background image

MARGIT SANDEMO 

DZIECI SAMOTNOŚCI 

Z norweskiego przełożyła 

IZABELA KREPSZTUL - ZAŁUSKA 

POL - NORDICA Publishing Sp. z o.o. 

Otwock 1997 

background image

ANNA 

Lekarz spojrzał współczująco na zamożnego kupca. 

- Przykro mi, panie Wardelius. Pańska małżonka nie była wystarczająco silna. 

Twarz kupca nie zdradziła ani bólu, który przeżywał, ani ogarniającej go bezsilności. 

Stał  przy  oknie  z  widokiem  na  port  w  Bergen  i  patrzył  na  swoje  trzy  okręty  handlowe. 

Wydawały mu się teraz całkiem pozbawione wartości - jemu, który zawsze był tak dumny z 

ich świetnie utrzymanych kadłubów i białych żagli. 

- A co z dzieckiem? Co z chłopcem? 

- Dziecko żyje. Ale... to dziewczynka. 

- Dziewczynka? 

Kupiec  Wardelius  mógł  wreszcie  nazwać  swoje  uczucia.  Cały  strach,  z  którym  się 

zmagał przez ostatnie godziny, rozpacz, żal - wszystko zmieniło się w ogromny zawód. 

Położna uśmiechnęła się blado do kupca. 

- Czy chce ją pan zobaczyć? 

- Nie. Nie, to może poczekać. 

Położna zawahała się. 

- Dziewczynka... trochę ucierpiała podczas porodu. Chyba trzeba ja szybko ochrzcić. 

Jeszcze  tego  brakowało,  pomyślał  Wardelius  z  niechęcią.  Cóż,  może  tak  będzie  dla 

niej najlepiej. 

- Wezwij księdza - mruknął. 

Położna ruszyła, lecz zatrzymała się w drzwiach. 

- Jakie imię dać dziecku? 

Te wszystkie imiona, nad którymi dyskutowali! Wszystkie były imionami dla chłopca. 

Rzeczywiście,  żona  raz  ostrożnie  wspomniała,  że  przecież  może  urodzić  się  córka,  ale  on  z 

pogardą odrzucił taką możliwość. Imię dla dziewczynki? Ech, to bez znaczenia, przecież ona i 

tak  nie  przeżyje.  Wardelius  wybrał  pierwsze  imię,  które  mu  przyszło  na  myśl,  i  ruszył  w 

stronę drzwi. Należy mu się wreszcie chwila samotności ze swym bólem! 

- Nazwijcie ją Anna - rzucił. 

Anna,  to  małe,  niechciane  stworzenie,  zaprzeczała  wszystkim  przewidywaniom. 

Każdego ranka uparcie budziła się w swojej kołysce, aż wreszcie wszyscy zdali sobie sprawę, 

ż

e  będzie  żyła.  Uśmiechała  się  do  twarzy  pochylających  się  nad  nią,  ale  w  odpowiedzi 

otrzymywała  jedynie  współczujące  westchnienia.  W  końcu  zapomniała,  jak  się  uśmiechać,  i 

background image

stała się poważną istotką o wystraszonych, zdziwionych oczach. 

Była  jedynaczką,  a  mimo  to  miała  dwie  siostry,  które  dorastały  razem  z  nią: 

Samotność i Tęsknotę. 

Gorzki  smak  samotności  był  dobrze  znany  także  czworgu  innym  dzieciom.  Żyli 

daleko od siebie, tylko dwoje z nich się znało. Jednak dotkliwa samotność była im wszystkim 

wspólna. 

background image

OBRAZKI Z LAT DZIECIĘCYCH 

1. PASTUSZEK 

Zza  niebieskoczarnych  gór  słychać  było  coraz  głośniejsze  grzmoty.  Jeszcze  ostrzej 

popędził owce. Wreszcie ujrzał połyskujące w świetle błyskawic dachy swej wioski. Dopiero 

wtedy  nieco  się  uspokoił  i  pozwolił  sobie  i  zwierzętom  na  odpoczynek.  Był  przecież  tylko 

małym chłopcem...  Z trudem udało mu się spędzić stadko tego wieczora i dlatego zaskoczył 

go zmrok. Bał się ciemności, bo wtedy wychodzą złe moce, tak mówią wioskowi starcy. Bał 

się  też  burzy,  bo  jej  nie  rozumiał.  A  w  tej  leśnej  dolinie,  którą  szedł,  pojawiały  się  w  nocy 

dzikie  zwierzęta.  Dlatego  widok  wioski  tak  bardzo  podniósł  go  na  duchu.  Na  pewno  już 

czekają.  Może  wyjdą  po  niego?  Popędził  owce,  które  z  przyzwyczajenia  skręciły  w  ścieżkę 

wiodącą z doliny do wioski i już same przyspieszyły. 

Złociste  kwiaty  wydawały  się  prawie  białe  w  ciemności,  wiosenne  zapachy 

oszałamiały. 

Nagle chłopiec się zatrzymał. Zwierzęta pobiegły w stronę zabudowań, lecz on nadal 

stał, wsparty o pasterski kij. 

Z głębi doliny, którą właśnie opuścił, dochodziły dziwne dźwięki. Nie były odgłosami 

wydawanymi  przez  zwierzęta,  to  było  coś  innego.  Cicho  i  szybko  szło  w  tym  samym 

kierunku,  co  on  i  owce.  Słyszał  bicie  swego  serca  i  drżący  oddech.  Czy  to  złe  moce,  które 

chciały go pochwycić - tego, który zuchwale ośmielił się przebywać po zmroku poza domem? 

Próbował  poruszyć  się,  uciekać,  lecz  nie  mógł.  Strach  przygwoździł  mu  stopy  do  ziemi.  To 

„coś” dotarło już do miejsca, w którym ścieżka opuszczała dolinę. Było tak ciemno, z drzewa 

rosły tak gęsto, że nie mógł... 

W  tym  momencie  długotrwała  błyskawica  rozświetliła  las.  Ujrzał  wtedy  widok, 

którego już nigdy nie miał zapomnieć. 

Grupa  wielu  ludzi  minęła  jego  ścieżkę  i  podążyła  dalej  na  południe.  Słyszał 

skrzypienie  wozów  i  głuche  stąpnięcia  końskich  kopyt.  Było  coś  przytłaczającego  i 

majestatycznego  w  tej  milczącej  procesji.  Chłopcu  zdawało  się,  że  jest  to  jakby  orszak 

ż

ałobny  dawno  umarłego  króla.  Znów  zapadła  ciemność,  grzmot  przetoczył  się  po  niebie,  a 

on  nadal  wyraźnie  słyszał  wędrowców.  Gdy  rozbłysła  kolejna  błyskawica,  ujrzał,  że  już  się 

oddalają.  Nie  zauważyli  go,  ukrytego  pomiędzy  drzewami  przy  ścieżce.  Chłopiec  miał 

wrażenie,  że  widział  wielu  mężczyzn,  kobiety,  dzieci  i  zwierzęta.  Szczegółów  strojów  nie 

background image

rozróżnił w tych krótkich chwilach jasności, poza tym że były obszerne i ciemne, jakby grupa 

chciała pozostać niewidoczna. 

Jeszcze  przez  chwilę  docierały  do  niego  odgłosy  kroków  i  skrzypienie  kół.  Wkrótce 

cisza  ogarnęła  las.  Kwiaty  pachniały  jeszcze  intensywniej  niż  przedtem,  jakby  wzmocnione 

tym widokiem. 

Ocknął się dopiero na wołanie. To był głos ojca. Po chwili jego postać wyłoniła się z 

mroku. 

-  Gdzie  byłeś,  chłopcze?  -  spytał  surowo,  zaniepokojony.  -  Już  mieliśmy  iść  ciebie 

szukać, gdy wróciły owce. 

Chłopiec nie odpowiadał. 

- No? Co się stało? - naciskał ojciec. 

Wargi nie chciały się poruszać, sparaliżowane przeżytym strachem i napięciem. 

- Zgubiłem kilka jagniąt. Długo ich szukałem. 

- Masz jakiś dziwny głos? 

- W lesie w nocy jest strasznie... 

- Widziałeś albo słyszałeś dzikie zwierzęta? 

Po dłuższej chwili chłopiec odpowiedział: 

- Nie. Nic nie widziałem. 

Ojciec położył dłoń na jego ramieniu. Niepewnym głosem zaproponował: 

- Pospieszmy się lepiej do domu, do matki. Wiesz, jak kobiety łatwo się denerwują. A 

jutro nie będziesz pasł owiec sam. Poślemy z tobą kogoś starszego. 

- Ojcze... - spytał chłopiec z wahaniem - co jest tam dalej na południe? Jak się idzie w 

dół doliny? 

- Przecież wiesz dobrze. Nic! 

- Nic? 

-  Nic.  Tylko  skalna  ściana.  Kiedyś,  dawno  temu,  na  jej  szczycie  był  klasztor  i  kilka 

domostw. Został zbudowany przez bardzo stary zakon szukający odosobnienia. Nie wiadomo, 

jak  dostali  się  na  półkę  z  drugiej  strony  góry,  gdzie  w  dole  płynie  rzeka.  Podobno  zaraza 

szalejąca tu kilkaset lat temu zabrała wszystkich: zakonników i chłopów. I odtąd nikt nie wie, 

jak  się  tam  dostać.  Dlatego  gdy  pójdziesz  na  południe,  natrafisz  tylko  na  skalną  ścianę,  nic 

więcej. 

Chłopiec długo się zastanawiał. Odwrócił się w stronę wysokiej, stromej turni, ledwo 

widocznej w ciemności. 

- Można stąd zobaczyć klasztor? 

background image

Także i ojciec zatrzymał się i odwrócił. 

- Gdy byłem mały, wydawało mi się, że przy dobrej pogodzie widzę sam klasztor albo 

jakieś  dachy.  Ale  to  musiały  być  skały,  klasztor  leżał  zwrócony  raczej  w  stronę  rzeki.  A 

teraz... widzę tylko górę. No chodź, już idą po nas! 

Zakonnicy?  Czy  to  mogli  być  ci  zmarli  zakonnicy,  którzy  raz  jeszcze  chcieli  ujrzeć 

swą siedzibę? A może to coś innego? 

Od  tego  czasu  chłopiec  często  wpatrywał  się  w  płaszczyznę  na  szczycie  i  wydawało 

mu  się,  że  widzi  coś,  co  mogło  zostać  zbudowane  ludzkimi  rękami.  Wreszcie  którejś  nocy, 

gdy znów wracał spóźniony, zobaczył w ciemności gwiazdę. Ale świeciła zbyt nisko i nagle 

pomyślał, że to musi być światło! Migające światełko z okna gdzieś tam, na górze, na którą 

nikt przecież nie mógł wejść! 

Był  za  mały,  żeby  się  pokusić  o  zbadanie  tej  tajemnicy.  Nikomu  też  nie  odważył  się 

powiedzieć,  co  widział.  Nie  wiedział,  dlaczego,  może  czuł,  że  to  coś  świętego, 

niewyrażalnego? A może ze strachu, że ukarzą go duchy, gdy zdradzi ich sekretną wędrówkę? 

Pewnego dnia jednak, gdy owce pasły się w kotlinie, słońce przeświecało przez liście i 

było  ciepło  i  bezpiecznie,  chłopiec  ruszył  ostrożnie  rzadko  używaną  ścieżką  w  głąb  doliny. 

Pełen  poczucia  winy,  niemal  się  skradał,  uważając,  aby  nie  stracić  z  oczu  pasących  się 

zwierząt. Dróżka niknęła pomiędzy wysokimi drzewami. Chłopiec zwolnił. W końcu nie miał 

odwagi  iść  dalej  i  zawrócił.  Dostrzegł  wtedy  coś  błyszczącego,  co  leżało  w  trawie.  Na 

moment zamarł, potem rozejrzał się i podszedł bliżej. Długo stał pochylony, zanim ostrożnie 

dotknął tego połyskującego przedmiotu i podniósł go. 

Nigdy  jeszcze  nie  widział  czegoś  równie  pięknego!  Nie  wiedział,  co  to  może  być. 

Płaskie,  bogato  zdobione,  lekko  uszkodzone  z  jednej  strony,  dokładnie  mieściło  mu  się  w 

dłoni. Chłopiec gładził to ostrożnie, aż w końcu włożył po znoszoną koszulę. 

Wieczorem,  leżąc  w  łóżku,  obracał  tajemniczy  przedmiot  w  palcach,  aż  promienie 

księżyca rozpaliły w nim tysiące błyszczących kryształków. Uśmiechnął się, zachwycony. 

Kilka  dni  później  zdarzyła  się  katastrofa.  Ziemia,  która  w  tych  rejonach  często  się 

poruszała, zadrżała i zamieniła wioskę w gruz i popioły. Wkrótce dotarli tu ludzie, aby zbadać 

szkody i zająć się ocalonymi, wśród których był zrozpaczony, bezdomny chłopiec. Wzięli go 

ze sobą. 

2. CÓRKA KUPCA 

Kupiec Wardelius zmiął list, który właśnie dostał od przyjaciela. 

background image

-  Znowu  syn!  -  rzucił  niechętnie.  -  Wszystkim  rodzą  się  synowie.  A  ja  co?  Tylko 

córka! I żeby chociaż... 

Zamilkł.  Anna  pochyliła  głowę  nad  robótką.  Znała  już  to  na  pamięć,  ale  ból  za 

każdym razem czuła taki sam. 

Ojciec mówił dalej, chcąc zatrzeć wrażenie swoich słów: 

-  Muszę  przewieźć  towary  nad  Morze  Śródziemne.  Genua,  Wenecja,  Raguza, 

Aleksandria... Ponieważ  twoja ciotka umarła, a mój sługa pokładowy uciekł do konkurencji, 

pojedziesz ze mną. Zajmiesz się gospodarstwem na okręcie i będziesz dbała o moje zdrowie. 

Oszczędzę w ten sposób na dwóch służących, jednym dla ciebie tutaj i drugim dla mnie tam. 

Anna spojrzała na ojca przerażona. 

- Mam jechać? W świat? 

-  Tak.  Skończyłaś  przecież  piętnaście  lat,  ciotka  nauczyła  cię  już  prowadzić  dom. 

Odtąd będziesz pływała ze mną. Tak będzie najprościej. 

Kupiec  Wardelius  myślał  czysto  ekonomicznie.  Nie  lubił  niepotrzebnych  wydatków, 

pewnie dlatego stał się tak bogaty. 

Jego  córka  nadal  siedziała  i  wyglądała,  zamyślona,  przez  okno.  Ogarnął  ją  strach. 

Opuścić Bergen? Opuścić to, co znała, nie móc ukryć się w własnym domu? Wyjść do ludzi? 

Poruszona,  wstała  i  pokuśtykała  do  koszyka  z  robótką.  Była  drobną,  bladą 

dziewczynką o krzywych ramionach i krótszej jednej nodze. Podczas narodzin jej kręgosłup 

poniósł nieodwracalne szkody. Po śmierci matki zajmowała się nią ciotka. Kupiec Wardelius 

dbał o interesy i rzadko zwracał uwagę na córkę. Nie zauważał, że często siedziała zaczytana, 

nie  dostrzegał  jej  pędu  do  wiedzy  ani  tego,  że  wyrosła  na  mądrą  i  rozsądną  istotę.  Mogłaby 

wiele osiągnąć, gdyby dziewczętom pozwalano studiować... 

Ciotka,  osoba  miła,  lecz  pozbawiona  wyobraźni,  była  zadowolona,  gdy  Anna 

zajmowała  się  tymi  głupimi  książkami  w  bibliotece.  Nie  musiała  wtedy  brać  jej  na  spacer  i 

wstydzić się ludzkich spojrzeń. 

Anna  drżącymi  dłońmi  zamknęła  koszyk  z  robótką.  Jej  serce  wypełniła  mieszanina 

strachu  i  podniecenia.  Przerażała  ją  wizja  opuszczenia  bezpiecznego  domu,  ale  ileż  to  razy, 

siedząc  w  bibliotece,  marzyła  o  zobaczeniu  tych  miejsc,  o  których  czytała?  I  teraz  miałaby 

ruszyć  w  świat!  Ona  -  Anna  Wardelius,  której  ciotka  przepowiadała  życie  w  samotności!  Z 

pewnością zostanie starą panną, mówiła. Któż bowiem zechce taką jak ona? 

background image

3. WYSOKO URODZONY 

-  Szybko!  Szybko  na  pokład!  -  szeptał  gwałtownie  ojciec,  markiz  di  Ferro,  w 

ciemności nocy. 

Mały  Giovanni,  w  aksamitnym  ubranku  z  białymi  koronkami  wokół  nadgarstków  i 

szyi, rozglądał się ze zdziwieniem po weneckim porcie. Wokół rozlegały się ochrypłe głosy; 

zapach  smoły,  lin,  wodorostów  i  rybich  resztek  wiercił  w  nosie.  Przed  sobą  widział  okręt, 

który miał ich przewieźć przez Adriatyk do Raguzy. 

Matka  przebiegła  przez  trap,  jęcząc  i  narzekając,  jej  szerokie  jedwabne  spódnice 

szeleściły  i  mieniły  się  w  świetle  latarni.  Lokaje  uwijali  się,  przenosząc  ostatnie  kosze  i 

skrzynie z rzeczami, które rodzinie udało się wynieść z pałacu. 

Giovanni ostrożnie postawił stópkę na trapie, bał się, że ubrudzi buty. Ojciec popchnął 

go  do  przodu  i  wszyscy  znaleźli  się  na  pokładzie.  Odrzucono  cumy  i  okręt  cicho  odbił  od 

brzegu. 

- Zhańbieni! - narzekała matka. - Zhańbieni i bez pieniędzy! 

- Zamilcz! - przerwał jej markiz di Ferro. - Nie jesteśmy całkiem bez pieniędzy. Mamy 

trochę na przetrwanie jakiegoś czasu w Raguzie. Doża niedługo umrze, a wtedy wrócimy do 

naszego pałacu w Wenecji i odzyskamy cześć. 

- Jakim to sposobem? - wykrzyknęła przenikliwie jego małżonka, schodząc do mesy. - 

Myślisz, że wenecka signoria tak szybko zapomni o skandalu? 

- Cicho, kobieto, masz głos ostry jak siekiera - mruknął markiz ponuro. 

-  Nie,  właśnie  nie  będę  cicho!  Byłam  cierpliwa,  gdy  marnowałeś  naszą  fortunę  na 

hulankach ze swymi przyjaciółmi, ale tego ostatniego wybaczyć nie mogę. Młoda żona doży! 

Jak mogłeś?! 

Markiz  di  Ferro  wysyczał:  „Zamknij  się,  ty  przeklęta  babo”,  ona  jednak  nadal 

krzyczała: 

-  Gdybyś  chociaż  miał  tyle  poczucia  dobrego  smaku,  aby  zachować  dyskrecję!  Ale 

nie,  musieliście  dać  się  przyłapać!  A  teraz  doża  chce  się  zemścić.  Zajął  nasz  pałac,  a  pełne 

chwały  nazwisko  di  Ferro  wymazał  ze  Złotej  Księgi  Wenecji!  -  jej  głos  wzniósł  się  do 

rozpaczliwego krzyku. 

Mąż odparł gwałtownie: 

-  Bądź  wdzięczna,  że  uratowałem  nas  przed  żołdakami  doży!  Dziś  w  nocy  mieli  nas 

zamknąć do więzienia, tak ostrzegł mnie przyjaciel. Ale teraz nas nie dostaną. 

- A jak, myślisz, przyjmą nas w Raguzie? Te dzikusy, Dalmatyńczycy, nie za bardzo 

background image

lubią Wenecjan. 

-  Mam  przyjaciół  w  Raguzie,  pomogą  nam  na  początku.  Znają  „Piękny  las”  bardzo 

dobrze i pomogą nam stanąć na nogi. 

- Jaki znów piękny las? 

-  Tak  ci  niewolnicy  nazywają  Raguzę.  W  ich  barbarzyńskim  języku  to  Dubrownik. 

Oni boją się bardziej Turków niż nas, będą wiec po naszej stronie. 

- Tak, ty na pewno możesz tak powiedzieć. Zaraz zaczniesz nadskakiwać ich żonom i 

znów będziemy musieli uciekać. 

Ż

adne  z  nich  nie  pomyślało  o  małym  Giovannim,  który  przysłuchiwał  się  rodzicom, 

zmęczony i przestraszony. Rozglądał się z obrzydzeniem po ciemnym wnętrzu okrętu i tęsknił 

do swego ślicznego łóżeczka z jedwabną pościelą i do wspaniałych zabawek mechanicznych 

wiszących pod baldachimem. 

Postanowił,  że  kiedyś  tam  powróci.  Odzyska  wszystko,  co  ci  głupi  słudzy  doży  im 

ukradli! 

4. DZIEWCZYNKA, KTÓRA NIE WIEDZIAŁA, KIM JEST 

W  dole  urwiska  bez  przerwy  huczała  rzeka.  Słyszała  ją  zawsze,  stała  się  w  końcu 

częścią jej świata. Nie znała zresztą innego. Rzeka nigdy nie cichła, spieszyła z hałasem przez 

szeroką dolinę. Po drugiej stronie góry był jedynie nieprzebyty, dziki teren. 

I tak już miało pozostać. Jej świat składał się tylko z rzeki, pustkowia, góry, na której 

ż

yli i domów na niej. Zielone łąki, zagajnik, małe poletka. Więcej nic nie znała. 

Stara Marta weszła i, jak zwykle, dygnęła nisko. 

- Podano do stołu. 

Dziewczynka  poszła  za  nią  do  jadalni,  w  której  każdy  dźwięk  odbijał  się  od 

sklepienia. Ciężkie, długie stoły nosiły ślady wieloletniego używania. Było tam miejsce dla co 

najmniej pięćdziesięciu ludzi, na wapiennej podłodze pozostawiło swe ślady wiele par butów. 

A teraz tylko ona i Marta ze swym starym mężem byli w tej Sali. 

- Czy mogę potem wyjść się pobawić, Marto? 

- Nie, moje dziecko, przecież nie masz z kim się bawić. 

- Oczywiście, że mam! - zaprotestowało dziecko z naiwnym przekonaniem malującym 

się  w  wielkich,  ciemnobrązowych  oczach.  -  Przecież  jest  Drago!  Dlaczego  tak  długo  tu  nie 

był? On jest miły i taki duży, i silny. Chcę, żeby tu przyszedł, Marto! Zaraz! 

Staruszkowie wymienili spojrzenia. 

background image

-  To...  niemożliwe  -  niechętnie  odrzekła  kobieta.  -  Drago  nie  może  już  tu  więcej 

przychodzić. 

Dziewczynka ze złością kopnęła stół. 

-  Ja  chcę,  żeby  przyszedł!  Chcę,  chcę,  chcę!!!  Tu  jest  tak  nudno,  nie  mam  z  kim  się 

bawić! 

Starzec mruknął do żony: 

- No, pozwól mu przyjść... To biedne dziecko jest takie samotne. 

Marta westchnęła głęboko i cicho odpowiedziała: 

- Ona nie jest już dzieckiem, mimo że nadal chce się bawić. On już nie  powinien jej 

widzieć. 

Głośno rzekła: 

- Drago ma dużo roboty. 

Oczy dziewczynki pociemniały w zamyśleniu. 

-  Gdzie  są  wszyscy,  Marto?  Było  nas  kiedyś  więcej:  matka,  ojciec,  ciotka,  wuj,  ich 

dzieci,  służba...  Co  się  z  nimi  stało?  Czasami  zdaje  mi  się,  że  jesteśmy  tylko  we  czworo  na 

całej ziemi. Albo tylko my troje. 

Marta obserwowała śliczną twarz dziecka. 

- Nadal mieszka dużo ludzi i tu w domu, i na zewnątrz. Ale zachorowali i nie możemy 

dopuścić tej choroby tutaj. Dlatego nie powinniśmy się z nimi widywać. 

- Czy to niebezpieczna choroba? 

- Tak, bardzo - odpowiedziała Marta poważnie. 

- A czy Drago też jest chory? 

- nie, Drago nie. 

- To dobrze. 

Dziewczynka znów zadumała się. 

- Marto, kim ja jestem naprawdę? 

Stara wstała gwałtownie. 

-  Dziwne  pytanie  -  odrzekła  niepewnym  głosem.  -  Panienka  dobrze  wie,  kim  jest!  A 

mieszkamy tutaj, dopóki po nas nie przyjdą. Wtedy wrócimy. 

Oczy dziewczynki rozbłysły. 

- Wrócimy?! Dokąd? 

-  O  tym  porozmawiamy  innym  razem  -  obiecała  kobieta  i  zaczęła  z  hałasem  zbierać 

talerze i sztućce. 

Mała podeszła do okna i wdrapała się na szeroki parapet. 

background image

-  Rzeka  -  wyszeptała  do  siebie.  -  Nienawidzę  jej.  Nienawidzę  tej  wielkiej,  okropnej 

samotności. 

Gwałtownie, niemal ze szlochem, wciągnęła powietrze. 

5. SAMOTNIK 

Mój Boże, pomyślał, a jego młodą, zdradzającą  wrażliwość twarz wykrzywił  grymas 

bólu.  Mój  Boże,  obarczyłeś  mnie  zbyt  dużą  odpowiedzialnością.  Było  nas  ponad 

pięćdziesięcioro  -  i  już  połowy  nie  ma!  Najpierw  trzęsienie  ziemi,  a  teraz  to!  Te  wszystkie 

groby, które wykopaliśmy! I nadal odchodzi jeden za drugim. 

Jego wzrok powędrował w stronę długiego budynku na skraju osady.  Ilu jeszcze tam 

pozostało?  Już  nie  liczę  tych,  których  stamtąd  wynosiłem.  Jest  tam  Marta,  jej  mąż,  jacyś 

służący,  ale  oni?  Ilu  z  nich  jeszcze  zostało?  Czy  jeszcze  żyje  dziewczynka,  która  z  taką 

ufnością  traktowała  mnie  jak  najlepszego  przyjaciela?  A  może  jedno  z  tych  drobnych, 

owiniętych w całun ciał było jej ciałem? 

Jak  długo  jeszcze  choroba  będzie  tu  szaleć?  Wydaje  się,  jakby  minęły  już  miesiące, 

lata  całe,  od  kiedy  nastała.  Co  z  nami  będzie,  co  ze  mną?  Czy  jest  przed  nami  jakaś 

przyszłość? Oni mówią, że musimy czekać. Czekać na pomoc i na ten wielki dzień triumfu, 

kiedy będziemy mogli wrócić. Ale ja nie mam czasu na czekanie. Jestem młody, moje życie 

ucieka.  Ale  jestem  też  odpowiedzialny  za  tych  ludzi.  Spada  na  mnie  coraz  większa 

odpowiedzialność,  wkrótce  będę  ostatnim,  którego  nie  zaatakowała  choroba,  ostatnim 

młodym  i  silnym.  Czuję  się  jak  złapany  w  pułapkę.  I  tak  przecież  jest.  To  pułapka  bez 

wyjścia. 

Poszedł żąć zboże. Robił to sam, nikt już nie był w stanie mu pomóc. 

Daleko  w  dole  huczała  rzeka.  Ileż  to  razy  stawał  na  skraju  urwiska  i  marzył,  żeby 

starczyło  mu  odwagi  na  ten  skok  ku  wolności!  Ale  to  by  się  nie  udało.  Brzeg  urwiska  jest 

nierówny, zanim doleciałby do wody, z pewnością by się zabił. A poza tym przecież nie mógł 

zostawić ich na pastwę losu... 

Ojcze  niebieski!  modlił  się.  Coś  musi  się  zdarzyć,  zanim  nie  będzie  za  późno!  Ktoś 

musi tu dotrzeć! Ale skąd miałby znać drogę? 

Wszystkie te epizody nie rozegrały się jednocześnie, mogły dzielić je lata. Były tylko 

częściami  łamigłówki,  a  mimo  to  kształtowały  młode,  niedojrzałe  charaktery  na  różne 

sposoby.  W  końcu  jednak  drogom  bohaterów  dane  będzie  się  skrzyżować,  a  wtedy  te 

elementy, dopasowane do siebie, utworzą całość. 

background image

RAGUZA 

Markizowi  di  Ferro  nie  poszło  zbyt  dobrze  w  Raguzie.  Owszem,  otrzymał  dom  i 

pomoc od przyjaciół, lecz wciąż nie mógł przeboleć, że on, jeden z notabli weneckich, siedzi 

teraz  na  prowincji.  Jego  wyniosłość  odstraszała  ludzi  nawet  początkowo  życzliwie  do  niego 

nastawionych. Ani on, ani jego żona nie byli zadowolenie z nowych warunków życia. Mały 

Giovanni rósł w atmosferze przesyconej myślami o zadośćuczynieniu i zemście, marzeniami 

o utraconym blasku bogactwa - i ciągłymi kłótniami rodziców. 

Nie  upłynęło  jeszcze  wiele  miesięcy  od  ich  przybycia  do  Raguzy,  gdy  przedziwne 

pogłoski  doszły  ich  uszu.  Mówiono  o  serbskich  awanturnikach  i  poszukiwaczach  szczęścia 

włóczących się po mieście i zadających dziwne pytania, o tureckich żołnierzach w przebraniu, 

rozsyłanych przez sułtana. Byli wszędzie, czujni, nadsłuchujący uważnie i cierpliwie. 

Giovanni dowiedział się wkrótce, o co chodzi. W mieście rozeszła się pogłoska, albo 

raczej  legenda,  o  zaginionym  skarbie  Serbów.  Markiz  z  oczami  płonącymi  szaleńczym 

zapałem opowiadał o niej rodzinie podczas obiadu. 

-  Na  to  właśnie  czekaliśmy!  -  wykrzyknął.  -  To  jest  znak  od  Boga!  Gdy  ten  skarb 

będzie mój, wykupię połowę Wenecji! 

- Dobrze, dobrze... - mitygowała go żona kwaśno. 

-  No,  może  nie  połowę,  ale  na  pewno  pałac  di  Ferro.  Z  takim  majątkiem  będziemy 

mieli zapewnione miejsce w najbliższym otoczeniu doży. Jest już nowy doża - dodał szybko, 

chcąc uniknąć tyle razy już słyszanych wyrzutów. 

Kobieta westchnęła cicho. Cudowny sen o odzyskanym poważaniu, nie mówiąc już o 

pałacu i bogactwie, miałby się ziścić? 

- Nie masz jeszcze tego skarbu - przypomniała mu spokojnie - i nic o nim nie wiesz. 

- Ja nie wiem? Ja, który łowiłem każde słówko o nim? 

Markiza spytała sucho: 

- No to gdzie on jest? 

-  No  cóż...  Wiadomo  tylko,  że  zniknął  bez  śladu  jakiś  czas  temu.  Mówi  się,  że  gdy 

Turcy  podbili  Serbię  po  bitwie  na  Kosowym  Polu  w  tysiąc  trzysta  osiemdziesiątym 

dziewiątym roku... 

- Przecież to ponad trzysta lat temu! Co to ma... 

-  Czy  mogłabyś  mi  choć  raz  nie  przerywać?!  Wtedy  niemal  całkowicie  wybito 

szlachtę  serbską.  Pozostali  tylko  jeńcy  wzięci  do  tureckiej  niewoli.  Niektórym  jednak  udało 

background image

się uciec i ukryć w górach, w rejonach graniczących z krajem Skipetarów. 

- A to kto znowu? 

- Jak tu można rozmawiać z kimś tak zupełnie niewykształconym? - westchnął markiz 

di Ferro, uważający siebie za osobę niezwykle oczytaną. - Turcy zwą ich Arnautami, Grecy - 

Ilirami, my - Albańczykami, a oni sami - Skipetarami, synami orła. Wśród tych, którym udało 

się  uciec,  byli  krewni  samego  przywódcy  Serbów.  Zdaje  mi  się,  że  tytułowano  go  carem. 

Wzięli ze sobą rodowy skarb i zniknęli wraz z nim. Wydawało się, że odszedł w zapomnienie. 

Ale, o czym mogłabyś wiedzieć, o ile byś miała odrobinę rozeznania, Turcy zawsze starali się 

ujarzmić  ludność  tych  dzikich  okolic.  W  tym  roku  wyprawili  się  zbrojnie  na  Dalmację, 

Czarnogórę  i  Raguzę.  No  i  w  małej  nadgranicznej  wiosce  odkryli  coś  niezwykłego:  ślady 

panicznej  ucieczki  dużej  grupy  ludzi.  Po  długich  przesłuchaniach  -  na  ile  znamy  Turków, 

także  po  torturach  -  wyszło  na  jaw,  ze  byli  to  krewni  książęcego  rodu  Nemanjiciów,  żyjący 

niczym królowie w tej górskiej wiosce. Podobno mieli ze sobą ten legendarny skarb, chociaż 

mieszkańcy  wioski  nigdy  go  nie  widzieli.  Wszystkie  ślady  wskazywały,  że  grupa  musiała 

uciec  na  południe.  Na  północ,  w  kierunku  środkowej  Serbii,  nie  mogli  iść,  gdyż  jest 

całkowicie pod władzą turecką. Dlatego i Serbowie, i Turcy szukają teraz w Raguzie. 

- Tej rodziny książęcej? 

- Nie, na co im ona? Nie należą do głównego rodu, są tylko krewnymi zamordowanej 

rodziny  cara.  Żyli  w  spokoju,  nikomu  nie  wadząc  przez  te  wszystkie  lata,  pewnie  już 

częściowo  przemieszani  z  ludnością  tubylczą.  Nie,  oni  szukają  tego  przeogromnego  skarbu, 

złota i klejnotów. 

-  Nikt  go  przecież  nie  widział.  Skąd  wiadomo,  że  nadal  istnieje?  Może  tylko  w 

ludzkiej wyobraźni? 

-  O,  nie,  istnieje  na  pewno!  Według  mnie  szlachta  serbska  żyła  przez  wszystkie  lata 

marzeniami  o  odzyskanej  wolnej  Serbii,  rządzonej  przez  tę  gałąź  starego  sodu  książęcego. 

Tak w każdym razie mówią w tej małej wiosce. 

- Tak, tego rodzaju marzenia na pewno nie są ci obce - rzuciła kwaśno żona i nałożyła 

sobie  na  talerz  nieco  tego  obrzydliwego  miejscowego  jedzenia,  do  którego  wciąż  nie  mogła 

nabrać  zaufania.  -  Duża  grupa,  powiadasz?  Musieli  się  nieźle  urządzić  w  tej  wiosce.  Ilu  ich 

było? 

- Z rodzinami i służbą około pięćdziesięciu. 

- I zginęli bez śladu? Pewnie ich Turcy złapali. 

- Bzdury! Turcy też ich szukali. Czyżbyś nie widziała ludzi sułtana? 

- Ja nic nie widzę, zamknięta w tej norze! A jakże to zamierzasz odnaleźć ten skarb? 

background image

-  Mam  plan.  Uzbroję  całą  służbę,  pojadę  w  stronę  tej  wioski,  a  stamtąd  dalej  po 

ś

ladach. 

- Wielu już pewnie tak próbowało. 

- To byli idioci, na tym polega różnica. 

Kilka  dni  później  wyruszył  z  Raguzy  na  północ  bogaty  orszak,  wiedziony  przez 

markiza di Ferro. Daleko nie ujechali. Arogancja markiza drażniła wszystkich, z którymi się 

spotkał.  Szybko  się  z  nim  załatwiono:  konie  i  rzeczy  zabrano,  a  ludzi  wycięto  w  pień. 

Giovanni  i  jego  matka  dowiedzieli  się  o  śmierci  markiza  di  Ferro  zaledwie  tydzień  od  jego 

wymarszu. 

Gorączka  poszukiwania  skarbu  wygasła  równie  szybko,  jak  wybuchła.  Turcy  i 

Serbowie  zniknęli  z  Raguzy,  a  cała  sprawa  poszła  w  zapomnienie.  Lata  mijały,  Giovanni 

dorastał. 

W  dalszym  ciągu  dochodziło  do  walk  pomiędzy  Turkami  a  ludnością  zamieszkującą 

góry,  lecz  nie  zagrażały  one  Raguzie.  do  miasta  docierały  tylko  pogłoski  o  zaciętym, 

milczącym  oporze  ze  strony  Serbów,  Czarnogórców,  Albańczyków,  Chorwatów  i 

Dalmatyńczyków - i o ich legendarnym bohaterze, Stefanie z Czarnogóry, w którym pokładali 

całą  nadzieję.  Ale  cóż  miałby  zdziałać  samotny  mężczyzna  z  garścią  biednych  chłopów 

wobec przeważającej siły Turków? 

W roku 1701 Giovanni skończył dwadzieścia osiem lat. Był przystojnym mężczyzną o 

pociągłej arystokratycznej twarzy, szczupłych, długich dłoniach i nieco chłodnym spojrzeniu. 

Jego  skóra  miała  odcień  oliwkowy.  Rzęsy  były  tak  czarne,  że  obramowywały  oczy 

niczym  u  egipskiego  faraona.  Usta  zgrabne  i  pełne,  nos  prosty,  jakby  wyrzeźbiony  z  kości 

słoniowej.  Kruczoczarne,  lekko  kręcone  włosy  sięgały  ramion.  Nosił  także  wąską, 

wypielęgnowaną bródkę, która przydawała mu diabolicznego wyglądu. 

Giovanni di Ferro nie ożenił się. Był typem samotnika, choć w istocie jego samotność 

miała  swe  źródła  w  pysze,  która  nie  pozwalała  mu  zejść  do  poziomu  niższych  sfer.  Marzył 

jedynie o odzyskaniu władzy i majątku. 

Pewnego  dnia  zdarzyło  się  jednak,  że  gnany  wewnętrznym  niepokojem  Giovanni 

zaszedł do jednej z gospód w Raguzie i pozostał tam dłuższy czas. Czy to przez przypadek, 

czy też odczuł silniej swoją samotność po kilku szklanicach wina, w każdym razie wdał się w 

rozmowę ze starszym kupcem, Norwegiem, którego okręt stał w Raguzie. 

Czasami zdarzało się, że Giovanni wypił o kilka kieliszków za dużo. Przebywanie  w 

domu  z  wiecznie  narzekającą,  pogrążoną  w  apatii  i  próżnych  marzeniach  matką  było  nie  do 

zniesienia. 

background image

Tego wieczoru wylał swe żale przed norweskim kupcem. 

-  Czuję,  że  marnuję  się  w  tym  mieście  -  wzdychał.  -  Pewnego  dnia,  kilka  lat  temu, 

przeprawiłem  się  do  Wenecji,  aby  zobaczyć  mój  rodzinny  dom.  Wpatrywałem  się  w  niego 

całymi  godzinami.  Mieszkają  tam  jacyś  ludzie,  starzy,  pewnie  wkrótce  umrą.  Wiem,  że 

mógłbym odzyskać pałac, gdybym tylko miał pieniądze. 

Kupiec pociągnął łyk wina z wysokiego kubka. 

-  Mnie  gryzie  coś  przeciwnego.  Pieniędzy  mam  więcej  niż  dość,  ale  nikt  ich  nie 

przejmie.  Mam  jedną  jedyną  córkę,  ale  jest  kaleką  i  pewnie  nie  przysporzy  mi  żadnego 

wnuka, który dziedziczyłby po mnie. Któż by zechciał taką kobietę? 

Giovanni di Ferro zamilkł. Siedział, zamyślony, i słuchał zwierzeń kupca. Norwegia? 

Gdzie to jest? Czy to nie jakieś barbarzyńskie państwo wasalne Danii? 

-  Co  się  stanie  z  moją  firmą,  gdy  umrę?  -  narzekał  kupiec.  -  Przecież  nie  mogę 

zostawić  jej  kobiecie!  Choć  muszę  przyznać,  że  Annie,  mojej  córce,  zdarzają  się  przebłyski 

rozsądku. 

W  rzeczywistości  to  Anna  kierowała  firmą  -  dyskretnie  i  mądrze,  tak  aby  ojciec  nie 

poczuł  się  odsunięty.  Starość  i  właściwe  jej  rozkojarzenie  sprawiały,  że  Wardelius  nie 

dostrzegł,  iż  bez  pomocy  córki  nie  dałby  sobie  rady.  Poza  tym  duma  nie  pozwalała  mu 

przyznać, jak wielkie znaczenie miała praca Anny. „Kobieta to balast, który my, mężczyźni, 

musimy  wlec  ze  sobą”,  mawiał,  gdy  nachodziła  go  chęć  na  żarty.  Wierzył  święcie,  że  Anna 

tylko  gotuje,  dba  o  ubranie,  sprząta  kajutę  i  pilnuje,  aby  brał  o  czasie  lekarstwa  na 

dokuczający mu żołądek. Że robiła więcej, nigdy 

przez myśl mu nie przeszło. 

-  Ile  lat  ma  pańska  córka?  -  spytał  od  niechcenia  Giovanni,  patrząc  spod 

półprzymkniętych powiek. 

-  Dwadzieścia  siedem.  Dużo  ponad  wiek  odpowiedni  do  zamążpójścia.  Straciłem  już 

nadzieję na wnuka. 

Giovanni  zamilkł.  Ledwo  słuchał  opowieści  kupca  o  koniunkturze  na  norweskie 

towary w krajach śródziemnomorskich i o sposobach targowania się ze wschodnimi kupcami, 

aby się nie dać oszukać. W końcu odezwał się: 

- Chętnie obejrzę pański statek, panie Wardelius. 

Jednocześnie - daleko, daleko od Raguzy - ten najbardziej samotny z nich wszystkich 

stał i patrzył na swój szeroki nóż. W oczach malowała mu się bezbrzeżna rozpacz. 

Marta  umiera,  myślał.  Marta  wkrótce  umrze  i  wtedy  zostanę  całkiem  sam.  Mimo  że 

była stara i trzymała się z dala ode mnie, była przecież człowiekiem! Po co mam dalej żyć? 

background image

Nic  nie  ma  znaczenia.  Nie  mogę  stąd  odejść,  muszę  przeżyć  tu  całe  życie,  mając  tylko 

gwiazdy i polne kwiaty za towarzyszy. Harować, aby zdobyć pożywienie? Po co? 

Nóż... Gdy Marta odejdzie na zawsze... Nie mogę jej jeszcze opuścić. 

Podniósł głowę i patrzył na szare chmury pokrywające niebo. Nie czuł nawet deszczu, 

osiadającego mgiełką na twarzy. 

-  Boże!  -  wykrzyknął  z  rozpaczą.  -  Jeszcze  jestem  młody.  Ale  lata  mijają,  każdy  rok 

równie twardy i gorzki. 

Był  samotny  już  wiele  lat  swego  dorosłego  życia.  Odczuwał  niewypowiedzianą 

tęsknotę,  nawet  sam  jej  w  pełni  nie  rozumiał.  Wiedział  tylko,  że  tęskni  za  istotą  ludzką.  za 

kimś, kogo mógłby dotknąć, pogładzić, przytulić... 

Czyżby nigdy nie miał tego doświadczyć? 

background image

ŚLUB 

Anna  Wardelius  stała  oparta  o  reling  i  obserwowała  hałaśliwe  portowe  życie.  Nadal 

trwała  energiczna  odbudowa  Raguzy  po  trzęsieniu  ziemi,  które  nawiedziło  miast  w  roku 

1667,  burząc  ponad  połowę  budynków.  Anna,  jak  zwykle,  ukryła  się  nieco  w  cieniu.  Ojciec 

nie lubił, gdy się pokazywała, sama zresztą też wolała trzymać się z dala od pełnych niechęci 

spojrzeń. W pełni akceptowała swoją samotność. 

Nagle  dostrzegła  ojca.  Szedł  z  kimś.  No  tak,  to  się  często  zdarzało,  wszędzie  miał 

znajomych. 

Ale  ten  człowiek  był  inny.  Anna,  która  w  takich  przypadkach  miała  nakazane 

dyskretne  wycofanie  się,  pozostała  na  miejscu,  nie  mogąc  oprzeć  się  zachwytowi.  Cóż  za 

niezwykle  piękny  mężczyzna!  Jaka  dumna  sylwetka!  Te  czarne  oczy  w  twarzy  jak  z  kości 

słoniowej, drwiąco wydęte usta, dumny podbródek... 

Weszli  na  pokład.  Anna  ocknęła  się  dopiero,  gdy  zirytowany  ojciec  dał  jej  znak 

„znikaj stąd”. 

Posłusznie zaczęła przesuwać się wzdłuż relingu. 

Wtedy rozległ się głos niezwykłego gościa: 

- Czy to pańska córka? Czy mogę mieć zaszczyt ją poznać? - spytał po włosku. 

- Ale ona... No cóż, Anno, pozwól do nas! 

Nigdy  jeszcze  nie  odczuwała  swojej  ułomności  tak  dotkliwie!  Odwróciła  się  i  z 

wahaniem  podeszła  do  mężczyzn,  opierając  się  z  całej  siły  o  reling,  aby  zamaskować 

utykanie. Nieśmiało podniosła wzrok ku czarnym oczom gościa. 

Giovanni  di  Ferro  przyglądał  się  jej  z  mieszanymi  uczuciami.  Mogło  być  gorzej, 

pomyślał.  Włosy  miała  jasne,  o  nieokreślonym  odcieniu,  bladą  cerę  i  pospolitą  twarz. 

Ciekawe  były  w  niej  tylko  oczy:  wyrażały  mądrość,  łagodność  i  smutek.  Ich  szaroniebieski 

kolor  stanowił  dla  Wenecjanina,  przyzwyczajonego  do  oczu  czarnych  lub  piwnych,  nawet 

przyjemne zaskoczenie. 

Cóż  z  tego,  kiedy  ciało  było  gorsze:  drobne,  krzywe,  niezgrabne.  Nie  była  to  figura 

jego  marzeń!  Anna  musiała  spuścić  wzrok  pod  jego  badawczym,  natrętnym  wręcz 

spojrzeniem.  A  gdy  Giovanni  di  Ferro  pochylił  się,  aby  ucałować  jej  rękę,  gwałtownie 

poczerwieniała. Musiała się opanować, aby jej nie cofnąć, wiedziała bowiem, że jest szorstka 

od  ciężkiej  pracy  na  pokładzie.  Woda  z  ługiem  nie  jest  najlepsza  dla  delikatnych  kobiecych 

dłoni... Mimo to poczuła, jak fala gorąca przepływa przez jej ciało od dotyku jego ust. 

background image

Giovanni opanował pogardliwy grymas. To łatwy łup, pomyślał. Ale muszę najpierw 

się dowiedzieć, ile stary gotowy jest dać. Jeżeli dziewczyna jest w ogóle warta mojej ofiary. 

Wytrwałe  zaloty  Giovanniego,  które  nastąpiły  potem,  sprawiły,  że  Anna  stała  się 

jeszcze  bardziej  niepewna  niż  zwykle.  Osoba  świadoma  swych  braków  ma  trudności  z 

wyrażaniem  uczuć.  Jest  nieufna  wobec  partnera  okazującego  jej  zainteresowanie,  ponieważ 

sama  nie  akceptuje  siebie  i  nie  uważa  się  za  godną  miłości.  Jej  zastrzeżenia  mogą  dotyczyć 

nie tylko niedoskonałego ciała, ale nawet mało istotnych drobiazgów. A Annę Wardelius los 

przecież potraktował po macoszemu. Bardzo dbała o swój wygląd, ale cóż to mogło pomóc, 

gdy ciało było tak ułomne? 

Najgorsze,  że  nie  umiała  określić  swych  uczuć  do  Giovanniego  di  Ferro.  Był  on 

niezwykle przystojnym i szarmanckim mężczyzną, większość młodych dziewcząt widziałaby 

w nim księcia z bajki. Czuła wielki zamęt: nie ośmielała się mieć nadziei, za to tym bardziej 

odczuwała swoją ułomność. Tylko w marzeniach udawało się jej o tym  zapomnieć i cieszyć 

się,  że  Giovanni  był  tak  miły  i  nadskakujący.  Chowała  każde  jego  słowo  głęboko  w  sercu, 

jakby  do  małego  pamiętnika  o  złoconych  brzegach,  i  w  myślach  otulała  je  dłońmi.  Ale  w 

końcu wrodzony rozsądek zwyciężył i budziła się z marzeń. 

Kupiec  Wardelius  nie  ułatwiał  bynajmniej  sprawy,  rozstrajając  córkę  dodatkowo 

swoim zmiennym humorem. Jednego dnia mawiał: 

-  Markiz,  pomyśl  tylko,  Anno!  Rób,  co  możesz,  aby  go  utrzymać,  póki  jest 

zainteresowany. 

A następnego: 

- Łowca posagów! A o co, myślisz, mu chodzi? Na pewno nie o twoją osobę. Czy nie 

widzisz, że on i jego matka żyją ze swoich przyjaciół? Pysznią się swym pochodzeniem, choć 

nie  są  więcej  warci  niż  kamienie,  po  których  stąpają.  Giovanni  di  Ferro  marzy  tylko  o 

odzyskaniu  bogactwa  i  stara  się  przekonać  innych,  że  ma  jakąś  pozycję  w  społeczeństwie. 

Przychodzi do przyjaciół i pół pokornie, pół pogardliwie prosi ich o pożyczkę, którą rzekomo 

zwróci po odzyskaniu swych dóbr i pozycji w Wenecji. Uznaje tę pomoc za rzecz oczywistą. 

Przyjaciele jego i matki mówią o nich nieomal wstydliwie. Pamiętaj o tym, Anno, niech ci nie 

zawróci w głowie swoimi pięknymi oczami i uwodzicielskimi słowami. 

-  Nigdy  sobie  nie  wyobrażałam,  ze  on  mnie  kocha,  ojcze  -  odpowiedziała  cicho.  - 

Wolałabym właściwie, żeby nie był taki piękny. Przystojni mężczyźni napawają mnie lękiem, 

bo  mogąc  mieć  każdą  kobietę,  nie  potrzebują  takiej  jak  ja.  Ale  uważam,  że  jest  miły  i 

uprzejmy,  i  to  się  liczy.  Jest  jedynym  mężczyzną,  który  kiedykolwiek  traktował  mnie  z 

czułością  i  poważaniem.  Mówi,  że  moje  nieforemne  ciało  i  utykanie  są  czymś  nowym  i 

background image

dodającym pikanterii. To go pociąga. Kłamie czy nie, ja potrzebuję takich słów, ojcze! 

Kupiec westchnął ciężko. 

-  No  dobrze,  jeśli  cię  chce,  nie  będę  się  sprzeciwiał!  Potrzebuję  wnuków,  a  tytuł 

markiza  będzie  bardzo  pomocny  w  interesach.  „Moja  córka  -  markiza  di  Ferro”...  To  zrobi 

wrażenie na klientach. Ale wierzyć mu nie mogę! 

Zbliżał  się  dzień,  w  którym  statek  kupiecki  Norwega  miał  opuścić  port  Raguzy  i 

powrócić na północ. Dlatego nie zdziwiło kupca Wardeliusa, że Giovanni di Ferro w poufnej 

rozmowie oświadczył się o rękę Anny. Miał dla niego przygotowaną odpowiedź. 

- Możesz, panie, przyczynić się do przybycia na świat mojego wnuka - odrzekł - a to 

wszystko, czego pragnę: dziedzica mojego małego imperium handlowego. Dlatego dostaniesz 

ją, panie. Pod jednym wszakże warunkiem: masz być dla niej dobry! Anna jest zbyt poczciwą, 

aby  cierpieć  za  swoją  ułomność.  Może  być  dla  pana  większą  podporą  w  życiu,  niż  teraz 

przypuszczasz.  Ja  sam  zbyt  późno  dostrzegłem,  jakim  jest  wartościowym  człowiekiem. 

Szkoda,  że  to  tylko  kobieta,  mogłaby  skutecznie  zarządzać  moim  interesem.  Do  końca 

mojego  życia,  a  nie  będzie  to  już  pewnie  wiele  lat,  będę  was  czujnie  obserwował  i  nie 

pozwolę, aby stało się jej coś złego. Po mojej śmierci odpowiedzialność za jej los przejdzie na 

ciebie, panie. 

Były  to  zawstydzające  słowa  dla  weneckiego  arystokraty,  lecz  Giovanni  przyjął  je  w 

milczeniu. Umiał wiele ścierpieć, byle zdobyć kuszące bogactwa. 

- Anna dostanie posag - obiecał Wardelius. - Będziesz mógł, panie, spłacić swój dług i 

rozpocząć  nowe  życie  jako  człowiek  wolny  i  godny  szacunku.  Potem  już  od  ciebie  zależy, 

panie, jak potoczą się twoje losy. 

A  więc  Wardelius  wywęszył  jego  dług!  Giovanni  skłonił  się  lekko.  Spojrzenie  jego 

czarnych oczu pozostało nieprzeniknione. 

Zgodnie  z  życzeniem  Giovanniego  ślub  był  bardzo  skromny,  Wenecjanin  nie  miał 

bowiem ochoty pokazywać się z tak nieciekawą panną młodą. 

Anna musiała przejść na katolicyzm, ale jej ojciec, człowiek niezbyt religijny, uznał to 

za  czystą  formalność.  Dziewczynie  wydawało  się  to  wszystko  tak  nierealne,  że  nieomal  nie 

brała udziału we własnym ślubie. Była wręcz apatyczna; podczas ceremonii nie odważyła się 

nawet spojrzeć na Giovanniego, wzrok miała wbity w czubki swych białych pantofelków. 

Gdy  już  wszyscy  powrócili  na  statek  na  przyjęcie  weselne,  Giovanni  przeprosił 

zebranych  na  chwilę  i  opuścił  odświętnie  przystrojony  pokład.  Załoga  statku  uczciwie 

korzystała  z  okazji  do  świętowania.  Wardelius  pił  ostro  i  nic  już  go  nie  mogło  podnieść  z 

fotela. Giovanniemu udało się dyskretnie prześliznąć do prywatnej kajuty kupca. Wiedział, że 

background image

jego  świeżo  upieczony  teść  niedawno  zmienił  treść  testamentu.  Cichutko  podszedł  do 

sekretarzyka. Na szczęście nie musiał długo szukać w szufladach. Pod podkładką do pisania 

leżał prawie gotowy testament Wardeliusa. 

Giovanni  słyszał  bicie  własnego  serca.  Miał  się  wreszcie  dowiedzieć,  ile  będzie  wart 

w  przyszłości.  Posag  dziewczyny  okazał  się  wspaniały.  Otrzymali  między  innymi  okazały 

dom przy rzece na przedmieściach Raguzy; sprzeda się go niedługo na wykupienie pałacu w 

Wenecji.  Jeżeli  majątek  miał  się  odpowiednio  do  posagu,  Giovanni  di  Ferro  nigdy  już  nie 

zazna kłopotów materialnych. 

Testament  został  sporządzony  w  dwóch  językach:  jednym  całkiem  niezrozumiałym, 

pewnie  norweskim,  i  serbsko  -  chorwackim.  Ech,  ten  barbarzyński  język,  którego 

Giovanniemu nigdy nie chciało się porządnie nauczyć! W Raguzie mieszkało tylu Wenecjan, 

ż

e dawał sobie doskonale radę z włoskim, jedynym przecież cywilizowanym językiem. 

No  tak,  ale  kilka  słów  zdołał  jednak  rozszyfrować.  Z  trudem  przebrnął  przez 

dokument,  składając  fragmenty  zdań,  i  poczuł,  jak  powoli  ogarnia  go  zdziwienie,  a  potem 

wściekłość. Nie mógł źle zrozumieć treści, mimo że nie znał większości słów. 

Wszystko,  absolutnie  wszystko,  a  były  to  ogromne  sumy,  zostało  przekazane 

przyszłym  synom  Anny,  w  ostateczności  córkom.  Do  czasu  osiągnięcia  przez  dzieci 

pełnoletności  majątkiem  miała  zarządzać  Anna,  wspierana  przez  doradcę,  Norwega.  Gdyby 

Anna  pozostała  bezdzietna,  wszystko  po  jej  śmierci  miało  przejść  na  dalekiego  krewnego  z 

Norwegii. 

Ani  słowa  o  nim,  Giovannim  di  Ferro.  A  nie,  tutaj!  Bez  jego  nazwiska,  lecz  tylko: 

małżonek  Anny  Wardelius...  markiz...  żadnego  pełnomocnictwa...  postanawiać...  majątek  i 

złoto, albo... transakcje. On... sto talarów rocznie na użytek własny... jeżeli on na upomnienia 

nie... być więcej wart... 

Giovanni  podniósł  głowę.  Ile  to  jest  teraz  sto  talarów?  Nie  wydawało  się  dużo. 

Zagotował  się  ze  złości.  Oszukany!  Oszukany  jak  dziecko  przez  małego,  śmiesznego, 

norweskiego kupczyka i jego przebiegłą, brzydką córkę! Popamiętają go jednak! Giovanni di 

Ferro nie pozwoli na takie potraktowanie! 

„Być  wart”?  On  miał  być  tylko  tyle  wart?  Czyż  nie  był  weneckim  markizem?  Któż 

miał być więcej wart? 

Wielkim wysiłkiem woli opanował gwałtowną żądzę zemsty i wszedł z powrotem na 

pokład z obojętnym wyrazem twarzy. 

Wieczorem,  w  świeżo  umeblowanej  sypialni,  Anna  szykowała  się  do  pójścia  spać. 

Dzień wesela dobiegł końca i znalazła się sama z Giovannim w cichym domu. 

background image

Ręce  jej  się  trzęsły,  gdy  wkładała  cienką,  wykwintną  koszulkę  na  noc  poślubną  i 

wiązała  tasiemki  okalające  szyję.  W  lustrze  dostrzegła  siebie:  bezbarwną  postać 

przypominającą  ducha  w  tej  jaśniejącej  bieli.  Otoczona  ciemnoblond  włosami  twarz  była 

nieprzyjemnie blada, usta drżały. 

W  nagłym  przypływie  czarnego  humoru  zalśniły  jej  oczy.  Weź  się  w  garść, 

dziewczyno, powiedziała w myślach do odbicia w lustrze, przecież nie idziesz na szafot! 

Czy uda jej się zachować naturalnie? Czy będzie umiała uśmiechnąć się przyjaźnie do 

niego, gdy nadejdzie? Nadal nie mogła w to uwierzyć: była żoną Giovanniego di Ferro, tego 

aż nazbyt pięknego, nieosiągalnego mężczyzny! Przecież go wcale nie znała! Czuła się wobec 

niego obco. Owszem, podziwiała go, lecz najchętniej na odległość. 

Ale tej nocy na pewno wszystko się zmieni. Może zdobędzie tyle pewności siebie, że 

odważy się określić, co czuje jej serce. 

Sparaliżowana  strachem,  z  trudem  weszła  na  łóżko.  Nie  odważyła  się  położyć,  tylko 

siedziała wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kołdrze, i czekała. 

On nigdy nie będzie musiał żałować swej wspaniałomyślności, obiecywała sobie. 

Z  wdzięczności  zrobi  dla  niego  wszystko,  uczyni  jego  życie  prostym  i  jasnym,  aby 

nigdy nie gnębiły go troski. 

Siedziała  tak  długo,  że  aż  zaczęły  ją  boleć  plecy.  W  domu  panowała  taka  przyjemna 

cisza...  Dlaczego  nie  nadchodził?  Znowu  czekanie,  czekanie,  niczego  nie  rozumiejące 

czekanie... 

W  końcu...  trzaśnięcie  drzwi.  Zewnętrznych...  I  odgłos  szybkich,  oddalających  się 

ulicą kroków Giovanniego, które już rozpoznawała tak dobrze. 

Wschodzące słońce, z trudem przeświecające zza ciężkich zasłon, zastało Annę leżącą 

i patrzącą w sufit suchymi oczami. W końcu wstała i ubrała się. Powoli, ostrożnie złożyła swą 

białą koszulę na noc poślubną, pogłaskała delikatnie jeden jedyny raz i ukryła najgłębiej jak 

się tylko dało w pięknej komodzie podarowanej przez ojca. 

Na co właściwie liczyła? 

Ona, Anna Wardelius, ta brzydka i bogata dziewczyna? 

background image

WOTUM DLA ŚWIĘTEGO 

Giovanni  wrócił  do  domu  dopiero  w  ciągu  dnia.  Nawet  nie  próbował  się 

usprawiedliwiać, tylko zajął się swoimi sprawami, nie spoglądając ani razu na żonę. 

Anna  usiłowała  nie  okazać,  jak  bardzo  czuła  się  poniżona  i  zraniona.  Nie  miała 

przecież  do  tego  prawa,  on  i  tak  okazał  się  niezwykle  szlachetny,  dając  jej  swoje  nazwisko. 

Jeśli chciał wyjść, nie musiał jej przecież pytać o zgodę. Postanowiła być spokojna i miła tak 

jak zwykle. Oboje zwracali się do siebie z uprzejmą rezerwą. 

Poruszali  obojętne  tematy,  gdy  już  naprawdę  musieli  coś  powiedzieć,  poza  tym  - 

milczeli. 

Zniknęły  wyrażające  zachwyt  spojrzenia  Giovanniego,  drobne  dowody  miłości  w 

formie  pospiesznych,  delikatnych  pieszczot.  Anna  rozpaczliwie  usiłowała  podtrzymać 

swobodną atmosferę, lecz bez żadnej pomocy z jego strony. 

Zjedli wspaniały obiad, a potem Giovanni zajął się swoimi książkami, ustawionymi w 

stosy  na  półkach  w  bibliotece.  Anna,  której  zaczęła  ciążyć  cisza,  wzięła  się  za  kartkowanie 

jednej  z  nich.  Napisano  ją  po  włosku,  ale  Anna,  po  latach  spędzonych  na  podróżach  i 

rozmowach  z  klientami  ojca,  znała  wiele  języków.  Miała  do  tego  zdolności,  ku  zdziwieniu 

ojca.  Płynnie  znała  serbsko  -  chorwacki,  jako  że  Raguza  była  jednym  z  najczęściej 

odwiedzanych przez nich portów. 

Zatrzymała się na jednej ze stron. 

- Co to jest za herb? - spytała nieśmiało. 

Giovanni,  choć  niechętnie,  musiał  zwrócić  na  nią  uwagę.  Spędził  noc  w  ramionach 

dziewki, do czego, jak sam się przekonywał, miał pełne prawo. Mimo to czuł pewne wyrzuty 

sumienia. 

- Ten? Serbski. Herb starego rodu książęcego z Serbii. Dlaczego pytasz, pani? 

- Znam go. 

- Doprawdy? - zdziwił się Giovanni nieco pogardliwie. - Skąd? 

- Widziałam go w bardzo dziwnym miejscu. - Przyjrzała się okładce książki. - O czym 

ona jest? 

-  Należała  do  mojego  ojca  -  odpowiedział,  wzruszając  ramionami.  -  Roił  płonne 

marzenia o odnalezieniu pewnego serbskiego skarbu i czytał wszelkie legendy na jego temat. 

Te mrzonki pozbawiły go życia. Ale gdzie, pani, widziałaś ten herb? Na pokładzie? Przecież 

nigdy nie opuszczałaś statku? 

background image

- Ależ tak, schodziłam na ląd w wielu portach. Musiałam tylko mieć kogoś z załogi do 

ochrony. Lubię patrzeć na życie miejskie, chodzić do bibliotek i... 

- Do bibliotek? Pani? Kobieta? 

- Dlaczego nie? A ten herb pamiętam dobrze. Widziałam go tu, w Raguzie, w małym 

kościółku.  -  Anna  uśmiechnęła  się  i  jej  nieciekawa  twarz  stała  się  prawie  ładna.  -  Nie 

wiedziałam, że kobietom nie wolno wchodzić na chór. Stałam tam, z bliska oglądając obrazy 

ś

więtych  i  wota  je  otaczające.  Nagle  ujrzałam  niezwykle  piękny  złoty  przedmiot, 

prawdopodobnie  klamrę  do  ubrania.  Umieszczone  na  niej  klejnoty  tworzyły  herb.  Bardzo  to 

pięknie  wyglądało.  Wkrótce  jednak  nadbiegł  ksiądz  i  przegnał  mnie  stamtąd,  przerażony. 

Jestem pewna, że długo szorował podłogę, aby zmyć ślady mych niegodnych stóp. 

Giovanni di Ferro wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę. W końcu powiedział: 

-  Nigdy  nie  wierzyłem  w  tę  głupią  legendę  o  serbskim  skarbie.  Ale,  na  Boga, 

przydałby mi się teraz, gdy zostałem tak niecnie oszukany... 

- Oszukany? 

Giovanni zrozumiał, że dziewczyna może nic nie wiedzieć o testamencie ojca. 

-  Nieważne.  Przez  kogoś  w  Raguzie.  Ale  chętnie  zobaczę  tę  klamrę.  W  którym  była 

kościele? 

Anna w zapale zapomniała o doznanym poniżeniu i rzekła: 

- Mogę cię tam zaprowadzić, panie. 

Giovanni  zdławił  natychmiastową  chęć  odmowy.  Nadal  niechętnie  myślał  o 

pokazywaniu  się  ludziom  z  kimś  tak  mało  ważnym.  Zrozumiał  jednak,  iż  wcześniej  czy 

później  musi  to  nastąpić,  zwłaszcza  że  pewnie  sam  nie  znalazłby  kościoła  w  labiryncie 

wąskich  uliczek  i  zniszczonych  domów  Raguzy.  Chociaż  mieszkał  tu  już  wiele  lat,  rzadko 

wychodził  do  miasta;  zbyt  dużo  było  tam  włóczęgów  i  innych  ludzi  z  nizin,  z  którymi  nie 

ż

yczył sobie kontaktów. Poza tym słabo znał język. 

- Znasz, pani, tutejszy język? 

- Tak, trochę. 

Giovanni energicznie pokiwał głową i zadzwonił na służącego. 

- Wyprowadź powóz! 

To też był prezent od teścia. 

-  To  pierwszy  ślad  legendarnego  skarbu  Nemanjiciów,  o  jakim  słyszałem.  Albo  jego 

nadal istniejącej części. Oczywiście to nie musi nic znaczyć, ale... 

Anna  skrycie  obserwowała  jego  piękną  twarz,  dziwiąc  się  malującemu  się  na  niej 

poruszeniu. Giovanni był mistrzem w ukrywaniu swoich myśli. 

background image

Markiz  di  Ferro  z  nową  nabytą  godnością  zajął  miejsce  w  karecie.  Przechodzącego 

obok  przyjaciela  rodziny,  który  nieraz  pomagał  mu  wyjść  z  opresji  finansowych,  zaszczycił 

jedynie  spojrzeniem.  Znów  był  weneckim  arystokratą,  jednym  z  tych,  których  nazwisko 

powinno znajdować się w Złotej Księdze miasta. 

Właściwie  to  jestem  teraz  markizą,  myślała  Anna  trochę  zmieszana.  Ale  to  tak  mało 

znaczy. Inne rzeczy liczą się o wiele bardziej... Znów poczuła dotkliwy smutek, lecz szybko 

odsunęła go od siebie. Czyżby jeszcze się nie nauczyła znosić doznawanych przykrości? 

Pojazd ruszył i Anna spojrzała na swój nowy dom. Wiedziała, że ojciec kupił go po to, 

by  nie  musiała  mieszkać  razem  z  wiecznie  narzekającą  teściową,  która  została  sama  w 

dawnym domu di Ferro w mieście. Był to jeden z warunków Wardeliusa. 

Wkrótce  zatrzymali  się  u  bram  miasta,  dalej  nie  mogli  już  jechać.  Stangret  miał 

poczekać  przy  powozie,  a  oni  weszli  do  miasta  przez  bramę  o  murach  grubych  na  sześć 

metrów.  Anna,  starając  się  nie  utykać,  prowadziła  męża  przez  ciasne  zaułki,  mijając  wpół 

zburzone domy, aż doszli na mały placyk, gdzie stał kościół. 

Podeszli do wejścia. Anna zatrzymała się tam, zadowolona, że nie będzie już musiała 

ukrywać swej ułomności. 

-  Najlepiej,  jeśli  tam  nie  wejdę.  Nie  trzeba  ich  niepotrzebnie  drażnić  -  wyszeptała.  - 

Wotum, które widziałam, wisi na samej górze po prawej stronie. O ile się nie mylę, powinno 

być obok tego złoto - zielonego obrazu przedstawiającego świętego... 

- Świętego stojącego wśród owiec? 

- Właśnie! Miejmy tylko nadzieję, że ten klejnot nadal tam jest. 

Giovanni wszedł do środka, wysoki i piękny jak bożek. Anna spojrzała za nim, pełna 

bólu, i odwróciła się szybko. 

Promienie  słońca  padały  na  mały  placyk  i  bezskutecznie  usiłowały  przeniknąć  w 

ciasne  uliczki.  Jakieś  dzieci  bawiły  się  w  pobliżu,  ich  wesołe  głosy  odbijały  się  echem  o 

ś

ciany domów. Anna znów spojrzała w mroczną głębię kościoła. 

Giovanni  rozmawiał  tam  z  ciemno  ubraną  postacią.  Wenecjanin  wskazywał  na  coś  i 

usiłował tłumaczyć, ale miał z tym wyraźne trudności. w końcu obaj wyszli na zewnątrz. 

Anna z ulgą stwierdziła, że to nie był ten sam ksiądz, który ją wtedy stąd wypędził. 

Giovanni rzucił, zirytowany: 

- Ten idiota nic nie rozumie. Wytłumacz mu! 

Anna jednak najpierw zwróciła się do męża: 

- Czy to nadal tam wisi? 

-  O,  tak,  i  to  jest  właśnie  ten  herb.  Wyszukana  robota.  Muszę  wiedzieć,  kto  go 

background image

ofiarował kościołowi! 

Znów ujrzała niemal fanatyczny zapał w jego oczach. Przetłumaczyła z włoskiego na 

serbsko - chorwacki. 

Ksiądz potrząsnął głową przecząco. 

-  Jestem  tu  dopiero  od  dwóch  lat.  Pamiętam  jednak,  że  ojciec  Mikołaj  kiedyś 

wspomniał, iż wotum zostało tu przyniesione dziesięć lat temu. 

- Czy mogę porozmawiać z ojcem Mikołajem? - spytał Giovanni. 

Anna zwróciła się do księdza, tłumacząc pytanie. 

- Niestety. Ojciec Mikołaj umarł zaraz po moim przybyciu. 

- Musimy znaleźć ofiarodawcę! - zawołał Giovanni, a Anna przetłumaczyła. 

Ksiądz zamyślił się. 

-  To  nie  będzie  łatwe.  Święty  jest  opiekunem  pasterzy,  więcej  nic  nie  wiem.  Ale 

czekajcie...  Jest  u  nas  staruszek,  który  pomaga  przy  kościele  i  w  ogrodzie.  Może  on  coś 

pamięta. Mieszka w trzecim domu przy tamtej ulicy. 

Podziękowali i udali się we wskazanym kierunku. Anna nadal nie mogła uwierzyć, że 

idzie  obok  najpiękniejszego  mężczyzny,  jakiego  znała,  w  dodatku  swego  własnego  męża! 

Powinna  być  niezwykle  dumna...  Niosła  jednak  w  sercu  tylko  potrzebę  dawania  miłości, 

pomieszaną  ze  strachem  i  niepewnością.  Giovanni  di  Ferro  też  nie  miał  najlepszego 

samopoczucia, idąc obok niej. No cóż, przy jej wyglądzie... 

Tak naprawdę nie wzbudzała niczyjego zainteresowania, chociaż czuła, że spojrzenia 

przechodniów niemal palą jej niedoskonałą postać. Anna była tak mała i  niepozorna w swej 

skromnej  sukni  z  kapturem,  że  całkiem  ginęła  przy  rzucającym  się  w  oczy  Giovannim.  W 

miarę upływu lat wprost mistrzowsko opanowała sztukę usuwania się w cień. 

Zastukali  do  drzwi.  Otworzył  im  bardzo  stary  człowiek  i  wprowadził  do  małego 

korytarza.  Stamtąd  przeszli  do  ciemnego,  dusznego  i  niemal,  poza  łóżkiem,  pozbawionego 

mebli pokoju. Anna starała się  wytłumaczyć cel  wizyty, ale tym  razem szło jej gorzej,  gdyż 

staruszek źle słyszał. 

Wpatrywał się w nią załzawionymi oczami, chętny do pomocy. 

-  Dziesięć  lat  temu  -  powtórzyła  Anna.  -  Czy  pamiętacie,  że  ktoś  ofiarował  wotum 

kościołowi? Opiekunowi pasterzy? 

Staruszek potrząsnął głową przecząco. 

-  Dziesięć  lat  temu?  Nie,  wtedy  nikt  nie  przybył.  Wiem,  bo  wówczas  zmarła  moja 

ż

ona  i  ja  sam  złożyłem  ofiarę  za  jej  duszę.  Przykro  mi,  że  nie  mogę  pomóc.  Pamięć  mnie 

zawodzi, ale tamten rok pamiętam dobrze. Ach! Moja droga żona! 

background image

Zawiedzeni, podziękowali i opuścili jego dom. Nie doszli nawet do bram miasta, gdy 

Anna nagle się zatrzymała. 

-  Zaraz!  Jacy  jesteśmy  głupi!  Przepraszam  -  uśmiechnęła  się.  -  Nie  chciałam  cię, 

panie, obrazić. Ksiądz powiedział przecież, że ojciec Mikołaj mówił: „Dziesięć lat temu”. A 

umarł dwa lata temu. Może... może wotum ofiarowano kościołowi dwanaście lat temu? 

- Wracamy! - zarządził Giovanni. 

Tym razem poszło lepiej. Staruszek rozjaśnił się: 

-  Tak,  oczywiście,  że  pamiętam!  Tak,  właśnie  wtedy  ujrzałem  to  po  raz  pierwszy. 

Wybaczcie  złą  pamięć  staremu,  jaśnie  państwo.  Musiałem  przecież  zapamiętać  to  właśnie 

wotum, jest bardzo ładne, prawda? Chociaż cały czas myśleliśmy, że to tylko szkiełka. 

- Możecie mi wierzyć, że to nie są szkiełka - upewnił go Giovanni. 

- Nie pamiętacie zatem, kto to przyniósł? - z gasnącą nadzieją spytała Anna. 

-  Ja  nie  -  odpowiedział  stary  i  zwrócił  na  nią  swe  załzawione  oczy.  -  Ktoś  inny 

zajmował się przyjmowaniem ofiar i umieszczaniem ich na ścianie. Ale to nigdy nie byłem ja. 

- O, nie, nie mówcie tylko, że to był ojciec Mikołaj! 

Stary zamyślił się. 

-  Nie,  to  nie  mógł  być  on,  bo  leżał  wtedy  chory.  Mieliśmy  pomocnika  z  synem,  z 

którym dzieliłem się pracą przy kościele. Tak, to musiał być on, na pewno! 

- Gdzie go możemy znaleźć? 

Rozmowa trwała bardzo długo, gdyż Anna musiała tłumaczyć każde słowo na włoski. 

- Gdzie  go znaleźć? - Bezzębne usta rozciągnęły się w uśmiechu zachwytu. - On tak 

bardzo  chciał  zostać  mnichem,  ale  brakło  mu  powołania.  Za  bardzo  interesował  się 

otaczającym go światem. Gdy w dodatku przejął opiekę nad synem, opuścił szybko Raguzę, 

aby  pomagać  swoim  pobratymcom  w  walce  przeciw  Turkom.  I  rzeczywiście  pomógł  im. 

Nazywają go Stefanem z Czarnogóry. 

- Co takiego? 

Oboje słyszeli o Stefanie z Czarnogóry. Stał się legendą za życia. Wszyscy w Raguzie, 

a zwłaszcza chłopi z okolicznych wiosek, wymieniali jego imię z najwyższą czcią. Wszystko, 

co utożsamiali z siłą, odwagą, mocą, a nawet z cechami nieludzkimi, łączyli z tym imieniem. 

- Ale... - wyjąkała Anna poruszona, - jak go znajdziemy? Nikt przecież nie wie, gdzie 

się ukrywa. 

Szczęście błysnęło w oczach staruszka. 

- Może i nie wie. Za to on nie zapomniał swojego pobytu w naszym małym kościółku 

i wstąpił tu niedawno, aby go znów zobaczyć i pomodlić się. 

background image

Stanowiło to wyraźnie powód do wielkiej dumy starca. 

- Czy powiedział, dokąd idzie? - spytał Giovanni. 

Stary  nasrożył  się.  Zacisnął  swe  bezzębne  usta  tak,  że  nos  niemal  stykał  się  z 

podbródkiem. 

Giovanni zaczął szukać sakiewki, lecz Anna powstrzymała go dyskretnym gestem. 

- To na nic się nie zda - powiedziała po włosku. - Tu liczą się inne wartości. 

Odwróciła się do starca ze słowami: 

-  Interesujemy  się  tym  wotum  ze  szczególnych  powodów  -  tłumaczyła.  -  Mój  mąż 

stracił  kontakt  ze  swoim  rodem.  Rozpoznał  herb  umieszczony  na  klamrze  i  obudziła  się  w 

nim nadzieja na odnalezienie rodziny. 

Podczas  gdy  stary  toczył  walkę  w  własnym  sumieniem,  przetłumaczyła  swoje  słowa 

Giovanniemu.  Spojrzał  na  nią  z  zaskoczeniem  i  uznaniem,  które  tak  naprawdę  niemile  ją 

dotknęło. 

-  Chciałbym  wam  pomóc  -  westchnął  staruszek,  -  ale  nie  mogę.  Kraj  mógłby  stracić 

zbyt wiele. Ale mogę wam coś podpowiedzieć. On trzyma się swoich stron rodzinnych. Jeśli 

jednak spytacie o Stefana z Czarnogóry, nigdy go nie znajdziecie. Chłopi ochraniają go przed 

obcymi. Ale ja znam jego prawdziwe nazwisko! Nazywa się Stefan Branković. Może wtedy 

pomogą wam do niego dotrzeć. 

Więcej nie chciał powiedzieć. Anna dała znak Giovanniemu, by wyciągnął sakiewkę. 

Dali staremu pewną kwotę, której jednak nie zgodził się przyjąć. 

- To na wasz kościół - wyjaśniła Anna i wtedy przyjął datek. Podziękowali za pomoc. 

Po wyjściu na uliczkę Giovanni powiedział ze złością: 

- Powinniśmy go mocniej przycisnąć. Nieco więcej perswazji i... 

-  Nie!  -  ucięła  Anna.  -  Trzeba  szanować  zasady  innych  ludzi.  Zrobił,  co  mógł,  i 

rozstaliśmy się jak przyjaciele. Uważam, że osiągnęliśmy naprawdę wiele. 

- Chyba nie sądzisz, pani, że przekaże te pieniądze na kościół? O, nie, ten chytry lis na 

pewno zachowa je dla siebie! 

Nie miała chęci komentować jego słów. 

-  I  przecież  nie  pomógł  nam  w  odnalezieniu  tego  Stefana  -  narzekał  dalej  Giovanni, 

zły. 

- Oczywiście, że tak! 

Anna  rozmyślała  nad  całą  tą  sprawą.  Czarnogóra  to  po  włosku  Montenegro. 

Powiedziała o tym Giovanniemu, którego to jednak nie zadowoliło. 

- Montenegro! Przecież to duży kraj! 

background image

-  Nie  tak  bardzo.  A  wiemy  przynajmniej,  w  jakim  kierunku  mają  iść  nasze 

poszukiwania. To i tak dużo jak na pierwszy dzień. 

Nie powiedziała: „Jak na pierwszy dzień naszego małżeństwa”, ale tak pomyślała. 

Giovanni zamilkł na dłuższą chwilę. Szedł tak szybko, że  Anna nie mogła już dłużej 

maskować swego utykania. On jednak nawet nie zauważał, że przy nim idzie. 

-  Chyba  rozpoczynam  poszukiwania  -  rzekł  w  końcu.  -  Uzbroję  eskortę  i  jadę  do 

Montenegro.  Mogę  zebrać  teraz  silną  drużynę,  mam  dość  pieniędzy  -  powiedział,  mając  na 

myśli posag Anny. 

-  A  nie  zamierzałeś,  panie,  spłacić  swego  długu  tymi  pieniędzmi?  -  spytała  go 

ostrożnie. 

Wzruszył ramionami. 

- To jest ważniejsze. Ci krwiopijcy mogą poczekać, i tak są bogaci. 

Annie  zrobiło  się  przykro.  Nie  odniosła  wrażenia,  aby  jego  przyjaciele  byli 

krwiopijcami.  Przeciwnie,  wykazali  ogromną  cierpliwość  wobec  Giovanniego  i  jego  matki. 

Ale nie znała przecież wszystkich stron sprawy, więc nie miała prawa go sądzić. Z oddaniem 

spojrzała na męża. Gdyby tylko mogła mu pomóc! Widzieć go wesołym! 

- Ten serbski skarb znaczy dla ciebie, panie, tak wiele? 

-  Wszystko!  Znaczy  absolutnie  wszystko!  -  wykrzyknął,  czując  w  żyłach  tę  samą 

gorączkę,  która  niegdyś  trawiła  jego  ojca.  Miał  jednak  nad  nim  przewagę:  prawdziwy  ślad! 

Widok  błyszczącej  klamry  rozniecił  w  duszy  Giovanniego  gwałtowną  pożądliwość.  Niby 

tylko  klamra,  a  jak  wspaniale  ozdobiona!  Jaki  więc  będzie  cały  skarb?  Ofiarodawca  wotum 

musiał  należeć  do  rodu  książęcego,  a  Stefan  z  Czarnogóry  może  zaprowadzić  ich  do  niego 

albo chociaż powiedzieć, kto to był. Może... 

Wzdrygnął  się,  słysząc  głos  Anny.  Udało  mu  się  już  zapomnieć  o  tym  kamieniu 

młyńskim, którym został obarczony, a teraz znów wszystko powróciło. 

-  Nie  sądzę,  aby  było  rozsądne  uzbrajać  eskortę  -  zaczęła  z  wahaniem.  -  Czy  nie  tak 

właśnie  uczynił  twój  ojciec,  panie?  Wzbudził  poruszenie  i  niechęć  wśród  ubogich 

miejscowych. 

Ze wzrastającym niezadowoleniem musiał przyznać, że ona ma rację. 

- No to wezmę ze sobą tylko kilku ludzi. 

- Tego też bym nie radziła - powiedziała Anna, czując się jak pies, który odważył się 

na  nieposłuszeństwo  wobec  pana.  -  Mam  propozycję:  możemy  pojechać  z  karawaną 

handlową do Cetinje, stolicy Czarnogóry. 

- Dlaczego z karawaną? 

background image

- Wyruszają raz do roku. Znam tam dużo ludzi, więc pewnie będziemy mogli do nich 

dołączyć.  Tak  będzie  korzystniej,  podobno  znalezienie  drogi  do  Cetinje  i  pokonanie  jej  jest 

ponad ludzkie siły. 

Giovanni przyznał z niechęcią, że Anna rzeczywiście była czasami bardzo przydatna. 

- Kiedy wyrusza? 

-  Przypuszczam,  że  wkrótce,  gdyż  kupili  już  dużo  towarów  z  naszego  i  innych 

statków. 

Giovanni zastanowił się. 

- Co, pani, masz na myśli mówiąc „my”? Chyba nie zamierzasz tam jechać? 

Anna przełknęła ślinę i zebrała całą odwagę: 

-  Mogę  ci  pomóc,  panie,  w  rozmowach.  Poza  tym  może  to  być  niebezpieczna 

wyprawa, a obowiązkiem żony jest wspieranie męża. 

- Nie zgadzam się! Miałbym narażać cię, pani, na takie niebezpieczeństwa? 

Giovanni  nie  miał  na  myśli  żadnych  niebezpieczeństw,  lecz  konieczność 

podróżowania wraz z Anną. Mówił dalej: 

-  Nie,  najlepiej  będzie,  gdy  wrócisz,  pani,  na  statek,  zanim  opuści  Raguzę,  i 

popłyniesz  z  ojcem  na  północ.  Nie  mogę  pozwolić  ci  na  ryzyko  mieszkania  samej  w  takim 

mieście.  A  gdy  wrócisz  na  wiosnę,  jak  i  ja,  będę  mógł  zaproponować  ci,  pani,  o  wiele 

wspanialszą siedzibę: mój dawny pałac w Wenecji. 

Oczywiście nie miał najmniejszego zamiaru odnawiać tego żałosnego małżeństwa, ale 

czego się nie mówi dla dobra sprawy... 

Giovanni  nie  uświadamiał  sobie,  że  popełniał  te  same  błędy,  co  jego  własny  ojciec, 

który w pogoni za utopijnym skarbem całkiem zatracił poczucie rzeczywistości. 

Anna  była  zdruzgotana.  Zniosła  już  wiele  upokorzeń,  ale  takiego  poniżenia,  jakim 

byłoby  odesłanie  jej  do  ojca  zaraz  po  ślubie,  nie  mogła  sobie  wyobrazić.  Niemal  takim 

samym  lękiem  napawała  ją  perspektywa  zamieszkania  w  Raguzie  razem  z  teściową. 

Oczywiście, przerażała ją także myśl o wyprawie w nieznane wnętrze kraju, ale z tych trzech 

możliwości właśnie ostatnia wydała się jej najlepsza. Chciała towarzyszyć Giovanniemu, był 

przecież  jej  mężem,  który  ku  jej  zdziwieniu  adorował  ją  i  poślubił,  i  którego  z  oddaniem 

wielbiła. Musiała być razem z nim! Nie żeby podzielała pragnienie odnalezienia nierealnego 

skarbu,  ale  z  zachowania  Giovanniego  wnioskowała,  że  nigdy  nie  byłaby  go  w  stanie 

przekonać,  aby  z  niego  zrezygnował.  Jego  upór  zadziwiał  ją  i  przerażał,  ale  przecież 

wcześniej nie poznała cech charakteru rodziny di Ferro... 

Giovanni  jednak  znowu  ją  zaskoczył.  Gdy  doszli  do  powozu,  otworzył  przed  nią 

background image

drzwi. Dobrze wykorzystał czas na przemyślenie całej sprawy. Pomysł wzięcia Anny ze sobą 

nie był jednak taki głupi. Czarnogóra nie jest krajem dla delikatnych kobiet, a zwłaszcza tak 

słabych jak ona. W istocie mógł być to sposób na pozbycie się jej. Droga była przecież ponad 

ludzkie siły, tak sama powiedziała. Umrze jak mucha, i nawet nie będzie się musiał do tego w 

ż

aden sposób przykładać. 

-  Masz,  pani,  rację  -  powiedział  przymilnie.  -  Oczywiście,  że  oboje  powinniśmy  tam 

jechać! 

Anna rozjaśniła się w uśmiechu wdzięczności. 

background image

DROGA PRZEZ GÓRY 

Anna  był  nieprzejednana,  mimo  sprzeciwów  Giovanniego  długi  musiały  zostać 

spłacone. Poznał teraz jej łagodną stanowczość. Musiał jednak przyznać, że był w świetnym 

nastroju  po  wyjściu  od  ostatniego  wierzyciela.  Cóż  za  wspaniałe  uczucie  wolności!  Mógł 

sobie wreszcie pozwolić na traktowanie ich z takim lekceważeniem, na jakie zasługiwali. Byli 

przecież niczym! Garścią oszukańczych skąpców, niczym innym. On zaś był markizem! No, 

przynajmniej z tytułu, ale doża przecież już niedługo przywróci go do łask. Co prawda posag 

zmniejszył  się  katastrofalnie,  a  ponieważ  doża  nigdy  by  nie  zrehabilitował  ubogiego 

arystokraty, Giovanni musi zdobyć ten skarb! 

Znów  zasmakował  w  poczuciu,  że  jest  bogatym  człowiekiem,  i  bardzo  mu  to 

odpowiadało. 

Giovanni  di  Ferro  ani  przez  moment  nie  zastanowił  się  nad  możliwością  pozyskania 

względów teścia poprzez ciężką pracę lub wspieranie Anny i, dzięki temu, zmiany testamentu 

na swoją korzyść. Czyż nie był wiele wart sam w sobie? Czyż ona nie otrzymała wysokiego 

tytułu dzięki niemu? 

Nie  zamierzał  się  płaszczyć  przed  tym  kupczykiem  z  Północy,  o,  nie!  Odnalezienie 

skarbu było jedynym sposobem odzyskania przysługującej mu pozycji. 

Wyruszyli  na  poszukiwanie  skarbu  dopiero  wówczas,  gdy  okręt  ojca  opuścił  port  w 

Raguzie.  Wcześniej  nie  zdołano  zakończyć  przygotowań,  co  Annę  bardzo  cieszyło.  Nie 

chciała, by ojciec dowiedział się o tej niebezpiecznej wyprawie. Jednak już kilka dni później 

wyruszyli na południowy wschód, w kierunku Montenegro. 

Pierwsze  dni  podróży  wzdłuż  wybrzeża  minęły  spokojnie.  Karawana  była  na  tyle 

duża, że dawała zabezpieczenie przed rozbójnikami. 

Małżonkowie mieli na sobie proste ubrania, co bardzo nie podobało się Giovanniemu. 

Jazdy na wozie jednak odmówił. Musiał jechać konno, jak przystało na arystokratę. W żaden 

sposób nie dał się przekonać, że postępuje niewłaściwie. 

Stosunki  pomiędzy  Anną  i  Giovannim  stały  się  mniej  oficjalne,  jako  że  interesowała 

ich  teraz  ta  sama  sprawa.  Znaczyło  to,  że  Giovanni  myślał  tylko  o  skarbie,  a  Anna  o 

utrzymywaniu jego dobrego nastroju. Nie podejmował jednak żadnych prób zbliżenia, udawał 

całkowicie pochłoniętego podróżą. 

W  pewnym  momencie  Anna  podniosła  wzrok  na  piękne,  dumne  cyprysy.  Poczuła  z 

nimi rodzaj wspólnoty, ich nazwa przecież oznaczała smutek. Tak, pomyślała i skinęła ku nim 

background image

głową  ze  smętnym  uśmiechem,  nie  mogłyście  wybrać  bardziej  odpowiedniego  miejsca. 

Pochylcie się nad moją  niedolą! Pożałujcie Anny, której nikt nie kocha i która pewnie sama 

nie jest w stanie kochać. 

Ale  przecież,  pomyślała,  moje  serce  wypełnia  taka  radość,  gdy  widzę  jego  cudownie 

piękną  twarz.  Czuję  do  niego  wdzięczność,  że  wybrał  mnie  na  swoją  żonę.  Opętała  mnie 

potrzeba pomagania mu. To musi być miłość! Muszę tylko okazać cierpliwość, dać mu czas. 

Wiedziała,  jak  trudno  przystosować  się  Giovanniemu  do  prymitywnych  warunków 

podczas  tej  podróży.  Początkowo  pragnęła  okazywać  mu  współczucie  i  zrozumienie,  ale  jej 

ż

yczliwe  gesty  sprawiały,  że  twarz  Giovanniego  tężała,  a  on  sam  odwracał  się  pospiesznie. 

Szybko jednak nauczyła się panować nad sobą. 

Karawana miała swoje stałe noclegi w zagrodach chłopskich. Anna, dzięki ojcu, który 

cieszył  się  poważaniem  kupców,  była  traktowana  ze  specjalnymi  względami  i  o  ile  było  to 

możliwe, otrzymywała na noc osobny pokój. 

Wreszcie mieli ruszyć z wybrzeża ku górom, które wydawały się im niebosiężne. 

Przewodnik karawany orzekł krótko i brutalnie: koniec z przejezdnymi drogami, woły 

i  wozy  mogą  dojechać  tylko  do  tego  miasta,  Kotoru.  Wszystko  trzeba  przeładować  na  osły, 

które też posłużą pod siodło. Giovanni, oczywiście, zaprotestował. On musi zachować swego 

konia, o niczym innym nie mogło być mowy. 

Przewodnik karawany zasępił się: 

-  To  jest  wspaniały  rumak.  Nie  wątpię,  że  dowiezie  cię,  panie,  do  celu,  jest 

wystarczająco  silny.  Ale  za  bardzo  rzuca  się  w  oczy.  Ludzie  tutaj  są  biedni,  o  koniu  mogą 

tylko marzyć. 

Giovanni mimo to nie dał się przekonać. 

Brak wygód nie pozbawiał Anny przyjemności płynących z podróży. Dnie spędzała na 

swym  osiołku,  który  wdrapywał  się  stromymi,  krętymi,  czasem  wręcz  niewidocznymi 

dróżkami  niemal  na  krawędzi  przerażających  przepaści.  Wokół  roztaczały  się  wspaniałe 

widoki, słońce przypiekało. Jasna skóra Anny wkrótce poczerwieniała i zaczęła piec, mimo że 

osłaniała ją, jak mogła, chustką. 

Z rzadka mijali małe wioski, chłopów na polach, ubrane na czarno kobiety z sierpami 

w  dłoniach,  biednie  odziane  dzieci,  sprawiające  jednak  wrażenie  zadowolonych  i 

szczęśliwych. 

Czasem  uczestnicy  karawany  wdawali  się  w  rozmowę  z  miejscowymi,  ale  Giovanni 

nigdy  nie  odpowiadał  na  pytania.  Nikt  nie  wiedział,  jak  tutejsi  ludzie  są  nastawieni  do 

Wenecjan, którzy przecież w Dalmacji mieli złą reputację z powodu wcześniejszych napaści i 

background image

popełnianych okrucieństw. Poza tym Giovanni nie miał wcale ochoty zniżać się do poziomu 

prostych chłopów. 

Oglądali  tak  wspaniałe  widoki,  o  jakich  im  się  nawet  nie  śniło.  Szata  roślinna  była 

coraz  uboższa.  Śródziemnomorskie  cyprysy  i  pinie  zostały  zastąpione  lasem  sosnowym  i 

krzewami, a jeszcze wyżej - trawiastymi zboczami z jodłami i karłowatymi brzozami. Szare, 

luźno leżące skały, prawdopodobnie wapienne, ostro odcinały się w świetle dnia, a w oddali 

widzieli ciemne góry, które dały nazwę tej krainie. 

Im  dalej,  tym  było  trudniej.  Często  musieli  posuwać  się  pieszo,  balansując  nad 

przepaścią.  Siłą  woli  walczyli  ze  zmęczeniem.  Anna  nie  chciała  przysparzać 

współtowarzyszom  kłopotów  i  cierpiała  w  milczeniu.  Czuła  na  sobie  ich  spojrzenia  pełne 

podziwu i to dodawało jej sił. 

Nie czuła się jednak całkiem zadowolona. Dobrze było znaleźć uznanie za dzielność, 

ale  całe  swe  dorosłe  życie  tęskniła  za  tym,  aby  ktoś  dostrzegł  w  niej  coś  ładnego.  Giovanni 

mówił przecież... 

Nie, nie wierzyła już jego słowom. 

Cicha wytrwałość żony zdumiewała Giovanniego di Ferro. Ostatnią noc spędzili w tak 

prymitywnych warunkach, że poczuł się chory, zbrukany i poniżony. Anna jednak zacisnęła 

zęby  i  udawała,  ze  nic  się  złego  nie  dzieje.  Owinięta  tylko  w  koc,  leżała  na  klepisku  w 

jedynym pomieszczeniu domostwa obok innych mężczyzn. 

W  świetle  lampki  widziała  jakieś  małe  stworzenia  biegające  po  ziemi,  opanowała 

jednak obrzydzenie i starała się zasnąć. 

Znaleźli  się  już  na  obszarze  Czarnogóry.  Ranek  przywitał  ich  ciemnymi  chmurami, 

chłodnym  wiatrem  i  deszczem.  Anna  rzuciła  spojrzenie  ku  górom,  które  niedawno  opuścili, 

ich łagodnym wierzchołkom skrytym w chmurach. Byli teraz w surowej, dzikiej, niedostępnej 

krainie - i w deszczu... Anna zadrżała z zimna i stłumiła strach. 

Wyprawa podążała dalej, choć wędrówka coraz bardziej upodabniała się do koszmaru. 

Wreszcie droga zaczęła opadać nieco w dół i dotarli do zamieszkanych obszarów. Nie 

przedstawiały  sobą  nic  szczególnego,  ale  stanowiły  pewną  odmianę  po  pustych, 

nieprzyjemnych  okolicach.  Pół  dnia  drogi  od  Cetinje  odpoczywali  w  czymś,  co  przy  dobrej 

woli  mogli  nazwać  gospodą.  Anna  przymknęła  oczy  i  oddychała  powoli,  siedząc  w  ciasnej 

izbie.  Jak  wspaniale  było  zejść  z  grzbietu  osła  choć  na  chwilę!  Z  łagodnym  uśmiechem 

pomyślała,  że  osiołek  pewnie  teraz  też  oddychał  z  ulgą.  Bolało  ją  całe  ciało,  czuła  się  tak 

brudna  i  tak  zmęczona,  że  mózg  niemal  odmawiał  jej  współpracy.  Nie  miała  zbyt  mocnego 

kręgosłupa, a jako osoba nie przyzwyczajona do jazdy wierzchem tym bardziej się męczyła. 

background image

Giovanni  także  był  blady.  Przysiadł  się  do  niej,  podano  im  jedzenie  i  wtedy 

powiedział: 

- Zapytaj gospodarza, czy zna Stefana z Czarnogóry! 

- Cicho! - wyszeptała przerażona, ale chyba nikt ich nie usłyszał. 

Gdy podszedł do nich gospodarz, spytała lekkim tonem: 

- Może moglibyście nam pomóc? Mamy pewne towary dla Stefana Brankovicia. Czy 

wiecie, gdzie mieszka? 

Zobaczyła, że jego dłoń, nalewająca wina Giovanniemu, znieruchomiała na chwilę. 

- Stefan Branković? - powtórzył obojętnie. - Wielu tak się nazywa tu w Czarnogórze. 

- Niestety, nie wiem o nim wiele poza tym, że jest bardzo religijny. Nawet zamierzał 

wstąpić do zakonu. To wszystko. 

Gospodarz wahał się. Długo przy ich stole panowała cisza, choć naokoło szumiało od 

rozmów. 

W  końcu  spojrzał  na  Annę  i  ledwie  dostrzegalnie  skierował  wzrok  na  drogę 

prowadzącą z gospody ku leśnej dolinie, a nie w stronę Cetinje. 

Oczy Anny potwierdziły, że zrozumiała - zarówno to, którędy mieli pójść, jak i to, że 

nie powinni oczekiwać więcej informacji. 

Małżonkowie  pożegnali  nieco  zaskoczonych  towarzyszy  podróży  i  ruszyli  w  dół 

stromą ścieżką. Deszcz dawno przestał padać. Było południe, ociepliło się. Jakieś nieznane im 

ptaki śpiewały w niskim lesie bukowym. Buki przypominały tu raczej krzewy niż drzewa. 

Anna  uważała,  że  postąpili  niezbyt  rozsądnie.  Szukali  człowieka,  który  mógł  im  co 

najwyżej  powiedzieć,  kto  ofiarował  klamrę  jako  wotum,  o  ile  w  ogóle  to  pamiętał.  Nie 

wiedzieli,  jak  daleko  przebywa  ten  człowiek,  ani  czy  jadą  dobrą  drogą.  Poza  tym  jak  wrócą 

potem do Raguzy? Sami nigdy nie odnajdą drogi, a Cetinje musieliby się znaleźć za tydzień, 

gdyby mieli wracać z karawaną. 

Anna miała już serdecznie dosyć całej wyprawy. Była bardzo zmęczona i żałowała, że 

się  w  ogóle  wybrała  w  tę  podróż.  Nie  podzielała  entuzjazmu  Giovanniego,  z  drugiej  strony 

jednak  nie  chciałaby  siedzieć  sama  w  Raguzie  ani  na  okręcie  ojca.  a  Giovanniemu 

rzeczywiście  pomagała!  Ileż  to  razy  musiała  go  wspierać,  gdy  on,  arogancki  i  uparty,  kłócił 

się z kupcami w swoim łamanym serbsko - chorwackim, pełnym włoskich słów. 

Długo  jechali  doliną,  nie  widząc  nawet  skrawka  ludzkiej  siedziby.  Właściwą  drogę 

było trudno odnaleźć, przecinały ją inne, większe i mniejsze; wybierali wtedy na chybił trafił. 

Teren znów się podnosił, weszli na kolejną przełęcz, gdy dzień chylił się ku końcowi. Niebo 

pociemniało,  a  chmury  deszczowe,  dotąd  gdzieś  przyczajone,  znów  zawisły  nad  nimi.  Wiał 

background image

silny wiatr. 

Wreszcie  po  drugiej  stronie  przełęczy  dostrzegli  jakieś  wioski,  co  przyjęli  z  wielką 

ulgą. 

Zabudowania leżały co prawda jeszcze daleko, ale nie na tyle, aby nie dotrzeć do nich 

przed zapadnięciem nocy. 

- Całe szczęście! - wyrwało się Annie. 

Giovanni odwrócił się natychmiast z błyskiem triumfu w oczach. 

- Czyżbyś była, pani, zmęczona? 

- O, tak. Ty nie, panie? 

- Oczywiście, że nie! 

Wypełniła  go  pycha.  Zmęczenie,  które  niczym  gruby  koc  okrywało  go  jeszcze  przed 

chwilą,  zniknęło  bezpowrotnie.  Ona,  to  przerażająco,  wprost  nieludzko  wytrzymałe 

stworzenie, przyznała, że jest zmęczona! Czyli jednak on był silniejszy! 

Myśli  jego  biegły  dalej.  Nadal  jej  potrzebował.  Musi  prowadzić  rozmowy  w 

miejscowości,  do  której  jechali,  musi  układać  się  z  tym  Stefanem.  Dopiero  gdy  będzie  miał 

skarb  w  rękach,  narzuci  takie  tempo,  że  Anna  będzie  musiała  się  poddać.  Jest  przecież  tak 

słaba, myślał z pogardą. 

Tak oto Giovanni di Ferro zamierzał odpłacić żonie za jej szczerość. 

Anna  wyprostowała  się.  Osioł  nie  był  najłatwiejszym  wierzchowcem  dla  nie 

wprawionego  jeźdźca,  zwłaszcza  na  duże  odległości.  Mięśnie  miała  napięte  aż  do  bólu. 

Ustawiczne trzęsienie powodowało, że szumiało jej w głowie. Widziała niewyraźnie, drzewa 

jakby się poruszały same. Ale trzymała się dzielnie, choć najchętniej rzuciłaby się w spaloną 

słońcem trawę i zasnęła. 

Ależ ona jest brzydka, myślał Giovanni. Blada, z czerwonym nosem i sinymi ustami... 

Włosy, mokre od deszczu, zwisają jej w strąkach... 

Jego  złocista  skóra  nigdy  nie  stawała  się  sinoblada  ani  fioletowa  z  zimna.  Był  wciąż 

urodziwy  aż  do  bólu.  Anna  ze  skurczem  serca  wspominała  jego  czułość  i  serdeczność  w 

pierwszym okresie znajomości. Po ślubie wszystko zmieniło się w przerażający chłód, wręcz 

pogardę. Czym zawiniła? Jeżeli chciał tylko jej pieniędzy - jak twierdził ojciec - to dostał je 

przecież. Przekazała mu cały swój posag, ale to nie pomogło. 

Ze  wszystkich  sił  pragnęła  uczynić  męża  szczęśliwym.  Braki  w  swym  wyglądzie 

chciała  nadrobić  ciepłem  i  zrozumieniem,  wspieraniem  Giovanniego  w  każdej  sytuacji.  Jak 

dotąd nie dał jej jeszcze szansy, by mogła spełnić te pragnienia. 

Tak  naprawdę  Anna  dopiero  teraz  miała  okazję  poznać  charakter  męża  i  czuła  się 

background image

nieco zawiedziona. Ponieważ jednak znała go dotychczas tylko z najlepszej strony, wiedziała, 

jaki  potrafił  być  delikatny  i  miły,  ostatnie  nieporozumienia  uznała  za  objaw  złego 

samopoczucia  albo  depresji  Giovanniego.  Wszystko  na  pewno  znów  będzie  dobrze, 

pocieszała się, tylko musi okazać cierpliwość. 

Co  gorsza,  właśnie  Giovanni  i  jego  wspaniały  koń  stali  się  powodem  zajścia,  które 

omal nie skończyło się tragicznie. 

Gdy  już  niemal  byli  przy  pierwszych  domach  wioski,  z  krzaków  wypadło  nagle 

czterech  mężczyzn  i  rzuciło  się  na  jej  osła.  Giovanni,  który  jechał  przodem,  okrzykiem 

wściekłości zawrócił konia, aż ten stanął dęba. 

A może pozwolić im ją zabić? pomyślał nagle. To okazja, żeby się jej pozbyć raz na 

zawsze. Mogę szybko odjechać... 

Nie zdążył jednak tego rozważyć, gdy uwiesili się i u cugli jego konia. Giovanni bił na 

oślep szpicrutą. 

- Przeklęta hołota! Precz od mego konia! 

-  Aha!  -  wykrzyknął  jeden  z  napastników,  z  wąsikami,  przebiegłymi  oczami  i  w 

postrzępionym ubraniu. - To Włoch! I on mówi o hołocie! 

Bez większych ceregieli ściągnęli Giovanniego z konia i stanęli nad nim z nożami. 

-  Weźcie  konia  -  powiedział  przywódca.  -  Jest  wart  więcej,  niż  przypuszczaliśmy.  A 

temu kogutowi ukręcimy łepek... 

-  Stójcie!  -  krzyknęła  Anna.  -  Nie  wiecie,  co  robicie!  Ten  Włoch  jest  w  drodze  do 

Stefana  z  Czarnogóry,  aby  zaproponować  mu  pomoc  i  pieniądze  na  walkę  z  Turkami.  Jest 

niezwykle  bogaty,  a  jak  sami  wiecie,  Wenecjanie  także  nie  mają  powodów,  by  kochać 

Turków. 

Specjalnie  użyła  zakazanego  imienia.  Musiała  tak  zrobić,  by  powstrzymać  tych 

rozbójników. W rzeczy samej, zatrzymali się i teraz patrzyli na nią zaskoczeni. 

-  A  kim  ty  jesteś?  -  spytał  przywódca  zachrypniętym  głosem.  -  I  jakim  właściwie 

mówisz językiem? To nie jest przecież włoski akcent. 

-  Jestem  jego  żoną,  a  pochodzę  z  Norwegii,  kraju  na  północy.  Znam  wasz  język  i 

ludzi. Wiem, jak cierpicie przez Turków. 

- Stefan was zna? 

-  Jeszcze  nie,  ale  na  pewno  uwierzy  w  nasze  szczere  zamiary,  gdy  się  spotkamy. 

Panowie, długo już jedziemy do niego, aż z Raguzy. Nie mamy broni. Na pewno nie chcemy 

mu zrobić nic złego. 

- Możecie zdradzić Turkom, gdzie się znajduje! 

background image

- Im? A dlaczego? 

- Dla pieniędzy, oczywiście! 

-  Mamy  dość  pieniędzy.  I  nie  jesteśmy  tak  głupi,  aby  wierzyć  tureckim  obietnicom. 

Powiemy im, co wiemy, a wtedy zadźgają nas i odbiorą nagrodę. 

Mężczyźni wahali się, a przerażony Giovanni leżał bez ruchu na ziemi. Anna, starając 

się zachować spokój, mówiła dalej: 

- Nie odważyliśmy się wziąć ze sobą dużo pieniędzy. Nigdy nie wiadomo, co może się 

przytrafić w drodze. 

Miała  nadzieję,  że  obudziła  w  nich  wyrzuty  sumienia,  choć  może  zbyt  wiele 

oczekiwała. 

-  Możecie  zatrzymać  konia  pod  warunkiem,  że  będziecie  go  dobrze  traktować  i  że 

wskażecie nam drogę do Stefana Brankovicia. 

- A więc znacie jego prawdziwe nazwisko? - wykrzyknął zdumiony przywódca. 

-  Oczywiście!  Gdybyśmy  go  chcieli  zdradzić,  mogliśmy  uczynić  to  już  dawno  temu, 

nawet nie ruszając się z Raguzy. 

Czterej  mężczyźni  rozpoczęli  gwałtowną  i  długą  naradę.  Giovanni  usiadł  ostrożnie  i 

zaczął  szukać  noża.  Anna  powstrzymała  go  stanowczym  ruchem  dłoni,  który  oznaczał:  Nie 

psuj teraz wszystkiego! 

Przywódca w końcu odwrócił się do nich i powiedział: 

-  Dobra!  Stefan  potrzebuje  pieniędzy,  dużo  pieniędzy,  aby  opierać  się  Turkom. 

Możecie  iść.  Ale  sprawdzimy,  czy  mówiliście  prawdę.  Jeżeli  go  oszukacie,  nigdy  nie 

wyjedziecie stąd żywi. 

Anna pochyliła głowę na znak, że przyjmuje warunki. 

- Gdzie go znajdziemy? 

- Pytajcie w klasztorze, który zobaczycie po wyjściu z lasu. Przekażcie pozdrowienia 

od  Andrija,  strażnika  dróg.  Stefan  jest  jednym  z  nas.  Dziś  jest  już  za  późno.  Możecie 

przenocować tu w wiosce, w pierwszym domu. A konia bierzemy. 

-  Mój  koń!  -  wrzasnął  Giovanni,  gdy  zabierali  jego  wierzchowca  i  chciał  biec  za 

mężczyznami. 

-  Nie!  -  sprzeciwiła  się  Anna.  -  To  było  konieczne!  Nie  zrywaj  umowy,  którą 

zawarłam.  To,  że  potrzebują  konia,  uratowało  nasze  życie  i  ich  honor.  Dla  samego  prestiżu 

mogli nie puścić nas żywych. 

- Ale nie potrafią... 

- Myślę, że tutejsi ludzie dobrze obchodzą się ze swoimi zwierzętami - uspokoiła go. - 

background image

Chodźmy, zanim pożałują przypływu miłości bliźniego! 

W czasie drogi przekazała mu treść rozmowy. Giovanni prychnął pogardliwie. 

-  Tak,  jakbyśmy  mieli  pieniądze  na  popieranie  jakiegoś  brudnego  górskiego  rabusia, 

tego tam Stefana! Nic nas nie obchodzi ich wojna. 

- Zobaczymy - mruknęła Anna cicho. 

Wszystko  stało  się  zgodnie  ze  słowami  rozbójników.  Przenocowano  ich  w  domu  na 

skraju wioski. Rano, po wyjściu z lasu, ujrzeli daleko na łące klasztor. 

background image

MILOVAN 

Zastukali  do  bram  klasztoru.  zakonnik  otworzył  okienko  w  furcie  i  Anna  spytała  o 

Stefana Brankovicia, przekazując jednocześnie pozdrowienia od Andrija. 

- Brat Stefan? Nie, nie ma go. Wyruszył wczoraj wieczorem. 

Ogarnęło  ich  obezwładniające  rozczarowanie.  Wszystko  na  próżno,  myślała  Anna. 

Cały nasz wysiłek okazał się daremny. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest zmęczona. 

-  Brat  Stefan?  -  spytała  od  niechcenia,  starając  się  zebrać  siły  na  dalszą  podróż  w 

nieznane. - A jednak został mnichem? 

Rozmówca uśmiechnął się. 

- Nie, ślubów nie złożył i pewnie nigdy nie złoży. Ma inne powołanie.  Ale czujemy, 

jakby był jednym z nas. 

Widać wszelkie kategorie ludzi tak uważały! 

-  Dokąd  pojechał?  -  spytała  bez  wielkiej  nadziei  na  odpowiedź.  I  słusznie,  zakonnik 

pokręcił przecząco głową. 

- Niestety, nie mogę o tym mówić. A poza tym, nie wiem. 

- Ale przybyliśmy z tak daleka! - poskarżyła się Anna. 

Mnich westchnął. 

- Nic na to nie poradzę. Ale może porozmawiajcie z jego synem... 

Ależ oczywiście! Przecież Stefan z Czarnogóry  ma syna,  całkiem o tym  zapomniała! 

Dwanaście  lat  temu  urodził  mu  się  syn.  Nic  dziwnego,  że  Stefan  nie  mógł  zostać 

zakonnikiem. 

- Milovan pracuje tam, na polu - powiedział i wskazał na kilku mężczyzn na poletku 

poza obrębem klasztoru. 

Podziękowali i bez większej nadziei na pomoc udali się tam. 

- Czułam, że poszło zbyt łatwo... - westchnęła Anna. 

- Łatwo? Nazywasz, pani, cały ten wysiłek łatwym? A mój koń?! 

- Mogliśmy szukać miesiącami - przerwała jego narzekania. I to na próżno. Dobrze, że 

nie  musieliśmy  jechać  najpierw  do  Cetinje.  Opóźniłoby  nas  to  o  wiele  dni  i  może  nigdy  nie 

trafilibyśmy na ten trop. 

- To był mój pomysł, aby zapytać gospodarza! 

- Tak, to był wspaniały pomysł. 

Giovanni  pokiwał  głową,  zadowolony.  Drobne  zasługi  Anny  niewarte  były 

background image

wspomnienia! 

- Niestety, nie mieliśmy szczęścia - uśmiechnęła się gorzko. - Ptaszek już wyfrunął. 

-  Tak,  a  nie  sądzę,  że  wydostaniemy  coś  z  syna  -  przyznał  Giovanni.  -  Ci  górscy 

wojownicy  są  zwykle  fanatycznie  lojalni.  Poza  tym  wygląda  na  to,  że  zamierza  zostać 

mnichem, To nie polepsza sprawy. 

Teraz i Anna zobaczyła, że mężczyźni pracujący na polu odziani byli w habity. 

- To musi być pocieszenie dla Stefana - uśmiechnęła się. - Jemu to się nie udało, więc 

może synowi? 

- Zależy, co na to ten syn. 

Doszli  już  do  zakonników,  którzy  podnieśli  na  nich  wzrok.  Najstarsi  odeszli  na  bok 

albo  spuścili  oczy  na  widok  kobiety,  ale  Anna  zapytała  jednego  z  tych,  którzy  pozostali  na 

miejscu: 

- Gdzie mogę znaleźć brata Milovana? 

Młody chłopak, który stał w pobliżu, podszedł do nich. 

- Ja jestem Milovan. 

Popatrzyli  na  niego  z  ciekawością.  Był  bardzo  młody,  ale  nie  na  tyle,  myślała  Anna 

zdezorientowana.  Ciemnowłosy,  z  ostrymi  rysami  twarzy,  jak  większość  Serbów  i 

Czarnogórców.  Miał  delikatny  kark  i  szczupłą  sylwetkę.  Rysy  jego  były  nadal  po 

chłopięcemu nie ukształtowane, a szczególnie zadziwiał wyraz niewinności w jego oczach. 

Ale przecież i tak nie mógł mieć dwunastu lat... 

Anna zwróciła się do chłopca uprzejmie: 

-  Mój  mąż  i  ja  przybyliśmy  z  Raguzy,  aby  porozmawiać  z  twoim  ojcem.  Chcemy 

także  przekazać  pozdrowienia  od  Andrija,  strażnika  dróg.  Czy  możesz  poświęcić  nam  kilka 

minut? 

Skłonił  głowę,  a  po  otrzymaniu  pozwolenia  od  jednego  ze  starszych  zakonników 

zaprosił  ich  niezręcznym  gestem,  aby  poszli  za  nim  na  małą  łączkę,  gdzie  mogli  usiąść  na 

trawie. Anna zawsze wolała siedzieć, jej ułomność nie była wtedy tak widoczna. Ale Milovan 

wyglądał  na  miłego  chłopca,  na  pewno  nigdy  nie  przyszłoby  mu  na  myśl,  by  się  z  niej 

wyśmiewać. Wydawał się tak bardzo nieśmiały! 

-  Mój  mąż  ma  kłopot  -  zaczęła.  -  Z  pewnych  powodów,  o  których  teraz  nie  mogę 

mówić, szuka ofiarodawcy wotum do kościoła w Raguzie, w którym służył Stefan Branković. 

Musimy odnaleźć go jak najszybciej. Czy mógłbyś nam w tym pomóc? 

Zerknął na nią łagodnymi po dziecinnemu oczami. 

- Nie, niestety, nie mogę - rzekł po długim zastanowieniu. - Jego drogi pozostają i dla 

background image

mnie  tajemnicą.  Ale  pomagałem  często  Stefanowi  w  pracy  przy  kościele.  Może  będę  mógł 

wam udzielić jakichś wskazówek? 

Ich rezygnacja znów zamieniła się w nadzieję. 

-  Ale  to  zdarzyło  się  dwanaście  lat  temu  -  zastrzegła  Anna.  -  Musiałeś  być  wtedy 

bardzo małym dzieckiem. 

- Mam osiemnaście lat - uśmiechnął się. - O jakie wotum chodzi? 

Anna, wciąż wątpiąc w jego pamięć, wyjaśniła: 

- To była klamra z herbem wykonanym z drogich kamieni. Ofiarowano ją patronowi 

pasterzy. 

Milovan  siedział,  wpatrując  się  w  trawę.  Długo  musieli  czekać  na  odpowiedź.  W 

końcu, irytująco powoli wymawiając słowa, oznajmił: 

- Tak, wiem, o które wam chodzi. 

- Naprawdę? Naprawdę wiesz? 

Jedna  rzecz  nie  dawała  Annie  spokoju  -  że  powodem  podjęcia  tej  naprawdę 

interesującej wyprawy było pragnienie zdobycia pieniędzy. Wolałaby, aby cel ich poszukiwań 

był bardziej szlachetny.  Nie miała prawa, oczywiście, osądzać swego męża. Jej samej nigdy 

nie  brakowało  pieniędzy,  podczas  gdy  on  urodził  się  w  dobrobycie  i  stracił  wszystko.  To 

mogło zrodzić w nim gorycz i cynizm. 

Spojrzała na chłopca. 

- Wiesz, kto to przyniósł? - spytała cicho. 

- Tak - odpowiedział z takim samym namysłem, jak przedtem. - Wiem bardzo dobrze. 

Wstrząsnęło to obojgiem. Wiedział! Anna przetłumaczyła słowa Giovanniego: 

- Mamy podstawy sądzić, że była to wysoko urodzona osoba. 

Milovan uśmiechnął się. 

- Dla opiekuna trzód? Na pewno nie! 

Giovanni ściągnął brwi. 

- Nic już nie rozumiem. Któż to więc był? 

- Pastuszek. 

Zawód odmalował się na twarzy arystokraty. 

- No i znowu nic nie wiemy! 

- Nie tak całkiem - powiedziała Anna powoli, patrząc uporczywie na chłopca. 

-  Czy  możecie  dokładniej  wytłumaczyć,  dlaczego  szukacie  tego  ofiarodawcy?  - 

poprosił Milovan. 

Anna skinęła głową. 

background image

- Herb należy do starego serbskiego rodu książęcego. 

Może Giovanni nie chciałby, aby to zdradziła, ale pewne rzeczy mogła przecież ocenić 

sama.  On  i  tak  nie  rozumiał,  o  czym  rozmawiali.  Oj,  oj,  pomyślała  ze  wstydem.  Oszukuję 

swego  męża!  Czuła  jednak  głównie  nie  wstyd,  ale  podniecenie  wywołane  bliskim  już 

rozwikłaniem  tajemnicy.  Dziwne,  ale  czuła  się  tak,  jakby  siedziała  bliżej  tego  chłopca  niż 

swego męża. A przecież było odwrotnie! 

Milovan zamyślił się. 

- Serbski ród książęcy? To interesujące. 

- Dlaczego? - spytała szybko Anna. 

Potrząsnął głową, zakłopotany. 

-  Jak  wiesz,  przed  kilkunastu  laty  zaginęli  potomkowie  jednej  z  gałęzi  rodu 

Nemanjiciów - tłumaczyła. - Wraz z nimi zniknął ogromny skarb. Może teraz nam powiesz, 

skąd pastuszek wziął tę klamrę? 

- Znalazł ją - odpowiedział Milovan z roztargnieniem. - W pobliżu swej wioski. 

Giovanni aż jęknął, gdy Anna przetłumaczyła słowa chłopca. 

- Robi się coraz gorzej! Jak ją znajdziemy? 

- Gdzie jest jego wioska? - spytała Anna. 

- W pobliżu wielkiej rzeki. Na północ od niej. 

- Czy trudno tam trafić? 

- Nie, jeżeli zna się drogę. To nie będzie daleko dla kogoś, kto przybył aż z Raguzy. 

- No i co z tego? - narzekał Giovanni. - To ślepa uliczka. Tylko zwykły pastuszek! 

Inteligentne  oczy  Anny  szukały  zawstydzonych,  lecz  pragnących  coś  ukryć  oczu 

Milovana. Poprosiła: 

- Opowiedz nam, a jaki sposób chłopiec znalazł klamrę! 

Toczyli  między  sobą  niedostrzegalny  dla  Giovanniego  cichy  pojedynek  dwóch 

inteligentnych umysłów. 

- Dlaczego? - spytał Milovan. 

- Dlatego, że pragnę pomóc mojemu mężowi, chcę zobaczyć  go znów szczęśliwym - 

wyznała. - Odnalezienie skarbu jest dla niego niezwykle ważne. 

Powietrze  było  ciepłe,  głosy  pracujących  mnichów  rozchodziły  się  daleko.  Ziemia 

była jednak nadal nieco wilgotna po deszczu i Annie przemokła już suknia. 

- Czy ma do niego jakieś prawo? - spytał chłopiec. 

Anna mogła znowu powtórzyć te same kłamstwa, co w Raguzie - że Giovanni pragnie 

odnaleźć utraconych krewnych, ale nie chciała już tego więcej robić. postanowiła, że odpowie 

background image

uczciwie. Ten chłopiec o czystym sercu zasługiwał na prawdę. 

-  Nie,  nie  większe  niż  każdy  żyjący  człowiek.  Ale  w  dzieciństwie  został 

niesprawiedliwie potraktowany. Nie ze swojej winy stracił wszystko, co miał. Jest weneckim 

markizem zmuszonym do życia w nędznych warunkach na wygnaniu już od wielu lat. Chce 

odzyskać  swój  pałac.  O  tym  marzy,  ja  zaś  pragnę  jego  dobra.  On  nie  jest  tak  chłodny  i 

wyniosły, jakim może się wydawać. Znam go jako szlachetnego człowieka o dobrym sercu i 

wiem, że teraz po prostu zamknął się w swej rozpaczy. Poza tym twój ojciec także potrzebuje 

pieniędzy na ratowanie waszej ojczyzny. Jeżeli ty i twój ojciec pomożecie nam i odnajdziemy 

skarb, możemy się nim podzielić. 

Okazało się jednak, że Giovanni znał język lepiej, niż przypuszczała. 

- Coś, pani, rzekła? - przerwał ostro. 

- Że się podzielimy. Sądzę, że to jedyne słuszne wyjście - odparła Anna. 

- Ale Stefan i jego syn nie ma nic z tym wspólnego! Mają nam tylko wskazać drogę do 

tego pastucha. 

-  No  więc  właśnie  -  potwierdziła  Anna  spokojnie  i  zwróciła  się  do  chłopca:  -  Wiesz 

może, w jakich okolicznościach została znaleziona klamra? Opowiesz nam o tym? 

Wahał się przez chwilę i w końcu skinął głową. 

-  To  była  dziwna  historia.  Pastuszek  miał  pewnej  nocy  jakby  wizję.  Duża  grupa 

obcych  wędrowała  jego  doliną  na  południe  w  stronę  góry  leżącej  nad  rzeką.  Góry 

niedostępnej  dla  nikogo.  Klamrę  znalazł  później  w  pobliżu  śladów  pozostawionych  przez  tę 

grupę. 

Anna przetłumaczyła. 

- To przesądza sprawę! - zdecydował szybko Giovanni. - Chłopiec naprawdę widział 

zaginionych krewnych księcia. No, to nie potrzebujemy już pomocy tego szczeniaka. 

-  Na  pewno  jest  tutaj  dużo  takich  stromych,  niedostępnych  skał  -  stwierdziła  Anna 

sceptycznie. 

- Tego nie możesz wiedzieć ty, pani, która nie byłaś w głębi tej krainy - zaoponował 

Giovanni.  -  Według  mnie  wszystkie  te  góry  mają  łagodne  szczyty.  Tutaj  nie  ma  chyba 

ż

adnych stromych skał! 

Milovan przerwał markizowi: 

- Na własną  rękę nigdy jej nie znajdziecie. Wnętrze kraju jest poprzecinane wzdłuż i 

wszerz głębokimi dolinami. 

- Prowadź nas więc do tego pastucha! - rozkazał Giovanni. - Albo powiedz, gdzie go 

możemy spotkać. 

background image

Gdy  Anna  przetłumaczyła,  nowicjusz  wstał,  skłaniając  do  tego  samego  pozostałą 

dwójkę. 

Długo stał w milczeniu. Wreszcie Anna złowiła jego wzrok. 

- Nie trzeba było długo szukać, prawda? - spytała powoli. 

Uśmiechnął się. 

- Powiedz swemu mężowie, pani, że ma bardzo mądrą małżonkę. 

- Nie - zaprotestowała, - tego nie przetłumaczę! 

Zaskoczyła ją dojrzałość jego spojrzenia. 

-  Ta  odpowiedź  dowodzi  właśnie  tego,  co  powiedziałem:  on  ma  bardzo  mądrą  żonę. 

Nie, nie trzeba będzie szukać. Jak doszłaś do tego, pani? 

-  Twój  wiek.  I  to,  że  mężczyzna  posiadający  własne  dzieci  nawet  by  nie  próbował 

zostać mnichem. 

-  Co?  O  czym  wy  mówicie?  -  pytał  zdezorientowany  Giovanni.  -  Mów  po  włosku,  a 

nie w tym bękarcim języku! 

Anna odwróciła się do niego z uśmiechem. 

- Myślę, że wiem, jak nazywa się pastuszek. Ma na imię Milovan, ale nie nazywa się 

Branković. 

-  Rzeczywiście  -  przytaknął  chłopak.  -  To,  co  opowiedzieliście  o  rodzie  książęcym, 

interesuje  mnie  bardzo.  Tak,  mój  przybrany  ojciec  bardzo  potrzebuje  pieniędzy,  nie  tyle  dla 

obrony  kraju,  co  na  wspomożenie  tutejszej  biedoty.  To  jest  jego  wielkie  marzenie.  Wieki 

odpierania  naporu  tureckiego  wycieńczyły  nas.  Przystaję  na  waszą  propozycję,  ale  jeszcze 

wszystkiego  nie  opowiedziałem.  Muszę  tylko  prosić  o  zgodę  na  opuszczenie  klasztoru  na 

kilka  dni.  Pewnie  ją  otrzymam,  my,  nowicjusze,  musimy  wychodzić  czasem  do  ludzi,  w 

ś

wiat, aby sprawdzić, czy potrafimy odeprzeć jego pokusy, zanim zostaniemy zakonnikami i 

na  zawsze  zamkniemy  się  za  murami  klasztoru.  Możemy  wyruszyć  jutro  o  świcie. 

Powinniśmy dotrzeć tam za dzień lub dwa, moja wioska nie leży daleko stąd. 

Mówił tak długo i szybko, że Anna ledwie nadążała z tłumaczeniem. 

-  A  więc  to  on?  -  spytał  Giovanni  zdezorientowany.  -  A  niech  to!  Tak,  gdybym  znał 

język, zorientowałbym się od razu. Ale tak już jest, gdy ma się kobietę za pośrednika! 

background image

SKAŁA 

Milovan sam wybrał samotność. Gdy zajął się nim Stefan z Czarnogóry, był prostym 

wiejskim  chłopcem.  Stefan  dostrzegł  jego  dobre,  czyste  serce  i  umiejętność  odczytywania 

ludzkich charakterów. Milovan wcześnie postanowił, że zostanie mnichem. Gorąco i szczerze 

pragnął  służyć  Bogu.  Całym  sercem  oddał  się  naukom  teologicznym.  W  chwili  przyjazdu 

markiza z żoną od wielu lat przebywał w klasztorze. 

Gdy młodzieniec przyłączył się do wyprawy, zniknęła ciężka atmosfera w stosunkach 

pomiędzy małżonkami di Ferro. Anna, choć niechętnie, musiała przyznać, że źle się czuła w 

towarzystwie  własnego  męża.  Nie  powinno  tak  być,  myślała  zdruzgotana.  Powinniśmy  się 

rozumieć, mieć do siebie zaufanie i cieszyć się szczęściem. 

To  na  pewno  moja  wina,  wyrzucała  sobie  Ann.  Czego  właściwie  oczekuje  ode  mnie 

Giovanni? Że będę zachowywać się równie wyniośle jak on? Ale ja nie jestem arystokratką i 

spoglądanie z góry na innych mi nie odpowiada. Staram się, zachowując pewien dystans, być 

przyjazna dla wszystkich, ale widać nie robię tego we właściwy sposób. 

Ach,  jakbym  chciała  być  jego  warta!  Żeby  patrzył  na  mnie  z  miłością  tak  jak  na 

początku!  Ale  on  na  pewno  jest  zawiedziony.  Może  nie  widział  wcześniej,  jaka  jestem 

brzydka, nieciekawa, prosta i niezręczna? Może odkrył to dopiero w czasie ślubu? 

Gdybym tylko była ładna! 

Muszę mu pomóc odnaleźć skarb. Może znów będzie zadowolony. 

Tego  samego  ranka,  przed  wyruszeniem  w  drogę,  u  bram  klasztoru  Annę  spotkała 

wielka  przykrość.  Zanim  wypuszczono  Milovana,  kilku  starszych  mnichów  z  daleka 

przyjrzało  się  Annie  badawczo.  Roztrząsali  coś  między  sobą,  aż  w  końcu  wzruszyli 

ramionami z uśmiechami wyrażającymi współczucie i pozwolili Milovanowi na wyprawę. 

Uznali, że nie jest niebezpieczna! Młoda kobieta, która nie będzie stanowić zagrożenia 

dla  niewinności  kandydata  na  mnicha!  Powinna  się  oczywiście  z  tego  śmiać,  lecz  gdy 

przypomniała sobie, jak traktuje ją Giovanni, poczuła w sercu dotkliwy ból. 

Pożyczyli klasztorne osły, którym Milovan wplótł jasne, złotawe rzemienie w uprząż 

nad czołami. 

- Dlaczego to robisz? - chciał wiedzieć Giovanni. 

- Na tutejszych szlakach można spotkać wielu bojowników o wolność Czarnogóry,  a 

to jest znak, że należymy do grona najbliższych przyjaciół Stefana. 

- Bojownicy? Tutaj? Tak daleko na południe? 

background image

-  Osmańscy  najeźdźcy  starają  się  zająć  pas  wybrzeża  od  podbitej  już  Albanii  do 

Raguzy. Nie możemy dopuścić, aby odcięli nasz kraj od morza. 

Mimo  to  podczas  podróży  nie  widzieli  śladów  walk.  W  ogóle  nie  widzieli  żadnych 

innych  istot  niż  pojedyncze  zwierzęta.  Rozmawiali  ze  sobą  bardzo  mało.  Giovanni  sam  nie 

był  rozmowny;  nie  lubił  też,  gdy  jego  żona  rozmawiała  z  innymi.  Poza  tym  był 

niezadowolony, że musi jechać na ośle. 

Po  długiej  i  męczącej  przeprawie  przez  góry  Milovan  znalazł  pasterski  szałas,  w 

którym mogli przenocować. On sam postanowił spać na dworze. Anna zrozumiała, że było to 

zgodne ze wskazówkami, jakie otrzymał przed opuszczeniem klasztoru. 

W ten sposób Anna znalazła się po raz pierwszy sam na sam ze swym mężem w małej 

izbie. 

Zanim zasnęli, leżała i obserwowała go w półmroku. Tak bardzo chciała wyciągnąć do 

niego  dłoń,  porozmawiać,  uśmiechnąć  się,  pogładzić  jego  twarz.  Kiedyś  przecież  umieli 

uśmiechać  się  do  siebie!  Pamiętała  wszystkie  te  chwile,  gdy  Giovanni  całował  ją  w  rękę. 

Zdarzało  się  także,  że  gładził  ją  delikatnie  po  policzku,  a  jego  oczy  stawały  się  ciepłe  i 

serdeczne. Ale to działo się tak dawno temu... 

Może to była jej wina? Może to on był nieśmiały i nie miał odwagi okazywać swych 

uczuć,  lecz  czekał,  aż  ona  zrobi  pierwszy  krok?  Może  to  ona  wydawała  się  zbyt  chłodna  i 

obojętna? 

Mimo  że  kłóciło  się  to  z  zasadami  wpojonymi  przez  wychowanie,  Anna  zwalczyła 

swą  nieśmiałość  i  zbliżyła  dłoń  do  jego  policzka  -  bardzo,  bardzo  ostrożnie.  Drżącymi  ze 

strachu palcami dotknęła go leciutko. 

Giovanni zesztywniał na moment, potem wymamrotał coś jakby przez sen i udając, że 

ś

pi, przewrócił się na drugi bok. 

Anna  leżała  z  szeroko  otwartymi  oczami,  czując  się  bezgranicznie  zawstydzona. 

Wydawało jej się, że tego nie przeżyje. 

Dzikie, puste góry przeszły w krainę o głębokich dolinach i stromych urwiskach. Anna 

nie pojmowała, skąd Milovan wiedział, którędy  mają jechać. W drodze  kierował się jedynie 

słońcem i swym niezwykłym zmysłem orientacji. 

Drugiego dnia około południa zatrzymał się nagle na otwartej łące pomiędzy lasem a 

górą. 

Wcześniej skręcili na wschód, a teraz wydawało się, że jechali na południe. 

- Co się stało? - spytała Anna. 

Zmienionym ze wzruszenia głosem odpowiedział: 

background image

-  Tutaj  pasałem  nasze  owce.  Jak  tu  ciasno!  Wtedy  wydawało  mi  się  ,  że  to  całe 

królestwo! 

- Byłeś przecież dzieckiem. Nie odwiedzałeś tego miejsca od tamtego czasu? 

- Nie. Ja... unikałem tego. 

Powiedział to w tak dziwny sposób, że Anna pomyślała, iż może nie chciał ściągać do 

swej doliny Turków i dlatego trzymał się z dala. 

Pojechali  dalej  wąskim  obniżeniem  doliny,  niemal  wąwozem,  w  którym  drzewa 

udzieliły  im  przyjemnego  cienia.  Ostatnie  dni  były  nieznośnie  upalne.  A,  według  Anny, 

dolina prowadziła jeszcze bardziej na południe. 

- Tutaj, tędy właśnie weszli w dolinę - wyjaśnił Milovan cicho. - Posuwali się tuż za 

mną, o czym ani oni, ani ja nie wiedziałem. 

-  Ród  Nemanjiciów?  To  tędy  szli?  -  spytał  Giovanni  ostro.  -  Dlaczego  od  razu  nie 

mówiłeś? Mogliśmy znaleźć jakiś ślad. Może ukryli skarb gdzieś przy drodze! 

-  To...  byłoby  szukanie  na  próżno  -  wyjąkał  Milovan,  nienawykły  do  sprzeciwiania 

się. - Wiem, którędy szli, bardziej jest prawdopodobne, że wzięli skarb ze sobą. 

Przełknął głośno ślinę, drżąc pod groźnym spojrzeniem Giovanniego. 

Ruszyli  dalej.  Milovan  ślizgał  się  wzrokiem  po  drzewach  w  dolinie.  Od  czasu  do 

czasu wzdychał głęboko. 

Anna  domyśliła  się,  że  wspominał  dzieciństwo.  Musiał  tędy  chodzić  setki  razy  ze 

swym stadkiem owiec. 

- Gdzie mieszkałeś? - spytała nieśmiało. 

Giovanni  odwrócił  się  patrząc  groźnie.  Anna  poczerwieniała  w  poczuciu  winy,  lecz 

tym razem postanowiła trwać przy swoim. Musi mieć prawo do rozmowy z tym chłopcem! 

- Tam, za zakrętem - odrzekł Milovan niewyraźnie. 

- Czy twoja rodzina nadal tam mieszka? Pewnie się zdziwią, gdy cię zobaczą. 

- Nie - wyszeptał chłopiec. - Tam już nikt nie mieszka. 

- Nikt? 

- Nikt. Trzęsienie ziemi... 

- Och! 

Tak,  teraz  Anna  rzeczywiście  zauważyła  tu  i  ówdzie  ślady  po  trzęsieniu  ziemi. 

Głęboka  szczelina  przecinająca  wzgórze,  które  dopiero  co  minęli,  zwały  kamieni  i  martwe 

drzewa. Ponieważ upłynęło wiele lat, miłosierna trawa pomogła zabliźnić rany. 

Ś

cieżka,  niemal  całkiem  zarośnięta,  skręciła.  Przed  oczami  podróżujących  otworzył 

się szerszy widok. Jadący przodem Giovanni nie zauważył, że Milovan i Anna zatrzymali się. 

background image

Po  prawej  stronie,  na  zboczu  góry,  ujrzeli  ruiny  małej,  ubogiej  woski.  Milovan  przełknął 

ś

linę, lecz nie mógł dłużej ukrywać łez, które zalśniły w jego oczach. 

- To było tak dawno temu... - wyszeptał przepraszająco. 

Anna spontanicznie przykryła dłonią jego dłoń. Akurat wtedy Giovanni się odwrócił. 

- Donna Anna! - zawołał ostro. - Jesteś, pani, moją małżonką, a to jest mnich! 

- To jeszcze niemal dziecko - odpowiedziała po włosku, świadoma, że to nie zazdrość 

powodowała Giovannim, lecz raczej urażona miłość własna. 

Anna podjechała do męża i opowiedziała mu o wiosce. Od razu się ożywił. 

- Czyli musiałeś ich widzieć niedaleko stąd? - zwrócił się do Milovana. 

- Stałem tam, w górze, na ścieżce - odrzekł chłopak, odzyskawszy już panowanie nad 

sobą. - A oni byli tutaj, dokładnie tu gdzie stoimy. 

- Naprawdę? I poszli dalej prosto? 

- Tak. 

Nie  mogli  zobaczyć  skały  ze  swego  miejsca  na  dnie  doliny,  gdyż  ściana  drzew 

ograniczała widoczność. 

- A... klamra? Gdzie ją znalazłeś? - pytał podniecony Giovanni. 

- Leżała dalej, tam gdzie zaczynają się zarośla. 

Wenecjanin  szybko  podjechał  do  krzaków,  zeskoczył  z  osła  i  rzucił  się  na  kolana, 

gorączkowo przeszukując trawę. Anna patrzyła na niego niemal z politowaniem. 

- Chcesz pójść do wioski? - zwróciła się do Milovana. 

- Nie! - zaprotestował gwałtownie. 

Zrozumiała, że wspomnienia były jeszcze zbyt bolesne. 

- Jak poznałeś Stefana z Czarnogóry? 

-  Należał  do  tych,  którzy  przybyli  do  wsi  po  ocalałych.  Strasznie  się  wtedy  bałem, 

przytuliłem  się  do  niego  i  nie  chciałem  puścić,  wydawał  mi  się  taki  silny  i  spokojny.  Wziął 

mnie ze sobą do Raguzy, aby znaleźć mi dom. Jego żona właśnie zmarła, co sprawiło, że stał 

się  bardzo  religijny  i  chciał  opuścić  Czarnogórę.  Służył  jakiś  czas  przy  kościele.  Ja,  w 

podzięce za ocalenie życia, ofiarowałem klamrę. Była najpiękniejszą rzeczą, jaką miałem, ale 

nie  wiedziałem,  że  jest  aż  tak  drogocenna.  Stefan  jednak  wrócił  do  kraju,  do  tego  właśnie 

klasztoru.  On  sam  nie  jest  stworzony  do  zakonnego  życia,  jest  zbyt  niespokojny  i  nigdy  nie 

zostanie mnichem, Za to ja tego pragnę i to go bardzo cieszy. 

- Ale jesteś jeszcze w nowicjacie? 

- O, tak, upłynie wiele lat, nim będę godzien przyjąć święcenia. 

Giovanni wspiął się na grzbiet osła. 

background image

- Nic tam nie ma, ruszamy dalej! 

Słońce  chyliło  się  już  ku  zachodowi,  gdy  dotarli  do  końca  ścieżki.  Stanęli  przed 

potężną skalną ścianą. Wznosiła się wysoko ku niebu; odnosili wrażenie, że pochyla się nad 

nimi.  Z  jednej  strony  była  ograniczona  opadającą  ostro  kilkusetmetrową  granią.  Wejście  na 

nią było niemożliwe: tylko najniższa część przy wejściu do doliny mogła być osiągalna, lecz 

dalej stawała się zbyt stroma. 

Przeciwną stronę doliny ograniczał głęboki jar, ponad którym piętrzyła się ściana lasu. 

Góra była nie do zdobycia. 

- To chyba można nazwać ślepą uliczką... - odezwała się Anna. 

- No właśnie! - powiedział Giovanni z urazą w głosie. - Powiedz temu szczeniakowi, 

ż

e nie mógł tego nie wiedzieć! Nawet dziecko było w stanie zrozumieć, że musieli zawrócić! 

Anna przetłumaczyła, łagodząc nieco słowa męża. 

Milovan uśmiechnął się. 

- Wspominałem, że nie powiedziałem wszystkiego. Pewnej nocy, niedługo potem, jak 

widziałem  ich  w  dolinie,  ujrzałem  ze  swej  wioski  światełko  na  szczycie  góry.  Mogło 

dochodzić z domu, ogniska czy czegoś takiego. 

- Naprawdę? - ożywił się Giovanni. - To co innego! Wystarczy tylko tam wejść! 

Tylko? pomyślała Anna i zerknęła na górę. Sama myśl o tym ją obezwładniała. 

Milovan  zaproponował  nieśmiało,  aby  rozbili  obóz,  bo  wkrótce  nadejdzie  noc. 

Rozłożyli  się  u  stóp  skały  i  na  zmianę  trzymali  wartę  w  obawie  przed  dzikimi  zwierzętami. 

Samo określenie „dzikie zwierzęta” sprawiło, że Annę przeszył dreszcz. Mogła stawić czoła 

każdej przeciwności, ale drapieżniki przerażały ją bardzo. Zawsze im współczuła i rozumiała 

je,  i  dlatego  myśl,  że  mogłaby  zostać  zaatakowana  przez  stworzenie,  którego  nigdy  w  życiu 

nie  chciałaby  skrzywdzić,  była  dla  niej  nieznośna.  Nie  śmiała  jednak  powiedzieć  o  tym 

Giovanniemu.  Nazwałby  to  na  pewno  śmieszną  ckliwością  i  nigdy  by  jej  nie  pojął.  Jeszcze 

raz zerknęła na męża. Tak by chciała go pokochać z całego serca. 

Dlaczego jej to utrudniał? 

background image

UKRYTE PRZEJŚCIE 

Tej  nocy  Anna  śniła  się  Norwegia.  Dom  w  Bergen,  w  którym  nie  była  już  tyle 

miesięcy,  wąska,  spokojna  uliczka,  białe  domy  i  ich  własny,  największy  w  okolicy,  okienka 

błyszczące  tak  ładnie  w  zachodzącym  słońcu,  jej  mały  pokoik  z  jasnymi  meblami...  Nagle 

wkroczył  tam  Giovanni,  rozejrzał  się  i  rzucił  ze  wzgardą:  „Cóż  za  obrzydliwa,  ciasna 

komórka!” 

Zbudziła  się  wtedy  i  poczuła,  jak  bardzo  kocha  swój  dom  rodzinny.  Wspomniała 

jesienne  powroty  statku  do  Bergen  i  znienawidzone,  wąskie  kajuty  pod  kołyszącym  się 

pokładem.  Nawet  ją  to  zdziwiło  -  zawsze  sądziła,  że  lubi  morskie  podróże  i  poznawanie 

kolejnych portów. Chyba zaczynam się starzeć, pomyślała z uśmiechem, który zamarł jej na 

ustach, gdy dostrzegła w ciemności śpiącego Giovanniego. 

Nigdy  nie  czuła  się  bardziej  samotna  niż  teraz,  kiedy  otrzymała  tego  człowieka  za 

męża! 

Noc  był  chłodniejsza,  niż  się  spodziewała.  Gdy  wreszcie  nadszedł  ranek,  wstali, 

sztywni  z  zimna  i  bez  humoru.  Po  śniadaniu,  wraz  z  pierwszymi  promieniami  słońca, 

obudziła  się  w  nich  chęć  do  życia.  Słońce  nie  dochodziło  co  prawda  jeszcze  do  ich  ciasnej 

doliny, ale ogrzewało powietrze, którym oddychali. 

Całe  przedpołudnie  próbowali  znaleźć  jakąś  drogę  na  górę.  Wspinali  się,  pokonując 

długie  odcinki,  ale  bez  rezultatu.  Trwało  to  całe  godziny,  zapomnieli  nawet  o  głodzie  i 

zmęczeniu,  wciąż  szukając  nowych  rozwiązań.  Za  każdym  razem,  gdy  wydawało  się,  że 

znaleźli jakąś możliwość, okazywała się chybiona, i musieli zaczynać od początku. 

Gdy słońce stanęło w najwyższym punkcie, zebrali się przy osłach. 

- Czy jesteś pewien, że widziałeś to światło? - zapytał Giovanni. 

- Tak, na pewno! - odparł Milovan. 

Wenecjanin popatrzył zrezygnowany na skałę i powiedział: 

- Jeżeli to prawda, musieli już znać drogę na górę, gdy tu przybyli. 

- Tak, a poza tym - dodała Anna - zdołali przetransportować zwierzęta i wozy, inaczej 

znaleźlibyśmy jakieś pozostałości. 

-  Niepojęte!  -  wymamrotał  Giovanni.  -  a  jeżeli  to  wszystko  jest  wymysłem?  Jeżeli 

nigdy nie było żadnego klasztoru tam na górze, to chyba trochę się nabraliśmy, nieprawdaż? 

-  Wszyscy  w  wiosce  słyszeli  o  klasztorze  -  zapewnił  Milovan  drżącym  głosem.  - 

Nigdy nie wątpiliśmy w prawdziwość tej legendy. 

background image

Anna rozpoczęła ostrożnie: 

- Jeżeli ludzie z rodu Nemanjiciów dostali się na górę... Myślicie, że nadal tam są? 

Odpowiedział jej Giovanni: 

-  To  było  dwanaście  lat  temu!  Co  prawda  nie  wiemy,  jak  tam  jest,  ale  nie  sądzę... 

Musieli  opuścić  to  miejsce  dawno  temu.  Możemy  tylko  mieć  nadzieję  na  jakiś  ślad  po 

skarbie. 

Milovan  potrząsnął  głową.  Stefan  i  jego  ludzie  dobrze  znali  te  tereny.  Zwróciliby 

uwagę na obcych, gdyby nagle zjawili się w okolicy. a tak się przecież nie stało. 

Giovanni chrząknął tylko znacząco. 

Głód i rozczarowanie sprawiły, że odczuwali irytację. Przyrządzili jakiś posiłek. Anna 

marzyła o wydostaniu się z tego nieprzyjemnego, wilgotnego miejsca w cieniu góry. Siedziała 

na  trawie  i  żuła  kromki  miejscowego  chleba,  przełożone  plastrem  czarnogórskiej  szynki, 

wędzonej  i  suszonej  na  strychu  pięć  lat.  Nie  była  przyzwyczajona  do  takiego  jedzenia,  ale 

smakowało jej. 

Patrzyła  na  lewą  stronę  doliny,  gdzie  wysuszone  koryta  potoków  przerywały 

monotonię  roślinności  porastającej  najniższą  część  zbocza.  Ponad  warstwą  zieleni  wznosiła 

się wapienna ściana, która w cieniu wydawała się niebieskoszara. 

Nagle w głowie zaświtała jej jakaś myśl. 

- Czekajcie! - zawołała bez tchu. 

- Na co? - spytał  Giovanni, zły. Jego twarz nosiła ślady zmęczenia i nie  była już tak 

młodzieńczo gładka. 

-  Przypuszczam,  że  istnieje  rozwiązanie  -  rzuciła  Anna,  starając  się  stłumić 

ogarniające ją podniecenie. - Pozwólcie mi chwilę pomyśleć! 

-  Ech,  te  kobiety  -  pogardliwie  prychnął  Giovanni  i  posłał  Milovanowi  znaczące 

spojrzenie, które nie zostało odwzajemnione. 

- Tu jest wszędzie kras? - zaczęła. - To jest kras, prawda? - spytała nerwowo. 

- Kras? A cóż to takiego? - zdziwił się Giovanni. 

Anna zignorowała go. 

-  Tak,  na  pewno  -  odpowiedziała  sama  sobie.  -  Wszędzie  skały  wapienne.  Ten  jar  to 

przecież rozpadlina wapienna. A te potoki... 

- No, co z nimi? 

- Czytałam o zjawiskach krasowych. O górach drążonych od wewnątrz przez wodę. O 

wyschniętych  korytach  rzek,  pozostawiających  korytarze  w  skale.  O  ogromnych, 

kilometrowych  jaskiniach  ze  stalaktytami  i  stalagmitami.  Właśnie  tutaj,  na  Bałkanach, 

background image

najwięcej w Chorwacji, ale i w Czarnogórze... 

- Jak je, pani, nazwałaś? Sta... 

-  Stalaktyty.  Nacieki  utworzone  w  ciągu  milionów  lat  przez  kapiącą  wodę  z 

cząsteczkami wapnia. 

-  Kobiety  nie  powinny  czytać  za  dużo.  Nie  jest  im  z  tym  do  twarzy  -  powiedział 

nadąsany Giovanni, który nie chciał okazać, że nie wie, o czym mówi żona. 

Milovan jednak patrzył na Annę zamyślonymi oczami dziecka. 

Była  taka  jama  w  pobliżu  naszej  wioski...  Niespecjalnie  duża,  bo  wyrzeźbiona  przez 

dawne  koryto  potoku,  tak  jak,  pani,  mówiłaś.  A  w  środku  były  różne  dziwne  kamienne 

kształty. 

Anna przytaknęła. 

- Siedzę tak i patrzę na te wyschnięte koryta - mówiła ożywiona. - Schodzą zapewne 

bardzo  wysoko  z  góry,  ale  nikt  nie  wie,  którędy.  Dotyczy  to  zwłaszcza  koryt  podziemnych. 

Spójrzcie  na  to  duże,  najbliższe  „naszej”  skały,  jest  szerokie,  tak  jakby  płynęła  nim  jakaś 

rzeka. Mam ochotę zbadać, którędy prowadzi. 

- Znika za drzewami, ale nie widzę go już wyżej - powiedział Milovan. - Ja też idę. 

Wstali. 

- To za daleko, jestem zmęczony - narzekał Giovanni. - To jakieś bzdury! Kto słyszał 

o rzece płynącej na wskroś góry? 

- Pozwolisz, panie, że pójdziemy? - spytała Anna niepewnie? 

Giovanni  spoglądał  na  nich  podejrzliwie,  rozważając  sprawę.  Wreszcie  westchnął, 

zrezygnowany, i też się podniósł. Zostawili osły na popas na swobodzie, nie widzieli w nocy 

ż

adnych dzikich zwierząt, miejsce wydawało się bezpieczne. 

Musieli cofnąć się daleko, aby ominąć jar, o wiele dalej niż sądzili. Wspinali się teraz 

wysuszonym  korytem  potoku  i  mocno  odczuwali  nieznośny  upał.  Odbijające  się  od  skał 

promienie słońca oślepiały ich, Anna czuła, że coraz bardziej boli ją głowa. 

Koryto potoku było rzeczywiście szerokie. Milovan ocenił je wzrokiem. 

- Chyba dałoby się wprowadzić tędy konie i wozy - stwierdził. 

- Tak - zgodziła się Anna i przetłumaczyła jego słowa mężowi. 

Miała naprawdę dosyć ciągłego występowania w roli tłumacza. Giovanni żył przecież 

w  tym  kraju  co  najmniej  piętnaście  lat.  Czemu  więc  nie  nauczył  się  języka?  Nie  można 

przecież  być  aż  tak  wyniosłym,  by  móc  udawać,  że  się  nie  słyszy  tych  „nieprzyjemnych 

dźwięków”, jak nazywał serbsko - chorwacki? Coś przecież musiało zostać w tej leniwej... 

O, nie, wybacz, pomyślała zaraz pokornie, lecz i z lekkim rozbawieniem. Przecież nie 

background image

wolno  mi  myśleć  bez  szacunku  o  swoim  najdroższym  małżonku!  Jednocześnie  jednak 

uświadomiła  sobie,  że  jeżeli  nie  będzie  traktowała  swoich  stosunków  z  Giovannim  bez 

odrobiny gorzkiego humoru, to oszaleje. 

Giovanni przyznawał, że wozy mogły tędy podjechać, bo nie było zbyt stromo. Mimo 

to  nadal  pogardliwie  traktował  niewiarygodną  teorię  żony  o  potokach  płynących  na  wskroś 

przez skały. 

Dotarli  do  lasu,  który  okrył  ich  swym  zielonym  cieniem.  Było  to  wybawienie  dla 

Anny. Znów mogła patrzeć na skałę bez mrużenia oczu. 

Często  zatrzymywali  się  na  odpoczynek.  Giovanni  był  nie  przyzwyczajony  do  tego 

rodzaju wysiłku. Annie chodzenie zawsze sprawiało ból, zwłaszcza tutaj, a Milovan co chwila 

potykał się o swój habit. 

Wreszcie mogli dostrzec górę wyłaniającą się zza gęstych drzew. 

Nagle koryto potoku zniknęło wśród krzaków rosnących przy skalnej ścianie. 

- Musi przecież skądś wypływać! - rzekł Milovan. 

Anna zacisnęła usta. 

- Spójrzcie, leżą tam drzewa, wydają się zrąbane dawno temu. Mogli to zrobić ludzie z 

rodu  książęcego,  gdy  tu  nadeszli  przed  dwunastu  laty.  Pamiętacie,  droga  była  ukryta  i 

zapomniana  przez  wiele  stuleci.  A  te  krzaki  może  i  mają  dwanaście  lat,  nie  znam  się  na 

roślinach. Zetnijmy je. Czy ktoś może pożyczyć mi nóż? 

Niestety,  mieli  tylko  dwa.  Musiała  więc,  zniecierpliwiona,  siedzieć  bezczynnie  i 

patrzeć, jak nieskończenie powoli przebijają się przez gęstą roślinę. Niektóre gałęzie okazały 

się za grube, te zostawili. Wkrótce zaczęli się domyślać, co kryje się za nimi... Wreszcie ścięli 

i je. 

Długą chwilę stali w milczeniu. Giovanni zagwizdał cicho. 

- Brama w górze! wyszeptał Milovan. - Tu jest to ukryte wejście! 

- Tak, ale jesteśmy zbyt daleko od skały - narzekała Anna. - Czy to może się zgadzać? 

-  Musi!  -  wykrzyknął  z  entuzjazmem  Giovanni.  Zapomniał,  że  powinien  zachować 

stosowny  dystans  wobec  tych  dwojga.  Znów  był  na  tropie  skarbu  i  oczy  błyszczały  mu  z 

podnieceniem. 

Milovan usunął ostatnie zasłaniające wejście gałęzie. 

-  Czy  się  odważymy?  -  wyszeptała  Anna  do  siebie.  Cieszyła  się  bardzo,  choć 

jednocześnie  czuła  strach,  patrząc  na  tę  wielką,  czarną  jamę,  prowadzącą  w  nieznane. 

Podświadomie stanęła za mężczyznami. Chciała z nimi iść, ale nie jako pierwsza! 

background image

UTRACONA NADZIEJA 

- A osły? - spytał Milovan niepewnie. - Co z nimi zrobimy? 

Giovanni przejął teraz przywództwo, co, jak uważał, słusznie mu się należało. 

- Niech pozostaną tam,  gdzie są - powiedział władczo. - A teraz ostrożnie. Zajrzymy 

tylko do groty. 

Milovan znalazł wyschniętą gałąź karłowatej sosny i zapalił ją. Tak rozpoczęli pochód 

w głąb góry, posuwając się z wahaniem. 

- Czy mogą tu być dzikie zwierzęta? - niemal wyszeptała Anna. 

- Na zewnątrz nie było żadnych śladów - odpowiedział Milovan. 

Nie szło się źle po dnie potoku, było nadal tak szerokie, jak na zewnątrz. Wozy mogły 

spokojnie  nim  jechać...  Przynajmniej  z  początku.  Wkrótce  jednak  zaczęły  się  problemy. 

Pojawiły się odnogi korytarza i pierwsze formacje wapienne. Nie były duże, ale od czasu do 

czasu blokowały drogę. 

W  takich  chwilach  Anna  wyobrażała  sobie,  jakie  przeszkody  musieli  przezwyciężać 

przed laty ludzie z orszaku książęcego. O ile naprawdę tędy szli... 

Posuwali  się  naprzód.  Żadne  z  nich  nie  wiedziało,  jak  daleko  powinni  pójść  za 

pierwszym razem, ale jednocześnie nikt nie miał ochoty zawrócić. Jeszcze tylko kawałek... i 

jeszcze trochę... 

Nagle Milovan wykrzyknął: 

- Spójrzcie tam! 

Przed  nimi,  na  środku  drogi,  wznosił  się  stalagmit,  niemal  złączony  z  wiszącym  nad 

nim stalaktytem. 

Ludzie,  także  konie  i  węższe  wozy,  mogły  go  obejść,  ale  szerszy  pojazd  musiał  się 

poddać. 

I stał tam w istocie jak zamierzchła pamiątka po dawnej podróży. 

Na  twarzy  Giovanniego,  oświetlonej  przez  pochodnię,  malowało  się  napięcie  i 

podniecenie. 

- A więc jednak dotarli tutaj! Jesteśmy na dobrej drodze! Jesteśmy na dobrej drodze! 

Ostatnie  słowa  wykrzyczał,  aż  odbiły  się  echem  od  ścian  jaskini.  Obszedł  wóz 

dookoła,  lecz  nie  znalazł  żadnych  znaków  świadczących  o  tym,  że  podróżował  nim  ktoś  z 

książęcego  rodu.  Widział  tylko  zwyczajny  wóz  ze  spróchniałymi  dyszlami  i  rozpadającymi 

się kołami. 

background image

-  Może  jednak  pójdziemy  po  osły?  -  zastanawiała  się  Anna,  zawsze  dbająca  o 

zwierzęta. - Idziemy już bardzo długo. 

-  Jeszcze  kawałek  -  zarządził  Giovanni.  -  Zauważyliście  chyba,  że  cały  czas 

podchodzimy pod górę? 

-  Tak,  ale  w  jakim  kierunku?  -  spytała.  -  Może  oddalamy  się  od  skały?  A  może 

idziemy na wskroś wzgórza? 

Ale  w  oczach  Giovanniego  płonął  fanatyczny  ogień.  Nie  dopuszczał  żadnych 

sprzeciwów. 

Chwilę  później  napotkali  następną  przeszkodę.  Sklepienie  tak  się  obniżyło,  że  konie 

miałyby tu trudności z przejściem. Ale skoro ich trójce się udało, przedostałyby się tędy także 

osły. 

Wkrótce zobaczyli to, za czym tak bardzo tęsknili: światło dochodzące ukosem z góry. 

- No, teraz najważniejsze - wykrztusił Giovanni. - Gdzie wyjdziemy? 

Parę  minut  później  stali  na  grzbiecie  wzgórza  na  zielonej  łączce.  Była  owalna  i 

nieduża,  w  sam  raz  na  bezpieczne  pastwisko  dla  ich  zwierząt.  Ściana  skały  wznosiła  się 

naprzeciw, a jakieś sto metrów nad sobą dostrzegli szczyt. 

- Jak tam dojdziemy? - spytał Milovan z przejęciem. - Czyżby to była droga?! 

Mrużyli oczy, starając się dostrzec coś pod słońce. Wszystkim wydawało się, że widzą 

stromą, wąską dróżkę wijącą się pod górę i znikającą za krawędzią. 

- Ciekawe, czy kończy się tam, czy wiedzie na sam szczyt? - wyszeptał Giovanni. 

-  W  każdym  razie  teraz  wracamy  po  osły  -  postanowiła  Anna.  -  Możemy  tu  rozbić 

obóz, a jutro iść dalej. 

- Jutro? Nie możemy przecież czekać tak długo! - protestował Giovanni. 

- Wkrótce nadejdzie wieczór. Zanim wszystko tu przeniesiemy, zapadną ciemności. 

Postanowili,  że  Anna  zaczeka,  a  oni  pójdą  po  osły  i  bagaże.  Pochodnia  się  wypaliła, 

nowej  nie  znaleźli.  Nic  jednak  nie  zdołało  powstrzymać  Giovanniego.  Anna  obserwowała  z 

radością, jaki był szczęśliwy i miły dla nich, i myślała, że może, może... 

Znów  zniknęli  w  grocie.  Poczuła  nagle,  jak  bardzo  bolą  ją  nogi  i  plecy.  Znalazła 

wygodne miejsce na trawie, położyła się i zapatrzyła w niebo. 

Jakie  to  dziwne!  Oto  ja,  Anna  Wardelius  z  Bergen,  leżę  sobie  na  niedostępnym 

wzgórzu w Czarnogórze. Jak tu dotarłam? To wszystko stało się tak nagle! I mam męża - ja, 

której sądzone było życie w samotności. 

Z bólem w sercu uświadomiła sobie jednak, że jest wiele rodzajów samotności. 

Wszystko wskazywało na to, że ta nowa będzie o wiele bardziej dotkliwa od dawnej. 

background image

Niezauważalnie  zapadła  w  sen,  oświetlana  łagodnie  przez  słońce.  Obudziły  ją 

dochodzące z bliska głosy. Poderwała się. 

Giovanni i Milovan prowadzili osły. 

- Nieźle się trzeba było napracować, aby przeprowadzić je przez to wąskie przejście! - 

zawołał Milovan zadowolony z siebie. - Ale gdy pierwszemu się udało, pozostałe podążyły za 

nim. 

Tak  też  musiało  być  wtedy,  dwanaście  lat  temu,  pomyślała  Anna.  I  musieli  mieć  ze 

sobą przewodnika, inaczej na pewno nie znaleźliby tej drogi od razu. 

Następnego ranka Giovanni wstał wcześnie i niemal nie pozwolił im zjeść śniadania, 

nakłaniając  do  pośpiechu.  Milovan  połączył  ich  długą  liną  i  tak  rozpoczęli  wspinaczkę: 

pierwszy Giovanni, potem Anna, a na kocu Milovan. 

Górska  droga  była  szersza,  niż  się  wydawało  z  daleka.  Właściwie  zabezpieczenie  w 

postaci  liny  okazało  się  niepotrzebne,  ale  Anna  z  wdzięcznością  przyjęła  poczucie 

bezpieczeństwa,  jakie  jej  dawała.  Zawsze  bała  się  wysokości  i  teraz  starannie  unikała 

patrzenia poza skraj drogi. 

Wchodzili szybko. Wkrótce stanęli w miejscu, gdzie droga okrążała skałę, i ujrzeli, co 

się  za  nią  znajdowało.  Annie  pociemniało  w  oczach.  Pod  nimi  toczyła  swe  wody  rzeka: 

szeroka,  dzika,  spieniona,  pędząca  z  hukiem  dnem  doliny.  Na  szczęście  za  zakrętem  droga 

znów wracała w kierunku „lądu”. 

- Że też odważyli się jechać tędy wozami konnymi! - wykrzyknął Milovan. 

-  Droga  jest  szeroka  -  odpowiedział  Giovanni,  któremu  wysokość  nie  wydawała  się 

przeszkadzać. W jego oczach płonęła gorączka. Teraz był już tylko poszukiwaczem skarbów. 

Zatrzymali  się  na  odpoczynek,  gdyż  rozpoczęli  wspinaczkę  w  zbyt  gwałtownym 

tempie.  Annę  bolało  w  piersiach,  oddychała  ze  świstem  i  czuła  walenie  pulsu  w  skroniach. 

Osunęła  się  na  kamień  i  patrzyła  na  wspaniały  krajobraz.  Jakże  dzikie  wydawało  się  to 

pustkowie!  Gdzie  tylko  wzrokiem  sięgnąć,  wzgórze  za  wzgórzem.  Miejscami  ponad  nimi 

wznosiły się niebieskawe szczyty, które w świetle słońca wydawały się niemal czarne. 

Giovanni spojrzał przed siebie. 

- Droga znów znika. Ale chyba wkrótce będziemy u celu. 

- Tak sobie myślę: oto świat, do którego przez stulecia nikt nie miał dostępu - wyrzekł 

Milovan uroczyście. - Tylko raz, dwanaście lat temu, odsłonił się przed książęcym rodem. A 

ja stoję tu teraz, przy wejściu do tajemniczej góry mojego dzieciństwa! 

Anna rzuciła lękliwe spojrzenie w dół. Daleko, daleko stąd chodziły osiołki, pasące się 

bezpiecznie na łączce. Ach, jakże ona chciała tam się znaleźć! Chyba jednak nie była typem 

background image

poszukiwacza  przygód.  Wszelkie  niebezpieczne  przygody  wydają  się  fascynujące,  kiedy 

czyta  się  o  nich  w  domu,  w  ciepłej  bibliotece.  Teraz  przeżywała  właśnie  taką  przygodę,  na 

którą by się mało kto odważył, i tęskniła do swej biblioteki w Bergen. Albo nawet i do okrętu! 

Gdyby  tylko  miała  pewność  co  do  uczuć  Giovanniego,  podróż  mogłaby  być 

wspaniała! Nie odczuwałaby nawet zmęczenia czy innych niedogodności. A tak - wypełniało 

ją poczucie bezbrzeżnej samotności. 

Obecność  przyjaznego  Milovana  nieco  pomagała,  był  on  jednak  jeszcze  bardzo 

dziecinny  i  zupełnie  nie  znał  życia,  skryty  za  murami  klasztoru,  tak  że  Anna  tym  bardziej 

musiała udawać silną osobę. 

A wcale się taką nie czuła! 

Wolałaby  mieć  obok  siebie  kogoś,  kto  stanowiłby  dla  niej  autorytet,  podejmował 

decyzje i rozwiązywał problemy. 

- Wstawać, dosyć leniuchowania! - wołał Giovanni. 

Anna podniosła się z westchnieniem. Nie w takie ręce chciała złożyć swój los. 

-  Droga  jest  dobra  -  powiedział  Milovan.  -  Tylko  niektóre  z  jej  odcinków  musiano 

poszerzyć podczas budowy klasztoru wieleset lat temu. 

- Czy w ogóle ktoś go widział? - chciał wiedzieć Giovanni. 

-  Nie,  mówiono  tylko,  że  jest  tam  bardzo  stary  klasztor  otoczony  wsią  -  tłumaczył 

chłopak. 

Nie  doszli  jednak  dalej  niż  za  następny  zakręt,  gdy  zatrzymali  się  z  okrzykiem 

zawodu. 

Widzieli  teraz  szczyt  góry,  ale  co  z  tego?  Niemal  pod  ich  stopami  rozwierała  się 

przepaść jak szeroka rana w skale. 

- Tak - westchnął Milovan. - To chyba już koniec... 

Giovanni  nic  nie  odpowiedział.  Oczy  jego  gorączkowo  omiatały  skalną  ścianę  w 

poszukiwaniu sposobu na przejście. 

- Tak blisko! - wyszeptała Anna. - I wszystko na nic! 

- Milcz! - zasyczał Giovanni. - Musi się udać. Musi! 

Milovan potrząsnął głową. 

- To niemożliwe. Tu jest za szeroko, a tam, po drugiej stronie przepaści, droga biegnie 

wyżej. 

Giovanni  stał  przez  chwilę  bez  ruchu,  niemal  z  nienawiścią  wpatrując  się  w 

wymarzony szczyt. 

Wykrzyknął w końcu z bezsilną wściekłością: 

background image

- To niesprawiedliwe! Nie zasłużyłem na takie przeszkody! 

Anna zamyśliła się. 

- Widziałeś światło dochodzące z góry dwanaście lat temu, Milovan. I to nie stąd, bo 

tej  drogi  nie  widać  z  wioski.  Musiało  dochodzić  ze  szczytu.  Znaczyłoby  to,  że  ród  książęcy 

dotarł na miejsce. Droga musiała zawalić się później, i to całkiem niedługo potem, skoro nikt 

po tobie nie widział już nikogo z tej grupy. 

Milovan spojrzał na nią swymi oczami dziecka i przytaknął. 

- Trzęsienie ziemi! Było strasznie silne, pewnie ono to sprawiło. 

- Na pewno. O, biedni ludzie - wyszeptała Anna i spojrzała znów na szczyt. - Odcięci 

od reszty świata! 

- Z pewnością nikt już tam nie żyje - osądził Milovan. - Jakie to okropne! 

- Oni mnie nic nie obchodzą - rzucił Giovanni ze złością. - Ale skarb musi tam być, to 

jedno jest pewne. I to nawet lepiej, że nie strzegą go już żadne smoki. Jest nasz, bo nikt poza 

nami  o  nim  nie  wie.  Zdobędę  go.  Zdobędę,  choćbym  miał  poświęcić  całe  moje  życie. 

Zdobędę, zdobędę! 

- Jak? - zdumiała się Anna. 

Giovanni  zaczerpnął  tchu,  aby  coś  odpowiedzieć,  lecz  musiał  sobie  uświadomić 

beznadziejność przedsięwzięcia i tylko wypuścił powietrze z wściekłością. 

Zapadła cisza. Wiedzieli, że nie mogą zrobić nic innego, jak tylko zawrócić, zejść na 

dół  i  ruszyć  z  powrotem  do  Raguzy.  Nikt  jednak  nie  miał  na  to  ochoty.  Dotarli  tak  daleko, 

wykazali tyle pomysłowości, odnaleźli wszystkie drogi... 

A teraz - koniec przygody. 

Anna  nie  interesowała  się  skarbem,  jednak  nie  chciała  poddać  się  tak  blisko  celu  i 

czuła,  że  nie  tylko  ona  jest  tego  zdania.  Milovan  także  nie  dbał  o  skarb,  myślał  przecież 

podobnie  jak  ona.  Ale  odnosiła  wrażenie,  że  chętnie  zrobiłby  niespodziankę  przybranemu 

ojcu, ofiarowując mu majątek. I na pewno chciał zobaczyć stary klasztor. A teraz żadne z ich 

marzeń nie mogło zostać spełnione... 

Nagle chłopak podniósł głowę. 

- Co to było? 

- Co? - spytali. 

- Coś! Jakiś hałas, ruch... nie wiem. 

Bezwiednie podnieśli głowy w stronę najwyższej krawędzi skały. 

I  znieruchomieli.  Anna  nieświadomie  schwyciła  za  rękę  Giovanniego,  który  tego 

nawet nie zauważył. 

background image

Na  skale,  nieco  poniżej  drogi  po  drugiej  stronie  przepaści  stał  mężczyzna. 

Sprowadziły go prawdopodobnie krzyki Giovanniego. 

Wpatrywał się w nich równie zaskoczony jak oni. 

background image

DRAGO 

Mężczyzna  poruszył  się  i  z  wahaniem  zszedł  niżej.  Oni  też  się  zbliżyli  do  urwiska  i 

wkrótce stali po obu stronach przepaści. 

Nikt nic nie powiedział. 

Nieznajomy ubrany był w zgrzebne spodnie i koszulę z szerokimi rękawami, niegdyś 

białą, a teraz smutnie szarą i postrzępioną. Stopy owinął paskami skór. Był młody, wysoki i 

mocno zbudowany, miał półdługie czarne włosy i skórę koloru miedzi. Annę zdziwiło, że nie 

nosił brody. Najwyraźniej starał się zachować pewne pozory cywilizacji. 

Jakie to dziwne, pomyślała. Właśnie marzyła o kimś, kto stanowiłby dla niej autorytet, 

a  tam  stał  urodzony  przywódca.  Taki,  któremu  można  przekazać  całą  odpowiedzialność.  To 

wprost biło ze stalowoszarych oczu i głębokich bruzd biegnących wzdłuż ust. 

- Skąd przybywacie? - spytał zwięźle, lecz było w jego głosie dziwne napięcie, a może 

głębokie wzruszenie, które usiłował ukryć. 

- Ani słowa o skarbie! - szybko rzucił Giovanni pozostałym. - On pewnie go pilnuje, 

nie  może  się  dowiedzieć,  że  jesteśmy  zainteresowani.  Kim  ty  sam  jesteś,  panie?  -  zawołał 

głosem, który miał brzmieć bardziej władczo niż głos obcego. 

Giovanni,  gdy  chciał,  rozumiał  serbsko  -  chorwacki,  ale  pytanie  zadał  po  włosku. 

Milovan jednak odezwał się pierwszy. 

-  To  markiz  di  Ferro  i  jego  małżonka  -  wyjaśnił.  -  Ja  jestem  Milovan,  nowicjusz 

zakonny. 

Mężczyzna zwrócił poważny wzrok na chłopaka. 

- Jak znaleźliście tu drogę i czego chcecie? 

- Mieszkałem w pobliżu jako dziecko - odpowiedział Milovan lekko drżącym głosem. 

- Chciałem sprawdzić, czy ten tajemniczy klasztor rzeczywiście tu stoi, czy to tylko legenda. 

Drogę znaleźliśmy dzięki donnie Annie, która domyśliła się, którędy mamy iść. 

Anna poczuła na sobie badawczy wzrok obcego. Jego twarz nie zdradzała niczego. W 

końcu musiała spuścić oczy. 

- Nie możemy marnować czasu na jakieś rozmowy - warknął giovanni. - Spytaj, co to 

za ptaszek i co tu robi! 

-  Kim  jesteś,  panie?  -  spytała  Anna  nieśmiało,  z  trudem  wytrzymując  spojrzenie 

niesamowitych oczu mężczyzny. 

- Jestem Drago - odpowiedział. 

background image

- Słyszycie? - wyszeptał Giovanni w swoim języku. - Używa tylko imienia, czyli musi 

pochodzić z rodziny książęcej. Nie daj mu poznać, pani, że wiemy o tym! 

- Milovan też użył tylko imienia - sprzeciwiła się Anna, lecz zawołała przez przepaść: 

- Czy jesteś tu sam, panie? 

Wahał się przez chwilę. 

- N... nie. Jest tu też stara kobieta, ale... bardzo chora. 

- Jak przez to przejść? - spytał Giovanni niecierpliwie, a Anna przetłumaczyła. 

Na twarzy mężczyzny pojawił się niemal niewidoczny, ironiczny uśmieszek. 

- Zastanawiam się nad tym już dwanaście lat. 

- Czy cały czas mieszkałeś tu sam, panie? - wykrzyknęła Anna, pełna współczucia. 

- Nie, oczywiście, że nie. Było nas około pięćdziesięciorga. Trzęsienie ziemi, choroby 

i inne przeciwności losu zabrały pozostałych. 

Jaki  on  jest  chudy!  pomyślała  ze  współczuciem.  Czym  się  żywił  przez  te  wszystkie 

lata? 

Dała głośno wyraz swemu zdumieniu: 

- Jak udawało się wam wyżywić? 

- Nie było tak źle - odpowiedział krótko. - Uprawialiśmy zboże, mieliśmy wodę, przez 

pierwsze lata i mięso. Teraz już nie. 

Anna potrząsnęła głową, zatroskana. 

- Jak wydostaniemy stąd ciebie, panie, i tę starą kobietę? Musimy pójść po pomoc! 

-  O  czym  mówisz,  pani?  -  spytał  Giovanni  z  irytacją.  -  Pomoc  dla  nich?  Czy  to 

obiecywałaś? 

- Oczywiście! Musimy ich tu przeprowadzić! 

-  Czy  całkiem  zapomniałaś,  pani,  po  co  tu  przyjechaliśmy?  To  my  mamy  się  tam 

przedostać, wszystko inne jest nieistotne. 

Widziała,  że  mężczyzna  czeka  na  wyjaśnienie.  Poczuła  przypływ  niechęci  do 

Giovanniego.  Dlaczego  nie  chciał  nauczyć  się  języka  tego  kraju?  Gdyby  nie  jego 

zarozumialstwo, uniknęłaby dodatkowego obciążenia, jakim było ciągłe tłumaczenie. 

Wybacz mi, mężu, dodała jednak przepraszająco w myślach. 

Czerwieniąc się pod badawczym spojrzeniem Draga, zaczęła dyplomatycznie: 

-  Mój  mąż  pragnie  obejrzeć  ten  stary  klasztor,  studiuje  bowiem  historię.  To  jednak 

teraz nieważne, musimy przede wszystkim spróbować wybudować most. Pewnie masz, panie, 

jakąś propozycję? Zastanawiałeś się nad tym już wiele lat... 

Krótką chwilę patrzył na nich troje, rozważając coś. Wzrok jego na długo spoczął na 

background image

Giovannim. Wreszcie rzekł: 

-  Tak,  mam  propozycję.  -  Jego  twarz  i  głos  wyrażały  teraz  więcej  życia.  -  Kiedyś 

zbudowałem  prowizoryczny  most  wiszący.  ale  potrzebny  był  ktoś  z  tamtej  strony  przepaści, 

kto  mógłby  wbić  kołki  w  skałę  i  umocować  drugi  koniec  mostu.  Nikogo  jednak  nie  było. 

Czekałem wiele lat, aż w końcu straciłem nadzieję. 

- Ale teraz jesteśmy! - zawołał Milovan, podczas gdy Anna tłumaczyła Giovanniemu 

słowa nieznajomego. 

-  Przyniosę  go  -  powiedział  Drago  -  chociaż  nie  wiem,  czy  nadal  jest  dostatecznie 

wytrzymały. 

- Mamy liny - zapewniła Anna szybko. 

Jego  surowa  twarz  złagodniała  pod  wpływem  wdzięczności.  Stał  jeszcze  chwilę, 

wahając się, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł się na to zdobyć. 

Anna zrozumiała. 

- Nie, nie znikniemy - zapewniła ciepło. 

Ujrzała cień uśmiechu wokół ust mężczyzny. Skinął głową i zaczął wchodzić na grań 

zręcznie jak kozica. Chwilę później już go nie było. 

Anna zorientowała się nagle, że od dłuższej chwili drży na całym ciele. 

Zamknęła oczy. Dzięki! wyszeptała cicho do siebie. Dzięki, dobry Boże, że ta szalona 

wyprawa nie jest bezcelowa! Dzięki, że nadałeś jej sens! Skarb... nie cierpię tego skarbu. Ale 

teraz...  nigdy  jeszcze  nie  czułam  się  tak  szczęśliwa!  Pozwól,  aby  to  się  powiodło.  Boże! 

Pozwól nam ich uratować! Tę starą kobietę i... tego mężczyznę. 

Usiedli.  Lęk  wysokości  nadal  dokuczał  Annie.  wychyliwszy  się  nad  przepaść, 

zadrżała. 

A może wystarczy pomóc im przedostać się na tę stronę i opuścić to miejsce? 

Tak bardzo nie chciała przeprawiać się jakimś prowizorycznym wiszącym mostem! O 

ile w ogóle coś takiego mogłoby ich udźwignąć. Mocno w to wątpiła. 

Dostrzegła, że Milovan zatopił się w modlitwie. Często widywała go modlącego się o 

stałych porach. 

Giovanni siedział z zaciśniętymi ustami. Mogła się domyślić jego uczuć: podniecenie 

bliskim już celem i niecierpliwość wywołana koniecznością oczekiwania. 

-  Ten  Drago  będzie  dla  nas  dodatkowym  problemem  -  rzucił  jej  cicho.  -  ale 

rozprawimy się z nim! 

- Jak? - spytała sztywnymi ustami. 

- Zależy, czy ma duże prawo do skarbu i jak energicznie zamierza go bronić. 

background image

-  Myślę,  że  nie  zależy  mu  bardzo  na  złocie  i  bogactwach  -  odpowiedziała  Anna.  - 

Najważniejszy dla niego jest powrót do ludzi. 

- No właśnie! On w zamian za... 

- Nie! - rzuciła ostro. - Nie handluje się życiem ludzkim! 

Giovanni wyprostował się. 

-  Z  powodu  okoliczności  zewnętrznych  otrzymałaś,  pani,  zgodę  na  podejmowanie 

pewnych  decyzji,  który  to  przywilej  zwykle  przysługuje  wyłącznie  mężczyznom.  Ale  to  nie 

daje ci prawa do dyskutowania ze mną! Nie zapominaj, że jesteś tylko moją żoną, pani, i że 

tytuł markizy otrzymałaś jako łaskę razem z małżeństwem! 

O  niczym  nie  zapomniałam!  pomyślała  buntowniczo,  ale  lata  życia  w  pokorze 

sprawiły, że się nie odezwała. 

Minęło  południe.  Siedzieli  w  miejscu  osłoniętym  od  wiatru,  ale  Anna  widziała,  że 

trawa  na  grzbiecie  góry  pochyla  się  pod  wpływem  jego  podmuchów.  Było  bardzo  gorąco. 

Mocno  nasłonecznione  skały  na  zboczu  wprost  oślepiały.  Milovan  przestał  się  modlić  i 

siedział  wpółdrzemiąc,  oparty  o  skałę.  Giovanni  wstał  i  chodził  niecierpliwie  w  tę  i  z 

powrotem.  Anna  chciała  poprosić  go,  żeby  przestał,  ponieważ  czuła  ukłucia  strachu,  gdy 

zbliżał się do krawędzi. 

Wrócił  wreszcie  Drago  i  wtedy  Anna  uzmysłowiła  sobie,  że  wypełnia  ją  przedziwny 

spokój.  Mężczyzna  niósł  długi,  zrolowany  pomost,  zbudowany  z  dwóch  lin,  od  których 

odchodziły poprzeczne drewniane szczeble. 

Przywiązał młotek i kilka kołków do liny i przerzucił koniec pomostu na ich stronę. 

Udało  się  za  drugim  razem.  Stali,  każde  ze  swoim  końcem  mostu  w  dłoniach.  Dla 

Draga tyło to pierwsze od dwunastu lat połączenie ze światem zewnętrznym. Anna napotkała 

jego spojrzenie. Poczuła, że on dostrzega zrozumienie, jakie żywiła dla jego stanu ducha. 

Giovanni  niczego  nie  widział,  zajęty  szukaniem  najlepszego  miejsca  na  wbicie 

kołków. Była to praca, którą Anna w całości pozostawiła mężczyznom. 

Z gorzkim uśmiechem autoironii akceptowała zwoje ograniczenia. 

background image

MOST DO NIEZNANEGO ŚWIATA 

Anna  z  rosnącym  niepokojem  obserwowała  postęp  prac.  Dla  większego 

bezpieczeństwa  między  jednym  a  drugim  brzegiem  przepaści  rozpięli  linę.  Zapewne  ten 

Drago  dokładnie  wypróbował  stopnie,  wydawały  się  zresztą  wystarczająco  wytrzymałe,  ale 

nigdy  nic  nie  wiadomo.  Z  lękiem  patrzyła  na  kołyszący  się  most  przewieszony  nad 

przepaścią.  Miał  mniej  więcej  trzy  stopy  szerokości,  stopnie  umieszczone  gęsto,  ale  ten 

własnoręcznie  wykonany łączący je sznur przerażał ją bezgranicznie. A jeżeli sparciał przez 

te lata...? 

Jak  odważy  się  wejść  na  ten  most?  Ma  się  czołgać?  Nie,  bo  wtedy  nie  będzie  mogła 

się  trzymać  liny  zabezpieczającej,  która  biegnie  wyżej.  Czy  nie  dałoby  się  jej  opuścić  tak, 

ż

eby mogła przeciągnąć się z jej pomocą po moście? Wspomniała o tym, ale mężczyźni tylko 

popatrzyli na nią z wyższością. Nie miała o niczym pojęcia... 

Wpatrywała się  w most  intensywnie, starając się wzbudzić w sobie odwagę. Nie, nie 

odważy się! Nigdy w życiu! 

Mężczyźni wydawali się dobrej myśli. Milovan zapomniał o powadze, która przystoi 

zakonnikowi.  Zachowywał  się  jak  każdy  chłopak  przeżywający  przygodę.  Jego  jasny  głos 

odbijał się echem o skały. 

Giovanni  próbował  grać  doświadczonego  przywódcę,  wydawał  krótkie  polecenia  i 

wygłaszał komentarze tonem znawcy. 

Ale nikt nie traktował go serio. Tu autorytetem był Drago. 

Anna  obserwowała  w  zamyśleniu  obcego  mężczyznę.  Patrzyła  na  jego  spokojne, 

opanowane ruchy i kryjącą się za nimi rozpaczliwą nadzieję; słuchała niskiego, zachrypłego 

głosu, zdradzającego wzruszenie. Po dwunastu latach samotności miał szansę wydostać się na 

swobodę.  Gdyby  most  się  zerwał,  a  po  „stronie  wolności”  nie  byłoby  nikogo,  już  nigdy  nie 

miałby  możliwości  wyjścia  z  górskiej  pułapki.  Przecież  sprowadziła  ich  tutaj  seria 

szczęśliwych,  ale  przypadkowych  zdarzeń.  Ile  jeszcze  razy  mogłaby  się  powtórzyć? 

Prawdopodobnie nigdy. 

Nagle  spostrzegła,  że  on  na  nią  patrzy.  Spojrzenie  miał  niby  obojętne,  ale  Anna 

wiedziała,  że  Drago  odczytywał  jej  sympatię  i  zrozumienie.  Zmieszało  ją  to  i  nieco  zbiło  z 

tropu. Zaczęła się zastanawiać, co on może o niej sądzić. 

Pewnie nic. Do tego Anna Wardelius była przyzwyczajona. 

Powinna  była  pomyśleć  „Anna  di  Ferro”,  ale  jakoś  nie  mogła  przyzwyczaić  się  do 

background image

nowego nazwiska, jakby jeszcze na nie nie zasłużyła. 

Uff,  ale  gnają  te  myśli!  Jakby  były  stadem  przestraszonych  kur!  Spojrzała  na  swoje 

dłonie i zauważyła, że drżą. 

-  No!  -  powiedział  któryś  z  mężczyzn  ku  jej  wielkiemu  przerażeniu.  -  Gotowe! 

Możemy próbować. 

Jasne  było,  że  to  oni  przejdą  na  drugą  stronę.  Musieli  przecież  pomóc  tej  starej 

kobiecie,  Drago  miał  na  pewno  jakieś  rzeczy  do  zabrania,  no  i  był  skarb,  o  którym  nikt  nie 

wspomniał, ale który rozpalał wyobraźnię Giovanniego. 

- Donno Anno - zwrócił się do żony - pani jesteś najlżejsza, możesz zaczynać. 

-  Lepiej  będzie,  jeśli  zaczekam  -  odpowiedziała,  tchórząc.  -  Ktoś  musi  zostać  po  tej 

stronie. Coś się przecież może stać. Z mostem, mam na myśli. 

- Bzdury! - warknął Giovanni. - Może nas długo nie być, nie możesz tu siedzieć, pani, 

sama. A jak mam sobie poradzić z tymi dwoma, którzy nie mówią przyzwoitym językiem? 

Nie wiedziała, jak wybrnąć z tej trudnej sytuacji. 

- Czy mogę nie być pierwsza? 

Urażony Giovanni zwrócił się do Milovana z poleceniem, by ten ruszył naprzód. Ale 

wtedy wtrącił się Drago: 

- Najlepiej, jeśli zacznie najcięższy. Markizie! Proszę! 

Przecież  to  nieprawda,  pomyślała  Anna,  to  było  złośliwe!  Mimo  to  poczuła  głęboką 

wdzięczność  i  usiłowała  stłumić  zjadliwe  zadowolenie.  Wstydź  się,  niedobra,  twój  mąż  był 

tak wspaniałomyślny, że się z tobą ożenił, a ty... 

Przywołała się do porządku. Nie mogła zrozumieć, dlaczego przeżywa taką rozterkę. 

Giovanni wyraźnie zbladł. 

- Oczywiście, że nie! O wiele lepiej będzie, jeśli... 

-  Dosyć!  Zaczynaj,  panie!  -  przerwał  mu  Drago.  -  Tamci  to  tylko  kobieta  i  prawie 

dziecko. 

Giovanni był blady jak śmierć, ale nie mógł się wymigać. 

- Pomyśl o skarbie! - syknęła Anna, której najwyraźniej nie udało się całkiem stłumić 

niegodnej złośliwości. 

Rzucił  jej  mordercze  spojrzenie,  złapał  linę  pomocniczą  tak  mocno,  aż  zbielały  mu 

kostki dłoni, i zrobił niepewny krok. 

Lina rozhuśtała się, most zakołysał. Giovanni wydał zduszony krzyk i cofnął stopę. 

- Przytrzymam most - rzucił Milovan. - Jeszcze raz! 

- Nie da się - odparł spocony Giovanni. - Trzeba na siedząco. 

background image

Przecież mówiłam, pomyślała Anna, a nie chcieli mnie słuchać. 

Opuścili nieco linę i Giovanni spróbował znowu. Pełznął po trzeszczącym, bujającym 

się moście, stękając ze strachu. 

Rozumiem go, pomyślała Anna. Och, jak dobrze go rozumiem! Jak ja się odważę? 

Nie  pozostało  zbyt  wiele  z  jego  arystokratycznej  wyższości,  gdy  tak  przeprawiał  się 

powoli  nad  przepaścią.  Jednak  mimo  przykrej  przygody,  jak  jeden  pęknięty  stopień,  most 

wytrzymał próbę i Giovanni z westchnieniem ulgi stanął, z pomocą Draga, po drugiej stronie. 

-  W  porządku!  -  zawołał,  nadal  blady  i  poruszony,  lecz  już  swoim  dawnym  tonem.  - 

Następny! Ja już pójdę naprzód. 

Drago schwycił go mocno. 

-  Nigdzie  nie  pójdziesz,  panie!  Okaż  trochę  lojalności  i  zaczekaj  na  swych 

towarzyszy! 

Obrażony Giovanni w milczeniu strząsnął jego dłoń i oparł się o skałę. 

Milovan dał znak Annie, że to jej kolej. Zamknęła oczy, oddychając powoli i głęboko. 

-  Módl  się  za  mnie,  Milovan!  -  wyszeptała.  -  Żebym  opanowała  panikę.  I...  -  dodała 

pełna  wahania,  nie  przyzwyczajona  do  katolickiej  spowiedzi  -  poproś  o  wybaczenie  za 

niedobre myśli, jakie miałam chwilę temu. Były tak niegodne, strasznie się ich wstydzę! 

Ostatnie słowa niemal wyszeptała, patrząc na czubki butów. 

Milovan skinął głową. 

-  Uczynię  to  -  rzekł  uroczyście,  lekko  stremowany  nową  rolą  czcigodnego 

spowiednika. 

Czując ściskanie w żołądku weszła na most. Świat zawirował jej przed oczami. 

-  Nie  patrz  w  dół,  pani!  -  zabrzmiał  głęboki  głos  Draga.  -  Boisz  się  wysokości, 

prawda? 

-  O,  tak!  Bardzo!  -  odpowiedziała,  wdzięczna  za  zrozumienie,  i  uśmiechnęła  się 

ż

ałośnie. - nie zachowuję się dużo godności w takich... 

- Do diabła z godnością! - przerwał Drago. - Pełznij na brzuchu, pani, tak będzie dla 

ciebie najlepiej. 

A jak mam uniknąć patrzenia w dół? pomyślała, lecz usłuchała. 

wkrótce  jednak  doceniła  słuszność  jego  rady.  Kurczowo  trzymając  się  krawędzi 

mostu, przesuwała się o kilka stopni naraz. Ani na moment nie odważyła się otworzyć oczu. 

Dlatego przeraziła się, gdy poczuła coś ciepłego dotykającego jej dłoni. To była ręka Draga. 

Nie przypuszczała, że dotarła już tak daleko! Była prawie u celu! 

Nie  mogła  się  powstrzymać  przed  uchwyceniem  jego  dłoni  jak  tonąca,  bowiem  gdy 

background image

otworzyła  oczy,  ujrzała  pod  sobą  przyprawiającą  o  zawrót  głowy  przepaść  pełną  ostrych 

krawędzi skał. Przerażenie niemal pozbawiło ją przytomności. Skrzypienie i kołysanie mostu 

stało się jeszcze silniejsze, uświadamiając jej, jakie to wszystko jest niebezpieczne. 

Ledwo  żywa  ze  strachu  została  wciągnięta  na  skalną  ścieżkę,  gdzie  znów  poczuła 

twardy grunt pod stopami. Wyjąkała podziękowanie i otworzyła oczy. 

Stanowczą,  pooraną  bliznami,  śniadą  twarz  miała  teraz  przed  sobą  nieoczekiwanie 

blisko. Anna patrzyła w parę bystrych oczu, może nie tak ładnych jak Giovanniego, ale wielce 

fascynujących. Postawił ją na nogi, ostrożnie, lecz zdecydowanie. 

Oparła się o skałę, niezdolna do ruchu. 

Będę to musiała przeżyć jeszcze raz, pomyślała, próbując uspokoić drżenie ciała. Już 

wkrótce znów ogarnie mnie ten strach, Boże, dopomóż! 

Obserwowała  Draga,  przytrzymującego  most  Milovanowi.  Giovanni  nawet  nie 

usiłował pomagać, tylko z niecierpliwością czekał, aż skończą. 

Wedle  wyobrażeń  Anny  Drago  jako  mieszkaniec  Bałkanów  powinien  mieć  wydatny 

orli nos, wąskie usta i blisko osadzone oczy. Myliła się jednak. Jego twarz o ciemnej karnacji 

zwracała uwagę wydatnymi kośćmi policzkowymi i szeroko rozstawionymi oczami. Mimo że 

wyglądał  na  półdzikiego  w  tym  postrzępionym  ubraniu  i  ze  zmierzwionymi  włosami, 

zdaniem Anny jego smutna twarz nosiła znamię szlachetności i dużej inteligencji. 

Nie mogła nic na to poradzić - od razu poczuła do niego silną sympatię. 

Przypuszczalnie  dlatego,  że  wyczuwała  w  nim  osobę,  której  może  powierzyć 

odpowiedzialność  za  swych  towarzyszy  podróży,  z  których  jeden  był  niedoświadczony  jak 

małe dziecko, a drugi buńczuczny i pełen wymagań w stosunku do ludzi i świata. 

Podczas gdy Anna obserwowała nieznajomego, most przeszedł Milovan, blady, lecz z 

uśmiechem ulgi. 

- No, wreszcie! - rzucił Giovanni. - Idziemy, dzień się prawie kończy. 

I  rzeczywiście.  Samo  umocowanie  mostu  zajęło  dużo  czasu.  Nim  spostrzegli,  słońce 

zaszło,  a  powietrze  wyraźnie  się  ochłodziło.  Przeszli  ostatni  krótki  kawałek  i  stanęli, 

zdziwieni. 

Przed  nimi  rozciągał  się  widok  o  wiele  bardziej  rozległy,  niż  oczekiwali.  Najbliżej 

znajdowały się poletka i łąki, a kwadratowe, ciężkie domy z kamieni postawiono dalej. 

Było  ich  niewiele  i  wszystkie  w  stanie  smutnego  rozkładu.  Najbardziej  wysunięty  w 

stronę urwiska nad rzeką stał duży, wtopiony w otoczenie budynek z kamieni. 

- Klasztor! - wyjąkał Milovan. 

Drago skinął głową. 

background image

Poszli  dalej  łąkami.  Anna  czuła  się  tak,  jakby  poruszała  się  po  uświęconym  miejscu, 

zapomnianym i oddzielonym od reszty ludzkości przez stulecia. 

Była  podenerwowana,  choć  nie  wiedziała,  dlaczego.  Mimo  że  Drago  szedł  z  dala  od 

niej,  czuła  jego  obecność  jak  dotyk  na  skórze.  To  pewnie  z  powodu  jego  niezwykle  silnej 

osobowości,  pomyślała  naiwnie  i  wpatrzyła  się  intensywnie,  jakby  w  desperacji,  w  idącego 

przed nią Giovanniego. 

Poza  tym  to  miejsce  działa  na  mnie  bardzo  dziwnie,  a  Drago  jest  przecież  jego 

częścią... 

Nagle spostrzegła mały cmentarz. Krzyże stały gęsto, nie mogła ich zliczyć. 

- Czy są... z dawnych czasów, czy...? - spytała Draga. 

- Wszystkie krzyże są nowe - odpowiedział krótko. - Sam je stawiałem. 

-  Ach,  tak  -  wyszeptała  zmieszana.  Znów  zebrała  się  na  odwagę  i  spytała:  -  Gdzie 

mieszka ta staruszka? 

Wskazał klasztor. 

- Tam, w środku. 

- Czy też tam mieszkasz, panie? 

- Nie, nie wolno mi tam wejść. 

- Nie? - była zaskoczona. - Ale... 

-  Dostarczam  to,  czego  ona  potrzebuje,  pod  drzwi  kuchenne.  Ale  ostatnio  tak 

chorowała, że gotowałem jej i stawiałem jedzenie przy łóżku. 

- I mieszka tam sama? 

Drago zatrzymał się i, zamyślony, popatrzył na klasztor, ciemniejący w mroku. Tylko 

jaśniejszy  pasek  nieba  przezierał  spomiędzy  ołowianoszarych  chmur.  Wiatr  szarpał  trawą  i 

rozwiewał włosy nad jego szerokim czołem. Pozostali też stanęli cicho. 

- Nie wiem - odrzekł Drago powoli. - Naprawdę nie wiem. 

- Co masz, panie, na myśli? - spytał Milovan nieśmiało jak zawsze. 

Odpowiedział niechętnie: 

- Ona mówi, że jest sama. Zapewnia, że widziana przeze mnie poświata, przesuwająca 

się  za  oknami  klasztoru  w  ciemne  wieczory,  to  tylko  jakaś  pokutująca  dusza.  Nie  znam 

innego wytłumaczenia. Przez trzy ostatnie lata byliśmy tu tylko ja, ona i jej mąż, który umarł 

ostatniej  zimy.  Nie  wiem,  czym  mogło  być  to,  co  widziałem,  jeśli  nie  duchem.  Wszyscy 

umarli. Wszyscy... 

- Omamy - oświadczył Giovanni z pewnością w głosie, gdy Anna przetłumaczyła mu 

słowa Draga. - Odbicie łuny zachodzącego słońca. 

background image

Anna  z  lekką  niechęcią  obserwowała  niemal  służalcze  zachowanie  swego  męża  w 

stosunku do Draga, jego przypochlebne uśmiechy i chęć przypodobania się. Rozumiała, skąd 

się  to  bierze,  choć  wolałaby  się  mylić.  Drago  należał  do  rodziny  książęcej,  wiedział  więc  o 

skarbie. Giovanni chciał wyczuć, czy odda go dobrowolnie, czy - w najgorszym przypadku - 

podzieli  się  z  nim.  A  może  po  prostu  odmówi  i  wtedy  stanie  się  przeszkodą  w  drodze  do 

osiągnięcia celu? 

Na razie obcy wydawał się kimś wysoko urodzonym, nawet wyżej niż sam Giovanni. 

Przeszli przez łąki i zbliżyli się do domów. 

-  Tu  mieszkam  -  Drago  wskazał  na  walący  się  dom  z  kamienia.  -  Nie  mam  dużo 

rzeczy, więc nie przysporzą nam kłopotu. 

-  Tutaj?  -  wykrzyknął  Giovanni  z  niesmakiem.  -  Przecież  to  niegodne  członka  rodu 

książęcego. 

-  Nie  jestem  z  rodu  książęcego  -  uśmiechnął  się  Drago,  odpowiadając  ku  ich 

wielkiemu zaskoczeniu po włosku, nim Anna zdążyła przetłumaczyć. 

-  Mówisz,  panie,  moim  językiem?!  -  wykrzyknął  Giovanni  zdziwiony  i 

zaniepokojony, co też mógł wcześniej nieostrożnie powiedzieć. 

-  Nie,  mieliśmy  tylko  kilku  Włochów  wśród  służby  i  nauczyłem  się  trochę, 

przysłuchując się. - Nagle jego twarz się zasępiła. - Skąd wiecie, że żył tu książęcy ród? 

Anna przetłumaczyła pytanie. 

- Nie wiedzieliśmy o tym - odparł szybko Giovanni. - Słyszeliśmy tylko o zaginionym 

rodzie i domyśliliśmy się, że mógł tu dojść po waszych śladach. 

Drago  spojrzał  na  niego  podejrzliwie  i  porosił  Annę  o  przetłumaczenie  niektórych 

słów,  a  gdy  to  uczyniła,  twarz  Serba  przerażająco  wykrzywiła  złość  pomieszana  z 

cierpieniem. 

- Czy to znaczy, że ludzie wiedzieli o naszym losie? Wiedzieli, że tu jesteśmy? I nikt 

nie przybył na pomoc przez te wszystkie lata?! Tyle straconych istnień ludzkich! 

Jego twarz zbliżyła się do twarzy Anny. Wtedy wtrącił się Milovan: 

-  Nie,  to  nieprawda!  Nikt  o  tym  nie  wiedział!  Nikt  oprócz  mnie,  a  ja  nic  z  tego  nie 

rozumiałem. 

Zapadła cisza. 

- Najlepiej będzie, jeśli opowiecie o wszystkim - zażądał Drago z pogróżką w głosie. 

Doszli  na  miejsce  i  zatrzymali  się.  Anna  zauważyła,  że  niektóre  domy  w  tej  małej 

osadzie zapadły się, częściowo ze starości, a częściowo z powodu trzęsienia ziemi. Poza tym 

opuszczone  domostwa  jakby  się  poddają,  najgorsza  zaś  lepianka  trzyma  się  z  samej  tylko 

background image

radości,  że  ktoś  chce  w  niej  mieszkać.  Tak,  domy  mogą  sprawiać  wrażenie  żyjących, 

pomyślała Anna. 

Milovan  opowiedział  o  wydarzeniach  pamiętnej  nocy  z  dzieciństwa,  o  znalezieniu 

klamry  i  o  trzęsieniu  ziemi.  Anna  dodała  opowieść  o  poszukiwaniach,  które  podjęli  z 

Giovannim,  gdy  na  klamrze  rozpoznali  herb  rodu  Nemanjiciów.  Posłuszna  mężowi  nic  nie 

wspomniała o skarbie. Starała się przekonać Draga, że przyprowadziło ich tu zainteresowanie 

losem książęcego klanu i chęć natrafienia na jego ślady. 

O  dziwo,  czuła  wielki  niesmak,  stojąc  tak  i  kłamiąc  temu  człowiekowi.  Chciała 

ostrzec go przed Giovannim i jego niepohamowanym pragnieniem zdobycia skarbu... Ale tak 

się nie postępuje w stosunku do własnego męża! Anna przysięgała mu lojalność bez względu 

na wszystko i musiała tego dotrzymać. Czasami było to jednak bardzo trudne... 

A  to  pełne  niedowierzania  zdziwienie  w  oczach  Milovana...  Nie,  nie  miała  odwagi 

patrzeć w jego stronę. Znał przecież prawdę! 

Ale Draga zadowoliły te wyjaśnienia. 

Anna zaproponowała nieśmiało: 

- Mamy ze sobą nieco jedzenia. Ja w każdym razie jestem bardzo głodna. Czy zrobisz 

nam, panie, ten zaszczyt i zjesz z nami prosty posiłek? 

Widać  było,  że  waha  się  między  chęcią  zaspokojenia  głodu  a  pragnieniem  możliwie 

najszybszego wydostania się z tego więzienia. Rzucił jednak krótko: 

- Tak, dziękuję. 

W  środku  było  zbyt  ciasno,  usiedli  więc  pod  ścianą,  twarzami  zwróceni  w  stronę 

klasztoru, coraz bardziej ciemniejącego pod niespokojnymi chmurami. Siedzieli osłonięci od 

wiatru. Słyszeli tylko, jak szeleścił w trawie i suchych krzakach. 

Ależ tu pusto! pomyślała Anna przygnębiona. Jakże musiał być tu samotny! 

Bezwiednie  spojrzała  na  Draga.  Znów  wyraźnie  odebrał  jej  zrozumienie  i 

współczucie. Grymas niechęci wykrzywił mu usta. Anna pochyliła głowę. Przecież powinna 

się  już  przyzwyczaić,  że  ludzie  nie  pragną  kontaktu  z  nią.  Tym  razem  jednak  próba 

nawiązania  kontaktu  była  tak  spontaniczna,  że  nie  zdążyła  się  zastanowić.  Westchnęła  i 

wyprostowała się. 

Drago  przyjął  z  godnością  pożywienie,  które  mu  podała.  Anna  widziała,  jak 

wstrzymuje  oddech  na  widok  różnych  produktów,  bez  których  musiał  się  obywać  tyle  lat. 

Czarnogórska  wędzona  szynka,  chleb,  ser,  owoce  z  Raguzy.  W  jego  wzroku  odbijały  się 

skrywane  uczucia  i  wspomnienia.  Jednak  gdy  podała  mu  kubek  wina,  niemal  stracił  swe 

opanowanie.  Był  to  dla  niego  napój  prawie  zapomniany.  Na  twarzy  Draga  odbiło  się 

background image

prawdziwe poruszenie. nie chodziło o samo wino, tylko o to, z czym się kojarzyło. Całe jego 

opuszczenie, wszystkie te lata życia w odosobnieniu, z dala od innych ludzi, wspomnienia o 

tych,  którzy  spoczywali  na  cmentarzu.  Oczy  Anny  wypełniły  się  nagle  łzami,  których  nie 

zdołała  ukryć,  mimo  że  się  odwróciła.  Drago  spostrzegł,  jak  ukradkiem  ociera  oczy,  i 

poirytowany  ściągnął  brwi.  Gdy  jednak  opuściła  dłoń  na  trawę,  nie  cofnął  swojej, 

spoczywającej blisko. Niestety, musiała ukroić więcej chleba dla Milovana i potrzebowała do 

tego  obu  rąk.  Zła  na  niewinnego  nowicjusza  tak  energicznie  kroiła  kromki,  że  nieomal  się 

skaleczyła, tak mocno drżały jej dłonie. 

w ciszy jedli posiłek. 

Giovanni przeciągnął się, zadowolony. 

-  O,  tak,  teraz  znacznie  lepiej!  znów  czuję  się  wystarczająco  silny,  aby  objąć 

prowadzenie naszej małej ekspedycji. zaraz ruszamy do klasztoru. 

Drago potrząsnął głową. 

-  Byłem  już  u  niej  dzisiaj.  Jeżeli  przyjdziemy  teraz,  może  się  przerazić.  Jest  bardzo 

chora. 

- Ale musimy tam pójść! - sprzeciwił się Giovanni. - Chcę zobaczyć klasztor! Mamy 

czekać aż do jutra? 

-  Myślisz,  panie,  że  ja  nie  chcę  sta  wyjść?  -  spytał  ze  złością  Drago.  -  Gdybym  był 

sam,  wyszedłbym  po  moście  z  tego  koszmarnego  miejsca  już  dziś  wieczorem!  Ale 

odpowiadam za Martę! 

-  Ech,  ta  starucha!  -  wymruczał  do  siebie  Giovanni  po  włosku,  a  Drago  rzucił  mu 

spojrzenie niespecjalnie przepełnione miłością. 

- Spójrzcie! - wykrzyknął Milovan. - Czy to ona? 

Popatrzyli  w  kierunku,  dokąd  biegł  jego  wzrok.  Słaby,  trzepoczący  blask  rozświetlił 

jedno okienko klasztorne, potem następne i następne... 

-  Nie  -  powiedział  Drago  z  wahaniem.  -  Marta  nie  opuszcza  łóżka.  To  ten  duch,  o 

którym mówiłem. Marta nazywa go grzesznym mnichem. 

-  Co  on  mówił?!  -  syknął  Giovanni.  -  Dlaczego  ludzie  nie  uczą  się  włoskiego?  To 

powinno być obowiązkowe! 

Anna omal nie straciła cierpliwości. 

- Chyba łatwiej nauczyć się języka kraju, w którym się przebywa! 

Giovanni  spojrzał  na  nią  tak,  że  wybąkała  blade  przeprosiny  i  przetłumaczyła  słowa 

Draga. 

-  Duch!  -  prychnął  wenecki  arystokrata.  -  Czy  ten  Drago  nigdy  nie  sprawdził,  co  to 

background image

jest? 

Przetłumaczyła pytanie a później odpowiedź Draga. 

- Nie był w klasztorze już trzy lata. Nagle zakazano mu tego. 

- Dlaczego? 

- Właśnie nie wie. Tylko rodzina książęca mogła tam mieszkać, a Drago to zaledwie 

syn leśnika. Miał dwadzieścia lat, gdy tu przybył. 

A  więc  teraz  ma  trzydzieści  dwa,  pomyślał  Giovanni  zirytowany.  Starszy  ode  mnie. 

Ale to nie daje mu prawa do rozkazywania nam! 

Była to myśl bez znaczenia. Drago był urodzonym przywódcą. Giovanni, nawet gdyby 

został generałem, nigdy by nie osiągnął takiego autorytetu. 

Poświata w oknie zniknęła. 

Drago rzekł w zamyśleniu: 

- Jak wiecie, Marta nie pozwala, bym wchodził dalej niż do kuchni. Ale teraz bardziej 

niż  kiedykolwiek  potrzebuje  pomocy,  a  ode  mnie  nie  chce  jej  przyjąć.  Może  ty,  pani,  jako 

kobieta... albo ten młody nowicjusz... 

Giovanni zaprotestował energicznie. 

-  Jestem  pewien,  że  najprędzej  przyjmie  mnie  jako  niemal  równego  z  rodem 

książęcym! 

- Marta jest tylko służącą. 

- Aha - mruknął Giovanni, straciwszy od razu zainteresowanie. Od kiedy usłyszał, że 

Drago nie należy do rodu książęcego, zniknęła jego służalczość i wrócił do swej poprzedniej 

wyniosłości. 

Anna ledwo nadążała z tłumaczeniem ich dialogów. 

- Może spróbujemy się przespać? - zaproponował Milovan nieśmiało. - Wypoczniemy 

i ruszymy z samego rana. 

Drago  wskazał  mu  jeden  z  domów,  a  małżonkom  di  Ferro  inny.  Giovanni  poprosił 

jednak  o  osobny  dom  dla  siebie,  czym  zasłużył  sobie  na  wdzięczność  Anny.  Drago  spełnił 

jego życzenie bez komentarza. 

Anna  zwinęła  się  pod  wełnianym  kocem  na  twardym  posłaniu.  Starała  się  ułożyć 

wygodnie, lecz bez względu na pozycję bolało ją całe ciało. 

Zawsze  go  nienawidziła.  Usiłowała  uczynić  je  powabniejszym,  lecz  cóż  to  dawało? 

Najpiękniejsze szaty świata nie zdołały ukryć, że było krzywe i nieforemne. 

Nie  wiedziała  dlaczego,  ale  tego  wieczora  tak  bardzo  chciała  być  pociągająca.  Aby 

Giovanni mógł być z niej dumny... 

background image

Był przecież tak miły i ulitował się nad nią, żeniąc się. A ona nie miała nic, co mogła 

by ofiarować mu w zamian. Nic dziwnego, że czuł się zawiedziony! 

background image

TAJEMNICA MARTY 

Był  szary,  chłodny  poranek.  Anna  myła  się  w  misce  z  wodą.  Gdy  stała,  wycierając 

twarz, drzwi otworzyły się gwałtownie i wpadł Drago. Anna zesztywniała. 

Była  bosa,  na  sobie  miała  tylko  koszulę,  odsłaniającą  jej  krzywe  ramiona.  Drago 

stanął jak skamieniały i tylko wodził po niej wzrokiem od stóp do głów. 

Anna  nie  była  w  stanie  nic  zrobić,  nie  mgła  nawet  jasno  myśleć.  Suknia  leżała  w 

drugim końcu izby... 

A  twarzy  Draga  dostrzegła  coś,  czego  nie  widziała  wcześniej  u  żadnego  mężczyzny. 

Taki...  nie  mogła  znaleźć  lepszego  określenia  niż  „głodny”  wyraz  twarzy.  Jeszcze  raz  jego 

wzrok  prześliznął  się  po  jej  ciele,  jakby  chciał  wyryć  w  pamięci  każdy  jego  szczegół.  Anna 

stała nieporuszona, niezdolna nawet odetchnąć. 

Wreszcie Drago się ocknął. 

- Wybacz mi, pani - wybąkał. - Myślałem, że jesteś u męża. 

I wybiegł. 

Jej  brzydkie,  pełne  wad  ciało,  tak  odsłonięte!  Nigdy  jeszcze  żaden  mężczyzna  nie 

widział jej rozebranej, nigdy nie przypuszczała, że to kiedyś może nastąpić! A tu - tak nagle i 

brutalnie! 

Jego oczy... Jak one na nią patrzyły! Na nią, nieszczęsną... 

Anna z urywanym szlochem znalazła suknię i włożyła ją trzęsącymi się rękami. 

Wschodzące słońce różowiło chmury na wschodzie, gdy czworo ludzi szło w kierunku 

klasztoru. 

Pomimo  szokującego  porannego  epizodu  Anna  czuła  się  o  wiele  spokojniejsza,  niż 

dotychczas. 

Strach o to, co przyniesie następna chwila, zniknął. Czuła, jakby odpowiedzialność za 

wyprawę  i  dwu  towarzyszących  jej  mężczyzn  spadła  z  jej  wątłych  barków.  Spała  głęboko  i 

spokojnie całą noc. 

Drago,  milczący  i  spięty,  otworzył  bramę  i  wprowadził  ich  przez  dziedziniec 

klasztorny do kuchennego wejścia. 

Anna  zauważyła,  jak  bardzo  ucierpiały  mury  z  powodu  trzęsienia  ziemi oraz  upływu 

czasu. 

Przez  wąski  korytarz  dotarli  do  niegdysiejszych  kuchennych  rejonów  klasztoru. 

Wiedziała,  że  mają  swoją  nazwę,  ale  nie  mogła  jej  sobie  przypomnieć.  I  w  takiej  rozległej 

background image

kuchni  gospodarzyła  Marta!  Anna  domyślała  się,  że  nie  było  jej  łatwo.  Bałagan  dodatkowo 

powiększało  to,  że  Drago  wstawił  tu  wszystkie  zapasy  i  naczynia,  aby  chora  mogła  z  nich 

korzystać.  Przesadą  było  używać  słowa  „wszystkie”  w  odniesieniu  do  zapasów.  Anna 

dostrzegła woreczek z grubo mieloną mąką, trochę warzyw przypominających rzepę i dzbanki 

zawierające prawdopodobnie przecier albo sok. 

Rzuciła  szybkie  spojrzenie  na  Draga.  Nic  dziwnego,  że  był  tak  wychudzony,  miał 

zapadnięte policzki, a ubranie na nim wisiało. 

Podszedł do czarnych drzwi w głębi kuchni i zapukał. 

- Marto! - zawołał cicho. 

Odpowiedział mu nieokreślony dźwięk. 

- Przyszli do nas ludzie. Chcą nas stąd zabrać. 

Podniecony głos odpowiedział coś niezrozumiale. 

Drago powiedział: 

- To wenecki arystokrata i jego żona oraz młody zakonnik. 

- Ja nie jestem... - zaczął Milovan, lecz Drago uciszył go. 

- Czy możemy do ciebie wejść? 

Nastąpiła  cisza,  ale  Anna  słyszała  jakby  stłumiony  płacz.  W  końcu  zabrzmiała 

odpowiedź: 

- Tylko mnich i kobieta. 

-  Tak  myślałem  -  mruknął  Drago  i  otworzył  drzwi.  Anna  z  Milovanem  weszli  do 

ś

rodka. 

Początkowo  nic  nie  widzieli,  w  pokoju  było  całkiem  ciemno.  Chłopak  zdjął  grubą 

zasłonę z okienka i wtedy  ujrzeli staruszkę leżącą w łóżku.  Zapach w pokoju nie należał do 

najprzyjemniejszych, ale trudno było oczekiwać czegoś innego. 

Podeszli do łóżka. 

-  Dzień  dobry,  matko  -  pozdrowiła  chorą  Anna.  -  Jestem  Anna,  a  to  brat  Milovan. 

Przyszliśmy po ciebie. 

- Wiedziałam! Wiedziałam, że przyjdziecie, zanim nie będzie za późno! Ale Drago nie 

może tu wejść. 

- Nie, on czeka na zewnątrz. 

nie był to właściwie pokój, tylko przejście między kuchnią a dalszą częścią klasztoru. 

Staruszka  z  trudem  kierowała  wzrok  we  właściwym  kierunku,  tęczówki  miała 

jasnoszare. 

Zaćma, pomyślała Anna. Prawie nas nie  widzi. Ale wydaje się niezwykle  poruszona, 

background image

co jest zrozumiałe. Wreszcie, po tylu latach, wyzwolenie! 

- Teraz wy dwoje będziecie odpowiedzialni - powiedziała drżącym głosem. 

-  Możesz  na  nas  polegać  -  zapewniła  Anna  nieco  zmieszana,  gdyż  to  raczej  Drago  i 

Giovanni  zasługiwali  na  takie  wyróżnienie.  -  Czy  jest  coś,  co  pragniesz  ze  sobą  wziąć  w 

drogę? 

- Ja? Nie, ja nie jadę. 

Popatrzyli po sobie ze zdumieniem. 

- Oczywiście, że weźmiemy cię ze sobą, matko! - zawołał Milovan. 

- Nie, nie - odrzekła znużona. - Tu leżą wszyscy, których kochałam. Mój mąż, rodzina 

książęca. Nie, pozwólcie mi tu umrzeć! Wiem już, że wszystko będzie dobrze. Pamiętajcie, to 

wy  jesteście  odpowiedzialni!  Nie  Drago.  On  jest  tylko  poddanym.  A  twój  mąż,  Anno...  jest 

przystojny? 

- Tak, bardzo. 

- To źle. Źle! Ale jest wysoko urodzony, tak? 

- O, tak. Jest markizem. 

Stara zamyśliła się. 

- Markiz. No tak. Ale to jeszcze za mało... 

Nie rozumieli, po co zadaje te pytania. Nie wiedzieli też, jak ją przekonać do wyjazdu. 

Nagle  staruszka  z  jękiem  złapała  się  za  serce.  Ich  przybycie  musiało  być  dla  niej 

wielkim wstrząsem. Walcząc o oddech, kurczowo schwyciła dłoń Anny i próbowała odnaleźć 

jej spojrzenie. 

- Co, matko? Co chcesz powiedzieć? 

Ręka  Marty  wskazywała  na  coś  bezradnie  w  kierunku  klasztoru,  potem  na  zewnątrz. 

Milovan zrozumiał, że po raz pierwszy musi wystąpić w roli duszpasterza, i niezgrabnie podał 

jej swój różaniec. Zacisnęła wokół niego palce. Uspokoiło ją to na tyle, aby wyksztusić kilka 

słów: 

-  Bracie  Milovanie...  Ty,  tylko  ty,  wejdź  do  środka!  Prosto.  Drzwi  na  wprost 

korytarza... Pozostawiam tobie... 

Jej niespokojne oczy zwróciły się do Anny. 

- Proszę, pomóż mi! Chcę ładnie wyglądać, gdy... 

-  Oczywiście  -  powiedziała  Anna  uspokajająco.  -  Umyję  cię  i  przystroję.  Czy  masz 

jakieś ubranie, które chcesz założyć? 

Marta  przytaknęła  i  wskazała,  gdzie  jest  schowane.  Milovan  z  wahaniem  opuścił 

pokój i niechętnie ruszył ku wnętrzu klasztoru. 

background image

Anna musiała wrócić do kuchni po wodę dla staruszki. 

- Ona umiera - powiedziała cicho do czekających tam mężczyzn. 

Drago przyjął wiadomość spokojnie, nie okazał zaskoczenia. 

-  Oczekiwałem  tego.  Trzymała  ją  przy  życiu  tylko  siła  woli.  „Wkrótce  nadejdą  i 

zabiorą  nas  stąd”,  mawiała.  „Muszę  dożyć  tego  dnia.  Muszę!  Przywrócą  nas  do  czci  i 

władzy”. 

Giovanni ściągnął brwi. 

- Przecież ani ty, ani Marta nie mieliście żadnej władzy? 

-  Nie,  zupełnie  nie.  Trochę  się  jej  mieszało  w  głowie.  Mówiła  o  rodzie  książęcym, 

jakby nadal istniał i miał powrócić na tron. Dzięki, panie, że zajęłaś się Martą! - powiedział 

cicho do Anny. 

Zebrała  rzeczy,  po  które  przyszła,  i  z  płonącą  twarzą  wróciła  do  staruszki.  Była 

wściekła na siebie, że wpada w popłoch, jeśli tylko ktoś się zwraca bezpośrednio do niej. Tak 

jak przez pierwsze lata obcowania z ludźmi. Doprawdy, myślała, że zdobyła już trochę więcej 

pewności siebie! 

Milovan  człapał  przez  dużą  salę,  będącą  prawdopodobnie  refektarzem.  Czuł  się 

nieswojo. Całkiem zapomniał, że chciał kiedyś zwiedzić ten stary klasztor. Czego oczekiwała 

od niego staruszka? Miał coś przynieść? 

Chyba posłała go do kaplicy, może chciała coś stamtąd przed śmiercią? 

Drzwi na wprost... 

Wszedł  w  długi  korytarz  z  drzwiami  po  obu  stronach.  Mnisie  cele,  przerobione  na 

pokoje rodziny książęcej, stały teraz puste. 

Nagle zesztywniał. 

Usłyszał śpiew. Raczej beztroskie nucenie, jakby śpiewaczka, bo był to głos kobiecy, 

podśpiewywała sobie przy pracy. 

W  każdym  razie  nie  był  to  żaden  zabłąkany  mnich!  A  może  jakiś  duch  z  rodziny 

książęcej? 

Dźwięk dochodził zza drzwi na wprost. Milovan stał przez chwilę z dłonią na klamce. 

Wreszcie odetchnął głęboko, przełknął ślinę i otworzył drzwi. Służył przecież w kościele, nie 

powinien bać się duchów! 

Piosenka urwała się nagle. 

Jakaś dziewczyna wstała z krzesła i upuściła lalki, które trzymała na kolanach. 

Mogła  mieć  piętnaście,  może  szesnaście  lat.  Trzymała  się  prosto,  miała  długie, 

ciemnobrązowe warkocze i ubrana była w serbski stój ludowy, przyciasny tu i ówdzie. 

background image

Wpatrywała  się  w  Milovana  najpiękniejszymi  ciemnymi  oczami,  jakie  kiedykolwiek 

widział. 

background image

DEBORA 

Milovan stał jak zaczarowany, niezdolny sformułować żadnej myśli. 

To dziewczyna pierwsza otrząsnęła się z zaskoczenia. 

- Kim jesteś? - zapytała dźwięcznym głosem. 

Miała delikatne usta, na których czaił się uśmiech. 

Milovan  chciał  coś  odpowiedzieć,  ale  nie  mógł  wydobyć  słowa.  Marta  jest  prawie 

ś

lepa, pomyślał. Wzięła mnie za mnicha... Nie powinna mi tego zrobić! 

- Jestem Milovan - wykrztusił wreszcie. - Nowicjusz zakonny. Przybyliśmy, aby was 

stąd zabrać. 

- Dokąd? 

- W świat. 

- To jest coś poza tą górą? 

- Tak! Cały, ogromny świat. 

Popatrzyła na niego poważnie. 

- Jesteś bardzo ładny - stwierdziła. - Jesteś chłopcem, prawda? 

Milovan omal nie udławił się własnym oddechem. 

- Tak. Tak, jestem chłopcem. 

- To ciekawe! Widziałam już chłopców, wiesz? Znałam jednego o imieniu Drago, ale 

był już dorosły. ty jesteś ładniejszy. Ilu was jest? 

- Czworo. Jest z nami Drago. 

- Naprawdę? - Jej twarz rozjaśnił olśniewający uśmiech. - Mam na imię Debora. 

Nagle zaczęła się spieszyć. 

- Jeżeli przyszliście po mnie, muszę się wystroić! Masz, potrzymaj lalki, a ja oszukam 

mojej najlepszej sukni. Marta zawsze mówiła, że muszę mieć na sobie książęce szaty, gdy po 

nas  przyjdą.  Tak,  czekałyśmy  na  was,  wiesz?  -  paplała,  wyciągając  suknię  mieniącą  się 

złotem  i  klejnotami.  Milovan  dostrzegł,  że  poprawiano  ją  i  przerabiano  kilka  razy,  aby  była 

gotowa na ten wielki moment. 

I oto nadeszła ta chwila. 

Było  to  tak  patetyczne,  że  aż  się  wzruszyła.  Ale  już  chwilę  później  zatchnął  się  z 

przerażenia. 

Debora niedbale zrzuciła swą codzienną sukienkę i stała tylko w długiej koszuli. 

Milovan odwrócił się gwałtownie, w głowie mu huczało. 

background image

Ona niczego nie zauważyła i szczebiotała dalej: 

-  Tak  się  cieszę,  że  przyszliście!  Marta  nigdy  mi  nie  pozwalała  wychodzić  z  tego 

okropnego  domu,  nienawidzę  go!  I  tej  rzeki!  Słyszysz  rzekę,  Milovan?  Czyż  nie  jest 

przerażająca  z  tym  swoim  wiecznym  dudnieniem?  Pomóż  mi  zapiąć  suknię  na  plecach, 

proszę! 

- Księżniczko, nie, nie możesz mnie o to prosić! - odpowiedział, nadal odwrócony, z 

dyndającą lalką w dłoni. - Mam zostać mnichem! 

Zasmuciła się. 

- No to kto mi pomoże? Marta leży chora, a nie mogę przecież wyjść do nich na wpół 

ubrana! 

Westchnął. 

- No tak. Odwróć się do mnie plecami. 

- Dziękuję! - wykrzyknęła radośnie. - Jesteś taki miły! 

Z  półprzymkniętymi  powiekami  próbował,  nie  dotykając  jej  pleców,  zapiąć  suknię. 

Zrozumiał  jednak,  że  w  ten  sposób  tylko  przedłuża  sprawę.  Otworzył  więc  oczy  i, 

odmawiając cały czas pacierze, zapiął suknię do końca. 

- Co to znaczy „zostać mnichem”? 

- To znaczy... porzucić wszystko i spędzić resztę życia w klasztorze. 

Odwróciła się szybko, że nieomal stracił równowagę. 

- W takim razie ja jestem mnichem! I to nie jest ani trochę zabawne, zapewniam cię! 

Przebywanie  tak  blisko  tej  ślicznej  dziewczyny  było  ponad  siły  Milovana.  Stał 

oniemiały, z oczami zatopionymi w jej oczach. 

- Jesteś strasznie ładny - wyszeptała i dotknęła jego twarzy koniuszkami palców. 

- Nie rób tego, Deboro - wyjąkał. - Jesteś pokusą, nie rozumiesz? Nie wolno mi ulegać 

pokusom. Mam żyć w zamknięciu i służyć Bogu. To mój wielki cel. Żyć w klasztorze przez 

resztę moich dni... 

-  To  byłoby  szkoda  -  powiedziała  szczerze  jakimś  nowym,  wyrażającym  zdziwienie 

tonem, jakby obudzona ze snu. 

- Jesteś już gotowa? - spytał. - To idziemy. 

Rozejrzała się, oszołomiona, po swoim pięknym pokoju. 

- Powinnam chyba coś wziąć ze sobą... 

- Wszystkie twoje rzeczy zabierzemy później. 

-  Moja  lalka!  -  wykrzyknęła  i  schwyciła  tę,  którą  trzymał  w  dłoni.  Patrzyła  na  nią 

długo. 

background image

- chyba nie - rzekła powoli. - Nie wezmę jej ze sobą... 

Z niemal obojętną miną opuściła lalkę na podłogę, gdzie leżały pozostałe. 

- Chodź, Milovan, idziemy - powiedziała i z ufnością podała mu dłoń. Drgnął, lecz nie 

wypadało jej nie ująć. Szedł jednak tak daleko od dziewczyny, jak tylko pozwalały klasztorne 

korytarze. 

Samotność  Debory  była  wręcz  namacalna.  Dziewczyna  całą  sobą  tęskniła  za 

wolnością. 

Chyba jeszcze w pełni nie zrozumiała, że zmierzała właśnie ku niej. 

Anna  wyszła  od  nieprzytomnej  Marty  do  pozostałych.  Przeszli  już  razem  na 

dziedziniec  klasztorny,  gdzie  czekali  na  Milovana,  który  nie  pokazywał  się  niepokojąco 

długo. 

I nagle stanął w drzwiach ze śliczną, młodą dziewczyną i swego boku. 

Nie mógł zrobić bardziej efektownego wejścia. Długo panowała niczym nie zmącona 

cisza. 

Debora wodziła po nich wzrokiem, aż wreszcie jej twarz rozjaśnił uśmiech. 

- Drago! 

I rzuciła mu się na szyję. 

- Drago, jak dobrze znów cię widzieć! Marta nigdy nie chciała powiedzieć, czy żyjesz, 

czy nie, a ja nie domyślałam się, kto nam przynosi jedzenie. 

Drago  uwolnił  się  z  jej  ramion  i  cofnął  o  krok.  Padł  na  kolana  i  ucałował  jej  dłoń. 

Wstał tak wzruszony, że dopiero po chwili zaczął mówić. 

-  Księżniczko  Deboro!  Czy  to  naprawdę  możliwe?  Nigdy  nie  zapomniałem  twojej, 

pani,  łaskawości  wobec  mnie.  Byłaś  wtedy  zaledwie  dzieckiem.  Bawiłaś  się  ze  mną  jak  z 

równym  sobie,  a  w  końcu  Marta  zabroniła  mi  tu  więcej  przychodzić.  Nie  rozumiałem, 

dlaczego. 

O,  to  nietrudno  zrozumieć,  pomyślała  Anna.  Ta  dziewczyna  to  już  nie  dziecko.  I  do 

tego jest księżniczką! 

Debora patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. 

- Ale jesteś teraz stary, Drago! Stary i zniszczony. Masz zmarszczki i pełno blizn... 

Uśmiechnął się boleśnie. 

- Tak, zestarzałem się. Także mnie zaatakowała ta zła choroba. Ale przeżyłem. 

- Ja na nią nie chorowałam - powiedziała szybko Debora. - Tylko Marta, jej mąż i ja 

nie zachorowaliśmy. a kim są oni, Drago? 

Drago przedstawił ich nieswoim głosem. Anna jeszcze mocniej odczuła wdzięczność 

background image

wobec losu, że zdecydowali się na tę wyprawę. 

Giovanni pozdrowił dziewczynę wytwornie. Ogarnęły go mieszane uczucia. Książęca 

córka!  Czy  oznaczała  przeszkodę,  czy  też  pomoc  w  drodze  do  skarbu?  Mogła  stanowić 

niezwykłą pomoc, gdyby tylko nie był żonaty! 

Z  nienawiścią  spojrzał  na  swą  żałosną  żonę,  która  bardziej  niż  kiedykolwiek  wydała 

mu się bezbarwna w porównaniu z tą młodą, promienną dziewczyną. 

Anna  spojrzała  na  Milovana  i  zaniepokoiła  się,  gdyż  nie  spuszczał  oczy  z  Debory. 

Wydawało się, jakby odkrył nowy, bajeczny świat. A Giovanni... 

Serce Anny ścisnęło się bólem. Poczuła, jak blednie i staje się małą, szarą nicością. 

Jeżeli  miała  wziąć  odpowiedzialność  za  młodą  księżniczkę,  musi  podołać  temu 

całkiem sama, w dodatku przeciw trzem mężczyznom. Jedynym, który z racji urodzenia byłby 

godny  zabiegać  o  dziewczynę,  był  własny  mąż  Anny.  Miał  on  teraz  w  spojrzeniu  coś 

nieznanego, niemal przerażającego. 

Drago również nie mógł oderwać oczu od Debory. 

-  Nie  mogę  uwierzyć,  że  to  prawda!  -  wyszeptał.  -  Kochane  dziecko,  żyłaś  tak, 

samotna,  w  tym  domu  przez  te  wszystkie  lata,  a  ja  nic  nie  wiedziałem!  To  ciebie,  pani, 

musiałem  widzieć,  jak  przechodziłaś  ze  światłem  przez  korytarze.  Ale  Marta  mówiła,  że  to 

duch zakonnika. O, Marto, jak mogłaś! - zakończył z bolesnym wyrzutem. 

- A Marta? - spytała dziewczyna. - Nadal jest chora? 

Drago przygryzł usta. 

- Marta umiera, księżniczko. 

Debora posmutniała, cień niepewności przemknął przez jej twarz. 

- Marta? - spytała żałośnie. - Umiera? Ale... 

Anna  spontanicznie  wyciągnęła  dłonie  w  stronę  dziewczyny.  Powstrzymał  ją  ostry 

okrzyk Draga: 

- Nie dotykaj jej! Jesteś zwykłym człowiekiem, a ona to Nemanjić! 

Anna stanęła jak wryta. 

- Chciałam ją tylko pocieszyć! Jest taka samotna. 

- Ludzie jej rodu przywykli do samotności. Oni są wyjątkowi. Stoją ponad nami. 

Anna rozgniewała się nie na żarty. 

-  Skazujesz  tę  dziewczynę,  panie,  na  samotność?  Ty  powinieneś  chyba  wiedzieć,  co 

ona oznacza! A jeżeli nie, to ja na pewno wiem! 

Drago  patrzył  na  nią,  zdziwiony.  Debora  stała  z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach, 

przytłoczona smutkiem z powodu Marty. 

background image

-  No  dobrze  -  rzuciła  Anna  -  zostawię  ją  w  spokoju.  Ale  czy  mogę  chociaż 

powiedzieć, że jej głęboko współczuję? 

Skinął głową, a Debora spojrzała na nią z wdzięcznością. 

Anna  spostrzegła  nagle,  że  Giovanni  zniknął.  Już  miała  o  niego  zapytać,  ale 

rozmyśliła się. Jeżeli szukał skarbu, chciał mieć przy tym spokój. 

Chwilę  później  wszyscy  zebrali  się  na  skromny  posiłek  w  dużej  Sali  jadalnej.  Dla 

Draga jednak, a zwłaszcza dla Debory, był on niezwykle wystawny. Przez ostatnie lata jedli 

mało urozmaicone pożywienie. Drago opowiedział, dziewczynie o tym, w jaki sposób dostali 

się tu przybysze. Trudno jej było pojąć tę wielką zmianę we własnym życiu. Poznała nowych 

ludzi - spoza jedynego świata, jaki znała. I miała opuścić klasztor, poznać ich świat! 

Giovanni  wrócił  ponury  i  niezadowolony.  Najwyraźniej  nie  trafił  nawet  na  ślad 

skarbu. Anna wolała o nic nie pytać. 

Wieczorem poszła do Marty razem z Dragiem, ale nie mogli jej już w niczym pomóc. 

Stara kobieta leżała nieprzytomna i nie wiadomo było, czy jeszcze odzyska świadomość. 

Kiedy Anna wróciła, Debora spojrzała na nią z ciekawością. 

- Co ci się stało w nogę? - spytała z dziecięcym brakiem taktu. 

-  Taka  się  już  urodziłam  -  odpowiedział  spokojnie,  ale  nie  śmiała  podnieść  oczu. 

Wiedziała, że mężczyźni słuchają, a może nawet ukradkiem na nią spoglądają. 

- Czy to boli? - zastanawiała się Debora. 

- Zwykle nie. Tylko po zmęczeniu albo wysiłku dokuczają mi plecy. 

- Żal mi cię! 

- Jakoś daję sobie radę. Dziękuję za zainteresowanie, księżniczko! 

Siedzieli przy starym, długim stole noszącym jeszcze ślady pozostawione przez ludzi, 

którzy niegdyś przy nim jadali: nacięcia noży. wgłębienia, gdzieniegdzie imię pisane cyrylicą, 

której  Anna  nie  umiała  odczytać.  Ułamała  kawałek  chleba  i  podała  go  księżniczce. 

Dziewczyna uśmiechnęła się do niej zaczerwienionymi od płaczu oczami. 

- ależ ładni mężczyźni! - powiedział do Anny. - Nie widziałam mężczyzn przez wiele, 

wiele  lat,  tylko  męża  Marty  i  Draga,  młodszego  wtedy  i  z  nie  tak  zniszczoną  twarzą.  Twój 

mąż jest doprawdy niezwykle piękny, Anno. Nie mogę się na niego napatrzeć! 

Gdybyś  nieco  lepiej  znała  ludzi,  nie  mówiłabyś  tak,  pomyślała  Anna.  Ale  czegóż 

można oczekiwać po osobie zamkniętej przez całe życie w klatce samotności... 

Giovanni rzucił dziewczynie rutynowe, uwodzicielskie spojrzenie. Drago zasępił się. 

- A Milovan - mówiła dalej dziewczyna - jest taki słodki w tym habicie. 

Milovan poczerwieniał aż po koniuszki uszu. 

background image

- Myślę także, że to głupio mówić „pan” i „pani” do siebie nawzajem. Zwłaszcza wy, 

którzy jesteście małżeństwem. Mówcie „ty”, do mnie też! 

- Ależ, księżniczko, nie możemy tak! - wykrzyknął Drago, przerażony. 

-  Ech,  wychowano  cię  w  tym  idiotycznym  przekonaniu,  że  macie  się  przed  nami 

płaszczyć! Anna ma zupełną rację, naprawdę mam dość samotności. Gdybyś wiedział, Drago, 

jak  bardzo  nienawidziłam  każdej  minuty  w  tej  wieży  z  kości  słoniowej!  Nienawidziłam 

dudnienia rzeki, poddańczego dygania Marty, nigdy nie miałam z kim porozmawiać, zawsze 

byłam na piedestale! Gdybym tylko mogła choć raz wyjść z klasztory! W końcu myślałam, że 

poza  jego  murami  nie  ma  nic,  że  rzeka  i  las  nie  są  prawdziwe,  a  tylko  mi  się  wydaje,  że 

istnieją. 

Prawie wybuchnęła płaczem, ale udało się jej opanować. 

Giovanni odezwał się pompatycznie. 

-  Ja,  ze  swej  strony,  jako  markiz  wenecki,  przyjmuję  zaszczyt  mówienia  „ty”  do 

ciebie, księżniczko. Jesteśmy niemal równi pozycją. 

Debora uśmiechnęła się do niego promiennie. 

- Dobrze! Drago, nie bądź tak uparty! Anno, ty na pewno będziesz moją przyjaciółką, 

jesteś tak miła i dobra. A ty, Milovan... 

Jej głos zabrzmiał pieszczotliwie, jakby mówiła do szczeniaczka. 

Milovan zająknął się niepewnie. 

- T... to będzie zaszczyt... móc mówić... ale to... 

-  Coś  ty!  -  przerwała  mu  Debora.  -  Mówiłeś  do  mnie  „ty”  w  moim  pokoju,  gdy 

pomagałeś mi się ubrać. 

Milovan łapał tylko oddech, przerażony. 

Debora wprowadziła nieświadomie nowy rodzaj napięcia w grupie. Annę martwiło to 

niewymownie, zwłaszcza z powodu reakcji Giovanniego. 

Poczuła  się  nagle  bardzo  osamotniona.  Każde  z  tej  czwórki  wydawało  się  tu,  w 

Czarnogórze jakby na miejscu, u siebie. 

Ona, mieszkanka Północy, była inna. 

background image

WYJŚCIE 

Przez  dwa  dni i  dwie  noce  czuwali  nad  Martą.  Anna,  Drago  i  Milovan  zmieniali  się, 

pozostała dwójka była ponad takie rzeczy. 

Giovanni  się  niecierpliwił.  Myszkował  w  klasztorze,  ale  bez  rezultatu,  pytać  zaś  się 

nie  ośmielał.  Debora  fruwała  jak  motyl  i  cieszyła  się  wolnością.  Niby  -  wolnością,  myślała 

Anna, nadal przecież znajdowali się na tej niedostępnej skale. 

Rzadko  widywała  towarzyszy.  Siedziała  często  u  Marty,  może  by  nie  patrzeć  na 

Giovanniego, umizgującego się do księżniczki. Wiedziała, że Drago czujnie go obserwuje i że 

na zbyt wiele mu nie pozwoli. 

Milovan nie miał najlepszego nastroju, Widziała to. Był rozdarty między pragnieniem 

zostania mnichem, słabością do Debory i zazdrością o Giovanniego. 

W pewien sposób odpowiedzialność za Martę spadła na nią i na Draga. Czasami, gdy 

zastępował  Annę  przy  łóżku  chorej,  kładł  dłoń  na  jej  ramieniu  i  lekko  ściskał  na  znak,  że 

może iść, ale także w dowód porozumienia. 

Annie się to podobało. Próbowała sobie wmawiać, że ten gest nie ma znaczenia, ale na 

próżno. Lubiła te chwile. 

Była  zmęczona.  Czuwanie  przy  umierającej  wyczerpywało  ją.  Pewnego  razu  nawet 

nie miała siły wstać. Wówczas Drago usiadł  w innym krześle. Anna wiedziała, że patrzy  na 

nią,  ale  nie  odważyła  się  odwzajemnić  spojrzenia.  Siedziała  tylko  i  czuła  wielki  spokój. 

Wreszcie wstała, szepnęła „dobranoc” i wyszła. 

Któregoś  dnia  wczesnym  rankiem  wezwał  ich  Milovan.  Modlił  się  nad  chorą.  Anna 

stanęła blisko Draga, poważna i lekko przestraszona. Zjawiła się także Debora. 

Jak  to  często  zdarza  się  tuż  przed  śmiercią,  Marta  ocknęła  się.  Jej  oczy  szukały 

Debory. Dziewczyna zbliżyła się do łóżka. 

- Nareszcie - wyszeptała stara kobieta. - Przyszli po ciebie, pani. 

- Tak - odpowiedziała dziewczyna wzruszona. - Są mili, Marto. 

- Przywrócą ci twoją pozycję. Pamiętaj, moje dziecko! Jesteś ostatnią z Nemanjiciów! 

Musisz wrócić do Serbii i panować tam. Nemanjić znów zasiądzie na tronie! 

Pobożne  życzenia!  pomyślała  Anna.  Już  od  trzystu  lat  Serbia  jest  częścią  imperium 

osmańskiego. Czy ta młodziutka dziewczyna może to zmienić? 

Stara zaniepokoiła się. 

- Drago! Drago, jesteś tu? 

background image

- Tak, jestem, Marto. 

- Nie wolno ci dotknąć dziewczyny! Obiecaj mi! Pamiętaj, że jesteś tylko... 

-  nigdy  nie  przyszłoby  mi  na  myśl  zbliżyć  się  do  jednego  z  Nemanjiciów,  Marto! 

Wiesz przecież, że mam dla nich taki sam respekt jak i ty. 

- Ale masz gorącą krew. A życie ma swoje prawa. 

- Nawet przez myśl mi to nie przeszło. Dla mnie Nemanjić jest nietykalny. Daję na to 

moje słowo. 

- To dobrze! - wyszeptała Marta. 

Milovan  odmawiał  modlitwy,  początkowo  gorączkowo  i  bezładnie,  później  wpadł  w 

monotonny rytm. Widzieli, jak spokój wygładza twarz kobiety. 

Ostatni oddech, głęboki jak westchnienie, i stara Marta umarła. 

Drago  pochował  ją  obok  jej  męża,  był  to  ostatni  grób  na  wietrznym  cmentarzu. 

Milovan  odczytał  modlitwę  za  jej  duszę.  Na  prośbę  Draga  pomodlił  się  nad  każdym  z 

grobów.  Wzruszona  Anna  patrzyła  na  jego  poważną  twarz,  gdy  chodził  od  jednego  do 

drugiego  krzyża.  Mały  Milovan  był  teraz  kimś!  Po  raz  pierwszy  miał  ważną  misję  do 

spełnienia,  a  nie  tylko  zamiatanie  dziedzińca  klasztornego  lub  zanoszenie  jedzenia 

zakonnikom. 

Zebrali się w Sali jadalnej na ostatni posiłek. Panowała cisza. Był to bardzo uroczysty 

dzień. 

Drago odsunął krzesło od stołu. 

- Jeżeli wszyscy są gotowi, szykujemy się do wymarszu. 

- Nie, zaczekaj! - zawołał Giovanni w panice. 0 Czy nie powinniśmy najpierw zebrać 

rzeczy należących do rodziny książęcej? 

Debora roześmiała się dźwięcznie. 

- To nie zajmie dużo czasu! To tylko stosik w moim pokoju. 

Giovanni powiedział z napięciem w głosie: 

- Czy jesteś pewna, że nie ma nic więcej? 

- Więcej? A cóż by to miało być? 

Drago wziął głęboki oddech. 

- Cały czas wiedziałem, że szukasz, panie, czegoś więcej... 

- Masz mówić na ty! - przypomniała Debora. 

-  Może  jednak  nie  -  powiedział  Giovanni  kwaśno.  -  Nie,  o  niczym  szczególnym  nie 

myślałem. 

Ale Drago nie poddawał się. 

background image

- Wydaje mi się, że szukasz, panie, tej skrzyni, która stoi pod oknem, nieprawdaż? 

Nikt  nie  zwrócił  na  nią  uwagi.  Najwyraźniej  Drago  postawił  ją  tam  dopiero  rano. 

Giovanni jak zahipnotyzowany utkwił wzrok w skrzyni. 

- Co... ona zawiera? - wydukał. 

-  Wszystkie  najbardziej  wartościowe  rzeczy  należące  do  rodziny  książęcej.  Są  teraz 

własnością księżniczki Debory - podkreślił Drago surowo. 

Oczy  Giovanniego  prześlizgiwały  się  od  Debory  do  Anny  i  z  powrotem.  Był  w  nich 

wyraz niezwykłej irytacji, co nie umknęło uwagi Draga. 

- Jak blisko serbskiego tronu stoi księżniczka? - spytał Giovanni. 

- Tego tronu już nie ma - uśmiechnęła się Debora. 

- Nie ma, ale wszystko może się zmienić - oświadczył Drago. - Gałąź rodu, która się 

tu  ukryła,  jest  gałęzią  poboczną,  ale  przypuszczalnie  ma  prawo  do  dziedziczenia  tronu. 

Minęło  już  przecież  trzysta  lat,  od  kiedy  odebrano  władze  Nemanjiciom  i  zmieciono  ich  z 

powierzchni  ziemi,  ale  ich  krewni  starali  się  utrzymać  książęcą  krew  jak  długo  się  dało. 

Debora  jest  córką  młodszego  brata  ich  przywódcy.  Na  pewno  ma  prawo  do  tronu,  jeżeli 

pozostali z tej drugiej gałęzi nie żyją. Tego nie wiemy na pewno, ale przypuszczamy, że tak 

właśnie jest. 

-  Ród  książęcy  dużo  dla  ciebie  znaczy,  prawda?  -  spytał  Milovan,  z  trudnością 

odwracając wzrok od Debory. Śliczna dziewczyna w swym kolorowym stroju aż rwała oczy. 

A  jeszcze  to  swobodne  zachowanie,  którego  trudno  było  się  spodziewać  po  osobie 

ż

yjącej  w  zamknięciu  niemal  całe  życie!  Świadczyło  to  o  niezwykłej  osobowości  i  chociaż 

Annie sprawiało niejaką przykrość zainteresowanie mężczyzn Deborą, nie mogła jej nie lubić. 

-  Od  małego  nie  znałem  innego  zwierzchnika  niż  ród  książęcy  -  opowiadał  Drago 

spokojnie.  -  Wszystko  w  naszej  wiosce  w  górach  zależało  od  nich,  służenie  im  było 

zaszczytem. Zawsze byłem z tego dumny. Dlatego z rozpaczą grzebałem jednego za drugim, 

podczas gdy ja, niegodny, żyłem dalej. 

- Możesz służyć mnie, jeśli chcesz - rzucił Giovanni lekko, krążąc wokół skrzyni jak 

głodny wilk. - Markiz z Wenecji stoi równie wysoko. 

Drago spojrzał na niego ponuro. 

-  Nie  rozumiesz  tego,  panie.  Kochaliśmy  ród  książęcy  za  ich  szlachetne  cechy 

charakteru! Dlatego im służyliśmy. 

Słowa  te  stanowiły  obrazę  dla  Giovanniego,  który  wstrzymał  swą  niespokojną 

wędrówkę po pokoju. 

- Cechy charakteru nie mają z tym nic wspólnego! To kwestia klasy. Ale tak naprawdę 

background image

nie potrzebuję twoich usług. Starannie dobieram sobie służbę. 

Jakież  to  dziecinne,  pomyślała  Anna.  Zawstydzona,  popatrzyła  na  Draga,  jakby 

prosząc o wybaczenie. Odpowiedział niezgłębionym wyrazem twarzy. 

W ciągu tych dni na samotnej skale Anna często zauważała, że Drago patrzy na nią w 

zamyśleniu.  Wreszcie  gdy  już  szykowali  się  do  wymarszu  i  wynieśli  bagaże  na  zewnątrz, 

podszedł do niej. 

- Pozwolisz, pani, że poproszę cię o pomoc? - zapytał. 

- Tak, chętnie - odpowiedziała tak spokojnie, jak mogła. Jego słowa zaskoczyły ją, ale 

również  w  pewien  sposób  ucieszyły.  -  Ale  czyż  księżniczka  nie  prosiła  nas,  abyśmy  mówili 

do siebie na ty? Powinniśmy spełniać jej życzenia. 

Ś

ciągnął brwi z nagłą złością, jakby podejrzewając ją o wyśmiewanie jego ukochanej 

księżniczki, lecz szczere spojrzenie Anny uspokoiło go. Skinął głową. 

-  Chciałbym  cię  prosić,  abyś  zajęła  się  dziewczyną.  Nie  wie  nic  o  życiu  ani  o 

mężczyznach. Chciałbym, żebyś była dla niej oparciem. Ona cię lubi. 

- Ja? - spytała Anna zmieszana. - Ale ja... 

Chciała powiedzieć: „Ja też nic nie wiem o mężczyznach”, ale nie zdążyła, bo mówił 

dalej: 

- Jesteś stara i doświadczona. Wiesz, co mam na myśli. 

Anna  poczuła,  że  zaraz  się  rozpłacze.  Czy  te  upokorzenia  nigdy  się  nie  skończą? 

Przecież ma tylko dwadzieścia siedem lat! 

Gdy wahała się, jak zareagować, złagodził swe przykre słowa. 

-  Myślę,  że  jesteś  mądra,  i  mam  do  ciebie  zaufanie.  Ona  jest  jeszcze  dzieckiem. 

Piętnaście lat to niewiele. 

Anna zrozumiała z westchnieniem ulgi, że użył niewłaściwego słowa - zamiast stara i 

doświadczona chciał powiedzieć „dojrzała”. Brzmiało to o wiele lepiej dla kobiecego ucha. 

Jego  spojrzenie  złagodniało,  gdy  patrzył,  jak  podekscytowana  Debora  wbiega  i 

wybiega  z  klasztoru,  wynosząc  swoje  rzeczy.  Milovan  zapomniał  całkiem  o  powadze 

nowicjusza, bawił się z nią i żartował. Giovanni zaś był zły, bowiem jego umizgi spływały po 

Deborze jak woda o gęsi. 

-  Och,  jak  wspaniale!  -  zawołała  dziewczyna  do  Draga  i  Anny.  -  Cudownie  być  na 

dworzu,  rozmawiać  z  innymi  ludźmi!  -  Posmutniała  nieco.  -  Oczywiście,  jest  mi  bardzo 

przykro,  że  Marta  umarła.  -  Po  chwili  znów  jej  wyraz  twarzy  się  zmienił.  -  Ale  pod  koniec 

była  strasznie  marudna!  Nic  nie  wolno  mi  było  robić!  A  potem  zachorowała.  biedna  Marta, 

była już taka stara. Chodź, Milovan, weźmiemy resztę! 

background image

Zniknęli w klasztorze. 

Drago powoli pokręcił głową, zrezygnowany. 

Wreszcie mieli opuścić to nieszczęsne miejsce. 

Giovanni  wydawał  się  zadowolony,  nie  spuszczał  wzroku  ze  skrzyni  niesionej  przez 

Draga.  Wszyscy  mieli  ciężkie  bagaże,  nawet  kobiety.  Drago  wyniósł  też  wykonane  przez 

siebie  małe  rzeźby  zwierząt.  Świadczyły,  że  starał  się  czymś  wypełnić  wolno  płynący  czas 

samotności.  Nie  były  szczególnie  piękne,  więc  chciał  je  odłożyć,  ale  Anna  zauważyła  jego 

wahanie i szybko zaprotestowała: 

- Nie, Drago, nie zostawiaj ich! Ja mogę je wziąć, mam jeszcze miejsce w worku! 

Nagrodził ją cieniem uśmiechu i pomógł zapakować przedstawiające dla niego wielką 

wartość  figurki.  Debora  przeciwnie,  okazała  się  mało  sentymentalna  w  stosunku  do  swych 

lalek. Od czasu gdy Milovan wszedł do jej pokoju, nie poświęciła im ani jednego spojrzenia, 

mimo  że  przez  wiele  lat  zastępowały  jej  towarzystwo  ludzi.  Wrzuciła  je  obojętnie  do 

wielkiego ogniska rozpalonego przed klasztorem. 

Odchodząc, ani Drago, ani Debora, nie odwrócili się w stronę gasnącego już ogniska. 

Anna nie umiała rozstrzygnąć, czy to z powodu niechęci do tego miejsca, czy też dlatego, że 

nie chcieli rozjątrzać uczuć tym ostatnim spojrzeniem. 

Stanęli wreszcie przy moście. 

- O! - zawołała Debora. - Jakie to wspaniałe! Mogę iść pierwsza? 

Anna  wpatrzyła  się  w  nią,  oniemiała.  Cóż  za  młodzieńcze  lekceważenie 

niebezpieczeństwa! 

- Nie, nie możesz - powiedział Giovanni. - Ja o tym decyduję! Drago, zaczynasz! 

Anna  nie  wiedziała,  czym  kierował  się  Giovanni,  wypowiadając  te  słowa.  Drago 

zresztą  po  raz  pierwszy  zgodził  się  z  nim.  Anna  śledziła  spokojne  ruchy  Serba,  starając  się 

zaczerpnąć  z  nich  odwagę.  Jak  dobrze,  że  Drago  -  silny  i  męski  -  był  z  nimi,  wszystko 

wydawało się teraz łatwiejsze. 

Przeprawienie  wszystkiego  wymagało  dużo  czasu  i  cierpliwości.  Giovanni  zarządził, 

ż

eby przenieść rzeczy za zakręt drogi, twierdził, że tam jest więcej miejsca. Zatrzymał Annę 

przy sobie, chciał bowiem, aby mu pomogła. Była wprost nieprzytomna ze strachu i czuła do 

niego tylko wdzięczność za odsunięcie przeprawy w czasie. 

W  pewnym  momencie  znalazła  się  sama  z  Giovannim,  pozostali  skryli  się  już  za 

zakrętem. 

- Teraz twoja kolej - powiedział Giovanni dziwnie ochrypłym głosem. 

- Teraz? Przecież nie ma tam Draga! 

background image

- Draga? Czas ucieka, nie mamy czasu czekać na Draga! 

Anna podeszła do brzegu. 

- Nie, nie mogę, ktoś musi trzymać most z tamtej strony. 

- No dobrze, zaczekamy - zgodził się Giovanni, podchodząc bliżej. Nagle krzyknął: - 

Uważaj, padam! 

Anna  poczuła  gwałtowne  pchnięcie  w  plecy  i  poleciała  do  przodu.  Jej  ręce 

rozpaczliwie  szukały  mostu,  ale  widziała  już  tylko  otwierającą  się  pod  nią  przerażającą 

przepaść. 

background image

ZWIERZENIA 

Desperacko uczepiła się czegoś, na co natrafiły jej palce. była to lina, której użyli do 

wzmocnienia mostu. 

- Drago! - krzyknęła, śmiertelnie przerażona. 

Leżała głową w dół, nogi mając jeszcze na skale, i kurczowo trzymała się liny. 

Nie chcę umierać, myślała. Boże, nie chcę jeszcze umierać, nie w ten sposób! 

Przepaść przyprawiała ją o zawroty głowy. 

- Drago! - krzyknęła znowu. 

Już tam był, po swojej stronie mostu. 

- Rób coś, markizie! - wrzasnął wściekły. - Trzymaj ją, przecież się zsuwa! 

Giovanni ocknął się z odrętwienia. Schwycił żonę za nogi i mocno przytrzymał. Drago 

w jednej chwili znalazł się koło niej. Anna, nieprzytomna z przerażenia, czuła, jak ostrożnie 

przekłada jej jedną dłoń z liny na most, potem drugą. 

- Potknąłem się - wyjąkał Giovanni. 

Drago zbył to milczeniem. 

-  Most  nie  utrzyma  nas  dwojga  -  powiedział  cicho  do  Anny.  -  Muszę  się  wycofać. 

Zacznij się przemieszczać, gdy już będę po tamtej stronie. nie bój się, pomogę ci. 

Anna cała się trzęsła. 

- Nie mogę - wyszeptała. 

-  Zamknij  oczy  -  polecił  -  tak  jak  poprzednim  razem.  Jestem  tu.  Nie  masz  się  czego 

bać. Nikt ci nic nie zrobi. 

Przedziwne słowa! Anna zamknęła oczy i zaczęła czołgać się na drugą stronę, stopień 

za stopniem, pomagając sobie rękami. 

-  Przerażające!  -  wyjąkał  Giovanni  drżącym  głosem.  -  Mogła  spaść,  a  most  razem  z 

nią. Wtedy także ja byłbym zgubiony! 

- Tak - rzucił Drago. - To przemawia na twoją korzyść. 

Anna  nie  chciała  zrozumieć,  co  miał  na  myśli,  mówiąc  te  słowa.  Giovanni  nic  nie 

odpowiedział. 

Niejasno poczuła, że nadeszli młodzi. Jak nieprzytomna czołgała się naprzód, słysząc 

jedynie mocne dudnienie w uszach. 

Gdy  Drago  dotknął  jej  dłoni,  wydała  cichy  jęk  ulgi.  Przyciągnął  ją  bliżej,  objął  i 

postawił  na  cudownym  stałym  gruncie.  Jego  ruchy  były  zadziwiająco  delikatne  i  ostrożne, 

background image

niemal współczujące. 

Anna  nie  była  w  stanie  puścić  Draga.  Zmieniona  w  kłębek  rozedrganych  nerwów, 

przywarła  do  niego  nie  wiedząc,  co  robi.  Przyciągnął  jej  głowę  do  swego  ramienia,  poczuła 

dotyk  jego  warg  na  włosach  i  słuchała  uspokajających  słów  wypowiadanych  miękkim, 

pełnym zrozumienia głosem. 

Powoli, powoli uspokajała się. Dopiero wtedy ją puścił. 

Gdy  wszystkie  rzeczy  i  ludzie  znaleźli  się  już  po  właściwej  stronie,  rozpoczęto 

schodzenie. Anna czuła się fatalnie. Schodzenie po zboczach czy schodach zawsze sprawiało 

jej  trudność,  ponieważ  bardzo  obciążało  kręgosłup  i  nogi.  Nigdy  jeszcze  nie  czuła  się  tak 

wyczerpana, zarówno na ciele, jak i duszy! 

Wszyscy kogoś mieli. Milovan i Debora zaprzyjaźnili się już ze sobą. Drago uwielbiał 

Deborę...  Drago...  Jego  twarz  przybrała  tak  przerażająco  twardy  i  zdradzający 

zniecierpliwienie  wyraz,  gdy  odsunął  ją  od  siebie  wtedy  na  moście.  Jak  mogła  tak  się 

ośmieszyć,  przytulić  się  do  obcego  mężczyzny  w  ten  sposób!  No  a  Giovanni...  Ach, 

Giovanni!  Cóż  mogła  o  nim  wiedzieć?  Chyba  tylko  to,  że  już  nie  potrzebował  dziewczyny 

imieniem Anna! 

Znów zatęskniła za Norwegią. Do domu, do dużego domu ojca, gdzie mogła się ukryć 

w  czterech  ścianach  biblioteki  i  czytać.  Do  domu,  gdzie  nie  musiała  spotykać  się  z  obcymi 

ludźmi. Jej światem były marzenia, nie pasowała do rzeczywistości. 

Lata  spędzone  na  morzu  też  były  dla  niej  trudne.  Udawała  pewność  siebie,  której  jej 

brakowało, zmuszała się do rozmów z klientami ojca. Dziwiła się i cieszyła, że załoga okrętu 

z  czasem  zaczęła  traktować  ją  z  szacunkiem.  Mężczyźni  odnosili  się  do  niej  z  poważaniem, 

lecz  zawsze  z  dystansem.  Nigdy  nie  przyszło  im  do  głowy,  że  jest  młodą  kobietą  o  takich 

samych  uczuciach  jak  inne.  Przez  pierwsze  lata  podkochiwała  się  w  kilku  z  nich, 

beznadziejnie i krótkotrwale, ale na szczęście żaden tego nie dostrzegł. 

A  zauroczenia  mijały  szybko.  Anna  oceniła  je  właściwie:  były  tylko 

powierzchownym, fizycznym, nie pozostawiającym żalu przyciąganiem do płci przeciwnej. 

Aż  wreszcie  w  jej  życie  wkroczył  Giovanni...  W  tym  miejscu  jednak  stłumiła  dalsze 

wspomnienia. 

Dotarli  wreszcie  na  łączkę,  gdzie  pasły  się  osły.  Debora  wpadła  w  taki  zachwyt  na 

widok  zwierząt,  że  chciała  je  natychmiast  pogłaskać,  co  sprawiło,  że  mężczyznom  z  wielką 

trudnością udało się je uspokoić. 

W tym czasie Anna przygotowała posiłek. Zjedli go szybko, siedząc na trawie. 

Ku zdumieniu Anny Drago usiadł obok niej. Nagle odezwał się: 

background image

- Ech, ta Marta, jakże głupio zrobiła! Schowała przede mną małą Deborę, bo sądziła, 

ż

e mogę być dla niej niebezpieczny. Jak mogła tak przypuszczać? Dla mnie księżniczka jest 

niemal święta! 

-  Rozumiem  jej  obawy  -  powiedziała  Anna  powoli.  -  Ty  i  Debora  byliście  tam 

jedynymi młodymi osobami. 

- Ależ to nie do pomyślenia! - wybuchnął Drago. - Poza tym to jeszcze tylko dziecko. 

- Nie na zawsze. 

Spojrzał na nią zniecierpliwiony. 

-  Nie  rozumiesz  mnie!  Księżniczka  Debora  zupełnie  mnie  nie  pociąga.  nie  w  ten 

sposób. Wcale. 

- Nie, nie mogę tego zrozumieć - wyznała Anna. - Uważam, że jest zachwycająca.  I, 

niestety, nie jestem w tym odosobniona. 

Podążył  za  jej  wzrokiem.  Debora  i  Milovan  stali  blisko,  oglądając  kwiat,  który 

dziewczyna miała w dłoni. Ich głowy się stykały. 

Wtedy odezwał się zgryźliwie Giovanni: 

- Milovan! Zapominasz chyba, że masz zostać mnichem! 

Chłopiec odskoczył w tył. 

-  Tak  -  powiedział  Drago  powoli.  Annie  sprawił  przyjemność  dźwięk  jego  niskiego 

głosu. - Tak, to niepokojące. Dlatego prosiłem, abyś zajęła się księżniczką. 

Anna spontanicznie położyła dłoń na jego dłoni. 

-  Spróbuję,  Drago,  bo  ją  bardzo  lubię.  Porozmawiam  z  nią  o  Milovanie.  Ale  jeśli 

chodzi o mojego męża... 

Zamilkła, pełna poczucia winy, i udała, że nie zauważa pytającego spojrzenia Draga. 

Gorączkowo zmieniła temat: 

- Jak udało wam się znaleźć drogę? Musieliście mieć kogoś znającego teren? 

-  Tak,  poniekąd  mieliśmy.  Rozumiesz,  droga  była  opisana  w  starych  serbskich 

księgach,  nieznanych  w  Czarnogórze.  Mieliśmy  umowę,  że  nasi  sprzymierzeńcy  przyjdą  po 

nas,  gdy  minie  niebezpieczeństwo.  To  na  nich  czekała  Marta.  Nikt  jednak  nie  nadszedł. 

Obawiam się, że zostali zabici przez Turków. 

Zapadła  cisza.  Słońce  świeciło  mocno  nad  łąką.  Giovanni  drzemał,  głosy  młodych 

dobiegały gdzieś z oddali. Anna nagle poczuła na sobie spojrzenie Draga i podniosła oczy. 

Gdy zobaczyła, jak na nią patrzy, jej ciało przeniknął dreszcz. W jego oczach była siła, 

spokój  i  jeszcze  coś,  co  sprawiło,  że  poczuła  się  jakby  uniesiona  dokądś,  gdzie  nie  było  ani 

ludzi, ani świata. 

background image

Chyba  dziwaczeję,  próbowała  żartować  w  duchu.  to  musi  być  reakcja  na  szok  albo 

jestem przemęczona. 

- No, powinniśmy chyba iść dalej - powiedziała głośno i wstała. 

W podziemnym tunelu dźwięczny głoś Debory odbijał się echem od ścian. Wszystko 

było  dla  niej  nowe  i  niezwykle  ciekawe,  zachowywała  się  jak  ptak  wypuszczony  z  klatki. 

Milovan  był  bardziej  powściągliwy.  Upomniany  przez  Giovanniego,  znów  zaczął  myśleć  o 

zakonnym  powołaniu  i  pewnie  żarliwie  modlił  się  o  wybaczenie.  Giovanni  nadal  próbował 

utrzymać przywództwo, lecz nadaremnie. Jeżeli powstała jakaś wątpliwość, wszyscy zwracali 

się do Draga. 

Annie  mocno  dokuczał  ból  w  plecach.  Nie  sposób  było  dostrzec  podłoża  w 

migotliwym  świetle  pochodni,  więc  często  wykręcała  kostki.  Westchnieniem  ulgi  powitała 

przed sobą światło dnia. Nagle spostrzegła, że Drago został z tyłu. W półmroku zauważyła, że 

mężczyzna  stoi  z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach.  Pozostali  już  wyszli.  Giovanni,  otoczywszy 

ramieniem  Deborę,  pokazywał  jej  roztaczający  się  widok,  jakby  był  jego  panem.  Anna 

zawróciła. 

- Co się stało? - spytała łagodnie. 

Potrząsnął głową. 

- Idź dalej! Nie zajmuj się mną - powiedział niewyraźnie. 

Ona jednak została. 

- To reakcja, prawda? Wolność? 

- Tak. Właśnie teraz poczułem ją tak mocno... 

-  Widziałam  to  w  twojej  twarzy  już  od  dawna.  Byłeś  spięty,  zamknięty  w  sobie.  to 

normalne, Drago. Twoja odpowiedzialność i samotność musiały być ogromnym obciążeniem. 

Skinął głową. 

- Pójdę już - powiedziała cicho. - Nie spiesz się, jakoś ich zatrzymam. 

Poszła, nie oglądając się za siebie. 

Na  drodze  ze  wzgórza  udała,  że  źle  stąpnęła.  Przystanęli  i  zajęli  się  nią,  a  gdy 

dostrzegła, że Drago już idzie, „wydobrzała”. Ruszyli dalej. 

Tego  dnia  szli  długo  doliną  Milovana.  Minęli  drogę  prowadzącą  do  jego  wioski  i 

przebyli jeszcze spory odcinek. 

Szli pieszo, osiołki były mocno obciążone. Giovanni trzymał się w pobliżu tego, który 

niósł tajemniczą skrzynię. Anna widziała kilka razy, jak jej mąż manipulował przy zamku, ale 

musiał się poddać, ponieważ to Drago miał klucz. 

W końcu trzeba było rozbić obóz, nadciągała ciemność. Znaleźli osłonięte miejsce pod 

background image

wysokimi drzewami i przygotowywali się do spoczynku. 

Annę  tak  rozbolały  plecy,  że  nie  była  w  stanie  dłużej  ukrywać  swego  cierpienia. 

Oddalała się właśnie od obozu, gdy nagle zatrzymała ją Debora. 

- Anno! - zawołała poruszona. - Dlaczego mówiłaś, że Giovanni jest twoim mężem? 

- Bo tak jest - oświadczyła spokojnie. 

- A on właśnie powiedział, że jesteś jego służącą. 

Rumieniec napłynął Annie do twarzy, lecz zdołała odpowiedzieć z uśmiechem: 

- Może źle zrozumiałaś jego włoski? 

- Nie, ja wiem, jak jest służąca po włosku! Mieliśmy przecież służbę stamtąd. 

- No, to pewnie żartował. 

- Chyba tak - uśmiechnęła się Debora. - Ech, ale z niego głupiec! 

I pofrunęła. 

Anna  poszła  dalej,  nieszczególnie  pocieszona.  Opadła  z  jękiem  na  porośnięty  trawą 

odłam skalny. 

Nagle stanął przy niej Drago. 

- Boli cię? 

Nie mogła zaprzeczyć. Była wykończona i czuła, że zaraz wybuchnie płaczem. 

- Chyba nie będziesz miała dziecka? - spytał szorstko. 

Opanowanie, z którego była tak dumna, opuściło ją w końcu. 

- Jakżebym mogła! - powiedziała z gorzkim śmiechem. - Giovanni nawet nie... 

Urwała. 

- Przepraszam - bąknęła. 

Drago ukucnął i rozsznurował jej buty. 

-  Nawet  cię  nie  pocałował?  To  miałaś  na  myśli? -  spytał  z  wahaniem,  nie  patrząc  na 

nią. 

Gdy milczała, pytał dalej: 

- Jak długo jesteście małżeństwem? 

- Trzy tygodnie - wydusiła żałośnie. 

Uwolnił  jej  stopy  i  masował  je  ostrożnie,  omijając  odciski.  nikt  jeszcze  nigdy  nie 

widział jej nagich stóp, ale nie czuła wstydu, tylko wdzięczność. 

- I przez ten cały czas cię nie dotknął? 

- Nie - przyznała, pociągając nosem. 

Następne pytanie zadał głosem bez wyrazu: 

- Żałujesz tego? 

background image

- Nie! - odpowiedziała gwałtownie i szczerze. - Nie! Teraz się cieszę! 

- Dlaczego on się z tobą ożenił? 

Co za pytanie! pomyślała Anna, zrezygnowana. Czemu nie pyta, z jakiego powodu ja 

za niego wyszłam? 

-  Naprawdę  nie  wiem  -  westchnęła.  -  Pewnie  dlatego,  że  mój  ojciec  jest  bogaty. 

Oddałam Giovanniemu cały posag, ale to nie pomogło. 

Wreszcie Drago zadał pytanie, na które czekała. 

- A dlaczego ty za niego wyszłaś? 

Jego  dłonie  były  mocne  i  ciepłe.  W  zamyśleniu  spojrzała  w  kierunku  obozu,  skąd 

dochodził  ją  głos  męża.  Giovanni  zalecał  się  do  Debory,  która  odbierała  to  jako  przejaw 

ojcowskich uczuć starszego pana. 

-  Pomyliłam  wdzięczność  i  podziw  z  miłością  -  przyznała  szczerze.  -  Pamiętaj,  że 

skończyłam  dwadzieścia  siedem  lat  i  nigdy  nie  miałam  zalotnika.  Giovanni  jest  niezwykle 

pięknym  mężczyzną.  Wtedy  był  dla  mnie  dobry,  zabiegał  o  mnie,  a  ja  byłam  zbyt 

niedoświadczona,  abym  mogła  się  oprzeć.  Naprawdę  robił  wrażenie  człowieka  mówiącego 

poważnie. Drago! Dlatego nie rozumiem jego późniejszego zachowania... 

- Od kiedy? 

Była  tak  zmęczona  i  czuła  taką  potrzebę  porozmawiania  z  kimś,  kto  chciałby  jej 

wysłuchać, że przestała nad sobą panować. Ocierała bezradnie oczy i mówiła przez łzy: 

-  Po  ślubie.  Nagle  się  zmienił.  Siedziałam  i  czekałam  na  niego  całą  noc  poślubną, 

Drago.  Czekałam  nie  wiedząc,  jak  odważę  się  go  przyjąć!  Byłam  zażenowana  i  bardzo  się 

bałam. Ale mogłam to sobie darować, nie przyszedł. 

Drago już nie masował jej stóp, on je prawie pieścił. Anna była zbyt wzburzona, aby 

to dostrzec, płakała tylko, ślepa i głucha na wszystko. 

Drago spojrzał na nią uważnie. 

- Czułaś skrępowanie i strach, mówisz. Ale czy pragnęłaś, żeby przyszedł? 

Anna była tak zaskoczona jego otwartością, że urwała płacz krótkim szlochem. Przez 

chwilę  wpatrywała  się  w  niego,  oszołomiona.  Drago  siedział  bez  ruchu,  niemal  bojąc  się 

odetchnąć. 

W końcu odpowiedziała powoli: 

- Nie. Nie chciałam tego. Na pewno nie czułam się dobrze. Miałam tylko nadzieję, że 

wszystko  ułoży  się  lepiej,  jeśli  zbliżymy  się  do  siebie.  Ale  czy  tego  chciałam?  Nie,  nie 

chciałam! 

Drago  spuścił  głowę.  Zmieszana  Anna  dostrzegła  na  jego  ustach  cień  uśmiechu. 

background image

Spytała nieśmiało: 

- Myślisz, że jestem bezwstydna i nielojalna, skoro tak mówię? 

- Nielojalna? Wobec tego tam? - prychnął, opatrując otarcia wilgotnymi liśćmi. Zaczął 

znów zawiązywać jej buty. - A bezwstydna nie jesteś na pewno. Odpowiadałaś przecież tylko 

na moje pytania. Mniej cię bolą nogi? 

- O, tak, dziękuję. 

- Poniosę jutro twój worek. 

- Ale masz już tyle do niesienia - sprzeciwiła się. 

- Bzdury! Spróbuj dobrze wypocząć w nocy. Potrzebujemy cię, wiesz przecież. 

- Naprawdę? - spytała bez tchu. 

-  Oczywiście!  Przede  wszystkim  Debora.  Byłaby  bez  ciebie  bezbronna.  Giovanni 

potrzebuje cię jako tłumacza, a Milovan i ja jako jedynej rozsądnej tu osoby. 

Twarz Anny rozjaśniła się jak słońce. 

- A ja... - zaczął Drago, lecz urwał nagle. 

- Tak? - spytała zdziwiona. 

Podniósł się i popatrzył na nią. Oczy znów zapłonęły mu tym dziwnym żarem. 

- Nie, nic takiego - powiedział lekkim tonem. 

- No cóż, chyba będzie lepiej, jeśli już wrócimy. 

Uśmiechnął się do niej nieporadnie i odprowadził do obozu. 

Tej  nocy  Anna  nie  mogła  zasnąć.  Leżała,  patrząc  w  czarne  niebo  i  słuchając  szumu 

wiatru w drzewach i oddechów śpiących. Księżniczka leżała obok niej. Spała jak dziecko na 

miękkim posłaniu przygotowanym dla nich przez Draga. Mężczyźni położyli się nieco dalej. 

Tylko  Anna  czuwała.  Była  przedziwnie  podniecona,  pierś  rozpierało  jej  nieznane, 

wspaniałe uczucie. Choć nie mogła go nazwać, nie pozwalało jej zasnąć. 

Dla  Debory  zakończyły  się  lata  samotności,  wyrwała  się  już  ze  swego  więzienia.  Jej 

tęsknota  za  swobodą  została  zaspokojona.  Dziewczyna  jest  teraz  wolna  i  otoczona 

przyjaciółmi. Dlatego jej sen był głęboki i pełen beztroskich snów. 

Następny dzień przyniósł kolejne dramatyczne wydarzenia. 

Anna,  Milovan  i  Drago  porządkowali  bagaże,  gdy  nagle  przerwali  pracę  i  zaczęli 

nasłuchiwać.  Zza  krzaków  dotarł  do  nich  głos  Giovanniego.  Markiz  wybrał  się  na 

przechadzkę, ale nie wiedział, że jest tak blisko obozu. 

- Nie! Ona nic dla mnie nie znaczy, Deboro! - zapewniał żarliwie. - Tak, przyznaję, że 

skłamałem trochę, ona niejako jest moją żoną, ale traktuję ją jak służącą. to było małżeństwo 

z rozsądku, nic innego. Nie sądzisz chyba, żeby mężczyzna mojego pokroju mógł się ożenić z 

background image

miłości z kimś tak brzydkim i prostym? 

Drago rzucił Annie szybkie spojrzenie, ale nic nie powiedział. 

- Uważam, że ona jest miła - sprzeciwiła się księżniczka. 

-  Ona  miła?  Jest  głupia  i  bezczelna.  Ona  i  jej  ojciec  oszukali  mnie.  Obiecał  mi 

bogactwa  całego  świata,  jeśli  tylko  wezmę  jego  brzydką  córkę,  a  potem  wykluczył  jako 

dziedzica! Cóż za niezwykła zuchwałość! Wszystko miało przejść bezpośrednio na jej dzieci. 

Ale  poczeka  sobie  na  te  dzieci...  Ja  się  do  tego  nie  przyczynię,  możesz  mi  wierzyć!  Ale  ty, 

Deboro... Z tobą to coś całkiem innego... 

- Ależ świnia - wyszeptał Milovan wzburzony. 

Drago położył dłoń na ramieniu Anny i lekko ścisnął, okazując swą sympatię. 

- No, przynajmniej już wiem, co o mnie myśli - mruknęła cicho. 

Wreszcie się dowiedziała, dlaczego się z nią ożenił i dlaczego później unikał. Dobrze, 

ż

e wreszcie się to wyjaśniło. Znów zabrzmiał głos Giovanniego: 

- Odejdę od niej, jak tylko znów się znajdziemy  w cywilizowanych okolicach. Mogę 

złożyć winę na cokolwiek, na przykład że nie wypełniła obowiązków małżeńskich. A wtedy 

ty i ja... Mam pałac w Wenecji, Deboro! 

Dziewczyna roześmiała się dźwięcznie. 

- Ty i ja? Przecież jesteś strasznie stary! 

Drago  aż  się  zachłysnął,  a  na  ustach  wszystkich  błąkał  się  uśmieszek,  gdy  tak  stali  i 

podsłuchiwali  bez  wyrzutów  sumienia.  Drago  intensywnie  wpatrywał  się  w  Annę,  jakby 

pragnąc  dodać  jej  otuchy,  której  istotnie  potrzebowała.  Giovanni  używał  właśnie  dokładnie 

tego samego tonu co kiedyś, gdy chciał wywrzeć wrażenie na Annie. 

Po drugiej stronie zarośli zapanowała cisza, wreszcie Giovanni rzekł głosem miękkim 

jak jedwab: 

- Tak sądzisz? Zobaczysz, że nie ma we mnie nic ze starca! 

- Nie, dosyć już tego! - nie wytrzymał Milovan. - Debora! Pozwól tu na chwilę! 

Zjawiła się natychmiast. 

-  Co  za  szczęście,  że  mnie  zawołałeś  -  wyszeptała.  -  Myślałam,  że  się  nigdy  nie 

pozbędę tego obrzydliwca! Koniecznie chciał mnie dotknąć! Przepraszam, Anno! 

- Nic nie szkodzi - mruknęła. 

Nagle  z  niezrozumiałych  powodów  poczuła  się  szczęśliwa.  Oto  stała  wśród  trojga 

prawdziwych przyjaciół! 

-  Tak  bardzo  was  lubię!  -  wyszeptała  wzruszona  i  odbiegła.  Tym  razem  nie 

przeszkadzało jej, że utykała. 

background image

Następne wydarzenia jednak jeszcze bardziej wytrąciły Annę z równowagi. 

Rozpoczęła je szczera, jak zawsze, Debora. Szła obok Anny i paplała beztrosko. 

- Wiesz? - szepnęła w pewnej  chwili z oczami błyszczącymi radością. -  Milovan był 

bardzo dziwny podczas ostatniego postoju. Objęłam go i pocałowałam w policzek, bo byłam 

strasznie zadowolona, a on cały poczerwieniał, zaczął szybko oddychać i chciał mnie złapać, 

ale uciekłam. To było wspaniałe, Anno! Odkryłam, jaką mam nad nim władzę! - zachichota. 

Anna na moment przymknęła oczy. 

-  Deboro...  rozumiem  twoje  uczucia  i życzę  ci,  abyś  przeżywała  miłe  chwile  po  tych 

latach  samotności.  Ale  miej  na  względzie  dobro  Milovana!  Nie  utrudniaj  mu  jego  sytuacji. 

Wiesz,  że  ma  zostać  mnichem  i  że  wybrał  się  na  tę  wyprawę  także  dlatego,  aby  sprawdzić, 

czy  jest  w  stanie  oprzeć  się  pokusom  tego  świata.  A  wierz  mi,  jesteś  dla  niego  ogromną 

pokusą, większą, niż mógł przewidzieć. Nie możesz się w nim zakochać. A przede wszystkim 

nie dopuść, aby zakochał się w tobie! 

Debora była zdruzgotana. 

- Mnich? - spytała żałośnie. - Ale to byłaby szkoda! Jest taki słodki... 

-  Myślę,  że  Milovan  uważa,  iż  jest  to  winien  swemu  przybranemu  ojcu  -  wyjaśniła 

Anna.  -  On  jest  bardzo  sławny  w  tym  kraju,  to  bohater  jego  ludu.  Miał  kiedyś  sam  zostać 

mnichem,  ale  zajął  się  nieszczęśliwym,  osieroconym  Milovanem  i  wychował  go.  Chłopiec 

chce wstąpić do zakonu także z wdzięczności do ojca. 

-  Myślę,  że  to  głupie  -  powiedział  Debora  niepewnym,  lekko  drżącym  głosem.  -  Ja 

wiem, co to znaczy siedzieć w zamknięciu całe życie i widzieć mijającą młodość! 

- Tak - przyznała Anna i w zamyśleniu popatrzyła na mężczyzn idących przed nimi. - 

Nie  sądzę,  aby  Milovan  w  pełni  zdawał  sobie  z  tego  sprawę.  Może  zaczyna  to  sobie  teraz 

uświadamiać.  Ale  wiem,  że  głęboko  wierzy  w  Boga  i  tego  nie  powinniśmy  próbować 

zmieniać. 

- Nie, oczywiście, że nie - przyznała Debora w roztargnieniu. 

Była  rozbrajająco  słodka,  gdy  tak  szła  obok  Anny,  że  swymi  długimi,  ciemnymi 

warkoczami i czerwoną czapeczką należącą do jej stroju ludowego. Anna wcześniej nie znała 

takiego  stroju.  Składał  się  z  wielu  kolorowych  spódnic,  miał  obcisły  gors  i  krótkie  rękawy. 

Księżniczka  wyglądała  w  nim  wspaniale.  Anna  czuła  się  przy  niej  jak  mała,  szara,  koślawa 

mysz. 

- ależ ten Drago jest w tobie zakochany! - rzuciła nieoczekiwanie zachwycona Debora. 

Anna zachłysnęła się, zaszokowana: 

- Drago? We mnie? Oszalałaś? 

background image

- Nie widzisz tego? W takim razie jesteś ślepa! Patrzy na ciebie ciągle, nieomal pieści 

cię wzrokiem. Nie zauważyłaś na przykład, jak często się teraz odwraca? 

- No tak - przyznała Anna, zaczerwieniona. - Ale on przecież upewnia się, czy u ciebie 

jest wszystko w porządku. 

- Ha, ale jego oczy nie mnie szukają! 

- Ale ja jestem tak brzydka, tak beznadziejnie brzydka... 

- Ty? Anno, ty sobie  coś wmawiasz. Wyraz twoich oczu jest przecież zachwycający, 

nie wiesz o tym? Są tak ciepłe, pełne miłości do całego świata. 

Anna  nie  była  w  stanie  odpowiedzieć.  Wzrok  jej  pobiegł  nieśmiało  ku  postawnej 

sylwetce przed nimi. Patrzyła na czarne włosy, opadające lekkimi falami na szerokie ramiona, 

na postrzępioną koszulę, spod której wyzierało brązowe, gładkie ciało, na wąskie biodra... 

„Należysz  do  rodu  o  gorącej  krwi”  -  powiedziała  do  niego  Marta.  gdy  Anna 

przypomniała sobie te słowa, jej wargi zaczęły niepokojąco pulsować. Czy dlatego Drago się 

nią zainteresował? Nie, to niemożliwe! Ale przecież wtedy... 

Ocknęła się na słowa Debory: 

- Szkoda, że jesteś żoną tego lakierowanego jaszczura. 

- Ależ, Deboro! 

- Może nie mam racji? 

-  Tak  -  na  pół  z  płaczem,  na  pół  ze  śmiechem  przyznała  Anna.  -  Masz  rację.  Jest 

fałszywy.  Ale  jestem  jego  żoną  i  przysięgałam  mu  wierność.  Zapomnij  o  tym,  co 

powiedziałam! 

- Anno - wyszeptała Debora patrząc na Milovana. - Jak to jest kochać? 

-  Tego  nie  wiem  -  odpowiedziała  Anna,  zrezygnowana.  -  Naprawdę  nie  wiem, 

Giovanni nawet mnie ni dotknął. Ale myślę, że to musi być coś wspaniałego... Z właściwym 

mężczyzną. 

- Tak - wyszeptała Debora. - Też tak myślę. Z właściwym mężczyzną. 

Godzinę później przyszło Annie zająć się Milovanem. Dotarli już do łagodnych gór w 

pobliżu jego klasztoru i zatrzymali się na łące. 

Chłopiec znalazł się sam na sam z Anną. Ciężko opadł obok niej na trawę. 

- Co mam zrobić, Anno? - spytał z desperacją w głosie. 

- Cóż, nieźle się urządziłeś - stwierdziła, rozumiejąc dobrze, co chłopak ma na myśli. 

-  Byłem  tak  pewny  -  wydusił  i załamany  ukrył  twarz  w  dłoniach.  -  Byłem  tak  siebie 

pewny. Nie przypuszczałem... 

Anna starała się, aby jej słowa zabrzmiały serdecznie i mądrze: 

background image

-  Uważam,  że  powinieneś  uznać  to  za  próbę.  Jeszcze  nic  się  nie  stało,  znasz  ją 

zaledwie  pięć  dni!  Jeszcze  nie  ma  niebezpieczeństwa.  Potem  wróć  do  klasztoru,  do  stałych 

obowiązków, i spróbuj zrozumieć, czego naprawdę chcesz w życiu. 

Skinął głową. 

-  Że  też  okazałem  się  taki  słaby!  Nigdy  bym  nie  przypuszczał.  to  pierwsza  młoda 

dziewczyna, jaką spotkałem! 

No cóż, pomyślała Anna melancholijnie. 

Chłopak zreflektował się: 

-  Ty  nie  stanowiłaś  takiego  zagrożenia:  byłaś  zamężna  i  o  tyle  starsza,  ja  nigdy  nie 

myślałem o tobie w ten sposób. Jesteś wspaniałym przyjacielem, Anno. 

- Dziękuję - uśmiechnęła się. - Pamiętaj, nie zmuszaj się do niczego! Jeśli poczujesz, 

ż

e nie nadajesz się do klasztornego życia, odejdź! 

- Ale tak bym chciał służyć Bogu! 

- Możesz to zrobić na wiele sposobów. Przecież niewielu ludziom udaje się odrzucić 

wszystko,  co  mają,  by  służyć  Bogu.  Często  wybierają  życie  zakonne,  bo  są  samotni  i 

zgorzkniali. Zdarzają się jednak również idealiści jak ty. Ale wielu nie nadaje się do takiego 

ż

ycia i musi się poddać. Nie traktuj tego jak porażki! Spróbuj, a jeśli ci się nie powiedzie... 

Czuła się niezwykle rozsądna. Milovan spojrzał na nią z podziwem i wziął jej dłoń w 

obie ręce. 

-  Dziękuję,  Anno!  Dziękuję,  ogromnie  mi  pomogłaś!  A  wiesz,  co  dziś  powiedział 

Drago? 

Aż ją coś zakłuło! 

- Nie... 

-  Powiedział  do  mnie:  „Widziałeś  kiedyś  kogoś  tak  wdzięcznego  jak  ta  młoda 

Norweżka? Spójrz, jaka jest delikatna!” I ja się zgodziłem, bo to jest prawda. Początkowo tak 

nie uważałem - wyznał z młodzieńczą otwartością - ale potem zobaczyłem cię jakby na nowo. 

Jesteś  skrytą  osobą,  Anno,  ale  czasami,  gdy  ujawnisz  swoje  uczucia...  To  jest  fascynujące! 

Myślę, że Drago też tak sądzi. Poza tym powiedział mi, że pragnie cię też tak... no wiesz jak... 

Ale  na  pewno  będzie  odnosił  się  do  ciebie  z  szacunkiem,  na  jaki  zasługujesz.  Jesteś  zbyt 

delikatna,  aby  cię  potraktować  inaczej,  wystarczy  już  jednego  łobuza  w  naszej  grupie, 

stwierdził. 

Milovan poczuł, że wkracza na niepewny grunt, i dodał szybko: 

- Nie, może nie powinienem tego mówić... 

- Nie, pewnie nie - zaśmiała się Anna z płonącą twarzą, niezwykle szczęśliwa. - Ale i 

background image

tak dziękuję, Milovan! Rozumiesz, potrzebowałam takich słów! 

-  Tak  właśnie  myślałem  -  pokiwał  głową  z  powagą.  -  Jesteś  zbyt  dobra,  Anno.  Tak 

uważamy wszyscy troje. 

Mogła tylko uścisnąć jego dłoń. 

background image

ATAK 

Było  upalnie.  Szli  powoli  przez  kamieniste  pole.  Debora  zrzucała  kolejne  warstwy 

stroju,  ale  nadal  ubrana  była  przyzwoicie.  Milovan  zdjął  habit,  odsłaniając  szczupły,  śniady 

tors.  Debora  patrzyła  na  niego  rozszerzonymi  z  zachwytu  oczami.  Drago  był  silniejszy  i 

ciemniejszy,  zaś  oliwkowoblade  ramiona  Giovanniego  wydawały  się  być  pozbawione  siły. 

Tylko Anna nie mogła nic z siebie zdjąć. Jej suknia była jednak lekka i przewiewna, więc nie 

cierpiała zbytnio z powodu upału. 

Doszli  do  rzeczki.  Poprzednio  przeprawili  się  przez  nią  łatwo,  ponieważ  jechali  na 

osłach.  Teraz  było  trudniej,  gdyż  zwierzęta  niosły  bagaż.  Dlatego  też  Milovan  i  Giovanni 

przeprowadzili je na drugą stronę, a Drago, najsilniejszy, miał przenieść Deborę i Annę. 

Woda sięgała mu ponad kolana. Anna mocno uchwyciła się jego połyskujących potem 

ramion i zerknęła bojaźliwie na wzburzoną wodę. Włosy mężczyzny łaskotały ją po twarzy, 

przekręciła więc głowę, co sprawiło, że znalazła się jeszcze bliżej gorącej szyi Draga. Czuła, 

jak jego pierś wznosi się i opada przy głębokich oddechach. 

Pozostali zajęci  byli  zakładaniem  butów  i  nie  patrzyli  w  stronę  rzeki.  Drago  spojrzał 

na  Annę,  a  ona  nieświadomie  zacisnęła  mu  mocniej  dłonie  na  ramionach.  Nie  wytrzymała 

jego wzroku i spuściła oczy. W następnej chwili Drago dotknął ustami jej skroni. 

Pewnie powinna cofnąć głowę, ale westchnęła jedynie i przytuliła się do niego. 

-  Jeżeli  się  teraz  poślizgniesz,  nigdy  ci  tego  nie  wybaczę  -  zaśmiała  się,  chcąc  ukryć 

zmieszanie. Drago jednak słyszał gwałtowne bicie jej serca. 

- Anno - wyszeptał przerywanym głosem - potrzebuję cię, wiesz o tym! 

Gdyby nie rozmawiała  wcześniej z młodymi, nie zrozumiałaby, o czym mówi. Teraz 

wiedziała... Także dlatego, że ją samą trawiła niecierpliwa tęsknota. 

- Nie... - jęknęła. 

- Wiem - zapewnił - nic ci nie zrobię. tylko musiałem to wyznać. Wybacz mi! 

Nie  była  w  stanie  odpowiedzieć,  ale  jej  palce  odcisnęły  głębokie  ślady  na  szerokich 

ramionach mężczyzny. 

Po tym epizodzie unikał jej, ale często czuła na sobie jego wzrok. 

Giovanni  nie  zwracał  na  Annę  uwagi  przez  cały  dzień.  Swe  zainteresowanie  dzielił 

pomiędzy  Deborę  a  skrzynię,  najwyraźniej  niepewny,  na  czym  bardziej  opłaca  się 

koncentrować. 

Powrót zabrał im więcej czasu niż podróż w tamtą stronę. Po południu zrozumieli, że 

background image

nie zdążą dotrzeć do klasztoru Milovana przed nocą. 

Szukali właśnie miejsca na nocleg, gdy wydarzyło się coś przerażającego. 

W oddali, na szczycie wzgórza, dostrzegli jakichś ludzi. Zatrzymali się. 

Milovan osłonił dłonią oczy, bo obcych źle było widać na tle zachodzącego słońca. 

- Skradają się, przyczajeni - stwierdził - i jest ich wielu! 

- Turcy? - spytał Giovanni. 

- Nie, nie sądzę. To inne stroje. Musieli nas zauważyć, ale zostawili w spokoju. Myślę 

raczej, że to ludzie Stefana. 

- Ale dlaczego mieliby się skradać? - dziwiła się Anna. 

- No właśnie to mnie zastanawia. Może to oznaczać tylko jedno. 

- Co? 

- Że w pobliżu są Turcy. 

Anna  wzdrygnęła  się.  W  swojej  dalekiej,  bezpiecznej  Norwegii  i  na  okręcie  ojca 

czytała o postępowaniu żołnierzy tureckich na Bałkanach. Nie oszczędzali nikogo, kto stanął 

na ich drodze. 

-  Chodzi  im  oczywiście  o  Cetinje  -  mówił  Milovan.  -  To  biedne  miasto  nigdy  nie 

zazna spokoju. Ale broni się dzielnie. 

- Może powinniśmy się schować? - zaproponował Giovanni. 

-  Tak  -  potwierdził  Milovan,  obeznany  z  konfliktami  w  tych  stronach.  -  Tak  będzie 

najlepiej. Przecież nie wiemy, gdzie są Turcy. 

- Najlepiej byłoby, gdybyśmy się rozdzielili - odezwał się Giovanni władczym tonem, 

którego używał, gdy chciał zaznaczyć, że on tu decyduje. 

- A to dlaczego? - spytał Drago ostro. 

-  Aby  przynajmniej  jedno  z  nas  dotarło  do  ludzi  i  mogło  wysłać  pomoc  dla 

pozostałych, oczywiście! 

Drago patrzył po kolei po zebranych. 

- A jakże to zamierzałeś nas podzielić? - spytał ze źle ukrywanym sarkazmem. 

-  Jeszcze  tego  nie  przemyślałem  -  odpowiedział  szybko  -  ale  jeśli  ty  i  Milovan 

zajmiecie  się  Anną,  która  przecież  potrzebuje  najwięcej  pomocy,  to  ja  będę  ochraniał 

księżniczkę i bagaże... 

Drago wzniósł oczy do nieba, jakby prosząc siły wyższe o cierpliwość. 

- Zdawało mi się, że mąż najchętniej ochrania żonę? 

-  Oczywiście,  ale  księżniczka  potrzebuje  kogoś  równego  pochodzeniem  do 

towarzystwa. A ufam, że dobrze zajmiecie się moją kochaną żoną. 

background image

- Lepiej nie używaj takich słów, bo brzmią fałszywie! - rzucił Drago przez zaciśnięte 

zęby. Anna zauważyła, że był nie na żarty rozgniewany. Zadrżała. 

- Na razie trzymamy się razem - zarządził. - Jest tu głęboki jar z prawej strony doliny. 

Idziemy tam! 

Demonstracyjnie  złapał  Annę  za  rękę  i  pociągnął  za  sobą.  Pozostali  podążyli 

pospiesznie za nimi, Giovanni nawet nie protestował. 

Okazało  się,  że  jar  biegł  daleko  wzdłuż  doliny.  Mieli  większe  szczęście,  niż  mogli 

zamarzyć. 

Niestety,  strome  zejście  źle  wpłynęło  na  bagaże.  Skrzynia  -  obiekt  tęsknoty 

Giovanniego - zsunęła się i pociągnęła za sobą resztę pakunków z osła. Musieli się zatrzymać 

i od nowa go objuczyć. Wszyscy byli zdenerwowani, także zwierzę. 

Nagle,  niemal  nad  ich  głowami,  rozległy  się  pierwsze  strzały.  Osioł  spłoszył  się  i 

pociągnął pozostałe za sobą. Drago i Milovan rzucili się za nimi i udało im się je złapać. 

Milovan nadsłuchiwał. 

-  To  tureckie  muszkiety  -  rzucił  z  paniką  w  głosie.  -  Uciekajmy  stąd!  Tu  jest  gdzieś 

dom... Szybciej! 

Giovanniego nie trzeba było popędzać, już był w drodze w głąb jaru. 

-  Milovan!  -  wrzasnął  Drago,  starając  się  przekrzyczeć  strzały.  -  Zabieraj  Deborę, 

będziesz za nią odpowiedzialny! I za Annę. Biegnij, Anno! Uciekaj stąd! 

Słyszała,  że  walka  toczyła  się  nad  ich  doliną,  z  jednego  zbocza  wzgórza  na  drugie. 

Byli właściwie bezpieczni, ale gdyby dostrzegli ich Turcy... 

- A ty...? - spytała. 

Próbował prowadzić przerażone osły, starała się mu pomóc, ale rzucił niecierpliwie: 

- Pospiesz się! Dam sobie radę. 

Jeden z osłów potknął się i Drago musiał mu pomóc. Anna zawahała się. 

- Pospiesz się! - prosił. - Biegnij ile sił! Idę za tobą! 

- Drago, ale ja nie chcę cię zostawić! 

- Nie zatrzymuj się, biegnij! 

Anna  posłuchała,  gdy  zobaczyła,  że  odzyskał  panowanie  nad  wszystkimi  osłami. 

Pobiegła  naprzód,  w  oddali  widziała  Deborę  i  Milovana,  biegnących  ręka  w  rękę,  i 

Giovanniego pędzącego daleko przed nimi. 

Zapadał  zmrok,  krótkotrwały  śródziemnomorski  zmrok,  który  w  każdej  chwili  mógł 

zmienić się w ciemność. 

Draga  znów  zatrzymały  zwierzęta,  ale  wiedziała,  że  nie  chciał,  by  na  niego  czekać. 

background image

Biegła  więc  na  oślep  przed  siebie,  aż  rozbolały  ją  jej  słabe  nogi.  Już  nie  widziała  nikogo  z 

pozostałych, słyszała tylko gniewne krzyki obcych mężczyzn o odgłosy walki. 

Jar  stawał  się  coraz  bardziej  płytki.  Znów  znalazła  się  w  dolinie,  osłaniana  jedynie 

przez niskie drzewa. 

Jakaś postać czekała na nią w zapadającym mroku. Ku jej zdziwieniu był to Giovanni. 

Wysoki, piękny Giovanni. 

- No, jesteś wreszcie - wydyszał. - Biegnij tamtędy, przez potok, do kępy drzew! Tam 

będziesz bezpieczna. 

- Dziękuję! - rzuciła bez tchu, wyczerpana. - A reszta? 

- Już tam są. Ja przyjdę później, pomogę Dragowi przy osłach. 

Skinęła głową. 

- Bądź ostrożny, Giovanni! - poprosiła. - Oby wam się udało! 

Z  trudem  przeszła  przez  potok,  zmoczywszy  suknię.  Woda  dostała  się  jej  do  butów. 

Niezdarnie wdrapała się na zbocze i, dysząc, padła pod karłowate buki. 

Zbyt późno odkryła pułapkę. 

Tuż koło niej rozległ się strzał i pocisk przeleciał ze świstem na drugą stronę doliny. 

Nikt  jej  chyba  jeszcze  nie  zauważył,  ale  bardzo,  bardzo  blisko  słyszała  podniecone  głosy, 

mówiące coś w zupełnie obcym dla niej języku. 

Wysłał ją wprost do tureckiego obozu! Była teraz w podwójnym niebezpieczeństwie, 

bo ludzie Stefana Brankovicia celowali właśnie w tę małą kępę drzew. 

background image

POŻEGNANIE Z SAMOTNOŚCIĄ 

No,  udało  się,  pomyślał  Giovanni.  Pozbyłem  się  tej  kuli  u  nogi!  A  teraz  -  skarb! 

Skrzynia! 

Czekał  na  Draga  i  osły.  tu,  nie  widziany  przez  żadną  z  walczących  stron,  czuł  się 

bezpieczny. Wybrał świetnie miejsce, stąd mógł skierować Annę wprost w ręce Turków. 

Giovanni był podniecony, gotów do wielkich czynów. Zrezygnował już z księżniczki; 

jaki  sens  miałoby  zabiegać  o  nową  damę  i  czekać  potem  w  nieskończoność  na  nowe 

małżeństwo? Nie, szybciej będzie przechwycić skarb bezpośrednio, w pojedynkę. Miał teraz 

szansę. 

Zabić tego Draga? Nie, to zbyt prostackie dla wyrafinowanego arystokraty. Poza tym 

Drago  był  nieprzyjemnie  silny.  I  z  pewnością  niebezpieczny.  On,  Giovanni,  mógłby  zostać 

zabity! Najlepiej zabrać skrzynię - i zniknąć. 

Drago wynurzył się z mroku, prowadząc za sobą osły. 

- Daj, pomogę - odezwał się Giovanni cicho. Niestety osioł ze skrzynią szedł pośrodku 

i nie bardzo wiedział, jak odłączyć go od pozostałych. 

- Gdzie reszta? - spytał Drago, zdumiony jego nagłą chęcią niesienia pomocy. 

- Są bezpieczni, daleko z przodu. 

Przemykali  cicho  pomiędzy  drzewami,  Giovanniemu  wciąż  jednak  nie  udawało  się 

dotrzeć do właściwego osła, choć bardzo się o to starał. 

Drago  parł  naprzód,  gnany  jakimś  niepokojem.  Pewnie  boi  się  potyczki,  pomyślał 

Giovanni  z  pogardą.  Sam  był  ślepy  na  wszystko  z  wyjątkiem  skrzyni  wypełnionej  cenną 

zawartością. Gdyby nie to, być może przewidziałby dalszy bieg wydarzeń. 

Dawno  wyszli  już  ze  strefy  zagrożenia,  lecz  Drago  nadal  spieszył  tak,  że  Giovanni 

ledwie za nim nadążał. 

Wreszcie  usłyszeli  przed  sobą  ściszone  nawoływania  Milovana  i  Debory. 

Odpowiedzieli  i  wkrótce  się  spotkali.  Nad  nimi  w  ciemności  stały  góry,  odgłosy  strzałów 

ucichły. 

Głos Draga był zmieniony niepokojem. 

- Gdzie jest Anna? 

- Anna? - zdziwił się Milovan. - Nie widzieliśmy jej. 

- O Boże! - wyszeptał Drago. - Wysłałem ją naprzód, głupiec! Nie doszła do was? 

-  Nie  -  odpowiedziała  Debora.  -  Ale,  Giovanni,  przecież  ty  zatrzymałeś  się,  żeby  na 

background image

nią zaczekać? 

- Nie widziałem jej - zapewnił szybko. 

Drago wziął głęboki oddech. 

-  Coś  tu  się  nie  zgadza  -  rzucił  przez  zęby.  -  Zapewniałeś  mnie,  że  wszyscy  są 

bezpieczni. 

Giovanni  zrozumiał,  że  wpadł  we  własne  sidła.  W  jego  uwodzicielskich  czarnych 

oczach zamigotał lęk. 

- Tak, ale myślałem o Deborze i Milovanie. Sądziłem, że Anna jest z tobą. 

Twarz Draga stężała z gniewu. 

-  Przecież  zatrzymałeś  się,  aby  zaczekać  właśnie  na  Annę.  A  mnie  wcale  o  nią  nie 

spytałeś. Gdzie ona jest? 

- Skąd mam wiedzieć? 

Drago zrobił krok w jego stronę, Giovanni cofnął się. 

- Widziałeś ją! - Drago spojrzał na niego z niedowierzaniem. - Gadaj prawdę! 

Giovanni wzruszył ramionami. 

- Przypadkiem zaczęła wbiegać na wzgórze, gdzie byli Turcy. Nic nie mogłem zrobić. 

Przecież to lepiej dla niej, i dla nas. Była obciążeniem, opóźniała nas. Nie będzie już musiała 

dłużej cierpieć z powodu swoich ułomności. 

Drago złapał go za kołnierz i dosłownie podniósł z ziemi. 

- Ty... ty... - nie mógł wydusić nic więcej. 

Debora powiedziała to, co on pomyślał: 

- Anna nigdy by tam nie poszła, gdyby jej tego nie doradzono. 

-  Puść  mnie!  -  wystękał  na  wpół  uduszony  Giovanni.  Zrobiłem  to  dla  wspólnego 

dobra! 

Wreszcie Drago odzyskał głos. 

- Ty żałosny, mały padalcu! Ty ośmielasz się sądzić, że twoje zgniłe, nędzne życie jest 

więcej  warte  od  życia  Anny,  którą  my  wszyscy  kochamy!  Ona,  najlepsza,  ma  umrzeć,  bo 

tobie tak wygodniej?! 

Cisnął  Giovanniego  prosto  na  Milovana,  który  zaczął  okładać  go  pięściami.  Gdy 

Wenecjanina  uderzył  Drago,  czerwonym  strumieniem  popłynęła  błękitna  krew  z 

arystokratycznego nosa. 

- Księżniczko! - wrzasnął. - Powstrzymaj ich! Te prostaki mnie zabiją! 

Podpełzł do niej na kolanach. Debora stała wyprostowana, ze łzami w oczach. Gdy już 

był wystarczająco blisko, podniosła stopę, postawiła ją na ramieniu Giovanniego i docisnęła 

background image

do  ziemi.  Przewrócił  się  i  próbował  uciekać,  ale  Drago,  niemal  nieprzytomny  z  desperacji, 

znów go złapał. 

- Gdzie ona jest?! - wrzasnął. 

Giovanni usiłował coś powiedzieć, ale usta miał nabrzmiałe i obolałe. Uścisk na jego 

szyi zacisnął się. 

- W kępie drzew... po wschodniej stronie doliny... tam gdzie czekałem... - wystękał. - 

Puść mnie, barbarzyńco! 

Krew odpłynęła z twarzy Draga. Bił tak długo, aż wenecki markiz padł ze stęknięciem 

i ucichł. 

- Niech tak leży - wydyszał Serb. - Wracam szukać Anny. Zajmij się księżniczką! 

Milovan skinął głową, bo zrozumiał, że teraz nic nie jest w stanie powstrzymać Draga, 

i rzekł: 

-  Postaram  się  dotrzeć  do  ludzi  Stefana.  A  przynajmniej  odprowadzę  Deborę  do 

klasztoru. 

- Dobrze. 

Drago zniknął w mroku. 

Młody nowicjusz zyskał wiele w trakcie tej wyprawy. Dojrzał wewnętrznie, uwierzył 

we  własne  możliwości.  Z  dumą  przejął  odpowiedzialność  za  księżniczkę,  poczuł  się 

niezwykle silny i ważny. Wziął osły i pospieszył z Deborą ku klasztorowi. 

Nieprzytomnego Włocha pozostawił własnemu losowi. 

Turecki  oddział  opuścił  wkrótce  kępę  drzew,  nie  odkrywszy  Anny,  która  leżała 

przytulona do pnia. Wiele razy żołnierze byli przerażająco blisko, ale ciemność i liście ukryły 

ją,  gdyż  przypominała  jedynie  jasny  kamień  leżący  pośród  innych  jasnych  kamieni  w  tym 

wapiennym krajobrazie. 

Mimo że ich głosy zamarły w oddali, nie śmiała się poruszyć. Głęboko w sercu czuła 

dotkliwy  ból  z  powodu  zdrady  Giovanniego.  Nic  już  dla  niej  nie  znaczył.  Aż  tak  jej 

nienawidził, że wysłał ją na pewną śmierć? Tego było za wiele! Anna, nigdy nie mająca zbyt 

wysokiego mniemania o sobie, czuła się całkowicie zdruzgotana. 

Gdzie  są  oni?  Czy  Giovanni  zalecał  się  do  Debory?  Właściwie  wcale  jej  to  teraz  nie 

obchodziło. Co robi Drago? 

Za  każdym  razem,  gdy  o  nim  myślała,  robiło  jej  się  ciepło  wokół  serca.  Ale  także 

boleśnie.  Brakowało  mu  jej?  O,  nie,  niby  dlaczego?  Giovanni  pewnie  im  nakłamał,  że  jest 

bezpieczna  albo  że  już  nie  żyje.  Przed  Dragiem  życie  stało  otworem,  zapomni  wkrótce  o 

pierwszej kobiecie, którą spotkał po długich latach samotności. Nic dziwnego, że uważał ją za 

background image

ładną! 

Nie widział przecież jeszcze żadnej innej... 

Annę ogarnęło poczucie samotności i opuszczenia. Nic już się nie liczyło. 

Długo panowała cisza. Usiadła. 

Nagle usłyszała kroki w ciemności. Zatrzymały się. 

Skuliła się. Serce jej waliło. 

Z trudem dostrzegła mężczyznę poruszającego się wśród karłowatych drzew. Znalazł 

poległego żołnierza i obrócił go twarzą do nieba. 

Anna nie wiedziała, że w pobliżu znajdują się umarli. Wzdrygnęła się ze zgrozą. 

Obcy przemykał się od jednego ciała do drugiego cicho jak mysz. Nagle wyprostował 

się. 

- Anna? - zawołał cicho. 

Radość i ulga obezwładniły ją. Nie mogła nie poznać tego głosu! 

Wydobyła  z  siebie  jedynie  żałosne  piśnięcie.  już  w  chwilę  później  stała,  objęta  jego 

silnymi ramionami. 

- Anno - wyszeptał poruszony. - Jednak cię znalazłem. Ty żyjesz! 

- Skąd wiedziałeś, że tu jestem? 

Gładziła jego twarz, pieściła kark, włosy... 

- Wydostaliśmy to z niego. Milovan, księżniczka i ja. 

Coś w jego głosie wskazywało, że musieli to zrobić brutalnie. 

- Chodź, uciekamy stąd! - wyszeptał. 

Skinęła głową. 

- A tamci? 

-  Milovan  wziął  Deborę  i  zwierzęta  do  klasztoru.  Mam  nadzieję,  że  tam  dotarli. 

Tamten leży. Żyje - dodał uspokajająco. 

- Nie chcę go już więcej widzieć - powiedziała Anna z takim przekonaniem, że Drago 

musiał się uśmiechnąć. - Jakże żałuję, że za niego wyszłam! 

-  Nie  możesz  tego  żałować  -  powiedział  Drago  miękko,  pomagając  jej  przejść  przez 

potok. - Gdybyś tego nie uczyniła, Debora i ja tkwilibyśmy tam aż do śmierci.  I nigdy  bym 

cię nie spotkał. 

Znów znaleźli się w dolinie. Drago zatrzymał się pod drzewem i przytulił Annę lekko, 

lecz opiekuńczo. Od jego ciała biło silne i dobre ciepło. 

- Jestem taka brzydka - wyszeptała zawstydzona. 

- Nie ma ładniejszej od ciebie. Tęsknię, aby znów ujrzeć twe wyraziste oczy. 

background image

- Ale ja kuleję! I cała jestem krzywa! 

-  Przecież  to  widzę!  Kiedy  cię  zobaczyłem  po  raz  pierwszy,  zwróciłem  na  to  uwagę, 

ale później nie miało to już znaczenia. Czy nie rozumiesz, że to ciebie tworzy, że jest częścią 

ciebie? Bez utykania nie byłabyś Anną. Moją Anną. 

Zadrżała, czując miłość w jego głosie. 

- Drago - błagała - tak nie można! Przysięgałam wierność innemu. Nie mogę po prostu 

być szczęśliwa, słuchając twych słów. 

- Nie jesteś mu nic winna. 

-  Nie,  jemu  nie,  to  tylko  robak  zasługujący  na  rozdeptanie.  Ale  złożyłam  świętą 

przysięgę w kościele! 

- Rozumiem i szanuję to. Ale mimo to kocham cię i tego nie możesz zmienić! 

Przytuliła się do niego, oszołomiona szczęściem, lecz nadal niepewna. 

- Drago, on coś we mnie zabił. Nie mogę uwierzyć, że mówisz prawdę! 

- Musisz! - odpowiedział żywo, gładząc ją po włosach. - Musisz mi ufać. 

- Wiem, że jesteś szczery. Ale Giovanni także mówił, że mnie kocha, a ja byłam tak 

naiwna,  że  mu  uwierzyłam.  Jego  późniejsze  zachowanie  zachwiało  tę  wiarę.  W  końcu 

przestałam mieć nadzieję, by ktokolwiek mógł mnie polubić. 

- Czułaś to samo do niego co do mnie? - spytał z niedowierzaniem. 

- O, nie - uśmiechnęła się nieśmiało. - Nie! Od kiedy cię zobaczyłam po raz pierwszy, 

czułam  niepokój,  jakąś  słodką  tęsknotę.  Giovanni  pochlebiał  mi  tylko.  Byłam  przy  nim 

zalękniona  i  niepewna  siebie.  Dawał  wyraźnie  do  zrozumienia,  jaki  był  łaskawy,  że  raczył 

zainteresować się takim zerem jak ja. Byłam wdzięczna i podziwiałam go. Ale, Drago, mam 

jeszcze  jeden  powód,  dla  którego  nie  śmiem  ci  wierzyć.  Jestem  pierwszą  kobietą,  którą 

spotkałeś. Nie możesz mnie z nikim porównać. Zaczekaj, aż... 

- Zapominasz o czymś! - przerwał. - Miałem dwadzieścia lat, gdy znalazłem się na tej 

fatalnej  górze.  Było  z  nami  kilka  młodych  dziewcząt,  które  żyły  tam  jakiś  czas.  Nie 

interesowały mnie w ten sposób. Przyjaźniliśmy się tylko. 

Anna z trudem starała się ukryć uśmiech szczęścia. 

- Są jeszcze jakieś sprzeciwy? - spytał miękko i uniósł jej brodę. 

Serce  Anny  waliło.  Delikatnie,  jakby  łaskocząc,  dotknął  wargami  jej  ust.  Stała  bez 

ruchu, niemal nie oddychając. 

Nagle  przycisnął  ją  gwałtownie  i  pocałował  z  tęsknotą  ujawniającą  wieloletnią 

samotność.  Anna  usiłowała  myśleć  przytomnie,  ale  bez  skutku.  Nawet  nie  zdawała  sobie 

sprawy, że gładzi go po karku. 

background image

To był jej pierwszy pocałunek - i to właśnie Drago ją całował! Jedyny mężczyzna na 

całym świecie, którego pragnęła z całego serca. 

Samotności, myślała, już nie żyjesz! Tęsknoto, nie masz już nade mną władzy! 

W końcu ją puścił. Czuła, że cała drży. 

- Chodźmy - rzucił. 

- Dobrze, Drago. 

Przyjemność  sprawiło  jej  samo  wymawianie  jego  imienia.  Ujął  dłoń  Anny  w  swoją, 

ciepłą, i ruszyli w ciemność. Droga nie była trudna, podłoże równe, a drzewa widoczne na tle 

nieba. 

Doszli  do  miejsca,  gdzie  zostawił  Giovanniego.  Drago  usiłował  dojrzeć  coś  w 

ciemności, ukucnął i macał trawę dłońmi. 

- Nie ma go - powiedział bezbarwnie. 

Szukali  przez  chwilę  w  okolicy,  ale  nie  znaleźli  nawet  śladu  Włocha.  Kiedy 

zrozumieli, że nic więcej nie osiągną, zrezygnowali i ruszyli dalej. 

- Wiesz, gdzie leży klasztor Milovana? - spytał Drago. 

Anna  stanęła  i  rozejrzała  się.  Na  wzgórzu,  po  prawej  stronie,  dostrzegła  zarys 

ciemnego  budynku,  charakterystycznego  dla  tego  kraju.  To  pewnie  dom,  w  którym  mieli 

ukryć się przed Turkami, o czym wspominał im Milovan. Może i oni tam się schowali? 

- Nie, nie wiem - odpowiedziała - nic teraz nie widzę. W ogóle nie mam pojęcia, gdzie 

jesteśmy. Może najlepiej będzie, jeśli... 

Nagle zamilkła. 

- Spójrz! - wyszeptała. 

Niżej przed sobą na tle jaśniejszego nieba zobaczyli dużą grupę ludzi. Rozpraszali się 

po całej dolinie. Anna bez trudu domyśliła się, że to Turcy. 

Odcięli ich od klasztoru! 

background image

OPUSZCZONY DOM 

W  oddali  na  polanie  Debora  i  Milovan  ujrzeli  wreszcie  klasztor.  Dziewczyna  coraz 

bardziej zostawała w tyle, nie chciała dopuścić myśli, że już są u celu. Chłopak popędzał ją, 

jakby ich goniły jakieś złe moce. 

- Chodź wreszcie! - zawołał i zaczekał na nią. - Bardzo się niepokoję. Mam nadzieję, 

ż

e on znajdzie Annę i że ona... 

Urwał. Nie otrzymawszy odpowiedzi, wyprostował się i mówił dalej: 

- Jestem taki dumny, że Drago powierzył mi odpowiedzialność za ciebie! On wie, że 

może na mnie polegać i że nigdy bym ci nic nie zrobił. Wiesz o tym, prawda? 

- Tak, niestety - westchnęła Debora. 

Chłopak nie dosłyszał jej komentarza, przejęty zwycięstwem ducha nad ciałem. 

- Wiesz, że muszę żyć zgodnie z pewnymi zasadami, i skoro tak mówię, oznacza to, iż 

udowodniłem, że potrafię być silny. Wszystko będzie dobrze. Zaraz dotrzemy na miejsce. 

Debora umyślnie źle stąpnęła i zaniosła się przenikliwym lamentem. 

Prawdą  było,  że  całe  życie  spędziła  w  izolacji,  ale  kobieca  pomysłowość  nie  ma 

granic. Jest wrodzona! 

Milovan niezgrabnie zajął się nią. 

- Nie mogę stanąć - jęczała - muszę się o ciebie oprzeć. 

- Ale... 

-  Na  co  czekasz?  O,  właśnie,  daj  mi  się  oprzeć  o  twoje  ramię.  Nie,  nie  tak,  obejmij 

mnie w pasie! 

Milovan dotykał jej, jakby parzyła. 

- No tak, jeśli chcesz, to chyba lepiej tu zostanę - powiedziała nadąsana i zaczęła się 

sadowić na trawie. 

- Nie, nie, nie możesz tego zrobić. To niebezpieczne! Chodź, idziemy! 

Próbował obejmować ją bez dotykania, co było oczywiście skazane na niepowodzenie. 

Modląc  się  żarliwie  o  siłę  i  wybaczenie,  pomagał  zachwyconej  Deborze  iść  przez  łąkę.  Ona 

starała  się  wykorzystać  tę  sytuację  jak  tylko  się  dało:  przytulała  się  do  niego,  przesuwała 

dłońmi po jego piersi, pozwalała, aby jej włosy łaskotały go po twarzy. Była urocza, delikatna 

i bezbronna. Milovan cierpiał i modlił się... aż do momentu, gdy wykrzyknął: 

-  Przecież  dopiero  co  kulałaś  na  drugą  nogę!  Och,  ty...!  -  i  puścił  ją  tak  nagle,  że 

niemal się przewróciła. 

background image

Debora  popatrzyła  na  niego  ze  złością,  ale  gdy  nie  znalazła  żadnego 

usprawiedliwienia, wybuchnęła śmiechem, a po chwili zawtórował jej Milovan. 

Podszedł  bliżej,  wziął  ją  za  ręce  i  razem  śmiali  się  długo,  serdecznie  i  w  poczuciu 

zrozumienia. 

Trzymając się za ręce doszli aż do klasztornej bramy. 

Anna i Drago stali przez chwilę, oszołomieni, i patrzyli na zbliżającą się wielką grupę 

tureckich żołnierzy. 

-  Dom!  -  wyszeptał  Drago.  -  Przemkniemy  do  niego  pod  osłoną  drzew,  nie  zobaczą 

nas. Może są tam Debora i Milovan? 

Zdaniem  Anny  dom  leżał  przerażająco  daleko,  ale  jednocześnie  było  to  dla  nich 

korzystne.  Bez  namysłu  podążyła  za  Dragiem,  który  niemal  ciągnął  ją  za  sobą,  podchodząc 

kamienistym wzgórzem. 

Anna zaczepiała o gałęzie, raz jej suknia zawadziła o coś i rozerwała się z przeciągłym 

trzaskiem. Turcy nie zauważyli ich jednak. 

Dom wyrósł przed nimi niespodziewanie. Od razu zorientowali się, że jest od dawna 

nie zamieszkany. Okna były tylko otworami w ścianach, a drzwi wyrwano. Weszli głównym 

wejściem. 

W  ciemności  ledwie  dostrzegli  wielki  bałagan  i  rzeczy  poniewierające  się  po 

podłodze. Zobaczyli także wejście do następnego pomieszczenia, ale Drago zainteresował się 

schodami wiodącymi na piętro. 

-  Myślisz,  że  są  bezpieczne?  -  wyszeptała  Anna,  wciąż  trzymając  go  za  rękę,  której 

zresztą nie starał się uwolnić. 

- Spróbujemy - odpowiedział. - Nie sądzę, żeby nasza dwójka tu była. 

- Nie, dom wydaje się całkiem pusty. 

Ostrożnie  wchodzili  stopień  po  stopniu.  Schody  wytrzymały  i  dostali  się  na  górę, 

gdzie było jaśniej i czyściej. Drago zbadał oba pokoje, ale znalazł tylko stół i kilka krzeseł. 

-  Zaczekamy  tutaj,  aż  ucichnie  w  dolinie  -  zaproponował.  -  Zbyt  niebezpiecznie 

byłoby teraz iść. 

Zapadła kłopotliwa cisza. 

- Drago, ja... - zaczęła Anna z wahaniem. 

- Wiem. Nie bój się, nie pocałuję cię. 

- Dziękuję! - wyszeptała i dodała prędko: - Ale wiesz, że bardzo bym chciała, gdyby 

wszystko było inaczej... 

-  Tak,  wiem  -  odpowiedział  lekko.  -  Gdyby  wszystko  było  inaczej,  nie  stałbym  tak 

background image

trzymając się stołu, zamiast iść za głosem serca. 

Zaśmiała się, szczęśliwa, lecz z nutą smutku. 

Nagle zesztywnieli. 

- Co to było? - wyszeptał Drago i podszedł ostrożnie do okna. Anna stanęła za nim. 

- O mój Boże! - wykrzyknął. - Idą tu! 

Anna rozejrzała się bezradnie wokoło. 

- Nie zdążymy uciec! 

-  Nie.  Nie  jest  ich  wielu,  pięciu,  sześciu,  ale  zawsze...  Nie  możemy  tu  zostać.  Jeżeli 

wejdą na górę, na pewno zajrzą do tego pokoju. 

Strach ścisnął jej serce. 

- Och, Drago! 

Wyszedł do drugiego pomieszczenia. 

- Anno, chodź tu szybko! I weź krzesło! 

Posłuchała go. 

- Widzisz to wejście na strych? 

Nie musiał nic dodawać, już ustawiała krzesło. Drago wszedł na nie i podniósł klapę. 

Dwie ukośne ściany tworzyły dach, z prześwitem po jednej stronie. 

Podsadził  Annę,  a  w  momencie  gdy  podciągał  się  do  otworu,  kopnął  krzesło.  Anna 

zrozumiała, że zrobił to, aby odwrócić uwagę Turków od wejścia na strych, ale jak zejdą? Nic 

to, później się nad tym zastanowią! 

Ledwo opuścili klapę, usłyszeli odgłosy kroków i nawoływania na dole. Było ciasno, 

leżeli na podłodze blisko siebie. Z prześwitu dochodziło do nich powietrze. 

- Czy wolno nam oddychać? - wyszeptała Anna. 

- Tak, ale lepiej się nie ruszaj! 

- Nie ma na to miejsca - zaśmiała się bezdźwięcznie. Czuła takie napięcie, że aż głos 

jej się załamywał. 

Usłyszeli kroki na schodach. Oczy Draga błysnęły do niej w mroku. Powoli, ostrożnie 

otoczył ją ramieniem. 

W  pomieszczeniu  pod  nimi  dyskutowano  o  czymś  zawzięcie  w  obcym  języku. 

Zaskrzypiały krzesła, ktoś przeszedł tam i z powrotem. 

- Wzięli nasze krzesło - wyszeptał Drago prosto w jej ucho. 

Był  tak  wspaniale  ciepły.  Anna  zamknęła  oczy  i  zapomniała  o  bliskim 

niebezpieczeństwie.  Ramiona  Draga  otaczały  ją,  głowa  spoczywała  przy  jej  szyi.  Czuła  w 

swoim ciele rozchodzącą się słodką, niecierpliwą falę gorąca. 

background image

Przekręciła nieznacznie głowę i ucałowała skroń ukochanego, nie mogła się przed tym 

powstrzymać. 

Drago przytulił ją mocniej, lecz się nie poruszył. 

Nieoczekiwanie spotkanie na dole skończyło się, co obudziło w nich nadzieję. Jednak 

mężczyźni zeszli tylko na parter i tam zostali. Ich głosy dochodziły jak odległy pomruk. 

- O, nie! - wyszeptał Drago. - Oni chyba chcą tu przenocować! 

- Przecież zeszli na dół! 

- Nie byliśmy we wszystkich pomieszczeniach. Może znaleźli tam coś znośnego. 

Anna westchnęła ciężko. 

- Niewygodnie ci? - spytał. 

-  Nie,  nie,  jest  mi  bardzo  dobrze  -  wyszeptała  w  odpowiedzi.  -  Gdyby  jeszcze  nie  ci 

głupcy tam na dole! 

- Nie słyszą nas teraz, nie myśl o nich! 

Leżeli bez ruchu bardzo długo, aż w domu zapanował spokój. 

- Śpią już - wyszeptała Anna. 

- Na pewno ktoś stoi na warcie. 

Mijał  czas.  Anna  nie  wiedziała,  czy  to  minuty,  czy  godziny.  Pewnie  godziny, 

zgadywała. Niepokój ciała nie chciał zniknąć, nadal nie mogła zasnąć. 

Drago też czuwał. Jego dłonie przesuwały się powoli po jej ramionach. Czasami jego 

usta muskały jej skórę. 

Uniósł głowę i spojrzał na Annę. 

-  Te  twoje  jasne  włosy  -  wyszeptał  i  dotknął  ich  czubkami  palców.  -  Widać  je  w 

ciemności. Chyba zaczyna świtać. 

Przechyliła głowę do tyłu i spojrzała przez otwór. 

- Tak. Jest już jaśniej. 

Jego palce zsunęły się niżej i dotknęły lekko jej ust. 

- W czasie mojej samotności marzyłem o kimś takim. Ale nie aż tak pięknym, jasnym, 

delikatnym, i nie o takim porozumieniu z inną istotą. Anno - jęknął nagle - Anno, moja miłość 

do ciebie sprawia mi udrękę, ja... 

Jego  głos  przeszedł  w  szloch  pełen  rozpaczy,  dłonie  ściskały  jej  ramiona  aż  do  bólu. 

Anna zamknęła oczy, aby nie widzieć, jak ściany nad nią zaczynają wirować, i odpowiedziała 

na  żar,  z  jakim  jego  usta  szukały  jej  ust.  Dłonie  na  oślep  błądziły  po  jej  ciele  i  Anna 

wyszeptała przerażona: 

- Oszalałeś...? 

background image

Ale  jej  niepokój  zmienił  się  w  tęsknotę  nie  do  zniesienia  i  gdy  nieskończenie 

delikatnie uwalniał ją z ubrań, pomogła mu. Miał gorące dłonie, był zdyszany i cały drżał. Ale 

gdy  ich  ciała  się  zetknęły,  pomyślała,  omdlewając  ze  szczęścia:  Nie  boję się!  To  jest  dobre, 

szczere  i  naturalne.  Jestem  szczęśliwa!  Również ja,  wyklęta  Anna  Wardelius,  mogę  uczynić 

mężczyznę, którego kocham, szczęśliwym. Mężczyznę żyjącego w samotności dłużej niż ja. 

Tak,  dla  Draga  lata  samotności  były  zakończone.  Znalazł  wreszcie  osobę,  za  którą 

tęsknił. Człowieka, który byłby blisko, któremu mógłby ofiarować całą swą miłość, przyjaźń i 

opiekę. 

background image

STEFAN Z CZARNOGÓRY 

Ś

witało. 

Milovan  umieścił  Deborę  w  jednym  z  gospodarstw  poza  murami  klasztoru.  Sam  był 

tak  zmęczony,  że  zakonnicy  z  łatwością  namówili  go  na  kilka  godzin  odpoczynku.  Zdołał 

jeszcze  wysłać  kogoś  do  Stefana  z  Czarnogóry  z  wiadomością  o  trudnym  położeniu  swoich 

przyjaciół. To właśnie Stefan dowodził potyczką w dolinie, którą przyszli. 

Kiedy  Milovan  zajrzał  do  stajni  mieszczącej  się  po  zewnętrznej  stronie  murów 

klasztoru,  odkrył,  że  zniknęły  dwa  z  ich  osłów,  a  wraz  z  nimi  skrzynia  z  najcenniejszymi 

rzeczami rodu książęcego. W nocy zdjął tylko z grzbietów zwierząt bagaże i schował je pod 

pustymi workami. Potem poszedł spać. 

Pełen wyrzutów sumienia, oskarżał się teraz o brak rozsądku. 

Kilka  godzin  później  spotkał  przybranego  ojca.  Stefan  z  Czarnogóry  siedział  na 

zboczu w kręgu swoich ludzi, jedząc i pijąc. Mieli powód do świętowana! 

Przywódca  podniósł  się  na  widok  Milovana.  Był  przystojnym  mężczyzną  o 

stalowoszarej  brodzie,  zmierzwionych  i  nieco  przerzedzonych  włosach.  Na  jego  twarzy 

zaznaczyły  swój  ślad  pogoda,  wiatr,  słońce  i  prawdopodobnie  inne  czynniki,  o  których  nie 

należało  wspominać...  Stefan  powitał  syna  szerokim  uśmiechem.  Milovan  poprosił  go  o 

rozmowę,  odeszli  więc  nieco  na  bok.  Chłopak  szczerze  opowiedział  o  wszystkim,  co  się 

zdarzyło. 

Stefan  Branković  słuchał  go  w  milczeniu.  Siedział,  odwijając  długi  bandaż  z 

opatrunku na nodze. Wreszcie powiedział: 

-  Twoją  wiadomość  otrzymałem,  ale  nie  widzieliśmy  ani  kobiety,  ani  mężczyzny, 

który jej szukał, ani tego weneckiego zdrajcy. Turcy albo polegli, albo uciekli, w dolinie ich 

już nie ma. 

Milovan spojrzał z przerażeniem na rany, które ukazały się spod bandaża. 

- Ależ ojcze! Skąd te rany? 

-  Te  tutaj?  -  spytał  Stefan  szorstko.  -  Znikąd.  To  rany  z  tych  moich  przeklętych 

ż

ylaków. Ale powiedz mi, synu... Na ile to jest poważne, z tą młodą Deborą? 

Chłopiec wyprostował się. 

-  Zrobię  tak,  jak  mówi  Anna,  ona  jest  mądra.  Wrócę  do  klasztoru  i  spróbuję 

zapomnieć. 

Stefan położył dłoń na jego ramieniu. 

background image

- Jeśli jednak nie zdołasz zapomnieć... Pamiętaj, że nie będę miał do ciebie żalu. Sam 

tylko na krótko spróbowałem klasztornego życia. Ja miałbym cię osądzać? Musimy również 

pamiętać  o  tych,  którzy  pozostają,  i  uczynić  wszystko,  aby  nie  sprawić  im  bólu.  Życie  w 

klasztorze  nie  może  być  przejawem  egoizmu.  Nasze  wyrzeczenia  może  być  równocześnie 

krzywdą dla innych. 

-  Jesteś  tak  samo  mądry  jak  Anna  -  rozjaśnił  się  w  uśmiechu  Milovan.  -  Znajdź  ją, 

ojcze, na pewno ją polubisz! I Deborę! Ale rozumiesz moje rozterki? Jak ja, niegodny, mogę 

ośmielać się myśleć o księżniczce? 

Potężny partyzant zaczął owijać nogę nowym bandażem. Zwlekał z odpowiedzią. 

Taak,  księżniczka?  O  ile  pamiętam,  ta  gałąź  rodu  Nemanjiciów  jest  o  wiele  dalsza 

tronu  serbskiego,  niż  sądzą.  Twoja  Debora  nie  jest  żadną  księżniczką,  lecz  jedynie  daleką 

krewną  dawno  zmarłego  księcia.  Ale  pokaż  mi,  gdzie  zniknęli  twoi  przyjaciele!  -  Gdy  się 

podnosił,  zatrzeszczały  mu  kości.  -  Podagra  -  wyjaśnił.  -  Zaczynam  mieć  kłopoty  ze 

zdrowiem... Szukaliśmy, ale nie było ich tam, gdzie powiedziałeś. Może wiesz, dokąd mogli 

pójść? O ile nie zostali wzięci przez Turków do niewoli. 

Milovan stał bez ruchu. 

-  Staram  się  zastanowić,  gdzie  mamy  szukać  -  powiedział.  -  Jeżeli  nie  ma  ich  w  tej 

kępie  drzew...  Jeżeli  udało  im  się  ujść,  a  musimy  w  to  wierzyć...  Nie  możemy  godzić  się  z 

myślą, że zostali wzięci do niewoli... Jeżeli udało im się uciec... Przecież wspomniałem im o 

domu! Wiesz, ten... 

- Wiem - odpowiedział Stefan. - Spróbujemy. 

- Czy nadal tam są? - wyszeptała Anna. 

- Tak, słyszę czyjeś chrapanie. 

- Musieli być mocno zmęczeni. Przecież jest już jasny dzień. 

Rozmawiali lekkim tonem, starając się ukryć dręczącą ich rozpacz. O ile ujdą z tego z 

ż

yciem, trudności się przecież nie skończą. Anna nadal miała męża. Oboje z Giovannim byli 

katolikami, nie mogła więc wziąć rozwodu. 

Drago pogłaskał ją po włosach. 

- Jesteś taka ładna - wyszeptał. 

Anna  popatrzyła  w  jego  wyrazistą  twarz,  na  której  smutek  i  samotność  wyżłobiły 

głębokie bruzdy, a nieznana choroba pozostawiła swoje ślady. 

- Ty też jesteś niczego sobie - uśmiechnęła się czule. 

Potrzebował  takich  słów.  Był  tak  spragniony  kontaktu  z  innym  człowiekiem,  że  tej 

nocy  kilkakrotnie  wprost  przeraził  Annę  swą  gwałtownością.  Rozumiała  go  jednak  bardzo 

background image

dobrze i starała się dać mu jak najwięcej z tego, co go ominęło przez te lata. W oczach jego 

widziała wdzięczność i oddanie. Z każdą minutą kochała go coraz mocniej i mocniej. 

Drago  często  szukał  spojrzeniem  twarzy  Anny.  Widziała  wówczas  w  jego  oczach 

zachwyt,  a  także  niedowierzanie,  jakby  jej  miłość  zaskakiwała  go,  a  przy  tym  dodawała  jej 

twarzy nowego wyrazu. 

Wzdrygnęli  się  na  nieoczekiwany  odgłos  krzyków  i  strzałów.  Anna  przywarła  do 

Draga.  Na  dole  rozgrywała  się  walka.  Nie  słyszeli  wielu  strzałów,  wszystko  wskazywało  na 

zażartą potyczkę z bliskiej odległości. 

Znów zapadła cisza. 

Na schodach rozległy się ciężkie kroki. Anna wbiła palce w ramię Draga. Ktoś chodził 

po pokojach. 

I zszedł na dół. 

Stłumione  głosy  oddalały  się  coraz  bardziej,  aż  w  końcu  ucichły.  Drago  starał  się 

wyjrzeć przez otwór, ale zobaczył tylko górską ścianę. 

Odczekali dłuższą chwilę, a gdy nadal było cicho, uchylili ostrożnie klapę. 

Nic  się  nie  wydarzyło.  Drago  skinął  ku  niej  głową  i  zeskoczył.  Przyniósł  krzesło  i 

Anna, choć w niezbyt pięknym stylu, znalazła się na podłodze. 

- Dom jest pusty - wyszeptał - ale dla pewności bądźmy cicho. 

Pokiwała głową i przemknęli na dół po zdradliwie trzeszczących schodach. 

Tam  ich  oczom  ukazał  się  przerażający  widok.  Drago  odwrócił  dłonią  twarz  Anny, 

aby nie patrzyła na najgorsze. Jedno było pewne: Turcy przegrali to starcie. 

- Tak, możemy chyba wyjść. Nie powinno być tu więcej wrogów. 

Ujął dłoń Anny i wyszli na zewnątrz. 

Anna  powoli  się  przeciągnęła  aż  po  końce  palców.  Dobrze  było  znów  zobaczyć 

słońce. 

- Ale gdzie my jesteśmy? - zastanawiała się. - Gdzie jest klasztor? 

Poszli w kierunku jakiegoś wzniesienia, aby rozejrzeć się po okolicy. Nagle stanęli jak 

wryci. Serce podeszło Annie do gardła. 

Jakiś  człowiek  pojawił  się  tuż  przed  nimi.  Dumnie  wyprostowany,  z  brodą 

przyprószoną  siwizną.  Ubrany  był  w  strój  ludowy:  szeroki  pas,  szerokie  spodnie  i  buty  o 

czubach zagiętych do góry. Anna nie wiedziała, czy był to strój z Czarnogóry, czy z Turcji. 

Zesztywnieli ze strachu. Drago przytulił Annę. 

Wtem obok mężczyzny pojawiła się znajoma sylwetka. 

Twarz brodacza rozjaśniła się w uśmiechu. 

background image

- To chyba twoi przyjaciele, Milovan! 

- Stefan z Czarnogóry! - westchnęła Anna z zachwytem graniczącym z uwielbieniem. 

- No, no! - zaśmiał się Stefan. - Pamiętaj, że i bohaterowie nie są doskonali. 

background image

DRZEWA SMUTKU 

Przywitali się, pełni szacunku, ze sławnym mężem. 

- A więc ty jesteś Anna, ta mądra Anna - uśmiechnął się Stefan. - Mój syn nic mi nie 

mówił o twojej ułomności. 

Więc tak mało wagi przywiązywał do tego Milovan, że nawet o tym nie wspomniał! 

Łzy radości wypełniły oczy Anny, ujęła chłopca za rękę i przytuliła ją do policzka w 

geście wdzięczności. Wszyscy to zrozumieli. 

- Gdzie jest księżniczka Debora? - spytał Drago z napięciem. 

-  W  bezpiecznym  miejscu,  w  jednym  z  gospodarstw  przy  klasztorze  -  zapewnił 

Milovan. 

-  Ale  nie  jest  księżniczką  -  wyjaśnił  Stefan,  ruszając  w  drogę  powrotną  -  tylko 

szlachetną młodą damą. 

Opowiedział o pokrewieństwie Debory ze starym rodem Nemanjiciów. 

-  Tak  więc  twoi  panowie  żyli  w  fałszywym  przeświadczeniu  o  własnej  wielkości, 

Drago - zakończył przepraszającym tonem. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  odpowiedział  Serb.  Robili  to  w  dobrej  wierze.  Dodali  naszemu 

ż

yciu w wiosce blasku, którego na pewno byśmy się nie wyrzekli. Ale gdzie są Turcy. 

-  Odpędziliśmy  ich  -  rzucił  Stefan  krótko.  -  Na  pewno  nie  od  razu  tu  wrócą.  A  wy 

przyjmijcie  moje  podziękowania  za  dobre  traktowanie  mojego  przybranego  syna.  Mówił 

bardzo ciepło o waszej trójce. Ale nie o czwartym - dodał cierpko. 

- Ciekawe, co się z nim stało - zastanawiał się Drago, marszcząc brwi. 

-  Dwa  osły  wraz  z  książęcą  skrzynią  zniknęły  z  klasztornej  stajni  -  rzekł  z 

westchnieniem Milovan. - Podejrzewamy o tę kradzież markiza. 

Drago zaklął, a Anna westchnęła ciężko. 

Pozostali w klasztorze dwa dni. 

Anna  natychmiast  poczuła  sympatię  do  dumnego  opiekuna  Milovana.  Często 

rozmawiali.  Opowiedziała  o  marzeniu  chłopca,  by  zrobić  ojcu  niespodziankę,  ofiarowując 

uzyskane  ze  skarbu  pieniądze.  Teraz  ta  możliwość  wydawała  się  stracona,  ale  jeżeli  ona 

mogłaby w przyszłości czymś wspomóc... 

Stefan,  wzruszony,  obiecał  zwrócić  się  do  niej  o  pomoc,  jeżeli  okazałoby  się  to 

konieczne. 

Drago  odwiózł  obie  kobiety  do  Kotoru.  Stamtąd  zapewnił  im  bezpieczną  eskortę  do 

background image

Raguzy.  Wtedy  pożegnał  je,  gdyż  obiecał  pomóc  Stefanowi  Brankoviciowi  w  walce  z 

Turkami  aż  odparcia  nękających  Cetinje  ataków.  Milovan  znów  zamknął  się  za  murami. 

Debora była niepocieszona. Płakała, złościła się i powiedziała niejedno nieprzystojne słowo o 

ż

yciu klasztornym. 

Postanowiono,  że  Debora  będzie  mieszkać  u  Anny.  Nie  miała  przecież  nikogo  na 

całym  świecie!  Jej  rodzinna  wioska  leżała  teraz  daleko  w  obrębie  granic  imperium 

osmańskiego. 

Anna  ciężko  przeżyła  rozstanie  z  Dragiem.  Każdą  chwilę  pobytu  w  Czarnogórze  i 

podróży  do  Kotoru  spędzili  razem,  a  miłość  ich  stale  rosła.  Gorzko  płakała  podczas 

pożegnania. Nie mogła pojąć, dlaczego Drago, żyjący w izolacji przez tyle lat, musiał od razu 

ruszyć na wojnę. Czy nie zasłużył na wypoczynek? Drago odpowiedział, że Stefanowi przyda 

się  każdy  zdolny  do  noszenia  broni,  aby  chronić  Cetinje  przed  Turkami,  inaczej  cała 

Czarnogóra dostałaby się w ich ręce. 

-  Przyjadę  do  Raguzy  najszybciej,  jak  będę  mógł  -  powtórzył  Drago  chyba  po  raz 

dziesiąty. - Muszę cię znów zobaczyć, dowiedzieć się, jak żyjesz. I zadbać, aby ten łajdak cię 

nie  nachodził.  Nie  wiem,  jak  to  się  wszystko  potoczy,  ale  kiedyś  wreszcie  będziesz  moja, 

Anno. Nie mogę bez ciebie żyć. 

A teraz go nie było i pozostawił po sobie ogromną pustkę. 

Na wybrzeżu znów ujrzała cyprysy. 

- Witajcie, drzewa smutku - wyszeptała cicho. - Nadal jesteście moimi towarzyszami! 

Po  Giovannim  di  Ferro  zaginął  wszelki  ślad.  Ludzie  Stefana  otrzymali  polecenie 

szukania go wszędzie, gdziekolwiek się znajdą. 

Anna  żyła  w  nieustannym  strachu,  że  Giovanni  powróci.  Mimo  to  chciała  wiedzieć, 

gdzie przebywa. Znajdowała się bowiem jakby na ziemi niczyjej: nie miała męża, nie była ani 

wdową, ani rozwódką - i nic nie mogła uczynić. 

A należało coś uczynić! 

Debora pierwsza nazwała rzecz po imieniu: 

- Myślę, że będziesz miała dziecko, Anno. 

- Tak - odpowiedziała cicho. - Też tak myślę. 

- Drago? 

- A któż by inny? 

Dziewczyna zamyśliła się. 

-  Ucieszy  się.  On  zawsze  lubił  dzieci.  No,  tak  -  mówiła  dalej  lekkim  tonem  -  na 

szczęście  nie  będziesz  musiała  się  obawiać  złośliwych  komentarzy  ludzi.  Pomyślą,  że  to 

background image

nowy markiz di Ferro. 

-  Właśnie  tego  nie  chcę!  -  przerwała  jej  gwałtownie  Anna.  -  Nienawidzę  tego 

nazwiska i nie chcę, aby moje dziecko je nosiło. To ma być dziecko Draga, nikogo innego! 

Wybuchnęła płaczem. Ostatnie tygodnie mocno nadszarpnęły jej nerwy. 

-  Tak,  rzeczywiście  wpadłaś  w  kłopoty  -  powiedziała  Debora  w  zamyśleniu.  -  Ale 

rozumiem cię. Och, jakże cię rozumiem! Ten okropny, fałszywy Giovanni! Piękna otoczka na 

duszy przestępcy. 

Anna wytarła łzy. 

- Biedny Giovanni - westchnęła. 

- Biedny? Dlaczego tak mówisz? 

-  Czy  nie  uważasz,  że  jest  godny  współczucia?  Przestępca?  Tak,  ale  nie  zwykły 

przestępca. On był po prostu głupi, ograniczony! W świecie Giovanniego było miejsce tylko 

dla  niego  i  jego  zachcianek,  zamykał  go  przed  innymi.  Dlatego  musiał  być  samotny, 

bezgranicznie samotny! 

- To prawda - zgodziła się Debora i mówiła dalej, starając się, aby jej słowa brzmiały 

rozsądnie.  -  Ale  przecież  nie  można  całe  życie  uważać,  że  krzywda  doznana  w  dzieciństwie 

jest winna wszystkim dalszym nieszczęściom. On tak właśnie robił, prawda? 

Anna uśmiechnęła się do niej ciepło. 

- Tak, właśnie tak. Masz rację, przecież wiele osób cierpi w dzieciństwie, lecz mimo 

to  wyrasta  na  prawych  ludzi.  Giovanni  nigdy  nawet  nie  próbował  zmienić  swego  życia 

inaczej, iż wykorzystując innych. Takie ofiary losu, jak ja! 

- nie jesteś ofiarą losu. Masz najlepsze serce ze wszystkich, których znam! 

- Te dwie cechy często idą w parze - uśmiechnęła się Anna. 

Dobrze  im  się  mieszkało  razem.  Debora  była  pełna  radości.  Z  zapałem  poznawała 

nowy świat, którym teraz była dla niej Raguza. Żyły bardzo wygodnie, służba czekała na ich 

rozkazy, nie musiały się troszczyć o jedzenie. 

Jednak  obie  były  niespokojne.  Debora  poznała  wielu  młodych  mężczyzn,  jednak 

często bezsilnie wzdychała, mówiąc, że Milovan wybrał to „głupie, egoistyczne, bezwzględne 

ż

ycie klasztorne!” 

A Anna... 

Mogła  stać  godzinami  i  wpatrywać  się  w  drogę  prowadzącą  z  Kotoru.  Czy  Drago 

wkrótce  przybędzie?  Obiecał  przyjechać.  Co  się  mogło  stać?  Znudził  się,  znalazł  inną?  Czy 

może poległ w walce? 

Potrzebowała go teraz. Nie tylko jego rady, jak mają wybrnąć z powstałej sytuacji, ale 

background image

po prostu po to, aby go znów zobaczyć, dowiedzieć się, że żyje, poczuć jego ciepło dające jej 

takie poczucie bezpieczeństwa! 

Pewnego razu powiedziała Deborze: 

-  Jeżeli  stanie  się  coś  złego...  wrócę  do  domu,  do  Norwegii.  Do  mojego  kraju.  Jeśli 

zechcesz pojechać ze mną, zapraszam, choć wątpię, czy ty z twoją impulsywnością będziesz 

się tam dobrze czuła. Może poproszę mego ojca, żebyś mogła mieszkać w tym domu. Ja mam 

zbyt gorzkie wspomnienia. Och, Boże, gdybym tylko wiedziała, gdzie jest Giovanni! I Drago. 

Dlaczego nie przybywa? Czas płynie tak wolno... Deboro, czuję się bezradna! 

background image

SKRZYNIA ZE SKARBEM 

Dumny markiz di Ferro klął, czołgając się tamtej nocy za dwojgiem młodych. Twarz 

miał  spuchniętą  i  okrwawioną,  każda  cząstka  ciała  sprawiała  mu  ból,  widział  niewyraźnie. 

Mimo to nie chciał stracić ich z oczu. 

Mieli osły ze skrzynią. A skrzynia należała do niego! 

Wreszcie ostatkiem sił dotarł do klasztoru. Widział, jak Milovan zostawia zwierzęta w 

stajni. Gdy chłopak stamtąd odszedł, Giovanni podkradł się, by w chwilę później wyjechać na 

jednym z osłów i prowadząc za sobą drugiego, objuczonego wytęsknioną skrzynią. Niestety, 

zakonnicy nie mieli żadnego konia, ale to nie było już takie ważne. 

Zwyciężył! Wygrał! Był nie do pobicia! Markiz di Ferro jest wyjątkowy, jest silny jak 

bóg. Nie na darmo nosi nazwisko di Ferro - „z żelaza”! 

Anna, to żałosne, brzydkie stworzenie, z którym ożenił się dla pieniędzy, leżała zabita 

przez Turków. Księżniczka Debora może robić, co chce, do niczego nie była mu już potrzeba, 

skoro w rękach miał skarb. A tych dwóch tchórzy, którzy ośmielili się pobić jego, arystokratę 

z Wenecji... o, na nich kiedyś się zemści! Przekonają się, że Giovannim  di Ferro nie można 

pomiatać!  Jak  tylko  osiądzie  gdzieś  ze  skarbem,  wynajmie  morderców,  którzy  zajmą  się  tą 

hołotą. 

Całą noc podążał drogą, którą przebyli z Anną wiele dni wcześniej. 

Dobrze znał trasę, bez wahania jechał więc dalej. Ta głupia Anna powiedziała, że będą 

mieli  trudności  z  odnalezieniem  drogi  powrotnej.  Cóż,  była  tylko  niewykształconą  kobietą, 

czegóż więc można się po niej spodziewać... 

Wreszcie,  przejechawszy  już  spory  kawałek,  musiał  odpocząć,  gdyż  rany  bardzo  mu 

dokuczały. Skręcił ze ścieżki i po chwili zasnął po drzewem. 

Obudził się już za dnia. Spał z dłonią na skrzyni. 

Krajobraz,  z  którego  podczas  nocy  wiele  nie  widział,  był  taki,  jak  wszędzie  w 

Czarnogórze. 

W oddali wzgórza, nagie ugory z małymi krzakami i wapiennymi skałkami. 

Osły stały przywiązane do drzewa. 

Skrzynia! 

Fala triumfu zalała Giovanniego. Miał skrzynię! Zrobiło się już na tyle jasno, że mógł 

spróbować ją otworzyć. Wiele musiał wycierpieć, ale zdobycie skarbu było tego warte. 

Podniósł się, sztywny i obolały. Dobrze, że nie miał lustra! Nie widział zbyt dobrze na 

background image

jedno  oko,  było  bowiem  spuchnięte.  Nos  majaczył  mu  jak  sina  bulwa.  Wszystkie  zęby 

siedziały mniej lub bardziej luźno. 

Ci  barbarzyńcy!  Te  bękarty  z  nizin!  Czegóż  można  oczekiwać  od  mieszkańców  tego 

niecywilizowanego kraju? Serb i Czarnogórzec! Kim byli? Motłochem, niczym więcej! 

Ale  wreszcie  będzie  mógł  wrócić  do  Wenecji,  do  równych  sobie.  Poniżenie,  którego 

doznał  ojciec  -  wygnanie  z  pałacu  i  pozbawienie  majątku  -  zostanie  pomszczone!  Kim  był 

doża wobec jednego z di Ferro, rodu wywodzącego się z mroków średniowiecza? Giovanni, 

ostatni z rodu, powróci w pełni chwały. 

Z  głową  wypełnioną  marzeniami  o  słodkiej  zemście  markiz  próbował  otworzyć 

podwójny zamek skrzyni. Zamknięcie okazało się jednak solidne. Giovanni zniszczył na nim 

swój  nóż  i  połamał  wiele  patyków.  Klnąc  przez  zęby,  gorączkowo  szukał  nowych 

możliwości. 

Po półgodzinnych, bezowocnych wysiłkach zrozumiał, że musi posłużyć się lepszymi 

narzędziami. No tak, niedaleko powinna być gospoda, w której zatrzymali się kiedyś z Anną. 

Giovanni postanowił ruszyć dalej. Odwiązał oba osły, aby przeprowadzić je pod półkę 

skalną,  na  której  ustawił  skrzynię,  co  mało  ułatwić  jej  załadowanie.  Przeklinał  przy  tym  i 

wrzeszczał  na  zwierzęta.  Jedno  z  nich,  przestraszone,  szarpnęło  się,  a  skrzynia  zjechała  na 

ziemię.  Wściekły  Giovanni  kopnął  osła,  który  zaryczał  i  wierzgnął,  aż  markiz  upadł  na 

kamienie.  Zwierzęta  rzuciły  się  do  ucieczki  w  kierunku  klasztoru.  Giovanni  wołał  za  nimi, 

bez skutku. 

Co  za  obrzydliwy  kraj!  Czy  było  coś  dziwnego  w  tym,  że  człowiek  urodzony,  by 

obracać się w eleganckich salonach wśród ludzi z wyższych sfer, nie dawał sobie rady z parą 

brudnych  uparciuchów?  Giovanni,  pełen  współczucia  dla  samego  siebie,  stał  wpatrzony  w 

skrzynię. 

Wreszcie złapał za uchwyt i zaczął ciągnąć skrzynię za sobą po ścieżce. 

Ś

cieżka  była  dziwnie  wąska,  o  wiele  węższa,  niż  pamiętał.  Wydawało  mu  się,  że 

widział wtedy jakieś wioski. Teraz żadnych nie zauważył. Ale pewnie minął je w ciemności. 

Tak, na pewno je minął. 

znacznie  później,  wyczerpany  ciągnięciem  skrzyni,  wpadł  na  pomysł  rozbicia 

zamków.  Pełen  gorączkowego  zapału,  znalazł  odpowiednio  duży  kamień.  Pierwszy  zamek 

wygiął  się  pod  uderzeniem,  ale  wytrzymał.  Giovanni  popatrzył  na  niego,  wściekły,  i  znów 

uderzył z całej siły. Zamek pękł z trzaskiem. W podobny sposób rozprawił się z drugim, i to z 

taką energią, że aż okrwawił sobie kostki dłoni. 

Skrzynia była otwarta. 

background image

Uroczyście ujął pokrywę w obie ręce i unosił ją nieskończenie wolno - cal za calem - 

aby przedłużyć radość oczekiwania. 

Zajrzał ostrożnie do środka. 

Papiery. Stare książki. 

No, to oczywiście tylko na wierzchu. 

Odrzucił pożółkłe dokumenty ze znakami korony i napisem SRBIJA. Na innych, także 

szacownych, napisane było HRVATSKA. Czy nie mogli używać normalnych wyrazów, a nie 

tylko  bezsensownie  złożonych  liter?  myślał  zirytowany,  nie  rozumiejąc,  że  to  właśnie  były 

słowa  -  nazwy  dawnych  królestw:  Serbii  i  Chorwacji.  Giovanni  jednak,  przekonany  o  swej 

nadzwyczajnej inteligencji, nigdy nie odczuwał potrzeby uczenia się. 

Coraz  bardziej  gorączkowo  grzebał  w  papierach.  Były  tam  księgi  grube  jak  cegły, 

ręcznie pisana i zdobiona Biblia, lecz on szukał coraz głębiej... 

Wreszcie znalazł kilka nędznych monet. Nic więcej! Były ładne, lecz czy wystarczą na 

odkupienie pałacu i pozycji? Na triumfalny wjazd do miasta? 

Nie, na pewno nie. 

Giovanni  siedział  oniemiały.  Po  chwili  nabrał  powietrza  i  wydał  przeciągły  wrzask 

wściekłości i zawodu. 

Chwiejnie wstał, wetknął monety do kieszeni i poszedł dalej drogą łączącą, jak sądził, 

Cetinje z Kotorem. 

Skrzynię z drogocennymi dokumentami po prostu zostawił. 

Kilka dni później znaleźli ją ludzie Stefana i przenieśli do klasztoru. Na szczęście nie 

padało i wszystko było w dobrym stanie. Zakonnicy zrozumieli, jak cenne dostali dokumenty, 

i przenieśli je do swej biblioteki, gdzie przeleżały kilkaset lat, ukryte przed światem. 

Giovanni  błąkał  się  po  okolicy  przez  wiele  dni.  Raz  tylko  napotkał  chłopa,  którego 

spytał  o  drogę,  ale  nie  zdołali  się  porozumieć.  Ta  przeklęta  Anna,  pomyślał 

niekonsekwentnie. Dlaczego jej tu nie ma do pomocy? 

Ostatnio często o niej myślał. choć nie chciał się przed sobą do tego przyznać, czuł, że 

popełnił  ogromną  pomyłkę.  Zrozumiał  teraz,  ile  była  warta  -  nie  tylko  pomagała  mu  w 

trudnych sytuacjach, ale także stanowiła źródło korzyści materialnych. Dom w Raguzie... ach, 

jak za nim tęsknił, za jego solidnymi murami i wygodami, za służbą, wozami, końmi... 

Ale wkrótce tam będzie, dom przecież należy do niego! Anny już nie ma i mógłby... 

Nagle otrzeźwiło go pewne wspomnienie. 

Ojciec Anny, ten kupiec! 

Wardelius niedługo przybędzie do Raguzy i jakkolwiek by na to patrzeć, pod żadnym 

background image

pozorem nie pozwoli, aby zięć zatrzymał dom. 

Musi  go  sprzedać!  Szybko,  zanim  przyjedzie  teść.  To  był  genialny  pomysł.  Mógłby 

wtedy wrócić do Wenecji i kupić dom tam, w każdym razie na początek. 

Swojej  starej  matce  nie  poświęcił  wielu  myśli.  Mogła  pozostać  w  Raguzie,  była  tak 

męcząca  i  wymagająca,  chciała  być  wiecznie  obsługiwana.  Nie  lubił  ludzi,  którzy  myśleli 

tylko  o  sobie  i  nie  chcieli  nic  zrobić  dla  innych.  Wymagać  opieki  od  niego,  Giovanniego? 

Ż

aden z niego opiekun! 

Jedzenie, które udało mu się ze sobą zabrać, kiedy uciekał od tych prostaków, prawie 

się kończyło. A wokół nadal pustka. tylko ciągle te góry w oddali! 

Już dawno nie widział nigdzie dróg ani nawet ścieżek. Ale przecież musieli gdzieś żyć 

ludzie w tym przeklętym kraju! 

Nagle wyszedł wprost na jakieś miasto. Duże! Leżało dość daleko, przyspieszył więc 

kroku. 

Nie zdołał jednak tam dotrzeć. 

Jakiś mężczyzna wyskoczył z lasu i zatrzymał go, mówiąc jakieś niezrozumiałe słowa. 

Giovanni warknął coś w odpowiedzi, spieszyło mu się! 

-  Aha,  Włoch!  -  uśmiechnął  się  mężczyzna  szeroko,  lecz  nieco  złośliwie.  Wyrzucił 

następnie  z  siebie  potok  słów  i  jedyne,  co  Giovanniemu  udało  się  zrozumieć,  to:  „Stefan 

Branković” i „Norweżka”. 

Tego już mu było za wiele. 

- Z drogi, muszę do miasta! 0 rzucił ostro. 

Uśmiech  mężczyzny  stał  się  jeszcze  bardziej  złośliwy  i  jakby  pełen  oczekiwania. 

Powiedział coś, potrząsając głową. 

- Skończ z tymi bzdurami, muszę iść dalej! - upierał się Wenecjanin. 

Partyzant z przesadną kurtuazją ustąpił mu z drogi. Jeszcze długo markiza gonił jego 

ś

miech. 

Po  jakim  czasie  Giovanni  odwrócił  się  i  zobaczył,  że  człowiek  Stefana  nadal  stoi  na 

skraju lasu i śledzi go wzrokiem. Nawet z takiej odległości wyglądał, jakby się śmiał. 

Przy bramie miasta zatrzymały go straże w nieznanych mu strojach. Zresztą nigdy nie 

umiał  rozpoznawać  tych  różnych  strojów  regionalnych.  Strażnicy  mieli  niezwykle  szeroki, 

jedwabne pasy i spodnie tak obszerne, że przypominały spódnice. Giovanni nigdy nie słyszał 

legendy  o  oczekiwanym  powrocie  Mahometa,  który  miał  urodzić  się  powtórnie.  Ponieważ 

kobieta  była  stworzeniem  zbyt  niskiej  rangi,  aby  dostąpić  zaszczytu  urodzenia  proroka, 

wszyscy  prawowici  muzułmanie  chodzili  w  spodniach  szerokich  jak  worek  na  wypadek, 

background image

gdyby nagle zostali wybrani do spełnienia tej misji. rodzący się prorok nie spadłby wtedy na 

ziemię i nie zrobił sobie krzywdy. 

Giovanni przemówił do nich na swój zwykły, władczy sposób. 

Czarne oczy strażników zapłonęły nienawiścią. Zawołali coś ostro i przybiegło więcej 

mężczyzn. Giovanniego pochwyciło wiele rąk. 

- Puśćcie mnie! - wrzasnął. - Chcę do Raguzy! Musi być blisko, szedłem przecież cały 

czas na północny zachód! 

Może i tak. Ale zapomniał, że pasek wolnego lądu był niezwykle wąski. Markiz dotarł 

zbyt  daleko  na  północ  i  znalazł  się  w  granicznym  mieście  Bileća  w  byłej  Hercegowinie, 

obecnie pod panowaniem tureckim. 

A Wenecjanin był dla Turka jak włos w zupie. 

Nadszedł  przełożony  straży.  Popatrzył  na  Giovanniego,  brudnego  i  w  łachmanach,  i 

uznał  go  za  szpiega.  Markiz  di  Ferro  zdążył  tylko  zauważyć  turecki  półksiężyc  ozdabiający 

dach wartowni i zastanowić się, czy mógłby pójść do nich na służbę, gdy oficer wydał rozkaz 

i szabla ze świstem rozcięła powietrze. 

Bojownik Stefana wycofał się do lasu. 

background image

DZIECKO NADZIEI 

Oblężenie  Cetinje  przez  Turków  tym  razem  trwało  długo.  Drago,  żyjący  w 

odosobnieniu i ciszy, czuł się jak strącony na samo dno piekła. nie mógł jednak opuścić pola 

bitwy. W walce przeciw osmańskiemu naporowi liczył się każdy  człowiek. Na tym  górskim 

terenie Drago okazał się mistrzem w podkradaniu się pod pozycje wroga. On, który żałował 

każdego umierającego człowieka, musiał nauczyć się zabijać. 

Nie chciał tego. To napawało go odrazą. Ale musiało się dokonać. 

Wieść o odnalezieniu skrzyni dotarła do niego szybko. Dłużej trwało, zanim samotny 

strażnik granicy przy Bileća zdołał przekazać wiadomość o śmierci Giovanniego. 

Drago  przyjął  nowinę  bez  drgnienia  powiek.  Ale  jego  serce  wypełniło  nowe, 

obezwładniające  uczucie.  Westchnął  i  odszedł  na  bok.  Opadł  na  pień  i  siedział  tak, 

oszołomiony. 

Nie był już sobą tego dnia. 

W końcu atak Turków został odparty. Wróg wycofał się z Czarnogóry. 

Nareszcie Drago mógł opuścić ten biedny mały kraj i wyruszyć do Raguzy. 

I nie podróżował sam. 

- Anno! - krzyknęła Debora. - Anno! On przyjechał! 

Zbiegłą ze schodów, przeskakując po kilka stopni naraz, i rzuciła się Serbowi na szyję. 

- Och, Drago! Żebyś ty wiedział, co na ciebie czeka! 

Dyskrecja nigdy nie była jej mocną stroną. 

Przytulił ją gwałtownie. 

- Dobrze znów cię widzieć, księżniczko - powiedział wzruszony, zapominając, że ona 

nie jest księżniczką. Zapomniał najwyraźniej o wszystkim: że nie był godny jej dotykać i że 

ona już dawno nakazała mówić do siebie na ty. 

Jego spojrzenie biegło przez korytarz ku wątłej postaci kuśtykającej schodami w dół. 

Anna była szczuplejsza i bledsza, niż pamiętał, i serce wypełnił mu niepokój. Uwolnił 

się delikatnie z ramion Debory i podszedł do ukochanej. 

- Trudno było was odnaleźć - powiedział stłumionym głosem. 

Wziął ją w ramiona i wszystko zmieniło się w łzy i intensywne uczucie szczęścia. 

- Nie mogłem przyjechać wcześniej - wyszeptał. - Próbowałem, ale nie mogłem. 

-  Drago!  -  płakała.  -  Och,  Drago!  Wszystko  się  skomplikowało,  ale  jestem  taka 

szczęśliwa! 

background image

Spojrzał na nią pytającą, a ona powiedziała mu nowinę ze wzrokiem pełnym rozpaczy. 

Drago długo na nią patrzył, a w oczach zapaliło mu się łagodne światło. 

- Giovanni nie żyje, Anno. Zginął przez własną pychę i głupotę. 

Anna bez słowa osunęła się wprost w jego ramiona. Położyli ją na sofie, gdzie powoli 

przyszła do siebie. 

Debora spojrzała na Draga niepewnie. 

-  Widziałeś  Milovana?  -  spytała  drżącym  głosem.  -  A  może  nie  wolno  widywać 

zakonników? 

Drago uśmiechnął się szeroko. 

- Idź i zobacz sama! Siedzi tam taki jeden, co nie ma odwagi wejść! 

Debora patrzyła, nie rozumiejąc, musiał więc wyjaśnić: 

-  Podjął  wreszcie  decyzję,  za  zgodą  opiekuna.  Nosił  w  sercu  obraz  dziewczyny, 

którego nie mógł wymazać. Pożegnał się więc z klasztorem. 

Debora z piskiem radości rzuciła się do drzwi. Drago zatrzymał ją. 

- Ale musicie zaczekać. Jesteście za młodzi. 

- Nic nie szkodzi. Mogę czekać i sto lat! 

- Aha, jeszcze coś. Wiesz, że nie jesteś księżniczką? 

Debora spojrzała na niego uważnie. 

- Nie jestem? To wspaniale, odpadła kolejna przeszkoda! Ale nie mam czasu... 

Zniknęła, a Drago ze śmiechem wziął Annę w ramiona. 

- Czy to prawda? - spytała. - Milovan opuścił klasztor? 

-  Tak.  Porzucił  zamiar  służenia  Bogu  w  klasztorze,  gdyż  okazał  się  niemożliwy  do 

zrealizowania. Uznał jednak, że nadal może to robić, mając innego człowieka u swego boku. 

Anna skinęła głową. 

-  Milovan  sam  wybrał  samotność.  Tak  jak  Giovanni,  ale  jemu  dążenie  do  władzy  i 

bogactwa odebrało rozsądek. Dobrze, że tak się to potoczyło, Drago. 

- Tak, na pewno! 

- Byliśmy wszyscy tak samotni, wszyscy pięcioro - wyszeptała w zamyśleniu. - Każde 

na swój sposób. Od samego początku. Można by nas nazwać dziećmi samotności. 

Otrząsnęła się i dorzuciła energicznie: 

-  Ale  to  nie  dotyczy  naszego  dziecka!  To  będzie  dziecko  nadziei.  Czy  macie  jakieś 

imię oznaczające nadzieję? 

-  Tak,  a  nawet  wiarę,  nadzieję  i  miłość.  Ale  to  imiona  tylko  dla  dziewczynek:  Vera, 

Nada i Lubav. 

background image

-  Jeśli  to  dziewczynka,  nazwiemy  ją  Nada,  nadzieja!  -  postanowiła  Anna.  -  A  jeśli 

chłopiec, chciałabym, żeby nosił imię Stefan. Na pamiątkę tego, który uratował nam życie! 

Drago zgodził się z nią, zwłaszcza że został bliskim przyjacielem Stefana Brankovicia. 

Patrzył teraz na Annę z taką czułością, że serce omal nie rozsadziło mu piersi. Leżała blada i 

cicha, ale jej niebieskie oczy aż się jarzyły mądrością, ciepłem i szczęściem. 

Giovanni di Ferro był z pewnością głupcem, skoro nie zrozumiał, co stracił. 

Tak naprawdę jednak Drago był mu za to wdzięczny. 

Nieoczekiwanie  przybył  z  wizytą  kupiec  Wardelius.  Jadąc  z  Aleksandrii,  nadłożył 

drogi, aby zajechać do Raguzy. Bardzo brakowało mu Anny. Bez niej wszystkie dokumenty 

leżały nie uporządkowane, na statku panował nieład, a żołądek dokuczał. Poza tym niepokoił 

się o nią. nigdy nie lubił markiza di Ferro i żałował, że się zgodził na ślub. Jego zdumienie na 

widok  obcych  osób  chodzących  po  domu  córki  było  wielkie  i  Anna  musiała  odbyć  z  ojcem 

długą wyjaśniającą rozmowę. Wyłożyła karty na stół, nie ukrywając niczego. 

Gdy skończyła, długo siedział w milczeniu, wstrząśnięty. 

- A więc on próbował cię zabić? 

- Dwa razy, ojcze. Jesteśmy pewni, że wtedy nad mostem potknął się umyślnie. Drago 

mnie uratował. 

Wymawiała imię Draga w szczególny sposób, co nie uszło uwagi kupca. Nie wiedział, 

jak powinien zareagować. W istocie ten Drago podobał mu się sto razy bardziej niż markiz di 

Ferro i życzył swojej córce wszystkiego najlepszego, ale musiał także myśleć o interesach. 

-  Wydaje  się  niewykształcony  -  zaczął  z  wahaniem.  -  Czy  będzie  umiał  zająć  się 

handlem? 

- Ojcze! - wykrzyknęła Anna. - A więc zaakceptowałeś go! 

- Czyżby? 

-  Tak!  Przecież  Giovanniemu  zabroniłeś  nawet  zbliżać  się  do  interesów.  A  teraz 

zastanawiasz się, jak nauczyć Draga ich prowadzenia. 

- No, może rzeczywiście - uśmiechnął się zmieszany. - Tak, muszę przyznać, że robi 

wrażenie solidnego. 

-  A  ja  muszę  przyznać,  że  on  nie  jest  urodzonym  kupcem.  Ale  jest  niezwykle 

zdecydowany. Myślę więc, że musi rozstrzygnąć to sam. 

-  Dobrze!  Przecież  wiesz  tak  dużo  o  moich  sprawach,  więc  jeśli  on  będzie  ci 

pomagał... W każdym razie wygląda na to, że da mi wnuka! 

-  Zawsze  byłeś  optymistą,  ojcze  -  uśmiechnęła  się  Anna.  -  Podobno  także  byłeś 

pewny, że ja będę chłopcem. 

background image

-  Możliwe  -  uśmiechnął  się  czule  Wardelius.  -  Ale  teraz  nie  zamieniłbym  cię  na 

wszystkich  chłopców  świata.  Wybacz  swemu  staremu  ojcu,  Anno!  Twoja  samotność  była 

niezawiniona. Cierpiałaś niesprawiedliwie, wybacz. Pragnę tylko twojego dobra! 

-  Tak,  jest  mi  teraz  dobrze  -  odpowiedziała  ciepło.  -  ale  mówiąc  o  rzeczach 

praktycznych:  nie  chcę  mieszkać  w  tym  domu,  było  mi  w  nim  ciężko  razem  z  Giovannim. 

Jego cień nadal tu jest. Rozmawialiśmy z Dragiem o osiedleniu się we Włoszech... 

- Włochy? - spytał ojciec, zaskoczony. - Myślałem, że masz już dosyć Włochów. 

Potrząsnęła głową. 

- To, że jeden był zły, nie świadczy, że wszyscy tacy są. Lubię ten naród i ich kraj. Są 

przecież  inne  miejsca  niż  akurat  Wenecja.  Ale  czy  Debora,  a  gdy  nadejdzie  czas,  i  Milovan 

może  mieszkać  w  tym  domu?  Opiekować  się  nim?  Na  pewno  będziemy  dużo  podróżować. 

No  i  nie  wiem,  czy  wypada,  ale  czy  nie  powinniśmy  się  pobrać  z  Dragiem  jak  najszybciej? 

Czekamy na to z niecierpliwością. 

- Tak, oczywiście. Jakiego on jest wyznania? 

- Nie mam pojęcia. 

- Serb... - zamyślił się Wardelius. - Pewnie prawosławnego. 

-  O,  nie...  -  jęknęła  Anna.  -  znów  będę  musiała  zmieniać  wyznanie!  Dlaczego  to 

zawsze kobieta... Ech, nieważne! 

Wardelius odezwał się: 

-  Nie  wiem,  jak  długo  należałoby  odczekać,  ale  na  pewno  znajdziemy  jakiegoś 

księdza, który się zgodzi na szybki ślub. Zapomnimy o tym weneckim markizie, on był tylko 

epizodem  w  twoim  życiu!  I  pojedziesz  do  domu,  do  Norwegii,  jako  żona  Draga.  O  niczym 

innym Bergen się nie dowie. 

Kupiec  Wardelius  zawsze  był  mistrzem  w  doprowadzaniu  spraw  do  końca.  Cel 

uświęca środki, zwykł mawiać do siebie, gdy dręczyły go wyrzuty sumienia. 

A teraz sprawa dotyczyła jego córki, Anny. Spojrzał na nią i wypełniła go miłość do 

swego jedynego dziecka. Do tej, której właściwie nigdy nie dostrzegał. zawsze po prostu była. 

Staję  się  sentymentalny  na  stare  lata,  pomyślał.  to  pewnie  perspektywa  zostania 

dziadkiem... 

-  Podróż  chyba  nie  sprawi  ci  trudności?  -  spytał  niespokojnie.  -  Jeszcze  masz  dużo 

czasu? 

- O, tak, ponad pół roku! Wszystko będzie dobrze, statek to prawie mój dom. Cieszę 

się,  że  Drago  zobaczy  Norwegię  i  nasz  dom...  Może  się  zresztą  tam  osiedlimy?  To  Drago 

musi rozstrzygnąć. 

background image

Ojciec spojrzał na nią i pokręcił głową. 

-  Pół  roku  temu  byłaś  Anną  Wardelius.  Potem  zostawiłem  cię  tutaj  jako  markizę  di 

Ferro. A teraz pojedziesz do Norwegii jako... No właśnie, jak Drago ma na nazwisko? 

Anna spojrzała na ojca w osłupieniu. 

- Ja nie wiem! 

I wybuchnęła śmiechem. Odwróciła się do okna, popatrzyła na cyprysy i pinie rosnące 

na zboczu pomiędzy białymi domami. Jakie jesteście ładne, gdy tak wyciągacie się do słońca, 

wyszeptała w myślach do cyprysów. Jakże mogłam kojarzyć was ze smutkiem? 

Długo  tak  stała,  zatopiona  w  myślach.  Nie  zauważyła,  że  ojciec  opuścił  pokój  ani  że 

po chwili wszedł Drago. Dopiero gdy ostrożnie położył dłonie na jej ramionach, ocknęła się. 

-  Rozmawiałem  z  twoim  ojcem  -  zaczął  cicho.  -  Prosił,  abym  postarał  się  dać  ci  to, 

czego wielu cię pozbawiło przez te lata. Powiedziałem, że uczynię to jak najchętniej. Powitał 

mnie jako członka rodziny. ale twierdził, że czeka mnie trudne zadanie. 

- Tak? 

- Tak. Powiedział, że  cenisz sobie niezależność i że jednocześnie bardzo  chcesz, aby 

ktoś się tobą opiekował. Czy to prawda? 

Anna uśmiechnęła się. 

-  Nie  wiedziałam,  że  zna  mnie  tak  dobrze.  Tak,  to  prawda.  I  sądzę,  że  znalazłam 

kogoś, kto potrafi sprostać tym wymaganiom. 

Odwrócił ją ku sobie. 

- Też tak myślę - stwierdził z uśmiechem.