background image

 - MARGIT SANDEMO

NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

Ze szwedzkiego przełożyła

ELŻBIETA PTASZYŃSKA - SADOWSKA

POL - NORDICA

Otwock

background image

ROZDZIAŁ I

Odd Stein nigdy nie mówił o Lindehede i o tym, co się tam właściwie wydarzyło 

przed jedenastoma laty. Gdy ktoś przez przypadek wspomniał o tym miejscu lub spytał o nie 

wprost, jego twarz zasnuwał cień, a on sam zupełnie się zamykał.

Był z nim wówczas także Nils Wangen. On też wolał nie wypowiadać się na temat 

Lindehede,   nawet   w   żartach.   Gdy   tylko   zagadka   z   Lindehede   stawała   się   przedmiotem 

rozmowy, po prostu się wyłączał.

Odd   Stein   niemało   widział   w   swojej   karierze.  Ale   każdy   policjant   wcześniej   czy 

później  natrafia  na   przypadek,  po  którym  traci  ochotę  do  dalszej  służby.   Stein  rozwikłał 

tajemnicę Lindehede, nie odczuwał jednak z tego powodu ani dumy, ani zwykłej zawodowej 

satysfakcji.

Po prostu milczał i próbował ukryć jak najgłębiej wspomnienie o tej sprawie.

Było późne wiosenne popołudnie roku 1950, tajemnicze i trochę mroczne. Odd Stein 

wracał właśnie do Oslo po wykonaniu zadania, które nadal zaprzątało jego myśli. Czuł się 

zmęczony. Dlatego nawet nie zauważył, że skręcił w drogę, której zawsze konsekwentnie 

unikał - drogę biegnącą przez Lindehede. Ostatni raz był tam przed wojną, w 1939 roku. 

Kiedy z Nilsem Wangenem, roztrzęsieni, niemal w szoku, wyjeżdżali z tej miejscowości, obaj 

byli przekonani, że ich noga już nigdy w niej nie postanie.

Stein zastanawiał się, czy nie zawrócić. Uznał jednak, że szkoda czasu, a poza tym jest 

przecież   dorosłym   mężczyzną   i   niemało   widział   w   życiu.   Zresztą   może   byłoby   dobrze 

zobaczyć to miejsce po latach i raz na zawsze pozbyć się złych wspomnień?

Zacisnął zęby i jechał dalej.

Na drodze panował niewielki ruch. Steinowi jechało się dobrze. Zawsze uważał, że 

silnik samochodu najlepiej pracuje w chłodnym i czystym powietrzu wiosennego wieczoru.

To już chyba niedaleko...

Minął tablicę informacyjną: LINDEHEDE.

Ładna nazwa, pod którą kryło się przerażające miejsce.

Teraz niewielkie wzniesienie, jeszcze kawałek i...

Odd Stein znalazł się już na wierzchołku wzgórza i teraz jechał drogą w dół.

Nagle, zdziwiony, uniósł lekko brwi.

Pierwsze,   co   zobaczył,   to   duża,   pustawa   stacja   benzynowa   upstrzona   kolorowymi 

podświetlanymi szyldami. Za nią wyłaniały się szeregiem wysokie domy.

Czyżby zabłądził?

background image

Musiał nabrać paliwa. Lekko przyhamował i zajechał przed jeden z dystrybutorów.

Wyszedłszy z samochodu przeciągnął się, żeby rozprostować kości zesztywniałe po 

długiej podróży. Młody chłopak zaczął napełniać bak jego wozu,

- Czy tu nie leżało kiedyś chłopskie gospodarstwo? - spytał Stein.

Chłopak wzruszył ramionami.

- Nie mam pojęcia.

Jakiś   tęgi   starszy   mężczyzna   w   luźnym   ubraniu   z   wystającym   pod   szyją 

podkoszulkiem usłyszał pytanie i zbliżył się do samochodu.

- Tak, chyba ma pan rację - powiedział niewyraźnie. - Stację pobudowano niedawno, 

wcześniej było tu podobno jakieś gospodarstwo.

- Dużo się zmieniło - przerwał mu Stein.

- Owszem. I to w szalonym tempie. Mamy tutaj teraz i przemysł.

Komisarz spojrzał na ulicę, która prowadziła przez gęsto zabudowaną miejscowość.

- Jeśli się nie mylę, tuż obok był też cmentarz i mały kościółek.

- Zgadza się. Ale akurat tędy musiała biec droga, no to zbudowali nowy kościół na 

drugim końcu Lindehede. Naprawdę elegancki, sam beton, od góry do dołu.

- A cmentarz?

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo.

- Zrównali go z ziemią. Groby chyba najpierw poprzenosili, tak myślę. Ale tamtego 

cmentarza dawno już nie ma!

Może to i lepiej, pomyślał Odd Stein.

-   A   majątek?   -   spytał,   ogarniając   wzrokiem   dolinę   i   całkiem   nową   dzielnicę 

eleganckich domków jednorodzinnych.

- Jego też nie ma. Zdaje się, że z nim wiązała się jakaś podejrzana historia, ale nikt nic 

nie wie.

- Nikt - potwierdził krótko Stein.

To właśnie było najdziwniejsze: prasa nigdy się nie dowiedziała, co tak naprawdę 

wydarzyło się w Lindehede, bo całą sprawę okryła zmowa milczenia.

Chcąc lepiej widzieć, komisarz przymrużył oczy.

Poczuł się nieswojo, gdy w gęstniejącym mroku dostrzegł w oddali dwa, trzy wysokie 

cienie świerków.

Resztki tamtego żywopłotu...

- Był tam też chyba las - bąknął.

- Zgadza się! Wycięty, prawie co do jednego drzewa. Na jego miejscu stoi teraz duża 

background image

fabryka, ale jest taka niska, że stąd jej nie widać. A ten staw to znowu napełnili wodą. Ludzie 

mówią, że zawisł nad nim jakiś zły urok. Ale ja nie znam tej historii. Chyba nikt jej tak do 

końca nie zna.

Mógłbyś   ją   usłyszeć   ode   mnie,   pomyślał   Stein.  Ale   nikt   mnie   nie   zmusi,   żebym 

kiedykolwiek ją opowiedział.

Jak   dużo   zmieniła   tu   wojna!   Wszystko,   co   się   wtedy   zdarzyło,   należało   już   do 

minionej epoki. To jednak były inne czasy... I zupełnie inny świat.

Dziś Lindehede można by uznać za symbol rozwoju. Zabudowania pochodzące sprzed 

wojny zostały zrównane z ziemią. Wysokie, kanciaste betonowe bloki w żaden sposób nie 

przypominały  dawnego idyllicznego  krajobrazu.  Wieś  licząca  od  piętnastu do  dwudziestu 

domów i gospodarstw, a także majątek, po prostu zniknęły. W ciągu zaledwie kilku lat.

Ładnie teraz tu nie było. Mimo to Odd Stein doznał wielkiej ulgi.

Zapłacił za benzynę i ruszył przez owo nowe, nieznane Lindehede.

Jak się okazało, szosa prowadziła obok trzech świerków, które pozostały po dawnym 

ciągnącym   się   kilometr   żywopłocie.   Wznoszące   się   ku   niebu   drzewa   majaczyły   niczym 

widma w wieczornym mroku.

Świerkowy żywopłot...

Stein poczuł ciarki na plecach, dodał gazu. Po chwili Lindehede ze swymi dawnymi 

strachami zostało już za nim.

Po kilku kilometrach w wozie komisarza zaczął szwankować zapłon. Coś złego działo 

się ze świecą. Muszę wreszcie poważnie pomyśleć o wymianie tego samochodu, westchnął 

Stein.

Silnik dławił się i parskał. Nie daj Bóg, gdyby miało się okazać, że nie da się już 

jechać dalej. Gdzie ja w ogóle jestem?

Właśnie   minął   jakąś   większą   wieś.   „Grand   Hotel”,   głosił   szyld,   a   pod   tą   nieco 

napuszoną nazwą kryła się po prostu dwupiętrowa drewniana buda. Wyglądała jednak dosyć 

czysto i schludnie, dlatego Stein zdecydował się w niej zatrzymać. Czuł się zmęczony i nie 

miał ochoty spieszyć się z powrotem do Oslo, gdzie czekało go przeprowadzenie rutynowego 

dochodzenia w dość banalnej sprawie. Kierowniczkę jakiegoś domu starców podejrzewano o 

to, że pozbawia życia swoich uciążliwych podopiecznych, aby zdobyć ich pieniądze i ująć 

sobie nieco pracy. Tego rodzaju oskarżenia już dawniej stawiano wielu kobietom pełniącym tę 

funkcję.   Z   reguły   były   to   tylko   podyktowane   zawiścią   pomówienia,   oznaczały   jednak 

ciągnące się w nieskończoność przesłuchania, a te nie bawiły Steina ani trochę.

Gdy   otrzymał   pokój,   poprosił   portiera   o   umówienie   go   z   mechanikiem 

background image

samochodowym. Potem uznał, że po trudach dnia należy mu się solidny odpoczynek.

Jednakże  noc  okazała  się  niespokojna  dla  Odda  Steina.  Gdy tak  leżał  pod  spraną 

pościelą w „Grand Hotelu”, starając się zasnąć, powróciła cała historia z Lindehede. A kiedy 

wreszcie usnął nad ranem, prześladowała go także we śnie: widział upiorne blade twarze, na 

których malowało się przerażenie, rozpacz albo złość.

Po owej nocy zrozumiał, że nie uwolni się od tej historii sprzed lat, jeśli nie odtworzy 

jej od początku do samego końca, nie pomijając najdrobniejszych szczegółów. Może w ten 

sposób wyrzuci ją z pamięci raz na zawsze.

Pozostało jeszcze do wyjaśnienia kilka detali, które zarówno Wangen, jak i on uważali 

za mało istotne dla sprawy, i bynajmniej się nie mylili. Jednakże w ciągu minionych lat Stein 

często   o   nich   myślał.   Bo   choć   nie   miały   większego   znaczenia   dla   rozwiązania   zagadki, 

sprawiły, że nie potrafił zapomnieć ani Lindehede, ani przerażających wydarzeń, jakie się tam 

rozegrały.

Ta historia nie miała żadnych jasnych punktów.

No, może jeden. Ciągłe słowne utarczki Nilsa Wangena z Unni.

Jaki on był wtedy młody, ten Wangen! Po prostu młokos.  A on sam? Może miał 

dwadzieścia pięć lat? Ale już zdążył wyrobić sobie nazwisko.

Uśmiechnął się nieznacznie. Unni... Niewątpliwie atrakcyjna dziewczyna! Na dodatek 

o tak ciętym języku, że nawet Nils Wangen musiał się poddać. Należy współczuć temu, kto 

dostał ją za żonę!

Dla   Odda  Steina   cała  ta   historia   rozpoczęła   się   od  zniknięcia   młodej   dziewczyny 

Ingrid Andersen.

Odtwarzał teraz w myślach raport na jej temat sprzed jedenastu lat.

background image

ROZDZIAŁ II

Ingrid   Andersen   zatrzymała   się   na   skrzyżowaniu,   wyraźnie   niespokojna, 

niezdecydowana   i   bezradna.   Wtedy   właśnie   zauważyła   ją   nadchodząca   polną   drogą 

koleżanka, która później złożyła zeznania. Ingrid była dwudziestojednoletnią blondynką o 

dosyć bujnych kształtach, ubraną bez smaku w nieco przyciasny płaszcz i wypłowiały żółty 

beret.   Jej   spojrzenie   zawsze   zdradzało   niepewność.   Jednakże   określony   typ   mężczyzn 

prawdopodobnie uznałby ją za pociągającą - ci, którzy mają słabość do dziewczyn głupiutkich 

i ładniutkich.

Ingrid  Andersen   stanęła   właśnie  przed   dylematem,  który przerastał   możliwości   jej 

ograniczonego umysłu, opowiadała koleżanka. Aby zdążyć na spotkanie z Reidarem, powinna 

była wybrać drogę na skróty przez las. A na to nie miała ochoty.

Bo wtedy musiałaby przejść nad stawem.

Nad   czarnym,   bezdennym   stawem,   w   którym   nikt   nie   miał   odwagi   się   kąpać. 

Odstraszały od niego nie łodygi lilii wodnych oplątujące nogi pływaków i nie odór zgnilizny. 

Odstraszało od niego to, że ciało żadnej z osób, które się w nim utopiły, nigdy nie zostało 

odnalezione.

A  wielu   było   takich,   co   zniknęli   w   tej   tajemniczej   głębinie.   Wyłącznie   samotni 

pływacy. Ten staw to jedyne miejsce w Lindehede nadające się do kąpieli, w upalne letnie dni 

trudno   było   oprzeć   się   pokusie,   by   nie   wskoczyć   choć   na   krótko   do   wody.   Jedyne,   co 

znajdowano po topielcach, to ich ubrania. Leżały na mchu, starannie złożone albo po prostu 

rzucone bezładnie.

(Ale teraz była jesień, kto by tam miał ochotę się kąpać?)

Ostatni   raz   w   ubiegłym   roku   jakiś   młody   chłopak..   Zarówno   Ingrid,   jak   i   jej 

przyjaciółka nie mogły pojąć, że ktoś okazał się na tyle głupi, by się kąpać w stawie, którego 

zła sława była powszechnie znana. Ale wszyscy chłopcy są jednakowi. Zarozumialcy, zawsze 

chcą udowodnić, że niczego się nie boją.

Ingrid przestępowała z nogi na nogę, nie wiedząc, co zrobić. Była już spóźniona, a 

Reidar nie należał do tych, co czekają na dziewczynę. Wspaniale wyglądał w tej  swojej 

czarnej skórzanej kurtce, a jakie miał oczy!

- Pomyśl, on się ze mną umówił. Może już tam na mnie czeka! - jęczała Ingrid. - Za 

późno   wyszłam!   To   wszystko   przez   mamę,   musiałam   jeszcze   wyprowadzić   krowy   na 

pastwisko.

- Przecież on ma motocykl, mógłby przyjechać do Lindehede - odparła przyjaciółka z 

background image

niemiłą logiką, ale Ingrid przeraziła się na samą myśl o tym.

- Reidar w tej naszej dziurze? On nie jest taki! On jest... on jest... po prostu cudowny!

Tak, tak. On rozkazywał, a dziewczyny robiły, co chciał.

- No to idź na skróty! - powiedziała koleżanka. - Chyba nie masz zamiaru się kąpać?

- Pewnie że nie, ale to jeziorko jest takie okropne.

- W takim razie zostaje ci dłuższa droga naokoło. Jak chcesz, pójdę przez las i powiem 

Reidarowi, że niedługo się zjawisz.

Tego   już   było   za   wiele.   Prawdopodobnie   Ingrid   pomyślała   to   samo   co   później 

policjanci: że przyjaciółka również miała ochotę na cudownego Reidara.

- Nie, nie! - wykrzyknęła. - Już pójdę na skróty. Nie mogę pozwolić, by czekał!

Po czym westchnęła i pobiegła.

Jacyś starsi ludzie, którzy wybrali się zbierać grzyby, widzieli Ingrid nieco dalej na 

drodze prowadzącej przez las. Obejrzeli się nawet za nią, kiedy mignęła im między drzewami, 

a potem się oddaliła. Przez chwilę zastanawiali się nawet, jak się nazywa, ale już po chwili, 

na widok kilku okazałych koźlarzy, zupełnie o niej zapomnieli.

Byli ostatnimi, którzy widzieli Ingrid Andersen. Ubranie dziewczyny znaleziono na 

brzegu jeziorka. Ona sama przepadła bez śladu.

W komendzie policji w Oslo dzień zaczął się nerwowo.

-   Nie!   -   powiedział   stanowczo   Odd   Stein.   -   Nie   chcę   żadnych   kobiet   w   moim 

wydziale, nawet bratanicy komendanta.

Właśnie   przejął   obowiązki   szefa   wydziału   kryminalnego   i   czuł   się   z   tego   bardzo 

dumny. Nie bez powodu: był przecież jeszcze bardzo młody.

- Ale ta dziewczyna jest niczego sobie - przekomarzał się z nim Nils Wangen.

-   Nie   ma   żadnej   pewności,   że   mielibyśmy  z   niej   jakiś   pożytek.   Jeśli   chce   odbyć 

praktykę, to niech znajdzie sobie jakieś inne miejsce. Niech wkłada mandaty za wycieraczki 

samochodów albo zajmie się alkoholiczkami. U nas, w kryminalnym, nie ma nic do roboty.

-  Ale   ona   już   przeszła   przez   wszystkie   inne   wydziały   -   spokojnie   zwrócił 

szefowi uwagę powolny Håkon Svendsen. - Został jej już tylko nasz. Chyba mierzy 

całkiem wysoko, a mówiąc precyzyjniej: to wujek komendant wiąże z nią ambitne 

plany: Ministerstwo Sprawiedliwości. Specjalistka do spraw policji.

Odd Stein popatrzył na swych podwładnych.

- Dziewczyna? W Ministerstwie Sprawiedliwości? - Westchnął. - Wobec tego ty, Nils, 

się nią zajmiesz. Z pewnością zrobisz to chętnie. Albo nie

, ona przypadnie tobie, Håkon. 

Jutro   rano   wyjeżdżam   i   zabieram   ze   sobą   Nilsa.   Wyjdzie   mu   na   zdrowie,   jak 

background image

popracuje   trochę   w   terenie,   bo   niedługo   zamieni   się   nam   w   ducha   wiecznie 

poszukującego drobnych opryszków stołecznego półświatka.

W piwnych oczach Wangena pojawił się błysk ożywienia.

- Coś nowego?

-   Owszem,  bardzo   dziwna   historia.   Młoda  dziewczyna   znika   bez   śladu   w   leśnym 

jeziorku. I nie jest bynajmniej pierwsza. W ciągu ostatnich trzech lat to już piąta ofiara, 

oczywiście   wcześniej   też   było   kilka.   Ludzie   twierdzą,   że   tym   jeziorkiem   władają   jakieś 

pozaziemskie siły. Ale, jak wiecie, ja nie wierzę w takie rzeczy. Tak czy inaczej, zostaliśmy 

wezwani przez tamtejszego komendanta. Trochę się wahałem, bo to raczej nie jest nic dla nas. 

Skoro jednak w naszym wydziale ma się pojawić jakaś ambitna niewiasta, to wolę już trochę 

leśnej mistyki.

W tej samej chwili dał się słyszeć w korytarzu dźwięczny kobiecy głos.

- Och, nie - wymamrotał Odd Stein, zdobył się wszakże na powściągliwy uśmiech 

skierowany do młodej damy, która właśnie wparadowała do jego gabinetu.

Miała   złociste   loki   opadające   aż   na   ramiona   i   błękitne   oczy,   których   żywy  blask 

świadczył i o poczuciu humoru, i o inteligencji. Była wysoka i szczupła, ubrana ze smakiem 

w  tweedowy  kostium  i   białą  bluzkę,   sprawiała  poza   tym   wrażenie   osoby bardzo   pewnej 

siebie.

- A więc to jest nasz wielki Stein - uśmiechnęła się, wyciągając rękę. - No, no, nikt mi 

nie   powiedział,   że   poza   wszystkim   jest   pan   też   przystojny.   Czyli   od   tej   pory  będziemy 

pracować razem? Może być wesoło. Mam na imię Unni.

Odd Stein wyglądał tak, jakby połknął coś kwaśnego. Przecież dopiero niedawno objął 

stanowisko szefa wydziału, a na dodatek był niezwykle ambitny. Zupełnie nie wiedział, jak 

ma się zachować w tej nieoczekiwanej sytuacji.

- Przede wsz

ystkim chciałbym przedstawić moich współpracowników. To jest 

Håkon Svendsen, który wprowadzi panią we wszystko, panno...

- Proszę mi mówić Unni! Wszyscy mnie tak nazywają.

-   Hm.   Właśnie   miałem   zamiar   wyjść,   jeśli   więc   pani   pozwoli...   Håkon, 

zajmiesz się...? Do widzenia, na razie!

Opuścił   pospiesznie   własny   gabinet,   czując   się   tak,   jakby   uciekał.   Wychodząc, 

usłyszał jeszcze głos młodej damy:

- Co to za okropny zapach! To przez te nieopróżnione popielniczki. Jak tu się otwiera 

okna?

Stein i Nils Wangen wymienili wymowne spojrzenia, schodząc już po schodach.

background image

Obaj   detektywi   stali   razem   z   komendantem   Bårdsenem   nad   leśnym 

jeziorkiem, które wyglądało wyjątkowo urokliwie i spokojnie w blasku wieczornego 

słońca, na wpół przysypane jesiennymi liśćmi o niepowtarzalnych barwach.

- Zarzucaliście sieć?

-   Oczywiście   -   odpowiedział   komendant.   -   Sprowadziliśmy   też   płetwonurka.  Ale 

wszystko na nic, jak zwykle.

Odd   Stein   spojrzał   na   tajemnicze   jeziorko.   Pomiędzy  dryfującymi   na   powierzchni 

liśćmi połyskiwały czarne oka wody. Jeziorko nie było duże, miało kształt nieregularnego 

owalu,  w  najszerszym  miejscu   mogło  liczyć   około  dwudziestu  pięciu metrów.  Droga,  na 

której stali mężczyźni, biegła zaledwie kilka metrów od brzegu. Po drugiej stronie leżał pas 

ziemi usiany porośniętymi mchem pieńkami po wyciętych drzewach, a tuż za nim wznosiła 

się ściana mieszanego lasu, w którym dominowały osiki, olchy i świerki.

- Jak wygląda dno?

- Jest bardzo muliste - odpowiedział komendant. - Jak w Loch Ness. Zaledwie kilka 

metrów pod powierzchnią woda przypomina szlam, jest czarna i nic przez nią nie widać. A 

dno to jedno wielkie błoto.

- I ludzie chcą się w czymś takim kąpać? - zdziwił się Nils Wangen.

- Teraz już nie - odparł komendant, wysoki i szczupły mężczyzna o smutnych oczach.

Odd Stein obejrzał się za siebie. Po drugiej stronie drogi biegł żywopłot.

Kiedyś było to starannie wypielęgnowane zielone ogrodzenie, ale z czasem drzewa 

rozrosły się dziko, tworząc zwartą ścianę.

- Co znajduje się za tym zielonym monstrum? - zapytał Stein.

Bårdsen wzruszył ramionami.

- Niewyobrażalnie  duża posiadłość  pewnego bogacza. Do  samych  zabudowań  jest 

jeszcze kilkaset albo więcej metrów. Nazywamy to majątkiem. Ale nie mam pojęcia, co kryje 

się bezpośrednio za tym żywopłotem. Pewnie park albo pola, a może las.

- Czyli ta droga biegnie przez pustkowie? Żadnych domów w pobliżu?

- Żadnych.

Znowu odwrócili się w stronę jeziora.

- Czy istnieje lista osób, które tu utonęły?

- Ich nazwiska i daty wypadków mam w głowie.

Odd Stein wyjął kartkę i długop

is, a Bårdsen zaczął dyktować.

- Kiedy się to naprawdę zaczęło, nie wiadomo. Pierwsza ofiara, jaką znamy, to Morten 

Haug. Utopił się na początku ubiegłego wieku. Podobno był pijany i po prostu wpadł do 

background image

wody. Nigdy go nie odnaleziono. Potem jakaś dziewczyna z własnej woli weszła do jeziora i 

zginęła. To było na początku naszego stulecia. Nazywała się Marit, nic więcej o niej nie 

wiemy. Później długo nic się nie działo. Dopiero trzy lata temu utopiła się kolejna ofiara. 

Miała na imię Gunvor. Razem z przyjaciółką, z którą przyjechała tu na wakacje, kąpały się w 

jeziorze.   Ta   druga   wróciła   na   rowerze   do   hotelu,   a   Gunvor   zamierzała   wkrótce   do   niej 

dołączyć. Chciała jeszcze tylko trochę popływać, bo dzień był akurat bardzo gorący. Więcej 

jej nie widziano. Oczywiście przeszukaliśmy dno, ale bez efektu.

- Ale ona nie była ostatnia?

-   Nie,   nie!   Następnego   lata,   czyli   dwa   lata   temu,   zrobiło   się   tak   źle,   że   nikt   nie 

odważył się nawet tędy przejść. Uznano, że to jeziorko w jakiś mistyczny sposób oddziałuje 

na ludzi. Pierwsza była  Kit Thomassen. Znaleziono jedynie jej  ubranie na brzegu. A nie 

wspomniała nikomu nawet słowem, że będzie się kąpać! I tego samego lata...

- Czy to dzieje się tylko latem? - przerwał mu Nils Wangen, niewysoki i energiczny.

- No tak, przecież w zimie nikt się nie kąpie. Poza tym droga, zasypana śniegiem, jest 

nie do przebycia. No więc jeszcze w tym samym roku latem zniknęła kolejna wczasowiczka. 

W ten sam sposób.

- Młoda? - pytał dalej Stein.

- Trzydziestoletnia kobieta. Niedługo potem przechodził tędy pewien młody chłopak. 

Mówi, że nagle poczuł się jakoś nieswojo i uciekł stąd, ile sił w nogach. Później przez długi 

czas nikt nie ośmielił się tu nawet zbliżyć, aż do ubiegłego roku, kiedy znowu utonął młody 

chłopak. To jeden z tych bohaterów, co to niczego się nie boją. Przechwalał się na lewo i 

prawo,   że   może   zupełnie   sam   popływać   w   jeziorze.   No   i   w   tym   roku   Ingrid  Andersen. 

Nawiasem mówiąc, jej Reidar ma alibi, możemy go więc wykluczyć z kręgu podejrzanych.

Odd Stein podsumował:

- Pierwszy: Morten Haug, dziewiętnasty wiek, druga: Marit na początku dwudziestego 

wieku, trzecia: Gunvor trzy lata temu, czyli po mniej więcej trzydziestopięcioletniej przerwie, 

i czwarta: Kit Thomassen dwa lata temu.

- To miejscowa piękność - wtrącił komendant.

- W tym samym roku trzydziestoletnia kobieta. To już piąta. Czy ona też była ładna?

- Nie wiem, przyjechała tu tylko na wakacje, nigdy jej nie widziałem.

- I dalej: uwodziciel w zeszłym roku i jako siódma Ingrid Andersen w tym roku.

Stein zamknął swój notatnik.

- Ale z tym młodym chłopcem, który stąd uciekł, chętnie bym porozmawiał. Jak on się 

nazywa i gdzie mogę go znaleźć?

0

background image

- To Per Erik, uczeń, mieszka niedaleko stąd.

- Ile ma lat?

- Wtedy miał piętnaście, czyli teraz siedemnaście. Poza tym...

Odd Stein spojrzał pytająco na komendanta.

- Coś jeszcze?

- Nie, nie, nic takiego. To tylko plotka.

- Chciałbym ją usłyszeć.

- Mortena Hauga, tego pierwszego z utopionych, widziano potem w Ameryce.

Stein pokiwał głową.

- Bardzo prawdopodobne. Mam przeczucie, że... - przerwał. - Myślę, że o Mortenie 

Haugu możemy zapomnieć. Ale ta młoda dziewczyna, Marit... jej przypadek trochę mnie 

niepokoi. Czy jest pan pewien, że zniknęła zupełnie bez śladu?

- Tak. Pamiętam, że przeszukano wtedy bardzo gruntownie całe jezioro.

Stein z zadowoleniem stwierdził, że komendant jest bardzo inteligentny, za każdym 

razem bowiem doskonale wyczuwał, do czego zmierza stołeczny detektyw.

-   Myślę,   że   ją   też   możemy  pominąć   -   powiedział.   -   Mogło   ją   przecież   znieść   w 

podwodne zarośla i dlatego jej nie znaleziono. Albo może ówczesne metody przeszukiwania 

dna okazały się nieskuteczne w tym jeziorze. Myślę, że powinniśmy się skoncentrować na 

pięciu ostatnich ofiarach. Proszę mi powiedzieć, czy w ciągu ostatnich lat był ktoś taki, kto 

się tu kąpał i nie utonął?

- O, tak, bo jeśli jest więcej osób, to wtedy nic złego się nie dzieje. Ale od czasu, kiedy 

Gunvor przepadła trzy lata temu bez wieści, nikt tu już nie wchodzi do wody. Zaczęto mówić, 

że to jezioro jest zaklęte.

Słońce chowało się za horyzontem. Stein, rozejrzawszy się dokoła, poczuł się trochę 

nieswojo.

Bårdsen spytał ostrożnie:

- Uważa pan, że to jest dosyć nowa sprawa?

- Tak. Zaczęło się od Gunvor. Trzy lata temu. Proszę mi powiedzieć, czy istnieje jakiś 

związek między tymi pięcioma ofiarami?

- Też się nad tym zastanawiałem i mogę z całą pewnością powiedzieć, że nie ma 

żadnego. Niektóre pochodziły stąd, inne spędzały tu tylko wakacje. Większość nie znała się 

nawzajem.

- Czyli mamy cztery młode kobiety i jednego młodego mężczyznę. No i tego chłopca, 

który uciekł. Zacznijmy od niego!

1

background image

Per Erik był szczupłym chłopcem o jasnych włosach i oczach o jak gdyby nieobecnym 

spojrzeniu. Grzecznie zgodził się pójść razem z policjantami nad jezioro, ale czuł się tam nie 

najlepiej, co wyraźnie dało się zauważyć. Oświadczył jednak, że absolutnie nie wierzy w 

działanie żadnych nadprzyrodzonych mocy.

- Skoro więc jesteś taki sceptyczny - spytał Stein z uśmiechem - to dlaczego wtedy 

uciekałeś, gdzie cię oczy poniosą?

Wysiedli z samochodu i szli drogą przez las.

Per Erik sprawiał wrażenie zakłopotanego.

- Przestraszyłem się - odparł.

- Czego?

- Nie wiem. Może jakiegoś odgłosu. Naprawdę nie wiem.

- Jakiego odgłosu?

Ale Per Erik pokręcił tylko głową. W lesie panował już gęsty mrok. Chłopak, który nie 

wierzył w nadnaturalne siły, raz po raz rzucał za siebie lękliwe spojrzenia.

- Czy wiesz, co się mówi o tym jeziorze?

- Jasne.

Właśnie zatrzymali się na brzegu.

- To nam opowiedz - poprosił Odd Stein.

Widać było, że wspomnienia nie są miłe dla chłopca. Unikał patrzenia na wodę, tak 

przerażająco nieruchomą w wieczornym mroku. Można by pomyśleć, że to jakaś żywa istota, 

która przyczajona czyha na swoją ofiarę, przeszło przez myśl Steinowi.

Było to zaskakujące odczucie jak na mężczyznę tak rzeczowego i chłodnego jak Stein. 

Zauważył jed

nak, że zarówno Bårdsen, jak i Wangen mieli podobne doznania, nie 

mówiąc już o chłopcu.

- No więc, szedłem sobie drogą - zaczął Per Erik. - To było w samym środku dnia, 

padał deszcz...

- Jak byłeś ubrany? - wtrącił Stein.

Chłopiec zastanowił się przez moment.

- W kurtkę od deszczu z kapturem i w kalosze.

- I miałeś wtedy piętnaście lat - powiedział Stein jakby do siebie. - Mów dalej!

Nils Wangen zerknął na swojego szefa. O co może mu chodzić?

- Kiedy już prawie doszedłem do jeziora, poczułem, że ktoś mnie obserwuje.

- Tak jak teraz? - przerwał mu nieoczekiwanie Nils Wangen.

- Nie. Znacznie intensywniej.

2

background image

- A czy nie uważasz, że mogło ci się tylko tak wydawać? - spytał Bårdsen.

- Tak, oczywiście - odpowiedział Per Erik, kręcąc się nerwowo. - Ale właśnie coś 

takiego poczułem.

- Czy uważałeś, że to jezioro na ciebie patrzy? - spytał Odd.

Chłopiec spojrzał na niego urażony, lecz detektyw był jak najbardziej poważny.

- Przecież jezioro nie może nikogo obserwować - wymamrotał pod nosem Per Erik 

trochę niepewnie. - Nie wiem, co to było, wiem tylko, że się potwornie bałem, mimo że 

znalazłem się tutaj w środku dnia.

- Wspomniałeś o jakimś odgłosie?

- No tak - odparł z lekkim wahaniem. - Ale nie potrafię go określić. Może to było coś 

w rodzaju szeptu.

- Pojawił się i zniknął po sekundzie?

- Skąd, wręcz przeciwnie! - zaprotestował gwałtownie chłopak. - Słyszałem go cały 

czas, kiedy tu przechodziłem. Jakby przybliżał się i oddalał.

- Jak głosy mówiące szeptem?

- Nie... raczej nie.

- Miałeś kurtkę z kapturem, może to on tak szeleścił - zauważył Nils Wangen.

- Też tak pomyślałem i zsunąłem go z głowy, żeby lepiej słyszeć. I wtedy... tak, teraz 

przypominam sobie, jak to brzmiało! A potem nagle ucichło. Rzuciłem się do ucieczki.

-   Mówisz,   że   po   zdjęciu   kaptura   słyszałeś   ten   odgłos   wyraźniej.   Opisz   go! 

Przypominał szepty?

- Nie. - Per Erik był wyraźnie poruszony, oczy lśniły mu z podniecenia. - Sam nie 

wiem, jak mam go określić. Widział pan może kiedyś kota siedzącego na parapecie okna? Jak 

siedzi i patrzy sobie na małe ptaszki?

Stein zerknął na niego z niedowierzaniem.

- Nie masz chyba na myśli...? Oczywiście, że widziałem coś takiego.

- A widział pan, jak takiemu kotu ruszają się szczęki? Słyszał pan to charakterystyczne 

zgrzytanie? To właśnie było coś takiego! Tylko o wiele głośniejsze.

Wangen i Stein spojrzeli na siebie. Wangen mimo woli odsunął się o krok od jeziora, 

które teraz o zmierzchu przypominało mu pokrytego śluzem potwora. Albo grób przykryty 

jesiennymi liśćmi.

Odd Stein w zamyśleniu przyglądał się chłopcu.

-   Możesz   wy

świadczyć   mi   przysługę?   Chciałbym,   żebyś   poszedł   w   tamto 

miejsce,   gdzie   zakręca   droga.   Czy   ktoś   ma   może   kurtkę   od   deszczu?   Dziękuję, 

3

background image

Bårdsen. Czy ona jest z kapturem? Nie? Szkoda, ale możemy go sobie wyobrazić. 

Włóż ją, chłopcze, na siebie, o, tak, to nic, że jest trochę za długa. A teraz ruszaj! Jak 

będziesz wracał, miń nas i idź dalej. Rób wszystko dokładnie tak, jak dwa lata temu!

Per Erik zawahał się przez chwilę, ale uznawszy widocznie, że trzech policjantów to 

wystarczająca ochrona, oddalił się w kierunku zakrętu.

Zrobiło się już tak ciemno, że niełatwo było dostrzec sylwetkę chłopca. Mężczyźni 

czuli się nieswojo. Wysoki żywopłot, który biegł wzdłuż drogi począwszy od jeziora, dalej 

gubił się w nieprzeniknionej głębi lasu. Po drugiej stronie jeziora las trwał w nieprzyjemnej 

ciszy i martwym bezruchu.

Trzej mężczyźni czekali w milczeniu, kiedy Per Erik zawróci i przejdzie obok nich.

- Czy dostrzegacie w nim coś wyjątkowego? - spytał Stein, nie wiedząc zupełnie, 

dlaczego mówi przytłumionym głosem. - Może gdyby miał kaptur na głowie...

- Nie - odparł Bårdsen, przyjrzawszy się uważniej chłopcu, który szedł im 

naprzeciw. - Wygląda jak każdy młody człowiek Nie różni się niczym specjalnym od 

dzisiejszych młodych ludzi.

- Otóż to! - powiedział Stein. - Otóż to! Dwa lata temu liczył sobie lat piętnaście i 

prawdopodobnie był jeszcze smuklejszy. Ponieważ miał kaptur na głowie, z daleka można go 

było równie dobrze wziąć za dziewczynę. Ale kiedy go zdjął, ten odrażający odgłos prawie 

natychmiast ucichł.

-   No   nie,   teraz   to   już   przesadzasz!   -   powiedział  Wangen   z   przyganą   w   głosie.   - 

Twierdzisz, że jezioro ma oko na dziewczyny? A ten drugi chłopak w zeszłym roku?

- Racja - przyznał Stein. - To były tylko takie fantazje, próba znalezienia jakiegoś 

wspólnego motywu. Zapomnijmy o tym!

-   Cała   ta   historia   wydaje   się   właściwie   nierealna   -   rzekł   Wangen   już   bardziej 

pojednawczo. - Muszę przyznać, że nic z niej nie rozumiem.

Wszyscy   czterej   skierowali   się   z   powrotem   do   głównej   drogi   i   do   samochodów. 

Zrobiło się już zbyt ciemno, by móc prowadzić dalsze dochodzenie.

- Uważam, że ten pański z pozoru niedorzeczny pomysł coś jednak w sobie 

ma - rzekł w pewnej chwili Bårdsen do Steina. - Kilka razy sam wybrałem się tą 

drogą, żeby sprawdzić, czy jezioro rzeczywiście w jakiś sposób przyciąga do siebie 

ludzi. Nie spostrzegłem jednak niczego specjalnego. Czułem, rzecz jasna, słaby lęk przed tym 

miejscem, ale miał on źródło w mojej własnej wyobraźni.

- Czyli już pan to zrobił - odezwał się Stein z uznaniem. - Bo właśnie myślałem o tym, 

żeby się tędy przejść, ale pewnie jesteśmy za starzy i za brzydcy dla wielbiącego piękno 

4

background image

małego leśnego jeziorka. Gdybyśmy jednak mieli jakąś odważną dziewczynę...

- Ty chyba całkiem oszalałeś - jęknął Wangen. - Domyślam się, do czego zmierzasz. 

Pewnie my ukrylibyśmy się gdzieś w zaroślach i patrzyli, co się stanie?

- No właśnie. Nils...!

Odd Stein zatrzymał się nagle.

- Przecież mamy naszą ambitną koleżankę! - rzekł z błyskiem przekory w oku. - 

Nieustraszoną bratanicę komendanta. Jak to ona się nazywa?

- Unni?

- Unni, tak! Może poddamy ją próbie? Przekonamy się, ile odwagi i rozumu jest w tej 

ładnej osóbce tak spragnionej kariery!

- No dobrze, niech będzie! Tylko musimy zapewnić jej dobrą ochronę, bo w razie 

komplikacji wujek komendant raczej nie byłby z nas zadowolony.

Była to decyzja, której mieli później gorzko żałować.

5

background image

ROZDZIAŁ III

Odd   Stein   i   Nils  Wangen   wchodzili   właśnie   do   znanego   im   tak   dobrze   wydziału 

kryminalnego komendy głównej policji w Oslo, gdy do ich uszu dobiegły podniesione głosy. 

Zazwyczaj tak ł

agodny Håkon Svendsen wyrzucał właśnie za drzwi dwóch młodych 

policjantów.

- Wynoście się! - wrzeszczał purpurowy na twarzy. - Weźcie się wreszcie za robotę, 

zamiast mi się tu obijać!

- Co tu się dzieje? - spytał spokojnie Stein.

- Och, przepraszam, nie miałem pana na myśli - odpowiedział Svendsen, ocierając 

rękawem pot z czoła. - Jakie to szczęście, że pan wrócił. Już nie daję sobie rady z tymi 

pielgrzymkami, nie robię nic innego, tylko bez przerwy ich wyrzucam...

- Chwileczkę - chciał wiedzieć Stein - kogo pan wyrzuca i dlaczego?

Svendsen wskazał kciukiem przez ramię do tyłu i szepnął ochryple:

- To wszystko przez nią.

- Ach - powiedział tylko detektyw, co można było zinterpretować na wiele sposobów.

-   Jak   to   dobrze,   że   wróciliście   wreszcie   z   tej   wycieczki

  -   westchnął   Håkon 

Svendsen.

-   Nie   jestem   pewien,   czy   to   rzeczywiście   była   wycieczka   -   odparł   gorzko   jego 

przełożony. - Zajmie się pan wszystkimi bieżącymi sprawami, a my za to uwolnimy pana od 

kłopotu i tę nieszczęsną kusicielkę zabierzemy do Lindehede.

-

 Jeszcze tam wracacie? - nie potrafił ukryć zawodu Håkon. - A tymczasem na 

biurku wyrośnie góra papierów wyższa ode mnie. Wolałbym...

Nikt jednak nie słuchał jego narzekań.

-   Wpadliśmy   tylko   po   to,   żeby   zabrać   kilka   rzeczy   potrzebnych   do   prowadzenia 

dochodzenia   -   oświadczył   Odd   Stein   i   wchodząc   do   następnego   pokoju,   zwrócił   się   do 

powierzonej jego opiece praktykantki: - Unni, na ile poważnie traktujesz swoje obowiązki?

Młoda dziewczyna podniosła się zza biurka.

- Na tyle poważnie, że w każdej chwili mogę rzucić to klejenie kopert - odparła, nie 

odrywając wzroku od blatu.

Stein   zerknął  nie   bez  sceptycyzmu  na   szczupłą   sylwetkę  i   na  długie,   lakierowane 

paznokcie dziewczyny.

- Czy jesteś odważna? Tylko nie myl odwagi z tupetem.

- Tyle potrafię zrozumieć. Umiem strzelać, ale nie robię tego z zasady. Jeśli chce pan 

6

background image

poznać raporty z przebiegu mojej wcześniejszej praktyki w policji, to można je znaleźć w 

wydziale głównym.

Przyjrzał jej się badawczo, po czym westchnął głęboko i nieoczekiwanie spytał:

- Czy chcesz być przynętą dla ludożerczego jeziorka w lesie?

W twarzy bratanicy komendanta nie drgnął ani jeden mięsień.

- Pewnie tak to nazywają miejscowi, a w rzeczywistości chodzi o coś zupełnie innego?

Kobiety nie powinny być takie inteligentne, pomyślał Stein.

- No właśnie - odrzekł krótko. - Nils Wangen i ja nie wierzymy w bajki.

- Ani ja - dodała. - Czy mogłabym poznać trochę szczegółów, zanim kupię tego kota w 

worku?

Nils Wangen wzdrygnął się na dźwięk słowa „kot”. W kontekście sprawy Lindehede 

brzmiało ono niezbyt przyjemnie.

W tym momencie Stein przyznał z niechęcią, że Unni zdobyła kolejny punkt: nie 

powiedziała definitywnie „tak”, dopóki nie dowiedziała się, na co się godzi.

-   Szczegóły   poznasz   potem   -   rzucił,   a   przypomniawszy   sobie,   czego   wymaga 

grzeczność, spytał z wyszukaną uprzejmością: - Jak ci się tu podoba?

- Wszyscy chłopcy byli  dla mnie naprawdę słodcy. Ostrzyli mi ołówki, załatwiali 

różne sprawy, a nawet zreperowali krzesło...

Stein wykrzyknął gwałtownie:

- Nasi chłopcy mają co innego do roboty niż temperowanie ołówków!

Nils Wangen uśmiechnął się do Unni krzywo i rzucił jej porozumiewawcze spojrzenie 

za plecami szefa.

- Czy ty też wybierasz się nad to dziwaczne jezioro, mały przyjacielu? - zagadnęła.

Wangen, młodszy i zaledwie kilka centymetrów wyższy od bratanicy komendanta, 

nieco zbyt gwałtownie skinął głową.

- Wspaniale! Wobec tego będę się tam czuła zupełnie bezpieczna.

Trudno było nie zauważyć ironii w głosie dziewczyny.

Ach, więc to tak? pomyślał Nils Wangen. Chcesz wojny, to ją będziesz miała!

I od tej chwili nie ustawały utarczki między nimi.

Podczas przerwy obiadowej Odd Stein zapoznał Unni ze sprawą Lindehede, unikając 

spojrzenia krystalicznie czystych niebieskich oczu dziewczyny. Zupełnie nie zwracał uwagi 

na przycinki i złośliwości, jakimi Wangen i Unni cały czas obdarowywali się nawzajem. 

Niech się bawią, pomyślał.

-   Czyli   ja   przejdę   się   nad   samym   jeziorem,   wsłuchując   się,   jak   mnie   przyzywa, 

7

background image

podczas gdy ty będziesz leżał ukryty w lesie, gotów w każdej chwili mnie uratować.

- Żadne przyzywanie - sprostował Nils Wangen, który nie mógł oderwać wzroku od 

zjawiskowo pięknej dziewczyny - tylko wyczekujące, chciwe zgrzytanie zębami.

- Dzięki, widziałam już w swoim życiu sporo kotów spragnionych krwi - odparła 

sucho. - Również je słyszałam. Nie musisz się wysilać. Zgadzam się. To może być zabawne.

- Ale zdajesz sobie sprawę, że możesz sobie złamać paznokieć? - ostrzegł Wangen.

- Chyba żartujesz? To niemożliwe! Prędzej kark.

- To by było na razie wszystko - bąknął Stein. - O, idzie szeregowy Rosenlund.

- Och, jaki on jest słodki! - wyraziła swój zachwyt Unni. - Przesiedział przy moim 

biurku całe dwa dni. Czy nie mógłby pojechać z nami jako moja podpora moralna?

Stein, westchnąwszy, podniósł się z krzesła.

- Wykluczone! Za godzinę bądźcie gotowi. Wyruszamy.

Komendant   Bårdsen   był   jedyną   osobą   w   Lindehede,   która   znała   powód 

przyjazdu ekipy z Oslo. Im mniej wtajemniczonych, tym lepiej. Ponieważ jednak 

musiał akurat wyjechać w teren w innej sprawie, wobec tego dzień później na 

skrzyżowaniu dróg pod Lindehede zatrzymali się tylko Stein, Wangen i Unni.

- Trochę wystraszona? - spytał Stein z wyczuwalną nadzieją w głosie.

- Nawet odrobinę! Nie wierzę w żadne widma ani duchy. Chociaż ubiegłej nocy śniło 

mi   się,   muszę   przyznać,   jakieś   ohydne   małe   jeziorko,   które   kłapało   i   zgrzytało   w 

sadystycznym   pożądaniu   i   chwytało   dziewice,   a   następnie   zjadało   je   doszczętnie,   nie 

pozostawiając żadnych śladów.

- Milutka wizja - przyznał Wangen. - Czy opowiedziałaś ten sen Freudowi? Nawiasem 

mówiąc: czy ty jesteś dziewicą?

Unni zaczerwieniła się.

-   Trochę   przesadziłeś   -   rzuciła   ostro.   -   Poza   tym   przecież   nie   wszystkie   były 

dziewicami. W każdym razie jedna to mężatka, a druga...

- Czy my przypadkiem nie odbiegamy od tematu? - przerwał im Odd Stein. - Nils, 

dajcie   spokój   tej   niedorzecznej   gadaninie.   Jesteście   przecież   w   pracy!   Posłuchaj,   Unni, 

potrzebujemy   piętnastu   minut,   żeby   dotrzeć   na   koniec   lasu   za   jeziorkiem.   Oczywiście, 

pójdziemy na skróty. A ty idź spokojnie drogą przez las, dojdź do krzyżówki na jego skraju i 

tam na nas poczekaj. Czy to jasne?

- Tak jest!

- I zwracaj uwagę na każdy najmniejszy szczegół! Każdy odgłos, każdy ruch i każde, 

jakby to powiedzieć, doznanie.

8

background image

-   Tak   jest.   Tylko   miejcie   pistolety   w   pogotowiu,   chłopcy!   I   przypadkiem   nie 

spudłujcie, kiedy to groźne jezioro się na mnie rzuci!

Żarty żartami, ale w tym lesie zniknęło przecież bez śladu pięcioro ludzi.

Stein   i   Wangen   byli   już   na   miejscu,   dobrze   ukryci   wśród   drzew.   Między   liśćmi 

widzieli otwartą przestrzeń z małym oczkiem wodnym, na wpół ukrytą drogę, a w tle czarną 

ścianę świerków, tworzącą wysoki żywopłot.

Nie musieli długo czekać na Unni, która niebawem pokazała się na drodze. Zbliżała 

się   do   skraju   lasu;   młoda   kobieta   wyglądała   na   całkowicie   beztroską   i   zajętą   własnymi 

myślami.

- Urocza dziewczyna - szepnął Wangen.

Odd nic nie powiedział.

Kiedy znalazła się przy jeziorku, jej sylwetka odcinała się wyraźnie na tle ciemnego 

żywopłotu.

Ani razu nawet nie spojrzała w ich stronę, zauważyli jednak, że zerknęła na jezioro, 

kiedy, nie zatrzymując się ani na sekundę, przeszła obok niego. Po chwili znowu zniknęła w 

lesie.

- Idziemy - powiedział cicho Stein. - Na krzyżówkę po drugiej stronie.

Przedzierali się bezszelestnie przez leśną gęstwinę. Na skrzyżowaniu czekała na nich 

Unni. Znajdowali się teraz na terenie innej gminy, ale nigdzie nie widzieli ani jednego domu. 

To chyba gdzieś niedaleko stąd mieszka Reidar, chłopak Ingrid Andersen.

- No i co? - odezwał się Stein.

- Nic! Odrażające miejsce, ale potwora ani widu, ani słychu.

Odd Stein zacisnął mocno szczęki.

- Oczywiście, można założyć, że ktoś dla zabawy zostawia swoje ubranie na brzegu, a 

sam znika, żeby ludzie myśleli, że utonął. Mógłbym zrozumieć, gdyby zrobiła coś takiego 

jedna osoba, no, może dwie. Ale pięć? Poza tym chyba żadna z nich nie miała powodu, by 

zniknąć, wyjechać gdzieś daleko. Co się dzieje, Unni? - zwrócił się do swojej podopiecznej, 

widząc w jej oczach lekki niepokój.

- Powiedział pan, że mam mówić o wszystkim, również o odczuciach?

- Tak.

- Ale to jest głupie!

- Głupie czy nie, mów!

Ściągnęła brwi.

- Nie należę do strachliwych - zaczęła z lekkim ociąganiem - ale to było jakieś takie 

9

background image

dziwne.   -  Minęła   chwila,   zanim   zdołała   znaleźć   odpowiednie   słowa.  -   Sama   nie   wiem... 

Poczułam ciarki na plecach i lodowate zimno. Miałam poczucie, że ktoś, albo coś, na mnie 

czyha. Nie, to właściwie śmieszne. Prawdopodobnie czułam po prostu waszą obecność.

-   Czy  mogłabyś   zrobić   to   jeszcze   raz?   Pójść   tą   samą   drogą,   tylko   w   odwrotnym 

kierunku?

- Oczywiście.

- Chodzi nam o to, żebyśmy mogli podejść do całej tej sprawy w sposób trzeźwy i 

rzeczowy, eliminując ewentualny wpływ emocji i sugestii.

- Chyba nie chce pan powiedzieć, że wierzy w te bzdury o hipnotycznym działaniu 

jeziorka? - spytała Unni lekko rozbawiona. - Że ludzie wskakują do niego, jakby w dziwny 

sposób przyciągani. Jeśli o mnie chodzi, jestem przekonana, że wszystkie rzekome ofiary żyją 

gdzieś sobie na jakiejś rajskiej wyspie daleko od północnych zimnych wiatrów i świetnie się 

mają. Albo może istnieje jakiś związek między nimi, prawdopodobnie mieli coś do ukrycia i 

zniknęli, zrzucając winę na niewielkie, Bogu ducha winne jeziorko.

- Czyli nie wierzysz w to, że oni nie żyją?

- Absolutnie.

Stein zawahał się przez chwilę.

- Tym razem Wangen i ja nie będziemy stać tak blisko jeziora. Mam ochotę zrobić 

mały eksperyment. Chciałbym poznać twoje wrażenia bezpośrednio, czyli w tej samej chwili, 

kiedy ich doznajesz.

- Nie bardzo rozumiem.

- Nils, pokaż nam ten aparat, który dostaliśmy od znajomego angielskiego wynalazcy.

Wangen otworzył niewielką skrzyneczkę, która już od dawna wzbudzała ciekawość 

Unni.

-  To  jest   mały  nadajnik   -  wyjaśnił  Stein,   wysuwając  antenę  i  wskazując  na  kilka 

przycisków. - Tak naprawdę to jest niezwykle nowoczesny nadajnik szpiegowski. Istnienie 

tego urządzenia trzymane jest w tajemnicy, ale jego wynalazca to mój dobry przyjaciel i 

dlatego go dostałem. W samochodzie zaś mam odbiornik, ale jest za duży, żeby go nosić. My 

nie możemy nadawać do ciebie, ty natomiast będziesz mogła wszystko nam relacjonować. 

Trzymaj aparat jak najbliżej ust, ale tak, żeby go nie było widać.

Unni wypróbowała kilka sposobów.

- Mogę iść z rękami skrzyżowanymi z przodu. Albo nieść go pod pachą.

- Nadajnik nie ma zbyt dużego zasięgu, dlatego postaram się wjechać samochodem do 

lasu tak blisko jeziorka, jak tylko się da - obiecał Stein.

0

background image

- Ale jak będzie nam przekazywać relację? - zastanawiał się Wangen. - Przecież nie 

będzie szła i mówiła do siebie jak jakaś sklerotyczna staruszka!

To rzeczywiście był problem.

- Mogę śpiewać - oznajmiła nieoczekiwanie Unni. - Bez obawy, mam nie najgorszy 

głos, nie rozbolą was uszy.

- Tylko nie wrzeszcz! - ostrzegł ją Nils Wangen.

-   Będę   nucić   najcudowniejsze   pieśni   miłosne.   Jaka   jest   twoja   ulubiona   melodia? 

„Jimmy Sailor”? Nie, za krótki tekst. Nie martwcie się, coś znajdę. Znowu pójdziecie na 

skróty?

- Tak. Potem wjedziemy samochodem do lasu i na ciebie poczekamy.

- Nils, kochanie, masz liść za uchem. Jak Carmen - powiedziała słodko Unni. - A we 

włosach pełno sosnowych igieł.

- To bardzo dobrze - odparł poważnie Wangen. - Zbieram je sobie do kąpieli.

- To ty się kąpiesz?

- Czasami na Boże Narodzenie, w zależności od tego, czy muszę czy nie.

-   Idziemy   -   przerwał   im   Odd   Stein.   -   Zanim   zaczniecie   naprawdę   obrażać   się 

nawzajem. Unni, ruszysz stąd dokładnie o jedenastej trzydzieści.

W   chwilę   później   Wangen   i   Stein   stali   już   przy   samochodzie.   Przejechali   krótki 

odcinek drogi przez las, po czym się zatrzymali i włączyli odbiornik.

Najpierw, jak zwykle na początku, rozległy się trzaski i piski; potem odezwał się głos 

Unni, co do sekundy o godzinie 11.30, i to na tyle wyraźnie, że mogli odróżnić słowa.

- Wchodzę do lasu. Przez trzy pierwsze minuty nie będę nadawać, bo w tej części lasu 

nie ma nic ciekawego.

Wangen   pokiwał   głową   z   uznaniem.   Zmierzyła   czas,   idąc   tamtędy   pierwszy   raz. 

Sprytna dziewczyna!

Wyłączyli więc odbiornik na dwie i pół minuty po czym uruchomili go znowu.

Po kilkunastu sekundach usłyszeli głos dziewczyny.

- Zbliżam się teraz do tego miejsca i zaraz przejdę do śpiewu, jeśli nie macie nic 

przeciwko temu. Postaram się zachowywać poważnie.

I zaczęła śpiewać. Wybrała melodię starej rosyjskiej pieśni ludowej „Wołga, Wołga”. 

Czasami   nie   zgadzały   się   wiersze,   słowa   były   dzielone   nie   tak   jak   trzeba,   ale   solistka 

niewzruszenie śpiewała dalej.

- Wyszłam na wolną przestrzeń - nuciła. - I nie czuję zupełnie nic. Zatrzymam się nad 

jeziorem. Żeby się przekonać, czy doznam czegoś dziwnego. Myślę jednak, że to wszystko to 

1

background image

czyste bzdury.

Na moment zapadła cisza. Po chwili Unni rozpoczęła następną zwrotkę.

- Muszę przyznać, że czuję się jakoś dziwnie. Stein, to jest coś niesamowitego, ale nie 

wiem, co tu się tak naprawdę dzieje. O mój Boże, słyszę ten dźwięk! Nie, to jest okropne!

Z trudem dopasowywała słowa do rytmu melodii. Mimo zakłóceń wyraźnie słyszeli 

przerażenie w jej głosie.

- Chyba  lepiej stąd pójdę  - śpiewała.  - Idę brzegiem jeziora.  Ale ten  dźwięk jest 

naprawdę przerażający. Nie chcę już tu być. Muszę szybko się stąd wydostać, żeby to... to 

jest. Och!

Ten okrzyk nie należał już do piosenki. Stein i Wangen skamienieli.

- Pędź do niej tą drogą! - krzyknął Odd Stein. - Unni!

Ona jednak nie mogła go oczywiście usłyszeć. Nils Wangen był już daleko.

Jej  głos przeszedł  teraz  w niewyraźny szept.  Stein zrozumiał,  że musiała  trzymać 

nadajnik tuż przy ustach. Już nie śpiewała.

- Stein! Stein, słyszy mnie pan? - szeptała ogarnięta paniką. - To jakiś obłęd! Muszę 

stąd uciekać, i to szybko! To nie jezioro. To żywopłot!

2

background image

ROZDZIAŁ IV

Dobry Boże, pomyślał Stein. Nie wiedział, czy powinien traktować słowa dziewczyny 

poważnie czy się śmiać. W gruncie rzeczy to wszystko brzmiało dość groteskowo - najpierw 

żywe   jeziorko,   a   teraz   z   kolei   żywy   żywopłot.  Ale   cała   ta   okolica   miała   w   sobie   coś 

nieopisanie niesamowitego, głos Unni zdradzał bezgraniczny strach, a pięć osób zniknęło 

bezpowrotnie i bez śladu. Chyba jednak trzeba podejść serio do tej sprawy.

Był   pełen   uznania   dla   dziewczyny,   która   mimo   wszystko   na   tyle   zachowała 

przytomność umysłu, że nie pozbyła się nadajnika.

- Biegnę wzdłuż żywopłotu, a to jest cały czas za mną - dyszała przerażona. - Zupełnie 

jakby cały ten żywopłot żył i chciał mnie schwytać. Straszny, przerażający dźwięk.

Nagle z głośnika doszedł jej stłumiony krzyk. Odd Stein zmusił się, by zostać przy 

odbiorniku. Miał nadzieję, że Nils Wangen zaraz dotrze do Unni.

Znowu jej głos. Szeptała gorączkowo poprzez bezradne łkanie:

- Coś mnie ściga, nie wiem co. Na pomoc, ratunku!

Krzyk dziewczyny nagle zamarł jakby rozwiany przez wiatr.

Stein wyłączył odbiornik i puścił się pędem drogą przez las. Biegł tak szybko jak 

nigdy dotąd, ale droga wydawała się nieskończenie długa.

Po kilku metrach dostrzegł daleko przed sobą Nilsa, a już po chwili, ku wielkiej uldze, 

także Unni, która wpadła prosto w ramiona swego przeciwnika. Gdy Odd Stein znalazł się 

przy obojgu, powiedział szybko:

- Chodźcie! Musimy tam pójść. Nie mamy ani sekundy do stracenia.

Po oczach Unni było widać, że nie chce spełnić tego polecenia.

- Przenigdy! Źle się czuję. Nie chcę tam wrócić.

- Baba! - prychnął Stein, co natychmiast wywołało pożądaną reakcję.

- W porządku - odparła wściekła. - Pójdę z wami.

Sinozielona ze strachu, dygotała na całym ciele, jakby jej było zimno.

- A nadajnik? Gdzie go masz? - spytał Stein.

- Myślałam, że to coś zaraz mnie złapie - wyjaśniała, szczękając zębami. - Rzuciłam 

go więc daleko przed siebie, żeby nie dostał się w niczyje ręce. Najpierw złożyłam antenę.

-  To   dlatego   twój   krzyk   nagle   zrobił   się   taki   przytłumiony   -   powiedział   Stein.   - 

Postąpiłaś bardzo rozsądnie. Mam tylko nadzieję, że go teraz odnajdziemy.

Dość szybko dotarli do miejsca, w którym żywopłot biegł już poza linią lasu wzdłuż 

drogi.

3

background image

- To tutaj! Tutaj coś nagle znalazło się za mną - wyjaśniła. - Coś, co dotknęło mojego 

ramienia.

- Tak blisko? - przerwał jej Stein. - Nie odwróciłaś się, żeby zobaczyć?

- To było ponad moje siły - odparła skruszona. - Poza tym nie mogłam sobie pozwolić 

na stratę choćby ułamka sekundy.

- Słusznie. Czy to tutaj rzuciłaś nadajnik? Nils, przeszukaj te zarośla!

Wangen bez trudu znalazł urządzenie, po czym już we trójkę kontynuowali rozmowę 

przytłumionymi głosami.

Unni opowiadała:

- Odwróciłam się, kiedy jeszcze byłam parę metrów przed żywopłotem. Ale wtedy 

niczego nie zauważyłam.

- Niczego? Chcesz powiedzieć, że to coś zniknęło?

- Tak. Nils głośno krzyknął w lesie i pewnie właśnie wtedy uciekło.

- Gdzie? Gdzie tu można zniknąć?

- Nie wiem.

- Unni - spokojnie zwrócił się do dziewczyny Wangen - czy ty fantazjujesz?

- Skąd, daję słowo, że nie! - zapewniła.

- To jasne, że nie zmyśla - rzekł Stein, który szedł już wzdłuż żywopłotu, chcąc zbadać 

go dokładnie. - Lepiej mi pomóżcie, zamiast stać w miejscu i mleć językami.

Przeszukali żywopłot od jednego końca do drugiego, ale nie znaleźli w nim nawet 

najmniejszego otworu, przez który można by się prześlizgnąć. Tuż przy ziemi był suchy i 

nieopisanie szczelny. Młode nieduże drzewka, które próbowały przebić się do światła, umarły 

wskutek braku słońca.

- Opowiedz nam, co słyszałaś za sobą - zwrócił się Stein do Unni.

Dziewczyna nadal się trzęsła. Policjant widział, że jest już skrajnie wyczerpana, ale 

mimo to stara się udowodnić, że jest równie dobra jak każdy z nich.

- To było tak, jakby ten żywopłot nagle ożył - zaczęła. - A właściwie to jakby ktoś 

spadał   z   gałęzi   na   gałąź   w   tym   poplątanym   ciemnym   gąszczu   i   wiódł   za   mną   swymi 

błyszczącymi, chciwymi oczami.

- Teraz to trochę przesadzasz! - stwierdził zimno Stein. - Przecież nie widziałaś tych 

oczu?

- Nie, nie widziałam - bąknęła potulnie.

Stein zerknął na nią i bez wahania zdecydował:

- Wynosimy się stąd. To miejsce wyraźnie ci nie służy. I tak na razie do niczego nie 

4

background image

dojdziemy. Musimy spróbować rozgryźć to w inny sposób.

Doszli do samochodu, wyjechali z lasu i wrócili do hotelu, w którym się zatrzymali, o 

ile   w   ogóle   można   było   to   miejsce   nazwać   hotelem,   raczej   letnią   kwaterą   w   chłopskim 

gospodarstwie. To właśnie ów budynek miał za parę lat ustąpić miejsca stacji benzynowej.

Gdy gospodyni podawała im obiad, Stein spytał ją od niechcenia:

- Kto jest właścicielem majątku?

- Majątku Lindehede? Tildemowie. Strasznie wytworni ludzie.

W jej głosie dało się wyczuć pewną powściągliwość, jakby miała na myśli to, że 

istnieją różne rodzaje wytworności.

- Tildemowie? - powtórzył z namysłem. - Nigdy nie słyszałem tego nazwiska.

- Ja też ich nie znam. Kupili tę posiadłość pięć lat temu, kiedy umarła stara panna 

Hahn. Nie zadają się z nikim ze wsi. Nawet nie wiadomo, skąd pochodzą. Ale są wytworni.

- Czy to duża rodzina?

Gospodyni obejrzała się za siebie, jakby obawiała się, że ktoś mógłby ją usłyszeć.

- Ludzie powiadają, że oni są przeklęci - wyszeptała.

- Jak to przeklęci?

- No nie wiem. Tak czy siak, właściciele majątku to Patrik i Marianne Tildemowie. 

Ona musiała być za młodu bardzo piękna, tak mówią ci, którzy widzieli ją z bliska. Mają 

dwoje   dzieci,   syn  jest   już   przystojnym   mężczyzną,   a   córka   nie   skończyła   chyba   jeszcze 

dwunastu lat. Mieszka tu też ojciec Patrika, nieprzyjemny stary diabeł, który przesiaduje w 

swoim pokoju i na wszystkich wrzeszczy. Poza tym jest też brat właściciela, ale jego nigdy 

nie widzieliśmy.

- Mają jakąś służbę?

- Tylko dwoje, Kraussa i jego żonę. Nikt tam nie chce być.

- Dlaczego?

Kobieta znowu zniżyła głos do szeptu.

- Ludzie mówią, że nie podoba im się w tym domu. Wszystko jest takie tajemnicze, 

jakieś niesamowite. Na każdym kroku nie wolno robić tego albo tamtego, wejść tam albo 

siam. Właściciel to trudny do zniesienia typ wojskowego, jego ojciec jest okropny, a syn to 

obibok i, mówiąc szczerze, nie przepuści żadnej dziewczynie. Naprawdę żal mi tylko tej miłej 

pani Tildem, nie mówiąc już o jej małej córeczce Alice. Ostatnio znowu zamieścili ogłoszenie 

w gazecie, że poszukują pomocy domowej, ale nikogo nie znajdą, mogę dać głowę.

- Mam znajomego, który... - zaczął ostrożnie Stein. - Może znalazłoby się tam jakieś 

zajęcie dla ogrodnika, nie wie pani?

5

background image

- Chyba nie. Wszystkie męskie roboty wykonuje tam Krauss. Tildem nie wpuszcza 

żadnego chłopa za bramę, ma ogromne owczarki, które pilnują majątku. To chyba zazdrość, 

wie pan!

Stein   poprosił   o   lokalną   gazetę   i   przejrzał   ogłoszenia.   Znalazł   to,   które   go 

interesowało:

„Zatrudnię godną zaufania kobietę jako pomoc domową, a także do opieki nad moim 

starym ojcem. Dobre wynagrodzenie. Tildem, majątek Lindehede”.

- Była tam pani kiedyś? - spytał Stein.

- Jeszcze za czasów starszej pani. Już wtedy główny budynek przypominał zamek 

duchów, a teraz wygląda  pewnie jeszcze gorzej.  Ci,  co tam byli, mówią, że  Tildemowie 

przenieśli się do jednego ze skrzydeł.

Gdy kobieta wróciła do swoich zajęć, na chwilę zapadła cisza.

- Domyślam się, jakie nowe zadanie mnie teraz czeka - zaczęła trochę agresywnie 

Unni.

- Właśnie się zastanawiam - odpowiedział jej Stein. - Nie jestem przekonany, czy 

powinienem narażać młodą niedoświadczoną dziewczynę. Tylko bez protestów. Doceniam 

twoje dobre chęci i gotowość współpracy, ale nie masz jeszcze dość praktyki. Wiele bym dał, 

żebym ja sam mógł się tam znaleźć, jednakże...

- A czy ona nie mogłaby się tam zgłosić tylko jako kandydatka do pracy, a potem w 

razie czego się nie zatrudnić? - zaproponował Wangen.

Stein skinął głową.

- To właśnie chciałem powiedzieć. Nawet jeśli tylko się zorientujemy, jak to wszystko 

wygląda od środka i co się tam dzieje, to i tak będzie dużo. Albo może uda ci się wymyślić 

jakiś   sposób,   żebyśmy   mogli   tam   wejść.  W   tym   czasie   ja   z   Nilsem   spróbujemy   znowu 

przypuścić atak na żywopłot. O zmroku, żeby przypadkiem nikt nam nie przeszkodził.

- Naprawdę zdobędziecie się na to? - spytała Unni, robiąc wielkie oczy ze zdziwienia.

- To, co czai się w tym żywopłocie, wszystko jedno co by to było, atakuje jedynie 

osoby samotne. I zawsze w biały dzień.

- Co to jest, pana zdaniem?

-   Ptaki   -   oświadczył   zdecydowanie   Stein.   -  Albo   jeden   ptak.   Tylko   ptaki   mogą 

poruszać się w ten sposób w tak gęstym żywopłocie. A to, co otarło się o twoje ramię, to 

pewnie było ptasie skrzydło. Ptaki umieją też łatwo znikać.

Unni zastanowiła się przez chwilę. Nie wyglądała na przekonaną.

- A ci, co utonęli? Co się z nimi stało?

6

background image

- Jeszcze nie wiem. Ale mam zamiar do tego dojść. No to co? Wolisz poczekać do 

jutra czy może...?

Wyraz   twarzy   Unni   wystarczył   za   odpowiedź.   Poczekałaby   nie   jeden   dzień,   ale 

najchętniej   cały   tydzień,   wiedziała   jednak,   że   musi   działać   jak   najszybciej,   tego   od   niej 

oczekiwano.

- Pójdę dzisiaj - oświadczyła zdecydowanie.

- Ale musisz coś ze sobą zrobić - stwierdził Stein. - Nie wyglądasz na zahukaną 

służącą.   A   jak   przed   chwilą   słyszeliśmy,   syn   Tildemów   to   typ   kobieciarza.   Musimy 

zredukować do minimum twoją atrakcyjność.

- To ja jestem atrakcyjna? - rzuciła kokieteryjnie.

- Najlepiej spytaj o to Nilsa - odparł sucho Stein. - No, to jak? Wchodzisz w to?

Spojrzała na niego, udając zagniewaną, ale po chwili się uśmiechnęła.

- Jak pan sobie życzy. To może być nawet zabawne.

Gdy Nils Wangen, zrobiwszy rundkę po wsi, w godzinę później wszedł do pokoju, 

zastał w nim jedynie Steina i jakąś niezdarną dziewczynę, która sprzątała w pokoju. Miała na 

sobie brzydką, za dużą sukienkę o staromodnym fasonie, włosy z przedziałkiem z boku, 

spięte spinką na wysokości jednego ucha, a drugie ucho schowane. Pończochy pościągały jej 

się w obwarzanki, stopami w ciężkich butach zamiatała do środka.

- Dzień dobry - powiedział Wangen. - Czy Unni już poszła?

Gdy   dziewczyna   wbiła   w   niego   tępy   wzrok,   nagle   ją   rozpoznał   i   wybuchnął 

śmiechem.

- Świetnie, naprawdę wspaniale, Unni! - śmiał się rozbawiony. - Chyba nikomu nie 

przyjdzie do głowy, żeby się za tobą uganiać.

- Dowiedziałeś się  czegoś ciekawego we wsi?  - spytał Stein, wyraźnie  dumny ze 

swojego dzieła.

- Nie, wszyscy robią się strasznie tajemniczy i milczący, gdy tylko pada pytanie o 

majątek. Jedyną osobą, która czasami bywa we wsi, jest pani Krauss, ale ona nigdy nie zniża 

się do tego, żeby rozmawiać ze zwykłymi śmiertelnikami. Czasami właściciel albo jego syn 

przemkną samochodem po drodze do Oslo. Pozostali pokazują się rzadko.

- A czy w majątku nie ma stajni, obory i podobnych rzeczy?

-   Owszem,   są.   Pracuje   tam   parę   osób,   ale   pod   żadnym   pozorem   nie   wolno   im 

wchodzić   na   główny   dziedziniec.   Jedyną   osobą,   z   jaką   Tildemowie   się   kontaktują,   jest 

Krauss.

- A może udało ci się dowiedzieć, co to znaczy, że oni są „przeklęci”?

7

background image

Wangen prychnął zniecierpliwiony.

- Takie tam chłopskie gadanie! Istnieje we wsi jakaś sekta religijna, jej członkowie 

twierdzą, że nad majątkiem Lindehede wiszą ciągle ciemne chmury. To znak potępienia.

- Jest już popołudnie. Czy to nie za późno, żeby tam iść? - spytała Unni.

Stein spojrzał na zegarek.

- Nie, nie sądzę. Podwieziemy cię najbliżej jak się da, a potem już sama znajdziesz 

drogę.

Kilka minut później samochód stał ukryty za gąszczem krzewów w pobliżu lipowej 

alei, która prowadziła do majątku. Dom nie był stąd widoczny, ponieważ od tej strony otaczał 

go niczym twierdzę nie do zdobycia wysoki mur.

Odd Stein udzielał Unni ostatnich instrukcji.

- Masz, weź ze sobą nadajnik i używaj go najczęściej jak się da. Tylko dobrze go 

ukryj! Widziałem plan majątku i wiem, gdzie leży główny budynek. Wydaje mi się, że tutaj 

powinniśmy jeszcze bez kłopotu cię odbierać, może tylko trochę słabiej. Połączymy się z 

tobą, powiedzmy, za trzy kwadranse, po rozmowie z właścicielami. A jeśli już w tym czasie 

stamtąd wyjdziesz, to tym lepiej. No, powodzenia!

Unni   próbowała   dojrzeć   w   twarzy   Steina   choćby   cień   zwyczajnego   ludzkiego 

zainteresowania i niepokoju o nią. Niestety, niczego takiego nie dostrzegła.

Patrzyli za nią, gdy szła powoli długą aleją w kierunku bramy. Zatrzymała się przy 

niej i, zamieniwszy z kimś kilka słów, została wpuszczona do środka.

Niedługo potem w aparacie odezwał się jej głos.

- Jestem w środku! Idę teraz sama żwirową alejką przez park. Bramę otworzył mi 

chyba   ten   Krauss.   Jeśli   chcielibyście   poznać   goryla   z   wielkim   brzuchem   piwosza,   to 

powinniście go zobaczyć. Miał lubieżne spojrzenie i patrzył na mnie podejrzliwie, ale chyba 

dosyć dobrze odegrałam swoją rolę nierozgarniętej wiejskiej gąski, bo mnie wpuścił. Teraz 

widzę przed sobą dom. A właściwie domy: główny budynek i dwa skrzydła. O Boże, może ja 

jednak   zawrócę?   Czegoś   tak   paskudnego   jak   ta   stara   ruina   jeszcze   nie   oglądałam.   W 

martwych oknach wiszą jakieś strzępy firanek, a od ścian odpada tynk. Cała ta buda jest 

szaroczarna.   Weranda   niedługo   przestanie   istnieć.   W   oknach   na   poddaszu   gnieżdżą   się 

dziesiątki nietoperzy.

Im bardziej oddalała się od odbiornika, tym jej głos robił się coraz słabszy.

- Mam nadzieję, że będzie ją słychać ze środka - bąknął Odd Stein. - To strasznie 

irytujące, kiedy człowiek siedzi tu bezczynnie, a jakaś młoda dziewczyna wykonuje za niego 

całą robotę! Muszę się tam jakoś dostać, Nils! Jeszcze nie wiem jak, ale muszę!

8

background image

Zupełnie jakby usłyszała, co powiedział, rzekła:

- Myślę, że  powinniście  być  ostrożni, bo Krauss  jest uzbrojony.  Ma duży sztucer 

myśliwski. Ratunku, słyszę jakieś psy! Zawracam, Stein! Szczekają tak, jakby mnie chciały 

pożreć. Ale nigdzie ich nie widać. Tutaj stoją tylko trzy budynki, cała reszta musi być gdzieś z 

tyłu. Park jest stary i brzydki. Drzewa wyglądają zupełnie tak jak w ponurych baśniach: są 

sękate,   mają  długie   ramiona   i  oczy,   i  podobne  rzeczy.   Krauss   powiedział,  że   właściciele 

mieszkają w prawym skrzydle. Właśnie tam idę. Usłyszymy się za około pół godziny.

Stein wyłączył odbiornik i spojrzał na zegarek.

- To za mało czasu, żeby dojść do żywopłotu. Wobec tego poczekamy tutaj.

Siedzieli   w   samochodzie,   rozmawiając   o   wszystkim   i   o   niczym.   Wangen   był 

niespokojny. Nigdy nie lubił takiego bezczynnego siedzenia i czekania nie wiadomo na co. Co 

parę minut włączał odbiornik.

- Nie podoba mi się ten więzienny mur - wyjaśnił, widząc karcące spojrzenie Steina.

Gdy minęło pół godziny, Odd Stein sam uruchomił aparat.

- Myślę, że rozmowa na pewno już się skończyła. I Unni idzie drogą przez park.

Ale w odbiorniku dał się słyszeć tylko jednostajny szum.

- Jeszcze nie włączyła nadajnika - powiedział z niepokojem Wangen.

Odd wyjrzał ostrożnie z samochodu. Aleja  była  pusta. Nie szła nią żadna smukła 

postać.

- Jakoś to długo trwa - westchnął pięć minut później, gdy odbiornik nadal milczał.

Po kolejnych dziesięciu minutach Nils Wangen spytał zdenerwowany:

- Co robimy? Przypuszczamy atak na tę twierdzę?

Ale Stein fuknął na niego.

- Cicho, coś słychać! Czyjś głos. Nadajnik jest włączony.

Obaj   przyłożyli   uszy   do   dużego,   nieporęcznego   urządzenia,   które   zajmowało   pół 

tylnego siedzenia.

- Słyszysz? - wykrzyknął Stein. - To ona!

Z dużym trudem wyławiali z jednostajnego szumu strzępy wypowiadanych przez Unni 

słów.

-   Możecie   już,   chłopcy,   na   dobre   wyłączyć   odbiornik,   bo   będę   musiała   schować 

torebkę. Jestem teraz w niewielkim pomieszczeniu na górze we wschodnim skrzydle. Mam 

nadzieję, że mnie słyszycie?

Głos zniknął na kilka sekund w intensywnym szumie, po czym powrócił, ogłuszająco 

silny, aż wreszcie zamarł znowu.

9

background image

- Dostałam pracę! - rozległo się po chwili. - Wszyscy tutaj są tacy mili i naprawdę 

mnie   potrzebują.   Pani   Tildem   niezbędna   jest   pomoc   przy   starym   teściu,   wobec   tego 

wykorzystałam   okazję   i   zapewniłam   panu,   Stein,   pobyt   w   majątku.   Wspaniale,   prawda? 

Powiedziałam,   że   chętnie   przyjęłabym   tę   posadę,   ale   mam   starego   ojca,   którego   muszę 

doglądać. Po krótkiej dyskusji w gronie rodzinnym właściciele przystali na to, żebyś ty, stary, 

kochany ojczulku, zamieszkał w zachodnim skrzydle i w każdej chwili, w razie potrzeby, miał 

mnie   pod   ręką.   Lepsze   już   takie   rozwiązanie,   niż   gdybym   musiała   wędrować   w   tę   i   z 

powrotem do domu. Chcą po prostu, żebym była do dyspozycji o każdej porze dnia i nocy. 

Proszę pamiętać, ma pan chorą nogę, prawie nie wstaje pan z łóżka i jest już sklerotycznym 

starcem.

Stein ciężko westchnął.

- Stary ojciec! Nie mogłaś powiedzieć: brat? No, już dobrze, dobrze. Nie najgorzej to 

wymyśliłaś.

- Dasz sobie radę - uśmiechnął się szyderczo Wangen. - A może by się jej udało 

przeszmuglować także mnie? Psst, znowu ją słychać.

- ...niech pan pamięta, umówiłam się, że jeśli nie wrócę do domu dziś wieczorem, to 

pan przyjdzie jutro pod bramę o ósmej rano. Więcej opowiem jutro, bo teraz muszę już zejść 

na dół i pomóc pani. Chcę jeszcze tylko dodać, że Krauss patroluje park co godzina z psami, a 

na noc są w ogóle spuszczane. Ale poza tym wszyscy sprawiają nawet dosyć miłe wrażenie. 

Właściciel Patrik Tildem to przystojny mężczyzna po pięćdziesiątce, a syn jest po prostu 

cudowny. Nie wiem, którego najpierw mam uwieść: jego czy ojca. Ale po tym, co pan ze 

mnie zrobił, nie mam chyba szansy u żadnego.

- Do rzeczy, dziewczyno - powiedział niecierpliwie Stein.

- Pani zaś to zwiędła piękność, z gatunku tych jasnowłosych aniołów, których ciało 

szybko traci jędrność i nabiera pulchnych kształtów. Córeczka Alice jest naprawdę słodka, 

jestem już z nią zaprzyjaźniona i na pewno uda mi się z niej wyciągnąć trochę sekretów na 

temat   majątku.   Teścia   jeszcze   nie   widziałam.   Myślę,   że   na   ich   wszystkie   pytania 

odpowiedziałam tak, jak na taką nierozgarniętą osobę, jaką tu gram, przystało. Cały czas 

staram się wyglądać na niezbyt inteligentną, ale, muszę przyznać, to wcale nie jest łatwe. Wie 

pan co, Stein, zaczynam przychylać się już do pańskiej teorii, że w tym żywopłocie siedziały 

po prostu ptaki, a ci, co przepadli bez śladu, zniknęli całkiem dobrowolnie, udając tylko, że 

się   potopili.   Bo   ci   moi   gospodarze   to   naprawdę   bardzo   spokojni,   kulturalni   ludzie   na 

poziomie.   Trudno   się   im   dziwić,   że   pilnują   tej   swojej   posiadłości   przed   nieproszonymi 

gośćmi. Mieszkańcy wioski pod żadnym względem nie dorastają im nawet do pięt. Wołają 

0

background image

mnie. Zobaczymy się jutro! Uważaj na siebie, Nils! Przez kilka dni przynajmniej odpoczniesz 

od mojego towarzystwa.

Wangen uśmiechnął się i wyłączył odbiornik.

-   To   brzmi   obiecująco.   Mówiąc   szczerze,   wreszcie   odetchnąłem.   Bo   w   którymś 

momencie wyglądało to trochę niebezpiecznie.

- Owszem. To może rzucimy teraz okiem na żywopłot?

1

background image

ROZDZIAŁ V

Dziesięć   minut   później   stali   w   lesie,   patrząc   na   znienawidzony   żywopłot,   który 

wznosił się nad ich głowami niczym góra. Słońce już zachodziło, pozostawiając tylko cienie i 

lśniące w wieczornym świetle jeziorko. Zanosiło się na deszcz.

- Tak naprawdę to nie wiemy, czy ten niesamowity dźwięk istnieje, możemy polegać 

jedynie na słowach innych - odezwał się Stein. - Ale jeśli chcemy posunąć się do przodu, 

musimy w nie wierzyć.

Przez chwilę nic nie mówił, po czym mocno klasnął w ręce.

Nie zerwał się ani jeden ptak. Żywopłot stał czarny i niemy.

- Masz może w samochodzie siekierę i piłę? - spytał Wangen, wędrując wzdłuż gęsto 

rosnących świerków.

- Chyba mam. Muszę powiedzieć, że nie jestem zadowolony z naszych dzisiejszych 

dokonań. Zwróciłem tu dziś uwagę na jedno miejsce...

Poszedł  jeszcze  kawałek  dalej,  aż  znalazł  się  mniej  więcej   w  połowie  żywopłotu. 

Przykucnął.

- Przyjrzyj się: tutaj i pod żywopłotem - zwrócił się do Wangena. - Widzisz coś?

Nils Wangen też przykucnął.

- Trawa rośnie gorzej w tym miejscu. W środku też. Ziemia jest tu bardziej zbita.

- No właśnie. Jakby ktoś tędy chodził.

Badali ziemię w całkowitym milczeniu. To chyba niemożliwe, żeby tędy prowadziła 

jakaś ścieżka, bo drogę zagradzał niewielki uschnięty świerk.

Spojrzeli na siebie. Stein wyciągnął rękę i ostrożnie chwycił cienki pień. Całe drzewko 

zatrzęsło się lekko i nie wiadomo skąd spadł na nich deszcz suchych igieł.

- No proszę! - powiedział Wangen. - Podnieś je!

Odd przechylił lekko świerk i po prostu wyjął go z ziemi. Pień był przepiłowany.

- Popatrz, popatrz! - upajał się swoim odkryciem.

Wreszcie   oni   też   mogli   przejść   do   działania,   zamiast   powierzać   wszystko   młodej, 

niedoświadczonej amatorce.

Odłożyli drzewko na bok, chowając je w żywopłocie. Ogromnie przejęci wślizgnęli 

się w niewielki otwór. Suche gałęzie drapały ich po plecach, jakby chciały zaprotestować 

przeciwko   temu   nieoczekiwanemu   wtargnięciu,   wreszcie   jednak   mogli   się   wyprostować. 

Zdziwieni rozejrzeli się wokoło.

Nadal znajdowali się w środku żywopłotu. Domyślili się teraz, że kiedyś, dawno temu, 

2

background image

musiał on tworzyć aleję. Pomiędzy szpalerami ogromnych świerków prawie nie było widać 

dawnej drogi dojazdowej. Ale rzędy środkowe były znacznie rzadsze niż zewnętrzne, dlatego 

obaj mężczyźni bez trudu mogli się przez nie przedrzeć.

- Już teraz rozumiem: to pewnie tędy, wewnątrz żywopłotu, ktoś szedł wtedy trop w 

trop za Unni i wszystkimi pozostałymi  - powiedział Wangen. - A kiedy próbuje się biec 

między gęsto rosnącymi drzewami, powstaje szelest i świst. Może to był ten dźwięk, który oni 

słyszeli?

Stein nie wyglądał na przekonanego.

- Pobiegnij kawałek!

Wangen ruszył przed siebie, a kiedy wrócił, obsypany suchymi igłami, Stein pokręcił 

głową.

- To był normalny odgłos, jaki powstaje, kiedy ktoś przedziera się przez gęsty las. Nic 

nadzwyczajnego. Poza tym kto by zdążył najpierw usunąć świerk, wyjrzeć, dotknąć ramion 

Unni - która była dosyć daleko od tego miejsca - a potem wejść do środka i schować się 

znowu? Nie, to się nie trzyma kupy. Wiesz co, przedostańmy się na dziedziniec. Lepiej to 

zrobić teraz, kiedy psy chodzą razem z Kraussem, niż w nocy, gdy są spuszczone i mogą 

pojawić się nagle w pierwszym lepszym miejscu.

Wypatrzyli przejście i tak oto znaleźli się na terenie majątku.

W ponurym świetle zmierzchu widzieli park, poszarzały ze starości, z drzewami o 

pniach tak potężnych, że żadnego z nich nie zdołaliby objąć nawet dwaj rośli mężczyźni. Tuż 

przed nimi teren lekko opadał, a po drugiej stronie wznosiło się zbocze zasłaniające wszystko, 

co mogło kryć się za nim.

- Nie zapominaj o Kraussie i psach - bąknął Wangen.

- Pamiętam. Nie wiemy, o której odbywa te swoje obchody. Musimy zachowywać się 

cicho i pilnie nasłuchiwać.

Zaczęli   schodzić   na   sam   dół   rozległego   zagłębienia,   które   swym   kształtem 

przypominało płaską czarę. Ziemię szczelnie okrywała gruba warstwa brązowych liści dębu, 

miedzianych jarzębiny, żółtych brzozy i mieniących się różnymi kolorami liści klonu.

Z   lekkim   ociąganiem   obejrzeli   się   za   siebie.   Znajdowali   się   już   dosyć  daleko   od 

żywopłotu i raczej nie zdążyliby do niego dobiec, gdyby na wierzchołku wzniesienia pojawiły 

się psy.

- Zobacz! - szepnął Wangen. - Na tym dużym dębie jest ambonka. W razie czego tam 

uciekniemy.

Stein skinął głową. Wiedział, że dom leży gdzieś za wzgórzem, nie wiedział tylko, jak 

3

background image

daleko.

Gdy podnosili i stawiali stopy, suche liście szeleściły rytmicznie.

- Wcale nie tak łatwo poruszać się tu po cichu - mruknął pod nosem Stein. - Ale teraz 

doskonale rozumiem, co Unii miała na myśli, mówiąc o drzewach ze świata baśni.

Gdy dotarli na sam szczyt wzniesienia, przystanęli. Na wszelki wypadek woleli się 

ukryć za rozłożystym dębem.

W   oddali,   między   drzewami,   dostrzegli   jakiś   budynek.   Nie   byli   jednak   w   stanie 

stwierdzić, co się w nim mieści. Z daleka odróżniali tylko zarys ścian.

- Myślę, że nie powinniśmy podchodzić jeszcze bliżej - szepnął Stein. - Musimy mieć 

możliwość odwrotu. Przejdźmy trochę na prawo!

Przemykali   przez   park,   czujni   i   skupieni.   Po   chwili   u   stóp   wzniesienia   ujrzeli 

czerwone mury i czarne dachy budynków gospodarczych. W tym samym momencie rozległo 

się głośne ujadanie psa. Zaraz potem odpowiedział mu drugi.

- Zaczął się obchód. Biegnijmy do żywopłotu - zdecydował Stein.

Pobiegli na przełaj przez park. Psy wprawdzie umilkły, ale przecież nie wiadomo, od 

której strony Krauss wyrusza na inspekcję. Słońce dawno już zaszło i o tej porze w ostatnich 

dniach października było prawie ciemno.

Akurat   gdy   znowu   rozległo   się   szczekanie   psów,   tylko   już   znacznie   bliżej,   Nils 

potknął   się   o   coś   ukrytego   pod   warstwą   liści.   Znajdowali   się   akurat   na   niewielkim 

wzniesieniu i mogli dostrzec w oddali żywopłot.

- No, wstawaj, niedorajdo - uśmiechnął się Odd, podając koledze rękę.

- Poczekaj! - zatrzymał go Wangen. - Uwięzia mi w czymś stopa. No i przecież korzeń 

drzewa nie dzwoni.

Ujadanie psów nieco się oddaliło, jakby znalazły się za domem albo za jakimś innym 

budynkiem. Stein ocenił odległość do żywopłotu.

- Chyba zdążymy się temu przyjrzeć - uznał. Zaczęli odgarniać liście rękami, cały czas 

pilnie nasłuchując, gdzie mogą być psy. Bardzo szybko odkryli, co znajduje się pod liśćmi.

Wangen potknął się o żelazny okrągły uchwyt przytwierdzony do ciężkiej płyty.

Stein stuknął palcem o metal.

- Tu jest jakiś napis, ale ma już chyba tyle lat, że prawie go nie widać - powiedział.

Przyklękli na ziemi, próbując odczytać inskrypcję.

- To jakiś grób - stwierdził Nils.

- Chyba  coś  więcej.  Duży grobowiec. Jest zadziwiająco stary.  Pochodzi z czasów 

przed Tildemami, a nawet sprzed pani Hahn.

4

background image

- Nie sposób odczytać nazwiska. Zobacz! Tu jest jakaś data. A tam jeszcze jedna.

Stein próbował odszyfrować napisy za pomocą dotyku.

- Chyba tysiąc siedemset osiemdziesiąty pierwszy. A ta... też tysiąc siedemset któryś.

- Myślisz, że możemy? Po dwustu latach zakłócać czyjś spokój?

- Możemy? Musimy! Nie zdążymy się obejrzeć, a zaraz dopadną nas psy!

Wspólnymi siłami unieśli ciężką kamienną płytę i bez większego trudu odsunęli ją na 

bok.

- Można by pomyśleć, że ktoś często tu zagląda! Tak łatwo nam poszło - dziwił się 

Stein, schodząc w dół po wąskich schodkach. - Uważaj, są zmurszałe.

W kilka sekund znaleźli się na dole w niskim pomieszczeniu przesyconym zgniłym 

zapachem ziemi i czymś jeszcze.

Stein pociągnął nosem.

- Dwustuletnich kości nie powinno być czuć - bąknął.

Nils zasunął płytę.

- Myślisz, że ktoś zauważy te odgarnięte liście? - spytał z obawą w głosie.

- Tylko wtedy, jeśli znajdzie się dokładnie w tym miejscu. Miejmy nadzieję, że psy nas 

nie wytropią.

Zamilkli.   Stali   cicho   w   ciemności   i   nasłuchiwali.   Słyszeli   szelest   liści,   ale   nie 

bezpośrednio nad ich głowami.

- Krauss z psami jest znacznie dalej, tam gdzie w ogóle nie szliśmy - szepnął Odd. - 

Mamy więcej szczęścia niż rozumu.

Ponieważ nie wiedzieli, czy przez szpary nie będzie widać światła, woleli na razie nie 

zapalać   latarek.   Dawali   sobie   radę   po   omacku.   Stein   wyczuł   ściankę   jakiejś   skrzyni, 

wielkością   przypominającej   trumnę,   a   kiedy  przesunął   palce   dalej,   znalazł   jeszcze   jedną. 

Słyszał, że Nils też próbuje rozpoznać dotykiem, co ma wokół siebie.

Nagle  Wangen   zamarł   w   całkowitym   bezruchu.   Mimo  panujących   ciemności   Odd 

Stein od razu to wyczuł.

- Co się stało?

- Odd - lekko drżący głos młodego policjanta brzmiał złowróżbnie. - Odd, chyba nie 

jesteśmy tu sami!

- Co masz na myśli?

Głos Nilsa dochodził tuż znad posadzki.

- Tu coś jest. Natknąłem się na coś miękkiego. Coś... Zapal latarkę, Krauss z psami 

jest już chyba daleko.

5

background image

Rozbłysło   światło,   odsłaniając   na   razie   tylko   ciemne   ściany   grobowca.   Cztery 

kamienne skrzynie stały w ciemności, pokryte pleśnią i mchem.

A między nimi...

-   Nils!   -   powiedział   Stein,   pomagając   koledze   wstać.   -   W   tym   grobowcu   są 

pasażerowie na gapę!

Po   chwili,   która   Nilsowi   wydała   się   długą   godziną,   obaj   mężczyźni   stanęli 

wyprostowani w grobowcu. Wangen czuł, że robi mu się niedobrze.

- Dwie kobiety - stwierdził krótko Stein. - Jedna leży na pewno dłużej, ale obie są tutaj 

co najmniej od dwóch lat. Starsza jest ubrana w kostium kąpielowy, a ta druga nie ma na 

sobie nic. Co ty o tym myślisz, Nils?

-   Ta   w   kostiumie   to   pewnie   ta   Gunvor,   która   zniknęła   trzy   lata   temu,   bo   ona 

rzeczywiście się kąpała.

- Słusznie. Ale druga... Zwłoki są w takim stanie, że nie potrafię o niej nic bliższego 

powiedzieć.   Prawdopodobnie   to   jest   ta   miejscowa   piękność,   Kit   Thomassen,   albo   tamta 

trzydziestoletnia wczasowiczka, która zniknęła zaraz po niej.

Wangen spojrzał na przerażające znalezisko.

- To są dwie z ofiar. A gdzie trzy pozostałe? A co z Unni, która właśnie teraz jest 

wśród tych kulturalnych ludzi z majątku Lindehede?

Odd Stein zagryzł wargi.

- Chodź, musimy się stąd wydostać, zanim Krauss rozpocznie kolejny obchód.

Wyszli z grobowca, rozsypali liście na płycie, po czym bardzo szybko znaleźli się przy 

żywopłocie i przedarli na drogę. Ścięty świerk wetknęli na dawne miejsce.

- Muszę się koniecznie umyć - powiedział Nils. - Może zaryzykujemy i zrobimy to w 

jeziorze?

Stein uśmiechnął się krzywo.

- No to zaryzykujmy!

Miło było poczuć się czystym po nieoczekiwanej wizycie w grobowcu. Podczas gdy 

Nils tak energicznie płukał ręce, że aż wkoło rozpryskiwała się woda, jego szef wycierał już 

palce chusteczką, błądząc gdzieś myślami ze wzrokiem utkwionym w czarnym jak noc lesie.

- Trzy pozostałe...? Jeszcze jedna kobieta, uwodziciel i Ingrid Andersen, która zniknęła 

kilka dni temu. Co się z nimi mogło stać?

Nad majątkiem Lindehede zapadła noc. Zasłona ciężkich chmur rozchyliła się nieco, 

ukazując   blady   i   chory   księżyc,   ogryziony   z   boku   i   pozbawiony   mocy.   Unni   ogarnęła 

spojrzeniem swój niewielki pokój.  Brązowe tapety ze złotym wzorem, kącik do mycia  z 

6

background image

porcelanowym dzbankiem, ciężkie zasłony i drzwi do drugiego pokoju z szybką przesłoniętą 

firanką w kwiatki. Torebkę z nadajnikiem schowała bardzo głęboko w garderobie.

Lekko oszołomiona wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatniej doby, przymknęła 

oczy, pragnąc wreszcie zasnąć. Ale myśli nie dawały jej spokoju.

Ten młody Hugo to fantastyczny, superprzystojny chłopak, ale prawdopodobnie typ 

uwodziciela,   poza   tym   chyba   trochę   lekkomyślny   i   nieco   zwariowany.  Wręcz   pożerał   ją 

wzrokiem.  Unni   z  trudem   znosiła   to,   że   nie   może   pokazać   mu   się  w   swym   normalnym 

wcieleniu, jako osoba elegancka i dowcipna. Co wcale nie znaczy, że chciałaby go zdobyć, 

ale irytowało ją to, że musi odgrywać rolę jakiejś nierozgarniętej, niezdarnej gęsi!

Alice... Dwunastolatka, inteligentna i ufna. Natychmiast przylgnęła do Unni, wszędzie 

za nią chodziła, pomagała w pracy i objaśniała.

Unni zrobiło się naprawdę żal dziewczynki, gdy ta w którymś momencie wyznała jej z 

wyrazem oddania w oczach: „Tak się cieszę, że jesteś, Unni. Bo wiesz, w domu nikt nie ma 

dla mnie czasu. Tata jest taki surowy i wciąż zajęty, mama myśli tylko o swoim wyglądzie, a 

Hugo ciągle gdzieś jeździ samochodem. Jedynie wujek Sigurd jest naprawdę miły, ale on ma 

to swoje, no wiesz”.

Unni   czuła   się   bardzo   niezręcznie.   Odkryła   bowiem,   że  Alice   jest   nieocenionym 

źródłem informacji, choć z drugiej strony to nie w porządku wykorzystywać w ten sposób 

samotne i prostoduszne dziecko...

Ale ma przecież zadanie do wykonania. I to jest najważniejsze.

Przez chwilę zatrzymała się myślami przy starym Tildemie, lecz szybko je odegnała. 

Nie jest przecież pielęgniarką, a ten okropny staruch... Uff! Poza nim wszyscy okazali się 

cudowni. Zasnęła.

Firanka w oszklonych drzwiach lekko się poruszyła. Ktoś odchylił ją na dwa palce i na 

młodą śpiącą dziewczynę spojrzało czyjeś oko. Przyglądało jej się długo: jasnym włosom 

rozrzuconym na poduszce, miękkim kształtom rysującym się pod kołdrą. W tym oku był 

błysk, który powinien być obcy każdemu człowiekowi: błysk pogardy. Uśmiech pozbawiony 

ciepła. Oczekiwanie czegoś złego.

Unni widziała to oko w półśnie. Nie wiedziała, że nie śpi, była przekonana, że widzi je 

w koszmarze, który właśnie ją nawiedził.

Mijały minuty, oko wreszcie zniknęło, oddaliły się przytłumione kroki.

Unni   ocknęła   się,   wyrwana   nagle   ze   snu   przez   jakiś   dźwięk.   Krzyk?   A   może 

trzaśniecie drzwi?

Spojrzała na zegarek. Dziesięć po dwunastej.

7

background image

Na palcach podeszła do okna. Wychodziło na dziedziniec, czyli skrzydło zachodnie 

miała   dokładnie   naprzeciwko,   a   starą,   zrujnowaną   główną   część   budynku   w   załomie   na 

prawo.

Surowo zabroniono jej tam chodzić, ponieważ tamta część domu mogła podobno w 

każdej   chwili   się   zawalić.  Ale   właśnie   dostrzegła   teraz   jakieś   słabe   światło,   migotliwy 

płomień na pierwszym piętrze. Po chwili zniknęło, jakby ktoś otworzył i zamknął drzwi.

Unni nie  mogła  oprzeć  się ciekawości.  Odd Stein prosił ją  wprawdzie, żeby była 

ostrożna aż do przesady, ale ta zagadka wymagała wyjaśnienia. Poza tym Stein chwilami 

bywał naprawdę nudny. Obłędnie przystojny, wysportowany, o rysach twarzy świadczących o 

charakterze i powadze, ale mimo wszystko nudziarz. Wobec tego będzie sam sobie winien, bo 

ona nie ma zamiaru być niewolniczo posłuszna mężczyźnie pozbawionemu wyobraźni.

Wiedziała, że w majątku Lindehede jest ktoś, kogo jeszcze nie spotkała. Wujek Sigurd, 

brat  Patrika  Tildema.  Czasami  przemykał  przez  drzwi  niczym  cień,  jakby  nie  chciał  być 

widziany. Unni spojrzała w niebo...

W pierwszej chwili sądziła, że nad domem zawisła jakaś ciemna chmura. Odkryła 

jednak,   że   to   z   jednego   z   kominów   na   głównej   części   budynku,   osmalonego   i   na   wpół 

zawalonego, unosi się wąską smugą dym. A więc to były te ciemne chmury potępienia nad 

majątkiem Lindehede!

Któż to mógł kręcić się o dwunastej w nocy po pustym domu?

Unni podjęła decyzję.

Poddasze spowijały ciemności. Jakieś dziwne przedmioty czaiły się wszędzie wokół 

niczym cienie dawno zmarłych istot. Nie, nie, tylko nie to! skarciła się Unni. Lepiej nie 

puszczać   wodzy   fantazji!   W   świetle   dnia   te   wszystkie   dziwolągi   okazałyby   się   pewnie 

zwykłymi rupieciami, jakie zwykle gromadzi się na poddaszu. Dotarła do schodów.

Miała nadzieję, że stopnie nie będą skrzypieć.

Unni  była  już  prawie  na  dole,  gdy stanęła  jak  wryta.  Nad swoją   głową usłyszała 

szuranie czyichś nóg, któremu towarzyszyło rytmiczne postukiwanie. Stuk - puk i krok, stuk - 

puk i krok...

Brzmiało to dość niesamowicie w tym cichym zazwyczaj skrzydle domu. Unni ruszyła 

znów przed siebie.

Bez trudu dotarła do drzwi od kuchni, bardzo, bardzo powoli nacisnęła klamkę, żeby 

przypadkiem nie zaskrzypiała. Drzwi były zamknięte na zasuwkę. Odsunęła ją i po cichu 

wyślizgnęła się na dwór.

Poczuła   przeszywające   zimno,   miała   na   sobie   tylko   flanelową   koszulę.   Nie   była 

8

background image

przyzwyczajona   do   chodzenia   boso,   zwłaszcza   po   żwirze,   dlatego   wykrzywiała   twarz   w 

bolesnym grymasie, stąpając po alejce w stronę głównego budynku.

Nagle przed sobą w ciemności usłyszała przytłumione warczenie. Zapomniawszy o 

dojmującym bólu stóp, rzuciła się z powrotem w stronę kuchennych drzwi i zdążyła zamknąć 

je za sobą dosłownie w tej samej chwili, gdy oparły się na nich ciężkie łapy rozwścieczonego 

psa.

Przeszła   szybko   przez   kuchnię,   czując,   że   serce   wali   jej   jak   młotem,   i   już   miała 

otworzyć kolejne drzwi, gdy nagle usłyszała za nimi wzburzony głos.

- Co się dzieje z tymi psami?

Rozpoznała stanowczy głos Patrika Tildema.

Ojej, co ja teraz zrobię? pomyślała zrozpaczona. Obok były jakieś drugie drzwi. Jeśli 

dobrze pamiętała, prowadziły do piwnicy. Otworzyła je szybko i w słabym świetle lampy 

zawieszonej nad schodkami stanęła oko w oko z mężczyzną, którego dotąd nie widziała. 

Patrzył na nią zimnym wzrokiem zza błyszczących okularów. Znalazła się w pułapce.

9

background image

ROZDZIAŁ VI

Następnego ranka Odd Stein przyczłapał tuż przed ósmą pod bramę. Uważał, że jest 

nie najgorzej ucharakteryzowany, choć wiedział, że młodzi ludzie udający starych nie są w 

stanie pozbyć się jednego: blasku oczu. Ciemne okulary nie stanowiły dobrego rozwiązania, 

wyglądałyby nienaturalnie i mogły wzbudzić podejrzenia. Dlatego wkroplił sobie do oczu 

lekko podrażniającą spojówki substancję chemiczną, wskutek czego cały czas łzawił i miał 

zaczerwienione powieki. Na wyrazistą tęczówkę nie mógł już nic poradzić, uważał jednak, że 

i tak nie jest źle.

Stein lubił grać kogoś innego. Zaliczano go do mistrzów w tej dziedzinie. Bardzo się 

cieszył,   kiedy   udawało   mu   się   wyprowadzić   w   pole   przyjaciół.   Utwierdzało   go   to   w 

przekonaniu,   że   do   perfekcji   opanował   sztukę   mistyfikacji.   W   roli   starego   mężczyzny 

występował już kilkakrotnie, dlatego nieobce mu były odpowiednie gesty i ton. A tym razem 

odczuwał szczególne zadowolenie.

Udając   trochę   zdezorientowanego,   pokuśtykał   w   stronę   władczego   wartownika, 

trzymającego za obrożę psa. „Goryl o wielkim brzuchu piwosza”. Tak, to musi być Krauss!

- Unni - wymamrotał Stein bezradnie. - Moja córka... Czy ona jest tutaj? Miałem ją tu 

spotkać. O ósmej.

- Nic mi o tym nie wiadomo - odparł szorstko Krauss.

Nadzieja w oczach starca zgasła.

- Przyszła tu wczoraj - bełkotał jeszcze bardziej niepewny. - Miałem ją dzisiaj spotkać. 

Mam dla niej jedzenie. Ona tu jest, wiem na pewno.

Krauss pokręcił głową.

Odd Stein zaczął się naprawdę denerwować. Co się stało z Unni? Przed oczami miał 

znowu zwłoki dwóch kobiet w grobowcu. Koniecznie musi dostać się do środka!

-   Proszę   o   nią   spytać   -   nalegał   uparcie.   -   Wiem,   że   ona   tu   jest,   bo   wczoraj 

odprowadziłem ją aż do alei i widziałem, jak wchodziła za bramę. Szukała pracy. A później 

stąd nie wyszła. Niech pan o nią spyta!

Z lekkim ociąganiem, nieco zbity z tropu, Krauss poszedł do swojej budki. Nie mógł 

przecież zaprzeczyć, że wpuścił dziewczynę do środka, skoro ten staruch odprowadził ją aż 

do alei.

Odd   czuł   głęboki   niepokój.   Co  się   stało?   Która   część   planu   zawiodła?   Czy  Unni 

okazała się nierozsądna? Została zdemaskowana? Przecież ona nic nie wie o znalezionych w 

grobowcu dwóch martwych kobietach!

0

background image

Pilnował się, by nie iść zbyt blisko Kraussa, który mógłby się zorientować, że jest 

przebrany. Najchętniej udawał mężczyznę około sześćdziesiątki, bo to nie było jeszcze takie 

trudne. Ponieważ jednak Unni powiedziała, że jej ojciec jest niedołężnym starcem, musiał 

pójść na całość i zrobić z siebie prawdziwego dziadka, co mogło się jednak okazać nieco 

ryzykowne.

Z parku wyłoniły się dwie osoby. Ku wielkiej uldze Odda, jedną z nich była Unni.

Szatańska   dziewczyna!   Już   nigdy   więcej   nie   weźmie   pod   swoje   skrzydła   żadnej 

bratanicy szefa! Bez przerwy bowiem umierał ze strachu o nią.

- To ona! - krzyknął drżącym głosem starego mężczyzny. - Wiedziałem, wiedziałem, 

że tu jest. Unni! Pomachał niezdarnie w jej stronę. Była coraz bliżej. Razem z nią szła kobieta 

w   wieku   Kraussa,   wysoka   i   gruba,   o   potarganych,   przysypanych   siwizną   włosach.   To 

prawdopodobnie jego żona.

Unni zatrzymała się na ułamek sekundy, oniemiała ze zdziwienia. Kto to jest? Czy to 

rzeczywiście mógł być Odd Stein? Chyba jednak tak, rozpoznawała zarys jego szczęki i ręce. 

Ale poza tym...

Siwa   peruka   stanowiła   świetne   dopełnienie   zgarbionej   sylwetki   mężczyzny,   który, 

niepewnie stojąc na drżących nogach, na wszelki wypadek opierał się jeszcze na lasce. Nie 

ogolony,   zmęczony,   wycieńczony   -   jak   on   zdołał   tego   dokonać?   Łzawiące   oczy,   siwe 

krzaczaste brwi, na wpół otwarte usta ze źdźbłami tabaki między zębami. A ubranie! Lepiej 

nie mówić.

Ale najwspanialsze było zachowanie. Ruchy, spojrzenie, głos...

Doskonały! pomyślała Unni.

- Dzień dobry, ojcze - powiedziała głośno. - Dobrze, że przyszedłeś. Umówiłam się, że 

będziesz tu mieszkać.

- Nie musisz tak do mnie krzyczeć - mruknął starzec. - Przecież słyszę nie najgorzej, 

dobrze o tym wiesz. Ciągle do mnie krzyczy - wyjaśnił Kraussom. - Wiesz, córeczko, dziś w 

nocy znowu przyszli do nas żołnierze. Zaczynają być już trochę natrętni.

- Żołnierze? - spytał zaniepokojony Krauss.

Unni szybko wyjaśniła:

- Z czasów kryzysu unijnego w tysiąc dziewięćset piątym roku. Ojciec traci niekiedy 

orientację w czasie.

- Dostałem medal - chwalił się dumny Stein. - Dał mi go w ubiegłym tygodniu sam 

król Oskar. Chcesz zobaczyć?

- Zabierz go do domu i polecił Krauss, odwracając się do nich plecami.

1

background image

W drodze   przez   park  nie  mieli  szansy  ze  sobą  porozmawiać,   ponieważ  cały czas 

pilnowała ich pani Krauss. Tak więc Stein dalej fantazjował i bełkotał coś o wojnie unijnej, 

Unni zaś odpowiadała ostrożnie. Stłumiła w sobie przemożny impuls, by spytać: „Jak ci się 

udało tak zakonserwować, tato?” Nils Wangen umie żartować z samego siebie, w to nie 

wątpiła, ale co do Steina nie była pewna. Wiedziała tylko tyle, że ogromnie go podziwia i że 

doznała wielkiej ulgi, gdy wyrażono zgodę na jego obecność w majątku Lindehede.

Dopiero   gdy   znaleźli   się   w   prawie   nie   umeblowanym   pokoju   ziejącego   pustką 

zachodniego skrzydła, pani Krauss wreszcie ich opuściła, wydając na odchodnym polecenie, 

by Unni za pół godziny zjawiła się w kuchni.

Policjant szepnął cicho:

- Sprawdź, czy nikt nas nie podsłuchuje!

Unni szybko zrobiła, co jej kazano, nie pomijając sąsiednich pomieszczeń.

- Nie ma nikogo - oznajmiła na koniec.

- W porządku. - Stein usiadł na łóżku, a jego podopieczna na jedynym w tym pokoju 

krześle Roześmiała się.

-  Nigdy nie  myślałam, że  moja   praca  będzie  polegać na  sprawowaniu  opieki  nad 

dwoma starszymi panami naraz.

Odd Stein spojrzał na nią ponurym wzrokiem.

- Żebyś się tylko nie ważyła próbować mnie pielęgnować, myć i temu podobne rzeczy 

- burknął. - Sam sobie dam radę.

Unni na próżno starała się stłumić śmiech.

- No i jakie masz dla mnie nowiny? - spytał Stein.

- Och! - wykrzyknęła przerażona. - Niewiele brakowało, a popełniłabym dzisiejszej 

nocy straszny błąd. I zaczęła opowiadać o swojej nocnej eskapadzie.

-   I   tak   tam   stałam   oko   w   oko   z   tajemniczym   wujkiem   Sigurdem,   podczas   gdy 

właściciel wracał z kuchni, a na dworze szalał rozwścieczony pies.

Stein aż jęknął, słysząc o tak nierozważnym postępowaniu dziewczyny.

- I co zrobiłaś?

Twarz Unni okryła się rumieńcem.

- Hm, co miałam zrobić?  Istniało tylko jedno wyjście. Jąkając  się wyjaśniłam, że 

właśnie   szukałam   ubikacji   na   zewnątrz   i   ten   okropny  pies   mnie   przestraszył.  Właściciel 

oznajmił krótko, że na drugim piętrze znajduje się łazienka z toaletą. „Och, nie, nigdy nie 

śmiałabym z niej korzystać!”, odparłam przerażona. Tildem, podobnie jak ja, był wyraźnie 

zażenowany rozmową na ten temat. Nagle za jego plecami pojawiła się dziedziczka. „Na 

2

background image

poddaszu   znajduje   się   sama   ubikacja,   przecież   pokazałam   ci   ją   dzisiaj”.   „Ach”, 

wykrzyknęłam, udając strasznie zdziwioną. „Nawet do niej nie zajrzałam, bo myślałam, że to 

szafa na ubrania. Przepraszam!” Potem dygnęłam i pobiegłam na górę do swojego pokoju.

- Sprytnie z tego wybrnęłaś - przyznał Stein. - Ale pamiętaj,  że nie wolno ci się 

wybierać na takie wycieczki! Pozostaw je mnie!

- Tak jest, szefie - odparła pokornie. - Ale wie pan, co mi się wydaje? Wuj Sigurd 

przyszedł chyba wtedy z głównej części budynku. Jego piwnica i ta we wschodnim skrzydle 

są ze sobą połączone. Bo najpierw widziałam światło po prawej stronie, a później spotkałam 

Sigurda w drzwiach do piwnicy we wschodnim skrzydle.

- Muszę to sprawdzić - postanowił Stein. - A ty cały czas pozostawaj w kontakcie z 

Nilsem.

Oczy dziewczyny zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.

- Jak? To niemożliwe!

- Umówiliśmy się, że każdego dnia o piątej po południu będziesz wynosić śmieci. 

Pojemniki stoją przy murze, tam gdzie rośnie taki duży dąb. Przerzucisz mu przez mur nasz 

raport, a on odrzuci do ciebie swój. Tylko nie wolno wam rozmawiać.

- Rozumiem. To się może nawet udać, bo pani Krauss spycha teraz całą robotę na 

mnie. - Unni przeciągnęła się, pojękując. - Och, moje biedne plecy. Mam już pęcherze na 

rękach,   a   za   paznokciami   brud.   Najgorszy   jest   ten   staruch.   Czy   ja   jeszcze   kiedyś   będę 

wyglądać jak należy? Aha, mała Alice wypaplała mi coś ważnego. Powiedziała, że jej brat 

Hugo ma według niej wyjątkowo zły gust, jeśli chodzi o dziewczyny. Właściwie każda jest 

dla niego dobra. Wymieniła nazwiska kilku jego znajomych z Oslo, które ona uważała za 

strasznie nudne. Poza tym wspomniała, że jej braciszek miewał też kontakty z dziewczynami 

ze wsi. Między innymi z niejaką Kit, bardzo ładną jej zdaniem. Czy jedna z zaginionych 

kobiet tak się przypadkiem nie nazywała?

- Kit Thomassen! - potwierdził Odd wyraźnie zainteresowany. - To ciekawe. Widzę, że 

muszę ci powiedzieć o naszym odkryciu.

Po czym opisał jej, co udało im się znaleźć w parku. Unni, słysząc relację Steina, 

pobladła.

- Czyli jedna z nich to może być Kit Thomassen?

- Bez wątpienia. Musimy o tym wspomnieć Nilsowi w raporcie. On próbuje 

teraz   nawiązać   kontakt   z   komendantem   Bårdsenem,   który   wyjechał   prowadzić 

dochodzenie w innej sprawie. To pewnie będzie dla niego szok! No, ale teraz wracaj do 

kuchni.   Od   tej   chwili   twoim   jedynym   zadaniem   jest   przekazywanie   raportów   Nilsowi   i 

3

background image

wydobywanie informacji od tej małej. Oczywiście dyskretnie. I żadnego węszenia na własną 

rękę, pamiętaj! A kiedy będziesz szła do mnie z obiadem, to bądź tak miła i nie zapomnij 

włożyć mi dodatkowej porcji mięsa.

Unni uśmiechnęła się serdecznie.

- Jest pan głodny? Zaraz się tym zajmę.

Dzień   minął   bez   żadnych   niespodzianek.   Odd   Stein   siedział   spokojnie   w   swoim 

pokoju. Unni przyniosła mu jedzenie, nie miała jednak żadnych wiadomości do przekazania.

Po południu pani Tildem wezwała dziewczynę do salonu. Wschodnie skrzydło było 

urządzone   z   prawdziwym   smakiem.   Żadnego   pomieszania   stylów:   jeśli   w   pokoju   stały 

rokokowe meble, to i cała reszta była także w tym stylu. W biedermeierowskim salonie obicia 

kanap i foteli wykonane zostały z niebieskiego jedwabiu w pasy, a na ścianach położono 

odpowiednie tapety.

Onieśmielona Unni dygnęła przed panią, która siedziała na sofie.

Marianne  Tildem   przyjrzała   się   uważnie   nowej   służącej.   Wiem,   wiem,   wyglądam 

okropnie, pomyślała Unni. W czepku nasuniętym na czoło, z obwarzankami na pończochach i 

w wykoślawionych do środka butach. Zaraz da mi lekcję.

Lecz   pani  Tildem   nie   uczyniła   tego.  W  każdym   razie   nie   w   taki   sposób,   jakiego 

spodziewała się Unni.

- Nasuń czepek trochę bardziej na czoło! O tak. Poza tym masz za krótką spódnicę, 

musisz ją podłużyć.

A to ci dopiero, pomyślała Unni. Ona chce zrobić ze mnie jeszcze większą ofermę. Nie 

przeszkadzają jej nawet moje niewyczyszczone buty! Czyżby się, bała, że uwiodę jej syna?

Pani   okazała   się   osobą   nerwową.   Ciągle   paliła   i   mimo   używania   fifki   dwa   palce 

prawej   ręki   miała   brązowe.   Jej   niegdyś   lalkowato   ładna   twarz   była   teraz   zgorzkniała   i 

pomarszczona.   Za   dużo   wina,   pomyślała   Unni,   patrząc   na   spuchnięte   powieki   Marianne 

Tildem. Mimo to w pani Tildem wyczuwało się coś wzruszającego i sympatycznego. Jakiś 

rodzaj bezradności, jakby przez całe życie znajdowała się na niewłaściwym miejscu.

- Zdaje się, że nie masz zbyt dużej wprawy w opiekowaniu się chorymi - powiedziała 

z wyrzutem, poprawiając jasne włosy ułożone w fale.

- Przeciwnie - zapewniła Unni. - Od wielu lat pielęgnuję ojca.

- Masz bardzo starego ojca.

Ratunku,   Stein   chyba   przesadził,   pomyślała   Unni,   Na   dobrą   sprawę,   z   takim 

wyglądem mógłby równie dobrze udawać jej dziadka.

-   Nie   był   już   młody,   kiedy  przyszłam  na   świat   -  wyznała,   nie   umiejąc   wymyślić 

4

background image

niczego mądrzejszego. - Jestem ostatnim dzieckiem. Moje rodzeństwo...

Pani Tildem ściągnęła usta, wskutek czego na jej twarzy ukazały się wszystkie tak 

starannie skrywane zmarszczki.

- Dobrze wiesz, że długo się zastanawialiśmy, czy cię przyjąć. Ale pani Krauss brak 

czasu, by zajmować się moim teściem, ja zaś mam naprawdę co innego do roboty.

Ciekawe co? pomyślała Unni. Po prostu ci się nie chce! Ale trudno mieć ci to za złe. 

Bo ten twój teść to naprawdę odrażający typ!

W porządku, myślała, człapiąc na górę z jedzeniem na tacy dla starego Tildema. W 

ostateczności mogę się nim zajmować, po to zostałam zatrudniona. Ale w rzeczywistości 

spada na mnie jeszcze wiele innych obowiązków. Biegam jak nakręcona od samego rana do 

wieczora, wyręczając i panią Tildem, i panią Krauss. A na dodatek muszę jeszcze znosić wiele 

upokorzeń ze strony mężczyzn z tej rodziny. Gdybym tak mogła wyjawić im, kim naprawdę 

jestem! Chciałabym widzieć wtedy ich miny! Ale nie ma obawy, wytrzymam. Bo nie chcę 

zobaczyć pogardy w oczach Steina. Już ja mu pokażę!

Zebrała się w garść i weszła do pokoju starego Tildema.

Siedział pochylony nad szachownicą. Przypominał starą ropuchę i roztaczał wokół 

nieprzyjemną woń potu zmieszaną z zapachem fajki.

- Przynoszę jedzenie - rzekła Unni.

- Hm - mruknął. - Jaką to znowu truciznę mi dali? Dobrze wiedzą, że mój żołądek nie 

znosi niczego ostrego, i dlatego przyprawiają wszystko tak mocno. Ta suka doskonale wie, że 

moja chora dwunastnica... Nie, nie tam, tu jest mój stół! Co za głupia gęś! Dlaczego zawsze 

przysyłają mi takie nierozgarnięte niezguły!

Unni   zacisnęła   zęby   i   wstrzymała   oddech,   by   nie   czuć   nieprzyjemnego   zapachu 

starszego pana, gdy stawiała mu jedzenie na wskazanym miejscu.

Gdy tylko znalazła się blisko niego, od razu poczuła jego rękę sięgającą pod spódnicę. 

Na szczęście zdołała się zręcznie wywinąć. Obrzydliwy staruch!

Sapnął lubieżnie, po czym uniósł pokrywkę z miski.

- Ryba! - syknął. - Przecież dostaję kolki od ryby, dobrze o tym wiedzą. Zabierz to z 

powrotem!

- Przykro mi - oznajmiła Unni. - Dziś nie ma nic innego do jedzenia.

Pozrzędził jeszcze chwilę, ale wreszcie zabrał się do jedzenia, mlaszcząc i siorbiąc. 

Zdaje się, że apetyt mu dopisywał.

Unni uporządkowała w tym czasie jego łóżko, schowała pisma pornograficzne pod 

poduszkę i otworzyła okno.

5

background image

- Czy ty oszalałaś, dziewczyno, chcesz mnie zabić? Zamknij je natychmiast!

Jeśli chcesz żyć w tym zaduchu, proszę bardzo! Na zdrowie! pomyślała Unni.

- Powiedz no mi, czym dziś zajmuje się mój syn?

- Pan Patrik?

- No tak, a któż by inny?

Na przykład twój drugi syn Sigurd, pomyślała. Ale może on w ogóle się nie liczy?

- Chyba siedzi w gabinecie.

Starzec prychnął.

-   To   ci   dopiero   zajęcie!   Myślałem,   że...   A,   wszystko   jedno!   Fircyk   z   niego. 

Próbowałem zrobić z niego oficera, ale mi się nie udało. Żadnego autorytetu. Nawet kiedy 

wypina pierś jak kogut i ściąga surowo brwi. I jeszcze na dodatek wziął sobie za żonę taką 

kurę. Ona chce się mnie pozbyć, dobrze wiem, ale już ja jej pokażę! Co to za przeklęta 

rodzina! Chora, po prostu chora! Jeden gorszy od drugiego. Pomóż mi się położyć!

Dźwignął   się   ciężko   z   krzesła   i   sięgnął   po   swoje   kule.   Unni   ujęła   go   pod   ręce, 

pomagając iść. Kule stukały rytmicznie o podłogę.

No jasne! przypomniała sobie nagle. To ich odgłos wtedy słyszałam, nie dochodził 

jednak z tego pokoju. Czyli to ty, staruszku, krążyłeś nocą po domu. Nie jesteś więc wcale 

taki niedołężny, jakiego udajesz.

- Trzymaj mnie jak należy - ofuknął ją. - Przecież nie mogę upaść.

Jesteś   za   tłusty  i   na   tym   tylko   polega   twój   problem,   pomyślała   Unni,   pomagając 

staremu   Tildemowi   położyć   się   do   łóżka.   Następnie   wzięła   tacę   z   opróżnionymi   co   do 

okruszyny talerzami i skierowała się do drzwi.

Po drodze usłyszała jeszcze ciche mamrotanie:

- Myśleli, że mogą od tego uciec. Ale od czegoś takiego się nie ucieknie. Zło w 

zatrutej duszy towarzyszy człowiekowi przez całe jego życie, gdziekolwiek by się znalazł.

Unni zwlekała z wyjściem, lecz starzec powiedział już chyba wszystko, co leżało mu 

na sercu. Teraz mówił raczej do siebie niż do niej i prawie zasypiał.

Unni poczuła nagle, że cała trzęsie się ze strachu. Zupełnie jakby dopiero teraz do niej 

dotarło,   jak   wielkie   grozi   jej   niebezpieczeństwo.   Uzmysłowiła   sobie,   że   w   tym   cichym, 

tajemniczym Lindehede czai się coś naprawdę groźnego.

A ona, służąca Unni, powinna być bardzo ostrożna, by nie narazić się temu, kto zabił 

dwie młode kobiety i prawdopodobnie uśmiercił też trzy pozostałe ofiary.

6

background image

ROZDZIAŁ VII

Unni szła po schodach na dół, gdy spotkała Alice, biedne, samotne dziecko.

- Cześć! - przywitała ją dziewczynka. - Pobawisz się ze mną?

- Nie mam teraz czasu - odparła Unni. - Pani Krauss na mnie czeka.

- Ta stara wiedźma? - Przecież to wariatka!

Unni wybuchła śmiechem.

- Gdzie ty się nauczyłaś takich słów?

- Och, w naszym domu można dużo się nauczyć.

Tej sposobności Unni nie mogła nie wykorzystać.

- Wiesz co, na chwilkę możemy usiąść na schodach i porozmawiać. Zobacz, mam 

kawałek sznurka. Jeśli chcesz, poukładamy z niego różne wzory.

Usiadła razem z Alice na schodkach i zaczęły tworzyć najrozmaitsze figurki.

- Czy wujek Sigurd zawsze mieszkał z wami? - spytała jakby od niechcenia.

- Nie. Przyjechał tutaj dwa lata temu. Z Australii.

- Czyli wcześniej nigdy go nie widziałaś?

- Nawet o nim nie słyszałam!

- Wygląda na miłego człowieka - skłamała Unni. - Od razu go polubiłam.

- Jest strasznie inteligentny. Prawie geniusz. I na dodatek bardzo sympatyczny. Dał mi 

masę prezentów. W zeszłym roku dostałam od niego rower.

- Jeździsz na nim do szkoły?

- Nie, bo teraz mama uczy mnie w domu. Uważa, że nie powinnam zadawać się z 

dziećmi ze wsi. Ale wcześniej chodziłam do szkoły.

- Podobało ci się?

Alice wzruszyła ramionami.

- Wszyscy byli okropnie głupi. Chociaż paru chłopców mówiło, że jestem niebrzydka. 

Naprawdę, powiedz? - dopytywała się naiwnie.

-   Myślę,   że   kiedy   dorośniesz,   będziesz   bardzo   ładna   -   udzieliła   dyplomatycznej 

odpowiedzi   Unni.   Dziewczynka   bowiem   była   malutka   i   chuda   jak   patyk,   miała   ciągle 

zmierzwione włosy i nazbyt duże zęby w wąskiej inteligentnej twarzyczce.

Gdy rozległ się gromki głos pani Krauss, Unni, pełna poczucia winy, zerwała się na 

równe nogi. Miała jeszcze tyle różnych pytań do Alice, wszystkie jednak musiały poczekać.

Odd Stein siedział ukryty za delikatnymi firankami, nie spuszczając z oka dziedzińca i 

domu, i straszliwie się nudził. Nic się nie działo. Widział Kraussa z psami, odbywającego co 

7

background image

godzina szybki kontrolny obchód. Czasami dozorca pracował też na klombach. Były trochę 

zaniedbane, ale dość ukwiecone jak na tę porę roku. Nie ulegało wątpliwości, że Tildemom 

przydałoby się znacznie więcej ludzi do pracy w majątku. Można było odnieść wrażenie, że 

nie mają odwagi nikogo zatrudnić. Jedyne osoby, do których mieli zaufanie, to Kraussowie. 

Odd Stein pomyślał, że spotkał w swoim życiu znacznie milszych służących.

Tak, ten dom chyba rzeczywiście krył w sobie jakąś mroczną tajemnicę. Wiedziały o 

niej co najmniej dwie osoby, a może jeszcze więcej.

Widział, jak pan domu chodzi marszowym krokiem po dziedzińcu, a pani krąży bez 

celu po skraju parku, prawdopodobnie dla zaczerpnięcia świeżego powietrza. Ich córeczka 

jeździła na rowerze, przewracała się i wstawała, poza tym skakała przez skakankę i chyba 

bardzo się nudziła.

Nie   ulegało   wątpliwości,   że   nie   jest   to   szczęśliwa   rodzina.   Nad   wszystkimi   jej 

członkami ciążyło bowiem jakieś fatum.

Dwóch osób w ogóle jeszcze nie widział: Hugona i wuja Sigurda. Ponieważ nigdzie 

nie   dało   się   dostrzec   samochodu,   Stein   domyślił   się,   że   młody  Tildem   pewnie   pojechał 

polować na dziewczęta.

O piątej zobaczył Unni, która szła wyrzucić śmieci. A pół godziny później z piskiem 

opon nadjechało przez park sportowe auto. Jego kierowca zahamował przed główną częścią 

budynku  tak gwałtownie, że  spod opon posypały się kamyki.  Syn  właściciela wyskoczył 

rześko na dziedziniec. Spadkobierca...

Odd zdziwił się trochę, że Hugo zatrzymał się przed tą starą, majestatyczną budą. 

Młody Tildem wyjął z tylnego siedzenia jakiś karton i mniejsze pudełko, po czym pobiegł ku 

drzwiom po bliskich zawalenia się schodach. Zapukał i czekał.

Nikt nie odpowiadał. Zapukał ponownie, tym razem mocniej.

Wreszcie drzwi się otworzyły i czyjaś ręka sięgnęła po paczki. Hugo najwyraźniej 

musiał być w złym humorze, ponieważ postawił kartony na schodach i od razu pobiegł z 

powrotem do samochodu, by odprowadzić go na miejsce.

Steinowi bardzo to odpowiadało. Miał nadzieję, że zobaczy wreszcie, kto mieszka w 

tej części budynku.

W   drzwiach   ukazał   się   starszy   siwowłosy   mężczyzna.   Rozejrzał   się   podejrzliwie 

wokoło, zabrał najpierw jedną, potem drugą paczkę i zamknął znowu drzwi na klucz. Odd 

zdążył przez chwilę na niego popatrzeć.

Twarzy  nie   rozpoznawał,   ale   mimo   to   uznał,   że   tego   człowieka  gdzieś  już   chyba 

widział. Nikt nie potrafi tak do końca zmienić swojej sylwetki czy chodu. Stein zacisnął zęby.

8

background image

Przed   jego   oczami   przesuwały   się   błyskawicznie   twarze   wielu   mężczyzn,   tych, 

których pamiętał z aresztu w Oslo - hardych i zagubionych, agresywnych i niepewnych.

Znał tego człowieka. Tylko kto to był?

Odd Stein miał się teraz nad czym zastanawiać.

Do salonu we wschodnim skrzydle wpadł jak burza młody Hugo, nie zwracając uwagi 

na Unni, która siedziała w kącie, czyszcząc srebro. Podszedł do barku i nalał sobie dużego 

drinka. W tej samej chwili wszedł jego ojciec Patrik Tildem i spojrzał na syna niechętnie.

Uprzedzając atak, młody mężczyzna wybuchnął:

- Jak długo jeszcze będzie tu mieszkał ten nasz odrażający wujek? Mam już dość 

traktowania mnie jak chłopca na posyłki!

Żaden z nich nie zwrócił uwagi na Unni. Starała się być niewidzialna i niesłyszalna w 

swoim kącie, z którego mogła obserwować cały salon. Tarła i tarła ciągle ten sam widelec, nie 

mając odwagi włożyć go do szuflady w obawie przed hałasem.

Patrik  Tildem   był  mężczyzną   w   kwiecie   wieku,   przystojnym,   o   czarnych,   mocno 

zarysowanych brwiach i z lekką siwizną na skroniach. Rzeczywiście ciekawy typ, ale tak jak 

powiedział senior rodu, było w nim coś miękkiego i mało męskiego, mimo że zawsze starał 

się przybierać taki ton, jakby zwracał się do podwładnych mu żołnierzy.

- Przecież wiesz, że on dobrze za siebie płaci - odparł ojciec.

- Płaci? A za każdym razem, kiedy go widzisz, trzęsą ci się kolana! Czy ty boisz się 

własnego brata? A tak nawiasem mówiąc, czy on rzeczywiście jest twoim bratem? Trzeba 

przyznać, że pojawił się dosyć nieoczekiwanie.

- To już nie potrwa długo - odpowiedział ojciec, a jego stanowczy ton wydał się trochę 

nie na miejscu. - Sigurd niedługo skończy swoją dysertację. Przecież przyjechał tutaj, żeby 

móc napisać ją w spokoju.

- Co za bzdury! Wolno mu tu mieszkać, ponieważ cię szantażuje. Grozi, że opowie o 

twojej...

- Szsz - syknął Patrik Tildem. - Nie wolno ci mówić w ten sposób do ojca! Skąd ty 

to...?

- Mam swoje źródła informacji - odparł hardo syn.

Unni usłyszała, że starszy pan kieruje się w stronę kąta, w którym siedziała. Uciekła 

więc czym prędzej, domyślając się, że gdyby została przyłapana na podsłuchiwaniu w tym 

domu, na pewno skończyłoby się to dla niej źle.

Nie   mogła   się   doczekać,   kiedy   wreszcie   porozmawia   ze   Steinem.   Ciągle   jednak 

zlecano   jej   nowe   prace.   Gdy   wreszcie   uporała   się   ze   wszystkimi   i   szła   do   siebie,   w 

9

background image

przedpokoju wpadła prosto na Hugo Tildema.

- Proszę, proszę, kogo my tu spotykamy! - wykrzyknął. - Nowa panienka dziadka! 

Muszę przyznać, laleczko, że masz czym zaimponować. Masz, masz, choć starasz się to 

ukryć.

Mnie też się tak wydaje, pomyślała Unni.

Hugo Tildem przyglądał się jej taksującym wzrokiem. Nie zdążył się jeszcze przebrać 

po powrocie do domu. Unni zastanawiała się, gdzie też mógł spędzić minioną noc. Jego włosy 

bowiem wyglądały tak, jakby trafił w nie piorun, a na ubraniu dostrzegła źdźbła siana. Mimo 

to sprawiał wrażenie niepokojąco czarującego z tymi diabelskimi ognikami i lekkim błyskiem 

szaleństwa w oczach.

Nim Unni  zdążyła  odpowiedzieć, nieoczekiwanie znalazła się  w jego  ramionach i 

poczuła na swych ustach mocny i brutalny pocałunek, cuchnący starą whisky.

Gdy próbowała się bronić, odpychając się od natręta rękami, do przedpokoju wszedł 

Patrik Tildem, który widząc, co się dzieje, wrzasnął:

- Na co ty sobie, nicponiu, pozwalasz? Czy ty nie wiesz, kim jesteś?

Hugo puścił Unni tak gwałtownie, że aż zatoczyła się do tyłu.

Obok Patrika Tildema znalazła się też jego żona, która od razu powiedziała zjadliwie:

- Tym razem to rzeczywiście zaczął twój syn.

Pan domu odwrócił się do niej.

- Mój syn? A czy twoim synem on nie jest? Jeśli zrobi coś szalonego, to wtedy jest 

tylko mój. A skąd ty wiesz, kto zaczął?

Hugo zdążył już czmychnąć do swojego pokoju. Jego rodzice też wyszli, kłócąc się po 

drodze.

Unni   drżącymi   rękami  wygładziła   sukienkę.  Trudno   było   nie   zauważyć,   że   Patrik 

Tildem wziął syna w obronę. Czyżby nagle zaczął się go bać?

Co za tajemnicę starał się ukryć właściciel Lindehede?

Odd   Stein   czuł   się   zmęczony   czekaniem   i   bezczynnością.   Kiedy   zobaczył   na 

dziedzińcu małą Alice, postanowił wykorzystać tę szansę. Wiele ryzykował, dzieci bowiem 

bywają często znacznie bystrzejsze niż dorośli, ale ponieważ zaczynało się już ściemniać, 

miał nadzieję, że dziewczynka nie odkryje jego charakteryzacji.

Poczłapał więc po schodach w dół i usiadł na dziedzińcu na ławce.

- Dzień dobry - zagadnął przyjaźnie. - Czy nie widziałaś może mojej córki? Unni?

Mała podeszła bliżej.

- Przed chwilą była w kuchni.

0

background image

Uspokoiło to Steina, który chyba nigdy nie denerwował się tak jak w ostatnich dniach, 

kiedy odpowiadał za bezpieczeństwo bratanicy szefa. Zdawał sobie oczywiście sprawę z tego, 

że przesadza, bo bywał przecież w znacznie większych opałach.

- Chyba musisz czuć się tutaj strasznie samotna - spróbował na początek.

Alice wzruszyła ramionami.

- Och, to nie jest takie straszne. Poza tym przyjeżdżają do nas goście. Mojego tatę 

często  odwiedza dwóch, trzech przyjaciół, którzy ze mną  rozmawiają  i  żartują. Tylko że 

jednego z nich to w ogóle nie rozumiem.

- A to dlaczego?

- Bo on mówi do mnie po niemiecku. Spotykają się tu we trzech i wołają „Sieg heil” 

czy coś w tym rodzaju.

Stein zmarszczył brwi. Był zaskoczony, choć z drugiej strony... W Niemczech od kilku 

już lat sprawowali władzę narodowi socjaliści, a i tu, w Norwegii, można było spotkać ludzi, 

którzy nie kryli sympatii dla niemieckiego nacjonalizmu. Widocznie Patrik Tildem też do nich 

należał.

- A co na to twoja mama? Czy podoba jej się, że oni mają tutaj takie spotkania?

- Ona tylko się cieszy, bo jest pełna podziwu dla wszystkiego, co tata mówi i robi. 

Biedna mama, jest taka głupia. Kiedy zostaje sama, od razu zaczyna się żalić. Ale tych miłych 

panów to naprawdę lubi, bo dwóch z nich pomogło nam kupić ten majątek. A wujek Sigurd 

od   razu   dostanie   pracę   w   Niemczech,   jak   tylko   skończy   tutaj   tę   swoją   dysertację.   U 

człowieka, który chyba nazywa się Himmler. Zdaje się, że to ktoś bardzo ważny. A ten mój 

wujek Sigurd jest strasznie mądry. I dowcipny - paplała dziewczynka.

- To on też bywa na tych spotkaniach?

- Czy pan oszalał? On wtedy się ukrywa, bo tata strasznie się boi, że jego znajomi 

dowiedzą się, że wujek tu mieszka.

- Ty chyba bardzo dużo wiesz?

- Hm, bardzo lubię podsłuchiwać - przyznała po cichu. - Kiedyś słyszałam, jak tata i 

wujek Sigurd się kłócili. Tata był strasznie zły i krzyczał na wujka, że właściwie to powinien 

się stąd wynieść. Nie zrozumiałam, co mówił wujek, bo odpowiadał bardzo cicho, ale i tak 

ciarki przechodziły mi ze strachu po plecach.

Dziewczynka   miała   duże   zęby   i   nieco   sepleniła.   Patrzyła   na   Steina   z   ogromną 

ufnością. Zawstydził się, kto to słyszał, żeby wypytywać dziecko w ten sposób! Ale ta mała 

Alice okazała się nieoceniona. Nieoceniona!

Nagle obejrzała się za siebie.

1

background image

-   O,   idzie   Unni!   Cieszy  się   pan,   prawda?   -   wykrzyknęła   i   pobiegła   przed   siebie, 

podczas gdy Odd Stein z trudem podniósł się z ławki, żeby wyjść naprzeciw swojej „córce”.

Myśli nie dawały mu spokoju, nadal nie mógł sobie przypomnieć, kto to jest ten wujek 

Sigurd.

-  Wyglądasz   na   trochę   rozstrojoną   -   zauważył   Stein,   gdy  znaleźli   się   już   w   jego 

pokoju.

- Czy to takie dziwne? - westchnęła Unni. - Ciekawe, jakby się pan czuł, gdyby ktoś 

pana całował, a pan miałby w jednej kieszeni fartucha raport Wangena, a w drugiej dwa 

skradzione befsztyki.

- Naprawdę nie zamierzam tego sprawdzać - odparł sucho Stein. - Młody Hugo?

- Tak. Przyjemność była wątpliwa.

- Widziałem, kiedy przyjechał do domu. Wyglądał, jakby go ktoś wyciągnął ze stogu 

siana.

- Uroki życia na wsi. Tu jest ta dodatkowa porcja mięsa, o którą pan prosił - oznajmiła, 

wyjmując z kieszeni fartucha jakieś zawiniątko w serwetce. - A tu raport Nilsa. Nawiasem 

mówiąc, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby za którymś razem udało mi się niechcący zwabić 

tym gwizdaniem łosia.

Stein,   nie   zwlekając,   zaczął   czytać   przytłumionym   głosem:   -   „Zidentyfikowano 

zwłoki. To były Kit Thomassen i Gunvor Tvedt”. Dokładnie tak jak myśleliśmy - pokiwał 

głową detektyw. - „Gunvor Tvedt została zabita strzałem między oczy, natomiast nie możemy 

ustalić przyczyny śmierci Kit Thomassen. Lekarz sądowy ciągle nad tym pracuje. Zgodnie z 

twoją   prośbą,

  posłałem   po   Håkona   Svendsena,   który   uprzedzi   też   Karlsena   i 

Rosenlunda...”

- Och, Rosenlund - zapiszczała Unni. - To ten słodki!

- Nawet go nie zobaczysz - odparł Stein najbardziej oschłym na świecie tonem. - Oni 

są tylko w pogotowiu, na wypadek gdyby komisarz potrzebował dodatkowego wsparcia.

Czytał dalej: - „Gunvor Tvedt była w pierwszych tygodniach ciąży, zdołaliśmy też 

ustalić, że utrzymywała znajomość z niejakim Tildemem w Oslo”. Aha - bąknął Odd Stein. - 

Czyli nasz młody Hugo był także i tam?

-   W   każdym   razie   to   wyklucza   z   kręgu   podejrzanych   wujka   Sigurda   Tildema   - 

stwierdziła Unni. - Bo on przyjechał tutaj dwa lata temu. Z Australii.

- Kto tak powiedział?

- Alice, moje niezastąpione źródło informacji. Nigdy wcześniej o nim nie słyszała. Ale 

proszę mówić dalej!

2

background image

Odd przez chwilę zatrzymał spojrzenie na Unni.

- Jak ty wyglądasz, coś ty z siebie zrobiła!

Unni wpadła w złość:

- A czyja to wina? Nawiasem mówiąc, to pan też wcale nie wygląda lepiej. Nigdy w 

życiu nie spotkałam kogoś równie mało pociągającego!

Zacisnął usta, żeby nie powiedzieć nic niemiłego. Wreszcie wrócił do raportu.

- „Chciałeś trochę informacji o rodzinie Tildemów. Oto co udało mi się ustalić: Ojciec, 

stary   Tildem,   cieszył   się   niegdyś   w   Tonsbergu   powszechnym   szacunkiem.   Syn   Patrik, 

niedoszły kapitan, osiadł z rodziną w Kristiansand, ale i tak żył z pieniędzy ojca. Pięć lat temu 

kupił   Lindehede.   Starsza   pani,   poprzednia   właścicielka   majątku,   była   prawdopodobnie 

spokrewniona z Tildemami, ale zdaje się, że kupno Lindehede służyło ucieczce Patrika z 

Kristiansand.   Przypuszczalnie   po   jakimś   skandalu,   nie   mogę   jednak   dojść,   po   jakim.   Do 

transakcji doszło dzięki temu, że dwaj przyjaciele Tildema zgodzili się być poręczycielami. 

To jakieś wpływowe osobistości z Oslo, jeden z nich jest Niemcem, drugi germanofilem”. 

Oto i oni. Dziewczynka miała rację - mruknął pod nosem. - „Sprowadzili starego ojca z 

Tonsbergu, bo to prawdopodobnie on trzyma rodzinną kasę. Pani Marianne Tildem to dawna 

piękność, poza tym mało interesująca. Syn Hugo ma na policji rejestr swoich grzeszków, 

zapłacił mandaty za zbyt szybką jazdę i awantury po pijanemu; prawdopodobnie zostanie 

przyjęty   na   uniwersytet,   choć   nie   zrobił   wiele   w   tym   kierunku.   Córka  Alice   to   jeszcze 

dziecko. No i mamy jeszcze szanownych małżonków Krauss. Sądząc po nazwisku, w ich 

żyłach płynie krew niemiecka, a na nim ciąży wyrok w zawieszeniu za dopuszczenie się 

przemocy i niezgodne z prawem użycie broni. <Wujek Sigurd> w ogóle nie istnieje. Stary 

Tildem miał tylko jednego syna, o dziecku spoza małżeńskiego łoża nic nikomu nie wiadomo. 

Pozdrowienia dla twojej podopiecznej. Przekaż jej, że bez niej mamy tu zabójczy spokój. 

Nils”.

-   Kolejny   komplement   -   roześmiała   się   Unni,   po   czym   przystąpiła   do   zdawania 

własnej  relacji, i to tak szczegółowej,  że Stein był  bliski eksplozji. Nie pominęła żadnej 

najdrobniejszej  myśli i doznania. Wreszcie zakończyła: - Nie wytrzymam już dłużej tego 

ohydnego papierosowego smrodu. Rozumiem, że teraz pan przejmuje pałeczkę? Na razie.

Gdy wyszła, Stein wycedził przez zęby parę nieprzyjemnych słów. Uchylił jednak 

trochę okno.

Wciągnął   głęboko   powietrze.   Owszem,   nareszcie   przyszła   kolej   na   niego,   mógł 

przystąpić do działania po długim dniu upokarzającej bezczynności.

Nadszedł wieczór. Unni padła na łóżko, śmiertelnie zmęczona po pracy, do której 

3

background image

przecież   nie   nawykła.   Miała   prawo   przypuszczać,   że   Odd   Stein   jest   z   niej   zadowolony. 

Dobrze jednak wiedziała, że prędzej doczeka się od niego krytyki niż słów uznania.

Nagle wzdrygnęła się.

Firanka   w   drzwiach   prowadzących   do   sąsiedniego   pomieszczenia   jakby...   Czy   to 

możliwe, żeby się poruszyła?

W jej pokoju panowała całkowita ciemność. Tej nocy nie świecił księżyc.

Przerażona   Unni   dostrzegła   coś   w   przeszklonych   drzwiach.   Coś,   co   jej   się   śniło 

poprzedniej nocy. W wąskiej szparce między firankami pokazał się słaby promień światła, a w 

nim czyjeś błyszczące oko, tak złowrogie i przerażające, że poczuła ciarki na plecach. Nie 

przyszło jej do głowy, żeby sprawdzić, co jest za tymi drzwiami, sądziła, że jest zupełnie 

sama na poddaszu. A jeśli da się je otworzyć od drugiej strony?

Unni próbowała opanować panikę, której powoli ulegała. Serce waliło jej jak młotem.

Firanki znowu znalazły się na miejscu, oko zniknęło. Unni usiadła na łóżku, na zmianę 

drżąc i sztywniejąc ze strachu. Najważniejsze to zachować spokój! Nogi opuścić z łóżka, 

stanąć na podłodze. Tam są drzwi, podejść do nich jak gdyby nigdy nic!

Odd   Stein   jest   w   drugim   skrzydle   domu.   Zdążysz   tam   dojść,   nie   ma   żadnego 

niebezpieczeństwa. Tylko przemknąć przez poddasze, tak żeby nikt nie usłyszał...

Kiedy  otwierała  drzwi,  klamka  lekko   zaskrzypiała.   Uderzył  ją   zimny  powiew.   Na 

korytarzu   było   ciemno,   z   małego   okienka   w   szczycie   domu   sączyło   się   słabe   światło. 

Widziała z daleka poręcz schodów. Za chwilę jej dotknie...

W tym momencie Unni stanęła jak wryta, wciągnęła głęboko powietrze i z przerażenia 

przestała oddychać.

W ciemności, jaka zalewała korytarz, usłyszała tuż przed sobą dźwięki, jakie mógł 

wydawać tylko przyczajony, gotowy do skoku kot.

4

background image

ROZDZIAŁ VIII

Północ zbliżała się wolno i z ociąganiem. Odd Stein wstał i zszedł na dół. Następnie 

otworzył ostrożnie drzwi wyjściowe, położył coś na schodkach i poczekał, póki nie usłyszał 

odgłosów, które chciał usłyszeć. Wówczas jeszcze raz uchylił drzwi i znowu rzucił kawałek 

mięsa.

Postanowił odczekać pół godziny.

Był   trochę   niespokojny,   ponieważ   mniej   więcej   godzinę   wcześniej   do   jego   uszu 

dobiegł   gdzieś  z   głębi   domu  przytłumiony  krzyk   -   krzyk,   który  szybko   został   zduszony. 

Musiał przyznać, że wcale mu się to nie podobało. Cały czas zdawał sobie sprawę z ogromnej 

odpowiedzialności za bratanicę komendanta. A to on przecież wpadł na pomysł, żeby zabrać 

ją do Lindehede.

Ale ten krzyk mógł przecież oznaczać zupełnie co innego. Małżeńską kłótnię między 

Tildemami. Albo jakiś zły sen, który przyśnił się małej Alice.

Odd Stein był teraz sobą, zmył charakteryzację i założył własne ubranie. Poczuł się 

znacznie lepiej, zwłaszcza że wciąż miał w pamięci nieprzyjemny komentarz Unni.

Pół   godziny   minęło.   Niby  niewidzialny   cień   prześlizgnął   się   przez   drzwi,   ominął 

uśpione psy - wiedział, że środek działa cztery godziny - i znalazł się przy głównej części 

budynku, starej ruinie, która straszyła niczym widmo.

W raporcie przekazanym Wangenowi ustalił porę spotkania na wpół do trzeciej, miał 

więc jeszcze sporo czasu. Do tej pory jednak musiał niemało się dowiedzieć.

Ani   on,   ani   Unni   nie   zdołali   jeszcze   ustalić,   gdzie   śpią   Krauss   i   jego   żona, 

przypuszczali, że w domku przy bramie. A Krauss z pewnością nie miał nadludzkiej siły! 

Ponieważ   od   rana   do   wieczora   był   na   nogach,   wobec   tego   teraz,   zgodnie   z   wszelkimi 

prawami natury, powinien spać, polegając całkowicie na czujności psów.

Tak więc Odd Stein obawiał się spotkania nie z nim, tylko z „wujkiem Sigurdem”. 

Zdaje się, że to on w tym domu jest nocnym markiem, pomyślał.

Tak   jak   się   spodziewał,   główne   wejście   było   zamknięte   na   klucz.   Przeszedł   więc 

naokoło domu i znalazł kilka wejść od tyłu, a zwłaszcza to, które interesowało go najbardziej: 

wejście do piwnicy.

Okazało się jednak  tak  solidnie  zamknięte,  że Stein  musiał  się poddać. Drzwi  do 

kuchni również były zaryglowane od wewnątrz, ale drzwi wychodzące na ogród - jak to 

często bywa w takich starych domach - po kilku próbach dały się otworzyć.

Tak więc w kwadrans potem Odd Stein uchylił je nieco i znalazł się w niewielkim 

5

background image

korytarzyku  przed salonem. I właśnie tam dostrzegł światło  dochodzące z pomieszczenia 

znajdującego się w środku domu, z pomieszczenia nie mającego w ogóle okien.

Stein zakradł się bliżej. Nie było sposobu, żeby zajrzeć do środka, ale kiedy tak stał i 

zastanawiał się nad następnym krokiem, usłyszał nagle głosy dobiegające z wewnątrz.

Znalazłszy   sobie   dobrą   kryjówkę,   wyjął   z   kieszeni   mały   aparat   podsłuchowy. 

Przytwierdził go do ściany i przyłożył ucho.

Teraz słyszał głosy bardzo wyraźnie.

- To przecież szaleństwo! - syknął ktoś. - Nie mam teraz co zrobić z tyloma, niedługo 

skończę i wtedy od razu wyjeżdżam. Do Niemiec.

Steinowi serce podeszło do gardła. Znał ten głos. Teraz już wiedział, kim jest wujek 

Sigurd. Poczuł, jak z przerażenia oblewa go zimny pot.

Doktor Hundt! Pozbawiony wszelkich skrupułów fanatyk, lekarz, dla którego ludzkie 

życie nic nie znaczy. Skazany za bestialskie zbrodnie, zbiegł i przez długi czas nigdzie się nie 

pokazywał. Był tutaj? Czy to przypadkiem nie dwa lata temu zaginął po nim wszelki ślad? 

Chyba tak, i to by się zgadzało. Co on znowu kombinował? Czym się zajmował przez te dwa 

lata   w   Lindehede?   Przecież   równie   dobrze   mógł   już   wcześniej   wyjechać   do   Niemiec   i 

pracować tam dla Himmlera, szefa policji niemieckiej, o którym wspomniała Alice. Czemu 

tego nie uczynił?

Drugi   głos   coś   odpowiedział,   dobiegał   jednak   z   większej   odległości,   jakby  osoba 

mówiąca   znajdowała   się   w   jakimś   wykuszu.   Stein   nie   zdołał   usłyszeć   niczego   poza 

nieokreślonym bełkotem.

Następnie znowu rozległ się głos „wujka Sigurda”, tym razem przepełniony odrazą.

- Jesteś potworem! Nie możesz tego zrobić!

Stein zadrżał. Jeśli doktor Hundt, uważany za pozbawionego wszelkich uczuć, nazywa 

tego drugiego człowieka potworem, to kim on musi być? Jeszcze większym zwyrodnialcem?

I znowu niewyraźny bełkot, i odpowiedz Hundta:

- Grozisz mi? To niezbyt rozsądne z twojej strony! No dobrze, zrobię z tym porządek. 

Wracaj teraz do siebie, nie chcę cię tu widzieć. Na początku myślałem, że nasza współpraca 

będzie przebiegać bez zakłóceń, ale zaczynasz napawać mnie coraz większą odrazą. Znikaj 

stąd!

Jakieś drzwi otworzyły się i zamknęły. Stein zrozumiał, że Unni miała rację. Musiało 

istnieć ukryte przejście między piwnicami obu części domu, a zejście do niego znajdowało się 

chyba za tą ścianą, o którą się opierał.

Wewnątrz zapadła cisza. Hundt jednak mógł się tam nadal znajdować. Po krótkim 

6

background image

namyśle Stein postanowił dokładniej przyjrzeć się domowi. Odbezpieczył rewolwer, wiedział 

bowiem, że w razie zagrożenia doktor nie zawaha się przed sięgnięciem po broń. Na szczęście 

Stein trafił szybko na schody prowadzące na piętro. Stojąc w korytarzu i przypominając sobie 

rozkład całego budynku, doszedł do wniosku, że Hundt musi zajmować dwa albo trzy pokoje 

na parterze, łącznie z kuchnią.

Na szczęście stopnie schodów były wyłożone miękkim chodnikiem, dostał się więc 

bezszelestnie   na   górę.   Chodzenie   po   nieznanym   mieszkaniu   zawsze   łączy  się   z   pewnym 

ryzykiem,   ponieważ   nigdy   nie   da   się   przewidzieć,   które   z   desek   skrzypią.   Na   wszelki 

wypadek Stein wciągnął skarpetki na buty, po czym zapalił latarkę.

Wąski   strumień   światła   padł   na   opuszczone   pomieszczenie,   niemal   całkowicie 

pozbawione mebli. Prawdopodobnie Tildemowie przenieśli wszystkie użyteczne sprzęty do 

wschodniego   skrzydła.   W   jednym   z   pokojów   policjant   zauważył   przeciekający   sufit   i 

zniszczoną przez kapiącą wodę podłogę.

Przechodził z pokoju do pokoju, potem w ten sam sposób sprawdził poddasze. Było 

duże i nieprzyjemne, między belkami na suficie zwisały nietoperze.

Nic  szczególnego  nie  zauważył,  zszedł  więc  z powrotem niżej.  Przy  schodach  na 

piętrze nastąpiło to, czego się obawiał: zaskrzypiała jedna z desek podłogi.

Natychmiast odskoczył pod ścianę, przycupnął w jakimś niewielkim załomie i czekał. 

Ale nic się nie działo. Czyżby doktor Hundt ogłuchł?

Albo może już go tutaj nie było?

Odd miał ochotę zobaczyć piwnicę. Wiedział jednak, że tędy nie dostanie się na dół.

Czy ma spróbować wejść do pokoju doktora? Nie, to byłoby zbyt ryzykowne, może on 

jednak tam jest, tylko położył się spać. A już na pewno usłyszałby otwieranie drzwi. Stein nie 

chciałby stanąć jeszcze raz oko w oko z doktorem Hundtem. Przede wszystkim pragnął się 

dowiedzieć, co on tu robi i, co najważniejsze, kim jest jego współpracownik. Ta bestia, której 

bał się nawet on.

Odd Stein nie miał wyjścia: musiał przejść do wschodniego skrzydła i od tamtej strony 

dostać się do piwnicy pod najstarszą częścią domu. Spojrzał na zegarek. Ma jeszcze trochę 

czasu, psy powinny nadal spać.

Unni obiecała, że drzwi do kuchni zostawi otwarte. Nie wiadomo jednak, czy już po 

niej nie znalazła się tam pani Krauss albo ktoś inny.

Stein   z   łatwością   wydostał   się   na   zewnątrz   i   trafił   do   drzwi   kuchennych   we 

wschodnim skrzydle. Tu natknął się na pierwszą przeszkodę. Drzwi okazały się zaryglowane 

od wewnątrz. No cóż, Unni zrobiła na pewno co mogła, to nie jej wina. Zerknął na ogromne 

7

background image

drzewa, wyższe od domu, i zastanowił się, czy nie udałoby mu się dostać do środka tą drogą, 

ale w chwili, gdy puścił uchwyt przy drzwiach, stwierdził, że chyba nie wszystko stracone.

Musiał przyznać, że dziewczyna jest sprytna. Zasuwka bowiem, choć wyglądała na 

zamkniętą, ledwie, ledwie zachodziła na futrynę. Wystarczyło kilka razy porządnie szarpnąć 

drzwiami, by odskoczyła.

Znalazł się w korytarzu czarnym jak piekielne czeluści. Gdy już zamierzał zapalić 

latarkę, usłyszał, że ktoś nadchodzi, powłócząc nogami. Stein dopadł ściany i po omacku 

znalazł na niej jakiś stary płaszcz przeciwdeszczowy. Schował się pod nim, ale niestety nie 

zdążył   już   poszukać   sobie   jakiejś   szparki,   przez   którą   mógłby   wyglądać,   ponieważ 

nieoczekiwanie   otworzyły   się   drzwi   do   kuchni.   Na   szczęście   nie   zapalono   światła   w 

korytarzu.

Ten ktoś, kto przyszedł, postękiwał ciężko i szedł niepewnie. Odd przypuszczał, że ów 

niespodziewany gość zaraz wyjdzie na dwór, ale on, o dziwo, otworzył drzwi do piwnicy. 

Wciąż postękując i pojękując, przestąpił próg i zamknął je za sobą. Ciężkie, powolne stąpanie 

rozlegało się teraz na dole.

A więc ta droga na razie była odcięta. Odd chciał jak najszybciej dotrzeć do Unni i 

wydać   jej   polecenia   by  natychmiast,  bez   chwili   zwłoki,  wyniosła   się  z  Lindehede.  Bo  z 

doktorem Hundtem to nie przelewki!

Znalazł tylne schody i bez kłopotu, mijając dwa piętra, dostał się na poddasze. Tu 

zapalił wreszcie latarkę i odnalazł drzwi do pokoju Unni,

Wyszeptał   jej   imię.   Nikt   nie   odpowiadał.   Pewnie   spała   biedaczka   po   całym   dniu 

męczącej krzątaniny.

Pukanie do drzwi mogło się okazać zbyt ryzykowne. Chwycił zatem za klamkę, mimo 

że   był   przekonany,   iż   dziewczyna   zamknęła   się   na   klucz.   Jednakże   ku   jego   wielkiemu 

zaskoczeniu drzwi się uchyliły. Co za bezmyślność z jej strony!

Światło latarki przesuwało się po pokoju. Na krześle leżało ubranie Unni, ale łóżko 

było puste, i wyglądało tak, jakby opuszczono je w wielkim pośpiechu.

Odd Stein poczuł, że robi mu się zimno z przerażenia. Dokąd ona mogła...?

Uderzył się w czoło. Co za idiota z niego!

Myślał,   że   to   stary   Tildem   błąka   się,   postękując,   po   piwnicy.   Przecież   Unni 

opowiadała, że stary krąży nocami po całym domu. Lecz równie dobrze mógł to być doktor 

Hundt dźwigający na plecach Unni! Hundt czy Krauss?

„To przecież szaleństwo! Nie mam teraz co zrobić z tyloma”. „Co z ciebie za potwór”. 

„No dobrze, zrobię z tym porządek”.

8

background image

A wcześniej ten krzyk gdzieś w głębi domu... Czy to naprawdę Unni?

Odd ruszył przed siebie. Spieszył się tak bardzo, że zapomniał nawet wyłączyć latarkę.

Nagle   stanął   jak   wryty   niedaleko   schodów.   Poczuł   ukłucie   w   sercu,   ogarnął   go 

nieopisany lęk.

Na podłodze dostrzegł niewielką plamę krwi. Na górnym stopniu schodów leżał jakiś 

skrawek materiału. Odd Stein pochylił się i go podniósł. Był to trójkątny kawałek flaneli ze 

śmiesznej koszuli nocnej, którą specjalnie kupili dla Unni.

9

background image

ROZDZIAŁ IX

Szybko otrząsnął się z szoku. Zerknąwszy na zegarek, stwierdził, że już pora udać się 

do parku, gdzie przy dziurze w żywopłocie umówiony był z Nilsem Wangenem. Zaczął się 

jednak zastanawiać, czy nie byłoby lepiej zejść do piwnicy i spróbować uratować Unni - jeśli 

jeszcze nie jest za późno. Głęboko zaniepokojony, skłaniał się ku tej drugiej możliwości, gdy 

nagle na jednym z niższych stopni zauważył jakiś przedmiot.

Wziął go do ręki, zastanawiając się, co to może być, obracał ową rzecz na wszystkie 

strony, badał dotykiem i węchem. Gdzie on widział coś takiego ostatnio? Gdzie to było?

Ależ tak! Przy drodze w lesie, kiedy szukali tego nadajnika, który Unni cisnęła gdzieś 

w zarośla. Zauważył wtedy taki sam błyszczący przedmiot na ziemi, wziął go jednak za 

zabawkę zgubioną przez jakieś dziecko.

Odd włożył ową zagadkową rzecz do kieszeni i zdecydował: nie powinien sam iść do 

piwnicy. Zwłaszcza z czymś takim. Z drugiej strony jednak znalezienie tej dziwnej rzeczy 

obudziło w nim nadzieję, że Unni nic złego się nie stało.

Niedługo potem był już przy żywopłocie. Gwizdnął. W odpowiedzi usłyszał podobny 

sygnał,   a   po   chwili   przez   otwór   między   świerkami   do   parku   weszło   trzech   mężczyzn: 

Wangen, komendant i jeszcze jeden miejscowy policjant.

- Z Oslo nikt nie mógł przyjechać. Napad na bank, podpalenie i morderstwo to trochę 

za dużo jak na jeden dzień. Zjawią się, jak tylko będą mogli. A to jest asystent komendanta, 

Pedersen, niezwykle dyskretny człowiek - powiedział Wangen.

Stein skinął głową na powitanie.

- Pospieszmy się. Życie Unni jest w niebezpieczeństwie.

Gdy biegli przez park, opowiedział im, co się stało. Weszli na dziedziniec, na którym 

psy nadal leżały jak martwe. Na horyzoncie pojawiła się słaba smuga światła zapowiadająca 

coraz bliższy świt.

- Komendant i Nils Wangen wejdą do głównej części budynku od strony ogrodu - 

szepnął   Odd   Stein.   -  A  Pedersen   pójdzie   ze   mną   przez   wschodnie   skrzydło   i   piwnice. 

Poczekacie chwilę wewnątrz domu, dopóki się nie upewnicie, że jesteśmy już na dole. Czy na 

pewno wiecie, gdzie są drzwi do jego pokoju? Spróbujcie się tam przedostać. Trzymajcie broń 

w pogotowiu. Jeśli będzie próbował się bronić, musicie go od razu unieszkodliwić. Ale chcę 

go dostać żywego. Tylko miejcie się na baczności, ten człowiek byłby zdolny zabić własną 

matkę, gdyby tylko mu się to do czegoś przydało.

Rozstali się. Stein i jego towarzysz wkrótce znaleźli się na schodach do piwnicy we 

0

background image

wschodnim skrzydle, a następnie zeszli do korytarza, w którym znajdowało się wiele drzwi. 

Otwierali jedne po drugich, dopóki nie znaleźli tego, czego szukali: długiego tunelu, którego 

koniec ginął gdzieś w ciemnościach.

Nie zwlekając, weszli do niego i w ten sposób znaleźli się pod starą główną częścią 

budynku.

Tu   i   ówdzie   widać   było   pozostałości   wiekowych   sklepień,   zmurszałe   drzwi 

prowadziły do pustych pomieszczeń przesyconych  stęchłym  zapachem ziemi. Natrafili na 

piwnicę, w której kiedyś przechowywano wino, dotarli też do schodów wiodących na górę do 

części mieszkalnej.

Nigdzie jednak nie zdołali dostrzec śladu Unni.

- Musi być wyżej - bąknął Odd. - Chodźmy.

Pokonali schody w kilku susach, starając się poruszać bezszelestnie.

Drzwi nie stawiały oporu. W pokoju, w którym Stein nie tak dawno słyszał dwie 

rozmawiające osoby, spotkali pozostałych kolegów.

- Ani śladu - powiedział Nils Wangen.

- Chodźmy na piętro!

- Skoczę na dziedziniec i sprawdzę, czy nikt nie odjechał - zaproponował komendant.

- Chwileczkę! - wykrzyknął Wangen. - Kiedy czekaliśmy na ciebie przy żywopłocie, 

słyszeliśmy w oddali jakiś motocykl. Myślicie, że...?

-   Nawet   go   widziałem   -   potwierdził   komendant   Bårdsen.   -   Zjawiłem   się 

trochę później. Kiedy wjeżdżałem do lasu, minął mnie na drodze.

- Myślicie, że był stąd? - spytał Odd.

- W każdym razie nadjechał od strony alei.

- Miał kosz z boku?

- Nie, to zwykły motocykl. Było prawie ciemno, ale stałem blisko drogi i dlatego 

bardzo wyraźnie widziałem mężczyznę, który go prowadził. Raczej nie wyglądał na młodego. 

I z całą pewnością był sam.

Odd zaczerpnął powietrza.

- Doktor Hundt! Tak, nie ulega wątpliwości. Szukajcie Unni! Szybko!

Stein i Wangen ruszyli przed siebie, komendant zaś wyjął telefon, obudził zaspaną 

telefonistkę i zadzwonił do swego kolegi w sąsiednim okręgu, by zablokowano wszystkie 

drogi.

Podczas   gdy   pozostali   policjanci   przeszukiwali   dom   od   strychu   po   piwnice,   Odd 

penetrował kryjówkę doktora Hundta. Jeszcze nigdy do tej pory nie czuł tak dojmującego 

1

background image

niepokoju. Było to doznanie zupełnie mu nie znane. Nie potrafił go zrozumieć.

Wygląd pomieszczeń stanowiących siedzibę Hundta zdradzał, że zajmowała je osoba o 

niezwykłym zamiłowaniu do porządku. Wszystko było starannie poukładane. Na ogromnym 

biurku leżało mnóstwo notatek, które umiałby zinterpretować tylko lekarz albo naukowiec 

znający  się   na   medycynie,   zwłaszcza   że   wiele   słów   zapisano   w   postaci   niezrozumiałych 

skrótów. Odd Stein nie znalazł nic, co mogłoby mu pomóc rozwiązać zagadkę.

Prawdopodobnie majątek Lindehede służył Hundtowi jako kryjówka, ponieważ gdzie 

indziej grunt palił mu się już pod nogami.

Milczący miejscowy policjant wrócił pierwszy. Zaraz po nim przyszli pozostali.

- Nic! Absolutnie nic!

Odd Stein wycedził coś przez zęby, po czym ruszył ku drzwiom.

- W porządku! Chodźcie za mną! Przerwiemy błogi sen rodzince Tildem, choć to 

przecież   środek  nocy.   Jeden   ptaszek   już   wyfrunął,   ale   został   jeszcze   jeden,   i   to  bardziej 

niebezpieczny niż sam doktor Hundt!

Wrócili do wschodniego skrzydła, zmartwieni i zdenerwowani. Wszyscy mieli dziwne 

uczucie, że życie Unni wisi na włosku i teraz liczy się każda minuta.

O ile jeszcze w ogóle nie jest za późno.

W szarym świetle brzasku Odd Stein, stojąc przed wystraszonymi członkami rodziny 

Tildemów,   przemawiał   do   nich,   miotany   wściekłością.   Jego   koledzy   przeszukiwali 

tymczasem   każdy   milimetr   wschodniego   i   zachodniego   skrzydła   i   wszystkie   pozostałe 

zabudowania posiadłości, włącznie z grobowcem. Gdy psy ocknęły się z uśpienia, Krauss 

otrzymał polecenie zajęcia się nimi.

Gospodarz   był  ogromnie   wzburzony  wtargnięciem   policji   na   teren   prywatny,   jego 

niewysoka i okrągła żona co chwila wycierała nos chusteczką, Hugo zaś miał bladą twarz i 

podkrążone oczy. Obok nich siedział na krześle stary Tildem, nie mogąc powstrzymać się od 

zjadliwych   komentarzy   na   temat   policji.   Jedyną   osobą,   której   chciano   zaoszczędzić   tego 

wszystkiego, była mała Alice. Dlatego jej nie obudzono.

- Wiedziałem od początku, że z tą służącą jest coś podejrzanego - prychnął pan domu. 

- I pomyśleć, że miała czelność wkraść się tutaj, wykorzystując naszą życzliwość.

-   Bratanica   samego   szefa   policji!   -   wykrzyknął   Hugo,   będący   mimo   woli   pod 

wrażeniem. - Ale nie myślicie chyba, że coś jej zrobiliśmy? Bo i po co?

- Dlatego, że w grobowcu w parku leżały dwa trupy.

- A gdzie mają leżeć, jeśli nie w grobowcu? - powiedział drwiąco Hugo. - Nawiasem 

mówiąc, nigdy o tym nie słyszałem.

2

background image

Odd zacisnął zęby.

- W pobliżu żywopłotu zniknęły trzy pozostałe osoby, o tym na pewno musieliście 

słyszeć, mimo że żyjecie tu jakby odcięci od świata. A każda z tych pięciu zaginionych albo 

zabitych osób została wystraszona przez określony dźwięk. Odrażające zgrzytanie zębami 

jakby ogromnego kota.

Hugo wstał z miejsca.

- Czego? Kota? - powtórzył ochrypłym głosem, próbując się roześmiać. - Kota? Nie, 

tylko nie to, to niemożliwe, tylko nie to!

Pozostali patrzyli na niego ze zdumieniem.

- Muszę wyjść - bąknął i rzucił się w stronę drzwi, jakby chciał uciec przed czymś, 

czego nie byłby w stanie znieść.

- Zatrzymać go! - krzyknął Odd Stein.

Pedersen, który wracał właśnie do głównej części budynku, puścił się za nim pędem. 

Hugo zdążył jednak wybiec na dziedziniec, wsiadł do samochodu i ruszył z piskiem opon, 

błyskawicznie znikając między drzewami parku.

Pedersen  chwycił  rower  małej  Alice   i  zaczął  pedałować   jak  szalony,  żeby  dopaść 

młodego dziedzica przed zamkniętą bramą.

Nie musiał wcale jechać aż tak daleko, nagle bowiem wszyscy usłyszeli potężny huk i 

brzęk rozsypującego się szkła.

Zapadła przerażająca cisza.

Przez okno salonu widać było samochód, który uderzył w jeden z potężnych dębów 

rosnących w parku i teraz bardziej przypominał stos żelastwa niż pojazd.

Pedersen zeskoczył z roweru i podbiegł do auta. W tym czasie Odd dzwonił już po 

lekarza.

Dopiero po chwili zauważył, że Marianne Tildem leży nieprzytomna na podłodze. 

Prawdopodobnie zemdlała, zanim jeszcze Hugo uciekł.

Nadszedł dzień. W całym domu panowała cisza. Odd otrzymał właśnie wiadomość, że 

Hugo Tildem zmarł w drodze do szpitala.

Marianne Tildem leżała na kanapie, a jej mąż siedział tuż przy niej. Pogrążeni w 

smutku, zapomnieli o swarach. Stary Tildem poszedł na górę do siebie, w salonie natomiast 

pojawiła się Alice. Usiadła na oparciu kanapy, postukując nerwowo o jej bok jedną nogą.

- Biedna mamusia - powiedziała, sepleniąc. - Czy jest ci smutno? Czy ta okropna 

Gunvor znowu zrobiła jakieś głupstwo? A gdzie jest Hugo? On zawsze powtarza, że Gunvor...

- Idź do kuchni do pani Krauss, słyszysz, Alice! - powiedział Patrik Tildem.

3

background image

Dziewczynka wyszła niechętnie z pokoju.

- Przykro mi, że muszę naprzykrzać się państwu w takiej chwili - odezwał się Odd ze 

współczuciem - ale chodzi o życie młodej dziewczyny. Gdzie ona może być ukryta, panie 

Tildem? Nie oskarżam o to pana, zrobił to z pewnością doktor Hundt. Ale ona musi tu gdzieś 

być.

Patrik Tildem przymknął oczy.

- Nie wiem, co ten szatan tu wyczyniał. Zmuszono mnie, żebym go przetrzymał w 

Lindehede. Mogę tylko się domyślać, gdzie on mógł ukryć tę młodą dziewczynę.

- Zechce nam pan pokazać to miejsce? Proszę się pospieszyć!

Patrik Tildem, jeszcze nim się podniósł, poklepał żonę po ręce, jakby w ten sposób 

chciał ją uspokoić. Następnie prowadząc wszystkich policjantów - oprócz Pedersena, który 

został na górze - zszedł do piwnicy pod starą częścią domu.

- Przysięgam, że nic nie wiedziałem o zwłokach tych dwóch osób w grobowcu - 

zapewniał. - Słyszałem oczywiście, że kilkoro młodych ludzi zniknęło w tym bezdennym 

jeziorze, uważaliśmy to jednak  za zwykłe wiejskie  opowiastki pozbawione jakichkolwiek 

podstaw.

Odd zatrzymał się w tunelu.

- Teraz, kiedy nie ma tu pańskiej żony, może pan się chyba przyznać, że trzy lata temu 

Gunvor Tvedt zaszła w ciążę nie z pańskim synem, tylko z panem, prawda? Z panem!

Tildem obruszył się.

- Jak pan śmie?

- Owszem, śmiem - odparł krótko Odd. - Alice bąknęła coś, co dało nam wiele do 

myślenia,   poza   tym   ustaliliśmy,   że   Gunvor   Tvedt   obracała   się   w   Oslo   w   tych   samych 

germanofilskich kręgach co pan i doktor Hundt. To właśnie dlatego rok po całej tej historii 

Hundt   wymusił   na   panu,   by   mógł   tu   zamieszkać,   nieprawdaż?   Pańska   żona   jest   bardzo 

zazdrosna, a pan miał romans z Gunvor.

Tildem spuścił głowę.

- To prawda, wszystko było mniej więcej tak, jak pan to przedstawił. - Wyprostował 

się   znowu.   -  Ale   ja   jej   nie   zabiłem.   Nawet   nie   wiedziałem,   że   zginęła.   Na   dodatek   w 

Lindehede!

- A te inne kobiety? Na przykład Kit Thomassen, znał pan ją?

- Skądże znowu!

- Mówi się, że Kit była przez jakiś czas przyjaciółką Hugona.

- Tak, Hugo chyba przyjechał tu z nią parę razy.

4

background image

Odd spojrzał na Patrika Tildema w zamyśleniu.

-   Pana   syn   zareagował   bardzo   gwałtownie,   gdy   wspomniałem   o   tym   dziwnym 

zgrzytaniu jakby wielkiego kota. Powiedział: „Nie, tylko nie to, to niemożliwe, tylko nie to”. 

Co pan o tym myśli?

- Nonsens! - oświadczył krótko Tildem.

- Koszula nocna Unni została rozerwana przez coś, co mogło być pazurem dzikiego 

zwierzęcia. Przeszukaliśmy całą posiadłość, ale nie znaleźliśmy najmniejszego nawet śladu 

kota. A może jest tu jednak jakiś kot?

- Ależ skąd! - gospodarz był bardzo wzburzony takim przypuszczeniem.

Ruszyli znowu naprzód.

- Powiedział pan, że pan wie, gdzie może być ukryta Unni.

- Wiedzieć nie wiem. Ale skoro szukaliście już naprawdę wszędzie... Kiedyś w Oslo 

opowiedziałem doktorowi Hundtowi historię tej posiadłości. Bardzo go zaciekawiła. A gdy, 

uciekając się do szantażu, wprowadził się już tutaj, nalegał, żeby mógł zamieszkać w tej starej 

części budynku. Nikt poza Kraussem, który był jego człowiekiem, nie mógł tam wejść. Na 

samym   początku   nocą   przyjeżdżały   tu   ogromne   ciężarówki   i   przywoziły   niewyobrażalne 

ilości mniejszych i większych skrzyń, które wszystkie znikały potem we wnętrzu starej części 

domu.   Mieszkało   tam   z   Hundtem   kilku   mężczyzn,   ale   oni   po   paru   miesiącach   opuścili 

ukradkiem posiadłość.

Odd pokiwał głową.

- Powiada pan: historia posiadłości?

Znaleźli się teraz w dużej piwnicy pod głównym budynkiem. Tildem przystanął.

- W pewnej starej  książce mowa jest o tym,  że Lindehede zostało zbudowane na 

miejscu   dawnej   magnackiej   posiadłości,   niemal   średniowiecznego   zamku.   Jednakże 

wszystkie przekazy o nim zaginęły. Wieść ludowa głosi, tak piszą autorzy książki, że nadal 

można tu zobaczyć sklepienia starych więziennych lochów. We wsi jednak nikt nie słyszał o 

żadnym zamku.

- To prawda, nigdy nie słyszałem o czymś takim - potwierdził Bårdsen.

Wszyscy jak na komendę podnieśli wzrok na kamienny sufit.

- Te mury pochodzą najwcześniej z siedemnastego wieku - ocenił Odd, który znał się 

na historii i architekturze. - Ale raczej z osiemnastego. A to przecież nie średniowiecze.

Zwrócił się do Tildema:

- A nic panu nie wiadomo o jakimś tajemnym przejściu albo czymś w tym rodzaju?

- Nigdy nie badałem tej starej ruiny.

5

background image

- Obszedłem całą piwnicę - wtrącił Nils Wangen. - W zarysie dokładnie odpowiada 

budynkowi nad nią. Nie ma nic więcej poza tym, co tu widać.

-   Krauss   powinien   się   lepiej   orientować   -   ostrożnie   wtrącił   komendant 

Bårdsen.

Gospodarz pokręcił głową.

- Nie wydobędziemy z niego ani słowa. Poza tym nie chcę go tu oglądać. Na jego 

widok ciarki przechodzą mi po plecach.

Odd   pochylił   się   nad   podłogą,   po   czym   przykucnął   i   zaczął   grzebać   nożem   w 

udeptanej ziemi.

-   Popatrzcie   -   odezwał   się   po   chwili.   -   Pod   ziemią   jest   kamienny   mur.   Musimy 

poszukać jakiegoś zejścia!

Szukali gorączkowo przez pół godziny, ale nie natrafili na nic podejrzanego. Wreszcie 

Odd   zaczął   przyglądać   się   dokładniej   wielkim   beczkom   po   winie,   które   stały   na 

przymocowanych do podłogi cokołach. Na jednym z nich znalazł jakieś ukryte blokady. Gdy 

je   zwolnił,   beczka   razem   z   cokołem   dała   się   bez   trudu   podnieść   do   góry,   odsłaniając 

kamienną klapę w posadzce.

Mimo że klapa wyglądała masywnie, otworzyli ją z łatwością. Poczuli dziwną woń, 

której nie potrafili zidentyfikować.

Kamienne schodki  prowadziły na  dół w  ciemność. Nils Wangen  znalazł kontakt i 

zapalił światło. Odd odbezpieczył pistolet.

- Doktor Hundt odjechał na motocyklu - powiedział. - Krauss i jego żona są na górze, 

podobnie   jak   reszta   rodziny   Tildemów.  Ale   gdzieś   w   domu   znajduje   się   nadal   ten   ktoś 

nieznany.

Wangen dodał krótko:

- Bestia.

Zeszli   do   niewielkiego   pomieszczenia,   które   musiało   być   bardzo   stare,   ponieważ 

ludzie Hundta wzmocnili jego strop cementem i grubymi palami.

-   Zapewniam   pana,   że   nie   miałem   w   ogóle   pojęcia   o   tym   pomieszczeniu   -   rzekł 

Tildem.

Przed nimi znajdowały się solidne żelazne drzwi zaryglowane drewnianą belką. Odd 

Stein usunął ją i pchnął drzwi.

Zapach, jaki buchnął z pomieszczenia, wprost zatrzymał mężczyzn w miejscu. To nie 

była woń ziemi, stęchlizny czy czegoś zgniłego - to zupełnie coś innego, nieoczekiwanego.

Intensywny odór karbolu, eteru i innych chemikaliów, czyli mówiąc krótko: szpital 

6

background image

bez wentylacji.

- Światło! - poprosił Stein.

Znajdowali   się   w   ciemnej   i   wilgotnej   piwnicy,   w   której   ze   ścian   melancholijnie 

ściekały krople wody. Żelazne uchwyty na ścianach ze zwisającymi łańcuchami zdradzały, że 

kiedyś mieścił się tu więzienny loch.

Bårdsen zadrżał.

- Trzeba przyznać, że w dzisiejszych czasach jesteśmy trochę bardziej humanitarni dla 

naszych więźniów - bąknął. - Tu są jeszcze jedne drzwi.

Otworzyli je. Szpitalny zapach stał się wprost nie do wytrzymania. Gdy rozbłysło 

światło,   ujrzeli   doskonale   wyposażone   nowoczesne   laboratorium   o   ścianach,   suficie   i 

podłodze wyłożonych kafelkami, ze stołem operacyjnym z kompletnym wyposażeniem.

- Dysertacja doktora Hundta - odezwał się Wangen. - Ciekaw jestem, do czego mu to 

było.

- Przecież znasz chyba jego specjalność? - spytał Odd dziwnie ochrypłym głosem, 

jakby chciał stłumić emocje, jakie nim targały. - Operacje plastyczne. Zmienianie wyglądu 

ściganych przestępców. Został zaproszony do współpracy przez nowe niemieckie władze.

Przeszli do następnego pomieszczenia. Było niewielkie i - w odróżnieniu od dużego - 

nie całe zostało wyłożone kafelkami. Ściany pokrywała warstwa wilgoci.

Ale nie to odebrało wszystkim czterem mowę.

- Boże drogi! - szepnął po dłuższej chwili Tildem. - Coś takiego w moim domu...

Rzędem stały trzy łóżka, na których leżało troje ludzi i patrzyło na nich otępiałym 

wzrokiem.   Młoda   dziewczyna   całą   twarz   miała   owiniętą   szerokim   bandażem,   twarze 

pozostałych były zdeformowane i pokryte bliznami.

- Jezus Maria, czy to możliwe! - wykrzyknął przerażony komendant Bårdsen. 

- Czy to może być prawda? Co oni z tobą zrobili?

Chłopak, który musiał być kiedyś ładnym młodzieńcem, nie był w stanie się odezwać. 

Dostrzegli łzy w jego oczach.

Odd powiedział szybko:

- Ta dziewczyna z obandażowaną twarzą... Czy to może być Ingrid Andersen?

Komendant spojrzał na nią.

- Kolor włosów się zgadza. Oczu też. Tak, to ona.

- Wobec tego trzecia osoba to pewnie ta trzydziestoletnia kobieta, która zniknęła dwa 

lata temu. Chyba jest zupełnie odurzona lekarstwami. Ale gdzie jest Unni?

Nils Wangen powiedział z wyraźnym wysiłkiem:

7

background image

- W laboratorium widziałem piec kremacyjny.

- Nie! - wykrzyknął Odd Stein i wypadł z pomieszczenia.

- Ciemne chmury nad majątkiem Lindehede - powiedział Bårdsen jakby do 

siebie. - Po spaleniu w takim urządzeniu niewiele zostaje z człowieka.

Znaleźli   Unni   w   laboratorium,   przykrytą   brezentową   płachtą.   Leżała   w   swej 

flanelowej koszuli w kwiatki, uśpiona jakimiś mocnymi środkami, ale żywa.

- Dzięki ci, Boże! - szepnął Odd niemal niesłyszalnie i ostrożnie obciągnął flanelową 

koszulę, która zsunęła się dziewczynie powyżej kolan.

8

background image

ROZDZIAŁ X

Odd Stein chciał jak najszybciej przesłuchać Kraussa i jego żonę, sądził, że w obronie 

doktora Hundta oboje gotowi będą wydrapać mu oczy albo - najchętniej - sięgnąć po broń. 

Kiedy   jednak   Odd   wyszedł   z   piwnicy   na   górę,   usłyszał   od   Pedersena,   że   szanowni 

małżonkowie   Krauss   oddalili   się   razem   z   psami.   Pedersen   nie   mógł   im   przeszkodzić, 

ponieważ zgodnie z poleceniem pilnował pogrążonej w rozpaczy pani Tildem.

- Szczury opuszczają tonący statek! Niech się pan tym specjalnie nie przejmuje - rzekł 

Odd do Pedersena. - Kraussom nie możemy przedstawić żadnych bezpośrednich zarzutów, ale 

oczywiście nie od rzeczy byłoby z nimi porozmawiać. Niech pan poprosi swojego szefa, żeby 

uprzedził kolegów w sąsiednich obwodach. Z takimi wielkimi psami niełatwo będzie się im 

ukryć.

Małomówny Pedersen odezwał się w zamyśleniu:

- Skąd doktor Hundt wiedział wczoraj w nocy, że musi uciekać?

Odd Stein zastanowił się przez moment:

- Chyba wpadł na to dzięki psom. Ponieważ jest nocnym markiem, pewnie zobaczył je 

uśpione. Domyślił się, co w trawie piszczy, i wziął nogi za pas. To jedyne wyjaśnienie.

Komendant   i   jego   ludzie   zajęli   się   ofiarami   doktora   Hundta.   Zawieźli   je   do 

najbliższego   szpitala,   gdzie   obiecano   przeprowadzić   nowe   operacje   plastyczne   w   celu 

przywrócenia nieszczęśnikom ich poprzedniego wyglądu. Jak stwierdził ordynator, narkotyki 

nie poczyniły w organizmach tych trojga ludzi całkowitego spustoszenia, pewne wątpliwości 

istniały jedynie co do kobiety, która przeleżała w laboratorium dwa lata. Zwłaszcza w jej 

przypadku urazy psychiczne mogły okazać się poważniejsze od fizycznych. Eksperymenty 

przeprowadzane przez doktora Hundta były przerażające i nie ograniczały się bynajmniej do 

twarzy ofiar. Zadanie egzaminacyjne... Z pozostawionych przez Hundta papierów wynikało, 

że miał się wykazać swoimi „osiągnięciami” przed wysoko postawionymi zleceniodawcami z 

rządzonych przez Hitlera Niemiec. Do czego jednak mogłyby im być przydatne tak potworne 

doświadczenia? Komendant nie potrafił tego zrozumieć.

Najmniej ucierpiała Ingrid Andersen. Ale młody chłopak, niegdyś wielki uwodziciel, 

obudziwszy się na chwilę z półsnu, z rozpaczą spojrzał na komendanta i ordynatora.

- Nie denerwuj się - uspokoił go lekarz. - Będziesz znowu bardzo ładny.

- Dziękuję - wyszeptał chłopak. - Tylko proszę nikomu o tym nie mówić! Nikomu, a 

zwłaszcza rodzicom!

- Obiecujemy. Czy doktor Hundt robił to zupełnie sam? - spytał Bårdsen.

9

background image

Młody mężczyzna już trochę się zmęczył.

- Ktoś jeszcze z nim był. Czytał temu komuś na głos, opowiadał o operacjach. Nie 

widzieliśmy go nigdy, bo stał zawsze z tyłu. Śmiali się, rozmawiali...

Nie mógł już więcej mówić, po chwili zasnął.

Unni powoli uniosła powieki. Leżała na łóżku Steina w zachodnim skrzydle domu. 

Patrzyła   oszołomiona   na   niego   i   Nilsa   Wangena.   W   chłodnych   zazwyczaj   oczach   Odda 

dostrzegła coś, czego do tej pory nigdy nie widziała: prawdziwy strach!

Na prośbę policjantów opowiedziała, co ją spotkało: o oku za firanką i o tym, jak 

znalazła się na korytarzu.

- Widziałaś to zwierzę? Kota czy co to było?

-   Nie.   Słyszałam   je   tylko   w   ciemności.   To   był   taki   sam   odgłos   jak   wtedy   przy 

żywopłocie. Popędziłam więc jak oszalała w stronę schodów, koszula zahaczyła o poręcz, 

szarpnęłam ją, po chwili poczułam tępy ból pod łopatką, krzyknęłam, nogi nie chciały mnie 

słuchać, a potem już nic nie pamiętam*

- Możemy zobaczyć? Pod łopatką, mówisz. No, nie bądź taka wstydliwa, myślałem, że 

jesteś bardziej wyzwolona.

Unni nie omieszkała odpowiedzieć na tę sympatyczną prowokację:

- Proszę trochę poczekać, a wkrótce się pan przekona.

Gdy się odwrócili, zdjęła koszulę i szybko wślizgnęła się pod prześcieradło. Leżała na 

brzuchu, odsłoniwszy tylko same ramiona. Ani milimetra więcej!

- Hm - mruknął Odd. - Niewielka, ale głęboka ranka, dosyć opuchnięta naokoło.

- Jak po ukłuciu grubej igły? - podsunął Nils.

- Albo tego - rzekł Stein, wyjmując z kieszeni metalową lotkę, podobną do rzucanych 

dla zabawy przez chłopców. Ślad na skórze przypominał też trochę ukłucie po zastrzyku. - 

Czegoś takiego używa się również w ogrodach zoologicznych, żeby uśpić dzikie zwierzęta. 

Taki „zastrzyk” wystrzeliwany jest z pistoletu. To całkiem nowe urządzenie, jeszcze dosyć 

rzadko   spotykane.   Niewykluczone,   że   doktor   Hundt   je   stosował.   Coś   w   tym   rodzaju 

znalazłem też przy żywopłocie.

- Czy właśnie to musnęło wtedy moje ramię? - spytała Unni.

- Na pewno! Tylko że wówczas chybiono.

- Myśli pan, że to sam doktor Hundt?

- Nie, on nie oddalał się tak bardzo od domu. To z pewnością jego pomocnik, to twoje 

„złowrogie   oko”.   Sadysta   pierwszej   wody,   który   uwielbia   bawić   się   swoimi   ofiarami. 

Wzbudzał   grozę   nawet   samego   niewzruszonego   doktora   Hundta.   Koniecznie   musimy   go 

0

background image

znaleźć.

Odd Stein czuł ze zmęczenia piasek w oczach. Ale gdy wchodził do salonu, w którym 

znajdowali się państwo Tildem, mimo nieprzespanej nocy umysł miał świeży i jasny.

- Kapitanie Tildem, czy mogę porozmawiać z pana żoną w cztery oczy? - spytał.

Mężczyzna skinął głową i wchodząc do swojego gabinetu, rzucił:

- Proszę pamiętać, że moja żona jest bardzo osłabiona po przejściach minionej nocy.

- Pani Tildem - zaczął Odd, zwracając się do kobiety, która usiadła teraz na kanapie. - 

Kochanek raczej nie byłby zdolny strzelić dziewczynie prosto w twarz. Ale zazdrosna kobieta 

mogłaby to  zrobić  bez  skrupułów.  Pani  jest  podobno bardzo  zazdrosna,  prawda?  I  kiedy 

młoda dziewczyna, promieniejąca urodą i świeżością, trzy lata temu przyszła do tego domu, 

żeby porozmawiać z panem Patrikiem, a zastawszy tylko panią, wyznała, że spodziewa się 

jego dziecka, wtedy runął cały świat. Czy tak?

Marianne Tildem siedziała z opuszczoną głową. Milczała.

- Śledziła ją pani i wiedziała, że kąpie się często ze swoją przyjaciółką w jeziorku. 

Przepiłowała   więc   pani   niewielki   świerk,   żeby   móc   obserwować   jeziorko.   Nieraz 

opowiadano, że żadna z osób, która się w nim utopiła, nie została znaleziona. I pewnego dnia 

Gunvor Tvedt, której pani nienawidziła z całej duszy, została nad jeziorem całkiem sama. 

Wtedy przeczołgała się pani przez żywopłot, strzeliła jej między oczy, ubranie zostawiła na 

brzegu,   a   ją   samą   zaciągnęła   między   świerki.   W   czasie   ulubionych   spacerów   po   parku 

natrafiła pani kiedyś na zapomniany grobowiec i właśnie w nim ją pani ukryła. Czy mam 

rację?

Pani Tildem długo milczała. Wreszcie nagłym ruchem podniosła głowę.

- Tak, ma pan rację. Lecz ani przez sekundę nie żałuję tego, co zrobiłam. Ta dziwka 

ukradła mi męża. Może tylko od tamtej pory trochę nieswojo mi było, kiedy chodziłam po 

parku. Wciąż pamiętałam o tym grobie, który jakby mnie przyciągał. Ale nie dałam się. 

Najważniejsze, że Patrik był już tylko mój.

Odd czekał jeszcze, kobieta jednak nie zamierzała już nic więcej powiedzieć.

- A jak było z pozostałymi, pani Tildem? Z Kit Thomassen i resztą? Z tym młodym, 

ładnym chłopcem? Co panią z nimi łączyło?

Marianne Tildem zaczęła drżeć.

- Przecież przyznałam się, że zabiłam. Jeszcze panu nie wystarczy?

- Nie wystarczy - odparł Odd surowo. - Jest jeszcze wiele pytań, na które nie znam 

odpowiedzi Na przykład...

W tym momencie usta Marianne Tildem stały się zupełnie białe i kobieta opadła na 

1

background image

kanapę.

- Jak się pani czuje?

- Wody - wyszeptała. - Czy mogę dostać trochę wody?

Nie było wątpliwości, że nie udaje.

Odd   pospieszył   do   kuchni.   Zastał   w   niej   Alice,   która   siedziała   nieszczęśliwa   i 

zrezygnowana na krześle, wymachując nogami.

- Szklankę wody, szybko! - poprosił Odd.

Dziewczynka wyjęła szklankę z szafki.

- Biedna mama - szepnęła przygnębiona. - Tak mi jej żal! Pan chyba rozumie, jakie to 

trudne być najpierw najpiękniejszą w całej Norwegii, a potem patrzeć bezradnie, jak ciało się 

starzeje. Powiedziała mi to pewnego razu, gdy przyglądała się sobie w lustrze. „Nienawidzę 

ich wszystkich”, rzekła. „One nie są nawet w połowie tak ładne jak ja, tylko są młode. Na 

dodatek takie pewne siebie! Ale ja znowu będę piękna i wtedy one zobaczą!” Robiła się 

jednak coraz brzydsza i dlatego coraz bardziej nienawidziła wszystkich młodych i ładnych 

kobiet. „Byłabym w stanie je pozabijać”, mówiła. „I zrobię to! Pewnego pięknego dnia to 

zrobię!” Byłam wtedy jeszcze mała i niewiele z tego rozumiałam. Ale dziś już rozumiem. 

Panie komisarzu, niech pan nie zabiera mi mamusi, bardzo proszę, niech pan tego nie robi - 

chlipnęła.

Co miał odpowiedzieć na taką prośbę?

- Idź na górę do swojego pokoju - to jedyne słowa, na jakie się zdobył, wychodząc ze 

szklanką wody w ręce. Dziewczynka posłuchała go i poczłapała ku schodom.

Pani Tildem wypiła kilka łyków wody i dalej leżała na kanapie, zasłaniając sobie 

twarz ręką.

Odd Stein powiedział cicho:

- Doktor Hundt wykrył pani tajemnicę, prawda? I zaszantażował także panią. Dlatego 

mógł tu zostać i wykonywać to swoje nikczemne rzemiosło. A pani mu w tym pomagała.

Pokręciła niemo głową.

- Straszyła ich pani, bo to akurat lubi pani robić...

W słowach wypowiedzianych cicho przez panią Tildem nie było już żadnej nadziei:

- Wszystko mi jedno, co pan mówi. Nic mnie już nie obchodzi.

- Jak pani to robiła?

- Inspektorze Stein, czy jak się tam pan nazywa. Dajmy już temu spokój. Proszę mnie 

zabrać na policję czy gdzie pan chce i tam złożę pełne zeznanie. Tylko proszę mi jeszcze 

pozwolić pożegnać się z mężem.

2

background image

Stein zawahał się przez chwilę.

- Nie mogę tego pani odmówić.

Usiadła na kanapie wyprostowana, zupełnie jakby zaakceptowała już swoją sytuację. 

Potem zdecydowanym krokiem weszła do gabinetu męża - niewysoka czterdziestopięcioletnia 

blondynka, tu i tam zanadto zaokrąglona.

Odd czekał w salonie, i tak nie mogła mu uciec. Słyszał głosy obojga małżonków, 

ciche, ale mimo to wzburzone.

Potem rozległo się głośne, pełne przerażenia „Nie!” Tildema i padł strzał. Odd rzucił 

się ku drzwiom, ale w tej samej chwili pani Tildem wypadła z nich z pistoletem w dłoni i jak 

szalona pobiegła po schodach na piętro.

- Cała rodzina! - krzyczała, a po jej policzkach płynęły łzy. - Cała ta rodzina musi 

zostać wytępiona!

Odd w jednej sekundzie znalazł się na schodach, jednakże Marianne Tildem, pchana 

rozpaczą,   okazała   się   szybsza   od   niego.   Przemknęło   mu   przez   głowę,   czy   nie   powinien 

strzelić, ale nagle w drzwiach pojawił się stary Tildem.

- Nie ośmielisz się zabić swojego własnego dziecka, ty potworze! - zawołał. - Jest 

bezpieczna w moim pokoju.

Pani Tildem zawahała się przez sekundę. Odd był już przy niej. Wyciągnął właśnie 

rękę   po   pistolet,   gdy   zdesperowana   kobieta   nieoczekiwanie   skierowała   broń   ku   sobie   i 

przycisnęła spust. Stein nie mógł zrobić nic więcej, jak tylko chwycić ją wpół, gdy upadała.

- Dlaczego pani to zrobiła? Dlaczego zabiła pani męża?

- Nikt inny już go nie dostanie - wyszeptała ostatkiem sił. - Teraz jest tylko mój. Na 

zawsze.

- A córka? Chyba nie chciała pani jej zastrzelić?

Głos Marianne Tildem stawał się coraz bardziej niewyraźny.

- Przecież nie mogę zostawić jej samej na tym świecie - wyszeptała jeszcze. - Powinna 

być...

Jej głowa opadła. Pani Tildem nie żyła.

- To jest właśnie najniebezpieczniejsze u samobójców: Zawsze próbują pociągnąć za 

sobą innych - powiedział stary Tildem.

- No, może nie zawsze. Ale przynajmniej udało się nam uratować dziewczynkę.

Spojrzeli   na  siebie   nawzajem  z  ogromnym   niepokojem.  No  bo  jak   teraz   uzyskają 

odpowiedzi na wszystkie te zagadki, których jeszcze nie zdołali rozwikłać?

Małżonkowie Tildem i ich syn zostali pochowani na niewielkim cmentarzu w drugim 

3

background image

końcu   Lindehede   mniej   więcej   w   tym   samym   czasie,   co   dwie   ofiary   Marianne  Tildem: 

Gunvor Tvedt i Kit Thomassen. Nikt z zewnątrz się nie dowiedział, co tak naprawdę stało się 

z owymi dwiema kobietami. Rozpowszechniono wersję, że znaleziono je martwe w lesie i że 

ich morderca - który też już nie żył - był psychicznie chory. Pobyt trzech pozostałych osób w 

szpitalu trzymano w całkowitej tajemnicy. Zamierzano ujawnić całą prawdę dopiero wtedy, 

gdy po przejściu operacji pacjenci będą mogli się pokazać swoim rodzinom.

Starego Tildema umieszczono w domu starców, gdzie niedługo potem zmarł, mała 

Alice zaś trafiła do życzliwych ludzi, którzy obiecali uczynić wszystko, by dziewczynka jak 

najszybciej zapomniała tragiczne wydarzenia z Lindehede.

Unni   została   przewieziona   do   szpitala   w   Oslo   na   obserwację.   Środek   odurzający 

zastosowany przez  doktora Hundta nadal jeszcze  działał:  dziewczyna  czuła się dziwnie i 

nieswojo, jak twierdziła. Być może jej długi powrót do zdrowia miał swą przyczynę także w 

tym, że w szpitalu odwiedzał ją dzień w dzień młody Rosenlund.

Odd   i  Nils  nigdy  nie  rozmawiali  o  Lindehede.  Pewnego  dnia   jednak   Stein  spytał 

obojętnym tonem:

- A co tam z Unni?

Nils Wangen uśmiechnął się szeroko.

- Bardzo dobrze. Racja, przecież miałem cię pozdrowić. Byłem u niej tydzień temu. 

Zapomniałem.

- To do ciebie podobne. Tak czy inaczej dziękuję. I ja powinienem ją odwiedzić, ale 

wciąż mam tyle spraw na głowie...

Wangen uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Powtórzę ci, co powiedziała: „Pozdrów swojego kolegę, wielkiego Steina. Straszny z 

niego uparciuch. To taki facet, który nie ma odwagi otworzyć ust jak się należy, tylko cedzi 

przez zęby słowa wielkiej wagi. Ale mimo to słodki z niego nudziarz. Uwielbiam go!”

- Co to ma, do diabła, znaczyć! - wykrzyknął zdumiony Stein. - Jak mam to rozumieć? 

Jako komplement czy raczej jako zniewagę?

- Jak wolisz.

- Właściwie ta Unni okazała się całkiem rozsądną dziewczyną - przyznał Odd Stein 

niechętnie. - Kiedy się z nią spotkasz, przekaż jej moje życzenia powodzenia w karierze. 

Może być z niej w przyszłości dobry policjant. Jeśli tylko chce, będzie tu na nią czekać 

miejsce, kiedy wyzdrowieje.

Jak na Odda Steina były to słowa niemal najwyższego uznania.

- Zdaje się, że jej karierę diabli wzięli - rzekł Nils.

4

background image

- Dlaczego? Czy została tak poważnie skaleczona tą strzałką?

- Nie strzałką, tylko raczej strzałą Amora. Unni ma zamiar wyjść za mąż za naszego 

Rosenlunda   o   pięknych   oczach   i   zrezygnować   ze   studiów   kryminalistycznych   na   rzecz 

zmywania i pieluch.

Odd poczuł się bezradny. Nie potrafił pojąć, dlaczego, słysząc te słowa, doznał bólu, 

tak jakby zjadł jakąś palącą truciznę.

- Poza tym Rosenlund ma nad nami, starymi prykami, ogromną przewagę: Jest to 

porządny mężczyzna, który nie pali - oświadczył Wangen.

-   Zrezygnować   ze   wszystkiego,   do   czego   przywykłem,   zanim   ją   poznałem?   To 

idiotyczne! - mruknął Stein.

Nieoczekiwanie   rzucił   na   stół   pudełko   zapałek   i   to   samo   zrobił   z   niezapalonym 

papierosem.

5

background image

ROZDZIAŁ XI

Odd Stein obudził się nagle i usiadł na łóżku.

Gdzie on jest?

Słońce zaglądało do czystego, ale już trochę zniszczonego hotelowego pokoju.

Lindehede? Jest znowu w Lindehede? Czyżby jakiś koszmarny sen?

Nie! To przecież rok 1950, a on wraca właśnie do domu do Oslo z delegacji. Minęło 

już   jedenaście   lat   od   chwili,   gdy   razem   z   Nilsem   wyjeżdżał   z   Lindehede   z   niemiłym 

uczuciem, że coś nie zostało dokończone. Mimo że Marianne Tildem przyznała się do winy, 

obaj zaliczyli sprawę Lindehede do nielicznych, których nie udało się im wyjaśnić do końca.

Siedział   przez   chwilę   na   łóżku,   żeby   pozbierać   myśli.   Spojrzał   na   zegarek. 

Niemożliwe! Już prawie południe.

W pokoju był telefon. Odd westchnął i zamówił rozmowę z komisariatem w Oslo. 

Spytał o Nilsa Wangena. Chwała Bogu, zastał go w biurze.

- Nils? Czy byłeś zadowolony z naszej roboty w Lindehede?

Po drugiej stronie zapadła cisza. Pauza trwała dosyć długo, po czym nastąpiła krótka 

odpowiedź:

- Nie!

Odd Stein znowu westchnął.

- Wczoraj wieczorem przejeżdżałem tamtędy. Potem myślałem o tej sprawie przez całą 

noc. Będę w Oslo za dwie godziny. Możesz na mnie poczekać?

- Jasne - odparł Wangen z przekonaniem.

Nils Wangen przywitał Steina bez zbędnych słów.

- Wiesz co, chodźmy coś zjeść - zaproponował. - Lepiej się myśli, kiedy mózg ma 

trochę paliwa.

Po obiedzie Odd opowiedział o nowym i zupełnie nieznanym Lindehede. Następnie 

spytał:

- Powiedz mi, Nils, co najbardziej nie dawało ci spokoju w tej sprawie?

Wangen zawahał się przez moment.

- Nie wiem - odparł z ociąganiem. - Coś bardzo dziwnego, coś, co powinniśmy byli 

zrobić. Ale oczywiście także pytania, na które nie znaleźliśmy odpowiedzi. Marianne Tildem 

odebrała sobie życie, zanim zdążyła nam wszystko wyjaśnić.

- No właśnie! Ciągle jeszcze pozostało tyle znaków zapytania.

- Jak choćby ten Per Erik. Dlaczego akurat jego oszczędzono? I skąd się brał ten 

6

background image

niesamowity dźwięk?

-   I   dlaczego   Tildemowie   wynieśli   się   z   poprzedniego   miejsca   zamieszkania,   z 

Kristiansand?   Dlaczego   młody   Hugo   Tildem   zareagował   aż   tak   gwałtownie,   gdy   tylko 

usłyszał o tym kocie?

- Po twoim telefonie w południe przez chwilę zająłem się tą sprawą. Okazuje się, że 

Krauss i jego żona wyjechali do Niemiec i tam ślad po nich zaginął. Doktor Hundt pojawiał 

się to tu, to tam w Europie i Norwegii w równych odstępach czasu, ale ostatnia plotka głosi, 

że się kończy. Rak czy coś takiego. Mieszka gdzieś za granicą.

- Czyli jest tylko jedna osoba, która może nam udzielić odpowiedzi - stwierdził Odd, 

kiwając głową.

- Jest już dorosłą kobietą - dodał Nils. - Chyba nie przeżyje szoku na wspomnienie tej 

tragedii?

- Przekonamy się.

Wrócili do komisariatu i od razu przystąpili do żmudnego poszukiwania śladu Alice 

Tildem. W książce telefonicznej jej nazwisko nie widniało.

Wreszcie,   po   wielu   rozmowach   telefonicznych,   dotarli   do   tych   serdecznych   ludzi, 

którzy zajęli się dziewczynką przed laty. Mieszkali w Kongsbergu.

- Alice Tildem? - powtórzył kobiecy głos w słuchawce. - Oczywiście, że ją pamiętam. 

Takich dzieci się nie zapomina... Przebywała u nas tylko pół roku... Nie, nie udało nam się 

nawiązać z nią kontaktu. Te straszne przeżycia spustoszyły jej psychikę... Owszem, gdzieś 

mam jej nowy adres.

- Biedna mała - bąknął Wangen, gdy Odd relacjonował mu potem rozmowę. - To 

musiał być dla niej straszny szok. Zwłaszcza śmierć matki.

Pod nowym numerem telefonu jakaś kobieta wyjaśniła powściągliwie, że Alice Tildem 

przebywała u nich zaledwie kilka miesięcy.

I skończyło  się podobnie  jak w  poprzedniej rodzinie. Odd,  odkładając  słuchawkę, 

myślał o czymś intensywnie.

- Dziesięć różnych domów w ciągu sześciu lat! Jak bardzo samotne musiało czuć się 

to dziecko!

Okazało się jednak, że i dla niej zaświeciło światełko. Alice Tildem zaczęła uczyć się 

w szkole wyższej i choć jej nie skończyła, chyba bardzo dobrze jej to zrobiło. Później zapisała 

się na kurs dla personelu medycznego i wytrwała do końca. Wyglądało na to, że odnalazła 

swoją drogę w życiu. I wtedy zmieniła nazwisko. Od tamtej pory nazywała się Solveig Dahl.

- Trudno jej  się dziwić - westchnął Nils. - Prawdopodobnie pragnęła uciec w  ten 

7

background image

sposób od bolesnych wspomnień. A co mówią o niej ludzie?

- Nic - odparł Odd Stein. - Udzielali mi tylko krótkich i rzeczowych wyjaśnień. Zdaje 

się, że Alice zupełnie zamknęła się w sobie i nie udało jej się nawiązać żadnego kontaktu z 

innymi. Szczególnie trudno było jej wtedy, gdy w rodzinie znajdowało się choćby jeszcze 

jedno dziecko.

- Może powinniśmy spytać o nią Unni. Możliwe, że coś o niej słyszała - zaproponował 

Nils.

Odd Stein zacisnął usta. Jego podwładny dodał szybko:

- Unni pracuje teraz w Sądzie Najwyższym.

- Co takiego? Myślałem, że...

- Nie, nie wyszła za mąż za Rosenlunda. Bardzo szybko oboje się przekonali, że Unni 

zanadto przewyższa go pod względem intelektualnym. A taki brak równowagi zwykle szkodzi 

miłości. I dlatego Unni zaczęła wspinać się po stopniach kariery.

- Całkiem rozsądnie - bąknął Odd.

Na chwilę popadł w zadumę. Zamyślony, stukał palcami o blat biurka. Potem ocknął 

się i zajrzał do notesu.

- Ostatni adres Alice to jakiś szpital w pobliżu Oslo. Może się tam wybierzemy.

Przyjął ich dyrektor personalny.

- Nie, Solveig Dahl już u nas nie pracuje. Otrzymała lepszą posadę.

Wangen   jęknął   cicho.  Czy   ta   ich   wędrówka   nigdy   się   nie   skończy?   Można   było 

odnieść wrażenie, że Alice Tildem bawi się z nimi w ciuciubabkę.

- Czy była dobrą pielęgniarką? - spytał Odd Stein.

- Asystentką - skorygował mężczyzna. Zawahał się. - Raczej tak. Oczywiście zdarzały 

się na nią i skargi, nie była może wystarczająco uprzejma, ale nieprawdopodobnie zdolna. 

Mógłby z niej być całkiem dobry lekarz.

- Czy ma pan jej nowy adres?

- Gdzieś tu powinien być...

Zaczął szukać w swojej kartotece.

- Jest! Mam go. No więc, Solveig Dahl przeniosła się do... do Svaleby.

Odd   i   Nils   popatrzyli   na   siebie,   zaskoczeni.   Wreszcie   Stein   zapytał   zduszonym 

głosem:

- Domyślam się, że również tam znalazła sobie podobną pracę.

- Tak, zatrudniła się w jakimś domu opieki czy czymś podobnym.

- Dziękujemy - powiedział. - Dziękujemy za pomoc.

8

background image

Już przy samochodzie rzekł:

- Muszę zadzwonić w kilka miejsc.

- Do kogo?

- Do Kristiansand. Tildemowie mieszkali tam przed przeniesieniem się do Lindehede. 

I   do   jednej   z   tych   rodzin,   z   którymi   dzisiaj   rozmawiałem.   Do   którejś   z   większą   liczbą 

własnych dzieci.

- Musimy się pospieszyć. Niedługo zamykają wszystkie urzędy pocztowe.

Znaleźli budkę telefoniczną. Odd zaczął gorączkowo kartkować książkę telefoniczną.

- Naprawdę myślisz, że Unni wie coś nowego? Nie, to niemożliwe. Gdzie jest książka 

Kristiansand?

- Ale co nam szkodzi ją spytać - nie dawał za wygraną Nils. - Na pewno jeszcze jest w 

biurze.

- Naprawdę nie wiem... No dobrze, ale ty będziesz rozmawiać.

Odd Stein wszedł za Nilsem do budki. Zrobiło się w niej dosyć ciasno.

Unni była w biurze, Odd słyszał z daleka jej jasny głos. Stał bardzo blisko Nilsa i 

śledził przebieg rozmowy.

- Co za niespodzianka! Nils Wangen! Cześć! Kopę lat. Co u ciebie słychać?

- W porządku. A u ciebie?

- Też dobrze.

- Nie wyszłaś jeszcze za mąż?

- Nie, a ty się ożeniłeś?

- Na razie nie. Ale chyba już niedługo... Posłuchaj, Unni, czy wiesz może coś o...

Przerwała mu.

- A co słychać u twojego szanownego szefa Odda Steina? Ożenił się?

-   Nie,   on   nie   ma   czasu   na   takie   rzeczy.   Całe   życie   poświęcił   zwalczaniu 

przestępczości.

- Daj już spokój tym bzdurom, Nils - ofuknął go Odd. - Dzień dobry, Unni - rzekł do 

słuchawki uprzejmie, ale oschle. - Chcielibyśmy spytać cię o kilka szczegółów związanych z 

Lindehede. Czy potem nigdy już nie słyszałaś o Alice Tildem?

- O tej małej dziewczynce? Nie, ale muszę przyznać, że to mnie interesuje. Tylko teraz 

mam niestety mnóstwo pracy. Może spotkamy się wieczorem?

Jej głos był miękki i ciepły.

- Ale Nils chyba gdzieś dzisiaj wyjeżdża - powiedział Odd nie bez wahania.

- Wobec tego niech pan przyjdzie sam. Najlepiej  do mnie do domu, adres jest w 

9

background image

książce telefonicznej. Porozmawiamy sobie też o tym, jak minęły nam te lata.

- Dziękuję za zaproszenie. Postaram się przyjść. Ale to może być późno.

- Nie szkodzi. Jestem cały czas w domu. Serdecznie zapraszam, byłoby miło znowu 

pana zobaczyć.

- Mnie również - odparł krótko. Gwałtownym ruchem odłożył słuchawkę, a widząc 

szeroki uśmiech na twarzy Nilsa, spytał dosyć szorstkim tonem: - Nie zamówiłeś jeszcze 

Kristiansand?

Stein znał bardzo dobrze również tamtejszego komendanta.

- Witam cię, witam. Mówi Odd Stein. Czy mógłbyś trochę cofnąć się w czasie? Do 

roku tysiąc dziewięćset trzydziestego czwartego. Już raz cię pytałem, czy właśnie w tamtym 

roku nie wydarzył się u was jakiś skandal, i wtedy twoja odpowiedź brzmiała: nie. Pytam cię 

dzisiaj znowu o to samo. Ten skandal mógł dotyczyć dziecka, siedmiolatka?

Obaj stali nadal w budce telefonicznej. Czekali w napięciu, podczas gdy komendant z 

Kristiansand przeglądał stare kartoteki.

Po chwili ponownie usłyszeli jego głos.

- Trzydziesty czwarty? Widzę, że jest tu niemała porcyjka do przejrzenia. Zobaczmy, 

co tu mamy... Rabunek, pijacka burda, oszustwo, znowu rabunek. Jakaś awantura, znowu 

awantura, ludzie nie umieli żyć spokojnie.

Zamilkł.

- No, co tam? - dopytywał się Stein.

-   Poczekaj,   poczekaj!   Chyba   coś   znalazłem.  Ale   rok   wcześniej,   w   trzydziestym 

trzecim.

- To nie ma znaczenia!

- Jak widzę, sprawa została umorzona. Zatuszowana. Mały chłopiec o mało nie został 

zamordowany   przez...   Boże   uchowaj!   Przez   zaledwie   sześcioletnią   dziewczynkę.   Trzeba 

przyznać, to pomysłowe dziecko. Chłopiec został przywiązany do drzewa i tam poddano go 

torturom. Na szczęście odnaleziono go w porę. Jest tu jeszcze jakiś dopisek: „Inne dzieci z tej 

samej ulicy mówią, że dziewczynka lubiła je straszyć w jakiś wyjątkowo niemiły sposób”. Jej 

rodzice zapłacili jakieś bajońskie grzywny i wynieśli się z miasta.

- Nie poddano jej żadnym badaniom lekarskim?

- Jest tu krótka wzmianka o badaniu psychiatrycznym. „Dziewczynka pozostawała 

pod wpływem negatywnego przeżycia, jakie wywołała u niej wizyta w cyrku, kiedy miała 

cztery   lata.   Była   świadkiem   ciężkiego   poranienia   tresera   przez   tygrysa.   Wspomnienie   to 

prawdopodobnie   na   długo   utrwaliło   się   w   jej   pamięci,   należy   jednak   przypuszczać,   że 

0

background image

solidaryzowała się nie z poszkodowanym, tylko z tygrysem. Poza tym dziewczynka sprawia 

wrażenie bardzo rozsądnej. Nie istnieje ryzyko powtórzenia incydentu”.

- To tyle - powiedział Odd, kończąc rozmowę. - Chciałbym teraz skontaktować się z tą 

wielodzietną rodziną, u której mieszkała.

Kobieta   chętnie   odpowiadała   na   pytania.   Czy   można   powiedzieć,   że   jej   dzieci 

zachowywały się z rezerwą w stosunku do Alice?

Tak,   to   prawda,   potwierdziła   kobieta.   Nigdy   nie   udało   jej   się   ustalić,   z   jakiego 

powodu, ale wie, że jedno z dzieci nazwało Alice sadystką i odmówiło zabawy z nią. Nic 

więcej nie potrafiła powiedzieć, a dzieci akurat nie było w domu.

Stein   zadzwonił   następnie   do   komisariatu   w   Oslo   i   poprosił   do   telefonu 

Håkona Svendsena.

- Czy ta kierowniczka domu starców, na którą wpłynęło doniesienie to młoda osoba?

- Bardzo młoda. Nie ma dwudziestu pięciu lat.

Na twarzy Odda wyraźnie było widać napięcie.

W budce zrobiło się tak duszno, że wprost nie dawało się oddychać. Ale żaden z nich 

w ogóle o tym nie myślał.

-   Powiedz   mi,   Håkon,   czy   w   oskarżeniu   mowa   jest   też   o   sadystycznym 

zachowaniu?

-   Oczywiście.   To   jeden   z   głównych   zarzutów.   Najstarsi   pacjenci,   a   zwłaszcza   ci 

przykuci do łóżka, opowiadają jakieś nieprawdopodobne historie. Mówią, że kierowniczka 

straszyła   ich,   miaucząc   jak   kot. A  właściwie   nie   miaucząc,   tylko   skrzypiąc,   chrzęszcząc, 

zgrzytając zębami czy coś w tym rodzaju. Coś zupełnie obłędnego, no wiesz, jacy są starzy 

ludzie, potrafią wymyślić niestworzone rzeczy. Przecież wielu ludzi zgrzyta zębami i nie ma 

w tym nic dziwnego.

- Ale raczej nie w ten sposób - bąknął Odd. - Czy ta kierowniczka nazywa się Solveig 

Dahl?

- Tak.

- Gdzie ona teraz jest?

-   Właśnie   była   tu   przed   chwilą.   Chodziło   o   wprowadzenie   jakichś   danych   do 

protokołu. Chyba już wyszła z budynku,

- Zatrzymaj ją, Håkon! I to szybko!

Håkon Svendsen najwyraźniej się zawahał.

-   Myślisz,   że   to   ona...   że   ona   jest   winna?   Tych   wszystkich   morderstw   i   tych 

sadystycznych zachowań?

1

background image

- Nie mam najmniejszych wątpliwości. Zatrzymaj ją, Håkon, już jedziemy!

Biegli po schodach do swojego biura. Nad miastem zapadł zmrok, na ulicach zapaliły 

się latarnie.

- To dlatego Hugo Tildem doznał szoku, kiedy usłyszał o kocie - powiedział Nils. - Bo 

oczywiście znał potworną skłonność swojej siostry do naśladowania kotów. Pamiętał też na 

pewno epizod z Kristiansand.

- A Marianne Tildem zemdlała, kiedy o tym usłyszała. Nikt jednak nie przywiązywał 

do tego wagi, bo przecież parę minut wcześniej Hugo rozbił się o drzewo.

Z kierowniczką domu starców Solveig Dahl spotkali się w gabinecie Steina.

Mimo upływu jedenastu lat obaj policjanci nie mieli wątpliwości, że to Alice Tildem.

Wyrosła na całkiem ładną kobietę. Urody dodawały jej śnieżnobiałe mocne zęby i 

jasne włosy.

Tylko oczy wzbudzały przerażenie. Bił z nich dziwny blask, który w odróżnieniu od 

łobuzerskiego błysku w oczach jej brata emanował złem.

W pierwszej chwili spojrzenie dawnej Alice niczego nie zdradzało, ale, przyjrzawszy 

się im bliżej, nie potrafiła ukryć, że gdzieś w zakamarkach pamięci odnalazła obraz Steina.

- Widzę, że sobie nas przypominasz - powiedział zdecydowanie detektyw. - Wiemy 

już, że to ty byłaś asystentką doktora Hundta i że nawet jego przerażałaś. Może zechciałabyś 

nam teraz opowiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło.

Na twarzy Alice pojawił się drwiący uśmiech.

- Mamy niezbite dowody i takich świadków, że nie uda ci się uniknąć oskarżenia o 

popełnienie morderstwa w domu starców. Lepiej więc będzie, jeśli opowiesz wszystko od 

samego początku, od Lindehede.

- Czy taki superdetektyw jak pan nie potrafi dojść do tego sam? Musi pytać?

-   Nie,   wcale   nie   muszę   tego   robić   -   odparł   Odd.   -   W   parku   na   wysokim   dębie 

znajdowała się niewielka ambonka. Przyjmijmy, że siedziałaś na niej akurat tego dnia, kiedy 

twoja matka zabiła swoją rywalkę, Gunvor Tvedt. Powściągałaś swoje skłonności przez dwa, 

trzy lata od czasu, gdy omal nie zabiłaś małego chłopca w Kristiansand. Morderstwo, którego 

byłaś świadkiem, rozbudziło na nowo twoją chorą wyobraźnię. Nie mogłaś zapomnieć tego, 

co zobaczyłaś. W najbliższe wakacje twój brat przyjechał do domu z Kit Thomassen. Pewnie 

była dla ciebie niemiła, prawda?

W oczach Alice pojawił się lodowaty błysk.

- Była po prostu nie do wytrzymania. „Spływaj stąd, ty smarkulo!”, mówiła. Ale po 

pewnym czasie zrozumiała chyba, że nie jestem wcale żadną smarkulą, o, nie!

2

background image

- Jak to zrobiłaś?

Nie próbowała już zaprzeczać. Wyglądała raczej na zadowoloną z siebie.

-   Leżałam   na   czatach   ukryta   w   żywopłocie.   Wiedziałam,   że   będzie   tamtędy 

przechodzić.   Przygotowałam   więc   pułapkę   na   drodze.   Potknęła   się   i   upadła.   Wtedy   ja 

wyczołgałam się z zarośli, zarzuciłam jej na szyję cienką linkę, szarpnęłam i już. Bajecznie 

proste! A potem zrobiłam tak samo jak mama: wciągnęłam ją między zarośla żywopłotu i 

ukryłam w grobowcu.

Odd pokiwał głową.

- Była w takim stanie, że nie mogliśmy ustalić przyczyny jej śmierci. A potem do 

majątku   przyjechał   doktor   Hundt.   Oboje   rodzice   ulegli   jego   szantażowi,   choć   jedno   nie 

wiedziało   o   drugim.   Czy   to   znaczy,   że   to   ty   wyjawiłaś   temu   niebezpiecznemu 

eksperymentatorowi makabryczną tajemnicę twojej matki?

Alice skinęła głową z wyraźną dumą.

- Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Doktor Hundt opowiadał mi tyle cudownych 

historii, że i ja nie miałam przed nim sekretów. Pokazałam mu grobowiec. Spytał mnie, czy 

nie mam ochoty zarobić trochę pieniędzy - na rower i inne rzeczy, o których marzę. Mogliśmy 

współpracować tylko w naszym domu, bo on nie mógł pokazywać się nigdzie poza murami 

majątku. Potrzebował trzech młodych ludzi do swojego eksperymentu. Nie musiałam ich 

wcale zabijać. Dostałam niewielką strzelbę ze strzałami. Ten otwór w żywopłocie, tuż przy 

jeziorze, w którym znikali ludzie, był, jego zdaniem, wyśmienitym miejscem.

Alice Tildem opowiadała z ożywieniem.

- I w ten sposób miałaś możliwość się wykazać. Na początku tylko straszyłaś ofiary - 

wtrącił Odd.

- Przecież człowiek musi się jakoś zabawić - prychnęła. - Kiedy byłam mała, mieliśmy 

kota, który wydawał z siebie takie śmieszne dźwięki. Umiałam go bardzo dobrze naśladować, 

ćwiczyłam   to   tak   często,   że   doszłam   wreszcie   do   absolutnej   perfekcji.   Miauczałam   i 

zgrzytałam zębami zupełnie jak kot, tylko znacznie głośniej. Mówię wam, słysząc to ludzie 

podskakiwali jak wystrzeleni z procy.

- Asystowałaś przy operacjach doktora Hundta?

- Przecież musiał mieć kogoś do pomocy. A ja byłam, według niego, bardzo dobra. To 

naprawdę wspaniały czas!

- Ale jednej z ofiar pozwoliłaś uciec. Mam na myśli Pera Erika. Dlaczego?

W oczach Alice pojawił się wyraz rozmarzenia.

- Kiedy chodziłam do szkoły we wsi, Per Erik powiedział mi raz, że będę kiedyś 

3

background image

bardzo   ładna.   I   miał   rację.  W  pierwszej   chwili   go   nie   poznałam,   bo   był  w   płaszczu   od 

deszczu.

Okazuje się, że i w tym monstrum drzemały jakieś uczucia!

- Wiemy dzisiaj aż nadto dobrze, dlaczego Himmler i jego ludzie byli zainteresowani 

tego rodzaju potworami jak doktor Hundt. Znalezienie trójki pacjentów dla doktora zajęło ci 

jednak sporo czasu.

- Nie chciał ich mieć wszystkich naraz. Jego eksperyment był tak szeroko zakrojony, 

że po prostu nie mógłby pracować nad więcej niż jedną osobą w tym samym czasie.

- A jednak zaatakowałaś Unni.

Alice prychnęła znowu ze złością.

- Wyglądała na strasznie głupią. Miałam ochotę trochę ją podrażnić. Doktor Hundt 

zezłościł się wtedy na mnie.

- A potem pozwoliłaś, żeby matka wzięła na siebie winę za wszystkie twoje zbrodnie. 

Zastrzeliła Gunvor Tvedt, to nie ulega wątpliwości. Ale to ty nasunęłaś mi to podejrzenie, co 

gorsza, próbowałaś mnie przekonać, że matka jest zazdrosna o wszystkich młodych ludzi. 

Kiedy oskarżono ją także i o te zbrodnie, których nie popełniła, nie protestowała. Rozumiała 

bowiem, że to ty jesteś winna.

- Nie była zbyt mądra. Pamięta pan, chciała mnie zastrzelić!

- Uważała, że tak będzie najlepiej, i dla ciebie, i dla wszystkich wkoło. No, myślę, że 

pora sprowadzić kogoś, kto umieści cię w więzieniu.

Alice Tildem wzruszyła ramionami.

- Co za różnica. I tak zaraz z niego wyjdę.

- Nie sądzę.

- Zaskarżę wyrok.

-   Nic   ci   z  tego   nie   przyjdzie.   Ponieważ   twoja   sprawa   trafi   do   rąk   naszej   dawnej 

wspólnej znajomej Unni. Ona pracuje teraz w Sądzie Najwyższym.

- Ona? Ta głupia gęś? - wybuchła Alice. - Nie wierzę!

- Możesz nie wierzyć.

Stein zadzwonił po sierżanta, który miał wyprowadzić podejrzaną.

Niemal w  tym samym momencie obaj z Wangenem aż podskoczyli. Alice Tildem 

wydała z siebie przedziwny dźwięk, przypominający jakiś głęboki skowyt lub coś w tym 

rodzaju. Czegoś tak okropnego nigdy dotąd nie słyszeli.

Gdy ujrzała przerażoną twarz Nilsa Wangena, roześmiała się głośno, Odd Stein zaś 

odwrócił się do niej z uśmiechem pełnym pogardy.

4

background image

- To przecież żałosne i całkiem niedorzeczne!

Alice Tildem wpadła we wściekłość. Gdy wyprowadzano ją z pokoju, wykrzykiwała 

pogróżki pod adresem Steina.

- Myślisz, że ona kiedyś wyjdzie? - spytał Nils niemal z lękiem.

- Nieprędko.

- Czy ona jest chora umysłowo?

- Nie, wręcz przeciwnie. Umysł ma bardzo jasny. Ale samouwielbienie, uczuciowy 

chłód, aspołeczne zachowania, wszystko to wskazuje na jedno: psychopatka o przestępczych 

skłonnościach. Mamy odpowiednie miejsce dla takich.

- Właściwie chyba ten epizod z tygrysem i treserem spowodował to wszystko?

-   Nie,   on   jedynie   wyzwolił   zło,   jakie   w   niej   już   tkwiło.   Przypomnij   sobie   słowa 

psychiatry, który stwierdził, że współczuła tygrysowi, a nie rannemu człowiekowi.

Odd   Stein,   głęboko   westchnąwszy,   zamknął   teczkę   z   aktami   dotyczącymi   sprawy 

Lindehede.

-   Nareszcie!   To   dlatego   ta   sprawa   ciągle   nas   męczyła   i   wydawała   się   nam 

niezakończona. Bo czuliśmy podświadomie, że coś jeszcze pozostało do wyjaśnienia.

- Trudno uznać jej rozwiązanie za szczęśliwe, ale przynajmniej nie będą nas dręczyć 

wyrzuty sumienia. Może zapalimy sobie z tej okazji? Na szczęście nie ma tu żadnej zrzędy, 

która zmuszałaby nas do otworzenia okna.

Odd popadł w zadumę.

- Czy ja wiem? Właśnie postanowiłem, że rzucam palenie.

- Co takiego?

Na twarzy Steina pojawił się niezwykle ciepły uśmiech. Nils nigdy dotąd nie widział 

takiego wyrazu twarzy u swojego szefa.

- Czy mógłbyś  tu zrobić porządek, Nils? Bo ja trochę się spieszę, wychodzę dziś 

wieczorem. Chciałbym jeszcze wpaść do domu, żeby się przebrać. W coś eleganckiego!

5


Document Outline