background image

MARGIT SANDEMO 

NIEROZWIKŁANA ZAGADKA 

Ze szwedzkiego przełożyła 

ELŻBIETA PTASZYŃSKA - SADOWSKA 

POL - NORDICA 

Otwock 

background image

ROZDZIAŁ I 

Odd  Stein  nigdy  nie  mówił  o  Lindehede  i  o  tym,  co  się  tam  właściwie  wydarzyło 

przed jedenastoma laty. Gdy ktoś przez przypadek wspomniał o tym miejscu lub spytał o nie 

wprost, jego twarz zasnuwał cień, a on sam zupełnie się zamykał. 

Był  z  nim  wówczas  także  Nils  Wangen.  On  też  wolał  nie  wypowiadać  się  na  temat 

Lindehede,  nawet  w  żartach.  Gdy  tylko  zagadka  z  Lindehede  stawała  się  przedmiotem 

rozmowy, po prostu się wyłączał. 

Odd  Stein  niemało  widział  w  swojej  karierze.  Ale  każdy  policjant  wcześniej  czy 

później  natrafia  na  przypadek,  po  którym  traci  ochotę  do  dalszej  służby.  Stein  rozwikłał 

tajemnicę Lindehede, nie odczuwał jednak z tego powodu ani dumy, ani zwykłej zawodowej 

satysfakcji. 

Po prostu milczał i próbował ukryć jak najgłębiej wspomnienie o tej sprawie. 

Było późne wiosenne popołudnie roku 1950, tajemnicze i trochę mroczne. Odd Stein 

wracał  właśnie  do  Oslo  po  wykonaniu  zadania,  które  nadal  zaprzątało  jego  myśli.  Czuł  się 

zmęczony.  Dlatego  nawet  nie  zauważył,  że  skręcił  w  drogę,  której  zawsze  konsekwentnie 

unikał  -  drogę  biegnącą  przez  Lindehede.  Ostatni  raz  był  tam  przed  wojną,  w  1939  roku. 

Kiedy z Nilsem Wangenem, roztrzęsieni, niemal w szoku, wyjeżdżali z tej miejscowości, obaj 

byli przekonani, że ich noga już nigdy w niej nie postanie. 

Stein zastanawiał się, czy nie zawrócić. Uznał jednak, że szkoda czasu, a poza tym jest 

przecież  dorosłym  mężczyzną  i  niemało  widział  w  życiu.  Zresztą  może  byłoby  dobrze 

zobaczyć to miejsce po latach i raz na zawsze pozbyć się złych wspomnień? 

Zacisnął zęby i jechał dalej. 

Na  drodze  panował  niewielki  ruch.  Steinowi  jechało  się  dobrze.  Zawsze  uważał,  że 

silnik samochodu najlepiej pracuje w chłodnym i czystym powietrzu wiosennego wieczoru. 

To już chyba niedaleko... 

Minął tablicę informacyjną: LINDEHEDE. 

Ładna nazwa, pod którą kryło się przerażające miejsce. 

Teraz niewielkie wzniesienie, jeszcze kawałek i... 

Odd Stein znalazł się już na wierzchołku wzgórza i teraz jechał drogą w dół. 

Nagle, zdziwiony, uniósł lekko brwi. 

Pierwsze,  co  zobaczył,  to  duża,  pustawa  stacja  benzynowa  upstrzona  kolorowymi 

podświetlanymi szyldami. Za nią wyłaniały się szeregiem wysokie domy. 

background image

Czyżby zabłądził? 

Musiał nabrać paliwa. Lekko przyhamował i zajechał przed jeden z dystrybutorów. 

Wyszedłszy  z  samochodu  przeciągnął  się,  żeby  rozprostować  kości  zesztywniałe  po 

długiej podróży. Młody chłopak zaczął napełniać bak jego wozu, 

- Czy tu nie leżało kiedyś chłopskie gospodarstwo? - spytał Stein. 

Chłopak wzruszył ramionami. 

- Nie mam pojęcia. 

Jakiś  tęgi  starszy  mężczyzna  w  luźnym  ubraniu  z  wystającym  pod  szyją 

podkoszulkiem usłyszał pytanie i zbliżył się do samochodu. 

- Tak, chyba ma pan rację - powiedział niewyraźnie. - Stację pobudowano niedawno, 

wcześniej było tu podobno jakieś gospodarstwo. 

- Dużo się zmieniło - przerwał mu Stein. 

- Owszem. I to w szalonym tempie. Mamy tutaj teraz i przemysł. 

Komisarz spojrzał na ulicę, która prowadziła przez gęsto zabudowaną miejscowość. 

- Jeśli się nie mylę, tuż obok był też cmentarz i mały kościółek. 

-  Zgadza  się.  Ale  akurat  tędy  musiała  biec  droga,  no  to  zbudowali  nowy  kościół  na 

drugim końcu Lindehede. Naprawdę elegancki, sam beton, od góry do dołu. 

- A cmentarz? 

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo. 

-  Zrównali  go  z  ziemią.  Groby  chyba  najpierw  poprzenosili,  tak  myślę.  Ale  tamtego 

cmentarza dawno już nie ma! 

Może to i lepiej, pomyślał Odd Stein. 

-  A  majątek?  -  spytał,  ogarniając  wzrokiem  dolinę  i  całkiem  nową  dzielnicę 

eleganckich domków jednorodzinnych. 

- Jego też nie ma. Zdaje się, że z nim wiązała się jakaś podejrzana historia, ale nikt nic 

nie wie. 

- Nikt - potwierdził krótko Stein. 

To  właśnie  było  najdziwniejsze:  prasa  nigdy  się  nie  dowiedziała,  co  tak  naprawdę 

wydarzyło się w Lindehede, bo całą sprawę okryła zmowa milczenia. 

Chcąc lepiej widzieć, komisarz przymrużył oczy. 

Poczuł się nieswojo, gdy w gęstniejącym mroku dostrzegł w oddali dwa, trzy wysokie 

cienie świerków. 

Resztki tamtego żywopłotu... 

- Był tam też chyba las - bąknął. 

background image

- Zgadza się! Wycięty, prawie co do jednego drzewa. Na jego miejscu stoi teraz duża 

fabryka, ale jest taka niska, że stąd jej nie widać. A ten staw to znowu napełnili wodą. Ludzie 

mówią, że zawisł nad nim jakiś zły urok.  Ale ja  nie znam tej historii. Chyba nikt jej tak do 

końca nie zna. 

Mógłbyś  ją  usłyszeć  ode  mnie,  pomyślał  Stein.  Ale  nikt  mnie  nie  zmusi,  żebym 

kiedykolwiek ją opowiedział. 

Jak  dużo  zmieniła  tu  wojna!  Wszystko,  co  się  wtedy  zdarzyło,  należało  już  do 

minionej epoki. To jednak były inne czasy... I zupełnie inny świat. 

Dziś Lindehede można by uznać za symbol rozwoju. Zabudowania pochodzące sprzed 

wojny  zostały  zrównane  z  ziemią.  Wysokie,  kanciaste  betonowe  bloki  w  żaden  sposób  nie 

przypominały  dawnego  idyllicznego  krajobrazu.  Wieś  licząca  od  piętnastu  do  dwudziestu 

domów i gospodarstw, a także majątek, po prostu zniknęły. W ciągu zaledwie kilku lat. 

Ładnie teraz tu nie było. Mimo to Odd Stein doznał wielkiej ulgi. 

Zapłacił za benzynę i ruszył przez owo nowe, nieznane Lindehede. 

Jak się okazało, szosa prowadziła obok trzech świerków, które pozostały po dawnym 

ciągnącym  się  kilometr  żywopłocie.  Wznoszące  się  ku  niebu  drzewa  majaczyły  niczym 

widma w wieczornym mroku. 

Ś

wierkowy żywopłot... 

Stein  poczuł  ciarki  na  plecach,  dodał  gazu.  Po  chwili  Lindehede  ze  swymi  dawnymi 

strachami zostało już za nim. 

Po kilku kilometrach w wozie komisarza zaczął szwankować zapłon. Coś złego działo 

się  ze  świecą.  Muszę  wreszcie  poważnie  pomyśleć  o  wymianie  tego  samochodu,  westchnął 

Stein. 

Silnik  dławił  się  i  parskał.  Nie  daj  Bóg,  gdyby  miało  się  okazać,  że  nie  da  się  już 

jechać dalej. Gdzie ja w ogóle jestem? 

Właśnie  minął  jakąś  większą  wieś.  „Grand  Hotel”,  głosił  szyld,  a  pod  tą  nieco 

napuszoną nazwą kryła się po prostu dwupiętrowa drewniana buda. Wyglądała jednak dosyć 

czysto  i  schludnie,  dlatego  Stein  zdecydował  się  w  niej  zatrzymać.  Czuł  się  zmęczony  i  nie 

miał ochoty spieszyć się z powrotem do Oslo, gdzie czekało go przeprowadzenie rutynowego 

dochodzenia w dość banalnej sprawie. Kierowniczkę jakiegoś domu starców podejrzewano o 

to,  że  pozbawia  życia  swoich  uciążliwych  podopiecznych,  aby  zdobyć  ich  pieniądze  i  ująć 

sobie nieco pracy. Tego rodzaju oskarżenia już dawniej stawiano wielu kobietom pełniącym 

tę  funkcję.  Z  reguły  były  to  tylko  podyktowane  zawiścią  pomówienia,  oznaczały  jednak 

ciągnące się w nieskończoność przesłuchania, a te nie bawiły Steina ani trochę. 

background image

Gdy  otrzymał  pokój,  poprosił  portiera  o  umówienie  go  z  mechanikiem 

samochodowym. Potem uznał, że po trudach dnia należy mu się solidny odpoczynek. 

Jednakże  noc  okazała  się  niespokojna  dla  Odda  Steina.  Gdy  tak  leżał  pod  spraną 

pościelą w „Grand Hotelu”, starając się zasnąć, powróciła cała historia z Lindehede. A kiedy 

wreszcie usnął nad ranem, prześladowała go także we śnie: widział upiorne blade twarze, na 

których malowało się przerażenie, rozpacz albo złość. 

Po owej nocy zrozumiał, że nie uwolni się od tej historii sprzed lat, jeśli nie odtworzy 

jej  od  początku  do  samego  końca,  nie  pomijając  najdrobniejszych  szczegółów.  Może  w  ten 

sposób wyrzuci ją z pamięci raz na zawsze. 

Pozostało jeszcze do wyjaśnienia kilka detali, które zarówno Wangen, jak i on uważali 

za mało istotne dla sprawy, i bynajmniej się nie mylili. Jednakże w ciągu minionych lat Stein 

często  o  nich  myślał.  Bo  choć  nie  miały  większego  znaczenia  dla  rozwiązania  zagadki, 

sprawiły, że nie potrafił zapomnieć ani Lindehede, ani przerażających wydarzeń, jakie się tam 

rozegrały. 

Ta historia nie miała żadnych jasnych punktów. 

No, może jeden. Ciągłe słowne utarczki Nilsa Wangena z Unni. 

Jaki  on  był  wtedy  młody,  ten  Wangen!  Po  prostu  młokos.  A  on  sam?  Może  miał 

dwadzieścia pięć lat? Ale już zdążył wyrobić sobie nazwisko. 

Uśmiechnął się nieznacznie. Unni... Niewątpliwie atrakcyjna dziewczyna! Na dodatek 

o tak ciętym języku, że nawet Nils Wangen musiał się poddać. Należy współczuć temu, kto 

dostał ją za żonę! 

Dla  Odda  Steina  cała  ta  historia  rozpoczęła  się  od  zniknięcia  młodej  dziewczyny 

Ingrid Andersen. 

Odtwarzał teraz w myślach raport na jej temat sprzed jedenastu lat. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Ingrid  Andersen  zatrzymała  się  na  skrzyżowaniu,  wyraźnie  niespokojna, 

niezdecydowana  i  bezradna.  Wtedy  właśnie  zauważyła  ją  nadchodząca  polną  drogą 

koleżanka,  która  później  złożyła  zeznania.  Ingrid  była  dwudziestojednoletnią  blondynką  o 

dosyć bujnych kształtach, ubraną bez smaku w  nieco przyciasny płaszcz i wypłowiały żółty 

beret.  Jej  spojrzenie  zawsze  zdradzało  niepewność.  Jednakże  określony  typ  mężczyzn 

prawdopodobnie uznałby ją za pociągającą - ci, którzy mają słabość do dziewczyn głupiutkich 

i ładniutkich. 

Ingrid  Andersen  stanęła  właśnie  przed  dylematem,  który  przerastał  możliwości  jej 

ograniczonego umysłu, opowiadała koleżanka. Aby zdążyć na spotkanie z Reidarem, powinna 

była wybrać drogę na skróty przez las. A na to nie miała ochoty. 

Bo wtedy musiałaby przejść nad stawem. 

Nad  czarnym,  bezdennym  stawem,  w  którym  nikt  nie  miał  odwagi  się  kąpać. 

Odstraszały od niego nie łodygi lilii wodnych oplątujące nogi pływaków i nie odór zgnilizny. 

Odstraszało  od  niego  to,  że  ciało  żadnej  z  osób,  które  się  w  nim  utopiły,  nigdy  nie  zostało 

odnalezione. 

A  wielu  było  takich,  co  zniknęli  w  tej  tajemniczej  głębinie.  Wyłącznie  samotni 

pływacy. Ten staw to jedyne miejsce w Lindehede nadające się do kąpieli, w upalne letnie dni 

trudno  było  oprzeć  się  pokusie,  by  nie  wskoczyć  choć  na  krótko  do  wody.  Jedyne,  co 

znajdowano po topielcach, to ich ubrania. Leżały na mchu, starannie złożone albo po prostu 

rzucone bezładnie. 

(Ale teraz była jesień, kto by tam miał ochotę się kąpać?) 

Ostatni  raz  w  ubiegłym  roku  jakiś  młody  chłopak..  Zarówno  Ingrid,  jak  i  jej 

przyjaciółka nie mogły pojąć, że ktoś okazał się na tyle głupi, by się kąpać w stawie, którego 

zła sława była powszechnie znana. Ale wszyscy chłopcy są jednakowi. Zarozumialcy, zawsze 

chcą udowodnić, że niczego się nie boją. 

Ingrid  przestępowała  z  nogi  na  nogę,  nie  wiedząc,  co  zrobić.  Była  już  spóźniona,  a 

Reidar  nie  należał  do  tych,  co  czekają  na  dziewczynę.  Wspaniale  wyglądał  w  tej  swojej 

czarnej skórzanej kurtce, a jakie miał oczy! 

- Pomyśl, on się ze mną umówił. Może już tam na mnie czeka! - jęczała Ingrid. - Za 

późno  wyszłam!  To  wszystko  przez  mamę,  musiałam  jeszcze  wyprowadzić  krowy  na 

pastwisko. 

background image

- Przecież on ma motocykl, mógłby przyjechać do Lindehede - odparła przyjaciółka z 

niemiłą logiką, ale Ingrid przeraziła się na samą myśl o tym. 

- Reidar w tej naszej dziurze? On nie jest taki! On jest... on jest... po prostu cudowny! 

Tak, tak. On rozkazywał, a dziewczyny robiły, co chciał. 

- No to idź na skróty! - powiedziała koleżanka. - Chyba nie masz zamiaru się kąpać? 

- Pewnie że nie, ale to jeziorko jest takie okropne. 

- W takim razie zostaje ci dłuższa droga naokoło. Jak chcesz, pójdę przez las i powiem 

Reidarowi, że niedługo się zjawisz. 

Tego  już  było  za  wiele.  Prawdopodobnie  Ingrid  pomyślała  to  samo  co  później 

policjanci: że przyjaciółka również miała ochotę na cudownego Reidara. 

- Nie, nie! - wykrzyknęła. - Już pójdę na skróty. Nie mogę pozwolić, by czekał! 

Po czym westchnęła i pobiegła. 

Jacyś  starsi  ludzie,  którzy  wybrali  się  zbierać  grzyby,  widzieli  Ingrid  nieco  dalej  na 

drodze prowadzącej przez las. Obejrzeli się nawet za nią, kiedy mignęła im między drzewami, 

a potem się oddaliła. Przez chwilę zastanawiali się nawet, jak się nazywa, ale już po chwili, 

na widok kilku okazałych koźlarzy, zupełnie o niej zapomnieli. 

Byli  ostatnimi,  którzy  widzieli  Ingrid  Andersen.  Ubranie  dziewczyny  znaleziono  na 

brzegu jeziorka. Ona sama przepadła bez śladu. 

W komendzie policji w Oslo dzień zaczął się nerwowo. 

-  Nie!  -  powiedział  stanowczo  Odd  Stein.  -  Nie  chcę  żadnych  kobiet  w  moim 

wydziale, nawet bratanicy komendanta. 

Właśnie  przejął  obowiązki  szefa  wydziału  kryminalnego  i  czuł  się  z  tego  bardzo 

dumny. Nie bez powodu: był przecież jeszcze bardzo młody. 

- Ale ta dziewczyna jest niczego sobie - przekomarzał się z nim Nils Wangen. 

-  Nie  ma  żadnej  pewności,  że  mielibyśmy  z  niej  jakiś  pożytek.  Jeśli  chce  odbyć 

praktykę, to niech znajdzie sobie jakieś inne miejsce. Niech wkłada mandaty za wycieraczki 

samochodów albo zajmie się alkoholiczkami. U nas, w kryminalnym, nie ma nic do roboty. 

-  Ale  ona  już  przeszła  przez  wszystkie  inne  wydziały  -  spokojnie  zwrócił  szefowi 

uwagę powolny Håkon Svendsen. - Został jej już tylko nasz. Chyba mierzy całkiem wysoko, 

a  mówiąc  precyzyjniej:  to  wujek  komendant  wiąże  z  nią  ambitne  plany:  Ministerstwo 

Sprawiedliwości. Specjalistka do spraw policji. 

Odd Stein popatrzył na swych podwładnych. 

- Dziewczyna? W Ministerstwie Sprawiedliwości? - Westchnął. - Wobec tego ty, Nils, 

się nią zajmiesz. Z pewnością zrobisz to chętnie. Albo nie, ona przypadnie tobie, Håkon. Jutro 

background image

rano  wyjeżdżam  i  zabieram  ze  sobą  Nilsa.  Wyjdzie  mu  na  zdrowie,  jak  popracuje  trochę  w 

terenie, bo niedługo zamieni się nam w ducha wiecznie poszukującego drobnych opryszków 

stołecznego półświatka. 

W piwnych oczach Wangena pojawił się błysk ożywienia. 

- Coś nowego? 

-  Owszem,  bardzo  dziwna  historia.  Młoda  dziewczyna  znika  bez  śladu  w  leśnym 

jeziorku.  I  nie  jest  bynajmniej  pierwsza.  W  ciągu  ostatnich  trzech  lat  to  już  piąta  ofiara, 

oczywiście  wcześniej  też  było  kilka.  Ludzie  twierdzą,  że  tym  jeziorkiem  władają  jakieś 

pozaziemskie siły. Ale, jak wiecie, ja nie wierzę w takie rzeczy. Tak czy inaczej, zostaliśmy 

wezwani przez tamtejszego komendanta. Trochę się wahałem, bo to raczej nie jest nic dla nas. 

Skoro jednak w naszym wydziale ma się pojawić jakaś ambitna niewiasta, to wolę już trochę 

leśnej mistyki. 

W tej samej chwili dał się słyszeć w korytarzu dźwięczny kobiecy głos. 

-  Och,  nie  -  wymamrotał  Odd  Stein,  zdobył  się  wszakże  na  powściągliwy  uśmiech 

skierowany do młodej damy, która właśnie wparadowała do jego gabinetu. 

Miała  złociste  loki  opadające  aż  na  ramiona  i  błękitne  oczy,  których  żywy  blask 

ś

wiadczył i o poczuciu humoru, i o inteligencji. Była wysoka i szczupła, ubrana ze smakiem 

w  tweedowy  kostium  i  białą  bluzkę,  sprawiała  poza  tym  wrażenie  osoby  bardzo  pewnej 

siebie. 

- A więc to jest nasz wielki Stein - uśmiechnęła się, wyciągając rękę. - No, no, nikt mi 

nie  powiedział,  że  poza  wszystkim  jest  pan  też  przystojny.  Czyli  od  tej  pory  będziemy 

pracować razem? Może być wesoło. Mam na imię Unni. 

Odd Stein wyglądał tak, jakby połknął coś kwaśnego. Przecież dopiero niedawno objął 

stanowisko  szefa  wydziału,  a  na  dodatek  był  niezwykle  ambitny.  Zupełnie  nie  wiedział,  jak 

ma się zachować w tej nieoczekiwanej sytuacji. 

- Przede wszystkim chciałbym przedstawić moich współpracowników. To jest Håkon 

Svendsen, który wprowadzi panią we wszystko, panno... 

- Proszę mi mówić Unni! Wszyscy mnie tak nazywają. 

- Hm. Właśnie miałem zamiar wyjść, jeśli więc pani pozwoli... Håkon, zajmiesz się...? 

Do widzenia, na razie! 

Opuścił  pospiesznie  własny  gabinet,  czując  się  tak,  jakby  uciekał.  Wychodząc, 

usłyszał jeszcze głos młodej damy: 

- Co to za okropny zapach! To przez te nieopróżnione popielniczki. Jak tu się otwiera 

okna? 

background image

Stein i Nils Wangen wymienili wymowne spojrzenia, schodząc już po schodach. 

Obaj detektywi stali razem z komendantem Bårdsenem nad leśnym jeziorkiem, które 

wyglądało  wyjątkowo  urokliwie  i  spokojnie  w  blasku  wieczornego  słońca,  na  wpół 

przysypane jesiennymi liśćmi o niepowtarzalnych barwach. 

- Zarzucaliście sieć? 

-  Oczywiście  -  odpowiedział  komendant.  -  Sprowadziliśmy  też  płetwonurka.  Ale 

wszystko na nic, jak zwykle. 

Odd  Stein  spojrzał  na  tajemnicze  jeziorko.  Pomiędzy  dryfującymi  na  powierzchni 

liśćmi  połyskiwały  czarne  oka  wody.  Jeziorko  nie  było  duże,  miało  kształt  nieregularnego 

owalu,  w  najszerszym  miejscu  mogło  liczyć  około  dwudziestu  pięciu  metrów.  Droga,  na 

której stali mężczyźni, biegła zaledwie kilka metrów od brzegu. Po drugiej stronie leżał pas 

ziemi  usiany  porośniętymi  mchem  pieńkami  po wyciętych  drzewach,  a  tuż  za  nim  wznosiła 

się ściana mieszanego lasu, w którym dominowały osiki, olchy i świerki. 

- Jak wygląda dno? 

-  Jest  bardzo  muliste  -  odpowiedział  komendant.  -  Jak  w  Loch  Ness.  Zaledwie  kilka 

metrów  pod  powierzchnią  woda  przypomina  szlam,  jest  czarna  i  nic  przez  nią  nie  widać.  A 

dno to jedno wielkie błoto. 

- I ludzie chcą się w czymś takim kąpać? - zdziwił się Nils Wangen. 

- Teraz już nie - odparł komendant, wysoki i szczupły mężczyzna o smutnych oczach. 

Odd Stein obejrzał się za siebie. Po drugiej stronie drogi biegł żywopłot. 

Kiedyś  było  to  starannie  wypielęgnowane  zielone  ogrodzenie,  ale  z  czasem  drzewa 

rozrosły się dziko, tworząc zwartą ścianę. 

- Co znajduje się za tym zielonym monstrum? - zapytał Stein. 

Bårdsen wzruszył ramionami. 

-  Niewyobrażalnie  duża  posiadłość  pewnego  bogacza.  Do  samych  zabudowań  jest 

jeszcze kilkaset albo więcej metrów. Nazywamy to majątkiem. Ale nie mam pojęcia, co kryje 

się bezpośrednio za tym żywopłotem. Pewnie park albo pola, a może las. 

- Czyli ta droga biegnie przez pustkowie? Żadnych domów w pobliżu? 

- Żadnych. 

Znowu odwrócili się w stronę jeziora. 

- Czy istnieje lista osób, które tu utonęły? 

- Ich nazwiska i daty wypadków mam w głowie. 

Odd Stein wyjął kartkę i długopis, a Bårdsen zaczął dyktować. 

- Kiedy się to naprawdę zaczęło, nie wiadomo. Pierwsza ofiara, jaką znamy, to Morten 

background image

Haug.  Utopił  się  na  początku  ubiegłego  wieku.  Podobno  był  pijany  i  po  prostu  wpadł  do 

wody. Nigdy go nie odnaleziono. Potem jakaś dziewczyna z własnej woli weszła do jeziora i 

zginęła.  To  było  na  początku  naszego  stulecia.  Nazywała  się  Marit,  nic  więcej  o  niej  nie 

wiemy.  Później  długo  nic  się  nie  działo.  Dopiero  trzy  lata  temu  utopiła  się  kolejna  ofiara. 

Miała na imię Gunvor. Razem z przyjaciółką, z którą przyjechała tu na wakacje, kąpały się w 

jeziorze.  Ta  druga  wróciła  na  rowerze  do  hotelu,  a  Gunvor  zamierzała  wkrótce  do  niej 

dołączyć. Chciała jeszcze tylko trochę popływać, bo dzień był akurat bardzo gorący. Więcej 

jej nie widziano. Oczywiście przeszukaliśmy dno, ale bez efektu. 

- Ale ona nie była ostatnia? 

-  Nie,  nie!  Następnego  lata,  czyli  dwa  lata  temu,  zrobiło  się  tak  źle,  że  nikt  nie 

odważył się nawet tędy przejść. Uznano, że to jeziorko w jakiś mistyczny sposób oddziałuje 

na  ludzi.  Pierwsza  była  Kit  Thomassen.  Znaleziono  jedynie  jej  ubranie  na  brzegu.  A  nie 

wspomniała nikomu nawet słowem, że będzie się kąpać! I tego samego lata... 

- Czy to dzieje się tylko latem? - przerwał mu Nils Wangen, niewysoki i energiczny. 

- No tak, przecież w zimie nikt się nie kąpie. Poza tym droga, zasypana śniegiem, jest 

nie do przebycia. No więc jeszcze w tym samym roku latem zniknęła kolejna wczasowiczka. 

W ten sam sposób. 

- Młoda? - pytał dalej Stein. 

- Trzydziestoletnia kobieta. Niedługo potem przechodził tędy pewien młody chłopak. 

Mówi, że nagle poczuł się jakoś nieswojo i uciekł stąd, ile sił w nogach. Później przez długi 

czas nikt nie ośmielił się tu nawet zbliżyć, aż do ubiegłego roku, kiedy znowu utonął młody 

chłopak.  To  jeden  z  tych  bohaterów,  co  to  niczego  się  nie  boją.  Przechwalał  się  na  lewo  i 

prawo,  że  może  zupełnie  sam  popływać  w  jeziorze.  No  i  w  tym  roku  Ingrid  Andersen. 

Nawiasem mówiąc, jej Reidar ma alibi, możemy go więc wykluczyć z kręgu podejrzanych. 

Odd Stein podsumował: 

- Pierwszy: Morten Haug, dziewiętnasty wiek, druga: Marit na początku dwudziestego 

wieku, trzecia: Gunvor trzy lata temu, czyli po mniej więcej trzydziestopięcioletniej przerwie, 

i czwarta: Kit Thomassen dwa lata temu. 

- To miejscowa piękność - wtrącił komendant. 

- W tym samym roku trzydziestoletnia kobieta. To już piąta. Czy ona też była ładna? 

- Nie wiem, przyjechała tu tylko na wakacje, nigdy jej nie widziałem. 

- I dalej: uwodziciel w zeszłym roku i jako siódma Ingrid Andersen w tym roku. 

Stein zamknął swój notatnik. 

- Ale z tym młodym chłopcem, który stąd uciekł, chętnie bym porozmawiał. Jak on się 

background image

nazywa i gdzie mogę go znaleźć? 

- To Per Erik, uczeń, mieszka niedaleko stąd. 

- Ile ma lat? 

- Wtedy miał piętnaście, czyli teraz siedemnaście. Poza tym... 

Odd Stein spojrzał pytająco na komendanta. 

- Coś jeszcze? 

- Nie, nie, nic takiego. To tylko plotka. 

- Chciałbym ją usłyszeć. 

- Mortena Hauga, tego pierwszego z utopionych, widziano potem w Ameryce. 

Stein pokiwał głową. 

-  Bardzo  prawdopodobne.  Mam  przeczucie,  że...  -  przerwał.  -  Myślę,  że  o  Mortenie 

Haugu  możemy  zapomnieć.  Ale  ta  młoda  dziewczyna,  Marit...  jej  przypadek  trochę  mnie 

niepokoi. Czy jest pan pewien, że zniknęła zupełnie bez śladu? 

- Tak. Pamiętam, że przeszukano wtedy bardzo gruntownie całe jezioro. 

Stein  z  zadowoleniem  stwierdził,  że  komendant  jest  bardzo  inteligentny,  za  każdym 

razem bowiem doskonale wyczuwał, do czego zmierza stołeczny detektyw. 

-  Myślę,  że  ją  też  możemy  pominąć  -  powiedział.  -  Mogło  ją  przecież  znieść  w 

podwodne zarośla i dlatego jej nie znaleziono. Albo może ówczesne metody przeszukiwania 

dna  okazały  się  nieskuteczne  w  tym  jeziorze.  Myślę,  że  powinniśmy  się  skoncentrować  na 

pięciu  ostatnich  ofiarach.  Proszę  mi  powiedzieć,  czy  w  ciągu  ostatnich  lat  był  ktoś  taki,  kto 

się tu kąpał i nie utonął? 

- O, tak, bo jeśli jest więcej osób, to wtedy nic złego się nie dzieje. Ale od czasu, kiedy 

Gunvor przepadła trzy lata temu bez wieści, nikt tu już nie wchodzi do wody. Zaczęto mówić, 

ż

e to jezioro jest zaklęte. 

Słońce chowało się za horyzontem. Stein, rozejrzawszy się dokoła, poczuł się trochę 

nieswojo. 

Bårdsen spytał ostrożnie: 

- Uważa pan, że to jest dosyć nowa sprawa? 

- Tak. Zaczęło się od Gunvor. Trzy lata temu. Proszę mi powiedzieć, czy istnieje jakiś 

związek między tymi pięcioma ofiarami? 

-  Też  się  nad  tym  zastanawiałem  i  mogę  z  całą  pewnością  powiedzieć,  że  nie  ma 

ż

adnego. Niektóre pochodziły stąd, inne spędzały tu tylko wakacje. Większość nie znała się 

nawzajem. 

- Czyli mamy cztery młode kobiety i jednego młodego mężczyznę. No i tego chłopca, 

background image

który uciekł. Zacznijmy od niego! 

Per Erik był szczupłym chłopcem o jasnych włosach i oczach o jak gdyby nieobecnym 

spojrzeniu. Grzecznie zgodził się pójść razem z policjantami nad jezioro, ale czuł się tam nie 

najlepiej,  co  wyraźnie  dało  się  zauważyć.  Oświadczył  jednak,  że  absolutnie  nie  wierzy  w 

działanie żadnych nadprzyrodzonych mocy. 

-  Skoro  więc  jesteś  taki  sceptyczny  -  spytał  Stein  z  uśmiechem  -  to  dlaczego  wtedy 

uciekałeś, gdzie cię oczy poniosą? 

Wysiedli z samochodu i szli drogą przez las. 

Per Erik sprawiał wrażenie zakłopotanego. 

- Przestraszyłem się - odparł. 

- Czego? 

- Nie wiem. Może jakiegoś odgłosu. Naprawdę nie wiem. 

- Jakiego odgłosu? 

Ale  Per  Erik  pokręcił  tylko  głową.  W  lesie  panował  już  gęsty  mrok.  Chłopak,  który 

nie wierzył w nadnaturalne siły, raz po raz rzucał za siebie lękliwe spojrzenia. 

- Czy wiesz, co się mówi o tym jeziorze? 

- Jasne. 

Właśnie zatrzymali się na brzegu. 

- To nam opowiedz - poprosił Odd Stein. 

Widać  było,  że  wspomnienia  nie  są  miłe  dla  chłopca.  Unikał  patrzenia  na  wodę,  tak 

przerażająco nieruchomą w wieczornym mroku. Można by pomyśleć, że to jakaś żywa istota, 

która przyczajona czyha na swoją ofiarę, przeszło przez myśl Steinowi. 

Było to zaskakujące odczucie jak na mężczyznę tak rzeczowego i chłodnego jak Stein. 

Zauważył jednak, że zarówno Bårdsen, jak i Wangen mieli podobne doznania, nie mówiąc już 

o chłopcu. 

-  No  więc,  szedłem  sobie  drogą  -  zaczął  Per  Erik.  -  To  było  w  samym  środku  dnia, 

padał deszcz... 

- Jak byłeś ubrany? - wtrącił Stein. 

Chłopiec zastanowił się przez moment. 

- W kurtkę od deszczu z kapturem i w kalosze. 

- I miałeś wtedy piętnaście lat - powiedział Stein jakby do siebie. - Mów dalej! 

Nils Wangen zerknął na swojego szefa. O co może mu chodzić? 

- Kiedy już prawie doszedłem do jeziora, poczułem, że ktoś mnie obserwuje. 

- Tak jak teraz? - przerwał mu nieoczekiwanie Nils Wangen. 

background image

- Nie. Znacznie intensywniej. 

- A czy nie uważasz, że mogło ci się tylko tak wydawać? - spytał Bårdsen. 

-  Tak,  oczywiście  -  odpowiedział  Per  Erik,  kręcąc  się  nerwowo.  -  Ale  właśnie  coś 

takiego poczułem. 

- Czy uważałeś, że to jezioro na ciebie patrzy? - spytał Odd. 

Chłopiec spojrzał na niego urażony, lecz detektyw był jak najbardziej poważny. 

-  Przecież  jezioro  nie  może  nikogo  obserwować  -  wymamrotał  pod  nosem  Per  Erik 

trochę  niepewnie.  -  Nie  wiem,  co  to  było,  wiem  tylko,  że  się  potwornie  bałem,  mimo  że 

znalazłem się tutaj w środku dnia. 

- Wspomniałeś o jakimś odgłosie? 

- No tak - odparł z lekkim wahaniem. - Ale nie potrafię go określić. Może to było coś 

w rodzaju szeptu. 

- Pojawił się i zniknął po sekundzie? 

-  Skąd,  wręcz  przeciwnie!  -  zaprotestował  gwałtownie  chłopak.  -  Słyszałem  go  cały 

czas, kiedy tu przechodziłem. Jakby przybliżał się i oddalał. 

- Jak głosy mówiące szeptem? 

- Nie... raczej nie. 

- Miałeś kurtkę z kapturem, może to on tak szeleścił - zauważył Nils Wangen. 

- Też tak pomyślałem i zsunąłem go z głowy, żeby lepiej słyszeć. I wtedy... tak, teraz 

przypominam sobie, jak to brzmiało! A potem nagle ucichło. Rzuciłem się do ucieczki. 

-  Mówisz,  że  po  zdjęciu  kaptura  słyszałeś  ten  odgłos  wyraźniej.  Opisz  go! 

Przypominał szepty? 

-  Nie.  -  Per  Erik  był  wyraźnie  poruszony,  oczy  lśniły  mu  z  podniecenia.  -  Sam  nie 

wiem, jak mam go określić. Widział pan może kiedyś kota siedzącego na parapecie okna? Jak 

siedzi i patrzy sobie na małe ptaszki? 

Stein zerknął na niego z niedowierzaniem. 

- Nie masz chyba na myśli...? Oczywiście, że widziałem coś takiego. 

- A widział pan, jak takiemu kotu ruszają się szczęki? Słyszał pan to charakterystyczne 

zgrzytanie? To właśnie było coś takiego! Tylko o wiele głośniejsze. 

Wangen i Stein spojrzeli na siebie. Wangen mimo woli odsunął się o krok od jeziora, 

które  teraz  o  zmierzchu  przypominało  mu  pokrytego  śluzem  potwora.  Albo  grób  przykryty 

jesiennymi liśćmi. 

Odd Stein w zamyśleniu przyglądał się chłopcu. 

-  Możesz  wyświadczyć  mi  przysługę?  Chciałbym,  żebyś  poszedł  w  tamto  miejsce, 

background image

gdzie zakręca droga. Czy ktoś ma może kurtkę od deszczu? Dziękuję, Bårdsen. Czy ona jest z 

kapturem? Nie? Szkoda, ale możemy go sobie wyobrazić. Włóż ją, chłopcze, na siebie, o, tak, 

to nic, że jest trochę za długa. A teraz ruszaj! Jak będziesz wracał, miń nas i idź dalej. Rób 

wszystko dokładnie tak, jak dwa lata temu! 

Per Erik zawahał się przez chwilę, ale uznawszy widocznie, że trzech policjantów to 

wystarczająca ochrona, oddalił się w kierunku zakrętu. 

Zrobiło  się  już  tak  ciemno,  że  niełatwo  było  dostrzec  sylwetkę  chłopca.  Mężczyźni 

czuli  się  nieswojo.  Wysoki  żywopłot,  który  biegł  wzdłuż  drogi  począwszy  od  jeziora,  dalej 

gubił się w nieprzeniknionej głębi lasu. Po drugiej stronie jeziora las trwał w nieprzyjemnej 

ciszy i martwym bezruchu. 

Trzej mężczyźni czekali w milczeniu, kiedy Per Erik zawróci i przejdzie obok nich. 

-  Czy  dostrzegacie  w  nim  coś  wyjątkowego?  -  spytał  Stein,  nie  wiedząc  zupełnie, 

dlaczego mówi przytłumionym głosem. - Może gdyby miał kaptur na głowie... 

- Nie - odparł Bårdsen, przyjrzawszy się uważniej chłopcu, który szedł im naprzeciw. - 

Wygląda  jak  każdy  młody  człowiek  Nie  różni  się  niczym  specjalnym  od  dzisiejszych 

młodych ludzi. 

-  Otóż  to!  -  powiedział  Stein.  -  Otóż  to!  Dwa  lata  temu  liczył  sobie  lat  piętnaście  i 

prawdopodobnie był jeszcze smuklejszy. Ponieważ miał kaptur na głowie, z daleka można go 

było  równie  dobrze  wziąć  za  dziewczynę.  Ale  kiedy  go  zdjął,  ten  odrażający  odgłos  prawie 

natychmiast ucichł. 

-  No  nie,  teraz  to  już  przesadzasz!  -  powiedział  Wangen  z  przyganą  w  głosie.  - 

Twierdzisz, że jezioro ma oko na dziewczyny? A ten drugi chłopak w zeszłym roku? 

-  Racja  -  przyznał  Stein.  -  To  były  tylko  takie  fantazje,  próba  znalezienia  jakiegoś 

wspólnego motywu. Zapomnijmy o tym! 

-  Cała  ta  historia  wydaje  się  właściwie  nierealna  -  rzekł  Wangen  już  bardziej 

pojednawczo. - Muszę przyznać, że nic z niej nie rozumiem. 

Wszyscy  czterej  skierowali  się  z  powrotem  do  głównej  drogi  i  do  samochodów. 

Zrobiło się już zbyt ciemno, by móc prowadzić dalsze dochodzenie. 

- Uważam, że ten pański z pozoru niedorzeczny pomysł coś jednak w sobie ma - rzekł 

w pewnej chwili Bårdsen do Steina. - Kilka razy sam wybrałem się tą drogą, żeby sprawdzić, 

czy  jezioro  rzeczywiście  w  jakiś  sposób  przyciąga  do  siebie  ludzi.  Nie  spostrzegłem  jednak 

niczego specjalnego. Czułem, rzecz jasna, słaby lęk przed tym miejscem, ale miał on źródło w 

mojej własnej wyobraźni. 

- Czyli już pan to zrobił - odezwał się Stein z uznaniem. - Bo właśnie myślałem o tym, 

background image

ż

eby  się  tędy  przejść,  ale  pewnie  jesteśmy  za  starzy  i  za  brzydcy  dla  wielbiącego  piękno 

małego leśnego jeziorka. Gdybyśmy jednak mieli jakąś odważną dziewczynę... 

- Ty chyba całkiem oszalałeś - jęknął Wangen. - Domyślam się, do czego zmierzasz. 

Pewnie my ukrylibyśmy się gdzieś w zaroślach i patrzyli, co się stanie? 

- No właśnie. Nils...! 

Odd Stein zatrzymał się nagle. 

-  Przecież  mamy  naszą  ambitną  koleżankę!  -  rzekł  z  błyskiem  przekory  w  oku.  - 

Nieustraszoną bratanicę komendanta. Jak to ona się nazywa? 

- Unni? 

- Unni, tak! Może poddamy ją próbie? Przekonamy się, ile odwagi i rozumu jest w tej 

ładnej osóbce tak spragnionej kariery! 

-  No  dobrze,  niech  będzie!  Tylko  musimy  zapewnić  jej  dobrą  ochronę,  bo  w  razie 

komplikacji wujek komendant raczej nie byłby z nas zadowolony. 

Była to decyzja, której mieli później gorzko żałować. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Odd  Stein  i  Nils  Wangen  wchodzili  właśnie  do  znanego  im  tak  dobrze  wydziału 

kryminalnego komendy głównej policji w Oslo, gdy do ich uszu dobiegły podniesione głosy. 

Zazwyczaj  tak  łagodny  Håkon  Svendsen  wyrzucał  właśnie  za  drzwi  dwóch  młodych 

policjantów. 

- Wynoście się! - wrzeszczał purpurowy na twarzy.  - Weźcie się wreszcie za robotę, 

zamiast mi się tu obijać! 

- Co tu się dzieje? - spytał spokojnie Stein. 

-  Och,  przepraszam,  nie  miałem  pana  na  myśli  -  odpowiedział  Svendsen,  ocierając 

rękawem  pot  z  czoła.  -  Jakie  to  szczęście,  że  pan  wrócił.  Już  nie  daję  sobie  rady  z  tymi 

pielgrzymkami, nie robię nic innego, tylko bez przerwy ich wyrzucam... 

- Chwileczkę - chciał wiedzieć Stein - kogo pan wyrzuca i dlaczego? 

Svendsen wskazał kciukiem przez ramię do tyłu i szepnął ochryple: 

- To wszystko przez nią. 

- Ach - powiedział tylko detektyw, co można było zinterpretować na wiele sposobów. 

- Jak to dobrze, że wróciliście wreszcie z tej wycieczki - westchnął Håkon Svendsen. 

-  Nie  jestem  pewien,  czy  to  rzeczywiście  była  wycieczka  -  odparł  gorzko  jego 

przełożony. - Zajmie się pan wszystkimi bieżącymi sprawami, a my za to uwolnimy pana od 

kłopotu i tę nieszczęsną kusicielkę zabierzemy do Lindehede. 

- Jeszcze tam wracacie? - nie potrafił ukryć zawodu Håkon. - A tymczasem na biurku 

wyrośnie góra papierów wyższa ode mnie. Wolałbym... 

Nikt jednak nie słuchał jego narzekań. 

-  Wpadliśmy  tylko  po  to,  żeby  zabrać  kilka  rzeczy  potrzebnych  do  prowadzenia 

dochodzenia  -  oświadczył  Odd  Stein  i  wchodząc  do  następnego  pokoju,  zwrócił  się  do 

powierzonej jego opiece praktykantki: - Unni, na ile poważnie traktujesz swoje obowiązki? 

Młoda dziewczyna podniosła się zza biurka. 

- Na tyle poważnie, że w każdej chwili mogę rzucić to klejenie kopert -  odparła, nie 

odrywając wzroku od blatu. 

Stein  zerknął  nie  bez  sceptycyzmu  na  szczupłą  sylwetkę  i  na  długie,  lakierowane 

paznokcie dziewczyny. 

- Czy jesteś odważna? Tylko nie myl odwagi z tupetem. 

- Tyle potrafię zrozumieć. Umiem strzelać, ale nie robię tego z zasady. Jeśli chce pan 

background image

poznać  raporty  z  przebiegu  mojej  wcześniejszej  praktyki  w  policji,  to  można  je  znaleźć  w 

wydziale głównym. 

Przyjrzał jej się badawczo, po czym westchnął głęboko i nieoczekiwanie spytał: 

- Czy chcesz być przynętą dla ludożerczego jeziorka w lesie? 

W twarzy bratanicy komendanta nie drgnął ani jeden mięsień. 

- Pewnie tak to nazywają miejscowi, a w rzeczywistości chodzi o coś zupełnie innego? 

Kobiety nie powinny być takie inteligentne, pomyślał Stein. 

- No właśnie - odrzekł krótko. - Nils Wangen i ja nie wierzymy w bajki. 

- Ani ja - dodała. - Czy mogłabym poznać trochę szczegółów, zanim kupię tego kota 

w worku? 

Nils Wangen wzdrygnął się na dźwięk słowa „kot”. W kontekście sprawy Lindehede 

brzmiało ono niezbyt przyjemnie. 

W  tym  momencie  Stein  przyznał  z  niechęcią,  że  Unni  zdobyła  kolejny  punkt:  nie 

powiedziała definitywnie „tak”, dopóki nie dowiedziała się, na co się godzi. 

-  Szczegóły  poznasz  potem  -  rzucił,  a  przypomniawszy  sobie,  czego  wymaga 

grzeczność, spytał z wyszukaną uprzejmością: - Jak ci się tu podoba? 

-  Wszyscy  chłopcy  byli  dla  mnie  naprawdę  słodcy.  Ostrzyli  mi  ołówki,  załatwiali 

różne sprawy, a nawet zreperowali krzesło... 

Stein wykrzyknął gwałtownie: 

- Nasi chłopcy mają co innego do roboty niż temperowanie ołówków! 

Nils Wangen uśmiechnął się do Unni krzywo i rzucił jej porozumiewawcze spojrzenie 

za plecami szefa. 

- Czy ty też wybierasz się nad to dziwaczne jezioro, mały przyjacielu? - zagadnęła. 

Wangen,  młodszy  i  zaledwie  kilka  centymetrów  wyższy  od  bratanicy  komendanta, 

nieco zbyt gwałtownie skinął głową. 

- Wspaniale! Wobec tego będę się tam czuła zupełnie bezpieczna. 

Trudno było nie zauważyć ironii w głosie dziewczyny. 

Ach, więc to tak? pomyślał Nils Wangen. Chcesz wojny, to ją będziesz miała! 

I od tej chwili nie ustawały utarczki między nimi. 

Podczas przerwy obiadowej Odd Stein zapoznał Unni ze sprawą Lindehede, unikając 

spojrzenia  krystalicznie  czystych  niebieskich  oczu  dziewczyny.  Zupełnie  nie  zwracał  uwagi 

na  przycinki  i  złośliwości,  jakimi  Wangen  i  Unni  cały  czas  obdarowywali  się  nawzajem. 

Niech się bawią, pomyślał. 

-  Czyli  ja  przejdę  się  nad  samym  jeziorem,  wsłuchując  się,  jak  mnie  przyzywa, 

background image

podczas gdy ty będziesz leżał ukryty w lesie, gotów w każdej chwili mnie uratować. 

-  Żadne  przyzywanie  -  sprostował  Nils  Wangen,  który  nie  mógł  oderwać  wzroku  od 

zjawiskowo pięknej dziewczyny - tylko wyczekujące, chciwe zgrzytanie zębami. 

-  Dzięki,  widziałam  już  w  swoim  życiu  sporo  kotów  spragnionych  krwi  -  odparła 

sucho. - Również je słyszałam. Nie musisz się wysilać. Zgadzam się. To może być zabawne. 

- Ale zdajesz sobie sprawę, że możesz sobie złamać paznokieć? - ostrzegł Wangen. 

- Chyba żartujesz? To niemożliwe! Prędzej kark. 

- To by było na razie wszystko - bąknął Stein. - O, idzie szeregowy Rosenlund. 

-  Och,  jaki  on  jest  słodki!  -  wyraziła  swój  zachwyt  Unni.  -  Przesiedział  przy  moim 

biurku całe dwa dni. Czy nie mógłby pojechać z nami jako moja podpora moralna? 

Stein, westchnąwszy, podniósł się z krzesła. 

- Wykluczone! Za godzinę bądźcie gotowi. Wyruszamy. 

Komendant  Bårdsen  był  jedyną  osobą  w  Lindehede,  która  znała  powód  przyjazdu 

ekipy  z  Oslo.  Im  mniej  wtajemniczonych,  tym  lepiej.  Ponieważ  jednak  musiał  akurat 

wyjechać  w  teren  w  innej  sprawie,  wobec  tego  dzień  później  na  skrzyżowaniu  dróg  pod 

Lindehede zatrzymali się tylko Stein, Wangen i Unni. 

- Trochę wystraszona? - spytał Stein z wyczuwalną nadzieją w głosie. 

- Nawet odrobinę! Nie wierzę w żadne widma ani duchy. Chociaż ubiegłej nocy śniło 

mi  się,  muszę  przyznać,  jakieś  ohydne  małe  jeziorko,  które  kłapało  i  zgrzytało  w 

sadystycznym  pożądaniu  i  chwytało  dziewice,  a  następnie  zjadało  je  doszczętnie,  nie 

pozostawiając żadnych śladów. 

- Milutka wizja - przyznał Wangen. - Czy opowiedziałaś ten sen Freudowi? Nawiasem 

mówiąc: czy ty jesteś dziewicą? 

Unni zaczerwieniła się. 

-  Trochę  przesadziłeś  -  rzuciła  ostro.  -  Poza  tym  przecież  nie  wszystkie  były 

dziewicami. W każdym razie jedna to mężatka, a druga... 

-  Czy  my  przypadkiem  nie  odbiegamy  od  tematu?  -  przerwał  im  Odd  Stein.  -  Nils, 

dajcie  spokój  tej  niedorzecznej  gadaninie.  Jesteście  przecież  w  pracy!  Posłuchaj,  Unni, 

potrzebujemy  piętnastu  minut,  żeby  dotrzeć  na  koniec  lasu  za  jeziorkiem.  Oczywiście, 

pójdziemy na skróty. A ty idź spokojnie drogą przez las, dojdź do krzyżówki na jego skraju i 

tam na nas poczekaj. Czy to jasne? 

- Tak jest! 

- I zwracaj uwagę na każdy najmniejszy szczegół! Każdy odgłos, każdy ruch i każde, 

jakby to powiedzieć, doznanie. 

background image

-  Tak  jest.  Tylko  miejcie  pistolety  w  pogotowiu,  chłopcy!  I  przypadkiem  nie 

spudłujcie, kiedy to groźne jezioro się na mnie rzuci! 

Ż

arty żartami, ale w tym lesie zniknęło przecież bez śladu pięcioro ludzi. 

Stein  i  Wangen  byli  już  na  miejscu,  dobrze  ukryci  wśród  drzew.  Między  liśćmi 

widzieli otwartą przestrzeń z małym oczkiem wodnym, na wpół ukrytą drogę, a w tle czarną 

ś

cianę świerków, tworzącą wysoki żywopłot. 

Nie  musieli  długo  czekać  na  Unni,  która  niebawem  pokazała  się  na  drodze.  Zbliżała 

się  do  skraju  lasu;  młoda  kobieta  wyglądała  na  całkowicie  beztroską  i  zajętą  własnymi 

myślami. 

- Urocza dziewczyna - szepnął Wangen. 

Odd nic nie powiedział. 

Kiedy  znalazła  się  przy  jeziorku,  jej  sylwetka  odcinała  się  wyraźnie  na  tle  ciemnego 

ż

ywopłotu. 

Ani  razu  nawet  nie  spojrzała  w  ich  stronę,  zauważyli  jednak,  że  zerknęła  na  jezioro, 

kiedy, nie zatrzymując się ani na sekundę, przeszła obok niego. Po chwili znowu zniknęła w 

lesie. 

- Idziemy - powiedział cicho Stein. - Na krzyżówkę po drugiej stronie. 

Przedzierali się bezszelestnie przez leśną gęstwinę. Na skrzyżowaniu czekała na nich 

Unni. Znajdowali się teraz na terenie innej gminy, ale nigdzie nie widzieli ani jednego domu. 

To chyba gdzieś niedaleko stąd mieszka Reidar, chłopak Ingrid Andersen. 

- No i co? - odezwał się Stein. 

- Nic! Odrażające miejsce, ale potwora ani widu, ani słychu. 

Odd Stein zacisnął mocno szczęki. 

- Oczywiście, można założyć, że ktoś dla zabawy zostawia swoje ubranie na brzegu, a 

sam  znika,  żeby  ludzie  myśleli,  że  utonął.  Mógłbym  zrozumieć,  gdyby  zrobiła  coś  takiego 

jedna  osoba,  no,  może  dwie.  Ale  pięć?  Poza  tym  chyba  żadna  z  nich  nie  miała  powodu,  by 

zniknąć, wyjechać gdzieś daleko. Co się dzieje, Unni? - zwrócił się do swojej podopiecznej, 

widząc w jej oczach lekki niepokój. 

- Powiedział pan, że mam mówić o wszystkim, również o odczuciach? 

- Tak. 

- Ale to jest głupie! 

- Głupie czy nie, mów! 

Ś

ciągnęła brwi. 

- Nie należę do strachliwych - zaczęła z lekkim ociąganiem - ale to było jakieś takie 

background image

dziwne.  -  Minęła  chwila,  zanim  zdołała  znaleźć  odpowiednie  słowa.  -  Sama  nie  wiem... 

Poczułam  ciarki  na  plecach  i  lodowate  zimno.  Miałam  poczucie,  że  ktoś,  albo  coś,  na  mnie 

czyha. Nie, to właściwie śmieszne. Prawdopodobnie czułam po prostu waszą obecność. 

-  Czy  mogłabyś  zrobić  to  jeszcze  raz?  Pójść  tą  samą  drogą,  tylko  w  odwrotnym 

kierunku? 

- Oczywiście. 

-  Chodzi  nam  o  to,  żebyśmy  mogli  podejść  do  całej  tej  sprawy  w  sposób  trzeźwy  i 

rzeczowy, eliminując ewentualny wpływ emocji i sugestii. 

-  Chyba  nie  chce  pan  powiedzieć,  że  wierzy  w  te  bzdury  o  hipnotycznym  działaniu 

jeziorka?  -  spytała  Unni  lekko  rozbawiona.  -  Że  ludzie  wskakują  do  niego,  jakby  w  dziwny 

sposób przyciągani. Jeśli o mnie chodzi, jestem przekonana, że wszystkie rzekome ofiary żyją 

gdzieś sobie na jakiejś rajskiej wyspie daleko od północnych zimnych wiatrów i świetnie się 

mają. Albo może istnieje jakiś związek między nimi, prawdopodobnie mieli coś do ukrycia i 

zniknęli, zrzucając winę na niewielkie, Bogu ducha winne jeziorko. 

- Czyli nie wierzysz w to, że oni nie żyją? 

- Absolutnie. 

Stein zawahał się przez chwilę. 

-  Tym  razem  Wangen  i  ja  nie  będziemy  stać  tak  blisko  jeziora.  Mam  ochotę  zrobić 

mały eksperyment. Chciałbym poznać twoje wrażenia bezpośrednio, czyli w tej samej chwili, 

kiedy ich doznajesz. 

- Nie bardzo rozumiem. 

- Nils, pokaż nam ten aparat, który dostaliśmy od znajomego angielskiego wynalazcy. 

Wangen  otworzył  niewielką  skrzyneczkę,  która  już  od  dawna  wzbudzała  ciekawość 

Unni. 

-  To  jest  mały  nadajnik  -  wyjaśnił  Stein,  wysuwając  antenę  i  wskazując  na  kilka 

przycisków.  -  Tak  naprawdę  to  jest  niezwykle  nowoczesny  nadajnik  szpiegowski.  Istnienie 

tego  urządzenia  trzymane  jest  w  tajemnicy,  ale  jego  wynalazca  to  mój  dobry  przyjaciel  i 

dlatego go dostałem. W samochodzie zaś mam odbiornik, ale jest za duży, żeby go nosić. My 

nie  możemy  nadawać  do  ciebie,  ty  natomiast  będziesz  mogła  wszystko  nam  relacjonować. 

Trzymaj aparat jak najbliżej ust, ale tak, żeby go nie było widać. 

Unni wypróbowała kilka sposobów. 

- Mogę iść z rękami skrzyżowanymi z przodu. Albo nieść go pod pachą. 

- Nadajnik nie ma zbyt dużego zasięgu, dlatego postaram się wjechać samochodem do 

lasu tak blisko jeziorka, jak tylko się da - obiecał Stein. 

background image

-  Ale  jak  będzie  nam  przekazywać  relację?  -  zastanawiał  się  Wangen.  -  Przecież  nie 

będzie szła i mówiła do siebie jak jakaś sklerotyczna staruszka! 

To rzeczywiście był problem. 

-  Mogę  śpiewać  -  oznajmiła  nieoczekiwanie  Unni.  -  Bez  obawy,  mam  nie  najgorszy 

głos, nie rozbolą was uszy. 

- Tylko nie wrzeszcz! - ostrzegł ją Nils Wangen. 

-  Będę  nucić  najcudowniejsze  pieśni  miłosne.  Jaka  jest  twoja  ulubiona  melodia? 

„Jimmy  Sailor”?  Nie,  za  krótki  tekst.  Nie  martwcie  się,  coś  znajdę.  Znowu  pójdziecie  na 

skróty? 

- Tak. Potem wjedziemy samochodem do lasu i na ciebie poczekamy. 

- Nils, kochanie, masz liść za uchem. Jak Carmen - powiedziała słodko Unni. - A we 

włosach pełno sosnowych igieł. 

- To bardzo dobrze - odparł poważnie Wangen. - Zbieram je sobie do kąpieli. 

- To ty się kąpiesz? 

- Czasami na Boże Narodzenie, w zależności od tego, czy muszę czy nie. 

-  Idziemy  -  przerwał  im  Odd  Stein.  -  Zanim  zaczniecie  naprawdę  obrażać  się 

nawzajem. Unni, ruszysz stąd dokładnie o jedenastej trzydzieści. 

W  chwilę  później  Wangen  i  Stein  stali  już  przy  samochodzie.  Przejechali  krótki 

odcinek drogi przez las, po czym się zatrzymali i włączyli odbiornik. 

Najpierw, jak zwykle na początku, rozległy się trzaski i piski; potem odezwał się głos 

Unni, co do sekundy o godzinie 11.30, i to na tyle wyraźnie, że mogli odróżnić słowa. 

- Wchodzę do lasu. Przez trzy pierwsze minuty nie będę nadawać, bo w tej części lasu 

nie ma nic ciekawego. 

Wangen  pokiwał  głową  z  uznaniem.  Zmierzyła  czas,  idąc  tamtędy  pierwszy  raz. 

Sprytna dziewczyna! 

Wyłączyli więc odbiornik na dwie i pół minuty po czym uruchomili go znowu. 

Po kilkunastu sekundach usłyszeli głos dziewczyny. 

-  Zbliżam  się  teraz  do  tego  miejsca  i  zaraz  przejdę  do  śpiewu,  jeśli  nie  macie  nic 

przeciwko temu. Postaram się zachowywać poważnie. 

I zaczęła śpiewać. Wybrała melodię starej rosyjskiej pieśni ludowej „Wołga, Wołga”. 

Czasami  nie  zgadzały  się  wiersze,  słowa  były  dzielone  nie  tak  jak  trzeba,  ale  solistka 

niewzruszenie śpiewała dalej. 

- Wyszłam na wolną przestrzeń - nuciła. - I nie czuję zupełnie nic. Zatrzymam się nad 

jeziorem. Żeby się przekonać, czy doznam czegoś dziwnego. Myślę jednak, że to wszystko to 

background image

czyste bzdury. 

Na moment zapadła cisza. Po chwili Unni rozpoczęła następną zwrotkę. 

- Muszę przyznać, że czuję się jakoś dziwnie. Stein, to jest coś niesamowitego, ale nie 

wiem, co tu się tak naprawdę dzieje. O mój Boże, słyszę ten dźwięk! Nie, to jest okropne! 

Z  trudem  dopasowywała  słowa  do  rytmu  melodii.  Mimo  zakłóceń  wyraźnie  słyszeli 

przerażenie w jej głosie. 

-  Chyba  lepiej  stąd  pójdę  -  śpiewała.  -  Idę  brzegiem  jeziora.  Ale  ten  dźwięk  jest 

naprawdę  przerażający.  Nie  chcę  już  tu  być.  Muszę  szybko  się  stąd  wydostać,  żeby  to...  to 

jest. Och! 

Ten okrzyk nie należał już do piosenki. Stein i Wangen skamienieli. 

- Pędź do niej tą drogą! - krzyknął Odd Stein. - Unni! 

Ona jednak nie mogła go oczywiście usłyszeć. Nils Wangen był już daleko. 

Jej  głos  przeszedł  teraz  w  niewyraźny  szept.  Stein  zrozumiał,  że  musiała  trzymać 

nadajnik tuż przy ustach. Już nie śpiewała. 

- Stein! Stein, słyszy mnie pan? - szeptała ogarnięta paniką. - To jakiś obłęd! Muszę 

stąd uciekać, i to szybko! To nie jezioro. To żywopłot! 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Dobry Boże, pomyślał Stein. Nie wiedział, czy powinien traktować słowa dziewczyny 

poważnie czy się śmiać. W gruncie rzeczy to wszystko brzmiało dość groteskowo - najpierw 

ż

ywe  jeziorko,  a  teraz  z  kolei  żywy  żywopłot.  Ale  cała  ta  okolica  miała  w  sobie  coś 

nieopisanie  niesamowitego,  głos  Unni  zdradzał  bezgraniczny  strach,  a  pięć  osób  zniknęło 

bezpowrotnie i bez śladu. Chyba jednak trzeba podejść serio do tej sprawy. 

Był  pełen  uznania  dla  dziewczyny,  która  mimo  wszystko  na  tyle  zachowała 

przytomność umysłu, że nie pozbyła się nadajnika. 

- Biegnę wzdłuż żywopłotu, a to jest cały czas za mną - dyszała przerażona. - Zupełnie 

jakby cały ten żywopłot żył i chciał mnie schwytać. Straszny, przerażający dźwięk. 

Nagle  z  głośnika  doszedł  jej  stłumiony  krzyk.  Odd  Stein  zmusił  się,  by  zostać  przy 

odbiorniku. Miał nadzieję, że Nils Wangen zaraz dotrze do Unni. 

Znowu jej głos. Szeptała gorączkowo poprzez bezradne łkanie: 

- Coś mnie ściga, nie wiem co. Na pomoc, ratunku! 

Krzyk dziewczyny nagle zamarł jakby rozwiany przez wiatr. 

Stein  wyłączył  odbiornik  i  puścił  się  pędem  drogą  przez  las.  Biegł  tak  szybko  jak 

nigdy dotąd, ale droga wydawała się nieskończenie długa. 

Po kilku metrach dostrzegł daleko przed sobą Nilsa, a już po chwili, ku wielkiej uldze, 

także  Unni,  która  wpadła  prosto  w  ramiona  swego  przeciwnika.  Gdy  Odd  Stein  znalazł  się 

przy obojgu, powiedział szybko: 

- Chodźcie! Musimy tam pójść. Nie mamy ani sekundy do stracenia. 

Po oczach Unni było widać, że nie chce spełnić tego polecenia. 

- Przenigdy! Źle się czuję. Nie chcę tam wrócić. 

- Baba! - prychnął Stein, co natychmiast wywołało pożądaną reakcję. 

- W porządku - odparła wściekła. - Pójdę z wami. 

Sinozielona ze strachu, dygotała na całym ciele, jakby jej było zimno. 

- A nadajnik? Gdzie go masz? - spytał Stein. 

- Myślałam, że to coś zaraz mnie złapie - wyjaśniała, szczękając zębami. - Rzuciłam 

go więc daleko przed siebie, żeby nie dostał się w niczyje ręce. Najpierw złożyłam antenę. 

-  To  dlatego  twój  krzyk  nagle  zrobił  się  taki  przytłumiony  -  powiedział  Stein.  - 

Postąpiłaś bardzo rozsądnie. Mam tylko nadzieję, że go teraz odnajdziemy. 

Dość szybko dotarli do miejsca, w którym żywopłot biegł już poza linią lasu wzdłuż 

background image

drogi. 

- To tutaj! Tutaj coś nagle znalazło się za mną - wyjaśniła. - Coś, co dotknęło mojego 

ramienia. 

- Tak blisko? - przerwał jej Stein. - Nie odwróciłaś się, żeby zobaczyć? 

- To było ponad moje siły - odparła skruszona. - Poza tym nie mogłam sobie pozwolić 

na stratę choćby ułamka sekundy. 

- Słusznie. Czy to tutaj rzuciłaś nadajnik? Nils, przeszukaj te zarośla! 

Wangen bez trudu znalazł urządzenie, po czym już we trójkę kontynuowali rozmowę 

przytłumionymi głosami. 

Unni opowiadała: 

-  Odwróciłam  się,  kiedy  jeszcze  byłam  parę  metrów  przed  żywopłotem.  Ale  wtedy 

niczego nie zauważyłam. 

- Niczego? Chcesz powiedzieć, że to coś zniknęło? 

- Tak. Nils głośno krzyknął w lesie i pewnie właśnie wtedy uciekło. 

- Gdzie? Gdzie tu można zniknąć? 

- Nie wiem. 

- Unni - spokojnie zwrócił się do dziewczyny Wangen - czy ty fantazjujesz? 

- Skąd, daję słowo, że nie! - zapewniła. 

-  To  jasne,  że  nie  zmyśla  -  rzekł  Stein,  który  szedł  już  wzdłuż  żywopłotu,  chcąc 

zbadać go dokładnie. - Lepiej mi pomóżcie, zamiast stać w miejscu i mleć językami. 

Przeszukali  żywopłot  od  jednego  końca  do  drugiego,  ale  nie  znaleźli  w  nim  nawet 

najmniejszego  otworu,  przez  który  można  by  się  prześlizgnąć.  Tuż  przy  ziemi  był  suchy  i 

nieopisanie szczelny. Młode nieduże drzewka, które próbowały przebić się do światła, umarły 

wskutek braku słońca. 

- Opowiedz nam, co słyszałaś za sobą - zwrócił się Stein do Unni. 

Dziewczyna  nadal  się  trzęsła.  Policjant  widział,  że  jest  już  skrajnie  wyczerpana,  ale 

mimo to stara się udowodnić, że jest równie dobra jak każdy z nich. 

-  To  było  tak,  jakby  ten  żywopłot  nagle  ożył  -  zaczęła.  -  A  właściwie  to  jakby  ktoś 

spadał  z  gałęzi  na  gałąź  w  tym  poplątanym  ciemnym  gąszczu  i  wiódł  za  mną  swymi 

błyszczącymi, chciwymi oczami. 

- Teraz to trochę przesadzasz! - stwierdził zimno Stein. - Przecież nie widziałaś tych 

oczu? 

- Nie, nie widziałam - bąknęła potulnie. 

Stein zerknął na nią i bez wahania zdecydował: 

background image

- Wynosimy się stąd. To miejsce wyraźnie ci nie służy. I tak na razie do niczego nie 

dojdziemy. Musimy spróbować rozgryźć to w inny sposób. 

Doszli do samochodu, wyjechali z lasu i wrócili do hotelu, w którym się zatrzymali, o 

ile  w  ogóle  można  było  to  miejsce  nazwać  hotelem,  raczej  letnią  kwaterą  w  chłopskim 

gospodarstwie. To właśnie ów budynek miał za parę lat ustąpić miejsca stacji benzynowej. 

Gdy gospodyni podawała im obiad, Stein spytał ją od niechcenia: 

- Kto jest właścicielem majątku? 

- Majątku Lindehede? Tildemowie. Strasznie wytworni ludzie. 

W  jej  głosie  dało  się  wyczuć  pewną  powściągliwość,  jakby  miała  na  myśli  to,  że 

istnieją różne rodzaje wytworności. 

- Tildemowie? - powtórzył z namysłem. - Nigdy nie słyszałem tego nazwiska. 

-  Ja  też  ich  nie  znam.  Kupili  tę  posiadłość  pięć  lat  temu,  kiedy  umarła  stara  panna 

Hahn. Nie zadają się z nikim ze wsi. Nawet nie wiadomo, skąd pochodzą. Ale są wytworni. 

- Czy to duża rodzina? 

Gospodyni obejrzała się za siebie, jakby obawiała się, że ktoś mógłby ją usłyszeć. 

- Ludzie powiadają, że oni są przeklęci - wyszeptała. 

- Jak to przeklęci? 

-  No  nie  wiem.  Tak  czy  siak,  właściciele  majątku  to  Patrik  i  Marianne  Tildemowie. 

Ona  musiała  być  za  młodu  bardzo  piękna,  tak  mówią  ci,  którzy  widzieli  ją  z  bliska.  Mają 

dwoje  dzieci,  syn  jest  już  przystojnym  mężczyzną,  a  córka  nie  skończyła  chyba  jeszcze 

dwunastu  lat.  Mieszka  tu  też  ojciec  Patrika,  nieprzyjemny  stary  diabeł,  który  przesiaduje  w 

swoim pokoju i na wszystkich wrzeszczy. Poza tym jest też brat właściciela, ale jego nigdy 

nie widzieliśmy. 

- Mają jakąś służbę? 

- Tylko dwoje, Kraussa i jego żonę. Nikt tam nie chce być. 

- Dlaczego? 

Kobieta znowu zniżyła głos do szeptu. 

-  Ludzie  mówią,  że  nie  podoba  im  się  w  tym  domu.  Wszystko  jest  takie  tajemnicze, 

jakieś  niesamowite.  Na  każdym  kroku  nie  wolno  robić  tego  albo  tamtego,  wejść  tam  albo 

siam. Właściciel to trudny do zniesienia typ wojskowego, jego ojciec jest okropny,  a syn to 

obibok i, mówiąc szczerze, nie przepuści żadnej dziewczynie. Naprawdę żal mi tylko tej miłej 

pani Tildem, nie mówiąc już o jej małej córeczce Alice. Ostatnio znowu zamieścili ogłoszenie 

w gazecie, że poszukują pomocy domowej, ale nikogo nie znajdą, mogę dać głowę. 

- Mam znajomego, który... - zaczął ostrożnie Stein. - Może znalazłoby się tam jakieś 

background image

zajęcie dla ogrodnika, nie wie pani? 

-  Chyba  nie.  Wszystkie  męskie  roboty  wykonuje  tam  Krauss.  Tildem  nie  wpuszcza 

ż

adnego chłopa za bramę, ma ogromne owczarki, które pilnują majątku. To chyba zazdrość, 

wie pan! 

Stein  poprosił  o  lokalną  gazetę  i  przejrzał  ogłoszenia.  Znalazł  to,  które  go 

interesowało: 

„Zatrudnię godną zaufania kobietę jako pomoc domową, a także do opieki nad moim 

starym ojcem. Dobre wynagrodzenie. Tildem, majątek Lindehede”. 

- Była tam pani kiedyś? - spytał Stein. 

-  Jeszcze  za  czasów  starszej  pani.  Już  wtedy  główny  budynek  przypominał  zamek 

duchów,  a  teraz  wygląda  pewnie  jeszcze  gorzej.  Ci,  co  tam  byli,  mówią,  że  Tildemowie 

przenieśli się do jednego ze skrzydeł. 

Gdy kobieta wróciła do swoich zajęć, na chwilę zapadła cisza. 

-  Domyślam  się,  jakie  nowe  zadanie  mnie  teraz  czeka  -  zaczęła  trochę  agresywnie 

Unni. 

-  Właśnie  się  zastanawiam  -  odpowiedział  jej  Stein.  -  Nie  jestem  przekonany,  czy 

powinienem  narażać  młodą  niedoświadczoną  dziewczynę.  Tylko  bez  protestów.  Doceniam 

twoje dobre chęci i gotowość współpracy, ale nie masz jeszcze dość praktyki. Wiele bym dał, 

ż

ebym ja sam mógł się tam znaleźć, jednakże... 

- A czy ona nie mogłaby się tam zgłosić tylko jako kandydatka do pracy, a potem w 

razie czego się nie zatrudnić? - zaproponował Wangen. 

Stein skinął głową. 

- To właśnie chciałem powiedzieć. Nawet jeśli tylko się zorientujemy, jak to wszystko 

wygląda od środka i co się tam dzieje, to i tak będzie dużo. Albo może uda ci się wymyślić 

jakiś  sposób,  żebyśmy  mogli  tam  wejść.  W  tym  czasie  ja  z  Nilsem  spróbujemy  znowu 

przypuścić atak na żywopłot. O zmroku, żeby przypadkiem nikt nam nie przeszkodził. 

- Naprawdę zdobędziecie się na to? - spytała Unni, robiąc wielkie oczy ze zdziwienia. 

-  To,  co  czai  się  w  tym  żywopłocie,  wszystko  jedno  co  by  to  było,  atakuje  jedynie 

osoby samotne. I zawsze w biały dzień. 

- Co to jest, pana zdaniem? 

-  Ptaki  -  oświadczył  zdecydowanie  Stein.  -  Albo  jeden  ptak.  Tylko  ptaki  mogą 

poruszać  się  w  ten  sposób  w  tak  gęstym  żywopłocie.  A  to,  co  otarło  się  o  twoje  ramię,  to 

pewnie było ptasie skrzydło. Ptaki umieją też łatwo znikać. 

Unni zastanowiła się przez chwilę. Nie wyglądała na przekonaną. 

background image

- A ci, co utonęli? Co się z nimi stało? 

-  Jeszcze  nie  wiem.  Ale  mam  zamiar  do  tego  dojść.  No  to  co?  Wolisz  poczekać  do 

jutra czy może...? 

Wyraz  twarzy  Unni  wystarczył  za  odpowiedź.  Poczekałaby  nie  jeden  dzień,  ale 

najchętniej  cały  tydzień,  wiedziała  jednak,  że  musi  działać  jak  najszybciej,  tego  od  niej 

oczekiwano. 

- Pójdę dzisiaj - oświadczyła zdecydowanie. 

-  Ale  musisz  coś  ze  sobą  zrobić  -  stwierdził  Stein.  -  Nie  wyglądasz  na  zahukaną 

służącą.  A  jak  przed  chwilą  słyszeliśmy,  syn  Tildemów  to  typ  kobieciarza.  Musimy 

zredukować do minimum twoją atrakcyjność. 

- To ja jestem atrakcyjna? - rzuciła kokieteryjnie. 

- Najlepiej spytaj o to Nilsa - odparł sucho Stein. - No, to jak? Wchodzisz w to? 

Spojrzała na niego, udając zagniewaną, ale po chwili się uśmiechnęła. 

- Jak pan sobie życzy. To może być nawet zabawne. 

Gdy  Nils  Wangen,  zrobiwszy  rundkę  po  wsi,  w  godzinę  później  wszedł  do  pokoju, 

zastał w nim jedynie Steina i jakąś niezdarną dziewczynę, która sprzątała w pokoju. Miała na 

sobie  brzydką,  za  dużą  sukienkę  o  staromodnym  fasonie,  włosy  z  przedziałkiem  z  boku, 

spięte spinką na wysokości jednego ucha, a drugie ucho schowane. Pończochy pościągały jej 

się w obwarzanki, stopami w ciężkich butach zamiatała do środka. 

- Dzień dobry - powiedział Wangen. - Czy Unni już poszła? 

Gdy  dziewczyna  wbiła  w  niego  tępy  wzrok,  nagle  ją  rozpoznał  i  wybuchnął 

ś

miechem. 

-  Świetnie,  naprawdę  wspaniale,  Unni!  -  śmiał  się  rozbawiony.  -  Chyba  nikomu  nie 

przyjdzie do głowy, żeby się za tobą uganiać. 

-  Dowiedziałeś  się  czegoś  ciekawego  we  wsi?  -  spytał  Stein,  wyraźnie  dumny  ze 

swojego dzieła. 

-  Nie,  wszyscy  robią  się  strasznie  tajemniczy  i  milczący,  gdy  tylko  pada  pytanie  o 

majątek. Jedyną osobą, która czasami bywa we wsi, jest pani Krauss, ale ona nigdy nie zniża 

się do tego, żeby rozmawiać ze zwykłymi śmiertelnikami. Czasami właściciel albo jego syn 

przemkną samochodem po drodze do Oslo. Pozostali pokazują się rzadko. 

- A czy w majątku nie ma stajni, obory i podobnych rzeczy? 

-  Owszem,  są.  Pracuje  tam  parę  osób,  ale  pod  żadnym  pozorem  nie  wolno  im 

wchodzić  na  główny  dziedziniec.  Jedyną  osobą,  z  jaką  Tildemowie  się  kontaktują,  jest 

Krauss. 

background image

- A może udało ci się dowiedzieć, co to znaczy, że oni są „przeklęci”? 

Wangen prychnął zniecierpliwiony. 

-  Takie  tam  chłopskie  gadanie!  Istnieje  we  wsi  jakaś  sekta  religijna,  jej  członkowie 

twierdzą, że nad majątkiem Lindehede wiszą ciągle ciemne chmury. To znak potępienia. 

- Jest już popołudnie. Czy to nie za późno, żeby tam iść? - spytała Unni. 

Stein spojrzał na zegarek. 

-  Nie,  nie  sądzę.  Podwieziemy  cię  najbliżej  jak  się  da,  a  potem  już  sama  znajdziesz 

drogę. 

Kilka  minut  później  samochód  stał  ukryty  za  gąszczem  krzewów  w  pobliżu  lipowej 

alei, która prowadziła do majątku. Dom nie był stąd widoczny, ponieważ od tej strony otaczał 

go niczym twierdzę nie do zdobycia wysoki mur. 

Odd Stein udzielał Unni ostatnich instrukcji. 

-  Masz,  weź  ze  sobą  nadajnik  i  używaj  go  najczęściej  jak  się  da.  Tylko  dobrze  go 

ukryj! Widziałem plan majątku i wiem, gdzie leży główny budynek. Wydaje mi się, że tutaj 

powinniśmy  jeszcze  bez  kłopotu  cię  odbierać,  może  tylko  trochę  słabiej.  Połączymy  się  z 

tobą, powiedzmy, za trzy kwadranse, po rozmowie z właścicielami. A jeśli już w tym czasie 

stamtąd wyjdziesz, to tym lepiej. No, powodzenia! 

Unni  próbowała  dojrzeć  w  twarzy  Steina  choćby  cień  zwyczajnego  ludzkiego 

zainteresowania i niepokoju o nią. Niestety, niczego takiego nie dostrzegła. 

Patrzyli  za  nią,  gdy  szła  powoli  długą  aleją  w  kierunku  bramy.  Zatrzymała  się  przy 

niej i, zamieniwszy z kimś kilka słów, została wpuszczona do środka. 

Niedługo potem w aparacie odezwał się jej głos. 

-  Jestem  w  środku!  Idę  teraz  sama  żwirową  alejką  przez  park.  Bramę  otworzył  mi 

chyba  ten  Krauss.  Jeśli  chcielibyście  poznać  goryla  z  wielkim  brzuchem  piwosza,  to 

powinniście go zobaczyć. Miał lubieżne spojrzenie i patrzył na mnie podejrzliwie, ale chyba 

dosyć  dobrze  odegrałam  swoją  rolę  nierozgarniętej  wiejskiej  gąski,  bo  mnie  wpuścił.  Teraz 

widzę przed sobą dom. A właściwie domy: główny budynek i dwa skrzydła. O Boże, może ja 

jednak  zawrócę?  Czegoś  tak  paskudnego  jak  ta  stara  ruina  jeszcze  nie  oglądałam.  W 

martwych  oknach  wiszą  jakieś  strzępy  firanek,  a  od  ścian  odpada  tynk.  Cała  ta  buda  jest 

szaroczarna.  Weranda  niedługo  przestanie  istnieć.  W  oknach  na  poddaszu  gnieżdżą  się 

dziesiątki nietoperzy. 

Im bardziej oddalała się od odbiornika, tym jej głos robił się coraz słabszy. 

-  Mam  nadzieję,  że  będzie  ją  słychać  ze  środka  -  bąknął  Odd  Stein.  -  To  strasznie 

irytujące, kiedy człowiek siedzi tu bezczynnie, a jakaś młoda dziewczyna wykonuje za niego 

background image

całą robotę! Muszę się tam jakoś dostać, Nils! Jeszcze nie wiem jak, ale muszę! 

Zupełnie jakby usłyszała, co powiedział, rzekła: 

-  Myślę,  że  powinniście  być  ostrożni,  bo  Krauss  jest  uzbrojony.  Ma  duży  sztucer 

myśliwski.  Ratunku,  słyszę  jakieś  psy!  Zawracam,  Stein!  Szczekają  tak,  jakby  mnie  chciały 

pożreć. Ale nigdzie ich nie widać. Tutaj stoją tylko trzy budynki, cała reszta musi być gdzieś 

z tyłu. Park jest stary i brzydki. Drzewa wyglądają zupełnie tak jak w ponurych baśniach: są 

sękate,  mają  długie  ramiona  i  oczy,  i  podobne  rzeczy.  Krauss  powiedział,  że  właściciele 

mieszkają w prawym skrzydle. Właśnie tam idę. Usłyszymy się za około pół godziny. 

Stein wyłączył odbiornik i spojrzał na zegarek. 

- To za mało czasu, żeby dojść do żywopłotu. Wobec tego poczekamy tutaj. 

Siedzieli  w  samochodzie,  rozmawiając  o  wszystkim  i  o  niczym.  Wangen  był 

niespokojny.  Nigdy  nie  lubił  takiego  bezczynnego  siedzenia  i  czekania  nie  wiadomo  na  co. 

Co parę minut włączał odbiornik. 

- Nie podoba mi się ten więzienny mur - wyjaśnił, widząc karcące spojrzenie Steina. 

Gdy minęło pół godziny, Odd Stein sam uruchomił aparat. 

- Myślę, że rozmowa na pewno już się skończyła. I Unni idzie drogą przez park. 

Ale w odbiorniku dał się słyszeć tylko jednostajny szum. 

- Jeszcze nie włączyła nadajnika - powiedział z niepokojem Wangen. 

Odd  wyjrzał  ostrożnie  z  samochodu.  Aleja  była  pusta.  Nie  szła  nią  żadna  smukła 

postać. 

- Jakoś to długo trwa - westchnął pięć minut później, gdy odbiornik nadal milczał. 

Po kolejnych dziesięciu minutach Nils Wangen spytał zdenerwowany: 

- Co robimy? Przypuszczamy atak na tę twierdzę? 

Ale Stein fuknął na niego. 

- Cicho, coś słychać! Czyjś głos. Nadajnik jest włączony. 

Obaj  przyłożyli  uszy  do  dużego,  nieporęcznego  urządzenia,  które  zajmowało  pół 

tylnego siedzenia. 

- Słyszysz? - wykrzyknął Stein. - To ona! 

Z dużym trudem wyławiali z jednostajnego szumu strzępy wypowiadanych przez Unni 

słów. 

-  Możecie  już,  chłopcy,  na  dobre  wyłączyć  odbiornik,  bo  będę  musiała  schować 

torebkę.  Jestem  teraz  w  niewielkim  pomieszczeniu  na  górze  we  wschodnim  skrzydle.  Mam 

nadzieję, że mnie słyszycie? 

Głos zniknął na kilka sekund w intensywnym szumie, po czym powrócił, ogłuszająco 

background image

silny, aż wreszcie zamarł znowu. 

-  Dostałam  pracę!  -  rozległo  się  po  chwili.  -  Wszyscy  tutaj  są  tacy  mili  i  naprawdę 

mnie  potrzebują.  Pani  Tildem  niezbędna  jest  pomoc  przy  starym  teściu,  wobec  tego 

wykorzystałam  okazję  i  zapewniłam  panu,  Stein,  pobyt  w  majątku.  Wspaniale,  prawda? 

Powiedziałam,  że  chętnie  przyjęłabym  tę  posadę,  ale  mam  starego  ojca,  którego  muszę 

doglądać. Po krótkiej dyskusji w gronie rodzinnym właściciele przystali na to, żebyś ty, stary, 

kochany  ojczulku,  zamieszkał  w  zachodnim  skrzydle  i  w  każdej  chwili,  w  razie  potrzeby, 

miał  mnie  pod  ręką.  Lepsze  już  takie  rozwiązanie,  niż  gdybym  musiała  wędrować  w  tę  i  z 

powrotem do domu. Chcą po prostu, żebym była do dyspozycji o każdej  porze dnia i nocy. 

Proszę pamiętać, ma pan chorą nogę, prawie nie wstaje pan z łóżka i jest już sklerotycznym 

starcem. 

Stein ciężko westchnął. 

- Stary ojciec! Nie mogłaś powiedzieć: brat? No, już dobrze, dobrze. Nie najgorzej to 

wymyśliłaś. 

-  Dasz  sobie  radę  -  uśmiechnął  się  szyderczo  Wangen.  -  A  może  by  się  jej  udało 

przeszmuglować także mnie? Psst, znowu ją słychać. 

- ...niech pan pamięta, umówiłam się, że jeśli nie wrócę do domu dziś wieczorem, to 

pan przyjdzie jutro pod bramę o ósmej rano. Więcej opowiem jutro, bo teraz muszę już zejść 

na dół i pomóc pani. Chcę jeszcze tylko dodać, że Krauss patroluje park co godzina z psami, a 

na noc są w ogóle spuszczane. Ale poza tym wszyscy sprawiają nawet dosyć miłe wrażenie. 

Właściciel  Patrik  Tildem  to  przystojny  mężczyzna  po  pięćdziesiątce,  a  syn  jest  po  prostu 

cudowny.  Nie  wiem,  którego  najpierw  mam  uwieść:  jego  czy  ojca.  Ale  po  tym,  co  pan  ze 

mnie zrobił, nie mam chyba szansy u żadnego. 

- Do rzeczy, dziewczyno - powiedział niecierpliwie Stein. 

-  Pani  zaś  to  zwiędła  piękność,  z  gatunku  tych  jasnowłosych  aniołów,  których  ciało 

szybko  traci  jędrność  i  nabiera  pulchnych  kształtów.  Córeczka  Alice  jest  naprawdę  słodka, 

jestem już z nią zaprzyjaźniona i na pewno uda  mi się z niej wyciągnąć  trochę sekretów na 

temat  majątku.  Teścia  jeszcze  nie  widziałam.  Myślę,  że  na  ich  wszystkie  pytania 

odpowiedziałam  tak,  jak  na  taką  nierozgarniętą  osobę,  jaką  tu  gram,  przystało.  Cały  czas 

staram się wyglądać na niezbyt inteligentną, ale, muszę przyznać, to wcale nie jest łatwe. Wie 

pan co, Stein, zaczynam przychylać się już do pańskiej teorii, że w tym żywopłocie siedziały 

po prostu ptaki, a ci, co przepadli bez śladu, zniknęli całkiem dobrowolnie, udając tylko, że 

się  potopili.  Bo  ci  moi  gospodarze  to  naprawdę  bardzo  spokojni,  kulturalni  ludzie  na 

poziomie.  Trudno  się  im  dziwić,  że  pilnują  tej  swojej  posiadłości  przed  nieproszonymi 

background image

gośćmi.  Mieszkańcy  wioski  pod  żadnym  względem  nie  dorastają  im  nawet  do  pięt.  Wołają 

mnie. Zobaczymy się jutro! Uważaj na siebie, Nils! Przez kilka dni przynajmniej odpoczniesz 

od mojego towarzystwa. 

Wangen uśmiechnął się i wyłączył odbiornik. 

-  To  brzmi  obiecująco.  Mówiąc  szczerze,  wreszcie  odetchnąłem.  Bo  w  którymś 

momencie wyglądało to trochę niebezpiecznie. 

- Owszem. To może rzucimy teraz okiem na żywopłot? 

background image

ROZDZIAŁ V 

Dziesięć  minut  później  stali  w  lesie,  patrząc  na  znienawidzony  żywopłot,  który 

wznosił się nad ich głowami niczym góra. Słońce już zachodziło, pozostawiając tylko cienie i 

lśniące w wieczornym świetle jeziorko. Zanosiło się na deszcz. 

- Tak naprawdę to nie wiemy, czy ten niesamowity dźwięk istnieje, możemy polegać 

jedynie  na  słowach  innych  -  odezwał  się  Stein.  -  Ale  jeśli  chcemy  posunąć  się  do  przodu, 

musimy w nie wierzyć. 

Przez chwilę nic nie mówił, po czym mocno klasnął w ręce. 

Nie zerwał się ani jeden ptak. Żywopłot stał czarny i niemy. 

- Masz może w samochodzie siekierę i piłę? - spytał Wangen, wędrując wzdłuż gęsto 

rosnących świerków. 

-  Chyba  mam.  Muszę  powiedzieć,  że  nie  jestem  zadowolony  z  naszych  dzisiejszych 

dokonań. Zwróciłem tu dziś uwagę na jedno miejsce... 

Poszedł  jeszcze  kawałek  dalej,  aż  znalazł  się  mniej  więcej  w  połowie  żywopłotu. 

Przykucnął. 

- Przyjrzyj się: tutaj i pod żywopłotem - zwrócił się do Wangena. - Widzisz coś? 

Nils Wangen też przykucnął. 

- Trawa rośnie gorzej w tym miejscu. W środku też. Ziemia jest tu bardziej zbita. 

- No właśnie. Jakby ktoś tędy chodził. 

Badali  ziemię  w  całkowitym  milczeniu.  To  chyba  niemożliwe,  żeby  tędy  prowadziła 

jakaś ścieżka, bo drogę zagradzał niewielki uschnięty świerk. 

Spojrzeli na siebie. Stein wyciągnął rękę i ostrożnie chwycił cienki pień. Całe drzewko 

zatrzęsło się lekko i nie wiadomo skąd spadł na nich deszcz suchych igieł. 

- No proszę! - powiedział Wangen. - Podnieś je! 

Odd przechylił lekko świerk i po prostu wyjął go z ziemi. Pień był przepiłowany. 

- Popatrz, popatrz! - upajał się swoim odkryciem. 

Wreszcie  oni  też  mogli  przejść  do  działania,  zamiast  powierzać  wszystko  młodej, 

niedoświadczonej amatorce. 

Odłożyli  drzewko  na  bok,  chowając  je  w  żywopłocie.  Ogromnie  przejęci  wślizgnęli 

się  w  niewielki  otwór.  Suche  gałęzie  drapały  ich  po  plecach,  jakby  chciały  zaprotestować 

przeciwko  temu  nieoczekiwanemu  wtargnięciu,  wreszcie  jednak  mogli  się  wyprostować. 

Zdziwieni rozejrzeli się wokoło. 

background image

Nadal znajdowali się w środku żywopłotu. Domyślili się teraz, że kiedyś, dawno temu, 

musiał  on  tworzyć  aleję.  Pomiędzy  szpalerami  ogromnych  świerków  prawie  nie  było  widać 

dawnej drogi dojazdowej. Ale rzędy środkowe były znacznie rzadsze niż zewnętrzne, dlatego 

obaj mężczyźni bez trudu mogli się przez nie przedrzeć. 

- Już teraz rozumiem: to pewnie tędy, wewnątrz żywopłotu, ktoś szedł wtedy trop  w 

trop  za  Unni  i  wszystkimi  pozostałymi  -  powiedział  Wangen.  -  A  kiedy  próbuje  się  biec 

między gęsto rosnącymi drzewami, powstaje szelest i świst. Może to był ten dźwięk, który oni 

słyszeli? 

Stein nie wyglądał na przekonanego. 

- Pobiegnij kawałek! 

Wangen ruszył przed siebie, a kiedy wrócił, obsypany suchymi igłami, Stein pokręcił 

głową. 

- To był normalny odgłos, jaki powstaje, kiedy ktoś przedziera się przez gęsty las. Nic 

nadzwyczajnego.  Poza  tym  kto  by  zdążył  najpierw  usunąć  świerk,  wyjrzeć,  dotknąć  ramion 

Unni  -  która  była  dosyć  daleko  od  tego  miejsca  -  a  potem  wejść  do  środka  i  schować  się 

znowu?  Nie,  to  się  nie  trzyma  kupy.  Wiesz  co,  przedostańmy  się  na  dziedziniec.  Lepiej  to 

zrobić  teraz,  kiedy  psy  chodzą  razem  z  Kraussem,  niż  w  nocy,  gdy  są  spuszczone  i  mogą 

pojawić się nagle w pierwszym lepszym miejscu. 

Wypatrzyli przejście i tak oto znaleźli się na terenie majątku. 

W  ponurym  świetle  zmierzchu  widzieli  park,  poszarzały  ze  starości,  z  drzewami  o 

pniach tak potężnych, że żadnego z nich nie zdołaliby objąć nawet dwaj rośli mężczyźni. Tuż 

przed nimi teren lekko opadał, a po drugiej stronie wznosiło się zbocze zasłaniające wszystko, 

co mogło kryć się za nim. 

- Nie zapominaj o Kraussie i psach - bąknął Wangen. 

- Pamiętam. Nie wiemy, o której odbywa te swoje obchody. Musimy zachowywać się 

cicho i pilnie nasłuchiwać. 

Zaczęli  schodzić  na  sam  dół  rozległego  zagłębienia,  które  swym  kształtem 

przypominało płaską czarę. Ziemię szczelnie okrywała gruba warstwa brązowych liści dębu, 

miedzianych jarzębiny, żółtych brzozy i mieniących się różnymi kolorami liści klonu. 

Z  lekkim  ociąganiem  obejrzeli  się  za  siebie.  Znajdowali  się  już  dosyć  daleko  od 

ż

ywopłotu i raczej nie zdążyliby do niego dobiec, gdyby na wierzchołku wzniesienia pojawiły 

się psy. 

- Zobacz! - szepnął Wangen. - Na tym dużym dębie jest ambonka. W razie czego tam 

uciekniemy. 

background image

Stein skinął głową. Wiedział, że dom leży gdzieś za wzgórzem, nie wiedział tylko, jak 

daleko. 

Gdy podnosili i stawiali stopy, suche liście szeleściły rytmicznie. 

- Wcale nie tak łatwo poruszać się tu po cichu - mruknął pod nosem Stein. - Ale teraz 

doskonale rozumiem, co Unii miała na myśli, mówiąc o drzewach ze świata baśni. 

Gdy  dotarli  na  sam  szczyt  wzniesienia,  przystanęli.  Na  wszelki  wypadek  woleli  się 

ukryć za rozłożystym dębem. 

W  oddali,  między  drzewami,  dostrzegli  jakiś  budynek.  Nie  byli  jednak  w  stanie 

stwierdzić, co się w nim mieści. Z daleka odróżniali tylko zarys ścian. 

- Myślę, że nie powinniśmy podchodzić jeszcze bliżej - szepnął Stein. - Musimy mieć 

możliwość odwrotu. Przejdźmy trochę na prawo! 

Przemykali  przez  park,  czujni  i  skupieni.  Po  chwili  u  stóp  wzniesienia  ujrzeli 

czerwone mury i czarne dachy budynków gospodarczych. W tym samym momencie rozległo 

się głośne ujadanie psa. Zaraz potem odpowiedział mu drugi. 

- Zaczął się obchód. Biegnijmy do żywopłotu - zdecydował Stein. 

Pobiegli na przełaj przez park. Psy wprawdzie umilkły, ale przecież nie wiadomo, od 

której strony Krauss wyrusza na inspekcję. Słońce dawno już zaszło i o tej porze w ostatnich 

dniach października było prawie ciemno. 

Akurat  gdy  znowu  rozległo  się  szczekanie  psów,  tylko  już  znacznie  bliżej,  Nils 

potknął  się  o  coś  ukrytego  pod  warstwą  liści.  Znajdowali  się  akurat  na  niewielkim 

wzniesieniu i mogli dostrzec w oddali żywopłot. 

- No, wstawaj, niedorajdo - uśmiechnął się Odd, podając koledze rękę. 

- Poczekaj! - zatrzymał go Wangen. - Uwięzia mi w czymś stopa. No i przecież korzeń 

drzewa nie dzwoni. 

Ujadanie psów nieco się oddaliło, jakby znalazły się za domem albo za jakimś innym 

budynkiem. Stein ocenił odległość do żywopłotu. 

- Chyba zdążymy się temu przyjrzeć - uznał. Zaczęli odgarniać liście rękami, cały czas 

pilnie nasłuchując, gdzie mogą być psy. Bardzo szybko odkryli, co znajduje się pod liśćmi. 

Wangen potknął się o żelazny okrągły uchwyt przytwierdzony do ciężkiej płyty. 

Stein stuknął palcem o metal. 

- Tu jest jakiś napis, ale ma już chyba tyle lat, że prawie go nie widać - powiedział. 

Przyklękli na ziemi, próbując odczytać inskrypcję. 

- To jakiś grób - stwierdził Nils. 

-  Chyba  coś  więcej.  Duży  grobowiec.  Jest  zadziwiająco  stary.  Pochodzi  z  czasów 

background image

przed Tildemami, a nawet sprzed pani Hahn. 

- Nie sposób odczytać nazwiska. Zobacz! Tu jest jakaś data. A tam jeszcze jedna. 

Stein próbował odszyfrować napisy za pomocą dotyku. 

- Chyba tysiąc siedemset osiemdziesiąty pierwszy. A ta... też tysiąc siedemset któryś. 

- Myślisz, że możemy? Po dwustu latach zakłócać czyjś spokój? 

- Możemy? Musimy! Nie zdążymy się obejrzeć, a zaraz dopadną nas psy! 

Wspólnymi siłami unieśli ciężką kamienną płytę i bez większego trudu odsunęli ją na 

bok. 

-  Można  by  pomyśleć,  że  ktoś  często  tu  zagląda!  Tak  łatwo  nam  poszło  -  dziwił  się 

Stein, schodząc w dół po wąskich schodkach. - Uważaj, są zmurszałe. 

W  kilka  sekund  znaleźli  się  na  dole  w  niskim  pomieszczeniu  przesyconym  zgniłym 

zapachem ziemi i czymś jeszcze. 

Stein pociągnął nosem. 

- Dwustuletnich kości nie powinno być czuć - bąknął. 

Nils zasunął płytę. 

- Myślisz, że ktoś zauważy te odgarnięte liście? - spytał z obawą w głosie. 

-  Tylko  wtedy,  jeśli  znajdzie  się  dokładnie  w  tym  miejscu.  Miejmy  nadzieję,  że  psy 

nas nie wytropią. 

Zamilkli.  Stali  cicho  w  ciemności  i  nasłuchiwali.  Słyszeli  szelest  liści,  ale  nie 

bezpośrednio nad ich głowami. 

- Krauss z psami jest znacznie dalej, tam gdzie w ogóle nie szliśmy - szepnął Odd. - 

Mamy więcej szczęścia niż rozumu. 

Ponieważ nie wiedzieli, czy przez szpary nie będzie widać światła, woleli na razie nie 

zapalać  latarek.  Dawali  sobie  radę  po  omacku.  Stein  wyczuł  ściankę  jakiejś  skrzyni, 

wielkością  przypominającej  trumnę,  a  kiedy  przesunął  palce  dalej,  znalazł  jeszcze  jedną. 

Słyszał, że Nils też próbuje rozpoznać dotykiem, co ma wokół siebie. 

Nagle  Wangen  zamarł  w  całkowitym  bezruchu.  Mimo  panujących  ciemności  Odd 

Stein od razu to wyczuł. 

- Co się stało? 

- Odd - lekko drżący głos młodego policjanta brzmiał złowróżbnie. - Odd, chyba nie 

jesteśmy tu sami! 

- Co masz na myśli? 

Głos Nilsa dochodził tuż znad posadzki. 

-  Tu  coś  jest.  Natknąłem  się  na  coś  miękkiego.  Coś...  Zapal  latarkę,  Krauss  z  psami 

background image

jest już chyba daleko. 

Rozbłysło  światło,  odsłaniając  na  razie  tylko  ciemne  ściany  grobowca.  Cztery 

kamienne skrzynie stały w ciemności, pokryte pleśnią i mchem. 

A między nimi... 

-  Nils!  -  powiedział  Stein,  pomagając  koledze  wstać.  -  W  tym  grobowcu  są 

pasażerowie na gapę! 

Po  chwili,  która  Nilsowi  wydała  się  długą  godziną,  obaj  mężczyźni  stanęli 

wyprostowani w grobowcu. Wangen czuł, że robi mu się niedobrze. 

- Dwie kobiety - stwierdził krótko Stein. - Jedna leży na pewno dłużej, ale obie są tutaj 

co  najmniej  od  dwóch  lat.  Starsza  jest  ubrana  w  kostium  kąpielowy,  a  ta  druga  nie  ma  na 

sobie nic. Co ty o tym myślisz, Nils? 

-  Ta  w  kostiumie  to  pewnie  ta  Gunvor,  która  zniknęła  trzy  lata  temu,  bo  ona 

rzeczywiście się kąpała. 

- Słusznie. Ale druga... Zwłoki są w takim stanie, że nie potrafię o niej nic bliższego 

powiedzieć.  Prawdopodobnie  to  jest  ta  miejscowa  piękność,  Kit  Thomassen,  albo  tamta 

trzydziestoletnia wczasowiczka, która zniknęła zaraz po niej. 

Wangen spojrzał na przerażające znalezisko. 

-  To  są  dwie  z  ofiar.  A  gdzie  trzy  pozostałe?  A  co  z  Unni,  która  właśnie  teraz  jest 

wśród tych kulturalnych ludzi z majątku Lindehede? 

Odd Stein zagryzł wargi. 

- Chodź, musimy się stąd wydostać, zanim Krauss rozpocznie kolejny obchód. 

Wyszli  z  grobowca,  rozsypali  liście  na  płycie,  po  czym  bardzo  szybko  znaleźli  się 

przy żywopłocie i przedarli na drogę. Ścięty świerk wetknęli na dawne miejsce. 

- Muszę się koniecznie umyć - powiedział Nils. - Może zaryzykujemy i zrobimy to w 

jeziorze? 

Stein uśmiechnął się krzywo. 

- No to zaryzykujmy! 

Miło było poczuć się czystym po nieoczekiwanej wizycie  w  grobowcu.  Podczas gdy 

Nils tak energicznie płukał ręce, że aż wkoło rozpryskiwała się woda, jego szef wycierał już 

palce chusteczką, błądząc gdzieś myślami ze wzrokiem utkwionym w czarnym jak noc lesie. 

-  Trzy  pozostałe...?  Jeszcze  jedna  kobieta,  uwodziciel  i  Ingrid  Andersen,  która 

zniknęła kilka dni temu. Co się z nimi mogło stać? 

Nad majątkiem  Lindehede zapadła noc.  Zasłona  ciężkich chmur rozchyliła się nieco, 

ukazując  blady  i  chory  księżyc,  ogryziony  z  boku  i  pozbawiony  mocy.  Unni  ogarnęła 

background image

spojrzeniem  swój  niewielki  pokój.  Brązowe  tapety  ze  złotym  wzorem,  kącik  do  mycia  z 

porcelanowym dzbankiem, ciężkie zasłony i drzwi do drugiego pokoju z szybką przesłoniętą 

firanką w kwiatki. Torebkę z nadajnikiem schowała bardzo głęboko w garderobie. 

Lekko oszołomiona wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatniej doby, przymknęła 

oczy, pragnąc wreszcie zasnąć. Ale myśli nie dawały jej spokoju. 

Ten  młody  Hugo  to  fantastyczny,  superprzystojny  chłopak,  ale  prawdopodobnie  typ 

uwodziciela,  poza  tym  chyba  trochę  lekkomyślny  i  nieco  zwariowany.  Wręcz  pożerał  ją 

wzrokiem.  Unni  z  trudem  znosiła  to,  że  nie  może  pokazać  mu  się  w  swym  normalnym 

wcieleniu,  jako  osoba  elegancka  i  dowcipna.  Co  wcale  nie  znaczy,  że  chciałaby  go  zdobyć, 

ale irytowało ją to, że musi odgrywać rolę jakiejś nierozgarniętej, niezdarnej gęsi! 

Alice... Dwunastolatka, inteligentna i ufna. Natychmiast przylgnęła do Unni, wszędzie 

za nią chodziła, pomagała w pracy i objaśniała. 

Unni zrobiło się naprawdę żal dziewczynki, gdy ta w którymś momencie wyznała jej z 

wyrazem oddania w oczach: „Tak się cieszę, że jesteś, Unni. Bo wiesz, w domu nikt nie ma 

dla mnie czasu. Tata jest taki surowy i wciąż zajęty, mama myśli tylko o swoim wyglądzie, a 

Hugo ciągle gdzieś jeździ samochodem. Jedynie wujek Sigurd jest naprawdę miły, ale on ma 

to swoje, no wiesz”. 

Unni  czuła  się  bardzo  niezręcznie.  Odkryła  bowiem,  że  Alice  jest  nieocenionym 

ź

ródłem  informacji,  choć  z  drugiej  strony  to  nie  w  porządku  wykorzystywać  w  ten  sposób 

samotne i prostoduszne dziecko... 

Ale ma przecież zadanie do wykonania. I to jest najważniejsze. 

Przez chwilę zatrzymała się myślami przy starym Tildemie, lecz szybko je odegnała. 

Nie  jest  przecież  pielęgniarką,  a  ten  okropny  staruch...  Uff!  Poza  nim  wszyscy  okazali  się 

cudowni. Zasnęła. 

Firanka w oszklonych drzwiach lekko się poruszyła. Ktoś odchylił ją na dwa palce i na 

młodą  śpiącą  dziewczynę  spojrzało  czyjeś  oko.  Przyglądało  jej  się  długo:  jasnym  włosom 

rozrzuconym  na  poduszce,  miękkim  kształtom  rysującym  się  pod  kołdrą.  W  tym  oku  był 

błysk, który powinien być obcy każdemu człowiekowi: błysk pogardy. Uśmiech pozbawiony 

ciepła. Oczekiwanie czegoś złego. 

Unni widziała to oko w półśnie. Nie wiedziała, że nie śpi, była przekonana, że widzi je 

w koszmarze, który właśnie ją nawiedził. 

Mijały minuty, oko wreszcie zniknęło, oddaliły się przytłumione kroki. 

Unni  ocknęła  się,  wyrwana  nagle  ze  snu  przez  jakiś  dźwięk.  Krzyk?  A  może 

trzaśniecie drzwi? 

background image

Spojrzała na zegarek. Dziesięć po dwunastej. 

Na  palcach  podeszła  do  okna.  Wychodziło  na  dziedziniec,  czyli  skrzydło  zachodnie 

miała  dokładnie  naprzeciwko,  a  starą,  zrujnowaną  główną  część  budynku  w  załomie  na 

prawo. 

Surowo  zabroniono  jej  tam  chodzić,  ponieważ  tamta  część  domu  mogła  podobno  w 

każdej  chwili  się  zawalić.  Ale  właśnie  dostrzegła  teraz  jakieś  słabe  światło,  migotliwy 

płomień na pierwszym piętrze. Po chwili zniknęło, jakby ktoś otworzył i zamknął drzwi. 

Unni  nie  mogła  oprzeć  się  ciekawości.  Odd  Stein  prosił  ją  wprawdzie,  żeby  była 

ostrożna  aż  do  przesady,  ale  ta  zagadka  wymagała  wyjaśnienia.  Poza  tym  Stein  chwilami 

bywał naprawdę nudny. Obłędnie przystojny, wysportowany, o rysach twarzy świadczących o 

charakterze i powadze, ale mimo wszystko nudziarz. Wobec tego będzie sam sobie winien, bo 

ona nie ma zamiaru być niewolniczo posłuszna mężczyźnie pozbawionemu wyobraźni. 

Wiedziała,  że  w  majątku  Lindehede  jest  ktoś,  kogo  jeszcze  nie  spotkała.  Wujek 

Sigurd, brat Patrika  Tildema. Czasami przemykał przez drzwi niczym cień, jakby nie  chciał 

być widziany. Unni spojrzała w niebo... 

W  pierwszej  chwili  sądziła,  że  nad  domem  zawisła  jakaś  ciemna  chmura.  Odkryła 

jednak,  że  to  z  jednego  z  kominów  na  głównej  części  budynku,  osmalonego  i  na  wpół 

zawalonego,  unosi  się  wąską  smugą  dym.  A  więc  to  były  te  ciemne  chmury  potępienia  nad 

majątkiem Lindehede! 

Któż to mógł kręcić się o dwunastej w nocy po pustym domu? 

Unni podjęła decyzję. 

Poddasze  spowijały  ciemności.  Jakieś  dziwne  przedmioty  czaiły  się  wszędzie  wokół 

niczym  cienie  dawno  zmarłych  istot.  Nie,  nie,  tylko  nie  to!  skarciła  się  Unni.  Lepiej  nie 

puszczać  wodzy  fantazji!  W  świetle  dnia  te  wszystkie  dziwolągi  okazałyby  się  pewnie 

zwykłymi rupieciami, jakie zwykle gromadzi się na poddaszu. Dotarła do schodów. 

Miała nadzieję, że stopnie nie będą skrzypieć. 

Unni  była  już  prawie  na  dole,  gdy  stanęła  jak  wryta.  Nad  swoją  głową  usłyszała 

szuranie czyichś nóg, któremu towarzyszyło rytmiczne postukiwanie. Stuk - puk i krok, stuk - 

puk i krok... 

Brzmiało to dość niesamowicie w tym cichym zazwyczaj skrzydle domu. Unni ruszyła 

znów przed siebie. 

Bez trudu dotarła do drzwi od kuchni, bardzo, bardzo powoli nacisnęła klamkę, żeby 

przypadkiem  nie  zaskrzypiała.  Drzwi  były  zamknięte  na  zasuwkę.  Odsunęła  ją  i  po  cichu 

wyślizgnęła się na dwór. 

background image

Poczuła  przeszywające  zimno,  miała  na  sobie  tylko  flanelową  koszulę.  Nie  była 

przyzwyczajona  do  chodzenia  boso,  zwłaszcza  po  żwirze,  dlatego  wykrzywiała  twarz  w 

bolesnym grymasie, stąpając po alejce w stronę głównego budynku. 

Nagle  przed  sobą  w  ciemności  usłyszała  przytłumione  warczenie.  Zapomniawszy  o 

dojmującym bólu stóp, rzuciła się z powrotem w stronę kuchennych drzwi i zdążyła zamknąć 

je za sobą dosłownie w tej samej chwili, gdy oparły się na nich ciężkie łapy rozwścieczonego 

psa. 

Przeszła  szybko  przez  kuchnię,  czując,  że  serce  wali  jej  jak  młotem,  i  już  miała 

otworzyć kolejne drzwi, gdy nagle usłyszała za nimi wzburzony głos. 

- Co się dzieje z tymi psami? 

Rozpoznała stanowczy głos Patrika Tildema. 

Ojej, co ja teraz zrobię? pomyślała zrozpaczona. Obok były jakieś drugie drzwi. Jeśli 

dobrze  pamiętała,  prowadziły  do  piwnicy.  Otworzyła  je  szybko  i  w  słabym  świetle  lampy 

zawieszonej  nad  schodkami  stanęła  oko  w  oko  z  mężczyzną,  którego  dotąd  nie  widziała. 

Patrzył na nią zimnym wzrokiem zza błyszczących okularów. Znalazła się w pułapce. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Następnego ranka Odd  Stein przyczłapał tuż przed ósmą pod bramę.  Uważał, że jest 

nie  najgorzej  ucharakteryzowany,  choć  wiedział,  że  młodzi  ludzie  udający  starych  nie  są  w 

stanie pozbyć się jednego: blasku oczu. Ciemne okulary nie stanowiły dobrego rozwiązania, 

wyglądałyby  nienaturalnie  i  mogły  wzbudzić  podejrzenia.  Dlatego  wkroplił  sobie  do  oczu 

lekko  podrażniającą  spojówki  substancję  chemiczną,  wskutek  czego  cały  czas  łzawił  i  miał 

zaczerwienione powieki. Na wyrazistą tęczówkę nie mógł już nic poradzić, uważał jednak, że 

i tak nie jest źle. 

Stein lubił grać kogoś innego. Zaliczano go do mistrzów w tej dziedzinie. Bardzo się 

cieszył,  kiedy  udawało  mu  się  wyprowadzić  w  pole  przyjaciół.  Utwierdzało  go  to  w 

przekonaniu,  że  do  perfekcji  opanował  sztukę  mistyfikacji.  W  roli  starego  mężczyzny 

występował już kilkakrotnie, dlatego nieobce mu były odpowiednie gesty i ton. A tym razem 

odczuwał szczególne zadowolenie. 

Udając  trochę  zdezorientowanego,  pokuśtykał  w  stronę  władczego  wartownika, 

trzymającego za obrożę psa. „Goryl o wielkim brzuchu piwosza”. Tak, to musi być Krauss! 

- Unni - wymamrotał Stein bezradnie. - Moja córka... Czy ona jest tutaj? Miałem ją tu 

spotkać. O ósmej. 

- Nic mi o tym nie wiadomo - odparł szorstko Krauss. 

Nadzieja w oczach starca zgasła. 

- Przyszła tu wczoraj - bełkotał jeszcze bardziej niepewny. - Miałem ją dzisiaj spotkać. 

Mam dla niej jedzenie. Ona tu jest, wiem na pewno. 

Krauss pokręcił głową. 

Odd Stein zaczął się naprawdę denerwować. Co się stało z Unni? Przed oczami miał 

znowu zwłoki dwóch kobiet w grobowcu. Koniecznie musi dostać się do środka! 

-  Proszę  o  nią  spytać  -  nalegał  uparcie.  -  Wiem,  że  ona  tu  jest,  bo  wczoraj 

odprowadziłem ją aż do alei i widziałem, jak wchodziła za bramę. Szukała pracy. A później 

stąd nie wyszła. Niech pan o nią spyta! 

Z lekkim ociąganiem, nieco zbity z tropu, Krauss poszedł do swojej budki. Nie mógł 

przecież  zaprzeczyć,  że  wpuścił  dziewczynę  do  środka,  skoro  ten  staruch  odprowadził  ją  aż 

do alei. 

Odd  czuł  głęboki  niepokój.  Co  się  stało?  Która  część  planu  zawiodła?  Czy  Unni 

okazała się nierozsądna? Została zdemaskowana? Przecież ona nic nie wie o znalezionych w 

background image

grobowcu dwóch martwych kobietach! 

Pilnował  się,  by  nie  iść  zbyt  blisko  Kraussa,  który  mógłby  się  zorientować,  że  jest 

przebrany. Najchętniej udawał mężczyznę około sześćdziesiątki, bo to nie było jeszcze takie 

trudne.  Ponieważ  jednak  Unni  powiedziała,  że  jej  ojciec  jest  niedołężnym  starcem,  musiał 

pójść  na  całość  i  zrobić  z  siebie  prawdziwego  dziadka,  co  mogło  się  jednak  okazać  nieco 

ryzykowne. 

Z parku wyłoniły się dwie osoby. Ku wielkiej uldze Odda, jedną z nich była Unni. 

Szatańska  dziewczyna!  Już  nigdy  więcej  nie  weźmie  pod  swoje  skrzydła  żadnej 

bratanicy szefa! Bez przerwy bowiem umierał ze strachu o nią. 

- To ona! - krzyknął drżącym głosem starego mężczyzny. - Wiedziałem, wiedziałem, 

ż

e tu jest. Unni! Pomachał niezdarnie w jej stronę. Była coraz bliżej. Razem z nią szła kobieta 

w  wieku  Kraussa,  wysoka  i  gruba,  o  potarganych,  przysypanych  siwizną  włosach.  To 

prawdopodobnie jego żona. 

Unni zatrzymała się na ułamek sekundy, oniemiała ze zdziwienia. Kto to jest? Czy to 

rzeczywiście mógł być Odd Stein? Chyba jednak tak, rozpoznawała zarys jego szczęki i ręce. 

Ale poza tym... 

Siwa  peruka  stanowiła  świetne  dopełnienie  zgarbionej  sylwetki  mężczyzny,  który, 

niepewnie  stojąc  na  drżących  nogach,  na  wszelki  wypadek  opierał  się  jeszcze  na  lasce.  Nie 

ogolony,  zmęczony,  wycieńczony  -  jak  on  zdołał  tego  dokonać?  Łzawiące  oczy,  siwe 

krzaczaste brwi, na wpół otwarte usta ze źdźbłami tabaki między zębami. A ubranie! Lepiej 

nie mówić. 

Ale najwspanialsze było zachowanie. Ruchy, spojrzenie, głos... 

Doskonały! pomyślała Unni. 

- Dzień dobry, ojcze - powiedziała głośno. - Dobrze, że przyszedłeś. Umówiłam się, że 

będziesz tu mieszkać. 

- Nie musisz tak do mnie krzyczeć - mruknął starzec. - Przecież słyszę nie najgorzej, 

dobrze o tym wiesz. Ciągle do mnie krzyczy - wyjaśnił Kraussom. - Wiesz, córeczko, dziś w 

nocy znowu przyszli do nas żołnierze. Zaczynają być już trochę natrętni. 

- Żołnierze? - spytał zaniepokojony Krauss. 

Unni szybko wyjaśniła: 

- Z czasów kryzysu unijnego w tysiąc dziewięćset piątym roku. Ojciec traci niekiedy 

orientację w czasie. 

-  Dostałem  medal  -  chwalił  się  dumny  Stein.  -  Dał  mi  go  w  ubiegłym  tygodniu  sam 

król Oskar. Chcesz zobaczyć? 

background image

- Zabierz go do domu i polecił Krauss, odwracając się do nich plecami. 

W  drodze  przez  park  nie  mieli  szansy  ze  sobą  porozmawiać,  ponieważ  cały  czas 

pilnowała ich pani Krauss. Tak więc Stein dalej fantazjował i bełkotał coś o wojnie unijnej, 

Unni zaś odpowiadała ostrożnie. Stłumiła w sobie przemożny impuls, by  spytać: „Jak ci się 

udało  tak  zakonserwować,  tato?”  Nils  Wangen  umie  żartować  z  samego  siebie,  w  to  nie 

wątpiła, ale co do Steina nie była pewna. Wiedziała tylko tyle, że ogromnie go podziwia i że 

doznała wielkiej ulgi, gdy wyrażono zgodę na jego obecność w majątku Lindehede. 

Dopiero  gdy  znaleźli  się  w  prawie  nie  umeblowanym  pokoju  ziejącego  pustką 

zachodniego skrzydła, pani Krauss wreszcie ich opuściła, wydając na odchodnym polecenie, 

by Unni za pół godziny zjawiła się w kuchni. 

Policjant szepnął cicho: 

- Sprawdź, czy nikt nas nie podsłuchuje! 

Unni szybko zrobiła, co jej kazano, nie pomijając sąsiednich pomieszczeń. 

- Nie ma nikogo - oznajmiła na koniec. 

- W porządku. - Stein usiadł na łóżku, a jego podopieczna na jedynym w tym pokoju 

krześle Roześmiała się. 

-  Nigdy  nie  myślałam,  że  moja  praca  będzie  polegać  na  sprawowaniu  opieki  nad 

dwoma starszymi panami naraz. 

Odd Stein spojrzał na nią ponurym wzrokiem. 

- Żebyś się tylko nie ważyła próbować mnie pielęgnować, myć i temu podobne rzeczy 

- burknął. - Sam sobie dam radę. 

Unni na próżno starała się stłumić śmiech. 

- No i jakie masz dla mnie nowiny? - spytał Stein. 

-  Och!  -  wykrzyknęła  przerażona.  -  Niewiele  brakowało,  a  popełniłabym  dzisiejszej 

nocy straszny błąd. I zaczęła opowiadać o swojej nocnej eskapadzie. 

-  I  tak  tam  stałam  oko  w  oko  z  tajemniczym  wujkiem  Sigurdem,  podczas  gdy 

właściciel wracał z kuchni, a na dworze szalał rozwścieczony pies. 

Stein aż jęknął, słysząc o tak nierozważnym postępowaniu dziewczyny. 

- I co zrobiłaś? 

Twarz Unni okryła się rumieńcem. 

-  Hm,  co  miałam  zrobić?  Istniało  tylko  jedno  wyjście.  Jąkając  się  wyjaśniłam,  że 

właśnie  szukałam  ubikacji  na  zewnątrz  i  ten  okropny  pies  mnie  przestraszył.  Właściciel 

oznajmił  krótko,  że  na  drugim  piętrze  znajduje  się  łazienka  z  toaletą.  „Och,  nie,  nigdy  nie 

ś

miałabym  z  niej  korzystać!”,  odparłam  przerażona.  Tildem,  podobnie  jak  ja,  był  wyraźnie 

background image

zażenowany  rozmową  na  ten  temat.  Nagle  za  jego  plecami  pojawiła  się  dziedziczka.  „Na 

poddaszu  znajduje  się  sama  ubikacja,  przecież  pokazałam  ci  ją  dzisiaj”.  „Ach”, 

wykrzyknęłam, udając strasznie zdziwioną. „Nawet do niej nie zajrzałam, bo myślałam, że to 

szafa na ubrania. Przepraszam!” Potem dygnęłam i pobiegłam na górę do swojego pokoju. 

-  Sprytnie  z  tego  wybrnęłaś  -  przyznał  Stein.  -  Ale  pamiętaj,  że  nie  wolno  ci  się 

wybierać na takie wycieczki! Pozostaw je mnie! 

-  Tak  jest,  szefie  -  odparła  pokornie.  -  Ale  wie  pan,  co  mi  się  wydaje?  Wuj  Sigurd 

przyszedł chyba wtedy z głównej części budynku. Jego piwnica i ta we wschodnim skrzydle 

są ze sobą połączone. Bo najpierw widziałam światło po prawej stronie, a później spotkałam 

Sigurda w drzwiach do piwnicy we wschodnim skrzydle. 

-  Muszę  to  sprawdzić  - postanowił  Stein.  -  A  ty  cały  czas  pozostawaj  w  kontakcie  z 

Nilsem. 

Oczy dziewczyny zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. 

- Jak? To niemożliwe! 

-  Umówiliśmy  się,  że  każdego  dnia  o  piątej  po  południu  będziesz  wynosić  śmieci. 

Pojemniki stoją przy murze, tam gdzie rośnie taki duży dąb. Przerzucisz mu przez mur nasz 

raport, a on odrzuci do ciebie swój. Tylko nie wolno wam rozmawiać. 

-  Rozumiem.  To  się  może  nawet  udać,  bo  pani  Krauss  spycha  teraz  całą  robotę  na 

mnie.  -  Unni  przeciągnęła  się,  pojękując.  -  Och,  moje  biedne  plecy.  Mam  już  pęcherze  na 

rękach,  a  za  paznokciami  brud.  Najgorszy  jest  ten  staruch.  Czy  ja  jeszcze  kiedyś  będę 

wyglądać  jak  należy?  Aha,  mała  Alice  wypaplała  mi  coś  ważnego.  Powiedziała,  że  jej  brat 

Hugo  ma  według  niej  wyjątkowo  zły  gust,  jeśli  chodzi  o  dziewczyny.  Właściwie  każda  jest 

dla  niego  dobra.  Wymieniła  nazwiska  kilku  jego  znajomych  z  Oslo,  które  ona  uważała  za 

strasznie nudne. Poza tym wspomniała, że jej braciszek miewał też kontakty z dziewczynami 

ze  wsi.  Między  innymi  z  niejaką  Kit,  bardzo  ładną  jej  zdaniem.  Czy  jedna  z  zaginionych 

kobiet tak się przypadkiem nie nazywała? 

- Kit Thomassen! - potwierdził Odd wyraźnie zainteresowany. - To ciekawe. Widzę, 

ż

e muszę ci powiedzieć o naszym odkryciu. 

Po  czym  opisał  jej,  co  udało  im  się  znaleźć  w  parku.  Unni,  słysząc  relację  Steina, 

pobladła. 

- Czyli jedna z nich to może być Kit Thomassen? 

-  Bez  wątpienia.  Musimy  o  tym  wspomnieć  Nilsowi  w  raporcie.  On  próbuje  teraz 

nawiązać kontakt z komendantem Bårdsenem, który wyjechał prowadzić dochodzenie w innej 

sprawie.  To  pewnie  będzie  dla  niego  szok!  No,  ale  teraz  wracaj  do  kuchni.  Od  tej  chwili 

background image

twoim jedynym zadaniem jest przekazywanie raportów Nilsowi i wydobywanie informacji od 

tej  małej.  Oczywiście  dyskretnie.  I  żadnego  węszenia  na  własną  rękę,  pamiętaj!  A  kiedy 

będziesz  szła  do  mnie  z  obiadem,  to  bądź  tak  miła  i  nie  zapomnij  włożyć  mi  dodatkowej 

porcji mięsa. 

Unni uśmiechnęła się serdecznie. 

- Jest pan głodny? Zaraz się tym zajmę. 

Dzień  minął  bez  żadnych  niespodzianek.  Odd  Stein  siedział  spokojnie  w  swoim 

pokoju. Unni przyniosła mu jedzenie, nie miała jednak żadnych wiadomości do przekazania. 

Po  południu  pani  Tildem  wezwała  dziewczynę  do  salonu.  Wschodnie  skrzydło  było 

urządzone  z  prawdziwym  smakiem.  Żadnego  pomieszania  stylów:  jeśli  w  pokoju  stały 

rokokowe meble, to i cała reszta była także w tym stylu. W biedermeierowskim salonie obicia 

kanap  i  foteli  wykonane  zostały  z  niebieskiego  jedwabiu  w  pasy,  a  na  ścianach  położono 

odpowiednie tapety. 

Onieśmielona Unni dygnęła przed panią, która siedziała na sofie. 

Marianne  Tildem  przyjrzała  się  uważnie  nowej  służącej.  Wiem,  wiem,  wyglądam 

okropnie, pomyślała Unni. W czepku nasuniętym na czoło, z obwarzankami na pończochach i 

w wykoślawionych do środka butach. Zaraz da mi lekcję. 

Lecz  pani  Tildem  nie  uczyniła  tego.  W  każdym  razie  nie  w  taki  sposób,  jakiego 

spodziewała się Unni. 

-  Nasuń  czepek  trochę  bardziej  na  czoło!  O  tak.  Poza  tym  masz  za  krótką  spódnicę, 

musisz ją podłużyć. 

A  to  ci  dopiero,  pomyślała  Unni.  Ona  chce  zrobić  ze  mnie  jeszcze  większą  ofermę. 

Nie  przeszkadzają  jej  nawet  moje  niewyczyszczone  buty!  Czyżby  się,  bała,  że  uwiodę  jej 

syna? 

Pani  okazała  się  osobą  nerwową.  Ciągle  paliła  i  mimo  używania  fifki  dwa  palce 

prawej  ręki  miała  brązowe.  Jej  niegdyś  lalkowato  ładna  twarz  była  teraz  zgorzkniała  i 

pomarszczona.  Za  dużo  wina,  pomyślała  Unni,  patrząc  na  spuchnięte  powieki  Marianne 

Tildem.  Mimo  to  w  pani  Tildem  wyczuwało  się  coś  wzruszającego  i  sympatycznego.  Jakiś 

rodzaj bezradności, jakby przez całe życie znajdowała się na niewłaściwym miejscu. 

- Zdaje się, że nie masz zbyt dużej wprawy w opiekowaniu się chorymi - powiedziała 

z wyrzutem, poprawiając jasne włosy ułożone w fale. 

- Przeciwnie - zapewniła Unni. - Od wielu lat pielęgnuję ojca. 

- Masz bardzo starego ojca. 

Ratunku,  Stein  chyba  przesadził,  pomyślała  Unni,  Na  dobrą  sprawę,  z  takim 

background image

wyglądem mógłby równie dobrze udawać jej dziadka. 

-  Nie  był  już  młody,  kiedy  przyszłam  na  świat  -  wyznała,  nie  umiejąc  wymyślić 

niczego mądrzejszego. - Jestem ostatnim dzieckiem. Moje rodzeństwo... 

Pani  Tildem  ściągnęła  usta,  wskutek  czego  na  jej  twarzy  ukazały  się  wszystkie  tak 

starannie skrywane zmarszczki. 

- Dobrze wiesz, że długo się zastanawialiśmy, czy cię przyjąć. Ale pani  Krauss brak 

czasu, by zajmować się moim teściem, ja zaś mam naprawdę co innego do roboty. 

Ciekawe co? pomyślała Unni. Po prostu ci się nie chce! Ale trudno mieć ci to za złe. 

Bo ten twój teść to naprawdę odrażający typ! 

W  porządku,  myślała,  człapiąc  na  górę  z  jedzeniem  na  tacy  dla  starego  Tildema.  W 

ostateczności  mogę  się  nim  zajmować,  po  to  zostałam  zatrudniona.  Ale  w  rzeczywistości 

spada na mnie jeszcze wiele innych obowiązków. Biegam jak nakręcona od samego rana do 

wieczora,  wyręczając  i  panią  Tildem,  i  panią  Krauss.  A  na  dodatek  muszę  jeszcze  znosić 

wiele  upokorzeń  ze  strony  mężczyzn  z  tej  rodziny.  Gdybym  tak  mogła  wyjawić  im,  kim 

naprawdę jestem! Chciałabym widzieć wtedy ich miny! Ale nie ma obawy, wytrzymam. Bo 

nie chcę zobaczyć pogardy w oczach Steina. Już ja mu pokażę! 

Zebrała się w garść i weszła do pokoju starego Tildema. 

Siedział  pochylony  nad  szachownicą.  Przypominał  starą  ropuchę  i  roztaczał  wokół 

nieprzyjemną woń potu zmieszaną z zapachem fajki. 

- Przynoszę jedzenie - rzekła Unni. 

- Hm - mruknął. - Jaką to znowu truciznę mi dali? Dobrze wiedzą, że mój żołądek nie 

znosi niczego ostrego, i dlatego przyprawiają wszystko tak mocno. Ta suka doskonale wie, że 

moja chora dwunastnica... Nie, nie tam, tu jest mój stół! Co za głupia gęś! Dlaczego zawsze 

przysyłają mi takie nierozgarnięte niezguły! 

Unni  zacisnęła  zęby  i  wstrzymała  oddech,  by  nie  czuć  nieprzyjemnego  zapachu 

starszego pana, gdy stawiała mu jedzenie na wskazanym miejscu. 

Gdy tylko znalazła się blisko niego, od razu poczuła jego rękę sięgającą pod spódnicę. 

Na szczęście zdołała się zręcznie wywinąć. Obrzydliwy staruch! 

Sapnął lubieżnie, po czym uniósł pokrywkę z miski. 

- Ryba! - syknął. - Przecież dostaję kolki od ryby, dobrze o tym wiedzą. Zabierz to z 

powrotem! 

- Przykro mi - oznajmiła Unni. - Dziś nie ma nic innego do jedzenia. 

Pozrzędził  jeszcze  chwilę,  ale  wreszcie  zabrał  się  do  jedzenia,  mlaszcząc  i  siorbiąc. 

Zdaje się, że apetyt mu dopisywał. 

background image

Unni  uporządkowała  w  tym  czasie  jego  łóżko,  schowała  pisma  pornograficzne  pod 

poduszkę i otworzyła okno. 

- Czy ty oszalałaś, dziewczyno, chcesz mnie zabić? Zamknij je natychmiast! 

Jeśli chcesz żyć w tym zaduchu, proszę bardzo! Na zdrowie! pomyślała Unni. 

- Powiedz no mi, czym dziś zajmuje się mój syn? 

- Pan Patrik? 

- No tak, a któż by inny? 

Na przykład twój drugi syn Sigurd, pomyślała. Ale może on w ogóle się nie liczy? 

- Chyba siedzi w gabinecie. 

Starzec prychnął. 

-  To  ci  dopiero  zajęcie!  Myślałem,  że...  A,  wszystko  jedno!  Fircyk  z  niego. 

Próbowałem  zrobić  z  niego  oficera,  ale  mi  się  nie  udało.  Żadnego  autorytetu.  Nawet  kiedy 

wypina  pierś  jak  kogut  i  ściąga  surowo  brwi.  I  jeszcze  na  dodatek  wziął  sobie  za  żonę  taką 

kurę.  Ona  chce  się  mnie  pozbyć,  dobrze  wiem,  ale  już  ja  jej  pokażę!  Co  to  za  przeklęta 

rodzina! Chora, po prostu chora! Jeden gorszy od drugiego. Pomóż mi się położyć! 

Dźwignął  się  ciężko  z  krzesła  i  sięgnął  po  swoje  kule.  Unni  ujęła  go  pod  ręce, 

pomagając iść. Kule stukały rytmicznie o podłogę. 

No  jasne!  przypomniała  sobie  nagle.  To  ich  odgłos  wtedy  słyszałam,  nie  dochodził 

jednak  z  tego  pokoju.  Czyli  to  ty,  staruszku,  krążyłeś  nocą  po  domu.  Nie  jesteś  więc  wcale 

taki niedołężny, jakiego udajesz. 

- Trzymaj mnie jak należy - ofuknął ją. - Przecież nie mogę upaść. 

Jesteś  za  tłusty  i  na  tym  tylko  polega  twój  problem,  pomyślała  Unni,  pomagając 

staremu  Tildemowi  położyć  się  do  łóżka.  Następnie  wzięła  tacę  z  opróżnionymi  co  do 

okruszyny talerzami i skierowała się do drzwi. 

Po drodze usłyszała jeszcze ciche mamrotanie: 

-  Myśleli,  że  mogą  od  tego  uciec.  Ale  od  czegoś  takiego  się  nie  ucieknie.  Zło  w 

zatrutej duszy towarzyszy człowiekowi przez całe jego życie, gdziekolwiek by się znalazł. 

Unni zwlekała z wyjściem, lecz starzec powiedział już chyba wszystko, co leżało mu 

na sercu. Teraz mówił raczej do siebie niż do niej i prawie zasypiał. 

Unni poczuła nagle, że cała trzęsie się ze strachu. Zupełnie jakby dopiero teraz do niej 

dotarło,  jak  wielkie  grozi  jej  niebezpieczeństwo.  Uzmysłowiła  sobie,  że  w  tym  cichym, 

tajemniczym Lindehede czai się coś naprawdę groźnego. 

A ona, służąca Unni, powinna być bardzo ostrożna, by nie narazić się temu, kto zabił 

dwie młode kobiety i prawdopodobnie uśmiercił też trzy pozostałe ofiary. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Unni szła po schodach na dół, gdy spotkała Alice, biedne, samotne dziecko. 

- Cześć! - przywitała ją dziewczynka. - Pobawisz się ze mną? 

- Nie mam teraz czasu - odparła Unni. - Pani Krauss na mnie czeka. 

- Ta stara wiedźma? - Przecież to wariatka! 

Unni wybuchła śmiechem. 

- Gdzie ty się nauczyłaś takich słów? 

- Och, w naszym domu można dużo się nauczyć. 

Tej sposobności Unni nie mogła nie wykorzystać. 

-  Wiesz  co,  na  chwilkę  możemy  usiąść  na  schodach  i  porozmawiać.  Zobacz,  mam 

kawałek sznurka. Jeśli chcesz, poukładamy z niego różne wzory. 

Usiadła razem z Alice na schodkach i zaczęły tworzyć najrozmaitsze figurki. 

- Czy wujek Sigurd zawsze mieszkał z wami? - spytała jakby od niechcenia. 

- Nie. Przyjechał tutaj dwa lata temu. Z Australii. 

- Czyli wcześniej nigdy go nie widziałaś? 

- Nawet o nim nie słyszałam! 

- Wygląda na miłego człowieka - skłamała Unni. - Od razu go polubiłam. 

- Jest strasznie inteligentny. Prawie geniusz. I na dodatek bardzo sympatyczny. Dał mi 

masę prezentów. W zeszłym roku dostałam od niego rower. 

- Jeździsz na nim do szkoły? 

-  Nie,  bo  teraz  mama  uczy  mnie  w  domu.  Uważa,  że  nie  powinnam  zadawać  się  z 

dziećmi ze wsi. Ale wcześniej chodziłam do szkoły. 

- Podobało ci się? 

Alice wzruszyła ramionami. 

- Wszyscy byli okropnie głupi. Chociaż paru chłopców mówiło, że jestem niebrzydka. 

Naprawdę, powiedz? - dopytywała się naiwnie. 

-  Myślę,  że  kiedy  dorośniesz,  będziesz  bardzo  ładna  -  udzieliła  dyplomatycznej 

odpowiedzi  Unni.  Dziewczynka  bowiem  była  malutka  i  chuda  jak  patyk,  miała  ciągle 

zmierzwione włosy i nazbyt duże zęby w wąskiej inteligentnej twarzyczce. 

Gdy  rozległ  się  gromki  głos  pani  Krauss,  Unni,  pełna  poczucia  winy,  zerwała  się  na 

równe nogi. Miała jeszcze tyle różnych pytań do Alice, wszystkie jednak musiały poczekać. 

Odd Stein siedział ukryty za delikatnymi firankami, nie spuszczając z oka dziedzińca i 

background image

domu, i straszliwie się nudził. Nic się nie działo. Widział Kraussa z psami, odbywającego co 

godzina  szybki  kontrolny  obchód.  Czasami  dozorca  pracował  też  na  klombach.  Były  trochę 

zaniedbane, ale dość ukwiecone jak na tę porę roku. Nie ulegało wątpliwości, że Tildemom 

przydałoby się znacznie więcej ludzi do pracy w majątku. Można było odnieść wrażenie, że 

nie mają odwagi nikogo zatrudnić. Jedyne osoby, do których mieli zaufanie, to Kraussowie. 

Odd Stein pomyślał, że spotkał w swoim życiu znacznie milszych służących. 

Tak, ten dom chyba rzeczywiście krył w sobie jakąś mroczną tajemnicę. Wiedziały o 

niej co najmniej dwie osoby, a może jeszcze więcej. 

Widział,  jak  pan  domu  chodzi  marszowym  krokiem  po  dziedzińcu,  a  pani  krąży  bez 

celu  po  skraju  parku,  prawdopodobnie  dla  zaczerpnięcia  świeżego  powietrza.  Ich  córeczka 

jeździła  na  rowerze,  przewracała  się  i  wstawała,  poza  tym  skakała  przez  skakankę  i  chyba 

bardzo się nudziła. 

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  nie  jest  to  szczęśliwa  rodzina.  Nad  wszystkimi  jej 

członkami ciążyło bowiem jakieś fatum. 

Dwóch  osób  w  ogóle  jeszcze  nie  widział:  Hugona  i  wuja  Sigurda.  Ponieważ  nigdzie 

nie  dało  się  dostrzec  samochodu,  Stein  domyślił  się,  że  młody  Tildem  pewnie  pojechał 

polować na dziewczęta. 

O piątej zobaczył Unni, która szła wyrzucić śmieci. A pół godziny później z piskiem 

opon nadjechało przez park sportowe  auto. Jego  kierowca zahamował przed  główną częścią 

budynku  tak  gwałtownie,  że  spod  opon  posypały  się  kamyki.  Syn  właściciela  wyskoczył 

rześko na dziedziniec. Spadkobierca... 

Odd  zdziwił  się  trochę,  że  Hugo  zatrzymał  się  przed  tą  starą,  majestatyczną  budą. 

Młody Tildem wyjął z tylnego siedzenia jakiś karton i mniejsze pudełko, po czym pobiegł ku 

drzwiom po bliskich zawalenia się schodach. Zapukał i czekał. 

Nikt nie odpowiadał. Zapukał ponownie, tym razem mocniej. 

Wreszcie  drzwi  się  otworzyły  i  czyjaś  ręka  sięgnęła  po  paczki.  Hugo  najwyraźniej 

musiał  być  w  złym  humorze,  ponieważ  postawił  kartony  na  schodach  i  od  razu  pobiegł  z 

powrotem do samochodu, by odprowadzić go na miejsce. 

Steinowi bardzo to odpowiadało. Miał nadzieję, że zobaczy wreszcie, kto mieszka w 

tej części budynku. 

W  drzwiach  ukazał  się  starszy  siwowłosy  mężczyzna.  Rozejrzał  się  podejrzliwie 

wokoło,  zabrał  najpierw  jedną,  potem  drugą  paczkę  i  zamknął  znowu  drzwi  na  klucz.  Odd 

zdążył przez chwilę na niego popatrzeć. 

Twarzy  nie  rozpoznawał,  ale  mimo  to  uznał,  że  tego  człowieka  gdzieś  już  chyba 

background image

widział. Nikt nie potrafi tak do końca zmienić swojej sylwetki czy chodu. Stein zacisnął zęby. 

Przed  jego  oczami  przesuwały  się  błyskawicznie  twarze  wielu  mężczyzn,  tych, 

których pamiętał z aresztu w Oslo - hardych i zagubionych, agresywnych i niepewnych. 

Znał tego człowieka. Tylko kto to był? 

Odd Stein miał się teraz nad czym zastanawiać. 

Do salonu we wschodnim skrzydle wpadł jak burza młody Hugo, nie zwracając uwagi 

na  Unni,  która  siedziała  w  kącie,  czyszcząc  srebro.  Podszedł  do  barku  i  nalał  sobie  dużego 

drinka. W tej samej chwili wszedł jego ojciec Patrik Tildem i spojrzał na syna niechętnie. 

Uprzedzając atak, młody mężczyzna wybuchnął: 

-  Jak  długo  jeszcze  będzie  tu  mieszkał  ten  nasz  odrażający  wujek?  Mam  już  dość 

traktowania mnie jak chłopca na posyłki! 

Ż

aden z nich nie zwrócił uwagi na Unni. Starała się być niewidzialna i niesłyszalna w 

swoim kącie, z którego mogła obserwować cały salon. Tarła i tarła ciągle ten sam widelec, nie 

mając odwagi włożyć go do szuflady w obawie przed hałasem. 

Patrik  Tildem  był  mężczyzną  w  kwiecie  wieku,  przystojnym,  o  czarnych,  mocno 

zarysowanych brwiach i z lekką siwizną na skroniach. Rzeczywiście ciekawy typ, ale tak jak 

powiedział senior rodu, było w nim coś miękkiego i mało męskiego, mimo że zawsze starał 

się przybierać taki ton, jakby zwracał się do podwładnych mu żołnierzy. 

- Przecież wiesz, że on dobrze za siebie płaci - odparł ojciec. 

- Płaci? A za każdym razem, kiedy go widzisz, trzęsą ci się kolana! Czy ty boisz się 

własnego  brata?  A  tak  nawiasem  mówiąc,  czy  on  rzeczywiście  jest  twoim  bratem?  Trzeba 

przyznać, że pojawił się dosyć nieoczekiwanie. 

- To już nie potrwa długo - odpowiedział ojciec, a jego stanowczy ton wydał się trochę 

nie  na  miejscu.  -  Sigurd  niedługo  skończy  swoją  dysertację.  Przecież  przyjechał  tutaj,  żeby 

móc napisać ją w spokoju. 

- Co za bzdury! Wolno mu tu mieszkać, ponieważ cię szantażuje. Grozi, że opowie o 

twojej... 

-  Szsz  -  syknął  Patrik  Tildem.  -  Nie  wolno  ci  mówić  w  ten  sposób  do  ojca!  Skąd  ty 

to...? 

- Mam swoje źródła informacji - odparł hardo syn. 

Unni usłyszała, że starszy  pan kieruje się w stronę kąta, w którym siedziała. Uciekła 

więc  czym  prędzej,  domyślając  się,  że  gdyby  została  przyłapana  na  podsłuchiwaniu  w  tym 

domu, na pewno skończyłoby się to dla niej źle. 

Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  wreszcie  porozmawia  ze  Steinem.  Ciągle  jednak 

background image

zlecano  jej  nowe  prace.  Gdy  wreszcie  uporała  się  ze  wszystkimi  i  szła  do  siebie,  w 

przedpokoju wpadła prosto na Hugo Tildema. 

-  Proszę,  proszę,  kogo  my  tu  spotykamy!  -  wykrzyknął.  -  Nowa  panienka  dziadka! 

Muszę  przyznać,  laleczko,  że  masz  czym  zaimponować.  Masz,  masz,  choć  starasz  się  to 

ukryć. 

Mnie też się tak wydaje, pomyślała Unni. 

Hugo Tildem przyglądał się jej taksującym wzrokiem. Nie zdążył się jeszcze przebrać 

po powrocie do domu. Unni zastanawiała się, gdzie też mógł spędzić minioną noc. Jego włosy 

bowiem wyglądały tak, jakby trafił w nie piorun, a na ubraniu dostrzegła źdźbła siana. Mimo 

to sprawiał wrażenie niepokojąco czarującego z tymi diabelskimi ognikami i lekkim błyskiem 

szaleństwa w oczach. 

Nim  Unni  zdążyła  odpowiedzieć,  nieoczekiwanie  znalazła  się  w  jego  ramionach  i 

poczuła na swych ustach mocny i brutalny pocałunek, cuchnący starą whisky. 

Gdy  próbowała  się  bronić,  odpychając  się  od  natręta  rękami,  do  przedpokoju  wszedł 

Patrik Tildem, który widząc, co się dzieje, wrzasnął: 

- Na co ty sobie, nicponiu, pozwalasz? Czy ty nie wiesz, kim jesteś? 

Hugo puścił Unni tak gwałtownie, że aż zatoczyła się do tyłu. 

Obok Patrika Tildema znalazła się też jego żona, która od razu powiedziała zjadliwie: 

- Tym razem to rzeczywiście zaczął twój syn. 

Pan domu odwrócił się do niej. 

-  Mój  syn?  A  czy  twoim  synem  on  nie  jest? Jeśli  zrobi  coś  szalonego,  to  wtedy  jest 

tylko mój. A skąd ty wiesz, kto zaczął? 

Hugo zdążył już czmychnąć do swojego pokoju. Jego rodzice też wyszli, kłócąc się po 

drodze. 

Unni  drżącymi  rękami  wygładziła  sukienkę.  Trudno  było  nie  zauważyć,  że  Patrik 

Tildem wziął syna w obronę. Czyżby nagle zaczął się go bać? 

Co za tajemnicę starał się ukryć właściciel Lindehede? 

Odd  Stein  czuł  się  zmęczony  czekaniem  i  bezczynnością.  Kiedy  zobaczył  na 

dziedzińcu  małą  Alice,  postanowił  wykorzystać  tę  szansę.  Wiele  ryzykował,  dzieci  bowiem 

bywają  często  znacznie  bystrzejsze  niż  dorośli,  ale  ponieważ  zaczynało  się  już  ściemniać, 

miał nadzieję, że dziewczynka nie odkryje jego charakteryzacji. 

Poczłapał więc po schodach w dół i usiadł na dziedzińcu na ławce. 

- Dzień dobry - zagadnął przyjaźnie. - Czy nie widziałaś może mojej córki? Unni? 

Mała podeszła bliżej. 

background image

- Przed chwilą była w kuchni. 

Uspokoiło to Steina, który chyba nigdy nie denerwował się tak jak w ostatnich dniach, 

kiedy odpowiadał za bezpieczeństwo bratanicy szefa. Zdawał sobie oczywiście sprawę z tego, 

ż

e przesadza, bo bywał przecież w znacznie większych opałach. 

- Chyba musisz czuć się tutaj strasznie samotna - spróbował na początek. 

Alice wzruszyła ramionami. 

-  Och,  to  nie  jest  takie  straszne.  Poza  tym  przyjeżdżają  do  nas  goście.  Mojego  tatę 

często  odwiedza  dwóch,  trzech  przyjaciół,  którzy  ze  mną  rozmawiają  i  żartują.  Tylko  że 

jednego z nich to w ogóle nie rozumiem. 

- A to dlaczego? 

- Bo on mówi do mnie po niemiecku. Spotykają się tu we trzech i wołają „Sieg heil” 

czy coś w tym rodzaju. 

Stein  zmarszczył  brwi.  Był  zaskoczony,  choć  z  drugiej  strony...  W  Niemczech  od 

kilku już lat sprawowali władzę narodowi socjaliści, a i tu, w Norwegii, można było spotkać 

ludzi, którzy nie kryli sympatii dla niemieckiego nacjonalizmu. Widocznie Patrik Tildem też 

do nich należał. 

- A co na to twoja mama? Czy podoba jej się, że oni mają tutaj takie spotkania? 

-  Ona  tylko  się  cieszy,  bo  jest  pełna  podziwu  dla  wszystkiego,  co  tata  mówi  i  robi. 

Biedna mama, jest taka głupia. Kiedy zostaje sama, od razu zaczyna się żalić. Ale tych miłych 

panów to naprawdę lubi, bo dwóch z nich pomogło nam kupić ten majątek. A wujek Sigurd 

od  razu  dostanie  pracę  w  Niemczech,  jak  tylko  skończy  tutaj  tę  swoją  dysertację.  U 

człowieka, który chyba nazywa się Himmler. Zdaje się, że to ktoś bardzo ważny. A ten mój 

wujek Sigurd jest strasznie mądry. I dowcipny - paplała dziewczynka. 

- To on też bywa na tych spotkaniach? 

-  Czy  pan  oszalał?  On  wtedy  się  ukrywa,  bo  tata  strasznie  się  boi,  że  jego  znajomi 

dowiedzą się, że wujek tu mieszka. 

- Ty chyba bardzo dużo wiesz? 

- Hm, bardzo lubię podsłuchiwać - przyznała po cichu. - Kiedyś słyszałam, jak tata i 

wujek Sigurd się kłócili. Tata był strasznie zły i krzyczał na wujka, że właściwie to powinien 

się  stąd  wynieść.  Nie  zrozumiałam,  co  mówił  wujek,  bo  odpowiadał  bardzo  cicho,  ale  i  tak 

ciarki przechodziły mi ze strachu po plecach. 

Dziewczynka  miała  duże  zęby  i  nieco  sepleniła.  Patrzyła  na  Steina  z  ogromną 

ufnością. Zawstydził się, kto to słyszał, żeby wypytywać dziecko w ten sposób! Ale ta mała 

Alice okazała się nieoceniona. Nieoceniona! 

background image

Nagle obejrzała się za siebie. 

-  O,  idzie  Unni!  Cieszy  się  pan,  prawda?  -  wykrzyknęła  i  pobiegła  przed  siebie, 

podczas gdy Odd Stein z trudem podniósł się z ławki, żeby wyjść naprzeciw swojej „córce”. 

Myśli nie dawały mu spokoju, nadal nie mógł sobie przypomnieć, kto to jest ten wujek 

Sigurd. 

-  Wyglądasz  na  trochę  rozstrojoną  -  zauważył  Stein,  gdy  znaleźli  się  już  w  jego 

pokoju. 

- Czy to takie dziwne? - westchnęła Unni. - Ciekawe, jakby się pan czuł, gdyby ktoś 

pana  całował,  a  pan  miałby  w  jednej  kieszeni  fartucha  raport  Wangena,  a  w  drugiej  dwa 

skradzione befsztyki. 

- Naprawdę nie zamierzam tego sprawdzać - odparł sucho Stein. - Młody Hugo? 

- Tak. Przyjemność była wątpliwa. 

- Widziałem, kiedy przyjechał do domu. Wyglądał, jakby go ktoś wyciągnął ze stogu 

siana. 

-  Uroki  życia  na  wsi.  Tu  jest  ta  dodatkowa  porcja  mięsa,  o  którą  pan  prosił  - 

oznajmiła,  wyjmując  z  kieszeni  fartucha  jakieś  zawiniątko  w  serwetce.  -  A  tu  raport  Nilsa. 

Nawiasem  mówiąc,  wcale  bym  się  nie  zdziwiła,  gdyby  za  którymś  razem  udało  mi  się 

niechcący zwabić tym gwizdaniem łosia. 

Stein,  nie  zwlekając,  zaczął  czytać  przytłumionym  głosem:  -  „Zidentyfikowano 

zwłoki.  To  były  Kit  Thomassen  i  Gunvor  Tvedt”.  Dokładnie  tak  jak  myśleliśmy  -  pokiwał 

głową detektyw. - „Gunvor Tvedt została zabita strzałem między oczy, natomiast nie możemy 

ustalić przyczyny śmierci Kit Thomassen. Lekarz sądowy ciągle nad tym pracuje. Zgodnie z 

twoją prośbą, posłałem po Håkona Svendsena, który uprzedzi też Karlsena i Rosenlunda...” 

- Och, Rosenlund - zapiszczała Unni. - To ten słodki! 

- Nawet go nie zobaczysz - odparł Stein najbardziej oschłym na świecie tonem. - Oni 

są tylko w pogotowiu, na wypadek gdyby komisarz potrzebował dodatkowego wsparcia. 

Czytał  dalej:  -  „Gunvor  Tvedt  była  w  pierwszych  tygodniach  ciąży,  zdołaliśmy  też 

ustalić, że utrzymywała znajomość z niejakim Tildemem w Oslo”. Aha - bąknął Odd Stein. - 

Czyli nasz młody Hugo był także i tam? 

-  W  każdym  razie  to  wyklucza  z  kręgu  podejrzanych  wujka  Sigurda  Tildema  - 

stwierdziła Unni. - Bo on przyjechał tutaj dwa lata temu. Z Australii. 

- Kto tak powiedział? 

- Alice, moje niezastąpione źródło informacji. Nigdy wcześniej o nim nie słyszała. Ale 

proszę mówić dalej! 

background image

Odd przez chwilę zatrzymał spojrzenie na Unni. 

- Jak ty wyglądasz, coś ty z siebie zrobiła! 

Unni wpadła w złość: 

- A czyja to wina? Nawiasem mówiąc, to pan też wcale nie wygląda lepiej. Nigdy w 

ż

yciu nie spotkałam kogoś równie mało pociągającego! 

Zacisnął usta, żeby nie powiedzieć nic niemiłego. Wreszcie wrócił do raportu. 

-  „Chciałeś  trochę  informacji  o  rodzinie  Tildemów.  Oto  co  udało  mi  się  ustalić: 

Ojciec, stary Tildem, cieszył się niegdyś w Tonsbergu powszechnym szacunkiem. Syn Patrik, 

niedoszły kapitan, osiadł z rodziną w Kristiansand, ale i tak żył z pieniędzy ojca. Pięć lat temu 

kupił  Lindehede.  Starsza  pani,  poprzednia  właścicielka  majątku,  była  prawdopodobnie 

spokrewniona  z  Tildemami,  ale  zdaje  się,  że  kupno  Lindehede  służyło  ucieczce  Patrika  z 

Kristiansand.  Przypuszczalnie  po  jakimś  skandalu,  nie  mogę  jednak  dojść,  po  jakim.  Do 

transakcji  doszło  dzięki  temu,  że  dwaj  przyjaciele  Tildema  zgodzili  się  być  poręczycielami. 

To  jakieś  wpływowe  osobistości  z  Oslo,  jeden  z  nich  jest  Niemcem,  drugi  germanofilem”. 

Oto  i  oni.  Dziewczynka  miała  rację  -  mruknął  pod  nosem.  -  „Sprowadzili  starego  ojca  z 

Tonsbergu, bo to prawdopodobnie on trzyma rodzinną kasę. Pani Marianne Tildem to dawna 

piękność,  poza  tym  mało  interesująca.  Syn  Hugo  ma  na  policji  rejestr  swoich  grzeszków, 

zapłacił  mandaty  za  zbyt  szybką  jazdę  i  awantury  po  pijanemu;  prawdopodobnie  zostanie 

przyjęty  na  uniwersytet,  choć  nie  zrobił  wiele  w  tym  kierunku.  Córka  Alice  to  jeszcze 

dziecko.  No  i  mamy  jeszcze  szanownych  małżonków  Krauss.  Sądząc  po  nazwisku,  w  ich 

ż

yłach  płynie  krew  niemiecka,  a  na  nim  ciąży  wyrok  w  zawieszeniu  za  dopuszczenie  się 

przemocy  i  niezgodne  z  prawem  użycie  broni.  <Wujek  Sigurd>  w  ogóle  nie  istnieje.  Stary 

Tildem miał tylko jednego syna, o dziecku spoza małżeńskiego łoża nic nikomu nie wiadomo. 

Pozdrowienia  dla  twojej  podopiecznej.  Przekaż  jej,  że  bez  niej  mamy  tu  zabójczy  spokój. 

Nils”. 

-  Kolejny  komplement  -  roześmiała  się  Unni,  po  czym  przystąpiła  do  zdawania 

własnej  relacji,  i  to  tak  szczegółowej,  że  Stein  był  bliski  eksplozji.  Nie  pominęła  żadnej 

najdrobniejszej  myśli  i  doznania.  Wreszcie  zakończyła:  -  Nie  wytrzymam  już  dłużej  tego 

ohydnego papierosowego smrodu. Rozumiem, że teraz pan przejmuje pałeczkę? Na razie. 

Gdy  wyszła,  Stein  wycedził  przez  zęby  parę  nieprzyjemnych  słów.  Uchylił  jednak 

trochę okno. 

Wciągnął  głęboko  powietrze.  Owszem,  nareszcie  przyszła  kolej  na  niego,  mógł 

przystąpić do działania po długim dniu upokarzającej bezczynności. 

Nadszedł  wieczór.  Unni  padła  na  łóżko,  śmiertelnie  zmęczona  po  pracy,  do  której 

background image

przecież  nie  nawykła.  Miała  prawo  przypuszczać,  że  Odd  Stein  jest  z  niej  zadowolony. 

Dobrze jednak wiedziała, że prędzej doczeka się od niego krytyki niż słów uznania. 

Nagle wzdrygnęła się. 

Firanka  w  drzwiach  prowadzących  do  sąsiedniego  pomieszczenia  jakby...  Czy  to 

możliwe, żeby się poruszyła? 

W jej pokoju panowała całkowita ciemność. Tej nocy nie świecił księżyc. 

Przerażona  Unni  dostrzegła  coś  w  przeszklonych  drzwiach.  Coś,  co  jej  się  śniło 

poprzedniej nocy. W wąskiej szparce między firankami pokazał się słaby promień światła, a 

w nim czyjeś błyszczące oko, tak złowrogie i przerażające, że poczuła ciarki na plecach. Nie 

przyszło  jej  do  głowy,  żeby  sprawdzić,  co  jest  za  tymi  drzwiami,  sądziła,  że  jest  zupełnie 

sama na poddaszu. A jeśli da się je otworzyć od drugiej strony? 

Unni próbowała opanować panikę, której powoli ulegała. Serce waliło jej jak młotem. 

Firanki znowu znalazły się na miejscu, oko zniknęło. Unni usiadła na łóżku, na zmianę 

drżąc  i  sztywniejąc  ze  strachu.  Najważniejsze  to  zachować  spokój!  Nogi  opuścić  z  łóżka, 

stanąć na podłodze. Tam są drzwi, podejść do nich jak gdyby nigdy nic! 

Odd  Stein  jest  w  drugim  skrzydle  domu.  Zdążysz  tam  dojść,  nie  ma  żadnego 

niebezpieczeństwa. Tylko przemknąć przez poddasze, tak żeby nikt nie usłyszał... 

Kiedy  otwierała  drzwi,  klamka  lekko  zaskrzypiała.  Uderzył  ją  zimny  powiew.  Na 

korytarzu  było  ciemno,  z  małego  okienka  w  szczycie  domu  sączyło  się  słabe  światło. 

Widziała z daleka poręcz schodów. Za chwilę jej dotknie... 

W tym momencie Unni stanęła jak wryta, wciągnęła głęboko powietrze i z przerażenia 

przestała oddychać. 

W  ciemności,  jaka  zalewała  korytarz,  usłyszała  tuż  przed  sobą  dźwięki,  jakie  mógł 

wydawać tylko przyczajony, gotowy do skoku kot. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Północ zbliżała się wolno i z ociąganiem. Odd Stein wstał i zszedł na dół. Następnie 

otworzył ostrożnie drzwi wyjściowe, położył coś na schodkach i poczekał, póki nie usłyszał 

odgłosów, które chciał usłyszeć. Wówczas jeszcze raz uchylił drzwi i znowu rzucił kawałek 

mięsa. 

Postanowił odczekać pół godziny. 

Był  trochę  niespokojny,  ponieważ  mniej  więcej  godzinę  wcześniej  do  jego  uszu 

dobiegł  gdzieś  z  głębi  domu  przytłumiony  krzyk  -  krzyk,  który  szybko  został  zduszony. 

Musiał przyznać, że wcale mu się to nie podobało. Cały czas zdawał sobie sprawę z ogromnej 

odpowiedzialności za bratanicę komendanta. A to on przecież wpadł na pomysł, żeby zabrać 

ją do Lindehede. 

Ale ten krzyk mógł przecież oznaczać zupełnie co innego. Małżeńską kłótnię między 

Tildemami. Albo jakiś zły sen, który przyśnił się małej Alice. 

Odd  Stein  był  teraz  sobą,  zmył  charakteryzację  i  założył  własne  ubranie.  Poczuł  się 

znacznie lepiej, zwłaszcza że wciąż miał w pamięci nieprzyjemny komentarz Unni. 

Pół  godziny  minęło.  Niby  niewidzialny  cień  prześlizgnął  się  przez  drzwi,  ominął 

uśpione  psy  -  wiedział,  że  środek  działa  cztery  godziny  -  i  znalazł  się  przy  głównej  części 

budynku, starej ruinie, która straszyła niczym widmo. 

W raporcie przekazanym Wangenowi ustalił porę spotkania na wpół do trzeciej, miał 

więc jeszcze sporo czasu. Do tej pory jednak musiał niemało się dowiedzieć. 

Ani  on,  ani  Unni  nie  zdołali  jeszcze  ustalić,  gdzie  śpią  Krauss  i  jego  żona, 

przypuszczali,  że  w  domku  przy  bramie.  A  Krauss  z  pewnością  nie  miał  nadludzkiej  siły! 

Ponieważ  od  rana  do  wieczora  był  na  nogach,  wobec  tego  teraz,  zgodnie  z  wszelkimi 

prawami natury, powinien spać, polegając całkowicie na czujności psów. 

Tak  więc  Odd  Stein  obawiał  się  spotkania  nie  z  nim,  tylko  z  „wujkiem  Sigurdem”. 

Zdaje się, że to on w tym domu jest nocnym markiem, pomyślał. 

Tak  jak  się  spodziewał,  główne  wejście  było  zamknięte  na  klucz.  Przeszedł  więc 

naokoło domu i znalazł kilka wejść od tyłu, a zwłaszcza to, które interesowało go najbardziej: 

wejście do piwnicy. 

Okazało  się  jednak  tak  solidnie  zamknięte,  że  Stein  musiał  się  poddać.  Drzwi  do 

kuchni  również  były  zaryglowane  od  wewnątrz,  ale  drzwi  wychodzące  na  ogród  -  jak  to 

często bywa w takich starych domach - po kilku próbach dały się otworzyć. 

background image

Tak  więc  w  kwadrans  potem  Odd  Stein  uchylił  je  nieco  i  znalazł  się  w  niewielkim 

korytarzyku  przed  salonem.  I  właśnie  tam  dostrzegł  światło  dochodzące  z  pomieszczenia 

znajdującego się w środku domu, z pomieszczenia nie mającego w ogóle okien. 

Stein zakradł się bliżej. Nie było sposobu, żeby zajrzeć do środka, ale kiedy tak stał i 

zastanawiał się nad następnym krokiem, usłyszał nagle głosy dobiegające z wewnątrz. 

Znalazłszy  sobie  dobrą  kryjówkę,  wyjął  z  kieszeni  mały  aparat  podsłuchowy. 

Przytwierdził go do ściany i przyłożył ucho. 

Teraz słyszał głosy bardzo wyraźnie. 

- To przecież szaleństwo! - syknął ktoś. - Nie mam teraz co zrobić z tyloma, niedługo 

skończę i wtedy od razu wyjeżdżam. Do Niemiec. 

Steinowi serce podeszło do gardła.  Znał ten  głos. Teraz już wiedział, kim jest wujek 

Sigurd. Poczuł, jak z przerażenia oblewa go zimny pot. 

Doktor Hundt! Pozbawiony wszelkich skrupułów fanatyk, lekarz, dla którego ludzkie 

ż

ycie nic nie znaczy. Skazany za bestialskie zbrodnie, zbiegł i przez długi czas nigdzie się nie 

pokazywał.  Był  tutaj?  Czy  to  przypadkiem  nie  dwa  lata  temu  zaginął  po  nim  wszelki  ślad? 

Chyba tak, i to by się zgadzało. Co on znowu kombinował? Czym się zajmował przez te dwa 

lata  w  Lindehede?  Przecież  równie  dobrze  mógł  już  wcześniej  wyjechać  do  Niemiec  i 

pracować  tam  dla  Himmlera,  szefa  policji  niemieckiej,  o  którym  wspomniała  Alice.  Czemu 

tego nie uczynił? 

Drugi  głos  coś  odpowiedział,  dobiegał  jednak  z  większej  odległości,  jakby  osoba 

mówiąca  znajdowała  się  w  jakimś  wykuszu.  Stein  nie  zdołał  usłyszeć  niczego  poza 

nieokreślonym bełkotem. 

Następnie znowu rozległ się głos „wujka Sigurda”, tym razem przepełniony odrazą. 

- Jesteś potworem! Nie możesz tego zrobić! 

Stein zadrżał. Jeśli doktor Hundt, uważany za pozbawionego wszelkich uczuć, nazywa 

tego drugiego człowieka potworem, to kim on musi być? Jeszcze większym zwyrodnialcem? 

I znowu niewyraźny bełkot, i odpowiedz Hundta: 

- Grozisz mi? To niezbyt rozsądne z twojej strony! No dobrze, zrobię z tym porządek. 

Wracaj teraz do siebie, nie chcę cię tu widzieć. Na początku myślałem, że nasza współpraca 

będzie  przebiegać  bez  zakłóceń,  ale  zaczynasz  napawać  mnie  coraz  większą  odrazą.  Znikaj 

stąd! 

Jakieś drzwi otworzyły się i zamknęły. Stein zrozumiał, że Unni miała rację. Musiało 

istnieć ukryte przejście między piwnicami obu części domu, a zejście do niego znajdowało się 

chyba za tą ścianą, o którą się opierał. 

background image

Wewnątrz  zapadła  cisza.  Hundt  jednak  mógł  się  tam  nadal  znajdować.  Po  krótkim 

namyśle Stein postanowił dokładniej przyjrzeć się domowi. Odbezpieczył rewolwer, wiedział 

bowiem, że w razie zagrożenia doktor nie zawaha się przed sięgnięciem po broń. Na szczęście 

Stein trafił szybko na schody prowadzące na piętro. Stojąc w korytarzu i przypominając sobie 

rozkład całego budynku, doszedł do wniosku, że Hundt musi zajmować dwa albo trzy pokoje 

na parterze, łącznie z kuchnią. 

Na  szczęście  stopnie  schodów  były  wyłożone  miękkim  chodnikiem,  dostał  się  więc 

bezszelestnie  na  górę.  Chodzenie  po  nieznanym  mieszkaniu  zawsze  łączy  się  z  pewnym 

ryzykiem,  ponieważ  nigdy  nie  da  się  przewidzieć,  które  z  desek  skrzypią.  Na  wszelki 

wypadek Stein wciągnął skarpetki na buty, po czym zapalił latarkę. 

Wąski  strumień  światła  padł  na  opuszczone  pomieszczenie,  niemal  całkowicie 

pozbawione  mebli.  Prawdopodobnie  Tildemowie  przenieśli  wszystkie  użyteczne  sprzęty  do 

wschodniego  skrzydła.  W  jednym  z  pokojów  policjant  zauważył  przeciekający  sufit  i 

zniszczoną przez kapiącą wodę podłogę. 

Przechodził  z  pokoju  do  pokoju,  potem  w  ten  sam  sposób  sprawdził  poddasze.  Było 

duże i nieprzyjemne, między belkami na suficie zwisały nietoperze. 

Nic  szczególnego  nie  zauważył,  zszedł  więc  z  powrotem  niżej.  Przy  schodach  na 

piętrze nastąpiło to, czego się obawiał: zaskrzypiała jedna z desek podłogi. 

Natychmiast odskoczył pod ścianę, przycupnął w jakimś niewielkim załomie i czekał. 

Ale nic się nie działo. Czyżby doktor Hundt ogłuchł? 

Albo może już go tutaj nie było? 

Odd miał ochotę zobaczyć piwnicę. Wiedział jednak, że tędy nie dostanie się na dół. 

Czy ma spróbować wejść do pokoju doktora? Nie, to byłoby zbyt ryzykowne, może on 

jednak tam jest, tylko położył się spać. A już na pewno usłyszałby otwieranie drzwi. Stein nie 

chciałby  stanąć  jeszcze  raz  oko  w  oko  z  doktorem  Hundtem.  Przede  wszystkim  pragnął  się 

dowiedzieć, co on tu robi i, co najważniejsze, kim jest jego współpracownik. Ta bestia, której 

bał się nawet on. 

Odd Stein nie miał wyjścia: musiał przejść do wschodniego skrzydła i od tamtej strony 

dostać  się  do  piwnicy  pod  najstarszą  częścią  domu.  Spojrzał  na  zegarek.  Ma  jeszcze  trochę 

czasu, psy powinny nadal spać. 

Unni obiecała, że drzwi do kuchni zostawi otwarte. Nie wiadomo jednak, czy już po 

niej nie znalazła się tam pani Krauss albo ktoś inny. 

Stein  z  łatwością  wydostał  się  na  zewnątrz  i  trafił  do  drzwi  kuchennych  we 

wschodnim skrzydle. Tu natknął się na pierwszą przeszkodę. Drzwi okazały się zaryglowane 

background image

od wewnątrz. No cóż, Unni zrobiła na pewno co mogła, to nie jej wina. Zerknął na ogromne 

drzewa, wyższe od domu, i zastanowił się, czy nie udałoby mu się dostać do środka tą drogą, 

ale w chwili, gdy puścił uchwyt przy drzwiach, stwierdził, że chyba nie wszystko stracone. 

Musiał  przyznać,  że  dziewczyna  jest  sprytna.  Zasuwka  bowiem,  choć  wyglądała  na 

zamkniętą, ledwie, ledwie zachodziła na futrynę. Wystarczyło kilka razy porządnie szarpnąć 

drzwiami, by odskoczyła. 

Znalazł  się  w  korytarzu  czarnym  jak  piekielne  czeluści.  Gdy  już  zamierzał  zapalić 

latarkę,  usłyszał,  że  ktoś  nadchodzi,  powłócząc  nogami.  Stein  dopadł  ściany  i  po  omacku 

znalazł  na  niej  jakiś  stary  płaszcz  przeciwdeszczowy.  Schował  się  pod  nim,  ale  niestety  nie 

zdążył  już  poszukać  sobie  jakiejś  szparki,  przez  którą  mógłby  wyglądać,  ponieważ 

nieoczekiwanie  otworzyły  się  drzwi  do  kuchni.  Na  szczęście  nie  zapalono  światła  w 

korytarzu. 

Ten ktoś, kto przyszedł, postękiwał ciężko i szedł niepewnie. Odd przypuszczał, że ów 

niespodziewany  gość  zaraz  wyjdzie  na  dwór,  ale  on,  o  dziwo,  otworzył  drzwi  do  piwnicy. 

Wciąż postękując i pojękując, przestąpił próg i zamknął je za sobą. Ciężkie, powolne stąpanie 

rozlegało się teraz na dole. 

A  więc  ta  droga  na  razie  była  odcięta.  Odd  chciał  jak  najszybciej  dotrzeć  do  Unni  i 

wydać  jej  polecenia  by  natychmiast,  bez  chwili  zwłoki,  wyniosła  się  z  Lindehede.  Bo  z 

doktorem Hundtem to nie przelewki! 

Znalazł  tylne  schody  i  bez  kłopotu,  mijając  dwa  piętra,  dostał  się  na  poddasze.  Tu 

zapalił wreszcie latarkę i odnalazł drzwi do pokoju Unni, 

Wyszeptał  jej  imię.  Nikt  nie  odpowiadał.  Pewnie  spała  biedaczka  po  całym  dniu 

męczącej krzątaniny. 

Pukanie do drzwi mogło się okazać zbyt ryzykowne. Chwycił zatem za klamkę, mimo 

ż

e  był  przekonany,  iż  dziewczyna  zamknęła  się  na  klucz.  Jednakże  ku  jego  wielkiemu 

zaskoczeniu drzwi się uchyliły. Co za bezmyślność z jej strony! 

Ś

wiatło  latarki  przesuwało  się  po  pokoju.  Na  krześle  leżało  ubranie  Unni,  ale  łóżko 

było puste, i wyglądało tak, jakby opuszczono je w wielkim pośpiechu. 

Odd Stein poczuł, że robi mu się zimno z przerażenia. Dokąd ona mogła...? 

Uderzył się w czoło. Co za idiota z niego! 

Myślał,  że  to  stary  Tildem  błąka  się,  postękując,  po  piwnicy.  Przecież  Unni 

opowiadała, że stary krąży nocami po całym domu. Lecz równie dobrze mógł to być doktor 

Hundt dźwigający na plecach Unni! Hundt czy Krauss? 

„To przecież szaleństwo! Nie mam teraz co zrobić z tyloma”. „Co z ciebie za potwór”. 

background image

„No dobrze, zrobię z tym porządek”. 

A wcześniej ten krzyk gdzieś w głębi domu... Czy to naprawdę Unni? 

Odd  ruszył  przed  siebie.  Spieszył  się  tak  bardzo,  że  zapomniał  nawet  wyłączyć 

latarkę. 

Nagle  stanął  jak  wryty  niedaleko  schodów.  Poczuł  ukłucie  w  sercu,  ogarnął  go 

nieopisany lęk. 

Na podłodze dostrzegł niewielką plamę krwi. Na górnym stopniu schodów leżał jakiś 

skrawek materiału. Odd Stein pochylił się i go podniósł. Był to trójkątny kawałek flaneli ze 

ś

miesznej koszuli nocnej, którą specjalnie kupili dla Unni. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Szybko otrząsnął się z szoku. Zerknąwszy na zegarek, stwierdził, że już pora udać się 

do  parku,  gdzie  przy  dziurze  w  żywopłocie  umówiony  był  z  Nilsem  Wangenem.  Zaczął  się 

jednak zastanawiać, czy nie byłoby lepiej zejść do piwnicy i spróbować uratować Unni - jeśli 

jeszcze nie jest za późno. Głęboko zaniepokojony, skłaniał się ku tej drugiej możliwości, gdy 

nagle na jednym z niższych stopni zauważył jakiś przedmiot. 

Wziął go do ręki, zastanawiając się, co to może być, obracał ową rzecz na wszystkie 

strony, badał dotykiem i węchem. Gdzie on widział coś takiego ostatnio? Gdzie to było? 

Ależ tak! Przy drodze w lesie, kiedy szukali tego nadajnika, który Unni cisnęła gdzieś 

w  zarośla.  Zauważył  wtedy  taki  sam  błyszczący  przedmiot  na  ziemi,  wziął  go  jednak  za 

zabawkę zgubioną przez jakieś dziecko. 

Odd włożył ową zagadkową rzecz do kieszeni i zdecydował: nie powinien sam iść do 

piwnicy.  Zwłaszcza  z  czymś  takim.  Z  drugiej  strony  jednak  znalezienie  tej  dziwnej  rzeczy 

obudziło w nim nadzieję, że Unni nic złego się nie stało. 

Niedługo potem był już przy żywopłocie. Gwizdnął. W odpowiedzi usłyszał podobny 

sygnał,  a  po  chwili  przez  otwór  między  świerkami  do  parku  weszło  trzech  mężczyzn: 

Wangen, komendant i jeszcze jeden miejscowy policjant. 

- Z Oslo nikt nie mógł przyjechać. Napad na bank, podpalenie i morderstwo to trochę 

za dużo jak na jeden dzień. Zjawią się, jak tylko będą mogli. A to jest asystent komendanta, 

Pedersen, niezwykle dyskretny człowiek - powiedział Wangen. 

Stein skinął głową na powitanie. 

- Pospieszmy się. Życie Unni jest w niebezpieczeństwie. 

Gdy biegli przez park, opowiedział im, co się stało. Weszli na dziedziniec, na którym 

psy nadal leżały jak martwe. Na horyzoncie pojawiła się słaba smuga światła zapowiadająca 

coraz bliższy świt. 

-  Komendant  i  Nils  Wangen  wejdą  do  głównej  części  budynku  od  strony  ogrodu  - 

szepnął  Odd  Stein.  -  A  Pedersen  pójdzie  ze  mną  przez  wschodnie  skrzydło  i  piwnice. 

Poczekacie chwilę wewnątrz domu, dopóki się nie upewnicie, że jesteśmy już na dole. Czy na 

pewno  wiecie,  gdzie  są  drzwi  do  jego  pokoju?  Spróbujcie  się  tam  przedostać.  Trzymajcie 

broń w pogotowiu. Jeśli będzie próbował się bronić, musicie go od razu unieszkodliwić. Ale 

chcę  go  dostać  żywego.  Tylko  miejcie  się  na  baczności,  ten  człowiek  byłby  zdolny  zabić 

własną matkę, gdyby tylko mu się to do czegoś przydało. 

background image

Rozstali  się.  Stein  i  jego  towarzysz  wkrótce  znaleźli  się  na  schodach  do  piwnicy  we 

wschodnim skrzydle, a następnie zeszli do korytarza, w którym znajdowało się wiele drzwi. 

Otwierali jedne po drugich, dopóki nie znaleźli tego, czego szukali: długiego tunelu, którego 

koniec ginął gdzieś w ciemnościach. 

Nie  zwlekając,  weszli  do  niego  i  w  ten  sposób  znaleźli  się  pod  starą  główną  częścią 

budynku. 

Tu  i  ówdzie  widać  było  pozostałości  wiekowych  sklepień,  zmurszałe  drzwi 

prowadziły  do  pustych  pomieszczeń  przesyconych  stęchłym  zapachem  ziemi.  Natrafili  na 

piwnicę, w której kiedyś przechowywano wino, dotarli też do schodów wiodących na górę do 

części mieszkalnej. 

Nigdzie jednak nie zdołali dostrzec śladu Unni. 

- Musi być wyżej - bąknął Odd. - Chodźmy. 

Pokonali schody w kilku susach, starając się poruszać bezszelestnie. 

Drzwi  nie  stawiały  oporu.  W  pokoju,  w  którym  Stein  nie  tak  dawno  słyszał  dwie 

rozmawiające osoby, spotkali pozostałych kolegów. 

- Ani śladu - powiedział Nils Wangen. 

- Chodźmy na piętro! 

- Skoczę na dziedziniec i sprawdzę, czy nikt nie odjechał - zaproponował komendant. 

- Chwileczkę! - wykrzyknął Wangen. - Kiedy czekaliśmy na ciebie przy żywopłocie, 

słyszeliśmy w oddali jakiś motocykl. Myślicie, że...? 

-  Nawet  go  widziałem  -  potwierdził  komendant  Bårdsen.  -  Zjawiłem  się  trochę 

później. Kiedy wjeżdżałem do lasu, minął mnie na drodze. 

- Myślicie, że był stąd? - spytał Odd. 

- W każdym razie nadjechał od strony alei. 

- Miał kosz z boku? 

-  Nie,  to  zwykły  motocykl.  Było  prawie  ciemno,  ale  stałem  blisko  drogi  i  dlatego 

bardzo wyraźnie widziałem mężczyznę, który go prowadził. Raczej nie wyglądał na młodego. 

I z całą pewnością był sam. 

Odd zaczerpnął powietrza. 

- Doktor Hundt! Tak, nie ulega wątpliwości. Szukajcie Unni! Szybko! 

Stein  i  Wangen  ruszyli  przed  siebie,  komendant  zaś  wyjął  telefon,  obudził  zaspaną 

telefonistkę  i  zadzwonił  do  swego  kolegi  w  sąsiednim  okręgu,  by  zablokowano  wszystkie 

drogi. 

Podczas  gdy  pozostali  policjanci  przeszukiwali  dom  od  strychu  po  piwnice,  Odd 

background image

penetrował  kryjówkę  doktora  Hundta.  Jeszcze  nigdy  do  tej  pory  nie  czuł  tak  dojmującego 

niepokoju. Było to doznanie zupełnie mu nie znane. Nie potrafił go zrozumieć. 

Wygląd pomieszczeń stanowiących siedzibę Hundta zdradzał, że zajmowała je osoba 

o  niezwykłym  zamiłowaniu  do  porządku.  Wszystko  było  starannie  poukładane.  Na 

ogromnym  biurku  leżało  mnóstwo  notatek,  które  umiałby  zinterpretować  tylko  lekarz  albo 

naukowiec  znający  się  na  medycynie,  zwłaszcza  że  wiele  słów  zapisano  w  postaci 

niezrozumiałych  skrótów.  Odd  Stein  nie  znalazł  nic,  co  mogłoby  mu  pomóc  rozwiązać 

zagadkę. 

Prawdopodobnie majątek Lindehede służył Hundtowi jako kryjówka, ponieważ gdzie 

indziej grunt palił mu się już pod nogami. 

Milczący miejscowy policjant wrócił pierwszy. Zaraz po nim przyszli pozostali. 

- Nic! Absolutnie nic! 

Odd Stein wycedził coś przez zęby, po czym ruszył ku drzwiom. 

-  W  porządku!  Chodźcie  za  mną!  Przerwiemy  błogi  sen  rodzince  Tildem,  choć  to 

przecież  środek  nocy.  Jeden  ptaszek  już  wyfrunął,  ale  został  jeszcze  jeden,  i  to  bardziej 

niebezpieczny niż sam doktor Hundt! 

Wrócili do wschodniego skrzydła, zmartwieni i zdenerwowani. Wszyscy mieli dziwne 

uczucie, że życie Unni wisi na włosku i teraz liczy się każda minuta. 

O ile jeszcze w ogóle nie jest za późno. 

W szarym świetle brzasku Odd Stein, stojąc przed wystraszonymi członkami rodziny 

Tildemów,  przemawiał  do  nich,  miotany  wściekłością.  Jego  koledzy  przeszukiwali 

tymczasem  każdy  milimetr  wschodniego  i  zachodniego  skrzydła  i  wszystkie  pozostałe 

zabudowania  posiadłości,  włącznie  z  grobowcem.  Gdy  psy  ocknęły  się  z  uśpienia,  Krauss 

otrzymał polecenie zajęcia się nimi. 

Gospodarz  był  ogromnie  wzburzony  wtargnięciem  policji  na  teren  prywatny,  jego 

niewysoka  i  okrągła  żona  co  chwila  wycierała  nos  chusteczką,  Hugo  zaś  miał  bladą  twarz  i 

podkrążone oczy. Obok nich siedział na krześle stary Tildem, nie mogąc powstrzymać się od 

zjadliwych  komentarzy  na  temat  policji.  Jedyną  osobą,  której  chciano  zaoszczędzić  tego 

wszystkiego, była mała Alice. Dlatego jej nie obudzono. 

- Wiedziałem od początku, że z tą służącą jest coś podejrzanego - prychnął pan domu. 

- I pomyśleć, że miała czelność wkraść się tutaj, wykorzystując naszą życzliwość. 

-  Bratanica  samego  szefa  policji!  -  wykrzyknął  Hugo,  będący  mimo  woli  pod 

wrażeniem. - Ale nie myślicie chyba, że coś jej zrobiliśmy? Bo i po co? 

- Dlatego, że w grobowcu w parku leżały dwa trupy. 

background image

- A gdzie mają leżeć, jeśli nie w grobowcu? - powiedział drwiąco Hugo. - Nawiasem 

mówiąc, nigdy o tym nie słyszałem. 

Odd zacisnął zęby. 

-  W  pobliżu  żywopłotu  zniknęły  trzy  pozostałe  osoby,  o  tym  na  pewno  musieliście 

słyszeć, mimo że żyjecie tu jakby odcięci od świata. A każda z tych pięciu zaginionych albo 

zabitych  osób  została  wystraszona  przez  określony  dźwięk.  Odrażające  zgrzytanie  zębami 

jakby ogromnego kota. 

Hugo wstał z miejsca. 

- Czego? Kota? - powtórzył ochrypłym głosem, próbując się roześmiać. - Kota? Nie, 

tylko nie to, to niemożliwe, tylko nie to! 

Pozostali patrzyli na niego ze zdumieniem. 

-  Muszę  wyjść  -  bąknął  i  rzucił  się  w  stronę  drzwi,  jakby  chciał  uciec  przed  czymś, 

czego nie byłby w stanie znieść. 

- Zatrzymać go! - krzyknął Odd Stein. 

Pedersen, który wracał właśnie do głównej części budynku, puścił się za nim pędem. 

Hugo  zdążył  jednak  wybiec  na  dziedziniec,  wsiadł  do  samochodu  i  ruszył  z  piskiem  opon, 

błyskawicznie znikając między drzewami parku. 

Pedersen  chwycił  rower  małej  Alice  i  zaczął  pedałować  jak  szalony,  żeby  dopaść 

młodego dziedzica przed zamkniętą bramą. 

Nie musiał wcale jechać aż tak daleko, nagle bowiem wszyscy usłyszeli potężny huk i 

brzęk rozsypującego się szkła. 

Zapadła przerażająca cisza. 

Przez  okno  salonu  widać  było  samochód,  który  uderzył  w  jeden  z  potężnych  dębów 

rosnących w parku i teraz bardziej przypominał stos żelastwa niż pojazd. 

Pedersen  zeskoczył  z  roweru  i  podbiegł  do  auta.  W  tym  czasie  Odd  dzwonił  już  po 

lekarza. 

Dopiero  po  chwili  zauważył,  że  Marianne  Tildem  leży  nieprzytomna  na  podłodze. 

Prawdopodobnie zemdlała, zanim jeszcze Hugo uciekł. 

Nadszedł dzień. W całym domu panowała cisza. Odd otrzymał właśnie wiadomość, że 

Hugo Tildem zmarł w drodze do szpitala. 

Marianne  Tildem  leżała  na  kanapie,  a  jej  mąż  siedział  tuż  przy  niej.  Pogrążeni  w 

smutku, zapomnieli o swarach. Stary Tildem poszedł na górę do siebie, w salonie natomiast 

pojawiła się Alice. Usiadła na oparciu kanapy, postukując nerwowo o jej bok jedną nogą. 

-  Biedna  mamusia  -  powiedziała,  sepleniąc.  -  Czy  jest  ci  smutno?  Czy  ta  okropna 

background image

Gunvor  znowu  zrobiła  jakieś  głupstwo?  A  gdzie  jest  Hugo?  On  zawsze  powtarza,  że 

Gunvor... 

- Idź do kuchni do pani Krauss, słyszysz, Alice! - powiedział Patrik Tildem. 

Dziewczynka wyszła niechętnie z pokoju. 

- Przykro mi, że muszę naprzykrzać się państwu w takiej chwili - odezwał się Odd ze 

współczuciem  -  ale  chodzi  o  życie  młodej  dziewczyny.  Gdzie  ona  może  być  ukryta,  panie 

Tildem? Nie oskarżam o to pana, zrobił to z pewnością doktor Hundt. Ale ona musi tu gdzieś 

być. 

Patrik Tildem przymknął oczy. 

-  Nie  wiem,  co  ten  szatan  tu  wyczyniał.  Zmuszono  mnie,  żebym  go  przetrzymał  w 

Lindehede. Mogę tylko się domyślać, gdzie on mógł ukryć tę młodą dziewczynę. 

- Zechce nam pan pokazać to miejsce? Proszę się pospieszyć! 

Patrik  Tildem,  jeszcze  nim  się  podniósł,  poklepał  żonę  po  ręce,  jakby  w  ten  sposób 

chciał  ją  uspokoić.  Następnie  prowadząc  wszystkich  policjantów  -  oprócz  Pedersena,  który 

został na górze - zszedł do piwnicy pod starą częścią domu. 

-  Przysięgam,  że  nic  nie  wiedziałem  o  zwłokach  tych  dwóch  osób  w  grobowcu  - 

zapewniał.  -  Słyszałem  oczywiście,  że  kilkoro  młodych  ludzi  zniknęło  w  tym  bezdennym 

jeziorze,  uważaliśmy  to  jednak  za  zwykłe  wiejskie  opowiastki  pozbawione  jakichkolwiek 

podstaw. 

Odd zatrzymał się w tunelu. 

- Teraz, kiedy nie ma tu pańskiej żony, może pan się chyba przyznać, że trzy lata temu 

Gunvor Tvedt zaszła w ciążę nie z pańskim synem, tylko z panem, prawda? Z panem! 

Tildem obruszył się. 

- Jak pan śmie? 

-  Owszem,  śmiem  -  odparł  krótko  Odd.  -  Alice  bąknęła  coś,  co  dało  nam  wiele  do 

myślenia,  poza  tym  ustaliliśmy,  że  Gunvor  Tvedt  obracała  się  w  Oslo  w  tych  samych 

germanofilskich  kręgach  co  pan  i  doktor  Hundt.  To  właśnie  dlatego  rok  po  całej  tej  historii 

Hundt  wymusił  na  panu,  by  mógł  tu  zamieszkać,  nieprawdaż?  Pańska  żona  jest  bardzo 

zazdrosna, a pan miał romans z Gunvor. 

Tildem spuścił głowę. 

- To prawda, wszystko było mniej więcej tak, jak pan to przedstawił. - Wyprostował 

się  znowu.  -  Ale  ja  jej  nie  zabiłem.  Nawet  nie  wiedziałem,  że  zginęła.  Na  dodatek  w 

Lindehede! 

- A te inne kobiety? Na przykład Kit Thomassen, znał pan ją? 

background image

- Skądże znowu! 

- Mówi się, że Kit była przez jakiś czas przyjaciółką Hugona. 

- Tak, Hugo chyba przyjechał tu z nią parę razy. 

Odd spojrzał na Patrika Tildema w zamyśleniu. 

-  Pana  syn  zareagował  bardzo  gwałtownie,  gdy  wspomniałem  o  tym  dziwnym 

zgrzytaniu jakby wielkiego kota. Powiedział: „Nie, tylko nie to, to niemożliwe, tylko nie to”. 

Co pan o tym myśli? 

- Nonsens! - oświadczył krótko Tildem. 

-  Koszula  nocna  Unni  została  rozerwana  przez  coś,  co  mogło  być  pazurem  dzikiego 

zwierzęcia.  Przeszukaliśmy  całą  posiadłość,  ale  nie  znaleźliśmy  najmniejszego  nawet  śladu 

kota. A może jest tu jednak jakiś kot? 

- Ależ skąd! - gospodarz był bardzo wzburzony takim przypuszczeniem. 

Ruszyli znowu naprzód. 

- Powiedział pan, że pan wie, gdzie może być ukryta Unni. 

- Wiedzieć nie wiem. Ale skoro szukaliście już naprawdę wszędzie... Kiedyś w Oslo 

opowiedziałem  doktorowi  Hundtowi  historię  tej  posiadłości.  Bardzo  go  zaciekawiła.  A  gdy, 

uciekając się do szantażu, wprowadził się już tutaj, nalegał, żeby mógł zamieszkać w tej starej 

części  budynku.  Nikt  poza  Kraussem,  który  był  jego  człowiekiem,  nie  mógł  tam  wejść.  Na 

samym  początku  nocą  przyjeżdżały  tu  ogromne  ciężarówki  i  przywoziły  niewyobrażalne 

ilości mniejszych i większych skrzyń, które wszystkie znikały potem we wnętrzu starej części 

domu.  Mieszkało  tam  z  Hundtem  kilku  mężczyzn,  ale  oni  po  paru  miesiącach  opuścili 

ukradkiem posiadłość. 

Odd pokiwał głową. 

- Powiada pan: historia posiadłości? 

Znaleźli się teraz w dużej piwnicy pod głównym budynkiem. Tildem przystanął. 

-  W  pewnej  starej  książce  mowa  jest  o  tym,  że  Lindehede  zostało  zbudowane  na 

miejscu  dawnej  magnackiej  posiadłości,  niemal  średniowiecznego  zamku.  Jednakże 

wszystkie  przekazy  o  nim  zaginęły.  Wieść  ludowa  głosi,  tak  piszą  autorzy  książki,  że  nadal 

można tu zobaczyć sklepienia starych więziennych lochów. We wsi jednak nikt nie słyszał o 

ż

adnym zamku. 

- To prawda, nigdy nie słyszałem o czymś takim - potwierdził Bårdsen. 

Wszyscy jak na komendę podnieśli wzrok na kamienny sufit. 

- Te mury pochodzą najwcześniej z siedemnastego wieku - ocenił Odd, który znał się 

na historii i architekturze. - Ale raczej z osiemnastego. A to przecież nie średniowiecze. 

background image

Zwrócił się do Tildema: 

- A nic panu nie wiadomo o jakimś tajemnym przejściu albo czymś w tym rodzaju? 

- Nigdy nie badałem tej starej ruiny. 

-  Obszedłem  całą  piwnicę  -  wtrącił  Nils  Wangen.  -  W  zarysie  dokładnie  odpowiada 

budynkowi nad nią. Nie ma nic więcej poza tym, co tu widać. 

- Krauss powinien się lepiej orientować - ostrożnie wtrącił komendant Bårdsen. 

Gospodarz pokręcił głową. 

-  Nie  wydobędziemy  z  niego  ani  słowa.  Poza  tym  nie  chcę  go  tu  oglądać.  Na  jego 

widok ciarki przechodzą mi po plecach. 

Odd  pochylił  się  nad  podłogą,  po  czym  przykucnął  i  zaczął  grzebać  nożem  w 

udeptanej ziemi. 

-  Popatrzcie  -  odezwał  się  po  chwili.  -  Pod  ziemią  jest  kamienny  mur.  Musimy 

poszukać jakiegoś zejścia! 

Szukali gorączkowo przez pół godziny, ale nie natrafili na nic podejrzanego. Wreszcie 

Odd  zaczął  przyglądać  się  dokładniej  wielkim  beczkom  po  winie,  które  stały  na 

przymocowanych do podłogi cokołach. Na jednym z nich znalazł jakieś ukryte blokady. Gdy 

je  zwolnił,  beczka  razem  z  cokołem  dała  się  bez  trudu  podnieść  do  góry,  odsłaniając 

kamienną klapę w posadzce. 

Mimo  że  klapa  wyglądała  masywnie,  otworzyli  ją  z  łatwością.  Poczuli  dziwną  woń, 

której nie potrafili zidentyfikować. 

Kamienne  schodki  prowadziły  na  dół  w  ciemność.  Nils  Wangen  znalazł  kontakt  i 

zapalił światło. Odd odbezpieczył pistolet. 

- Doktor Hundt odjechał na motocyklu - powiedział. - Krauss i jego żona są na górze, 

podobnie  jak  reszta  rodziny  Tildemów.  Ale  gdzieś  w  domu  znajduje  się  nadal  ten  ktoś 

nieznany. 

Wangen dodał krótko: 

- Bestia. 

Zeszli  do  niewielkiego  pomieszczenia,  które  musiało  być  bardzo  stare,  ponieważ 

ludzie Hundta wzmocnili jego strop cementem i grubymi palami. 

-  Zapewniam  pana,  że  nie  miałem  w  ogóle  pojęcia  o  tym  pomieszczeniu  -  rzekł 

Tildem. 

Przed nimi znajdowały się solidne żelazne drzwi zaryglowane drewnianą belką.  Odd 

Stein usunął ją i pchnął drzwi. 

Zapach, jaki buchnął z pomieszczenia, wprost zatrzymał mężczyzn w miejscu. To nie 

background image

była woń ziemi, stęchlizny czy czegoś zgniłego - to zupełnie coś innego, nieoczekiwanego. 

Intensywny  odór  karbolu,  eteru  i  innych  chemikaliów,  czyli  mówiąc  krótko:  szpital 

bez wentylacji. 

- Światło! - poprosił Stein. 

Znajdowali  się  w  ciemnej  i  wilgotnej  piwnicy,  w  której  ze  ścian  melancholijnie 

ś

ciekały krople wody. Żelazne uchwyty na ścianach ze zwisającymi łańcuchami zdradzały, że 

kiedyś mieścił się tu więzienny loch. 

Bårdsen zadrżał. 

- Trzeba przyznać, że w dzisiejszych czasach jesteśmy trochę bardziej humanitarni dla 

naszych więźniów - bąknął. - Tu są jeszcze jedne drzwi. 

Otworzyli  je.  Szpitalny  zapach  stał  się  wprost  nie  do  wytrzymania.  Gdy  rozbłysło 

ś

wiatło,  ujrzeli  doskonale  wyposażone  nowoczesne  laboratorium  o  ścianach,  suficie  i 

podłodze wyłożonych kafelkami, ze stołem operacyjnym z kompletnym wyposażeniem. 

- Dysertacja doktora Hundta - odezwał się Wangen. - Ciekaw jestem, do czego mu to 

było. 

-  Przecież  znasz  chyba  jego  specjalność?  -  spytał  Odd  dziwnie  ochrypłym  głosem, 

jakby  chciał  stłumić  emocje,  jakie  nim  targały.  -  Operacje  plastyczne.  Zmienianie  wyglądu 

ś

ciganych przestępców. Został zaproszony do współpracy przez nowe niemieckie władze. 

Przeszli do następnego pomieszczenia. Było niewielkie i - w odróżnieniu od dużego - 

nie całe zostało wyłożone kafelkami. Ściany pokrywała warstwa wilgoci. 

Ale nie to odebrało wszystkim czterem mowę. 

- Boże drogi! - szepnął po dłuższej chwili Tildem. - Coś takiego w moim domu... 

Rzędem  stały  trzy  łóżka,  na  których  leżało  troje  ludzi  i  patrzyło  na  nich  otępiałym 

wzrokiem.  Młoda  dziewczyna  całą  twarz  miała  owiniętą  szerokim  bandażem,  twarze 

pozostałych były zdeformowane i pokryte bliznami. 

- Jezus Maria, czy to możliwe! - wykrzyknął przerażony komendant Bårdsen. - Czy to 

może być prawda? Co oni z tobą zrobili? 

Chłopak, który musiał być kiedyś ładnym młodzieńcem, nie był w stanie się odezwać. 

Dostrzegli łzy w jego oczach. 

Odd powiedział szybko: 

- Ta dziewczyna z obandażowaną twarzą... Czy to może być Ingrid Andersen? 

Komendant spojrzał na nią. 

- Kolor włosów się zgadza. Oczu też. Tak, to ona. 

- Wobec tego trzecia osoba to pewnie ta trzydziestoletnia kobieta, która zniknęła dwa 

background image

lata temu. Chyba jest zupełnie odurzona lekarstwami. Ale gdzie jest Unni? 

Nils Wangen powiedział z wyraźnym wysiłkiem: 

- W laboratorium widziałem piec kremacyjny. 

- Nie! - wykrzyknął Odd Stein i wypadł z pomieszczenia. 

- Ciemne chmury nad majątkiem Lindehede - powiedział Bårdsen jakby do siebie. - Po 

spaleniu w takim urządzeniu niewiele zostaje z człowieka. 

Znaleźli  Unni  w  laboratorium,  przykrytą  brezentową  płachtą.  Leżała  w  swej 

flanelowej koszuli w kwiatki, uśpiona jakimiś mocnymi środkami, ale żywa. 

- Dzięki ci, Boże! - szepnął Odd niemal niesłyszalnie i ostrożnie obciągnął flanelową 

koszulę, która zsunęła się dziewczynie powyżej kolan. 

background image

ROZDZIAŁ X 

Odd Stein chciał jak najszybciej przesłuchać Kraussa i jego żonę, sądził, że w obronie 

doktora  Hundta  oboje  gotowi  będą  wydrapać  mu  oczy  albo  -  najchętniej  -  sięgnąć  po  broń. 

Kiedy  jednak  Odd  wyszedł  z  piwnicy  na  górę,  usłyszał  od  Pedersena,  że  szanowni 

małżonkowie  Krauss  oddalili  się  razem  z  psami.  Pedersen  nie  mógł  im  przeszkodzić, 

ponieważ zgodnie z poleceniem pilnował pogrążonej w rozpaczy pani Tildem. 

- Szczury opuszczają tonący statek! Niech się pan tym specjalnie nie przejmuje - rzekł 

Odd do Pedersena. - Kraussom nie możemy przedstawić żadnych bezpośrednich zarzutów, ale 

oczywiście nie od rzeczy byłoby z nimi porozmawiać. Niech pan poprosi swojego szefa, żeby 

uprzedził kolegów w sąsiednich obwodach.  Z takimi wielkimi psami niełatwo będzie się im 

ukryć. 

Małomówny Pedersen odezwał się w zamyśleniu: 

- Skąd doktor Hundt wiedział wczoraj w nocy, że musi uciekać? 

Odd Stein zastanowił się przez moment: 

- Chyba wpadł na to dzięki psom. Ponieważ jest nocnym markiem, pewnie zobaczył je 

uśpione. Domyślił się, co w trawie piszczy, i wziął nogi za pas. To jedyne wyjaśnienie. 

Komendant  i  jego  ludzie  zajęli  się  ofiarami  doktora  Hundta.  Zawieźli  je  do 

najbliższego  szpitala,  gdzie  obiecano  przeprowadzić  nowe  operacje  plastyczne  w  celu 

przywrócenia nieszczęśnikom ich poprzedniego wyglądu. Jak stwierdził ordynator, narkotyki 

nie poczyniły w organizmach tych trojga ludzi całkowitego spustoszenia, pewne wątpliwości 

istniały  jedynie  co  do  kobiety,  która  przeleżała  w  laboratorium  dwa  lata.  Zwłaszcza  w  jej 

przypadku  urazy  psychiczne  mogły  okazać  się  poważniejsze  od  fizycznych.  Eksperymenty 

przeprowadzane przez doktora Hundta były przerażające i nie ograniczały się bynajmniej do 

twarzy ofiar.  Zadanie egzaminacyjne...  Z pozostawionych przez Hundta papierów wynikało, 

ż

e miał się wykazać swoimi „osiągnięciami” przed wysoko postawionymi zleceniodawcami z 

rządzonych przez Hitlera Niemiec. Do czego jednak mogłyby im być przydatne tak potworne 

doświadczenia? Komendant nie potrafił tego zrozumieć. 

Najmniej ucierpiała Ingrid Andersen. Ale młody chłopak, niegdyś wielki uwodziciel, 

obudziwszy się na chwilę z półsnu, z rozpaczą spojrzał na komendanta i ordynatora. 

- Nie denerwuj się - uspokoił go lekarz. - Będziesz znowu bardzo ładny. 

- Dziękuję - wyszeptał chłopak. - Tylko proszę nikomu o tym nie mówić! Nikomu, a 

zwłaszcza rodzicom! 

background image

- Obiecujemy. Czy doktor Hundt robił to zupełnie sam? - spytał Bårdsen. 

Młody mężczyzna już trochę się zmęczył. 

-  Ktoś  jeszcze  z  nim  był.  Czytał  temu  komuś  na  głos,  opowiadał  o  operacjach.  Nie 

widzieliśmy go nigdy, bo stał zawsze z tyłu. Śmiali się, rozmawiali... 

Nie mógł już więcej mówić, po chwili zasnął. 

Unni  powoli  uniosła  powieki.  Leżała  na  łóżku  Steina  w  zachodnim  skrzydle  domu. 

Patrzyła  oszołomiona  na  niego  i  Nilsa  Wangena.  W  chłodnych  zazwyczaj  oczach  Odda 

dostrzegła coś, czego do tej pory nigdy nie widziała: prawdziwy strach! 

Na  prośbę  policjantów  opowiedziała,  co  ją  spotkało:  o  oku  za  firanką  i  o  tym,  jak 

znalazła się na korytarzu. 

- Widziałaś to zwierzę? Kota czy co to było? 

-  Nie.  Słyszałam  je  tylko  w  ciemności.  To  był  taki  sam  odgłos  jak  wtedy  przy 

ż

ywopłocie.  Popędziłam  więc  jak  oszalała  w  stronę  schodów,  koszula  zahaczyła  o  poręcz, 

szarpnęłam ją, po chwili poczułam tępy ból pod łopatką, krzyknęłam, nogi nie chciały mnie 

słuchać, a potem już nic nie pamiętam* 

- Możemy zobaczyć? Pod łopatką, mówisz. No, nie bądź taka wstydliwa, myślałem, że 

jesteś bardziej wyzwolona. 

Unni nie omieszkała odpowiedzieć na tę sympatyczną prowokację: 

- Proszę trochę poczekać, a wkrótce się pan przekona. 

Gdy się odwrócili, zdjęła koszulę i szybko wślizgnęła się pod prześcieradło. Leżała na 

brzuchu, odsłoniwszy tylko same ramiona. Ani milimetra więcej! 

- Hm - mruknął Odd. - Niewielka, ale głęboka ranka, dosyć opuchnięta naokoło. 

- Jak po ukłuciu grubej igły? - podsunął Nils. 

- Albo tego - rzekł Stein, wyjmując z kieszeni metalową lotkę, podobną do rzucanych 

dla  zabawy  przez  chłopców.  Ślad  na  skórze  przypominał  też  trochę  ukłucie  po  zastrzyku.  - 

Czegoś  takiego  używa  się  również  w  ogrodach  zoologicznych,  żeby  uśpić  dzikie  zwierzęta. 

Taki  „zastrzyk”  wystrzeliwany  jest  z  pistoletu.  To  całkiem  nowe  urządzenie,  jeszcze  dosyć 

rzadko  spotykane.  Niewykluczone,  że  doktor  Hundt  je  stosował.  Coś  w  tym  rodzaju 

znalazłem też przy żywopłocie. 

- Czy właśnie to musnęło wtedy moje ramię? - spytała Unni. 

- Na pewno! Tylko że wówczas chybiono. 

- Myśli pan, że to sam doktor Hundt? 

- Nie, on nie oddalał się tak bardzo od domu. To z pewnością jego pomocnik, to twoje 

„złowrogie  oko”.  Sadysta  pierwszej  wody,  który  uwielbia  bawić  się  swoimi  ofiarami. 

background image

Wzbudzał  grozę  nawet  samego  niewzruszonego  doktora  Hundta.  Koniecznie  musimy  go 

znaleźć. 

Odd Stein czuł ze zmęczenia piasek w oczach. Ale gdy wchodził do salonu, w którym 

znajdowali się państwo Tildem, mimo nieprzespanej nocy umysł miał świeży i jasny. 

- Kapitanie Tildem, czy mogę porozmawiać z pana żoną w cztery oczy? - spytał. 

Mężczyzna skinął głową i wchodząc do swojego gabinetu, rzucił: 

- Proszę pamiętać, że moja żona jest bardzo osłabiona po przejściach minionej nocy. 

- Pani Tildem - zaczął Odd, zwracając się do kobiety, która usiadła teraz na kanapie. - 

Kochanek raczej nie byłby zdolny strzelić dziewczynie prosto w twarz. Ale zazdrosna kobieta 

mogłaby  to  zrobić  bez  skrupułów.  Pani  jest  podobno  bardzo  zazdrosna,  prawda?  I  kiedy 

młoda dziewczyna, promieniejąca urodą i świeżością, trzy lata temu przyszła do tego domu, 

ż

eby  porozmawiać  z  panem  Patrikiem,  a  zastawszy  tylko  panią,  wyznała,  że  spodziewa  się 

jego dziecka, wtedy runął cały świat. Czy tak? 

Marianne Tildem siedziała z opuszczoną głową. Milczała. 

-  Śledziła  ją  pani  i  wiedziała,  że  kąpie  się  często  ze  swoją  przyjaciółką  w  jeziorku. 

Przepiłowała  więc  pani  niewielki  świerk,  żeby  móc  obserwować  jeziorko.  Nieraz 

opowiadano, że żadna z osób, która się w nim utopiła, nie została znaleziona. I pewnego dnia 

Gunvor  Tvedt,  której  pani  nienawidziła  z  całej  duszy,  została  nad  jeziorem  całkiem  sama. 

Wtedy  przeczołgała  się  pani  przez żywopłot,  strzeliła  jej między  oczy,  ubranie  zostawiła  na 

brzegu,  a  ją  samą  zaciągnęła  między  świerki.  W  czasie  ulubionych  spacerów  po  parku 

natrafiła  pani  kiedyś  na  zapomniany  grobowiec  i  właśnie  w  nim  ją  pani  ukryła.  Czy  mam 

rację? 

Pani Tildem długo milczała. Wreszcie nagłym ruchem podniosła głowę. 

- Tak, ma pan rację.  Lecz ani przez sekundę nie żałuję tego, co zrobiłam. Ta dziwka 

ukradła  mi  męża.  Może  tylko  od  tamtej  pory  trochę  nieswojo  mi  było,  kiedy  chodziłam  po 

parku.  Wciąż  pamiętałam  o  tym  grobie,  który  jakby  mnie  przyciągał.  Ale  nie  dałam  się. 

Najważniejsze, że Patrik był już tylko mój. 

Odd czekał jeszcze, kobieta jednak nie zamierzała już nic więcej powiedzieć. 

- A jak było z pozostałymi, pani Tildem? Z Kit Thomassen i resztą? Z tym młodym, 

ładnym chłopcem? Co panią z nimi łączyło? 

Marianne Tildem zaczęła drżeć. 

- Przecież przyznałam się, że zabiłam. Jeszcze panu nie wystarczy? 

-  Nie  wystarczy  -  odparł  Odd  surowo.  -  Jest  jeszcze  wiele  pytań,  na  które  nie  znam 

odpowiedzi Na przykład... 

background image

W  tym  momencie  usta  Marianne  Tildem  stały  się  zupełnie  białe  i  kobieta  opadła  na 

kanapę. 

- Jak się pani czuje? 

- Wody - wyszeptała. - Czy mogę dostać trochę wody? 

Nie było wątpliwości, że nie udaje. 

Odd  pospieszył  do  kuchni.  Zastał  w  niej  Alice,  która  siedziała  nieszczęśliwa  i 

zrezygnowana na krześle, wymachując nogami. 

- Szklankę wody, szybko! - poprosił Odd. 

Dziewczynka wyjęła szklankę z szafki. 

- Biedna mama - szepnęła przygnębiona. - Tak mi jej żal! Pan chyba rozumie, jakie to 

trudne być najpierw najpiękniejszą w całej Norwegii, a potem patrzeć bezradnie, jak ciało się 

starzeje. Powiedziała mi to pewnego razu, gdy przyglądała się sobie w lustrze. „Nienawidzę 

ich  wszystkich”,  rzekła.  „One  nie  są  nawet  w  połowie  tak  ładne  jak  ja,  tylko  są  młode.  Na 

dodatek  takie  pewne  siebie!  Ale  ja  znowu  będę  piękna  i  wtedy  one  zobaczą!”  Robiła  się 

jednak  coraz  brzydsza  i  dlatego  coraz  bardziej  nienawidziła  wszystkich  młodych  i  ładnych 

kobiet.  „Byłabym  w  stanie  je  pozabijać”,  mówiła.  „I  zrobię  to!  Pewnego  pięknego  dnia  to 

zrobię!”  Byłam  wtedy  jeszcze  mała  i  niewiele  z  tego  rozumiałam.  Ale  dziś  już  rozumiem. 

Panie komisarzu, niech pan nie zabiera mi mamusi, bardzo proszę, niech pan tego nie robi - 

chlipnęła. 

Co miał odpowiedzieć na taką prośbę? 

- Idź na górę do swojego pokoju - to jedyne słowa, na jakie się zdobył, wychodząc ze 

szklanką wody w ręce. Dziewczynka posłuchała go i poczłapała ku schodom. 

Pani  Tildem  wypiła  kilka  łyków  wody  i  dalej  leżała  na  kanapie,  zasłaniając  sobie 

twarz ręką. 

Odd Stein powiedział cicho: 

- Doktor Hundt wykrył pani tajemnicę, prawda? I zaszantażował także panią. Dlatego 

mógł tu zostać i wykonywać to swoje nikczemne rzemiosło. A pani mu w tym pomagała. 

Pokręciła niemo głową. 

- Straszyła ich pani, bo to akurat lubi pani robić... 

W słowach wypowiedzianych cicho przez panią Tildem nie było już żadnej nadziei: 

- Wszystko mi jedno, co pan mówi. Nic mnie już nie obchodzi. 

- Jak pani to robiła? 

- Inspektorze Stein, czy jak się tam pan nazywa. Dajmy już temu spokój. Proszę mnie 

zabrać  na  policję  czy  gdzie  pan  chce  i  tam  złożę  pełne  zeznanie.  Tylko  proszę  mi  jeszcze 

background image

pozwolić pożegnać się z mężem. 

Stein zawahał się przez chwilę. 

- Nie mogę tego pani odmówić. 

Usiadła na kanapie wyprostowana, zupełnie jakby  zaakceptowała już swoją sytuację. 

Potem zdecydowanym krokiem weszła do gabinetu męża - niewysoka czterdziestopięcioletnia 

blondynka, tu i tam zanadto zaokrąglona. 

Odd  czekał  w  salonie,  i  tak  nie  mogła  mu  uciec.  Słyszał  głosy  obojga  małżonków, 

ciche, ale mimo to wzburzone. 

Potem rozległo się głośne, pełne przerażenia „Nie!” Tildema i padł strzał. Odd rzucił 

się ku drzwiom, ale w tej samej chwili pani Tildem wypadła z nich z pistoletem w dłoni i jak 

szalona pobiegła po schodach na piętro. 

-  Cała  rodzina!  -  krzyczała,  a  po  jej  policzkach  płynęły  łzy.  -  Cała  ta  rodzina  musi 

zostać wytępiona! 

Odd w jednej sekundzie znalazł się na schodach, jednakże Marianne Tildem, pchana 

rozpaczą,  okazała  się  szybsza  od  niego.  Przemknęło  mu  przez  głowę,  czy  nie  powinien 

strzelić, ale nagle w drzwiach pojawił się stary Tildem. 

-  Nie  ośmielisz  się  zabić  swojego  własnego  dziecka,  ty  potworze!  -  zawołał.  -  Jest 

bezpieczna w moim pokoju. 

Pani  Tildem  zawahała  się  przez  sekundę.  Odd  był  już  przy  niej.  Wyciągnął  właśnie 

rękę  po  pistolet,  gdy  zdesperowana  kobieta  nieoczekiwanie  skierowała  broń  ku  sobie  i 

przycisnęła spust. Stein nie mógł zrobić nic więcej, jak tylko chwycić ją wpół, gdy upadała. 

- Dlaczego pani to zrobiła? Dlaczego zabiła pani męża? 

- Nikt inny już go nie dostanie - wyszeptała ostatkiem sił. - Teraz jest tylko mój. Na 

zawsze. 

- A córka? Chyba nie chciała pani jej zastrzelić? 

Głos Marianne Tildem stawał się coraz bardziej niewyraźny. 

- Przecież nie mogę zostawić jej samej na tym świecie - wyszeptała jeszcze. - Powinna 

być... 

Jej głowa opadła. Pani Tildem nie żyła. 

- To jest właśnie najniebezpieczniejsze u samobójców: Zawsze próbują pociągnąć za 

sobą innych - powiedział stary Tildem. 

- No, może nie zawsze. Ale przynajmniej udało się nam uratować dziewczynkę. 

Spojrzeli  na  siebie  nawzajem  z  ogromnym  niepokojem.  No  bo  jak  teraz  uzyskają 

odpowiedzi na wszystkie te zagadki, których jeszcze nie zdołali rozwikłać? 

background image

Małżonkowie Tildem i ich syn zostali pochowani na niewielkim cmentarzu w drugim 

końcu  Lindehede  mniej  więcej  w  tym  samym  czasie,  co  dwie  ofiary  Marianne  Tildem: 

Gunvor Tvedt i Kit Thomassen. Nikt z zewnątrz się nie dowiedział, co tak naprawdę stało się 

z owymi dwiema kobietami. Rozpowszechniono wersję, że znaleziono je martwe w lesie i że 

ich morderca - który też już nie żył - był psychicznie chory. Pobyt trzech pozostałych osób w 

szpitalu  trzymano  w  całkowitej  tajemnicy.  Zamierzano  ujawnić  całą  prawdę  dopiero  wtedy, 

gdy po przejściu operacji pacjenci będą mogli się pokazać swoim rodzinom. 

Starego  Tildema  umieszczono  w  domu  starców,  gdzie  niedługo  potem  zmarł,  mała 

Alice zaś trafiła do życzliwych ludzi, którzy obiecali uczynić wszystko, by dziewczynka jak 

najszybciej zapomniała tragiczne wydarzenia z Lindehede. 

Unni  została  przewieziona  do  szpitala  w  Oslo  na  obserwację.  Środek  odurzający 

zastosowany  przez  doktora  Hundta  nadal  jeszcze  działał:  dziewczyna  czuła  się  dziwnie  i 

nieswojo, jak twierdziła. Być może jej długi powrót do zdrowia miał swą przyczynę także w 

tym, że w szpitalu odwiedzał ją dzień w dzień młody Rosenlund. 

Odd  i  Nils  nigdy  nie  rozmawiali  o  Lindehede.  Pewnego  dnia  jednak  Stein  spytał 

obojętnym tonem: 

- A co tam z Unni? 

Nils Wangen uśmiechnął się szeroko. 

-  Bardzo  dobrze.  Racja,  przecież  miałem  cię  pozdrowić.  Byłem  u  niej  tydzień  temu. 

Zapomniałem. 

- To do ciebie podobne. Tak czy inaczej dziękuję. I ja powinienem ją odwiedzić, ale 

wciąż mam tyle spraw na głowie... 

Wangen uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

- Powtórzę ci, co powiedziała: „Pozdrów swojego kolegę, wielkiego Steina. Straszny z 

niego uparciuch. To taki facet, który nie ma odwagi otworzyć ust jak się należy, tylko cedzi 

przez zęby słowa wielkiej wagi. Ale mimo to słodki z niego nudziarz. Uwielbiam go!” 

- Co to ma, do diabła, znaczyć! - wykrzyknął zdumiony Stein. - Jak mam to rozumieć? 

Jako komplement czy raczej jako zniewagę? 

- Jak wolisz. 

-  Właściwie  ta  Unni  okazała  się  całkiem  rozsądną  dziewczyną  -  przyznał  Odd  Stein 

niechętnie.  -  Kiedy  się  z  nią  spotkasz,  przekaż  jej  moje  życzenia  powodzenia  w  karierze. 

Może  być  z  niej  w  przyszłości  dobry  policjant.  Jeśli  tylko  chce,  będzie  tu  na  nią  czekać 

miejsce, kiedy wyzdrowieje. 

Jak na Odda Steina były to słowa niemal najwyższego uznania. 

background image

- Zdaje się, że jej karierę diabli wzięli - rzekł Nils. 

- Dlaczego? Czy została tak poważnie skaleczona tą strzałką? 

- Nie strzałką, tylko raczej strzałą Amora. Unni ma zamiar wyjść za mąż za naszego 

Rosenlunda  o  pięknych  oczach  i  zrezygnować  ze  studiów  kryminalistycznych  na  rzecz 

zmywania i pieluch. 

Odd poczuł się bezradny. Nie potrafił pojąć, dlaczego, słysząc te słowa, doznał bólu, 

tak jakby zjadł jakąś palącą truciznę. 

-  Poza  tym  Rosenlund  ma  nad  nami,  starymi  prykami,  ogromną  przewagę:  Jest  to 

porządny mężczyzna, który nie pali - oświadczył Wangen. 

-  Zrezygnować  ze  wszystkiego,  do  czego  przywykłem,  zanim  ją  poznałem?  To 

idiotyczne! - mruknął Stein. 

Nieoczekiwanie  rzucił  na  stół  pudełko  zapałek  i  to  samo  zrobił  z  niezapalonym 

papierosem. 

background image

ROZDZIAŁ XI 

Odd Stein obudził się nagle i usiadł na łóżku. 

Gdzie on jest? 

Słońce zaglądało do czystego, ale już trochę zniszczonego hotelowego pokoju. 

Lindehede? Jest znowu w Lindehede? Czyżby jakiś koszmarny sen? 

Nie! To przecież rok 1950, a on wraca właśnie do domu do Oslo z delegacji. Minęło 

już  jedenaście  lat  od  chwili,  gdy  razem  z  Nilsem  wyjeżdżał  z  Lindehede  z  niemiłym 

uczuciem, że coś nie zostało dokończone. Mimo że Marianne Tildem przyznała się do winy, 

obaj zaliczyli sprawę Lindehede do nielicznych, których nie udało się im wyjaśnić do końca. 

Siedział  przez  chwilę  na  łóżku,  żeby  pozbierać  myśli.  Spojrzał  na  zegarek. 

Niemożliwe! Już prawie południe. 

W  pokoju  był  telefon.  Odd  westchnął  i  zamówił  rozmowę  z  komisariatem  w  Oslo. 

Spytał o Nilsa Wangena. Chwała Bogu, zastał go w biurze. 

- Nils? Czy byłeś zadowolony z naszej roboty w Lindehede? 

Po drugiej stronie zapadła cisza. Pauza trwała dosyć długo, po czym nastąpiła krótka 

odpowiedź: 

- Nie! 

Odd Stein znowu westchnął. 

-  Wczoraj  wieczorem  przejeżdżałem  tamtędy.  Potem  myślałem  o  tej  sprawie  przez 

całą noc. Będę w Oslo za dwie godziny. Możesz na mnie poczekać? 

- Jasne - odparł Wangen z przekonaniem. 

Nils Wangen przywitał Steina bez zbędnych słów. 

-  Wiesz  co,  chodźmy  coś  zjeść  -  zaproponował.  -  Lepiej  się  myśli,  kiedy  mózg  ma 

trochę paliwa. 

Po  obiedzie  Odd  opowiedział  o  nowym  i  zupełnie  nieznanym  Lindehede.  Następnie 

spytał: 

- Powiedz mi, Nils, co najbardziej nie dawało ci spokoju w tej sprawie? 

Wangen zawahał się przez moment. 

-  Nie  wiem  -  odparł  z  ociąganiem.  -  Coś  bardzo  dziwnego,  coś,  co  powinniśmy  byli 

zrobić. Ale oczywiście także pytania, na które nie znaleźliśmy odpowiedzi. Marianne Tildem 

odebrała sobie życie, zanim zdążyła nam wszystko wyjaśnić. 

- No właśnie! Ciągle jeszcze pozostało tyle znaków zapytania. 

background image

-  Jak  choćby  ten  Per  Erik.  Dlaczego  akurat  jego  oszczędzono?  I  skąd  się  brał  ten 

niesamowity dźwięk? 

-  I  dlaczego  Tildemowie  wynieśli  się  z  poprzedniego  miejsca  zamieszkania,  z 

Kristiansand?  Dlaczego  młody  Hugo  Tildem  zareagował  aż  tak  gwałtownie,  gdy  tylko 

usłyszał o tym kocie? 

- Po twoim telefonie w południe przez chwilę zająłem się tą sprawą. Okazuje się, że 

Krauss i jego żona wyjechali do Niemiec i tam ślad po nich zaginął. Doktor Hundt pojawiał 

się to tu, to tam w Europie i Norwegii w równych odstępach czasu, ale ostatnia plotka głosi, 

ż

e się kończy. Rak czy coś takiego. Mieszka gdzieś za granicą. 

- Czyli jest tylko jedna osoba, która może nam udzielić odpowiedzi - stwierdził Odd, 

kiwając głową. 

- Jest już dorosłą kobietą - dodał Nils. - Chyba nie przeżyje szoku na wspomnienie tej 

tragedii? 

- Przekonamy się. 

Wrócili  do  komisariatu  i  od  razu  przystąpili  do  żmudnego  poszukiwania  śladu  Alice 

Tildem. W książce telefonicznej jej nazwisko nie widniało. 

Wreszcie,  po  wielu  rozmowach  telefonicznych,  dotarli  do  tych  serdecznych  ludzi, 

którzy zajęli się dziewczynką przed laty. Mieszkali w Kongsbergu. 

- Alice Tildem? - powtórzył kobiecy głos w słuchawce. - Oczywiście, że ją pamiętam. 

Takich  dzieci  się  nie  zapomina...  Przebywała  u  nas  tylko  pół  roku...  Nie,  nie  udało  nam  się 

nawiązać  z  nią  kontaktu.  Te  straszne  przeżycia  spustoszyły  jej  psychikę...  Owszem,  gdzieś 

mam jej nowy adres. 

-  Biedna  mała  -  bąknął  Wangen,  gdy  Odd  relacjonował  mu  potem  rozmowę.  -  To 

musiał być dla niej straszny szok. Zwłaszcza śmierć matki. 

Pod  nowym  numerem  telefonu  jakaś  kobieta  wyjaśniła  powściągliwie,  że  Alice 

Tildem przebywała u nich zaledwie kilka miesięcy. 

I  skończyło  się  podobnie  jak  w  poprzedniej  rodzinie.  Odd,  odkładając  słuchawkę, 

myślał o czymś intensywnie. 

- Dziesięć różnych domów w ciągu sześciu lat! Jak bardzo samotne musiało czuć się 

to dziecko! 

Okazało się jednak, że i dla niej zaświeciło światełko. Alice Tildem zaczęła uczyć się 

w szkole wyższej i choć jej nie skończyła, chyba bardzo dobrze jej to zrobiło. Później zapisała 

się  na  kurs  dla  personelu  medycznego  i  wytrwała  do  końca.  Wyglądało  na  to,  że  odnalazła 

swoją drogę w życiu. I wtedy zmieniła nazwisko. Od tamtej pory nazywała się Solveig Dahl. 

background image

-  Trudno  jej  się  dziwić  -  westchnął  Nils.  -  Prawdopodobnie  pragnęła  uciec  w  ten 

sposób od bolesnych wspomnień. A co mówią o niej ludzie? 

- Nic - odparł Odd Stein. - Udzielali mi tylko krótkich i rzeczowych wyjaśnień. Zdaje 

się, że Alice zupełnie zamknęła się w sobie i nie udało jej się nawiązać żadnego kontaktu z 

innymi.  Szczególnie  trudno  było  jej  wtedy,  gdy  w  rodzinie  znajdowało  się  choćby  jeszcze 

jedno dziecko. 

- Może powinniśmy spytać o nią Unni. Możliwe, że coś o niej słyszała - zaproponował 

Nils. 

Odd Stein zacisnął usta. Jego podwładny dodał szybko: 

- Unni pracuje teraz w Sądzie Najwyższym. 

- Co takiego? Myślałem, że... 

- Nie, nie wyszła za mąż za Rosenlunda. Bardzo szybko oboje się przekonali, że Unni 

zanadto  przewyższa  go  pod  względem  intelektualnym.  A  taki  brak  równowagi  zwykle 

szkodzi miłości. I dlatego Unni zaczęła wspinać się po stopniach kariery. 

- Całkiem rozsądnie - bąknął Odd. 

Na chwilę popadł w zadumę. Zamyślony, stukał palcami o blat biurka. Potem ocknął 

się i zajrzał do notesu. 

- Ostatni adres Alice to jakiś szpital w pobliżu Oslo. Może się tam wybierzemy. 

Przyjął ich dyrektor personalny. 

- Nie, Solveig Dahl już u nas nie pracuje. Otrzymała lepszą posadę. 

Wangen  jęknął  cicho.  Czy  ta  ich  wędrówka  nigdy  się  nie  skończy?  Można  było 

odnieść wrażenie, że Alice Tildem bawi się z nimi w ciuciubabkę. 

- Czy była dobrą pielęgniarką? - spytał Odd Stein. 

- Asystentką - skorygował mężczyzna. Zawahał się. - Raczej tak. Oczywiście zdarzały 

się  na  nią  i  skargi,  nie  była  może  wystarczająco  uprzejma,  ale  nieprawdopodobnie  zdolna. 

Mógłby z niej być całkiem dobry lekarz. 

- Czy ma pan jej nowy adres? 

- Gdzieś tu powinien być... 

Zaczął szukać w swojej kartotece. 

- Jest! Mam go. No więc, Solveig Dahl przeniosła się do... do Svaleby. 

Odd  i  Nils  popatrzyli  na  siebie,  zaskoczeni.  Wreszcie  Stein  zapytał  zduszonym 

głosem: 

- Domyślam się, że również tam znalazła sobie podobną pracę. 

- Tak, zatrudniła się w jakimś domu opieki czy czymś podobnym. 

background image

- Dziękujemy - powiedział. - Dziękujemy za pomoc. 

Już przy samochodzie rzekł: 

- Muszę zadzwonić w kilka miejsc. 

- Do kogo? 

- Do Kristiansand. Tildemowie mieszkali tam przed przeniesieniem się do Lindehede. 

I  do  jednej  z  tych  rodzin,  z  którymi  dzisiaj  rozmawiałem.  Do  którejś  z  większą  liczbą 

własnych dzieci. 

- Musimy się pospieszyć. Niedługo zamykają wszystkie urzędy pocztowe. 

Znaleźli budkę telefoniczną. Odd zaczął gorączkowo kartkować książkę telefoniczną. 

- Naprawdę myślisz, że Unni wie coś nowego? Nie, to niemożliwe. Gdzie jest książka 

Kristiansand? 

- Ale co nam szkodzi ją spytać - nie dawał za wygraną Nils. - Na pewno jeszcze jest w 

biurze. 

- Naprawdę nie wiem... No dobrze, ale ty będziesz rozmawiać. 

Odd Stein wszedł za Nilsem do budki. Zrobiło się w niej dosyć ciasno. 

Unni  była  w  biurze,  Odd  słyszał  z  daleka  jej  jasny  głos.  Stał  bardzo  blisko  Nilsa  i 

ś

ledził przebieg rozmowy. 

- Co za niespodzianka! Nils Wangen! Cześć! Kopę lat. Co u ciebie słychać? 

- W porządku. A u ciebie? 

- Też dobrze. 

- Nie wyszłaś jeszcze za mąż? 

- Nie, a ty się ożeniłeś? 

- Na razie nie. Ale chyba już niedługo... Posłuchaj, Unni, czy wiesz może coś o... 

Przerwała mu. 

- A co słychać u twojego szanownego szefa Odda Steina? Ożenił się? 

-  Nie,  on  nie  ma  czasu  na  takie  rzeczy.  Całe  życie  poświęcił  zwalczaniu 

przestępczości. 

- Daj już spokój tym bzdurom, Nils - ofuknął go Odd. - Dzień dobry, Unni - rzekł do 

słuchawki uprzejmie, ale oschle. - Chcielibyśmy spytać cię o kilka szczegółów związanych z 

Lindehede. Czy potem nigdy już nie słyszałaś o Alice Tildem? 

- O tej małej dziewczynce? Nie, ale muszę przyznać, że to mnie interesuje. Tylko teraz 

mam niestety mnóstwo pracy. Może spotkamy się wieczorem? 

Jej głos był miękki i ciepły. 

- Ale Nils chyba gdzieś dzisiaj wyjeżdża - powiedział Odd nie bez wahania. 

background image

-  Wobec  tego  niech  pan  przyjdzie  sam.  Najlepiej  do  mnie  do  domu,  adres  jest  w 

książce telefonicznej. Porozmawiamy sobie też o tym, jak minęły nam te lata. 

- Dziękuję za zaproszenie. Postaram się przyjść. Ale to może być późno. 

-  Nie  szkodzi.  Jestem  cały  czas  w  domu.  Serdecznie  zapraszam,  byłoby  miło  znowu 

pana zobaczyć. 

-  Mnie  również  -  odparł  krótko.  Gwałtownym  ruchem  odłożył  słuchawkę,  a  widząc 

szeroki  uśmiech  na  twarzy  Nilsa,  spytał  dosyć  szorstkim  tonem:  -  Nie  zamówiłeś  jeszcze 

Kristiansand? 

Stein znał bardzo dobrze również tamtejszego komendanta. 

-  Witam  cię,  witam.  Mówi  Odd  Stein.  Czy  mógłbyś  trochę  cofnąć  się  w  czasie?  Do 

roku tysiąc dziewięćset trzydziestego czwartego. Już raz cię pytałem, czy właśnie w tamtym 

roku nie wydarzył się u was jakiś skandal, i wtedy twoja odpowiedź brzmiała: nie. Pytam cię 

dzisiaj znowu o to samo. Ten skandal mógł dotyczyć dziecka, siedmiolatka? 

Obaj stali nadal w budce telefonicznej. Czekali w napięciu, podczas gdy komendant z 

Kristiansand przeglądał stare kartoteki. 

Po chwili ponownie usłyszeli jego głos. 

- Trzydziesty czwarty? Widzę, że jest tu niemała porcyjka do przejrzenia. Zobaczmy, 

co  tu  mamy...  Rabunek,  pijacka  burda,  oszustwo,  znowu  rabunek.  Jakaś  awantura,  znowu 

awantura, ludzie nie umieli żyć spokojnie. 

Zamilkł. 

- No, co tam? - dopytywał się Stein. 

-  Poczekaj,  poczekaj!  Chyba  coś  znalazłem.  Ale  rok  wcześniej,  w  trzydziestym 

trzecim. 

- To nie ma znaczenia! 

- Jak widzę, sprawa została umorzona. Zatuszowana. Mały chłopiec o mało nie został 

zamordowany  przez...  Boże  uchowaj!  Przez  zaledwie  sześcioletnią  dziewczynkę.  Trzeba 

przyznać, to pomysłowe dziecko. Chłopiec został przywiązany do drzewa i tam poddano go 

torturom. Na szczęście odnaleziono go w porę. Jest tu jeszcze jakiś dopisek: „Inne dzieci z tej 

samej ulicy mówią, że dziewczynka lubiła je straszyć w jakiś wyjątkowo niemiły sposób”. Jej 

rodzice zapłacili jakieś bajońskie grzywny i wynieśli się z miasta. 

- Nie poddano jej żadnym badaniom lekarskim? 

-  Jest  tu  krótka  wzmianka  o  badaniu  psychiatrycznym.  „Dziewczynka  pozostawała 

pod  wpływem  negatywnego  przeżycia,  jakie  wywołała  u  niej  wizyta  w  cyrku,  kiedy  miała 

cztery  lata.  Była  świadkiem  ciężkiego  poranienia  tresera  przez  tygrysa.  Wspomnienie  to 

background image

prawdopodobnie  na  długo  utrwaliło  się  w  jej  pamięci,  należy  jednak  przypuszczać,  że 

solidaryzowała się nie z poszkodowanym, tylko z tygrysem. Poza tym dziewczynka sprawia 

wrażenie bardzo rozsądnej. Nie istnieje ryzyko powtórzenia incydentu”. 

- To tyle - powiedział Odd, kończąc rozmowę. - Chciałbym teraz skontaktować się z tą 

wielodzietną rodziną, u której mieszkała. 

Kobieta  chętnie  odpowiadała  na  pytania.  Czy  można  powiedzieć,  że  jej  dzieci 

zachowywały się z rezerwą w stosunku do Alice? 

Tak,  to  prawda,  potwierdziła  kobieta.  Nigdy  nie  udało  jej  się  ustalić,  z  jakiego 

powodu,  ale  wie,  że  jedno  z  dzieci  nazwało  Alice  sadystką  i  odmówiło  zabawy  z  nią.  Nic 

więcej nie potrafiła powiedzieć, a dzieci akurat nie było w domu. 

Stein  zadzwonił  następnie  do  komisariatu  w  Oslo  i  poprosił  do  telefonu  Håkona 

Svendsena. 

- Czy ta kierowniczka domu starców, na którą wpłynęło doniesienie to młoda osoba? 

- Bardzo młoda. Nie ma dwudziestu pięciu lat. 

Na twarzy Odda wyraźnie było widać napięcie. 

W budce zrobiło się tak duszno, że wprost nie dawało się oddychać. Ale żaden z nich 

w ogóle o tym nie myślał. 

- Powiedz mi, Håkon, czy w oskarżeniu mowa jest też o sadystycznym zachowaniu? 

-  Oczywiście.  To  jeden  z  głównych  zarzutów.  Najstarsi  pacjenci,  a  zwłaszcza  ci 

przykuci  do  łóżka,  opowiadają  jakieś  nieprawdopodobne  historie.  Mówią,  że  kierowniczka 

straszyła  ich,  miaucząc  jak  kot.  A  właściwie  nie  miaucząc,  tylko  skrzypiąc,  chrzęszcząc, 

zgrzytając zębami czy coś w tym  rodzaju. Coś zupełnie obłędnego, no wiesz, jacy są starzy 

ludzie, potrafią wymyślić niestworzone rzeczy. Przecież wielu ludzi zgrzyta zębami i nie ma 

w tym nic dziwnego. 

- Ale raczej nie w ten sposób - bąknął Odd. - Czy ta kierowniczka nazywa się Solveig 

Dahl? 

- Tak. 

- Gdzie ona teraz jest? 

-  Właśnie  była  tu  przed  chwilą.  Chodziło  o  wprowadzenie  jakichś  danych  do 

protokołu. Chyba już wyszła z budynku, 

- Zatrzymaj ją, Håkon! I to szybko! 

Håkon Svendsen najwyraźniej się zawahał. 

-  Myślisz,  że  to  ona...  że  ona  jest  winna?  Tych  wszystkich  morderstw  i  tych 

sadystycznych zachowań? 

background image

- Nie mam najmniejszych wątpliwości. Zatrzymaj ją, Håkon, już jedziemy! 

Biegli po schodach do swojego biura. Nad miastem zapadł zmrok, na ulicach zapaliły 

się latarnie. 

- To dlatego Hugo Tildem doznał szoku, kiedy usłyszał o kocie - powiedział Nils. - Bo 

oczywiście  znał  potworną  skłonność  swojej  siostry  do  naśladowania  kotów.  Pamiętał  też  na 

pewno epizod z Kristiansand. 

- A Marianne Tildem zemdlała, kiedy o tym usłyszała. Nikt jednak nie przywiązywał 

do tego wagi, bo przecież parę minut wcześniej Hugo rozbił się o drzewo. 

Z kierowniczką domu starców Solveig Dahl spotkali się w gabinecie Steina. 

Mimo upływu jedenastu lat obaj policjanci nie mieli wątpliwości, że to Alice Tildem. 

Wyrosła  na  całkiem  ładną  kobietę.  Urody  dodawały  jej  śnieżnobiałe  mocne  zęby  i 

jasne włosy. 

Tylko oczy wzbudzały przerażenie. Bił z nich dziwny blask, który w odróżnieniu od 

łobuzerskiego błysku w oczach jej brata emanował złem. 

W pierwszej chwili spojrzenie dawnej Alice niczego nie zdradzało, ale, przyjrzawszy 

się im bliżej, nie potrafiła ukryć, że gdzieś w zakamarkach pamięci odnalazła obraz Steina. 

-  Widzę,  że  sobie  nas  przypominasz  -  powiedział  zdecydowanie  detektyw.  -  Wiemy 

już, że to ty byłaś asystentką doktora Hundta i że nawet jego przerażałaś. Może zechciałabyś 

nam teraz opowiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło. 

Na twarzy Alice pojawił się drwiący uśmiech. 

-  Mamy  niezbite  dowody  i  takich  świadków,  że  nie  uda  ci  się  uniknąć  oskarżenia  o 

popełnienie  morderstwa  w  domu  starców.  Lepiej  więc  będzie,  jeśli  opowiesz  wszystko  od 

samego początku, od Lindehede. 

- Czy taki superdetektyw jak pan nie potrafi dojść do tego sam? Musi pytać? 

-  Nie,  wcale  nie  muszę  tego  robić  -  odparł  Odd.  -  W  parku  na  wysokim  dębie 

znajdowała się niewielka ambonka. Przyjmijmy, że siedziałaś na niej akurat tego dnia, kiedy 

twoja matka zabiła swoją rywalkę, Gunvor Tvedt. Powściągałaś swoje skłonności przez dwa, 

trzy lata od czasu, gdy omal nie zabiłaś małego chłopca w Kristiansand. Morderstwo, którego 

byłaś świadkiem, rozbudziło na nowo twoją chorą wyobraźnię. Nie mogłaś zapomnieć tego, 

co zobaczyłaś. W najbliższe wakacje twój brat przyjechał do domu z Kit Thomassen. Pewnie 

była dla ciebie niemiła, prawda? 

W oczach Alice pojawił się lodowaty błysk. 

-  Była  po  prostu  nie  do  wytrzymania.  „Spływaj  stąd,  ty  smarkulo!”,  mówiła.  Ale  po 

pewnym czasie zrozumiała chyba, że nie jestem wcale żadną smarkulą, o, nie! 

background image

- Jak to zrobiłaś? 

Nie próbowała już zaprzeczać. Wyglądała raczej na zadowoloną z siebie. 

-  Leżałam  na  czatach  ukryta  w  żywopłocie.  Wiedziałam,  że  będzie  tamtędy 

przechodzić.  Przygotowałam  więc  pułapkę  na  drodze.  Potknęła  się  i  upadła.  Wtedy  ja 

wyczołgałam  się  z  zarośli,  zarzuciłam jej  na  szyję  cienką  linkę,  szarpnęłam  i  już.  Bajecznie 

proste!  A  potem  zrobiłam  tak  samo  jak  mama:  wciągnęłam  ją  między  zarośla  żywopłotu  i 

ukryłam w grobowcu. 

Odd pokiwał głową. 

-  Była  w  takim  stanie,  że  nie  mogliśmy  ustalić  przyczyny  jej  śmierci.  A  potem  do 

majątku  przyjechał  doktor  Hundt.  Oboje  rodzice  ulegli  jego  szantażowi,  choć  jedno  nie 

wiedziało  o  drugim.  Czy  to  znaczy,  że  to  ty  wyjawiłaś  temu  niebezpiecznemu 

eksperymentatorowi makabryczną tajemnicę twojej matki? 

Alice skinęła głową z wyraźną dumą. 

- Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Doktor Hundt opowiadał mi tyle cudownych 

historii, że i ja nie miałam przed nim sekretów. Pokazałam mu grobowiec. Spytał mnie, czy 

nie  mam  ochoty  zarobić  trochę  pieniędzy  -  na  rower  i  inne  rzeczy,  o  których  marzę. 

Mogliśmy współpracować tylko w naszym domu, bo on nie mógł pokazywać się nigdzie poza 

murami majątku. Potrzebował trzech młodych ludzi do swojego eksperymentu. Nie musiałam 

ich  wcale  zabijać.  Dostałam  niewielką  strzelbę  ze  strzałami.  Ten  otwór  w  żywopłocie,  tuż 

przy jeziorze, w którym znikali ludzie, był, jego zdaniem, wyśmienitym miejscem. 

Alice Tildem opowiadała z ożywieniem. 

- I w ten sposób miałaś możliwość się wykazać. Na początku tylko straszyłaś ofiary - 

wtrącił Odd. 

- Przecież człowiek musi się jakoś zabawić - prychnęła. - Kiedy byłam mała, mieliśmy 

kota, który wydawał z siebie takie śmieszne dźwięki. Umiałam go bardzo dobrze naśladować, 

ć

wiczyłam  to  tak  często,  że  doszłam  wreszcie  do  absolutnej  perfekcji.  Miauczałam  i 

zgrzytałam  zębami  zupełnie  jak  kot,  tylko  znacznie  głośniej.  Mówię  wam,  słysząc  to  ludzie 

podskakiwali jak wystrzeleni z procy. 

- Asystowałaś przy operacjach doktora Hundta? 

- Przecież musiał mieć kogoś do pomocy. A ja byłam, według niego, bardzo dobra. To 

naprawdę wspaniały czas! 

- Ale jednej z ofiar pozwoliłaś uciec. Mam na myśli Pera Erika. Dlaczego? 

W oczach Alice pojawił się wyraz rozmarzenia. 

-  Kiedy  chodziłam  do  szkoły  we  wsi,  Per  Erik  powiedział  mi  raz,  że  będę  kiedyś 

background image

bardzo  ładna.  I  miał  rację.  W  pierwszej  chwili  go  nie  poznałam,  bo  był  w  płaszczu  od 

deszczu. 

Okazuje się, że i w tym monstrum drzemały jakieś uczucia! 

- Wiemy dzisiaj aż nadto dobrze, dlaczego Himmler i jego ludzie byli zainteresowani 

tego rodzaju potworami jak doktor Hundt. Znalezienie trójki pacjentów dla doktora zajęło ci 

jednak sporo czasu. 

- Nie chciał ich mieć wszystkich naraz. Jego eksperyment był tak szeroko zakrojony, 

ż

e po prostu nie mógłby pracować nad więcej niż jedną osobą w tym samym czasie. 

- A jednak zaatakowałaś Unni. 

Alice prychnęła znowu ze złością. 

-  Wyglądała  na  strasznie  głupią.  Miałam  ochotę  trochę  ją  podrażnić.  Doktor  Hundt 

zezłościł się wtedy na mnie. 

- A potem pozwoliłaś, żeby matka wzięła na siebie winę za wszystkie twoje zbrodnie. 

Zastrzeliła Gunvor Tvedt, to nie ulega wątpliwości. Ale to ty nasunęłaś mi to podejrzenie, co 

gorsza,  próbowałaś  mnie  przekonać,  że  matka  jest  zazdrosna  o  wszystkich  młodych  ludzi. 

Kiedy oskarżono ją także i o te zbrodnie, których nie popełniła, nie protestowała. Rozumiała 

bowiem, że to ty jesteś winna. 

- Nie była zbyt mądra. Pamięta pan, chciała mnie zastrzelić! 

- Uważała, że tak będzie najlepiej, i dla ciebie, i dla wszystkich wkoło. No, myślę, że 

pora sprowadzić kogoś, kto umieści cię w więzieniu. 

Alice Tildem wzruszyła ramionami. 

- Co za różnica. I tak zaraz z niego wyjdę. 

- Nie sądzę. 

- Zaskarżę wyrok. 

-  Nic  ci  z  tego  nie  przyjdzie.  Ponieważ  twoja  sprawa  trafi  do  rąk  naszej  dawnej 

wspólnej znajomej Unni. Ona pracuje teraz w Sądzie Najwyższym. 

- Ona? Ta głupia gęś? - wybuchła Alice. - Nie wierzę! 

- Możesz nie wierzyć. 

Stein zadzwonił po sierżanta, który miał wyprowadzić podejrzaną. 

Niemal  w  tym  samym  momencie  obaj  z  Wangenem  aż  podskoczyli.  Alice  Tildem 

wydała  z  siebie  przedziwny  dźwięk,  przypominający  jakiś  głęboki  skowyt  lub  coś  w  tym 

rodzaju. Czegoś tak okropnego nigdy dotąd nie słyszeli. 

Gdy  ujrzała  przerażoną  twarz  Nilsa  Wangena,  roześmiała  się  głośno,  Odd  Stein  zaś 

odwrócił się do niej z uśmiechem pełnym pogardy. 

background image

- To przecież żałosne i całkiem niedorzeczne! 

Alice Tildem wpadła we wściekłość. Gdy  wyprowadzano ją z pokoju, wykrzykiwała 

pogróżki pod adresem Steina. 

- Myślisz, że ona kiedyś wyjdzie? - spytał Nils niemal z lękiem. 

- Nieprędko. 

- Czy ona jest chora umysłowo? 

-  Nie,  wręcz  przeciwnie.  Umysł  ma  bardzo  jasny.  Ale  samouwielbienie,  uczuciowy 

chłód, aspołeczne zachowania, wszystko to wskazuje na jedno: psychopatka o przestępczych 

skłonnościach. Mamy odpowiednie miejsce dla takich. 

- Właściwie chyba ten epizod z tygrysem i treserem spowodował to wszystko? 

-  Nie,  on  jedynie  wyzwolił  zło,  jakie  w  niej  już  tkwiło.  Przypomnij  sobie  słowa 

psychiatry, który stwierdził, że współczuła tygrysowi, a nie rannemu człowiekowi. 

Odd  Stein,  głęboko  westchnąwszy,  zamknął  teczkę  z  aktami  dotyczącymi  sprawy 

Lindehede. 

-  Nareszcie!  To  dlatego  ta  sprawa  ciągle  nas  męczyła  i  wydawała  się  nam 

niezakończona. Bo czuliśmy podświadomie, że coś jeszcze pozostało do wyjaśnienia. 

- Trudno uznać jej rozwiązanie za szczęśliwe, ale przynajmniej nie będą nas dręczyć 

wyrzuty sumienia. Może zapalimy sobie z tej okazji? Na szczęście nie ma tu żadnej zrzędy, 

która zmuszałaby nas do otworzenia okna. 

Odd popadł w zadumę. 

- Czy ja wiem? Właśnie postanowiłem, że rzucam palenie. 

- Co takiego? 

Na twarzy Steina pojawił się niezwykle ciepły uśmiech. Nils nigdy dotąd nie widział 

takiego wyrazu twarzy u swojego szefa. 

-  Czy  mógłbyś  tu  zrobić  porządek,  Nils?  Bo  ja  trochę  się  spieszę,  wychodzę  dziś 

wieczorem. Chciałbym jeszcze wpaść do domu, żeby się przebrać. W coś eleganckiego!