background image

MARGIT SANDEMO 

 

 

 

MĘśCZYZNA Z 

OGŁOSZENIA 

 
 
 
 
 

Z norweskiego przełoŜyła 

IWONA ZIMNICKA 

POL-NORDICA Publishing Ltd. 

 

background image

 
 
ROZDZIAŁ I 
– Christine! 
Bezbarwny  głos  matki  przerwał  ciszę  zalegającą  mieszkanie.  Christine  dała  przykutemu  chorobą  do  łóŜka  ojcu 
ostatnią łyŜeczkę jajka na miękko, otarła mu brodę i usta, po czym wyprostowała plecy. 
– Tak, mamo, juŜ idę. 
Oczy ojca skierowały się znacząco w stronę stolika nocnego. 
– Jeszcze kawy? Proszę... 
Nalała  mu  kawy  do  specjalnego  kubka  z  dziobkiem.  Wyglądał  na  zadowolonego.  Skinęła  głową,  by  dodać  mu 
otuchy, i skierowała się do salonu. 
Zastała tam matkę gotową do wyjścia. 
– Christine, pójdę na chwilę do cukierni Wibego. Umówiłam się tam z Gerdą. 
Cukiernię Wibego zlikwidowano juŜ dawno, a Gerda, przyjaciółka matki, nie Ŝyła od dziesięciu lat. 
Christine  westchnęła.  Zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  nie  moŜe  tego  powiedzieć  matce  wprost,  gdyŜ  jak  zwykle 
skończyłoby się to sceną pełną rozpaczy i łez. Nie wiedziała, co wymyślić. tym razem, by za 
trzymać matkę w domu. Coraz trudniej przychodziło jej wyszukiwanie nowych pretekstów. 
Na szczęście uratowały ją odgłosy dochodzące od strony skrzynki na listy. 
– Nie wychodź teraz, mamo, właśnie przyszła poczta. MoŜe jest coś do ciebie... 
Oby tylko tak było! 
W  poczcie  rzeczywiście  znalazł  się  list  do  matki.  Christine  nakłoniła  ją  do  zdjęcia  płaszcza  i  usadowiła  w 
ulubionym fotelu. 
Przyszedł równieŜ list do niej. Wzięła go i udała się do swojego pokoju. 
List był od Elłen, dawnej koleŜanki z klasy. Christine usiadła na łóŜku i otwierając kopertę, usiłowała przypomnieć 
sobie wygląd Ellen. 
Okazało  się  to  niełatwym  zadaniem.  Pamiętała  ją  jako  szarą,  niepozorną  myszkę,  za  którą  Ŝaden  z  chłopców  nie 
obejrzał się dwukrotnie. Była nieporadna, a  jej nieśmiałość często  odbierano jako dumę. Z tego powodu nigdy nie 
udało  jej  się  zdobyć  przyjaciół.  Nie  pomógł  nawet  fakt,  Ŝe  była  córką  dyrektora  banku  i  jedyną  spadkobierczynią 
pokaźnego majątku. 
Christine  niezwykle  zaskoczył  list  otrzymany  po  tylu  latach  milczenia.  Od  razu  po  ukończeniu  szkoły  Ellen 
przeniosła się wraz z rodziną do Drammen. Christine wyjęła list z koperty, nasłuchując odgłosów dobiegających z 
głębi duŜego mieszkania, lecz wszędzie panowała cisza. Mogła się więc skupić na lekturze. 
Droga Christine! 
Z pewno
ścią się zastanawiasz, dlaczego piszę wlaśnie teraz i wlaśnie do Ciebie. Idzie o to, źe wkrótce wychodzę za 
m
ąŜ, a poniewaŜ wesele ma być duŜe, chcialabym mieć kilka druhen. Wybralam juŜ parę dziewcząt spośród moich 
znajomych tu na miejscu, ale bardzo zale
Ŝy mi na tym, aby mieć teŜ druhnę z lat szkolnych. Jeśli zgodzilabyś się nią 
zosta
ć, bardzo bym się ucieszyla z Twojego przyjazdu. 
Christine  się  skrzywiła.  Była  oczywiście  jedyną  dziewczyną  z  klasy,  która  jeszcze  nie  miała  męŜa.  Ellen  pisała 
dalej: 
Jestem przekonana, Ŝe polubisz mojego narzeczonego. Nazywa się Harry Berg. Jest wysoki, ciemnowlosy, elegancki 
i  pracuje  w  Ministerstwie  Spraw  Zagranicznych.  A  co  najwa
źniejsze  –  nie  obchodzą  Go  moje  pieniądze.  Sam  jest 
wystarczaj
ąco  bogaty.  Zawsze  bylam  podejrzliwa  w  stosunku  do  męŜczyzn,  którzy  się  mną  interesowali.  Wiesz 
przecie
Ŝ,  Ŝe  nie  jestem  szczególnie  piękna  ani,  jak  mi  się  wydaje,  blyskotliwa,  lecz  tym  razem  wszystko  wygląda 
wr
ęcz IDEALNIE.  Poza tym fakt, Ŝe i On nie jest calkowicie doskonaly  – ma  mianowicie pewną mglą ulomność – 
czyni Go jeszcze bardziej poci
ągającym. Budzi to we mnie coś w rodzaju instynktu opiekuńczego. Data ślubu nie jest 
jeszcze ustalona, ale bylabym wdzi
ęczna, gdybyś odpisala mi jak najszybciej. 
Twoja przyjaciólka Ellen 
Przez  długą  chwilę  Christine  siedziała  pogrąŜona  w  myślach.  Pojechać  na  duŜe  wesele?  Poznać  nowych  ludzi, 
rozmawiać, śmiać się, jeść przysmaki, a moŜe nawet tańczyć? 
Wyjęła  papier  listowy  i  natychmiast  napisała  odpowiedź.  Przesłała  Ellen  najserdeczniejsze  Ŝyczenia  szczęścia, 
zawiadamiając ją jednocześnie, Ŝe w tej chwili niestety nie moŜe wyjechać z domu ze względu na rodziców – ojciec 
jest powaŜnie chory, a matka cierpi na beznadziejny przypadek sklerozy. 
Przerwała pisanie w połowie listu. Kochany tatuś, którego tak uwielbiała będąc dzieckiem. Mądry, łagodny i zawsze 
pełen wyrozumiałości. Pierwszy wylew krwi do mózgu przyszedł niespodziewanie przed wielu lary. Od tego czasu 
było ich jeszcze kilka i w tej chwili ojcu pozostało juŜ niewiele Ŝycia. Dla Christine opieka nad chorym była rzeczą 
oczywistą. Jej własne Ŝycie zeszło na dalszy plan. Wierzyła, Ŝe jeszcze kiedyś znajdzie czas dla siebie. 
Tymczasem lata mijały; równieŜ i matka stała się całkowicie bezradna. Rodzice nie byli juŜ młodzi, gdyŜ Christine 
urodziła się po wielu latach ich małŜeństwa. Wszystko wydawało się jej tak beznadziejne i pozbawione perspektyw. 
Christine nigdy nie przyszłoby do głowy zostawić matkę lub oddać ją do domu opieki. Niemniej jednak ze względu 

background image

na to, Ŝe starszej pani przychodziły do głowy najdziwaczniejsze pomysły, wymagała nieustannego doglądania. Tak 
więc ewentualne marzenia Christine oraz jej Ŝycie prywatne musiały zostać odsunięte na 
bok.  Nigdy  nie  zdąŜyła  nawet  poszukać  sobie  pracy,  jej  miejsce  było  przy  rodzicach.  Ostatnio  jednak  znalazła 
niewielkie  zajęcie,  które  sprawiało  jej  wiele  radości.  Zawsze  dobrze  radziła  sobie  z  gotowaniem,  nawiązała  więc 
współpracę z pewnym miesięcznikiem, gdzie prowadziła stałą rubrykę  na temat wytwornej  kuchni. Dochód z tego 
był oczywiście bardzo skromny, lecz przynajmniej nie czuła się juŜ tak odizolowana od świata. 
Christine podeszła do lustra i spojrzała w nie w zamyśleniu. 
Nie  mogła  się  juŜ  dłuŜej  oszukiwać.  W  szybkim  tempie  zbliŜała  się  do  wieku  określanego  mało  precyzyjnym 
mianem „dojrzałej młodości”, a odległego o wiele lat od pierwszej młodości, tej prawdziwej. 
Z zadumy wyrwał ją dobiegający z salonu odgłos kroków matki. W pośpiechu włoŜyła do koperty ukończony przed 
chwilą list, który udało jej się wysłać nieco później w ciągu dnia. 
Nie otrzymała juŜ jednak Ŝadnej wiadomości od Ellen Smidt. 
Minęły trzy miesiące. 
I  znów  całkiem  nieoczekiwanie  Christine  stała  na  środku  swojego  pokoju,  trzymając  w  rękach  dwa  listy  i 
spoglądając ze zdumieniem to na jeden, to na drugi. Pomyślała, Ŝe to chyba jakieś szaleństwo. 
Pierwszy  z  listów  zawierał  stare  zaproszenie  na  ślub  Ellen  Smidt.  Christine  odnalazła  je  właśnie  przed  chwilą  w 
szufladzie biurka. Drugi list został 
dopiero co przyniesiony przez listonosza. 
Tym  razem  przypomniała  sobie  o  niej  ta  natrętna  pani  Melander  ze  Stavanger,  którą  Christine  poznała  w  czasie 
nieudanej wycieczki do Hiszpanii przed paru laty. Miało to miejsce wtedy, gdy matka na tyle jeszcze radziła sobie z 
opieką nad ojcem, Ŝe Christine mogła sobie pozwolić na tygodniowy wyjazd. Niestety, okazało się, Ŝe był to tydzień 
pełen  niezbyt  przyjemnych  zdarzeń,  a  najgorsze  wspomnienie  stanowiła  właśnie  pani  Melander.  Z  takiego  czy 
innego powodu upodobała sobie Christine. Być moŜe uwaŜała, Ŝe musi zaopiekować się tą najwyraźniej samotną i 
nieprzywykłą  do  podróŜy  młodą  dziewczyną  albo  teŜ  chciała  po  prostu  przyczepić  się  do  kogoś  jak  pozbawiona 
wszelkiej  wraŜliwości  i  taktu  pijawka.  Gdy  wycieczka  dobiegła  kresu,  Christine  odetchnęła  z  ulgą,  ale  niestety 
trochę się pospieszyła. Pani Melander nie miała zamiaru zakończyć znajomości  na lotnisku. Zaczęła przysyłać list 
za listem. Christine sumiennie i z mozołem przekopywała się przez ich treść, lecz odpisywała bardzo rzadko. 
Pani Melander nie wydawała się jednak zniechęcona tym faktem i tak oto Christine trzymała w ręku jej kolejny list. 
Jak zwykle miała kłopoty z odczytaniem niechlujnego pisma nadawczyni. 
Kochana Christine! 
Gdyby
ś tylko WIEDZIAŁA, co mi się przydarzyto od ostatniego razu. To się po prostu nie mieści 
w gtowie!!! Czy wiesz, na co si
ę zdobytam? Zamieścitam ogtoszenie w gazecie!!! Oczywiście to zwariowany pomyst, 
ale  pomy
ślatam  sobie,  Ŝe  robię  się  coraz  starsza  i  muszę  spróbować  choćby  jeszcze  raz  –  to  znaczy  znaleźć  męŜa. 
Wiesz  przecie
Ŝ,  Ŝe  w  gruncie  rzeczy  jestem  stworzona  do  Ŝycia  w  matŜeństwie,  więc  postanowitam  poszukać 
szcz
ęścia.  Mtodzieńcza,  rozwiedziona  pani  i  tak  dalej.  PrzecieŜ  nikt  nie  musi  wiedzieć,  źe  rozwodzitam  się  DWA 
razy! „Dobrze sytuowana, 
szuka wspótpartnera”– tak napisatam, bo brzmi to dość wytwornie, no a przecieŜ, jak Ci 
wiadomo,  z  moich  dwu  poprzednich  mat
Ŝeństw  nie  wysztam  z  zupetnie  pustymi  rękami...  Wyobraź  sobie  tylko,  ile 
dostatam odpowiedzi! Mogtam przebiera
ć do woli. Niektóre listy byty rzecz jasna bardzo nieprzyzwoite. 
Christine  wyobraziła  sobie  panią  Melander  piszącą  te  słowa.  Słyszała  jej  chichot  pensjonarki,  którego  tak  nie 
cierpiała. 
Wybratam  jednak  jeden list, który wydawat  się  być  obiecujący, i  rzeczywiście  się  nie  zawiodlam!!!  To  się  nazywa 
szczęście! Facet jak marzenie – wysoki, ciemnowtosy, dystyngowany, a równocześnie na swój sposób chwytający za 
serce. Spotykamy si
ę regularnie juŜ od dwóch miesięcy. Zastanawiam się, co mu się we mnie podoba. 
Christine ponownie usłyszała w myślach jej chichot. 
Ŝ, trzymam się dość dobrze jak na moje czterdzieści trzy lata. Nie sądzitaśŜe tyle mam, prawda? 
AleŜ tak! Jeśli o to chodzi, to Christine z pewnością odpowiednio ją oceniała. 
A poza tym w moim towarzystwie nie sposób przecieź się nudzić
Co to, to nie! 
Przeczytawszy kilka stron pełnych czczej i nadętej gadaniny, Christine dotarła do utęsknionego zakończenia. 
No,  ale  muszę  juź  kończyć.  Mój  autobus  odjeŜdŜa  za  chwilę,  a  mam  jeszcze  TYSIĄCE  rzeczy  do  zrobienia.  Bywaj 
zdrowa i napisz wkrótce. Do tej pory dostalam od Ciebie tylko jedną jedyną kartkę i wydaje mi sięŜe to trochę za 
mato. Mówi
ę powaŜnie. Aha, jeszcze jedno... zapomnialam Ci powiedziećŜe mój przyjaciel nazywa się Harty Berg. 
Jest in
Ŝynierem i pracuje wlaśnie nad jakimś fantastycznym wynalazkiem. Zaproponowalam mu poźyczkę, ale on nie 
chcial o tym dysze
ć ANI S~,OWA! Ze teź jeszcze istnieją tacy męŜczyźni! 
List kończył się niezliczonymi uściskami, pozdrowieniami oraz całą serią dopisanych bez ładu i składu PS-ów. 
Christine w zadumie odłoŜyła oba listy. Stemple pocztowe były z dwóch róŜnych miast, ale nie miało to specjalnego 
znaczenia.  Nadal  głęboko  zamyślona,  Christine  podeszła  do  telefonu  i  odszukała  w  ksiąŜce  telefonicznej  numer 
dyrektora  banku  Smidta  w  Drammen.  Po  chwili  usłyszała  w  słuchawce  sygnał  wolnej  linii,  ale  po  drugiej  stronie 
nikt nie odpowiadał. Nie miała wielkiej ochoty dzwonić do 

background image

pani  Melander  ze  Stavanger,  a  poza  tym  co  miałaby  jej  powiedzieć?  Harry  Berg  to  przecieŜ  dość  pospolite 
nazwisko. MoŜe to po prostu zbieg okoliczności... 
A jeŜeli to nie przypadek? Gdyby chodziło o tę samą osobę, Harry Berg byłby oszustem wykorzystującym samotne, 
łatwoa>ierne  kobiety.  W  takim  razie  trzeba  ostrzec  przynajmniej  Ellen.  Kto  mógłby  to  wszystko  sprawdzić? 
Policja?  No  tak,  oczywiście  policja.  Być  moŜe  znali  juŜ  tego  człowieka.  Ale  czy  moŜna  tak  po  prostu  pójść  na 
policję bez Ŝadnego dowodu? 
Gdyby chociaŜ miała z kim na ten temat porozmawiać... Jej ukochany ojciec niedawno zmarł, a matka była, mówiąc 
łagodnie, nieco pomylona. 
Christine przygotowała obiad z mniejszą niŜ zwykle starannością. Po obiedzie usadowiła matkę w fotelu, dała jej do 
ręki  ksiąŜkę  i  surowo  zakazała  się  oddalać,  po  czym  włoŜyła  kurtkę.  Podjęła  juŜ  decyzję.  Nic  nie  zaszkodzi,  jeśli 
zbada całą sprawę trochę bliŜej. 
JuŜ w drzwiach odwróciła się i spojrzała ze smutkiem na matkę, która bezmyślnie przewracała kartki ksiąŜki. Widok 
kochanej osoby tracącej w taki sposób kontakt z rzeczywistością sprawiał jej ból. Nie mogły juŜ ze sobą pogawędzić 
tak  jak  kiedyś...  Christine  było  bardzo  trudno.  Fakt,  Ŝe  musiała  przemawiać  do  własnej  matki  jak  do  dziecka, 
ogromnie ją przygnębiał. Na jej oczach wspaniały człowiek przeobraŜał się w osobę zgorzkniałą, 
niecierpliwą, zrzędliwą i podejrzliwą, a ona w Ŝaden sposób nie mogła pomóc. Tak jak w tej chwili. Musiała wyjść z 
domu i zostawić matkę samą,  i  wiedziała,  Ŝe  przez cały czas  będzie się zastanawiała, czy  nie wpadta  ona na  jakiś 
zwariowany pomysł – czy gdzieś nie wyszła albo nie próbuje zrobić sobie czegoś do jedzenia, podpalając przy tym 
mieszkanie i  ulegającpoparzeniu...  Czasami  matki  doglądała sąsiadka,  która  jednak  pracowała zawodowo  i rzadko 
bywała  w  domu.  Christine  czuła  się  tak,  jakby  miała  skrępowane  ręce  i  nogi.  MoŜe  nie  tym,  Ŝe  była  pozbawiona 
swobody, ale raniącym ją poczuciem bezsilności. Tak bardzo chciała pomóc matce. 
Teraz jednak musiała się pospieszyć, aby szybko wrócić. 
Na zewnątrz panowała listopadowa szaruga. Christine zapięta kurtkę pod samą szyję, Ŝatując, Ŝe nie włoŜyła nic na 
gtowę. Wiatr był tak silny,  Ŝe po przejściu kilkuset metrów wydawało jej się, iŜ nie ma uszu. Pamiętając  jednak  o 
schowanych w torebce listach od Ellen Smidt i pani Melander, brnęła odwaŜnie dalej. 
Najlepiej  jeśli  nie  będzie  zastanawiać  się  nad  skutkami  swojej  decyzji.  W  dalszym  ciągu  sprawa  była  przecieŜ 
otwarta i wszystko mogło się wyjaśnić w sposób naturalny. 
Christine nie mogła przewidzieć nadchodzących wydarzeń. 
Komisarz John Bakken uniósł wzrok znad przy 
niesionych przez Christine listów i przyjrzał się jej uwaŜnie. 
Ciekawe,  co  rejestruje  jego  policyjne  spojrzenie,  pomyślała.  Jak  mnie  właściwie  ocenia?  Czy  uwaŜa  mnie  za 
rozhisteryzowaną babę juŜ nie pierwszej młodości? Nie, nie wydaje się, by tak myślał. Te obojętne oczy odnotowują 
chyba  tylko  same  fakty,  jak  na  przykład  to,  Ŝe  mam  ciemne  włosy,  a  moje  uczesanie  zostało  zrujnowane  przez 
deszcz  i  wiatr,  Ŝe  mam  jasne  oczy  i  prosty  nos,  który  z  pewnością  bardzo  mi  się  w  tej  chwili  świeci.  Widzi  na 
pewno, Ŝe z niepokojem oczekuję jego odpowiedzi, chociaŜ próbuję zamaskować to chłodnym zachowaniem. Patrzy 
na moje ręce. Niestety zdradza mnie to, Ŝe nerwowo miętoszę rękawiczki. 
– Tak  –  odezwał  się  krótko  z  rezerwą  w  głosie.  Niewiele  moŜna  z  tego  wywnioskować.  Czego  pani  ode  mnie 
oczekuje? 
– Sama nie wiem – odpowiedziała Christine bezradnie. – Czy nie naleŜałoby zbadać tej sprawy trochę dokładniej? 
To znaczy... 
Urwała zmieszana. 
Komisarz Bakken westchnął ledwo dostrzegalnie. – Nie ma się tu na czym oprzeć – stwierdził niechętnie. – KaŜda z 
pani przyjaciółek mogła sobie przecieŜ znaleźć innego Harry'ego Berga. Jest to najbardziej prawdopodobne. 
Christine podniosła się z wahaniem z krzesła. śałowała, Ŝe tak pochopnie poszła na policję. Poza tym miała pecha. 
Spodziewała się zastać tutaj dobro 
dusznego,  starszego  policjanta,  z  którym  moŜna  porozmawiać,  a  nie  tego...  robota!  Potraktował  ją  z  góry,  takie 
przynajmniej  odniosla  wraŜenie,  choć  ton  jego  odpowiedzi  był  jak  najbardziej  poprawny.  Mimo  swego  miłego 
wyglądu wydawał się być nieznośnie pewny siebie. Po prostu promieniowała od niego siła i swego rodzaju poczucie 
wyŜszości. 
– Sądzi  więc  pani,  Ŝe  to  naciągacz?  –  pytał  dalej.  –  CóŜ,  nie  jestem  o  tym  do  końca  przekonana  odpowiedziała 
powoli – ale przecieŜ istnieje taka moŜliwość. W opisach obu męŜczyzn występuje uderzające podobieństwo, a one 
obie są zamoŜne i samotne. Stanowią idealny łup dla takiego typa. Mówiąc szczerze, nie obchodzi mnie wcale, czy 
uda  mu  się  nabrać  panią  Melander,  ale  Ellen  Smidt,  moja  koleŜanka  ze  szkoły,  nie  zasłuŜyła  sobie  na  to.  Jej  list 
wprost promieniuje szczęściem i milością. O ile pamiętam, w dzieciństwie i młodości nie było jej dane zaznać tych 
uczuć obficie. Nie chciałabym, aby chłodny, wyrachowany uwodziciel zniszczył ją w taki sposób. 
Bakken  zmarszczył  brwi  i  spojrzał  na  listy,  które  schował  juŜ  do  kopert.  On  nie  kieruje  się  uczuciami,  pomyślała 
Christine. Jest na wskroś realistą. 
Mogła  mu  się  teraz  lepiej  przyjrzeć.  Typowy  okaz  energicznego  policjanta,  pomyślała  z  goryczą.  Dość  pospolite, 
twarde rysy twarzy, ostry wzrok. Pozbawiony wszelkiego poczucia humoru. Człowiek zadowolony z samego siebie 
i krytycznie nastawiony do całej reszty świata. Wydaje się nie wierzyć w mo 

background image

ralność  lub  poczucie  sprawiedliwości  u  ludzi.  Ufa  we  własne  siły  i  jest  przekonany  o  słuszności  swojego 
postępowania, moŜe w kaŜdej chwili wcielić się w rolę dowolnego bohatera filmowego... 
Nie, ta ostatnia myśl była krzywdząca. Oceniła go zbyt surowo. 
– Rzeczywiście  –  odezwał  się  tak  nieoczekiwanie,  Ŝe  aŜ  podskoczyła.  –  Faktycznie  mieliśmy  jakiś  rok  temu  nie 
wyjaśniony  przypadek  oszustwa  matrymonialnego.  Pewna  rozhisteryzowana  młoda  dama  złoŜyła  doniesienie,  ale 
potem wszystko odwołała, nie podając Ŝadnego nazwiska. To typowe dla tego rodzaju kobiet. Poza tym niezwykle 
trudno jest zbadać bliŜej takie sprawy. Ofiary zazwyczaj niechętnie zgłaszają się na policję. Ma to prawdopodobnie 
związek z poczuciem uraŜonej godności. Z pewnością nie ma w tym nic wesołego, Ŝe zostało się oszukanym przez 
własnego... 
Christine była przekonana, Ŝe miał zamiar powiedzieć „kochanka”, ale słowo to nie przeszło mu przez usta. 
– Poza  tym  –  kontynuował  lekcewaŜącym  tonem  –  kobiety  są  same  sobie  winne,  tracąc  głowę  dla  pierwszego 
lepszego... 
Poczuła, Ŝe  ogarnia  ją złość. Co  za  bezczelny  typ! – Co  pan  moŜe wiedzieć  o  samotności? – powiedziała cichym, 
pełnym wściekłości głosem. – Nie wie pan, jakie to uczucie, gdy kobieta całymi latami Ŝyje pragnieniem przelania 
na kogoś swojej miłości, widząc, jak wszystkie jej przyjaciółki wychodzą za 
f mąŜ, rodzą dzieci, podczas gdy ona przez cały czas 
jest  pozbawiona wszelkich kontaktów z innymi! Wiele kobiet wybiera samotne Ŝycie,  poniewaŜ im to odpowiada, 
choć niejedna  potem z tego rezygnuje. Ale są teŜ takie, które odczuwają w swoim sercu wieczną pustkę. Czy taka 
osoba moŜe odepchnąć wyciągającą się w jej kierunku dłoń człowieka obda 
i czającego ją uwagą i podziwem? Czy rozumie pan 
to  poczucie  spełnienia,  gdy  moŜe  pomóc  takiemu  męŜczyźnie,  poŜyczając  mu  w  potrzebie  trochę  pięniędzy?  CóŜ 
bowiem znaczą pieniądze wobec perspektywy dzielenia z kimś swojego Ŝycia? Nie cho– e 
dzi tu o to, by być wampem. To kwestia posiadania przyjaciela, kogoś, kto nas zrozumie i na kim moŜna polegać. 
Przerwała  nagle,  zawstydzona.  Znów  była  niesprawiedliwa,  dała  się  ponieść  uczuciom.  John  Bakken  z 
zaŜenowaniem  patrzył  w  dół  na  swoje  biurko,  a  jej  policzki  płonęły  Ŝarem.  Przez  długą  chwilę  w  gabinecie 
panowała głęboka cisza. 
– Przepraszam – powiedziała zakłopotana. 
– To  moja  wina  –  odrzekł  krótko.  Zaraz  potem  podjął  temat,  przechodząc  do  porządku  dziennego  nad  jej 
gwałtownym  wybuchem.  –  W  obecnych  okolicznościach  nie  mam  podstaw  do  uruchomienia  całej  machiny 
dochodzeniowej.  Materiały  są  na  to  zbyt  skromne.  Ale  jeśli  pani  ma  moŜliwość,  to  mogłaby  pani  wypytać  trochę 
swoje przyjaciółki o tego Harry ego Berga. Proszę mnie znów odwiedzić, gdyby odkryła pani coś podejrzanego. 
Nigdy w Ŝyciu, pomyślała Christine, postukując obcasami w długich korytarzach komisariatu. MoŜesz być pewien, 
Ŝ

e przeprowadzę własne dochodzenie, ale ciebie nie odwiedzę nigdy, ty bryło lodu! 

Christine,  idąc  w  kierunku  domu  ulicami,  po  których  hulał  przejmujący  wiatr,  była  bliska  płaczu  z  poniŜenia.  Po 
latach Ŝycia w izolacji z trudnością przychodziło jej nawiązywanie kontaktów z ludźmi poza jej własnymi czterema 
ś

cianami.  Takie  odosobnienie  zawsze  jest  niebezpieczne,  poniewaŜ  człowiek  zaczyna  odczuwać  lęk  przed 

spotkaniem  z  innymi.  W  tej  sytuacji  zetknięcie  się  z  osobą  tak  niewyrozumiałą  jak  komisarz  John  Bakken  nie 
wpłynęło najlepiej na jej wiarę w samą siebie. 
Jak zwykle w trudnych chwilach Christine ogarnęła chęć, by wyjechać gdzieś, gdzie nie będzie znała nikogo i nikt 
nie  będzie  znał  jej.  Gdzieś  daleko,  do  słońca  i  ciepła,  do  kraju,  w  którym  nie  trzeba  brać  odpowiedzialności  za 
innych, a obcy ludzie nie zadają ran... 
Dlaczego miałyby ją obchodzić kłopoty innych? Czy nie miała dość własnych? 
Z pewnością miała. Kiedy bowiem na powrót poczuła ciepło własnego domu, okazało się, Ŝe matka zniknęła. 
W  Christine  natychmiast  odezwały  się  wyrzuty  sumienia,  z  którymi,  jak  jej  się  często  zdawało,  musiała  się  juŜ 
urodzić. Dlaczego po prostu tak sobie wyszła, wiedząc, Ŝe zachowania matki nie da się 
przewidzieć? Ogarnęło ją zwątpienie. Chyba będzie musiała je 
szcze raz udać się na policję. I do kogo ją tam skierują? Bez wątpienia do komisarza Bakkena. 
Tylko  nie  to!  Co  on  sobie  wtedy  pomyśli?  Bardzo  wątpliwe,  Ŝeby  rozpoczął  poszukiwanie  matki,  poniewaŜ  jego 
wiara w słowa Christine musiała teraz być bliska zeru. 
JeŜeli jednak nie uda jej się natychmiast odnaleźć matki, nie będzie miała innego wyjścia. Postanowiła zaryzykować 
i udać się tam, gdzie 
kiedyś znajdowała się cukiernia Wibego. Musiała znów wyjść na panujący na dworze przeszywający chłód. Płaszcz 
matki wisiał na swoim miejscu i juŜ sam ten fakt był dość niepokojący. 
Co za wiatr! Christine z trudem doszła do rogu ulicy. 
JuŜ z daleka dobiegł ją przenikliwy, uraŜony głos matki. 
– Chyba  sama  wiem  najlepiej,  Ŝe  tu  jest  cukiernia  Wibego!  Co  to  za  Ŝarty?  Co  tu  robi  sklep  z  odzieŜą  dla 
młodzieŜy? 
Christine zareagowała szybko. 

background image

– Przepraszam!  –  zwróciła  się  spokojnym  tonem  do  stojącego  w  drzwiach  właściciela  sklepu.  Następnie  wzięła 
matkę  pod  ramię  i  wyprowadziła  ją  na  zewnątrz.  –  Chodź,  mamo  –  przekonywała  ją  łagodnym  głosem.  –  Jest  za 
zimno, by chodzić po dworze w takim stroju. WłóŜ na siebie tę kurtkę i czapkę, którą przyniosłam. 
– Christine, co się dzieje z tym dzisiejszym światem? Nic nie jest tak, jak powinno – zaprotestowała matka. 
– Tak, masz rację. 
Odwróciła  się  do  młodego  sprzedawcy,  który  uśmiechnął  się  znacząco  i  popukał  w  czoło.  Christine  poczuła  się 
dotknięta. Troskliwie oto 
czyła ramieniem swoją bezbronną matkę, która była przecieŜ kiedyś pełną wraŜliwości i serdeczności osobą. 
Na  świecie  jest  teraz  tyle  zagubionych,  zrezygnowanych  kobiet,  pomyślała.  Moja  matka  naleŜy  do  tych 
szczęśliwszych.  Nie  zdaje  sobie  sprawy  z  własnej  sytuacji.  My  pozostałe  musimy  przez  cały  czas  walczyć  o 
zachowanie pozorów. Nie zawsze nam się to udaje. 
 

background image

 
ROZDZIAŁ II 
Komisarz prosił ją, by przeprowadziła małe  śledztwo na własną rękę, i właśnie tak chciała zrobić. Nie miała tylko 
zamiaru informować go o wynikach. Nie zniosłaby juŜ kolejnych poniŜających uwag z jego strony. 
Jeszcze tego samego wieczoru Christine ponowiła próbę nawiązania kontaktu z Ełlen Smidt. Chciała się dowiedzieć, 
czy przyjaciółka wyszła za mąŜ. Wszystko stałoby się wtedy jasne i nie byłoby juŜ Ŝadnych powodów do podejrzeń. 
Jednak i tym razem nikt nie podnosił słuchawki. 
MoŜe wyjechali w podróŜ poślubną? 
W  takim  razie  pani  Mełander? Stavanger...  biuro adresowe. Szybko  wykręciła  uzyskany  numer, chociaŜ  nie  miała 
pojęcia, jak przeprowadzić rozmowę. 
Nie  mówi  się  przecieŜ  po  prostu:  „Proszę  posłuchać,  pani  narzeczony  ma  zamiar  wyłudzić  od  pani  pieniądze  i 
uciec”.  Szczególnie  Ŝe  mógł  się  okazać  miłym  i  sympatycznym  chłopakiem,  który  tylko  przypadkiem  nazywa  się 
tak samo jak narzeczony drugiej, bogatej przyjaciółki Christine. Nie mogła tak zrobić. 
Niepotrzebnie  się  jednak  martwiła  o  to,  co  powiedzieć.  Z  kłopotu  wybawiła  ją  sama  pani  Mełander.  Odebrała 
telefon,  zanim  Christine  zdąŜyła  uporządkować  myśli.  Jej  przesadnie  oŜywiony  głos  ostro  zabrzmiał  w  uchu 
dziewczyny. 
– Halo – odezwała się Christine niepewnie. Mówi Christine Lyngmo. Dziękuję za list. Wieści były tak wspaniałe, Ŝe 
musiałam zadzwonić. 
Z drugiej strony  popłynął nieprzerwany  potok mowy. Kiedy w końcu w  przerwie  między jedną a drugą rozwlekłą 
historią Christine zdołała wtrącić kilka słów, jej pytanie zabrzmiało dość dziwnie. 
– Czy mieszka w Stavanger? 
– Nie, wydaje mi się, Ŝe mieszka r:a stałe w Oslo, ale często mnie tu odwiedza. W tej chwili jest właśnie w drodze 
do Anglii w związku ze swoim wynalazkiem. Pisałam ci chyba o tym, prawda? 
– Ach, tak, więc udało mu się w końcu zdobyć pieniądze? – zapytała ostroŜnie Christine. 
Pani  Melander  zachichotała  głośno.  Christine  udało  się  jednak  zrozumieć  część  jej  słów  docierających  między 
kolejnymi wybuchami śmiechu. 
– Nie, znasz mnie przecieŜ! Nie naleŜę do osób, które łatwo się poddają, gdy sobie coś zaplanują. W końcu udało mi 
się przekonać Harry'ego, by przyjął ode mnie poŜyczkę. Dostał ode mnie osiemnaście tysięcy! 
Christine jęknęła. 
– Osiemnaście tysięcy? Czy to nie było trochę lekkomyślne? 
„Wesoła wdówka” roześmiała się na całe gardło. – Lekkomyślne? Bzdura! Absolutnie pewna loka 
ta. Harty uwaŜa tak samo. Nie, moŜesz mi wierzyć, wiem, jak rozgrywać swoje karty. 
Tak, ale czy moŜna ufać Harry'emu? pomyślała Christine. 
– Czy na długo zatrzyma się w Anglii? 
– Powiedział,  Ŝe  około  miesiąca.  JuŜ  tęsknię  za  moim  kochanym  chłopczykiem.  Ale  jak  wróci,  natychmiast 
bierzemy ślub. Nalega na to. Jest taki niecierpliwy w tej kwestii, sama rozumiesz, nie wytrzyma ani sekundy dłuŜej. 
Po  drugiej  stronie  znów  rozległ  się  chichot.  Christine  zakończyła  rozmowę,  wygłaszając  na  przemian  przestrogi  i 
Ŝ

yczenia szczęścia, po czym odłoŜyła słuchawkę. 

A więc to tak. Miesiąc w Londynie? JeŜeli się nie myliła, będzie to dość długi miesiąc. Długi jak wieczność... 
Być moŜe pani Mełander była dość prostacka, natrętna i zadufana w sobie, ale Christine nie Ŝyczyła jej, by została 
oszukana  przez  jakiegoś  bezwzględnego  uwodziciela.  Nie  da  się  o  niej  powiedzieć  duŜo  dobrego,  ale  właściwie 
niewiele osób na świecie ma tak radosne i otwarte usposobienie... 
– W  takim  razie  kolej  na  Drammen  –  powiedziała  Christine  do  siebie  półgłosem.  Od  śmierci  ojca  nie  miała  juŜ 
nikogo, z kim mogłaby porozmawiać. Rozmowa z matką nie była łatwa i najczęściej spro 
wadzała  się  do  kilku  nic  nie  znaczących,  wymuszonych  frazesów,  mających  dodać  starszej  pani  otuchy.  Christine 
często smucił fakt, Ŝe pocieszanie matki przychodziło jej z taką trudnością. Wiedziała jednak, Ŝe po prostu brakuje 
jej juŜ sił. Po tych wszystkich latach pełnych smutku i troski o rodziców czuła się wypalona i zmęczona. 
– Drammen – powtórzyła, by przypomnieć sobie, co zamierzała zrobić. – Drammen, Drammen... Oczywiście! Ellen 
Smidt. 
Nie mogła rzecz jasna pojechać juŜ nigdzie tego  dnia, było na to zbyt  późno. Nazajutrz  jednak poprosiła sąsiadkę, 
by zajęła się matką, i wyruszyła w drogę. 
Sporo czasu zajęło jej w Drammen odszukanie domu Ellen. UwaŜała jednak, Ŝe ciekawiej jest znaleźć jakieś miejsce 
samemu,  niŜ  pytać  o  drogę,  a  poza  tym  odczuwała  taką  nieśmiałość  wobec  ludzi,  Ŝe  nie  odwaŜyła  się  prosić  o 
pomoc.  W  końcu  stanęła  przed  domem,  o  który  jej  chodziło.  Była  to  duŜa,  ponura  willa  w  ogrodzie 
przypominającym  park.  Zadzwoniła  do  drzwi,  lecz  nikt  nie  otworzył,  więc  po  chwili  wahania  ruszyła  w  kierunku 
sąsiedniej posesji. 
SłuŜąca – pomyśleć, Ŝe jeszcze takie istnieją – poinformowała ją skwapliwie, Ŝe dom Smidtów jest nie zamieszkany. 
Panna Smidt umarła. 
Christine doznała szoku. – Umarła? Kiedy? 
– Dwa tygodnie temu – lekko odpowiedziała słuŜąca. 

background image

Przyglądała  się  Christine  pełnym  ciekawości  i  oczekiwania  wzrokiem.  Miała  minę  osoby  wszystkowiedzącej  i 
najwyraźniej usiłowała wyglądać na kogoś waŜnego. 
– Czy  mogę  wejść?  –  spytała  przytomnie  Christine.  –  Ellen  Smidt  była  moją  przyjaciółką.  Nic  o  tym  nie 
wiedziałam. W jaki sposób umarła? Była chora? 
Wyglądało na to, Ŝe gosposia nie ma nic przeciwko temu, by o wszystkim opowiedzieć. 
– Nie,  nie,  chora  nie  była  –  odrzekła,  prowadząc  Christine  do  kuchni.  Miała  zamiar  nastawić  kawę,  ale 
zrezygnowała z tego zawiedziona, gdy Christine przecząco pokręciła głową. – Nie, coś było nie tak z tą jej śmiercią 
– mówiła dalej. 
Przerwała, czekając niecierpliwie na jakąś reakcję. I nie zawiodła się. 
– Ach, tak? Co takiego? – zapytała szybko Christine. 
Wydawało się, Ŝe dziewczyna chce podsycić ciekawość swojego gościa. 
– CóŜ, widywałam pannę Smidt jedynie z daleka, ale zawsze wydawała mi się taka samotna. Proszę sobie wyobrazić 
jej Ŝycie w tym wielkim, brzydkim domu. Była taka bogata, a jednocześnie niezbyt ładna... 
Christine próbowała złapać w tym wszystkim jakiś wątek. 
– Czy nikt jej nie odwiedzał? 
– AleŜ  tak,  oczywiście.  Miała  kilka  koleŜanek,  które  przychodziły  do  niej  od  czasu  do  czasu,  ale  chłopcy...  Nie, 
nigdy. Dopiero niedawno tak jakoś rozkwitła... Wszyscy w domu uznaliśmy, Ŝe pewnie się zakochała. 
– A więc odwiedzał ją jakiś męŜczyzna? 
SłuŜąca  najwyraźniej  nie  uwaŜała,  Ŝe  pytania  Christine  są  zbyt  niedyskretne.  Przeciwnie,  wyglądało  na  to,  Ŝe 
pozwalają jej one zebrać myśli. 
– Nie,  tego  nie  mogę  powiedzieć.  MoŜe  tak  było,  ale  nie  jestem  pewna.  Kilka  razy  widziałam,  jak  wieczorem 
przyjeŜdŜał po nią duŜy, ciemny samochód, ale nie udało mi się dostrzec, kto siedział w środku. 
Ten Harry Berg musiał być bardzo ostroŜny. A biedna, oszukana Ellen Smidt planowała huczne wesele. Coś tu się 
nie zgadzało. 
– Jak właściwie umarła? 
– Było to dość dziwne – powiedziała gosposia, siadając przy kuchennym stole. – Utonęła. Mówią, Ŝe spadła z mostu 
w  mieście.  Nie  rozumiem,  jak  moŜna  spaść  przez  poręcz.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  sama  skoczyła.  Moja  pani  teŜ  tak 
uwaŜa. Na kilka dni przed śmiercią panna Smidt zrobiła się taka blada i nerwowa. Sama pani wie, Ŝe takie sprawy 
się wycisza. Samobójstwo nie jest w zbyt dobrym tonie... Christine była wstrząśnięta do głębi. 
– Ale dlaczego miałaby...? 
– Tego  nie  wiem.  Nikt  z  domowników  nie  utrzymywał  kontaktów  z  panną  Smidt.  Zawsze  zachowywała  się  dość 
wyniośle w stosunku do innych. 
Znów ta jej nieśmiałość, pomyślała Christine. Podziękowała za informacje i stwierdziwszy, 
Ŝ

e nie ma juŜ czego szukać w Drammen, wróciła pierwszym pociągiem do domu. 

Na miejscu czekała na nią zaskakująca wiadomość, Ŝe dzwonił komisarz Bakken. Prosił, by Christine odwiedziła go 
następnego dnia w jego biurze. 
Coś podobnego! Jego Wysokość zniŜył się do tego, by do niej zadzwonić! Usiłowała stłumić w sobie przepełniające 
ją niegodne poczucie triumfu. Było ono jednak zbyt piękne, by z nim walczyć. 
Christine  nieświadomie  podeszła  do  lustra  i  przez  dłuŜszą  chwilę  wpatrywała  się  w  jego  taflę,  nie  widząc  samej 
siebie. 
Nie wiedziała, dlaczego  tak stoi,  i  nie zastanawiała  się nad tym.  Myślami  była zupełnie  gdzie indziej.  Wprawdzie 
przyrzekała sobie, Ŝe nigdy więcej nie 
pójdzie  do  komisarza,  ale  informacje,  jakie  zdobyła  na  temat  swoich  przyjaciółek  i  Harry'ego  Berga,  sprawiły,  iŜ 
postanowiła zapomnieć o dumie. 
CóŜ mogła stracić? I o jakiej dumie mogła myśleć? Była dla innych jedną z tych  kobiet, którym się nie powiodło. 
Kto mógł przeczuwać, jakie myśli i marzenia ma taka osoba? 
Był rok 1965, a wartość kobiety nadal mierzono liczbą otrzymanych przez nią ofert matrymonialnych... 
O ile to moŜliwe, komisarz Bakken wydał jej się jeszcze bardziej oficjalny i nieprzystępny niŜ przed 
dwoma  dniami.  Napotkawszy  jego  chłodny  wzrok,  Christine,  która  była  niemal  gotowa  mu  się  zwierzyć, 
postanowiła milczeć. 
Niezwykle silny męŜczyzna, pomyślała. Z gatunku tych, którzy zawsze są panami sytuacji. Obojętnym ruchem ręki 
wskazał jej skrzypiące, 
pokryte skórą krzesło, stojące naprzeciw jego biurka. – Słyszałem, Ŝe odwiedziła pani wczoraj Drammen – zaczął. – 
Dzwoniłem do pani do domu. Chodziło o Harry'ego Berga? 
– Tak. 
Nie  miała zamiaru  mówić  mu nic więcej.  Nadal  czuła  się rozgoryczona faktem,  Ŝe  podczas  poprzedniej rozmowy 
potraktował ją tak protekcjonalnie. Posłał jej szybkie, surowe spojrzenie. 
– Po naszym przedwczorajszym rozstaniu, panno Lyngmo, zastanawiałem się nad tym, co mi pani powiedziała... 
A więc to tak! pomyślała Christine. Próbuje mnie przeprosić. 
– Wiedziałem, Ŝe juŜ kiedyś, w jakiejś innej Bytuacji, spotkałem się z nazwiskiem Harry Berg. Czekała. 

background image

Wyglądało na to, Ŝe przyznanie się do czegokolwiek przychodziło mu z największym trudem. 
– Przejrzałem  trochę  starych  raportów  –  mówił  dalej.  –  I  w  końcu  znalazłem.  Panno  Lyngmo,  sprawa  wygląda 
powaŜniej, niŜ początkowo sądziłem. – Wiem o tym – odrzekła. 
Spojrzał na nią pytającym wzrokiem, lecz nie 
otrzymał Ŝadnego bliŜszego wyjaśnienia. Niech Ŝyje zimna wojna! zawołała w myślach Christine. 
Komisarz  kontynuował  nieco  ściszonym  głosem:  –  Nazwisko  Harry  Berg  pojawiło  się  w  pewnej  sprawie  przed 
dwoma laty. Pewna zamoŜna pani nazwiskiem Grindheim umierając pozostawiła w spadku swojemu narzeczonemu 
Harry'emu  Bergowi  cały  majątek.  Rodzina  złoŜyła  protest  w  sądzie,  więc  on  wspaniałomyślnie  się  wycofał,  to 
znaczy zrezygnował ze spadku. 
– Nie pasuje to raczej do wizerunku Ŝądnego pieniędzy oszusta. 
– Dlaczego nie? – spytał Bakken. – Ludziom tego rodzaju nie zaleŜy na rozgłosie. Nie interesują ich procesy. Berg 
mieszkał wtedy za granicą, więc na miejscu reprezentował go adwokat. 
– To  znaczy,  Ŝe  nikt  nie  widział  jego  ohydnej  gęby?  Być  moŜe  nie  naleŜało  uŜywać  takich  określeń  w  obecności 
komisarza policji. Bakken chrząknął zakłopotany. 
– Najwyraźniej nikt. A teraz chciałbym usłyszeć, do czego pani udało się dojść. 
Christine  opowiedziała  mu  o  wszystkim:  o  osiemnastu  tysiącach  koron  pani  Melander  i  miesięcznym  wyjeździe 
Harry'ego do Anglii, a takŜe – po pewnym wahaniu – o nagłej śmierci Ellen. 
Słuchał w skupieniu, nie zadając Ŝadnych pytań, a jego szarobrązowe surowe oczy przez cały czas skierowane były 
na nią. Chrstine czuła się nieswojo. Nie chciała spuszczać wzroku, ale nie była przy 
zwyczajona,  by  ktoś  tak  badawczo  i  chłodno  się  jej  przyglądał.  Trzymając  dłonie  na  kolanach,  nerwowo 
wyłamywała palce. Miała przy tym nadzieję, Ŝe się nie czerwieni. 
Gdy  juŜ  wszystko  opowiedziała,  komisarz  podniósł  słuchawkę  telefonu  i  zadzwonił  na  posterunek  policji  w 
Drammen. Krótkimi, zwięzłymi zdaniami poprosił o informacje w sprawie śmierci Ellen Smidt. 
– Ach, tak, nie ma go... Kiedy wróci? Hmm... Czy moŜecie w takim razie sprawdzić, czy w ostatnim okresie Ŝycia 
podejmowała  większe  kwoty  pieniędzy  lub  dokonywała  innych  zmian  na  swoim  koncie  bankowym?  Tak,  proszę 
zadzwonić jak najszybciej. 
OdłoŜywszy  słuchawkę,  przez  chwilę  siedział  pogrąŜony  w  myślach,  po  czym  zwrócił  się  do  Christine  tak,  jakby 
nagle przypomniał sobie o jej istnieniu. 
– Policja  z  Drammen  obiecała  dokładniej  zbadać  przypadek  śmierci  pani  przyjaciółki,  ale  człowiek,  który  się  tym 
zajmuje, jest dzisiaj nieobecny... 
Zadzwonił  telefon.  Komisarz  ponownie  podniósł  słuchawkę.  Christine  usiłowała  się  domyślić,  o  czym  rozmawia, 
lecz okazało się to niełatwe, poniewaŜ jego kwestie składały się głównie ze słów „aha” i „rozumiem”. Było to dość 
irytujące dla osoby słuchającej ukradkiem. 
Wreszcie rozmowa dobiegła końca. 
– Tak – zwrócił się do Christine, lecz jego oczy wydawały się przenikać ją na wskroś tak, jakby jej osoba nie miała 
absolutnie Ŝadnego znaczenia. 
– Wszystko wydaje się dość jasne. Na trzy tygodnie przed śmiercią Ellen Smidt podjęła z konta trzydzieści tysięcy 
koron.  Według  informacji  uzyskanych  od  kierownika  banku,  który  był  jej  znajomym,  zamierzała  wykorzystać 
pieniądze na urządzenie domu. Wszystkie niezbędne zakupy miał zrobić jej narzeczony. 
Christine chwyciła się za głowę. 
– O, ludzka głupoto! – zawołała. – No, ale przecieŜ nie mogła wiedzieć... Łatwo jest oceniać wszystko z zewnątrz. 
W  pomieszczeniu zapadła cisza. Christine  miała teraz okazję przyjrzeć  się bliŜej profilowi Bakkena, który  oceniła 
jako  niezły,  a  takŜe  włosom  gęstym,  ciemnym  i  krótko  przystrzyŜonym.  Komisarz  mógł  mieć  około  trzydziestu 
pięciu lat. Patrząc na niego odnosiło się wraŜenie, Ŝe jest kawalerem. Poza tym nie sposób było wyobrazić sobie, by 
w  jego  Ŝyciu  mogła  istnieć  kobieta.  Czy  ten  męŜczyzna  mógłby  się  zakochać?  Nie,  jego  prywatny  „kodeks 
postępowania policjanta” czegoś takiego z pewnością nie przewidywał. 
– Panno  Lyngmo  –  odezwał się  tak  nieoczekiwanie, Ŝe  aŜ  podskoczyła na  krześle. – Czy  zechciałaby  pani  pomóc 
nam odnaleźć tego oszusta? 
– Harry ego Berga? Z największą przyjemnością! Ale jak mogłabym...? 
– Czy jest pani zaręczona albo coś w tym rodzaju? – Nie. 
– Wyśmienicie. 
Wpatrywał się w nią tak, jakby chciał ją zahipnotyzować. Ona jednak nie reagowała. Denerwowała się tylko trochę, 
czy wygląda wystarczająco schludnie. Wiedziała, Ŝe nie prezentuje się najgorzej, moŜe tylko jest trochę nieciekawie 
ubrana. Szaroniebieski sweter i ciemnoniebieska spódnica, do tego buty podobne do tych, jakie noszą pielęgniarki w 
szpitalach.  Miała  lekką  trwałą  na  włosach  ułoŜonych  w  dość  pospolitą  fryzurę  typu  „grzeczny  kucyk”,  na 
paznokciach bezbarwny lakier, poza tym Ŝadnego makijaŜu. 
Wszystko bardzo poprawne, ale niezbyt inspiruj ące. 
Inspirujące do czego? pomyślała z lekkim odcieniem goryczy. 
Bakken  zdawał  się  nie  zwracać  uwagi  na  jej  myśli  o  samej  sobie,  a  zresztą  w  jaki  sposób  miałby  to  okazać? 
Christine spojrzała mu prosto w oczy z nieprzeniknionym, niewinnym wyrazem twarzy. 

background image

Jego następne słowa były dla niej całkowitym zaskoczeniem. 
– Czy  odwaŜy  się  pani  zostać  następną  ofiarą?  zapytał  powoli.  –  Zamieści  pani  ogłoszenie,  jak  pani  Melander,  i 
pozwoli się pani uwieść tak, abyśmy mogli złapać tego człowieka? 
Przez chwilę siedziała w milczeniu, próbując przetrawić to, co powiedział. 
– Moim  zdaniem  –  kontynuował  –  jest  to  dla  nas  jedyna  moŜliwość,  by  go  odnaleźć.  Najwyraźniej  zakończył  juŜ 
sprawę z panią Melander, a zacieranie 
za  sobą  śladów  wychodzi  mu  bardzo  dobrze.  Wyszukanie  i  sprawdzenie  wszystkich  męŜczyzn  o  nazwisku  Harry 
Berg jest praktycznie nie do pomyślenia, szczególnie Ŝe w rzeczywistości moŜe się on nazywać zupełnie inaczej. 
– Pani Melander mówiła, Ŝe on mieszka w Oslo. – Nic nam to nie daje. Nie moŜna powiedzieć, Ŝeby często trzymał 
się prawdy. Ale jest jeszcze coś innego. Nikt nie złoŜył na niego formalnego doniesienia... 
– W  takim  razie  robię  to  teraz  ja  –  powiedziała  Christine  zdecydowanym  tonem.  –  Mogę  to  chyba  zrobić  jako 
przyjaciółka Ellen Smidt? 
Komisarz natychmiast zaczął wypełniać odpowiedni formularz. To się nazywa efektywność działania, pomyślała z 
lekką niechęcią. 
– Oczywiście  niezwłocznie  przesłuchamy  panią  Melander  –  odezwał  się,  nie  przerywając  pisania.  ChociaŜ  nie 
sądzę, by okazała się szczególnie pomocna. Nie, myślę, Ŝe uda nam się go złapać tylko w przypadku, gdy postanowi 
popełnić kolejne oszustwo. Jak tam, zdecydowała się pani? 
– No  cóŜ  –  odrzekła,  prostując  się  na  krześle.  Mam  więc  udawać  bogatą  damę,  która  desperacko  poszukuje 
męskiego towarzystwa. Ale jeŜeli nawet połknie haczyk, to czy nie będzie chciał sprawdzić mojego rzeczywistego 
stanu majątkowego? 
– A jest pani zamoŜna? 
– AleŜ skąd! Nie mam nawet ksiąŜeczki czekowej. Spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby była stwo 
rzepiem z innej planety. CóŜ mógł wiedzieć o pozbawionych własnych dochodów córkach opiekujących się starymi 
rodzicami? 
Uznała, Ŝe nie musi się niczego na ten temat dowiadywać. 
– No  to  dostanie  pani  ksiąŜeczkę  czekową  –  zadecydował.  –  ZłoŜymy  w  banku  depozyt  na  pani  nazwisko, 
powiedzmy nieoczekiwany  spadek. Proszę  jednak pamiętać, Ŝe to pieniądze państwowe ostrzegł surowo. – Będzie 
więc pani tak dobra i nie zakocha się w naszym przyjacielu Harrym Bergu. 
– No wie pan! – zawołała z oburzeniem w głosie. – Poza tym będzie to tylko fikcyjna suma. Nie będzie miał Ŝadnej 
szansy zdobycia tych pieniędzy. 
Fakt, Ŝe komisarz nie wierzył, iŜ będzie w stanie zapanować nad sobą, Christine wręcz uwłaczał. Spojrzał na nią z 
lekką dezaprobatą. 
– Wygląda  pani  zbyt  dobrze  –  ocenił  z  wyrzutem.  –  Zbyt  dobrze,  Ŝeby  musiała  pani  szukać  towarzystwa  w  taki 
sposób. Ponadto jest pani za młoda. Ile właściwie ma pani lat? 
Nie miała nic przeciwko temu, by poinformować tę zimną rybę o swoim wieku. 
– Trzydzieści dwa. 
– Ach, tak, doprawdy? – rzucił obojętnie. – No dobrze, niech będzie... 
Zabrał się ponownie do pisania. 
– Chwileczkę – powiedziała Christine. – Mam nadzieję, Ŝe nie będę musiała nigdzie wychodzić lub 
wyjeŜdŜać, by spotkać tego... męŜczyznę. 
– Naturalnie powinna się pani z tym liczyć. Musimy mieć sposobność, by go ująć. 
– To wykluczone. Proszę o wszystkim zapomnieć. Wstała, zbierając się do wyjścia. 
– Nie,  nie,  proszę  siadać!  –  zawołał  tak  poirytowany,  Ŝe  automatycznie  usiadła  z  powrotem.  –  O  co  pani  chodzi? 
Wspólne wyjście do restauracji lub coś w tym rodzaju nie stanowi chyba wielkiego niebezpieczeństwa? 
– Nie mogę opuszczać domu. Muszę się kimś opiekować. 
– Dziecko? 
– Nie! – zawołała czerwieniąc się ze złości. – Moja matka. Sama nie da sobie rady. 
Bakken wypuścił z ręki pióro i odchylił się na oparcie krzesła. 
– Od dawna się pani nią zajmuje? Christine spuściła wzrok. 
Matką nie, ale mój ojciec chorował cięŜko przez wiele lat. Umarł całkiem niedawno. 
– No  tak,  rozumiem  –  zabrzmiało  to  tak,  jakby  otrzymał  odpowiedź  na  wiele  nurtujących  go  pytań.  –  Nic  nie 
szkodzi, zajmiemy się tym, gdy zajdzie taka potrzeba. To znaczy pani matką. Ale wróćmy do ogłoszenia – zmienił 
temat. – Jak się pani podoba coś takiego: „Na co nam wszelkie dobra tego świata, jeśli nie moŜemy się nimi z kimś 
podzielić?  Samotna,  finansowo  niezaleŜna  pani,  32  lata,  przystojna,  pragnie  poznać  sympatycznego  pana  w 
podobnej sytuacji 
i w stosownym wieku. Odpowiedzi dla Samotnej”. – Ja nigdy bym czegoś takiego nie napisała – po 
wiedziała z niesmakiem – ale przypuszczam, Ŝe jest to dostatecznie idiotyczne, by zwabić Harry'ego Berga. Proszę 
tylko  skreślić  „przystojna”.  To  nie  odpowiada  prawdzie,  brzmi  jak  przechwałka,  a  ponadto  jest  w  tej  sytuacji 
zupełnie nieistotne. 
Rzucił jej szybkie spojrzenie, najwyraźniej zamierzając coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. 

background image

– Jak  pani  chce.  Proszę  zamieścić  ogłoszenie  w  jutrzejszej  gazecie.  Niech  pani  przyjdzie  tu  z  pokwitowaniem,  to 
zwrócimy pani pieniądze. I proszę mnie zawiadomić, jak tylko otrzyma pani jakieś odpowiedzi. 
Podniosła się do wyjścia. 
– A jeśli nie chwyci przynęty? 
– Będzie  to  znaczyło,  Ŝe  nie  istnieje  Ŝaden  Harry  Berg.  Albo  raczej,  Ŝe  jest  trzech  niewinnych  męŜczyzn  o  tym 
samym nazwisku. Proszę się nie denerwować. Na pewno się na to złapie. 
Jego absolutne przekonanie o powodzeniu akcji nie podziałało  na Christine uspokajająco, lecz  przynajmniej w ich 
wzajemnych kontaktach pojawił się teraz element napięcia. 
Christine włoŜyła rękawiczki. 
– Czy powie mi pan coś więcej na temat śmierci Ellen? 
– Oczywiście. Przesłuchamy jej wszystkie przyjaciółki. ChociaŜ wątpię, by któraś z nich widzia 
ła z bliska jej „narzeczonego”. Takie typy są najczęściej bardzo ostroŜne i nie podejmują zbytecznego ryzyka... 
Otworzył  Christine  drzwi.  MęŜczyźni  zwracali  na  nią  tak  mało  uwagi,  Ŝe  odebrała  to  jak  drobny  komplement 
pomimo faktu, iŜ w grę wchodził tu tak nieprzystępny i zachowujący obojętność człowiek jak komisarz Bakken. 
Kiedy znalazła się na ulicy, uderzył ją podmuch silnego wiatru. ZadrŜała z zimna, a moŜe z niepokoju... 
Polowanie na Harry'ego Berga się zaczęło. 
 

background image

 
ROZDZIAŁ III 
Pięć  dni  później  ze  skrzynki  na  listy  wypadła  duŜa,  cięŜka  koperta  z  firmowym  nadrukiem  gazety.  Christine 
rozerwała ją niecierpliwie. 
Sześć odpowiedzi na ogłoszenie. Rezultat nie był najgorszy. 
Poczucie obowiązku zwycięŜyło nad ciekawością. Zadzwoniła do komisarza Bakkena. 
– Tu  Christine  Lyngmo.  Dostałam  pierwsze  odpowiedzi  na  moje  ogłoszenie.  Mam  je  przeczytać  sama,  czy  teŜ 
stanowią własność państwową? 
– Hmm, czy mogłaby pani przyjść tu z nimi? Moglibyśmy przeczytać je razem. Co pani na to? 
– Osobiście nie jestem nimi szczególnie zainteresowana. 
– Rozumiem  –  powiedział  z  wahaniem.  –  Ale  z  drugiej  strony  ich  nadawcy  liczyli  na  dyskrecję.  Zostały  przecieŜ 
napisane  do  pani.  Nie  sądzę,  by  autorzy  byli  zachwyceni  faktem,  Ŝe  policja  dowiaduje  się  o  ich  najgłębszych 
uczuciach. 
– Nie, naturalnie. Nie przyszło mi to do głowy bąknęła zawstydzona. – MoŜe raczej powinnam... 
– Proszę przyjechać z listami do mnie – zadecy 
doorał za nią. – Jestem wcieleniem dyskrecji. Oczywiście jeŜeli moŜe pani wyjść teraz z domu. Christine zawahała 
się. 
– To nie będzie łatwe, ale... 
– Wyślę do pani pielęgniarkę policyjną – postanowił szybko. – Ja nie mogę w tej chwili opuścić komisariatu. 
OdłoŜył słuchawkę, zanim zdąŜyła zaprotestować. Christine stanęła przed lustrem i spojrzała na siebie krytycznym 
wzrokiem. Po chwili dobiegł ją odgłos kroków na schodach. 
Rozumiem,  dlaczego  wybrał  mnie  na  potencjalną  ofiarę,  pomyślała  z  goryczą.  Ten  sweter  rzeczywiście  nie  jest 
szczególnie  podniecającym  strojem.  Przypominam  raczej  podstarzałą  kwokę  gorączkowo  szukającą  kontaktu  z 
męŜczyznami, zanim będzie juŜ na to za późno. 
Nie, przebiorę się w elegancką bluzkę. 
Zaczęła pospiesznie zdejmować ubranie. Właśnie wtedy rozległ się dzwonek u drzwi. 
Do  licha,  pomyślała  Christine.  Z  nieco  potarganymi  włosami  poszła  otworzyć.  Na  progu  stała  młoda,  piękna  i 
energiczna policjantka. Wiara w samą siebie spadła u Christine do zera. 
– Dzień dobry, proszę wejść – wymamrotała pod nosem. – Moja matka właśnie śpi, ale to bardzo miło z pani strony, 
Ŝ

e zechciała pani przyjść na wypadek, gdyby się obudziła. 

– Oczywiście. Czy jest coś, o czym powinnam wiedzieć? 
Christine wyjaśniła, Ŝe matka zachowuje się czasem w szczególny sposób, i udzieliła pielęgniarce kilku wskazówek, 
po  czym  wyszła,  w  dalszym  ciągu  ubrana  w  ten  sam  stary  sweter.  ZdąŜyła  jedynie  nieco  uporządkować  fryzurę, 
narzucić na siebie swój pięcioletni zimowy płaszcz i włoŜyć botki na niskim obcasie. 
Wyglądam Ŝałośnie, pomyślała spoglądając ostatni raz w lustro. 
Niepotrzebnie martwiła się swoim wyglądem. Kiedy weszła do gabinetu, komisarz Bakken nie 
oderwał się nawet od pracy i pozdrowił ją słowami wyraŜającymi zupełny brak zainteresowania. 
– Ach,  to pani  – rzucił,  sięgając po  kolejny  dokument  leŜący  na  biurku. –  Proszę  siadać –  skinął  w  kierunku tego 
samego skrzypiącego krzesła, na którym siedziała ostatnio. 
Christine  miała  w  kaŜdym  razie  okazję  własnoręcznie  otworzyć  listy.  Nie  jest  źle,  pomyślała  kwaśno.  Oj,  chyba 
znowu jestem złośliwa. MoŜemy przeczytać je razem. 
Pierwszy list zaczynał się słowami: CześćKotku! 
Odrzuć na bok wszystkie stare smutki. Oto ch~opak, który zajmie się Twoim Ŝyciem. 
– I  moimi  pieniędzmi  –  zamruczała  pod  nosem.  Nie  ma  chyba  sensu  czytać  tego  do  końca?  Rzuciła  szybko 
wzrokiem na podpis i odłoŜyła list na biurko. 
– Następny! – rzucił rozkazująco komisarz Bakken. List był od wdowca w wieku sześćdziesięciu sied 
miu lat, który oferował jej wyŜywienie i mieszkanie oraz opiekę nad sporą gromadką dzieci. 
– Gratuluję  gospodyni  domowej  i  towarzyszce  do  łóŜka,  a  do  tego  z  własnym  majątkiem  –  powiedział  sucho 
Bakken. – To nie jest typ, jakiego szukamy. – Nie, oczywiście – bąknęła. 
Bakken  zwrócił  uwagę,  Ŝe  na  jego  słowa  o  towarzyszce  do  łóŜka  dziewczyna  się  zaczerwieniła.  Obrzucił  ją 
zdziwionym  spojrzeniem. Christine była w stanie wyobrazić sobie jego  myśli: „Mój BoŜe, czyŜby aŜ tak pragnęła 
tego rodzaju przeŜyć?” Gdyby tak mogła przywołać go do porządku kilkoma pełnymi wyŜszości słowami na temat 
całych tłumów wielbicieli! 
Niestety, to nierealne. 
Rozcięli kolejną kopertę. Christine otworzyła usta, by przeczytać list, lecz zamiast tego zmięła kartkę gwałtownym 
ruchem, wzdychając głęboko. 
– Nie! 
– AleŜ tak, czy mogę zobaczyć? 
– Nie, nie warto sobie zawracać głowy. 
Jego twarz przybrała wyraz zdecydowania. Wyciągnął rękę po list. Podała mu go niechętnie. 

background image

– śe teŜ ludzie mogą pisać coś takiego – powiedziała patrząc w bok. 
Bakken nie wydawał się jednak szczególnie poru 
szony. – Ach, widywaliśmy tu gorsze rzeczy. 
– Ohyda! _ 
– No cóŜ, nie było to przyjemne – przyznał, chowając kartkę do koperty. – Proszę o tym zapomnieć, panno Lyngmo. 
Na  świecie  jest  wielu  zboczeńców,  którzy  tylko  szukają  sposobności,  by  napisać  do  kogoś  podobne  świństwa. 
Oczywiście anonimowo. Nigdy się nie podpisują. Ten nie chciał się z panią spotkać, tylko sobie ulŜyć. 
Wzięła głęboki oddech i ponownie zwróciła się w stronę komisarza. 
– Rozumiem. MoŜemy brać się za następny. Bakken spojrzał na nią badawczo. 
– Zaczynam się zastanawiać, czy nie jest pani trochę zbyt wraŜliwa na tego rodzaju grę... 
– Nic podobnego – zaprzeczyła pospiesznie. – Nie przywykłam tylko do takich rzeczy. 
Otworzyła  czwarty  z  kolei  list  i  dopiero  teraz  poczuła  się  naprawdę  nieprzyjemnie.  List  był  mianowicie  bardzo 
osobisty i szczery. 
Mila Nieznajoma! 
Nie byto mi larwo zebra
ć się na odwagę i napisać do Pani. JednakŜe nasze losy wydają się bardzo podobne, a Pani 
ogloszenie zapalilo dla mnie w ciemno
ściach malutkie  światelko. Ja  reŜ jestem samotny i trwa to juŜ od dluŜszego 
czasu z powodu mojej choroby. Podobnie jak Pani jestem finansowo niezale
Ŝny, ale nie miewam zbyt wielu okazji, 
by spotykać się z innymi ludźmi. Proszę nie myśleć o mnie źle i nie gniewać się na mnie, Ŝe ośmielilem się do Pani 
napisa
ć... 
– Dość tego – powiedziała Christine ze współczuciem – Nie chcę juŜ w tym brać udziału. To przecieŜ naśmiewanie 
się z innych ludzi. Ten biedny człowiek jest szczery, a zarazem niezwykle nieśmiały i niepewny. A ja przecieŜ mu 
nigdy nie odpiszę. 
Dalsze słowa listu brzmiały: 
Nie będę juŜ więcej pisać tym razem, ale gdyby zechciafa Pani mi odpowiedzieć, byfoby to... Odwróciła kartkę i jej 
wzrok padł na podpis w tej 
samej chwili, w której dostrzegł go komisarz Bakken. Oboje zareagowali równie gwałtownie. 
List był podpisany przez Harry'ego Berga. 
– No tak, zna się na rzeczy – odezwała się Christine, gdy przyszła do siebie. – Dałam się nabrać. 
– Adres na poste restante, Oslo 1. Nie mógł być juŜ bardziej ogólny. 
Dla  porządku  przeczytali  jeszcze  dwa  pozostałe  listy,  ale  okazały  się  one  zupełnie  normalne  i  nic  nowego  nie 
wniosły. 
– Zniszczę wszystkie listy i zapomnę nazwiska postanowiła. – Oprócz Harry'ego Berga. 
– Wspaniale! Ja juŜ zapomniałem – stwierdził Bakken. – Zakładam, Ŝe sama napisze pani stosowną odpowiedź. 
– Dziękuję za zaufanie – rzuciła oschle. – Czy mam zaproponować spotkanie? 
Zawahał się przez moment. 
– Jeszcze nie. Byłoby jednak dobrze, gdyby tak pani sformułowała odpowiedź, aby to jego zachęcić do 
złoŜenia tego rodzaju propozycji. 
– Postaram się. NajwaŜniejsze, Ŝebyśmy dostali go jak najszybciej. Przy okazji, czy wie pan coś bliŜszego na temat 
ś

mierci Ellen? 

– Ach,  rzeczywiście  –  odparł  z  niezwykłym  jak  na  niego  oŜywieniem.  –  Tak,  to  samobójstwo.  Nie  ma 
najmniejszych  wątpliwości.  Była  sama  na  moście.  Świadkowie  po  obu  stronach  rzeki  widzieli,  jak  wchodzi  na 
poręcz i rzuca się do rzeki. 
– Biedactwo – wyszeptała Christine, ściskając w dłoni list od Harry'ego Berga. 
Nagłe wybuchy uczuć nie przemawiały do Bakkena. Christine podniosła się z krzesła i przez chwilę stała pogrąŜona 
we własnych myślach. 
– Nie wydaje mi się, aby to właśnie utrata trzydziestu tysięcy koron doprowadziła ją do tego desperackiego kroku – 
powiedziała powoli. 
– Nie,  musiała  zdać  sobie  sprawę,  jakim  człowiekiem  jest  Harry  Berg.  Prawdopodobnie  on  zniknął  juŜ  wtedy  na 
dobre. 
– Tak,  znalazł  sobie  przecieŜ  nową  ofiarę  –  potwierdziła.  -Panią  Melander.  ChociaŜ  ona  naleŜy  do  tego  rodzaju 
osób,  które  same  sobie  szukają  kłopotów.  Ze  swoją  wiarą  w  „absolutnie  bezpieczne  inwestycje”  jest  wprost 
stworzona na ofiarę. 
Komisarz  Bakken  nie  wygłosił  jeszcze  do  końca  wszystkich  swoich  refleksji,  więc  Christine  nie  wychodziła  z 
gabinetu. Na twarzy komisarza pojawił się grymas wyraŜający dezaprobatę. 
– Nie mieści mi się w głowie, jak moŜna popełnić 
samobójstwo dla takiego człowieka. Z miłości! Nie, nigdy tego nie zrozumiem. Po prostu nie potrafię! 
– Ale  j  a  mogę  sobie  wyobrazić  –  odpowiedziała  powoli  –  Ŝe  taki  rozpaczliwy  czyn  jest  moŜliwy.  Tak  wielkie 
uczucie do drugiego człowieka musi być czymś wspaniałym, nawet jeśli źle się kończy... 

background image

Bakken posłał jej długie spojrzenie, po czym odwrócił się tyłem. Christine wiedziała, jak musi się w tej chwili czuć. 
Ich Ŝycie było przecieŜ podobne. śadne z nich nie doświadczyło nigdy, czym jest oddanie i miłość. Widziała to w 
całej jego osobie. 
Korespondencja  z  Harrym  Bergiem  rozwijała  się  po  myśli  Christine  i  komisarza  –  szybko  i  efektywnie.  Berg  nie 
naleŜał  do  ludzi,  którzy  długo  pozostają  w  bezczynności.  Christine  napisała  do  niego  dość  głupi  list,  pełen 
ogólnikowych, romantycznych stwierdzeń o Ŝyciu, jej samotności i potrzebie znalezienia kogoś bliskiego. 
Jego  odpowiedzi  świadczyły  o  inteligencji  i  jeszcze  o  czymś,  czego  równieŜ  się  nie  spodziewała.  Były  w  nich 
mianowicie  delikatne  dygresje  na  temat  filozofii,  nauki  i  sztuki,  na  tyle  jednak  wyraźne,  by  mogły  zaimponować 
osobie  niezbyt  wykształconej  i  pozwoliły  zaprezentować  siebie  samego  jako  człowieka  bardzo  kulturalnego  i 
oczytanego. 
Christine  zastanawiała  się  z  pewną  dozą  złośliwości,  czy  za  kaŜdym  razem,  gdy  udało  mu  się  znaleźć  ofiarę, 
stosował te same ograne chwyty. Musiała jednak przyznać, Ŝe gdyby od początku nie 
była do niego tak wrogo nastawiona, to z pewnością pomyślałaby, iŜ ton jego listów jest sympatyczny. W obecnej 
sytuacji  miała  jednak  wraŜenie,  Ŝe  obcuje  z  szarlatanem,  a  za  jego  ubraną  w  piękne  słowa  nieśmiałą  prośbą  o 
spotkanie doszukiwała się złych zamiarów. 
Niemniej  jednak,  ciesząc  się,  Ŝe  będzie  mogła  zakończyć  prowadzenie  bezsensownej  korespondencji,  zgodziła  się 
na jego propozycję i pozwoliła, by sam wybrał czas i miejsce spotkania. Wskazał niewielką, nastrojową restaurację, 
o niezbyt licznej, lecz dobrej, stałej klienteli i wspaniałej kuchni. Dokładnie tego spodziewała się po Hartym Bergu. 
Umówionego dnia miał przyjechać po nią o siódmej. 
Christine zadzwoniła natychmiast do komisarza Bakkena. 
– Chwileczkę  –  odpowiedział dyŜurny  policjant,  po czym  zawołał  gdzieś  w  głąb  biura:  –  Czy  ktoś  widział dzisiaj 
Sherlocka Holmesa? 
Gdzieś w oddali rozległy się głosy. 
– Bakken, to znowu ta baba. Lyngmo, czy coś w tym rodzaju! – krzyknął znowu dyŜurny. Christine się obruszyła. 
Baba? Co za okropne 
i  poniŜające  określenie.  Miała  zamiar  trzeźwym  i  rzeczowym  tonem  zdać  sprawę  z  przebiegu  wydarzeń,  ale  teraz 
została całkowicie wyprowadzona z równowagi, straciła poczucie pewności siebie i nie wiedziała, co powiedzieć. 
Gdy w końcu Bakken podniósł słuchawkę, wyjąkała swój krótki raport, Ŝywiąc nadzieję, Ŝe wyśle 
jakiegoś człowieka w charakterze obserwatora i ochrony dla niej. 
Niestety, grubo się myliła. 
– Powinna sobie pani poradzić sama – zadecydował chłodnym tonem. 
PrzeraŜona Christine patrzyła przed siebie, nie mogąc wykrztusić ani słowa. 
– Nie  byłoby  równieŜ  wskazane,  aby  odwiedzała  mnie  pani  w  komisariacie  –  kontynuował  tym  samym  tonem.  – 
Harry Berg nie jest idiotą. Nie moŜe nabrać podejrzeń, Ŝe jest pani powiązana z policją. A pani nie moŜe w Ŝaden 
sposób dać mu do zrozumienia, Ŝe zna pani Ellen Smidt albo panią Melander. 
– Ja równieŜ nie jestem idiotką – odcięła się lodowato, gdy  w końcu odzyskała zdolność mówienia. Domyślam się 
jednak, Ŝe mam pana informować o rozwoju wypadków? 
– MoŜe pani dzwonić – rzucił krótko i odłoŜył słuchawkę. 
Co za arogancki ryp! Nie miała najmniejszego zamiaru narzucać mu się bez przerwy. 
Idąc  do  łazienki,  by  pomóc  matce  wyjść  z  kąpieli,  Christine  poczuła,  Ŝe  zbiera  jej  się  na  płacz.  Matka  znów 
zamknęła się od środka i schowała gdzieś klucz, a teraz nie mogła go znaleźć. Wydawało jej się, Ŝe płynie wielkim 
statkiem, prześladowana przez piratów. 
– Sprawdź w kieszeni! – zawołała Christine. Proszę, spróbuj sobie przypomnieć. Nie, nie, nic się 
nie stało. Na pewno sobie jakoś poradzimy. Ściskanie w gardle nie mijało... 
W dniu spotkania z Harrym Bergiem Christine dostała od niego list. Pisał, Ŝe o siódmej musi wyjść na dworzec, by 
odebrać z pociągu przyjaciela. Pytał, czy nie sprawiłoby jej kłopotu, gdyby pofatygowała się na Dworzec Wschodni, 
by  się  tam  z  nim  spotkać.  Przyjaciel  nazywał  się  Reidar  Lie,  a  wiadomość  o  jego  przyjeździe  do  Oslo  nadeszła 
bardzo  późno i Harry  nie  zdąŜył  go  poinformować, Ŝe  jest  juŜ  umówiony. Proponował,  by  spotkali się  na  dworcu 
przed wielkim planem miasta. 
Christine  przygotowała  się  do  wyjścia  –  dyskretny  makijaŜ,  odpowiednio  dobrany  do  stroju,  niezbyt  ciekawa 
fryzura... Musiała wyglądać jak bogata, lecz niepewna siebie kobieta, nieprzywykła do kontaktów z męŜczyznami. 
Najbardziej  przygnębiający  był  fakt,  Ŝe  nie  musiała  zmieniać  zbyt  wiele  w  swoim  normalnym  wyglądzie.  Nowy 
element stanowiło jedynie to, Ŝe powinna sprawiać wraŜenie, iŜ jest osobą zamoŜną. 
Próbowała  nie  zwracać  uwagi  na  niespokojne  bicie  serca  oraz  na  oblewający  ją  co  chwila  zimny  pot.  Czuła  się 
przeraźliwie osamotniona. Bakken nigdy nie okazywał jej zbytniej pomocy, ale tym razem zawiódł ją całkowicie. 
Gdyby  nie  pamięć  o  tragicznym  losie  Ellen  Smidt,  Christine  wycofałaby  się  ze  wszystkiego.  Na  krótko  przed  jej 
wyjściem przyszła ta sama 
co poprzednio policyjna pielęgniarka. RównieŜ i tym razem ubrana była po cywilnemu. Christine powiedziała jej, Ŝe 
spotyka się z Harrym Bergiem na dworcu. 
– Czy poinformowała pani o tym Bakkena? 

background image

– Nie – odpowiedziała Christine zmęczonym głosem. – Powiedział mi, Ŝe mam sobie radzić sama. Matka niedawno 
jadła i przygotowałam ją juŜ do snu, ale będzie jeszcze pewnie chciała posiedzieć trochę i pooglądać telewizję. 
– Myślę, Ŝe sobie poradzę. Nie musi pani się o nią dziś martwić. Ma pani dość innych problemów. 
– Tak – westchnęła Christine. – Zastanawiam się, w co ja się właściwie wmieszałam. No, czas juŜ na mnie. Nie chcę 
się spóźnić. 
Wzięła  taksówkę  na  Dworzec  Wschodni.  Jak  zwykle  była  na  miejscu  trochę  przed  czasem.  Postanowiła  pozostać 
nieco  na  uboczu  tak,  aby  widzieć  miejsce  spotkania.  Ciekawe,  jak  często  się  zdarza,  Ŝe  obie  umówione  osoby 
czekają na siebie w ten sposób, pomyślała, uśmiechając się do siebie. I nie spotykają się w końcu sądząc, Ŝe druga 
osoba nie przyszła. 
Przy  peronie  zatrzymał  się  ze  zgrzytem  hamulców  pociąg.  Po  chwili  pojawiło  się  dwóch  wysokich  męŜczyzn 
prowadzących oŜywioną rozmowę. Stanęli przy planie miasta. 
Christine nie musiała długo się zastanawiać, który z nich był Harrym Bergiem. Wysoki, ciemnowłosy, 
dystyngowany... Wszystko się zgadzało. Utykał lekko na jedną nogę, to ta jego niewielka ułomność. 
Drugi męŜczyzna, blondyn o opalonej twarzy i zaraźliwym uśmiechu, był duŜo młodszy niŜ Harry Berg, na którego 
skroniach pojawiły się juŜ pierwsze siwe włosy. 
Christine przełknęła kilka razy ślinę i ruszyła wich kierunku, zmuszając się do spokoju. 
– Czy panowie Harry Berg i Reidar Lie? – odezwała się, zaskoczona naturalnym brzmieniem swojego głosu. 
Odwrócili się do niej z uśmiechem. 
– Zgadza  się  –  odpowiedział  Harry  Berg.  –  A  pani  musi  być  Christine  Lyngmo.  Bardzo  mi  przyjemnie.  Nie 
spodobał jej się z bliska. Nie wiedziała, czy 
~to dlatego, Ŝe wie o nim zbyt duŜo, ale wydawało jej się, Ŝe nie pasował zwłaszcza do Ellen Smidt. Pani Melander 
musiała  natomiast  uwaŜać,  Ŝe  jest  „szalenie  przystojny”.  Bardzo  często  się  zdarza,  Ŝe  ogólne  wraŜenie  moŜe 
ucierpieć  na  skutek  jakiegoś  prawie  niezauwaŜalnego  drobiazgu.  MoŜe  to  być  zdradzający  niezdecydowanie  lub 
zbytnią surowość wyraz ust, zbyt śmiałe spojrzenie lub cokolwiek innego. U Harry'ego Berga dostrzegało się wiele 
tego  rodzaju  szczegółów,  które  nie  były  widoczne  z  większej  odległości  lub  w  przyćmionym  świetle.  W  innych 
okolicznościach Christine prawdopodobnie byłaby oczarowana jego wyglądem, lecz w tej chwili zauwaŜyła, Ŝe jego 
uśmiech jest trochę za bardzo przebiegły – było to niejasne wraŜenie – jego brązowe 
oczy mają zbyt rzewny wyraz, a jego woda po goleniu za ostro pachnie. 
Zaczęła  się  z  niepokojem  zastanawiać,  jak  daleko  komisarz  Bakken  zamierzał  dopuścić  jego  zaloty...  Reidar  Lie 
podobał jej się zdecydowanie bardziej. 
W jego dość pospolitej twarzy było coś ujmującego. Jego jasne włosy wyblakły od słońca, oczy miały intensywnie 
niebieski  kolor.  Niestety,  najprawdopodobniej  był  od  niej  duŜo  młodszy.  Co  prawda  nie  miała  zamiaru  padać  na 
kolana przed Reidarem Lie, ale nie  mogła teŜ nic poradzić  na to, Ŝe natychmiast poczuła, iŜ nawiązuje się między 
nimi kontakt. 
Musiaławręcz przypomnieć sobie samej, Ŝe jej zadaniem było „oszołomienie” Harry'ego Berga. 
– Słuchajcie!  –  zawołał  z  zapałem  Harry  Berg.  Czy  nie  moglibyśmy  zjeść  czegoś  wszyscy  razem,  we  trójkę?  Ja 
zapraszam. 
Reidar  Lie  wyglądał  na  trochę  niezdecydowanego,  widocznie  nie  chciał  się  narzucać  ze  swoim  towarzystwem. 
Posłał pytające spojrzenie w stronę Christine. 
– Bardzo chętnie – odpowiedziała swobodnie. Udali się do restauracji, którąwcześniej zaproponował Harry Berg. Po 
przełamaniu  pierwszych lodów Christine stwierdziła, Ŝe dobrze się bawi. Wywołane niepokojem  uczucie ssania w 
Ŝ

ołądku  zniknęło  i  rozmowa  stała  się  bardziej  naturalna.  Obaj  męŜczyźni  zachowywali  się  bardzo  grzecznie, 

sprawiając wraŜenie, Ŝe cenią sobie jej towarzystwo. Harry Berg zyskiwał przy bliŜszej znajomości i nie 
wydawał się jej juŜ tak bardzo niesympatyczny. 
– Jak tam twoja muzyka? – spytał Harty przyjaciela przy deserze. 
– Muzyka? – zwróciła się Christine do Reidara. To brzmi interesująco. 
– Ach  –  odpowiedział  Reidar  z  wyraŜającym  zaŜenowanie  uśmiechem  –  to  nic  takiego.  Gram  tylko  trochę  na 
skrzypcach. 
– Ale  –  wtrącił  Harry  –  nie  wszystkim  dane  jest  utrzymywać  się  z  muzyki,  więc  postanowił  zająć  się  interesami. 
Twierdzi, Ŝe to coś w rodzaju hobby. Był jednak na tyle rozsądny, by zwrócić się do mnie o radę. 
A więc tym razem Harry Berg występuje jako biznesmen. Najwyraźniej stara się zmieniać swoje zawody. Tego, Ŝe 
Reidar Lie jest skrzypkiem, moŜna się było właściwie domyślić po jego delikatnych dłoniach. 
– Czy to znaczy, Ŝe znacie się od niedawna? spytała. 
– Od czternastu dni, Ŝeby być dokładnym – odpowiedział Harty. 
Nie  wspomniał  ani  słowem,  Ŝe  on  i  Christine  poznali  się  przez  ogłoszenie.  Była  mu  za  to  wdzięczna,  poniewaŜ 
chciała wywrzeć dobre wraŜenie na Reidarze. 
Wielokrotnie podczas tego wieczoru zwróciła uwagę na ukradkowe, pełne podziwu spojrzenia Reidara i za kaŜdym 
razem jej serce zaczynało bić szybciej. . 

background image

Kiedy  zbierali  się  juŜ  do  wyjścia,  Harry  oddalił  się  do  szatni.  Christine  i  Reidar  zostali  na  chwilę  sami.  Z 
ujmującym,  lecz  jednocześnie  nieśmiałym  uśmiechem  Reidar  zapytał,  czy  chciałaby  pójść  z  nim  nazajutrz  na 
koncert. 
Christine udała, Ŝe rozwaŜa tę propozycję, po czym skromnie spuściła wzrok. 
– Dziękuję, z przyjemnością. 
– W takim razie przyjadę po panią. 
W tym momencie wrócił Harry. Posłała mu promienny uśmiech, nie czując absolutnie Ŝadnych wyrzutów sumienia. 
Co prawda komisarz Bakken nie tak wyobraŜał sobie rozwój wypadków, ale... Christine miała go w nosie. 
 

background image

 
ROZDZIAŁ IV 
Do  domu  odwiózł  ją  Harry  Berg.  Co  prawda  Reidar  proponował,  Ŝe  sam  to  zrobi,  ale  Harry  był  stanowczy. 
Christine pomyślała, Ŝe w końcu to przecieŜ on się z nią umówił, tak Ŝe nie pozostawało jej nic innego, jak wyrazić 
zgodę. 
Tym  razem  samochód  Berg  miał  czerwony  –  nie  czarny,  jak  w  przypadku  Ellen  Smidt.  Najwyraźniej  nie  chciał 
ryzykować, Ŝe zostanie rozpoznany. 
– W jakiej branŜy właściwie pracujesz? – spytała ostroŜnie. Mówili juŜ sobie po imieniu. Przez cały wieczór było jej 
niezręcznie zwracać się do nowo poznanych  męŜczyzn przez pan, ale nie mogła się zdobyć na  odwagę, by  zacząć 
mówić im po imieniu. Gdy Reidar wystąpił z tą propozycją, wszyscy odczuli ulgę. 
– Artykuły elektroniczne – odpowiedział Harry. Są teraz na czasie. 
– Musisz być pewnie inŜynierem? 
– Nie, dlaczego? Jestem po prostu biznesmenem. Wynalazkami mogą się zajmować mądrzejsi ode mnie. 
Zachowała się bardzo nieostroŜnie. PrzecieŜ to 
właśnie w przypadku pani Melander przedstawił się jako inŜynier i wynalazca. Christine nie powinna się zdradzić, 
Ŝ

e wie o jego znajomości z „wesołą wdówką”. 

Wyglądało jednak na to, Ŝe nic nie wzbudziło podejrzeń Berga. 
– To był miły wieczór – powiedział z zadowoleniem. – Czy lubisz tańczyć? MoŜe moglibyśmy wybrać się któregoś 
wieczoru na tańce? 
Tańczyć? Blisko niego? Nie dojrzała jeszcze do takiej decyzji i nie sądziła, by kiedykolwiek tak się miało stać. 
– Czy powiesz, Ŝe jestem dziecinna, jeśli wybiorę kino? – wymamrotała. 
– AleŜ skąd, wręcz przeciwnie. Ja równieŜ interesuję się filmem. Co powiesz na piątek? 
– Swietnie. 
Odprowadził ją do drzwi i powiedział dobranoc. Zachowywał się bardzo elegancko, nie wspominając ani słowem o 
ogłoszeniu i sposobie, w jaki się poznali. To bardzo ładnie z jego strony, pomyślała Christine. 
Tak  więc  pierwszy  etap  dobiegł  końca.  Christine  czuła  się  tak,  jakby  najpierw  wzdragała  się  przed  skokiem  do 
zimnej wody, a potem stwierdziła, iŜ rzeczywiście umie pływać. 
Była z siebie bardzo dumna. 
Następnego dnia Christine posłusznie zadzwoniła do Bakkena, aby zdać mu sprawę z wydarzeń 
poprzedniego wieczoru. Sądząc jednak z tonu jego głosu, mogła sobie oszczędzić wysiłku, gdyŜ wyglądało na to, Ŝe 
zapomniał zarówno o niej, jak i o sprawie Harry'ego Berga. W końcu jednak stało się coś nieoczekiwanego. 
– A a•ięc ten drugi był miły? – zapytał z irytującym spokojem. 
Christine aŜ podskoczyła i na chwilę zaniemówiła. – Jaki drugi? 
– Ten młody blondyn. 
Była tak zaskoczona, Ŝe aŜ musiała usiąść. – Był pan tam? 
– Ja  nie,  ale  jeden  z  moich  ludzi  zrobił  na  dworcu  kilka  zdjęć.  Mam  je  właśnie  przed  sobą.  Musimy  mieć  coś 
konkretnego na wypadek, gdyby Berg znów zniknął. 
– Ach, tak – powiedziała cichym głosem. 
– Zachowała  się  pani  bardzo  nierozwaŜnie,  nie  informując  mnie  o  zmianie  miejsca  spotkania  rzekł  surowo.  – 
Zadzwoniła do mnie pielęgniarka i powiedziała mi o wszystkim, mogliśmy więc wysłać szybko na miejsce jednego 
z ludzi czekających w restauracji. 
– Rozumiem, ale my i tak tam poszliśmy usiłowała się bronić. 
– Wiem o tym. MoŜe podzieliłaby się teraz pani ze mną swoimi wraŜeniami na temat Harry'ego Berga? Ten  drugi 
nie interesuje mnie tak bardzo. 
Najwyraźniej miał zamiar ją ukarać. Christine musiała zaczerpnąć kilka głębokich oddechów, za 
nim zdołała opanować się na tyle, by jej raport był wystarczająco rzeczowy. 
– No  cóŜ,  Harry  Berg  zyskał  przy  bliŜszym  poznaniu.  Z  pewnością  wiele  osób  nazwałoby  go  ujmującym,  lecz  ja 
nadal  nie  mogę  pojąć,  w  jaki  sposób  Ellen  dała  się  tak  opętać.  W  Ŝadnym  wypadku  nie  udałoby  mu  się 
zaimponować trzeźwo myślącej kobiecie. 
– A pani jest trzeźwo myśląca? 
Bez wątpienia potrafił być nieprzyjemny. 
– W kaŜdym razie zachowałam w stosunku do niego dystans – ucięła krótko. 
– Proszę nie zapominać, Ŝe była pani przygotowana. Inaczej niŜ Ellen Smidt. 
– To prawda. Z drugiej strony jestem przekonana, Ŝe pani Melander natychmiast uległaby urokowi takiego typa jak 
Harry Berg. Ma słabość do takich fircyków. 
Gdyby nie było to tak nieprawdopodobne, mogłaby przysiąc, Ŝe komisarz się uśmiechnął. 
Na zakończenie poradził jej, jak ma się zachowywać, by zmusić Berga do zdemaskowania się. 
– Komisarzu Bakken, cała ta sprawa nie wydaje mi się juŜ zabawna. 
– Rozumiem.  Właśnie  dlatego  chcę,  aby  sprowokowała  pani  jak  najszybsze  zakończenie.  Gdy  tylko  pojawi  się 
okazja, by zaoferować mu pomoc finansową, proszę to zrobić. W tym celu musi pani jednak odegrać zakochaną. 

background image

Powiedziała policjantowi kilka ostrych słów i rzu 
ciła słuchawkę, nie dając mu szansy na odpowiedź. Jedynie wrodzona nieśmiałość powstrzymała ją 
od tego, by zapytać go, czy chce, Ŝeby poszła z Harrym do łóŜka i tam nakłoniła go do złoŜenia zeznań. Niemal jak 
w historii o Samsonie i Dalili albo o Judycie i Holofernesie. Prawdopodobnie coś takiego miał namyśli. 
Christine była tak poruszona, Ŝe przez dłuŜszą chwilę stała bez ruchu z ręką na słuchawce telefonu. W końcu jednak 
usiadła w fotelu. 
Jej  serce  na  powrót  zalała  fala  ciepła.  Przypomniała  sobie  o  koncercie,  na  który  miała  iść  z  Reidarem.  Wstrętny 
Bakken nie miał tu nic do powiedzenia. Na pewno nie pośle tam swoich szpiegów. 
Koncert skrzypcowy dobiegł końca. Rozległy się burzliwe brawa. Solista ukłonił się trochę nieporadnie, jednakŜe z 
jego oczu bił blask wielkiej radości. 
– Fantastycznie! – zawołał Reidar, odchylając się na oparcie fotela. 
Nie wyszli z sali w czasie przerwy, poniewaŜ siedzieli w środku rzędu i nie musieli przepuszczać przechodzących. 
W głosie Reidara słychać było nutę smutku. 
– Zawsze gdy słyszę coś takiego, mam zamiar rzucić moje granie. Nigdy nie dojdę do takiego poziomu. 
– AleŜ  nie  mów  tak  –  usiłowała  go  pocieszyć.  Uśmiechnął  się  z  wdzięcznością.  Jego  uśmiech  był  niezwykle 
sympatyczny, rozświetlał całą twarz. 
– Nie powiesz chyba, Ŝe grasz tylko dlatego, by zostać wirtuozem? – kontynuowała Christine. – Czy sama muzyka 
nie jest radością? To znaczy, gdy moŜesz grać. 
– Oczywiście, Ŝe tak. Jednak w tej radości kryje się dąŜenie, by zabrzmiała ona moŜliwie jak najlepiej, by samemu 
stać się jak najlepszym. 
– To zrozumiałe – przyznała. 
– Nie chodzi tu o to, by stać się sławnym i uwielbianym. Jest w tym tęsknota, by umoŜliwić przeŜycie wzruszeń jak 
największej liczbie ludzi; by móc innym przekazać piękno muzyki. 
– Nie kryją się więc za tym Ŝadne osobiste pobudki? śądza sławy? 
– To bardzo trudne pytania, Christine – uśmiechnął się, gładząc ją lekko po policzku. Pomyślała, Ŝe jego dłonie są 
niezwykle czułe i delikatne. Dokładnie takie, jakie powinien mieć muzyk. 
Pod dotknięciem jego ręki zaczerwieniła się, spuszczając wzrok. 
– Zresztą to prawda – powiedział. – Zapomniałem się pochwalić, Ŝe przyznano mi stypendium. 
– Moje gratulacje! – zawołała. – To musi być duŜą zachętą. 
– Rzeczywiście. MoŜna uwierzyć we własne siły. JuŜ niedługo będę mógł sobie kupić moje wymarzone skrzypce. 
– Opowiedz mi o tym! 
– Nie wiesz? No tak, nie mogłaś o tym słyszeć. Mój przyjacielw Niemczech sprzedaje autentyczne 
go Guarneriego.  Jeśli  się  pospieszę, to  dostanę te  skrzypce za sto  tysięcy.  Mam  juŜ  siedemdziesiąt, to  stypendium 
uzupełniło trochę moje oszczędności. 
Był tak podekscytowany, Ŝe zaczął się jąkać; często mu się to zdarzało w chwilach podenerwowania. Wydawał się 
przez to rozczulająco chłopięcy. 
Christine  juŜ  otwierała  usta,  by  powiedzieć:  „Jaka  szkoda,  Ŝe  nie  mogę  ci  pomóc”,  lecz  w  porę  się  zreflektowała. 
PrzecieŜ Reidar był przyjacielem Harry'ego, a Harry  musi  trwać w  przekonaniu,  Ŝe  jest  bogata. Jedno  nieopatrzne 
słowo ze strony Reidara mogło sprawić, Ŝe Harry wycofa się z całej sprawy. 
Nie powiedziała więc nic konkretnego i tylko wymamrotała kilka słów pocieszenia. 
Do sali powoli wracali ludzie, a orkiestra zaczęła stroić instrumenty. Christine wyprostowała się w oczekiwaniu na 
drugą część koncertu. 
Pomyślała,  Ŝe  polubili  się  nawzajem  z  Reidarem.  Dotykając  ramieniem  jego  ramienia,  czuła  jego  obecność  i 
wiedziała,  Ŝe  on  odbiera  to  podobnie.  Komisarz  Bakken  nie  miał  tu  nic  do  powiedzenia.  Ona  wypełni  warunki 
umowy, a to, jak spędza swój własny czas, nie powinno nikogo obchodzić. 
Tego  wieczoru  miała  do  rozwiązania  pewien  problem  –  nie  mogła  poprosić,  by  policja  zajęła  się  jej  matką.  Na 
szczęście sąsiadka była akurat w domu i obiecała zaglądać do starszej pani. 
Christine obawiała się, Ŝe w najbliŜszych tygodniach będzie musiała często wychodzić wieczorami. 
Harry Berg... Tutaj  mogła liczyć na  pomoc policyjnej pielęgniarki. Gorzej było z  Reidarem. Ze względu  na matkę 
nie powinna zbyt często się z nim widywać, choć z drugiej strony Ŝywiła głęboką nadzieję, Ŝe poprosi ją o następne 
spotkanie. Była trochę niekonsekwentna, ale czy to w ogóle moŜliwe w takich sprawach? 
Znów dało znać o sobie znajome ssanie w Ŝołądku. Czuła się tak zawsze w chwilach strachu lub głębokiej rozterki. 
Szczególnie często zdarzało się to w ostatnich latach Ŝycia ojca. Christine była przekonana, Ŝe okres przed śmiercią 
bliskiej  osoby  jest  zawsze  najgorszy.  Człowiek  dręczony  jest  wtedy  ogromnym  niepokojem,  a  perspektywa 
nadchodzącej śmierci wydaje się nie do zniesienia, lecz kiedy chwila ta juŜ przyjdzie i ogarnia nas Ŝal, ma on raczej 
charakter pełnej smutku rezygnacji i uczucia ukojenia. 
Znów znajdowała się w  samym  środku najgorszego. Nie  było  tak  dlatego,  Ŝe  spodziewała się  śmierci  matki,  gdyŜ 
bezpośrednie zagroŜenie nie istniało. Czuła się jednak rozdarta. Z jednej strony chciała pomóc matce i wiedziała, Ŝe 
wyrządza  jej  krzywdę,  zostawiając  ją  tak  często  samą  w  mieszkaniu.  Z  drugiej  jednak  strony  w  jej,  Christine, 
samotnym Ŝyciu pojawiło się coś pięknego; a jednocześnie bardzo kruchego i ulotnego: Było to poczucie wspólnoty 

background image

z człowiekiem, którego polubiła od pierwszej chwili i z którym chciała się widywać jak najczęściej. W jaki sposób 
powie Reidarowi, Ŝe nie 
moŜe  się  z  nim  spotykać  zbyt  często?  Czy  on  nie  wycofa  się  na  wieść,  Ŝe  ona  nie  moŜe  zostawić  matki?  Matki, 
której  musi  zawsze  towarzyszyć...?  Dość  tego,  dość  tych  nie  mających  Ŝadnych  podstaw  marzeń  o  przyszłości! 
Spotkała się z Reidarem dopiero dwa razy, a juŜ snuje marzenia o tym, Ŝe on poprosi ją o rękę. CzyŜ nie tak było? 
Wstydź  się,  Christine!  pomyślała,  mając  ochotę  się  roześmiać.  Co  gorsza,  była  tak  głęboko  pogrąŜona  w 
marzeniach, Ŝe nie dotarł do niej ani jeden dźwięk utworu granego przez orkiestrę. Musiało to w kaŜdym razie być 
coś romantycznego, co sprawiło, Ŝe potrafiła w taki sposób oderwać się od rzeczywistości. Po skończonym występie 
biła jednak brawo razem z innymi, uśmiechając się przy tym promiennie do Reidara. Był najwyraźniej przekonany, 
Ŝ

e to muzyka dała jej tyle szczęścia, a Christine nie miała zamiaru wyprowadzać go z błędu. 

W  drodze  powrotnej  poprosił  o  następne  spotkanie  w  nadchodzącą  sobotę.  Christine  postanowiła  nie  przejmować 
się Bakkenem i chętnie przystała na tę propozycję. 
Stwierdziła, Ŝe będzie to przyjemną częścią jej misji. Następnego dnia sprawy miały przybrać powaŜniejszy obrót. 
Christine miała usidlić Harry'ego Berga. 
W  piątkowy  wieczór,  po  skończonym  filmie,  wstąpili  razem  z  Harrym  na  kawę.  Od  wielu  lat  Christine  nie 
prowadziła tak oŜywionego Ŝycia to 
warzyskiego  jak  w  ciągu  kilku  ostatnich  dni.  Harry  przez  cały  czas  prowadził  z  nią  luźną  konwersację  i  ogólnie 
zachowywał się wręcz przykładnie. Ani słowem nie wspomniał o swojej sytuacji finansowej... 
Wilk w owczej skórze, pomyślała Christine. Stwierdziła, Ŝe nie wytrzyma długo takiego stanu rzeczy. Jak to radził 
jej komisarz Bakken? Okazać zaciekawienie interesami Harry'ego? Łatwo mu tak mówić, nie siedział z nim teraz w 
nastrojowym świetle przy małym stoliku. 
Christine z desperacją podjęła najwaŜniejszy temat: – Opowiedz mi coś o tym sprzęcie elektronicznym, którym się 
zajmujesz. 
Harty  Berg  posłał  jej  pełne  zdziwienia  spojrzenie.  –  Nie  sądzę,  by  było  to  dla  ciebie  ciekawe.  A  co  chciałabyś 
wiedzieć? 
– CóŜ – odrzekła wymijająco – czym się w ogóle zajmujesz? 
Otworzył  usta,  by  odpowiedzieć,  lecz  od  razu  je  zamknął  i  połoŜył  dłoń  na  jej  dłoni.  Christine  musiała 
zmobilizować całą siłę woli, by mu jej nie wyrwać. 
– Nie, posłuchaj – zaprotestował z uśmiechem. Mam taką zasadę, by  nigdy  nie rozmawiać o interesach z damami. 
Jeszcze jedno ciastko? 
Męski szowinista? Pasowało to aŜ za dobrze do jego stylu... 
Wybrał  więc  dłuŜszą,  okręŜną  drogę.  Prawdopodobnie  chciał  ją  nieco  urobić,  zanim  sięgnie  do  jej  konta 
bankowego. 
Nieco później tego wieczoru, w samochodzie 
przed  jej  domem,  Christine  odwołała  wszystko,  co  pomyślała  wcześniej  na  temat  jego  braku  pośpiechu.  Musiała 
wykorzystać całą swoją dyplomację i samokontrolę, by zapanować nad wypełniającą ją wściekłością. 
Harty Berg równieŜ był rozgoryczony. 
– Kiedy zaprasza się gdzieś damę na wieczór, moŜna oczekiwać czegoś w zamian! 
– Przepraszam  –  wymamrotała  Christine,  wyrywając  się  z  jego  ramion.  Za  bardzo  przypominały  one  macki 
ośmiornicy. Wydawały się być równie długie i liczne. – Przepraszam, ale ja teŜ mam swoje zasady. Nie chodzi o to, 
bym  miała  coś  przeciwko  tobie,  mój  drogi,  wręcz  przeciwnie  –  wyjaśniła  pospiesznie,  przypominając  sobie 
polecenia Bakkena. 
– Zasady! – rzucił spocony i czerwony ze złości. MoŜna od nich dostać jedynie wrzodów Ŝołądka. 
– Nie, nie chodzi mi o zasady – próbowała go uspokoić, odsuwając równocześnie od siebie jego ręce. 
Co to za ohydny facet, ten Harty Berg! Jak Ellen mogła go znieść? pomyślała. 
– Nie, zrozum” chodzi tylko o to, Ŝe ja nigdy... przestań, bardzo cię proszę! 
Harry uspokoił się trochę. 
– Chyba Ŝartujesz! Nie jesteś przecieŜ podlotkiem. – Wiem o tym, ale nigdy nie spotykałam się z innymi młodymi 
ludźmi. Musiałam opiekować się moimi rodzicami. 
– Coś takiego! – zawołał Harry lekko wstrząśnięty. – Chyba nie mówisz powaŜnie! 
Christine juŜ myślała, Ŝe udało się jej uwolnić od natręta, gdy zaczął od nowa. Prawdopodobnie za duŜo wypił tego 
wieczoru. 
– AleŜ, dziewczyno, najwyŜszy czas, Ŝebyś... Chciała otworzyć drzwiczki, ale przytrzymał ją. Bakken zapłaci mi za 
to, pomyślała zrozpaczona. 
Nagle z ciemności wyłoniła się jakaś postać. Ktoś zapukał w szybę samochodu. 
Harty Berg, z dzikim wzrokiem i rozwichrzonymi włosami, wyprostował się. 
Obok stał policjant. Harty opuścił boczną szybę. – Przepraszam – odezwał się policjant – ale tu nie wolno parkować. 
Christine momentalnie wykorzystała okazję i w mgnieniu oka znalazła się na zewnątrz. 
– To moja wina – powiedziała z wymuszonym uśmiechem. – Do zobaczenia w niedzielę, Harty, i dziękuję za miły 
wieczór. 

background image

Z  pewną  ulgą  patrzyła,  jak  czerwony  wóz  Harry'ego  znika  u  wylotu  ulicy.  Wbiegła  po  schodach  i  weszła  do 
mieszkania. 
Tego  wieczoru  nie  zadzwoniła  do  Bakkena.  Spotkanie  z  Harrym  było  przecieŜ  zupełnie  bezowocne,  a  poza  tym 
ciągle  jeszcze  była  poruszona  epizodem  w  samochodzie.  Nie  mogła  znieść  myśli,  Ŝe  usłyszy  powolny,  arogancki 
głos komisarza. Była przekonana, Ŝe odpoczynek dobrze jej zrobi. 
Najgorsze, Ŝe obiecała Harry'emu, iŜ zobaczą się 
w niedzielę. Gdyby tak mogła nie pójść na to spotkanie! 
Ale  czy  to  nie  ona  sama  upierała  się  przy  tym,  by  pomóc  w  ujęciu  męŜczyzny,  który  oszukał  Ellen?  Do  licha! 
Wszystko tak się skomplikowało. 
RównieŜ  w  sobotę  nie  było  Ŝadnych  wieści  od  Bakkena.  Poczuła  się  lekko  uraŜona.  Mógł  przecieŜ  zadzwonić  i 
zapytać, jak mi poszło, pomyślała. 
Christine wiedziała, Ŝe powinna zatelefonować i powiedzieć mu o kolejnym umówionym spotkaniu z oszustem. Był 
to jej obowiązek. Chodziło tylko o to, Ŝe to zawsze ona musiała kontaktować się z policją. Czuła się przez to bardzo 
osamotniona.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  wcale  ich  nie  obchodziło,  co-się  z  nią  dzieje.  Najprawdopodobniej  właśnie  tak 
było, szczególnie w przypadku Bakkena. 
Nadchodząca  niedziela  napawała  ją  nowymi  obawami.  Miała  tego  dnia  wybrać  się  z  Harrym  na  przejaŜdŜkę 
samochodową... 
Tylko nie to! Znów będzie musiała bronić się przed tymi jego ramionami ośmiornicy. 
Sobotni wieczór poprawił jej jednak nieco humor. Odwiedził ją w domu Reidar Lie. 
Nieco onieśmielony i zaŜenowany, a jednocześnie ujmująco uśmiechnięty, wyjaśnił jej, iŜ czuł się bardzo samotny, 
po czym spytał, czy moŜe wejść i porozmawiać trochę. 
Czy moŜe! W grę nie mogły tu wchodzić Ŝadne ordynarne próby uwodzenia. Reidar był dŜentelme 
nem  i  nie zalecał się  do  kobiet w taki  sposób  j ak  Harry  Berg.  Bardzo  dobrze  świadczyło  o  nim  juŜ  choćby  to, iŜ 
przyszedł do niej do domu, mając na uwadze fakt, Ŝe Christine nie mogła zostawić matki samej. 
Christine nawet nie wiedziała, jak bardzo ucieszy ją wizyta Reidara. Podała na stół wszystko, co miała najlepszego 
w domu. Przez cały czas  mówiła z nerwowym oŜywieniem o najzupełniej obojętnych sprawach. Chwilami niemal 
zagryzała  usta,  by  zmusić  się  do  milczenia,  gdyŜ  plotła  straszne  bzdury.  Czy  tak  właśnie  zachowuje  się  ktoś 
zakochany? PrzecieŜ to okropne! 
W  końcu  udało  jej  się  ochłonąć  do  tego  stopnia,  Ŝe  była  w  stanie  zapytać  Reidara,  co  właściwie  wie  na  temat 
Harry'ego Berga. 
Pomyślała oczywiście, Ŝe to strasznie niemądre z jej strony, czuła jednak, Ŝe juŜ dłuŜej nie zdoła sama dźwigać całej 
odpowiedzialności. Musiała mieć kogoś – kogoś, kto ją doceniał i komu mogłaby zaufać. 
– O co ci chodzi? – zapytał zdziwiony. 
– Dokładnie o to, co słyszysz. Czy dobrze go znasz? 
Wyglądało na to, Ŝe nie moŜe pojąć, w jakim celu go o to pytała. Sprawiał wraŜenie oszołomionego. Właściwie nie 
było w tym nic dziwnego. Reidar Lie był na wskroś kulturalnym człowiekiem i z pewnością wstrząsnął nim fakt, Ŝe 
chciała, aby mówił o swoim przyjacielu za jego plecami. 
Christine poczuła się zawstydzona do tego stop 
nia, Ŝe musiała odwrócić wzrok. 
– Wybacz mi moje pytanie – powiedziała szybko. – Zapomnij o tym. 
– Nie, nie, to nic takiego. Po prostu nie wiem, co byś chciała wiedzieć. Dlaczego pytasz o Harry'ego? Czy widziałaś 
go jeszcze po naszym pierwszym spotkaniu? 
Christine wzruszyła obojętnie ramionami. 
– Tylko raz. Wydaje mi się, Ŝe jest trochę... tajemniczy. 
Nie chciała wspominać ani słowem o nieprzyjemnej scenie w samochodzie, która miała miejsce dzień wcześniej. 
Reidar uśmiechnął się. 
– Harry tajemniczy? Hmm, nie znam go zbyt blisko. Łączą nas tylko interesy. 
– Czy nazwałbyś go uczciwym? Roześmiał się nieco zmieszany. 
– Teraz juŜ nic nie rozumiem. Myślę, Ŝe tak. A dlaczego? 
Christine  spojrzała  na  siedzącego  obok  Reidara,  na  jego  szlachetny  profil  i  szczere  oczy,  patrzące  teraz  w  głąb 
pokoju.  Był  tak  pociągający,  Ŝe  odczuwała  wręcz  fizyczny  ból.  Nie  mogła  po  prostu  uwierzyć,  Ŝe  przyszedł  ją 
odwiedzić. Jaki był cel jego wityty? Nie chciała, by robił jej fałszywe nadzieje. Byłoby to zbyt okrutne. Od tylu lat 
Ŝ

yła w absolutnej izolacji, marząc skrycie o tym Kimś. Czy mogła łudzić się, Ŝe wizyta Reidara ma jakieś specjalne 

. znaczenie? 
Reidar  był  prostolinijny  i  uczciwy.  Być  moŜe  był  teŜ  zbyt  naiwny.  MoŜe  nie  rozumiał,  jaki  wpływ  ma  jego 
zachowanie na samotną kobietę? 
W  końcu  Christine  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  Reidar  o  coś  ją  pyta.  Zagryzła  usta,  a  po  chwili  odrzucając  wszystkie 
skrupuły, poprosiła: 
– Reidar, nie pozwól mu się oszukać. UwaŜaj na siebie. Tak się składa, Ŝe wiem trochę na jego temat... – Mówisz 
serio? 

background image

– W sprawach przyjaźni nigdy nie Ŝartuję. Popatrzył na nią powaŜnym wzrokiem. 
– No  to  mów  –  powiedział  spokojnie.  Potrzebowała  wsparcia  Reidara.  Potrzebowała  rozpaczliwie.  Komisarz 
Bakken nie okazał się szczególnie pomocny. Chodziło mu tylko o to, by złapać Harry'ego Berga. Dla Christine cała 
ta  sprawa  zaczynała  się  robić  nieprzyjemna  –  gardziła  Harrym  za  jego  podłą  podwójną  grę  i  samą  sobą  za  to,  Ŝe 
musi udawać przyjaźń, by następnie ściągnąć na niego kłopoty. 
– Wiesz – zaczęła niepewnie, lecz poczuła się lepiej, gdy objął ją ramieniem. – Miałam przyjaciółkę... – Tak? 
Christine w dalszym ciągu się wahała. Nie miała pewności, Ŝe postępuje słusznie, ale z drugiej strony czuła, Ŝe musi 
podzielić się z kimś swoimi rozterkami, gdyŜ w przeciwnym razie zwariuje. 
– Harty ją uwiódł. Obiecał, Ŝe się z nią oŜeni, a potem zabrał jej pieniądze i zniknął. Popełniła samobójstwo. 
W  końcu  wyrzuciła  to  z  siebie.  Doznała  ogromnej  ulgi  na  myśl  o  tym,  Ŝe  nie  ma  juŜ  przed  Reidarem  Ŝadnych 
tajemnic. 
Przez chwilę siedział w milczeniu. Popiół na końcu jego papierosa stawał się coraz dłuŜszy, lecz on zdawał się tego 
nie zauwaŜać. 
– Skąd wiesz, Ŝe to był Harry? 
– Napisała do mnie. Równocześnie z jeszcze jedną moją znajomą. 
– I dlatego zamieściłaś ogłoszenie? śeby go odnaleźć? 
Odwróciła się gwałtownie w jego stronę. – Mówił ci o tym...? 
Reidar skinął głową. 
– Tak. JuŜ przed tygodniem, przy naszym pierwszym spotkaniu. 
– To podłe z jego strony. 
– W  jaki  sposób  masz  zamiar  się  na  nim  zemścić?  –  Zemsta  napawa  mnie  odrazą.  Chcę  tylko,  aby  Ŝadna  inna 
kobieta nie podzieliła juŜ losu Ellen. 
– Nie ma pewności, Ŝe zrobi to ponownie. 
– AleŜ tak! Moja druga znajoma, pani Melander, równieŜ została przez niego oszukana. 
Reidar spojrzał na nią badawczo, Christine nie miała jednak ochoty mówić mu o swojej współpracy z policją ani teŜ 
o  wszystkim,  co  wiedziała  o  tych  dwóch  –  a  moŜe  nawet  trzech  –  przypadkach.  Reidar  był  typem  człowieka 
szczerego i otwartego. Zrozumiałby to, Ŝe Christine działa na własną rękę, bawiąc się w prywatnego detektywa, nie 
spodobałaby 
mu się jednak myśl, Ŝe odgrywa rolę przynęty, by zaprowadzić jednego z jego przyjaciół do więzienia. 
– PomoŜesz mi? – spytała cicho. – To znaczy w sprawie Harry'ego? 
– W jaki sposób? 
– Sama nie wiem. MoŜe po prostu swoją obecnością, Ŝebym wiedziała, Ŝe mogę na ciebie liczyć w potrzebie. 
Spojrzał przed siebie w zamyśleniu. 
– Wiesz,  Christine,  jestem  doprawdy  głęboko  wstrząśnięty.  Co  prawda  nie  znam  Harry'ego  zbyt  dobrze,  ale  Ŝeby 
miał być... – Popatrzył na nią. – Ale jeśli się bliŜej zastanowić...W gruncie rzeczy pasuje to do niego, prawda? 
– Tak. 
– MoŜesz na mnie liczyć, Christine – zapewnił. I uwaŜaj na siebie. Umówiłaś się z nim na następne spotkanie? 
– Na jutro. Mamy pojechać na wieś. 
– Czy nie lepiej byłoby pójść z tym wszystkim na policję? 
Odwróciła wzrok. 
– Nie...  nie  mam  przecieŜ  całkowitej  pewności,  sam  rozumiesz.  MoŜe  się  okazać,  Ŝe  jest  niewinny.  Właśnie  tego 
mam się zamiar dowiedzieć. 
– Czy chcesz, Ŝebym pojechał jutro z wami? – zapytał wstając. 
– Nie, moglibyśmy wszystko zepsuć. – Christine wstała równieŜ. 
– Nie podoba mi się to wszystko – powiedział 
z autentycznym niepokojem. – Nie chciałbym, Ŝeby ci się coś stało. 
Co  za  wspaniałe  słowa!  Zrobił  krok  w  jej  stronę,  pogłaskał  po  policzku.  I  właśnie  w  tym  momencie  z  sypialni 
dobiegło wołanie matki. 
Zazwyczaj Christine nie denerwowała jej bezradność, ale tym razem westchnęła cięŜko z niecierpliwością. 
– Przepraszam na chwilę – rzuciła. 
– Muszę juŜ iść – odrzekł z pośpiechem. – Zadzwonię do ciebie jutro wieczorem, Ŝeby się dowiedzieć, jak ci poszło. 
UwaŜaj na siebie. 
Christine musiała zaczerpnąć kilka głębokich oddechów, by się uspokoić i wejść do matki z tym samym co zwykle 
pełnym otuchy uśmiechem. 
 

background image

 
ROZDZIAŁ V 
W niedzielę rano Christine poczuła w końcu wyrzuty sumienia i zadzwoniła na policję. 
Okazało się, Ŝe komisarz Bakken ma właśnie wolny dzień. Mogła się oczywiście tego spodziewać, ale trudno sobie 
wyobrazić,  by  ten  człowiek  miał  jakiekolwiek  Ŝycie  prywatne.  Przeciwnie,  moŜna  było  odnieść  wraŜenie,  Ŝe 
mieszka w komisariacie i wychodzi stamtąd tylko po to, by przeprowadzić jakieś dochodzenie. 
Christine mimo wszystko zostawiła dla niego wiadomość. Nic więcej nie mogła zrobić, a poza tym i tak niewiele by 
to  zmieniło.  Wyjaśniła  dyŜurnemu  policjantowi,  Ŝe  wybiera  się  na  wycieczkę  z  Harrym  Bergiem,  ale  nie  potrafi 
powiedzieć  dokąd.  Otrzymała  w  związku  z  tym  instrukcję,  Ŝeby  nakłoniła  Harry'ego  do  wspólnego  odwiedzenia 
pewnej gospody, leŜącej kilkadziesiąt kilometrów za miastem. 
– AleŜ to mi się nie uda – zaprotestowała. – Harry Berg nie jest typem człowieka, który pozwala innym decydować 
za siebie. Z pewnością ma juŜ swoje własne plany i nie zgodzi się na to, by zmieniać je w ostatniej chwili. 
– W takim razie będzie pani musiała zawiadomić nas, dokąd jedziecie – rzekł policjant. 
W jaki sposób miała to zrobić? Nie wiedziała, czego od niej oczekują. 
– Jestem pewna, Ŝe dam sobie radę sama – odpowiedziała. – Chodzi mi o wycieczkę z Hartym Bergiem. Co prawda 
ostatnim  razem  zachowywał  się  nieprzyzwoicie,  ale  dałam  mu  do  zrozumienia,  Ŝe  nie  aprobuję  takiego 
postępowania. Na pewno wszystko będzie dobrze. 
Ostatnie  słowa  wypowiedziała  dość  dziarskim  tonem,  poniewaŜ  czuła  się  w  miarę  pewnie  przed  czekającą  ją 
przejaŜdŜką. 
Tym  razem  przynajmniej  na  policji  nie  zbyto  jej  byle  czym.  Okazali  nawet  pewne  zainteresowanie  jej  wspólną 
wyprawą z Hartym Bergiem. MoŜe to tylko komisarz Bakken zachowywał się z taką nieznośną obojętnością? 
Na  pewno  sama  da  sobie  radę  z  tym  oszustem,  nawet  jeŜeli  z  całych  sił  będzie  się  starał  ją  usidlić.  Ubrana 
odpowiednio, z mocnym postanowie 
niem  działania,  Christine  oczekiwała  na  przyjazd  Harry'ego.  Tym  razem  musi  sprowokować  rozstrzygające 
przesilenie, gdyŜ nie miała juŜ siły kontynuować podwójnej gry. 
Podziękowała policjantowi, który zaproponował, Ŝe przyśle pielęgniarkę. Nie było jednak takiej potrzeby, poniewaŜ 
sąsiadka była akurat w domu i mogła zająć się matką. 
Czas mijał, a Harry nie przyjeŜdŜał. Christine nie 
znała ani jego adresu, ani telefonu, a zresztą nie miała najmniejszej ochoty go szukać. 
W  miarę  jak  mijały  godziny,  stawało  się  coraz  bardziej  oczywiste,  Ŝe  nie  przyjedzie.  Zastanawiając  się  nad 
przyczyną takiego stanu rzeczy, czuła jednocześnie ulgę i gniew. Była pewna, Ŝe nie spodoba się to policji. 
Krótko po południu, gdy właśnie przygotowywała obiad, niespodziewaną wizytę złoŜył jej komisarz Bakken. 
– Kiedy ma przyjechać? – spytał od razu w drzwiach. 
– Harry Berg? Miał tu być juŜ dawno, więc pewnie się nie zjawi. Ale proszę wejść! 
Bakken wszedł do pokoju zdecydowanym krokiem, co Christine zdenerwowało, i połoŜył teczkę na krześle. 
– Nie zjawi się?  Co chcesz  przez to powiedzieć? Ach, tak,  więc teraz mówi mi  po imieniu,  pomyślała Christine z 
goryczą. W takim razie musi być bardzo rozgniewany. Poczuła, jak miękną jej nogi. 
– Właśnie... przygotowywałam obiad – wyjąkała niezręcznie. – MoŜe zechciałby pan... moŜe zechciałbyś poczekać 
parę minut? 
– Nie  mam  tyle  czasu  –  odpowiedział  pospiesznie.  –  JeŜeli  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  to  przejdę  z  tobą  do 
kuchni. 
– Bardzo proszę – powiedziała zaskoczona, pokazuj ąc mu drogę. 
– Dlaczego nic nie powiedziałaś, Ŝe masz się dzi 
siaj spotkać z Harrym Bergiem? – wybuchnął, podąŜając za nią. 
– Powiedziałam. 
– Tak, ale dopiero dzisiaj! Musiałaś wiedzieć o rym wcześniej. 
– To prawda, ale... 
Czekał  w  milczeniu,  patrząc,  jak  faszeruje  naleśniki  siekaną  wędzoną  szynką  i  pietruszką  wymieszanymi  ze 
ś

mietaną. 

– Ale co? – spytał w końcu. 
– Myślałam, Ŝe cię to nie interesuje – wymamrotała ze spuszczoną głową. 
– Co masz na myśli? 
– No,  ja...  To  zawsze  ja  muszę  wam  opowiadać  wszystko  o  Hartym  Bergu  i  za  kaŜdym  razem  spotykam  się  z  tą 
okropną obojętnością... 
Nie  odpowiedział  na  to.  Patrzył  tylko,  jak  zwija  kolejny  naleśnik  i  układa  go  obok  pozostałych  w  Ŝaroodpornym 
naczyniu. 
– Wygląda apetycznie – odezwał się w końcu z wyczuwalną tęsknotą w głosie. 
– MoŜe jednak zostaniesz na obiedzie? – spytała zachęcająco. Posypała naleśniki tartym serem, ułoŜyła na wierzchu 
kawałki masła i wstawiła naczynie do piekarnika. Pomyślała, Ŝe z trudem przychodzi jej mówienie po imieniu temu 
pełnemu rezerwy człowiekowi. Wydawało się to w jakiś sposób nieprzyzwoicie intymne. 

background image

Wydawało się, Ŝe wyrazi zgodę, ale odpowiedział: – Hmm, nie, dziękuję, przecieŜ nie mam czasu. 
– Rozumiem – odpowiedziała krótko. – Nie jadasz naleśników na słuŜbie. 
Do kuchni weszła matka Christine, witając komi 
sarza. – Czy to nie wujek Sverre? – zapytała wesołym, dziecinnym głosem. 
– Nie, mamo – powiedziała Christine ostroŜnie. To jest John Bakken. Przyszedł porozmawiać ze mną. – Ach, tak! – 
zawołała matka z pełnym zrozumie 
nia  uśmiechem.  –  W takim razie  wrócę  do siebie. Drogi Johnie... chyba  mogę tak do  ciebie  mówić? Christine nie 
jest moŜe szczególnie majętna, ale ma złote serce. 
– Wiem  –  odpowiedział  Bakken  z  takim  ciepłem  w  głosie,  Ŝe  głęboko  zakłopotana  Christine  nie  mogła  uwierzyć 
własnym uszom. – MoŜe pani być dumna ze swojej córki, pani Lyngmo. 
Matka  wyszła  ze  śmiechem,  który  bardziej  niŜ  wszystko  inne  zdradzał  jej  sklerozę.  Zmęczona  Christine 
zaproponowała, by przeszli z powrotem do jadalni i usiedli wygodnie. 
Bakken nie skorzystał z zaproszenia. 
– Nie odpowiedziałaś mi jeszcze na jedno z moich pytań. Co to ma znaczyć, Ŝe Harry Berg nie przyjedzie? 
ZnuŜona odgarnęła włosy z czoła. 
– Przypuszczam, Ŝe popełniłam błąd. – Jak to? 
Wzruszyła bezradnie ramionami. – Spłoszyłam go. 
Twarz Bakkena przybrała surowy wyraz. 
– Spłoszyłaś go? Zdradziłaś mu nasze plany? 
– Nie!  Nie!  Ale...  Dobrze,  niech  się  dzieje,  co  chce.  MoŜesz  być  na  mnie  zły,  ale  nie  mogłam  juŜ  tego  dłuŜej 
wytrzymać. Jego ręce były po prostu wszędzie! 
– Co  takiego?  Aha,  policjant,  którego  zostawiłem  tu  na  posterunku,  mówił  mi,  Ŝe  miałaś  pewne  kłopoty  z 
pozbyciem  się  Berga,  więc  wymyśłił  tę  historię  z  nieprawidłowym  parkowaniem.  Nic  jednak  nie  wspominał...  A 
więc Berg cię napastował? 
Christine miała ochotę się rozpłakać. 
– Tak.  Jak  daleko  miałam  się  twoim  zdaniem  posunąć?  Nic  się  juŜ  nie  da  zrobić,  jeśli  go  spłoszyłam  i  wszystko 
zepsułam, ale nie mogłam iść z nim do łóŜka. 
– Nie, tego by tylko brakowało – powiedział Bakken wstrząśnięty. – Nigdy nawet nie przyszło mi do głowy,  Ŝeby 
miało się to potoczyć w ten sposób. Szczególnie, Ŝe... 
Przerwał nagle. 
– Co chciałeś powiedzieć? – spytała, czując, Ŝe milczenie nazbyt się przedłuŜa. 
Było widać, Ŝe Bakken czuje się niezręcznie. 
– Panno Lyngmo... To znaczy Christine. Sprawy przybrały powaŜny obrót. 
– Jak to? 
Usiadła  na  krześle,  splatając  dłonie  na  kolanach.  –  Tak  –  odrzekł  Bakken.  –  Zajęliśmy  się  nieco  bliŜej  pierwszą 
„ofiarą” Harry'ego Berga. Wiesz, tą, 
która zmarła, zapisując mu cały swój majątek. – Pamiętam. 
Pochylił się w jej kierunku. 
– Okazało się, Ŝe była dość niezdecydowana w sprawie testamentu. Najwyraźniej tuŜ przed śmiercią chciała znów 
go  zmienić.  Poza  tym  sama  jej  śmierć  nie  jest  do  końca  wyjaśniona.  To  mogło  być  morderstwo.  Harry  Berg  jest 
bardziej niebezpieczny, niŜ sądziliśmy. 
Christine zaschło w gardle z wraŜenia. – A więc byłam przynętą dla mordercy? 
– Nie  mieliśmy  najmniejszego  pojęcia,  Ŝe  sprawa  jest  tak  powaŜna.  Całe  szczęście,  Ŝe  nie  zjawił  się  tu  dzisiaj. 
Gdybyś z nim pojechała, nie moglibyśmy was śledzić. 
– Coś mi się zdaje, Ŝe podziękuję za dalszą współpracę. Morderca i gwałciciel to dla mnie za wiele. 
– Musisz nam jeszcze trochę pomóc. 
– W jaki sposób? Co mam zrobić? Macie zamiar przywiązać mnie do pala i czekać w ukryciu na potwora? 
– Nie,  nie  narazimy  cię  juŜ  oczywiście  na  Ŝadne  niebezpieczeństwo  –  powiedział  Bakken  niecierpliwie.  Chodzi 
tylko  o  to,  abyś  pomogła  nam  dotrzeć  do  Berga,  a  my  załatwimy  resztę.  Skontaktujemy  się  z  panią  Melander, 
poprosimy, by go zidentyfikowała i tak dałej. Gdzie on mieszka? Jaki jest jego telefon? 
– Nie mam pojęcia. 
– A numer rejestracyjny samochodu? 
Zastanowiła się przez chwilę. 
– Wydaje mi się, Ŝe widziałam dwójkę. 
– Dziękuję – powiedział zgryźliwie. – Mogłaś przynajmniej to zapamiętać. 
Christine była zła na siebie, szczególnie Ŝe miał rację. Jeśli chodzi o samochody, była typową pozbawioną zmysłu 
technicznego kobietą. Samochód stanowił dla niej coś, co ma cztery koła. Jedyna rzecz, na którą zwróciła uwagę, to 
kolor. Marki i modele samochodów były dla niej czymś najzupełniej obcym. 
– No, słucham? Jaki kolor? – spytał zrezygnowany. – Czerwony – wypaliła. 
– Serdeczne dzięki. Czy miałaś się z nim znów spotkać, to znaczy nie licząc dzisiejszego dnia? 

background image

– Nie,  poza  dzisiejszą  wycieczką  nie  uzgodniliśmy  nic  więcej.  To  wszystko  dlatego,  Ŝe  zrobił  się  napastliwy.  Nie 
mówił juŜ później o Ŝadnym innym spotkaniu, a ja myślałam jedynie o tym, jak się od niego uwolnić i wydostać się 
z tego okropnego samochodu. 
– Samochód chyba nie był okropny? 
– Nie, ale on tak. Po co tracimy czas, opowiadając sobie te bzdury – rzuciła cierpko, zdając sobie sprawę, Ŝe draŜni 
policjanta.  WciąŜ  jednak  zbierało  się  jej  na  płacz.  Niemal  dosłownie  czuła  cięŜar,  jaki  spoczywał  na  jej  barkach, 
jeszcze bardziej osamotniona niŜ kiedykolwiek przedtem. – Jakie to teraz ma znaczenie? PrzecieŜ on się nie zjawił, 
a ja nie dając się uwieść zachowałam się nielojalnie... 
– Przestań! – przerwał jej ostro. 
Przestraszona Christine umilkła. Bakken zmarszczył brwi. 
– Czy  moŜe  istnieć  jakiś  inny  powód  tego,  Ŝe  się  nie  pojawił?  Czy  mógł  nabrać  jakichś  podejrzeń?  A  moŜe 
dowiedział się, Ŝe twoje konto bankowe było fikcyjne? Posłuchaj, w jaki właściwie sposób zachowywałaś się w tej 
całej sprawie? 
Czuła, jak łzy napływają jej do oczu, lecz ciągle jeszcze próbowała je powstrzymywać. 
– Nie wiem. Starałam się, jak tylko mogłam... Zadzwonił telefon. Christine aŜ podskoczyła. 
– To na pewno Reidar Lie – powiedziała z pewną ulgą w głosie. – Miał zadzwonić. 
– Nadal się z nim widujesz? – zapytał Bakken uszczypliwie. – Spytaj go w takim razie o adres Harry'ego Berga. 
Po wszystkich wymówkach, j akie usłyszała od Bakkena, przyjazny głos Reidara wydał jej się wspaniały. – Cześć, 
Christine! Cudownie, Ŝe jesteś juŜ w domu. Jak poszło? 
Bakken oddalił się w kierunku okna, wiedziała jednak, Ŝe z uwagą przysłuchuje się ich rozmowie. 
– Nie przyjechał – odpowiedziała krótko. 
Przez dłuŜszą chwilę Reidar nie mówił ani słowa. – To niedobrze. Przepraszam. 
Christine zaczęła domyślać się najgorszego. – Za co przepraszasz? 
– Najwyraźniej zrobiłem coś bardzo głupiego. Pojechałem do niego wczoraj wieczorem. Sama rozu 
miesz, twoja opowieść tak mną wstrząsnęła, Ŝe musiałem go przyprzeć do muru. 
– Och, Reidarze! – zawołała zrozpaczona. – Jak mogłeś? 
– Oczywiście zaprzeczył, jakoby znał jakąś Ellem i zdenerwował się co najmniej tak jak ja. W końcu wyrzucił mnie 
za drzwi, więc nasza znajomość jest juŜ skończoną. Chodziło mi tylko o ciebie, Christine... 
– Poczekaj chwileczkę, Reidarze. Muszę tylko zajrzeć do matki – skłamała. 
Zakryła dłonią słuchawkę i odwróciła się do Bakkena. 
– To on spłoszył zwierzynę – szepnęła. – To nie ja, to on wystraszył Harry'ego Berga. Nie miał złych intencji, ale... 
– Co za idiota! – wybuchnął Bakken. – Jak to się stało? 
Christine słowo  po  słowie powtórzyła  mu  rozmowę z  Reidarem. Wyraz twarzy  Bakkena  stawał  się coraz  bardziej 
ponury. 
– Czy mogę z nim porozmawiać? 
Był  to  właściwie  rozkaz,  a  nie  pytanie.  Zanim  zdąŜyła  zaprotestować,  wyrwał  jej  słuchawkę.  To,  co  później 
powiedział, stanowiło najostrzejszą naganę, jaką słyszała w Ŝyciu. Bakkenowi twarz wprost zbielała ze złości. Cała 
sympatia Christine była po stronie Reidara. 
To  oczywiste,  Ŝe  w  ten  sposób  Bakken  ujawnia  jej  współpracę  z  policją.  śałowała  trochę,  Ŝe  okłamała  Reidara. 
Jednocześnie miała nadzieję, Ŝe zro 
zumie,  iŜ  musiała  milczeć.  Rozgoryczenie  i  złość  Bakkena  wyraźnie  dowodziły,  Ŝe  w  sprawie  Harry'ego  Berga 
powinna była w ogóle trzymać język za zębami. 
– MoŜe więc teraz rozumiesz,  Ŝe z Harrym  Bergiem to  nie przelewki  –  dobiegły  ją słowa  Bakkena  skierowane do 
Reidara.  –  Powiedziałeś  mu  nawet,  Ŝe  panna  Lyngmo  zna  jego  przeszłość.  Naraziłeś  ją  na~  śmiertelne 
niebezpieczeństwo, rozumiesz? Nie ma moŜliwości, by przez okrągłą dobę pilnował jej policjant. 
Myślał tylko o tym, Ŝe przysporzyła policji pracy. Komisarz krzyczał dalej: 
– Tak,  przecieŜ  Harry  Berg  nie  wie,  Ŝe  w  sprawę  wmieszana  jest  policja!  Myśli,  Ŝe  panna  Lyngmo  prowadzi 
ś

ledztwo  na  własną  rękę  i  dlatego  będzie  łatwo  ją  dosięgnąć.  MoŜesz  mi  wierzyć,  Ŝe  Harry  Berg  nie  ma 

najmniejszych skrupułów. 
Nie słyszała długiej odpowiedzi Reidara, ale następne słowa Bakken wyrzekł juŜ nieco mniej agresywnym tonem: 
– Oczywiście, masz rację, Ŝe dziś mu się wymknęła, ale nie o to tu chodzi. 
Reidar mówił dalej. Christine stała z boku, przyglądając się nieprzeniknionej twarzy Bakkena. Złapała się na myśli, 
Ŝ

e chciałaby, by był on nieco bardziej ludzki. Gdyby darzył kogoś cieplejszym uczuciem, stałby się o wiele lepszy, a 

jego wybranka byłaby szczęśliwą kobietą. 
Co to za szalone pomysły? Nie mogę przecieŜ 
zmieniać w człowieka kaŜdej zimnej ryby. Nie jestem Ŝadnym reformatorem świata. 
Wyglądało  na  to,  Ŝe  argumenty  Reidara  ułagodziły  Bakkena.  Rzucił  jeszcze  kilka  krótkich  odpowiedzi,  po  czym 
wybuchnął ponownie: 
– Dobrze, ale wtedy osobiście będziesz odpowiadał za to, Ŝeby nic się nie stało. A jeśli mówię nic, to mam na myśli 
wszystko! Rozumiesz? 

background image

Odpowiedź Reidara najwyraźniej go uspokoiła. OdłoŜył słuchawkę, nie pozwalając jej kontynuować rozmowy. 
– Lie  zaraz  tu  będzie  –  powiedział  krótko.  –  Zaproponował,  Ŝe  zabierźe  cię  na  kilka  dni  na  północ.  Do  czasu,  aŜ 
złapiemy Harry ego Berga, zamieszkacie w letnim domku, naleŜącym  do kogoś z jego rodziny. Nie będziecie tam 
sami, jeśli masz jakieś skrupuły natury moralnej... 
– Ale moja matka... 
– Nie mogę na tak długo przysłać tu pielęgniarki policyjnej, ale załatwię dla niej opiekunkę. Nic się nie bój. Reidar 
dał  mi  słowo  honoru,  Ŝe  cię  w  Ŝaden  sposób  nie  skrzywdzi.  W  przeciwnym  razie  nie  zgodziłbym  się  na  jego 
propozycję. 
Skąd  moŜesz  wiedzieć,  jak  to  jest,  kiedy  się  kogoś  kocha,  ty  stary  nudziarzu,  pomyślała  lekcewaŜąco.  –  Pojadę, 
skoro uwaŜasz, Ŝe to konieczne – westchnęła udając obojętność. 
W  głębi  duszy  szalała  jednak  z  radości.  Reidar!  Reidar  się  nią  zaopiekuje.  Niestety  Bakken  zakłócił  ten  cudowny 
nastrój. 
– Tak, myślę, Ŝe to konieczne. W tej chwili stałaś się zagroŜeniem dla Harry ego Berga. Nigdy przedtem nie bał się 
uwiedzionych przez siebie kobiet, były przecieŜ w nim zakochane. Ty jednak przejrzałaś go na wylot. Musisz przy 
tym pamiętać, Ŝe on nie wie o twoich powiązaniach z policją. Myśli, Ŝe działasz w pojedynkę. Jest przekonany, Ŝe 
chce go osaczyć głupia kobieta, musi więc uderzyć szybko, zanim skontaktujesz się z nami. Z tego, co wiemy w tej 
chwili, wynika, Ŝe juŜ kiedyś zamordował. Christine przeszedł zimny dreszcz. 
– A Reidar? Czy Harry Berg nie boi się równieŜ jego? 
– MoŜliwe – odpowiedział obojętnie komisarz Bakken. – W kaŜdym razie Lie równieŜ będzie bezpieczny, razem z 
tobą. 
Szczerze mówiąc, Christine poczuła ulgę, Ŝe moŜe zostawić to wszystko za sobą. Razem z Reidarem... 
Nie moŜna było dłuŜej temu zaprzeczać. Chyba się w nim zakochała. 
– Przygotuj się – powiedział Bakken. – A ja tymczasem zadzwonię. Muszę załatwić kilka spraw. 
– Oczywiście, dzwoń. 
Christine poszła do swojej sypialni i drŜącymi rękami zaczęła się pakować. 
Jej najlepsza bluzka była brudna. Do licha! No, ale mogła przecieŜ wziąć... No właśnie... Zdenerwowana, a zarazem 
radośnie oŜywiona 
biegała w tę i z powrotem wyjmując kolejne sukien 
ki i odwieszając je znowu do szafy. Nie mogła się na nic zdecydować. 
W  końcu  jednak  znalazła  odpowiednie  ubrania.  Nagle  stanęła  zadumana,  trzymając  w  rękach  swoją  najlepszą 
koronkową koszulę nocną. Błądząc myślami zupełnie gdzie indziej, pogładziła dłonią miękką jak jedwab tkaninę. 
Nie  mogła  juŜ  dłuŜej  się  oszukiwać.  Sprawy  między  nią  a  Reidarem  rozwijały  się  w  takim  kierunku,  Ŝe  tam  na 
miejscu, w jego letnim domku, na nic się nie zdadzą wszelkie przyzwoitki. Doszła właśnie do punktu zwrotnego w 
swoim samotnym Ŝyciu. 
ZauwaŜyła  to  u  Reidara  ostatnim  razem.  Widziała,  co  kryje  się  w  spojrzeniu  jego  niebieskich  oczu.  Dlaczego  się 
jeszcze wahała? Miała przecieŜ trzydzieści dwa lata, nie była więc małą dziewczynką, którą trzeba chronić. Czy nie 
tęskniła  za  tym  przez  długie,  długie  lata?  Za  tym,  by  naleŜeć  do  jakiegoś  męŜczyzny,  by  dawać  mu  miłość  i 
przyjmować od niego jego ciepło, wyznania i czułość? 
Strach, jaki ogarnął ją w tym momencie, był doprawdy niemądry. 
ChociaŜ był teŜ chyba naturalny. Im dłuŜej się w Ŝyciu czeka, tym trudniej przychodzi zrobienie pierwszego kroku 
w  jego  nieznane,  a  zarazem  kuszące  rejony.  Tak  bardzo  przecieŜ  chciała  przeŜyć  jedność  z  drugim  człowiekiem, 
wzajemne  zaufanie  i  przynaleŜność,  móc  porozmawiać  o  wszystkim,  co  tak  długo  tłumiła  w  swoim  sercu,  o 
wszystkich swo 
ich refleksjach i przemyśleniach na temat Ŝycia, o ludziach i o banalnych sprawach dnia codziennego. 
Reidar.  Ten  wspaniały,  pełen  chłopięcego  uroku  męŜczyzna,  który  ją  tak  bardzo  pociągał.  Którego  tak  bardzo 
lubiła... 
Dopiero teraz Christine zdała sobie sprawę z tego, jak bezgranicznie samotna była  przez całe  swoje dorosłe Ŝycie. 
Nigdy nie pracowała poza domem, nie spotykała kolegów, nie miała nikogo, z kim mogłaby podyskutować. Brakło 
jej nawet odwagi, by  udać się do biura pomocy społecznej i poprosić  o pomoc finansową, którą mogłaby przecieŜ 
otrzymać  jako  nigdzie  nie  zatrudniona  córka  opiekująca  się  chorymi  rodzicami.  Nie  wierzyła,  by  mogło  ją  tam 
spotkać coś więcej niŜ tylko pełne pogardy ofuknięcie. Wydawało jej się, Ŝe wezmą ją tam za osobę uchylającą się 
od pracy i stwierdzą, Ŝe  nie będą jej płacić za bezczynne siedzenie w  domu. Christine miała  o sobie bardzo niskie 
mniemanie, typowe dla kogoś, kto nigdy nie spotyka się z innymi. 
Nagle przypomniała sobie o naleśnikach w piekarniku. Rzuciła się w kierunku kuchni i zdąŜyła wyjąć je jeszcze w 
dość dobrym stanie. Po odcięciu przypalonych brzegów będzie mogła... Skupiła się na nieudanym obiedzie, myśląc 
z  rozŜaleniem  tylko  o  tym,  Ŝe  matka  będzie  musiała  zjeść  takie  przypalone  danie,  jakby  był  to  w  tej  chwili 
najwaŜniejszy problem. 
Wiedziała jednak, Ŝe nie naleśniki są istotne. Dawały jej w tej chwili jedynie pretekst do wyraŜe 
nia strachu, dręczących ją rozterek oraz gniewu na Harry'ego Berga i na tę pozbawioną wszelkich uczuć jaszczurkę, 
komisarza Bakkena. 

background image

Porównała  go  juŜ  do  tej  pory  do  wielu  najróŜniejszych  zwierząt,  wszystkie  jednak  były  równie  zimne  i  równie 
nieprzystępne. 
Nieoczekiwanie usłyszała jakieś głosy dobiegające z pokoju. CzyŜby to pielęgniarka? 
Niestety, to tylko matka rozmawiała z Bakkenem. Christine nie była z tego powodu zbyt szczęśliwa, poniewaŜ nie 
wiedziała, jak moŜe potoczyć się ta rozmowa. 
Wyglądało jednak na to, Ŝe wszystko idzie dobrze. Głos Bakkena brzmiał bardzo przyjaźnie. Najwyraźniej komisarz 
bardzo dobrze rozumiał całą sytuację i potrafił jej sprostać! Nie najgorzej, pomyślała Christine z uznaniem. 
Matka  miała  zamiar  wybrać  się  na  wycieczkę  rowerową,  lecz  Bakken  powiedział  jej,  Ŝe  spodziewana  jest  zmiana 
pogody oraz burze, więc zdecydowanie doradza jej zmianę planów. Matka zgodziła się z nim. 
Kiedy jednak zaczęli rozmawiać o Christine, o tym, jakim wspaniałym jest człowiekiem, dziewczyna zdecydowała, 
Ŝ

e musi im przerwać, poniewaŜ nie chciała słuchać takich rzeczy. 

W  tym  samym  momencie  zjawiła  się  pielęgniarka.  Christine  udzieliła  jej  wszystkich  niezbędnych  wskazówek,  a 
następnie, najlepiej jak potrafiła, wyjaśniła matce, Ŝe musi wyjechać na kilka dni, nie 
wspominając rzecz jasna ani słowem o policji i przestępcach. 
Niedługo potem zjawił się Reidar Lie. Christine odczuła ulgę, mając w pobliŜu kogoś, kto przyjmie na siebie choć 
część  wyrzutów  Bakkena.  Wysłuchując  powtórnie  gorzkich  wymówek  komisarza  na  temat  ich  zbyt  długich 
języków,  oboje  czuli  się  jak  dwie  bardzo  czarne  owce.  Siląc  się  na  wesołość,  Christine  przedstawiła  ich  sobie 
nawzajem. Bakken jednak zachowywał się w stosunku do Reidara z duŜą rezerwą. 
Na  szczęście  pielęgniarka zabrała  juŜ  matkę do  jej  sypialni,  obyło się  więc  bez zbędnych świadków. Podczas  gdy 
Bakken jeszcze dokądś dzwonił, 
Christine udało się w przedpokoju zostać przez chwilę sam na sam z Reidarem. 
– Boisz się? – spytał Reidar cichym głosem, uśmiechając się przy tym. 
Starała się opanować drŜenie dłoni. 
– Teraz juŜ nie – odpowiedziała nieśmiało i spojrzała na niego płomiennym wzrokiem. Lampa wisząca pod sufitem 
oświetliła jego jasne włosy, czyniąc go tak pociągającym, Ŝe Christine aŜ zadrŜała. 
– Doprawdy, Reidarze, musiałeś się bardzo duŜo opalać. Twoje włosy są o wiele ciemniejsze w miejscach, gdzie nie 
dochodzi słońce. 
– To  przez  to  oświetlenie  –  zaśmiał  się.  –  W  świetle  dziennym  nie  widać  Ŝadnej  róŜnicy.  Ale  rzeczywiście 
uwielbiam leŜeć na zalanej słońcem plaŜy i często wyjeŜdŜam na południe. Czuję się tam jak w domu. 
Christine poczuła się nieco przygnębiona. 
– Byłam tam tylko raz i chyba nie pojadę ponownie w najbliŜszych latach. 
– Moglibyśmy to jakoś załatwić. – Reidar spowaŜniał. – Christine, ja... 
– Tak? 
– Nie, nic takiego. 
– AleŜ tak! Powiedz mi. 
Właśnie  w  tej  chwili  potrzebowała  wsparcia  duchowego,  szczególnie  w  postaci  wypowiedzianych  przez  niego 
pięknych słów. 
Pogładził ja lekko po włosach. 
– Nie teraz. W tej chwili niech nam wystarczy, Ŝe... bąrdzo cię lubię. 
– To wystarczy – wyszeptała bez tchu. 
Czego się wcześniej bała? Reidar i ona naleŜeli do siebie. 
Bakken ze swoimi cierpkimi uwagami mógł sobie iść gdzie pieprz rośnie. Miała przecieŜ Reidara i czuła, Ŝe pragnie 
odmiany.  Wybierali  się  do  domku  letniego  i  mieli  tam  zostać  razem  przez  wiele  dni.  Wszystko  mogło  się  tam 
wydarzyćWszystko! 
OstroŜnie wytarła spocone dłonie ręcznikiem. 
 

background image

 
ROZDZIAŁ VI 
Torba  Christine  została  umieszczona  w  bagaŜniku  samochodu  Bakkena,  po  czym  wyruszyli  w  drogę.  Christine 
siedziała  na  tylnym  siedzeniu,  przysłuchując  się,  jak  komisarz  wypytuje  Reidara  o  jego  znajomość  z  Harrym 
Bergiem. Reidar znał adres Harry'ego. 
Nagły  przypływ  odwagi  niespodziewanie  minął.  Christine  czuła  się  teraz  jak  lekko  podstarzała  stara  panna, 
wstępująca w swoje pierwsze łoŜe miłości. Miała wraŜenie, jakby była w drodze na szafot. 
Gdy  znaleźli  się  przed  staromodnym  pensjonatem  średniej  klasy,  Reidar  zarządził  przystanek.  Jak  na  playboya  i 
uwodziciela  kobiet  w  wielkim  stylu,  Harry  Berg  mieszkał  dość  skromnie.  ChociaŜ  z  drugiej  strony  stanowiło  to 
element jego wizerunku: miał przecieŜ uchodzić za niezbyt zamoŜnego. 
Odszukali w końcu jego pokój, który okazał się rzecz j asna pusty. Nie było tam centralnego ogrzewania, a jedynie 
piec. Jak przystało na drobiazgowego policjanta, Bakken przeszukał popiół w palenisku. 
Usmolonymi sadzą palcami udało mu się wy 
ciągnąć kawałek koperty. Nadal jeszcze widoczne były na nim słowa: „...estante, Oslo 1”. 
– Czy  to  twoje  pismo?  –  zwrócił  się  do  Christine.  Skinęła  twierdząco  głową  i  podała  mu  chusteczkę.  Bakken 
podziękował automatycznie i wytarł palce. 
– Czy znasz numer rejestracyjny jego samochodu? – spytał Reidara. 
– Nie,  nie  miałem  Ŝadnego  powodu,  by  go  zapamiętywać  –  odrzekł  Reidar  tonem  dziecka,  które  wie,  Ŝe  czeka  je 
lanie. 
Bakken poruszył ustami, lecz na szczęście nie zrozumieli tego, co zamruczał pod nosem. Reidar zaproponował,  Ŝe 
wypyta właścicieli pensjonatu. 
Wróciwszy po krótkim czasie, zdał im sprawę z tego, czego udało mu się dowiedzieć. 
– Właścicielka była jedynie w stanie powiedzieć, Ŝe wyprowadził się wczorajszego wieczoru. Nie moŜe stwierdzić, 
czy się bardzo spieszył, poniewaŜ dowiedziała się o jego wyjeździe dopiero po fakcie. 
– To  wszystko  przez  ten  twój  idiotyczny  pomysł,  by  go  przycisnąć  do  muru,  Lie  –  stwierdził  komisarz  Bakken 
zimnym  jak  lód  głosem.  –  Mogliśmy  juŜ  go  mieć.  Ty,  Christine,  nie  byłaś  wiele  lepsza.  Następnym  razem,  gdy 
będziesz chciała sobie ulŜyć, nieco staranniej wybieraj adresata. 
Ani Christine, ani Reidar nie mieli nic do powiedzenia na swoją obronę. Dziewczyna wspomniała juŜ wcześniej, Ŝe 
czuła się opuszczona przez policję, i nie miała zamiaru wracać do tej sprawy. 
Z pensjonatu udali się do wypoŜyczalni, gdzie Re 
idar wynajął samochód. Wszystko było więc gotowe do wyjazdu. W momencie gdy Christine miała juŜ wsiadać do 
wozu, poczuła, Ŝe Bakken chwyta ją za rękę. Zdziwiona odwróciła się w jego kierunku. 
Jego twarz była jeszcze bardziej bez wyrazu niŜ zwykle. 
– Bądź rozwaŜna, Christine. Zastanów się zawsze, zanim zrobisz cokolwiek. 
– PrzecieŜ  tak  postępuję  –  odpowiedziała  zaskoczona.  –  Zdaję  sobie  sprawę,  Ŝe  nie  złapaliśmy  jeszcze  Harry'ego 
Berga. 
Mogła mu oczywiście obiecać ostroŜność w tej sprawie, natomiast jeŜeli chodzi o jej Ŝycie prywatne, nie miał nic do 
powiedzenia. 
Wydawało  się,  Ŝe  Bakken  chce  jeszcze  coś  dodać,  lecz  w  ostatniej  chwili  zrezygnował.  PoŜegnał  ich  przesadnie 
obojętnym ruchem ręki, po czym odjechał w kierunku komisariatu, a Reidar i Christine ruszyli w stronę wyjazdu z 
miasta. 
Był  to  jeden  z  tych  deszczowych  wieczorów,  gdy  wszystko  odbija  się  w  mokrym  asfalcie,  a  krople  tłuką  o  szybę 
samochodu. Christine siedziała jak na szpilkach, zaciskając nerwowo dłonie na kolanach. Z chwilą gdy znalazła się 
sam na sam ze swoim uwielbianym Reidarem, straciła wszelką pewność siebie. 
ZdąŜyła juŜ dawno zapomnieć o Hartym Bergu i w tej chwili dręczyły ją tylko problemy natury osobistej. 
W jaki sposób sobie z tym wszystkim poradzi? PrzecieŜ Ŝaden męŜczyzna nigdy jej nawet nie pocałował. ChociaŜ 
tak, w wieku dziesięciu czy dwunastu lat była kiedyś na szkolnej zabawie. Bawili się wtedy w chowanego i jeden z 
chłopców pocałował ją  ukradkiem. Nie pamiętała zbyt dokładnie, ale ten pocałunek nie wywarł  na niej większego 
wraŜenia. 
Od tamtej pory była zawsze przywiązana do domu. 
Co za straszne słowa: przywiązana do domu. Kochała przecieŜ oboje rodziców. To nie ich wina, Ŝe dosięgnął ich zły 
los. 
Wycieczka  do  Hiszpanii?  Czy  nie  wiązała  z  nią  ukrytych  nadziei  i  tęsknot?  Musiała  szczerze  przyznać,  Ŝe  chyba 
tak. JednakŜe  męŜczyźni,  jakich się  spotyka  przy tego  rodzaju  okazjach, rzadko  naleŜą  do  właściwej  kategorii.  Po 
pierwsze,  zawsze  jest  tam  więcej  kobiet,  które  zaciekle  walczą  o  nielicznych  męŜczyzn.  Po  drugie,  ci  ostatni 
doskonale zdają sobie z tego sprawę i wykorzystują to. Niejednokrotnie są to Ŝonaci panowie na urlopie bez Ŝony i 
dzieci.  Z  kolei  ci  nieŜonaci  traktują  romanse  jak  sport  i  korzystając  z  okazji  zmieniają  kobiety  co  wieczór. 
Natomiast spokojni i przystojni trzymają się z reBuły na uboczu, chodzą na długie samotne spacery plaŜą, zbierają 
muszle lub przesiadują samotnie na swoich balkonach. 

background image

Nie moŜna oczywiście zapomnieć o pani Mełander, z którą zupełnie  przypadkowo przyszło jej  dnielić pokój. Pani 
Melander gadała bez przerwy i wy 
ciągała  Christine  do  niezliczonych  nudnych  nocnych  klubów.  Najczęściej  trafiała  tam  na  nieodpowiednich 
męŜczyzn i wracała do pokoju dopiero nad ranem, robiąc Christine wyrzuty, Ŝe nie chciała wziąć udziału w zabawie 
lub Ŝe nie podobali się jej partnerzy, jakich znajdowała dla nich obu. 
Była  to  bardzo  nieprzyjemna  wycieczka.  Ani  przez  chwilę  nie  udało  się  Christine  samotnie  pospacerować,  by 
poznać  i  nacieszyć  się  tamtejszym  nieznanym  i  fascynującym  otoczeniem.  MęŜczyźni?  Nie  zaprzątała  sobie  nimi 
głowy  nawet  przez  dziesiątą  część  spędzonego  tam  czasu.  Bardziej  przemawiał  do  niej  egzotyczny  kraj  i  jego 
mieszkańcy. Niestety, nieustanna gadanina pani Melander stała się murem nie do pokonania. 
Christine  aŜ  podskoczyła,  gdy  w  pewnym  momencie  Reidar  przerwał  ciszę  panującą  w  samochodzie.  Na  mijanej 
właśnie tablicy odczytała, Ŝe są juŜ w Veitvedt. 
– Jedzie za nami jakieś czerwone auto. Odwróciła się szybko, ale dostrzegła tylko długi rząd rozmazanych świateł. 
– Trzeci wóz za nami – powiedział Reidar. – Jest tam juŜ od dłuŜszego czasu. 
– Czy sądzisz...? 
– Nie, to nieprawdopodobne. Skąd miałby wiedzieć, gdzie jesteśmy? Nie bój się, moja droga, w Oslo jest mnóstwo 
czerwonych samochodów... 
Reidar, pragnąc dodać Christine otuchy, połoŜył dłoń na jej dłoni. Christine pomyślała, Ŝe Harry 
Berg mógł czekać w pobliŜu pensjonatu, pojechać za nimi do wypoŜyczalni samochodów, a następnie śledzić ich w 
drodze za miasto. 
Nie  była  to  przyjemna  myśl.  Dłoń  Reidara  nie  mogła  tu  nic  pomóc.  Niestety  nie  był  komisarzem  policji.  W  tym 
momencie Christine wolałaby, Ŝeby siedział obok niej raczej ten chłodny Bakken. 
Co za głupie myśli! Miała przecieŜ przy sobie pełnego serdeczności Reidara, który poprosił o to, by mógł ją chronić. 
I który... ją kochał! 
Wydawało jej się bowiem, Ŝe tak jest naprawdę. Ta myśl była o wiele bardziej pocieszająca. 
– Widzisz go jeszcze? – spytała Christine, kiedy zjeŜdŜali z pasma wzniesień Glerrerasen. 
Reidar rzucił krótkie spojrzenie w lusterko wsteczne. 
– Przyczepił się do nas jak rzep. Chyba trochę przyspieszę. 
Christine  odwróciła  się  i  w  świetle  przydroŜnej  latarni  dostrzegła  czerwony  odblask  na  karoserii  jadącego  tuŜ  za 
nimi samochodu. 
– Nie znam się zbyt dobrze na samochodach – powiedziała w zamyśleniu – ale wydaje mi się, Ŝe ten rzeczywiście 
przypomina samochód Harry'ego. 
– To ten sam model – stwierdził Reidar, po czym wcisnął mocniej pedał gazu. Wóz skoczył do przodu, rozpryskując 
kałuŜe wody na mokrym asfalcie. 
W  normalnych  warunkach  nie  lubiła  szybkiej  jazdy,  lecz  teraz  pragnęła  jedynie  zgubić  ten  czerwony  samochód. 
Rozsądek mówił jej, Ŝe to nie mógł 
być wóz Harry ego Berga, jednakŜe nie dało się zaprzeczyć, Ŝe ktokolwiek jechał za nimi, nie spuszczał z nich oka. 
W  zalegających  ciemnościach  przemknęli  przez  Nittedal.  Christine  nie  mogła  pojąć,  w  jaki  sposób  Reidar  mógł 
jechać  tak  szybko  przy  tak  słabej  widoczności.  Na  szczęście  ruch  był  dość  mały  i  z  naprzeciwka  nadjeŜdŜało 
niewiele aut. 
Po pewnym czasie za nimi jechał juŜ tylko jeden samochód, ciągle ten sam. Został jednak nieco w tyle... 
– To  chyba  dość  często  spotykana  marka  –  odezwała  się  Christine  drŜącym  głosem.  –  Chodzi  mi  o  ten  czerwony 
wóz. 
– Jasne – potwierdził Reidar z przesadnym oŜywieniem. – Nic się nie bój. 
Przez chwilę jechali w milczeniu. Puls i oddech Christine stały się nienaturalnie przyspieszone, nie chciała  jednak 
okazywać Reidarowi swojego strachu. Zupełnie zapomniała o rodzących się między  nimi uczuciach i o tym, co ją 
czekało na miejscu. Opanował ją lęk przed bez wątpienia rozgniewanym, a być moŜe nawet Ŝądnym  krwi Harrym 
Bergiem. 
Zabudowa wzdłuŜ drogi stawała się coraz rzadsza. WjeŜdŜali na porośnięte lasami wzniesienia. W końcu Christine 
nie wytrzymała napięcia. 
– Daleko jeszcze? – spytała najspokojniej jak potrafiła. 
– Nie. Niedługo będziemy na miejscu. Nie jest to 
właściwie  domek  letni  w  pełnym  tego  słowa  znaczeniu.  Raczej  stare  gospodarstwo.  NaleŜy  do  moich  krewnych, 
którzy przenieśli się do Oslo ze względu na to, Ŝe dom leŜy na odludziu. Spędzają tu tylko urlopy. Za tym zakrętem 
zaczyna się droga dojazdowa, przygotuj się! 
Christine nie wiedziała co prawda, do czego ma się przygotować, ale skinęła głową, zacisnęła zęby i wcisnęła stopą 
wyimaginowany pedał hamulca znany  tym wszystkim kobietom, które  jeŜdŜą samochodami  jedynie w charakterze 
pasaŜerek. 
Reidar wszedł w zakręt z prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Tak jej się przynajmniej wydawało, 
bo  nie  miała  odwagi  spojrzeć  na  prędkościomierz.  Wjechali  na  boczną  leśną  drogę.  Reidar  przyhamował 

background image

gwałtownie  i  zgasił  wszystkie  światła.  Christine  próbowała  pozbierać  się  po  tym,  jak  najpierw  została  rzucona  w 
lewo, a następnie w kierunku przedniej szyby. Pasy bezpieczeństwa przytrzymały ją z taką siłą, Ŝe aŜ krzyk 
w nęła z bólu. Wrzynały się w jej ramię, oznaczało to jednak na szczęście, Ŝe działają. Zawsze zastanawiała się, czy 
,rzeczywiście  zdają  egzamin  w  niebezpiecznej  sytuacji.  Dzięki  swojemu  bolesnemu  doświadczeniu  przekonała  się 
teraz, Ŝe w istocie tak było. 
Obejrzeli się za siebie, starając się przeniknąć wzrokiem jesienne ciemności. 
Po głównej drodze, z której właśnie zjechali, przemknął samochód, rozpryskując kałuŜe. 
– To  on!  –  zawołał  Reidar.  –  Nawet  nie  zwolnił.  –  Wspaniale!  –  odetchnęła  z  ulgą  Christine.  Udało  nam  się  go 
zmylić. 
Próbowała  się  poczuć  jak  słaba,  bezbronna  kobieta  znajdująca  się  pod  opieką  silnego  męŜczyzny.  Niestety,  nie 
bardzo  jej  się  to  udawało.  Mimo  to  tęskniła  za  choćby  jednym  słowem  miłości  albo  innym  dowodem  czułości  ze 
strony Reidara. 
Mój  BoŜe!  pomyślała  z  przeraŜeniem.  Muszę  być  niesamowicie  spragniona  pieszczot  i  męskiego  towarzystwa.  A 
moŜe potrzebuję tylko zrozumienia, poczucia wspólnoty? ChociaŜ właściwie to na jedno wychodzi. 
Nagle Reidar zatrzymał samochód, choć nie było widać Ŝadnego domu. 
– No to jesteśmy na miejscu! 
WytęŜyła  wzrok,  by  zobaczyć  coś  w  nieprzeniknionych  ciemnościach  i  rzęsistym  deszczu.  W  końcu  udało  jej  się 
dostrzec ścianę domu z połyskującymi ponuro szybami okien. 
– Najlepiej będzie, jeśli jak najszybciej przedostaniemy się do środka – powiedział, otwierając drzwiczki. 
Zimny wiatr uderzył deszczem w twarz Christine. Pochyliła się do przodu i wbiegła pospiesznie na werandę. Noc w 
sam raz na morderstwo, przeleciało jej przez głowę. Szybko jednak oddaliła od siebie tę niemądrą myśl. 
Ponownie złapała się na tym, Ŝe tęskni za chłodną rzeczowością Bakkena. Gdyby był w pobliŜu, 
czułaby  się  przynajmniej  bezpieczna. Reidar  takŜe,  poniewaŜ pomimo  całego  swojego  uroku  był  prawie  tak  samo 
bezradny jak ona. 
Chyba jednak oceniła go niesprawiedliwie. Trudno przecieŜ przewidzieć, jak zachowałby się w sytuacji krytycznej. 
Nawet bezmyślny człowiek mógł w obliczu niebezpieczeństwa wykazać się niespodziewaną energią i rozsądkiem. 
Z drugiej strony nie mogło juŜ chyba być mowy o jakimkolwiek zagroŜeniu. Udało im się zgubić Harry'ego Berga. 
Byli tu bezpieczni, mimo Ŝe dom nie wyglądał szczególnie zachęcająco. 
W duŜym  budynku najwyraźniej nie było Ŝywej duszy.  We wszystkich pomieszczeniach panowała ciemność, a po 
wejściu do środka wprost czuło się atmosferę nie zamieszkanego domostwa. 
Na szczęście oświetlenie elektryczne działało, więc Christine mogła rozejrzeć się po pokojach. 
– PrzecieŜ tu nikogo nie ma! – zawołała do Reidara. – Czy nie miało tu być twoich krewnych? 
Jej głos zabrzmiał głucho w ogromnym domu, odbijając się echem o ściany. 
– Pewnie wrócili do miasta z powodu pogody dobiegł z salonu jego głos. 
Musieli w takim razie wyjechać dawno, pomyślała, lecz nie chcąc wyglądać na niezadowoloną, nie powiedziała ani 
słowa. 
– Czy  moŜesz  podać  mi  zapałki?  –  odezwał  się  Reidar,  gdy  weszła  do  salonu.  –  Są  tam,  w  prawej  zewnętrznej 
kieszeni nesesera. Muszę rozpalić ogień. 
Zanim udało jej się znaleźć zapałki, Christine zmarnowała kilka minut, szukając najpierw w niewłaściwej kieszeni, 
w której był tylko tytoń, plaster, woda utleniona, maść gojąca oraz przybory toaletowe. 
Gdy  w  końcu  Reidar  rozpalił  ogień  w  kominku,  wszystko  wydało  się  mniej  straszne.  Podszedł  do  niej  od  tyłu  i 
delikatnie pogładził ją po włosach. Christine zadrŜała. 
– Nie, nie, nic nie szkodzi... 
Bez słowa odwrócił ją twarzą do siebie. Otoczył ją ramionami i przyciągnął do  siebie. Zrobił to bardzo delikatnie, 
bez  cienia  natarczywości.  W  końcu  zamarł  w  bezruchu,  trzymając  ją  w  objęciach  tak,  jakby  chciał  przelać  na  nią 
swój spokój. 
A  więc  mimo  wszystko  nie  myliła  się.  Reidar  miał  w  sobie  tę  ukrytą,  wywołującą  poczucie  bezpieczeństwa  siłę. 
Jedynie przy patrzącym na wszystkich z góry Bakkenie wydawał się taki niedojrzały. 
– Christine, wiesz o tym, Ŝe Ŝ j~wię do ciebie pewne uczucia, prawda? – wyszeptał, biorąc jej twarz w swoje dłonie. 
Nie była w stanie spotkać jego wzroku, gdyŜ przed oczami przelatywały jej barwne plamy, a serce biło jak oszalałe 
z radości. Nie mogła nawet nic odpowiedzieć. Spróbowała się odwrócić, lecz Reidar przytrzymał ją przy sobie. 
– Myślę, Ŝe wiesz o tym. I wydaje mi się, Ŝe ja równieŜ wiem o twoich uczuciach do mnie. Christine skinęła głową, 
spuszczając wzrok i czerwieniąc się na twarzy. 
– Zachowujesz się jak szesnastolatka – roześmiał się czule. – To bardzo wzruszające. Będę się o ciebie troszczyć. 
Nic nie  mogła  odpowiedzieć  na te słowa.  Być  moŜe zrozumiał,  jak  trudne dla niej było  to wszystko,  bo  puścił  ją, 
rezygnując  z  pocałunku.  Fakt,  Ŝe  postanowił  poczekać,  dobrze  świadczył  o  jego  takcie.  Christine  nie  była  w  tej 
chwili przygotowana na więcej. 
– MoŜe pójdziemy do kuchni i spróbujemy znaleźć coś do jedzenia? – powiedział tonem, pełnym zrozumienia. 
– Tak  –  próbowała  odpowiedzieć  Christine,  ale  z  gardła  wydobył  jej  się  tylko  zachrypnięty  szept.  Pół  godziny 
później, około północy, gdy siedzie 

background image

li przy kuchennym stole przy skromnej kolacji i przywiezionej butelce wina, Reidar uniósł nagle głowę. 
– Ciii! Czy to nie samochód? 
Christine zaczęła intensywnie nasłuchiwać, ale nie usłyszała nic poza nieustającym stukaniem deszczu o szyby. 
– Nie, nic nie słyszę. 
Reidar siedział jeszcze przez chwilę bez ruchu nastawiając uszu, po czym wyraźnie się uspokoił. 
– Nie, chyba jest cicho. Mógłbym jednak przysiąc, Ŝe słyszałem odgłos silnika jakiegoś samochodu. 
– Czy to takie nieprawdopodobne? Są tu chyba w pobliŜu jakieś drogi. 
– Nie, nie ma. Mówiłem ci przecieŜ, Ŝe dom 
leŜy na odludziu. JeŜeli słychać samochód, to znaczy, Ŝe zmierza tutaj. 
– Myślisz, Ŝe mógł odkryć ślady naszego wozu przy wjeździe na leśną drogę? – spytała z obawą. 
– Hmm – odezwał się Reidar po dłuŜszej chwili mógł się zorientować, Ŝe nie jedziemy juŜ przed nim. Jeśli zawrócił 
i dobrze poszukał, to mógł znaleźć ślady. 
– Och, Reidarze, przeraŜasz mnie! 
– Christine, zapominasz, Ŝe jesteś tu ze mną. Było to bardzo ładnie powiedziane. Nie mogła powstrzymać się, by nie 
pochylić  się  ku  niemu  nad stołem i nie  pogłaskać  go  z wdzięcznością  po  policzku. Pomyślała, Ŝe  moŜe  to zrobić, 
szczególnie po tym, jak wspaniale zachował się przed chwilą. Policzek Reidara był bardzo szorstki w dotyku – tak 
jak  wielu  ciemnowłosych  męŜczyzn  musiał  się  najwyraźniej  często  golić.  RównieŜ  i  ten  fakt  świadczył  o  tym,  Ŝe 
jego  włosy  musiały  mocno  zjaśnieć  od  południowego  słońca.  Słońce  południa!  Mówił  przecieŜ  coś  na  temat 
wspólnej  podróŜy  na  południe.  Tak,  dał  jej  coś  takiego  do  zrozumienia.  Czy  odwaŜy  się  w  to  uwierzyć?  Nie,  nie 
ona! Ona nie moŜe zostawić swojej matki samej. No i ten tydzień w Hiszpanii był taki beznadziejny... 
Tęsknota za słońcem była u Reidara cechą równie uderzającą, jak jego czarujące, ledwie zauwaŜalne jąkanie się. 
Ujął jej dłoń, po czym wstał i pociągnął ją za sobą. – Christine... Jak mam ci to powiedzieć? Ja... ja 
bardzo cię polubiłem! 
Christine oniemiała. Nie mogła wydusić z siebie ani słowa. 
– Posłuchaj, Christine... to jest coś więcej. Nie wiem, czy zdobędę się juŜ teraz na odwagę, by ci powiedzieć, Ŝe... Ŝe 
ja... cię kocham. Czy nie uwaŜasz, Ŝe to trochę zbyt nachalne? 
Pomocy! Co się mówi w takiej sytuacji? 
– NajdroŜszy Reidarze. Nie wiem, co mam ci odpowiedzieć... 
– Wiem  –  przerwał  jej.  –  Jesteś  jedną  z  tych  rzadkich,  nieśmiałych  kobiet,  których  się  obecnie  nie  spotyka. 
Christine, ja... 
Reidar nie mógł juŜ opanować uczuć. Przyciągnął Christine do siebie i pocałował ją. Reidar ją pocałował! Christine 
aŜ  zakręciło  się  w  głowie  z  zaskoczenia.  Była  oszołomiona  szczęściem.  Czy  to  na  pewno  szczęście?  A  moŜe 
niepewność?  Ach,  gdyby  tylko  wiedziała...  Gdyby  tylko  wiedziała,  jak  ma  się  zachować.  Czy  powinna  zachować 
rezerwę, czy moŜe otwarcie i bez zahamowań okazać mu swoje oddanie? 
Mieć  trzydzieści  dwa  lata  i  nie  wiedzieć,  jak  się  zachować!  I  tylko  czuć  się  niezręcznie,  bezradnie  i  głupio,  jak 
podstarzała panna, jak przedmiot,który ktoś znalazł na śmietniku i podniósł z litości. 
Oczy Reidara promieniowały jednak szczerością, odbijała się w nich namiętność. Christine załkała cicho. 
– Kochana Christine! Śniłem o tobie ostatnio na 
wet w dzień. Powiedz, Ŝe i ty choć trochę mnie lubisz! – AleŜ tak, Reidarze – przełknęła ślinę. – Bardzo cię lubię. 
– Czy mnie kochasz? 
– Nie wiem. Jeszcze nie. Nie utrudniaj mi wszystkiego. Daj mi czas, Reidarze, jestem taka niedoświadczona. 
– Moja  mała  Christine!  –  ,Jego  wzrok  był  pełen  łagodności  i  czułości.  –  Wybacz  mi,  jesteś  taka  wzruszająca  w 
twojej niewinności. Chodźmy poszukać jakichś miejsc do spania. Wiesz przecieŜ, Ŝe nie chcę się narzucać. 
Koszula nocna. Mam w torbie moją piękną, koronkową koszulę nocną, którą dawno temu dostałam od ojca. „Niech 
to będzie twoja koszula na noc poślubną”, powiedział w owo BoŜe Narodzenie. 
Nie było mu dane doczekać jej ślubu. Koszula nocna nie była nigdy uŜywana. Czekala od piętnastu lat. 
Dlaczego właściwie zabrała ją z sobą tym razem? O czym myślała? 
Razem obeszli cały dom w poszukiwaniu miejsca do spania. Reidar wybrał jeden z pokoi na piętrze. Najwyraźniej 
była to sypialnia pana domu. Christine znalazła dla siebie niewielki pokoik z łóŜkiem. 
Gdy  znaleźli  się  przed  jej  drzwiami,  Reidar  ponownie  wziął  ją  w  ramiona.  Jego  pocałunki,  najpierw  ostroŜne, 
stawaly się coraz bardziej namiętne. 
– Christine  –  wyszeptał  gorączkowo.  –  Christine,  czy  muszę  spać  w  tej  ponurej  sypialni?  ŁóŜko  w  twoim  pokoju 
jest wystarczająco szerokię dla nas obojga. 
Niepewnym i niezdecydowanym ruchem Christine spróbowała się uwolnić. 
– Nie wiem, czy... 
– Wiesz, Ŝe cię kocham. Pragnę tylko twojego dobra. Ale zrozum, przez ostatnie lata byłem taki samotny, zupełnie 
tak jak ty. Będę bardzo delikatny. Nie chcę cię skrzywdzić. Nie zrobię nic, czego sama nie pragniesz... 
Christine milczała. 
– Potrzebuję  twojej  bliskości,  muszę  być  przy  tobie,  Christine  –  powiedział  błagalnie.  –  Otacza  mnie  zewsząd 
straszny chłód. 

background image

Skinęła lekko  głową, mając poczucie czegoś  nieuniknionego, czegoś, co ją przyciągalo, a jednocześnie odpychało, 
lecz przed czym nie moŜna było uciec. 
Stara panna, pomyślała. Stara panna. Dziewczyny o połowę młodsze od ciebie mają to juŜ za sobą, a ty rozpaczliwie 
chronisz tę swoją cnotę. 
– MoŜesz spać u mnie – wyjąkała. 
– Dziękuję, ukochana – powiedział, ponownie ujmując jej twarz w dlonie. – Jestem taki szczęśliwy. Nie zrobię nic 
wbrew twojej woli, wiesz o tym przecieŜ. 
– Wiem – wykrztusiła z trudem. 
– No to idź i przygotuj się do spania. Wejdź do 
łóŜka, za chwilę przyjdę do ciebie. 
Christine  ponownie  skinęła  głową  bez  słowa.  Patrzyła  za  nim,  jak  idzie  na  dół  schodami,  i  czuła  się  bardziej 
bezradna niŜ kiedykolwiek. 
„Nie zrobię nic wbrew twojej woli”. Ale jaka była jej wola? 
 

background image

 
ROZDZIAŁ VII 
Myśl o rym, by połoŜyć się w obcym łóŜku w zupełnie nieznanym domu, nie wydała się Christine szczególnie miła. 
Była co prawda zmęczona do tego stopnia, Ŝe mogłaby natychmiast zasnąć, ale łóŜko nie wyglądało zachęcająco – 
stara kołdra bez powłoczki, poduszka bez poszewki, a wszystko to na gołym materacu. 
Postanowiła uŜyć koca i poduszki zabranych z samochodu. 
Słanie łóŜka szło jej powoli i opornie. Nagle przyłapała się na rym, Ŝe trzyma w ręku swoją koszulę nocną, gładząc 
ją w zamyśleniu dłonią. 
W  zamyśleniu?  Nie  miała  juŜ  siły,  by  skupić  myśli  na  czymkolwiek.  Bezradnie  opadła  na  brzeg  łóŜka  i  przez 
dłuŜszy  czas  siedziała  tam,  zaciskając  dłonie  na  zimnej  metalowej  ramie.  Nie  zdjęła  jeszcze  z  siebie  ani  jednej 
części  garderoby.  LeŜąca  obok  koszula  nocna  wydawała  się  równie  nie  na  miejscu  jak...  Jedynym  porównaniem, 
jakie przychodziło jej do głowy, był krzyk. 
Myśli przelatywały jedna za drugą jak spłoszone trloryle. 
Reidar. Wymarzony męŜczyzna, jakiego spotyka się moŜe raz w Ŝyciu, a i wtedy jest juŜ na ogół zajęty. Reidar był 
wolny, naleŜał do niej i chciał ją mieć. 
A  ona siedziała tu jak wariatka,  śmiertelnie  przeraŜona. Nie, nie przeraŜona. Niepewna. Było jeszcze za wcześnie, 
wszystko stało się zbyt szybko. Chyba nie pogniewa się na nią, jeśli będzie chciała to odwlec? Nie chodziło o to, Ŝe 
go nie lubi, lecz po prostu w tej chwili nie dojrzała jeszcze do tego, by spać z męŜczyzną, by dzielić z nim łóŜko... 
Jeszcze nie dojrzała? Trzydzieści dwa lata! 
Czekała  na  to  przez  tyle  długich  samotnych  nocy,  a  teraz  nagle  okazuje  się,  Ŝe  nie  dojrzała  do  tego!  PrzecieŜ  tak 
bardzo chciała, nie mogła się tylko zdecydować. 
Tchórz! Wszystko w niej stawiało  opór. Myśl o tym, by  pójść z Reidarem do łóŜka, wydawała jej się w tej chwili 
obca.  Nie  wiedziała,  co  ma  powiedzieć  i  jak  się  zachować.  Dręczyła  ją  obawa,  Ŝe  będzie  się  czuła  niezdarna, 
brzydka, stara, niedoświadczona, głupia i... 
Skończ z tym, Christine! Skończ z tymi kompleksami. Rozbierz się jak dorosła osoba i zachowuj się naturalnie! Co 
masz do stracenia? 
Kolejne  pięćdziesiąt  czy  sześćdziesiąt  samotnych  lat,  wypełnionych  marzeniami  i  pełnym  goryczy  Ŝalem,  Ŝe  nie 
wykorzystałaś swojej szansy. Nie wia 
domo  przecieŜ,  co  powie  Reidar,  jeśli  nie  będziesz  chciała  pójść  z  nim  do  łóŜka.  Być  moŜe  zostawi  cię  jak 
beznadziejną, nudną i pruderyjną idiotkę. 
Niepewnie  podniosła  dłonie,  by  rozpiąć  kołnierzyk,  po  czym  znów  je  opuściła,  siedząc  niby  w  transie  i  patrząc 
przed siebie bezradnie. 
W  tym  momencie  z  dołu  rozległo  się  wołanie  Reidara.  Nie  wołał  jednak:  „Czy  mogę  juŜ  przyjść  na  górę?”,  lecz: 
„Christine! Zejdź tu na dół!” Jego głos był cichy i stłumiony. 
Christine wstała i zeszła do niego. 
– Nic  się  nie  denerwuj,  Chriśtine  –  powiedział,  chwytając  ją  za  ręce.  –  Ale...?  Jeszcze  się  nie  przebrałaś?  -dodał, 
marszcząc czoło. 
– Nie, ja... ja... 
Zamilkła zakłopotana i utkwiła wzrok w podłodze. 
– O czym chciałeś mi powiedzieć, Reidarze? 
– No tak, oczywiście! – przypomniał sobie. – Christine, to nic takiego, ale musiałem zawołać cię tu na dół, Ŝebyś nie 
była tam sama. Wydaje mi się, Ŝe ktoś jest w domu... 
– Skąd wiesz? – Christine przeniknął zimy dreszcz strachu. 
– Czy to ty schodziłaś po coś do piwnicy? 
– Do piwnicy? Nie. Nie wiem nawet, gdzie jest, więc nie mogłam tam być. 
– Ja teŜ nie, ale popatrz tylko tutaj! 
Pokazał jej drzwi prowadzące do piwnicy. Na schodach widoczne były ślady mokrych butów, 
które na niŜszych stopniach stawały się coraz słabsze, aŜ w końcu znikały. 
– Ten samochód, który słyszałeś – wyszeptała. – Tak. 
– Jak mógł się tu dostać? Czy zszedł z powrotem do piwnicy? A moŜe jest na strychu? 
– Nie mam pojęcia. W kaŜdym razie to dobrze, Ŝe nie zdąŜyłaś się jeszcze rozebrać. Mieliśmy szczęście. 
Christine  całkowicie  się  z  nim  zgadzała.  Ucieczka  w  nocnej  koszuli?  Sytuacja  i  bez  tego  była  wystarczaj  ąco 
powaŜna. 
– Ciekawe, czy telefon działa – powiedział ściszonym głosem Reidar. W jego głosie było słychać obawę. 
– Mam spróbować zadzwonić do Bakkena? – Tak, zrób to. Znasz jego numer? 
– Nie, ale w pokoju obok widziałam ksiąŜkę telefoniczną Oslo. 
Przeszli szybko do pokoju z telefonem, rzucając pełne strachu spojrzenia na pogrąŜone w ciemnościach kąty hallu. 
Trzymali się razem. śadne z nich nie miało odwagi oddalić się od drugiego. 
Nazwisko komisarza Johna Bakkena figurowało w ksiąŜce telefonicznej. Christine drŜącą ręką podniosła słuchawkę. 
A jeśli telefon został odłączony? 

background image

Przez  kilka  pełnych  zdenerwowania  sekund  ze  słuchawki  nie  dobiegał  Ŝaden  dźwięk,  lecz  w  końcu  rozległ  się 
znajomy sygnał wolnej linii. Nadal trzęsąc się ze strachu Christine wykręciła ziumer 
Bakkena. śeby tylko był w domu! 
Dały się słyszeć irytująco rytmiczne sygnały dzwoniącego na drugim końcu linii telefonu. 
– MoŜe  jest  w  komisariacie  –  szepnęła  do  Reidara,  lecz  w  tym  momencie  ktoś  podniósł  słuchawkę.  Przez  pełną 
napięcia sekundę Christine spodziewała się usłyszeć głos jego Ŝony. Myśl o tym, Ŝe mógł być Ŝonaty, napawała ją 
niemiłym uczuciem. 
Dobiegł ją jednak zaspany głos Bakkena. Nigdy wcześniej by nie pomyślała, Ŝe będzie tęsknić za tym, by usłyszeć 
jego głos. 
– Mówi Christine  Lyngmo – powiedziała cicho. Jechał za nami czerwony samochód, ale udało  nam się go zgubić, 
skręcając na boczną drogę prowadzącą do domu... 
– Gdzie jest ten dom? – spytał krótko Bakken. 
Z pomocą Reidara wyjaśniła mu najlepiej, jak potrafiła. 
– Jakiś czas temu Reidar słyszał odgłos nadjeŜdŜającego samochodu, a na schodach do piwnicy pojawiły się ślady 
butów. Mokre ślady. Ktoś tu musi być i jesteśmy przekonani, Ŝe to Harry Berg. Czy moŜesz do nas przyjechać? 
W słuchawce zapadła cisza. 
– Proszę – powiedziała Christine błagalnym tonem. 
W tym momencie Reidar dał jej znak, Ŝe słyszy jakieś odgłosy dobiegające z góry, i zaczął skradać się na piętro. I 
pomyśleć, Ŝe przed chwilą była tam 
sama! Całe szczęście, Ŝe odkrył te ślady na schodach. – Czy moŜesz przyjechać, komisarzu Bakken?  
spytała  ponownie.  –  Boję  się.  To  wszystko  przyprawia  mnie  o  obłęd.  Potrzebuję  poczucia  bezpieczeństwa,  jakie 
moŜe zapewnić obecność policjanta. Wiem, Ŝe jest środek nocy, ale... 
– Czy nie był natarczywy? – Kto? Harry Berg? 
– Nie, ten drugi. Lie... 
– Nie, właściwie nie, ale... Nie wiem, jak sobie z tym poradzić! Proszę, przyjedź tu! 
W końcu usłyszała upragnioną odpowiedź. 
– Posłuchaj  mnie, Christine. Nie macie  się czego  bać. Jeśli  ktoś  jest w tym  domu, to  nie Harry  Berg.  Znaleźliśmy 
go.  Jego  samochód  zjechał  z  szosy  i  wpadł  do  głębokiego  wąwozu  kilka  kilometrów  na  północ  od  Oslo 
prawdopodobnie  wczoraj  wieczorem.  Mógłby  tam  leŜeć  długo,  gdyby  nie  fakt,  Ŝe  pewien  człowiek  przechodzący 
drugą stroną wąwozu dostrzegł odbijające się od samochodu promienie słońca. On tam był... 
– Czy... nie Ŝyje? – Tak. 
– Och – powiedziała bezbarwnym głosem. 
– Nie  ma  Ŝadnych  wątpliwości,  Ŝe  to  on.  Pamiętasz,  mamy  przecieŜ  jego  zdjęcia.  Najprawdopodobniej  zbyt 
pospiesznie  chciał  uciec  z  Oslo  po  tym,  jak  Lie  go  zdemaskował.  MoŜesz  być  zupełnie  spokojna.  Harty  Berg  nie 
popełni juŜ Ŝadnego przestęps 
twa. 
– Przyjedziesz? 
– Nie – zawahał się – nie widzę powodu. Na pewno sami sobie poradzicie z tym intruzem. Prawdopodobnie to jakiś 
włóczęga szukający schronienia przed deszczem. 
– Oczywiście – zaśmiała się nerwowo. – Ale sam rozumiesz, krewni Reidara wyjechali i... 
– Czy to znaczy, Ŝe jesteście tam sami? 
– Tak. Nie wiem, co mam robić. Jestem niepewna i boję się. 
– Christine  Lyngmo  –  jego  głos  stał  się  ostrzejszy  –  policja  nie  miesza  się  w  takie  sprawy.  Z  tego,  co  mówisz, 
wynika zresztą, Ŝe Reidar Lie jest wspaniałym i przyzwoitym człowiekiem. Niczym się nie denerwuj. Do widzenia! 
Powolnym  ruchem  odłoŜyła  słuchawkę.  NajróŜniejsze  myśli  bezładnie  zaczęły  się  jej  kłębić  w  głowie,  lecz  po 
chwili mózg zaczął znów normalnie pracować. 
Czerwony samochód... A więc wydawało się im tylko, Ŝe ich śledzi... Harry nie Ŝyje... 
Z góry w pośpiechu zbiegł Reidar. 
– Powiedz  Bakkenowi,  Ŝe  musi  tu  natychmiast  przyjechać  –  wyszeptał  bez  tchu.  –  Natychmiast...  Do  licha, 
odłoŜyłaś juŜ słuchawkę? Zadzwoń jeszcze raz, szybko! Widziałem Harry'ego! W korytarzu na piętrze. Odwrócił się 
i wybiegł tylnymi schodami. Widziałem wyraźnie jego twarz. To był on! 
Christine popatrzyła na niego zdezorientowana. JuŜ się nie bała, bo przecieŜ Harry Berg nie Ŝył. Nie 
mógł juŜ im zrobić nic złego... 
Dlaczego  Reidar  chce  ją  przestraszyć?  Dlaczego  jej  wmawia,  Ŝe  w  domu  jest  Harty  Berg?  Najwyraźniej  Reidar 
potraktował jej zaskoczenie jako oznakę strachu. 
– Christine, nie bój się – powiedział czule. – Będę cię pilnować. Czy myślisz, Ŝe chciałbym, Ŝeby coś ci się stało? 
Uśmiechnęła  się  blado.  Czy  on  zupełnie  oszalał?  Jeśli  Harty  Berg  rzeczywiście  zbiegł  tylnymi  schodami,  to 
dlaczego Reidar nie zamknął na klucz znajdujących się u ich stóp drzwi kuchennych? Ale przecieŜ Harry Berg nie 
Ŝ

ył, więc... 

Myśli Christine były tak chaotyczne, Ŝe prawie nie usłyszała jego pytania o to, czy Bakken przyjedzie. 

background image

– No więc jak? – spytał ponownie. 
JuŜ  miała  mu  odpowiedzieć,  ale  słowa  o  śmierci  Harry'ego  Berga  nie  przeszły  jej  przez  usta.  Powstrzymał  ją 
instynkt czy coś w tym rodzaju. 
– Bakken nie moŜe przyjechać – wyszeptała ledwo słyszalnie. – Musiał wyjechać w związku z inną sprawą. 
– Co za idiota! – rzucił Reidar przez zaciśnięte zęby. – Zadzwonię jeszcze raz. Podaj mi numer. 
– Zapomniałam – powiedziała zdrętwiałymi wargami. 
Och, Bakken, dlaczego mnie zawiodłeś? Czy nie zrozumiałeś mojego wołania o ratunek? Czy jesteś pozbawionym 
wszelkich uczuć robotem? PrzecieŜ 
tylko  ciebie  mogłam  poprosić  o  pomoc.  Teraz  nie  mam  juŜ  nikogo.  Reidar  jest  miły,  ale  nie  stanowi  oparcia  w 
trudnych chwilach. Jest czarujący i pociągający, ale... 
Reidar  stał  właśnie  pochylony  nad  ksiąŜką  telefoniczną  i  usiłował  znaleźć  potrzebny  numer.  Christine  miała 
nadzieję, Ŝe zdoła się dodzwonić. Nie mogąc pozbierać myśli, wpatrywała się w jego jasne włosy i nagle odniosła 
wraŜenie, Ŝe kilka brakujących kawałków układanki znalazło się na swoim miejscu. 
Te  włosy!  Nie  rozjaśniły  ich  słońce  i  wiatr.  Były  rozjaśnione  rozmyślnie!  To  dlatego  miał  ze  sobą  butelkę  wody 
utlenionej – włosy zaczęły juŜ ciemnieć u nasady. To dlatego jego zarost był taki ciemny i sztywny. 
Z  wielkim trudem zaczęła  porządkować  myśli.  Dlaczego  męŜczyzna miałby  zadawać  sobie taki  trud,  by  rozjaśnić 
włosy?  Czy  nie  dlatego,  aby  go  nie  rozpoznano?  Czy  Reidar  miał  powód  coś  ukrywać?  Czy  był  wspólnikiem 
Harry'ego Berga? 
Nie, wiedziała to juŜ od kilku chwil, ale nie chciała spojrzeć prawdzie prosto w oczy. Reidar... Czy to moŜliwe? śe 
to on był Hartym Bergiem? Jego jąkanie się... czy mogło być tą niewielką ułomnością, o której wspominały Ellen i 
pani Melander? 
Przeszedł ją zimny dreszcz. Przypomniała sobie pierwsze spotkanie z Hartym Bergiem i Reidarem Lie na dworcu. 
Powiedziała wtedy: „Czy panowie 
Harty Berg  i  Reidar  Lie?”  Nie spytała,  który  z  nich  jest  którym, bo  przecieŜ uznała,  Ŝe ten  ciemnowłosy  to  Harty 
Berg. Poza tym utykał lekko, więc zgadzało się to z tym, co wcześniej o nim słyszała. 
ChociaŜ  w  rzeczywistości  wcale  tak  nie  było.  Przypomniała  sobie,  Ŝe  zdziwiło  ją,  iŜ  Ellen  mogła  się  zakochać  w 
Hartym.  Oczywiście  nie  zakochała  się  w  nim,  tylko  w  „Reidarze”,  który  z  ciemnymi  włosami  dokładnie 
odpowiadałby opisom Ellen i pani Melander. 
Christine oblał zimny pot. Stojąc bez ruchu przyglądała się zajętemu, nic nie podejrzewającemu męŜczyźnie, który 
rzecz jasna sądził, Ŝe to ona jest nie spodziewającą się niczego złego gęsią. 
Rzeczywiście nią była! 
JakŜe okazała się głupia! Jedynie z powodu koloru włosów nie dostrzegła czegoś, co było zupełnie oczywiste. 
Uległa  jego  urokowi  dokładnie  tak  samo,  jak  jej  dwie  przyjaciółki  i  prawdopodobnie  wiele  innych  kobiet  przed 
nimi.  Nie  była  wcale  bardziej  rozsądna  od  nich,  wręcz  przeciwnie.  ZaangaŜowała  się  w  tę  historię  z  otwartymi 
oczami,  choć  powinna  być  uwaŜna  i  wyczulona  na  tego  rodzaju  szczegóły,  które  teraz  wynajdywała  jeden  po 
drugim. 
Spojrzała  na  pochylone  plecy  Reidara  –  nie,  Harry'ego  –  i  uderzyła  ją  myśl,  Ŝe  juŜ  pierwszego  wieczoru,  na 
koncercie,  opowiedział  jej  o  swoich wymarzonych  skrzypcach, na  które  brakowało  mu  jeszcze trzydziestu  tysięcy 
koron. Czy nie była to 
przynęta tak dobra jak kaŜda inna? 
A ona prawie dała się na to złapać. Gdyby miała wtedy te trzydzieści tysięcy, pewnie by mu je wmusiła. 
Dobry BoŜe! Gdzie  miała wtedy rozum? Skrzypce Guarneriego za  sto tysięcy koron? Co za śmieszna suma! Cena 
czegoś takiego musiała sięgać miliona albo nawet więcej. 
JakŜe zaślepiona moŜe być samotna kobieta tylko dlatego, Ŝe sympatyczny męŜczyzna udaje, Ŝe ją lubi! 
Och, co za wstyd i hańba! 
Kolejne dowody: Pierwszego wieczoru, a takŜe wtedy, gdy była z Harrym sam na sam, nie zwróciła się do Ŝadnego 
z nich po imieniu. Dopiero wczorajszego popołudnia spytała „Reidara” o Harry'ego Berga. 
Nic  dziwnego,  Ŝe  wówczas  oniemiał  i  nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego  zadaje  mu  takie  pytanie.  PrzecieŜ  to  on 
nazywał się Harry Berg. JednakŜe gdy zdał sobie  sprawę z faktu, Ŝe ich ze sobą pomyliła, udało mu się zachować 
zimną krew. A kiedy opowiedziała mu wszystko, co wiedziała na temat Ellen oraz innych oszustw Harry'ego Berga, 
dostrzegł  w  tym  swoją  szansę  i  przytomnie  przybrał  toŜsamość  Reidara  Lie.  Przypuszczała,  Ŝe  odczuł  ulgę,  gdyŜ 
zdał sobie sprawę, Ŝe zaczyna mu się juŜ palić grunt pod nogami. 
Oznaczało to, Ŝe prawdziwy Reidar Lie musi zniknąć, szczególnie po tym, jak pojawił się Bakken 
z wiadomościami na temat pani Melander i panny Grindheim. Harty Berg odegrał juŜ swoją rolę, ale jako „Reidar 
Lie” mógł działać dalej... W tej chwili przyszła jej do głowy jeszcze jedna myśl. Pierwszego wieczoru na dworcu to 
ten  ciemnowłosy  zaproponował,  by  poszli  do  jakiejś  restauracji.  Blondyn  spojrzał  wtedy  na  nią  niepewnym, 
pytającym wzrokiem. Odebrała to jako przejaw taktu, po prostu nie chciał się narzucać. W rzeczywistości chodziło 
mu o to, Ŝe to on się z nią umówił, a ten drugi się narzucał. 

background image

Zaczęła  w  niej  wzbierać  gwałtowna  wściekłość.  Przypomniała  sobie  jego  zdziwione  spojrzenie,  gdy  niedawno 
zeszła na dół w ubraniu. Spytał wtedy: „Jeszcze się nie przebrałaś?” czy jakoś podobnie. Chciał ją upokorzyć, na ile 
tylko to było moŜliwe, udaremnić jej ucieczkę w nocy i w padającym deszczu. 
Była  przekonana,  Ŝe  miał  w  stosunku  do  niej  swoje  plany  i  nie  miały  one  nic  wspólnego  z  miłością.  Spragniona 
miłości stara panna? Czy tak właśnie o niej myślał? 
Łatwo  byłoby  mu się  z nią  uporać.  Nie  było  w  tej chwili  Ŝadnych  wątpliwości co  do  tego, Ŝe  stanowiła dla  niego 
największe  zagroŜenie.  Na  pewno  wchodziła  teŜ  w  grę  chęć  zemsty.  CŜy  to  nie  ona  pokrzyŜowała  mu  wszystkie 
plany? 
MęŜczyzna,  którego  nazywała  Reidarem,  a  który  w  rzeczywistości  był  Harrym,  wykręcił  właśnie  numer  w  Oslo  i 
czekał, aŜ Bakken podniesie słuchawkę. 
Przez  głowę  Christine  przebiegła  szybka  myśl.  On  rzeczywiście  chciał  się  skontaktować  z  policją.  Chciał,  by 
wiedzieli o tym, Ŝe dotarł tu Harty Berg, a kiedy w końcu przybyliby na miejsce, ona juŜ by nie Ŝyła. Nie wiedziała, 
co by wtedy powiedział, ale jedna rzecz była pewna – podejrzenie o morderstwo padłoby na Harry'ego Berga, który 
włamał się do domu, a Reidar Lie mógłby prowadzić spokojne Ŝycie w innym miejscu... 
– Pozwól mi porozmawiać z Bakkenem – poprosiła cicho. 
MoŜe zdoła poinformować go w jakiś sposób o swojej beznadziejnej sytuacji? Harty niechętnie oddał jej słuchawkę. 
Nikt  nie  odpowiadał.  Wsłuchując  się  w  niweczące  wszelką  nadzieję  odległe  sygnały,  Christine  rzuciła  szybkie 
spojrzenie w kierunku „Reidara”. W końcu musiała odłoŜyć słuchawkę. 
Bakkena nie było w domu. 
– Dlaczego tak zamilkłaś, Christine? – spytał cicho „Reidar”. 
Udało jej się wydobyć z siebie krótki, urywany śmiech. 
– Jestem trochę przybita tym, Ŝe Bakken nie moŜe przyjechać. Cała noc z Harrym Bergiem czającym się gdzieś w 
ukryciu... Jestem prawdopodobnie tchórzem i ta myśl wydaje mi się nie do zniesienia. 
– Rózumiem. 
Dlaczego nie powie, Ŝe moŜemy wsiąść do samo 
chodu i wrócić do Oslo? pomyślała. W ten sposób z łatwością uciekliby „Harry'emu”. Dowodzi to jedynie, Ŝe chce 
mnie zatrzymać tu na miejscu... 
Christine  nie  miała  zamiaru  wspominać  o  samochodzie.  Nie  byłaby  wstanie  siedzieć  tak  blisko  mordercy  w 
szczelnie zamkniętym wozie. 
– Przepraszam,  najdroŜszy  –  powiedziała,  rozkładając  ramiona  i  starając  się  nadać  głosowi  naturalne  brzmienie  – 
nie powinnam się lękać przy tobie, ale boję się przecieŜ, Ŝe on i tobie moŜe coś zrobić. To byłoby dla mnie jeszcze 
gorsze. 
– Moja kochana – odezwał się głosem tak czułym, Ŝe mógłby oszukać kaŜdego. 
Próbowała  trzymać  się  na  tyle  daleko  od  niego,  by  nie  był  w  stanie  jej  objąć.  Gdyby  to  zrobił,  z  pewnością 
zaczęłaby krzyczeć. 
– Co  mamy  robić,  Reidarze?  –  wyszeptała.  Nie  musiała  udawać  strachu.  Bała  się  naprawdę.  –  Czy  będziemy  tu 
tylko siedzieć i czekać? PrzecieŜ on moŜe być uzbrojony. 
Muszę dalej odgrywać swoją rolę, pomyślała. Nie mogę pozwolić, by się domyślił, Ŝe wiem, kim jest... – To prawda 
– odpowiedział, zbierając się w sobie. Deszcz stukający o szybę. Cisza w domu, w le 
sie... I pustka w jej głowie właśnie teraz, gdy powinna być maksymalnie trzeźwa. 
– Musimy zadzwonić jeszcze raz – zdecydował. Na komisariat. Tym razem ja zadzwonię, Ŝebyśmy nie zmarnowali 
równieŜ tej szansy. 
Gdyby tylko mogła uciec. Nic nie mogła poradzić 
na to, Ŝe las był taki mokry i przeraŜający. MoŜe powinna spróbować wydostać się z piętra? 
– Nie  chcę,  Ŝeby  moje  rzeczy  leŜały  tam  na  górze  –  powiedziala  najspokojniejszym  tonem,  na  jaki  byto  ją  stać.  – 
Pójdę po nie. 
– Tak, zrób to – ódrzekł nieobecnym głosem, wykręcając numer policji w Oslo. 
Dowód,  jeszcze  jeden  dowód,  pomyślała.  Gdyby  rzeczywiście  w  tym  domu  znalazł  się  Harry  Berg,  to  prawdziwy 
Reidar nigdy nie pozwoliłby mi samej pójść na górę. Byłoby to czyste szaleństwo. 
Gdy była juŜ na schodach wiodących na piętro, zrozumiała całą prawdę. Dopiero teraz zdała sobie do końca sprawę, 
Ŝ

e jest tu sam na sam z mordercą. 

Sama z bezwzględnym mordercą w połoŜonym na odludziu domu. 
I nikt nie mógł jej przyjść z pomocą! 
 

background image

 
ROZDZIAŁ VIII 
Najspokojniej  jak  potrafiła,  Christine  weszła  schodami  na  górę.  Znalazłszy  się  w  swoim  małym  pokoiku,  zaczęła 
gorączkowo wrzucać rzeczy do torby. Koszula nocna... Mój BoŜe, pomyślała gorzko. Jakie to przeczucie uchroniło 
mnie przed jej włoŜeniem? 
Do łóŜka z mordercą? 
Przeniknęło ją uczucie odrazy, przezwycięŜyła je jednak. Zamknęła torbę. Okno...? 
Uświadomiła sobie, Ŝe pozostawiła kurtkę na dole. Trudno. Musi się stąd wydostać. 
Okno nie dało się otworzyć. Ludzie, którzy tu mieszkali, prawdopodobnie nie wiedzieli, co to wietrzenie. 
Poza  tym  było  zbyt  wysoko,  by  skakać  stąd  na  ziemię.  W  poczuciu  bezsilności  weszła  na  strych,  ale  tam  nie 
znalazła Ŝadnych okien. 
A moŜe tylne schody? 
Gdyby tak mogła wymknąć się tamtędy... Przechodząc obok  głównych schodów  usłyszała, jak  Reidar  – to znaczy 
Harry Berg – wyjaśnia dokładnie dyŜurnemu policjantowi, o co chodzi. 
– Jest tutaj Harry Berg – tłumaczył. – Widziałem go na własne oczy! 
Jeśli  tylko  Bakken  zostanie  o  tym  powiadomiony,  zrozumie,  Ŝe  to  kłamstwo.  Ale  czy  się  domyśli,  Ŝe  to  dzwonił 
Harry Berg we własnej osobie? 
Dlaczego  właśnie  teraz  musiał  wyjeŜdŜać  w  jakiejś  sprawie?  Nie  wyglądało  bowiem  na  to,  by  był  w  tej  chwili  w 
komisariacie. 
A  dyŜurny  policjant?  Czy  on  nie  wiedział,  Ŝe  Harry  Berg  nie  Ŝyje?  Nie,  z  dobiegających  z  dołu  słów  mordercy 
wynikało, Ŝe raczej nie wiedział. Pewnie policjant niedawno przyszedł na swój nocny dyŜur. 
A  jeśli  nawet  wyśle  tu  patrol,  to  ile  czasu  minie,  zanim  zjawią  się  na  miejscu?  Godzina?  Dwie?  Nie  mogła  sobie 
przypomnieć, jak długo tu jechali. Czy wytrzyma do ich przyjazdu? 
ś

eby tak chociaŜ umiała uruchomić samochód i stąd uciec, ale nigdy przedtem nie siedziała za kierownicą. Nawet 

gdyby udało jej się ruszyć, to i tak po kilku metrach wylądowałaby w rowie. 
Ale oto ujrzała tylne schody. Były pogrąŜone w ciemnościach, więc po omacku zaczęła schodzić stopień po stopniu, 
zastygając  w  bezruchu  za  kaŜdym  razem,  gdy  rozlegało  się  skrzypnięcie.  Rozmowa  telefoniczna  wciąŜ  jeszcze 
trwała. Najwyraźniej policjant nie mógł zrozumieć, o co chodzi. 
Christine przystanęła  na moment. Czy  nie postępowała zbyt pochopnie? Uznała za pewnik, Ŝe Harry Berg musi ją 
zabić, gdyŜ była dla niego zanadto niebezpieczna. Ale czy rzeczywiście? 
Z  pewnością  był  zbyt  wyrachowany,  by  zabijać  ją  tylko  dla  zemsty.  Musiał  mieć  bardzo  waŜne  powody,  w 
przeciwnym  razie  powiedziałby  po  prostu  „do  widzenia”  i  wyjechałby  jako  Reidar  Lie,  by  zacząć  wszystko  od 
początku w jakimś innym miejscu. PrzecieŜ nie wiedział, Ŝe Christine podejrzewa, iŜ jest on kimś innym. 
A  więc  dlaczego  uznał  za  konieczne  zabrać  ją  tu  i  zabić?  Jest  przecieŜ  oczywiste,  Ŝe  taki  właśnie  miał  zamiar. 
Musiała być dla niego niebezpieczna z jakiegoś szczególnego powodu. 
Nie mogła sobie jednak uświadomić, co to takiego. 
Mimo  Ŝe  próbowała  nie  dopuszczać  do  siebie  tej  myśli,  wiedziała  juŜ  jednak,  w  jaki  sposób  zamierzał  to  zrobić. 
Widząc, jak bardzo zaleŜało mu na ściągnięciu tu policji, łatwo mogła sobie wyobrazić, jakie sobie zaplanował alibi. 
Policja  miała  przyjechać  na  miejsce  i  znaleźć  ją  martwą.  On  sam  prawdopodobnie  zamierzał  udawać,  Ŝe  został 
ogłuszony i stracił przytomność. Wszyscy byliby przekonani  o winie Harry'ego Berga,  którego samochód zostałby 
odnaleziony  na  dnie  wąwozu  dopiero  po  dłuŜszym  czasie.  Natomiast  prawdziwy  Harry  Berg  mógłby  się  gdzieś 
wyprowadzić i pod nazwiskiem Reidara Lie oszukiwać kolejne kobiety... 
Tak, z pewnością właśnie tak sobie to wymyślił, nie wiedział przecieŜ, Ŝe policja natrafiła juŜ na samochód i... 
Christine znalazła się na  dole i odkryła, Ŝe drzwi kuchenne były, rzecz  jasna, zamknięte. Nic w tym  dziwnego, po 
prostu ich nie uŜywano. 
Poczuła,  jak  narasta  w  niej  histeria.  Z  całych  sił  ścisnęła  uchwyt  torby,  która  była  w  tym  momencie  jakby  jej 
jedynym sprzymierzeńcem. 
I nagle – jak błyskawica – olśniła ją pewna myśl. Wiedziała juŜ, co musi zrobić. Reidar – nie, Harry, kiedy wreszcie 
się tego nauczy! – właśnie kończył rozmowę. Gdy rozmowa dobiegnie końca, skończy się równieŜ jej czas. Policja 
nabierze  przekonania,  Ŝe  w  domu  jest  Harry  Berg,  i  „Reidar”  będzie  mógł  zamordować  Christine  Lyngmo,  tę 
kłopotliwą, wścibską babę. 
Christine  nie  naleŜała  do  osób,  które  są  w  stanie  uderzyć  kogoś  cięŜkim  przedmiotem  w  głowę  nawet  w  obronie 
własnej. Była raczej typem defensywnym, tak więc jedyny jej ratunek to ucieczka... 
Droga  przez  kuchnię  nie  wchodziła  w  grę,  poniewaŜ  w  zamku  nie  było  klucza.  Pozostawało  więc  tyłko  główne 
wejście. 
Przekradła się do hallu i właśnie w tym momencie usłyszała, Ŝe Harry Berg kończy rozmowę. 
– Christine! Dokąd się wybierasz? – zawołał do niej. – Bądź ostroŜna. Pamiętaj o Hartym. Tymczasem ona znalazła 
się juŜ przy drzwiach 
wejściowych i zaczęła je szarpać. 
Niestety, były zamknięte na klucz. Mogła się tego domyślić. 

background image

Berg wyszedł z pokoju do hallu. 
– AleŜ, Christine! Nie wolno ci tracić głowy, bo to nas zgubi. 
Zamarła na chwilę. Jego ton wydawał się szczery. A jeśli się pomyliła... Jeśli rzeczywiście nazywał się Reidar Lie i 
był zupełnie niewinny? 
Nie  miała  jednak  czasu  na  dłuŜsze  rozwaŜania.  Zaczęła  układać  swój  plan.  Myśli  przelatywały  jej  szybko  przez 
głowę. Powinna wywabić go z domu. Do samochodu. Tam będzie mogła mu uciec i schować się w ciemnym lesie. 
– Musimy się stąd wydostać! – zawołała z na poły autentyczną, a na poły udawaną histerią. Nie wytrzymam tu ani 
chwili dłuŜej! Nie zniosę myśli, Ŝe on tu gdzieś jest. Musimy natychmiast odjechać! 
– Kochana,  ja  nie  mam  klucza.  Czy  nie  rozumiesz,  Ŝe  zamknął  nas  od  zewnątrz?  Nie  wydostaniemy  się  stąd.  Nic 
nam nie grozi, jeŜeli będziemy się trzymać razem. 
Jego  głos  brzmiał  bardzo  przekonująco  i  w  zdradziecki  sposób  kusząco.  Sprawiły  to  całe  lata  doświadczeń  z 
kobietami. Wiedział, w jaki sposób postępować z łatwowiernymi, spragnionymi miłości gęsiami. Christine poczuła 
krótkotrwałe oszołomienie i juŜ miała zamiar się poddać, gdy nagle przypomniała sobie o piwnicy. 
Właśnie w tym momencie wyciągnął w jej kierunku rękę i delikatnie połoŜył na jej ramieniu. Obejrzała się za siebie 
i rzuciła się w stronę kuchni. Zbiegła po schodach do piwnicy i po omacku 
zaczęła  szukać  w  ciemnościach  jakichś  drzwi.  Tam  musiały  być  jakieś  drzwi!  Widziała  przecieŜ  na  schodach 
wiodące stamtąd ślady... 
Kiedy  przed  chwilą  „Reidar”  wyciągał  w  jej  kierunku  rękę,  ogarnęło  ją  gwałtowne  uczucie  odrazy.  Całe  jej  ciało 
zdawało się krzyczeć: „Nie dotykaj mnie”. 
Mimo Ŝe jego głos brzmiał jak balsam, nie docierał juŜ do jej wnętrza. „Reidar” nie miał juŜ nad nią władzy. 
W końcu odnalazła drzwi. Były zamknięte na klucz. 
Jedno trzeba mu przyznać: nie przeoczył niczego. Christine zaczęła rozpaczliwie szarpać klamkę i wtedy usłyszała 
na schodach jego kroki. 
– Christine? 
Przez chwilę zamarła w bezruchu, drŜąc z napięcia i przeraŜenia, po czym bezgłośnie przekradła się w jakiś kąt, w 
którym, sądząc po zapachu, przechowywano ziemniaki. 
Na zewnątrz w dalszym ciągu padał ulewny deszcz. Tutaj na dole w piwnicy było go słychać jeszcze wyraźniej. 
– Christine? Odpowiedz mi, gdzie jesteś? PrzecieŜ to ja, Reidar! Chyba się mnie nie boisz? 
Christine  bała  się  oddychać.  Przez  kilka  sekund  panowała  śmiertelna  cisza.  Jedynym  odgłosem,  jaki  docierał,  był 
szmer padającego na dworze deszczu. – Christine! 
Jego głos zabrzmiał tym razem inaczej. Nie 
było juŜ w nim nuty łagodnej wyrozumiałości, lecz groźba i pewna doza strachu. 
Christine zdała sobie sprawę, Ŝe nie ma przy sobie swojej torby. Gdzie...? Musiała upuścić ją jeszcze w hallu. 
Poczuła,  Ŝe  czegoś  jej  brakuje.  Wydawało  jej  się,  Ŝe  straciła  część  samej  siebie,  znajomy  punkt,  w  którym  mogła 
znaleźć oparcie. 
Na betonowej posadzce rozległy się niepewne kroki. Jego ręce po  omacku szukały drzwi. Na szczęście w piwnicy 
panowała ciemność. Christine modliła się w duchu o to, by nie było tu kontaktu, który „Reidar” mógłby znaleźć, bo 
to oznaczałoby jej koniec. 
Uniosła  się  lekko.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  od  pulsującej  w  uszach  krwi  popękają  jej  bębenki.  DrŜąc  ze  strachu, 
próbowała wytęŜyć wzrok i przeniknąć panujące wokół ciemności. 
Usłyszała,  Ŝe  potknął  się  o  coś  i  upadł  niemalŜe  na  nią.  Gwałtownie  zerwała  się  na  nogi  i  rzuciła  się  w  kierunku 
schodów. Zanim zdąŜył się pozbierać, Christine była juŜ na górze. 
Zatrzasnęła drzwi od piwnicy i odruchowo sięgnęła, by przekręcić klucz, ale oczywiście go nie znalazła. Światło w 
kuchni i w hallu było zgaszone, a ona nie miała czasu szukać wyłączników. Ogarnięta paniką, zrobiła coś naprawdę 
w  tej  sytuacji  głupiego:  postanowiła  przytrzymać  drzwi,  by  uniemoŜliwić  mu  wydostanie  się  z  piwnicy.  Było  to 
oczywiście szaleństwem, ale w tej chwili nie potra 
fiła trzeźwo myśleć. 
– Christine!  – rozległ się wrzask „Reidara” z drugiej strony  drzwi, które zaczęły ustępować pod jego naciskiem. – 
Co cię do diabła opętało? 
– To ty jesteś Harry Berg, wiem o tym – wyszlochała. – Nie próbuj zaprzeczać. 
Zaskoczony  faktem,  Ŝe  został  zdemaskowany  i  Ŝe  udało  się  to  takiemu  ptasiemu  móŜdŜkowi,  zwolnił  na  chwilę 
nacisk na drzwi. Christine wykorzystała ten moment, by stamtąd uciec. 
Opętana  strachem  i  niezdolna  do  rozsądnego  myślenia,  podbiegła  do  najbliŜszego  okna,  które  dostrzegła  w  hallu. 
Udało  jej  się  wymacać  haczyki,  ale  rama  okazała  się  do  tego  stopnia  zmurszała,  Ŝe  nie  dała  się  ruszyć  z  miejsca, 
szyby natomiast były zbyt małe, by się przez nie przedostać. 
Christine szlochała, przeraŜona. Usłyszała, Ŝe wydostał się juŜ z piwnicy i cięŜkimi, szybkimi krokami zmierza w jej 
kierunku. Nie mogła mieć juŜ Ŝadnych wątpliwości co do jego zamiarów... 
Próbowała zrobić unik, ale nie było na to miejsca. Jego dłonie chwyciły ją wpół, lecz w tej samej chwili poczuła tak 
wielką odrazę i taki nagły przypływ sił, Ŝe zdołała się mu wyrwać. Usłyszała chrzęst rozrywanego materiału. Która 

background image

siła jest większa? pomyślała. Ta, której źródłem jest śmiertelny strach, czy teŜ ta, która wynika z wściekłości i chęci, 
a moŜe potrzeby, zabijania? 
Miał nad nią oczywiście przewagę fizyczną, lecz nie zamierzała się poddawać. Myślami pobiegła do 
matki, która bez niej zostałaby zupełnie sama, zdana na łaskę pielęgniarek w jakimś domu opieki. Matka była na to 
zbyt Ŝywotna. 
Christine pobiegła schodami na piętro. Kroki Harry'ego Berga rozlegały się tuŜ za nią. Nagle rzucił się do przodu i 
złapał  ją  za  nogę.  Oboje  upadli.  Christine  wczepiła  się  kurczowo  w  poręcz,  podczas  gdy  on  nie  był  w  stanie  się 
ruszyć, by nie puścić przy tym jej nogi. 
Słyszała  swój  własny  urywany  oddech  i  wiedziała  z  przeraŜającą  pewnością,  Ŝe  nie  uda  jej  się  uniknąć  losu,  jaki 
„Reidar” dla niej przeznaczył. Mogła co najwyŜej zyskać nieco więcej czasu, lecz na tym koniec. 
– Jak  ci  się  to  udało?  –  syknął  z  nienawiścią  i  pewnym  niedowierzaniem.  –  W  jaki  sposób  wpadłaś  na  to,  kim 
jestem? 
– Dzięki tysiącom drobiazgów – zmusiła się do odpowiedzi, z całych sił pragnąc go upokorzyć. Zaklął. 
– A więc wiedziałaś od dawna? – Oczywiście. 
Nie było to prawdą, ale... 
– I  mimo  to  przyjechałaś  tu.  Naprawdę  myślałaś,  Ŝe  sama  zdołasz  mnie  ująć?  Doprawdy,  masz  o  sobie  wysokie 
mniemanie. 
– Pod tym względem jesteśmy do siebie podobni. Naprawdę sądziłeś, Ŝe mam ochotę pójść z tobą do łóŜka? 
Usłyszała, Ŝe wydaje z siebie nieartykułowany 
dźwięk, i poczuła, Ŝe silniej ściska jej stopę. – To dlatego się nie przebrałaś? 
– Właśnie – skłamała tak zmęczona, Ŝe z trudem wydobywała z siebie jakiekolwiek słowa. 
Czy  rzeczywiście  było  to  kłamstwem?  Czy  kiedykolwiek  poszłaby  do  łóŜka  z  męŜczyzną,  którego  nazywała 
Reidarem Lie? 
Nagle  uświadomiła  sobie  jasno,  Ŝe  nie  zrobiłaby  tego.  Nigdy  jej  tak  naprawdę  nie  podniecał.  Nie  był  w  jej  typie, 
choć z pewnością okazał się bardziej pociągający niŜ męŜczyzna, którego na początku uwaŜała za Harry'ego Berga. 
Człowiek, który w tej chwili leŜał na schodach, dysząc Ŝądzą mordu, wydawał się jej... zbyt miękki. Zbyt chłopięcy. 
Christine nigdy nie byłaby wstanie pokochać kogoś tak niedojrzałego, potrzebowała męŜczyzny. 
Co to za myśli, gdy człowiek lada chwila ma rozstać się z Ŝyciem? 
Oboje odzyskali nieco sił. Harty Berg uznał, Ŝe w tej pozycji nic nie zdziała, i zwolnił jej stopę. Nie miało to w tej 
chwili większego znaczenia. Mała gra w kotka i myszkę mogła okazać się nawet dość zabawna. 
Christine zachowała się jednak w nieoczekiwany dla napastnika sposób. Gdy poczuła, Ŝe jest wolna, odwróciła się 
błyskawicznie i zepchnęła go nogami ze schodów. 
Harry Berg, z krwawiącym nosem, przewrócił się do tyłu. Ból i poniŜenie wywołały w nim białą gorączkę. Zaryczał 
jak wół i rzucił się w pogoń. 
Christine zdąŜyła tymczasem podnieść się na nogi i była juŜ prawie u szczytu schodów, gdy ponownie udało mu się 
ją  chwycić  i  pociągnąć  za  sobą  w  dół.  Stoczyli  się  po  stopniach:  ona  próbowała  się  uwolnić,  on  zaś  starał  się 
zacisnąć dłonie na jej szyi. 
Walka była długa i wyczerpująca. Harry Berg ucierpiał jednak przy upadku bardziej. Przez krótką chwilę, gdy oparł 
się na rozbitej ręce, odczuł tak ostry ból, Ŝe musiał zamknąć oczy i zwolnić nieco uściska 
Christine, z trudem łapiąc powietrze, ponownie zaczęła wspinać się po schodach. To juŜ koniec, pomyślała. Więcej 
nie zniosę... 
W  tym  momencie  wydało  jej  się,  Ŝe  słyszy  przed  domem  samochód,  a  nawet  kilka.  Halucynacje,  przemknęło  jej 
przez głowę. Marzenia. Minie jeszcze duŜo czasu, zanim zdąŜy tu dotrzeć policja z Oslo. 
Dźwięk ten dodał jej jednak trochę odwagi i z nowymi siłami kontynuowała wspinaczkę. 
Słyszała, Ŝe Harty jest tuŜ za nią. Nic nie mogła na to poradzić. Czuła w ustach smak Ŝelaza, nie wiedziała jednak, 
czy to krew, czy teŜ oznaka wyczerpania. 
Chwilę  później  przez  jedno  z  okien  wpadł  do  wnętrza  snop  światła.  Harty  Berg  zaklął  głośno,  odwrócił  się  i 
zbiegłszy po schodach, skierował się do piwnicy. 
Christine opadła na stopnie, przytrzymując się 
poręczy i starając się nie zemdleć. 
Drzwi prowadzące do piwnicy otwarły się ze zgrzytem, podczas gdy przed domem rozległo się trzaskanie drzwiczek 
samochodowych oraz donośne, podniecone głosy. 
Christine  wydawało  się,  Ŝe  słyszy  samą  siebie.  –  Piwnica!  Ucieknie  przez  drzwi  do  piwnicy!  Nie  miała  jednak 
pewności, czy rzeczywiście to 
powiedziała, a poza tym i tak nikt nie mógł jej usłyszeć. Byli przecieŜ na zewnątrz. 
Drzwi wejściowe otwarły się z hukiem i do hallu wpadły ciemne, zmoczone deszczem postacie. 
– Tu ńa schodach ktoś siedzi! – zawołał nieznajomy głos. 
Zapaliło się światło. 
– Coś takiego – powiedział ktoś inny – musiała się tu stoczyć zaŜarta walka. 
W końcu udało się jej odzyskać mowę i powtórzyć to, co powiedziała przed chwilą o drzwiach do piwnicy. 

background image

– Policja z Oslo nie mogła jeszcze dotrzeć... dodała niewyraźnie. 
– Nie jesteśmy z Oslo, jesteśmy stąd – odpowiedział jeden z policjantów, po czym wszyscy zniknęli na schodach do 
piwnicy. 
Christine  otarła  krew  cieknącą  jej  z  nosa  i  odgarnęła  z  oczu  włosy.  Uniosła  powoli  głowę  i  spojrzawszy  w  dół 
schodów, chwiejnym krokiem zaczęła schodzić wprost ku wyciągniętym ramionom komisarza Bakkena, który szedł 
jej na spotkanie. 
Oparła policzek na jego mokrym, zimnym płaszczu przeciwdeszczowym i poczuła się w końcu bezpieczna. 
– Piwnica – powiedziała tępo. – On... 
– Tak, tak – uspokoił ją. – Zaraz go złapią. 
– Jak się tu dostałeś? – wymamrotała. Czuła, Ŝe jego silne ramiona działają na nią kojąco i nie pozwalają osunąć się 
na podłogę. 
– Wyjechałem  natychmiast  po  naszej  rozmowie.  Nie  mogłem  ci  powiedzieć,  Ŝe  to  Harry  Berg.  Mogłabyś  się 
zdradzić, a wtedy byłoby z tobą źle. Nie sądziłem, by groziło ci jakieś szczególne niebezpieczeństwo, ale na wszelki 
wypadek zawiadomiłem miejscową policję. Jak wiesz, chcieliśmy, by wpadł w swoją własną pułapkę. Próbowałem 
cię jednak ostrzec, więc poprosiłem, abyś była rozwaŜna. 
– .Tak – powiedziała. – Dziękuję. Ale dlaczego przyjechałeś tu osobiście? Chyba poradziliby sobie z nim sami? 
– Nie podobała mi się myśl, Ŝe mogłabyś spędzić z nim tutaj noc – odpowiedział obojętnie. – W końcu to morderca. 
Serce  Christine  zabiło  odrobinę  zbyt  mocno,  choć  przecieŜ  nie  mógł  mieć  na  myśli  nic  poza  tym,  co  właśnie 
powiedział.  Nie  mogła  sobie  pozwolić,  by  znów  budować  zamki  na  piasku.  Z  drugiej  strony  wspaniale  było  czuć 
wokół siebie jego ramiona. 
– Muszę przyznać, Ŝe jestem trochę wstrząśnięty tym, co tu zaszło – dodał. – Odkryłaś, kim jest, i zdradziłaś się z 
tym? 
– Właściwie nie – powiedziała szczękając zębami. – ChociaŜ w pewnym sensie tak. Przywiózł mnie tu tylko po to, 
Ŝ

eby... Ŝeby mnie zabić. 

Kolana  ugięły  się  pod  nią  ponownie,  lecz  Bakken  trzymał  ją  mocno.  Teraz,  gdy  było  juŜ  po  wszystkim,  przyszła 
reakcja. Zabić... 
Bakken skinął głową. 
– Przez  całą  drogę  tutaj  nie  opuszczał  mnie  niepokój  –  powiedział  powoli.  –  ChociaŜ  nie  powinien  mieć  Ŝadnego 
powodu, by to zrobić, prawda? 
– Tak, w końcu teŜ do tego doszłam – w głosie Christine brzmiało zdumienie. – Chodzi mi o to, Ŝe on nie naleŜy do 
ludzi, którzy zabijają dla przyjemności. 
– Nie, jest raczej dość ostroŜny. Ale chodźmy stąd, chyba chcesz wydostać się wreszcie z tego okropnego domu. 
– Tak, chcę – westchnęła. 
Zaprowadzono  ją  do  samochodu  komisarza.  Jeden  z  policjantów  poszedł  po  jej  torbę  i  inne  rzeczy,  a  Bakken 
pomógł jej załoŜyć buty, które zgubiła w ferworze walki. Ona sama, skrajnie wyczerpana, nie była w stanie zrobić 
czegokolwiek. Siedziała tylko w samochodzie ze zwieszonymi ramionami tak, Ŝe komisarz musiał jej nawet zapiąć 
pasy bezpieczeństwa. 
– Złapaliście go? – zwrócił się do policjanta. 
– Jeszcze  nie,  ale  znamy  okoliczne  lasy  lepiej  niŜ  on  i  mamy  przy  sobie  lampy  o  dalekim  zasięgu.  Bakken  skinął 
głową i zapalił silnik. 
– Jak ja wyglądam! – zawołała wstrząśnięta Christine, ujrzawszy się w lusterku wstecznym. 
Miała potargane włosy, ubranie i twarz pobrudzone ziemią z piwnicy, podartą sukienkę... 
– Słyszę, Ŝe zaczynasz wracać do siebie – zaśmiał się. – To dobrze. Ale jedźmy juŜ, ogarniesz się później. 
Auto wytoczyło  się  powoli z  podwórza,  gdzie stało  zaparkowanych  kilka  wozów  policyjnych. Jak wspaniale było 
znaleźć się obok Bakkena w ciepłym wnętrzu samochodu! Nawet deszcz za szybą i las ciągnący się po obu stronach 
drogi wydawały się przyjazne. 
Oddalali  się  coraz  bardziej  od  tego  znienawidzonego  miejsca,  którego  nie  chciała  widzieć  juŜ  nigdy  więcej. 
Christine pragnęła zapomnieć o tym domu i o Hartym Bergu, który teraz błądził gdzieś po mokrym od deszczu lesie. 
ZdąŜała z powrotem do świata jasności, siedząc tak obok komisarza, do którego miała absolutne zaufanie i którego 
towarzystwo napawało ją otuchą. 
Czuła, Ŝe wraca do Ŝycia. 
 

background image

 
ROZDZIAŁ IX 
– Odetchnęłaś z taką ulgą – stwierdził Bakken, gdy znaleźli się na głównej drodze. 
– Tak – wyrwało się jej. – Tak się cieszę, Ŝe przyjechałeś. 
– Kiedy do mnie zadzwoniłaś, prośbę w twoim głosie zrozumiałem w ten sposób, Ŝe nie chcesz być sam na sam z 
męŜczyzną, którego uwaŜałaś za Reidara Lie – powiedział z powagą w głosie. 
– Tak było. 
– Nie  spodobało  mi  się,  gdy  usłyszałem,  Ŝe  nie  ma  tu  jego  krewnych.  Muszę  ci  jednak  wyznać,  Ŝe  wiedziałem 
więcej.  Odczułem  duŜą  ulgę,  gdy  zadzwoniłaś  i  powiedziałaś  mi,  gdzie  jesteście,  bo  właśnie  dostałem  raport,  z 
którego wynikało, kto był rzeczywistym właścicielem tego czerwonego samochodu w wąwozie. Wszystko stało się j 
asne z chwilą, gdy dowiedzieliśmy, Ŝe jest zarejestrowany na nazwisko prawdziwego Reidara Lie. 
– Ach,  tak  –  odrzekła.  –  Postąpił  bardzo  głupio,  mam  na  myśli  Harry'ego  Berga,  nie  mówiąc,  Ŝe  poŜyczył  swój 
samochód przyjacielowi. 
– Nie mógł tak powiedzieć. Pamiętasz, jak py 
tałem  Berga  o  numer  tego  czerwonego  samochodu?  Nie  znał  go,  a  przecieŜ  powinien,  gdyby  wóz  stanowił  jego 
własność. Poza tym odnalezienie prawdziwego właściciela byłoby jedynie kwestią czasu. 
– Ach,  tak  –  powiedziała  znowu.  Dla  jej  skołowanego  umysłu  była  to  zbyt  duŜa  dawka  logiki.  –  Ale...  przecieŜ 
Harty Berg zadzwonił na komisariat, a dyŜurny policjant o niczym nie wiedział. 
– AleŜ tak, wiedział. Miał tylko rozkaz, aby nikomu o tym nie mówić. 
– Aha – mruknęła, chociaŜ tak naprawdę nic nie rozumiała. 
– No a teraz – odezwał się Bakken – opowiedz mi swoją wersję. 
Christine zaczerpnęła głęboki oddech. 
– W tej chwili nie mam chyba dość sił, by cokolwiek opowiadać. Najchętniej wcale bym na ten temat nie mówiła. 
– Rozumiem, jesteś w dalszym ciągu w szoku. 
– Gdybym tylko wiedziała, dlaczego! – jęknęła. Dlaczego musiał mnie zabić? 
– To zrozumiałe, Ŝe jesteś wytrącona z równowagi – powiedział cicho. 
– Wcale  nie  jestem  wytrącona  z  równowagi.  Nie  martw  się,  nie  mam  zamiaru  wybuchnąć  płaczem.  Jestem 
oczywiście zawiedziona, ale przede wszystkim jestem zła, wręcz wściekła, po części na niego, a po części na siebie 
samą. 
Bakken przesłał jej zadziwiająco przyjazny uśmiech i nagle wydał się jej naprawdę ludzki. 
– To zdrowe uczucie – stwierdził. – To znaczy, gdy jest się złym na siebie samego. 
– Jak mogłam myśleć, Ŝe jest pociągający? 
– CóŜ,  nie  ma  w  tym  nic  dziwnego  –  odpowiedział  spokojnie.  –  Mnie  równieŜ  wydał  się  sympatyczny.  –  Tak? 
Wydawało mi się, Ŝe go nie lubisz. 
– Racja, dlaczego miałbym go lubić? – Ale... 
Christine  zrezygnowała  z  prób  doszukiwania  się  w  słowach  Bakkena  jakiegokolwiek  sensu.  Przez  pewien  czas 
siedziała w milczeniu, lecz po chwili ponownie ogarnęła ją złość. 
– I pomyśleć, Ŝe prosił mnie.., aby mógł spać ze mną w jednym łóŜku. 
– Udało mu się? – spytał sucho. 
– Nie, nie zdołałam się rozebrać. Był na tyle taktowny, Ŝe obiecał poczekać na zewnątrz. A ja po prostu siedziałam 
na łóŜku, trzymając w ręku moją najlepszą koszulę nocną. Siedziałam jak sparaliŜowana, jak... Nie mogłam się do 
tego zmusić, komisarzu Bakken. 
– Wolę,  gdy  mówisz  do  mnie  John.  Komisarz  brzmi  dość  sztucznie.  Czy  to  dlatego  jesteś  na  siebie  taka  zła?  śe 
przeszła ci koło nosa taka szansa? 
– Nie,  co  teŜ  ci  przyszło  do  głowy!  Później  byłam  wprost  szczęśliwa,  Ŝe  nie  mogłam  się  na  to  zdecydować. 
JednakŜe,  gdy  tak  siedziałam  na  łóŜku,  czułam  się  strasznie  głupio,  chyba  rozumiesz.  Nie  wiedziałam  wtedy 
przecieŜ, Ŝe to on jest Hartym Bergiem. Był tylko bardzo sympatycznym młodym 
człowiekiem, który wyznał mi miłość, a ja zdawałam sobie sprawę z faktu, Ŝe mając trzydzieści dwa lata mogę juŜ 
nigdy więcej nie mieć takiej szansy. I mimo to nie mogłam. Po prostu nie był to ten właściwy, komisarzu Bakken... 
to znaczy John. 
Christine  spojrzała  na  swego  współtowarzysza  kątem  oka  i  wydało  się  jej,  Ŝe  dostrzega  na  jego  ustach  cień 
zdradzającego  zadowolenie  uśmiechu.  Choć  z  drugiej  strony  musiała  się  pomylić.  Bakken  się  przecieŜ  nie 
uśmiechał. Był bardzo powaŜnym człowiekiem, prawdopodobnie pozbawionym poczucia humoru. 
– Co powiedział, gdy zobaczył, Ŝe się nie przebrałaś? 
– Było widać, Ŝe się rozzłościł, ale nadal zachowywał się bardzo miło. Miał chyba zamiar strasznie mnie upokorzyć. 
– Dowodzi  to  tylko  jego  paskudnego  charakteru.  Chciałem  powiedzieć, Ŝe ty,  Christine,  jesteś  osobą,  którą trzeba 
chronić przed upokorzeniami, prawda? 
– Być moŜe – odrzekła powoli, nie bardzo wiedząc, do czego zmierza. 
– Chodzi mi o to, Ŝe łatwo cię zranić, nieprawdaŜ? JuŜ sama twoja sytuacja Ŝyciowa jest wystarczająco trudna. Tak 
wiele  jest bezimiennych osób, które z największą pokorą troszczą się  o swoich  najbliŜszych, poświęcając  dla nich 

background image

swoją  młodość.  I  co  za  to  otrzymują  od  sąsiadów,  od  otoczenia?  Drwiny,  oto  co  otrzymują.  I  pełną  wyŜszości 
pogardę. „Ta stara panna nigdy chyba nie złapie Ŝadnego fa 
ceta!”  Słyszałem  w  Ŝyciu  wiele  takich  komentarzy.  Triumfujące  Ŝony,  którym  udało  się  zdobyć  męŜa,  a  które  nie 
kiwną  nawet  palcem,  by  pomóc  swoim  rodzicom.  UwaŜam,  Ŝe  nie  ma  ludzi  dzielniejszych  nad  tych,  którzy 
odciąŜają społeczeństwo, zapewniając swoim bliskim opiekę w domu. 
– Dziękuję – powiedziała Christine zmęczonym głosem. – To bardzo miłe z twojej strony. Byłeś zresztą niezwykle 
sympatyczny dla mojej matki, gdy odwiedziłeś mnie w domu. Jeszcze ci za to nie podziękowałam. 
– O czym ty mówisz? – rzucił z lekkim poirytowaniem. – Nie oczekiwałem podziękowań za rzecz tak oczywistą. A 
więc  nie  zakochałaś  się  w  tym  Harrym  Bergu?  –  odezwał  się  po  chwili  milczenia.  –  Albo,  jak  go  nazywałaś, 
Reidarze Lie? 
– Nie, na to pytanie mogę z pewnością odpowiedzieć „nie”. Byłam oszołomiona podziwem męŜczyzny. Sam wiesz, 
nie  byłam  pod  tym  względem  rozpieszczona  i...  CóŜ,  muszę  z  niechęcią  przyznać,  Ŝe  jeŜeli  ktoś  w  moim  wieku 
jeszcze się nigdy nie całował, to z dość duŜą łatwością przychodzą mu fantazje. Człowiek zdaje sobie sprawę, Ŝe nie 
ma juŜ przed sobą tak wielu lat, i jakby zmusza sam siebie, by mu się to podobało. Rozumiesz? 
Bakken uczepił się tego, co właśnie powiedziała o pocałunkach. 
– A więc cię pocałował? – Tak. 
– I co? 
– Jak  to  „i  co”?  –  niemal  warknęła.  –  Byłam  zaŜenowana,  oto  cała  moja  reakcja.  Cieszyłam  się,  Ŝe  ktoś  mnie 
pocałował, ale byłam niezwykle zakłopotana. Czułam, Ŝe to nie to. 
Jeden z nielicznych mijających ich z naprzeciwka samochodów miał włączone długie światła i oślepił ich zupełnie. 
– O, ten – powiedział Bakken automatycznie. Musimy go zatrzymać. 
W tym samym momencie przypomniał sobie, Ŝe nie jest na słuŜbie. 
– Czy w dalszym ciągu jesteś zła na siebie? 
– Tak,  jestem.  Za  to,  Ŝe  wpatrywałam  się  w  niego  pełnym  podziwu  wzrokiem.  Za  to,  Ŝe  nie  przejrzałam  jego  gry 
duŜo wcześniej i nie mogłam mu dać prztyczka w nos, od którego porządnie zabolałoby go jego własne ja. ChociaŜ 
udało mi się powiedzieć, Ŝe nigdy nie miałam zamiaru iść z nim do łóŜka. Wydaje mi się, Ŝe bardzo go to ubodło. 
Nadal jednak jestem tak wściekła na niego za to, co zrobił tym wszystkim samotnym, nieszczęśliwym kobietom, Ŝe 
aŜ wszystko się we mnie gotuje. 
Wyjął z kieszeni chusteczkę i podał jej. 
– Takie  rozgoryczenie  i  wszystko  to,  co  przeŜyłaś  dzisiejszej  nocy,  musi  prędzej  czy  później  wyzwolić  jakąś 
reakcję.  Przedwczoraj  zniszczyłem  ci  chusteczkę.  A  moŜe  to  było  wczoraj?  Straciłem  juŜ  rachubę  czasu.  Teraz 
twoja kolej, by zniszczyć jedną z moich. Weź ją, będzie ci potrzebna. 
Przyjęła chusteczkę ze śmiechem, który przero 
dził się w czkawkę. Tak niewiele było jej potrzeba, po prostu odrobiny troskliwego zainteresowania... 
Odwróciła się tyłem do Bakkena i rozpłakała się tak gwałtownie, Ŝe poczuła ból w piersiach i w gardle. – Dobrze, o 
to chodziło – stwierdził trzeźwo i nie 
odezwał się juŜ więcej do momentu, gdy tuŜ przed Oslo Christine wytarła nos i ostatnie łzy. 
– Przepraszam.  Dziękuję  ci.  Jesteś  taki  miły,  John,  a  ja  nazywałam  cię  zimną  rybą,  wyniosłym  zarozumialcem  i 
wszystkim innym, co mi tylko przyszło do głowy. 
– A ja myślałem, Ŝe to ty jesteś z lodu. – Spojrzał na nią zdziwiony. – Sprawiałaś wraŜenie tak wyniosłej, Ŝe strach 
było otworzyć usta, by nie otrzymać jakiejś druzgocącej odpowiedzi. 
Christine spojrzała na niego i, jak to się pięknie mówi, uśmiechnęła się przez łzy. Choć z drugiej strony wątpiła, czy 
moŜna być piękną, gdy płakało się całą drogę z Hakadal do Oslo. 
– Sądzę, Ŝe oboje się myliliśmy – powiedziała ciepło. 
– Oczywiście  –  potwierdził,  nie  odrywając  wzroku  od  drogi.  –  Posłuchaj,  odwiozę  cię  do  domu,  ale  najpierw 
chciałbym zajrzeć na komisariat. Muszę się jak najszybciej dowiedzieć kilku drobiazgów. 
– Jasne. 
– Gdy się juŜ porządnie wyśpisz, czy mogłabyś zajrzeć jutro do mojego biura, Ŝebyśmy mogli sporządzić stosowny 
raport? 
– Z przyjemnością – rzuciła spontanicznie. 
Spojrzał  na  nią  pytającym  wzrokiem.  Pisanie  raportów  nie  było  raczej  najprzyjemniejszym  sposobem  spędzania 
czasu. W końcu jednak zrozumiał. 
– Zrobiło mi się ciepło wokół serca – wyznał. 
– Co...? Ach – westchnęła cicho, gdy dotarło do niej, co przed chwilą powiedziała. 
Nie odezwał się juŜ więcej, lecz przez całą drogę do centrum z jego ust nie schodził łagodny uśmiech. 
W komisariacie przeŜyli szok. 
Poinformowano ich, Ŝe Harry'emu Bergowi udało się uciec jednym z samochodów zaparkowanych przed domem na 
wsi. MoŜna było przypuszczać, Ŝe pojechał w stronę Oslo. 
– Och, nie, czy nigdy nie pozbędziemy się tego potwora? – jęknęła Christine. 

background image

Bakken  nie  tracił  czasu.  Zadzwonił  do  mieszkania  Christine  i  poprosił  pielęgniarkę,  by  zabrała  panią  Lyngmo  w 
bezpieczne miejsce, najlepiej do siebie. Wysłał teŜ policjanta, który miał je eskortować. 
Christine  miała  zamiar  zaprotestować  i  powiedzieć,  Ŝe  wyciągnięcie  jej  matki  z  łóŜka  w  środku  nocy  jest 
niemoŜliwością. Po chwili  jednak  uświadomiła  sobie, Ŝe  właściwie noc  dobiegła  juŜ  końca.  Zza  okien  dochodziły 
odgłosy budzącego się miasta. 
– A ty – zwrócił się do niej Bakken – nie moŜesz oczywiście wracać do domu. Nie wiemy, jakie zamiary ma w tej 
chwili  Harry  Berg,  chociaŜ  prawdopodobnie  nie  grozi  ci  jakieś  większe  niebezpieczeństwo.  On  jest  bardzo 
ostroŜnym graczem. 
Z drugiej strony wściekłość wywołana twoją „zdradą” mogła go zaślepić, nie chcę więc, Ŝebyś przebywała teraz w 
znanym mu miejscu. Potrzebujesz; rzecz jasna, snu, musisz być zupełnie wyczerpana... 
Zastanowił się przez moment. 
– Hotel teŜ nie jest najlepszym miejscem... Pojedziesz do mnie – zadecydował, patrząc na nią swoim przenikliwym 
wzrokiem. – Będę przynajmniej wiedział, gdzie jesteś. Poza tym mam wolne, więc będę cię mógł popilnować. 
Zgodziła  się,  lekko  oszołomiona.  Prawdę  mówiąc,  była  ciekawa  jego  Ŝycia  prywatnego.  W  dalszym  ciągu  nie 
wiedziała, czy jest Ŝonaty, lecz myśl, Ŝe mogłoby tak być, nie wydała jej się miła. 
Mieszkał niedaleko komisariatu w starej, dość przyzwoicie utrzymanej kamienicy. Był to dom nie za brzydki i nie 
za piękny, jakich w Oslo tysiące. 
Na  drzwiach  do  mieszkania  na trzecim  piętrze znajdowała  się  tabliczka: „John Bakken,  komisarz”.  Teraz... dowie 
się wszystkiego. 
Gdy  tylko  znaleźli  się  w  małym,  ciasnym  przedpokoju,  zorientowała  się,  Ŝe  jest  to  mieszkanie  samotnego 
męŜczyzny. Dzięki Bogu, przeleciało jej przez głowę. Wszystko było czyste i schludne, ale dawał się zauwaŜyć brak 
kobiecej ręki. 
Mieszkanie  okazało  się  nieduŜe.  Średniej  wielkości  pokój  dzienny  z  tradycyjnymi  meblami:  skórzaną  kanapą, 
fotelem i niską ławą, zarzuconą wszystkim, co męŜczyzna musi mieć pod ręką. 
Zgarnąwszy  pospiesznie  papierosy,  ksiąŜki  krajoznawcze,  gazety  oraz  kilka  notesów,  zaprosił  ją,  by  usiadła  na 
sofie. 
– Jesteś głodna? – zapytał niepewnym tonem, typowym dla osób, które nie mają zbyt wiele zapasów w lodówce. 
– Nie, dziękuję, zadowolę się jednym z tych jabłek... 
– Oczywiście, proszę – odpowiedział z ulgą. Przygotuję ci posłanie w sypialni. Sam połoŜę się na chwilę tu na sofie, 
nie musisz się obawiać moich odwiedzin. 
– Nie, ale... 
Urwała w pół słowa, czując, Ŝe się mocno czerwieni. 
Bakken zatrzymał się i spojrzał na nią. – Chciałaś coś powiedzieć? 
– Nic takiego, nie zaprzątaj sobie tym głowy. Podszedł do niej. 
– Nie, chcę wiedzieć. Chcę wiedzieć, co o mnie myślisz, i nie bój się powiedzieć prawdy. Usłyszałem juŜ w Ŝyciu 
niejedno, więc jestem zahartowany. 
Rozgniewana Christine przestała kontrolować swoje słowa. 
– Co ry sobie myślisz? Nie dalej jak dobę temu wmówiłam sobie, Ŝe zakochał się we mnie męŜczyzna, i zaślepiona 
tym  faktem  dałam  się  wywieźć  na  odludzie.  To,  Ŝe  później  doszłam  do  wniosku,  iŜ  nie  chcę  mieć  z  nim  nic  do 
czynienia, jest tu bez znaczenia. Czy chcesz, Ŝebym teraz wyznała, Ŝe spodo 
bał mi się inny? Wydaje ci się, Ŝe jestem taka zmienna, Ŝe wręcz oszalałam na punkcie męskiego towarzystwa? 
– Nic takiego nie miałem na myśli, Christine – powiedział z autentycznym smutkiem w oczach. – Wydawało mi się, 
Ŝ

e chcesz mi powiedzieć, Ŝe mnie nie znosisz. 

A co właściwie powiedziałam? pomyślała przybita. 
– Ja... ja przez cały czas tak bardzo Ŝałowałam, Ŝe mnie nie lubisz! – zawołała, zakrywając twarz dłońmi. – PrzecieŜ 
wiesz, Ŝe ja cię lubię. 
– Nie,  ale  marzyłem,  Ŝe  mnie  polubisz.  Promyk  nadziei  zajaśniał  mi  dopiero  w  chwili,  gdy  prosiłaś  mnie  przez 
telefon, Ŝebym przyjechał. Wmówiłem sobie, Ŝe słyszę w twoim słabym głosie coś więcej niŜ tylko prośbę o pomoc, 
skierowaną do pierwszego lepszego policjanta. 
– Tak było – skinęła głową, wciąŜ zasłaniając twarz. – Myśl o tym, Ŝe być moŜe będę musiała dzielić łóŜko z tym 
typem, wywołała we mnie panikę. Pragnęłam, Ŝebyś przyjechał właśnie ty. 
Poczuła, Ŝe delikatnie odsuwa jej zakrywające twarz dłonie. 
– A co miałaś zamiar powiedzieć przed chwilą? Kiedy powiedziałem, Ŝe nie musisz się bać moich odwiedzin? 
Odwróciła głowę. 
– Christine – przemówił łagodnym tonem. – Nie miałem zamiaru wyprowadzić cię z równowagi. 
Chciałem  ci  tylko  wyznać,  Ŝe  od  chwili  naszego  pierwszego  spotkania  myślałem  o  tobie  dzień  i  noc.  Miałem 
nadzieję, Ŝe chciałaś mi powiedzieć: „Wcale się tego nie boję, wręcz przeciwnie”. Czy tak było? 
Minęło kilka sekund, nim udało się jej odpowiedzieć. 
– Tak, coś w tym rodzaju. 

background image

Słysząc  to,  Bakken  wziął  ją  w  ramiona,  tak  samo  jak  to  zrobił  tam  na  wsi,  po  czym  zamarł  bez  ruchu  z  twarzą 
zanurzoną  w  jej  włosach.  Christine  nie  opierała  mu  się.  Wdychała  tylko  zapach  jego  skóry.  Była  przeraŜona,  a 
zarazem szczęśliwa. 
Po chwili Bakken ją puścił. – Teraz moŜesz iść spać. 
– John... 
– Tak? – Odwrócił się w stronę drzwi prowadzących do sypialni. 
– Tym razem poczułam się lepiej. 
– TeŜ mi się tak wydaje – skinął głową. Przygotował jej świeŜą pościel i powiedział, Ŝe moŜe się połoŜyć. 
– Śpij tak długo, jak zechcesz, Christine. Nikt ci nie będzie przeszkadzał. 
– Obudź mnie, gdy sam będziesz wstawał. 
– Dobrze.  Dobranoc,  a  moŜe  raczej  dzień  dobry?  Uśmiechnęła  się.  Wszystko  wydało  się  teraz  o  wiele  łatwiejsze. 
Wyjęła  z  torby  swoją  piękną  koszulę  nocną  i  przypomniała  sobie  niechęć,  jaką  wcześniej  odczuwała  przed  jej 
włoŜeniem. Teraz nic 
jej  w  tym  nie  przeszkadzało.  Przeciwnie.  Gdy  juŜ  włoŜyła  koszulę  i  stojąc  obok  łóŜka  gładziła  dłonią  delikatny 
materiał,  uświadomiła  sobie,  Ŝe  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  by  wszedł  teraz  John  Bakken  i  zobaczył,  jak  pięknie 
wygląda. 
Albo Ŝeby u niej został. 
Było jednak za wcześnie, by powiedzieć to głośno. 
Za kaŜdym razem, gdy Harry Berg przypominał sobie Christine Lyngmo, przed oczami pojawiały mu się czerwone 
płaty. 
On, który zawsze tak pedantycznie dbał o swój strój – robiło to wraŜenie na kobietach – musiał teraz marnować tyle 
czasu, próbując doczyścić ubranie i pozszywać podarty materiał. Wszystko przez tę szaleńczą ucieczkę przez mokry 
i ciemny las. Upadł, uderzając się w głowę, i skaleczył się w rękę. A winna temu ta głupia gęś. 
Udało mu się jednak oszukać gliniarzy. Podczas  gdy  oni ganiali za nim po lesie, on się przedostał z powrotem do 
zagrody i zabrał  jeden z prywatnych  samochodów, w  którym pozostawiono  kluczyki.  Nie  mógł  wziąć wynajętego 
przez siebie auta, nie był taki naiwny, a poza tym zablokowały go radiowozy. 
Zanim gliniarze zdąŜyli się obejrzeć, był juŜ w drodze do Oslo. 
Wspaniale było porzucić wreszcie tę cholerną dystyngowaną mowę. Musiał w to wkładać tyle wy 
siłku, choć z drugiej strony się opłacało. Uśmiechnął się na myśl o wszystkich babach, które udało mu się nabrać. 
Jego myśli wróciły do Christine Lyngmo i  świat znowu wydał się ponury. W jaki sposób, u diabła, udało się jej go 
oszukać? Jego! Głupia gęś, jedna z najgorszych, jakie spotkał. Stara panna, która nigdy nie miała faceta, a tu... 
Nie, myśl ta była tak dokuczliwa, Ŝe nie wpływała dobrze na jego ciśnienie. 
Ale on ją dostanie! Niech Bóg ma ją w swojej opiece, gdy on dostanie ją w swoje ręce! Tego jej nie przepuści. Nie 
on, Harty Berg, który bawił się w to od ośmiu lat i nie wpadł ani razu. A teraz ta głupia stara panna! 
Samochód zostawił na  jednej  z  bocznych uliczek i  doprowadziwszy  się  do  porządku,  wziął taksówkę  do centrum. 
Rozsądek podpowiadał mu, Ŝe musi uciekać natychmiast, najlepiej za granicę, lecz on miał jeszcze coś do zrobienia. 
Nie obawiał się policjantów. UwaŜał ich za bandę niedorajdów, którzy zawsze szukali w złym miejscu. 
Było przedpołudnie. Zmęczenie dawało mu się we znaki do tego stopnia, Ŝe oczy piekły niczym pełne piasku. 
Nie miał odwagi wracać do domu, mimo Ŝe nikt nie wiedział, gdzie mieszka. Miał w tym cholernym kraju jeszcze 
tylko jedną rzecz do załatwienia. 
Odwdzięczyć się Christine Lyngmo. 
Nie mógł jednak pójść do jej mieszkania. Z pew 
nością było w tej chwili pilnowane przez policję. Nie, musi ją stamtąd wywabić. Ale w jaki sposób? Albo dopaść ją 
na spacerze... 
Gdyby  tylko  nie  było  tak  przeraźliwie  zimno!  Harty  Berg  miał  dość  pieniędzy  i  kupił  sobie  płaszcz  oraz  parę 
wysokich  butów,  lecz  chodzić  po  zalanych  deszczem  ulicach  koło  jej  domu...  Nie,  to  niezbyt  przyjemna 
perspektywa. W pobliŜu nie było nawet Ŝadnej restauracji, gdzie moŜna by się schronić. 
Harty Berg został stworzony do wygodnego Ŝycia w luksusie. Takie miał przekonanie. CięŜka praca wydawała mu 
się bez sensu. 
Nigdy teŜ nie pracował, przynajmniej od czasu, gdy wyniósł się z obskurnego mieszkania w podwórzu, gdzie jego 
rodzice  tylko  pili,  kłócili  się  i  pozwalali  dzieciom  chodzić  własnymi  drogami.  Dość  szybko  odkrył,  Ŝe  posiada 
szczególny  dar  oddziaływania  na  kobiety,  i  przybrał  zdradzający  bezradność  styl  bycia,  na  który  niezwykle  silnie 
reagowały dojrzałe, samotne panie. Z ogromną chęcią pomagały mu w jego kłopotach finansowych i zmaganiach z 
okrutnym światem. 
Odwdzięczał się im miłością, a w kaŜdym razie seksem, którego w jego przekonaniu potrzebowały najbardziej. W 
rym  jednak  się  mylił.  W  rzeczywistości  potrzebowały  one  bliskiej  osoby,  najchętniej  męŜczyzny.  Harty  Berg  nie 
zdawał sobie jednak sprawy z rzeczywistego stanu rzeczy i być moŜe dlatego nie udało mu się zaciągnąć Christine 
do łóŜka. 
Prawdopodobnie tak właśnie było, lecz Harty 
Berg tego nie rozumiał. 

background image

Nie  mógł  teŜ  pojąć  faktu,  Ŝe  to  nie  w  nim  Christine  się  zakochała.  Potrzebowała  tylko  trochę  czasu,  by  się 
zorientować, w czyją stronę kierowały się jej uczucia. 
Teraz juŜ miała pewność. 
Nie wiedział jednak o tym Harry Berg. W dalszym ciągu nie potrafił zrozumieć, w jaki sposób wymknęła mu się z 
rąk. 
Ani jedna z kobiet, które wcześniej uwiódł, nie złoŜyła na niego doniesienia na policję. UwąŜał, Ŝe prawdopodobnie 
nadal go kochały. 
Chodził właśnie bez celu po ulicach, gdzie z pewnością nikt by go nie szukał, gdy nagle stanął jak wryty i odwrócił 
się na pięcie. 
Było juŜ jednak za późno. 
– Harry!  Kochanie!  JuŜ  wróciłeś  z  Londynu?  Nie  pozostało  mu  nic  innego,  jak  tylko  odwrócić  się  ponownie  i 
spotkać  się  z  tą  starą  jędzą,  panią  Melander,  z  którą  juŜ  dawno  skończył.  Do  diabła!  To  właśnie  jej  pieniądze 
wydawał w tej chwili w najlepsze. 
 

background image

 
ROZDZIAŁ X 
– Złotko  moje,  ty  tutaj?  –  paplała  pani  Melander,  ściskając  narzeczonego  z  całych  sił  i  dusząc  mdłym  zapachem 
perfum. – A ja myślałam, Ŝe jesteś w Anglii. 
Twarz Harry'ego Berga, ukrytą w jej futrzanym kołnierzu, wykrzywił brzydki grymas. 
– Musiałem wrócić na krótko – wymamrotał. A ja sądziłem, Ŝe ty jesteś w Stavanger. 
– Nie, przyjechałam tu, Ŝeby obejrzeć suknię ślubną z ogłoszenia. Jest cała z róŜowego, błyszczącego jedwabiu i ma 
mnóstwo falbanek. Sam rozumiesz, Ŝe nie mogę wystąpić w białej, skoro byłam juŜ zamęŜna – zachichotała. – Jest 
cudowna, moŜesz mi wierzyć. 
Harry'ego  przeszedł  dreszcz,  lecz  po  chwili  jego  twarz  się  rozchmurzyła.  Czy  Christine,  ta  przeklęta  jędza,  nie 
wspominała, Ŝe zna Ellen Smidt i panią Melander? 
Mógł to wykorzystać. 
– Moja droga – powiedział, gdy odzyskał równowagę – musimy to uczcić. Wejdźmy do tego hotelu na lunch. Mam 
jeszcze kilka godzin przed odlotem 
do Londynu. 
– Och, Harry! – zaszczebiotała. 
Gdy juŜ znaleźli się przy stoliku i pani Melander, lekko siorbiąc, jadła zupę, Harry zastanawiał się gorączkowo. Jak 
to zrobić, jak? 
W końcu wpadł na pewien pomysł. 
– Kochanie  –  odezwał  się  głaszcząc  jej  małe,  tłuste  dłonie.  –  Czy  mogłabyś  mi  pomóc  w  pewnej  sprawie? 
Natychmiast wyciągnęła w jego stronę ręce, wy 
lizując przy tym z kącików ust resztki jedzenia. – Dla ciebie wszystko, Harry. 
– Wiesz... jestem tu dlatego, Ŝe pewna zła osoba zachowała się w stosunku do mnie w sposób niegodziwy. 
– Och, Harry! śe teŜ są na świecie tacy podli ludzie! 
– Tak. Chciała mnie usidlić. To znaczy zakochała się we mnie, ale ja przecieŜ miałem juŜ ciebie i nie chciałem mieć 
z nią nic wspólnego... 
– Harry, mój chłopcze kochany! 
Skończ z tym wreszcie, pomyślał z niechęcią, lecz udało mu się przywołać na twarz uśmiech. 
– Widzisz, zaprosiła mnie do siebie pod jakimś błahym pozorem, a ja w swojej naiwności poszedłem. Okazało się, 
Ŝ

e chodzi jej tylko o to, by mnie uwieść... 

– Ale oczywiście jej się to nie udało – z pewnością w głosie oświadczyła pani Melander. 
– Nie, zwariowałaś? Ale wiesz, co zrobiła? – Nie? 
– Zabrała mi moją aktówkę, w której miałem pewne waŜne dokumenty. Było teŜ tam trochę pieniędzy. 
– Chcesz powiedzieć, Ŝe cię okradła? A to podłość! 
– Nie, niezupełnie okradła. Zabrała mi aktówkę jako swego rodzaju fant, Ŝebym musiał znów do niej przyjść. 
– Ale ty tego przecieŜ nie zrobisz? 
– Nigdy w Ŝyciu. Nie chcę jej juŜ widzieć na oczy. – Masz rację, Hariy, ale musisz przecieŜ odzyskać swoją teczkę. 
– O to chodzi i właśnie w tym moŜesz mi pomóc. – Ja? Ale w jaki sposób? 
– Ja wiem, gdzie schowała aktówkę, natomiast ty chyba znasz tę dziewczynę. 
– Ja? 
– Tak, wymieniła kiedyś twoje nazwisko. Sama nazywa się Christine Lyngmo. 
Pani Melander aŜ podskoczyła i zaczęła mówić tak głośno, Ŝe musiał ją uciszać. 
– Co? Christine? Nie, nigdy bym nie przypuszczała! ChociaŜ teraz przejrzałam jej grę. Ta Ŝmija nigdy nie odpisuje 
na listy. Pewnie dręczą ją wyrzuty sumienia. Pomyśleć tylko, Ŝe byłam jej najlepszą przyjaciółką, a ona chciała mi 
odebrać mojego Harry ego! – ZmruŜywszy oczy, pochyliła się znów w jego kierunku. – Co chcesz, Ŝebym zrobiła? 
Uczynię to natychmiast. Mam zgłosić o wszystkim na policję? 
– Nie,  nie,  tego  nie  moŜesz  zrobić.  Mówiłem  przecieŜ,  Ŝe  nie  chcę  jej  juŜ  nigdy  widzieć.  Musisz  mnie  tylko  tam 
wpuścić. Wejdziesz do jej mieszkania, a ja poczekam na klatce schodowej. Niech nie przekręca zamka. A kiedy ty 
będziesz z nią rozmawiać, o czymkolwiek, tylko błagam, nie o mnie... 
– Nie wytrzymam. Wydłubię jej oczy. – No to zapomnijmy o wszystkim. 
– Nie, nie, Harry, zrobię, co chcesz. A więc gdy będę z nią rozmawiać... 
– Ja wśliznę się do środka. Schowała moją teczkę w pobliŜu drzwi wejściowych. Wezmę ją i szybko zniknę. Potem 
będę musiał od razu jechać na lotnisko Fornebu, więc tym razem nie zobaczymy się więcej, ale za to gdy wrócę... 
Jego oczy były pełne obietnic i panią Melander opuściły wszelkie wątpliwości. 
Tego samego ranka John Bakken odwiózł Christine do domu. Zjawiła się tam teŜ pielęgniarka z panią Lyngmo. 
– Jest  pani  wolna  –  zwrócił  się  Bakken  do  pielęgniarki.  –  Zostanę  tu  cały  dzień,  ale  proszę  wrócić  wieczorem,  to 
wszystko omówimy. Mamy nadzieję, Ŝe do tego czasu poszukiwany zostanie ujęty, więc będziecie tu bezpieczne. 
Pani  Lyngmo  chciała  się  od  razu  połoŜyć  do  łóŜka,  a  Christine,  która  po  drodze  zrobiła  w  supersamie  potęŜne 
zakupy, zabrała się niezwłocznie do przygotowywania lunchu. 

background image

Bakken spytał  ostroŜnie, czy  nie mogłaby  zrobić  takich samych naleśników,  jak  podczas  jego  poprzedniej wizyty. 
Wyglądały tak wspaniale, Ŝe był wtedy bliski złamania swoich zasad. 
– Nie – powiedziała Christine zdecydowanie. Nigdy nie przyrządzam tego samego dania w tak krótkich odstępach 
czasu. Tym razem mam zamiar podać ci  kurczaka w winie i moją specjalną sałatkę, a na deser suflet z suszonymi 
ś

liwkami.  Musisz  bowiem wiedzieć, Ŝe znam  się  na  jedzeniu.  To  chyba  jedyna rzecz,  do  której  się  nadaję na tym 

ś

wiecie, więc chcę ci zaprezentować cały mój kunszt. 

– To brzmi obiecująco – uśmiechnął się szeroko. – Kapituluję. Policjanci rzadko mają okazję oddawać się rozpuście 
w jedzeniu. 
Pielęgniarka miała właśnie wychodzić, gdy sobie o czymś przypomniała. 
– A, właśnie, jest tutaj list do Christine Lyngmo... Z listu dowiedzieli się wreszcie, dlaczego Harry Berg musiał się 
pozbyć Christine. 
– Popatrz tylko  – powiedziała do Bakkena. – Przeczytaj to!  Napisał  ten list, zanim się zorientował,  Ŝe biorę  go  za 
Reidara Lie. Najwyraźniej kolejna z jego czarujących sztuczek. 
Pielęgniarka juŜ wyszła, a pani Lyngmo spała w swoim pokoju. Byli sami w kuchni. 
– Droga  Christine!  Tak  wielu  rzeczy  nie  potrafię  wyrazić  slowami,  więc  postanowilem  napisać...  czytał  na  głos 
Bakken. 
Dalej następowało sformułowane w zawoalowa 
nych  słowach wyznanie miłości, w które nie wierzyła ani przez chwilę, wspomnienie wieczoru spędzonego razem 
na koncercie i tak dalej. List był podpisany imieniem Harry. 
– To  wyjaśnia  wszystko  –  stwierdził  Bakken,  kiwając  głową.  –  Wyznałaś  mu,  Ŝe  polujesz  na  głowę  Harry'ego 
Berga, a on tymczasem przedstawia się tu jako Harry, z którym byłaś na koncercie. A więc to było motywem. 
– Tak. 
Usiadł przy stole kuchennym, zwrócony tyłem do okna, podczas gdy ona wprawnymi ruchami dzieliła kurczaka. Po 
raz pierwszy dostrzegła na twarzy komisarza wyraz odpręŜenia. 
– Mama  wspominała  o  tobie,  gdy  byłam  u  niej  przed  chwilą  –  powiedziała  swobodnie.  –  Bardzo  się  cieszy,  Ŝe  tu 
jesteś.  Pomyśl  tylko,  pamięta  twoją  ostatnią  wizytę.  Zapomniała  juŜ  zupełnie  o  istnieniu  Harry'ego  i  Reidara,  ale 
wygląda na to, Ŝe ty zrobiłeś na niej wraŜenie. 
– Cieszę się – odrzekł Bakken cicho, śledząc wzrokiem ruchy Christine. – MoŜe to zbyt śmiałe z mojej strony, ale 
dobrze mi tutaj. 
– Dziękuję – wyszeptała. – Sprawiłeś mi radość tymi słowami. 
– Mam zamiar przychodzić tu częściej – uśmiechnął się nieśmiało. – Czuję się tu jak w domu. To nietypowe uczucie 
dla samotnego funkcjonariusza. 
Christine opłukała ręce, wytarła je i usiadła obok komisarza. 
– Kobiety  w  obecnych  czasach  tak  bardzo  boją  się  słowa  „naleŜeć”.  Mylą  to  z  niezaleŜnością  i...  nie,  mówię  od 
rzeczy. 
– Rozumiem, co masz na myśli – odpowiedział z powagą. – NaleŜeć to nie to samo, co podporządkować się. 
– Właśnie! – oŜywiła się. – Często tęskniłam za tym, by do kogoś naleŜeć. Myślę, Ŝe to piękne słowo. Spojrzał na 
nią ze smętnym uśmiechem. 
– Ale przecieŜ musiałaś mieć wcześniej okazje, by tak się stało? 
– Tak, ale... 
– No nie, nie przerywaj znowu. Jesteś tak wspaniale spontaniczna, ale nie do końca. Co chciałaś powiedzieć? 
– Czy mogę być szczera? 
– PrzecieŜ właśnie o to cię proszę – powiedział, biorąc ją za ręce. 
– No więc nigdy przedtem nie spotkałam kogoś, do kogo chciałabym naleŜeć. 
– Przedtem!  –  uśmiechnął  się.  –  To  mi  się  podoba.  Myślę,  Ŝe  kobiety  bardzo  często  błędnie  rozumieją  słowo 
„zaleŜność” i sądzą, Ŝe to tylko one mają naleŜeć do męŜczyzny. A przecieŜ to samo obowiązuje i w drugą stronę. 
Dwoje ludzi naleŜy do siebie nawzajem. 
– A wtedy kaŜde z nich ma równe prawa skinęła głową Christine. – I to w o wiele większym stopniu, niŜ gdy obie 
strony walczą o równouprawnienie. 
„, 
– Tak – zawahał się przez chwilę. – Wspomniałaś, Ŝe nigdy jeszcze... nie miałaś męŜczyzny? Nie musisz się mnie 
bać, Christine. Nie będę w Ŝaden sposób na to nalegał. 
– Wiem o tym. Ale ja się nie boję, John. JuŜ nie. Jak dotąd bałam się oddać komuś całkowicie. I mam tu na myśli 
uczucia, a nie miłość fizyczną. Wiem jednak, Ŝe ty.., nie naduŜyłbyś mojego zaufania. 
– Oczywiście, Ŝe nie. Pragnę, Ŝebyś się przede mną otwarła, lecz jednocześnie musisz się czuć zupełnie bezpieczna. 
Mnie równieŜ brakowało towarzysza Ŝycia. Kogoś takiego jak ty. Bardzo bym chciał, Ŝebyś została ze mną. 
Otoczenie  było  co  prawda  dość  prozaiczne:  stół  kuchenny  zarzucony  warzywami,  obok  margaryna,  garnek 
perkoczący na kuchence, lecz dla nich nie miało to Ŝadnego znaczenia. śyli w swoim własnym świecie, widzianym 
w oczach drugiej osoby. 
Bakken otwierał właśnie usta, by coś powiedzieć, gdy nagle rozległ się dzwonek u drzwi. 

background image

– A któŜ to moŜe być o tej porze? – Christine zmarszczyła czoło. – Popilnuj garnka, a ja pójdę otworzyć. 
John  Bakken  usłyszał  niewyraźne  głosy  dobiegające  z  przedpokoju,  a  po  chwili  z  przyległego  pomieszczenia 
doszedł go szczebiotliwy głos kobiety. 
– Byłam właśnie w Oslo i po prostu musiałam wpaść na chwilę w odwiedziny... 
Głos był ostry i o wiele za głośny. Czy przyszła tylko po to, Ŝeby tak krzyczeć? Bakken stał nie 
ruchomo. Odniósł wraŜenie, Ŝe dzieje się coś dziwnego. Musiała to być pani Melander, wyczuł to równieŜ po tonie 
odpowiedzi Christine. W jaki sposób pozbędą się tej kobiety? 
Tymczasem  ona  nieprzerwanym  potokiem  słów  opowiadała  o  sukni  ślubnej,  o  Harrym,  o  Londynie,  o  wyglądzie 
Christine  i  Bóg  wie  o  czym  jeszcze.  W  pewnym  momencie  jednak,  równie  nagle  jak  się  pojawiła,  stwierdziła,  Ŝe 
musi juŜ iść. 
– No,  muszę  juŜ  uciekać!  Trzymaj  się,  moja  droga,  i  pamiętaj,  Ŝeby  napisać.  Tyle  Ŝe  następnym  razem  będę  się 
nazywać Berg, a nie Melander, pamiętaj o tym. No to pa! 
Oboje  odetchnęli  z ulgą. Bakken  usłyszał,  jak  Christine  zamyka drzwi za nieproszonym gościem,  i  wyszedł  jej na 
spotkanie. 
Nagle  dobiegł  go  stłumiony  szloch  Christine,  a  zaraz  potem  pełen  nienawiści  męski  głos.  Zrobił  kilka  kroków  w 
kierunku przedpokoju, lecz zanim zdąŜył tam dojść, Christine została wepchnięta do pokoju przez męŜczyznę, który 
przytrzymywał jej z tyłu ręce. 
Harty Berg. 
W  tej  samej  chwili  napastnik  dostrzegł  komisarza  Bakkena.  Zaklął  szpetnie,  lecz  nie  stracił  panowania  nad  sobą. 
Szybkim ruchem wyciągnął nóŜ. 
– Jeszcze krok, a ją zabiję – powiedział ostro. Popchnął Christine jeszcze trochę do przodu i zatrzymał się. 
– Ta pani musi mi za coś zapłacić – powiedział 
głosem,  który  nie  bardzo  pasował  do  dystyngowanego  skrzypka  Harry'ego  Berga.  Oboje  słyszeli,  Ŝe  był  to  głos 
chłopaka ze slumsów. Ma w sobie coś z aktora, pomyślała oszołomiona Christine. W jaki sposób udało mu się mnie 
oszukać? 
John  czuł,  jak  serce  podchodzi  mu  do  gardła.  Próbował  grać  na  zwłokę,  zastanawiając  się  jednocześnie,  co  moŜe 
zrobić. 
– Miałeś pecha, Ŝe trafiłeś na Christine – odezwał się spokojnie do Harry'ego Berga. – Przechytrzyła cię. 
– Nie  od  razu  –  bronił  się  tamten  gorączkowo.  Na  początku  sądziła,  Ŝe  jestem  Reidarem  Lie,  i  zakochała  się  we 
mnie. 
– Nie sądzę – odpowiedział Bakken. – Christine i ja mamy się pobrać. 
Mimo dramatycznych okoliczności nie mogła powstrzymać uśmiechu. Wiedziała, Ŝe John próbuje zyskać na czasie, 
lecz uznała, Ŝe trochę za bardzo draŜni Harry'ego. 
Harty Berg zaczął wycofywać się w kierunku drzwi wejściowych, lecz najpierw musiał przejść przez przedpokój. 
Wyraz twarzy Bakkena nie zmienił się ani trochę mimo tego, co zobaczył za plecami Berga. Przez cały czas mówił, 
próbując skupić na sobie jego uwagę. 
Było to właściwie niepotrzebne, poniewaŜ Harry'ego niemal zaślepiła wściekłość,  gdy  usłyszał, Ŝe Christine nigdy 
nie była w nim zakochana. Nig 
dy przedtem nie zdarzyło mu się coś takiego – kobieta nieczuła na jego urok. Harty Berg był Ŝonaty. Porzucił Ŝonę i 
dzieci juŜ dawno, lecz nie zadał sobie nawet trudu, by przeprowadzić rozwód. Od tego czasu pozostawiał na swojej 
drodze tylko uwiedzione i oszukane kobiety. 
A tu nagle trafiła się jedna, która twierdzi, Ŝe nigdy się w nim nie zakochała! 
– Nie  wierzę  –  powiedział.  –  Być  moŜe  miała  zamiar  wyjść  za  ciebie,  glino,  ale  przez  pewien  czas  jej  głowę 
zaprzątały inne myśli. 
– Mylisz się – przerwała mu Christine. – Zakochałam się w Johnie, a jeśli chodzi o ciebie, to chciałam tylko, Ŝebyś 
odpowiedział za oszustwa, jakich się dopuściłeś w stosunku do Ellen Smidt, panny Grindheim i pani Melander. 
Tego było juŜ zbyt wiele dla Harry'ego Berga. Mogła wybierać między nim a tym śmiertelnie nudnym komisarzem i 
wybrała policjanta. To nie do wiary! Nie mógł tego znieść. 
– Ty przeklęta suko! – warknął i uniósł nieco wyŜej nóŜ. 
W tym samym momencie jego głowę przeszył straszliwy ból. Przed oczami pojawiły mu się słońca i gwiazdy. Była 
to ostatnia rzecz, jaką zobaczył. 
– Oj! – zawołała z przeraŜeniem matka Christine, patrząc na leŜącego męŜczyznę. – Uderzyłam go chyba trochę za 
mocno. 
John Bakken drŜącymi rękami wyjął jej z dłoni torebkę, w której przechowywała wszystkie swoje 
zaoszczędzone drobne monety. Była to torba sporych rozmiarów i musiała waŜyć kilka kilogramów. 
Starsza pani, ubrana w białą flanelową koszulę nocną, spojrzała na nich ze zdziwieniem. 
– Dziękuję, pani Lyngmo – powiedział John. Uratowała pani Ŝycie swojej córki... i mojej ukochanej. 
– Tak,  tak  właśnie  sądziłam  –  odrzekła  rozpromieniona.  –  Wydawało  mi  się,  Ŝe  to  jakiś  okropny  włamywacz,  a 
kiedy zobaczyłam ten straszny nóŜ... Mój BoŜe, on leŜy zupełnie bez ruchu! 
– W kaŜdym razie oddycha – uspokoił ją Bakken. – Zadzwonię po ambulans. 

background image

Harty  Berg  zmarł  w  drodze  do  szpitala,  lecz  nigdy  nie  powiedzieli  o  tym  starszej  pani.  John  Bakken  pocieszał 
Christine,  Ŝe  jej matka  nie będzie  oskarŜona  o  zabójstwo,  a  to, co  się stało, było  najlepszym rozwiązaniem. Harry 
Berg prędzej czy później wyszedłby  z więzienia, a wtedy ani przez chwilę nie mogliby Ŝyć  spokojnie. Nikt go nie 
Ŝ

ałował, moŜe z wyjątkiem pani Melander, lecz ona nie zrozumiałaby zbyt wiele z całej historii. 

Tego  samego  wieczoru  komisarz  wrócił  do  pracy,  a  juŜ  następnego  ranka  Christine  była  zmuszona  zadzwonić  do 
niego w pewnej trudnej sprawie. 
– Dzięki za wczorajszy dzień. Obiad był wyśmienity. Nie moŜesz mnie tak rozpieszczać. Co słychać? 
– Och, John, jestem taka zdenerwowana. Musisz mi pomóc. Mama spakowała swoją torbę i wy 
szła z domu. 
– O czym ty mówisz? 
– Tak, zostawiła kartkę, Ŝe wybiera się do jakiegoś domu opieki, bo nie chce być dla nas cięŜarem. Napisała, Ŝe nie 
chce  być  uciąŜliwą  teściową.  Czasami  miewa  momenty  lepszego  samopoczucia,  ale  trwa  to  na  ogół  dość  krótko. 
Tak się o nią boję. 
– Natychmiast zaczynam jej szukać. Czy wiesz, dokąd mogła się udać? 
– Nie. Ona nie zna Ŝadnego domu opieki. 
– Strasznie  mi  przykro,  Christińe,  ale  nie  martw  się.  Mam  wspaniałe  plany  dla  całej  naszej  trójki.  Jeden  z  moich 
kolegów sprzedaje właśnie dom tuŜ za miastem. Będzie się dla nas świetnie nadawał. Ani przez chwilę nie przyszło 
mi do głowy zostawiać twoją matkę. NaleŜy do rodziny, to najzupełniej oczywiste. 
– John, jesteś taki dobry. 
– Wkrótce się odezwę. Nie wychodź z domu! 
Starszą  panią  odnaleziono  dość  szybko.  Siedziała  ze  swoim  bagaŜem  na  Dworcu  Zachodnim  i  nie  wiedziała, 
dlaczego  się  tam  znalazła.  Nie  chciała  jednak  ruszyć  się  stamtąd,  dopóki  nie  zjawił  się  John  Bakken.  Gdy  go 
rozpoznała, pojechała z nim bez wahania. 
W  samochodzie  opowiedział  jej  o swoich  planach.  Usłyszawszy  to, rozpłakała się ze szczęścia  i  wdzięczności,  Ŝe 
nie miał zamiaru nigdzie jej odsyłać i traktował ją jak członka rodziny. 
– Nie będę wam sprawiać kłopotu, John – szlochała. – Wiem, Ŝe czasami jestem dla Christine cięŜarem, ale to takie 
trudne,  gdy  człowiek  nie  panuje  juŜ  nad  swoim  rozumem,  gdy  zauwaŜa,  Ŝe  wbrew  własnej  woli  staje  się  coraz 
bardziej otępiały. 
– Rozumiem to doskonale – odrzekł przyjaznym tonem. – Przy domu jest ogród, którym będziesz mogła zajmować 
się do woli, i nie będziesz juŜ zamknięta w czterech ścianach swojego pokoju. 
– To brzmi cudownie. Zabierzesz mnie tam, Ŝebym mogła sobie wszystko obejrzeć? 
– Rzecz jasna, przecieŜ będzie to i twój dom. 
– Dziękuję  ci.  Mam  tylko  jedną  prośbę,  John...  ta  pielęgniarka,  u  której  spałam  ubiegłej  nocy...  Była  taka  miła  i 
doskonale się rozumiałyśmy.  Zaprosiła mnie,  Ŝebym wkrótce znów  u  niej  przenocowała.  Pomyślałam sobie... Czy 
sądzisz, Ŝe mogłabym pojechać tam dzisiaj? 
– Sądzę, Ŝe nie  będzie  miała  nic  przeciwko  temu –  odpowiedział zdziwiony.  – Ale czy  nie chcesz...? Starsza pani 
połoŜyła dłoń na jego ramieniu. 
– Obiecałeś Christine, Ŝe ją odwiedzisz dziś wieczorem, prawda? 
– Tak. 
– W  takim  razie  musicie  być  sami.  Musicie  mieć  sposobność  poznać  się  nawzajem,  a  nie  tylko  mówić  ciągle 
szeptem i przez cały czas myśleć o mnie... 
Na twarzy Bakkena pojawił się szeroki uśmiech. – Widzę, Ŝe znasz się na ludziach! Noto postano 
winne, ale niech się to nie stanie regułą. Pamiętaj, Ŝe nigdy nikomu nie będziesz przeszkadzać. 
– Dziękuję,  John  –  powiedziała  wzruszona.  –  Tak  się  cieszę,  Ŝe  Christine  cię  poznała.  Była  taka  samotna,  sam 
rozumiesz. 
– Wiem – skinął głową. – Ale i ja byłem samotny. Bardzo jej potrzebuję. 
Przez pewien czas rozmawiali jeszcze serdecznie, lecz w końcu matka Christine na powrót pogrąŜyła się w swoim 
własnym świecie i straciła kontakt z rzeczywistością. Johna Bakkena ogarnęło współczucie. Miał okazję poznać jej 
piękną  duszę  i  jeszcze  lepiej  rozumiał  poczucie  odpowiedzialności  i  miłość,  jaką  Christine  darzyła  swoją  matkę. 
Postanowił wspierać ukochaną z całych sił i nigdy nie okazywać zniecierpliwienia w stosunku do starszej pani. 
Christine, ujrzawszy go razem z matką, nie posiadała się z radości. Postanowili, Ŝe zrobią to, o co prosiła matka – 
zapytają pielęgniarkę, czy pani Lyngmo moŜe u niej jeszcze raz przenocować. Opiekunka nie miała nic przeciwko 
temu. 
Tak więc zostali w mieszkaniu tylko we dwoje. Christine stała naprzeciw Johna, oglądając sobie dłonie i wyłamując 
palce. Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. 
– Ten list, który znalazłem w popiele u Reidara Lie... 
– Tak? – spytała szybko, wdzięczna, Ŝe podjął neutralny temat. 
– Harty Berg umieścił go  tam z pewnością przed naszym przyjazdem – kontynuował. – Jako dowód, Ŝe  naprawdę 
mieszkała tam właściwa osoba. Pamiętasz, jak się zaoferował,  Ŝe porozmawia z gospodynią? W przeciwnym razie 
juŜ wtedy bym się dowiedział, kim jest w rzeczywistości. 

background image

– Z pewnością. A ten drugi list, który do mnie wysłał... Nie sądzisz, Ŝe wczoraj przyszedł tu równieŜ po niego? 
– Tak mi się zdaje, chociaŜ nie zdąŜył o to zapytać. W pokoju ponownie zapanowała cisza. Program telewizyjny juŜ 
się skończył, byli więc zdani na własne towarzystwo. 
– Christine – powiedział John, podchodząc bliŜej. – Nie jestem zbyt doświadczonym kochankiem. Tak naprawdę to 
nie wiem, co naleŜy mówić w chwili takiej jak ta. 
– Ja  teŜ  nie.  Czuję  się  taka  nieporadna...  Nie,  dlaczego  teraz  miałabym  cokolwiek  udawać?  Gdy  byłam  z  Hartym 
Bergiem,  wszystko  wydawało  się  być  nie  tak.  Teraz  teŜ  jestem  onieśmielona,  ale  to  tylko  z  powodu  braku 
doświadczenia. Napawam się przecieŜ kaŜdą sekundą spędzoną przy tobie. 
Właśnie taka zachęta była mu potrzebna. Roześmiał się serdecznie i wziął ją w ramiona, a ona odwzajemniła  jego 
uśmiech. I wtedy pocałował ją po raz pierwszy. Było to cudowne uczucie. Pocałowali się raz jeszcze i wyzbyli się 
wszelkiego zakłopotania. Przy  wtórze  śmiechów i  przekomarzań  Christine włoŜyła  swoją  piękną  koszulę  nocną, a 
John zo 
stał  u  niej  na  noc.  Oboje  stwierdzili,  Ŝe wiele stracili  w  Ŝyciu,  choć z drugiej  strony  cieszyli się, czekali aŜ do tej 
chwili. 
John  Bakken  okazał  się  niezupełnie  doskonałym  kochankiem.  Christine  była  tak  zdenerwowana  i  spięta,  Ŝe  czuła 
straszny  ból.  Ktoś  inny  mógłby  ocenić  tę  noc  jako  kompletne  fiasko,  lecz  oni  tak  nie  uwaŜali.  Liczyli  się  z 
trudnościami, a poniewaŜ oboje doskonale się rozumieli i darzyli głębokim uczuciem, nie opuszczała ich nadzieja na 
lepsze i wspanialsze chwile spędzone w swoich ramionach. 
John stwierdził, Ŝe juŜ sam fakt, iŜ od samego początku ranił ich chłód, jaki sobie wzajemnie okazywali, dowodził, 
Ŝ

e wiele dla siebie znaczą. Christine całkowicie się z nim zgadzała. 

Była  ogromnie  szczęśliwa,  Ŝe  spotkała  kogoś,  kto  nie  tylko  ją  kochał,  ale  i  był  gotów  wziąć  na  siebie  część 
odpowiedzialności za matkę. Wszystko to stało się tak szybko. 
Oboje  wiedzieli  jednak,  Ŝe  tak  właśnie  miało  być.  Byli  wystarczająco  dojrzali,  by  wyjść  wspólnie  naprzeciw 
czekającym ich trudnościom.