręce na ramionach dwojga starszych dzieci. Moja rodzina 

i ja zrobimy wszystko, żeby pani pomóc.

Murphy wypluł krew i poruszył szczęką w przód i w tył, żeby sprawdzić, czy 

jest cała. Nie było z nim tak źle. Dołożył więcej, niż sam oberwał. Nieźle, biorąc 

pod uwagę fakt, że było dwóch na jednego, a potem trzech. Do więzienia musiało 

go doprowadzić pięciu mężczyzn.

Miał pecha. Był w mieście  tylko dziesięć minut,  kiedy do kantyny weszło 

dwóch   miejscowych   policjantów.   Nie   przejął   się   nimi.   Nie   interesowali   go 

przedstawiciele   lokalnej   władzy,   tylko   rebelianci,   którzy   przejęli   kontrolę   nad 

armią.   W prowincjonalnych   miasteczkach   trudno   było   zgadnąć,   w którą   stronę 

wieje polityczny wiatr. W Questo znaleźliby się i lojaliści.

Murphy jednym okiem spoglądał na policjantów i starał się nie zwracać na 

siebie uwagi. Niestety, miał niewielkie szansę. Mężczyźni szli w jego stronę. Nim 

się połapał, został otoczony i wsadzony do miejskiego więzienia.

Więzienie,   zbudowane   z cegieł,   składało   się   z jednego   wielkiego 

pomieszczenia,   podzielonego   grubymi   metalowymi   kratami   na   trzy   cele.   Pod 

ścianą stały dwa biurka dla dozorców, którzy bez przerwy pilnowali więźniów.

Murphy starał się nie myśleć o Letty, która siedziała na wzgórzu i czekała na 

jego powrót. Miał nadzieję, że jest na tyle rozsądna, że nie zrobi czegoś głupiego. 

Na przykład nie pójdzie go szukać. Ale możliwe, że będzie chciała wyjaśnić, co się 

stało.

Nie miała cierpliwości. To nie była jedyna jej „zaleta”. Była powściągliwa 

i układna. Musiał się bardzo pilnować, żeby nie pocałować jej z samego rana, kiedy 

spała.

Oznajmiła, że w ogóle jej nie pociąga. A świnie pewnie latają. Pragnęła go, 

była tylko zbyt dumna, żeby się do tego przyznać. I zbyt naiwna. Nie wiedziała, co 

background image

się z nią dzieje. Na pewno nie podobały jej się te uczucia.

Nie tylko jej. Murphy chciał się z nią kochać jeszcze raz. Wiedział, że lepiej 

nie mieszać interesów z przyjemnościami, ale ta misja była nietypowa.

Letty   nieświadomie   stała   się   najbardziej   ponętną   kobietą,   jaką   znał. 

Murphy’emu niełatwo było się do tego przyznać i pewnie by tego nie zrobił, gdyby 

nie siedział w więzieniu. Tutaj miał za dużo czasu na myślenie. Pożądał jej i to 

prowokowało   go   do   ujawnienia   nie   najlepszej   strony   osobowości.   Był   dla   niej 

okrutny, bo chciał ją przerazić i ukarać za to, że tak strasznie jej pragnął. Wcale nie 

był   zachwycony   tym,   że   go   pociąga.   Nie   bawiło   go   to,   że   omotała   go   siostra 

misjonarza.   Jak   żadna   inna   kobieta.   Nagle   drzwi   więzienia   otworzyły   się   i do 

pomieszczenia   wszedł   głupkowato   wyglądający   strażnik.   Był   niski,   a brzuch 

wylewał mu się poza pasek od spodni. Rzucił tylko przelotne spojrzenie w stronę 

Murphy’ego, który w ogóle nie zwrócił na niego uwagi.

Dwóch   strażników   rozmawiało   po   hiszpańsku.   Słowa   płynęły   jak   rwący 

potok, mimo to Murphy’emu udało się zrozumieć prawie wszystko. Moose – Gut 

został wyznaczony do tego, żeby pilnować więźnia, dopóki nie przybędzie jakiś 

ważny człowiek. Kapitan. Oby nie Norte, pomyślał Murphy.

Pierwszy  policjant wyszedł. W umyśle  Murphy’ego zaczął się  rodzić plan. 

Strażnik nie wyglądał na rozgarniętego i ruszał się jak żółw.

Murphy jęknął, chcąc wybadać sytuację.

Strażnik nie zwrócił na niego uwagi.

Murphy chciał poprosić, żeby wezwano lekarza. Wtedy drzwi otworzyły się 

po raz drugi. Szczupła, wysoka kobieta wniosła dwie tace z jedzeniem. Jedna była 

pewnie dla strażnika, druga dla niego. Zdziwił się, bo posiłek wyglądał apetycznie. 

Zachęcająca   zielona   sałatka   warzywna,   smażona   fasola,   ciepła   tortilla,   ryż 

i kurczak. Zaczęła mu cieknąć ślinka.

Funkcjonariusz spojrzał na Murphy’ego, założył sobie serwetkę za kołnierz 

background image

koszuli   i zabrał   się   do   jedzenia.   Murphy   patrzył   z niesmakiem,   jak   ten   wieprz 

pochłaniał obie porcje.

Po dwudziestu minutach drzwi wejściowe znowu się otworzyły. Murphy leżał 

na   pryczy,   z rękami   pod   głową   i patrzył   w sufit.   Z czystej   ciekawości   zerknął 

w stronę drzwi.

Zatkało go. Mało nie spadł z łóżka. W drzwiach stała Letty. Tylko inaczej 

ubrana niż wtedy, gdy ją zostawiał.

Przebrała się za dziwkę.

Rozdział 22.

Murphy nie miał pojęcia, co jej strzeliło do głowy. Nie podobało mu się to. 

Ledwie się powstrzymał, żeby nie wstać i nie spytać jej, co tutaj robi. Usiadł na 

łóżku i patrzył zaskoczony, jak Letty powoli wchodzi do więzienia.

Miała na sobie typowy strój z Zarcero. Biała nylonowa bluzka była o kilka 

rozmiarów   za   duża.   Głęboki   dekolt   odsłaniał   górną   część   pięknych   piersi. 

Falbaniasta   spódnica   sięgała   do   pół   łydki.   Podciągnięta   z jednej   strony   i spięta 

czerwonym kwiatem ukazywała niemałą część smukłego uda. Włosy opadały jej na 

ramiona   niczym   jedwabisty   wodospad.   Zmysłowo   wydęła   czerwone   usta. 

Trzymając rękę na biodrze, wolnym krokiem podeszła do biurka i stanęła na wprost 

grubego strażnika.

Murphy   zauważył,   że   Letty   unika   jego   spojrzenia.   Nie   patrzyła   też   na 

funkcjonariusza. Utkwiła wzrok w dwóch pustych tacach po posiłku. Na jej twarzy 

pojawił się leniwy, spokojny uśmiech.

– Czego pani chce? – warknął strażnik.

–   Zostawili   pana   samego,   co?   –   powiedziała   doskonale   po   hiszpańsku.   – 

background image

Zawsze zwalają na pana brudną robotę, a sami leżą do góry brzuchem.

– Kim pani jest? – spytał, mniej wrogo.

–   Przyjaciółką.   –   Jej   głos   był   niski   i przekonujący.   –   Chciałabym   zostać 

bardzo dobrą przyjaciółką.

Chyba nie była aż tak naiwna, żeby myśleć,  że zdoła wyłudzić klucze od 

strażnika.

– Potrzebuję przyjaciela. Pan ma mnóstwo czasu, żeby się zabawić. – Jej głos 

stał się uwodzicielski. – Zrobię wszystko, co pan zechce. – Pochyliła się i oparła 

dłonie na biurku. Piersi o mało nie wypadły jej z głębokiego dekoltu.

Murphy zerwał się z pryczy niczym odpalony granat. Zaczął walić rękami 

w metalowe kraty. To była niebezpieczna gra. Przypuszczał, że Letty jeszcze nie 

zna jej zasad.

– Możemy się nieźle zabawić – ciągnęła. – Tylko my dwoje. Tak jak pan 

chce.   –   Wyprostowała   się   i położyła   na   biurku   bosą   stopę.   Powoli   zaczęła 

podciągać   rąbek   spódnicy.   Miała   długie,   smukłe   i zgrabne   nogi.   Strażnik   był 

najwyraźniej   pod   wrażeniem   gładkiej   białej   skóry.   Murphy   był   nie   mniej 

oczarowany. Wiedział, że Letty jest piękna, ale zapomniał, jak piękna.

Strażnik się oblizał, a Letty szybko zdjęła nogę z biurka.

– Później. – Gruby mężczyzna jeszcze się wahał.

Odwróciła się tak szybko, że rozwiały jej się włosy. Westchnęła żałośnie.

– Później jestem zajęta, za to teraz mam mnóstwo czasu.

Strażnik walczył ze sobą.

– Delma mi powiedziała, co pan lubi najbardziej.

Zaśmiał się nerwowo i niezdarnie poruszył na krześle.

– Nie... nie masz nic przeciwko?

– Nie – powiedziała z przekonaniem, ponownie zwilżając usta.

Murphy   nie   dosłyszał,   co   wyszeptała   później,   ale   wystarczyło   mu   to,   co 

background image

zrozumiał. Letty najwyraźniej udawała, że preferencje seksualne strażnika są jej 

specjalnością. Otarł ręką twarz. Nie mógł uwierzyć, że zdobyła się na coś takiego.

– Ile? – Strażnik podejrzliwie zmierzył ją wzrokiem.

Mięśnie   Murphy’ego   napięły   się.   Nie   miał   zamiaru   znosić   tej   sceny   ani 

minuty dłużej.

Letty   podała   cenę.   Bluzka   ześlizgnęła   jej   się   z ramienia.   Poprawiła   ją 

nerwowym ruchem. Wtedy przypomniała sobie, jaką gra rolę. Zadarła podbródek 

i pozwoliła, by bluzka znowu się zsunęła.

Gdyby   Murphy   mógł   się  zdobyć  na  obiektywny   osąd,   nazwałby  tę  robotę 

najgorszą grą aktorską, jaką kiedykolwiek widział. Zgadzało się tylko jedno. Miała 

ciało gwiazdy filmowej – młode, jędrne i ponętne. Gdyby nie pewne zahamowania, 

byłaby prowokująca. Zauważył to już wcześniej, kiedy spotkali się po raz pierwszy 

w Boothill. Murphy intuicyjnie wyczuwał, że pod skorupą obojętności kryła się 

gorąca kobieta z krwi i kości.

Mimo   że   była   to   tylko   gra,   Letty   zrobiła   na   Murphym   wrażenie.   Był 

zauroczony jej gładkim, czarującym ciałem, tak samo jak strażnik.

Poczuł przypływ pożądania. Letty przechadzała się po izbie, zręcznie unikając 

pieszczot strażnika. Murphy nie wiedział, co chce przez to osiągnąć. Nawet nie 

chciał wiedzieć. To było to idiotyczne. Jeśli myślała, że uda jej się zapanować nad 

mężczyzną, który waży trzy razy tyle, co ona, czekają bolesna nauczka.

Murphy po raz kolejny rozważył możliwość ucieczki, chociaż zrobił to już 

z tysiąc   razy.   Za   kilka   minut   Letty   będzie   się   darła   w niebogłosy   i wzywała 

pomocy. Chyba jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy.

Spojrzał na strażnika i zobaczył, że chodzi za nią po pokoju, jakby bawił się 

w kotka i myszkę. Potem podszedł do drzwi i przekręcił zamek.

– Och, ty mój – gruchała Letty. – Jesteś już duży i silny.

Murphy zacisnął palce na stalowych kratach. Jeżeli ta świnia strażnik spróbuje 

background image

jej dotknąć, przysięga, że go zabije.

–   Jesteś   gotowy   na   najważniejszą   chwilę   w życiu?   –   wyszeptała   Letty, 

prowadząc go do otwartej celi. Obejrzała się za ramię.

Murphy’emu wydawało się, że strażnik idzie za nią nieco chwiejnym krokiem. 

Nie spuszczał  z nich oczu.  Miał wrażenie, że  zaraz go rozsadzi.  Że za  chwilę, 

eksploduje.   Tych   dwoje   tańczyło   wokół   siebie.   Spódnica   Letty   ocierała   się 

o spodnie strażnika, a jej piersi dotykały torsu mężczyzny.

Strażnik chciał jej dotknąć, ale Letty roześmiała się i prześlizgnęła koło niego. 

Nagle mężczyzna zachwiał się, przewrócił oczami i runął twarzą do ziemi. Tak 

jakby w jednej chwili opuściły go siły.

Letty zamknęła oczy i z ulgą przycisnęła rękę do piersi.

– Dzięki Bogu – wyszeptała.

– Do cholery, co się stało?! – wrzasnął Murphy.

Letty przytknęła palec do ust i szybko wyszła z celi. Pośpiesznie przeszukała 

szuflady   i wyjęła   klucze.   Zamknęła   funkcjonariusza   w celi   i wypuściła 

Murphy’ego.

– Musimy się stąd wydostać – wyszeptała gorączkowo. – Norte tu jedzie.

– Cholera. – Murphy chwycił ją za rękę i prawie pociągnął po ziemi.

– Maria i Vincente czekają na zewnątrz.

– Dzieciaki?

Przywlokła je z sobą. Powinien był przewidzieć, że znowu coś wykręci.

Dwoje   dzieci   czekało   w pick-upie.   Na   miejscu   kierowcy   siedziała   starsza 

kobieta.   Gdy   ich   zobaczyła,   posłała   Murphy’emu   niespokojny   uśmiech 

i uruchomiła samochód.

– Szybko – ponagliła ich.

– Dzieci odwrócą od nas uwagę. – Letty wskoczyła do przyczepy i wślizgnęła 

się pod warstwę siana.

background image

Murphy zrobił to samo. Kiedy leżeli już w kryjówce, przykryto ich kolejną 

warstwą   siana,   na   którą   wgramoliły   się   dzieci.   Samochód   powoli   ruszył.   O co 

w tym wszystkim chodzi? – spytał Murphy stanowczo.

Prawe przednie koło wjechało w dziurę i Letty zarzuciło na Murphy’ego.

– Później ci wyjaśnię.

–   Teraz   mi   wyjaśnij.   –   Nie   chciał,   żeby   go   zbyła.   Rzucało   nimi   jak 

ziemniakami na taśmie, ale nie zwracał na to uwagi.

– Ważne, że uciekliśmy.

–   To   było   chyba   najgłupsze   przedstawienie,   jakie   widziałem.   Udawałaś 

dziwkę. Na Boga, lepiej odegrałabyś rolę zakonnicy.

– Powinieneś być mi wdzięczny, a nie narzekać. – Letty była niezadowolona.

On też nie był zachwycony. Była głupia i miała cholerne szczęście, że wyszła 

z tego więzienia cało. Chciał wiedzieć, co się stało strażnikowi. Nie widział, żeby 

mu coś dawała. Mogła użyć innego sposobu, żeby wyciągnąć go z więzienia. Nie 

musiała przebierać się za prostytutkę.

Ciągle nimi  rzucało i Murphy  po raz kolejny  wpadł na Letty. Tym razem 

jęknęła boleśnie.

Zaklął cicho i objął ją ramieniem,  przyciskając do siebie. Przynajmniej nie 

będą się o siebie obijać. Pod grubą warstwą siana było strasznie gorąco i duszno, za 

to Letty była miękka i kobieca.

Murphy wstrzymał oddech, usiłował nie myśleć o dziewczynie, którą trzymał 

w ramionach. Starał się nie zwracać uwagi na jej miękkie piersi, które dotykały 

jego przedramienia. Ani na pośladki, które znalazły się pomiędzy jego udami. Do 

tego   jeszcze   ładnie   pachniała.   Naprawdę   ładnie.   Murphy   niezbyt   znał   się   na 

kwiatach, ale ten zapach kojarzył mu się z lawendą.

Bezwiednie   odwrócił   głowę   i dotknął   nosem   jej   ucha.   Może   mu   się   tylko 

wydawało, ale miał wrażenie, że Letty przysunęła do niego głowę.

background image

Po raz pierwszy od aresztowania czuł się swobodnie. Rozluźnił nieco uścisk 

i przesunął ręką pod piersiami Letty. Do cholery, było mu tak dobrze. Poczuł ciężar 

jej piersi na ramieniu i miał wrażenie, że jego zmysły oszaleją. Nic nie pomoże, że 

będzie się okłamywał. Pragnął jej.

Przycisnął wargi do karku Letty i wyszeptał jej do ucha:

– Dziękuję.

Westchnęła głośno i odwróciła się, żeby spojrzeć mu w twarz.

– Co powiedziałeś? – Nie mogła uwierzyć.

– Dziękuję. Za to, że wyciągnęłaś mnie więzienia – dodał szorstko. Rzadko 

zawdzięczał  coś  obcym.  Później,  kiedy  nadarzy  się   okazja,  zapyta  o szczegóły. 

Miał ochotę ją pocałować. Ostrożnie zbliżył wargi do jej ust. Czuł, że delikatnie 

westchnęła, kiedy końcem języka rozchylał jej wargi.

Chwyciła go za kołnierz koszuli. Pocałował ją jeszcze raz. Nic nie mogło go 

powstrzymać.   Jęknął   i wsunął   język   głęboko   do   jej   ust.   Poruszał   nim   wolno 

i delikatnie. Jego zmysły przeniosły się w inny wymiar.

Letty   mruczała   cicho   i kusząco   dotykała   jego   języka   swoim.   Murphy’ego 

ogarnęło takie podniecenie, że serce mało nie wyskoczyło mu z piersi. Nigdy nie 

pożądał   tak   żadnej   kobiety.   Inną   przewróciłby   na   plecy   i posiadł   bez   żadnych 

ceregieli.

Z   Letty   było   inaczej.   Chciał,   żeby   było   dobrze.   Chciał   ją   zadowolić 

i zaspokoić. Wobec innych kobiet nigdy nie czuł tej słodkiej odpowiedzialności.

Objął ją opiekuńczym ruchem, przyciągnął jej biodra do swojej nabrzmiałej 

męskości i westchnął głośno, kiedy jej miękkie ciało poruszyło się między jego 

udami.

Niezbyt delikatnie – bo jadący samochód na to nie pozwalał – wsunął rękę 

między jej piersi. Ich dojrzała obfitość wypełniła mu dłonie. Nie zdziwiło go, że 

sutki zdążyły już stwardnieć jak koraliki.

background image

–   Przez   ten   cały   czas   w więzieniu...   –   powiedziała   pomiędzy   delikatnymi 

pocałunkami.

– Tak?

– Udawałam...

Przesunął   usta   do   jej   nagich   piersi,   okrywał   pocałunkami,   ssał   i lizał 

brodawki.

– Udawałaś co? – spytał.

– Że uwodzę ciebie.

Zachichotał cicho.

– Dziękuj Bogu, że tak nie było.

– Dziękować Bogu?

– Tak. – Ujął brodawkę wargami i zaczął ją łakomie ssać. Letty jęczała i wiła 

się   pod   nim.   –   Uwierz   mi,   kochanie,   że   zdarłbym   z ciebie   spódnicę,   zanim 

zdążyłabyś wyznać, w czym jesteś najlepsza.

Zesztywniała.

– Za każdym razem, kiedy zaczynam myśleć... – Zawahała się i dodała. – Jest 

pan niewiarygodnie okrutny, panie Murphy.

Prawie się kochali, a ona zwracała się do niego per „panie Murphy”.

– To prawda, kochanie. Jeżeli byłabyś wobec siebie szczera, przyznałabyś, że 

pragniesz mnie tak samo, jak ja ciebie.

Nie wiadomo, dokąd zawiodłaby ich ta rozmowa i gra miłosna. Samochód 

zatrzymał   się   gwałtownie.   Letty   ukryła   twarz   w ramionach   Murphy’ego 

i westchnęła ciężko. Mieli tylko pół sekundy, żeby doprowadzić się do porządku, 

rozplatać nogi i ręce. Letty zdążyła poprawić sobie bluzkę.

– Wszystko w porządku? – spytała babcia.

– Tak – mruknął Murphy.

– Letty?

background image

– Ja... też. – Nie zabrzmiało to przekonująco.

– Gdzie jesteśmy? Murphy rozejrzał się dookoła.

Starsza kobieta nie odpowiedziała.

– Chodźcie, szybko – ponagliła.

Murphy   pomógł   wysiąść   Letty   z przyczepy.   Zauważył,   że   chwieje   siana 

nogach. Jego zmysły również zbzikowały, ale nie dał tego po sobie poznać.

– Zostańcie tutaj – poleciła kobieta, a sama podeszła do domu.

– To jest dom brata babci, Alda – wytłumaczył jeden z chłopców.

– Jest rybakiem – dodał Vincente.

Niedługo   czekali.   Babcia   wyszła   z domu   w towarzystwie   niskiego, 

siwowłosego   mężczyzny   w podeszłym   wieku.   Chyba   cierpiał   na   skrzywienie 

kręgosłupa.

– To mój brat, Aldo – przedstawiła staruszka.

Murphy wymienił z mężczyzną uścisk dłoni.

– Pan i pańska żona uratowaliście życie wnukom Eleny. Nasza rodzina jest 

wam wdzięczna. Chcemy się zrewanżować. Proszę za mną.

Poprowadził ich wąską, krętą dróżką, którą oświetlał tylko księżyc i gwiazdy. 

Piaszczysta ścieżka wiła się pomiędzy bujną roślinnością w kierunku rzeki.

– Szukamy mojego brata, Luke’a Maddena – wyjaśniła Letty, nie zapominając 

o celu wyprawy. – Zna go pan?

Mężczyzna   zatrzymał   się   i potarł   ręką   brodę.   Wyglądało,   jakby   się 

zastanawiał.

– A z jakiego miasta?

– Z Managna, niedaleko San Paulo.

Aldo znowu potarł brodę.

– San Paulo to duże miasto. Nie znam żadnego Luke’a z Managna.

–   Jest   misjonarzem.   Prowadzi   tam   kościół   i szkołę.   Zaginął   na   początku 

background image

zamieszek.

– Obyście go znaleźli – powiedział staruszek, kiedy dotarli do rzeki. Woda 

uderzała o brzeg jak kobieta piorąca rzeczy o kamień.

Murphy pomyślał, że szczęście to za mało, żeby odnaleźć Luke’a. Nie chciał 

jednak   martwić   się   na   zapas.   Już   teraz   mieli   wystarczająco   dużo   problemów, 

z którymi musieli się uporać.

– Żołnierze nie wpadną na to, żeby szukać was na rzece. – Aldo podszedł do 

niewielkiej motorówki, – Weźcie moją.

Propozycja   płynęła   z serca,   ale   Murphy   wiedział,   że   jeżeli   się   zgodzą, 

pozbawią rodzinę jedynego źródła utrzymania.

– Nie możemy tego zrobić – zaprotestował.

– Nie możemy? – Letty patrzyła na niego dużymi, błagającymi oczami.

–   Proszę   –   nalegał   Aldo,   zwracając   się   tylko   do   Murphy’ego.   –   Chcemy 

wypożyczyć wam łódź z wdzięczności za uratowanie wnuków Eleny. Mam w San 

Paulo wielu przyjaciół, zaopiekują się nią.

Murphy   nie   ustępował.   Starszy   człowiek   oddawał   im   swój   jedyny   środek 

utrzymania. Musi znaleźć inny sposób, żeby dotrzeć do San Paulo.

–   Nie   macie   wyboru   –   przekonywała   Elena.   –   Drogi   są   obstawione, 

a w dżungli czyha mnóstwo niebezpieczeństw. Jak daleko dojdziecie piechotą?

– Norte postawił na nogi cały kraj, żeby nas znaleźć – dodała Letty.

Murphy westchnął. Gdyby był sam, poradziłby sobie jakoś. Ale musiał myśleć 

o bezpieczeństwie Letty.

– Dziękujemy – odpowiedział. Nie cierpiał długów wdzięczności, zwłaszcza 

takich, które trudno spłacić.

Letty uściskała Elenę i dwójkę dzieci.

–   Zapomniała   pani   plecaka.   –   Vincente   pobiegł   z powrotem   do   pick-upa. 

Wrócił z bagażem i wręczył go Letty.

background image

– Dziękuję, Vincente.

– Trucizna zadziałała? – spytała Maria.

Wsiedli do łódki. Murphy natychmiast włączył silnik. Aldo i Elena zmusili ich 

do zabrania prowiantu i innych rzeczyAldo narysował Murphy’emu szczegółową 

mapę rzeki. Jeżeli szczęście im dopisze, dotrą do stolicy przed świtem.

Murphy   był   tutaj   dłużej,   niż   się   spodziewał.   Miało   to   być   błyskawiczne 

zadanie. Ale zdał sobie sprawę, że podczas tej wyprawy mało co – o ile w ogóle 

cokolwiek – szło zgodnie z planem.

Dopiero kiedy wypłynęli na ciemną, spokojną rzekę, mógł zadać Letty kilka 

pytań.

– O co chodziło z tą trucizną?

– O nic – ucięła krótko Letty i odwróciła wzrok. Pytanie było jej nie w smak.

Murphy nie był głupi. Wyczuł w jej głosie obawę. Siedziała od niego jak 

najdalej, co wydawało się głupie po niedawnych gorących pocałunkach.

– Co dałaś strażnikowi?

Podniosła głowę. Mimo ciemności dostrzegł na jej twarzy niepokój.

– Dałam mu coś na uśpienie.

– Kiedy?

– Wcześniej...

Murphy zmarszczył czoło. Strażnik jadł tylko obiad.

– Jak?

– Nieważne. Udało się, prawda?

Murphy nie miał zamiaru tak tego zostawić.

– Wytłumacz mi to, Letty.

– Cóż... – Pochyliła się i obronnym gestem objęła się ramionami w pasie. – 

Myślisz, że tylko dzięki mnie wyszedłeś z więzienia. Naprawdę zawdzięczasz to 

kilku osobom. To nie było łatwe, Murphy. Nie zdajesz sobie sprawy, przez co 

background image

musieliśmy przejść.

– Nie odpowiadasz na pytanie. – Nie podobało mu się to, co podpowiadał mu 

podejrzliwy umysł. Strażnik runął jak ścięte drzewo. Kiedy się obudzi, będzie się 

zastanawiał, co zaszło między nim a dziwką. Murphy też zachodził w głowę, co się 

stało w nocy, którą spędził z Letty.

–  Zrozum...   –  powiedziała  szybko.  –  Trzeba   było  najpierw  załatwić,   żeby 

w więzieniu znalazł się akurat ten strażnik.

– Dlaczego?

– Bo jest głupi i słaby. Delma uznała, że to najlepszy sposób.

Delma?... Ach, to imię padło w rozmowie ze strażnikiem.

– Jak to zrobiliście?

– Tę część wzięła na siebie Elena i jej rodzina. Chyba wymyślili jakiś podstęp, 

coś z bankiem. Pierwszy policjant musiał wyjść...

– Mów dalej. – Zaczął zaciskać i rozluźniać lewą pięść. Robił tak zawsze, 

kiedy chciał wyrzucić z siebie złość.

– Pani Alamos przygotowała specjalne danie, ale ty swojego nie zjadłeś.

– Nie miałem okazji. On uważał, że należą mu się oba posiłki.

– To wszystko tłumaczy.

– Co tłumaczy? – spytał obcesowo.

– Dlaczego... Nieważne.

– Dla mnie ważne – warknął. – Co dodałaś do jedzenia?

–   Zioła.   –   Murphy   musiał   wytężać   słuch,   żeby   usłyszeć   cokolwiek   na   tle 

warkotu silnika.

– Zioła?

Pokiwała głową.

Szybko skojarzył fakty.

– Te same zioła dodałaś do kolacji, którą mnie uraczyłaś, zanim wyjechaliśmy 

background image

do Zarcero?

Zagryzła dolną wargę i znów pokiwała głową.

Murphy zacisnął pięść na sterze.

– Nie kochaliśmy się, prawda?

Nie odpowiedziała.

– Prawda?! – wrzasnął.

Podskoczyła na twardej drewnianej ławce.

– Oszukałaś mnie.

– Niezupełnie.

– Do cholery, co znaczy „niezupełnie”?

– Spędziliśmy razem noc – przypomniała mu nieśmiało. – Taka była twoja 

cena, prawda?

Murphy’ego ogarnęła obezwładniająca złość. Kiedy przypomniał sobie, w co 

go wpakowała w ciągu ostatnich dni, wściekł się. Powinien wiedzieć, że nie można 

jej ufać. Mimo że była siostrą misjonarza, córką pastora i świętszą niż wszyscy 

święci, okłamała go.

Siedziała spłoszona i wystraszona.

Wolał milczeć, bo nie ufał samemu sobie. Był wściekły jak rzadko. Dobrze by 

jej zrobiło, gdyby ją zostawił. Dobiłby do brzegu, wysiadł z łódki i wycofał się 

z tego gówna, w które go wplątała. Ale nie mógł sobie wyobrazić, jak będzie żył 

z tą świadomością.

–   Jesteś   mi   to   winna   –   wycedził   przez   zęby.   Zabrzmiało   to   jak   dźwięk 

przecinanej stali.

Letty milczała.

–  Odbiorę   to   sobie,   Letty.   Nie   myśl,   że   wyjdziesz   z tego   jako   dziewica. 

Sprzedałaś mi prawo pierwszej nocy dawno temu. Mam zamiar wziąć, co mi się 

należy.

background image

Podniosła głowę. W jej dużych, okrągłych oczach pojawił się strach.

– Pamiętaj, jesteś mi to winna.

Rozdział 23.

Z każdym dniem Luke nabierał sił. Od kiedy został schwytany, nie widział 

Rosity. Przynajmniej tak sądził. Wydawało mu się, że odwiedziła go raz, w nocy, 

po najgorszych torturach, kiedy jego umysł był zamroczony z bólu i żalu. Nie mógł 

ufać swojej pamięci.

Miłość   Rosity   była   przy   nim.   Czuł   ją   tak   mocno,   jak   miłość   Boga.   Była 

źródłem siły, która pozwalała mu przetrwać każdy dzień, i dodawała odwagi, żeby 

zmierzyć się z nieznanym.

Cela Luke’a była wilgotna i ciemna. Samotność w piekle. Miał tylko jeden 

nikły   promień   słoneczny.   Cały   dzień   czekał,   kiedy   słońce   skieruje   ten   cenny 

strumień   złotego  światła   na  jego   łóżko.  Promień   obmywał   go,  oczyszczał   jego 

serce i dawał duszy nadzieję. Tych kilka cudownych chwil było dla niego jak dotyk 

Bożej ręki.

Dni zlewały się ze sobą. Luke stracił poczucie czasu. Nie mógł ufać pamięci, 

więc wynalazł własny kalendarz. Dzisiaj była sobota, według jego obliczeń.

Potwornie tęsknił za swoimi książkami. Najbardziej ze wszystkich – za Biblią. 

Tęsknił za życiem,  za przyjaciółmi,  za kościołem.  Bezsenne  godziny wypełniał 

modlitwą.

Usiadł   na   łóżku,   słysząc   odgłos   kroków   na   betonowej   posadzce.   Nie 

torturowano go już kilka dni i myślał, że najgorsze ma za sobą.

Ścisnęło   go   w żołądku.   Pocieszał   się,   że   Bóg   nie   prosiłby   go   o nic,   co 

przekraczałoby   jego   siły.   Ze   strachu   przed   kolejnym   biciem   zaparło   mu   dech 

background image

w piersiach.

Nie zniesie więcej bólu.

Zacisnął powieki i modlił się, żeby nie szli po niego. Poczuł się winny. Jeżeli 

nie będą torturować jego, czeka to kogoś innego. Usłyszał krzyki. Wiedział, co się 

dzieje, sam przechodził podobne cierpienia.

Zamek w grubych drzwiach celi został otwarty.

Luke czuł, że zwymiotuje. W drzwiach stał mężczyzna. Nie miał  na sobie 

munduru. Przedstawił się jako jego adwokat.

Godzinę później Luke stał przed sądem polowym. Potwornie bolała go noga, 

ale   nie   miał   wyjścia.   Sędzią   był   oficer,   który   zabił   jego   przyjaciela,   Ramóna. 

Miłego staruszka, który nigdy nie zrobił nikomu krzywdy. Uważano go za niemal 

świętego. Jedyną pociechą dla Luke’a było to, że Ramón opuścił ten okrutny świat 

i znalazł się w lepszym.

W pomieszczeniu znajdowało się pełno ludzi, których Luke znał z San Paulo 

i z Managna. Ludzi, z którymi pracował i którzy mu pomagali przez ostatnie dwa 

lata. Przeszukiwał wzrokiem tłum, modląc się, żeby znaleźć w nim Rositę. Jego 

miłość. Jego serce. Rozczarował się, kiedy jej nie zobaczył.

– Do czego się pan przyznaje? – spytał oficer pełniący rolę sędziego.

– A jakie są zarzuty? – spytał Luke.

Lista, którą odczytał prowadzący sprawę, była tak absurdalna, że Luke omal 

nie wybuchnął śmiechem. Oskarżano go o wszystko – od podpalenia do gwałtu.

– Czy rozumie pan przedstawione zarzuty?

To pytanie wywołało uśmiech na twarzy Luke’a.

– Tak. – Niewiele brakowało, żeby dodał „wysoki sądzie”, ale zakpiłby ze 

sprawiedliwości, gdyby nazwał prowadzącego sprawę „sędzią”.

– Do czego się pan przyznaje?

– Jestem niewinny – powiedział Luke spokojnie.

background image

Wśród tłumu rozległ się szum.

– Przyprowadzić resztę.

–   Resztę?   –   Luke   odwrócił   się   w   stronę   tylnych   drzwi,   które   akurat   się 

otworzyły. Wprowadzono czterech chłopców. Mieli spuchnięte twarze i krwawili. 

Dopiero   po   chwili   Luke   ich   rozpoznał.   Byli   to   nastolatkowie,   mieszkający 

niedaleko misji.

– Hector – wyszeptał – Emilio, Juan i Roberto. – Wszyscy tępym wzrokiem 

wpatrywali się w przestrzeń.

Luke myślał, że pęknie mu serce. Pomieszczenie wirowało mu przed oczami, 

kiedy odczytywano zarzuty przeciwko jego przyjaciołom.  Ten proces był farsą. 

Zostali oskarżeni, bo próbowali wyciągnąć Luke’a z więzienia.

2Proszę – błagał Luke. – Powiem wam wszystko, co chcecie wiedzieć.

Na twarzy prowadzącego sprawę pojawił się znudzony, sztuczny

uśmiech.

– Za późno na spowiedź.

– Nie mam się z czego spowiadać! – krzyknął Luke.

– Pańskie przestępstwa są liczne.

– W porządku. Możecie mnie oskarżyć o wszystko, co chcecie, ale wypuśćcie 

tych niewinnych chłopaków. To dzieci.

– Już nie, senor.

Luke zacisnął powieki. Poczuł się tak, jakby ciężar całego świata spoczął na 

jego ramionach. Zrozumiał, że to była prawda. Rosita go odwiedziła. Mówiła, że 

Hector ma plan, żeby wyciągnąć go z więzienia. Nie posłuchała go, kiedy prosił, by 

pozwoliła   mu   umrzeć.   I teraz   życie   tych   czterech   młodych   chłopaków   wisi   na 

włosku, bo chcieli uwolnić go z tego piekła.

Zaczęła go trawić nienawiść, ciemna i czarna.

Wstał   oskarżyciel   i z przyklejonym   uśmiechem,   rozwodził   się   nad 

background image

przestępstwami, o które posądzano Luke’a i chłopaków. Przy stole za nim siedział 

adwokat i robił notatki.

Luke   doliczył   się   siedemnastu   przestępstw,   które   przedstawiono   mu 

w krótkim   akcie   oskarżenia.   Ale   to   nie   miało   znaczenia.   To   był   sfabrykowany 

proces.

Nie wysilał się, żeby wysłuchać przemówienia obrońcy, bo i tak było słabe.

Zanim zaczął zeznawać, rozejrzał się po sali sądowej i dostrzegł morze złych 

twarzy.  Tych,  którzy   zawsze   płynęli  z prądem.   Tych,  którzy   stawali   po  stronie 

ludzi władzy, mając na względzie własne interesy.

Był zdegustowany, ale spojrzał  na ten żałosny  tłum i z serca  próbował  im 

wybaczyć.

Przez ostatnie dwa lata nauczał o miłości i przebaczeniu. Nie wiedział, że Bóg 

da mu tak żywą lekcję tych wartości.

– Proszę wstać.

Adwokat,   który   stał   obok,   pomógł   mu   się   podnieść   na   nogi.   Misjonarz 

zachwiał się i rozstawił stopy, żeby utrzymać równowagę. Kątem oka spojrzał na 

sędziego.

–   Po   rozważeniu   wszystkich   przedstawionych   dowodów   uznaję   pana   za 

winnego.

Ten sam werdykt odczytano Hectorowi, Emilio, Juanowi i Roberto. Luke nie 

spodziewał się niczego innego.

– Nakazuję stawić się jutro o świcie przed plutonem egzekucyjnym.

Oczy Luke’a zamknęły się, a słowa te spadły na niego niczym grad kamieni.

Oskarżyciel   uderzył   młotkiem   o biurko.   W pomieszczeniu   zahuczało   od 

oklasków.

background image

Rozdział 24.

Płynęli dalej. Letty czuła, że Murphy’emu powoli przechodzi złość. Prowadził 

ich księżyc, gwiazdy i nikłe światło latarki. Zaległa między nimi pełna napięcia 

cisza, której Letty nie mogła znieść.

Poruszyła   się   na   twardej   drewnianej   desce.   Nie   dlatego   że   było   jej 

niewygodnie.   Zżerało   ją   poczucie   winy.   Oszukała   Murphy’ego.   Nabrała   go. 

Szybko jej chyba nie wybaczy.

Nieruchome   oczy   mężczyzny   patrzyły   na   nią   oskarżycielsko.   Chciała   się 

odezwać,   ale   nie   miała   pojęcia,   co   powiedzieć.   Usprawiedliwienie,   które 

w Boothill wydawało się racjonalne i rzeczowe, teraz brzmiało fałszywie.

Choć   Murphy   milczał,   Letty   wiedziała,   o czym   myśli.   Uważał   ją   za 

hipokrytkę; zasłania się zasadami, ale kiedy jej wygodnie, postępuje wbrew nim. 

Przełknęła ślinę, bo zaschło  jej w gardle. Zrozumiała,  że właśnie tak postąpiła. 

Wykorzystała go.

Nie   była   w stanie   mu   tego   wytłumaczyć,   ale   robiła   to   w myślach.   Nie 

oszukała   Murphy’ego   z egoistycznych   pobudek.   Chodziło   o Luke’a.   Brat   był 

w tarapatach.   Musiała   przyjść   mu   z pomocą.   Nawet   za   cenę   oszukania 

Murphy’ego. Dopóki nie przejrzał intrygi, był zadowolony.

Miał to, na co sobie zasłużył. Postąpił nikczemnie, żądając tak poniżającej 

opłaty  za  swoje  usługi.  Postawił  takie  warunki, bo  miał  nadzieję,  że  Letty  mu 

odmówi. Chciał uspokoić sumienie i był wściekły, kiedy pokrzyżowała mu plany.

Spełniła warunki układu i spędziła z nim noc. Tylko zmieniła trochę sens ich 

umowy. Zażyłość między nimi i tak posunęła się o wiele dalej, niż się spodziewała.

Spojrzała   na   ciemną   wodę   i westchnęła   ciężko.   Żałowała   i była   pełna 

wątpliwości.   Lepiej,   gdyby   dotrzymała   umowy   i oddała   się   Murphy’emu.   Ale 

background image

wtedy   ledwie   go   znała   i bała   się   go.   Po   tych   kilku   dniach   spędzonych   razem 

zaczęła mu ufać. Ku swojemu zdumieniu odkryła, że coraz bardziej go lubi.

Po   czułych   pocałunkach   mogła   się   tylko   domyślać,   jak   by   było,   gdyby 

dotrzymała   umowy.   Była   wdzięczna   Murphy’emu,   bo   zaznała   z jego   strony 

zaskakującej czułości.

Czy   to dobrze?   Murphy  potwierdził  jej najgorsze  obawy.  Była  niewolnicą 

swoich zmysłów, jak jej matka. Rozpustnicą. Kobietą skłonną do cudzołóstwa.

Jeżeli odda się mężczyźnie bez ślubu, otworzy puszkę Pandory. I dokąd ją to 

zawiedzie?   Wyjdzie   za   mąż   i odda   swoje   ciało   mężczyźnie,   którego   szanuje 

i podziwia. Mężczyźnie, który ją interesuje. Komuś takiemu, jak Slim. Nie będzie 

wymagającym kochankiem. Od lat zadowalał się okruchami czułości. Murphy był 

niebezpieczny. Najbardziej niebezpieczny ze wszystkich mężczyzn, jakich znała.

Bała się go nie dlatego, że był najemnikiem, ale dlatego że ją podniecał. Czułe 

pocałunki były dowodem, że Murphy jest w stanie doprowadzić ją do szaleństwa.

Poczuła, że dłużej nie zniesie tego strasznego napięcia.

–   To   przez   moją   matkę.   –   Wiedziała,   że   to   jeszcze   bardziej   skomplikuje 

sytuację,   zamiast   ją   wyjaśnić.   Z trudem   przełknęła   ślinę   i uniosła   dumnie 

podbródek. Miała nadzieję, że Murphy doceni to, ile kosztowało ją takie wyznanie.

Nie zwrócił na Letty uwagi.

–   Porzuciła   mnie   i Luke’a,   kiedy   mieliśmy   po   pięć   lat.   Mój   ojciec   był 

załamany... Nigdy się ponownie nie ożenił.

Murphy zamrugał oczami.

– Uciekła z innym mężczyzną. Nie pierwszy raz zdradziła ojca. Przyznał, że 

przez lata było w jej życiu kilku innych mężczyzn.

Opuściła głowę, bojąc się patrzeć na Murphy’ego. Obawiała się, co usłyszy, 

jeżeli ich oczy się spotkają.

– Babcia mi powiedziała, że matka miała słabość do mężczyzn. Że należy jej 

background image

współczuć. – Głos Letty drżał lekko. Przerwała na chwilę, żeby się uspokoić.

– Ale ty chyba nie masz się o co martwić? – rzucił obcesowo Murphy.

– Nie?

– Uwierz mi, kochanie, nie jesteś w niczym podobna do matki.

Dał jej w ten sposób do zrozumienia, że jest oziębła jak ryba, co było obelgą. 

Letty się zjeżyła, ale nie chciała się z nim kłócić. Nie mogła mu wyznać, jak na nią 

działa.   Włożyłaby   mu   do  rąk  broń,  której  z pewnością   nie  zawahałby   się  użyć 

przeciwko niej. Trzymała głowę prosto, zdusiła emocje i milczała.

–   A więc   to   cię   martwiło?   –   Pytanie   nie   wymagało   odpowiedzi.   Oczy 

Murphy’ego   błyszczały   w ciemności.   Jego   złość   ustąpiła   miejsca   niememu 

zdziwieniu.

– Żałuję, że cię oszukałam.  – Przynajmniej tyle była mu winna. – To, co 

powiedziałam ci o matce, nie usprawiedliwia mojego postępowania, ale chociaż 

tłumaczy jego powody.

– Tak?

– Ja... Czeka nas długa droga, więc dobrze by było to sobie wyjaśnić. Masz 

rację,   skłamałam   i oszukałam   cię.   Masz   prawo   być   zły.   Jeżeli   to   cię 

usatysfakcjonuje, przyznam, że szczerze żałuję. Byłeś wobec mnie uczciwy. Mogę 

sobie tylko wyobrazić, co by mnie spotkało, gdybym wybrała się tu sama. Przykro 

mi, Murphy.

– Na tyle, żeby w końcu mi zapłacić?

Przyjrzała mu się.

– Czy wszystko dla ciebie sprowadza się do seksu?

– Dość wiele.

– Nie uważasz, że jesteś trochę śmieszny?

– Nie. Podałem ci cenę, a ty się zgodziłaś. Nad czym tu jeszcze debatować?

– Ten mężczyzna był niemądry.

background image

– Twoje żądanie było podłe.

– Przecież mi zaufałaś. Powierzyłaś mi życie.

–   Potrzebowałam   twojej   pomocy.   Nadal   jej   potrzebuję.   Skąd   mogłam 

wiedzieć, jakim jesteś człowiekiem?

– Usprawiedliwiaj się, jak chcesz, złotko. Prawda jest taka, że mnie oszukałaś. 

Sprzedałaś mi się. Warunki były jasne i ty się na nie zgodziłaś. Chcę od ciebie 

tylko tego, co mi się należy. – Złość Murphy’ego słychać było w każdej sylabie.

– Zgodziłam się, żeby ratować życie brata.

– Tłumacz sobie, jak chcesz. To nie zmienia faktów.

– Ale ja cię nie oszukałam, przynajmniej nie do końca...

– To prawda – przerwał jej.  –  Znalazłaś sposób, żeby się od tego wymigać. 

Czy to coś zmienia?

Letty zjeżyła się, słysząc jego szorstki głos.

– Dobrze. Dostaniesz to, co ci się należy, skoro tak bardzo chcesz. – Takie 

oświadczenie nie było najmądrzejsze. Nie w przypadku Murphy’ego. Letty miała 

nadzieję, że kiedy opowie o swojej przeszłości, dzieląc się z nim swoimi obawami, 

Murphy nie będzie taki bezwzględny. Myliła się.

– Zgadzasz się?

– Tak! – wrzasnęła.

– Kiedy?

– Teraz – – Wstała. Motorówka zachybotała się na boki. Nie przejmowała się 

tym,   że   łódka   może   się   wywrócić.   Ściągnęła   przez   głowę   stylonową   bluzkę 

i rzuciła ją na bok.

– Letty, usiądź – wycedził Murphy przez zaciśnięte zęby.

–  Nie  usiądę,   dopóki  nie  wywiążę  się   z umowy.  Jeżeli  tak  strasznie  mnie 

pożądasz,   proszę   bardzo.   –   Zaczęła   ściągać   spódnicę   przez   głowę.   Materiał 

przykrył   jej   twarz,   straciła   równowagę.   Zaczęła   wymachiwać   rękami,   żeby   ją 

background image

odzyskać. Czuła, że łódka niebezpiecznie kołysze się na boki.

Murphy zaklął głośno i krzyknął:

– Siadaj, do licha!

Nie zdołała odzyskać równowagi i wpadła do ciemnej, zimnej wody. Spódnica 

opadła jej na twarz.

Zanurzając się pod wodę, słyszała, że Murphy klnie ze złości.

Zachłysnęła się wodą. Zaczęła się dusić. Sparaliżował ją strach. Porwał ją 

prąd, rzucając raz w prawo, raz w lewo. Spódnica owinęła jej się wokół twarzy.

Wypłynęła   na   powierzchnię   i zaczęła   krzyczeć   przerażona,   że   się   utopi. 

Przerażona,  że zginie  i nie  uratuje  Luke’a.  Czytała kiedyś, że  tonący  widzi  się 

przed   oczami   całe   życie.   Letty   nie   czuła   nic   poza   paraliżującym,   potwornym 

strachem. Z braku powietrza piekło ją strasznie w płucach.

Nagle   poczuła,   że   ktoś   wyciąga   jaz   wody.   Była   pewna,   że   umiera,   a za 

moment jej głowa znalazła się nad powierzchnią i znowu mogła oddychać.

Kaszlała i pluła, a potem jeszcze przez chwilę się dławiła. Murphy trzymał ją 

mocno   za   nadgarstek.   Jakoś   udawało   mu   się   jednocześnie   panować   nad   łódką 

i trzymać Letty.

– Podaj mi drugą rękę! – krzyknął.

Musiała zebrać wszystkie siły, żeby to zrobić. Murphy ścisnął ją mocno za 

drugi nadgarstek.

– Dalej, kochanie. Musisz mi pomóc.

Słychać było, że z całych sił usiłuje ją utrzymać.

Rzeka wirowała wokół Letty, jakby chciała ją zatrzymać. Woda napierała na 

nią z jednej strony, a Murphy z drugiej. Czuła się, jakby rozciągano jej członki na 

torturach.

Udało   jej   się   wydobyć   ramiona   z wody   i Murphy   jakimś   cudem   zdołał 

wciągnąć   ją   do   motorówki.   Udało   mu   się,   choć   łódź   kilka   razy   omal   się   nie 

background image

wywróciła.

Letty czuła się jak zdechła ryba. Trzęsła się z zimna.

Murphy, wyczerpany, oparł się o ster. Oddychał ciężko i głośno.

Letta dopiero teraz uświadomiła sobie grozę sytuacji i wybuchnęła płaczem. 

Nienawidziła łez i słabości. Ale nie mogła zapanować nad emocjami. Nie pierwszy 

raz   płakała   w obecności   Murphy’ego.   Za   każdym   razem   czuła   się   bardziej 

zmieszana.

Spodziewała   się   awantury   za   tak   kretyńskie   zachowanie.   Naraziła   ich   na 

niebezpieczeństwo tylko dlatego, że poczuła się dotknięta i wściekła.

Zdradziła  swoją   tajemnicę  i odpłacił  jej  sarkazmem.   Mogła   się  nie  trudzić 

opowieścią o matce, bo niczego to nie zmieniło. Objęła ramionami kolana i ukryła 

w nich twarz. Wstrząsnął nią cichy szloch.

Nie spodziewała się, że Murphy weźmie ją w ramiona. Ale to zrobił.

Szlochając,   przylgnęła   do   niego;   przyjęła   ciepło,   pociechę   i bliskość.   Nie 

przestawał jej głaskać po mokrej głowie. Milczał. Słyszała gwałtowne bicie jego 

serca. Był tak samo przerażony jak ona, może nawet bardziej.

Przycisnął policzek do jej głowy i wypuścił z płuc powietrze.

– Dalej – wyszeptała, bo chciała już to mieć za sobą.

– Co dalej?

– Nakrzycz na mnie. Zasłużyłam na to.

– Myślę, że rzeka mnie w tym wyręczyła. Murphy’emu udało się skierować 

łódkę do brzegu.

Milczeli, przytuleni do siebie. W końcu Murphy powiedział:

–   Nie   musisz   się   martwić,   że   jesteś   jak   twoja   matka.   Każdy   mężczyzna 

uważałby tak wierną i lojalną kobietę za skarb. Nie każda siostra ryzykowałaby jak 

ty, żeby odnaleźć brata.

Letty podniosła twarz i spojrzała na Murphy’ego. Odgarnęła z czoła kosmyk 

background image

mokrych włosów.

– Moja matka też nie była uosobieniem cnoty – przyznał. – Popełniła w życiu 

błędy i drogo za nie zapłaciła. Przypuszczam, że twoja matka również. Każdy z nas 

ma   swoją   indywidualność,   swoje   życie,   popełnia   własne   błędy,   wyciąga   z nich 

wnioski i idzie naprzód.

– Czy to znaczy, że zwalniasz mnie ze zobowiązania? – spytała z nadzieją 

w głosie.

Murphy pozwolił sobie na ironiczny uśmieszek.

– Wątpię. Z niecierpliwością czekam, żeby odebrać, co mi się należy. Ale 

wszystko w swoim czasie. Wszystko w swoim czasie.

background image

Rozdział 25.

Jack   postanowił,   że   na   jakiś   czas   wycofa   się   z gry.   Niech   Marcie   trochę 

poczeka na sygnał od niego. Wytrzymał jeden dzień. Ze zdziwieniem stwierdził, że 

większość   czasu   zmarnował,   myśląc   o właścicielce   salonu   piękności.   Nie   był 

zachwycony, że przerwała ich grę miłosną. Musiał jednak przyznać, że wiele ją to 

kosztowało.   Kiedy   doszedł   do   siebie,   poczuł   w stosunku   do   Marcie   coś   jakby 

podziw.

Jack stale obracał się wśród kobiet. Kochał je, był dla nich hojny, bo mógł 

sobie   na   to   pozwolić,   a potem   je   opuszczał.   Nie   bez   żalu.   Kiedy   wyjeżdżał 

w związku   z jakąś   misją,   w przyjazny   sposób   rozstawał   się   z aktualną   kobietą 

swojego życia. Kiedy wracał, czekała na niego i witała go z otwartymi ramionami. 

Tak też było wiele razy z Marcie.

Pociągała go, bo jej temperament, jeśli chodzi o seks, był podobny do jego. 

Mogli spędzić w łóżku dwa albo trzy dni.

Grał   w tę   grę   od   dobrych   kilku   lat.   Kobiety   pojawiały   się   w jego   życiu 

i znikały, czasem dwie albo trzy naraz. Kochał je wszystkie.

Od   niedawna   zaczął   poważnie   zastanawiać   się   nad   związkiem 

monogamicznym.

Nie mówił o tym głośno. A już na pewno nie rozmawiał o tym z Murphym, 

który   nieźle   by   się   uśmiał.   Decyzję   tę  podjął   w ciągu   ostatnich   tygodni.   Może 

wywarli   na   niego   wpływ   Cain   i Mallory.   Śluby   dwóch   byłych   najemników 

wywołały w Deliverance Company ogólne poruszenie.

Z Jackiem było inaczej. Nie brał pod uwagę małżeństwa. Chciał w pewnym 

sensie być wolny. Co nie znaczyło to, że nie ma zamiaru dotrzymać wzajemnej 

umowy. Zamierzał szanować swoją wybrankę i poświęcić jej całą uwagę.

background image

W   zamian   będzie   oczekiwał   kilku   rzeczy.   Pierwsza   i najważniejsza   to 

całkowita wierność. Dopóki Marcie nie przerwała ich gry miłosnej, Jack’ sądził, że 

kobieta   nie   jest   zdolna   do   takiego   poświęcenia.   Marcie   udowodniła,   że   jest. 

Przyznała, że nie kocha swojego hydraulika, ale nie chciała zawieść jego zaufania.

Jack był pod wrażeniem.

Nie wiedział, dlaczego Marcie się zmieniła, ale podobała mu się jej nowa 

osobowość.  Chciał ją mieć  w łóżku od chwili, kiedy na nią spojrzał. Ale teraz 

chciał, żeby była też w jego życiu.

Kiedy był pewien, że Marcie wróciła z pracy, zadzwonił do niej. Odebrała po 

drugim sygnale, jakby czekała na telefon od niego.

– Mówi Johnny. – Prędzej czy później powie jej, jak naprawdę ma na imię, ale 

na razie niech zostanie tak jak jest.

– Johnny. – Rzuciła bez tchu, podekscytowanym głosem. Miał wrażenie, że 

ten telefon sprawił jej olbrzymią radość. Był wyjątkową, najcudowniejszą rzeczą, 

jaka jej się kiedykolwiek przydarzyła. Miło byłoby się przyzwyczaić do takich 

powitań.

– Powinniśmy porozmawiać.

Wyczuł, że się waha.

– Porozmawiać? O czym?

– O czymkolwiek. O wszystkim. Nie chcę cię stracić, Marcie.

– Johnny, nie, proszę.

Prawie   widział,   jak   z zamkniętymi   oczami   ściska   słuchawkę,   a jej   umysł 

walczy z pożądaniem.

– Powiedziałaś Cliffordowi o naszej randce?

– Tak.

– Obiecałaś mu, że więcej się ze mną nie spotkasz?

Milczała, jakby nie chciała mu odpowiedzieć.

background image

– Nie. Powinnam była, ale tego nie zrobiłam.

Jack uśmiechnął się znacząco. Nie obiecała Cliffordowi, bo nie była pewna, 

czy uda jej się dotrzymać słowa. Kolejna rzecz godna pochwały. Uczciwość.

–   Muszę   się   z tobą   zobaczyć.   –   Jego   głos   stał   się   głęboki,   chrypliwy 

i uwodzicielski.   Podkreślił   słowo   „muszę”.   Nie   przesadzał.   Podniecał   go   sam 

dźwięk jej głosu. Od miesięcy nie był tak spragniony, ale nie chciał zadowolić się 

jakąś panienką. Pragnął Marcie. Paliło go w środku coraz mocniej,  aż w końcu 

rozmowa stała się dziwną torturą.

– Dobrze – wyszeptała Marcie. – Ale gdzieś w miejscu publicznym.

–   Zgoda.   Zadecyduj   gdzie.   –   Restauracja   nie   stanowi   przeszkody.   Ich 

pragnienie nie zmniejszy się tylko dlatego, że znajdą się wśród innych ludzi. Może 

jeszcze wzrosnąć.

– Kiedy? – spytała bez tchu.

– Zaraz.

Zawahała się.

– Potrzebuję cię, kochanie – wyszeptał do słuchawki.

– Och, Johnny, to chyba nie jest dobry pomysł.

– Jest. Nic się nie stanie, obiecuję. Chcę się tylko z tobą spotkać.

Marcie milczała przez chwilę, potem westchnęła.

– Grałeś kiedyś w golfa?

Teraz on z kolei nie wiedział, co odpowiedzieć. Zmarszczył czoło i podrapał 

się w głowę.

– Chcesz zagrać w minigolfa?

– Tak.

Cień prowokacji w jej głosie wywołał uśmiech na jego twarzy. Najwyraźniej 

Marcie była przekonana, że kiedy zajmą się czymś idiotycznym, zapomną o tym, 

czego oboje pragnęli najbardziej – siebie nawzajem.

background image

– Nie ma sprawy. Powiedz gdzie. Zaraz tam będę.

Czekał   na   nią.   Przyjechała   tym   swoim   gratem.   Kupi   jej   inny   samochód. 

Pasowałaby  do czegoś w kolorze ciemnego  błękitu. Albo, do diabła, sprawi jej 

mały czerwony samochód sportowy.

Marcie podeszła do Jacka, spoglądając na niego nerwowo.

– Dziękuję, że przyjechałaś. – Pochylił się, żeby musnąć ustami jej policzek. 

Miała na sobie długą letnią suknię bez rękawów z wymyślnym dekoltem. Pachniała 

różami i słońcem. Zrobił wszystko, co mógł, żeby się powstrzymać. Chłonął jej 

ciepły, świeży zapach.

– Powinnam cię była ostrzec. Jestem w tym dobra – oznajmiła, kiedy płacił za 

bilety.

– Chcesz zrobić mały zakład o wynik meczu?

Przyjrzała   mu   się   badawczo,   jakby   nie   była   pewna,   czy   spodobają   jej   się 

warunki.

– O co?

– O loda.

Uśmiech rozjaśnił jej twarz.

– Zgoda.

Jack nie zdradził jej, że ma nadzieję, iż Marcie da mu polizać loda. Kiedy jego 

język   będzie   chłodny,   zacznie   ssać   jej   piersi.   Tak   się   kiedyś   bawili,   ale   ona 

najwidoczniej o tym zapomniała.

Pierwszą   przeszkodą   był   wiatrak.   Należało   uderzyć   w odpowiednim 

momencie,   żeby   piłka   golfowa   ominęła   skrzydło   wiatraka,   które   obracając   się, 

zasłaniało dziurę.

Marcie była pierwsza. Pochyliła się z kijem golfowym. Jackowi wydawało 

się, że Marcie celowo eksponuje pupę. Wygięła się tak, że nie mógł zapanować nad 

podnieceniem.

background image

– Marcie... – Zacisnął powieki i głośno jęknął.

– Co? – Odwróciła się do niego.

– Musisz trzymać kij golfowy w ten sposób?

– W jaki sposób? – Rzuciła mu niewinne spojrzenie.

– Nieważne – odpowiedział szorstko. – To bez znaczenia.

Wkrótce zdał sobie sprawę z tego, że nie przesadzała. Nieźle go ogrywała 

i cieszyła się każdą minutą tej gry. Dziwne, ale Jack również nieźle się bawił.

–   Przypuszczam,   że   będę   musiał   ci   kupić   tego   loda.   –   Wydawał   się 

niepocieszony.

– Nic nie stoi na przeszkodzie.

Weszli do małej kawiarenki. Jack zamówił dwa rożki po trzy kulki. Usiedli 

naprzeciwko   siebie   przy   stoliku   w cieniu.   Jack   ujął   dłoń   Marcie,   odwrócił   ją 

i zaczął palcem wskazującym leniwie zataczać na niej kółka.

– Mówiłeś, że chcesz porozmawiać – przypomniała mu Marcie, uwalniając 

dłoń.

– Tak. – Teraz, kiedy nadeszła odpowiednia chwila, nie wiedział, od czego 

zacząć. – Byliśmy dobrymi przyjaciółmi przez kilka ostatnich lat.

– Tak uważasz? – zdziwiła się.

Zaskoczyła go.

– Byliśmy głównie kochankami, Johnny. Związek to coś więcej niż dwu-, 

trzydniowe miłosne szaleństwo co kilka miesięcy.

– W porządku, w porządku. Punkt dla ciebie. Chcę, żeby to się zmieniło.

Przestała lizać loda i przyglądała mu się dużymi, okrągłymi oczami.

– Co masz na myśli?

Ich spojrzenia spotkały się.

– Lubię cię, Marcie. Bardzo. Jesteś niesamowitą kobietą. Muszę ze wstydem 

przyznać, że do niedawna traktowałem cię jako łatwą zdobycz.

background image

– Chciałeś powiedzieć, zanim pojawił się Clifford?

Wobec takiego argumentu nie miał zbyt wielkiego pola do popisu.

– Punkt dla ciebie, ale tym razem jest inaczej.

– Masz rację. Jest inaczej. Nie idę z tobą do łóżka, gdy tylko wyciągniesz 

ręce. Szaleję za tobą, Johnny, od dawna, ale to do niczego dobrego nie prowadzi.

– Jack Keller – powiedział miękko. Nadszedł czas odkryć karty, wyciągnąć 

rękę i zagrać wobec niej uczciwie i szczerze.

– Jack Keller? – powtórzyła.

– Mam na imię Jack, Pomyślałem, że muszę ci o tym powiedzieć.

Długo milczała. Jack z przerażeniem zauważył, że do jej oczu napływają łzy.

– Marcie? – Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął czystą chusteczkę. – Co 

się stało?

Wstała, podeszła do kosza na śmieci, wyrzuciła loda i objęła się ramionami. 

Spodziewał się różnych reakcji, ale nie łez. Podszedł do niej, również wyrzucił loda 

i delikatnie położył dłonie na jej ramionach.

– Możesz nadal mówić do mnie Johnny, jeśli chcesz – zaproponował.

– Nawet nie powiedziałeś mi, jak masz na imię.

– Powiedziałem – odpowiedział szybko. – Ale byliśmy w barze, pamiętasz? 

Muzyka   głośno   grała   i musiałaś   mnie   źle   zrozumieć.   Miałem   powiedzieć   ci 

później.

– Ale nie mogłeś mi oznajmić, że źle się do ciebie zwracam, kiedy okręcałeś 

mnie sobie wokół palca.

– Mylisz się. Nie obchodziło mnie, jak mnie nazywasz, dopóki pozwalałaś mi 

być przy sobie – wyszeptał. Przycisnął usta do jej szyi. – Chcę, żebyśmy zaczęli od 

nowa, Marcie. Tym razem wszystko będzie tak, jak powinno.

– A niby dlaczego? – odpowiedziała szeptem. – Oboje wiemy, że łączy nas 

tylko jedno – ogromny fizyczny apetyt.

background image

–   Masz   rację,   ale   skoro   jest   nam   tak   dobrze   w łóżku,   wyobraź   sobie,   jak 

byłoby i poza nim?

Plecy Marcie drżały od urywanego śmiechu. Grzbietem dłoni otarła mokrą 

twarz.

– W porządku, powiedzmy, że zgadzam się poznać cię lepiej poza łóżkiem. 

Innymi słowy, chcesz, żebyśmy zostali przyjaciółmi, tak?

Ugryzł się w język. Niezupełnie o to chodziło, ale była blisko. Chciał, żeby się 

do niego wprowadziła, ale nie miał  zamiaru ulokować jej w sypialni dla gości. 

Marzył, żeby mieć ją znowu w łóżku, ale wiedział, że jeżeli będzie posuwał się 

zbyt szybko, to ją straci.

– Tego chcesz, prawda? – Odwróciła się do niego twarzą.

– Tak – zgodził się niechętnie. – Przyjaźni.

– I co? – nalegała.

Zawahał się niepewny, co Marcie chce usłyszeć.

– Co tylko chcesz, kochanie. Pozwolimy temu związkowi rozwijać się tak, jak 

ty będziesz chciała. Ty będziesz przy sterze.

To   ją   najwyraźniej   zdziwiło.   Jej   oczy   zrobiły   się   ogromne,   wyczekujące, 

jakby   nie   była   pewna,   czy   powinna   mu   wierzyć.   Chcąc   go   wypróbować, 

powiedziała:

– Zacznijmy od odrobiny szczerości. Jeśli źle zrozumiałam twoje imię, może 

powinniśmy wyjaśnić sobie inne rzeczy.

– Zgoda. – Podniósł obie ręce, dając do zrozumienia, że może pytać.

Szli przed siebie bez żadnego celu. Ogromnie go kusiło, żeby jej dotknąć. Był 

prawie pewien, że Marcie tego nie chce, zacisnął więc pięści za plecami.

– Jesteś żonaty?

– Nie – powiedział dobitnie.

– A byłeś?

background image

– Nie.

Popatrzyła   na   niego,   chcąc   sprawdzić,   czy   mówi   prawdę.   Wytrzymał   jej 

spojrzenie.

– Przysięgam, że mówię prawdę.

– Z tym sporo się spóźniłeś.

– Racja. – Nie chciał się nad tym rozwodzić, dopóki nie dostrzegł błysku 

sceptycyzmu w jej oczach. Wiedział, że go sprawdza. Jeżeli tym razem minie się 

z prawdą, straci Marcie. – Nie jestem handlowcem, jak myślałaś.

– Nie?

Wziął   kilka   głębokich   oddechów.   Prawda   może   być   zbyt   trudna   do 

zaakceptowania. Nie miał wyjścia – musiał podjąć ryzyko.

– Pewnie ci się to nie spodoba. Moja praca nie jest bezpieczna, ale jeżeli 

chcesz prawdy, to ją wyjawię.

– Jesteś agentem służb specjalnych?

Roześmiał się. Marcie wyglądała tak wdzięcznie, że pochylił się i delikatnie 

pocałował jaw usta.

–   Nie.   Pracuję   dla   Deliverance   Company.   Jesteśmy   zespołem   dobrze 

przeszkolonych komandosów, którzy specjalizują się w operacjach ratunkowych.

– Jesteś najemnikiem? – spytała z niedowierzaniem.

– Tak.

– O, Boże.

– Kochanie, posłuchaj, robię to od wielu lat. Jestem w tym cholernie dobry. 

Przecież żyję, prawda?

Pokiwała głową, ale zauważył, że z jej oczu zniknął blask. Podeszła do ławki 

parkowej i usiadła.

– Powiedz coś. – Usiadł obok niej.

Przyglądała mu się dłuższą chwilę i położyła dłoń na jego twarzy.

background image

– Zmieniłbyś pracę, gdybym cię o to poprosiła?

Ta kobieta szła na całość. Ale szanował ją za to. Nie ma sensu rozmawiać 

o szczegółach, jeżeli nie dogadają się w tak ważnej sprawie. Potrzebował trochę 

czasu, żeby przemyśleć odpowiedź.

– Nie wiem.

– To mi nic nie mówi.

– Ujmijmy to tak. Spróbowałbym, gdybyś nie mogła znieść mojej profesji. 

Parę lat temu ożeniło się dwóch moich kolegów. Odeszli z Deliverance Company 

i wygląda,   że   są   zadowoleni.   Jeżeli   Mallory   i Cain   mogli   przystosować   się   do 

normalnego życia, myślę, że i ja bym potrafił.

– Obaj się ożenili?

–   Tak.   I chyba   szczęśliwie.   –   Nie   był   to   odpowiedni   moment   na 

obwieszczenie, że sam nie zamierza podjąć tak radykalnych kroków. Chciał żyć 

z Marcie, ale chwilowo nie myślał o zalegalizowaniu tego związku.

Ramiona Marcie opadły, jakby pod ciężarem własnych myśli.

– Muszę to wszystko przemyśleć, Johnny. Jack – poprawiła się szybko.

– Dobrze, kochanie.

– Muszę też pomyśleć o Cliffordzie. – Była najwyraźniej zmartwiona.

– Wiem.

– Jest dla mnie dobry.

– Ja też będę dla ciebie dobry – obiecał Jack.

– Nie rozumiesz, o co chodzi z Cliffordem.

– Na pewno nie rozumiem. – Poniżanie innego mężczyzny nie byłoby w tym 

momencie najmądrzejsze.

– Potrzebuję czasu, żeby się nad tym zastanowić.

–   Oczywiście,   masz   rację.   –   Cierpliwość   będzie   Jacka   dużo   kosztowała. 

Pragnął Marcie. Miał wrażenie, że z łatwością może się w niej zakochać.

background image

Rozdział 26.

O świcie Luke usłyszał na korytarzu kroki strażnika. Był gotowy na śmierć. 

Przez długie tygodnie oswoił się z tą myślą.  Jak  na ironię egzekucja  wypadała 

w dniu świętego Pawła, patrona stolicy Zarcero.

Kiedy go aresztowano i przechodził najgorsze tortury, kiedy nieopisany ból 

nie dawał mu spać w nocy ani w dzień, modlił się o śmierć. Później, gdy cierpienia 

stały się lżejsze, zrozumiał, że bardzo pragnie żyć. Myśli o Rosicie i ich wspólnej 

przyszłości przysparzały mu sił, żeby się nie poddawał. Żeby miał nadzieję. Wiarę. 

Żeby ufał.

Teraz mieli go zabić. Jego i czterech chłopców. Byli niewinni. Jedynym ich 

przestępstwem  było  to,  że   chcieli  go  wyrwać  z rąk  tych  bydlaków.  Nie  będzie 

niespodziewanego zawieszenia wyroku. Żadnego ratunku. To koniec.

Drzwi   celi   otworzyły   się.   Mimo   bólu   w nodze   Luke   stał   dumny 

i wyprostowany. Niedługo odbiorą mu życie, ale nie będzie skamlał ani krzyczał 

przed oprawcami. Trzymając głowę wysoko i z godnością, na jaką go było stać, 

położył   dwa   listy   na   pryczy   i odważnie   spojrzał   na   strażników.   Obrzucił   celę 

ostatnim spojrzeniem. Modlił się w milczeniu, żeby jego listy dotarły do Rosity 

i Letty.

Niższy strażnik wykręcił mu mocno ręce za plecami, a potem kolbą karabinu 

popchnął   do   przodu.   Luke   szedł   ciemnym   kamiennym   korytarzem.   Może   był 

śmieszny w ostatnich chwilach życia. Czuł, że za kilka minut opuści ziemię pełną 

nienawiści i zemsty i przejdzie do świata miłości i przebaczenia.

Na zewnątrz oślepiło go słońce. Zmrużył oczy. Zobaczył, że Hector, Emilio 

i Juan już są. Stali przy ścianie, z rękami za plecami. Najwyraźniej nie pozwolono 

im nawet zawiązać oczu.

background image

Zawziął się, że będzie silny, ale poczuł bolesne ściskanie w piersiach. Nie 

chciał umierać. Nie chciał zostawiać tego, co go jeszcze czekało w życiu. Pomyślał 

o Rosicie i miłości jaką żywił do niej i do ich dzieci, którym nie będzie dane się 

narodzić.   Miłości   do   misji   w Zarcero,   którą   chciał   rozwinąć.   Do   Letty,   która 

zostanie sama. Żywił nadzieję, że jego śmierć skłoni siostrę, by poślubiła Slima. 

Ten farmer był w stosunku do niej bardzo cierpliwy.

Oprawcy   Luke’a   popchnęli   go   brutalnie   w stronę   pozostałych   skazanych. 

Potknął się i uderzył głową w twardy mur. Przeszył go ból i przez chwilę dwoiło 

mu się w oczach.

Kiedy doszedł do siebie, zauważył, że Juan i Roberto szlochają ze strachu. 

Byli   przecież   dziećmi.   Żaden   z nich   nie   miał   jeszcze   szesnastu   lat.   Hector 

wyglądał,   jakby   był   w szoku.   Patrzył   pustym   wzrokiem   w dal.   Szesnastoletni 

Emilio osunął się na ziemię, bo nie mógł utrzymać się dłużej na nogach.

Na widok Luke’a w tłumie rozległ szum. Zza plutonu egzekucyjnego wybijał 

się   kobiecy   szloch   i błaganie   o miłosierdzie.   To   rodziny   chłopców,   pomyślał 

smutno  Luke. Wiedział, że Rosita jest tutaj, i zanim pluton egzekucyjny uniósł 

karabiny, ostatnia myśl misjonarza pobiegła ku niej. Zamknął oczy i modlił się, 

żeby   Bóg   wziął   miłość,   którą   czuł   do   Rosity,   i przelał   ją   w serce   innego 

mężczyzny.   Człowieka,   który   będzie   dla   niej   tak   czuły,   jak   on   by   był,   gdyby 

pozwolono mu żyć.

Zamknął oczy. Był przygotowany na spotkanie z Bogiem, któremu służył.

– Stać!

Luke’a otworzył szeroko oczy. Do plutonu egzekucyjnego pewnym krokiem 

podszedł   jakiś   oficer.   Rozmawiał   z dowódcą   i spoglądał   w stronę   Luke’a. 

Misjonarz nie miał pojęcia, co się dzieje, ale zauważył, że w oczach jego przyjaciół 

rozbłysła nadzieja. Patrzyli na Luke’a, jakby on potrafił wytłumaczyć, co się stało.

– Wiary, moi przyjaciele – wyszeptał, chcąc dodać im odwagi.

background image

W więzieniu poznał wielu dowódców, ale tego tutaj widział po raz pierwszy.

Dwaj   oficerowie   naradzili   się   krótko.   Potem   przybyły   oficer   podszedł   do 

Luke’a, chwycił go za ramię i odciągnął od pozostałych więźniów.

– Wykonać! – Padł rozkaz wydany przez dowódcę plutonu egzekucyjnego.

– Nie! – krzyknął Luke. – Nie!

Jego krzyk zagłuszyły strzały, które niosły się echem, mieszając z okrzykami 

przerażenia.   Odwrócił   się   i zobaczył,   jak   zakrwawione,   martwe   ciała   czterech 

chłopców osuwają się po murze. W powietrzu zawisł zapach siarki i śmierci.

Rozpacz   i przerażenie   były   tak   silne,   że   nogi   odmówiły   Luke’owi 

posłuszeństwa   i upadł   na   ziemię.   Zwymiotował.   Nie   był   już   w Zarcero.   Był 

w piekle, w rękach samego diabła.

Kiedy się uspokoił, zaprowadzono go sztabu dowódcy i posadzono na krześle. 

Patrzył na twarze dwóch mężczyzn i nie czuł kompletnie nic. Żadnego strachu. 

Żadnego bólu. Nic.

Dowódca plutonu i drugi oficer rozmawiali po cichu, ale Luke nie zwracał na 

nich uwagi. Miał wrażenie, że jego umysł wyłączył się z powodu tego, czego był 

świadkiem,   okrucieństwa   wyrządzonego   jego   przyjaciołom.   Wolał   nie   myśleć 

o życiu   tych   niewinnych   chłopaków,   żeby   nie   zwariować.   Siedział   kompletnie 

otępiały.

– Przyjechałem, żeby zapytać cię o rodzinę – oznajmił oficer, który przerwał 

egzekucję.

Luke rzucił mu krótkie spojrzenie.

–   Odpowiedz   kapitanowi   Norte!   –   wrzasnął   kapitan   Faqueza,   dowódca 

oddziału, widząc, że Luke nie śpieszy się z odpowiedzią.

– Moją rodzinę – powtórzył Luke, nadal otępiały i ogłuszony.

– Opowiedz mi o swojej rodzinie – ponaglił kapitan.

– Należę do Bożej rodziny.

background image

Za tę odpowiedź dostał w twarz.

– Masz żonę?

– Nie – odpowiedział szeptem.

– A siostrę?

Luke milczał.

– Znaleziono to na jego pryczy. – Faqueza położył na biurku dwa listy, które 

Luke zostawił w celi. Norte wziął pierwszy list do ręki.

Letty.

Luke pokręcił głową i zmrużył oczy.

– Co ma z tym wspólnego moja siostra?

–   Letty   Madden.   –   Wymówienie   po   angielsku   tego   nazwiska   sprawiło 

kapitanowi Norte kłopot. – Tak chyba przedstawiła się ta kobieta.

– Letty tutaj jest? – Luke poczuł przypływ sił. Poderwał się z krzesła.

Posadzono   go   z powrotem.   Kapitan   Norte   przechadzał   się   przed   nim   w tą 

i z powrotem.

– Zetknąłem się z pana siostrą i jej przyjacielem.

Jej przyjacielem? Luke nie miał pojęcia, kto to mógł być. Na pewno nie Slim. 

Nie mógł  sobie wyobrazić tego farmera  w Zarcero. Nie w dzisiejszym Zarcero. 

Łagodnie mówiąc, przyjaciel Letty nie pasował do Ameryki Środkowej.

– Co jej zrobiliście? – spytał Luke.

–   Nic   –   odpowiedział   Norte   i dodał   z lekkim,   fałszywym   uśmieszkiem:   – 

Jeszcze   nic,   ma   się   rozumieć.   Twoja   siostra   jest   trochę   uciążliwa.   Razem 

z przyjacielem wysadzili zbiornik paliwa, zabili dwóch moich ludzi i ukradli dżipa.

– Letty? – Luke nie mógł uwierzyć. – Musieliście pomylić ją z kimś innym. 

Moja siostra pracuje w urzędzie pocztowym w Stanach Zjednoczonych.

Norte prychnął.

– Zgadza się.

background image

–   Dostaliśmy   niedawno   wiadomość,   że   jej   przyjaciel   wpadł,   ale   niestety, 

zanim zdążyliśmy przyjechać, żeby go przesłuchać, udało mu się uciec. Jesteśmy 

przekonani, że za tym też stoi twoja siostra.

– Letty?

– Najwidoczniej udało jej się upić strażnika.

– Mylicie ją z inną kobietą – oznajmił beznamiętnie Luke. Nie miał pojęcia, 

co Letty robi w Zarcero, ale modlił się, żeby wyjechała stąd jak najszybciej.

– Mam zamiar zrobić porządek z twoją siostrą.

Luke milczał.

– I najlepszym sposobem, żeby ją schwytać, jesteś ty.

–   Był   skazany   na   śmierć   –   przypomniał   kapitan   Faqueza,   najwyraźniej 

niezadowolony, że Luke’a nie rozstrzelano wraz z innymi.

–   I umrze   –   odpowiedział   Norte   pewnym   głosem.   –   Ma   pan   moje   słowo. 

Tylko najpierw użyję go jako przynęty na naszych wrogów.

background image

Rozdział 27.

Letty   obudziła   się   nagle   i zerwała   się   na   równe   nogi.   Powoli   wciągnęła 

powietrze   i rozejrzała   wokół,   usiłując   zorientować   się,   gdzie   jest.   Słychać   było 

wesołe   głosy   żółtodziobych   papug,   białych   czapli   i fregat.   Zobaczyła   łódkę 

i uświadomiła sobie, że są wciąż na wodzie, Murphy zabezpieczył miejsce postoju, 

żeby mogli się parę godzin zdrzemnąć. Oboje bardzo tego potrzebowali.

Nie była pewna, co ją obudziło. Przez jakiś czas jej rozkojarzony umysł nie 

był w stanie funkcjonować. Ogarnął ją potworny smutek i głęboki, przeszywający 

żal. Przejęta zastanawiała się, co to może być. Choć od razu domyślała się, że 

chodzi o Luke’a. To on odczuwał ból, prawie nie do zniesienia.

– Co się dzieje? – Niechcący obudziła Murphy’ego. Wsparł się na łokciu 

i patrzył na nią.

– Nie wiem. – Usiłowała przezwyciężyć falę wszechogarniającego smutku. – 

Wiem tylko, że coś się stało z Lukiem. Coś strasznego. Czuję jego męczarnie, czuję 

żal. – Nie patrzyła na Murphy’ego. Wiedziała, że sceptycznie podchodzi do jej 

emocjonalnego   związku   z bratem   bliźniakiem.  –  Murphy,   musimy   go   szybko 

odnaleźć. Stało się coś okropnego. To złamało mu serce.

– Będziemy w San Paulo po południu – powiedział Murphy.

– Musimy  się pospieszyć.  –  Ukryła twarz w dłoniach. Odczucie słabło, aż 

w końcu zniknęło.

– Uspokój się, kochanie, dotrzemy tam na czas.

– Martwię się. – Wyprostowała się i spojrzała na rzekę. Chciała natychmiast 

wyruszać.

Murphy usiadł, ziewnął i potarł ręką brodę. Letty zauważyła, że nie golił się 

od kilku dni. Musiała oprzeć się pokusie, żeby nie wyciągnąć dłoni i nie dotknąć 

background image

jego   twarzy.   To   pragnienie   ją   zaskoczyło.   Podczas   tej   wyprawy   kilka   sytuacji 

zbliżyło ich do siebie. Letty czuła się przy nim swobodnie, jak przy żadnym innym 

mężczyźnie,   pomijając   ojca   i brata.   Swobodniej   nawet   niż   przy   Slimie, 

mężczyźnie, którego – jak myślała – poślubi.

– Tak jakoś patrzysz – wymamrotał Murphy i zmarszczył czoło.

– Jak patrzę? – Letty sięgnęła po plecak. Zaczęła rozczesywać splątane włosy.

– Nie wiem, ale mi się nie podoba.

Letty zagryzła wargi.

–   Nie   martw   się.   Znajdziemy   Luke’a   i wyjedziemy   stąd   jak   najszybciej. 

Wtedy nie będę cię dręczyć nieprzyjemnymi spojrzeniami.

– Nie powiedziałem, że było nieprzyjemne. – Wziął do ręki broń i zeskoczył 

z łódki   na   brzeg.   –   Powiedziałem   tylko,   że   mi   się   nie   podoba.   –   Zniknął 

w krzakach.

Letty   dalej   czesała   włosy.   Murphy   był   najbardziej   niemiłym   człowiekiem, 

jakiego miała nieszczęście poznać.

Nie rozumiała go. Atakował ją jak wściekły niedźwiedź, a po chwili trzymał 

w ramionach, pocieszał, zapewniał, że ona nie odpowiada za grzechy swojej matki.

Zaproponowała mu przyjaźń, którą stanowczo odrzucił. Mimo to okazał się 

najlepszym   przyjacielem,   jakiego   kiedykolwiek   miała.   W ciągu   tygodnia   Letty 

obdarzyła   tego   mężczyznę   większym   zaufaniem   niż   swoich   najbliższych, 

najdroższych przyjaciół z dzieciństwa.

Zdawała sobie sprawę, że Murphy nie miał ochoty wysłuchiwać jej zwierzeń. 

Wolał   o nich   nie   wiedzieć.   Jej   problemy   musiały   go   wprawiać   w zakłopotanie. 

Sama   też   czuła   się   niezręcznie.   Przyrzekła   sobie,   że   cokolwiek  się   zdarzy,   nie 

będzie obciążać Murphy’ego swoją przeszłością.

Po   pół   godzinie   wyruszyli.   Letty   siedziała   w kącie   łódki.   Unikała   wzroku 

Murphy’ego. Może mu się to nie podobało, ale nic nie mówił.

background image

Podróżowali w milczeniu ze dwie godziny albo dłużej. Letty obiecała sobie, 

że prędzej ugryzie się w język, nim pierwsza się odezwie. Murphy’emu było to 

chyba na rękę. Dotychczas nigdy nie wyglądał na tak zadowolonego. Oparł się 

i gwizdał wesoło, jakby przyjechali na Karaiby, a nie ratować jej brata.

– Takiego spojrzenia nie lubię najbardziej. – Murphy wyciągnął długie nogi. 

Oparł się o burtę, jedną rękę położył na silniku.

– Jakiego spojrzenia? – Była zła, że się odezwała.

– Tej twojej świętoszkowatej miny.

– Nie jestem świętoszkowata!

Murphy roześmiał się.

Letty założyła ręce i przyglądała mu się.

– Czy coś ci się we mnie podoba?

– Jasne  –  odrzekł  powoli. –  Masz   najładniejsze  cycki,  jakie  kiedykolwiek 

widziałem.

Letty zamknęła oczy.

– Jesteś najwulgarniejszym, najokropniejszym mężczyzną na świecie.

– Kochanie, to był komplement.

– Bądź łaskaw zachować swoje komplementy dla siebie. Brzydzę się tobą.

Murphy uśmiechnął się szeroko, najwyraźniej zadowolony.

– Ha! To mi  się podoba najbardziej. Wybuchasz głośniej niż petarda. Nic 

mnie bardziej nie cieszy.

–   Cóż,   skoro   tak   cię   to   cieszy,   nie   będę   ci   poprawiać   humoru   rodem 

z rynsztoka.

Murphy zachichotał.

– Kochanie, nie bądź tak prędka w ocenianiu rynsztoku. Można tam spotkać 

wielu interesujących ludzi.

– Wyobrażam sobie.

background image

– Wiesz, bardzo lubię się z tobą droczyć. – Zaśmiał się cicho. – Nie wiem, 

czego będzie potrzeba, żeby mnie rozśmieszyć, kiedy już wrócimy do Teksasu.

– Znajdziesz sobie jakąś inną formę rozrywki.

– Z pewnością. – Sam był zdziwiony. – Ale wydaje mi się, że nie będzie to 

nawet w połowie tak zabawne, jak czas spędzony z tobą.

Zaległa między nimi pełna napięcia cisza, nie do zniesienia. Ale rozmowa 

z Murphym była znacznie gorsza.

– Jak daleko jeszcze do San Paulo? – Letty starała się, żeby temat rozmowy 

skierować na bieżące sprawy.

– Godzinę, może dwie.

Westchnęła wymownie.

– Masz zamiar mnie znowu zostawić?

– Zostawić?

–   Tak   –   powiedziała   dobitnie.   –   Dwa   razy   uparłeś   się,   żebym   została   za 

miastem, kiedy ty pójdziesz na zwiady. Chciałabym ci przypomnieć, że dwukrotnie 

wynikły z tego kłopoty.

– Tak?

–   Tak   –   odpowiedziała   wymownie.   –   Pod   Siguierres   zostawiłeś   mnie   na 

dziesięć godzin. Sądziłam, że nie mam wyjścia, i poszłam sprawdzić, co się z tobą 

dzieje. Zastałam cię kochającego się z dziwką w jakiejś plugawej knajpie.

– Dla jasności, zbierałem informacje.

Letty przewróciła oczami.

– Mogę się  tylko domyślać,  czego się  dowiedziałeś.  Kiedy  cię znalazłam, 

przemawiałeś do jej biustu.

Murphy parsknął głośno.

– Nie martw się, twoje piersi biją jej biust na głowę. Nie miała takich, którymi 

bym się zadowolił.

background image

– Czy mógłbyś się łaskawie zamknąć?

Murphy   zachichotał.   Letty   wiedziała,   że   ją   prowokuje,   ale   nie   mogła   się 

powstrzymać.

– Wiesz, na czym polega twój problem? – wybuchnęła.

– Nie, ale mi powiesz.

– Po pierwsze, nie umiesz rozmawiać z kobietą...

– Ośmielę się nie zgodzić. Potrafię zagadać najlepsze.

– Dziwki masz na myśli. Ale kiedy masz do czynienia z prawdziwą kobietą, 

kulturalną i subtelną, jesteś kompletnym zerem.

Nie sprzeciwił się jej.

– I dlatego zawsze zachowujesz się w ten sam sposób – ciągnęła. – Obrażasz 

i krytykujesz coś, czego nie rozumiesz.

Uniósł brwi, jakby jej uwaga go dotknęła.

– Kiedy cię słucham – ciągnęła Letty skwapliwie – nabieram przekonania, że 

nie masz zielonego pojęcia, co naprawdę znaczy kochać się.

– Chwileczkę...

– Postrzegasz seks jako czynność ciała, jak golenie się czy mycie zębów. Coś 

w miarę przyjemnego, co możesz mieć, kiedy najdzie cię ochota. Szczerze wątpię, 

że   kiedykolwiek   byłeś   zakochany.   Nie   masz   pojęcia,   co   to   znaczy   kochać   się 

z kobietą   na   płaszczyźnie   emocjonalnej.   Dla   ciebie   istnieje   jedynie   wymiar 

fizyczny. Możesz być nawet najlepszym kochankiem na świecie albo tak o sobie 

myśleć. Naprawdę to mi cię żal.

Z oczu Murphy’ego zniknęło zdziwienie. Zacisnął wargi. Powiedziała o wiele 

więcej, niż zamierzała. Może dobrze mu zrobi, kiedy skosztuje własnej trucizny.

Przez resztę poranka odzywali się do siebie wtedy, kiedy było to konieczne.

Minęli   kuter   rybacki   i Letty   domyśliła   się,   że   dopływają   do   San   Paulo. 

Z przejęcia  serce waliło jej jak młotem.  Wkrótce odnajdą Luke’a. A kiedy brat 

background image

będzie   bezpieczny,   uwolni   się   od   tego   nieznośnego,   irytującego,   zepsutego   do 

szpiku kości żołnierza.

O ile, oczywiście, nie będzie nalegał na odebranie należnej mu zapłaty.

Po kłótni z Letty Murphy spochmurniał.  Była łatwym celem.  Cieszyło go, 

kiedy   ją   prowokował,   folgując   sobie.   Tym   razem   oddała   mu   z nawiązką.   Był 

zaskoczony, że celnie strzeliła.

Trafiła   w samo   sedno.   Nie   wiedział,   jak   rozmawiać   z kobietami.   Jego 

kontakty z płcią przeciwną ograniczały się do spraw łóżkowych. Unikał stałych 

związków.   Najdłużej   był   z kobietą   godzinę   czy   dwie,   które   spędzili   na 

przyjemnościach.

A co do jej opinii na temat kochania się... przypuszczał, że też ma rację. Od lat 

uprawiał seks, ale nigdy tak naprawdę nie kochał. Wcale go to nie martwiło, ale 

zastanawiał się, jaka to różnica.

Było popołudnie, kiedy Murphy znalazł bezpieczną przystań dla łodzi. Chciał 

zostawić Letty i iść do miasta na zwiady, ale się nie odważył. Ta kobieta miała 

szczególny talent do pakowania się w kłopoty. Miasto stwarzało do tego najlepszą 

okazję. Wolał ją mieć przy sobie, żeby ją ochronić w razie potrzeby.

Zabrali   ze   sobą   wszystko.   Murphy   znalazł   mężczyznę,   który   wzbudzał 

zaufanie. Za opłatą zgodził się odstawić łódkę z powrotem do Questo. Twierdził, że 

ma tam rodzinę, i gwarantował, że bezpiecznie ją odholuje.

Bocznymi uliczkami skierowali się do miasta. Murphy trzymał Letty blisko 

przy   sobie.   Szybko   zorientowali   się,   że   trafili   na   jakieś   święto   religijne.   Na 

udekorowanych   ulicach   panowała   uroczysta   atmosfera.   Miejscowi   ubrani   byli 

w swoje najlepsze stroje. Na rogach ulic produkowali się muzykanci.

– Co tu się dzieje? – spytała Letty.

– A skąd, do cholery, mam wiedzieć? Wygląda to na jakieś święto. – Całe 

szczęście, pomyślał Murphy. Po raz pierwszy los im sprzyjał.

background image

– Kupimy sobie jakieś ciuchy i wtopimy się w tłum – zadecydował, kierując 

się do sklepu.

Spod sufitu zwisała cała kolekcja ubrań. Bluzki, koszule, suknie we wszelkich 

rozmiarach i kolorach powiewały na wietrze.

Murphy rozejrzał się i spytał sprzedawcę, czy znajdzie coś na jego postawną 

figurę. Jeżeli nie zmieni ubrania, będzie się wyróżniał jak dynia na polu ryżowym.

Nie miał ochoty informować rebeliantów, że przybył do miasta. W nowych 

ciuchach będzie mógł wmieszać się w tłum.

Zostawił Letty. Poszedł przymierzyć koszulę i parę spodni. W przymierzalni 

nie   było   lustra,   ale   dziewczyna   musiała   być   pod   wrażeniem,   bo   spojrzała   na 

Murphy’ego i zaczęła chichotać.

Kiedy się wreszcie przejrzał, zrozumiał dlaczego. Białe bawełniane spodnie 

i koszula   z wielokolorowymi   haftami   na   szerokich   kieszeniach   sprawiły,   że 

wyglądał jak mistrz karate. Właściciel dołożył mu kolorowy pas, tłumacząc, że to 

dodatek niezbędny na ten świąteczny dzień.

Letty,   na   szczęście,   miała   już   na   sobie   tradycyjną   sukienkę,   jaką   nosi   się 

w Zarcero. Murphy kupił jej szal i parę butów. Zapłacił za zakupy gotówką.

– Gdzie teraz? – spytała, kiedy znaleźli się ponownie na ulicy.

Murphy uśmiechnął się szeroko.

– Na święto, a gdzieżby?

– Ale...

– Zaufaj mi, wiem, co robię.

W centrum miasta odbywało się szaleństwo. Rynek pełen był świętujących 

mieszkańców.

Murphy i Letty dostali się na plac, skąd akurat wyruszała procesja. Na jej 

czele stał ministrant, który niósł wielki złoty krzyż. Za nim kroczył ksiądz ubrany 

w uroczysty   ornat.   Następnie   szedł   inny   ministrant   z półtorametrowym 

background image

wizerunkiem   Błogosławionej   Dziewicy.   Za   nimi,   w równiutkich   rzędach,   szło 

dwudziestu innych ministrantów.

Ludzie zgromadzeni na placu żegnali się, kiedy mijał ich ksiądz z kadzielnicą. 

Za procesją maszerował pluton żołnierzy. Na ich widok pierzchła wesołość, a na 

twarzach zgromadzonych ludzi pojawiało się przygnębienie.

Letty przysunęła się do Murphy’ego. Poczuł, że ogarnął ją strach.

– Nie martw się – wyszeptał jej do ucha. – Nie widzą nas.

Gdy   procesja   zniknęła   z pola   widzenia,   na   nowo   rozległa   się   muzyka. 

Mężczyźni grali na gitarach i śpiewali, dzieci biegały po trawie, a kobiety stały 

w tłumie.

– Zjedzmy coś – zaproponował Murphy. Był potwornie głodny i wiedział, że 

Letty również.

Pokiwała głową.

Murphy chwycił ją za ręce i ruszyli. Jeżeli zgubiliby się w tym tłumie, nie 

było szans, żeby się odnaleźli.

Murphy kupił na straganie smaczny i pożywny posiłek, złożony z mieszaniny 

ryżu i mięsa.

– Nic nie mów – ostrzegł Letty, kiedy siedzieli na trawie.

– Mam doskonały akcent – upierała się, urażona do żywego tym, co sugerował 

Murphy.

– Chcę posłuchać.

– Posłuchać?

Pokiwał głową.

– A co my właściwie robimy?

Ta kobieta przyprawiała go o szaleństwo.

– Udajemy kochanków.

Letty zarumieniła się. To było do przewidzenia.

background image

– Nie widzimy nic poza sobą, jasne?

Pokiwała głową.

Murphy ku swojemu zmartwieniu odkrył, że nietrudno mu udawać namiętność 

do Letty. Prawdę mówiąc, tę rolę odegrał bardziej naturalnie, niż chciał.

Co chwila pochylał się, odgarniał jej włosy z ramion i całował w kark. Później 

położył się na trawie z głową na jej udach i wpatrywał się w błękitne niebo, jakby 

nic go nie obchodziło.

W ciągu godziny dowiedział się, gdzie stacjonują oddziały wojskowe i jak 

nazywa się dowódca. Wiadomość o rozstrzelaniu czterech nastolatków szybko się 

rozniosła. Dzień, który miał być dniem radości, naznaczony został żałobą.

Minęły ich dwie kobiety, które rozmawiały o egzekucji. Letty spojrzała na 

Murphy’ego.

– Zabijają dzieci?

– Na to wygląda. – Murphy wstał i pomógł się Letty podnieść. – Wmieszajmy 

się w tłum.

Kiedy szli przez plac, dostrzegł dwóch uzbrojonych żołnierzy, zmierzających 

w ich kierunku.

– Zatańczmy. – Wziął ją w ramiona.

– Będziemy tańczyć?

Zbliżał się wieczór, zrobiło się już chłodniej. Między drzewami wisiał sznur 

japońskich lampionów, który wyznaczał miejsce przeznaczone do tańców. Murphy 

obrócił Letty. Nie czuł się pewnie w tej roli, ale robił wszystko, żeby naśladować 

kroki walca.

Co innego było siedzieć  obok Letty, a co innego trzymać  ją w ramionach. 

Ocierała się o niego w sposób tak naturalny, jakby od wielu lat stanowili parę. Jej 

ciepły   oddech   łaskotał   Murphy’ego   w szyję.   Bardzo   chciał   zamknąć   oczy 

i zanurzyć się w jej delikatnej miękkości, ale oparł się tej pokusie. Boże, jak ona go 

background image

pociągała!

Zorientował się, że przygląda mu się, a jej oczy śmieją się do niego. Kołysali 

się w takt muzyki. Przestał podsłuchiwać rozmowy. Niemal zatopił się w głębinie 

jej oczu.

Nie mógł się oprzeć. Opuścił głowę i dotknął ustami jej warg. Smakował ich 

słodycz, obrysowując kontur końcem języka. Letty jęknęła cicho i objęła go za 

szyję.

– Musimy odnaleźć Luke’a – wyszeptała ochryple i przytuliła twarz do jego 

szyi.

–   Odnajdziemy.   –   Zamknął   na   chwilę   oczy   i chłonął   jej   świeży,   kobiecy 

zapach.   Intuicja   mówiła   mu,   że   rebelianci   przetrzymują   Luke’a   Maddena   wraz 

z innymi więźniami politycznymi w więzieniu wojskowym. Jeżeli już zaczęły się 

egzekucje, nie było czasu do stracenia. Ze względu na Letty żywił nadzieję, że nie 

jest za późno.

Żałował,   że   nie   może   jej   uchronić   przed   najgorszym.   Brat   był   jedyną   jej 

rodziną.

Muzyka   ucichła.   Zeszli   z miejsca   do   tańca.   Był   im   potrzebny   samochód. 

Z powodu święta ruch uliczny był wstrzymany. W zasięgu wzroku nie było ani 

jednego pojazdu.

Okazało się, że wcale nie jest łatwo wmieszać  się  w tłum.  Wszędzie  było 

pełno żołnierzy. Najwyraźniej kogoś szukali.

– Musimy stąd wiać – wyszeptał Murphy. – Chodź.

Kiedy uszli kilka kroków, Murphy kazał Letty zasłonić się szalem. Od razu go 

posłuchała.

Udając,   że   jest   nią   zaabsorbowany,   zdołał   ukryć   twarz.   Dwóch   żołnierzy 

zmierzało w ich stronę. Murphy pociągnął Letty w zaułek.

– Pocałuj mnie – polecił.

background image

– Słucham?

– Zrób to i udawaj, że od dawna tego pragnęłaś. Jasne?

Pokiwała głową. Murphy oparł się plecami o mur, a Letty przycisnęła swoje 

usta do jego warg. Nie miała wielkiego doświadczenia, ale nieźle sobie poradziła.

Murphy jednym okiem obserwował mijających ich żołnierzy. Potem zamknął 

oczy i przejął inicjatywę, zręcznie zmieniając pozycję. Teraz Letty stała plecami do 

ściany.

Miał  twarde wargi. Jęknęła   delikatnie  i rozchyliła  usta,  żeby  wpuścić  jego 

język. Oplotła ramionami szyję Murphy’ego i w pełni odwzajemniła pocałunek.

Kiedy skończyli się całować, oboje ciężko dyszeli.

– Poszli?

– Już dawno – wyszeptał Murphy.

Letty zamruczała coś pod nosem, a potem spytała:

– Dobrze się bawisz?

– Nie. Chciałem się tylko przekonać, jak bardzo mnie pragniesz. Teraz już 

wiem. Szalejesz za mną.

–   Nie   bądź   śmieszny.   Chcę   tylko   odnaleźć   brata   i wydostać   się   stąd.   – 

Owinęła   szal   wokół   ramion,   jakby   był   stalową   zbroją.   Murphy   uwłaczał   jej 

godności, obrażał ją.

– Nie martw się, uratujemy Luke’a – powiedział z przekonaniem, którego nie 

miał. Wziął ją pod ramię. Powoli zapadała noc. Prawdziwe świętowanie dopiero się 

zacznie, a wtedy nie da się przedrzeć przez ulice San Paulo. Lepiej, żeby wydostali 

się z miasta, dopóki to jeszcze możliwe.

Nagle Letty przystanęła.

– Popatrz – wyszeptała zdziwiona.

Murphy   zobaczył   dwóch   mężczyzn   na   szczudłach,   ubranych   w dziwaczne, 

kolorowe stroje. Każdy z nich trzymał płonący nóż, który co pewien czas wkładał 

background image

sobie do gardła, a potem puszczał płomienie ku niebu.

– Nigdy nie widziałam czegoś podobnego.

– A ja tak, w Rio na Mardi Gras.

Nagle jej ręka wyślizgnęła się spod jego ramienia.

– Co się stało? – spytał.

– Wydaje mi się, że widzę kogoś znajomego.

Zanim zdążył ją powstrzymać, zniknęła w tłumie. Usiłował ją dogonić, ale się 

nie dało.

– Letty! – krzyknął, nie przejmując się tym, że ktoś inny może go usłyszeć. – 

Stój!

Krążył po placu, na próżno. W ciągu kilku sekund stracił ją z oczu.

background image

Rozdział 28.

Marcie podniosła błyszczącą różową kulę i podeszła do krągli. Przyjrzała się 

dokładnie   torowi   i zrobiła   krok   do   przodu.   Wyciągnęła   ramię   i pchnęła   kulę. 

Potoczyła   się   środkiem   toru   i trafiła   w środkowy   kręgiel.   Nagle   skręciła 

gwałtownie   w lewo   i zamiast   uderzyć   we   wszystkie   kręgle,   strąciła   tylko   trzy 

z dziesięciu.

Marcie była rozczarowana. Zrobiła wszystko tak, jak powinna. Kula uderzyła 

w główny kręgiel, a potem wybrała własną ścieżkę. Przewróciła tylko trzy marne 

kręgle.

– Nie szkodzi, kochanie! – krzyknął z tyłu Clifford.

Marcie   naciągnęła   rękawy   cienkiego   wełnianego   sweterka.   W kręgielni 

zawsze było dla niej za chłodno, działała klimatyzacja.

– Oszukaństwo!

– Masz jeszcze jeden rzut.

Clifford był pewien, że jej się uda. Jego roześmiany wzrok pobiegł w stronę 

Marcie.   Zrobiła   wszystko,   co   mogła,   żeby   odwzajemnić   uśmiech.   Nie   było   to 

łatwe.

Za   to,   że   przegrywała   w kręgle,   mogła   winić   tylko   Johnny’ego...   Jacka 

Kellera. Wczorajsze spotkanie zaskoczyło ją. Był otwarty, szczery i prostolinijny. 

Kiedy   okazało   się,   że   nawet   nie   znała   jego   prawdziwego   imienia,   poczuła   się 

dotknięta   i zła.   Dopiero   później   doceniła   ryzyko,   na   jakie   się   zdecydował, 

ujawniając wszystko.

– Uda ci się! – krzyknął Clifford. Z mechanizmu zwrotnego wypadła różowa 

kula. – Masz. – Podszedł do niej, ścisnął ją za ramiona i delikatnie przesunął dwa 

kroki w prawo.

background image

– Teraz powinno być dobrze.

Marcie ważyła w rękach kulę i wpatrywała się w pozostałe kręgle. Zawzięła 

się,   żeby   je   przewrócić.   Nie   pozwoli,   żeby   propozycja   Jacka   odciągnęła   ją   od 

rzeczy, które naprawdę liczą się w życiu, jak na przykład kręgle.

Uśmiechnęła się do siebie, pochyliła się nad torem i przyłożyła do wyrzutu. 

Tym razem kula jak strzała pomknęła prawą stroną toru. Wyglądało na to, że nie 

strąci sześciu stojących w środku kręgli.

Rozczarowana Marcie odwróciła się, nie chcąc oglądać porażki.

– Jest! Jest! – Clifford pomachał ręką w prawą stronę, jakby to mogło wpłynąć 

na bieg kuli.

Marcie odwróciła się i, ku swojemu zdumieniu, zobaczyła, że – podobnie jak 

przedtem – kula skręciła w lewo. Tym razem mocno uderzyła w pierwszy kręgiel. 

Pozostałe runęły jak wysadzone dynamitem.

– Udało się! Udało! – krzyknęła Marcie, podskakując.

Clifford podszedł do niej, objął ją mocno ramionami w talii i uniósł wysoko.

– Moja dziewczyna! – Uśmiechnął się do niej szeroko. Jego twarz promieniała 

z dumy i szczęścia.

Marcie   była   dumna   z sukcesu,   jakby   dokonała   największego   wyczynu 

w życiu...

Clifford wziął swoją kulę. Marcie przyjrzała mu się i uśmiech zniknął z jej 

twarzy. Hydraulik nigdy nie będzie materiałem na chłopaka z plakatu, ale jest za to 

delikatny i ujmujący.

Wiedziała, że dużo go kosztuje, żeby nie pytać o to, co dzieje się między nią 

a Jackiem.  Spytał tylko raz, żeby się dowiedzieć, czy Marcie jeszcze się z nim 

zobaczy. Przyznała, że nie wie, co zrobi. Docenił jej uczciwość i nie naciskał.

Gdyby sytuacja była odwrotna, zżarłaby ją ciekawość.

Clifford pchnął kulę i powalił wszystkie kręgle. Marcie zaklaskała żywiołowo, 

background image

wzięła piwo i zasalutowała. Clifford ukłonił się wytwornie i zapisał punkty.

Nie mogła sobie wyobrazić, jak wyglądałaby gra w kręgle z Jackiem. Nigdy 

nie byli razem w kinie ani na meczu piłki nożnej. Nawet nie wiedziała, czy lubi 

sport i czy jest za drużyną Kansas City.

Z wyjątkiem jednej wspólnej kolacji ich związek kręcił się wokół łóżka. Nie 

żeby to jej się nie podobało. Seks był niewiarygodny, ale życie polegało na czymś 

więcej niż tylko szybkim wskoczeniu do łóżka.

Teraz Jack wyznał, że chce się z nią związać na stałe. Chociaż w ogóle nie 

padło słowo „małżeństwo”. Przynajmniej nie w odniesieniu do ich relacji.

Wprawdzie   wspomniał   coś   o dwóch   przyjaciołach,   którzy   się   niedawno 

ożenili, ale unikał postawienia kropki nad i, jeżeli chodziło o nich dwoje.

Marcie zdawała sobie sprawę, że wobec niej mężczyźni unikali deklaracji. 

Poczuła lekkie kłucie w sercu i odgoniła myśli o Jacku. Nieuczciwie było na randce 

z Cliffordem myśleć o innym mężczyźnie.

– Może byśmy coś przekąsili? – zaproponował Clifford, kiedy skończyli grać.

– Brzmi nieźle. – Okazała entuzjazm, chociaż nie była głodna.

Clifford odniósł do samochodu sprzęt. Marcie miała wrażenie, że jest trochę 

rozdrażniony. Pewnie z powodu niejasnej sytuacji między nimi.

Poszli   do   całodobowej   restauracji,   ulubionego   miejsca   Clifforda.   Kelnerka 

wskazała im stolik w rogu. Marcie wślizgnęła się głębiej, w czerwone plastikowe 

krzesełko.

Clifford wziął karty dań, zatknięte za cukiernicę i podał jedną Marcie.

– Mam ochotę na cheesburgera – oznajmił. – A ty?

Marcie pokręciła przecząco głową.

–   Nie   jestem   głodna   –   wymruczała   cicho.   –   Zamówię   kawałek   ciasta 

cytrynowego.

Po kilku minutach podeszła do nich kelnerka, żująca gumę.

background image

– I jak ci się wiodło w tym tygodniu? – zagadnął Clifford, trzymając w obu 

dłoniach szklankę wody.

– Dobrze – odpowiedziała Marcie.

Odkaszlnął, przelotnie spojrzał jej w oczy i znowu utkwił wzrok w szklance.

– Dziś po południu myślałem o tobie i tym twoim przyjacielu.

– Chcesz wiedzieć, czy się z nim widziałam, prawda?

Clifford pokręcił przecząco głową.

– Nie – powiedział naciskiem. – Lepiej, żebyś mi nie mówiła. Nie chowam 

głowy w piasek. Masz prawo się z nim spotykać, ale przejąłbym się tym bardziej, 

niż   należy.   Nie   mógłbym   pracować.   –   Uśmiechnął   się   z wysiłkiem   i ponownie 

spojrzał na stół.

– Clifford, może...

– Nie chciałbym ci przerywać, ale jeżeli pozwolisz mi dokończyć to, co mam 

do powiedzenia, będzie mi łatwiej. W porządku?

– Jasne. – Był tak ujmujący, że musiała przezwyciężyć ochotę przysunięcia 

się do niego bliżej. Wyciągnęła rękę i ścisnęła jego dłoń.

– Pozostawiłem ci decyzję, czy chcesz się spotkać z dawnym przyjacielem. 

Mogłaś pomyśleć, że nie ma to dla mnie znaczenia.

– Och, Clifford, przecież wiem.

– Zdaję sobie sprawę, że nie za wiele jest we mnie do podziwiania. Mam 

resztki smarów pod paznokciami i mógłbym zrzucić parę kilogramów.

Marcie   zawsze   widziała   w nim   czułego,   miłego   faceta,   który   był   dla   niej 

dobry. Clifford nigdy nie udawał kogoś, kim nie był. Nigdy jej nie okłamał. Był 

rozsądny, słodki i szczodry.

– Jesteś moim misiem.

Uśmiech podniósł jeden kącik jego ust.

– Nikt wcześniej nie nazywał mnie tak pieszczotliwie.

background image

Wyprostował się i potarł ręką kark.

–   Kiedy   cię   poznałem,   odżyła   we   mnie   nadzieja,   że   spotkałem   kogoś 

szczególnego – ciągnął. – Cholera, mam prawie trzydzieści pięć lat. Mój młodszy 

brat ma już czworo dzieci. Najstarszy pójdzie we wrześniu do liceum.

– Bobby?

Clifford pokiwał głową.

– Nigdy nie umiałem rozmawiać ani umawiać się z kobietami. Za każdym 

razem, kiedy w pobliżu pojawiała się atrakcyjna kobieta, język stawał mi w gardle 

i mówiłem coś głupiego, co brzmiało niemal jak obelga. Potem poznałem ciebie. – 

Odważył się na nią spojrzeć.

– Pojawiłeś się w moim życiu w odpowiednim momencie – odpowiedziała 

Marcie. Nigdy nie opowiadała mu o swojej przeszłości, o błędach, które popełniła. 

O tym, jak mężczyźni ją wykorzystywali i znikali. Dla Clifforda była czysta jak 

śnieg.

– Naprawdę?

– Już myślałam, że nie ma na świecie porządnych mężczyzn.

– Ty? – Clifford nie dowierzał. – Marcie, przecież jesteś piękna. Na pewno 

setki mężczyzn chciało się z tobą ożenić.

Nie   miała   serca   powiedzieć   mu   prawdy.   Mężczyźni   nie   żenią   się 

z rozrywkową dziewczyną. Spędzają z nią miło czas i uprawiają wyszukany seks. 

Potem wracają do domu, do swoich żon czy dziewczyn.

Clifford znowu spuścił głowę i wsunął rękę do kieszeni spodni. Wyciągnął 

z niej   pierścionek   z brylantem.   Trzymał   go   między   kciukiem   i palcem 

wskazującym. Kamień był niewielki i lśnił w świetle lamp.

Odkaszlnął i spojrzał na Marcie niepewnie.

–   Marcie,   prawie   od   miesiąca   zbieram   się   na   odwagę,   żeby   poprosić   cię 

o rękę. Cały czas noszę ten pierścionek.

background image

– Od miesiąca?

– Za każdym razem, kiedy próbuję znaleźć odpowiednie słowa, język staje mi 

kołkiem. Chciałem wykrztusić to z siebie z tysiąc razy. A potem pojawił się ten 

twój bogaty przyjaciel i... Zdecydowałem, że poczekam.

– Ale...

– Wiem,  wiem.  Ten facet jest cały czas w mieście  i przypuszczam,  że się 

z nim widujesz. Zadzwoniłem do ciebie wczoraj wieczorem i nikt nie odbierał.

– Nie zostawiłeś wiadomości na automatycznej sekretarce.

– Nie – przyznał niechętnie. – Zrozumiałem, że stracę cię dla tego faceta, 

zanim zdążę się oświadczyć.

–   Clifford,   proszę.   –   Słowa   uwięzły   jej   w gardle,   kiedy   usłyszała   tę 

niespodziewaną propozycję. Nie wiedziała, co powiedzieć.

– Przypuszczam, że to najgorsze, co mogłem w tej chwili zrobić. Ale bałem 

się, że ten brylant wypali mi dziurę w kieszeni, kiedy mi powiesz, że wracasz do 

byłego chłopaka.

– Och, Clifford.

– Kocham cię, Marcie. Pokochałem cię już pierwszego dnia, kiedy wszedłem 

do twojego salonu i kiedy mnie ostrzygłaś. Po raz pierwszy strzygła mnie kobieta. 

Byłaś   taka   miła   i gawędziłaś   ze   mną,   jakbym   był   kimś   wyjątkowym.   Kobiety 

najczęściej traktują mnie jak nieokrzesanego Forresta Gumpa. Chyba dlatego, że 

czasami sprawiam wrażenie niezbyt rozgarniętego.

– Clifford, jesteś mądry i miły...

–   Tak,   ale   nie   pasuję   do   wizerunku   wysokiego,   ciemnego   przystojniaka, 

więc... Nieważne. Ważne jest to, że cię kocham. Chcę się z tobą ożenić. Jeżeli się 

zgodzisz, obiecuję, że zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa.

Marcie zakryła usta obiema dłońmi, a do jej oczu napłynęły łzy.

– Nie wiesz o mnie tylu rzeczy...

background image

– Wiem wszystko, co jest ważne.

Marcie   otarła   mokrą   twarz,   bo   zbliżała   się   do   nich   kelnerka   z posiłkiem. 

Prychnęła i uśmiechnęła się do Clifforda.

–   Nie   pogniewasz   się   na   mnie,   jeśli   poproszę   cię   o dwa   dni,   żeby   to 

przemyśleć?

Uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.

– Spodziewałem się, że to powiesz. Możesz zastanawiać się tak długo, jak 

chcesz. Nigdzie się nie wybieram.

Wziął cheesburgera i jadł go jak mężczyzna, który umiera z głodu.

background image

Rozdział 29.

Letty czuła się zagubiona. Krążyła bez celu po ulicach San Paulo. Odłączyła 

się od Murphy’ego, bo wydawało jej się, że widzi znajomą młodą kobietę z misji 

Luke’a. Nie mogła sobie przypomnieć jej imienia. Rosa. Nie, Rosita. Coś w tym 

stylu.

Poznała   Rositę   zeszłego   lata.   Pamięta   ją   dokładnie,   bo   ta   przemiła   młoda 

kobieta  była   zakochana  w Luke’u.  Jej  brat  bliźniak,  oporny  i kompletnie  ślepy, 

jeżeli chodzi o sprawy sercowe, był beztrosko nieświadomy uczucia Rosity.

Rosita mignęła jej przed oczami. Powiedziałaby jej, co się stało z Lukiem. 

Podekscytowana Letty odłączyła się od Murphy’ego i klucząc po ulicach, szukała 

wzrokiem Rosity.

Wszędzie  było tyle ludzi. Po chwili poniósł ją tłum.  Kiedy  po raz ostatni 

spojrzała na Rositę, tłum unosił ją w przeciwnym kierunku.

Dziewczyna była blada i zmęczona. Miała podkrążone oczy, w których widać 

było ból i strach. Piękna młoda kobieta wyglądała tak, jakby nie spała od tygodnia.

Kiedy Letty zdała sobie sprawę z tego, że straciła z oczu przyjaciółkę Luke’a, 

była tak załamana, że chciało jej się płakać. Przypomniała sobie o Murphym.

– O, cholera – powiedziała na głos.

Murphy’ego   nie   było   już   w zasięgu   wzroku.   Samotna   i wyczerpana 

pomyślała, że mógł przynajmniej się jej trzymać. Ściślej owinęła ramiona nowym 

szalem. Nie dlatego, że było jej zimno, ale żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo. 

Wiedziała, że to marna ochrona.

Zapadła noc, a potem nastał ranek. Letty nie wiedziała, gdzie jest Murphy 

i jak go odnaleźć.

Nie   było   go   w żadnym   z miejsc,   które   odwiedzali.   Wróciła   do   sklepu 

background image

z ubraniami i czekała obok, bo myślała, że Murphy będzie jej tutaj szukać.

Wybrała się nawet nad rzekę, do miejsca, gdzie zostawili łódkę. To był błąd. 

Nie było tam śladu Murphy’ego ani łódki, którą pożyczył im Aldo, za to wpadła na 

grupę pijanych żołnierzy. Na szczęście jej nie zauważyli i zdążyła uciec. Zresztą 

żaden z nich nie byłby w stanie jej dogonić.

Na   rynku   miejskim   też   go   nie   spotkała.   Włóczyła   się   po   nim   godzinami 

z nadzieją, że nie rzuca się w oczy, i ze świadomością, że jest inaczej.

Nad horyzontem zaczęło wschodzić słońce. Letty zdała sobie sprawę z tego, 

że nie ma dokąd pójść. Nie wiedziała, gdzie jeszcze mogłaby go szukać. Zgubili się 

na dobre, i to z jej winy. Teraz jedynie musiała znaleźć kogoś, kto wskazałby jej 

drogę do Luke’a.

Ale dno, pomyślał Murphy, przemykając ciemnymi uliczkami. Trzymał Letty 

w uścisku, a potem w jednej chwili zniknęła mu z oczu.

Złość piekła go gorzej niż zgaga. Chodził w tę i z powrotem po San Paulo, ale 

nigdzie nie natrafił na ślad Letty.

Z jej wszystkich kretyńskich wyskoków ten był najgorszy. Chyba zobaczyła 

kogoś, kto wydał jej się znajomy. Ale skąd?

Gdyby był przewidujący, nie dałby się wpakować w kabałę. Kobiety pokroju 

Letty Madden całe noce rozmyślają, jak zaleźć mężczyznom za skórę.

Kiedy Letty po raz pierwszy poprosiła go o pomoc, właśnie wrócił z misji 

i nie miał ochoty wyruszać na kolejną. Od kilku dni był w domu i zaczynał się 

wczuwać   w rolę   farmera   z prawdziwego   zdarzenia.   Chociaż   nie   zamierzał 

zajmować się tym na stałe.

Osiadły tryb życia nie był dla niego. Ale to samo mógłby powiedzieć o Cainie 

i Mallorym, kiedy zwalniali się z wojska. Lubili przygody tak samo, jak on. Był 

pewien, że nie na długo zadowoli ich cywilizowane życie. Mylił się.

Mallory’ego mógł jeszcze zrozumieć. Ten postawny facet wdepnął na minę 

background image

lądową i niewiele brakowało, żeby stracił nogę, a może i życie. Kiedy wrócił do 

Deliverance   Company,   nie   był   już   tym   samym   człowiekiem.   Wypadek 

i rekonwalescencja odebrały mu ochotę do przygód. Odszedł nie tylko z powodu 

odniesionych obrażeń, ale i dlatego że poznał Francine.

Z  Cainem  to zupełnie  inna  historia. Jedynym powodem  niespodziewanego 

odejścia ich szefa – najodważniejszego i najbardziej nieustraszonego mężczyzny, 

jakiego Murphy znał – była kobieta. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda.

Czarująca wdowa z San Francisco przewróciła życie jego przyjaciela do góry 

nogami. Zanim Murphy zorientował się, co się dzieje, Cain kupił dom w Montanie 

i założył   hodowlę   bydła.   Bardziej   jednak   zadziwiło   Murphy’ego,   że   Cain   był 

szczęśliwy.

W   przeciwieństwie   do   Mallory’ego,   który   zajął   się   hodowlą   lam 

i wychowywaniem   dzieci   na   wyspie   należącej   do   stanu   Waszyngton,   i Caina-

farmera, dla Murphy’ego liczyło się tylko wojsko.

Nie   miał   pojęcia,   dlaczego   o tym   myśli,   przemierzając   ulice   San   Paulo, 

zajętego przez rebeliantów. Szczerze mówiąc, wolał nie wiedzieć.

Obiecał   sobie,   że   jeżeli   uda   mu   się   znaleźć   Letty,   ta   dręczycielka   będzie 

mogła mówić o szczęściu, jeżeli skończy się tylko na laniu pasem.

Szukał   jej   wszędzie.   Na   ulicach.   Na   rynku.   Nad   rzeką.   Wszedł   nawet   do 

poczekalni dla kobiet, sądząc, że może tam być.

Stracił cierpliwość, i tak już nadszarpniętą. Wyparowała w czasie poszukiwań. 

Teraz pozostało mu tylko odnaleźć Luke’a Maddena. Brat jest najlepszą drogą do 

Letty.

Jeżeli ta oślica jeszcze żyje.

Letty straciła wszelką nadzieję, że kiedykolwiek znajdzie Murphy’ego. Nie 

mogła marnować czasu na szukanie go. Cały czas wypatrywała Rosity albo kogoś 

innego, kogo znałaby z misji w Managna.

background image

O   dziewiątej   wieczorem   drugiego   dnia   znalazła   się   przed   kościołem 

katolickim. Wcześniej, w Siguierres, weszła do takiego kościoła, bo myślała, że 

tam   będzie   bezpieczna.   Okazało   się,   że   wdepnęła   do   siedziby   dowództwa 

rebeliantów. Za mało powiedziane, że dostała nauczkę.

Wielkie drewniane drzwi zaskrzypiały, kiedy delikatnieje pchnęła. Odetchnęła 

z ulgą, kiedy okazało się, że nie ma tu żadnego sztabu dowodzenia.

W kościele paliło się kilka świeczek. Rzędy ławek z klęcznikami z surowego 

drewna stały w nierównych rzędach po obu stronach świątyni.

Ołtarz   z drewna,   pomalowany   na   biało   i pozłacany,   miał   wysokość   dwóch 

pięter i sięgał do sufitu. Przed Letty leżała postać w białych szatach.

Przypomniała   sobie,   że   podobno   w katedrze   w San   Paulo   spoczywają 

autentyczne   relikwie   świętego   Pawła.   Nie   tego,   którego   nazywano   trzynastym 

Apostołem, ale innego, który żył kilka wieków później. W Ameryce Środkowej do 

popularnych zwyczajów należało wystawianie szczątków ulubionych świętych.

Wstrzymała oddech i ostrożnie zrobiła kilka kroków naprzód. Wślizgnęła się 

do jednej z ostatnich ławek. Uklękła i skłoniła głowę do modlitwy.

Jeżeli kiedykolwiek potrzebowała ingerencji Boga, to właśnie teraz. Wokół 

niej panowało zamieszanie. Nawet jeżeli Murphy ją znajdzie, będzie tak wściekły, 

że więcej jej nie zaufa. Poza tym był jeszcze Luke, a ona traciła czas na szukanie 

Murphy’ego.

Nie   miała   pojęcia,   jak   długo   się   modliła.   Była   wyczerpana,   głodna 

i wystraszona.

Usłyszała ruch, stuk butów, świst powietrza i urywane westchnienie. Nawet 

jeżeli to żołnierz, nie przejęłaby się tym. Była bliska emocjonalnego załamania 

i wycieńczona.

Otworzyła oczy i podniosła głowę. Jej oczy napotkały wzrok siwego księdza, 

który – jak jej się wydawało – miał około sześćdziesiątki. Zamrugał. Ona też.

background image

– Moje dziecko – wyszeptał łamanym angielskim. – Niebezpieczne to czasy 

dla samotnej kobiety.

– Tak, wiem – odpowiedziała po hiszpańsku. Ten język był bezpieczniejszy 

dla nich obojga.

– Jestem ojciec Alfaro. Czy mogę pani jakoś pomóc?

Zawahała się.

– Nie sądzę. – Wstała pewna, że poprosi ją, by wyszła, ale trzęsły jej się nogi 

i z powrotem opadła na ławkę.

– Jest pani chora?

– Nie, wszystko w porządku. – Zlekceważyła jego troskę. – Naprawdę.

– Gdzie pani mieszka? – Podszedł do ławki i usiadł obok. Chwycił ją za rękę 

i delikatnie poklepał po grzbiecie dłoni.

Jej   wahanie   musiało   być   wystarczającą   odpowiedzią.   Rozprostowując 

ramiona, spojrzała mu prosto w oczy. Musiała mu zaufać. Nie było nikogo innego.

– Słyszał ksiądz o misji w Managna?

– Tak, oczywiście.

Nadzieja dodała jej sił.

– Musiał ksiądz słyszeć o moim bracie, Luke’u Maddenie. Jest misjonarzem 

odpowiedzialnym   za   misję   w Managna.   –   Pochyliła   się   i dotknęła   kruchego 

ramienia   księdza.   –   Wie  ksiądz,   co  się   z nim  stało?   Słyszał  ksiądz   coś  o nim? 

Jestem pewna, że został aresztowany, ale...

– Moje dziecko, chce pani powiedzieć, że pokonała całą tę drogę w nadziei, że 

odnajdzie pani brata?

Pokiwała głową.

– Może mi ksiądz opowiedzieć, co stało się w Managna?

Oczy duchownego posmutniały.

– Niestety, nie. Owszem, słyszałem o pani bracie i o pracy, jaką wykonywał 

background image

wśród ludzi. Mówi się o nim z wielką miłością.

– Aresztowano go?

Ksiądz przyglądał jej się długą chwilę, zanim odpowiedział.

– Tak, tak mi się wydaje.

– A więc żyje. Luke żyje. Żyje. – Poczuła niewysłowioną ulgę.

– Moje dziecko, przykro mi, ale tego nie mogę powiedzieć. Po prostu nie 

wiem.

Ramiona Letty opadły pod ciężarem jego słów.

– Modliła się pani o brata? – spytał ksiądz łagodnie.

Tak, o Luke’a, ale w jej sercu był również Murphy. Przyjechał do Zarcero, bo 

go potrzebowała. Wiedział, że go oszukała, ale został z nią. Nie obwiniałaby go, 

gdyby wtedy ją zostawił. Za wszelką cenę starał się udawać podłego faceta, ale był 

mężczyzną   honoru.   Postępuje   bardziej   uczciwie   niż   ona.   Nabrała   go.   Użyła 

podstępu. I wykorzystała dla własnych celów.

– Moje dziecko – wyszeptał ojciec Alfaro. – Jest pani sama?

– Sama? – Obejrzała się przez ramię, niepewna, o co pyta. Przecież nikogo 

z nianie było.

– Czy ktoś z panią przyjechał, może jakiś mężczyzna? – ciągnął głosem nieco 

głośniejszym od szeptu.

– Zgubiliśmy się – odpowiedziała Letty ledwie dosłyszalnym szeptem. – Skąd 

ksiądz wie?

W jego oczach zaiskrzył blady uśmiech.

– Lepiej, żebym nie odpowiadał.

– Przyjaciel pomógł mi przedostać się z Hojancha do Zarcero.

– Przyjaciel? Mówiła pani, że się rozdzieliliście? Jak dawno?

– Dwa dni temu. Wydawało mi się, że zobaczyłam kogoś, kto zna Luke’a. 

Kiedy się odwróciłam... mojego przyjaciela już nie było. Od tej pory cały czas go 

background image

szukam.

Ksiądz zmarszczył czoło.

– Słyszał ksiądz coś o... moim przyjacielu? – Letty wydawało się, że uszło 

z niej życie. Bez Murphy’ego czuła się zagubiona i niepewna, gdzie iść i co robić. 

W dodatku życie Luke’a wisiało na włosku.

– Nie, nic – wyszeptał ojciec Alfaro.

– I nic o Luke’u?

– Nie mogę pani pomóc w sprawie brata.

– Proszę – błagała Letty, ściskając jego rękę. – Muszę go odnaleźć.

– Przykro mi, moje dziecko.

– Na pewno jest ktoś, kto może mi pomóc. – Nie miała się do kogo zwrócić. 

Nie miała dokąd pójść. Jeżeli ojciec Alfaro odmówi jej pomocy, równie dobrze 

może oddać się w ręce władz. W ciągu ostatnich dwóch dni bez Murphy’ego jak 

nigdy dotąd uświadomiła sobie swoją bezsilność. Stał się dla niej kimś więcej niż 

przewodnikiem i obrońcą. Znacznie więcej. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa, 

którego potrzebowała. Odwagę, by stawić czoło trudnościom.

Ojciec   Alfaro   przypatrywał   się   uważnie   Letty.   Jak   człowiek,   który   chce 

wyczuć, czy może jej zaufać. Ryzykował przecież życie.

–   Znam   człowieka,   który   może   dowiedzieć   się   czegoś   o pani   bracie.   – 

Powiedział tak cicho, że ledwie go usłyszała. Oddech księdza łaskotał ją w ucho.

–   Proszę,   bardzo   proszę   –   mówiła,   robiąc   wszystko,   żeby   powściągnąć 

emocje.   –   Zrobię   wszystko.   Zapłacę   każdą   cenę.   Może   mnie   ksiądz   do   niego 

zaprowadzić?   Ale   musimy   się   pośpieszyć.   Obawiam   się,   że   Luke   jest 

w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

–   Nie.   Nie   może   pani   zobaczyć   się   z tym   człowiekiem   ani   z nim 

porozmawiać.

– Ale...

background image

– Słyszała pani o czterech chłopcach, na których wykonano egzekucję?

Pokiwała głową. Ta przerażająca wiadomość obiegła wszystkie ulice.

– Wszyscy byli z Managna.

– Nie. – Letty westchnęła ciężko.

Ojciec Alfaro pokiwał smutno głową.

– Tak mówią.

– Czy mojego brata mogli rozstrzelać razem z nimi? – Letty ledwie mogła 

logicznie myśleć z powodu niepokoju o brata.

– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie – odrzekł ksiądz łagodnie. – Ale 

zrobię wszystko, żeby pomóc  pani zdobyć informacje.  Serce mi mówi, że Bóg 

odpowie na pani modlitwy. Odnajdzie pani obu mężczyzn, których tak bardzo pani 

kocha.

Letty wstrzymała oddech. Obu mężczyzn, których tak bardzo kocha...?

Z przerażeniem zdała sobie sprawę z tego, że ksiądz ma rację. Zakochała się 

w Murphym. Nie przypuszczała, że tak się stanie. I tego nie planowała. Nawet nie 

była pewna, czy jest zadowolona. Przez te dwa dni, kiedy nie byli razem, miała 

wrażenie, że w jej sercu zieje ogromna dziura.

– O, nie – powiedziała głośno.

– Nie? – Ksiądz przyglądał jej się zdziwiony.

– Nie Murphy – jęknęła, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówi. Ze Slimem 

życie byłoby o wiele prostsze. Kochany, dobrotliwy Slim. Jeśli naprawdę kocha 

Murphy’ego, nie znaczy wcale, że coś się zmieni w ich stosunkach.

Drzwi zaskrzypiały. Letty zesztywniała. Ojciec Alfaro również.

– Musi pani już iść – wyszeptał. – I to szybko. Proszę przyjść jutro rano. 

Dowiem się o bracie, czego będę mógł.

– Dziękuję. – Odwróciła się, żeby wyjść z ławki.

– Na rany Jezusa! Letty!

background image

Dźwięk ochrypłego męskiego głosu odbijał się echem w kościele jak odgłos 

strzału.

–   Murphy.  –  Wspięła   się   na   lśniącą   drewnianą   ławkę,   przeskoczyła   przez 

oparcie i podbiegła do niego. Wyglądał jak z krzyża zdjęty. Letty czuła się równie 

fatalnie.

Wyciągnął ramiona. Letty wpadła w nie, śmiejąc się i płacząc.

Objął ją i trzymał tak mocno, że nie mogła oddychać. Nie przejmowała się 

tym. Może jej płuca nie były w stanie funkcjonować, ale serce miało się całkiem 

nieźle.

– Gdzie ty się, do cholery, podziewałaś przez ostatnie dwa dni?

– Ja? – wysapała Letty. – A ty gdzie byłeś?

Nie odpowiedział.

– Spróbuj jeszcze raz takiej głupiej sztuczki, a obiecuję...

– Tak. Tak.

Przycisnął usta do jej warg i pocałował z taką pasją i pożądaniem, że pozbawił 

ją resztek tchu.

– Powinienem cię zabić za to, co przeżyłem przez ostatnie dwa dni.

– Dla mnie to też nie był piknik.

Nie przestawał jej całować. Co chwilę przywierał do niej ustami. Ich zęby 

zderzyły się, a kiedy jęknęła, język Murphy’ego wślizgnął się do jej wilgotnego 

wnętrza. Zaczęli dyszeć i brakło im tchu.

Letty zarzuciła mu ręce na szyję i stanęła na palcach.

– Nie wiedziałam, co robić.

– Nie mogłem przestać cię szukać – wymruczał Murphy między pocałunkami.

– Tak się bałam.

Murphy zachichotał.

– Ty? Nie wierzę.

background image

Ojciec Alfaro odchrząknął znacząco.

–   Może   powinna   mnie   pani   przedstawić   swojemu   przyjacielowi,   moje 

dziecko?

background image

Rozdział 30.

Obejmując Letty ramieniem, Murphy odwrócił się do mężczyzny w sutannie. 

Nie miał zamiaru wypuścić Letty z uścisku z powodu ostatnich wydarzeń. Przez 

ostatnie dwa dni wywrócił San Paulo do góry nogami, żeby ją znaleźć. Martwił się 

o jej naiwną łepetynę i ryzykował przy tym swoją.

– Murphy, to jest ojciec Alfaro. – Letty wykonała ręką gest w stronę księdza.

– Miło księdza poznać. – Murphy zrobił krok do przodu i podał starszemu 

mężczyźnie rękę.

– Ksiądz ma przyjaciela, który może dowiedzieć się, co się stało z Lukiem.

Murphy przyjrzał się księdzu, zastanawiając się, czy mogą mu zaufać. Zwykle 

nie   zawodziła   go   intuicja.   Miał   wrażenie,   że   mogą   uznać   księdza   za 

sprzymierzeńca.

Kiedy włóczył się po mieście, zasięgnął języka i dowiedział się, że kapitan 

Faqueza, odpowiedzialny za koszary wojskowe, jest prawdziwym draniem. Słynie 

z tego, że torturuje więźniów i dręczy ich psychicznie. Jeżeli – jakimś cudem – brat 

Letty   jeszcze   żyje,   Faqueza   pewnie   go   zadręczył.   Może   się   okazać,   że   Letty 

ryzykuje życiem dla brata, który z bólu stracił zmysły.

– Dowiem się, czego tylko będę mógł – zapewnił Murphy’ego ojciec Alfaro. – 

Ale niczego nie obiecuję.

Wzrok   księdza   spoczął   na   Murphym   o sekundę   czy   dwie   dłużej,   niż   to 

konieczne. Może chciał w ten sposób dać mu  do zrozumienia,  że osobiście nie 

robiłby sobie zbyt wielkich nadziei, że Luke żyje.

– Brak mi słów, żeby wyrazić, jak bardzo jesteśmy wdzięczni – odpowiedziała 

Letty za nich oboje.

Dłoń Murphy’ego zacisnęła się na jej ramieniu. Kiedy wszedł do kościoła i ją 

background image

znalazł, poczuł nieopisaną ulgę. Już się poddał się, przekonany, że dotrze do niej 

tylko przez Luke’a.

Przez całe dwa dni próbował, jak mógł, pozbyć się głosu sumienia,  który 

mówił mu, że powinien szukać Letty.

Dopiero kiedy słońce zaszło i nad stolicą zapadła noc, Murphy przypomniał 

sobie,   że   kiedy   na  krótko  rozdzielili   się   w Siguierres,   Letty   od  razu   poszła   do 

kościoła. Zaczął więc przeszukiwać kolejne kościoły.

– Mamy inny problem – poinformował ją z ponurą miną Murphy. Teraz, kiedy 

wiedział,   że  w mieście   jest  kapitan  Norte,  nie  miał   wątpliwości,   że  im  prędzej 

odnajdą Luke’a, tym lepiej. Murphy był sprytny i domyślał się, że obecność oficera 

nie jest przypadkowa.

– Jaki? – Zaniepokojony wzrok Letty spotkał się ze wzrokiem Murphy’ego.

– Norte jest w mieście.

– Zna go pan? – Głos ojca Alfaro zadrżał, kiedy Murphy wymienił nazwisko 

kapitana.

Murphy pokiwał głową.

–   Nie   powiedziałabym,   żebyśmy   należeli   do   jego   ulubieńców   –   wyjaśniła 

Letty, a Murphy poczuł, że wyprostowała się. Była spięta.

Ksiądz smutno pokiwał głową.

– Kapitan nie jest dobrym wrogiem.

Murphy zdążył się już o tym przekonać.

– Lepiej, żeby nie widziano was razem. – Ojciec Alfaro nerwowo zatarł ręce. 

Spojrzał na nich i wydawało się, że podjął jakąś decyzję.

– Chodźcie – zarządził. – U mnie będziecie bezpieczni. Mam nadzieję, że do 

jutra rana będę coś wiedział o pani bracie.

Murphy zdawał sobie sprawę, że ksiądz bierze na siebie oczywiste ryzyko. 

Wahał   się,   czy   może   wystawiać   tego   człowieka   na   niebezpieczeństwo.   Nie 

background image

zgodziłby się na to, gdyby nie Letty.

Ojciec Alfaro najwyraźniej domyślił się, co trapi Murphy’ego.

– Nie musi się pan martwić. Wiele razy oddawałem moje życie w ręce Boga. – 

Ksiądz wyprowadził ich ze świątyni.

Poprowadził   ich   krużgankami   okalającymi   kościół   do   stojącego   obok 

dwupiętrowego   budynku.   Weszli   tylnymi   drzwiami   i przeszli   przez   kuchnię, 

a potem długim korytarzem udali się na dół.

Murphy   zauważył,   że   ojciec   Alfaro   porusza   się   bardzo   cicho   i nie   włącza 

światła.   Zatrzymał   się   na   dole   schodów   i spojrzał   w górę.   Odczekał   chwilę, 

a potem   wprowadził   ich   do   pomieszczenia,   które   wyglądało   na   bibliotekę. 

Ostrożnie zamknął drzwi. Przez okna sączyło się do środka nikłe światło księżyca.

Murphy   poczuł   zapach   cytryny   i starych   książek,   co   stanowiło   całkiem 

przyjemną mieszankę. Ksiądz oparł dłonie o kominek. Najwyraźniej czegoś szukał. 

Po   chwili   Murphy   usłyszał   ciche   kliknięcie   i zdumiony   zobaczył,   że   półka 

z książkami   otwiera   się   jak   drzwi,   zapraszając   ich   do   magicznego,   fikcyjnego 

świata. W środku znajdowało się tylko łóżko i stolik nocny.

– Na razie będziecie tu bezpieczni. Przyjdę po was rano tak wcześnie, jak mi 

się   uda.   Do   tego   czasu   muszę   was   poprosić,   żebyście   zachowywali   się   bardzo 

cicho.

Murphy pokiwał głową i z Letty u boku wszedł do tajemniczego pokoju. Letty 

usiadła   po   jednej   stronie   łóżka.   Zwiesiła   ramiona.   Murphy   widział,   że   jest 

wyczerpana.   On   sam   też   nie   był   w lepszej   kondycji   fizycznej.   Przeżycia 

emocjonalne ostatnich dni i na nim odcisnęły swoje piętno.

–   Odpocznijcie,   przyjaciele   –   wyszeptał   ojciec   Alfaro,   zanim   półka 

z książkami nie powróciła na swoje miejsce.

W   pomieszczeniu   natychmiast   zrobiło   się   ciemno.   Poczuli   zapach   starych 

książek,   kurzu   i pleśni.   Nikłe   światło   docierało   jedynie   przez   wąskie   szczeliny 

background image

w regale z książkami.

Murphy   stał   przez   chwilę.   O sekretnych   pomieszczeniach   na   plebanii   nie 

pisano w podręcznikach wojskowych. Przez całe lata służby Murphy nie znalazł się 

w podobnej   sytuacji.   Najbardziej   martwił   się   o bezpieczeństwo   Letty.   Miał 

nadzieję, że tutaj nic im nie grozi.

Usłyszał, że Letty wyciąga się na wąskim łóżku. Był niemal pewien, że skoro 

łóżko jest jedno, będzie chciała, żeby spał na podłodze. Nie chciał się z nią kłócić 

i właśnie zamierzał się położyć, kiedy usłyszał szept:

– Jest tu miejsce i dla ciebie. – Jej głos był nieco spłoszony.

Coś było zdecydowanie nie tak. Murphy miał ochotę przeczyścić sobie ucho 

palcem. Nie był pewien, czy to dobry pomysł, żeby znaleźli się tak blisko siebie. 

Był potwornie zmęczony, ale wiedział, że będzie mu cholernie trudno nie kochać 

się z Letty. Doszedł do wniosku, że jego wątpliwości są przejawem krańcowego 

wyczerpania.

Była   mu   to   winna.   Obiecała   mu   to.   Chciał   się   z nią   kochać   bardziej   niż 

z jakąkolwiek inną kobietą. A teraz jeszcze...

– Murphy?

W milczeniu podszedł do łóżka. Letty zrobiła mu miejsce. Murphy wyjął broń 

i jednym ruchem położył ją na nocnym stoliku.

– Jak to możliwe, że w San Paulo jest tyle kościołów, a ty spotkałaś akurat 

księdza zamieszanego w tajną działalność?

Odpowiedziała mu dopiero po dłuższej chwili.

– Wierzę, że Bóg posłał mnie do ojca Alfaro.

Gdyby   było   jaśniej,   Letty   zobaczyłaby   kwaśną   minę   Murphy’ego.   Taka 

odpowiedź mu sienie podobała. Jeżeli Bóg był skłonny wyświadczać przysługi, 

Murphy miał ważniejsze prośby. Zresztą, to całkiem możliwe, że Bóg Letty naraził 

ich na  pokusy. Jeżeli  to, że mieli  razem spać,  było jednym z dowcipów Boga, 

background image

Murphy’emu nie było do śmiechu.

Niechętnie położył się na łóżku. Choć Letty twierdziła, że starczy miejsca dla 

nich obojga, wcale tak nie było. Kręcił się i przewracał z boku na bok. W końcu 

odkryli, że  najwygodniej  będzie,  kiedy  on  położy  się  na  plecach,  a Letty  obok 

niego na boku i oprze mu głowę na piersi.

Zamknął oczy, tuląc Letty do siebie. Jej ramię znalazło się na jego brzuchu. 

Wydała delikatne westchnienie z zadowolenia. Murphy znalazł się tak blisko nieba, 

jak   chciał.   Trzymanie   tej   kobiety   w ramionach   sprawiało   mu   niesamowitą 

przyjemność. Wywoływało uczucie, które ma tyle samo wspólnego z ciałem, co 

z duszą. Uczucie, którego Murphy obawiał się najbardziej, bo oznaczało, że mu na 

niej zależy.

To mogło żołnierza drogo kosztować. Niejeden zapłacił za to życiem. Murphy 

widział, jak Cain dostał kulkę tylko dlatego, że jego umysłem zawładnęła Linette. 

Nie chciał popełnić tego samego błędu.

–   Ojciec   Alfaro   wiedział   o tobie   –   powiedziała   Letty,   przerywając   jego 

rozmyślania.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Pytał, czy podróżuję z mężczyzną.

– Kiedy?

– Wcześniej, na początku rozmowy.

Murphy  musiał  się  nad  tym zastanowić.   Podejrzewał,  że  ksiądz   ma  jakieś 

powiązania z CIA. To była dla niego dobra wiadomość. Mogą mu się przydać tacy 

sprzymierzeńcy.

– Jestem taka zmęczona. – Letty zatopiła się w jego objęciach.

– Wiem, kochanie.

– Nie mam pojęcia, co bym zrobiła, gdybym cię nie znalazła. – Ziewnęła po 

raz drugi.

background image

– Ja też – przyznał Murphy. Czuł, że poddaje się potrzebom ciała. Objął ją 

ramieniem   i opuścił   podbródek   tak,   że   dotknął   czubka   jej   głowy.   Odpływając 

w krainę snu, delektował się przyjemnością trzymania jej w ramionach. Głupotą 

byłoby zaprzeczać prawdzie. Bardzo mu zależało na Letty.

background image

Rozdział 31.

– Luke.

Usłyszał, że ktoś prawie bezgłośnie wypowiada jego imię. Odwrócił głowę 

i otworzył   oczy.   W małym   kwadratowym   otworze   w drzwiach   celi   widać   było 

twarz Rosity.

– Rosita?  –  Czy to możliwe, żeby to była prawda? Serce łomotało mu pod 

żebrami.   Ostrożnie   próbował   wstać   z pryczy,   nie   zważając   na   ból.   Ten   ruch 

kosztował   go   tyle   wysiłku,   że   jęknął.   Przeżywał   straszliwe   męki,   ale   zniósłby 

o wiele gorsze, żeby tylko zobaczyć Rositę.

– Jestem.

Przez otwór widać było tylko piękne ciemne oczy. Ale to wystarczyło, by 

ogarnęła go radość. Ten dar, cud ujrzenia kobiety, którą kocha, sprawił, że poczuł 

się ogromnie szczęśliwy.

– Jak to możliwe, że tu jesteś, skoro...

– O nic nie pytaj. Nie chcą mnie wpuścić do środka, do celi. Już nie.

– Więc jednak byłaś tu wcześniej?

– Tak. – Zamrugała powiekami, żeby się nie rozpłakać. – Chciałabym cię 

dotknąć. – Przez stalowe pręty zdołała przecisnąć jedynie dwa palce.

Luke przycisnął usta do opuszka jednego z nich i niewiele brakowało, żeby się 

rozpłakał.   Palce   Rosity   dotknęły   jego   twarzy.   Pogłaskała   nie   ogolony   policzek 

Luke’a. Zamknął oczy, rozkoszując się pieszczotą dotyku.

– Zawsze będę cię kochać. – Usiłował zapanować nad emocjami. Zamilkł. Bał 

się, że kiedy zacznie mówić, nie będzie w stanie powstrzymać szlochu.

– A ja zawsze będę kochać ciebie.

Przez dłuższą chwilę cieszyli się z tego niepojętego cudu, że mogą być razem. 

background image

Grube   żelazne   drzwi   nie   stanowiły   przeszkody   i nie   mogły   powstrzymać   ich 

gorących uczuć.

–  Biją   cię?   –   spytała   Rosita   głosem,   który   świadczył,   że  boi   się   usłyszeć 

prawdę.

Nie mógł jej okłamać.

– Trochę. Nie tak bardzo, jak na początku.

Oczy Rosity stały się świecące i szkliste. Wypełniły się łzami, które zaczęły 

spływać jej po twarzy.

– A Hector i inni?

– Godnie ich pochowano. – Głos Rosity załamywał się.

Obawiał się wypowiedzieć imię swojej siostry.

– Miałaś jakieś wieści od Letty?

– Od Letty? Nie. Jest tutaj? W Zarcero? Jak to możliwe?

–   Nie   wiem,   ale   możliwe,   że   przyjechała.   Dlatego   nie   zostałem   stracony 

z innymi.

–   To   wyjaśnia,   dlaczego...   –   Rosita   przerwała   raptownie,   jakby   już   i tak 

powiedziała więcej, niż zamierzała.

– Powiedz mi.

–   Mój   wuj...   pozwolił   mi   tu   przyjść,   żebym   mogła   się   z tobą   pożegnać. 

Komendant Faqueza wyznaczył termin publicznej egzekucji za dwa dni.

– To pułapka. Musisz odnaleźć moją siostrę i uprzedzić ją.

– Ale jak? Gdzie?

Luke oparł czoło o drzwi. W zetknięciu ze skórą wydały się zimne. Zimne 

i twarde.   Powinien   się   skupić,   ale   nie   mógł.   W jego   umyśle   kłębiły   się   troski 

i zmartwienia.   Wszyscy,   którzy   mogliby   pomóc   Letty,   albo   nie   żyli,   albo 

znajdowali się w więzieniu.

–   Spróbuję   ją   znaleźć,   Luke   –   obiecała   Rosita.   –   Tylko   nie   wiem,   gdzie 

background image

szukać.

–   Zrób,   co   możesz.   –   Nie   mógł   się   teraz   martwić   o Letty.   Później,   kiedy 

zostanie sam, będzie się modlił, żeby Bóg jej strzegł. Chwile z Rositą, możliwe, że 

ostatnie, były zbyt cenne, żeby je tracić.

Jeszcze raz pocałował jej palce.

– Rosito, kiedy zginę, musisz...

– Nie. – Płakała. – To cud, że się uratowałeś. Nie umrzesz, kochany.

– Nie mamy czasu na sprzeczki. Musimy przygotować się na najgorsze, kiedy 

jeszcze możemy. – Jeśli go nie zastrzelą albo nie powieszą, tak jak kilku innych 

więźniów politycznych, możliwe, że zamęczą go na torturach.

– Jak Bóg mógł do tego dopuścić? – Głosem Rosity wstrząsał szloch. – Jak 

mógł pozwolić, żeby Hector i inni zginęli tak okrutną śmiercią?

Luke wiele razy zadawał sobie to samo pytanie.

– Bóg nie ponosi odpowiedzialności za nienawiść na tym świecie. – Pragnął 

przytulić Rositę po raz ostatni. Umarłby szczęśliwy, gdyby mógł poczuć przy sobie 

jej miękkie ciało. Gdyby tylko mógł dotknąć jej słodkiej twarzy i poczuć bicie jej 

serca przy swoim...

Rosita spojrzała przez ramię. Luke dostrzegł cień strachu na jej twarzy.

– Muszę iść. – Otarła łzy i obdarzyła go krótkim uśmiechem. Odwróciła się 

gwałtownie i zniknęła.

Luke słyszał delikatny odgłos kroków, kiedy odchodziła. Musiał włożyć tyle 

fizycznego wysiłku, żeby utrzymać się na nogach, że zaczął gwałtownie drżeć. 

Z trudem szedł do łóżka, żeby się nie przewrócić.

Przygniótł go ciężar zmartwień. Norte miał zamiar posłużyć się nim, żeby 

złapać Letty.

Luke   dobrze   znał   swoją   siostrę.   Zrobiłaby   wszystko,   żeby   go   uratować. 

Wystawiłaby się na każde niebezpieczeństwo. Nie mógł pozwolić, żeby coś jej się 

background image

stało, ale nie wiedział, jak ją uratować.

Nie miała pojęcia, jacy są ci mężczyźni. Nigdy nie zetknęła się z takim złem. 

Luke też nie, dopóki go nie schwytano.

Mógł   tylko   przechytrzyć   kapitana   Norte,   umierając   przed   publiczną 

egzekucją. Wzniósł oczy do nieba i zwrócił się do Boga:

– Pozwól mi umrzeć, zanim będzie za późno.

background image

Rozdział 32.

Jeszcze dwa dni temu pani brat żył.

Z sercem w gardle, Letty odwróciła się i stanęła przodem do ojca Alfaro.

– Żyje?

Ksiądz   przyszedł   po   nich   wczesnym   rankiem   i zaprowadził   do   zaufanego 

przyjaciela. Chwilę później Murphy zniknął z ojcem Alfaro. Letty nie cieszyła się 

z tego, że znowu zostali rozdzieleni. Ale nie miała wyboru.

Murphy spojrzał na ojca Alfaro, potem na Letty.

–   O co   chodzi?   –   Znała   trochę   Murphy’ego   i wiedziała,   że   coś   przed   nią 

ukrywa.

Nikt nie śpieszył się z wyjaśnieniami.

– Luke’owi coś się stało. – Zaczęła płakać, pewna, że usłyszy złe wieści. – 

Jest ranny? Możemy go zabrać? Potrzebuje lekarza?

– Letty. – Murphy delikatnie objął ją ramieniem.

– Z moich źródeł nie mogłem się dowiedzieć, jaki jest stan fizyczny pani brata 

– wyjaśnił ojciec Alfaro. – Wiem tylko, że pani brat żyje.

– Jest coś jeszcze. – Letty nie chciała, by ukrywano przed nią prawdę. Murphy 

powinien znać ją na tyle dobrze, żeby o tym wiedzieć.

– Proszę mi wszystko powiedzieć.

Mężczyźni ponownie wymienili między sobą spojrzenia. Oczy Murphy’ego 

spotkały się ze wzrokiem Letty. Powiedział cicho, głosem pozbawionym emocji.

– Luke został skazany na śmierć.

Letty zamknęła oczy i wstrzymała oddech.

– Za dwa dni w południe ma się odbyć publiczna egzekucja.

–   Dwa   dni   –   powtórzyła.   Krew   odpłynęła   jej   z głowy,   a wszystko   wokół 

background image

zaczęło   wirować.   Przez   chwilę   myślała,   że   zemdleje.   Poczuła,   że   musi   usiąść. 

Wyciągnęła po omacku ręce i opadła na drewniane krzesło.

– Letty?

– Wszystko w porządku.

Nie   było   w porządku.   Rano   nie   czuła   się   dobrze.   Chociaż   w ramionach 

Murphy’ego   spała   lepiej   niż   od   tygodni,   obudziła   się   wyczerpana   i potwornie 

zmęczona.

To wrażenie się pogłębiało. Myślała, że samo jej przejdzie i dlatego nikomu 

nie mówiła. Ale nie przeszło.

– Musimy go uratować. – Spojrzała na Murphy’ego. Zorientowała się, że robi 

to coraz częściej. Poza sercem obdarzyła go zaufaniem. W jej oczach Murphy mógł 

dokonać rzeczy niemożliwych. Choć napotykali coraz więcej przeszkód na swojej 

drodze, Letty polegała na talentach Murphy’ego.

– Letty, dałem ci  słowo, że odnajdę  twojego brata,  i zrobię to. – Murphy 

zacisnął zęby z determinacją.

Bardzo chciała go dotknąć. Przycisnąć dłoń do jego policzka i podziękować 

mu. Te dwa dni, kiedy włóczyła się sama po mieście, były dla niej cenną lekcją. 

Bardzo   chciała   odnaleźć   i uwolnić   Luke’a,   ale   zamierzała   to   zrobić   razem 

z Murphym.

Ksiądz rzucił Murphy’emu niespokojne spojrzenie. W małym ceglanym domu 

zapanowała atmosfera pełna napięcia. Letty nie rozumiała, o co chodzi. Spojrzała 

na ojca Alfaro.

– Obawiamy się, że ta egzekucja może być pułapką – wyjaśnił ksiądz.

Murphy zachichotał.

– Norte chce nas. Ale czy można mu się dziwić? Ośmieszyliśmy go. Nie wie 

tylko,   że   za   niego   nikt   sienie   modli.   Unikniemy   jego   zasadzki   i na   dodatek 

wykradniemy mu Luke’a sprzed nosa.

background image

– Na mieście się mówi, że komendant Norte sowicie wynagrodzi tego, kto 

schwyta któreś z was.

–   Rozumiem.   –   Bo   rozumiała.   Jak   powiedział   zeszłej   nocy   ojciec   Alfaro, 

kapitan Norte nie jest dobrym wrogiem.

– Powinna pani być przygotowana na najgorsze – uprzedził ją łagodnie ksiądz. 

– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, ale może się zdarzyć, że nie zdołamy 

uratować pani brata.

– Musi się wam udać. – Rozpłakała się. Rozpaczliwie pragnęła wierzyć, że 

można   uratować   Luke’a.   On   na   to   zasługiwał.   Oddał   swoje   serce   ludziom 

z Zarcero, poświęcił im życie. Bez Luke’a będzie sama i zagubiona. W nikim nie 

znajdzie oparcia.

– Masz moje słowo: zrobię wszystko, co możliwe, żeby uwolnić Luke’a. – 

Oczy Murphy’ego potwierdziły powagę tej obietnicy.

– Nie mogę prosić o więcej – odpowiedziała Letty.

Przez   resztę   poranka   rozmawiała   z Murphym   i ojcem   Alfaro.   Mężczyźni 

zastanawiali się nad sposobem działania. Szybko się dogadali. Wkrótce Murphy 

wyszedł. Nie powiedział dokąd idzie ani jak długo go nie będzie.

Siedziała w cieniu drzewa. Usiłowała dociec, co jej dolega. Nękające bolesne 

uczucie nie ustąpiło do popołudnia. Usiłowała jakoś nazwać to, co czuła. Objawy 

fizyczne wskazywały na niegroźny przypadek grypy, ale wiedziała, że to nie grypa. 

Była pewna, że dolegliwości w jakiś sposób są związane z bratem bliźniakiem.

Niecierpliwie czekała  na powrót Murphy’ego. Musiała z nim omówić  parę 

spraw. Była tak zaprzątnięta myślami, że niczego nie zauważyła.

Z początku.

Nagle poczuła, że ktoś ją obserwuje. Nie była tego pewna, ale ufała swojemu 

szóstemu zmysłowi. Przez dłuższy czas nawet nie drgnęła, żeby nie zwrócić na 

siebie uwagi. Ten sam szósty zmysł, który dał jej do zrozumienia, że ona i ojciec 

background image

Alfaro nie są już sami, ostrzegł, że jeśli się poruszy, będzie martwa.

Letty ogarnął strach niby gęsta mgła, która utrudniała zrozumienie tego, co się 

dzieje.

Wstrzymała oddech i spojrzała przed siebie. Ojciec Alfaro siedział w domu 

przy stole. Chyba czytał.

Oczami wyobraźni zobaczyła celę więzienną, tortury i śmierć. Poczuła, jak 

smakuje horror. Czuła ból. Potem wszystko zniknęło.

Do   jej   myśli   wdarł   się   obraz   Murphy’ego,   który   pochylał   się   do   chłosty. 

Zrozumiała   obraz   i zatrzymała   go   w umyśle.   Potrzebowała   jego   ochrony.   On 

wiedziałby, co robić. Miała przy sobie broń, bo Murphy się przy tym upierał, ale 

nie było sensu po nią sięgać. Byłaby martwa, zanim zdążyłaby wycelować. Zresztą 

nie była pewna, czy umie się nią posługiwać. Próbowała tylko raz i to dlatego, że 

Murphy ją do tego skłonił. Teraz żałowała, że nie nauczyła się strzelać.

Może dlatego, że myślała o Murphym i o broni, była przygotowana na to, co 

nastąpiło. Z tyłu usłyszała jego głos, cichy i niecierpliwy.

– Letty, kiedy krzyknę, padniesz na ziemię i osłonisz głowę. Rozumiesz?

Potwierdziła ledwie zauważalnym skinieniem głowy. Każdy mięsień jej ciała 

był napięty.

Za   moment   zobaczyła   trzech   żołnierzy,   chowających   się   w krzakach   przy 

domu. Dwóch z nich mierzyło w nią. Trzeci mężczyzna przez okno celował w ojca 

Alfaro.

Byli   zamaskowani   i doskonale   zlewali   się   z tłem.   Zastanawiała   się,   jakim 

cudem ich zauważyła.

Smak   strachu   wypełnił   Letty   usta   i zaatakował   zmysły.   Dzwoniło   jej 

w uszach. W gardle miała potwornie sucho.

– Teraz! – Krzyk Murphy’ego rozdarł gorące, nieruchome powietrze. Tłumiąc 

krzyk, Letty padła twarzą do ziemi. Pamiętała, że kazał jej osłonić głowę, więc 

background image

podniosła ramiona.

Szybkie   strzały   w rytmie   staccato   z broni   Murphy’ego   przeleciały   nad   jej 

głową. Zamarła ze strachu. Nie mogła się podnieść, nawet jeśli by ją o to prosił.

Trzech   napastników   padło   koło   domu.   Letty   i ksiądz   siedzieli   jak 

sparaliżowani.   Rebelianci   mogli   dopaść   ich   w każdej   chwili,   zapomnieli   tylko 

o jednym szczególe. O Murphym.

Wkroczył   na   scenę   i od   razu   zorientował   się,   że   Letty   wyczuła   obecność 

żołnierzy. Chodziło im o księdza. Do chwili, kiedy przekonali się, że ojciec Alfaro 

nie jest sam.

Murphy dziękował mocom niebieskim, że Letty miała na tyle rozsądku, żeby 

siedzieć cicho. To uratowało jej życie.

Nie miał wątpliwości, że jego uczucia w stosunku do Letty uległy zmianie. 

Mur obronny, którym się otoczył, pękł i Murphy beznadziejnie się w niej zakochał. 

Kiedy uświadomił sobie, że mógł ją przed chwilą utracić, pozbył się wątpliwości 

co do swoich uczuć.

Nie   był   nieskromny,   twierdząc,   że   jest   dobrym   żołnierzem.   I wiedział, 

dlaczego jest dobry. Śmierć nigdy go nie przerażała. Jego świat stanowiło kilku 

starannie   dobranych   przyjaciół   i Deliverance   Company.   To   wszystko.   Miał 

niewiele do stracenia.

Do tej pory w jego życiu nie było miejsca na szczęście i radość. Najbardziej 

brakowało w nim miłości.

Musiał przyznać, że kocha Letty. Nie był szczęśliwy z tego powodu. Nie było 

mu  dobrze z tym uczuciem.  Obawiał się,  że miłość  do Letty będzie  wymagała 

poświęcenia   części   siebie,   to   go   martwiło.   Oddałby   za   nią   życie.   Ale   nie   był 

pewien, czy powinien ujawnić, jak bardzo mu na niej zależy.

Po huku strzałów nastąpiła cisza głośniejsza niż wystrzał z armaty. Murphy 

podszedł do miejsca, gdzie leżały ciała rebeliantów. Sprawdził, czy na pewno są 

background image

martwi. Byli.

Murphy   nic  nie  czuł.  Żadnych  wyrzutów  sumienia   ani  żalu.  Zabijanie   nie 

sprawiało mu przyjemności ani nie robiło na nim wrażenia.

– Murphy... – Jego imię w ustach Letty zabrzmiało jak cichy płacz. Podbiegła 

do niego i padła mu w ramiona. Podniósł ją i przytulił. Trzęsła się bardzo. Objęła 

go tak mocno za kark, że omal nie udusiła.

– Już dobrze, kochanie.

Trzymał ją w ramionach. Sprawiło mu to tyle radości, że na chwilę zapomniał 

o księdzu.

Ojciec Alfaro wyszedł z domu blady i przerażony. Szedł niepewnym krokiem. 

Wyciągnął chusteczkę z kieszeni i otarł czoło.

– Matko Boska – wyszeptał, przyglądając się zabitym mężczyznom.

– Wszystko w porządku, ojcze? – spytał Murphy, wypuszczając Letty z objęć.

– Tak. Tak. – Jeszcze raz spojrzał na ciała rebeliantów. – To ludzie kapitana 

Norte.

– Więc wie, gdzie jesteśmy.

Ksiądz zamknął oczy.

– Alphonse – powiedział z ogromnym bólem. – Nigdy by mnie nie zdradził, 

chyba że na torturach.

–   Musimy   stąd   uciekać.   –   Murphy’emu   zależało,   żeby   przenieść   Letty 

w bezpieczne miejsce. Nie wiedział tylko dokąd.

– Letty! – Przed chwilą trzymał ją w ramionach. Teraz była w domu. Siedziała 

z twarzą ukrytą w dłoniach, jakby nie mogła znieść widoku martwych ciał.

Chciał ją pocieszyć i wytłumaczyć, dlaczego musiał użyć broni.

– Letty, musimy stąd uciekać! – krzyknął. Wiedział, że brzmi to gburowato, 

ale nie mógł nic na to poradzić. Groziło jej niebezpieczeństwo. Murphy wolałby 

umrzeć, niż dopuścić, by stało jej się coś złego.

background image

Nagle kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Pchnął księdza na ziemię i upadł koło 

niego. Letty była za daleko.

Tocząc   się   po   ziemi,   wystrzelił   serię   z,   karabinu.   Zobaczył   dwóch 

rebeliantów.   Jeden   krzyknął   z bólu,   a potem   umilkł.   Zapanowała   dziwna, 

nienaturalna cisza, która często towarzyszyła strzelaninie i śmierci.

–   Uciekajmy   stąd   w cholerę!   –   krzyknął   Murphy.   Niecierpliwił   się,   żeby 

zabrać Letty i księdza w bezpieczne miejsce. Przeszukiwał wzrokiem ogród, badał 

go wyostrzonymi zmysłami.

Przerwał   mu   krzyk   Letty.   Rozległ   się   huk   pojedynczego   wystrzału. 

Murphy’ego obezwładniło przerażenie. Boże drogi, tylko nie Letty. Proszę, niech 

nie  dostaną  Letty. Dawał  za  nią wszystko,  co  miał.  Swoje  życie.  Swoje  serce. 

Swoją duszę.

Zerwał się na nogi i krzycząc, wbiegł do domu. Był gotów zabić lub zginąć, 

jeżeli będzie trzeba. Zobaczył, że Letty stoi z pistoletem, który dał jej na początku 

wyprawy. Broń zwisała jej z ręki.

Nie dalej niż półtora metra od niej leżał żołnierz.

Letty   była   w szoku.   Śmiertelnie   blada   wpatrywała   się   pustym   wzrokiem 

w martwego człowieka. Leżał w kałuży krwi, z otwartymi oczami. Choć napastnik 

nie żył, Murphy pałał do niego nienawiścią.

Podszedł do Letty i delikatnie wyjął jej pistolet z dłoni.

– Dobrze się czujesz? – spytał łagodnie.

Pokręciła przecząco głową, wyszła przed dom i zwymiotowała.

background image

Rozdział 33.

Rosita  weszła do słabo oświetlonego pokoju i spojrzała na ciało mężczyzny, 

leżące na stole. Rozdzierający ból przeszył jej serce. Zrozumiała, że wuj mówił 

prawdę.

Luke nie żył.

Z   jej   gardła   wydobył   się   szloch.   Zakryła   usta,   żeby   powstrzymać   krzyk 

cierpienia.   To   nie   tak   miało   być.   Mieli   się   pobrać,   chciała   urodzić   mu   dzieci 

i przeżyć z nim w szczęściu wiele długich lat. Luke ją kochał, a ona darzyła go 

większym uczuciem niż jakiegokolwiek innego mężczyznę.

– Cicho bądź – skarcił ją wuj. – Jeżeli ktoś nas tu znajdzie, będę miał kłopoty.

Odpowiedziała mu stłumionym szlochem.

– Co się stało? – Rosita chciała wiedzieć.

– Strażnik powiedział mi, że Luke umarł we śnie.

– We śnie? – Rosita nie uwierzyła, chociaż był jej wujem i dwa razy pomógł 

jej się spotkać z Lukiem.

– Nikt nie zna przyczyny jego śmierci. Żył, kiedy gaszono światło, a rano już 

był martwy. Komendant Faqueza przesłuchiwał strażników, ale nikt nie wchodził 

w nocy do celi twojego przyjaciela.

Rosita w pożegnalnym geście delikatnie dotknęła twarzy Luke’a. Była jasna 

i pełna spokoju.

–  Podobno kapitan Norte jest wściekły – dodał wuj. – Chciał wykorzystać 

twojego przyjaciela jako przynętę.

Rosita przyjrzała się Luke’owi i zrozumiała, że stało się to, o co się modlił. 

Tylko   tak   mógł   uratować   siostrę   i uniknąć   wraz   z nią   okrucieństwa   publicznej 

egzekucji. Zawsze nad wszystko przedkładał dobro innych.

background image

Luke Madden skradł jej serce, kiedy tylko przybył do Zarcero. Przez długie 

miesiące Rosita ukrywała swoje uczucia. Bała się okazać misjonarzowi, jak bardzo 

jej na nim zależy.

Kiedy   Luke   ją   pokochał,   jej   serce   szalało   z radości.   Teraz   była   pełna 

cierpienia tak, jak wtedy pełna szczęścia. Głębia jej uczucia była równie wielka, jak 

ból, który przeżywała po śmierci Luke’a.

– Musimy iść.

– Jeszcze tylko chwilę – poprosiła. Chciała popatrzeć na Luke’a trochę dłużej, 

zapamiętać pełen spokoju wyraz jego twarzy. Chciała, żeby ten obraz wyrył się 

w jej sercu na długie, samotne lata, które ją czekają.

– Już?

Pokiwała głową. Po jej policzkach spływały gorące łzy.

– Nie mogłem zrobić nic więcej, by go uratować – powiedział ze smutkiem jej 

wuj. – Próbowałem.

–   Wiem.   –   Położyła   delikatnie   dłoń   na   jego   ramieniu.   –   Dziękuję,   że 

zaryzykowałeś, żebym mogła tu przyjść.

– Twój przyjaciel był dobrym człowiekiem.

Rosita otarła łzy z twarzy.

– Szkoda, że go nie znałeś.

– Trochę go poznałem. Nie przeklinał, kiedy go torturowali. Była w nim tylko 

miłość. Twój przyjaciel na pewno jest z Bogiem.

background image

Rozdział 34.

Letty wiedziała, że Murphy się o nią martwi. Zabiła człowieka. Nie chciała 

tego zrobić i do końca życia będzie miała poczucie winy.

Ale żołnierz nie dał jej wyboru. Kiedy zrozumiała, że rozpaczliwie pragnie 

żyć, ogarnęło ją przerażenie.

Nie zawahała się. Ocalił ją refleks i instynktowne pragnienie życia.

Ojciec   Alfaro   pośpiesznie   zaprowadził   ich   do   domu   innego   zaufanego 

przyjaciela.   Tę   noc   spędzili   ukryci   w piwnicy   pod   stodołą.   Było   tam   niewiele 

więcej miejsca niż w sekretnym pokoju u księdza.

Murphy usiadł naprzeciwko Letty i jadł kolację. Tortillą wyczyścił z talerza 

resztki fasoli.  Smakowało  mu.  Kiedy kończył, spostrzegł, że Letty w ogóle nie 

ruszyła posiłku.

– Jedz, Letty.

Pokręciła głową.

– Nie mogę. Nie chce mi się.

Odsunął na bok metalowy talerz i usiadł obok niej na łóżku.

– Kochanie, słuchaj, zrobiłaś to w obronie własnej.

Letty zamknęła oczy. Chciała, żeby milczał. Znowu ogarnęło ją to dziwne 

wrażenie, które nawiedziło ją rano.

–   ...i   pewnie   uratowałaś   też   mój   żałosny   tyłek   –   ciągnął   Murphy.   –   Nie 

skończyłby na zabiciu ciebie.

– Murphy. – Wyciągnęła po omacku rękę i dotknęła jego ramienia.

– Znowu masz mdłości?

– Nie. Och, Murphy... nie, proszę, nie.

– Kochanie, o co chodzi?

background image

– On nie żyje.

– Kochanie, nie miałaś wyboru.

– Nie mówię o tym żołnierzu – zaszlochała. – Luke. – Pochyliła się i położyła 

głowę na kolanach. A więc o to chodziło. Cały dzień to czuła. Cały dzień walczyła 

z tymi potwornymi mdłościami.

– Ojciec Alfaro zapewnił nas, że dwa dni temu Luke żył.

Ogarnął ją żal. Czuła się tak, jakby obciążono jej ciało kamieniami, a potem 

wyrzucono za burtę statku. Zanurzała się coraz bardziej i bardziej i nic na to nie 

mogła poradzić.

Dopiero,   kiedy   Murphy   ją   objął,   zdała   sobie   sprawę,   że   kurczowo   się   go 

trzyma. Szloch wstrząsał nią tak mocno, aż czuła ból. Kołysała się w tył i w przód. 

Szlochała i próbowała złapać oddech. Opłakiwała brata, którego straciła.

– Letty, kochanie, nie płacz tak. Nie wiemy, co się stało z Lukiem.

– Ja wiem. Moje serce wie.

– Ojciec Alfaro powiedział...

– On nie żyje. Mój brat nie żyje. Spóźniliśmy się. Nie możemy go uratować.

Murphy   trzymał   ją   w ramionach   tak   długo,   aż   wypłakała   wszystkie   łzy. 

Przylgnęła do niego, z żalu i rozpaczy wbijając palce w jego ciało. Cały czas ją 

przytulał, cały czas pocieszał.

Kiedy zabrakło już łez, położył ją na łóżku i usiadł przy niej. Szeptał słowa 

pociechy, ale Letty ich nie słyszała. Jej serce przepełniał smutek.

Chyba zasnęła, bo kiedy się ocknęła, było ciemno. W schowku pod stodołą 

panowały egipskie ciemności.

Wiedziała,   że   jest   przy   niej   Murphy,   czuła   jego   miarowy   oddech. 

Przypomniała sobie o Luke’u. Ból i rozpacz powróciły.

– Letty...

Odwróciła się i ukryła twarz w jego karku.

background image

– Kochaj się  ze mną  – wyszeptała. – Czuję  się taka  samotna,  taka  pusta. 

Potrzebuję cię. Proszę cię, Murphy. Proszę cię, kochaj się ze mną.

Murphy   zamknął   oczy,   musiał   być   silny.   Letty   w jego   ramionach   była 

wystarczającą pokusą. Żaden mężczyzna nie oparłby się takiej prośbie.

–   Kochanie   –   wyszeptał   delikatnie,   odgarniając   jej   włosy   z twarzy.   –   Nie 

wiesz, o co prosisz.

–   Pragnę   cię.   Potrzebuję   cię.   Murphy,   proszę.   –   Przysunęła   się   do   niego 

blisko.  Brodawki  jej piersi  otarły  się  o tors  Murphy’ego. Były  gorące.  Murphy 

poczuł   się,  jakby  przypiekano  go  rozżarzonym  żelazem.   Zacisnął   zęby.  Chciał, 

żeby Letty przestała się poruszać.

On też jej potrzebował. Jego ciało mówiło mu o tym od tygodni. To nie był 

dobry moment. Letty szalała z żalu, przekonana, że straciła brata.

Murphy   nie   wiedział,   co   myśleć   o psychicznym   związku   Letty   z bratem 

bliźniakiem.   Wolał   polegać   na   pewnych,   potwierdzonych   faktach.   Informacja 

sprzed dwóch dni, którą otrzymali dzisiaj rano, mówiła, że Luke Madden żyje. 

Wolał ufać jej niż intuicji Letty.

Murphy obiecał jej, że odnajdzie Luke’a. Nie miał zamiaru się poddać, dopóki 

nie zdobędzie dowodu. Odnajdzie brata Letty, żywego czy martwego.

Pocałowała   go   w kark.   Jej   wilgotne   usta   przesuwały   się   po   skórze 

Murphy’ego   w zmysłowy   sposób.   Zamknął   oczy   i walczył   z pożądaniem,   które 

zaczęło trawić jego ciało.

– Letty, proszę...

– Czuję się taka samotna.

– Nie jesteś sama. Nie wiemy, czy Luke nie żyje. Nie wiemy.

– Ja wiem, co się stało – wyszeptała i zaszlochała cicho. – On nie żyje. Czuję 

to w umyśle i w sercu. – Jej ręce przesuwały się po klatce piersiowej Murphy’ego. 

Okrywała pocałunkami jego brzuch. Ścisnął mocno koc obiema rękami: próbował 

background image

się jej oprzeć.

– Nie masz pojęcia, o co prosisz. – Murphy żywił głęboką nadzieję, że jeżeli 

Bóg   istnieje,   doceni   jego   poświęcenie.   Był   to   najlepszy   uczynek,   na   jaki 

kiedykolwiek się zdobył.

Jedynie dla Letty mógł się zdobyć na taki gest. Wiedział, że przysporzy mu 

kłopotów, kiedy ją poznał, ale nie brał pod uwagę, że zdobędzie jego serce.

Nie mógł dłużej wytrzymać. Przesunął dłonią po jej kręgosłupie, ale zatrzymał 

się przed pośladkami. Rozkoszował się jej ciepłem i gładkością.

Potrzebował jej. Umysł i ciało mówiły mu to od początku. Letty wdarła się 

w jego życie bez ostrzeżenia i pokazała mu,  kim naprawdę jest. Wskazała  jego 

sercu, do czego zostało stworzone.

Jej subtelność była odskocznią od bezwzględnego i okrutnego świata, w jakim 

się   obracał.   Kiedyś  nie   rozumiał,  dlaczego   Cain  chciał   spędzić   życie  z Linette. 

Dlaczego   tyle   poświęcił,   żeby   ożenić   się   z wdową.   Teraz,   na   ironię,   wszystko 

nabrało sensu.

Cain   potrzebował   Linette   z tego   samego   powodu,   dla   którego   Murphy 

potrzebował Letty.

Jej miłość pomogła wymazać z pamięci wszystko, co zrobił, okropności, które 

widział. Nienawiść człowieka do człowieka. Pomagała uciec od rzeczy, do których 

był zmuszany.

– Nie chcesz mnie?

– Nie chcę? Nie masz pojęcia, jak bardzo cię pragnę.

– Więc dlaczego nie chcesz się ze mną kochać? – Przysunęła się do niego, 

nieświadomie   zadając   mu   tortury.   Była   cholernie   pociągająca   i zupełnie   tego 

nieświadoma.

– Nie zmuszaj mnie, żebym to powiedziała. – Ukryła twarz w jego ramieniu.

– Co? – Murphy nic nie rozumiał.

background image

– Niech cię diabli, Murphy. – Uderzyła go pięścią w pierś.

– Czego nie chcesz mi powiedzieć? – Przewrócił ją na plecy. W oczach Letty 

lśniły   łzy.   Wpatrywała   się   w niego   i milczała   z uporem.   Bunt   trwał   krótko.   Po 

chwili zarzuciła mu ramiona na szyję i uniosła się, żeby go pocałować.

Dotknęła   ustami   jego   warg.   Stwierdził,   że   była   niezłą   uczennicą.   Murphy 

oderwał usta od Letty.

– Letty, powiedz to.

– Kocham cię – wyszeptała.

Jego serce oszalało.

– Och, kochanie.

Zsunął się z niej i położył na plecach.

– Dlatego nie chciałam ci tego powiedzieć. Nie chcesz mojej miłości. Nie 

potrzebujesz   jej.   Wprawiłam   cię   tylko   w zakłopotanie.   Nie   chciałam,   żebyś 

wiedział. Nie chciałam ci mówić.

Zaklął   cicho   i wziął   jaz   powrotem   w ramiona.   Przytulił   mocno   do   siebie. 

Pocałowali się. Tym razem on był górą.

– Och, Letty – wyszeptał jej w usta. – Nie wiesz, jak bardzo cię kocham?– Ich 

języki spotkały się. Przytulił ją do siebie, przygniatając jej piersi twardym torsem. 

Było mu z nią dobrze. Zbyt dobrze. Szybko łamała jego opór.

Odsunął się od niej niechętnie. Pogładził japo włosach. Kiedy patrzył w jej 

oczy, zdał sobie sprawę, jak bardzo mu na niej zależy. Tak bardzo, że nie mógł 

teraz się z nią kochać. To nie był właściwy moment.

Wzrok Letty wyrażał zdziwienie.

– Kochasz mnie?

– Bardziej niż własne życie.

– Kiedy to sobie uświadomiłeś?

Tylko kobieta mogła zadać takie pytanie.

background image

– Dziś po południu.

– Z powodu rebeliantów?

– Tak. Wiedziałem wcześniej, ale nie chciałem się do tego przyznać.

Pocałował   ją   leciutko.   Odmawianie   sobie   tego,   czego   pragnął   najbardziej, 

było prawdziwą torturą.

–   Kochasz   mnie?   –   powtórzyła   z niedowierzaniem,   które   zadziwiło 

Murphy’ego.

– Tak trudno w to uwierzyć?

– Tak... Myślałam... Wydawało mi się, że uważasz mnie za straszną idiotkę.

–   Bo   tak   jest.   Ale   cię   kocham.   Chcę,   żebyśmy   się   pobrali.   –   Nie   mógł 

uwierzyć, że zaproponował Letty małżeństwo. Nie wiedział, że się jej oświadczy, 

dopóki słowa nie wyrwały mu się z ust.

– Chcesz się ze mną ożenić? – Nie była pewna, czy może mu wierzyć.

– Tak bardzo cię kocham. – Znowu ją pocałował. Pokazał w ten sposób, co 

czuł w sercu. – Tak bardzo, że chcę poczekać do ślubu, żeby się z tobą kochać.

– Chcesz czekać?

–   Dobrze,   dobrze,   przesadziłem.   Poczekamy,   aż   wrócimy   do   Boothill.   – 

Usiadł i zdjął z szyi srebrny łańcuch. – Weź. To twój pierścionek zaręczynowy. – 

Założył   Letty   naszyjnik.   Mały   złoty   aniołek   zadźwięczał,   uderzając   w srebrny 

nieśmiertelnik.

Letty wzięła go w palce.

– Ten aniołek należał do mojej babci. To jedyna rzecz, jaka mi po niej została. 

Traktowałem go jak amulet. Teraz należy do ciebie.

– Dajesz mi amulet?

– Daję ci moje serce. Będziesz moją żoną, Letty.

– A co z Deliverance Company?

– Nie wiem – odpowiedział Murphy. – Zastanowimy się nad tym później. – 

background image

Nie   pomyślał   nawet,   że   Letty   może   go   nie   chcieć.   Nie   był   może   najlepszym 

materiałem na męża, ale ją kochał.

– Dobry pomysł.

– Możesz teraz zasnąć? – spytał.

Nie odzywała się przez dłuższą chwilę, a potem skinęła głową.

– Czy po ślubie będę mogła mówić do ciebie Shaun?

Uśmiechnął się szeroko.

– Chyba będziesz musiała. Dziwne by było, żeby żona zwracała się do męża 

po nazwisku.

Ułożyła się w jego ramionach, jakby przez pół życia sypiali razem. Prawie 

odpłynął   w krainę   snu,   szczęśliwszy   niż   kiedykolwiek,   gdy   Letty   znowu   się 

odezwała.

– Chcę mieć dzieci.

– Dzieci – powtórzył Murphy. Nad tym aspektem małżeństwa jeszcze się nie 

zastanawiał. – Możemy porozmawiać o tym później?

–   Nie.   Nie   zasnę,   dopóki   nie   będę   wiedziała,   czy   pragniesz   tych   samych 

rzeczy, co ja.

–   Dzieci   –   powtórzył   ponownie,   myśląc   o swoich   żonatych   przyjaciołach. 

Obaj zostali ojcami i sprawiali wrażenie zadowolonych. – Dlaczego nie? Zanim się 

zorientuje, całkiem mnie udomowisz.

– Mam nadzieję. – Usłyszał uśmiech w jej głosie.

Zamknął oczy i zasnął. Całą noc nie wypuszczał Letty z objęć. Obudziła go 

raz i wyszeptała, że chce jej się pić. Przyniósł wodę. Wypiła ją chciwie, a potem 

oboje zasnęli.

Rano   odkrył,   że   z Letty   jest   bardzo   źle.   Leżała   z otwartymi   oczami 

i wpatrywała się w niego bez słowa.

– Letty? – Przyłożył grzbiet dłoni do jej czoła. Była rozpalona od gorączki.

background image

Murphy obudził ojca Alfaro. Zanim przyjechał zaprzyjaźniony lekarz, Letty 

dostała dreszczy. Rozpoznawała tylko Murphy’ego i nie chciała go puścić.

– Co jej jest? – spytał, kiedy lekarz skończył badanie.

– Nie wiem, ale nie wygląda to najlepiej. Ma bardzo wysoką gorączkę. Tylko 

raz widziałem taką gorączkę i wysypkę.

– I?

Lekarz nie odpowiedział wprost.

– Musimy ją zabrać do szpitala.

Do szpitala. Ten mężczyzna chciał gwiazdki z nieba. Lekarz mówił poważnie.

– Inaczej nie przeżyje dwóch dni.

background image

Rozdział 35.

– Marcie, zamówiłaś płyn do trwałej?

Przerwała liczenie pieniędzy, żeby sobie przypomnieć. Dostawca kosmetyków 

był już dzisiaj po południu. Zamówiła długą listę artykułów.

– Nie pamiętam.

– Specjalnie prosiłam o ten płyn, nie pamiętasz? Wiesz, że Gladys Williams 

chce, żeby używać tylko tego do jej cienkich włosów. – Samantha miała prawo być 

zła.

Marcie westchnęła głęboko.

–   Przepraszam,   nie   mogę   sobie   przypomnieć,   co   zamówiłam   u Vickie. 

Zadzwonię do niej rano i upewnię się, czy wspomniałam o tym płynie.

– Muszę dbać o klientki.

– Wiem.

Samantha w oczach starszych kobiet uchodziła za czarodziejkę. Większość jej 

klientek stanowiły kobiety po siedemdziesiątce. Przyjaciółka zawahała się.

–   Marcie,   na   pewno   dobrze   się   czujesz?   Cały   dzień   jesteś   myślami   gdzie 

indziej. Co cię gryzie?

– Nic mi nie jest. – Zdobyła się na uśmiech.

– Zresztą jest tak nie tylko dzisiaj. Coś cię trapi od kilku dni.

Marcie odsunęła na bok stos jednodolarówek. Trzy razy próbowała je policzyć 

i za każdym razem miała inny wynik.

– Coś mnie trapi, tak?

–  Jesteś pewna, że nie chcesz o tym pogadać? – Samantha odłożyła torebkę 

i pochyliła się nad szklaną ladą. – Mam czas. Kiedyś rozmawiałyśmy bez końca 

przez długie godziny, pamiętasz?

background image

To było dawno temu, kiedy Marcie chadzała do barów. Często wychodziły 

razem   po   pracy,   a rano   opowiadały   sobie   niestworzone   historie.   Wszystko   się 

zmieniło. Marcie porzuciła taki styl życia, a Samantha była samotną matką, która 

miała dziecko na utrzymaniu.

– Clifford mi się oświadczył – wyznała Marcie.

–   Clifford!   Najwyższy   czas.   Miałam   już   zamiar   przycisnąć   go   do   ściany 

i spytać, kiedy to zrobi.

Marcie roześmiała się, ale jej śmiech był wymuszony.

– Wspaniale, kochana. Nie jesteś szczęśliwa?

– Pewnie, że jestem – powiedziała szczerze Marcie. Przez większość życia 

czekała,   żeby   jakiś   mężczyzna   poprosił   ją   o rękę.   To   marzenie   stało   się 

rzeczywistością.

– Och. – Uśmiech zniknął z twarzy Samanthy. – Jesteś zakochana w Johnnym, 

prawda?

– Tak... Nie. Och. Sama już nic nie wiem.

– Czy wy... no wiesz? – Podniosła nieznacznie głos, dając do zrozumienia, 

o co pyta.

– Chcesz wiedzieć, czy z nim sypiam, tak?

– Słuchaj, moja droga, jeżeli nie chcesz o tym mówić – rozumiem, to nie moja 

sprawa.

Marcie schowała pieniądze do kasy i zamknęła ją.

– Nie, nie powiem, żeby mnie nie kusiło. Johnny ma w sobie coś takiego, że 

miękną mi kolana.

– Chcesz powiedzieć, że nie przespałaś się z nim ostatnio? – Samantha nie 

chciała wierzyć.

– Jak mogłabym potem spojrzeć w oczy Cliffordowi?

– Chyba masz rację. – Samantha opadła na wyściełane krzesło przy umywalce 

background image

i skrzyżowała długie, smukłe nogi. – Szalejesz za Johnnym, ale oświadczył ci się 

Clifford.

– Mówiąc prawdę, Johnny wspomniał coś o wspólnym życiu.

Samantha podniosła głowę, szeroko otwierając oczy.

– Tak?

Marcie żałowała, że zdradziła to przyjaciółce. Dokładnie wiedziała, co teraz 

powie, i w dodatku będzie miała rację.

– Sprawa jest jasna Nie ma o czym mówić. Clifford jest słodki i tak dalej, ale 

to na widok Johnny’ego burzy się w tobie krew.

– Wiem, ale... – Marcie zamilkła. Clifford był jak skała Gibraltaru, a Jack 

Keller przypominał przemieszczające się wydmy. Wiedziała o tym, ale zmagała się 

z uczuciami. Pragnęła Jacka, lecz zależało jej na Cliffordzie.

– Oj – szepnęła Samantha. – O wilku mowa. Spójrz, kto idzie.

Marcie nie chciała patrzeć. To mógł być tylko Jack. Nie chciała go widzieć. 

Kiedy byli razem, nie potrafiła trzeźwo myśleć. Nie mogła być pewna, że zachowa 

się tak, jak powinna. On o tym wiedział i wykorzystywał to przeciwko niej. Krok 

po kroku burzył jej mur obronny.

Powiedziała,   że   musi   przemyśleć   jego   propozycję,   by   zamieszkali   razem. 

Cliffordowi też powiedziała, że musi się zastanowić. Od tego czasu upłynęło kilka 

dni i najwidoczniej Jack się zniecierpliwił.

– Wychodzę. – Samantha mrugnęła do Marcie, wzięła torebkę i zniknęła za 

drzwiami.

– Cześć, Sam. – Marcie usłyszała, jak Jack wita się z jej przyjaciółką swoim 

głębokim, ochrypłym głosem.

Marcie nie odwróciła się. Zamknęła oczy i zebrała w sobie siły. Jack stanął za 

nią. Czuła jego obecność niemal namacalnie.

– Marcie.

background image

– Witaj, Jack. – Zacisnęła palce na szklanej ladzie.

– Jak się miewa moja dziewczynka? – Chwycił ją za ramiona. Pochylił się 

i pocałował ją w kark. Poczuła jego gorący oddech. Pieścił ją delikatnie ustami 

i przesunął językiem po gładkiej skórze.

Zacisnęła pięści. Czuła, że wzbiera w niej pożądanie.

– Myślałem o tobie dzień i noc – wyznał Jack. – I zastanawiałem się, kiedy się 

do mnie odezwiesz.

– Ja... przecież mówiłam, że zadzwonię.

Nie przestawał błądzić ustami po jej szyi.

– Nie mogłem już dłużej czekać. Muszę wiedzieć.

Zamknęła   oczy   i przechyliła   głowę   na   bok,   odsłaniając   szyję.   Chciała   się 

odwrócić   i ukryć   się   w jego   ramionach.   To   ją   osłabiło,   a tak   rozpaczliwe 

potrzebowała być silna.

–  Jeszcze   nie  podjęłam  decyzji.   –  Robiła   wszystko,   żeby   jej  głos  brzmiał 

stanowczo. – Muszę przemyśleć każdy aspekt. To jest ważne, bardzo ważne.

– To, o czym ci mówiłem, prawda?

– Nie. – Głos zdradzał, że brakuje jej tchu. – Chodzi o wszystko.

– Więc pozwól, że pomogę ci podjąć decyzję – wyszeptał.

– To nie jest dobry pomysł. – Chociaż jej usta mówiły jedno, ciało twierdziło 

coś innego. Głowa opadła jej do tyłu. Kołysała nią z boku na bok, domagając się 

pieszczoty.

– Dziecino,  szaleję   za  tobą.  –  Objął ją  w talii i przycisnął  jej  pośladki  do 

swojej męskości.

– Jack...

– Wiem, nie powinienem tu przychodzić. – Jego ręce zajęte były rozpinaniem 

fartucha Marcie. Zanim zebrała w sobie dość siły, by go powstrzymać, wsunął rękę 

pod bluzkę i dotknął piersi. Brodawki okazały się zdrajcami i stwardniały w jednej 

background image

chwili. Drżała. Nie mogła przestać ocierać się pośladkami o jego twardą męskość.

–   Powoli,   kochanie,   powoli.   –   W jego   szepcie   słychać   było   głęboką 

satysfakcję. Wolną rękę wsunął jej między nogi i zaczął ją pieścić palcami.

Marcie nie mogła uwierzyć, że mu na to pozwala. Wprawdzie zamknęła salon 

i zaciągnęła firanki, ale okiennice były otwarte. Każdy, kto przechodził ulicą, mógł 

zajrzeć do środka i przyglądać się temu, co robią.

Nie mogła uwierzyć, że jakiś mężczyzna może doprowadzić ją do takiego 

stanu. Jęknęła cicho, usiłując zebrać siły, żeby mu się oprzeć.

Jack wziął ten przejaw rozpaczy za jęk pragnienia.

– Czy na zapleczu jest jeszcze kanapa?  –  spytał niecierpliwie. Jego gorący 

oddech łaskotał jaw ucho.

– Tak, ale myślę...

– To jest właśnie nasz problem – wyrzucił z siebie szorstko. – Oboje za dużo 

myślimy. Najwyższy czas, żebyśmy wzniecili ogień, który kiedyś w nas płonął.

– O, Boże.

Nie chciała, żeby to się skończyło na kanapie. Nie wiedziała, jak się tam 

znalazła. Stała w salonie fryzjerskim, walcząc ze swoim zdradzieckim ciałem, a po 

chwili leżała na kanapie na zapleczu. Jackowi wystarczyło kilku sekund, by zdjąć 

z niej bluzkę i obnażyć piersi. Uklęknął na podłodze i ukrył twarz w jej bujnym 

biuście,  ujmując  go w dłonie. Przywarł ustami  do brodawki i zaczął  ją chciwie 

ssać.

Kiedy zacisnął wargi na jej piersi, Marcie poczuła przypływ pożądania, aż 

uniosła biodra z kanapy.

– Dobrze, kochanie, naprawdę dobrze. Pozwól mi  sprawdzić, na ile jesteś 

gotowa. – Jego głos był ochrypły z pragnienia.

Wsunął rękę w majtki Marcie.

Zesztywniała   w jego   ramionach.   Od   dawna   się   nie   kochała.   Dawno   żaden 

background image

mężczyzna nie dotykał jej w tak intymny sposób. Jej ciało zareagowało głośnym 

jękiem na nieoczekiwany wybuch rozkoszy. Była oszołomiona i ogłupiała, kiedy 

palce Jacka zaczęły się w niej poruszać

– Nie...

Uciął krzyk protestu pocałunkiem. Jego język wsuwał się w nią tak samo, jak 

palce.

Wywoływał w niej uczucia podobne do ognia, płonącego coraz intensywniej. 

W każdej chwili groziło to wybuchem.

Marcie wiedziała, co robi Jack. Zmierzał do tego od początku. Wykorzystywał 

przeciwko niej jej własne ciało. Chciał, żeby się z nim kochała.

– Jack, nie. – Jej głos był cichym jękiem rozpaczy. Wyzwoliła się z pocałunku 

i podciągnęła na kanapie. Oddychała ciężko, wspierając się na łokciu.

Jack   również   oddychał   z trudem.   Pochylił   głowę,   jakby   nie   do   końca 

zrozumiał jej słowa.

– Nie myślisz tak. Powiedz, że tak nie myślisz? – błagał.

Nie od razu odważyła się znowu spojrzeć mu w oczy. Jeszcze dłużej trwało, 

zanim się odezwała.

– Przykro mi, naprawdę. Nie chciałam, żeby sprawy posunęły się tak daleko.

Jack wstał z podłogi i usiadł na brzegu kanapy, opierając łokcie na kolanach. 

Spojrzał na nią i odetchnął gwałtownie.

– Tym razem ja potrzebuję papierosa. Masz?

– Nie przy sobie.

Potarł ręką twarz.

– A co z prysznicem?

Tym też nie mogła mu służyć.

– Mogę ci wetknąć głowę do umywalki.

Zachichotał.

background image

– Dziękuję.

Marcie usiadła. Musiało upłynąć kilka minut, żeby wyrównał się jej oddech. 

Palce nie mogły sobie poradzić z zapięciem małych białych guzików u bluzki.

– Nie mogę trzeźwo myśleć, kiedy mnie dotykasz.

Jack się roześmiał.

–  Zmyślasz. Oparłaś mi się bez większego problemu. Nie zrozum mnie źle. 

Jestem sfrustrowany, ale robi na mnie wrażenie twoja silna wola. Zmieniłaś się, 

Marcie.

Mógł jej powiedzieć lepszy komplement.

– Już nie jestem tą samą Marcie. Od jakiegoś zresztą czasu.

– Wprowadź się do mnie. – Wyciągnął ręce po jej dłonie.  –  Kochanie, jest 

nam razem dobrze.

– W łóżku, chciałeś powiedzieć.

– Za pół roku będziemy się znali tak dobrze, jak małżeństwo – odpowiedział.

– Ale możemy się nie polubić.

Ujął jej twarz w dłonie.

– Zawsze cię lubiłem. Jesteś słodka, delikatna i dobra.

Marcie zagryzła dolną wargę.

–   O co   chodzi?   –   spytał   Jack   łagodnie.   –   Powiedz,   zrobię   wszystko,   co 

w mojej mocy.

– Chcę mieć dzieci, dom, rodzinę. – Ich oczy spotkały się. – Chcę mieć męża.

– Chciałabyś, żebym się z tobą ożenił, tak?

– Tak – potwierdziła. Nie powiedziała mu, że Clifford się jej oświadczył. To 

nie było współzawodnictwo,  który z mężczyzn  kupi jej pierścionek z większym 

brylantem.

– Małżeństwo – powtórzył Jack, bez zachwytu.

Nad   drzwiami   zadzwonił   dzwonek.   Jack   spojrzał   na   Marcie.   Zatknęła 

background image

w drzwiach tabliczkę: ZAMKNIĘTE, ale nie przekręciła klucza.

– Marcie?

Clifford. Poderwała się z kanapy tak szybko, że omal nie upadła.

–   Cześć,   Clifford.   –   Radosne   powitanie   zabrzmiało   fałszywie   nawet   w jej 

własnych uszach. Była pewna, że płoną jej policzki i że Clifford domyśla się, że na 

zapleczu jest inny mężczyzna.

– Mam nadzieję, że się nie gniewasz, że wpadłem bez zapowiedzi? – Zdjął 

czapkę   baseballową   i trzymał   ją   w obu   rękach.   Jego   wzrok   pobiegł   w kierunku 

zaplecza.

– Nie, oczywiście, że nie. – Marcie oparła się o szklaną ladę, unikając jego 

spojrzenia.

– Zdaję sobie sprawę, że nie dałem ci zbyt wiele czasu...

– Chcesz wiedzieć, czy już podjęłam decyzję?

– Tak. – Ponownie spojrzał za nią, w stronę zaplecza salonu i zasłon, które 

oddzielały obydwa pomieszczenia. – Ale nie chcę cię naciskać – dodał.

– Wiem.

Jego wzrok padł na przód jej fartucha. Spojrzał na drzwi wejściowe.

– Widzę, że przyszedłem nie w porę...

– Zadzwonię do ciebie. Dobrze?

–   Jasne.   –   Jego   oczy   były   pełne   niewyobrażalnego   smutku.   –   Jasne   – 

powtórzył.   –   Cokolwiek   masz   mi   do   powiedzenia.   –   Odwrócił   się   pośpiesznie 

i podszedł do drzwi.

Marcie   strasznie   chciało   się   płakać.   W spojrzeniu   Clifforda   rozpoznała   to, 

czego   sama   kiedyś   doświadczyła   –   rozczarowanie   i poczucie   krzywdy.   Kiedy 

okazywało   się,   że   mężczyzna,   z którym   spotykała   się   od   trzech   miesięcy   jest 

żonaty. Albo kiedy dowiadywała się, że facet, który prosił ją o małą pożyczkę na 

leczenie matki, wydawał pieniądze na balangi.

background image

Wróciła na zaplecze i opadła na kanapę.

Jack stanął przy niej.

– Dobrze – powiedział szybko. – Pobierzmy się.

background image

Rozdział 36.

Do Letty jak przez mgłę docierało, co się z nią dzieje. Wydawało jej się, że 

idzie długim wąskim korytarzem. Z każdej strony otwierały się drzwi. Wszyscy się 

jej kłaniali.

Zatrzymała się i przeczytała tabliczkę. Przy każdych drzwiach kusiło ją, żeby 

wejść do środka. Zrobiłaby to, ale na końcu korytarza stał Murphy i ją wołał. Był 

zły   i zrozpaczony.   Kiedy   się   wahała,   nie   dawał   jej   spokoju.   Nie   pozwalał   jej 

odpocząć ani się zatrzymać. Był wobec niej nieustępliwy.

Podeszła do niego, ale nie był zadowolony. Czegoś od niej chciał. Nie mogła 

się zorientować czego. Kochała go i usiłowała spełnić to, o co ją prosił. Nie mogła 

go zrozumieć. Chyba ogromnie zależało mu na tym, żeby wypiła coś gorzkiego.

Głos Murphy’ego stał się łagodniejszy. Jego ręce chłodziły, zwilżały jej twarz 

i szyję.   Nie   pamiętała,   żeby   był   tak   nieznośny.   W stosunku   do   innych   był 

niecierpliwy i opryskliwy. Do niej odnosił się z nie pasującą do niego czułością.

Spała i nie mogła się obudzić. Ze snu wyrwał ją hałas. Przypominał warkot 

silnika.   W dodatku   samolotowego.   Poczuła   słońce   na   twarzy   i silny   wiatr.   Był 

chłodny, a ona była tak okropnie rozpalona.

Murphy przytulił ją do siebie i powiedział, że bardzo ją kocha. Obiecał, że 

odnajdzie Luke’a.

Luke.   Na   wspomnienie   brata   szloch   uwiązł   jej   w gardle.   Straciła   go   na 

zawsze. Na zawsze. Nie zdążyła do niego dotrzeć. Ogromny żal mieszał się ze 

wspomnieniem   jakiegoś   nieoczekiwanego   daru.   Miłości   Murphy’ego.   Zacisnęła 

w dłoni małego złotego aniołka.

– Pamiętaj, kocham cię – wyszeptał Murphy.

Letty na pewno szybko nie zapomni.

background image

Wyciągnięto ją z ramion Murphy’ego i posadzono. Nie znała tego samochodu. 

Spojrzała na rząd pulpitów sterowniczych i zrozumiała, że jest w samolocie. Był 

z nią ojciec Alfaro.

Pożegnanie przerwał huk wystrzałów i krzyki. Murphy natychmiast odskoczył 

do tyłu i zatrzasnął drzwi.

– Ruszajcie! Ruszajcie! – wołał, ale nie do niej. – Uciekajcie stąd!

Przechyliła   głowę   na   bok   i zobaczyła,   że   Murphy   biegnie   przez   trawnik. 

Jęknęła z przerażenia, bo zobaczyła, że otoczył go oddział rebeliantów. Z broni 

maszynowej buchnął ogień. Jęk Letty przerodził się w płacz i rozpacz. Bezradna 

patrzyła, jak Murphy upada.

– Nie... nie... Nie Murphy... Musimy zawrócić.

– Nie możemy – powiedział ze smutkiem ojciec Alfaro.

– Nie miał szans – stwierdził pilot z mocnym amerykańskim akcentem.

Letty   usiłowała   się   skupić,   ale   wszystko   było   takie   zagmatwane   i ciemne, 

jakby spowijała ją gęsta mgła.

– Dlaczego Murphy nie poleciał z nami? – Nie miało to przecież sensu.

– Odciągnął od nas uwagę. Uratował nam życie – wyjaśnił ojciec Alfaro, 

ściskając   ją   za   rękę.   –   Nie   ma   większej   miłości,   gdy   ktoś   oddaje   życie,   żeby 

uratować swoich przyjaciół.

Letty   słyszała   łagodne   dźwięki.   Cykanie   zegara,   odliczającego   sekundy. 

Odgłosy   kroków   na   wyłożonej   terakotą   podłodze,   skrzyp   metalowych   kół   po 

szynach. Wokół unosił się zapach środka dezynfekującego i czegoś jeszcze, czego 

nie potrafiła nazwać.

Musiała włożyć zadziwiająco dużo wysiłku, żeby otworzyć oczy i rozejrzeć 

się dookoła. Najpierw zobaczyła okrągły zegar na ścianie, potem telewizor, stojący 

w rogu. Wokół jej łóżka stał parawan, takt jak przy prysznicu.

Wyglądało na to, że  jest w szpitalu.  Ale to niemożliwe.  Widok za  oknem 

background image

przypominał teksański krajobraz. Ale to było nieprawdopodobne.

Ostatnim   jej   wspomnieniem   było   Zarcero   i Murphy,   który   trzymał   ją 

w ramionach.   Pamiętała   coś   jeszcze.   Samolot,   strzały   i Murphy,   który   dla   niej 

oddał życie.

Murphy. Uśmiechnęła się, zamknęła oczy i dotknęła łańcuszka na szyi.

Nie miała go.

Usiadła z wysiłkiem. Wyciągnęła się dziwacznie, żeby dosięgnąć dzwonka, 

którym wzywało się pielęgniarkę. Odpowiedział jej niewidzialny głos.

– Panno Madden, obudziła się pani. Wspaniale.  Już idę. Jest tutaj pewien 

zaniepokojony dżentelmen, który chce się z panią widzieć.

Murphy. Wszystko było takie skomplikowane. Murphy by jej nie porzucił. 

Nie po tym, jak podarował jej naszyjnik zaręczynowy. Cała ta historia z samolotem 

najwidoczniej była koszmarnym snem. Zamknęła oczy i szeptem wypowiedziała 

modlitwę dziękczynną.

Po chwili zjawiła się pielęgniarka. Jej promienny, przyjazny uśmiech uspokoił 

Letty. Nie spodziewała się, że pielęgniarka wsunie jej termometr do ust. Zmierzyła 

jej ciśnienie.

– Mówiła pani, że mój  przyjaciel... – zaczęła, gdy tylko pozbyła się z ust 

termometru.

–   Chwileczkę,   kochanie.   –   Pielęgniarka   uśmiechnęła   się   wdzięcznie 

i chwyciła nadgarstek Letty, żeby zbadać puls. Letty omal jej nie powiedziała, że 

z jej   sercem   wszystko   jest   w porządku.   Chciała   odzyskać   naszyjnik,   a potem 

zobaczyć Murphy’ego. W tej kolejności.

Miła pielęgniarka wyciągnęła naszyjnik i była najwyraźniej zaskoczona, kiedy 

Letty pocałowała aniołka i założyła sobie łańcuszek na szyję. Nikt nie wiedział, że 

to zaręczynowy pierścionek. Dla Letty był wart więcej niż największy brylant. To 

był dar serca Murphy’ego.

background image

– Czy poprosić pani przyjaciela?

Letty pokiwała entuzjastycznie głową, ale zaraz zmieniła zdanie.

– Nie, chwileczkę. Muszę sprawdzić, jak wyglądam.

– Wygląda pani tysiąc razy lepiej, niż kiedy panią tu przywieziono. Przez dwa 

dni nie wiedzieliśmy, czy pani przeżyje. Była pani bardzo chora.

Pielęgniarka przyczesała jej włosy.

– Jest już pani gotowa?

–   Tak.   –   Letty   nie   mogła   się   doczekać,   żeby   porozmawiać   z Murphym. 

Chciała się dowiedzieć czegoś o Luke’u. Niecierpliwie czekała, żeby powiedzieć 

mu, jak bardzo go kocha.

Usłyszała ciężkie kroki. Zamknęła oczy w oczekiwaniu. Ale to nie Murphy 

wszedł do szpitalnej sali. To był Slim.

– Witaj w domu, Letty. – Trzymał w ręce kapelusz kowbojski, z którym się 

nie rozstawał. – Cudownie wyglądasz. Nie potrafię ci powiedzieć, jak bardzo się 

cieszę, że cię widzę.

– Slim. – Nie umiała ukryć rozczarowania.

– Z tego, co wiem, mamy szczęście, że z nami jesteś.

– Cześć. – Nie była w stanie ukryć strasznego rozczarowania. – Wiesz coś 

o Murphym?

– Nie wrócił z tobą?

–   Nie.   Nie   wiem.   –   Oparła   się   o poduszkę.   Była   potwornie   zmęczona, 

załamana  i samotna. Slim był jej przyjacielem, a Murphy całą jej miłością. Dla 

niego żyła.

Jack ją kocha. Nie zdawał sobie sprawy ze swoich uczuć do Marcie, dopóki 

się jej nie oświadczył. Potem zastanawiał się, dlaczego tak późno się zorientował. 

Po   dziewięciomiesięcznej   nieobecności   odwiedził   ją   pod   wpływem   impulsu. 

Bardzo   się   zmieniła   przez   ten   czas.   Zrobiła   na   nim   wrażenie.   Ich   pieszczoty 

background image

polegały na czymś więcej niż tylko seksualnym zaspokojeniu. Olśniło go po tym, 

jak nie poszła z nim do łóżka. Przez ostatnie tygodnie cieszył się z tego, że spędzał 

z nią   czas.   Odkrył,   że   jest   inteligentna,   oczytana   i dobrze   zorientowana 

w wydarzeniach politycznych. Nie tylko miała głowę na karku. Była też ciepła, 

dowcipna i wesoła.

To, jak działała na jego zmysły, było całkiem inną sprawą. Jeżeli w ogóle 

istniała jakaś kobieta, która dorównywała mu w sztuce miłości, była nią Marcie 

Alexander. Wkrótce zostanie jego żoną.

Powstrzymał   się   i nie   zadzwonił   do   Caina.   Miał   ochotę   zawiadomić 

przyjaciół, że wkrótce dołączy do szeregu żonatych.

Powiedziała mu, że chce mieć dzieci. Jack nie myślał specjalnie o rodzinie. 

Nie miał takiej potrzeby. Teraz był podekscytowany na myśl, że zostanie ojcem.

Nie tak dawno odwiedził Caina. Zdziwił się, że jego przyjaciel jest dobrym 

ojcem. Jack nie widział, żeby ktoś tak bardzo się zmienił.

Cain zajmujący się brudnymi pieluszkami bardziej go zaskoczył, niż gdyby na 

przykład pasł krowy. To był dopiero widok!

Najwidoczniej Mallory’ego też pochłonęło ojcostwo. Jack słyszał ostatnio, że 

Mallory i jego żona planują znowu powiększyć rodzinę.

Teraz przyszła kolej na niego. Cholera, nawet mu się to podobało. Nie mógł 

zrozumieć,   dlaczego   tak   długo   zwlekał   z decyzją.   Chyba   czekał   na   właściwą 

kobietę. I teraz właśnie znalazł Marcie.

Wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i wlał sobie trochę zielonej oliwy do ust. 

Marcie mogła wpaść do jego mieszkania o każdej porze.

Dziś po południu kupił pierścionek z brylantem za dziesięć tysięcy dolarów. 

Nie przypuszczał, że wyda aż tyle pieniędzy, ale chciał, żeby Marcie wiedziała, jak 

bardzo   ją   kocha.   Był   z niej   dumny.   Dumny   z tego,   jak   bardzo   zmieniła   swoją 

osobowość. Dumny, że nie poszła z nim do łóżka, gdy tylko zjawił się w salonie 

background image

fryzjerskim.

Jeżeli będzie nalegała, poczeka nawet do ślubu. Oszalał na jej punkcie. Miał 

szczerą nadzieję, że nie odrzuci go po raz kolejny.

Odezwał się dzwonek u drzwi. Jack szybko obrzucił wzrokiem mieszkanie. 

Marcie przyszła wcześniej, to dobry znak. Pewnie także nie mogła się doczekać, 

żeby go zobaczyć.

Ku jego zaskoczeniu w drzwiach stała jakaś obca kobieta. Też była całkiem 

niezła. Trochę szczupła i blada, jak po ciężkiej chorobie.

– Czy pan się nazywa Jack Keller?

Oparł się o framugę drzwi.

– Zależy, kto pyta.

– Letty Madden.

Madden. Madden. Nazwisko wydawało mu się znajome, ale nie wiedział skąd.

– Ma pan chwilę czasu na rozmowę?

Czuł, że łatwo jej nie spławi. Zawahał się. Lepiej, żeby Marcie nie zastała go 

z inną kobietą.

–   Pokonałam   bardzo   długą   drogę,   żeby   do   pana   dotrzeć,   panie   Keller   – 

oznajmiła Letty wprost. – To ma związek z Murphym.

Stąd znał to nazwisko. Letty Madden – irytująca urzędniczka pocztowa, która 

zatrudniła   Murphy’ego,   żeby   odnalazł   jej   brata   w jakiejś   zapadłej   dziurze 

w Ameryce Środkowej.

– Proszę wejść – wskazał ręką pokój jadalny.

Zrobiła kilka kroków i zachwiała się. Jack wystraszył się, że runie jak długa, 

jeżeli jej nie złapie. Chwycił ją mocno za łokieć, a potem objął w pasie i posadził 

na krześle.

–   Przepraszam.   Wczoraj   wyszłam   ze   szpitala.   Odradzano   mi   podróż,   ale 

muszę z panem porozmawiać.

background image

– Wie pani o mnie?

– Murphy często o panu wspominał.

Interesujące. Jego przyjaciel był małomówny.

– Miał pan ostatnio od niego jakieś wiadomości?

– Od jakiegoś czasu – nie.

Z jej oczu zniknął blask. Był to żałosny widok.

– Myślałam... Miałam nadzieję, że się z panem kontaktował.

– Murphy mi o pani wspominał. To pani chciała go zatrudnić, żeby pojechał 

z panią do Zarcero, prawda?

Pokiwała głową, a na jej ustach zagościł ledwie zauważalny uśmiech.

– Przypuszczam, że nie wyrażał się o mnie zbyt pochlebnie.

Jack nie odpowiedział wprost. Murphy uważał, że ta kobieta jest dla niego jak 

wrzód na dupie.

– Odnalazła pani brata?

Letty z trudem przełknęła ślinę i odwróciła wzrok.

– Spóźniliśmy się, zabili go.

– Przykro mi.

– Mnie też. Luke był porządnym człowiekiem. – Dotknęła ręką szyi i ujęła 

w palce   nieśmiertelnik   i małego   złotego   aniołka.   Jack   widział   w życiu   tylko 

jednego takiego aniołka. U Murphy’ego. Twierdził, że przynosi mu szczęście.

– Skąd go pani ma?

Letty otworzyła szeroko oczy. Nie była pewna, o co mu chodzi. Dopiero po 

chwili dotarło do niej, że Keller ma na myśli naszyjnik.

– Murphy mi  dał. – Ich oczy się spotkały. – Nie mam  od niego żadnych 

wiadomości. Ani słowa. I nikt nie chce mi powiedzieć, co się z nim stało. Straciłam 

brata. Nie mogę stracić jeszcze Murphy’ego.

Jack   zmarszczył   czoło.   Tak   mówi   kobieta   zakochana.   Zacisnęła   rękę   na 

background image

nieśmiertelniku, jakby był źródłem siły, jedyną rzeczą, dzięki której udawało jej się 

panować nad emocjami.

– Boję się, że on nie żyje – wyszeptała. Głos jej się załamał.

– Murphy nie żyje?

– Nie wiem, do kogo jeszcze się zwrócić.

–   Proszę   mi   opowiedzieć,   co   się   stało.   –   Usiadł   naprzeciw   niej   i słuchał 

szczegółowej   opowieści   o ich   przygodach   w Zarcero.   Przerywał   jedynie   wtedy, 

gdy chciał o coś zapytać. Skończyła w momencie, kiedy była na wpół przytomna 

z gorączki i Murphy zawiózł ją i księdza na lotnisko. Następnie skupił na sobie 

uwagę oddziałów rebelianckich, dzięki czemu mogli bezpiecznie odlecieć.

– A ksiądz?

– Nie widziałam go od tamtej pory – wymamrotała że smutkiem.

– Był z panią w samolocie?

–   Tak,   tak   mi   się   wydaje.   Nic   już   więcej   nie   pamiętam.   Moje   następne 

wspomnienie   to   szpital   w Teksasie.   Przyjaciel   rodziny   czekał,   żeby   ze   mną 

porozmawiać. Kiedy wypisali mnie ze szpitala, przyjechałam, żeby pana odnaleźć.

– Nie wie pani, gdzie wylądował samolot?

–   Niestety.   Przykro   mi.   Byłam   zbyt   chora.   Chyba   ukąsił   mnie   jakiś 

szczególnie   niebezpieczny   pająk.   Teraz   już   wszystko   w porządku.   –   Odgarnęła 

włosy z twarzy ruchem, w którym widać było niecierpliwe oczekiwanie. – Znajdzie 

pan Murphy’ego?

Jack  nie musiał  się  długo zastanawiać.  Kilka lat temu  schwytano go i był 

torturowany.   Murphy   sprowadził   wtedy   grupę   ludzi,   którzy   uwolnili   go 

z więzienia. Nie wahał się ani chwili, kiedy przyszedł czas, żeby się zrewanżować.

– Wsiadam do samolotu, jak tylko załatwimy lot.

Powinien najpierw porozmawiać z Marcie i wszystko jej wytłumaczyć. Ale 

ona na pewno zrozumie.

background image

Letty zamknęła oczy. Była mu ogromnie wdzięczna.

– Dziękuję – powiedziała szeptem.

– Nie ma za co. Wiele Murphy’emu zawdzięczam.

– Ja też. – Nie rozwodziła się nad tym.

Jack zaczął się zastanawiać, co zaszło między nimi w dżungli. Letty wyszła, 

a po pięciu minutach zjawiła się Marcie.

– Cześć, Jack – powiedziała cicho.

Objął   ją   ramionami   w talii   i wciągnął   do   mieszkania.   Chciał   ją   namiętnie 

pocałować i pokazać, jak za nią szaleje. Zrobiłby to, gdyby w ostatniej chwili nie 

odwróciła głowy.

– Kochanie?

Dopiero wtedy zauważył łzy w jej oczach.

– Marcie, co się stało?

– Tak mi przykro – wyszeptała.

– Przykro?

Zacisnęła ręce i spuściła głowę.

– Nie mogę za ciebie wyjść, Jack.

Niewiele brakowało, żeby się roześmiał. Ta kobieta chyba żartowała. Przecież 

mówiła,   że   pragnie   małżeństwa.   Wyszedł   z pokoju   i przyniósł   pierścionek 

z diamentem. Coś nie pasowało do tego obrazka, ale on nie miał pojęcia co.

– Nie wyjdziesz za mnie?

– Zdecydowałam – powiedziała cichym, zdławionym głosem – że przyjmę 

oświadczyny Clifforda, o ile będzie mnie jeszcze chciał.

background image

Rozdział 37.

Marcie zamknęła oczy. Próbowała się uspokoić, zanim zadzwoni do drzwi 

mieszkania Clifforda. Była u niego tylko raz i to z krótką wizytą.

Mieszkał   niedaleko   Olathe,   na   przedmieściach   Kansas   City,   w piętrowym 

domu,   który   kiedyś   należał   do   jego   rodziców.   Wprowadził   się,   kiedy   został 

zmuszony oddać ojca do domu opieki. Był to solidny, stary dom z kwietnikami od 

frontu i miejscem na mały ogródek z tyłu.

Nie otwierał i Marcie myślała, że nie ma go w domu. Wtedy drzwi raptownie 

się otworzyły.

Clifford był zaskoczony. Patrzył na Marcie, jakby zobaczył ducha.

– Marcie, co ty tu robisz?

Dobre pytanie.

– Pomyślałam, że powinniśmy porozmawiać.

Otworzył szklane drzwi.

– Jasne.

W domu panował mrok i chłód. Meble były wielkie, masywne i ciężkie, jak 

Clifford. Pod ścianą stało stare pianino, którego pewnie nie używano od lat. Na nim 

stały fotografie w ramkach.

Kiedy Marcie była dzieckiem, chciała nauczyć się grać na pianinie. Ale nie 

mieli pieniędzy na takie rzeczy. Ojciec zwykle przepijał więcej, niż przynosił. Nim 

skończyła trzynaście lat, rodzice rozwiedli się i od tego czasu rzadko widywała 

ojca.

– Napijesz się czegoś? Mam świeżą kawę, jeśli chcesz.

Była tak zdenerwowana, że nie udałoby się jej utrzymać w ręku kubka z kawą.

– Nie, dziękuję.

background image

Wskazał jej miejsce na miękkiej kanapie. Miał na sobie ubranie robocze, ale 

zdążył zdjąć buty. Białe skarpetki kontrastowały z czarną koszulką i dżinsami.

Pewnie wrócił do domu, zaczął czytać gazetę i zasnął w fotelu. To dlatego tak 

długo nie otwierał drzwi.

– Chyba wiem, dlaczego przyszłaś. – Usiadł naprzeciw niej, na brzegu krzesła 

i pochylił się. Absorbowały go własne ręce, bo wcale na nianie patrzył.

Czy Clifford wie? Marcie szczerze w to wątpiła.

– Przepraszam za tamto. Nie powinienem był tak wpadać bez zapowiedzi do 

salonu, ale chciałem usłyszeć twoją odpowiedź – wymruczał ze smutkiem.

Marcie niemal się uśmiechnęła.

– Martwisz się pierścionkiem czy oświadczynami?

–   Podejrzewam,   że   wszystkim.   Ten   mały   brylant   nie   jest   dla   ciebie   zbyt 

wielką   zachętą,   żeby   wyjść   za   takiego   faceta,   jak   ja.   Wybacz   mi,   Marcie,   nie 

powinienem ci go dawać.

– Mam nadzieję, że to nieprawda. Przyszłam tutaj, żeby ci coś powiedzieć. – 

Z pośpiechem wyrzucała z siebie słowa. Chciała to już mieć za sobą.

– Wiem, że byłaś wtedy z tamtym facetem, jeżeli to cię gnębi.

Marcie poruszyła się niespokojnie.

– Zgadza się, byłam z nim. – Nie mogła go okłamać. Nie Clifforda, jedynego, 

który był wobec niej szczery i uczciwy.

– Od razu zorientowałem się, że przyszedłem w nieodpowiedniej chwili. – 

Jego głos był pełen sarkazmu.

Marcie wzięła głęboki oddech. Żal chwycił ją za gardło. Zacisnęła nerwowo 

ręce. Zastał jaz Jackiem.  To, co miała mu do powiedzenia, stawało się jeszcze 

trudniejsze.

– Nie kochaliśmy się. Przysięgam ci, Clifford, że mówię prawdę.

– Ale cię kusiło.

background image

– Tak – powiedziała cicho płaczliwym głosem.

Clifford   zerwał   się   z krzesła   tak   energicznie,   że   Marcie   była   zaskoczona. 

Podszedł do okna.

– To chyba jest dla mnie wystarczająca odpowiedź. Zatrzymaj pierścionek, 

Marcie. Kupiłem go dla ciebie. Nie wiem, jak będzie się czuł tamten facet, kiedy 

będziesz go nosiła, ale mam nadzieję, że będziesz.

– Nie będzie tym zachwycony.

Ramiona Clifforda napięły się.

– Nie przypuszczam, żeby był. Ja bym sobie nie życzył, żeby moja żona nosiła 

pierścionek od innego mężczyzny.

– Nie zrozum mnie źle. Naprawdę zamierzam nosić ten pierścionek.

Clifforda roześmiał się głośno.

– Zawsze byłaś upartą kobietą. – Odwrócił się do niej twarzą. Przyglądał jej 

się tak, jakby chciał zapamiętać rysy twarzy. – Kocham cię, Marcie. Od samego 

początku wiedziałem, że cię stracę. Jesteś dla mnie zbyt dobra. Nie dziwię się, że 

kochasz tamtego faceta.

–   Nie   dziwisz   się?   –   Nie   miała   zamiaru   płakać.   Zdziwiła   się,   kiedy   łzy 

nabiegły jej do oczu i zaczęły spływać po policzkach.

– Marcie?

– Jesteś idiotą, Cliffordzie Cradmenie! – wrzasnęła. – Idiotą! Nie wiesz, co ze 

mnie za kobieta! Takim kobietom nie daje się pierścionków z diamentem.

Clifford był przerażony.

Marcie   wstała,   nie   wiedząc   czemu.   Nie   chciała   wychodzić,   zaczęła   więc 

dreptać przed starym pianinem.

–   Nie   waż   się   mówić,   że   nie   jesteś   dla   mnie   wystarczająco   dobry.   Jest 

odwrotnie. – Objęła się rękami w pasie. – W moim życiu było tylu mężczyzn, że 

nie potrafiłabym zliczyć. Kochałam się z tyloma facetami, że w końcu przestałam 

background image

kochać samą siebie.

Clifford wpatrywał się w nią bez słowa.

– Przez lata żyłam w przekonaniu, że mężczyznom potrzeba jedynie miłości 

dobrej kobiety, żeby się zmienili. Nie byłam na tyle mądra, żeby wiedzieć, że kiedy 

zanurzałam się w oceanie, ratując tonącego mężczyznę, ryzykowałam, że razem 

z nim pójdę na dno. – Pociągnęła nosem i zadarła głowę. Otarła łzy z policzków 

i usiadła na stołku do pianina. Oparła ręce na klapie z wypolerowanego drewna.

– Długo trwało, zanim zrozumiałam, że kiedy mężczyzna mnie bił, a potem 

twierdził, że nie ma pojęcia, dlaczego go utrzymuję, to wiedział, co mówi.

– Mężczyzna cię bił?

– Bo to jeden? Wolno się uczę.

–   A ten,   z którym   byłaś   dziś   wieczorem?   Uderzył   cię   kiedyś?   –   Clifford, 

zacisnął pięści.

– Jack? Nie, nigdy.

Clifford odetchnął.

– To dobrze.

– Nie rozumiesz, Clifford? – Nie mogła zapanować nad emocjami. Rozpłakała 

się.

– Co mam rozumieć? Kim jesteś? Wiedziałem o tym od razu, Marcie.

Wpatrywała się w niego, niepewna, czy dobrze zrozumiała.

– Jesteś ciepłą, wspaniałą, kochającą kobietą.

Parsknęła.

– Nie słyszałeś, co powiedziałam? Przeżyłam wiele z mężczyznami, Clifford. 

Nie kończących się, nudnych historii z wieloma facetami.

– Cóż, wszyscy mają jakieś przeżycia, prawda? O twoich dowiedziałem się 

dawno temu.

– Naprawdę?

background image

Odwrócił od niej wzrok i lekko wzruszył ramionami.

–   Znalazło   się   wielu   tak   zwanych   przyjaciół,   którzy   powiedzieli   mi,   że 

cieszysz się pewną reputacją.

Marcie zamknęła oczy, bo zrobiło jej się niedobrze.

–   Poza   jednym   jedynym   razem   nigdy   nie   próbowałeś   zaciągnąć   mnie   do 

łóżka.

– Wiesz dlaczego, Marcie? Bo dla mnie zawsze byłaś damą. Nigdy nie dałaś 

mi powodu, żebym myślał inaczej. Byłem dumny, że mogę się z tobą spotykać. 

Masz w sobie dużo ciepła i jesteś wesoła. Przynosiłaś mi radość. Czas, który z tobą 

dzieliłem, był najlepszym czasem w moim życiu.

– Jesteś idiotą.

– Dlatego, że cię kocham? Nie sądzę. Bardzo wiele dla mnie znaczy to, że 

przyszłaś zawiadomić mnie, że odchodzisz z tym facetem. Nie mam o to pretensji. 

On da ci o wiele więcej, niż ja mógłbym kiedykolwiek ci dać.

Nie mogła uwierzyć w to, co mówił Clifford.

– Widzisz, kocham cię i dlatego muszę się pogodzić z twoją decyzją.

– Cliffordzie Cradmen, kocham cię. To za ciebie chcę wyjść, nie za Jacka 

Kellera. Za ciebie.

– Za mnie? – Zmrużył oczy, jakby nie był pewien, czy powinien uwierzyć. – 

Przyszłaś tutaj, żeby mi powiedzieć, że chcesz za mnie wyjść?

Podeszła do Clifforda i stanęła naprzeciw niego, spoglądając groźnie.

– Nawet nie myśl o tym, żeby zmienić zdanie.

– Zmienić zdanie? Ja... jesteś pewna?

– Jestem tego bardziej pewna niż czegokolwiek innego.

– Ale...

– Nie szukaj wymówek, nie wykręcisz się. Jasne?

– Tak, ale... – Jego oczy rozbłysły z radości.

background image

– Całe życie czekałam na takiego dobrego mężczyznę, jak ty.

Uśmiechając się szeroko, posadził Marcie na kolanach.

– Szaleję za tobą, Marcie. Nawet nie masz pojęcia, jak cholernie trudno nie 

kochać się z tobą.

– Mamy na to mnóstwo czasu. – Zarzuciła mu ręce na szyję.

– Całe życie – powiedział Clifford, całując tak łakomie, że zabrakło jej tchu.

Uśmiechnęła się do niego, bo wiedziała, że będą razem szczęśliwi. Bardzo 

szczęśliwi.

background image

Rozdział 38.

Ten tydzień był najdłuższy w życiu Letty. Siedziała przy telefonie, podnosiła 

słuchawkę, gdy dzwonił, i czekała na jakąś wiadomość o Murphym. Nieważne od 

kogo. Od Jacka Kellera. Od ojca Alfaro. A nawet od samego kapitana Norte.

Nie wiedziała nic i to doprowadzało ją prawie do szaleństwa. Nie spała i nie 

miała apetytu. Brak wiadomości nie był dobrą wiadomością. Nie miała informacji 

o Murphym, a rozpaczliwie chciała wiedzieć, co się z nim stało.

Nie mogła dłużej znieść oczekiwania. Zaczęła działać. Udała się tam, gdzie 

mogli udzielić jej informacji – do siedziby CIA w Waszyngtonie.

Zmarnowała   prawie   dwa   dni,   żeby   się   przedrzeć   przez   biurokratyczną 

dżunglę. Musiała wrzeszczeć, żeby ktoś zwrócił na nią uwagę. Miała nadzieję, że 

powiedzą   jej   wszystko,   żeby   tylko   się   od   niej   uwolnić.   Trzeciego   ranka 

zaprowadzono ją do biura agenta Kena Kempera.

– Panna Madden.

Zaprosił ją do swojego gabinetu, stanął za biurkiem i wskazał jej miejsce.

Sam również usiadł i wziął plik dokumentów.

– Szuka pani informacji o wielebnym Luke’u Maddenie i najemnym żołnierzu 

o nazwisku Shaun Murphy.

– Zgadza  się.  – Złożyła  race  i czekała.   Zorientowała się   już,  że  im mniej 

mówi, tym lepiej.

– Czy wielebny Madden to pani brat?

– Tak.

– Misjonarz z Zarcero?

– Zgadza się.

– A dlaczego interesuje się pani Murphym?

background image

– Wynajęłam go, żeby odnalazł mojego brata – odpowiedziała rzeczowo.

– Rozumiem. – Zacisnął usta, wyrażając dezaprobatę.

Milczała. Nie będzie się tłumaczyła, dlaczego zatrudniła Murphy’ego. Rząd 

federalny nie dał jej wyboru. Zrobiła wszystko, co mogła, żeby skłonić władze do 

interwencji. Zbyli ją, więc musiała sama zacząć działać.

– Czy wynajęcie Murphy’ego było mądrym posunięciem?

– A co miałam zrobić? – Straciła cierpliwość. – Błagałam i prosiłam, żeby 

nasze władze pomogły mi odnaleźć Luke’a.

– Z pewnością rozumie pani, że to było niemożliwe.

– Bez przerwy mi to powtarzano. Dlatego wynajęłam Murphy’ego. – Zadarła 

dumnie podbródek. Nie da się zbić z tropu.

– I znalazła pani brata?

Letty ścisnęło się gardło.

– Jestem prawie pewna, że został zabity. – Trudno jej było wypowiedzieć te 

słowa. – Nie mam żadnego dowodu, ale obawiam się, że dla Luke’a nie ma już 

nadziei.

Agent spuścił wzrok.

– My również jesteśmy przekonani, że pani brat został zamordowany.

Milczała, dopóki skurcz w gardle ustąpił.

– Skoro macie  wiadomości  o losie mojego  brata, musicie  wiedzieć, co się 

dzieje z Murphym. Wasi ludzie mają swoje sposoby, żeby się tego dowiedzieć. – 

Zacisnęła zęby. – Daję słowo, że jeżeli pan mi  nic nie powie, narobię takiego 

rabanu, jakiego jeszcze nie widzieliście.

– Większego niż zdążyła już pani narobić?

– Tak – odparła z wściekłością.

– Ach...

– Proszę mi powiedzieć, co pan wie o Murphym! – wrzasnęła.

background image

Zaległa między nimi pełna napięcia cisza.

– Jeżeli mogę panią na moment przeprosić...

– Nie. Proszę mi powiedzieć.

Zawahał się, a potem nacisnął przycisk na swoim telefonie.

– Przyślijcie agenta Mosera.

Po pięciu minutach pojawił się drugi mężczyzna. Wszedł do pokoju, podał 

rękę Letty i usiadł na krześle obok niej.

– To, co pani powiemy, nie może wyjść poza to pomieszczenie – ostrzegł 

Kemper.

– Naraziłoby to niewinnych ludzi na niebezpieczeństwo  – dodał Moser.  – 

Zrozumiała pani?

Letty pokiwała głową.

Mężczyźni wymienili spojrzenia, jakby podejmowali decyzję, kto przekaże jej 

informację.

– Dostaliśmy wiadomość o pani przyjacielu.

– Tak? – Zaschło jej w gardle ze zdenerwowania.

– Obawiam się, że nie jest dobra. – Drugi mężczyzna poprawił okulary, które 

zjechały mu na czubek nosa.

Tak myślała. Inaczej Murphy sam by się z nią skontaktował.

– Nie żyje? – spytała. – Tylko to chcę wiedzieć.

– Obawiam się, że tak.

Letty zamknęła oczy i poczuła, że serce w niej zamiera.

– Bardzo nam przykro, panno Madden – powiedział łagodnie Kemper.

– Chyba złapali go na lotnisku? – Agent Moser zadał retoryczne pytanie.

Letty pokiwała głową. Więc to była prawda, a nie jakieś majaki.

– Został wzięty do niewoli i skazany następnego dnia. Najprawdopodobniej 

go powieszono.

background image

Rozdział 39.

Letty   siedziała   na   ganku   w półmroku   chłodnego   wieczoru.   Łuskała   groch 

i przyglądała się gęstym chmurom, które sunęły po ciemnoniebieskim teksańskim 

niebie. Miesiąc temu wróciła z Waszyngtonu. Od tamtej pory nie kontaktowała się 

z Jackiem   Kellerem.   Nie   miała   od   niego   żadnych   wiadomości,   ale   już   znała 

odpowiedź. Nie było żadnej nadziei. Straciła brata. Straciła też Murphy’ego.

Kiedyś będzie mogła oglądać zachód słońca bez rozdzierającego bólu w sercu. 

Kiedyś się pozbiera. Czas jest najlepszym lekarzem i najlepszym pocieszycielem.

Slim wpadał co wieczór przez dwa tygodnie. Martwił się o nią i kochał na 

swój sposób. Letty doceniała jego troskę i przyjaźń. Mimo to delikatnie poprosiła 

go, żeby nie przychodził.

Nie wróciła do pracy na poczcie. Nie zdecydowała jeszcze, czy w ogóle wróci 

do pracy. Pewną pociechę przynosiła jej praca w ogrodzie. Żyła z dnia na dzień, 

bez oczekiwań i bez planów. Doszła do wniosku, że taki tryb życia pomoże jej 

szybciej wrócić do siebie. Tego właśnie potrzebowała.

Najbardziej   lubiła   siedzieć   wieczorami   i chłonąć   piękno   zachodu   słońca, 

wspominając   dni   spędzone   z Murphym   w dżungli   Ameryki   Środkowej. 

W przyszłości chciała cieszyć się z tego, że go kochała, a nie pielęgnować w sobie 

żal z powodu jego śmierci.

Mimo  że straciła brata, miała  w sobie kruchy  spokój. Ból wdarł się w nią 

głęboko. Straciła tylu kochanych ludzi. Od kiedy  skończyła pięć  lat, nie miała 

matki. Babcia umarła, kiedy miała jedenaście lat, a śmierć ojca przeżyła jako młoda 

kobieta. Jej brat bliźniak... Bez wątpienia najbardziej przeżyła tę stratę.

Pogodziła się ze śmiercią Luke’a. Zrobiła wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby 

go uratować, dotrzeć do niego na czas. Zanim wyruszyła na poszukiwanie brata, 

background image

ostrzegano ją, by przygotowała się na najgorsze. Mimo  to nie chciała porzucić 

nadziei.

Żadne psychiczne przygotowania nie mogły oswoić Letty z myślą o śmierci 

Luke’a.   Była   przekonana,   że   Luke   prosił   Boga,   żeby   go   zabrał   z jakiegoś 

ważniejszego   powodu.   Jego   śmierć,   tak   jak   całe   życie,   była   odpowiedzią   na 

modlitwę. Mimo że bardzo chciała, nie czuła żalu z tego powodu.

Bardziej   opłakiwała   Murphy’ego.   Za   Murphym   będzie   tęskniła.   Kiedy   go 

pokochała, odnalazła nieoczekiwaną radość. Ta miłość była niespodzianką w jej 

życiu.

Zakochali się w sobie nieświadomie. Letty z początku uważała, że Murphy 

jest   wulgarny   i nieprzyzwoity.   Wychodził   z siebie,   żeby   ją   zaszokować 

i zdenerwować,   ale  to  była  tylko  gra.  Wewnątrz  był  jednym  z najwrażliwszych 

i najrozsądniejszych mężczyzn, jakich znała.

Zachowała   wspomnienie   Murphy’ego   bawiącego   się   w Questo   z dziećmi. 

Żałowała, że nigdy nie będzie mógł baraszkować i śmiać się z ich dziećmi.

Ujawnił   ludzkie   uczucia,   kiedy   przytulał   ją   i pocieszał,   kiedy   omal   nie 

zgwałcono jej w Siguierres. Chwile w jego ramionach zachowa w sercu na długie 

lata. Była naiwną idiotką, że zwolniła Murphy’ego, kiedy zobaczyła go z kobietą 

w knajpie. Teraz wiedziała, że kierowała nią zazdrość. Jej serce musiało już wtedy 

wiedzieć.

Uśmiechnęła się. Dzięki Murphy’emu tyle się o sobie dowiedziała... Nigdy nie 

zapomni tych lekcji.

W   oddali   dostrzegła   przybliżającą   się   ciemną   plamę   i westchnęła.   Pewnie 

znowu Slim. To, że nie spuszcza z niej oka, nie zmieni jej uczuć do niego. Ale on 

nie przyjmował tego do wiadomości.

Ale to nie ciężarówka Slima jechała piaszczystą drogą, która łączyła jej dom 

z autostradą.

background image

Letty   odstawiła   na   bok   miskę   z grochem,   wstała   i oparła   rękę   o kolumnę 

ganku. Zamrugała oczami, a jej serce zaczęło szybciej bić, kiedy mężczyzna zaczął 

być widoczny. Poznała tego człowieka, jedynego, którego kochała nad życie.

Murphy’ego.

Serce waliło jej jak młotem, tłukąc o żebra. Ostatnio dużo o nim myślała. Nic 

dziwnego, że jej wyobraźnia zaczęła działać. Chyba miała halucynacje.

Ciężarówka zatrzymała się, ale wizja nie znikała. Drzwi kabiny otworzyły się 

i wysiadł z niej Murphy.

Nie wiedziała, czy wierzyć swoim oczom. Spragnione widoku Murphy’ego 

zmierzyły   go   od   ciemnych,   gęstych,   krótko   obciętych   włosów   do   kowbojskich 

butów.

Stanął przed schodami, a kąciki jego ust uniosły się w leniwym, powolnym 

uśmiechu. Stęskniony wzrok pobiegł ku niej. Jego oczy promieniały miłością. Letty 

zrozumiała, że to nie sen ani zjawa. To był Murphy, cały i zdrowy.

Z   gardła   wyrwał   jej   się   zduszony   krzyk.   Niemal   sfrunęła   z ganku   wprost 

w jego ramiona.

Złapał ją, odchylił głowę i roześmiał się.

– Przez chwilę się zastanawiałem, czy pamiętasz, kim jestem.

–   Murphy...   och,   Murphy.   –   Nie   dając   mu   czasu   na   wyjaśnienia   czy 

odpowiedź, nieprzerwanie obsypywała pocałunkami jego twarz. Nie przejmowała 

się tym, gdzie lądują jej usta. Liczyło się tylko to, że była przy nim, całowała go. 

Rozkoszowała się tym, że Murphy żyje.

– Letty, Letty kochana. – Wymruczał jej imię, objął ją w talii i uniósł kilka 

centymetrów   nad   ziemię.   Ukryła   twarz   w zagłębieniu   jego   szyi   i westchnęła 

gwałtownie.

– Kocham cię tak bardzo, tak bardzo, tak bardzo – powtarzała bez przerwy.

– Ja też cię kocham. – Ujął jej twarz w dłonie. Pieścił ją ustami i językiem, aż 

background image

oboje zaczęli drżeć i przywarli do siebie.

Letty czuła, że Murphy niechętnie oderwał wargi od jej ust. Uśmiechnął się 

i pogładził kciukami jej policzki, wilgotne od łez, których nie była świadoma.

– Myślałam, że nie żyjesz – oznajmiła, kiedy już mogła się odezwać.

Usiedli na schodach, przytuleni do siebie.

– Kto ci tak powiedział?

– CIA.

Cichy śmiech Murphy’ego sprawił, że kosmyk włosów Letty zsunął się na 

skroń.

– Musisz się nauczyć jednej rzeczy, kochanie. Nie należy wierzyć władzom.

– Ale widziałam, jak cię zastrzelili... a przynajmniej tak mi się wydawało.

– Nie mogłaś wiele zapamiętać.

– Strzelili do ciebie, tak?

Zawahał się.

– Tak. Kilka razy.

Westchnęła i chciała natychmiast obejrzeć blizny, ale Murphy ją powstrzymał.

– Wszystko w porządku.

– Wiem, ale...

– Hej, jestem tu, prawda? Dzięki Jackowi i kilku naszym przyjaciołom.

–   To   Jack   Keller   cię   znalazł?   –   Zawsze   będzie   wdzięczna   przyjacielowi 

Murphy’ego. Znajdzie sposób, żeby mu to wynagrodzić.

– Opowiedz mi wszystko. Muszę wiedzieć. Czego się dowiedziałeś o Luke’u? 

Nie ukrywaj przede mną niczego.

Pocałował ją. Długo trzymał  wargi na jej ustach. Chciał  poczuć jej smak, 

zanim odpowie.

– Najpierw cię postrzelili, a potem zaprowadzili do kapitana Norte, tak?

Zesztywniał, a potem skinął głową.

background image

– Tak.

– Czy oni cię... torturowali?

– Powiedzmy, że Norte był bardzo zadowolony, że mnie widzi, ale wściekły, 

że   mnie   postrzelono.   Sam   chciał   mnie   zabić.   Wyglądało   na   to,   że   umrę   i nie 

dostarczeniu tej przyjemności. Nie zamierzał ułatwiać mi śmierci. Chciał, żebym 

najpierw odcierpiał za swój błąd.

Letty zesztywniała. Wiedziała, że musiał znosić straszny ból.

– Dwie rany na plecach uratowały mi życie.

– Jak?

– Wrzucono mnie do więzienia.

– Bez opieki lekarskiej? To przestępstwo, nieludzkie... Ale czego się można 

spodziewać po rebeliantach?

– Uratowała mi życie kobieta o imieniu Rosita.

Przyjaciółka Luke’a, kobieta, którą Letty chyba widziała w San Paulo.

– Musiała mieć kogoś znajomego, który zgodził się wpuścić ją do więzienia. 

Przyszła do mnie, bo chciała znaleźć ciebie. – Zawahał się i dotknął dłońmi jej 

twarzy. – Miałaś rację. Luke nie żyje. Przykro mi, kochanie. Zrobiłbym wszystko, 

żeby ci tego oszczędzić.

– Jak? – Z trudem wypowiedziała to słowo.

– Rosita jest przekonana, że umarł spokojnie we śnie, ale nie jest tego pewna.

Murphy objął mocno Letty.

– Dowiedział się, że jesteśmy w Zarcero. Poprosił Rositę, żeby zrobiła, co 

może, żeby cię odnaleźć.

Łzy napłynęły do oczu Letty. Nawet kiedy jego życie wisiało na włosku, Luke 

był myślami przy niej.

– Ona kochała twojego brata.

– Wiem – powiedziała cichym, drżącym głosem. Chociaż Luke nie wyjawił 

background image

siostrze swoich uczuć do Rosity, Letty wiedziała w głębi duszy, że podzielał jej 

miłość.

Murphy przyciągnął Letty bliżej.

– Pewnie bym umarł, gdyby Jack i inni nie przybyli w porę. Chyba się nie 

zmartwisz, kiedy ci powiem, że Norte nie żyje? Nieźle by było, gdybym to ja go 

załatwił, ale Jack mnie uprzedził. Ja nie mogłem nawet ruszyć ręką.

Przez   te   długie,   samotne   tygodnie   Letty   była   zrozpaczona.   Wierzyła 

w najgorsze i cierpiała.

– Dlaczego tak długo zwlekałeś, żeby do mnie przyjechać?

– Nie mogłem wcześniej, kochanie. Było ze mną krucho, zanim Deliverance 

Company   nie   wywiozła   mnie   z San   Paulo.   –   Odgarnął   jej   włosy   z karku 

i pocałował   w szyję.   Podniósł   wzrok,   żeby   spojrzeć   jej   w oczy,   i zauważył 

naszyjnik.

– Nosisz go.

– Przecież to mój pierścionek zaręczynowy, pamiętasz?

– Zaręczynowy? To my jesteśmy zaręczeni?

– Oświadczyłeś mi się. – Niezbyt cieszyła się z faktu, że najwyraźniej o tym 

zapomniał.

– Poprosiłem cię o rękę? Ja? Chyba żartujesz. – Przyglądał się jej badawczo. – 

Mam szczerą nadzieję, że nie potraktowałaś tego poważnie.

–   Najpoważniej   na   świecie.   Słuchaj,   Shaunie   Murphy.   Może   i ucierpiałeś 

w Zarcero, ale to jest nic w porównaniu z tym, co ci zrobię, jeżeli zmieniłeś zdanie.

Roześmiał się i zmierzwił jej włosy.

– W przeciwieństwie do niektórych znanych mi ludzi, dotrzymuję słowa.

– Sugerujesz, że ja nie dotrzymuję? Nagle umilkła. – Czy... chodzi ci o naszą 

umowę?

– Mam zamiar odebrać swoją należność.

background image

Objęła go ramionami za szyję, westchnęła głośno i przycisnęła głowę do jego 

piersi.

– A ja mam zamiar ci ją dać.

background image

Epilog

Letty   stała   na   ganku,  oparta   o drewnianą   poręcz.   Wpatrywała   się   w nocne 

niebo,   oczarowana   milionem   migoczących   gwiazd.   Księżyc   w pełni   niczym 

strażnik czuwał nad ziemią.

Chciała   wierzyć,   że   Luke   spogląda   na   nią   z góry   i uśmiecha   się   do   niej 

z jednej z tych gwiazd. Nie mogła spać, myślami była przy bracie.

Przed miesiącem dostała niespodziewanie list od Luke’a. Napisał go niemal 

przed   rokiem.   Rosita   załączyła   notkę,   że   tę   kopertę   znaleziono   w biurze 

komendanta Faqueza krótko po tym, jak w Zarcero władzę objął znowu legalny 

rząd.

Letty przeczytała go nieskończoną ilość razy. Znała go już na pamięć.

Moja najdroższa Letty!

Przykro mi, że piszę, żeby Ci powiedzieć, że zanim przeczytasz ten list, ja nie  

będę żył. Kilka dni temu stanąłem przed sądem, który oskarżył mnie o zbrodnie 

popełnione przeciwko narodowi Zarcero. Proces i to, co stało się z tym krajem, 

głęboko mnie zasmuca, ale nic nie mogę na to poradzić.

Nie opłakuj mnie, Letty. Odchodzę z tego świata, wierząc, że wypełniłem wolę  

Bożą. Jednak odchodzę nie bez żalu. Jest w tym tyle ironii. Po raz pierwszy w życiu 

jestem prawdziwie, głęboko zakochany. Moje nadzieje na przyszłość przepadły, bo  

Bóg wezwał mnie do większych dzieł.

Znam Cię, Letty, prawie tak dobrze, jak siebie samego. Proszę Cię, nie bądź  

rozgoryczona.   Wybacz   moim   oprawcom.   Odchodzę,   ale   obiecuję,   że   nigdy   nie  

będziesz sama. Moja miłość zawsze będzie z Tobą.

Będę   przy   Tobie   w najczarniejszych   chwilach   i w godzinach   największej  

radości.  Żołnierze  mogą odebrać  mi życie  i wszystko,  co mam, ale nic nie jest  

background image

w stanie zniszczyć bliskości, jaka nas łączyła.

Kiedy byliśmy dziećmi, czasami twierdziłaś, że czujesz, że coś mi jest. Nigdy  

nie   byłem   pewien,   co   myśleć   o tym   Twoim   dziwnym   „odczuciu”.   Zawstydzony  

przyznaję, że Ci nie wierzyłem. Teraz Cię rozumiem, bo sam to czuję. W stosunku 

do   Ciebie.   Bóg   ma   względem   Ciebie   wspaniałe   plany,   Letty.   Czekają   Cię  

niesamowite przygody. Mogę Cię opuścić, bo w głębi duszy wiem, że znajdziesz  

szczęście.   Nie   jestem   prorokiem,   ale   nie   zdziwiłbym   się,   gdybyś   w ciągu 

najbliższych miesięcy wyszła za mąż. Tak bardzo chciałbym Cię widzieć jako żonę  

i matkę.

Zawsze byłaś mądrzejsza ode mnie. Przynajmniej lubiłaś tak myśleć! Po raz  

pierwszy poznam coś prędzej od Ciebie. Niebo. Kiedy następnym razem spojrzysz  

w niebo, wypatruj mnie, Letty. Będę się stamtąd uśmiechał do Ciebie.

Twój brat

Dziecko  poruszyło  się  w niej.  Dotknęła   ręką  brzucha   i uśmiechnęła   się  do 

siebie. W ciągu tego ostatniego roku bez Luke’a wiele się o sobie dowiedziała. 

Tęskniła za nim rozpaczliwie, ale stało się tak, jak mówił.  Bóg zamknął jedne 

drzwi i szybko otworzył inne. Była żoną i wkrótce miała  zostać matką.  Dawno 

porzuciła obawy, że będzie taka jak jej matka. Murphy miał rację. W niczym jej nie 

przypominała. To jego miłość sprawiła, że zrozumiała to, co dawno powinna była 

wiedzieć.

Oszklone drzwi otworzyły się.

– Letty?

– Jestem tutaj. – Spojrzała przez ramię na męża.

Murphy stanął obok.

– Nie możesz spać?

– Myślałam o Luke’u.

Objął jaw talii i przycisnął dłonie do jej zaokrąglonego brzucha.

background image

– Nie znałem go, ale byłbym dumny, gdybym mógł go nazwać przyjacielem.

– Luke kręciłby głową z niedowierzaniem, widząc nas dwoje. – Pomyślała 

o tym, jak zmieniła ich miłość.

– Mam wrażenie, że twój brat o mnie wiedział.

Letty westchnęła.

– Chyba tak.

Luke   miał   rację.   Była   naprawdę   szczęśliwa.   Murphy   opuścił   Deliverance 

Company. Otworzył agencję ochroniarską. Miał tyle zleceń, że nie nadążał z pracą.

–   A co   z Jackiem?   –   Pomyślała   o firmie   i o propozycji,   jaką   złożył   mu 

Murphy. – Będzie dla ciebie pracował?

Murphy pocałował ją w kark.

– Chyba się na to nie zanosi. – Wciągnął głęboko powietrze. – Gdybym go nie 

znał, powiedziałbym, że się zakochał.

– A co w tym dziwnego? Przecież ty też się zakochałeś?

– Tak, ale ja mam żonę, a Jack – nie. Od kilku miesięcy jest w paskudnym 

nastroju.   Z własnego   doświadczenia   wiem,   że   kiedy   facet   marnieje   w oczach, 

przyczyną jest zwykle kobieta.

Letty nie mogła się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Chyba miał rację.

– Pozbiera się.

– Tak? – Murphy zachichotał. – A skąd to wiesz?

–   Nie   wiem   na   pewno,   ale   chcę   dla   niego   dobrze.   –   Wiele   zawdzięczała 

przyjacielowi Murphy’ego i chciała, żeby był szczęśliwy.

– Wracamy do łóżka? – Ziewnął głośno.

– Tak. – Razem weszli do domu.

Odwrócili się jeszcze i zobaczyli, jak spadająca gwiazda zostawia na czarnym 

niebie ognisty szlak.


Document Outline