MARGIT SANDEMO
OSTATNIA PODRÓś
Z norweskiego przełoŜyła
ELśBIETA PTASZYŃSKA - SADOWSKA
POL - NORDICA
Otwock 1998
ROZDZIAŁ I
Simon Dalen jechał do rodzinnego domu, Ŝeby umrzeć.
Miał dwadzieścia dziewięć lat i wyruszył właśnie w swą ostatnią podróŜ. Stojąc na
peronie i czekając na nocny pociąg, który zawiezie go w bliskie mu strony, odtwarzał w
myślach własne Ŝycie.
Rozstanie się z nim nie wydawało się wcale trudne.
Jedyne, czego jeszcze pragnął, to ujrzeć po raz ostatni miasto swego dzieciństwa.
Miasto, które chłopcu Simonowi dało tyle szczęścia, a Simonowi męŜczyźnie przyniosło tak
wiele goryczy.
Ale choć sam się do tego nie przyznawał, rzeczywisty powód jego wyprawy był
zupełnie inny. Simon zamknął juŜ swoje Ŝycie. Na koniec chciał tylko odnaleźć tę kobietę,
która mu je zniszczyła, i powiedzieć jej wreszcie parę słów prawdy.
Obawiał się jedynie, Ŝe w ślepej furii moŜe stracić kontrolę nad sobą.
Owładnięty nienawiścią, czuł niejednokrotnie, Ŝe nie będzie w stanie się opanować.
Nie spodziewał się nawet, Ŝe potrafi poddać się tego rodzaju emocjom. On, który naleŜał w
gruncie rzeczy do ludzi spokojnych i ugodowych.
Oprócz niego na peronie znajdował się jeszcze tylko jakiś męŜczyzna, stojący dość
daleko z teczką w ręce.
Kiedy wreszcie przyjedzie pociąg? Znowu się spóźnia.
Simon sięgnął do kieszeni. W porządku, są, silne tabletki przeciwbólowe, które dostał
od doktora. Jego lekarz nie owijał w bawełnę, on sam go o to poprosił. Zostały mu jeszcze co
najwyŜej trzy miesiące. Pod koniec silne bóle. Operacja byłaby tylko odwlekaniem tego, co
nieuchronne.
Ale on nie zamierzał czekać. Kiedy tylko znajdzie się w domu, połknie wszystkie
tabletki naraz. Lekarz przestrzegał go, Ŝeby nie brał ich za wiele. Nie więcej niŜ po dwie!
Simon uśmiechnął się gorzko. Będzie ich znacznie, znacznie więcej!
Nie istniało przecieŜ nic, absolutnie nic, co kazałoby mu Ŝyć dalej.
Gdy pociąg skręcał, ze swego miejsca w jego tylnej części widziała lokomotywę i
wagony na przodzie. To były wagony sypialne: ciemne, długie i ponure. Monotonny stukot
kół po szynach odbijał się przytłumionym echem w jej głowie.
Ta niezwykła atmosfera nocnego pociągu zawsze bardzo ją pociągała. Nie chciała
jechać wagonem sypialnym, bo wtedy straciłaby tak wiele. Kiedy człowiekowi przybywa lat,
wtedy najwygodniejsze wydaje mu się łóŜko, zdaje sobie bowiem sprawę z tego, jak zaspaną i
pomiętą twarz będzie miał nazajutrz, w nieubłaganie ostrym świetle poranka. Ona jednak była
jeszcze młoda, mogła sobie pozwolić na siedzenie całą noc i towarzyszące temu napięcie i
zmęczenie.
Poza tym nie stać jej było na bilet w wagonie sypialnym.
Siedziała sama w przedziale. Niewykluczone, Ŝe zdrzemnie się z godzinkę lub dłuŜej,
ukryta pod płaszczem, ale na razie nie miała jeszcze na to ochoty. Przytłumione światło
zmroku rozlewało się właśnie ponad ziemią, zacierając kontury krajobrazu; na tle nieba
rysowała się jakaś szopa, wysokie drzewa, a gdzieś dalej chłopska zagroda...
Pociąg przemknął jak błyskawica przejazd kolejowy, zadźwięczał dzwonek przy
szlabanie.
Wagony sunęły przez równinę. Słupy telefoniczne, lasek, kościelna wieŜa...
Zmieniony rytm kół stukoczących po szynach zapowiadał zbliŜanie się do stacji.
Ludzie, dworcowe zabudowania, perony - wszystko to mignęło za oknem i pozostało gdzieś
w tyle.
ZdąŜyła jeszcze dostrzec nazwę. Było to przedmieście jakiegoś większego miasta, w
którym pociąg miał się zatrzymać.
Rozległ się gwizd lokomotywy, przypominający przenikliwy głos skargi. Pociąg
zwolnił biegu.
Domy, domy.... stały coraz ciaśniej i bliŜej siebie. W chaosie głuchych uderzeń kół nie
było teraz Ŝadnego rytmu, pociąg hamował na stacji, aby wreszcie zatrzymać się z
przeciągłym, ostrym piskiem.
Na chwilę zaległa cisza. potem dały się słyszeć pojedyncze nawoływania, trzaskanie
drzwiami i szuranie wielu stóp na korytarzu.
Drzwi do jej przedziału odsunęły się i do środka wszedł jakiś męŜczyzna. Spojrzał na
swój bilet, a potem na nią.
- Czy tu jest wolne? - spytał, wskazując ręką na drugie miejsce przy oknie.
- Proszę!
- Dziękuję.
PołoŜywszy elegancką walizkę na półce, zdjął równie elegancki płaszcz, po czym
usiadł naprzeciw niej.
Przyglądała mu się z zainteresowaniem, studiując jego odbicie w okiennej szybie. Był
to przystojny młody człowiek, w wieku między dwadzieścia pięć a trzydzieści pięć lat, o dość
ciemnych włosach, przenikliwych oczach i bardzo niezwykłych ustach. Jego twarz od razu
przyciągnęła jej spojrzenie. Zwłaszcza te usta... W ich kącikach jakby czaił się drwiący
uśmieszek. Oczy miał wąskie i pełne Ŝaru. Nagle przyszła jej do głowy dziwna myśl, Ŝe oto
za chwilę ten męŜczyzna wyjmie fletnię Pana i zacznie na niej grać. A moŜe, jeśliby mu się
dokładnie przypatrzyła, dostrzegłaby takŜe niewielkie roŜki ukryte nad czołem pod włosami?
Jako mały chłopiec musiał być podobny do elfa. Teraz, przypominał fauna. Silnego, pełnego
Ŝ
ycia fauna.
Więcej nie zdąŜyła zauwaŜyć, bo gdy spotkała wzrok współpasaŜera w okiennej
szybie, odwróciła się od razu w inną stronę.
Ciekawe, co teŜ jemu rzuciło się przede wszystkim w oczy, zastanawiała się. Na
pewno piegi i burza jasnorudych włosów, poza tym zielonkawoniebieskie oczy z prostymi
kreskami brwi, sięgającymi niemal samych skroni. No i ten dziecięcy nosek i usta, które
sprawiały, Ŝe większość ludzi nie oceniała jej na więcej niŜ piętnaście, szesnaście lat, podczas
gdy w rzeczywistości skończyła juŜ dwadzieścia.
Pociąg wyjechał z miasta i znowu mknął przez równinę.
- Ojej, popatrz! - wykrzyknęła spontanicznie.
MęŜczyzna spojrzał automatycznie przez okno, ale w jego zachowaniu dało się
wyczuć rezerwę. Chyba wyrwała go z głębokiego zamyślenia.
Klępa łosia z małymi długimi susami uciekała przed hałaśliwym olbrzymem
pędzącym po szynach.
MęŜczyzna uśmiechnął się nieznacznie, po czym znowu skierował wzrok w inną
stronę.
Dziewczyna z właściwą sobie bezpośredniością powiedziała oŜywiona:
- Widziałam juŜ lisa, dwa jelenie i co najmniej pięć zajęcy. Zdaje się, Ŝe w tej okolicy
jest duŜo zajęcy.
- Tak?
Zdawała się nie zauwaŜać, jak bardzo jest zamknięty i powściągliwy.
- Jazda nocnym pociągiem kryje w sobie tyle emocji - uśmiechnęła się, a jej oczy
rozpaliły się blaskiem. - Mistyczny, mroczny nastrój. Przytłumione światło w wagonie i ten
wyjątkowy zapach pociągu. A potem za oknem budzi się dzień, to naprawdę cudowny widok.
Ale taka pora jak teraz, kiedy zapada zmrok, teŜ jest ładna. Trochę melancholijna. Nad
horyzontem widać jeszcze złotoczerwoną poświatę zachodzącego słońca. To jego ostatnia,
bezsilna próba rozświetlenia ziemi. A tam widać jakiś opuszczony cmentarz! Jaki stary krzyŜ,
niech pan spojrzy! Wygląda zupełnie tak samo jak mój stary cmentarz nad morzem. Pan teŜ
woli siedzieć w zwykłym wagonie niŜ spać w wagonie sypialnym?
MęŜczyzna sprawiał wraŜenie, jakby zastanawiał się nad przeniesieniem się do innego
przedziału, ale uznał to chyba za niewłaściwe.
- Przypuśćmy - odparł krótko. - Kiedy człowiek wsiada do pociągu niemal w środku
nocy, nie ma sensu wykosztowywać się jeszcze na wagon sypialny. ChociaŜ takie
wielogodzinne siedzenie jest rzeczywiście męczące.
- Wcale nie. Co prawda je nie jestem jeszcze taka stara... to znaczy, chciałam
powiedzieć...
MęŜczyzna uśmiechnął się, ale w jego oczach nie było radości. Nawet najmniejszego
jej śladu. Rzucił na dziewczynę surowe spojrzenie, jakby był zły na nią, Ŝe sprowokowała go
do uśmiechu. Następnie poprawił się na siedzeniu.
Znowu rozległ się pisk kół.
- Co to? Kolejna stacja? - spytała.
Simon otworzył zamknięte oczy z wyrazem udręki na twarzy.
- Nie. To chyba most.
- Jakie to wszystko emocjonujące! To brzmi tak zabawnie, kiedy...
PrzejeŜdŜali przez most, jej głos utonął w stukocie pociągu na Ŝelaznych przęsłach,
spotęgowanym do ogłuszającego huku.
Zachwycona, roześmiała się głośno.
MęŜczyzna o melancholijnym spojrzeniu porzucił myśl o odpoczynku - jak widać, nie
miał na to wielkich szans.
- To twoja ostatnia wakacyjna wyprawa tego lata? - spytał ojcowskim tonem.
- Nie, skądŜe! Po kilku latach wracam wreszcie do domu. Dostałam pracę w moim
rodzinnym mieście. Tak bardzo się cieszę, Ŝe zobaczę je znowu. I wszystkich znajomych...
- Naprawdę? - powiedział zdumiony. - Myślałem, Ŝe jeszcze chodzisz do szkoły?
- Ach, to przez ten mój dziecięcy wygląd! Mam juŜ prawie dwadzieścia jeden lat.
Popatrzył na nią zmieszany.
- Wobec tego nie powinienem zwracać się per ty...
- Wprost przeciwnie! Teraz wszyscy tak mówią. A ty dokąd jedziesz, na wakacje?
- Nie, ja teŜ jadę... do domu - wyjaśnił z wymuszonym uśmiechem.
Na jego twarzy pojawił się wyraz goryczy; przez chwilę milczał, po czym odezwał się
znowu:
- Właściwie to powinienem być na kongresie, ale... niespodziewane okoliczności
sprawiły, Ŝe zamiast na kongres jadę do domu, do mojego starego ojca.
- UwaŜam, Ŝe słusznie zrobiłeś. Kongres to nic ciekawego. Ale niewątpliwie moŜe
imponować.
- W gruncie rzeczy sprowadza się do wygłaszanych w półśnie nudnych referatów i
ciągnących się bez końca dyskusji.
- I na piciu po nich?
- Czasami się pije.
- Ale ze mnie idiotka! MoŜe ty jesteś zmęczony i chciałbyś się przespać?
- Trochę za późno na to wpadłaś. Nie, dziękuję. Teraz juŜ nie chce mi się spać.
Strapiona dziewczyna westchnęła.
- śe teŜ ja nigdy nie zastanowię się wcześniej! Kiedy moja mama chce się mną
pochwalić, wtedy mówi, Ŝe jestem impulsywna, ale kiedy jest na mnie zła, to wówczas jestem
nieopanowaną, bezczelną i niewychowaną trzpiotką.
- To zbyt mocna określenia - rzekł Ŝyczliwym tonem. - Powiedziałbym raczej, Ŝe
jesteś bezmyślnie bezpośrednia. A jeśli twoja matka nazywa cię niewychowaną, to bije w
samą siebie.
- Tak, to prawda.
Trochę zawstydzona swoją chorobliwą gadatliwością, zamilkła. Zaczęła wsłuchiwać
się w stukot kół, wibrujący w jej ciele. W wagonie panowała całkowita cisza,
prawdopodobnie wszyscy spali. Oczami wyobraźni widziała, jak wyglądają pasaŜerowie w
innych przedziałach. Ci, którzy siedzą w rogu, odpoczywają spokojnie, ukryci pod swoimi
płaszczami; tymczasem pozostali siedzą sztywno, a głowy opadają im we śnie raz do przodu,
raz do tyłu, w rytm pędzącego pociągu. Cofają gwałtownie nogi, gdy prostując je natrafiają na
stopy innych pasaŜerów.
Jak dobrze, Ŝe nasz przedział jest taki pusty, pomyślała sobie.
Na składanym krześle na korytarzu przycupnął jakiś męŜczyzna. Przez cały czas niby
wyglądał przez okno, ale gdy przyjrzała mu się dokładnie, zauwaŜyła, Ŝe obserwował jej
odbicie w szybie.
CzyŜby jakiś wielbiciel? Jeśli tak, to wolała zrezygnować z jego adoracji. MęŜczyzna
miał jasne włosy - a właściwie to, co pozostało mu po nich; jego skóra o szarobrązowym
odcieniu wyglądała tak, jakby nosiła ślady wyblakłej opalenizny, w pociągłej twarzy zaś
tkwiły pozbawione wyrazu oczy. Uwagę Mai zwróciły jego duŜe, owłosione i piegowate
dłonie. Był w średnim wieku, nie dającym się dokładnie określić.
Dziewczyna nagle drgnęła, wyrwana z zadumy głosem towarzysza podróŜy.
- Jak masz na imię?
- Maya. Maya przez Y. A ty?
- Simon.
- To ładne imię.
- Tak uwaŜasz? Mnie nigdy się nie podobało.
- Większości ludzi nie podobają się własne imiona. Ja teŜ nie lubiłam swojego, ale
zaakceptowałam je wreszcie. Tylko zamiast Maja zaczęłam pisać Maya. Wygląda bardziej
artystycznie.
- Jesteś artystką?
- AleŜ skąd! Co prawda uwielbiam rysować, ale pociąga mnie tylko rysunek
techniczny. Drobne detale i proste, czyste linie. Moja mama mówi, Ŝe to nie jest artyzm, tylko
pedanteria.
- Raczej nie wyglądasz na pedantkę.
Jakie on ma sympatyczne spojrzenie, kiedy zapomina o tej swojej rezerwie, pomyślała
dziewczyna.
Roześmiała się.
- CzyŜbym wyglądała na bałaganiarę?
- Nie, nie, wprost przeciwnie! Tylko Ŝe pedantka nie ubrałaby się w romantyczną
ciemną suknię z koronkowym kołnierzykiem i nie zarzuciłaby sobie na ramiona szala w
szkocką kratę. Nie nosiłaby teŜ długich, swobodnie rozpuszczonych włosów, spadających
burzą dzikich loków na plecy. Masz swój własny, trochę staromodny styl, który moŜna
nazwać bardzo kobiecym albo bardzo dziecinnym. Jak kto woli.
ZauwaŜyła, Ŝe jej towarzysz podróŜy nieco się odpręŜył.
- Czy jesteś Ŝonaty? Nie pytam z czystej babskiej ciekawości, ale wyglądasz na
Ŝ
onatego...
- Nie trafiłaś! - odrzekł, a jego twarz od razu spochmurniała. - Byłem Ŝonaty, i to
wcale nie tak dawno temu, ale moje szczęśliwe małŜeństwo zniszczyła pewna bezwzględna
jędza.
W oczach Mai pojawił się wyraz szczerej sympatii.
- Serdecznie współczuję. Ale to wyjaśnia, skąd wzięły się wokół twoich ust te drobne
linie, które świadczą o zgorzknieniu i dodają ci lat.
- Trzeba przyznać, Ŝe jesteś prawdziwą artystką w obsypywaniu ludzi
pokrzepiającymi komplementami!
- Nie zrozumiałeś mnie. Dobrze wiem, jak mogłeś się wtedy czuć. Dla takiej właśnie
dziewczyny opuścił nas mój ojciec.
Simon skinął głową; odnosiło się wraŜenie, iŜ otwartość i szczerość jego młodej
rozmówczyni sprawiły mu nieoczekiwaną przyjemność.
- Naprawdę niełatwo odgadnąć, ile masz lat. Właściwie to wcale nie wyglądasz tak
staro. Kiedy nie jesteś spięty, przypominasz czarującego fauna. Gdy cię zobaczyłam,
pomyślałam sobie od razu, Ŝe musisz odznaczać się duŜym poczuciem humoru, ale widocznie
straciłeś je gdzieś w ponurych rozmyślaniach. Powiedz mi, ile masz lat?
- Co znaczy, według ciebie, „tak staro”?
- Hm... ponad trzydzieści pięć lat.
- Dobry BoŜe - bąknął pod nosem i spojrzał w okno. - Jesteś dla mnie rzeczywiście
nadzwyczaj łaskawa. Skończyłem dopiero dwadzieścia dziewięć lat.
Wydawało się, Ŝe prowadzenie tej rozmowy go bawi. Zupełnie jakby wszystkie
kongresowe debaty całego świata doprowadziły go do tego, Ŝe juŜ zapomniał, iŜ istnieje coś
takiego jak zwykła rozmowa między ludźmi, a teraz odkrywał to na nowo. Albo...? MoŜe co
innego go męczyło?
- Masz dzieci? - spytała. - To znaczy, czy miałeś dzieci w małŜeństwie?
Dlaczego ona zawsze musi tak się plątać, Ŝe jej słowa brzmią albo bezczelnie, albo
dwuznacznie, albo po prostu głupio!
- Nie mam, byliśmy małŜeństwem bardzo krótko, zaledwie kilka miesięcy.
Na jego twarzy znowu pojawił się wyraz goryczy.
- Jak ciemno się zrobiło - powiedziała, nieporadnie zmieniając temat. - Światło na
horyzoncie juŜ zgasło i teraz moŜna zobaczyć w szybie tylko własne odbicie.
Stukot kół rozbrzmiewał głuchym echem wewnątrz wagonu. Poza tym panowała
cisza.
Maya ziewnęła. To było zaraźliwe. Jej towarzysz podróŜy teŜ dyskretnie ziewnął.
- Chyba spróbuję się trochę przespać - rzuciła od niechcenia.
- Bardzo rozsądnie - potwierdził. - MoŜesz wyciągnąć się na siedzeniu. Będę czuwał.
Wstał z miejsca.
- A ty nie chcesz się zdrzemnąć? - spytała zdziwiona.
- Tak, tak, chyba teŜ to zrobię.
Wyszedł na korytarz. Kiedy otworzył drzwi, stukot nasilił się i od razu ucichł znowu
po ich zasunięciu. MęŜczyzna na składanym siedzeniu podkurczył nogi, Ŝeby przepuścić
Simona.
Maya zaczęła przygotowywać sobie miejsce do spania - ułoŜyła w rogu szal zamiast
poduszki i postawiła na półce swój podręczny bagaŜ. Właśnie miała się połoŜyć, gdy
zauwaŜyła, Ŝe męŜczyzna z korytarza zniknął.
Pewnie stanął przy którymś z okien w końcu wagonu.
Ale jego płaska teczka zniknęła takŜe. Mimowolnie wyjrzała przez szybę w drzwiach.
Nigdzie go nie dostrzegła.
Prawdopodobnie znalazł sobie wolny przedział, pomyślała.
Simon długo nie wracał. Maya sądziła, Ŝe udał się do toalety. A moŜe chciał zapalić
papierosa? Jeśli tak, to dlaczego nie wybrał przedziału dla palących?
Albo stał sobie po prostu w korytarzu na końcu wagonu? Zostawił ją samą, Ŝeby
mogła spokojnie spać.
Niepotrzebnie aŜ tak się troszczył. Wcale nie musiał być tak bardzo uprzejmy. W
kaŜdym razie jego bagaŜ tkwił nadal na półce, co znaczyło, Ŝe Simon nigdzie się nie
przeniósł.
Po pewnym czasie Mayę ogarnął nieokreślony niepokój. Prawdopodobnie jej
towarzysz podróŜy stał sobie gdzieś, pogrąŜony w rozmowie z tym męŜczyzną z korytarza,
mimo to, pod pretekstem, Ŝe musi iść do toalety, dziewczyna postanowiła się rozejrzeć.
Chyba nikogo tym nie zdenerwuje?
Stukot kół toczącego się pociągu był na korytarzu znacznie donośniejszy. Zataczając
się Maya szła na koniec wagonu. Jak miło i przytulnie mieli oboje w środku swojego
przedziału! Tu, na zewnątrz, wszystko wydawało się zimne i bezosobowe.
Maya poczuła, Ŝe naprawdę brakuje jej Simona!
Kiedy otworzyła następne drzwi, hałas jeszcze bardziej się nasilił. Na końcu wagonu
nikt nie stał. Drzwi do toalety były uchylone, ale na wszelki wypadek dziewczyna zajrzała do
ś
rodka. Pusto. Nie zauwaŜyła teŜ nikogo w przejściu do następnego wagonu.
Dziwne! PrzecieŜ Simon skierował się właściwie w tę stronę. W kierunku końca
pociągu. Jeśli dobrze pamięta, to za nimi znajdował się jeszcze tylko jeden wagon oprócz
małego wagoniku konduktora.
Mając poczucie, Ŝe zachowuje się nierozsądnie, przeszła przez cały ostatni wagon.
MoŜe Simon spotkał jakiegoś znajomego i przysiadł z nim na chwilę w którymś z
przedziałów? Ale przecieŜ wszyscy juŜ spali?
ZauwaŜyła, Ŝe męŜczyzna z korytarza śpi gdzieś w rogu, przykryty swoim płaszczem;
rozpoznała jego teczkę i wzór materiału na spodniach.
Nigdzie jednak nie dostrzegła Simona.
Nawet na ostatniej platformie. Obie toalety były puste. Zajrzała do jednej, i do drugiej.
Dalej znajdował się juŜ tylko niewielki wagon konduktora i bagaŜowy. Tam nie mogło go być
na pewno.
Zaniepokojona, ruszyła z powrotem. Wiedziała z całą pewnością, Ŝe Simon nie
przechodził obok ich przedziału i nie poszedł na przód pociągu.
Większość pasaŜerów spała juŜ mocno, choć ten i ów popatrzył na nią niechętnie, gdy
mijała drzwi kolejnych przedziałów. MoŜe jej zachowanie było rzeczywiście śmieszne, ale
nic nie mogła poradzić na to, Ŝe czuła się zaniepokojona. Simon sprawiał wraŜenie tak bardzo
przygnębionego, Ŝe jego ponury nastrój dawał się wyczuć wręcz fizycznie.
Znowu znalazła się na końcu swojego wagonu. Właśnie w tę stronę poszedł jej
towarzysz podróŜy, kiedy widziała go po raz ostatni.
Prawdopodobnie siedzi juŜ sobie w przedziale, pomyślała Maya, otwierając drzwi do
korytarza, gdy nagle zatrzymała się jak wryta.
Zdawało jej się, Ŝe usłyszała czyjś głos. Jakieś odległe wołanie.
Dziewczyna zajrzała ponownie do toalety, ale ta była nadal pusta.
Głos dochodził chyba gdzieś z boku...
Nie zwlekając, wyjrzała przez okno drzwi wejściowych.
Mimo ciemności dostrzegła czyjąś rękę zaciśniętą mocno wokół poręczy.
Bez chwili wahania otworzyła drzwi i wychyliła się na zewnątrz.
Jej wołanie zagłuszył wiatr i stukot pociągu.
- Simon!
Nisko pod sobą widziała jego kredowobiałą twarz i od razu zrozumiała bezmiar
zagroŜenia. Simon wisiał tylko na jednej ręce, koncentrując wszystkie swe siły na tym, Ŝeby
nie zaczepić nogami o ziemię. Zdaje się, Ŝe drugą rękę miał niesprawną, ale tego Maya nie
zdołała stwierdzić w ciemności.
PrzeraŜona, wychyliła się jak najdalej mogła, próbują mu pomóc, szybko jednak
zrozumiała, Ŝe sama nie zdziała tu nic.
- Poczekaj! - krzyknęła. - Wytrzymaj jeszcze chwilę!
- W porządku - odpowiedział. - Jeszcze nie jestem gotowy, Ŝeby umrzeć. Potrzebuję
jeszcze paru tygodni.
Co teŜ on wygaduje, pomyślała oszołomiona, przyciągając do siebie drzwi.
ROZDZIAŁ II
Maya wpadła znowu do korytarza i zdecydowanym ruchem pociągnęła za rączkę
najbliŜszego hamulca bezpieczeństwa. Nieraz słyszała, Ŝe uŜywanie hamulca bez koniecznej
potrzeby jest karalne. W sytuacji takiej jak ta miała chyba jednak prawo go uruchomić. Nie
było czasu, by szukać konduktora, Simon musiał być na pewno bardzo wyczerpany.
Przy akompaniamencie przeraźliwego pisku kół pociąg zatrzymał się nagle z
gwałtownym szarpnięciem. Maya znalazła się szybko z powrotem przy drzwiach
wyjściowych. Omal się nie przewróciła, ale na szczęście zdołała utrzymać się jakoś na
nogach.
Niemal w tej samej chwili nadbiegł konduktor.
- To pani...
W tym momencie dostrzegł Simona, który z twarzą wykrzywioną bólem puścił poręcz
i upadł na nasyp. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, Ŝe wisiał na zewnątrz pociągu juŜ dość
długo. W blasku latarki widać było, Ŝe jest blady i zakurzony, ma rozdarte spodnie i
poocieraną skórę.
- Jezus Maria! - wykrzyknął konduktor i zeskoczył na dół. - Proszę się mnie chwycić!
Przy jego pomocy Simon dźwignął się na nogi. W drzwiach stało juŜ wielu gapiów, a
wzdłuŜ nasypu biegli pasaŜerowie z innych wagonów i obsługa pociągu.
- Jak to się stało? - pytano.
- Czy on oszalał? - szepnął ktoś do swego sąsiada.
Simon był zbyt słaby, Ŝeby wspiąć się na stopnie.
- Zostałem wypchnięty - wyszeptał. - Kiedy wyszedłem z toalety, zauwaŜyłem, Ŝe
drzwi wejściowe są otwarte i uderzają o ścianę wagonu. Nie zastanawiając się wiele,
wychyliłem się, Ŝeby je zamknąć, i wtedy ktoś pchnął mnie mocno w plecy. Było to tak
niespodziewane, Ŝe nie mogłem się obronić.
- Ale zdąŜyłeś się chwycić? - spytała Maya.
- To czysty odruch. Co prawda jedną rękę od razu sobie zwichnąłem, ale na szczęście
udało mi się przytrzymać drugą. To, co przeŜyłem później, to prawdziwe piekło. Dziękuję, Ŝe
przyszłaś.
- Zaczęłam się juŜ denerwować.
- A kto...? - zaczął konduktor.
- Nie mam pojęcia - odrzekł Simon.
- Ja wiem, jak on wygląda - odezwała się poruszona Maya, podczas gdy wiele
Ŝ
yczliwych dłoni pomagało Simonowi wdrapać się na stopnie. - W kaŜdym razie
przypuszczam, Ŝe to mógł być on, ale nie mogę twierdzić tego z całą pewnością. Siedział na
korytarzu...
- Ach, to on - powiedział zdumiony Simon i syknął z bólu, poniewaŜ ktoś niechcący
uderzył go w zwichniętą rękę. - Ja teŜ go widziałem.
- Poszedł za Simonem, to chyba trochę podejrzane, prawda? Wdziałam, Ŝe teraz jest w
ostatnim wagonie. Proszę pójść ze mną, to go panu wskaŜę - zwróciła się do konduktora.
Ruszyli szybko w kierunku przedziału, w którym Maya widziała opisanego
męŜczyznę.
Nie było go tam.
W środku została tylko starsza pani, inni pasaŜerowie wybiegli na zewnątrz.
- Czy tu siedział taki męŜczyzna...?
- Ten pan z rogu wziął swój płaszcz i teczkę i wyszedł razem z innymi od razu, kiedy
pociąg się zatrzymał. Co to się stało?
- Jakiś męŜczyzna wypadł z pociągu. Ale Ŝyje. Czy ten pan siedział tu długo?
- Nie, dopiero co przyszedł.
- No tak, i juŜ na pewno tu nie wróci - bąknął konduktor. - Musiałby być chyba
niespełna rozumu. Ale tak czy inaczej powinniśmy go poszukać.
W pobliŜu znajdowały się jakieś zabudowania; najgłębsze ciemności zaczęły juŜ nieco
ustępować i tu i ówdzie dało się słyszeć chłopskie zagrody. Przeszukano w szybkim tempie
cały pociąg, lecz, zgodnie z oczekiwaniami, męŜczyzny w nim nie znaleziono.
- Pewnie jest juŜ daleko - powiedział maszynista. - Na pierwszej stacji musimy złoŜyć
meldunek policji. Czy moŜemy juŜ jechać? Nie powinniśmy się za wiele spóźnić.
Konduktor dmuchnął z całej siły w swój gwizdek i ostatni pasaŜerowie wspięli się z
mozołem po schodkach do pociągu.
Po chwili lokomotywa ruszyła powoli, by juŜ po kilkudziesięciu metrach znacznie
przyspieszyć biegu.
Znalazłszy się w przedziale, Maya zajęła się troskliwie Simonem. Kiedy juŜ zdołała
zmusić go, by się połoŜył, zbadała jego ramię.
- Rzeczywiście jest zwichnięte - stwierdziła. - Trafiłeś na właściwą osobę, umiem je
nastawić.
- Jesteś lekarzem? Albo pielęgniarką?
- Niezupełnie, ale ta branŜa nie jest mi obca. Jako dziecko często pomagałam ojcu. Był
weterynarzem.
Mimo cierpienia Simon nie umiał powstrzymać się od śmiechu.
- No, to jakie zwierzę mam udawać?
- Najlepiej bądź sobą - uśmiechnęła się ciepło Maya. - To trochę zaboli, nie wiem,
czy...
Wyjrzała na korytarz w poszukiwaniu pomocy. Przed przedziałem stała grupka
ciekawskich, ale ona, spostrzegłszy nieco dalej konduktora, zwróciła się do niego.
- Czy ta widownia jest konieczna? - uskarŜał się Simon. Wyglądał na trochę
wystraszonego.
Konduktor odsunął wszystkich na bok i opuścił rolety na szybach drzwi, po czym je
zamknął.
Simon zagryzł wargi. Jego niebieskie oczy odbijały się wyraźnie od zakurzonej
twarzy.
- Nie masz przypadkiem jakiegoś środka znieczulającego? Nie jestem wprawdzie
tchórzem, ale czuję się tak okropnie wyczerpany, Ŝe... nie wiem, czy to wytrzymam.
Maya spojrzała na niego ciepło.
- Oczywiście Ŝe nie mam! A nawet gdybym miała, to z przeznaczeniem dla koni. I
krów.
Konduktor robił wszystko, by zachować powagę.
- Mógłby okazać się za silny - dodała Maya z czarującym uśmiechem.
- Dziękuję, rzeczywiście chciałbym jeszcze się obudzić na tym świecie - jęknął Simon.
- To juŜ wolę okryć się hańbą i trochę sobie pokrzyczę.
- A krzycz sobie ile chcesz - rzekła Maya. - Nikt nie będzie ci miał tego za złe, poza
tym pociąg skutecznie zagłusza wszelkie odgłosy. Tam, na zewnątrz, prawie cię nie
słyszałam.
Podczas gdy konduktor trzymał mocno Simona, Maya po chwili namysłu jednym
ruchem nastawiła zwichnięte ramię. Zrobiła to siedząc, Ŝeby nie stracić równowagi, gdyby
pociąg nieoczekiwanie szarpnął. Simon nie krzyknął zbyt głośno.
- Zachowałeś się jak prawdziwy męŜczyzna - pochwaliła go, po czym zwróciła się do
konduktora: - Dziękuję za pomoc, nie chcę juŜ zabierać panu więcej czasu. Ale proszę tu
zajrzeć potem, jeśli pan taki miły.
MęŜczyzna, chcąc dodać Simonowi otuchy, kiwnął w jego stronę głową w przyjaznym
geście i poszedł.
Maya wzięła swój szal i, stosując się do najlepszych wskazań własnego ojca
dotyczących zwichniętych łap psów i kotów, owinęła nim ramię pacjenta. Następnie zajęła się
jego pozostałymi obraŜeniami. Simon chciał juŜ wprawdzie wstać, ale ona kazała mu jeszcze
poleŜeć przez chwilę. W plastykowym kubku przyniosła trochę wody i obmyła mu twarz i
ręce.
Widać było, Ŝe ramię bardzo go boli, chociaŜ starał się tego nie okazywać. Ona
tymczasem, bezwzględnie przyglądała się jego niezwykłej twarzy fauna, która wydawała się
jej coraz bardziej sympatyczna. A moŜe to tylko ona zrobiła się taka uczuciowa tej nocy? Ale
wcale jej to nie przeszkadzało.
Kiedy juŜ umyła i opatrzyła Simona, zadowolona usiadła wreszcie na swoim miejscu.
- A teraz musisz mi jedną rzecz wyjaśnić. Dlaczego ten męŜczyzna wypchnął cię z
wagonu?
- A skąd ja mam to wiedzieć? Chyba był niespełna rozumu.
Maya wyjrzała przez okno, za którym powoli budził się świt. Nierówne kontury lasu
tworzyły na tle nieba niezwykły wzór.
- To ciekawe - rzuciła w odpowiedzi na jego słowa. - W swej próŜności myślałam, Ŝe
bardzo mu się podobam, poniewaŜ przez cały czas nie spuszczał z nas oczu. Tymczasem
okazuje się, Ŝe to tobie się przyglądał. Masz moŜe jakichś wrogów?
Simon zastanowił się. Mimo wszystkich swych obraŜeń i zadrapań wyglądał tak
pociągająco, Ŝe Mai coraz trudniej było zachowywać się nonszalancko i obojętnie.
- Nic mi o tym nie wiadomo - odrzekł. - KaŜdy ma zawsze kogoś, kto specjalnie za
nim nie przepada, ale Ŝeby od razu zabijać... Jedyną osoba, która rzeczywiście chciała mi
zaszkodzić, była ta dziewczyna sprzed paru lat.
- Ta, która przyczyniła się do rozpadu twojego małŜeństwa? Co ona właściwie
zrobiła?
Simon wykrzywił twarz.
- To było tak wstrętne, Ŝe wolę to przemilczeć. Wprost niepojęte! No więc, mówiąc
szczerze, nic nie wiem o Ŝadnych wrogach. Nie mam ani jednego.
- Kim jesteś z zawodu?
Simon roześmiał się.
- O, widzisz, moŜe tu da się coś znaleźć. NaleŜę do straŜy przybrzeŜnej.
- Jesteś Ŝołnierzem?
- Nie, to cywilna słuŜba. Współpracuję z celnikami.
- Jesteś bogaty?
Simon nie odpowiedział od razu. Westchnął.
- Osobiście nie. Ale rodzina jest dość zamoŜna. Mój ojciec jest aptekarzem i dorobił
się sporych pieniędzy na fizycznych dolegliwościach innych, być moŜe często tylko
wmawianych im przez niego. Był niedościgniony w zachwalaniu swych medykamentów.
Kiedy odszedł na emeryturę, kupił sobie gospodarstwo poza miastem i bardzo mądrze
zainwestował na giełdzie. Chyba udało mu się zarobić całkiem okrągłą sumkę, ale nigdy go
nie pytałem, ile dokładnie. Hoduje takŜe konie.
- MoŜe masz jakieś niebezpieczne hobby?
- Zbieram słonie. Ale nie z kości słoniowej i z Ŝadnego innego cennego materiału, co
najwyŜej z drzewa sandałowego.
- Rzeczywiście nie widzę motywu, dla którego ktoś zamierzałby cię zamordować.
Chyba Ŝe zapomniałeś o jakimś istotnym szczególe...
- Nie, niczego takiego sobie nie przypominam.
Niebo rozjaśniało się coraz bardziej. Jakiś zaspany zając pokicał przestraszony w dół
po nasypie.
Simon zamknął oczy. Wyglądał na bardzo zmęczonego i zrezygnowanego.
- Chciałabym cię o coś spytać - odezwała się ostroŜnie Maya. - Mam wraŜenie, Ŝe
rozwód nie jest chyba twoim jedynym problemem. Nie mylę się, prawda?
- Rzeczywiście, nie jedynym.
Czuł się tak wyczerpany, Ŝe na chwilę zapomniał nawet o swoich zmartwieniach.
Roześmiał się krótko i gorzko.
- Czy to nie dziwne? Czy człowiek nie jest osobliwym stworem? Nagle tak desperacko
walczyłem o Ŝycie, jakbym w ciągu jednej sekundy pozbył się wszystkich problemów.
- Nie rozumiem.
- Jadę do domu, Ŝeby umrzeć, Mayu.
Zaniemówiła.
- Co ty wygadujesz?
- Tak, dobrze słyszałaś. Zostało mi jeszcze najwyŜej parę miesięcy. Właściwie to
nawet ich juŜ nie chciałem, pragnąłem umrzeć szybko i bez cierpienia. Mogłem bez trudu do
tego doprowadzić. Ale pomyślałem sobie, Ŝe najpierw powinienem pojechać do domu.
Między innymi po to, Ŝeby zobaczyć się z moim starym ojcem, który ma tak kiepskie serce,
Ŝ
e moŜe umrzeć w kaŜdej chwili. Chciałem spędzić z nim trochę czasu. Zamierzałem teŜ
odnaleźć tę bestię, która zrujnowała mi małŜeństwo i w ogóle całe moje Ŝycie. Pragnąłem się
na niej jakoś zemścić. Sam nie wiem jak. Ale to wszystko właściwie wcale nie jest takie
waŜne. Najprościej by było, gdybym umarł juŜ teraz. Tylko Ŝe nie chciałem!
- No bo dlaczego miałbyś chcieć? - spytała powoli, czując wyraźny uścisk w gardle.
- Bo lekarz mówił, Ŝe pod koniec czeka mnie prawdziwe piekło. Dlatego
postanowiłem załatwić to krótko. Ale kiedy juŜ doszło do sytuacji ostatecznej - tak jak przed
chwilą - wtedy Ŝycie wydało mi się cudowne. Nie chciałem się z nim rozstać, szkoda mi było
tych malowniczych obrazków natury, które opisywałaś dziś w nocy. Poza tym postanowiłem
zmusić tę piekielną dziewczynę do naprawienia mojego małŜeństwa. Zmusić do tego, Ŝeby
powiedziała mojej Ŝonie, Ŝe wszystko, co kiedyś usłyszała, to jedno wielkie kłamstwo!
- Sądzisz, Ŝe w ten sposób odzyskasz Ŝonę?
- Oczywiście! Ona jest jak księŜniczka z bajki, jedna na stulecie. Zdecydowałem się
teŜ podjąć walkę przeciw śmierci. Jeśli człowiek ma po co Ŝyć, wtedy moŜe dokonać wprost
nieprawdopodobnych rzeczy, czyŜ nie?
- Tak, to prawda.
Maya przycichła i poczuła się przygnębiona. Nie chciała, Ŝeby ten cudowny
męŜczyzna umarł. Poza tym - co za haniebna myśl - nie podobało jej się to, Ŝe pragnie wrócić
do swojej Ŝony.
Simon był juŜ tak zmęczony, Ŝe oczy zamykały mu się same.
- Przykro mi, Ŝe narobiłem tyle zamieszania - rzekł matowym głosem.
- AleŜ co ty opowiadasz, cieszę się, Ŝe wsiadłeś do mojego przedziału - odparła. -
Dzięki tobie nauczyłam się trochę, jak naleŜy obchodzić się z ludźmi.
- Co masz na myśli?
- Na przykład to, Ŝe często plotę coś bez zastanowienia. A takie nieopatrzne słowa
mogą ranić, choć nie jest to wcale naszym zamiarem.
- Czasami jesteś aŜ nazbyt szczera, to prawda.
- Moja mama zawsze mówiła to samo, tylko Ŝe innymi słowami. A poniewaŜ ludzie z
reguły mają wzgląd na bliźnich, dotychczas nikt jeszcze nie powiedział mi tego tak wprost.
Wychodzę jednak z załoŜenia, Ŝe szczerość to podstawa w Ŝyciu.
- I oczywiście masz rację. Tyle tylko, Ŝe chodzi o inny rodzaj szczerości.
Maya westchnęła.
- Rozumiem. Popatrz, juŜ wzeszło słońce!
- Rzeczywiście - Simon uśmiechnął się nieznacznie. - Dokąd jedziesz?
- Do Mark.
Jej towarzysz podróŜy uniósł wysoko brwi.
- Do Mark? Ja teŜ.
Maya rozpromieniła się nagle.
- A to dopiero! Wobec tego moŜe jeszcze się spotkamy. Przypadkiem, oczywiście.
- Niewykluczone - uśmiechnął się Simon.
Dziewczyna próbowała jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji.
- Nie mieszkam w samym Mark, tylko poza nim, nad morzem. To moje rodzinne
strony. Na szczęście udało mi się coś wynająć właśnie tam. A zatem raczej nie będziemy
spotykać się zbyt często.
- Chyba nie. Ja teŜ rzadko bywam w mieście. Wyglądasz na bardzo zmęczoną. Jeśli
chcesz odzyskać siły, musisz się trochę przespać.
- Powinnam odpowiedzieć, Ŝe jak zwykle masz rację. Czy mogę jeszcze coś dla ciebie
zrobić?
- Nie, dziękuję, ja teŜ spróbuję się zdrzemnąć. Przed nami jeszcze kilka godzin jazdy.
Dziękuję ci, Ŝe mi pomogłaś, Mayu!
Wyciągnął ku niej lewą rękę, ona zaś przyjęła to podziękowanie z pełnym
zaŜenowania grymasem. Następnie opuściła ciemne rolety na oknach, odgradzając się od
słońca, i przykrywszy się płaszczem, zwinęła się w kłębek na swoim siedzeniu.
Lecz nie zasnęła od razu. LeŜała rozmyślając o Simonie, który miał juŜ zamknięte
powieki. Ale teŜ nie spał, widać to było wyraźnie. Wyglądał na bardzo wyczerpanego.
- Simon - odezwała się cicho.
- Hm - mruknął pod nosem.
- Myślę, Ŝe ty nie umrzesz.
Simon otworzył oczy i spojrzał na nią.
- Dlaczego nie?
- Nie wiem... po prostu tak czuję. Będziesz Ŝył!
Simon zirytował się nie na Ŝarty.
- Tylko nie opowiadaj mi takich rzeczy! Wiesz, co teraz robisz? Budzisz
bezpodstawne nadzieje!
- PrzecieŜ to chyba dobrze, kiedy moŜna mieć na coś nadzieję.
- Na mnie zapadł juŜ wyrok. Niełatwo mi było znieść ten cios. Czy mam jeszcze raz
zaczynać wszystko od początku, Ŝeby znowu dostać obuchem w głowę? O, nie, tego juŜ nie
wytrzymam!
Maya uniosła się nieco na ławce.
- Ale przecieŜ sam powiedziałeś przed chwilą, Ŝe chciałeś podjąć walkę ze śmiercią.
Zniecierpliwiony, pokręcił głową.
- To była chwila, sytuacja zupełnie niecodzienna, kiedy byłem zawieszony między
Ŝ
yciem a śmiercią. Powinienem był puścić. Wtedy wszystko juŜ by się skończyło.
- Myślę, Ŝe działałeś wówczas instynktownie i w sposób właściwy. Ja tak czy inaczej
wierzę, Ŝe będziesz Ŝył. Nie chcę, Ŝebyś umarł.
- Dlaczego?
- Bo jesteś zbyt... zbyt wyjątkowy. Chodzi mi o twój wygląd. Poza tym masz piękną
duszę. Na świecie potrzebni są tacy ludzie jak ty.
- Natomiast idealiści tacy jak ty są mniej potrzebni światu - odparł zjadliwie. -
Zapewniam cię, Ŝe moja dusza wcale nie jest ładna. CiąŜy na niej mroczna plama nienawiści.
Nienawiści do tej dziewczyny. Koniecznie muszę ją odnaleźć, ale nie ręczę za siebie podczas
naszego spotkania.
- A co ona takiego zrobiła?
- Nie twoja sprawa - burknął opryskliwie. - Wybacz mi - odezwał się po chwili
nieprzyjemnej ciszy, jaka zapadła po jego słowach. - Nie chciałem być niemiły. Po prostu nie
mam ochoty o tym mówić. To mnie naprawdę męczy.
- Rozumiem. - Maya zamilkła na krótko, po czym pytała dalej niezmordowanie: - Jak
się czułeś, kiedy usłyszałeś wyrok śmierci na siebie?
Simon nie odpowiedział od razu.
- Nie wiem, jak ci to wyjaśnić - zaczął powoli. - Przeszedłem przez wiele stadiów.
Najpierw po prostu nie wierzyłem, Ŝe to moŜe być prawda, myślałem, Ŝe lekarze nie wiedzą,
co mówią. Potem przyszedł szok. Strach. Wściekłość, dzika, szalona. I wreszcie spokój.
Rezygnacja. JuŜ pogodziłem się z moim losem. Muszę jeszcze tylko odwiedzić dom i po raz
ostatni zobaczyć się z ojcem. No i zdemaskować to straszne oszustwo, jakiego dopuściła się
ta nieznajoma kobieta. Dlatego znalazłem się w tym pociągu. I niechcący dowiedziałem się
tutaj, Ŝe wola Ŝycia jeszcze we mnie nie umarła. To naprawdę gorzkie doświadczenie. Pali i
boli, kiedy leŜę tu uratowany. Uratowany! Jak to śmiesznie brzmi w mojej sytuacji!
- A moŜe ty wcale nie miałeś umrzeć?
- Nie rozumiem...
- MoŜe miałeś misję do spełnienia...
- Jeśli teraz zaczniesz bawić się w księdza albo fatalistkę, to mówię ci od razu, Ŝe nie
chcę tego słuchać. Stadium religijne teŜ juŜ przeszedłem.
- Myślę, Ŝe coś w tym jest. Kiedy wszystko co ziemskie nas zawodzi, wówczas
zwracamy się ku Ŝyciu wiecznemu i jego się chwytamy.
- Przepraszam cię, ale nie jestem w nastroju, by roztrząsać teraz pozornie głębokie
problemy filozoficzne.
- To ja powinnam cię przeprosić. Domyślam się, Ŝe masz juŜ dość rozmów o swojej
cięŜkiej sytuacji.
- Nie rozmawiałem o niej prawie w ogóle. Bo najlepiej udawać, Ŝe wszystko jest jak
było, Ŝe niczego mi nie brakuje. A smutek i cierpienie ukryć głęboko w sercu.
- Masz na myśli cierpienie psychiczne?
- Tak, ból fizyczny jeszcze się nie zaczął.
Maya zamilkła, nadal jednak zastanawiała się nad tym, jak mogłaby mu pomóc.
Pragnęła przywrócić go Ŝyciu. Ale jak miała tego dokonać, skoro nikomu innemu nie udało
się to do tej pory?
Nagle zapragnęła posiadać cudotwórczą moc. Spojrzała ku oknu, gdzie przez wąską
szparkę obok rolety widać było jasne poranne niebo.
Usiadła cicho i wyjrzała na zewnątrz.
Rosa spowijała srebrnym płaszczem na wpół przebudzoną ziemię. Odgłosy dnia
odbijały się dalekim echem, dębowe zagajniki emanowały ciszą i spokojem.
Maya znowu spojrzała ku niebu. Jakby to było wspaniale, gdyby mogła przywołać
jakieś istoty z innej planety, które przybyłyby na ziemię i uzdrowiły Simona!
- Na co patrzysz? - spytał cicho.
- Na budzący się świat. Szukam... ratunku dla ciebie.
Prychnął zniecierpliwiony. Ona ujęła rękę Simona i ścisnęła ją mocno, chcąc dać mu
odczuć, Ŝe go świetnie rozumie.
Ku jej zdumieniu, nie cofnął dłoni. Trzymała ją, dopóki nie zasnął.
Maya zwinęła się znowu w kłębek na swoim siedzeniu. Rytm toczącego się pociągu
uśpił wreszcie i ją.
ROZDZIAŁ III
Inaczej wyobraŜała sobie swój powrót do Mark. Dwa lata to długi czas, stwierdziła.
Mieszkanie na Kyrkudden, które zapewnił jej pracodawca, było całkiem sympatyczne.
Starała się nadać mu bardziej indywidualny charakter, rozmieszczając w nim własne
drobiazgi: portret matki, wyszukany wazon i własnoręcznie uszyty obrus. Być moŜe nie był
szczególnie udany, ale jeśli zawinąć rogi... no, bardzo dobrze.
Tylko gdzie się podziali jej starzy znajomi, dawni towarzysze zabaw, gdzie są
koleŜanki, z którymi zawsze wracała do domu i włóczyła się po ulicach miasteczka w nadziei,
Ŝ
e spotkają tego lub tamtego upatrzonego chłopca?
Zdaje się, Ŝe wiele z nich wyjechało. Na Kyrkudden nie było juŜ na pewno ani jednej.
Inne powychodziły za mąŜ i odsunęły się od przyjaciół z młodzieńczych lat. W kaŜdym razie
nie odpowiadały na pozdrowienia Mai, kiedy ta wesoło kiwała do nich z przeciwnej strony
ulicy.
Nie potrzebowała duŜo czasu, by odkryć, Ŝe w tym małym miasteczku panowało
nieoczekiwanie wrogie nastawienie wobec niej.
Nie potrafiła tego zrozumieć. Gorące, trochę sentymentalne sceny poŜegnania z
najbliŜszymi przyjaciółmi wtedy, gdy wyjeŜdŜała... Nie pozostało jej nic innego, jak
pocieszać się myślą, Ŝe wszyscy oni chyba się po prostu postarzeli.
RównieŜ jej gospodyni była bardzo powściągliwa. Nie zamieniła z nią ani jednego
zdania ponad to, co konieczne.
W pracy układało się nieco lepiej. Zgodnie ze swoimi zainteresowaniami Maya
znalazła posadę w pracowni kartograficznej. Uwielbiała to - siedzieć nad arkuszem papieru i
nanosić nań kreski, kropki i róŜne inne drobne detale. Oprócz niej zatrudnieni byli tu jeszcze
dwaj inni kreślarze: dziewczyna, równie niedoświadczona jak ona, i młody męŜczyzna, nie
pochodzący z Mark. No i oczywiście szef, którego widywała zazwyczaj tylko wtedy, gdy
spieszył korytarzem do swojego gabinetu. Maya spostrzegła z dumą, Ŝe obok dwóch
pozostałych nazwisk na tabliczce na drzwiach pojawiło się takŜe jej własne. Wzmocniło to
nieco jej zachwianą wiarę w siebie i pomogło nabrać dystansu do demonstrowanej wobec niej
nieprzychylnej postawy mieszkańców miasteczka.
Po kilku dniach pobytu w Mark spotkała wreszcie na ulicy swą dawną najbliŜszą
przyjaciółkę, pchającą wózek z dzieckiem.
- Lill! - zawołała Maya.
Dziewczyna odwróciła się od razu; gdy jednak ujrzała Mayę, sprawiała przez moment
wraŜenie, jakby chciała iść dalej, ale w końcu się zatrzymała.
Maya podbiegła do niej.
- Cześć, Lill. Jak to fajnie spotkać cię znowu. Wyszłaś za mąŜ?
- Tak - potwierdziła przyjaciółka z niezbyt serdecznym uśmiechem. - Słyszałam, Ŝe
znowu jesteś w mieście. Ty rzeczywiście niczego się nie boisz!
Uśmiech Mai zgasł natychmiast.
- A czego miałabym się bać?
- No, chyba sama wiesz najlepiej. Popatrz, to mój synek...
Maya nie miała czasu, Ŝeby zachwycać się dzieckiem.
- Jaki słodki! Lill, powiedz mi, dlaczego wszyscy są tacy wrodzy wobec mnie? Co ja
takiego zrobiłam?
Lill pchnęła wózek do przodu i odchodząc rzekła:
- JuŜ ci mówiłam: sama powinnaś najlepiej wiedzieć.
I poszła. Oddalała się z wysoko podniesioną głową nie odwróciwszy się ani razu.
Cała ta tajemnicza pogarda, z jaką Maya spotykała się niemal wszędzie, dręczyła ją
niesłychanie. Nie mogła spać po nocach, przewracała się z boku na bok, daremnie szukając
jakiegoś wyjaśnienia.
Do pracy przychodziła często z zaczerwienionymi oczami, poniewaŜ w puste
wieczorne godziny, rozpaczliwie opuszczona i samotna, płakała. Jedynie pracownia stanowiła
dla niej prawdziwą oazę - tu traktowano ją Ŝyczliwie i zupełnie normalnie. Z czasem doszło
do tego, Ŝe gdy wracała do domu, kuliła się i chowała głowę w ramionach, jakby w
oczekiwaniu napaści. Przerwa na obiad, którą spędzała na skwerze przed budynkiem, budziła
w niej przestrach i przeraŜenie. Jej koledzy szli na obiad do domów, które mieli w pobliŜu.
Ona zaś, mieszkając poza Mark, musiała zabierać ze sobą kanapki i po prostu jeść je na
dworze. Na szczęście na razie było jeszcze ciepło.
Oczywiście nie wszyscy ludzie z miasteczka ją znali. Większość przechodziła obok,
nie patrząc w jej kierunku. Ale ci, których znała wcześniej, odwracali głowy i szybko szli
dalej.
Ich zachowanie było całkowicie niezrozumiałe i bezgranicznie bolało.
Pewnego dnia, gdy siedziała na swej ławce i usiłowała zjeść na sucho kanapkę, która
rosła jej w ustach, usłyszała czyjś głos.
- Ojej, czy to przypadkiem nie Maya przez Y?
Podniosła wzrok. Przed nią stał jej towarzysz podróŜy z pociągu. Starała się szybko
przełknąć to, co miała w ustach, bo przecieŜ z pełną buzią nie wygląda się specjalnie nęcąco.
A Maya tak bardzo chciała wyglądać ładnie.
Wreszcie wyczarowała na swej twarzy nieco wymuszony uśmiech.
- Cześć! Jak tam twoja ręka?
- Dobrze, dziękuję. Mogę usiąść?
- Jasne! Chyba nie poczęstuję cię kanapką, bo nie jest zbyt smaczna.
- Masz teraz przerwę na obiad?
- Tak.
- Jak długą?
- Pół godziny.
- To chodź ze mną do restauracji po drugiej stronie ulicy. Całkiem nieźle tam gotują.
- Obawiam się, Ŝe mnie na to nie stać. Nim dostanę
moją
pierwszą
pensję,
zmuszona jestem się głodzić.
Simon uśmiechnął się trochę bezradnie.
- Nawet do głowy mi nie przyszło, Ŝe ty miałabyś płacić. Uratowałaś mi Ŝycie.
UwaŜasz, Ŝe to nie jest warte zaproszenia na obiad?
- Wobec tego dziękuję za zaproszenie, chętnie pójdę - powiedziała z wdzięcznością.
Czuła się cudownie, idąc u jego boku przez ulicę. Wiedziała, Ŝe ją lubi, i to
poprawiało jej samopoczucie.
Wybrał stolik przy oknie i uprzedził kelnera, Ŝe się trochę spieszą. Maya wolała nie
spóźnić się do pracy.
- Co z twoim ojcem? - spytała, gdy czekali na jedzenie.
- Dziękuję, mówiąc szczerze, niezbyt dobrze, ale ogromnie się ucieszył, kiedy mnie
zobaczył. śałuję, Ŝe nie odwiedzałem go częściej.
- A gdzie mieści się twoja praca?
- Niedaleko, zaledwie osiem - dziewięć kilometrów stąd wzdłuŜ wybrzeŜa.
Przyjechałem pociągiem tylko dlatego, Ŝe wybierałem się na kongres, ale nagle zmieniłem
zamiar. Nie widziałem sensu w traceniu cennego czasu na gadanie o niczym.
- Innymi słowy: wybrałeś zemstę.
- To nie zabrzmiało sympatycznie. Postanowiłem tu po prostu przyjechać. Ostatni raz.
Maya skuliła się, słysząc to „ostatni raz”.
- Czy twoja... twoja była Ŝona mieszka nadal w Mark?
- Przypuszczam, Ŝe tak. Nie wiem.
Wiesz, wiesz, pomyślała Maya. Chciałeś się tu przecieŜ znaleźć, Ŝeby znowu ją
zobaczyć, moŜe nawet wszystko naprawić i zacząć od nowa?
- Jak ona się nazywa? MoŜe ją znam?
- Nie sądzę. Raczej obracamy się w róŜnych kręgach.
- Zabrzmiało to tak, jakbym naleŜała do jakichś dołów społecznych!
- Co ty wygadujesz - zaprotestował Simon. - Tylko ty jesteś taka na luzie, wyzwolona,
prawie cyganeria. Gitte reprezentuje zupełnie inny typ.
W jego oczach pojawił się cień czułości. Maya miała ochotę go uderzyć.
- Gitte? - roześmiała się niepewnie. - Wobec tego nie o nią chodzi. Jedyna znana mi
osoba o takim imieniu była najbardziej niesympatycznym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek
spotkałam.
- To nie była moja Gitte - powiedział Simon z uśmiechem, a z jego oczu wciąŜ nie
znikał ten idiotyczny sentymentalny blask.
Gitte... Na dźwięk tego imienia Maya doznała niemiłego uczucia. Ujrzała przed sobą
salę gimnastyczną. Kurs tańca jazzowego. Instruktorka, Gitte Svendsen, najpiękniejsza ze
znanych jej kobiet, upatrzyła sobie Mayę na swego rodzaju kozła ofiarnego. „Ruszasz się jak
słoń, no, unieś wreszcie tę nogę, przenieś cięŜar ciała na drugą, tylko się nie przewróć!”
Przyjaciółka Mai, Lill, nie rozumiała tej krytyki. Maya takŜe nie. Obie miały wtedy po
piętnaście lat i bardzo romantyczne wyobraŜenie o tańcu jazzowym.
„PrzecieŜ ty wcale nie ruszasz się jak słoń”, stwierdziła Lill. „Nie znam nikogo, kto
poruszałby się z większą gracją niŜ ty. O co jej chodzi?”
Maya bardzo szybko zrezygnowała, nie mogła bowiem znieść tej nieŜyczliwej,
nieuzasadnionej krytyki.
Gitte Svendsen była znacznie starsza od niej. Niewielkiego wzrostu, powabna,
niezwykle kobieca...
- Dlaczego zamilkłaś? - spytał Simon.
- Słucham? Ach, coś sobie przypomniałam. Masz rację, moja Gitte to na pewno ktoś
inny. Nie podejrzewam cię o tak zły gust.
Simon uśmiechnął się.
- Dziękuję. No, ale chyba musimy się pospieszyć. Zostało ci niewiele czasu.
- Rzeczywiście! Bierzmy się za jedzenie!
Jedli milcząc, szybko i w skupieniu. Gdy Maya odłoŜyła nóŜ i widelec na pusty talerz,
wyznała:
- Jeśli mam być szczera, to był mój pierwszy porządny posiłek od czasu, kiedy
przyjechałam do Mark.
- Chyba Ŝartujesz? Wobec tego musimy znowu się umówić. MoŜe zjesz ze mną
kolację w poniedziałek? Weekend spędzam u ojca.
Maya, oszołomiona, odparła:
- Tak, chętnie...
- Myślę, Ŝe juŜ najwyŜsza pora, Ŝebyśmy porozmawiali trochę o tobie - powiedział
Simon niemal ojcowskim tonem. - Do tej pory mówiliśmy wyłącznie o mnie. Chciałbym się
czegoś dowiedzieć o twoim Ŝyciu. Ale dziś nie starczy juŜ nam na to czasu, bo musisz wracać
do pracy.
Maya poderwała się z krzesła, a zaraz za nią podniósł się takŜe Simon.
- Czy odpowiada ci w poniedziałek godzina siódma? MoŜemy spotkać się przed
restauracją.
- Dobrze. I dziękuję za dzisiejszy obiad.
Pobiegła szybko przez ulicę, a jej twarz rozpromieniał uśmiech szczęścia.
Ale później, juŜ po południu, przypomniał jej się drobny epizod. Simon nie zwrócił na
niego uwagi.
Gdy siedzieli w restauracji przy stoliku i jedli obiad, pod oknem przechodziły dwie
kobiety. Spostrzegłszy ich oboje, zdziwiły się tak bardzo, Ŝe niemal oczy wyszły im z orbit,
zupełnie jakby doznały szoku.
Znowu będą sobie strzępić języki, pomyślała Maya. Czy to taki skandal, Ŝe jem obiad
z męŜczyzną? PrzecieŜ inne kobiety mogą to robić, kiedy chcą. Ale widocznie nie ja.
Czym ja się naraziłam temu miastu?
Nazajutrz była sobota, Maya miała zatem dzień dla siebie. To pierwsza sobota w jej
rodzinnych stronach, chciała ją wykorzystać na odwiedzenie swego ulubionego zakątka,
opuszczonego cmentarza i kościółka nad morzem. Kyrkudden, gdzie mieszkała, było niegdyś
niewielką osadą rybacką. Teraz wyrosło tu kilka banków, zimny i kanciasty supermarket oraz
pojawiła się szosa, przecinająca niczym krwawiąca rana całe osiedle.
Na szczęście kościółek, połoŜony dosyć daleko na cyplu, stał nadal nietknięty,
oddzielony od ludzkich siedzib pasmem lasu, któremu pozwolono swobodnie rosnąć w tym
miejscu co najmniej przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Mówiąc szczerze, kościół nie był
całkowicie opuszczony, bo romantyczni młodzi ludzie pobierali się w nim chętnie przy
akompaniamencie potęŜnego szumu morskich fal.
Ale właściwie naleŜało go juŜ uwaŜać za stracony, poniewaŜ morze wdzierało się
coraz głębiej w ląd i kościół znalazł się na samym skraju nabrzeŜa, stary cmentarz zaś wokół
niego częściowo pochłonęły fale. Patrząc jednak realnie, mieszkańcy Kyrkudden wcale nie
potrzebowali małego kościółka w tych czasach szalonej motoryzacji. Równie chętnie jeździli
do pobliskiego Mark, połoŜonego w odległości zaledwie pięciu kilometrów.
Maya uwielbiała chodzić pomiędzy mogiłami na piaszczystym Kyrkudden.
ZauwaŜyła, Ŝe znowu zniknęła spora liczba kolejnych nagrobków. Ale wiele jeszcze
pozostało.
Nazwiska rybaków... „Elias Tonnesen. 1813 - 1838. Morze dało i morze zabrało.
Błogosławione imię Pańskie...” „Severin Baldriansen. 1826 - 1913”. Ten wyraźnie doŜył swe
Ŝ
ycie do końca, i to chyba nie najgorzej.
Znajdował się tam teŜ grób dziadka i babci. Maya nie znała ich, poniewaŜ umarli
dawno, dawno temu. Oboje w tym samym roku, 1929. Ojciec był wtedy jeszcze dosyć młody.
Ojciec, który pewnego dnia po prostu zniknął. Przysłał potem obojętny list; pisał w nim, Ŝe
znalazł sobie inną kobietę i Ŝe nie wróci. Matka zupełnie się tego nie spodziewała.
Wtedy opuściły Kyrkudden. Bo i po co miałyby tam zostawać? Kyrkudden to miejsce
urodzenia ojca, tu mieszkali jego przyjaciele, a matka, naleŜąca do zupełnie innej klasy
społecznej, zawsze pozostała obca w tym środowisku. Ojciec, wywodzący się z prostej
rybackiej rodziny, wybił się dzięki swemu uporowi i wytrwałości, był nie tylko
weterynarzem, lecz takŜe przewodniczącym niezliczonych zarządów i komitetów.
Ale to juŜ przeszłość... Nie słyszały więcej o ojcu, a matka Mai stała się cicha i
przygnębiona. Nigdy nie zdołała zrozumieć ani zaakceptować postępku męŜa. Gdy Maya
przeczytała ogłoszenie, Ŝe w Mark poszukiwana jest kreślarka map i Ŝe mogłaby zamieszkać
na Kyrkudden, nie wahała się ani chwili. W przeciwieństwie do matki, ona nie czuła się
zgorzkniała. Jest zresztą coś szczególnego w miejscach związanych z naszym dzieciństwem,
one zawsze jawią się nam opromienione dziwnym blaskiem. Maya od dawna pragnęła wrócić
na Kyrkudden. Starała się nie zauwaŜać spojrzeń matki, pełnych wyrzutu i cierpienia,
zupełnie jakby zamiary córki oznaczały zdradę.
Nic nie pozostało takie samo. Nic poza kościołem, gdzie szukała zwykle schronienia,
gdy chciała pomarzyć w spokoju.
Na cmentarzu chowano zmarłych prawdopodobnie jeszcze na początku lat
trzydziestych. Później zaprzestano.
Maya podeszła bliŜej kościoła. Była to jasna, kamienna budowla o niewielkiej i prostej
bryle. Jedną ze ścian przecinała zygzakowata rysa, jednoznacznie świadcząca o niszczącym
działaniu morza.
Osobliwy podniosły nastrój, wiąŜący się nierozłącznie z tym miejscem, zauroczył ją
na nowo. Wciągnęła głęboko w płuca morskie powietrze i dopiero teraz poczuła, jak bardzo
jej go brakowało. Oto znowu znalazła się w domu.
Okolica była niemal zupełnie odosobniona. Las stanowił tak doskonałą zasłonę, Ŝe w
zasięgu wzroku Maya nie miała ani jednego domu. Na wprost leŜało otwarte morze, a linia
brzegowa była tutaj tak nierówna, Ŝe kościół wydawał się odizolowany od całego świata.
Pamiętała, Ŝe zazwyczaj go zamykano, niewykluczone jednak, Ŝe kłódka w małych
tylnych drzwiach pozostała nie domknięta.
Maya ruszyła więc wkoło budynku, Ŝeby to sprawdzić.
Nie myliła się, kłódka rzeczywiście dała się z łatwością otworzyć.
Maya wślizgnęła się po cichu do środka; bywała tutaj tak wiele razy i zawsze,
niezmiennie, odczuwała ten sam podniosły nastrój.
Z ulgą stwierdziła, Ŝe wszystko zachowało się w nienaruszonym stanie. Na szczęście
kościół nie padł w ciągu tych lat ofiarą młodocianych wandali. Oczywiście w jego wnętrzu
nie znajdowały się Ŝadne cenne przedmioty; kielich bowiem i wszystko, co jest poza tym
potrzebne do odprawienia mszy, ksiądz za kaŜdym razem przynosił ze sobą. Tak więc wystrój
ś
wiątyni sprawiał wraŜenie niezwykle prostego i spartańskiego, stanowiąc przeciwieństwo
panującej w niej niezwykłej atmosfery.
Szła, najciszej jak umiała, głównym przejściem w stronę ołtarza. ZauwaŜyła, Ŝe
połoŜono nowy dywan. Mocny i ostry, aby pozostawał na nim piasek i kurz nanoszony przez
licznych wiernych. Optymiści, pomyślała rozbawiona. Trzeba jednak przyznać, Ŝe na msze
przychodziło tu wiele osób. Kościół stanowił miły cel niedzielnej rodzinnej wycieczki,
poniewaŜ po naboŜeństwie moŜna było zejść na plaŜę z przyniesionym w koszu prowiantem i
spotkać się ze znajomymi.
Skromne i mało wyszukane ornamenty wokół ołtarza nie przyciągały raczej uwagi,
dlatego Maya zawróciła i skierowała się ku schodom wiodącym na chór.
Czy nie powinna zrezygnować? Ta rysa biegnąca po ścianie nie wyglądała najlepiej. A
jeśli wszystko się zawali? Jeśli ona okaŜe się tą kroplą, która przepełni kielich?
OstroŜnie, unikając gwałtownych ruchów, wspięła się po skręconych w spiralę
schodach i bez Ŝadnych niemiłych przygód znalazła się przy organach. Stopnie nawet nie
zaskrzypiały.
Słońce wąskimi smugami padało na ławki w dole. Mayę ogarnęła ochota, by
zaśpiewać tu, na górze, poddać próbie swój głos. Stała z rękami opartymi na balustradzie i
ogarniała wzrokiem wyimaginowaną publiczność na dole. Co miała wybrać? MoŜe „Ave
Maria” Schuberta?
Niestety, nie miała głosu, którym mogłaby się pochwalić. Poza tym z „Ave Maria”
znała zaledwie dwie pierwsze linijki. Musiała więc zrezygnować.
Organy teŜ nie naleŜały do szczególnie imponujących. Były to zwykłe organy
domowe, podobno przeniesione z dawno juŜ zamkniętej wiejskiej szkoły w Kyrkudden.
Doskonale pamiętała, Ŝe wydawały dość nieprzyjemne, chrypiące dźwięki.
Wiejska szkoła. Maya chodziła do niej tylko w pierwszej klasie. Potem bowiem
przyszła moda na centralizację; nieduŜe szkoły wiejskie zostały rozwiązane, a uczęszczające
do nich maluchy dowoŜono do duŜych, lśniących nowością szkół z klasami liczącymi po
trzydziestu uczniów, w których szerzyło się wśród dzieci poczucie wyobcowania w nie
znanym im, chłodnym otoczeniu. Kiedy przejrzano na oczy, było juŜ za późno. Większość
niewielkich szkół bowiem zburzono, a wraz z nimi zniszczono teŜ w dzieciach poczucie
przynaleŜności do określonego miejsca.
Nagle Maya skamieniała.
Usłyszała jakiś dźwięk.
Szept?
Serce zaczęło bić jej szybciej. Była przekonana, Ŝe jest sama w kościele, przecieŜ nie
widziała nikogo w pobliŜu.
Znowu zapadła cisza. MoŜe to był szelest jej sukienki?
Albo odgłos jakiejś wyjątkowo duŜej fali uderzającej o brzeg?
Nie, raczej nie.
Maya zrobiła krok w kierunku schodów, lecz zatrzymała się jak wryta.
Znowu to samo!
Zaczęła przysłuchiwać się uwaŜnie.
Usłyszała - co prawda bardzo niewyraźnie - jakieś szepty czy pomrukiwanie gdzieś na
dole.
Zmarszczyła czoło. Wiedziała, Ŝe nikt przecieŜ nie mógł wejść do środka, bo jedne i
drugie drzwi - główne i tylne - były teraz zamknięte od wewnątrz.
CzyŜby to morze?
Nie, to jednak głosy. PrzybliŜały się i oddalały w róŜnych tonacjach. Szepty, ciche
mamrotanie, od czasu do czasu jakiś wyŜszy dźwięk. W pewnej chwili rozległ się nawet
przytłumiony śmiech. OdraŜający, pusty śmiech.
Niestety, nie zdołała pochwycić ani jednego słowa.
Opuszczony kościół... Na zewnątrz tyle grobów. A moŜe takŜe w środku? W
podziemiu pod posadzką?
Przypomniała sobie róŜne historie o zmarłych pojawiających się o północy i podobne
makabryczne opowieści. Przestraszona nie na Ŝarty, ogarnęła wzrokiem kościół u swych stóp.
Nigdzie Ŝywego ducha.
Ducha...?
Szepty ucichły. Maya wolała nie czekać, kiedy rozlegną się znowu, tylko jak
najszybciej i jak najciszej zeszła po stromych schodach.
Przez chwilę stała na dole, nie mogąc się zdecydować: czy ma wyjść czy spróbować
rozwiązać nieoczekiwaną zagadkę.
Po dłuŜszym wahaniu postanowiła zachować się po bohatersku. Na palcach
przemknęła do ołtarza, a za nim trafiła na drzwi do zakrystii. DuŜa i ozdobna mosięŜna
klamka była zimna jak lód.
Duchy chyba się nie śmieją?
Ale przecieŜ wyraźnie słyszała czyjś złowrogi śmiech...
Tak jak myślała, drzwi były zamknięte. Ze środka nie dochodził Ŝaden dźwięk.
A czego się spodziewała?
Pobiegła z powrotem i przez tylne drzwi wydostała się na zewnątrz.
Gdy nagle oślepiło ją światło dnia, miała wraŜenie, Ŝe znalazła się w innym świecie.
Rozejrzała się szybko wokół siebie, ale nigdzie nie dostrzegła choćby najmniejszego
znaku Ŝycia. Ani jeden samochód nie jechał drogą prowadzącą na cypel, ani jedna łódź nie
płynęła po szarej wodzie. Fale obmywały spokojnie zewnętrzną ścianę kościoła; cmentarny
mur dawno juŜ zniknął w morzu, a piasek przysypał leŜące najbliŜej niego groby. Maya
zawsze gorąco pragnęła, by kiedyś pochowano ją właśnie tutaj, w ciszy, „z widokiem na
morze”, jak mówiła jako mała dziewczynka, rozśmieszając tym swoich rodziców.
Ruszyła szybko drogą w kierunku domostw na Kyrkudden. Drzewa zasłaniały je
prawie całkowicie. Widać było tylko kilka strzelających w niebo wysokich kominów.
Gdy przeszła przez las, jej oczom ukazała się osada - dwanaście - piętnaście domów
nad zatoką, kilka wraków kutrów rybackich i uszkodzony pomost. JuŜ dawno zaprzestano tu
połowów ryb. Woda została zanieczyszczona przez przemysł rozwijający się w Mark, a
rybacy zatrudnili się w tych samych fabrykach, które doprowadziły do wyginięcia ryb.
MęŜczyźni wracali teraz po pracy do domu samochodami, kaŜdy swoim, i skarŜyli się na
korki na drogach.
Zajmowane przez nią dwa pokoje z kuchenną wnęką leŜały na parterze w jednym z
dwóch otynkowanych na ciemno nowych budynków.
Maya nie czuła się dobrze w swoim mieszkaniu, o, nie!
Z jego okien widziała swój dawny dom, willę w stylu lat trzydziestych. Mieszkali w
niej teraz zupełnie obcy ludzie. Dlatego Maya wolała się jej wcale nie przyglądać. śeby nie
tęsknić. Gdy ojciec poszedł własną drogą, napisał w tym swoim śmiertelnie obojętnym liście,
Ŝ
e matka moŜe zatrzymać dom i wszystko, co tylko chce. On niczego nie Ŝąda - poza
wolnością. Matka jednak nie chciała mieszkać tu nadal, nieustannie naraŜona na przejawy
współczucia lub radości z powodu nieszczęścia, jakie ją spotkało. Sprzedała więc dom i
kupiła sobie mieszkanie w Oslo. Mieszka tam do dzisiaj, wciąŜ nie mogąc zapomnieć
doznanych krzywd.
Maya nie miała jeszcze ochoty wracać do siebie. Poszła więc drogą wiodącą od zatoki
do głównej drogi, i dalej aŜ do Mark. Powietrze było czyste i rześkie, od morza wiał chłodny,
lekki wiatr, który, jak miała nadzieję, filtrował jej płuca, zanieczyszczone wielkomiejskim
smogiem.
Idąc zastanawiała się nad tą zadziwiającą powściągliwością, z jaką przyjęto ją w
Mark, a takŜe nawet na Kyrkudden. Z jakiego powodu? Nie mogła tego zrozumieć, było jej
po prostu przykro. Niełatwo jest znieść świadomość, Ŝe jest się niechcianym.
Jakie to szczęście, Ŝe spotkała Simona! Na myśl o nim zrobiło jej się ciepło na sercu,
ale na bardzo krótko, bo zaraz ogarnął ją smutek. Simon nie naleŜał do niej, całą swą duszą
był nadal przy swojej Ŝonie.
Poza tym jego Ŝycie dobiegało kresu. Za rok miało go juŜ nie być.
Czując wielki ból w sercu, Maya przymknęła na chwilę oczy.
ROZDZIAŁ IV
Gdy Maya zmierzała do głównej drogi, powoli, jak gdyby w poszukiwaniu kogoś,
nadjechał czarny elegancki samochód. Prawdziwa limuzyna. Zatrzymał się, po czym
kierowca opuścił szybę w drzwiach. Maya ujrzała niezwykle przystojnego męŜczyznę,
ciemnowłosego jak Hiszpan, ale o nordyckich niebieskich oczach.
- Przepraszam, czy nie wie pani przypadkiem, gdzie tu mieszka pewna młoda
dziewczyna o imieniu Maya? Maya przez Y - dodał z uśmiechem.
- To ja - odrzekła czerwieniąc się. PoniewaŜ była jasnej karnacji, rumieńce zdradzały
często wbrew jej woli zmieszanie i zakłopotanie.
- Doskonale - ucieszył się męŜczyzna w tweedowym garniturze i wysiadł z
samochodu. Był bardzo wysoki i niezwykle zadbany. Nawet jego paznokcie sprawiały
wraŜenie wypielęgnowanych przez manikiurzystkę.
- Nazywam się Sten Modin - przedstawił się. - Policja chciałaby przesłuchać panią w
związku z napaścią, jakiej dokonano w pociągu na mego przyjaciela Simona Dalena.
Obiecałem mu, Ŝe panią odnajdę. Simon nie umiał powiedzieć o pani nic bliŜszego poza tym,
Ŝ
e ma pani na imię Maya przez Y i mieszka na Kyrkudden.
Faktycznie, Simon nazywał się Dalen. Jasne, przecieŜ dawny aptekarz teŜ się tak
nazywał. Czy to nie były przypadkiem tak zwane lepsze kręgi? Maya nie przypominała sobie
Dalenów , bo nigdy ich nie poznała; wiedziała tylko tyle, co mówili o nich ludzie.
- Kiedy mam się stawić na policji?
- Jak najszybciej. Najlepiej zaraz, jeśli to moŜliwe.
Zastanowiła się.
- Dobrze, pojadę od razu. Ale czy mógłby pan chwilę poczekać? Chciałabym się tylko
przebrać. Mieszkam w następnym domu.
- Oczywiście.
Pobiegła szybko. ChociaŜ wiedziała, Ŝe poczta przychodzi dopiero po południu,
odruchowo zajrzała do skrzynki na listy.
O dziwo, leŜała w niej jakaś koperta. Bez znaczka, adresu, jedynie z jej imieniem.
Wyjęła ją i weszła do mieszkania.
Rzuciła list na podłogę, po czym, ściągnąwszy z siebie w pośpiechu dres, załoŜyła
spódnicę i bluzkę. Gdy juŜ się uczesała i upewniła w lustrze, Ŝe wygląda nie najgorzej,
ruszyła w stronę drzwi.
Zawahała się jednak i zawróciła. List...
Rozerwała kopertę. Na liniowanym papierze widniały tylko cztery słowa napisane
drukowanymi literami:
Po co to zrobiłaś?
Tylko tyle. śadnego podpisu, Ŝadnego nadawcy, nic poza tym.
Maya, oszołomiona, przez kilka sekund nie mogła ruszyć się z miejsca; wreszcie,
wcisnąwszy list do torebki, wybiegła z domu.
- Przepraszam - zwróciła się do Stena Modina, który teraz wyglądał jeszcze bardziej
sympatycznie. - Trochę się to przeciągnęło.
- Nie szkodzi. Ruszajmy.
Przez chwilę jechali w milczeniu, zmierzając główną drogą w stronę Mark, wśród pól
i łąk, i niewielkich liściastych zagajników. W górze nad nimi krąŜyły rozkrzyczane mewy.
- Jak się czuje Simon? - spytała. - Widziałam go wczoraj, ale nie chciałam zadawać
zbyt duŜo pytań.
Miała nadzieję, Ŝe spotka go w komisariacie, ale nic o tym nie wspomniała.
- Nieźle. Pierwszą dobę musiał spędzić w szpitalu na obserwacji, na szczęście nie
odniósł Ŝadnych innych obraŜeń poza zewnętrznymi. Z ręką teŜ juŜ jest lepiej.
- To dobrze - odrzekła krótko. Nie chciała nic mówić o powaŜniejszym problemie, o
jego nieuleczalnej chorobie. Nie mogła przecieŜ mieć pewności, czy zwierzył się
przyjacielowi.
Ale zwierzył się jej, Mai. Na samą myśl o jego nieszczęściu ogarnął ją
niepohamowany smutek.
- Biedny Simon - westchnął Sten Modin. - Nie umie pogodzić się z losem.
CzyŜby jednak wiedział?
- Jak to? - spytała ostroŜnie.
- Mam na myśli ten skandal sprzed paru lat. Simon nie potrafi zrozumieć, Ŝe jego Ŝona
odeszła od niego na zawsze, nieodwołalnie.
- Myśli pan, Ŝe on przyjechał tu po to, by spróbować ją odzyskać?
- Chyba tak.
- Ja nie odniosłam takiego wraŜenia - powiedziała po namyśle Maya. - Wydaje mi się,
Ŝ
e chodzi mu przede wszystkim o to, Ŝeby zobaczyć ojca, zanim nie będzie za późno.
Mogła tak bez obaw powiedzieć, bo przecieŜ ojciec Simona był takŜe powaŜnie chory.
- Być moŜe, ale...
- Poza tym nie bez znaczenia jest chyba teŜ ta jego nienawiść. Jest nią wprost opętany.
- Tak, ma pani rację, ale to nie jest nienawiść do Gitte, tylko do tej drugiej kobiety.
- A więc pan zna Gitte, jego Ŝonę?
- Znam ich oboje od wielu lat.
Jakiś młody motocyklista niebezpiecznie zajechał drogę samochodowi tuŜ przed nimi.
Sten Modin wycedził coś przez zęby, po czym zaczęli rozmawiać o motocyklach i wypadkach
drogowych, aŜ wreszcie znaleźli się w Mark.
Rozejrzawszy się po komisariacie, Maya doznała zawodu. Simona nie było. PrzecieŜ
powiedział, Ŝe spędzi weekend razem z ojcem, była więc pewna, Ŝe on takŜe zostanie
wezwany. Tymczasem jedyne osoby, jakie spotkała, to dwaj policjanci, którzy zadawali jej
mnóstwo pytań dotyczących epizodu w pociągu.
- Czy mogłaby pani dokładnie opisać tego męŜczyznę, który, jak pani przypuszcza,
wypchnął Simona Dalena z wagonu?
- Rzeczywiście, tylko przypuszczam - podkreśliła. - Nie widziałam tego zajścia.
- To prawda, ale wszystko wskazuje na to, Ŝe to właśnie on, poniewaŜ gdy tylko
pociąg się zatrzymał, od razu z niego wyskoczył.
- No więc, był raczej w średni1)1 wieku...
- Konkretnie?
- Miał około pięćdziesięciu lat - odrzekła, zacinając się. - Naprawdę trudno
powiedzieć. Wyglądał na bardzo zniszczonego. Jego skóra była bladoszara, a twarz
nieświeŜa. Mógł w rzeczywistości być młodszy, niŜ wskazywał jego wygląd. Chyba jednak
zbliŜał się do pięćdziesiątki.
- Czy to mógł być, na przykład, dopiero co zwolniony więzień?
- Niewykluczone. Ale nie jestem w stanie, oczywiście, stwierdzić tego z całą
pewnością.
- Jasne, lecz to bardzo ułatwiłoby nam poszukiwania.
- Rozumiem. Poza tym miał przerzedzone jasne włosy.
- Siwe czy blond?
- Chyba mieszane. A skóra na jego twarzy wyglądała tak, jakby jeszcze niedawno była
opalona, a teraz zaczęła blednąć i wracać do swego naturalnego, szarego jak popiół koloru.
Czy to nie jest zbyt zawiłe?
- Ani trochę.
Maya z oŜywieniem mówiła dalej:
- Poza tym miał duŜe, kościste ręce. Owłosione i pokryte piegami. Oczy... jak by je
określić? Były mdłe.
- To waŜny szczegół. Niebieskie?
- Jasnoniebieskie albo szare. Twarz pociągła, zniszczona. Ale chyba juŜ o tym
wspominałam.
- Nie powiedziała pani jeszcze, jak był ubrany.
Maya zamilkła i zaczęła się zastanawiać. Po chwili rzekła:
- Przykro mi, ale zazwyczaj w ogóle nie przywiązuję wagi do tego, jak ludzie są
ubrani. Z całą pewnością nie był goły, ale co miał na sobie, naprawdę nie pamiętam.
- W porządku, na razie wystarczy nam to, co juŜ usłyszeliśmy. Mówi pani, Ŝe patrzył
na was?
- To znaczy, nie bezpośrednio. W pociągu moŜna przyglądać się komuś, wpatrując się
w okienną szybę. W nocy jest ona jak doskonałe lustro.
- No tak, ale on siedział przecieŜ na korytarzu. Czyli oddzielały was drzwi.
- To bez znaczenia, bo ja widziałam go tak samo dokładnie w szybie na korytarzu.
ChociaŜ muszę powiedzieć, Ŝe dosyć często przypatrywał się nam teŜ bezpośrednio. Za
kaŜdym razem jednak, kiedy spotykałam jego wzrok, szybko odwracał głowę.
- Ale wydawał się zainteresowany raczej Simonem Dalenem?
Maya uśmiechnęła się zawstydzona.
- Byłam na tyle próŜna, by sądzić, Ŝe to mnie się przyglądał. Myliłam się jednak.
- A potem męŜczyzna udał się za Dalenem?
- Tak myślę. Simon skierował się na koniec pociągu, a kiedy po paru sekundach
wyjrzałam na korytarz, męŜczyzna zniknął.
- Ale przecieŜ mógł pójść w przeciwną stronę.
- Nie. Bo kiedy poszłam szukać Simona, ten męŜczyzna siedział w ostatnim wagonie.
- No, dobrze. Myślę, Ŝe to na razie wystarczy. Dziękujemy pani i prosimy o
pozostawienie nam swojego adresu.
Simon siedział przy oknie w pokoju ojca, spoglądając to na zewnątrz, to znowu na
staruszka leŜącego w łóŜku.
- Simon, zdejmij nogi z ławy - powiedział cicho ojciec. - Pani Holm nie lubi śladów
butów na meblach.
Syn odwrócił się w stronę pokoju.
- Czy ty przypadkiem nie dajesz się tyranizować tej pani Holm? - spytał ciepło.
- SkądŜe, ale w dzisiejszych czasach dobrej gospodyni nie znajdziesz i ze świecą.
Dlatego muszę ją szanować. Powiedz mi, synu, czy ty ciągle jeszcze myślisz o Gitte?
- Nie widzę w tym nic dziwnego. Zraniłem ją śmiertelnie.
- Ty? PrzecieŜ to nie była twoja wina!
- To prawda. Ale mimo wszystko.
- Czy odnalazłeś... tę dziewczynę?
- Jeszcze nie. Ale moŜesz być spokojny, odnajdę ją na pewno.
Ojciec westchnął głęboko. Odwróciwszy głowę, leŜał nieruchomo, wpatrując się w
sufit.
- WciąŜ nie mogę tego zrozumieć. Jak zupełnie obca dziewczyna mogła twierdzić, Ŝe
spodziewa się twojego dziecka? Musiałeś ją chyba gdzieś spotkać.
- Nie spotkałem! - wykrzyknął Simon. - Jej nazwisko jest mi zupełnie obce. A
dziecko...? Na litość boską, tato, przecieŜ musiałbym wiedzieć, co robię! Od kiedy poznałem
Gitte, nie widywałem się z innymi kobietami!
- Jesteście nadal małŜeństwem?
- W separacji. Chcę, Ŝeby ona była moją spadkobierczynią. Wprawdzie mówi, Ŝe
niczego nie chce, ale...
- Co ty, chłopcze, wygadujesz? Twoją spadkobierczynią? To brzmi tak, jakbyś
zamierzał połoŜyć się i po prostu umrzeć!
Simon lekko drgnął.
- Nie, oczywiście, Ŝe nie. Chciałem powiedzieć, Ŝe kiedyś... w przyszłości.
- PrzecieŜ nie moŜesz czekać na nią przez całe Ŝycie.
- Masz rację. Dlatego chcę spróbować i doprowadzić do zgody między nami. Wtedy
moglibyśmy znowu być prawdziwym małŜeństwem.
Stary ojciec popatrzył badawczo na syna.
- Dzisiaj to zabrzmiało w twoich ustach jakoś mniej entuzjastycznie niŜ zazwyczaj.
- Co takiego? - spytał Simon, podnosząc głowę. - Być moŜe. Spotkałem w pociągu
pewną młodą dziewczynę.
- I Bogu niech będą dzięki - wyszeptał ojciec.
- Oczywiście, nie dorównuje Gitte, ale jest sympatyczna. Dość niezwykła. - Dopiero w
tej chwili dotarł do niego sens słów ojca. - Ty chyba nigdy nie lubiłeś Gitte, prawda?
- Rzeczywiście - przyznał starzec nie bez wahania. - Niby była miła i słodka, ale... Nie
jestem przekonany, czy to właściwa osoba dla ciebie.
- Jak to?
- Hm, jakby to określić... Gitte jest taka rzeczowa.
- To raczej nic złego.
- Zazwyczaj nie. Ale tobie potrzebny jest ktoś... ktoś bardziej swobodny.
- Swobodny? Chciałeś pewnie powiedzieć: wyzwolony?
- Nie, nie. Udajesz, Ŝe mnie nie rozumiesz. Gitte była taka konwencjonalna. Miała
dosyć ciasne poglądy.
- Jestem innego zdania - odparł krótko Simon. Ojciec zrozumiał, Ŝe chyba popełnił
błąd, mówiąc wreszcie szczerze to, co myśli. Nigdy nie lubił słodkiej Gitte. Ale zazwyczaj
starał się robić dobrą minę do złej gry... Nie powiedział synowi ani słowa o tym, co naleŜy
sądzić o Ŝonie, która zrywa wszelkie więzi jedynie na podstawie plotek! Nawet jeśli są one
ohydne i obciąŜające.
Simon wyraźnie nie chciał mówić o Gitte.
- Obszedłem całe gospodarstwo. Muszę przyznać, Ŝe utrzymujesz je w idealnym
stanie.
- Miło mi to słyszeć. Od kiedy leŜę, nie wiem o nim zbyt wiele.
- Widziałem dwa nowe konie. Jakie są? Dobre?
- Kupiłem je w Anglii. Najlepszej krwi. Jednego trochę juŜ wypróbowaliśmy. Wiele
sobie po nim obiecuję.
Simon uśmiechnął się. Kochał wszystkie konie, bez względu na to, czy wygrywają w
wyścigach czy nie. Ojciec natomiast miał doskonałe wyczucie i zawsze kupował te najlepsze.
Jego stajnia była znana w całym kraju. Simon martwił się czasami, Ŝe nie wiedziałby, co
zrobić z tym wszystkim, gdyby ojciec umarł jeszcze przed nim. Kiedy go zabraknie, konie
będą zupełnie bezpańskie. Jakie to smutne.
Przez chwilę rozmawiali o interesach. Ojciec namawiał syna, aby wrócił do domu i
osiadł tu na stałe, przejmując natychmiast cały majątek. Bo przecieŜ to strzeŜenie wybrzeŜa to
chyba nie na całe Ŝycie, prawda?
Syn odpowiedział na jego obawy niejasno i niejednoznacznie.
Stary Dalen westchnął. Uprzednie słowa Simona o spadku po nim bardzo go
zaniepokoiły. Ten chłopak nie zamierza chyba odebrać sobie Ŝycia? Gitte nie była tego warta.
- Mam nadzieję, Ŝe utrzymujesz kontakt z tą dziewczyną z pociągu?
- Tak, spotkam się z nią jutro wieczorem.
- To ładnie - uśmiechnął się ojciec.
- Ale jeszcze wcześniej muszę wybrać się do jakiegoś biura kreślarskiego - rzekł
Simon. - Obiecałem, Ŝe dam do korekty mapę. To nasz ostatni egzemplarz, niedługo nie
będzie juŜ niczego na nim widać. Trudno nawet odróŜnić morze od lądu.
Ojciec roześmiał się głośno. Mimo Ŝe Simon był zadziwiająco przygnębiony i
zadumany, nie stracił jednak swego poczucia humoru. MoŜe właśnie ono pomoŜe zapomnieć
mu całą tę historię z Gitte.
Ojciec bowiem nic nie wiedział o cięŜkiej chorobie syna, groŜącej jego Ŝyciu.
W poniedziałkowe przedpołudnie Simon wybrał się do Mark, gdzie udał się do
pracowni, w której miano dokonać renowacji morskiej mapy. Szybko uzgodnił szczegóły z
kierownikiem, którego znał jeszcze z dawnych lat. StraŜ przybrzeŜna nie obchodziła się z
naleŜytą starannością ze swymi mapami.
Idąc juŜ do wyjścia, Simon minął drzwi pracowni kartograficznej. Rzucił okiem na
tabliczkę z nazwiskami - i zatrzymał się jak wryty. Poczuł się tak, jakby krew odpłynęła mu
nagle do stóp.
To było to nazwisko!
Wreszcie je znalazł!
Wreszcie ją znalazł!
Maya siedziała, a właściwie stała jak zwykle przy swej desce kreślarskiej. Jej koledzy
poszli właśnie do magazynu szukać jakiejś starej mapy, została więc sama w pokoju.
Wprawdzie jednym uchem słyszała głosy z gabinetu szefa, była jednak zbyt
pochłonięta miłymi myślami o dzisiejszej kolacji z Simonem, by się im przysłuchiwać. Ale
mimo radości trochę takŜe się bała. Obawiała się, Ŝe moŜe nie ubierze się właściwie albo on
całkiem się nią rozczaruje. Bywają przecieŜ takie chwile, Ŝe człowiek nie jest w stanie
wydębić z siebie ani słowa albo w ogóle nie ma nastroju do rozmowy. W tym przypadku nie
mogło tak się stać. Simon znaczył bowiem dla niej zbyt duŜo. Maya wiedziała wprawdzie, Ŝe
nie moŜe budować z nim Ŝadnej przyszłości, pragnęła jednak rozświetlić mu jego ostatnie
tygodnie i sprawić, by zapomniał Gitte.
Za kaŜdym razem, gdy myślała o smutnym losie Simona, o tym, Ŝe miał umrzeć w tak
młodym wieku, czuła wręcz fizyczny ból. Dlaczego właśnie on?
Dlaczego w ogóle, dlaczego? Nigdy nie zdołała zaakceptować brutalnych praw Ŝycia.
Nagle usłyszała czyjeś kroki pod drzwiami.
Jakiś głos, drŜąc od tłumionego gniewu, spytał:
- Maren Grandseter? Czy pracuje u pana Maren Grandseter?
- Tak - odparł szef. - To jedna z naszych kreślarek. Początkująca, ale bardzo zdolna.
Miło to słyszeć, pomyślała Maya, zaintrygowana obcym głosem.
W tej samej chwili męŜczyzna spytał:
- Czy mogę wejść i przywitać się z nią?
- Oczywiście, bardzo proszę.
Kroki szefa oddaliły się w stronę gabinetu.
Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł Simon.
- Simon! - wykrzyknęła zaskoczona Maya, prostując się przy desce. - Co ty tu robisz?
Od razu rzuciło jej się w oczy, Ŝe jej znajomy z pociągu jest biały jak kreda i patrząc
na nią staje się jeszcze bledszy!
- To ty? - wycedził przez zęby. - Ty jesteś Maren Grandseter?
Uśmiech zgasł na jej twarzy.
- Tak - potwierdziła wystraszona.
- Nic dziwnego, Ŝe zmieniłaś sobie imię i nazywasz się teraz Maya!
- Nie rozumiem - bąknęła. Dlaczego Simon stał się nagle taki nieprzyjemny i dziwny?
- Zniknęłaś z Mark. A ja ciebie szukałem i nie mogłem znaleźć. Przez dwa lata.
- Czy byłbyś tak miły i mógł wyjaśnić, dlaczego jesteś na mnie taki zły? - spytała.
- Jeszcze pytasz? - rzucił niskim, przytłumionym głosem, pochylając się ku niej. - Nie
chcę urządzać tu Ŝadnych scen, bo znam tu wszystkich, to moi dobrzy znajomi. Zapomnij o
naszej dzisiejszej kolacji! śe teŜ miałaś jeszcze czelność przyjąć moje zaproszenie! Wprost
nie mogę uwierzyć! MoŜesz być spokojna: juŜ ja postaram się o to, Ŝeby zajęła się tobą
policja. Będziesz musiała zadośćuczynić mi za te wszystkie ohydne pomówienia.
- Simon! Co to ma znaczyć? - spytała ze łzami w oczach.
- Na dodatek jeszcze niezła z ciebie aktorka! Ale pora juŜ skończyć tę Ŝałosną zabawę!
Odwołasz wszystko i publicznie przeprosisz Gitte!
Po tych słowach wyszedł.
Maya stała jak sparaliŜowana. Nie była zdolna się ruszyć. O co on ją obwiniał?
Odniosła wraŜenie, Ŝe wziął ją za tę dziewczynę, która...
Nagle ogarnęła ją wściekłość. Nie, z taką niesprawiedliwością nie mogła się zgodzić.
Gniew wzbierał w jej piersi niczym wulkan, był nie do opanowania. Z wypiekami na twarzy
Maya wypadła z pokoju, trzasnęła drzwiami i w szaleńczym tempie zbiegła po schodach.
Simon właśnie wsiadał do samochodu. W chwili gdy zamknął za sobą drzwiczki,
Maya otworzyła gwałtownie drugie i bez chwili wahania rzuciła się na przednie siedzenie.
- MoŜe będziesz tak uprzejmy i wyjaśnisz mi - zaŜądała stanowczo.
- Wynoś się! Wynoś się z mojego samochodu! - krzyknął.
- Nie wysiądę, dopóki mi nie powiesz, o co chodzi.
Miała policzki mokre od łez, ale nie przejmowała się tym. Nie pozwalając mu dojść do
głosu, kontynuowała:
- Mam wraŜenie, Ŝe uwaŜasz mnie za kobietę, która zniszczyła twoje małŜeństwo.
Skąd, u licha, przyszła ci do głowy tak idiotyczna myśl? PrzecieŜ ja cię nie znam. Nigdy
nawet o tobie nie słyszałam.
Simon widział, Ŝe Maya nie zamierza się poddać. Ale w nim takŜe nadal wrzało.
- Jeszcze na dodatek kłamiesz mi prosto w twarz. To przecieŜ ty sama rozgłosiłaś po
całym mieście, Ŝe musisz wyjechać z Mark, bo spodziewasz się dziecka. Ze mną.
Maya nie mogła opanować oburzenia.
- Po co? Czy ty masz po kolei w głowie?
Simon uruchomił silnik.
- Ludzie się gapią. Pojedziemy za miasto.
- A moja praca? PrzecieŜ nie mogę tak po prostu...
- Guzik mnie to obchodzi. Wreszcie powiem ci to wszystko, co paliło mnie przez tyle
lat. To nie będą miłe słowa, o, nie.
Simon nigdy dotąd nie jechał tak nieostroŜnie i źle jak tym razem.
Samochód wypadł zza rogu, otarł się o krawęŜnik, przeskoczył skrzyŜowanie na
czerwonym świetle i wyjechał poza miasto. Kierowca miał szczęście, Ŝe nie zauwaŜyła go
policja, przede wszystkim zaś, Ŝe nie doszło do wypadku.
Znalazł jakąś wąską leśną drogę. Skręcił w nią i zatrzymał auto.
- No, Maren Grandseter, teraz wyjaśnisz mi parę rzeczy!
ROZDZIAŁ V
Wszystko nagle stało się takie trudne. Simon był zupełnie obcy i lodowato zimny.
- Zdaje się, Ŝe oboje jesteśmy jednakowo zdenerwowani - powiedziała opanowana
mimo wszystko Maya. - Po prostu nie rozumiem, o czym ty mówisz; przysięgam, Ŝe zanim
spotkałam cię w pociągu, nigdy o tobie nie słyszałam. Wprawdzie kiedy twój przyjaciel Sten
Modin wymienił nazwisko Dalen, przypomniałam je sobie, ale tylko dlatego, Ŝe byliście
dobrze znaną i szanowaną rodziną w mieście.
- Masz rację, byliśmy - przyznał zgryźliwie. - Dopóki ty nie zaczęłaś swojej
oszczerczej kampanii.
- Bardzo cię proszę, przestań - przerwała mu. - Jestem całkowicie niewinna.
- CzyŜby? No to czyje dziecko wtedy urodziłaś? Kim był ten męŜczyzna, który nie
chciał przyznać się do ojcostwa? A moŜe myślałaś, Ŝe z nazwiskiem Dalen dziecko zajdzie
znacznie wyŜej? Czy teŜ byłaś zazdrosna o Gitte i chciałaś jej zaszkodzić? Jeśli tak, to ci się
udało.
Maya nie mogła znieść tych zarzutów.
- Nigdy nie urodziłam Ŝadnego dziecka.
- Usunęłaś je?
Odwróciła się gwałtownie w jego stronę, w jej oczach była furia.
- Jeśli chcesz znać prawdę, to jestem jeszcze dziewicą.
- Czyli chciałaś pochwalić się swoim koleŜankom, Ŝe ty teŜ juŜ spałaś z męŜczyzną.
Ale dlaczego wybrałaś akurat mnie?
- Jesteś tak odraŜający i podły, Ŝe nie wiem, jak mogłeś wydawać mi się w pociągu
sympatyczny. - Maya, ku swej rozpaczy, znowu wybuchła płaczem. - Ja po prostu tego nie
pojmuję. Czuję się tak, jakbym dostała obuchem w głowę. Przyjść do mnie do pracy i
oskarŜyć mnie o coś tak ohydnego! PrzecieŜ ja cię nie znam. Nawet nie wiedziałam, Ŝe ktoś
taki jak ty istnieje. JakŜe bym więc miała...
- Ale wyjechałaś z Mark. Bo spodziewałaś się dziecka, jak mówiłaś.
Maya próbowała się uspokoić.
- Wyjechałam z Mark dlatego, Ŝe mój ojciec nas opuścił i matka nie chciała tu dłuŜej
mieszkać. Sprzedała dom na Kyrkudden i obie przeniosłyśmy się do Oslo. Nigdy, powtarzam:
nigdy w swoim Ŝyciu nie twierdziłam, Ŝe spodziewam się dziecka. W jakim celu mówiłabym
coś takiego? śeby popsuć sobie opinię?
- Widocznie miałaś jakieś powody. Najpierw usłyszałem od kolegów z pracy, Ŝe
zrobiłem podobno jakiś mały „skok w bok”. Myślałem, Ŝe po prostu Ŝartują sobie ze mnie.
Ale niedługo to samo zaczęto opowiadać w mieście, a ja spotykałem się z wyraźnymi
przejawami pogardy, aŜ wreszcie odsądzono mnie od czci i wiary. No i wreszcie wyjaśniło
się, skąd to wszystko. Oto dziewczyna o nazwisku Maren Grandseter wyznała swym
przyjaciółkom, Ŝe musi wyjechać z miasta, poniewaŜ... sama wiesz najlepiej, z jakiego
powodu. Winny byłem podobno ja. Tymczasem od mojego ślubu minęły wtedy zaledwie dwa
miesiące, dokonywałem więc nadludzkich wysiłków, Ŝeby te plotki nie dotarły do Gitte. Ale
nie udało się. śona dowiedziała się wszystkiego od Ŝyczliwej przyjaciółki. Biedna Gitte,
zaufała mi całkowicie. Wcześniej przeŜyła trudny okres i dlatego była bardzo wraŜliwa na
wszelką krytykę i przejawy nieŜyczliwości. Nie miała zbyt mocnych nerwów, ale dzięki
małŜeństwu ze mną zaczynała powoli dochodzić do siebie i niedługo stanęłaby mocno na
nogach. I wtedy spotkał ją taki cios. Powiedziała, Ŝe mi wierzy, lecz po jej oczach poznałem,
Ŝ
e czuje się śmiertelnie zraniona. No i pewnego dnia po prostu zniknęła. Zabrała wszystkie
swoje rzeczy i zostawiła mi krótki list. Był wzruszający. Pisała w nim o koszmarnych nocach,
kiedy ogarniało ją zwątpienie, na które nic nie mogła poradzić. Przyznała, Ŝe nie ma juŜ dla
mnie tych samych uczuć co przedtem. Gdy bowiem brałem ją w ramiona, wówczas ona
widziała przed sobą obraz tej obcej dziewczyny i nie była w stanie okazać mi niczego poza
chłodem. A tak bardzo tego nie chciała. Dlatego lepiej, Ŝebyśmy się rozstali, zanim zranimy
się nawzajem jeszcze dotkliwiej, pisała. Tego dnia zgasło moje Ŝycie.
- I postanowiłeś się zemścić? Na mnie - szepnęła Maya.
- Tak. Po jakimś czasie. Najpierw chciałem jedynie cię odnaleźć i postawić przed
sądem. Później, kiedy zrozumiałem, Ŝe Gitte i tak juŜ do mnie nie wróci, choćbym nie wiem
jak gorąco ją błagał i przekonywał, moja Ŝądza zemsty osłabła. Zrobiłem się zgorzkniały. No
a potem spotkał mnie kolejny cios...
- Choroba - dokończyła Maya.
- Tak, choroba. Cała ta historia z Gitte nie pozostała bez wpływu na moje nerwy,
myślałem więc, Ŝe zakłóceniu uległa teŜ równowaga fizyczna. Gdy wszystko zaczęło mnie
boleć, byłem przekonany, Ŝe to po prostu nerwy i napięcie, ale Sten stwierdził co innego.
- Sten? Sten Modin?
- Tak, to mój lekarz i przyjaciel. Zrobił mi całą masę badań, pobrał mnóstwo próbek i
posłał do analizy - i nadeszły wyniki. Usiłował mnie oszczędzić, nie chciał wyjawić mi
prawdy, ale wydusiłem ją z niego. Czasami Ŝałuję, Ŝe to zrobiłem. Mimo wszystko lepiej, Ŝe
wiem.
Zapadło milczenie. Oboje nie odzywali się dosyć długo. Wreszcie Maya westchnęła
głęboko i rzekła:
- Czy uwierzysz mi, jeśli powiem, Ŝe nie chcę okłamywać kogoś, kto skazany jest na
ś
mierć?
- JuŜ sam nie wiem. Dobrze, uwierzę ci, jeśli wyznasz mi całą prawdę. Wszystko!
- Nie mam pojęcia, kto za tym wszystkim się kryje i prześladuje ciebie, Gitte i mnie,
ale zapewniam cię, Ŝe te plotki są wyssane z palca. W pewnym sensie jestem dumna z tego,
Ŝ
e nie byłam jeszcze z męŜczyzną, czyli Ŝe pozostałam, mówiąc staromodnie, dziewicą.
Prawdopodobnie wynika to z tego, Ŝe nigdy dotąd prawdziwie się nie zakochałam. W kaŜdym
razie nie tak mocno, by zniknęły wszelkie zahamowania. Bo jeśli kogoś się kocha naprawdę,
wtedy pójście do łóŜka jest czymś zupełnie naturalnym. Ale nic takiego dotychczas mi się nie
zdarzyło. Gdy moje romanse osiągały określony punkt, zawsze mówiłam nie. I wtedy traciłam
swoich chłopaków. No cóŜ, trudno. Pozwoliłam sobie na ten długi wywód tylko dlatego, Ŝeby
ci wyjaśnić, iŜ osoba o takiej postawie nie umiałaby chodzić po mieście i rozgłaszać wszem i
wobec, Ŝe spodziewa się dziecka. Chyba rozumiesz.
Simon, zacisnąwszy usta, jedynie pokiwał głową.
- Nic o tym wszystkim nie słyszałam, absolutnie nic, poniewaŜ razem z matką
wyjechałyśmy z Kyrkudden i Mark. Cała ta historia musiała rozegrać się później.
- Chyba tak. Bo nigdzie nie mogłem cię znaleźć.
- Matka była w tak fatalnym stanie po odejściu ojca, Ŝe na pewien czas „zniknęła z
Ŝ
ycia”. Poza tym nasze nazwisko nigdy nie widniało w Ŝadnej ksiąŜce telefonicznej.
- Wiem o tym. Wolę nazywać cię Mayą. To drugie imię nie przeszłoby mi chyba przez
gardło. Powiedz mi, Mayu, czy naprawdę mogę ci wierzyć?
- Naprawdę. Teraz to ja jestem wściekła i nie spocznę, póki nie znajdę tego, kto
rozgłasza te plotki. PrzecieŜ one zaszkodziły mojej reputacji. Nawet sobie nie wyobraŜasz, z
jaką wrogością spotykam się teraz w mieście.
- Tak, wspominałaś mi o tym.
Maya wyciągnęła z kieszeni list.
- Znalazłam go przedwczoraj w mojej skrzynce.
Simon przeczytał: Po co to zrobiłaś?
Schował kartkę do koperty.
- Widzę, Ŝe cię nie oszczędzają. Przekonałaś mnie, wierzę ci, Ŝe nic nie wiedziałaś o
moich kłopotach. Czy moŜesz mi wybaczyć?
- Doskonale rozumiem, dlaczego byłeś na mnie zły. PrzecieŜ dobrze wiesz, Ŝe cię
polubiłam, i dlatego tak bardzo mnie bolało, Ŝe stałeś się nieoczekiwanie lodowato zimny.
UwaŜałam cię za mego jedynego przyjaciela, jedyną Ŝyczliwą mi osobę w tym mieście. Poza
moimi kolegami z pracy, ale oni nie są z Mark i pewnie nie znają miejscowych plotek.
- Wiesz, dlaczego byłem tak strasznie zły? - odezwał się Simon po dłuŜszym wahaniu.
- Jak gdyby podwójnie zły? Bo czułem się rozczarowany, Ŝe to ty okazałaś się Maren
Grandseter. Bardzo się teraz tego wstydzę.
Maya połoŜyła swą dłoń na jego ręce.
- Nie mówmy juŜ o tym. Zajmijmy się lepiej odnalezieniem osoby, która rozsiewa te
plotki. PrzecieŜ ktoś musiał je wymyślić!
- Dobrze. Ale czy nie pojechałabyś teraz ze mną do Gitte, Ŝeby jej to na gorąco
wyjaśnić?
Maya czuła, jak wszystko się w niej buntuje.
- Nie wiem, czy starczyłoby mi odwagi, bo takie spotkanie trochę by mnie kosztowało.
Poza tym, co powiedziano by u mnie w pracy? Muszę natychmiast wracać! Nie mogę sobie
na to pozwolić, Ŝeby ją stracić.
- Porozmawiam z twoim szefem i wyjaśnię, Ŝe to przeze mnie.
W drodze powrotnej do miasta omawiali róŜne sposoby wytropienia winnego lub
winnych.
- Powinieneś zacząć - doradzała Maya - od pierwszej osoby, od której usłyszałeś tę
plotkę. Mówiłeś, Ŝe najpierw powtórzyli ci ją twoi koledzy z pracy. Wobec tego musisz ich
spytać, gdzie ją usłyszeli. I w ten sposób dotrzeć aŜ do samego źródła.
Simon był sceptyczny.
- Obawiam się, Ŝe to nie będzie takie proste. Ludzie raczej niechętnie zdradzają, od
kogo zasłyszeli jakieś plotki, nie chcą bowiem demaskować swego najlepszego przyjaciela
jako plotkarza. Z jednej strony pragną być lojalni wobec niego, z drugiej zaś nie chcą, Ŝeby
ich przyjaciel stał się z dnia na dzień ich wrogiem.
- Myślę, Ŝe nie masz racji. Ale tak czy inaczej powinieneś chyba spróbować?
- Spróbuję, oczywiście. Pod warunkiem, Ŝe uda mi się odszukać moich starych
kolegów z pracy. No a co z dzisiejszą kolacją, wybierzesz się ze mną?
- Myślałam, Ŝe powinnam o niej zapomnieć?
- Kiedy to mówiłem, byłem zły i głupi. A teraz pytam powaŜnie: czy zjesz ze mną
kolację? Byłoby mi bardzo miło.
- Tak, chętnie - odparła Maya z uśmiechem. - Przyjmuję zaproszenie z trzech
powodów. Po pierwsze, jak powiedziałam, dopóki nie dostanę pierwszej pensji, nie stać mnie
na taki luksus jak jedzenie kolacji, po drugie, moŜemy podczas niej zastanowić się, co robić
dalej, i po trzecie, z przyjemnością zjem z tobą kolację. Czy takie uzasadnienie wystarczy?
- W zupełności - Simon uśmiechnął się szeroko. - Nawet sobie nie wyobraŜasz, jak
bardzo się cieszę z tego, Ŝe to nie ty rozpowiadałaś te okropne plotki o mnie. Poczułem
naprawdę duŜą ulgę. Jak myślisz, czy po kolacji będziesz mogła pójść ze mną do Gitte?
- Zobaczymy - odpowiedziała krótko.
PoniewaŜ Simon widział wyraźnie, Ŝe Maya niezbyt chętnie chciała wyświadczyć mu
tę przysługę, nie nalegał. Udał się za to razem z nią do biura i usprawiedliwił przed szefem jej
krótką nieobecność, dzięki czemu Maya nie doznała z tego powodu nawet najmniejszych
przykrości. Simon miał niewątpliwy urok. A jako jeden z Dalenów takŜe wpływy. Ale o tym
ona nie wiedziała.
W okolice Mark dawno zawitała juŜ wiosna, ale pogoda nie była najlepsza. Choć
zrobiło się juŜ cieplej, ziemia wciąŜ jeszcze nosiła ślady ulewnych deszczów, powodzi i
gwałtownych burz. Wysiadłszy z autobusu na Kyrkudden, Maya musiała iść bardzo ostroŜnie,
omijając głębokie kałuŜe, jakie powstały po gwałtownej ulewie.
JuŜ dawno mogliby coś zrobić z tą drogą, pomyślała. Nie zamierzała jednak wysyłać
do gazety listu od czytelnika, podpisanego „Przyjaciel porządku”. Tak wielu było przyjaciół
porządku wokoło, Ŝe to oni powinni się tym zająć.
Idąc dalej, zauwaŜyła samochody jadące w stronę starego kościółka na Kyrkudden. Jej
kościółka. Były to auta z zarządu dróg. Czyli moŜe coś wreszcie zaczną robić z tą drogą,
najwyŜsza pora, uznała Maya.
Zupełnie nieoczekiwanie przypomniały jej się głosy, które słyszała wcześniej w
kościele. Musi powiedzieć o tym Simonowi.
Jak to miło móc znowu z sympatią myśleć o Simonie! Ta jego niespodziewana
nienawiść wobec niej była prawdziwym wstrząsem.
Maya nie miała juŜ zbyt wiele czasu, by doprowadzić się do porządku przed kolacją,
ale chciała wyglądać jak najlepiej. Wolała spytać Simona, jak powinna się ubrać, nie naleŜała
bowiem - jak przyznała - do bywalców restauracji. Gdy zadała mu to pytanie, dostrzegła w
jego oczach ciepły blask, a po chwili usłyszała kilka Ŝyczliwych wskazówek. Uspokojona,
doszła do wniosku, Ŝe chyba znajdzie coś odpowiedniego w szafie.
Gdy juŜ była gotowa, spojrzała w lustro i poczuła się zadowolona z rezultatu. Maya
lubiła ubierać się nieco staroświecko, ale kobieco; stosowała niezwykle delikatny makijaŜ,
który właściwie ograniczał się jedynie do podkreślenia oczu. Jej karnacja była bowiem tak
eterycznie delikatna, Ŝe kłóciła się z wszelkimi mocniejszymi akcentami.
Simon obiecał przyjechać po nią. Umówili się przy drodze głównej, poniewaŜ
gęstwina bocznych uliczek na Kyrkudden dla osoby nie znającej tej okolicy stanowiła labirynt
nie do przebycia. Przepełniona entuzjazmem i oczekiwaniem, Maya znalazła się przy szosie
nadspodziewanie szybko. Stała juŜ w umówionym miejscu i czuła, Ŝe jej twarz jest
płomiennie czerwona.
UwaŜaj, uwaŜaj, ostrzegała samą siebie. Tylko przypadkiem się nie zakochaj! Simon
Dalen to nie jest męŜczyzna dla ciebie. Jeśli się zaangaŜujesz, przyniesie ci to same
przykrości i kłopoty. Nie zapominaj, Ŝe gdzieś tam istnieje słodka i bezradna Gitte, którą on
uwielbia.
Niech piekło pochłonie wszystkie Gitte na świecie! Ta, którą spotkała we wczesnej
młodości, stanowiła wręcz monstrualne uosobienie perfekcyjności i uczuciowego chłodu.
Gitte Simona z pewnością była lepsza, Maya nie chciała jednak mieć rywalki przewyŜszającej
ją we wszystkim. On wyraźnie wolał kobiety kruche i bezbronne. A Maya, mimo swej
niekwestionowanej kobiecości, była mocna i dzielna, przyzwyczajona do radzenia sobie w
Ŝ
yciu bez niczyjej pomocy.
Wyznając mu wszakŜe, Ŝe nie stać ją na porządne jedzenie, poruszyła na pewno jego
męski instynkt opiekuńczy. Stąd to zaproszenie na kolację.
Spojrzenie Simona wyraŜało pełną akceptację tego, co zobaczył.
- Wyglądasz czarująco - oświadczył krótko. - Jedziemy.
- Czy udało ci się coś znaleźć? - spytała, siedząc juŜ w samochodzie.
- Tak, udało mi się - odparł. - Dotarłem do jednego z moich dawnych kolegów z
pracy. Najpierw w ogóle nie wiedział, o czym mówię, ale pod koniec przypomniał sobie
wreszcie całą tę aferę. Po dłuŜszym namyśle doszedł do wniosku, Ŝe to jego Ŝona
opowiedziała mu o moim tak zwanym skoku w bok. Obiecał mi, Ŝe spyta ją, gdzie ona
usłyszała tę szaloną nowinę. Udało mi się nawet przekonać go, Ŝe to wszystko było zwykłym
kłamstwem. Tym razem mi uwierzył. PoniewaŜ zna Gitte, ma się u niej za mną wstawić.
- To wspaniale - rzekła Maya ponurym głosem.
- A ty? Wytropiłaś coś? Na przykład kto napisał ten list?
- Nie, to mógłby być właściwie niemal kaŜdy. Nie zapominaj, Ŝe w tym mieście
prowadzona jest kampania przeciwko mnie. Wystarczy, Ŝe ludzie znajdą sobie kogoś, kto
wydaje im się gorszy od nich samych, by uczynili z niego ofiarę i zdeptali go.
- Nie musisz mnie o tym przekonywać, doskonale to znam. Ale kobietom chyba
trudniej to znieść niŜ męŜczyznom. No, jesteśmy na miejscu. Byłaś juŜ tu kiedyś?
- Dawno temu, jeszcze jako mała dziewczynka, razem z mamą i tatą. Za starych,
dobrych dni. Ale nie pamiętam niczego poza tym, Ŝe jadłam jakąś ohydną zupę, którą
pochlapałam obrus i sukienkę. Chyba szparagową. Później bardzo ją polubiłam.
- To się zmienia. Ja, na przykład, nie znosiłem kalafiora. Dziś jadam go z wielkim
apetytem.
JuŜ niedługo, pomyślała Maya zasmucona. śe teŜ nie mogła ani na chwilę zapomnieć
o tym, Ŝe wkrótce juŜ go nie będzie. Tej twarzy fauna, na której widok kręciło jej się w
głowie. Tego uśmiechu, który zapierał dech w piersi...
Co za dziwny człowiek z tej Gitte, Ŝe bardziej wierzyła plotkom niŜ własnemu
męŜowi?
Identyczne pytanie zadał Simonowi jego ojciec. Lecz on sam wydawał się ślepy na
wszystko. Maya, chcąc zmienić temat, zaczęła mówić o opuszczonym kościele.
Kolacja okazała się bardzo udana. Dziewczyna wręcz oniemiała na widok
wyszukanych potraw, jakie im serwowano, a Simon z wyraźnym zadowoleniem przyjął jej
zachwyt. Chciał, by najadła się do syta. I tak się stało. Przy deserze, który był tak smaczny i
przepysznie udekorowany, jak tylko Maya mogła sobie wymarzyć, poprosił ją, by
opowiedziała mu trochę o sobie. Dodał, Ŝe od dawna juŜ na to czeka.
- Naprawdę nie ma o czym - broniła się, ociągając.
- Jestem juŜ serdecznie zmęczony ciągłym przeŜuwaniem swoich własnych
problemów. Dlatego chciałbym teraz poznać kłopoty innych.
- Ale ja nie mam Ŝadnych kłopotów.
- No to posłucham opowieści o twoim szczęśliwym
Ŝ
yciu! To teŜ moŜe dobrze
mi zrobić.
Maya roześmiała się głośno.
- Skoro tak nalegasz... Od czego by tu zacząć... No więc, moje dzieciństwo tu, na
Kyrkudden, przebiegało szczęśliwie. Byłam trochę odludkiem i lubiłam chodzić własnymi
drogami, ale miałam teŜ przyjaciół. Ojciec, zawsze taki dobry dla mnie, zabierał mnie często
ze sobą do swoich pacjentów, poniewaŜ chciał, Ŝebym została tak jak on weterynarzem.
Jednak nie zostałam...
- Dlaczego?
- Nie miałam odpowiedniego stosunku do zwierząt. Kiedy widziałam jakieś chore
stworzenie, nie mogłam potem dojść do siebie przez parę dni, bo cierpiałam razem z nim.
- Rozumiem. Ktoś taki chyba rzeczywiście nie powinien zostawać weterynarzem. A
twoja mama?
- Mama to zupełnie co innego... Co mam o niej powiedzieć? Zajmowała się mną we
wzorowy sposób, lubiła się mną chwalić i Ŝyła wyłącznie dla naszej niewielkiej rodziny. I
wtedy nadszedł ten dzień...
- Kiedy twój ojciec was opuścił? To musiał być szok dla was obu. Chyba szczególnie
dla ciebie?
- Tak, to prawda. Ale mama teŜ juŜ nigdy nie doszła do siebie. A moŜe ona przez cały
czas jest sobą? Ona jest... Wybacz, nie chciałabym o niej mówić źle, ale muszę przyznać, Ŝe
Ŝ
ycie z nią wcale nie jest łatwe.
- Rozumiem. Jak to się stało, Ŝe pozwoliła ci wyjechać?
- Po prostu... nie mogłam juŜ dłuŜej wytrzymać. Groziła mi, Ŝe umrze, jeśli ją
zostawię, ale ja musiałam wyzwolić się od niej, bo w przeciwnym razie zdusiłaby moją
osobowość. Nie wolno mi się było nigdzie ruszyć, wyobraŜasz to sobie? „Wychodzisz?”
„Gdzie ty się podziewałaś, tak bardzo się o ciebie bałam”. „Kiedy spóźniasz się choćby
dziesięć minut, cały obiad, nad którym się tak napracowałam, jest do wyrzucenia”. Jeśli w
odpowiedzi wyjaśniłam, Ŝe nie zdąŜyłam na autobus, ona musiała oczywiście wiedzieć
dlaczego. Uff! To paskudne, co teraz robię. Siedzę tu i wymyślam na osobę w gruncie rzeczy
bardzo kochaną i na dodatek tak nieszczęśliwą.
Simon powiedział z wahaniem:
- Czy była taka juŜ wcześniej? MoŜe to nie tylko ojciec ponosi winę za rozpad
małŜeństwa?
- Sama nie wiem - odparła Maya. - Naprawdę nie wiem. Trudno jest patrzeć na swych
rodziców zupełnie obiektywnie, rozumiesz, co mam na myśli?
- Oczywiście. A ty? Opowiedz mi jeszcze coś o sobie!
Maya zamilkła, zastanawiając się, co mogłaby dodać.
Simon odkrył zaskoczony, Ŝe nie potrafi zapomnieć o czymś, co Maya wyjawiła mu
wcześniej. Nie mógł wprost uwierzyć, Ŝe ona jest dziewicą. Wiedział, Ŝe zostało mu niewiele
Ŝ
ycia. Ale gdy tak siedział naprzeciw niej, pragnął, by to właśnie on, przed swą śmiercią, był
tym męŜczyzną, który uczyni z niej kobietę.
To przeraŜające! Na wskroś egoistyczne! Jak mógł w ogóle myśleć o tym, by postąpić
w ten sposób, on, który i tak nigdy się z nią nie oŜeni, który nawet jej nie kocha, tylko dobrze
się czuje w jej towarzystwie. Ale jeśli nie zdoła odzyskać Gitte...
Simon poczuł się paskudnie. Oto Maya siedzi naprzeciwko niego pełna ufności, nie
przeczuwając nawet, Ŝe jest zdolny do takich myśli. Tak, Maya jest dziewicą. CóŜ to za
staromodne słowo! Ale ona rzeczywiście nawet wygląda trochę staromodnie, wierna swemu
zupełnie nienowoczesnemu stylowi. Mimo to sprawia wraŜenie osoby energicznej i zaradnej
Ŝ
yciowo. ChociaŜ nie ma delikatnej i finezyjnej urody Gitte, wydaje się bardziej niewinna.
Prawdopodobnie to przez ten jej dziecinny wygląd.
W skrócie przedstawiła mu swój Ŝyciorys:
- Co by ci tu jeszcze powiedzieć? Chodziłam do szkoły kreślarskiej, potem uczyłam
się rysować mapy i w gruncie rzeczy tylko tyle udało mi się zdziałać po zakończeniu szkoły.
Ze względu na mamę nigdzie nie wyjeŜdŜałam. Ona jest do wszystkiego nastawiona
negatywnie i nie ma na nic ochoty. Mówiąc krótko: po prostu brak jej radości Ŝycia. Nigdy
nie chciała wybrać się ze mną na południe, dlatego nie byłam dalej niŜ w Danii.
- A nie mogłaś podróŜować sama?
- Bez niej? Skąd! PrzecieŜ dostałaby ataku serca albo jeszcze co innego. Absolutnie
zabroniła mi opuszczania Oslo. Mój wyjazd oznaczałby jej śmierć.
Simon zagryzł wargi.
- ToteŜ teraz gnębią mnie wyrzuty sumienia - zakończyła Maya.
- Czy rozmawiałaś juŜ z nią po twoim przyjeździe tutaj?
- Tak, zadzwoniłam do niej. Chciałam ją uspokoić, Ŝe zajechałam na miejsce
szczęśliwie. Ale niezbyt ją to interesowało, poniewaŜ akurat martwiła się tym, Ŝe nie moŜe
pójść do zakładu energetycznego i uzyskać obniŜki za prąd.
- Czy ona nie moŜe chodzić?
- MoŜe, oczywiście, Ŝe moŜe, ale boi się pokazać między ludźmi, poniewaŜ uwaŜa, Ŝe
wszyscy wiedzą o jej hańbie, to znaczy o tym, Ŝe odszedł od niej mąŜ.
Simon wyciągnął rękę ponad stołem.
- Biedaczko, widzę, Ŝe nie miałaś łatwego Ŝycia - powiedział ciepło.
Nagle Mayę znowu ogarnęły wyrzuty sumienia.
- Nie powinnam narzekać na moją mamę. Jest przecieŜ taka dobra i kochana.
- WyobraŜam sobie - bąknął Simon.
Nagle zamarł w bezruchu, a jego twarz poczerwieniała.
- Do licha - szepnął. - A to ci pech!
- Co się stało?
- Gitte.
Mayę ogarnęła wściekłość.
- Czy mam sobie pójść?
- Nie, nie, najmocniej cię przepraszam, źle mnie zrozumiałaś.
Nie chciała być niedyskretna, ale nie mogła się powstrzymać i odwróciła głowę. Do
sali weszła grupa osób. Więcej nie zdołała dostrzec.
- To jej ojciec i jeszcze paru znajomych - bąknął Simon.
Maya nie wiedziała, co ma ze sobą począć.
- Doskonale rozumiem, Ŝe ta sytuacja jest dla ciebie bardzo niezręczna, ale niestety nie
potrafię zapaść się pod ziemię, choćbym nie wiem jak tego chciała ze względu na ciebie.
- Będzie co ma być. Tylko jak teraz przekonam ją o tym, Ŝe moŜe wierzyć w moje
słowa?
- UwaŜam, Ŝe nie jesteś jej nic winien - powiedziała Maya trochę szorstko.
Simon spojrzał na nią nieco uraŜony. Maya, ogarnięta bezsilną wściekłością, myślała,
Ŝ
e zaraz wybuchnie.
- Zobaczyła nas - wymamrotał Simon. - Zatrzymała się, chce wyjść, biedna. Ale ojciec
obejmuje ją ramieniem i patrzy na nas z surowym wyrazem twarzy.
Maya, chcąc się uspokoić, wciągnęła głęboko powietrze.
- Co teraz robią?
- Idą w naszą stronę. Ojciec i ona.
- Tylko spokojnie, Simonie, spokojnie. Mamy czyste sumienie.
W tym momencie usłyszała kroki za swoimi plecami.
ROZDZIAŁ VI
Simon podniósł się z krzesła. Maya odwróciła powoli głowę.
Stali przed nimi ojciec i córka. On, dojrzały męŜczyzna, wyglądający na
zadowolonego z siebie, miał czerwoną twarz z irytacji lub od nadmiernego picia - tego Maya
nie potrafiła rozstrzygnąć. Ona była jasnowłosą pięknością o nieco ostrych rysach (coś
takiego potrafiły dostrzec tylko inne kobiety). Miała niebieskie oczy, pociągłą, subtelną twarz
o zgrabnym nosie i niewielkich ustach.
Głos zabrał ojciec:
- Czyli to jednak prawda. Mimo twych zapewnień wiedzieliśmy przez cały czas, Ŝe to
nie kłamstwo. Ale Ŝeby pokazywać się tutaj razem... To juŜ naprawdę szczyt bezczelności!
Po czym odwrócił się na pięcie i, mocno chwyciwszy córkę za rękę, odszedł.
Maya kipiała. Zerwała się z krzesła, lecz Simon zatrzymał ją w miejscu.
- Nie tutaj - poprosił cicho. - Nie publicznie, po co nam to.
Opadła znowu na krzesło. Wydawało się, Ŝe siedzący wokół goście nie zwrócili uwagi
na niemiły epizod, poniewaŜ wszyscy nadal pogrąŜeni byli w rozmowie. Ojciec Gitte i reszta
towarzystwa przeszli do następnej sali.
Deser nie smakował juŜ ani Mai, ani Simonowi.
Po dłuŜszym milczeniu Simon spytał z czułością w głosie:
- Teraz pewnie rozumiesz, dlaczego tak bardzo nie chcę jej stracić?
Wściekłość ciągle jeszcze nie opuściła Mai.
- Nie, nie rozumiem - rzuciła rozgorączkowana. - PoniewaŜ twoja Gitte i ta, którą
znałam, to jedna i ta sama osoba. Nieznośna, nadęta ropucha z językiem ostrym jak liść
kaktusa!
Maya zdawała sobie sprawę, Ŝe być moŜe jej uraza spowodowana tym, iŜ kiedyś
nazwano ją ocięŜałą niezdarą, jest śmieszna, ale awersja odczuwana przez nią w stosunku do
Gitte była czymś więcej niŜ tylko reakcją na zranioną dumę. Nie znosiła jej od samego
początku, ledwie ją zobaczyła, a Gitte Svendsen prawdopodobnie natychmiast to wyczuła i
przeszkodziła jej w zostaniu tancerką. Ich niechęć była chyba zatem wzajemna.
Simon wyglądał na głęboko uraŜonego.
- Nie znasz jej. Jest krucha i wraŜliwa jak kotka. Nie powinnaś...
- No właśnie! To doskonałe określenie. Ona tak jak kotka ma pazury zawsze gotowe
do ataku.
- Jesteś teraz niesprawiedliwa. - Na twarzy Simona malowały się złość i napięcie. -
PrzecieŜ to ona odeszła jako pierwsza właśnie dlatego, Ŝebyśmy nie ranili się nawzajem.
- Tyle tylko, Ŝe ja nie widzę powodu do odejścia. UwaŜam, Ŝe to tchórzostwo i czysty
egoizm dawać posłuch plotkom i pomówieniom i przejmować się tym, co pomyślą sąsiedzi,
zamiast okazać lojalność własnemu męŜowi.
- Myślę, Ŝe znam swoją Ŝonę lepiej niŜ ty - odparł Simon lodowatym głosem.
Maya zorientowała się, Ŝe posunęła się za daleko. Lecz jej nieposkromiony
temperament nierzadko płatał jej takie właśnie figle. Westchnęła zrezygnowana.
- W porządku, przepraszam. Pomogę ci w odnalezieniu tych wstrętnych plotkarzy i w
oczyszczeniu się w jej oczach. Ty odzyskasz Ŝonę, a ona będzie mogła się pochwalić wolnym
od zarzutów, zrehabilitowanym męŜusiem, który wielbi jedynie swoją Ŝoneczkę i nigdy nie
zwraca uwagi na inne kobiety. Tylko nie zrzucaj potem winy na mnie, jeśli kiedyś tego
będziesz Ŝałować!
- Raczej nie starczy mi juŜ na to czasu - powiedział Simon zgaszonym głosem.
Maya natychmiast spowaŜniała.
- Czy ona wie? - spytała, zawierając w tych słowach całe swe współczucie.
- Oszalałaś! Prosiłem na wszystko Stena, Ŝeby nic jej nie mówił.
- Czy oni dobrze się znają?
- Tak, naturalnie! Sten i ja jesteśmy przyjaciółmi od wielu lat. On był świadkiem na
naszym ślubie.
- To moŜe ja powinnam jej powiedzieć o twojej chorobie?
- Jeśli to zrobisz, zabiję cię! Nie chcę, Ŝeby wróciła do mnie z litości!
- Rozumiem. Ale przecieŜ... Ojej, jak późno, a ja jutro rano muszę być w pracy...
- Odwiozę cię do domu.
Simon nawet nie zerknął w stronę sali, do której weszła Gitte i pozostali. Maya
doskonale rozumiała, ile musiało kosztować go to, Ŝe tutaj, w Mark, zobaczono go z Maren
Grandseter. Teraz będzie im obojgu jeszcze trudniej przekonać tę ubóstwianą przez niego i
zadzierającą nosa laleczkę.
Maya wielkim wysiłkiem woli stłumiła znowu w sobie wściekłość, jaka ogarniała ją
na samą myśl o Gitte Svendsen.
W samochodzie Simon był dość milczący. Ale gdy dojechali do Kyrkudden,
uśmiechnął się przyjaźnie do Mai.
- Dziękuję ci za miły wieczór!
- Miły? - powtórzyła ze zdziwieniem.
- Oczywiście, jeśli pominąć pewien krótki epizod. Czy to jest droga do opuszczonego
kościoła?
- Tak, właśnie wzięli się wreszcie za jej naprawianie.
- Szkoda, miałem ochotę go obejrzeć. Myślałem o tych szeptach, o których mi
mówiłaś. MoŜna by sprawdzić, co to było.
Czemu nie? Wyprawa razem z Simonem nie wydawała się juŜ taka straszna.
- Teraz?
- Jasne. Północ to chyba najlepsza pora na podsłuchiwanie duchów.
- To moŜe być ciekawe - powiedziała Maya.
- Podjedziemy samochodem tak daleko, jak się da, a pozostały odcinek drogi
przejdziemy na piechotę. Ojej, zupełnie zapomniałem, przecieŜ ty jutro rano idziesz do
pracy... wracajmy...
- Co tam praca! - wykrzyknęła z entuzjazmem. - Za nic w świecie nie przepuszczę
takiej okazji.
PodłuŜna, szara bryła kościoła rysowała się niewyraźnie na tle nieba w zmierzchu
letniego dnia. Gdyby Maya była sama, nigdy nie odwaŜyłaby się na taką eskapadę. Ale razem
z Simonem...
Zupełnie bezwiednie chwyciła go za rękę, a on lekko ją uścisnął. Uśmiechnął się
nieznacznie, niewątpliwie dobrze czuł się w roli opiekuna i obrońcy. Było to z pewnością
miłe doznanie dla kogoś takiego jak on, kto właściwie rozstawał się juŜ z Ŝyciem.
- Wiem, jak moŜna wejść do środka - szepnęła Maya.
- Chyba nikt tu nas nie słyszy - rzekł Simon, spokojny i opanowany.
- Masz rację, wcale nie musimy szeptać, przepraszam.
- Nie przepraszaj ciągle za wszystko, co robisz. To zaczyna juŜ brzmieć zabawnie.
- Rzeczywiście. Przepraszam.
Oboje wybuchnęli śmiechem.
Maya poprowadziła Simona do tylnych drzwi wejściowych, przez które wślizgnęli się
do środka.
Atmosfera panująca w kościele była teraz, nocą, jeszcze bardziej niesamowita. Ciemne
wnętrze tchnęło grozą i tajemnicą. Maya wyobraziła sobie, Ŝe w ławkach od dawien dawna
siedzą duchy zmarłych i Ŝe to właśnie ich głosy słyszała podczas swej ostatniej wizyty tutaj.
- Gdzie wtedy stałaś, kiedy usłyszałaś te szepty? - spytał Simon przytłumionym i
pełnym powagi głosem.
- Na chórze.
- To chodźmy tam.
- A jeśli zawali się pod nami? Ten kościół cały się sypie.
- Wytrzyma, bez obaw.
Nie puszczając nadal ręki Simona, Maya ostroŜnie stąpała za nim po schodach. Gdy
juŜ znaleźli się na górze, deski podłogi zaskrzypiały złowróŜbnie pod ich stopami, wywołując
echo w całym kościele. Zatrzymali się przy balustradzie, nasłuchując i czekając.
Wszędzie jednak panowała cisza. Śmiertelna cisza.
- Powinny juŜ straszyć - bąknął Simon. - Minęła dwunasta.
Maya instynktownie przysunęła się bliŜej niego. W kościele było nadal cicho jak
makiem zasiał. Nie udało im się przywołać choćby najmniejszego ducha.
Ś
wiatło samochodowych reflektorów rozświetliło na chwilę niebo za lasem i po chwili
zgasło. Ktoś wjeŜdŜał pod górę na małe wzniesienie u stóp Kyrkudden. Jeszcze jeden nocny
marek wracał do domu...
- A skąd dochodziły wtedy te odgłosy? - spytał Simon szeptem.
- śebym to ja wiedziała! Odniosłam wraŜenie, jakby gdzieś z dołu, z podziemi.
- Z podziemi? PrzecieŜ tu nie ma podziemi.
- Wiem, ale tak mi się zdawało. Potem słychać je było takŜe z zakrystii, pamiętam, Ŝe
poszłam w tamtą stronę, ale drzwi okazały się zamknięte.
- Od strony kościoła?
Maya zawahała się.
- T... tak, chyba tak. - Po chwili zastanowienia powiedziała zdecydowanie: Tak, od tej
strony.
- Wobec tego zejdźmy i sprawdźmy!
Tym razem on sam wziął ją za rękę i sprowadził na dół. Jego dłoń była ciepła i Ŝywa.
A czego się spodziewała? śe naznaczona jest śmiercią tak bardzo, Ŝe da się to odczuć wręcz
przez dotyk?
Och, Simon, ty nie moŜesz umrzeć! Nie ty!
Klucz tkwił w drzwiach do zakrystii od wewnętrznej strony. Simon jednak wpadł na
inny pomysł.
- Zakrystia ma zawsze dodatkowe drzwi wyjściowe...
- W tym kościele nie ma.
- Na pewno są. Szukałaś?
- Tak...
Maya zamilkła. Czy ona właściwie była w tej części kościoła? W tej, która wychodziła
na morze? Nie, nie była, poniewaŜ wiedziała, Ŝe od tej strony kościelne mury bardzo się
zapadają.
- Mówiąc szczerze, nie jestem pewna - przyznała, wyjaśniając jednocześnie powód.
- Szkoda, Ŝe nie mamy latarki - rzekł Simon. - Ale musimy dać sobie radę i bez niej.
Chodź, wyjdziemy na zewnątrz i sprawdzimy!
Maya ruszyła za nim, posłuszna mu i trochę rozbawiona. Lubiła takie przygody. Ale
oczywiście pod warunkiem, Ŝe towarzyszył jej silny, odwaŜny męŜczyzna...
Kiedy ostroŜnie stąpając przez cmentarz wyszli zza rogu kościoła od strony morza,
przerazili się.
- BoŜe drogi! - westchnął Simon. - PrzecieŜ te ściany się walą! A my byliśmy w
ś
rodku!
Rzeczywiście wyglądało to nie najlepiej. Cmentarz osuwał się ku morzu, krzyŜe na
jego obrzeŜach przekrzywiły się, a woda w niektórych miejscach wyŜłobiła głębokie nisze.
Sięgała niemal samego kościoła, gdzieniegdzie była juŜ nawet pod nim.
- To musiało się stać ubiegłej wiosny - powiedziała Maya.
- Popatrz, tam, po drugiej stronie są drzwi - wskazał Simon. - Widzisz je?
- Tak. Powinno się nam udać do nich dojść. Musimy tylko obejść kościół dookoła.
- No, to chodźmy.
Ruszyli z miejsca, przemieszczając się niezbyt pewnym krokiem wzdłuŜ ściany do
niewielkich drzwi. W kaŜdej chwili ziemia mogła usunąć się spod ich stóp. Ale na szczęście
nic takiego się nie stało i Simon, jedną ręką trzymając mocno Mayę, aby nie upadła, drugą
lekko pchnął drzwi.
Były otwarte.
- Przydałaby nam się jednak latarka - szepnęła Maya, gdy ostroŜnie wchodzili do
przepełnionego zapachem stęchlizny pomieszczenia wyłoŜonego drewnem. Czy była to sień,
czy sama zakrystia, tego, niestety, rozpoznać nie mogli.
- Mam zapałki - powiedział Simon. - Chyba powinna się tu znaleźć jakaś świeca.
Po chwili rozbłysł słaby płomyk zapałki. Simon otworzył jeszcze jedne drzwi i, jak się
okazało, dopiero wtedy znaleźli się w zakrystii. Tak jak przypuszczał, stały tam wspaniałe
drewniane świeczniki. Po chwili ciepłe światło zalało małe pomieszczenie.
- No tak - stwierdził lakonicznie Simon, wskazując na podłogę w rogu zakrystii. -
Masz te swoje głosy!
Maya zaniemówiła na chwilę.
- No nie! To niesłychane! Do czego ludzie są zdolni! śeby w zakrystii...
Nie było najmniejszych wątpliwości, w jakim celu wykorzystywano to pomieszczenie:
jako miejsce miłosnych schadzek.
- MoŜna by to nazwać świętokradztwem - rzekł Simon.
- Wyjdźmy stąd, to odraŜające.
- Poczekaj, musimy spróbować ustalić, kto tu bywa.
- Po co? To czyjeś prywatne Ŝycie, nie chcę w nim węszyć.
Ale on juŜ zaczął przyglądać się rzeczom na podłodze w rogu.
- Przypuszczam, Ŝe spotyka się tu nie byle kto - powiedział. - Bielizna pościelowa jest
bardzo elegancka.
- Ja nazwałabym tych ludzi raczej byle kim - odparła Maya, zdegustowana widokiem,
jaki tam zastała.
Simon schylił się i podniósł coś z podłogi.
- Co znalazłeś?
- Długopis. Chyba wypadł komuś z kieszeni. Dobrej jakości, na pewno kosztował
więcej niŜ dwie korony. Chodź, idziemy stąd. Ja teŜ źle się tu czuję.
Otoczywszy ją ramieniem, wyszedł razem z nią na zewnątrz.
- Zagadka została rozwiązana - westchnęła z ulgą Maya. - Gdyby z równą łatwością
udało się nam rozwiązać teŜ tę drugą, to...
Gdzieś z gęstwiny lasu dobiegło nagle pohukiwanie sowy. Maya, przestraszywszy się,
mimo woli sięgnęła znowu po rękę Simona.
Simon przyciągnął ją do siebie.
- Piękna z ciebie dziewczyna - powiedział ciepło. - Szkoda, Ŝe nie spotkałem cię
wcześniej.
- Jeszcze przed Gitte? - nie zdołała się powstrzymać.
- Tak. Ale zastanawiam się, jak wtedy potoczyłoby się nasze Ŝycie. Gdybym spotkał
Gitte po tobie. Byłby wtedy problem.
Maya nic nie mogła na to poradzić, ale słysząc imię tej kobiety, traciła panowanie nad
sobą.
- Hipotetyczne teorie mnie nie bawią - prychnęła uraŜona. - Doskonale wiem, Ŝe nie
jestem godna zawiązać jej nawet sznurowadeł, ale to nie znaczy, Ŝe nic nie czuję. Owszem,
czuję, a ty wykorzystujesz to, Ŝeby mnie poniŜyć.
Simon zatrzymał się nagle. Popatrzył na nią zdziwiony.
- AleŜ Mayu - szepnął. - Za bardzo bierzesz to sobie do serca.
Dziewczyna westchnęła rozgoryczona.
- Myślałam, Ŝe uda mi się tak zwyczajnie, po przyjacielsku, sprawić, Ŝeby twoje
ostatnie tygodnie były miłe i ciepłe i Ŝebyś zapomniał o wszystkim, ale ty nie robisz nic
innego, tylko ciągle paplesz o tej zimnej plastykowej lalce. Doprowadziłeś wreszcie do tego,
Ŝ
e się zdemaskowałam. TakŜe przed samą sobą, bo nawet nie zdawałam sobie sprawy, Ŝe tak
duŜo dla mnie znaczy to, co ty...
Łzy nie pozwoliły jej dopowiedzieć wszystkiego do końca. Rzuciła się do ucieczki.
Simon dogonił ją natychmiast i zamknął w swych ramionach, mimo Ŝe ona zaŜarcie
się przed nim broniła.
- Proszę cię, uspokój się! - wycedził przez zęby. - Nie przyszło ci do głowy, Ŝe moŜe
ja ciebie teŜ lubię?
- TeŜ, no właśnie! Sam to mówisz. Mnie teŜ lubisz. Oprócz Gitte.
- PrzecieŜ nie to miałem na myśli i ty dobrze o tym wiesz. Czy chcesz poznać prawdę?
Maya poczuła nieodpartą ciekawość. Wszystko to działo się w cudownej scenerii -
niedaleko na pustym cyplu stał opuszczony kościółek, a przed nimi rozciągało się bezkresne
morze. Znajdowali się w świecie jedynym i niepowtarzalnym. Ludzie byli dopiero za lasem,
lecz niewiele ich obchodzili.
- Czy mogę zatem usłyszeć tę prawdę?
- Kiedy wyznałaś mi, Ŝe jesteś dziewicą, zapragnąłem, bym to ja... Ale oczywiście od
razu odrzuciłem to niedorzeczne pragnienie. Człowiek nie powinien być tak okrutny i
samolubny.
Maya doskonale rozumiała, co miał na myśli. Nie potrafiła mu jednak odpowiedzieć.
Wprost oniemiała na samo wyobraŜenie ich dwojga razem.
- Najlepiej będzie, jeśli pójdziemy juŜ do domu - pisnęła, poniewaŜ głos odmówił jej
nagle posłuszeństwa.
Simon jednak nadal mocno ją trzymał. Po chwili pocałował ją lekko w czoło. Tylko w
czoło.
- Masz takie czyste i piękne czoło - szepnął nie bez wzruszenia. - Bardzo bym chciał
być z tobą przez te ostatnie tygodnie. Po przyjacielsku. Ale jeśli stanę się dla ciebie cięŜarem,
wtedy skończymy naszą znajomość. Zgadzasz się?
- Nie. Po pierwsze, nie będziesz dla mnie Ŝadnym cięŜarem, a po drugie, ty mnie
potrzebujesz.
Simon pomyślał o tabletkach, które zawsze nosił przy sobie. O tych, które miały
skończyć wszystko, szybko i bezboleśnie.
- Wiesz co, Mayu? Za kaŜdym razem, kiedy się spotykamy, podobasz mi się coraz
bardziej. JuŜ w pociągu podobałaś mi się szalenie.
A więc moŜesz zapomnieć o Gitte? pomyślała Maya. Miała się jednak na baczności,
by nie wspomnieć o niej głośno.
Mocno objęci szli przez las z powrotem do samochodu.
- Powiedz mi, czy ty nigdy się nie załamujesz?
- Owszem - odrzekł powoli. - Kiedy jestem sam, popadam w przygnębienie. Ale nie
obawiaj się. Nie będę cię zamęczać swoimi zgryzotami.
- Nie obawiam się. Chciałabym, Ŝebyś był po prostu sobą, kiedy będziesz razem ze
mną. Na dobre i na złe.
Simon nic nie odpowiedział. Idąc dalej pomyślał, Ŝe Gitte jest zupełnie inna. Zawsze
domagała się, by zachowywać się właściwie. Podziwiał ją za jej pewność siebie i
opanowanie. Potrafiła sprostać kaŜdej sytuacji w Ŝyciu, choć jednocześnie była wzruszająco
bezradna w sprawach praktycznych. Czuł się dumny z siebie, gdy mógł pomóc jej w
przestawieniu regału, w usunięciu popiołu z kominka, w noszeniu cięŜkich bagaŜy. Ona zaś
podziwiała go za to.
Maya tymczasem wydawała się bardziej naturalna w swej nieświadomej kobiecości i
dziecinności zarazem.
Była sobą, nie zdając sobie sprawy z tego, jak się zachowuje. Gitte zaś była
ś
wiadomie bezbronna. Świadomie zraniona, kiedy dosięgły ją plotki. Nieoczekiwanie
narzuciła sobie rolę skrzywdzonej, biednej Ŝony, która zrobiła, co mogła, by uratować chociaŜ
resztki. Postanowiła, Ŝe powinni się rozstać, zanim zanadto siebie zranią. Postąpiła właściwie
i odwaŜnie.
Co za dziwne myśli o Gitte przychodziły mu teraz do głowy. A była przecieŜ taka
ładna. Nikt na świecie nie miał takiej Ŝony. Ich małŜeństwo rozpadło się przez jakiegoś
nieznanego potwora, który nieźle się bawił, obserwując ich tragedię. Biedna Gitte...
Zupełnie mimo woli cofnął rękę z ramienia Mai.
Doszli juŜ do samochodu. Stał zaparkowany na szczycie wzgórza pod samym lasem.
U ich stóp leŜał port w Kyrkudden, wymarły port z wrakami łodzi rybackich i
pozostałościami pomostu. Domy stały rozsiane po całym zboczu wzgórza, dlatego droga
biegła najpierw stromo w dół ku muldzie przy porcie, a następnie znowu w górę ku głównej
szosie prowadzącej do Mark.
- Siadaj - powiedział nieuzasadnienie oschle, zły na siebie samego.
Maya usiadła posłusznie, nie mówiąc ani słowa. ZauwaŜyła, Ŝe Simon stał się nagle
zupełnie inny, przypuszczała jednak, Ŝe zmienił się pod wpływem myśli o chorobie. Biedny
Simon, ubolewała w duchu, mechanicznie napinając pasy.
Uruchomił silnik, nadal nie odzywając się ani słowem. Samochód ruszył z miejsca.
Jechał coraz szybciej. Simon nacisnął na hamulce.
- Nie działają hamulce!
- Co ty mówisz?!
Próbował zaciągnąć hamulec ręczny. Niestety, on teŜ nie stawiał oporu.
- Jezus Maryja, Mayu!
- Pędzimy prosto w dół! Czy mam odpiąć pasy? - krzyknęła.
- Nie, trzymaj się mocno, spróbuję zatrzymać się przy tartaku.
Samochód pędził jak szalony po pochyłym zboczu. Maya siedziała wyprostowana i
sztywna, mocno przyciskając plecy do oparcia fotela i opierając ręce na desce rozdzielczej.
Panie BoŜe, ja nie chcę wpaść do wody. Spraw, Ŝeby się tak nie stało. To jedyna rzecz, której
zawsze się bałam.
Byli juŜ na dole przy wjeździe do tartaku. Simon gwałtownie skręcił kierownicę w
lewo. Przez ułamek sekundy obojgu przebiegła przez głowy przeraŜająca myśl, Ŝe być moŜe
nie działa takŜe ona. Na szczęście mylili się.
Samochód skręcił tak raptownie, Ŝe przez chwilę sądzili, iŜ się wywróci. Nie zdołali
jednak wjechać na drogę prowadzącą do bramy, lecz pędzili prosto przed siebie, wymijając
pnie drzew, dziury w ziemi i rozmaite rupiecie porozrzucane wokoło.
Maya krzyknęła głośno, widząc, Ŝe nie uda im się uniknąć wjechania prosto w szopę.
Nagle zrobiło jej się czarno przed oczami. Nie wiadomo, czy zdąŜyła jeszcze poczuć
ból czy nie. Tego nie wiedziała nawet ona sama.
ROZDZIAŁ VII
Na szczęście straciła przytomność nie na długo. MoŜe zaledwie na kilka sekund.
Ocknęła się, słysząc pytanie Simona:
- Mayu, Mayu, czy nic ci się nie stało?
W jego głosie dał się wyczuć prawdziwy strach. Przez chwilę miała ochotę udać
nieprzytomną tylko po to, aby usłyszeć jeszcze więcej. Mimo to szybko otworzyła oczy.
- Jak się czujesz? - powtórzył pytanie.
- Nie wiem. Wszystko zrobiło się nagle czarne.
- Uderzyliśmy całkiem nieźle. Myślisz, Ŝe nic ci się nie stało?
- Tak mi się wydaje. Ale nie jestem pewna, okaŜe się potem. Dlaczego zemdlałam?
- Chyba uderzyłaś głową o przednią szybę.
- A ty? Czy wszystko w porządku?
- Tak, jakoś dałem sobie radę. Trochę tylko boli mnie kolano.
- Jakie to szczęście, Ŝe udało ci się tak ładnie z tego wybrnąć!
- Ładnie? - prychnął Simon. - PrzecieŜ samochód do połowy tkwi w środku szopy.
- Wolę juŜ to niŜ leŜeć na dnie morza.
- Niewątpliwie masz rację. Co teraz zrobimy? - spytał nie bez goryczy.
Maya zastanawiała się głośno:
- Mógłbyś oczywiście przenocować u mnie, ale to chyba nie jest najlepszy pomysł. Z
wielu powodów.
- Myślę, Ŝe powinniśmy unikać takich sytuacji. MoŜe mogłabyś zadzwonić po jakiś
samochód?
- Sama nie wiem... Musiałabym obudzić gospodynię. A ona nie jest dla mnie
specjalnie miła. Zna plotki na nasz temat. Lecz jeśli chcesz, oczywiście to zrobię.
- Nie, nie zawracaj sobie głowy, dość juŜ znosiłaś nieprzyjemności z mojego powodu.
- Tylko w ostatnim czasie - bąknęła Maya. - Ale to nic, jestem odporna.
Z okolicznych domów biegło kilku niekompletnie ubranych ludzi.
- Co się stało? - krzyczeli.
Simon wysiadł z samochodu.
- Hamulce zawiodły - powiedział krótko. - Czy macie telefon?
- Tak.
- Czy mógłby pan zadzwonić po policję? I po taksówkę? Albo nie, wolę sam poczekać
na policję.
- A pani nic się nie stało? MoŜe wezwać pogotowie?
Maya wygramoliła się nie bez wysiłku z auta.
- Nie trzeba, dziękuję, uderzyłam o szybę, ale niezbyt mocno. Mieszkam tu niedaleko,
zaraz pójdę do domu i połoŜę się do łóŜka. To mi najlepiej zrobi.
- Rzeczywiście, teraz panią poznaję. - MęŜczyzna zawahał się. - Jeśli nikt nie jest
ranny, to policja chyba nie przyjedzie.
- Istotnie, nikt nie odniósł powaŜniejszych obraŜeń, ale to była próba zabójstwa.
Wszystkie przewody hamulcowe są poprzecinane - oznajmił chłodnym głosem Simon.
- O BoŜe! JuŜ biegnę!
MęŜczyzna zniknął, jego Ŝona zaś zajęła się Mayą. Trochę kręciło jej się w głowie.
Tak bardzo chciałaby zostać z Simonem, jednakŜe on był nieubłaganie surowy.
- Nie naleŜy lekcewaŜyć wstrząsu mózgu. Nie chcę cię mieć na sumieniu. Jutro po
południu przyjadę po ciebie do biura.
Uczynna kobieta wyprowadziła swój samochód z garaŜu i odwiozła poszkodowaną.
Gdy Maya zamierzała się połoŜyć, ujrzała światła policyjnych radiowozów.
Przypomniała sobie wtedy blask reflektorów, który widzieli z opuszczonego kościółka.
Sądzili, Ŝe to ktoś wracał tak późno do domu na Kyrkudden. Mylili się. Ten samochód jechał
z powrotem. Samochód sprawcy?
Przez chwilę zastanawiała się, czy nie pobiec do tartaku i nie powiedzieć policji o
swym odkryciu, była jednak zbyt zmęczona, by to uczynić. Poza tym znajdowała się w szoku,
wywołanym raczej nie bezpośrednio uderzeniem, lecz przeraŜeniem, Ŝe ktoś chciał wyrządzić
im krzywdę.
A właściwie Simonowi. Zsunęła na bok firanki, by lepiej widzieć. W oddali, przy
porcie, dostrzegała ludzi ruszających się w jaskrawym świetle samochodowych reflektorów.
Wśród nich był teŜ Simon. MoŜe powinna go poprosić, by zamieścił w gazecie anons
obwieszczający, Ŝe zostało mu jeszcze tylko parę tygodni Ŝycia, i w ten sposób udaremnił
ewentualne kolejne zamachy?
To chyba nie był dobry pomysł.
Czas mijał zbyt szybko. Jego Ŝycie dobiegało kresu, a ona nie zdąŜyła mu jeszcze
okazać, jak bardzo jej na nim zaleŜy. Lecz takie demonstrowanie uczuć prawdopodobnie
tylko dotknęłoby go boleśnie. A moŜe powinna się poświęcić, pójść do Gitte i powiedzieć jej:
„Postaraj się być trochę milsza dla Simona, bo on właśnie umiera”?
Nie, tak szlachetna niestety nie jestem, pomyślała wzburzona.
Simon zadzwonił do niej do pracowni. Zarumieniona aŜ po uszy, zarówno z powodu
miłego zaskoczenia, a takŜe z zakłopotania i obawy, co szef powie na prywatną rozmowę w
czasie pracy, wydyszała w słuchawkę nieśmiałe „cześć”.
- Jak się czujesz? - spytał miłym i niezwykle ciepłym głosem.
- Dobrze, nie zauwaŜyłam niczego niepokojącego. Chyba po prostu zostałam trochę
oszołomiona. To wszystko stało się tak szybko i nieoczekiwanie... A jak policja? Co
powiedzieli? Wprost umierałam wczoraj z ciekawości, miałam ochotę nawet wrócić, ale
dałam spokój. Długo to trwało?
- Wygląda na to, Ŝe ktoś chyba rzeczywiście poprzecinał przewody hamulcowe, i
jedne, i drugie. Prawdopodobnie liczył na to, Ŝe wylądujemy w wodzie.
- PrzecieŜ wcześniej czy później wyszłoby na jaw, Ŝe ktoś coś majstrował przy twoim
samochodzie.
- Oczywiście. Ale temu komuś zaleŜało przede wszystkim na tym, Ŝeby skończyć z
nami. A właściwie ze mną. Posłuchaj, czy jesteś w stanie zrobić dla mnie coś trudnego?
- Dla ciebie mogę zrobić wszystko.
- Ale to jest naprawdę trudne. Powiedz, czy jeśli wstąpię po ciebie po pracy, zechcesz
pojechać ze mną do Gitte? Ja muszę, po prostu muszę oczyścić atmosferę i wszystko wreszcie
wyjaśnić.
Było to trudne, zgadzała się z nim w zupełności. Trudniejsze nawet, niŜ sobie
wyobraŜał.
Gdy jej milczenie przedłuŜało się, dodał pospiesznie:
- Jesteś mi tam potrzebna. Bardzo bym cię prosił, Ŝebyś opowiedziała o dwóch
ostatnich latach twego Ŝycia. Ja juŜ z tysiąc razy stawałem przed nią i zapewniałem o swojej
niewinności. Twoje słowa będą miały moŜe większą siłę przekonywania.
- Czy na pewno? Jeśli przyjdziemy razem?
- PrzecieŜ nie pojedziesz tam sama, bo to mogłoby się okazać dla ciebie zbyt przykre.
Gitte odwróciłaby się na pięcie i w ogóle by cię nie wysłuchała.
- A czy to nie o niej mówiłeś przypadkiem, Ŝe to taka wraŜliwa i subtelna osoba? -
spytała Maya dosyć chłodnym tonem.
- Tak, ale nie moŜna wymagać od niej zbyt wiele.
A ode mnie moŜna? pomyślała Maya. Nie, przecieŜ Simon powiedział, Ŝe nie powinna
jechać tam sama.
- Dobrze - odparła krótko. - Pojadę. Tylko moŜe powinnam się przebrać.
- Ty zawsze ładnie wyglądasz, niezaleŜnie od tego, w co jesteś ubrana. Poza tym jakie
znaczenie ma strój?
- Przypuszczam, Ŝe dla Gitte Svendsen dosyć duŜe.
- Ona nie nazywa się Svendsen, tylko Dalen.
- Wszystko mi jedno. Pojadę z tobą, jesteśmy umówieni - Maya skończyła rozmowę i
rzuciła słuchawkę.
Kiedy ona wreszcie nauczy się panować nad emocjami? CzyŜ ta baśniowa Gitte nie
była wzorem samoopanowania? I to właśnie z nią Maya miała się spotkać. A na dodatek
odpowiadać na jej pytania! Zdawać relację z ostatnich dwóch lat swego Ŝycia. Co one mogły
obchodzić tę przeklętą damulkę?
Maya cisnęła ze złością linijkę na stół, aŜ koledzy podskoczyli na krzesłach.
Simon zjawił się o umówionej godzinie, ubrany staranniej niŜ zawsze do tej pory, i
razem wyjechali z miasta, w kierunku przeciwnym do Kyrkudden. Specjalnie na ten dzień
wynajął eleganckie volvo.
- Gdzie oni mieszkają? - spytała Maya.
- Nie wiesz, gdzie mieszkają Svendsenowie? - odparł zdumiony. - Myślałem, Ŝe
wszyscy ludzie znają ich ogromną stadninę.
- Nie obracam się w tych kręgach - powiedziała bardziej oschle, niŜ zamierzała. -
Czyli oni teŜ zajmują się końmi? Jak twój ojciec.
- Właśnie dzięki nim Gitte i ja się spotkaliśmy. Ojciec i Svendsen, jako starzy
koniarze, znali się juŜ od dawna. A ja poznałem Gitte...
- Oszczędź mi tych detali - rzekła Maya.
Nie dodał juŜ ani słowa. MoŜe wreszcie zrozumiał.
ZbliŜali się do domu przypominającego arystokratyczną posiadłość, ogromnego i
jasnego, połoŜonego na wzgórzu.
- A więc to tutaj oni mieszkają - odezwała się Maya. - Tak, znam ten dom bardzo
dobrze, byłam tu jako dziecko, razem z ojcem. Tutaj zawsze było pełno koni, to prawda. Ale
nie miałam pojęcia, Ŝe to dom Svendsenów. Nic mi jeszcze nie powiedziałeś, co ustaliła
policja?
Simon skręcił w drogę prowadzącą ku posiadłości. Bardzo wprawnie, jakby robił to
wiele razy przedtem.
Trzymaj się, Ŝadnego ubolewania nad sobą, mobilizowała się Maya.
- Właściwie to nic szczególnego. Uznaliśmy zgodnie, Ŝe nie naleŜy informować o tym
prasy. Nie chciałbym, Ŝeby mój teść wyczytał w gazetach jakieś kolejne sensacje dotyczące
mojej osoby.
- O BoŜe - bąknęła Maya zrezygnowana.
Jakiś młody chłopak poinformował ich, Ŝe Gitte znajduje się na jednym z wybiegów i
trenuje młodą klacz.
- Świetnie - powiedział Simon, kierując się od razu w tamtą stronę. - Dzięki temu
unikniemy spotkania z jej ojcem, który nigdy nie daje jej dojść do głosu, kiedy próbuję
rozmawiać z nią o wszystkich tych nieporozumieniach. To tylko jego wina, Ŝe między mną a
Gitte nie ułoŜyło się na nowo. Ona nie ma nawet moŜliwości, by mnie wysłuchać.
Oczywiście, pomyślała Maya nie bez ironii. A czy to przypadkiem nie ona wyniosła
się z domu? śebyście nie zaczęli zadawać sobie nawzajem bólu? Jakie to słodkie!
Rozczulająco słodkie!
Simon ściskał nerwowo kierownicę. Serce waliło mu jak młotem. Czy Gitte zechce
wreszcie go wysłuchać? Teraz, kiedy przywiózł ze sobą Mayę? Ona powie wszystko bez
ogródek, wyjaśni, jak było. Skoro Gitte nie wierzy jemu, to teraz musi uwierzyć Mai. To
niemoŜliwe, by ktoś, kto mówi z takim przekonaniem, mógł kłamać.
Nawiasem mówiąc, Maya zachowywała się dziwnie. Siedziała cicho na swoim
miejscu, wciśnięta w róg, jakby chciała odsunąć się od niego. Sprawiała wraŜenie dotkniętej.
CóŜ, to nie było zbyt miłe z jego strony, Ŝe postanowił zabrać ją na tę nieprzyjemną rozprawę,
ale naprawdę jej potrzebował i potrafił docenić, Ŝe mu nie odmówiła. Doskonale wiedział, Ŝe
Maya Ŝyczy mu jak najlepiej, nawet jeśli czasami jest dla niego trochę opryskliwa. Wybaczał
jej to jednak, bo przecieŜ ona nigdy jeszcze nie kochała nikogo tak, jak on kochał Gitte, i
dlatego nie mogła zrozumieć, co znaczy dla niego odzyskanie Ŝony, zwłaszcza teraz, kiedy
zostało mu tak niewiele czasu. Gitte dostanie wszystko po nim, odziedziczy jego skromny
majątek.
Uświadomiwszy sobie, jak bardzo Maya pragnie umilić mu jego ostatnie chwile, od
razu pomyślał o niej ciepło. W tej dziewczynie tkwiło tyle dobrego, Simon cieszył się, Ŝe
zdąŜył ją jeszcze poznać.
Jest! Simon dostrzegł Gitte. Siedziała wyprostowana na końskim grzbiecie i jeździła
wkoło po ujeŜdŜalni. Zrobiło mu się ciepło na sercu na jej widok.
ChociaŜ... Po chwili z trudem powstrzymał się od śmiechu. CzyŜ nie wyglądała trochę
zabawnie, kiedy tak podskakiwała to w górę, to w dół, odbijając się od siodła? Oczywiście nie
wynikało to z jej błędu czy nieumiejętności, tylko z nierównego kłusa konia.
Simon zaczerwienił się. Nie chciał, by Maya oglądała Gitte w takiej sytuacji.
Ale Maya wydawała się w ogóle niezainteresowana jeźdźcem. Była zatopiona w
ś
wiecie własnych myśli, jej oczy błądziły gdzieś, rozmarzone.
Simon zatrzymał samochód i oboje wysiedli. Gitte, spostrzegłszy ich, przeszła do
stępa. Po dłuŜszej chwili wahania ruszyła w ich stronę, poruszając się nadal w tym zabawnym
rytmie. Co za przeklęty koń, Ŝe teŜ akurat dzisiaj musiała wybrać sobie właśnie takiego.
Uśmiechnęła się do nich uprzejmie.
- Simon, to ty? - powiedziała, nie zwracając uwagi na Mayę.
- Przyjechaliśmy, Ŝeby z tobą porozmawiać, jeśli oczywiście masz czas.
ś
e teŜ mój głos musi brzmieć tak poddańczo, pomyślał Simon, podczas gdy Gitte
zeskoczyła z konia i oddała go młodej dziewczynie. Praca w stajni była dla wielu nastolatek
spełnieniem marzeń. Zazwyczaj wynikało to z ogromnej miłości do koni, typowej dla tego
wieku, ale niejedna z nich pragnęła teŜ znaleźć się w ten sposób w męskim świecie, w którym
miałaby sposobność spotkać młodych chłopców. Nierzadko jednak nastolatki te doświadczały
ogromnego rozczarowania: spotykały bowiem nie chłopców, tylko znowu dziewczyny.
Simon ściągnął brwi. Ta mała bezbarwna narośl, jaką Gitte miała obok nosa, zawsze
bardzo go rozczulała, uwaŜał ją za czarujący dowód na to, Ŝe nawet najdoskonalsza piękność
moŜe mieć swoje niedostatki. Ale teraz ten defekt jej urody draŜnił go, poniewaŜ patrzył na
Gitte oczami Mai.
- A o czym chcecie rozmawiać? - spytała nieśmiało, zdejmując z głowy - teŜ śmieszny
- jeździecki toczek, spod którego rozsypały się wspaniałe włosy.
Simon nabrał głęboko powietrza.
- Niedawno spotkałem przez przypadek w pociągu Maren Grandseter. Nie znaliśmy
się, ale poniewaŜ siedzieliśmy w jednym przedziale, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, nadal nic
nie wiedząc o sobie, nie mając pojęcia o tym, kto jest kto...
Gitte wyglądała na dość sceptyczną, w wyniku czego Simon stracił rezon.
Na szczęście Maya przyszła mu z pomocą.
- To prawda - potwierdziła z powagą. - Zanim tu przyjechałam, nigdy przedtem nie
słyszałam o tych przedziwnych plotkach dotyczących Simona Dalena i mnie. Ktoś musi wam
bardzo źle Ŝyczyć - albo tylko jednemu z was - ja zaś mogę zapewnić, Ŝe nigdy nie urodziłam
Ŝ
adnego dziecka.
- MoŜe je usunęłaś - rzekła Gitte, wyraźnie bezbronna i przygnębiona.
Simona ogarnęła wściekłość. Dokładnie to samo powiedział wcześniej, lecz gdy teraz
usłyszał te słowa w ustach innej osoby, zrozumiał, jak bardzo musiały boleć.
- To nieprawda - odparł. - Maya w ogóle nigdy dotąd nie utrzymywała bliŜszych
znajomości z męŜczyznami.
Gitte wykrzywiła usta w ledwie zauwaŜalnym ironicznym uśmiechu. Simon czuł, Ŝe
traci panowanie nad sobą. Po co on tu właściwie przyjechał, przecieŜ nie po to, Ŝeby bronić
Mayę! I to przed Gitte! Wszystko było zupełnie na opak. Nie miał pojęcia, jak w tej sytuacji
mógł dojść do jakiegokolwiek porozumienia ze swoją Ŝoną.
Gdy Maya otworzyła usta, on cały dygotał, poniewaŜ nie była to odpowiednia chwila
na jej wyznania.
- Simon poprosił mnie, abym tu z nim przyjechała - zaczęła opanowanym głosem, lecz
on wyraźnie słyszał, Ŝe ów spokój duŜo ją kosztował. - Ma nadzieję bowiem, Ŝe po usłyszeniu
tego, co ja mam do powiedzenia w całej tej sprawie, zrozumie pani, Ŝe wszystkie te
niedorzeczności, o jakie go pomawiano, są wyssane z palca.
Ładne i zatroskane oczy przyglądały jej się uwaŜnie. Ale Maya od razu dostrzegła w
nich lodowato zimny błysk.
- Proszę mi przypomnieć, czy my juŜ gdzieś się nie spotkałyśmy? Czy to nie pani
próbowała kiedyś kształcić się w sztuce tańca jazzowego, nie rozumiejąc, Ŝe nie spełnia pani
podstawowych warunków zarówno pod względem wagi, jak i muzykalności?
- Tak, to ja. Nie uwaŜam jednak, aby nauczycielka na kursie dla amatorów miała
prawo odbierać jego uczestnikom radość z tańca. Nawiasem mówiąc, później uczęszczałam
jeszcze na inny kurs tańca, na którym instruktor był zupełnie innego zdania niŜ pani. Ale
chyba nie o tym miałyśmy mówić. Wydaje mi się, Ŝe pani chyba nie wie, co to jest lojalność
małŜeńska?
- Nie mam najmniejszej ochoty prowadzić z panią dyskusji na temat mojego
małŜeństwa.
- Byliście zaledwie dwa miesiące po ślubie, a pani z powodu zwykłych plotek po
prostu odeszła. W ogóle nie słuchając, co w tej sprawie ma pani do powiedzenia mąŜ, nie
zadając sobie trudu, Ŝeby się przekonać...
- Wystarczy - przerwał jej Simon. - Posłuchaj, Gitte, nie chciałem, aby ta rozmowa
przebiegała w ten sposób, ale nie wziąłem pod uwagę tego, Ŝe Maya bywa czasami mało
dyplomatyczna.
- Co takiego? - wydyszała Maya. - Wobec tego radź sobie sam, ja mam dosyć.
Wracam do domu. Na pewno jeździ tu jakiś autobus.
I odeszła, ani razu nie .odwracając się za siebie.
- Maya, poczekaj! - zawołał Simon. - Gitte, ja... Jeszcze to na dodatek!
Nigdy dotąd nie czuł się tak upokorzony. Co za Ŝałosną figurę zrobił z siebie! Splótł
ręce, wstrzymał na chwilę oddech, jakby chciał się skupić, i wreszcie rzucił zduszonym
głosem:
- Zobaczymy się później, Gitte. Nie mogę zostawić Mai samej na pustej drodze.
Po czym wsiadł do samochodu i odjechał.
Dogonił ją bardzo szybko i otworzył drzwi.
- Wsiadaj! - rzucił krótko.
Odwróciwszy od niego twarz, pokręciła głową.
- Nie upieraj się i wsiadaj! Do miasta jest stąd daleko. A jeszcze dalej do Kyrkudden.
Z wyraźnym ociąganiem wsiadła wreszcie, nadal odwracając się od niego, i ruszyli
dalej.
Zapanowała przygniatająca cisza.
Nie zdąŜyli ujechać wiele, gdy zobaczyli zbliŜający się z przeciwka samochód. Simon
nagle zahamował i to samo zrobił kierowca drugiego auta. Zatrzymali się tuŜ obok siebie.
- A co ty tu robisz, Sten? - powiedział zaskoczony Simon.
Przystojny lekarz uśmiechnął się.
- Jadę do Svendsena, ma znowu kłopoty z ciśnieniem.
- Nic nowego.
- A ty, co ty tu robisz? Jak widzę, towarzyszy ci Maya przez Y?
Zdziwienie Stena Modina było rzeczywiście uzasadnione.
- Wybraliśmy się tutaj, Ŝeby porozmawiać z Gitte, ale nie udało się. Dam ci dobrą radę
na przyszłość: unikaj za wszelką cenę znalezienia się między dwiema kobietami!
Lekarz Simona uśmiechnął się serdecznie, pełen zrozumienia dla przyjaciela.
- Domyślam się, Ŝe to moŜe nie być zbyt przyjemne! No, ale muszę się pospieszyć,
Jego Wysokość czeka.
PoŜegnali się. Simon ruszył dalej w kierunku bramy.
- Ojej! - powiedział nieoczekiwanie.
PoniewaŜ Maya nie odezwała się, dodał sam, nie proszony:
- Kim jest ten męŜczyzna? Gdzieś go juŜ widziałem.
Gdy nie usłyszał Ŝadnej odpowiedzi z rogu samochodu, wzruszył ramionami.
MęŜczyzny juŜ nie było. Wszedł do stajni.
Przez całą drogę do Mark Maya nie odezwała się ani słowem. JednakŜe kącikiem oczu
Simon dostrzegł, Ŝe wyjęła z torby chusteczkę i bezustannie wycierała nos.
O BoŜe, ta dziewczyna płacze, czy to moŜliwe?
Muszę kupić jej coś ładnego, pomyślał, przecieŜ zrobiła, co mogła.
Czuł się fatalnie. Nie tylko z powodu tego, co się wydarzyło, ale tak w ogóle, jakby
gnębiło go coś więcej.
Maya wspomniała o braku lojalności w małŜeństwie. Dopiero teraz zaczął się nad tym
zastanawiać.
Nie przypominał sobie, aby Gitte była tak drapieŜna i surowa. Z drugiej strony, trudno
jej się dziwić, musiała się wiele nacierpieć, biedna dziewczyna.
Gitte, jego małe kociątko!
Kociątko z pazurkami...
Nic dziwnego, Ŝe Maya wyprowadziła ją z równowagi, nawet anioł by chyba nie
wytrzymał, musiała więc odpłacić tą samą monetą!
Ale czy to przypadkiem nie Gitte zaczynała mówić agresywnie za kaŜdym razem?
Maya była na samym początku spokojna. Czy teŜ nie, Simon nie pamiętał.
Nie udało mu się powiedzieć niczego z tego, co zamierzał. Ani o tym, Ŝe Gitte
dostanie po nim wszystko, ani Ŝe tak desperacko pragnął być razem z nią przez te tygodnie -
nie wyjawiając jednak, dlaczego.
Wszystko na nic. Biedna Gitte, jakie to spotkanie musiało być dla niej okropne! Ale
nawet przez ułamek sekundy nie dała po sobie poznać, Ŝe jest wzburzona. Gitte była zawsze
opanowana.
Nie pamiętał jednak, aby oczy jego Ŝony były do tego stopnia pozbawione wyrazu.
Aby miała tak... bezosobowy wygląd. W niej w ogóle nie ma Ŝycia, pomyślał.
Nie, jest niesprawiedliwy. Po prostu sparaliŜowało ją ich nagłe pojawienie się. Sam
musi przyznać, Ŝe zachował się nieodpowiedzialnie, zabierając ze sobą Mayę. Gitte z
pewnością stoczyła ze sobą twardą walkę, by zachować twarz.
Byli juŜ w centrum miasta. Simon zatrzymał się przed perfumerią.
- Poczekaj na mnie, zaraz wracam - powiedział.
Zawsze obdarowywał perfumami Gitte, dlatego sądził, Ŝe wszystkie kobiety lubią ten
rodzaj upominków. Instynktownie rozumiał jednak, Ŝe perfumy Gitte nie będą odpowiednie
dla Mai, ale nie znał Ŝadnej innej marki.
Wybrał wreszcie jedne z najdroŜszych i pospiesznie opuścił sklep.
Samochód był pusty. Ale do drzwi przypięty był list.
Simon usiadł i zaczął czytać:
Do Simona.
Teraz mam juŜ Cię naprawdę dość. Ze wszystkich głupich stworzeń chodzących po tej
ziemi Ty jesteś najgłupszy. Nie mogę znieść, kiedy tak przystojny i silny męŜczyzna płaszczy
się i poniŜa przed taką kobietą. I na dodatek poniŜa jeszcze mnie. Nigdy dotąd nie poczułam
się tak upokorzona, i to nie tylko przez nią! Weź sobie tę swoją plastykową małŜonkę i Ŝyj z
nią w spokoju. Myślałam, Ŝe zdołam Ci umilić ten czas, i robiłam to, dopóki byłam w stanie,
nie potrafię jednak walczyć przeciwko takiemu monstrum jak ona ani przeciwko komuś tak
naiwnemu jak Ty. W twoim Ŝyciu nie ma dla mnie miejsca, jestem Ci potrzebna jedynie do
tego, Ŝebyś mógł ją odzyskać. Wracam do mojego więzienia w Oslo, tu nie mam juŜ nic do
roboty.
Maya
PS. śyczę Ci wszystkiego dobrego. Abyś pokonał chorobę i był szczęśliwy. Wybacz
wszystko zbyt porywczej wielbicielce!
Simon złoŜył list i uruchomiwszy samochód, popędził jak szalony ku Kyrkudden.
Aby uciec do domu, a właściwie aby uciec przed Simonem, Maya zdecydowała się
wziąć taksówkę, na którą tak naprawdę nie było jej wcale stać.
Gdy znalazła się na Kyrkudden, zobaczyła, Ŝe przed jej domem stoi policyjny
samochód, co nie zdziwiło jej specjalnie, poniewaŜ sądziła, Ŝe chciano usłyszeć od niej więcej
informacji na temat wypadku z samochodem.
Jak się jednak okazało, chodziło nie o wypadek samochodowy, lecz o coś znacznie,
znacznie gorszego.
ROZDZIAŁ VIII
Przed domem stało takŜe kilku sąsiadów. DrŜeli i wyglądali na przemarzniętych,
mimo Ŝe na dworze wcale nie było tak zimno. A moŜe coś ich przeraziło? MoŜe przeŜyli
szok?
NaleŜy przypuszczać, Ŝe gdy tylko zobaczyli wóz policyjny, od razu zaczęli węszyć
coś podejrzanego.
Kiedy Maya, wydając swe ostatnie pieniądze, płaciła za taksówkę, z góry nadjechał
jak szalony Simon. UwaŜaj, powiedziała do niego w duchu. Czy nie widzisz, Ŝe powinieneś
jechać zgodnie z przepisami, jeśli zaleŜy ci na zachowaniu prawa jazdy?
Ale on przecieŜ ją ścigał! Maya nie wiedziała, czy był szczęśliwy czy zrezygnowany.
Prawdopodobnie i jedno, i drugie.
Zatrzymał się tuŜ obok akurat w tym momencie, gdy jeden z policjantów zwrócił się
do niej.
- Czy Maren Grandseter?
- Tak.
Ten obcy męŜczyzna nie miał zbyt pewnej miny.
- Proszę, Ŝeby pani udała się z nami...
Maya przeraziła się nie na Ŝarty.
- Na komisariat?
- Nie, musimy panią prosić o pomoc w dosyć nieprzyjemnej sprawie. Pojedziemy do
opuszczonego kościoła.
Nie rozumiejąc, o co chodzi, skinęła tylko głową.
- Jadę z tobą - zaproponował Simon.
- Dobrze - bąknęła. Tak bardzo potrzebowała teraz jego obecności, Ŝe nie obchodziła
ją ani Gitte, ani wszystko inne.
Wsiedli do policyjnego radiowozu i ruszyli pod górę w stronę lasu nad morzem. Kilku
z sąsiadów próbowało podąŜyć za nimi, lecz, jak się przekonali, teren został zamknięty dla
osób nieupowaŜnionych.
- Czy mógłby pan wyjaśnić, o co chodzi? - spytała Maya wylęknionym głosem.
- Jak wiecie, zaczęto właśnie naprawiać drogę po wiosennej powodzi - odparł
policjant. - Dzisiaj robotnicy doszli juŜ do kościoła, ale wstrzymali prace, poniewaŜ ziemia
osuwa się coraz bardziej....
- Tak, widzieliśmy to sami - potwierdził Simon.
- No właśnie. PoniewaŜ morze regularnie co roku wdziera się na cmentarz,
przystąpiono do systematycznego przenoszenia grobów na nowy cmentarz w Mark. Ale w
tym roku było gorzej niŜ kiedykolwiek. Cały kwartał grobów osunął się, zanim zdąŜono je
zlikwidować. Pracujący tam robotnicy dokonali dziwnego odkrycia...
- To brzmi dosyć ponuro - powiedział Simon. Maya siedziała cały czas milcząc.
- Ma pan rację. Jak z pewnością wiecie, przy kościele nie chowano juŜ nikogo od
kilkudziesięciu lat. Groby, które osunęły się ostatnio, pochodziły jeszcze z dziewiętnastego
wieku. Raczej trudno byłoby znaleźć dzisiaj krewnych pogrzebanych w nich osób...
Gdy dojechali juŜ do kościoła, policjant pomógł Mai wysiąść z samochodu. Nadal nie
rozumiała, o co chodzi w tym wszystkim.
Nieco dalej, na cmentarzu, stała grupka męŜczyzn pogrąŜonych w milczeniu.
Wyraźnie czekali właśnie na nią. Byli wśród nich policjanci i robotnicy drogowi, a takŜe
grabarze.
Gdy Maya zbliŜyła się do nich, dostrzegła na ich twarzach przygnębienie i
współczucie. Tymczasem policjant mówił dalej:
- Wiadomo, Ŝe jeśli chowa się zmarłych blisko brzegu morza, to ich szczątki po tylu
długich latach prawie nie istnieją. Przenoszenie grobów to praca wymagająca niezwykłej
staranności, zwłaszcza w przypadku grobów zniszczonych przez siły natury. Jak
wspomniałem, robotnicy dokonali właśnie osobliwego odkrycia...
Maya nadal nie mogła zrozumieć, co ona ma wspólnego z tym wszystkim. Mocno
ś
ciskała rękę Simona, czując, Ŝe te ponure twarze milczących męŜczyzn nie wróŜą niczego
dobrego. Raz po raz zerkali w stronę plaŜy.
Policjant zaczerpnął głęboko powietrza.
- Mówiąc konkretnie, natrafili na... zwłoki, które nie wiadomo skąd znalazły się wśród
tych prastarych grobów.
- Nie rozumiem...
Zaczęli schodzić ku plaŜy, gdzie pewnie prowadzono prace minionego dnia.
- Nie leŜał nawet w trumnie, znaleziono go w jednym ze starych grobów, jedna ręka
wystawała ponad wodą, która zalała grób.
Zatrzymali się w pewnej odległości od płachty kryjącej pod sobą coś przeraŜającego.
- Ale co Maya... Maren Grandseter moŜe mieć z tym wspólnego? - spytał Simon,
wyjmując jej te słowa z ust.
- Chcielibyśmy prosić panią o zidentyfikowanie zwłok.
- Mnie? - zdziwiła się Maya.
Jest pani jedyną osobą, która moŜe to zrobić. Pani matka nie mieszka tutaj, prawda?
Maya poczuła ból w Ŝołądku.
- Nie, mieszka w Oslo - odrzekła bezbarwnym głosem.
- Uprzedzam, Ŝe widok nie jest przyjemny - kontynuował policjant. - Zwłoki
znajdowały się w ziemi przez dwa lata, tyle Ŝe piasek dosyć dobrze konserwuje. Dało się
jeszcze odczytać albo chociaŜ odróŜnić litery na prawie jazdy i karcie kredytowej. Nie
najgorzej zachowało się teŜ ubranie i włosy...
- Nie, ja nie chcę - szepnęła Maya, kryjąc twarz na piersi Simona. Wiedziała jednak,
Ŝ
e musi to zrobić.
JuŜ po wszystkim Simon zaprowadził ją do samochodu. Po chwili przyszedł policjant i
usiadł razem z nimi.
- To on - potwierdziła, drŜąc na całym ciele. - To mój ojciec, nie ma najmniejszych
wątpliwości.
- Czy mogłaby pani opowiedzieć, jak to było, kiedy on zniknął? - poprosił cicho
policjant.
- Nie p... pamiętam w... wiele - próbowała mówić Maya.
- Kiedy to się stało?
- Mogę podać nawet dokładną datę, bo moja matka wciąŜ ma w pamięci ten dzień -
oznajmiła, starając się opanować. Wyprostowała się na siedzeniu i rzekła zdecydowanym
głosem: - To było dokładnie dwa lata temu. Piątego lipca matka znalazła na stole list.
- Pamięta go pani?
- Mama zaraz go wyrzuciła. Ojciec napisał w nim podobno, Ŝe znalazł sobie inną
kobietę i razem z nią wyjeŜdŜa, a do nas nigdy nie wróci. I Ŝe mama moŜe sobie wszystko
zatrzymać. Jemu zaleŜy tylko na wolności.
- A co się stało z jego samochodem?
- Zabrał go ze sobą. To znaczy... musiał gdzieś zniknąć. Nie widziałyśmy go juŜ nigdy
więcej.
- Samochodu nietrudno się pozbyć. Czy pani ojciec miał jakichś wrogów?
- Nie - odparła z ociąganiem. - Pamiętam go jako człowieka przyjaznego ludziom,
rodzinnego i cudownego ojca. PrzeŜyłam prawdziwy szok, kiedy się dowiedziałam, Ŝe tak po
prostu chce nas opuścić. A mama była wstrząśnięta.
Zamyśliła się przez chwilę.
- Choć moŜe to zabrzmi dziwnie... ale kiedy mama dowie się, Ŝe ojciec nie Ŝyje, Ŝe
został przez kogoś zamordowany, to chyba się... ucieszy. Nie, to złe słowo. Uspokoi się, tak...
uspokoi.
- MoŜna to zrozumieć - odparł policjant, a Simon pokiwał głową. - A ten list? - spytał
policjant. - Czy był pisany ręcznie?
- Nie, na maszynie.
- Hm. Czyli mógł być spreparowany przez kogokolwiek. A czy znała pani tę młodą
kobietę, z którą pani ojciec rzekomo uciekł?
- Nigdy nie słyszałyśmy o kimś takim, nigdy nie padło nawet niczyje imię.
- Proszę opowiedzieć, jak znalazłyście list. Mówiła pani, Ŝe wróciłyście do domu i...?
- Tak. Pojechałyśmy na kilka dni do babci, która mieszkała trochę dalej nad morzem.
Po powrocie zastałyśmy pusty dom...
- Czy to był weekend?
- Nie, chyba... wtorek. Tak, bo zostałyśmy u babci dłuŜej, niŜ zamierzałyśmy. Tak, to
na pewno był wtorek.
- Czyli dla pani ojca zwykły dzień pracy. Nie wie pani, czy nie został gdzieś wezwany
na wieś do chorych zwierząt?
- Nic mi o tym nie wiadomo. PrzecieŜ nawet nie wiemy, którego dnia został
zamordowany. Wyjechałyśmy z mamą w sobotę, a wróciłyśmy we wtorek.
- Ma pani rację, to mogło zdarzyć się kaŜdego dnia. Musimy przesłuchać sąsiadów.
- To nie będzie takie łatwe - odparła Maya zamyślona. - Dom, w którym wtedy
mieszkaliśmy, leŜy trochę z boku, droga od szosy wiedzie tylko do niego.
- A czy ojciec nie prowadził jakiegoś rejestru swoich wizyt? - spytał Simon.
- Dobre pytanie - bąknął policjant.
- Chyba prowadził. Ale trzeba spytać o to mamę.
- Miejmy nadzieję, Ŝe go zachowała.
Gdy zatrzymali się przed domem, w którym Maya wynajmowała pokój, był juŜ
wieczór. Policjant, Simon i ona pozostali jeszcze przez chwilę w samochodzie, obserwując,
jak gospodyni przemyka od okna do okna na parterze. Prawdopodobnie kobieta niemal
umierała z ciekawości, a poza tym pewnie nie mogła się doczekać, Ŝeby powiedzieć Mai coś
do słuchu z powodu policji przed jej szanowanym domem.
- Zastanawiam się nad tymi dwoma napadami, tym w pociągu i tym drugim, wczoraj
wieczorem. A moŜe w obu chodziło o Maren Grandseter?
- Na pewno nie w pociągu - odparła szybko Maya. - To prawda, Ŝe w dzisiejszych
czasach niekiedy trudno jest odróŜnić chłopca od dziewczyny, nie sądzę jednak, Ŝebyśmy
oboje z Simonem byli tak podobni do siebie, aby nie dało się nas rozpoznać.
- Słusznie. Ale tak czy inaczej mam wątpliwości. UwaŜam, Ŝe nie powinna być pani
sama w nocy.
- PrzecieŜ w domu są oprócz mnie gospodarze - powiedziała nie bez wahania. - Tyle
Ŝ
e jutro wyjeŜdŜają. Na Wyspy Kanaryjskie.
- Postaramy się rozwiązać ten problem wcześniej - obiecał męŜczyzna przy wyraźnej
aprobacie Simona.
Maya oświadczyła niechętnie:
- Muszę jak najszybciej zadzwonić do mamy. Ale nie chciałabym robić tego w
obecności gospodyni.
- Pójdziemy z panią - zaproponował policjant. On i Simon ciekawi byli informacji o
dzienniku wizyt i innych detali.
Gospodyni przyjęła ich z oczami rozpalonymi ciekawością. Maya wyjaśniła jej w
kilku słowach, o co chodzi, i spytała, czy nie mogłaby skorzystać z telefonu.
Zanim usłyszała głos matki w słuchawce, minęło kilka dobrych chwil, poniewaŜ
musiała poczekać, aŜ sąsiad ją przyprowadzi. Nie mając własnego telefonu, zmuszone były
korzystać z jego grzeczności.
- Maren, to ty? - usłyszała wylękniony głos matki. - Dlaczego dzwonisz dopiero teraz,
ja tu siedzę sama, bez najmniejszego znaku Ŝycia od ciebie, nie wyobraŜasz sobie nawet, jak
to jest, kiedy człowiek nie ma się do kogo zwrócić w kłopotach, bo właśnie przyszedł
rachunek za światło, skąd ja mam wziąć tyle pieniędzy, te opłaty tylko ciągle rosną i rosną...
Matka bezustannie narzekała. Wszystkim wiodło się lepiej od niej, wszyscy byli
bogaci i mieli mnóstwo przyjaciół, podczas gdy ona nie miała nikogo. Nigdy jednak nie
zadała sobie pytania, jak w tym wszystkim czuje się jej córka, Maya.
- Mamo, posłuchaj mnie przez chwilę, chcę ci coś waŜnego powiedzieć!
- Nie, nie, tylko Ŝadnych więcej kłopotów, wystarczą mi te, które mam. Ten rachunek
za światło...
- Mamo, przestań, musisz mnie koniecznie wysłuchać, bo inaczej przyjedzie do ciebie
policja.
- Policja? Maren, coś ty zrobiła?
- Nic. Spróbuj się skupić, to jest wiadomość i dobra, i zła.
- Mów wreszcie, o co chodzi! - krzyknęła matka histerycznym głosem.
- Tata od nas nie uciekł. On nie Ŝyje.
W słuchawce zaległa wreszcie cisza.
- Znaleźli go na Kyrkudden. Nie Ŝyje od dwóch lat. Od dnia, w którym zniknął.
A... a ten straszny list? A gdzie się podziała ta druga, ta młoda ladacznica?
- W Ŝyciu ojca nigdy nie było Ŝadnej drugiej, ojciec był niewinny.
W obliczu tego cudownego faktu dla matki nie liczyły się tak istotne kwestie jak ta,
kto napisał list i jak doszło do śmierci męŜa. Maya, nie zwlekając, zapytała ją o dziennik
wizyt domowych.
- PrzecieŜ chyba pamiętasz, Maren, ojciec zabrał ze sobą dokładnie wszystko z biurka,
do najdrobniejszego papierka. Nie mam pojęcia, co on z tym zrobił.
Maya nie chciała nic jej mówić o tym, Ŝe ktoś pozacierał wszelkie ślady. Wolała, by
matka pozostała w tym stanie szczęśliwego i smutnego zarazem upojenia, w jaki ją wprawiła,
i odłoŜyła słuchawkę.
Wszyscy troje zeszli na dół do pokoju Mai.
- Czy nie widzicie tu wyraźnych paraleli? - odezwał się Simon. - Twoja matka dostaje
list informujący o tym, Ŝe twój ojciec ją zdradził i odchodzi z inną. W tym samym czasie
moja Ŝona zasypywana jest plotkami, Ŝe ty i ja spłodziliśmy dziecko. A przecieŜ nawet się nie
znaliśmy!
- W tym samym czasie? - powtórzyli razem, jak na komendę, Maya i policjant.
- No tak. Plotki zaczęły krąŜyć pod koniec lata tego samego roku.
- Wtedy nie było nas juŜ w Mark - rzekła Maya po namyśle. - Przeniosłyśmy się z
mamą do Oslo...
Zamilkła. Obaj męŜczyźni patrzyli na nią z wyczekiwaniem, poniewaŜ nie ulegało
wątpliwości, Ŝe coś nie daje jej spokoju.
- Usunęli wszystkie papiery z pokoju ojca - powiedziała powoli. - Ale istnieje jeszcze
jedna szansa.
- O czym pani myśli? - spytał z oŜywieniem policjant.
- Kalendarz. Mieliśmy w domu taki kalendarz na biurko z oddzielną kartką na kaŜdy
dzień i zapisywaliśmy w nim kaŜdego, kto do nas dzwonił. Na szczęście nie leŜał w pokoju
ojca, tylko w przedpokoju, w szufladzie szafki, na której stał telefon. Zawsze kiedy mama
albo ja przyjmowałyśmy jakąś wiadomość dla niego, musiałyśmy zapisać ją w kalendarzu.
- Ale przecieŜ wtedy nie było was w domu.
- Tak, to prawda. Ale jeśli ojciec odbierał telefon w przedpokoju, teŜ odnotowywał
rozmowę.
- Czy ten kalendarz jeszcze istnieje?
- Taak - rzekła Maya niepewnie. - Niedawno temu, kiedy szukałam czegoś w domu, w
jednej z szuflad znalazłam wszystkie biurkowe kalendarze z ostatnich kilku lat, starannie
powiązane.
- Świetnie! NaleŜy tylko mieć nadzieję, Ŝe w kalendarzu są wszystkie strony.
- Czy mam zadzwonić jeszcze raz do domu? - spytała Maya, niezbyt zachwycona taką
perspektywą.
- Nie, nie, proszę tylko nam podać adres pani mamy, policja z Oslo zajmie się dalszym
dochodzeniem.
- Ale proszę uprzedzić swoich kolegów, Ŝeby odnosili się do niej delikatnie - poprosiła
Maya. - Bardzo łatwo ją wystraszyć.
- Będę pamiętał. A propos wystraszyć... Czy nie powinniśmy zostawić tu kogoś na noc
na straŜy?
- Gospodyni dostałaby chyba zawału.
- PrzecieŜ to takŜe w jej interesie. Poza tym policjant wcale nie będzie rzucać się w
oczy. Ukryje się w ogrodzie i nikt go tam nie zobaczy.
Propozycja została przyjęta. Simon, nim się poŜegnał, zdąŜył jeszcze powiedzieć Mai
kilka słów.
- Kupiłem ci drobny upominek - rzekł, wręczając jej zawiniątko. - W podziękowaniu
za twoją lojalność. Przyznaję ci całkowitą rację: przez ostatnie lata zabrakło w moim Ŝyciu
lojalności. Teraz moja kolej, by powiedzieć „przepraszam”.
- Za co?
- U Svendsenów zachowałem się jak tchórz. Mówiąc szczerze, poczułem się
całkowicie bezradny i nie miałem pojęcia, jak mam zapanować nad sytuacją, kiedy ty i Gitte
zaczęłyście się pojedynkować. Stwierdziłem, Ŝe wina nie leŜy po twojej stronie. W kaŜdym
razie nie cała wina.
Maya uśmiechnęła się trochę zawstydzona.
- MoŜe byłam nieco zbyt ostra, ale przyznaję, Ŝe sprawiało mi to przyjemność. Nigdy
nie wybaczyłam Gitte tego kopniaka, jakiego dała mi w szkole baletowej przed wielu, wielu
laty. Wreszcie mogłam się zemścić. AleŜ jestem okropna!
- Dobranoc, Mayu - powiedział ciepło Simon. - I uwaŜaj na siebie! Zobaczymy się
jutro. Po pracy. Oczywiście jeśli chcesz. Jeśli nie jesteś juŜ na mnie zła.
- Nie jestem, nie jestem! Taka powierzchowna złość szybko mija.
Simon dotknął delikatnie jej ramienia.
- Zbyt wielu tu widzów, ale gdybyśmy byli sami, to...
- To co?
- Nic, nic, zapomnij o tym, nie mam prawa mówić z tobą w ten sposób. No więc jak?
Czy mogę przyjechać po ciebie jutro do pracy?
- Tak!
Maya patrzyła za nim, jak się oddala. Ciekawe, co takiego chciał jej powiedzieć?
Następnego dnia, nim Simon zdąŜył pojechać po Mayę, nastąpiły dwa zdarzenia.
Przed południem wałęsał się bez celu po ojca gospodarstwie, przyglądając się koniom,
które wypuścił na wybieg. Ojciec zawsze miał nosa do dobrych koni. NaleŜały rzeczywiście
do najlepszych w całej Norwegii i zdobyły niezliczone nagrody, jednakŜe Simon jakoś nigdy
nie zdołał wzbudzić w sobie zainteresowania dla takiego sposobu bogacenia się. Konie,
owszem - ale jako zwierzęta i przyjaciele człowieka, nie zaś jako lokata kapitału.
Stary lekarz domowy ojca, równie sędziwy jak jego pacjent, wygramolił się z trudem z
samochodu. Zapytany przez Simona o stan zdrowia ojca, wyjaśnił, Ŝe nic się nie zmieniło -
nie jest ani gorzej, ani lepiej. Stary aptekarz musi nadal leŜeć w łóŜku i nic poza tym nie da
się juŜ zrobić.
Simon uwaŜał, Ŝe zalecenia doktora były nieco staroświeckie, ojciec jednak nie chciał
nawet słyszeć o Ŝadnych nowoczesnych środkach. Jego lekarz był zawsze najlepszy, a poza
rym nie wolno przecieŜ ranić starego przyjaciela, odprawiając go nieoczekiwanie.
Gdy Simon stał na podwórzu zajęty rozmową z doktorem, wezwano go do telefonu.
Dzwonił jeden z jego dawnych kolegów z pracy.
- Prosiłeś mnie, Ŝebym spytał Ŝonę, od kogo usłyszała tamte plotki o tobie i tej Maren
Grandseter.
- No, tak.
- Po długim namyśle Ŝona doszła do wniosku, Ŝe opowiedziała jej o tym przyjaciółka.
- Przyjaciółka? A pamięta która?
- Pamięta. Od razu kazałem jej do niej zadzwonić.
- No i co?
- To było co prawda dawno temu, ale wiesz, jak to jest: taką osobę, która nic nie robi,
tylko rozpowiada plotki, dobrze się pamięta.
- Tak, masz rację.
- No więc ta przyjaciółka przypomniała sobie, Ŝe usłyszała tamtą rewelację od
sprzedawczyni z cukierni.
- Aha! Łańcuszek się wydłuŜa!
- Ale na tym koniec - oznajmił kolega z pracy. - Na tej kobiecie ślad się urywa, tyle
tylko, Ŝe nie wiadomo, jak ona się nazywała.
- A która to była cukiernia?
- Niebieski Ptak.
- Dziękuję ci bardzo, dalszym dochodzeniem zajmę się juŜ sam. Wyświadczyłeś mi
ogromną przysługę. Ty i twoja Ŝona macie u mnie drinka.
- MoŜesz być pewien, Ŝe nie odrzucimy zaproszenia. Cieszę się, Ŝe mogłem ci pomóc.
JednakŜe nim Simon zdąŜył wyruszyć na poszukiwania sprzedawczyni z cukierni, do
drzwi zapukał niespodziewany gość.
Jego Ŝona Gitte.
Ubrana w ulubionym kolorze Simona, niebieskim, w którym było jej bardzo do
twarzy, nie sprawiała bynajmniej wraŜenia zakłopotanej, chociaŜ jej głos wydawał się miękki,
niemal błagalny.
Stali naprzeciw siebie w hallu, Simon bowiem był tak osłupiały, Ŝe nie poprosił jej
nawet, by weszła dalej.
- ...Kiedy usłyszałam, Ŝe znowu jesteś w mieście, miałam zamiar spotkać się z tobą,
poniewaŜ chciałam o tylu rzeczach porozmawiać. Dlatego gdy zobaczyłam cię w restauracji
razem z tą kobietą, która zniszczyła nasze małŜeństwo, przeŜyłam prawdziwy szok.
- Ale to przecieŜ nie ona...
Gitte uniosła swą drobną, wypielęgnowaną dłoń.
- Teraz juŜ wiem. Ale wasz widok razem, wtedy, w restauracji, sprawił mi okropny
ból. Poza tym... nie powinieneś był zabierać jej ze sobą wczoraj. Poczułam się tak bardzo
poniŜona, a przecieŜ zupełnie sobie na to nie zasłuŜyłam.
- Do tej pory ani razu nie chciałaś mnie wysłuchać, dlatego...
- Tak, tak, mówiłeś to wczoraj. Ale gdybyś przyjechał sam! Przez te dwa lata miałam
duŜo czasu na myślenie. Wiem, Ŝe wyrządziłam ci ogromną krzywdę. Plotki to jedno, a
prawda to drugie...
Simon stał w miejscu i tylko się jej przyglądał. JakaŜ ona ładna - ale juŜ po raz drugi
patrzył z niedowierzaniem na jej ostre rysy, których dotychczas w ogóle nie zauwaŜał, nigdy!
Lecz przecieŜ Gitte nie zmieniła się podczas jego nieobecności, wprost przeciwnie, była nadal
dokładnie taka sama. Widocznie teraz Simon widział ją innymi oczami.
- Słyszałam teŜ, Ŝe miałeś pewne kłopoty...
- Tak? - spytał ostro. - Jakie?
Gitte wzruszyła ramionami. Ten typowy dla niej gest Simon uwaŜał zawsze za
wzruszająco słodki. Teraz wydał mu się zdecydowanie banalny.
- Podobno miałeś wypadek w pociągu. A potem niewiele brakowało, a wylądowałbyś
razem z samochodem na dnie morza.
Odetchnął. Czy to wszystko, co słyszała? Ani słowa o jego chorobie? To dobrze, bo
nie chciał, aby jej wizyta spowodowana była współczuciem.
- Zgadza się - odparł od niechcenia. - Rzeczywiście doszło do dwóch tajemniczych
ataków na mnie i na Mayę.
- Na Mayę - powtórzyła Gitte ze źle skrywaną pogardą. - Czy tak nazywa się Maren?
Simon uśmiechnął się mimo woli.
- Maya przez Y. Ona nie przepada za swoim prawdziwym imieniem.
- Nie dziwię się jej - rzuciła Gitte zgryźliwie. - Zbyt wiele na nim ciąŜy.
- Czy jeszcze nie dotarło do ciebie, Ŝe Maya jest całkowicie niewinna i nie ma
Ŝ
adnego udziału w tych plotkach? - Simon był bardziej zirytowany, niŜ myślał.
Gitte natychmiast zmieniła ton. Jej głos znowu brzmiał miękko.
- Nie przyszłam tu po to, Ŝeby rozmawiać o niej. Posłuchaj, Simon, tak bardzo
chciałabym być teraz u twojego boku. Właśnie teraz, kiedy ktoś próbuje wyrządzić ci
krzywdę. Myślę, Ŝe powodem tych zamachów na ciebie jest twoja znajomość właśnie z tą
Maren Grandseter. Potrzebny jest ci ktoś, na kim mógłbyś polegać. MoŜe spróbowalibyśmy
na nowo? - Jej uśmiech był czarująco słodki i zachęcający.
Simon wpatrywał się w nią osłupiały. Zanim zdąŜył pomyśleć, odpowiedział
automatycznie:
- Zastanowię się.
Gitte, nie kryjąc zdumienia, otworzyła szeroko oczy, by zaraz przymruŜyć je znowu.
- To zastanawiaj się szybko - rzekła oschle. - Moja propozycja nie będzie aktualna
wiecznie.
Po czym odwróciła się na pięcie i wyszła.
Simon dziwił się sam sobie, ale nawet przez chwilę nie pomyślał o tym, Ŝeby za nią
zawołać.
ROZDZIAŁ IX
Dwa lata śnił o Gitte. Przez ostatnie tygodnie bez przerwy marzył o tym, Ŝeby ją
odzyskać, zanim ona zdąŜy doprowadzić do rozwodu, poniewaŜ chciał, aby to ona właśnie
była jego spadkobierczynią.
I oto teraz Gitte sama przyszła do niego, a on oznajmił jej, Ŝe „się zastanowi”!
Co właściwie w niego wstąpiło?
Trudno się dziwić, Ŝe poczuła się uraŜona.
Gdy spotkał się z Mayą przed biurem, był zupełnie rozkojarzony.
- Cześć, Simon - przywitała go, a jej szeroki, szczery uśmiech sprawił, Ŝe od razu
zrobiło mu się lepiej. Dogodzić kobietom to prawdziwa sztuka, pomyślał. Jakkolwiek by
zrobił, zawsze musiał zranić którąś z nich. A przecieŜ lubił i jedną, i drugą!
- Co u ciebie? - spytała Maya. - Bardzo się o ciebie niepokoiłam.
- O mnie?
- Tak, czy to takie dziwne? - odparła, biorąc go pod ramię. - Nigdy nie wiadomo, czy
za rogiem ulicy jakiś typ właśnie nie czyha na ciebie.
Dopiero teraz Simon zdał sobie sprawę, Ŝe zupełnie zapomniał o ostatnich zamachach
na jego Ŝycie.
- Wszystko w porządku - uspokoił ją. - Ale pozwolisz, Ŝe najpierw pojedziemy nie do
ciebie do domu, tylko do cukierni Niebieski Ptak.
Po chwili namysłu Maya powiedziała:
- Myślę, Ŝe po całym dniu pracy naleŜy mi się chyba porządny obiad albo
przynajmniej jakaś kanapka.
- Nie martw się, nie będziemy tam jeść - uśmiechnął się. - MoŜe uda się nam wytropić
tego, kto rozsiewał te nikczemne plotki.
- Ach, o to chodzi! CzyŜbyś posunął się naprzód w swych poszukiwaniach?
- Co nieco. Ale o tym później. A co u ciebie?
- Wyspałam się porządnie, bo czułam się całkowicie bezpieczna, gdy w zaroślach
przed domem czuwał nad moim snem potęŜny i silny policjant.
- Ale dzisiejszej nocy będziesz juŜ sama w domu?
- Tak...
Ogarnęła ją niepewność.
Simon, połoŜywszy dłoń na jej ramieniu, poprowadził ją do samochodu.
- Kiedy wczoraj wieczorem rozmawiałem z komisarzem, usłyszałem od niego, Ŝe to ja
mógłbym zadbać o twoje bezpieczeństwo dziś w nocy.
- Ty?
- Przyznaję, na początku miałem wątpliwości, ale zdecydowałem się. Uprzedzam cię
jednak, Ŝe nie mam zamiaru ukrywać się w zaroślach.
- Nie spodziewam się tego po tobie - roześmiała się Maya trochę zakłopotana. -
Wobec tego powinnam kupić coś do jedzenia...
- JuŜ o tym pomyślałem. Postarałem się o coś prostego do przyrządzenia i nie
zapomniałem teŜ o winie, Ŝeby łatwiej cię uwieść.
Słysząc te słowa, Maya zrobiła niepewną minę.
- No, nie! - roześmiał się Simon. - Chyba nie wzięłaś tego na serio? Rzeczywiście
kupiłem wino, ale przecieŜ nie z takim zamiarem. UwaŜam, Ŝe jako dziewczyna nie znająca
jeszcze miłości cielesnej jesteś taką rzadkością, iŜ zaszczytu pozbawienia cię dziewictwa
powinien dostąpić tylko ten, którego kiedyś spotkasz i z którym będziesz chciała dzielić
Ŝ
ycie. Ja zaś nie jestem, po pierwsze, wolny, a po drugie, nie mam przed sobą Ŝadnej
przyszłości. MoŜesz więc być całkowicie spokojna.
Maya odetchnęła z ulgą. Ale bynajmniej nie z tego powodu, Ŝe się go obawiała. Po
prostu bała się, aby jej aŜ nazbyt gorące uczucie nie zostało odkryte.
Kiedy znaleźli się przed cukiernią Niebieski Ptak, Simon powiedział:
- Poczekaj w samochodzie. Jeśli osoba, której szukam, juŜ tu nie pracuje, postaram się
zdobyć chociaŜ jej adres.
Maya skinęła głową.
Patrzyła za nim, podziwiając jego wyprostowaną, spręŜystą sylwetkę. Simon poruszał
się tak lekko, jak gdyby rzeczywiście był elfem. Gdy jego postać zniknęła w drzwiach lokalu,
Maya pogrąŜyła się w myślach o tych wszystkich osobliwych wydarzeniach, jakie spotkały ją
od chwili, gdy poznała Simona.
Nagle z zadumy wyrwał ją czyjś głos.
- Kogo ja widzę! Maya przez Y! Co słychać?
W oknie ukazała się wyjątkowo pociągająca twarz Stena Modina.
PoniewaŜ Maya uwaŜała, Ŝe to nieuprzejmie z jej strony siedzieć w wozie i zmuszać
rozmówcę do niewygodnego pochylania się, wysiadła więc i stanęła obok niego.
- Dzień dobry - przywitała lekarza nieco zmieszana.
- Chyba pani przeszkodziłem? Wyglądała pani na bardzo zamyśloną.
- Czekam na Simona.
- Ale to nie jego wóz.
- Tak, ten jest poŜyczony. Jego stoi w warsztacie.
- Racja, słyszałem o tej sprawie z hamulcami. Muszę przyznać, Ŝe takie
prześladowanie powaŜnie chorego człowieka jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe.
- Proszę mi powiedzieć, doktorze, jaka jest właściwie sytuacja Simona... z czysto
medycznego punktu widzenia?
- Gorsza niŜ on sądzi.
- Ale on wygląda na zupełnie zdrowego?
- To pozory. Ataki bólów jeszcze się nie zaczęły. Ale mogą nastąpić kaŜdego dnia. A
wtedy wszystko potoczy się bardzo, naprawdę bardzo szybko.
- I nic nie moŜna juŜ zrobić?
- Simon przyszedł do lekarza o wiele miesięcy za późno. Podejmowanie terapii teraz
byłoby bezcelowe i oznaczałoby tylko dodatkowe cierpienie. Poza tym on sam odmówił
leczenia w tym stadium choroby. Cieszę się, Ŝe znalazł panią. Proszę pozostać przy nim!
- Nie zamierzam go opuścić - zapewniła powaŜnie.
- Simon zawsze miał szczęście do kobiet - westchnął. - Zwykle udaje mu się wyszukać
te najładniejsze. A moŜe to one jego znajdują, nie wiem.
Jego słowa w pewien sposób niemiło ją dotknęły.
Sten Modin był naprawdę fantastycznym męŜczyzną. Gdyby nie spotkała wcześniej
Simona, na pewno straciłaby głowę dla kogoś tak przystojnego i sympatycznego jak on.
Simon miał jednak w sobie coś niezwykłe go, coś wyjątkowo sugestywnego, co wywarło na
niej tak silne wraŜenie, Ŝe nie pozwalało jej oderwać się od niego.
Była ciekawa, czy Sten Modin jest Ŝonaty czy teŜ nadal przebiera w kandydatkach.
Nieoczekiwanie szybko otrzymała zaskakującą odpowiedź na swe wątpliwości.
- Cześć, Sten! - powiedział Simon, który właśnie wyszedł z cukierni. - Widzę, Ŝe
gawędzisz sobie z Mayą. Ostrzegam cię, trzymaj się od niej z daleka, to chodząca niewinność.
Doktor Modin uśmiechnął się tylko krzywo. Oni dwaj byli naprawdę bardzo dobrymi
przyjaciółmi.
- Jak dobrze, Ŝe cię spotykam - zwrócił się Sten do Simona. - Mam akurat przy sobie
jeden z dokumentów, którego zapomniałeś podpisać, kiedy byłeś u mnie ostatnio. Chodzi o
twoje oświadczenie, Ŝe bierzesz na siebie całą odpowiedzialność za niepoddanie się leczeniu.
- Oczywiście.
Sten Modin rozłoŜył papier na dachu samochodu i sięgnął do kieszeni po długopis, ale
Simon go uprzedził.
- NiemoŜliwe, widzę, Ŝe masz mój długopis, którego przez tyle dni wszędzie
szukałem! - rozpromienił się lekarz. - Gdzie go znalazłeś?
Simon wyciągnął do niego rękę z długopisem.
- W zakrystii opuszczonego kościółka - wyjaśnił sucho.
Biedny doktor zrobił się purpurowy na twarzy.
RównieŜ Maya nie potrafiła ukryć zdziwienia. Rzeczy, które widzieli razem z
Simonem w zakrystii, były rzeczywiście najlepszej jakości, ale Ŝeby lekarz...? PrzecieŜ mógł
chyba skorzystać z własnego mieszkania albo gabinetu czy czegokolwiek innego, zamiast
urządzać sobie groteskowe miejsce schadzek w kościele!
Sten Modin czuł wyraźnie, Ŝe powinien przedstawić jakieś wyjaśnienie.
- Ona nie naleŜy do kobiet, z którymi naleŜałoby się pokazywać - wymamrotał pod
nosem niczym zawstydzony, ale jednocześnie rozbawiony uczniak.
Maya przypomniała sobie swoją pierwszą wizytę w kościele, podczas której słyszała
jakieś szepty i głosy. Zaraz potem Sten Modin wyrósł przed nią na drodze, szukając jej domu.
No jasne, przecieŜ mógł ukryć samochód od północnej strony, w lesie tuŜ przy plaŜy,
a potem pójść dłuŜszą drogą naokoło. Co prawda była to bardzo kiepska, nierówna droga,
wyłoŜona pniami drzew, ale czego nie robi się dla miłości?
CzyŜby w grę wchodziła jakaś dziewczyna z Kyrkudden?
Mieszkała tam jedna taka, niebrzydka i nietrudna do zdobycia. Ale Ŝeby doktor
Modin...? No cóŜ, kaŜdy ma swoje upodobania.
Schowawszy długopis do kieszeni, lekarz, wyraźnie zmieszany, poŜegnał się
pospiesznie.
Maya podzieliła się z Simonem swymi myślami.
- Sten nigdy nie wyróŜniał się wyszukanym gustem, jeśli chodzi o kobiety - wyjaśnił
rozbawiony. - Nie przywiązuje teŜ szczególnej wagi do religii, mimo to uwaŜam, Ŝe tym
razem trochę juŜ przesadził.
Maya cieszyła się, Ŝe znowu moŜe być sama z Simonem. Czuła, jak bardzo zbliŜyli się
do siebie w ostatnim czasie.
Dopóki nie rozmawiali o Gitte.
Kiedy tylko zaczynała o niej myśleć, od razu popadała w przygnębienie. CzyŜby była
zazdrosna? Chyba tak. Ale w tym przypadku chodziło teŜ o ogólną niechęć, jaką budziła w
niej ta kobieta. PrzecieŜ Maya nigdy jej nie lubiła.
- No i co, zdobyłeś adres? - spytała, podczas gdy Simon skierował swe kroki ku
drzwiom kierowcy.
- Owszem, ale dziś nie zdąŜymy juŜ tam pojechać. Zrobimy to jutro. O BoŜe, idzie
Ulla, najbliŜsza przyjaciółka Gitte. To prawdziwa Ŝmija! Szybko do samochodu, słyszysz!
Ale juŜ było za późno.
- Simon! Kopę lat! A czy to nie jest przypadkiem Maren Grandseter? Muszę przyznać,
Ŝ
e nie brak ci tupetu, Simon! Czy to nie wy macie ze sobą małego dzidziusia? Gdzie go
ukryliście, co?
Simon aŜ pobladł z wściekłości.
- To wszystko ktoś wyssał sobie z palca. Ale Ŝałuję, Ŝe to nie była prawda!
Po czym oboje wsiedli do auta, a Simon, zatrzasnąwszy drzwi, ruszył z furią,
zostawiając na chodniku osłupiałą Ullę.
Maya czuła się nie mniej oszołomiona. Siedziała cicho przez całą drogę aŜ do
Kyrkudden. Simon teŜ się nie odzywał. Prowadził nerwowo i nieuwaŜnie.
Wreszcie Maya odwaŜyła się spytać:
- Mówiłeś powaŜnie?
- Co takiego?
- Ze Ŝałujesz, Ŝe to nieprawda?
- śe ty i ja nie mamy dziecka? Ten pomysł nie jest chyba tak całkiem niedorzeczny,
co?
Maya dodała:
- Taki mały berbeć, podobny do ciebie? Miałby juŜ prawie dwa lata.
- Hm.
- Wiesz, zrobiło mi się tak jakoś ciepło na sercu...
- Hm.
Maya nie powiedziała nic więcej.
Za to Simon stwierdził:
- Ten, kto rozpoczął tę oszczerczą kampanię, niechcący wywołał akurat odwrotny
skutek.
- Chyba tak - odparła Maya nieśmiało.
Simon ścisnął ją za rękę i popatrzył na nią. Samochód skręcił w stronę rowu.
- UwaŜaj, gdzie jedziesz! - - zawołała Maya.
- Nie mogę uwaŜać, gdzie jadę, i jednocześnie patrzeć na ciebie, głuptasie -
usprawiedliwiał się Simon z uśmiechem. - Wiesz, co najbardziej mi się w tobie podoba?
- Powiedz! Jestem łasa na komplementy jak kot na śmietankę.
Simon roześmiał się głośno.
- To, Ŝe jesteś taka naturalna. Kiedy rozmawiasz z ludźmi, jesteś miła i jednocześnie
wzbudzasz zaufanie. Nawet nie wyobraŜasz sobie, jak to kojąco działa.
- Nie powiedziałabym, Ŝe jestem miła dla wszystkich.
- Zgadza się, miałem okazję to zauwaŜyć. No, ale dla mnie - a to jest najwaŜniejsze -
jesteś miła.
- Musisz wiedzieć, Ŝe bardzo łatwo jest być dla ciebie miłą. Próbuję ci się po prostu
przypodobać, nie widzisz tego?
- O, to jest jeszcze jedna rzecz, która mi się w tobie tak podoba: twoja autoironia.
Umieć śmiać się z samego siebie to cecha o nieocenionej wartości.
Maya w pełni się z nim zgodziła.
Simon zamilkł na chwilę, po czym rzekł:
- Mayu...
- Przyznaj się, masz wyrzuty sumienia, widać to z daleka.
- MoŜe nie wyrzuty sumienia, ale boję się, Ŝe nie będzie ci się podobało to, co
powiem.
- Chodzi znów o Gitte?
Simon skinął głową.
- Przyszła dzisiaj do mnie do domu. Chciała, Ŝebyśmy spróbowali od nowa.
Maya wcisnęła się głębiej w oparcie fotela i zdołała wydobyć z siebie jedynie ciche:
„Ach, tak”.
Simon znowu, nie zwaŜając na bezpieczeństwo jazdy, spojrzał na nią.
- A ja, jak ostatni głupiec, odpowiedziałem spokojnie: „Zastanowię się”.
Maya spytała przytłumionym głosem:
- Naprawdę?
- Tak. Czułem się tak, jakby wszystko we mnie w środku zamarło. Nic innego nie
przyszło mi do głowy.
- A co ona na to?
- Obawiam się, Ŝe bardzo mocno ją uraziłem. Odwróciła się i wyszła.
Maya chętnie zatarłaby ręce albo krzyknęła głośno „hurra”, mogła jednak cieszyć się
jedynie w duchu.
Tego wieczoru, który spędzali razem w jej pokoju w pustym domu, świadomi
ewentualnych niebezpieczeństw czyhających za oknem, Simon przestał ukrywać przed Mayą
swój strach przed śmiercią. Przyjęła to jako dowód okazanego jej zaufania.
Wieczór zaczął się bardzo miło. Mieli mnóstwo jedzenia, które Simon częściowo
kupił, a częściowo przyniósł z domu. Odgrzali je razem na jej małej kuchence. Rozmawiali i
Ŝ
artowali, popijając białe wino. Maya poczuła, Ŝe kręci jej się w głowie.
MoŜe to właśnie ono sprawiło, a moŜe poraŜająca muzyka Sibeliusa o surowych,
przepełnionych melancholią dźwiękach, tak typowych dla jednego z okresów twórczości tego
kompozytora... A moŜe temat ich rozmowy, czyli smutek Mai z powodu losu jej ojca, który,
choć był tak dobrym męŜem i ojcem, musiał umrzeć prawdopodobnie jako ofiara jakiegoś
łotra...
Gdy zatem siedzieli tak obok siebie na kanapie Mai, obejmując rękami podciągnięte
pod brodę kolana, Simon zaczął mówić o sobie.
- Pamiętasz, jak opisywałem ci kolejne stadia, jakie przechodzi człowiek, który
dowiaduje się, Ŝe zostało mu juŜ niewiele czasu na tym świecie?
- Tak, chyba pamiętam je wszystkie. Najpierw się nie wierzy, potem doznaje szoku i
boi. Później się walczy, protestuje i wreszcie rezygnuje. Czy tak to wygląda?
- Mniej więcej. Zapomniałem jeszcze o jednym stadium. To znaczy, wcześniej go nie
znałem.
- Co to za stadium? Na czym ono polega?
- Właśnie to, które nadeszło teraz, ostatnie. Polega na szczęściu. Moje całe Ŝycie
przepełnione jest teraz szczęściem. Zamierzam wypełniać kaŜdy dzień najcudowniejszymi
doznaniami, chcę zabrać ze sobą wszystko! Wszystko, czemu poświęciłbym całe długie Ŝycie.
Dni, jakie mi jeszcze pozostały, są ze złota!
- Rozumiem - rzekła Maya, myśląc jednocześnie ze smutkiem o tym, Ŝe ktoś próbował
przeszkodzić mu w zaznaniu szczęścia pod koniec Ŝycia.
Ale Simon teŜ o tym nie zapominał.
- I nie pozwolę nikomu, Ŝeby zniszczył ten odzyskany na nowo spokój, moją radość.
Czy chcesz mi pomóc, Mayu, w jej podtrzymaniu?
Chwyciła jego dłoń i ścisnęła ją mocno, chcąc zapewnić go w ten sposób o swej
lojalności.
- PrzecieŜ dobrze wiesz - powiedziała głosem drŜącym ze wzruszenia.
- Jest tylko jedna rzecz, której mi Ŝal - rzekł w zamyśleniu.
- Co to takiego?
- Chyba kaŜdy człowiek chce być w jakiejś mierze nieśmiertelny.
Maya domyśliła się, co Simon chciał jej wyznać.
- To oczywiste. Nie chcemy tak po prostu odejść i popaść w zapomnienie. Pozostać
jedynie nazwiskiem w kościelnych księgach, do których i tak nikt nie zagląda.
- Właśnie z tego powodu tak wielu ludzi dąŜy do sławy. Ci, którzy nie mają dzieci,
pragną stworzyć coś dla przyszłych pokoleń. Ci, co mają potomstwo, są zabezpieczeni, Ŝyją
dalej w swych dzieciach. A Simon Dalen po prostu zniknie.
Maya nie była w stanie nic mu odpowiedzieć. Rozumiała go doskonale.
PoniewaŜ Simon nie odzywał się przez dłuŜszą chwilę, rzekła:
- Czyli Ŝal ci, Ŝe nie masz dzieci?
- Bardziej, niŜ mógłbym przypuszczać.
- A Gitte?
- Ona zdecydowanie nie chciała mieć dzieci.
Simon zapatrzył się gdzieś przed siebie. Maya spoglądała na jego profil, z trudem
powstrzymując się od okazania mu, jak bardzo go lubi.
- Ona naraziła nasze... - zaczął Simon. - Nie, nie powinienem być nielojalny.
- Wobec niej? Myślę, Ŝe to naprawdę zbędne skrupuły. Chcesz mówić o waszym
poŜyciu małŜeńskim?
- Tak - potwierdził z wyraźnym wysiłkiem.
- Czyli trwało to trochę, zanim pojąłeś...
- Trwało? - przerwał jej. - To nigdy nie nastąpiło, my nigdy ze sobą nie spaliśmy.
- Co takiego?
Simon zaczął mówić otwarcie:
- Najpierw Gitte chciała być „czystą panną młodą”. Iść do ołtarza jako dziewica.
UwaŜałem, Ŝe to takie cudowne. Ale w dniu ślubu zdarzyło się coś...
- Co?
- Tak naprawdę nie wiem, co to było. Wieczorem Gitte dostała migreny, tyle Ŝe ja
widziałem niejeden atak migreny, moja matka cierpiała na nią przez całe Ŝycie, i muszę
przyznać, Ŝe cierpienie Gitte nie miało nic wspólnego z prawdziwą migreną. Później wyznała,
Ŝ
e bardzo się bała męŜa gwałciciela, który jednak nie zdąŜył jej nic zrobić, i musiałem dać jej
trochę czasu. - Simon z trudem wyrzucał z siebie poszczególne słowa, jakby było mu
ogromnie cięŜko wyjawiać to, co przez tak długi, długi czas tkwiło w nim głęboko. -
UwaŜałem, Ŝe to takie piękne i wzruszające, pilnowałem się, Ŝeby niczym jej nie zrazić. A
ona wciąŜ mówiła o ogniu, jaki płonie w jej piersi, o Ŝądzy, jaka się w niej budzi na samą
myśl o tym, Ŝe jesteśmy razem, i w ten sposób podtrzymywała we mnie namiętność i
tęsknotę...
- W jej piersi? - wybuchła Maya, nie mogąc się juŜ powstrzymać. - Jeśli pragnie się iść
z kimś do łóŜka, to przecieŜ, do licha....
Simon spojrzał na nią z boku.
JednakŜe Maya nie zamierzała przestać.
- I ona powtarzała ci to wszystko przez całe dwa lata? A ty chodziłeś jak pijany i
myślałeś o tym, co nigdy nie miało się spełnić! PrzecieŜ to najlepszy sposób na podtrzymanie
całkiem powierzchownego stanu zakochania. Osoba, której nigdy nie moŜemy zdobyć, staje
się zazwyczaj postacią z marzeń, nie spełniona miłość staje się najpiękniejsza. Czy ty wiesz,
Ŝ
e kochałeś własne złudzenia? - niemal wykrzykiwała rozgorączkowana Maya.
Simon spojrzał na nią zmieszany.
- Chyba odeszliśmy od tematu.
- Oczywiście, wybacz mi!
- Słyszę, Ŝe nadal przepraszasz w ten sam sposób. Właściwie to ja zacząłem tę
dygresję. Ale wracając do tematu, chcę powiedzieć, Ŝe bardzo byłbym szczęśliwy, gdybym
mógł Ŝyć dalej w swoim własnym dziecku. Wtedy wiedziałbym, Ŝe nie Ŝyłem na próŜno.
Maya siedziała nic nie mówiąc, oszołomiona własnymi myślami. Próbowała stłumić w
sobie uczucie triumfu wywołanego tym, Ŝe Simon i Gitte nigdy ze sobą nie spali. Właściwie
to nie był triumf, tylko najczystsza radość, mimo Ŝe zdawała sobie sprawę, iŜ tego rodzaju
myśli są zupełnie nie na miejscu, skoro Simon mówił o tak powaŜnych sprawach.
- PrzecieŜ nigdy nie zobaczyłbyś tego dziecka - powiedziała cicho.
- To prawda. Lecz wystarczyłaby mi świadomość, Ŝe któregoś dnia, kiedy mnie juŜ nie
będzie, urodzi się mój potomek.
- Ale Gitte nie chce.
- Gitte? Nie myślałem o niej. Nie chcę mieć z nią dziecka.
Maya wręcz nie mogła oddychać. Za oknem przejeŜdŜały samochody, mieszkańcy
Kyrkudden wracali z Mark do domu. Oni zaś siedzieli we dwoje w ciemnościach. Nikt nie
mógł ich zobaczyć, nawet oni sami z trudem widzieli siebie nawzajem w poświacie lampy
palącej się na zewnątrz nad drzwiami wejściowymi. Kiedy usiedli na kanapie, było jeszcze
widno. Teraz, gdy zapadł juŜ zmrok, nie chcieli psuć nastroju i dlatego nie zapalili światła ani
nie zaciągnęli zasłon.
Lecz drzwi były zamknięte, Simon bardzo na to nalegał. Zbyt wiele niemiłych
przygód spotkało ich ostatnio.
Przestał wreszcie snuć fantazje o własnym potomku.
- Ale to są tylko moje marzenia, Mayu. Okazałbym się przeraŜającym egoistą,
gdybym zupełnie świadomie zostawił jakąś kobietę całkiem samą z dzieckiem. O, płyta się
skończyła. MoŜe masz jeszcze coś podobnego?
- Zastanawiam się, czy ten rodzaj muzyki nie jest dla nas zbyt wyczerpujący.
- Być moŜe. Ale dobrze jest dać czasami upust własnym uczuciom?
Mimo to nie włączyli juŜ kolejnej płyty.
- Co chcesz teraz zrobić? - spytała Maya. - Pojedziesz do domu?
- Nie - odparł Simon. - Chcę zostać u ciebie. Potrzebujesz mnie.
Potrzebujesz mnie... Jego słowa dziwnie zabrzmiały w tej sytuacji, bo przecieŜ to on
był chory, a nie ona. Ale prawdopodobnie zaleŜało mu na tym, aby wciąŜ jeszcze czuć się
potrzebnym.
- Tak, rzeczywiście cię potrzebuję - wyznała cicho. - Boję się. PrzeraŜa mnie to
wszystko, co dzieje się wokół nas, a poza tym jestem zmęczona ciągłą samotnością. Ty jesteś
moją ostoją.
- Posłuchaj mnie, Mayu - odezwał się Simon z nie skrywanym bólem w głosie. - Tak
bardzo chciałbym móc dalej być dla ciebie oparciem. Móc zostać przy tobie, Ŝyć razem z
tobą, rok za rokiem. Ja nie chcę, rozumiesz, nie chcę... umierać.
Nagle jego samodyscyplina i opanowanie gdzieś zniknęły. Simon drŜał na całym ciele.
- Dostałem tabletki przeciwbólowe - wyrzucał z siebie pojedyncze słowa, dzwoniąc
zębami. - Mam je brać w razie ataków bólu, które pewnie juŜ niedługo się zaczną. Myślałem,
Ŝ
eby pewnego dnia połknąć je wszystkie naraz. Ale teraz zmieniłem zdanie. O BoŜe, jak ja
chcę Ŝyć!
Maya uklękła na kanapie i przytuliła jego głowę do swej piersi.
- Simon, kochany! Nie wolno ci brać tych tabletek, nie wolno, słyszysz! Daj sobie
samemu szansę, moŜe zdarzy się jakiś cud?
Jaki cud? Wiedziała przecieŜ, Ŝe cuda zdarzały się tylko w Biblii. Maya nie mogła
powstrzymać łez, Simon drŜał niczym liść osiki. Ukrywszy twarz na ramieniu Mai,
rozgorączkowanymi dłońmi zaczął dotykać jej ciała, jakby chciał zasmakować wszystkiego,
zanim będzie za późno. Pieścił ramiona dziewczyny, gładził włosy, a potem, uniósłszy głowę,
powiódł opuszkami palców po jej twarzy, rysując linię za linią.
- MoŜesz mi dać te tabletki - poprosiła Maya. - Będę wydzielała ci dokładnie tyle, ile
będziesz potrzebował, Ŝeby wytrzymać atak, ani jednej więcej. Teraz będę przy tobie przez
cały czas, jeśli oczywiście zgodzisz się na to.
- Czy się zgodzę? - Simon roześmiał się głośno. - Niczego bardziej nie pragnę. Zostań
ze mną, Mayu, przeŜyjmy razem kaŜdą sekundę, jaka mi pozostała, pozwól mi wypalić się u
twego boku!
Maya czuła, dokąd to prowadzi, mimo to nie bała się. Wiedziała, Ŝe jest to coś, czego
pragnęła z całego serca. Simon, podobnie jak ona, ukląkł na kanapie i spojrzał na nią z góry,
po czym bardzo ostroŜnie ujął jej twarz w swoje dłonie i pocałował ją. Łagodnie i spokojnie,
ale z wewnętrznym Ŝarem, który przeniknął ich oboje. Maya nawet nie zauwaŜyła, Ŝe zaczął
rozpinać guziki jej bluzki. Wszystko to było tak naturalne i proste, jakby pragnęła tylko tego i
niczego więcej.
Simon zaś całkowicie zapomniał o tym, Ŝe jeszcze przed chwilą takie zachowanie
wobec Mai uwaŜał za nieodpowiedzialne, prawdopodobnie zapomniał nawet i o tym, gdzie
się znajduje i Ŝe za oknem jest jakiś świat. Czuł jedynie bliskość Mai i Ŝył chwilą, tylko i
wyłącznie dla niej.
A gdy leŜeli potem mocno przytuleni do siebie i nie oddzieleni nawet najcieńszym
prześcieradłem, Mai płynęły z oczu łzy szczęścia, a Simon nie myślał o swej chorobie i
smutnym losie, przepełniony oszałamiającą radością.
- Jak ja mogłem myśleć, Ŝe kogoś kocham, zanim spotkałem ciebie? - wyszeptał.
ROZDZIAŁ X
Maya poczuła się dziwnie, widząc wczesnym rankiem męŜczyznę wychodzącego z jej
niewielkiej łazienki z ręcznikiem kąpielowym przewiązanym wokół bioder. Ten powszedni
dla innych kobiet widok dla niej oznaczał zupełnie nowy rozdział Ŝycia.
Przygotowywała właśnie skromne śniadanie z resztek jedzenia z poprzedniego
wieczoru. To osobliwe, ale wcale nie czuła się speszona. Zawsze się obawiała, Ŝe gdy
nadejdzie kiedyś ten dzień - a właściwie noc - i jakiś męŜczyzna się z nią prześpi, to
następnego ranka atmosfera będzie cięŜka i niezręczna.
Stało się inaczej. Oboje z Simonem doskonale się rozumieli i respektowali swoje
potrzeby.
On nigdy nie naleŜał fizycznie do Gitte. CóŜ za słodka myśl!
Simon był naprawdę wspaniałym męŜczyzną. Maya patrzyła na niego z nie skrywaną
przyjemnością.
- Nigdy nie masz bólów? - spytała.
- Nigdy. To znaczy nigdy od tamtego czasu, kiedy nagle poczułem ból w całym ciele.
Przypisywałem go napięciu nerwowemu.
- Ale miewasz juŜ jakieś symptomy?
Simon wyglądał na nieco zakłopotanego.
- śadnych, Ŝadnych, które bym zauwaŜył. Pewnie czasami tak bywa: najpierw jest
spokój, a potem nagle wszystko się zaczyna.
Gdy Simon się ubrał, usiedli oboje przy niskim stoliku przed kanapą. Maya bardzo
Ŝ
ałowała w tym momencie, Ŝe nie ma choćby niewielkiego stołu o normalnej wysokości,
poniewaŜ jedzenie czegokolwiek z kolanami wystającymi powyŜej blatu było wyjątkowo
niewygodne. Ale musieli jakoś dawać sobie radę.
- Wiesz, co sobie pomyślałam? - odezwała się Maya. - UwaŜam, Ŝe między tobą a mną
musi istnieć jakiś niedostrzegalny związek. Bo przecieŜ od razu, gdy się tylko spotkaliśmy,
wtedy, w pociągu, zaczęło dziać się mnóstwo róŜnych rzeczy. Ty przeŜyłeś zamach na twoje
Ŝ
ycie, a...
Simon przerwał jej ruchem ręki.
- Mylisz się, Mayu. To nie był wcale pierwszy zamach na mnie.
Maya wlepiła w niego wzrok.
- Nie pierwszy? Dlaczego nic o tym nie powiedziałeś?
- Dlatego, Ŝe do tej pory nie zdawałem sobie z tego sprawy. Jak się okazuje, to zaczęło
się juŜ parę lat temu. Dzisiejszej nocy, kiedy leŜąc sobie obok ciebie i przyglądając się, jak
ś
pisz, poczułem, Ŝe ogromnie cię kocham, zacząłem jednocześnie zastanawiać się nad
ostatnimi dwoma latami mego Ŝycia i doszedłem do mnóstwa zdumiewających wniosków.
- Na przykład?
- Kiedyś eksplodowała moja łódź patrolowa. Na szczęście ja i mój partner
zapomnieliśmy czegoś zabrać i wróciliśmy na ląd. I właśnie wtedy nastąpił wybuch. Nikomu
nic się nie stało.
- Uff - odetchnęła Maya. - Coś jeszcze?
- Innym razem w moim mieszkaniu ktoś wzniecił poŜar, ale bez trudu go ugasiłem.
Niewiele teŜ brakowało, a zostałbym przejechany przez samochód.
- Simon, zaczynam się bać! - wykrzyknęła ze źle skrywanym lękiem w oczach.
- A ty? Czy tobie przydarzyło się coś przeraŜającego i niewyjaśnionego?
Maya nie spieszyła się z odpowiedzią.
- Nie - odparła wreszcie po dłuŜszym namyśle. - Mogę stwierdzić z całym
przekonaniem, Ŝe nic takiego się nie stało. Czyli to dotyczy tylko ciebie.
- JuŜ nie - odrzekł Simon w zadumie. - Teraz to dotyczy nas obojga.
- Nie jestem pewna. Jedynie przypadek sprawił, Ŝe byłam razem z tobą w
samochodzie, kiedy odmówiły hamulce.
- Tak, masz rację. MoŜe to rzeczywiście chodzi tylko o mnie. Ale jak ty to wyraziłaś?
Jedynie przypadek sprawił...? Nigdy bardziej nie byłem świadom tego, co robię, niŜ tamtego
dnia!
JakŜe miło było to usłyszeć. Maya przytuliła się mocno do niego, upajając się jego
ciepłem.
- UwaŜaj na moją kanapkę! - roześmiał się.
Simon zawiózł ją do Mark. Chcąc nie chcąc, musieli przypomnieć sobie, Ŝe istnieje
jeszcze coś takiego jak dzień powszedni i praca. Maya niemal o tym zapomniała, znalazła się
bowiem w innym świecie.
Była w beztroskim nastroju, Ŝycie wydawało jej się jednym wielkim świętem. Nie
chciała myśleć o przyszłości. Liczyła się tylko chwila obecna, a ona naleŜała wyłącznie do
nich!
- Co będziesz dziś robić? - spytała Simona.
- Wszystko mam dokładnie zaplanowane! Odwiedzę tę damę z cukierni i postaram się
dotrzeć do źródła plotek. A co najwaŜniejsze, zamierzam pojechać do Gitte i poprosić ją o
natychmiastowy rozwód. To będzie raczej proste, jesteśmy przecieŜ w separacji i przez dwa
lata Ŝyliśmy zupełnie osobno.
- Nie zapominaj, Ŝe ona wczoraj wróciła, by wszystko naprawić między wami.
- Nie zapominam. Ale ja jej nie chcę. Za Ŝadne skarby i za nic na świecie. Bo
znalazłem coś, co jest tysiąc razy cenniejsze od niej: ciebie i naszą miłość. Jakie to wszystko
piękne! Tak cudownej nocy nigdy jeszcze nie przeŜyłem. I te nasze długie rozmowy! To dla
mnie zupełnie nowe doświadczenie, nie wiedziałem, Ŝe moŜna rozmawiać z kobietą w ten
sposób, bez obawy, Ŝe to, co powiem, moŜe zostać wykorzystane przeciwko mnie... BoŜe, jak
ja mogłem myśleć, Ŝe jestem zakochany w Gitte? PrzecieŜ ona to zajęty wyłącznie sobą sopel
lodu. Tak, to właściwe porównanie, sopel lodu bowiem topi się i nic z niego nie zostaje. Dla
mnie Gitte znaczy teraz właśnie tyle: zero.
Maya przygryzła wargi.
- Czy wiesz na pewno, po co chcesz dojść do źródła tych niegodnych plotek o tobie i o
mnie?
- Tak, wiem. Chciałem zmusić tę osobę do odwołania wszystkiego wobec Gitte.
Chciałem być oczyszczony do końca w jej oczach. Ale teraz to nie ma juŜ Ŝadnego znaczenia.
Pragnę to zrobić ze względu na ciebie i na mnie. Dowiedzieć się, kim jest ta bestia i dlaczego
wymyśliła to wszystko.
Maya pokiwała głową.
- Ciągle mam takie poczucie, Ŝe te plotki muszą mieć coś wspólnego z napadami na
ciebie i na nas. Tylko nie rozumiem, co dokładnie.
- Ja teŜ nie rozumiem.
- Bądź ostroŜny, Simonie. Dobrze wiesz, Ŝe twój wróg jest niebezpieczny. Właśnie
dlatego, Ŝe jest niewidzialny.
- Wiem, wiem. Ale jednej rzeczy nie mogę pojąć w Ŝaden sposób: jak to wszystko się
wiąŜe z zabójstwem twojego ojca?
- Tak, to jest prawdziwa zagadka. Ale ono nie ma nic wspólnego z nami.
- Kyrkudden to zbyt mała miejscowość, by mogło tu wchodzić w rachubę kilka
róŜnych zbrodni. MoŜesz być pewna, Ŝe to wszystko się łączy! Tylko jak?
- Posłuchaj, pojutrze przyjeŜdŜa moja mama na pogrzeb ojca. Przyjdziesz?
- Naturalnie! Odnoszę wraŜenie, Ŝe boisz się swojej mamy?
- Nie, to nie to. Tylko Ŝe z nią jest tak trudno się dogadać. Ciągle wymaga zbyt wiele.
- Na pewno trochę się uspokoiła, kiedy usłyszała, Ŝe mąŜ nigdy jej nie oszukiwał.
- Mam nadzieję.
Simon zamyślił się na chwilę, po czym powiedział odwaŜnie jednym tchem:
- Kiedy pozbędę się juŜ tego cięŜaru, to znaczy Gitte, wówczas będziemy musieli...
Musiał zaczerpnąć oddechu.
- Wrócimy do tego później - wpadła mu w słowo Maya.
- Dobrze.
UwaŜał, Ŝe nie ma prawa rozmawiać o przyszłości, dopóki jest związany z Gitte. Snuł
jednak tak wielkie plany. Jakie to szczęście, Ŝe nie zdąŜył zapisać wszystkiego w testamencie
Gitte! Nie posiadał wprawdzie wiele, ale to, co miał, powinno przecieŜ przypaść w udziale
Mai. Niczego w swoim Ŝyciu nie był tak pewien jak właśnie tego. Musi Ŝyć jeszcze tak długo,
by zdąŜyć się z nią oŜenić i w ten sposób zagwarantować jej materialny dostatek, a takŜe dać
nazwisko swojemu ewentualnemu potomkowi. Minionej nocy bardzo duŜo rozmawiali
właśnie o dziecku. Nie zrobili nic, by się zabezpieczyć, poniewaŜ Ŝadne z nich tego sobie nie
Ŝ
yczyło. Maya nawet poprosiła Simona, aby nie zachowywał środków ostroŜności. W
pierwszej chwili nie chciał się na to zgodzić, poniewaŜ to przecieŜ ona dźwigałaby cały cięŜar
wychowania dziecka w przyszłości. Maya jednak nie ustąpiła.
Musi więc Ŝyć jeszcze tak długo, by dać Gitte po nosie i oŜenić się z Mayą! To było
jego jedyne pragnienie.
Musi trzymać się Ŝycia ze wszystkich sił, przynajmniej jeszcze przez kilka miesięcy.
Simon był zupełnie roztrzęsiony, kiedy wjechał na obszerny i zadbany dziedziniec
posiadłości Svendsenów. Miał nadzieję, Ŝe uniknie spotkania z seniorem rodu, ale, niestety,
nie udało się.
Spodziewał się, Ŝe nie ominą go wymówki. Tymczasem ten wysoki męŜczyzna
zmierzał w jego stronę z wyciągniętymi ramionami.
- Kogo ja widzę! To ty, Simonie? Witaj, drogi zięciu! Słyszałem, Ŝe między tobą a
Gitte znowu jest dobrze. Bardzo mnie to cieszy, mój chłopcze. Tak bardzo się martwiłem, Ŝe
między wami się nie układa. Wiedziałem, Ŝe to ta bezwstydnica Maren Grandseter tyle
napsuła swoimi fantazjami. Jakaś sfrustrowana dziewucha, pewnie nie mogła zdobyć Ŝadnego
chłopaka, to go sobie wymyśliła. Prawdopodobnie kochała się w tobie. Ale proszę, wejdź do
ś
rodka, Gitte na pewno się ucieszy.
Mówił jak nakręcony. Simon nie miał szansy, by wtrącić choćby jedno słowo protestu.
Zresztą to i tak nic by nie dało. Poza tym Simon nie miał najmniejszej ochoty
roztrząsać swoich spraw uczuciowych ze Svendsenem.
- Jak czuje się twój ojciec? - spytał teść, gdy obaj znaleźli się w hallu domu.
- Dziękuję, raczej bez zmian. Ostatnio jest bardzo oŜywiony, poniewaŜ dwa z jego
koni znowu wygrały bieg.
- Sindbad i Alladyn, wiem, wiem. Byłem tam oczywiście. Szkoda, Ŝe ojciec nie moŜe
juŜ przychodzić na trybuny, bardzo mi go brak. Zawsze długo dyskutowaliśmy o koniach. Ale
właśnie idzie Gitte. Spójrz no, kochanie, kto nas odwiedził!
Chłodna blondynka w jasnej, eleganckiej sukience zbliŜała się do nich przez hall.
Niewątpliwie jest ładna, ładniejsza od Mai. Ale jak mało w niej Ŝycia. Simon uwaŜał, Ŝe
Maya mimo wszystko jest sto razy bardziej pociągająca.
Zdawało mu się, Ŝe dostrzegł w niebieskich oczach Ŝony błysk zwycięstwa. Nie,
chyba był uprzedzony, widział tylko to, co chciał widzieć. CzyŜby znajdował się aŜ pod tak
silnym wpływem Mai?
To nieprawda. Maya starała się przecieŜ - co prawda nie zawsze ze skutkiem - tłumić
swą niechęć do Gitte. Próbowała być lojalna.
BoŜe drogi, jak on mógł oŜenić się z kimś tak sztucznym?
Gdy po przywitaniu się Simon szedł za Gitte do jej pokoju, zastanawiał się nad
okolicznościami, które doprowadziły do ich małŜeństwa.
Gdzie on ją spotkał pierwszy raz?
Ach, tak, to było wtedy, gdy na prośbę ojca towarzyszył mu do Ovrevoll. PoniewaŜ
choroba dawała się juŜ staruszkowi we znaki, nie miał odwagi podróŜować sam. Simon,
przeciwny hodowaniu zwierząt dla pieniędzy, spełnił jego Ŝyczenie bez entuzjazmu.
To właśnie tam, na torze wyścigowym, natknęli się na starego przyjaciela ojca,
Svendsena, i jego córkę. Gdy zjedli wszyscy razem obiad w restauracji, Simon poczuł się
oczarowany smukłą, delikatną i wielce ponętną Gitte. Ojcowie bez trudu to zauwaŜyli i
dopomogli rodzącemu się romansowi. Ona zaś nie była mu nieprzychylna, wprost przeciwnie.
Młodzi zaczęli się zatem spotykać i juŜ po miesiącu Simon się oświadczył.
Czy rzeczywiście on to zrobił? W tych nowoczesnych czasach nie ma przecieŜ
znaczenia, kto pierwszy wychodzi z taką propozycją. Teraz jednak, kiedy się tak nad tym
zastanawiał, poczuł się nieswojo na myśl, Ŝe wtedy w restauracji wyraźnie został
przechytrzony. Niewątpliwie to on wypowiedział potem słowa, które w rezultacie
doprowadziły do małŜeństwa, lecz dopiero w tej chwili zrozumiał, Ŝe włoŜono mu je w usta.
RównieŜ teraz oczy Gitte Ŝarzyły się ciepłym i wielce obiecującym blaskiem, lecz
Simon nie zamierzał dać się oszukać jeszcze raz. MoŜliwe, Ŝe go kocha, niewykluczone teŜ,
Ŝ
e dojrzała od tamtego czasu, gdy nie pozwalała mu zbliŜyć się do siebie, ale co z tego? Im
szybciej się z nią rozstanie, tym lepiej. A później będzie trzymać się od niej jak najdalej. Gitte
budziła w nim bowiem jedynie niechęć - i obojętność.
- Zastanowiłeś się? - spytała z uśmiechem.
- Nie miałem nad czym się zastanawiać - odparł krótko. Twarz Gitte pojaśniała jeszcze
bardziej. Simonowi wydawało się, Ŝe słyszy jej fanfary zwycięstwa.
Pospieszył więc, by sprowadzić ją na ziemię.
- Chcę rozwodu.
Gitte zaczęły drŜeć usta. W oczach pojawiły się łzy, co spowodowało, Ŝe przez ułamek
sekundy Simon poczuł wyrzuty sumienia. MoŜe jednak nie jest sprawiedliwy? MoŜe to
gwałtowna Maya jest osobą, którą naleŜałoby pozostawić własnemu losowi, a nie Gitte,
skrzywdzoną niewinność? Zasłonił twarz rękami i dręczące myśli zniknęły. Dopiero teraz
pojął, jak nieprawdopodobna była jej zdolność tworzenia iluzji. Ona nigdy niczego mu nie
dała, zawsze jedynie brała. Dlatego któregoś razu powiedział o niej, Ŝe skąpi mu siebie.
- To moja wina - westchnęła, przyzwyczajona do tego, Ŝe zawsze ulegał jej łzom. -
Zachowałam się podle wobec ciebie. Lecz wierzyłam, Ŝe moglibyśmy zacząć wszystko od
początku. Byłam gotowa się zmienić pod względem, no... wiesz.
- Pod jakim? - spytał Simon. - O ile pamiętam, wiele wymagało zmian.
Podniosła na niego oczy błyszczące od łez.
- No, wiesz... Chyba nie byłam taką prawdziwą Ŝoną. Odmawiałam ci... twoich praw.
Musisz wziąć jednak pod uwagę to, Ŝe byłam wtedy taka młoda i niedojrzała. Dziecinna i
wystraszona.
Simon nie odpowiedział. Pomyślał tylko, Ŝe Gitte wcale nie jest juŜ taka młoda, ma o
siedem lat więcej od Mai.
Maya... juŜ samo jej imię sprawiało, Ŝe robiło mu się cieplej na sercu.
- A plotki? - spytał obojętnym głosem.
- Byłam taka głupia! Nie rozumiem, jak mogłam w coś takiego uwierzyć? PrzecieŜ
kochałeś mnie tak gorąco!
Te pełne emfazy słowa napełniły go odrazą.
- To nie było tak - rzekł powoli. - To, Ŝe się mną interesowałaś, pochlebiało mi i
całkowicie mnie zaślepiło. Sądziłem, Ŝe jestem w tobie zakochany. Teraz wiem lepiej. Pragnę
być wolny. Natychmiast.
Gitte wykrzyknęła nieco za szybko:
- Ale ja tak bardzo bym chciała być przy tobie do końca! Umilić ci te ostatnie
miesiące.
- To ty wiesz? - zawołał gwałtownie Simon.
Gitte znowu zadrŜały wargi.
- Dowiedziałam się od doktora Modina, kiedy był tu u nas przedwczoraj.
Simon był wstrząśnięty.
- Sten naprawdę...?
- To była nieostroŜność z jego strony - bez wahania wyjaśniła Gitte, nieco
przestraszona. - Myślał, Ŝe sam mi powiedziałeś. Bardzo Ŝałował, Ŝe się wygadał.
Simon nieco złagodniał.
- To dlatego odwiedziłaś mnie wczoraj?
- JuŜ dawno zamierzałam to zrobić, ale brakowało mi odwagi. Ale kiedy usłyszałam o
tej twojej okropnej chorobie, od razu wiedziałam, Ŝe moje miejsce jest przy tobie.
Była naprawdę wzruszająca i słodka, gdy tak przed nim stała i prosiła. Wydawało się
nawet, Ŝe przez chwilę zastanawiała się, czy nie podejść do niego i nie pogłaskać go
pieszczotliwie po włosach. JednakŜe na Simonie wszystko to nie robiło juŜ wraŜenia. W
kaŜdym jej geście bowiem, nawet w tych najbardziej „spontanicznych”, było coś sztucznego i
doskonale wykalkulowanego.
- JuŜ za późno, Gitte. W większym czy mniejszym stopniu ten nieznany plotkarz sam
pchnął mnie w ramiona Mai, czyli Maren Grandseter. Bardzo mi na niej zaleŜy, a jej na mnie.
Chcemy się pobrać i być razem aŜ do końca. Dlatego właśnie proszę o zwrócenie mi
wolności.
Gitte znowu ukryła twarz w dłoniach. Zanosząc się płaczem, wybiegła na korytarz.
Simon, pozostawiony sam w jej pokoju, poszedł za nią i znalazł ją w hallu w ramionach ojca.
- Simon chce się rozwieść, tato. śeby oŜenić się z tą... no, wiesz...
Svendsen, którego twarz przez ułamek sekundy przypominała chmurę gradową,
uspokoił się i rzekł:
- Simon, zastanów się, proszę! Gitte postąpiła głupio, przyznaję, ale to biedne dziecko
nie miało łatwo w Ŝyciu, w młodych latach stała się ofiarą gwałtu. Jako jej mąŜ masz
obowiązek się nią opiekować.
Sytuacja była wyjątkowo przykra. Simon nie wiedział, co powiedzieć.
Słysząc odgłosy jakiegoś zamieszania na dziedzińcu, spojrzał w okno. Od strony stajni
nadchodził jakiś męŜczyzna.
- Ten człowiek... Gdzie ja go widziałem wcześniej?
- Andersen? - odpowiedziała Gitte, nieoczekiwanie rozpłomieniona. - Oczywiście, Ŝe
go widziałeś! Był przecieŜ z nami w Ovrevoll, kiedy ty i ja spotkaliśmy się po raz pierwszy.
Być moŜe. Simonowi jednak zdawało się, Ŝe widział go całkiem niedawno.
Naturalnie, spotkał go podczas ostatniej swojej wizyty u Svendsenów, ale jeszcze
wcześniej...?
Teść wyrwał go z zadumy.
- Simon, przemyśl to sobie jeszcze raz. Dobrze wiesz, Ŝe Gitte nie jest złą partią.
- Wiem. Ale kiedy miłość umiera, niewiele da się juŜ zrobić.
Svendsen stał przy drzwiach do salonu, Gitte zaś przy oknie. Oboje, niemal
niezauwaŜalnie, wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Simon znowu poczuł,
Ŝ
e między ojcem i córką istnieje niesłychane wprost porozumienie. Wiedział, Ŝe podjęli
decyzję.
Gitte kiwnęła głową. Zapłakana i zraniona, odrzekła jednak z godnością:
- Jak sobie Ŝyczysz, Simonie. Nie chcę cię zatrzymywać wbrew twojej woli.
Dostaniesz rozwód.
Simon odetchnął z ulgą.
- Kiedy?
- Kiedy chcesz.
Dzisiaj, zamierzał powiedzieć, lecz byłoby to chyba zbyt pośpieszne.
- Jutro?
Gitte zmarszczyła swe wypielęgnowane brwi.
- Jutro jestem w Oslo. Potem mamy weekend. Powiedzmy: w poniedziałek? Spotkamy
się w Mark i pójdziemy razem na szafot. Myślę, Ŝe to nie potrwa długo. MoŜesz przecieŜ
powołać się na nieskonsumowanie małŜeństwa.
Ostatnie słowa wypowiedziała nieco histerycznie.
Simon jednak był nieczuły na jej aluzje.
- Akurat za to mogę ci być teraz tylko wdzięczny - oświadczył szorstko. - Pod uwagę
naleŜy wziąć przede wszystkim brak lojalności z twojej strony. Moim zdaniem, to bardzo
waŜne.
Po czym odwrócił się i wyszedł.
Następnie udał się do domu sprzedawczyni z cukierni.
Była to aŜ do przesady zadbana willa, w której pachniało pastą do podłogi i
salmiakiem. Przez chwilę Simon zastanawiał się nawet, czy nie powinien zdjąć butów.
JednakŜe gospodyni rozwiązała problem, zatrzymując gościa w sieni.
Kobieta, która, sądząc po stroju, była właśnie całkowicie pochłonięta sprzątaniem, nie
mogła w ogóle pojąć, co mają znaczyć jego dziwne pytania. Naciągnęła mocniej chustkę na
czoło, aby ukryć pod nią wałki, i spojrzała nieco agresywnie na Simona.
- Nie zajmuję się plotkami.
- Oczywiście, nie wątpię w to - odparł Simon, przyozdabiając twarz jednym ze swych
najbardziej czarujących uśmiechów. Obawiał się, Ŝe wygląda z nim odraŜająco. - Nie o to
pytam. Chcę tylko wiedzieć, gdzie pani usłyszała tę wiadomość. Kto naopowiadał pani tych
plotek?
- No, wie pan, jak się pracuje w cukierni, to człowiek słyszy to i owo.
Wreszcie zdecydowała się wyłączyć odkurzacz, który cały czas pracował, i dlatego
ostatnie słowa zabrzmiały tak głośno jak w pustym kościele.
- Doskonale panią rozumiem - wyznał Simon. - Ale jeśli pani powie mi teraz, kto pani
naplótł tych rzeczy o mnie, wtedy policja nie będzie juŜ przychodzić do pani, tylko skupi się
bezpośrednio na tym, co najwaŜniejsze.
Kobieta spojrzała na niego przeraŜona.
- Nie chcę tu Ŝadnej policji, jasne? Pod Ŝadnym warunkiem. Nie dostarczę sąsiadom
tej satysfakcji, o, nie!
Simon czekał cierpliwie. Kobieta nie uczyniła nawet najmniejszego gestu, by zaprosić
go do środka, ale był jej tylko za to wdzięczny.
- Dzień w dzień człowiekowi tyle róŜnych nowin wpada do ucha - powtórzyła. -
Zaraz, zaraz, muszę pomyśleć! To był rzeczywiście wyjątkowy kąsek.....
Zajęta myślami, nawet nie zauwaŜyła, Ŝe wypowiedzianymi słowami mogła sprawić
mu przykrość.
- Dwa lata temu... to szmat czasu. Powiada pan, Ŝe nie urodziła tego dziecka? Dziwne!
Byłam pewna, Ŝe Lill jest dobrze poinformowana...
- Lill?
Kobieta ocknęła się.
- Tak, oczywiście, to była Lill! Teraz sobie przypominam.
Simon stał jak odurzony. Lill... NajbliŜsza przyjaciółka Mai?
ROZDZIAŁ XI
Na wszelki wypadek Simon nawiązał kontakt z jeszcze jednym dawnym kolegą z
pracy, który takŜe słyszał te plotki. Dlatego popołudnie spędził głównie w samochodzie.
Jeździł po okolicy, próbując wykryć źródło oszczerstw. Nie było to bynajmniej proste: ludzie
nie chcieli zdradzać swoich przyjaciół, ale wreszcie udało mu się dotrzeć do prawdy.
Nie poczuł się bynajmniej zaskoczony, gdy znowu natrafił na ślad Lill, przyjaciółki
Mai.
AŜ wreszcie nadeszła pora, by pojechać po Mayę do pracy.
Miał jej tyle do opowiedzenia, Ŝe gdy ją zobaczył, pomachał ku niej energicznie.
Na jej widok zrobiło mu się ciepło na sercu. Ubrana w prostą, wzorzystą sukienkę,
wyglądała nadzwyczaj świeŜo i trochę dziecinnie. Ale on przecieŜ wiedział najlepiej, Ŝe stała
się juŜ młodą kobietą - za jego sprawą, minionej nocy. Oboje mieli więc wreszcie swoją
wspólną tajemnicę...
- Cześć - powiedziała zadyszana, czerwieniąc się. - Jak ci minął dzień?
Simon rozpromieniał jak słońce.
- Gitte zgadza się na rozwód - odparł z triumfem, siadając do samochodu. - W
poniedziałek złoŜę pozew. A potem, Mayu, nie będziesz musiała się niczego wstydzić.
- PrzecieŜ wcale się nie wstydzę. Jestem i tak szczęśliwa, bez urzędowego pozwolenia
na bycie razem z tobą.
- Proszę cię, nie sprzeciwiaj mi się. Myślę, Ŝe mogłabyś mi wyświadczyć tę ostatnią
przysługę. Chcę zabezpieczyć twoją przyszłość. A gdyby się okazało, Ŝe urodzi się nam mały
chłopiec albo dziewczynka, chciałbym, Ŝeby dziecko nazywało się Dalen. To będzie moje
dziecko. Mój potomek.
Maya nie była w stanie wykrztusić ani słowa. U ścisnęła tylko Simona mocno za rękę.
On zaś był w znakomitym nastroju.
- Będziemy mieli wspaniały ślub. Panna młoda w bieli, pan młody na czarno. Mój
ojciec będzie wreszcie szczęśliwy.
- Dlaczego?
- Nie znosił Gitte. Jeszcze nim się pobraliśmy. A kiedy potem widział, jak bardzo
jestem przez nią nieszczęśliwy, i jeszcze później, gdy po prostu zostawiła mnie samego, dając
posłuch plotkom, nie chciał o niej w ogóle słyszeć. Musisz pojechać ze mną do niego i poznać
go.
- Dziś wieczorem?
- Nie, dzisiaj mamy co innego do roboty. Wytropiłem coś i musimy się tym zająć.
- CzyŜbyś dowiedział się, kto rozsiewał plotki? Bardzo jestem ciekawa.
- Chyba nie będziesz zadowolona.
- Nie rozumiem.
- To twoja przyjaciółka, Lill.
- NiemoŜliwe - zareagowała spontanicznie Maya.
- Znalazłem dwa tropy i oba prowadzą do niej. Nie mamy wyboru, musimy ją
odwiedzić.
- Lill? Nie mogę wprost uwierzyć!
Lecz kiedy przypomniała sobie swoje spotkanie z koleŜankami po przyjeździe do
Mark... Lill rzeczywiście nie okazywała wielkiego entuzjazmu, wprost przeciwnie.
- Uff - westchnęła Maya. - Miałeś rację, nie ma się z czego cieszyć. Ale trudno,
jedziemy.
Lill nie przyjęła niespodziewanych gości z otwartymi ramionami, wpuściła ich jednak
do środka i poprosiła nawet, by usiedli. Mieszkanie pachniało niemowlęciem, a jego wygląd
ś
wiadczył o niezbyt dobrej sytuacji finansowej właścicieli, ciasnocie i ogólnym zmęczeniu
pani domu.
Z płaczącym dzieckiem na ręku gospodyni zrobiła nie pozbawiony sarkazmu gest,
przepraszając gości za to, co zastali.
- Małe dziecko to nie tylko radość - westchnęła podnosząc z podłogi smoczek. Niezbyt
starannie go oczyściwszy, wetknęła go niemowlęciu z powrotem do buzi. Zapanowała cisza. -
Po co przyszliście? - spytała.
Na tak proste i rzeczowe pytanie mogli udzielić tylko równie rzeczowej odpowiedzi:
- Staraliśmy się dotrzeć do źródła plotek o nas obojgu - odparł Simon. - I okazało się,
Ŝ
e jest nim przyjaciółka z dzieciństwa Mai, niejaka Lill.
Lill zrobiła się czerwona jak burak.
- Ja? Ja miałabym rozsiewać takie plotki? Za wiele sobie pozwalacie! To przecieŜ
sama Maya zaczęła to rozgłaszać! To ona mówiła, Ŝe musi wyjechać, bo spodziewa się
dziecka. Z Simonem Dalenem.
- To nieprawda! - zaprotestowała Maya. - Na pewno nie usłyszałaś tego ode mnie.
- Oczywiście, Ŝe nie. Ale wszyscy...
- Skończmy to wreszcie - powiedział ostro Simon. - Najłatwiej jest zrzucać na
„wszystkich”. Skoro więc to nie ty wymyśliłaś tę plotkę, to od kogo ją usłyszałaś?
- Nie zaleŜy mi na tym, Ŝeby wymyślać tego rodzaju historie o innych ludziach.
Usłyszałam tę nowinę z pewnego źródła i dlatego nigdy nie wątpiłam w jej prawdziwość.
- Od kogo?
- Od jednej z moich znajomych. To chyba wystarczy.
- Nie, nie wystarczy - nie ustępował Simon. - Kto to był? Jej nazwisko?
- Chodziłam z nią na taniec jazzowy. Maya zrezygnowała, a ja dotrwałam do końca
kursu. Szkoda, Mayu, Ŝe nie zostałaś, byłaś naprawdę utalentowana.
Zaskoczona nagłą serdecznością dawnej koleŜanki, Maya bąknęła nieporadne
„dziękuję”.
- Kto to był? - Simon nie dawał za wygraną.
Lill wbiła w niego wzrok.
- Ty powinieneś najlepiej wiedzieć. Ona nazywa się Gitte Dalen.
Popatrzyli na siebie bez słowa, po czym Simon westchnął cięŜko.
- No tak! Czyli to było juŜ po tym, jak Gitte dowiedziała się o wszystkim. Zatem nic
nowego. Nie pozostaje nam nic innego, jak cię przeprosić, Lill. Pomyliliśmy się.
Lill przyjęła łaskawie przeprosiny i odprowadziła gości do drzwi.
Kiedy juŜ znaleźli się w samochodzie, Maya stwierdziła:
- No i wróciliśmy do punktu wyjścia. Spójrz, czy to
nie Sten Modin nadjeŜdŜa z
taką fantazją?
- Tak, to on. Widać, Ŝe się bardzo spieszy!
Doktor Modin zahamował tuŜ obok nich i wyjrzał przez okno samochodu.
- Dowiedziałem się, Ŝe jesteś tutaj. Twój ojciec miał atak serca. Powinieneś do niego
natychmiast jechać.
- JuŜ pędzę - powiedział zdenerwowany Simon. - Skąd wiedziałeś...?
- Mój kolega, lekarz twojego ojca, zadzwonił do mnie i poprosił, Ŝebym spróbował cię
znaleźć. Zostawiłeś przecieŜ wiadomość, Ŝe wybierasz się na poszukiwania niejakiej Lill
Johansen. PoniewaŜ wiem, Ŝe teraz, po męŜu, ona nazywa się Strand, pomyślałem sobie, Ŝe
pewnie jesteś tutaj.
- No, dobrze, ale...
- Jeśli nie ma pani nic przeciwko temu; mogę panią odwieźć do domu.
- To miło z twojej strony - rzekł Simon. - Bardzo bym chciał, Mayu, Ŝebyś poznała
mego ojca, ale to chyba nie jest najodpowiedniejsza chwila.
- Oczywiście.
- Przyjadę do ciebie od razu, jak będę mógł - obiecał. - Pozamykaj dobrze wszystkie
drzwi, zaciągnij zasłony i nikogo nie wpuszczaj!
- MoŜesz być spokojny. Mam nadzieję, Ŝe twojemu ojcu nic nie grozi.
- Ja teŜ mam taką nadzieję. Co prawda ostatnimi czasy oddaliliśmy się od siebie, ale
przecieŜ był dla mnie dobrym ojcem... bardzo by mi go brakowało, gdyby odszedł.
Zamilkli. Oboje pomyśleli jednocześnie o tym samym: nie jest przecieŜ pewne, Ŝe to
ojciec odejdzie jako pierwszy...
PoŜegnali się, po czym Sten Modin skierował swój samochód w stronę Kyrkudden.
Rozmowa zupełnie się nie kleiła. Maya martwiła się o Simona, którego w tym
tragicznym połoŜeniu spotkał jeszcze taki cios, a doktor Modin wydawał się wyjątkowo
przygnębiony.
- Zabieram panu czas - rzuciła z poczuciem winy.
- Bynajmniej, i tak miałem jechać w tym kierunku. A moŜe uda się pani wyrwać mnie
z ponurych myśli.
- Ponurych?
Na jego twarzy pojawił się grymas.
- Ostatnio ciągle dzieje się coś nieprzyjemnego. Nieszczęście Simona... Te wstrętne
plotki... A teraz na do datek jeszcze i mnie nie ominęło...
- Co się stało?
- ZłoŜono na mnie doniesienie. Umarł jeden z moich pacjentów. Ja uznałem go za
całkowicie zdrowego! To prawdziwy cios dla lekarza.
- PrzecieŜ lekarz ma chyba prawo się pomylić?
- Ale nie w takim stopniu. Okazało się, Ŝe ten człowiek był śmiertelnie chory. A ja
tego nie zauwaŜyłem. To powaŜna plama na dobrym imieniu lekarza.
Nagle w Mai zrodziła się dzika nadzieja. Sten Modin, widząc jej reakcję, domyślił się
natychmiast, o co ona chce go spytać.
- Nie, nie! AŜ tak złym diagnostą nie jestem na pewno. Dla Simona nie ma ratunku.
Wiem, Ŝe zaleŜy wam na sobie, i Ŝyczę wam wszystkiego dobrego, ale jego Ŝycie dobiega
kresu.
Maya westchnęła cięŜko.
- To był najcięŜszy dzień w moim Ŝyciu, kiedy musiałem powiedzieć Simonowi
prawdę - wyznał powoli Sten. - Tyle długich lat się przyjaźniliśmy.
- Dlaczego musi tak być? Dlaczego ślepy los wybrał akurat jego?
Znowu zapadło milczenie.
Na szczęście dom Mai znajdował się niedaleko. Ale zanim dotarli na miejsce, w
samochodzie odezwał się telefon.
Doktor odebrał. Pilnie wzywano go do chorego.
- Czy mógłbym od pani zadzwonić? - spytał, przygryzając wargi.
- Nie mam telefonu. A mieszkanie gospodarzy jest zamknięte.
- Szkoda! Z tego aparatu nie mogę dzwonić prywatnie. Miałem się z kimś spotkać... a
teraz jest juŜ za późno, Ŝeby wszystko odwołać...
- MoŜe jednak mogłabym jakoś pomóc?
Sten, wyraźnie nieobecny myślami, zastanawiał się nad czymś. Ocknąwszy się,
odpowiedział:
- Nie, nie, dziękuję. Jakoś sobie poradzę.
Zatrzymał się przed domem Mai i, nie mówiąc nawet do widzenia, natychmiast
odjechał.
Ona, zamyślona, podeszła do skrzynki na listy i znalazła w niej przesyłkę od policji.
Nic poza tym.
Przez cały czas coś nie dawało jej spokoju. Miała wraŜenie, Ŝe oboje z Simonem
popełnili gdzieś błąd...
Stanęła z nie otwartym listem w ręce przy stole. Coś w tym wszystkim się nie zgadza.
Tylko co?
Wreszcie rozerwała kopertę. Nadawcą był, jak się okazało, znany juŜ jej komisarz
policji.
Uprzejmie proszę o pilne skontaktowanie się ze mną. Policja z Oslo znalazła
kalendarz Pani ojca i potrzebuje pomocy w rozszyfrowaniu kilku niezrozumiałych znaków.
Brzmiało to interesująco, ale jak miała skontaktować się teraz z policją, skoro obiecała
czekać w domu do powrotu Simona?
Znowu zaczęły męczyć ją te dziwne myśli. CzyŜby coś przegapili?
Nie, chyba nie poradzi sobie sama z tym problemem. Zaraz jednak przyszło jej do
głowy co innego:
Sten Modin został wezwany do pacjenta, ale wcześniej z kimś się umówił.
Prawdopodobnie nie zdołał juŜ odwołać spotkania.
ZałóŜmy więc, Ŝe rzeczywiście nie zdąŜył zawiadomić tej kobiety, z którą miewał
miłosne schadzki w opuszczonym kościele, dedukowała Maya. I nie zdąŜył poinformować jej
takŜe o tym, Ŝe został zdemaskowany, poniewaŜ zgubił tam długopis. MoŜe więc kochanka,
niczego nieświadoma, zmierzała właśnie na potajemne spotkanie...
Maya nie mogła pohamować ciekawości. Zdawała sobie sprawę, Ŝe to nieładnie, ale
bardzo chętnie dowiedziałaby się, z kim pan doktor umawiał się w kościele nad morzem.
Nazwał ją „kobietą, z którą nie naleŜy się pokazywać publicznie”. CzyŜby chodziło o tę
młodą i niezbyt stałą w uczuciach dziewczynę z Kyrkudden? Jeśli Maya ją by tam zobaczyła,
roześmiałaby się w głos, drwiąc z niewybrednego gustu doktora Modina.
Zegar wybił ósmą. Jeśli mieli spotkać się o ósmej, kochanka powinna juŜ czekać na
miejscu.
Maya doskonale wiedziała, Ŝe nie powinna tam iść. Pod Ŝadnym pozorem. JednakŜe
pokusa była zbyt silna. Sten Modin tak bardzo zmartwił się tym, Ŝe nie mógł odwołać
spotkania, iŜ Maya postanowiła go wyręczyć i, nie zastanawiając się dłuŜej, ruszyła do
kościoła.
Powoli zaczynało juŜ zmierzchać. W porcie nic się nie działo, ludzie siedzieli w
swoich domach lub pojechali do Mark.
Im bliŜej była lasu nad morzem, tym bardziej czuła się nieswojo. Przypomniał jej się
wypadek samochodowy, z którego oboje wyszli cało jedynie dzięki przytomności umysłu
Simona i szczęściu. Pomyślała takŜe o swym ojcu, którego znaleziono na cmentarzu przy
kościele. Nagle przestała mieć ochotę na tę wyprawę.
Gdy tak stała na skraju lasu, przez głowę przemknęły jej znowu te same myśli, jakie
nie dawały jej spokoju w domu: w ich spekulacjach musiał gdzieś tkwić błąd.
Mimo woli zaczęła znowu iść w górę zbocza, ku morzu.
Lill... Coś tu się chyba nie zgadza. Lill usłyszała plotkę od Gitte i przekazała ją dalej
innym. W ten sposób sensacyjna nowina dotarła do kolegów z pracy Simona, którzy mu ją
powtórzyli.
Ale to stało się przecieŜ na długo przedtem, nim plotki dotarły do jego Ŝony, czyli do
Gitte.
Maya zatrzymała się znowu, tym razem na skraju lasu blisko kościoła.
To wszystko mogło znaczyć tylko jedno: Gitte wiedziała o plotkach od samego
początku, a potem tylko udawała, Ŝe to dla niej nowość.
To zaś prowadziło do nieuchronnego wniosku: plotkę stworzyła sama Gitte! To ona
wymyśliła, Ŝe jakaś inna kobieta spodziewa się dziecka z jej męŜem.
Ale, na Boga Ojca, po co?
Maya nie wyobraŜała sobie, jak moŜna zrobić coś takiego! Narazić się dobrowolnie na
takie poniŜenie!
I dlaczego Gitte wybrała akurat ją? PrzecieŜ prawie się nie znały.
Nagle Maya zorientowała się, Ŝe stoi na cmentarzu, a nad nią góruje sylwetka
kościoła. Nie mogła zrozumieć, jak się tu znalazła. Zatopiona w myślach, nie zauwaŜyła
widocznie, Ŝe ciągle posuwa się naprzód.
Skoro więc doszła aŜ tutaj, równie dobrze mogła juŜ wejść do samego kościoła. Byle
tylko nie tą okropną drogą od strony morza. Powinna przejść do głównego wejścia i dostać się
do zakrystii od ołtarza. Ale tak naprawdę po co jej to? Co ją obchodzą historie miłosne Stena
Modina, co ona sobie wyobraŜa? To zupełnie niepodobne do niej. Zrobiło jej się wstyd. To,
co jeszcze w domu wydawało jej się zabawnym Ŝartem, teraz uwaŜała za nie smaczne
szpiegowanie. Nie miała przecieŜ dziesięciu lat, Ŝeby bawić się w podglądanie dorosłych.
Przekazać wiadomość, Ŝe doktor Modin nie moŜe przyjechać? Wykluczone!
Poza tym nagle odczuła z całą wyrazistością grozę tego miejsca. PrzecieŜ tu
znaleziono jej ojca, tutaj zmuszono ją do identyfikacji - był to najstraszniejszy moment w jej
Ŝ
yciu. Jej dobry, kochany ojciec i jego przeraŜające ciało pod samochodową plandeką... To
niewypowiedzianie cięŜka chwila; gdyby nie miała Simona u swego boku, mogłoby się to
skończyć dla niej źle, załamaniem nerwowym lub obłędem.
Maya uzmysłowiła sobie, Ŝe wyparła z pamięci wspomnienie tej przeraŜającej chwili.
Teraz wszystko oŜyło na nowo. Zawróciła więc w panice, chcąc uciec stamtąd jak najdalej.
W tej samej sekundzie spostrzegła jednak czyjąś sylwetkę pod lasem. Ktoś szedł
wzdłuŜ brzegu.
Maya instynktownie ukryła się za kamieniem nagrobnym. Od strony lasu nadchodziła
jakaś kobieta, niewątpliwie kochanka Stena Modina.
Będzie musiała przejść tuŜ obok Mai.
ś
eby jej tylko nie zobaczyła! Biedna dziewczyna, młoda i głupia, dawała się wodzić
za nos cynicznemu doktorkowi.
Znajdowała się juŜ tak blisko, Ŝe dawało się rozpoznać rysy twarzy.
Ale... okazało się, Ŝe to nie jest dziewczyna. To dorosła, świadoma kobieta.
Maya zapomniała o wszelkiej ostroŜności, o swym kompromitującym połoŜeniu,
zapomniała po prostu o wszystkim i nagle wyprostowała się za kamieniem.
- Co, u diabła, ty tu robisz? - wybuchła.
Gitte zatrzymała się jak wryta i spojrzała na Mayę w osłupieniu. Widać było, Ŝe
gorączkowo szuka odpowiednich słów.
Wreszcie je znalazła.
- To chyba ja powinnam raczej spytać, co robisz za tym kamieniem?
- To jest grób mojego ojca, właśnie wyrywałam chwasty - skłamała Maya, jakby nie
zauwaŜając późnej pory. - Niedługo odbędzie się jego pogrzeb. Poza tym szłam właśnie z
wiadomością od twojego ukochanego, Stena Modina, który nie moŜe dziś przyjść. Wezwano
go do chorego.
Gitte podeszła tak blisko, Ŝe Maya mogła dostrzec jej oczach błysk nienawiści.
- Kto jak kto, ale ty na pewno nie dostałabyś nigdy takiego zlecenia od niego.
Kłamiesz! Od początku do końca. Na tym cmentarzu juŜ od dawna nikogo się nie chowa.
- MoŜe i nie, ale prawdą jest, Ŝe pan doktor został wezwany do chorego, kiedy odwoził
mnie do domu.
- Ale to nieprawda, Ŝe przysłał cię tutaj.
- I tak, i nie. Był bardzo zmartwiony tym, Ŝe nie moŜecie się spotkać, pomyślałam
więc sobie, Ŝe powinnam zawiadomić partnerkę jego tajemnych schadzek w zakrystii. Muszę
przyznać, Ŝe kochanie się w takim miejscu świadczy o wyrafinowanym smaku. Ale Ŝe to ty
jesteś jego kochanką ja i Simon nigdy byśmy na to nie wpadli.
Gitte, widząc, Ŝe jej połoŜenie z minuty na minutę staje się coraz bardziej Ŝałosne, nie
odwaŜyła się spytać, jak im obojgu udało się odkryć tę kryjówkę.
- Czyli juŜ wiesz. A czy to coś złego, mieć do kogoś słabość? A teraz, skoro juŜ
przekazałaś mi wiadomość, moŜesz wracać do domu.
Maya czuła się nieswojo. Cisnęło jej się na usta całe mnóstwo pytań do Gitte. Ale nie
zamierzała zadawać ich w tym miejscu. Tu, pod jej stopami, spoczywali prawi rybacy o
czystych sercach, nie chciała więc zakłócać ich spokoju Ŝałosną sprzeczką.
- Tak, zaraz sobie pójdę. Ale musisz wiedzieć, Ŝe to jeszcze nie koniec, Gitte. W całej
tej historii zrobiłaś zbyt wiele dziwnych rzeczy, Ŝebyśmy mogli ci dać spokój.
- Ty teŜ musisz wiedzieć, Ŝe to nie koniec, ty naiwna Maren! - krzyknęła Gitte
piskliwym głosem. - Czeka cię jeszcze kilka drobnych niespodzianek.
Po czym odwróciła się i szybkim krokiem poszła wzdłuŜ brzegu, oddalając się od
kościoła.
Maya nie zdąŜyła jeszcze dobiec do lasu, gdy nagle uzmysłowiła sobie, dlaczego Gitte
wykrzyknęła ostatnie słowa tak głośno.
Ktoś był razem z nią. Ktoś, kto teraz znajdował się w lesie. Maya bardziej to wyczuła
intuicyjnie, niŜ stwierdziła na podstawie konkretnych oznak.
Kto to mógł być? Na pewno nie doktor Modin, nie zdąŜyłby wrócić. MoŜe Lill? Nie,
dlaczego ona?
Co ma być, to będzie, ale Maya nie zamierzała dać się złapać w pułapkę.
Co robić? Wrócić do kościoła? Zerknęła kątem oka za siebie.
Za nic w świecie!
Puścić się pędem przez las i mieć nadzieję, Ŝe się uda?
Ten, kto ukrywał się tam, między drzewami, na pewno odetnie jej drogę.
Zrobiło się juŜ prawie zupełnie ciemno, na nieco jaśniejszym tle ledwie dawało się
odróŜnić drzewa. Daleko na plaŜy widać było jeszcze Gitte. Po chwili jej postać zniknęła
gdzieś przy lesie. Prawdopodobnie wsiadła do ukrytego wśród drzew samochodu.
Strzegąca swej cnoty małŜonka Simona! Odbywała miłosne schadzki z jego
najlepszym przyjacielem. Od jak dawna mogło to trwać?
„Podczas ślubu coś się zdarzyło. Potem Gitte broniła mi do siebie dostępu”. „Sten
Modin to mój najlepszy przyjaciel”.
MoŜe juŜ wtedy zakochali się w sobie nawzajem?
Maya przestała zastanawiać się nad tym, teraz musiała się skupić na
niebezpieczeństwie czyhającym w lesie.
Przykucnęła automatycznie w jakimś dołku wśród niewysokich drzew i kamieni.
Wiedziała jednak, Ŝe nie moŜe w nim zostać długo, stanowiłaby bowiem zbyt łatwą zdobycz.
W lesie panowała cisza. Czy na pewno...? Czy to nie odgłos łamanych gałęzi dał się
słyszeć w oddali?
Nie była pewna, ale tak czy inaczej musiała iść przed siebie, w Ŝadnym razie nie
mogła się zatrzymywać. Powinna jak najszybciej znaleźć się blisko ludzi, Ŝeby móc zawołać
o pomoc.
Niezwykle ostroŜnie wygramoliła się z dołka i krok po kroku skradała się przez las
wzdłuŜ drogi.
Bała się, temu nie mogła zaprzeczyć. Zawisła bowiem nad nimi dwojgiem jakaś
ś
miertelna groźba. Śmierć jej ojca... Zamachy na Simona, wyraźnie noszące znamiona próby
morderstwa...
Ręce jej drŜały, a serce biło tak mocno, Ŝe słyszała jego echo w głowie.
Ku swemu ogromnemu zdziwieniu i nieopisanej uldze nieoczekiwanie znalazła się po
drugiej stronie lasu i nic się nie stało. CzyŜby sobie to wszystko tylko wmówiła?
MoŜe i tak. Gitte mogła wołać tak głośno po prostu w złości. Poza tym Maya nikogo
przecieŜ nie zobaczyła i właściwie nawet nie usłyszała. Poza paroma trzaskami, ale to pewnie
było jakieś zwierzę.
Wyprostowała się i uspokojona zaczęła iść w stronę domu, nie odwracając się za
siebie, mimo Ŝe bardzo ją korciło, by to zrobić.
Zrezygnowała takŜe z wołania o pomoc. No bo co mogło się teraz przydarzyć?
I rzeczywiście, cała i zdrowa dotarła do domu. Dziwiła się sama sobie, dlaczego
właściwie wpadła w taką panikę.
Zatrzymała się trochę dłuŜej przy wejściu, poniewaŜ klucz nie chciał przekręcić się w
zamku. Wreszcie drzwi dały się otworzyć, Maya weszła do środka i zamknęła je za sobą.
Teraz była naprawdę bezpieczna.
Ledwie zdąŜyła zdjąć buty i rzucić się na kanapę, by
wreszcie odpocząć, gdy
usłyszała ten odgłos.
Ktoś oddychał w pokoju.
Ktoś, kto przed chwilą musiał biec bardzo szybko i nie mógł teraz zapanować nad
przyspieszonym oddechem.
Sapanie dochodziło z szafy w przedpokoju.
Maya czuła, jak krew odpływa jej do nóg. Fala przemoŜnego strachu obezwładniła ją
zupełnie.
Zrozumiała, Ŝe zamknęła się w domu z obcym człowiekiem o wrogich zamiarach.
ROZDZIAŁ XII
Simon siedział przy łóŜku ojca. Kryzys co prawda minął, ale po kaŜdym ataku chory
staruszek robił się coraz słabszy.
Jadąc samochodem do domu, Simon Dalen zastanawiał się nad wydarzeniami
ostatnich dni i doszedł do takiego samego wniosku jak Maya: to Gitte musiała puścić w obieg
tę nieszczęsną plotkę. Lecz równieŜ on nie umiał zrozumieć dlaczego. W jakim celu szerzyła
ś
wiadomie i z pełną premedytacją oszczercze informacje o swoim własnym męŜu? MoŜna by
pomyśleć, Ŝe jest chora psychicznie. Simon doskonale jednak wiedział, Ŝe to nieprawda. Za to
coraz częściej skłaniał się ku przypuszczeniu, Ŝe Gitte jest tak samo zimna i wyrachowana jak
jej ojciec, Wielki Svendsen.
Stary Dalen próbował coś powiedzieć. Syn przysunął się bliŜej.
- Simon, chłopcze...
- Nie powinieneś mówić za duŜo, tato, to cię męczy!
- Czuję się juŜ lepiej. Jest tyle rzeczy, które muszę jeszcze z tobą omówić. Jak się
mają sprawy między tobą a Gitte?
- Skończyłem z nią. Gitte zgodziła się na rozwód, a kiedy go tylko uzyskam,
natychmiast oŜenię się z Mayą. Jak juŜ wydobrzejesz, od razu ci ją przedstawię. Na pewno ją
polubisz. Maya to absolutne przeciwieństwo Gitte. Jest otwarta, bezpośrednia i ciepła. - To
dobrze! Naprawdę się cieszę. A teraz posłuchaj mnie. Do tej pory nigdy nie rozmawialiśmy
ze sobą o interesach, uwaŜam, Ŝe juŜ najwyŜsza pora, Ŝebyśmy to zrobili, dlatego bądź tak
miły i wysłuchaj, co mam ci do powiedzenia.
- Tak, ojcze.
- I ty, i ja doskonale wiemy, Ŝe lada dzień moŜe mnie zabraknąć...
- Proszę cię, nie mów tak!
- To przecieŜ normalna kolej rzeczy! Nigdy do tej pory nie interesowałeś się moimi
sprawami ani interesami, dlatego teraz siedź cicho i słuchaj mnie uwaŜnie.
- Dobrze, ojcze - odpowiedział posłusznie Simon.
- Chodzi o konie.
- BoŜe, znowu one!
- Tak, znowu one. Czy wiesz, ile one są warte?
- Wiem, Ŝe kaŜdy z nich kosztował cię masę pieniędzy.
- Zapewniam cię, Ŝe to nie były wyrzucone pieniądze. Sam Sindbad przyniósł mi
około miliona dochodu.
- Co ty mówisz! Koń?
- Tak, koń! Jak wiesz, on nie jest jedyny. Na koncie w banku mam około czterech
milionów, moje dziecko. Poza tym jest jeszcze kilka skrytek bankowych, do których nikt
niepowołany nie ma dostępu...
- Nie mogę wprost uwierzyć...
- Bądź cicho! Gdybym więc zszedł z tego świata... nie zostaniesz na nim
niezabezpieczony.
- Domyślam się - rzekł syn bezbarwnym głosem. - Ile...
- Sądzę, Ŝe w sumie mam około jedenastu milionów.
Simon zaniemówił.
- Widzę, Ŝe cię zaskoczyłem. Nie spodziewałeś się aŜ takiej fortuny? - spytał ojciec.
- Wiedziałem, Ŝe nie jesteś biedny, ale myślałem, Ŝe masz na koncie co najwyŜej
paręset tysięcy.
Staruszek roześmiał się głośno.
- Ty nigdy nie miałeś głowy do interesów. A ja wiedziałem, co robię. I inni teŜ.
Svendsen, na przykład, przez cały czas nie dawał mi spokoju. Chciał odkupić ode mnie parę
koni po skandalicznie niskiej cenie.
- - Svendsen?
Na twarzy Dalena seniora pojawił się pogardliwy grymas.
- On nie ma pojęcia o koniach. Chciał być pierwszy w kraju, ale ciągle ze mną
przegrywał. Wreszcie stał się chory z zazdrości i próbował na wszelkie sposoby zdobyć moje
konie. Miał nadzieję, Ŝe będzie tak samo bogaty jak ja. Ale przecieŜ konie to nie wszystko,
waŜna jeszcze jest opieka nad nimi, dŜokeje, cały zespół i wiele, wiele innych rzeczy. On po
prostu jest głupi, ten Svendsen.
- Głupi to moŜe nie najlepsze słowo - wtrącił Simon zupełnie osłupiały. - Rzekłbym
raczej: niebezpieczny.
- TeŜ tak uwaŜam. Dlatego nigdy nie umiałem się cieszyć twoim małŜeństwem z jego
córką. Cała ta rodzinka to szczwane lisy.
- I ty mi mówisz to wszystko dopiero teraz? - wybuchł Simon. - Ojcze, przecieŜ
gdybyś powiedział mi o tym wcześniej, nie doszłoby do wielu strasznych rzeczy.
Teraz wszystko - lub prawie wszystko - stało się dla niego jasne. Gitte...
Do łóŜka zbliŜył się stary lekarz ojca.
- Powinieneś juŜ skończyć. Ojciec musi odpocząć.
- Oczywiście - zgodził się Simon i wstał, patrząc na zmęczoną twarz ojca. - Wracaj
szybko do zdrowia, bo bardzo chciałbym przedstawić ci Mayę.
Ojciec jedynie skinął głową. Rozmowa wyraźnie go wyczerpała.
Do pokoju weszła gospodyni.
- Simon, telefon do ciebie.
Odebrał go w ojcowskim biurze. W słuchawce usłyszał głos komisarza policji.
- Czy wie pan, gdzie moŜe znajdować się Maren Grandseter? - spytał policjant. - W
skrzynce na listy przed jej domem zostawiliśmy kartkę, Ŝeby skontaktowała się z nami pilnie i
do tej pory się nie odezwała.
Simona ogarnął niepokój.
- Miała wracać prosto do domu. Dosyć dawno temu. Niech pan na mnie nie czeka,
tylko natychmiast pojedzie do niej i sprawdzi! TeŜ zaraz tam będę.
Dobry BoŜe, co stało się z Mayą, gdzie ona się podziewa, myślał gorączkowo,
odkładając słuchawkę. Nawet nie zdąŜył spytać, co chciała od niej policja.
Bez chwili wahania ruszył jak szalony w kierunku Mark. Niestety, nie moŜna było o
nim powiedzieć, Ŝe jest dobrym kierowcą. Szczególnie źle prowadził wtedy, gdy się
denerwował.
A ostatnio zdarzało mu się to dosyć często.
Na wszelki wypadek zatrzymał się przed komisariatem, chcąc się upewnić, czy
komisarz jeszcze nie wyjechał. Okazało się, Ŝe jest juŜ w drodze do Kyrkudden.
Simon zamierzał właśnie ruszyć dalej, gdy na schodach przed wejściem spotkał Lill.
- O, ty tutaj? - zdziwiła się.
- Jak widzisz. A co ty tu robisz?
- Chciałam porozmawiać z komisarzem o Mai i Gitte.
- Komisarza nie ma, właśnie jedzie do Kyrkudden. Ja teŜ się tam wybieram. Wsiadaj
do mojego samochodu.
- Nie, nie ma potrzeby. Sam moŜesz mu to powtórzyć ode mnie, to naprawdę
drobiazg.
- Tak? - Simon spieszył się i przestępował nerwowo z nogi na nogę.
- Chciałam powiedzieć tylko to, Ŝe Gitte była zawsze złośliwa w stosunku do Mai.
- Tyle to my wiemy. A wiesz moŜe dlaczego?
- Właśnie o tym zamierzałam porozmawiać z komisarzem. Chyba wiem, z czego
wynikała ta jej niechęć. Pewnego razu na naszym kursie tańca jazzowego odwiedził nas
pewien bardzo znany pedagog i tancerz. Gitte, prowadząc zajęcia w jego obecności, dwoiła
się i troiła, by pokazać się od najlepszej strony jako nauczycielka. Przez przypadek
usłyszałam potem, jak ów gość mówił do Gitte, która przecieŜ zawsze starała się być
najlepsza we wszystkim: „Świetnie tańczy ta mała z rudawymi włosami. To prawdziwy
talent. Niech pani się nią zajmie”. Po czym roześmiał się i dodał: „Jest nawet lepsza, od
swojej, nauczycielki”. Od tego dnia Gitte zaczęła niemiłosiernie gnębić Mayę. Nazywała ją
ocięŜałą i niezdarną, i wymyślała Bóg wie co jeszcze, aŜ wreszcie Maya nie wytrzymała i
zrezygnowała.
- Dlaczego nigdy nie powtórzyłaś tego Mai?
- Najpierw zapomniałam, a potem Gitte została moją przyjaciółką i nie chciałam...
- Poczekaj, poczekaj! Ktoś, zdaje się jej ojciec, powiedział kiedyś, Ŝe Gitte miała
trudny czas przed małŜeństwem. Wiesz moŜe coś na ten temat? Czy chodziło mu o ten gwałt?
- Gitte nigdy nie padła ofiarą Ŝadnego gwałtu, wymyśliła to sobie, Ŝeby zyskać
sympatię i współczucie. Miała parę romansów, które źle się skończyły. MęŜczyźni zostawiali
ją, poniewaŜ była zbyt wyrachowana. Bardziej ją interesowały ich pieniądze niŜ oni sami.
Fakt, Ŝe to oni zostawiali ją, a nie odwrotnie, gnębił ją tak bardzo, Ŝe w rezultacie zrobiła się,
okropnie cyniczna.
- Wiesz to od niej?
- Skąd! Od jej chłopców. Ale teraz Gitte znalazła wreszcie swoją wielką miłość. Sama
mi o tym powiedziała. Chyba tak jest naprawdę.
- Kto to? Nie sądzę bowiem, Ŝeby miała mnie na myśli.
- Nie mam pojęcia. Nie wymieniła jego imienia. Opowiadam to wszystko, poniewaŜ
czuję, Ŝe zachowałam się źle wobec Mai. Wreszcie przejrzałam na oczy i zrozumiałam, jak
podłym człowiekiem jest Gitte.
- Ja teŜ zrozumiałem. Dziękuję ci, bardzo nam pomogłaś. Twoje informacje wiele
wyjaśniają.
- Pozdrów Mayę i poproś ją, Ŝeby mi wybaczyła. Byłam strasznie naiwna.
Simon skinął głową.
- Na pewno się ucieszy, Ŝe odzyskała przyjaciółkę. Mówiła mi wiele dobrego o tobie.
- O BoŜe, tak mi głupio!
- To zdrowy objaw - zaŜartował Simon. - Dziękuję jeszcze raz, ale muszę się
pospieszyć. Maya gdzieś zniknęła.
- Ona teŜ? Dzwoniłam niedawno do Gitte do domu, nikt nie odpowiadał. Potem
zadzwoniłam do doktora Modina, ale on jest z wizytą u chorego. Przyszłam więc tutaj. Cześć!
Simon wsiadł do samochodu i ruszył w drogę. A więc to taki był powód nienawiści
Gitte do Mai! Po prostu fakt, Ŝe tamta okazała się zdolniejszą tancerką od niej. Tak, coś
takiego musiało bardzo dotknąć Gitte. Gdy więc szukała kozła ofiarnego do swych plotek - po
co je rozsiewała, Simon nadal nie rozumiał - nie znalazła nikogo, kto nadawałby się lepiej niŜ
Maya. Która na dodatek juŜ wyniosła się z miasta, co prawda z powodu zniknięcia ojca, ale
przecieŜ tego nikt nie musiał wiedzieć.
A co z pozostałymi zagadkami?
Skoro zdołali dojść tak daleko, z pewnością rozwiąŜą takŜe pozostałe.
ś
eby tylko nic złego nie stało się Mai!
Simona ogarnął niepokój i lęk. Przycisnął mocniej pedał gazu, naruszając ograniczenie
prędkości.
Serce podeszło Mai do gardła, waliło jak młotem. Nie miała najmniejszej moŜliwości,
by dobiec z powrotem do drzwi wejściowych i je otworzyć. Intruz znajdujący się w szafie od
razu by się na nią rzucił. Nie mogła teŜ go w niej zamknąć, poniewaŜ w zamku nie było
klucza.
Okno?
Dawało się w nim uchylić jedynie niewielki lufcik.
A moŜe powinna jednak spróbować przemknąć bezszelestnie do drzwi wejściowych...
Wykluczone. Widziała, Ŝe drzwi szafy są na milimetr uchylone, co oznacza, Ŝe ją
obserwowano. Widziano wszystko, co robiła.
A komoda w przedpokoju? Gdyby tak ją przesunąć i zabarykadować nią szafę?
To jedyna szansa. Mogłaby wtedy zyskać na czasie i otworzyć drzwi wejściowe.
Tak czy inaczej nie miała zamiaru stać bezradnie jak owieczka i czekać, aŜ druga
strona przejmie inicjatywę.
Obmyśliła cały manewr. Trzy szybkie kroki i będzie przy komodzie. Ale musi ruszyć
ją jednym zdecydowanym ruchem, co znaczy, Ŝe powinna wykazać się niesłychaną siłą...
Czy powinna się odwaŜyć? Nie ma wyboru.
Maya zamknęła oczy i zaczerpnęła głęboko powietrza. Następnie uniosła powieki, nie
tracąc czasu na wahania rzuciła się do niewielkiego przedpokoju i pociągnęła komodę po
podłodze, zostawiając na niej brzydkie rysy.
Drzwi szafy otworzyły się natychmiast, lecz komoda przytrzasnęła je swym cięŜarem.
Maya usiadła na niej, by zwiększyć obciąŜenie.
Z przeraŜeniem patrzyła, Ŝe drzwi uchylają się znowu. Nie była w stanie nic zrobić. Z
nie domkniętych drzwi szafy wysunęła się ręka o ogromnej, piegowatej i owłosionej dłoni.
Maya krzyknęła.
W tej samej chwili dom oblało światło samochodowych reflektorów i przed wejściem
zatrzymało się jakieś auto.
Nie zastanawiając się, Maya wrzasnęła jeszcze głośniej. Bała się otworzyć drzwi
wejściowe, dopóki nikt nie znajdzie się po ich zewnętrznej stronie, poniewaŜ intruz z szafy
mógłby wykorzystać moment i natychmiast się z niej wydostać.
Jedyne, co mogła zrobić, to starać się uniemoŜliwić mu wyjście z kryjówki.
W tej chwili rozpoznała dłoń intruza. To była dłoń męŜczyzny z pociągu.
Ktoś walił do drzwi.
- Zaraz otworzę. UwaŜajcie! - krzyczała, biegnąc w stronę wejścia. Gdy przekręciła
klucz w zamku, za jej plecami rozległ się trzask, ręka męŜczyzny ścisnęła ją za szyję, a druga
próbowała dosięgnąć klucza.
JednakŜe Maya i komisarz byli szybsi. W tej samej sekundzie bowiem, gdy ona
przekręciła klucz, drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie. Do środka wpadli trzej
policjanci i sprawnie obezwładnili napastnika.
- Kogo my tu mamy? - spytał komisarz, pochylając się nad leŜącym na podłodze
związanym męŜczyzną.
- Nie wiem, kto to jest - odpowiedziała Maya, która takŜe miała swój udział w jego
schwytaniu. - Ale to właśnie on wypchnął Simona z pociągu.
Więcej nie zdąŜyli wyjaśnić, albowiem przed domem z piskiem opon zatrzymał się
jakiś samochód. TuŜ potem do środka wpadł Simon i domyśliwszy się od razu, co działo się
tu jeszcze przed chwilą, otoczył Mayę ramieniem.
- A co ten tutaj robi? - spytał, wskazując na męŜczyznę na podłodze.
- Znasz go? - zdziwiła się Maya.
- Nie znam, ale ostatnio widziałem go kilka razy u Svendsenów. Nazywa się
Andersen, na pewno spotkałem go gdzieś jeszcze wcześniej, tylko nie mogę sobie
przypomnieć gdzie.
- W pociągu - rzekła sucho Maya.
- NiemoŜliwe - zdziwił się Simon. - To on siedział na korytarzu, naprzeciwko naszego
przedziału?
- Tak.
- Chyba masz rację! Czekaj, czekaj! Widziałem go jeszcze w jednym miejscu. Na
pomoście w pobliŜu posterunku straŜy przybrzeŜnej. Wtedy, kiedy eksplodowała moja łódź
patrolowa.
- To ciekawe - odezwał się komisarz. - Powoli wszystko zaczyna nam się układać w
spójną całość. I widzę, Ŝe wszystkie nici prowadzą do Svendsenów. Zaraz do nich
pojedziemy. Wszyscy razem. Ale najpierw chciałbym panią prosić o odszyfrowanie kilku
hieroglifów w notatniku ojca.
Pozostali dwaj policjanci zabrali schwytanego męŜczyznę i ruszyli na komisariat.
Natomiast Simon, Maya i komisarz usiedli na niewygodnej kanapie.
- To jest notatka z dnia, w którym prawdopodobnie umarł - powiedział komisarz,
otwierając notatnik. - Później bowiem nie pojawia się juŜ jego charakter pisma. Czy moŜe
pani mi odczytać te przedziwne znaczki?
Maya ciągle jeszcze nie mogła dojść do siebie po przeŜyciach ostatnich minut.
- Te tutaj? To oznacza inseminację.
- Nie rozumiem.
- Prawdopodobnie ojciec miał gdzieś pojechać i zapłodnić jakąś krowę.
- To brzmi całkiem niewinnie.
- A dzień wcześniej? - spytał Simon.
- Nie ma Ŝadnych notatek sporządzonych jego ręką. - Komisarz odwrócił jeszcze jedną
kartkę do tyłu.
- Dlaczego przypisuje pan takie znaczenie jego pracy zawodowej? - dziwił się Simon.
- Na razie niczego nie twierdzę, po prostu sprawdzamy wszystko. Ale fakt, Ŝe jego
biuro zostało wyczyszczone z wszystkich dokumentów, budzi pewne podejrzenia.
- To prawda. Znalazł pan coś poza tym?
Komisarz cofnął się jeszcze o kilka kolejnych dni.
- O, tu jest ta notatka, z którą zupełnie nie mogliśmy dać sobie rady. Co to za
nazwisko? Nie udało się nam go znaleźć w Ŝadnym spisie ludności Mark i okolicy.
- Mogę zobaczyć? - poprosiła Maya. - Przyznaję, ojciec okropnie bazgrał. Ach, to jest
jego znajomy, patolog. Mieszka w Oslo.
- Patolog? - komisarz wyraźnie się zainteresował. - Czy zna pani jego numer telefonu?
- Nie, ale wystarczy zadzwonić do Instytutu Weterynarii.
- Zadzwonimy później z komisariatu.
Przewracali jeszcze kartkę za kartką, nie znaleźli jednak niczego ciekawego.
W kilka minut później byli juŜ w Mark.
- Jestem tak głodna, Ŝe wprost nie potrafię myśleć - szepnęła Maya w samochodzie do
Simona.
Komisarz usłyszał jej słowa.
- Zaraz kaŜę przynieść coś do jedzenia z kawiarni na rogu. Chodźmy.
Weszli do komisariatu i skierowali się od razu do gabinetu komisarza, który
natychmiast sięgnął po ksiąŜkę telefoniczną Oslo.
Po wielu nieudanych próbach zastali wreszcie patologa w domu.
Podczas gdy policjant wyjaśniał przez telefon, w jakiej sprawie dzwoni, Maya i Simon
siedzieli cicho i przysłuchiwali się rozmowie.
- Dwa lata temu, pierwszego lipca, zadzwonił do pana weterynarz z Mark o nazwisku
Grandseter...
Wszyscy troje czekali niecierpliwie, lekarz zaś szukał prawdopodobnie w swoim
archiwum lub kartotece. Po chwili po skoncentrowanej twarzy komisarza moŜna było poznać,
Ŝ
e znowu przysłuchuje się swojemu rozmówcy.
- Tak. Zgadza się. Przypomina pan sobie? Czy Grandseter wspomniał moŜe, kogo to
dotyczyło? Chodziło o duŜą stadninę w okolicy Mark.... stadninę Svendsena? Dziękuję. Teraz
mamy juŜ jasność. Nie, nie miał moŜliwości, by to gdziekolwiek zgłosić. Został
zamordowany. Tak, niestety. Dziękuję panu za pomoc. Okazała się bezcenna.
OdłoŜył słuchawkę i odwrócił się do Mai i Simona, siedzących na fotelach dla gości.
- Doping - powiedział krótko. Svendsenowie podawali swoim koniom przed kaŜdą
gonitwą środki dopingujące, a weterynarz Grandseter to odkrył. Naiwny, poinformował
Svendsena o próbkach, które wysłał do patologa. I w ten sposób wydał na siebie wyrok.
- Znowu Svendsen - westchnął cięŜko Simon. - Wszystkie drogi prowadzą do niego.
- Jedziemy tam - zdecydował komisarz. - Zwołam tylko ludzi.
- Czy ja mogłabym... zostać? - spytała Maya przytłumionym głosem. - Na dziś mam
juŜ dość widoku Gitte.
Simon zawahał się przez chwilę.
- Ale gdzie się podziejesz? Chyba nie zamierzasz jechać z powrotem na Kyrkudden?
- Na pewno nie. Czy nie mogłabym poczekać tutaj? Trudno o bezpieczniejsze miejsce.
Simon i komisarz nie chcieli sprzeciwiać się jej woli, poniewaŜ wyglądała
rzeczywiście na bardzo wyczerpaną. Odetchnęła z ulgą. Czuła się słaba i zupełnie
roztrzęsiona po przeŜyciach ostatnich godzin. Wskazano jej miejsce w paskudnej policyjnej
stołówce. O tej porze dnia było w niej oczywiście pusto.
Usiadła cięŜko przy stole i spojrzała na swe dłonie, które drŜały jak u staruszki.
Niezdolna myśleć o niczym, po prostu poddała się zmęczeniu. Oparła ręce na blacie i
połoŜyła na nich głowę.
Było jej tak dobrze. Niewysłowienie dobrze. Ostatnia noc nie przyniosła jej wiele snu.
Mając Simona obok siebie, Maya najzwyczajniej w świecie nie potrafiła zasnąć. W
poprzednie noce zaś teŜ nie wypoczęła, nękana koszmarami po niepojętych wydarzeniach
minionych dni.
Teraz organizm Mai odmówił wreszcie posłuszeństwa, pozwalając jej zapaść w
głęboki sen.
Tak zastali ją komisarz i Simon po powrocie z posiadłości Svendsena.
Na ich widok Maya natychmiast oprzytomniała. Po chwili do jej uszu dobiegł mocny
męski głos, wykrzykujący z oburzeniem:
- Zabieraj te swoje brudne łapy, ty świnio! Nie dam się wsadzić do więzienia, ani siłą,
ani podstępem. Chcę rozmawiać z moim adwokatem.
TuŜ potem rozległ się histeryczny głos Gitte:
- Chyba oszaleliście! Pojmijcie wreszcie, Ŝe nas nie moŜna aresztować!
I znowu krzyk Svendsena:
- Mam wpływowych przyjaciół, jeszcze mnie popamiętacie!
Oba głosy oddalały się coraz bardziej w długim korytarzu.
Simon stał obok Mai, głaszcząc ją po twarzy.
- Przespałaś się trochę? To dobrze. JuŜ wszystko za nami - powiedział łagodnie. -
Wyciągnęliśmy z nich coś w rodzaju zeznania.
Komisarz wszedł do środka, niosąc trzy kubki ohydnej kawy, na wpół zimnej i na
dodatek szatańsko mocnej. Wyglądał na bardzo zadowolonego.
- MoŜe mi pan wyjaśnić...? - bąknęła Maya, poprawiając sobie włosy. Marzyła o tym,
Ŝ
eby się umyć czy choćby opłukać twarz zimną wodą, nie chciała jednak sprawiać kłopotu.
- To był rzeczywiście niezły galimatias - stwierdził komisarz. - Od czego zaczniemy?
- Od początku - odparł Simon. - Zamordowanie twojego ojca, Mayu, i zamach na mnie
właściwie nie mają ze sobą nic wspólnego poza tym, Ŝe sprawcą był ten sam męŜczyzna.
Maya spojrzała na nich pytającym wzrokiem.
Simon oddał głos komisarzowi, który odchrząknąwszy powiedział:
- Zacznijmy moŜe od naduŜyć finansowych Svendsena, który jest bezwzględny w
interesach, ale nie zawsze rozsądny. Nietrafione inwestycje i temu podobne. Od dawien
dawna zazdrościł ojcu Simona sukcesów jego koni na torach wyścigowych i w ogóle zmysłu
do interesów. MoŜecie mi wierzyć: Svendsen doskonale się orientował, Ŝe stary Dalen to
prawdziwy bogacz! Wiele razy starał się zdobyć jego konie, koniecznie chciał je mieć, ale nie
udało mu się. Gitte była ulepiona dokładnie z tej samej gliny co jej tata. Gdy więc Simon i
ona się spotkali, ojciec i córka natychmiast dostrzegli szansę dla siebie. Stary Dalen był, jak
wiadomo, bardzo chory, czyli w kaŜdej chwili mógł umrzeć. Gitte zagięła parol na Simona.
Miłość nie miała dla niej większego znaczenia, jedyne, co się liczyło, to fakt, Ŝe Simon siedzi
na górze złota. Poza tym nie jest przecieŜ odraŜający, powiedziałbym nawet, Ŝe wprost
przeciwnie.
Maya ścisnęła Simona za rękę mocno i Ŝarliwie.
- W tym czasie Svendsen - podjął komisarz - znalazłszy się w powaŜnych tarapatach
finansowych, posunął się do zastosowania dopingu i tym razem jego koń rzeczywiście
zwycięŜył, jednakŜe weterynarz Grandseter, ojciec Mai, oczywiście to odkrył, co było zresztą
do przewidzenia. Próbowano wprawdzie odwrócić jego uwagę, ale Grandseter zrobił to, co do
niego naleŜało.
Svendsen nie mógł oczywiście dopuścić do tego, by jego dobre imię zostało splamione
stwierdzeniem oszustwa, i wysłał za weterynarzem swojego stajennego Andersena - dosyć
często trafiającego za kratki - który zabił Grandsetera i pogrzebał go na cmentarzu przy
opuszczonym kościele. Nie muszę chyba dodawać, Ŝe Svendsen sowicie go wynagrodził za tę
usługę. Napisany na maszynie list od pani ojca, Mayu, to dzieło Gitte, która przyniosła go do
waszego domu, gdy pani wyjechała razem z matką.
Maya pokiwała w milczeniu głową.
- Simon i Gitte pobrali się. Tymczasem na ślubie panna młoda, której męŜczyźni
dotychczas w ogóle nie interesowali, poznała przyjaciela swego nowo poślubionego męŜa,
doktora Stena Modina. Była to miłość od pierwszego wejrzenia, takŜe z jego strony, tyle Ŝe
on okazał się bardziej lojalny i nie chciał romansować z Gitte za plecami przyjaciela.
Gitte była zdesperowana. Wiedziała, Ŝe Sten Modin musi, po prostu musi być jej, lecz
równocześnie nie mogła Ŝądać rozwodu, poniewaŜ straciłaby wtedy wielki majątek, jaki
Simon miał odziedziczyć po ojcu w niezbyt odległym czasie. Stary Dalen nie padł ich ofiarą
tylko dlatego, Ŝe leŜał w łóŜku, niemal przez cały czas uwaŜnie pilnowany przez swego
starego lekarza. Simon zaś... - twarz komisarza spochmurniała.
- Gdyby Simon umarł, Gitte dostałaby w spadku cały majątek i nie musiałaby dzielić
się nim zupełnie z nikim. Myślała jednak o pozbyciu się swego uciąŜliwego małŜonka przede
wszystkim dlatego, Ŝe spotkawszy Stena Modina nie wyobraŜała sobie, by mogła pójść do
łóŜka z Simonem. Doktor z kolei nie chciał być z nią, dopóki była Ŝoną jego przyjaciela. W
tej niełatwej sytuacji Gitte wymyśliła zatem ohydną plotkę i sama zaczęła rozgłaszać ją po
mieście. Maya, od wielu lat przedmiot jej nienawiści z powodu tych bolesnych słów
instruktora tańca, wprost idealnie nadawała się do roli kozła ofiarnego, zwłaszcza Ŝe w
pośpiechu opuściła właśnie miasto i Kyrkudden. Plotka rozeszła się lotem błyskawicy,
skrzywdzona Ŝona mogła niebawem z pełnym uzasadnieniem wystawić wiarołomnemu
męŜowi walizkę przed drzwi, jednakŜe stary Dalen wciąŜ nie umierał, uporczywie trzymał się
Ŝ
ycia. Gitte nawiązała romans ze Stenem Modinem, kochankowie spotykali się jednak
ukradkiem i w tajemnicy przed całym światem. To ona wybrała na miejsce schadzek stary
kościół, do którego dziś nikt juŜ nie zagląda. Doktor Modin uległ jej urokowi i zgodził się na
to, by czekać, aŜ umrze stary Dalen. Jedenaście milionów to przecieŜ nie bagatelka takŜe dla
niego. A dopóki Gitte jest Ŝoną Simona, naleŜy jej się jako spadkobierczyni niemała część
tych ogromnych pieniędzy.
Tymczasem trio składające się z Gitte, Svendsena i Andersena desperacko poszukuje
jakiegoś sposobu na pozbycie się Simona, który, jak przekonywali się raz za razem, był chyba
w czepku urodzony. Nic bowiem nie przyniosło zamierzonego rezultatu: ani eksplozja
motorówki, ani poŜar, ani wypadek samochodowy. Gitte zaś nie zamierzała zadowolić się
jedynie częścią majątku. Chciała wszystkiego. Wreszcie pojawiła się iskierka nadziei. Sten
Modin - nie wtajemniczony oczywiście w jej zbrodnicze plany - odkrył u Simona objawy
ś
miertelnej choroby. Svendsen jednak nie chciał czekać. Jego sytuacja finansowa stała się tak
rozpaczliwa, Ŝe katastrofa mogła nastąpić kaŜdego dnia. I znowu posłuŜono się Andersenem.
Tym razem niebezpieczeństwo wykrycia zbrodni wydawało się znikome, poniewaŜ Simon
mógł przecieŜ sam rzucić się z pociągu, chcąc skończyć ze sobą i uciec przed zapowiadanym
nieznośnym cierpieniem. Wówczas, niestety, pojawiła się Maya. Uratowała go i popsuła szyki
dzielnej trójce. Na dodatek zaczynała się wielu rzeczy domyślać. ToteŜ spiskowcy stawali się
coraz bardziej zdesperowani i nieostroŜni. Przecięli przewody hamulcowe w samochodzie
Simona, ale znowu bezskutecznie. Potem Andersen wdarł się do pokoju Mai, poniewaŜ takŜe
ona zaczęła stanowić dla nich realną groźbę: Simon chciał przecieŜ rozwieść się z jej powodu.
Musieli więc uderzyć szybko i celnie. Ale zabawa się skończyła... Wszyscy są juŜ u nas.
Simon i Maya zostali jeszcze chwilę u komisarza, wyjaśniając ten czy inny szczegół,
po czym poŜegnali się z nim i wyszli, by bezzwłocznie odwiedzić ojca Simona.
Maya przystała na to tym chętniej, Ŝe, jak usłyszała, Dalen senior bardzo chciał ją
poznać.
Siedzieli w samochodzie w całkowitym milczeniu. W ich głowach kłębiło się
mnóstwo ponurych myśli.
Powinni przecieŜ cieszyć się teraz, promienni, pełni planów i nadziei. Tak jednak się
nie stało. Ich przyszłość nadal przesłaniał cień, i to ten najmroczniejszy.
W połowie drogi minął ich samochód, którego kierowca nagle zahamował i zaczął
trąbić. Dopiero gdy auto zaczęło się cofać, dostrzegli, Ŝe to Sten Modin. Wszyscy troje
wysiedli.
- Ale się was naszukałem! - wołał doktor z daleka. - JeŜdŜę za wami cały wieczór!
Byłem nawet w twoim domu. Mam dla ciebie waŜną wiadomość, Simon, tylko nie umiem ci
tego powiedzieć.
- Chodzi ci o tę nowinę o tobie i Gitte? - spytał spokojnie Simon.
- Nie, nie, juŜ wiem, co się dziś wydarzyło, i wiem teŜ, Ŝe ona i jej ojciec zostali
aresztowani i z jakiego powodu. Właśnie to otworzyło mi oczy...
W brzozowej alei, w której się zatrzymali, wiał chłodny nocny wiatr. Na ulicy było juŜ
pusto, toteŜ spokojnie mogli stać dalej na jej środku.
- To o co chodzi? - spytał ostroŜnie Simon.
- Jak wiesz, ze Związku Lekarzy przysłano mi ostrą naganę. Nie mogłem zrozumieć,
jak mogło do tego dojść, bo ja naprawdę nie popełniam takich błędów.
Zamilkł, wyraźnie zirytowany, Simon i Maya zaś czekali.
- Jeszcze raz bardzo dokładnie przeanalizowałem przypadek tego męŜczyzny. No,
tego, który umarł. I przypomniałem sobie teŜ dzień, kiedy dostałem wyrok śmierci na ciebie,
czyli otrzymałem wyniki analiz z laboratorium. Tego samego dnia odwiedziła mnie w
gabinecie Gitte, robiła to zresztą dosyć często. Dziś wieczorem popędziłem do mojego
gabinetu i sprawdziłem to w kalendarzu, kartotece i wielu innych dokumentach: twoje wyniki
i wyniki tego męŜczyzny przyszły jednocześnie. A kiedy jeszcze raz przyjrzałem się
pisemnym diagnozom, wystawionym przez lekarzy z laboratorium... nie mogłem wprost
uwierzyć! Ktoś uŜył środka do wywabiania atramentu i zamienił na nich wasze nazwiska. To
ty, a nie ów drugi męŜczyzna, zostałeś uznany za całkowicie zdrowego! Tamten zaś był
ś
miertelnie chory.
Liście brzóz szumiały cicho, poruszane lekkim wiatrem. Poza tym dookoła panowała
idealna cisza. Wreszcie Simon zapytał z niedowierzaniem:
- Gitte?
- To musiała być ona. Dosyć długo badałem pacjenta w pokoju przyjęć, a ona siedziała
w tym czasie w moim gabinecie.
- Wiesz co, Sten? Powinienem dać ci niezłą nauczkę za to piekło, jakim przez ciebie
były dla mnie ostatnie miesiące. Ale wybaczam ci, bo jestem szczęśliwy, po prostu
szczęśliwy, rozumiesz?
- MoŜesz mnie nawet pobić. ZasłuŜyłem na to.
- Mylisz się, wpadłeś w tę samą pułapkę co ja, uległeś bezbronnemu spojrzeniu Gitte.
Obaj okazaliśmy się naiwnymi głupcami.
- Masz absolutną rację!
- Zaraz, zaraz - wtrąciła Maya. - Czy ja dobrze rozumiem? Czy to znaczy, Ŝe Ŝycie
przed tobą?
- Tak, przeczuwam, Ŝe doŜyję pięćdziesiątki, a moŜe i sześćdziesiątki.
Maya wydała z siebie okrzyk, którym obudziła chyba wszystkich w okolicy. Simon
wziął ją w ramiona i zaczął się z nią kręcić w kółko.
Niedługo potem siedzieli znowu w samochodzie, śmiejąc się i płacząc na przemian.
- Popatrz, słońce juŜ wschodzi! Dzisiaj przyjeŜdŜa moja mama!
Simon tylko się uśmiechnął.
- MoŜe chcesz oddzielny pokój? śebyś mogła się trochę przespać?
- Zwariowałeś? Na co mi oddzielny pokój?
- Rzeczywiście. Sen? Po co nam sen? PrzecieŜ mamy przed sobą mnóstwo czasu,
Mayu. Całą wieczność! Jestem szczęśliwy aŜ do bólu, chyba tego nie wytrzymam!
- Wytrzymasz, wytrzymasz - powiedziała z przekonaniem Maya.