background image

Debbie Macomber

Noc i Dzień

(Sooner Or Later)

background image

Moim przyjaciołom, którzy tak bardzo jak ja kochają zapach chloru o poranku:
Rachel   Williams,   Audrey   Rugh,   Lorraine   Reece,   Joyce   Hudson,   Lety   Taylor,  

Marjorie Johnson, Debbie Noble, Mary Cammin, Marii Houston, Janet Hane, Sue Felix,  
Markowi   Ryanowi,   Jessie   Truax,   Gregowi   Northcuttowi,   Billowi   Irvine’owi,   Perowi 
Johnsonowi i Kathy Davis, która się o nas wszystkich troszczy

background image

Wstęp

Rozdzierający krzyk kobiety wyrwał ze snu Luke’a Maddena. Zerwał się z łóżka.
Od  tygodni  chodziły  słuchy  o możliwym   zamachu   wojskowym,   ale  rząd   Zarcero 

dobrze   radził   sobie   z sytuacją.   Niecały   tydzień   temu   prezydent   Cartago   osobiście 
zapewnił Luke’a, że nie ma powodu do obaw.

Po huku strzałów z broni maszynowej rozległ się okrzyk przerażenia i wściekłości.
Luke odrzucił prześcieradło i sięgnął po spodnie. Włosy zjeżyły mu się na karku. Za 

oknem rozległy się kroki.

Ledwie zdążył zapiąć pasek, kiedy drzwi się otworzyły. Do sypialni wpadł żołnierz. 

Miał groźne spojrzenie i był uzbrojony w uzi. Wrzeszcząc po hiszpańsku, rozkazał, by 
Luke dołączył do pozostałych.

Luke pomyślał, że to już koniec.
Zginie z dala od domu. Z dala od siostry bliźniaczki.
W   tym   momencie   zdał   sobie   sprawę,   że   rozpaczliwie   pragnie   żyć.   Pośpiesznie 

wykonał   rozkaz   partyzanta,   a w jego   umyśle   pojawił   się   obraz   brązowookiej   Rosity. 
Kochał ją i chciał się z nią ożenić.

Na dworze panował chaos. Przerażone kobiety tłoczyły się przy fontannie, osłaniając 

dzieci.   Luke   jak   oszalały   szukał   wzrokiem   Rosity.   Odnalazł   ją   wśród   innych   kobiet 
i poczuł ulgę.

W kałuży krwi pod drzwiami kaplicy leżało rozciągnięte ciało Ramóna Hermosy. 

Zastrzelony   z nienawiści.   Zamordowany   w imię   postępu.   Oczy   martwego   mężczyzny 
wpatrywały się nieruchomo w noc.

Ramón. Na Boga, tylko  nie Ramón.  Złość wstrząsnęła Lukiem,  jakby poraził  go 

prąd. Ten miły staruszek nie mógł zrobić nikomu Krzywdy.

– Czego chcecie?! – krzyknął, zaciskając pięści.
Podeszło  do  niego   trzech   mężczyzn,  uzbrojonych  po  zęby.   Jeden  przycisnął   lufę 

karabinu do ramienia Luke’a, popychając go w stronę kobiet.

– Czego chcecie? – powtórzył Luke, nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo.
Trzej  mężczyźni   rozstąpili   się,  kiedy  podszedł   do nich  oficer.   Patrzył  na  Luke’a 

z nienawiścią. Luke czuł ją tak, jak kiedyś miłość Rosity.

–   Rozumiem,   że   jest   pan   przyjacielem   naszego   prezydenta.   –   Dowódca   splunął. 

Złowrogi uśmiech powoli uniósł kąciki jego ust. – Może powinienem raczej powiedzieć: 
„byłego prezydenta”.

– To jest misja – Luke wskazał ręką w kierunku kościoła. – Nie mieszam się do 

polityki.

background image

– Trzeba było się nad tym zastanowić, zanim zaprzyjaźnił się pan z Jose Cartago. 

Drogo będzie pana ta przyjaźń kosztowała, senor. Naprawdę, bardzo drogo.

Wyciągnął lśniący rewolwer z kabury i wymierzył w głowę Luke’a.
– Nie, na miłość boską, nie! – krzyknęła Rosita. Ze szlochem padła do nóg dowódcy. 

– Proszę, zaklinam pana na imię Najświętszej Panienki, błagam, niech pan tego nie robi.

Ale Luke wiedział, że jest za późno.

background image

Rozdział 1.

Zapłacę za pańskie usługi.
–   Nie   wiem,   czy   dobrze   zrozumiałem.   –   Murphy   zmierzył   wzrokiem   skromną 

dziewczynę, która trzymała w ręce jego awizo na przesyłkę. – Chce pani, żebym pojechał 
z panią do Zarcero?

Ta  kobieta   była   szalona.  Bez  dwóch zdań.  Letty  Madden,  urzędniczka   pocztowa 

z Boothill w Teksasie, niewątpliwie nadawała się do domu wariatów.

Spojrzała na niego oczami czarnymi jak gorzka czekolada. Jej rozpacz rozbroiłaby 

każdego   mężczyznę,   ale   nie   Murphy’ego.   Nie   miał   zamiaru   przerywać   w pełni 
zasłużonego urlopu z powodu jakiejś kobiety, która szuka przygód.

Nigdy nie miał dobrego zdania na temat płci przeciwnej, a kiedy jego przyjaciele, 

Cain i Mallory, ożenili się, utwierdził się w tym przekonaniu. Trzepotanie rzęsami nie 
wystarczało, żeby nabrał ochoty do przedzierania się przez dżunglę, by szukać gruszek na 
wierzbie.

– Pan nie rozumie – powtórzyła.
Rozumiał doskonale. Po prostu go to nie interesowało. Zresztą urzędniczki pocztowej 

nie byłoby stać na zatrudnienie go ani na usługi Deliverance Company,  nawet gdyby 
przepracowała dwa życia.

– Chodzi o mojego brata. – Zagryzła drżącą dolną wargę.
Niezły chwyt, stwierdził sceptycznie Murphy. Ale nie zmienił zdania.
– Jest misjonarzem.
Jest dobra, musiał przyznać.
Rzeczywiście udało jej się zrobić taką minę, jakby za chwilę miała się rozpłakać. 

Szczerość biła od niej na kilometr.

– Odkąd upadł rząd w Zarcero, nikt z Departamentu Stanu ani z CIA nie potrafi mi 

powiedzieć, co się z nim dzieje. Linie telefoniczne są odcięte, a stosunki dyplomatyczne 
ze Stanami Zjednoczonymi zaostrzyły się. Ludzie z Departamentu Stanu nawet nie chcą 
już ze mną rozmawiać. Ale ja nie zapomnę o bracie.

– Nie mogę pani pomóc. – Nie chciał być niegrzeczny czy cyniczny, ale nic go to nie 

obchodziło. Mówił to już ze trzy razy, ale ona najwidoczniej wolała mu nie wierzyć.

To jeden z kilku jej błędów. Murphy zawsze mówił to, co myślał. Jeżeli jej brat był 

na   tyle   głupi,   żeby   pchać   się   do   kraju   stojącego   na   krawędzi   politycznej   zapaści, 
zasługiwał na to, co go spotkało.

– Proszę – dodała, wstrzymując oddech – niech się pan zastanowi.
Murphy westchnął. Idąc po przesyłkę, nie spodziewał się, że zostanie nagabywany 

background image

przez jedną z najspokojniejszych mieszkanek Boothill.

– Pan może mi pomóc – naciskała. – Pan po prostu nie chce. Nie proszę pana, żeby 

pan to zrobił z dobrego serca!

Niezłe zagranie, bo Murphy nie miał natury dobroczyńcy.
– Powiedziałam, że panu zapłacę, i nie żartowałam. Zdaję sobie sprawę, że usługi 

takiego eksperta jak pan nie są tanie, więc...

– Eksperta? – Przecież nikt w Boothill nie wiedział, z czego Murphy żyje.
– Sądzi pan, że nie wiem, czym się pan zajmuje? – Zmarszczyła brwi dotknięta, że 

uważa ją za idiotkę. – Nie jestem głupia, panie Murphy. Są pewne rzeczy, których nie 
można nie zauważyć, sortując przesyłki. Jest pan najemnikiem.

Wypowiedziała te słowa tak, jakby kalały jej usta. Nie ulegało wątpliwości, że siostra 

misjonarza   nigdy   wcześniej   nie   zadawała   się   z człowiekiem   tak   plugawej   profesji. 
Odrażającemu Murphy’emu bardzo się to spodobało. Rzeczywiście, nie przeszłoby mu 
przez myśl, że ktoś tak bogobojny jak Letty Madden będzie nalegał, żeby ubić interes 
właśnie z nim.

– Zapłacę panu – powtórzyła. – Tyle, ile pan zażąda.
Prychnął lekko i specjalnie wlepił wzrok w jej biust.
– Wiem wszystko o Deliverance Company.
– Naprawdę?
Zesztywniała.
– Panie Murphy, proszę... Mam tylko brata. Moi rodzice... Ojciec zmarł cztery lata 

temu i zostaliśmy tylko Luke i ja.

Murphy’ego nie interesowały rodzinne historie, ale najwidoczniej nie dało się ich 

uniknąć.

– Proszę posłuchać: przykro mi, że pani brat jest w Zarcero. Ale nic, co pani powie 

czy zrobi, nie zmieni faktu, że ten kraj pogrążony jest w chaosie. Jeżeli chce pani rady, 
dam ją pani. Straci pani czas, energię i pieniądze, szukając teraz brata. Całkiem możliwe, 
że został zabity przed dwoma tygodniami albo wcześniej.

– Nie! zaprzeczyła  tak gwałtownie, że Murphy się wzdrygnął. – Luke jest moim 

bratem  bliźniakiem.   Wiedziałabym,  gdyby  nie  żył.   Czułabym   to  tutaj  –  uderzyła  się 
pięścią w klatkę piersiową. – Proszę mi wierzyć, panie Murphy. Luke żyje.

Murphy nie miał ochoty się z nią sprzeczać. Mogła wierzyć  we wszystko,  na co 

miała ochotę. Nawet w to, że brat żyje, jeżeli ta myśl przynosiła jej ukojenie.

– Czy mogę już dostać przesyłkę? – wyciągnął niecierpliwie rękę.
Letty niechętnie wręczyła mu kilka paczek.
–   Czy   w jakikolwiek   sposób   mogę   pana   przekonać?   –   Zuchwale   spojrzała   mu 

background image

w oczy.

– Za żadne skarby. – Miał już to, po co przyszedł. Odwrócił się i ruszył w stronę 

drzwi.   Ale   zanim   wyszedł   z poczty,   obejrzał   się   przez   ramię.   Kiedy   zobaczył,   jak 
spuszcza głowę przegrana, poczuł coś w rodzaju żalu. Współczuł jej i bratu, jednak nie 
na tyle, żeby poświęcać pierwszy urlop, jaki miał od miesięcy.

Dwadzieścia   minut   później   był   w domu.   Już   nie   myślał   o dziewczynie   z poczty. 

Widział ją wcześniej wiele razy. Należała do tego typu kobiet, których unikał jak ognia. 
Te świętsze od papieża były najgorsze.

Letty   Madden   była   całkiem   niezła,   a raczej   mogłaby   być,   gdyby   przestała 

przepraszać za to, że jest kobietą. Długie włosy ściągała mocno do tyłu, jakby to miało 
zapobiec zmarszczkom. Skromny uniform pocztowy w żaden sposób nie uwypuklał tego, 
czym tak hojnie obdarzyła ją natura. Murphy byłby zaskoczony, gdyby Letty Madden 
zrobiła sobie makijaż. Sprawiała wrażenie, że panicznie boi się swojej kobiecości.

Murphy nie interesował się religią, a jeszcze mniej kobietami. Och, oczywiście, nie 

zaprzeczyłby, że zajmowały pewne miejsce w jego życiu, ale było to głównie miejsce 
w łóżku.   Płacił   za   ich   usługi   i odchodził   wolny   od   jakichkolwiek   uczuciowych 
zobowiązań.

Widział już, co kobieta może zrobić z mężczyzną. W ostatnich latach stracił dwóch 

przyjaciół, i to nie od kul. Broń, która pokonała Caina McClellana i Tima Mallory’ego, 
była gorsza. Obu powaliło idiotyczne uczucie nazywane miłością.

Kiedyś Deliverance Company zatrudniła Caina, Mallory’ego, Baileya, Jacka Kellera 

i Murphy’ego   –   doborowy   zespół   byłych   ekspertów   wojskowych.   Przeprowadzali 
najbardziej śmiałe misje specjalne na świecie. Teraz było inaczej.

Murphy nie życzył sobie, żeby Cain czy Mallory udzielali mu dobrych rad na temat 

kobiet. Wszystkiego i tak dowiedział się od matki. Kobiety są do siebie podobne: słabe 
i godne współczucia.  Od kiedy skończył  dziesięć  lat,  wiedział,  że  nie  chce mieć  nic 
wspólnego z płcią przeciwną. Może i był wtedy smarkaczem, ale po dwudziestu pięciu 
latach okazało się, że miał rację.

Nawet jego najlepszy przyjaciel, Jack Keller, dał się złapać na kobiece wdzięki. Swój 

cholerny błąd niemal przypłacił życiem. Ale najwidoczniej nie wyciągnął z tego nauczki. 
Niewiele   brakowało,   żeby   schrzanił   kilka   zadań,  bo   nie   potrafił   trzymać   zapiętego 
rozporka. Jego przyjaciel miał słabość do ładnych buziaków.

Murphy wszedł do swojego domu, oddalonego od Boothill o piętnaście kilometrów. 

Rzucił przesyłkę  na blat kuchenny.  Stoczył  o nią boje, a okazało się, że zawiera plik 
rachunków i kilka ulotek reklamowych.

Otworzył lodówkę, wyjął zimne piwo i poszedł na ganek.

background image

Szklane drzwi zamknęły się za nim. Opadł na wiklinowy fotel i oparł jedną nogę 

o słupek. Słońce prażyło mocno. Nawet parne popołudniowe powietrze było zmęczone 
upałem.

Boothill   nie   leżało   na   końcu   świata.   Było   je   stąd   widać   i to   Murphy’emu 

wystarczało.

Uśmiechnął się do siebie, pociągnął długi łyk piwa i otarł ręką czoło.
Lepiej być nie mogło.

background image

Rozdział 2.

Slim Watkins, miejscowy farmer, wszedł na pocztę za pięć piąta, na chwilę przed 

zamknięciem. Zdjął kapelusz i obracając go w dłoniach, czekał, aż Letty go zauważy.

Posłała mu spłoszony uśmiech i modliła się w duchu, żeby nie chciał zaprosić jej na 

kolację. Straciła apetyt, kiedy Murphy, ostatnia deska ratunku, odmówił jej pomocy. Nie 
tylko nic go nie obchodziło, ledwie dał jej powiedzieć cokolwiek o Luke’u. Nie rozważył 
nawet jej propozycji. Letty nie miała pojęcia, co teraz robić.

– Rozmawiałaś z nim? – spytał zdenerwowany Slim. – Z człowiekiem, który może ci 

pomóc?

Slim był uczciwym, pracowitym farmerem. Miał czterdzieści lat i nastoletniego syna, 

ale od kilku lat był  najbardziej  wytrwałym  konkurentem Letty.  Nieliczni młodzieńcy 
szybko znikali z tych stron.

– Letty? – spróbował znowu, kiedy nie odpowiedziała.
– Rozmawiałam z nim.
– I? – dopytywał Slim. – Zgodził się jechać z tobą do Zarcero?
– Nie – rzuciła sucho.
Zaległa krótka, pełna napięcia cisza.
– Sama chyba nie pojedziesz?
– Oczywiście, że pojadę. Muszę, nie rozumiesz? Luke jest moim bratem.
– Wydawało  mi  się, że  człowiek  z Departamentu  Stanu odradzał  ci  tę  wyprawę. 

Powiedział, że Stany Zjednoczone nic nie poradzą, że ktoś sam się wpakował w tarapaty.

– Nie obchodzi mnie, co radzi Departament Stanu albo ktokolwiek inny! – wrzasnęła 

Letty. – Muszę wiedzieć, co dzieje się z Lukiem. Nie mam wyboru. Luke nigdy by mnie 
nie zostawił. Ja również go nie porzucę.

Farmer spuścił głowę. Powoli obracał rondo kapelusza w zwinnych palcach.
– Letty, będę się martwił, jeżeli pojedziesz sama do obcego kraju, gdzie nie będzie 

nikogo, kto mógłby cię chronić. Wiesz, że pojechałbym z tobą, ale...

– Masz rancho i syna. Billy nie mieszka w domu, ale nadal cię potrzebuje.
Slim najwyraźniej poczuł ulgę, że Letty go usprawiedliwiła.
– Wiesz, że pojechałbym bez namysłu, gdyby nie Billy.
Letty poklepała go po ramieniu.
– Wiem.
Ich oczy spotkały się.
– Co z dzisiejszą kolacją? Sprawdziłem, co podaje dziś Rossie. Stek po szwajcarsku. 

Wiem, że smakuje ci jej kuchnia.

background image

– Dzięki, Slim, ale nie dzisiaj – odmówiła łagodnie, wiedząc, że sprawia mu zawód. 

– Zamierzam przemyśleć kilka spraw.

Musi odnaleźć  Luke’a. Jeżeli  umrze,  trudno, ale nie może  siedzieć z założonymi 

rękami.

Wróciła do domu, ciemnego, ale przytulnego. Włączyła klimatyzację i odpięła trzy 

górne guziki bluzki. Zdjęła pantofle i usiadła na kanapie. Oparła stopy o stolik do kawy, 
zamknęła oczy i czekała, aż orzeźwi ją chłodne powietrze. Kropelka potu wolno spłynęła 
z jej szyi do zagłębienia między bujnymi piersiami. Zagryzła usta, kiedy przypomniała 
sobie, jakim spojrzeniem najemnik zmierzył jej piersi, kiedy oświadczyła, że mu zapłaci.

Był tajemniczy i niebezpieczny, a ona, idiotka, poprosiła go o pomoc. Powinna być 

mądrzejsza, lecz kierowała nią rozpacz. Kiedy Murphy stanął tuż koło niej, naruszył jej 
przestrzeń i wypełnił maleńkie biuro swoją obecnością. Poczuła bijące od niego ciepło 
i niepowtarzalny męski zapach. Do chwili, gdy wspomniała o zapłacie, nic nie mogła 
wyczytać   z zimnej,  obojętnej  twarzy mężczyzny.  Dopiero  później   jego  twarz  nabrała 
wyrazu. Wyśmiał ją bez słów.

Zdenerwowana wstała i szybko zmieniła uniform na bawełniane spodnie i koszulką 

bez   rękawów.   Przeszła   się   wśród   równych   grządek   w ogrodzie,   przyglądając   się 
dorodnym roślinom. Wolała poczekać z podlewaniem do zachodu słońca.

Wiedzę o leczniczych właściwościach ziół przekazała Letty babcia, która nosiła to 

samo   imię.   Kiedy   umarła,   dziewczynka   miała   jedenaście   lat.   Odejście   babki   Letty 
przeżyła bardziej niż utratę matki. Babcia zajęła miejsce Donny Madden, gdy ta porzuciła 
rodzinę. Letty i Luke mieli wtedy po pięć lat i byli za mali, żeby zrozumieć, co się stało. 
Przez   lata   Letty   nasłuchała   się   plotek   o słabościach   matki,   kobiety   uzależnionej   od 
alkoholu i mężczyzn.

Po odejściu Donny ich ojciec, miejscowy pastor, poprosił babcię o pomoc. I babcia 

nie odmówiła.

Była prawdziwą kobietą z Południa, pełną uroku i ciepła. Kiedy ktoś umierał, szła do 

rodziny   zmarłego,   zatrzymywała   wszystkie   zegary   w domu,   zakrywała   lustra 
prześcieradłami   i kładła   trochę   soli   na   parapetach   okiennych.   Letty   i Luke   często 
towarzyszyli jej w tych wyprawach. Letty nie rozumiała sensu owych rytuałów, ale nie 
pomyślała, by o nie zapytać, zanim babcia umarła.

Kiedy   ojciec   chował   swoją   matkę,   Letty   zapłakana   przeszła   po   domu. 

Z namaszczeniem zatrzymała ogromny zegar dziadka, który skwapliwie wybijał godziny, 
i zasłoniła   lustro   łazienkowe   czystym   białym   prześcieradłem.   Położyła   też   sól   na 
kuchennym parapecie i szybko wróciła do kościoła. Wiedziała, że babcia byłaby z niej 
zadowolona.

background image

Letty odziedziczyła po babci dobrą rękę do kwiatów. Jej ogród rozkwitał bujnie co 

roku. Nie była  znachorką,  jak babcia, ale znała kilka domowych  sposobów leczenia. 
Korzystała z nich sama, leczyła brata i ojca, kiedy żył.

W noc poprzedzającą zamach stanu w Zarcero Letty obudziła się z łomotem serca 

i bólem   głowy.   Instynktownie   czuła,   że   z bratem   dzieje   się   coś   straszliwego.   Dużo 
później   dowiedziała   się,   że   rząd   w Zarcero   upadł,   a stolicę   zajęli   rebelianci.   Przez 
następne dni w telewizji podawano wiadomości o zbrodniach popełnianych na ludności 
tego   kraju.   Letty   oglądała   relacje   przerażona,   modląc   się,   by   brat   ze   swoją   grupką 
parafian byli bezpieczni.

Od tamtej nocy przeczucie, że Luke znalazł się w tarapatach, nie dawało jej spokoju. 

Prawdę mówiąc, jeszcze się potęgowało.

Nie ma wyjścia. Musi jechać do Zarcero bez względu na to, czy ktoś jej pomoże.
Zanosiło się jednak na to, że czekają samotna wyprawa.
Przypadek  zrządził,  że Murphy dosłownie wpadł na Letty w sklepie  z artykułami 

żelaznymi. Poczuła, że ktoś uderzył plecami w jej szczupłe ciało. Murphy odwrócił się; 
chciał przeprosić. Ich spojrzenia się spotkały. Słowa zamarły mu na ustach.

Na twarzy Letty malowało się zaskoczenie. Ona także nie spodziewała się go ujrzeć.
– Dzień dobry, panie Murphy – powitała go oficjalnie, jakby wpadli na siebie na 

pikniku szkółki niedzielnej. Marne szansę, żeby kiedykolwiek to się stało.

Skinął lekko głową i już chciał się odwrócić, kiedy zobaczył, co włożyła do kosza na 

zakupy.

– Kupuję sprzęt na wyprawę do Zarcero – wyjaśniła.
Wyciągnął flarę i zawahał się. Nie wiedział, czy powiedzieć jej, że to ostatnia rzecz, 

jakiej będzie potrzebować.

– Pomyślałam, że flary się przydadzą. – Przyglądała mu się uważnie.
Murphy wrzucił ją z powrotem do koszyka Letty.
–   Oczywiście,   jeżeli   chce   pani   powiadomić   cały   ten   cholerny   kraj   o swoim 

przyjeździe.

– Och, myślałam... – Urwała nagle.
Murphy zapłacił  za sprawunki i szybko  wyszedł  ze sklepu. Dawał Letty Madden 

piętnaście minut życia w Zarcero. Co najwyżej.

Otworzył drzwi swojej ciężarówki i już miał odjeżdżać, kiedy go zawołała.
– Panie Murphy!
Zaklął w duchu i wysiadł z kabiny.
–   Co   znowu?   –   spytał   takim   tonem,   by   poczuła,   że   mu   przeszkadza.   Letty   nie 

przejęła się tym, w przeciwieństwie do większości kobiet w podobnej sytuacji.

background image

– Nie zabiorę panu wiele czasu. – Stała na chodniku, patrząc z zakłopotaniem, ale 

i stanowczo.

Ta kobieta miała temperament.
– W czasie naszej ostatniej  rozmowy nie dał mi  pan szansy,  żebym  przedstawiła 

swoją propozycję.

– Nie interesuje mnie pani propozycja.
Nie wyszedł z poczty z powodu niedomówienia. Nic, co mogłaby mu zaproponować, 

nie wystarczy, żeby wziął udział w samobójczej misji. Spojrzeli po sobie.

– Zapłacę pięćdziesiąt tysięcy dolarów, żeby pomógł mi pan odnaleźć brata.
Murphy  zmarszczył   czoło.   Zastanawiał   się,  czy  kobieta   w rodzaju   Letty  Madden 

może mieć tyle gotówki.

–  Zastawiłam   dom,   panie   Murphy –  wyjaśniła,  jakby  czytała  w jego  myślach.  – 

Podpisanie   kilku   dokumentów   w banku   to   tylko   formalność.   Jutro   po   południu   będę 
mogła przekazać panu gotówkę.

Cholera   jasna!   Murphy   czuł,   że   mięknie.   Nie   chodziło   mu   o pieniądze,   lecz 

o kobietę. Zamierza się dać bezsensownie zabić.

Nie sądził, że zdołają odwieść od wyprawy, ale też nie chciał jej zachęcać.
– Żadne pieniądze nie skłonią mnie do zmiany decyzji. – Uruchomił samochód.
Letty opadły ramiona. Pokiwała głową, przyjmując do wiadomości to, co powiedział.
– Przepraszam, że pana zatrzymałam. Miłego dnia, panie Murphy.
Nie odpowiedział. Włączył wsteczny bieg i jak najszybciej opuścił miasto.
– Idiotka – mruknął, podjeżdżając tyłem pod dom.
Wszedł do kuchni i zobaczył, że na automatycznej sekretarce mruga światełko. Poza 

poczciwymi mieszkańcami Boothill tylko jedna osoba na świecie wiedziała, gdzie jest. 
Jack Keller.

– Jak tam twój bok? – spytał Murphy, kiedy usłyszał głos przyjaciela.
– Boli jak jasny gwint – wymamrotał Jack.
Murphy roześmiał się. Podczas ostatniej misji Jack wpadł pod rozpędzonego dżipa 

i złamał   dwa   żebra.   Urlop   musiał   poświęcić   na   rekonwalescencję.   Jack   lubił   życie 
w mieście,   Murphy   wolał   trzymać   się   z dala   od   ludzi.   Czuł   się   doskonale   wśród 
otwartych przestrzeni Teksasu.

– Pomyślałem, że zadzwonię do ciebie, żeby dowiedzieć się, co słychać.
Jack należał do osobników stadnych i była to jedyna niedoskonałość, jaką widział 

w nim   Murphy,   Ten   facet   nie   umiał   odpoczywać.   Po   tygodniu   w Kansas   City   Jack 
zaczynał się nudzić i gotowy był stawić czoło nowym wyzwaniom.

– U mnie wszystko w porządku – odrzekł Murphy. Do cholery, nie mógł przestać 

background image

myśleć  o tej nieznośnej Madden. Flary.  Kupowała flary do Zarcero. Głupota to mało 
powiedziane.

Jack zawahał się.
– Co jest?
– Nic – warknął Murphy.
– Przecież słyszę, że coś cię gryzie. Głos cię zdradza.
Murphy uznał, że nic się nie stanie, jeżeli opowie Jackowi o kobiecie z poczty.
– Dostałem ofertę pracy – oznajmił i zaczął wyjaśniać szczegóły.
– Zabiją ją – stwierdził ponuro Jack. Murphy wolał nie myśleć, co stałoby się z Letty 

Madden,   gdyby   wpadła   w ręce   buntowników.   Ponad   wszelką   wątpliwość   czekają   ją 
tortury, zostanie zgwałcona, a potem z sadystyczną przyjemnością zabita.

– Jak ona wygląda? – spytał Jack.
– A jakie to ma, do diabła, znaczenie? – warknął Murphy. Była ładna i młoda, miała 

ze dwadzieścia kilka lat. Ale partyzantów niewiele to będzie obchodziło.

– Pomożesz jej?
– Mowy nie ma.
– Wiesz co? – Jack zachichotał.
– Wcale nie chcę wiedzieć.
– Powinieneś się z kimś przespać.
– O czym ty, do cholery, gadasz?
– Za długo byłeś bez kobiety – oznajmił Jack. – Inaczej nie zaprzątałbyś sobie głowy 

urzędniczką  pocztową. Żyjesz jak mnich,  odkąd pracujesz dla Deliverance Company. 
Chłopie, wyluzuj się i korzystaj z życia!

– Kobieta to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję.
– Posłuchaj mnie, Murphy. Idź do knajpy, upij się i niech jakaś kobieta zabierze cię 

na noc do domu. Uwierz mi, rano poczujesz się o niebo lepiej.

Seks był według Jacka lekarstwem na wszystko.
– To, że się z kimś  prześpię, nie powstrzyma  tej Madden od ryzykowania swoją 

głupią głową. – Murphy nie dawał za wygraną.

– Może i nie, ale nie będziesz się czuł winny jej śmierci.
– Nie biorę żadnej odpowiedzialności za to, co się z nią stanie.
Jack zachichotał, a Murphy zacisnął zęby.
– Co cię tak śmieszy?
– Ty – odrzekł Jack. – Kusi cię, żeby to zrobić.
– Do diabła, tak. – Chyba tylko tornado mogłoby go skłonić do przerwania urlopu, na 

który długo i ciężko pracował i na który sobie zasłużył. I który zamierzał wykorzystać. 

background image

Nie dopuści, żeby jakaś kobieta pokrzyżowała mu plany. Jeżeli ma ochotę dać się zabić – 
to jej problem.

– Przyznaj się, Murphy, masz na nią ochotę.
– Czas już skończyć tę rozmowę.
Miał odłożyć słuchawkę, ale usłyszał śmiech Jacka i jego ostatnie słowa:
– Zadzwoń, jak wrócisz z Zarcero!
– Prędzej zgniję w piekle.
Do   wieczora   Murphy’ego   prześladował   niepokój.   Nie   opuścił   go   też   przez   cały 

następny   dzień.   Próbował   wszystkiego,   co   zwykle   go   uspokajało.   Grzebał   przy 
ciężarówce, przejechał się konno po swojej posiadłości, posiedział na ganku z piwem 
i dobrą książką aż do zachodu słońca. I nic.

Powtarzał sobie, że nie odpowiada za Letty Madden. Niech sobie robi, co chce.
Rzadko dręczyło go sumienie. To normalne przy jego profesji. Żył według własnych 

zasad i swojego kodeksu honorowego.

Nie chciał się angażować w tę sprawę. Śmieszyło go, że kobieta z Boothill tak się 

zaparła, by jechać do Zarcero. Śmierć będzie dla niej błogosławieństwem. Panienka ze 
szkółki   niedzielnej   uważa   go   za   okrutnika   i chama.   Przekona   się,   że   w porównaniu 
z koszmarem, jaki czekają w Zarcero, Murphy jest tylko milutkim kociakiem.

Musi być sposób, który skłoni ją do trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość, a jego 

uwolni od poczucia winy.

Wpadł na pomysł następnego popołudnia.
Murphy pogwizdywał, jadąc do miasta. Poprawił mu się nastrój. Musiał przyznać, że 

w dużej mierze dzięki Jackowi. Zaparkował przed pocztą i wszedł do środka.

Letty sprzedawała znaczki starszemu mężczyźnie, ale jej wzrok natychmiast pobiegł 

w kierunku   Murphy’ego.   Dostrzegł   zaskoczenie   i promyk   nadziei   w oczach.   Wolnym 
krokiem podszedł do swojej skrytki. Nie odrywała od niego wzroku przez cały czas, 
kiedy wyjmował przesyłki. Gdy skrytka była pusta, podszedł do Letty.

– Słucham? – Wyraźnie usiłowała zachować obojętny, oficjalny ton głosu.
– Nadal wybiera się pani do Zarcero? – spytał Murphy z ożywieniem.
– Tak. Już zarezerwowałam lot do Hojancha. Wyjeżdżam za dwa dni.
– Zmieniłem zdanie. – Przechylił się leniwie przez kontuar.
Letty poczuła ulgę.
–   Pomyślałam...   miałam   nadzieję,   że   pieniądze   jakoś   pana   zachęcą.   Wstąpię   do 

banku  po  południu  i załatwię  formalności.  Jeżeli   pan chce,   dam  panu  połowę z góry 
i resztę po powrocie.

–   O pieniądzach   porozmawiamy   później.   Są   inne,   pilniejsze   sprawy,   o których 

background image

powinniśmy pomówić najpierw.

Zamrugała i utkwiła w nim wzrok, jakby nie była pewna, czy się nie przesłyszała.
– Na przykład?
– Nie ma mowy o żadnym płaceniu, dopóki...
– Chce pan papiery wartościowe? To może trochę potrwać, poza tym nie jestem 

pewna...

– Powiedziałem,  że o sprawach  finansowych  podyskutujemy  później  – powtórzył 

z niecierpliwością, tym razem głośniej.

– Czego pan chce?
– Jest pani dziewicą? – spytał bez pośpiechu.
Jej oczy zrobiły się niewiarygodnie wielkie. Przełknęła ślinę. Czuła się niezręcznie.
– To nie pana sprawa. – Murphy roześmiał się grubiańsko.
–   Wiem   już   wszystko,   co   chcę   wiedzieć.   Poradzę   sobie   z pani   brakiem 

doświadczenia. Chociaż wolę kobiety biegłe w sztuce miłości.

Zjeżyła się.
– Co pan sugeruje, panie Murphy? – Odsunęła się od niego o dwa kroki.
– Układ.
Letty milczała przez jakiś czas, a potem z trudem przełknęła ślinę.
– Jaki układ?
Uśmiechnął się leniwie i zmierzył Letty wzrokiem. Zatrzymał się na pełnym biuście 

i krągłych biodrach. Postarał się, by w jego oczach widniał podziw.

– Jedna noc. Pani i ja razem całą noc. W zamian pojadę z panią do Zarcero.
Oczy Letty zrobiły się tak wielkie,  że Murphy ledwo się powstrzymał,  żeby nie 

wybuchnąć śmiechem. Nieporozumieniem byłoby stwierdzenie, że się wahała.

– Albo pani się na to zgadza, albo nie, i do widzenia.
Na pewno się nie zgodzi. Nie miał co do tego cienia wątpliwości. Jeśli odrzuci jego 

propozycję, Murphy będzie miał czyste sumienie. Odkrył karty. Wybór należał do niej.

Z satysfakcją odwrócił się do wyjścia. Był już przy drzwiach, kiedy go zatrzymała.
– Shaun... panie Murphy! – krzyknęła drżącym głosem.
Shaun. Nikt nie zwracał się do niego w ten sposób. Nieliczni wiedzieli, że tak ma na 

imię. Nie spodobało mu się to. Nie podobał mu się śpiewny głos, którym go wołała.

Odwrócił się pewny siebie.
Uśmiechała się blado.
– Czy jutrzejszy wieczór panu odpowiada?

background image

Rozdział 3.

To  wariat. Letty doszła do wniosku, że tylko tak można wytłumaczyć,  że ją o to 

poprosił, a właściwie że tego zażądał.

Zgadł, była dziewicą. Jej doświadczenia z mężczyznami  sprowadzały się do kilku 

niewinnych   pocałunków   ze   Slimem,   które   sprawiły   jej   wiele   radości.   Czuła   się 
niezręcznie i trochę się bała budzącej się kobiecości.

Nie była przyzwyczajona do mężczyzn, chociaż wychowywał ją ojciec i dorastała 

z Lukiem. Rówieśnicy uważali ją za kujona i szarą myszkę.

W głębi duszy obawiała się, że jest słaba, jak matka. Nie mogła znieść tej myśli. 

Przez lata robiła, co mogła, żeby ignorować swoją kobiecość.

Chcąc   wrócić   do   równowagi,   Letty   chwyciła   obiema   rękami   szufladę   kredensu 

i wzięła kilka głębokich, uspokajających oddechów. Nie miała wyboru – potrzebowała 
Murphy’ego. Żeby mieć ochronę i przewodnika. Żeby przeżyć.

Kiedy odnajdzie Luke’a, najemnik nie będzie już potrzebny. Jeżeli ceną za pomoc 

ma być jej dziewictwo – trudno. Z radością poświęci to i wiele więcej, jeżeli dzięki temu 
uratuje brata.

Zamknie oczy, zaciśnie zęby i zniesie upokorzenie. Chwila, i będzie po wszystkim.
Kiedy odezwał się dzwonek u drzwi, Letty szybko ogarnęła mieszkanie wzrokiem. 

Stół był nakryty do kolacji, butelka wina chłodziła się w lodówce, a steki były gotowe do 
pieczenia.

Wyprostowała ramiona i otworzyła szklane drzwi. Stał za nimi Murphy. Za chwilę 

miał otrzymać  najcenniejszą rzecz, jaką mogła podarować. Mimo to nie wyglądał na 
zadowolonego. Zmierzył ją uważnie wzrokiem.

Była świadoma swojego wyglądu. Ubrała się tak, jakby na zewnątrz panował mróz, 

a nie ponad trzydziestostopniowy upał. Wiedziała, że jest blada. Nie zdołał tego ukryć 
róż, który nałożyła na policzki. Zapięła po samą szyję bluzkę z długimi rękawami i miała 
wrażenie, że kołnierzyk ją udusi. Długa spódnica, która sięgała do samych stóp, tylko od 
czasu do czasu ukazywała szczupłe kostki.

Otworzyła   Murphy’emu   drzwi.   Miał   na   sobie   wojskowe   spodnie,   jakby   już   był 

w dżungli.   Kiedy   wchodził   do   środka,   uświadomiła   sobie,   że   jest   o piętnaście 
centymetrów wyższy niż framuga, która ma metr sześćdziesiąt pięć, i że jest przy nim 
karzełkiem. Wcześniej nie zwróciła uwagi, że jest taki wysoki.

Murphy spojrzał na nakryty stół i zmarszczył brwi.
– Pomyślałam, że może najpierw zjedlibyśmy kolację – zaproponowała nieśmiało, 

wściekła, że jej głos drży.

background image

– Jak pani chce.
Poczuła, że ma wilgotne ręce. Wytarła je i zmusiła się do mówienia. Okazało się, że 

Murphy nie jest zainteresowany pogawędką.

–   Proszę   otworzyć   wino,   a ja   położę   steki   na   ruszcie   –   powiedziała   w ciszy.   – 

Przypuszczam, że lubi pan krwiste.

– Bardzo krwiste.
Letty nie miała pojęcia, jak zdoła przełknąć choćby kęs. Ale tym będzie się martwić 

później. Jeszcze nie weszli do sypialni, a serce już waliło jej w piersiach. Kręciło jej się 
w głowie.

Murphy  otworzył   wino,   a Letty   wyniosła   mięso.   Upał   był   tak   nieznośny,   że   pot 

wystąpił jej na górnej wardze.

Po chwili zjawił się Murphy, przynosząc jej kieliszek wina.
– Dziękuję, Shaun – zwróciła się do niego po imieniu, żeby przynajmniej częściowo 

rozładować napięcie. Skoro mieli razem podróżować, lepiej było dojść do porozumienia.

– Proszę mówić do mnie Murphy. – Jego niski, poważny i oschły głos nadał ton 

spotkaniu.

– Dobrze, Murphy. – Steki zaskwierczały, kiedy Letty układała je na rozgrzanym 

ruszcie.

Przyglądał się każdemu jej ruchowi. Jak jastrząb, który obserwuje ofiarę, gotowy do 

ataku w odpowiednim momencie.

– Proszę się uśmiechnąć – powiedział szorstko.
Podniosła głowę.
– Słucham?
– Słyszała pani. Prosiłem, żeby się pani uśmiechnęła. Wygląda pani tak, jakby się 

pani bała, że w każdej chwili mogę nadziać ją na szpikulec i upiec – zadrwił z tym swoim 
zarozumiałym uśmieszkiem.

Kosztowało ją to nieco wysiłku, ale zdobyła się na coś w rodzaju uśmiechu.
– Lepiej?
– Trochę, ale niewiele. – Letty zajęła się mięsem.
–   Trochę   pani   przesadza   z tym   odgrywaniem   męczennicy.   Zacisnęła   palce   na 

uchwycie łopatki do mięsa, ale nie dała się sprowokować.

– O co chodzi, Letty? Boisz się, że sprawi ci to przyjemność? To może być całkiem 

miłe przeżycie, jeśli sobie na nie pozwolisz – dodał.

Nie odpowiedziała. Przyszła do niego z własnej woli i przystała na jego warunki. 

Uważała go jednak za wyrachowanego bydlaka. Ale właśnie takiego człowieka będzie 
potrzebowała w Zarcero, żeby odnaleźć Luke’a i przywieźć go żywego do kraju.

background image

– O to chodzi, prawda? – dopytywał się Murphy z radością. – Boisz się, że może ci 

się spodobać.

Nie wytrzymała.
– Szczerze w to wątpię – wyrzuciła z siebie, robiąc wszystko, żeby jej głos brzmiał 

normalnie.

Murphy roześmiał się sztucznie.
– Wiem, jak cię skłonić, żebyś mnie chciała. Wierz mi – zanim skończę, będziesz 

mnie błagać o jeszcze.

Przysunął się bliżej – tak blisko, że czuła jego oddech na skroni. Ze – sztywniała. 

Omal się od niego nie odwróciła. Dzięki silnej woli nie ruszyła się z miejsca.

– Wszyscy mężczyźni mają tak wysokie mniemanie o sobie? – odgryzła się. – Czy 

tylko pan? Jest pan przekonany, że nie można się panu oprzeć i że będę pana błagać, żeby 
pan się ze mną kochał? – zakpiła z niego. Zapewne słuchał pan kobiet, którym płacił za 
tego rodzaju rozrywki.

– Sugeruje pani, że pani nie płacę? – rzekł szyderczo.
Letty zbladła.
– Nie martw się, kochanie. Pocieszaj się, jak możesz. Jeśli chcesz sobie wmówić, że 

robisz to dla Luke’a, dla Boga, dla kraju – wolno ci. Jeśli jesteś przekonana, że składasz 
szlachetną ofiarę ze swojego dziewictwa – to też jest w porządku. Ulżyj sobie. – Dotknął 
palcem czubka jej nosa, a ona bezwiednie się wzdrygnęła. Ten mały przejaw słabości 
najwyraźniej go zaskoczył.

Palcem wskazującym dotknął twarzy Letty, leniwie pogłaskał ramiona i zszedł niżej, 

do   wypukłości   piersi.   Przerwał,   jak   kot,   który   bawi   się   myszą.   Niech   cierpi 
w oczekiwaniu,   zanim   zacznie   krążyć   wokół   brodawki.   Teraz   Letty   prawie   go 
nienawidziła.

– Mów sobie, co chcesz – szeptał uwodzicielsko – jeżeli dzięki temu łatwiej zniesiesz 

seks. Ale oboje znamy prawdę.

– Nie wiem, o czym pan mówi.
Roześmiał się, ale w jego śmiechu nie było wesołości.
– Od długiego czasu chciałaś się pozbyć dziewictwa, czy nie tak?
Wciągnęła powietrze, bojąc się wyznać prawdę.
– Nie – zaprzeczyła gwałtownie.
Murphy niespodziewanie odsunął się i łyknął wina.
– Nieważne. Masz doskonałą wymówkę. Robisz to dla Luke’a. Tylko się nie zdziw, 

jeżeli się okaże, że on już dawno nie żyje.

– Proszę tak nie mówić! – krzyknęła. – Mówiłam już, że Luke żyje. Wiem, że tak 

background image

jest. Po co miałabym przyjmować pana warunki, gdyby było inaczej?

– Dobre pytanie, nie sądzisz? – spytał spokojnie.
Trzęsąc   się   ze   zdenerwowania,   Letty   pośpiesznie   nałożyła   steki   na   półmisek 

i zaniosła je do pokoju. Murphy poszedł za nią. Drzwi zamknęły się za nimi złowieszczo.

Ukrywając lęk pod maską uśmiechu, postawiła półmisek na środku stołu, a potem 

przyniosła z lodówki dwie salaterki z sałatką.

– Może pan siadać. – Sama zajęła miejsce na końcu stołu, jakby była na uroczystym 

przyjęciu.   Odczekała,   aż   Murphy   usiądzie,   a potem   położyła   sobie   na   udach   lnianą 
serwetkę.

Murphy wziął widelec. Letty sięgnęła po swój i poczekała,  aż mężczyzna  nałoży 

sobie sałatki.

– Wszystko, co jest w sałatce, pochodzi z mojego ogrodu  –  powiedziała z dumą. – 

Sos przyrządziłam według starego rodzinnego przepisu. Mam nadzieję, że będzie panu 
smakować.

Nie   odezwał   się.   Wstrzymała   oddech   i czekała,   aż   zje   sałatkę.   Dopiero   wtedy 

nałożyła sobie. Murphy zachowywał się tak, jakby odpowiadał na pytanie: „Jak szybko 
można zjeść posiłek?”. Był już w połowie steku, zanim zdążyła wziąć do ust sałatkę.

Musiał przyznać, że Letty jest odważna. Robił, co mógł, żeby ją wyśmiać, wykpić 

i onieśmielić.   Ale   wyglądało   na   to,   że   ona   rzeczywiście   ma   zamiar   wywiązać   się 
z umowy.

Do   jasnej   cholery,   nie   tak   miało   się  to   wszystko   potoczyć.   Naprawdę  sądził,   że 

dziewczyna się ugnie. Trudno, trzeba uciec się do jeszcze kilku pustych gróźb. Na to 
również był przygotowany.

Murphy jadł najlepszy posiłek  od tygodni.  Nie przywiązywał  specjalnej  wagi do 

jedzenia.  W lodówce  miał   pełno  mrożonek.   Nie  miał  nic   przeciwko  żywności  z racji 
wojskowych. Jednak potrafił docenić smak tego steku upieczonego na ruszcie.

– Jak... smakuje? – spytała Letty.
– Dobre. – Jeżeli się spodziewa, że Murphy zasypie ją komplementami, długo sobie 

poczeka.  Taktyka  przeciągania  wszystkiego  zaczęła  go irytować.  Musi zatem przejąć 
inicjatywę.

Nie   spodziewał   się,   że   Letty   przygotuje   kolację.   Myślał,   że   już   pięć   minut   po 

przyjściu będzie ją miał w łóżku. Partyzant, który by ją dorwał, nie dałby jej tyle czasu. 
Ale to marna pociecha.

Zjadł o wiele szybciej niż Letty. Wstał i odniósł talerz do kuchni.
– Jesteś gotowa? – Spojrzał w stronę korytarza, gdzie z pewnością znajdowała się 

sypialnia.

background image

Zbladła. Uznał to za dobry znak.
– Jeszcze... nie zjadłam kolacji. Chwileczkę. Proszę, niech pan jeszcze się napije 

wina, jeżeli ma pan ochotę. Jest dużo.

– Nie, dziękuję.
Niemal   widział,   jak   ogania   ją   lęk.   Z godnością,   na   jaką   niewielu   może   sobie 

pozwolić, odłożyła serwetkę na stół i wstała. Nawet w jej krokach słychać było niechęć.

Zaprowadziła go do sypialni i gwałtownie odwróciła się do niego twarzą.
– Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, chciałabym umyć zęby.
Zawahał się i wzruszył ramionami.
– Dobrze, ale i tak, prędzej czy później, będziesz musiała dotrzymać obietnicy.
Czekał. Przysiadł na brzegu łóżka i zdjął buty.
Zabrała ze sobą do łazienki długą białą koszulę nocną. Szła wolnym krokiem jak 

królowa skazana na ścięcie.

– Rozpuść włosy – polecił. Zawahała się, ale skinęła głową.
Kiedy wróciła, Murphy leżał na łóżku bez spodni, oparty plecami o wałek. Założył 

ręce pod głowę.

– Ładnie – stwierdził, przyjrzawszy się jej. Mówił serio. W długiej białej koszuli 

nocnej   przypominała   pastereczkę.   Brakowało   jej   tylko   drewnianego   kija   i kilku 
owieczek.

Długie brązowe włosy Letty opadały miękkimi falami do połowy pleców. Była boso. 

Jeżeli miała nadzieję, że podobieństwo do bajkowej postaci powstrzyma go, to się myliła.

– Podejdź bliżej.
– Jest pan nagi? – Odwróciła wzrok od jego torsu.
Uśmiechnął się leniwie.
– A jak sądzisz?
Wzięła głęboki oddech, wyprostowała się i zamknęła oczy.
– Czy już dojrzałaś do tego, by porzucić brata?
– Nie – odparła. – Układ to układ. Może pan ze mną robić wszystko, co się panu 

podoba.

– Taki mam zamiar.
– Jest pan potworem. – Roześmiał się.
– Tak o mnie mówią. – Obejrzała się przez ramię.
– Mogę najpierw zgasić światło?
– Niech się świeci.
Obleciał ją strach i wybiegła z sypialni. Murphy powstrzymał się od śmiechu. Tylko 

jej   dotknął,   a ona   już   chciała   wiać,   gdzie   pieprz   rośnie.   Biedna,   zacofana   dziewica. 

background image

Śmiertelnie się bała nagiego mężczyzny.

Ku jego zaskoczeniu wróciła po chwili z butelką wina w ręce. Piła wprost z butelki, 

odchylając głowę i wlewając w siebie alkohol. Murphy obserwował ją zdziwiony.

– Picie nie pomoże.
– Niech pan nie będzie tego taki pewien. – Otarła usta grzbietem dłoni. – Czy chce 

pan, żebym coś zrobiła?

– Bardzo wiele – zapewnił. – Wkrótce do tego dojdziemy.
Przysiadła na brzegu łóżka, jakby nie mogła utrzymać się na nogach.
Koszula rozchyliła się, ukazując piersi. Murphy był oczarowany. Piersi miała piękne 

– bujne i pełne.

Keller  miał   rację:  Murphy  zbyt  długo  był   bez  kobiety.  Letty  Madden  wyglądała 

cholernie dobrze.

– Pocałuj mnie – polecił.
Wbiła wzrok w jego usta. Zawahała się, pociągnęła jeszcze łyk wina i przysunęła się 

do niego.

Wziął od niej butelkę i odstawił na nocny stolik.
– Obiecuję, że nie będę gryzł. – Objął ją pewnie w talii i pociągnął na łóżko. Ciało 

Letty ściśle do niego przylegało. Jej oczy były wielkie, a twarz śmiertelnie blada. Ale 
wytrzymała spojrzenie mężczyzny i czekała. Bała się.

Lekko   pochylił   się   do   przodu   i dotknął   jej   ust   swoimi.   Nie   był   okrutnikiem 

i mimowolnie trochę jej współczuł.

Nie opierała się, ale była sztywna jakby połknęła kij od szczotki.
– Rozluźnij się – polecił niecierpliwie.
– Staram się.
– To się staraj bardziej. – Zły, że jest wobec niej zbyt łagodny, ujął głowę Letty 

i przycisnął jej usta do swoich. Za ten trud była mu winna coś więcej niż tylko niewinny 
pocałunek, chociaż – jak przypuszczał – innych rzeczy będzie musiał ją nauczyć.

Znowu zesztywniała. Kilka razy przesunął ustami po jej wargach, tym razem nieco 

brutalniej,   zgniatając   je   i obejmując   swoimi.   Czuł   jej   wydatne   piersi   i walczył 
z narastającym   podnieceniem,   które   chciało   nim   zawładnąć.   Poddając   się   zmysłom, 
łakomie pożądał jej warg.

– Otwórz usta – wymruczał.
– Nie rozumiem, jak...
Wykorzystał moment, wsunął język do ust Letty i zaczął nim poruszać. Odwróciła 

głowę. Puścił ją. Obciągnięte jedwabną koszulą piersi ocierały się o jego tors. Zdziwił 
się, bo Letty się nie odsunęła.

background image

– Tak? – wyszeptała ochrypłym głosem, kiedy skończył. Radziła sobie nieźle. Nawet 

całkiem nieźle. Jeżeli pociągną to dalej, nie będzie odwrotu.

– Taak – wymruczał, ledwie łapiąc oddech.
– To nie jest takie straszne.
Sprawy toczyły się inaczej, niż zaplanował. Pocałował Letty znowu, ale tym razem 

jej język nieśmiało przywitał jego. Zaczął oddychać wolniej. Chciał od niej coraz więcej. 
Zaskoczyła go, z własnej woli obejmując za szyję.

– Podoba ci się to, prawda? – zachichotał. Chciał, by wierzyła, że dla niego to nic nie 

znaczy.   Cieszył   się,   że   może   ukryć   swoje   podniecenie   pod   kocem.   Zdziwił   się,   że 
pobudziła   go   tak   łatwo.   Nie   przypuszczał,   że   tak   silnie   podziała   na   niego   cnotliwa 
panienka.

– Co teraz?
Jeżeli chce, żeby plan się powiódł, musi być dla niej naprawdę niemiły.
– Rozbierz się.
Zamrugała, jakby się przesłyszała.
– Chce pan, żebym zdjęła koszulę?
– Tak właśnie.
Spojrzała na ścianę.
– Przy zapalonym świetle – powtórzył.
Powoli   wstała   z łóżka   i stanęła   dokładnie   na   wprost   niego.   Była   zdenerwowana 

i zawstydzona. Powoli rozpinała guziki, zatrzymując się przy każdym. Nie wiedziała, że 
takie   wahanie   tylko   wzmaga   niecierpliwość   Murphy’ego.   Z zaciśniętymi   powiekami 
zsunęła   materiał   z jednego   ramienia.   Chyba   nie   spodziewała   się,   że   gładki   jedwab 
ześlizgnie się po ciele. Koszula leżała u jej stóp.

Murphy przełknął ślinę, zaskoczony urodą Letty. Była piękna. Pełne piersi wznosiły 

się dumnie. Brzuch miała płaski i gładki, a biodra krągłe i zapraszające. Przyciskając ręce 
do boków, stała przed nim jak mityczna bogini.

Przyklęknął   na   łóżku   i chwycił   ustami   jej   sutek.   Zacisnęła   oczy   i jęknęła   cicho. 

Murphy błądził wilgotnym językiem po ciepłej skórze Letty. Wygięła się i zagryzła dolną 
wargę.

Nie   mógł   czekać   dłużej.   Położył   ręce   na   jej   piersiach   i ścisnął   je,   pieszcząc 

delikatnie. Jej sutki stwardniały pod dotykiem Murphy’ego, prężąc się dumnie. Skóra 
Letty była miękka – bardziej miękka niż wszystko, czego do tej pory dotykał.

Okrywając pocałunkami jej szyję, przesunął ręce na biodra i pośladki. Zaznajamiał 

się   z jej   jedwabistym   ciałem.   Bóg   mu   świadkiem,   że   nigdy   nie   przeżył   czegoś 
podobnego, a przecież to on był doświadczony. Uczył się od kobiet, które miały o wiele 

background image

większą praktykę i zdolności niż ta naiwna dziewczyna. Ale rzadko czuł się tak, jak w tej 
chwili. Jego wnętrzności trawiło pragnienie, które przerodziło się w piekący ból.

Dotknął palcem pokrytego jedwabistym meszkiem trójkąta pomiędzy złączeniem jej 

ud. Jęknęła krótko.

– Rozchyl nogi. – Nie poznawał samego siebie. Jego głos był ochrypły z pragnienia.
– Proszę... niech mi pan pozwoli zgasić światło.
– Nie. Rozchyl uda – powtórzył, tym razem bardziej stanowczo.
– Nie mogę.
Usłyszał złość w jej głosie, ale to go nie zniechęciło. Rozstawiła stopy na odległość 

kilku centymetrów.

– Bardzo dobrze – pochwalił ją. Nie wiedział, czego się po nim spodziewa, więc 

pochylił się i pocałował ją w brzuch. Potem przesunął wargi ku górze, ujął nimi sutek 
i zaczął zachłannie ssać. Letty przełknęła głośno ślinę. Murphy uśmiechnął się do siebie. 
Cieszył się, że nie tylko on pochłonięty był tym, co robili.

Pocałował ją w usta, zadowolony, że odwzajemnia pocałunek, a potem jego wargi 

wróciły do jej piersi. Letty oddychała ciężko. Murphy, wykorzystując jej zaskoczenie, 
wsunął w nią palec, który zanurzył się w miękkich fałdach jej kobiecości.

Letty naprężyła się i zaczęła się szarpać, ale Murphy wolną ręką chwycił ją mocno 

w talii.

– Rozluźnij się – wyszeptał. – To nie będzie bolało.
Delikatnie zaczął pocierać wrażliwe ciało Letty.  Po krótkiej chwili brakowało jej 

tchu.

– Widzisz? Nie mówiłem ci, że będzie dobrze?
Cały czas miała zamknięte oczy. Murphy rozchylił jej nogi i położył swoje usta na jej 

wargach.

Kręciło  mu  się w głowie i niewiele  brakowało,  żeby stracił  panowanie  nad sobą. 

Letty   była   miękka   i wilgotna,   na   krawędzi   szczytowania.   Ale   nie   tylko   ona.   Kiedy 
dotykał jej w ten sposób, rodziła się w nim dzikość.

Całe ciało pulsowało. Albo natychmiast przestaną, albo straci panowanie nad sobą. 

Otworzył   oczy   i znów   je   zamknął.   Próbował   jasno   myśleć.   Czuł   się   tak,   jakby 
pochłaniała go głęboka, ciemna jama.

Wtedy dotarło do niego to, co powinno być jasne od samego początku. Letty Madden 

nie ucieknie. Zbyt wiele leżało na szali – nie miała wyboru. Była po to, żeby ją wziął. 
Stracił nadzieję, że ta kobieta wycofa się z układu. To go zresztą cieszyło, bo jej pożądał. 
Ta  nieśmiała,   nieskomplikowana   kobieta  przewróciła  mu   w głowie.  Pragnął  jej, choć 
w każdej chwili mógł ją stracić.

background image

Nie marnując czasu, chwycił ją za ramiona i pociągnął na łóżko. Jej miękkość znowu 

go zadziwiła. Dziewczyna była gładka i słodka.

Nie mógł się pohamować i pocałował ją. Zaklął pod nosem, bo pokój zaczął mu 

wirować przed oczami.

– O co chodzi?
– O ciebie. O mnie. Do cholery, nie miało być tak dobrze.
Zdusił chęci ucieczki i ułożył się między jej nogami, rozchylając je tak szeroko, żeby 

wsunąć między nie biodra. Kiedy poczuła, jak ociera się o nią jego męskość, jęknęła 
i otworzyła oczy.

– Będę ostrożny. – Usiłował pamiętać, że Letty jest dziewicą.
– Murphy! – krzyknęła. – Niech mnie pan pocałuje. Nie będzie tak bardzo bolało, 

jeżeli mnie pan pocałuje.

Pokój zaczął mu znowu wirować przed oczami, tym razem szybciej. Zignorował to 

i tak, jak go prosiła, zbliżył swoje wargi do jej ust.

Pocałunek był wilgotny, dziki i zupełnie nie kontrolowany, podobnie jak zachowanie 

Murphy’ego. Świat zaczął spadać w głęboką, czarną przepaść, a on razem z nim. Walczył 
z tym odczuciem, jak mógł.

Usłyszał swój jęk. Poczuł, że Letty go całuje. Cholera. Jaki ona miała smak! Sama 

słodycz. Ta kobieta sprawiła mu nie lada niespodziankę!

Próbował, Bóg mu świadkiem, że próbował. Przesunął rękę w dół. Zamknęła oczy 

i odwróciła głowę. Wiedziała, że będzie bolało. Było mu przykro, że musi sprawić jej 
ból.

– Postaram się, żeby nie bolało – wyszeptał.
To była ostatnia świadoma myśl.
Gdy otworzył oczy, był już ranek.

background image

Rozdział 4.

Gdy tylko zrobiło się jasno, Letty wymknęła się z łóżka i ubrała się pospiesznie. Nie 

miała odwagi spojrzeć na Murphy’ego. Bała się, że się domyśli, co zrobiła. Upłynęło tyle 
czasu, zanim zadziałała mieszanka ziołowa. Zaczęła się już obawiać, że nic z tego nie 
będzie. Nigdy nie stosowała takich ziół i nie była do końca pewna ich działania.

Miała   nadzieję,   że   zdążą   się   tylko   kilka   razy   pocałować   i niewiele   ponadto,   bo 

Murphy zapadnie w głęboki sen.

Mogła   przewidzieć,   że   okaże   się   odporny   na   działanie   ziół.   Zdążył   posunąć   się 

o wiele dalej niż zwykłe pocałunki. Wiedziała, że nie zapomni nocy z Murphym. Było jej 
dobrze w jego ramionach.

Kiedy się obudziła w środku nocy, zobaczyła, że leży tuż przy jego boku. Murphy 

obejmował   ją ramieniem   w talii,  a jej  pośladki  ściśle  przylegały  do  jego  wzbudzonej 
męskości. Jeżeli chciała, żeby do niczego nie doszło, powinna była uciec od niego. Niech 
Bóg mają w swojej opiece – nie uciekła. Wiedziała, co robi. Zamknęła oczy i odnalazła 
dziwną rozkosz i bezpieczeństwo w ramionach tego mężczyzny.

Zanim zioła zadziałały, Murphy wymruczał, że nie miało być tak dobrze. Sytuacja 

była absurdalna; wypowiadał na głos jej myśli.

Musiała   znieść   pocałunki   i grę   wstępną,   żeby   pomógł   odnaleźć   Luke’a.   Nie 

spodziewała się jednak, że sprawi jej to przyjemność. Ciało okazało się zdrajcą. Ogarnęło 
ją ciepłe odczucie. Przyszło jak niechciany, niespodziewany gość. Murphy miał rację – 
nie miało być tak dobrze.

– Co się, do cholery, stało? – wymamrotał Murphy z drugiej strony łóżka.
–  A o co   chodzi?   –   spytała   nieśmiało.   Obawiała   się,   że   Murphy  domyśli   się,   co 

zrobiła.

Usiadł   i przetarł   twarz,   jakby   ścierał   zaspane   myśli.   Letty   cieszyła   się,   że   jest 

kompletnie ubrana. Nie wierzyła, że Murphy nie będzie już chciał jej dotknąć. Co gorsza, 
nie wierzyła samej sobie, że nie odwzajemni tego dotyku.

– O zeszłą noc – wyjaśnił cierpko.
– Wie pan doskonale, co się stało.
Patrzył na nią w milczeniu, jakby czytając w jej duszy. Letty była spięta. Obawiała 

się, że Murphy odkryje prawdę.

– Czy my... no wiesz? – spytał po chwili.
Musiała zebrać wszystkie siły, żeby na niego nie patrzeć.
– Wolałabym, żebyśmy nie rozmawiali o zeszłej nocy.

background image

–   Do   diabła!   –   wrzasnął   i skrzywił   się   na   dźwięk   zachrypniętego   głosu.   –   Ile 

wypiłem? – Wziął do ręki butelkę po winie. Zmarszczył czoło, na którym pojawiły się 
grube, nieregularne linie. – Była tylko ta jedna butelka, prawda?

– Za cztery godziny mamy samolot. Powinniśmy jechać na lotnisko, jak tylko się pan 

ubierze.

Była już spakowana. Dokładnie wszystko przemyślała. Walizkę zamierzała zostawić 

w Hojancha, kraju graniczącym z Zarcero od północy. Do samego Zarcero miała zamiar 
zabrać tylko plecak. Jeżeli odnajdą Luke’a w misji, zajmie im to niecałą dobę. Jeśli będą 
musieli wyciągać go z jakiegoś więzienia w zapadłym kącie, potrwa dłużej. Jak długo – 
nie wiedziała.

– Nie jedziesz ze mną – oznajmił chłodno Murphy.
– O, nie. – Zdenerwowała się, że najemnik chce zmieniać umowę. – Zawarliśmy 

układ, za który drogo zapłaciłam. Nie może pan teraz tego zmieniać.

– Był nagi, ale odrzucił kołdrę.
Oczy Letty otworzyły  się szeroko na widok wypukłych  mięśni  klatki piersiowej, 

prostych bioder i mocnych ud.

Na ramionach i brzuchu miał niezliczoną ilość blizn. Najgorsze było zniekształcenie 

na   lewym   ramieniu.   Wyglądało   na   ślad   po   kuli.   Na   widok   blizn   zalała   ją   czułość. 
Stłumiła ją. Ten mężczyzna nie doceniłby jej współczucia.

Widziała  w nim siłę i piękno. Była  jak zahipnotyzowana.  Speszyła  się. Czuła, że 

rumieniec zalewa jej szyję i policzki.

Murphy zachichotał. Najwyraźniej cieszył się, że jest zakłopotana.
– Daj spokój. Nie sądzisz, że już za późno na dziewiczą skromność? – Sięgnął po 

spodnie.   Metalowe   sprzączki   zadzwoniły,   kiedy   się   ubierał.   Wcale   nie   wyglądał   na 
zażenowanego.

– Jadę z panem. – Nie przyjęła odmowy do wiadomości. Nie teraz, gdy posunęła się 

tak daleko. Luke jej potrzebuje. Murphy również, niezależnie od tego, co myśli. Przez 
ostatnie dwa lata Letty była trzy razy w Zarcero. Biegle władała hiszpańskim. Znała kraj, 
miasta i kilka dróg. Znała kilka osób, którym mogła ufać. Miała tam przyjaciół, którzy 
powiedzą jej, co z Lukiem, i pomogą odnaleźć brata.

–   Zgodziłem   się   odszukać   twojego   ukochanego   braciszka   i słowa   dotrzymam   – 

wymruczał oschle. – Ale zrobię to sam. Nie potrzebuję więc ze sobą kobiety.

–   Rychło   w czas   pan   to   mówi!  –  krzyknęła.   Była   wściekła,   że   Murphy   usiłuje 

narzucić jej swoje warunki. – Umówiliśmy się, że za tę cenę będzie mi pan towarzyszył 
w wyprawie do Zarcero. Odebrał pan swoją zapłatę w łóżku zeszłej nocy. Nie może pan 
teraz zmieniać układu.

background image

Chłód w jego spojrzeniu dotknął ją do żywego, ale tylko się wzdrygnęła.
– Jadę z panem albo bez pana.
Zaklął.
– Wiem, co robię! – wrzasnął. – Będziesz mi przeszkadzać.
– Pomogę panu.
Zaklął znowu, tym razem głośniej.
– Jadę do Zarcero, żeby odnaleźć brata.
Nie miała ochoty na dalsze dyskusje. Zarzuciła plecak na ramię i wyniosła walizkę 

przed dom. Ciężarówka Murphy’ego stała za jej samochodem.

Wrzuciła walizkę na pakę, wsiadła do kabiny i czekała, aż on się zjawi.
Nie   czekała   długo.   Wsiadł   do   samochodu,   zatrzasnął   drzwiczki,   znowu   zaklął 

i ruszył.

Chciał   jeszcze   coś   powiedzieć,   ale   nie   odezwał   się   ani   słowem   w czasie 

półtoragodzinnej podróży na lotnisko.

Letty dręczyło  mnóstwo  pytań.  Lecieli  do Hojancha, więc jak Murphy zamierzał 

przedostać   się   do   Zarcero,   skoro   zamknięto   granice.   Wyjazd   i wjazd   do   kraju   był 
niemożliwy.

W   samolocie   z Houston   siedzieli   na   sąsiednich   fotelach.   Masywne   ramię 

Murphy’ego ocierało się o ramię Letty. Po starcie wyjął mapę z podręcznej torby. Letty 
chciała  mu  przekazać  wszystko,  co  wiedziała  o Zarcero,   ale  on  najwyraźniej   nie  był 
w nastroju, żeby jej wysłuchać, więc milczała.

Zamknęła oczy i oparła głowę o boczne okienko. Modliła się w duchu, żeby miał 

lepszy nastrój. Ta wyprawa i tak będzie wystarczająco trudna. Nie muszą jej dodatkowo 
komplikować.

Nie spodziewała się, że Murphy będzie dobrym kompanem, ale mógłby być bardziej 

uprzejmy.

Udawała, że śpi, ale przyglądała mu się uważnie. Jej życie i życie brata spoczywało 

teraz w rękach tego mężczyzny. Nawet wysilając wyobraźnię, nie mogłaby powiedzieć, 
że jest przystojny.  Gdyby miała go opisać – na przykład Luke’owi czy przyjaciołom 
z kościoła – stwierdziłaby, że mężczyzna ma swoisty urok. Choć nic z delikatności ani 
miękkości.   Płacono   mu   za   to,   żeby   zabijał,   szerzył   nienawiść,   śmierć   i zadawał   ból 
innym.

Kiedy poznała ciemną stronę osobowości Murphy’ego, którą uzewnętrzniał, odkryła 

pewną sprzeczność. Nie doświadczyła przecież brutalności podczas ich wspólnej nocy. 
W stosunku do niej był czuły i delikatny. Przy niej chciał dawać, nie brać.

To, co mówił, było z początku okrutne i władcze, ale jego ręce i usta przekazywały 

background image

żywiołowy rodzaj czułości, który pobudził każdą cząstkę jej ciała. Zaskoczył ją. Zanim 
przygotował  ją do tego, by się  kochali,  i zaciągnął  do łóżka,  Letty już szaleńczo  go 
pragnęła.

Jej  duma  na tym  cierpiała,  ale tak wyglądała  prawda. Gdyby  zioła  wówczas  nie 

zadziałały, oddałaby mu się bez pamięci.

Stało się inaczej. Ogarnęło ją głębokie rozczarowanie, ale i ulga. Miała szczęście, jak 

na kobietę, która dobiła targu z samym diabłem.

Cholerne szczęście.
Murphy musiał przyznać, że w swoim czasie popełnił kilka głupich błędów, jednak 

ten był najgłupszy z nich. Powinien sprawdzić, co się dzieje z jego głową. Był w pułapce. 
Zgodził się na udział w wyprawie, która była szukaniem igły w stogu siana. Nie miał 
wątpliwości, jaki los spotkał Luke’a Maddena. Misjonarz dawno już nie żył.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego wplątał się w to szaleństwo. Rzadko mylił się co do 

ludzi. W jego pracy liczyła się zręczność i intuicja. Murphy dałby sobie głowę uciąć, że 
ta powściągliwa dziewica zemdleje, gdy tylko jej dotknie. Albo zasłoni swoje pełne piersi 
i ucieknie gdzie pieprz rośnie. Stało się inaczej.

Żeby się zabezpieczyć, przewidział też plan awaryjny. Był żołnierzem i wiedział, jak 

ważna jest strategia. Brał pod uwagę, choć było to bardzo wątpliwe, że Letty podda się 
jego miłosnym zabiegom. Postanowił, że jej nie tknie i jeszcze raz omówi ich układ.

Skończyło się na tym, że ją wziął. Nie był dumny z tego powodu, ale już nie było 

odwrotu. Nie był słabym facetem, jak Jack Keller, który często padał ofiarą własnych 
pożądliwości,  szczególnie  cielesnych.  Zdaniem  Murphy’ego  kobiety należy tolerować 
i wykorzystywać, kiedy nadarza się okazja. Nic ponadto. Mimo to uległ pożądliwości 
i przespał się z Letty Madden.

Próbował nie patrzeć w jej stronę, ale za każdym razem, kiedy to robił, ogarniało go 

zdziwienie. Nie rozumiał, dlaczego zawiodła go pamięć. Pamiętał wszystko do momentu, 
w którym rzeczywiście to się stało. Niepokoiło go to.

Czy to pod wpływem wina, czy może samej Letty poczuł się tak podniecony? Nie 

był pewien, czy spodobałaby mu się odpowiedź.

Doszedł do wniosku, że Letty Madden trudno rozgryźć. Za każdym razem, kiedy 

chciał porozmawiać o ich wspólnej nocy, dziewczyna zamykała się w sobie jak ostryga 
kryjąca perłę. Boże drogi, żałował, że nie pamięta. Ale teraz nie było odwrotu. Siedział 
w samolocie z powodu okazanej słabości i eskortował Letty Madden do Zarcero.

Samolot   wylądował   w Hojancha   City   o piątej   po   południu   czasu   teksańskiego. 

Dopełnili formalności, które polegały na przejściu obok strażnika śpiącego przy biurku, 
a potem Murphy poprowadził Letty do zatłoczonego terminalu.

background image

Na   lotnisku   było   nieprzyjemnie   ciepło.   Upał   panujący   na   zewnątrz   uderzył 

Murphy’ego jak podmuch trąby powietrznej. Zawsze tak przeżywał  kilka pierwszych 
godzin   w tropikach.   Upał   i odór   przytłaczały   go.   W zależności   od   pory   roku   i dnia 
czasami miał trudności z oddychaniem.

Ubranie przykleiło mu się do ciała. Teksas w lecie niezupełnie przypominał Eden, ale 

tropiki   były   czymś   innym.   Upał   mógł   pozbawić  człowieka   sił  w ciągu  kilku  godzin. 
Murphy spojrzał na Letty. Zastanawiał się, jak kobieta zdoła się przystosować, i zaklął 
pod nosem na myśl, że będzie się za nim wlokła przez dżunglę.

Letty szła pośpiesznie za Murphym. W obu rękach niosła bagaż. Murphy uznał, że 

skoro uparła się, żeby zabrać jeszcze walizkę, niech ją sobie niesie sama.

– Będziemy spać w hotelu?
–   Nie.   –   Im   mniej   Letty   będzie   wiedziała   o jego   planach,   tym   lepiej.   Przebiegł 

wzrokiem   tłum,   szukając   Ramireza,   swojego   łącznika.   Miał   mu   dostarczyć   broń 
i skontaktować   z człowiekiem,   który   go   zaopatrzy   w niezbędne   środki   na   granicy 
z Zarcero. O ile wiedział, nie będzie to łatwe. Obaj słono sobie policzą. Nie martwił się 
tym. W końcu to nie on płaci.

– Muszę znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, gdzie mogłabym zostawić walizkę.
– Masz jakieś cenne rzeczy? – Obejrzał się przez ramię. Letty robiła, co mogła, żeby 

dotrzymać mu kroku, ale na próżno.

– Nie, oczywiście, że nie.
Była przynajmniej na tyle rozsądna, żeby nie zabierać gotówki.
– Co jest w środku?
– Ubranie dla Luke’a i lekarstwa. Mogą mu się przydać.
Murphy bez wahania wziął od niej ciężką walizkę. Postawił ją na pierwszym wolnym 

miejscu, jakie znalazł, otworzył i przerzucił przez ramię zmianę czystej odzieży.

– Co pan robi?! – wrzasnęła Letty. Wspięła się na palce, próbowała ściągnąć koszulę 

i spodnie. Niestety, uprzedził ją żebrak.

– Murphy! – krzyknęła, głosem drżącym z wściekłości.
Nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Nie przestawał wykładać zawartości walizki, 

włącznie z lekarstwami, które nie mieściły się w plecaku. Jak do tej pory nie znalazł 
niczego, co mogłoby im się przydać. Momentalnie otoczył ich tłum, który rozchwytywał 
czyste ubrania, wywołując zamieszanie wokół Murphy’ego.

– Nie możesz tego zrobić! – krzyknęła znowu Letty. – To są ubrania dla Luke’a.
Pewnie sama zaczęłaby się bić o rzeczygdyby Murphy nie wetknął pustej walizki do 

najbliższego kubła na śmieci. Zaczęło o nią walczyć dwóch bezzębnych mężczyzn.

– Dlaczego... Co z Lukiem? – Letty wyglądała tak, jakby zaraz miała wybuchnąć 

background image

płaczem.

– Ustalmy sobie to jasno na początku – warknął Murphy. – Skoro przyjechałaś ze 

mną  do Zarcero, będziesz  robić dokładnie  to, co powiem,  bez żadnych  pytań.  Jeżeli 
sprzeciwisz mi się albo zaczniesz kłócić – układ przestaje być ważny. Zrozumiano?

Dziewczyna wyprostowała się i pokiwała głową.
– Byłabym idiotką, gdybym  zapłaciła tę śmieszną cenę i nie polegała na pańskim 

doświadczeniu. – Z żalem spojrzała na ubrania, które kiedyś należały do jej brata. – Mam 
nadzieję,   że   kiedy   znajdziemy   Luke’a,   zapewni   mu   pan   wszystko,   czego   będzie 
potrzebował.

Murphy nie przypomniał jej, że Luke już nie żyje. Nie zamierzał rozwiewać złudzeń 

Letty. Jeśli chciała wierzyć, że Luke żyje, to jej problem.

– Poczekamy tutaj.
Przeszli przez jezdnię. Samochody mijały ich, nie zmniejszając szybkości. Kierowcy 

niewiele   się   przejmowali   bezpieczeństwem   pieszych.   Na  chodniku   piętrzyły   się  góry 
gnijących śmieci, które tak śmierdziały, że Murphy miał ochotę zatkać nos. Zobaczył, jak 
przebiega po nich szczur, i był ciekawy, czy Letty również go dostrzegła. Jakby czytając 
w jego myślach, spojrzała na niego i skrzywiła się.

– Jeśli chcesz, możesz poczekać w czystym hotelu, a ja sam pojadę do Zarcero. – 

Miał nadzieję, że zrozumie, że to mądry pomysł.

Letty stanowczym ruchem głowy odrzuciła jego propozycję.
Murphy jęknął w duchu. To miały być jego wakacje, krótka przerwa przed powrotem 

na front. Ale dał się wrobić siostrze nieżyjącego misjonarza. Miał tylko nadzieję, że Jack 
okaże się lojalny i nie zdradzi innym, w co się dał wpakować.

Zza   rogu   dobiegł   warkot   silnika   dżipa.   Murphy   zorientował   się,   że   to   Ramirez. 

Pracował   z tym   ciemnoskórym   mężczyzną   kilka   lat   temu.   Ramirez   nie   tylko   mógł 
zapewnić niezbędne środki, ale i informacje, które na ogół okazywały się przydatne.

Zatrzymał się przy samym krawężniku i uśmiechnął się do Murphy’ego, ukazując 

rząd brązowych zębów. Murphy nie chciał przeciągać sprawy. Wrzucił wór na tył dżipa, 
a sam   usiadł   z przodu.   Letty   nie   zdążyła   się   usadowić,   kiedy   Ramirez   wcisnął   gaz 
i ruszył. Murphy zauważył, że Letty wpadła twarzą do środka, i zaśmiał się cicho. Trzeba 
przyznać, że nie narzekała ani nie krzyczała, choć z pewnością była wściekła.

– Kim jest ta kobieta? – spytał po hiszpańsku Ramirez.
– Nieważne.
– Co ona tu robi?
Murphy nie był w nastroju do zwierzeń.
– Szkoda gadać. – Ramirez zmarszczył czoło.

background image

– Kłopoty?
– Nie. – Murphy westchnął ciężko. – Tylko ogromny pryszcz na dupie.

background image

Rozdział 5.

Yack   Keller   dwukrotnie   wysłuchał   widomości   z automatycznej   sekretarki, 

przekonany,   że   coś   umknęło   jego   uwadze.   Głos   Murphy’ego   brzmiał   normalnie,   ale 
Kellerowi trudno było uwierzyć w to, co mówił jego przyjaciel.

Zrobił   to.   Na   Boga,   Murphy   rzeczywiście   zgodził   się   towarzyszyć   siostrze 

misjonarza w wyprawie do Zarcero. Keller nie uwierzyłby, gdyby nie usłyszał tego na 
własne uszy. Jego kompan nie wydawał się z tego powodu zadowolony. Po odgłosach 
dochodzących z tła Keller domyślił się, że Murphy dzwonił z lotniska.

Usiadł, nie zważając na ból żeber. Założył ręce za głowę i położył nogi na kanapie. 

Zastanawiał   się,   co   mogło   skłonić   Murphy’ego   do   takiego   kroku.   Uśmiechnął   się 
szeroko. Doskonale wiedział, co Murphy myśli o tej wyprawie. Ta kobieta musiała mieć 
więcej pieniędzy niż Rockefeller albo nieziemsko mu się spodobała. Ale to i tak niczego 
nie  wyjaśniało.   Gdyby   posiadała  taki   majątek,  nie  pracowałaby  na poczcie.  A Keller 
jeszcze nie widział” żeby ktoś – a tym bardziej kobieta – mógł skłonić Murphy’ego do 
zrobienia czegoś, na co nie miał ochoty. Dla Murphy’ego kobiety nie stanowiły wielkiej 
pokusy.  Twierdził,  że nieraz  uratował Jackowi tyłek,  dlatego  że panował nad swoim 
rozporkiem.

Keller dostał porządną nauczkę. Parę lat temu zadał się z piękną senoritą i srogo za 

to odpokutował. Doszedł do siebie dopiero po pół roku, ale ślady tej znajomości nosi na 
sobie do dziś. Odtąd słucha rozkazów Murphy’ego. Misja to misja.

Jednak Kansas to co innego. Keller lubił się chełpić swoimi wyczynami seksualnymi. 

Trzeba przyznać, że cieszył się u kobiet powodzeniem. Właściwie nie wiedział, dlaczego 
do   niego   lgną.   Wystarczyło   jedno   spojrzenie   w lustro,   żeby   stwierdzić,   że   nie   jest 
modelem  na  okładkę.  Podejrzewał,  że  to  z powodu jego  niebieskich  oczu.  Kobietom 
najwyraźniej   podobały   się   niebieskie   oczy.   Sinatra   by   się   z nim   zgodził.   Brad   Pitt 
również.

Nie chciał dociekać, dlaczego przypomniała mu się Marcie Alexander. Był w mieście 

od trzech tygodni i jeszcze do niej nie zadzwonił. Do zawsze czekającej Marcie. Mógł nie 
dawać   znaku   życia   przez   pół   roku   albo   dłużej,   ale   gdy   go   zobaczyła,   wybaczała 
wszystko.

Nie pamiętał,  gdzie  poznał  tę blondynkę.  Pewnie w jakimś  barze. Była  fryzjerką 

i miała   złote   serce.   Niestety,   wiedzieli   o tym   wszyscy   i,   łącznie   z Kellerem, 
wykorzystywali jej szczodrość. Było mu głupio na myśl, że wykorzystywał ją przez lata.

Mógł bez zapowiedzi pojawić się w drzwiach jej mieszkania, a ona przygarniała go 

jak zbłąkanego wędrowca. Karmiła go, troszczyła się o niego, kochała się z nim i tak 

background image

niewiele oczekiwała w zamian. Zwykle tyle też dostawała.

Nigdy nie podważała kłamstw, które jej wciskał, nawet tych najbardziej naciąganych. 

Raz nawet wyciągnęła go z więzienia. Nie był pewien, czy zwrócił jej za to pieniądze.

Najbardziej lubił w Marcie to, że nigdy nie robiła mu  awantur. O nic nie pytała. 

Niczego nie żądała. Ona dawała, a on brał. W końcu uświadomił sobie, że nie on jeden 
korzystał   z jej   hojności.   Marcie   należała   do   kobiet,   które   dają   się   wykorzystywać 
mężczyznom.

Keller był w mieście od jakiegoś czasu. Gdyby tylko chciał, każdej nocy mógłby 

mieć kobietę. Ale nie chciało mu się płacić za to, co większość kobiet rozdaje za darmo. 
Jack bez problemów potrafił przekonać kobietę, by rozchyliła nogi. Nie lubił natomiast 
oczekiwań, jakie temu towarzyszyły.

Którejś   nocy   wylądował   w domu   tlenionej   blondynki.   Znaleźli   się   w sypialni 

i spędzili razem noc. Następnego ranka prosiła go, żeby naprawił jej sedes. Na miłość 
boską, sedes! Odmówił, więc się wściekła. Widocznie sądziła, że jest jej coś winien, 
skoro się z nim przespała.

Im   więcej   o tym   myślał,   tym   bardziej   chciał   zobaczyć   się   z Marcie.   Mógłby 

skorzystać z jej czułości i troskliwości. Wprawdzie nie była pięknością, ale niedostatki 
urody w pełni wynagradzała swoim ciałem. Usta Jacka zrobiły się wilgotne na samą myśl 
o   jej   piersiach.   Krągłe   i pełne,   były   chyba   najładniejszymi   piersiami,   jakie   widział. 
A widział ich wiele.

Kiedy byli w łóżku, uwielbiał leżeć na plecach. Wtedy Marcie pochylała się nad nim, 

a on   bawił   się   jej   sutkami,   drażnił   ją   niemiłosiernie   językiem,   aż   w końcu   jęczała 
i piszczała.   Dopiero   wtedy   dawał   jej   to,   czego   oboje   tak   pragnęli.   Boże,   ta   kobieta 
wiedziała, jak go zadowolić. W dodatku nie żądała, żeby potem naprawiał jej sedes.

Keller   skierował   się   do   drzwi.   Jeżeli   dobrze   wyliczył,   dotrze   do   salonu 

kosmetycznego Marcie przed zamknięciem.

Zanim   uruchomił   samochód,   zastanawiał   się,   czy   wytrzyma   drogę   do   jej   domu. 

Uznał, że wystarczy im kanapa na zapleczu salonu fryzjerskiego.

Skręcił w ulicę, gdzie znajdował się salon Marcie, i odetchnął z ulgą. Przez ostatnie 

dziewięć miesięcy wiele się zmieniło i nieco się obawiał, czy Marcie nadal tu pracuje.

Zaparkował na ulicy, wstąpił do pobliskiej kwiaciarni i wybrał bukiet wiosennych 

kwiatów. Róże były ładniejsze, ale o wiele droższe. Marcie i tak nie zauważy różnicy i na 
pewno jej na tym nie zależy.

Wszedł do salonu. Nad drzwiami zadźwięczał dzwonek. Powitał go mdląco-kwaśny 

zapach  płynu  do trwałej. Młoda blondynka  za ladą  z zainteresowaniem  zmierzyła  go 
wzrokiem.

background image

– Szukam Marcie. – Posłał dziewczynie uśmiech. Nie mógł trafić lepiej. Chyba nie 

było ruchu w interesie.

Dziewczyna przejrzała zeszyt zapisów.
– Jest pan umówiony?
–   Jestem   starym   przyjacielem   –   wyjaśnił   Keller.   –   Chciałbym   jej   zrobić 

niespodziankę.

–   Proszę.   –   Dziewczyna   ruchem   głowy   zaprosiła   go   do   środka.   Keller   był   tak 

niecierpliwy,   że   niemal   wbiegł   na   zaplecze.   Odsłonił   kotarę   i obdarzył   Marcie 
uśmiechem, który roztopiłby nawet górę lodową.

– Dzień dobry, kochanie.
Siedziała przy stole, opierając nogi na krześle, i jadła popcorn. Na widok Kellera 

Marcie otworzyła oczy szeroko ze zdziwienia; malowała się w nich radość.

– Johnny.
Kolejny grzech. Keller nigdy nie pokwapił się, żeby jej wyjaśnić, że ma na imię Jack. 

W końcu „Johnny” brzmi podobnie.

– Wyglądasz niewiarygodnie. – Mówił jej to zawsze, kiedy ją widział, szczególnie po 

długiej nieobecności. Tym razem była to prawda. Zrobiła coś z włosami. Były krótsze, 
kręcone   i jaśniejsze.   Jego   dłoniom   będzie   brakowało   gęstych,   sięgających   do   pasa 
włosów, ale musiał przyznać, że w tej fryzurze wyglądała o wiele korzystniej.

Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.
Położył kwiaty na stole, wyciągnął do niej ręce i uniósł ją z krzesła. Nim zdążyła 

zaprotestować a przecież wiedział, że protestować nie będzie – wziął jaw ramiona.

Jej  usta  były   tak  słodkie,   jak  zapamiętał.   Smakowała   niewiarygodnie.  Lepiej   niż 

ktokolwiek od tak dawna. Pachniała delikatnie liliami, a nie stęchłym dymem barowym. 
Była tak świeża i czysta jak samo lato.

Jeden pocałunek nie był w stanie go zaspokoić. Zanim zdążyła powiedzieć mu, jak 

bardzo   się   za   nim   stęskniła,   przycisnął   ją   do   ściany   i zanurzył   język   w jej   gardle. 
Wykręciła się, ale to pobudziło jeszcze jego dumę i męskość. Po chwili była tak twarda, 
że czuł metalowe zęby rozporka. Było nawet lepiej, niż się spodziewał. Nie miał pojęcia, 
dlaczego nie zjawił się u niej wcześniej.

– Już,  kochanie  –  wyszeptał  pomiędzy  głębokimi   pocałunkami.  Chciał   popatrzeć 

i posmakować jej piersi, zanim da jej to, czego oboje pragną.

Zdążył rozpiąć trzy guziki fartucha Marcie, gdy usłyszał:
– Nie, Johnny.
Był pewien, że się przesłyszał. „Nie?” Chyba ma omamy. Jej ciało mówiło mu co 

innego niż usta.

background image

– Nie widziałam cię przez dziewięć miesięcy.
– Kochanie, przecież ci mówiłem, że wyjeżdżam w interesach.
Zamknęła oczy i oddychała z trudem.
– Więc co to jest?
Wsunął   rękę   pod   fartuch   i westchnął   głośno,   obejmując   pierś   Marcie.   Jej   sutek 

natychmiast stwardniał.

–   Przyjemność,   kochanie,   czysta   przyjemność.   –   Pocałował   ją   znowu,   więc   nie 

zdążyła nic powiedzieć. Kiedy skończył, oboje dyszeli.

– To nie jest dobry pomysł. – Jej ciało jednak twierdziło, że to najlepszy pomysł, jaki 

oboje mieli od cholernie długiego czasu.

– Tęskniłem za tobą. – Żeby jej udowodnić, jak bardzo, chwycił ją za rękę i położył 

na swojej męskości. – Widzisz? – wyszeptał.

– Chyba  nie usłyszałeś. – Pragnęła go tak samo, jak on jej. – To nie jest dobry 

pomysł.

–  Marcie,   o co  chodzi?  –  Błądził   ustami   po  jej  szyi,   ssał   i lizał  jej  skórę.  Robił 

wszystko, co lubiła najbardziej. A przynajmniej wydawało mu się, że to Marcie lubiła ten 
rodzaj gry miłosnej. Nie miał pamięci do twarzy.

– Zmieniłam się.
Keller jęknął i niechętnie podniósł głowę.
– Wyszłaś za mąż?
– Nie...
Z uczuciem ulgi pocałował ją znowu, tym  razem głębiej, usiłując przekonać bez 

słów.

– Johnny... – Mówiła tak, jakby miała zamiar zaraz się rozpłakać.
– Jesteś zaręczona?
– Nie.
Całował ją, żeby złamać upór, i ściskał jej piersi obiema rękami. O wiele później, niż 

powinien, zorientował się, że nie są takie, jak kiedyś. Powoli podniósł głowę. Ich oczy 
spotkały się.

– Zmniejszyłam biust – odpowiedziała, zanim zdążył spytać.
Keller nie mógł zrozumieć, co skłoniło ją do takiej głupoty. Chciał jej powiedzieć, 

ale zaczęła trajkotać, jakby nie miała zamiaru skończyć.

–   Nie   możesz   pojawiać   się   w moim   życiu   i znikać.   Nigdy   nie   byłam   dla   ciebie 

niczym więcej niż okazją, Johnny. Jednego dnia jesteś, a następnego znikasz. Nigdy mi 
nie   mówisz,   kiedy   się   zjawisz,   a co   gorsza,   kiedy   znikniesz.   Ostatnim   razem...   – 
przerwała gwałtownie. Wydawało się, że umacnia się w swojej decyzji. – Nie dam się już 

background image

wykorzystywać.

– Wykorzystywać? Masz na myśli mnie? Kochanie, to nie tak... – Przybrał wygląd 

zranionego, ale to jej nie przekonało.

– Bukiet kwiatów nie wystarczy, żeby zapomnieć o dziewięciu miesiącach ciszy.
– Przecież ci tłumaczyłem...
– To był ostatni raz, kiedy wtargnąłeś do mojego życia i się ulotniłeś – ucięła jego 

wywody. – Będzie lepiej dla nas obojga, jeżeli wyjdziesz. – Miała pewność w oczach.

– Dobrze, jeśli tego chcesz. – Już miał jej przypomnieć, ile traci. Spuściła głowę.
– Do widzenia, Johnny.
Odwrócił się. Chciał dać jej do zrozumienia, że niewiele go to obeszło. Było im 

razem dobrze i mogło być nadal, ale skoro nie chciała – trudno. Podniósł kotarę i obejrzał 
się. Marcie przytrzymywała się futryny. Stała ze spuszczoną głową i drżącą dolną wargą.

– Jestem ci winien jakieś pieniądze?
– Nie.
Cholera, gdyby mógł sobie przypomnieć, czy był jej coś winien.
– Do widzenia, Marcie – powiedział łagodnie. Wyszedł z salonu kosmetycznego.
Godzinę później w melancholijnym nastroju siedział w barze. Nie miał pojęcia, co 

się na tym świecie wyrabia. Od trzech lat nie miał papierosa w ustach, ale teraz chciało 
mu się palić. Wypił ostatnie piwo i wyszedł.

O ścianę budynku opierała się jakaś dziwka w skórzanych spodniach i koszulce na 

ramiączkach. Spojrzał na nią. Posłała mu nieśmiały uśmiech.

– Chcesz się zabawić, kochanie? – spytała.
Zastanawiając   się   nad   odpowiedzią,   Keller   doszedł   do   smutnego   wniosku. 

Oczywiście, że chciał, ale tylko z Marcie.

– Nie wiem – odpowiedział, przystępując do gry. – Co proponujesz?
Podeszła   do   niego,   trzymając   rękę   na   wypukłym   biodrze.   Jej   wiśniowe   usta 

uśmiechały się kusząco.

– Dam ci wszystko, czego pragnie twoje serduszko – wyszeptała i zaśmiała się cicho. 

– I coś jeszcze.

– Co to jest „wolna noc”?
– Jeżeli chcesz wolną, będziesz miał wolną.
Po   raz   pierwszy   w życiu   Keller   nie   przejawiał   entuzjazmu.   Był   w stanie   myśleć 

jedynie o Marcie i jej słodkim ciele, ocierającym się o niego.

– Innym razem.
– Tracisz najlepszą zabawę w życiu.
Keller   wątpił.   Najlepszy   czas   spędził   dziewięć   miesięcy   temu   z Marcie.   Nie   był 

background image

głupi, domyślał się, że Marcie też go pragnie. Do cholery,  chciał wiedzieć, co w nią 
wstąpiło.

Marcie. Będzie ją miał znowu. Musi tylko wymyślić sposób, by zmieniła zdanie.

background image

Rozdział 6.

Żył, chociaż nie był pewien dlaczego. Po wielokrotnych przesłuchaniach i torturach 

Luke Madden cieszyłby się ze wszystkiego, co uwolniłoby go od męczarni ostatnich 
dwóch tygodni. Nawet ze śmierci.

Próbował zdobyć się na to, by przebaczyć mężczyznom, którzy torturowali jego ciało 

i dręczyli duszę. Z żalem musiał przyznać, że o wiele trudniej jest przebaczyć, niż znieść 
paraliżujący ból.

Z   oczu   żołnierzy   Luke   wyczytał,   że   jego   cierpienie   sprawiało   im   przyjemność. 

Przyjemność czerpali z władzy, jaką nad nim mieli.

Kiedy ich rozszyfrował, robił wszystko, żeby powstrzymać się od krzyku i nie dać im 

satysfakcji,   której   pragnęli.   Bili   go   mocniej   i torturowali   dłużej,   żeby   złamać   upór 
i odebrać mu resztki godności. Nie miał ochoty ciągnąć tego dłużej.

Nawet teraz Luke nie rozumiał, dlaczego go biją. Był misjonarzem. Sługą bożym. 

Pomimo że wszelkie dowody temu przeczyły, jego oprawcy uważali, że misja w Zarcero 
zajmowała   się   nie   tylko   głoszeniem   ewangelii.   Byli   przekonani,   że   jest   człowiekiem 
prezydenta Cartago. To prawda, że znał i podziwiał prezydenta Zarcero, ale nigdy dla 
niego nie pracował.  O ile wiedział,  Cartago zdążył  przed śmiercią  ukryć  sporą część 
majątku narodowego. Luke mógł się jedynie domyślać, skąd rebelianci mieli informację, 
że on wie coś na ten temat.

– Luke? – łagodny, kojący, czuły głos Rosity brzmiał niczym śpiew syreny.
Luke z wysiłkiem podniósł głowę z pryczy i usiłował otworzyć oczy, ale nie mógł. 

Były tak spuchnięte. Po przesłuchaniach, kiedy ból trawił jego wnętrzności i rozdzierał 
duszę,   misjonarz   znajdował   pociechę,   myśląc   o Rosicie.   O tym,   jaka   była   piękna, 
delikatna i miła.

–   Rosita?   –   Modlił   się   tak   bardzo,   jak   nigdy   w życiu,   żeby   jej   nie   wzięli. 

Podziękował Bogu za to, że po raz ostatni może ją zobaczyć i usłyszeć.

– Jestem. Nie bój się, nic mi nie grozi, nikt nie wie.
– Strażnik... ktoś może cię znaleźć.
– Mój wuj jest strażnikiem – wyszeptała. – Załatwił wszystko, żebym  mogła cię 

zobaczyć.

Ryzyko, na jakie się zdobyła, było o wiele większe niż pożytek z tej wyprawy. Luke 

nie mógł znieść myśli, co by się stało, gdyby ją złapali. Rosita ryzykowała dla niego 
życiem. Luke usłyszał dźwięk klucza w drzwiach celi.

– Och, Luke, co oni ci zrobili? – Rosita była wstrząśnięta. Misjonarz żałował, że nie 

może jej oszczędzić tego widoku.

background image

Wiedział, że spuchnięte oczy to najmniejsze z obrażeń. Przypuszczał, że ma złamane 

żebra i obrażenia wewnętrzne. Zerwano mu paznokcie u rąk. Podejrzewał, że ma rozdarty 
mięsień nogi.

Rosita, szepcząc coś po hiszpańsku, delikatnie odsunęła mu włosy z czoła palcami 

drżącymi z czułości i miłości. Luke czuł, że jej ból jest równie dotkliwy, jak jego.

Podłożyła   mu   ramię   pod   kark,   uniosła   mu   głowę   i przysunęła   kubek   do   warg. 

Spragniony Luke pił z wdzięcznością.

Kiedy skończył, Rosita pochyliła się i wyszeptała mu do ucha:
– Wkrótce cię uwolnimy. Hector i inni mają plan i...
– Nie, Rosito, nie. – Był pewien, że długo nie pożyje. Jeszcze jedno takie bicie, jak 

dzisiejszego popołudnia, i będzie po wszystkim.  Nie rozumiał,  dlaczego  jeszcze żyje. 
Przyszłość zapowiadała jeszcze więcej cierpienia. Luke powitałby śmierć bardziej jak 
przyjaciela niż wroga.

– Proszę, kochany, bądź silny. Wytrzymaj jeszcze trochę – wyszeptała dziewczyna 

z rozpaczą.

–   Nie.   –   Nie   mógł   pozwolić,   żeby   jego   przyjaciele   ryzykowali   życiem,   by   go 

uwolnić. – Już za późno.

– Nie, musisz być silny. Niedługo, bardzo niedługo, będziesz wolny.
–   Rosito,   ja   nie   mogę...   wybacz   mi,   ale   nie;   –   Zebrał   wszystkie   siły,   żeby   to 

powiedzieć.

Musiał stracić przytomność, bo kiedy się ocknął, Rosity nie było. Może tylko mu się 

przywidziało. Modlił się, żeby tak było. Lepiej, gdyby nie widziała go w takim stanie. 
Serce Luke’a było pełne miłości i żalu nad życiem, którego nie dane im będzie razem 
wieść. Ale dla nich było już za późno, o wiele za późno.

Myśli o Rosicie napełniły Luke’a ogromnym smutkiem. Nie miał siły, żeby trwać, 

ani ochoty, żeby ciągnąć to dalej. Modlił się, by Rosita mu wybaczyła.  Rosita i jego 
siostra.

Myśli  o Letty nie dawały mu  spokoju. Zawsze byli  ze sobą blisko. Wiedział,  że 

będzie zdruzgotana po jego śmierci. Znał swoją siostrę bliźniaczkę tak dobrze, jak siebie 
samego. Był przekonany, że Letty nie chciałaby, żeby dłużej cierpiał.

background image

Rozdział 7.

Letty   stała   w cieniu   spadzistego   dachu.   Promienie   słońca   uderzały   w spieczoną 

ziemię  niczym  gigantyczne  młoty.  Powietrze  mieniło  się  w popołudniowym  skwarze. 
Słońce świeciło tak mocno, że niemal oślepiało Letty.

Obok niej, pod strzechą z trzciny stała młoda matka. Trzymała półroczne niemowlę 

i zmęczonym   wzrokiem   przyglądała   się   Letty.   Najwyraźniej   czekała   na   jednego 
z mężczyzn, którzy kłócili się z Murphym po drugiej stronie drogi.

Letty   spojrzała   na   Murphy’ego   i Ramireza,   którzy   targowali   się   z muskularnym, 

ciemnoskórym   mężczyzną   i starszym   człowiekiem.   Ich   podniesione,   podekscytowane 
głosy   rozdzierały   gorące   popołudniowe   powietrze.   Letty   udało   się   wychwycić   tylko 
pojedyncze   słowa.   Zorientowała   się,   że   sprzeczają   się   o pieniądze.   Letty   doskonale 
władała   hiszpańskim,   ale   mężczyźni   mówili   wszyscy   naraz,   nie   mogąc   dojść   do 
porozumienia.

Murphy   najgłośniej   wyrażał   swój   sprzeciw.   O ile   Letty   zrozumiała,   mężczyźni 

twierdzili, że niebezpieczeństwo znacznie wzrosło i że za przeprowadzenie przez granicę 
Letty i Murphy muszą zapłacić dwa razy więcej.

Ramirez rzucił jej przelotne spojrzenie, jakby dając do zrozumienia, że to ona jest 

przyczyną kłopotów. Wyprostowała się i odwzajemniła spojrzenie. Nie mogła pozwolić, 
by ją onieśmielał. To ona finansuje tę wyprawę, więc nikt nie powinien narzekać.

Po Murphym widać było, że nie cieszy go taki obrót sprawy. Ani razu nie spojrzał 

w stronę Letty. Musiałaby chyba zemdleć i paść na ziemię, żeby Murphy raczył na nią 
zwrócić uwagę. Ale i tego nie była pewna.

Odkąd wsiedli do samolotu w Teksasie, Murphy wychodził z siebie, żeby dać jej 

jasno do zrozumienia, że przeszkadza mu w tej wyprawie.

Letty zdjęła kapelusz  i grzbietem  dłoni otarła  pot  z czoła.  Plecak  wrzynał  jej  się 

w ramiona, więc poprawiła grube szelki, mając nadzieję, że to pomoże. Koszula khaki 
była mokra od potu, ale postanowiła, że prędzej umrze, niż poskarży się na upał czy 
cokolwiek innego.

Ostatnią noc i większość ranka spędziła na tylnym siedzeniu dżipa, gdzie rzucało nią 

jak   workiem   ziemniaków.   Nie   wiedziała,   co   Murphy   powiedział   mężczyznom,   ale 
podejrzewała,   że   zaoferował   im   nagrodę,   jeżeli   znajdą   sposób,   żeby   się   jej   pozbyć. 
Podróż dżipem przez Hojancha była gorsza niż rajdy karnawałowe, w jakich brała udział.

Kiedy dotarli do wioski, Murphy kazał jej wysiąść z dżipa tonem, jakim do tępego 

szeregowca   zwraca   się   sierżant   prowadzący   musztrę.   Nogi   jej   zdrętwiały,   ale   jakoś 
wysiadła.

background image

Pojawił   się   muskularny   mężczyzna   razem   z przyjacielem   i Murphy   kazał   Letty 

poczekać   po   drugiej   stronie   drogi.   Przydałaby   mu   się   w rozmowach,   ale   nie   chciała 
wszczynać kłótni, więc zrobiła to, co kazał. Od czasu do czasu Murphy musiał prosić 
Ramireza o tłumaczenie. Równie dobrze mogłaby to zrobić ona.

Poirytowana   i sfrustrowana   stanęła   w cieniu   i czekała,   aż   mężczyźni   dojdą   do 

porozumienia.   Dla   niej   nie   liczyły   się   koszty,   aby   tylko   dostali   się   do   Zarcero 
niezauważeni.

Naraz usłyszała cichy, żałosny płacz. Odwróciła się w stronę młodej kobiety, która 

usiłowała uspokoić niemowlę, karmiąc je z butelki. Chorym dzieckiem znowu wstrząsnął 
słaby szloch. Kobieta starała się powstrzymać łzy.

Letty   była   tak   pochłonięta   własnymi   problemami,   że   posłała   dziecku   i matce 

obojętne spojrzenie.

– Czy dziecko jest chore? – spytała po hiszpańsku.
Kobieta popatrzyła na nią oczami pełnymi smutku i łez, ale nie odpowiedziała.
Letty przyłożyła dłoń do czoła niemowlęcia. Dziecko było rozpalone od gorączki.
Kobieta mocniej zacisnęła wokół niego ramiona i pokiwała głową.
Letty zadała kilka pytań i dowiedziała się, że kobieta ma na imię Anna, a jej córka – 

Margherita.

Zrzuciła   plecak   z ramion   i przyklęknęła   na   piaszczystej   drodze.   Nie   wiedziała, 

w jakim   stanie   odnajdzie   Luke’a,   dlatego   zabrała   różne   ziołowe   mieszanki,   nalewki 
i maści. Z pewnością znajdzie coś, co obniży gorączkę.

– Nie jestem lekarzem – wyjaśniła Letty, wyciągając małą plastikową buteleczkę. 

Wyjaśniła, że płyn jest wyciągiem z żeńszenia. – Znam się na ziołach. Dwie kropelki 
dodane do soku albo osłodzonej wody powinny niemowlęciu pomóc.

Oczy Anny wyrażały rozterkę, nie była pewna, czy może Letty ufać.
–  Trzeba   zbić   gorączkę   –  powtórzyła   Letty.   Nie  wiedziała,   czy  zdoła  przekonać 

Annę. Ta kobieta przecież jej nie znała.

Anna   jeszcze   chwilę   się   ociągała.   W końcu   podała   Letty   butelkę   z wodą.   Letty 

wpuściła do niej dwie krople nalewki.

Wilgotną szmatką zwilżyła twarz i klatkę piersiową niemowlęcia. Kobiety siedziały 

obok siebie i uspokajały dziecko. Niemowlęciu na chwilę ulżyło. Wypiło całą zawartość 
butelki.

– Ramón jest ojcem Margherity. – Spojrzała na muskularnego mężczyznę, stojącego 

obok Murphy’ego.

– To pani mąż? – Anna szybko spuściła wzrok.
– Nie. – Wyprostowała plecy i uniosła głowę, dumnie i pewnie. – Przyjechałam, bo 

background image

miałam   nadzieję,   że   Ramón   pomoże   mi   znaleźć  lekarza   dla   Margherity.   Kiedy   mu 
powiedziałam, że jestem w ciąży, odpowiedział, że dziecko to mój problem, nie jego. 
Kochałam go. Oddałam serce mężczyźnie bez duszy. – Pochyliła się i delikatnie położyła 
rękę na ramieniu Letty. – Składa wiele obietnic, ale ich nie dotrzymuje. Niech pani nie 
powtórzy mojego błędu. Proszę mu nie ufać.

Murphy, który stał po drugiej stronie drogi, wyglądał na niezadowolonego. Twarz 

Ramireza była czerwona z gniewu. Kręcił bez przerwy głową.

– Muszę się dostać do Zarcero – wyszeptała Letty, obdarzając Annę zaufaniem.
Na twarzy i w oczach kobiety malowało się przerażenie.
– Nie, seńorita, Zarcero to niebezpiecznie miejsce dla pani i dla pani mężczyzny.
– Tam jest mój brat. – Twarz Anny wyrażała niedowierzanie.
– To niemożliwe. Żołnierze nie pozwolą wam przekroczyć granicy – przekonywała 

ją.

– Wiem. Ramón ma nam pomóc.
–   Ramón?   –   Ciemne   oczy   Anny   otworzyły   się   jeszcze   szerzej   ze   zdziwienia, 

kontrastując   z białym   kaftanem   i falbaniastą   spódnicą.   –   Nie   –   powiedziała 
z przekonaniem i zaprzeczyła ruchem głowy. – Proszę mu nie ufać, senorita.

– Mój brat jest dobrym człowiekiem. Potrzebuje pomocy.
– Takim dobrym, jak pani? – Anna ścisnęła butelkę z nalewką.
Letty   uśmiechnęła   się.   Nie   była   tak   dobra   jak   Luke   ani   tak   szczodra,   ani 

wybaczająca. Brat zawsze był przy niej, więc nie mogła go teraz zostawić.

– Tak – odpowiedziała.
– Pomogą pani – obiecała Anna.
– Ale jak?
Anna spojrzała przez ramię i ściszyła głos.
– Niech pani tu poczeka, przyprowadzę mojego wuja.
– Wuja? – Letty zdążyła się już zorientować, że wszyscy obywatele Zarcero byli ze 

sobą w jakiś sposób spokrewnieni.

Anna po raz pierwszy się uśmiechnęła.
– On dużo wie.
Zniknęła. Letty, zniechęcona, usiadła na ziemi. Niespełna minutę później Murphy, 

zły jak diabli, ostentacyjnie przeszedł na drugą stronę drogi. Ramirez uderzył kapeluszem 
o udo, wskoczył do dżipa i odjechał.

Murphy usiadł w cieniu obok Letty i objął rękami kolana.
– Nie wierzę mu. Bez namysłu sprzedałby wątrobę własnej babki.
– Ramón? – spytała od niechcenia. – Przeszył ją wzrokiem.

background image

– Skąd wiesz, jak ma na imię?
– Trudno nie wiedzieć. Kłóciliście się tak głośno, że było was słychać pewnie aż 

w Kanadzie.

Murphy otarł kark dłonią.
– Podróż do Zarcero to nie piknik.
– Nie oczekiwałam na piknik.
– Ramirez radzi, żebyśmy poczekali kilka dni...
– Nie – rzekła zdecydowanie. – Nie mamy na to czasu.
– Słuchaj, mnie też się ten pomysł nie podoba. Ale nie mamy wyboru.
– Może znajdę kogoś, kto nam pomoże. – Wreszcie przykuła jego uwagę.
– Co masz na myśli?
– Młoda kobieta, która tu wcześniej była, poleciła mi swojego wuja. Najwidoczniej 

ma jakieś kontakty.

– Wuj? Mamy zaufać wujowi jakiejś dziewczyny?
– Wolę zaufać jemu, niż polegać na pańskim człowieku. Chciałabym przypomnieć, 

że płacę panu ciężkie pieniądze za fachową pomoc. Następnym razem, kiedy będziemy 
kogoś potrzebować, niech pan lepiej sprawdza jego wiarygodność.

Ku zaskoczeniu Letty Murphy odchylił głowę i głośno się roześmiał. Chcesz, żebym 

sprawdzał   wiarygodność?   Teraz   rozumiem,   dlaczego   pozwoliłem   ci   ze   mną   jechać. 
Dostarczasz mi rozrywki.

Nie przejęła się dowcipem, choć Murphy bawił się jej kosztem.
Po   jakimś   czasie   Anna   wróciła   ze   swoim   wujem.   Staruszek   miał   około 

siedemdziesiątki. Chodził z trudem. Poruszał się wolno i ostrożnie. Twarz osłaniał przed 
słońcem dużym słomkowym kapeluszem.

– Jestem Carlos. – Miał młody głos. – Przyjechaliście z ważną misją?
– Tak – odparła Letty z przekonaniem.
Murphy milczał, ale oczy miał okrągłe ze zdziwienia, kiedy zorientował się, że Letty 

płynnie mówi po hiszpańsku.

– Proszę ze mną. Moja siostrzenica nie zaproponowała państwu nic do picia.
Ośmielona Letty wstała i otrzepała spódnicę z piasku. Starszy mężczyzna wbił w nią 

wzrok.

– Margherita po raz pierwszy od dwóch dni śpi spokojnie.
Murphy rzucił  Letty złowrogie spojrzenie, nie rozumiejąc, o co chodzi. Letty nie 

zadała sobie trudu, żeby mu cokolwiek wyjaśniać. Gdyby Murphy dowiedział się, że 
Letty zna się na ziołach, mógłby się domyślić, dlaczego stracił pamięć.

W swoim starym domu Carlos poczęstował ich sokiem z puszki. Zanim zdążył podać 

background image

napój, Murphy odciągnął go na bok i zaczął zadawać pytania. Po raz kolejny zignorował 
Letty, tak jakby ta rozmowa jej nie dotyczyła.

Mężczyźni rozmawiali szeptem. Zauważyła, że głównie mówił Murphy. Kilka razy 

pokiwał głową. Domyśliła się, że spodobały mu się postawione warunki.

Tylko raz spojrzał w stronę Letty. Zmarszczył czoło, zanim odpowiedział na pytanie 

Carlosa.

Letty była zła, że pominięto ją w rozmowie, przecież chodziło o uratowanie Luke’a. 

Miała ochotę się wtrącić, ale mężczyźni szybko się dogadali.

Carlos skinął głową i wyszedł, zostawiając Murphy’ego i Letty samych.
– O co chodzi? – spytała Letty.
– Carlos ma łódkę. Zgodził się przewieźć nas do Zarcero. Jest znany i cieszy się 

zaufaniem. Jeśli nawet rebelianci złapaliby go i zaczęli przesłuchiwać, raczej nie będą 
przeszukiwać   łódki.   –   Zawahał   się   i spojrzał   na   nią   tak,   jakby   zobaczył   ją   po   raz 
pierwszy. – Mimo to musimy być przygotowani na wypadek, gdyby nas złapali. Masz 
jakieś pojęcie o broni?

Przełknęła ślinę.
–   Jakieś.   –   Prawdę   mówiąc,   było   to   bardzo   blade   pojęcie,   ale   bała   się   do   tego 

przyznać.

– Czeka cię szkoła przetrwania. Jeżeli wybierasz się do Zarcero, naucz się o siebie 

troszczyć.

– Od tego mam pana – odcięła się.
Najwidoczniej   taka   odpowiedź   mu   się   nie   spodobała,   bo   wyciągnął   przerażająco 

wyglądający pistolet i położył go sobie na dłoni.

– Albo nauczysz się tym posługiwać, albo zostaniesz tutaj i poczekasz na mnie.
Wyszedł z domu, zostawiając jej wybór: pójść za nim czy zostać. Nie mając innego 

wyjścia,   wybiegła   za   nim.   Murphy  niczego   bardziej   nie   pragnął   niż   tego,   by  się  jej 
pozbyć.

Letty   nie   miała   pojęcia,   jak   długo   szli.   Wydawało   jej   się,   że   wieczność. 

W rzeczywistości przeszli pewnie półtora kilometra. Krajobrazy Hojancha, jak ten przy 
granicy   z Zarcero,   były   niewypowiedzianie   piękne   i różnorodne.   Maszerowali   po 
spalonej słońcem trawie. Powietrze było już chłodniejsze, łagodne i miało słodki zapach.

Zanim   Murphy   się   zatrzymał,   Letty   bolały   nogi,   kłuło   ją   w płucach,   ale   mimo 

morderczego tempa zdołała dotrzymać mu kroku.

Zatknął   kawałek   białego   papieru   w gałęziach   rozłożystej   cynerarii   i oznajmił 

kategorycznie:

– Nie wyruszymy do Zarcero, dopóki nie nauczysz się celnie strzelać.

background image

– Pan chyba żartuje.
Jedno zimne spojrzenie Murphy’ego potwierdziło, że nie żartuje.
– Nie za to panu płacę. – Nienawidziła broni i nie mogła sobie nawet wyobrazić, że 

będzie musiała strzelać, a co dopiero zabić człowieka. Prędzej sama zginie.

Niestety,   Murphy   nie   dawał   jej   wyboru.   Albo   nauczy   się   władać   bronią,   albo 

poczeka, aż on wróci z Zarcero z Lukiem.

– Proszę dać mi broń – zażądała zdecydowana, że na złość Murphy’emu nauczy się 

strzelać.

background image

Rozdział 8.

Blask księżyca odbijał się w spokojnych wodach rzeki Cojon, która dzieliła Hojancha 

i Zarcero.   Niewielka   motorówka   Carlosa   robiła   tyle   hałasu,   co   piła   tarczowa.   Letty 
zastanawiała się, jak to możliwe, żeby nikt ich nie słyszał.

Po   wielu   godzinach   leżenia   pod   brezentem   była   spięta   i zdrętwiała.   Murphy, 

przebrany   w strój   pożyczony   od   miejscowego   rybaka,   siedział   obok   Carlosa   w łódce 
niewiele   większej   od   pontonu,   która   –   ku   zdumieniu   Letty   –   utrzymywała   się   na 
powierzchni z ich trojgiem i bagażem.

Letty miała ochotę się zbuntować. Czy to sprawiedliwe, że ona siedzi pod brezentem, 

a Murphy   nie.   Ale   wiedziała,   że   sprzeciw   do   niczego   dobrego   nie   prowadzi.   Kiedy 
Murphy wbił sobie coś do głowy, tylko sam Bóg mógłby go przekonać, żeby zmienił 
zdanie.

Letty na przemian wstrzymywała  oddech i zamykała oczy,  żeby nie czuć smrodu 

zgniłych ryb. Ale to wcale nie pomagało. Wiele by dała, żeby zasnąć. Poprzednią noc 
spędziła   na  tylnym  siedzeniu   dżipa,  gdzie  podskakiwała   jak  popcorn na  patelni.  Sen 
w takiej podróży był równie możliwy, co ściągnięcie gwiazdki z nieba.

Murphy także nie odpoczywał i Letty zastanawiała się, jak on się czuje. Nic nie było 

po nim widać, ale mógł odmawiać sobie snu tylko dlatego, żeby dowieść, jak bardzo jest 
wytrzymały.

– Niemądrze, że pan zabrał ze sobą kobietę. – Letty usłyszała słowa Carlosa. Musiała 

wytężyć słuch, żeby usłyszeć odpowiedź Murphy’ego.

– Nie miałem wyboru.
– Co jest tak ważnego w Zarcero, że ryzykujecie życiem?
– Im mniej pan wie, tym lepiej – odpowiedział Murphy bez emocji. Silnik działał na 

wolniejszych obrotach.

– Jest dobrą kobietą. – Murphy parsknął.
W innych  okolicznościach  Letty mogłaby czuć się winna, że użyła  podstępu, by 

Murphy towarzyszył jej do Zarcero, ale nie po jego obraźliwej propozycji. Miał to, na co 
zasługiwał.

Martwiła się tym, że jej myśli jak bumerang wracały do nocy, którą spędzili razem. 

Na chwilę straciła rozum. Nie była doskonała, ale nie zachowywała się jak jej matka, 
która   sprzedała   siebie   i rodzinę   za   rozkosz,   jaką   znalazła   w ramionach   innego 
mężczyzny.

Jednego była pewna: to się nie powtórzy.
Silnik  motorówki  ucichł  i Letty  wyjrzała  spod brezentu.  Zwróciła  twarz w stronę 

background image

wąskiego otworu i wychyliła się, by zaczerpnąć świeżego powietrza.

– Jesteśmy na miejscu? – spytała szeptem.
– Miałaś być cicho – odpowiedział Murphy niespokojnie.
– Chcę stąd wyjść.
–   Wszystko   w swoim   czasie.   –   Przycisnął   ją   butem   do   pokładu.   –   A teraz   ani 

drgniesz, jasne?

– Tutaj podobno jest pełno oddziałów rebeliantów – ostrzegł Carlos. – Trzymajcie się 

z dala od głównych dróg.

Letty nie czekała ani chwili dłużej. Nie była pewna, czy Murphy jej nie zostawi. 

Odrzuciła   brezent   i usiadła.   Było   strasznie   ciemno,   ale   spostrzegła,   że   najemnik   jest 
niezadowolony.

Motorówka lekko uderzyła o brzeg.
Murphy chwycił Letty za ramię i pomógł jej wstać.
– Bądź tak cicho, jak tylko możesz, jasne! – rozkazał.
– Nie mam zamiaru śpiewać.
Murphy wyskoczył na brzeg. Letty sama musiała poradzić sobie z wysiadaniem, bo 

on zajął się bagażem.

Carlos dał mu rzeczyktóre dostarczył Ramirez.
– Uważajcie na siebie, przyjaciele. – ostrzegł ich, po czym zręcznie odbił od brzegu. 

– Każdej nocy będę czekał na sygnał od was.

– Dziękujemy – wyszeptała Letty i pomachała mu.
– Chodź – ponaglił ją Murphy. – Pamiętaj o tym, co powiedział Carlos.
Staruszek dużo mówił, głównie po to, żeby zniechęcić Letty do wyprawy. Dlatego 

nie zwracała na to większej uwagi.

– Chodź, przed nami długa droga.
– Nie będę dla pana przeszkodą. – Zawzięła się, że prędzej padnie, niż da mu powód 

do satysfakcji. Carlos nazwał ich przyjaciółmi. Jemu mogli ufać.

Murphy  ruszył,   zarzuciwszy   sobie   bagaż   na   plecy.   Letty   pośpiesznie   przewiesiła 

sobie plecak przez ramię i podążyła za nim. Milczeli.

W innych okolicznościach Letty zatrzymałaby się, by podziwiać niebo. Nieliczne 

gwiazdy nikłym światłem rozjaśniały noc. Po morderczym upale w ciągu dnia chłodny 
wiatr przynosił wyczekiwaną ulgę.

Murphy nie dał Letty czasu na patrzenie w gwiazdy. Przyśpieszyła kroku, żeby go 

dogonić. Po chwili zabrakło jej tchu, ale się nie skarżyła. Usiłowała oddychać miarowo 
i dotrzymać mu kroku.

Zrobili przerwę tylko raz i właśnie wtedy wydało mu się, że coś usłyszał. Wyciągnął 

background image

rękę, przycisnął palec do ust i zamarł. Ta chwila trwała wieczność. Noc przemawiała do 
nich strzępami dźwięków. Głos ptaka brzmiał jak granie świerszcza albo wołanie małp, 
a w grubym listowiu szeleścił wiatr. Letty czuła zapach orchidei. Ją także oczarowała 
atmosfera kraju, który tak bardzo pokochał Luke.

Wydawało się, że ten postój trwa wiecznie. W końcu ruszyli dalej. Do Letty dotarło, 

że   od   tej   chwili   zdana   jest   całkowicie   na   Murphy’ego.   Jej   życie   i życie   Luke’a 
spoczywało w rękach tego człowieka. Uzmysłowiła sobie, że niewiele o nim wie poza 
nazwiskiem i numerem skrytki pocztowej. Przez kilka lat sortowała przesyłki, które do 
niego przychodziły – głównie rachunki i czasopisma, najczęściej o tematyce wojskowej. 
Wiedziała o nim tak mało, mimo to powierzyła mu życie.

Dotarli   do   gospodarstwa,   o którym   wspominał   Carlos,   i Letty   odetchnęła   z ulgą. 

Szelki plecaka wrzynały jej się w ramiona, a od marszu w morderczym tempie bolały ją 
łydki.

– Poczekaj tutaj – rzekł Murphy władczym tonem, jakim zwykle się do niej zwracał. 

Zaprowadził ją pod ogromne drzewo.

– Dokąd pan idzie?
– Nie będę ci się tłumaczył – warknął. – Wrócę tak szybko, jak się da.
Otworzyła usta, żeby się sprzeciwić, ale wiedziała, że to bez sensu.
Carlos powiedział, że jego kuzyn zapewni im wszystko, czego będą potrzebowali. 

Letty podeszłaby do drzwi, grzecznie zapukała i się przedstawiła. Ale nie Murphy. On 
pewnie uważał, że lepiej się włamywać jak przestępca.

Niestety, księżyc nie świecił na tyle jasno, by Letty mogła zobaczyć, dokąd poszedł. 

Po prostu zniknął w mroku. Może naoglądała się za dużo filmów z Jamesem Bondem.

Letty usiadła i przywarła plecami do pnia drzewa. Musiała chyba zasnąć, bo kiedy 

się ocknęła, Murphy zdążył wrócić.

– Spędzimy noc w stodole – wyszeptał.
Przetarła  zaspaną   twarz  i skinęła   głową.  Spodobałoby  jej  się  wszystko,   co  miało 

związek ze spaniem.

– Jest tam mała stodółka. – Skierowała ku niemu pytające spojrzenie.
– Będziemy tam razem.
Zmarszczyła czoło, nie rozumiejąc, o co chodzi.
– Inaczej mówiąc, śpimy obok siebie.

background image

Rozdział 9.

Marcie   Alexander   stała   na   zapleczu   salonu   kosmetycznego   i analizowała 

dotychczasowe życie. Mężczyźni ją peszyli i drażnili.

Przez   pierwsze   trzydzieści   jeden   lat   z płcią   przeciwną   mogła   porozumieć   się 

wyłącznie   w łóżku.   Ale   skończyła   z tym.   Miała   dosyć   czekania   nie   wiadomo   na   co, 
podczas   gdy   jej   przyjaciółki   powychodziły   za   mąż   i założyły   rodziny.   Okazje 
przechodziły jej koło nosa.

Nigdy nie miała problemu, żeby podobać się mężczyznom. Bywało, że umawiała się 

jednocześnie   z trzema   lub   czterema.   Ale   nie   czuła,   że   jest   obiektem   pożądania 
i zachwytu.

Miała mężczyzn na pstryknięcie palcami. Trafiali się zwłaszcza ci w potrzebie. Od 

kiedy   skończyła   szesnaście   lat   i straciła   dziewictwo   na   tylnym   siedzeniu   samochodu 
w kinie   samochodowym   na   filmie   „Wściekły   byk”,   utrzymywała   regularne   kontakty 
z płcią przeciwną. Niestety, kontakty te rzadko trwały dłużej niż miesiąc, w najlepszym 
wypadku – dwa.

Przez lata Marcie dostała bolesną nauczkę. Mężczyźni jej pochlebiali, zalecali się do 

niej, pożyczali pieniądze – które rzadko zwracali – a potem ją porzucali. Ten scenariusz 
stale   się   powtarzał.   Marcie   zakochiwała   się   i odkochiwała   tak   często,   że   zaczęło   to 
przypominać kręcenie się w drzwiach obrotowych.

Mężczyźni   do   niej   lgnęli.   Przeważnie   bez   grosza,   tacy,   którzy   oczekiwali,   że 

rozwiąże ich problemy. Wyspecjalizowała się w akcjach ratunkowych. Przez lata żyła 
w przekonaniu,   że   wszyscy   ci   biedni,   nie   zrozumiani   mężczyźni   potrzebują   miłości 
dobrej kobiety.

Poszukując męża, posunęła się nawet do tego, że wzięła pożyczkę, żeby Danny, jej 

ówczesny partner, mógł wynająć adwokata, by uzyskać rozwód. Była  pewna, że gdy 
Danny uwolni się od żony – hetery, ożeni się z nią. Po dwóch miesiącach dowiedziała 
się, że nie był żonaty. Pieniądze wydał na weekend w Vegas z inną kobietą. Marcie przez 
szesnaście miesięcy spłacała pożyczkę w banku.

Najbardziej bolało ją, że kilka jej przyjaciółek ze szkoły kosmetycznej wyszło za mąż 

już po raz drugi. Założyły rodzinę z drugim mężczyzną, a Marcie nie udało się upolować 
nawet jednego.

Za każdym razem, kiedy widziała którąś z przyjaciółek z dzieckiem i zakochanym 

mężem, czuła kłucie w sercu. Ona też tego chciała. Męża. Czułego, dobrego mężczyzny, 
który   kochałby   ją   do   szaleństwa.   Jednego   mężczyzny,   na   którym   mogłaby   polegać 
w życiu i w łóżku.

background image

Bóg   świadkiem,   że   zrobiła   wszystko,   co   mogła.   Ale   w ciągu   długich,   czasem 

burzliwych poszukiwań trafiła tylko na jednego kandydata. Johnny’ego.

Oszalała   na   jego   punkcie,   gdy   spotkała   go   w „Pour   House”,   miejscowym   barze. 

Wkrótce przekonała się, że popełniła błąd, za szybko idąc z nim do łóżka. O wiele za 
szybko.

Odprowadził ją do domu i, wbrew jej najśmielszym oczekiwaniom, został na noc. 

Choć   bardzo   się   starała,   nie   żałowała   tego,   co   się   stało.   Seks   z Johnnym   był 
niewiarygodny. Chyba najlepszy.

Kiedy opuścił ją następnego ranka, Marcie bała się, że już nigdy go nie zobaczy. 

Niemal   rozpłakała   się   z radości,   kiedy   miesiąc   później   pojawił   się   w jej   drzwiach. 
Postanowiła sobie, że – jeżeli nadarzy się druga taka okazja – nie popełni tego samego 
błędu. Całe życie czekała na mężczyznę takiego jak Johnny i chciała znaleźć sposób, by 
wyjść za niego. Nieważne, ile miałoby ją to kosztować.

Niestety,   pod   wpływem   Johnny’ego   zmiękła   i zanim   uświadomiła   sobie,   co   się 

dzieje, znów wylądowali w sypialni. Tym razem został przez cały weekend. Nic im nie 
przeszkadzało. Żadne mecze telewizyjne. Żadne telefony. Nic. Nawet nie chciał, żeby 
gotowała.   Upierał   się,  żeby  zamawiać   jedzenie.   W dodatku  sam  za  nie  płacił.  Kiedy 
opuścił ją tym razem, Marcie była tak wyczerpana, że musiała wziąć dwa dni zwolnienia.

Jeżeli istnieje jakiś mężczyzna, który może ją uszczęśliwić, jest nim Johnny. Jeśli 

chce za niego wyjść, musi właściwie rozegrać partię.

Marcie wiedziała, że popełniła taktyczny błąd, nawiązując intymny kontakt, zanim 

zrodziła się między nimi więź uczuciowa. Johnny powinien pragnąć nie tylko jej ciała. 
Choć o tym wiedziała, znowu dała się zaciągnąć do łóżka. Głównie dlatego, że Johnny 
był niesamowitym kochankiem.

Wpadał coraz częściej, ale rzadko na dłużej niż dwa, trzy dni. Czasami zjawiał się 

nieoczekiwanie w salonie, ale zwykle odwiedzał jaw mieszkaniu. Nie wyjawiła mu, że od 
kiedy się poznali, nie spała z żadnym innym mężczyzną, bo i tak by nie uwierzył.

Kiedy   byli   razem,   Johnny  prawie   o sobie   nie   mówił.   Rzadko   zresztą   rozmawiali 

szczerze   i nic   w tym   nic   dziwnego.   Zaufanie   pojawia   się   z czasem.   Jeżeli   muszą 
wystarczyć jej strzępy wiadomości o jego życiu, usłyszane tu czy tam – trudno. Była 
cierpliwą kobietą.

Johnny   był   wyjątkowy.   Okazał   się   kochankiem   niesamolubnym   i twórczym.   Jej 

poprzedni partnerzy byli seksualnymi brontozaurami. Dla nich zbliżenie polegało na tym, 
żeby   zedrzeć   z niej   ubranie,   rzucić   ją   na   łóżko   i sapiąc   jak   przy   zapaści   sercowej, 
dopełnić aktu, a potem odwrócić się i zasnąć.

Mężczyźni, z którymi kochała się Marcie, niewiele wiedzieli o grze wstępnej. Johnny 

background image

był  w tym  znakomity.  Doświadczenie  pozwalało  jej docenić  niespiesznego kochanka, 
który łaskocze słowami i uwodzi mową, zanim pocałuje.

Marcie była zdziwiona, jak świetnie Johnny odgaduje jej nastroje. Czasami tak go 

pragnęła, że nie miała ochoty tracić czasu na długie, powolne rozbieranie i jego podziw 
po zdjęciu każdej części garderoby.

Johnny nie potrzebował słów, żeby odgadnąć jej pragnienia. Uśmiechał się miękko 

i zmysłowo, a potem szybko porzucał wstępy. Przyciskał ją do ściany, zadzierając jej 
spódnicę do pasa. Pozostawiał ją omdlałą i bez tchu.

Widywali się dość często, a potem nastąpiła przerwa. Przez kilka miesięcy nie miała 

od niego żadnych wieści. Podejrzewała, że jest żonaty. Już kiedyś wpadła w podobną 
pułapkę, więc znała się na rzeczy. Johnny był wolnym  strzelcem, handlowcem i jego 
praca wymagała częstych wyjazdów na długie tygodnie.

Chociaż umierała z ciekawości, nie pytała go o nic, skoro nie miał ochoty o sobie 

mówić. Zbyt dobrze wiedziała, że stawianie wymagań potencjalnemu kandydatowi na 
męża   to   najlepszy   sposób,   żeby   go   odstraszyć.   Doświadczenie   nauczyło   ją,   że   sam 
dźwięk słowa „zobowiązanie” działa jak sygnał do ucieczki. Zasypując faceta pytaniami, 
skreślało się szansę na trwały związek.

Marcie zdążyła popełnić w życiu zbyt wiele błędów, żeby wpaść w podobną pułapkę. 

Chciała Johnny’ego i postanowiła, że będzie cierpliwa.

Johnny długo nie dawał znaku życia. Marcie myślała, że go straciła. To właśnie 

wtedy gruntownie przeanalizowała swoje życie. Nie spodobało jej się to, co zobaczyła. 
Zdecydowała się na kilka zmian.

Najpierw postanowiła, że nie pójdzie już z nikim do łóżka, dopóki nie będzie miała 

obrączki   na  palcu.  Decyzja  ta   z początku  wydała  się  jej   drastyczna.  Marcie  czerpała 
radość z aktywnego, zdrowego życia seksualnego, od kiedy była nastolatką. Zaskoczona 
stwierdziła się, że celibat cieszy ją bardziej.

Zmieniła   radykalnie   styl   ubierania.   Przestała   oceniać   ciuchy   pod   kątem,   jak 

seksowna wyda się w nich mężczyźnie czy jak uwodzicielsko w nich wygląda. Wybierała 
rzeczy, w których dobrze się czuła i które jej samej się podobały.

Po dokonaniu tych zmian zaczęła też oceniać mężczyzn nie tylko pod kątem, jak 

bardzo   jej   potrzebują.   Przestały   ją   interesować   akcje   ratunkowe.   Zaoszczędzone 
pieniądze i trzymanie energii na wodzy sprawiły, że poczuła się o wiele młodziej.

Chciała wyjść za Johnny’ego, ale jeśli to nie było możliwe, postanowiła rozejrzeć się 

za   kimś  innym.   Rozpoczęła  więc   polowanie   na  męża.  Takiego,  który  nie  chadza  do 
barów.

Potraktowała rzecz na tyle poważnie, że zapisała się do biblioteki. W szkole niezbyt 

background image

przykładała  się do nauki, więc nawet nie umiała  dobrze czytać.  Zaczęła  wypożyczać 
książki na kasetach. Wkrótce zrobiła postępy i zaczęła czytać samodzielnie. Szczególnie 
poradniki.

Nie potrzebowała wiele czasu, żeby się zorientować, że jest kobietą, która kocha za 

bardzo.

Za bardzo. Za często. Za krótko.
Teraz wierzyła, że jest bliska sukcesu. Poznała kogoś porządnego, a tu do jej życia 

znowu   wtargnął   Johnny.   Nie   była   tą   samą   kobietą,   którą   zostawił.   Był   też   Clifford. 
Umawiała   się   z nim   od   dwóch   miesięcy,   co   było   swego   rodzaju   rekordem.   To 
niewątpliwie najdłuższy okres, kiedy spotykała się z mężczyzną, nie idąc z nim do łóżka.

Clifford Cradmen był właścicielem firmy hydraulicznej, grał w miejscowej drużynie 

piłkarskiej i nigdy nie poprosił o pożyczkę. Raz zabrakło mu czeków, ale szybko oddał 
jej   pieniądze.   Nieźle   całował.   Ich   pieszczoty   kilka   razy   zabrnęły   daleko,   ale   zawsze 
kończył  grę, zanim sprawy wymknęły się spod kontroli. Tylko raz zaproponował, by 
spędzili razem noc. Marcie delikatnie ten pomysł odrzuciła, a on nie nalegał. W końcu 
nie byłby mężczyzną, gdyby nie miał ochoty na seks.

Umawiali   się   tak   długo,   że   Marcie   swobodnie   mówiła   o „ich   związku”.   Po   raz 

pierwszy w życiu stała na pewnym gruncie i nie miała zamiaru dopuścić, żeby zepsuł to 
weekend w ramionach Johnny’ego.

Przemyślała   wszystko.   Johnny  pojawił  się  w mieście  na  krótko,  szukał  rozrywki, 

a ona jest rozrywkową dziewczyną. A raczej była.

Znalazła   się   w rozterce,   kiedy   Johnny   wszedł   na   zaplecze,   dostrzegła   błysk 

pragnienia w jego oczach. Niech Bóg ma ją w swojej opiece – ona też go pragnęła. Mimo 
to zdołała mu się oprzeć, co było dowodem, jak bardzo się zmieniła.

Johnny   na   pewno   wróci.   Marcie   założyłaby   się   o ostatniego   dolara.   Nie   miał 

w zwyczaju przegrywać  i zawsze dostawał  to, co chciał.  Podejrzewała,  że następnym 
razem pojawi się z czymś o wiele większym niż bukiet tanich kwiatów.

– Marcie.
– Słucham – odpowiedziała przez ramię.
– Ktoś przyszedł się z tobą zobaczyć.
Coś w głosie Samanthy dało jej do zrozumienia, że to nie klientka. Marcie potrafiła 

wyprawiać   cuda   z włosami   starszych   pań.   Starsze   kobietki   ją   ubóstwiały,   bo   Marcie 
poświęcała im dużo czasu.

– Kto?  –  Znała  rozkład dnia i wiedziała, że na dziś koniec. Ton głosu Samanthy 

świadczył, że to mężczyzna. Pewnie Johnny.

– Chodź i zobacz.

background image

Marcie wyszła z zaplecza, wycierając dłonie w ręcznik i modląc się o dość siły, by 

mu   się   oprzeć.   Tylko   Johny’emu   udałoby   się   rozpiąć   guziki   jej   bluzki.   Najpierw 
zobaczyła ogromnego pluszowego misia.

–   Cześć,   kochanie.   –   Zza   wypchanego   zwierzaka   wyłoniła   się   głowa   Clifforda. 

Uśmiechał się szeroko.

– Clifford. – Ulżyło jej tak bardzo, że omal się nie rozpłakała.
– To tylko taki drobiazg, żebyś wiedziała, jak bardzo cię kocham.

background image

Rozdział 10.

Powinienem   spać,   pomyślał   ponuro   Murphy.   I niewątpliwie   by   spał,   gdyby   nie 

irytowała go osóbka leżąca obok.

Przyjaciel Carlosa zaoferował im nocleg. Wyświadczając im tę przysługę, mężczyzna 

ryzykował życiem.  W końcu on i Letty byli obcokrajowcami, a ten człowiek nie miał 
wobec nich żadnych zobowiązań.

To Murphy nalegał, by zostali w stodole. Panna – cnotka obrzuciła pomieszczenie 

takim spojrzeniem, jakby oczekiwała, że Murphy ulokuje ją w hotelu „Hilton”. Co za 
wymagania!

Murphy był zły, że zgodził się na tę eskapadę. Znalazł  się w Teksasie, bo pragnął 

trochę   odpoczynku   i relaksu.  A tymczasem   – ryzykuje   własnym   tyłkiem   dla  jakiegoś 
faceta,   który   dawno   nie   żyje.   Wszystko   dlatego,   że   tej   kobiecie   się   wydaje,   że   jest 
inaczej.

Był niespełna rozumu, że się na to zgodził. Spędził z Letty Madden niecałe dwa dni 

i nie mógł sobie wyobrazić, żeby miało trwać to dłużej.

Denerwowała go nawet, gdy spała. Żyła w strachu, że ją wykorzysta. Zdziwiłaby się. 

Wolałby zostać mnichem, niż jej dotknąć.

Ta kobieta sama nie wiedziała, czego chce. Jej ciało mówiło coś innego niż usta.
Nie   przyznawała   się   do   swoich   pragnień.   Wbijała   w niego   wzrok,   zwilżała   usta 

i kusiła go o wiele bardziej, niż normalny mężczyzna jest w stanie wytrzymać.

Jedna   noc   spędzona   z nią   sprawiła,   że   pragnął   następnych.   To   nie   wchodziło 

w rachubę. Ta kobieta była problemem. Ogromnym problemem.

Musiałaby się rozebrać do naga i błagać go, żeby się z nią kochał. Może wtedy by się 

skusił. Ale zastanowiłby się nad tym ze dwa razy.

Rozwścieczona dziewica może... Przerwał. Letty nie była już dziewicą. Poświęciła 

dziewictwo w zamian za pomoc.

Poczuł żal. Żal i poczucie winy. Czuł się nieswojo i niezręcznie.
Murphy chciał sobie przypomnieć, co między nimi zaszło. Choć usilnie próbował, 

nie pamiętał.

Letty smacznie spała u jego boku. Mieli jeden koc. Uparła się, żeby położyć go na 

sianie, zamiast użyć jako przykrycia.

Głęboki, miarowy oddech kobiety wprowadził Murphy’ego w stan półsnu. Leżał na 

plecach, trzymając rękę pod głową, i zmuszał ciało do odpoczynku.

Za kilka godzin zrobi się jasno. Wolałby przemieszczać się w nocy. Zarówno Carlos, 

jak i Juan ostrzegali go przed rebeliantami, którzy krążą po wsiach. Murphy żałował, że 

background image

nie może sobie pozwolić na luksus czekania. Potrzebny mu był samochód, ale w pobliżu 
nie było komisu z używanymi samochodami.

Bez   środka   transportu   minie   parę   dni,   zanim   dostaną   się   do   San   Paulo.   Letty 

powiedziała, że misja Luke’a znajduje się w Managna, około piętnastu kilometrów od 
stolicy.

San Paulo było położone w środkowej części kraju, w zielonej dolinie. Niezależnie 

od tego, jaką drogę obiorą, będą musieli pokonać zwarty łańcuch górski.

Murphy   uznał,   że   dobrze   będzie,   jeżeli   przedostaną   się   do   najbliższej   wioski 

i ukradną dżipa, najlepiej wojskowego. Kradzież nie stanowiła dla niego problemu, jeżeli 
wykonywał jakieś zlecenie. Zwłaszcza jeśli przedmiot kradzieży należał do przeciwnika.

Letty odwróciła się na bok, twarzą  do niego. Chyba  było  jej  chłodno, bo całym 

ciałem przywarła do Murphy’ego. Myślał, jak się od niej uwolnić, ale położyła głowę na 
jego ramieniu, które posłużyło jej za poduszkę.

Mógłby dzielić ciepło swojego ciała z kimkolwiek, ale nie chciał zostać przez nią 

oskarżony,   że   zrobił   coś   niewłaściwego.   Ta   kobieta   żyła   w mylnym   przekonaniu,   że 
Murphy pożąda jej stale we dnie i nocy. Prędzej nastanie chłodny dzień w piekle, niż da 
jej powód do satysfakcji.

Zmrużył oczy. Starał się zignorować jej bliskość. I prawie mu się udało, ale Letty 

jęknęła. Zmarszczył czoło, zastanawiając się, czy mu sienie zdawało.

Jęknęła znowu, tym razem głośniej, jakby coś sprawiało jej dotkliwy ból. Murphy 

czekał, niepewny co zrobić. Rzucała głową na wszystkie strony, a z jej ust wydobywało 
się ciche zawodzenie, które przypominało płacz.

–  Letty – wyszeptał, nie chcąc jej przestraszyć. Nie mógł dopuścić, żeby zaczęła 

krzyczeć. Nie potrzebowali ogłaszać o swoim przybyciu rebeliantom.

Tylko zdążył  o tym  pomyśleć,  kiedy Letty zerwała się i wydała z siebie mrożący 

krew w żyłach krzyk.

Murphy błyskawicznie przewrócił ją na plecy i zasłonił usta dłonią.
Otworzyła   szeroko   oczy.   W świetle   księżyca   jej   szalone   spojrzenie   spotkało   się 

z jego wzrokiem. To, co było się później, zaskoczyło go jeszcze bardziej niż krzyk. Letty 
cicho zaszlochała i objęła go rękami za szyję, jakby nie chciała go wypuścić. Ukryła 
twarz w szyi Murphy’ego i zaczęła płakać.

– Letty? – Doświadczył w życiu niemal wszystkiego, ale nie miał pojęcia, jak się 

pociesza płaczącą kobietę. – Co się stało?

– Miałam sen. – Objęła go mocniej. Zaczęła drżeć w jego ramionach.
– Nie ma się czym przejmować, wszystko w porządku – powiedział tak rzeczowo, 

jak tylko potrafił.

background image

–   Nie.   Nie   jest   w porządku.   Mój   brat   okropnie   cierpi.   –   Mógł   się   domyślić,   że 

przyśnił jej się brat.

– To tylko sen, Letty. Nie wiesz, co się dzieje z Lukiem.
– Wiem. Widziałam go.
– Widziałaś go? – Nie mógł uwierzyć, że między Letty i jej bratem istnieje telepatia. 

Usiłowała przekonać go o psychicznym związku. Zgoda, byli bliźniętami. Ale Luke jest 
mężczyzną, a ona kobietą. Czytał, że coś takiego może się zdarzyć między bliźniętami 
jednojajowymi, ale i tak nie był o tym przekonany.

– Torturują go.
W to akurat mógł uwierzyć. Jeżeli misjonarza jeszcze nie zamordowali, na pewno był 

przesłuchiwany. Tylko co brat Letty mógł wyjawić?

Letty   poczuła   się   w ramionach   Murphy’ego   niewiarygodnie   błogo   i bezpiecznie. 

Automatycznie odgarnął jej włosy z twarzy. – Musimy go odnaleźć.

– Odnajdziemy – odpowiedział, jakby wierzył, że to możliwe. – Letty westchnęła 

głośno, a jej ciepły oddech dotknął skóry w zagłębieniu jego szyi.

–   Obiecaj   mi   –   nalegała.  –  Obiecaj,   że   nie   wyjedziemy   z Zarcero,   dopóki   nie 

odnajdziemy Luke’a.

Nie mógł tego zrobić.
– Letty, bądź rozsądna.
– Błagam, musimy go uratować.
Murphy milczał. Nie był okrutny. Był tylko realistą. Chciałby jej złożyć wszystkie 

możliwe obietnice, ale nie mógł. Nie tym razem.

Nie   miał   nic   przeciwko   temu,   żeby   przespać   się   z kobietą.   Robił   to   wiele   razy. 

I mówił kobiecie to, co chciała usłyszeć.

Ale nie mógł się zmusić, żeby zrobić to Letty.
– Luke umrze, jeżeli go nie uratujemy. – Drżące słowa wychodziły z jej wilgotnych 

ust.   Murphy   czuł   na   skórze   ruch   jej   warg.   Czuł   też   wilgoć   łez,   które   spływały   po 
policzkach Letty.

– Nie rozumiesz. Luke umiera.
Murphy milczał, bo nie wiedział, co odpowiedzieć.
– Obiecaj mi.
Milczenie nie przynosiło jej ulgi. Cicho jęknęła z bólu i żalu.
– Dobrze, dobrze – wyszeptał jej we włosy. – Masz moje słowo honoru. Nieważne, 

ile nas to będzie kosztować. Wydostaniemy stąd Luke’a.

– Dziękuję. Dziękuję – powtórzyła kilkakrotnie.
Murphy   nie   wiedział,   jak   długo   ją   tulił.   Wystarczająco   długo,   żeby   ponownie 

background image

zasnęła. O wiele dłużej, niż powinien.

Odnajdzie jej brata. Martwego czy żywego. Murphy był człowiekiem honoru.

background image

Rozdział 11.

Letty obudziła się z głową opartą o ramię Murphy’ego. Obejmował ją opiekuńczo. 

Czuła się przyjemnie i bezpiecznie, dopóki nie przypomniał jej się sen.

Zaniepokojona odsunęła się od Murphy’ego i usiadła. Usiłowała się skupić. Luke, 

biedny Luke, krzyczał, że chce umrzeć, bo nie może już znieść bólu.

Wyczuwała,   że   jest   bliski   śmierci.   Muszą   dostać   się   do  Managna   i odnaleźć   go, 

zanim będzie za późno.

Odgarnęła z twarzy niesforny kosmyk włosów. Przypomniała sobie, że zeszłej nocy 

przytuliła się do Murphy’ego i błagała, żeby odnalazł jej brata. Dał jej słowo. Z wahania 
w jego głosie wywnioskowała, że nie przejął się jej obawami. Mimo to wydusił z siebie, 
że nie wyjadą z Zarcero, dopóki nie znajdą Luke’a.

Ten   mężczyzna   był   zagadką.   Spędzili   ze   sobą   dwa   dni.   Był   w stosunku   do   niej 

niecierpliwy   i okrutny.   Ale   ostatniej   nocy   wziął   ją   w ramiona   i zgodził   się   uratować 
Luke’a, choćby miał ryzykować własnym życiem. Letty nie rozumiała Murphy’ego, ale 
podejrzewała, że nikt go nie rozumie.

Poczuła, że się obudził. Nie patrzył na nią, a ona na niego. Zamarła na wspomnienie 

sceny z poprzedniej nocy.

– Musimy się stąd zbierać – wymruczał. – Im szybciej, tym lepiej. – Letty wiedziała, 

że chodzi o bezpieczeństwo przyjaciela Carlosa. Podzielała jego obawy.

– Jak daleko jesteśmy od San Paulo?
–   Ze   sto   kilometrów,   może   więcej.   Niedaleko   jest   miasteczko.   Zdobędę   tam 

samochód.

Murphy chciał go ukraść. Letty nigdy nie uwierzyłaby, że weźmie udział w czymś 

podobnym. W dodatku poczuła ulgę. Samochodem, przy odrobinie szczęścia, dotrą do 
San Paulo i do Luke’a przed wieczorem.

Murphy zostawił  Letty   i poszedł  się   rozejrzeć.  Skwapliwie   wykorzystała  te  kilka 

minut.   Spakowała   się   i kiedy   wrócił,   była   gotowa   do   drogi.   Chciała   jak   najszybciej 
opuścić stodołę.

Murphy otworzył jej drzwi. Do zimnego, ciemnego wnętrza wdarł się blask słońca, 

obwieszczając kolejny pogodny dzień w Zarcero.

Opuścili teren farmy i weszli na łąki, porośnięte wysokimi  trawami. Trzymali  się 

z dala od szosy. Przez dwie godziny maszerowali w milczeniu.

Murphy   był   wyczulony   na   każdy   dźwięk,   bo   kilka   razy   zatrzymywał   się 

niespodziewanie i czekał, przyciskając palec do ust.

Gdy dotarli do liściastego lasu, Murphy zatrzymał się i wyciągnął menażkę. Napił się 

background image

pierwszy,  a potem podał ją Letty.  Woda miała paskudny smak. Widziała, że Murphy 
wrzucił do niej jakąś kapsułkę. Podejrzewała, że to tabletka uzdatniająca wodę. Letty 
trudno   było   stwierdzić,   jak   daleko   zaszli.   Wydawało   jej   się,   że   przeszli   z osiem 
kilometrów, może więcej.

Była rozczarowana, bo Murphy nie odnosił się do niej przyjaźnie, a przecież zeszłej 

nocy coś jej obiecał.

Nie był rozmowny.
Chyba coś postanowił, bo usiadł pod drzewem, rozłożył na ziemi mapę i studiował ją 

uważnie.

– Daleko jeszcze do miasteczka? – spytała Letty.
Nie podniósł wzroku.
– Niedaleko.
Złożył   starannie   mapę   i schował   ją   do   plecaka.   Wstał,   Letty   niechętnie   też   się 

podniosła.

– Zostaniesz tu.
– Dlaczego?
Nie odpowiedział, tylko wyciągnął pistolet z kabury i wręczył go Letty. Wpatrywała 

się w broń, jakby bała się, że wystrzeli jej w dłoni.

– Po co?
– Chcę, żebyś go miała przy sobie. Zrozumiano?
– Ale...
– Chcesz znaleźć brata czy nie?
– Oczywiście, ale...
–   Więc   rób,   co   mówię.   –   Przeszył   ją   wzrokiem.   –   Pewnie   nie   trafiłabyś   nawet 

w najszerszą ścianę stodoły, ale to jedyna ochrona, jaką mogę ci zapewnić.

– Co mam robić, kiedy cię nie będzie?
– Spokojnie czekać – odpowiedział niecierpliwie. Zaczął się oddalać. Letty przyszła 

do głowy straszna myśl.

– Murphy?!– zawołała.
Obejrzał   się   przez   ramię.   Nie   wyglądał   na   zadowolonego.   Spojrzała   na   niego 

błagalnie, ze strachem.

– A co jeżeli... Co będzie, jeżeli nie wrócisz?
Na   jego   twarzy   pojawił   się   niewymuszony   uśmiech,   jakby   uznał   jej   pytanie   za 

komiczne.

– Wrócę.
Skinęła głową i uśmiechnęła się drżącymi wargami.

background image

– Dobrze.
Trzymała broń obiema rękami i rozglądała się podejrzliwie. Zastanawiała się, czy 

w krzakach nie czają się rebelianci, gotowi zaatakować ją, gdy Murphy zniknie z pola 
widzenia.

Zaczęła wołać go po raz drugi, bez skutku. Zniknął w jednej chwili. Wyparował.
Letty chodziła wokół lasku. Co chwilę spoglądała na zegarek. Murphy odszedł pięć 

minut temu, a ona już się martwiła.

Przekładała   pistolet   z ręki   do   ręki,   zastanawiając   się,   czy   byłaby   zdolna   zabić 

człowieka. Szczerze w to wątpiła.

Lekcje strzelania, których udzielił jej Murphy, uważała za bezcelowe. Może czuł się 

lepiej, zostawiając jej coś do obrony, choć uważała to za bezużyteczne.

Dochodziła piąta, dziewięć godzin po tym, jak Murphy odszedł. Letty zmuszała się, 

żeby nie patrzeć na zegarek. Nie było go o wiele dłużej, niż się spodziewała.

Mogli go złapać. Mogli go zabić.
Nie mógł nawet dać jej znać, że jest w tarapatach. Zabronił ruszać się z miejsca, ale 

właściwie ile czasu ma czekać? Dziewięć godzin to chyba o wiele za długo.

Choć była  to nieprzyjemna  perspektywa,  musiała  pogodzić się  z możliwością,  że 

Murphy nie wróci. Był wprawdzie zawodowcem, ale nie cudotwórcą.

Mógł   się   natknąć   na  grupę   rebeliantów.   Mogli   go  złapać,   kiedy  usiłował   ukraść 

samochód, i zamknąć do więzienia.

Letty obawiała się najgorszego. Zastanawiała się, co teraz zrobić. I czy w ogóle coś 

robić.

Wpadła na pomysł, żeby wrócić po śladach na farmę, ale nie chciała się cofać. Nie po 

tym   nocnym   koszmarze.   Jeżeli   chce   dotrzeć   na   czas   do   Luke’a,   musi   kierować   się 
w stronę San Paulo albo Managna i nie może  całymi  dniami  czekać  na Murphy’ego. 
Zwłaszcza jeśli coś mu się przydarzyło.

Z drugiej  jednak strony Murphy’emu  zależało,  żeby Letty słuchała jego poleceń. 

Nigdy nie miała do czynienia z tak twardym i zarozumiałym mężczyzną. Co robić?

Decyzję podjęła kilka minut później, kiedy usłyszała w pobliżu odgłos strzelaniny.
Murphy był w niebezpieczeństwie. Czuła to. Nie tak, jak czuła niebezpieczeństwo 

zagrażające Luke’owi. Tym razem mówiła jej to kobieca intuicja.

Musi znaleźć sposób, by uratować Murphy’ego.
Nie była pewna, czy postępuje słusznie, ale sięgnęła po plecak i zarzuciła go sobie na 

ramiona.   Ściskając   w dłoni   broń,   skierowała   się   w tę   samą   stronę,   w którą   poszedł 
Murphy.

background image

Rozdział 12

Jack Keller postanowił dać Marcie czas na zastanowienie. Zaskoczyła go chłodnym 

przyjęciem. Z początku był zły, ale potem zmienił zdanie. Właściwie ją rozumiał.

Nie   widzieli   się   od   miesięcy,   a przecież   kobieta   ma   swoją   godność.   Świat   się 

zmienia. Ludzie się zmieniają. Zostawił ją bez słowa. Miała prawo czuć się zawiedziona. 
Chciał jej to wynagrodzić. Kiedy już ją udobrucha, może będzie tak, jak zawsze między 
nimi bywało.

Marcie była kobietą zmysłową. Niełatwo znaleźć tak otwartą i żywiołową w łóżku 

kobietę. Jeszcze rzadsze było to, że nigdy o nic nie pytała ani nie oczekiwała niczego 
w zamian.

Tym razem przyniesie jej w koszu wspaniałe róże, przewiązane wyszukaną jedwabną 

wstążką zamiast bukietu pospolitych kwiatów.

Wystroił   się.   Wprawdzie   nie   w garnitur   i krawat,   ale   w koszulę   prosto   z pralni 

i odprasowane spodnie. Zadzwoniłby najpierw, gdyby wiedział, z jakim przyjęciem się 
spotka.

Samochód Marcie stał przy krawężniku. Keller się uśmiechnął. Trzeba przyznać, że 

jest stała. Kellerowi się to podobało. Od dziesięciu lat mieszkała w tym samym bloku 
i miała ten sam samochód, od kiedy się poznali.

Zadzwonił do drzwi i czekał. Był niemal pewien, że otworzy mu w szlafroku, pod 

którym nie będzie miała prawie nic. O ile pamiętał, kiedy wracała do domu, przebierała 
się w coś wygodniejszego. Zdecydowanie to pochwalał.

Ku   jego   zaskoczeniu   Marcie   otworzyła   drzwi   w białych   szortach   i bezrękawniku 

z golfem.

– Johnny. – Jej głos brzmiał stanowczo. Nie mógł wyczuć, czy się cieszy, że go 

widzi.

– Przyszedłem przeprosić za wtedy. – Wyglądał na skruszonego. – Pewnie uważasz 

mnie za neandertalczyka.

Stała po drugiej stronie szklanych drzwi, z ręką na klamce, jakby nie była pewna, czy 

go wpuścić.

Keller pomyślał, że małe kłamstewko nie zaszkodzi.
– Przyszedłbym wcześniej, ale miałem wypadek. – Czasami trzeba nieco naciągnąć 

fakty, choć rzadko to robił.

– Wypadek? – Zmartwiona otworzyła szeroko ładne oczy.
– Chciałbym z tobą porozmawiać, Marcie. Nic więcej, obiecuję. – Podniósł obie ręce 

na znak, że się poddaje.

background image

Wahała się.
– Proszę. – Mało kto potrafiłby się oprzeć jego wdziękowi. Plan wypalił. Otworzyła 

drzwi.

– Cieszę się, że cię widzę – rzucił, wchodząc do mieszkania. Powiedział to tak, jakby 

miał cholerne szczęście, że żyje.

Był   zaskoczony,   wystrój   mieszkania   bardzo   się   zmienił.   Tylko   meble   zostały   te 

same. W lśniących oknach wisiały jasne zasłony. Obok krzesła stał wiklinowy kosz pełen 
włóczki. Na stoliku do kawy leżało kilka czasopism.

Usiadł, nie czekając na zaproszenie. Dał jej do zrozumienia, że trudno mu stać, co 

właściwie nie było dalekie od prawdy. Od tygodni dokuczał mu ból żeber.

Postawił kosz róż na stoliku do kawy i prawie zwalił się na kanapę.
– Co się stało?
Keller ukrył uśmiech, słysząc troskę w jej głosie.
–   Wypadek   samochodowy.   –   Chciał   jej   powiedzieć,   że   ma   metalową   płytkę 

w głowie,   ale   uznał,   że   mógłby   przesadzić.   –   Jeżeli   nie   masz   nic   przeciwko   temu, 
wolałbym o tym nie rozmawiać.

– Oczywiście. – Jej ciepły, troskliwy głos był jak balsam po odprawie, jaką dała mu 

wcześniej.

Na   chwilę   zaległa   pełna   napięcia   cisza.   Wszystko   toczyło   się   zgodnie   z planem 

oprócz tego, że Marcie  stała w odległym  końcu pokoju. Jakby obawiała  się tego, co 
mogłoby się stać, gdyby usiadła obok. A Keller chciał, żeby usiadła. Gdyby mógł ją 
pocałować raz czy dwa, zmieniłby się ten dziwny stan rzeczy.

Marcie   najwyraźniej   czekała,   żeby   coś   powiedział,   więc   wyciągnął   z zanadrza 

pierwsze, co mu przyszło do głowy.

– Wpadłem nie tylko po to, żeby cię przeprosić. Chciałem ci też podziękować, że 

wyciągnęłaś mnie z więzienia.

– Nie ma za co, Johnny.
– Chciałbym ci okazać, jak bardzo cenię naszą przyjaźńMarcie. Nie wiem, co bym 

bez   ciebie  zrobił.  –  Kilka   miesięcy  temu  wygłupił   się  i został   aresztowany  za   bójkę 
w barze.   Oskarżenia   wprawdzie   wycofano,   ale   gdyby   nie   Marcie,   spędziłby   noc   za 
kratkami. Odsiedziałby swoje, ale Murphy go potrzebował. Musiał zdążyć na samolot.

– Nie jesteś mi nic winien – zapewniła, widząc, że wyciąga portfel. – Przez ten 

wypadek chyba zapomniałeś.

– Na pewno?
– Tak. Tydzień później dostałam czek z banku.
– To dobrze.

background image

Mówiła mu już o tym, ale fakt, że chciał się upewnić, czy nie jest jej nic winien, 

stawiał go w dobrym świetle. Znowu zapanowała krótka, dziwna cisza.

–  Wyglądasz   wspaniale.   –   Nie  przesadzał.   Marcie   naprawdę   świetnie   wyglądała. 

Lepiej niż poprzednio. – Co się zmieniło?

– Wiele rzeczy.
Pochylił się, obejmując kolana ramionami.
– Masz może coś do picia? – O ile pamiętał, Marcie miała dobrze zaopatrzony barek.
– Może być kawa?
W pierwszej chwili pomyślał, że żartuje, ale okazało się, że nie.
– Jasne.
– Z cukrem i śmietanką?
– Nie, czarna.
Wyszła z jadalni, a on został sam. Odczekał chwilę, po czym poszedł za nią do małej 

kuchni.

Marcie była zajęta nastawianiem czajnika. Zerknęła na niego przez ramię.
–   Johnny.   –   Była   zdenerwowana.   Pośpiesznie   dokończyła   ochrypłym   głosem.   – 

Powinieneś o czymś wiedzieć. Spotykam się teraz z kimś innym.

A więc o to chodzi. Cóż, nie była to żadna niespodzianka.
– Jest dla mnie naprawdę dobry.
– Innymi słowy – nie znika na długie miesiące.
Wzruszyła ramionami, jakby nigdy nie przejmowała się jego nieobecnością.
– Cieszę się, kochanie. – Miał ochotę wcisnąć temu facetowi pięść do gardła, ale nie 

mógł pozwolić, by Marcie to wyczuła.

– Naprawdę? – W widoczny sposób jej ulżyło. Pokiwał głową.
– Zasługujesz na wszystko, co najlepsze.
Ekspres do kawy zabulgotał i ciemny płyn popłynął do szklanego dzbanka. Marcie 

odwróciła się i otworzyła  kredens, żeby wyciągnąć dwa kubki. Keller podszedł bliżej 
i przylgnął do jej pleców.

– Pozwól, że ja to zrobię – wyszeptał. Była miękka, ciepła i kobieca. Jej pośladki 

idealnie do niego przylegały. Z natury nie był zazdrosny, ale na myśl o Marcie z innym 
mężczyzną w łóżku zmieniał się w potwora. To go zaskoczyło.

Powoli odsunął się od niej i zdjął dwa kubki.
– Opowiedz mi o nowym chłopaku – zagadnął. Im więcej się dowie, tym łatwiej 

będzie mu zdyskwalifikować konkurenta.

Zauważył,   że   Marcie   lekko   drżą   ręce,   kiedy   nalewała   świeżo   zaparzoną   kawę. 

Uśmiechnął się w duchu. Ta chwila bliskości sprawiła jej taką samą radość, co i jemu. 

background image

Nie była z tego zadowolona, ale nie mogła zaprzeczyć.

– Nazywa się Clifford Cradmen i jest hydraulikiem.
–   Hydraulikiem.   –   Coś   się   nie   zgadzało.   Marcie,   którą   znał,   zanudziłaby   się   na 

śmierć w towarzystwie Clifforda Cradmena. To się nie trzymało kupy.

– Jest zazdrosny? – Keller usiadł na kuchennym krześle.
– Clifford? – Spojrzała na niego pytająco. – Nie wiem. Nigdy nie dałam mu powodu 

do zazdrości.

Nie dała powodu do zazdrości? Marcie?
– Myślisz, że miałby coś przeciwko temu, żebym zaprosił cię na kolację? Chciałem 

ci podziękować, że wyciągnęłaś mnie z więzienia.

– Nie trzeba.
– Przynajmniej tyle mogę zrobić. – Starał się, żeby brzmiało to szczerze. – Jeżeli 

chcesz, mogę się skontaktować z twoim chłopakiem i mu wytłumaczyć. Nie chciałbym 
doprowadzić do nieporozumień między wami.

Marcie spuściła wzrok. Nie miał wątpliwości, że ją kusi.
– „U Cattlemana”. – Rzucił nazwę najdroższej restauracji w mieście. Ich oczy się 

spotkały.

– Zawsze marzyłam, żeby zjeść tam kolację.
Ledwie   się   powstrzymał   z komentarzem,   że   hydraulik   nie   mógłby   sobie   na   to 

pozwolić.

– Więc jak, Marcie? Jutro wieczorem. Wpadnę po ciebie o szóstej. – Zamknęła oczy, 

pokręciła głową i powiedziała pośpiesznie:

– Nie mogę.
– Więc pojutrze. – Nie chciał się poddać. – Jeżeli też ci nie pasuje, sama zaproponuj 

dzień i godzinę.

Odezwała się dopiero po drugiej chwili.
– W sobotę?
Wstrzymała   oddech,   jakby   w dalszym   ciągu   nie   była   pewna,   czy   powinna   się 

zgodzić.

– Niech będzie sobota. – Keller ucieszył się. Czuł się tak, jakby wygrał decydującą 

bitwę. – Będę o szóstej.

– Ale tylko jako przyjaciele – zastrzegła, nie spuszczając z niego wzroku.
– Oczywiście – skłamał. To przyjaciele stają się w końcu najlepszymi kochankami.

background image

Rozdział 13.

Nad   Zarcero   zapadła   noc.   Letty   zgubiłaby   się   zupełnie,   gdyby   nie   światła 

w miasteczku,   które   jak   małe   latarnie   morskie   wskazywały   jej   drogę.   Zeszła   w dół, 
pokonując strome zbocze tak ostrożnie, jak się dało. Przy każdym kroku uważała, by nie 
stracić równowagi. W oddali słychać było pojedyncze strzały.

Księżyc   i gwiazdy   dawały   niewiele   światła.   Kiedy   zbliżyła   się   do   miasteczka, 

usłyszała hałaśliwą muzykę i śpiew. Dopiero po chwili dotarły do niej słowa sprośnej 
piosenki.   Zarumieniła   się,   gdy   je   przetłumaczyła.   Widać   zamieszki   w kraju   nie 
wszystkim przeszkadzały.

Na przedmieściach ukryła się. Zastanawiała się, co robić. Maszerowała cztery czy 

pięć godzin i nie natrafiła na ślad Murphy’ego.

Przyszedł   po   samochód   i najwidoczniej   nie   udało   mu   się.   Prawdopodobnie   go 

złapali.   Letty   postanowiła,   że   najpierw   ukradnie   samochód,   a potem   poszuka 
Murphy’ego. Chociaż słabo znała się na samochodach i silnikach, miała jednak nadzieję, 
że przy odrobinie cierpliwości, posługując się wsuwką do włosów, uruchomi stacyjkę. 
Słyszała, że kartą kredytową można  otworzyć  zamknięte drzwi, a jeśli to prawda, na 
pewno wsuwką można uruchomić samochód.

Przypuszczała,   że   niemało   samochodów   stało   pod   knajpą.   Ale   kradzież   jednego 

z nich i ucieczka były prawie nierealne. Musiała się rozejrzeć.

Bezgłośnie podążała opustoszałą uliczką pod ścianą jakiegoś domu. Z czoła ciekł jej 

pot; bała się, żeby jej nie schwytano. Może powinna poczekać... Po chwili doszła do 
wniosku, że postępuje właściwie. Zmarnowała już cały dzień, bezskutecznie wyczekując 
na   powrót   Murphy’ego.   Starała   się   nie   myśleć,   co   się   z nim   stało   ani   co   oznaczała 
strzelanina.

Myśl, że mógł zostać zabity, sprawiała, że Letty czuła ból w piersi. Pozbyła się jej 

jak   najszybciej.   Postanowiła,   że   najpierw   pojedzie   po   Luke’a,   a potem   wróci   po 
Murphy’ego.

Kiedy rozejrzy się po miasteczku, przemyśli wszystko jeszcze raz, podejmie decyzję 

i wyruszy w drogę.

Miasteczko   sprawiało   wrażenie   opustoszałego.   Wyjątkiem   była   knajpa,   skąd 

dobiegały coraz głośniejsze i bardziej sprośne piosenki. Zdołała wcisnąć się pomiędzy 
dwa budynki i wyjrzała na główną ulicę, na której znajdowała się knajpa. Słysząc śmiech 
i radość, trudno się było domyślić, że kraj pogrążył się w chaosie.

Zgodnie   z przypuszczeniami   Letty   przed   knajpą   stało   sześć   czy   siedem   dżipów 

i mnóstwo   zdezelowanych   trzydziestoletnich   albo   starszych   innych   amerykańskich 

background image

samochodów.

Zdawało się, że ludzi wewnątrz nic nie obchodzi. Drzwi były otwarte na oścież, 

a stoły   wystawione   na   ulicę.   Wokół   nich   krzątało   się   kilka   kobiet   w dopasowanych 
spódnicach   i stylonowych   bluzkach   z głębokimi   dekoltami.   Niektóre   roznosiły   drinki, 
inne bezwstydnie nagabywały mężczyzn i otwarcie zachwalały swoje wdzięki.

Kątem oka Letty zobaczyła, jak żołnierz chwycił kobietę w pasie i posadził ją sobie 

na kolanach. Młoda kelnerka pisnęła z rozkoszy, kiedy zamknął jej usta swoimi. Wijąc 
się na kolanach żołnierza, objęła jego biodra udami. Dysząc, odchyliła głowę, a on ukrył 
twarz w jej obfitym biuście. Ujął w dłonie jej pełne piersi, liżąc i ssąc jej kark.

Letty patrzyła jak zahipnotyzowana. Nie była w stanie odwrócić wzroku. Ci dwoje 

prawie się kochali na oczach wszystkich. Zaschło jej w gardle. Nie mogła zrozumieć, 
dlaczego fascynuje ją ten krzykliwy pokaz erotyczny.

Naraz wszystko pojęła. Tym żołnierzem był Murphy.
Szok był tak wielki, aż ugięły się pod nią kolana. Opierając się plecami o ścianę, 

osunęła się na ziemię.

Murphy. Ten sukinsyn kazał jej czekać godzinami w upalnym słońcu, a sam zabawiał 

się z jakąś... lafiryndą!

Nigdy   nie   była   bardziej   wściekła.   Do   tej   pory   niepokoiła   się   i denerwowała 

przekonana, że go złapali albo jeszcze gorzej. To popołudnie było  piekłem – tak się 
o niego martwiła.

Zaryzykowała życie, żeby dowiedzieć się, co się z nim stało. Wszystko mogło się 

zdarzyć podczas drogi do miasteczka. Ale Murphy’ego to nie obchodziło. Cieszył się 
pewnie, że mają z głowy.

Popełniła fatalny błąd, ufając mu. Ten człowiek nie ma zasad. Żadnej przyzwoitości. 

Miała nadzieję, że umrze powolną śmiercią, w męczarniach. Rozkoszowała się myślą 
o jego cierpieniu.

Złość popchnęła ją do działania. Jeszcze przed chwilą bała się oddychać ze strachu, 

a teraz swobodnie przechodziła od jednego budynku do drugiego, uważając, żeby nie 
rzucać się w oczy. Była ostrożna, bardzo ostrożna, ale nie głupia.

Nie miała pewności co do szans na kradzież dżipa, dlatego zamierzała przeczekać do 

świtu   w miejscowym   kościele.   Do   tej   pory   żołnierze   będą   już   na   tyle   pijani,   że   nie 
zorientują się, co robi.

W pobliżu kościoła usłyszała za sobą czyjeś ostrożne, niemal bezgłośne kroki. Serce 

w niej   zamarło.   Pomyślała,   że   strach   jest   zadziwiającym   zjawiskiem.   Nigdy   nie 
rozumowała bardziej logicznie.

Poczekała,   aż   skradający   zbliży   się   do   niej,   a potem   odwróciła   się,   gwałtownie. 

background image

Myślała, że go przestraszy.

Przed nią stał Murphy.
– Murphy?! – Krzyknęła cicho zaskoczona. Zasłonił jej usta ręką i zaciągnął pod 

kościół.

– Do cholery jasnej, co ty sobie myślisz?
Na początku żołnierskiej kariery Murphy nauczył się, że uczucia są takim samym 

wrogiem, jak uzbrojony przeciwnik. Jeździł na misje bez żadnych emocji. Robił to, za co 
mu płacono, i wracał tak szybko, jak się dało. Przez wszystkie lata pracy w Deliverance 
Company kierował się tymi zasadami.

Potem wdał się w współpracę z jakąś Letty Madden.
Wszystko   zmieniło   się   w   chwili,   kiedy   zgodził   się   towarzyszyć   tej   urzędniczce 

pocztowej w wyprawie do Zarcero. Wkurzała go do maksimum.

Jej ostatnia eskapada i przemykanie ciemną uliczką na terytorium wroga, gdzie była 

widoczna   jak   spuchnięty   palec,   to   najlepszy   dowód   głupoty.   Nieważne,   ile   wypiją 
rebelianci nie przestają być żołnierzami. Zdemaskowanie jej było kwestią czasu.

Murphy   uzbroił   się   w cierpliwość   i czekał,   aż   zapadnie   noc.   Usiadł   w knajpie, 

w „pożyczonym” mundurze buntownika i zbierał cenne informacje. Zanim dołączył do 
towarzystwa, większość żołnierzy była zalana w pestkę. Carlotta, zgrabna kobieta w jego 
ramionach, stanowiła doskonały kamuflaż. Mógł spokojnie zasięgnąć języka.

Wtem   pojawiła  się  Letty   i wszystko  prysło.  Krew   go  zalała.   Miała  szczęście,   że 

skończyło się tylko na tym, że zaciągnął ją do kościoła.

Szarpała   się   i ugryzła   go   w dłoń,   pomiędzy   kciukiem   a palcem   wskazującym. 

Mocno. Murphy zdusił jęk i ścisnął jej szczęk? tak, że go puściła. Mimo bólu trzymał ją 
nadal.

– Do cholery jasnej, co ty wyprawiasz? Chcesz, żebyśmy oboje zginęli? Kazałem ci 

na mnie czekać. – Kiedy odzyska spokój, ukarze ją, że nie posłuchała polecenia.

Letty przycisnęła dłoń do piersi Murphy’ego. Chciała go odepchnąć, ale nawet nie 

drgnął.

– Ty sukin... – Ugryzła się w język i rzuciła mu mordercze spojrzenie.
– Ja? – Nie rozumiał, o co się wścieka. – Słuchaj, mała, ustalmy coś. Kiedy wydaję 

rozkaz, musisz mnie słuchać.

– Ostatni raz mi rozkazywałeś. – Wywinęła się i zrobiłaby mu krzywdę, ale uniknął 

jej kolana.

Jej wściekłość zaintrygowała Murphy’ego. Do diabła, co ją tak wkurzyło? Dopiero 

po jakimś czasie dotarło do niego, że Letty widziała go z Carlottą. Szukając dodatkowego 
zarobku, kelnerka siedziała na jego kolanach i odsłaniała swoje wdzięki.

background image

–   Puść   mnie   –   zażądała   Letty,   wypinając   pierś.   W innych   okolicznościach 

Murphy’ego bawiłoby, że się tak o niego ociera. Ale teraz groziło im niebezpieczeństwo.

– Zamknij się, bo nas zabiją – powiedział.
Rozluźnił uścisk dłoni na jej nadgarstku, ale tylko trochę. Musieli wyjaśnić sobie co 

nieco. Niestety, nie mogli tego zrobić mulicy, gdzie spacerowali żołnierze.

– Puszczę cię, jeżeli przyrzekniesz, że będziesz milczała. – Czekał, aż się zgodzi. 

Zrobiła to niechętnie jednym stanowczym ruchem głowy.

Murphy,   zadowolony,   objął   ją   ramieniem   i prawie   zaciągnął   w głąb   zaułka. 

Wyprowadził ją z miasteczka. Zatrzymał się dopiero, kiedy był pewien, że nikt ich nie 
usłyszy.

– Nie będę tolerował niesubordynacji – powiedział z wściekłością.
– Nie będziesz musiał – odpowiedziała spokojnie. – Zwalniam cię. Był pewien, że się 

przesłyszał.

– Zwalniasz?
– Sama znajdę Luke’a.
Nie mógł się powstrzymać i wybuchnął śmiechem.
– Naprawdę?
– Zwalniam cięż twoich obowiązków. – Odprawiła go teatralnym gestem.
– Jak daleko dojdziesz, zanim cię złapią?
– Dalej niż dzisiaj. Jak długo miałeś zamiar trzymać mnie na tym skwarze, kiedy ty 

i ta... ta kobieta się...

– Dzięki tej kobiecie nie zostałem zdemaskowany. – Najwyraźniej zapomniała, że to 

dla niej ryzykował.

– Dobrze wiem, co miałeś dzięki tej kobiecie – wycedziła Letty przez zęby. Każde 

słowo przepełnione było niesmakiem.

Murphy miał już tego dość. Jeżeli chciała go odprawić, nie miał nic przeciwko temu. 

I tak był przekonany, że to strata czasu.

– Wspaniale. Cudownie. Dawno się tak nie cieszyłem. – Odwrócił się i zamierzał 

odejść.

Był nadal wściekły. Po wszystkim, co przeszedł, spotkało go takie podziękowanie. 

Letty nadaje do czubków. On zresztą też, skoro pojechał z nią do Zarcero.

Cóż. Robota skończona. Umywa  ręce od niej i jej świętego braciszka. Po co mu 

kłopoty.

Zatrzymała go, zanim zdążył zrobić krok.
– Poczekaj!
Szybko wrócił jej rozum, pomyślał zadowolony. Potrzebowała go. Myli się, jeżeli 

background image

myśli,   że   natychmiast   do   niej   wróci.   Niesubordynacji   nie   miał   zamiaru   tolerować. 
Niczyjej, a już na pewno nie tej zwariowanej kobiety.

Odwrócił się i zobaczył, że Letty klęczy na ziemi i grzebie w plecaku.
– Nie będzie mi to potrzebne. – Oddała mu pistolet. Trzymała broń w dwóch palcach, 

jakby miała do czynienia z trędowatym i bała się zarazić.

Broń. Letty wkurzyła go do tego stopnia, że zapomniał o jedynej rzeczy, którą jej 

zostawił, żeby nie była bezbronna.

– Zanim odejdziesz – powiedziała wyprostowana – chcę ci powiedzieć, że jesteś 

najpodlejszym, najbardziej niemoralnym i pozbawionym skrupułów mężczyzną, jakiego 
kiedykolwiek poznałam.

Brwi Murphy’ego uniosły się. Zachichotał.
– Aż tyle czasu potrzebowałaś, żeby się o tym przekonać? – Aż wrzała ze złości.
Murphy był zachwycony. Spełnił swój obowiązek, a nawet zrobił o wiele więcej, niż 

powinien. Letty Madden była teraz zdana na siebie, z czego on niewymownie się cieszył.

Schował pistolet do kabury.
– Powodzenia w szukaniu brata.
– Niepotrzebne mi powodzenie – oświadczyła. – Bóg jest ze mną.
– Jeśli tak, to nie wiem, do czego byłem ci potrzebny – odpowiedział Murphy bez 

złośliwości.

– Szczerze mówiąc, ja też nie.
Dużymi,   pewnymi   krokami   wspinał   się   po   stromym   zboczu.   Bez   problemów 

powinien dotrzeć na farmę tej nocy. Rano porozmawia z Juanem i zawiadomi Carlosa. 
Jeśli wszystko pójdzie gładko, za dwa dni będzie w Boothill.

background image

Rozdział 14.

Z   przyczyn,   których   Luke   prawdopodobnie   nigdy   nie   pozna,   przestano   go 

torturować.  Ból stał  się teraz  do zniesienia,  a wraz z tym  niespodziewanym  zwrotem 
w sytuacji powróciła wola przetrwania. Po raz pierwszy, od kiedy go schwytano, chciało 
mu się żyć.

Nie dawało mu spokoju mgliste wspomnienie odwiedzin Rosity. Czy to się zdarzyło 

naprawdę? Nie wiedział. Z jakiegoś powodu Bóg pozwolił, by do niego przyszła. Nie 
wiedział, czy była to wizyta w wyobraźni, czy realna. Mimo to był wdzięczny.

Próbował usilnie, ale nie mógł sobie przypomnieć, co mówiła, jeśli rzeczywiście go 

odwiedziła.

Pamiętał, że dręczył go najgorszy ból i wydawało mu się, że nie zniesie dalszych 

męczarni, kiedy zjawiła się Rosita. Odgarnęła mu włosy z czoła i szeptała pocieszające 
słowa. Swoją miłością i odwagą kładła balsam na jego rany.

Serce Luke’a było pełne miłości do Rosity. Planował z nią wspólną przyszłość.
Luke   wierzył,   że   Bóg   posłał   go   do   niespokojnej   Ameryki   Środkowej   z jakiegoś 

szczególnego powodu. Spędził w Zarcero dwa lata, zanim odkrył, czego Bóg chciał go 
nauczyć.

Miłości.
Nie do prostych wieśniaków, którym poświęcał większość czasu. Od wielu lat serce 

Luke’a było przygotowane, by ich kochać i pokrzepiać. W rewanżu miejscowi polubili 
go i zaakceptowali.

Nie. Bóg wysłał go do Zarcero, żeby nauczyć  go miłości,  jaka łączy mężczyznę 

i kobietę. Uczucia, jakie mogło być udziałem jego rodziców, gdyby go nie zaprzepaścili.

Luke nie mógł sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy zobaczył Rositę. To nie jej 

uroda go oczarowała, choć była piękniejsza, niż mógł to wyrazić.

Każdego ranka, po drodze do sklepu, w którym pracowała, odprowadzała swojego 

młodszego brata i siostrę do szkoły prowadzonej przez misjonarza. Wiele razy mówił jej 
„dzień dobry”, zanim spojrzał na nią tak, jak mężczyzna patrzy na kobietę.

Poświęcił życie dla służby bożej. Nieszczęśliwe małżeństwo rodziców sprawiło, że 

postanowił spędzić życie w samotności.

Służba   misyjna   mogła   kolidować   z życiem   rodzinnym.   Nie   chciał   dokonywać 

trudnych wyborów pomiędzy potrzebami podopiecznych a rodziną.

Paul   Madden   nigdy   nie   pozbierał   się   po   odejściu   żony.   Żył   przepełniony 

wątpliwościami i poczuciem winy do końca swoich dni.

Ojciec Luke’a kochał żonę całym sercem i duszą. Kiedy zostawiła go z dwojgiem 

background image

dzieci  dla innego mężczyzny,  wziął całą winę na siebie. Gdyby był  lepszym  mężem 
zamiast   dobrym   pastorem...   Gdyby   więcej   uwagi   poświęcał   swojej   żonie,   a mniej 
parafii... Nigdy sobie tego nie wybaczył. Nigdy się ponownie nie ożenił. Nigdy nie dał 
miłości drugiej szansy.

Luke   przyrzekł   sobie,   że   nie   popełni   tego   samego   błędu.   Oczywiście,   miłość 

stanowiła   dla   niego   pokusę.   Był   podatny   na   wdzięki   atrakcyjnych   młodych   kobiet. 
Podobało mu się wiele dziewcząt.

Ale   nigdy  ktoś   taki   jak   Rosita.   Była   dobra   i miła,   delikatna   i czuła.   Mieszkańcy 

Managna   ją   kochali.   Każdy,   kto   ją   znał,   nie   mógł   się   oprzeć   jej   dobroci   i subtelnej 
urodzie.

Upłynęły miesiące, zanim zwrócił na nią uwagę. Z Rosita było inaczej. Okazało się, 

że jej młodsze rodzeństwo samo potrafiłoby dotrzeć do szkoły. Z czułością wypominała 
Luke’owi, że jest najbardziej tępym mężczyzną we wszechświecie.

Nie miał co do tego wątpliwości.
Dopiero po kilku miesiącach odważył się umówić się z nią na randkę. Kiedy mieli 

pójść razem na kolację, był zdenerwowany jak nigdy. Miał dwadzieścia siedem lat, a czuł 
się jakby znowu miał siedemnaście.

Przyszedł po Rositę, porozmawiał po przyjacielsku z jej ojcem, pogłaskał po głowie 

siostrę   i pożartował   z bratem.   Rosita   wyszła   w ślicznej   białej   zwiewnej   sukni 
z czerwonym paskiem. Luke oniemiał z wrażenia.

Kiedy odprowadzał ją do domu, był przekonany, że jego towarzystwo musiało się 

Rosicie wydać najnudniejszym pod słońcem. Tylko on ponosił winę za tę katastrofę.

Był nie tylko zdenerwowany, ale przede wszystkim zdał sobie sprawę, że kocha tę 

kobietę. To była prawdziwa miłość.

Nie   przyjechał   do   Zarcero   szukać   żony   i zakładać   rodziny.   A potem   Bóg 

Wszechmogący, w swej mądrości, zachwiał w posadach jego poukładanym światem.

Zamiast radować się z tego cudu, zamiast dziękować Bogu za ten nieoczekiwany dar, 

Luke postanowił, że nie chce mieć do czynienia z miłością. Przeszkodziłaby mu w pracy. 
Miłość odciągnęłaby go od celu, jaki sobie postawił.

Miał nadzieję, że czasem zniknie fizyczny pociąg, jaki czuł do tej pięknej młodej 

kobiety. Ale tak się nie stało. Wręcz odwrotnie – uczucie wzrastało i rozkwitało, nie 
podsycone ani pocałunkiem, ani dotykiem.

Luke napisał do siostry, prosząc o modlitwę z powodu głębokiej wewnętrznej walki, 

ale nie wyjaśnił jej, z czym się zmaga. Mimo że byli sobie bliscy, obawiał się, że siostra 
go nie zrozumie.

Oboje mieli taki sam pogląd na temat miłości i małżeństwa. Ona śpieszyła się do 

background image

stanu małżeńskiego nie bardziej niż brat.

Unikał  Rosity  przez  dwa  miesiące,  aż   w końcu   natknął   się  na  nią   przypadkowo, 

odwiedzając starszą wdowę, panią Esparza.

Oboje   byli   zaskoczeni,   kiedy   Rositą   otworzyła   drzwi.   Czytała   coś   schorowanej 

dziewięćdziesięcioczteroletniej kobiecie i wtedy po raz pierwszy pani Esparza spokojnie 
zasnęła.

Luke chciał szybko wyjść, żeby uniknąć pokusy. Mimo że nigdy tego nie robił, od 

razu znalazł wymówkę. Obiecał, że przyjdzie później.

Zanim   wyszedł,   odwrócił   się   i spojrzał   na   Rositę.   Siedziała   przy  łóżku   staruszki 

z pochyloną głową. Miała oczy pełne łez.

Kiedy spytał ją, co się stało, zarumieniła się i wyjaśniła, że coś jej wpadło do oka. 

Luke po raz drugi odwrócił się do drzwi. Ale nie wyszedł.

Czuł się zmęczony walką z tym, czego pragnął najbardziej. Zmęczony udawaniem 

silnego. Zmęczony ignorowaniem głosu serca.

Tego popołudnia Luke zrozumiał, czego Bóg chciał go nauczyć – miłości.
Luke   był   mężczyzną,   a próbował   żyć   jak   święty.   Potrzebował   kuksańca,   by 

zaakceptować   i docenić   ludzką   stronę   swojej   natury.   Tak   długo   lekceważył 
i prześladował swoje ciało, że kiedy w końcu je uwolnił, omal go nie poniosło na skraj 
przepaści.

Od   tej   pory   wiedział,   że   albo   będzie   głosił   jedno,   a żył   inaczej,   albo   ożeni   się 

z Rositą.   Dwa   tygodnie   przed   zamachem   stanu   Luke   poprosił   Rositę   o rękę   i został 
przyjęty.

Wiedział, że powinien poprosić ją, by dzieliła z nim życie i służbę, bo tego chciał 

Bóg.

Nie   mógł   się   doczekać   dnia,   kiedy   staną   się   małżeństwem.   Chciał   znaleźć 

równowagę   w życiu;   kontynuować   pracę   w misji   i być   jednocześnie   dobrym   mężem 
i ojcem.

Otworzył   oczy   i rozejrzał   się   po   okratowanej   celi   więziennej.   Z nowym   zapałem 

zaczął   modlić   się   o przyszłość.   Tego   wieczoru   zmusił   się   nawet,   by   przełknąć   kilka 
kęsów niejadalnej strawy, którą przyniesiono do celi. Chciał, by powiedzieć to głośno, 
więc podniósł się na pryczy, wzniósł oczy ku niebu i wyszeptał:

– Chcę żyć.

background image

Rozdział 15.

Złość była dla Letty uczuciem obcym i nieprzyjemnym. Siedziała po ciemku i trzęsła 

się z wściekłości po odejściu Murphy’ego.

Poczuła się fizycznie chora, kiedy zobaczyła  go z tą... kobietą. Jak chował twarz 

w jej piersiach, całował w szyję. Gotowało się w niej na samą myśl o tym.

Pozbyła się go na dobre. Nie miała wątpliwości: zaufała nieodpowiedniej osobie. 

Była to bolesna i droga lekcja. Przez Murphy’ego jest jeden dzień do tyłu. A kto może 
wiedzieć, ile czasu zabawiałby się z tą ladacznicą.

Na   pewno   miał   ją   za   idiotkę,   kiedy   go   zwolniła.   Zrobiła   to   pod   wpływem 

wściekłości. Musi poradzić sobie sama.

W blasku księżyca widać było wieżę kościelną. Chociaż Luke mieszkał w Zarcero 

niecałe   dwa   lata,   był   znany   i kochany   przez   społeczność   wierzących.   Wystarczyło 
skontaktować się z innym księdzem czy pastorem, a oni z pewnością zaprowadzą ją do 
brata.

Skierowała się w stronę kościoła katolickiego. Szła bardzo ostrożnie. Na ulicy przed 

stuletnią   budowlą   panowała   ciemność   i cisza.   Wysokie,   masywne   drzwi   wskazywały 
wejście.

Letty długi czas obserwowała ulicę. Bała się, że jeżeli wyjdzie na otwartą przestrzeń, 

złapią   ją.   Jej   strach   był   bezpodstawny.   Murphy   kręcił   się   tutaj   cały   dzień   w tym 
idiotycznym mundurze i nikt go nie zdemaskował.

Wzięła   głęboki   oddech,   wyłoniła   się   z ciemności   i szybko   pobiegła   pod   kościół. 

Kiedy pokonała kilka niskich stopni, serce waliło jej jak młotem, jakby miało zamiar za 
chwilę eksplodować.

Ulżyło jej, gdy okazało się, że budynek nie jest zamknięty. Ciężkie drewniane drzwi 

otworzyły się ze zgrzytem, gdy nacisnęła klamkę.

Weszła do przedsionka i usłyszała dziwny brzęk. Oślepiło ją światło, więc podniosła 

dłoń, żeby osłonić oczy.

Najpierw zauważyła, że nie ma ławek. Zamiast nich w kościele stało pełno biurek. 

Siedzieli przy nich żołnierze. Mnóstwo żołnierzy.

Usłyszała dziwny dźwięk.
Zamarła. Lufy tuzina karabinów mierzyły prosto w jej serce. To miejsce nie było już 

domem bożym. Było centrum dowodzenia rebeliantów.

Im   bardziej   Murphy   się   oddalał,   tym   większa   ogarniała   go   złość.   Aż   zaczął 

przeklinać. Najpierw pod nosem, potem głośniej, aż w końcu musiał powstrzymać się od 
krzyku. Nie poprawiło mu to humoru.

background image

I wiedział dlaczego.
Postanowił wrócić, mimo że Letty go zwolniła. Przeklinał dzień, w którym spojrzał 

na tę kobietę. Postępował wbrew temu, co nakazywał rozsądek.

Robił   to   ze   względu   na   własne   sumienie.   Gdyby   coś   jej   się   stało,   a to   wielce 

prawdopodobne, bo nie tylko jest głupia, ale też naiwna, Murphy nigdy by sobie tego nie 
wybaczył.

W dodatku zapewnił ją, że odnajdzie brata, choć dobrze wiedział, że tego pożałuje.
Nie   ulegało   wątpliwości,   że   sam   miałby   większe   szansę   na   uratowanie   Luke’a 

Maddena, ale nie mógł zostawić Letty na pastwę losu.

Chociaż bardzo by tego chciał.
Irytowała go. Była karą za jego grzechy.
Po drodze do wioski Murphy opanował emocje. Powinien się kierować zdrowym 

rozsądkiem. Poradzi sobie z rebeliantami. Przez ostatnie lata radził sobie w podobnych 
sytuacjach. Doszedł do perfekcji w sztuce maskowania i upodabniania się do otoczenia. 
Nieznanym elementem, który przysparzał mu najwięcej kłopotów, nie byli  rebelianci. 
Była nim Letty.

Wcale by się nie zdziwił, gdyby ich wydała, jak tylko zobaczy, że wrócił. Nie ma 

rozumu za grosz.

Z   knajpy   nadal   dochodziła   głośna   muzyka.   Zabawa   się   jeszcze   nie   skończyła 

i podejrzewał, że będzie trwała do rana.

Szedł ulicą pewnie, jakby wypełniał ważny rozkaz. Nikt go nie zatrzymał i Murphy 

wątpił, żeby ktoś to zrobił.

Stanął   dopiero   przy   końcu   głównej   ulicy.   Jedyną   budowlą   w okolicy   był   stary 

kościół. Prawie nie zwrócił na niego uwagi. Chociaż...

Światła o tej porze nocy? W kościele?
Coś było nie tak.
Letty   posadzono   na   krześle   ze   związanymi   z tyłu   rękami.   Spoglądała   w górę   na 

przywódcę rebeliantów, kapitana Norte. Nie dała po sobie poznać, że się boi.

– Jak się pani dostała do Siguierres? – spytał Norte łamaną angielszczyzną.
Powiedziała mu prawdę.
– Przyszłam – oznajmiła spokojnie.
Uderzył   ją   w twarz.   Krew   wypełniła   jej   usta.   Zmrużyła   oczy,   zszokowana 

i zaskoczona przemocą. Chyba miał ochotę uderzyć japo raz drugi.

–   Zamknąć   ją.   Niech   przez   jakiś   czas   posiedzi   sobie   w towarzystwie   szczurów. 

Zobaczymy, czy to rozwiąże jej język – zwrócił się do dwóch żołnierzy.

Żołnierze   stanęli   po   obu   stronach   Letty,   ściągnęli   ją   z krzesła   i wyprowadzili   za 

background image

drzwi. Nocne powietrze chłodziło jej rozpaloną twarz. Ostrożnie poruszyła ustami. Nigdy 
nie sądziła, że uderzenie może tak bardzo boleć.

Dwaj eskortujący ją mężczyźni zaczęli ze sobą szeptać. W pierwszej chwili Letty nie 

mogła zorientować się, o czym rozmawiają. Potem dotarło do niej, że nie zaprowadzą jej 
od razu do więzienia. Postanowili się z nią trochę zabawić.

– Nie. – Zaczęła odpychać ich łokciami. Usiłowała ich przekonać, że kapitan będzie 

bardzo niezadowolony, kiedy dowie się, że nie wykonali rozkazu.

Przerażona tłumaczyła im, że skoro chcą zaprowadzić nowy porządek, w kraju nie 

mogą się uciekać do godnych pogardy aktów przemocy wobec niewinnych kobiet.

Mówiła szybko, myślała z trudem i każde kolejne błaganie dowodziło, że to nie ma 

sensu. Ci dwaj nie mieli zamiaru odmówić sobie przyjemności.

Letty wyrywała się i krzyczała. Zaciągnęli ją za budynek i pchnęli na twardą ziemię. 

Upadła na plecak.

Jeden   z mężczyzn   przyciskał   jej   ramiona   do   ziemi.   Musieli   trzymać   ją   obaj. 

Pozwolili,   żeby   się   rzucała   i wiła,   aż   w końcu   opadła   z sił.   Potem   jeden   z nich 
przyklęknął i rozerwał jej bluzkę.

Letty zamknęła oczy. Nie chciała na niego patrzeć. Wrzasnęła, kiedy poczuła dotyk 

jego szorstkich rąk na swojej gładkiej skórze. Kopała i rzucała się, jakby wstąpiła w nią 
nowa siła, ale nic nie wskórała. Mężczyzna rozchylił jej nogi i zaczął rozpinać zamek 
w jej dżinsach.

Żołnierz, który ją przytrzymywał, ponaglał drugiego. Letty zaczęła szlochać. Straciła 

wolę walki i możliwość stawiania oporu.

Mężczyzna położył się na niej i przygniótł do ziemi.
W tym momencie rozległ się przeraźliwy huk. Ziemia zadrżała. Wybuch zakołysał 

całym miastem. Płomienie wystrzeliły aż do nieba, a huk stawał się coraz potężniejszy.

–   Wybuchło   paliwo!   –   krzyknął   przerażony   mężczyzna.   Puścił   Letty   i uciekł. 

Żołnierz,   który   na   niej   leżał,   przejął   się   tylko   na   chwilę.   Pomagając   sobie 
przedramieniem,   podźwignął   się   i zacisnął   rękę   na   jej   gardle,   odcinając   dopływ 
powietrza. Przestała się zmagać z przeciwnikiem. Traciła siły.

Pomyślała, że zaraz się udusi, i wtedy uścisk zelżał. Ramię żołnierza zsunęło się 

z gardła Letty. Sapnęła i wzięła głęboki haust świeżego powietrza. Napastnik leżał daleko 
od niej. Jego otwarte oczy były martwe, a na twarzy malował się wyraz śmiertelnego 
przerażenia.

Letty zaczęła szlochać. Spojrzała w górę na swojego wybawiciela. Była pewna, że 

ma przywidzenia.

Murphy pochylił się i podał jej rękę.

background image

– Chodź! – krzyknął. – Musimy stąd wiać, i to szybko.
Nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Murphy schylił się i wziął ją na 

ręce. Kiedy się ocknęła, siedziała na przednim siedzeniu dżipa, który czekał z zapalonym 
silnikiem.

Błyskawicznie opuścili miasto, zostawiając za sobą tuman kurzu.
Murphy   jechał   z zawrotną   prędkością.   Letty   robiła,   co   mogła,   żeby   nie   wypaść 

z dżipa. Kiedy zwolnił, dotarła do niej groza ostatnich wydarzeń. Jej ciałem wstrząsał 
dreszcz.

Murphy spojrzał na dziewczynę.
– Dobrze się czujesz?
Szlochając, uderzyła pięścią w jego ramię.
– Wróciłeś...
– Nie masz mi za co dziękować.
Objęła się ramionami, bo zimna, brutalna rzeczywistość tego, co przeżyła, nie dawała 

jej spokoju.

– Wszystko w porządku? – mruknął Murphy. Zamknęła oczy i pokiwała głową.
– Na pewno?
Tak, do diabła, na pewno.
– Wszystko będzie dobrze – pocieszył ją.
Letty   umiała   sobie   radzić   z jego   złością,   oschłością   i wrogością.   Nie   wiedziała 

jednak, jak przyjąć jego czułość. Otarła łzy z twarzy i pociągnęła nosem.

– Dziękuję wyszeptała.

background image

Rozdział 16.

Marcie   siedziała   obok   Johnny’ego   przy   eleganckim   stole,   przykrytym   lnianym 

obrusem. Sytuacja wydawała jej się absurdalna. To była ich pierwsza prawdziwa randka, 
a przecież   przez   prawie   dwa   lata   byli   kochankami.   Oprócz   niewiarygodnego   seksu 
łączyły   ich   miłe   chwile   przy   posiłkach   na   wynos,   ale   nigdy   się   nie   umawiali.   Nie 
w pełnym tego słowa znaczeniu.

Od   czasu   do   czasu   Johnny   przynosił   jej   prezenciki,   jakieś   niedrogie   błyskotki 

w dowód   wdzięczności.   Wyrównywał   rachunki,   uświadomiła   sobie   ze   smutkiem.   Do 
niedawna podarunków od niego nie traktowała jako formy zapłaty, ale nadszedł czas, 
żeby spojrzeć prawdzie w oczy.

Pluszowy miś od Clifforda był pierwszym prezentem od mężczyzny, z którym nie 

poszła do łóżka.

Dotychczas   dziewięćdziesiąt   pięć   procent   spotkań   Marcie   i Johnny   spędzali 

w jedwabnej pościeli. Wiedziała bardzo niewiele o nim i o jego życiu. Głównie to, że 
Johnny   jest   mężczyzną   z krwi   i kości   i ma   fizyczne   potrzeby.   Te   właśnie   potrzeby 
zdominowały wszystkie ich spotkania.

Zgodziła   się   na   kolację,   niepewna,   czy   dobrze   robi.   Ponieważ   czuła   się   winna, 

przypadkiem wspomniała o spotkaniu z Johnnym Cliffordowi. Wyjaśniła mu, że dawny 
przyjaciel  przyjechał  do miasta  na dzień czy dwa i wyraziła  nadzieję, że nie ma  nic 
przeciwko temu.

Czasami trudno było zgadnąć, co Clifford rzeczywiście myśli. Jego jedyną wadą, 

o ile to można nazwać wadą, była urzekająca grzeczność.

Marcie nie miała wątpliwości, że Clifford nie jest zachwycony, ale wspaniałomyślnie 

pozwolił jej iść na kolację z Johnnym i życzył, żeby się dobrze bawiła. Powiedział, że 
zadzwoni. Na tym się skończyło.

– Wiesz już, co zamówić? – Johnny odłożył na bok kartę.
Marcie   była   oszołomiona   cenami.   Za   jeden   posiłek   tutaj   zapłaciłaby   tyle,   co   za 

zakupy na cały tydzień.

– Mały filet? – powiedziała niepewnie.
Uśmiechnął się szeroko, jakby dokonała najlepszego wyboru.
Była zaskoczona, że tak bardzo się denerwowała. Nie z powodu Johnny’ego. Łatwo 

się z nim rozmawiało – jeżeli mieli czas na rozmowę. Ale nie była przyzwyczajona do 
wizyt w wykwintnych restauracjach, gdzie kelnerzy nosili smokingi, a nakrycie składało 
się nie tylko z noża i widelca.

– Miałaś problemy, żeby wytłumaczyć się z naszego spotkania Cliffordowi? – spytał, 

background image

jakby się tym martwił.

– Clifford nie jest typem zazdrośnika. Johnny wziął kartę win.
– Wygląda na poczciwinę.
– Jest dla mnie bardzo dobry. Lepszy niż inni.
Pojawił   się   kelner.   Johnny   złożył   zamówienie   i poprosił   o butelkę   drogiego 

francuskiego wina, bordeaux.

Przy posiłku miło gawędzili. Zwykle, kiedy mężczyzna gdzieś ją zabierał, Marcie 

była skazana na słuchanie długiego monologu. Czasami miała wrażenie, że mężczyźni się 
boją,   że   nie   ma   mózgu   albo   własnego   zdania.   A może   bali   się   tego,   co   ma   do 
powiedzenia.   Podejrzewała,   że   w jej   towarzystwie   chcieli   odpocząć   od   wojujących 
feministek.

Marcie często stykała się z mężczyznami, którzy chcieli wywrzeć na niej wrażenie 

i udowodnić, że są fascynujący, inteligentni i wspaniali. Zwykłe bez zbędnych ceregieli 
zamierzali   zaciągnąć   ją   do   łóżka   i dowieść,   jakimi   są   wspaniałymi   kochankami.   Co 
najczęściej mijało się z prawdą.

Przed   trzydziestką   Marcie   wiedziała   już   wiele   na   temat   stosunków   damsko   – 

męskich. Zdawała sobie sprawę, że wolni mężczyźni zwykle uważają, że panna w jej 
wieku rozpaczliwie  szuka męża.  Marcie rzeczywiście  chciała  mieć  męża  i dzieci,  ale 
wymagała od mężczyzny  o wiele więcej. Tęskniła za partnerstwem, wspólnotą celów 
i tym przed czym nieustraszeni mężczyźni uciekali w siną dal. Odpowiedzialnością.

Nie potrzebowała wina, żeby się odprężyć. Była szczęśliwa jak chyba nigdy dotąd. 

Johnny był inteligentny i miał gest.

W porównaniu z nim Clifford, drogi, kochany Clifford, wydawał się ograniczony 

i tępawy. Dla niego miły wieczór sprowadzał się do seansu filmowego i torby popcornu. 
Clifford był solą ziemi, a Johnny – pieprzem życia. Marcie zbyt długo stosowała łagodną 
dietę, chciała spróbować czegoś ostrzejszego.

Gdy Johnny wszedł do salonu fryzjerskiego, Marcie wiedziała, że go pragnie. Ale 

dopóki nie umówili się na kolację, nie miała pojęcia jak bardzo.

Johnny tak pokierował rozmową, żeby napomknąć, w jak niesamowity sposób się 

kochali.   Jego   ciemnoniebieskie   oczy   iskrzyły   się   łobuzersko,   kiedy   wspominał,   jak 
podniecająco na siebie działali.

Mówił cichym, uwodzicielskim głosem. Marcie, schwytana w pułapkę wspomnień, 

czuła, jakby powoli wciągał ją wir. Stała się pożądającą, spragnioną ofiarą.

Oczy   Johnny’ego   obdarzyły   ją   spojrzeniem   pełnym   podziwu,   jakby   była   jedyną 

kobietą, z którą zaznał tego niesamowitego cudu.

Opanowała kołatanie serca. Johnny powoli wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. Nie miała 

background image

wątpliwości, co znaczył ten gest. Pożądał jej, Potrzebował. Szalał bez niej.

Ogarnęły ją sprzeczne uczucia. Zaszła przecież tak daleko i tyle się nauczyła. Johnny 

chciał jaz tej drogi zawrócić.

–   Marcie...   –   Jej   imię   zabrzmiało   w ustach   Johnny’ego   jak   delikatne   błaganie. 

Próbował powiedzieć, że bez niej oszaleje. Marcie chciała być potrzebna, chciała, żeby 
jej pragnął.

Jej miłość i ciało ukoiłyby jego ból, uleczyły cierpienie i odegnały kłopoty. Przyszedł 

do niej. Właśnie do niej.

Usiłowała sobie uzmysłowić, że rano będzie się czuła wykorzystana jak idiotka. Ale 

pragnienie wzięło górę nad strachem i wyrzutami sumienia.

Powoli   wsunęła   dłoń   w jego   rękę.   Johnny   zamknął   oczy   i westchnął   z wielką 

wdzięcznością   i ulgą.   Zacisnął   palce   na   jej   ręce   i przeniósł   dłoń   Marcie   pod   stołem. 
Hipnotyzując   ją   wzrokiem,   przycisnął   dłoń   Marcie   do   twardego   wzgórka   w swoim 
kroczu i uśmiechnął się szeroko.

Zabrakło jej tchu, kiedy poczuła siłę jego erekcji.
Johnny   przedłużył   oczekiwanie.   Zamówił   deser,   a potem   kawę.   Jego   oczy   wiele 

obiecywały. Zapłacił rachunek, zostawiając hojny napiwek.

Parkingowy przyprowadził samochód. Marcie nie mogła już oddychać z podniecenia. 

Johnny jechał do jej mieszkania z ogromną prędkością, tak bardzo jej pożądał.

Milczeli.
Marcie nie zadała sobie trudu, żeby zaproponować mu kawę, a on nie pytał, czy 

może wejść. Zaparkował samochód, wysiadł i poszedł za nią.

W   mieszkaniu   od   razu   wziął   ją   w ramiona.   Ich   pierwsze   pocałunki   pełne   były 

gorącego pośpiechu. Johnny miażdżył jej usta. Musiała się od niego oderwać, bo brakło 
jej tchu. Po chwili palący, słodki ogień wzrósł, a pożądanie sięgnęło zenitu.

Niewiarygodnie zmysłowe usta i dłonie Johnny’ego wędrowały po ciele Marcie, jej 

piersiach, biodrach i pośladkach. Zdjął z niej bluzkę, potem stanik i zaczął łakomie ssać 
jej   piersi,   rozpinając   jednocześnie   zamek   spódnicy.   Zachowywał   się   jak   chłopiec 
w sklepie   ze   słodyczami,   który   nie   może   się   zdecydować,   jakich   łakoci   najpierw 
spróbować.

Marcie   kilka   razy   jęknęła   cicho   i niecierpliwie.   Pomogła   mu   się   rozebrać. 

Zaprowadziła do sypialni, zasypując wilgotnymi, dzikimi pocałunkami. Johnny podniósł 
ją i delikatnie położył na łóżku.

Tak   jak   przy   deserze   i kawie   przeciągał   czas   oczekiwania.   Dłońmi   i ustami 

doprowadził ją do tego, że jęczała z pragnienia. Pożądała go tak rozpaczliwie, że bała się, 
czy nie zwariuje.

background image

– Zdążymy – zapewnił chrapliwym szeptem. – Mamy całą noc, kochanie, całą noc.
Marcie   niecierpliwie   wyciągnęła   do   niego   ramiona,   uderzając   głową   w coś 

miękkiego i puszystego.

Johnny wziął misia i zrzucił go z łóżka.
Miś.   Prezent   od   Clifforda.   Dał   go  Marcie,   żeby   pamiętała,   jak   bardzo   ją   kocha. 

Jedyny podarunek, jaki dostała od mężczyzny, który nie oczekiwał nic w zamian.

To podziałało na nią jak kubeł zimnej wody.
Zaczął ją całować, ale ona odwróciła twarz.
– Nie mogę. – Johnny zamarł.
– Czego nie możesz?
– Kochać się z tobą.
–   Złotko,   trochę   za   późno   na   wyrzuty   sumienia.   Przecież   już   się   kochamy.   – 

Roześmiał się serdecznie, jakby brał to za głupi dowcip.

Marcie odzyskała siły i podniosła się  łóżka. Niepewnie trzymając się na nogach, 

podeszła do szafki i pośpiesznie zarzuciła na siebie szlafrok.

–   Masz   papierosa?   –   spytała   drżącym   głosem.   Rzuciła   palenie,   ale   teraz   chciała 

zapalić. Bardziej niż kiedykolwiek odkąd pozbyła się nałogu.

– Papierosa? – Johnny siedział na brzegu łóżka i drapał się po głowie. – Czy zwykle 

nie robiliśmy tego po wszystkim?

– Już nie palę. – Uświadomiła sobie, że prosiła o papierosa. – To znaczy, czasami 

palę, kiedy jestem bardzo zdenerwowana.

Johnny zanurzył dłonie we włosach.
– Coś mi się tu nie zgadzaMoże mi wyjaśnisz? Do cholery, co się stało?
– To długa historia. – Przypomniała sobie, że powinna mieć gdzieś paczkę salemów. 

Podeszła do kredensu i przeszukała górną szufladkę. W końcu znalazła papierosa.

Trzęsły jej się ręce i nie mogła go zapalić. Zaciągnęła się, wydmuchnęła dym w górę 

i zaczęła tak kaszleć, jakby miała wypluć z siebie wnętrzności.

Poszła do łazienki i wyrzuć zapalonego papierosa do toalety.
– Marcie, kochanie, powiek co się stało?
– Masz prawo być zły. – Weszła do pokoju i podniosła misia. Przycisnęła go do 

brzucha jak tarczą.

– Nie jestem wściekły – zapewnił łagodnie. – Po prostu nie rozumiem.
– Chodzi o Clifforda.
– O Clifforda? – powtórzy’ Johnny, jakby nie był pewien, czy dobrze zapamiętał 

imię. – Twojego nowego chłopaka?

– Tak – kiwnęła głową.  –  nigdy niczego ode mnie nie chciał. – Jej wzrok pobiegł 

background image

w stronę łóżka, jest miły i dobry...

– Ja też będę dla ciebie dobry kochanie. – Jego słowa były ciężkie od aluzji. – Daj mi 

tylko szansę, a pokażę ci, jak może być dobrze.

–   Nie   w tym   sensie   „dobry”   –   Zdała   sobie   sprawę,   że   usiłuje   się   tłumaczyć. 

Odgarnęła włosy z twarzy. – Clifford nic ode mnie nie chce – powiedziała ostro.

Johnny otworzył szeroko oczy.
– Hej, przecież nie zaprosiłem cię na kolację, żeby...
– Wiem, wiem – przerwała mu – Nie mam pojęcia, jak ci to wytłumaczyć. Jest miły, 

wierny i...

– Cały czas mówisz o Cliffordzie, tak?
–   Tak.   Nie   mogłabym   go   zranić   tylko   dlatego,   że   ty   się   pojawiłeś.   –   Nadal 

przyciskała pluszowego zwierzaka do brzucha.

Johnny nie odpowiedział.
– Masz prawo być wściekł Nie miałabym ci za złe, gdybyś wyszedł i nie chciał mnie 

więcej widząc – I pewnie tak byłoby najlepiej dla nas obojga.

Johnny milczał dalej. Kompletnie nagi wstał i pozbierał swoje rzeczy.
– Może napilibyśmy się kawy? – zaproponował.
– Kawy?
– Mocnej. Bardzo mocnej.
Pokiwała głową.
Johnny poszedł do łazienki.
– Mógłbym skorzystać z prysznica?
– Oczywiście.
Zamknął drzwi od łazienki, a Marcie przypomniało się, że kurek z ciepłą wodą źle 

się odkręca.

–  Nie   przejmuj   się   –  wymamrotał,   kiedy  mu   o tym   powiedziała.   Pocierał   dłonią 

twarz. – Gorąca woda nie będzie mi potrzebna.

background image

Rozdział 17.

Murphy   zaparkował   dżipa   na   poboczu   wyboistej   drogi   i przestudiował   mapę. 

Trzymał się z daleka od głównych arterii, ale nie był na tyle głupi, aby sądzić, że udało 
im się uciec.

Wysadzając w powietrze zbiornik z paliwem, wywołał zamieszanie, dzięki któremu 

uratował Letty. Kapitan Norte na pewno tego nie zapomni ani nie puści płazem. Ale 
kapitan Norte był najmniejszym zmartwieniem.

Na szyi Murphy’ego zaciskała się pętla. Na szyi Letty również. Ale kapitan i jego 

banda zbirów najpierw będą musieli go znaleźć, a Murphy miał zamiar, jak najbardziej 
im to utrudnić.

Zorientował się, gdzie się znajdują, złożył mapę i schował do plecaka.
Letty   spała   niespokojnie   u jego   boku.   Zasnęła   dopiero   po   kilku   godzinach. 

Zmęczenie wzięło nad nią górę.

Murphy   nie   umiał   pocieszać   kobiet.   Nie   wiedział,   co   powiedzieć,   żeby   się 

rozchmurzyła,   więc   prawie   się   nie   odzywał.   To   przez   niego   Letty   omal   nie   została 
zgwałcona.   Nie   mógł   sobie   darować,   że   ją   zostawił.   Była   naiwna   i głupia,   ale   on 
zachował się podobnie.

Nie wiedział, jak długo go nie było. Pół godziny, może czterdzieści minut. I w tym 

czasie Letty zdążyła wpakować się w taką kabałę.

Murphy przestał się obwiniać. Było już po wszystkim. Żołnierz, który zaatakował 

Letty, nie żył, a oni byli już daleko od Siguierres.

Letty poruszyła się, usiadła i potarła ręką kark.
– Jak długo spałam?
– Kilka godzin.
Czuł, że na niego patrzy, i że się waha.
– Ja... Myliłam się.
Murphy wrzucił pierwszy bieg.
– Kiedy?
– Powinnam była czekać, jak mi kazałeś. Źle zrobiłam, że za tobą poszłam. Tylko że 

dziesięć godzin to strasznie długo, kiedy się czeka. Usłyszałam strzały i nie wiedziałam, 
co się z tobą stało, i... Nieważne. Popełniłam błąd. To wszystko moja wina i... – zamilkła.

– O ile sobie przypominam, zwolniłaś mnie – zauważył surowo.
– Tego też nie powinnam była robić.
– Racja. – Nie miał zamiaru kłócić się o rzeczy  oczywiste. Dostała już porządną 

nauczkę. – Co mi oferujesz, żebym wrócił?

background image

Objęła się ramionami w obronnym geście.
– Nie martw się, tym razem warunki będą inne.
– Czego chcesz?
Wyczuł obawę w jej głosie.
– Jednego i tylko jednego. Będziesz robić to, co ci każę i kiedy każą, bez dyskusji. 

Jeżeli znowu nie posłuchasz, to koniec. Jasne?

Pokiwała głową.
– Dobrze. Skoro to już wyjaśniliśmy, znajdźmy twojego brata i zabierajmy się stąd.
Na drodze były tak głębokie koleiny, że mogłyby w nie wpaść mniejsze zwierzęta. 

Byli  na tyle  daleko  od bitej  drogi,  że Murphy przestał  się niepokoić,  że  ich znajdą. 
Zwolnił nieco.

Martwił się o Letty.  Nie lubił dużo gadać podczas  wykonywania  zadania i ucinał 

wszelkie rozmowy. Chociaż podporządkowała się tej zasadzie, wiedział, że korciło ją, 
żeby   pytać.   Ale   nie   dzisiaj.   Milczenie   było   najlepszym   dowodem,   że   groźba   gwałtu 
bardzo nią wstrząsnęła.

– Jesteś głodna?
– Trochę.
– Niedługo się zatrzymamy.  – Gdyby był innym mężczyzną, wziąłby ją w ramiona, 

ale   czułość   była   mu   obca.   Nie   umiał   pocieszać   zrozpaczonych   kobiet.   I był   prawie 
pewien, że w tej chwili najmniej potrzebowała i pragnęła dotyku mężczyzny.

– Chciałabym się wykąpać.
Wykąpać? Rany boskie, czego ona się spodziewała? W tej dżungli raczej nie natkną 

się na luksusowy kurort.

Pamiętał z mapy, że w pobliżu było małe jeziorko.
Odkąd wyjechali z Hojancha, cały czas pięli się pod górę. Roślinność stawała się 

coraz   bujniejsza.   Teren   różnił   się   zdecydowanie   od   rozgrzanej,   suchej   ziemi,   którą 
opuścili dwa dni temu.

Murphy   znalazł   miejsce   na   zaparkowanie   dżipa.   Letty   skubała   śniadanie,   a on 

obszedł   jezioro   dookoła,   żeby   sprawdzić,   czy   nie   wpakowali   się   w sam   środek 
okupowanego przez rebeliantów terytorium.

– Idź się wykąpać – powiedział, kiedy wrócił. Zdjął kapelusz i otarł ręką pot z czoła.
Letty zawahała się.
– Nikt nie będzie mnie podglądać?
– Nie ma tu żywej duszy.
Podziękowała   mu   niewyraźnym:   uśmiechem   i poszła   się   rozebrać   za   niskim 

krzakiem.

background image

Murphy wsiadł do dżipa, odchylił oparcie i usiłował zasnąć. Od ponad trzydziestu 

godzin był na nogach i dawało mu się to we znaki.

Usłyszał plusk wody, kiedy Letty wchodziła do jeziora. W jego umyśle pojawił się 

obraz jej ciała. Walczył zaciekle, by odpędzić wizję. Na próżno.

Wyobrażał sobie jej piersi i mlecznobiałą skórę. Pot wystąpił mu na czoło.
– Murphy...
Zaklął pod nosem.
– Co znowu? – spytał grubiańsko.
– Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale masz może mydło?
Był pewien, że za chwilę poprosi o krem do twarzy i dezodorant. Ugryzł się w język 

i sięgnął do plecaka.

– Chwileczkę. – Wysilił się na uprzejmość.
– Dziękuję. Naprawdę nie cierpię ci przeszkadzać.
Nie miał co do tego wątpliwości. Znalazł mydło i poszedł na brzeg jeziora. Fale 

uderzały zapraszająco o piaszczysty brzeg. Wesoło szczebiotały ptaki. Był zadowolony, 
że ktoś jest szczęśliwy.

Letty zanurzyła się po szyję. Z krystalicznie czystej wody wystawały białe jak mleko 

ramiona. To wystarczyło. Murphy zacisnął zęby ze złości na widok paskudnego siniaka, 
którego nie było widać pod bluzką.

– Rzuć mydło. Złapię. – Wyciągnęła ręce. Przez chwilę Murphy widział jej pełne 

piersi.

Rzucił mydło w jej stronę, odwrócił się szybko i wrócił do dżipa.
– Woda jest cudowna.
Wymamrotał coś pod nosem. Nie był w nastroju do pogawędek.
– Powinieneś sam się przekonać. Już ci robię miejsce.
Pokusa była silna, o wiele silniejsza, niż powinna. Murphy mógłby być mądrzejszy, 

ale było mu gorąco, czuł się wykończony i potrzebował czegoś. Sam nie wiedział czego.

Zanim   zdążył   zastanowić   się   nad   tym,   co   robi,   usiadł   na   piasku   i zdjął   buty. 

W rekordowym tempie zrzucił z siebie ubranie. Wszedł do wody w samych slipkach.

Oczy Letty z każdym jego krokiem robiły się coraz większe.
– Myślałam, że poczekasz, aż wyjdę.
– Ale nie poczekałem. – Nie wiedział, czego od niego oczekiwała. Zanurzył się do 

pasa i zanurkował. Był pod wodą tak długo, aż poczuł, że za chwilę pękną mu płuca.

Cholera, ale mu było dobrze.
Rozejrzał się i zobaczył, że Letty nie ruszyła się z miejsca.
– Chcesz mydło? – spytała nieśmiało, odwrócona do niego plecami.

background image

–   Tak.   –   Podpłynął   do   niej   i zatrzymał   się   na   tyle   daleko,   żeby   nie   czuła   się 

skrępowana. Odszukał stopami dno i stanął. Woda sięgała mu do piersi. Letty wyciągnęła 
kostkę mydła, jakby była złota.

– Murphy?
Jej głos był pełen uczucia. Murphy przestał się kontrolować.
– Tak?
– Muszę... ci coś powiedzieć – odezwała się przez ściśnięte gardło.
– Teraz?
– Tak. – Śmiała się i płakała. – Teraz, dopóki jeszcze mam odwagę.
Umysł kobiecy był dla Murphy’ego zagadką. Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego 

wybrała chwilę, kiedy oboje byli prawie nadzy.

– Chcę ci podziękować za to, że uratowałeś mnie przed tymi żołnierzami. – Każde 

słowo wymawiała z trudem.

Miał ochotę wyjaśnić, na czym polega jego rola. Był tu, żeby ją chronić, wwieźć do 

tego kraju i wywieźć tak szybko i bezpiecznie, jak to możliwe. Chyba zapomniała, że nic 
by się nie stało, gdyby oboje robili to, co powinni. To była niezła lekcja.

Otarła mokrą twarz.
– Mógłbyś... czy mógłbyś mnie na chwilkę przytulić? – spytała rozbrajająco.
Nim zdążył zareagować, znalazła się w jego objęciach. Przywarła do niego tak, jakby 

był liną zwisającą nad przepaścią. Jej ręce zacisnęły się wokół szyi Murphy’ego. Ukryła 
twarz na jego ramieniu. Szlochała cicho.

– Byłam taka przerażona.
– Tak. Jasne. – Nie bardzo wiedział, co powiedzieć czy zrobić. Delikatnie poklepał 

japo plecach. Starał się, jak mógł, nie zwracać uwagi na miękkość jej skóry.

– Gdybyś wtedy nie przyszedł...
– Już po wszystkim.
– Chciał mnie zabić – oznajmiła z przekonaniem. – Chciał mnie zgwałcić, a potem 

udusić. Ścisnął mi gardło i nie mogłam oddychać.

– Już po wszystkim, kochanie.
Przywarła do niego. Jej skóra była chłodna i jedwabista. Ciało Letty dotykało jego 

ciała. Murphy nie był z kamienia. Nie mógł nie zauważyć, że jej piersi ocierają się o jego 
tors, nie mógł nie czuć, że jej nogi dotykają jego nóg.

Zacisnął zęby i objął Letty w talii. Trzymał  ją pewnie i bezpiecznie w ramionach. 

Potrzebowała jego siły, ochrony i poczucia bezpieczeństwa. Tego w nim szukała.

– Chodź – wyszeptał i pogłaskał japo głowie. – Musimy jechać.
Potaknęła i otarła łzy.

background image

– Będziemy przyjaciółmi?
Wolał nie odpowiadać na to pytanie. Uniosła głowę i ich oczy spotkały się.
– Będziemy przyjaciółmi? – spytała po raz drugi.
Letty   Madden   i on.   Nieprawdopodobne.   Miał   niewielu   przyjaciół.   Starannie 

dobranych.   Był   bronią   do   wynajęcia.   Nie   chciał,   żeby   go   traktowała   jak   błędnego 
rycerza, dlatego tylko że zabił bydlaka, który chciał ją zgwałcić.

– Nie, dziękuję, złotko. Mam już tylu przyjaciół, że się nie wyrobię. – Wiedział, że 

tymi słowami ją dotknie i obrazi, ale nie było innej rady. Przyjechali do Zarcero wykonać 
zadanie. Kiedy skończą, Letty Madden zniknie z jego życia, a on z jej.

Letty odchyliła głowę i wpatrywała się w niego.
– Jesteś okropnym sukinsynem?
– Tak. – Nie mógł zaprzeczyć. – Lepiej o tym pamiętaj.
Szedł w stronę brzegu.
– Czas ruszać w drogę – powiedział stanowczo. – Za pięć minut jedziemy.
Letty wynurzyła  się z wody,  robiąc  więcej  hałasu niż  czołg.  Wzniecała  fontanny 

wody, dając upust swojej frustracji, jak przystało na wzgardzoną kobietę.

Murphy szybko się ubrał i miał niezły ubaw, ale skrył uśmiech.
Jego rozbawienie  szybko  minęło,  bo zorientował  się, że ktoś  ich obserwuje. Nie 

wiedział gdzie ani kto. Jeszcze nie. W ciągu lat pracy miał wykształcony szósty zmysł.

– Letty... – powiedział cicho i spokojnie.
Nie zareagowała.
– Staraj się nie zwracać na siebie uwagi i podejdź do mnie.
Coś w jego głosie musiało ją zaalarmować o niebezpieczeństwie. Podniosła ubranie 

i podeszła do niego.

– Ktoś tu jest – wyszeptała. Uśmiechnął się szeroko.
– Tak. Wiem.

background image

Rozdział 18.

Jack   Keller   wrócił   do   swojego   mieszkania   około   drugiej   w nocy.   Wszedł,   rzucił 

klucze na stół i krążył bez celu po pokoju stołowym, pocierając kark. Tej nocy sprawy 
przyjęły   niespodziewany   obrót.   Miał   Marcie   w garści.   Skomlała   o to,   czego   oboje 
pragnęli. Nagle poprosiła o papierosa i zaczęła wymieniać zalety Clifforda.

Jack miał prawo być zły. Kobieta nie może doprowadzać mężczyzny do miejsca, 

z którego   nie   ma   odwrotu,   a potem   się   wycofywać.   Marcie   właśnie   to   zrobiła.   Był 
sfrustrowany. Musiał spędzić dziesięć minut pod zimnym prysznicem, żeby ochłonąć. 
Czuł się rozczarowany. Do cholery, pożądał jej. Musiał wypić pół czajnika mocnej kawy, 
żeby odzyskać jasność umysłu.

Cały   czas   nie   bardzo   rozumiał,   co   jest   między   Marcie   a Cliffordem.   Był   prawie 

pewien, że nie jest zakochana  w hydrauliku.  Marcie pragnęła  jego i nie miało  to nic 
wspólnego z męską próżnością. Uwielbiał, jak na jego widok świeciły jej się oczy. Jego 
dotyk   ją   podniecał   i fascynował.   Była   zmysłowa   i szczera,   co   –   jak   się   przekonał   – 
rzadko się zdarzało wśród kobiet. Martwił się, bo zrozumiał, że jeśli nie zacznie działać 
szybko, to ją straci. Nie dla jakiegoś wyszczekanego prawnika, ale dla hydraulika.

Jack  przyznał,   że   nie   doceniał   Marcie.   Nie   darzył   jej   takim   zaufaniem,   na  jakie 

zasługiwała. Myślał, że łatwo ją będzie zaciągnąć do łóżka. Kolacja, miła pogawędka. 
Pocałunek.   Cholera,   nawet   tyle   nie   było   trzeba.   Zanim   podano   kolację,   tak   siebie 
pragnęli, że ledwie mogli usiedzieć na krzesłach. Wszystko się zmieniło, kiedy znaleźli 
się w jej mieszkaniu.

Zanim Marcie odsunęła się od niego, Jack pomyślał, że zaraz ją będzie miał. A tu – 

nie. No, ale zawsze lubił wyzwania. Marcie była kobietą w pełnym tego słowa znaczeniu 
– i w łóżku, i poza nim. Dobrze by było, żeby o tym pamiętał.

Myślał tylko o Marcie i przyjemności, jaka ich czekała. Zawziął się, żeby ją mieć. Do 

diabła, tylko czy mu się to uda? Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie wybrałaby 
hydraulika zamiast niego. Kobiety potrzebowały podniety, przyjemności, przygody. On 
mógł im to wszystko dać.

Co z tego, że Clifford wygrał pierwszą rundę? Rozgrywka dopiero się rozpoczęła. 

Jack był pewien, że to on będzie górą, i, szczerze mówiąc, spodziewał się, że nie potrwa 
to długo. Wystarczy mieć dobry plan i łup należy do niego.

Podniecał się na samą myśl o tym.
Był zbyt  pobudzony, żeby zasnąć. Włączył  telewizor i usiadł przed ekranem. Nie 

zdążył przelecieć wszystkich kanałów, gdy dzwonek u drzwi zabrzęczał długo i głośno.

– Co u licha? – spojrzał na zegarek. To nie jest pora na wizyty.

background image

Przez wizjer zobaczył  dwóch przystojniaczków.  Mogliby być  bliźniakami,  gdyby 

jeden   nie   był   o dobre   piętnaście   centymetrów   wyższy   od   drugiego.   Od   obu   biła 
poprawność. Oficjalność. Wzniosłość. Ważność.

Wyższy niecierpliwie nacisnął ponownie dzwonek.
Jack   nie   miał   ochoty   otwierać.   Był   podenerwowany   i nie   miał   zamiaru   o tak 

barbarzyńskiej porze użerać się z jakimiś dupkami, agentami federalnymi.

Po namyśle uznał, że wcale nie poprawi im nastroju, jeżeli każe im siedzieć całą noc 

na schodach. Z trudem opanował irytację i otworzył drzwi.

–   Przepraszamy,   że   przeszkadzamy   o tej   porze   –   powiedział   niższy.   Wyciągnął 

identyfikator z wewnętrznej kieszeni marynarki i pokazał Kellerowi. Ken Kemper. CIA. 
Drugi mężczyzna – Barry Moser – również pokazał identyfikator.

Jack, niewzruszony, założył ręce i oparł się o framugę drzwi. Czekał.
– Czego panowie ode mnie chcą?
– Musimy zadać panu kilka pytań.
– Teraz? – Jack wymownie spojrzał na zegarek, dając im do zrozumienia, że o tej 

porze są ciekawsze rzeczy do roboty. Ma towarzystwo. Czeka na niego film.

–   Możemy   zrobić   to   tutaj   albo   zabrać   pana   do   miasta   –   zasugerował   Barry 

monotonnym, obojętnym głosem. – Jak pan woli.

W   ten   sposób   dano   mu   wybór,   którego   naprawdę   nie   było.   Westchnął   głośno 

i zaprosił ich gestem ręki do środka.

– Czujcie się jak u siebie w domu, panowie.
Dwaj agenci weszli do środka. Jednocześnie, jak roboty, usiedli na kanapie.
Jack niechętnie sięgnął po pilota i wyłączył telewizor.
– Rozumiem, że jest pan przyjacielem człowieka, który posługuje się nazwiskiem 

Murphy.

Jack potarł szczękę i udał głupiego.
– Murphy?
–   Nie   bawmy   się   w kotka   i myszkę   –   powiedział   Kemper   z niecierpliwością.   – 

Wiemy wszystko o panu, Murphym i Deliverance Company.

– Nie przyszliśmy tu w sprawie tajnej działalności – dodał Moser.
Jack mógłby się założyć.
– Więc po co?
– Gdzie jest Murphy?
– Nie wiem. – Nie było to dalekie od prawdy. Ostatnia wiadomość od niego, to 

informacja nagrana na sekretarce. Dowiedział się z niej, że Murphy jedzie do Zarcero 
z kobietą o nazwisku Madden. I że wcale nie wydawał się zadowolony z tego powodu.

background image

– Nie wie pan, gdzie jest Murphy? – spytał po raz drugi Ken Ważniak.
– Sprawdzali panowie w Boothill w Teksasie?
– Nie ma go – odpowiedział Moser, potężniejszy. – Tak się dziwnie składa, że nie ma 

też Letty Madden.

– Letty jak? – Jack udawał głupiego. Co nie było wcale trudne. Na starość spowolniał 

i stał  się  beztroski.  Idiotyczne   wpadki.  Nauczył   się  niegdyś,  że  za  pomyłki   płaci   się 
życiem. Ci dwaj mężczyźni siedzieli w pobliżu mieszkania i czekali na jego powrót. A on 
ich nie zauważył.

– Letty Madden – powtórzył Barry. – Jest urzędniczką na poczcie w Boothill.
– Nie słyszałem o niej.
Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia, ale nie sprzeczali się z nim.
– Nie sądzi pan, że to co najmniej dziwne, że tych dwoje zniknęło w tym samym 

czasie?

Jack wstrzymał się z odpowiedzią przez kilka pełnych napięcia chwil.
– Myśli pan, że Murphy ją porwał? Jeżeli tak, to sprawą powinno się zająć FBI.
Mężczyźni zbyli tę sugestię milczeniem.
– Słyszał pan kiedyś o Zarcero? – spytał znowu Ken.
Jack   udawał,   że   waży   w myślach   nazwę.   Potem   odezwał   się   jak   uczniak,   który 

odrobił pracę domową:

– Jest to kraj w Ameryce Środkowej, który przeżywa zamach stanu, tak?
– Brat Letty, Luke Madden, pracował w Zarcero jako misjonarz.
Obaj mężczyźni oczekiwali jakiejś reakcji. Jack nie zareagował.
– Z tego, co wiemy,  panna Madden uparła się, żeby odnaleźć  brata. Jest na tyle 

zawzięta, że mogła zlekceważyć oficjalne rady i pojechać na poszukiwanie brata.

– Czy to przestępstwo?
– Zależy, do czego się posunie.
Jack głośno stłumił  ziewnięcie.  Miał nadzieję, że ci dwaj zrozumieją aluzję. Nie 

wyciągną   od niego  żadnej   informacji.  Nawet  jeżeli   miałby  coś  do  zaoferowania,  nie 
podzieliłby się tajemnicą z agentami CIA.

– Co to wszystko ma wspólnego z Murphym? – Udawał, że ta rozmowa go męczy.
Agenci   nie   za   bardzo   kwapili   się,   żeby   mu   odpowiedzieć.   Najwyraźniej   woleli 

zadawać pytania.

–   Jesteśmy   przekonani,   że   panna   Madden   zatrudniła   pańskiego   przyjaciela,   żeby 

pomógł jej odnaleźć brata.

– Naprawdę? – Jack uniósł brwi. Udawał, że po raz pierwszy słyszy tę wiadomość. – 

Panom się wydaje, że urzędniczka pocztowa może sobie pozwolić na usługi Deliverance 

background image

Company?

– Nie Deliverance Company – poinformował go zdegustowany Kemper, niższy. – 

Jesteśmy przekonani, że zatrudniła Murphy’ego.

–   Po   co   miałaby   to   robić,   skoro   wystarczyło,   żeby   skontaktowała   się   z ludźmi 

z Departamentu Stanu, którzy z pewnością byli gotowi jej pomóc? Przecież Departament 
Stanu   chętnie   udzieliłby   wsparcia   zrozpaczonej   kobiecie,   która   chce   odnaleźć 
zaginionego   brata.   Gdybyście   tylko   nałożyli   jakieś   sankcje   i wykazali   się   odrobiną 
dyplomacji,  Luke  Madden wróciłby do domu,  śpiewając  hymny  pochwalne  na cześć 
demokracji. Alleluja, bracia! – zaśpiewał, wznosząc ręce nad głowę i machając dłońmi.

Mężczyźni nie byli rozbawieni tym przedstawieniem.

– Słyszał pan kiedyś o Siguierres? – Kemper przesunął się na kanapie, zmniejszając 

odległość między nimi.

– Siguierres – powtórzył Jack i absolutnie szczerze zaprzeczył ruchem głowy.
– Dostaliśmy wiadomość, że doszło tam do wybuchu.
– Zbiornik na paliwo – uzupełnił drugi.
– Robota jest podejrzanie podobna do wyczynów pańskiego kolegi, Murphy’ego.
– Czy to prawda? – Jack powstrzymał uśmiech i leniwie oparł się na krześle, a ręce 

podłożył sobie pod głowę

– Nie wiemy, czy pański kumpel utrzymuje z panem kontakt – oznajmił sztywno Ken 

i wstał. Barry zrobił to samo. – Ale jeżeli tak, mamy dla niego pewne informacje.

– Co panów skłania do przypuszczenia, że Murphy się ze mną skontaktuje?
– Może to, że jesteście siebie warci – rzucił wyższy.
–   Z tego,   co   wiem,   Murphy   pewnie   łowi   ryby   w Zatoce   Meksykańskiej.   –   Jack 

wzruszył   ramionami,   jakby   dając   im   do   zrozumienia,   że   zajęcia   jego   przyjaciela 
pozostają dla niego tajemnicą.

– Jeżeli Murphy się do pana odezwie, proszę mu powiedzieć, że tym razem posunął 

się za daleko.

– Chwileczkę – powiedział Jack i wstał z krzesła. Podszedł do stolika i wyjął kartkę 

i pióro. – Jeszcze raz. Jak pan powiedział? Muszę być pewny, że dobrze zapamiętałem. 
Nie chciałbym źle przekazać tak ważnej informacji. „Posunął się za daleko?” To mam 
mu powtórzyć? Czy coś jeszcze, koledzy?

Mężczyźni popatrzyli na niego i wyszli bez słowa.
Jack zamknął za nimi drzwi, zmagając się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Kumpel 

zalazł im chyba za skórę. Jack zastanawiał się, w co też mógł wpakować się Murphy. 
Wyglądało na to, że radzi sobie całkiem nieźle.

background image

Rozdział 19.

Nie ruszaj się – polecił Murphy stanowczym szeptem. Sam zaczaił się za dżipem. – 

Nawet nie oddychaj. Pokiwała głową. Była spięta. Miała serce w gardle. Wydawało się, 
że nawet ptaki na drzewach umilkły.  Wokół panował dziwny bezruch. Murphy wyjął 
broń i starannie namierzył cel.

Letty   ukucnęła   za   samochodem   i usiłowała   myśleć   trzeźwo.   Zmysły   miała   tak 

wyostrzone,  że  najmniejszy nawet szmer  wydawał  jej  się hukiem.  Między drzewami 
przeleciała purpurowa ara. Jej kolorowe skrzydła  odbijały się na tle błękitnego nieba 
i bujnej   zieleni   dżungli.   Ptaki   nawoływały   się   głośnym   śpiewem,   kontrastującym 
z panującą   ciszą.   Grube   zielone   liście   falowały   i powiewały   na   wietrze.   Dzień   był 
nieopisanie piękny. I pełen śmiertelnych niebezpieczeństw. Dźwięki pasowały do siebie 
jak części skomplikowanych puzzli, które w umyśle Letty tworzyły całość. Nie pasował 
tylko jeden dźwięk: ściszone głosy.

Letty zamarła. Nie ruszała się, nie oddychała, nie wydała najmniejszego odgłosu. 

Murphy stał tuż przy niej. On też usłyszał to samo i skierował broń tam, skąd dochodził 
dźwięk. Letty przyjrzała mu się. Wiedziała, że rozważał, jakie mają szansę na ucieczkę 
i jaki mają wybór. Ucieczka albo walka.

Letty   doskonale   zdawała   sobie   sprawę,   co   się   z nią   stanie,   jeżeli   ich   złapią. 

Przekonała się zeszłej nocy, do czego są zdolni rebelianci. Ze strachu nie była w stanie 
trzeźwo myśleć, ale była na tyle przytomna, żeby szeptać słowa modlitwy.  Jeżeli ma 
umrzeć, wolała, żeby stało się to szybko. Nie tyle bała się samej śmierci, co procesu 
umierania.

Przeanalizowała sytuację i zrozumiała, że nie ma szansy na ucieczkę. Utknęli nad 

jeziorem i nie mieli odwrotu. Każdy żołnierz – a nie wiadomo, ilu się tam ukrywa – 
z pewnością jest uzbrojony po zęby. Murphy będzie się bronił, dopóki da radę, ale jeden 
człowiek niewiele może zdziałać. Ona w żaden sposób nie mogła mu pomóc. Sobie też 
nie.

Zaschło jej w gardle i nie mogła przełknąć śliny. Pomyślała o Luke’u i o swoim ojcu. 

O babci. Jej umysł był zadziwiająco sprawny, trzeźwy i jasny.

Nagle w napiętej  ciszy rozległ  się stłumiony szloch,  podobny do płaczu  dziecka. 

Przerażonego i zagubionego.

– Murphy.  – Niezdarnie starała się ubrać. Jakoś wciągnęła sukienkę przez głowę 

i wsunęła ręce w rękawy. – To dziecko.

– Słyszałem. – Ale nadal trzymał broń wycelowaną i gotową do strzału. – Wychodź! 

– zawołał po hiszpańsku.

background image

Letty zmrużyła oczy. Biedactwo było przerażone. Groźny głos Murphy’ego nikogo 

nie zachęciłby do wyjścia z ukrycia.

– Nie zrobimy ci krzywdy – dodała Letty łagodniej, także po hiszpańsku. – Jesteś 

bezpieczny.

Po tych słowach ich oczom ukazała się śniada dziewczynka, na oko dwunastoletnia. 

Trzymała   na   ręku   niemowlę.   Wyszła   na   polanę,   bosa,   w porwanym   ubraniu. 
Przypatrywała   się   Letty   dużymi   brązowymi   oczami.   Miała   pusty,   zmęczony 
i wystraszony wzrok.

– Boże święty – wyszeptał Murphy, kiedy z krzaków po kolei wyłoniło się czworo 

dzieci. Na oko miały od pięciu do dziesięciu lat.

Były przerażone. Drżały i dygotały. Zbiły się w gromadkę, niepewne, co je czeka.
Murphy   zadał   im   kilka   pytań,   ale   najwyraźniej   były   zbyt   przestraszone,   żeby 

odpowiadać.

Letty wyszła zza dżipa. Murphy wciągnął spodnie i poszedł za nią.
– Gdzie są wasi rodzice? – spytała Letty najstarszą dziewczynkę.
Młodszy chłopiec, na oko pięcioletni, zaczął szlochać. Dziewczynka, która trzymała 

niemowlę, położyła opiekuńczo dłoń na jego ramieniu.

– Nie wiemy.
– Jak się nazywacie? – spytał Murphy.
Letty   zgromiła   go   spojrzeniem.   I bez   jego   krzyku   dzieci   były   porządnie 

przestraszone. Najstarsza dziewczynka przedstawiła się jako Maria. Jej bracia nazywali 
się: Vincente, Esteban, Rico, Dario, a niemowlę – Pablo.

– Przyszli żołnierze – wytłumaczył Vincente. Z jego ciemnych oczu biła rezygnacja 

i nieufność. – Napadli na naszą wioskę wcześnie rano. Mama nas obudziła i pomogła 
nam uciec przez okno... Powiedziała, żebyśmy pobiegli i schowali się w dżungli. Tak 
zrobiliśmy.

– Potem usłyszeliśmy strzały.
–   Kiedy   żołnierze   poszli   –   powiedziała   szeptem   Maria.   Jej   oczy   błyszczały 

z przerażenia na wspomnienie tego, co się stało – wróciliśmy, ale w wiosce nikogo nie 
było.

– Wszystkie domy były puste.
– Znaleźliśmy tylko Carlosa, Juana i Ernesto. Nie żyli. – Vincente, który nie miał 

więcej niż jedenaście lat, wyprostował plecy, jakby chciał przez to powiedzieć, że gdyby 
on tam był, pomógłby uratować mężczyzn. Letty uderzyło to, że chłopak beznamiętnie 
wyliczył  trzech  zabitych.  Wyglądało  na to, że żołnierze  mieli  w zwyczaju  plądrować 
wioskę. Podobne zdarzenia były na porządku dziennym.

background image

– Pochowaliśmy ich najlepiej, jak umieliśmy. – Maria zabawiała małego braciszka, 

podrzucając go delikatnie na biodrze.

– Nikogo nie było? – spytała Letty. – Dokąd mogli ich zabrać żołnierze? – Spojrzała 

na Murphy’ego, oczekując odpowiedzi. Miał doświadczenie. Na pewno wie, co robić. 
Dzieci również zwróciły się ku niemu w oczekiwaniu.

Wzruszył ramionami, jakby to wszystko było dla niego tak samo zagadkowe, jak dla 

nich.

– Na ogół interesują ich tylko mężczyźni.
– Dlaczego?  – Letty zorientowała  się, że Murphy nie udzieli  odpowiedzi. Żadna 

odpowiedź nie nadawała się dla dzieci.

– Kiedy to się stało? – Murphy nie zwrócił uwagi na jej dociekliwość.
– Trzy dni temu.
– Trzy dni! – krzyknęła Letty.  Nic dziwnego, że dzieci były tak wycieńczone. – 

Pewnie umieracie z głodu. – Nie czekając na pozwolenie Murphy’ego, zabrała niemowlę 
z ramion dziewczynki i ułożyła sobie w ramionach. – Kiedy ostatni raz to dziecko coś 
jadło?

Słysząc o jedzeniu, dzieci otoczyły ją jak pisklęta, chroniące się przed burzą. Letty 

podejrzewała, że Murphy’emu się to nie spodoba, ale nie okazał niezadowolenia. Nie 
sprzeciwił się, kiedy wyjęła ich skromne zapasy.

Dzieci jadły jak zwierzątka. Wpychały, co mogły, do ust i do kieszeni. Letty patrzyła 

na nie z bólem serca. Chciałaby móc dać im więcej. Kiedy skończyły, podziękowały jej 
bladymi, żałosnymi uśmiechami.

Murphy nie przestawał zasypywać dzieciaków pytaniami. Chciał wyciągnąć z nich 

jak najwięcej informacji. W końcu Letty spojrzeniem dała mu znać, żeby przestał. Te 
biedactwa wycierpiały już wystarczająco dużo.

Pomogła im się umyć  i uczesać. Przez cały czas zastanawiała się, co zrobić. Nie 

mogli zabrać całej szóstki do San Paulo. Zbyt duże ryzyko. Przede wszystkim powinna 
myśleć o Luke’u. Chciała poradzić się Murphy’ego, ale siedział z dala i studiował mapę.

– Vincente! – zawołał po chwili Murphy.
Letty spojrzała na Murphy’ego. Siedział po turecku na piasku. Wokół niego cisnęły 

się Maria i czwórka chłopców. Letty kąpała niemowlaka. Przypatrywała się dziewczynce, 
która patykiem rysowała plan na ziemi. Od czasu do czasu kiwała głową, odpowiadając 
na pytania Murphy’ego. Chłopcy dodawali jakieś szczegóły.

Letty   nie   mogła   zorientować   się,   o czym   rozmawiają.   Wiedziała,   że   dzieci   się 

zgubiły. Od kilku dni chodzą, szukając miasteczka, w której mieszka ich babka.

– Mama kazała nam iść do babci. – Maria powstrzymywała łzy. – Babcia będzie 

background image

wiedziała, co robić.

Letty podeszła do gromadki. Położyła rękę na chudziutkich ramionkach dziewczynki 

i odgarnęła   jej   włosy   z czoła.   To   dziecko,   w dodatku   dziewczynka,   musiała   dźwigać 
ciężar troski o pięcioro rodzeństwa.

– Wszystko będzie dobrze. – Letty modliła się, żeby to była prawda.
Dziewczynka uśmiechnęła się blado i pokiwała głową.
Letty oderwała się od dzieci i zwróciła do Murphy’ego. Niemowlę przywarło do jej 

biodra, zupełnie jakby spędziło tam większość życia.

–   Co   zrobimy?   –   spytała.   –   Nie   możemy   zabrać   ze   sobą   dzieci.   To   zbyt 

niebezpieczne.

Ich oczy spotkały się.
– To prawda.
–   Ale   nie   możemy   ich   tutaj   zostawić.   One   zabłądziły.   Przymierają   głodem   i są 

śmiertelnie przerażone.

– Luke... Myślę, że nie wytrzyma długo. – Chciała, żeby Murphy znalazł odpowiedź, 

wsparł ją, ale on tego nie zrobił.

– To twoja sprawa – oświadczył stanowczo.
– Moja sprawa. – Letty chciała jakoś zrzucić z siebie ten ciężar. Chodziło o życie jej 

brata. Ale nie mogła zostawić własnemu losowi sześciorga dzieci.

Murphy przyglądał się jej.
– Jesteś gotowa?
–   Gotowa?   –   Letty   spojrzała   na   dzieci.   Dawał   jej   mało   czasu   na   podjęcie 

najważniejszej decyzji w życiu.

– Nie możemy debatować nad tym cały dzień. Zdecyduj się.
Zwróciła twarz ku niebu, wystawiając jaku promieniom słonecznym.
Prawie   nieświadomie   objęła   niemowlaka   ramionami.   Wydał   jej   się   niesamowicie 

ciężki.

Murphy nadal się jej przypatrywał.
– Co postanowiłaś?
–   Luke   jest   moim   bratem.   –   Rozpłakała   się.   Potem   jej   wzrok   padł   na   pięciu 

chłopców, braci Marii. Ciężar odpowiedzialności sprawił, że wyglądała o wiele doroślej 
niż w rzeczywistości. Dwunastolatka musiała troszczyć się o to, by przeżyli.

– W porządku, jedziemy bez nich – zdecydował Murphy i ruszył w stronę dżipa.
–   Poczekaj!  –  Letty   zagryzła   dolną   wargę.   Nie   mogła   tego   zrobić.   Murphy 

przystanął.

– Odwieziemy dzieci do babci.

background image

– Ty jesteś szefem. – Delikatny ruch jego warg mógł być uśmiechem aprobaty, ale 

jeżeli   chodzi   o Murphy’ego,   Letty   niczego   nie   była   pewna.   Był   najbardziej 
skomplikowanym mężczyzną, jakiego znała.

Murphy oszacował, że Questo, miasteczko, którego szukały dzieci, jest oddalone od 

jeziora o jakieś dwadzieścia pięć kilometrów. Biorąc pod uwagę stan tamtejszych dróg, 
Letty   liczyła   się   z tym,   że   podróż   zabierze   im   większą   część   dnia.   Co   oznaczało 
późniejszy przyjazd do San Paulo.

– Tego oczekiwałby ode mnie Luke. – Wsiadła do dżipa. Wiedziała, że to prawda, 

ale   wcale   nie   było   jej   łatwiej   podjąć   decyzję.   Była   przekonana,   że   Luke   jest   bliski 
śmierci.  Nie mogła  jednak zostawić  dzieci  własnemu  losowi, skoro była  w stanie  im 
pomóc.

Murphy   wsadził   do   dżipa   dwóch   mniejszych   chłopców.   Ulokował   ich   pomiędzy 

Letty a Marią. Starsi jechali na masce i pokazywali, skąd przyszli.

Wyczerpane niemowlę spało w ramionach Letty. Oparło główkę w pobliżu jej serca, 

a tłuste   łapki   przycisnęło   do   jej   piersi.   Trzymanie   dziecka   sprawiało   Letcie   dziwną 
przyjemność. Kochała dzieci, ale nie myślała o tym, by zostać matką. Powściągliwość 
w tej kwestii wiązała się chyba z jej własną matką i nieudanym małżeństwem rodziców.

Zresztą nie znalazła jeszcze odpowiedniego mężczyzny.
Oczywiście,   był   Slim.   Oświadczał   się   jej   średnio   co   pół   roku   i był   nad   wyraz 

wyrozumiały. Wiedziała, że prędzej czy później wyjdzie za mąż, ale nie spieszyło jej się.

Letty bezwiednie spojrzała na Murphy’ego. Nie miała pojęcia, jak udawało mu się 

prowadzić dżipa z dwoma chłopcami na masce, ale robił to doskonale. Biedne dzieciaki 
czuły się bardzo ważne z tego powodu, że siedziały na tak szczególnym miejscu.

Murphy najwidoczniej poczuł na sobie wzrok Letty, bo spojrzał w jej stronę. Nie 

uśmiechnął się. Chyba nie należał do mężczyzn, którzy robili to często. Na swój sposób 
dał jej do zrozumienia, że pochwala decyzję.

Letty poczuła przypływ tajemniczego ciepła. Miała poczucie spełnionego obowiązku 

i spokoju.   I czułości.   Była   z mężczyzną,   najemnikiem,   w gęstej   dżungli   w Zarcero. 
Trzymała   w ramionach   dziecko.   I nigdy   nie   czuła   się   lepiej.   Pocałowała   niemowlę 
w pulchny policzek, uśmiechnęła się łagodnie do Murphy’ego i odwróciła wzrok. Nie 
krył,   że   nie   przepada   za   nią,   i odrzucał   jej   przyjaźń.   Utrzymywał   ogromny   dystans 
emocjonalny w stosunku do niej i do każdego. Mimo to zasługiwał na szacunek. Wrócił 
po nią, chociaż go zwolniła. Przytulał ją i pocieszał.

Murphy   nie   chciał   jej   za   przyjaciela,   ale   ona   zaczynała   myśleć   o nim   w tych 

kategoriach. Był chyba najlepszym przyjacielem, jakiego miała.

Boczne drogi były w opłakanym stanie. Dżip podskakiwał na wyboistej szosie. Będą 

background image

potrzebować   całego   dnia   i pewnie   jeszcze   pół   nocy,   żeby   pokonać   pięćdziesiąt 
kilometrów.

Po   południu,   kiedy   słońce   znajdowało   się   dokładnie   nad   ich   głowami   i upał   był 

najgorszy,   zatrzymali   się,   żeby   odpocząć.   Dzieci   były   wyczerpane   i kaprysiły.   Cała 
ósemka zjadła wspólnie posiłek, przeznaczony dla dwóch dorosłych osób. Potem położyli 
się w cieniu rozłożystego drzewa. Letty z dziećmi wyciągnęła się na chłodnej trawie. 
Maluchy od razu zasnęły.

Murphy usiadł z daleka od niej i oparł się o pień drzewa. Na kolanach trzymał broń.
Letty   zorientowała   się,   że   mu   się   przygląda.   Fascynował   ją   każdy   aspekt   jego 

osobowości. Był grubiański i niecierpliwy, ale czasem zaskakująco troskliwy.

Nie uważała  go za przystojnego.  Był  zbyt  szorstki,  zbyt  wielki. Z kilkudniowym 

zarostem wyglądał  jak bywalec teksańskiej tawerny.  Może dlatego wybrał  Teksas na 
swoją siedzibę.

– Kiedy ostatnio spałeś?
– Nie pamiętam.
Wstała i podeszła do niego.
– Jeżeli chcesz, ja będę czuwać, a ty odpocznij.
– Miło z twojej strony, ale dziękuję.
– Jak myślisz, ile jeszcze do Questo?
– Cztery, może pięć godzin. Chyba szybciej byłoby pieszo.
Usiadła na trawie obok niego i skrzyżowała nogi.
– Dlaczego Teksas?
– Teksas?
– Dlaczego  zdecydowałeś  się zamieszkać  w Teksasie,  jeśli  mogłeś  wybrać  każde 

inne miejsce na świecie?

Odwrócił od niej wzrok i odpowiedział niechętnie.
– Bo to dom.
– Urodziłeś się i wychowałeś w Boothill?
Zaskoczył ją. Spędziła tam większość życia i myślała, że zna wszystkich.
– Nie.
– Ale kupiłeś tam posiadłość.– Opowiedział dopiero po długiej chwili.
– Te tysiąc akrów należało kiedyś do mojego dziadka – wymruczał, jakby nie był 

pewny, czy powinien jej wyjawiać aż tyle.

– Pana Whiteheada? – Pokręcił przecząco głową.
– O wiele wcześniej przed Whiteheadem. Mój dziad stracił farmę w czasie kryzysu, 

na   początku   lat   trzydziestych.   Chciałem   mu   ją   odkupić.   To   chyba   nie   brzmi   zbyt 

background image

sensownie, bo już dawno nie żyje. Nawet dokładnie nie pamiętam ile lat.

– Dobrze się stało. Dzięki twojemu dziadkowi trafiłam na ciebie. Luke też będzie mu 

wdzięczny, kiedy już wywieziemy go z Zarcero.

– Nie mów hop, póki nie przeskoczysz. Jeszcze go nie znaleźliśmy.
– Ale znajdziemy – powiedziała z pewnością w głosie.
– Masz rozpięty guzik. – Murphy wskazał ręką jej sukienkę.
– Tak? – Spojrzała na mały dekolt, utworzony przez rozpięcie. Celowo nie zapięła 

guzika, żeby chłodził ją wiaterek.

– Kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem, byłaś pozapinana po sam czubek nosa.
– Śmieszny jesteś.
Nie odpowiedział. Wiedziała, że mówi prawdę. Sama zauważyła,  że przestała się 

przy nim pilnować.

– Jest za gorąco, żeby się zapinać. – Miała nadzieję, że takie wyjaśnienie wystarczy. 

Była w błędzie.

– Nie jest bardziej gorąco niż w Boothill w sierpniu.
Zagryzła wargi. Ku jej zaskoczeniu Murphy ryknął śmiechem.
– Co cię tak śmieszy, jeżeli można wiedzieć?
– Ty. Cholera, kobieto, przecież się kochaliśmy. Wyluzuj się trochę?
Zamrugała oczami. Była wściekła, że Murphy oznajmił to przy dzieciach, nawet jeśli 

spały.

Zagotowało się w niej z oburzenia.
– Chciałabym ci przypomnieć, że nasza jedna i jedyna wspólna noc była ceną, jaką 

zapłaciłam za twoje usługi i niczym więcej.

Murphy zerwał źdźbło trawy i zaczął je od niechcenia żuć. Była pewna, że zdziwiła 

go jej reakcja. Nie była zachwycona, że stała się obiektem jego kpin.

– Byłaby z ciebie niezła laska, gdybyś tylko dała sobie szansę.
–   Chcesz   powiedzieć,   gdybym   zadzierała   spódnicę   przed   tobą   czy   każdym 

napalonym facetem, któremu wpadnę w oko? – wyrzuciła z siebie z wściekłością.

– Nie – odburknął. – Mówię o jednym facecie. A tak w ogóle, to co z tobą jest nie 

tak? Widziałem, jak przytulasz to niemowlę. Dobrze ci z tym. Już dawno powinnaś mieć 
męża i wychowywać gromadkę dzieci.

– Nie mam zamiaru omawiać z tobą życiowych planów.
–   I z nikim   innym,   jak   przypuszczam.   –   Od   niechcenia   żuł   trawę,   jakby   nie 

obchodziło go nic na tym świecie.

Wszystko zepsuł. Cieszyła się tą chwilą spokoju, tą miłą przerwą, a on musiał ją 

zdenerwować. Udało mu się. Miała ochotę wstać i wymierzyć mu policzek, ale właśnie 

background image

tego się po niej spodziewał. A może tego chciał. Upór sprawił, że się nie ruszyła.

– Jak było? – Jego głos nabrał zmysłowości. – Kiedy się kochaliśmy?
Letty   poczuła,   że   zalewa   ją   rumieniec   po   samą   szyję,   jak   fala   powodziowa, 

podchodząca pod wały.

– Mogę pana zapewnić, panie Murphy, że to nie było kochanie się, tylko seks.
– Dobra. I jak ten seks?
Najwyraźniej   nie   miał   zamiaru   kłócić   się   o słowa.   Letty   bezwiednie   zaczęła 

garściami wyrywać trawę. Oddychała głośno i z trudem. Murphy zachichotał lekko.

– Dobrze było, prawda?
– Słucham?
– Popatrz na siebie. Jesteś rozpalona od samego myślenia o tym.  – Najwyraźniej 

bardzo go bawiło, że Letty czuje się niezręcznie.

– Moglibyśmy zmienić temat? – spytała.
–   Dlaczego?   Bardzo   mi   się   podoba   nasza   rozmowa.   Było   ci   dobrze.   Do   diabła, 

złotko, nie ma w tym nic złego. Mnie też było dobrze.

Ich oczy spotkały się.
– Tak?
–   O ile   pamiętam.   –   Podrapał   się   w głowę   i zmarszczył   czoło.   –   Nie   miewam 

problemów z pamięcią. Albo byłaś najlepszą sztuką, jaka mi się trafiła od lat, albo było 
tak potwornie, że o tym zapomniałem.

Letty miała dość. Zerwała się na równe nogi i zacisnęła pięści.
– Jesteś najbardziej odrażającym i wulgarnym mężczyzną, jakiego znamZa każdym 

razem, kiedy zaczynam wierzyć, że potrafisz być szlachetnym i dobrym człowiekiem, 
robisz wszystko, żeby udowodnić, że jest inaczej.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Dobrze ci zrobi, jeżeli to sobie zapamiętasz.
– Nie martw się. Zapamiętam.

background image

Rozdział 20.

Marcie   ubrana   w białe   bawełniane   spodnie   i niebieską   koszulkę   marynarską 

wypatrywała przez okno samochodu Clifforda. Zabierał ją dzisiaj na mecz koszykówki. 
Spodziewała się go lada moment.

Przez telefon usłyszała wahanie w jego głosie, jakby spodziewał się, że wreszcie 

powie mu coś, czego nie chciał usłyszeć. Obiecała, że będzie gotowa na czas. I była. 
Ciałem. Ale duchem odpłynęła całkiem gdzie indziej. Po raz pierwszy, odkąd zaczęła się 
spotykać z Cliffordem, nie cieszyła się, że go zobaczy.

Potrzebowała   czasu,   żeby   zastanowić   się,   co   zaszło  między   nią   i Johnnym. 

Przemyśleć swoje uczucia do niego. Pewnie jest wściekły, że go spławiła. Nie promieniał 
ze szczęścia, ale i nie wrzeszczał. Usiadł przy kuchennym stole i zaczął z nią rozmawiać. 
Opowiedziała mu o Cliffordzie, a on wysłuchał i zrozumiał.

Przed   wyjściem   pocałował   ją   delikatnie.   Pocałunek   był   niemal   braterski,   ale 

niezupełnie. Trwał zbyt długo, żeby można go było uznać za przejaw przyjacielskiego 
uczucia.   Niósł   ze   sobą   cień   obietnicy.   Dlatego   nie   mogła   zasnąć   przez   całą   noc. 
Z powodu obietnicy. Bo kiedy Johnny coś obiecuje, dotrzymuje słowa.

Przez   to   wszystko   cały   dzień   był   dla   Marcie   pasmem   porażek.   Nie   wiadomo 

dlaczego, farbowane na kasztanowo włosy pani Hampton stały się wściekle rude. Pani 
Hampton,   długoletnia   klientka,   była   wściekła.   Wściekły   się   również   trzy   następne 
klientki, które musiały czekać, aż Marcie stonuje kolor włosów starszej pani.

Marcie wiedziała, że wszystkie kłopoty były spowodowane tym, co zaszło między 

nią a Johnnym. Myślała, że jest dość silna, by mu się oprzeć. Ale nie była. Wydawało jej 
się, że wspólna kolacja jak za „starych dobrych czasów” nie jest niebezpieczna. Ale była.

Tak bardzo go pragnęła, że nie potrzebował wiele czasu, żeby zaciągnąć ją do łóżka. 

Była przybita tym, że wiedziała, co się stanie, jak tylko zamówili posiłek. I, cholera, 
prawie do tego doszło. Przerwała grę, ale było to najtrudniejsze, co przyszło jej w życiu 
zrobić.   Pragnęła   go.   Kochała   go.   Johnny   nie   musiał   się   wysilać,   żeby   wróciła   do 
dawnego zwyczaju zadowalania mężczyzn.

Zza   rogu   wyjechał   wielki   ford   Clifforda   i zatrzymał   się   przed   blokiem   Marcie. 

Wzięła torebkę i podeszła do drzwi.

Clifford szedł alejką. Przystanął, kiedy ją zobaczył.
–   Ładnie   wyglądasz.   –   Pochylił   się,   żeby   pocałować   Marcie.   Zrobił   to   trochę 

niezdarnie. Jego usta musnęły krawędź jej warg i policzek.

Clifford był postawnym mężczyzną – wysokim i krzepkim, ale nie grubym. Miał na 

sobie   strój   do   gry   w kosza   i ochraniacze.   Na   plecach   bluzy   w niebieskie   pasy   duże 

background image

czerwone litery tworzyły napis „Hydraulicy Kansas”.

Spod czapki wystawał mu kosmyk gęstych, niesfornych włosów. Marcie stwierdziła, 

że   należałoby   je   przystrzyc.   Tak   się   właśnie   poznali.   Któregoś   późnego   piątkowego 
popołudnia   Clifford  zjawił   się w salonie  fryzjerskim.   Chciał  się  ostrzyc.  Jego  fryzjer 
przeszedł   na   emeryturę,   a on   nie   mógł   znaleźć   innego   w pobliżu.   Marcie   miała   już 
zamykać, ale go przyjęła.

Na fotelu w salonie piękności czuł się nieswojo, więc Marcie zagadywała go, żeby 

się nieco odprężył. Była zaskoczona, kiedy zaprosił ją na kolację. Zastanawiała się, czy 
nie   zaskoczył   samego   siebie.   Zaproszenie   wypowiedział   w niezwykłej   formie.   „Nie 
sądzę, żeby miała pani ochotę wybrać się ze mną na kolację?” Był chyba zaskoczony 
i zadowolony, kiedy się zgodziła.

Wkrótce zaczęli się spotykać regularnie. Clifford był inny niż mężczyźni, z którymi 

umawiała   się   do   tej   pory.   Nie   był   słodki   ani   skomplikowany.   Nie   miała   wielkiego 
doświadczenia z robotnikami. Clifford był normalnym miłym facetem.

– Jak się udała kolacja z przyjacielem? – spytał od niechcenia, prawie obojętnie.
Marcie nie była głupia. Zaniepokoiła go randką z Johnnym.
–   Dobrze.   –   Chciała   uciąć   rozmowni   uniknąć   pytań.   Przecież   nie   mogła   mu 

powiedzieć, że była tak napalona na Johnny’ego, że prawie zdarła z siebie ubranie, bo tak 
jej się śpieszyło, żeby się z nim kochać.

– Dokąd poszliście?
Miała nadzieję, że o to nie spyta. Westchnęła w duchu. Restauracja „U Cattlemana” 

była jedną z najdroższych w mieście. Chciała skłamać albo powiedzieć, że nie pamięta. 
Pokusa była silna, ale na początku ich związku obiecała sobie, że nigdy go nie okłamie 
ani nie będzie naciągać faktów.

Prawda   była   zadziwiająco   elastyczna.   Marcie   czasami   mogłaby   ją   naciągnąć   do 

księżyca i z powrotem, nie mrugnąwszy powieką. Ale już z tym skończyła.

– „U Cattlemana”.
Clifford gwizdnął cicho.
– Twój przyjaciel musi być bogaty.
– Chyba tak.
– A jakie jedzenie?
Spodziewała się, że Clifford będzie ciekawy. To całkiem naturalne. Nie była jednak 

gotowa na krzyżowy ogień pytań, jak w sądzie. Wahała się odrobinę za długo, bo spytał 
ponownie:

– Pytałem o jedzenie. Dobre?
Mówiąc prawdę, przełknęła tylko parę kęsów.

background image

– Przepyszne.
– Tak mówią. Słyszałem, że filiżanka kawy kosztuje tam co najmniej pięć dolców. – 

Otworzył jej drzwi samochodu, a ponieważ stopnie były wysokie, podał jej ramię.

Okrążył samochód i usiadł obok niej w kabinie. Włączył silnik, patrząc prosto przed 

siebie. Nagle oznajmił:

– Ja nigdy nie będę bogaty, Marcie.
–   Johnny   jest   tylko   moim   przyjacielem   –   wymruczała   i natychmiast   poczuła   się 

winna, bo Johnny był dla niej kimś więcej niż kumplem. Powiedziała tak, bo nie chciała 
zranić Clifforda, ale wiedziała, że już to zrobiła.

– Długo go znasz? – spytał na pierwszym czerwonym świetle.
– Kilka lat. Powiedziałam Johnny’emu, że teraz spotykam się z tobą. Stwierdził, że 

chyba jesteś porządnym facetem i że się cieszy.

Wyraz twarzy Clifforda nie zmienił się. Marcie zauważyła, że zacisnął dłonie na 

kierownicy.

– Zobaczysz się z nim jeszcze?
Uświadomiła   sobie,   że   właśnie   w tym   tkwi   problem.   Czy   zobaczy   się   jeszcze 

z Johnnym? Postanowiła być uczciwa.

– Nie wiem.
Clifford spojrzał na Marcie. Miała wrażenie, że świdruje ją oczami na wylot.
– Tak naprawdę chcę cię spytać, czy masz ochotę jeszcze się z nim spotkać.
Pierwsze pytanie było trudne, ale drugie okazało się beznadziejne. Wyjrzała przez 

okno. Chciała być szczera nie tylko wobec Clifforda, ale i wobec siebie samej.

Prawda przyprawiła ją niemal o mdłości. Chciała się spotkać z Johnnym.  Był  jak 

deser: kuszący, pociągający, ale dla niej niezdrowy.

Pojawiał się w jej życiu i znikał jak cień. Był dla niej szczodry, ale nie należał do 

mężczyzn,   których   interesuje   stały   związek.   Nigdy   też   nie   wyraził   chęci   założenia 
rodziny. Marcie nie miała zamiaru przepraszać za to, że chce być żoną i matką.

– Marcie? – ponaglił ją zniecierpliwiony Clifford.
– Nie wiem – przyznała żałośnie. – Po prostu nie wiem.
Clifford zamilkł. Chciała, żeby czuł się pewnie. Żeby wiedział, że to o nim myśli 

poważnie. Ale przecież nie mogła mu powiedzieć, że chociaż szaleje za Johnnym, ten 
związek jest skazany na niepowodzenie.

Clifford   zaparkował   ciężarówkę   na   boisku   do   koszykówki.   Kilku   zawodników 

z drużyny urządziło na trawie rozgrzewkę.

Wyłączył silnik, ale nie zdjął ręki ze stacyjki.
– Nie mogę powiedzieć, żebym się cieszył, że chcesz się spotkać z tym facetem.

background image

Nie oczekiwała, że Clifford będzie z tego powodu zadowolony. Sama nie była zbyt 

szczęśliwa.

– Chciałabyś, żebym zniknął z twojego życia na dobre?
– Nie  –  powiedziała  automatycznie,  zdecydowanie.  Nie  chciała  stracić  Clifforda. 

Z drugiej jednak strony chciała być wobec niego uczciwa. Chociaż nie poczyniła żadnych 
planów w związku z Johnnym, spodziewała się, że wróci. Oboje o tym wiedzieli.

Ciemne oczy Clifforda zatrzymały się na oczach Marcie.
– Może powinnam zostawić tę decyzję tobie? – zasugerowała, przerażona brakiem 

silnej   woli.   Nie mogła   mu   obiecać,  że  nie  spotka  się  ponownie  z Johnnym.   Reakcja 
Clifforda zdecyduje o dalszych losach ich związku.

Oczywiście mogła skłamać i powiedzieć mu to, co chciał usłyszeć. Zawsze mogła 

nakarmić go bajkami, jakimi sama wiele razy była częstowana. Ale nie chciała tego robić 
jedynemu porządnemu i dobremu mężczyźnie, z jakim się spotykała.

Clifford wziął głęboki oddech i długo wstrzymywał powietrze w płucach.
1 Przypuszczam, że wszyscy autorzy poradników kazaliby mi pozostawić ci wybór – 

powiedział w końcu. – On albo ja... czy coś w tym rodzaju. Obawiam się, że jeśli 
tak postawię sprawę, wybierzesz jego. – Przerwał i wypuścił powietrze. – Pewnie 
przez następne dziesięć lat nie będzie mnie stać na to, żeby zaprosić cię na kolację 
do   Cattlemana.   Rozbudowuję   firmę,   myślę   o przyszłości   i nie   mam   zbyt   wiele 
pieniędzy na rozrywki.

– Clifford, nie chodzi o to, że on jest bogaty.
– Wiem – rzucił szorstko. – Pewnie też wygląda o niebo lepiej ode mnie. – Nie 

czekając na odpowiedź, otworzył drzwi ciężarówki i wyskoczył.

Mimo że był dotknięty i wściekły podszedł do drzwi i podał Marcie rękę. Miał rację. 

Johnny   wyglądał   od   niego   o wiele   lepiej.   Ale   mężczyzn   ocenia   się   nie   tylko   po 
wyglądzie. Gdyby tylko wiedziała, jak...

Rozdział 21.

Letty obudziła się o świcie. Murphy siedział przy małym ogniskiem i grzał wodę na 

kawę. Usiadła, wyciągnęła ręce wysoko nad głowę i przeciągle ziewnęła.

Dzieci, przytulone do siebie, spały koło niej spokojnie, niewinne jak baranki. Były 

wyczerpane przeżyciami.

Rozczuliła się, kiedy na nie spojrzała.
Jej   wzrok   padł   na   dżipa,   który   z nieznanych   przyczyn   odmówił   posłuszeństwa. 

Murphy przez dwie godziny usiłował znaleźć i naprawić usterkę, ale w końcu się poddał. 
Według jego obliczeń znajdowali się osiem kilometrów od Questo. Mogło się jednak 

background image

okazać, że się myli.

Na   odwiezienie   dzieci   do   babci   poświęcili   o wiele   więcej   czasu   i wysiłku,   niż 

przewidywała   Letty.   Myślała,   że   do   tej   pory   zdążą   przekazać   dzieci   i będą   wracać. 
Okazało się, że muszą spędzić noc w dżungli. Serce łomotało jej ze strachu na myśl 
o tym, co się stanie z Lukiem, jeżeli nie dotrze na czas.

Miała dosyć Murphy’ego. Chciała, żeby zniknął z jej życia. Samo patrzenie na niego, 

na   jego   uśmieszek,   przyprawiało   ją   o mdłości.   Był   pozbawiony   wszelkich   zasad 
moralnych. Znosiła go ze względu na Luke’a, ale nie będzie go tolerować ani chwili 
dłużej, niż to konieczne.

Poprzedniej nocy,  kiedy zdecydowali,  że przeczekają w dżungli do rana, Murphy 

polecił jej rozbić obóz, a sam się ulotnił, zostawiając ją z dziećmi.

Godzinę później wrócił z dwoma  legwanami  i oznajmił,  że to będzie  ich kolacja. 

Letty słyszała, że mięso legwanów reklamuje się jako najbardziej zbliżone w smaku do 
kurczaka, ale nigdy go nie próbowała.

Pieczone okazało się pyszne. Po wieczornym posiłku z miejsca zasnęła i spała jak 

zabita aż do rana.

Wzięła plecak i oddaliła się od polany w stronę drzew, żeby się przebrać. Popełniła 

błąd, zakładając sukienkę, i chciała go naprawić.

Wróciła w spodniach i koszulce.
–   Jest   jeszcze   gorąca   woda,   jeżeli   chcesz   kawę.   –   Usiadł   przy   małym   ognisku. 

Obrócił kubek parę razy w dłoniach, a potem podniósł go do ust.

– Dziękuję, nie chcę – odpowiedziała obcesowo.
– Doskonale, Wasza Wysokość.
Nabijał się z niej i wiedziała o tym. Najlepiej było go zignorować. Musiała jednak 

poruszyć kłopotliwą dla niej sprawę.

– Obawiam się, że mogłeś mnie źle zrozumieć – zaczęła.
Obrzucił ją obojętnym spojrzeniem.
–   Tamtego   ranka...   kiedy...   kiedy   kąpaliśmy   się   w jeziorze...   ja...   chyba   można 

powiedzieć, że wypłakiwałam ci się na ramieniu.

– Można powiedzieć. – Podniósł do ust kubek i pociągnął łyk kawy.
– Boję się, że mogłeś pomyśleć, że mnie podniecasz.
– Fizycznie?
– Tak – odpowiedziała szybko. Może za szybko.
Kącik jego ust uniósł się w uśmiechu.
– I to cię martwi, prawda?
– Niezupełnie. Ale pomyślałam, że lepiej tę sprawę wyjaśnić. – To było trudniejsze, 

background image

niż   przypuszczała.   Wcale   jej   nie   pomógł,   ale   wiedziała,   że   w tej   kwestii   nie   należy 
oczekiwać od niego pomocy.

– Czego się boisz, kochanie?
Chciała mu zwrócić uwagę, żeby nie zwracał się do niej czule. Jego słowa nie były 

szczere. Powstrzymała się jednak.

–   Jestem   pewna,   że   jest   na   świecie   mnóstwo   kobiet,   które...   dla   których   byłbyś 

pociągający, ale ja do nich nie należę. Nie chciałam cię obrazić.

Uniósł   brwi,   jakby   się   zastanawiał,   czy   mówi   szczerze.   Kąciki   ust   drżały   mu 

z wysiłku, żeby ukryć uśmiech.

– Nie gniewam się.
Miała   wrażenie,   że  Murphy  zaraz   ryknie  śmiechem.   Całe   to  zdarzenie   to  skutek 

zbiegu okoliczności.

– Rozumiem doskonale, jednak...
– Co? – ponagliła, bo nie śpieszył się, żeby dokończyć zdanie.
– Jak wytłumaczysz tę noc, zanim wyjechaliśmy z Boothill?
Zesztywniała.
– Co masz na myśli?
– Mam ci przeliterować?  Chyba  byłaś  na mnie  mocno  napalona. Chcesz, żebym 

podał ci szczegóły?

Letty najeżyła się.
– Niekoniecznie.
– Tak myślałem. – Wylał resztkę kawy na ogień. Płonące drewno zasyczało. Murphy 

wstał.

– Lepiej obudź dzieci. Przed nami długa droga. – Letty odwróciła się, żeby wykonać 

polecenie.

– A przy okazji – rzucił, zatrzymując ją – masz zapięty guzik u bluzki.
Odruchowo   chwyciła   za   guzik,   zanim   dotarł   do   niej   sens   jego   uwagi.   Wściekła 

odwróciła się na pięcie tak szybko, że omal się nie przewróciła.

Obudziła dzieci, nakarmiła je i przygotowała do drogi.
Zdziwiła się, bo Murphy wziął niemowlę na ręce. Brzdąc nie protestował. Był tylko 

zaciekawiony i przyglądał się Murphy’emu szeroko otwartymi oczami.

Maszerowali w milczeniu. Dotarli na przedmieścia Questo zmęczeni, brudni i głodni.
– Nasza babcia mieszka przy sklepie spożywczym  – poinformowała  Murphy’ego 

Maria. Ze wzgórza, na którym się znajdowali, widać było sporą miejscowość. Na pewno 
była tam poczta. Porównując liczbę fabryk, Letty doszła do wniosku, że musi w nim 
mieszkać tyle ludzi, co w Boothill – około pięciu tysięcy.

background image

Murphy oddał małego Letty.
– Poczekaj tutaj z dziećmi – polecił.
– Gdzie idziesz? – Zacisnął usta i Letty domyśliła się, że nie jest przyzwyczajony, 

żeby   tłumaczyć   się   ze   swoich   poczynań.   Nie   obchodziło   jej   to.   W końcu   to   ona 
finansowała wyprawę.

– Najpierw sprawdzę, czy jest tu babcia dzieciaków.
Letty cały czas się nad tym zastanawiała.
– Po drugie, należałoby sprawdzić ulice, zanim zaczniemy nimi paradować.
Kolejny punkt.
– W miasteczku, w której ostatnio byliśmy, nie zyskaliśmy przyjaciół – przypomniał 

jej.

To również była prawda. Murphy nie zdradził, co wysadził w powietrze, ale po sile 

wybuchu domyślała  się, że musiało to być  coś dużego. Coś ważnego, czego kapitan 
Norte nie puści płazem.

– Co jeszcze chcesz wiedzieć? – Z jego oczu biła niecierpliwość.
– Nic – odpowiedziała. Odwrócił się i zaczął oddalać. Letty zrobiła krok do przodu 

i krzyknęła: – Murphy! Uważaj na siebie!

Rzucił jej przez ramię filuterny uśmiech i zaczął zbiegać z góry.
– Wrócę, ani się obejrzysz.
Zniknął.
Minęła godzina, potem dwie.
Po ostatnim incydencie, kiedy Letty zignorowała jego polecenia, bała się na własną 

rękę dociekać, co się z nim dzieje. Coś się jednak musiało stać.

Murphy chciał tylko sprawdzić miasto. Ze względów bezpieczeństwa.
– Pani mężczyzna zniknął na długo – zauważyła Maria, kiedy słońce zbliżało się do 

zenitu.

Letty nie poprawiła dziewczynki. Murphy nie był jej mężczyzną. Mimo to martwiła 

się. Co się mogło stać? Możliwości było  dużo. Mogli go schwytać, zabić, mógł być 
ranny, nieprzytomny, mógł umierać.

– Ja pójdę – zaoferował się Vincente.
– Nie – sprzeciwiła się Letty.
– Jestem chłopakiem. Nikt mnie nie będzie o nic pytał. Nikt mnie nie zauważy – 

tłumaczył. – Zawsze chodzę na zwiady.

– To prawda – potwierdziła Maria.
Letty, niezdecydowana, zagryzła dolną wargę. Jeżeli Murphy się dowie, że wysłała 

dziecko do miasta, żeby go szukało, zamorduje ją. Ale jest inne wyjście?

background image

Dzieci czekały, aż podejmie decyzję. Czuła się zagubiona. Zamknęła oczy i zaczęła 

się modlić, zwracając się do Boga o pomoc.

– Dobrze – wyszeptała w końcu. – Ale bądź ostrożny.
Maria zachichotała.
– To samo powiedziała pani swojemu mężczyźnie.
Następna godzina dłużyła się Letty jak cały rok. Dreptała nerwowo, martwiła się 

i denerwowała. Dzieci też były niespokojne, sprzeczały się między sobą, rozdrażnione 
i poirytowane. Letty wiedziała, że udzieliły im się jej obawy. Było jej przykro z tego 
powodu, ale nie mogła tego zmienić.

Kiedy straciła już nadzieję, wrócił Vincente z niską, przysadzistą kobietą.
Gdy dzieci ją zobaczyły, wyciągnęły ręce i podbiegły do niej, wołając:
– „Babciu!”.
Kobieta  musiała pokonać strome zbocze i ciężko oddychała.  Ubrana była  w białą 

bluzkę i czarną spódnicę. Włosy miała upięte w ciasny kok, a twarz czerwoną z wysiłku. 
Usiadła na dużym kamieniu, żeby złapać oddech. Dzieciaki mówiły wszystkie naraz. 
Nawet niemowlę wydało z siebie przeraźliwy wrzask.

Babcia   przytuliła   i wycałowała   każde   z dzieci,   a potem   wzięła   na   ręce   malucha 

i przytuliła do siebie. Pulchne łapki objęły szyję kobiety.

Letty chwyciła Vincente za ramiona.
– Dowiedziałeś się, co z Murphym?
Chłopiec spojrzał wymownie w stronę babki.
– Babciu. – Letty nie wiedziała, jak się do niej zwracać.
–   Pani   mężczyzna...   –   Starsza   kobieta   w dalszym   ciągu   miała   kłopoty 

z oddychaniem. Otarła pot z twarzy białą chusteczką. – Stała się najgorsza rzecz.

Letty zamarło serce.
– Najgorsza rzecz?
– Dotarł do miasta w chwili, kiedy miejscowa policja dostała meldunek, że poszukuje 

się dwojga Amerykanów, mężczyzny i kobiety. – Przerwała. Miała ciemne i poważne 
oczy. – Komendant policji jest człowiekiem sumiennym. Stara się przypodobać siłom, 
które chcą dojść do władzy w naszym kraju. Kiedy otrzymał sygnał, że na tym terenie 
przebywają   Amerykanie,   zamierzał   wysłać   patrol.   –   Przerwała,   żeby   zaczerpnąć 
powietrza. – Dwóch oficerów odmówiło przyłączenia się do patrolu, dopóki nie dostaną 
zimnego piwa. Pech, że w kantynie natknęli się na pani przyjaciela.

– Murphy poszedł do kantyny?! – krzyknęła Letty z oburzenia. Najwyraźniej miał 

ciągotki do tego typu lokali i słabość do kobiet, które się tam pojawiały. Na samą myśl 
o tym, że Murphy trzyma w ramionach i całuje jakąś kobietę, zawrzała w niej krew.

background image

Znowu   to   zrobił.   Zostawił   jaz   sześciorgiem   dzieci   na   tym   skwerze,   żeby   się 

zamartwiała, a sam zaspokajał swoje pragnienie i seksualne żądze.

– Gdzie teraz jest? – spytała bez ceregieli.
– W wiezieniu.
Niech sobie tam zgnije. Była tak wściekła, że nie mogła ustać na nogach.
– Poprosiłam  przyjaciela,  żeby dostarczył   mi   wszelkich  możliwych   informacji.  – 

Oczy   kobiety   pociemniały   ze   smutku.   –   Powiedział   mi,   że   o schwytaniu   pani   męża 
powiadomiono człowieka, który nazywa się kapitan Norte.

Letty przycisnęła palce do ust, żeby powstrzymać jęk.
– Podobno kapitan jest bardzo zadowolony. Z pewnością zjawi się przed nocą.
– O, nie. – Letty usiadła na kamieniu. Starała się skupić myśli.
– Ale to nie koniec złych wieści – ciągnęła grzecznie starsza kobieta. – Pani mąż 

wywołał bójkę.

– Jest ranny? – Letty rozpłakała się. Zachowanie Murphy’ego było karygodne, ale 

nie   chciała,   żeby  cierpiał.   W końcu  przyjechał   do  Zarcero,   żeby  pomóc   jej   odnaleźć 
Luke’a.

– Tego nie wiem. – Na ustach kobiety malował się delikatny uśmiech. – Ale podobno 

dwaj mężczyźni ucierpieli bardziej niż pani mąż.

–   Muszę   go   wyciągnąć   z więzienia.   –   Letty   celowo   powiedziała   to   głośno 

i stanowczo. – I muszę to zrobić, zanim zjawi się tu kapitan Norte.

Kobieta   położyła   ręce   na   ramionach   dwojga   starszych   dzieci.   Moja   rodzina   i ja 

zrobimy wszystko, żeby pani pomóc.

Murphy wypluł krew i poruszył szczęką w przód i w tył, żeby sprawdzić, czy jest 

cała. Nie było z nim tak źle. Dołożył więcej, niż sam oberwał. Nieźle, biorąc pod uwagę 
fakt, że było dwóch na jednego, a potem trzech. Do więzienia musiało go doprowadzić 
pięciu mężczyzn.

Miał pecha. Był w mieście tylko dziesięć minut, kiedy do kantyny weszło dwóch 

miejscowych   policjantów.   Nie   przejął   się   nimi.   Nie   interesowali   go   przedstawiciele 
lokalnej   władzy,   tylko   rebelianci,   którzy   przejęli   kontrolę   nad   armią. 
W prowincjonalnych miasteczkach trudno było zgadnąć, w którą stronę wieje polityczny 
wiatr. W Questo znaleźliby się i lojaliści.

Murphy jednym okiem spoglądał na policjantów i starał się nie zwracać na siebie 

uwagi. Niestety, miał niewielkie szansę. Mężczyźni szli w jego stronę. Nim się połapał, 
został otoczony i wsadzony do miejskiego więzienia.

Więzienie,   zbudowane   z cegieł,   składało   się   z jednego   wielkiego   pomieszczenia, 

podzielonego grubymi metalowymi kratami na trzy cele. Pod ścianą stały dwa biurka dla 

background image

dozorców, którzy bez przerwy pilnowali więźniów.

Murphy starał się nie myśleć o Letty, która siedziała na wzgórzu i czekała na jego 

powrót. Miał nadzieję, że jest na tyle rozsądna, że nie zrobi czegoś głupiego. Na przykład 
nie pójdzie go szukać. Ale możliwe, że będzie chciała wyjaśnić, co się stało.

Nie miała cierpliwości. To nie była jedyna jej „zaleta”. Była powściągliwa i układna. 

Musiał się bardzo pilnować, żeby nie pocałować jej z samego rana, kiedy spała.

Oznajmiła, że w ogóle jej nie pociąga. A świnie pewnie latają. Pragnęła go, była 

tylko zbyt dumna, żeby się do tego przyznać. I zbyt naiwna. Nie wiedziała, co się z nią 
dzieje. Na pewno nie podobały jej się te uczucia.

Nie tylko jej. Murphy chciał się z nią kochać jeszcze raz. Wiedział, że lepiej nie 

mieszać interesów z przyjemnościami, ale ta misja była nietypowa.

Letty nieświadomie  stała się najbardziej  ponętną kobietą,  jaką znał. Murphy’emu 

niełatwo   było   się   do   tego   przyznać   i pewnie   by   tego   nie   zrobił,   gdyby   nie   siedział 
w więzieniu. Tutaj miał za dużo czasu na myślenie. Pożądał jej i to prowokowało go do 
ujawnienia nie najlepszej strony osobowości. Był dla niej okrutny, bo chciał ją przerazić 
i ukarać za to, że tak strasznie jej pragnął. Wcale nie był zachwycony tym, że go pociąga. 
Nie bawiło go to, że omotała go siostra misjonarza. Jak żadna inna kobieta. Nagle drzwi 
więzienia  otworzyły  się i do pomieszczenia wszedł głupkowato wyglądający strażnik. 
Był   niski,   a brzuch   wylewał   mu   się   poza   pasek   od   spodni.   Rzucił   tylko   przelotne 
spojrzenie w stronę Murphy’ego, który w ogóle nie zwrócił na niego uwagi.

Dwóch strażników rozmawiało po hiszpańsku. Słowa płynęły jak rwący potok, mimo 

to Murphy’emu udało się zrozumieć prawie wszystko. Moose – Gut został wyznaczony 
do tego, żeby pilnować więźnia, dopóki nie przybędzie jakiś ważny człowiek. Kapitan. 
Oby nie Norte, pomyślał Murphy.

Pierwszy policjant wyszedł. W umyśle Murphy’ego zaczął się rodzić plan. Strażnik 

nie wyglądał na rozgarniętego i ruszał się jak żółw.

Murphy jęknął, chcąc wybadać sytuację.
Strażnik nie zwrócił na niego uwagi.
Murphy chciał poprosić, żeby wezwano lekarza. Wtedy drzwi otworzyły się po raz 

drugi. Szczupła, wysoka kobieta wniosła dwie tace z jedzeniem. Jedna była pewnie dla 
strażnika,  druga  dla niego.  Zdziwił  się, bo posiłek  wyglądał  apetycznie.  Zachęcająca 
zielona   sałatka   warzywna,   smażona   fasola,   ciepła   tortilla,   ryż   i kurczak.   Zaczęła   mu 
cieknąć ślinka.

Funkcjonariusz spojrzał na Murphy’ego, założył sobie serwetkę za kołnierz koszuli 

i zabrał się do jedzenia. Murphy patrzył z niesmakiem, jak ten wieprz pochłaniał obie 
porcje.

background image

Po dwudziestu minutach drzwi wejściowe znowu się otworzyły.  Murphy leżał na 

pryczy,   z rękami   pod   głową   i patrzył   w sufit.   Z czystej   ciekawości   zerknął   w stronę 
drzwi.

Zatkało go. Mało nie spadł z łóżka. W drzwiach stała Letty. Tylko inaczej ubrana niż 

wtedy, gdy ją zostawiał.

Przebrała się za dziwkę.
Rozdział 22.

Murphy nie miał pojęcia, co jej strzeliło do głowy. Nie podobało mu się to. Ledwie 

się powstrzymał, żeby nie wstać i nie spytać jej, co tutaj robi. Usiadł na łóżku i patrzył 
zaskoczony, jak Letty powoli wchodzi do więzienia.

Miała   na   sobie   typowy   strój   z Zarcero.   Biała   nylonowa   bluzka   była   o kilka 

rozmiarów za duża. Głęboki dekolt odsłaniał górną część pięknych piersi. Falbaniasta 
spódnica sięgała do pół łydki. Podciągnięta z jednej strony i spięta czerwonym kwiatem 
ukazywała   niemałą   część   smukłego   uda.   Włosy   opadały   jej   na   ramiona   niczym 
jedwabisty   wodospad.   Zmysłowo   wydęła   czerwone   usta.   Trzymając   rękę   na   biodrze, 
wolnym krokiem podeszła do biurka i stanęła na wprost grubego strażnika.

Murphy   zauważył,   że   Letty   unika   jego   spojrzenia.   Nie   patrzyła   też   na 

funkcjonariusza.   Utkwiła   wzrok   w dwóch   pustych   tacach   po   posiłku.   Na   jej   twarzy 
pojawił się leniwy, spokojny uśmiech.

– Czego pani chce? – warknął strażnik.
– Zostawili pana samego, co? – powiedziała doskonale po hiszpańsku. – Zawsze 

zwalają na pana brudną robotę, a sami leżą do góry brzuchem.

– Kim pani jest? – spytał, mniej wrogo.
– Przyjaciółką. – Jej głos był niski i przekonujący. – Chciałabym zostać bardzo dobrą 

przyjaciółką.

Chyba nie była aż tak naiwna, żeby myśleć, że zdoła wyłudzić klucze od strażnika.
– Potrzebuję przyjaciela. Pan ma mnóstwo czasu, żeby się zabawić. – Jej głos stał się 

uwodzicielski.   –   Zrobię   wszystko,   co   pan   zechce.   –   Pochyliła   się   i oparła   dłonie   na 
biurku. Piersi o mało nie wypadły jej z głębokiego dekoltu.

Murphy   zerwał   się   z pryczy   niczym   odpalony   granat.   Zaczął   walić   rękami 

w metalowe kraty. To była niebezpieczna gra. Przypuszczał, że Letty jeszcze nie zna jej 
zasad.

– Możemy się nieźle zabawić – ciągnęła. – Tylko my dwoje. Tak jak pan chce. – 

Wyprostowała   się   i położyła   na   biurku   bosą   stopę.   Powoli   zaczęła   podciągać   rąbek 
spódnicy. Miała długie, smukłe i zgrabne nogi. Strażnik był najwyraźniej pod wrażeniem 

background image

gładkiej białej skóry. Murphy był nie mniej oczarowany. Wiedział, że Letty jest piękna, 
ale zapomniał, jak piękna.

Strażnik się oblizał, a Letty szybko zdjęła nogę z biurka.
– Później. – Gruby mężczyzna jeszcze się wahał.
Odwróciła się tak szybko, że rozwiały jej się włosy. Westchnęła żałośnie.
– Później jestem zajęta, za to teraz mam mnóstwo czasu.
Strażnik walczył ze sobą.
– Delma mi powiedziała, co pan lubi najbardziej.
Zaśmiał się nerwowo i niezdarnie poruszył na krześle.
– Nie... nie masz nic przeciwko?
– Nie – powiedziała z przekonaniem, ponownie zwilżając usta.
Murphy nie dosłyszał, co wyszeptała później, ale wystarczyło mu to, co zrozumiał. 

Letty najwyraźniej udawała, że preferencje seksualne strażnika są jej specjalnością. Otarł 
ręką twarz. Nie mógł uwierzyć, że zdobyła się na coś takiego.

– Ile? – Strażnik podejrzliwie zmierzył ją wzrokiem.
Mięśnie   Murphy’ego   napięły   się.   Nie   miał   zamiaru   znosić   tej   sceny   ani   minuty 

dłużej.

Letty podała cenę. Bluzka ześlizgnęła jej się z ramienia. Poprawiła ją nerwowym 

ruchem. Wtedy przypomniała sobie, jaką gra rolę. Zadarła podbródek i pozwoliła, by 
bluzka znowu się zsunęła.

Gdyby Murphy mógł się zdobyć na obiektywny osąd, nazwałby tę robotę najgorszą 

grą aktorską, jaką kiedykolwiek widział. Zgadzało się tylko jedno. Miała ciało gwiazdy 
filmowej   –   młode,   jędrne   i ponętne.   Gdyby   nie   pewne   zahamowania,   byłaby 
prowokująca. Zauważył to już wcześniej, kiedy spotkali się po raz pierwszy w Boothill. 
Murphy   intuicyjnie   wyczuwał,   że   pod   skorupą   obojętności   kryła   się   gorąca   kobieta 
z krwi i kości.

Mimo że była to tylko gra, Letty zrobiła na Murphym wrażenie. Był zauroczony jej 

gładkim, czarującym ciałem, tak samo jak strażnik.

Poczuł   przypływ   pożądania.   Letty   przechadzała   się   po   izbie,   zręcznie   unikając 

pieszczot strażnika. Murphy nie wiedział, co chce przez to osiągnąć. Nawet nie chciał 
wiedzieć. To było to idiotyczne. Jeśli myślała, że uda jej się zapanować nad mężczyzną, 
który waży trzy razy tyle, co ona, czekają bolesna nauczka.

Murphy po raz kolejny rozważył możliwość ucieczki, chociaż zrobił to już z tysiąc 

razy.   Za   kilka   minut   Letty   będzie   się  darła   w niebogłosy   i wzywała   pomocy.   Chyba 
jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy.

Spojrzał na strażnika i zobaczył, że chodzi za nią po pokoju, jakby bawił się w kotka 

background image

i myszkę. Potem podszedł do drzwi i przekręcił zamek.

– Och, ty mój – gruchała Letty. – Jesteś już duży i silny.
Murphy zacisnął palce na stalowych kratach. Jeżeli ta świnia strażnik spróbuje jej 

dotknąć, przysięga, że go zabije.

– Jesteś gotowy na najważniejszą chwilę w życiu? – wyszeptała Letty, prowadząc go 

do otwartej celi. Obejrzała się za ramię.

Murphy’emu wydawało się, że strażnik idzie za nią nieco chwiejnym krokiem. Nie 

spuszczał z nich oczu. Miał wrażenie, że zaraz go rozsadzi. Że za chwilę, eksploduje. 
Tych dwoje tańczyło wokół siebie. Spódnica Letty ocierała się o spodnie strażnika, a jej 
piersi dotykały torsu mężczyzny.

Strażnik chciał jej dotknąć, ale Letty roześmiała się i prześlizgnęła koło niego. Nagle 

mężczyzna zachwiał się, przewrócił oczami i runął twarzą do ziemi. Tak jakby w jednej 
chwili opuściły go siły.

Letty zamknęła oczy i z ulgą przycisnęła rękę do piersi.
– Dzięki Bogu – wyszeptała.
– Do cholery, co się stało?! – wrzasnął Murphy.
Letty   przytknęła   palec   do   ust   i szybko   wyszła   z celi.   Pośpiesznie   przeszukała 

szuflady i wyjęła klucze. Zamknęła funkcjonariusza w celi i wypuściła Murphy’ego.

– Musimy się stąd wydostać – wyszeptała gorączkowo. – Norte tu jedzie.
– Cholera. – Murphy chwycił ją za rękę i prawie pociągnął po ziemi.
– Maria i Vincente czekają na zewnątrz.
– Dzieciaki?
Przywlokła je z sobą. Powinien był przewidzieć, że znowu coś wykręci.
Dwoje dzieci czekało w pick-upie. Na miejscu kierowcy siedziała starsza kobieta. 

Gdy ich zobaczyła, posłała Murphy’emu niespokojny uśmiech i uruchomiła samochód.

– Szybko – ponagliła ich.
– Dzieci odwrócą od nas uwagę. – Letty wskoczyła do przyczepy i wślizgnęła się 

pod warstwę siana.

Murphy zrobił to samo. Kiedy leżeli już w kryjówce, przykryto ich kolejną warstwą 

siana, na którą wgramoliły się dzieci. Samochód powoli ruszył. O co w tym wszystkim 
chodzi? – spytał Murphy stanowczo.

Prawe przednie koło wjechało w dziurę i Letty zarzuciło na Murphy’ego.
– Później ci wyjaśnię.
– Teraz mi wyjaśnij. – Nie chciał, żeby go zbyła. Rzucało nimi jak ziemniakami na 

taśmie, ale nie zwracał na to uwagi.

– Ważne, że uciekliśmy.

background image

– To było chyba najgłupsze przedstawienie, jakie widziałem. Udawałaś dziwkę. Na 

Boga, lepiej odegrałabyś rolę zakonnicy.

– Powinieneś być mi wdzięczny, a nie narzekać. – Letty była niezadowolona.
On też nie był zachwycony. Była głupia i miała cholerne szczęście, że wyszła z tego 

więzienia   cało.   Chciał   wiedzieć,   co   się   stało   strażnikowi.   Nie   widział,   żeby   mu   coś 
dawała.   Mogła   użyć   innego   sposobu,   żeby   wyciągnąć   go   z więzienia.   Nie   musiała 
przebierać się za prostytutkę.

Ciągle nimi rzucało i Murphy po raz kolejny wpadł na Letty. Tym razem jęknęła 

boleśnie.

Zaklął cicho i objął ją ramieniem, przyciskając do siebie. Przynajmniej nie będą się 

o siebie obijać. Pod grubą warstwą siana było strasznie gorąco i duszno, za to Letty była 
miękka i kobieca.

Murphy   wstrzymał   oddech,   usiłował   nie   myśleć   o dziewczynie,   którą   trzymał 

w ramionach. Starał się nie zwracać uwagi na jej miękkie piersi, które dotykały jego 
przedramienia. Ani na pośladki, które znalazły się pomiędzy jego udami. Do tego jeszcze 
ładnie pachniała. Naprawdę ładnie. Murphy niezbyt znał się na kwiatach, ale ten zapach 
kojarzył mu się z lawendą.

Bezwiednie odwrócił głowę i dotknął nosem jej ucha. Może mu się tylko wydawało, 

ale miał wrażenie, że Letty przysunęła do niego głowę.

Po   raz   pierwszy   od   aresztowania   czuł   się   swobodnie.   Rozluźnił   nieco   uścisk 

i przesunął ręką pod piersiami Letty. Do cholery, było mu tak dobrze. Poczuł ciężar jej 
piersi na ramieniu i miał wrażenie, że jego zmysły oszaleją. Nic nie pomoże, że będzie 
się okłamywał. Pragnął jej.

Przycisnął wargi do karku Letty i wyszeptał jej do ucha:
– Dziękuję.
Westchnęła głośno i odwróciła się, żeby spojrzeć mu w twarz.
– Co powiedziałeś? – Nie mogła uwierzyć.
–   Dziękuję.   Za   to,   że   wyciągnęłaś   mnie  więzienia  –  dodał   szorstko.   Rzadko 

zawdzięczał  coś  obcym.   Później,  kiedy  nadarzy  się  okazja,  zapyta   o szczegóły.   Miał 
ochotę ją pocałować. Ostrożnie zbliżył wargi do jej ust. Czuł, że delikatnie westchnęła, 
kiedy końcem języka rozchylał jej wargi.

Chwyciła   go   za   kołnierz   koszuli.   Pocałował   ją   jeszcze   raz.   Nic   nie   mogło   go 

powstrzymać. Jęknął i wsunął język głęboko do jej ust. Poruszał nim wolno i delikatnie. 
Jego zmysły przeniosły się w inny wymiar.

Letty mruczała cicho i kusząco dotykała jego języka swoim. Murphy’ego ogarnęło 

takie  podniecenie,  że serce mało  nie wyskoczyło  mu  z piersi. Nigdy nie pożądał  tak 

background image

żadnej kobiety. Inną przewróciłby na plecy i posiadł bez żadnych ceregieli.

Z Letty było  inaczej. Chciał,  żeby było  dobrze. Chciał  ją zadowolić i zaspokoić. 

Wobec innych kobiet nigdy nie czuł tej słodkiej odpowiedzialności.

Objął   ją   opiekuńczym   ruchem,   przyciągnął   jej   biodra   do   swojej   nabrzmiałej 

męskości i westchnął głośno, kiedy jej miękkie ciało poruszyło się między jego udami.

Niezbyt delikatnie – bo jadący samochód na to nie pozwalał – wsunął rękę między jej 

piersi. Ich dojrzała obfitość wypełniła mu dłonie. Nie zdziwiło go, że sutki zdążyły już 
stwardnieć jak koraliki.

–   Przez   ten   cały   czas   w więzieniu...   –   powiedziała   pomiędzy   delikatnymi 

pocałunkami.

– Tak?
– Udawałam...
Przesunął usta do jej nagich piersi, okrywał pocałunkami, ssał i lizał brodawki.
– Udawałaś co? – spytał.
– Że uwodzę ciebie.
Zachichotał cicho.
– Dziękuj Bogu, że tak nie było.
– Dziękować Bogu?
– Tak. – Ujął brodawkę wargami i zaczął ją łakomie ssać. Letty jęczała i wiła się pod 

nim. – Uwierz mi, kochanie, że zdarłbym z ciebie spódnicę, zanim zdążyłabyś wyznać, 
w czym jesteś najlepsza.

Zesztywniała.
– Za każdym razem, kiedy zaczynam myśleć... – Zawahała się i dodała. – Jest pan 

niewiarygodnie okrutny, panie Murphy.

Prawie się kochali, a ona zwracała się do niego per „panie Murphy”.
–   To   prawda,   kochanie.   Jeżeli   byłabyś   wobec   siebie   szczera,   przyznałabyś,   że 

pragniesz mnie tak samo, jak ja ciebie.

Nie wiadomo, dokąd zawiodłaby ich ta rozmowa i gra miłosna. Samochód zatrzymał 

się gwałtownie. Letty ukryła twarz w ramionach Murphy’ego i westchnęła ciężko. Mieli 
tylko   pół   sekundy,   żeby   doprowadzić   się   do   porządku,   rozplatać   nogi   i ręce.   Letty 
zdążyła poprawić sobie bluzkę.

– Wszystko w porządku? – spytała babcia.
– Tak – mruknął Murphy.
– Letty?
– Ja... też. – Nie zabrzmiało to przekonująco.
– Gdzie jesteśmy? Murphy rozejrzał się dookoła.

background image

Starsza kobieta nie odpowiedziała.
– Chodźcie, szybko – ponagliła.
Murphy pomógł wysiąść Letty z przyczepy. Zauważył, że chwieje siana nogach. Jego 

zmysły również zbzikowały, ale nie dał tego po sobie poznać.

– Zostańcie tutaj – poleciła kobieta, a sama podeszła do domu.
– To jest dom brata babci, Alda – wytłumaczył jeden z chłopców.
– Jest rybakiem – dodał Vincente.
Niedługo   czekali.   Babcia   wyszła   z domu   w towarzystwie   niskiego,   siwowłosego 

mężczyzny w podeszłym wieku. Chyba cierpiał na skrzywienie kręgosłupa.

– To mój brat, Aldo – przedstawiła staruszka.
Murphy wymienił z mężczyzną uścisk dłoni.
– Pan i pańska żona uratowaliście życie wnukom Eleny.  Nasza rodzina jest wam 

wdzięczna. Chcemy się zrewanżować. Proszę za mną.

Poprowadził   ich   wąską,   krętą   dróżką,   którą   oświetlał   tylko   księżyc   i gwiazdy. 

Piaszczysta ścieżka wiła się pomiędzy bujną roślinnością w kierunku rzeki.

– Szukamy mojego brata, Luke’a Maddena – wyjaśniła Letty, nie zapominając o celu 

wyprawy. – Zna go pan?

Mężczyzna zatrzymał się i potarł ręką brodę. Wyglądało, jakby się zastanawiał.
– A z jakiego miasta?
– Z Managna, niedaleko San Paulo.
Aldo znowu potarł brodę.
– San Paulo to duże miasto. Nie znam żadnego Luke’a z Managna.
– Jest misjonarzem. Prowadzi tam kościół i szkołę. Zaginął na początku zamieszek.
– Obyście go znaleźli – powiedział staruszek, kiedy dotarli do rzeki. Woda uderzała 

o brzeg jak kobieta piorąca rzeczy o kamień.

Murphy pomyślał, że szczęście to za mało, żeby odnaleźć Luke’a. Nie chciał jednak 

martwić się na zapas. Już teraz mieli wystarczająco dużo problemów, z którymi musieli 
się uporać.

–   Żołnierze   nie   wpadną   na   to,   żeby   szukać   was   na   rzece.   –   Aldo   podszedł   do 

niewielkiej motorówki, – Weźcie moją.

Propozycja   płynęła   z serca,   ale   Murphy  wiedział,   że   jeżeli   się   zgodzą,   pozbawią 

rodzinę jedynego źródła utrzymania.

– Nie możemy tego zrobić – zaprotestował.
– Nie możemy? – Letty patrzyła na niego dużymi, błagającymi oczami.
– Proszę – nalegał Aldo, zwracając się tylko do Murphy’ego. – Chcemy wypożyczyć 

wam   łódź   z wdzięczności   za   uratowanie   wnuków   Eleny.   Mam   w San   Paulo   wielu 

background image

przyjaciół, zaopiekują się nią.

Murphy nie ustępował. Starszy człowiek oddawał im swój jedyny środek utrzymania. 

Musi znaleźć inny sposób, żeby dotrzeć do San Paulo.

– Nie  macie   wyboru  –  przekonywała  Elena.   – Drogi  są obstawione,  a w dżungli 

czyha mnóstwo niebezpieczeństw. Jak daleko dojdziecie piechotą?

– Norte postawił na nogi cały kraj, żeby nas znaleźć – dodała Letty.
Murphy   westchnął.   Gdyby   był   sam,   poradziłby   sobie   jakoś.   Ale   musiał   myśleć 

o bezpieczeństwie Letty.

– Dziękujemy – odpowiedział. Nie cierpiał długów wdzięczności, zwłaszcza takich, 

które trudno spłacić.

Letty uściskała Elenę i dwójkę dzieci.
– Zapomniała  pani plecaka.  – Vincente  pobiegł  z powrotem  do pick-upa.  Wrócił 

z bagażem i wręczył go Letty.

– Dziękuję, Vincente.
– Trucizna zadziałała? – spytała Maria.
Wsiedli do łódki. Murphy natychmiast włączył silnik. Aldo i Elena zmusili ich do 

zabrania  prowiantu  i innych  rzeczy.  Aldo narysował   Murphy’emu   szczegółową  mapę 
rzeki. Jeżeli szczęście im dopisze, dotrą do stolicy przed świtem.

Murphy był tutaj dłużej, niż się spodziewał. Miało to być błyskawiczne zadanie. Ale 

zdał sobie sprawę, że podczas tej wyprawy mało co – o ile w ogóle cokolwiek – szło 
zgodnie z planem.

Dopiero kiedy wypłynęli na ciemną, spokojną rzekę, mógł zadać Letty kilka pytań.
– O co chodziło z tą trucizną?
– O nic – ucięła krótko Letty i odwróciła wzrok. Pytanie było jej nie w smak.
Murphy nie był głupi. Wyczuł w jej głosie obawę. Siedziała od niego jak najdalej, co 

wydawało się głupie po niedawnych gorących pocałunkach.

– Co dałaś strażnikowi?
Podniosła głowę. Mimo ciemności dostrzegł na jej twarzy niepokój.
– Dałam mu coś na uśpienie.
– Kiedy?
– Wcześniej...
Murphy zmarszczył czoło. Strażnik jadł tylko obiad.
– Jak?
– Nieważne. Udało się, prawda?
Murphy nie miał zamiaru tak tego zostawić.
– Wytłumacz mi to, Letty.

background image

– Cóż... – Pochyliła się i obronnym gestem objęła się ramionami w pasie. – Myślisz, 

że tylko dzięki mnie wyszedłeś z więzienia. Naprawdę zawdzięczasz to kilku osobom. To 
nie było łatwe, Murphy. Nie zdajesz sobie sprawy, przez co musieliśmy przejść.

–   Nie   odpowiadasz   na   pytanie.   –   Nie   podobało   mu   się   to,   co   podpowiadał   mu 

podejrzliwy   umysł.   Strażnik   runął   jak   ścięte   drzewo.   Kiedy   się   obudzi,   będzie   się 
zastanawiał, co zaszło między nim a dziwką. Murphy też zachodził w głowę, co się stało 
w nocy, którą spędził z Letty.

–   Zrozum...   –   powiedziała   szybko.   –   Trzeba   było   najpierw   załatwić,   żeby 

w więzieniu znalazł się akurat ten strażnik.

– Dlaczego?
– Bo jest głupi i słaby. Delma uznała, że to najlepszy sposób.
Delma?... Ach, to imię padło w rozmowie ze strażnikiem.
– Jak to zrobiliście?
– Tę część wzięła na siebie Elena i jej rodzina. Chyba wymyślili jakiś podstęp, coś 

z bankiem. Pierwszy policjant musiał wyjść...

– Mów dalej. – Zaczął zaciskać i rozluźniać lewą pięść. Robił tak zawsze, kiedy 

chciał wyrzucić z siebie złość.

– Pani Alamos przygotowała specjalne danie, ale ty swojego nie zjadłeś.
– Nie miałem okazji. On uważał, że należą mu się oba posiłki.
– To wszystko tłumaczy.
– Co tłumaczy? – spytał obcesowo.
– Dlaczego... Nieważne.
– Dla mnie ważne – warknął. – Co dodałaś do jedzenia?
– Zioła. – Murphy musiał wytężać słuch, żeby usłyszeć cokolwiek na tle warkotu 

silnika.

– Zioła?
Pokiwała głową.
Szybko skojarzył fakty.
– Te same zioła dodałaś do kolacji, którą mnie uraczyłaś, zanim wyjechaliśmy do 

Zarcero?

Zagryzła dolną wargę i znów pokiwała głową.
Murphy zacisnął pięść na sterze.
– Nie kochaliśmy się, prawda?
Nie odpowiedziała.
– Prawda?! – wrzasnął.
Podskoczyła na twardej drewnianej ławce.

background image

– Oszukałaś mnie.
– Niezupełnie.
– Do cholery, co znaczy „niezupełnie”?
– Spędziliśmy razem noc – przypomniała mu nieśmiało. – Taka była twoja cena, 

prawda?

Murphy’ego   ogarnęła   obezwładniająca   złość.   Kiedy   przypomniał   sobie,   w co   go 

wpakowała w ciągu ostatnich dni, wściekł się. Powinien wiedzieć, że nie można jej ufać. 
Mimo że była siostrą misjonarza, córką pastora i świętszą niż wszyscy święci, okłamała 
go.

Siedziała spłoszona i wystraszona.
Wolał milczeć, bo nie ufał samemu sobie. Był wściekły jak rzadko. Dobrze by jej 

zrobiło,   gdyby   ją   zostawił.   Dobiłby   do   brzegu,   wysiadł   z łódki   i wycofał   się   z tego 
gówna,   w które   go   wplątała.   Ale   nie   mógł   sobie   wyobrazić,   jak   będzie   żył   z tą 
świadomością.

– Jesteś mi to winna – wycedził przez zęby. Zabrzmiało to jak dźwięk przecinanej 

stali.

Letty milczała.
– Odbiorę to sobie, Letty. Nie myśl, że wyjdziesz z tego jako dziewica. Sprzedałaś 

mi prawo pierwszej nocy dawno temu. Mam zamiar wziąć, co mi się należy.

Podniosła głowę. W jej dużych, okrągłych oczach pojawił się strach.
– Pamiętaj, jesteś mi to winna.
Rozdział 23.

Z każdym dniem Luke nabierał sił. Od kiedy został schwytany, nie widział Rosity. 

Przynajmniej tak sądził. Wydawało mu się, że odwiedziła go raz, w nocy, po najgorszych 
torturach, kiedy jego umysł był zamroczony z bólu i żalu. Nie mógł ufać swojej pamięci.

Miłość Rosity była przy nim. Czuł ją tak mocno, jak miłość Boga. Była źródłem siły, 

która   pozwalała   mu   przetrwać   każdy   dzień,   i dodawała   odwagi,   żeby   zmierzyć   się 
z nieznanym.

Cela Luke’a była  wilgotna i ciemna.  Samotność  w piekle. Miał tylko  jeden nikły 

promień słoneczny. Cały dzień czekał, kiedy słońce skieruje ten cenny strumień złotego 
światła   na   jego   łóżko.   Promień   obmywał   go,   oczyszczał   jego   serce   i dawał   duszy 
nadzieję. Tych kilka cudownych chwil było dla niego jak dotyk Bożej ręki.

Dni zlewały się ze sobą. Luke stracił poczucie czasu. Nie mógł ufać pamięci, więc 

wynalazł własny kalendarz. Dzisiaj była sobota, według jego obliczeń.

Potwornie   tęsknił   za   swoimi   książkami.   Najbardziej   ze   wszystkich   –   za   Biblią. 

background image

Tęsknił za życiem, za przyjaciółmi, za kościołem. Bezsenne godziny wypełniał modlitwą.

Usiadł na łóżku, słysząc odgłos kroków na betonowej posadzce. Nie torturowano go 

już kilka dni i myślał, że najgorsze ma za sobą.

Ścisnęło go w żołądku. Pocieszał się, że Bóg nie prosiłby go o nic, co przekraczałoby 

jego siły. Ze strachu przed kolejnym biciem zaparło mu dech w piersiach.

Nie zniesie więcej bólu.
Zacisnął powieki i modlił się, żeby nie szli po niego. Poczuł się winny. Jeżeli nie 

będą torturować jego, czeka to kogoś innego. Usłyszał krzyki. Wiedział, co się dzieje, 
sam przechodził podobne cierpienia.

Zamek w grubych drzwiach celi został otwarty.
Luke czuł, że zwymiotuje. W drzwiach stał mężczyzna. Nie miał na sobie munduru. 

Przedstawił się jako jego adwokat.

Godzinę później Luke stał przed sądem polowym. Potwornie bolała go noga, ale nie 

miał wyjścia. Sędzią był oficer, który zabił jego przyjaciela, Ramóna. Miłego staruszka, 
który   nigdy   nie   zrobił   nikomu   krzywdy.   Uważano   go   za   niemal   świętego.   Jedyną 
pociechą dla Luke’a było to, że Ramón opuścił ten okrutny świat i znalazł się w lepszym.

W   pomieszczeniu   znajdowało   się   pełno   ludzi,   których   Luke   znał   z San   Paulo 

i z Managna. Ludzi, z którymi pracował i którzy mu pomagali przez ostatnie dwa lata. 
Przeszukiwał wzrokiem tłum, modląc się, żeby znaleźć w nim Rositę. Jego miłość. Jego 
serce. Rozczarował się, kiedy jej nie zobaczył.

– Do czego się pan przyznaje? – spytał oficer pełniący rolę sędziego.
– A jakie są zarzuty? – spytał Luke.
Lista, którą odczytał  prowadzący sprawę, była  tak absurdalna,  że Luke omal  nie 

wybuchnął śmiechem. Oskarżano go o wszystko – od podpalenia do gwałtu.

– Czy rozumie pan przedstawione zarzuty?
To pytanie wywołało uśmiech na twarzy Luke’a.
–   Tak.   –   Niewiele   brakowało,   żeby   dodał   „wysoki   sądzie”,   ale   zakpiłby   ze 

sprawiedliwości, gdyby nazwał prowadzącego sprawę „sędzią”.

– Do czego się pan przyznaje?
– Jestem niewinny – powiedział Luke spokojnie.
Wśród tłumu rozległ się szum.
– Przyprowadzić resztę.
– Resztę? – Luke odwrócił się w stronę tylnych drzwi, które akurat się otworzyły. 

Wprowadzono czterech chłopców. Mieli spuchnięte twarze i krwawili. Dopiero po chwili 
Luke ich rozpoznał. Byli to nastolatkowie, mieszkający niedaleko misji.

–   Hector   –   wyszeptał   –   Emilio,   Juan   i Roberto.   –   Wszyscy   tępym   wzrokiem 

background image

wpatrywali się w przestrzeń.

Luke myślał, że pęknie mu serce. Pomieszczenie wirowało mu przed oczami, kiedy 

odczytywano   zarzuty   przeciwko   jego   przyjaciołom.   Ten   proces   był   farsą.   Zostali 
oskarżeni, bo próbowali wyciągnąć Luke’a z więzienia.

2 Proszę – błagał Luke. – Powiem wam wszystko, co chcecie wiedzieć.
Na twarzy prowadzącego sprawę pojawił się znudzony, sztuczny
uśmiech.
– Za późno na spowiedź.
– Nie mam się z czego spowiadać! – krzyknął Luke.
– Pańskie przestępstwa są liczne.
– W porządku. Możecie mnie oskarżyć o wszystko, co chcecie, ale wypuśćcie tych 

niewinnych chłopaków. To dzieci.

– Już nie, senor.
Luke zacisnął powieki. Poczuł się tak, jakby ciężar całego świata spoczął na jego 

ramionach. Zrozumiał, że to była prawda. Rosita go odwiedziła. Mówiła, że Hector ma 
plan, żeby wyciągnąć go z więzienia. Nie posłuchała go, kiedy prosił, by pozwoliła mu 
umrzeć.   I teraz   życie   tych   czterech   młodych   chłopaków   wisi   na   włosku,   bo   chcieli 
uwolnić go z tego piekła.

Zaczęła go trawić nienawiść, ciemna i czarna.
Wstał oskarżyciel i z przyklejonym uśmiechem, rozwodził się nad przestępstwami, 

o które posądzano Luke’a i chłopaków. Przy stole za nim siedział adwokat i robił notatki.

Luke doliczył się siedemnastu przestępstw, które przedstawiono mu w krótkim akcie 

oskarżenia. Ale to nie miało znaczenia. To był sfabrykowany proces.

Nie wysilał się, żeby wysłuchać przemówienia obrońcy, bo i tak było słabe.
Zanim zaczął zeznawać, rozejrzał się po sali sądowej i dostrzegł morze złych twarzy. 

Tych,  którzy zawsze płynęli  z prądem.  Tych, którzy stawali po stronie ludzi władzy, 
mając na względzie własne interesy.

Był zdegustowany, ale spojrzał na ten żałosny tłum i z serca próbował im wybaczyć.
Przez ostatnie dwa lata nauczał o miłości i przebaczeniu. Nie wiedział, że Bóg da mu 

tak żywą lekcję tych wartości.

– Proszę wstać.
Adwokat, który stał obok, pomógł mu się podnieść na nogi. Misjonarz zachwiał się 

i rozstawił stopy, żeby utrzymać równowagę. Kątem oka spojrzał na sędziego.

– Po rozważeniu wszystkich przedstawionych dowodów uznaję pana za winnego.
Ten   sam   werdykt   odczytano   Hectorowi,   Emilio,   Juanowi   i Roberto.   Luke   nie 

spodziewał się niczego innego.

background image

– Nakazuję stawić się jutro o świcie przed plutonem egzekucyjnym.
Oczy Luke’a zamknęły się, a słowa te spadły na niego niczym grad kamieni.
Oskarżyciel uderzył młotkiem o biurko. W pomieszczeniu zahuczało od oklasków.

background image

Rozdział 24.

Płynęli dalej. Letty czuła, że Murphy’emu powoli przechodzi złość. Prowadził ich 

księżyc, gwiazdy i nikłe światło latarki. Zaległa między nimi pełna napięcia cisza, której 
Letty nie mogła znieść.

Poruszyła  się na twardej drewnianej desce. Nie dlatego że było  jej niewygodnie. 

Zżerało   ją   poczucie   winy.   Oszukała   Murphy’ego.   Nabrała   go.   Szybko   jej   chyba   nie 
wybaczy.

Nieruchome oczy mężczyzny patrzyły na nią oskarżycielsko. Chciała się odezwać, 

ale nie miała pojęcia, co powiedzieć. Usprawiedliwienie, które w Boothill wydawało się 
racjonalne i rzeczowe, teraz brzmiało fałszywie.

Choć   Murphy   milczał,   Letty   wiedziała,   o czym   myśli.   Uważał   ją   za   hipokrytkę; 

zasłania się zasadami, ale kiedy jej wygodnie, postępuje wbrew nim. Przełknęła ślinę, bo 
zaschło jej w gardle. Zrozumiała, że właśnie tak postąpiła. Wykorzystała go.

Nie   była   w stanie   mu   tego   wytłumaczyć,   ale   robiła   to   w myślach.   Nie   oszukała 

Murphy’ego   z egoistycznych   pobudek.   Chodziło   o Luke’a.   Brat   był   w tarapatach. 
Musiała   przyjść   mu   z pomocą.   Nawet   za   cenę   oszukania   Murphy’ego.   Dopóki   nie 
przejrzał intrygi, był zadowolony.

Miał to, na co sobie zasłużył. Postąpił nikczemnie, żądając tak poniżającej opłaty za 

swoje usługi. Postawił takie warunki, bo miał nadzieję, że Letty mu odmówi. Chciał 
uspokoić sumienie i był wściekły, kiedy pokrzyżowała mu plany.

Spełniła warunki układu i spędziła z nim noc. Tylko zmieniła trochę sens ich umowy. 

Zażyłość między nimi i tak posunęła się o wiele dalej, niż się spodziewała.

Spojrzała na ciemną wodę i westchnęła ciężko. Żałowała i była pełna wątpliwości. 

Lepiej, gdyby dotrzymała umowy i oddała się Murphy’emu. Ale wtedy ledwie go znała 
i bała się go. Po tych  kilku dniach spędzonych  razem zaczęła mu ufać. Ku swojemu 
zdumieniu odkryła, że coraz bardziej go lubi.

Po czułych pocałunkach mogła się tylko domyślać, jak by było, gdyby dotrzymała 

umowy. Była wdzięczna Murphy’emu, bo zaznała z jego strony zaskakującej czułości.

Czy to dobrze? Murphy potwierdził jej najgorsze obawy. Była niewolnicą swoich 

zmysłów, jak jej matka. Rozpustnicą. Kobietą skłonną do cudzołóstwa.

Jeżeli   odda   się   mężczyźnie   bez   ślubu,   otworzy   puszkę   Pandory.   I dokąd   ją   to 

zawiedzie? Wyjdzie za mąż i odda swoje ciało mężczyźnie, którego szanuje i podziwia. 
Mężczyźnie, który ją interesuje. Komuś takiemu, jak Slim. Nie będzie wymagającym 
kochankiem.   Od   lat   zadowalał   się   okruchami   czułości.   Murphy   był   niebezpieczny. 
Najbardziej niebezpieczny ze wszystkich mężczyzn, jakich znała.

background image

Bała  się  go nie  dlatego,  że  był   najemnikiem,   ale  dlatego   że  ją  podniecał.   Czułe 

pocałunki były dowodem, że Murphy jest w stanie doprowadzić ją do szaleństwa.

Poczuła, że dłużej nie zniesie tego strasznego napięcia.
– To przez moją matkę. – Wiedziała, że to jeszcze bardziej skomplikuje sytuację, 

zamiast   ją   wyjaśnić.   Z trudem   przełknęła   ślinę   i uniosła   dumnie   podbródek.   Miała 
nadzieję, że Murphy doceni to, ile kosztowało ją takie wyznanie.

Nie zwrócił na Letty uwagi.
– Porzuciła mnie i Luke’a, kiedy mieliśmy po pięć lat. Mój ojciec był załamany... 

Nigdy się ponownie nie ożenił.

Murphy zamrugał oczami.
– Uciekła z innym mężczyzną. Nie pierwszy raz zdradziła ojca. Przyznał, że przez 

lata było w jej życiu kilku innych mężczyzn.

Opuściła głowę, bojąc się patrzeć na Murphy’ego. Obawiała się, co usłyszy, jeżeli 

ich oczy się spotkają.

–   Babcia   mi   powiedziała,   że   matka   miała   słabość   do   mężczyzn.   Że   należy   jej 

współczuć. – Głos Letty drżał lekko. Przerwała na chwilę, żeby się uspokoić.

– Ale ty chyba nie masz się o co martwić? – rzucił obcesowo Murphy.
– Nie?
– Uwierz mi, kochanie, nie jesteś w niczym podobna do matki.
Dał jej w ten sposób do zrozumienia, że jest oziębła jak ryba, co było obelgą. Letty 

się zjeżyła, ale nie chciała się z nim kłócić. Nie mogła mu wyznać, jak na nią działa. 
Włożyłaby mu do rąk broń, której z pewnością nie zawahałby się użyć przeciwko niej. 
Trzymała głowę prosto, zdusiła emocje i milczała.

– A więc to cię martwiło? – Pytanie nie wymagało odpowiedzi. Oczy Murphy’ego 

błyszczały w ciemności. Jego złość ustąpiła miejsca niememu zdziwieniu.

–   Żałuję,   że   cię   oszukałam.   –   Przynajmniej   tyle   była   mu   winna.   –   To,   co 

powiedziałam ci o matce, nie usprawiedliwia mojego postępowania, ale chociaż tłumaczy 
jego powody.

– Tak?
– Ja... Czeka nas długa droga, więc dobrze by było to sobie wyjaśnić. Masz rację, 

skłamałam   i oszukałam   cię.   Masz   prawo   być   zły.   Jeżeli   to   cię   usatysfakcjonuje, 
przyznam, że szczerze żałuję. Byłeś wobec mnie uczciwy. Mogę sobie tylko wyobrazić, 
co by mnie spotkało, gdybym wybrała się tu sama. Przykro mi, Murphy.

– Na tyle, żeby w końcu mi zapłacić?
Przyjrzała mu się.
– Czy wszystko dla ciebie sprowadza się do seksu?

background image

– Dość wiele.
– Nie uważasz, że jesteś trochę śmieszny?
– Nie. Podałem ci cenę, a ty się zgodziłaś. Nad czym tu jeszcze debatować?
– Ten mężczyzna był niemądry.
– Twoje żądanie było podłe.
– Przecież mi zaufałaś. Powierzyłaś mi życie.
–   Potrzebowałam   twojej   pomocy.   Nadal   jej   potrzebuję.   Skąd   mogłam   wiedzieć, 

jakim jesteś człowiekiem?

–   Usprawiedliwiaj   się,   jak   chcesz,   złotko.   Prawda   jest   taka,   że   mnie   oszukałaś. 

Sprzedałaś mi się. Warunki były jasne i ty się na nie zgodziłaś. Chcę od ciebie tylko tego, 
co mi się należy. – Złość Murphy’ego słychać było w każdej sylabie.

– Zgodziłam się, żeby ratować życie brata.
– Tłumacz sobie, jak chcesz. To nie zmienia faktów.
– Ale ja cię nie oszukałam, przynajmniej nie do końca...
– To prawda – przerwał jej. – Znalazłaś sposób, żeby się od tego wymigać. Czy to 

coś zmienia?

Letty zjeżyła się, słysząc jego szorstki głos.
–   Dobrze.   Dostaniesz   to,   co   ci   się   należy,   skoro   tak   bardzo   chcesz.   –   Takie 

oświadczenie   nie   było   najmądrzejsze.   Nie   w przypadku   Murphy’ego.   Letty   miała 
nadzieję,   że   kiedy   opowie   o swojej   przeszłości,   dzieląc   się   z nim   swoimi   obawami, 
Murphy nie będzie taki bezwzględny. Myliła się.

– Zgadzasz się?
– Tak! – wrzasnęła.
– Kiedy?
– Teraz – – Wstała. Motorówka zachybotała się na boki. Nie przejmowała się tym, że 

łódka może się wywrócić. Ściągnęła przez głowę stylonową bluzkę i rzuciła ją na bok.

– Letty, usiądź – wycedził Murphy przez zaciśnięte zęby.
– Nie usiądę, dopóki nie wywiążę się z umowy. Jeżeli tak strasznie mnie pożądasz, 

proszę  bardzo.  – Zaczęła   ściągać  spódnicę  przez   głowę. Materiał  przykrył  jej   twarz, 
straciła  równowagę. Zaczęła wymachiwać rękami,  żeby ją odzyskać. Czuła, że łódka 
niebezpiecznie kołysze się na boki.

Murphy zaklął głośno i krzyknął:
– Siadaj, do licha!
Nie   zdołała   odzyskać   równowagi   i wpadła   do   ciemnej,   zimnej   wody.   Spódnica 

opadła jej na twarz.

Zanurzając się pod wodę, słyszała, że Murphy klnie ze złości.

background image

Zachłysnęła  się   wodą.   Zaczęła   się  dusić.  Sparaliżował  ją  strach.   Porwał   ją  prąd, 

rzucając raz w prawo, raz w lewo. Spódnica owinęła jej się wokół twarzy.

Wypłynęła na powierzchnię i zaczęła krzyczeć przerażona, że się utopi. Przerażona, 

że zginie i nie uratuje Luke’a. Czytała kiedyś, że tonący widzi się przed oczami całe 
życie. Letty nie czuła nic poza paraliżującym, potwornym strachem. Z braku powietrza 
piekło ją strasznie w płucach.

Nagle poczuła, że ktoś wyciąga jaz wody. Była pewna, że umiera, a za moment jej 

głowa znalazła się nad powierzchnią i znowu mogła oddychać.

Kaszlała i pluła, a potem jeszcze przez chwilę się dławiła. Murphy trzymał ją mocno 

za nadgarstek. Jakoś udawało mu się jednocześnie panować nad łódką i trzymać Letty.

– Podaj mi drugą rękę! – krzyknął.
Musiała zebrać wszystkie siły, żeby to zrobić. Murphy ścisnął ją mocno za drugi 

nadgarstek.

– Dalej, kochanie. Musisz mi pomóc.
Słychać było, że z całych sił usiłuje ją utrzymać.
Rzeka wirowała wokół Letty,  jakby chciała ją zatrzymać.  Woda napierała na nią 

z jednej strony, a Murphy z drugiej. Czuła się, jakby rozciągano jej członki na torturach.

Udało jej się wydobyć ramiona z wody i Murphy jakimś cudem zdołał wciągnąć ją 

do motorówki. Udało mu się, choć łódź kilka razy omal się nie wywróciła.

Letty czuła się jak zdechła ryba. Trzęsła się z zimna.
Murphy, wyczerpany, oparł się o ster. Oddychał ciężko i głośno.
Letta   dopiero   teraz   uświadomiła   sobie   grozę   sytuacji   i wybuchnęła   płaczem. 

Nienawidziła łez i słabości. Ale nie mogła zapanować nad emocjami. Nie pierwszy raz 
płakała w obecności Murphy’ego. Za każdym razem czuła się bardziej zmieszana.

Spodziewała   się   awantury   za   tak   kretyńskie   zachowanie.   Naraziła   ich   na 

niebezpieczeństwo tylko dlatego, że poczuła się dotknięta i wściekła.

Zdradziła swoją tajemnicę i odpłacił jej sarkazmem. Mogła się nie trudzić opowieścią 

o matce, bo niczego to nie zmieniło. Objęła ramionami kolana i ukryła w nich twarz. 
Wstrząsnął nią cichy szloch.

Nie spodziewała się, że Murphy weźmie ją w ramiona. Ale to zrobił.
Szlochając, przylgnęła do niego; przyjęła ciepło, pociechę i bliskość. Nie przestawał 

jej głaskać po mokrej głowie. Milczał. Słyszała gwałtowne bicie jego serca. Był tak samo 
przerażony jak ona, może nawet bardziej.

Przycisnął policzek do jej głowy i wypuścił z płuc powietrze.
– Dalej – wyszeptała, bo chciała już to mieć za sobą.
– Co dalej?

background image

– Nakrzycz na mnie. Zasłużyłam na to.
– Myślę, że rzeka mnie w tym wyręczyła. Murphy’emu udało się skierować łódkę do 

brzegu.

Milczeli, przytuleni do siebie. W końcu Murphy powiedział:
– Nie musisz się martwić, że jesteś jak twoja matka. Każdy mężczyzna uważałby tak 

wierną i lojalną kobietę za skarb. Nie każda siostra ryzykowałaby jak ty, żeby odnaleźć 
brata.

Letty   podniosła   twarz   i spojrzała   na   Murphy’ego.   Odgarnęła   z czoła   kosmyk 

mokrych włosów.

– Moja matka też nie była uosobieniem cnoty – przyznał. – Popełniła w życiu błędy 

i drogo za nie zapłaciła. Przypuszczam, że twoja matka również. Każdy z nas ma swoją 
indywidualność,   swoje   życie,   popełnia   własne   błędy,   wyciąga   z nich   wnioski   i idzie 
naprzód.

– Czy to znaczy, że zwalniasz mnie ze zobowiązania? – spytała z nadzieją w głosie.
Murphy pozwolił sobie na ironiczny uśmieszek.
– Wątpię. Z niecierpliwością czekam, żeby odebrać, co mi się należy. Ale wszystko 

w swoim czasie. Wszystko w swoim czasie.

background image

Rozdział 25.

Jack postanowił, że na jakiś czas wycofa się z gry. Niech Marcie trochę poczeka na 

sygnał od niego. Wytrzymał jeden dzień. Ze zdziwieniem stwierdził, że większość czasu 
zmarnował, myśląc o właścicielce salonu piękności. Nie był zachwycony, że przerwała 
ich grę miłosną. Musiał jednak przyznać, że wiele ją to kosztowało. Kiedy doszedł do 
siebie, poczuł w stosunku do Marcie coś jakby podziw.

Jack stale obracał się wśród kobiet. Kochał je, był dla nich hojny, bo mógł sobie na 

to pozwolić, a potem je opuszczał. Nie bez żalu. Kiedy wyjeżdżał w związku z jakąś 
misją, w przyjazny sposób rozstawał się z aktualną kobietą swojego życia. Kiedy wracał, 
czekała na niego i witała go z otwartymi ramionami. Tak też było wiele razy z Marcie.

Pociągała go, bo jej temperament, jeśli chodzi o seks, był podobny do jego. Mogli 

spędzić w łóżku dwa albo trzy dni.

Grał w tę grę od dobrych kilku lat. Kobiety pojawiały się w jego życiu i znikały, 

czasem dwie albo trzy naraz. Kochał je wszystkie.

Od niedawna zaczął poważnie zastanawiać się nad związkiem monogamicznym.
Nie mówił o tym głośno. A już na pewno nie rozmawiał o tym z Murphym, który 

nieźle by się uśmiał. Decyzję tę podjął w ciągu ostatnich tygodni. Może wywarli na niego 
wpływ   Cain   i Mallory.   Śluby   dwóch   byłych   najemników   wywołały   w Deliverance 
Company ogólne poruszenie.

Z Jackiem było inaczej. Nie brał pod uwagę małżeństwa. Chciał w pewnym sensie 

być   wolny.   Co   nie   znaczyło   to,   że   nie   ma   zamiaru   dotrzymać   wzajemnej   umowy. 
Zamierzał szanować swoją wybrankę i poświęcić jej całą uwagę.

W   zamian   będzie   oczekiwał   kilku   rzeczy.   Pierwsza   i najważniejsza   to   całkowita 

wierność. Dopóki Marcie nie przerwała ich gry miłosnej, Jack’ sądził, że kobieta nie jest 
zdolna   do takiego   poświęcenia.  Marcie   udowodniła,   że  jest.  Przyznała,  że  nie  kocha 
swojego hydraulika, ale nie chciała zawieść jego zaufania.

Jack był pod wrażeniem.
Nie wiedział, dlaczego Marcie się zmieniła, ale podobała mu się jej nowa osobowość. 

Chciał ją mieć w łóżku od chwili, kiedy na nią spojrzał. Ale teraz chciał, żeby była też 
w jego życiu.

Kiedy był pewien, że Marcie wróciła z pracy, zadzwonił do niej. Odebrała po drugim 

sygnale, jakby czekała na telefon od niego.

– Mówi Johnny. – Prędzej czy później powie jej, jak naprawdę ma na imię, ale na 

razie niech zostanie tak jak jest.

–  Johnny.   –   Rzuciła   bez   tchu,   podekscytowanym   głosem.   Miał   wrażenie,   że   ten 

background image

telefon sprawił jej olbrzymią radość. Był wyjątkową, najcudowniejszą rzeczą, jaka jej się 
kiedykolwiek przydarzyła. Miło byłoby się przyzwyczaić do takich powitań.

– Powinniśmy porozmawiać.
Wyczuł, że się waha.
– Porozmawiać? O czym?
– O czymkolwiek. O wszystkim. Nie chcę cię stracić, Marcie.
– Johnny, nie, proszę.
Prawie   widział,   jak   z zamkniętymi   oczami   ściska   słuchawkę,   a jej   umysł   walczy 

z pożądaniem.

– Powiedziałaś Cliffordowi o naszej randce?
– Tak.
– Obiecałaś mu, że więcej się ze mną nie spotkasz?
Milczała, jakby nie chciała mu odpowiedzieć.
– Nie. Powinnam była, ale tego nie zrobiłam.
Jack uśmiechnął się znacząco. Nie obiecała Cliffordowi, bo nie była pewna, czy uda 

jej się dotrzymać słowa. Kolejna rzecz godna pochwały. Uczciwość.

– Muszę się z tobą zobaczyć. – Jego głos stał się głęboki, chrypliwy i uwodzicielski. 

Podkreślił   słowo   „muszę”.   Nie   przesadzał.   Podniecał   go   sam   dźwięk   jej   głosu.   Od 
miesięcy nie był tak spragniony, ale nie chciał zadowolić się jakąś panienką. Pragnął 
Marcie. Paliło go w środku coraz mocniej, aż w końcu rozmowa stała się dziwną torturą.

– Dobrze – wyszeptała Marcie. – Ale gdzieś w miejscu publicznym.
– Zgoda. Zadecyduj gdzie. – Restauracja nie stanowi przeszkody. Ich pragnienie nie 

zmniejszy się tylko dlatego, że znajdą się wśród innych ludzi. Może jeszcze wzrosnąć.

– Kiedy? – spytała bez tchu.
– Zaraz.
Zawahała się.
– Potrzebuję cię, kochanie – wyszeptał do słuchawki.
– Och, Johnny, to chyba nie jest dobry pomysł.
– Jest. Nic się nie stanie, obiecuję. Chcę się tylko z tobą spotkać.
Marcie milczała przez chwilę, potem westchnęła.
– Grałeś kiedyś w golfa?
Teraz   on   z kolei   nie   wiedział,   co  odpowiedzieć.   Zmarszczył   czoło   i podrapał   się 

w głowę.

– Chcesz zagrać w minigolfa?
– Tak.
Cień prowokacji w jej głosie wywołał uśmiech na jego twarzy. Najwyraźniej Marcie 

background image

była przekonana, że kiedy zajmą się czymś idiotycznym, zapomną o tym, czego oboje 
pragnęli najbardziej – siebie nawzajem.

– Nie ma sprawy. Powiedz gdzie. Zaraz tam będę.
Czekał na nią. Przyjechała tym swoim gratem. Kupi jej inny samochód. Pasowałaby 

do   czegoś   w kolorze   ciemnego   błękitu.   Albo,   do   diabła,   sprawi   jej   mały   czerwony 
samochód sportowy.

Marcie podeszła do Jacka, spoglądając na niego nerwowo.
– Dziękuję, że przyjechałaś. – Pochylił się, żeby musnąć ustami jej policzek. Miała 

na sobie długą letnią suknię bez rękawów z wymyślnym  dekoltem.  Pachniała  różami 
i słońcem. Zrobił wszystko, co mógł, żeby się powstrzymać. Chłonął jej ciepły, świeży 
zapach.

– Powinnam cię była ostrzec. Jestem w tym dobra – oznajmiła, kiedy płacił za bilety.
– Chcesz zrobić mały zakład o wynik meczu?
Przyjrzała mu się badawczo, jakby nie była pewna, czy spodobają jej się warunki.
– O co?
– O loda.
Uśmiech rozjaśnił jej twarz.
– Zgoda.
Jack nie zdradził jej, że ma nadzieję, iż Marcie da mu polizać loda. Kiedy jego język 

będzie  chłodny,  zacznie  ssać jej  piersi. Tak się kiedyś  bawili,  ale ona najwidoczniej 
o tym zapomniała.

Pierwszą przeszkodą był wiatrak. Należało uderzyć w odpowiednim momencie, żeby 

piłka golfowa ominęła skrzydło wiatraka, które obracając się, zasłaniało dziurę.

Marcie była pierwsza. Pochyliła się z kijem golfowym. Jackowi wydawało się, że 

Marcie   celowo   eksponuje   pupę.   Wygięła   się   tak,   że   nie   mógł   zapanować   nad 
podnieceniem.

– Marcie... – Zacisnął powieki i głośno jęknął.
– Co? – Odwróciła się do niego.
– Musisz trzymać kij golfowy w ten sposób?
– W jaki sposób? – Rzuciła mu niewinne spojrzenie.
– Nieważne – odpowiedział szorstko. – To bez znaczenia.
Wkrótce zdał sobie sprawę z tego, że nie przesadzała. Nieźle go ogrywała i cieszyła 

się każdą minutą tej gry. Dziwne, ale Jack również nieźle się bawił.

– Przypuszczam, że będę musiał ci kupić tego loda. – Wydawał się niepocieszony.
– Nic nie stoi na przeszkodzie.
Weszli   do   małej   kawiarenki.   Jack   zamówił   dwa   rożki   po   trzy   kulki.   Usiedli 

background image

naprzeciwko siebie przy stoliku w cieniu. Jack ujął dłoń Marcie, odwrócił ją i zaczął 
palcem wskazującym leniwie zataczać na niej kółka.

– Mówiłeś, że chcesz porozmawiać – przypomniała mu Marcie, uwalniając dłoń.
– Tak. – Teraz, kiedy nadeszła odpowiednia chwila, nie wiedział, od czego zacząć. – 

Byliśmy dobrymi przyjaciółmi przez kilka ostatnich lat.

– Tak uważasz? – zdziwiła się.
Zaskoczyła go.
– Byliśmy głównie kochankami, Johnny. Związek to coś więcej niż dwu-, trzydniowe 

miłosne szaleństwo co kilka miesięcy.

– W porządku, w porządku. Punkt dla ciebie. Chcę, żeby to się zmieniło.
Przestała lizać loda i przyglądała mu się dużymi, okrągłymi oczami.
– Co masz na myśli?
Ich spojrzenia spotkały się.
–   Lubię   cię,   Marcie.   Bardzo.   Jesteś   niesamowitą   kobietą.   Muszę   ze   wstydem 

przyznać, że do niedawna traktowałem cię jako łatwą zdobycz.

– Chciałeś powiedzieć, zanim pojawił się Clifford?
Wobec takiego argumentu nie miał zbyt wielkiego pola do popisu.
– Punkt dla ciebie, ale tym razem jest inaczej.
– Masz rację. Jest inaczej. Nie idę z tobą do łóżka,  gdy tylko  wyciągniesz  ręce. 

Szaleję za tobą, Johnny, od dawna, ale to do niczego dobrego nie prowadzi.

– Jack Keller – powiedział miękko. Nadszedł czas odkryć  karty,  wyciągnąć rękę 

i zagrać wobec niej uczciwie i szczerze.

– Jack Keller? – powtórzyła.
– Mam na imię Jack, Pomyślałem, że muszę ci o tym powiedzieć.
Długo milczała. Jack z przerażeniem zauważył, że do jej oczu napływają łzy.
– Marcie?  – Sięgnął  do kieszeni  spodni i wyciągnął  czystą  chusteczkę. – Co się 

stało?

Wstała,   podeszła   do   kosza   na   śmieci,   wyrzuciła   loda   i objęła   się   ramionami. 

Spodziewał się różnych  reakcji, ale nie łez. Podszedł do niej, również wyrzucił loda 
i delikatnie położył dłonie na jej ramionach.

– Możesz nadal mówić do mnie Johnny, jeśli chcesz – zaproponował.
– Nawet nie powiedziałeś mi, jak masz na imię.
– Powiedziałem – odpowiedział szybko. – Ale byliśmy w barze, pamiętasz? Muzyka 

głośno grała i musiałaś mnie źle zrozumieć. Miałem powiedzieć ci później.

– Ale nie mogłeś mi oznajmić, że źle się do ciebie zwracam, kiedy okręcałeś mnie 

sobie wokół palca.

background image

– Mylisz się. Nie obchodziło mnie, jak mnie nazywasz, dopóki pozwalałaś mi być 

przy sobie – wyszeptał. Przycisnął usta do jej szyi. – Chcę, żebyśmy zaczęli od nowa, 
Marcie. Tym razem wszystko będzie tak, jak powinno.

– A niby dlaczego? – odpowiedziała szeptem. – Oboje wiemy, że łączy nas tylko 

jedno – ogromny fizyczny apetyt.

– Masz rację, ale skoro jest nam tak dobrze w łóżku, wyobraź sobie, jak byłoby 

i poza nim?

Plecy Marcie drżały od urywanego śmiechu. Grzbietem dłoni otarła mokrą twarz.
– W porządku, powiedzmy, że zgadzam się poznać cię lepiej poza łóżkiem. Innymi 

słowy, chcesz, żebyśmy zostali przyjaciółmi, tak?

Ugryzł się w język. Niezupełnie o to chodziło, ale była blisko. Chciał, żeby się do 

niego wprowadziła, ale nie miał zamiaru ulokować jej w sypialni dla gości. Marzył, żeby 
mieć ją znowu w łóżku, ale wiedział, że jeżeli będzie posuwał się zbyt szybko, to ją 
straci.

– Tego chcesz, prawda? – Odwróciła się do niego twarzą.
– Tak – zgodził się niechętnie. – Przyjaźni.
– I co? – nalegała.
Zawahał się niepewny, co Marcie chce usłyszeć.
– Co tylko chcesz, kochanie. Pozwolimy temu związkowi rozwijać się tak, jak ty 

będziesz chciała. Ty będziesz przy sterze.

To ją najwyraźniej zdziwiło. Jej oczy zrobiły się ogromne, wyczekujące, jakby nie 

była pewna, czy powinna mu wierzyć. Chcąc go wypróbować, powiedziała:

–   Zacznijmy   od   odrobiny   szczerości.   Jeśli   źle   zrozumiałam   twoje   imię,   może 

powinniśmy wyjaśnić sobie inne rzeczy.

– Zgoda. – Podniósł obie ręce, dając do zrozumienia, że może pytać.
Szli przed siebie bez żadnego celu. Ogromnie go kusiło, żeby jej dotknąć. Był prawie 

pewien, że Marcie tego nie chce, zacisnął więc pięści za plecami.

– Jesteś żonaty?
– Nie – powiedział dobitnie.
– A byłeś?
– Nie.
Popatrzyła na niego, chcąc sprawdzić, czy mówi prawdę. Wytrzymał jej spojrzenie.
– Przysięgam, że mówię prawdę.
– Z tym sporo się spóźniłeś.
–   Racja.   –   Nie   chciał   się   nad   tym   rozwodzić,   dopóki   nie   dostrzegł   błysku 

sceptycyzmu   w jej   oczach.   Wiedział,   że   go   sprawdza.   Jeżeli   tym   razem   minie   się 

background image

z prawdą, straci Marcie. – Nie jestem handlowcem, jak myślałaś.

– Nie?
Wziął kilka głębokich oddechów. Prawda może być zbyt trudna do zaakceptowania. 

Nie miał wyjścia – musiał podjąć ryzyko.

– Pewnie ci się to nie spodoba. Moja praca nie jest bezpieczna, ale jeżeli chcesz 

prawdy, to ją wyjawię.

– Jesteś agentem służb specjalnych?
Roześmiał   się.   Marcie   wyglądała   tak   wdzięcznie,   że   pochylił   się   i delikatnie 

pocałował jaw usta.

– Nie. Pracuję dla Deliverance Company. Jesteśmy zespołem dobrze przeszkolonych 

komandosów, którzy specjalizują się w operacjach ratunkowych.

– Jesteś najemnikiem? – spytała z niedowierzaniem.
– Tak.
– O, Boże.
– Kochanie, posłuchaj, robię to od wielu lat. Jestem w tym cholernie dobry. Przecież 

żyję, prawda?

Pokiwała   głową,   ale   zauważył,   że   z jej   oczu   zniknął   blask.   Podeszła   do   ławki 

parkowej i usiadła.

– Powiedz coś. – Usiadł obok niej.
Przyglądała mu się dłuższą chwilę i położyła dłoń na jego twarzy.
– Zmieniłbyś pracę, gdybym cię o to poprosiła?
Ta   kobieta   szła   na   całość.   Ale   szanował   ją   za   to.   Nie   ma   sensu   rozmawiać 

o szczegółach, jeżeli nie dogadają się w tak ważnej sprawie. Potrzebował trochę czasu, 
żeby przemyśleć odpowiedź.

– Nie wiem.
– To mi nic nie mówi.
– Ujmijmy to tak. Spróbowałbym, gdybyś nie mogła znieść mojej profesji. Parę lat 

temu ożeniło się dwóch moich kolegów. Odeszli z Deliverance Company i wygląda, że 
są   zadowoleni.   Jeżeli   Mallory   i Cain   mogli   przystosować   się   do   normalnego   życia, 
myślę, że i ja bym potrafił.

– Obaj się ożenili?
– Tak. I chyba szczęśliwie. – Nie był to odpowiedni moment na obwieszczenie, że 

sam nie zamierza podjąć tak radykalnych kroków. Chciał żyć z Marcie, ale chwilowo nie 
myślał o zalegalizowaniu tego związku.

Ramiona Marcie opadły, jakby pod ciężarem własnych myśli.
– Muszę to wszystko przemyśleć, Johnny. Jack – poprawiła się szybko.

background image

– Dobrze, kochanie.
– Muszę też pomyśleć o Cliffordzie. – Była najwyraźniej zmartwiona.
– Wiem.
– Jest dla mnie dobry.
– Ja też będę dla ciebie dobry – obiecał Jack.
– Nie rozumiesz, o co chodzi z Cliffordem.
–   Na   pewno   nie   rozumiem.   –   Poniżanie   innego   mężczyzny   nie   byłoby   w tym 

momencie najmądrzejsze.

– Potrzebuję czasu, żeby się nad tym zastanowić.
–  Oczywiście,  masz   rację.  –  Cierpliwość   będzie   Jacka  dużo   kosztowała.  Pragnął 

Marcie. Miał wrażenie, że z łatwością może się w niej zakochać.

background image

Rozdział 26.

O świcie Luke usłyszał na korytarzu kroki strażnika. Był gotowy na śmierć. Przez 

długie tygodnie oswoił się z tą myślą. Jak na ironię egzekucja wypadała w dniu świętego 
Pawła, patrona stolicy Zarcero.

Kiedy   go   aresztowano   i przechodził   najgorsze   tortury,   kiedy   nieopisany   ból   nie 

dawał mu spać w nocy ani w dzień, modlił się o śmierć. Później, gdy cierpienia stały się 
lżejsze, zrozumiał,  że bardzo pragnie  żyć.  Myśli  o Rosicie  i ich wspólnej  przyszłości 
przysparzały mu sił, żeby się nie poddawał. Żeby miał nadzieję. Wiarę. Żeby ufał.

Teraz   mieli   go   zabić.   Jego   i czterech   chłopców.   Byli   niewinni.   Jedynym   ich 

przestępstwem   było   to,   że   chcieli   go   wyrwać   z rąk   tych   bydlaków.   Nie   będzie 
niespodziewanego zawieszenia wyroku. Żadnego ratunku. To koniec.

Drzwi celi otworzyły się. Mimo bólu w nodze Luke stał dumny i wyprostowany. 

Niedługo   odbiorą   mu   życie,   ale   nie   będzie   skamlał   ani   krzyczał   przed   oprawcami. 
Trzymając głowę wysoko i z godnością, na jaką go było stać, położył dwa listy na pryczy 
i odważnie   spojrzał   na   strażników.   Obrzucił   celę   ostatnim   spojrzeniem.   Modlił   się 
w milczeniu, żeby jego listy dotarły do Rosity i Letty.

Niższy   strażnik   wykręcił   mu   mocno   ręce   za   plecami,   a potem   kolbą   karabinu 

popchnął do przodu. Luke szedł ciemnym kamiennym korytarzem. Może był śmieszny 
w ostatnich   chwilach   życia.   Czuł,   że   za   kilka   minut   opuści   ziemię   pełną   nienawiści 
i zemsty i przejdzie do świata miłości i przebaczenia.

Na zewnątrz oślepiło go słońce. Zmrużył oczy. Zobaczył, że Hector, Emilio i Juan 

już są. Stali przy ścianie, z rękami za plecami. Najwyraźniej nie pozwolono im nawet 
zawiązać oczu.

Zawziął się, że będzie silny,  ale poczuł bolesne ściskanie w piersiach. Nie chciał 

umierać. Nie chciał zostawiać tego, co go jeszcze czekało w życiu. Pomyślał o Rosicie 
i miłości jaką żywił do niej i do ich dzieci, którym nie będzie dane się narodzić. Miłości 
do misji w Zarcero, którą chciał rozwinąć. Do Letty, która zostanie sama. Żywił nadzieję, 
że jego śmierć skłoni siostrę, by poślubiła Slima. Ten farmer był w stosunku do niej 
bardzo cierpliwy.

Oprawcy Luke’a popchnęli go brutalnie w stronę pozostałych skazanych. Potknął się 

i uderzył głową w twardy mur. Przeszył go ból i przez chwilę dwoiło mu się w oczach.

Kiedy   doszedł   do  siebie,   zauważył,   że   Juan  i Roberto   szlochają   ze   strachu.   Byli 

przecież dziećmi. Żaden z nich nie miał jeszcze szesnastu lat. Hector wyglądał, jakby był 
w szoku. Patrzył pustym wzrokiem w dal. Szesnastoletni Emilio osunął się na ziemię, bo 
nie mógł utrzymać się dłużej na nogach.

background image

Na widok Luke’a w tłumie rozległ  szum.  Zza plutonu egzekucyjnego  wybijał  się 

kobiecy szloch i błaganie o miłosierdzie. To rodziny chłopców, pomyślał smutno Luke. 
Wiedział, że Rosita jest tutaj, i zanim pluton egzekucyjny uniósł karabiny, ostatnia myśl 
misjonarza pobiegła ku niej. Zamknął oczy i modlił się, żeby Bóg wziął miłość, którą 
czuł do Rosity, i przelał ją w serce innego mężczyzny. Człowieka, który będzie dla niej 
tak czuły, jak on by był, gdyby pozwolono mu żyć.

Zamknął oczy. Był przygotowany na spotkanie z Bogiem, któremu służył.
– Stać!
Luke’a   otworzył   szeroko   oczy.   Do   plutonu   egzekucyjnego   pewnym   krokiem 

podszedł jakiś oficer. Rozmawiał z dowódcą i spoglądał w stronę Luke’a. Misjonarz nie 
miał pojęcia, co się dzieje, ale zauważył, że w oczach jego przyjaciół rozbłysła nadzieja. 
Patrzyli na Luke’a, jakby on potrafił wytłumaczyć, co się stało.

– Wiary, moi przyjaciele – wyszeptał, chcąc dodać im odwagi.
W więzieniu poznał wielu dowódców, ale tego tutaj widział po raz pierwszy.
Dwaj oficerowie naradzili się krótko. Potem przybyły oficer podszedł do Luke’a, 

chwycił go za ramię i odciągnął od pozostałych więźniów.

– Wykonać! – Padł rozkaz wydany przez dowódcę plutonu egzekucyjnego.
– Nie! – krzyknął Luke. – Nie!
Jego   krzyk   zagłuszyły   strzały,   które   niosły   się   echem,   mieszając   z okrzykami 

przerażenia. Odwrócił się i zobaczył, jak zakrwawione, martwe ciała czterech chłopców 
osuwają się po murze. W powietrzu zawisł zapach siarki i śmierci.

Rozpacz  i przerażenie  były   tak  silne,  że  nogi  odmówiły  Luke’owi  posłuszeństwa 

i upadł na ziemię. Zwymiotował. Nie był już w Zarcero. Był w piekle, w rękach samego 
diabła.

Kiedy   się   uspokoił,   zaprowadzono   go   sztabu   dowódcy   i posadzono   na   krześle. 

Patrzył na twarze dwóch mężczyzn i nie czuł kompletnie nic. Żadnego strachu. Żadnego 
bólu. Nic.

Dowódca plutonu i drugi oficer rozmawiali po cichu, ale Luke nie zwracał na nich 

uwagi. Miał wrażenie, że jego umysł wyłączył się z powodu tego, czego był świadkiem, 
okrucieństwa   wyrządzonego   jego   przyjaciołom.   Wolał   nie   myśleć   o życiu   tych 
niewinnych chłopaków, żeby nie zwariować. Siedział kompletnie otępiały.

–   Przyjechałem,   żeby   zapytać   cię   o rodzinę   –   oznajmił   oficer,   który   przerwał 

egzekucję.

Luke rzucił mu krótkie spojrzenie.
–  Odpowiedz   kapitanowi  Norte!  –  wrzasnął   kapitan   Faqueza,   dowódca   oddziału, 

widząc, że Luke nie śpieszy się z odpowiedzią.

background image

– Moją rodzinę – powtórzył Luke, nadal otępiały i ogłuszony.
– Opowiedz mi o swojej rodzinie – ponaglił kapitan.
– Należę do Bożej rodziny.
Za tę odpowiedź dostał w twarz.
– Masz żonę?
– Nie – odpowiedział szeptem.
– A siostrę?
Luke milczał.
– Znaleziono to na jego pryczy. – Faqueza położył na biurku dwa listy, które Luke 

zostawił w celi. Norte wziął pierwszy list do ręki.

Letty.
Luke pokręcił głową i zmrużył oczy.
– Co ma z tym wspólnego moja siostra?
– Letty Madden. – Wymówienie po angielsku tego nazwiska sprawiło kapitanowi 

Norte kłopot. – Tak chyba przedstawiła się ta kobieta.

– Letty tutaj jest? – Luke poczuł przypływ sił. Poderwał się z krzesła.
Posadzono   go   z powrotem.   Kapitan   Norte   przechadzał   się   przed   nim   w tą 

i z powrotem.

– Zetknąłem się z pana siostrą i jej przyjacielem.
Jej przyjacielem? Luke nie miał pojęcia, kto to mógł być. Na pewno nie Slim. Nie 

mógł  sobie  wyobrazić  tego   farmera  w Zarcero.  Nie  w dzisiejszym   Zarcero.  Łagodnie 
mówiąc, przyjaciel Letty nie pasował do Ameryki Środkowej.

– Co jej zrobiliście? – spytał Luke.
– Nic – odpowiedział Norte i dodał z lekkim, fałszywym uśmieszkiem: – Jeszcze nic, 

ma się rozumieć. Twoja siostra jest trochę uciążliwa. Razem z przyjacielem wysadzili 
zbiornik paliwa, zabili dwóch moich ludzi i ukradli dżipa.

– Letty? – Luke nie mógł uwierzyć. – Musieliście pomylić ją z kimś innym. Moja 

siostra pracuje w urzędzie pocztowym w Stanach Zjednoczonych.

Norte prychnął.
– Zgadza się.
–   Dostaliśmy   niedawno   wiadomość,   że   jej   przyjaciel   wpadł,   ale   niestety,   zanim 

zdążyliśmy przyjechać, żeby go przesłuchać, udało mu się uciec. Jesteśmy przekonani, że 
za tym też stoi twoja siostra.

– Letty?
– Najwidoczniej udało jej się upić strażnika.
– Mylicie ją z inną kobietą – oznajmił beznamiętnie Luke. Nie miał pojęcia, co Letty 

background image

robi w Zarcero, ale modlił się, żeby wyjechała stąd jak najszybciej.

– Mam zamiar zrobić porządek z twoją siostrą.
Luke milczał.
– I najlepszym sposobem, żeby ją schwytać, jesteś ty.
–   Był   skazany   na   śmierć   –   przypomniał   kapitan   Faqueza,   najwyraźniej 

niezadowolony, że Luke’a nie rozstrzelano wraz z innymi.

–  I umrze   –  odpowiedział  Norte  pewnym   głosem.  –  Ma  pan  moje  słowo.  Tylko 

najpierw użyję go jako przynęty na naszych wrogów.

background image

Rozdział 27.

Letty obudziła się nagle i zerwała się na równe nogi. Powoli wciągnęła powietrze 

i rozejrzała   wokół,   usiłując   zorientować   się,   gdzie   jest.   Słychać   było   wesołe   głosy 
żółtodziobych papug, białych czapli i fregat. Zobaczyła łódkę i uświadomiła sobie, że są 
wciąż   na wodzie,  Murphy zabezpieczył  miejsce  postoju, żeby mogli   się parę  godzin 
zdrzemnąć. Oboje bardzo tego potrzebowali.

Nie była  pewna, co ją obudziło. Przez jakiś czas jej rozkojarzony umysł  nie był 

w stanie   funkcjonować.   Ogarnął   ją   potworny   smutek   i głęboki,   przeszywający   żal. 
Przejęta   zastanawiała   się,   co   to   może   być.   Choć   od   razu   domyślała   się,   że   chodzi 
o Luke’a. To on odczuwał ból, prawie nie do zniesienia.

– Co się dzieje? – Niechcący obudziła Murphy’ego. Wsparł się na łokciu i patrzył na 

nią.

– Nie wiem. – Usiłowała przezwyciężyć falę wszechogarniającego smutku. – Wiem 

tylko, że coś się stało z Lukiem. Coś strasznego. Czuję jego męczarnie, czuję żal. – Nie 
patrzyła   na   Murphy’ego.   Wiedziała,   że   sceptycznie   podchodzi   do   jej   emocjonalnego 
związku z bratem bliźniakiem.  –  Murphy,  musimy go szybko odnaleźć. Stało się coś 
okropnego. To złamało mu serce.

– Będziemy w San Paulo po południu – powiedział Murphy.
– Musimy się pospieszyć.  – Ukryła twarz w dłoniach. Odczucie słabło, aż w końcu 

zniknęło.

– Uspokój się, kochanie, dotrzemy tam na czas.
–   Martwię   się.   –   Wyprostowała   się   i spojrzała   na   rzekę.   Chciała   natychmiast 

wyruszać.

Murphy usiadł, ziewnął i potarł ręką brodę. Letty zauważyła, że nie golił się od kilku 

dni. Musiała oprzeć się pokusie, żeby nie wyciągnąć dłoni i nie dotknąć jego twarzy. To 
pragnienie ją zaskoczyło. Podczas tej wyprawy kilka sytuacji zbliżyło ich do siebie. Letty 
czuła   się   przy   nim   swobodnie,   jak   przy   żadnym   innym   mężczyźnie,   pomijając   ojca 
i brata. Swobodniej nawet niż przy Slimie, mężczyźnie, którego – jak myślała – poślubi.

– Tak jakoś patrzysz – wymamrotał Murphy i zmarszczył czoło.
– Jak patrzę? – Letty sięgnęła po plecak. Zaczęła rozczesywać splątane włosy.
– Nie wiem, ale mi się nie podoba.
Letty zagryzła wargi.
– Nie martw się. Znajdziemy Luke’a i wyjedziemy stąd jak najszybciej. Wtedy nie 

będę cię dręczyć nieprzyjemnymi spojrzeniami.

– Nie powiedziałem, że było nieprzyjemne. – Wziął do ręki broń i zeskoczył z łódki 

background image

na brzeg. – Powiedziałem tylko, że mi się nie podoba. – Zniknął w krzakach.

Letty dalej czesała włosy. Murphy był najbardziej niemiłym człowiekiem, jakiego 

miała nieszczęście poznać.

Nie   rozumiała   go.   Atakował   ją   jak   wściekły   niedźwiedź,   a po   chwili   trzymał 

w ramionach, pocieszał, zapewniał, że ona nie odpowiada za grzechy swojej matki.

Zaproponowała   mu   przyjaźń,   którą   stanowczo   odrzucił.   Mimo   to   okazał   się 

najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miała. W ciągu tygodnia Letty obdarzyła 
tego mężczyznę większym zaufaniem niż swoich najbliższych, najdroższych przyjaciół 
z dzieciństwa.

Zdawała sobie sprawę, że Murphy nie miał ochoty wysłuchiwać jej zwierzeń. Wolał 

o nich nie wiedzieć. Jej problemy musiały go wprawiać w zakłopotanie. Sama też czuła 
się   niezręcznie.   Przyrzekła   sobie,   że   cokolwiek   się   zdarzy,   nie   będzie   obciążać 
Murphy’ego swoją przeszłością.

Po   pół   godzinie   wyruszyli.   Letty   siedziała   w kącie   łódki.   Unikała   wzroku 

Murphy’ego. Może mu się to nie podobało, ale nic nie mówił.

Podróżowali   w milczeniu   ze   dwie   godziny   albo   dłużej.   Letty   obiecała   sobie,   że 

prędzej ugryzie się w język, nim pierwsza się odezwie. Murphy’emu było to chyba na 
rękę. Dotychczas nigdy nie wyglądał na tak zadowolonego. Oparł się i gwizdał wesoło, 
jakby przyjechali na Karaiby, a nie ratować jej brata.

– Takiego spojrzenia nie lubię najbardziej. – Murphy wyciągnął długie nogi. Oparł 

się o burtę, jedną rękę położył na silniku.

– Jakiego spojrzenia? – Była zła, że się odezwała.
– Tej twojej świętoszkowatej miny.
– Nie jestem świętoszkowata!
Murphy roześmiał się.
Letty założyła ręce i przyglądała mu się.
– Czy coś ci się we mnie podoba?
– Jasne – odrzekł powoli. – Masz najładniejsze cycki, jakie kiedykolwiek widziałem.
Letty zamknęła oczy.
– Jesteś najwulgarniejszym, najokropniejszym mężczyzną na świecie.
– Kochanie, to był komplement.
– Bądź łaskaw zachować swoje komplementy dla siebie. Brzydzę się tobą.
Murphy uśmiechnął się szeroko, najwyraźniej zadowolony.
–  Ha!   To   mi   się  podoba   najbardziej.   Wybuchasz   głośniej   niż   petarda.   Nic   mnie 

bardziej nie cieszy.

– Cóż, skoro tak cię to cieszy, nie będę ci poprawiać humoru rodem z rynsztoka.

background image

Murphy zachichotał.
– Kochanie, nie bądź tak prędka w ocenianiu rynsztoku. Można tam spotkać wielu 

interesujących ludzi.

– Wyobrażam sobie.
– Wiesz, bardzo lubię się z tobą droczyć. – Zaśmiał się cicho. – Nie wiem, czego 

będzie potrzeba, żeby mnie rozśmieszyć, kiedy już wrócimy do Teksasu.

– Znajdziesz sobie jakąś inną formę rozrywki.
– Z pewnością. – Sam był zdziwiony. – Ale wydaje mi się, że nie będzie to nawet 

w połowie tak zabawne, jak czas spędzony z tobą.

Zaległa   między   nimi   pełna   napięcia   cisza,   nie   do   zniesienia.   Ale   rozmowa 

z Murphym była znacznie gorsza.

–   Jak   daleko   jeszcze   do   San   Paulo?   –   Letty   starała   się,   żeby   temat   rozmowy 

skierować na bieżące sprawy.

– Godzinę, może dwie.
Westchnęła wymownie.
– Masz zamiar mnie znowu zostawić?
– Zostawić?
– Tak – powiedziała dobitnie. – Dwa razy uparłeś się, żebym została za miastem, 

kiedy ty pójdziesz na zwiady. Chciałabym ci przypomnieć, że dwukrotnie wynikły z tego 
kłopoty.

– Tak?
– Tak – odpowiedziała wymownie. – Pod Siguierres zostawiłeś mnie na dziesięć 

godzin.   Sądziłam,   że   nie   mam   wyjścia,   i poszłam   sprawdzić,   co   się   z tobą   dzieje. 
Zastałam cię kochającego się z dziwką w jakiejś plugawej knajpie.

– Dla jasności, zbierałem informacje.
Letty przewróciła oczami.
–   Mogę   się   tylko   domyślać,   czego   się   dowiedziałeś.   Kiedy   cię   znalazłam, 

przemawiałeś do jej biustu.

Murphy parsknął głośno.
– Nie martw się, twoje piersi biją jej biust na głowę. Nie miała takich, którymi bym 

się zadowolił.

– Czy mógłbyś się łaskawie zamknąć?
Murphy   zachichotał.   Letty   wiedziała,   że   ją   prowokuje,   ale   nie   mogła   się 

powstrzymać.

– Wiesz, na czym polega twój problem? – wybuchnęła.
– Nie, ale mi powiesz.

background image

– Po pierwsze, nie umiesz rozmawiać z kobietą...
– Ośmielę się nie zgodzić. Potrafię zagadać najlepsze.
–   Dziwki   masz   na   myśli.   Ale   kiedy   masz   do   czynienia   z prawdziwą   kobietą, 

kulturalną i subtelną, jesteś kompletnym zerem.

Nie sprzeciwił się jej.
–   I dlatego   zawsze   zachowujesz   się   w ten   sam   sposób   –   ciągnęła.   –   Obrażasz 

i krytykujesz coś, czego nie rozumiesz.

Uniósł brwi, jakby jej uwaga go dotknęła.
– Kiedy cię słucham – ciągnęła Letty skwapliwie – nabieram przekonania, że nie 

masz zielonego pojęcia, co naprawdę znaczy kochać się.

– Chwileczkę...
–   Postrzegasz   seks   jako   czynność   ciała,   jak   golenie   się   czy   mycie   zębów.   Coś 

w miarę przyjemnego, co możesz mieć, kiedy najdzie cię ochota. Szczerze wątpię, że 
kiedykolwiek byłeś zakochany. Nie masz pojęcia, co to znaczy kochać się z kobietą na 
płaszczyźnie  emocjonalnej.  Dla   ciebie  istnieje   jedynie   wymiar  fizyczny.  Możesz   być 
nawet najlepszym kochankiem na świecie albo tak o sobie myśleć. Naprawdę to mi cię 
żal.

Z oczu Murphy’ego zniknęło zdziwienie. Zacisnął wargi. Powiedziała o wiele więcej, 

niż zamierzała. Może dobrze mu zrobi, kiedy skosztuje własnej trucizny.

Przez resztę poranka odzywali się do siebie wtedy, kiedy było to konieczne.
Minęli kuter rybacki i Letty domyśliła się, że dopływają do San Paulo. Z przejęcia 

serce waliło jej jak młotem. Wkrótce odnajdą Luke’a. A kiedy brat będzie bezpieczny, 
uwolni się od tego nieznośnego, irytującego, zepsutego do szpiku kości żołnierza.

O ile, oczywiście, nie będzie nalegał na odebranie należnej mu zapłaty.
Po kłótni z Letty Murphy spochmurniał. Była łatwym celem. Cieszyło go, kiedy ją 

prowokował,   folgując   sobie.   Tym   razem   oddała   mu   z nawiązką.   Był   zaskoczony,   że 
celnie strzeliła.

Trafiła   w samo   sedno.   Nie   wiedział,   jak   rozmawiać   z kobietami.   Jego   kontakty 

z płcią   przeciwną   ograniczały   się   do   spraw   łóżkowych.   Unikał   stałych   związków. 
Najdłużej był z kobietą godzinę czy dwie, które spędzili na przyjemnościach.

A co do jej opinii na temat kochania się... przypuszczał, że też ma rację. Od lat 

uprawiał   seks,   ale   nigdy   tak   naprawdę   nie   kochał.   Wcale   go   to   nie   martwiło,   ale 
zastanawiał się, jaka to różnica.

Było   popołudnie,   kiedy   Murphy   znalazł   bezpieczną   przystań   dla   łodzi.   Chciał 

zostawić   Letty   i iść   do   miasta   na   zwiady,   ale   się   nie   odważył.   Ta   kobieta   miała 
szczególny   talent   do   pakowania   się   w kłopoty.   Miasto   stwarzało   do   tego   najlepszą 

background image

okazję. Wolał ją mieć przy sobie, żeby ją ochronić w razie potrzeby.

Zabrali ze sobą wszystko. Murphy znalazł mężczyznę, który wzbudzał zaufanie. Za 

opłatą zgodził się odstawić łódkę z powrotem do Questo. Twierdził, że ma tam rodzinę, 
i gwarantował, że bezpiecznie ją odholuje.

Bocznymi  uliczkami  skierowali się do miasta.  Murphy trzymał  Letty blisko przy 

sobie. Szybko zorientowali się, że trafili na jakieś święto religijne. Na udekorowanych 
ulicach panowała uroczysta atmosfera. Miejscowi ubrani byli w swoje najlepsze stroje. 
Na rogach ulic produkowali się muzykanci.

– Co tu się dzieje? – spytała Letty.
– A skąd, do cholery, mam wiedzieć? Wygląda to na jakieś święto. – Całe szczęście, 

pomyślał Murphy. Po raz pierwszy los im sprzyjał.

– Kupimy sobie jakieś ciuchy i wtopimy się w tłum – zadecydował, kierując się do 

sklepu.

Spod   sufitu   zwisała   cała   kolekcja   ubrań.   Bluzki,   koszule,   suknie   we   wszelkich 

rozmiarach i kolorach powiewały na wietrze.

Murphy rozejrzał się i spytał sprzedawcę, czy znajdzie coś na jego postawną figurę. 

Jeżeli nie zmieni ubrania, będzie się wyróżniał jak dynia na polu ryżowym.

Nie miał ochoty informować rebeliantów, że przybył do miasta. W nowych ciuchach 

będzie mógł wmieszać się w tłum.

Zostawił Letty. Poszedł przymierzyć koszulę i parę spodni. W przymierzalni nie było 

lustra, ale dziewczyna musiała być pod wrażeniem, bo spojrzała na Murphy’ego i zaczęła 
chichotać.

Kiedy się wreszcie przejrzał, zrozumiał dlaczego. Białe bawełniane spodnie i koszula 

z wielokolorowymi haftami na szerokich kieszeniach sprawiły, że wyglądał jak mistrz 
karate. Właściciel dołożył mu kolorowy pas, tłumacząc, że to dodatek niezbędny na ten 
świąteczny dzień.

Letty, na szczęście, miała już na sobie tradycyjną sukienkę, jaką nosi się w Zarcero. 

Murphy kupił jej szal i parę butów. Zapłacił za zakupy gotówką.

– Gdzie teraz? – spytała, kiedy znaleźli się ponownie na ulicy.
Murphy uśmiechnął się szeroko.
– Na święto, a gdzieżby?
– Ale...
– Zaufaj mi, wiem, co robię.
W   centrum   miasta   odbywało   się   szaleństwo.   Rynek   pełen   był   świętujących 

mieszkańców.

Murphy i Letty dostali się na plac, skąd akurat wyruszała procesja. Na jej czele stał 

background image

ministrant, który niósł wielki złoty krzyż. Za nim kroczył  ksiądz ubrany w uroczysty 
ornat. Następnie szedł inny ministrant z półtorametrowym wizerunkiem Błogosławionej 
Dziewicy. Za nimi, w równiutkich rzędach, szło dwudziestu innych ministrantów.

Ludzie zgromadzeni na placu żegnali się, kiedy mijał ich ksiądz z kadzielnicą. Za 

procesją maszerował pluton żołnierzy. Na ich widok pierzchła wesołość, a na twarzach 
zgromadzonych ludzi pojawiało się przygnębienie.

Letty przysunęła się do Murphy’ego. Poczuł, że ogarnął ją strach.
– Nie martw się – wyszeptał jej do ucha. – Nie widzą nas.
Gdy procesja zniknęła z pola widzenia, na nowo rozległa się muzyka. Mężczyźni 

grali na gitarach i śpiewali, dzieci biegały po trawie, a kobiety stały w tłumie.

– Zjedzmy coś – zaproponował Murphy. Był potwornie głodny i wiedział, że Letty 

również.

Pokiwała głową.
Murphy chwycił ją za ręce i ruszyli. Jeżeli zgubiliby się w tym tłumie, nie było szans, 

żeby się odnaleźli.

Murphy kupił na straganie smaczny i pożywny posiłek, złożony z mieszaniny ryżu 

i mięsa.

– Nic nie mów – ostrzegł Letty, kiedy siedzieli na trawie.
–   Mam   doskonały   akcent   –   upierała   się,   urażona   do   żywego   tym,   co   sugerował 

Murphy.

– Chcę posłuchać.
– Posłuchać?
Pokiwał głową.
– A co my właściwie robimy?
Ta kobieta przyprawiała go o szaleństwo.
– Udajemy kochanków.
Letty zarumieniła się. To było do przewidzenia.
– Nie widzimy nic poza sobą, jasne?
Pokiwała głową.
Murphy ku swojemu zmartwieniu odkrył, że nietrudno mu udawać namiętność do 

Letty. Prawdę mówiąc, tę rolę odegrał bardziej naturalnie, niż chciał.

Co   chwila   pochylał   się,   odgarniał   jej   włosy   z ramion   i całował   w kark.   Później 

położył się na trawie z głową na jej udach i wpatrywał się w błękitne niebo, jakby nic go 
nie obchodziło.

W ciągu godziny dowiedział się, gdzie stacjonują oddziały wojskowe i jak nazywa 

się   dowódca.   Wiadomość   o rozstrzelaniu   czterech   nastolatków   szybko   się   rozniosła. 

background image

Dzień, który miał być dniem radości, naznaczony został żałobą.

Minęły   ich   dwie   kobiety,   które   rozmawiały   o egzekucji.   Letty   spojrzała   na 

Murphy’ego.

– Zabijają dzieci?
– Na to wygląda. – Murphy wstał i pomógł się Letty podnieść. – Wmieszajmy się 

w tłum.

Kiedy szli przez plac, dostrzegł dwóch uzbrojonych żołnierzy, zmierzających w ich 

kierunku.

– Zatańczmy. – Wziął ją w ramiona.
– Będziemy tańczyć?
Zbliżał   się   wieczór,   zrobiło   się   już   chłodniej.   Między   drzewami   wisiał   sznur 

japońskich   lampionów,   który   wyznaczał   miejsce   przeznaczone   do   tańców.   Murphy 
obrócił Letty. Nie czuł się pewnie w tej roli, ale robił wszystko, żeby naśladować kroki 
walca.

Co innego było siedzieć obok Letty, a co innego trzymać ją w ramionach. Ocierała 

się o niego w sposób tak naturalny, jakby od wielu lat stanowili parę. Jej ciepły oddech 
łaskotał Murphy’ego w szyję. Bardzo chciał zamknąć oczy i zanurzyć się w jej delikatnej 
miękkości, ale oparł się tej pokusie. Boże, jak ona go pociągała!

Zorientował się, że przygląda mu się, a jej oczy śmieją się do niego. Kołysali się 

w takt muzyki. Przestał podsłuchiwać rozmowy. Niemal zatopił się w głębinie jej oczu.

Nie mógł się oprzeć. Opuścił głowę i dotknął ustami jej warg. Smakował ich słodycz, 

obrysowując kontur końcem języka. Letty jęknęła cicho i objęła go za szyję.

– Musimy odnaleźć Luke’a – wyszeptała ochryple i przytuliła twarz do jego szyi.
– Odnajdziemy.  – Zamknął  na chwilę oczy i chłonął jej świeży,  kobiecy zapach. 

Intuicja   mówiła   mu,   że   rebelianci   przetrzymują   Luke’a   Maddena   wraz   z innymi 
więźniami politycznymi w więzieniu wojskowym. Jeżeli już zaczęły się egzekucje, nie 
było czasu do stracenia. Ze względu na Letty żywił nadzieję, że nie jest za późno.

Żałował, że nie może jej uchronić przed najgorszym. Brat był jedyną jej rodziną.
Muzyka ucichła. Zeszli z miejsca do tańca. Był im potrzebny samochód. Z powodu 

święta ruch uliczny był wstrzymany. W zasięgu wzroku nie było ani jednego pojazdu.

Okazało  się, że wcale  nie  jest łatwo  wmieszać  się w tłum.  Wszędzie  było  pełno 

żołnierzy. Najwyraźniej kogoś szukali.

– Musimy stąd wiać – wyszeptał Murphy. – Chodź.
Kiedy   uszli   kilka   kroków,   Murphy   kazał   Letty   zasłonić   się   szalem.   Od   razu   go 

posłuchała.

Udając, że jest nią zaabsorbowany, zdołał ukryć twarz. Dwóch żołnierzy zmierzało 

background image

w ich stronę. Murphy pociągnął Letty w zaułek.

– Pocałuj mnie – polecił.
– Słucham?
– Zrób to i udawaj, że od dawna tego pragnęłaś. Jasne?
Pokiwała głową. Murphy oparł się plecami o mur, a Letty przycisnęła swoje usta do 

jego warg. Nie miała wielkiego doświadczenia, ale nieźle sobie poradziła.

Murphy jednym okiem obserwował mijających ich żołnierzy. Potem zamknął oczy 

i przejął inicjatywę, zręcznie zmieniając pozycję. Teraz Letty stała plecami do ściany.

Miał twarde wargi. Jęknęła delikatnie  i rozchyliła  usta, żeby wpuścić jego język. 

Oplotła ramionami szyję Murphy’ego i w pełni odwzajemniła pocałunek.

Kiedy skończyli się całować, oboje ciężko dyszeli.
– Poszli?
– Już dawno – wyszeptał Murphy.
Letty zamruczała coś pod nosem, a potem spytała:
– Dobrze się bawisz?
– Nie. Chciałem się tylko przekonać, jak bardzo mnie pragniesz. Teraz już wiem. 

Szalejesz za mną.

– Nie bądź śmieszny. Chcę tylko odnaleźć brata i wydostać się stąd. – Owinęła szal 

wokół ramion, jakby był stalową zbroją. Murphy uwłaczał jej godności, obrażał ją.

– Nie martw się, uratujemy Luke’a – powiedział z przekonaniem, którego nie miał. 

Wziął ją pod ramię. Powoli zapadała noc. Prawdziwe świętowanie dopiero się zacznie, 
a wtedy nie da się przedrzeć przez ulice San Paulo. Lepiej, żeby wydostali się z miasta, 
dopóki to jeszcze możliwe.

Nagle Letty przystanęła.
– Popatrz – wyszeptała zdziwiona.
Murphy zobaczył dwóch mężczyzn na szczudłach, ubranych w dziwaczne, kolorowe 

stroje. Każdy z nich trzymał płonący nóż, który co pewien czas wkładał sobie do gardła, 
a potem puszczał płomienie ku niebu.

– Nigdy nie widziałam czegoś podobnego.
– A ja tak, w Rio na Mardi Gras.
Nagle jej ręka wyślizgnęła się spod jego ramienia.
– Co się stało? – spytał.
– Wydaje mi się, że widzę kogoś znajomego.
Zanim zdążył ją powstrzymać, zniknęła w tłumie. Usiłował ją dogonić, ale się nie 

dało.

– Letty! – krzyknął, nie przejmując się tym, że ktoś inny może go usłyszeć. – Stój!

background image

Krążył po placu, na próżno. W ciągu kilku sekund stracił ją z oczu.

background image

Rozdział 28.

Marcie   podniosła   błyszczącą   różową   kulę   i podeszła   do   krągli.   Przyjrzała   się 

dokładnie torowi i zrobiła krok do przodu. Wyciągnęła ramię i pchnęła kulę. Potoczyła 
się   środkiem   toru   i trafiła   w środkowy   kręgiel.   Nagle   skręciła   gwałtownie   w lewo 
i zamiast uderzyć we wszystkie kręgle, strąciła tylko trzy z dziesięciu.

Marcie   była   rozczarowana.   Zrobiła   wszystko   tak,   jak   powinna.   Kula   uderzyła 

w główny kręgiel, a potem wybrała własną ścieżkę. Przewróciła tylko trzy marne kręgle.

– Nie szkodzi, kochanie! – krzyknął z tyłu Clifford.
Marcie naciągnęła rękawy cienkiego wełnianego sweterka. W kręgielni zawsze było 

dla niej za chłodno, działała klimatyzacja.

– Oszukaństwo!
– Masz jeszcze jeden rzut.
Clifford był pewien, że jej się uda. Jego roześmiany wzrok pobiegł w stronę Marcie. 

Zrobiła wszystko, co mogła, żeby odwzajemnić uśmiech. Nie było to łatwe.

Za   to,   że   przegrywała   w kręgle,   mogła   winić   tylko   Johnny’ego...   Jacka   Kellera. 

Wczorajsze spotkanie zaskoczyło ją. Był otwarty, szczery i prostolinijny. Kiedy okazało 
się, że nawet nie znała jego prawdziwego imienia, poczuła się dotknięta i zła. Dopiero 
później doceniła ryzyko, na jakie się zdecydował, ujawniając wszystko.

– Uda ci się! – krzyknął Clifford. Z mechanizmu zwrotnego wypadła różowa kula. – 

Masz. – Podszedł do niej, ścisnął ją za ramiona i delikatnie przesunął dwa kroki w prawo.

– Teraz powinno być dobrze.
Marcie ważyła w rękach kulę i wpatrywała się w pozostałe kręgle. Zawzięła się, żeby 

je   przewrócić.   Nie   pozwoli,   żeby   propozycja   Jacka   odciągnęła   ją   od   rzeczy,   które 
naprawdę liczą się w życiu, jak na przykład kręgle.

Uśmiechnęła się do siebie, pochyliła się nad torem i przyłożyła do wyrzutu. Tym 

razem kula jak strzała pomknęła prawą stroną toru. Wyglądało na to, że nie strąci sześciu 
stojących w środku kręgli.

Rozczarowana Marcie odwróciła się, nie chcąc oglądać porażki.
– Jest! Jest! – Clifford pomachał ręką w prawą stronę, jakby to mogło wpłynąć na 

bieg kuli.

Marcie   odwróciła   się   i,   ku   swojemu   zdumieniu,   zobaczyła,   że   –   podobnie   jak 

przedtem   –   kula   skręciła   w lewo.   Tym   razem   mocno   uderzyła   w pierwszy   kręgiel. 
Pozostałe runęły jak wysadzone dynamitem.

– Udało się! Udało! – krzyknęła Marcie, podskakując.
Clifford podszedł do niej, objął ją mocno ramionami w talii i uniósł wysoko.

background image

–   Moja   dziewczyna!   –   Uśmiechnął   się   do   niej   szeroko.   Jego   twarz   promieniała 

z dumy i szczęścia.

Marcie była dumna z sukcesu, jakby dokonała największego wyczynu w życiu...
Clifford wziął swoją kulę. Marcie przyjrzała mu się i uśmiech zniknął z jej twarzy. 

Hydraulik nigdy nie będzie materiałem na chłopaka z plakatu, ale jest za to delikatny 
i ujmujący.

Wiedziała,   że   dużo   go   kosztuje,   żeby   nie   pytać   o to,   co   dzieje   się   między   nią 

a Jackiem. Spytał tylko raz, żeby się dowiedzieć, czy Marcie jeszcze się z nim zobaczy. 
Przyznała, że nie wie, co zrobi. Docenił jej uczciwość i nie naciskał.

Gdyby sytuacja była odwrotna, zżarłaby ją ciekawość.
Clifford   pchnął   kulę   i powalił   wszystkie   kręgle.   Marcie   zaklaskała   żywiołowo, 

wzięła piwo i zasalutowała. Clifford ukłonił się wytwornie i zapisał punkty.

Nie mogła sobie wyobrazić, jak wyglądałaby gra w kręgle z Jackiem. Nigdy nie byli 

razem w kinie ani na meczu piłki nożnej. Nawet nie wiedziała, czy lubi sport i czy jest za 
drużyną Kansas City.

Z wyjątkiem jednej wspólnej kolacji ich związek kręcił się wokół łóżka. Nie żeby to 

jej się nie podobało. Seks był niewiarygodny, ale życie polegało na czymś więcej niż 
tylko szybkim wskoczeniu do łóżka.

Teraz Jack wyznał, że chce się z nią związać na stałe. Chociaż w ogóle nie padło 

słowo „małżeństwo”. Przynajmniej nie w odniesieniu do ich relacji.

Wprawdzie wspomniał coś o dwóch przyjaciołach, którzy się niedawno ożenili, ale 

unikał postawienia kropki nad i, jeżeli chodziło o nich dwoje.

Marcie zdawała sobie sprawę, że wobec niej mężczyźni unikali deklaracji. Poczuła 

lekkie kłucie w sercu i odgoniła myśli o Jacku. Nieuczciwie było na randce z Cliffordem 
myśleć o innym mężczyźnie.

– Może byśmy coś przekąsili? – zaproponował Clifford, kiedy skończyli grać.
– Brzmi nieźle. – Okazała entuzjazm, chociaż nie była głodna.
Clifford   odniósł   do   samochodu   sprzęt.   Marcie   miała   wrażenie,   że   jest   trochę 

rozdrażniony. Pewnie z powodu niejasnej sytuacji między nimi.

Poszli do całodobowej restauracji, ulubionego miejsca Clifforda. Kelnerka wskazała 

im stolik w rogu. Marcie wślizgnęła się głębiej, w czerwone plastikowe krzesełko.

Clifford wziął karty dań, zatknięte za cukiernicę i podał jedną Marcie.
– Mam ochotę na cheesburgera – oznajmił. – A ty?
Marcie pokręciła przecząco głową.
– Nie jestem głodna – wymruczała cicho. – Zamówię kawałek ciasta cytrynowego.
Po kilku minutach podeszła do nich kelnerka, żująca gumę.

background image

– I jak ci się wiodło w tym tygodniu? – zagadnął Clifford, trzymając w obu dłoniach 

szklankę wody.

– Dobrze – odpowiedziała Marcie.
Odkaszlnął, przelotnie spojrzał jej w oczy i znowu utkwił wzrok w szklance.
– Dziś po południu myślałem o tobie i tym twoim przyjacielu.
– Chcesz wiedzieć, czy się z nim widziałam, prawda?
Clifford pokręcił przecząco głową.
– Nie – powiedział naciskiem. – Lepiej, żebyś mi nie mówiła. Nie chowam głowy 

w piasek. Masz prawo się z nim spotykać, ale przejąłbym się tym bardziej, niż należy. 
Nie mógłbym pracować. – Uśmiechnął się z wysiłkiem i ponownie spojrzał na stół.

– Clifford, może...
– Nie chciałbym ci przerywać, ale jeżeli pozwolisz mi dokończyć to, co mam do 

powiedzenia, będzie mi łatwiej. W porządku?

– Jasne. – Był tak ujmujący, że musiała przezwyciężyć ochotę przysunięcia się do 

niego bliżej. Wyciągnęła rękę i ścisnęła jego dłoń.

– Pozostawiłem ci decyzję, czy chcesz się spotkać z dawnym przyjacielem. Mogłaś 

pomyśleć, że nie ma to dla mnie znaczenia.

– Och, Clifford, przecież wiem.
– Zdaję sobie sprawę, że nie za wiele jest we mnie do podziwiania. Mam resztki 

smarów pod paznokciami i mógłbym zrzucić parę kilogramów.

Marcie   zawsze   widziała  w nim   czułego,  miłego  faceta,   który  był  dla   niej   dobry. 

Clifford nigdy nie udawał kogoś, kim nie był. Nigdy jej nie okłamał. Był rozsądny, słodki 
i szczodry.

– Jesteś moim misiem.
Uśmiech podniósł jeden kącik jego ust.
– Nikt wcześniej nie nazywał mnie tak pieszczotliwie.
Wyprostował się i potarł ręką kark.
– Kiedy cię poznałem, odżyła we mnie nadzieja, że spotkałem kogoś szczególnego – 

ciągnął. – Cholera, mam prawie trzydzieści pięć lat. Mój młodszy brat ma już czworo 
dzieci. Najstarszy pójdzie we wrześniu do liceum.

– Bobby?
Clifford pokiwał głową.
– Nigdy nie umiałem rozmawiać ani umawiać się z kobietami. Za każdym razem, 

kiedy w pobliżu pojawiała się atrakcyjna kobieta, język stawał mi w gardle i mówiłem 
coś głupiego, co brzmiało niemal jak obelga. Potem poznałem ciebie. – Odważył się na 
nią spojrzeć.

background image

– Pojawiłeś się w moim życiu w odpowiednim momencie – odpowiedziała Marcie. 

Nigdy nie opowiadała mu o swojej przeszłości, o błędach, które popełniła. O tym, jak 
mężczyźni ją wykorzystywali i znikali. Dla Clifforda była czysta jak śnieg.

– Naprawdę?
– Już myślałam, że nie ma na świecie porządnych mężczyzn.
– Ty? – Clifford nie dowierzał. – Marcie, przecież jesteś piękna. Na pewno setki 

mężczyzn chciało się z tobą ożenić.

Nie   miała   serca   powiedzieć   mu   prawdy.   Mężczyźni   nie   żenią   się   z rozrywkową 

dziewczyną. Spędzają z nią miło czas i uprawiają wyszukany seks. Potem wracają do 
domu, do swoich żon czy dziewczyn.

Clifford znowu spuścił głowę i wsunął rękę do kieszeni spodni. Wyciągnął z niej 

pierścionek z brylantem. Trzymał go między kciukiem i palcem wskazującym. Kamień 
był niewielki i lśnił w świetle lamp.

Odkaszlnął i spojrzał na Marcie niepewnie.
– Marcie, prawie od miesiąca zbieram się na odwagę, żeby poprosić cię o rękę. Cały 

czas noszę ten pierścionek.

– Od miesiąca?
–   Za   każdym   razem,   kiedy   próbuję   znaleźć   odpowiednie   słowa,   język   staje   mi 

kołkiem. Chciałem wykrztusić to z siebie z tysiąc razy.  A potem pojawił się ten twój 
bogaty przyjaciel i... Zdecydowałem, że poczekam.

– Ale...
– Wiem,  wiem.  Ten facet  jest  cały czas  w mieście  i przypuszczam,  że  się z nim 

widujesz. Zadzwoniłem do ciebie wczoraj wieczorem i nikt nie odbierał.

– Nie zostawiłeś wiadomości na automatycznej sekretarce.
– Nie – przyznał niechętnie. – Zrozumiałem, że stracę cię dla tego faceta, zanim 

zdążę się oświadczyć.

– Clifford, proszę. – Słowa uwięzły jej w gardle, kiedy usłyszała tę niespodziewaną 

propozycję. Nie wiedziała, co powiedzieć.

– Przypuszczam, że to najgorsze, co mogłem w tej chwili zrobić. Ale bałem się, że 

ten   brylant   wypali   mi   dziurę   w kieszeni,   kiedy   mi   powiesz,   że   wracasz   do   byłego 
chłopaka.

– Och, Clifford.
– Kocham cię, Marcie. Pokochałem cię już pierwszego dnia, kiedy wszedłem do 

twojego salonu i kiedy mnie ostrzygłaś. Po raz pierwszy strzygła mnie kobieta. Byłaś 
taka   miła   i gawędziłaś   ze   mną,   jakbym   był   kimś   wyjątkowym.   Kobiety   najczęściej 
traktują mnie jak nieokrzesanego Forresta Gumpa. Chyba dlatego, że czasami sprawiam 

background image

wrażenie niezbyt rozgarniętego.

– Clifford, jesteś mądry i miły...
–   Tak,   ale   nie   pasuję   do   wizerunku   wysokiego,   ciemnego   przystojniaka,   więc... 

Nieważne. Ważne jest to, że cię kocham. Chcę się z tobą ożenić. Jeżeli się zgodzisz, 
obiecuję, że zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa.

Marcie zakryła usta obiema dłońmi, a do jej oczu napłynęły łzy.
– Nie wiesz o mnie tylu rzeczy...
– Wiem wszystko, co jest ważne.
Marcie otarła mokrą twarz, bo zbliżała się do nich kelnerka z posiłkiem. Prychnęła 

i uśmiechnęła się do Clifforda.

– Nie pogniewasz się na mnie, jeśli poproszę cię o dwa dni, żeby to przemyśleć?
Uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.
– Spodziewałem się, że to powiesz. Możesz zastanawiać się tak długo, jak chcesz. 

Nigdzie się nie wybieram.

Wziął cheesburgera i jadł go jak mężczyzna, który umiera z głodu.

background image

Rozdział 29.

Letty czuła się zagubiona. Krążyła bez celu po ulicach San Paulo. Odłączyła się od 

Murphy’ego, bo wydawało jej się, że widzi znajomą młodą kobietę z misji Luke’a. Nie 
mogła sobie przypomnieć jej imienia. Rosa. Nie, Rosita. Coś w tym stylu.

Poznała Rositę zeszłego lata. Pamięta ją dokładnie, bo ta przemiła młoda kobieta 

była   zakochana  w Luke’u.  Jej   brat  bliźniak,   oporny  i kompletnie  ślepy,  jeżeli  chodzi 
o sprawy sercowe, był beztrosko nieświadomy uczucia Rosity.

Rosita   mignęła   jej   przed   oczami.   Powiedziałaby   jej,   co   się   stało   z Lukiem. 

Podekscytowana   Letty   odłączyła   się   od   Murphy’ego   i klucząc   po   ulicach,   szukała 
wzrokiem Rosity.

Wszędzie było tyle ludzi. Po chwili poniósł ją tłum. Kiedy po raz ostatni spojrzała na 

Rositę, tłum unosił ją w przeciwnym kierunku.

Dziewczyna była blada i zmęczona. Miała podkrążone oczy, w których widać było 

ból i strach. Piękna młoda kobieta wyglądała tak, jakby nie spała od tygodnia.

Kiedy Letty zdała sobie sprawę z tego, że straciła z oczu przyjaciółkę Luke’a, była 

tak załamana, że chciało jej się płakać. Przypomniała sobie o Murphym.

– O, cholera – powiedziała na głos.
Murphy’ego nie było już w zasięgu wzroku. Samotna i wyczerpana pomyślała, że 

mógł przynajmniej się jej trzymać. Ściślej owinęła ramiona nowym szalem. Nie dlatego, 
że  było  jej  zimno,  ale  żeby zapewnić  sobie  bezpieczeństwo.  Wiedziała,  że  to marna 
ochrona.

Zapadła noc, a potem nastał ranek. Letty nie wiedziała, gdzie jest Murphy i jak go 

odnaleźć.

Nie było go w żadnym z miejsc, które odwiedzali. Wróciła do sklepu z ubraniami 

i czekała obok, bo myślała, że Murphy będzie jej tutaj szukać.

Wybrała się nawet nad rzekę, do miejsca, gdzie zostawili łódkę. To był błąd. Nie 

było tam śladu Murphy’ego ani łódki, którą pożyczył im Aldo, za to wpadła na grupę 
pijanych żołnierzy. Na szczęście jej nie zauważyli i zdążyła uciec. Zresztą żaden z nich 
nie byłby w stanie jej dogonić.

Na rynku miejskim też go nie spotkała. Włóczyła się po nim godzinami z nadzieją, że 

nie rzuca się w oczy, i ze świadomością, że jest inaczej.

Nad horyzontem zaczęło wschodzić słońce. Letty zdała sobie sprawę z tego, że nie 

ma dokąd pójść. Nie wiedziała, gdzie jeszcze mogłaby go szukać. Zgubili się na dobre, 
i to z jej winy. Teraz jedynie musiała znaleźć kogoś, kto wskazałby jej drogę do Luke’a.

Ale   dno,   pomyślał   Murphy,   przemykając   ciemnymi   uliczkami.   Trzymał   Letty 

background image

w uścisku, a potem w jednej chwili zniknęła mu z oczu.

Złość   piekła   go   gorzej   niż   zgaga.   Chodził   w tę   i z powrotem   po   San   Paulo,   ale 

nigdzie nie natrafił na ślad Letty.

Z jej wszystkich kretyńskich wyskoków ten był najgorszy. Chyba zobaczyła kogoś, 

kto wydał jej się znajomy. Ale skąd?

Gdyby był przewidujący, nie dałby się wpakować w kabałę. Kobiety pokroju Letty 

Madden całe noce rozmyślają, jak zaleźć mężczyznom za skórę.

Kiedy Letty po raz pierwszy poprosiła go o pomoc, właśnie wrócił z misji i nie miał 

ochoty wyruszać na kolejną. Od kilku dni był w domu i zaczynał się wczuwać w rolę 
farmera z prawdziwego zdarzenia. Chociaż nie zamierzał zajmować się tym na stałe.

Osiadły   tryb   życia   nie   był   dla   niego.   Ale   to   samo   mógłby   powiedzieć   o Cainie 

i Mallorym, kiedy zwalniali się z wojska. Lubili przygody tak samo, jak on. Był pewien, 
że nie na długo zadowoli ich cywilizowane życie. Mylił się.

Mallory’ego mógł jeszcze zrozumieć. Ten postawny facet wdepnął na minę lądową 

i niewiele brakowało, żeby stracił nogę, a może  i życie.  Kiedy wrócił do Deliverance 
Company, nie był już tym samym człowiekiem. Wypadek i rekonwalescencja odebrały 
mu ochotę do przygód. Odszedł nie tylko z powodu odniesionych obrażeń, ale i dlatego 
że poznał Francine.

Z Cainem to zupełnie inna historia. Jedynym powodem niespodziewanego odejścia 

ich szefa – najodważniejszego i najbardziej nieustraszonego mężczyzny, jakiego Murphy 
znał – była kobieta. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda.

Czarująca   wdowa   z San   Francisco   przewróciła   życie   jego   przyjaciela   do   góry 

nogami.   Zanim   Murphy   zorientował   się,   co   się   dzieje,   Cain   kupił   dom   w Montanie 
i założył hodowlę bydła. Bardziej jednak zadziwiło Murphy’ego, że Cain był szczęśliwy.

W przeciwieństwie do Mallory’ego, który zajął się hodowlą lam i wychowywaniem 

dzieci   na   wyspie   należącej   do   stanu   Waszyngton,   i Caina-farmera,   dla   Murphy’ego 
liczyło się tylko wojsko.

Nie  miał  pojęcia,   dlaczego  o tym   myśli,   przemierzając  ulice   San  Paulo,  zajętego 

przez rebeliantów. Szczerze mówiąc, wolał nie wiedzieć.

Obiecał   sobie,   że   jeżeli   uda   mu   się   znaleźć   Letty,   ta   dręczycielka   będzie   mogła 

mówić o szczęściu, jeżeli skończy się tylko na laniu pasem.

Szukał jej wszędzie. Na ulicach. Na rynku. Nad rzeką. Wszedł nawet do poczekalni 

dla kobiet, sądząc, że może tam być.

Stracił cierpliwość, i tak już nadszarpniętą. Wyparowała w czasie poszukiwań. Teraz 

pozostało mu tylko odnaleźć Luke’a Maddena. Brat jest najlepszą drogą do Letty.

Jeżeli ta oślica jeszcze żyje.

background image

Letty straciła wszelką nadzieję, że kiedykolwiek znajdzie Murphy’ego. Nie mogła 

marnować czasu na szukanie go. Cały czas wypatrywała Rosity albo kogoś innego, kogo 
znałaby z misji w Managna.

O   dziewiątej   wieczorem   drugiego   dnia   znalazła   się   przed   kościołem   katolickim. 

Wcześniej,   w Siguierres,   weszła   do   takiego   kościoła,   bo   myślała,   że   tam   będzie 
bezpieczna.   Okazało   się,   że   wdepnęła   do   siedziby   dowództwa   rebeliantów.   Za   mało 
powiedziane, że dostała nauczkę.

Wielkie   drewniane   drzwi   zaskrzypiały,   kiedy   delikatnieje   pchnęła.   Odetchnęła 

z ulgą, kiedy okazało się, że nie ma tu żadnego sztabu dowodzenia.

W kościele paliło się kilka świeczek. Rzędy ławek z klęcznikami z surowego drewna 

stały w nierównych rzędach po obu stronach świątyni.

Ołtarz   z drewna,   pomalowany   na   biało   i pozłacany,   miał   wysokość   dwóch   pięter 

i sięgał do sufitu. Przed Letty leżała postać w białych szatach.

Przypomniała sobie, że podobno w katedrze w San Paulo spoczywają autentyczne 

relikwie świętego Pawła. Nie tego, którego nazywano trzynastym Apostołem, ale innego, 
który   żył   kilka   wieków   później.   W Ameryce   Środkowej   do   popularnych   zwyczajów 
należało wystawianie szczątków ulubionych świętych.

Wstrzymała   oddech   i ostrożnie   zrobiła   kilka   kroków   naprzód.   Wślizgnęła   się   do 

jednej z ostatnich ławek. Uklękła i skłoniła głowę do modlitwy.

Jeżeli   kiedykolwiek   potrzebowała   ingerencji   Boga,   to   właśnie   teraz.   Wokół   niej 

panowało zamieszanie. Nawet jeżeli Murphy ją znajdzie, będzie tak wściekły, że więcej 
jej nie zaufa. Poza tym był jeszcze Luke, a ona traciła czas na szukanie Murphy’ego.

Nie miała pojęcia, jak długo się modliła. Była wyczerpana, głodna i wystraszona.
Usłyszała ruch, stuk butów, świst powietrza i urywane westchnienie. Nawet jeżeli to 

żołnierz, nie przejęłaby się tym. Była bliska emocjonalnego załamania i wycieńczona.

Otworzyła oczy i podniosła głowę. Jej oczy napotkały wzrok siwego księdza, który – 

jak jej się wydawało – miał około sześćdziesiątki. Zamrugał. Ona też.

– Moje dziecko  – wyszeptał  łamanym  angielskim.  – Niebezpieczne  to czasy dla 

samotnej kobiety.

– Tak, wiem – odpowiedziała po hiszpańsku. Ten język był bezpieczniejszy dla nich 

obojga.

– Jestem ojciec Alfaro. Czy mogę pani jakoś pomóc?
Zawahała się.
–  Nie   sądzę.   –  Wstała   pewna,   że   poprosi   ją,  by  wyszła,   ale   trzęsły  jej   się  nogi 

i z powrotem opadła na ławkę.

– Jest pani chora?

background image

– Nie, wszystko w porządku. – Zlekceważyła jego troskę. – Naprawdę.
–   Gdzie   pani   mieszka?   –   Podszedł   do   ławki   i usiadł   obok.   Chwycił   ją   za   rękę 

i delikatnie poklepał po grzbiecie dłoni.

Jej   wahanie   musiało   być   wystarczającą   odpowiedzią.   Rozprostowując   ramiona, 

spojrzała mu prosto w oczy. Musiała mu zaufać. Nie było nikogo innego.

– Słyszał ksiądz o misji w Managna?
– Tak, oczywiście.
Nadzieja dodała jej sił.
–   Musiał   ksiądz   słyszeć   o moim   bracie,   Luke’u   Maddenie.   Jest   misjonarzem 

odpowiedzialnym   za  misję  w Managna.  –  Pochyliła  się  i dotknęła  kruchego  ramienia 
księdza. – Wie ksiądz, co się z nim stało? Słyszał ksiądz coś o nim? Jestem pewna, że 
został aresztowany, ale...

–   Moje   dziecko,   chce   pani   powiedzieć,   że   pokonała   całą   tę   drogę   w nadziei,   że 

odnajdzie pani brata?

Pokiwała głową.
– Może mi ksiądz opowiedzieć, co stało się w Managna?
Oczy duchownego posmutniały.
– Niestety, nie. Owszem, słyszałem o pani bracie i o pracy, jaką wykonywał wśród 

ludzi. Mówi się o nim z wielką miłością.

– Aresztowano go?
Ksiądz przyglądał jej się długą chwilę, zanim odpowiedział.
– Tak, tak mi się wydaje.
– A więc żyje. Luke żyje. Żyje. – Poczuła niewysłowioną ulgę.
– Moje dziecko, przykro mi, ale tego nie mogę powiedzieć. Po prostu nie wiem.
Ramiona Letty opadły pod ciężarem jego słów.
– Modliła się pani o brata? – spytał ksiądz łagodnie.
Tak, o Luke’a, ale w jej sercu był również Murphy. Przyjechał do Zarcero, bo go 

potrzebowała.  Wiedział,  że go oszukała, ale został z nią. Nie obwiniałaby go, gdyby 
wtedy ją zostawił. Za wszelką cenę starał się udawać podłego faceta, ale był mężczyzną 
honoru. Postępuje bardziej uczciwie niż ona. Nabrała go. Użyła podstępu. I wykorzystała 
dla własnych celów.

– Moje dziecko – wyszeptał ojciec Alfaro. – Jest pani sama?
– Sama? – Obejrzała się przez ramię, niepewna, o co pyta. Przecież nikogo z nianie 

było.

–   Czy   ktoś   z panią   przyjechał,   może   jakiś   mężczyzna?   –   ciągnął   głosem   nieco 

głośniejszym od szeptu.

background image

– Zgubiliśmy się – odpowiedziała Letty ledwie dosłyszalnym szeptem. – Skąd ksiądz 

wie?

W jego oczach zaiskrzył blady uśmiech.
– Lepiej, żebym nie odpowiadał.
– Przyjaciel pomógł mi przedostać się z Hojancha do Zarcero.
– Przyjaciel? Mówiła pani, że się rozdzieliliście? Jak dawno?
– Dwa dni temu. Wydawało mi się, że zobaczyłam kogoś, kto zna Luke’a. Kiedy się 

odwróciłam... mojego przyjaciela już nie było. Od tej pory cały czas go szukam.

Ksiądz zmarszczył czoło.
– Słyszał ksiądz coś o... moim przyjacielu? – Letty wydawało się, że uszło z niej 

życie. Bez Murphy’ego czuła się zagubiona i niepewna, gdzie iść i co robić. W dodatku 
życie Luke’a wisiało na włosku.

– Nie, nic – wyszeptał ojciec Alfaro.
– I nic o Luke’u?
– Nie mogę pani pomóc w sprawie brata.
– Proszę – błagała Letty, ściskając jego rękę. – Muszę go odnaleźć.
– Przykro mi, moje dziecko.
– Na pewno jest ktoś, kto może mi pomóc. – Nie miała się do kogo zwrócić. Nie 

miała dokąd pójść. Jeżeli ojciec Alfaro odmówi jej pomocy, równie dobrze może oddać 
się   w ręce   władz.   W ciągu   ostatnich   dwóch   dni   bez   Murphy’ego   jak   nigdy   dotąd 
uświadomiła sobie swoją bezsilność. Stał się dla niej kimś więcej niż przewodnikiem 
i obrońcą. Znacznie więcej. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa, którego potrzebowała. 
Odwagę, by stawić czoło trudnościom.

Ojciec Alfaro przypatrywał się uważnie Letty. Jak człowiek, który chce wyczuć, czy 

może jej zaufać. Ryzykował przecież życie.

– Znam człowieka, który może dowiedzieć się czegoś o pani bracie. – Powiedział tak 

cicho, że ledwie go usłyszała. Oddech księdza łaskotał ją w ucho.

– Proszę, bardzo proszę – mówiła, robiąc wszystko, żeby powściągnąć emocje. – 

Zrobię wszystko. Zapłacę każdą cenę. Może mnie ksiądz do niego zaprowadzić? Ale 
musimy się pośpieszyć. Obawiam się, że Luke jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

– Nie. Nie może pani zobaczyć się z tym człowiekiem ani z nim porozmawiać.
– Ale...
– Słyszała pani o czterech chłopcach, na których wykonano egzekucję?
Pokiwała głową. Ta przerażająca wiadomość obiegła wszystkie ulice.
– Wszyscy byli z Managna.
– Nie. – Letty westchnęła ciężko.

background image

Ojciec Alfaro pokiwał smutno głową.
– Tak mówią.
– Czy mojego brata mogli rozstrzelać razem z nimi? – Letty ledwie mogła logicznie 

myśleć z powodu niepokoju o brata.

– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie – odrzekł ksiądz łagodnie. – Ale zrobię 

wszystko, żeby pomóc pani zdobyć informacje. Serce mi mówi, że Bóg odpowie na pani 
modlitwy. Odnajdzie pani obu mężczyzn, których tak bardzo pani kocha.

Letty wstrzymała oddech. Obu mężczyzn, których tak bardzo kocha...?
Z   przerażeniem   zdała   sobie   sprawę   z tego,   że   ksiądz   ma   rację.   Zakochała   się 

w Murphym. Nie przypuszczała, że tak się stanie. I tego nie planowała. Nawet nie była 
pewna, czy jest zadowolona. Przez te dwa dni, kiedy nie byli razem, miała wrażenie, że 
w jej sercu zieje ogromna dziura.

– O, nie – powiedziała głośno.
– Nie? – Ksiądz przyglądał jej się zdziwiony.
– Nie Murphy – jęknęła, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówi. Ze Slimem życie 

byłoby o wiele prostsze. Kochany, dobrotliwy Slim. Jeśli naprawdę kocha Murphy’ego, 
nie znaczy wcale, że coś się zmieni w ich stosunkach.

Drzwi zaskrzypiały. Letty zesztywniała. Ojciec Alfaro również.
– Musi pani już iść – wyszeptał. – I to szybko. Proszę przyjść jutro rano. Dowiem się 

o bracie, czego będę mógł.

– Dziękuję. – Odwróciła się, żeby wyjść z ławki.
– Na rany Jezusa! Letty!
Dźwięk ochrypłego męskiego głosu odbijał się echem w kościele jak odgłos strzału.
– Murphy.  –  Wspięła się na lśniącą drewnianą ławkę, przeskoczyła przez oparcie 

i podbiegła do niego. Wyglądał jak z krzyża zdjęty. Letty czuła się równie fatalnie.

Wyciągnął ramiona. Letty wpadła w nie, śmiejąc się i płacząc.
Objął ją i trzymał  tak mocno,  że nie mogła  oddychać.  Nie przejmowała  się tym. 

Może jej płuca nie były w stanie funkcjonować, ale serce miało się całkiem nieźle.

– Gdzie ty się, do cholery, podziewałaś przez ostatnie dwa dni?
– Ja? – wysapała Letty. – A ty gdzie byłeś?
Nie odpowiedział.
– Spróbuj jeszcze raz takiej głupiej sztuczki, a obiecuję...
– Tak. Tak.
Przycisnął usta do jej warg i pocałował z taką pasją i pożądaniem, że pozbawił ją 

resztek tchu.

– Powinienem cię zabić za to, co przeżyłem przez ostatnie dwa dni.

background image

– Dla mnie to też nie był piknik.
Nie przestawał jej całować. Co chwilę przywierał do niej ustami. Ich zęby zderzyły 

się, a kiedy jęknęła, język Murphy’ego wślizgnął się do jej wilgotnego wnętrza. Zaczęli 
dyszeć i brakło im tchu.

Letty zarzuciła mu ręce na szyję i stanęła na palcach.
– Nie wiedziałam, co robić.
– Nie mogłem przestać cię szukać – wymruczał Murphy między pocałunkami.
– Tak się bałam.
Murphy zachichotał.
– Ty? Nie wierzę.
Ojciec Alfaro odchrząknął znacząco.
– Może powinna mnie pani przedstawić swojemu przyjacielowi, moje dziecko?

background image

Rozdział 30.

Obejmując Letty ramieniem, Murphy odwrócił się do mężczyzny w sutannie. Nie 

miał zamiaru wypuścić Letty z uścisku z powodu ostatnich wydarzeń. Przez ostatnie dwa 
dni   wywrócił   San  Paulo   do   góry  nogami,   żeby   ją   znaleźć.   Martwił   się   o jej   naiwną 
łepetynę i ryzykował przy tym swoją.

– Murphy, to jest ojciec Alfaro. – Letty wykonała ręką gest w stronę księdza.
–   Miło   księdza   poznać.   –   Murphy   zrobił   krok   do   przodu   i podał   starszemu 

mężczyźnie rękę.

– Ksiądz ma przyjaciela, który może dowiedzieć się, co się stało z Lukiem.
Murphy przyjrzał się księdzu, zastanawiając się, czy mogą mu zaufać. Zwykle nie 

zawodziła go intuicja. Miał wrażenie, że mogą uznać księdza za sprzymierzeńca.

Kiedy włóczył się po mieście, zasięgnął języka i dowiedział się, że kapitan Faqueza, 

odpowiedzialny   za   koszary   wojskowe,   jest   prawdziwym   draniem.   Słynie   z tego,   że 
torturuje więźniów i dręczy ich psychicznie. Jeżeli – jakimś cudem – brat Letty jeszcze 
żyje, Faqueza pewnie go zadręczył. Może się okazać, że Letty ryzykuje życiem dla brata, 
który z bólu stracił zmysły.

– Dowiem się, czego tylko będę mógł – zapewnił Murphy’ego ojciec Alfaro. – Ale 

niczego nie obiecuję.

Wzrok księdza spoczął na Murphym o sekundę czy dwie dłużej, niż to konieczne. 

Może chciał w ten sposób dać mu do zrozumienia, że osobiście nie robiłby sobie zbyt 
wielkich nadziei, że Luke żyje.

– Brak mi słów, żeby wyrazić, jak bardzo jesteśmy wdzięczni – odpowiedziała Letty 

za nich oboje.

Dłoń   Murphy’ego   zacisnęła   się   na   jej   ramieniu.   Kiedy   wszedł   do   kościoła   i ją 

znalazł, poczuł nieopisaną ulgę. Już się poddał się, przekonany, że dotrze do niej tylko 
przez Luke’a.

Przez całe dwa dni próbował, jak mógł, pozbyć się głosu sumienia, który mówił mu, 

że powinien szukać Letty.

Dopiero kiedy słońce zaszło i nad stolicą zapadła noc, Murphy przypomniał sobie, że 

kiedy na krótko rozdzielili się w Siguierres, Letty od razu poszła do kościoła. Zaczął więc 
przeszukiwać kolejne kościoły.

–   Mamy   inny   problem   –   poinformował   ją   z ponurą   miną   Murphy.   Teraz,   kiedy 

wiedział, że w mieście jest kapitan Norte, nie miał wątpliwości, że im prędzej odnajdą 
Luke’a,   tym   lepiej.   Murphy   był   sprytny   i domyślał   się,   że   obecność   oficera   nie   jest 
przypadkowa.

background image

– Jaki? – Zaniepokojony wzrok Letty spotkał się ze wzrokiem Murphy’ego.
– Norte jest w mieście.
–   Zna   go   pan?   –   Głos   ojca   Alfaro   zadrżał,   kiedy   Murphy   wymienił   nazwisko 

kapitana.

Murphy pokiwał głową.
–  Nie   powiedziałabym,   żebyśmy   należeli   do   jego   ulubieńców   –  wyjaśniła   Letty, 

a Murphy poczuł, że wyprostowała się. Była spięta.

Ksiądz smutno pokiwał głową.
– Kapitan nie jest dobrym wrogiem.
Murphy zdążył się już o tym przekonać.
–   Lepiej,   żeby   nie   widziano   was   razem.   –   Ojciec   Alfaro   nerwowo   zatarł   ręce. 

Spojrzał na nich i wydawało się, że podjął jakąś decyzję.

– Chodźcie – zarządził. – U mnie będziecie bezpieczni. Mam nadzieję, że do jutra 

rana będę coś wiedział o pani bracie.

Murphy zdawał sobie sprawę, że ksiądz bierze na siebie oczywiste ryzyko. Wahał 

się, czy może wystawiać tego człowieka na niebezpieczeństwo. Nie zgodziłby się na to, 
gdyby nie Letty.

Ojciec Alfaro najwyraźniej domyślił się, co trapi Murphy’ego.
– Nie musi  się pan martwić.  Wiele  razy oddawałem  moje życie  w ręce Boga. – 

Ksiądz wyprowadził ich ze świątyni.

Poprowadził ich krużgankami okalającymi kościół do stojącego obok dwupiętrowego 

budynku. Weszli tylnymi drzwiami i przeszli przez kuchnię, a potem długim korytarzem 
udali się na dół.

Murphy zauważył, że ojciec Alfaro porusza się bardzo cicho i nie włącza światła. 

Zatrzymał się na dole schodów i spojrzał w górę. Odczekał chwilę, a potem wprowadził 
ich do pomieszczenia, które wyglądało na bibliotekę. Ostrożnie zamknął drzwi. Przez 
okna sączyło się do środka nikłe światło księżyca.

Murphy poczuł zapach cytryny i starych książek, co stanowiło całkiem przyjemną 

mieszankę.   Ksiądz   oparł   dłonie   o kominek.   Najwyraźniej   czegoś   szukał.   Po   chwili 
Murphy usłyszał ciche kliknięcie i zdumiony zobaczył, że półka z książkami otwiera się 
jak drzwi, zapraszając ich do magicznego, fikcyjnego świata. W środku znajdowało się 
tylko łóżko i stolik nocny.

– Na razie będziecie tu bezpieczni. Przyjdę po was rano tak wcześnie, jak mi się uda. 

Do tego czasu muszę was poprosić, żebyście zachowywali się bardzo cicho.

Murphy   pokiwał   głową   i z Letty   u boku   wszedł   do   tajemniczego   pokoju.   Letty 

usiadła po jednej stronie łóżka. Zwiesiła ramiona. Murphy widział, że jest wyczerpana. 

background image

On sam też nie był w lepszej kondycji fizycznej. Przeżycia emocjonalne ostatnich dni 
i na nim odcisnęły swoje piętno.

– Odpocznijcie, przyjaciele – wyszeptał ojciec Alfaro, zanim półka z książkami nie 

powróciła na swoje miejsce.

W pomieszczeniu natychmiast zrobiło się ciemno. Poczuli zapach starych książek, 

kurzu   i pleśni.   Nikłe   światło   docierało   jedynie   przez   wąskie   szczeliny   w regale 
z książkami.

Murphy   stał   przez   chwilę.   O sekretnych   pomieszczeniach   na   plebanii   nie   pisano 

w podręcznikach wojskowych. Przez całe lata służby Murphy nie znalazł się w podobnej 
sytuacji. Najbardziej martwił się o bezpieczeństwo Letty. Miał nadzieję, że tutaj nic im 
nie grozi.

Usłyszał, że Letty wyciąga się na wąskim łóżku. Był niemal pewien, że skoro łóżko 

jest jedno, będzie chciała, żeby spał na podłodze. Nie chciał się z nią kłócić i właśnie 
zamierzał się położyć, kiedy usłyszał szept:

– Jest tu miejsce i dla ciebie. – Jej głos był nieco spłoszony.
Coś było zdecydowanie nie tak. Murphy miał ochotę przeczyścić sobie ucho palcem. 

Nie był pewien, czy to dobry pomysł, żeby znaleźli się tak blisko siebie. Był potwornie 
zmęczony, ale wiedział, że będzie mu cholernie trudno nie kochać się z Letty. Doszedł do 
wniosku, że jego wątpliwości są przejawem krańcowego wyczerpania.

Była mu to winna. Obiecała mu to. Chciał się z nią kochać bardziej niż z jakąkolwiek 

inną kobietą. A teraz jeszcze...

– Murphy?
W   milczeniu   podszedł   do   łóżka.   Letty   zrobiła   mu   miejsce.   Murphy   wyjął   broń 

i jednym ruchem położył ją na nocnym stoliku.

– Jak to możliwe, że w San Paulo jest tyle kościołów, a ty spotkałaś akurat księdza 

zamieszanego w tajną działalność?

Odpowiedziała mu dopiero po dłuższej chwili.
– Wierzę, że Bóg posłał mnie do ojca Alfaro.
Gdyby było jaśniej, Letty zobaczyłaby kwaśną minę Murphy’ego. Taka odpowiedź 

mu   sienie   podobała.   Jeżeli   Bóg   był   skłonny   wyświadczać   przysługi,   Murphy   miał 
ważniejsze prośby. Zresztą, to całkiem możliwe, że Bóg Letty naraził ich na pokusy. 
Jeżeli to, że mieli razem spać, było jednym z dowcipów Boga, Murphy’emu nie było do 
śmiechu.

Niechętnie położył się na łóżku. Choć Letty twierdziła, że starczy miejsca dla nich 

obojga, wcale tak nie było. Kręcił się i przewracał z boku na bok. W końcu odkryli, że 
najwygodniej będzie, kiedy on położy się na plecach, a Letty obok niego na boku i oprze 

background image

mu głowę na piersi.

Zamknął oczy, tuląc Letty do siebie. Jej ramię znalazło się na jego brzuchu. Wydała 

delikatne westchnienie z zadowolenia. Murphy znalazł się tak blisko nieba, jak chciał. 
Trzymanie   tej   kobiety   w ramionach   sprawiało   mu   niesamowitą   przyjemność. 
Wywoływało   uczucie,   które   ma   tyle   samo   wspólnego   z ciałem,   co  z duszą.   Uczucie, 
którego Murphy obawiał się najbardziej, bo oznaczało, że mu na niej zależy.

To   mogło   żołnierza   drogo   kosztować.   Niejeden   zapłacił   za   to   życiem.   Murphy 

widział, jak Cain dostał kulkę tylko dlatego, że jego umysłem zawładnęła Linette. Nie 
chciał popełnić tego samego błędu.

– Ojciec Alfaro wiedział o tobie – powiedziała Letty, przerywając jego rozmyślania.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Pytał, czy podróżuję z mężczyzną.
– Kiedy?
– Wcześniej, na początku rozmowy.
Murphy musiał się nad tym zastanowić. Podejrzewał, że ksiądz ma jakieś powiązania 

z CIA. To była dla niego dobra wiadomość. Mogą mu się przydać tacy sprzymierzeńcy.

– Jestem taka zmęczona. – Letty zatopiła się w jego objęciach.
– Wiem, kochanie.
– Nie mam pojęcia, co bym zrobiła, gdybym cię nie znalazła. – Ziewnęła po raz 

drugi.

–   Ja   też   –   przyznał   Murphy.   Czuł,   że   poddaje   się   potrzebom   ciała.   Objął   ją 

ramieniem i opuścił podbródek tak, że dotknął czubka jej głowy. Odpływając w krainę 
snu,   delektował   się   przyjemnością   trzymania   jej   w ramionach.   Głupotą   byłoby 
zaprzeczać prawdzie. Bardzo mu zależało na Letty.

background image

Rozdział 31.

Luke.
Usłyszał,   że   ktoś   prawie   bezgłośnie   wypowiada   jego   imię.   Odwrócił   głowę 

i otworzył   oczy.   W małym   kwadratowym   otworze   w drzwiach   celi   widać   było   twarz 
Rosity.

– Rosita? – Czy to możliwe, żeby to była prawda? Serce łomotało mu pod żebrami. 

Ostrożnie próbował wstać z pryczy,  nie zważając na ból. Ten ruch kosztował go tyle 
wysiłku, że jęknął. Przeżywał straszliwe męki, ale zniósłby o wiele gorsze, żeby tylko 
zobaczyć Rositę.

– Jestem.
Przez otwór widać było tylko piękne ciemne oczy. Ale to wystarczyło, by ogarnęła 

go radość. Ten dar, cud ujrzenia kobiety, którą kocha, sprawił, że poczuł się ogromnie 
szczęśliwy.

– Jak to możliwe, że tu jesteś, skoro...
– O nic nie pytaj. Nie chcą mnie wpuścić do środka, do celi. Już nie.
– Więc jednak byłaś tu wcześniej?
– Tak. – Zamrugała powiekami, żeby się nie rozpłakać. – Chciałabym cię dotknąć. – 

Przez stalowe pręty zdołała przecisnąć jedynie dwa palce.

Luke   przycisnął   usta   do   opuszka   jednego   z nich   i niewiele   brakowało,   żeby   się 

rozpłakał. Palce Rosity dotknęły jego twarzy. Pogłaskała nie ogolony policzek Luke’a. 
Zamknął oczy, rozkoszując się pieszczotą dotyku.

– Zawsze będę cię kochać. – Usiłował zapanować nad emocjami. Zamilkł. Bał się, że 

kiedy zacznie mówić, nie będzie w stanie powstrzymać szlochu.

– A ja zawsze będę kochać ciebie.
Przez dłuższą chwilę cieszyli się z tego niepojętego cudu, że mogą być razem. Grube 

żelazne drzwi nie stanowiły przeszkody i nie mogły powstrzymać ich gorących uczuć.

– Biją cię? – spytała Rosita głosem, który świadczył, że boi się usłyszeć prawdę.
Nie mógł jej okłamać.
– Trochę. Nie tak bardzo, jak na początku.
Oczy Rosity stały się świecące i szkliste. Wypełniły się łzami, które zaczęły spływać 

jej po twarzy.

– A Hector i inni?
– Godnie ich pochowano. – Głos Rosity załamywał się.
Obawiał się wypowiedzieć imię swojej siostry.
– Miałaś jakieś wieści od Letty?

background image

– Od Letty? Nie. Jest tutaj? W Zarcero? Jak to możliwe?
– Nie wiem, ale możliwe, że przyjechała. Dlatego nie zostałem stracony z innymi.
– To wyjaśnia, dlaczego... – Rosita przerwała raptownie, jakby już i tak powiedziała 

więcej, niż zamierzała.

– Powiedz mi.
– Mój wuj... pozwolił mi tu przyjść, żebym mogła się z tobą pożegnać. Komendant 

Faqueza wyznaczył termin publicznej egzekucji za dwa dni.

– To pułapka. Musisz odnaleźć moją siostrę i uprzedzić ją.
– Ale jak? Gdzie?
Luke oparł czoło o drzwi. W zetknięciu ze skórą wydały się zimne. Zimne i twarde. 

Powinien   się   skupić,   ale   nie   mógł.   W jego   umyśle   kłębiły   się   troski   i zmartwienia. 
Wszyscy, którzy mogliby pomóc Letty, albo nie żyli, albo znajdowali się w więzieniu.

– Spróbuję ją znaleźć, Luke – obiecała Rosita. – Tylko nie wiem, gdzie szukać.
– Zrób, co możesz. – Nie mógł się teraz martwić o Letty. Później, kiedy zostanie 

sam, będzie się modlił, żeby Bóg jej strzegł. Chwile z Rositą, możliwe, że ostatnie, były 
zbyt cenne, żeby je tracić.

Jeszcze raz pocałował jej palce.
– Rosito, kiedy zginę, musisz...
– Nie. – Płakała. – To cud, że się uratowałeś. Nie umrzesz, kochany.
–   Nie   mamy   czasu   na   sprzeczki.   Musimy   przygotować   się   na   najgorsze,   kiedy 

jeszcze   możemy.   –   Jeśli   go   nie   zastrzelą   albo   nie   powieszą,   tak   jak   kilku   innych 
więźniów politycznych, możliwe, że zamęczą go na torturach.

– Jak Bóg mógł do tego dopuścić? – Głosem Rosity wstrząsał szloch. – Jak mógł 

pozwolić, żeby Hector i inni zginęli tak okrutną śmiercią?

Luke wiele razy zadawał sobie to samo pytanie.
– Bóg nie ponosi odpowiedzialności za nienawiść na tym świecie. – Pragnął przytulić 

Rositę po raz ostatni. Umarłby szczęśliwy, gdyby mógł poczuć przy sobie jej miękkie 
ciało. Gdyby tylko mógł dotknąć jej słodkiej twarzy i poczuć bicie jej serca przy swoim...

Rosita spojrzała przez ramię. Luke dostrzegł cień strachu na jej twarzy.
–   Muszę   iść.   –   Otarła   łzy   i obdarzyła   go   krótkim   uśmiechem.   Odwróciła   się 

gwałtownie i zniknęła.

Luke   słyszał   delikatny   odgłos   kroków,   kiedy   odchodziła.   Musiał   włożyć   tyle 

fizycznego wysiłku, żeby utrzymać się na nogach, że zaczął gwałtownie drżeć. Z trudem 
szedł do łóżka, żeby się nie przewrócić.

Przygniótł go ciężar zmartwień. Norte miał zamiar posłużyć się nim, żeby złapać 

Letty.

background image

Luke dobrze znał swoją siostrę. Zrobiłaby wszystko, żeby go uratować. Wystawiłaby 

się   na   każde   niebezpieczeństwo.   Nie   mógł   pozwolić,   żeby   coś   jej   się   stało,   ale   nie 
wiedział, jak ją uratować.

Nie miała pojęcia, jacy są ci mężczyźni. Nigdy nie zetknęła się z takim złem. Luke 

też nie, dopóki go nie schwytano.

Mógł   tylko   przechytrzyć   kapitana   Norte,   umierając   przed   publiczną   egzekucją. 

Wzniósł oczy do nieba i zwrócił się do Boga:

– Pozwól mi umrzeć, zanim będzie za późno.

background image

Rozdział 32.

Jeszcze dwa dni temu pani brat żył.
Z sercem w gardle, Letty odwróciła się i stanęła przodem do ojca Alfaro.
– Żyje?
Ksiądz przyszedł po nich wczesnym rankiem i zaprowadził do zaufanego przyjaciela. 

Chwilę później Murphy zniknął z ojcem Alfaro. Letty nie cieszyła się z tego, że znowu 
zostali rozdzieleni. Ale nie miała wyboru.

Murphy spojrzał na ojca Alfaro, potem na Letty.
– O co chodzi? – Znała trochę Murphy’ego i wiedziała, że coś przed nią ukrywa.
Nikt nie śpieszył się z wyjaśnieniami.
– Luke’owi coś się stało. – Zaczęła płakać, pewna, że usłyszy złe wieści. – Jest 

ranny? Możemy go zabrać? Potrzebuje lekarza?

– Letty. – Murphy delikatnie objął ją ramieniem.
– Z moich źródeł nie mogłem się dowiedzieć, jaki jest stan fizyczny pani brata – 

wyjaśnił ojciec Alfaro. – Wiem tylko, że pani brat żyje.

– Jest  coś  jeszcze.  – Letty nie  chciała,  by ukrywano  przed  nią prawdę.  Murphy 

powinien znać ją na tyle dobrze, żeby o tym wiedzieć.

– Proszę mi wszystko powiedzieć.
Mężczyźni ponownie wymienili między sobą spojrzenia. Oczy Murphy’ego spotkały 

się ze wzrokiem Letty. Powiedział cicho, głosem pozbawionym emocji.

– Luke został skazany na śmierć.
Letty zamknęła oczy i wstrzymała oddech.
– Za dwa dni w południe ma się odbyć publiczna egzekucja.
– Dwa dni – powtórzyła.  Krew odpłynęła jej z głowy,  a wszystko wokół zaczęło 

wirować. Przez chwilę myślała, że zemdleje. Poczuła, że musi usiąść. Wyciągnęła po 
omacku ręce i opadła na drewniane krzesło.

– Letty?
– Wszystko w porządku.
Nie było w porządku. Rano nie czuła się dobrze. Chociaż w ramionach Murphy’ego 

spała lepiej niż od tygodni, obudziła się wyczerpana i potwornie zmęczona.

To wrażenie  się pogłębiało.  Myślała,  że  samo  jej  przejdzie  i dlatego  nikomu  nie 

mówiła. Ale nie przeszło.

– Musimy go uratować. – Spojrzała na Murphy’ego. Zorientowała się, że robi to 

coraz   częściej.   Poza   sercem   obdarzyła   go   zaufaniem.   W jej   oczach   Murphy   mógł 
dokonać   rzeczy   niemożliwych.   Choć   napotykali   coraz   więcej   przeszkód   na   swojej 

background image

drodze, Letty polegała na talentach Murphy’ego.

– Letty, dałem ci słowo, że odnajdę twojego brata, i zrobię to. – Murphy zacisnął 

zęby z determinacją.

Bardzo chciała go dotknąć. Przycisnąć dłoń do jego policzka i podziękować mu. Te 

dwa dni, kiedy włóczyła się sama po mieście, były dla niej cenną lekcją. Bardzo chciała 
odnaleźć i uwolnić Luke’a, ale zamierzała to zrobić razem z Murphym.

Ksiądz   rzucił   Murphy’emu   niespokojne   spojrzenie.   W małym   ceglanym   domu 

zapanowała atmosfera pełna napięcia. Letty nie rozumiała, o co chodzi. Spojrzała na ojca 
Alfaro.

– Obawiamy się, że ta egzekucja może być pułapką – wyjaśnił ksiądz.
Murphy zachichotał.
– Norte chce nas. Ale czy można mu się dziwić? Ośmieszyliśmy go. Nie wie tylko, 

że za niego nikt sienie modli. Unikniemy jego zasadzki i na dodatek wykradniemy mu 
Luke’a sprzed nosa.

– Na mieście się mówi, że komendant Norte sowicie wynagrodzi tego, kto schwyta 

któreś z was.

– Rozumiem. – Bo rozumiała. Jak powiedział zeszłej nocy ojciec Alfaro, kapitan 

Norte nie jest dobrym wrogiem.

– Powinna pani być przygotowana na najgorsze – uprzedził ją łagodnie ksiądz. – 

Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, ale może się zdarzyć, że nie zdołamy uratować 
pani brata.

– Musi się wam udać. – Rozpłakała się. Rozpaczliwie pragnęła wierzyć, że można 

uratować Luke’a. On na to zasługiwał. Oddał swoje serce ludziom z Zarcero, poświęcił 
im życie. Bez Luke’a będzie sama i zagubiona. W nikim nie znajdzie oparcia.

– Masz moje słowo: zrobię wszystko, co możliwe, żeby uwolnić Luke’a. – Oczy 

Murphy’ego potwierdziły powagę tej obietnicy.

– Nie mogę prosić o więcej – odpowiedziała Letty.
Przez resztę poranka rozmawiała z Murphym i ojcem Alfaro. Mężczyźni zastanawiali 

się   nad   sposobem   działania.   Szybko   się   dogadali.   Wkrótce   Murphy   wyszedł.   Nie 
powiedział dokąd idzie ani jak długo go nie będzie.

Siedziała w cieniu drzewa. Usiłowała dociec, co jej dolega. Nękające bolesne uczucie 

nie   ustąpiło   do   popołudnia.   Usiłowała   jakoś   nazwać   to,   co   czuła.   Objawy   fizyczne 
wskazywały na niegroźny przypadek grypy, ale wiedziała, że to nie grypa. Była pewna, 
że dolegliwości w jakiś sposób są związane z bratem bliźniakiem.

Niecierpliwie czekała na powrót Murphy’ego. Musiała z nim omówić parę spraw. 

Była tak zaprzątnięta myślami, że niczego nie zauważyła.

background image

Z początku.
Nagle   poczuła,   że   ktoś   ją   obserwuje.   Nie   była   tego   pewna,   ale   ufała   swojemu 

szóstemu zmysłowi. Przez dłuższy czas nawet nie drgnęła, żeby nie zwrócić na siebie 
uwagi. Ten sam szósty zmysł, który dał jej do zrozumienia, że ona i ojciec Alfaro nie są 
już sami, ostrzegł, że jeśli się poruszy, będzie martwa.

Letty ogarnął strach niby gęsta mgła, która utrudniała zrozumienie tego, co się dzieje.
Wstrzymała   oddech   i spojrzała   przed   siebie.   Ojciec   Alfaro   siedział   w domu   przy 

stole. Chyba czytał.

Oczami wyobraźni zobaczyła celę więzienną, tortury i śmierć. Poczuła, jak smakuje 

horror. Czuła ból. Potem wszystko zniknęło.

Do jej myśli wdarł się obraz Murphy’ego, który pochylał się do chłosty. Zrozumiała 

obraz i zatrzymała go w umyśle. Potrzebowała jego ochrony. On wiedziałby, co robić. 
Miała przy sobie broń, bo Murphy się przy tym upierał, ale nie było sensu po nią sięgać. 
Byłaby martwa, zanim zdążyłaby wycelować. Zresztą nie była pewna, czy umie się nią 
posługiwać.   Próbowała   tylko   raz   i to   dlatego,   że   Murphy   ją   do   tego   skłonił.   Teraz 
żałowała, że nie nauczyła się strzelać.

Może   dlatego,   że   myślała   o Murphym   i o broni,   była   przygotowana   na   to,   co 

nastąpiło. Z tyłu usłyszała jego głos, cichy i niecierpliwy.

– Letty, kiedy krzyknę, padniesz na ziemię i osłonisz głowę. Rozumiesz?
Potwierdziła ledwie zauważalnym  skinieniem  głowy.  Każdy mięsień  jej ciała  był 

napięty.

Za   moment   zobaczyła   trzech   żołnierzy,   chowających   się   w krzakach   przy   domu. 

Dwóch z nich mierzyło w nią. Trzeci mężczyzna przez okno celował w ojca Alfaro.

Byli zamaskowani i doskonale zlewali się z tłem. Zastanawiała się, jakim cudem ich 

zauważyła.

Smak   strachu   wypełnił   Letty   usta   i zaatakował   zmysły.   Dzwoniło   jej   w uszach. 

W gardle miała potwornie sucho.

– Teraz! – Krzyk Murphy’ego rozdarł gorące, nieruchome powietrze. Tłumiąc krzyk, 

Letty   padła   twarzą   do   ziemi.   Pamiętała,   że   kazał   jej   osłonić   głowę,   więc   podniosła 
ramiona.

Szybkie   strzały  w rytmie   staccato   z broni   Murphy’ego   przeleciały   nad   jej   głową. 

Zamarła ze strachu. Nie mogła się podnieść, nawet jeśli by ją o to prosił.

Trzech   napastników   padło   koło   domu.   Letty   i ksiądz   siedzieli   jak   sparaliżowani. 

Rebelianci   mogli   dopaść   ich   w każdej   chwili,   zapomnieli   tylko   o jednym   szczególe. 
O Murphym.

Wkroczył na scenę i od razu zorientował się, że Letty wyczuła obecność żołnierzy. 

background image

Chodziło im o księdza. Do chwili, kiedy przekonali się, że ojciec Alfaro nie jest sam.

Murphy   dziękował   mocom   niebieskim,   że   Letty   miała   na   tyle   rozsądku,   żeby 

siedzieć cicho. To uratowało jej życie.

Nie miał  wątpliwości,  że jego uczucia  w stosunku do Letty uległy zmianie.  Mur 

obronny,  którym się otoczył,  pękł i Murphy beznadziejnie się w niej zakochał. Kiedy 
uświadomił sobie, że mógł ją przed chwilą utracić, pozbył się wątpliwości co do swoich 
uczuć.

Nie był nieskromny, twierdząc, że jest dobrym żołnierzem. I wiedział, dlaczego jest 

dobry. Śmierć nigdy go nie przerażała. Jego świat stanowiło kilku starannie dobranych 
przyjaciół i Deliverance Company. To wszystko. Miał niewiele do stracenia.

Do   tej   pory   w jego   życiu   nie   było   miejsca   na   szczęście   i radość.   Najbardziej 

brakowało w nim miłości.

Musiał przyznać, że kocha Letty. Nie był szczęśliwy z tego powodu. Nie było mu 

dobrze z tym uczuciem. Obawiał się, że miłość do Letty będzie wymagała poświęcenia 
części siebie, to go martwiło. Oddałby za nią życie. Ale nie był pewien, czy powinien 
ujawnić, jak bardzo mu na niej zależy.

Po huku strzałów nastąpiła cisza głośniejsza niż wystrzał z armaty. Murphy podszedł 

do miejsca, gdzie leżały ciała rebeliantów. Sprawdził, czy na pewno są martwi. Byli.

Murphy nic nie czuł. Żadnych wyrzutów sumienia ani żalu. Zabijanie nie sprawiało 

mu przyjemności ani nie robiło na nim wrażenia.

– Murphy... – Jego imię w ustach Letty zabrzmiało jak cichy płacz. Podbiegła do 

niego i padła mu w ramiona. Podniósł ją i przytulił. Trzęsła się bardzo. Objęła go tak 
mocno za kark, że omal nie udusiła.

– Już dobrze, kochanie.
Trzymał   ją   w ramionach.   Sprawiło   mu   to   tyle   radości,   że   na   chwilę   zapomniał 

o księdzu.

Ojciec   Alfaro   wyszedł   z domu   blady   i przerażony.   Szedł   niepewnym   krokiem. 

Wyciągnął chusteczkę z kieszeni i otarł czoło.

– Matko Boska – wyszeptał, przyglądając się zabitym mężczyznom.
– Wszystko w porządku, ojcze? – spytał Murphy, wypuszczając Letty z objęć.
– Tak. Tak. – Jeszcze raz spojrzał na ciała rebeliantów. – To ludzie kapitana Norte.
– Więc wie, gdzie jesteśmy.
Ksiądz zamknął oczy.
– Alphonse – powiedział z ogromnym bólem. – Nigdy by mnie nie zdradził, chyba że 

na torturach.

– Musimy stąd uciekać. – Murphy’emu zależało, żeby przenieść Letty w bezpieczne 

background image

miejsce. Nie wiedział tylko dokąd.

–   Letty!   –   Przed   chwilą   trzymał   ją   w ramionach.   Teraz   była   w domu.   Siedziała 

z twarzą ukrytą w dłoniach, jakby nie mogła znieść widoku martwych ciał.

Chciał ją pocieszyć i wytłumaczyć, dlaczego musiał użyć broni.
– Letty, musimy stąd uciekać! – krzyknął. Wiedział, że brzmi to gburowato, ale nie 

mógł nic na to poradzić. Groziło jej niebezpieczeństwo. Murphy wolałby umrzeć, niż 
dopuścić, by stało jej się coś złego.

Nagle kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Pchnął księdza na ziemię i upadł koło niego. 

Letty była za daleko.

Tocząc się po ziemi, wystrzelił serię z, karabinu. Zobaczył dwóch rebeliantów. Jeden 

krzyknął z bólu, a potem umilkł. Zapanowała dziwna, nienaturalna cisza, która często 
towarzyszyła strzelaninie i śmierci.

– Uciekajmy stąd w cholerę! – krzyknął Murphy. Niecierpliwił się, żeby zabrać Letty 

i księdza w bezpieczne miejsce. Przeszukiwał wzrokiem ogród, badał go wyostrzonymi 
zmysłami.

Przerwał   mu   krzyk   Letty.   Rozległ   się   huk   pojedynczego   wystrzału.   Murphy’ego 

obezwładniło przerażenie. Boże drogi, tylko nie Letty. Proszę, niech nie dostaną Letty. 
Dawał za nią wszystko, co miał. Swoje życie. Swoje serce. Swoją duszę.

Zerwał się na nogi i krzycząc, wbiegł do domu. Był gotów zabić lub zginąć, jeżeli 

będzie trzeba. Zobaczył, że Letty stoi z pistoletem, który dał jej na początku wyprawy. 
Broń zwisała jej z ręki.

Nie dalej niż półtora metra od niej leżał żołnierz.
Letty była w szoku. Śmiertelnie blada wpatrywała się pustym wzrokiem w martwego 

człowieka. Leżał w kałuży krwi, z otwartymi oczami. Choć napastnik nie żył, Murphy 
pałał do niego nienawiścią.

Podszedł do Letty i delikatnie wyjął jej pistolet z dłoni.
– Dobrze się czujesz? – spytał łagodnie.
Pokręciła przecząco głową, wyszła przed dom i zwymiotowała.

background image

Rozdział 33.

Rosita weszła do słabo oświetlonego pokoju i spojrzała na ciało mężczyzny, leżące 

na stole. Rozdzierający ból przeszył jej serce. Zrozumiała, że wuj mówił prawdę.

Luke nie żył.
Z jej gardła wydobył się szloch. Zakryła usta, żeby powstrzymać krzyk cierpienia. To 

nie   tak   miało   być.   Mieli   się   pobrać,   chciała   urodzić   mu   dzieci   i przeżyć   z nim 
w szczęściu wiele długich lat. Luke ją kochał, a ona darzyła go większym uczuciem niż 
jakiegokolwiek innego mężczyznę.

– Cicho bądź – skarcił ją wuj. – Jeżeli ktoś nas tu znajdzie, będę miał kłopoty.
Odpowiedziała mu stłumionym szlochem.
– Co się stało? – Rosita chciała wiedzieć.
– Strażnik powiedział mi, że Luke umarł we śnie.
– We śnie? – Rosita nie uwierzyła, chociaż był jej wujem i dwa razy pomógł jej się 

spotkać z Lukiem.

– Nikt nie zna przyczyny jego śmierci. Żył, kiedy gaszono światło, a rano już był 

martwy. Komendant Faqueza przesłuchiwał strażników, ale nikt nie wchodził w nocy do 
celi twojego przyjaciela.

Rosita w pożegnalnym geście delikatnie dotknęła twarzy Luke’a. Była jasna i pełna 

spokoju.

– Podobno kapitan Norte jest wściekły – dodał wuj. – Chciał wykorzystać twojego 

przyjaciela jako przynętę.

Rosita przyjrzała się Luke’owi i zrozumiała, że stało się to, o co się modlił. Tylko tak 

mógł uratować siostrę i uniknąć wraz z nią okrucieństwa publicznej egzekucji. Zawsze 
nad wszystko przedkładał dobro innych.

Luke Madden skradł jej serce, kiedy tylko przybył do Zarcero. Przez długie miesiące 

Rosita ukrywała swoje uczucia. Bała się okazać misjonarzowi, jak bardzo jej na nim 
zależy.

Kiedy Luke ją pokochał, jej serce szalało z radości. Teraz była pełna cierpienia tak, 

jak   wtedy   pełna   szczęścia.   Głębia   jej   uczucia   była   równie   wielka,   jak   ból,   który 
przeżywała po śmierci Luke’a.

– Musimy iść.
–   Jeszcze   tylko   chwilę   –   poprosiła.   Chciała   popatrzeć   na   Luke’a   trochę   dłużej, 

zapamiętać pełen spokoju wyraz jego twarzy. Chciała, żeby ten obraz wyrył się w jej 
sercu na długie, samotne lata, które ją czekają.

– Już?

background image

Pokiwała głową. Po jej policzkach spływały gorące łzy.
– Nie mogłem zrobić nic więcej, by go uratować – powiedział ze smutkiem jej wuj. – 

Próbowałem.

– Wiem. – Położyła delikatnie dłoń na jego ramieniu. – Dziękuję, że zaryzykowałeś, 

żebym mogła tu przyjść.

– Twój przyjaciel był dobrym człowiekiem.
Rosita otarła łzy z twarzy.
– Szkoda, że go nie znałeś.
–   Trochę   go   poznałem.   Nie   przeklinał,   kiedy   go   torturowali.   Była   w nim   tylko 

miłość. Twój przyjaciel na pewno jest z Bogiem.

background image

Rozdział 34.

Letty wiedziała, że Murphy się o nią martwi. Zabiła człowieka. Nie chciała tego 

zrobić i do końca życia będzie miała poczucie winy.

Ale żołnierz  nie  dał  jej  wyboru.  Kiedy zrozumiała,  że  rozpaczliwie  pragnie  żyć, 

ogarnęło ją przerażenie.

Nie zawahała się. Ocalił ją refleks i instynktowne pragnienie życia.
Ojciec Alfaro pośpiesznie zaprowadził ich do domu innego zaufanego przyjaciela. Tę 

noc   spędzili   ukryci   w piwnicy   pod   stodołą.   Było   tam   niewiele   więcej   miejsca   niż 
w sekretnym pokoju u księdza.

Murphy usiadł naprzeciwko Letty i jadł kolację. Tortillą wyczyścił z talerza resztki 

fasoli. Smakowało mu. Kiedy kończył, spostrzegł, że Letty w ogóle nie ruszyła posiłku.

– Jedz, Letty.
Pokręciła głową.
– Nie mogę. Nie chce mi się.
Odsunął na bok metalowy talerz i usiadł obok niej na łóżku.
– Kochanie, słuchaj, zrobiłaś to w obronie własnej.
Letty zamknęła oczy. Chciała, żeby milczał. Znowu ogarnęło ją to dziwne wrażenie, 

które nawiedziło ją rano.

– ...i pewnie uratowałaś też mój żałosny tyłek – ciągnął Murphy. – Nie skończyłby na 

zabiciu ciebie.

– Murphy. – Wyciągnęła po omacku rękę i dotknęła jego ramienia.
– Znowu masz mdłości?
– Nie. Och, Murphy... nie, proszę, nie.
– Kochanie, o co chodzi?
– On nie żyje.
– Kochanie, nie miałaś wyboru.
– Nie mówię o tym żołnierzu – zaszlochała. – Luke. – Pochyliła się i położyła głowę 

na   kolanach.   A więc   o to   chodziło.   Cały  dzień   to   czuła.   Cały  dzień   walczyła   z tymi 
potwornymi mdłościami.

– Ojciec Alfaro zapewnił nas, że dwa dni temu Luke żył.
Ogarnął   ją   żal.   Czuła   się   tak,   jakby   obciążono   jej   ciało   kamieniami,   a potem 

wyrzucono za burtę statku. Zanurzała się coraz bardziej i bardziej i nic na to nie mogła 
poradzić.

Dopiero, kiedy Murphy ją objął, zdała sobie sprawę, że kurczowo się go trzyma. 

Szloch wstrząsał nią tak mocno, aż czuła ból. Kołysała się w tył i w przód. Szlochała 

background image

i próbowała złapać oddech. Opłakiwała brata, którego straciła.

– Letty, kochanie, nie płacz tak. Nie wiemy, co się stało z Lukiem.
– Ja wiem. Moje serce wie.
– Ojciec Alfaro powiedział...
– On nie żyje. Mój brat nie żyje. Spóźniliśmy się. Nie możemy go uratować.
Murphy trzymał ją w ramionach tak długo, aż wypłakała wszystkie łzy. Przylgnęła 

do niego, z żalu i rozpaczy wbijając palce w jego ciało. Cały czas ją przytulał, cały czas 
pocieszał.

Kiedy zabrakło już łez, położył ją na łóżku i usiadł przy niej. Szeptał słowa pociechy, 

ale Letty ich nie słyszała. Jej serce przepełniał smutek.

Chyba zasnęła, bo kiedy się ocknęła, było ciemno. W schowku pod stodołą panowały 

egipskie ciemności.

Wiedziała, że jest przy niej Murphy, czuła jego miarowy oddech. Przypomniała sobie 

o Luke’u. Ból i rozpacz powróciły.

– Letty...
Odwróciła się i ukryła twarz w jego karku.
– Kochaj się ze mną – wyszeptała. – Czuję się taka samotna, taka pusta. Potrzebuję 

cię. Proszę cię, Murphy. Proszę cię, kochaj się ze mną.

Murphy zamknął oczy, musiał być silny. Letty w jego ramionach była wystarczającą 

pokusą. Żaden mężczyzna nie oparłby się takiej prośbie.

– Kochanie – wyszeptał delikatnie, odgarniając jej włosy z twarzy. – Nie wiesz, o co 

prosisz.

–  Pragnę  cię.   Potrzebuję  cię.   Murphy,   proszę.   –  Przysunęła  się  do  niego  blisko. 

Brodawki jej piersi otarły się o tors Murphy’ego. Były gorące. Murphy poczuł się, jakby 
przypiekano go rozżarzonym żelazem. Zacisnął zęby. Chciał, żeby Letty przestała się 
poruszać.

On też jej potrzebował. Jego ciało mówiło mu o tym od tygodni. To nie był dobry 

moment. Letty szalała z żalu, przekonana, że straciła brata.

Murphy nie wiedział, co myśleć o psychicznym związku Letty z bratem bliźniakiem. 

Wolał polegać na pewnych, potwierdzonych faktach. Informacja sprzed dwóch dni, którą 
otrzymali dzisiaj rano, mówiła, że Luke Madden żyje. Wolał ufać jej niż intuicji Letty.

Murphy obiecał jej, że odnajdzie Luke’a. Nie miał zamiaru się poddać, dopóki nie 

zdobędzie dowodu. Odnajdzie brata Letty, żywego czy martwego.

Pocałowała   go   w kark.   Jej   wilgotne   usta   przesuwały   się   po   skórze   Murphy’ego 

w zmysłowy sposób. Zamknął oczy i walczył z pożądaniem, które zaczęło trawić jego 
ciało.

background image

– Letty, proszę...
– Czuję się taka samotna.
– Nie jesteś sama. Nie wiemy, czy Luke nie żyje. Nie wiemy.
– Ja wiem, co się stało – wyszeptała i zaszlochała cicho. – On nie żyje. Czuję to 

w umyśle   i w sercu.   –   Jej   ręce   przesuwały   się   po   klatce   piersiowej   Murphy’ego. 
Okrywała pocałunkami jego brzuch. Ścisnął mocno koc obiema rękami: próbował się jej 
oprzeć.

– Nie masz pojęcia, o co prosisz. – Murphy żywił głęboką nadzieję, że jeżeli Bóg 

istnieje, doceni jego poświęcenie. Był to najlepszy uczynek, na jaki kiedykolwiek się 
zdobył.

Jedynie   dla   Letty   mógł   się   zdobyć   na   taki   gest.   Wiedział,   że   przysporzy   mu 

kłopotów, kiedy ją poznał, ale nie brał pod uwagę, że zdobędzie jego serce.

Nie mógł dłużej wytrzymać. Przesunął dłonią po jej kręgosłupie, ale zatrzymał się 

przed pośladkami. Rozkoszował się jej ciepłem i gładkością.

Potrzebował jej. Umysł i ciało mówiły mu to od początku. Letty wdarła się w jego 

życie bez ostrzeżenia i pokazała mu, kim naprawdę jest. Wskazała jego sercu, do czego 
zostało stworzone.

Jej subtelność była odskocznią od bezwzględnego i okrutnego świata, w jakim się 

obracał. Kiedyś nie rozumiał, dlaczego Cain chciał spędzić życie z Linette. Dlaczego tyle 
poświęcił, żeby ożenić się z wdową. Teraz, na ironię, wszystko nabrało sensu.

Cain potrzebował Linette z tego samego powodu, dla którego Murphy potrzebował 

Letty.

Jej   miłość   pomogła   wymazać   z pamięci   wszystko,   co   zrobił,   okropności,   które 

widział. Nienawiść człowieka do człowieka. Pomagała uciec od rzeczy, do których był 
zmuszany.

– Nie chcesz mnie?
– Nie chcę? Nie masz pojęcia, jak bardzo cię pragnę.
–   Więc   dlaczego   nie   chcesz   się   ze   mną   kochać?   –   Przysunęła   się   do   niego, 

nieświadomie   zadając   mu   tortury.   Była   cholernie   pociągająca   i zupełnie   tego 
nieświadoma.

– Nie zmuszaj mnie, żebym to powiedziała. – Ukryła twarz w jego ramieniu.
– Co? – Murphy nic nie rozumiał.
– Niech cię diabli, Murphy. – Uderzyła go pięścią w pierś.
– Czego nie chcesz mi powiedzieć? – Przewrócił ją na plecy. W oczach Letty lśniły 

łzy. Wpatrywała się w niego i milczała z uporem. Bunt trwał krótko. Po chwili zarzuciła 
mu ramiona na szyję i uniosła się, żeby go pocałować.

background image

Dotknęła ustami jego warg. Stwierdził, że była niezłą uczennicą. Murphy oderwał 

usta od Letty.

– Letty, powiedz to.
– Kocham cię – wyszeptała.
Jego serce oszalało.
– Och, kochanie.
Zsunął się z niej i położył na plecach.
–   Dlatego   nie   chciałam   ci   tego   powiedzieć.   Nie   chcesz   mojej   miłości.   Nie 

potrzebujesz jej. Wprawiłam cię tylko w zakłopotanie. Nie chciałam, żebyś wiedział. Nie 
chciałam ci mówić.

Zaklął cicho i wziął jaz powrotem w ramiona. Przytulił mocno do siebie. Pocałowali 

się. Tym razem on był górą.

– Och, Letty – wyszeptał jej w usta. – Nie wiesz, jak bardzo cię kocham?– Ich języki 

spotkały się. Przytulił ją do siebie, przygniatając jej piersi twardym torsem. Było mu 
z nią dobrze. Zbyt dobrze. Szybko łamała jego opór.

Odsunął się od niej niechętnie. Pogładził japo włosach. Kiedy patrzył w jej oczy, zdał 

sobie sprawę, jak bardzo mu na niej zależy.  Tak bardzo, że nie mógł teraz się z nią 
kochać. To nie był właściwy moment.

Wzrok Letty wyrażał zdziwienie.
– Kochasz mnie?
– Bardziej niż własne życie.
– Kiedy to sobie uświadomiłeś?
Tylko kobieta mogła zadać takie pytanie.
– Dziś po południu.
– Z powodu rebeliantów?
– Tak. Wiedziałem wcześniej, ale nie chciałem się do tego przyznać.
Pocałował   ją   leciutko.   Odmawianie   sobie   tego,   czego   pragnął   najbardziej,   było 

prawdziwą torturą.

– Kochasz mnie? – powtórzyła z niedowierzaniem, które zadziwiło Murphy’ego.
– Tak trudno w to uwierzyć?
– Tak... Myślałam... Wydawało mi się, że uważasz mnie za straszną idiotkę.
– Bo tak jest. Ale cię kocham. Chcę, żebyśmy się pobrali. – Nie mógł uwierzyć, że 

zaproponował Letty małżeństwo. Nie wiedział, że się jej oświadczy, dopóki słowa nie 
wyrwały mu się z ust.

– Chcesz się ze mną ożenić? – Nie była pewna, czy może mu wierzyć.
– Tak bardzo cię kocham. – Znowu ją pocałował. Pokazał w ten sposób, co czuł 

background image

w sercu. – Tak bardzo, że chcę poczekać do ślubu, żeby się z tobą kochać.

– Chcesz czekać?
–   Dobrze,   dobrze,   przesadziłem.   Poczekamy,   aż   wrócimy   do   Boothill.   –   Usiadł 

i zdjął z szyi srebrny łańcuch. – Weź. To twój pierścionek zaręczynowy. – Założył Letty 
naszyjnik. Mały złoty aniołek zadźwięczał, uderzając w srebrny nieśmiertelnik.

Letty wzięła go w palce.
– Ten aniołek  należał  do mojej  babci.  To jedyna  rzecz,  jaka mi  po niej została. 

Traktowałem go jak amulet. Teraz należy do ciebie.

– Dajesz mi amulet?
– Daję ci moje serce. Będziesz moją żoną, Letty.
– A co z Deliverance Company?
– Nie wiem – odpowiedział Murphy. – Zastanowimy się nad tym później. – Nie 

pomyślał nawet, że Letty może go nie chcieć. Nie był może najlepszym materiałem na 
męża, ale ją kochał.

– Dobry pomysł.
– Możesz teraz zasnąć? – spytał.
Nie odzywała się przez dłuższą chwilę, a potem skinęła głową.
– Czy po ślubie będę mogła mówić do ciebie Shaun?
Uśmiechnął się szeroko.
– Chyba  będziesz musiała. Dziwne by było, żeby żona zwracała się do męża po 

nazwisku.

Ułożyła się w jego ramionach, jakby przez pół życia sypiali razem. Prawie odpłynął 

w krainę snu, szczęśliwszy niż kiedykolwiek, gdy Letty znowu się odezwała.

– Chcę mieć dzieci.
–   Dzieci   –   powtórzył   Murphy.   Nad   tym   aspektem   małżeństwa   jeszcze   się   nie 

zastanawiał. – Możemy porozmawiać o tym później?

– Nie. Nie zasnę, dopóki nie będę wiedziała, czy pragniesz tych samych rzeczy, co ja.
–   Dzieci   –   powtórzył   ponownie,   myśląc   o swoich   żonatych   przyjaciołach.   Obaj 

zostali ojcami i sprawiali wrażenie zadowolonych. – Dlaczego nie? Zanim się zorientuje, 
całkiem mnie udomowisz.

– Mam nadzieję. – Usłyszał uśmiech w jej głosie.
Zamknął   oczy   i zasnął.   Całą   noc   nie   wypuszczał   Letty   z objęć.   Obudziła   go   raz 

i wyszeptała,   że   chce   jej   się   pić.   Przyniósł   wodę.   Wypiła   ją   chciwie,   a potem   oboje 
zasnęli.

Rano odkrył, że z Letty jest bardzo źle. Leżała z otwartymi oczami i wpatrywała się 

w niego bez słowa.

background image

– Letty? – Przyłożył grzbiet dłoni do jej czoła. Była rozpalona od gorączki.
Murphy obudził ojca Alfaro. Zanim przyjechał zaprzyjaźniony lekarz, Letty dostała 

dreszczy. Rozpoznawała tylko Murphy’ego i nie chciała go puścić.

– Co jej jest? – spytał, kiedy lekarz skończył badanie.
– Nie wiem, ale nie wygląda to najlepiej. Ma bardzo wysoką gorączkę. Tylko raz 

widziałem taką gorączkę i wysypkę.

– I?
Lekarz nie odpowiedział wprost.
– Musimy ją zabrać do szpitala.
Do szpitala. Ten mężczyzna chciał gwiazdki z nieba. Lekarz mówił poważnie.
– Inaczej nie przeżyje dwóch dni.

background image

Rozdział 35.

Marcie, zamówiłaś płyn do trwałej?
Przerwała liczenie pieniędzy, żeby sobie przypomnieć. Dostawca kosmetyków był 

już dzisiaj po południu. Zamówiła długą listę artykułów.

– Nie pamiętam.
– Specjalnie prosiłam o ten płyn, nie pamiętasz? Wiesz, że Gladys Williams chce, 

żeby używać tylko tego do jej cienkich włosów. – Samantha miała prawo być zła.

Marcie westchnęła głęboko.
– Przepraszam, nie mogę sobie przypomnieć, co zamówiłam u Vickie. Zadzwonię do 

niej rano i upewnię się, czy wspomniałam o tym płynie.

– Muszę dbać o klientki.
– Wiem.
Samantha   w oczach   starszych   kobiet   uchodziła   za   czarodziejkę.   Większość   jej 

klientek stanowiły kobiety po siedemdziesiątce. Przyjaciółka zawahała się.

– Marcie, na pewno dobrze się czujesz? Cały dzień jesteś myślami gdzie indziej. Co 

cię gryzie?

– Nic mi nie jest. – Zdobyła się na uśmiech.
– Zresztą jest tak nie tylko dzisiaj. Coś cię trapi od kilku dni.
Marcie odsunęła na bok stos jednodolarówek. Trzy razy próbowała je policzyć i za 

każdym razem miała inny wynik.

– Coś mnie trapi, tak?
–  Jesteś   pewna,   że   nie   chcesz   o tym   pogadać?   –   Samantha   odłożyła   torebkę 

i pochyliła się nad szklaną ladą. – Mam czas. Kiedyś rozmawiałyśmy bez końca przez 
długie godziny, pamiętasz?

To było dawno temu, kiedy Marcie chadzała do barów. Często wychodziły razem po 

pracy,  a rano opowiadały sobie niestworzone historie. Wszystko się zmieniło.  Marcie 
porzuciła   taki   styl   życia,   a Samantha   była   samotną   matką,   która   miała   dziecko   na 
utrzymaniu.

– Clifford mi się oświadczył – wyznała Marcie.
– Clifford! Najwyższy czas. Miałam już zamiar przycisnąć go do ściany i spytać, 

kiedy to zrobi.

Marcie roześmiała się, ale jej śmiech był wymuszony.
– Wspaniale, kochana. Nie jesteś szczęśliwa?
– Pewnie, że jestem – powiedziała szczerze Marcie. Przez większość życia czekała, 

żeby jakiś mężczyzna poprosił ją o rękę. To marzenie stało się rzeczywistością.

background image

–   Och.   –   Uśmiech   zniknął   z twarzy   Samanthy.   –   Jesteś   zakochana   w Johnnym, 

prawda?

– Tak... Nie. Och. Sama już nic nie wiem.
– Czy wy... no wiesz? – Podniosła nieznacznie głos, dając do zrozumienia, o co pyta.
– Chcesz wiedzieć, czy z nim sypiam, tak?
–  Słuchaj,  moja   droga,  jeżeli   nie  chcesz   o tym  mówić  –  rozumiem,   to  nie  moja 

sprawa.

Marcie schowała pieniądze do kasy i zamknęła ją.
– Nie, nie powiem, żeby mnie nie kusiło. Johnny ma w sobie coś takiego, że miękną 

mi kolana.

– Chcesz powiedzieć, że nie przespałaś się z nim ostatnio? – Samantha nie chciała 

wierzyć.

– Jak mogłabym potem spojrzeć w oczy Cliffordowi?
–   Chyba   masz   rację.   –   Samantha   opadła   na   wyściełane   krzesło   przy   umywalce 

i skrzyżowała   długie,   smukłe   nogi.   –   Szalejesz   za   Johnnym,   ale   oświadczył   ci   się 
Clifford.

– Mówiąc prawdę, Johnny wspomniał coś o wspólnym życiu.
Samantha podniosła głowę, szeroko otwierając oczy.
– Tak?
Marcie żałowała, że zdradziła to przyjaciółce. Dokładnie wiedziała, co teraz powie, 

i w dodatku będzie miała rację.

– Sprawa jest jasna Nie ma o czym mówić. Clifford jest słodki i tak dalej, ale to na 

widok Johnny’ego burzy się w tobie krew.

– Wiem, ale... – Marcie zamilkła. Clifford był jak skała Gibraltaru, a Jack Keller 

przypominał przemieszczające się wydmy. Wiedziała o tym, ale zmagała się z uczuciami. 
Pragnęła Jacka, lecz zależało jej na Cliffordzie.

– Oj – szepnęła Samantha. – O wilku mowa. Spójrz, kto idzie.
Marcie nie chciała patrzeć. To mógł być tylko Jack. Nie chciała go widzieć. Kiedy 

byli razem, nie potrafiła trzeźwo myśleć. Nie mogła być pewna, że zachowa się tak, jak 
powinna. On o tym wiedział i wykorzystywał to przeciwko niej. Krok po kroku burzył jej 
mur obronny.

Powiedziała, że musi przemyśleć jego propozycję, by zamieszkali razem. Cliffordowi 

też powiedziała, że musi się zastanowić. Od tego czasu upłynęło kilka dni i najwidoczniej 
Jack się zniecierpliwił.

–   Wychodzę.   –   Samantha   mrugnęła   do   Marcie,   wzięła   torebkę   i zniknęła   za 

drzwiami.

background image

–   Cześć,   Sam.  –  Marcie   usłyszała,   jak   Jack   wita   się   z jej   przyjaciółką   swoim 

głębokim, ochrypłym głosem.

Marcie nie odwróciła się. Zamknęła oczy i zebrała w sobie siły. Jack stanął za nią. 

Czuła jego obecność niemal namacalnie.

– Marcie.
– Witaj, Jack. – Zacisnęła palce na szklanej ladzie.
–   Jak   się   miewa   moja   dziewczynka?   –   Chwycił   ją   za   ramiona.   Pochylił   się 

i pocałował   ją   w kark.   Poczuła   jego   gorący   oddech.   Pieścił   ją   delikatnie   ustami 
i przesunął językiem po gładkiej skórze.

Zacisnęła pięści. Czuła, że wzbiera w niej pożądanie.
– Myślałem o tobie dzień i noc – wyznał Jack. – I zastanawiałem się, kiedy się do 

mnie odezwiesz.

– Ja... przecież mówiłam, że zadzwonię.
Nie przestawał błądzić ustami po jej szyi.
– Nie mogłem już dłużej czekać. Muszę wiedzieć.
Zamknęła oczy i przechyliła głowę na bok, odsłaniając szyję. Chciała się odwrócić 

i ukryć się w jego ramionach. To ją osłabiło, a tak rozpaczliwe potrzebowała być silna.

– Jeszcze nie podjęłam decyzji. – Robiła wszystko, żeby jej głos brzmiał stanowczo. 

– Muszę przemyśleć każdy aspekt. To jest ważne, bardzo ważne.

– To, o czym ci mówiłem, prawda?
– Nie. – Głos zdradzał, że brakuje jej tchu. – Chodzi o wszystko.
– Więc pozwól, że pomogę ci podjąć decyzję – wyszeptał.
– To nie jest dobry pomysł. – Chociaż jej usta mówiły jedno, ciało twierdziło coś 

innego. Głowa opadła jej do tyłu. Kołysała nią z boku na bok, domagając się pieszczoty.

– Dziecino, szaleję za tobą. – Objął ją w talii i przycisnął jej pośladki do swojej 

męskości.

– Jack...
–   Wiem,   nie   powinienem   tu   przychodzić.   –   Jego   ręce   zajęte   były   rozpinaniem 

fartucha Marcie. Zanim zebrała w sobie dość siły, by go powstrzymać, wsunął rękę pod 
bluzkę i dotknął piersi. Brodawki okazały się zdrajcami i stwardniały w jednej chwili. 
Drżała. Nie mogła przestać ocierać się pośladkami o jego twardą męskość.

–   Powoli,   kochanie,   powoli.   –   W jego   szepcie   słychać   było   głęboką   satysfakcję. 

Wolną rękę wsunął jej między nogi i zaczął ją pieścić palcami.

Marcie   nie   mogła   uwierzyć,   że   mu   na   to   pozwala.   Wprawdzie   zamknęła   salon 

i zaciągnęła   firanki,   ale   okiennice   były   otwarte.   Każdy,   kto   przechodził   ulicą,   mógł 
zajrzeć do środka i przyglądać się temu, co robią.

background image

Nie mogła uwierzyć,  że jakiś mężczyzna  może doprowadzić ją do takiego stanu. 

Jęknęła cicho, usiłując zebrać siły, żeby mu się oprzeć.

Jack wziął ten przejaw rozpaczy za jęk pragnienia.
– Czy na zapleczu jest jeszcze kanapa?  –  spytał niecierpliwie. Jego gorący oddech 

łaskotał jaw ucho.

– Tak, ale myślę...
–   To   jest   właśnie   nasz   problem   –   wyrzucił   z siebie   szorstko.   –   Oboje   za   dużo 

myślimy. Najwyższy czas, żebyśmy wzniecili ogień, który kiedyś w nas płonął.

– O, Boże.
Nie chciała, żeby to się skończyło na kanapie. Nie wiedziała, jak się tam znalazła. 

Stała w salonie fryzjerskim, walcząc ze swoim zdradzieckim ciałem, a po chwili leżała na 
kanapie na zapleczu. Jackowi wystarczyło kilku sekund, by zdjąć z niej bluzkę i obnażyć 
piersi. Uklęknął na podłodze i ukrył twarz w jej bujnym biuście, ujmując go w dłonie. 
Przywarł ustami do brodawki i zaczął ją chciwie ssać.

Kiedy zacisnął wargi na jej piersi, Marcie poczuła przypływ pożądania, aż uniosła 

biodra z kanapy.

– Dobrze, kochanie, naprawdę dobrze. Pozwól mi sprawdzić, na ile jesteś gotowa. – 

Jego głos był ochrypły z pragnienia.

Wsunął rękę w majtki Marcie.
Zesztywniała w jego ramionach. Od dawna się nie kochała. Dawno żaden mężczyzna 

nie   dotykał   jej   w tak   intymny   sposób.   Jej   ciało   zareagowało   głośnym   jękiem   na 
nieoczekiwany   wybuch   rozkoszy.   Była   oszołomiona   i ogłupiała,   kiedy   palce   Jacka 
zaczęły się w niej poruszać

– Nie...
Uciął krzyk protestu pocałunkiem. Jego język wsuwał się w nią tak samo, jak palce.
Wywoływał   w niej   uczucia   podobne   do   ognia,   płonącego   coraz   intensywniej. 

W każdej chwili groziło to wybuchem.

Marcie   wiedziała,   co   robi   Jack.   Zmierzał   do   tego   od   początku.   Wykorzystywał 

przeciwko niej jej własne ciało. Chciał, żeby się z nim kochała.

–   Jack,   nie.   –   Jej   głos   był   cichym   jękiem   rozpaczy.   Wyzwoliła   się   z pocałunku 

i podciągnęła na kanapie. Oddychała ciężko, wspierając się na łokciu.

Jack również oddychał z trudem. Pochylił głowę, jakby nie do końca zrozumiał jej 

słowa.

– Nie myślisz tak. Powiedz, że tak nie myślisz? – błagał.
Nie od razu odważyła się znowu spojrzeć mu w oczy. Jeszcze dłużej trwało, zanim 

się odezwała.

background image

– Przykro mi, naprawdę. Nie chciałam, żeby sprawy posunęły się tak daleko.
Jack wstał z podłogi i usiadł na brzegu kanapy, opierając łokcie na kolanach. Spojrzał 

na nią i odetchnął gwałtownie.

– Tym razem ja potrzebuję papierosa. Masz?
– Nie przy sobie.
Potarł ręką twarz.
– A co z prysznicem?
Tym też nie mogła mu służyć.
– Mogę ci wetknąć głowę do umywalki.
Zachichotał.
– Dziękuję.
Marcie usiadła. Musiało upłynąć kilka minut, żeby wyrównał się jej oddech. Palce 

nie mogły sobie poradzić z zapięciem małych białych guzików u bluzki.

– Nie mogę trzeźwo myśleć, kiedy mnie dotykasz.
Jack się roześmiał.
– Zmyślasz. Oparłaś mi się bez większego problemu. Nie zrozum mnie źle. Jestem 

sfrustrowany, ale robi na mnie wrażenie twoja silna wola. Zmieniłaś się, Marcie.

Mógł jej powiedzieć lepszy komplement.
– Już nie jestem tą samą Marcie. Od jakiegoś zresztą czasu.
– Wprowadź się do mnie. – Wyciągnął ręce po jej dłonie.  –  Kochanie, jest nam 

razem dobrze.

– W łóżku, chciałeś powiedzieć.
– Za pół roku będziemy się znali tak dobrze, jak małżeństwo – odpowiedział.
– Ale możemy się nie polubić.
Ujął jej twarz w dłonie.
– Zawsze cię lubiłem. Jesteś słodka, delikatna i dobra.
Marcie zagryzła dolną wargę.
– O co  chodzi?  – spytał  Jack łagodnie.  – Powiedz,  zrobię  wszystko,  co w mojej 

mocy.

– Chcę mieć dzieci, dom, rodzinę. – Ich oczy spotkały się. – Chcę mieć męża.
– Chciałabyś, żebym się z tobą ożenił, tak?
– Tak – potwierdziła. Nie powiedziała mu, że Clifford się jej oświadczył. To nie było 

współzawodnictwo, który z mężczyzn kupi jej pierścionek z większym brylantem.

– Małżeństwo – powtórzył Jack, bez zachwytu.
Nad drzwiami zadzwonił dzwonek. Jack spojrzał na Marcie. Zatknęła w drzwiach 

tabliczkę: ZAMKNIĘTE, ale nie przekręciła klucza.

background image

– Marcie?
Clifford. Poderwała się z kanapy tak szybko, że omal nie upadła.
– Cześć, Clifford. – Radosne powitanie zabrzmiało fałszywie nawet w jej własnych 

uszach. Była pewna, że płoną jej policzki i że Clifford domyśla się, że na zapleczu jest 
inny mężczyzna.

– Mam nadzieję, że się nie gniewasz, że wpadłem bez zapowiedzi? – Zdjął czapkę 

baseballową i trzymał ją w obu rękach. Jego wzrok pobiegł w kierunku zaplecza.

–   Nie,   oczywiście,   że   nie.   –   Marcie   oparła   się   o szklaną   ladę,   unikając   jego 

spojrzenia.

– Zdaję sobie sprawę, że nie dałem ci zbyt wiele czasu...
– Chcesz wiedzieć, czy już podjęłam decyzję?
– Tak. – Ponownie spojrzał za nią, w stronę zaplecza salonu i zasłon, które oddzielały 

obydwa pomieszczenia. – Ale nie chcę cię naciskać – dodał.

– Wiem.
Jego wzrok padł na przód jej fartucha. Spojrzał na drzwi wejściowe.
– Widzę, że przyszedłem nie w porę...
– Zadzwonię do ciebie. Dobrze?
– Jasne. – Jego oczy były pełne niewyobrażalnego smutku. – Jasne – powtórzył. – 

Cokolwiek masz mi do powiedzenia. – Odwrócił się pośpiesznie i podszedł do drzwi.

Marcie   strasznie   chciało   się   płakać.   W spojrzeniu   Clifforda   rozpoznała   to,   czego 

sama kiedyś doświadczyła – rozczarowanie i poczucie krzywdy. Kiedy okazywało się, że 
mężczyzna,   z którym   spotykała   się   od   trzech   miesięcy   jest   żonaty.   Albo   kiedy 
dowiadywała się, że facet, który prosił ją o małą pożyczkę na leczenie matki, wydawał 
pieniądze na balangi.

Wróciła na zaplecze i opadła na kanapę.
Jack stanął przy niej.
– Dobrze – powiedział szybko. – Pobierzmy się.

background image

Rozdział 36.

Do Letty jak przez mgłę docierało, co się z nią dzieje. Wydawało jej się, że idzie 

długim wąskim korytarzem. Z każdej strony otwierały się drzwi. Wszyscy się jej kłaniali.

Zatrzymała się i przeczytała tabliczkę. Przy każdych drzwiach kusiło ją, żeby wejść 

do   środka.   Zrobiłaby   to,   ale   na   końcu   korytarza   stał   Murphy   i ją   wołał.   Był   zły 
i zrozpaczony. Kiedy się wahała, nie dawał jej spokoju. Nie pozwalał jej odpocząć ani się 
zatrzymać. Był wobec niej nieustępliwy.

Podeszła do niego, ale nie był zadowolony. Czegoś od niej chciał. Nie mogła się 

zorientować   czego.   Kochała   go   i usiłowała   spełnić   to,   o co   ją   prosił.   Nie   mogła   go 
zrozumieć. Chyba ogromnie zależało mu na tym, żeby wypiła coś gorzkiego.

Głos   Murphy’ego   stał   się   łagodniejszy.   Jego   ręce   chłodziły,   zwilżały   jej   twarz 

i szyję. Nie pamiętała, żeby był tak nieznośny. W stosunku do innych był niecierpliwy 
i opryskliwy. Do niej odnosił się z nie pasującą do niego czułością.

Spała i nie mogła się obudzić. Ze snu wyrwał ją hałas. Przypominał warkot silnika. 

W dodatku samolotowego. Poczuła słońce na twarzy i silny wiatr. Był chłodny, a ona 
była tak okropnie rozpalona.

Murphy przytulił ją do siebie i powiedział, że bardzo ją kocha. Obiecał, że odnajdzie 

Luke’a.

Luke. Na wspomnienie brata szloch uwiązł jej w gardle. Straciła go na zawsze. Na 

zawsze.   Nie   zdążyła   do   niego   dotrzeć.   Ogromny   żal   mieszał   się   ze   wspomnieniem 
jakiegoś nieoczekiwanego daru. Miłości Murphy’ego. Zacisnęła w dłoni małego złotego 
aniołka.

– Pamiętaj, kocham cię – wyszeptał Murphy.
Letty na pewno szybko nie zapomni.
Wyciągnięto   ją   z ramion   Murphy’ego   i posadzono.   Nie   znała   tego   samochodu. 

Spojrzała na rząd pulpitów sterowniczych i zrozumiała, że jest w samolocie. Był z nią 
ojciec Alfaro.

Pożegnanie przerwał huk wystrzałów  i krzyki.  Murphy natychmiast  odskoczył  do 

tyłu i zatrzasnął drzwi.

– Ruszajcie! Ruszajcie! – wołał, ale nie do niej. – Uciekajcie stąd!
Przechyliła  głowę na bok i zobaczyła,  że Murphy biegnie  przez  trawnik.  Jęknęła 

z przerażenia,   bo   zobaczyła,   że   otoczył   go   oddział   rebeliantów.   Z broni   maszynowej 
buchnął ogień. Jęk Letty przerodził się w płacz i rozpacz. Bezradna patrzyła, jak Murphy 
upada.

– Nie... nie... Nie Murphy... Musimy zawrócić.

background image

– Nie możemy – powiedział ze smutkiem ojciec Alfaro.
– Nie miał szans – stwierdził pilot z mocnym amerykańskim akcentem.
Letty   usiłowała   się   skupić,   ale   wszystko   było   takie   zagmatwane   i ciemne,   jakby 

spowijała ją gęsta mgła.

– Dlaczego Murphy nie poleciał z nami? – Nie miało to przecież sensu.
– Odciągnął od nas uwagę. Uratował nam życie – wyjaśnił ojciec Alfaro, ściskając ją 

za   rękę.   –   Nie   ma   większej   miłości,   gdy   ktoś   oddaje   życie,   żeby   uratować   swoich 
przyjaciół.

Letty   słyszała   łagodne   dźwięki.   Cykanie   zegara,   odliczającego   sekundy.   Odgłosy 

kroków  na wyłożonej  terakotą  podłodze,  skrzyp  metalowych  kół po szynach.  Wokół 
unosił się zapach środka dezynfekującego i czegoś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać.

Musiała   włożyć   zadziwiająco   dużo   wysiłku,   żeby   otworzyć   oczy   i rozejrzeć   się 

dookoła. Najpierw zobaczyła okrągły zegar na ścianie, potem telewizor, stojący w rogu. 
Wokół jej łóżka stał parawan, takt jak przy prysznicu.

Wyglądało   na   to,   że   jest   w szpitalu.   Ale   to   niemożliwe.   Widok   za   oknem 

przypominał teksański krajobraz. Ale to było nieprawdopodobne.

Ostatnim jej wspomnieniem było Zarcero i Murphy, który trzymał ją w ramionach. 

Pamiętała coś jeszcze. Samolot, strzały i Murphy, który dla niej oddał życie.

Murphy. Uśmiechnęła się, zamknęła oczy i dotknęła łańcuszka na szyi.
Nie miała go.
Usiadła z wysiłkiem. Wyciągnęła się dziwacznie, żeby dosięgnąć dzwonka, którym 

wzywało się pielęgniarkę. Odpowiedział jej niewidzialny głos.

–   Panno   Madden,   obudziła   się   pani.   Wspaniale.   Już   idę.   Jest   tutaj   pewien 

zaniepokojony dżentelmen, który chce się z panią widzieć.

Murphy. Wszystko było takie skomplikowane. Murphy by jej nie porzucił. Nie po 

tym,   jak   podarował   jej   naszyjnik   zaręczynowy.   Cała   ta   historia   z samolotem 
najwidoczniej   była   koszmarnym   snem.   Zamknęła   oczy   i szeptem   wypowiedziała 
modlitwę dziękczynną.

Po chwili zjawiła się pielęgniarka. Jej promienny, przyjazny uśmiech uspokoił Letty. 

Nie spodziewała się, że pielęgniarka wsunie jej termometr do ust. Zmierzyła jej ciśnienie.

– Mówiła pani, że mój przyjaciel... – zaczęła, gdy tylko pozbyła się z ust termometru.
–   Chwileczkę,   kochanie.   –   Pielęgniarka   uśmiechnęła   się   wdzięcznie   i chwyciła 

nadgarstek   Letty,   żeby   zbadać   puls.   Letty   omal   jej   nie   powiedziała,   że   z jej   sercem 
wszystko jest w porządku. Chciała odzyskać naszyjnik, a potem zobaczyć Murphy’ego. 
W tej kolejności.

Miła pielęgniarka wyciągnęła naszyjnik i była najwyraźniej zaskoczona, kiedy Letty 

background image

pocałowała   aniołka   i założyła   sobie   łańcuszek   na   szyję.   Nikt   nie   wiedział,   że   to 
zaręczynowy pierścionek. Dla Letty był wart więcej niż największy brylant. To był dar 
serca Murphy’ego.

– Czy poprosić pani przyjaciela?
Letty pokiwała entuzjastycznie głową, ale zaraz zmieniła zdanie.
– Nie, chwileczkę. Muszę sprawdzić, jak wyglądam.
– Wygląda pani tysiąc razy lepiej, niż kiedy panią tu przywieziono. Przez dwa dni nie 

wiedzieliśmy, czy pani przeżyje. Była pani bardzo chora.

Pielęgniarka przyczesała jej włosy.
– Jest już pani gotowa?
– Tak. – Letty nie mogła się doczekać, żeby porozmawiać z Murphym. Chciała się 

dowiedzieć czegoś o Luke’u. Niecierpliwie czekała, żeby powiedzieć mu, jak bardzo go 
kocha.

Usłyszała ciężkie kroki. Zamknęła oczy w oczekiwaniu. Ale to nie Murphy wszedł 

do szpitalnej sali. To był Slim.

–   Witaj   w domu,   Letty.   –   Trzymał   w ręce   kapelusz   kowbojski,   z którym   się   nie 

rozstawał. – Cudownie wyglądasz. Nie potrafię ci powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że 
cię widzę.

– Slim. – Nie umiała ukryć rozczarowania.
– Z tego, co wiem, mamy szczęście, że z nami jesteś.
–   Cześć.   –   Nie   była   w stanie   ukryć   strasznego   rozczarowania.   –   Wiesz   coś 

o Murphym?

– Nie wrócił z tobą?
– Nie. Nie wiem.  – Oparła się  o poduszkę. Była  potwornie  zmęczona,  załamana 

i samotna. Slim był jej przyjacielem, a Murphy całą jej miłością. Dla niego żyła.

Jack ją kocha. Nie zdawał sobie sprawy ze swoich uczuć do Marcie, dopóki się jej 

nie   oświadczył.   Potem   zastanawiał   się,   dlaczego   tak   późno   się   zorientował.   Po 
dziewięciomiesięcznej   nieobecności   odwiedził   ją   pod   wpływem   impulsu.   Bardzo   się 
zmieniła przez ten czas. Zrobiła na nim wrażenie.  Ich pieszczoty polegały na czymś 
więcej niż tylko seksualnym zaspokojeniu. Olśniło go po tym, jak nie poszła z nim do 
łóżka. Przez ostatnie tygodnie cieszył się z tego, że spędzał z nią czas. Odkrył, że jest 
inteligentna,   oczytana   i dobrze   zorientowana   w wydarzeniach   politycznych.   Nie   tylko 
miała głowę na karku. Była też ciepła, dowcipna i wesoła.

To, jak działała na jego zmysły, było całkiem inną sprawą. Jeżeli w ogóle istniała 

jakaś   kobieta,   która   dorównywała   mu   w sztuce   miłości,   była   nią   Marcie   Alexander. 
Wkrótce zostanie jego żoną.

background image

Powstrzymał się i nie zadzwonił do Caina. Miał ochotę zawiadomić przyjaciół, że 

wkrótce dołączy do szeregu żonatych.

Powiedziała mu, że chce mieć dzieci. Jack nie myślał specjalnie o rodzinie. Nie miał 

takiej potrzeby. Teraz był podekscytowany na myśl, że zostanie ojcem.

Nie tak dawno odwiedził Caina. Zdziwił się, że jego przyjaciel jest dobrym ojcem. 

Jack nie widział, żeby ktoś tak bardzo się zmienił.

Cain   zajmujący   się   brudnymi   pieluszkami   bardziej   go   zaskoczył,   niż   gdyby   na 

przykład pasł krowy. To był dopiero widok!

Najwidoczniej   Mallory’ego   też   pochłonęło   ojcostwo.   Jack   słyszał   ostatnio,   że 

Mallory i jego żona planują znowu powiększyć rodzinę.

Teraz   przyszła   kolej   na   niego.   Cholera,   nawet   mu   się   to   podobało.   Nie   mógł 

zrozumieć, dlaczego tak długo zwlekał z decyzją. Chyba czekał na właściwą kobietę. 
I teraz właśnie znalazł Marcie.

Wszedł   do   kuchni,   otworzył   lodówkę   i wlał   sobie   trochę   zielonej   oliwy   do   ust. 

Marcie mogła wpaść do jego mieszkania o każdej porze.

Dziś po południu kupił pierścionek  z brylantem  za dziesięć  tysięcy dolarów. Nie 

przypuszczał, że wyda aż tyle pieniędzy, ale chciał, żeby Marcie wiedziała, jak bardzo ją 
kocha. Był z niej dumny. Dumny z tego, jak bardzo zmieniła swoją osobowość. Dumny, 
że nie poszła z nim do łóżka, gdy tylko zjawił się w salonie fryzjerskim.

Jeżeli będzie nalegała, poczeka nawet do ślubu. Oszalał na jej punkcie. Miał szczerą 

nadzieję, że nie odrzuci go po raz kolejny.

Odezwał się dzwonek u drzwi. Jack szybko obrzucił wzrokiem mieszkanie. Marcie 

przyszła   wcześniej,   to   dobry   znak.   Pewnie   także   nie   mogła   się   doczekać,   żeby   go 
zobaczyć.

Ku jego zaskoczeniu w drzwiach stała jakaś obca kobieta. Też była całkiem niezła. 

Trochę szczupła i blada, jak po ciężkiej chorobie.

– Czy pan się nazywa Jack Keller?
Oparł się o framugę drzwi.
– Zależy, kto pyta.
– Letty Madden.
Madden. Madden. Nazwisko wydawało mu się znajome, ale nie wiedział skąd.
– Ma pan chwilę czasu na rozmowę?
Czuł, że łatwo jej nie spławi. Zawahał się. Lepiej, żeby Marcie nie zastała go z inną 

kobietą.

– Pokonałam bardzo długą drogę, żeby do pana dotrzeć, panie Keller – oznajmiła 

Letty wprost. – To ma związek z Murphym.

background image

Stąd   znał   to   nazwisko.   Letty   Madden   –   irytująca   urzędniczka   pocztowa,   która 

zatrudniła Murphy’ego, żeby odnalazł jej brata w jakiejś zapadłej  dziurze w Ameryce 
Środkowej.

– Proszę wejść – wskazał ręką pokój jadalny.
Zrobiła kilka kroków i zachwiała się. Jack wystraszył się, że runie jak długa, jeżeli jej 

nie złapie. Chwycił ją mocno za łokieć, a potem objął w pasie i posadził na krześle.

–   Przepraszam.   Wczoraj   wyszłam   ze   szpitala.   Odradzano   mi   podróż,   ale   muszę 

z panem porozmawiać.

– Wie pani o mnie?
– Murphy często o panu wspominał.
Interesujące. Jego przyjaciel był małomówny.
– Miał pan ostatnio od niego jakieś wiadomości?
– Od jakiegoś czasu – nie.
Z jej oczu zniknął blask. Był to żałosny widok.
– Myślałam... Miałam nadzieję, że się z panem kontaktował.
– Murphy mi o pani wspominał. To pani chciała go zatrudnić, żeby pojechał z panią 

do Zarcero, prawda?

Pokiwała głową, a na jej ustach zagościł ledwie zauważalny uśmiech.
– Przypuszczam, że nie wyrażał się o mnie zbyt pochlebnie.
Jack nie odpowiedział wprost. Murphy uważał, że ta kobieta jest dla niego jak wrzód 

na dupie.

– Odnalazła pani brata?
Letty z trudem przełknęła ślinę i odwróciła wzrok.
– Spóźniliśmy się, zabili go.
– Przykro mi.
– Mnie też. Luke był porządnym człowiekiem. – Dotknęła ręką szyi i ujęła w palce 

nieśmiertelnik   i małego   złotego   aniołka.   Jack   widział   w życiu   tylko   jednego   takiego 
aniołka. U Murphy’ego. Twierdził, że przynosi mu szczęście.

– Skąd go pani ma?
Letty otworzyła szeroko oczy. Nie była pewna, o co mu chodzi. Dopiero po chwili 

dotarło do niej, że Keller ma na myśli naszyjnik.

– Murphy mi dał. – Ich oczy się spotkały. – Nie mam od niego żadnych wiadomości. 

Ani słowa. I nikt nie chce mi powiedzieć, co się z nim stało. Straciłam brata. Nie mogę 
stracić jeszcze Murphy’ego.

Jack   zmarszczył   czoło.   Tak   mówi   kobieta   zakochana.   Zacisnęła   rękę   na 

nieśmiertelniku,   jakby  był   źródłem   siły,   jedyną   rzeczą,   dzięki   której   udawało   jej   się 

background image

panować nad emocjami.

– Boję się, że on nie żyje – wyszeptała. Głos jej się załamał.
– Murphy nie żyje?
– Nie wiem, do kogo jeszcze się zwrócić.
– Proszę mi opowiedzieć, co się stało. – Usiadł naprzeciw niej i słuchał szczegółowej 

opowieści   o ich   przygodach   w Zarcero.   Przerywał   jedynie   wtedy,   gdy   chciał   o coś 
zapytać.  Skończyła  w momencie, kiedy była  na wpół przytomna  z gorączki i Murphy 
zawiózł   ją   i księdza   na   lotnisko.   Następnie   skupił   na   sobie   uwagę   oddziałów 
rebelianckich, dzięki czemu mogli bezpiecznie odlecieć.

– A ksiądz?
– Nie widziałam go od tamtej pory – wymamrotała że smutkiem.
– Był z panią w samolocie?
– Tak, tak mi się wydaje. Nic już więcej nie pamiętam. Moje następne wspomnienie 

to   szpital   w Teksasie.   Przyjaciel   rodziny   czekał,   żeby   ze   mną   porozmawiać.   Kiedy 
wypisali mnie ze szpitala, przyjechałam, żeby pana odnaleźć.

– Nie wie pani, gdzie wylądował samolot?
–   Niestety.   Przykro   mi.   Byłam   zbyt   chora.   Chyba   ukąsił   mnie   jakiś   szczególnie 

niebezpieczny   pająk.   Teraz   już   wszystko   w porządku.   –   Odgarnęła   włosy   z twarzy 
ruchem, w którym widać było niecierpliwe oczekiwanie. – Znajdzie pan Murphy’ego?

Jack   nie   musiał   się   długo   zastanawiać.   Kilka   lat   temu   schwytano   go   i był 

torturowany. Murphy sprowadził wtedy grupę ludzi, którzy uwolnili go z więzienia. Nie 
wahał się ani chwili, kiedy przyszedł czas, żeby się zrewanżować.

– Wsiadam do samolotu, jak tylko załatwimy lot.
Powinien najpierw porozmawiać z Marcie i wszystko jej wytłumaczyć. Ale ona na 

pewno zrozumie.

Letty zamknęła oczy. Była mu ogromnie wdzięczna.
– Dziękuję – powiedziała szeptem.
– Nie ma za co. Wiele Murphy’emu zawdzięczam.
– Ja też. – Nie rozwodziła się nad tym.
Jack zaczął się zastanawiać, co zaszło między nimi w dżungli. Letty wyszła, a po 

pięciu minutach zjawiła się Marcie.

– Cześć, Jack – powiedziała cicho.
Objął ją ramionami w talii i wciągnął do mieszkania. Chciał ją namiętnie pocałować 

i pokazać, jak za nią szaleje. Zrobiłby to, gdyby w ostatniej chwili nie odwróciła głowy.

– Kochanie?
Dopiero wtedy zauważył łzy w jej oczach.

background image

– Marcie, co się stało?
– Tak mi przykro – wyszeptała.
– Przykro?
Zacisnęła ręce i spuściła głowę.
– Nie mogę za ciebie wyjść, Jack.
Niewiele   brakowało,   żeby   się   roześmiał.   Ta   kobieta   chyba   żartowała.   Przecież 

mówiła, że pragnie małżeństwa. Wyszedł z pokoju i przyniósł pierścionek z diamentem. 
Coś nie pasowało do tego obrazka, ale on nie miał pojęcia co.

– Nie wyjdziesz za mnie?
–   Zdecydowałam   –   powiedziała   cichym,   zdławionym   głosem   –   że   przyjmę 

oświadczyny Clifforda, o ile będzie mnie jeszcze chciał.

background image

Rozdział 37.

Marcie   zamknęła   oczy.   Próbowała   się   uspokoić,   zanim   zadzwoni   do   drzwi 

mieszkania Clifforda. Była u niego tylko raz i to z krótką wizytą.

Mieszkał   niedaleko   Olathe,   na   przedmieściach   Kansas   City,   w piętrowym   domu, 

który kiedyś należał do jego rodziców. Wprowadził się, kiedy został zmuszony oddać 
ojca do domu opieki. Był to solidny, stary dom z kwietnikami od frontu i miejscem na 
mały ogródek z tyłu.

Nie otwierał i Marcie myślała, że nie ma go w domu. Wtedy drzwi raptownie się 

otworzyły.

Clifford był zaskoczony. Patrzył na Marcie, jakby zobaczył ducha.
– Marcie, co ty tu robisz?
Dobre pytanie.
– Pomyślałam, że powinniśmy porozmawiać.
Otworzył szklane drzwi.
– Jasne.
W domu panował mrok i chłód. Meble były wielkie, masywne i ciężkie, jak Clifford. 

Pod   ścianą   stało   stare   pianino,   którego   pewnie   nie   używano   od   lat.   Na   nim   stały 
fotografie w ramkach.

Kiedy Marcie była dzieckiem, chciała nauczyć się grać na pianinie. Ale nie mieli 

pieniędzy na takie rzeczy. Ojciec zwykle przepijał więcej, niż przynosił. Nim skończyła 
trzynaście lat, rodzice rozwiedli się i od tego czasu rzadko widywała ojca.

– Napijesz się czegoś? Mam świeżą kawę, jeśli chcesz.
Była tak zdenerwowana, że nie udałoby się jej utrzymać w ręku kubka z kawą.
– Nie, dziękuję.
Wskazał jej miejsce na miękkiej kanapie. Miał na sobie ubranie robocze, ale zdążył 

zdjąć buty. Białe skarpetki kontrastowały z czarną koszulką i dżinsami.

Pewnie wrócił do domu, zaczął czytać gazetę i zasnął w fotelu. To dlatego tak długo 

nie otwierał drzwi.

–   Chyba   wiem,   dlaczego   przyszłaś.   –   Usiadł   naprzeciw   niej,   na   brzegu   krzesła 

i pochylił się. Absorbowały go własne ręce, bo wcale na nianie patrzył.

Czy Clifford wie? Marcie szczerze w to wątpiła.
– Przepraszam za tamto. Nie powinienem był tak wpadać bez zapowiedzi do salonu, 

ale chciałem usłyszeć twoją odpowiedź – wymruczał ze smutkiem.

Marcie niemal się uśmiechnęła.
– Martwisz się pierścionkiem czy oświadczynami?

background image

–  Podejrzewam,   że   wszystkim.   Ten   mały   brylant   nie   jest   dla   ciebie   zbyt   wielką 

zachętą, żeby wyjść za takiego faceta, jak ja. Wybacz mi, Marcie, nie powinienem ci go 
dawać.

–   Mam   nadzieję,   że   to   nieprawda.   Przyszłam   tutaj,   żeby   ci   coś   powiedzieć.   – 

Z pośpiechem wyrzucała z siebie słowa. Chciała to już mieć za sobą.

– Wiem, że byłaś wtedy z tamtym facetem, jeżeli to cię gnębi.
Marcie poruszyła się niespokojnie.
– Zgadza się, byłam z nim. – Nie mogła go okłamać. Nie Clifforda, jedynego, który 

był wobec niej szczery i uczciwy.

– Od razu zorientowałem się, że przyszedłem w nieodpowiedniej chwili. – Jego głos 

był pełen sarkazmu.

Marcie wzięła głęboki oddech. Żal chwycił ją za gardło. Zacisnęła nerwowo ręce. 

Zastał jaz Jackiem. To, co miała mu do powiedzenia, stawało się jeszcze trudniejsze.

– Nie kochaliśmy się. Przysięgam ci, Clifford, że mówię prawdę.
– Ale cię kusiło.
– Tak – powiedziała cicho płaczliwym głosem.
Clifford zerwał się z krzesła tak energicznie, że Marcie była zaskoczona. Podszedł do 

okna.

– To chyba jest dla mnie wystarczająca odpowiedź. Zatrzymaj pierścionek, Marcie. 

Kupiłem go dla ciebie. Nie wiem, jak będzie się czuł tamten facet, kiedy będziesz go 
nosiła, ale mam nadzieję, że będziesz.

– Nie będzie tym zachwycony.
Ramiona Clifforda napięły się.
– Nie przypuszczam,  żeby był.  Ja bym  sobie nie życzył,  żeby moja  żona nosiła 

pierścionek od innego mężczyzny.

– Nie zrozum mnie źle. Naprawdę zamierzam nosić ten pierścionek.
Clifforda roześmiał się głośno.
– Zawsze byłaś upartą kobietą. – Odwrócił się do niej twarzą. Przyglądał jej się tak, 

jakby   chciał   zapamiętać   rysy   twarzy.   –   Kocham   cię,   Marcie.   Od   samego   początku 
wiedziałem, że cię stracę. Jesteś dla mnie zbyt dobra. Nie dziwię się, że kochasz tamtego 
faceta.

– Nie dziwisz się? – Nie miała zamiaru płakać. Zdziwiła się, kiedy łzy nabiegły jej 

do oczu i zaczęły spływać po policzkach.

– Marcie?
– Jesteś idiotą, Cliffordzie Cradmenie! – wrzasnęła. – Idiotą! Nie wiesz, co ze mnie 

za kobieta! Takim kobietom nie daje się pierścionków z diamentem.

background image

Clifford był przerażony.
Marcie  wstała,  nie  wiedząc   czemu.  Nie  chciała  wychodzić,  zaczęła   więc  dreptać 

przed starym pianinem.

– Nie waż się mówić, że nie jesteś dla mnie wystarczająco dobry. Jest odwrotnie. – 

Objęła się rękami w pasie. – W moim życiu było tylu mężczyzn, że nie potrafiłabym 
zliczyć. Kochałam się z tyloma facetami, że w końcu przestałam kochać samą siebie.

Clifford wpatrywał się w nią bez słowa.
– Przez lata żyłam w przekonaniu, że mężczyznom potrzeba jedynie miłości dobrej 

kobiety, żeby się zmienili. Nie byłam na tyle mądra, żeby wiedzieć, że kiedy zanurzałam 
się w oceanie, ratując tonącego mężczyznę, ryzykowałam, że razem z nim pójdę na dno. 
–   Pociągnęła   nosem   i zadarła   głowę.   Otarła   łzy   z policzków   i usiadła   na   stołku   do 
pianina. Oparła ręce na klapie z wypolerowanego drewna.

– Długo trwało, zanim zrozumiałam, że kiedy mężczyzna mnie bił, a potem twierdził, 

że nie ma pojęcia, dlaczego go utrzymuję, to wiedział, co mówi.

– Mężczyzna cię bił?
– Bo to jeden? Wolno się uczę.
– A ten, z którym byłaś dziś wieczorem? Uderzył cię kiedyś? – Clifford, zacisnął 

pięści.

– Jack? Nie, nigdy.
Clifford odetchnął.
– To dobrze.
– Nie rozumiesz, Clifford? – Nie mogła zapanować nad emocjami. Rozpłakała się.
– Co mam rozumieć? Kim jesteś? Wiedziałem o tym od razu, Marcie.
Wpatrywała się w niego, niepewna, czy dobrze zrozumiała.
– Jesteś ciepłą, wspaniałą, kochającą kobietą.
Parsknęła.
– Nie słyszałeś, co powiedziałam? Przeżyłam wiele z mężczyznami, Clifford. Nie 

kończących się, nudnych historii z wieloma facetami.

– Cóż, wszyscy mają jakieś przeżycia, prawda? O twoich dowiedziałem się dawno 

temu.

– Naprawdę?
Odwrócił od niej wzrok i lekko wzruszył ramionami.
– Znalazło się wielu tak zwanych przyjaciół, którzy powiedzieli mi, że cieszysz się 

pewną reputacją.

Marcie zamknęła oczy, bo zrobiło jej się niedobrze.
– Poza jednym jedynym razem nigdy nie próbowałeś zaciągnąć mnie do łóżka.

background image

– Wiesz dlaczego, Marcie? Bo dla mnie zawsze byłaś  damą. Nigdy nie dałaś mi 

powodu,   żebym   myślał   inaczej.   Byłem   dumny,   że   mogę   się   z tobą   spotykać.   Masz 
w sobie dużo ciepła i jesteś wesoła. Przynosiłaś mi radość. Czas, który z tobą dzieliłem, 
był najlepszym czasem w moim życiu.

– Jesteś idiotą.
– Dlatego, że cię kocham? Nie sądzę. Bardzo wiele dla mnie znaczy to, że przyszłaś 

zawiadomić mnie, że odchodzisz z tym facetem. Nie mam o to pretensji. On da ci o wiele 
więcej, niż ja mógłbym kiedykolwiek ci dać.

Nie mogła uwierzyć w to, co mówił Clifford.
– Widzisz, kocham cię i dlatego muszę się pogodzić z twoją decyzją.
– Cliffordzie Cradmen, kocham cię. To za ciebie chcę wyjść, nie za Jacka Kellera. Za 

ciebie.

–   Za   mnie?   –   Zmrużył   oczy,   jakby   nie   był   pewien,   czy   powinien   uwierzyć.   – 

Przyszłaś tutaj, żeby mi powiedzieć, że chcesz za mnie wyjść?

Podeszła do Clifforda i stanęła naprzeciw niego, spoglądając groźnie.
– Nawet nie myśl o tym, żeby zmienić zdanie.
– Zmienić zdanie? Ja... jesteś pewna?
– Jestem tego bardziej pewna niż czegokolwiek innego.
– Ale...
– Nie szukaj wymówek, nie wykręcisz się. Jasne?
– Tak, ale... – Jego oczy rozbłysły z radości.
– Całe życie czekałam na takiego dobrego mężczyznę, jak ty.
Uśmiechając się szeroko, posadził Marcie na kolanach.
– Szaleję za tobą, Marcie. Nawet nie masz pojęcia, jak cholernie trudno nie kochać 

się z tobą.

– Mamy na to mnóstwo czasu. – Zarzuciła mu ręce na szyję.
– Całe życie – powiedział Clifford, całując tak łakomie, że zabrakło jej tchu.
Uśmiechnęła   się   do   niego,   bo   wiedziała,   że   będą   razem   szczęśliwi.   Bardzo 

szczęśliwi.

background image

Rozdział 38.

Ten   tydzień   był   najdłuższy   w życiu   Letty.   Siedziała   przy   telefonie,   podnosiła 

słuchawkę, gdy dzwonił, i czekała na jakąś wiadomość o Murphym. Nieważne od kogo. 
Od Jacka Kellera. Od ojca Alfaro. A nawet od samego kapitana Norte.

Nie wiedziała nic i to doprowadzało ją prawie do szaleństwa. Nie spała i nie miała 

apetytu. Brak wiadomości nie był dobrą wiadomością. Nie miała informacji o Murphym, 
a rozpaczliwie chciała wiedzieć, co się z nim stało.

Nie mogła dłużej znieść oczekiwania. Zaczęła działać. Udała się tam, gdzie mogli 

udzielić jej informacji – do siedziby CIA w Waszyngtonie.

Zmarnowała   prawie   dwa   dni,   żeby   się   przedrzeć   przez   biurokratyczną   dżunglę. 

Musiała wrzeszczeć, żeby ktoś zwrócił na nią uwagę. Miała nadzieję, że powiedzą jej 
wszystko, żeby tylko się od niej uwolnić. Trzeciego ranka zaprowadzono ją do biura 
agenta Kena Kempera.

– Panna Madden.
Zaprosił ją do swojego gabinetu, stanął za biurkiem i wskazał jej miejsce.
Sam również usiadł i wziął plik dokumentów.
–   Szuka   pani   informacji   o wielebnym   Luke’u   Maddenie   i najemnym   żołnierzu 

o nazwisku Shaun Murphy.

– Zgadza się. – Złożyła race i czekała. Zorientowała się już, że im mniej mówi, tym 

lepiej.

– Czy wielebny Madden to pani brat?
– Tak.
– Misjonarz z Zarcero?
– Zgadza się.
– A dlaczego interesuje się pani Murphym?
– Wynajęłam go, żeby odnalazł mojego brata – odpowiedziała rzeczowo.
– Rozumiem. – Zacisnął usta, wyrażając dezaprobatę.
Milczała.   Nie   będzie   się   tłumaczyła,   dlaczego   zatrudniła   Murphy’ego.   Rząd 

federalny   nie   dał   jej   wyboru.   Zrobiła   wszystko,   co   mogła,   żeby   skłonić   władze   do 
interwencji. Zbyli ją, więc musiała sama zacząć działać.

– Czy wynajęcie Murphy’ego było mądrym posunięciem?
– A co miałam zrobić? – Straciła cierpliwość. – Błagałam i prosiłam, żeby nasze 

władze pomogły mi odnaleźć Luke’a.

– Z pewnością rozumie pani, że to było niemożliwe.
– Bez przerwy mi to powtarzano. Dlatego wynajęłam Murphy’ego. – Zadarła dumnie 

background image

podbródek. Nie da się zbić z tropu.

– I znalazła pani brata?
Letty ścisnęło się gardło.
– Jestem prawie pewna, że został zabity. – Trudno jej było wypowiedzieć te słowa. – 

Nie mam żadnego dowodu, ale obawiam się, że dla Luke’a nie ma już nadziei.

Agent spuścił wzrok.
– My również jesteśmy przekonani, że pani brat został zamordowany.
Milczała, dopóki skurcz w gardle ustąpił.
– Skoro macie  wiadomości o losie mojego brata, musicie  wiedzieć,  co się dzieje 

z Murphym.  Wasi ludzie mają swoje sposoby,  żeby się tego dowiedzieć. – Zacisnęła 
zęby.  – Daję słowo, że jeżeli pan mi nic nie powie, narobię takiego rabanu, jakiego 
jeszcze nie widzieliście.

– Większego niż zdążyła już pani narobić?
– Tak – odparła z wściekłością.
– Ach...
– Proszę mi powiedzieć, co pan wie o Murphym! – wrzasnęła.
Zaległa między nimi pełna napięcia cisza.
– Jeżeli mogę panią na moment przeprosić...
– Nie. Proszę mi powiedzieć.
Zawahał się, a potem nacisnął przycisk na swoim telefonie.
– Przyślijcie agenta Mosera.
Po pięciu minutach pojawił się drugi mężczyzna. Wszedł do pokoju, podał rękę Letty 

i usiadł na krześle obok niej.

– To, co pani powiemy, nie może wyjść poza to pomieszczenie – ostrzegł Kemper.
– Naraziłoby to niewinnych ludzi na niebezpieczeństwo – dodał Moser. – Zrozumiała 

pani?

Letty pokiwała głową.
Mężczyźni   wymienili   spojrzenia,   jakby   podejmowali   decyzję,   kto   przekaże   jej 

informację.

– Dostaliśmy wiadomość o pani przyjacielu.
– Tak? – Zaschło jej w gardle ze zdenerwowania.
–   Obawiam   się,   że   nie   jest   dobra.   –   Drugi   mężczyzna   poprawił   okulary,   które 

zjechały mu na czubek nosa.

Tak myślała. Inaczej Murphy sam by się z nią skontaktował.
– Nie żyje? – spytała. – Tylko to chcę wiedzieć.
– Obawiam się, że tak.

background image

Letty zamknęła oczy i poczuła, że serce w niej zamiera.
– Bardzo nam przykro, panno Madden – powiedział łagodnie Kemper.
– Chyba złapali go na lotnisku? – Agent Moser zadał retoryczne pytanie.
Letty pokiwała głową. Więc to była prawda, a nie jakieś majaki.
–   Został   wzięty   do   niewoli   i skazany   następnego   dnia.   Najprawdopodobniej   go 

powieszono.

background image

Rozdział 39.

Letty   siedziała   na   ganku   w półmroku   chłodnego   wieczoru.   Łuskała   groch 

i przyglądała się gęstym chmurom, które sunęły po ciemnoniebieskim teksańskim niebie. 
Miesiąc temu wróciła z Waszyngtonu. Od tamtej pory nie kontaktowała się z Jackiem 
Kellerem. Nie miała od niego żadnych wiadomości, ale już znała odpowiedź. Nie było 
żadnej nadziei. Straciła brata. Straciła też Murphy’ego.

Kiedyś   będzie   mogła   oglądać   zachód   słońca   bez   rozdzierającego   bólu   w sercu. 

Kiedyś się pozbiera. Czas jest najlepszym lekarzem i najlepszym pocieszycielem.

Slim wpadał co wieczór przez dwa tygodnie.  Martwił się o nią i kochał  na swój 

sposób. Letty doceniała jego troskę i przyjaźń. Mimo to delikatnie poprosiła go, żeby nie 
przychodził.

Nie wróciła do pracy na poczcie. Nie zdecydowała jeszcze, czy w ogóle wróci do 

pracy.   Pewną   pociechę   przynosiła   jej   praca   w ogrodzie.   Żyła   z dnia   na   dzień,   bez 
oczekiwań   i bez  planów.  Doszła   do wniosku, że  taki   tryb   życia  pomoże   jej  szybciej 
wrócić do siebie. Tego właśnie potrzebowała.

Najbardziej   lubiła   siedzieć   wieczorami   i chłonąć   piękno   zachodu   słońca, 

wspominając  dni spędzone  z Murphym  w dżungli Ameryki  Środkowej. W przyszłości 
chciała cieszyć się z tego, że go kochała, a nie pielęgnować w sobie żal z powodu jego 
śmierci.

Mimo że straciła brata, miała w sobie kruchy spokój. Ból wdarł się w nią głęboko. 

Straciła   tylu  kochanych  ludzi.  Od  kiedy  skończyła  pięć   lat,   nie  miała   matki.  Babcia 
umarła, kiedy miała jedenaście lat, a śmierć ojca przeżyła jako młoda kobieta. Jej brat 
bliźniak... Bez wątpienia najbardziej przeżyła tę stratę.

Pogodziła się ze śmiercią Luke’a. Zrobiła wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby go 

uratować, dotrzeć do niego na czas. Zanim wyruszyła na poszukiwanie brata, ostrzegano 
ją, by przygotowała się na najgorsze. Mimo to nie chciała porzucić nadziei.

Żadne psychiczne przygotowania nie mogły oswoić Letty z myślą o śmierci Luke’a. 

Była przekonana, że Luke prosił Boga, żeby go zabrał z jakiegoś ważniejszego powodu. 
Jego śmierć, tak jak całe życie, była odpowiedzią na modlitwę. Mimo że bardzo chciała, 
nie czuła żalu z tego powodu.

Bardziej opłakiwała Murphy’ego. Za Murphym będzie tęskniła. Kiedy go pokochała, 

odnalazła nieoczekiwaną radość. Ta miłość była niespodzianką w jej życiu.

Zakochali   się   w sobie   nieświadomie.   Letty   z początku   uważała,   że   Murphy   jest 

wulgarny i nieprzyzwoity. Wychodził z siebie, żeby ją zaszokować i zdenerwować, ale to 
była tylko gra. Wewnątrz był jednym z najwrażliwszych i najrozsądniejszych mężczyzn, 

background image

jakich znała.

Zachowała wspomnienie Murphy’ego bawiącego się w Questo z dziećmi. Żałowała, 

że nigdy nie będzie mógł baraszkować i śmiać się z ich dziećmi.

Ujawnił ludzkie uczucia, kiedy przytulał ją i pocieszał, kiedy omal nie zgwałcono jej 

w Siguierres. Chwile w jego ramionach zachowa w sercu na długie lata. Była naiwną 
idiotką,   że   zwolniła   Murphy’ego,   kiedy   zobaczyła   go   z kobietą   w knajpie.   Teraz 
wiedziała, że kierowała nią zazdrość. Jej serce musiało już wtedy wiedzieć.

Uśmiechnęła   się.   Dzięki   Murphy’emu   tyle   się   o sobie   dowiedziała...   Nigdy   nie 

zapomni tych lekcji.

W oddali  dostrzegła  przybliżającą  się ciemną  plamę  i westchnęła.  Pewnie  znowu 

Slim.   To,   że   nie   spuszcza   z niej   oka,   nie   zmieni   jej   uczuć   do   niego.   Ale   on   nie 
przyjmował tego do wiadomości.

Ale   to   nie   ciężarówka   Slima   jechała   piaszczystą   drogą,   która   łączyła   jej   dom 

z autostradą.

Letty   odstawiła   na   bok   miskę   z grochem,   wstała   i oparła   rękę   o kolumnę   ganku. 

Zamrugała   oczami,   a jej   serce   zaczęło   szybciej   bić,   kiedy   mężczyzna   zaczął   być 
widoczny. Poznała tego człowieka, jedynego, którego kochała nad życie.

Murphy’ego.
Serce   waliło   jej   jak   młotem,   tłukąc   o żebra.   Ostatnio   dużo   o nim   myślała.   Nic 

dziwnego, że jej wyobraźnia zaczęła działać. Chyba miała halucynacje.

Ciężarówka   zatrzymała   się,   ale   wizja   nie   znikała.   Drzwi   kabiny   otworzyły   się 

i wysiadł z niej Murphy.

Nie   wiedziała,   czy   wierzyć   swoim   oczom.   Spragnione   widoku   Murphy’ego 

zmierzyły go od ciemnych, gęstych, krótko obciętych włosów do kowbojskich butów.

Stanął   przed   schodami,   a kąciki   jego   ust   uniosły   się   w leniwym,   powolnym 

uśmiechu.   Stęskniony   wzrok   pobiegł   ku   niej.   Jego   oczy   promieniały   miłością.   Letty 
zrozumiała, że to nie sen ani zjawa. To był Murphy, cały i zdrowy.

Z gardła wyrwał  jej  się zduszony krzyk.  Niemal  sfrunęła  z ganku wprost w jego 

ramiona.

Złapał ją, odchylił głowę i roześmiał się.
– Przez chwilę się zastanawiałem, czy pamiętasz, kim jestem.
– Murphy... och, Murphy.  – Nie dając mu czasu na wyjaśnienia  czy odpowiedź, 

nieprzerwanie   obsypywała   pocałunkami   jego   twarz.   Nie   przejmowała   się   tym,   gdzie 
lądują jej usta. Liczyło się tylko to, że była przy nim, całowała go. Rozkoszowała się 
tym, że Murphy żyje.

–   Letty,   Letty   kochana.   –   Wymruczał   jej   imię,   objął   ją   w talii   i uniósł   kilka 

background image

centymetrów nad ziemię. Ukryła twarz w zagłębieniu jego szyi i westchnęła gwałtownie.

– Kocham cię tak bardzo, tak bardzo, tak bardzo – powtarzała bez przerwy.
– Ja też cię kocham. – Ujął jej twarz w dłonie. Pieścił ją ustami i językiem, aż oboje 

zaczęli drżeć i przywarli do siebie.

Letty   czuła,   że   Murphy   niechętnie   oderwał   wargi   od   jej   ust.   Uśmiechnął   się 

i pogładził kciukami jej policzki, wilgotne od łez, których nie była świadoma.

– Myślałam, że nie żyjesz – oznajmiła, kiedy już mogła się odezwać.
Usiedli na schodach, przytuleni do siebie.
– Kto ci tak powiedział?
– CIA.
Cichy śmiech Murphy’ego sprawił, że kosmyk włosów Letty zsunął się na skroń.
– Musisz się nauczyć jednej rzeczy, kochanie. Nie należy wierzyć władzom.
– Ale widziałam, jak cię zastrzelili... a przynajmniej tak mi się wydawało.
– Nie mogłaś wiele zapamiętać.
– Strzelili do ciebie, tak?
Zawahał się.
– Tak. Kilka razy.
Westchnęła i chciała natychmiast obejrzeć blizny, ale Murphy ją powstrzymał.
– Wszystko w porządku.
– Wiem, ale...
– Hej, jestem tu, prawda? Dzięki Jackowi i kilku naszym przyjaciołom.
– To Jack Keller cię znalazł? – Zawsze będzie wdzięczna przyjacielowi Murphy’ego. 

Znajdzie sposób, żeby mu to wynagrodzić.

– Opowiedz mi wszystko. Muszę wiedzieć. Czego się dowiedziałeś o Luke’u? Nie 

ukrywaj przede mną niczego.

Pocałował ją. Długo trzymał  wargi na jej ustach. Chciał poczuć jej smak, zanim 

odpowie.

– Najpierw cię postrzelili, a potem zaprowadzili do kapitana Norte, tak?
Zesztywniał, a potem skinął głową.
– Tak.
– Czy oni cię... torturowali?
– Powiedzmy, że Norte był bardzo zadowolony, że mnie widzi, ale wściekły, że mnie 

postrzelono. Sam chciał  mnie zabić. Wyglądało  na to, że umrę i nie dostarczeniu  tej 
przyjemności. Nie zamierzał ułatwiać mi śmierci. Chciał, żebym najpierw odcierpiał za 
swój błąd.

Letty zesztywniała. Wiedziała, że musiał znosić straszny ból.

background image

– Dwie rany na plecach uratowały mi życie.
– Jak?
– Wrzucono mnie do więzienia.
–   Bez   opieki   lekarskiej?   To   przestępstwo,   nieludzkie...   Ale   czego   się   można 

spodziewać po rebeliantach?

– Uratowała mi życie kobieta o imieniu Rosita.
Przyjaciółka Luke’a, kobieta, którą Letty chyba widziała w San Paulo.
– Musiała mieć kogoś znajomego, który zgodził się wpuścić ją do więzienia. Przyszła 

do mnie, bo chciała znaleźć ciebie. – Zawahał się i dotknął dłońmi jej twarzy. – Miałaś 
rację. Luke nie żyje. Przykro mi, kochanie. Zrobiłbym wszystko, żeby ci tego oszczędzić.

– Jak? – Z trudem wypowiedziała to słowo.
– Rosita jest przekonana, że umarł spokojnie we śnie, ale nie jest tego pewna.
Murphy objął mocno Letty.
– Dowiedział się, że jesteśmy w Zarcero. Poprosił Rositę, żeby zrobiła, co może, 

żeby cię odnaleźć.

Łzy napłynęły do oczu Letty. Nawet kiedy jego życie wisiało na włosku, Luke był 

myślami przy niej.

– Ona kochała twojego brata.
– Wiem – powiedziała cichym, drżącym głosem. Chociaż Luke nie wyjawił siostrze 

swoich uczuć do Rosity, Letty wiedziała w głębi duszy, że podzielał jej miłość.

Murphy przyciągnął Letty bliżej.
– Pewnie bym umarł, gdyby Jack i inni nie przybyli w porę. Chyba się nie zmartwisz, 

kiedy ci powiem, że Norte nie żyje? Nieźle by było, gdybym to ja go załatwił, ale Jack 
mnie uprzedził. Ja nie mogłem nawet ruszyć ręką.

Przez  te   długie,   samotne   tygodnie   Letty  była  zrozpaczona.   Wierzyła   w najgorsze 

i cierpiała.

– Dlaczego tak długo zwlekałeś, żeby do mnie przyjechać?
–   Nie   mogłem   wcześniej,   kochanie.   Było   ze   mną   krucho,   zanim   Deliverance 

Company nie wywiozła  mnie  z San Paulo. – Odgarnął  jej  włosy z karku i pocałował 
w szyję. Podniósł wzrok, żeby spojrzeć jej w oczy, i zauważył naszyjnik.

– Nosisz go.
– Przecież to mój pierścionek zaręczynowy, pamiętasz?
– Zaręczynowy? To my jesteśmy zaręczeni?
–   Oświadczyłeś   mi   się.   –   Niezbyt   cieszyła   się   z faktu,   że   najwyraźniej   o tym 

zapomniał.

– Poprosiłem cię o rękę? Ja? Chyba żartujesz. – Przyglądał się jej badawczo. – Mam 

background image

szczerą nadzieję, że nie potraktowałaś tego poważnie.

– Najpoważniej na świecie. Słuchaj, Shaunie Murphy. Może i ucierpiałeś w Zarcero, 

ale to jest nic w porównaniu z tym, co ci zrobię, jeżeli zmieniłeś zdanie.

Roześmiał się i zmierzwił jej włosy.
– W przeciwieństwie do niektórych znanych mi ludzi, dotrzymuję słowa.
–   Sugerujesz,   że   ja   nie   dotrzymuję?   Nagle   umilkła.   –   Czy...   chodzi   ci   o naszą 

umowę?

– Mam zamiar odebrać swoją należność.
Objęła go ramionami za szyję, westchnęła głośno i przycisnęła głowę do jego piersi.
– A ja mam zamiar ci ją dać.

background image

Epilog

Letty stała na ganku, oparta  o drewnianą poręcz. Wpatrywała  się w nocne niebo, 

oczarowana milionem migoczących gwiazd. Księżyc w pełni niczym strażnik czuwał nad 
ziemią.

Chciała  wierzyć,  że Luke  spogląda  na nią z góry i uśmiecha  się do niej  z jednej 

z tych gwiazd. Nie mogła spać, myślami była przy bracie.

Przed miesiącem dostała niespodziewanie list od Luke’a. Napisał go niemal przed 

rokiem. Rosita załączyła notkę, że tę kopertę znaleziono w biurze komendanta Faqueza 
krótko po tym, jak w Zarcero władzę objął znowu legalny rząd.

Letty przeczytała go nieskończoną ilość razy. Znała go już na pamięć.
Moja najdroższa Letty!
Przykro mi, że piszę, żeby Ci powiedzieć, że zanim przeczytasz ten list, ja nie będę  

żył. Kilka dni temu stanąłem przed sądem, który oskarżył mnie o zbrodnie popełnione 
przeciwko   narodowi   Zarcero.   Proces   i to,   co   stało   się   z tym   krajem,   głęboko   mnie 
zasmuca, ale nic nie mogę na to poradzić.

Nie opłakuj mnie, Letty. Odchodzę z tego świata, wierząc, że wypełniłem wolę Bożą. 

Jednak odchodzę nie bez żalu. Jest w tym tyle ironii. Po raz pierwszy w życiu jestem 
prawdziwie, głęboko zakochany. Moje nadzieje na przyszłość przepadły, bo Bóg wezwał 
mnie do większych dzieł.

Znam   Cię,   Letty,   prawie   tak   dobrze,   jak   siebie   samego.   Proszę   Cię,   nie   bądź  

rozgoryczona. Wybacz moim oprawcom. Odchodzę, ale obiecuję, że nigdy nie będziesz  
sama. Moja miłość zawsze będzie z Tobą.

Będę   przy   Tobie   w najczarniejszych   chwilach   i w godzinach   największej   radości. 

Żołnierze mogą odebrać mi życie i wszystko, co mam, ale nic nie jest w stanie zniszczyć 
bliskości, jaka nas łączyła.

Kiedy byliśmy dziećmi, czasami twierdziłaś, że czujesz, że coś mi jest. Nigdy nie  

byłem pewien, co myśleć o tym Twoim dziwnym „odczuciu”. Zawstydzony przyznaję, że 
Ci nie wierzyłem. Teraz Cię rozumiem, bo sam to czuję. W stosunku do Ciebie. Bóg ma 
względem Ciebie wspaniałe plany, Letty. Czekają Cię niesamowite przygody. Mogę Cię 
opuścić, bo w głębi duszy wiem, że znajdziesz szczęście. Nie jestem prorokiem, ale nie 
zdziwiłbym   się,   gdybyś   w ciągu   najbliższych   miesięcy   wyszła   za   mąż.   Tak   bardzo 
chciałbym Cię widzieć jako żonę i matkę.

Zawsze byłaś mądrzejsza ode mnie. Przynajmniej lubiłaś tak myśleć! Po raz pierwszy 

poznam   coś   prędzej   od   Ciebie.   Niebo.   Kiedy   następnym   razem   spojrzysz   w niebo, 
wypatruj mnie, Letty. Będę się stamtąd uśmiechał do Ciebie.

background image

Twój brat
Dziecko poruszyło  się w niej. Dotknęła ręką brzucha i uśmiechnęła się do siebie. 

W ciągu tego ostatniego roku bez Luke’a wiele się o sobie dowiedziała. Tęskniła za nim 
rozpaczliwie, ale stało się tak, jak mówił. Bóg zamknął jedne drzwi i szybko otworzył 
inne. Była żoną i wkrótce miała zostać matką. Dawno porzuciła obawy, że będzie taka 
jak   jej   matka.   Murphy   miał   rację.   W niczym   jej   nie   przypominała.   To   jego   miłość 
sprawiła, że zrozumiała to, co dawno powinna była wiedzieć.

Oszklone drzwi otworzyły się.
– Letty?
– Jestem tutaj. – Spojrzała przez ramię na męża.
Murphy stanął obok.
– Nie możesz spać?
– Myślałam o Luke’u.
Objął jaw talii i przycisnął dłonie do jej zaokrąglonego brzucha.
– Nie znałem go, ale byłbym dumny, gdybym mógł go nazwać przyjacielem.
– Luke kręciłby głową z niedowierzaniem, widząc nas dwoje. – Pomyślała o tym, jak 

zmieniła ich miłość.

– Mam wrażenie, że twój brat o mnie wiedział.
Letty westchnęła.
– Chyba tak.
Luke miał rację. Była naprawdę szczęśliwa. Murphy opuścił Deliverance Company. 

Otworzył agencję ochroniarską. Miał tyle zleceń, że nie nadążał z pracą.

– A co z Jackiem? – Pomyślała o firmie i o propozycji, jaką złożył mu Murphy. – 

Będzie dla ciebie pracował?

Murphy pocałował ją w kark.
– Chyba się na to nie zanosi. – Wciągnął głęboko powietrze. – Gdybym go nie znał, 

powiedziałbym, że się zakochał.

– A co w tym dziwnego? Przecież ty też się zakochałeś?
– Tak, ale ja mam żonę, a Jack – nie. Od kilku miesięcy jest w paskudnym nastroju. 

Z własnego   doświadczenia   wiem,   że   kiedy   facet   marnieje   w oczach,   przyczyną   jest 
zwykle kobieta.

Letty nie mogła się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Chyba miał rację.
– Pozbiera się.
– Tak? – Murphy zachichotał. – A skąd to wiesz?
– Nie wiem na pewno, ale chcę dla niego dobrze. – Wiele zawdzięczała przyjacielowi 

Murphy’ego i chciała, żeby był szczęśliwy.

background image

– Wracamy do łóżka? – Ziewnął głośno.
– Tak. – Razem weszli do domu.
Odwrócili się jeszcze i zobaczyli, jak spadająca gwiazda zostawia na czarnym niebie 

ognisty szlak.