background image

Rozdział I 

    Wszystko co czułam to była krew.
    Krew gęsta i upajająca.
    Krew, która pokrywała cale moje ciało i wywoływała swędzenie skóry.

Przeciągnęłam się jęcząc cicho i przewróciłam się na plecy. Nowe wrażenia 

przebiły się przez mgłę, która otulała mój umysł. Chłód bruku pod moimi plecami. 
Drobny deszcz na mojej nagiej skórze. Smród odpadków pozostawionych zbyt długo 
na słońcu. I za tym wszystkim, zapach surowego mięsa.
    Nie wiem dlaczego, ale ten zapach wywoływał we mnie złe przeczucia.
   

Zmusiłam się do otworzenia powiek. Betonowy mur wznosił się przede mną, 

sprawiając wrażenie wklęsłego jakby miał za chwilę zwalić się na mnie. Nie miał 
żadnych okien i żadne światło go nie rozjaśniało. Przez chwilę myślałam, że jestem w 
jakimś wiezieniu, ale po chwili przypomniało mi się wrażenie deszczu i zobaczyłam 
szczyt muru ginący w nocnym, zachmurzonym niebie.
   

Nie widać było księżyca ale nie potrzebowałam go widzieć, żeby wiedzieć w 

której fazie się znajdował. Mimo, że miałam w żyłach  tyle samo krwi wampira co 
wilkołaka, to jednak byłam niesłychanie wrażliwa na działanie tego przeklętego ciała 
niebieskiego. Pełnia księżyca była najwyżej trzy dni temu.
   

W moich ostatnich wspomnieniach gorączka księżycowa ledwo się rozpoczęła. 

W międzyczasie straciłam osiem dni.
   

Zmarszczyłam brwi  i  wpatrywałam  się   w  mur,     zbierając   myśli  i  próbując 

przypomnieć sobie jakim sposobem wylądowałam   tutaj. I jakim cudem znalazłam 
się  naga i nieprzytomna w samym środku nocy. 
   

Żadne wspomnienie nie zdołało wyrwać się z mgły otaczającej mój umysł. 

Jedyne czego byłam pewna to to, że przytrafiło mi się coś złego. Coś co uszkodziło 
moją pamięć i pokryło krwią.
   

Drżącą ręką wytarłam deszcz roszący moją twarz i popatrzyłam w lewo. Mur 

ciągnął się wzdłuż ciemnej uliczki, na której stały jeden obok drugiego pojemniki. Z 
pojemników tych wysypywały się śmieci. Na końcu alei świeciła lampa, samotnie 
błyszcząc w otaczających ciemnościach. Oprócz mojego urywanego oddechu, nie 
słychać było innego dźwięku. Żadnego samochodu. Żadnej muzyki. Nawet żadnego 
psa szczekającego na jakiegoś wymyślonego wroga. Nic co mogłoby nasuwać myśl, 
że gdzieś w pobliżu toczy się życie. 
        Przełknęłam   z   trudnością,   próbując   nie   czuć   smaku   niepewności   i   strachu. 
Popatrzyłam w prawo.
    I zobaczyłam trupa.
    Trupa całego we krwi!
    Och! Mój Boże… 
    Nie mogłam… Nie, proszę Cię Panie, powiedz że to nie byłam ja, która… 
 

Z   suchym   gardłem,   wstrząsana   mdłościami,   wstałam   i   zataczając   się, 

poczłapałam w stronę ciała.
    Zobaczyłam co zostało z jego twarzy i gardła.

background image

   

Nagle żółć podeszła mi do gardła. Odwróciłam się szybko, nie chcąc zwrócić 

swojego obiadu na mężczyznę, którego właśnie zabiłam. Chociaż jemu właściwie i 
tak było już wszystko jedno… 
   

Kiedy   nie   miałam   już   czym   wymiotować,   wytarłam   usta   grzbietem   ręki. 

Wciągnęłam   głęboko   powietrze   i   wróciłam   aby   zmierzyć   się   z   konsekwencjami 
swoich czynów.
   

To   był   potężny   facet,   jakieś   metr   dziewięćdziesiąt   piec   wzrostu,   ciemna 

karnacja   i   włosy.   Miał   brązowe   oczy   i,   jeśli   wierzyć   jego   zastygłej   minie, 
zaskoczyłam   go.   Był   kompletnie   ubrany,   co   przynajmniej   oznaczało,   że   kiedy 
rozszarpałam mu gardło nie byłam pod  wpływem żądzy krwi. To samo w  sobie było 
ulga, szczególnie,   że ja byłam naga… i odbyłam z kimś stosunek seksualny co 
najmniej godzinę wcześniej.
   

Ponownie spojrzałam na jego twarz i poczułam niebezpieczny skurcz żołądka. 

Połykając mdłości, zmusiłam się do odwrócenia oczu od tej okropnej krwawej masy 
żeby obejrzeć resztę ciała. 
   

Miał na sobie coś, co przypominało roboczy kombinezon w brązowym kolorze, 

ozdobiony złotymi guzikami. Na kieszonce na piersi po lewej stronie miał wyszyte 
litery „D.S.E.”  Nosił paralizator przy pasku i przenośny radiotelefon na klapie. Jego 
ręka   spoczywała   kilka   centymetrów   od   broni,   która     przypominała   podskórny 
pistolet. Na końcówkach palców miał przyssawki, co bardziej zbliżało go do gekona 
niż do człowieka.
   

Po plecach przebiegł mnie dreszcz. Widziałam już takie ręce zaledwie dwa 

miesiące wcześniej na parkingu kasyna w Melbourne. Zostałam wtedy napadnięta 
przez wampira i wielką niebieską kreaturę, która cuchnęła śmiercią.
   

Nagle poczułam nieodparta potrzebę wydostania się z tej uliczki, tak samo 

brutalną jak cios pięścią w brzuch.
   

Oddychając z trudnością i cała drżąca, oparłam się ochocie żeby wziąć nogi za 

pas i uciekać jak najszybciej. Najpierw musiałam dowiedzieć się jak najwięcej na 
temat tego mężczyzny. Moja pamięć była pełna dziur i w jakiś sposób musiałam je 
załatać.
    Teraz, najważniejsze było dowiedzieć się jak doszło do tego, że rozszarpałam mu 
gardło.
   

Odetchnęłam głęboko ale to niewiele pomogło na skurcze żołądka. Uklękłam 

obok ofiary. Zmarznięty bruk twardo ocierał się o moje piszczele ale chłód, który 
mnie ogarnął, nie miał nic wspólnego z temperaturą nocy.
   

Potrzeba ucieczki stawała się coraz silniejsza. Ale jeśli moje zmysły miały 

jakieś pojęcie przed czym mam uciekać, to widocznie nie uznały za stosowne mnie o 
tym   poinformować.   Jedno   było   pewne:   martwy   mężczyzna   nie   był   już   żadnym 
zagrożeniem.   Chyba   że   przeszedł   rytuał,   który   pozwalał   stać   się   wampirem,   ale 
nawet jeśli tak było, to mogło minąć kilka dni zanim wstanie.
   

Zagryzłam wargi i obszukałam jego kieszenie. Nie miał przy sobie nic innego 

ponadto   co   już   widziałam.   Żadnego   portfela   czy   dokumentu   tożsamości,   nawet 
żadnych paprochów, które z czasem zbierają się w każdej kieszeni. Nosił skórzane 
brązowe buty bez żadnej marki czy choćby  jakichś charakterystycznych znaków. Za 
to   jego   skarpety   były   zaskakujące.   Były   różowe,   w   dodatku   był   to   róż 

background image

fluorescencyjny.
   

Zdziwiona zamrugałam oczami. Mój brat bliźniak byłby nimi zachwycony, ale 

to była jedyna osoba którą znałam lubiąca tego typu rzeczy. Dziwny wybór jak na 
mężczyznę generalnie pozbawionego kolorów.
   

Nagle,   trochę   dalej   w   uliczce   usłyszałam   jak   coś   zaszurało   o   bruk. 

Znieruchomiałam i nadstawiłam uszu. Poczułam jak cała oblewam się potem a moje 
serce   rozszalało   się   i   miałam   wrażenie   że   jego   dudnienie   odbija   się   echem   w 
ciemnościach nocy. Minęło kilka minut i znowu lekkie klikniecie, którego nigdy nie 
usłyszałabym gdyby wszystko nie było pogrążone w głębokiej ciszy.
   

Wyciągnęłam rękę po podskórny pistolet i odwróciłam się w stronę pogrążonej 

w cieniu uliczki. Budynki ginęły w nieprzeniknionych ciemnościach i niczego ani 
nikogo nie dostrzegałam.
    A jednak byłam pewna, że coś tam było.
   

Zamknęłam oczy i zmieniłam wzrok na podczerwień. Uliczka od razu stała się 

wyraźniejsza:   wysoki   mur,   drewniany   plot   i   pojemniki   z   wysypującymi   się 
odpadkami.   Tam   gdzie   zaczynała   się   uliczka   dostrzegłam   garbatą   formę   ani 
całkowicie ludzką, ani całkowicie psią.
    Poczułam suchość w ustach.
    ''Polują na mnie.''
   

Skąd się wzięła ta pewność? Nie miałam pojęcia i nie chciałam tracić czasu 

żeby spróbować się tego dowiedzieć. Wyprostowałam się i powoli odeszłam od trupa.
   

To coś na początku uliczki uniosło nos, wąchając nocne powietrze. Po chwili 

wrzasnęło. Był to wysoki wrzask, prawie tak samo przenikliwy jak zgrzyt paznokci 
na tablicy. Teraz druga kreatura dołączyła do pierwszej i obie skierowały się w moją 
stronę.
   

Dyskretnie rzuciłam okiem ponad ramieniem. Główna ulica i lampa nie były 

zbyt daleko ale coś mi mówiło, że te dwie kreatury nie obawiały się ani jednej, ani 
drugiej.   Cisze   nocy   wypełniał   teraz  stukot   ich   łap  na   chodniku.   Poruszały   się   w 
rytmie, który zdradzał cierpliwość i opanowaną przemoc. Z każdym ich krokiem ja 
robiłam trzy a i tak wydawało mi się, że poruszają się o wiele szybciej niż ja.
Zacisnęłam  palec  na spuście pistoletu żałując, że nie zabrałam również paralizatora.
   

Kreatury przystanęły chwilę przy trupie, obwąchały go i ponownie ruszyły w 

drogę.   Z   tej   odległości   ich   potężne   i   kudłate   sylwetki   bardziej   przypominały 
niedźwiedzia niż psa czy wilka. W kłębie mierzyły nieco ponad metr dwadzieścia a 
ich oczy były czerwone. Była to świecąca czerwień, szczególnie przerażająca.
   

Warczały cicho, odsłaniając długie żółte kły. Moja potrzeba ucieczki była tak 

ogromna, że drżały wszystkie moje mięśnie. Przygryzłam wargi, pohamowałam swój 
instynkt, uniosłam pistolet i dwa razy nacisnęłam na spust. Strzałki trafiły kreatury 
prosto w pierś ale zdawało się, że to je tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło. Ich 
warczenie przeszło we wściekły ryk i skoczyły w moim kierunku. Zrobiłam w tył 
zwrot i zaczęłam biec. Przy wylocie uliczki skręciłam w lewo tylko dlatego, że było z 
górki.
   

Asfalt   błyszczał   od   wilgoci   i   nielicznych   rzadko   rozmieszczonych   lamp. 

Gdyby moi prześladowcy byli ludźmi to mogłabym zakamuflować się w cieniu i 
zniknąć im z oczu. Ale sposób, w jaki te kreatury zjawiając się obwąchiwały moje 

background image

ślady,   dał   mi   do   zrozumienia,   że   moje   wampirze   zdolności   rozpłynięcia   się   w 
ciemnościach, w niczym mi tutaj nie pomogą.
   

Nie mogłam również przemienić się w wilka. Wtedy jedyną moją bronią będą 

zęby a to nigdy nie było dobrym posunięciem   kiedy miało się dwóch lub więcej 
przeciwników.
   

Pędziłam mokrą ulicą, przebiegając obok cichych sklepów i domów z tarasami. 

Wydawało się, że w środku nikogo nie ma a ich widok nie obudził we mnie nawet 
najmniejszego   wrażenia,   że   już   to   kiedyś   widziałam.   Prawdę   powiedziawszy 
wszystko to było jakieś dziwne, jakby chodziło tylko o dwuwymiarowa dekoracje.
   

Poczułam ruch powietrza za plecami a uczucie zagrożenia znacznie przybrało 

na sile. Zaklęłam półgłosem i rzuciłam się na ziemię. Ciemna forma przeleciała nade 
mną   z   przenikliwym   wyciem,   które   po   chwili   zmieniło   się   we   wściekły   syk. 
Wymierzyłam i ponownie strzeliłam , po czym przetoczyłam się na plecach zadając 
drugiej kreaturze cios nogą. Uderzyłam ją w szczękę co znacznie zmieniło kierunek 
jej lotu. Zwaliła się po mojej lewej stronie, przez chwilę potrząsając głową i warcząc 
gardłowo.
   

Podniosłam się błyskawicznie i strzeliłam do niej ostatnia strzałką. Katem oka 

zauważyłam ruch. Pierwsza kreatura podniosła się i zmierzała w moim kierunku.
   

Rzuciłam   w   nią   pustym   pistoletem   i   uskoczyłam   z   drogi.   Pośliznęła   się   i 

drapiąc pazurami o mokry asfalt próbowała się zatrzymać. Złapałam ją za kudłate, 
brązowe futro i skoczyłam jej na grzbiet, jednocześnie dusząc ją swoją ręką. Miałam 
siłę wilkołaka i wampira co oznaczało, że miałam więcej siły niż trzeba było żeby 
zmiażdżyć krtań jakiejkolwiek normalnej kreatury. Problem w tym, że tej kreaturze 
daleko było do normalności. 
   

Wydala z siebie zduszony i wściekły ryk i zaczęła rzucać się na wszystkie 

strony.   Wczepiłam   się   w   nią   solidnie,   obejmując   ją   nogami   w   talii   starając   się 
zachować równowagę i ciągle próbując ją udusić.
   

Druga kreatura wyskoczyła nagle nie wiadomo skąd, uderzając mnie z całej 

siły w bok i strącając mnie ze swego kumpla. Huknęłam o ziemie z taka siłą, że 
zobaczyłam   gwiazdy.  Ale   dźwięk   zbliżających   się   pazurów   nie   pozwolił   mi   na 
dłuższe   ich   podziwianie.   Podniosłam   się   na   kolana   i   ręce.   Oddaliłam   się   na 
czworakach. 
   

Nagle poczułam pazury rozdzierające mi bok na tyle głęboko, żebym zaczęła 

krwawić. Odwróciłam się błyskawicznie, złapałam łapę i gwałtownie pociągnęłam w 
swoją stronę. Kreatura przeleciała mi nad głową i trzasnęła plecami o witrynę sklepu. 
Mur sklepu zatrząsł się od siły uderzenia.
   

Zmarszczyłam  brwi ale  druga  kreatura  nie  dała mi   czasu  na  zadanie  sobie 

pytania, dlaczego ten mur się zatrząsł. Obróciłam się wokół własnej osi, wyrzucając 
nogę i podcinając łapy owłosionej bestii. Ryknęła wściekle  po czym zaorała mi udo 
pazurami aż odrzuciło mnie w tył. Następnie wstała i odsłoniła swoje ostre zęby, 
które świeciły na żółtawo w ciemnościach nocy. 
    

Udałam, że zamierzam się na głowę ale zamiast tego obróciłam się i uderzyłam 

w pierś, żeby wbić strzałkę jeszcze głębiej. Jej końcówka zraniła moja bosą stopę. 
Jeśli wierzyć rykowi, który wydala istota ponownie rzucając się na mnie, jej ból 
zdawał   się   dużo   większy   niż   mój.   Przeturlałam   się   po   ziemi.   Kiedy   bestia 

background image

przelatywała   nade   mną,   z   całej   siły   kopnęłam   ją   w   jaja.   Zawarczała,   upadla   i 
znieruchomiała.
   

Jeszcze przez dłuższy czas pozostałam w tej samej pozycji, na czworakach, 

rozpaczliwie   próbując   odzyskać oddech. Kiedy w końcu ustały zawroty głowy i 
pewna byłam, że nie stracę świadomości, przywołałam wilka w sobie.
   

Magia otuliła mnie, zaatakowała, mącąc mój wzrok i tłumiąc ból. Moje członki 

kurczyły się, układając się inaczej i po chwili to wilk stal na środku ulicy a nie 
kobieta. Nie miałam ochoty pozostawać dłużej niż trzeba w tej alternatywnej formie. 
Inne z tych kreatur być może kręciły się w pobliżu i jeśli natrafię na dwie z nich 
będąc w tej formie, to nie wyjdę z tego żywa.
   

Ale   przemiana   zapoczątkowała   proces   zabliźniania   ran.   Komorki   wilkołaka 

pamiętały   informacje   dotyczące   metabolizmu   co   z   kolei   tłumaczyło   ich 
długowieczność. Podczas przemiany komórki samodzielnie regenerowały się a rany 
zabliźniały. I nawet jeśli trzeba było zmienić się kilkakrotnie, żeby zaleczyć głębokie 
rany to pierwsza przemiana wystarczyła, żeby zahamować krwawienie i rozpocząć 
proces gojenia. 
   

Powróciłam do ludzkiej postaci  i powoli wstałam.  Pierwsza kreatura leżała 

ciągle bez ruchu przed sklepem. Widocznie to co znajdowało się w strzałkach w 
końcu   zadziałało.   Podeszłam   do   drugiej   bestii,   złapałam   za   skórę   na   karku   i 
przeciągnęłam na chodnik. Po czym zajrzałam przez szybę do sklepu.
    

Tak naprawdę to  nie był żaden  sklep tylko sama fasada. Za szyba była tylko 

konstrukcja   szkieletowa   i     gruz.   To   samo   dotyczyło     sąsiedniego   sklepu     i 
kamienicy… z tym, że w środku były manekiny, również drewniane.
   

To wszystko bardzo przypominało policyjny lub wojskowy teren treningowy. 

Tylko, że tego tutaj strzegły dziwne kreatury.
   

Złe przeczucie z którym się obudziłam nagle przybrało na sile. Musiałam uciec 

z tego miejsca zanim ktokolwiek spostrzeże, że się uwolniłam.
   '' Uwolniłam?''
    Czy to oznaczało , ze byłam tutaj więźniem? A jeśli tak, to z jakiego powodu?
   

Żadna odpowiedz nie wyłoniła się z gęstej mgły, która otaczała mój umysł. 

Zmarszczyłam brwi i szlam dalej ulicą. Ta skręcała brutalnie w lewo przechodząc w 
nachylenie, z którego widać było niższą część kompleksu. Po każdej stronie stały w 
linii częściowo zbudowane sklepy, przerwane bujnym gajem eukaliptusowym. Na 
końcu drogi stał portal o wyglądzie monumentalnym a u jego stop znajdowała się 
budka strażnicza. Widziałam światło w oknach i uznałam, że ktoś tam był.
   

Po lewej, za niedokończonymi budynkami stała betonowa budowla, jaskrawo 

oświetlona   reflektorami.   Po   prawej   znajdował   się   długi   budynek   przypominający 
stajnie   a   jeszcze   dalej   inne   betonowe   sześciany   i   dużo   drzew.   Cały   kompleks 
otoczony był ogrodzeniem wielkości człowieka.

 

- Jakieś wiadomości od Maxa i dwóch Orisini*?

   

Zachrypnięty głos wydawał się dobiegać nie wiadomo skąd. Podskoczyłam na 

metr a moje serce bilo tak mocno, że mogłabym się założyć iż zaraz wyskoczy z 
piersi. Rozpłynęłam się w cieniu sklepu i czekałam. Usłyszałam odgłos spokojnych 
kroków i domyśliłam się, że nieobecność Maxa i  Orsini jeszcze ich nie zaniepokoiła. 

background image

Jednakże zakładając, że zabiłam wspomnianego Maxa  i zneutralizowałam zaginione 
Orsini, ten spokój nie potrwa długo.
   

Nagle przy wylocie uliczki pojawiła się sylwetka. To był człowiek, inaczej 

wyczułabym go. Był cały ubrany na brązowo i jak mężczyzna, którego zabiłam, miał 
ciemne oczy i włosy. Zatrzymał się i uważnie zlustrował ulice. Korzenny zapach jego 
wody po goleniu unosił się w nocnym powietrzu, mieszając się z jego oddechem o 
zapachu czosnku.
    Nacisnął na guzik na odwrotnej stronie kołnierzyka i powiedział:

Na razie ani śladu  po nich. Idę w stronę laboratoriów rozpłodowych żeby 
zobaczyć czy nie ma tam Maxa.

Miał zdać raport już pól godziny temu. 

To nie pierwszy raz jak się spóźnia.

Ale może być ostatni. Szefowi się to nie spodoba.

    Strażnik warknął coś pod nosem.

- Skontaktuje się za dziesięć minut.

    Dziesięć   minut   to   nie   za   dużo,   ale   wystarczy   do   zejścia   i   odkrycia   dwóch 
nieprzytomnych kreatur.
   

Słyszałam jak strażnik się zbliża, po czym zacisnęłam pięść i przywaliłam mu 

w brodę. Od siły ciosu zdrętwiała mi ręka, ale stracił przytomność jeszcze zanim 
upadł na ziemię. Popchnęłam go w cień sztucznej fasady  i obserwowałam drogę 
przede mną.
   

Główne wejście było strzeżone i będę musiała wspinać się po ogrodzeniu. Cień 

rzucany przez stajnie pomoże mi zrobić to jak najdyskretniej. Weszłam w prostopadłą 
ulice i wyszłam na szerszą drogę, wzdłuż której stały inne sztuczne sklepy i domy. W 
powietrzu   czuć   było   zapach   siana   i   koni.  To   rzeczywiście   była   stajnia.   Co   teren 
treningowy mógł mieć wspólnego z końmi?
   

Przenikliwy dzwonek alarmu rozdarł cisze nocy, zatrzymując mnie w miejscu. 

Miałam serce w gardle a żołądek podążał zaraz za nim. Albo znaleźli martwe ciała, 
albo ktoś zorientował się, że nie było mnie tam gdzie powinnam być. Jak by nie było 
ten alarm był dla mnie synonimem gówna.
   

Alarmowi towarzyszyło światło tak jaskrawe, że aż mnie oślepiło. Zaklęłam i 

rzuciłam się na chodnik, chowając się w resztkach cienia fasady sklepu. Zewnętrzne 
ogrodzenie było oświetlone jak bożonarodzeniowa choinka. Nie było żadnej nadziei, 
że uda mi się wspiąć nie będąc widziana.

* ORISINI – Ani Ja ani Pati nie wiemy jak to przetłumaczyć. We francuskiej i angielskiej wersji jest to samo 
słowo więc podejrzewamy że jest to jakaś nazwa własna. Jeśli ktoś wie jak to przetłumaczyć to proszę do nas 
pisać.. 
Pozdrawiamy Lucy i Pati 

   

background image

Usłyszałam odgłosy zbliżającego się biegu. Znieruchomiałam przyklejona do 

drzwi. Pięciu  strażników w połowie ubranych minęło mnie, biegnąc jakby gonił ich 
sam diabeł. 
   

Kiedy tylko mnie minęli wyszłam z kryjówki i wbiegłam w uliczkę z której 

wyskoczyli. Wyrosła przede mną stajnia a zapach szkap, siana i gnoju był tak silny, 
że zmarszczyłam z odrazą nos. Odgłos nozdrzy i kopyt w środku podpowiadał mi, że 
były   tam   zamknięte   liczne   zwierzęta.   Jeśli   je   uwolnię,   być   może   wywoła   to 
wystarczająco dużo zamieszania, żebym mogła uciec? 
   

Stojąc   nieruchomo   przy   ogromnych   drzwiach   do   stajni,   usłyszałam   odgłos 

szybkich kroków. Pospiesznie pchnęłam najmniejsze drzwi zamykając je za sobą, po 
czym rozejrzałam się dookoła.
   

W sumie było dziesięć boksów, w tym dziewięć zajętych. Zwykła świecąca 

kula   oświetlała   centralne   przejście   i   jej   słabe   światło   odbijało   się   od   bel   siana 
ułożonego wzwyż.
   

Kilka głów odwróciło się w moją stronę, śledząc mnie ciemnymi oczami w 

tym   przygaszonym   świetle.   Wszystkie   konie   były   dużymi,   silnymi   zwierzętami. 
Większość to były kasztany, siwki lub gniadosze. Najbliższy ogier był w pięknym 
kolorze   mahoniowego   brązu.  Ale   z   położonymi   uszami   i   podwiniętymi   wargami 
ukazującymi ogromne zęby, wcale nie wyglądał na przyjaznego.
   Nie było w tym nic dziwnego. Konie i wilki nie były najlepszymi przyjaciółmi na 
świecie.

- Ej! - Wymruczałam dając mu klapsa w nozdrza kiedy próbował mnie ugryźć. 

- To, że jestem tutaj wkurza mnie tak samo jak i ciebie. Ale jeśli będziesz miłym 
konikiem, to obiecuje Cię uwolnić i twoich małych przyjaciół również.
   

Koń parsknął głośno i przez długi moment przyglądał mi się uważnie po czym 

machnął głową, co przypominało potakniecie. Kiedy się poruszył usłyszałam brzęk 
łańcuchów . Zmarszczyłam brwi i podeszłam bliżej: to nie było tylko wrażenie. I to 
nie były zwykle łańcuchy, które więziły ogiera. Jako, że byłam wiele razy zmuszona 
do przyjęcia srebra w zastrzykach, w tej chwili moja skóra była bardzo wrażliwa na 
obecność tego metalu.
   I był tylko jeden powód aby używać takich łańcuchów do spętania konia.
   Podniosłam wzrok.

- Jesteś zmiennokształtnym?

   

Jeśli   tak   było   to   dlaczego   tego   nie   wyczulam   ?   Zmiennokształtni   nie   byli 

łakami, księżyc nie miał żadnego wpływu na ich przemianę i bardziej należeli do 
naszego drzewa genealogicznego, niż do tego ludzkiego. Nie mogłam wyczuć tych 
ostatnich, ale jednak powinnam była od razu zgadnąć czym był ten koń. Choćby 
tylko przez jego zapach.
   Ogier znowu przytaknął.

- A oni? - Zapytałam gestem ręki pokazując inne konie.

   Trzecie potakniecie głową. 
   Cholera. Więc nie byłam jedyną, która wpadła do tej sieci.

- Przyrzekasz, że mnie nie stratujesz jeśli wejdę do twojego boksu?

  

Ogier ponownie parsknął i miałam dziwne wrażenie, że to parskniecie było 

pełne pogardy. Ostrożnie otworzyłam drzwi. Tak naprawdę nigdy nie miałam okazji 

background image

obcować ze zmiennokształtnymi. Ale ci nieliczni, których poznałam mieli tendencje 
traktować łaki tak samo bez respektu jak robili to ludzie. Co było tego przyczyna  nie 
wiedziałam, tym bardziej, że mieliśmy dokładnie te same skłonności zwierzęce.
   

To   prawda,   że   żar   księżycowy   w   nich   nie   uderzał…   ale   jakim   prawem 

pogardzali nami właśnie z tego powodu, kiedy sami w większości korzystali z tego 
tygodnia, z takim samym entuzjazmem jak my. 
   

Ogier nie ruszał się tylko mierzył mnie wzrokiem. Moje metr sześćdziesiąt 

wzrostu nie robiło ze mnie  malej kobietki ale przy  masie  tego konia czułam się 
maleńka.
   

Nagły   odgłos   uruchomionego   zatrzasku   zmroził   mnie.   Odwróciłam   się   i 

zobaczyłam jak główne drzwi stajni otwierają się. Zaklęłam półgłosem, zamknęłam 
za sobą drzwi boksu i skuliłam się w kącie. 
   

Ogier parsknął i zatańczył kopytami kilka centymetrów od moich stop. Z tej 

odległości zauważyłam, że jego sierść była matowa i, że śmierdział potem i krwią. 
Na jego zadzie widać były ślady ciosów na rożnych etapach gojenia.
   Najwidoczniej nie był wzorowym więźniem.
   Usłyszałam kroki w głównym przejściu, które zatrzymały się. 

Mówiłem ci,  że  z  pewnością  jej tutaj nie ma – westchnął zmęczony głos.

A ja ci mowie, że jeśli nie chcesz żeby szef obdarł nas żywcem ze skóry to 
lepiej sprawdzić każdy boks . 

   

Promień światła błysnął w boksie ogiera. Wstrzymałam  oddech  i zacisnęłam 

pięści. Jeśli mnie chcieli to najpierw będą musieli się bić. Dobrowolnie się stąd nie 
ruszę. Ale tym razem miałam sojusznika. Ogier rzucił się do przodu i zanim łańcuch 
na karku go nie zatrzymał, uderzył piersią w drzwi boksu. Jeden z dwóch mężczyzn 
zaklął a drugi zaśmiał się szyderczo.

No jasne, na pewno schowała się w boksie tego gnojka. Już tylko żeby 
pobrać potrzebne nam próbki najpierw musimy go szprycować…

Mogłeś powiedzieć o tym wcześniej – wymamrotał drugi.

   

Obaj mężczyźni odeszli. Po szczeku zasuwek domyśliłam się, że sprawdzali 

każdy   boks.   Po   chwili   ich   kroki   oddaliły   się   i   usłyszałam   jak   drzwi   budynku 
otwierają się i zamykają. Zaczekałam kilka sekund po czym wstałam i poszłam rzucić 
okiem ponad drzwiami boksu. Nikogo tylko konie.
    

Wypuściłam   oddech,   który   blokowałam,   odwróciłam   się   w   stronę   konia   i 

przyjrzałam się łańcuchom. Były przypięte kłódkami do obręczy wmurowanych w 
ścianę boksu.
   Podniosłam oczy i napotkałam przenikliwy wzrok ogiera.

- Dobra. Gdzie jest klucz?

   

Parsknął i odwrócił nozdrza w stronę głównego wejścia. Spojrzałam na ścianę i 

zauważyłam   niewielka   szafkę.   Odblokowałam   zamkniecie   boksu   i   poszłam   ją 
otworzyć. Był tylko jeden klucz. Złapałam go, wróciłam do boksu i otworzyłam 
kłódki, ostrożnie przekładając łańcuchy przez grzbiet konia. Nawet tylko dotykając 
ich, srebro parzyło mnie w palce. Zaklęłam i rzuciłam je w kąt.
    

Nagle wokół nozdrzy ogiera pojawiła się złotawa mgła po czym objęła całe 

jego ciało. Cofnęłam się o krok  patrząc na jego przemianę. W ludzkiej formie był po 

background image

prostu tak samo cudowny jak i w końskiej.  Skóra w kolorze mahoniu, czarne włosy 
i oczy w aksamitnym brązie stwarzały szczególnie harmonijną całość.

- Dziękuję – powiedział głębokim, prawie chrapliwym głosem.

   Przebiegł po moim ciele taksującym spojrzeniem, szczególnie na poziomie piersi, 
po czym zatrzymał się na rozcięciach zdobiących moje udo i bok?

Zgaduje, że Pani również jest tutaj wieziona.

Tak, nawet jeśli nie mam pojęcia gdzie jesteśmy.

Najpierw wydostańmy się stad a później będziemy mogli zadawać sobie 
pytania jak i dlaczego. A teraz zajmijmy się innymi.

   Rzuciłam mu klucz.

Proszę ich uwolnić. Ja popilnuję drzwi.

Niech je pani zamknie od środka. Często tak robią bo i tak używają tych 
drugich .

   

Zrobiłam jak powiedział, po czym pobiegłam na drugi koniec stajni i uchyliłam 

małe drzwi. Zewnętrzne ogrodzenie nie było zbyt daleko ale ciągle oświetlały je 
reflektory, a przenikliwe wycie alarmu mieszało się z bardziej niepokojącym wyciem 
kreatur podobnych do niedźwiedzia. Polowanie rozpoczęło się. Jeśli szybko stąd nie 
wyjdziemy to już nigdy nam się nie uda.
   

Obejrzałam   się   ponad   ramieniem.   Mężczyźni   zebrali   się   w   cieniu.   Kiedy 

nieznajomy   uwolnił   ostatniego   z   nich,   dołączył   do   mnie   przy   drzwiach.   Ciągle 
pachniał   sianem,   koniem   i   gnojem   ale   teraz   ten   zapach   mieszał   się   z   zapachem 
mężczyzny, bardziej piżmowym i pociągającym. 

Niedobrze – mruknął,  spoglądając ponad moja głową .

Głowna   brama   jest   zamknięta   i   strzeżona.   Myślę,   że   nie   mamy   innego 
wyjścia jak przeskoczyć przez ogrodzenie.

   Rzucił mi wątpliwe spojrzenie.

To wilczyce mogą skakać tak wysoko, szczególnie kiedy są ranne?

Skoczyłabym   choćby   na   księżyc,   gdyby   tylko   to   pozwoliło   mi   się   stad 
wydostać.

   Nagle uśmiechnął się serdecznie a w kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki .

-   Wierzę.   Ale   rozsądniej   będzie   jeśli   wskoczy   Pani   na   mój   grzbiet.   Nie 

wybaczyłbym sobie gdyby moja wybawczyni tu została.
   Zmarszczyłam brwi.

Jest Pan pewien, że uda się Panu skoczyć  tak wysoko i to z jeźdźcem?

Bez problemu, kochanie. Proszę mi zaufać.

   

Rzuciłam okiem na ogrodzenie i potaknęłam. Miał rację. Nawet jeśli moje rany 

na udzie i boku nie sprawiały mi wielkiego bólu, to były ciągle otwarte i moja noga 
mogła zawieść w najważniejszym momencie. A nie miałam ochoty tutaj zostać.

- Otwórzmy więc drzwi.

     Zrobiliśmy to, a nieznajomy ponownie przemienił się w konia. Złapałam go za 
grzywę i wskoczyłam na grzbiet. Kiedy już siedziałam wygodnie, odwróciłam się.

- Życzę wszystkim powodzenia.

     Konie odpowiedziały mi parskaniem. Wzięłam głęboki oddech, ciasno objęłam 
ogiera nogami i powiedziałam: 

background image

- Jestem gotowa .

   

Rzucił   się   do   przodu   ukazując   siłę   swoich   mięśni.   Przyśpieszyliśmy 

wybiegając na drogę i skierowaliśmy się w stronę jasno oświetlonego ogrodzenia. 
Zimny wiatr rozwiewał mi włosy i szczypał  skórę .
    

Odgłos kopyt na bruku odbijał się echem w ciszy nocnej. Poczułam gwałtowny 

ból w uchu i podskoczyłam, po czym dostrzegłam iskry na ulicy, w miejscu w którym 
uderzył pocisk. Ciepła ciecz spływała po mojej szyi.

- Strzelają do nas! – Wrzasnęłam – Szybciej!

   

Jeszcze przyspieszył. Za nami  usłyszałam rżenie konia. Popatrzyłam ponad 

ramieniem i zobaczyłam jak jeden z gniadoszy upadł z roztrzaskana głową. Strach 
ścisnął mój żołądek. Woleli widzieć nas martwych niż wolnych.
    

Ogrodzenie pojawiło się przed nami. Zamknęłam oczy, wczepiając się jeszcze 

bardziej w konia. Poczułam jak ogier się podnosi przed skokiem. Przez długi moment 
miałam wrażenie, że latam, po czym wylądowaliśmy gwałtownie, co silnie poczułam 
w kościach i prawie wyleciałam z siodła.
   

Ale udało nam się przeskoczyć to przeklęte ogrodzenie. 

   

Teraz pozostało nam tylko zmylić naszych prześladowców i w końcu ustalić 

gdzie jesteśmy.

Tłumaczenie Nieoficjalne: Lucypher_13

Korekta: kamil_mlody   (Czyli Pati)