background image

MAY GRETHE LERUM

GRZECHY PRZESZŁOŚCI

background image

ROZDZIAŁ I

Plebania Lyster, około dnia św. Wita 1711

Rany już zaczynały się goić, lecz Nadjana wciąż jeszcze musiała porządnie brać 

się w garść, by nie zwymiotować na ich widok. Przypominały nieduże wrzody; bała się, 

że choroba jest zakaźna. Jej mąż, o ponad dwadzieścia lat młodszy Justitian Revelin, 

jęknął cicho na posłaniu z najcieńszej bawełny i puchu.

- Odejdź, Nadjano, nie musisz tego robić. Dość tu przecież dziewek służących, 

które mogą się mną zająć... Ty nie będziesz...

- Och, cicho! Oczywiście, że będę! Jestem przecież twoją żoną, do diabła!

Słowa   zabrzmiały   ostro,   lecz   z   jasnych   oczu   kobiety   biła   przemieszana   ze 

strachem czułość.

Justitian   przymknął   oczy   koloru   piasku,   westchnął   ciężko.   Przyjemnie   było 

poczuć jej delikatne dłonie na obolałym ciele. Nawet teraz, kiedy leżał półżywy, wy-

cieńczony gorączką i chorobą, nie przestawał myśleć o przyjemnościach, jakie wcześniej 

dawały mu te ręce.

Nadjana, ukochana jego. Jego opętanie. Jego żona. Tajemnicza Nadjana, gdzieś z 

daleka, ze Wschodu. Już kiedyś go wyleczyła, a wtedy choroba była jeszcze groźniejsza. 

Wówczas miał wrzody na duszy i rany w sercu. Fakt, że leżał pobity do nieprzytomności 

przez napastników, gdy go znalazła, był jedynie nieprzyjemnym dodatkiem.

Nadjana.

Anioł!

I dziwka...

Justitiana przestało już to dręczyć, wydawało się takie odległe. Tutaj, w maleńkiej 

wiosce w głębi  zielonego fiordu, nikomu  do głowy by nawet nie wpadło, że piękna 

pastorowa była kiedyś właścicielką domu uciech. Nikt nie wiedział o Ogrodzie, nikt nie 

słyszał o czarnym hrabim, o przyjęciach urządzanych przez Nadjanę dla dworu ani o jej 

majątku podejrzanego pochodzenia. A już na pewno nie przeszło to przez myśl jego ojcu, 

który od pierwszej chwili przygarnął Nadjanę do piersi.

Nareszcie   wydaje   się,   że   ojciec   ma   bodaj   okruch   akceptacji   dla   swego 

beznadziejnego syna, pomyślał Justitian z goryczą.

background image

To na pewno za sprawą jej  pieniędzy.  A  może  tego miękkiego,  eleganckiego 

sposobu   mówienia?   Albo   dzięki   klejnotom,   pięknym   sukniom   lub   też   serwisowi   do 

herbaty z cieniutkiej porcelany...

Nadjana przybyła na plebanię niczym księżniczka. Justitianowi wciąż serce rosło 

z dumy, gdy uświadamiał sobie, że właśnie on ją tu sprowadził. Przyjechała jako jego 

świeżo poślubiona małżonka i nikt nie mógł podważyć dokumentów, wydanych przez 

najpierwszego królewskiego sędziego tuż przed ich wyjazdem z Kopenhagi. Wmówili 

wiosce, że Nadjana jest baronówną; bawił ją, i jego także, widok karków pochylonych w 

ukłonach i szuranie nogami.

- O czym myślisz? - spytała nagle, prostując się zwinnym ruchem.

Pomimo swojego wieku Nadjana miała ciało sprężyste niczym gałązka wierzby. 

Justitian nie wiedział, ile lat może sobie liczyć jego żona, lecz z fragmentów opowia-

danych przez nią historii domyślał się, że czterdzieści, może czterdzieści pięć. Mniej 

więcej   dwa   razy   starsza   od   niego.   Nie   rzucało   się   to   w   oczy,   ponieważ   zachowała 

młodzieńczą, gładką, delikatną skórę, a szczupłe ciało było z rodzaju tych, które rzadko 

starzeją się bez wdzięku. Justitian  popatrzył  na siebie, życie  odcisnęło na nim swoje 

piętno. Ramiona, uda i piersi pokrywały blizny po napaści, jedna ręka lekko się trzęsła, 

twarz   poorały   zmarszczki,   ślad   wielu   nieprzespanych   nocy,   spędzonych   w   pijackich 

norach i domach uciechy Kopenhagi. Włosy już zaczynały mu się przerzedzać, z dnia na 

dzień coraz bardziej przypominał swego starego ojca.

- I co, nie powiesz mi?

- Co? Ach, nie... Nic takiego... O niczym szczególnym.

-   Powinieneś   się   przespać,   Justitianie,   a   nie   tylko   leżeć   tak   i   rozmyślać. 

Potrzebujesz nabrać sil, zaśnij teraz! Za jakiś czas przyjdę do ciebie, przyniosę ci coś do 

jedzenia.

Zniknęła. W izbie pozostał po niej tylko zapach. Niezwykły słodki aromat, który 

jakże często otaczał go w drodze do raju.

Justitian uśmiechnął się lekko. Nadjana otuliła go kocem, w czerwcowym upale 

już zaczął się pocić.

Powiadano, że pocenie jest zdrowe dla chorych, Justitian czuł, jak strumyczki 

potu   spływają   mu   spod   pach   wzdłuż   spodniej   części   ramienia   niczym   maleńkie 

background image

łaskoczące   rybki.   Rany  pod   kolanami   i   wokół   stawów   łokciowych   przestały   mu   już 

dokuczać. Ból głowy także ustępował, cofał się niczym  burzowe chmury,  gdy słońce 

odzyskuje moc.

Nie umrze.

Bóg nie może być tak okrutny. Przecież teraz nareszcie Justitian po raz pierwszy 

naprawdę cieszył się życiem! Za każdym razem, gdy pozwalał przebłyskom dawnych 

wspomnień   wedrzeć   się   do   świadomości,   jego   ciało   ogarniało   lekkie   drżenie.   Wciąż 

zdarzało się, że budził się w nocy zlany zimnym potem i krzykiem protestował przeciwko 

obrazowi   ojca,   pochylonego   nad   nim   z   rękami   wzniesionymi   do   zadania   ciosu.   Ta 

przerażająca twarz szaleńca,  czarny płaszcz...  Oczy płonące nienawiścią  do jedynego 

syna.

Justitian zamierzał kiedyś wrócić i zabić ojca.

A teraz był tutaj, leżał w jego łóżku, wielkim rzeźbionym małżeńskim łożu, które 

wcześniej dzieliło zapewne z żonami pół tuzina duchownych. Stary Revelin unikał tego 

łóżka, lecz jakaś siła zdawała się przyciągać go ku niemu. Oddał je wreszcie jedynemu 

synowi na wygodne łoże boleści.

Ilekroć   na   wiodących   na   stryszek   schodach   rozlegały   się   ciężkie   kroki   ojca, 

Justitianowi zdawało się, że znów ma dziesięć lat. Mocniej zaciskał oczy, nie chciał do 

tego wracać, lecz myśli żyły własnym życiem. Obrazy same przesuwały mu się przed 

oczami, jak gdyby choroba osłabiła go do tego stopnia, że nie był w stanie ich odgonić.

Ukryty za żywopłotem z dzikich róż siedział chłopiec z małym kotkiem. Obok 

chłopca leżała książka, trudna książka z biblioteki ojca. Napisał ją jeden z ulubionych 

przez   pastora   ludzi   Kościoła;   traktowała   o   obowiązkach   dziecka   względem   Boga   i 

rodziców, mówiła  o grzechu pierworodnym  i karaniu  dziecka,  niezbędnym,  aby jego 

dusza pozostała pokorna i otwarta na Boże przykazania.

Chłopczyk uśmiechnął się do zielonych ślepków, pogłaskał kotka po łebku i z 

radością słuchał, jak czworonożny przyjaciel po raz pierwszy odpowiada mu nieśmiałym 

mruczeniem. Obaj zwinęli się w kłębek na słońcu, wokół nich unosił się zapach trawy i 

dzikich   róż.   Z   łąk   dobiegały   wesołe   nawoływania   kosiarzy,   w   powietrzu   na   lekkich 

skrzydłach   żeglowały   mewy,   wykrzykując   w   ten   letni   dzień   swą   szczególną   radość. 

Kociak miękką łapką zamachnął się na grzywkę chłopca. Ostre pazurki wczepiły się w 

background image

jasne włosy, chłopiec drgnął, gdy jeden sięgnął do jego nosa.

-   Au!   Przestań,   Mons!   Podrapałeś   mnie!   Kociak   przekrzywił   łebek,   dziecku 

wydało   się,   że   uśmiecha   się   szelmowsko,   jakby   chciał   przeprosić   za   wyrządzoną 

krzywdę.   Wspiął   się   po   ramieniu   chłopca   i   całą   swą   delikatną,   kruchą   miękkością 

przytulił   do   chudej   szyi.   Jakież   to   cudowne!   Justitian   rozkoszował   się   rzadko 

doświadczaną   pieszczotą,   przełknął   ślinę,   by   zapanować   nad   nagłym   ściskaniem   w 

gardle.

- Ty jedyny mnie lubisz, Mons...

Zasnęli widać obaj na długo w trawie, bo oprawa zamkniętej książki aż popękała 

w prażących  promieniach słońca. Chłopiec tego nie zauważył,  nie zauważył  niczego, 

dopóki wyrwany nagle ze snu nie zorientował się, że zawisł gdzieś między niebem a 

ziemią. W uszach zahuczał grzmiący głos ojca, twarz owionął jego oddech cuchnący 

siarką i żółcią. Nie zdążył się nawet przestraszyć, a już policzki zapiekły go od razów. 

Upadł na ziemię jak worek, rękami zasłaniając uszy, lecz ojciec zaraz je odsunął.

- Będziesz słuchał, jak do ciebie mówię, nikczemniku! Będziesz słuchał uszami i 

sercem!

Kot!

O dziwo, nie uciekł podczas całej tej szarpaniny, stał w odległości kilku metrów, 

nastawiając uszu i wolno poruszając ogonem.

Twarde słowa ojca uderzyły chłopca jak obuchem. Zachwiał się, lecz w duchu 

poprzysiągł sobie, że tym razem utrzyma się na nogach. Słowa były gorsze od ciosów. 

Słowa rozszarpywały go na kawałki, pożerały mu wnętrzności, rozrywały go na strzępy.

- Ty przeklęty odmieńcu!  Doprawdy,  co za kara mnie  spotkała,  kara, z którą 

muszę żyć na co dzień! Pan wystawił mnie na próbę, nieustannie błagam go, by mnie 

oszczędził! Syn taki jak ty... To dla mnie większy wstyd, niż gdybym  ujrzał Adama 

wypędzonego z Raju! Pokażę jednak Panu, że jestem mu wierny, zdławię zło tkwiące w 

tobie, pomiocie lenistwa i głupoty!

Ciosy.

Słowa.

Obecność kotka była dla Justitiana pociechą. Widział, że zielone ślepka podzielają 

jego nienawiść, czytał, że koty to niezwykłe zwierzęta, że posługują się nimi czarownice, 

background image

rozmawiają z nimi. A może to prawda, może on sam rzeczywiście jest opętany? Może 

dlatego  odczuwa taką przyjemność,  kiedy kociak  miękko  zwija mu  się na kolanach? 

Teraz   zwierzątko   stało   nieporuszone,   nic   sobie   nie   robiąc   ze   zła,   od   którego   on, 

przerażony, kurczył się w sobie. Justitian był dumny z kotka, zazdrościł mu odwagi.

Ojciec umilkł.

W ciernistym żywopłocie nerwowo zaćwierkały jakieś ptaki.

Mężczyzna jednym ruchem dopadł kotka i skręcił mu kark.

Justitian  widział,   jak  z  zasnutych   mgłą  zielonych  ślepek  uchodzi  życie.   Ciało 

zwierzęcia, ciśnięte przez pastora na ziemię, napięło się konwulsyjnie, tylne łapy jeszcze 

gorączkowo kopały, wystawiając ostre pazurki.

Justitian widział ostatnie drgnienie kociaka, zobaczył krew cieknącą z różowego 

pyszczka.

- Dość już tej bezbożności, mój synu! Koniec z tym! Tak samo mógłbym skręcić 

kark i tobie! Gdyby taka była wola Boża, nie wahałbym się nawet przez chwilę. Bóg 

nakazał mi wypędzanie zła, utrzymywanie ludzkich dusz w gorącej miłości do Niego i w 

pokorze. Powiedzie mi się to zadanie, nawet gdyby nas obu miało to kosztować życie.

Na miłość boską!

To szaleństwo.

Czysty obłęd.

Justitian zrozumiał to dopiero teraz, z dystansu, ze świadomością osoby dorosłej, 

ale wtedy... wtedy... Zacisnął zęby, poczuł, że rozpalony do białości płomień wciąż żywej 

nienawiści zaczyna lizać mu serce. Nigdy nie wybaczy ojcu, nigdy! Nawet teraz, kiedy 

tak   dostojnie   chodził   po   wsi   i   rozmawiał   z   jej   najprzedniejszymi   mieszkańcami   o 

sukcesie swego syna.  Te słowa padły za późno. Ojcowska duma,  za której odrobinę 

jeszcze przed kilkoma laty gotów był oddać życie... Teraz była jedynie gorzką błazenadą, 

nie miała żadnego znaczenia. Ojciec stał mu się niemal obojętny.

Justitian otworzył oczy, zaczerwienione, pozbawione blasku. Z dołu, z kuchni, 

dobiegał   wesoły   głos   Nadjany.   Zdążyła   już   podbić   serca   służby.   Ona,   najelegantsza 

dama, jaką w życiu widzieli, rozmawiała z nimi jak człowiek z człowiekiem! Revelinowi 

się to nie podobało, najwidoczniej  jednak akceptował wszystkie poczynania synowej. 

Justitian uśmiechnął się, w kącikach ust go zapiekło.

background image

Nadjana stała się kluczem do jego osobistego nieba.

Gdyby   ojciec   wiedział!   Justitiana  bawił   widok surowego  strażnika  moralności 

podlizującego się i nadskakującego swej pięknej synowej.

Nierządnicy z Ogrodu!

Tej, która otwierała swoje ciało dla setek mężczyzn...

Szkoda, że chyba nigdy się o tym nie dowie. Justitian miał wręcz ochotę wyjawić 

całą tajemnicę, wiedział jednak, że nie uczyni tego Nadjanie, nie oczerni jej ani nie zrani, 

nawet dla rozkoszy, jaką napełniłby go widok gniewu i upokorzenia ojca.

Chyba Nadjana wraca.

Musiał widać na chwilę zasnąć...

- Stian? Stian? Nie śpisz, prawda?

- Nie, troszkę się tylko zdrzemnąłem. Lepiej się czuję.

- To dobrze - ucieszyła się, ale dostrzegł powątpiewanie w pięknych oczach. Były 

teraz przede wszystkim niebieskie, niczym letnie niebo przesłonięte mglistym welonem 

lekkich chmur, zapowiadających dobrą pogodę.

Podała mu słodkie, rozcieńczone wodą piwo, takie samo, jakim mieli częstować 

kosiarzy, gdy tydzień pracy dobiegnie końca. Jeden z licznych pomysłów Nadjany, na 

który Revelin, o dziwo, przyzwalająco pokiwał głową.

- Ojej! Rozlewasz. Daj, pomogę ci.

Pozwolił jej się poić, zatęsknił jednak za dniem, kiedy znów stanie na nogi i 

będzie dla niej mężczyzną. Posmutniał. Nadjana to zauważyła.

- Nadjano... Co ja ci zrobiłem... Że też wciągnąłem cię w tę niedolę... Przywykłaś 

do   lepszego   życia,   nie   powinnaś   być   zamknięta   tu,   w   tym   ciasnym   miejscu,   jako 

pielęgniarka chorego człowieka... Nie ty...

- Głupstwa, Justitianie!

- Nie, to prawda, ty jesteś niczym motyl, stworzony, by fruwać po Ogrodzie...

- Wcale za tym nie tęsknię - oświadczyła. A w każdym razie nieczęsto, dodała w 

duchu. Choć życie ubóstwianej właścicielki Ogrodu miało również swoje dobre strony...

- Powinnaś siedzieć w pięknych salonach, razem ze szlachciankami jeść wiśnie 

smażone w cukrze, pozwalać się zabawiać wytwornym kawalerom, samemu królowi.

-   Temu   słabeuszowi,   któremu   daleko   do   wojownika!   -   roześmiała   się   na 

background image

pocieszenie.  - Zostanę z tobą, Justitianie,  jesteś  moim  pierwszym  prawdziwym  przy-

jacielem, nie interesował cię przepych, potrzebowałeś mnie, i wcale nie tylko po to, by 

zabić kilka godzin...

- Tak - odparł schrypniętym głosem. - Potrzebowałem cię i winien ci jestem życie.

-   A   ja   tobie   -   odrzekła   łagodnie   Nadjana   i   ucałowała   jego   wargi   pomimo 

szpecących je ran.

Przysiadła   na  szerokim   posłaniu  obok  męża,  zarzuciła  długie  nogi   na  miękką 

pierzynę. Zapatrzyła się w baldachim nad łóżkiem.

- Niezwykłe łóżko, czy ono jest typowe dla norweskiej wsi?

- Nie, chyba nie. Stoi tu pewnie od dziesiątków lat. Nie wiem, kto kazał je zrobić, 

ale na pewno kolejne pokolenia sług Pana spotykały się tu z życiem i śmiercią.

- I żądzą.

-   Tak   myślisz?   Osobiście   nie   znam   żadnego   księdza,   który   czerpałby   z   tego 

radość. Tak mi się przynajmniej wydaje.

- Ja znam jednego - odparła wesoło, żartobliwie ciągnąc go za włosy.

- Ach, tak, o nim już prawie zapomniałem. - Justitian odpowiedział jej lekkim 

uśmiechem.

Wciąż nie mógł przywyknąć do myśli, że sam został pastorem. Okres spędzony w 

przestronnych,   wysokich   salach   wśród   najlepszych   teologów   Kopenhagi   zdawał   się 

jedynie snem. Pamiętał przyjaciół, okazały kościół św. Mikołaja, gdzie zwykle studenci 

gromadzili  się na nabożeństwa. Stali  jeden koło drugiego pod wysokim  sklepieniem, 

pocąc się ze strachu na myśl, że i oni będą kiedyś wygłaszać nieporadne kazania.

Justitian nie przeszedł tej drogi do końca, pobłądził i runął w przepaść. Ostatni 

czas, zamiast wśród ścian świątyni i sal wykładowych, spędził w knajpach i rynsztokach. 

Utracił   szansę   na   sutannę   i   kryzę,   postanowiwszy,   że   mroczne   przepowiednie   ojca 

dotyczące jego przyszłości równie dobrze mogą się spełnić. Lecz Nadjana i to załatwiła, 

zdobyła papiery, uporządkowała całą sprawę. Kiedy wyjeżdżali, pergamin z uroczystą 

pieczęcią spoczywał bezpiecznie w przegródce kufra Justitiana. Był pastorem.

Miał jak najlepsze referencje. A w kieszeni niemal pewną posadę na miejsce ojca. 

Ojciec, choć był już starym człowiekiem, wciąż trwał u steru swej solidnej parafii, wciąż 

to on najbardziej się liczył. Wciąż starał się zdobyć jeszcze więcej ziemi, wycisnąć z 

background image

chłopów bogatsze ofiarne dary.

Przyjdzie   jednak   czas,   gdy   nawet   wszechmocny   Revelin   zacznie   więdnąć. 

Justitianowi dana będzie radość wykopania dołu na trzy szpadle, grobu ojca.

Jeśli sam tego dożyje.

Nadjana wyniosła miskę z wodą po myciu za węgieł obory i wylała ją do dołu. To 

było   nieczyste   miejsce,   zakopywano   tu   zwierzęta,   które   zdechły   z   niewiadomych 

powodów,   czy   też   resztki   po   narodzinach   cieląt.   Spieczona,   wyschnięta   ziemia 

natychmiast wchłonęła wodę. Oby i choroba zniknęła w taki sposób, pomyślała Nadjana. 

Pomimo   gorąca   zadrżała,   ramiona   pokryły   się   szpecącą   je   gęsią   skórką.   Choroba 

Justitiana ogromnie ją niepokoiła. Nadjana widziała w życiu niejedną biedę, zetknęła się 

z chorobami i paskudnymi ranami; zawsze na taki widok drżała, zawsze odwracała głowę 

i uciekała, teraz jednak musiała patrzeć niedoli prosto w twarz. W twarz swego męża. 

Kto by przypuścił, że taki żywotny mężczyzna jak Justitian spocznie na łożu boleści? 

Wylizał   się   wszak   z   naprawdę   strasznych   obrażeń!   A   życie,   jakie   wiódł   wśród 

francowatych dziwek i najpospolitszych szumowin z królewskiego miasta, z pewnością 

złamałoby większość innych.

Serce Nadjany uderzyło mocniej.

Wyprostowała się, postawiła miskę. Stopy poniosły ją wąską, wydeptaną przez 

owce ścieżką pod górę w stronę zagajnika. Stąd roztaczał się piękny widok na fiord i na 

wieś.   Po   przeciwnej   stronie   wznosiły   się   strome   zbocza.   Nie   mogła   się   do   nich 

przyzwyczaić. I za każdym razem z takim samym zaskoczeniem patrzyła na maleńką 

zagrodę wysoko, wysoko ponad urwiskiem. Że też ludzie mogą tak mieszkać!

Wieś   wydawała   jej   się   groźna.   Góry   były   tu   za   potężne.   Natura   zbyt 

majestatyczna, woda za bardzo zielona.

Musiała jednak przyznać, że okolica nie pozbawiona jest osobliwego, dzikiego 

piękna. Tajemniczego, zaklętego, wręcz mistycznego. Jedyne, z czym mogła porównać 

ogarniające   ją   tu   uczucie,   to   dawne   wrażenia   wywołane   widokiem   dzikich   formacji 

skalnych   wybrzeża   Helgelandu.   Wówczas   myślała   tak   samo:   ten   krajobraz   jest 

bezlitosny. Wtedy uciekła od niego łodzią bez wioseł, zamiast w ramiona śmierci trafiła 

w objęcia życia.

Justitian   był   także   niczym   tamta   pozbawiona   wioseł   łódź,   uratował   ją   przed 

background image

niebezpieczeństwem,   teraz   jednak   obawiała   się,   że   łódź   tonie,   tym   razem   mogło   się 

okazać, że jej ucieczka będzie miała fatalne skutki.

Nadjana rozejrzała się po polach, pod wieczór pogrążonych już w ciszy. Ludzie 

usunęli   się   w   cień,   zasiedli   do   ostatniego   w   tym   dniu   posiłku   przed   wytęsknionym 

udaniem się na spoczynek. Jutro znów wyjdą na mokre od rosy łąki z naostrzonymi 

kosami i sprężystymi grabiami.

Zerwała garść trawy i powąchała ją.

W   ciepłym   wilgotnym   zapachu   ziemi   odnalazła   przyjemne   aromaty.   Nigdy 

przedtem nie siedziała wprost na ziemi, nigdy przedtem nie czuła, że coś w glebie kiełku-

je, rośnie. Czyżby oznaczało to, że się starzeje, skoro zaczyna tak myśleć?

A może to dlatego, że koła wozu jej życia w ostatnim czasie obracają się coraz 

leniwiej?

Jeśli on umrze...

Wtedy będzie wolna. Ale na co jej wolność?

Nowa ucieczka, nowy niepokój.

Do Kopenhagi nie mogła wracać, nie tam. Zausznicy hrabiego będą czekać w 

gotowości bez względu na to, kiedy przybędzie do miasta.

Była   bezdomna,   jak   zawsze.   Od   czasu   długiej   wędrówki   na   zachód,   odkąd 

zbuntowani żołnierze zniszczyli i spalili jej dom. W pamięci miała jedynie mgliste cienie 

rodziny, pamiętała blask świateł w wielkiej sali pełnej luster i lamp, zapamiętała twarz 

okoloną włosami, równie jasnymi jak jej własne. To musiała być matka.

Albo siostra.

Większość wspomnień przepadła. Nadjana chciała, aby tak zostało. Nigdy nie 

czuła się stadnym zwierzęciem, zawsze szukała własnych ścieżek, własnego szczęścia. 

Inni  ludzie   stawali  się  tylko  jej  narzędziami,  co  najwyżej   statkami,   mijającymi   ją  w 

mroku.

Przyłączała się do nich na trochę, czasem na krótszy, czasem na dłuższy odcinek 

drogi. Później mijali ją albo też ona zmieniała kurs. Zawsze jednak, zawsze utrzymywała 

się na powierzchni. I w drodze.

Ten wąski fiord mógł stać się jej ostatnią przystanią.

Ta myśl nie była jej przyjemna.

background image

Wolała   jednak   potraktować   z   czarnym   humorem   całkiem   realną   wizję   samej 

siebie jako wdowy po pastorze, tutaj, w tym surowym kraju.

Wolnym krokiem wróciła na plebanię. Podwórze uprzątnięto już i zamieciono. Na 

środku królował wielki piękny dąb, pod nim stalą stara ławka. Tu zwykle ze złożonymi 

dłońmi   siadywał   Revelin,   prawdopodobnie   zajęty   przygotowywaniem   kazania,   tak 

przynajmniej miało się wydawać ludziom. Nadjana jednak niejednokrotnie zauważała, że 

w szczególny sposób układał złożone dłonie za każdym razem, gdy obok niego przecho-

dziła. Napełniało ją to pewnym zadowoleniem, że nawet tutaj, w tym ponurym kraju, 

zdołała zachować swą kobiecą moc. Niekiedy zabawiała się myślą o tym, jak prostacy z 

wioski zareagowaliby na jej wyrafinowany kunszt. Wyobrażała ich sobie w mrocznych, 

dusznych izbach, z dzieciakiem w nogach łóżka. Domyślała się, że ich życie miłosne jest 

takie samo jak pożywienie: bezbarwna, na poły wystygła  owsianka, solony śledź, od 

którego piekły wargi, zatęchłe piwo o smaku skórzanych bukłaków, które przynosili ze 

sobą na łąki.

Zatęskniła   za   płonącymi   kawałeczkami   polędwicy   z   jagnięcia,   za   wanilią,   za 

puszystym kremem jajecznym, za słodkimi ciasteczkami pokrytymi koniakowym lukrem 

i za owocami z cieplarni.

Westchnęła.  Zmusiła  się do myślenia  o możliwościach, jakie się tu przed nią 

roztaczały, o radościach.

Jakaż przeklęta cisza tutaj panuje! Ciężka, duszna jak przed burzą. Zapragnęła 

nagle zarysować niebo, rozedrzeć je błyskawicą, rozgniewać się i zagrzmieć, hukiem, 

który poniósłby się od szczytu do szczytu.

Jej szczególne wyczulenie na to, co ukryte, rychło sprawiło, że przejrzała intrygi i 

gierki, jakie prowadzono w tej niedużej wiosce tak samo jak na królewskim dworze. 

Znalazło   się   paru   pyszałkowatych   wieśniaków,   którym   miała   ochotę   wbić   szpilę,   na 

przykład lensmanowi, albo tej szarej kocicy, żonie wójta, tej, która mrużąc oczy omiotła 

wzrokiem suknię i klejnoty Nadjany,  a potem mając  na względzie  ratowanie resztek 

świetności,   natychmiast   kazała   mężowi   domagać   się   swojej   części   nowych,   nie 

opodatkowanych jeszcze bogactw w wiosce.

Nadjana poczuła się nieco lepiej.

Jeśli  się  chce  mieć  trochę  rozrywki,  samemu  trzeba  się  o  nią  zatroszczyć!   A 

background image

Justitian na pewno się wyliże z choroby, bywało już z nim gorzej, czyż te wrzody nie 

zrobiły   się   w   ostatnich   godzinach   mniej   czerwone?   I   czy   nie   rozmawiał   z   nią   z 

uśmiechem, rozbawiony? To dobre znaki, za kilka dni jej drogi mąż znów stanie na nogi, 

a ona do tego czasu zadba o to, by sprawić mu nie lada niespodziankę. Justitian nie 

będzie musiał przenosić się z powrotem do małej chaty dzwonnika. Ona także czuła się o 

wiele   lepiej   w   pięknym   domu   na   plebanii.   Miał   swój   urok,   choć   brakowało   w   nim 

luksusu, do jakiego przywykła. Dzięki pieniądzom jednak na pewno da się to zmienić, a 

ona miała pieniądze, i wcale nie o nich zamierzała rozmawiać ze starym pastorem.

Noce Revelina zawsze były niespokojne. Mara, która go ujeżdżała, miała twarz 

anioła, niebieskie oczy i złote włosy. Nigdy nie wypuściła go ze swych objęć, nie po-

zwalała swobodnie odetchnąć. Zdarzały się jedynie krótkie okresy, kiedy wydawało mu 

się, że Bóg uwolnił go od przekleństwa i przestał wystawiać na ciężkie próby. Potem 

znów wracała, odbierała mu sen i męskość.

Revelin uciekał jak najdalej od łóżka, w którym sypiała niegdyś zmora. Daleko, 

jak najdalej od izby, w której opanowana żądzą przewracała się ze starym Mogensem 

Skanke. Przeklęty czart! Szkoda, że nie widział, z jaką łatwością Revelin wygnał jego 

ukochaną   Marię,   jak   złamał   jego   zimną   córkę   Cecilię,   jak   bez   przeszkód   zagarnął 

wszystko,  co proboszcz  Skanke  tak wysoko  cenił.  Revelin  zawsze zazdrościł  swemu 

zwierzchnikowi; od momentu, gdy przybył do wioski jako wikary, poprzysiągł sobie, że 

zajdzie   wyżej   niż   Skanke,   że   zemści   się   na   tym   nieznośnym   wszystkowiedzącym 

pastorze.

I rzeczywiście mu się udało.

To on przesądził o losie Marii.

Kusicielka na pewno już nie żyje. Jej grzeszne ciało stało się pożywieniem dla 

robactwa albo gnije gdzieś w rybim brzuchu na ogromnym morzu.

Ukochaną młodą żonę Mogensa Skanke zesłano na Skjaervaer, odsądzono od czci 

i wiary.  I gdyby jego własna żona, córka Mogensa, tak go nie zawiodła, popioły ze 

spalonego na stosie ciała Marii dawno już uleciałyby z wiatrem.

Może   wtedy   odzyskałby   spokój.   Być   może   zdrada   zimnej   Cecilii   byłaby   jej 

ostatnią   gorzką   zemstą.   Ale   ona   urodziła   mu   Justitiana,   to   nieszczęsne   dziecko,   jej 

niewierność i słabość żyła dalej w synu. A gorycz zatruwała mu noce.

background image

Maria, piękna kusicielka. Dziwka. Demon.

Również tej nocy przyszła do niego i dręczyła go bezlitośnie. Miała ręce, których 

dotyk tylko on wyczuwał, a usta tak gorące i kuszące, że zapominając o swej świętości 

padał w samotne noce ofiarą demona żądzy.

Doprowadzała go do granicy szaleństwa. I dalej.

Zgadzała się go opuścić dopiero z nadejściem świtu.

Śmiała się wtedy długo, a potem na jego oczach rozpływała w nicość. Budził się z 

opętania, zawsze tak samo obolały i rozpalony.

Przekleństwo Marii.

Revelin błagał Boga, by go od tego wyzwolił.

Bóg odpowiedział jednak, dokładając mu cierpień. Zesłał do jego świata córkę 

Marii, czarnowłosą Marję, o której wszyscy myśleli, że jest dzieckiem świętej pamięci 

Gjertrud. Marję o niebieskich oczach wprost sypiących iskrami, której wydawało się, że 

zdoła odebrać samemu proboszczowi dziedzictwo swej matki. Zastawiła sieci na jego 

syna, próbowała poprzez Justitiana wywrzeć na niego presję, ale usadził ją na miejscu. 

Wciąż jednak czuł nieprzyjemne ukłucie na wspomnienie tej małej strzygi. Wierzył, że 

jest córką Marii. Wprawdzie nie wyglądało na to, by odziedziczyła moc po matce, lecz 

nigdy nic nie wiadomo. Marja Oppdal to kobieta, której nie może spuszczać z oczu. Musi 

zrozumieć, że to on ma nad nią władzę. Jak wówczas, gdy z pochyloną głową opuszczała 

jego gabinet, bo nie zgodził się, by była matką chrzestną.

Wstyd, wstyd przed wszystkimi.

Parafianie   nie   mogli   zignorować   decyzji   pastora,   musieli   opowiedzieć   się   po 

czyjejś stronie.

A   kto   z   nich   ośmieli   się   wystąpić   przeciwko   swemu   pasterzowi,   popierając 

bezczelną żonę dzierżawcy?

O, tak, Revelin nie stracił nic ze swego autorytetu.

Gdyby   jednak   wiedział,   że   Marja   mogłaby   uwolnić   go   od   przekleństwa   swej 

matki, w jednej chwili zaofiarowałby jej wszelkie ziemskie dobra.

Nachodziły go chwile, gdy gorycz i tęsknota za cielesnym spokojem stawały się 

niezmiernie wielkie i gotów był zaprzedać duszę choćby za przedsmak raju.

Maria odebrała mu wszystko, Maria mściła się nawet po śmierci. Ten fakt dręczył 

background image

go nie mniej niż szalone pożądanie.

- Panie Revelin! Drogi teściu... Jesteś tutaj?

Z salonu nie dobiegł żaden dźwięk.

Nadjana ostrożnie weszła do środka, długi tren ciemnoczerwonej sukni zaszeleścił 

po dywanach. Dziś, tak jak zawsze, ubrała się z wielką starannością. Minęły jasne dni, 

gdy nigdy nie pokazywała się inaczej niż w białych jedwabiach i pastelach. Przestała już 

być motylem. Teraz była gospodynią na plebanii.

- Szukasz mnie, piękna synowo? Odwróciła się wolno. Wszedł Revelin, Nadjana 

zauważyła, że teść stara się wyprostować plecy i wypiąć klatkę piersiową. Brzuch jednak 

za bardzo wystawał, sługa pański nigdy nie był tłuściochem, lecz kula na środku starego 

ciała świadczyła o dostatku, jaki dany jest tylko niewielu.

Nad kulą jak zwykle zwisał krzyż. Brzuch zazwyczaj skrywały fałdy sutanny, 

teraz jednak Revelin ubrany był tylko w czarną kurtkę i szerokie spodnie.

- Dobrze, że cię znalazłam, teściu. Chciałam bowiem, jeśli nie będzie to zbytnią 

przeszkodą w twojej pracy, porozmawiać z tobą parę minut.

- Oczywiście, moja droga Nadjano. Zawsze jesteś u mnie mile widziana, jeśli 

tylko pragniesz szukać... mojej pomocy.

Uśmiechnęła się pokornie, z wdzięcznością. Nie zachęcana usiadła na sofie, z 

której unosił się zapach kurzu i ługu. Hafty na obiciu niemal całkiem się już wytarły, 

kiedyś jednak musiały być piękne.

- Niepokoję się o mego męża... Twojego czcigodnego syna, panie.

- Ach, tak? Czyżby mu się pogorszyło? Revelin z wielkim wysiłkiem starał się 

przypomnieć sobie kilka wytwornych duńskich słów. Upłynęło już jednak tyle czasu... 

Zabrzmiały zgrzytliwie między jego wargami.

- Ależ nie, nie! - Nadjana uspokajająco zamachała rękami. - Przypuszczam, że już 

wkrótce wstanie z łóżka. Nie musisz się martwić, drogi proboszczu... Nie o to...

-   Ach,   tak?   Cóż   cię   więc   dręczy?   Nadjana   była   zdecydowana.   Przybrała 

odpowiednio zakłopotaną minę, w pięknych oczach zalśnił nagle szacunek i pokora.

- Czuję się zmuszona, by omówić z tobą, panie, pewną bardzo trudną kwestię. 

Wiem, że to sprawa nieodpowiednia dla kobiety, ale...

- Ty nigdy nie zrobisz nic nieodpowiedniego, droga Nadjano. Nie ty, z twoją 

background image

godnością i wdziękiem... Wzór dla kobiet!

- Dziękuję - szepnęła cicho, spuszczając głowę, w obawie, jak mu się wydawało, 

przed rumieńcem wywołanym komplementem. Dobrze, że nie zauważył  uśmiechu na 

bladych wargach. Gdy tylko udało jej się stłumić wzbierającą w niej wesołość, podniosła 

oczy. Mówiła cicho, w głosie, drżącym tak jak chciała, pobrzmiewała ufność.

- Wiesz, drogi proboszczu, że niczego mi nie brak. Mam wszelkie dobra i srebro, 

jakiego mi potrzeba, a nawet więcej.

- Oczywiście, twoja pozycja jest wyraźna, nie ma żadnych  wątpliwości co do 

twojego pochodzenia.

- Dlatego właśnie ośmielam  się przedłożyć  tę sprawę, mając  pewność, że nie 

zrozumiesz mnie źle i nie będziesz podejrzewać, że powoduje mną chciwość... Muszę po 

prostu wspomnieć  ci o tym,  bo ciąży mi  na sercu widok mojego drogiego Justitiana 

takiego... umniejszonego.

Revelin czekał zniecierpliwiony. Ze stojącej przy oknie kryształowej karafki nalał 

sobie kieliszek ziołowej wódki.

- Chodzi mi o poczucie godności twojego syna, panie Revelin. Podejrzewam, że 

jego choroba ma wiele przyczyn, a jedną z najważniejszych jest brak jakichkolwiek dóbr. 

Justitian   żyje   z   żoną,   która   ma   dość   bogactw   i   skarbów,   u   ojca,   który   jest   równie 

zamożny. On sam zaś nie posiada nic.

- Nic? Lecz jako twój mąż...

- Tak, tak, na papierze oczywiście on dysponuje wszystkim, nie zmienia to jednak 

faktu, że majątek należy do mnie. Dziedzictwo mego rodu... A on sam nie ma nic. Nie 

wypada też mieszkać w tej maleńkiej chacie... komuś, kto ma być następcą samego pana 

Revelina!

Pastor pokiwał głową, zacisnął usta, a potem opróżnił kieliszek dwoma łykami. 

Kciukiem pieścił szlifowane róże.

- Masz chyba rację, moja droga Nadjano. Myślałem już o tym samym, trudno ci 

pewnie mieszkać tak... ubogo. Przywykłaś wszak do innych warunków. Nadjana lekko 

westchnęła.

- Opuściłam swój dom dla miłości, mój panie.

Revelin   uniósł   brwi,   w   żaden   sposób   nie   mógł   zrozumieć,   co,   na   Boga,   ta 

background image

fantastyczna   kobieta   mogła   zobaczyć   w   jego  pożałowania   godnym   synu.   Cóż,   to  jej 

sprawa.   Najważniejsze,   że   tyle   wniosła   do   rodziny   Revelinów.   Błękitną   krew...   I 

błyszczące monety... I może, może z czasem parę pięknych dzieci, na cześć dziadka... 

Nie żyłby wtedy na próżno. Zmrużonymi oczyma przypatrzył się fałdom sukni Nadjany. 

Na   razie   ani   śladu   brzuszka.   No   cóż,   Justitian   nigdy   nie   należał   do   najszybszych.   I 

przecież jest chory. Nie trzeba porzucać nadziei...

Nadjana dostrzegła jego spojrzenie, zrozumiała pragnienia.

Cicho zaś powiedziała:

- Również gdy myślę o ewentualnych... skutkach naszego małżeństwa, boli mnie, 

że   Justitian   tak  cierpi  z   powodu  swojego  ubóstwa.  Czuje  się  upokorzony,   widzę,   że 

przykro mu, iż nie ma własnego domu, w którym mógłby być panem.

- Dlaczego więc nie zbudujesz mu domu? - spytał Revelin ostrzejszym już tonem.

- On przecież ma swoje miejsce - odparła Nadjana. Zapadła cisza.

Nadjana dała mu czas do namysłu. Wreszcie Revelin się podniósł.

- Dostaniecie ten dwór, sam przeniosę się do Remmeland. To niedaleko, no i 

przecież  mam chatę dzwonnika, na wypadek gdyby obowiązki w kościele  wymagały 

mojej obecności przez całą dobę.

Nadjana podeszła do teścia z uśmiechem i pokłoniła się tak nisko, że jej ukłon 

zdumiałby samego króla.

- Dziękuję! Och, dziękuję! Naprawdę zechcesz tak się dla nas poświęcić?

Pocałowała go w rękę. Revelin gwałtownie drgnął, jakby z jej warg spłynął ogień. 

Cóż   za   piekielnie   urodziwa   kobieta!   Taka   śliczna!   Czysta   a   jednocześnie   niebywale 

kusząca!

Na moment zakręciło mu się w głowie, Nadjana rozpaliła w nim mężczyznę, na 

którym przez wszystkie te lata ciążyło przekleństwo czarownicy.

Przepełniony wdzięcznością wstrzymał oddech.

Czy to możliwe, że przekleństwo ustępuje?

Popatrzył   w   szare   oczy   Nadjany.   Dojrzał   w   nich   jakąś   zagadkę, 

niewypowiedzianą   obietnicę.   Poczuł,   że   kobieta   go   porywa,   czas   zatrzymał   się,   gdy 

otoczył  ramionami  swą  piękną   synową  i   przycisnął   do  siebie   jej   szczupłą   kibić.  Jak 

nieprzytomny smakował różowych warg, poczuł ciężki słodki zapach, którego nigdy nie 

background image

potrafił nazwać, rozkoszował się jej miękkością.

Zapłonął jak nigdy dotąd.

Tracił zmysły, nie mógł już zapanować nad dłońmi, nad własnym ciałem.

- Ależ, pastorze, co robisz? Oprzytomniał, jakby ktoś wylał mu na głowę, wiadro 

zimnej wody. Salon wrócił na miejsce, widok wstrząśniętej twarzy Nadjany przyprawił 

Revelina o mdłości.

- Muszę powiedzieć, że jestem zaskoczona! I urażona w imieniu twojego syna. Na 

co się ważysz, proboszczu? I za kogo mnie bierzesz? Wydaje ci się, że za marny dwór 

kupisz moje względy?

Revelin nie na żarty przeraził się skandalu.

- Ach, moja droga, wybacz mi, wybacz ten straszny błąd, byłem ślepy, zaślepiony 

tobą... Jestem samotnym człowiekiem...

Nadjana złagodniała.

-   Taaak.   Biedaku,   daruj   mi,   proszę,   że   przywiodłam   cię   na   pokuszenie,   to 

wszystko moja wina...

Revelin odetchnął z ulgą. Tak właśnie powinno to brzmieć, ta kobieta ma rację. 

Niewiasty to zawsze uosobienie grzechu, grzeszą samą swoją obecnością, wiele z nich 

powinno to przyznać!

- Puszczę w niepamięć tę sprawę, ufam jednak, że ty, panie, nie zapomnisz tego, o 

czym rozmawialiśmy.

- Na pewno nie, Nadjano.

- Moglibyśmy się znów spotkać, za kilka dni? Późnym wieczorem, kiedy inni już 

zasną? Wówczas moglibyśmy...  omówić przekazanie własności, prawda? Justitian nie 

musi o niczym wiedzieć, dopóki wszystko nie zostanie załatwione.

Revelin wolno pokiwał głową. Światło bijące z oczu synowej dosięgło go niczym 

promień rozpalonego słońca.

- Dobrze - odparł schrypniętym głosem w nadziei, że z jej oczu rzeczywiście bije 

światło.

background image

ROZDZIAŁ II

Nadjana   wiedziała,   na   co   liczy   pastor.   Dostatecznie   często   miała   w   życiu   do 

czynienia z lubieżnikami. Bawiła ją gorączka, którą wywoływała w ich oczach, drżenie 

silnych dłoni i ciągłe zwilżanie językiem suchych warg.

Revelin najwidoczniej zaliczał się do tych, którzy gotowi byli sprzedać większość 

swojego   majątku,   by   choć   na   chwilę   móc   zajrzeć   do   ogrodów   Raju.   Ciekawe,   czy 

wielebny jeszcze może, zastanawiała się, chichocząc w duchu. No cóż, to bez znaczenia, 

nie miała zamiaru zapominać, że dawne życie należy już do przeszłości. W oczach tego 

dziada   na   zawsze   pozostanie   cnotliwą   kobietą.   Justitian   i   tak   odziedziczy   kiedyś 

wszystko, a jeśli ona właściwie zagra swoimi kartami, nie będą musieli wcale tak długo 

czekać.   Wprawdzie   stare   ciało   pastora   wyglądało   na   dość   silne,   lecz   jak   długo   taki 

mężczyzna może żyć pod jednym dachem z obiektem swego pożądania?

Nadjana poczuła, że krew w jej żyłach zaczyna krążyć coraz szybciej. Przepojone 

smutkiem   dni   przy   łóżku   chorego   Justitiana   omal   jej   nie   zadławiły.   Odezwały   się 

wyrzuty sumienia, wiedziała jednak, że mąż wcale nie oczekuje od niej, że będzie go 

pielęgnować. Prawdę powiedziawszy nie podobało mu się wcale, że widzi go takiego 

bezradnego,   mało   pociągającego,   godność   Justitiana   najwidoczniej   nie   mogła   znieść 

kolejnego ciosu.

Jego godność...

Justitian nie powiedział jej wszystkiego, skąpił też raczej szczegółów ze swego 

dzieciństwa,   lecz   Nadjana   i   tak   wiedziała.   Zrozumiała,   że   syn   zawsze   pozostawał   w 

cieniu ojca, Justitian jeszcze teraz zaczynał się jąkać, gdy ojciec nieoczekiwanie zwracał 

się do niego. Na twarzy pojawiał mu się ów irytujący wyraz bezradności, na ogół jednak 

obaj   zachowywali   się   wobec   siebie   z   wyszukaną   grzecznością   i   uprzejmością,   lecz 

chłodno. Nadjana wspomniała kiedyś o ich dziwnych stosunkach, lecz Justitian nic się na 

to nie odezwał. Dziękował jej tylko, że nie boi się władczego i pewnego siebie teścia.

-  Wiedziałem,  wiedziałem,  że   jeśli   jakikolwiek  człowiek  zdoła   usadzić   go  na 

miejscu, to musisz nim być ty, ukochana - szepnął.

Justitian będzie chodził po tej wiosce z podniesioną głową. Dostanie więcej, niż 

kiedykolwiek mu się śniło, ona zbuduje mu nowy dom, pokaże tym prostakom, z jakiego 

background image

świata przybyła. Będzie najpiękniejszą, najwdzięczniejszą, najmądrzejszą i najżyczliwszą 

pastorową, jaką kiedykolwiek tu widziano.

Jeśli tylko on przeżyje...

Uczyni dla niego wszystko, co w jej mocy. Może pora już wezwać medyka? Są 

chyba   jacyś   lekarze   w   tej   dziczy,   przynajmniej   na   wybrzeżu.   W   tym   hanzeatyckim 

miasteczku,  gdzie wreszcie  pozwolono im zejść na ląd, były  szpitale  i domy opieki, 

lekarz, który wszedł na pokład, wydawał się znać na swojej profesji. Tam mogą się 

wybrać...

Ale   najpierw   Justitian   zostanie   panem   we   własnym   dworze.   Nie   może   być 

inaczej! Do tej pory ten stary dziadyga siedział na wszystkim, nie odstąpił synowi nawet 

marnej zagrody!

Nadjana udała się na pokoje pastora wystrojona w swą jedyną czarną suknię. W 

tym kolorze nie było jej szczególnie do twarzy, cera wydawała się straszliwie blada, a 

białe włosy stwarzały iluzję czegoś, co minęło, co nie istnieje. Nadjana wiedziała jednak, 

że pastora ten obraz może zainteresować.

Siedział przy biurku nad rozłożonymi papierami, ubrany był w sutannę i kryzę. 

Trochę ją to zdziwiło, wszak następne nabożeństwo miało odbyć się nie wcześniej niż 

nazajutrz. W świetle pojedynczej lampy błyszczał srebrny krzyż. Revelin odłożył gęsie 

pióro, odezwał się łagodnie, lecz mimo to jego głos zabrzmiał ochryple:

- Wejdź proszę, synowo, zacna baronówno. Nadjana usiadła.

- Wiele myślałem o tym, co powiedziałaś. Masz rację, zaczynam się starzeć. Już 

wkrótce mój syn będzie rządził na plebanii i wznosił kij pasterski nad nieszczęsnymi 

duszyczkami z tej parafii. Oby Bóg mu pomógł, to zadanie, z którym niełatwo sobie 

poradzić...

- Ja będę przy nim - oświadczyła z mocą Nadjana, jak gdyby jej obecność mogła 

dopomóc Justitianowi w wypełnianiu obowiązków proboszcza.

- Tak - przyznał po chwili Revelin i podkręcił lampę. - Ty będziesz przy nim.

W   szczególny   sposób   zaakcentował   ostatnie   słowa.   Nadjana   zmrużyła   oczy, 

porażone nagłym blaskiem lampy, zrozumiała teraz, dlaczego ją zapalił. Pastor stał przed 

nią   niczym   cień,   przy   tym   świetle   nie   widziała   jego   twarzy,   on   natomiast   wyraźnie 

dostrzegał każde drgnienie jej oblicza.

background image

- Wiele ryzykuję, zgadzając się na to, Nadjano, i nie uczynię tego za darmo.

Kobieta drgnęła.

- moja propozycja jest następująca: Przepiszę wszystko na Justitiana, wszystko. 

Kiedy umrę, on odziedziczy cały majątek jako mój jedyny syn, ale... Składa się niestety 

tak,   że  ów  jedyny   syn  jest  słaby  i  chorowity,  ma   natomiast  zdrową,  pełną  wigoru  i 

nadzwyczaj bystrą żonę... która być może go przeżyje.

Nadjana wstała, twarz miała ściągniętą na tyle, że pastor mógł wyczytać z niej 

ostrzeżenie. Ich wzajemna życzliwość i szacunek zawisły na włosku.

-   Dlatego   chcę,   abyś   i   ty  podpisała   pewne   dokumenty.   Oboje   wiemy,   że   nie 

interesują   cię   moje   skromne   zagrody   tu,   w   głębi   nieprzyjaznego   fiordu,   lecz   mimo 

wszystko...  chcę,  abyś  postawiła tyle  samo  co ja, tak będzie  sprawiedliwie.  Gdyby i 

Justitianowi, i tobie przyszło odejść z tego świata, zanim nastanie moja kolej... Cóż, 

osobiście zajmę się twoimi dobrami. I zadbam o to, by właściwie je umieścić, zanim 

mnie także wezwie Pan.

Nadjana myślała szybko. Co właściwie ryzykuje? Naprawdę wiele trzeba, żeby i 

ona, i Justitian zmarli wcześniej niż ten stary klecha. A jeśli nawet tak się stanie, to i tak 

nie ma komu zostawić swego majątku. Bez wątpienia przyznano by go teściowi.

Czy on tego nie wie?

Domyślała   się,   że   to   jakaś   nowa   gra,   lecz   nie   dostrzegała   w   niej   większego 

niebezpieczeństwa.

Chwyciła za pióro.

Na przypieczętowanie umowy pozwoliła mu ucałować się w policzek.

- Jutro Justitian  i ja wezwiemy służbę, wiele  trzeba zrobić,  teściu. To będzie 

niespokojny czas...

Uśmiechnął się gorzko, lecz nie bez życzliwości.

-   Rzeczywiście,   będzie   zamieszanie,   myślę,   że   skorzystam   ze   swego   prawa   i 

przeniosę się do domku dzwonnika, prawda?

- Jesteś mądrym człowiekiem, teściu. Zadbam, by niczego ci nie brakło. A obiady, 

oczywiście, będziesz jadał z nami?

- W niektóre wieczory, być może, kiedy nie będę musiał pracować.

- Powinieneś trochę się oszczędzać, wiek ma także swoje wymagania. Justitian na 

background image

pewno niedługo wyzdrowieje, a wtedy...

Stanowisko proboszcza.

A więc tego chciała.

Teraz wiedzieli to już oboje.

Revelin nie odprowadził synowej. Ponownie przykręcił tylko lampę i nasłuchiwał 

oddalających się kroków Nadjany. Poszła na górę do Justitiana, najwidoczniej zamierzała 

nocować u niego.

Revelin całą siłą starał się oderwać myśli od Nadjany leżącej w jego własnym 

szerokim łożu. Przeklęte łóżko, w którym od czasu, gdy zabrano Marię, nie mógł zaznać 

spokoju. Kusiło go, wywoływało pulsowanie w podbrzuszu, lecz gdy tylko starał się 

wstąpić do tajemniczego świata pod baldachimem, lżyło go i zsyłało koszmary.

Wszystko jedno.

Westchnął ciężko, czuł, że z trudem chwyta oddech.

Zdawał sobie sprawę, że wyznaczony mu czas dobiega końca, jeszcze kilka lat i 

być może nastąpi kres. Chociaż odsuwał od siebie jak najdalej myśl o przekazaniu swego 

dworu i tytułu godnemu pogardy synowi słabeuszowi, to wiedział, że schedę po nim 

przejmie  Justitian.   Starego   gniewała   i  brzydziła  świadomość,   że  wszystko,   czego  się 

dorobił, pójdzie na marne. Syn nie był człowiekiem, który zdoła znaleźć swoje miejsce 

na kazalnicy i w ludzkich sercach. Pozwoli, by duszyczki przesypały się mu przez palce 

niczym piasek.

Znów obrzucił w myślach Marię gradem przekleństw.

Gdyby nie ona, mógłby mieć więcej synów, ale ona go zaczarowała, odebrała całą 

siłę męskości, jedynie w koszmarach sennych zachował młodzieńczą witalność, jedynie 

w samotne szalone noce z bólem tęsknił za nieczystą kobiecością.

Nikogo   jednak   przy   nim   nie   było,   nie   było   ziemi,   nie   było   pola,   na   którym 

mógłby zasiać swe nasienie, pozostawała mu jedynie jałowa samotność.

Revelin   przymknął   oczy.   Poczuł   się   zmęczony,   jak   gdyby   zrzeczenie   się 

ziemskich   dóbr  przybliżyło  go  o  krok  do  grobu.  Pragnął   odpocząć,   lecz   tylko   przez 

chwilę. Wiele jeszcze na tym świecie mógł dokonać. Złożył dłonie na srebrnym krzyżu i 

ośmielił się wyszeptać pokorną modlitwę.

Wnuki.

background image

Potomstwo baronówny. Jego własna krew połączona z jej błękitną.

Wtedy będzie mógł odpocząć na wieki.

Krucha postać Nadjany kryla w sobie więcej męskiej odwagi i zdecydowania, niż 

mógł się kiedykolwiek spodziewać po synu. Revelin pożądał tej kobiety, ciało ogarnęło 

drżenie, a po głowie krążyła pozbawiona wszelkiej logiki myśl:

To ona powinna być jego synem.

Właśnie ona, ta przebiegła, zdecydowana arystokratka.

Nie   tak   bezpośrednia   i   arogancka   jak   nieokrzesana   Marja.   Tej   może   i   nie 

brakowało bezczelności Nadjany, lecz przepadła z kretesem przez swój brak wrażliwości 

i taktu. Może i ta dziewucha z Oppdal jest równie odważna i zdecydowana, nie uda jej się 

jednak daleko zajść ścieżką, którą sobie wyraźnie wytyczyła. Nadjana natomiast... O, tak, 

tej dana jest niezbędna porcja sprytu. Revelin nie mógł zapanować nad podziwem dla 

niej,   mimo   iż   doskonale   wiedział,   że   tym   razem   to   właśnie   jego   piękna   baronówna 

owinęła sobie wokół palca.

Mimo wszystko ubił dobry interes.

Spadek wszak i tak przypadłby jego jedynemu synowi. Albo wdowie po nim.

Myśl ta zwykle budziła w Revelinie irytację, akurat teraz jednak wydało mu się to 

słuszne. Nadjana zapewne będzie umiała uwiecznić pamięć ojca swego męża, dzięki niej 

pastor   Revelin   nie   odejdzie   w   zapomnienie.   Może   synowa   ufunduje   obelisk   lub   też 

zbuduje jakąś śliczną niedużą kaplicę? Proboszcz rozważał już przekazanie wszystkich 

swoich dóbr Kościołowi, by ostatnim uczynkiem dać jeszcze jedno świadectwo swej po-

kory   i   chrześcijańskiej   wiary,   jednakże   po   zamieszaniu   wywołanym   zdradą   Cecilii 

przypuszczał,   że   biskup   przejmie   pieniądze   i   zagrody   bez   szczególnego   rozgłosu. 

Wszystko jedno więc, co się z tym stanie.

Revelin   zgasił   lampę.  Po   pokoju   rozniósł   się   nieprzyjemny   zapach   tłuszczu. 

Zasłony   były   zaciągnięte,   by   nie   przeniknęła   do   środka   jasność   czerwcowej   nocy. 

Revelin lubił mrok, czuł się w nim bezpieczny. Czasami zdarzało się, że w takie późne 

wieczory odnajdywał drogę do ciemnego kościoła. Niekiedy jednak zdawało mu się, że 

słyszy tam jakieś szepty, że widzi rosłą postać przechodzącą przez wysoki, wspaniały 

portal.

Ludzie w wiosce wciąż mówili o Mogensie Skanke, wierzyli, że ukazuje się jego 

background image

duch.  Głównie  z  tego  powodu  Revelin   czasami  nocował  w   kościele,  należało  wszak 

pokazać, że się nie boi. W pobliżu Boga, pod jego ochroną, nawet stary Mogens nie mógł 

mu nic zrobić, choć miałby zapewne powody...

Ciałem Revelina wstrząsnął dreszcz.

Latem  nigdy nie zapalano  ognia na kominku,  w gabinecie panował chłód, od 

podłogi ciągnęło, Revelinowi, gdy siedział tu zbyt długo, stopy drętwiały aż do bólu.

Marję   Oppdal   zobaczono   na   drodze   prowadzącej   w   stronę   Kreke.   Szła   jak 

mężczyzna, długim, pewnym krokiem, jakby dokądś spieszyła. Kosiarze nie posiadali się 

ze zdziwienia, słyszeli wszak, że i Marja, i Karl spędzą resztę lata na pastwisku w górach. 

To samo w sobie było już dziwne, kto słyszał, aby chłop sypiał przez całe lato w letniej 

zagrodzie z babami? Mężczyźni wymienili jednak tylko podejrzliwe spojrzenia i napluli 

na osełki. Tak, tak, niejeden z przyjemnością nie odmówiłby propozycji spędzenia kilku 

dni w górskim powietrzu z Marją do towarzystwa... Ludzie z Oppdal zabrali też ze sobą 

tego   odmieńca.   Dziwacy.   Karla   znano   tu   od   zawsze,   odkąd   jednak   poślubił   tę   obcą 

dziewczynę, jakby ktoś rzucił na niego urok. Kto by przypuszczał, że weźmie sobie taką 

twardą kobietę. Ale przyszło mu za to zapłacić, wszyscy przecież wiedzą, kto rządzi w 

Oppdal!

Mężczyźni  wybuchnęli   śmiechem,  wykonali   wiele   mówiące   gesty  w   kierunku 

Marji. Ona ledwie ich pozdrowiła i pospieszyła dalej.

- Do czarta, zakładam się, że idzie do domu dla szaleńców. Ma z sobą dzieciaka?

- Nie, tylko ten węzełek, który zawsze ze sobą taszczy.

- Na pewno tam idzie, gdzieżby indziej? Maria słyszała ich, zirytowało ją, że 

odgadli jej zamiary, nie chciała, by to rozniosło się po wsi, zanim wszystko zostanie 

załatwione. Rzeczywiście szła do Solheim, Słonecznego Domu, tak pięknie nazywało się 

to miejsce. Opuszczona zagroda wysoko za wzgórzem w głębi lasu. Nie było stamtąd 

widać nic poza pniami drzew i niebem. Nad zagrodą stromo wznosiło się zbocze góry. 

Poniżej były usypiska głazów i trudne do przebycia zarośla. Wiodła wśród nich wąska 

ścieżka do szarych budynków z grubymi okiennicami.

Ciężkie drzewa pochyliły się ze starości, jedno wsparło się nawet o dach domu. 

Pod jego ciężarem bale łączone na zrąb rozsunęły się, lecz budynek stał dalej, jakby z 

przyzwyczajenia.

background image

Z komina nie unosił się dym.

Szalonego Mikkjela nigdzie nie było widać.

Maria zatrzymała się na podwórzu, zadrżała.

Zadźwięczały jej w uszach słowa Stiny - Mai. Stara dójka zabrała swego syna z 

domu dla obłąkanych, w skąpych słowach opisała, co tam widziała. Słuchacze w letniej 

zagrodzie ponuro kiwali tylko głowami, w oczach niektórych pojawił się wyraźny lęk. 

Historie o odosobnionej zagrodzie na wzgórzu, choć jeżył się od nich włos na głowie, 

chętnie   opowiadano   sobie   przy   ogniu   dla   rozrywki.   Wszyscy   wiedzieli,   co   tam   jest. 

Wszyscy   słyszeli   jeszcze   okropniejsze   opowieści...   Wystraszone   dzieci   siedziały   bez 

ruchu, dorośli składali ręce i dziękowali Bogu za to, że obdarzył ich zdrowym rozumem. 

Oby nigdy nie popadli w taką niedolę! Nieszczęsny Anton z Wdowiej Zagrody, jego 

ostatniego tam zaprowadzono, pewnie więcej już go nie zobaczą, dopiero na pogrzebie.

Właśnie wtedy, gdy Stina - Maja, szeroko otwierając przerażone oczy, szeptem 

opowiadała o spętanych  ludziach, Marja podjęła decyzję. Nawet jeśli prawdziwa jest 

zaledwie polowa tych opowieści, to i tak owo miejsce musi być zaiste piekłem na ziemi. 

Drogi Anton nie może tam zostać ani dnia dłużej.

Marja zazgrzytała zębami.

Nie   powinna   była   uwierzyć   w   opowieść   lensmana   o   spokojnej   przystani   dla 

nieszczęsnego, chorego Antona, o dodatkowej opiece, o pożywnym jedzeniu, o domu, 

gdzie będzie mu dobrze i bezpiecznie, gdzie nie wyrządzi krzywdy ani sobie, ani innym.

Przeraziły ją odgłosy dobiegające z wnętrza budynku. Starała się przygotować na 

to, co zobaczy. Wszak nie było to miejsce, które odwiedzano z własnej woli. Mało kto 

mógł powiedzieć, jak tam naprawdę jest, tylko grabarz, lensman i jeszcze paru zaglądało 

do   środka,   zwykli   ludzie   nie   mieli   tu   czego   szukać.   Niekiedy  silni   mężczyźni   przy-

prowadzali i oddawali pod dalszą opiekę Mikkjelowi zawodzących ludzi. Z reguły nie 

było dla nich powrotu.

O środki na prowadzenie tego przytuliska troszczył się pastor. Było to zadaniem 

Kościoła, dusze owych nieszczęśników miały wszak swoją wartość, osąd, kogo z nich 

czeka zatracenie, a kto wciąż jest zapisany w Bożych księgach, nie należał do ludzi.

Marja miała wielką ochotę zawrócić. Uciekaj, podpowiadał jej rozum.

Z domu dobiegało  wycie przypominające głos wilka albo lisa schwytanego  w 

background image

pułapkę.

Podeszła bliżej, zawołała niepewnie.

Wreszcie zdała sobie sprawę, że musi okazać zdecydowanie.

- Mikkjel! Mikkjel, chcę z tobą pomówić!

Nowe odgłosy. Brzęczenie, jakby metalowych talerzy.

Wreszcie stary wychylił  się zza węgła, zmrużył  oczy pod słońce, w końcu ją 

dostrzegł. W ręku trzymał grubą laskę, zakończoną wykutą z żelaza kulą. Laska przy-

mocowana była do nadgarstka. Zdawało się, że nie mógłby się jej pozbyć bez odrąbania 

dłoni.

- Kto to przyszedł? Czego chcesz? Do diabła, to kobieta!

- Jestem Marja Oppdal.

- Słyszałem o tobie, ale odejdź stąd, to nie miejsce dla niewiasty!

- Chcę wejść do środka - oświadczyła. - Zobaczyć się z Antonem.

- Zobaczyć się z Antonem? - przedrzeźniał ją, niewyraźnie wymawiając słowa. 

Usta   wykrzywiły   mu   się   w   chichocie.   -   Sądzisz,   że   możesz   tu   wejść   tak,   jakbyś 

przychodziła ze zwyczajną wizytą?

Wybuchnął chrapliwym śmiechem.

Marja   popatrzyła   mu   prosto   w   oczy,   zachodząc   w   głowę,   czy   nadane   mu 

przezwisko ma wyłącznie związek z wykonywaną przez niego pracą. Ten człowiek sam 

zdawał się chory.

- Ach, tak? Ach, tak? Pani przyszła z wizytą? Do domu wariatów, do szaleńców. 

Przyniosła może słodkie piwo i pszenne ciastka? A może sama chce być goszczona?

Znów zarechotał hałaśliwie, jak gdyby powiedział dobry żart.

Marja wystraszyła się, postanowiła jednak, by zwyciężył w niej gniew.

- Do starego Mikkjela młoda panna przyszła, la - le - li, la - le - li..

- Zamknij  gębę, stary,  i rób, co do ciebie  należy.  Czy nie ty tutaj  pilnujesz? 

Chociaż wydaje się raczej, że jesteś jednym z...

- Szaleńców? Ha! Tak uważasz? No, może i tak, ale to ja mam klucz!

Zamachał jej przed nosem potężnym żelaznym kluczem. Marja zadrżała na ten 

widok. Wycie dochodzące z budynku wciąż dźwięczało jej w uszach. Nie dało się tego 

dłużej znieść. I w takim miejscu ma dożyć swoich dni jej ojczym! Jak lensman mógł do 

background image

tego dopuścić? Czyżby nie wiedział...?

- Piękna pani uważa, że tu nieprzyjemnie? - miauknął dozorca piskliwym głosem. 

Widać było, że sytuacja go bawi.

- Przyprowadź Antona, chcę z nim porozmawiać.

-   Ona   chce   z   nim   rozmawiać   -   powtórzył   strażnik   wciąż   z   tą   samą   upiorną 

wesołością w głosie.

W jednej chwili spoważniał. Pochylił twarz nad Marja, aż musiała cofnąć się o 

krok. Teraz już warczał, parę kropli śliny trafiło ją w twarz.

- Stąd nikt nie wyjdzie! Nawet Anton z Wdowiej Zagrody! Wątpię też, żeby miał 

ci coś do powiedzenia, on się nie odzywa, siedzi tylko...

Stary naśladował zachowanie więźnia, kołysał się w tył i w przód, twarz zmieniła 

się w groteskową maskę.

Marja zrozumiała, że słowami niczego nie wskóra. Ten człowiek był szalony i 

zapewne dwakroć bardziej zły od większości nieszczęśników, których tu zamknięto.

- On stąd wyjdzie! - oświadczyła. - Porozmawiam z lensmanem.

- Idź, idź, porozmawiaj. A teraz, jazda stąd!

Karl towarzyszył jej do zagrody lensmana, lecz przemawiać musiała Marja.

- To ty odpowiadasz za dwór i dobra Antona, o tym, zdaje się, nie zapominasz - 

zauważyła Marja kwaśno, gdy zaproszono ich do bawialni.

Wiedziała, że musi postępować ostrożnie, przyjęła wszak dziecko Antona pod 

swój dach i gdyby dzieciak  nie  był  taki  dziwny,  położyłaby rękę i na dziedzicznym 

srebrze,   ponieważ   jednak   chłopczyk   był   odmieńcem,   któremu   na   dodatek   udało   się 

oszukać śmierć... nikt nie mógł żądać, by przypadło mu w spadku cokolwiek z dostatniej 

Wdowiej Zagrody. Odkąd Anton postradał rozum, lensmana wyznaczono na zarządcę 

majątku,   dopóki   jednak   Anton   żył,   Marji   nie   należał   się   nawet   szyling   po   Gjertrud, 

zmarłej żonie Antona.

- Wydaje ci się może, że podstępem wyciągniesz przed czasem swój spadek po 

matce - złośliwie zauważył lensman. - Jeśli z taką sprawą przychodzisz, równie dobrze 

możesz zawrócić już w drzwiach.

- Przychodzę w zupełnie innej sprawie - odparła Marja chłodno.

Karl sprawiał wrażenie, że najchętniej usłuchałby polecenia lensmana i wyszedł, 

background image

Marja przyciągnęła go więc do siebie.

Pulchna   lensmanowa   przyglądała   się   Marji,   jej   wzrok   na   moment   spoczął   na 

pierścionku   połyskującym   na   palcu   nieproszonego   gościa,   na   ślubnym   pierścieniu 

Gjertrud,   tym,   który   dostała   w   podarunku   od   Antona.   Piękny   klejnot,   pomyślała 

lensmanowa, na pewno wart swoich setek talarów.

- Chcę zabrać Antona z tego okropnego miejsca.

- Co? Jest tam, gdzie mu najlepiej. Nie wiesz nawet, jak strasznie pomieszało mu 

się w głowie.

- Owszem, wiem, że cierpi i że rozum niekiedy go zawodzi...

-  Jest   na  wskroś   szalony  i   nieobliczalny.  Może  wyrządzić  krzywdę  i   sobie,   i 

innym, dobrze o tym wiesz! Potrzeba było czterech chłopa, żeby...

- Gdybym wiedziała, gdzie go zabieracie, nigdy bym się na to nie zgodziła.

- Wszyscy wiedzą, czym jest Solheim!

- Mówiłeś, że tam mu będzie dobrze, że będzie miał wyżywienie i opiekę. Że to 

nie jest ubogi przytułek, bo Kościół płaci...

- To nie jest zwyczajny dom wariatów. Niektórzy są tam od dziesięciu lat, a bez 

jedzenia by nie przeżyli, prawda? - Lensman pochylił się w jej stronę, zniżył  głos: - 

Antonowi jest tam dobrze. Osobiście się troszczę, żeby miewał się lepiej od innych.

- Masz go stamtąd zabrać! Czym prędzej. Zajmę się nim tak, jak zajmuję się jego 

synem!

- Tak, żebyś go mogła zabić i zagarnąć cały jego spadek, co? To ci się nie uda, 

Marjo Oppdal! Za chytra  jesteś! A jeśli chodzi o tego odmieńca,  to niech ci się nie 

wydaje, że on długo pożyje, a wtedy, moja droga, będzie się liczył jedynie testament 

Antona!

- Testament?

-   Owszem,   testament,   w   którym   przekazuje   wszystko   zarządzającemu   jego 

majątkiem.

- Tobie!

Lensman spokojnie pokiwał głową. Marji pokraśniały policzki. Stojący obok niej 

Karl lekko zadrżał. Poczuła, że ostrzegawczo ściska ją za ramię.

Opamiętała   się   w   ostatniej   chwili.   Niemądrze   by   było   występować   z 

background image

oskarżeniami, chociaż miała je już na końcu języka.

Lensman   umieścił   Antona   w   domu   obłąkanych,   ponieważ   wiedział,   że   to   go 

wkrótce wykończy, odebrał mu też szansę na napisanie nowego testamentu. Z braku pra-

wowitych spadkobierców nikomu nie wyda się dziwne, że Wdowia Zagroda wpadnie w 

końcu w ręce lensmana.

- Anton musi stamtąd wyjść! - oznajmiła spokojnie, choć wiedziała, że z jej oczu, 

które skrzyżowały się ze wzrokiem lensmana, sypią się iskry. Karl wstrzymał oddech. 

Marja miała nadzieję, że mąż nie osunie się na dywan gospodarza.

- Antonowi tam będzie najlepiej, a w dodatku, Marjo Oppdal, może się zdarzyć, 

że cię zabije, zanim będziesz miała jakąkolwiek szansę... Pamiętaj, że to szaleniec!

Marji   zabrakło   argumentów.   Wiedziała,   że   na   razie   droga   jest   zamknięta.   Im 

wyraźniej jednak objawiała się pazerność lensmana, tym większej nabierała pewności, że 

Anton jest być może zdrowszy, niż przypuszczała. Jeśli ktoś zacznie pytać o szaleńca, 

lensman ma wiele do stracenia.

Anton usiłował zabić własnego syna, co do tego nie było żadnych wątpliwości, 

Marja na własne oczy widziała, jak zawiniątko z dzieckiem zostało brutalnie ciśnięte o 

ścianę przez swego ojca. Dziecko przeżyło. Nikt więcej się o tym nie dowiedział, lecz 

Marja uznała za słuszne, by lensman  umieścił  chorego w miejscu, gdzie nie mógłby 

wyrządzić  już nikomu  żadnej krzywdy.  Anton oszalał  z rozpaczy,  nie zniósł  widoku 

podeszłej już w latach żony, umierającej w połogu, po tym, jak wydała na świat takie 

paskudne dziecko o skośnych oczach i wiecznie zaślinionych ustach.

- Uważam naszą rozmowę za skończoną - oświadczył lensman, wstając.

Oczy Marji wciąż płonęły. Nienawidziła właśnie takich sytuacji, w których czuła 

się mała i bezbronna wobec możnego człowieka.

Na razie nic nie dało się z tym zrobić. Nie miała się do kogo zwrócić.

Został tylko Justitian.

Obiecał, że wesprze ją jesienią, kiedy we Wdowiej Zagrodzie znów ruszy szkoła. 

Może i teraz przyjdzie jej z pomocą? Nie miał wprawdzie takiej władzy, niczego nie 

posiadał, ale ludzie powiadali, że ta wydelikacona duńska księżniczka, z którą się ożenił, 

przywiozła niejedno.

Marja wyszła bez pożegnania.

background image

Karl ujął lensmana za rękę, ukłonił się, mruknął coś.

Lensmanowa również wyszła na schody.

- Chwileczkę, Marjo Oppdal! - zawołała, gdy furtka już się za nimi zamknęła. - 

Zdaje mi się, że mój mąż o czymś zapomniał!

Marja dołączyła do oczekującego ją Karla jeszcze bardziej wzburzona.

Zamachała mu przed oczami ręką.

- Przeklęty szubrawiec! Pies piekielny! Pazerny diabeł... Urwała, podsunęła dłoń 

niemal pod nos męża.

- Zobacz, zabrał pierścień! Wszystko, co miałam, wszystko, co dostałam...

Karlowi dech zaparło w piersiach.

- Ach, Marjo, jak mi przykro. Na pewno spodobał się lensmanowej. Zauważyłem 

to jej chciwe spojrzenie.

- Pazerne kruki! Oboje są ulepieni z tej samej gliny, z tego samego paskudnego 

brudu!

- Nie możemy nic zrobić. Wiesz dobrze, że lensman poczyna sobie jak chce...

- Napiszemy  do króla! Poskarżymy  się  asesorowi! Albo nie,  zakradniemy  się 

późnym wieczorem i odrąbiemy głowy tym łajdakom!

- Cicho, cicho - Karl usiłował zakryć  jej usta dłonią, lękliwie rozglądając się 

dokoła.   Byli   wprawdzie   sami   na   ścieżce,   ale   trzeba   zachować   ostrożność   w 

wypowiadaniu takich słów. Nawet w bezrozumnym porywie gniewu.

Marja   przez   resztę   drogi   milczała.   Karlowi   nie   bardzo   podobała   się   jej 

nieruchoma niczym maska twarz. Bał się, że żona znów na jego oczach się odmieni, że 

znów   będzie   jak   przedtem   zimna,   żądna   zemsty   i   daleka.   Lękliwie   spróbował 

przyciągnąć ją do siebie, pewną pociechę przyniosły mu uderzenia jej serca, które biło 

pod cienkim płótnem.

- Tak cię kocham, Marjo... Złagodniała. Szczęśliwy poczuł, że jej gniew uleciał 

wraz z lekkim wiatrem.

- Musimy się z tym pogodzić. Nic więcej zrobić się nie da.

- Wiem o tym - przyznała cicho. - Ale to takie niesprawiedliwe. A co ty o tym 

sądzisz, byłeś przecież najlepszym przyjacielem Antona?

- Oczywiście. Myśl o nim dręczy mnie bardziej, niż ci się wydaje. Gdybym tylko 

background image

wiedział, że jest jakiś sposób...

- Jest jeden - szepnęła Marja.

Letnia noc nie okazała się dostateczną osłoną. Gdyby ktoś akurat szedł drogą 

przez   las,   bez   trudu   zdołałby   zauważyć   na   niej   dwie   postacie.   Idący   nieśli   coś,   co 

przypominało   strzelbę.   Ubrani   byli   w   długie   ciemne   spodnie   i   szare   koszule,   głowę 

jednego z nich' pomimo ciepła okrywał ciemny kapelusz.

- Na miłość boską, Marjo, co ty szykujesz? Co to będzie? Nie może się dobrze 

skończyć.

- Zawsze jest nadzieja! I co mamy do stracenia?

- Wszystko - westchnął Karl. - Lensman nas...

- On nie może nic zrobić. Czy może zabronione jest zabieranie krewniaka z domu 

dla obłąkanych?

- Oczywiście. Zwłaszcza takiego, nad którym opiekę sprawuje lensman.

- Jeśli moje domysły się potwierdzą, Anton sam udowodni, że wcale tak nie jest.

- On przecież oszalał... I mnie chciał zabić.

-   Oszalał   z   rozpaczy.   Widziałam   już   wcześniej   takie   przypadki.   I   jeśli   tylko 

szczęście nam dopisze, jeśli życie wśród tych nieszczęśników nie zesłało na niego nie-

uleczalnej choroby... Lensman umieścił go tam, żeby umarł, nie pojmujesz?

- Taaak... Może masz i rację, ale co zrobimy, jeśli Anton jest naprawdę chory?

- W każdym razie będzie wiadomo, że próbowaliśmy. Tyle przynajmniej jesteś 

winien Antonowi! I mnie.

- Zrobię to dla Antona - cicho odparł Karl, a Marja uśmiechnęła się do niego spod 

ciemnego kapelusza. - I dla Benjamina...

Marja kiwnęła głową.

- A także dla Amelii i Karla Martina. Pamiętaj, że chodzi również o ich prawo. 

Jeśli i teraz nie dostanę tego, co mi się należy, to nic nie przypadnie naszym dzieciom.

Za każdym razem, gdy w podobnej sytuacji padały imiona bliźniąt, sumienie nie 

dawało jej spokoju. Karl nie może się nigdy dowiedzieć... Musi wierzyć, że ukochane 

dzieci są jego.

- Dla Amelii, Benjamina i Martina. Ruszyli dalej.

Marja z łatwością odnajdywała drogę, zawsze dobrze orientowała się w terenie.

background image

Solheim zdawało się opustoszałe.

Cóż za ironiczna nazwa, pomyślała Marja.

Przeciągłe wycie.

Karl drgnął.

- Spokojnie! To nie są dzikie zwierzęta, to ludzie.

-   Na   miłość   boską,   żaden   człowiek   nie   może   chyba...   Karl   urwał.   Nagle 

przypomniał sobie Kari.

- Stary Mikkjel na pewno się podda, kiedy zobaczy, że jest nas dwoje. Najlepiej 

będzie, jak ty z nim pomówisz.

Zastukali.

Upłynęło sporo czasu, zanim klucz obrócił się w zamku.

- Do diabła, tak późno przychodzicie, zaraz umrę z pragnienia...

Mamrotanie starego urwało się gwałtownie, gdy ujrzał dwie nieznane osoby.

- Do diabła, kim jesteście? Złodzieje i rozbójnicy nie mają tu czego szukać, to 

tylko gromada szaleńców.

- Nie przyszliśmy tu, żeby kraść, przyszliśmy po Antona z Wdowiej Zagrody!

- Znowu ty!  To mi dopiero bezczelna...  - Starzec energicznie pokręcił głową, 

zmrużył oczy. - O, do diabła, lensman powiedział...

Karl prędko wysunął rękę. Jego siła zaskoczyła starego.

- Nie możesz  nam zabronić  zabrania  go stąd - oświadczył  Karl i na moment 

pokazał strażnikowi broń.

- No... Nikt mnie nie oskarży o zaniedbanie, skoro przychodzą tutaj i podsuwają 

pod nos strzelbę. Ale lensman już się wami zajmie, nie wywiniecie się!

- Zamknij gębę, Mikkjel, donoszenie może ci się nie opłacić.

-   Do   diaska,   Karl,   przestań   straszyć   tego   starego   nieszczęśnika   -   wtrąciła   się 

Marja. - Lensman prędko się dowie, kto zabrał Antona, nie mamy zamiaru tego ukrywać.

- Sami po niego idźcie - wykrzywił się Mikkjel i przekręcił klucz w zamku za ich 

plecami.

Marja   przestraszyła   się.   W   pomieszczeniu   było   teraz   zbyt   ciemno,   by   mogła 

dostrzec cokolwiek poza cieniami.

Większym jednak lękiem napełniały ją odgłosy dochodzące do jej uszu.

background image

Gdzieś z jakiegoś miejsca dobiegał płacz, jakby dziecięcy.

Ktoś chrapał albo może się dusił.

Kobiecy   głos   monotonnie   powtarzał   urywki   psalmu.   Słowa   wyśpiewywane 

piskliwym głosem następowały po sobie bez ładu i składu.

Marja miała wielką ochotę zatkać uszy, zaraz jednak zmieniła zdanie i jedną rękę 

przysunęła do nosa. Nigdy dotąd nie czulą smrodu gorszego niż ten tutaj. Mieszanina 

ludzkich odchodów, zgnilizny i starego zgęstniałego dymu. Jedynym źródłem powietrza 

był dymnik w starej izbie.

- Jak ktokolwiek może tutaj żyć?! - warknęła.

- O, można się do tego przyzwyczaić - odrzekł Mikkjel i znów zaśmiał się głucho.

Ten człowiek jest równie szalony jak tamci, pomyślała Marja. Zerknęła na drzwi z 

tyłu, zwalczyła w sobie chęć otwarcia ich i wydostania się stąd.

- Anton - szepnął Karl.

-   Gdzie?!   Mikkjel   kopnął   ciało   człowieka   śpiącego   na   środku   izby.   Marja 

przymknęła oczy i przeszła ponad nim. Cieszyła się z ciemności, nie chciała widzieć.

- Specjalna kwatera. - Mikkjel wyszczerzył zęby w uśmiechu i otworzył maleńkie 

drzwiczki w głębi pomieszczenia.

Kiedyś zapewne gospodyni miała tu swoją spiżarnię. Ale w tej dziupli nie mógł 

się chyba zmieścić dorosły mężczyzna?

- Tutaj zachowuje się spokojnie - cierpko zauważył Mikkjel.

Marja dostrzegła teraz w ciemności zarysy skulonej postaci. Zbliżyła się do niej 

ostrożnie, Karl posuwał się za nią jak podpora.

- Anton - szepnęła. - Spisz? Szalony rechot strażnika zagrzmiał, jakby Mikkjel 

nigdy nie widział nic śmieszniejszego.

- Na miłość boską, on nie żyje!

- Nie żyje? Ależ skąd! Zawsze tak siedzi.

- Taki chudy!

- Nie mogę w niego wmusić przysmaków - zaśmiał się strażnik.

Marja spostrzegła, że Mikkjel coś żuje. Nie mogła pojąć, że jest w stanie jeść w 

tym grobowcu. Panował tu wprost nieopisany smród.

- Zabierzmy go stąd. Karl ożywił się. Chwycił bezwładne ciało i wyciągnął je z 

background image

nory. W istocie był to Anton.

- On nie żyje! - wykrzyknęła Marja. Karl próbował się zorientować, jaka jest 

prawda.

- Nie, tli się w nim jeszcze życie. Ale Bóg wie, że nie jest to twoją zasługą, 

Mikkjel. Ludziom we wsi nie spodoba się to, co im opowiemy.

- Wszyscy wiedzą, że dom wariatów to nie raj - ze zdumiewającą trzeźwością 

odparł strażnik. - Wątpię, by ktokolwiek zazdrościł mi mojej roboty, będą więc trzymać 

język za zębami.

Karl musiał przyznać mu w duchu rację.

Mikkjel, nie przestając chichotać, otworzył im drzwi. Nocne powietrze zdało się 

w ustach najsłodszym winem. Na niebie wisiał blady księżyc. Karl popatrzył w górę.

- Myślisz, że to prawda? Że szaleńcy wyją do księżyca?

- Nie wiem. Ten tutaj w każdym razie nie wyje. Biedny Anton...

Posłyszał drżenie w głosie żony, wiedział, że Marja bliska jest rezygnacji. Mała 

nadzieja, by Anton mógł w jakikolwiek sposób im pomóc. Lensman i tak wygra, Anton 

nie będzie w stanie sprzeciwić się tym, którzy upychali sobie po kieszeniach jego dobra.

- Będę go pielęgnować - szepnęła Marja.

Karl postanowił kiwnąć głową na pociechę. Być może jakoś jej się to uda. Marja 

miała wszak tak wiele środków zaradczych, tyle umiała, ale Karl nigdy nie słyszał, by 

jakiekolwiek wywary z ziół i dziwne maści podziałały na chorobę umysłu. A wtedy ich 

zuchwały postępek nie ujdzie im na sucho. Lensman nie okaże łaski.

background image

ROZDZIAŁ III

Marja  wyjęła  starą   skrzynkę   Kari,  wysypała  zawartość   na  stół.  Na  większość 

pojemniczków sama kiedyś nakleiła karteluszki z nazwami, wciąż zawierały niezwykłe, 

pachnące mieszanki. Niektóre z nich znała, o innych  wiedziała niewiele. Wśród nich 

powinna znajdować się brązowa, twarda jak kamień grudka. Kari mało o niej mówiła, 

lecz Marja zrozumiała, co miała na myśli. Wzmianki o tym lekarstwie nie znajdzie się 

chyba w żadnej ze wspaniałych ksiąg, które Marja widziała w bibliotece pastora. Raczej 

w ogóle nie po tej stronie świata.

Musiało być bardzo stare, być może straciło już nawet moc, a może wszystkie te 

formuły   i   zaklęcia   to   tylko   wymysły?   W   dodatku   powinien   być   czwartek   i   pełnia 

księżyca.

Ale Kari zwykle wiedziała, co mówi.

Marja szukała. Nic.

Któreś z dzieci zapłakało przez sen, prędko pozbierała wszystko z powrotem do 

skrzynki i już chciała do nich pójść, lecz usłyszała spokojny głos Karla.

Siedziała więc dalej przy długim stole, który ustawiła na zewnątrz, pod ścianą 

domu. Okap częściowo przesłaniał nocne niebo, było równie niebieskie jak poprzedniej 

nocy, gdy ciągnęli Antona długą drogą z gospodarstwa Mikkjela. Marja wmusiła w niego 

trochę wody i owsianki, niestety większość zwrócił. Potem, mamrocząc niezrozumiałe 

słowa, zapadł w sen. Ale Marja nie mogła uwierzyć, że nie ma już żadnej nadziei. Jej 

zdaniem ten człowiek był po prostu wycieńczony, bliski śmierci z głodu i wyczerpania.

-   Jedzenie,   ciepło   i   wzmacniające   napoje   niedługo   postawią   go   na   nogi   - 

pocieszała wystraszonego Karla.

- Nie mamy czasu, najwyżej dwa, może trzy dni. Lensman prędko się zorientuje, 

co się stało.

- Niczego się nie dowie, jeśli Mikkjel będzie trzymał język za zębami. A myślę, 

że tak właśnie się stanie. Upłynie sporo czasu, zanim ktoś spyta o Antona.

Karl   przyjął   jej   słowa,   daleko   mu   jednak   było   do   spokoju.   Gdy   nazajutrz 

wczesnym rankiem któryś z chałupników zapukał do drzwi, Karl ze strachu mało nie 

wypadł z łóżka. Dzieci też zrozumiały, że dzieje się coś dziwnego. Dowiedziały się, że 

background image

Anton zamieszka z nimi przez pewien czas.

- Aż wyzdrowieje - oświadczyła Marja.

- Czy on już nie jest szalony? - dopytywał się Martin. Karl nie zdobył się na 

odpowiedź.

- Wydaje nam się, że nie - odrzekła Marja. - I mimo wszystko to wasz... dziadek.

-   Może   lepiej,   jeśli   nie   będziemy   zostawać   z   nim   sami   -   stwierdził   Martin 

spokojnie.

- Może i tak - zgodził się prędko Karl. - Pewnie masz rację, ale nie bójcie się go.

Z izby nie dobiegał już żaden dźwięk. Marja delikatnie przesunęła świecę, którą 

zabrała  ze sobą. Ściekający wosk utworzył  na blacie stołu małą  kulkę. Marja wyjęła 

otrzymane od Kari stare zwoje, zapełnione niezwykłymi znaczkami i literami. Niektóre z 

nich rozumiała, choć napisane zostały niewprawną ręką. Atrament czy też substancja, 

którą posługiwał się pisarz, wyblakła, rozpłynęła się na grubo tkanym płótnie.

„Commonde en Diabolus Kompento. - Obejdź stajnie w kierunku przeciwnym do 

ruchu słońca na niebie, powtarzając te słowa: Omnia Sierod Memento Tua Samelta Misa 

Soflua Rultus Eris...”

Marja z mozołem odczytywała dziwne i groźne słowa. Przeniknął ją dreszcz, w 

tych wyrazach tkwiła jakaś potęga, zdały się grzmiącą mową o czekającej ją karze.

Czytała dalej, rozumiejąc równie mało.

Ale w końcu wyczytała coś „o wypędzaniu diabłów choroby księżycowej”.

Trzymała miseczkę z tajemnymi składnikami nad Antonem, monotonnie mrucząc 

owe niezwykłe słowa.

Z całych sił starała się, by jej szept brzmiał jak prawdziwe zaklęcie. Po plecach, 

przebiegł jej dreszcz. Bała się. Nie słów, nie tego, co musiało w nich tkwić.

Bała się o Antona.

Zaklęcia nie odnosiły żadnego skutku.

Marja   zrezygnowała.   To   jakieś   głupstwa.   Zrozpaczona   odrzuciła   miseczkę, 

zawartość poleciała na podłogę. Jutro ją zetrze.

- Anton - szepnęła, osuwając się na stołek przy jego posłaniu. - Nie możesz...

Nawet się nie poruszył.

Marja westchnęła głęboko, przetarła ręką zmęczone oczy. Karl spał spokojnie w 

background image

łóżku   zaledwie   w   odległości   kilku   łokci   od   niej.   Maleńka   izba   rozświetlona   białym 

blaskiem księżyca, wpadającym wąskim promieniem przez okienko, wydawała się taka 

spokojna.

Marja poszła spać.

Nie  słyszała   szurania   małych   stóp  po  podłodze,   nie  słyszała,   że  ktoś  podnosi 

miseczkę z tajemnym  środkiem, płucze ją i odstawia na miejsce. Nie słyszała szeptu 

córki, nie widziała drobnej rączki pieszczącej chorego.

Dopiero gdy światło dnia zajrzało do izby, Marja się przebudziła, instynktownie 

wyczuwając, że coś się stało.

Zaspana   wysunęła   się   spod   okrycia,   potrząsnęła   Karla.   Zmrużonymi   oczyma 

popatrzyła na przeciwległą ścianę. Chciała krzyknąć ostrzegawczo, ale w porę się po-

wstrzymała. Przy łóżku Antona siedziała mała Amelia.

Cud nad cuda.

Anton był przytomny i uśmiechał się do dziecka.

- Mamo, zobacz, dziadek wyzdrowiał - rozpromieniła się dziewczynka.

Zaskoczona Marja pokiwała głową.

- Jesteś bardzo mądra, Amelio. Obudziłaś go...

-   Mhm.   Delikatnie   go   tylko   pogłaskałam,   o,   tak!   Rączki   dziewczynki   znów 

dotknęły ramienia starego, Anton przymknął oczy.

- Cudownie... Masz takie gorące, dobre ręce, malutka. Marja drgnęła, te słowa o 

czymś jej przypomniały. Gorące dłonie. I ona je miała. Wówczas obecność Kari sprawiła, 

że owa nieznana siła wydobyła się z głębi ciała Marji. Kari jej w tym pomogła. To było 

tak dawno temu, nigdy potem się nie udało, ale czy to możliwe...? Czy możliwe, żeby 

mała już zdążyła się nauczyć wykorzystywania tej niezwykłej mocy?

Marja przeszła przez izbę jak lunatyczka. W króciutkiej nocnej koszuli przysiadła 

na drewnianej podłodze i popatrzyła Antonowi w oczy, zaczerwienione i zmęczone, lecz 

niezmącone, spoglądające wyjątkowo przytomnie.

- Witaj z powrotem, Antonie.

- Z krainy pustki, to masz na myśli?

- Tak. W jaki sposób... Co...? Anton położył się z powrotem, przymknął oczy.

-   Mało   pamiętam.   Czuję   się   straszliwie   zmęczony...   Pewnie   niedługo   umrę, 

background image

Marjo, pójdę do Gjertrud.

W jego głosie pobrzmiewała bezradność i rezygnacja, z którą Marja nie mogła się 

pogodzić.

- Nie - oświadczyła twardo. - Nie możesz się poddawać. Masz po co żyć. Tyle 

razy już pokazałeś, że chcesz żyć.

Amelia przysłuchiwała się rozmowie dorosłych z szeroko otwartymi oczami. Cud, 

jakiego dokonała, najwidoczniej poszedł już w zapomnienie, w dodatku dziadek mówił o 

śmierci.

Dziewczynka   wstała,   podeszła   do   łóżeczka   stojącego   tuż   obok   łóżka,   które 

dzieliła z bratem. Benjamin jeszcze spał. Leżał pulchny, zdrowy i czarnowłosy, otulony 

w duże kawałki płótna, ale bez powijaków, Marja nie chciała go nimi krępować.

Amelia   obudziła   dziecko,   delikatnie   łaskocząc   je   pod   nosem.   Zadarty   nosek 

zmarszczył się, usta wykrzywiły w półśnie, lekko poruszył głową. I zaraz otworzył oczy, 

te osobliwe dziwne oczy, połyskujące złotem.

Amelia otrzymała na powitanie serdeczny poranny uśmiech i zaraz wyciągnęły się 

do niej dwie pulchne piąstki.

- Dzień dobry, Benjaminie. Dobrze spałeś? Zobacz, kto tu jest...

Marja zorientowała się, co zamierza córka. Już chciała się poderwać, zasłonić 

małego   fałdami   spódnicy   i   nakazać   Amelii,   by  zabrała   go   z   domu.   Było   jeszcze   za 

wcześnie,   zbyt   niebezpiecznie,   by   narażać   na   taki   widok   Antona.   Wciąż   mógł 

balansować na granicy dzielącej dwa światy. Przecież właśnie z powodu tego dziecka 

stracił równowagę, sprawiło to rozczarowanie wywołane przez jego jedynego potomka 

spłodzonego w tak późnym wieku, urodzonego przez matkę, która oddała za to życie.

Dziecko nie było normalne.

Takie dzieci umierały zwykle zaraz po urodzeniu. Rzadko już się zdarzało, by 

wynoszono je do lasu, lecz i tak znikały. Po cichu. Nikt o nie więcej nie pytał.

Marja niczym we śnie patrzyła, jak córka niesie chłopczyka do starego. Chciała 

zbudzić Karla, nie mogła jednak ruszyć się z miejsca. Co się teraz stanie? Czy widok 

dzieciaka znów wpędzi Antona w szaleństwo? Czy znów będzie próbował zabić syna?

Na myśl  o tym,  że po raz drugi pochyli  się nad zawiniątkiem z Benjaminem 

przerażona, że stało się najgorsze, Marja poczuła, jak wokół serca zaciska się jej żelazna 

background image

obręcz. W ciągu kilku sekund, zanim Amelia zdążyła przejść przez izbę, Marja dokonała 

odkrycia:

Pokochała to dziecko.

Tak jakby było jej własne.

Niepokój o Antona w jednej chwili stał się ledwie cieniem lęku, który odczuwała 

o Benjamina.

Amelia   uklękła.   Dziecko   mamrotało   coś   po   cichu,   z   kącika   ust   sączył   się 

strumyczek   śliny.   Język   był   troszkę   za   duży,   ale   chłopczyk   umiał   się   uśmiechać,   i 

uśmiechał się niemal bez przerwy od urodzenia.

- Zobacz, dziadku Antonie, to Benjamin... Anton drgnął. Otworzył oczy, długo 

patrzył   na   dziewczynkę.   Potem   jego   spojrzenie   padło   na   niemowlę.   Marja   zacisnęła 

pięści. Z twarzy Antona nic nie dało się wyczytać.

- On jest człowiekiem - cicho rzekła z powagą Amelia, jak gdyby wyczuwała żal i 

rozczarowanie starego.

Oczy Antona zmętniały, Marja pochyliła się w przód niczym kotka gotowa do 

ataku w obronie młodych.

Posłyszała, że Karl rusza się w łóżku za jej plecami.

- On... jest... człowiekiem...

Ileż bólu w tych słowach!

I mądrości.

Nareszcie niewidzialne więzy krępujące serce i ciało Marji opadły. Mogła się już 

ruszyć, podejść do nich, przytulić córkę i chłopczyka.

W oczach zapiekło, ale Marja nie przywykła do płaczu.

- On jest człowiekiem, Antonie! Masz rację. I myślę... myślę, że ma ojca.

- To prawda - niewyraźnie odpowiedział stary. - On... ma jej rysy. Widzę to teraz, 

to żaden odmieniec.

-   Antonie!   Wróciłeś   do   nas,   to   nieprawdopodobne,   aż   trudno   uwierzyć!   Ach, 

przyjacielu, jakże się cieszę!

Na  dźwięk   wesołego   głosu  Karla   uśmiechnęli   się  wszyscy.   To   on   walczył   w 

imieniu dziecka przeciwko Antonowi, Marji i całej wiosce.

Anton sprawiał wrażenie całkiem pozbawionego sił, ale pozwolił przyjacielowi 

background image

posadzić   się   na   łóżku.   Mężczyźni   objęli   się.   Silne   ramiona   Karla   splotły   się   z   bez-

władnymi, pozbawionymi mięśni rękami Antona.

- Teraz już wszystko się ułoży - mruknął wzruszony Karl, zwilżając łzami suche 

policzki starego.

- Och, oby tak było - szepnęła Marja i poszła zawiesić kociołek nad ogniem.

Teraz,  kiedy wszyscy  domownicy  miewali  się dobrze, jej  myśli  powędrowały 

dalej.

Jesień się zbliża.

A pastor wspominał, że jesienią zamknie szkołę na dobre.

Marja kroiła słoninę na śniadanie, zgrzytając zębami ze złości. Należała do ludzi, 

co to zajmują się zmartwieniami po kolei i dają z siebie wszystko, by znaleźć jakieś 

rozwiązanie. Gdy tylko jeden kłopot mają z głowy, zaraz zajmują się następnym. Szkoła 

od dawna tkwiła w jej sercu niczym cierń, stała się symbolem dumy i klęski.

Gotowa była przyznać, że jednym z powodów, dla których walczyła o Antona, 

jest właśnie szkoła. Bez niego, bez jego pieniędzy i wpływów, nigdy nie udałoby się jej 

otworzyć. Pastor przecież już wtedy oświadczył, że jest przeciwny temu pomysłowi, ale 

po kilku chudych  miesiącach, kiedy to posyłano przysmaki na plebanię, wreszcie się 

zgodził. Demonstracyjnie wprawdzie okazał swą złą wolę, między innymi nie pozwalając 

Marji,   by   była   matką   chrzestną   Benjamina.   Ludzie   jednak   przywykli,   że   wokół 

gospodyni   z   Oppdal   zawsze   krążą   niespokojne   wichry,   i   o   tym   skandalu   chyba   już 

zapomnieli.

Ale Marja nie umiała puścić tego w niepamięć. Pamiętała też dobrze skrywane w 

półsłówkach groźby pastora.  Revelin coś knuł.  Wiedział, jak wielkie znaczenie ma dla 

niej szkoła. Zdawał też sobie sprawę, że nawet drobne ziarenko powszechnej oświaty 

może kiedyś wykiełkować i odebrać proboszczowi jego władzę.

A Marja niczego bardziej nie pragnęła.

Ludzie,   maluczcy   i   nędzni,   potrzebowali   każdego,   nawet   najmniejszego 

kamyczka w budowaniu swoich wałów obronnych. Jeśli kiedykolwiek mieli zacząć żyć 

inaczej, wolni od nieustających nacisków urzędników, duchownych i wielkich panów, 

potrzebna   im   była   wiedza,   poczucie   własnej   wartości   i   znajomość   spraw,   o   których 

milczał Kościół, świadomość zdrad i oszustw, jakich co dzień dopuszczali się zaufani, 

background image

których sami wybrali.

Marja   mocniej   zamieszała   gorący   wytopiony   tłuszcz.   Dosypała   mąki   i   dolała 

odrobinę   wody.   Gęstą   przyrumienioną   masę   rozprowadziła   jeszcze   wodą,   nie   miała 

mleka, krowy wciąż były w górach.

Szkoła   znów   musi   zacząć   działać.   To   pierwsza   rzecz,   o   której   pomówi   z 

Antonem. Wiedziała, że może liczyć na jego wsparcie. Najpierw jednak Anton na powrót 

stanie się panem w swym własnym domu. Marja uświadomiła sobie, że w tej kwestii 

lensmana i pastora łączył wspólny cel. Mogli okazać się ostrymi skałami, o które łatwo 

się rozbić.

- Jeśli jest bodaj odrobina sprawiedliwości na tym świecie, to wyjdzie na nasze - 

mruknęła pod nosem.

- Co powiedziałaś? - dopytywał się Karl.

- Och, nic takiego, chodźcie jeść, a ja pomogę Antonowi. Obawiam się, że sos na 

słoninie może się okazać dla niego zbyt ciężki, ale mam wczorajszą zupę na mięsie, jeśli 

nie skwaśniała w tym upale.

Zeszła   do   wykopanej   w   ziemi   piwnicy,   która   zawsze   zdumiewała   ją   swym 

wilgotnym chłodem. Zupa przechowała się dobrze, Anton zjadł trzy pełne łyżki. Marja 

musiała się opanować, by natychmiast nie zacząć mówić o swoich kłopotach ze szkołą.

Podszedł Karl i uścisnął ją ukradkiem.

- Czyż to nie jest cudem, moja Marjo, że on wyzdrowiał?

- To prawda, trudno w to uwierzyć.

- Marjo, muszę cię o to zapytać. Co ty właściwie robiłaś dziś w nocy?

Odwróciła głowę, starannie wycierając dawno już czystą drewnianą łyżkę.

- Czy to były... czary? Popatrzyła mu w oczy, dostrzegła w nich napięcie, strach i 

podziw. Przez moment z rozkoszą się w tym pławiła, lecz w końcu powiedziała:

- Nie, to nic takiego. Stare bzdury. Byłam w rozpaczy. Ale to nie moje zabawy 

pomogły Antonowi, tylko... Amelia.

- To dobre dziecko. Czyż nie mówiłem, że potrafi ożywić kamień?

- To rzeczywiście dobry dzieciak, taka troskliwa i dojrzała. Trudno uwierzyć, że 

nie ma jeszcze siedmiu lat.

Karl uśmiechnął się zadowolony.

background image

Jak inaczej?

Miał taką szarą młodość, ubogie życie na dzierżawie u stryja.. Marja odmieniła 

jego los. Oczywiście musiał wiele poświęcić dla tej miłości, lecz nagroda przewyższyła 

ofiarę. Dwoje wspaniałych dzieci. I ten jej ciepły uśmiech, blask w oczach, należący 

tylko do niego. I jeszcze spadek, którego się spodziewała, przez co Karl mógł odmawiać 

przyjęcia proponowanych przez stryja najczarniejszych robót.

- Kocham cię, Marjo. Poczuł, jak obco brzmią te słowa w jego ustach.

Na dziedzińcu kościoła ludzie stali zbici w nieduże gromadki. Letni dzień był 

raczej   pochmurny,   niskie   chmury   otuliły   szczyty   gór   miękką   wełną.   Ludzie,   a 

przynajmniej kobiety, ubrani byli w lekkie letnie stroje. Mężczyźni pocili się w czarnych 

odświętnych ubraniach, niewiele różniących się od tych używanych zimą. Niektórzy z 

młodych chłopców pościągali kurtki, lecz surowe spojrzenia kobiet stojących najwyżej 

przy   schodach   kościoła   przywołały   ich   do   porządku.   Kilkoro   dzieci   bawiło   się   w 

zagłębieniu gruntu, gdzie, jak powiadano, za sprawą zaklęć Mogensa jakiś bezczelny 

młodzieniec zapadł się pod ziemię.

Marja leciutko drżała z napięcia, uwielbiała takie gry.

Ubrała obu swych chłopców w najlepsze stroje. Martin dostał nowe czerwone 

spodnie, we wsi dotychczas nigdy nie widziano tak kolorowo ubranego dziecka, jedynie 

pastor pokazywał się w barwnych szatach.

Na Antona nie pasowały już jego stare ubrania, sprawiał wrażenie  niższego i 

chudszego niż dawniej. Marja w nocy zwęziła dla niego parę niedzielnych spodni Karla, 

kurtce wystarczyło kilka szwów po bokach, dobrze leżała po umieszczeniu niedużych 

poduszek z wełny w ramionach. Koszule z lnianego bielonego płótna jaśniały. Marja z 

dumą strzepnęła niewidzialny pyłek z kołnierzyka ojczyma.

Byli gotowi. Ujęła Amelię za rękę, uśmiechnęła się ciepło do wystrojonej na biało 

córeczki. Sama Marja nosiła niebieską suknię, tę z tkaną wstawką w pasie i srebrną nitką 

u rękawów.

Dzisiaj wieś miała spotkać Antona. Stary uznał, że da radę dojść do kościoła. Nie 

było   więc  drogi  odwrotu,  ludzie   zobaczą   go  na  własne  oczy,   porozmawiają  z   nim  i 

przekonają się, że odzyskał rozum. Lensman i pastor przegrają, zanim walka rozpocznie 

się na dobre.

background image

Marja podniosła twarz do zachmurzonego nieba, wydało jej się, że czuje ciepło 

ukrytego za warstwą obłoków słońca.

- Cudowny dzień - rzekła rozpromieniona. Wszyscy wiedzieli, że nie ma na myśli 

pogody.

- Mój Boże, to jest... To nie może być... Anton z Wdowiej Zagrody!

- Ależ skąd! On jest przecież...

- Marja z Oppdal go sprowadziła. Nie dość, że ciągnie do kościoła tego odmieńca, 

to teraz jeszcze wlecze jego szalonego ojca.

- Patrzcie, jak on pewnie kroczy! Wita się i rozmawia.

- Doprawdy? Czy to możliwe? Sam muszę to zobaczyć.

Z   początku   wśród   ludzi   rozległy   się   szepty,   wymieniano   pytające   spojrzenia. 

Przestępowano z nogi na nogę, dłonie podrywały się do ust.

Anton tu i ówdzie zamienił z kimś kilka słów. Tłum pod kościołem rozstąpił się 

na   boki,   pozwalając   mu   bez   przeszkód   przejść.   Lensman,   zajęty   konwersacją   z   po-

mocnikiem asesora i nowym dzwonnikiem, wyraźnie pobladł. Spojrzenia ciekawskich 

zatrzymały się na nim, na błyszczących guzikach dumnego munduru. Z oczu lensmana 

bił chłód, chociaż usta rozciągnęły się w uśmiechu.

W   momencie   gdy   Anton   do   niego   doszedł,   jak   na   komendę   ucichły   szepty   i 

pogaduszki. Zebrani wstrzymali oddech, gdy Anton wyciągnął rękę i dostojnie przywitał 

się ze swym opiekunem.

- Dzień dobry, lensmanie. Jak z twoim zdrowiem? Dawno cię nie widziałem...

Oczy Antona lśniły rozbawieniem.

- Anton! Ale... ale... ty jesteś zdrowy?

-  Owszem,   dziękuję.  Nareszcie   wydostałem   się  z  głębokiej   doliny  mrocznego 

żalu. Moja ukochana żona... Nigdy nie przestanę ubolewać nad jej stratą. Teraz jednak 

jestem w stanie oderwać myśli od doliny rozpaczy - oświadczył uroczyście i wyraźnie.

Nowy dzwonnik  wolno  pokiwał   głową  z  uśmiechem.   Podeszła  do  nich   rosła, 

wystrojona kobieta. Z irytacją szarpnęła męża za rękaw.

- Nie stój jak słup soli. Wypełnij swój obowiązek, zadbaj o to, żeby szaleniec 

wrócił tam, gdzie jego miejsce, zanim zdarzy się nieszczęście, słyszysz?

Lensman nie wiedział, co robić. Bystro patrzące oczy Antona jednym spojrzeniem 

background image

zniweczyły jego marzenia o spokojnej starości jako pana Wdowiej Zagrody.

No cóż.

Jeśli rzeczywiście przegrał, no to przegrał. I tak nie grozi mu głód. Ale wina 

będzie mu brakowało. Lensman, rzec można, przyzwyczaił się już do słodkiego napitku z 

piwniczki Antona. Tego nadzwyczajnego luksusu, którym rozkoszował się przez ostatnie 

miesiące.

- Miło cię widzieć - oświadczył spokojnym tonem i nareszcie ujął wyciągniętą do 

niego rękę Antona. Rozgniewana żona odeszła pospiesznie.

-   Idę   do   pastora   -   krzyknęła   na   odchodnym.   -   Oszalałeś   tak   samo   jak   twój 

podopieczny, lensmanie.

Ludzie nie kryli wesołości. Taka scena wynagradzała niemal z nawiązką trwającą 

blisko cztery godziny nużącą ceremonię, jaka czekała ich, gdy tylko dadzą się pochłonąć 

wielkiej nawie otwierającej się za szarym portalem.

W  oczach  Nadjany  obserwującej   spotkanie  Antona   z  lensmanem  pojawiły  się 

iskierki rozbawienia. Stała u boku teścia, skryta za węgłem. Słyszała, jak Revelin zaczął 

ciężko   oddychać,   gdy   Marja   Oppdal   z   wyniosłą   miną   podprowadzała   ojczyma   do 

lensmana.

- Co się dzieje? - szeptem spytała Nadjana.

- Ta dziewucha  znów  zaczyna.  Nie powstrzyma  się  przed żadnymi  środkami, 

chytra baba!

- Baba? Nie ma nawet tylu lat co...

- To prawda, jest bezwstydnie młoda - syknął pastor przez zęby.

- Dlaczego lensmanowa tak się rozzłościła?

-   Cieszyła   się   pewnie,   że   usadzi   ten   swój   szeroki   zadek   w   pięknym   salonie 

Wdowiej Zagrody. I niech mnie szatan porwie, jeśli nie wolałbym widzieć tam jej tyłka, 

zamiast... tego babska z Oppdal - splunął.

Nadjanę   nieco   zdumiała   ta   nieprzejednana   nienawiść   teścia   do   Marji   Oppdal. 

Owszem, rozumiała, że kobieta może prowokować, sprawiała wrażenie śmiałej, wręcz 

bezczelnej.   Chodziła   z   zuchwale   podniesioną   głową,   tak   że   przedstawiciele   władzy 

musieli wprost marzyć o przygięciu jej karku. Nadjana uśmiechnęła się złośliwie, pa-

miętała   paniczną   ucieczkę   tej   kobiety   na   wiadomość   o   małżeństwie   Justitiana. 

background image

Nieszczęsna myślała, że jej młodzieńcza miłość wróciła do domu i nadal będzie jej za-

bawką! Ale Marja Oppdal przekonała się, jak bardzo się pomyliła. Nikomu nie wolno 

więcej   bawić   się   Justitianem.   Już   ona,   Nadjana,   zatroszczy   się   o   to,   by   okres   jego 

upokorzeń   się   skończył.   Najpierw   ojciec,   potem   inni.   Godność   Justitiana   była 

najważniejszym celem Nadjany.

Żałowała, że nie może go teraz zobaczyć. Ciekawe, jak by zareagował? Co on 

czuł  dla  tej  kobiety?  Czy mogła stanowić  jakieś  zagrożenie?  A może  już o niej  za-

pomniał, tak jak mówił wtedy w chacie dzwonnika?

Nadjana nie lubiła rywalek, przywykła, by być najpierwszą wśród pań, by jako 

pierwsza   częstować   się   z   półmiska.   Bawiło   ją   zainteresowanie   innych   kobiet   jej 

mężczyznami,   właściwie   stanowiło   część   emocji,   jeśli   jednak   mężczyzna   potajemnie 

darzył sympatią tę drugą, to zupełnie inna sprawa.

Nadjana bacznie się przyglądała czarnowłosej dziewczynie. Stwierdziła, że jest 

piękna. Całkiem inna niż ona sama, czarna jak noc, o miękkim kocim ciele, usta miała 

czerwone,   jakby   je   umalowała,   ale   przecież   ta   wioskowa   piękność   nigdy   nawet   nie 

widziała szminki.

Nadjana spod zmrużonych oczu śledziła każdy ruch Marji. Jej mąż wyglądał na 

sympatycznego człowieka, bezbarwne włosy, lekki zarost, pełne usta, duże ręce i silne 

ciało. Z pewnością anioł. Kobieca intuicja podpowiedziała Nadjanie, że małżonkowie 

ulepieni są z całkiem różnej gliny.

Irytacja pastora rozbawiła ją jeszcze bardziej.

Miała wrażenie, że czuje jego wrogość niczym lodowaty powiew za plecami, i 

cieszyła się, że przynajmniej w tej sprawie mogą mieć w przybliżeniu zgodną opinię.

Nadjana zrozumiała, że ta Marja z pewnością za bardzo rządzi się w wiosce. 

Może odgrywać wśród kobiet rolę przewodniczki, wywalczyła sobie bowiem przyjaźń i 

szacunek, chciała piąć się do góry jak damy, które Nadjana obserwowała na królewskim 

dworze. Ale co chciała osiągnąć? Co sprawiło, że postanowiła wyłamać się z szeregów 

rządzonej surowymi zasadami społeczności? Jakim wdziękiem i mocą się posłużyła, że 

otoczenie zaakceptowało ją mimo jej odmienności?

Nadjana oblizała kącik ust. Doprawdy, to może być zabawne.

Być może uda jej się jednym uderzeniem zabić dwie, a nawet trzy muchy.

background image

Jeszcze bardziej umocni pozycję Justitiana we wsi.

Przeżyje   takie   same   emocje   jak   wtedy,   gdy   wśród   kopenhaskiej   szlachty 

zdobywała szczególną pozycję, konkurując z podobnymi sobie.

Będzie też mogła zbliżyć się o krok do człowieka skrywającego niebezpieczną 

tajemnicę. Do Revelina.

Marja poczuła na plecach świdrujące spojrzenie szarych jak dym oczu. Odwróciła 

się, dostrzegła piękną kobietę przy rogu kościoła. Najpierw zachwyciła ją jej suknia, 

później na moment przykuł uwagę wyraz oczu nieznajomej.

Co też maluje się na twarzy tej obcej?

Czy to nienawiść?

Marja przełknęła ślinę.

Nie, to coś innego.

Wyzwanie. Rozbawienie. I chłodna, wyrachowana wola walki.

Marja domyślała się, że żona Justitiana może wiedzieć trochę za dużo. Przeszedł 

ją  dreszcz.   Przygarnęła   do  siebie  Amelię   i  Martina,   ukryła  dzieci   przed  spojrzeniem 

przepięknej bogini, stojącej pod murem kościoła, przerażona, że tamtej może wystarczyć 

jedno spojrzenie, by odkryła grzeszne pochodzenie bliźniąt.

Marja zesztywniała na ławce, rozbolały ją barki. Już od blisko dwóch godzin 

zebrani w kościele słuchali wygłaszanych przez Revelina nie kończących się opisów sądu 

ostatecznego. Kobiety po lewej stronie usadowiły się rządkami niczym nieduże pagórki. 

Najbiedniejsi   stali   z   tyłu.   Marji   po   raz   pierwszy   zdarzyło   się   siedzieć   podczas 

nabożeństwa, Anton jasno dał do zrozumienia, że żadną miarą nie pozwoli pomniejszyć 

godności córki swej żony, Karl zaś nawet drgnięciem powieki nie zdradził, że z tym 

pokrewieństwem łączy się pewna mroczna tajemnica. Nikt nie musi znać sekretu Marji. 

Jego żona właściwie nie była córką Gjertrud, jej prawdziwa matka przychodziła kiedyś 

do   tego   kościoła,   mieszkała   w   tej   wsi.   Legendarna   Maria   czarownica,   zwana   też 

Aniołem. Karl od małego słyszał, jak dorośli rozmawiają o niej, jak powtarzają szeptem 

emocjonujące historie o niezwykłej pani Mogensowej Skanke, która leczyła chorych i 

kąpała się nago w rzece.

Anton   bez   wahania   zajął   swe   dawne   miejsce   w   „klatce   dla   ptaków”,   było   to 

honorowe miejsce, dzielił je z dwoma innymi zamożnymi gospodarzami. A jego imię 

background image

zostało   na   wieki   wyryte   pod   sklepieniem   kościoła   na   pozłacanej   tabliczce   ponad 

drzwiami wejściowymi.

Śpiewali   stare,   dobrze   znane   psalmy,   mówiące   przede   wszystkim   o   śmierci   i 

sądzie, grzechu i karze.

Wargi Marji poruszały się, lecz spomiędzy nich nie wydobywał się żaden dźwięk. 

Spuściła oczy, popatrzyła w bok, siedziała tam młoda gospodyni z Solgarden z dzieckiem 

przy piersi. Do końca nabożeństwa wciąż pozostawało jeszcze parę godzin.

Marja czuła, że Nadjana się jej przygląda. Wyczuwała jej spojrzenie, nie chciała 

jednak   podnosić   głowy,   by   je   napotkać.   Bała   się   tego,   co   tym   razem   zdoła   w   nim 

wyczytać. Na chłodno starała się ocenić, o co tamtej mogło chodzić. Czyżby Nadjana 

zamierzała wpłynąć na Justitiana i odciąć strumień darów płynących  dla szkoły? Czy 

Marja straci sojusznika i przyjaciela?

Czy też może Nadjana chce czegoś więcej?

Kim ona jest?

Pytania jedno za drugim cisnęły się Marji do głowy. Na żadne nie umiała znaleźć 

odpowiedzi, ale gdzieś w głębi jej duszy przebudził się stary troll. Nigdy nie była osobą 

cofającą się w obliczu wyzwania. Żadna rozpieszczona duńska baronówna nie zniszczy 

tego, co zbudowała Marja.

Nareszcie rozdzwoniły się dzwony. Trzy razy po trzy uderzenia. Nabożeństwo 

dobiegło końca. Ludzie powstrzymywali zbyt prędkie kroki, starali się nie zmierzać za 

szybko ku wyjściu. Marja niosła Benjamina na ręku, ale Karl zaraz zaofiarował się, że 

odbierze   jej   ciężar.   Amelia   i   Martin   pobiegli   przodem   wraz   z   innymi   chętnymi   do 

zabawy dziećmi, których gromadka zebrała się wnet pod murami kościoła. Wprawdzie 

był   już  wieczór,   lecz   zostało   jeszcze   trochę   czasu   na   zabawę,   zanim   rodzice   zaczną 

rozchodzić się do domów.

Nadjana kroczyła sama, majestatycznie niczym królowa, rozdając na lewo i prawo 

uśmiechy.   Kobiety   podchodziły   do   niej   pokornie,   pozwalała   dotknąć   materiału   swej 

niezwykłej sukni. Składały ręce na widok pereł, które Nadjana nosiła na szyi, nigdy nie 

widziały nic piękniejszego od jedwabnego haftu przy dekolcie i na trenie sukni.

Stary troll Marji przebudził się już na dobre.

Poczuła, jak wzbiera w jej piersi gniew, wiedziała, że twarz marszczy się jej w 

background image

mało przyjemny sposób.

Marja   przywykła   do   nietajonego   podziwu   mężczyzn,   był   czymś   oczywistym. 

Umacniał   jej   poczucie   własnej   wartości.   Wiedziała,   jaką   moc   ma   nad   nimi.   Teraz 

wstrząśnięta patrzyła, jak tłoczą się wokół baronówny, zapatrzeni w nią niby spragnione 

łakoci dzieci.

A przecież to wokół niej zawsze tłoczyli się po nabożeństwie.

- Chodź - Karl pociągnął ją za rękę. Wiedziała, że zorientował się w sytuacji.

- Nie - syknęła Marja. - Zostajemy. Miałabym przekradać się stąd jak gąsiątko z 

kaczej sadzawki?

- Ty jesteś łabędziem - ogrzał jej ucho oddechem.

- Chcę ją poznać, pokazać jej... - oświadczyła Marja.

Karl   odmówił   w   duchu   modlitwę,   prosząc,   by   żona   powstrzymała   się   od 

kolejnego wybuchu. Znał już ten szczególny błysk w jej oczach. Teraz znów zapłonęły, a 

to zawsze oznaczało nieprzyjemności. Stał z dzieckiem na ręku i czuł, jak spala go wstyd. 

Za nic na świecie nie ośmieliłby się ująć tej nadziemsko pięknej baronówny za rękę. I tak 

nie   zrozumiałby,   co   ona   mówi,   duńska   mowa   jest   wszak   taka   niewyraźna.   Marję 

zawstydziłaby być może jego nieporadność, lepiej zostać tutaj, trzymać się z daleka.

- Marja - Karl chce się przywitać z baronówną - rozległ się jakiś głos z tyłu.

Karl nabrał powietrza w płuca, spokojnie je wypuścił, tyle jeszcze mógł znieść. 

Nieobce mu były złośliwości dwóch nieokrzesanych synów stryja. Miał jednak dość siły, 

by nie zareagować gniewem. Dopóki Marja należała tylko do niego, spokojnie przełykał 

wszelkie obelgi, uważając, że płyną z czystej zazdrości.

Ujrzał, jak żona staje w kręgu kobiet otaczających Nadjanę. Mężczyźni trzymali 

się z daleka, lecz tym bardziej wypatrywali sobie oczy.

Wśród płótna i wełniaków chwilami błyskał jedwab, Nadjana była niczym paw 

wśród   wróbli.   Lśniącym,   połyskującym   i   obcym   tu   stworzeniem,   równie   jasnym   jak 

letnie niebo, które zaczęło wyłaniać się spomiędzy chmur.

Marja   stanowiła   jej   przeciwieństwo.   Karl   zorientował   się,   że   obie   kobiety 

wyróżniają się spośród tłumu, lecz uroda Marji była gorąca, intensywna i taka ziemska, 

Nadjany zaś eteryczna, zwiewna.

Marja postąpiła o krok do przodu, dwie panny z Do - sen niechętnie odsunęły się 

background image

na bok. Karl nie słyszał słów, jakie zostały wypowiedziane, zauważył jednak, że wąskie 

brwi Nadjany odrobinę się ściągają.

-   Witaj   we   wsi,   nie   miałam   wcześniej   okazji,   by   ci   to   powiedzieć   -   śmiało 

odezwała  się   Marja,  patrząc  prosto  w  oczy  Nadjanie.   Wąska  dłoń,  która   się  do  niej 

wyciągnęła, była biała i miękka jak rączka niemowlęcia.

- Dziękuję, ty jesteś Marja Oppdal?

- Tak. - Marja na moment zawiesiła głos, by zaraz podjąć z aż nadto wyszukaną 

uprzejmością: - Pozwól mi wyrazić swą radość z twego przybycia, baronówno. Wielu nas 

w tej wiosce zastanawiało się, co się stanie z biednym Justitianem Revelinem. Jak on się 

zresztą miewa? Wciąż jest taki słabowity?

Marja   mówiła   cicho,   lecz   jej   słowa   na   pewno   dotarły   do   najbliżej   stojących 

kobiet.   Nie   powiedziała   niczego   szczególnego,   lecz   ta   cudzoziemka   na   pewno   wy-

chwyciła ich ton.

I rzeczywiście, Nadjana zesztywniała.

Czy Marja Oppdal zdaje sobie sprawę, jak bardzo można jej dokuczyć, nazywając 

męża słabym?

- Justitian wkrótce stanie na nogi - oświadczyła krótko.

- O, tak, miejmy taką nadzieję. - Marja uśmiechnęła się przymilnie. - Inaczej 

szkoda by było, gdyby baronówna... Ale znała chyba kondycję przyszłego męża, nigdy 

nie był zbyt silny.

W tych ostatnich słowach kryło się podwójne znaczenie.

Teraz Nadjana odpowiedziała szeptem:

- Powinnaś się bardziej pilnować, Marjo Oppdal. Ty najbardziej ze wszystkich 

powinnaś   się   wystrzegać,   by   nie   wyrażać   się   o   Justitianie   bez   szacunku.   Nietrudno 

zrozumieć, że od dawna już za nim latasz. Tam, skąd pochodzę, mamy na takie jak ty 

pewne zabawne słowo.

Twarz Marji spłonęła rumieńcem.

- Tam, skąd pochodzę, nie pozwalamy się obrażać bladym obcym kobietom, które 

nigdy w życiu nie zajmowały się żadną uczciwą pracą - odpowiedziała jadowicie.

- Szkoda mi ciebie, zrozumiałam, że już pierwszego wieczoru przyszłaś z jakąś 

sprawą   do   Justitiana.   Ach,   moja   droga,   jaką   przyjemność   sprawił   mi   twój   widok   w 

background image

drzwiach!

Marja   nie   zdążyła   się   zastanowić.   Nie   zapanowała   nad   własną   ręką,   nagle 

zorientowała się, że palce jej płoną, a na lewym policzku Nadjany wykwita czerwona 

róża.

I znów na dziedzińcu kościoła zapadła cisza. Marji w oczach zakręciły się łzy 

wstydu i gniewu. Pożałowała swego postępku już w momencie, gdy padało uderzenie, 

było jednak za późno. Stała w miejscu jak skamieniała, całkowicie nieprzygotowana na 

cios   zwiniętej   w   kułak   pięści   eleganckiej   baronówny,   który   trafił   ją   w   twarz,   aż 

zadzwoniły wszystkie zęby. A wtedy cały rozsądek ustąpił szalonej wściekłości Marja 

uderzyła jeszcze raz, złapała za pieczołowicie ułożone białe włosy, pociągnęła za nie, 

wbijając jednocześnie łokieć  w brzuch obcej. Mało brakowało, a potoczyłyby  się na 

trawę, gdyby dwaj młodzi chłopcy nie podskoczyli  do Marji od tyłu i nie odciągnęli 

kobiet od siebie.

Nadjana dostrzegła dzikość w oczach swej przeciwniczki. Ta tutaj to prawdziwa 

drapieżna   kotka!   Nadjanę   na   moment   ogarnęło   niezwykłe   wrażenie,   że   kiedyś   już 

przeżyła tę scenę.

Chłopcy odepchnęli Marję na bok i zajęli się Nadjana. Inni ludzie stali wokół nich 

jak kamienne słupy. Czegoś podobnego nikt nigdy jeszcze nie widział.

- Czy ona wyrządziła pani krzywdę, baronówno? Mam nadzieję, że przyjmie pani 

najgłębsze przeprosiny za naszą daleką kuzynkę. Zawsze była trochę nieobliczalna.

Młodzi mężczyźni odprowadzili Nadjanę do bramy i dalej przez dziedziniec na 

plebanię. Podziękowała im wyniośle, nie wypowiadając ani słowa na pożegnanie. Kuzyni 

Karla   spluwając   odeszli   stamtąd   z   rękami   w   kieszeniach.   Odprowadzało   ich   wiele 

pełnych podziwu spojrzeń ludzi stojących pod murem kościoła.

Jakież to dziwne przeżycie, myślała Nadjana.

Delikatnym palcem próbowała ochłodzić rozpalony policzek. Z sukni zdjęła kilka 

włosów. Uznała, że Marja jest godną jej przeciwniczką.

- Wszystko widziałem - oświadczył Revelin.” - Teraz już ją mamy.  Teraz już 

będzie koniec.

Rozpłomieniony, spocony, oddychał ciężko. Knykcie palców pobielały mu, jakby 

chciał zgnieść trzymany w dłoniach kielich. Nadjana spokojnie przyglądała się staremu 

background image

pastorowi. Zachowywał się tak, jak tego chciała.

- Jak się miewa Justitian? - spytała i, wyminąwszy teścia, weszła na schody.

background image

ROZDZIAŁ IV

Benjamin nie okazywał najmniejszej nawet chęci poznania świata poza twarzami, 

które przypadkiem go mijały. Był dobrym dzieckiem, spokojnym i uśmiechniętym. Może 

dlatego tak łatwo go polubić, zastanawiała się Marja. Kiedy Karl zażądał, by zajęli się 

dzieckiem, zastępując Antona i Gjertrud, chłopczyk wydawał się Marji tylko kamieniem 

u szyi, kolejną przeszkodą w zrealizowaniu planów zemsty. Pięć lat wyczekiwała powro-

tu Justitiana, młody chłopak odesłany z domu miał się stać jej najpotężniejszym orężem 

w walce z Revelinem.

Gdy powrócił do domu z żoną, Marja się poddała. Dopiero wtedy,  na widok 

pięknej małżonki dawnego kochanka, zdała sobie sprawę, jakimi fantazjami dotychczas 

się karmiła.

Zemsta, której podporządkowała całe swoje życie, rozwiała się niczym czarny 

dym w promieniach słońca. Uszczęśliwiona dziękowała dobrym mocom, że we mgle, 

która ją otaczała, nie pobłądziła tak daleko, by stracić to, co naprawdę miało znaczenie: 

Karla. I dzieci.

Było jednak do tego bardzo blisko.

Ostatnie miesiące jawiły się jako pasmo codziennych małych cudów. Bliźnięta 

kwitły, poweselały, były bardziej otwarte, więcej śpiewały. Marja musiała przyznać, że 

nałożyła na dzieci zbyt wielki ciężar, ton nienawiści, goryczy i zimna mógł odbić się na 

całym ich życiu.

Modliła się, by jeszcze był czas. Czas na pokazanie im dobrych stron istnienia, 

nauczenie miłości i współczucia. Dzieci nie miały nic przeciwko dzieleniu się tym  z 

Benjaminem.

- Patrz, on chyba próbuje złapać mnie za włosy! - powiedziała Amelia.

Dziewczynka   nigdy   nie   miała   dość   zabawy   z   nieszczęsnym   malcem.   Mogła 

godzinami leżeć pod cienistym drzewem i pokazywać mu zabawnie szeleszczące listki.

Marja   również   usadowiła   się   na   trawie   jak   mała   dziewczynka   ze   spódnicą 

podciągniętą   nad   kolana.   Lipcowy   dzień   był   nadzwyczaj   upalny.   Nie   zazdrościły 

kosiarzom zmagającym się z układaniem siana na stojakach.

- Co się z nim stanie? - cicho spytała Amelia. Marja zorientowała się, że córeczka 

background image

z lękiem czeka na odpowiedź.

- Nie wiem, malutka. Nikt nie wie. Ani jeśli chodzi o niego, ani o inne dzieci.

- Ale on... chyba nigdy duży nie urośnie?

- To prawda - odparła Marja, delikatnie gładząc jasne włosy dziewczynki. Jakie to 

dziwne, że mała tak wiele rozumie.

- Nie ma na to żadnego lekarstwa?

- Chyba nie. Ta choroba... Może kiedyś uda się jej zaradzić.

- Czy on będzie taki... jak tamta?

Marja   wiedziała,   kogo   Amelia   ma   na   myśli:   dziewczynkę   towarzyszącą 

kataryniarzowi, straszny zaśliniony przykład czarnego humoru Boga.

- Nie,  na  pewno będzie...   ładniejszy.   Bo jemu   będzie  lepiej,  już my  się  o to 

zatroszczymy, prawda, kochanie?

- Tak, mamo. Nie przejmuję się tym, co mówią inni. Serce Marji rosło z dumy.

- Wspaniale, kochana Amelio, już jesteś dobrą mamą.

- Kiedy się ze mną drażnią, tylko go mocniej przytulam i mówię, że są głupi i źli.

- Cóż, być może rzeczywiście są głupi. Pamiętaj jednak, że większość ludzi nas 

właśnie   uważa   za   dziwnych,   takich   dzieci   jak   Benjamin   wielu   się   boi.   Wierzą,   że 

mieszkają w nich demony i zło.

- A więc są głupi. Wszyscy chyba widzą, jaki on jest miły.

Marja uśmiechnęła się i skinęła głową. Dziękowała Bogu, że Amelia nie słyszała 

jej słów, wypowiedzianych do Karla, gdy Anton odmówił dziecku jedzenia.

Marja wciągnęła w płuca ciepłe, wilgotne letnie powietrze. Upał zaczynał mijać, 

słońce zniżało się już ku zachodowi. Nad fiordem zebrało się kilka chmur, wprawiając 

wreszcie powietrze w ruch.

-   No,   myślę,   że   musimy   zabrać   się   do   roboty.   Wolisz   zrobić   pranie   czy 

przygotować jedzenie?

- Jedzenie - ucieszyła się Amelia i zręcznie posadziła sobie Benjamina na biodrze. 

- A ty idź, mamo, tylko nie zapomnij o mojej niedzielnej sukience. Pobrudziłam się...

Marja   z   dumą   obserwowała,   jak   dziewczynka   zmierza   do   domu.   Niemowlę 

bezpiecznie siedziało na jej biodrze. Przytrzymująca Benjamina chuda opalona rączka 

była najbardziej bezpieczną rzeczą na świecie, jaką być może znał.

background image

Amelia   była   ślicznym   dzieckiem.   Łagodna   i   życzliwa,   zawsze   pełna   troski   i 

współczucia dla słabych. Marji podobały się te cechy. Na pewno dzięki nim życie Amelii 

będzie mniej dramatyczne niż jej własne.

Dziecko miało też ową zdolność. Gorące dłonie.

Marja chętnie by jej tego oszczędziła. Przy odrobinie szczęścia jednak Amelia 

nigdy tego nie odkryje. Córka będzie mogła żyć tak jak ona, z ową siłą uśpioną w niej, 

nie ma wszak już Kari, która mogłaby ją przebudzić.

Amelia   wyjdzie   za   mąż,   urodzi   piękne   dzieci,   może   w   jej   życiu   znajdzie   się 

również miejsce dla Benjamina, gdy jej rodzice nie będą się już w stanie nim zajmować...

Malec był tak zdrowy i silny, że Marja przestała już mieć wątpliwości co do tego, 

czy przeżyje. I może, może dane mu będzie zbliżyć się z własnym ojcem. Anton jest 

stary,   a   dziecku   na   dorośniecie   potrzeba   wiele   czasu.   Marja   wiedziała   jednak,   że 

pierwszy krok mają już za sobą. Anton widział dziecko i uznał je za człowieka, w tych 

słowach kryło  się więcej, niż Marja oczekiwała. Wkrótce nadejdzie czas, kiedy będą 

mogli zabrać Benjamina do Wdowiej Zagrody.

Marja miała tam jeszcze jedną sprawę do załatwienia.

W   ciągu   miesiąca   wiadomość   ó   szkole   znów   powinna   się   rozejść   wśród 

mieszkańców wsi. Czekało ją wielkie zadanie. Liczyła się z tym, że również w tym roku 

będzie musiała dreptać od zagrody do zagrody i wypijając dzbany kwaśnego mleka i 

piwa, układać się z rodzicami. Nie wszyscy dostrzegali korzyści płynące z opanowania 

przez   ich  dzieci   sztuki   czytania.   Nie  wszystkim  się  podobało,  że  dzieci  więcej   będą 

wiedzieć o świecie niż oni sami. Wielu bało się także pastora i wolało nie mieszać się do 

jawnej   walki   między   najbogatszymi   a   najświętszymi   we   wsi.   Marja   podkreślała,   że 

również zatrzymując  dzieci  w domu,  opowiadają się po jednej ze stron. Wielu  takie 

słowa   zmusiły   do   zastanowienia.   Do   kogóż   bowiem,   jak   nie   do   Antona   z   Wdowiej 

Zagrody mogli się zwrócić, gdy komorę z ziarnem wymiotło już do czysta, a zima nie 

chciała popuścić?

Pójdzie tam już jutro. Zabierze ze sobą Benjamina i być może Amelię. Martin 

zwykle   towarzyszył   ojcu   w   pracy   i   Marja   uważała,   że   tak   jest   najlepiej.   Wszak   to 

naturalne,   że   syn   trzyma   się   ojca.   Ona,   matka,   nigdy   nie   zdołała   nawiązać   pełnego 

kontaktu z tym dziwnym dzieckiem. Miał takie mądre oczy... jak gdyby się domyślał, że 

background image

matka ukrywa przed nim coś ważnego.

Mimo woli Marja zadrżała. Zanurzyła ręce w rzecznej wodzie, zdumiało ją jej 

ciepło.

Rozłożyła ubrania na kamieniach, natarła ługowym mydłem. Było dobre, lecz nie 

pachniało przyjemnie, a ręce robiły się od niego jeszcze bardziej szorstkie. Postanowiła 

znaleźć lepszy sposób na gotowanie mydła, nie może być takie żrące. A jakby tak dodać 

jakichś ziół, takich, od których skóra robi się miękka, a rany i egzemy lepiej się goją? 

Może trochę oleju? Postanowiła spróbować, gdy tylko znajdzie czas. Ale nie nastąpi to 

znów tak szybko. Marja nigdy nie należała do kobiet wybierających domowe zajęcia, 

kiedy ważne sprawy pozostają nie załatwione.

Wkładała  w  uderzenia  ubraniem  o kamień  coraz  większą  siłę.  Bawiła  się,  po 

dziecinnemu wyobrażając sobie, że ten gładki szary kamień to tyłek baronówny... To ci 

dopiero strojnisia!

Twarz Marji zapłonęła wstydem i gniewem na wspomnienie niedzieli, gdy starły 

się   z   Nadjaną   jak   suki   na   oczach   całej   parafii.   Nie   był   to   mądry   postępek.   Marja 

nienawidziła, kiedy ktoś się z niej śmiał. A najgłośniej zapewne śmiał się sam Revelin.

Wyniosła  cudzoziemka  jeszcze kiedyś  pożałuje. Jest tu w wiosce obca. Marja 

wciąż   jeszcze   nie   porzuciła   myśli   o   wykorzystaniu   Justitiana.   Znała   go   dobrze,   to 

niemożliwe, aby tamten niepewny chłopak, którym tak łatwo było pokierować, na dobre 

został w Kopenhadze. Gdy tylko wyzdrowieje...

W   pokoju   chorego   Justitiana   powietrze   ani   drgnęło.   Unosił   się   tu   przykry 

słodkawy zapach, którego Nadjana szczerze  nienawidziła.  Mimo  to co wieczór prze-

siadywała przy mężu godzinami. Przykro było patrzeć, jak leży taki wycieńczony. Za 

każdym   razem,   gdy   kolejny   atak   chrapliwego   kaszlu   wstrząsał   coraz   bardziej 

wychudzonym ciałem, wzbierał w niej strach, że jego dni są policzone.

Nadjana   miała   dla   niego   wiele   serca,   lecz   namiętność   i   podniecenie,   którymi 

porwał ją ów syn norweskiego pastora, zniknęły.

Kładła mu na czole wilgotne okłady, gdy pocił się od gorączki w lipcowym upale. 

Kiedy   drżał,   wstrząsany   dreszczami,   przynosiła   cieple   okrycia   z   zimowej   komory. 

Smarowała mu rany nalewką, wyciągniętą z podróżnej skrzyni, lecz nie bardzo wiedziała, 

czy to właściwe lekarstwo na tę chorobę.

background image

Przeklęty wieśniaczy kraj! W Kopenhadze na pewno znalazłoby się dość lekarzy, 

którzy  uzdrowiliby  Justitiana   w   mgnieniu   oka.  Ale  przecież   to  ona   sama  zabrała  go 

stamtąd... W pewnym sensie była więc za wszystko odpowiedzialna.

Czy powinna jechać do lekarza do Bergen? Dobrze wiedziała, że ludzie z tego 

stanu nie zapuszczą się na pustkowia tylko po to, by wyleczyć jakiegoś nieszczęśnika. 

Więcej pieniędzy mogli zarobić, zajmując się zamożnymi obywatelami czy kupcami w 

dużym mieście. Jedynym, co mogło wpłynąć na zmianę ich zdania, był jej tytuł.

Bała się wyjeżdżać.

On może umrzeć, kiedy jej nie będzie, a wtedy nigdy sobie tego nie wybaczy.

Jakże chętnie widziałaby teraz tutaj Marię ze szkieru. Wprawdzie Nadjana nie 

była   do  niej   nastawiona   życzliwie,  ale  jednak  dość  się  na  nią   napatrzyła,   by  nabrać 

wielkiego szacunku dla jej umiejętności. Rany, które leczyła... Na wszystko znajdowała 

radę,  z  pewnością  uratowałaby Justitiana.  Nadjana  nie  miała  pojęcia,  dlaczego  obraz 

kobiety z odległej przeszłości pojawił się teraz tak nieoczekiwanie. Być może przez owo 

gorszące   zajście   z   wieśniaczką   noszącą   to   samo   imię...   Może   właśnie   ta   walka 

przywołała z pamięci obraz tamtej. Z jasnowłosą Marią też się starła. Kobieta ze szkieru 

zwyciężyła, Nadjana usunęła się na bok, a kiedy zrozumiała, że poniosła klęskę, uciekła.

Wolała śmierć od klęski.

Zawsze obierała taką drogę.

Tym razem jednak nie mogła ot, tak po prostu uciec. Po raz pierwszy w życiu jej 

poczynaniami kierował wzgląd na innych.

Westchnęła ciężko, popatrzyła na cienkie jak pergamin powieki Justitiana. Oczy 

pod nimi drgały. Ciekawe, co on widzi?

Zdarzało się, że krzyczał i mówił do siebie, zwłaszcza gdy gorączka się podnosiła. 

Niekiedy   nie   udawało   jej   się   go   uspokoić.   Z   ust   wydobywały   mu   się   bezsensowne, 

dziwaczne   słowa,   Nadjana   nie   umiała   ich   zrozumieć.   Ten   niewyraźny   dialekt   znad 

fiordu...   Dla   osoby,   która   większość   życia   spędziła   wśród   ludzi   posługujących   się 

duńskim i eleganckim francuskim, te dźwięki nie miały sensu.

Tego wieczoru Justitian spal spokojnie. Nareszcie dane mu było wypocząć.

Może jutro rano poczuje się lepiej? Nadjanie na pociechę został teraz tylko jej 

własny optymizm. Opadła na szerokie krzesło. Właściwie była to niewielka sofka, stara 

background image

już i wytarta, lecz niezwykle wygodna. Przesunęła palcami po rzeźbionej głowie smoka 

w oparciu dla ręki. Kiedyś w takim właśnie rzeźbieniu zdarzyło jej się odkryć tajemną 

skrytkę, wystarczyło przycisnąć delikatnie język smoka, a wyskakiwała ukryta szufladka. 

Odkryła   czyjś   sekret.   Tym   razem   oczywiście   tak   się   nie   stało.   Siedzisko   wykonał 

zapewne   jakiś   uczciwy   wieśniak,   który   próbował   naśladować   subtelniejszy 

kontynentalny styl.

Naśladownictwo, wszystko to naśladownictwo.

Ile czasu upłynęło, odkąd widziała prawdziwe dzieło sztuki?

Nadjana   przy   łóżku   męża   westchnęła   ciężko.   Tęsknota   za   tamtym   życiem 

ogarniała ją szczególnie mocno w takie wieczory jak ten. Ale Justitian nigdy, przenigdy 

nie może się o tym dowiedzieć.

Obudził   ją   krzyk   Justitiana.   Znowu.   Pomimo   duchoty   panującej   w   pokoju 

pospiesznie zamknęła okiennice. Nikomu nie wolno tego usłyszeć. Nikt nie może się do-

wiedzieć,   jak   bardzo   źle   jest   z   dziedzicem   Revelina.   To   by   wszystko   popsuło... 

Obudziłoby w ludziach wątpliwości. Może przywiodłoby myśl o sprowadzeniu nowego 

pastora, gdy stary proboszcz wyda ostatnie tchnienie. A Nadjana nie zamierzała dopuścić 

do przegranej Justitiana. Byle tylko pokonał chorobę, ona wygra dla niego wszystko. Po 

tym, co przeszedł, zasługuje na nagrodę.

Stary pastor nie sprawiał wrażenia przejętego zdrowiem własnego syna. W ogóle 

nie wydawał się zainteresowany synem. Ojcowie często tacy bywają, Nadjana o tym 

wiedziała.

- Wypuść mnie, wypuść, duszę się...

Znów zaczął wołać, teraz jednak słowa brzmiały wyraźniej. Gwałtownie kręcił 

głową, twarz nabrała niezdrowej czerwonej barwy i pokryła się potem, Nadjana nie na 

żarty się wystraszyła. Zerwała się, chciała obmyć twarz Justitiana, schłodzić gorączkę, 

która przyczyniała mu tyle udręki. On jednak odrzucił szmatkę, wytrącił jej miskę z rąk, 

rozlana woda spłynęła po ścianie.

- Justitianie, ty bredzisz! Obudź się, jestem przy tobie, najdroższy!

Otworzył oczy pełne szaleństwa i strachu niczym u ofiarnego zwierzęcia.

- Na miłość boską... muszę wyjść.

- Coś ci się przyśniło, Justitianie, ale to już minęło. Odpoczywaj!

background image

Justitian z trudem chwytał oddech.

- Pić - zażądał wreszcie ochryple. Nadjana podała mu wodę, wypił oddychając 

drżąco, twarz mu teraz pobladła.

Lecz oczy patrzyły przytomnie, chociaż błyszczały jeszcze od gorączki.

- Nigdy sobie z tym nie poradzę - rzucił w przestrzeń.

- Z czym? - dopytywała się.

- Ze wszystkim... z tym, co on zrobił...

- Kto taki?

- Mój ojciec.

-   Naprawdę   było   aż   tak   źle?   Rzeczywiście   sprawia   wrażenie   osoby   dość 

gwałtownej i przebiegłej, ale...

- To diabeł - oświadczył Justitian. Nadjaną wstrząsnęły te słowa.

- Ty go nienawidzisz, naprawdę!

- Tak, on wszystko zniszczył.

- O, nie, tak źle nie jest.

- Wydaje mi się, że nie wyzdrowieję... dopóki on istnieje.

Nadjana spostrzegła, że mąż, pomimo niezwykłej goryczy bijącej z jego słów, jest 

jak rzadko przytomny.

Choroba widać nieco ustąpiła, dała mu szansę na złapanie oddechu. Od wielu 

tygodni Nadjana nie mogła z nim porozmawiać, spał tylko lub drzemał umordowany 

gorączką. A kiedy nie spał, nie miał siły unieść się z poduszek. Skarżył  się na bóle 

głowy, puchły mu stawy i gruczoły pod pachami.

Teraz zaczął mówić. Wyraźnie wymawiał słowa, choć nie zawsze miały związek. 

Nie oczekiwał odpowiedzi, jak gdyby się spowiadał. Nadjana nie wiedziała, czy mówi do 

niej, lecz historia, którą opowiadał, była zaiste okrutna.

- Skręcił mu kark, widziałem, jak ten kot cierpiał, czułem, jak i mnie ściska się 

gardło.

Nadjana płakała. Miała przed oczami małego chłopca i pastora.

Justitian mówił i mówił.

O   wieczorach   spędzonych   na   kolanach   przy   ołtarzu,   o   razach,   o   drwinach,   o 

ciągłym prześladowaniu ze strony ojca.

background image

Niekiedy zaczynał się jąkać.

Czasami przemawiał jasnym głosem dziecka.

Nadjana przeżyła prawdziwy wstrząs.

I poczuła, jak narasta w niej rozpalona do białości nienawiść.

Cóż to za człowiek, ten Revelin?

Z jakiej gliny jest ulepiony?

Wtedy, w Kopenhadze, nie przejęła się słowami Justitiana, tak niewielu wszak 

młodych mężczyzn żywi podziw dla swych ojców. Teraz jednak zrozumiała, że w tym 

kryje się coś więcej.

Revelin to naprawdę diabeł.

Być może zawarta z nim umowa nie była wcale taka niegroźna. No cóż, Nadjana 

nie pierwszy raz znalazła się w samym środku burzy.

Postanowiła, że na razie nie powie o tym Justitianowi. W jego obecnym stanie na 

nic się to nie zda. I tak nie wyjdzie poza własne łóżko.

- Przekonasz się, że twój ojciec pewnego dnia poniesie karę - oznajmiła twardo.

- Na pewno nie na tym świecie - odparł Justitian z goryczą. - Nie tylko mnie 

zniszczył życie.

Pomyślał o Marji. Wypowiedział jej imię. Nadjana drgnęła.

- Kim ona jest? Justitian wiedział, co się kryje za tym pytaniem.

- Ona... dodała mi trochę sil, gdy już myślałem, że muszę się poddać. Można 

powiedzieć, że mnie ocaliła. Pozwoliła mi przez chwilę uwierzyć, że jestem coś wart, 

lecz on i to zniszczył.

Opowiedział,   jak  ojciec   brutalnie   i   skutecznie   położył   kres   ledwie   kiełkującej 

młodzieńczej miłości.

- Sądzę, że maczał palce w jej nagłym zamążpójściu. Przypuszczam, że zmusił ją 

do poślubienia Karla Oppdala.

Zazdrość. Obce uczucie.

Nadjana musiała wziąć się w garść.

Dręczyło ją jednak cierpienie na twarzy Justitiana mówiącego o swej pierwszej 

miłości. W dodatku do Marji Oppdal, tej nieokrzesanej, bezczelnej suki.

- Ona myśli, że wciąż coś do niej czujesz. Groziła mi.

background image

- Marja?

- Tak, ale mnie jej tylko szkoda. Bo ty przecież jesteś mój.

- To niemożliwe, żeby moja nieszczęsna osoba mogła stać się powodem jakiejś 

utarczki. Nigdy tak nie było - słabym głosem zaprotestował Justitian.

- Ależ tak! I przekonasz się, że umiem walczyć.  Jeśli tylko ktoś spróbuje cię 

ruszyć, mój drogi przyjacielu... Uśmiechnął się lekko, słysząc jej wesoły głos. Wiedział, 

że stara się odpędzić melancholię, która zawsze unosi się w pokoju chorego.

- Nie bój się, Nadjano, żadna nie może się z tobą równać. Żadna nie dała mi bodaj 

ułamka tego, co ty robisz dla mnie na co dzień. Nawet Marja...

Nadjana była zadowolona. Wiedziała, że Justitian mówi prawdę.

Będzie   umiała   zająć   się   tą   Marją   Oppdal.   Być   może   ona   nie   miała   nawet 

możliwości wyrządzenia Justitianowi krzywdy, ale ta jej bezczelność na dziedzińcu ko-

ścioła... Tego Nadjana nie mogła podarować.

- Daj mi trochę ziołowej gorzałki. Może uda mi się zasnąć - poprosił.

Zmęczenie znów zaczynało brać nad nim górę.

Był pusty.

Słowa, które z siebie wyrzucił, sprawiały teraz ból jej sercu.

Potrafię to znieść o wiele lepiej niż on, tłumaczyła sobie w duchu Nadjana. Jemu 

zrobiło się lżej na duszy, ja zaś nigdy nie zapomnę tego, co mi opowiedział. Za każdym 

razem, gdy ujrzę mego drogiego teścia, przypomnę sobie cierpienie Justitiana. Każdy 

krok, jaki zrobię, popchnie tego człowieka trochę bliżej przepaści. W dniu, w którym 

Justitian stanie na nogi, stary Revelin przekona się, komu przekazał władzę...

Marja nie wiedziała, że myśli, jakie nosiła w sobie przez całe życie, krążą teraz po 

głowie znienawidzonej baronównie. Zresztą młodą gospodynię z Oppdal, wędrującą ku 

pięknej Wdowiej Zagrodzie, zajmowały teraz zupełnie inne troski.

Przed sobą na niedużej taczce wiozła Benjamina. Ludzie oglądali się za nią, cóż 

to za wymysł!

Lepsze to było jednak od niesienia go na ręku, taki się zrobił ciężki.

Amelia   zwykle   nalegała,   żeby   zabrać   ją   do   Wdowiej   Zagrody,   ale   teraz,   po 

dramatycznych wydarzeniach związanych z chorobą Antona i śmiercią Gjertrud, dziecko 

nie   napierało   i   pokornie   zaofiarowało   się,   że   zamiecie   izbę   albo   pomoże   ojcu   przy 

background image

sianokosach.

Marja pozwoliła córce pobiec z innymi dziećmi się wykąpać.

Dobrze, że będzie mogła w spokoju omówić z Antonem najważniejszą sprawę.

Szkoła stała uśpiona w upale, nikt tam nie zachodził, odkąd ostatni uczniowie 

opuścili   ją   na   wiosnę.   Marja   spostrzegła,   że   budynkowi   przydałoby   się   smołowanie. 

Świeże drewno zszarzało, wydało się nagle takie brzydkie. Na dachu natomiast kolorowo 

kwitły chwasty.

Główny budynek dworu również pogrążony był w ciszy. Na łąkach poniżej trawa 

była skoszona, najprawdopodobniej zrobili to sąsiedzi. A może lensman? Na pewno nie 

zostawił ziemi odłogiem w czasie, gdy Anton przebywał w przytułku.

Anton nie miał nikogo do pomocy w domu, ludzie bali się zapewne, że nie jest 

całkiem zdrowy. Marja wiedziała jednak, że gdy zbliży się zima, a brzuchy zaczną się 

dopominać o swoje, przyjdą tu ludzie. Ktoś, kto może zapewnić jedzenie i zapłatę, nie 

opędzi się od chętnych, nawet gdyby był szalony i zły.

Postawiła taczkę ze śpiącym dzieckiem w cieniu przy schodach.

Anton był w środku w izbie.

W tej samej izbie, w której Benjamin przyszedł na świat i w której jego matka ten 

świat opuściła. W tej samej izbie oszalały z rozpaczy Anton rzucił dzieckiem o ścianę. 

Chciał je zabić.

Szklane szyby w oknach sprawiały, że w środku było jasno, przyjaźnie. Nic nie 

przypominało zła, jakie się tutaj wydarzyło. Łóżko, w którym leżała Gjertrud, zniknęło. 

Poza tym nie zmieniło się nic. Nawet ten mały stolik z karafką... Kieliszki stały tak, jakby 

Anton właśnie wypił z żoną za jakieś ważniejsze wydarzenie.

Marja rzadko widziała tyle miłości, ile łączyło tych dwoje.

Anton nie przypuszczał chyba nigdy, że kiedykolwiek przeżyje takie szczęście. 

Miał prawie sześćdziesiąt lat, gdy Gjertrud nagle weszła w jego życie. Była o piętnaście 

lat od niego młodsza, lecz, jak się okazało, i tak za stara, by przetrzymać poród.

Biedna Gjertrud.

Zasłużyła na więcej szczęścia.

Miała   ciężkie   życie   jako   przybrana   matka   Marji,   daleko   w   odludnym 

Meisterplassen. Opuszczona przez wszystkich, również przez człowieka, którego poko-

background image

chała, rodzonego ojca Marji. Opuścił je obie, choć obiecał, że wróci, jeśli nie znajdzie 

matki. Znalazł ją jednak i nigdy więcej już go nie zobaczyła.

Marja nie mogła go za to nienawidzić.

Ale mogła nienawidzić pastora, który skazał jej matkę na zatracenie. Na wygnanie 

i śmierć gdzieś daleko, strasznie daleko na maleńkiej wysepce w otchłani morza.

Prawdopodobnie   oboje   już   nie   żyją,   byli   wszak   starzy.   Czarne   włosy   ojca 

zapewne dawno posiwiały, matki Marja nigdy nie pamiętała. Mogła wyglądać jak każda 

stara kobieta.

Może jestem do niej podobna, zastanawiała się, patrząc na swe odbicie w lustrze, 

w którym tak często przeglądała się Gjertrud.

- Widuję ją tam wieczorami - powiedział Anton. Marja przyjęła spokojnie jego 

słowa, choć wyraźnie zabrzmiało w nich wyzwanie.

- Nie uważam cię wcale za szaleńca - odparła cicho. Usłyszała westchnienie ulgi.

- Widzę ją wszędzie, w kuchni, jak macha do mnie z ogrodu. Czuję, że tu jest.

-   Wiem.   Milczał.   Najwyraźniej   ucieszony,   że   niebezpieczne,   jak   mu   się 

wydawało, słowa, zostały przyjęte z takim zrozumieniem. Marji nigdy nie dało się łatwo 

wystraszyć.   Na  wiele   sposobów   przypominała   Gjertrud,   choć   z  wyglądu   nikt   by  nie 

przypuścił, że to matka i córka.

- Anton - zaczęła Marja - przyszłam zawrócić ci głowę.

- Szkoła.

- Tak.

Marja   siadła   przy   oknie.   Nalał   jej   kieliszek   czerwonego   owocowego   wina,   z 

którego zawsze tak cieszyła się Gjertrud.

- Nie zrezygnowałaś?

-   Nie.   Nigdy.   Szkoła   znaczy   dla   mnie   więcej   niż   kiedykolwiek   przedtem. 

Pamiętasz małego Vemunda? On był jednym z najbystrzejszych. Napisał swoje imię już 

pierwszego dnia. Nikt nie wierzył, że z tego małego słabeusza coś będzie, a latem dostał 

miejsce na szkucie towarowej, miał prowadzić księgi kupcowi. Matka co drugi miesiąc 

przyjmuje okrągłą sumkę i na przyszłą wiosnę nie zabraknie jej ziarna na siew.

Anton pokiwał głową.

-   Bardzo   szczęśliwa   historia,   ale   słyszałaś   chyba   o   Annie   Selje?   Narzeczony 

background image

trzasnął drzwiami, nie podobało mu się to, co usłyszał po powrocie do domu. Dziarski 

żołnierz nie mógł znieść, że dziewczyna była w stanie przeczytać dokument dotyczący 

jego służby, z którego sam nie rozumiał ani słowa. Jest wielu takich jak on.

- Tym ważniejsze, aby nauczyć młodych mężczyzn tej sztuki. Żeby nie czuli się 

gorsi, bo kobiety będą prześcigać ich w czytaniu.

Marja uśmiechnęła się, Anton też nie mógł dłużej zachować powagi.

- Jaka ty jesteś, Marjo...

- To znaczy, że będzie szkoła? Zwilżył wargi, uśmiechnął się chytrze. Spojrzał za 

okno na budynek na oświetlonym słońcem zboczu.

-   Tak,   będzie,   do   diabła!   Potrzeba   mi   czegoś,   co   pozwoli   mi   zająć   myśli. 

Prawdziwa walka z pastorem i lensmanem, na przykład...

Marja zauważyła, że ból po stracie żony przydał jego twarzy nowego ponurego 

wyrazu.   Nie   ukrył   go   nawet   szeroki   uśmiech   rozbawienia.   Anton   na   pewno   myśli 

słusznie, musi zapełnić czas innymi  sprawami. Nie może popaść w bezdenną otchłań 

bezsilnego smutku.

Podeszła do niego, uściskała go.

- Poradzisz sobie z tym, Antonie. Wiedział, że Marja nie ma na myśli szkoły. Zza 

otwartych drzwi dobiegł jakiś dźwięk. Pisk, który przeszedł w gaworzenie.

Anton zesztywniał.

- Przyniosłaś... dziecko? - Tak. Przyglądała mu się uważnie, zauważyła, że zmaga 

się z wieloma myślami.

- Nie potrafię przez to przejść - rzekł cicho, jakby z łkaniem. - Gdy go widzę, 

znów mnie to nachodzi. Cały ból. Niech Bóg się nade mną zlituje, wiem, że to złe z 

mojej strony, ale gdyby nie to dziecko., ona by nie umarła.

- Tego nie wiemy - odparła Marja równie ściszonym głosem. - A poza tym to ty je 

spłodziłeś.

Anton uderzył pięścią w stół, lecz w geście tym była bezsilność. Marja widziała, 

jak bardzo cierpi  ten człowiek, miała  jednak świadomość,  że sam musi  sobie  z tym 

poradzić.

- Nie możesz obwiniać dziecka. Nie możesz... i nie robiłbyś  tego, gdyby ono 

było... normalne.

background image

- A kto może mieć do mnie o to pretensję? Większość ojców cisnęłaby takie 

nędzne stworzenie w krzaki.

Marja wiedziała, rozumiała to. Takie właśnie niekiedy bywało życie, twarde i 

brutalne. Najważniejsze, to przetrwać. Jedzenie i starania, jakie mogła poświęcić dziecku 

matka, należały się najsilniejszym.

- On jest zdrowy i wesoły.

Gaworzenie rozlegało się coraz głośniej, jakby dziecko chciało  przyświadczyć 

przemawiającej w jego imieniu kobiecie.

- Co mu właściwie dolega? - spytał Anton. Marja wyczuła w jego głosie pewne 

zainteresowanie.

-   Nie   wiem.   To   się   po   prostu   niekiedy   zdarza.   Nieczęsto   miałam   okazję   to 

widzieć.   Czasami   takie   dzieci   nie   od   razu   umierają,   rzadko   jednak   żyją   długo.   Wi-

działam,  jak przywiązuje się je do ściany obory lub jak czołgają się wzdłuż rowów. 

Obrzydliwy widok. Ślina cieknie im z ust, wykrzywiają twarz, robią pod siebie, często są 

poranione,   pełne   robactwa,   ale   myślę,   że   to   dlatego,   że   nikt   się   nimi   nie   zajmuje. 

Uważam, że są ludźmi, którzy przez całe życie zostają dziećmi.

Anton popatrzył na nią bez wyrazu.

Marja uznała, że nadszedł czas, by przynieść małego. Na pewno już zgłodniał, w 

gaworzeniu pojawił się ton złości. Na szczęście miała dla niego namoczony w piwie 

sucharek. Kiedy na powrót usiadła w izbie, trzymała Benjamina na kolanach. Anton nie 

odezwał się ani słowem. Nawet się nie poruszył. Marja gryzła kawałki chleba i karmiła 

dziecko. Mały z uśmiechem przełykał i otwierał buzię jak pisklę, które chce jeszcze. I 

Marja uśmiechała się do niego. Syn Gjertrud podbił jej serce i zdawał się o tym wiedzieć.

Starannie   otarła   ślinę   cieknącą   z   kącika   ust   dziecka,   ukradkiem   zerkając   na 

starego człowieka, który je spłodzi Benjaminowi lekko się odbiło.

Potem   zwiotczał   w   jej   ramionach,   leżał   spokojnie   z   pełnym   brzuszkiem   i 

zadowolony   wpatrywał   się   w   promienie   światła   wpadające   przez   okno.   Zdawał   się 

chłonąć świat z niepowstrzymaną ciekawością.

- Pójdę już, dziękuję za wino i za wsparcie. Jutro powiem dzwonnikowi, że szkoła 

znów rusza. Wtedy wieść prędko się rozniesie po wsi.

Anton zdawał się jej nie słuchać. Zareagował dopiero, gdy Marja wstała.

background image

- Chcę go potrzymać  - szepnął cicho.  Marja instynktownie  mocniej  przytuliła 

Benjamina   do   siebie.   Wydawało   jej   się,   że   w   oczach   Antona   znów   dostrzegła 

niespokojne migotanie. Benjamin cichutko zapłakał, niemożliwe jednak, by pamiętał ten 

jeden jedyny raz, gdy ojciec wcześniej go dotykał. Chyba że potrafił wyczuć zapach 

nienawiści...

- Nie upuszczę go - pospiesznie zapewnił Anton. Marja podała mu zawiniątko z 

dzieckiem. Stary podszedł z małym do okna. Czas w izbie zdawał się stać w miejscu.

Marja nie śmiała nawet drgnąć, lecz nie spuszczała oczu z Antona.

Ujrzała, że twarz napina mu się, jak gdyby nagle przeszył go ból. Zobaczyła, że 

otwiera usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Gdy   jednak   dostrzegła   błyszczący   strumyk,   torujący   sobie   drogę   wśród 

zmarszczek Antona, wiedziała już, że coś w nim pękło.

Pułkownik płakał.

Nie był to histeryczny szloch szaleńca, jak wówczas w szoku po śmierci żony, 

tylko ciche spokojne łzy.

- Benjamin, co ja ci zrobiłem.... Dzieciak uśmiechnął się, pulchnymi paluszkami 

poklepał wilgotny policzek ojca.

- Be - be, pa - pa - pa...

- Oczywiście, mówisz do swojego ojca. Marja wciągnęła powietrze przez nos, 

zabrzmiało to, jakby była przeziębiona.

Nigdy dotąd nie widziała równie wzruszającej sceny.

Teraz Anton odwrócił się w jej stronę, najwidoczniej nie wstydził się łez, które 

nie przestawały płynąć.

- Dziękuję, Marjo. Nigdy nie zdołam się odwdzięczyć za to, co dla mnie zrobiłaś.

- Nie mnie dziękuj, Antonie, podziękuj Karlowi... Pokiwał głową.

- Na pewno to zrobię. Już niedługo. A na razie ty go pozdrów.

-   Dobrze.   Czy   masz   siłę...   Może   zajrzysz   do   nas   jutro   tak   w   porze   obiadu? 

Ugotuję klopsiki, takie jak lubisz.

- Takie jak Gjertrud kiedyś zrobiła. Biedna kucharka, ale się wtedy zezłościła!

Marja pokiwała głową.

Jak dobrze znów zobaczyć uśmiech na jego twarzy!

background image

ROZDZIAŁ V

Revelin wypluwał słowa, które nazwano by przekleństwem, gdyby padły z innych 

ust. Nieszczęsny dzwonnik szukał schronienia za kruchym stolikiem przy drzwiach, lecz 

nie mógł skryć się przed gniewem pastora. Przestraszony wpatrywał się w wykrzywioną 

złością twarz, bał się, że stary człowiek w każdej chwili może paść martwy. Dla wielu nie 

byłoby to zresztą zbyt przykre, stwierdził w duchu.

- Jak ona śmie, ta bezczelna...

Dzwonnik jęknął, słysząc słowa proboszcza. Pogratulował sobie szczęścia, że to 

nie on musi stawić czoło tej burzy.

„ - Ona nie ustąpi - wydusił z siebie, obmacując drzwi w poszukiwaniu rygla. 

Lepiej   przygotować   drogę   odwrotu.   Revelin   sprawia   wrażenie   kompletnie   nieobli-

czalnego.

- Przeklęta dziwka! Ta szumowina, oślizgła zmora, ladacznica...

Doprawdy,   pastor   ma   niezły   repertuar,   cierpko   zauważył   w   duchu   dzwonnik. 

Potrafił jednak zrozumieć gniew tego człowieka. Że też Marja Oppdal poważyła się na 

to! Powinna była zrozumieć, jak się mają sprawy, gdy pastor zabronił jej podawania 

dziecka do chrztu. W jego słowach kryła się jawna groźba, ostatnie ostrzeżenie przed 

karą ze strony Kościoła. Z tego co dzwonnik wiedział, nikt nie mógł żyć dalej we wsi, w 

której zamknięto przed nim wrota domu Bożego. Być może Marja Oppdal to potrafi, 

dzwonnik miał poważne obawy, że wkrótce się o tym przekonają.

- Teraz  już koniec.  Jest skończona.  Sądziłem,  prawdę mówiąc,  że zrozumiała 

powagę sytuacji. Że pojęła, iż na nic więcej się nie zgodzę.

Pastor gwałtownie przerwał swą wędrówkę po niewielkiej izbie, w której zmarł 

kiedyś wuj dzwonnika.

- Powiedz  jej, dzwonniku  Mathiasie.   Powtórz  jej,  co mówiłem,  jeszcze   jedno 

słowo o tym pogańskim gnieździe żmij, o tym rojowisku buntowników... a będzie koniec. 

Ani ona, ani jej durny mąż, dzieci i ten szaleniec nie pokażą się już w moich kościołach. 

Osobiście zatroszczę się o to, aby gniew i przekleństwo biskupa spadły na każdego, kto 

ośmieli się postawić stopę w tej szkole.

Dzwonnik z przerażeniem pokiwał tylko głową i czym prędzej się pożegnał.

background image

Pastor naprawdę się rozgniewał. Biedna Marja Oppdal!

Dzwonnik  Mathias  nie  był  jednak głupi,  dobrze wiedział,  że  w  gniewie pana 

Revelina było tyleż samo złości, co i bezsiły. Nawet proboszcz niewiele będzie mógł 

zdziałać poza zamknięciem przed Marją kościelnych wrót. Marja pomimo wszystko nie 

zrobiła niczego niezgodnego z prawem, nie istniał zakaz gromadzenia ludzi w celu po-

wszechnego nauczania. Źle mogło się dziać jedynie, gdyby próbowano udzielać im rad 

co do wiary chrześcijańskiej, takich pogańskich zabaw bowiem nie tolerowano.

Dzwonnik ruszył w stronę Oppdal. Jeśli się pospieszy, zdąży być  może przed 

wieczorem   zajrzeć   również   do   kilku   sąsiednich   zagród.   Zabawnie   będzie   patrzeć   na 

przerażone twarze ludzi, którzy dowiedzą się o ostatnich wyczynach Marji Oppdal.

Wieści przyniesione przez dzwonnika sprawiły, że Marja zesztywniała na krześle. 

Nalała   jednak   spokojnie   piwa   zdyszanemu   człowieczkowi,   tak   by   nie   pokazać   jego 

bystrym oczkom żadnej reakcji, o której mógłby opowiedzieć dalej. Wiedziała, że Karl 

obserwuje ją kątem oka. Nigdy nie zaaprobował jej pomysłu założenia szkoły, lecz w 

duchu pogodził się z tym, jak z wieloma innymi niezrozumiałymi poczynaniami żony. 

Siedział teraz, z pozoru obojętny, przybijając kawałek żelaza do drewniaka.

- Ależ z tobą kłopoty, Marjo! Jak on może... No cóż, więcej ludzi z wioski będzie 

skąpić darów dla kościoła, jeśli Revelinowi uda się postawić na swoim. Wiem, że ludzie 

gadają, wiem, że wielu pytało o szkołę. Myślą teraz na pewno: ona się podda, pastor 

stłamsił i Marję Oppdal, ale nie zrozum mnie niewłaściwie, Marjo, oni wcale źle cię nie 

oceniają, nikt nie może przecież...

- Pij swoje piwo, panie dzwonniku. Powstrzymała  potok słów uniesieniem do 

góry dzbana z piwem.

Dzwonnik wypił, pomrukując coś pod nosem. Małe oczka śledziły Marję znad 

krawędzi kubka. Z kącików ust ściekały strużki piwa, jak gdyby słowa, które wyrywały 

mu się spomiędzy warg, nie pozwalały napitkowi spłynąć do gardła.

Na   dworze   śpiewał   jakiś   ptak.   Marja   go   słyszała.   Uderzenia   młotka   o   metal 

przybijany   do   drewniaka   przez   siedzącego   w   kącie   Karla   dawały   poczucie   bez-

pieczeństwa.

- Szkoła znowu ruszy. Możesz im przekazać, że tak powiedziała Marja Oppdal. I 

biedny   będziesz,   jeśli   dodasz   coś   od   siebie.   Teraz   liczy   się   każde   słowo,   każdy 

background image

najdrobniejszy gest. Jeśli chcesz utrzymać swoją pensyjkę za lekcje, to powinieneś teraz 

ważyć swoje słowa, panie dzwonniku.

- Tak, tak, oczywiście. Nie myślisz chyba, że... Wiesz przecież, że cię popieram, 

że...

Marja obrzuciła go spojrzeniem od stóp do głów. Wiedziała, że dzwonnik jest 

niby chorągiewka na wietrze. Owszem, przydałby się w szkole, lecz nie mogła mu ufać. 

Jeśli Revelin zaproponuje mu więcej...

- Wiesz, czym jest zdrada. Wiedz też, że nie traktuję łaskawie ludzi, którzy mnie 

zawiodą.

-   Wiem   -   odparł   dzwonnik   zachrypniętym   głosem   i   opróżnił   kubek   do   dna. 

Skurczył się w sobie, Marja po wyrazie jego oczu poznała, że nie spodobały mu się jej 

ostatnie słowa.

Być może popełniła głupstwo, tak mu grożąc. Podziękował teraz, złapał kapelusz, 

szykując się do wyjścia. Przelotnie skinął głową gospodarzowi przy piecu, jak gdyby był 

zwykłą babą, siedzącą w kącie przy garach. Gdy tylko wyszedł, z Marji opadła maska 

chłodu, ukryła twarz w dłoniach.

-   Do   diabła!   Do   diabła!   Czy   nigdy   nie   będzie   spokoju?   Karlowi   na   dźwięk 

wypowiedzianych szeptem słów cieplej zrobiło się na sercu. Marja sprawiała wrażenie 

bezbronnej, gdy tak siedziała przy wielkim stole, chowając twarz przed światem. Jak 

mała wystraszona dziewczynka. Widział, że splotła nogi, drewniaki szurały po podłodze.

- Musimy mieć szkołę... to jedyny sposób... Co mam zrobić, Karl?

Podniosła głowę, odnalazła spojrzeniem męża, potrzebowała jego pomocy.

Ten gest przeważył, Marja tak rzadko okazywała bezradność. Jej kłopoty zwykle 

odgradzały ich od siebie murem, troski, których nie chciała z nim dzielić, jeszcze bardziej 

ją oddalały.

- Rzeczywiście jest źle, Marjo kochana - cicho przyznał Karl, nakładając chodak 

na bosą stopę. Nowy obcas stuknął o deski w podłodze, odzywając się innym dźwiękiem 

niż stary, wytarty.

Podszedł   do   żony,   nakrył   rękami   jej   dłonie,   potem   przysiadł   obok,   odgarnął 

włosy.

- Jeszcze pokażemy Revelinowi - powiedział i poczuł, że ptaszek w jego sercu 

background image

zaćwierkał radośnie, kiedy Marja uśmiechnęła się do niego w podzięce.

- Karl, zechcesz?

- Oczywiście, rozumiem, ile to dla ciebie znaczy. I coraz lepiej też pojmuję, jakie 

znaczenie dla najuboższych ma ta sztuka, której ich uczysz. Wydaje mi się, że słusznie 

postępujesz.

Marja uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Po raz pierwszy czuła, że Karl jest razem z 

nią. Pierwszy raz podejmowali wspólną walkę o coś, wiedziała, że mąż staje przy jej 

boku nie tylko ze względu na nią samą. Jeśli Karl decydował się na coś podobnego, to 

uważał, że sprawa jest tego godna. Zwykle wszak niechętnie krzyżował broń z pastorem i 

władzą.

- Poradzimy sobie, ty, ja i Anton - kiwnęła głową. - I lensman - dodał Karl. - 

Potrzebny nam jest lensman. Marja roześmiała się ostro.

- Jeśli ktokolwiek we wsi ma powody, by nas nie lubić, to właśnie on!

- Oczywiście, ale też i nie zalicza się do ludzi, którzy kiwną palcem nawet dla 

tych, których lubią. Wszystko, co robi lensman, robi dla siebie - stwierdził Karl.

-   Co   przez   to   rozumiesz?   Marja   przeczuwała,   że   w   głowie   męża   snują   się 

interesujące myśli. Zdumiało ją to tak, że aż się zawstydziła.

- Lensman był opiekunem Antona, a Anton wciąż nie może się doliczyć wielu 

butelek wina, kilku srebrnych misek, żyrandola...

Marja   zrozumiała,   do   czego   zmierza   mąż,   lecz   pozwoliła   mu   dokończyć. 

Nowością było, że to Karl obmyśla strategię działania. Zaczynała pojmować, że może się 

to opłacić.  Jej myśli  były bardziej prędkie i niedaleko im było do czynów,  z reguły 

pogardliwie odnosiła się do osób, które poświęcają wiele czasu na myślenie, planowanie, 

ocenianie   i   rozważanie.   Musiała   jednak   przyznać,   że   zbytni   zapał   i   pośpiech 

niejednokrotnie sprowadziły ją na manowce.

- Muszę jeszcze raz porozmawiać z Antonem. Czy on przyjdzie do nas i w tę 

niedzielę? Jeśli lensmana nie uda się zmusić, to na pewno da się go przekupić.

-   Anton   chyba   nie   przyjdzie.   Wspominał,   że   spodziewa   się   gości   z   Lom, 

wędrownych handlarzy pędzących owce, chyba że wcześniej w górach spadnie śnieg.

- Przy słonecznej pogodzie, jaką mamy teraz, chyba tak się nie stanie. Wokół 

księżyca nie ma lisiej czapy, chociaż robi się chłodniej.

background image

- Chyba więc nie możemy na niego liczyć, ale obiecałam, że wkrótce zajrzę do 

Wdowiej Zagrody, tak żeby mógł raz w tygodniu zobaczyć Benjamina.

-   Wezmę   go   z   sobą   jutro.   Marja   przytuliła   się   do   męża,   pieszczotą   okazując 

wdzięczność. Karlowi do twarzy było z miną wyrażającą zdecydowanie. Marji spodobało 

się, że Karl potrafi działać, podjąć inicjatywę.

A wszystko to dlatego, że sama poprosiła go o pomoc. Nigdy dotąd nie miała 

śmiałości, by okazać słabość.

Nagle   poczuła   się   silna,   pełna   światła.   Niedobra   wieść   przyniesiona   przez 

dzwonnika wcale jej nie przybiła. Przygnębienie zmieniło się w wolę walki.

-   Dziękuję   -   szepnęła   mężowi   do   ucha,   delikatnie   dotykając   językiem   jego 

policzka.

Karl wypuścił powietrze przez nos.

-   Nie   dziękuj,   wiem,   że   cię   zaniedbałem,   zbyt   długo   pozwalałem,   byś   sama 

toczyła tę walkę.

- Nigdy cię o nic nie prosiłam.

- I to właśnie było najgorsze.

Spojrzała w jego szczere oczy,  odsłaniał w nich całego siebie. Piaskowe oczy 

połączyły się z niebieskimi, odgarnięte z czoła włosy sprawiły,  że Marja poczuła się 

naga, gdy ich twarze znalazły się tak blisko siebie.

Nieznośnie dużo w nim ciepła.

Miłość,   którą   tak   długo   odpychała,   zdołała   przetrwać.   Marja   poczuła   gorącą 

wdzięczność, że tak się stało. Karl czekał na nią, aż do kresu wytrzymałości, do granicy 

załamania. Na szczęście zrozumiała to w ostatnim momencie.

Dlatego   po   wielu   latach   małżeństwa,   po   nocach   zimniej   szych   niż   człowiek 

zdołałby przeżyć, mogli teraz siedzieć razem.

Marja   czuła   się   bezpieczna,   miała   zaufanie   do   tego   mężczyzny,   który   poznał 

najbrudniejsze strony jej duszy, a mimo to ją kochał. Dla niej znosił wstyd, tolerował 

drwiące słowa, jakie padały z ust innych mężczyzn. Chylił nisko głowę i pozwalał, by 

nazywano go Marja - Karl.

Dostrzegła wielkość tego, co dotychczas uważała za nędzne i żałosne.

A Marja gardziła wszystkim, co żałosne.

background image

Przycisnęła teraz wargi do ust męża i pocałowała go z miłością, jaką tylko mogła 

włożyć w ten gest.

Wtedy on przymknął oczy, nikt bowiem tak jak Marja nie umiał wywołać w nim 

burzy.

- Dzieci - mruknął.

Marja, odrzuciwszy włosy w tył, roześmiała się szelmowsko.

- Przecież to moje słowa.

- Twoje słowa?

- Tak, to ja powinnam tak mówić, nie rozumiesz? Nie wiesz, w ilu izbach kobiety 

w łóżku wykręcają się dziećmi?

- Ty nie jesteś taka. Ten, kto by się do ciebie zbliżył, kiedy sama nie masz ochoty, 

prędko by się dowiedział, gdzie jego miejsce.

- Mój biedny mężu!

Zacisnęła usta, wiedziała, że w żartobliwym komentarzu kryje się odrobina urazy.

- Dzieci  na pewno niedługo  przyjdą.  W każdym  razie  Amelia  i  Benjamin.  A 

Martin pewnie dziś w nocy spał w szałasie.

- Tak, nie dał się stamtąd ruszyć. Ale za parę dni będzie już za chłodno na tę 

zabawę. Wkrótce zima zagości w powietrzu.

- Na zewnątrz może i tak - odszepnęła Marja. - Ale nigdy, przenigdy u nas w 

domu.

Karl uśmiechnął się, co też ona mówi? Zdarzało się, że słowa wypowiedziane 

przez żonę zdawały mu się obce, niekiedy składała je tak, że przypominały kazania bądź 

tekst psalmów. Marja to dziwna kobieta. Nie urodziła się po to, by być żoną dzierżawcy, 

pomyślał ze smutkiem.

Wkrótce   jednak   o   tym   zapomniał,   Marja   bowiem   nie   skarżyła   się   na   swoją 

sytuację.

- Masz takie silne, piękne ciało - dobiegł go jej szept.

- Zawsze takie gorące i takie pełne życia. Czuję niemal pod palcami strumień 

krwi.

Karl westchnął. Nie wątpił, że żona wkrótce zechce posmakować jego ciała.

Marja   ruszyła   pierwsza   w   stronę   łóżka,   lecz   Karl   przytrzymał   ją   za   rękę. 

background image

Przyciągnął do siebie, siadła mu na kolanach.

Wtuliła  głowę w jego szyję,  Karl jednym  ruchem rozwiązał jej czarne włosy. 

Podtrzymująca je spinka i skórzany rzemień opadły na podłogę. Czule przeczesał włosy 

żony palcami.

- Leśna boginko, królowo gór. Jesteś piękniejsza niż rozśpiewana dziewica ze 

skały, wydaje mi się, że przychodzisz ze świata zamkniętego dla zwykłych ludzi.

- Ależ nie - odwzajemniła uśmiech Marja. - Być może ktoś by się z tobą zgodził, 

lecz miejmy nadzieję, że pastorowi takie myśli są obce.

- Nie wspominaj go teraz. Nie mów o wszystkich tych czarnych cieniach, które 

spowijają mrokiem nasze życie. Nie mów nic...

Marja usłuchała. Trudno zresztą było prowadzić rozmowę, gdy oddech nabierał 

coraz szybszego tempa.

Karl   wiedział,   jakich   pieszczot   Marja   oczekuje.   Stanik   sukni   już   się   zsunął, 

malutkie srebrne haftki rozpięły się bez wysiłku, ledwie ich dotknął.

Marja westchnęła niemal sennie, czuł jednak, jak napinają się mięśnie jej ud i 

łydek.

- Marjo... - szepnął tuż przy jej ustach. - Mam pewne marzenie...

- Powiedz, a spełni się.

- Lato... już się skończyło, chodźmy po nie. Marja popatrzyła pytająco na męża, 

wargi miała czerwone, nabrzmiałe, oczy błyszczały radością i pożądaniem.

- A jak to się robi? - spytała niewinnie. Karl bez wysiłku podniósł roześmianą 

żonę i ruszył przez izbę w stronę drzwi. Marja w ostatniej chwili uniknęła bolesnego 

zetknięcia się biodra z kantem murowanego pieca. Za progiem Karl podrzucił ją wyżej, 

by lepiej chwycić, Marja lekko uderzała go w ramię, podczas gdy on długimi krokami 

szedł przez podwórze w stronę rzeczki płynącej przez zagajnik.

- Bezczelny rozbójniku, tak porwać dziewicę! A co będzie, jak nas ktoś zobaczy?

Karl wybuchnął śmiechem, Marja bez powodzenia starała się zachować powagę.

Oboje wiedzieli, że wieczór jest chłodny.  Teraz, we wrześniu, pola leżały już 

opustoszałe. Wszędzie, gdzie było coś do zebrania, przeszli ludzie z sierpami i grabiami. 

Nagie czworokąty brązowych  rżysk  czekały na biały płaszcz  zimy,  który zasłoni ich 

wstyd.

background image

Karl i Marja tego nie widzieli, nie czuli też nowej ostrości w powietrzu, jaka 

pojawiła się tego wieczoru. Wciąż przecież tu i ówdzie kwitł pod wysokim niebem jakiś 

zbłąkany letni kwiat. Jeszcze miał czas.

Karl poczuł, że ziemia pod stopami wciąż jest nagrzana.

W ciągu dnia świeciło wszak słońce, chociaż jego ciepło nie przenikało już tak 

daleko w głąb ziemi.

Karl znał kawałek łąki, na którym  nie skoszono jeszcze trawy,  miejsce, gdzie 

drzewa tworzyły zaciszne schronienie, i jeśli ktoś zechciał, potrafiły odgrodzić od świata. 

Poskładał tu siano w stogach okrytych uplecioną ze słomy matą.

Rozrzucił teraz starannie kiedyś ustawione kopy, zapachniało trawą, którą w pocie 

czoła starał się ochronić przed deszczem.

Marja   zrozumiała,   jak   wielka   to   ofiara   z   jego   strony,   siano   bowiem   było 

prawdziwym skarbem.

Potrafiła to docenić.

Ułożyli się na tym posłaniu, suche źdźbło trawy załaskotało Marję w kark. Wciąż 

nie czuła chłodu; nawet gdy zniknął z jej ramion niebieski szal i bluzka, nie zadrżała 

przed nadchodzącą nocą.

Długa   koszula   Karla   z   prostego   płótna   posłużyła   za   poduszkę.   Z   wyraźną 

rozkoszą mąż przysunął się do niej, poczuł na piersi jej nagą skórę.

- Rozumiesz teraz, Marjo? - spytał cicho. - Czujesz, jak tu zacisznie i przytulnie? 

Chociaż szron każdego ranka już może pokryć nasze posłanie.

- Tak - szepnęła miękko. - Rzeczywiście  jest tak, jak mówiłeś, razem ty i ja 

zatrzymamy lato.

- Taką mamy moc. Razem... Co nas przed tym powstrzyma?

Jego   powstrzymać   nie   mogło   już   nic.   Nic   nie   stało   na   przeszkodzie   ustom 

bawiącym się jej wargami, zostawiającym zimno - gorący ślad na piersiach i brzuchu.

Marja zadrżała, gdy zwilżył wnętrze jej ud swoim potem. Wkrótce jednak gorąco 

wysuszyło tę odrobinę chłodu przez moment mrożącego ciało.

Przyszedł do niej miękko, miała dość czasu, by poczuć fale, jakie nim targają. 

Jego twarz, tak często w podobnych chwilach skryta w mroku, należała teraz do niej, tak 

otwarta, że wręcz bała się patrzeć.

background image

Niezwykłe, to naprawdę niezwykłe.

Kiedy był przy niej, wszystko stawało się inne. Trudno wprost uwierzyć, że ten 

ogarnięty   pożądaniem   i   szaleństwem   mężczyzna   to   jej   Karl,   małomówny   i   ostrożny. 

Radowała się, że to właśnie jej kobiecość odkryła w nim tę potężną moc.

Potem przyszła jego kolej, by patrzeć, jak ona odpływa daleko, lecz nawet przez 

mgnienie oka nie zostawia go samego. W takich chwilach gotów był przysiąc, że Marja 

go kocha. Gdy jej usta zanosiły się niemym krzykiem rozkoszy, a rysy twarzy miękły w 

osobliwy sposób... wtedy Karl mógł przymknąć oczy i zachować w sercu ten dowód na 

istniejące między nimi przymierze. Przyda mu się później, gdy Marja znów będzie go 

ranić.

Ona tymczasem z wolna budziła się do rzeczywistości, lecz nie chciała jeszcze 

otwierać oczu i wracać do świata. Leżąc tak z głową na cienkim płótnie, usłyszała nagle, 

jak bije serce ziemi. Widać domagało się odpowiedzi jej serca.

- A więc ona zajmuje się i takimi sprawkami - rzekł w zamyśleniu pastor, wolnym 

ruchem gładząc bródkę.

Jego gest był wręcz nieprzyzwoity, młoda kobieta ze wstydu spuściła wzrok, bo 

jej zdaniem dłoń pastora pieściła brodę wprost lubieżnie.

- No cóż, już wcześniej dochodziły mnie o tym słuchy, dziękuję ci, dobra kobieto. 

Dobrze   pojęłaś   swój   chrześcijański   obowiązek,   odpowiadając   mi   na   te   pytania.   Nie 

zapomnę o tym.

- Nawet wtedy, gdy przyjdzie do płacenia długu, panie? Revelin zmrużył oczy. 

Popatrzył na wieśniaczkę z pogardą. Jakże chciwi są ci ludzie, wszak ona domaga się 

wynagrodzenia za swoją uczciwość.

Kobieta   za   zapłatę   otrzymała   długą   przemowę   na   pożegnanie.   Wyszła 

roztrzęsiona, zgięta wpół.

Następny,   z   którym   rozmawiał,   wiedział   więcej.   Był   to   w   dodatku   mąż 

przyjaciółki Marji Oppdal. Z ponurą miną siedział teraz przed pastorem.

Nieraz słyszał rozmowę obu kobiet, w dodatku pod swoim własnym dachem.

- Ale teraz przyjdzie tego kres, prawda, panie Revelin?

-   Oczywiście,   nie   wolno   się   godzić   na   takie   zachowanie   żony,   mój   dobry 

człowieku. Sam powinieneś o tym wiedzieć. Czyżbyś nie słuchał słów Pana i nie karał 

background image

swej położnicy należycie, jak przystoi mężowi, odpowiedzialnemu za jej życie wieczne? 

Czyż nie jesteś jej głową, jak ja jestem twoją, a nasz Pan mojej nędznej osoby?

Pastor radował się widoczną słabością wieśniaka. Bardzo mu się to przyda. Lecz 

żona na pewno krzykiem i zawodzeniem będzie zaprzeczać każdemu słowu, które miało 

paść między nią a Marją Oppdal.

-   Oczywiście,   jest   bezczelna   i...   niezwykła.   Ale,   drogi   panie   Revelin, 

przypuszczamy, że trudno to będzie teraz powstrzymać. Młodzi i starzy ciągną do szkoły 

gromadą niczym lisy do zaszlachtowanej właśnie świni. W dodatku nie ma prawa, które 

by tego zabraniało.

Pastor wolno pokiwał głową. Młody żołnierz mówił prawdę. Wrócił do domu, by 

wywiązać się z obietnic złożonych pięknej pannie z Mauri, i zastał ją bardziej zajętą 

pismami Marji niż zapełnianiem posażnych kufrów.

-   Niech   więc   lisy   zatrzymają   swoją   padlinę.   Lecz   tę,   która   swoją   obecnością 

spowodowała całą tę niedolę, usuniemy i unieszkodliwimy - uśmiechnął się pastor.

Tego   wieczoru,   gdy   zasiadł   przy   stole   Nadjany,   wyglądał   na   wyraźnie 

zadowolonego.   Ona  jak zawsze  miała   nadzieję,  że  się  nie  zjawi,  od  czasu  wyznania 

Justitiana nie była w stanie wykrzesać z siebie bodaj odrobiny dobrej woli dla starego. 

Był  po prostu odpychający. Nadjana, chociaż niewiele miała do czynienia z dziećmi, 

umiała   jednak   nienawidzić   człowieka,   który   zabił   we   własnym   synu   wszelką   radość 

życia, tak jak uczynił to pastor. Ktoś, kto potrafił być okrutny wobec dziecka, zdaniem 

Nadjany nie zasługiwał na zaufanie ani na szacunek. A w dodatku jeśli to dziecko było 

jej najbliższym przyjacielem. Nienawiść po brzegi wypełniła serce jasnowłosej kobiety.

Mimo wszystko należało zachować uśmiech na wargach.

Musi   stawiać   przed   nim   najlepsze   przysmaki,   podlizywać   mu   się   płaskimi 

pochlebnymi słowami. Zmusić go, by szczerzył zęby w uśmiechu, by oczy lepiły się do 

dekoltu jej sukni. Nadjana była do tego przyzwyczajona. Potrafiła odgrodzić serce od 

tego,   co   mówią   usta.   Wiedziała,   że   opanowała   tę   sztukę   do   mistrzostwa,   a   była   to 

zaledwie cząstka umiejętności, jakie zdobyła w życiu.

Mężczyźni chcieli być zdradzani, łatwo ich było oszukać. Kiedy w ich oczach, tak 

jak teraz u pastora, pojawiał się wyraz osłabiającej rozum żądzy, serce Nadjany radowało 

się po cichu.

background image

Pastor nie dowie się, jakie obrzydzenie w niej budzi.

Na   razie   słała   mu   wdzięczne   uśmiechy,   wkładała   do   ust   duńskie   słodycze   i 

uśmiechała   się,   słysząc   jego   przechwałki.   W   ten   sposób   wydobyła   z   niego   chyba 

wszystko, co chciała, i nagle stała się świadkiem intrygi, mogącej mierzyć się z tymi, 

które sama knuła swego czasu jako władczyni Ogrodu.

A on nagrodził ją żarłocznym spojrzeniem, oblizując wąskie wargi po każdym 

kawałeczku ciemnej nadziewanej pistacji.

- Kim jesteś, Nadjano? - spytał takim tonem, że ciarki przeszły jej po plecach. - 

Może i jesteś baronówną, a może nie. Bez względu na wszystko jednak, jesteś bogata i 

piękna. Synowa godna mnie. Tutejsi ludzie podziwiają twoją delikatną urodę, dotykają 

materiału twojej sukni, uśmiechają się do ciebie poddańczo. Lecz jak myślisz, kim jesteś 

dla nich? Zaledwie motylem, obcym motylem, jętką, nie masz tu władzy, Nadjano, a 

wiem, że to cię gniewa.

Nadjana odrobinę podniosła brodę do góry. Nie mogła zaprzeczyć, że w słowach 

Revelina kryje się prawda. Skąd ta jego zdolność czytania w niej jak w książce? Za-

niepokoiło   ją   to,   poczuła   skurcz   w   żołądku.   Rozgniewała   się   na   samą   siebie,   gdyż 

uczucie to przypominało lęk. Ten szczur nie jest godzien jej strachu, nigdy go w niej nie 

wzbudzi.

- Mam  dla  ciebie  propozycję,   Nadjano.  Okażę   ci  zaufanie,   jakiego  być  może 

wcale się po mnie nie spodziewałaś. Uczynię cię swoim sprzymierzeńcem. Wydaje mi 

się, że się rozumiemy.

- O  co  chodzi?   - spytała   twardo. Ręce   spokojnie  ułożyła  na  kolanach,   głowę 

trzymała prosto.

Uśmiechnął   się   do   niej,   w   tym   grymasie   kryło   się   coś   więcej   niż   tylko 

zadowolenie.

-   Znasz   Marję   Oppdal,   prawda?   Wiedział,   że   ona   pojmuje   jego   intencje.   Ta 

historia pod kościołem była upokarzająca również dla Nadjany.

- Tak, przecież o tym wiesz.

- Ona się posunęła za daleko. Nie po raz pierwszy stawia moją parafię w złym 

świetle.

- Ach, tak?

background image

- Chcę ją powstrzymać raz na zawsze. Powinno ją zdziwić, że ta szkoła znów 

ruszyła. Być może czuje się teraz bezpieczna, wydaje jej się, że ponieważ obeszła za-

grody i naopowiadała ludziom pięknych słówek, dlatego jej się udało. Może wmawia 

sobie, że wygrała walkę, a nie wie, że ja jeszcze nawet nie naładowałem kuszy. Nadjana 

podniosła brew.

- Co zamierzasz zrobić?

- Ona odejdzie z tej szkoły. Popełniłem błąd, nie angażując się od początku na 

tyle, by ją powstrzymać. Sądziłem jednak, że ludzie sami zdławią ten szalony pomysł, tak 

jak gaszą wszystko co nowe, przeżuwają to, aż zmienia się w nicość. Niestety, udało jej 

się ich omamić, zainteresować tą nową zabawą. Ale to niebezpieczne, niebezpieczne... 

Do głowy zaczynają im napływać niedobre myśli, bezbożne myśli, buntownicze. Jako 

szlachcianka wiesz, o czym mówię...

Nadjana wolno skinęła głową, zbyt wiele już widziała na świecie, by nie bać się 

buntu tłumu. Ale nie o siebie się bała, nie o szlachtę, dość miała w sobie wspomnień z 

innego czasu, z innego kraju, gdzie lud przez pokolenia składał w ofierze swoją krew w 

odważnej walce z potężną przewagą. Gdyby taka walka miała się stoczyć tutaj, to ona i 

Revelin staliby każde po swojej stronie. A oto on zaprasza szpiega na swą wyprawę 

krzyżową.

- Chcę, żebyś ty się tym zajęła - rzekł po prostu. I odchylił się, pozwalając, by 

słowa zawisły w powietrzu.

Z   początku   nie   zrozumiała,   o   co   mu   chodzi,   myśl   wydała   się   zbyt 

nieprawdopodobna.

W końcu jednak wybuchnęła głośnym nieopanowanym śmiechem.

Revelin   chciał,   aby   została   nauczycielką!   Ona,   niegdyś   dziwka,   ulicznica   z 

Kopenhagi. Obca, uciekinierka, która wyrwała się z głębin ludu, nad którymi chciał mieć 

teraz kontrolę.

Nadjana   wyobraziła   sobie   siebie   w   szkole,   w   skromnym   surowym   stroju, 

mówiącą o moralności, cnocie i przyzwoitości.

Prędko jednak odegnała ten obraz.

Marja nie była ani trochę lepsza od niej! Równie nieprawdopodobne było, aby ta 

furia, ta mała złośnica potrafiła wpoić swym uczniom przekonanie, że właśnie spokój i 

background image

cierpliwość dodają człowiekowi siły.

To mogło być zabawne.

Jakaż ironia losu.

Justitianowi raczej by się to nie spodobało, Marja wywarła na niego zbyt duży 

wpływ.   Ale   dawnego   Justitiana   szczerze   by   to   rozbawiło,   zaciągnąłby   ją   na   siano, 

śmiejąc   się   z   ludzkiej   głupoty.   Wyobraźcie   sobie   tylko,   dziwka   zajmująca   się 

wychowaniem młodzieży!

Nadjana uśmiechnęła się do pastora.

-  Zajmę   się   szkołą,   jeśli   sobie   życzysz.   Tylko   po  to,   by  zobaczyć,   jak  Marji 

Oppdal wyrywa się z rąk dzieło jej życia.

- Tak właśnie myślałem - pokiwał głową zadowolony pastor.

I  sam  się  poczęstował  garścią  starannie  owiniętych  w   bibułki   słodyczy,  które 

Nadjana przewiozła przez morze.

- Ona nie zrezygnuje dobrowolnie, ma wielu przyjaciół...

- Nie myśl o tym na razie. Teraz, kiedy mogę liczyć na twoje wsparcie, i wiem, że 

przyświeca nam ten sam cel... nietrudno będzie znaleźć właściwą drogę. Dam ci znać, 

gdy tylko wszystko będzie gotowe.

Wstał od stołu. Nadjana zazgrzytała zębami. Najbardziej nie lubiła braku kontroli 

nad sytuacją. Zwykle sama obmyślała reguły gry.

Ale   może   to   wcale   nie   takie   głupie,   pozwolić   mu   wierzyć,   że   ona   jest   tylko 

pionkiem w jego grze. We właściwym czasie Revelin się dowie, że Nadjana chce upiec 

własną pieczeń przy jego ogniu.

Nadjana ujęła srebrny dzwoneczek,  zadzwoniła. Powiedziała  służącej, że chce 

położyć  się spać. Poprosiła, by przyniesiono  jej do pokoju pana kubek uspokajającej 

herbatki.

Justitian spał, kiedy otwierała drzwi, lecz szepnął coś do niej, gdy ułożyła  się 

obok wychudzonego, udręczonego chorobą ciała.

- Mój kochany... wydaje mi się, że twój ojciec sam wbija sobie gwoździe do 

trumny - powiedziała.

Odniosła wrażenie, że Justitian nie ma sił, by usłyszeć cokolwiek więcej. Być 

może  nie spodobałyby  mu  się zatargi żony z jego młodzieńczą  miłością,  nawet jeśli 

background image

miałaby to być  niewielka ofiara w drodze do pełni władzy.  Revelin przekona się, że 

popełnił wielkie głupstwo, zastępując Marję Oppdal Nadjaną Revelin.

To tak  jak zabić  lisa  w  stadzie  owiec,  a pozwolić,  by grasował w  nim  wilk, 

pomyślała Nadjana.

Ale   Justitian   nie   musi   się   martwić.   O   niczym   się   nie   dowie.   Będzie   tylko 

troskliwie   pielęgnowany,   aż   pewnego   dnia,   miejmy   nadzieję,   odzyska   w   pełni   swą 

męskość i siłę.

Leżała   nieruchomo   przytulona   do   niego,   delikatnie   gładząc   zapadniętą   klatkę 

piersiową.   Skóra   pod   jej   palcami   wciąż   była   miękka   i   ciepła.   Ale   zrobiła   się   jakby 

luźniejsza,   a   w   niektórych   miejscach   pokrywała   ją   ta   paskudna   czerwona   wysypka. 

Choroba odebrała jej kochanka, a w obecnej sytuacji nie mogła liczyć na znalezienie 

kogoś, kto pomoże jej ugasić płomienie, coraz częściej trawiące ciało.

Nadjana wypiła łyk przezroczystego lekarstwa z niedużej apteki w Kopenhadze. 

W dniu, w którym się skończy, będzie zmuszona przynieść kilka dzbanów z przechowy-

wanej na plebanii cuchnącej prostackiej zbożowej wódki.

Wreszcie zapadła w sen.

Ramiona miała puste, a ciało długo opierało się działaniu leku i nie dawało się 

uśpić.

Revelin nie czuł tego pełnego drżenia napięcia od pamiętnego dnia dawno temu, 

kiedy zapach stosu czarownic  stał się dla niego  tak rzeczywisty,  że mógł  go niemal 

dotknąć.

Władza i chwała.

Może nawet na wieki.

A na pewno dopóty, dopóki tchu starczy mu w piersiach. Żaden człowiek nie 

potrafiłby długo opierać się jemu, Revelinowi. Wszyscy tacy źle skończyli.

Los matki powinien być dla Marji Oppdal nauczką, powinna trzymać się z daleka, 

jak najdalej od tej parafii. Właściwie to niewiarygodne, że ta głupia gęś ośmieliła się tu 

przybyć i domagać spadku po matce. Cóż, dostanie swoje dziedzictwo.

Może nawet podzieli los matki.

A może... Może córka spłaci dług zaciągnięty przez matkę? Może to jej kuszące 

ciało spłonie, z wolna obracając się w nicość?

background image

Być może ów słodki zapach stosu naprawdę dotrze do jego nozdrzy, a jej krzyki 

rozlegną się zamiast tych, których nigdy nie usłyszał z czerwonych ust Marii?

Revelin od dawna nie czuł się tak silny i młody. Zwycięstwo miał już w rękach.

Tym razem świadkowie się nie odwrócą. Zabraknie im odwagi. Teraz już żadna 

głupia Cecilia  nie zburzy jego wzniesionej z takim mozołem  budowli. Marja nie ma 

żadnych szans. Już radował się myślą, jak będzie przed nim pełzać.

background image

ROZDZIAŁ VI

Salę szkolną wypełniała żywa masa ludzi. Większość ubrana była w szare kurtki i 

znoszone brązowe spodnie, drewniaki stukały o podłogę z desek. Niebieskie albo czarne 

wełniane czapki wisiały na kołkach przy drzwiach. Tak wyglądał mundur chłopskich 

synów.

Ale drogę tutaj znalazło również kilka dziewcząt.

Marja zauważyła, że ci, którzy stawili się w tym roku, są starsi. Oczywiście i teraz 

trafił się jeden czy drugi ośmio - , dziesięciolatek, mało kto jednak potrafił dostrzec 

powód,   by   wysyłać   na   naukę   czytania   takie   małe   dzieci.   Poznania   tajemnicy   liter 

potrzebowali raczej ci, którzy stali już w progu świata dorosłych.

Marja przyniosła dziś ze sobą książki. Wyszukała, co się dało, u Antona, zabrała 

też parę własnych: niedużą książeczkę z psalmami ułożonymi  przez pewną kobietę z 

Północy oraz gruby tom o charakterystycznych cechach roślin i ich wykorzystaniu, lecz 

po duńsku. Sama zrobiła też własną książkę, cienką, nieudolnie oprawioną, z prostymi 

tekstami napisanymi tak, aby zawarte w niej słowa miały znaczenie również dla tych, 

którzy nie znali żadnego innego języka poza własnym dialektem.

W   tworzeniu   książki   uczestniczyła   również   Amelia,   zaciekawiona   i   bardzo 

zainteresowana  pisaniem.  Prawdę powiedziawszy dzieciak  już nieźle  potrafił trzymać 

pióro; mała wymyślała wierszyki i piosenki, które matka zapisywała. Książeczka Marji 

cieszyła się wielką popularnością. Ten, komu udało się ją pożyczyć do domu, szedł du-

mnie, jakby niósł klejnoty koronne, a nie nieporządną, zrobioną własnym przemysłem 

książkę. „Wskazówki do nauczania słowa i pisma Marji i Karła Oppdalów”. Taki tytuł 

wypalono na skórze, w którą Karl oprawił arkusze papieru. Ogromnie był dumny z tego 

tytułu.

Na   samym   końcu   klasy   siadywał   zwykle   dzwonnik.   Marji   nie   bardzo   się   to 

podobało. Nie wiedziała, czy to Revelin przysłał tu tego człowieka, czy też może po-

wodem wizyt była jego służalczość i pewien lęk, jaki w nim wzbudzała.

Krótkie dni w szkole mijały głównie na wbijaniu do głowy liter i ćwiczeniach w 

czytaniu i pisaniu. Marja jednak zawsze uważała, że znajomość liter to tylko środek do 

celu, one dopiero miały ofiarować wieśniakom cały świat. Dlatego nierzadko poświęcała 

background image

godzinę czy nawet dwie na czytanie im na głos tego, co znalazła. Były to książki z 

radami dla młodych dziewcząt, o tym, jak zajmować się domem i bydłem, fragmenty 

leksykonu   roślin,   z   którego   uczniowie   dowiadywali   się,   jakie   dziwne   nazwy   noszą 

rośliny, a także do czego można je wykorzystać.

Dzisiaj Marja zamierzała uchylić drzwi do świata historii. Sama bardzo się nią 

interesowała i zakładała, że temat zaciekawi również innych młodych ludzi. Niestety, 

jedna głowa za drugą zaczęła się kiwać, gdy Marja zapuściła się w stare królestwa. A 

przecież nie trzymała się wyłącznie faktów, lecz splatała je w pełną fantazji tkaninę.

Dzwonnik zasnął, a w każdym razie broda opadła mu na pierś, a głowa od czasu 

do czasu kiwała się na boki.

- Zaśpiewajmy coś - zaproponowała Marja.

Cztery   ręce   wystrzeliły   w   powietrze.   Nauczyła   uczniów   tego   znaku,   by   nie 

przekrzykiwali się jedno przez drugie.

- Ach, może zaśpiewamy którąś z tych pięknych piosenek Jona Muzykanta!

Marja uśmiechnęła się. Wędrowny grajek odwiedził wieś latem, a ludzie wciąż 

nucili jego melodie pod nosem i poruszali nogami do taktu muzyki, która wbiła się im w 

głowy. Podziwiano i głośno chwalono instrument, pięknie wycięte skrzypki z Hardanger. 

Nikt nigdy nie słyszał równie porywającej muzyki do tańca. To było coś zupełnie innego 

niż drumla Jensa i odwieczne śpiewanie przy wtórze klaskania w dłonie.

-   Chyba   żadnej   nie   umiem   -   odparła   Marja,   ostrożnie   zerkając   na   śpiącego 

dzwonnika.

- Ależ my umiemy!  My znamy!  Wszyscy nagle jakby się przebudzili.  Dzieci 

dosłownie podskakiwały na ławkach.

- Dobrze, a więc śpiewajcie, może i ja się czegoś nauczę.

Wysoki chudy chłopiec z Hammaren podał ton, miał zaskakująco miękki i głęboki 

głos. Pozostali przyłączyli się do niego, piosenka była długa, rytmiczna, Marja poczuła, 

że lewa noga sama porusza jej się do taktu.

Tekst   także   był   dobry,   choć   tu   i   ówdzie   nieco   rubaszny.   Marja   śmiała   się, 

drepcząc   przed   dziećmi,   śpiewającymi   najgłośniej   jak   potrafiły.   Ktoś   zaczął   klaskać, 

nawet dzwonnik się przebudził i zaskoczony przyłączył do klaskania przy refrenie.

Nikt chyba jeszcze nie widział szkolnego bractwa tak rozbawionego. Marji na 

background image

widok   rozweselonej   szarej   gromadki   młodych   ludzi   z   radości   pokraśniały   policzki. 

Wszystko jednak musi mieć swój czas; po kilku surowych słowach i zdecydowanych 

spojrzeniach uspokoili się i zaczęli rozdzielać między sobą tabliczki i rysiki. Litera S dla 

wielu okazała się prawdziwym problemem. Po prostu nie chciała się ładnie wyginać.

- Benjamin! Ależ naprawdę, sam chwyciłeś? Pokaż mi, zrób to jeszcze raz.

Marja promieniała  z dumy.  Dzieciak  naprawdę zdołał  sam złapać  szmatkę  do 

ssania i podnieść ją do ust. Ruchy wciąż miał niezdarne i niepewne, kilka razy nie trafił i 

uderzył się zanurzonym w mleku gałgankiem, a jednak była to wspaniała nowina!

- On da sobie radę - stwierdził Karl tak samo dumny. - Potrzeba mu tylko więcej 

czasu i ćwiczeń.

Amelia uśmiechała się od ucha do ucha. Cudownie było patrzeć na mamę i tatę 

takich   radosnych,   objętych.   Musi   wieczorem   podziękować   Bogu   i   za   to.   Nie   miała 

bowiem wątpliwości, że to za sprawą jej modlitwy rodzice byli teraz dla siebie milsi i 

sympatyczniejsi. I mama prawie cały czas siedziała w domu, chyba że szła do Wdowiej 

Zagrody uczyć ludzi czytać. Amelia rozumiała, że mama musi się tym zajmować, szkoda 

wszak   tych,   którzy   nie   znają   tej   sztuki.   Owszem,   i   teraz   mama   bywała   zmęczona   i 

smutna, lecz zdarzało się to o wiele rzadziej niż przedtem i zawsze pomagał jej na to 

śpiew tatusia albo przygotowana przez niego filiżanka ziołowej herbaty. Amelia miała 

wrażenie, że tkwiący w niej maleńki pączek szczęścia stale rośnie. Przypuszczała, że 

Martin czuje podobnie, chociaż nic nie mówił. Pewnie chce uchodzić za dużego, sądzi, że 

jest już dorosły.

-   Mogę   go   zabrać   na   spacer   taczką   -   zaofiarowała   się   dziewczynka.   Miała 

nadzieję spotkać którąś z koleżanek i pokazać jej, że Benjamin wcale nie jest taki bez-

nadziejny, jak uważała większość.

- A nie jest trochę za chłodno? Rano pole przy Onsaker pobielało.

- Nie, ubiorę go ciepło. Mogę też znieść baranice ze strychu.

- No tak,  to rzeczywiście  powinnaś  zrobić,  już niedługo znów  się przydadzą. 

Ostatnie noce były zimne - powiedziała Marja.

Tatuś trącił ją w bok, widocznie zażartował, oboje się roześmiali i pocałowali, 

Amelia   uśmiechnęła   się   trochę   zażenowana,   ale   widok   rodziców   napełniał   ją   przy-

jemnym ciepłym uczuciem, chociaż policzki poczerwieniały jej z zawstydzenia.

background image

Dziękuję   ci,   Boże,   dziękuję   ci,   Boże,   śpiewało   jej   w   duszy,   kiedy   wiozła 

przybranego braciszka w miejsce, gdzie zwykle spotykały się dzieci, gdy miały trochę 

czasu na zabawę.

Przestały już prawie się z niej wyśmiewać i drwić z tego dziwnego dzieciaka, 

którego wszędzie ze sobą ciągnęła. Było wielu innych, z których zabawniej było szydzić 

niż z Amelii. Ona nigdy nie płakała, przestała się też już złościć, stała tylko, głupio się 

uśmiechała i mówiła takie dziwne słowa jak dorosła. Wiedzieli, że Amelia umie czytać w 

książkach, i ten fakt skłaniał ich do zachowania większej ostrożności. Wszyscy mówili 

bowiem, że przed takimi, co umieją czytać, trzeba zdejmować czapkę. Może z Amelii coś 

wyrośnie, powtarzały między sobą dzieci. Nie bardzo wiedziały, co to znaczy, po prostu 

naśladowały rozmowy dorosłych. Z nich na pewno nic nie wyrośnie. Będą gospodarzami 

albo chałupnikami, może cieślami lub kowalami, Amelia natomiast stanie się być może 

kimś takim jak jej matka, ta piękna czarnowłosa pani, która takim miłym głosem czytała 

w szkole.

Ale Benjamin... On i tak na pewno niedługo umrze, wszyscy tak mówią. Dzieci, 

drżąc z radości pomieszanej z przerażeniem, cieszyły się, gdy wolno im było oglądać 

kogoś, kogo wkrótce zabierze śmierć. Ale Benjamin wyglądał na jak najbardziej żywego, 

tak samo żywego jak ich młodsze rodzeństwo w domu. Wiadomo jednak, że małe dzieci 

niekiedy   umierają.   Wśród   towarzyszy   zabaw   Amelii   nie   było   takiego,   które   by   nie 

widziało matki, ciotki lub innej krewnej niosącej małą trumienkę na cmentarz. Niejeden 

miał starszego brata albo młodszą siostrzyczkę w niebie. A niektóre dzieci umierając 

były takie małe, że nie miały nawet własnej trumny i nie mogły się dostać do nieba. 

Właśnie ich dzieci najbardziej żałowały. Bo nie mogły nawet stać się aniołkami.

Amelii zrobiło się przykro, gdy inne dzieci nie zrozumiały, jakie to wspaniałe, że 

Benjamin sam zdołał podnieść do ust gałganek.

- E, przecież on jest taki duży. Powinien umieć o wiele więcej. Mój braciszek sam 

już siedzi na podłodze, a jest o wiele mniejszy.

- Ale Benjamin jest mądrzejszy. Rozumie, co do niego mówisz.

- E tam, to dlaczego nie odpowiada? Zobacz, tylko mu ślina cieknie i uśmiecha 

się, nawet jak mówimy o nim brzydkie rzeczy.

- To dlatego, że jest taki dobry - powiedziała Amelia cicho, przyciskając wielkie 

background image

niemowlę do swego kruchego ciałka.

- Chodźmy się pobawić - zawołała pulchna, wesoła Kari z Dosen.

Wokół okrągłej buzi tańczyły dwa rude warkocze. Dorośli zawsze gładzili ją po 

głowie i powtarzali, jakież to zdrowe, ładne dziecko. Amelia uważała, że Kari jest tłusta. 

Nie miała nawet łokci, tylko dwa zagłębienia w różowej skórze.

Amelia poszła do domu.

Uznała, że jej towarzysze są tacy dziecinni. Benjamin rozumie sto razy więcej niż 

oni. Kilkakrotnie zabrała go do obory, a on tak ładnie uśmiechał się wtedy do krów i 

owiec. Nawet Złotoroga, która zawsze rzucała łbem i potrafiła na dodatek ugryźć, stała 

spokojnie,   gdy   Amelia   podsunęła   piąstkę   Benjamina   do   jej   miękkiego   pyska. 

Dziewczynka często postępowała podobnie. Chciała pokazać Benjaminowi świat, nie ża-

łowała czasu na zebranie kwiatków, które mógł powąchać. Albo sadzała go na kolanach i 

łaskotała   piórkami   znalezionymi   przy   drodze.   Chłopczyk   lubił   też,   kiedy   śpiewała, 

zwłaszcza gdy ujmowała go za ręce i pomagała klaskać. Może któregoś dnia Benjamin 

nauczy się chodzić, Amelia już się na to cieszyła. Będzie mogła wszędzie go ze sobą 

zabierać.

Na razie jednak mały zaczął popłakiwać. Dziewczynka poczuła, że i jej burczy w 

brzuchu. Widać najwyższy czas na kolację. Nikt lepiej niż Benjamin nie wiedział, kiedy 

nadchodzi pora jedzenia.

Marja smażyła placki jajeczne ze słoniną. Zapach zmusił Amelię do pośpiechu.

- Dostałam dzisiaj po koszyku jaj od Jonatana i od Liny Hus, boję się, że jajka 

trochę leżały, lepiej nacieszyć się przysmakami, zanim zgniją - uśmiechnęła się.

Zapach   bijący   z   patelni   zwabił   także   Martina.   Zwykle   chłopiec   zabierał   parę 

kawałków chleba z odrobiną masła, jeśli było, i rozkoszował się wieczornym posiłkiem 

w   swojej   chatce.   Letni   szałas   z   gałęzi   Martin   wzmocnił   własnoręcznie   ściętymi 

drzewami. Bale, które połączył na zrąb, leżały być może nieco nierówno i dziwnie się 

zbiegały  zwłaszcza   w  rogach,  nie  były   też  szczególnie  grube,  ale  Martin   sprytnie   je 

zespolił i Karl bardzo chwalił tę pozbawioną dachu budowlę, mówiąc, że z Martina już 

jest mały cieśla. Jak na siedmiolatka praca została naprawdę sprawnie wykonana. Ojciec 

pomógł mu jedynie umieścić na miejscu najwyższe bale. Tego wieczoru jednak Martin 

siedział w izbie i jadł placki jak prawdziwy mężczyzna. Karl zmierzwił mu brązowe 

background image

włosy, jaśniejsze nieco niż jego własne.

- Robotny z ciebie chłop, synu. Martin nie odpowiedział, lecz od pochwały ojca 

zdawał się rosnąć w oczach.

- Ale do gadania nieprędki, to pewne, jesteś taki jak ja, też za młodu byłem raczej 

małomówny.

Marja uśmiechnęła się. Dobrze widzieć ich takich, jakich chciała ich widzieć. Jak 

ojca i syna. Niekiedy nawet ona uważała, że są do siebie podobni. Czy to możliwe, aby 

człowiek zmieniał swój wygląd w zależności od tego, z kim się wychowuje?

Nie.

Amelia   była   jej   dokładnym   przeciwieństwem.   Nikt   nie   mógł   pojąć,   jak   to 

możliwe, by kobieta o tak czarnych włosach mogła wydać na świat córeczkę jasną jak 

wiosenne niebo. Owszem, Marja też miała niebieskie oczy, lecz nie tak jasne i przejrzyste 

jak Amelia. Ciemne rzęsy dziewczynki ślicznie kontrastowały z długimi złotymi lokami. 

Skąd ona ma te włosy?

Matka   Justitiana   mogła   mieć   jasne   włosy.   Z   tego   co   słyszałam,   moja   też, 

zamyśliła się Marja.

Tęsknota   wciąż   niekiedy   potrafiła   ją   zakłuć,   niczym   nóż   pojawiający   się   nie 

wiadomo skąd wbijała się w serce w chwilach, gdy najmniej się tego spodziewała. Nigdy 

chyba nie dorośnie na tyle, by nie tęsknić za matką. I za ojcem!

Za Randarem Meisterplass.

Ojciec był kiedyś katem i w imię sprawiedliwości zgładził wielu ludzi. Wreszcie 

uwolnił się od swej profesji, za sprawą mamy,  tak mówiła Gjertrud. A potem mu ją 

odebrali, został sam z nowo narodzonym dzieckiem i służącą.

Marja zapamiętała go jako najwspanialszego, najpiękniejszego mężczyznę. Miał 

bardzo wielkie ręce i takie dobre. Pamiętała jednak, że brakowało im kilku palców, nie 

zapomniała dziwnego wrażenia, kiedy głaskał ją po głowie.

A potem wyjechał, do mamy.

Tak chyba było sprawiedliwie. Mama wszak nie miała nikogo, na tej wysepce 

musiała bardzo cierpieć. Jej, Marji, została przecież Gjertrud. Przez wiele lat jednak nie 

przestawała karmić się nadzieją, że kiedyś oboje wrócą do domu, że pewnego pięknego 

dnia ujrzy płynącą fiordem łódź, łódź ojca.

background image

Ale tak nigdy się nie stało.

Marja dostała jedynie list, napisany pięknym kobiecym pismem. To wszystko, co 

miała po matce. List pełen ciepłych słów, no i stare suknie, trochę ozdób. I książki.

Jajeczny placek zaczął rosnąć jej w ustach. Zorientowała się, że Karl przygląda 

się jej badawczo, zauważył widać, że zatopiła się we własnych myślach.

Uśmiechnęła   się   szeroko,   potrząsnęła   głową,   żeby   pozbyć   się   wspomnień,   i 

zmusiła   się,   by   zapytać,   jak   Martinowi   minął   dzień.   Znakował   przecież   drzewa 

przeznaczone do wycinki.

- Dobrze - odparł Martin, prędko zapychając usta jedzeniem. Nieładnie przecież 

mówić z pełną gębą.

Marja uśmiechnęła  się niepewnie. Odsunęła talerz,  najbardziej  wyszczerbiony, 

najbrzydszy   ze   wszystkich.   Chciałaby   mieć   blaszane   naczynia   albo   przynajmniej 

cynowe, ale o takich sprawach nie powinno się myśleć, trzeba się raczej cieszyć z tego 

przywileju, że mają przez całą zimę czym napełnić garnki i miski. Marja wiedziała, co to 

jest głód. A moje dzieci go nie znają, pomyślała z dumą.

Po części zawdzięczali to Antonowi i Gjertrud. Za życia Gjertrud Marja mogła 

zastawić stół wyjątkowo smacznym i obfitym jedzeniem. Wprawdzie nie bez uszczerbku 

na   dumie,   ale   przyjmowała   podarunki,   to   chyba   naturalne,   że   matka,   którą   spotkało 

szczęście, pomaga córce, ubogo wydanej za mąż, i wnukom. Bardzo się im to wtedy 

przydawało. Teraz jednak, gdy Karl otrzymywał dobrą zapłatę za dniówki, a ponadto 

mógł zająć się uprawą ich własnego poletka, nadeszły lepsze czasy. Niektórzy wieśniacy 

przysyłali też przez dzieci dary dla Marji Oppdal, soloną słoninę i jajka, bochny chleba i 

śledzie. Na pewno jakoś dadzą sobie radę. Z dwiema krowami w oborze i piętnastoma 

owcami  mogli  się wręcz  nie uważać  za biedaków,  a już na pewno w  porównaniu  z 

innymi dzierżawcami i chałupnikami.

Marzeniem   Karla   było   zaoszczędzenie   sumy   wystarczającej   na   odkupienie 

zagrody od stryja, ale to mogło kosztować dwieście albo nawet trzysta talarów. Tyle pie-

niędzy chyba nigdy nie uda im się zgromadzić. Może jednak, gdy Martin dorośnie, zdoła 

wykupić   zagrodę   na   własność.   Właśnie   kierując   się   tą   myślą   Karl   uprawiał   każdy 

najmniejszy skrawek ziemi. Wyciągał wielkie głazy z czarnej gleby, nie przejmując się 

tymi, którzy na jego widok spluwali i z rękami w kieszeniach mamrotali pod nosem, że to 

background image

może mu przynieść nieszczęście. Bo przecież kamienie zostawił w ziemi Pan Bóg... Karl 

śmiejąc się mówił, że są leniwi, i spokojnie pracował dalej nad tym, co sobie zaplanował. 

Marja wiedziała, że ci, którzy nie wyciągają kamieni, szanują go za to, chociaż sami 

woleli nie zapominać o przesądach.

- Dziękuję za jedzenie, Marjo. Pyszne, jak zwykle. Naprawdę mamy szczęście, że 

możemy tak dobrze pojeść.

Benjamin głośno beknął i uśmiechnął się szeroko. Amelia żartobliwie go złajała i 

zaraz zaczęła huśtać na kolanach.

- Zaraz go przewinę. Chyba dzisiaj też może ze mną spać?

Marja uśmiechnęła się.

- Oczywiście, kochanie, jego łóżeczko i tak już jest za małe.

- Zrobię mu nowe - oświadczył niespodziewanie Martin.

Marja  popatrzyła   na syna   zaskoczona.  Tak  rzadko  dobrowolnie   występował   z 

jakąś propozycją. Pogładziła go po gęstych włosach, odsunął się, ale tylko odrobinę.

- Naprawdę? Jestem pewna, że to będzie najpiękniejsze łóżko, jakiego nie miało 

żadne dziecko we wsi.

- Mmm - mruknął Martin i ruszył do drzwi.

- Nie siedź za długo, jest już wieczór, przecież wiesz.

- Taki sam jak ja - mruknął Karl. - Taki sam byłem w jego wieku...

Marja   nie   mogła   powstrzymać   się   od   uśmiechu.   Karl   na   pewno   ma   rację, 

nieśmiałość i milkliwość Martina nie jest raczej powodem do niepokoju. Była przekona-

na,   że   chłopca   nie   dręczy   wcale   melancholia,   raczej   jest   to   swego   rodzaju   poczucie 

wyższości, refleksyjny stosunek do świata. Martin rzadko w czymś uczestniczył, lecz tym 

uważniej wszystko obserwował. Zdarzało się, że patrzył na nią, gdy wydawało mu się, że 

ona tego nie widzi, a wówczas w jego oczach pojawiało się coś, co sprawiało, że Marja 

kurczyła się w sobie.

Jakby potrafił przejrzeć matkę na wskroś.

W takich chwilach przypominał znienawidzonego dziadka.

Najpierw wziął masło i posmarował nim grubo żytni placek, lefse. Na to kilka 

kawałeczków suszonego mięsa namoczonego w mleku, potem zwinął placek i obłożył go 

plastrami sera. Revelin tego wieczoru bardzo sobie cenił jedzenie.

background image

Zdaniem Nadjany jadłospis był tu prosty i wulgarny. Wciąż potrafiła się budzić ze 

smakiem smażonych na maśle szparagów i pachnącej winem jagnięciny w ustach. No i 

przyprawy, aromatyczne korzenie i łodygi z krainy daleko na Południu. Statki regularnie 

powracające do Kopenhagi z Zachodnich Indii przywoziły tyle ciekawych rzeczy, a tu 

nie   wiedziano,   czym   jest   pomarańcza,   a   o   słodkich   włochatych   chińskich   owocach, 

których smakiem delektowano się w stolicy, zapewne nawet nie słyszano.

Owoce miłości, tak o nich mówiono. Jakże ucieszyłyby wyschnięte usta Justitiana 

zamiast tej burej owsianki i tłustej kapusty, którą kucharka przygotowywała choremu.

Revelin zaprotestował, gdy Nadjana ośmieliła się zaproponować, żeby wyrzucić 

kucharkę i znaleźć nową.

- Nigdy nie wiadomo, na kogo trafisz, a ona jest już tutaj od tak dawna. Należy do 

tego miejsca. Nieludzką rzeczą byłoby wyrzucanie jej za próg.

Nadjana postanowiła spróbować jeszcze raz. Tym razem zdecydowała się podejść 

pastora od innej strony.

- Drogi teściu - zaczęła. - Wydaje mi się, że bardzo schudłeś... Mam wyrzuty 

sumienia. Chociaż dobrze ci w chacie dzwonnika, to jednak powinieneś mieć kogoś, kto 

by się tobą zajął.

- Piękna myśl, doprawdy, ale mam wszystko, czego mi potrzeba. I dana mi jest 

także ta radość, że niemal co wieczór mogę siedzieć przy naszym wspólnym stole.

- Oczywiście, inaczej być nie może, ale... Czy to nie dobry pomysł, aby kucharka 

przeniosła  się  do ciebie?  Można by też  spróbować sprowadzić  jeden z  tych  nowych 

żelaznych pieców, mogłaby ci wtedy gotować...

Revelin przeżuwał intensywnie.

-   Mhm...   może   i   tak.   Przydałoby   się   to   człowiekowi   takiemu   jak   ja.   Pracuję 

przecież dużo i często brak mi czasu, żeby przyjść tutaj zjeść...

-   Mogłaby   też   przynosić   ci   jedzenie,   gdyby   obowiązki   wymagały   od   ciebie 

wielogodzinnego pozostawania w kościele.

Revelin wypił piwo.

Głośno odstawił kubek na stół.

- Masz rację, Nadjano, to nie byłoby wcale takie głupie. Ale nie chcę kobiety w 

domu. Jest za mały, będzie musiała dalej mieszkać tutaj w kuchni.

background image

Nadjana zmarszczyła nos. To zaledwie połowiczne zwycięstwo. Chyba że...

-   Zamierzałam   włożyć   trochę   srebra   w   tę   plebanię.   Wciąż   wiele   trzeba   tu 

uporządkować, mam nadzieję, że nie weźmiesz mi za złe, teściu, zamówiłam już nowy 

żelazny   piec,   nowe   szafki   i   ławy,   miedziane   rondle,   balie,   trochę   drobiazgów   do 

pokojów. Wiedziałam, że nie będziesz temu przeciwny...

Patrzył na nią niewidzącym wzrokiem.

- Ależ nie, na coś trzeba przecież wydawać pieniądze. A plebania zawsze wszak 

była najwspanialszym gospodarstwem we wsi. Podoba mi się, że chcesz utrzymać ją na 

należytym poziomie, Nadjano, zwłaszcza teraz, kiedy jest prawie twoja.

Podniósł wzrok na sufit, na stryszku ponad nimi akurat w tym miejscu stało łóżko 

Justitiana.   Nadjana   nie   bardzo   wiedziała,   jak   rozumieć   te   słowa.   Pastor   zwykle   nie 

pozwalał się domyślać, jakie odczucia budzi w nim choroba syna. Niekiedy mówił o 

Justitianie,  jak gdyby  syn  leżał  w łóżku z powodu chwilowego złego samopoczucia, 

Nadjana natomiast czasami przeżywała strach, że mąż nigdy już nie wstanie. W dodatku 

zbliżała się zima, a zimy w tym północnym kraju na pewno potrafią być straszne. Miała 

nadzieję, że uda jej się zdobyć grube niedźwiedzie futro, a przynajmniej płaszcz z lisów. 

W nim przy jej jasnej cerze będzie jej zapewne bardziej do twarzy.

Revelin najwidoczniej już się najadł.

- Podziękujmy Bogu za jego dary, a później módlmy się o to, by obdarzył nas 

łaską w życiu i w naszej walce - powiedział z ironicznym wręcz namaszczeniem.

Zadowolony   złożył   dłonie.   Potem   rozluźnił   kołnierz   i   zawołał   kucharkę,   by 

przyniosła drewna.

- Czuję, że jesień zagościła już na dobre. Bolą stare kości, zapalmy dziś ogień na 

palenisku, synowo, i radujmy się blaskiem płomieni.

To   będzie   niczym   przygrywka,   pomyślał.   Płomienie   pełzające   po   szczapach 

drewna miały w sobie, zdaniem Revelina, coś zmysłowego. W dodatku przypominały mu 

o stosie, który pewnego dnia, już niedługo, rozgorzeje na tle nieba.

- Widziałaś kiedyś stos, na którym palą czarownice? - spytał miękko.

Nadjana wzruszyła ramionami.

-   Och,   niejeden.   Swego   czasu   było   to   ulubioną   rozrywką   szlachty.   Wreszcie 

jednak się tym znudzili, nikomu już nie chciało się wyprawiać w daleką drogę powozem 

background image

albo konno tylko po to, by zobaczyć, jak w ogniu ginie jakaś prosta dziewka. W dodatku 

one zwykle umierały, zanim jeszcze dosięgły je płomienie.

Revelina wyraźnie zadowoliła ta odpowiedź.

- My też mieliśmy tutaj stosy. W Bergen i na prowincji Z reguły jednak sprawa 

kończy się ścięciem przez kata.

- Tak jest czyściej - kiwnęła głową Nadjana.

- Aż za czysto - oburzył się pastor. - W dodatku gdy chodzi o czarownice, nigdy 

nie   można   mieć   pewności.   Jeśli   ich   grzeszne   ciało   nie   zostanie   unicestwione,   może 

powstać spod ziemi i dręczyć swego sprawiedliwego sędziego.

- Ach, tak - uprzejmie odpowiedziała Nadjana. Była niezwykle trzeźwo myślącą 

kobietą i dawno już się przekonała, że zwracanie uwagi na przesądy, złe znaki wróżące 

nieszczęście, może co najwyżej wywołać krzywe spojrzenie innych ludzi.

- Marja Oppdal... Sądzę, że nadszedł na nią czas. Dlaczego powiedział to jednym 

tchem z tamtymi słowami o stosie?

- A więc trzeba ją usunąć ze szkoły? - Nadjana postanowiła być ostrożna. Ważne 

jednak, by pastor nawet w tej nieistotnej sprawie ujrzał w niej sprzymierzeńca. Jeśli jej 

zaufa, łatwiej się później przed nią odsłoni.

- Musisz przejąć szkołę, może tylko na jakiś czas... Aż wszystko się uspokoi. 

Trzeba postępować rozważnie. Ci ludzie... - Zatoczył krąg dłonią. - Są jak dzieci. Na 

pewno zaczęliby protestować, gdybyśmy wysłali lensmana po Marję i zamknęli szkołę. 

Dlatego najpierw zajmiemy się Marją, a kiedy o niej zapomną, położymy kres szkole.

Nadjana   pokiwała   głową.   To   brzmiało   bardzo   sensownie.   Podobało   jej   się 

napięcie,   które,   jak   przypuszczała,   ogarnie   ją,   kiedy   stanie   przed   gromadą   młodych, 

ciekawych mężczyzn. Na dłużej jednak nudne będzie to wbijanie im do głowy liter i 

słuchanie rysików skrobiących o tabliczki. Może przez parę miesięcy będzie ją to bawiło, 

lecz przede wszystkim radować się będzie myślą, że Marja Oppdal zmuszona zostanie do 

przekazania   dzieła   swego   życia   jej,   osobie,   do   której   zapewne   czuje   iskrzącą   się 

nienawiść.

- Powiem ci teraz, co zamierzam zrobić - oświadczył Revelin, gdy złociste jęzory 

ognia poczęły lizać brzozowe drewno, z którego posypały się radosne iskry. - Pamiętasz 

tych   dwóch   chłopaków,   którzy   odprowadzili   cię   do   domu   po   starciu   z   Marją   na 

background image

dziedzińcu kościoła?

Owszem, Nadjana ich pamiętała, prawdziwe dwa koguty. Udawali twardych, a ich 

ręce, kiedy podpierali ją prowadząc, niby to przypadkiem dotykały jej piersi i bioder.

-   To   stryjeczni   bracia   Karla   Oppdala,   synowie   jego   stryja.   Tego,   który   jest 

właścicielem Zagrody Oppdal. Karl i Marja są jego dzierżawcami, ale więzy, które ich 

łączą, nie są zbyt gorące. Karl nigdy nie potrafił dogadać się ze stryjem, a tym dwóm, 

odkąd   wyrośli   na  tyle,   że   zaczęli   nosić   spodnie,   ślina   cieknie   na   widok  Marji.   Sam 

widziałem,   jak   siedzą   czerwoni   na   twarzach,   z   kurtkami   na   kolanach,   ta   czarownica 

zauroczyła  i ich, biednych  młodych  kawalerów. Musisz wiedzieć, że ona jest niebez-

pieczna! Słyszałaś  chyba o tym  idiotycznym  postępku Justitiana, okrył mnie wielkim 

wstydem, zwracając cielęce oczy na tę rozwiązłą dziewczynę, w dodatku obcą.

Szukał zazdrości w twarzy Nadjany, ona jednak nie przypuszczała, by dało się to 

zauważyć.   Domyślała   się,   że   pastor   sam   nie   bardzo   potrafi   się   oprzeć   kuszącym 

okrągłym wdziękom Marji. Nie zdziwiłoby jej, gdyby próbował zwabić tę zdrową młodą 

wieśniaczkę na siano.

- Rozmawiałem z nimi, z tymi dwoma młodymi chłopakami. Przydadzą się, kiedy 

lensman i lokalny ting zaczną szukać świadków jej nieczystej działalności.

- Czy to konieczne, żeby usunąć ją ze szkoły? Pomyśl tylko, co może się stać, 

jeśli ting za bardzo się przejmie, jeszcze włączy w to asesora i przysięgłych. Marnie bę-

dzie   wtedy   z   Marją   Oppdal.   Nie   dość,   że   straci   szkołę,   to   jeszcze   będzie   musiała 

pożegnać się z życiem.

Pastor badawczo przyglądał się twarzy Nadjany. Miał do czynienia z kobietą, a 

więc z istotą słabą, być może lepiej wtajemniczać ją stopniowo, Nadjana nie musi na 

razie wiedzieć, jak daleko posunie się ta sprawa.

-   Tego,   komu   Bóg   przydziela   urząd,   obdarza   też   mądrością.   Marja   Oppdal 

dostanie jedynie to, na co zasłużyła, a oboje wszak jesteśmy zgodni, że taka uboga, zbun-

towana  rozpustnica   nie  zasługuje  na szacunek  i  podziw,  jakim  obdarzają  ją  ludzie  z 

wioski.

Rzeczywiście, co do tego Nadjana musiała przyznać mu rację.

Marja i Anton siedzieli przy lampie i czytali po cichu każde swoją kopię listu co 

najmniej dziesiąty już raz. Czy coś jest nie tak? Może jakieś zdanie, w którym zabrakło 

background image

pokory, słowo, które wzbudzi niezadowolenie u Jego Wysokości? Ale nie, piękne litery, 

które   wyszły   spod   ręki   Marji,   wiły   się   po   pergaminie   niczym   gałązki   kwiatów.   A 

pieczęcie postawione na oryginale wyglądały bardzo porządnie i godnie.

Największa była pieczęć Antona.

Znak lensmana, najbardziej zawiły, być może też liczył się najbardziej. Zgodził 

się   go   przystawić   dopiero,   gdy   Anton   zagroził,   że   wyśle   do   króla   identyczny   list, 

świadczący   o   braku   zaufania,   tyle   że   tym   razem   jako   oskarżony   wystąpi   lensman. 

Lensman wiedział, że Anton ma dość paskudnych dowodów, by nadać bieg sprawie. Cała 

ta historia z domem wariatów, winem, którego ubyło, pierścieniem i srebrnymi misami, 

tak, tak, Anton miał się na co powoływać. Cóż, lensman nie wywiązał się uczciwie z 

obowiązku   dopilnowania   jego   majątku,   bronił   się   jednak   twierdząc,   że   nikt   nie 

przypuszczał,   by   Anton   kiedykolwiek   opuścił   przytułek,   a   wówczas   i   tak   większość 

spadku po nim przypadłaby lensmanowi, z synem bowiem, tym Benjaminem, nikt się nie 

liczył.

Pod   tymi   dwiema   pieczęciami   widniały   podpisy   większości   wieśniaków 

posiadających ziemię we wsi, na samym dole zaś gmerki najuboższych.

List do króla wysłano, gdy Revelin wyraził swój niechętny stosunek do szkoły. 

Marja wiedziała już wcześniej, że niejeden gospodarz od dawna burczał pod nosem na 

ciężkie   podatki,   na   wysokie   opłaty,   jakich   pastor   żądał   za   pogrzeby   i   śluby,   za 

najprostszą i najbardziej oczywistą część swej duszpasterskiej powinności. Ten człowiek 

był   chytry   i   pazerny,   w   dodatku   jeden   z   wędrownych   kupców   opowiadał,   że   pastor 

pochodzi   z   rodziny,   w   której   i   ojca,   i   dziada   usunięto   ze   stanowiska   za   oszustwa, 

zdzierstwo i jeszcze gorsze sprawki.

Stary pastor nie miał zbyt wielu przyjaciół.

Nad krajem powiał świeży wiatr, zmiany nie omijały również duchowieństwa. Na 

przykład nowy pastor z Gaupne. Podlegał wprawdzie Revelinowi, lecz był uczonym, 

godnym szacunku człowiekiem i przyjacielem ubogich podobnie jak Mogens Skanke.

Ludzie powoli zaczynali mieć dość Revelina.

Wierzyli, że miłościwy król przyjmie ich list i jakoś im pomoże. Podobne rzeczy 

zdarzały się już dawniej w królestwie Danii i Norwegii, król był wszak namiestnikiem sa-

mego Pana Boga, sprawiedliwiej niż księża potrafił ferować wyroki i dać ludowi to, co 

background image

mu się należało.

Marja zdawała sobie sprawę, że nie mają zbyt wielkich szans. Mimo wszystko 

wyglądało też na to, że pomoc króla chyba jednak nie będzie potrzebna, co bardzo ją 

cieszyło. Wydawało się, że dzięki przyjaciołom i przekonywającym argumentom nawet 

bez pieczęci królewskiej zdoła utrzymać starego pastora z dala od szkoły.

I dobrze, że tak jest, bo z wielkiego miasta wciąż nie przyszedł bodaj świstek. A 

znów zbliżał się dzień świętego Mortena. Rok 1712 nadchodził wielkimi krokami, w tym 

roku Marja skończy dwadzieścia pięć lat. Mimo to jednak siedząc w przytulnym blasku 

lampy   i   żartując   z   Antonem   czuła   się   jak   młoda   dziewczyna.   Cieszyła   się,   że   dni 

upływają tak spokojnie, pastor nie pokazał się więcej w szkole, pogodził się widać z 

klęską w tej sprawie. Nigdy jeszcze nie było tak blisko do buntu. Mieszkańcy wioski 

jawnie burzyli się przeciw swemu pasterzowi, dzieciom pozwalano przychodzić na nauki 

do Marji. Niektórych wprawdzie nie puszczano, a może po prostu potrzebowano ich do 

pracy, lecz mimo to w parafii Lyster było co najmniej dwadzieścioro młodych ludzi, 

którzy opanowali już sztukę pisania. I to dzieci biedaków, nie wójtowskich synów czy 

potomków żołnierzy najbardziej obeznanych ze światem dzięki swym podróżom.

W blasku lampy oczy Antona stały się żywsze, z każdym dniem nabierał coraz 

więcej sił, już niemal nie pamiętano, że przez długi czas jedną nogą stał w grobie, a drugą 

w świecie obłędu.

Marja pozwoliła mu ująć się za ręce, tak jak zrobiłby to wiekowy wuj, a może 

dziadek. Anton pogłaskał delikatną skórę na wierzchu jej dłoni, gładził szorstki zgrubiały 

spód, herb ludzi, którzy nie stronią od pracy. Takich rąk sam Anton nigdy nie miał.

- Jesteś niezwykłą osobą, Marjo - rzekł wzruszony. Uśmiech zdradził, że pożegnał 

się z jeszcze jednym zębem, lecz nie stracił na tym nic z serdeczności. Marja uścisnęła 

mocno starą dłoń.

- Przekonasz się, że już niedługo dostaniemy wieści od króla. Dopiero będzie co 

przeczytać  w klasie. Może asesor otrzyma  upomnienie  dla Revelina  i raz na zawsze 

będziemy mogli żyć w spokoju.

- To bardzo możliwe, jeśli tylko Jego Wysokość nie będzie akurat w tej chwili 

zbyt zajęty ściganiem cudzoziemców.

- Wojna wciąż jeszcze trwa, chyba zawsze będą jakieś niepokoje.

background image

- Nie bój się, przyjdzie i pokój, ale widziałem śmierć tak wielu towarzyszy, zbyt 

wielu...

Marja pamiętała, że Anton za młodu był żołnierzem. Dopiero gdy został ciężko 

ranny, wrócił do Lyster, tu, gdzie jego korzenie. Powrócił do kawałka ziemi, leżącego 

odłogiem, lecz potrafił oczarować wdowę w średnim wieku, która wówczas rządziła we 

Wdowiej   Zagrodzie.   Małżeństwo   było   krótkie,   lecz   bardzo   korzystne,   zwłaszcza   dla 

Antona. Nie mogło jednak dać mu dzieci. Dziecko dała mu Gjertrud.

- Benjamin... Potrzeba ci czegoś dla niego? Może jakichś ubrań? Może czegoś 

więcej, dla was wszystkich?

- Ach, nie, płacisz dostatecznie dużo, dajesz wszak ziarno dla całej rodziny, a 

materiał, który przysłałeś, nie nadawał się przecież dla dziecka, to był materiał na suknie. 

A może chcesz, żeby twój syn nosił stroje z czerwonej wełny w kwiaty?

Uśmiechnął się.

- Nie, ale nie przyjęłabyś prezentu, gdybym powiedział, że kupiłem go z myślą o 

twoich niebieskich oczach.

Marja   roześmiała   się.   Kiedy   już   przyjęła   podarunek,   ogromnie   się   z   niego 

cieszyła.   Postanowiła   poświęcić   następne   wieczory   na   uszycie   sukni   dla   siebie   i   dla 

Amelii, a Benjamin z czerwonego materiału w niebieskie kwiatki może dostać czapeczkę 

i kurtkę.

Wyjrzała przez okno, dawno już zapadł ciemny wieczór. Karl miał zajrzeć tu po 

drodze do domu, mówił, że przyjdzie późno, wybrał się na południową stronę sprowadzić 

do domu zabłąkane owce. Druga strona fiordu była właściwie bezludna, tylko w jednej ze 

zrujnowanych   chat   mieszkało   stare   małżeństwo   chałupników.   Zagroda   na   szczycie, 

Bergaheim, leżała opustoszała, odkąd ludzie sięgali pamięcią. Nie mieszkał w niej nikt 

od czasu owego strasznego wypadku. Gjertrud wspominała, że urodziła się tam babka 

Marji, Liv, tak miała na imię. Marję widok niewielkiego skrawka ziemi w górze między 

niebem a fiordem zawsze napawał smutkiem, czuła, że coś ją do Bergaheim ciągnie, nig-

dy jednak nie zdecydowała się tam wybrać. Może pewnego dnia pójdzie, w przyszłym 

roku latem.

Anton ziewnął przeciągle. Blask lampy zaczynał słabnąć, kończyła się kupiona w 

mieście droga oliwa.

background image

- Połóż się już spać, przyjacielu, wypocznij, ja tu posiedzę, jeśli mogę, i zaczekam 

na męża.

Anton pogładził ją po ramieniu.

- Dobrze, Marjo, tak właśnie powinno być. Marja wiedziała, co miał na myśli. Z 

Karla Oppdala niejeden się naśmiewał, nie zawsze przecież żona czekała na męża, gdy 

tak jak teraz jego dzień pracy niespodziewanie się przeciągał.

background image

ROZDZIAŁ VII

Ting wiejski odbył się tak, jak odbywał się zawsze jeszcze na długo przed tym, 

nim pojawili się nowi księża i usunęli z kościołów wizerunki Maryi.

Dwa   razy   do   roku,   niekiedy   trzy   lub   cztery,   najzacniejsi   mieszkańcy   parafii 

zbierali się i zasiadali wokół długiego stołu. Przy nim właśnie przedstawiano sprawy, 

rozpatrywano   je,  a nierzadko   rozwiązywano.  Dotyczyły   sąsiedzkich  waśni,  prawa  do 

łowienia ryb czy też wyrębu drzew na opał. Czasami były to kwestie podziału spadku, z 

którymi nie potrafiono sobie poradzić, albo spory w interesach. Niekiedy przed tingiem 

stawała niewierna żona, innym razem kobieta bądź mężczyzna, żyjący w niezgodzie z 

przyjętymi   obyczajami.   Do   izby,   gdzie   zasiadali   sędziowie,   przyprowadzano   nawet 

dzieci,   by   złożyły   wyjaśnienia   i   otrzymały   wyrok,   jeśli   miały   zbyt   lepkie   ręce   lub 

wymigiwały się od pracy należnej gospodarzowi.

Gdy asesor zjawił się  na tingu  po raz pierwszy jako osoba wyznająca  się na 

prawie i uczona w piśmie, jego obowiązkiem było służyć chłopom pomocą i radami. Te-

raz, po wielu latach, zagrzał już dobrze miejsce i był, rzec można, jedynowładcą na swym 

stanowisku sędziego.

Marja Oppdal otrzymała wezwanie dopiero na dzień przed wyznaczonym dniem 

tingu. Zdążyła tylko spędzić bezsenną noc na rozważaniach, czego też może dotyczyć ta 

sprawa. Niewinnie wyglądający dokument mówił jedynie, że wzywa się ją do złożenia 

wyjaśnień dotyczących oskarżenia, które zostanie jej postawione w związku z dziwnym 

zachowaniem   w   szkole.   Nazwisko   Revelina   na   dokumencie   nie   było   niczym 

nieoczekiwanym.

Zaskoczenie   i   gniew   zagłuszyły   tej   nocy   strach.   Marja   nie   pozwoliła   spać 

Karlowi, wspólnie zastanawiali  się, co też  może  oznaczać  takie  wezwanie.  W jednej 

chwili los, jaki spotkał jej matkę, stał się tak bliski. I ona leżała w nieprzespane noce, nie 

wiedząc, czego zażąda od niej kolejny dzień. W grze brali udział ci sami aktorzy, różniły 

się tylko Marie.

Karl   próbował   uspokoić   żonę,   tłumacząc,   że   wciąż   jeszcze   mają   przyjaciół, 

podkreślał, że Anton na pewno nie będzie milczał. Ting usłucha także zapewne rad lens-

mana, a jego da się jeszcze trochę docisnąć. I czyż nie ma porządnych zadowolonych 

background image

mieszkańców wioski, którzy przemówią za nią i będą chwalić jej inicjatywę?

To zapewne ostatnia rozpaczliwa próba, podjęta przez pastora, który nie chciał 

stracić twarzy. Karl obiecywał, że osobiście zadba o to, by asesor dowiedział się o żądzy 

władzy i nienawiści duchownego.

Marja lekko uśmiechnęła się w ciemności, lecz ręce nie chciały uleżeć spokojnie.

Nadpełzało czarne przeczucie, które wprawiło całe jej ciało w drżenie.

Czyżby historia miała się powtórzyć?

Marja   przymknęła   oczy.   Była   pewna,   że   tego   nie   zniesie,   nie   chciała   nawet 

myśleć o tym, że mogą ją zabrać daleko od domu, od dzieci i Karla, i od szkoły...

Tyle jeszcze chciała tu zrobić. Miała dopiero dwadzieścia cztery lata.

Zerwała   się   o   szarym   świcie,   wyjęła   nową   suknię   z   wełny,   uszytą   według 

własnego pomysłu, niepodobną do żadnej, którą widziała. Czerwony materiał skroiła z 

całej długości, z wcięciem w pasie. Do umocowania pod piersiami użyła cynowej szpili z 

ornamentem.   Pod   spodem   nosiła   starą   letnią   sukienkę   z   cienkiego   materiału,   która 

szeleściła przy każdym ruchu, a widać ją było tylko w postaci białego paska na przodzie 

stroju. Miała także na sobie białą koszulę, tę ozdobioną kolorowymi haftami przy szyi i 

na rękawach. Strój był niezwykły, ciekawy, lecz jak najbardziej przyzwoity. Marja czuła, 

że jest w nim sobą. Z pewnością pomoże jej to na tingu, potrzebna jej będzie każda 

drobina pewności siebie.

Z beczki pod ścianą przyniosła wodę, zagrzała ją na ogniu i napełniła kadź w 

sieni. Potem natarła włosy najlepszym  mydłem,  w tym  czasie w niedużym  rondelku, 

wydzielając   przyjemny   zapach,   gotowała   się   brunatnozielona   masa.   Przyrządziła   ją 

według własnego tajemniczego przepisu, od tej papki włosy pięknie błyszczały i przez 

wiele dni pachniały żywą  zielenią. W mieszance  był  jałowiec i arcydzięgiel, a także 

rumianek, arnika górska, pestki pigwy i garść pachnących kwiatów z przekwitłych już 

letnich łąk. To one właśnie pachniały. Chociaż kwiaty były już wyschnięte i zbrązowiałe, 

dało się rozróżnić zapach dzikiej róży i ciężki aromat czeremchy.

Zanim dzieci się zbudziły i Karl doszedł do siebie, skończyła przygotowania.

Niełatwo było opowiedzieć o wszystkim dzieciom, na wypadek gdyby stało się 

coś więcej. Z Revelinem nigdy nic nie wiadomo, trudno stwierdzić, jakie karty ma w 

rękawie.

background image

Marja   postanowiła   być   silna   i   uśmiechnięta,   żeby   niepotrzebnie   nie   straszyć 

malców.   Trudno,   zaryzykuje,   że   dzieci   przeżyją   wstrząs,   jeśli   nie   wróci   do   domu 

wieczorem.   Nie   przypuszczała   jednak,   by   mogło   do   tego   dojść.   Czuła   się   czysta   i 

niewinna jak młoda dziewica. W szkole wciąż powtarzała sobie, że musi być ostrożna. Że 

nie   wolno   jej   rozprawiać   o   kwestiach   duchowych,   poza   odmawianiem   modlitw   i 

śpiewaniem pieśni. Nie wolno naprowadzać na zbyt  śmiałe myśli, nie mówić nic, co 

władze mogłyby potraktować jako podburzanie do buntu. Zdawała sobie jednak sprawę, 

że samym swym istnieniem może zachęcać do tego ludzi. Ale na to nie miała żadnej 

rady.

Od   nowa   odtworzyła   w   myślach   dni   spędzone   w   szkole.   Nie   mogła   znaleźć 

niczego, co mogłoby być wodą na młyn pastora.

Może   najwyżej   ta   rubaszna   piosenka   Jona   Muzykanta.   Tego   dnia   uczniowie 

bawili się, klaskali przy wtórze prostej i radosnej śpiewki o dwojgu młodych, którzy 

musieli przejść ciężkie próby.

Dzwonnik śpiewał razem z nimi, no i przecież nie ona zaproponowała tę piosnkę. 

Jeśli Revelin chciał wyrządzić jej krzywdę, to musiał mieć inne zarzuty. Przecież jego 

oskarżeń   i  jej   obrony  wysłuchiwać  będą   najlepsi  i  najsprawiedliwsi   ludzie   z  wioski. 

Marja znała ich wszystkich, siadywała w ich izbach, piła piwo, którym ją częstowali, jej 

bliźnięta bawiły się z ich dziećmi. I przecież byli to ci sami mężczyźni, którzy nieraz 

zatrzymywali się po drodze, by chwilę pogawędzić, wymienić opinie.

Nie mieszkała wśród wrogów, już to stanowiło wielką pociechę, dodającą Marji 

siły i pozwalającą, by z uśmiechem tego dnia powitała świat.

Jeden   za   drugim   stawał   ze   spuszczoną   głową   i   składał   świadectwo   przed 

wstrząśniętym sądem.

Asesorowi, który na początku wyciągnął rękę do Marji Oppdal i wypytywał o 

zdrowie rodziny, twarz tężała coraz bardziej, coraz mocniej też odchylał się na krześle. 

Nie   podobało   mu   się   to,   co   słyszał,   musiał   jednak   wypełniać   obowiązki   i   notować 

wszystko w wielkich księgach. Przysięgli również wili się na krzesłach.

To już nie była sprawa pastora przywołującego do porządku zbłąkaną kobietę.

Tu chodziło o coś więcej.

Podżeganie do buntu, mamienie ludzi.

background image

I czary.

Najmocniej zaważyło świadectwo młodej kobiety, twierdzącej, że Marja podała 

jej   niebezpieczny   wywar,   który   miał   wykurować   ją   z   uprzykrzonego   kaszlu.   Napar 

wywołał   wizje,   kobieta   na   własne   oczy   widziała   taniec   czarownic   i   małe   cuchnące 

demony pełzające wokół jej łóżka. Wszyscy wiedzieli wprawdzie, że Marcie Rybaczce 

daleko do mądrości, lecz jej proste słowa wypowiedziane były z tak szczerą naiwnością, 

że po prostu musiały być prawdziwe.

Potem przyszedł  mężczyzna,  który słyszał,  jak Marja nakłaniała jego żonę do 

bardzo niekobiecego zachowania, do sprzeciwiania się mężowi, złamania królewskiego i 

Bożego prawa o małżeństwie!

Ktoś  opowiedział   o  lekkomyślności  Marji   w  szkole,   o  tym,  jak  zarumieniona 

skakała i tańczyła,  nieprzyzwoicie się poruszając na oczach młodych.  W dodatku do 

wtóru sprośnej piosenki.

W izbie zapanowano poruszenie, gdy zawezwano Nadjanę. Wkroczyła do środka 

niczym królowa, ubrana tego dnia w suknię o barwie intensywnej zieleni. Już sam jej 

strój wystarczył, by olśnić, i sędziowie, omamieni, nie prosili, by bardziej szczegółowo 

przedstawiła   swoje   oskarżenie.   Nadjana   opowiedziała   o   histerycznym   ataku   Marji,   o 

szaleństwie, jakie ogarnęło ją na dziedzińcu kościoła, w dodatku w niedzielę po mszy.

Fakt   ten   był   powszechnie   znany,   lecz   delikatność   i   kruchość   Nadjany   nadała 

historii, którą dotychczas postrzegano jako zabawną, niebezpiecznego wymiaru. Wszyscy 

obecni na sali mężczyźni mieli ochotę wziąć szlachciankę na kolana jak dziecko i utulić, 

ochronić przed wszelkim złem, również przed Marją Oppdal, która ośmieliła się zbrukać 

tę białą skórę pazurami i uderzeniem.

W miarę jak kolejni współmieszkańcy występowali przed tingiem, Marja bladła 

coraz   bardziej.   Na   próżno   starała   się   pochwycić   ich   spojrzenie,   przytrzymać   je, 

sprawdzić, czy potrafią rzucić jej oskarżenia prosto w twarz. Wszyscy jednak jak jeden 

mąż kierowali swe słowa do asesora i tych, którzy siedzieli obok niego.

Na   koniec   wystąpił   Revelin.   Niewiele   mówił,   podał   tylko   asesorowi   plik 

papierów.

-   To   zeznania   przypadkowo   dobranych   świadków,   panie   asesorze.   Spisane 

własnoręcznie przeze mnie i poświadczone imieniem lub gmerkiem świadka. Sądzę, że 

background image

asesor uzna je za prawidłowo sporządzone.

Asesor zwilżył  palce,  przejrzał kolejne strony,  poczytał  trochę tu, trochę tam. 

Oczy w szparkach powiek ledwie już było widać. Usta zacisnął w wąską kreskę. Pocił się 

pod peruką.

Chrząknął wreszcie i wbił wzrok w Marję.

- Wiele tu do osądzania, o wiele więcej niż przypuszczałem. Panie Revelin, ta 

sprawa zatacza szersze kręgi, niż pan zapowiadał. Obowiązkiem moim jest powiedzieć, 

że   postąpił   pan   niewłaściwie,   te   oskarżenia...   są   zbyt   poważne,   by   wystarczyło 

przesłuchać   świadków.   Pan   o   tym   wiedział   i   powinien   przedstawić   jak   zwyczajną 

sprawę. Teraz zmuszony będę prosić tych dobrych ludzi, by zbadali dokładniej pańskie 

zarzuty, a to zajmie o wiele więcej dni, niż przeznaczyliśmy na ten ting. Sprawia pan nam 

kłopoty, panie Revelin.

Pastor przyjął ostre napomnienie z pokornie spuszczoną głową.

- Oczywiście, panie asesorze, przyznaję, że o tym nie pomyślałem. Proszę jednak 

nie sądzić, że kierował mną brak szacunku. Po prostu mam tak wiele zajęć... Mój syn jest 

chory, jak pan wie. Muszę się też troszczyć o parafię, o ludzi, którzy mi podlegają. Ta 

sprawa   bardzo   ciążyła   mi   na   sercu,   widać   jednak   nie   poświęciłem   jej   dostatecznej 

uwagi...

Sprytnie, pomyślała Marja z goryczą. Widziała, że słowa pastora jeszcze bardziej 

wystraszyły sędziów. Wzrok ich błądził niespokojnie, pobledli. Myśli, jakie przywołało 

wystąpienie pastora, nie należały do przyjemnych. Jeśli Marja Oppdal rzeczywiście jest 

buntowniczką, a na dodatek czarownicą... Oni sami znaleźli się w równie niebezpiecznej 

sytuacji,   bo   przecież   przy   podobnych   procesach   machina   sprawiedliwości   wciągała 

również rodzinę i przyjaciół skazanego. Za obcowanie z taką osobą nakładano wysokie 

grzywny, a niewiele trzeba, by zostać o to oskarżonym.

Najstarszy  z  sędziów   przysięgłych,   stary  dostojny Johannes  Fiat,   chrząknął  w 

kącie. Podniósł głowę, napotkał wzrok Marji.

- Nie podoba mi się to - oświadczył, wbijając spojrzenie w pastora. - Podobną 

sytuację przeżyłem już wcześniej, panie asesorze, od dawna jestem sędzią, odkąd mój 

świętej pamięci ojciec przed blisko czterdziestu laty przedwcześnie odszedł z tego świata. 

Siedziałem   kiedyś   przy   podobnym   stole   i   słyszałem,   jak   ten   sam   człowiek   wnosi 

background image

identyczne oskarżenia przeciwko kobiecie.

Tak,   nawet   imię   nosiła   takie   samo!   W   tamtej   sprawie   zapadł   ciężki   wyrok, 

oskarżona ledwie uniknęła stosu. Odkąd poznałem wyrok najwyższego sądu... w moim 

sercu zapanował niepokój. Uważam, że powinniśmy postępować niezwykle ostrożnie, 

moi panowie, abyśmy nikogo nie skrzywdzili i nie dali się zwieść własnemu strachowi 

przed niebezpieczeństwami, jakimi grozi nam pastor.

Wśród zebranych na sali podniósł się szum. Ludzie wiedzieli, o jakiej sprawie 

mówi Johannes. O procesie czarownicy, Marii Skanke, zwanej Aniołem. Cała ta sprawa 

przyniosła wsi nieszczęście.

Marja miała nadzieję, że nie słychać, jak mocno wali jej serce. Ten człowiek 

dopatrzył się podobieństwa! Staruszek wyciągnął wnioski, do których ona sama bała się 

dochodzić. Ale on nie znał prawdy, nie mógł wiedzieć, że jest córką Anioła. A Revelin 

wiedział, Marja nie przypuszczała jednak, by się zdradził. Musiał żywić wątpliwości, 

inaczej  dawno już by to  zrobił.  Teraz  to już bez znaczenia.  Trudno przewidzieć,  co 

przyniosłoby ujawnienie tej prostej informacji, na czyją korzyść by przemówiło.

Marja doszła do wniosku, że podobne myśli chodzą także po głowie pastora.

Czy   jeśli   ujawni   prawdę   o   jej   pochodzeniu,   sędziowie   łatwiej   dadzą   wiarę 

oskarżeniom o czary?

Czy też ludzie, tacy jak Johannes Fiat, zaczną mówić o tym, co pamiętają, czy 

przypomną im się wątpliwości co do słuszności wyroku, jaki zapadł na jej matkę?

Nie lubili Revelina. Bali się jego władzy, jego wrogości.

Bali się też tego, co może na nich sprowadzić czarownica.

Czy ten strach zwycięży nad rozsądkiem i przyjaźnią, jaką zawsze dla niej mieli?

Tego   Marja   bardzo   się   lękała.   Pastor   zaś   obawiał   się   owych   dawnych 

wątpliwości.

Dlatego żadne z nich nie wspomniało ani słowem o sprawie sprzed wielu lat.

Asesor przejrzał swoje papiery, sędziowie nachylili się ku sobie, naradzając się 

szeptem.

Nie zatrzymano Marji i nie zamknięto w loszku u lensmana, pozwolono jej wrócić 

do domu. Revelin zapewne burzył się przeciw temu, lecz asesor nie chciał zgodzić się na 

uwięzienie oskarżonej albo zatrzymanie przed szczegółowym rozpatrzeniem sprawy.

background image

-   Ma   tu   dzieci,   męża,   rodzinę,   nigdzie   nie   ucieknie   -   stwierdził   stanowczo, 

powstrzymując tyradę pastora.

Revelin wiedział, że musi respektować postanowienia asesora. Trzeba na razie 

postępować z szacunkiem wobec tego chytrusa; gdy sprawa dobiegnie końca, a los Marji 

zostanie już przypieczętowany, znów będzie mógł pozwolić sobie na łajanie ziemskich 

sędziów z ambony.

Marja szła do domu z podniesioną głową, lecz słowa, jakie usłyszała w sali tingu, 

wżarły  jej   się  w   serce  niczym  rozpalone  żelazo,   zostawiając  w   nim   głębokie   czarne 

kratery strachu.

Nigdy jeszcze nie było z nią aż tak źle.

Sprawa wyglądała naprawdę groźnie.

A Revelin wciąż jeszcze nie pokazał wszystkiego, co miał w zanadrzu.

-   Na   razie   poznaliśmy   tylko   oskarżenia   -   pocieszali   ją   Karl   i   Anton.   -   Na 

następnym posiedzeniu sędziowie wysłuchają twoich słów i twoich świadków.

Marja westchnęła.

-   Nie   wierzcie,   że   sprzeciwią   się   pastorowi.   Wyraźnie   widać,   jak   dobrze   się 

przygotował. Jak mogłam być taka głupia i sądzić, że on się poddał? Jak mogłam dać się 

tak zwieść i przyjmować wszystko ze spokojem, niczym dziecko, któremu wmawia się, 

że nic złego się nie dzieje, a które potem nagle budzi się opuszczone przez wszystkich.

- Ty nie jesteś opuszczona, ale zmieniasz się w płaczliwą słabą gąskę.

W ostrych słowach Antona kryło się wiele miłości. Marja wiedziała o tym i miała 

świadomość, że zasłużyła na przywołanie do porządku.

- Gdzie się podziała ta dziewczyna, która w obronie swoich idei sprzeciwiła się 

pastorowi i połowie wsi? Gdzie się podziała młoda gospodyni, która nie boi się ani burzy, 

ani bólu, spiesząc z pomocą rodzącej? Gdzie moja kochana Marja, która z podniesioną 

głową przygarnęła kalekie dziecko i z dumą zaniosła je do pastora, a potem wdarła się do 

przytułku dla obłąkanych i sprowadziła z powrotem na świat ojca tego dziecka?

Karl mocno uścisnął ją za rękę.

- Będziemy walczyć o twoje prawa aż do końca.

Przytuliła się do niego z wdzięcznością. Jakie to dziwne, siła Karla zdawała się 

pozbawiać ją mocy. On także robił się słaby i uległy, kiedy w niej gorzała wola walki.

background image

Czy naprawdę jedno musi odpokutować za siłę drugiego? Gdy w jednym płonie 

twardość, drugie musi stać się łagodne i bezradne?

Marja nie miała siły, by akurat teraz walczyć ze słabością. Dobrze jej było, gdy 

mogła   tak   sobie   siedzieć,   bezwolna,   osłabiona,   przytulona   do   jego   krzepkiego   ciała. 

Dobrze wiedzieć, że ktoś podejmie za nią walkę.

- Mamy trzy dni - powiedział Anton. - Pastor przekona się, że i my potrafimy 

zdobyć   świadectwo   porządnych   ludzi.   Nawet   gdyby   miało   to   mnie   kosztować   całe 

srebro, jakie mam...

- Nie, nie będziemy kupować dobrego słowa. Nie będziemy tacy jak on, któremu 

się wydaje, że może kupić zabójstwo sprawiedliwości.

Marja ożywiła się. W niebieskich oczach rozgorzał dawny płomień.

Poderwała się, zaczęła krążyć po izbie.

- Nie jesteśmy tacy. Słuchajcie mnie, mało brakowało, a poszłabym jego ścieżką. 

Tyle miałam w sobie goryczy i nienawiści, że jak on uciekłam się do podstępnej walki. 

Nie   wolno   nam   tego   robić.   Nie   przystoi   mojej   sprawie,   aby   twoje   srebro,   Antonie, 

kupowało dobre słowa i pochwały.

Rozpaliła się znów. Rozwiane włosy otaczały jej głowę niczym czarna chmura. 

Można było w jej oczach niemal dostrzec błyskawice.

Anton i Karl z trudem przełknęli ślinę.

Gdyby sędziowie ujrzeli ją taką, jak w tej chwili, nie potrzebowaliby zbyt wiele 

fantazji, by zobaczyć czarownicę. Brakowało jej tylko miotły i czarnego kota.

Benjamin zapłakał cicho w swoim jasnym drewnianym łóżeczku.

Nie przywykł do tego, by wieczorami panował taki gwar. Amelia nie spała, leżała 

ze złożonymi rączkami, wychwytując lęk pobrzmiewający w słowach dorosłych.

Co to się dzieje?

Anton pochylił stary kark i podniósł synka z łóżeczka. Ale chłopiec płakał za 

Marją i nie chciał się uspokoić, dopóki nie poczuł jej ciepłej bliskości. Dopiero wtedy 

usnął.

Co my bez niej zrobimy, przeraził się w duchu Karl.

Nie chciał nawet wyobrażać sobie życia bez Marji. Przysiągł, że nikt mu jej nie 

odbierze. Nawet gdyby w jej obronie przyszło mu zabić.

background image

Wiadomość o tym, że Marja Oppdal stanęła przed tingiem i musiała bronić swej 

czci i życia, prędko rozniosła się po wioskach. Gdy trzy wyznaczone na zwykłe sprawy 

dni   tingu   miały   się   ku   końcowi,   strumień   ludzi   począł   płynąć   jakby   w   niewłaściwą 

stronę. Przybywali łodziami i piechotą z Jostedalen, z Gaupne, Kroken i Urnes. I z zagród 

położonych jeszcze dalej nad fiordem.

Nikt   nie   chciał,   by   ominęły   go   tak   ciekawe   wydarzenia.   Wielu   pamiętało   i 

dyskutowało   jeszcze   o   poprzedniej   podobnej   sprawie,   nie   każdego   roku   wszak 

występowano z takimi oskarżeniami wobec kogoś z okolicy. Wielu uważało, że ostatnia 

czarownica dawno już spłonęła, niejeden ksiądz otwarcie się sprzeciwiał tego rodzaju 

praktykom,  potępiając przesądy i prześladowania, które przez stulecia wielu młodych 

mężczyzn i kobiet kosztowały życie.

Ale   w   głąb   fiordów   wśród   stromych   gór   nie   docierały   poglądy   światłych 

duchownych, a kiedy ting zdecydował, że sprawa jest poważna i należy rozpatrywać ją 

dalej, wielu poczciwych ludzi spieszyło ze złożeniem świadectwa. A któżby ośmielił się 

sprzeciwić   ich   zeznaniom,   podać   w   wątpliwość   ich   słowa   po   to,   by   ratować   jakąś 

biedaczkę?

Marja  przez  te   trzy  noce   nie  spała,   drzemała  tylko  w   koszmarnym   otępieniu, 

budziła się z obolałymi mięśniami, czując, że ostre zęby strachu szarpią ją za serce.

Mimo to dni jakoś płynęły, spędzała je przede wszystkim bezczynnie siedząc przy 

piecu, tuląc miękkie ciałko Benjamina. Karl od czasu do czasu zaglądał do niej i cichym 

głosem pocieszał opowieściami o tym, z kim rozmawiał i kto nie opuści jej w biedzie. 

Mówił też, kto jest jej przeciwny.

Gdy zapadł zmierzch w wieczór poprzedzający dzień, kiedy znów miała stanąć 

przed tingiem, przyszedł Anton.

Był poważny, ale oczy mu się śmiały.

Przyniósł   ze   sobą   jakiś   papier.   Marji   nie   podobał   się   widok   szarawożółtego 

arkusza, takie dokumenty rzadko oznaczały dobre wieści.

Anton zebrał ich wokół stołu. Poprosił Marję, by zapaliła więcej świec, a potem 

rozłożył   dokument   na   wyszorowanych   do   białości   sosnowych   deskach   i   głośno   go 

odczytał.

Karl ze zdumienia rozdziawił usta.

background image

- Przekazujesz nam zagrodę? Wdowią Zagrodę? Anton kiwnął głową.

- Słyszałeś przecież, co napisałem: „Aby pokazać tej wiosce i jej mieszkańcom, 

po czyjej stronie leży prawda, jako dowód dla tych, którzy wierzą, że nikt nie odda wszy-

stkiego, co ma, osobie, która nie będzie się o to troszczyć”.

- Pomyślą, że znów oszalałeś - odezwała się wzburzona Marja, wiedziała jednak, 

że nie ma racji. Anton dawno już przekonał ludzi, że jest przy zdrowych zmysłach.

-   Chcę,   żebyście   poszli   ze   mną   już   dzisiaj.   Izby   są   gotowe,   rzeczy   osobiste 

zgromadziłem w mojej komorze, reszta należy do was. I do mojego syna. On być może 

nie jest wart papierów z pieczęcią, lecz jest moim synem. Tylko dzięki wam będzie mógł 

korzystać ze swego dziedzictwa. Mój postępek nie jest więc wcale tak szlachetny, jak 

wam być może się wydaje.

Marja i Karl wymienili spojrzenia.

W jednej chwili poczuli się tak dziwnie.

Drewniaki,   jak   wcześniej,   tarły   o   twardą   skórę   na   piętach,   powstałą   za   ich 

przyczyną. Dalej siedzieli przy topornie wyciosanym stole z nie heblowanych desek. Za 

lampę służyła im woskowa świeczka, a w łóżkach mieli posłania ze słomy.

Teraz byli bogaci.

Stali się bogaci właśnie w tej chwili.

Czekało ich inne życie.

Najpierw jednak musieli wygrać walkę o to, co najważniejsze.

Marja bez słowa uściskała Antona.

Domyślała się jeszcze innej przyczyny jego postępku.

Gdyby   jej   przyszło   zginąć,   nie   przetrwać   tej   burzy,   to   mimo   wszystko   jej 

dzieciom  i mężowi  nie  zabraknie niczego.  Nie  będzie  musiała  się martwić  o to,  kto 

wystawi   na   stół   jedzenie   i   zatroszczy   się   o   wełnę   na   ubrania,   kiedy   jej   tę 

odpowiedzialność odbiorą.

- Dziękuję - rzekła po prostu. Anton wolno pokiwał głową. Marję nagle przeszedł 

dreszcz, chociaż w izbie od ognia płonącego w piecu i na palenisku panowało przytulne 

ciepło.

- Sądzę, że  w nocy spadnie  śnieg - powiedziała,  dokładając  grube polano  do 

ognia.

background image

Następnego ranka czysta biel krajobrazu ostro kontrastowała ze słowami, które 

padały wśród ścian  izby,  gdzie odbywał  się ting.  To był  dzień  Marji.  To ona miała 

wyjaśniać, jakie nieporozumienia mogły doprowadzić do oskarżeń, które wcześniej jej 

postawiono. Mówiła cicho, sprawiała wrażenie pokornej i bardzo kobiecej. Ludzie nie 

przywykli do takiej Marji. Gdzie się podziały iskry, ostre słowa i płomień, który spodzie-

wali się ujrzeć w jej oczach? Tymczasem przedstawienie zdało się jakby pozbawione 

życia. Na szczęście pastor był taki jak zwykle, jego słowom nie brakło odoru I siarki i 

mocy. Ani razu jednak nie zauważono, by Marja ugięła się pod ciężarem oskarżeń, i 

nawet na moment nie puściła ręki męża. Po jej prawej stronie siedział  Anton; kiedy 

przedłożył swoją sprawę, wśród zebranych podniósł się jednogłośny szum. Anton długo 

mówił o dobroci Marji, o jej poczuciu sprawiedliwości, na które inni pozostawali ślepi. 

Pokazał też dokument zaświadczający o tym, co zamierza jej przekazać.

- Czy oddawałbym Marji Oppdal mój dwór, gdybym wiedział, że za kilka tygodni 

uznają ją czarownicą i wszystko odbiorą? Czy jako jej najbliższy przyjaciel stawiałbym 

się   w   takiej   sytuacji,   wiedząc,   że   wszystko,   co   do   mnie   należy,   przejdzie   na   tego 

człowieka - tu wskazał na Revelina - który pragnie wyłącznie jej zła? Bo jeśli ta sprawa 

źle  się zakończy,  jeśli te  bezpodstawne oskarżenia  dotrą  do waszych  serc... To nasz 

przeciwnik, przedstawiciel kościoła, zawładnie całym moim majątkiem. Do tego stopnia 

pewien   jestem   niewinności   Marji   i   waszego   poczucia   sprawiedliwości,   szlachetni 

sędziowie - zakończył Anton.

W izbie zawrzało.

Cóż za zwrot w sprawie! Jakaż odwaga! Anton dla Marji ryzykował nie tylko 

swoje dobre imię, stawką w grze były też jego włości, które jej oddał. W istocie ry-

zykował, że wszystko przypadnie znienawidzonemu Revelinowi, a w każdym razie jego 

kościołowi.

Sam Revelin poczerwieniał z gniewu. Wyczuwał, jak nastroje ludzi się zmieniają, 

twarze sędziów coraz bardziej zamykały się przed nim, po raz pierwszy przemknęła mu 

po głowie myśl o kolejnej klęsce, mało miał już asów w rękawie, być może niektóre 

karty będzie musiał wykorzystać po raz kolejny.

Najlepszą z nich była najprawdopodobniej Nadjana, jej chłodna uroda, szacunek 

dla błękitnej krwi, doświadczenie ze świata... O tak, ta kobieta na pewno potrafi zamydlić 

background image

oczy ludziom. Będą spijali każde słowo z jej ust niczym słodką śmietankę.

Pozostały wszak jeszcze dwa dni.

Revelin   wyprostował   się,   uśmiechnął   w   duchu.   To   tylko   chwilowa   zmiana 

nastawienia, już on zadba o to, aby sędziowie nie zapomnieli, w czym naprawdę rzecz.

Justitian cierpiał w samotności. Nie odróżniał już wieczora od poranka czy od 

nocy. Widział jedynie, że smugi światła, sączące się przez okiennice, nie raziły już tak 

bardzo oczu, w domu nie panował gwar, nie słychać było głosów ani kroków, które 

powiedziałyby mu, jaka jest pora doby. I kiedy obudził się z głębokiego snu, nie było 

przy nim Nadjany.

W izbie cuchnęło chorobą. Sam wyczuwał nieprzyjemny zapach i bardzo się go 

wstydził. Jakże musi ją to brzydzić, on sam też jest dla niej zapewne odrażający.

Czuł, jak przy każdym poruszeniu skóra na członkach pęka i otwierają się nowe 

wrzody.   Z   wielkim   wysiłkiem   zdołał   sięgnąć   po   naczynie,   pozostawione,   by   mógł 

załatwiać swe potrzeby. Nadjana na ogół pomagała mu i przy tym, lecz za każdym razem 

nienawidził tego równie mocno.

Z jego godności nic już nie zostało.

Justitian czuł, że śmierć życzliwie i uwodzicielsko stuka go w ramię. Jedno tylko 

nie pozwalało jej się zbliżyć: światło Nadjany. Za każdym razem gdy przychodziła do 

niego i gdy dostrzegał w jej oczach prawdziwe ciepło, czuł, że to dla niej musi któregoś 

dnia wstać wreszcie z łóżka. Dla niej musi podjąć czekające na niego obowiązki i stać się 

powodem jej dumy.

Usłyszał   wreszcie   wytęsknione   kroki   na   schodach.   Nadjana   stąpała   lżej   niż 

wszyscy inni: być może nie tylko za sprawą długich sukni sprawiała wrażenie, że raczej 

unosi   się   w   powietrzu   niż   chodzi.   Justitian   usłyszał   odgłos   otwierających   się   drzwi, 

zaszeleściły  spódnice,   kiedy  przechodziła  przez  ciasny korytarz   prowadzący do  izby. 

Blask świecy, którą niosła w ręku, poraził go w oczy.

- Justitianie... Spisz?

- Nie... Już nie. Ale jestem niewypowiedzianie zmęczony.

- Nie wypocząłeś ani trochę? Jak się dzisiaj czujesz, mój drogi?

-   Odpoczywałem.   Drzemałem,   przysypiałem   cały   dzień,   tylko   chwilami 

przytomniałem, a tyle było dźwięków, Nadjano...

background image

Widziała cień na ścianie za łóżkiem, wiedziała, co on oznacza, lecz pozwoliła, by 

blask świecy na chwilę bodaj go odpędził.

- Co tam się dzieje? - spytał Justitian przytomnym takim jak dawniej głosem.

Czyżby się zorientował? Czyżby wzburzenie, jakie ogarnęło wioskę, dotarło do 

niego aż tu, do tej odizolowanej izdebki?

Revelin   na   pewno   do   niczego   się   nie   przyznał.   Jego   wizyty   u   chorego   syna 

ograniczały się do kilku oschłych zdań i modlitw. Nadjana widziała, że stary zmaga się 

ze sobą. Być może nie kochał syna i nie żałował żadnego z razów ani złych słów, nie 

potrafił jednak całkiem ukryć, że cierpi na widok chorego. Na szczęście przynajmniej 

teraz nie zarzucał Justitianowi bezradności.

- Odbywa się ting - powiedziała z wahaniem, bojąc się kolejnych pytań. Ją samą 

zlewał   ze   strachu   zimny   pot   na   myśl   o   tym,   jak   może   zakończyć   się   cała   sprawa. 

Zeznania  przeciwko Marji skuły jej serce lodem;  na cóż ona się poważyła?  Przecież 

wiedziała,   że   Revelin   to   niebezpieczny   człowiek,   powinna   była   zrozumieć,   że   nie 

zadowoli się trzepnięciem Marji Oppdal po palcach. Pastor żądał jej życia; cena, jaką 

Nadjana miała  zapłacić  za zaufanie  i dobrą wolę Revelina,  stawała się dla niej  zbyt 

wysoka.

Justitian na pewno nie zniesie takiej nowiny, co do tego Nadjana miała pewność. 

Gdyby jej mąż dowiedział się, że Marję Oppdal skazano na śmierć i że jedną z osób, 

które zaprowadziły nieszczęsną na stos, była Nadjana, umarłby pełen nienawiści do żony.

On, jedyny przyjaciel, jakiego kiedykolwiek miała.

Jedyna osoba, z którą nie związała się z egoistycznych pobudek.

- Lensman żąda zapłaty za Gildeplass, znów też wybuchły kolejne spory o jakieś 

kamienie graniczne. Nie pojmuję, że w kraju wielkim jak ten można kłócić się o kilka 

piędzi ziemi...

Starała się nadać głosowi beztroski ton, próbując w miarę obojętnie przedstawić 

sprawy, jakie poruszano na tingu. Justitian rozluźnił się, przymknął oczy.

- Nie czuję się całkiem dobrze. Mam wrażenie, jakby jakieś paskudne zwierzę 

szarpało mi ciało. Wszystko mnie boli, Nadjano, i niekiedy brzydzi mnie, że nie potrafię 

utrzymać w sobie choćby łyżki wody...

Nadjana wolno pokiwała głową. Pogładziła go po twarzy, prawie całkiem wolnej 

background image

od ran.

- Ta straszna choroba... już niedługo minie. Ja o tym wiem, najmilszy.

Niemądre słowa, tylko głupiec potrafi uwierzyć w zapewnienia, składane w takich 

sytuacjach. Ale Justitian pozwalał się pocieszać, pozwolił też przynieść lampę i miskę z 

wodą i obmyć się, choć na chwilę schłodzić udręczone ciało. Nadjana wybierała do tego 

najbardziej miękkie ściereczki. Pocięła na nie swoje najdelikatniejsze bawełniane halki, 

wiedziała, że gospodynie we wsi na oczy nie widziały tak miękkiego materiału i niejedna 

oddałaby pierścień z palca za bieliznę podartą na strzępy, pobrudzone ropą i brunatną 

krwią.

Na   ciele   Justitiana   między   wrzodami   widniały   czerwone   twarde   rany.   W 

miejscach, gdzie skóra dotykała do skóry, powstawała czerwona wysypka, zlewająca się 

w swędzące plamy. Obmyła chłodną ściereczką całe ciało męża, to samo ciało, które tyle 

razy gładziła,  pieściła z nadzieją i pożądaniem.  Teraz budziło w niej  tylko  smutek  i 

obrzydzenie, które starała się ukryć.

Jej dłonie płakały przy tym dotyku, ciarki ją przechodziły, gdy palce napotykały 

kolejne nierówności pod skórą. W pachwinach, pod pachami. Drżącymi palcami, niby 

przypadkiem, sięgnęła w poszukiwaniu podobnych twardych guzów pod skórą na karku. 

Znalazła.

Takie   twarde   ubite   węzły,   przypominające   kamienne   naroślą,   akurat   w   tych 

miejscach.

Widziała je wcześniej, czuła wcześniej.

Nadjana odwróciła głowę, światło lampy w jednej chwili zrobiło się za mocne. 

Zdawała sobie sprawę, że nie zdoła ukryć uczuć, jakie nią teraz targają. Czas stanął w 

miejscu, ale zanim zdołała wypłukać ściereczkę, dotarła do niej okrutna prawda.

Zaraza z wrzodami nie przyszła sama.

Skryła tylko przed nią rzeczywistość, oszukała smrodem i krwawiącymi ranami. 

Nadjana nie rozpoznała samej śmierci, ponieważ ta ukryła się za groźbą śmierci.

Choroby, na którą zapadł Justitian, Nadjana obawiała się przez całe swoje życie. 

Ta sama choroba każdego roku sprowadzała marny koniec na wielu kupczących miłością 

mieszkańców  Kopenhagi. I ona też żyła  wśród nich wtedy,  gdy była  jeszcze uliczną 

kusicielką.

background image

Kiła, tak ją nazywano.

Albo syfilis.

Albo franca.

Choroba nie wybierała, dotykała biednych i bogatych, najubożsi jednak, podobnie 

jak we wszystkich innych nieszczęściach, i w tym także byli najbardziej bezradni. Można 

się było smarować rtęcią, wypijać litry odwarów, iść do aptekarza i wydać ostatnie talary 

na maści i cudowne kuracje.

Prędzej czy później jednak nie było już żadnej rady.

Prędzej czy później ciało zaczynało gnić.

Prędzej czy później dusza odchodziła, człowiek zmieniał się w zdeformowane 

skamlące   zwierzę,   jeśli   szczęście   mu   nie   sprzyjało,   nie   zsyłając   wczesnej   śmierci. 

Większość chorych mogła liczyć na łut szczęścia, choroba bowiem osłabiała całe ciało i 

niewinne przeziębienie mogło zgasić płomień ludzkiego życia. A wszystko to za sprawą 

jednego - bo tyle wystarczyło - aktu miłosnego lub też aktu prymitywnego pożądania. To 

ostatnie być może było częstsze, ten rodzaj przekleństwa bowiem najczęściej uderzał w 

bywalców domów uciechy i dziewczęta, które sprzedawały swoje wdzięki.

Choroba przenosiła się z mężczyzny na kobietę, najprawdopodobniej za sprawą 

tej   samej   cieczy,   która   dawała   również   życie.   Z   najbardziej   tajemnych   zakamarków 

kobiecego ciała przenikała z kolei w mężczyznę, który mieszał z nią swe soki. Niekiedy 

przychodziły na świat dzieci, od zarania życia noszące ślady cierpienia matki.

Justitian zasiał swe nasienie w zatrutej ziemi.

Kara za grzechy spotkała go już na tym świecie.

Nadjana wyżęła szmatkę tak mocno, aż delikatny materiał wpił jej się w dłonie. 

Justitian   otworzył   oczy,   ocknął   się,   czerpiąc   przyjemność   z   jej   łagodzących   męki 

pieszczot.   Nadjana   musiała   mocno   wziąć   się   w   garść,   by   wyciągnąć   do   niego   rękę, 

pozwolić, by palce kontynuowały pocieszającą wędrówkę po schorowanym ciele.

Wiedziała, że to nie ma już żadnego znaczenia. Wciąż jeszcze jej dłonie były 

białe, nie naznaczone, a ciało czyste niczym mleko i jak zawsze gładkie. Nie zaraziła się 

wrzodami i miało to już najprawdopodobniej nie nastąpić.

Pewnego dnia jednak dostrzeże na skórze owe czerwone plamy.

Za kilka tygodni, może za kilka lat.

background image

Nie wiadomo.

Jeśli szczęście jej dopisze, to nigdy się tak nie stanie.

Nadjana jednak wiedziała, że nie zdoła zapomnieć o pewnym drobnym, z pozoru 

bez znaczenia, fakcie.

Już przed kilkoma miesiącami poczuła pewne oznaki, lecz odsunęła myśl o nich, 

nie chciała bowiem, by osłabiała ją w walce o budowanie nowego życia.

- Masz takie dobre ręce, Marjo...

Justitian znów pożeglował w dalekie światy. Nadjana wiedziała, że nie panuje już 

nad tym, co mówi. Słowa wypływały na jego wargi wprost z miejsca, którego nie był już 

dłużej w stanie osłaniać.

Nadjana   odeszła   od   łóżka,   lecz   kula,   jaka   zaczęła   rosnąć   jej   w   żołądku, 

powiększyła się nagle i zapiekła. Na środku schodów musiała pozbyć się żółci wprost do 

trzymanej w rękach miski z nieczystą wodą.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Czy   właśnie   tak   czuli   się   ci,   którzy   siedzieli   w   wilgotnych   lochach   ze 

świadomością, że słońce zachodzi dla nich po raz ostatni?

Marja  nie  była   już  w  stanie   zapanować  nad  swym   lękiem,   ledwie  zdołała   go 

tłumić, dopóki dzieci nie położyły się spać. To był ostatni wieczór. Czuła narastające 

mdłości,   być  może   po raz  ostatni   pochylała   się nad  uśpionymi,  gładząc  ich  miękkie 

spokojne buzie. Być może po raz ostatni widziała szczupłe rączki Amelii obejmujące 

troskliwie tego, którego nazywała braciszkiem.

Benjamin.

Co się z nim stanie, kiedy jej zabraknie?

Karl widział, że żona cierpi, lecz niewiele mógł na to poradzić. Nie chciał bardziej 

dręczyć jej domysłami.

Ostatni wieczór przed ostatnim dniem tingu.

Marja powiedziała już swoje, pastor także. Jej los spoczywał teraz w twardych 

chłopskich rękach przysięgłych.

- To nasz ostatni wieczór tutaj, Marjo - zauważył Karl. Przytaknęła.

Głowa rozbolała ją jeszcze mocniej, chociaż wiedziała, że Karl ma na myśli co 

innego niż ona.

-   Jutro,   kiedy   ting   się   skończy,   przeniesiemy   się   do   Wdowiej   Zagrody   - 

powiedział spokojnie.

Marja pokiwała głową.

- Tak, przeniesiemy się. Na pewno będzie nam tam dobrze.

- Dzieci wcale się nie ucieszyły tak, jak przypuszczałem, może nie zrozumiały, że 

nagle staliśmy się bogaci?

- Dzieci cieszą się z tego, co mają. Boją się zmian.

- Ale Martin w każdym razie się nie smucił. Mówił o koniach i radował się, że 

będzie  miał  własnego. Pomyśleć  tylko,  mój  syn  będzie  jeździć  konno. Dorosłym  też 

trudno to pojąć...

- To prawda - przyznała Marja. - Już nigdy nam niczego nie zabraknie. Pomyśl 

tylko, nie będziesz już się męczył na tych marnych spłachetkach pola. Teraz twój stryj 

background image

sam będzie musiał ściągać siano z tych stromych  skalnych  półek, gdzie wcześniej ty 

narażałeś życie.

Karl podszedł do niej, ujrzał, że usta jej drżą, a oczy wcale nie błyszczą z radości.

- To dla mnie bez znaczenia, Marjo. Mam wszystko, czego mi trzeba. Mam coś, 

czego nie zrównoważy tysiąc zagród.

Były to jedyne słowa, jakimi umiał wyrazić swój strach. Marja wiedziała, że mąż 

nie potrafi już dzisiaj dopuścić lęku do serca. Nie wiadomo, czy Karl zdołałby przeżyć, 

gdyby mu ją odebrano.

- Uświęćmy ten ostatni wieczór, kochana. Połóżmy się wcześnie, starczy jeszcze 

czasu na pakowanie i sprzątanie.

Miejmy taką nadzieję, dodała w duchu Marja. A nawet gdyby nie było czasu, to i 

tak nie zamierzała poświęcać na to tej krótkiej nocy.

Wtulili się w siebie w ciemności. Cisza zdawała się gęsta, jak często bywa w 

pierwszą noc, kiedy spadnie śnieg. Wszystkie dźwięki zdały się przytłumione, wszędzie 

było biało i czysto. Śnieg pokrył szczelną warstwą pola, chaty i ludzkie serca.

Pod grubymi belkami plebanii rozbrzmiewały psalmy i monotonne modlitwy.

To   Revelin   modlił   się   o   zdrowie   dla   swego   jedynego   syna.   Justitianowi   się 

pogorszyło, gorączka wzrosła tak gwałtownie, że przerażona Nadjana wezwała kucharkę.

-   Musisz   kogoś   znać,   musisz   wiedzieć   o   kimś,   kto   potrafi   przyrządzić   jakieś 

lekarstwo, coś, co pomoże. Czy tu naprawdę nie ma nikogo takiego?

Kucharka wzruszyła ramionami.

- Nie ma nikogo poza Marją Oppdal. A ona jest chyba ostatnią osobą, którą pani 

baronówna chciałaby prosić o pomoc. Już wcześniej mówiłam...

Nadjana zirytowana odwróciła się na pięcie, odesłała kucharkę z powrotem na 

dół. Tej kobiecie na pewno wystarczyło  jedno spojrzenie rzucone ukradkiem na łoże 

boleści Justitiana. Jutro rozgłosi po wsi, że syn pastora jest umierający.

Ale on nie może umrzeć. Nie teraz.

Nadjana zacisnęła pięści, całą swą wolę skupiła na tym jednym życzeniu. Justitian 

nie może umrzeć teraz, gdy zwycięstwo i chwała są już tak blisko! Przecież od wygranej 

dzieli ich zaledwie kilka kroków.

Usiłowała zmusić umysł do pracy. Musiała przecież w ciągu całego życia nauczyć 

background image

się czegoś o chorobach i sposobach ich zwalczania!

Niestety, Nadjana zawsze darzyła nienawiścią ludzką słabość i niedolę. Uciekała 

od nich, przywoływały bowiem wspomnienia z jej przeszłości, o których myśli nie mogła 

znieść.

Co   by   zrobiła   Maria,   Maria   ze   Skjaervasr?   Ta   niezwykła   kobieta   o   jasnych 

włosach, z twarzą naznaczoną dziobami po ospie?

Nadjana   wygrzebała   z   zakamarków   pamięci   obrazy   z   okresu   spędzonego   na 

wyspie. Zmusiła się, by odszukać twarz Marii, jej ręce, proste rady, których tamta tyle 

znała.

Odsuń koce, dopuść do niego powietrze,  nie zamykaj gorączki  w środku, jak 

czyni wielu ludzi. Niech się trochę ochłodzi, zrób mu chłodne okłady i pilnuj, żeby dużo 

pił, to bardzo ważne.

Nadjana nie mogła zrozumieć, skąd się jej to wszystko bierze, ale słuchała głosu 

szepczącego w sercu. Wszystko mogło się przydać.

- Ach, Marjo. Naprawdę wróciłem do ciebie... Jesteś tak samo młoda, ukochana, 

równie piękna i czysta jak... róża...

Nadjana nie pozwoliła się zranić tym słowom, wiedziała, że Justkian bredzi w 

malignie. Zapewne wrócił do swej młodości, do Marji.

- Cicho, cicho, Justitianie, nie mów nic. Oszczędzaj siły, będą ci dziś w nocy 

potrzebne.

- To nie takie trudne... - wymamrotał Justitian. Ze skroni spływał mu strumyczek 

potu.

Nadjana spostrzegła, że jego oczy nabrały żółtego blasku. Serce zaczęło walić jej 

jak młotem. Wyglądało na to, że zbliża się koniec. Wkrótce będzie musiała się z tym 

pogodzić. Lecz coś w niej opierało się tej myśli, nie chciało zaakceptować śmierci męża. 

Doświadczyła tego już wcześniej, zaznała tej samej bezsilności, tego samego smutku, 

który wgryzał się coraz głębiej w jej duszę.

Nadjana niewiele pamiętała, nie chciała pamiętać. Prędko kroczyła  do przodu, 

nigdy nie oglądając się za siebie. Wiedziała, że jak dla żony Lota mogłoby to dla niej 

oznaczać   zgubę.   Są   rzeczy,   do   których   nie   powinno   się   wracać.   Temu   przykazaniu 

Nadjana pozostała wierna i najważniejsze dla niej było to, co ma przed sobą.

background image

Justitian  uspokoił  się trochę.  Poty ustały,  ale  twarz miał  rozpaloną,  natomiast 

dłonie, na kołdrze wręcz niebieskawe, były zdumiewająco chłodne.

Nadjana usłyszała na schodach kroki pastora, chciała zamknąć drzwi. Tego jednak 

oczywiście   nie   mogła   zrobić,   Revelin   wszedł   do   środka,   spojrzał   na   śpiącego   syna. 

Zdumiało   ją,  że   nie   widzi  tego   samego,  co  ona.   W  każdym   razie   jego  głos  brzmiał 

spokojnie, gdy wyjął książeczkę do nabożeństwa i zaczął śpiewać psalm.

- Możesz iść na spoczynek,  Nadjano. On jutro poczuje się lepiej, a wtedy ty 

będziesz potrzebowała sił. Pójdziesz ze mną rano, powinniśmy zdążyć do sali tingu przed 

innymi. Muszę zamienić kilka słów z asesorem, powinniśmy też porozmawiać o twym 

ostatecznym świadectwie.

- Powiedziałam już wszystko, co miałam do powiedzenia.

Twarz pastora pociemniała.

- Zawarliśmy umowę, Nadjano, nie zapominaj o tym! Nadjana spuściła głowę, 

chciała rzucić teściowi w twarz, że jest potworem, wcielonym diabłem, który myśli tylko 

o słodyczy zemsty, podczas gdy jego jedyny syn umiera.

- On jest żywotny,  da sobie radę - oświadczył  pastor. Była  to jedyna  oznaka 

szacunku, na jaką było go stać w stosunku do Justitiana.

- Trzymaj mnie, nie wypuszczaj mnie, on nadchodzi... Nadchodzi... Ach, nie!

Justitian   zaczerpnął   sil   z   jakiegoś   nieznanego   źródła,   bezwładne   dotąd   ciało 

zaczęło się rzucać po łóżku. Nadjana przytrzymała go mocno, by nie spadł na podłogę. 

Prawie   całkiem   się   na   nim   położyła,   przyciskając   jego   wilgotne   dłonie,   wytężając 

mięśnie,   by   pokonać   konwulsyjne   drgawki.   Przemawiała   do   męża   jak   do   dziecka, 

potrzebującego pociechy po koszmarze, który mu się przyśnił. Nadjana wprawdzie nie 

miała dzieci, lecz instynkt podpowiadał jej, co robić.

Justitian walczył z jej rękoma, odsuwał je, pragnął wstać z łóżka.

Nadjana   rozumiała   jego   życzenia,   zdawała   sobie   jednak   sprawę,   że   wkrótce 

zabraknie mu sił.

- Marja... MARJA...

Objął ją mocno, nie wiedziała, czy jest przytomny.

Mamroczące dźwięki płynęły do jej ucha, dłonie rozpaczliwie uchwyciły ją w 

pasie, ściskał ją tak mocno, aż tchu zabrakło jej w piersiach. Potem nagle puścił, w 

background image

oczach pojawił się jaśniejszy błysk, poznał ją, lecz zaraz moment przytomności minął. 

Zniknął jak księżyc przesłonięty żeglującą chmurą.

- To nie Marja... nie Marja... ty jesteś... Nadjana wiedziała, że ma twarz równie 

mokrą jak on, a jej oczy są zaczerwienione, piekące. Czuła jego ból, wyczuwała wręcz 

śmierć, która groziła, że go zadławi. Lecz Justitian wciąż walczył, czas cudów jeszcze nie 

minął!

Nadjana już wcześniej widziała ludzi toczących bitwę ze śmiercią. Ludzi, którzy 

odnieśli ciężkie rany bądź zapadli na nierozpoznane choroby, a jednak udawało im się 

zwyciężyć.   Musi   wierzyć,   że   w   tej   decydującej   walce   Justitian   także   odniesie 

zwycięstwo.

Znów   ogarnął   go   niepokój.   Krzyk   wdzierał   się   boleśnie   w   uszy   Nadjany. 

Przenikał, wwiercał się w nie, głęboko aż do brzucha. Wśród niezrozumiałych słów wy-

krzykiwał jej imię.

Przebłyski   świadomości   stawały   się   coraz   rzadsze   i   kiedy   przychodziły,   leżał 

nieruchomo i tylko na nią patrzył. Próbował się uśmiechać, czym przydawał jej wiary, że 

rozumie.

Wciąż był wczesny wieczór.

Nadjana wiedziała, że ta noc może się okazać najstraszniejsza w jej życiu.

Poczuła się taka zmęczona, miała ochotę po prostu się przy nim położyć, ująć za 

rękę i odpoczywać wraz z nim. Ale bierność nie leżała w jej zwyczaju, gdyby się podda-

ła, wszystko byłoby stracone. Również dla Justitiana.

Płynęły godziny,  lecz ciemność za oknem ani trochę się nie zmieniała.  Tylko 

płomień łojowej świecy, palący się coraz bliżej świecznika, świadczył o upływającym 

czasie.

Justitian poruszył głową, otworzył oczy.

- Nadjano...

Uśmiechnęła się. Czyżby już mu się poprawiło? - Tak?

- Sprowadź Marję.

Drgnęła. Czyżby bredził w malignie? Nie. To dlatego te słowa raziły ją jak cios. 

Ale przecież brzmiały tak łagodnie.

Oczy chorego błagały o wybaczenie, o zrozumienie.

background image

- Muszę... się pożegnać.

- Sprawi mi to wielki ból, Justitianie.

- Ty... jesteś moją żoną. Zawdzięczam ci wszystko, nigdy nie zdołam... wyrazić, 

jak bardzo cię kocham. Niech to będzie moim podziękowaniem dla ciebie. Ale Marja... 

Nie miałem wtedy czasu, żeby się z nią pożegnać. Mój ojciec...

Głos nie chciał go słuchać. Justitian tracił siły. Nadjana widziała, że mąż żyje 

teraz już jedynie siłą woli. Żyje po to, by się pożegnać.

Czy mogła mu tego odmówić?

Nie.

A w dodatku pozostało w niej jeszcze źdźbło nadziei, którego wciąż próbowała 

się chwytać, teraz kiedy już wszystko zawiodło. Marja Oppdal wiedziała tak wiele o 

sztuce leczenia, kucharka przynajmniej w nią wierzyła i przecież właśnie o to między 

innymi ją oskarżano. O bezbożny stosunek do chorób i podejrzane praktyki medyczne.

- Przyprowadzę ją - szepnęła Nadjana i ucałowała zroszone potem czoło.

Kiedy zbiegała po schodach, prędko otarła ręką usta.

Złapała  płaszcz, który w wilgotnym  zimowym  powietrzu Kopenhagi grzał tak 

przyjemnie, lecz tutaj, w taką noc jak ta, gdy domy trzeszczały z mrozu, dawał tylko 

złudzenie ciepła.

Trzewiki z czterdziestoma guziczkami.

Mocowała się z nimi zdrętwiałymi palcami, przed przybyciem do wioski nigdy 

nie   zapinała   ich   własnoręcznie.   Przeklęła   oporne   guziczki,   łzy   popłynęły   jej   po 

policzkach, czuła, że ogarnia ją coraz większa panika. Nigdy dotąd nie była w takim 

stanie,   nie   zaznała   bólu   bezradności,   ale   teraz,   w   tej   chwili,   nie   pomogłyby   jej   ani 

pieniądze, ani duma czy władza. Teraz wszystko zależało od innej kobiety, od kobiety, 

która zapewne widząc ją w drzwiach splunie ze złością.

Musi jednak spróbować. Nawet gdy wróci do domu bez Marji, to Justitian po jej 

oczach pozna, że próbowała. A jeśli będzie miała szczęście, to Justitian uwierzy, gdy 

powie, że Marji nigdzie nie mogła znaleźć.

A może powinna wziąć ze sobą pieniądze?

Nie chciała tracić czasu na zabieranie błyszczących monet z kuferka w gabinecie. 

Bała się też, że Revelin tam siedzi. Chwyciła więc w locie sznurek pięknie szlifowanych 

background image

rubinów oprawionych w srebro wybijane w kwiaty. Był to najpiękniejszy klejnot, jaki 

posiadała.   Gotowa była  go  bez  żalu  ofiarować,  gdyby   tylko  mógł  przyczynić  się  do 

spokojnego pożegnania Justitiana ze światem.

Marja musi przyjść!

Musi   zapomnieć   o   wrogości,   zrozumieć,   że   chodzi   o   spokój   duszy   innego 

człowieka. Jeśli kiedykolwiek żywiła dla niego cieplejsze uczucia, nie mogła mu tego 

odmówić.

Nadjana biegła po śniegu, nie był głęboki, lecz nogi w cienkich trzewiczkach na 

gładkiej   skórzanej   podeszwie   ślizgały   się   po   nim   niemiłosiernie.   Wiatr   od   fiordu 

przewiewał pelerynę i Nadjana zaczęła szczękać zębami. Łzy płynące z oczu zamarzały 

na policzkach, mąciły wzrok. Na szczęście znała drogę do Oppdal.

Marja być może roześmieje się jej prosto w twarz, uraduje ją widok rywalki takiej 

zaniedbanej, z pełnymi rozpaczy czerwonymi oczami, pokornej, całkowicie uzależnionej 

od   jej   dobrej   woli.   To   straszne   upokorzenie,   lecz   Nadjana   nie   miała   wyboru.   W 

podświadomości obliczała cenę, jakiej może zażądać Marja. Co robić, jeśli nie wystarczą 

jej rubiny?  Jeśli zażąda czegoś więcej? Na przykład pomocy Nadjany na jutrzejszym 

tingu?

Nie, do tego Nadjana nie może się posunąć.

Nie może już teraz zawrócić.

Co z tego, że Marja ujdzie cało, bo będzie obecna przy końcu Justitiana? Co z 

tego, że lekarstwa Marji uratują go, skoro Revelin utrzyma nad nimi władzę?

Pastor musi ufać jej, Nadjanie.

Tylko ten, komu się naprawdę ufa, dowie się, gdzie najdotkliwiej zrani sztylet. A 

pastor   nosił   naprawdę   szczelną   zbroję;   Nadjana   miała   świadomość,   jak   ważne   jest 

obnażenie jego czułych punktów.

Nie,   nie   cofnie   swoich   słów.   To   i   tak   niewiele   pomoże.   Byli   wszak   inni 

świadkowie, których zeznania bardziej się liczyły. Marja także na pewno to zrozumiała. 

Cóż,  klejnot  w  każdym  razie   będzie  pięknym   spadkiem  dla  jej   córeczki,   tej   ślicznej 

Amelii o łagodnym spojrzenia.

Dotarła   na   miejsce.   Przez   moment   stała,   chwiejąc   się   na   nogach,   czekała,   aż 

oddech wróci do normalnego rytmu. Wreszcie podeszła do drzwi, zapukała mocno.

background image

- Marjo Oppdal! Na Boga, otwórz! Tu chodzi o życie! W środku panowała cisza. 

Dopiero teraz Nadjana zauważyła, że z dachu nie unosi się nawet dym. Czyżby nikogo 

nie było w domu?

Ale nie, ze środka dobiegały glosy. Szuranie bosych stóp, stukot drewniaków o 

prostą drewnianą podłogę.

- Cicho tam za drzwiami, nie budź dzieci. Kto przychodzi w taki wieczór jak ten?

Drzwi na miękkich skórzanych zawiasach lekko się uchyliły.

Twarz Marji pobielała z zaskoczenia.

- To ty?

Nadjana zauważyła, że zdumienie przechodzi w nienawiść, a jeszcze później w 

nadzieję.

- Przychodzisz, by pożałować swojej złośliwości? A może Revelinowi zabrakło 

cierpliwości i przysyła ciebie, żebyś wykonała za niego brudną robotę?

- On mnie nie przysłał. Przychodzę z inną sprawą, Marjo Oppdal. Przyjmij mnie 

bez nienawiści, proszę. Wiem, że źle postąpiłam wobec ciebie, lecz teraz chodzi o coś 

więcej, o coś ważniejszego.

- Cóż może być dla mnie ważniejsze niż moje własne życie? - odparła Marja 

cierpko.

Nie miała ochoty wpuszczać tej kobiety za próg swego domu, lecz mróz ciągnący 

przez   uchylone   drzwi   szczypał   już   w   nogi.   Baronówna   sprawiała   wrażenie   na   wpół 

zamarzniętej. Na ustach Marji pojawił się bezczelny uśmieszek.

- Justitian umiera. Uśmiech Marji przygasł.

- Naprawdę, on umiera. Umrze na pewno, jeśli ty... twoje lekarstwa... słyszałam...

Marja popchnęła ją przed sobą na śnieg.

- Idź do obory, baronówno. Musimy porozmawiać.

- Nie ma czasu... Ach, bądź tak miła...

- Ja nie jestem miła - twardo odparła Marja. - Jutro czeka mnie walka o życie. A 

ty jesteś najbliższą osobą mego wroga.

- Ale Justitian nie jest twoim wrogiem - łagodnie zauważyła Nadjana.

Ciepło bijące od zwierząt czyniło oborę błogosławionym miejscem.

- Justitian... Nie potraktował mnie źle, nieszczęsny.

background image

- On umiera.

- Naprawdę tak z nim źle? Sądziłam... Powiadano... Nadjana machnęła ręką.

-   Revelin   nie   chciał,   żeby   wieś   poznała   prawdę,   nie   chciał,   by   ludzie   się 

dowiedzieli, jak poważna jest sytuacja. Może sam nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. 

Ale ja wiem, na co cierpi Justitian. Widzę, jak z każdą godziną nadzieja się oddala. Tej 

nocy jego los spoczywa w twoich rękach, Marjo.

Marja popatrzyła w ciemnoszare oczy i spostrzegła, że ta cudzoziemka nie jest już 

królową, lecz tylko wystraszoną kobietą, która odrzuciła wszelką dumę i szuka pomocy u 

wroga.

-   On   o   ciebie   pytał   -   powiedziała   Nadjana,   a   Marja   rozumiała,   jak   wiele   ją 

kosztują te proste słowa.

Wstała.

- Muszę przynieść parę rzeczy i ubrać się. Na miłość boską, umrzesz z zimna. 

Przyniosę ci coś do okrycia, tymczasem poczekaj tu w cieple.

Nadjana osunęła się na stos siana. Drżała.

Ręka jakby przymarzła jej do schowanych w kieszeni rubinów.

Marja nawet nie wspomniała o wynagrodzeniu. Nadjana poczuła, jak rumieniec 

wstydu pełznie po jej zmarzniętej twarzy. Być może i tym razem źle oceniła sytuację. 

Być może Marja Oppdal była ulepiona z tej samej gliny co tamta zapomniana Maria.

Marja bała się, że Karl jej nie zrozumie, nie zgodzi się, by wyprawiała się gdzieś 

akurat tej nocy, by zrobić coś, o co następnego dnia miała zostać oskarżona.

- Marjo, to zasadzka! Przytrzymywał  ją, nie puszczał. W oczach pojawiła się 

rozpacz.

- Ona chce cię oszukać, to Revelin ją nasłał. Chcą, żebyś dzisiejszej nocy sama 

wykopała sobie grób. Wiedzą, że tak dobrze się broniłaś, i boją się, że jutrzejszy dzień 

będzie   dniem   twojego   zwycięstwa.   Próbują   wykorzystać   twoją   dobroć,   poczucie 

obowiązku. Nie pozwól im na to, Marjo. Nie pokazuj im, co potrafisz, bo sprawią, że 

twoja dobroć obróci się na złe, przeciwko tobie. Oskarżą cię o czary!

Marja przysiadła  przy mężu,  patrzyła  na niego w ciemności, żałowała, że nie 

może spojrzeć mu w oczy. Pogładziła tylko palcami jego twarz.

-   To   nie   tak,   Karlu.   Ja   jej   wierzę,   ona   nie   kłamie.   Jest   po   prostu   bezradną, 

background image

zrozpaczoną kobietą, przerażoną, że straci męża. Wiele musiało ją kosztować, by tak się 

przede mną ukorzyć.

- Nie, ona jest podstępna i niebezpieczna, to przyjaciółka Revelina, jego synowa, 

nie zapominaj o tym, zostań w domu.

- Wcale o niczym nie zapominam. Sądzę jednak, że opłaci mi się pójść z nią. 

Myślę, że ona... mnie wynagrodzi.

-   Myślisz,   że   cofnie   swoje   słowa   jutro   przed   tingiem?   Może   by  to   w   czymś 

pomogło, ale...

- Jestem mu to winna - powiedziała Marja cicho. Karl przełknął ślinę.

- A więc to o niego chodzi?

Pocałowała go. Pozwoliła, by jej wargi odpowiedziały na dręczące go pytanie.

- Nigdy nie kochałam nikogo poza tobą...

Przekradały się przez wieś  jak złodziejki, noc była  bez księżyca.  Przy chacie 

dzwonnika się zatrzymały, żeby nabrać oddechu. Nadjana dostrzegła żółty blask sączący 

się przez szparę pod dachem. A więc pastor tam był. Zdarzało się, że palił światło nocą, 

prawdopodobnie dlatego, że bał się ciemności, a może miał jakąś pracę.

To dobrze.

Kobiety biegły dalej. Marja niosła węzełek, Nadjanie wystarczyło zmaganie się ze 

śliskimi trzewikami.

Na górę po schodach, nie ma czasu na zdejmowanie butów, na zrzucenie peleryn.

Obu serce w piersiach waliło mocno. Czy zdążyły?

Tak.

Justitian wciąż niespokojnie rzucał się na łóżku.

Marja po drodze wypytywała  Nadjanę o chorobę, lecz dama z Danii w biegu 

ledwie mogła  z siebie coś wydusić. Przywykła  wszak do siedzenia w powozie, a co 

najwyżej do powolnych spacerów po ogrodzie.

Justitian był nieprzytomny. Nadjana spostrzegła to od razu, wiedziała, że muszą 

czekać.

- Rozchorował się na statku, kiedy jechaliśmy do Norwegii, na pokład przyszedł 

lekarz, miał zbadać nas wszystkich, zabronili nam schodzić na ląd, mówili, że dość mają 

tej   zarazy,   jaka   dotknęła   miasto.   Całymi   tygodniami   czekaliśmy   na  statku.   Wreszcie 

background image

Justitianowi   się   poprawiło   i   pozwolono   nam   zejść   na   ląd.   Dopiero   kiedy   tu 

przyjechaliśmy, znów się zaczęło. Te wrzody także...

- Na pewno lekarz przywlókł zarazę. A ty, ty nie jesteś chora?

- Na razie nie. Zawsze byłam silna, zaraza się mnie nie ima.

- Co jeszcze mu dolega?

Nadjana bacznie przyglądała się twarzy Marji. Postanowiła być szczera.

- On ma też syfilis.

Na twarzy Marji z początku pojawił się wyraz niezrozumienia, słowo wymawiane 

z duńska zabrzmiało obco. Wreszcie jednak dotarło do niej jego znaczenie.

- Ach, nie... tylko nie to. Młoda dziewczyna w niej zapłakała. Justitian... taka 

wstydliwa   choroba.   I   zaraz   z   przerażeniem   zdała   sobie   sprawę   z   powagi   tego,   co 

usłyszała. Wszak ta choroba potrafiła zniszczyć całe rodziny, wykończyć ludzi w ciągu 

roku,   lecz   mogła   trwać   również   dwadzieścia   lat.   Zżerała   ciało   od   środka,   nikt   nie 

wiedział, ile czasu trzeba, by pękła struna życia.

- Ty też? Nadjana pokręciła głową, lecz Marja dostrzegła zwątpienie w jej oczach. 

I strach.

- Jeśli przeżyje zarazę, to z tą drugą chorobą może chodzić po świecie jeszcze 

przez wiele lat. Wiesz, kiedy...?

Nadjana znów pokręciła głową.

- Prawdopodobnie tuż przed tym, jak go znalazłam. Gdzieś około Nowego Roku. 

Zanim tu przyjechaliśmy.

- Znasz go tak krótko?

Tylko kiwnęła głową, nie chciała przyznawać się głośno.

Marja nie pytała  już o nic więcej, zaczęła  wyciągać  z węzełka  pojemniczki  i 

pudełeczka,   jakieś   mniejsze   zawiniątka.   Ustawiła   je   na   wypolerowanym 

czerwonobrązowym stoliku, którego powierzchnia lekko błyszczała.

-  Dam   mu   coś   przeciwko   gorączce.   Sproszkowaną   korę  wierzby,   czarny   bez, 

bobrek i słód. Masz trochę wódki? I wodę, mnóstwo wody. Dobrze, żeby była ciepła, 

jeśli jeszcze płonie ogień na palenisku.

Nadjana wyszła przynieść to, co potrzebne.

Miała wielki kłopot z nastawieniem wody, ogień pod jej niesprawnymi palcami 

background image

zgasł.

Marja została sama. Cicho podeszła do chorego, w obecności żony nie chciała go 

dotykać.

- Justitianie - szepnęła. Ku jej zdumieniu wargi mężczyzny rozciągnęły się w 

uśmiechu. Wymamrotał coś. Marji serce w piersi zaczęło uderzać jak szalone.

- Jestem tutaj.

- Marja? Zabrzmiało to jak westchnienie, lecz wypowiedział jej imię wyraźnie. 

Uśmiechnęła się ucieszona, a więc ją poznał.

- Jestem tu... przy tobie. Nadjana także. Pomożemy ci.

- Nikt nie zdoła... ale dziękuję, że zechciałaś przyjść. Tyle rzeczy pozostało nie 

dopowiedzianych.

- Nie, nic nie jest nie dopowiedziane - odparła łagodnie.

Justitian   westchnął.   Z   jego   piersi   wydobyły   się   przerażające   dźwięki.   Marja 

zaczęła się bać, że to, co mu poda, nie odniesie żadnego skutku.

- Otwórz usta, Justitianie, to lekarstwo... Przełknął, nie zwrócił, zakaszlał tylko, 

gardło miał widać ściśnięte.

-   Marjo...   nigdy   o   tobie   nie   zapomniałem.   Pogładziła   go   czule.   Nie   bała   się 

owładniętego zarazą ciała, wiedziała, że jest na to rada. Ktoś, kto znał tajemnice chorób, 

nieczęsto   padał   ich   ofiarą.   Marja   pomimo   tak   częstego   obcowania   z   chorymi   nie 

chorowała nawet przez jeden dzień.

- Ja też ciebie nie zapomniałam, Justitianie.

- Karl...

- Poślubiłam go - odpowiedziała cicho. - Musiałam, zrozum.

Justitian   znów   przełknął,   lekarstwo   najwidoczniej   nie   chciało   się   ułożyć   w 

żołądku.

- Wiedziałem o tym, mój ojciec... on zawsze osiąga to, czego chce. Dobrze, że 

teraz jesteś bezpieczna.

Bezpieczna? Co on ma na myśli?

Marja   zrozumiała,   że   Justitian   niewiele   wie   o   wydarzeniach   ostatnich 

dramatycznych  dni, lecz uznawszy, że nie ma powodu przysparzać mu więcej bólu i 

trosk, postanowiła milczeć.

background image

- Twój ojciec pewnego dnia spotka swego' sędziego - oświadczyła twardo.

Justitian znów lekko się uśmiechnął.

- Może i tak, już krzywda, jaką nam wyrządził...

- Być może takie było zrządzenie losu, Justitianie. Może Bóg tak chciał. Masz też 

swoją wierną Nadjanę, jest taka piękna.

Justitian cieszył się, że Marja nie powiedziała „bogata”.

- Tak, naprawdę ją kocham, ale wtedy... kiedy przyszłaś do chaty dzwonnika...

Marja pamiętała ów żałosny widok.

- Wtedy... Położyła palce na jego ustach.

- Pst! Są prawdy, o których nie powinniśmy mówić głośno, Justitianie.

- Gdyby tylko... Jego głos brzmiał teraz słabiej.

- Gdyby nie mój ojciec...

Marja   pozwoliła   płynąć   łzom.   Uścisnęła   rękę   Justitiana,   usłyszała   grzechot 

garnków, które Nadjana nieudolnie usiłowała wnieść na górę.

-   Unieszczęśliwiłabym   cię   -   szepnęła.   -   Dziękuj   swemu   ojcu,   że   do   tego   nie 

doszło...

Justitian nie odpowiedział, tylko lekko uścisnął jej rękę.

Marja miała wrażenie, że jego czoło jest już mniej gorące, a na wrzody pomogą 

maści i wyciągi z ziół. Nadjana przesadzała, pomyślała Marja z ulgą.

background image

ROZDZIAŁ IX

Noc przed ostatnim dniem tingu.

Mogła to być ich ostatnia noc.

Dlaczego więc jej tu nie ma? Dlaczego jego łóżko jest puste i zimne? Pozostał po 

niej tylko słaby zapach jej włosów. Dlaczego jego ramiona zamykają się na martwej 

baranicy? Dlaczego to szorstka wełna, a nie jej włosy łaskoczą go w policzek?

Karl odwrócił się do ściany. Szukał poczucia bezpieczeństwa wśród masywnych 

bali. Leżały jedne na drugich od stu lat, układając się w ścianę i tworząc zamknięty mały 

świat Jego świat. I jej. Teraz jakby przestały się trzymać. Być może już jutro okaże się, 

że   wszystko,   co   mają,   obróciło   się   w   ruinę.   Było   to   równie   nieprawdopodobne   jak 

przekonanie, że ta mocna ściana miałaby rozpaść się w drzazgi, lecz równie pewne jak 

fakt, że grube bale przytrzymywał na miejscu wyłącznie ich ciężar.

Karl wsłuchał się w oddechy dzieci. Starał się powstrzymać narastającą w nim 

rozpacz,  nie chciał  dopuścić do siebie  przerażenia.  Uszy nasłuchiwały kroków, które 

rozedrą nocną ciszę, lecz dochodził do niego jedynie trzask drewna ściskanego mrozem. 

Zastanawiał się, czy Marja starannie zamknęła za sobą drzwi od obory, znalazł pretekst, 

by wstać.

W   ciemnej   oborze   zapalił   lampę.   Zwierzęta   w   przegrodach   poruszyły   się 

niespokojnie. Czyżby ludzie zatracili rytm doby?

Karl odruchowo zaczął gładzić bok młodej jałówki. W blasku lampy wilgotne 

oczy   zwierzęcia   błyszczały.   Odnalazł   zgrzebło   ze   świńskiej   sierści   i   widząc,   jaką 

przyjemność sprawia krowie czyszczenie, odzyskał trochę spokoju. Tu, w oborze, myśli 

zawsze   mu   się   rozjaśniały.   Powietrze   było   ciepłe   od   oddechów,   dawało   przytulne 

poczucie bezpieczeństwa. Nikt tak jak zwierzęta nie potrafił go uspokoić, kiedy ludzie z 

najbliższego otoczenia tak się odeń oddalali.

Nie obawiał się niczego ze strony syna pastora. Justitian był  jednym  z wielu, 

którzy okazali Marji łaskawość, a teraz zachorował. Był wręcz bliski śmierci, jeśli ta 

obca baronówna mówiła prawdę.

Czy to jakaś gra? Czy mimo wszystko powinien był zatrzymać żonę?

Czy też może Marja w tej chwili zbawiała własną duszę, przychodząc z pomocą 

background image

synowi swego najzaciętszego wroga?

Karl się bał.

Nie miał złudzeń co do Revelina. Revelin był w stanie własną ręką wznieść topór 

nad głową Marji, nawet jeśli ta ocaliłaby życie jego jedynemu synowi.

Ściany   w   oborze   też   trzeszczały.   Dwie   krowy   zaczęły   przeżuwać,   jak   gdyby 

doszły do wniosku, że nocny niepokój można mimo wszystko do czegoś wykorzystać. 

Owce przez chwilę beczały zdenerwowane, ale gdy do nich przemówił, uspokoiły się na 

dźwięk znajomego głosu.

Na sianie w kącie Karl odnalazł swego rodzaju ukojenie. Złożył ręce, poczuł, jak 

obcy mu ten gest.

Z kąta obory w głębi fiordu gdzieś daleko na północy ziemskiego globu popłynęły 

modlitwy. Czyż można dziwić się wątpliwościom, czy kiedykolwiek dotarły do adresata?

To będzie długa noc, pomyślała  Marja. Nie było  zegara ani też słońca, które 

pomogłyby jej liczyć godziny. Wiedziała jednak, że będą jej się wydawać długie niczym 

lata.

Nadjana   nie   mówiła   nic   więcej.   Siedziała   na   krześle   w   kącie.   Światło   lampy 

sprawiało, że jej białe włosy lśniły jak złoto. Prawie tak jak włosy Amelii, pomyślała 

Marja.

Justitian zasnął.

- Lepiej wygląda - cicho zauważyła Nadjana. Marja wykręciła ściereczki z wody, 

z której unosił się świeży zielony zapach.

- Być może zbyt wcześnie zaczęłaś myśleć o wdowieństwie - odparła, starając się, 

aby jej głos zabrzmiał jak najbardziej neutralnie.

Cisza.

-   Dziękuję,   że   zgodziłaś   się   przyjść,   Marjo   Oppdal.   Marja   podniosła   głowę. 

Zobaczyła,   że   oczy   Nadjany   spoglądają   na   nią   poważnie,   nie   uciekają.   Marja   przy-

trzymała ją wzrokiem, szukając wahania, lecz go nie znalazła. Podziękowanie płynęło 

prosto z serca. Kiwnęła głową w odpowiedzi.

- Kim ty właściwie jesteś? Pytanie Nadjany padło łagodnie, jak między dwiema 

przyjaciółkami, z których jedna zajęta jest ciężką pracą.

Marja złożyła ręce na podołku, w gardle ścisnął ją płacz. Obca zadała pytanie, 

background image

które ona sama tak długo od siebie odpychała.

Marja poczuła, że obrona nie ma żadnego sensu. Ta noc mogła zaważyć o losie 

niejednego   człowieka.   Oto   siedziały   tu   one,   dwie   kobiety,   obie   o   krok   od   utraty 

wszystkiego, co miały.

- Dlaczego pytasz? Nadjana przeniosła spojrzenie na Justitiana.

- On nie pokochałby zwyczajnej kobiety.

Marja uśmiechnęła się. Komplement przeznaczony był dla niej, lecz i dla samej 

Nadjany.

- To prawda - odszepnęła. - On był jest... bardzo szczególnym chłopcem.

Dzieliły je lata, pokolenia, przeszłość tak różna, jak kolor ich włosów.

Ona jest kobietą jak ja, jest piękna i inteligentna, i ona też przeżyła nie same tylko 

dobre dni, widać to po śladach na jej twarzy, które niekiedy biegną od kącików jej oczu i 

spadają na miękkie, blade policzki.

- Jestem Marja Oppdal, żona Karla Oppdala. Nawykła do ciężkiej pracy. Jutro 

będę być może więźniarką króla, skazaną na utratę wszystkiego, co mam.

- Jesteś także spadkobierczynią. Być może już jutro będziesz mogła się przenieść 

ze swej ubogiej chaty, zostać panią Wdowiej Zagrody.

Marja wolno pokiwała głową.

- Tak, być może. Znów podniosła głowę, wbiła oczy w Nadjanę.

- Wierzysz, że tak się stanie?

Baronówna masowała dłońmi kark, jej twarz postarzała się, zszarzała.

- Ja nie mam wiary, Marjo. Jestem człowiekiem czynu. Człowiek czynu. Marja w 

myślach smakowała te słowa. Wydały jej się niezwykłe, lecz bardzo prawdziwe.

- Ja także - przyznała wolno - jestem człowiekiem czynu. Dlatego muszę jutro 

stawić się na tingu i bronić życia.

- Opowiedz mi o swoim życiu, Marjo. Dlaczego miałabym to robić? - odezwał się 

w niej jakiś głos, lecz w tej godzinie opanowała ją niezwykła łagodność i szczerość, nie 

dziwiło jej nawet to, co się stało. Właściwie po zastanowieniu można było powiedzieć, że 

nie   ma   nic   nadzwyczajnego   w   tym,   że   oto   siedzi   tutaj   przy   swej   nieprzyjaciółce   i 

opowiada   o   tym,   o   czym   nie   śmiała   wspominać   wcześniej.   Cichy   oddech   Justitiana 

akompaniował jej opowieści.

background image

-   Wyrządziłam   mu   wielką   krzywdę   -   rzekła   Marja   cicho.   -   Zrozum, 

nienawidziłam jego ojca, nie za to, kim jest, lecz za to, co zrobił. On rozerwał moje życie 

na strzępy. Swoją chciwością i żądzą władzy zabił moją matkę i skradł mi ojca.

Nadjana siedziała jak skamieniała. Nie ruszyła nawet palcem, nie wyrzekła ani 

słowa z lęku przed zerwaniem nici, która zaczynała splatać ze sobą obie kobiety.

- On... wtedy mu się udało, posłał moją matkę na śmierć. Stos dla czarownic 

wprawdzie nie zapłonął, lecz Revelin i tak osiągnął to, co chciał. Musiała stąd odejść, 

odebrał jej zagrody, włości, dom.

- Twój rodzinny dom... był tutaj? Marja pokręciła głową. Trudno było opisywać 

obcej osobie skomplikowane życie.

- Urodziłam się i wychowałam gdzie indziej, lecz moja siostra Sunniva wyrosła 

tutaj. Sypiała w tym pokoju. Na probostwie Lyster u swego ojca Mogensa Skanke.

- U Czarnego Monsa? Starego pastora? Marja pokiwała głową.

- Moja matka była jego żoną, ale Revelin... usunął z księgi parafialnej tę kartę, na 

której  zapisano   ich   ślub,  a  ponieważ   świadkowie   pomarli,   pieniądze   pomogły  mu   w 

zdobyciu wyroku sądowego stwierdzającego, że matka była zwykłą dziwką. Wygnano ją 

stąd, przyjaciele odwrócili się od niej plecami, musiała uciekać. Znalazła nowy dom u 

mego ojca, kata.

Nadjana przełknęła ślinę. Marja wprost wypluwała słowa, aż kłuły Nadjanę w 

sercu, lecz dźwięcząca w nich pogarda nie do niej była skierowana.

- Co się stało potem?

-   Revelin   nie   ustępował.   Odebrał   mi   matkę,   chociaż   byłam   zaledwie 

noworodkiem. Nigdy jej nie widziałam, nie wiem, jaka była, ale Gjertrud...

- Świętej pamięci żona Antona?

-   Tak,   ona   mnie   ocaliła.   Opisywała   mi   matkę,   jej   dobroć,   to,   co   utraciła. 

Dorastałam   wśród   tych   obrazów   i   postanowiłam   odzyskać   wszystko,   nawet   gdybym 

miała poświęcić życie. Dla niej...

- Ale przecież ona... nie żyje?

- Prawdopodobnie tak, a wraz z nią umarła sprawiedliwość.

Nadjanę przeraziły gorycz i nieugiętość bijące z oczu Marji. Czy i ona wyglądała 

podobnie, gdy próbowała wykorzystać posiadaną moc, a mimo to przegrywała?

background image

- Chciałaś posłużyć się Justitianem - stwierdziła Nadjana, lecz w jej głosie nie 

było pogardy.

Milczenie Marji potwierdziło jej domysły.

-  Odesłano   go  stąd...   Wydawało   mi   się,  że   jestem   taka   sprytna,   lecz   Revelin 

okazał się sprytniejszy. Znaczyłam przy nim tyle, co kłaczek wełny. Wystarczyło, że 

dmuchnął, i uleciałam, a moje słowa zmieniły się w kropelki wody, które mógł strząsnąć 

ze swego płaszcza. Byłam taka głupia, taka młoda. Wydawało mi się, że zniszczę jego 

potęgę, dlatego jestem teraz tutaj. Jutro być może odbierze mi ostatnie, co mam. Koło się 

zamknie, Nadjano. Ja i moja matka...

- To się nie może stać - wyszeptała Nadjana.

- Nie zdołasz temu zapobiec, ani ja. My dwie... ludzie czynu. Ha!

Nadjana   wstała,   podeszła   do   łóżka.   Pogładziła   Justitiana   po   policzku,   lekkie 

drgnienie powiedziało im, że poczuł przez sen pieszczotę.

- Kochałaś go? Nie było miejsca na kłamstwa.

- Nie - odparła Marja po prostu. - A ty? Nadjana odwróciła wzrok. Marja wolno 

pokiwała głową.

- On na to zasługuje - oświadczyła.

- On umiera - zawołała Nadjana. Obie drgnęły, gdy chory nagle napiął mięśnie i 

zaczął rzucać się po łóżku, jakby protestując.

Przemawiały do niego, lecz nie odpowiadał. Wreszcie znów się uspokoił, tylko z 

rany na szyi spłynęła kropla krwi niczym łza. Marja otarła ją, opłukała palce w czystej 

wodzie.

- Sądzę, że ta noc przyniesie ci odpowiedź, Nadjano.

- Tyle jej jeszcze pozostało - odparła białowłosa. Marja nie potrafiła stwierdzić, 

czy w tych słowach kryje się skarga, czy pociecha.

- Chyba muszę wracać do domu. Nadjana popatrzyła na nią.

- Czy mogę cię jeszcze o coś zapytać? To... bardzo osobiste pytanie.

Marja   wiedziała,   co   ją   czeka.   Oczy   Nadjany   bowiem   były   takie   nagie,   jak 

zranione.

- Czy ty... czy wy... Czy spałaś u mego męża? Marja uśmiechnęła się gorzko, 

pokręciła głową. Nie bała się spojrzeć w szare oczy.

background image

Nadjana odetchnęła z ulgą, a potem zacisnąwszy ręce zadała, kolejne pytanie:

- Ale przedtem? Wtedy?

Marja jeden po drugim chowała pojemniczki do węzełka. Ruchy miała pewne, 

ręce nawet nie drgnęły. Kiedy wszystko już było na miejscu, podniosła głowę, popatrzyła 

Nadjanie prosto w oczy.

- Do widzenia - szepnęła miękko i uścisnąwszy żonę Justitiana za rękę, delikatnie 

otworzyła ciężkie drzwi.

Nie   zastała   Karla   w   łóżku.   Odrzuciła   na   bok   baranicę,   lecz   nie   musiała 

poświadczać spojrzeniem tego, co wiedziała już wcześniej. Ogarnęło ją dawne znajome 

uczucie, sprawiło, że serce uderzyło mocniej. Dawny strach zmieszał się z nowym.

Zmusiła wreszcie ciało do spokoju, spojrzenie odszukało trójkę śpiących malców. 

Cisza panująca w izbie wydawała się dobra i bezpieczna, nie przesycało jej przerażenie, 

jakie byłoby, gdyby...

Na pewno jest w oborze, zwykle chodził tam w ciężkich chwilach. Marja z ulgą 

wsunęła   przemoczone   buty   z   powrotem   na   nogi   i   pobiegła   przez   podwórze.   Teraz 

dostrzegła także słaby blask światła sączącego się przez szpary wśród bali.

- Karl - szepnęła głośno. W środku zaszeleściło siano. Głosy.

Na miłość boską, któż może tam być w środku nocy? Czyżby naprawdę nie był 

sam?

Marja   mocno   trzasnęła   drzwiami,   chcąc   dać   znać,   że   nadchodzi.   Nie   chciała 

zobaczyć niczego, co mogłoby jej sprawić przykrość. Ujrzała dwie postaci.

Każda siedziała na swojej kopie ubitego siana. Jej mąż i ktoś obcy w opończy. Na 

jej widok obcy odwrócił się, próbował wstać, lecz był to stary człowiek, Marja gestem 

powstrzymała go od tej uprzejmości.

- Proszę siedzieć,  co się stało? Asesor osunął się na niewyszukane  siedzisko. 

Karlowi oczy błyszczały, lecz lśniła w nich otucha. Zerwał się na nogi, uściskał żonę, 

wciągnął w nozdrza zapach włosów, które wymknęły się spod chustki, chroniącej przed 

chłodnym nocnym powietrzem.

- Chyba jest dla nas nadzieja, Marjo. Możemy się od tego wywinąć.

- Oczywiście, że jest nadzieja, jeśli nie umarła już cała sprawiedliwość.

Asesor   chrząknął.   Miał   na   rękach   brązowe   skórzane   rękawiczki,   świadectwo 

background image

kontaktów łączących go z wielkim światem.

- Przyszedłem, by porozmawiać z wami o tej sprawie w tajemnicy, jak złodziej 

przemykający się nocą. Niebezpieczne jest bowiem dla sędziego rozmawiać z oskarżoną 

bez świadków w wieczór taki jak dziś...

- Dlaczego przyszedłeś?

Ujął jej dłonie w swoje, ręce Karla wciąż spoczywały jej na ramionach. Siła obu 

mężczyzn   przytłoczyła   Marję.   Oczy   starego   asesora,   choć   otoczone   zmarszczkami, 

patrzyły bystro i wyrażały zdecydowanie jak u młodego człowieka.

- Źle z tobą, Marjo Oppdal. Masz tylko jedną szansę, najwyżej dwie...

- Jaką?

- Jutro rano, zanim jeszcze zjawią się sędziowie, kiedy wszyscy inni będą spać, 

przyjdzie   do   mnie   Revelin...   Wiem,   co   powie.   Wiem,   że   ma   swoje   sposoby,   może 

narzucić własne opinie wszystkim moim przysięgłym.

- Chcesz powiedzieć, że może ich przekupić? _ - Tak, albo... zmusić. Ma potężną 

władzę. Obawiam się, że większą niż moja.

Marja zdawała sobie z tego sprawę.

-   Wiatr   wieje   ci   w   twarz,   Marjo   Oppdal.   Na   własne   uszy   słyszałaś,   jak 

mieszkańcy tej samej wioski świadczą przeciwko tobie. Niepiękne jest to, co mają o tobie 

do powiedzenia.

- Ale też i nie jest to prawda.

- Ludzkie słowa... tak niewiele są warte, a jednocześnie trudno wprost przecenić 

ich wagę.

- Nie są nic warte. To nikczemni kłamcy, snują o mnie fantazje. Ciekawe, jaką 

nagrodę ma dla nich ten diabelski pastor?

Asesor potrząsnął jej rękoma, chciał, aby się uspokoiła.

- Jest pewna możliwość, Marjo Oppdal. Nigdy bym nie przypuszczał, że jako 

człowiek króla zaproponuję coś podobnego, lecz ta sprawa wzbudziła we mnie wiele 

wątpliwości. Wydaje mi się, że skazani zostaną niewinni ludzie. - Uspokoił się, mówił 

teraz prosto do nich. - Musicie stąd odejść, teraz, dzisiaj w nocy. Jest jeszcze na to czas.

-   Odejść?   Chcesz   powiedzieć,   że   mamy   uciekać?   -   Marja   roześmiała   się 

histerycznie, niemal jak szalona. - Z trojgiem maleńkich dzieci? Dokąd mielibyśmy iść, 

background image

ot, tak w tej godzinie? Ludzie lensmana ruszą za nami w pościg skoro świt. Przeszukają 

całą okolicę. Poruszą każdy kamień.

Asesor potrząsnął nią jeszcze mocniej.

- To się może udać, mam łódź, dziś w nocy cumuje przy przystani w Gaupne, 

napiszę list, a zaraz odpłynie. Jeśli się pospieszycie, dotrzecie tam, zanim się rozjaśni.

Marja   odchyliła   głowę   w   tył,   płacz   mieszał   się   z   histerycznym   śmiechem. 

Wyrwała się z uścisku asesora, zaczęła krążyć w koło. Asesor odebrał jej ostatnie źdźbło 

nadziei, ostatnią kruszynę wiary w sprawiedliwość.

Karl ruszył za nią, złapał ją, zmusił, by stanęła w miejscu.

- Musimy stąd odejść, Marjo, inaczej - zabiorą nam ciebie.

Znieruchomiała. Stała wśród przeżuwających zwierząt niczym posąg.

- Jeśli asesor ma rację, to chcę mu podziękować za to, że wśród zdrady próbował 

stworzyć własną sprawiedliwość, ale ja nie mogę stąd odejść, nie w taki sposób, nie 

mogę...

Karlowi opadły ręce. Przysiadł na sianie, asesor natomiast nie siadał, nerwowo 

przełykał ślinę.

- Obawiam się, że niczego więcej nie będę mógł zrobić...

Marja podniosła głowę. W ustach jej zaschło, wargi miała zimne, zdrętwiałe.

- Jeśli naprawdę chcesz nam pomóc, panie asesorze, to czy wolno mi prosić o coś 

innego?

Dostojny urzędnik dwukrotnie kiwnął głową.

- Stawię się jutro przed waszym sądem, chcę usłyszeć, co się tam mówi, i schylić 

głowę w ostatniej nadziei na istnienie sprawiedliwości. Jeśli jednak będzie tak jak mó-

wisz, jutro posłucham twojej rady.

Stary człowiek westchnął.

-   To   niemożliwe,   Marjo   Oppdal.   Jutro   wieczorem...   będziesz   już   być   może 

siedziała przykuta do ściany w loszku u lensmana.

- Nie stanie się tak, jeśli asesor ma jeszcze choć trochę władzy.

Staruszek skurczył się w sobie.

- To niemożliwe,  nawet jeśli cię nie skują. Nawet jeśli zarządzę  inny sposób 

nadzoru, nie będziesz mogła odpłynąć moją łodzią.

background image

- Znajdziemy inną łódź albo pójdziemy piechotą przez góry.

- Z Benjaminem to niemożliwe - szepnął Karl. Głos nie chciał go słuchać, ledwie 

wymawiał słowa.

- Będziemy go musieli zostawić tam, gdzie jego dom. U ojca.

Karl   kiwnął   głową,   to   rzeczywiście   jest   jakieś   wyjście.   Choć   traktował   tego 

chłopca jak własnego syna, w istocie miejsce Benjamina było we Wdowiej Zagrodzie.

Asesor wziął do ręki czapkę z lisiego futra.

- Wysoko grasz tej nocy, Marjo Oppdal. Szanuję twoją odwagę, lecz nie szanuję 

twego uporu, gdyż jego ceną może być życie.

Marja   podeszła   do   niego,   tym   razem   to   ona   ujęła   dłonie   w   skórzanych 

rękawiczkach.

- Robisz dla mnie co możesz, panie asesorze, prawda? Jutro rano, kiedy przyjdzie 

do ciebie Revelin...

Skinął głową. Ucałował jej policzek, nie dotykając go nawet wargami.

- Spróbuję, lecz dobrze wiesz, że nie jestem wszechmocny.

- Jesteś prawdziwym przyjacielem, panie asesorze, nie myślałam...

-   Nie   jestem   twoim   przyjacielem,   Marjo   Oppdal,   lecz   po   prostu   starym 

człowiekiem, który zaczyna widzieć, że sprawiedliwość to coś więcej niż słowa. Wkrótce 

spotkam się ze swoim sędzią i pozostaje mi jedynie nadzieja na jego miłosierdzie.

Wyszedł, zniknął w mroku.

Wkrótce rozległ się odgłos sań sunących po świeżo spadłym śniegu. Dudnienie 

końskich kopyt stłumił biały dywan, słychać było tylko parskanie konia.

- Asesor wiele ryzykuje. Marja odwróciła się do męża.

- A czy my wszyscy nie ryzykujemy przez cały czas? Karl pozwolił sobie już 

teraz na łzy. Wcisnął głowę w kolana żony jak mały chłopiec.

- Nie wiem, dlaczego to robisz, moja Marjo, sam najchętniej bym stąd uciekł, 

choćby tak jak stoimy, z dziećmi pod pachą.

- Wiem, że tak byś zrobił, ale nie możemy im tego uczynić. Ich miejsce jest tutaj, 

nie mogą wiecznie wędrować, wciąż uciekać.

Karl kiwnął głową, jego broda wgniotła się Marji w pierś.

- To prawda, lecz mimo wszystko...

background image

- Mają ciebie, Karlu, zawsze będą ciebie miały.

- Ale stracą swoją matkę i spadek po Antonie. Wiesz chyba, że rodzinie skazanej 

kobiety odbierają niemal wszystko. Revelin znów będzie się radował, że odbierze nam 

twój spadek.

- Będą miały tę chatę i ciebie, obiecaj mi, że będą miały ciebie.

Karl pocałował ją.

Marja wpiła się w jego ciało.

- Gotów jestem iść zaraz na plebanię ze strzelbą albo z nożem.

Marja przytrzymała go mocno.

- Wiem o tym, dlatego właśnie chcę, żebyś mi to obiecał.

Byli ze sobą, byli w sobie, jak gdyby od zawsze tylko tego pragnęli. Nikt chyba 

nie zdołałby rozdzielić ich teraz, gdy sami nie wiedzieli, gdzie zaczyna się jedno i kończy 

drugie ciało.

Marja czuła, że jej krótko obcięte paznokcie rysują ślady na plecach Karla, lecz 

przytulała się do niego wciąż mocniej i mocniej.

Przycisnęła usta do jego szyi, pragnąc zostawić po sobie ślad. Karl wtulał się w 

nią także, czuł, że desperacja przydaje rozkoszy odcienia ciemnej czerwieni.

Ostatni raz.

Ostatni.

Gonił   za   momentem   pustki   myśli,   ciało   pragnęło   dostać   się   na   szczyt,   gdzie 

wszystko rozpłynie się w cudownym oszołomieniu i bodaj na chwilę pozwoli zapomnieć 

o całym złu.

Ona czuła podobnie, chciała, by kochaniem wypędził z niej strach, by własnym 

ciałem osłonił przed zagrażającym ciosem. Karl nabrał głęboko powietrza w płuca, jak 

tonący, który czuje, że wir wciąga go już w głębinę.

Marji przez moment zdawało się, że osiągnął ów upragniony szczyt, lecz głos, 

jaki wydobył się z jego ust, nie był wołaniem rozkoszy i zaspokojenia. Karl zaniósł się 

szlochem,   ściskał   ją   tak   mocno,   że   Marji   przed   oczami   wirować   poczęły   czerwone 

plamy.

- Nie odchodź ode mnie.

Marja miała wrażenie, że umiera.

background image

Nie było już ładnych słów, czynów, obietnic, które mogli sobie złożyć. Nie mieli 

już mocy nad życiem. Ona mogła już tylko tulić się do niego, ofiarować każdą chwilę tej 

pełnej rozpaczy nocy, która zdawała się nie mieć końca.

Asesor z ponurą miną przysłuchiwał się słowom pastora, wypowiadanym cichym 

głosem, lecz przesyconych władzą, nadaną mu przez Boga i ludzi. Asesor przyglądał się 

temu człowiekowi i wiedział, że sprawa, która miała zostać rozwiązana tego dnia, zależy 

wyłącznie od niego. Revelin miał władzę, gdyby nie on, Marja Oppdal mogłaby opuścić 

ting z podniesioną głową. Ludzie bowiem, którzy świadczyli przeciwko niej, byli jedynie 

marnymi cieniami tej władzy.

Wreszcie   asesor   odłożył   pióro,   drżenie   ręki   opanował   tylko   dzięki   temu,   że 

mocno je ściskał.

Dwaj starzy ludzie, pomyślał asesor, dwaj starzy grzeszni mężczyźni. Możliwe, że 

obaj boją się śmierci. Ja w każdym razie czuję, że ona czyha już gdzieś za zakrętem.

Revelinowi jednak wydaje się być może, że będzie żył wiecznie. Przypuszcza, że 

wielki sędzia nigdy nie wezwie go na swój sąd.

Niewiele zdziałać może marny asesor, gdy ktoś nie boi się nawet tego ostatniego 

wyroku.

- Wiemy, co się stanie jutro. Wiem, asesorze, że słyszałeś te same słowa co ja. 

Może więc zapaść tylko jeden wyrok.

- Revelin, nigdy nie byliśmy przyjaciółmi, nigdy nawet nie odnosiliśmy się do 

siebie przyjaźnie, jak wymagałby obyczaj od ludzi na naszych stanowiskach. Dobrze o 

tym wiesz. Skąd więc pewność, że zdołasz mnie do tego zmusić?

Revelinowi zalśniły oczy. Uśmiech odsłonił zęby, wyraźnie wskazujące na jego 

wiek.

- Nie masz wyboru, asesorze.

- Nawet jeśli zaryzykuję stanowisko? Oczy pastora zalśniły złym blaskiem.

- Jeśli  ośmielisz   się sprzeciwić   mnie  i  świadkom  zeznającym  z  mojej   strony, 

będziesz skończony.  I nie pójdziesz do grobu z godnością, zadbam o to, abyś  stracił 

ostatnie resztki czci - jako nikczemny Judasz, jakim jesteś - W twoich kieszeniach pełno 

jest srebrników, monet ociekających krwią.

Asesor z trudem przełknął ślinę.

background image

To była prawda.

Zbyt  wiele  srebrnych  szylingów   przyjął   w   życiu.  Z   tego  też  właśnie   powodu 

wyraźniej   niż   kiedykolwiek   widział,   czym   jest   sprawiedliwość.   Dostrzegał   swego 

sędziego,   niepojęcie   wielkiego,   tego,   który   wyda   na   niego   ostateczny   wyrok.   Chciał 

odpokutować bodaj za maleńką część zdrady.

- Masz też synów, panie asesorze - dobiegł go miękki głos pastora.

Nadjana nic nie mówiła.

Przyglądała   się   jedynie   mężczyznom   bystrym   wzrokiem   doświadczonego 

obserwatora. Obrzydzenie, jakie czuła do teścia, zebrało się w jej brzuchu w zimny ka-

mień, który rozgrzała rozpalona do czerwoności pogarda, jaką zaraziła ją Marja. Nadjana 

wiedziała, co się dzieje, lecz rozmowa mężczyzn uspokoiła jej wzburzenie tak jak statek, 

który poddaje się w walce z potężnym rozszalałym morzem. Po oczach asesora poznała, 

że   nic   z   tego   nie   przyjdzie.   W   niczym   nie   pomoże,   otwierając   usta   i   mówiąc   o 

oszustwach pastora.

Asesor to stary szczwany lis, który dał się złapać w paści. Nadjana słyszała, że 

zwierzęta podobno niekiedy potrafią odgryźć sobie łapę, byle tylko się uwolnić. Asesor 

już to zrobił, lecz schwytał go inny drapieżnik. Jedyne, co jeszcze mógł uczynić, to ocalić 

życie i cześć swoich synów. A dla nich gotów był zapłacić najwyższą cenę.

Nadjana wstrzymała oddech. Poczuła się nagle, jakby znalazła się w zamknięciu, 

choć sala rozpraw była duża, pusta i przestronna, a drzwi pozostały otwarte.

Marja nie ujdzie z tej gry cało.

Gdy przyprowadzą ją dzisiaj, będzie to jej pierwszy krok na ostatniej drodze. Z 

tego Nadjana zdawała sobie sprawę. Żaden sąd wyższej instancji nie znajdzie powodu, by 

jeszcze   raz   rozważać   decyzję   tingu,   chyba   że   wynikną   jakieś   nowe   okoliczności.   A 

świadkowie podtrzymywali swoje zeznania. Nadjana zdołałaby może zachwiać paroma z 

nich, było ich jednak zbyt wielu.

Ocalić Marję mógł jedynie Revelin, a on nigdy tego nie zrobi. Nawet z nożem 

przyłożonym do gardła.

Nadjana poruszyła palcami, zauważyła, że są białe i cienkie. Paznokcie przestały 

już być ostre i różowe jak kiedyś.

Mężczyźni   dalej   prowadzili   rozmowę.   Czujność,   dźwięcząca   przedtem   w   ich 

background image

głosach, uleciała. Rozważali teraz, jak traktować Marję po uwięzieniu. Asesor obstawał 

przy swoim, nie chciał się zgodzić na oddanie jej pod nadzór pastora.

Dobre i to, pomyślała Nadjana.

I nagle przyłapała się na tym, że w samym środku tej sprawy zastanawia się, ile 

czasu upłynęło, odkąd ostatni raz przeglądała się w zwierciadle.

Sędziowie wycofali się, siedli w kręgu wokół asesora. Skrobał piórem o papier, 

zauważyli, jak niepewnie poruszają się jego dłonie. Wreszcie podniósł głowę, dyskusja 

wokół stołu ucichła. Asesor sięgnął po dzban z piwem, nalał wszystkim po kolei, patrząc 

im w oczy.

- W waszych sercach są wątpliwości, moi panowie. Nikt nie podjął wyzwania. On 

jednak poznał to po sposobie, w jaki podnosili kubki, po spojrzeniach, które uciekały w 

bok, po tym, że wyraźnie czuli się nieswojo.

Mimo to jednak nie spuszczali głów, pragnęli, aby ich słowa brzmiały jasno.

- Ona jest winna większości czynów, które się jej zarzuca - stwierdził jeden, ten, 

który miał na tym świecie najwięcej dóbr. W oczach spokojnego wieśniaka nie pojawiło 

się zło, gdy w prostych słowach wydawał wyrok śmierci. Drgnienie ust jednak pozwoliło 

asesorowi przypuszczać, że tym człowiekiem nie kieruje jego własna wola.

- Marja Oppdal posunęła się za daleko. Nigdy nie była zwyczajną kobietą.

Pozostali kiwnęli głowami.

Żaden z nich nie wymówił słowa „czarownica”, lecz nie wypowiedziane zawisło 

w powietrzu.

Niedorosły syn wieśniaka z Loftet chrząknął. Jego głos wydał się trochę zbyt 

jasny, gdy patrzyło się na jego grube rysy. Był niczym głos chłopca w ciele mężczyzny.

- Ci, którzy świadczyli za nią, to w większości dobrzy ludzie...

-   Ale   słowa   tych,   którzy   świadczyli   przeciwko,   ważą   więcej   -   zaprotestował 

bogaty chłop.

Takie to proste.

I nawet gdyby zeznania nieprzyjaciół Marji nie przeważyły szali, słowa Revelina 

miałyby dostateczną wagę.

Z zewnątrz dobiegły głosy, parskanie koni. Ludzie zaczynali się niecierpliwić, 

chcieli jak najprędzej usłyszeć nowinę.

background image

Piwa w dzbanie już nie było.

Pióro asesora znów zaskrobało po papierze.

- Brakuje mi tylko waszych podpisów albo gmerków. Podpisywali się na samym 

dole dokumentu przy asesorskiej pieczęci.

Niektórzy   potrzebowali   pomocy   do   tej   prostej   czynności,   chociaż   ich   dzieci 

opanowały już sztukę pisania.

Spojrzenia wszystkich zebranych spoczywały na kobiecie w czarnej sukni. Marja 

Oppdal przyjęła wyrok bez zmrużenia powiek. Mąż jej natomiast wybuchnął gniewem, 

zaczął  krzyczeć,  aż musiano  go wyprowadzić. Nie usłyszał  uzasadnienia,  formalnych 

zwrotów, do których ludzie z czasem przywykli i nauczyli się je rozumieć.

Marja została skazana. Asesor jednak umył ręce i kazał swoim sędziom obwieścić 

wyrok. Była to rzecz niezwykła, wśród ludzi żądnych sensacji podniósł się szum.

Marja wiedziała jednak, że to niczego nie zmieni.

Wyrok wydany przez ludzi z tej samej wioski ważyć będzie jeszcze więcej, niż 

gdyby asesor umieścił w nim choćby odrobinę swoich wątpliwości.

Revelin miał ponurą minę, nie potrafił jednak ukryć triumfu. Wykorzystał okazję, 

by złożyć dłonie i odmówić błogosławieństwo dla sprawiedliwych mądrych sędziów. I 

oni mogą doczekać się laski, skoro są tak prawymi, nie dającymi się zaślepić ludźmi.

Marji Oppdal dano trzy dni.

Trzy dni na przygotowanie się do podróży do Bergen.

Tam bowiem właśnie miała zostać przewieziona. Tam miała usłyszeć ostateczny 

wyrok. Wróci tu jeszcze, lecz tylko po to, by spotkać się z katem. Wprawdzie w parafii 

nie było oprawcy, lecz jeden z czarnych mistrzów miał jej towarzyszyć. Taki właśnie był 

porządek   rzeczy.   Człowiek   miał   stanąć   oko   w   oko   ze   śmiercią,   czując   pod   stopami 

znajomą ziemię. Zwyczaj ten przetrwał nawet w tych zmiennych czasach.

- Jeśli skazana dążyć będzie do wolności w sprzeczny z prawem sposób i nie 

podporządkuje się losowi, jaki wyznaczyło dla niej prawo, wszystko, co do niej należy, 

zostanie zajęte, włącznie  z dworem Wdowia Zagroda i tym,  co zgodnie z wyrokiem 

przypada królowi. Jej rodzina zobowiązana będzie odpowiedzieć za oszustwo, jakiego się 

dopuści. W imieniu króla obowiązkiem moim będzie pozbawić rodzinę domu i nałożyć 

karę na męża.

background image

Wiedzieli, co to oznacza. Zdarzało się już wcześniej, że najbliższa skazanej osoba 

kupowała   dla   niej   wolność,   płacąc   za   to   własnym   życiem.   Zasada   ta   dobrze   się 

sprawdzała.   Gdy   z   rąk   kata   uciekł   złodziej,   ratując   w   ten   sposób   prawą   rękę,   karę 

wykonywano na osobie, która oddała się w zastaw.

W razie ucieczki Marji Karl i dzieci musieliby zapłacić jeszcze wyższą cenę.

Dokąd zresztą mogłaby uciekać, mając owe marne trzy dni?

Asesor był  mądrym  człowiekiem,  okazał  jej choć odrobinę litości  wśród tego 

okrucieństwa.

Nadjana myślała inaczej.

Uciekaj, Marjo.

Uciekaj jak najdalej stąd.

Walcz o siebie.

Oczy dwóch kobiet się spotkały, na moment powróciły do poprzedniej nocy.

Nadjanie serce ścisnęło się w piersi. Żar walki, rozpacz wywołana tak wielką 

niesprawiedliwością, przygasł.

Marja była schwytana, tak jak ona sama, schwytana przez owo niezwykłe uczucie, 

zwane   miłością.   Nie   ma   widać   szczelniejszej   klatki,   mocniejszego   łańcucha,   którym 

można skuć ciało i duszę.

Nadjana przypatrywała się tłumowi, zgromadzonemu wokół pustych miejsc Karla 

i Antona. Dzieci nigdzie nie było widać. Pewność Nadjany była jeszcze na tyle nowa i 

świeża, że chciała zobaczyć  dzieci, by całkiem się przekonać. Musiały najwidoczniej 

zostać w domu, w małej chacie w Oppdal.

Postanowiła,   że   tej   nocy   znów   tam   pójdzie.   Marja   musi   odpowiedzieć   jej   na 

pytanie, które ostatniej nocy przemilczała.

background image

ROZDZIAŁ X

Tak samo musiała czuć się jej matka, te same koszmary nawiedzały ją kiedyś w 

więziennym lochu.

I   ona   miała   wybór.   Niejeden   wszak   decydował   się   na   życie   uciekiniera,   na 

zaznanie   jeszcze   kilku   miesięcy   wolności,   na   krążenie   od   wioski   do   wioski   niczym 

ścigane zwierzę.

Na ucieczkę ku śmierci.

Marji w jednej chwili taki wybór wydawał się wręcz oczywisty, nic bowiem nie 

jawiło się jej w tym momencie bardziej sprzeczne z naturą niż śmierć. Mogła uciec od 

wyroku,   przyjmując   na   barki   inny   ciężar:   nieustającą   pogoń,   wieczny   strach, 

nieprzespane, niespokojne noce z ciągłą myślą, że już jutro mogą stanąć przy jej posłaniu 

i kazać iść ze sobą.

Dzieci...

Czy łatwiej  byłoby im żyć,  gdyby wiedziały,  że mają gdzieś  matkę?  Czy też 

lepsza dla nich będzie świadomość, że nie żyje?

Marja   tego   nie   wiedziała.   Nie   potrafiła   sama   zdecydować.   Któż   powinien   to 

wiedzieć,   jeśli   nie   ja?   myślała   z   goryczą   i   przeklinała   Boga,   los   sterujący   ludzkim 

życiem, a na koniec i samych ludzi. A przede wszystkim pastora. Czyż nikt nie potrafi 

położyć kresu jego niszczącej sile? Czy prawdą było to, co tak często głosił? Ze kara i 

prześladowanie za grzechy dotykają trzy kolejne pokolenia?

Karl chciał, żeby uciekła.

Chciał  ryzykować,  choć  w  zamian  mogliby  zażądać  jego życia.  Marja jednak 

starała się spokojnie z nim rozmawiać, czuła, że w miarę, jak mąż coraz bardziej się 

załamuje w bezsile i smutku, jej własna siła rośnie.

- Jedno tylko możesz dla mnie uczynić, najdroższy. Zajmij się dziećmi. Jeśli ja 

ucieknę, wtedy zamkną ciebie, dzieci wyślą na laskę do ludzi. A to straszny los.

Karl zdawał sobie z tego sprawę i jego rozum to zaakceptował. Serce jednak nie 

przyjmowało bolesnej prawdy.  Żadne z nich nie chciało mówić o nadziei, nie wspo-

mniało nawet, że wyrok może zostać zmieniony, kiedy sprawę rozpatrywać będzie sąd 

wyższej   instancji.   Nawet   gdyby   zwrócili   się   do   samego   króla.   Byli   wszak   jedynie 

background image

ubogimi wieśniakami, a przeciwnika mieli potężnego.

-   Mamy   te   trzy   dni,   Karlu.   Mój   Boże,   nie   wiem   nawet,   jak   to   powiedzieć 

dzieciom...

Amelia   i   Martin   przez   cały   czas   przebywali   we   Wdowiej   Zagrodzie,   nie 

opuszczali   domu,   a  Anton  i   jego  pulchna   gospodyni,   którą   zgodził   do  pracy,  umieli 

trzymać   język   za   zębami   i   nie   rozpowiadali   o   tym,   co   się   dzieje   w   wiosce.   Dzieci 

wiedziały, że matka miała składać wyjaśnienia przed tingiem, ponieważ ktoś uznał, że 

mówiła uczniom w szkole niemądre  rzeczy.  Marja wierzyła,  że o niczym  więcej nie 

wiedzą, bo przecież wróciła z tingu do domu.

- Co my im powiemy? - powtórzyła, oczyma żebrząc u Karla o odpowiedź. - Czy 

nie lepiej będzie, jak wyjadę, o niczym im nie mówiąc? Może powiem, że na pewien czas 

wyjeżdżam do Bergen, ponieważ sprawą musi się zająć ważniejszy sędzia?

- Wtedy nie będą mogły wychodzić z domu - trzeźwo zauważył Karl.

Marja wiedziała, że mąż ma rację. Dzieci i tak się dowiedzą, jak wygląda sprawa. 

Miały   zresztą   prawo   do   prawdy   bez   względu   na   to,   jak   jest   brutalna.   Muszą   się 

dowiedzieć, że nigdy więcej już nie zobaczą matki.

Marja poczuła, że robi jej się niedobrze. Serce nie wytrzymywało, w oczach jej 

pociemniało.

- Porozmawiam z nimi - obiecał Karl.

- Dobrze, ja bym tego nie zniosła.

Karl wybrał się do Wdowiej Zagrody, Marja dalej siedziała wśród ścian, które 

zdawały się walić. Ujęła w rękę koszyk  z praniem. Pomyślała, że pójdzie nad rzekę 

przeprać  brudne  koszule  i spodnie,  których  nazbierało  się już  niemało.  Co z niej  za 

matka, skoro opuszcza dzieci, zostawiając kosze pełne niepopranych ubrań? Była już na 

podwórzu, czuła, jak ciężki koszyk wrzyna jej się w rękę, ale uważała, że to jedyne, co 

może zrobić. W połowie drogi nad rzekę wypuściła  go z rąk i sama  osunęła  się na 

zmrożoną ziemię.

Miała ochotę krzyczeć i wrzeszczeć, chciała wyrwać z ziemi każde zmarznięte 

źdźbło   trawy,   chciała   niszczyć,   burzyć,   unicestwiać.   Nie   miało   bowiem   żadnego 

znaczenia, że ten martwy zimowy krajobraz ogrzeje się kiedyś i zakiełkuje w nim nowe 

życie. To niemożliwe, skoro jej nie pozwolą już tego zobaczyć. Koszyk z brudną bielizną 

background image

został tam, gdzie upadł.

Marja ruszyła drogą niczym ślepiec, zataczając się na boki. Spotkała jakichś ludzi, 

lecz zorientowała się, że jej unikają, gromadząc się po przeciwnej stronie drogi. Wkrótce 

doszła do wioski, lecz jej kroki wciąż nie kierowały się ku żadnemu określonemu celowi. 

Ocknęła się dopiero, stojąc na stopniach probostwa.

Wiedziała, że Revelina tu nie ma. Gdyby był, jeszcze by mu wydrapała oczy 

albo...

Mokra twarz Marji była biała jak śnieg, lecz oczy płonęły. Wciąż jeszcze paliło 

się w niej życie.

Dlaczego nie zabrała ze sobą strzelby Karla? Dlaczego nie wzięła przynajmniej 

noża?

Nie zapukała do drzwi, sama znalazła drogę, która poprowadziła ją na ganek i 

dalej na wąskie schody. Jakby coś ją tu ciągnęło. Może tu przychodziła jej matka, gdy 

doskwierały   jej   troski?   Marja   jak   w   gorączce   stawiała   stopy   na   wytartych   deskach, 

zastanawiając się, czy ślady wydeptane przez matkę wciąż miały moc, by ją ogrzać.

Ze stryszku nie dobiegał żaden dźwięk, lecz Marja wiedziała, że są tam ludzie.

Justitian na pewno śpi.

Zasłużył na pożegnanie.

Gdy tu przyszła ostatnio, obawiała się jego śmierci, żal jej było, że młody, silny 

mężczyzna miał tak wcześnie trafić do ziemi.

Tym razem jednak przybyła się pożegnać ze względu na siebie, wszystko bowiem 

wskazywało, że wyprzedzi Justitiana również na tej drodze.

Wyglądał  teraz  lepiej, chociaż  twarz miał  żółtobiałą  i chorobliwie  błyszczącą. 

Organy w ciele miały zbyt trudną pracę, Marja wiedziała, że żółty kolor skóry świadczy o 

tym, iż żółć nie wydostaje się z organizmu. Ale krew najwidoczniej dopływała do serca 

równym strumieniem, bo policzki chorego płonęły czerwienią.

Otworzyła drzwi na oścież, w nozdrza buchnął jej zapach choroby. Był jednak 

lepszy niż odór śmierci.

Justitian nie poruszał się, zdawał się pogrążony w głębokim śnie. Wsunęła się do 

izby, drgnęła, przestraszona jak złodziej, który zakrada się do spiżarni, kiedy Justitian się 

odezwał.

background image

- Nadjano... Prędko przymknęła drzwi, podeszła do łóżka. Izba wydała jej się 

niezwykle duża.

- To ja, Marja... Chory wolno odwrócił głowę, widać było, że ruch kosztuje go 

wiele wysiłku i bólu.

- Marja? Dlaczego... dlaczego tu przyszłaś?

- Czy nie powinnam przyjść, kiedy stary przyjaciel choruje?

Odpowiedziała mu szeptem, w tej izbie bowiem nie było już miejsca na głośne 

rozmowy.

- Stary przyjaciel... A więc tym jestem... Uśmiech zniekształciła gorycz ironii. 

Marja poczuła, że jej twarz również stężała. Może Justitian dojrzał łzy, które zdążyły już 

obeschnąć,   może   wyczytał   w   jej   oczach   odpowiedź   na   własny   lęk   przed   śmiercią. 

Prawdopodobnie jednak niewiele widział, choroba mąciła mu wzrok i czyniła jego świat 

bardzo małym. W dodatku jak zwykle brakowało tu światła. Tylko z otworu pod dachem 

i przez szpary w okiennicach sączył się mizerny zimowy blask. Smugi wpadały do izby, 

białe smugi jasnego światła, jak gdyby uchyliły się drzwi do raju, gdy w nie zapukał.

Marja ujęła go za rękę. Dreszcz ją przeszedł, gdy spostrzegła, jak bardzo jest 

koścista i słaba. Z czułością usiłowała ogrzać smukłe palce, utuliła je na swoim podołku, 

jakby chciała pokazać, że istnieje jeszcze ciepło.

I ona przymknęła oczy.

Czy powinna prosić go o wybaczenie?

Przeprosić za zdradę w młodości?

Błagać go o łaskę, by mogła umrzeć choć trochę oczyszczona?

Nie, nie było do tego powodów.

Po cóż rzucać mu teraz w twarz tak wiele prawd? Nie ma sensu, by dowiedział 

się, że kobieta, którą kochał, traktowała go jak pionek w swojej zimnej grze.

Pogładziła czule chudą rękę. Postanowiła raczej przywołać obraz pewnej wiosny, 

upiększyć go jeszcze pędzlem czasu.

Wyczarowywała   kwiaty,   zapach   ziemi,   na   której   leżeli,   i   jego.   Wspominała 

niecierpliwe dłonie, trudno uwierzyć, że to te same ręce, które teraz ściskała.

Kiełki, które groziły, że przebiją ziemię. Pączki, które pragnęły czegoś więcej niż 

tylko słów.

background image

Marja chętnie zapłakałaby nad straconą miłością, lecz jej policzki pozostały suche 

i chłodne.

- Przyjaciele - powiedziała cicho.

- Nie - odszepnął Justitian. - Nie przyjaciele, przyjaźń jest więcej warta.

Wiedziała, że chory nie ma nic złego na myśli, lecz mimo to zakłuło ją w sercu.

- Mogliśmy zostać przyjaciółmi, Marjo Oppdal.

- Nie jest na to jeszcze za późno - odparła Marja. Przez chwilę trwali w milczeniu, 

Marja obserwowała smugi światła, które pod niezwykłym  kątem wpadały do pokoju. 

Justitian otworzył oczy, lecz widział zapewne co innego niż ona.

- Nadjana... Gdzie ona jest?

- Na pewno niedługo przyjdzie - pocieszyła go Marja.

Z piersi wydobyły mu się jakieś dziwne dźwięki, jakby zduszone łkanie. Upłynęła 

dobra chwila, zanim Marja zorientowała się, że Justitian się śmieje.

- Biedna Nadjana... Wydaje mi się wręcz, że jest zazdrosna. Od samego naszego 

przyjazdu, kiedy przyszłaś do chaty dzwonnika.

Marji ani trochę to nie śmieszyło.

Justitian westchnął ciężko, jak gdyby śmiech zanadto go zmęczył.

- Mój ojciec... ją lubi. Niekiedy budzi to we mnie strach.

- Musisz jej ufać, Justitianie, ona cię kocha.

Skinął lekko głową. Tak lekko, że Marja ledwie zauważyła  ruch, lecz spokój 

malujący się na jego twarzy sprawił jej przyjemność.

- Wiem o tym... I znów milczenie. Czas w tej izbie stał w miejscu i Marja nagle 

zdała sobie sprawę, że właśnie dlatego tu przyszła.

- Nie spałem, wtedy w nocy, słyszałem, jak rozmawiacie.

Marja drgnęła, w panice przeglądała myśli. Jakież to, słowa padły między nimi 

dwiema? Na pewno nie były przeznaczone dla jego uszu.

- Nadjana... mogłabyś  się z nią zaprzyjaźnić, kiedy mnie  już nie będzie. Ona 

potrzebuje przyjaciół.

- Wydaje mi się, że to niemożliwe - wolno odpowiedziała Marja. - Poza tym ty 

wcale nie odejdziesz.

- Oczywiście, że to możliwe. Wiem, że już... Zakaszlał się, w piersiach zaświstało 

background image

mu niczym wiatr szalejący przy węgle domu.

-   Nie   mów   już   więcej,   Justitianie.   Wprawdzie   czujesz   się   lepiej,   lecz   nie 

powinieneś marnować sił.

Usłuchał. Do milczenia na równi z jej słowami zmusiły go także żądania stawiane 

przez ciało.

Marja już chciała wstać, odejść.

Nie była w stanie się z nim pożegnać, opowiedzieć, co się dzieje na świecie.

Na schodach rozległ się odgłos kroków. Przez moment zlękła się, że towarzyszy 

im szelest sutanny pastora, lecz kroki były zbyt lekkie, zanadto ostrożne.

Nadjana na chwilę zatrzymała się w drzwiach, zmieszana. Wreszcie siadła przy 

Marji bez słowa, jak gdyby to, że zastała czarownicę przy łóżku chorego męża, było 

rzeczą najbardziej naturalną pod słońcem.

- On się już lepiej czuje - rzekła Marja.

Nadjana pokręciła głową. W jasnym świetle padającym na jej twarz szare oczy 

traciły wiele barwy. Marja miała ochotę wyciągnąć rękę i sprawdzić, jakie to uczucie 

dotykać takich białych włosów.

- Chciałam się tylko pożegnać.

- Nie wiem, co mam powiedzieć - szepnęła Nadjana. W jej oczach pojawił się 

jakiś nowy smutek, Marja domyślała się, że to za jej sprawą.

- Nic nie mogłaś zrobić. Wiem, jaką władzę ma Revelin. Jesteś tylko nicią w 

tkaninie, którą mnie omotał.

- Wystarczy, że pęknie jedna nić, a cała tkanina się pruje - cicho rzekła Nadjana.

Marja uśmiechnęła się z goryczą.

- Nie, moja droga, nie wtedy, gdy tka się z nie uprzedzonej wełny.

Nadjana spytała:

- Czy mogę coś dla ciebie zrobić? Nie doczekała się odpowiedzi.

- Może dla dzieci? Marjo, ja je widziałam.

Powaga   w   głosie   i   natarczywość   spojrzenia   wzbudziły   w   Marji   niepokój. 

Zacisnęła dłonie, chcąc bronić się przed strachem, jaki począł w niej narastać na wspo-

mnienie bliźniąt.

- Widziałam je... na podwórzu Wdowiej Zagrody. To piękne dzieci, zwłaszcza 

background image

chłopiec.

Spojrzenie Nadjany powędrowało do Justitiana, Marja obserwowała ją bacznie, 

czując  coraz  mocniejsze  ściskanie  w  gardle.   Oczy Nadjany pociemniały,   miały  teraz 

barwę dymu z wilgotnego ogniska.

- Czy on śpi? - spytała. Marja kiwnęła głową.

- Czy powiedziałaś mu, że to jego dzieci?

Smugi   światła  w  pokoju zawirowały,  zatańczyły   szalonym  tańcem,  zmuszając 

Marję do uchwycenia się krawędzi łóżka.

A więc Nadjana wiedziała.

Nadjana dotarła do jej wnętrza, tak zwyczajnie jak odsuwa się na bok kawałek 

materiału i odkrywa cudzą nagość.

Marja zasłoniła twarz dłońmi.

Trzęsła się cala.

Poczuła na plecach delikatne ręce Nadjany, która gładziła ją na pociechę niczym 

matka, w uszach dźwięczał jej miły głos, ale cóż jej po nim?

Marja podniosła głowę, nie bała się już swej nagości.

- Nie wolno ci tego zdradzić Karlowi ani nikomu innemu, nie mogę ci niczym 

zagrozić,   nie   mogę   przekupić,   wszystko   składam   w   twoje   ręce.   Oszczędź   mojemu 

Karlowi tej strasznej prawdy, Nadjano. Inaczej odbierzesz mu wszystko, co mu zostało.

- Spokojnie, Marjo, nic nie powiem, Karl o niczym się nie dowie, ale... czy nie 

uważasz, że najwyższy czas powiedzieć o tym Justitianowi?

- Dlaczego?

Nadjana wtuliła twarz w ramię Marji. Przez materiał sukni przenikał jej ciepły 

wilgotny oddech.

- Mój Justitian nie boi się śmierci. Boli go jednak, że nie pozostawi po sobie na 

świecie żadnego śladu.

To Marja potrafiła zrozumieć. Dla niej samej pociechą była myśl, że jej śladem 

pójdą inni młodzi ludzie, podobnie jak i ona utrzymała w pamięci wspomnienie matki.

-   Dobrze,   kiedy   się   obudzi   -   obiecała.   Nie   bała   się,   że   Justitian   coś   zdradzi. 

Widziała wszak dobroć w jego oczach, słyszała, że nazywał ją przyjaciółką.

A gdzieś w jej duszy znów odezwał się głos, który w tak wiele nocy próbował do 

background image

niej szeptać, chociaż ona nie chciała go słuchać.

Przestępstwem by było nie wyjawić prawdy Justitianowi.

I nieskończenie większym przestępstwem było oszukiwanie Karla.

- Powiem mu o tym, jeśli uważasz, że sprawi mu to radość, nie smutek.

Nadjana uściskała ją, po raz pierwszy od śmierci Gjertrud Marja poczuła przy 

swym   policzku   policzek   innej   kobiety.   Była   w   tym   niezwykła   bliskość   i   ciepło, 

rozśpiewała się jej dusza, poczuła się w jednej chwili mniej samotna, silniejsza.

- Justitian twierdził, że mogłaby połączyć nas przyjaźń - powiedziała Marja cicho.

-   Już   jesteśmy   przyjaciółkami   -   oświadczyła   Nadjana,   a   Marja   uznała,   że 

niesłuszne byłoby wyprowadzać ją z błędu, mówiąc, że miał na myśli ją i siebie.

Ze spokojnego snu obudził się z krzykiem, jak gdyby we śnie ujrzał coś, co go 

przeraziło.

Nadjana   pierwsza   była   przy   nim.   Trzymała   go   za   ręce,   przyłożyła   twarz   do 

chwytających gwałtownie powietrze ust, przemawiała najłagodniej jak umiała. Mar - ja 

dostrzegła   lęk   w   jej   oczach,   strach,   że   szaleństwo   znów   wypędza   z   chorego   ciała 

mężczyznę, którego pokochała.

Lecz kiedy Justitian otworzył oczy, widać było, że ją poznał. I choć ciało wciąż 

spazmatycznie drgało, to patrzył przytomnie.

- Daj mi trochę wody, Nadjano - poprosił, ciężko walcząc o powietrze.

Marja musiała przyznać, że być może jednak w swej ostatniej drodze nie będzie 

sama.

- Marjo - powiedziała Nadjana z wyzwaniem w oczach.

Marja opamiętała się. Usiadła bliżej chorego w wielkim łóżku. Pochwyciła jego 

spojrzenie, ujęła za rękę, którą Nadjana wypuściła ze swej dłoni.

Justitian patrzył na nią ze zdziwieniem, gwałtowne poruszenia ciała ustały.

-   Justitianie,   muszę   ci   coś   wyznać...   Przełknęła   ślinę,   szukała   słów,   chciała 

powiedzieć mu to jak najpiękniej i najłagodniej. To jednak nie było możliwe.

-   Moje   bliźnięta...   Amelia   i   Martin...   Urwała,   szukała   na   jego   twarzy   śladu 

domysłu, lecz on czekał wyraźnie, co dalej powie.

- One... one... to twoje dzieci, Justitianie. W każdym razie z twojej krwi.

Teraz nie śmiała na niego patrzeć, skryła twarz za opadającą zasłoną włosów.

background image

Nadjana wstrzymała oddech.

Chory jęknął, jakby z bólu.

Marja zmusiła się, by podnieść wzrok, z ulgą' jednak zobaczyła, że on zamknął 

oczy.

Wargi mu się poruszały, widziała, że ciało ogarnia drżenie. Gorączkowo podjęła:

- Nie mogłam postąpić inaczej. Musiałam wyjść za Karla. On o niczym nie wie i 

nigdy nie może się dowiedzieć, Justitianie. Chciałam ci kiedyś o tym powiedzieć, dlatego 

wtedy przyszłam do chaty dzwonnika, lecz potem zjawiła się Nadjana, nie wiedziałam, 

że jesteś żonaty, nie wiedziałam...

Justitian  znów  jęknął, pierś  poruszała mu  się, jakby walczył  o oddech. Marja 

także miała wrażenie, że się dusi.

- Moja krew... moje dzieci...

- To prawda - cicho potwierdziła Nadjana, choć obie kobiety wiedziały, że do 

Justitiana dotarła szokująca wiadomość.

- Słyszałem, że to dobry człowiek. Nigdy bym... - Justitian teraz już tylko szeptał. 

- Jeśli to będzie możliwe... zaprowadź je kiedyś na mój grób, Marjo.

-   Możesz   je   zobaczyć,   Justitianie   -   wtrąciła   się   Nadjana.   -   Jak   tylko   ci   się 

polepszy, jak staniesz na nogi, na pewno jakoś to załatwimy.

Wyglądało na to, że Justitian się uśmiecha, rysy twarzy mu się rozluźniły, drgania 

ustały.

Kobiety trzymały go za ręce, ich spojrzenie zawisło na twarzy chorego. Słychać 

było jedynie jego czerpany z wysiłkiem oddech.

Kiedy i on umilkł, długo siedziały w ciszy, nie pojmując, co się stało.

Patrzyły na siebie, nie wypowiadając ani słowa.

Wreszcie Nadjana pochyliła się i ucałowała spękane usta męża. Marja odwróciła 

głowę, czuła się jak intruz, nieuprawniony do oglądania nagości Nadjany. Lecz obca 

kobieta przyciągnęła ją do siebie, ścisnęła za rękę, trzymającą wciąż w palcach chłodną 

dłoń Justitiana.

Po twarzach spływały im łzy, nie dał się jednak słyszeć żaden dźwięk.

Kobiety   nie   miały   już   nic   więcej   do   powiedzenia.   Ani   sobie,   ani   temu 

mężczyźnie.

background image

Dlatego   krzyk,   jaki   wydarł   się   z   gardła   Nadjany,   zabrzmiał   jeszcze   bardziej 

przeraźliwie i dziko. Dlatego Marja zasłoniła rękami uszy i zagryzła wargi aż do krwi. 

Krzyk   jednak   nie   dał   się   zagłuszyć   ani   powstrzymać.   Marja   potrząsnęła   szczupłym 

ciałem białowłosej kobiety, usiłowała nawiązać z nią jakiś kontakt, próbowała zwalczyć 

potwora, który przejął nad nią kontrolę. Ona jednak nie przestawała krzyczeć, aż dziwne, 

że ten dźwięk nie obudził umarłego.

Marja   wciąż   walczyła   z   Nadjaną,   starała   się   zmusić   jej   ciało   do   spokoju. 

Próbowała przemawiać łagodnie, wreszcie uderzyła. Na policzkach płaczącej odznaczyły 

się białe ślady palców, lecz rozpaczliwe krzyki nie milkły. W końcu Marja brutalnie 

zatkała ręką otwarte usta Nadjany. Wśród stłumionego krzyku usłyszały ciężkie kroki w 

korytarzu.

Revelin otworzył drzwi, które z hukiem uderzyły o ścianę. Zapomniany kubek 

spadł na podłogę i poturlał się do jego stóp.

Oczy   pastora   z   początku   rozszerzyło   przerażenie,   krzyki,   które   usłyszał, 

pozwoliły mu się domyślać, co się stało. Teraz omiótł wzrokiem izbę, zatrzymał się na 

chwilę przy nieruchomo leżącym synu, na kobietach, które tuliły się do siebie. Marja 

wciąż przyciskała rękę do ust Nadjany.

- Co ty tu robisz? - syknął pastor. Marja puściła Nadjanę, która wreszcie przestała 

krzyczeć.

- Straciłeś syna, Revelin. Nie była przygotowana na fizyczny atak, zdołała się 

jednak   wywinąć   z   morderczego   uścisku   rąk   pastora.   Jedną   ręką   złapał   ją   za   włosy, 

pobielało jej przed oczami, kiedy pociągnął. Nie krzyczała, lecz nogi ugięły się pod nią w 

proteście przeciwko tak intensywnemu bólowi. Poczuła także ręce Nadjany, walczące z 

duszącym uściskiem pastora.

- Puść ją, puść!

Gdy ją puścił, biały ból w głowie przybrał barwę czerwieni Marja zobaczyła, że 

pastor trzyma w ręku garść czarnych błyszczących włosów. Miała wrażenie, że ze skroni 

pocieknie jej krew, tak jednak się nie stało. Podniosła głowę, usta rozciągnęły się w 

uśmiechu. Patrzyła prosto na niego, widziała, jak stoi i sapie w bezsilnej wściekłości.

Uśmiech, który miała na twarzy, zniknął, postąpiła w jego stronę o krok, chciała 

pokazać, że się nie boi. Nie był to dla niej wcale moment triumfu, lecz radował ją mimo 

background image

wszystko wyraz bezsilności bijący z twarzy pastora.

-   On   ci   nigdy   nie   wybaczył,   Revelin.   Poszedł   ku   śmierci,   nie   przestając   cię 

przeklinać. Zabiłeś go własnymi rękami, pastorze. Teraz już nic ci nie zostało.

Oczy Revelina zwęziły się, trudno jej było odczytać ich wyraz, tak samo patrzył 

wtedy na schodach kościoła.

- Sama niedługo umrzesz. Skąd więc tyle w tobie odwagi, dziwko?

Przeniósł   wzrok   na   Nadjanę,   która   stała   z   mokrymi   policzkami,   bezradnie 

splatając dłonie.

- Nie powinnaś mnie była powstrzymywać, Nadjano. Powinienem był ją zabić, tu 

i teraz, ale nie chcę brukać łoża śmierci mego syna.

Głos   przy   tych   ostatnich   słowach   rzeczywiście   mu   się   załamał.   Marja   ze 

zdumieniem stwierdziła, że stary pastor ma jeszcze jakieś uczucia, choć doskonale potrafi 

nad nimi zapanować.

Podniósł teraz rękę, jak wtedy gdy błogosławił w kościele.

- Wynoś się z mojego domu, ladacznico! Wynoś się! Już niedługo przykują cię do 

ściany, gdzie szczury i zimno zeżrą ciało z twoich kości, czarownico przeklęta!

Nadjana niepewnym krokiem wysunęła się na środek izby. Twarz wciąż miała 

nieruchomą, jak wykutą w kamieniu. Oczy patrzyły wbite w jeden punkt, poruszały się 

jedynie wargi.

- Nie zapominaj, że to ja rządzę teraz twoim dworem, Revelin!

Odwrócił się gwałtownie, jak gdyby zaatakowano go od tyłu. Nadjana zachwiała 

się, gdy padło na nią spojrzenie rozgniewanych oczu.

- Na co ty się ważysz, kobieto? - spytał groźnie.

- Znam swoje prawa. Jesteś skończony, Revelin. Od tej pory jesteś na mojej łasce.

Pastor przenosił wzrok z jednej kobiety na drugą, spostrzegł, że spojrzenia, jakie 

wymieniły,  były ciepłe. Ogień w jego oczach płonął teraz słabiej, a głos był  miękki, 

łagodny, niemalże troskliwy.

- Na pewno się zgodzimy, moja droga Nadjano. Przeżyłaś wstrząs, biedaczko, dla 

ciebie musiał to być straszny cios. Chodź, odprowadzę cię na dół. Przyda ci się mój 

środek na uspokojenie.

Nadjana cofnęła się, gdy do niej podszedł, jak gdyby ktoś podsunął jej prosto pod 

background image

nos obrzydliwą cuchnącą rzecz.

Marja radowała się tą sceną. Gdyby nie fakt, że śmierć otaczała ją ze wszystkich 

stron, wybuchnęłaby głośnym śmiechem. Nadjana zdobyła to, za czym ona tęskniła przez 

całe życie: władzę nad Revelinem.

Widać i on doszedł do kresu swej drogi.

Marja nie wątpiła, że dla tego władczego człowieka będzie to niezwykle trudne do 

przełknięcia. Był teraz całkowicie zależny od woli kobiety. Szczupłe ręce Nadjany mogły 

wprawdzie wydawać się kruche i słabe, posiadały jednak moc, którą Revelin dobrze znał.

Marja z wielką chęcią zobaczyłaby, jak się przed nią czołga.

On jednak znów odwrócił się plecami do Nadjany i jeszcze raz podniósł rękę.

- Wynoś się stąd! Odejdź stąd, zanim uduszę cię gołymi rękami. Może swoimi 

czarodziejskimi sztuczkami zaczarowałaś również i ją, lecz mnie nigdy nie zaślepisz.

Marja   spojrzała   na   Nadjanę.   Jej   wzrok   mówił:   ciesz   się   teraz   swoim 

zwycięstwem.

Zimowy dzień wciąż był jasny i piękny. Marji niemal zakręciło się w głowie, gdy 

światło wpadło w otwarte źrenice. Pastor nie wprowadził w czyn swoich gróźb, waż-

niejszy widać dla niego był bunt Nadjany i śmierć syna.

Marja opuściła plebanię i pobiegła do domu. Dopiero pod drzwiami przypomniała 

sobie, że wszyscy są pewnie u Antona. Karl poszedł wszak do dzieci, by zanieść im stra-

szną nowinę, zanim uczyni to ktoś obcy. Miał wyznać prawdę, którą ona sama nie miała 

sił obciążyć serc malców. Wszystko, co wydarzyło się w izbie pod dachem plebanii, w 

jednej chwili zniknęło, rozwiało się. Za dużo było przeżyć, nie mogła już odróżnić uczuć. 

Wśród chaosu istniała ciemna plama. To ona tak strasznie bolała i nie mogły jej zatrzeć 

nawet najbardziej dramatyczne wydarzenia.

Piasek w klepsydrze przesypywał się tak szybko. Już wkrótce zapadnie zmierzch, 

nadejdzie kolejna noc, która jeszcze bardziej przybliży ją do kresu.

Marja   nie   chciała   iść   za   nimi,   nie   chciała   iść   przez   całą   wieś   do   Wdowiej 

Zagrody. Nie miała też na to sił, ciało wydawało się takie ciężkie, jak gdyby krew prze-

stała już krążyć w żyłach.

Wyciągnęła rękę po szczotkę, którą zwykle czyścili buty, ale nie mogła do niej 

dosięgnąć. Oparła się tylko o ścianę, białe światło sprawiło, że oczy napełniły się łzami, 

background image

lecz płacz nie był już taki ważny.

background image

ROZDZIAŁ XI

Amelia   nie   wypowiedziała   ani   jednego   słowa,   spokojne   milczenie   czyniło   z 

siedmioletniej dziewczynki dojrzałą kobietę.

Martin stał za nią, rozpaczliwie ściskając ojca za rękę.

Karl także miał twarz bez wyrazu, ale zostawił synka i podszedł do Marji, by ją 

objąć.

Marja siedziała przy stole jak wtedy, gdy wychodził. Nic w niej nie powiedziało 

mu, że ten dzień wypełniła nie tylko  samotność. Karl wiedział, że Marja nie boi się 

samotności, a w tych dniach wręcz będzie jej szukać. Było to jej potrzebne i zdawał sobie 

z tego sprawę, choć najchętniej przez cały czas chciałby trwać przy niej, tak blisko jak to 

tylko możliwe.

- Musiałem dać im nadzieję, Marjo, nie mogłem inaczej. Również ze względu na 

siebie.

Rozumiała to, wszak i ona tym żyła. Marja jednak zbyt wiele razy miała nadzieję i 

ją traciła. Teraz, by to przetrwać, musiała żyć każdą godziną oddzielnie.

Amelia, Karl i Marja przytulili się do siebie, ciałko dziewczynki drżało, ale mała 

nie chciała płakać. Może zabrakło jej już łez. Marja nie potrafiła sobie nawet wyobrazić 

tego, co zaszło we dworze.

- Tatuś mówi, że musisz nas opuścić. Głos Martina zabrzmiał tak cienko. Marję 

bardziej zaskoczyły te słowa, niż gdyby wybuchnął płaczem.

Popatrzyła w jasnobrązowe oczy syna, takie same jak miał jego rodzony ojciec, 

mogły jednakże być również cieniem piwnych oczu Karla.

- Tak, niestety, muszę.

-   Tatuś   mówi,   że   oni   myślą,   że   ty   jesteś   złą   kobietą.   Marja   skinęła   głową, 

pogłaskała córkę po plecach, a drugą rękę wyciągnęła do syna.

- Wy w to nie wierzycie, prawda?

Amelia rozedrgała się, aż zatrzęsły się jej jasne włosy. Marja przytuliła dzieci do 

siebie, poczuła, że ciałko Martina również znalazło się blisko.

- Powiemy im, że to nieprawda - oświadczyła Amelia. Marja uśmiechnęła się ze 

smutkiem.

background image

- Obawiam się, że usłuchają raczej pastora niż ciebie.

Ale kiedy oczy córki zwęziły się i zalśniła w nich gorycz, Marja zrozumiała, że 

musi się bardzo pilnować, bo inaczej historia znów się powtórzy. Dziecko nie powinno 

wzrastać z nienawiścią, taką jaka tkwiła w niej samej od najwcześniejszego dzieciństwa.

-   Nie   wolno   ci   nienawidzić,   Amelio,   od   tego   twoje   serce   zrobi   się   czarne   i 

brzydkie.

Dziecko rozpłakało się.

Marji wydawało się, że unosi się pod sufitem i z góry obserwuje tę straszną scenę.

Zabrakło jej sił. Tłumiąc jęk, odsunęła dzieci, chwiejnym ruchem wstała.

- Nie możemy siedzieć i płakać. To w niczym nikomu nie pomoże. Chodźcie, 

weźmiemy najlepszą mąkę i upieczemy pszenne placki. Martinie, przynieś trochę mleka i 

masła. Amelio, potrzebna mi niecka i ta wielka łyżka, i trochę więcej drewna, Karlu, jeśli 

masz czas je przynieść.

Pomogło. Dzieci uwielbiały pieczenie. Tylko Karl pomyślał: na cóż się to zda, 

zanim nadejdą święta, jej już nie będzie, w tym roku nie zje z nami placków w pierwszy 

dzień świąt. Nie będzie patrzyła, jak dzieci cieszą się z przejażdżki po lodzie, nie będzie 

stała u mego boku, gdy dzwony obwieszczą nadejście nowego roku.

Mimo to zajęli się pieczeniem, jak gdyby nadchodzące Boże Narodzenie miało 

być   takie   jak   zawsze.   Marja   nie   szczędziła   suszonych   jabłek,   miodu   ani   mielonych 

orzechów. Kiedy nadziewane ciastka pachniały już na żelaznej płycie nad paleniskiem, 

Marja patrzyła, jak dzieci kręcą się wokół nich z niecierpliwością.

Takie są dzieci.

Być   może   nie   zapomniały,   co   się   stało,   miały   jednak   tę   cudowną   zdolność 

cieszenia się z drobnych radości, nawet w środku najczarniejszej żałoby.

- Idź do pokoju asesora w  Dosen i daj mu to ode mnie  - powiedziała  Marja 

Karlowi, pakując trzy najlepsze ciastka.

Karl patrzył to na ciastka, to na nią.

- To moje podziękowanie dla niego, wiem, że się starał.

- Zmieniłaś się, Marjo. Owszem, wiedziała.

- Nie chcesz iść sama? Spuściła oczy. Karl ożywił się.

- Zrób tak, Marjo, pokaż, że się nie boisz. Pokaż, że masz odwagę iść przez wieś z 

background image

podniesioną głową.

- Może oni się mnie boją.

- A więc pozwól, by poczuli strach. Patrz im prosto w oczy, niech się wstydzą.

Zapłonął w niej dawny żar. Otarła z czoła mąkę i pot, poszła przebrać się w 

najlepszą sukienkę, znaleźć kapelusz, który dostała od Antona. Dotychczas nigdy go nie 

nosiła, uważała, że nie jest damą.

W wyszynku w Dosen również dzisiaj panował tłok. Ludzie asesora zbierali się 

już do wyjazdu, lecz czterej mieli pozostać, dopóki nie minie czas wyznaczony Marji. 

Asesora w niskiej izbie nie było, nie należał do tych, którzy znajdują uciechę w prostym 

chłopskim   piwie   i   hałaśliwych   rozmowach.   Nie   chciał   słuchać   dyskusji   o   wyroku, 

rozpraw na temat szczegółów tego, co się wydarzyło. Bał się, że wyczytają z jego twarzy, 

że coś jest źle.

Dlatego siedział w swojej izbie, przygotowanej i uprzątniętej specjalnie dla niego. 

Stała   tu   sprowadzona   z   zagranicy   przez   karczmarza   sofa   i   inne   meble   naśladujące 

francuski styl. Na ścianach wisiały nawet obrazy, jeden z nich przedstawiał górski szczyt 

z   tej   okolicy.   Namalowany   został   z   wielkim   uczuciem   niezdarnymi   szerokimi 

pociągnięciami pędzla.

Asesor wyglądał przez okienko przy łóżku.

Śnieg przestał już padać, z dachu tuż przed jego nosem skapywały lśniące krople. 

Nawet bez słońca czuło się, że powietrze jest łagodne. Odwilż na wypieki, pomyślał 

asesor, chociaż do świąt jeszcze dużo czasu.

W drzwiach stanął wielki tłusty karczmarz.

- Marja Oppdal cię szuka, panie asesorze. Sądziłem, że nie chcesz...

- Niech wejdzie - rzekł asesor zmęczonym głosem.

Wiedział, że nie będzie się musiał przed nią tłumaczyć z wyroku, jaki zapadł. 

Marja Oppdal była dostatecznie mądrą osobą, by zrozumieć, pod jaką presją znajdowali 

się sędziowie. Ta piękna czarnowłosa kobieta dobrze znała swego wroga.

Weszła do środka i asesor ze zdumienia szeroko otworzył oczy. Nigdy dotąd jej 

takiej nie widzieli. Zresztą żadna z żon dzierżawców tak nie wyglądała.

Ubrana była w czarną suknię z czerwonymi wstążkami przy szerokiej spódnicy. 

Wzdłuż rękawów czerwone hafty. A koszula pod spodem była rozpięta, jak gdyby była 

background image

wiosna,   a   nie   najczarniejsza   zima.   Ramiona   okrywała   delikatna   chusta   z   frędzlami. 

Czarne włosy zebrała w koronę wokół głowy, dumna twarz sprawiała, że wyglądała jak 

królowa.   Kapelusz   podkreślał   jeszcze   dostojeństwo.   Mogłaby   wkroczyć   wprost   na 

komnaty namiestnika, pomyślał asesor, na jakieś eleganckie przyjęcie albo wyjątkową 

uroczystość.

Marji spodobał się wyraz jego twarzy. Podeszła do niego i skłoniła się tak nisko, 

jak tylko mogła. Zawiniątko z ciastkami pachniało przyjemnie, domowo, chociaż aromat 

mieszał się z unoszącym się w izbie zapachem kurzu i ługowego mydła.

- To dla ciebie, panie asesorze, za to że chciałeś mego dobra.

Przyjął podarunek, jakby było to szczere złoto. Przez chwilę stali w milczeniu, 

patrząc sobie w oczy, ręce obojga spoczywały na niedużej owiniętej w płótno paczuszce.

- Widzę, że trzymają się z daleka. Zostawiają cię w spokoju...

Marja odpowiedziała:

- Tak. To najlepsze, co mogłeś mi ofiarować, skoro stało się już to, co się stało. 

Wiem przecież, że ludzie się dziwią, bo jeśli naprawdę jestem niebezpieczną czarownicą, 

to dlaczego asesor dał mi te trzy dni?

Asesor uśmiechnął się gorzko.

- Masz rację, Marjo. Chociaż co innego miałem na myśli, domagając się tego. Ale 

teraz łódź już odpłynęła.

- Tak, łódź odpłynęła - potwierdziła Marja. - Usiedli. Marja ułamała kawałek 

ciastka   i   podała   asesorowi.   Przyjął   je   z   namaszczeniem,   jak   gdyby   podawała   mu 

komunię.

Marja dopuszczała myśl, że asesor będzie bał się zjeść jej podarunek. Jaką może 

mieć pewność, że nie dodałam jakichś diabelskich ziół czy innego świństwa, myślała z 

goryczą.

Ale asesor jadł i prosił o więcej.

Wieść o śmierci syna pastora prędko rozniosła się po wsi. Żałobna wiadomość i 

powaga   na   twarzach   posłańców   poruszyła   niewiele   serc,   Justitiana   bowiem   już   tu 

zapomniano, a ojciec nie cieszył się sympatią.

Ale   śmierć   Justitiana   Revelina   dotyczyła   ich   wszystkich.   Co  się   teraz   stanie? 

Kogo przyślą? Kto zajmie miejsce pasterza, które stary Revelin wkrótce będzie musiał 

background image

opuścić?

Ludzie   rzeczywiście   byli   niczym   stado   pobekujących   niepewnie,   zbłąkanych 

owiec,   nikt   z   nich   bowiem   wcześniej   tego   nie   doświadczył.   Ich   pastorowie   zawsze 

przecież byli tutaj, najpierw Mogens, potem Revelin, a później jego syn. Teraz ten ciąg 

został przerwany.

Niektórzy pamiętali, że Marja Oppdal kiedyś dawno temu słała długie spojrzenia 

za tym nieszczęśnikiem...

Sporo trzeba było rozważyć wśród czterech ścian, omówić szeptem lub przekazać 

wiele   mówiącymi   spojrzeniami.   Dzwonnik   i   jego   wysłannicy   biegali   od   zagrody   do 

zagrody, zdyszani przekazując nowinę coraz dalej i dalej.

Do Oppdal nie przyszedł nikt, ale tego można się było spodziewać.

Następnego dnia, kiedy Justitian umyty i ubrany spoczął w żelaznej trumnie w 

izbie, Nadjana musiała przyjąć nie kończący się strumień ludzi.

Revelin   odprawił   krótkie  nabożeństwo,   ale   odwracał  twarz,   nie   pokazując   ani 

żałoby, ani obojętności. Podjął ich pięknie, piwem i solonym mięsem, a zaraz potem 

odprawił, wymawiając się szwankującym zdrowiem synowej.

Jej intrygi donikąd nie zaprowadzą. Z doświadczenia wiedział, że kobiety uważa 

się za słabe istoty, które nie wytrzymują podobnych wstrząsów, a Nadjana była wszak 

najdelikatniejszą   różą,   jaką   kiedykolwiek   widziała   ta   wioska.   Ludzie   na   pewno   ze 

smutkiem   kręcić   będą   głowami,   gdy   dowiedzą   się,   że   baronówna   wymaga   długiej 

pielęgnacji, by się pozbierać. Może nawet pobytu w takim domu, który ludzie kościoła 

prowadzili w pewnej wiosce daleko w głębi fiordu. Revelin zamierzał posłać po nich 

zaraz po pogrzebie.

Nadjanie wydaje się być może, że jej grzeszna gra się powiedzie, lecz widać nie 

zna go dobrze. Nie zdaje sobie sprawy, z kim zadarła. Nie wie, jaką on ma władzę.

Stała teraz przy trumnie, czarna, niezwykle cienka woalka zakrywała twarz. To 

jakiś   miejski   zwyczaj,   ukrywanie   twarzy   w   żałobie.   Tu,   we   wsi,   należało   pokazać 

ludziom kamienne oblicze, a kobiety nawet tego nie musiały udawać. Ludzie na pewno 

zaczną się burzyć, nie lubią przecież, gdy ktoś ukrywa się za zasłoną. To wszak budzi 

niepewność.

Nadjana nie ubrała się na czarno. Miała na sobie ciemnoczerwoną suknię.

background image

-   To   również   oburzało   Revelina,   doszedł   jednak   do   wniosku,   że   synowa   nie 

wiedziała, co robi. Tak czy owak, jej zachowanie przemawiało na jego korzyść. Wszelkie 

dziwactwa   Nadjany   to   drogocenne   kawałeczki   jej   nowego   wizerunku,   który   on 

umiejętnie wykorzysta.

Uśmiechnął się w duchu.

Stał   w   drzwiach   i   podawał   rękę   kolejno   wszystkim   z   wolna   opuszczającym 

plebanię. Wiedział, że niektórzy upchali po kieszeniach kawałki solonego mięsa.

Pogrzeb wyznaczono na niedzielę.

Justitian był wszak synem pastora, nic więc w tym dziwnego.

Tego samego dnia wieczorem asesor i lensman zabiorą Marję Oppdal. Łódź czeka 

już gotowa przy Hansowej Przystani.

Nadjana z nikim się nie żegnała. Wciąż stała nieruchomo przy trumnie. Revelina 

ogarnęła   nieprzeparta   ochota,   by   zerwać   jej   z   twarzy   woalkę,   zadowolił   się   jednak 

ujęciem jej pod ramię i zaprowadzeniem na górę, żeby odpoczęła. Szła za nim potulnie 

jak owieczka, wiedział, że paraliżuje ją przeżyty wstrząs.

Najlepiej będzie działać jak najszybciej. Zanim odzyska swoje dawne, bezczelne i 

dumne ja.

Gdy tylko Revelin wyszedł z domu, Nadjana prędko zmieniła suknię, a na głowie 

zawiązała   prostą   chustkę.   W   jednym   ze   swych   kufrów   odszukała   skórzaną   teczkę   i 

szkatułkę z monetami z Kopenhagi. Wciąż błyszczały do niej jak wówczas, gdy wybito je 

ze srebra pochodzącego z norweskich gór.

Była gotowa.

Tego wieczoru droga wydała jej się prosta, dobrze już ją znała.

Marja i Karl zdołali utrzymać ciepły nastrój. Marja była naprawdę zmęczona, bo 

kiedy odstawiła  już nieckę, w  której  miesiła  ciasto, postanowiła  jeszcze wyszorować 

wszystkie naczynia, garnki i przybory kuchenne. Karl nosił wodę i drewno, przesunął też 

belkę w oborze, która od tak dawna irytowała każdego, kto wchodził tu, dźwigając na 

ramionach   dwa   pełne   wiadra   wody.   Trzeba   było   za   każdym   razem   przez   nią 

przestępować.   Ot,   takie   drobne   utrudnienie   dnia   powszedniego,   którym   człowiek 

denerwuje się o wiele dłużej, niż trwałoby jego usunięcie.

Karl wrócił do chaty, Marja siedziała trzymając na kolanach Benjamina. Silne 

background image

ciało poruszające się ruchami niemowlęcia przywiodło zawstydzonemu Karlowi na myśl 

kukulcze pisklę w gnieździe wróbli.

Amelia i Martin drzemali już w łóżku, uśpieni głosem Marji. Tym razem śpiewała 

kołysankę, a nie jak zwykle taneczną piosenkę, którymi na ogół ich bawiła, gdy była w 

dobrym humorze.

W   izbie   panował   przytulny   spokój.   W   piecu   płonął   ogień,   lampa   dawała 

przyjemne ciepłe światło, wśród ciężkich ścian z bali rozbrzmiewał łagodny głos Marji. 

Unosił się zapach świeżego ciasta, buzie dzieci były szczere i czyste na granicy krainy 

sennych marzeń.

Na   zewnątrz   dały   się   słyszeć   ciężkie   kroki.   Marja   urwała   piosenkę,   drgnęła 

gwałtownie, aż Benjamin zaczął się kręcić i wydawać z siebie dźwięki świadczące o tym, 

że coś mu się nie podoba. Karl także poderwał się wystraszony, jeden krok wystarczył, 

by znalazł się przy Marji.

- Co to może być? Nie mogą przecież przychodzić już dzisiaj.

Tchu zabrakło mu w piersiach, twarz pobielała, nie zdołał ukryć przerażenia.

- Musimy otworzyć - rzekła Marja schrypniętym głosem.

Ale ciężkie kroki nie należały do parobków lensmana. W drzwiach stanął asesor. 

Za jego plecami Marja dostrzegła białą głowę. Nadjana?

- Proszę wejść, panie asesorze, Nadjano... i Anton? Weszli do środka, tupanie 

ciężkich butów wydało się odpoczywającym w chacie ludziom jeszcze głośniejsze. Marja 

zdziwiona uniosła brwi, wciąż trzymała Benjamina na ręku, a w pasie czuła dłoń męża.

-   Przychodzimy   późno...   jak   złodzieje   nocą,   lecz   przybywamy   w   dobrych 

zamiarach, Marjo Oppdal. Przynosimy radosną nowinę.

Marja i Karl popatrzyli po sobie. Marja bała się uwierzyć w to, od czego w jego 

oczach już zapłonęło światło nadziei.

Asesor   zamachał   ręką,   aż   zaszeleściły   koronki   przy   mankiecie.   Oczy   mu 

pociemniały, twarz posmutniała.

- Och, nie, nie to. Wyrok wciąż jest ważny, ale stało się coś innego.

Karl puścił żonę, ciężkim krokiem poszedł zamknąć drzwi za późnymi gośćmi. 

Usta znów miał zaciśnięte, blade.

- Jakąż radość możesz mieć dla nas, asesorze? - spytał twardym głosem.

background image

Dostojny gość zdjął płaszcz i czapkę, Anton podszedł do Marji, przytulił ją do 

siebie, a potem odebrał jej dziecko z rąk i usadowił się z nim na krześle przy palenisku.

Pozostali usiedli przy stole, Marja wystawiła świeżo upieczone ciastka i grzane 

piwo.

Mówić zaczęła Nadjana. W obszernym niedźwiedzim futrze wydawała się jeszcze 

drobniejsza i słabsza.

- Marjo... ty zapewne to zrozumiesz, lecz chciałabym wyjaśnić wszystko Karlowi, 

moja decyzja bowiem może mu się wydać dziwna.

Marji serce podskoczyło w piersi. Cóż ta kobieta mówi? Nie ma chyba zamiaru...

Rozpaczliwie usiłowała pochwycić wzrok Nadjany i błagać ją, grozić, byle tylko 

nie zdradzała okrutnej tajemnicy.

Nadjana nie mogła być aż tak perfidna, by teraz ciskać Karlowi w twarz prawdę o 

dzieciach!

Ale Nadjana utkwiła wzrok w Karlu, mówiła wolno i wyraźnie, niepewna, czy ten 

mężczyzna   zrozumie   jej   duńskie   zwroty.   Nadjana   miała   w   pamięci   inny   dialekt, 

norweski, szeroki, stwierdziła jednak, że jego znajomość uleciała jej z głowy gdzieś na 

środku morza.

- Opowiem ci pewną historię, Karlu. Baśń, jeśli wolisz. Marja cała się trzęsła. 

Miała ochotę zerwać się i wybiec z chaty, daleko. Czy Nadjana bierze Karla za głupca?

- Kiedyś, dawno, dawno temu aresztowano młodą kobietę, działo się to daleko na 

Północy kraju, a oskarżenia, przed jakimi ją postawiono, nie były błahe. Obca wśród 

ludzi, łatwo stawała się kozłem ofiarnym, ilekroć go szukano. Cóż, zesłano ją w miejsce 

odosobnienia,   straszne   miejsce,   na   maleńką   wysepkę   zamieszkaną   przez   kobiety,   o 

których świat chciał zapomnieć. Żyły tam przez krótki czas jak zwierzęta, nawet jeden 

dzień nie upływał im bez bólu i cierpienia. Żadna godzina nie była wolna od upokorzenia 

i tęsknoty... Wśród więźniarek znalazły się naznaczone bliznami ofiary dżumy, zbrukane 

dziewki uliczne, morderczynie, zabój czynie nienarodzonych dzieci, czarownice.

Karl wpatrywał się w Nadjanę oczami okrągłymi ze zdumienia. To niemożliwe, 

aby i ona miała za sobą taki los. Była wszak baronówną, szlachcianką.

Nadjana podjęła:

- Na tej strasznej wyspie daleko w otchłani morza nie było nadziei. Jedna jedyna 

background image

kobieta obdarzona mądrością potrafiła walczyć z okrutnym losem. Stała się moim wro-

giem, ponieważ ja pragnęłam władzy. A gdy stamtąd uciekłam, sądziłam, że uwolnienie 

znajdę jedynie  w śmierci  Los  jednak postanowił,  by stało się  inaczej, choć  niejeden 

powiedziałby, że wolność byłaby o wiele lepsza niźli życie, jakie wiodłam przez lata, 

odkąd stamtąd uciekłam.

- Co chcesz przez to powiedzieć, baronówno?

Karl siedział niczym dziecko zasłuchane w przerażającą baśń. Marja zaczynała się 

rozluźniać, chociaż Nadjana wciąż nie spuszczała z niego wzroku. Z jej oczu biła siła i 

powaga.

-   Byłam   dziwką,   ulicznicą   z   Kopenhagi,   pod   koniec   bogatą   dziwką.   Tytuł 

baronowski... Cóż, tam, na południu, nietrudno go kupić.

Karlowi dech zaparło w piersiach. Asesor z przyganą kiwał głową.

Marja złapała się na tym, że siedzi z rozdziawionymi ustami.

-   No   cóż,   zdołałam   ukryć   przed   wami   moją   przeszłość,   ona   nie   ma   żadnego 

znaczenia. Ale dzisiaj pragnę być szczera, ufam w waszą przyjaźń i dobrą wolę. Jestem 

bogatą   kobietą,   bogatszą   niż   kiedykolwiek,   w   każdym   razie   nie   brakuje   mi   złota   i 

ziemskich dóbr. Jestem właścicielką wszystkiego, co należało do Revelina. Dawno już mi 

to zapisał. Revelin i ja zawarliśmy pewną umowę.

Asesor, mamrocząc, pokiwał głową na potwierdzenie tych niewiarygodnych słów.

Marja   zaczynała   się   domyślać,   do   czego   zmierza   Nadjana.   W   oczach   jej 

pociemniało. Na miłość boską, ta kobieta chce przekazać spadek rodzonym dzieciom 

Justitiana, jej dzieciom! Może wydawało jej się, że te bogactwa wynagrodzą bolesną 

prawdę, ale tak się nie może stać. Żadna zagroda ani srebrne talary nie zastąpią Karlowi 

straty,   jaką   poniesie,   gdy   dowie   się   prawdy.   Marja   chciała   powstrzymać   Nadjanę, 

ściągnąć ją z krzesła, zasłonić ręką piękne usta i zmusić do milczenia, zanim będzie za 

późno.

Nadjana wreszcie odwróciła głowę. Niewielki ruch sprawił, że jej włosy błysnęły 

niczym  złoto.  Na łańcuszku na szyi  nosiła  jakiś  kamyk,  zmienił  teraz  barwę,  zalśnił 

błękitem.

Bądź spokojna, mówiły jej oczy.

Nie zapomnę, co ci obiecałam.

background image

Marja   odpowiedziała   jej   bez   słów,   Nadjana   podjęła   swą   opowieść,   znów 

zwracając się do mężczyzn.

- Ta kobieta, którą wspomniałam, ta obdarzona siłą do walki z beznadziejnością... 

to była matka Marji.

Marja jęknęła głośno. Karl wpatrywał się w Nadjanę, z gardła wydobywały mu 

się jakieś dziwne dźwięki, jak gdyby nie był w stanie przełknąć zaskoczenia.

Asesor tylko kiwał głową, o wszystkim dowiedział się już wcześniej.

Ze skórzanego worka stojącego przy krześle wyciągnął jakiś dokument.

Marja wciąż przełykała ślinę.

Nadjana uśmiechała się lekko, całą swą uwagę skupiła teraz na Marji.

- Zapewne masz do mnie tysiąc pytań, moja droga. Odpowiem na nie wszystkie, 

choć niewiele czasu już spędzę w tej wsi. Ale najpierw do rzeczy, panie asesorze?

Staruszek chrząknął, poprawił się na krześle, przybrał urzędową minę. Patrzył na 

Karla i Marję.

-  Przynoszę   tu   dokument   podpisany  przez   prawną   spadkobierczynię   Justitiana 

Revelina, w obecności świadków, oznaczony moją pieczęcią. Na mocy tego dokumentu 

przekazane   zostają   zagrody:   Runesti,   Gjermundsplass,   Kleive,   Engebakken, 

Vassfalljord...

Nastąpiło długie wyliczanie posiadłości, ziemi, zagród, kawałków lasu, praw do 

łowienia ryb, pastwisk, praw do stawiania płotów i szeregu cennych przedmiotów. A 

ponadto   wszystkich   wierzytelności,   jakie   ludzie   winni   są   rodzinie   Revelinów.   Ziemi 

pozostającej   w   dzierżawie,   należnych   podatków   i   pożyczek,   zaciągniętych   przez 

biednych i bogatych we wsi. Lista była długa.

Marja  i  Karl siedzieli   jak  skamieniali,  byli  w   stanie  dostrzec  jedynie   kontury 

przyszłości, jaka zaczynała się przed nimi rysować.

Kiedy asesor umilkł, wiedzieli już, że Nadjana zapisała wszystko bez wyjątku 

Amelii i Martinowi.

Pierwszy zdolność mówienia odzyskał Karl.

- A stary pastor? Revelin?  Czy on niczego już nie ma? Asesor wolno pokręcił 

głową. Nie zdołał przy tym ukryć triumfu.

- Ma jedynie prawo mieszkać w chacie dzwonnika do końca swoich dni, nic poza 

background image

tym, ale będzie mógł żyć z tego, co otrzyma za swoje posługi. Na pewno dostanie trochę 

chleba i masła, może kilka litrów mleka, jeśli dobrze będzie mówił i ludzie poczują dla 

niego wdzięczność...

Marja pocierała skronie, starała się zrozumieć konsekwencje tego, co się stało.

- Odniosłaś swoje zwycięstwo, Marjo. Wiem, że być może nie zdążysz się nim 

nacieszyć, lecz na pewno będzie to dla ciebie jakąś pociechą.

Marja wybuchnęła nagle płaczem. Szlochała przeciągle, ileż smutku było w tej 

radości! Pozwolili jej najpierw dojść do siebie, dopiero później asesor podjął:

- Liczę się z tym, że ta sprawa zostanie zaskarżona, i to tak wysoko, jak tylko się 

da.   Być   może   trafi   nawet  do  sądu  najwyższego   albo,  kto   wie,  jeszcze  wyżej.   Mogą 

upłynąć  lata,  zanim  wszystko  się  wyjaśni,   do  tego  czasu   jednak  wy,  Marjo  i   Karlu, 

zarządzać będziecie dobrami Revelina. Na pewno ciężko to przeżyje. Z tego, co wiem, 

nie jesteś jego przyjaciółką, Marjo.

Marja podniosła głowę, łzy na policzkach już jej obeschły. Pod stołem dłoń Karla 

mocno ściskała ją za rękę.

-   Musimy   ci   podziękować,   Nadjano.   Nie   dlatego,   że   dwór   tak   wiele   dla   nas 

znaczy, dzięki Antonowi przyszłość naszych dzieci jest zapewniona, ale to, co zrobiłaś, 

napełnia mnie nową otuchą. Wiem bowiem, jak wielkie znaczenie mają ziemskie dobra, 

gdy walczy się o swoją sprawę. Wydaje mi się, że sąd wyższej instancji z większą uwagą 

wysłucha osoby, która ma poparcie stu beczek srebra, niż ubogiej żony dzierżawcy.

Nadjana uśmiechnęła się. Sto beczek srebra było pewną przesadą, ale...

Marja wstała, objęła drugą kobietę.

- Dałaś   mi  też  coś   jeszcze.   Wspomnienie   o mej  matce,  stała   mi   się  przez  to 

jeszcze bliższa. Kiedy słyszałam, jak o niej mówisz...

Nadjana pogładziła ją po policzku.

- Opowiem ci wszystko, co wiem, ale ostrzegam, niepięknie myślałam o tej, którą 

ty cenisz tak wysoko. My... trudno powiedzieć, abyśmy były przyjaciółkami.

Marja kiwnęła głową na znak, że z tym się pogodziła.

Sama   przecież   nienawidziła   Nadjany,   gdy   ta   tylko   zjawiła   się   w   wiosce,   nie 

potrafiła dostrzec dobroci i siły tej kobiety. Nic dziwnego, że na przeklętym szkierze, 

zawieszonym gdzieś między życiem a śmiercią, można nie poznać się na bliźnich.

background image

- Najpierw musicie się tu podpisać. Proszę, mam pióro przygotowane. Karlu, o tu, 

w tym miejscu.

Karl niepewnie ujął pióro, ale zdołał jakoś naskrobać podpis. Marja podpisała się 

z wprawą. Eleganckie literki wiły się niczym girlandy. Pismo Nadjany było drobne, lecz 

wyraźne i proste, miało w sobie jakby cośulotnego. Asesor złożył swój podpis, inicjały 

ozdobione zawijasami tuż pod brunatną pieczęcią.

- A więc ta sprawa już jest załatwiona. Czy mam natychmiast ją ogłosić? Wątpię, 

aby  tym   razem   Revelin   chciał   obwieścić   o  niej   z  ambony.   Ale   może   na   dziedzińcu 

kościoła? Pójdziesz tam chyba, Marjo?

- Być może... nie wiem. Niedzielny wieczór... będzie ostatnim, jaki spędzę tutaj.

- Wrócisz - pocieszyła ją Nadjana.

- Och, obyś miała rację. Tak bardzo chciałabym w to uwierzyć i po tym, co się 

stało... No cóż, to może potrwać całe lata, ale może... może... naprawdę wrócę.

- Jeśli dowiedzą się o twojej matce... ona wszak również skazana została za czary. 

Przypuszczam, że to bardzo osłabi twoją pozycję, Marjo.

Trzeźwa ocena asesora nie odebrała Marji otuchy.

- Na razie mało kto o tym słyszał, a wszyscy tu obecni będą chyba milczeć, jeśli 

okaże się to konieczne.

Przytaknęli.

- Ale jest jeszcze Revelin...

- Czy on wie? - spytał wstrząśnięty Karl.

- Och, oczywiście - zachichotała Nadjana. - Matka Marji stale go nawiedza w 

koszmarach   sennych.   Sama   słyszałam,   jak   woła   do   niej   i   wygraża   niczym   opętany. 

Niekiedy, zdaje mi się, nie wie całkiem, która to matka, a która córka. Ta twoja matka nie 

mogła być tak całkiem niewinna - uśmiechnęła się Nadjana. - Revelin w każdym razie 

posmakował przekleństwa.

Marję niezwykle ucieszyło to, co usłyszała, choć radość zaprawiona była goryczą. 

Podobne słowa padły kiedyś z ust Justitiana, lecz wtedy ich nie zrozumiała.

Asesor, przekazawszy Marji i Karlowi jeden z jednobrzmiących dokumentów na 

przechowanie, nasadził czapkę na głowę.

-  Przyjdź   do   kościoła,   Marjo.   Nawet   jeśli   będzie   to  ostatnia   godzina,   jaką   tu 

background image

spędzisz. Przypuszczam, że będzie warto. Zobaczysz twarz Revelina...

- Nie mam zamiaru czekać tak długo - szepnęła Marja. Karl nie mógł jej winić za 

odrobinę podszytej złośliwością uciechy, za której sprawą jej niebieskie oczy rozbłysły. 

Nadjana nie skrywała,  że cieszy się wraz z nią, i tak samo radowała  się na myśl  o 

skonfrontowaniu pastora z jego nową rzeczywistością.

Szkoda,   że   Justitianowi   nie   dane   było   tego   przeżyć,   pomyślała   Nadjana,   lecz 

może siedzi gdzieś za zasłoną chmur i zerka na nas z wysoka, rozkładając anielskie 

skrzydła.   Pewnie   uśmiecha   się   lekko,   choć   musi   ukrywać   brzydkie   myśli   przed 

staruszkiem, który rządzi tam na górze. Nadjana uśmiechnęła się pod nosem z żartu, tak 

nie pasującego do sytuacji.

- Pójdę do niego, gdy tylko się rozwidni. Asesor wstał.

- Nie powinnaś iść sama... Marja uśmiechnęła się.

- Och, nie, oczywiście wezmę Karla ze sobą. A ty Nadjano?

- Za nic na świecie nie podaruję sobie widoku tej świńskiej gęby. Będzie dla mnie 

najmilszą nagrodą.

Asesor pożegnał się i wyszedł.

Na dworze w zimowym zmroku nikt nie zauważył jego odjazdu ani przyjazdu.

Anton zabrał się tymi samymi saniami, uczynił już tego wieczoru to, co do niego 

należało. Przyłożył swą pieczęć na dokumencie, który w jednej chwili odmienił rozkład 

sił, władzy i bogactwa całej wioski.

Marja i Karl Oppdalowie stali się teraz najzamożniejszymi ludźmi w dystrykcie. 

Pewnego dnia, gdy dzieci ukończą dwadzieścia jeden lat, przejmą dobra, ale dla Marji i 

Karla dzisiejszy wieczór oznaczał koniec troski o chleb powszedni.

Mając   na   dodatek   Wdowią   Zagrodę,   mogli   się   równać   nawet   z   dworami   w 

Kaupanger albo jeszcze dalej.

Ich posiadłości trudno było objąć.

Zmiana, jaka zaszła, miała dotyczyć większości ludzi, którzy obracali się teraz w 

łóżkach, nie wiedząc, że ich świat stanął na głowie.

Nie krzyczał, nie wściekał się, wcale nie padł na kolana i nie błagał.

Nie uronił ani jednej łzy, ani nawet nie wyrzekł jednego słowa w odpowiedzi.

Marja   była   rozczarowana,   spodziewała   się,   że   pastora   na   jej   oczach   spalą 

background image

płomienie wściekłości i bezsiły.

Nadjana uśmiechała się ciepło, gdy pastor wreszcie przemówił i skierował swe 

przekleństwa w jej stronę.

- Jeszcze dzisiaj pójdziesz tam, gdzie twoje miejsce, szalona kobieto! Mój drogi 

syn, a twój mąż jeszcze nie ostygł, a ty już... zaczynasz niszczyć jego majątek, prze-

kazujesz go tej, która zdradzała, czarowała, nasłała demony na naszą i tak już dotkniętą 

nieszczęściem rodzinę. Nie wiesz, że przysłała kochankę diabła, swoją matkę, nie zdajesz 

sobie sprawy, że jest narzędziem szatana, ty zdradliwa, grzeszna...

Nadjana stała z podniesioną głową.

- Wydaje ci się, że możesz jeszcze coś zrobić, ale twój czas już upłynął, Revelin. 

Teraz czeka cię jedynie upokorzenie, jedyne, na co możesz liczyć, to życie w ubóstwie.

- Mam przyjaciół, Nadjano - rzekł groźnie. - Nie zapominaj o tym, kiedy będziesz 

żałować za swoje czyny w domu dla szaleńców, gdy twarz Marji pochłoną płomienie 

stosu, a ty, Karlu Oppdal, zostaniesz bez niczego.

Marja ujęła męża pod ramię.

Nadjana stała blisko niego z drugiej strony.

-  Załatwiliśmy   już   sprawę,  z   jaką  przyszliśmy,  panie  Revelin.  Wiesz  już,  jak 

przedstawia się sytuacja. Moja matka zapewne uczestniczy w dzisiejszej radości. Nawet 

śmierć nie jest za wysoką ceną, by ujrzeć cię strąconym z wężowego tronu.

Marja wiedziała, że to nieprawda, lecz te słowa wydawały jej się takie piękne, 

krył się też w nich odpowiedni triumf.

Odeszli.

Revelin nie mógł ich powstrzymać.

W drzwiach Nadjana jeszcze się odwróciła.

- Lepiej będzie, jak zaraz zapłacisz komorne za tę chatę. Dawno już powinnam je 

dostać. Należność możesz przekazać  Karlowi, na pewno przyjmie  masło  albo zboże, 

gdybyś miał kłopoty ze zdobyciem pieniędzy.

Revelin stał tylko z otwartymi ustami. Wysunął język, wybałuszył oczy, jakby 

miały wyjść mu z orbit.

Ostatnie, co widzieli, to zakrwawiona ręka. Ogarnięty gniewem walnął pięścią w 

twardą ścianę, zapominając o żelaznym bolcu, którym przybite były do belek zawiasy.

background image

Sobotnia   noc.   Nieliczni   ludzie   jeszcze   krążyli   po   wsi,   choć   o   tej   porze   roku 

czyhały na nich skrzaty i potwory. Cienki sierp księżyca nie oświetlał drogi, lecz dawał 

dość światła, by cienie stawały się wyraźniejsze. W chacie w Oppdal płonęło dwanaście 

woskowych świec. Nie mieli już powodu, by oszczędzać. Dzieci dostały tyle jedzenia i 

smakołyków, że więcej już przełknąć nie mogły. Karl i Marja natomiast jedli niewiele, 

choć siedzieli przy suto zastawionym stole. Marja odsunęła talerz.

Karłowi oczy błyszczały jak w gorączce, ogarnął go jakiś nowy niepokój, jak 

gdyby bogactwo sprzeczne było z jego naturą. Marji, która mu się przyglądała, również 

trudno   było   wyobrazić   sobie   Karla   Oppdala   wystrojonego   w   jedwabie,   brokaty   i 

delikatną wełnę. Szczera twarz o prostych rysach, nastroszone jasnobrązowe włosy, bro-

da, której nie pielęgnował drogim woskiem ani pachnącymi maściami. Był chudy, żylasty 

i kościsty, jak większość tych, którzy niewolniczo pracują na ziemi. Z twarzy dało się 

wyczytać ślady ciężkiego życia.

Popieściła twarde odciski we wnętrzu jego dłoni.

Palce   znalazły   delikatną   skórę   po   wewnętrznej   stronie   nadgarstka,   gdzie 

ukazywały się żyły i grały mięśnie, gdy mocniej coś chwycił.

- Chodźmy do łóżka - powiedziała cicho.

W jej uścisku nie było już teraz samej tylko desperacji, strach nie był już dziki i 

przerażający niczym drapieżnik, raczej smutny, spokojny jak strumień jesienią, zanim 

skuje go lód.

Wpłynął na nią niczym resztki fal z burzliwego niegdyś morza. Marja delikatnie 

ujęła jego twarz w dłonie, popatrzyła mu w oczy w blasku świec, których żadne z nich 

nie chciało jeszcze gasić. To w jego oczach tego wieczoru znajdowała radość, nie w ciele 

ani we wprawnych pieszczotach. Poruszali się wolno, tak wolno, jakby mieli przed sobą 

całe życie, by móc dokończyć. Pragnęli w to wierzyć. Wszystko działo się jak we śnie. 

Dlaczego nie urzeczywistnić go bodaj przez kilka krótkich godzin?

Zakradł się na plebanię, pewnym krokiem szedł przez pogrążone w ciemności 

pokoje. Niewielki  wysiłek wystarczył  do otwarcia klapy w podłodze prowadzącej  do 

piwnicy  pod  kuchnią.   Potem  mógł  już  szukać  miejsca,  gdzie  składowano  beczułki   z 

piwem i wódką.

Revelin chwycił dwie beczułki, obie pełne najmocniejszej gorzałki. Były ciężkie, 

background image

musiał   przejść   przez   prawdziwą   próbę   siły,   podnosząc   je   nad   głową   i   stawiając   na 

podłodze w kuchni. Potem na drżących  nogach wyszedł z piwnicy.  Ręka zraniona o 

żelazny bolec irytowała go tępym pulsowaniem.

Na palenisku żarzyły się jeszcze dwa czy trzy nadpalone polana. Ktoś położył je 

tam na długo po tym, jak przygotowano ostatni posiłek.

Wiedział, że zrobiła to nowa gospodyni Nadjany przed powrotem do domu do 

swoich siedmiorga dzieci. Baronówna najwyraźniej nie boi się nawet spać pod jednym 

dachem ze zwłokami, skrzywił się pastor.

Zdjął z półki nad piecem naczynie z kutego żelaza, to, które miało drewnianą 

rączkę i pokrywkę z niewielkimi otworami. Zrobiono je specjalnie do przenoszenia ognia 

na większe odległości, zanim w powszechne użycie weszło krzesiwo.

Włożył do naczynia kilka rozżarzonych węgli, sparzył się przy tym w palec, lecz 

nie poczuł bólu.

Po cichu, jak kot, wszedł do izby.

Wyciągnął zatyczkę z pierwszej baryłki.

Podniósł   ją   od   ust,   poczuł   odór   nieprzyjemnej,   nie   destylowanej   wódki.   W 

kącikach  ust go zapiekło,  paliło jak ogniem,  już sam zapach mógł wprawić w oszo-

łomienie.

Revelin   zmusił   się   do   przełknięcia   płynu,   wódka   pociekła   z   ciężkiej   baryłki, 

spłynęła mu po brodzie, piersi i brzuchu. Wkrótce cały pokój cuchnął drogim napitkiem.

Pastor   zgiął   się   wpół,   żołądek   zaprotestował   przeciwko   takiemu   traktowaniu. 

Odrzucił część wódki wymieszanej z kwaśnym sokiem żołądkowym.

Nie miało to żadnego znaczenia. Justitian i tak nie mógł tego zobaczyć.

Revelin zbliżył się do trumny, kroczył niepewnie, chwiejnie. Miał ochotę unieść 

wieko, ale bał się, że narobi za dużo hałasu. Nadjana śpi wszak na górze, a nie może 

zorientować się, że ma nieproszonego gościa.

Nadjana umrze tej nocy.

Marja i Karl nie spali, żadne z nich nie potrafiło znaleźć dość spokoju. W dodatku 

godziny były takie krótkie, czas uciekał im niczym spłoszone zwierzę, nie potrafili go 

złapać ani zatrzymać.

Dzieci oddychały spokojnie, spały teraz razem w łóżku, Martin także.

background image

Nie mieli już co sobie powiedzieć.

Powiedziane zostało już wszystko. Od najbanalniejszych praktycznych ustaleń po 

nagie, szarpiące serce prawdy.

Karl gładził ją po plecach, ręka pod koszulą była ciepła, pełna życia.

Marja już myślała, że zasypia, gdy nagle w uszy wdarł się im przez drewniane 

ściany przenikliwy, dobiegający z daleka krzyk.

Pozwolił,  by wódka wypływała  z beczułki,  strumyk  utworzył  niewielką  rzekę 

wśród dywanów i grubych desek. Wkrótce piękna, służąca do odpoczynku sofa stała 

nogami w przezroczystej cieczy niczym w wodzie.

Polał wódką sofę, stół i ściany. Sporo chlusnął na trumnę Justitiana, śmiał się 

cicho, gdy wódka przez szpary w trumnie wciekła do środka. Gorąco ci będzie jak w 

piekle, synu.

Wylał ścieżkę prowadzącą do drzwi i dalej na ganek, najniższe stopnie schodów 

zdążyły nasiąknąć, zanim skończyła się gorzałka.

Odrzucił   pustą   beczkę,   nasłuchiwał.   Ze   stryszku   nie   dobiegał   żaden   dźwięk. 

Widać   Nadjana   posmakowała   swego   tajemnego   lekarstwa   i   ciężko   spała   po   tym 

triumfalnym dniu.

Ha!

Już niedługo będzie się cieszyć zwycięstwem.

Oto nadeszła wielka noc, noc zemsty.

Dzisiaj będą się smażyć we własnym tłuszczu.

Najpierw Nadjana.

Potem Marja Oppdal, Karl, dzieci i ten paskudny odmieniec.

Revelin miał nadzieję, że wśród zamieszania zdąży także do Wdowiej Zagrody. 

Zrówna z ziemią co tylko mu się uda.

Przejdzie niczym  anioł zemsty i spali wszystko,  co nieczyste  i grzeszne. Jeśli 

będzie   miał   szczęście,   jutro   z   dziedzictwa   Marji   niewiele   zostanie.   A   i   tak   jej   ród 

przestanie istnieć.

Tak jak przestał istnieć jego ród.

Tak będzie sprawiedliwie.

Revelin w swoim mniemaniu wciąż myślał jasno i uznał, że nie powinien już 

background image

więcej pić.

Złapał naczynie z żarzącymi się węglami, zapalił łuczywo. Może rozpocząć swój 

pochód. Przed opuszczeniem domu otworzył jedno z okien w saloniku, łatwo mu w ten 

sposób będzie wrzucić do środka węgielek.

Wychodził właśnie z domu, gdy nagle przypomniał sobie szkatułkę z klejnotami 

Cecilii, stała wciąż schowana za tajemną ścianką w szafeczce w salonie. Postanowił ją 

zabrać, zawsze dawała mu poczucie bezpieczeństwa, kamienie bowiem zapewne warte 

były swoich dwustu talarów.

Wrócił po cichu, dłoń trzymająca pochodnię nie zadrżała.

Ale   nie   zauważył   stołka,   który   ktoś   odstawił   tuż   przy   drzwiach   do   salonu. 

Poprzednio zdołał go ominąć.

Runął głową w przód.

Przy upadku potrącił trumnę, spadła na podłogę z hukiem, który mógłby zbudzić 

umarłego. Justitian nie poczuł nic, jego ciało bowiem było już sztywne i zimne, kiedy 

osunęło się na plecy przerażonego pastora.

Pochodnia wypadła Revelinowi z ręki.

Płomień poszybował w powietrzu, rozgorzał, jeszcze zanim dotknął nasączonej 

cuchnącą wódką podłogi.

Revelin   przerażony   zobaczył,   że   podłoga   wokół   smolnej   drzazgi   zaczyna   się 

palić.

Szarpał się, walczył z ciężarem martwego ciała. W gorączkowym strachu usiłował 

się   odsunąć,   lecz   zwłoki   zdawały   się   nagle   ożyć   mocą   własnej   woli.   Opustoszałe 

schronienie duszy Justitiana było nienaturalnie ciężkie. Zanim Revelin zdołał je odsunąć, 

płomienie ogarnęły już jego sutannę.

Ostry   ból   płonących   stóp   sprawił,   że   odrzucił   głowę   i   zaniósł   się   krzykiem, 

przeraźliwym nieludzkim wołaniem o pomoc.

Ogień znajdował coraz to nową pożywkę, wżerał się coraz większym kręgiem w 

kolejne sprzęty, Revelin począł go tłumić dłońmi, czuł, że płoną mu włosy, oczy oślepły 

od gorąca i dymu.

Salon przestał istnieć, istniało już tylko piekło rozgorzałego bólu. Przez moment 

ujrzał własne dłonie, zobaczył, że ciało odpada od kości.

background image

Ostatnią rzeczą, jakiej Revelin doświadczył na tym świecie, był zapach spalonego 

mięsa i przeraźliwy krzyk  duszących  się od dymu  płuc. Przez głowę przemknęła mu 

ostatnia myśl:

Przecież to za tym zapachem tęsknił tak długo.

Lecz to nie płonęło żywcem ciało kobiety, lecz jego własne.

- Pożar, pali się! Chodźcie, ratunku, plebania płonie!

Głosy dobiegające z zewnątrz były głośne, lecz Marja pojęła słowa dopiero, gdy 

rozbrzmiały całkiem blisko. Dorośli zerwali się z łóżek, Karl był już w drzwiach, zanim 

jeszcze   naciągnął   spodnie.   Marja   nawet   z   łóżka   widziała   żółtą   łunę   na   śniegu, 

przypominającą blask ich własnych świec.

- Na miłość  boską, to plebania,  Marjo. Musimy tam iść, ludzie biegną, niosą 

wiadra, prędko!

- Nadjana! - zawołała Marja zrozpaczona. Dzieci się obudziły, Karl nakazał im 

spokój i prosił, żeby nie szły do pożaru.

- Pilnujcie Benjamina, my niedługo wrócimy! Dorośli wypadli z domu, w biegu 

narzucali okrycia.

Nie było bardzo zimno, lecz osobie, która właśnie zerwała się z ciepłego łóżka, 

chłodne powietrze boleśnie wdzierało się w płuca.

Ujrzeli, jak jęzory ognia liżą czubki drzew, otaczających probostwo. Podchodząc 

bliżej, zorientowali się, że cały budynek już stoi w płomieniach. Ktoś biegał tam i z 

powrotem z wiadrami, inni ciągnęli  za sznury przy studni. Żar bijący od pożaru był 

jednak tak silny, że zbliżyć się dało nie bardziej niż na jakieś dwadzieścia, trzydzieści 

kroków.

Marja zasłoniła twarz dłońmi, pognała do przodu. Huk ognia ją zaskoczył, nigdy 

wcześniej nie myślała o dźwiękach, jakie towarzyszą pożarowi. Bezustannie coś trzaska-

ło i pękało, skrzypiało i wybuchało. Szyby w oknach, drogocenne szyby, dawno już ich 

nie było. Ogień lizał teraz ramy okienne, pochłaniał kolejne części dachu, cały dom trząsł 

się jak rozpalone ciało w ekstazie.

- Zabierzcie ją stąd, dach może spaść w każdej chwili!

- Nadjana!

Krzyk Marji wprawił ludzi w odrętwienie.

background image

Dla baronówny nie było już ratunku.

Dopiero   gdy  płomienie   nie   znalazły   więcej   pożywienia   i   ogień   zadowalał   się 

delikatnym   lizaniem   zwęglonych   szczątków   drewna,   ujrzeli   kobiecą   postać   leżącą   w 

odległości  piętnastu,  może  dwudziestu kroków od kamiennej  podmurówki.  Leżała  za 

wielkim kamieniem, równie szara jak on, ogień stopił cały śnieg wokół pogorzeliska, nie 

było więc widać żadnych jej śladów.

Marja pognała w stronę ludzi stojących  w kręgu. Jej twarz miała nienaturalną 

czerwoną barwę z białymi martwymi plamami. Ale z twarzy Nadjany nie zostało prawie 

nic.

Ludzie zaczęli się cofać, zasłaniali usta przerażeni, broniąc się przed mdłościami, 

jakie ogarnęły ich na ten widok. Białe włosy na głowie kobiety zwęgliły się, kilka pasm 

zaledwie przywodziło wspomnienie o srebrnej czuprynie, którą tak często podziwiano. 

Białe delikatne ręce baronówny spoczywały zakrwawione na kamieniu, jedna wykręcona 

pod   dziwnym   kątem.   Na   pewno   złamała   ją,   gdy   wyskoczyła   z   okna   na   poddaszu, 

uciekając przed płomieniami.

Marja rzuciła się na ziemię, na wpół uniosła lekkie ciało przyjaciółki.

- Ona żyje. Na miłość boską, ona żyje! Prędko, trzeba zanieść ją pod dach, zanim 

zabije ją zimno! Karl, potrzebna mi moja skrzynka, biegnij po nią co sił w nogach. Do 

wszystkich diabłów, co oni zrobili z moimi rzeczami, które mi zabrali? Muszę je mieć, 

moje maści!

Wieśniacy przyglądali jej się oniemiali.

Marja Oppdal nie miała żadnych szans.

Na takie obrażenia nikt nie mógł poradzić. Niemożliwe, aby jakikolwiek człowiek 

je przeżył.

Nawet osoba pochodząca z rodu barona.

Niektórzy dziwili się, że krew płynąca z rąk Nadjany jest równie czerwona jak ich 

własna.

Niedzielny   poranek,   jakiż   piękny!   Różowe   niebo   na   wschodzie,   gdzie   słońce 

przedziera   się,   by   ustroić   swym   blaskiem   wierzchołki   gór   i   nadać   fiordowi 

zielonobłękitny połysk.

Wszędzie biało - bielą, która oślepiała zaspane oczy swym najczystszym pięknem.

background image

Tylko w środku wsi czarny krater.

Ku niebu wznosi się szary, ciemny dym, na turkusoworóżowym tle wygląda to 

niemal pięknie.

Kościelne dzwony biją już niemal od godziny.

Głęboki ton nie wzywał na zwyczajne nabożeństwo, zwoływał parafian tonem 

oznajmiającym katastrofę.

Ale kościół ocalał.

Ściany   zdawały   się   jeszcze   bielsze   na   tle   czarnego   pogorzeliska.   Teraz   spod 

kościoła można było •spoglądać na fiord. Żaden dom nie przesłaniał widoku.

Pastor z Gaupne przybył dopiero około południa. Do tego czasu asesor przejął 

dowodzenie i odczytał błogosławieństwo za duszę Revelina i jego syna.

Odnaleziono   tylko   ich   szczątki.   Pierwszy   miał   lżejszą   śmierć   niż   ten   drugi, 

mamrotano pod nosem. Popioły ojca i syna zmieciono razem. W trumnach, naprędce 

skleconych przez stolarza, znalazło się zapewne tyle samo resztek ich ciał co zwęglonych 

szczątków domu. Obie trumny stały teraz obok siebie w chacie dzwonnika.

Od pogorzeliska wciąż jeszcze biło ciepło, mężczyźni, którzy wyszukiwali w nim 

szczątków ludzkich, nadpalili sobie drewniaki i rękawice.

Pod wieczór wszyscy już wiedzieli, że Nadjana oddała probostwo i włości.

Gdy zapadł zmierzch, asesor zebrał swoich ośmiu sędziów w Dosen. Nie minęła 

godzina, a już było wiadomo, że los Marji się odmieni. Wszyscy przysięgli, łącznie z 

asesorem, uwolnili się od spoczywającego na nich ciężaru. Nad ich głowami nie wisiał 

już żaden miecz. Mogli sądzić według własnego sumienia.

Marja   dowiedziała   się   o   tym   dopiero   następnego   ranka   po   ponad   ośmiu 

godzinach, jakie upłynęły od wyznaczonego jej terminu, kiedy to miała zostać skuta i za-

prowadzona na łódź czekającą przy Hansowej Przystani. Przez ten czas myślała jedynie o 

słabym oddechu Nadjany. Nie zdołała nawet przyłączyć się do Karla, który, usłyszawszy 

nowinę, począł tańczyć z radości.

Dzieci   nie   przestawały   szeroko   otwierać   oczu,   usta   im   drżały,   jak   gdyby   nie 

potrafiły zrozumieć, że pora strachu już minęła, że mama wreszcie z nimi zostanie, a w 

dodatku są bogaci.

Marja łajała ich, oczy płonęły gniewem i bezdenną rozpaczą.

background image

- Nie wiecie, że Nadjana umiera? Nie rozumiecie...

Nie zdołała powiedzieć nic więcej. Słowa przeszły w szloch.

Maści, marne opatrunki, nalewka, którą wlała w usta Nadjany, by utrzymać ją w 

błogosławionej bezbolesnej nieprzytomności.

To tak mało.

Wydawało się równie śmieszne jak dmuchanie na ranę zadaną prosto w serce.

Piękna   twarz   Nadjany   była   niczym   czarna   maska,   pokryta   nabrzmiałymi 

pęcherzami, a gdy Marja delikatnie obmyła ją z sadzy i brudu, spostrzegła, że spod skóry 

ukazuje się żywe ciało.

Przepiękne oczy zniknęły wśród opuchlizny.

Marja obawiała się, że Nadjana, nawet gdyby cudem przeżyła, nigdy nie zdoła 

ujrzeć światła.

Jakież to okrutne.

Może powinna pozwolić jej umrzeć.

Jak taka kobieta jak Nadjana będzie żyć z tak zniszczonymi rękami i twarzą?

W ludziach będzie budzić odrazę.

Czy zdoła to znieść, ona, najpiękniejszy kwiat w ogrodzie?

Marja poczuła paraliżujące zmęczenie. Nie spała już prawie od trzech nocy, lecz 

zmęczenie płynęło z innego źródła.

Nie mogła podjąć decyzji o losie Nadjany. Musiała dalej walczyć, dać jej szansę.

Upłynęły trzy dni, zanim Nadjana się poruszyła, i blisko dwa tygodnie, zanim 

Marja nawiązała z nią kontakt. Skóra na twarzy i rękach powoli zaczynała odrastać, ale 

Marja pochowała wszystkie lusterka we Wdowiej Zagrodzie. Nie dawała Nadjanie nawet 

srebrnego świecznika, w którym mogłaby się przejrzeć.

Wiosna nadeszła wcześnie, zjawiła się nagle przyniesiona ciepłym powiewem. 

Marja i Nadjana, nie zważając na uderzenia wiatru i przytrzymując spódnice, wysiadły z 

pięknie   dekorowanego   powozu.   Nie   włożyły   swych   najlepszych   sukni,   pod   starymi 

zimowymi paltami miały niebieskie fartuchy. Na rękach obie nosiły rękawiczki. Twarz 

Nadjany skrywała bladoróżowa maska z delikatnego gładkiego materiału. Znad jej brze-

gów   wyglądały   jedynie   oczy.   Wspierała   się   na   Marji,   kiedy   pokonywały   niewielki 

odcinek   do   kamiennych   fundamentów,   na   których   wznosiła   się   niegdyś   wspaniała 

background image

plebania.

Nadjana przysiadła na kamieniu tworzącym węgieł.

Schody się zachowały, trzy kamienne płyty prowadziły w nicość.

Marja weszła na nie krok po kroku. Wiatr pochwycił w objęcia czarne włosy, 

wyciągnął je spod chustki. Marja nie przejmowała się tym, nie wsunęła ich z powrotem. 

Gestem   dała   znać   pięciu   ludziom   stojącym   w   gotowości   z   łopatami   i   szpadlami, 

bosakami i łomami. Byli to ci sami, którzy jeszcze przed Bożym Narodzeniem uprzątnęli 

do końca pogorzelisko. Jednym z nich był stryjeczny brat Karla, ten, który świadczył 

przeciwko Marji na tingu.

- Zacznijcie od narożnych kamieni - nakazała Marja.

Mężczyźni skrzywili się, nie podobało im się, że kobieta wydaje im polecenia. 

Ale   płaciła   dobrze   i   przecież   zapewniła   pracę   na   długo,   bo   plebania   miała   zostać 

odbudowana. Marja i Karl Oppdalowie postanowili, że za to zapłacą, pod warunkiem, że 

z dawnego probostwa nie zostanie nawet jeden kamień.

Marji podobała się ta myśl. Wszystko zniknie, wszystko, co stare. Nowy dom 

zostanie wzniesiony na chwałę przyszłości i nie zeszpeci go nawet jeden kamień po-

chodzący z dawnych, strasznych czasów.

Konie odciągały kolejne głazy, resztki dawnego probostwa osypywały się w głąb, 

na wpół przepalone belki pękały, wzniecając tumany kurzu.

- Piwnica zapewne nie jest tak bardzo zniszczona. Może odnajdziemy gorzałkę 

pastora. Będzie stanowić wtedy część naszej zapłaty, Marjo Oppdal.

Marja nic na to nie powiedziała, zamrugała tylko.

Nadjana ścisnęła ją za rękę.

Z  miejsca,   w  którym   stały,  widziały   ciemną  jamę  pod  ruinami,  przypominała 

ohydną paszczę pełną czarnych zębów.

To tam siedział mój biedny Justitian, pomyślała Nadjana. Tam Revelin zamykał 

to biedne zrozpaczone dziecko.  Ach, jakże nienawidzę  jego ojca! Oby smażył  się w 

piekle.

I wtedy coś sobie przypomniała. • - Wstrzymajcie się, czekajcie! Nie niszczcie nic 

więcej!

Marja popatrzyła na nią zdumiona.

background image

- Co się stało, Nadjano?

- Tam na dole coś jest! Coś ważnego. Może nie spłonęło, może znajdziemy kufry 

i skrzynie.

- O czym ty mówisz?

Marja nie posiadała się ze zdumienia, lecz jeśli w mieszkaniu Revelina miały być 

ukryte jakieś skarby,  to bardzo prawdopodobne, że schowano je właśnie w głębokiej 

piwnicy.

Nadjana złapała ją za obie ręce. Dłoniom okrytym rękawiczkami brakowało siły, 

lecz Marja i tak wyczuła ożywienie przyjaciółki.

- Być może znajdziesz tam coś ważnego, Marjo. Justitian mi mówił. Widział to 

raz,   kiedy  jeszcze   był   dzieckiem.   Jakieś   papiery,   Marjo,  książki.   Klejnoty  i   ubrania. 

Wielkie kufry, których nie zdążył przejrzeć. Spadek po twojej matce, Marjo!

Marja wpatrywała się w Nadjanę, nie rozumiejąc, co ta do niej mówi.

Wreszcie spytała bez tchu:

- Czy to prawda? Nadjana z wysiłkiem pokiwała głową.

- Tak, jeśli nie strawił tego ogień.

Marja czuła narastający w niej płacz. W ostatnich tygodniach wspomnienie matki 

odżyło z nową siłą. Przede wszystkim za sprawą opowieści Nadjany z życia na wyspie, 

ale przyczyniło się do tego coś jeszcze, jak gdyby spokój i przytulność, w jakiej teraz 

żyła, płynęły z zewnątrz, od jakiejś nieznanej mocy. Miała wręcz ochotę uwierzyć w 

naiwny obraz zmarłych matek, które przez otworki w niebie ślą miłość swym dzieciom 

na ziemi.

Mężczyźni zeszli do tego, co kiedyś było piwnicą.

Zabrali ze sobą pochodnię, na dole bowiem było ciemno i na pewno straszno, 

nawet w jasny słoneczny dzień.

Wyszli uwalani sadzą, z szerokimi uśmiechami na twarzach.

- Miałaś rację, baronówno, są tam trzy wielkie kufry i jedna mniejsza skrzynka. 

Naokoło   rozsypane   jakieś   papiery,   ale   zbrązowiały   od   gorąca,   raczej   nie   da   się   ich 

odczytać. Czy to coś ważnego?

Po policzku Marji potoczyły się łzy.

- Tak - szepnęła. - To niezwykle ważne...