background image

MAY GRETHE LERUM 

GRZECHY PRZESZŁOŚCI 

background image

ROZDZIAŁ I 

Plebania Lyster, około dnia św. Wita 1711 

Rany już zaczynały się goić, lecz Nadjana wciąż jeszcze musiała porządnie brać się w 

garść, by nie zwymiotować na ich widok. Przypominały nieduże wrzody; bała się, że choroba 

jest  zakaźna.  Jej  mąż,  o  ponad  dwadzieścia  lat  młodszy  Justitian  Revelin,  jęknął  cicho  na 

posłaniu z najcieńszej bawełny i puchu. 

- Odejdź, Nadjano, nie  musisz tego robić. Dość  tu przecież dziewek służących, które 

mogą się mną zająć... Ty nie będziesz... 

- Och, cicho! Oczywiście, że będę! Jestem przecież twoją żoną, do diabła! 

Słowa  zabrzmiały  ostro,  lecz  z  jasnych  oczu  kobiety  biła  przemieszana  ze  strachem 

czułość. 

Justitian przymknął oczy koloru piasku, westchnął ciężko. Przyjemnie było poczuć jej 

delikatne dłonie na obolałym ciele. Nawet teraz, kiedy leżał półżywy, wycieńczony gorączką i 

chorobą, nie przestawał myśleć o przyjemnościach, jakie wcześniej dawały mu te ręce. 

Nadjana,  ukochana  jego.  Jego  opętanie.  Jego  żona.  Tajemnicza  Nadjana,  gdzieś  z 

daleka,  ze  Wschodu.  Już  kiedyś  go  wyleczyła,  a  wtedy  choroba  była  jeszcze  groźniejsza. 

Wówczas  miał  wrzody  na  duszy  i  rany  w  sercu.  Fakt,  że  leżał  pobity  do  nieprzytomności 

przez napastników, gdy go znalazła, był jedynie nieprzyjemnym dodatkiem. 

Nadjana. 

Anioł! 

I dziwka... 

Justitiana  przestało  już  to  dręczyć,  wydawało  się  takie  odległe.  Tutaj,  w  maleńkiej 

wiosce w głębi zielonego fiordu, nikomu do głowy by nawet nie wpadło, że piękna pastorowa 

była  kiedyś  właścicielką  domu  uciech.  Nikt  nie  wiedział  o  Ogrodzie,  nikt  nie  słyszał  o 

czarnym  hrabim,  o  przyjęciach  urządzanych  przez  Nadjanę  dla  dworu  ani  o  jej  majątku 

podejrzanego  pochodzenia.  A  już  na  pewno  nie  przeszło  to  przez  myśl  jego  ojcu,  który  od 

pierwszej chwili przygarnął Nadjanę do piersi. 

Nareszcie wydaje się, że ojciec ma bodaj okruch akceptacji dla swego beznadziejnego 

syna, pomyślał Justitian z goryczą. 

To na pewno za sprawą jej pieniędzy. A może tego miękkiego, eleganckiego sposobu 

mówienia?  Albo  dzięki  klejnotom,  pięknym  sukniom  lub  też  serwisowi  do  herbaty  z 

cieniutkiej porcelany... 

background image

Nadjana  przybyła  na  plebanię  niczym  księżniczka.  Justitianowi  wciąż  serce  rosło  z 

dumy,  gdy  uświadamiał  sobie,  że  właśnie  on  ją  tu  sprowadził.  Przyjechała  jako  jego  świeżo 

poślubiona małżonka i nikt nie mógł podważyć dokumentów, wydanych przez najpierwszego 

królewskiego  sędziego  tuż  przed  ich  wyjazdem  z  Kopenhagi.  Wmówili  wiosce,  że  Nadjana 

jest  baronówną;  bawił  ją,  i  jego  także,  widok  karków  pochylonych  w  ukłonach  i  szuranie 

nogami. 

- O czym myślisz? - spytała nagle, prostując się zwinnym ruchem. 

Pomimo  swojego  wieku  Nadjana  miała  ciało  sprężyste  niczym  gałązka  wierzby. 

Justitian  nie  wiedział,  ile  lat  może  sobie  liczyć  jego  żona,  lecz  z  fragmentów  opowiadanych 

przez nią historii domyślał się, że czterdzieści, może czterdzieści pięć. Mniej więcej dwa razy 

starsza  od  niego.  Nie  rzucało  się  to  w  oczy,  ponieważ  zachowała  młodzieńczą,  gładką, 

delikatną  skórę,  a  szczupłe  ciało  było  z  rodzaju  tych,  które  rzadko  starzeją  się  bez  wdzięku. 

Justitian  popatrzył  na  siebie,  życie  odcisnęło  na  nim  swoje  piętno.  Ramiona,  uda  i  piersi 

pokrywały  blizny  po  napaści,  jedna  ręka  lekko  się  trzęsła,  twarz  poorały  zmarszczki,  ślad 

wielu  nieprzespanych  nocy,  spędzonych  w  pijackich  norach  i  domach  uciechy  Kopenhagi. 

Włosy już zaczynały mu się przerzedzać, z dnia na dzień coraz bardziej przypominał swego 

starego ojca. 

- I co, nie powiesz mi? 

- Co? Ach, nie... Nic takiego... O niczym szczególnym. 

- Powinieneś się przespać, Justitianie, a nie tylko leżeć tak i rozmyślać. Potrzebujesz 

nabrać sil, zaśnij teraz! Za jakiś czas przyjdę do ciebie, przyniosę ci coś do jedzenia. 

Zniknęła. W izbie pozostał po niej tylko zapach. Niezwykły słodki aromat, który jakże 

często otaczał go w drodze do raju. 

Justitian  uśmiechnął  się  lekko.  Nadjana  otuliła  go  kocem,  w  czerwcowym  upale  już 

zaczął się pocić. 

Powiadano,  że  pocenie  jest  zdrowe  dla  chorych,  Justitian  czuł,  jak  strumyczki  potu 

spływają mu spod pach  wzdłuż spodniej części ramienia niczym maleńkie łaskoczące  rybki. 

Rany pod kolanami i wokół stawów łokciowych przestały mu już dokuczać. Ból głowy także 

ustępował, cofał się niczym burzowe chmury, gdy słońce odzyskuje moc. 

Nie umrze. 

Bóg  nie  może  być  tak  okrutny.  Przecież  teraz  nareszcie  Justitian  po  raz  pierwszy 

naprawdę  cieszył  się  życiem!  Za  każdym  razem,  gdy  pozwalał  przebłyskom  dawnych 

wspomnień wedrzeć się do świadomości, jego ciało ogarniało lekkie drżenie. Wciąż zdarzało 

się,  że  budził  się  w  nocy  zlany  zimnym  potem  i  krzykiem  protestował  przeciwko  obrazowi 

background image

ojca,  pochylonego  nad  nim  z  rękami  wzniesionymi  do  zadania  ciosu.  Ta  przerażająca  twarz 

szaleńca, czarny płaszcz... Oczy płonące nienawiścią do jedynego syna. 

Justitian zamierzał kiedyś wrócić i zabić ojca. 

A  teraz  był  tutaj,  leżał  w  jego  łóżku,  wielkim  rzeźbionym  małżeńskim  łożu,  które 

wcześniej dzieliło zapewne z żonami pół tuzina duchownych. Stary Revelin unikał tego łóżka, 

lecz  jakaś  siła  zdawała  się  przyciągać  go  ku  niemu.  Oddał  je  wreszcie  jedynemu  synowi  na 

wygodne łoże boleści. 

Ilekroć  na  wiodących  na  stryszek  schodach  rozlegały  się  ciężkie  kroki  ojca, 

Justitianowi zdawało się, że znów ma dziesięć lat. Mocniej zaciskał oczy, nie chciał do tego 

wracać, lecz myśli żyły własnym życiem. Obrazy same przesuwały mu się przed oczami, jak 

gdyby choroba osłabiła go do tego stopnia, że nie był w stanie ich odgonić. 

Ukryty  za  żywopłotem  z  dzikich  róż  siedział  chłopiec  z  małym  kotkiem.  Obok 

chłopca leżała książka, trudna książka z biblioteki ojca. Napisał ją jeden z ulubionych przez 

pastora  ludzi  Kościoła;  traktowała  o  obowiązkach  dziecka  względem  Boga  i  rodziców, 

mówiła  o  grzechu  pierworodnym  i  karaniu  dziecka,  niezbędnym,  aby  jego  dusza  pozostała 

pokorna i otwarta na Boże przykazania. 

Chłopczyk uśmiechnął się do zielonych ślepków, pogłaskał kotka po łebku i z radością 

słuchał, jak czworonożny przyjaciel po raz pierwszy odpowiada mu nieśmiałym mruczeniem. 

Obaj zwinęli się w kłębek na słońcu, wokół nich unosił się zapach trawy i dzikich róż. Z łąk 

dobiegały  wesołe  nawoływania  kosiarzy,  w  powietrzu  na  lekkich  skrzydłach  żeglowały 

mewy,  wykrzykując  w  ten  letni  dzień  swą  szczególną  radość.  Kociak  miękką  łapką 

zamachnął  się  na  grzywkę  chłopca.  Ostre  pazurki  wczepiły  się  w  jasne  włosy,  chłopiec 

drgnął, gdy jeden sięgnął do jego nosa. 

-  Au!  Przestań,  Mons!  Podrapałeś  mnie!  Kociak  przekrzywił  łebek,  dziecku  wydało 

się, że uśmiecha się szelmowsko, jakby chciał przeprosić za wyrządzoną krzywdę. Wspiął się 

po ramieniu chłopca i całą swą delikatną, kruchą miękkością przytulił do chudej szyi. Jakież 

to  cudowne!  Justitian  rozkoszował  się  rzadko  doświadczaną  pieszczotą,  przełknął  ślinę,  by 

zapanować nad nagłym ściskaniem w gardle. 

- Ty jedyny mnie lubisz, Mons... 

Zasnęli  widać  obaj  na  długo  w  trawie,  bo  oprawa  zamkniętej  książki  aż  popękała  w 

prażących  promieniach  słońca.  Chłopiec  tego  nie  zauważył,  nie  zauważył  niczego,  dopóki 

wyrwany  nagle  ze  snu  nie  zorientował  się,  że  zawisł  gdzieś  między  niebem  a  ziemią.  W 

uszach zahuczał grzmiący głos ojca, twarz owionął jego oddech cuchnący siarką i żółcią. Nie 

background image

zdążył  się  nawet  przestraszyć,  a  już  policzki  zapiekły  go  od  razów.  Upadł  na  ziemię  jak 

worek, rękami zasłaniając uszy, lecz ojciec zaraz je odsunął. 

-  Będziesz  słuchał,  jak  do  ciebie  mówię,  nikczemniku!  Będziesz  słuchał  uszami  i 

sercem! 

Kot! 

O  dziwo,  nie  uciekł  podczas  całej  tej  szarpaniny,  stał  w  odległości  kilku  metrów, 

nastawiając uszu i wolno poruszając ogonem. 

Twarde  słowa  ojca  uderzyły  chłopca  jak  obuchem.  Zachwiał  się,  lecz  w  duchu 

poprzysiągł sobie, że tym razem utrzyma się na nogach. Słowa były gorsze od ciosów. Słowa 

rozszarpywały go na kawałki, pożerały mu wnętrzności, rozrywały go na strzępy. 

-  Ty  przeklęty  odmieńcu!  Doprawdy,  co  za  kara  mnie  spotkała,  kara,  z  którą  muszę 

ż

yć  na  co  dzień!  Pan  wystawił  mnie  na  próbę,  nieustannie  błagam  go,  by  mnie  oszczędził! 

Syn taki jak ty... To dla mnie większy wstyd, niż gdybym ujrzał Adama wypędzonego z Raju! 

Pokażę jednak Panu, że jestem mu wierny, zdławię zło tkwiące w tobie, pomiocie lenistwa i 

głupoty! 

Ciosy. 

Słowa. 

Obecność  kotka  była  dla  Justitiana  pociechą.  Widział,  że  zielone  ślepka  podzielają 

jego  nienawiść,  czytał,  że  koty  to  niezwykłe  zwierzęta,  że  posługują  się  nimi  czarownice, 

rozmawiają z nimi. A może to prawda, może on sam rzeczywiście jest opętany? Może dlatego 

odczuwa taką przyjemność, kiedy kociak miękko zwija mu się na kolanach? Teraz zwierzątko 

stało nieporuszone, nic sobie nie robiąc ze zła, od którego on, przerażony, kurczył się w sobie. 

Justitian był dumny z kotka, zazdrościł mu odwagi. 

Ojciec umilkł. 

W ciernistym żywopłocie nerwowo zaćwierkały jakieś ptaki. 

Mężczyzna jednym ruchem dopadł kotka i skręcił mu kark. 

Justitian  widział,  jak  z  zasnutych  mgłą  zielonych  ślepek  uchodzi  życie.  Ciało 

zwierzęcia,  ciśnięte  przez  pastora  na  ziemię,  napięło  się  konwulsyjnie,  tylne  łapy  jeszcze 

gorączkowo kopały, wystawiając ostre pazurki. 

Justitian  widział  ostatnie  drgnienie  kociaka,  zobaczył  krew  cieknącą  z  różowego 

pyszczka. 

- Dość już tej bezbożności, mój synu! Koniec z tym! Tak samo mógłbym skręcić kark 

i  tobie!  Gdyby  taka  była  wola  Boża,  nie  wahałbym  się  nawet  przez  chwilę.  Bóg  nakazał  mi 

background image

wypędzanie  zła,  utrzymywanie  ludzkich  dusz  w  gorącej  miłości  do  Niego  i  w  pokorze.  Po-

wiedzie mi się to zadanie, nawet gdyby nas obu miało to kosztować życie. 

Na miłość boską! 

To szaleństwo. 

Czysty obłęd. 

Justitian  zrozumiał  to  dopiero  teraz,  z  dystansu,  ze  świadomością  osoby  dorosłej,  ale 

wtedy...  wtedy...  Zacisnął  zęby,  poczuł,  że  rozpalony  do  białości  płomień  wciąż  żywej 

nienawiści  zaczyna  lizać  mu  serce.  Nigdy  nie  wybaczy  ojcu,  nigdy!  Nawet  teraz,  kiedy  tak 

dostojnie chodził po wsi i rozmawiał z jej najprzedniejszymi mieszkańcami o sukcesie swego 

syna.  Te  słowa  padły  za  późno.  Ojcowska  duma,  za  której  odrobinę  jeszcze  przed  kilkoma 

laty  gotów  był  oddać  życie...  Teraz  była  jedynie  gorzką  błazenadą,  nie  miała  żadnego 

znaczenia. Ojciec stał mu się niemal obojętny. 

Justitian  otworzył  oczy,  zaczerwienione,  pozbawione  blasku.  Z  dołu,  z  kuchni, 

dobiegał  wesoły  głos  Nadjany.  Zdążyła  już  podbić  serca  służby.  Ona,  najelegantsza  dama, 

jaką w życiu widzieli, rozmawiała z nimi jak człowiek z człowiekiem! Revelinowi się to nie 

podobało,  najwidoczniej  jednak  akceptował  wszystkie  poczynania  synowej.  Justitian 

uśmiechnął się, w kącikach ust go zapiekło. 

Nadjana stała się kluczem do jego osobistego nieba. 

Gdyby  ojciec  wiedział!  Justitiana  bawił  widok  surowego  strażnika  moralności 

podlizującego się i nadskakującego swej pięknej synowej. 

Nierządnicy z Ogrodu! 

Tej, która otwierała swoje ciało dla setek mężczyzn... 

Szkoda, że chyba nigdy się o tym nie dowie. Justitian miał wręcz ochotę wyjawić całą 

tajemnicę,  wiedział  jednak,  że  nie  uczyni  tego  Nadjanie,  nie  oczerni  jej  ani  nie  zrani,  nawet 

dla rozkoszy, jaką napełniłby go widok gniewu i upokorzenia ojca. 

Chyba Nadjana wraca. 

Musiał widać na chwilę zasnąć... 

- Stian? Stian? Nie śpisz, prawda? 

- Nie, troszkę się tylko zdrzemnąłem. Lepiej się czuję. 

-  To  dobrze  -  ucieszyła  się,  ale  dostrzegł  powątpiewanie  w  pięknych  oczach.  Były 

teraz  przede  wszystkim  niebieskie,  niczym  letnie  niebo  przesłonięte  mglistym  welonem 

lekkich chmur, zapowiadających dobrą pogodę. 

background image

Podała  mu  słodkie,  rozcieńczone  wodą  piwo,  takie  samo,  jakim  mieli  częstować 

kosiarzy,  gdy tydzień pracy dobiegnie końca. Jeden z licznych pomysłów Nadjany, na który 

Revelin, o dziwo, przyzwalająco pokiwał głową. 

- Ojej! Rozlewasz. Daj, pomogę ci. 

Pozwolił jej się poić, zatęsknił jednak za dniem, kiedy znów stanie na nogi i będzie dla 

niej mężczyzną. Posmutniał. Nadjana to zauważyła. 

- Nadjano... Co ja ci zrobiłem... Że też wciągnąłem cię w tę niedolę... Przywykłaś do 

lepszego  życia,  nie  powinnaś  być  zamknięta  tu,  w  tym  ciasnym  miejscu,  jako  pielęgniarka 

chorego człowieka... Nie ty... 

- Głupstwa, Justitianie! 

- Nie, to prawda, ty jesteś niczym motyl, stworzony, by fruwać po Ogrodzie... 

-  Wcale  za  tym  nie  tęsknię  -  oświadczyła.  A  w  każdym  razie  nieczęsto,  dodała  w 

duchu. Choć życie ubóstwianej właścicielki Ogrodu miało również swoje dobre strony... 

-  Powinnaś  siedzieć  w  pięknych  salonach,  razem  ze  szlachciankami  jeść  wiśnie 

smażone w cukrze, pozwalać się zabawiać wytwornym kawalerom, samemu królowi. 

- Temu słabeuszowi, któremu daleko do wojownika! - roześmiała się na pocieszenie. - 

Zostanę z tobą, Justitianie, jesteś moim pierwszym prawdziwym przyjacielem, nie interesował 

cię przepych, potrzebowałeś mnie, i wcale nie tylko po to, by zabić kilka godzin... 

- Tak - odparł schrypniętym głosem. - Potrzebowałem cię i winien ci jestem życie. 

- A ja tobie - odrzekła łagodnie Nadjana i ucałowała jego wargi pomimo szpecących je 

ran. 

Przysiadła na szerokim posłaniu obok męża, zarzuciła długie nogi na miękką pierzynę. 

Zapatrzyła się w baldachim nad łóżkiem. 

- Niezwykłe łóżko, czy ono jest typowe dla norweskiej wsi? 

- Nie, chyba nie. Stoi tu pewnie od dziesiątków lat. Nie wiem, kto kazał je zrobić, ale 

na pewno kolejne pokolenia sług Pana spotykały się tu z życiem i śmiercią. 

- I żądzą. 

-  Tak  myślisz?  Osobiście  nie  znam  żadnego  księdza,  który  czerpałby  z  tego  radość. 

Tak mi się przynajmniej wydaje. 

- Ja znam jednego - odparła wesoło, żartobliwie ciągnąc go za włosy. 

-  Ach,  tak,  o  nim  już  prawie  zapomniałem.  -  Justitian  odpowiedział  jej  lekkim 

uśmiechem. 

Wciąż  nie  mógł  przywyknąć  do  myśli,  że  sam  został  pastorem.  Okres  spędzony  w 

przestronnych,  wysokich  salach  wśród  najlepszych  teologów  Kopenhagi  zdawał  się  jedynie 

background image

snem.  Pamiętał  przyjaciół,  okazały  kościół  św.  Mikołaja,  gdzie  zwykle  studenci  gromadzili 

się na nabożeństwa. Stali jeden koło drugiego pod wysokim sklepieniem, pocąc się ze strachu 

na myśl, że i oni będą kiedyś wygłaszać nieporadne kazania. 

Justitian  nie  przeszedł  tej  drogi  do  końca,  pobłądził i  runął  w  przepaść.  Ostatni  czas, 

zamiast  wśród  ścian  świątyni  i  sal  wykładowych,  spędził  w  knajpach  i  rynsztokach.  Utracił 

szansę  na  sutannę  i  kryzę,  postanowiwszy,  że  mroczne  przepowiednie  ojca  dotyczące  jego 

przyszłości  równie  dobrze  mogą  się  spełnić.  Lecz  Nadjana  i  to  załatwiła,  zdobyła  papiery, 

uporządkowała  całą  sprawę.  Kiedy  wyjeżdżali,  pergamin  z  uroczystą  pieczęcią  spoczywał 

bezpiecznie w przegródce kufra Justitiana. Był pastorem. 

Miał  jak  najlepsze  referencje.  A  w  kieszeni  niemal  pewną  posadę  na  miejsce  ojca. 

Ojciec,  choć był już starym  człowiekiem, wciąż  trwał u steru swej solidnej parafii, wciąż to 

on  najbardziej  się  liczył.  Wciąż  starał  się  zdobyć  jeszcze  więcej  ziemi,  wycisnąć  z  chłopów 

bogatsze ofiarne dary. 

Przyjdzie jednak czas, gdy nawet wszechmocny Revelin zacznie więdnąć. Justitianowi 

dana będzie radość wykopania dołu na trzy szpadle, grobu ojca. 

Jeśli sam tego dożyje. 

Nadjana  wyniosła  miskę  z  wodą  po  myciu  za  węgieł  obory  i  wylała  ją  do  dołu.  To 

było  nieczyste  miejsce,  zakopywano  tu  zwierzęta,  które  zdechły  z  niewiadomych  powodów, 

czy  też  resztki  po  narodzinach  cieląt.  Spieczona,  wyschnięta  ziemia  natychmiast  wchłonęła 

wodę.  Oby  i  choroba  zniknęła  w  taki  sposób,  pomyślała  Nadjana.  Pomimo  gorąca  zadrżała, 

ramiona  pokryły  się  szpecącą  je  gęsią  skórką.  Choroba  Justitiana  ogromnie  ją  niepokoiła. 

Nadjana  widziała  w  życiu  niejedną  biedę,  zetknęła  się  z  chorobami  i  paskudnymi  ranami; 

zawsze na taki widok drżała, zawsze odwracała głowę i uciekała, teraz jednak musiała patrzeć 

niedoli prosto w twarz. W twarz swego męża. Kto by przypuścił, że taki żywotny mężczyzna 

jak Justitian spocznie na łożu boleści? Wylizał się wszak z naprawdę strasznych obrażeń! A 

ż

ycie,  jakie  wiódł  wśród  francowatych  dziwek  i  najpospolitszych  szumowin  z  królewskiego 

miasta, z pewnością złamałoby większość innych. 

Serce Nadjany uderzyło mocniej. 

Wyprostowała się, postawiła miskę. Stopy poniosły ją  wąską, wydeptaną przez owce 

ś

cieżką  pod  górę  w  stronę  zagajnika.  Stąd  roztaczał  się  piękny  widok  na  fiord  i  na  wieś. Po 

przeciwnej  stronie  wznosiły  się  strome  zbocza.  Nie  mogła  się  do  nich  przyzwyczaić.  I  za 

każdym  razem  z  takim  samym  zaskoczeniem  patrzyła  na  maleńką  zagrodę  wysoko,  wysoko 

ponad urwiskiem. Że też ludzie mogą tak mieszkać! 

background image

Wieś  wydawała  jej  się  groźna.  Góry  były  tu  za  potężne.  Natura  zbyt  majestatyczna, 

woda za bardzo zielona. 

Musiała jednak przyznać, że okolica nie pozbawiona jest osobliwego, dzikiego piękna. 

Tajemniczego, zaklętego, wręcz mistycznego. Jedyne, z czym mogła porównać ogarniające ją 

tu  uczucie,  to  dawne  wrażenia  wywołane  widokiem  dzikich  formacji  skalnych  wybrzeża 

Helgelandu.  Wówczas  myślała  tak  samo:  ten  krajobraz  jest  bezlitosny.  Wtedy  uciekła  od 

niego łodzią bez wioseł, zamiast w ramiona śmierci trafiła w objęcia życia. 

Justitian  był  także  niczym  tamta  pozbawiona  wioseł  łódź,  uratował  ją  przed 

niebezpieczeństwem, teraz jednak obawiała się, że łódź tonie, tym razem mogło się okazać, że 

jej ucieczka będzie miała fatalne skutki. 

Nadjana  rozejrzała  się  po  polach,  pod  wieczór  pogrążonych  już  w  ciszy.  Ludzie 

usunęli  się  w  cień,  zasiedli  do  ostatniego  w  tym  dniu  posiłku  przed  wytęsknionym  udaniem 

się na spoczynek. Jutro znów wyjdą na mokre od rosy łąki z naostrzonymi kosami i sprężysty-

mi grabiami. 

Zerwała garść trawy i powąchała ją. 

W  ciepłym  wilgotnym  zapachu  ziemi  odnalazła  przyjemne  aromaty.  Nigdy  przedtem 

nie  siedziała  wprost  na  ziemi,  nigdy  przedtem  nie  czuła,  że  coś  w  glebie  kiełkuje,  rośnie. 

Czyżby oznaczało to, że się starzeje, skoro zaczyna tak myśleć? 

A  może  to  dlatego,  że  koła  wozu  jej  życia  w  ostatnim  czasie  obracają  się  coraz 

leniwiej? 

Jeśli on umrze... 

Wtedy będzie wolna. Ale na co jej wolność? 

Nowa ucieczka, nowy niepokój. 

Do  Kopenhagi  nie  mogła  wracać,  nie  tam.  Zausznicy  hrabiego  będą  czekać  w 

gotowości bez względu na to, kiedy przybędzie do miasta. 

Była bezdomna, jak zawsze. Od czasu długiej wędrówki na zachód, odkąd zbuntowani 

ż

ołnierze  zniszczyli  i  spalili  jej  dom.  W  pamięci  miała  jedynie  mgliste  cienie  rodziny, 

pamiętała  blask  świateł  w  wielkiej  sali  pełnej  luster  i  lamp,  zapamiętała  twarz  okoloną 

włosami, równie jasnymi jak jej własne. To musiała być matka. 

Albo siostra. 

Większość  wspomnień  przepadła.  Nadjana  chciała,  aby  tak  zostało.  Nigdy  nie  czuła 

się stadnym zwierzęciem, zawsze szukała własnych ścieżek, własnego szczęścia.  Inni ludzie 

stawali się tylko jej narzędziami, co najwyżej statkami, mijającymi ją w mroku. 

background image

Przyłączała  się  do  nich  na  trochę,  czasem  na  krótszy,  czasem  na  dłuższy  odcinek 

drogi. Później mijali ją albo też ona zmieniała kurs. Zawsze jednak, zawsze utrzymywała się 

na powierzchni. I w drodze. 

Ten wąski fiord mógł stać się jej ostatnią przystanią. 

Ta myśl nie była jej przyjemna. 

Wolała  jednak  potraktować  z  czarnym  humorem  całkiem  realną  wizję  samej  siebie 

jako wdowy po pastorze, tutaj, w tym surowym kraju. 

Wolnym  krokiem  wróciła  na  plebanię.  Podwórze  uprzątnięto  już  i  zamieciono.  Na 

ś

rodku  królował  wielki  piękny  dąb,  pod  nim  stalą  stara  ławka.  Tu  zwykle  ze  złożonymi 

dłońmi  siadywał  Revelin,  prawdopodobnie  zajęty  przygotowywaniem  kazania,  tak 

przynajmniej  miało  się  wydawać  ludziom.  Nadjana  jednak  niejednokrotnie  zauważała,  że  w 

szczególny  sposób  układał  złożone  dłonie  za  każdym  razem,  gdy  obok  niego  przechodziła. 

Napełniało  ją  to  pewnym  zadowoleniem,  że  nawet  tutaj,  w  tym  ponurym  kraju,  zdołała 

zachować  swą  kobiecą  moc.  Niekiedy  zabawiała  się  myślą  o  tym,  jak  prostacy  z  wioski 

zareagowaliby  na  jej  wyrafinowany  kunszt.  Wyobrażała  ich  sobie  w  mrocznych,  dusznych 

izbach, z dzieciakiem w nogach łóżka. Domyślała się, że ich życie miłosne jest takie samo jak 

pożywienie:  bezbarwna,  na  poły  wystygła  owsianka,  solony  śledź,  od  którego  piekły  wargi, 

zatęchłe piwo o smaku skórzanych bukłaków, które przynosili ze sobą na łąki. 

Zatęskniła  za  płonącymi  kawałeczkami  polędwicy  z  jagnięcia,  za  wanilią,  za 

puszystym kremem jajecznym, za słodkimi ciasteczkami pokrytymi koniakowym lukrem i za 

owocami z cieplarni. 

Westchnęła.  Zmusiła  się  do  myślenia  o  możliwościach,  jakie  się  tu  przed  nią 

roztaczały, o radościach. 

Jakaż  przeklęta  cisza  tutaj  panuje!  Ciężka,  duszna  jak  przed  burzą.  Zapragnęła  nagle 

zarysować  niebo,  rozedrzeć  je  błyskawicą,  rozgniewać  się  i  zagrzmieć,  hukiem,  który 

poniósłby się od szczytu do szczytu. 

Jej  szczególne  wyczulenie  na  to,  co  ukryte,  rychło  sprawiło,  że  przejrzała  intrygi  i 

gierki, jakie prowadzono w tej niedużej wiosce tak samo jak na królewskim dworze. Znalazło 

się paru pyszałkowatych wieśniaków, którym miała ochotę wbić szpilę, na przykład lensma-

nowi,  albo  tej  szarej  kocicy,  żonie  wójta,  tej,  która  mrużąc  oczy  omiotła  wzrokiem  suknię  i 

klejnoty  Nadjany,  a  potem  mając  na  względzie  ratowanie  resztek  świetności,  natychmiast 

kazała  mężowi  domagać  się  swojej  części  nowych,  nie  opodatkowanych  jeszcze  bogactw  w 

wiosce. 

Nadjana poczuła się nieco lepiej. 

background image

Jeśli się chce mieć trochę rozrywki, samemu trzeba się o nią zatroszczyć! A Justitian 

na  pewno  się  wyliże  z  choroby,  bywało  już  z  nim  gorzej,  czyż  te  wrzody  nie  zrobiły  się  w 

ostatnich  godzinach  mniej  czerwone?  I  czy  nie  rozmawiał  z  nią  z  uśmiechem,  rozbawiony? 

To dobre znaki, za kilka dni jej drogi mąż znów stanie na nogi, a ona do tego czasu zadba o 

to,  by  sprawić  mu  nie  lada  niespodziankę.  Justitian  nie  będzie  musiał  przenosić  się  z 

powrotem do małej chaty dzwonnika. Ona także czuła się o wiele lepiej w pięknym domu na 

plebanii.  Miał  swój  urok,  choć  brakowało  w  nim  luksusu,  do  jakiego  przywykła.  Dzięki 

pieniądzom  jednak  na  pewno  da  się  to  zmienić,  a  ona  miała  pieniądze,  i  wcale  nie  o  nich 

zamierzała rozmawiać ze starym pastorem. 

Noce Revelina zawsze były niespokojne. Mara, która go ujeżdżała, miała twarz anioła, 

niebieskie  oczy  i  złote  włosy.  Nigdy  nie  wypuściła  go  ze  swych  objęć,  nie  pozwalała 

swobodnie  odetchnąć.  Zdarzały  się  jedynie  krótkie  okresy,  kiedy  wydawało  mu  się,  że  Bóg 

uwolnił  go  od  przekleństwa  i  przestał  wystawiać  na  ciężkie  próby.  Potem  znów  wracała, 

odbierała mu sen i męskość. 

Revelin  uciekał  jak  najdalej  od  łóżka,  w  którym  sypiała  niegdyś  zmora.  Daleko,  jak 

najdalej  od  izby,  w  której  opanowana  żądzą  przewracała  się  ze  starym  Mogensem  Skanke. 

Przeklęty  czart!  Szkoda,  że  nie  widział,  z  jaką  łatwością  Revelin  wygnał  jego  ukochaną 

Marię,  jak  złamał  jego  zimną  córkę  Cecilię,  jak  bez  przeszkód  zagarnął  wszystko,  co 

proboszcz  Skanke  tak  wysoko  cenił.  Revelin  zawsze  zazdrościł  swemu  zwierzchnikowi;  od 

momentu, gdy przybył do wioski jako wikary, poprzysiągł sobie, że zajdzie wyżej niż Skanke, 

ż

e zemści się na tym nieznośnym wszystkowiedzącym pastorze. 

I rzeczywiście mu się udało. 

To on przesądził o losie Marii. 

Kusicielka  na  pewno  już  nie  żyje.  Jej  grzeszne  ciało  stało  się  pożywieniem  dla 

robactwa albo gnije gdzieś w rybim brzuchu na ogromnym morzu. 

Ukochaną  młodą  żonę  Mogensa  Skanke  zesłano  na  Skjaervaer,  odsądzono  od  czci  i 

wiary. I gdyby jego własna żona, córka Mogensa, tak go nie zawiodła, popioły ze spalonego 

na stosie ciała Marii dawno już uleciałyby z wiatrem. 

Może  wtedy  odzyskałby  spokój.  Być  może  zdrada  zimnej  Cecilii  byłaby  jej  ostatnią 

gorzką  zemstą.  Ale  ona  urodziła  mu  Justitiana,  to  nieszczęsne  dziecko,  jej  niewierność  i 

słabość żyła dalej w synu. A gorycz zatruwała mu noce. 

Maria, piękna kusicielka. Dziwka. Demon. 

background image

Również  tej  nocy  przyszła  do  niego  i  dręczyła  go  bezlitośnie.  Miała  ręce,  których 

dotyk tylko on wyczuwał, a usta tak gorące i kuszące, że zapominając o swej świętości padał 

w samotne noce ofiarą demona żądzy. 

Doprowadzała go do granicy szaleństwa. I dalej. 

Zgadzała się go opuścić dopiero z nadejściem świtu. 

Ś

miała  się  wtedy  długo,  a  potem  na  jego  oczach  rozpływała  w  nicość.  Budził  się  z 

opętania, zawsze tak samo obolały i rozpalony. 

Przekleństwo Marii. 

Revelin błagał Boga, by go od tego wyzwolił. 

Bóg odpowiedział jednak, dokładając mu cierpień. Zesłał do jego świata córkę Marii, 

czarnowłosą  Marję,  o  której  wszyscy  myśleli,  że  jest  dzieckiem  świętej  pamięci  Gjertrud. 

Marję o niebieskich oczach wprost sypiących iskrami, której wydawało się, że zdoła odebrać 

samemu  proboszczowi  dziedzictwo  swej  matki.  Zastawiła  sieci  na  jego  syna,  próbowała 

poprzez  Justitiana  wywrzeć  na  niego  presję,  ale  usadził  ją  na  miejscu.  Wciąż  jednak  czuł 

nieprzyjemne  ukłucie  na  wspomnienie  tej  małej  strzygi.  Wierzył,  że  jest  córką  Marii. 

Wprawdzie nie wyglądało na to, by odziedziczyła moc po matce, lecz nigdy nic nie wiadomo. 

Marja Oppdal to kobieta, której nie może spuszczać z oczu. Musi zrozumieć, że to on ma nad 

nią władzę. Jak wówczas, gdy z pochyloną głową opuszczała jego gabinet, bo nie zgodził się, 

by była matką chrzestną. 

Wstyd, wstyd przed wszystkimi. 

Parafianie  nie  mogli  zignorować  decyzji  pastora,  musieli  opowiedzieć  się  po  czyjejś 

stronie. 

A kto z nich ośmieli się wystąpić przeciwko swemu pasterzowi, popierając bezczelną 

ż

onę dzierżawcy? 

O, tak, Revelin nie stracił nic ze swego autorytetu. 

Gdyby jednak wiedział, że Marja mogłaby uwolnić go od przekleństwa swej matki, w 

jednej chwili zaofiarowałby jej wszelkie ziemskie dobra. 

Nachodziły  go  chwile,  gdy  gorycz  i  tęsknota  za  cielesnym  spokojem  stawały  się 

niezmiernie wielkie i gotów był zaprzedać duszę choćby za przedsmak raju. 

Maria odebrała mu wszystko, Maria mściła się nawet po śmierci. Ten fakt dręczył go 

nie mniej niż szalone pożądanie. 

- Panie Revelin! Drogi teściu... Jesteś tutaj? 

Z salonu nie dobiegł żaden dźwięk. 

background image

Nadjana ostrożnie weszła do środka, długi tren ciemnoczerwonej sukni zaszeleścił po 

dywanach. Dziś, tak jak zawsze, ubrała się z wielką starannością. Minęły jasne dni, gdy nigdy 

nie pokazywała się inaczej niż w białych jedwabiach i pastelach. Przestała już być motylem. 

Teraz była gospodynią na plebanii. 

-  Szukasz  mnie,  piękna  synowo?  Odwróciła  się  wolno.  Wszedł  Revelin,  Nadjana 

zauważyła, że teść stara się wyprostować plecy i wypiąć klatkę piersiową. Brzuch jednak za 

bardzo  wystawał,  sługa  pański  nigdy  nie  był  tłuściochem,  lecz  kula  na  środku  starego  ciała 

ś

wiadczyła o dostatku, jaki dany jest tylko niewielu. 

Nad  kulą  jak  zwykle  zwisał  krzyż.  Brzuch  zazwyczaj  skrywały  fałdy  sutanny,  teraz 

jednak Revelin ubrany był tylko w czarną kurtkę i szerokie spodnie. 

-  Dobrze,  że  cię  znalazłam,  teściu.  Chciałam  bowiem,  jeśli  nie  będzie  to  zbytnią 

przeszkodą w twojej pracy, porozmawiać z tobą parę minut. 

-  Oczywiście,  moja  droga  Nadjano.  Zawsze  jesteś  u  mnie  mile  widziana,  jeśli  tylko 

pragniesz szukać... mojej pomocy. 

Uśmiechnęła  się  pokornie,  z  wdzięcznością.  Nie  zachęcana  usiadła  na  sofie,  z  której 

unosił się zapach kurzu i ługu. Hafty na obiciu niemal całkiem się już wytarły, kiedyś jednak 

musiały być piękne. 

- Niepokoję się o mego męża... Twojego czcigodnego syna, panie. 

-  Ach,  tak?  Czyżby  mu  się  pogorszyło?  Revelin  z  wielkim  wysiłkiem  starał  się 

przypomnieć  sobie  kilka  wytwornych  duńskich  słów.  Upłynęło  już  jednak  tyle  czasu... 

Zabrzmiały zgrzytliwie między jego wargami. 

-  Ależ  nie,  nie!  -  Nadjana  uspokajająco  zamachała  rękami.  -  Przypuszczam,  że  już 

wkrótce wstanie z łóżka. Nie musisz się martwić, drogi proboszczu... Nie o to... 

- Ach, tak? Cóż cię więc dręczy? Nadjana była zdecydowana. Przybrała odpowiednio 

zakłopotaną minę, w pięknych oczach zalśnił nagle szacunek i pokora. 

- Czuję się zmuszona, by omówić z tobą, panie, pewną bardzo trudną kwestię. Wiem, 

ż

e to sprawa nieodpowiednia dla kobiety, ale... 

-  Ty  nigdy  nie  zrobisz  nic  nieodpowiedniego,  droga  Nadjano.  Nie  ty,  z  twoją 

godnością i wdziękiem... Wzór dla kobiet! 

-  Dziękuję  -  szepnęła  cicho,  spuszczając  głowę,  w  obawie,  jak  mu  się  wydawało, 

przed rumieńcem wywołanym komplementem. Dobrze, że nie zauważył uśmiechu na bladych 

wargach.  Gdy  tylko  udało  jej  się  stłumić  wzbierającą  w  niej  wesołość,  podniosła  oczy. 

Mówiła cicho, w głosie, drżącym tak jak chciała, pobrzmiewała ufność. 

background image

-  Wiesz,  drogi  proboszczu,  że  niczego  mi  nie  brak.  Mam  wszelkie  dobra  i  srebro, 

jakiego mi potrzeba, a nawet więcej. 

- Oczywiście, twoja pozycja jest wyraźna, nie ma żadnych wątpliwości co do twojego 

pochodzenia. 

-  Dlatego  właśnie  ośmielam  się  przedłożyć  tę  sprawę,  mając  pewność,  że  nie 

zrozumiesz  mnie  źle  i  nie  będziesz  podejrzewać,  że  powoduje  mną  chciwość...  Muszę  po 

prostu wspomnieć ci o tym, bo ciąży mi na sercu widok mojego drogiego Justitiana takiego... 

umniejszonego. 

Revelin  czekał  zniecierpliwiony.  Ze  stojącej  przy  oknie  kryształowej  karafki  nalał 

sobie kieliszek ziołowej wódki. 

- Chodzi mi o poczucie godności twojego syna, panie Revelin. Podejrzewam, że jego 

choroba ma wiele przyczyn, a jedną z najważniejszych jest brak jakichkolwiek dóbr. Justitian 

ż

yje z żoną, która ma dość bogactw i skarbów, u ojca, który jest równie zamożny. On sam zaś 

nie posiada nic. 

- Nic? Lecz jako twój mąż... 

-  Tak,  tak,  na  papierze  oczywiście  on  dysponuje  wszystkim,  nie  zmienia  to  jednak 

faktu,  że  majątek  należy  do  mnie.  Dziedzictwo  mego  rodu...  A  on  sam  nie  ma  nic.  Nie 

wypada  też  mieszkać  w  tej  maleńkiej  chacie...  komuś,  kto  ma  być  następcą  samego  pana 

Revelina! 

Pastor  pokiwał  głową,  zacisnął  usta,  a  potem  opróżnił  kieliszek  dwoma  łykami. 

Kciukiem pieścił szlifowane róże. 

-  Masz  chyba  rację,  moja  droga  Nadjano.  Myślałem  już  o  tym  samym,  trudno  ci 

pewnie  mieszkać  tak...  ubogo.  Przywykłaś  wszak  do  innych  warunków.  Nadjana  lekko 

westchnęła. 

- Opuściłam swój dom dla miłości, mój panie. 

Revelin uniósł brwi, w żaden sposób nie mógł zrozumieć, co, na Boga, ta fantastyczna 

kobieta  mogła  zobaczyć  w  jego  pożałowania  godnym  synu.  Cóż,  to  jej  sprawa. 

Najważniejsze, że tyle wniosła do rodziny Revelinów. Błękitną krew... I błyszczące monety... 

I może, może z czasem parę pięknych dzieci, na cześć dziadka... Nie żyłby wtedy na próżno. 

Zmrużonymi oczyma przypatrzył się fałdom sukni Nadjany. Na razie ani śladu brzuszka. No 

cóż,  Justitian  nigdy  nie  należał  do  najszybszych.  I  przecież  jest  chory.  Nie  trzeba  porzucać 

nadziei... 

Nadjana dostrzegła jego spojrzenie, zrozumiała pragnienia. 

Cicho zaś powiedziała: 

background image

-  Również  gdy  myślę  o  ewentualnych...  skutkach  naszego  małżeństwa,  boli  mnie,  że 

Justitian tak cierpi z powodu swojego ubóstwa. Czuje się upokorzony, widzę, że przykro mu, 

iż nie ma własnego domu, w którym mógłby być panem. 

- Dlaczego więc nie zbudujesz mu domu? - spytał Revelin ostrzejszym już tonem. 

- On przecież ma swoje miejsce - odparła Nadjana. Zapadła cisza. 

Nadjana dała mu czas do namysłu. Wreszcie Revelin się podniósł. 

- Dostaniecie ten dwór, sam przeniosę się do Remmeland. To niedaleko, no i przecież 

mam chatę dzwonnika, na wypadek gdyby obowiązki w kościele wymagały mojej obecności 

przez całą dobę. 

Nadjana  podeszła  do  teścia  z  uśmiechem  i  pokłoniła  się  tak  nisko,  że  jej  ukłon 

zdumiałby samego króla. 

- Dziękuję! Och, dziękuję! Naprawdę zechcesz tak się dla nas poświęcić? 

Pocałowała go w rękę. Revelin gwałtownie drgnął, jakby z jej warg spłynął ogień. Cóż 

za piekielnie urodziwa kobieta! Taka śliczna! Czysta a jednocześnie niebywale kusząca! 

Na  moment  zakręciło  mu  się  w  głowie,  Nadjana  rozpaliła  w  nim  mężczyznę,  na 

którym przez wszystkie te lata ciążyło przekleństwo czarownicy. 

Przepełniony wdzięcznością wstrzymał oddech. 

Czy to możliwe, że przekleństwo ustępuje? 

Popatrzył  w  szare  oczy  Nadjany.  Dojrzał  w  nich  jakąś  zagadkę,  niewypowiedzianą 

obietnicę.  Poczuł,  że  kobieta  go  porywa,  czas  zatrzymał  się,  gdy  otoczył  ramionami  swą 

piękną  synową  i  przycisnął  do  siebie  jej  szczupłą  kibić.  Jak  nieprzytomny  smakował 

różowych warg, poczuł ciężki słodki zapach, którego nigdy nie potrafił nazwać, rozkoszował 

się jej miękkością. 

Zapłonął jak nigdy dotąd. 

Tracił zmysły, nie mógł już zapanować nad dłońmi, nad własnym ciałem. 

-  Ależ,  pastorze,  co  robisz?  Oprzytomniał,  jakby  ktoś  wylał  mu  na  głowę,  wiadro 

zimnej  wody.  Salon  wrócił  na  miejsce,  widok  wstrząśniętej  twarzy  Nadjany  przyprawił 

Revelina o mdłości. 

- Muszę powiedzieć, że jestem zaskoczona! I urażona w imieniu twojego syna. Na co 

się  ważysz,  proboszczu?  I  za  kogo  mnie  bierzesz?  Wydaje  ci  się,  że  za  marny  dwór  kupisz 

moje względy? 

Revelin nie na żarty przeraził się skandalu. 

-  Ach,  moja  droga,  wybacz  mi,  wybacz  ten  straszny  błąd,  byłem  ślepy,  zaślepiony 

tobą... Jestem samotnym człowiekiem... 

background image

Nadjana złagodniała. 

-  Taaak.  Biedaku,  daruj  mi,  proszę,  że  przywiodłam  cię  na  pokuszenie,  to  wszystko 

moja wina... 

Revelin  odetchnął  z  ulgą.  Tak  właśnie  powinno  to  brzmieć,  ta  kobieta  ma  rację. 

Niewiasty  to  zawsze  uosobienie  grzechu,  grzeszą  samą  swoją  obecnością,  wiele  z  nich 

powinno to przyznać! 

-  Puszczę  w  niepamięć  tę  sprawę,  ufam  jednak,  że  ty,  panie,  nie  zapomnisz  tego,  o 

czym rozmawialiśmy. 

- Na pewno nie, Nadjano. 

-  Moglibyśmy  się  znów  spotkać,  za  kilka  dni?  Późnym  wieczorem,  kiedy  inni  już 

zasną? Wówczas moglibyśmy... omówić przekazanie własności, prawda? Justitian nie musi o 

niczym wiedzieć, dopóki wszystko nie zostanie załatwione. 

Revelin  wolno  pokiwał  głową.  Światło  bijące  z  oczu  synowej  dosięgło  go  niczym 

promień rozpalonego słońca. 

-  Dobrze  -  odparł  schrypniętym  głosem  w  nadziei,  że  z  jej  oczu  rzeczywiście  bije 

ś

wiatło. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Nadjana wiedziała, na co liczy pastor. Dostatecznie często miała w życiu do czynienia 

z lubieżnikami. Bawiła ją gorączka, którą wywoływała w ich oczach, drżenie silnych dłoni i 

ciągłe zwilżanie językiem suchych warg. 

Revelin  najwidoczniej  zaliczał  się  do  tych,  którzy  gotowi  byli  sprzedać  większość 

swojego  majątku,  by  choć  na  chwilę  móc  zajrzeć  do  ogrodów  Raju.  Ciekawe,  czy  wielebny 

jeszcze  może,  zastanawiała  się,  chichocząc  w  duchu.  No  cóż,  to  bez  znaczenia,  nie  miała 

zamiaru  zapominać,  że  dawne  życie  należy  już  do  przeszłości.  W  oczach  tego  dziada  na 

zawsze  pozostanie  cnotliwą  kobietą.  Justitian  i  tak  odziedziczy  kiedyś  wszystko,  a  jeśli  ona 

właściwie  zagra  swoimi  kartami,  nie  będą  musieli  wcale  tak  długo  czekać.  Wprawdzie  stare 

ciało  pastora  wyglądało  na  dość  silne,  lecz  jak  długo  taki  mężczyzna  może  żyć  pod  jednym 

dachem z obiektem swego pożądania? 

Nadjana  poczuła,  że  krew  w  jej  żyłach  zaczyna  krążyć  coraz  szybciej.  Przepojone 

smutkiem  dni  przy  łóżku  chorego  Justitiana  omal  jej  nie  zadławiły.  Odezwały  się  wyrzuty 

sumienia,  wiedziała  jednak,  że  mąż  wcale  nie  oczekuje  od  niej,  że  będzie  go  pielęgnować. 

Prawdę  powiedziawszy  nie  podobało  mu  się  wcale,  że  widzi  go  takiego  bezradnego,  mało 

pociągającego, godność Justitiana najwidoczniej nie mogła znieść kolejnego ciosu. 

Jego godność... 

Justitian  nie  powiedział  jej  wszystkiego,  skąpił  też  raczej  szczegółów  ze  swego 

dzieciństwa,  lecz  Nadjana  i  tak  wiedziała.  Zrozumiała,  że  syn  zawsze  pozostawał  w  cieniu 

ojca,  Justitian  jeszcze  teraz  zaczynał  się  jąkać,  gdy  ojciec  nieoczekiwanie  zwracał  się  do 

niego.  Na  twarzy  pojawiał  mu  się  ów  irytujący  wyraz  bezradności,  na  ogół  jednak  obaj 

zachowywali  się  wobec  siebie  z  wyszukaną  grzecznością  i  uprzejmością,  lecz  chłodno. 

Nadjana  wspomniała  kiedyś  o  ich  dziwnych  stosunkach,  lecz  Justitian  nic  się  na  to  nie 

odezwał. Dziękował jej tylko, że nie boi się władczego i pewnego siebie teścia. 

- Wiedziałem, wiedziałem, że jeśli jakikolwiek człowiek zdoła usadzić go na miejscu, 

to musisz nim być ty, ukochana - szepnął. 

Justitian  będzie  chodził  po  tej  wiosce  z  podniesioną  głową.  Dostanie  więcej,  niż 

kiedykolwiek  mu  się  śniło,  ona  zbuduje  mu  nowy  dom,  pokaże  tym  prostakom,  z  jakiego 

ś

wiata  przybyła.  Będzie  najpiękniejszą,  najwdzięczniejszą,  najmądrzejszą  i  najżyczliwszą 

pastorową, jaką kiedykolwiek tu widziano. 

Jeśli tylko on przeżyje... 

background image

Uczyni dla niego wszystko, co w jej mocy. Może pora już wezwać medyka? Są chyba 

jacyś  lekarze  w  tej  dziczy,  przynajmniej  na  wybrzeżu.  W  tym  hanzeatyckim  miasteczku, 

gdzie wreszcie pozwolono im zejść na ląd, były szpitale i domy opieki, lekarz, który wszedł 

na pokład, wydawał się znać na swojej profesji. Tam mogą się wybrać... 

Ale najpierw Justitian zostanie panem we własnym dworze. Nie może być inaczej! Do 

tej pory ten stary dziadyga siedział na wszystkim, nie odstąpił synowi nawet marnej zagrody! 

Nadjana udała się na pokoje pastora wystrojona  w swą jedyną  czarną suknię. W tym 

kolorze nie było jej szczególnie do twarzy, cera wydawała się straszliwie blada, a białe włosy 

stwarzały  iluzję  czegoś,  co  minęło,  co  nie  istnieje.  Nadjana  wiedziała  jednak,  że  pastora  ten 

obraz może zainteresować. 

Siedział przy biurku nad rozłożonymi papierami, ubrany był w sutannę i kryzę. Trochę 

ją to zdziwiło, wszak następne nabożeństwo miało odbyć się nie  wcześniej niż nazajutrz. W 

ś

wietle pojedynczej lampy błyszczał srebrny krzyż. Revelin odłożył gęsie pióro, odezwał się 

łagodnie, lecz mimo to jego głos zabrzmiał ochryple: 

- Wejdź proszę, synowo, zacna baronówno. Nadjana usiadła. 

-  Wiele  myślałem  o  tym,  co  powiedziałaś.  Masz  rację,  zaczynam  się  starzeć.  Już 

wkrótce  mój  syn  będzie  rządził  na  plebanii  i  wznosił  kij  pasterski  nad  nieszczęsnymi 

duszyczkami  z  tej  parafii.  Oby  Bóg  mu  pomógł,  to  zadanie,  z  którym  niełatwo  sobie 

poradzić... 

-  Ja  będę  przy  nim  -  oświadczyła  z  mocą  Nadjana,  jak  gdyby  jej  obecność  mogła 

dopomóc Justitianowi w wypełnianiu obowiązków proboszcza. 

- Tak - przyznał po chwili Revelin i podkręcił lampę. - Ty będziesz przy nim. 

W szczególny sposób zaakcentował ostatnie słowa. Nadjana zmrużyła oczy, porażone 

nagłym  blaskiem  lampy,  zrozumiała  teraz,  dlaczego  ją  zapalił.  Pastor  stał  przed  nią  niczym 

cień,  przy  tym  świetle  nie  widziała  jego  twarzy,  on  natomiast  wyraźnie  dostrzegał  każde 

drgnienie jej oblicza. 

- Wiele ryzykuję, zgadzając się na to, Nadjano, i nie uczynię tego za darmo. 

Kobieta drgnęła. 

- moja propozycja jest następująca: Przepiszę wszystko na Justitiana, wszystko. Kiedy 

umrę, on odziedziczy cały majątek jako mój jedyny syn, ale... Składa się niestety tak, że ów 

jedyny  syn  jest  słaby  i  chorowity,  ma  natomiast  zdrową,  pełną  wigoru  i  nadzwyczaj  bystrą 

ż

onę... która być może go przeżyje. 

Nadjana  wstała,  twarz  miała  ściągniętą  na  tyle,  że  pastor  mógł  wyczytać  z  niej 

ostrzeżenie. Ich wzajemna życzliwość i szacunek zawisły na włosku. 

background image

- Dlatego chcę, abyś i ty podpisała pewne dokumenty. Oboje wiemy, że nie interesują 

cię  moje  skromne  zagrody  tu,  w  głębi  nieprzyjaznego  fiordu,  lecz  mimo  wszystko...  chcę, 

abyś postawiła tyle samo co ja, tak będzie sprawiedliwie. Gdyby i Justitianowi, i tobie przy-

szło  odejść  z  tego  świata,  zanim  nastanie  moja  kolej...  Cóż,  osobiście  zajmę  się  twoimi 

dobrami. I zadbam o to, by właściwie je umieścić, zanim mnie także wezwie Pan. 

Nadjana myślała szybko. Co właściwie ryzykuje? Naprawdę wiele trzeba, żeby i ona, i 

Justitian  zmarli  wcześniej  niż  ten  stary  klecha.  A  jeśli  nawet  tak  się  stanie,  to  i  tak  nie  ma 

komu zostawić swego majątku. Bez wątpienia przyznano by go teściowi. 

Czy on tego nie wie? 

Domyślała  się,  że  to  jakaś  nowa  gra,  lecz  nie  dostrzegała  w  niej  większego 

niebezpieczeństwa. 

Chwyciła za pióro. 

Na przypieczętowanie umowy pozwoliła mu ucałować się w policzek. 

-  Jutro  Justitian  i  ja  wezwiemy  służbę,  wiele  trzeba  zrobić,  teściu.  To  będzie 

niespokojny czas... 

Uśmiechnął się gorzko, lecz nie bez życzliwości. 

- Rzeczywiście, będzie zamieszanie, myślę, że skorzystam ze swego prawa i przeniosę 

się do domku dzwonnika, prawda? 

-  Jesteś  mądrym  człowiekiem,  teściu.  Zadbam,  by  niczego  ci  nie  brakło.  A  obiady, 

oczywiście, będziesz jadał z nami? 

- W niektóre wieczory, być może, kiedy nie będę musiał pracować. 

-  Powinieneś  trochę  się  oszczędzać,  wiek  ma  także  swoje  wymagania.  Justitian  na 

pewno niedługo wyzdrowieje, a wtedy... 

Stanowisko proboszcza. 

A więc tego chciała. 

Teraz wiedzieli to już oboje. 

Revelin  nie  odprowadził  synowej.  Ponownie  przykręcił  tylko  lampę  i  nasłuchiwał 

oddalających  się  kroków  Nadjany.  Poszła  na  górę  do  Justitiana,  najwidoczniej  zamierzała 

nocować u niego. 

Revelin  całą  siłą  starał  się  oderwać  myśli  od  Nadjany  leżącej  w  jego  własnym 

szerokim  łożu.  Przeklęte  łóżko,  w  którym  od  czasu,  gdy  zabrano  Marię,  nie  mógł  zaznać 

spokoju. Kusiło go, wywoływało pulsowanie w podbrzuszu, lecz gdy tylko starał się wstąpić 

do tajemniczego świata pod baldachimem, lżyło go i zsyłało koszmary. 

Wszystko jedno. 

background image

Westchnął ciężko, czuł, że z trudem chwyta oddech. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  wyznaczony  mu  czas  dobiega  końca,  jeszcze  kilka  lat  i  być 

może nastąpi kres. Chociaż odsuwał od siebie jak najdalej myśl o przekazaniu swego dworu i 

tytułu  godnemu  pogardy  synowi  słabeuszowi,  to  wiedział,  że  schedę  po  nim  przejmie 

Justitian. Starego gniewała i brzydziła świadomość, że wszystko, czego się dorobił, pójdzie na 

marne. Syn nie był człowiekiem, który zdoła znaleźć swoje miejsce na kazalnicy i w ludzkich 

sercach. Pozwoli, by duszyczki przesypały się mu przez palce niczym piasek. 

Znów obrzucił w myślach Marię gradem przekleństw. 

Gdyby nie ona, mógłby mieć więcej synów, ale ona go zaczarowała, odebrała całą siłę 

męskości,  jedynie  w  koszmarach  sennych  zachował  młodzieńczą  witalność,  jedynie  w 

samotne szalone noce z bólem tęsknił za nieczystą kobiecością. 

Nikogo  jednak  przy  nim  nie  było,  nie  było  ziemi,  nie  było  pola,  na  którym  mógłby 

zasiać swe nasienie, pozostawała mu jedynie jałowa samotność. 

Revelin  przymknął  oczy.  Poczuł  się  zmęczony,  jak  gdyby  zrzeczenie  się  ziemskich 

dóbr  przybliżyło  go  o  krok  do  grobu.  Pragnął  odpocząć,  lecz  tylko  przez  chwilę.  Wiele 

jeszcze  na  tym  świecie  mógł  dokonać.  Złożył  dłonie  na  srebrnym  krzyżu  i  ośmielił  się  wy-

szeptać pokorną modlitwę. 

Wnuki. 

Potomstwo baronówny. Jego własna krew połączona z jej błękitną. 

Wtedy będzie mógł odpocząć na wieki. 

Krucha  postać  Nadjany  kryla  w  sobie  więcej  męskiej  odwagi  i  zdecydowania,  niż 

mógł  się  kiedykolwiek  spodziewać  po  synu.  Revelin  pożądał  tej  kobiety,  ciało  ogarnęło 

drżenie, a po głowie krążyła pozbawiona wszelkiej logiki myśl: 

To ona powinna być jego synem. 

Właśnie ona, ta przebiegła, zdecydowana arystokratka. 

Nie  tak  bezpośrednia  i  arogancka  jak  nieokrzesana  Marja.  Tej  może  i  nie  brakowało 

bezczelności Nadjany, lecz przepadła z kretesem przez swój brak wrażliwości i taktu. Może i 

ta  dziewucha  z  Oppdal  jest  równie  odważna  i  zdecydowana,  nie  uda  jej  się  jednak  daleko 

zajść  ścieżką,  którą  sobie  wyraźnie  wytyczyła.  Nadjana  natomiast...  O,  tak,  tej  dana  jest 

niezbędna  porcja  sprytu.  Revelin  nie  mógł  zapanować  nad  podziwem  dla  niej,  mimo  iż 

doskonale  wiedział,  że  tym  razem  to  właśnie  jego  piękna  baronówna  owinęła  sobie  wokół 

palca. 

Mimo wszystko ubił dobry interes. 

Spadek wszak i tak przypadłby jego jedynemu synowi. Albo wdowie po nim. 

background image

Myśl  ta  zwykle  budziła  w  Revelinie  irytację,  akurat  teraz  jednak  wydało  mu  się  to 

słuszne.  Nadjana  zapewne  będzie  umiała  uwiecznić  pamięć  ojca  swego  męża,  dzięki  niej 

pastor  Revelin  nie  odejdzie  w  zapomnienie.  Może  synowa  ufunduje  obelisk  lub  też  zbuduje 

jakąś  śliczną  niedużą  kaplicę?  Proboszcz  rozważał  już  przekazanie  wszystkich  swoich  dóbr 

Kościołowi,  by  ostatnim  uczynkiem  dać  jeszcze  jedno  świadectwo  swej  pokory  i 

chrześcijańskiej wiary, jednakże po zamieszaniu wywołanym zdradą Cecilii przypuszczał, że 

biskup przejmie pieniądze i zagrody bez szczególnego rozgłosu. Wszystko jedno więc, co się 

z tym stanie. 

Revelin  zgasił  lampę.  Po  pokoju  rozniósł  się  nieprzyjemny  zapach  tłuszczu.  Zasłony 

były zaciągnięte, by nie przeniknęła do środka jasność czerwcowej nocy. Revelin lubił mrok, 

czuł  się  w  nim  bezpieczny.  Czasami  zdarzało  się,  że  w  takie  późne  wieczory  odnajdywał 

drogę do ciemnego kościoła. Niekiedy jednak zdawało mu się, że słyszy tam jakieś szepty, że 

widzi rosłą postać przechodzącą przez wysoki, wspaniały portal. 

Ludzie  w  wiosce  wciąż  mówili  o  Mogensie  Skanke,  wierzyli,  że  ukazuje  się  jego 

duch. Głównie z tego powodu Revelin czasami nocował w kościele, należało wszak pokazać, 

ż

e się nie boi. W pobliżu Boga, pod jego ochroną, nawet stary Mogens nie mógł mu nic zro-

bić, choć miałby zapewne powody... 

Ciałem Revelina wstrząsnął dreszcz. 

Latem nigdy nie zapalano ognia na kominku, w gabinecie panował chłód, od podłogi 

ciągnęło, Revelinowi, gdy siedział tu zbyt długo, stopy drętwiały aż do bólu. 

Marję Oppdal zobaczono na drodze prowadzącej w stronę Kreke. Szła jak mężczyzna, 

długim,  pewnym  krokiem,  jakby  dokądś  spieszyła.  Kosiarze  nie  posiadali  się  ze  zdziwienia, 

słyszeli wszak, że i Marja, i Karl spędzą resztę lata na pastwisku w górach. To samo w sobie 

było  już  dziwne,  kto  słyszał,  aby  chłop  sypiał  przez  całe  lato  w  letniej  zagrodzie  z  babami? 

Mężczyźni  wymienili  jednak  tylko  podejrzliwe  spojrzenia  i  napluli  na  osełki.  Tak,  tak, 

niejeden z przyjemnością nie odmówiłby propozycji spędzenia kilku dni w górskim powietrzu 

z Marją do towarzystwa... Ludzie z Oppdal zabrali też ze sobą tego odmieńca. Dziwacy. Karla 

znano  tu  od  zawsze,  odkąd  jednak  poślubił  tę  obcą  dziewczynę,  jakby  ktoś  rzucił  na  niego 

urok.  Kto  by  przypuszczał,  że  weźmie  sobie  taką  twardą  kobietę.  Ale  przyszło  mu  za  to 

zapłacić, wszyscy przecież wiedzą, kto rządzi w Oppdal! 

Mężczyźni  wybuchnęli  śmiechem,  wykonali  wiele  mówiące  gesty  w  kierunku  Marji. 

Ona ledwie ich pozdrowiła i pospieszyła dalej. 

- Do czarta, zakładam się, że idzie do domu dla szaleńców. Ma z sobą dzieciaka? 

- Nie, tylko ten węzełek, który zawsze ze sobą taszczy. 

background image

- Na pewno tam idzie, gdzieżby indziej? Maria słyszała ich, zirytowało ją, że odgadli 

jej  zamiary,  nie  chciała,  by  to  rozniosło  się  po  wsi,  zanim  wszystko  zostanie  załatwione. 

Rzeczywiście  szła  do  Solheim,  Słonecznego  Domu,  tak  pięknie  nazywało  się  to  miejsce. 

Opuszczona  zagroda  wysoko  za  wzgórzem  w  głębi  lasu.  Nie  było  stamtąd  widać  nic  poza 

pniami drzew i niebem. Nad zagrodą stromo wznosiło się zbocze góry. Poniżej były usypiska 

głazów i trudne do przebycia zarośla. Wiodła wśród nich wąska ścieżka do szarych budynków 

z grubymi okiennicami. 

Ciężkie  drzewa  pochyliły  się  ze  starości,  jedno  wsparło  się  nawet  o  dach  domu.  Pod 

jego  ciężarem  bale  łączone  na  zrąb  rozsunęły  się,  lecz  budynek  stał  dalej,  jakby  z 

przyzwyczajenia. 

Z komina nie unosił się dym. 

Szalonego Mikkjela nigdzie nie było widać. 

Maria zatrzymała się na podwórzu, zadrżała. 

Zadźwięczały jej w uszach słowa Stiny - Mai. Stara dójka zabrała swego syna z domu 

dla  obłąkanych,  w  skąpych  słowach  opisała,  co  tam  widziała.  Słuchacze  w  letniej  zagrodzie 

ponuro  kiwali  tylko  głowami,  w  oczach  niektórych  pojawił  się  wyraźny  lęk.  Historie  o 

odosobnionej  zagrodzie  na  wzgórzu,  choć  jeżył  się  od  nich  włos  na  głowie,  chętnie 

opowiadano sobie przy ogniu dla rozrywki. Wszyscy wiedzieli, co tam jest. Wszyscy słyszeli 

jeszcze okropniejsze opowieści... Wystraszone dzieci siedziały bez ruchu, dorośli składali rę-

ce i dziękowali Bogu za to, że obdarzył ich zdrowym rozumem. Oby nigdy nie popadli w taką 

niedolę! Nieszczęsny Anton z Wdowiej Zagrody, jego ostatniego tam zaprowadzono, pewnie 

więcej już go nie zobaczą, dopiero na pogrzebie. 

Właśnie  wtedy,  gdy  Stina  -  Maja,  szeroko  otwierając  przerażone  oczy,  szeptem 

opowiadała o spętanych ludziach, Marja podjęła decyzję. Nawet jeśli prawdziwa jest zaledwie 

polowa tych opowieści, to i tak owo miejsce musi być zaiste piekłem na ziemi. Drogi Anton 

nie może tam zostać ani dnia dłużej. 

Marja zazgrzytała zębami. 

Nie  powinna  była  uwierzyć  w  opowieść  lensmana  o  spokojnej  przystani  dla 

nieszczęsnego, chorego  Antona, o dodatkowej opiece, o pożywnym jedzeniu, o domu, gdzie 

będzie mu dobrze i bezpiecznie, gdzie nie wyrządzi krzywdy ani sobie, ani innym. 

Przeraziły  ją  odgłosy  dobiegające  z  wnętrza  budynku.  Starała  się  przygotować  na  to, 

co  zobaczy.  Wszak  nie  było  to  miejsce,  które  odwiedzano  z  własnej  woli.  Mało  kto  mógł 

powiedzieć, jak tam naprawdę jest, tylko grabarz, lensman i jeszcze paru zaglądało do środka, 

background image

zwykli ludzie nie mieli tu czego szukać. Niekiedy silni mężczyźni przyprowadzali i oddawali 

pod dalszą opiekę Mikkjelowi zawodzących ludzi. Z reguły nie było dla nich powrotu. 

O  środki  na  prowadzenie  tego  przytuliska  troszczył  się  pastor.  Było  to  zadaniem 

Kościoła, dusze owych nieszczęśników miały wszak swoją wartość, osąd, kogo z nich czeka 

zatracenie, a kto wciąż jest zapisany w Bożych księgach, nie należał do ludzi. 

Marja miała wielką ochotę zawrócić. Uciekaj, podpowiadał jej rozum. 

Z domu dobiegało wycie przypominające głos wilka albo lisa schwytanego w pułapkę. 

Podeszła bliżej, zawołała niepewnie. 

Wreszcie zdała sobie sprawę, że musi okazać zdecydowanie. 

- Mikkjel! Mikkjel, chcę z tobą pomówić! 

Nowe odgłosy. Brzęczenie, jakby metalowych talerzy. 

Wreszcie stary wychylił się zza węgła, zmrużył oczy pod słońce, w końcu ją dostrzegł. 

W ręku trzymał grubą laskę, zakończoną wykutą z żelaza kulą. Laska przymocowana była do 

nadgarstka. Zdawało się, że nie mógłby się jej pozbyć bez odrąbania dłoni. 

- Kto to przyszedł? Czego chcesz? Do diabła, to kobieta! 

- Jestem Marja Oppdal. 

- Słyszałem o tobie, ale odejdź stąd, to nie miejsce dla niewiasty! 

- Chcę wejść do środka - oświadczyła. - Zobaczyć się z Antonem. 

-  Zobaczyć  się  z  Antonem?  -  przedrzeźniał  ją,  niewyraźnie  wymawiając  słowa.  Usta 

wykrzywiły  mu  się  w  chichocie.  -  Sądzisz,  że  możesz  tu  wejść  tak,  jakbyś  przychodziła  ze 

zwyczajną wizytą? 

Wybuchnął chrapliwym śmiechem. 

Marja popatrzyła mu prosto w oczy, zachodząc  w głowę, czy nadane mu przezwisko 

ma wyłącznie związek z wykonywaną przez niego pracą. Ten człowiek sam zdawał się chory. 

-  Ach,  tak?  Ach,  tak?  Pani  przyszła  z  wizytą?  Do  domu  wariatów,  do  szaleńców. 

Przyniosła może słodkie piwo i pszenne ciastka? A może sama chce być goszczona? 

Znów zarechotał hałaśliwie, jak gdyby powiedział dobry żart. 

Marja wystraszyła się, postanowiła jednak, by zwyciężył w niej gniew. 

- Do starego Mikkjela młoda panna przyszła, la - le - li, la - le - li.. 

-  Zamknij  gębę, stary, i  rób, co do  ciebie należy. Czy nie ty tutaj pilnujesz? Chociaż 

wydaje się raczej, że jesteś jednym z... 

- Szaleńców? Ha! Tak uważasz? No, może i tak, ale to ja mam klucz! 

Zamachał jej przed nosem potężnym żelaznym kluczem. Marja zadrżała na ten widok. 

Wycie dochodzące z budynku wciąż dźwięczało jej w uszach. Nie dało się tego dłużej znieść. 

background image

I  w  takim  miejscu  ma  dożyć  swoich  dni  jej  ojczym!  Jak  lensman  mógł  do  tego  dopuścić? 

Czyżby nie wiedział...? 

-  Piękna  pani  uważa,  że  tu  nieprzyjemnie?  -  miauknął  dozorca  piskliwym  głosem. 

Widać było, że sytuacja go bawi. 

- Przyprowadź Antona, chcę z nim porozmawiać. 

- Ona chce z nim rozmawiać - powtórzył strażnik wciąż z tą samą upiorną wesołością 

w głosie. 

W jednej chwili spoważniał. Pochylił twarz nad Marja, aż musiała cofnąć się o krok. 

Teraz już warczał, parę kropli śliny trafiło ją w twarz. 

-  Stąd  nikt  nie  wyjdzie!  Nawet  Anton  z  Wdowiej  Zagrody!  Wątpię  też,  żeby  miał  ci 

coś do powiedzenia, on się nie odzywa, siedzi tylko... 

Stary naśladował zachowanie więźnia, kołysał się w tył i w przód, twarz zmieniła się 

w groteskową maskę. 

Marja  zrozumiała,  że  słowami  niczego  nie  wskóra.  Ten  człowiek  był  szalony  i 

zapewne dwakroć bardziej zły od większości nieszczęśników, których tu zamknięto. 

- On stąd wyjdzie! - oświadczyła. - Porozmawiam z lensmanem. 

- Idź, idź, porozmawiaj. A teraz, jazda stąd! 

Karl towarzyszył jej do zagrody lensmana, lecz przemawiać musiała Marja. 

-  To  ty  odpowiadasz  za  dwór  i  dobra  Antona,  o  tym,  zdaje  się,  nie  zapominasz  - 

zauważyła Marja kwaśno, gdy zaproszono ich do bawialni. 

Wiedziała,  że  musi  postępować  ostrożnie,  przyjęła  wszak  dziecko  Antona  pod  swój 

dach  i  gdyby  dzieciak  nie  był  taki  dziwny,  położyłaby  rękę  i  na  dziedzicznym  srebrze, 

ponieważ jednak chłopczyk był odmieńcem, któremu na dodatek udało się oszukać śmierć... 

nikt  nie  mógł  żądać,  by  przypadło  mu  w  spadku  cokolwiek  z  dostatniej  Wdowiej  Zagrody. 

Odkąd  Anton  postradał  rozum,  lensmana  wyznaczono  na  zarządcę  majątku,  dopóki  jednak 

Anton żył, Marji nie należał się nawet szyling po Gjertrud, zmarłej żonie Antona. 

- Wydaje ci się może, że podstępem wyciągniesz przed czasem swój spadek po matce 

-  złośliwie  zauważył  lensman.  -  Jeśli  z  taką  sprawą  przychodzisz,  równie  dobrze  możesz 

zawrócić już w drzwiach. 

- Przychodzę w zupełnie innej sprawie - odparła Marja chłodno. 

Karl  sprawiał  wrażenie,  że  najchętniej  usłuchałby  polecenia  lensmana  i  wyszedł, 

Marja przyciągnęła go więc do siebie. 

Pulchna  lensmanowa  przyglądała  się  Marji,  jej  wzrok  na  moment  spoczął  na 

pierścionku  połyskującym  na  palcu  nieproszonego  gościa,  na  ślubnym  pierścieniu  Gjertrud, 

background image

tym, który dostała w podarunku od Antona. Piękny klejnot, pomyślała lensmanowa, na pewno 

wart swoich setek talarów. 

- Chcę zabrać Antona z tego okropnego miejsca. 

- Co? Jest tam, gdzie mu najlepiej. Nie wiesz nawet, jak strasznie pomieszało mu się w 

głowie. 

- Owszem, wiem, że cierpi i że rozum niekiedy go zawodzi... 

-  Jest  na  wskroś  szalony  i  nieobliczalny.  Może  wyrządzić  krzywdę  i  sobie,  i  innym, 

dobrze o tym wiesz! Potrzeba było czterech chłopa, żeby... 

- Gdybym wiedziała, gdzie go zabieracie, nigdy bym się na to nie zgodziła. 

- Wszyscy wiedzą, czym jest Solheim! 

-  Mówiłeś,  że  tam  mu  będzie  dobrze,  że  będzie  miał  wyżywienie  i  opiekę.  Że  to  nie 

jest ubogi przytułek, bo Kościół płaci... 

-  To  nie  jest  zwyczajny  dom  wariatów.  Niektórzy  są  tam  od  dziesięciu  lat,  a  bez 

jedzenia by nie przeżyli, prawda? - Lensman pochylił się w jej stronę, zniżył głos: - Antonowi 

jest tam dobrze. Osobiście się troszczę, żeby miewał się lepiej od innych. 

-  Masz  go  stamtąd  zabrać!  Czym  prędzej.  Zajmę  się  nim  tak,  jak  zajmuję  się  jego 

synem! 

- Tak, żebyś go mogła zabić i zagarnąć cały jego spadek, co? To ci się nie uda, Marjo 

Oppdal!  Za  chytra  jesteś!  A  jeśli  chodzi  o  tego  odmieńca,  to  niech  ci  się  nie  wydaje,  że  on 

długo pożyje, a wtedy, moja droga, będzie się liczył jedynie testament Antona! 

- Testament? 

- Owszem, testament, w którym przekazuje wszystko zarządzającemu jego majątkiem. 

- Tobie! 

Lensman spokojnie pokiwał głową. Marji pokraśniały policzki. Stojący obok niej Karl 

lekko zadrżał. Poczuła, że ostrzegawczo ściska ją za ramię. 

Opamiętała  się  w  ostatniej  chwili.  Niemądrze  by  było  występować  z  oskarżeniami, 

chociaż miała je już na końcu języka. 

Lensman umieścił Antona w domu obłąkanych, ponieważ wiedział, że to go wkrótce 

wykończy,  odebrał  mu  też  szansę  na  napisanie  nowego  testamentu.  Z  braku  prawowitych 

spadkobierców  nikomu  nie  wyda  się  dziwne,  że  Wdowia  Zagroda  wpadnie  w  końcu  w  ręce 

lensmana. 

-  Anton  musi  stamtąd  wyjść!  -  oznajmiła  spokojnie,  choć  wiedziała,  że  z  jej  oczu, 

które skrzyżowały się ze wzrokiem lensmana, sypią się iskry. Karl wstrzymał oddech. Marja 

miała nadzieję, że mąż nie osunie się na dywan gospodarza. 

background image

- Antonowi tam będzie najlepiej, a w dodatku, Marjo Oppdal, może się zdarzyć, że cię 

zabije, zanim będziesz miała jakąkolwiek szansę... Pamiętaj, że to szaleniec! 

Marji zabrakło argumentów. Wiedziała, że na razie droga jest zamknięta. Im wyraźniej 

jednak objawiała się pazerność lensmana, tym większej nabierała pewności, że Anton jest być 

może zdrowszy, niż przypuszczała. Jeśli ktoś zacznie pytać o szaleńca, lensman ma wiele do 

stracenia. 

Anton usiłował zabić własnego syna, co do tego nie było żadnych wątpliwości, Marja 

na własne oczy widziała, jak zawiniątko z dzieckiem zostało brutalnie ciśnięte o ścianę przez 

swego ojca. Dziecko przeżyło. Nikt więcej się o tym nie dowiedział, lecz Marja uznała za słu-

szne, by lensman umieścił chorego w miejscu, gdzie nie mógłby wyrządzić już nikomu żadnej 

krzywdy.  Anton  oszalał  z  rozpaczy,  nie  zniósł  widoku  podeszłej  już  w  latach  żony, 

umierającej w połogu, po tym, jak wydała na świat takie paskudne dziecko o skośnych oczach 

i wiecznie zaślinionych ustach. 

- Uważam naszą rozmowę za skończoną - oświadczył lensman, wstając. 

Oczy  Marji  wciąż  płonęły.  Nienawidziła  właśnie  takich  sytuacji,  w  których  czuła  się 

mała i bezbronna wobec możnego człowieka. 

Na razie nic nie dało się z tym zrobić. Nie miała się do kogo zwrócić. 

Został tylko Justitian. 

Obiecał,  że  wesprze  ją  jesienią,  kiedy  we  Wdowiej  Zagrodzie  znów  ruszy  szkoła. 

Może i teraz przyjdzie jej z pomocą? Nie miał wprawdzie takiej władzy, niczego nie posiadał, 

ale  ludzie  powiadali,  że  ta  wydelikacona  duńska  księżniczka,  z  którą  się  ożenił,  przywiozła 

niejedno. 

Marja wyszła bez pożegnania. 

Karl ujął lensmana za rękę, ukłonił się, mruknął coś. 

Lensmanowa również wyszła na schody. 

- Chwileczkę, Marjo Oppdal! - zawołała, gdy furtka już się za nimi zamknęła. - Zdaje 

mi się, że mój mąż o czymś zapomniał! 

Marja dołączyła do oczekującego ją Karla jeszcze bardziej wzburzona. 

Zamachała mu przed oczami ręką. 

-  Przeklęty  szubrawiec!  Pies  piekielny!  Pazerny  diabeł...  Urwała,  podsunęła  dłoń 

niemal pod nos męża. 

- Zobacz, zabrał pierścień! Wszystko, co miałam, wszystko, co dostałam... 

Karlowi dech zaparło w piersiach. 

background image

-  Ach,  Marjo,  jak  mi  przykro.  Na  pewno  spodobał  się  lensmanowej.  Zauważyłem  to 

jej chciwe spojrzenie. 

- Pazerne kruki! Oboje są ulepieni z tej samej gliny, z tego samego paskudnego brudu! 

- Nie możemy nic zrobić. Wiesz dobrze, że lensman poczyna sobie jak chce... 

- Napiszemy do króla! Poskarżymy się asesorowi! Albo nie, zakradniemy się późnym 

wieczorem i odrąbiemy głowy tym łajdakom! 

- Cicho, cicho - Karl usiłował zakryć jej usta dłonią, lękliwie rozglądając się dokoła. 

Byli  wprawdzie  sami  na  ścieżce,  ale  trzeba  zachować  ostrożność  w  wypowiadaniu  takich 

słów. Nawet w bezrozumnym porywie gniewu. 

Marja  przez  resztę  drogi  milczała.  Karlowi  nie  bardzo  podobała  się  jej  nieruchoma 

niczym maska twarz. Bał się, że żona znów na jego oczach się odmieni, że znów będzie jak 

przedtem zimna, żądna zemsty i daleka. Lękliwie spróbował przyciągnąć ją do siebie, pewną 

pociechę przyniosły mu uderzenia jej serca, które biło pod cienkim płótnem. 

- Tak cię kocham, Marjo... Złagodniała. Szczęśliwy poczuł, że jej gniew uleciał wraz z 

lekkim wiatrem. 

- Musimy się z tym pogodzić. Nic więcej zrobić się nie da. 

- Wiem o tym - przyznała cicho. - Ale to takie niesprawiedliwe. A co ty o tym sądzisz, 

byłeś przecież najlepszym przyjacielem Antona? 

-  Oczywiście.  Myśl  o  nim  dręczy  mnie  bardziej,  niż  ci  się  wydaje.  Gdybym  tylko 

wiedział, że jest jakiś sposób... 

- Jest jeden - szepnęła Marja. 

Letnia  noc  nie  okazała  się  dostateczną  osłoną.  Gdyby  ktoś  akurat  szedł  drogą  przez 

las,  bez  trudu  zdołałby  zauważyć  na  niej  dwie  postacie.  Idący  nieśli  coś,  co  przypominało 

strzelbę. Ubrani byli w długie ciemne spodnie i szare koszule, głowę jednego z nich' pomimo 

ciepła okrywał ciemny kapelusz. 

-  Na  miłość  boską,  Marjo,  co  ty  szykujesz?  Co  to  będzie?  Nie  może  się  dobrze 

skończyć. 

- Zawsze jest nadzieja! I co mamy do stracenia? 

- Wszystko - westchnął Karl. - Lensman nas... 

- On nie może nic zrobić. Czy może zabronione jest zabieranie krewniaka z domu dla 

obłąkanych? 

- Oczywiście. Zwłaszcza takiego, nad którym opiekę sprawuje lensman. 

- Jeśli moje domysły się potwierdzą, Anton sam udowodni, że wcale tak nie jest. 

- On przecież oszalał... I mnie chciał zabić. 

background image

- Oszalał z rozpaczy. Widziałam już wcześniej takie przypadki. I jeśli tylko szczęście 

nam  dopisze,  jeśli  życie  wśród  tych  nieszczęśników  nie  zesłało  na  niego  nieuleczalnej 

choroby... Lensman umieścił go tam, żeby umarł, nie pojmujesz? 

- Taaak... Może masz i rację, ale co zrobimy, jeśli Anton jest naprawdę chory? 

- W każdym razie będzie wiadomo, że próbowaliśmy. Tyle przynajmniej jesteś winien 

Antonowi! I mnie. 

-  Zrobię  to  dla  Antona  -  cicho  odparł  Karl,  a  Marja  uśmiechnęła  się  do  niego  spod 

ciemnego kapelusza. - I dla Benjamina... 

Marja kiwnęła głową. 

- A także dla Amelii i Karla Martina. Pamiętaj, że chodzi również o ich prawo. Jeśli i 

teraz nie dostanę tego, co mi się należy, to nic nie przypadnie naszym dzieciom. 

Za  każdym  razem,  gdy  w  podobnej  sytuacji  padały  imiona  bliźniąt,  sumienie  nie 

dawało jej spokoju. Karl nie może się nigdy dowiedzieć... Musi wierzyć, że ukochane dzieci 

są jego. 

- Dla Amelii, Benjamina i Martina. Ruszyli dalej. 

Marja z łatwością odnajdywała drogę, zawsze dobrze orientowała się w terenie. 

Solheim zdawało się opustoszałe. 

Cóż za ironiczna nazwa, pomyślała Marja. 

Przeciągłe wycie. 

Karl drgnął. 

- Spokojnie! To nie są dzikie zwierzęta, to ludzie. 

- Na miłość boską, żaden człowiek nie może chyba... Karl urwał. Nagle przypomniał 

sobie Kari. 

-  Stary  Mikkjel  na  pewno  się  podda,  kiedy  zobaczy,  że  jest  nas  dwoje.  Najlepiej 

będzie, jak ty z nim pomówisz. 

Zastukali. 

Upłynęło sporo czasu, zanim klucz obrócił się w zamku. 

- Do diabła, tak późno przychodzicie, zaraz umrę z pragnienia... 

Mamrotanie starego urwało się gwałtownie, gdy ujrzał dwie nieznane osoby. 

-  Do  diabła,  kim  jesteście?  Złodzieje  i  rozbójnicy  nie  mają  tu  czego  szukać,  to  tylko 

gromada szaleńców. 

- Nie przyszliśmy tu, żeby kraść, przyszliśmy po Antona z Wdowiej Zagrody! 

- Znowu ty! To mi dopiero bezczelna... - Starzec energicznie pokręcił głową, zmrużył 

oczy. - O, do diabła, lensman powiedział... 

background image

Karl prędko wysunął rękę. Jego siła zaskoczyła starego. 

-  Nie  możesz  nam zabronić  zabrania  go  stąd  -  oświadczył  Karl  i  na  moment  pokazał 

strażnikowi broń. 

- No... Nikt mnie nie oskarży o zaniedbanie, skoro przychodzą tutaj i podsuwają pod 

nos strzelbę. Ale lensman już się wami zajmie, nie wywiniecie się! 

- Zamknij gębę, Mikkjel, donoszenie może ci się nie opłacić. 

- Do diaska, Karl, przestań straszyć tego starego nieszczęśnika - wtrąciła się Marja. - 

Lensman prędko się dowie, kto zabrał Antona, nie mamy zamiaru tego ukrywać. 

-  Sami  po  niego  idźcie  -  wykrzywił  się  Mikkjel  i  przekręcił  klucz  w  zamku  za  ich 

plecami. 

Marja przestraszyła się. W pomieszczeniu było teraz zbyt ciemno, by mogła dostrzec 

cokolwiek poza cieniami. 

Większym jednak lękiem napełniały ją odgłosy dochodzące do jej uszu. 

Gdzieś z jakiegoś miejsca dobiegał płacz, jakby dziecięcy. 

Ktoś chrapał albo może się dusił. 

Kobiecy głos monotonnie powtarzał urywki psalmu. Słowa wyśpiewywane piskliwym 

głosem następowały po sobie bez ładu i składu. 

Marja  miała  wielką  ochotę  zatkać  uszy,  zaraz  jednak  zmieniła  zdanie  i  jedną  rękę 

przysunęła  do  nosa.  Nigdy  dotąd  nie  czulą  smrodu  gorszego  niż  ten  tutaj.  Mieszanina 

ludzkich  odchodów,  zgnilizny  i  starego  zgęstniałego  dymu.  Jedynym  źródłem  powietrza  był 

dymnik w starej izbie. 

- Jak ktokolwiek może tutaj żyć?! - warknęła. 

- O, można się do tego przyzwyczaić - odrzekł Mikkjel i znów zaśmiał się głucho. 

Ten  człowiek  jest  równie  szalony  jak  tamci,  pomyślała  Marja.  Zerknęła  na  drzwi  z 

tyłu, zwalczyła w sobie chęć otwarcia ich i wydostania się stąd. 

- Anton - szepnął Karl. 

- Gdzie?! Mikkjel kopnął ciało człowieka śpiącego na środku izby. Marja przymknęła 

oczy i przeszła ponad nim. Cieszyła się z ciemności, nie chciała widzieć. 

-  Specjalna  kwatera.  -  Mikkjel  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu  i  otworzył  maleńkie 

drzwiczki w głębi pomieszczenia. 

Kiedyś  zapewne  gospodyni  miała  tu  swoją  spiżarnię.  Ale  w  tej  dziupli  nie  mógł  się 

chyba zmieścić dorosły mężczyzna? 

- Tutaj zachowuje się spokojnie - cierpko zauważył Mikkjel. 

background image

Marja  dostrzegła  teraz  w  ciemności  zarysy  skulonej  postaci.  Zbliżyła  się  do  niej 

ostrożnie, Karl posuwał się za nią jak podpora. 

- Anton - szepnęła. - Spisz? Szalony rechot strażnika zagrzmiał, jakby Mikkjel nigdy 

nie widział nic śmieszniejszego. 

- Na miłość boską, on nie żyje! 

- Nie żyje? Ależ skąd! Zawsze tak siedzi. 

- Taki chudy! 

- Nie mogę w niego wmusić przysmaków - zaśmiał się strażnik. 

Marja spostrzegła, że Mikkjel coś żuje. Nie mogła pojąć, że jest w stanie jeść w tym 

grobowcu. Panował tu wprost nieopisany smród. 

- Zabierzmy go stąd. Karl ożywił się. Chwycił bezwładne ciało i wyciągnął je z nory. 

W istocie był to Anton. 

- On nie żyje! - wykrzyknęła Marja. Karl próbował się zorientować, jaka jest prawda. 

- Nie, tli się w nim jeszcze życie. Ale Bóg wie, że nie jest to twoją zasługą, Mikkjel. 

Ludziom we wsi nie spodoba się to, co im opowiemy. 

- Wszyscy wiedzą, że dom wariatów to nie raj - ze zdumiewającą trzeźwością odparł 

strażnik.  -  Wątpię,  by  ktokolwiek  zazdrościł  mi  mojej  roboty,  będą  więc  trzymać  język  za 

zębami. 

Karl musiał przyznać mu w duchu rację. 

Mikkjel,  nie  przestając  chichotać,  otworzył  im  drzwi.  Nocne  powietrze  zdało  się  w 

ustach najsłodszym winem. Na niebie wisiał blady księżyc. Karl popatrzył w górę. 

- Myślisz, że to prawda? Że szaleńcy wyją do księżyca? 

- Nie wiem. Ten tutaj w każdym razie nie wyje. Biedny Anton... 

Posłyszał  drżenie  w  głosie  żony,  wiedział,  że  Marja  bliska  jest  rezygnacji.  Mała 

nadzieja,  by  Anton  mógł  w  jakikolwiek  sposób  im  pomóc.  Lensman  i  tak  wygra,  Anton  nie 

będzie w stanie sprzeciwić się tym, którzy upychali sobie po kieszeniach jego dobra. 

- Będę go pielęgnować - szepnęła Marja. 

Karl postanowił kiwnąć głową na pociechę. Być może jakoś jej się to uda. Marja miała 

wszak tak wiele środków zaradczych, tyle umiała, ale Karl nigdy nie słyszał, by jakiekolwiek 

wywary z ziół i dziwne maści podziałały na chorobę umysłu. A wtedy ich zuchwały postępek 

nie ujdzie im na sucho. Lensman nie okaże łaski. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Marja  wyjęła  starą  skrzynkę  Kari,  wysypała  zawartość  na  stół.  Na  większość 

pojemniczków  sama  kiedyś  nakleiła  karteluszki  z  nazwami,  wciąż  zawierały  niezwykłe, 

pachnące mieszanki. Niektóre z nich znała, o innych wiedziała niewiele. Wśród nich powinna 

znajdować  się  brązowa,  twarda  jak  kamień  grudka.  Kari  mało  o  niej  mówiła,  lecz  Marja 

zrozumiała, co miała na myśli. Wzmianki o tym lekarstwie nie znajdzie się chyba w żadnej ze 

wspaniałych  ksiąg,  które  Marja  widziała  w  bibliotece  pastora.  Raczej  w  ogóle  nie  po  tej 

stronie świata. 

Musiało  być  bardzo  stare,  być  może  straciło  już  nawet  moc,  a  może  wszystkie  te 

formuły i zaklęcia to tylko wymysły? W dodatku powinien być czwartek i pełnia księżyca. 

Ale Kari zwykle wiedziała, co mówi. 

Marja szukała. Nic. 

Któreś  z  dzieci  zapłakało  przez  sen,  prędko  pozbierała  wszystko  z  powrotem  do 

skrzynki i już chciała do nich pójść, lecz usłyszała spokojny głos Karla. 

Siedziała więc dalej przy długim stole, który ustawiła na zewnątrz, pod ścianą domu. 

Okap  częściowo  przesłaniał  nocne  niebo,  było  równie  niebieskie  jak  poprzedniej  nocy,  gdy 

ciągnęli Antona długą drogą z gospodarstwa Mikkjela. Marja wmusiła w niego trochę wody i 

owsianki, niestety większość zwrócił. Potem, mamrocząc niezrozumiałe słowa, zapadł w sen. 

Ale Marja nie mogła uwierzyć, że nie ma już żadnej nadziei. Jej zdaniem ten człowiek był po 

prostu wycieńczony, bliski śmierci z głodu i wyczerpania. 

-  Jedzenie,  ciepło  i  wzmacniające  napoje  niedługo  postawią  go  na  nogi  -  pocieszała 

wystraszonego Karla. 

-  Nie  mamy  czasu,  najwyżej  dwa,  może  trzy  dni.  Lensman  prędko  się  zorientuje,  co 

się stało. 

- Niczego się nie dowie, jeśli Mikkjel będzie trzymał język za zębami. A myślę, że tak 

właśnie się stanie. Upłynie sporo czasu, zanim ktoś spyta o Antona. 

Karl  przyjął  jej  słowa,  daleko  mu  jednak  było  do  spokoju.  Gdy  nazajutrz  wczesnym 

rankiem  któryś  z  chałupników  zapukał  do  drzwi,  Karl  ze  strachu  mało  nie  wypadł  z  łóżka. 

Dzieci  też  zrozumiały,  że  dzieje  się  coś  dziwnego.  Dowiedziały  się,  że  Anton  zamieszka  z 

nimi przez pewien czas. 

- Aż wyzdrowieje - oświadczyła Marja. 

background image

-  Czy  on  już  nie  jest  szalony?  -  dopytywał  się  Martin.  Karl  nie  zdobył  się  na 

odpowiedź. 

- Wydaje nam się, że nie - odrzekła Marja. - I mimo wszystko to wasz... dziadek. 

- Może lepiej, jeśli nie będziemy zostawać z nim sami - stwierdził Martin spokojnie. 

- Może i tak - zgodził się prędko Karl. - Pewnie masz rację, ale nie bójcie się go. 

Z  izby  nie  dobiegał  już  żaden  dźwięk.  Marja  delikatnie  przesunęła  świecę,  którą 

zabrała  ze  sobą.  Ściekający  wosk  utworzył  na  blacie  stołu  małą  kulkę.  Marja  wyjęła 

otrzymane od Kari stare zwoje, zapełnione niezwykłymi znaczkami i literami. Niektóre z nich 

rozumiała,  choć  napisane  zostały  niewprawną  ręką.  Atrament  czy  też  substancja,  którą 

posługiwał się pisarz, wyblakła, rozpłynęła się na grubo tkanym płótnie. 

„Commonde  en  Diabolus  Kompento.  -  Obejdź  stajnie  w  kierunku  przeciwnym  do 

ruchu  słońca  na  niebie,  powtarzając  te  słowa:  Omnia  Sierod  Memento  Tua  Samelta  Misa 

Soflua Rultus Eris...” 

Marja  z  mozołem  odczytywała  dziwne  i  groźne  słowa.  Przeniknął  ją  dreszcz,  w  tych 

wyrazach tkwiła jakaś potęga, zdały się grzmiącą mową o czekającej ją karze. 

Czytała dalej, rozumiejąc równie mało. 

Ale w końcu wyczytała coś „o wypędzaniu diabłów choroby księżycowej”. 

Trzymała miseczkę z tajemnymi składnikami nad Antonem, monotonnie mrucząc owe 

niezwykłe słowa. 

Z  całych  sił  starała  się,  by  jej  szept  brzmiał  jak  prawdziwe  zaklęcie.  Po  plecach, 

przebiegł jej dreszcz. Bała się. Nie słów, nie tego, co musiało w nich tkwić. 

Bała się o Antona. 

Zaklęcia nie odnosiły żadnego skutku. 

Marja zrezygnowała. To jakieś głupstwa. Zrozpaczona odrzuciła miseczkę, zawartość 

poleciała na podłogę. Jutro ją zetrze. 

- Anton - szepnęła, osuwając się na stołek przy jego posłaniu. - Nie możesz... 

Nawet się nie poruszył. 

Marja westchnęła głęboko, przetarła ręką zmęczone oczy. Karl spał spokojnie w łóżku 

zaledwie  w  odległości  kilku  łokci  od  niej.  Maleńka  izba  rozświetlona  białym  blaskiem 

księżyca, wpadającym wąskim promieniem przez okienko, wydawała się taka spokojna. 

Marja poszła spać. 

Nie słyszała szurania małych stóp po podłodze, nie słyszała, że ktoś podnosi miseczkę 

z tajemnym środkiem, płucze ją i odstawia na miejsce. Nie słyszała szeptu córki, nie widziała 

drobnej rączki pieszczącej chorego. 

background image

Dopiero  gdy  światło  dnia  zajrzało  do  izby,  Marja  się  przebudziła,  instynktownie 

wyczuwając, że coś się stało. 

Zaspana  wysunęła  się  spod  okrycia,  potrząsnęła  Karla.  Zmrużonymi  oczyma 

popatrzyła  na  przeciwległą  ścianę.  Chciała  krzyknąć  ostrzegawczo,  ale  w  porę  się  po-

wstrzymała. Przy łóżku Antona siedziała mała Amelia. 

Cud nad cuda. 

Anton był przytomny i uśmiechał się do dziecka. 

- Mamo, zobacz, dziadek wyzdrowiał - rozpromieniła się dziewczynka. 

Zaskoczona Marja pokiwała głową. 

- Jesteś bardzo mądra, Amelio. Obudziłaś go... 

-  Mhm.  Delikatnie  go  tylko  pogłaskałam,  o,  tak!  Rączki  dziewczynki  znów  dotknęły 

ramienia starego, Anton przymknął oczy. 

-  Cudownie...  Masz  takie  gorące,  dobre  ręce,  malutka.  Marja  drgnęła,  te  słowa  o 

czymś jej przypomniały. Gorące dłonie. I ona je miała. Wówczas obecność Kari sprawiła, że 

owa  nieznana  siła  wydobyła  się  z  głębi  ciała  Marji.  Kari  jej  w  tym  pomogła.  To  było  tak 

dawno temu, nigdy potem się nie udało, ale czy  to możliwe...? Czy możliwe, żeby mała już 

zdążyła się nauczyć wykorzystywania tej niezwykłej mocy? 

Marja przeszła przez izbę jak lunatyczka. W króciutkiej nocnej koszuli przysiadła na 

drewnianej  podłodze  i  popatrzyła  Antonowi  w  oczy,  zaczerwienione  i  zmęczone,  lecz 

niezmącone, spoglądające wyjątkowo przytomnie. 

- Witaj z powrotem, Antonie. 

- Z krainy pustki, to masz na myśli? 

- Tak. W jaki sposób... Co...? Anton położył się z powrotem, przymknął oczy. 

-  Mało  pamiętam.  Czuję  się  straszliwie  zmęczony...  Pewnie  niedługo  umrę,  Marjo, 

pójdę do Gjertrud. 

W  jego  głosie  pobrzmiewała  bezradność  i  rezygnacja,  z  którą  Marja  nie  mogła  się 

pogodzić. 

- Nie - oświadczyła twardo. - Nie możesz się poddawać. Masz po co żyć. Tyle razy już 

pokazałeś, że chcesz żyć. 

Amelia  przysłuchiwała  się  rozmowie  dorosłych  z  szeroko  otwartymi  oczami.  Cud, 

jakiego  dokonała,  najwidoczniej  poszedł  już  w  zapomnienie,  w  dodatku  dziadek  mówił  o 

ś

mierci. 

background image

Dziewczynka  wstała,  podeszła  do  łóżeczka  stojącego  tuż  obok  łóżka,  które  dzieliła  z 

bratem. Benjamin jeszcze spał. Leżał pulchny, zdrowy i czarnowłosy, otulony w duże kawałki 

płótna, ale bez powijaków, Marja nie chciała go nimi krępować. 

Amelia  obudziła  dziecko,  delikatnie  łaskocząc  je  pod  nosem.  Zadarty  nosek 

zmarszczył  się,  usta  wykrzywiły  w  półśnie,  lekko  poruszył  głową.  I  zaraz  otworzył  oczy,  te 

osobliwe dziwne oczy, połyskujące złotem. 

Amelia otrzymała na powitanie serdeczny poranny uśmiech i zaraz wyciągnęły się do 

niej dwie pulchne piąstki. 

- Dzień dobry, Benjaminie. Dobrze spałeś? Zobacz, kto tu jest... 

Marja zorientowała się, co zamierza córka. Już chciała się poderwać, zasłonić małego 

fałdami  spódnicy  i  nakazać  Amelii,  by  zabrała  go  z  domu.  Było  jeszcze  za  wcześnie,  zbyt 

niebezpiecznie,  by  narażać  na  taki  widok  Antona.  Wciąż  mógł  balansować  na  granicy 

dzielącej dwa światy. Przecież właśnie z powodu tego dziecka stracił równowagę, sprawiło to 

rozczarowanie  wywołane  przez  jego  jedynego  potomka  spłodzonego  w  tak  późnym  wieku, 

urodzonego przez matkę, która oddała za to życie. 

Dziecko nie było normalne. 

Takie  dzieci  umierały  zwykle  zaraz  po  urodzeniu.  Rzadko  już  się  zdarzało,  by 

wynoszono je do lasu, lecz i tak znikały. Po cichu. Nikt o nie więcej nie pytał. 

Marja  niczym  we  śnie  patrzyła,  jak  córka  niesie  chłopczyka  do  starego.  Chciała 

zbudzić  Karla,  nie  mogła  jednak  ruszyć  się  z  miejsca.  Co  się  teraz  stanie?  Czy  widok 

dzieciaka znów wpędzi Antona w szaleństwo? Czy znów będzie próbował zabić syna? 

Na  myśl  o  tym,  że  po  raz  drugi  pochyli  się  nad  zawiniątkiem  z  Benjaminem 

przerażona,  że  stało  się  najgorsze,  Marja  poczuła,  jak  wokół  serca  zaciska  się  jej  żelazna 

obręcz.  W  ciągu  kilku  sekund,  zanim  Amelia  zdążyła  przejść  przez  izbę,  Marja  dokonała 

odkrycia: 

Pokochała to dziecko. 

Tak jakby było jej własne. 

Niepokój  o  Antona  w  jednej  chwili  stał  się  ledwie  cieniem  lęku,  który  odczuwała  o 

Benjamina. 

Amelia uklękła. Dziecko mamrotało coś po cichu, z kącika ust sączył się strumyczek 

ś

liny.  Język  był  troszkę za  duży,  ale  chłopczyk  umiał  się  uśmiechać,  i  uśmiechał  się  niemal 

bez przerwy od urodzenia. 

background image

- Zobacz, dziadku Antonie, to Benjamin... Anton drgnął. Otworzył oczy, długo patrzył 

na dziewczynkę. Potem jego spojrzenie padło na niemowlę. Marja zacisnęła pięści. Z twarzy 

Antona nic nie dało się wyczytać. 

-  On  jest  człowiekiem  -  cicho  rzekła  z  powagą  Amelia,  jak  gdyby  wyczuwała  żal  i 

rozczarowanie starego. 

Oczy Antona zmętniały, Marja pochyliła się w przód niczym kotka gotowa do ataku w 

obronie młodych. 

Posłyszała, że Karl rusza się w łóżku za jej plecami. 

- On... jest... człowiekiem... 

Ileż bólu w tych słowach! 

I mądrości. 

Nareszcie  niewidzialne  więzy  krępujące  serce  i  ciało  Marji  opadły.  Mogła  się  już 

ruszyć, podejść do nich, przytulić córkę i chłopczyka. 

W oczach zapiekło, ale Marja nie przywykła do płaczu. 

- On jest człowiekiem, Antonie! Masz rację. I myślę... myślę, że ma ojca. 

- To prawda - niewyraźnie odpowiedział stary. - On... ma jej rysy. Widzę to teraz, to 

ż

aden odmieniec. 

-  Antonie!  Wróciłeś  do  nas,  to  nieprawdopodobne,  aż  trudno  uwierzyć!  Ach, 

przyjacielu, jakże się cieszę! 

Na  dźwięk  wesołego  głosu  Karla  uśmiechnęli  się  wszyscy.  To  on  walczył  w  imieniu 

dziecka przeciwko Antonowi, Marji i całej wiosce. 

Anton  sprawiał  wrażenie  całkiem  pozbawionego  sił,  ale  pozwolił  przyjacielowi 

posadzić się na łóżku. Mężczyźni objęli się. Silne ramiona Karla splotły się z bezwładnymi, 

pozbawionymi mięśni rękami Antona. 

-  Teraz  już  wszystko  się  ułoży  -  mruknął  wzruszony  Karl,  zwilżając  łzami  suche 

policzki starego. 

- Och, oby tak było - szepnęła Marja i poszła zawiesić kociołek nad ogniem. 

Teraz, kiedy wszyscy domownicy miewali się dobrze, jej myśli powędrowały dalej. 

Jesień się zbliża. 

A pastor wspominał, że jesienią zamknie szkołę na dobre. 

Marja kroiła słoninę na śniadanie, zgrzytając zębami ze złości. Należała do ludzi, co to 

zajmują  się  zmartwieniami  po  kolei  i  dają  z  siebie  wszystko,  by  znaleźć  jakieś  rozwiązanie. 

Gdy tylko jeden kłopot mają z głowy, zaraz zajmują się następnym. Szkoła od dawna tkwiła 

w jej sercu niczym cierń, stała się symbolem dumy i klęski. 

background image

Gotowa  była  przyznać,  że  jednym  z  powodów,  dla  których  walczyła  o  Antona,  jest 

właśnie szkoła. Bez niego, bez jego pieniędzy i wpływów, nigdy nie udałoby się jej otworzyć. 

Pastor  przecież  już  wtedy  oświadczył,  że  jest  przeciwny  temu  pomysłowi,  ale  po  kilku 

chudych  miesiącach,  kiedy  to  posyłano  przysmaki  na  plebanię,  wreszcie  się  zgodził. 

Demonstracyjnie  wprawdzie  okazał  swą  złą  wolę,  między  innymi  nie  pozwalając  Marji,  by 

była  matką  chrzestną  Benjamina.  Ludzie  jednak  przywykli,  że  wokół  gospodyni  z  Oppdal 

zawsze krążą niespokojne wichry, i o tym skandalu chyba już zapomnieli. 

Ale  Marja  nie  umiała  puścić  tego  w  niepamięć.  Pamiętała  też  dobrze  skrywane  w 

półsłówkach  groźby  pastora.  Revelin  coś  knuł.  Wiedział,  jak  wielkie  znaczenie  ma  dla  niej 

szkoła. Zdawał też sobie sprawę, że nawet drobne ziarenko powszechnej oświaty może kiedyś 

wykiełkować i odebrać proboszczowi jego władzę. 

A Marja niczego bardziej nie pragnęła. 

Ludzie,  maluczcy  i  nędzni,  potrzebowali  każdego,  nawet  najmniejszego  kamyczka  w 

budowaniu swoich wałów obronnych. Jeśli kiedykolwiek mieli zacząć żyć inaczej, wolni od 

nieustających  nacisków  urzędników,  duchownych  i  wielkich  panów,  potrzebna  im  była 

wiedza,  poczucie  własnej  wartości  i  znajomość  spraw,  o  których  milczał  Kościół, 

ś

wiadomość zdrad i oszustw, jakich co dzień dopuszczali się zaufani, których sami wybrali. 

Marja mocniej zamieszała gorący wytopiony tłuszcz. Dosypała mąki i dolała odrobinę 

wody.  Gęstą  przyrumienioną  masę  rozprowadziła  jeszcze  wodą,  nie  miała  mleka,  krowy 

wciąż były w górach. 

Szkoła  znów  musi  zacząć  działać.  To  pierwsza  rzecz,  o  której  pomówi  z  Antonem. 

Wiedziała,  że  może  liczyć  na  jego  wsparcie.  Najpierw  jednak  Anton  na  powrót  stanie  się 

panem w swym własnym domu. Marja uświadomiła sobie, że w tej kwestii lensmana i pastora 

łączył wspólny cel. Mogli okazać się ostrymi skałami, o które łatwo się rozbić. 

-  Jeśli  jest  bodaj  odrobina  sprawiedliwości  na  tym  świecie,  to  wyjdzie  na  nasze  - 

mruknęła pod nosem. 

- Co powiedziałaś? - dopytywał się Karl. 

-  Och,  nic  takiego,  chodźcie  jeść,  a  ja  pomogę  Antonowi.  Obawiam  się,  że  sos  na 

słoninie może się okazać dla niego zbyt ciężki, ale mam wczorajszą zupę na mięsie, jeśli nie 

skwaśniała w tym upale. 

Zeszła do wykopanej w ziemi piwnicy, która zawsze zdumiewała ją swym wilgotnym 

chłodem.  Zupa  przechowała  się  dobrze,  Anton  zjadł  trzy  pełne  łyżki.  Marja  musiała  się 

opanować, by natychmiast nie zacząć mówić o swoich kłopotach ze szkołą. 

Podszedł Karl i uścisnął ją ukradkiem. 

background image

- Czyż to nie jest cudem, moja Marjo, że on wyzdrowiał? 

- To prawda, trudno w to uwierzyć. 

- Marjo, muszę cię o to zapytać. Co ty właściwie robiłaś dziś w nocy? 

Odwróciła głowę, starannie wycierając dawno już czystą drewnianą łyżkę. 

-  Czy  to  były...  czary?  Popatrzyła  mu  w  oczy,  dostrzegła  w  nich  napięcie,  strach  i 

podziw. Przez moment z rozkoszą się w tym pławiła, lecz w końcu powiedziała: 

-  Nie,  to  nic  takiego.  Stare  bzdury.  Byłam  w  rozpaczy.  Ale  to  nie  moje  zabawy 

pomogły Antonowi, tylko... Amelia. 

- To dobre dziecko. Czyż nie mówiłem, że potrafi ożywić kamień? 

-  To  rzeczywiście  dobry  dzieciak,  taka  troskliwa  i  dojrzała.  Trudno  uwierzyć,  że  nie 

ma jeszcze siedmiu lat. 

Karl uśmiechnął się zadowolony. 

Jak inaczej? 

Miał  taką  szarą  młodość,  ubogie  życie  na  dzierżawie  u  stryja..  Marja  odmieniła  jego 

los.  Oczywiście  musiał  wiele  poświęcić  dla  tej  miłości,  lecz  nagroda  przewyższyła  ofiarę. 

Dwoje wspaniałych dzieci. I ten jej ciepły uśmiech, blask w oczach, należący tylko do niego. 

I  jeszcze  spadek,  którego  się  spodziewała,  przez  co  Karl  mógł  odmawiać  przyjęcia 

proponowanych przez stryja najczarniejszych robót. 

- Kocham cię, Marjo. Poczuł, jak obco brzmią te słowa w jego ustach. 

Na  dziedzińcu  kościoła  ludzie  stali  zbici  w  nieduże  gromadki.  Letni  dzień  był  raczej 

pochmurny, niskie chmury otuliły szczyty gór miękką wełną. Ludzie, a przynajmniej kobiety, 

ubrani  byli  w  lekkie  letnie  stroje.  Mężczyźni  pocili  się  w  czarnych  odświętnych  ubraniach, 

niewiele różniących się od tych używanych zimą. Niektórzy z młodych chłopców pościągali 

kurtki, lecz surowe spojrzenia kobiet stojących najwyżej przy schodach kościoła przywołały 

ich  do  porządku.  Kilkoro  dzieci  bawiło  się  w  zagłębieniu  gruntu,  gdzie,  jak  powiadano,  za 

sprawą zaklęć Mogensa jakiś bezczelny młodzieniec zapadł się pod ziemię. 

Marja leciutko drżała z napięcia, uwielbiała takie gry. 

Ubrała obu swych chłopców w najlepsze stroje. Martin dostał nowe czerwone spodnie, 

we  wsi  dotychczas  nigdy  nie  widziano  tak  kolorowo  ubranego  dziecka,  jedynie  pastor 

pokazywał się w barwnych szatach. 

Na  Antona  nie  pasowały  już  jego  stare  ubrania,  sprawiał  wrażenie  niższego  i 

chudszego  niż  dawniej.  Marja  w  nocy  zwęziła  dla  niego  parę  niedzielnych  spodni  Karla, 

kurtce  wystarczyło  kilka  szwów  po  bokach,  dobrze  leżała  po  umieszczeniu  niedużych 

background image

poduszek z wełny w ramionach. Koszule z lnianego bielonego płótna jaśniały. Marja z dumą 

strzepnęła niewidzialny pyłek z kołnierzyka ojczyma. 

Byli  gotowi.  Ujęła  Amelię  za  rękę,  uśmiechnęła  się  ciepło  do  wystrojonej  na  biało 

córeczki.  Sama  Marja  nosiła  niebieską  suknię,  tę  z  tkaną  wstawką  w  pasie  i  srebrną  nitką  u 

rękawów. 

Dzisiaj wieś miała spotkać Antona. Stary uznał, że da radę dojść do kościoła. Nie było 

więc drogi odwrotu, ludzie zobaczą go na własne oczy, porozmawiają z nim i przekonają się, 

ż

e odzyskał rozum. Lensman i pastor przegrają, zanim walka rozpocznie się na dobre. 

Marja  podniosła  twarz  do  zachmurzonego  nieba,  wydało  jej  się,  że  czuje  ciepło 

ukrytego za warstwą obłoków słońca. 

-  Cudowny  dzień  -  rzekła  rozpromieniona.  Wszyscy  wiedzieli,  że  nie  ma  na  myśli 

pogody. 

- Mój Boże, to jest... To nie może być... Anton z Wdowiej Zagrody! 

- Ależ skąd! On jest przecież... 

- Marja z Oppdal go sprowadziła. Nie dość, że ciągnie do kościoła tego odmieńca, to 

teraz jeszcze wlecze jego szalonego ojca. 

- Patrzcie, jak on pewnie kroczy! Wita się i rozmawia. 

- Doprawdy? Czy to możliwe? Sam muszę to zobaczyć. 

Z  początku  wśród  ludzi  rozległy  się  szepty,  wymieniano  pytające  spojrzenia. 

Przestępowano z nogi na nogę, dłonie podrywały się do ust. 

Anton  tu  i  ówdzie  zamienił  z  kimś  kilka  słów.  Tłum  pod  kościołem  rozstąpił  się  na 

boki,  pozwalając  mu  bez  przeszkód  przejść.  Lensman,  zajęty  konwersacją  z  pomocnikiem 

asesora i nowym dzwonnikiem, wyraźnie pobladł. Spojrzenia ciekawskich zatrzymały się na 

nim,  na  błyszczących  guzikach  dumnego  munduru.  Z  oczu  lensmana  bił  chłód,  chociaż  usta 

rozciągnęły się w uśmiechu. 

W  momencie  gdy  Anton  do  niego  doszedł,  jak  na  komendę  ucichły  szepty  i 

pogaduszki.  Zebrani wstrzymali oddech, gdy  Anton wyciągnął  rękę i dostojnie przywitał się 

ze swym opiekunem. 

- Dzień dobry, lensmanie. Jak z twoim zdrowiem? Dawno cię nie widziałem... 

Oczy Antona lśniły rozbawieniem. 

- Anton! Ale... ale... ty jesteś zdrowy? 

-  Owszem,  dziękuję.  Nareszcie  wydostałem  się  z  głębokiej  doliny  mrocznego  żalu. 

Moja  ukochana  żona...  Nigdy  nie  przestanę  ubolewać  nad  jej  stratą.  Teraz  jednak  jestem  w 

stanie oderwać myśli od doliny rozpaczy - oświadczył uroczyście i wyraźnie. 

background image

Nowy  dzwonnik  wolno  pokiwał  głową  z  uśmiechem.  Podeszła  do  nich  rosła, 

wystrojona kobieta. Z irytacją szarpnęła męża za rękaw. 

- Nie stój jak słup soli. Wypełnij swój obowiązek, zadbaj o to, żeby szaleniec wrócił 

tam, gdzie jego miejsce, zanim zdarzy się nieszczęście, słyszysz? 

Lensman  nie  wiedział,  co  robić.  Bystro  patrzące  oczy  Antona  jednym  spojrzeniem 

zniweczyły jego marzenia o spokojnej starości jako pana Wdowiej Zagrody. 

No cóż. 

Jeśli  rzeczywiście  przegrał,  no  to  przegrał.  I  tak  nie  grozi  mu  głód.  Ale  wina  będzie 

mu brakowało. Lensman, rzec można, przyzwyczaił się już do słodkiego napitku z piwniczki 

Antona. Tego nadzwyczajnego luksusu, którym rozkoszował się przez ostatnie miesiące. 

-  Miło  cię  widzieć  -  oświadczył  spokojnym  tonem  i  nareszcie  ujął  wyciągniętą  do 

niego rękę Antona. Rozgniewana żona odeszła pospiesznie. 

-  Idę  do  pastora  -  krzyknęła  na  odchodnym.  -  Oszalałeś  tak  samo  jak  twój 

podopieczny, lensmanie. 

Ludzie  nie  kryli  wesołości.  Taka  scena  wynagradzała  niemal  z  nawiązką  trwającą 

blisko  cztery  godziny  nużącą  ceremonię,  jaka  czekała  ich,  gdy  tylko  dadzą  się  pochłonąć 

wielkiej nawie otwierającej się za szarym portalem. 

W oczach Nadjany obserwującej spotkanie Antona z lensmanem pojawiły się iskierki 

rozbawienia.  Stała  u  boku  teścia,  skryta  za  węgłem.  Słyszała,  jak  Revelin  zaczął  ciężko 

oddychać, gdy Marja Oppdal z wyniosłą miną podprowadzała ojczyma do lensmana. 

- Co się dzieje? - szeptem spytała Nadjana. 

-  Ta  dziewucha  znów  zaczyna.  Nie  powstrzyma  się  przed  żadnymi  środkami,  chytra 

baba! 

- Baba? Nie ma nawet tylu lat co... 

- To prawda, jest bezwstydnie młoda - syknął pastor przez zęby. 

- Dlaczego lensmanowa tak się rozzłościła? 

- Cieszyła się pewnie, że usadzi ten swój szeroki zadek w pięknym salonie Wdowiej 

Zagrody. I niech mnie szatan porwie, jeśli nie wolałbym widzieć tam jej tyłka, zamiast... tego 

babska z Oppdal - splunął. 

Nadjanę  nieco  zdumiała  ta  nieprzejednana  nienawiść  teścia  do  Marji  Oppdal. 

Owszem,  rozumiała,  że  kobieta  może  prowokować,  sprawiała  wrażenie  śmiałej,  wręcz 

bezczelnej.  Chodziła  z  zuchwale  podniesioną  głową,  tak  że  przedstawiciele  władzy  musieli 

wprost marzyć o przygięciu jej karku. Nadjana uśmiechnęła się złośliwie, pamiętała paniczną 

ucieczkę tej kobiety na wiadomość o małżeństwie Justitiana. Nieszczęsna myślała, że jej mło-

background image

dzieńcza miłość wróciła  do domu i nadal będzie  jej zabawką!  Ale Marja  Oppdal przekonała 

się,  jak  bardzo  się  pomyliła.  Nikomu  nie  wolno  więcej  bawić  się  Justitianem.  Już  ona, 

Nadjana,  zatroszczy  się  o  to,  by  okres  jego  upokorzeń  się  skończył.  Najpierw  ojciec,  potem 

inni. Godność Justitiana była najważniejszym celem Nadjany. 

Ż

ałowała, że nie może go teraz zobaczyć. Ciekawe, jak by zareagował? Co on czuł dla 

tej  kobiety?  Czy  mogła  stanowić  jakieś  zagrożenie?  A  może  już  o  niej  zapomniał,  tak  jak 

mówił wtedy w chacie dzwonnika? 

Nadjana  nie  lubiła  rywalek,  przywykła,  by  być  najpierwszą  wśród  pań,  by  jako 

pierwsza  częstować  się  z  półmiska.  Bawiło  ją  zainteresowanie  innych  kobiet  jej 

mężczyznami,  właściwie  stanowiło  część  emocji,  jeśli  jednak  mężczyzna  potajemnie  darzył 

sympatią tę drugą, to zupełnie inna sprawa. 

Nadjana  bacznie  się  przyglądała  czarnowłosej  dziewczynie.  Stwierdziła,  że  jest 

piękna.  Całkiem  inna  niż  ona  sama,  czarna  jak  noc,  o  miękkim  kocim  ciele,  usta  miała 

czerwone,  jakby  je  umalowała,  ale  przecież  ta  wioskowa  piękność  nigdy  nawet  nie  widziała 

szminki. 

Nadjana  spod  zmrużonych  oczu  śledziła  każdy  ruch  Marji.  Jej  mąż  wyglądał  na 

sympatycznego człowieka, bezbarwne włosy, lekki zarost, pełne usta, duże ręce i silne ciało. 

Z pewnością anioł. Kobieca intuicja podpowiedziała Nadjanie, że małżonkowie ulepieni są z 

całkiem różnej gliny. 

Irytacja pastora rozbawiła ją jeszcze bardziej. 

Miała  wrażenie,  że  czuje  jego  wrogość  niczym  lodowaty  powiew  za  plecami,  i 

cieszyła się, że przynajmniej w tej sprawie mogą mieć w przybliżeniu zgodną opinię. 

Nadjana  zrozumiała,  że  ta  Marja  z  pewnością  za  bardzo  rządzi  się  w  wiosce.  Może 

odgrywać  wśród  kobiet  rolę  przewodniczki,  wywalczyła  sobie  bowiem  przyjaźń  i  szacunek, 

chciała piąć się do góry jak damy, które Nadjana obserwowała na królewskim dworze. Ale co 

chciała osiągnąć? Co sprawiło, że postanowiła wyłamać się z szeregów rządzonej surowymi 

zasadami  społeczności?  Jakim  wdziękiem  i  mocą  się  posłużyła,  że  otoczenie  zaakceptowało 

ją mimo jej odmienności? 

Nadjana oblizała kącik ust. Doprawdy, to może być zabawne. 

Być może uda jej się jednym uderzeniem zabić dwie, a nawet trzy muchy. 

Jeszcze bardziej umocni pozycję Justitiana we wsi. 

Przeżyje  takie  same  emocje  jak  wtedy,  gdy  wśród  kopenhaskiej  szlachty  zdobywała 

szczególną pozycję, konkurując z podobnymi sobie. 

background image

Będzie  też  mogła  zbliżyć  się  o  krok  do  człowieka  skrywającego  niebezpieczną 

tajemnicę. Do Revelina. 

Marja poczuła na plecach świdrujące spojrzenie szarych jak dym oczu. Odwróciła się, 

dostrzegła  piękną  kobietę  przy  rogu  kościoła.  Najpierw  zachwyciła  ją  jej  suknia,  później  na 

moment przykuł uwagę wyraz oczu nieznajomej. 

Co też maluje się na twarzy tej obcej? 

Czy to nienawiść? 

Marja przełknęła ślinę. 

Nie, to coś innego. 

Wyzwanie. Rozbawienie. I chłodna, wyrachowana wola walki. 

Marja  domyślała  się,  że  żona  Justitiana  może  wiedzieć  trochę  za  dużo.  Przeszedł  ją 

dreszcz. Przygarnęła do siebie Amelię i Martina, ukryła dzieci przed spojrzeniem przepięknej 

bogini, stojącej pod murem kościoła, przerażona, że tamtej może wystarczyć jedno spojrzenie, 

by odkryła grzeszne pochodzenie bliźniąt. 

Marja zesztywniała na ławce, rozbolały ją barki. Już od blisko dwóch godzin zebrani 

w  kościele  słuchali  wygłaszanych  przez  Revelina  nie  kończących  się  opisów  sądu 

ostatecznego.  Kobiety  po  lewej  stronie  usadowiły  się  rządkami  niczym  nieduże  pagórki. 

Najbiedniejsi  stali  z  tyłu.  Marji  po  raz  pierwszy  zdarzyło  się  siedzieć  podczas  nabożeństwa, 

Anton jasno dał do zrozumienia, że żadną miarą nie pozwoli pomniejszyć godności córki swej 

ż

ony,  Karl  zaś  nawet  drgnięciem  powieki  nie  zdradził,  że  z  tym  pokrewieństwem  łączy  się 

pewna  mroczna  tajemnica.  Nikt  nie  musi  znać  sekretu  Marji.  Jego  żona  właściwie  nie  była 

córką  Gjertrud,  jej  prawdziwa  matka  przychodziła  kiedyś  do  tego  kościoła,  mieszkała  w  tej 

wsi.  Legendarna  Maria  czarownica,  zwana  też  Aniołem.  Karl  od  małego  słyszał,  jak  dorośli 

rozmawiają  o  niej,  jak  powtarzają  szeptem  emocjonujące  historie  o  niezwykłej  pani 

Mogensowej Skanke, która leczyła chorych i kąpała się nago w rzece. 

Anton bez wahania zajął swe dawne miejsce w „klatce dla ptaków”, było to honorowe 

miejsce, dzielił je z dwoma innymi zamożnymi  gospodarzami. A jego imię zostało na wieki 

wyryte pod sklepieniem kościoła na pozłacanej tabliczce ponad drzwiami wejściowymi. 

Ś

piewali  stare,  dobrze  znane  psalmy,  mówiące  przede  wszystkim  o  śmierci  i  sądzie, 

grzechu i karze. 

Wargi  Marji  poruszały  się,  lecz  spomiędzy  nich  nie  wydobywał  się  żaden  dźwięk. 

Spuściła  oczy,  popatrzyła  w  bok,  siedziała  tam  młoda  gospodyni  z  Solgarden  z  dzieckiem 

przy piersi. Do końca nabożeństwa wciąż pozostawało jeszcze parę godzin. 

background image

Marja  czuła,  że  Nadjana  się  jej  przygląda.  Wyczuwała  jej  spojrzenie,  nie  chciała 

jednak podnosić głowy, by je napotkać. Bała się tego, co tym razem zdoła w nim wyczytać. 

Na  chłodno  starała  się  ocenić,  o  co  tamtej  mogło  chodzić.  Czyżby  Nadjana  zamierzała 

wpłynąć  na  Justitiana  i  odciąć  strumień  darów  płynących  dla  szkoły?  Czy  Marja  straci 

sojusznika i przyjaciela? 

Czy też może Nadjana chce czegoś więcej? 

Kim ona jest? 

Pytania  jedno  za  drugim  cisnęły  się  Marji  do  głowy.  Na  żadne  nie  umiała  znaleźć 

odpowiedzi, ale gdzieś w głębi jej duszy przebudził się stary troll. Nigdy nie była osobą co-

fającą się w obliczu wyzwania. Żadna rozpieszczona duńska baronówna nie zniszczy tego, co 

zbudowała Marja. 

Nareszcie  rozdzwoniły  się  dzwony.  Trzy  razy  po  trzy  uderzenia.  Nabożeństwo 

dobiegło końca. Ludzie powstrzymywali zbyt prędkie kroki, starali się nie zmierzać za szybko 

ku  wyjściu.  Marja  niosła  Benjamina  na  ręku,  ale  Karl  zaraz  zaofiarował  się,  że  odbierze  jej 

ciężar.  Amelia  i  Martin  pobiegli  przodem  wraz  z  innymi  chętnymi  do  zabawy  dziećmi, 

których  gromadka  zebrała  się  wnet  pod  murami  kościoła.  Wprawdzie  był  już  wieczór,  lecz 

zostało jeszcze trochę czasu na zabawę, zanim rodzice zaczną rozchodzić się do domów. 

Nadjana  kroczyła  sama,  majestatycznie  niczym  królowa,  rozdając  na  lewo  i  prawo 

uśmiechy.  Kobiety  podchodziły  do  niej  pokornie,  pozwalała  dotknąć  materiału  swej 

niezwykłej  sukni.  Składały  ręce  na  widok  pereł,  które  Nadjana  nosiła  na  szyi,  nigdy  nie 

widziały nic piękniejszego od jedwabnego haftu przy dekolcie i na trenie sukni. 

Stary troll Marji przebudził się już na dobre. 

Poczuła, jak wzbiera w jej piersi gniew, wiedziała, że twarz marszczy się jej w mało 

przyjemny sposób. 

Marja  przywykła  do  nietajonego  podziwu  mężczyzn,  był  czymś  oczywistym. 

Umacniał jej poczucie własnej wartości. Wiedziała, jaką moc ma nad nimi. Teraz wstrząśnięta 

patrzyła, jak tłoczą się wokół baronówny, zapatrzeni w nią niby spragnione łakoci dzieci. 

A przecież to wokół niej zawsze tłoczyli się po nabożeństwie. 

- Chodź - Karl pociągnął ją za rękę. Wiedziała, że zorientował się w sytuacji. 

-  Nie  -  syknęła  Marja.  -  Zostajemy.  Miałabym  przekradać  się  stąd  jak  gąsiątko  z 

kaczej sadzawki? 

- Ty jesteś łabędziem - ogrzał jej ucho oddechem. 

- Chcę ją poznać, pokazać jej... - oświadczyła Marja. 

background image

Karl  odmówił  w  duchu  modlitwę,  prosząc,  by  żona  powstrzymała  się  od  kolejnego 

wybuchu.  Znał  już  ten  szczególny  błysk  w  jej  oczach.  Teraz  znów  zapłonęły,  a  to  zawsze 

oznaczało  nieprzyjemności.  Stał  z  dzieckiem  na  ręku  i  czuł,  jak  spala  go  wstyd.  Za  nic  na 

ś

wiecie  nie  ośmieliłby  się  ująć  tej  nadziemsko  pięknej  baronówny  za  rękę.  I  tak  nie 

zrozumiałby,  co  ona  mówi,  duńska  mowa  jest  wszak  taka  niewyraźna.  Marję  zawstydziłaby 

być może jego nieporadność, lepiej zostać tutaj, trzymać się z daleka. 

- Marja - Karl chce się przywitać z baronówną - rozległ się jakiś głos z tyłu. 

Karl  nabrał  powietrza  w  płuca,  spokojnie  je  wypuścił,  tyle  jeszcze  mógł  znieść. 

Nieobce mu były złośliwości dwóch nieokrzesanych synów stryja. Miał jednak dość siły, by 

nie  zareagować  gniewem.  Dopóki  Marja  należała  tylko  do  niego,  spokojnie  przełykał 

wszelkie obelgi, uważając, że płyną z czystej zazdrości. 

Ujrzał, jak żona staje w kręgu kobiet otaczających Nadjanę. Mężczyźni trzymali się z 

daleka, lecz tym bardziej wypatrywali sobie oczy. 

Wśród płótna i wełniaków chwilami błyskał jedwab, Nadjana była niczym paw wśród 

wróbli.  Lśniącym,  połyskującym  i  obcym  tu  stworzeniem,  równie  jasnym  jak  letnie  niebo, 

które zaczęło wyłaniać się spomiędzy chmur. 

Marja stanowiła jej przeciwieństwo. Karl zorientował się, że obie kobiety wyróżniają 

się  spośród  tłumu,  lecz  uroda  Marji  była  gorąca,  intensywna  i  taka  ziemska,  Nadjany  zaś 

eteryczna, zwiewna. 

Marja postąpiła o krok do przodu, dwie panny z  Do - sen niechętnie odsunęły się na 

bok.  Karl  nie  słyszał  słów,  jakie  zostały  wypowiedziane,  zauważył  jednak,  że  wąskie  brwi 

Nadjany odrobinę się ściągają. 

-  Witaj  we  wsi,  nie  miałam  wcześniej  okazji,  by  ci  to  powiedzieć  -  śmiało  odezwała 

się  Marja,  patrząc  prosto  w  oczy  Nadjanie.  Wąska  dłoń,  która  się  do  niej  wyciągnęła,  była 

biała i miękka jak rączka niemowlęcia. 

- Dziękuję, ty jesteś Marja Oppdal? 

-  Tak.  -  Marja  na  moment  zawiesiła  głos,  by  zaraz  podjąć  z  aż  nadto  wyszukaną 

uprzejmością: - Pozwól mi wyrazić swą radość z twego przybycia, baronówno. Wielu nas w 

tej wiosce zastanawiało się, co się stanie z biednym Justitianem Revelinem. Jak on się zresztą 

miewa? Wciąż jest taki słabowity? 

Marja  mówiła  cicho,  lecz  jej  słowa  na  pewno  dotarły  do  najbliżej  stojących  kobiet. 

Nie powiedziała niczego szczególnego, lecz ta cudzoziemka na pewno wychwyciła ich ton. 

I rzeczywiście, Nadjana zesztywniała. 

background image

Czy  Marja  Oppdal  zdaje  sobie  sprawę,  jak  bardzo  można  jej  dokuczyć,  nazywając 

męża słabym? 

- Justitian wkrótce stanie na nogi - oświadczyła krótko. 

-  O,  tak,  miejmy  taką  nadzieję.  -  Marja  uśmiechnęła  się  przymilnie.  -  Inaczej  szkoda 

by było,  gdyby baronówna... Ale znała chyba kondycję przyszłego męża, nigdy nie był zbyt 

silny. 

W tych ostatnich słowach kryło się podwójne znaczenie. 

Teraz Nadjana odpowiedziała szeptem: 

-  Powinnaś  się  bardziej  pilnować,  Marjo  Oppdal.  Ty  najbardziej  ze  wszystkich 

powinnaś się wystrzegać, by nie wyrażać się o Justitianie bez szacunku. Nietrudno zrozumieć, 

ż

e  od  dawna  już  za  nim  latasz.  Tam,  skąd  pochodzę,  mamy  na  takie  jak  ty  pewne  zabawne 

słowo. 

Twarz Marji spłonęła rumieńcem. 

-  Tam,  skąd  pochodzę,  nie  pozwalamy  się  obrażać  bladym  obcym  kobietom,  które 

nigdy w życiu nie zajmowały się żadną uczciwą pracą - odpowiedziała jadowicie. 

- Szkoda mi ciebie, zrozumiałam, że już pierwszego wieczoru przyszłaś z jakąś sprawą 

do Justitiana. Ach, moja droga, jaką przyjemność sprawił mi twój widok w drzwiach! 

Marja  nie  zdążyła  się  zastanowić.  Nie  zapanowała  nad  własną  ręką,  nagle 

zorientowała się, że palce jej płoną, a na lewym policzku Nadjany wykwita czerwona róża. 

I znów na dziedzińcu kościoła zapadła cisza. Marji w oczach zakręciły się łzy wstydu i 

gniewu. Pożałowała swego postępku już w momencie, gdy padało uderzenie, było jednak za 

późno.  Stała  w  miejscu  jak  skamieniała,  całkowicie  nieprzygotowana  na  cios  zwiniętej  w 

kułak pięści eleganckiej baronówny, który trafił ją w twarz, aż zadzwoniły wszystkie zęby. A 

wtedy  cały  rozsądek  ustąpił  szalonej  wściekłości  Marja  uderzyła  jeszcze  raz,  złapała  za 

pieczołowicie ułożone białe włosy, pociągnęła za nie, wbijając jednocześnie łokieć w brzuch 

obcej.  Mało  brakowało,  a  potoczyłyby  się  na  trawę,  gdyby  dwaj  młodzi  chłopcy  nie  pod-

skoczyli do Marji od tyłu i nie odciągnęli kobiet od siebie. 

Nadjana  dostrzegła  dzikość  w  oczach  swej  przeciwniczki.  Ta  tutaj  to  prawdziwa 

drapieżna kotka! Nadjanę na moment ogarnęło niezwykłe wrażenie, że kiedyś już przeżyła tę 

scenę. 

Chłopcy odepchnęli Marję na bok i zajęli się Nadjana. Inni ludzie stali wokół nich jak 

kamienne słupy. Czegoś podobnego nikt nigdy jeszcze nie widział. 

-  Czy  ona  wyrządziła  pani  krzywdę,  baronówno?  Mam  nadzieję,  że  przyjmie  pani 

najgłębsze przeprosiny za naszą daleką kuzynkę. Zawsze była trochę nieobliczalna. 

background image

Młodzi  mężczyźni  odprowadzili  Nadjanę  do  bramy  i  dalej  przez  dziedziniec  na 

plebanię.  Podziękowała  im  wyniośle,  nie  wypowiadając  ani  słowa  na  pożegnanie.  Kuzyni 

Karla  spluwając  odeszli  stamtąd  z  rękami  w  kieszeniach.  Odprowadzało  ich  wiele  pełnych 

podziwu spojrzeń ludzi stojących pod murem kościoła. 

Jakież to dziwne przeżycie, myślała Nadjana. 

Delikatnym  palcem  próbowała  ochłodzić  rozpalony  policzek.  Z  sukni  zdjęła  kilka 

włosów. Uznała, że Marja jest godną jej przeciwniczką. 

-  Wszystko  widziałem  - oświadczył  Revelin.”  -  Teraz  już  ją mamy.  Teraz  już  będzie 

koniec. 

Rozpłomieniony,  spocony,  oddychał  ciężko.  Knykcie  palców  pobielały  mu,  jakby 

chciał  zgnieść  trzymany  w  dłoniach  kielich.  Nadjana  spokojnie  przyglądała  się  staremu 

pastorowi. Zachowywał się tak, jak tego chciała. 

- Jak się miewa Justitian? - spytała i, wyminąwszy teścia, weszła na schody. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Benjamin  nie  okazywał  najmniejszej  nawet  chęci  poznania  świata  poza  twarzami, 

które  przypadkiem  go  mijały.  Był  dobrym  dzieckiem,  spokojnym  i  uśmiechniętym.  Może 

dlatego  tak  łatwo  go  polubić,  zastanawiała  się  Marja.  Kiedy  Karl  zażądał,  by  zajęli  się 

dzieckiem,  zastępując  Antona  i  Gjertrud,  chłopczyk  wydawał  się  Marji  tylko  kamieniem  u 

szyi,  kolejną  przeszkodą  w  zrealizowaniu  planów  zemsty.  Pięć  lat  wyczekiwała  powrotu 

Justitiana, młody chłopak odesłany z domu miał się stać jej najpotężniejszym orężem w walce 

z Revelinem. 

Gdy  powrócił  do  domu  z  żoną,  Marja  się  poddała.  Dopiero  wtedy,  na  widok  pięknej 

małżonki dawnego kochanka, zdała sobie sprawę, jakimi fantazjami dotychczas się karmiła. 

Zemsta, której podporządkowała całe swoje życie, rozwiała się niczym czarny dym w 

promieniach  słońca.  Uszczęśliwiona  dziękowała  dobrym  mocom,  że  we  mgle,  która  ją 

otaczała,  nie  pobłądziła  tak  daleko,  by  stracić  to,  co  naprawdę  miało  znaczenie:  Karla.  I 

dzieci. 

Było jednak do tego bardzo blisko. 

Ostatnie miesiące jawiły się jako pasmo codziennych małych cudów. Bliźnięta kwitły, 

poweselały,  były  bardziej  otwarte,  więcej  śpiewały.  Marja  musiała  przyznać,  że  nałożyła  na 

dzieci zbyt wielki ciężar, ton nienawiści, goryczy i zimna mógł odbić się na całym ich życiu. 

Modliła  się,  by  jeszcze  był  czas.  Czas  na  pokazanie  im  dobrych  stron  istnienia, 

nauczenie  miłości  i  współczucia.  Dzieci  nie  miały  nic  przeciwko  dzieleniu  się  tym  z 

Benjaminem. 

- Patrz, on chyba próbuje złapać mnie za włosy! - powiedziała Amelia. 

Dziewczynka nigdy nie miała dość zabawy z nieszczęsnym malcem. Mogła godzinami 

leżeć pod cienistym drzewem i pokazywać mu zabawnie szeleszczące listki. 

Marja  również  usadowiła  się  na  trawie  jak  mała  dziewczynka  ze  spódnicą 

podciągniętą  nad  kolana.  Lipcowy  dzień  był  nadzwyczaj  upalny.  Nie  zazdrościły  kosiarzom 

zmagającym się z układaniem siana na stojakach. 

-  Co  się  z  nim  stanie?  -  cicho  spytała  Amelia.  Marja  zorientowała  się,  że  córeczka  z 

lękiem czeka na odpowiedź. 

- Nie wiem, malutka. Nikt nie wie. Ani jeśli chodzi o niego, ani o inne dzieci. 

- Ale on... chyba nigdy duży nie urośnie? 

background image

-  To  prawda  -  odparła  Marja,  delikatnie  gładząc  jasne  włosy  dziewczynki.  Jakie  to 

dziwne, że mała tak wiele rozumie. 

- Nie ma na to żadnego lekarstwa? 

- Chyba nie. Ta choroba... Może kiedyś uda się jej zaradzić. 

- Czy on będzie taki... jak tamta? 

Marja  wiedziała,  kogo  Amelia  ma  na  myśli:  dziewczynkę  towarzyszącą 

kataryniarzowi, straszny zaśliniony przykład czarnego humoru Boga. 

-  Nie,  na  pewno  będzie...  ładniejszy.  Bo  jemu  będzie  lepiej,  już  my  się  o  to 

zatroszczymy, prawda, kochanie? 

- Tak, mamo. Nie przejmuję się tym, co mówią inni. Serce Marji rosło z dumy. 

- Wspaniale, kochana Amelio, już jesteś dobrą mamą. 

- Kiedy się ze mną drażnią, tylko go mocniej przytulam i mówię, że są głupi i źli. 

-  Cóż,  być  może  rzeczywiście  są  głupi.  Pamiętaj  jednak,  że  większość  ludzi  nas 

właśnie uważa za dziwnych, takich dzieci jak Benjamin wielu się boi. Wierzą, że mieszkają w 

nich demony i zło. 

- A więc są głupi. Wszyscy chyba widzą, jaki on jest miły. 

Marja  uśmiechnęła  się  i  skinęła  głową.  Dziękowała  Bogu,  że  Amelia  nie  słyszała  jej 

słów, wypowiedzianych do Karla, gdy Anton odmówił dziecku jedzenia. 

Marja  wciągnęła  w  płuca  ciepłe,  wilgotne  letnie  powietrze.  Upał  zaczynał  mijać, 

słońce  zniżało  się  już  ku  zachodowi.  Nad  fiordem  zebrało  się  kilka  chmur,  wprawiając 

wreszcie powietrze w ruch. 

- No, myślę, że musimy  zabrać się do roboty. Wolisz zrobić pranie czy  przygotować 

jedzenie? 

- Jedzenie - ucieszyła się Amelia i zręcznie posadziła sobie Benjamina na biodrze. - A 

ty idź, mamo, tylko nie zapomnij o mojej niedzielnej sukience. Pobrudziłam się... 

Marja  z  dumą  obserwowała,  jak  dziewczynka  zmierza  do  domu.  Niemowlę 

bezpiecznie  siedziało  na  jej  biodrze.  Przytrzymująca  Benjamina  chuda  opalona  rączka  była 

najbardziej bezpieczną rzeczą na świecie, jaką być może znał. 

Amelia  była  ślicznym  dzieckiem.  Łagodna  i  życzliwa,  zawsze  pełna  troski  i 

współczucia  dla  słabych.  Marji  podobały  się  te  cechy.  Na  pewno  dzięki  nim  życie  Amelii 

będzie mniej dramatyczne niż jej własne. 

Dziecko miało też ową zdolność. Gorące dłonie. 

background image

Marja  chętnie  by  jej  tego  oszczędziła.  Przy  odrobinie  szczęścia  jednak  Amelia  nigdy 

tego  nie  odkryje.  Córka  będzie  mogła  żyć  tak  jak  ona,  z  ową  siłą  uśpioną  w  niej,  nie  ma 

wszak już Kari, która mogłaby ją przebudzić. 

Amelia  wyjdzie  za  mąż,  urodzi  piękne  dzieci,  może  w  jej życiu  znajdzie  się  również 

miejsce dla Benjamina, gdy jej rodzice nie będą się już w stanie nim zajmować... 

Malec był tak zdrowy i silny, że Marja przestała już mieć wątpliwości co do tego, czy 

przeżyje.  I  może,  może  dane  mu  będzie  zbliżyć  się  z  własnym  ojcem.  Anton  jest  stary,  a 

dziecku na dorośniecie potrzeba wiele czasu. Marja wiedziała jednak, że pierwszy krok mają 

już za sobą. Anton widział dziecko i uznał je za człowieka, w tych słowach kryło się więcej, 

niż  Marja  oczekiwała.  Wkrótce  nadejdzie  czas,  kiedy  będą  mogli  zabrać  Benjamina  do 

Wdowiej Zagrody. 

Marja miała tam jeszcze jedną sprawę do załatwienia. 

W ciągu miesiąca wiadomość ó szkole znów powinna się rozejść wśród mieszkańców 

wsi.  Czekało  ją  wielkie  zadanie.  Liczyła  się  z  tym,  że  również  w  tym  roku  będzie  musiała 

dreptać od zagrody do zagrody i wypijając dzbany kwaśnego mleka i piwa, układać się z ro-

dzicami.  Nie  wszyscy  dostrzegali  korzyści  płynące  z  opanowania  przez  ich  dzieci  sztuki 

czytania. Nie wszystkim się podobało, że dzieci więcej będą wiedzieć o świecie niż oni sami. 

Wielu bało się także pastora i wolało nie mieszać się do jawnej walki między najbogatszymi a 

najświętszymi we wsi. Marja podkreślała, że również zatrzymując dzieci w domu, opowiadają 

się  po  jednej  ze  stron.  Wielu  takie  słowa  zmusiły  do  zastanowienia.  Do  kogóż  bowiem,  jak 

nie do Antona z Wdowiej Zagrody mogli się zwrócić, gdy komorę z ziarnem wymiotło już do 

czysta, a zima nie chciała popuścić? 

Pójdzie tam już jutro. Zabierze ze sobą Benjamina i być może Amelię. Martin zwykle 

towarzyszył  ojcu  w  pracy  i  Marja  uważała,  że  tak  jest  najlepiej.  Wszak  to  naturalne,  że  syn 

trzyma  się  ojca.  Ona,  matka,  nigdy  nie  zdołała  nawiązać  pełnego  kontaktu  z  tym  dziwnym 

dzieckiem. Miał takie mądre oczy... jak gdyby się domyślał, że matka ukrywa przed nim coś 

ważnego. 

Mimo woli Marja zadrżała. Zanurzyła ręce w rzecznej wodzie, zdumiało ją jej ciepło. 

Rozłożyła  ubrania  na  kamieniach,  natarła  ługowym  mydłem.  Było  dobre,  lecz  nie 

pachniało  przyjemnie,  a  ręce  robiły  się  od  niego  jeszcze  bardziej  szorstkie.  Postanowiła 

znaleźć  lepszy  sposób  na  gotowanie  mydła,  nie  może  być  takie  żrące.  A  jakby  tak  dodać 

jakichś ziół, takich, od których skóra robi się miękka, a rany i egzemy lepiej się goją? Może 

trochę  oleju?  Postanowiła  spróbować,  gdy  tylko  znajdzie  czas.  Ale  nie  nastąpi  to  znów  tak 

background image

szybko.  Marja  nigdy  nie  należała  do  kobiet  wybierających  domowe  zajęcia,  kiedy  ważne 

sprawy pozostają nie załatwione. 

Wkładała  w  uderzenia  ubraniem  o  kamień  coraz  większą  siłę.  Bawiła  się,  po 

dziecinnemu  wyobrażając  sobie,  że  ten  gładki  szary  kamień  to  tyłek  baronówny...  To  ci 

dopiero strojnisia! 

Twarz Marji zapłonęła wstydem i gniewem na wspomnienie niedzieli, gdy starły się z 

Nadjaną  jak  suki  na  oczach  całej  parafii.  Nie  był  to  mądry  postępek.  Marja  nienawidziła, 

kiedy ktoś się z niej śmiał. A najgłośniej zapewne śmiał się sam Revelin. 

Wyniosła  cudzoziemka  jeszcze  kiedyś  pożałuje.  Jest  tu  w  wiosce  obca.  Marja  wciąż 

jeszcze nie porzuciła myśli o wykorzystaniu Justitiana. Znała  go dobrze, to niemożliwe, aby 

tamten niepewny chłopak, którym tak łatwo było pokierować, na dobre został w Kopenhadze. 

Gdy tylko wyzdrowieje... 

W  pokoju  chorego  Justitiana  powietrze  ani  drgnęło.  Unosił  się  tu  przykry  słodkawy 

zapach,  którego  Nadjana  szczerze  nienawidziła.  Mimo  to  co  wieczór  przesiadywała  przy 

mężu godzinami. Przykro było patrzeć, jak leży taki wycieńczony. Za każdym razem, gdy ko-

lejny atak chrapliwego kaszlu wstrząsał coraz bardziej wychudzonym ciałem, wzbierał w niej 

strach, że jego dni są policzone. 

Nadjana miała dla niego wiele serca, lecz namiętność i podniecenie, którymi porwał ją 

ów syn norweskiego pastora, zniknęły. 

Kładła  mu  na  czole  wilgotne  okłady,  gdy  pocił  się  od  gorączki  w  lipcowym  upale. 

Kiedy drżał, wstrząsany dreszczami, przynosiła cieple okrycia z zimowej komory. Smarowała 

mu  rany  nalewką,  wyciągniętą  z  podróżnej  skrzyni,  lecz  nie  bardzo  wiedziała,  czy  to 

właściwe lekarstwo na tę chorobę. 

Przeklęty  wieśniaczy  kraj!  W  Kopenhadze  na  pewno  znalazłoby  się  dość  lekarzy, 

którzy uzdrowiliby Justitiana w mgnieniu oka. Ale przecież to ona sama zabrała go stamtąd... 

W pewnym sensie była więc za wszystko odpowiedzialna. 

Czy  powinna  jechać  do  lekarza  do  Bergen?  Dobrze  wiedziała,  że  ludzie z  tego  stanu 

nie  zapuszczą  się  na  pustkowia  tylko  po  to,  by  wyleczyć  jakiegoś  nieszczęśnika.  Więcej 

pieniędzy  mogli  zarobić,  zajmując  się  zamożnymi  obywatelami  czy  kupcami  w  dużym 

mieście. Jedynym, co mogło wpłynąć na zmianę ich zdania, był jej tytuł. 

Bała się wyjeżdżać. 

On może umrzeć, kiedy jej nie będzie, a wtedy nigdy sobie tego nie wybaczy. 

Jakże chętnie widziałaby teraz tutaj Marię ze szkieru. Wprawdzie Nadjana nie była do 

niej  nastawiona  życzliwie,  ale  jednak  dość  się  na  nią  napatrzyła,  by  nabrać  wielkiego 

background image

szacunku dla jej umiejętności. Rany, które leczyła... Na wszystko znajdowała radę, z pewno-

ś

cią  uratowałaby  Justitiana.  Nadjana  nie  miała  pojęcia,  dlaczego  obraz  kobiety  z  odległej 

przeszłości  pojawił  się  teraz  tak  nieoczekiwanie.  Być  może  przez  owo  gorszące  zajście  z 

wieśniaczką  noszącą  to  samo  imię...  Może  właśnie  ta  walka  przywołała  z  pamięci  obraz 

tamtej. Z jasnowłosą Marią też się starła. Kobieta ze szkieru zwyciężyła, Nadjana usunęła się 

na bok, a kiedy zrozumiała, że poniosła klęskę, uciekła. 

Wolała śmierć od klęski. 

Zawsze obierała taką drogę. 

Tym  razem  jednak  nie  mogła  ot,  tak  po  prostu  uciec.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  jej 

poczynaniami kierował wzgląd na innych. 

Westchnęła  ciężko,  popatrzyła  na  cienkie  jak  pergamin  powieki  Justitiana.  Oczy  pod 

nimi drgały. Ciekawe, co on widzi? 

Zdarzało  się,  że  krzyczał  i  mówił  do  siebie,  zwłaszcza  gdy  gorączka  się  podnosiła. 

Niekiedy nie udawało jej się go uspokoić. Z ust wydobywały mu się bezsensowne, dziwaczne 

słowa,  Nadjana  nie  umiała  ich  zrozumieć.  Ten  niewyraźny  dialekt  znad  fiordu...  Dla  osoby, 

która  większość  życia  spędziła  wśród  ludzi  posługujących  się  duńskim  i  eleganckim 

francuskim, te dźwięki nie miały sensu. 

Tego wieczoru Justitian spal spokojnie. Nareszcie dane mu było wypocząć. 

Może jutro rano poczuje się lepiej? Nadjanie na pociechę został teraz tylko jej własny 

optymizm. Opadła na szerokie krzesło. Właściwie była to niewielka sofka, stara już i wytarta, 

lecz niezwykle wygodna. Przesunęła palcami po rzeźbionej głowie smoka w oparciu dla ręki. 

Kiedyś  w  takim  właśnie  rzeźbieniu  zdarzyło  jej  się  odkryć  tajemną  skrytkę,  wystarczyło 

przycisnąć  delikatnie  język  smoka,  a  wyskakiwała  ukryta  szufladka.  Odkryła  czyjś  sekret. 

Tym razem oczywiście tak się nie stało. Siedzisko wykonał zapewne jakiś uczciwy wieśniak, 

który próbował naśladować subtelniejszy kontynentalny styl. 

Naśladownictwo, wszystko to naśladownictwo. 

Ile czasu upłynęło, odkąd widziała prawdziwe dzieło sztuki? 

Nadjana przy łóżku męża westchnęła ciężko. Tęsknota za tamtym życiem ogarniała ją 

szczególnie  mocno  w  takie  wieczory  jak  ten.  Ale  Justitian  nigdy,  przenigdy  nie  może  się  o 

tym dowiedzieć. 

Obudził ją krzyk Justitiana. Znowu. Pomimo duchoty panującej w pokoju pospiesznie 

zamknęła  okiennice.  Nikomu  nie  wolno  tego  usłyszeć.  Nikt  nie  może  się  dowiedzieć,  jak 

bardzo  źle  jest  z  dziedzicem  Revelina.  To  by  wszystko  popsuło...  Obudziłoby  w  ludziach 

wątpliwości. Może przywiodłoby myśl o sprowadzeniu nowego pastora, gdy stary proboszcz 

background image

wyda  ostatnie  tchnienie.  A  Nadjana  nie  zamierzała  dopuścić  do  przegranej  Justitiana.  Byle 

tylko  pokonał  chorobę,  ona  wygra  dla  niego  wszystko.  Po  tym,  co  przeszedł,  zasługuje  na 

nagrodę. 

Stary pastor nie sprawiał wrażenia przejętego zdrowiem własnego syna.  W ogóle nie 

wydawał się zainteresowany synem. Ojcowie często tacy bywają, Nadjana o tym wiedziała. 

- Wypuść mnie, wypuść, duszę się... 

Znów zaczął wołać, teraz jednak słowa brzmiały wyraźniej. Gwałtownie kręcił głową, 

twarz  nabrała  niezdrowej  czerwonej  barwy  i  pokryła  się  potem,  Nadjana  nie  na  żarty  się 

wystraszyła.  Zerwała  się,  chciała  obmyć  twarz  Justitiana,  schłodzić  gorączkę,  która 

przyczyniała  mu  tyle  udręki.  On  jednak  odrzucił  szmatkę,  wytrącił  jej  miskę  z  rąk,  rozlana 

woda spłynęła po ścianie. 

- Justitianie, ty bredzisz! Obudź się, jestem przy tobie, najdroższy! 

Otworzył oczy pełne szaleństwa i strachu niczym u ofiarnego zwierzęcia. 

- Na miłość boską... muszę wyjść. 

- Coś ci się przyśniło, Justitianie, ale to już minęło. Odpoczywaj! 

Justitian z trudem chwytał oddech. 

- Pić - zażądał wreszcie ochryple. Nadjana podała mu wodę, wypił oddychając drżąco, 

twarz mu teraz pobladła. 

Lecz oczy patrzyły przytomnie, chociaż błyszczały jeszcze od gorączki. 

- Nigdy sobie z tym nie poradzę - rzucił w przestrzeń. 

- Z czym? - dopytywała się. 

- Ze wszystkim... z tym, co on zrobił... 

- Kto taki? 

- Mój ojciec. 

- Naprawdę było aż tak źle? Rzeczywiście sprawia wrażenie osoby dość gwałtownej i 

przebiegłej, ale... 

- To diabeł - oświadczył Justitian. Nadjaną wstrząsnęły te słowa. 

- Ty go nienawidzisz, naprawdę! 

- Tak, on wszystko zniszczył. 

- O, nie, tak źle nie jest. 

- Wydaje mi się, że nie wyzdrowieję... dopóki on istnieje. 

Nadjana spostrzegła, że mąż, pomimo niezwykłej goryczy bijącej z jego słów, jest jak 

rzadko przytomny. 

background image

Choroba widać nieco ustąpiła, dała mu szansę na złapanie oddechu. Od wielu tygodni 

Nadjana  nie  mogła  z  nim  porozmawiać,  spał  tylko  lub  drzemał  umordowany  gorączką.  A 

kiedy  nie  spał,  nie  miał  siły  unieść  się  z  poduszek.  Skarżył  się  na  bóle  głowy,  puchły  mu 

stawy i gruczoły pod pachami. 

Teraz zaczął mówić. Wyraźnie wymawiał słowa, choć nie zawsze miały związek. Nie 

oczekiwał  odpowiedzi,  jak  gdyby  się  spowiadał.  Nadjana  nie  wiedziała,  czy  mówi  do  niej, 

lecz historia, którą opowiadał, była zaiste okrutna. 

- Skręcił mu kark, widziałem, jak ten kot cierpiał, czułem, jak i mnie ściska się gardło. 

Nadjana płakała. Miała przed oczami małego chłopca i pastora. 

Justitian mówił i mówił. 

O wieczorach spędzonych na kolanach przy ołtarzu, o razach, o drwinach, o ciągłym 

prześladowaniu ze strony ojca. 

Niekiedy zaczynał się jąkać. 

Czasami przemawiał jasnym głosem dziecka. 

Nadjana przeżyła prawdziwy wstrząs. 

I poczuła, jak narasta w niej rozpalona do białości nienawiść. 

Cóż to za człowiek, ten Revelin? 

Z jakiej gliny jest ulepiony? 

Wtedy,  w  Kopenhadze,  nie  przejęła  się  słowami  Justitiana,  tak  niewielu  wszak 

młodych mężczyzn żywi podziw dla swych ojców. Teraz jednak zrozumiała, że w tym kryje 

się coś więcej. 

Revelin to naprawdę diabeł. 

Być może zawarta z nim umowa nie była wcale taka niegroźna. No cóż, Nadjana nie 

pierwszy raz znalazła się w samym środku burzy. 

Postanowiła, że na razie nie powie o tym Justitianowi. W jego obecnym stanie na nic 

się to nie zda. I tak nie wyjdzie poza własne łóżko. 

- Przekonasz się, że twój ojciec pewnego dnia poniesie karę - oznajmiła twardo. 

- Na pewno nie na tym świecie - odparł Justitian z goryczą. - Nie tylko mnie zniszczył 

ż

ycie. 

Pomyślał o Marji. Wypowiedział jej imię. Nadjana drgnęła. 

- Kim ona jest? Justitian wiedział, co się kryje za tym pytaniem. 

-  Ona...  dodała  mi  trochę  sil,  gdy  już  myślałem,  że  muszę  się  poddać.  Można 

powiedzieć, że mnie ocaliła. Pozwoliła mi przez chwilę uwierzyć, że jestem coś wart, lecz on 

i to zniszczył. 

background image

Opowiedział,  jak  ojciec  brutalnie  i  skutecznie  położył  kres  ledwie  kiełkującej 

młodzieńczej miłości. 

- Sądzę, że maczał palce w jej nagłym zamążpójściu. Przypuszczam, że zmusił ją do 

poślubienia Karla Oppdala. 

Zazdrość. Obce uczucie. 

Nadjana musiała wziąć się w garść. 

Dręczyło  ją  jednak  cierpienie  na  twarzy  Justitiana  mówiącego  o  swej  pierwszej 

miłości. W dodatku do Marji Oppdal, tej nieokrzesanej, bezczelnej suki. 

- Ona myśli, że wciąż coś do niej czujesz. Groziła mi. 

- Marja? 

- Tak, ale mnie jej tylko szkoda. Bo ty przecież jesteś mój. 

-  To  niemożliwe,  żeby  moja  nieszczęsna  osoba  mogła  stać  się  powodem  jakiejś 

utarczki. Nigdy tak nie było - słabym głosem zaprotestował Justitian. 

-  Ależ  tak!  I  przekonasz  się,  że  umiem  walczyć.  Jeśli  tylko  ktoś  spróbuje  cię  ruszyć, 

mój drogi przyjacielu... Uśmiechnął się lekko, słysząc jej wesoły głos. Wiedział, że stara się 

odpędzić melancholię, która zawsze unosi się w pokoju chorego. 

-  Nie  bój  się,  Nadjano,  żadna  nie  może  się  z  tobą  równać.  Żadna  nie  dała  mi  bodaj 

ułamka tego, co ty robisz dla mnie na co dzień. Nawet Marja... 

Nadjana była zadowolona. Wiedziała, że Justitian mówi prawdę. 

Będzie umiała zająć się tą Marją Oppdal. Być może ona nie miała nawet możliwości 

wyrządzenia  Justitianowi  krzywdy,  ale  ta  jej  bezczelność  na  dziedzińcu  kościoła...  Tego 

Nadjana nie mogła podarować. 

- Daj mi trochę ziołowej gorzałki. Może uda mi się zasnąć - poprosił. 

Zmęczenie znów zaczynało brać nad nim górę. 

Był pusty. 

Słowa, które z siebie wyrzucił, sprawiały teraz ból jej sercu. 

Potrafię  to  znieść  o  wiele  lepiej  niż  on,  tłumaczyła  sobie  w  duchu  Nadjana.  Jemu 

zrobiło  się  lżej  na  duszy,  ja  zaś  nigdy  nie  zapomnę  tego,  co  mi  opowiedział.  Za  każdym 

razem,  gdy  ujrzę  mego  drogiego  teścia,  przypomnę  sobie  cierpienie  Justitiana.  Każdy  krok, 

jaki  zrobię,  popchnie  tego  człowieka  trochę  bliżej  przepaści.  W  dniu,  w  którym  Justitian 

stanie na nogi, stary Revelin przekona się, komu przekazał władzę... 

Marja  nie  wiedziała,  że  myśli,  jakie  nosiła  w  sobie  przez  całe  życie,  krążą  teraz  po 

głowie  znienawidzonej  baronównie.  Zresztą  młodą  gospodynię  z  Oppdal,  wędrującą  ku 

pięknej Wdowiej Zagrodzie, zajmowały teraz zupełnie inne troski. 

background image

Przed sobą na niedużej taczce wiozła Benjamina. Ludzie oglądali się za nią, cóż to za 

wymysł! 

Lepsze to było jednak od niesienia go na ręku, taki się zrobił ciężki. 

Amelia  zwykle  nalegała,  żeby  zabrać  ją  do  Wdowiej  Zagrody,  ale  teraz,  po 

dramatycznych wydarzeniach związanych z chorobą Antona i śmiercią Gjertrud, dziecko nie 

napierało i pokornie zaofiarowało się, że zamiecie izbę albo pomoże ojcu przy sianokosach. 

Marja pozwoliła córce pobiec z innymi dziećmi się wykąpać. 

Dobrze, że będzie mogła w spokoju omówić z Antonem najważniejszą sprawę. 

Szkoła stała uśpiona w upale, nikt tam nie zachodził, odkąd ostatni uczniowie opuścili 

ją  na  wiosnę.  Marja  spostrzegła,  że  budynkowi  przydałoby  się  smołowanie.  Świeże  drewno 

zszarzało, wydało się nagle takie brzydkie. Na dachu natomiast kolorowo kwitły chwasty. 

Główny budynek dworu również pogrążony był w ciszy. Na łąkach poniżej trawa była 

skoszona,  najprawdopodobniej  zrobili  to  sąsiedzi.  A  może  lensman?  Na  pewno  nie  zostawił 

ziemi odłogiem w czasie, gdy Anton przebywał w przytułku. 

Anton  nie  miał  nikogo  do  pomocy  w  domu,  ludzie  bali  się  zapewne,  że  nie  jest 

całkiem  zdrowy.  Marja  wiedziała  jednak,  że  gdy  zbliży  się  zima,  a  brzuchy  zaczną  się 

dopominać o swoje, przyjdą tu ludzie. Ktoś, kto może zapewnić jedzenie i zapłatę, nie opędzi 

się od chętnych, nawet gdyby był szalony i zły. 

Postawiła taczkę ze śpiącym dzieckiem w cieniu przy schodach. 

Anton był w środku w izbie. 

W  tej  samej  izbie,  w  której  Benjamin  przyszedł  na  świat  i  w  której  jego  matka  ten 

ś

wiat opuściła. W tej samej izbie oszalały z rozpaczy Anton rzucił dzieckiem o ścianę. Chciał 

je zabić. 

Szklane  szyby  w  oknach  sprawiały,  że  w  środku  było  jasno,  przyjaźnie.  Nic  nie 

przypominało zła, jakie się tutaj wydarzyło. Łóżko, w którym leżała Gjertrud, zniknęło. Poza 

tym nie zmieniło się nic. Nawet ten mały  stolik z karafką... Kieliszki stały  tak, jakby  Anton 

właśnie wypił z żoną za jakieś ważniejsze wydarzenie. 

Marja rzadko widziała tyle miłości, ile łączyło tych dwoje. 

Anton  nie  przypuszczał  chyba  nigdy,  że  kiedykolwiek  przeżyje  takie  szczęście.  Miał 

prawie  sześćdziesiąt  lat,  gdy  Gjertrud  nagle  weszła  w  jego  życie.  Była  o  piętnaście  lat  od 

niego młodsza, lecz, jak się okazało, i tak za stara, by przetrzymać poród. 

Biedna Gjertrud. 

Zasłużyła na więcej szczęścia. 

background image

Miała ciężkie życie jako przybrana matka Marji, daleko w odludnym Meisterplassen. 

Opuszczona  przez  wszystkich,  również  przez  człowieka,  którego  pokochała,  rodzonego  ojca 

Marji.  Opuścił  je  obie,  choć  obiecał,  że  wróci,  jeśli  nie  znajdzie  matki.  Znalazł  ją  jednak  i 

nigdy więcej już go nie zobaczyła. 

Marja nie mogła go za to nienawidzić. 

Ale  mogła  nienawidzić  pastora,  który  skazał  jej  matkę  na  zatracenie.  Na  wygnanie  i 

ś

mierć gdzieś daleko, strasznie daleko na maleńkiej wysepce w otchłani morza. 

Prawdopodobnie  oboje  już  nie  żyją,  byli  wszak  starzy.  Czarne  włosy  ojca  zapewne 

dawno posiwiały, matki Marja nigdy nie pamiętała. Mogła wyglądać jak każda stara kobieta. 

Może  jestem  do  niej  podobna,  zastanawiała  się,  patrząc  na  swe  odbicie  w  lustrze,  w 

którym tak często przeglądała się Gjertrud. 

- Widuję ją tam wieczorami - powiedział Anton. Marja przyjęła spokojnie jego słowa, 

choć wyraźnie zabrzmiało w nich wyzwanie. 

- Nie uważam cię wcale za szaleńca - odparła cicho. Usłyszała westchnienie ulgi. 

- Widzę ją wszędzie, w kuchni, jak macha do mnie z ogrodu. Czuję, że tu jest. 

-  Wiem.  Milczał.  Najwyraźniej  ucieszony,  że  niebezpieczne,  jak  mu  się  wydawało, 

słowa, zostały przyjęte z takim zrozumieniem. Marji nigdy nie dało się łatwo wystraszyć. Na 

wiele sposobów przypominała Gjertrud, choć z wyglądu nikt by nie przypuścił, że to matka i 

córka. 

- Anton - zaczęła Marja - przyszłam zawrócić ci głowę. 

- Szkoła. 

- Tak. 

Marja  siadła  przy  oknie.  Nalał  jej  kieliszek  czerwonego  owocowego  wina,  z  którego 

zawsze tak cieszyła się Gjertrud. 

- Nie zrezygnowałaś? 

-  Nie.  Nigdy.  Szkoła  znaczy  dla  mnie  więcej  niż  kiedykolwiek  przedtem.  Pamiętasz 

małego  Vemunda?  On  był  jednym  z  najbystrzejszych.  Napisał  swoje  imię  już  pierwszego 

dnia.  Nikt  nie  wierzył,  że  z  tego  małego  słabeusza  coś  będzie,  a  latem  dostał  miejsce  na 

szkucie  towarowej,  miał  prowadzić  księgi  kupcowi.  Matka  co  drugi  miesiąc  przyjmuje 

okrągłą sumkę i na przyszłą wiosnę nie zabraknie jej ziarna na siew. 

Anton pokiwał głową. 

-  Bardzo  szczęśliwa  historia,  ale  słyszałaś  chyba  o  Annie  Selje?  Narzeczony  trzasnął 

drzwiami,  nie  podobało  mu  się  to,  co  usłyszał  po  powrocie  do  domu.  Dziarski  żołnierz  nie 

background image

mógł  znieść,  że  dziewczyna  była  w  stanie  przeczytać  dokument  dotyczący  jego  służby,  z 

którego sam nie rozumiał ani słowa. Jest wielu takich jak on. 

- Tym ważniejsze, aby nauczyć młodych mężczyzn tej sztuki. Żeby nie czuli się gorsi, 

bo kobiety będą prześcigać ich w czytaniu. 

Marja uśmiechnęła się, Anton też nie mógł dłużej zachować powagi. 

- Jaka ty jesteś, Marjo... 

-  To  znaczy,  że  będzie  szkoła?  Zwilżył  wargi,  uśmiechnął  się  chytrze.  Spojrzał  za 

okno na budynek na oświetlonym słońcem zboczu. 

-  Tak,  będzie,  do  diabła!  Potrzeba  mi  czegoś,  co  pozwoli  mi zająć  myśli.  Prawdziwa 

walka z pastorem i lensmanem, na przykład... 

Marja  zauważyła,  że  ból  po  stracie  żony  przydał  jego  twarzy  nowego  ponurego 

wyrazu.  Nie  ukrył  go  nawet  szeroki  uśmiech  rozbawienia.  Anton  na  pewno  myśli  słusznie, 

musi  zapełnić  czas  innymi  sprawami.  Nie  może  popaść  w  bezdenną  otchłań  bezsilnego 

smutku. 

Podeszła do niego, uściskała go. 

-  Poradzisz  sobie  z  tym,  Antonie.  Wiedział,  że  Marja  nie  ma  na  myśli  szkoły.  Zza 

otwartych drzwi dobiegł jakiś dźwięk. Pisk, który przeszedł w gaworzenie. 

Anton zesztywniał. 

- Przyniosłaś... dziecko? - Tak. Przyglądała mu się uważnie, zauważyła, że zmaga się 

z wieloma myślami. 

-  Nie  potrafię  przez  to  przejść  -  rzekł  cicho,  jakby  z  łkaniem.  -  Gdy  go  widzę,  znów 

mnie to nachodzi. Cały ból. Niech Bóg się nade mną zlituje, wiem, że to złe z mojej strony, 

ale gdyby nie to dziecko., ona by nie umarła. 

-  Tego  nie  wiemy  -  odparła  Marja  równie  ściszonym  głosem.  -  A  poza  tym  to  ty  je 

spłodziłeś. 

Anton  uderzył  pięścią  w  stół,  lecz  w  geście  tym  była  bezsilność.  Marja  widziała,  jak 

bardzo cierpi ten człowiek, miała jednak świadomość, że sam musi sobie z tym poradzić. 

-  Nie  możesz  obwiniać  dziecka.  Nie  możesz...  i  nie  robiłbyś  tego,  gdyby  ono  było... 

normalne. 

-  A  kto  może  mieć  do  mnie  o  to  pretensję? Większość  ojców  cisnęłaby  takie  nędzne 

stworzenie w krzaki. 

Marja  wiedziała,  rozumiała  to.  Takie  właśnie  niekiedy  bywało  życie,  twarde  i 

brutalne.  Najważniejsze,  to  przetrwać.  Jedzenie  i  starania,  jakie  mogła  poświęcić  dziecku 

matka, należały się najsilniejszym. 

background image

- On jest zdrowy i wesoły. 

Gaworzenie  rozlegało  się  coraz  głośniej,  jakby  dziecko  chciało  przyświadczyć 

przemawiającej w jego imieniu kobiecie. 

-  Co  mu  właściwie  dolega?  -  spytał  Anton.  Marja  wyczuła  w  jego  głosie  pewne 

zainteresowanie. 

-  Nie  wiem.  To  się  po  prostu  niekiedy  zdarza.  Nieczęsto  miałam  okazję  to  widzieć. 

Czasami  takie  dzieci  nie  od  razu  umierają,  rzadko  jednak  żyją  długo.  Widziałam,  jak 

przywiązuje  się  je  do  ściany  obory  lub  jak  czołgają  się  wzdłuż  rowów.  Obrzydliwy  widok. 

Ś

lina  cieknie  im  z  ust,  wykrzywiają  twarz,  robią  pod  siebie,  często  są  poranione,  pełne 

robactwa, ale myślę, że to dlatego, że nikt się nimi nie zajmuje. Uważam, że są ludźmi, którzy 

przez całe życie zostają dziećmi. 

Anton popatrzył na nią bez wyrazu. 

Marja  uznała,  że  nadszedł  czas,  by  przynieść  małego.  Na  pewno  już  zgłodniał,  w 

gaworzeniu pojawił się ton złości. Na szczęście miała dla niego namoczony w piwie sucharek. 

Kiedy na powrót usiadła w izbie, trzymała Benjamina na kolanach. Anton nie odezwał się ani 

słowem.  Nawet  się  nie  poruszył.  Marja  gryzła  kawałki  chleba  i  karmiła  dziecko.  Mały  z 

uśmiechem przełykał i otwierał buzię jak pisklę, które chce jeszcze. I Marja uśmiechała się do 

niego. Syn Gjertrud podbił jej serce i zdawał się o tym wiedzieć. 

Starannie  otarła  ślinę  cieknącą  z  kącika  ust  dziecka,  ukradkiem  zerkając  na  starego 

człowieka, który je spłodzi Benjaminowi lekko się odbiło. 

Potem zwiotczał w jej ramionach, leżał spokojnie z pełnym brzuszkiem i zadowolony 

wpatrywał  się  w  promienie  światła  wpadające  przez  okno.  Zdawał  się  chłonąć  świat  z 

niepowstrzymaną ciekawością. 

-  Pójdę  już,  dziękuję  za  wino  i  za  wsparcie.  Jutro  powiem  dzwonnikowi,  że  szkoła 

znów rusza. Wtedy wieść prędko się rozniesie po wsi. 

Anton zdawał się jej nie słuchać. Zareagował dopiero, gdy Marja wstała. 

-  Chcę  go  potrzymać  -  szepnął  cicho.  Marja  instynktownie  mocniej  przytuliła 

Benjamina  do  siebie.  Wydawało  jej  się,  że  w  oczach  Antona  znów  dostrzegła  niespokojne 

migotanie. Benjamin cichutko zapłakał, niemożliwe jednak, by pamiętał ten jeden jedyny raz, 

gdy ojciec wcześniej go dotykał. Chyba że potrafił wyczuć zapach nienawiści... 

-  Nie  upuszczę  go  -  pospiesznie  zapewnił  Anton.  Marja  podała  mu  zawiniątko  z 

dzieckiem. Stary podszedł z małym do okna. Czas w izbie zdawał się stać w miejscu. 

Marja nie śmiała nawet drgnąć, lecz nie spuszczała oczu z Antona. 

background image

Ujrzała,  że  twarz  napina  mu  się,  jak  gdyby  nagle  przeszył  go  ból.  Zobaczyła,  że 

otwiera usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. 

Gdy  jednak  dostrzegła  błyszczący  strumyk,  torujący  sobie  drogę  wśród  zmarszczek 

Antona, wiedziała już, że coś w nim pękło. 

Pułkownik płakał. 

Nie  był  to  histeryczny  szloch  szaleńca,  jak  wówczas  w  szoku  po  śmierci  żony,  tylko 

ciche spokojne łzy. 

-  Benjamin,  co  ja  ci  zrobiłem....  Dzieciak  uśmiechnął  się,  pulchnymi  paluszkami  po-

klepał wilgotny policzek ojca. 

- Be - be, pa - pa - pa... 

-  Oczywiście,  mówisz  do  swojego  ojca.  Marja  wciągnęła  powietrze  przez  nos, 

zabrzmiało to, jakby była przeziębiona. 

Nigdy dotąd nie widziała równie wzruszającej sceny. 

Teraz  Anton  odwrócił  się  w  jej  stronę,  najwidoczniej  nie  wstydził  się  łez,  które  nie 

przestawały płynąć. 

- Dziękuję, Marjo. Nigdy nie zdołam się odwdzięczyć za to, co dla mnie zrobiłaś. 

- Nie mnie dziękuj, Antonie, podziękuj Karlowi... Pokiwał głową. 

- Na pewno to zrobię. Już niedługo. A na razie ty go pozdrów. 

-  Dobrze.  Czy  masz  siłę...  Może  zajrzysz  do  nas  jutro  tak  w  porze  obiadu?  Ugotuję 

klopsiki, takie jak lubisz. 

- Takie jak Gjertrud kiedyś zrobiła. Biedna kucharka, ale się wtedy zezłościła! 

Marja pokiwała głową. 

Jak dobrze znów zobaczyć uśmiech na jego twarzy! 

background image

ROZDZIAŁ V 

Revelin wypluwał słowa, które nazwano by przekleństwem, gdyby padły z innych ust. 

Nieszczęsny dzwonnik szukał schronienia za kruchym stolikiem przy drzwiach, lecz nie mógł 

skryć się przed gniewem pastora. Przestraszony wpatrywał się w wykrzywioną złością twarz, 

bał się, że stary człowiek w każdej chwili może paść martwy. Dla wielu nie byłoby to zresztą 

zbyt przykre, stwierdził w duchu. 

- Jak ona śmie, ta bezczelna... 

Dzwonnik  jęknął,  słysząc  słowa  proboszcza.  Pogratulował  sobie  szczęścia,  że  to  nie 

on musi stawić czoło tej burzy. 

„ - Ona nie ustąpi - wydusił z siebie, obmacując drzwi w poszukiwaniu rygla.  Lepiej 

przygotować drogę odwrotu. Revelin sprawia wrażenie kompletnie nieobliczalnego. 

- Przeklęta dziwka! Ta szumowina, oślizgła zmora, ladacznica... 

Doprawdy, pastor ma niezły  repertuar, cierpko zauważył w duchu dzwonnik. Potrafił 

jednak  zrozumieć  gniew  tego  człowieka.  Że  też  Marja  Oppdal  poważyła  się  na  to!  Powinna 

była zrozumieć, jak się mają sprawy, gdy pastor zabronił jej podawania dziecka do chrztu. W 

jego  słowach  kryła  się  jawna  groźba,  ostatnie  ostrzeżenie  przed  karą  ze  strony  Kościoła.  Z 

tego  co  dzwonnik  wiedział,  nikt  nie  mógł  żyć  dalej  we  wsi,  w  której  zamknięto  przed  nim 

wrota domu Bożego. Być może Marja Oppdal to potrafi, dzwonnik miał poważne obawy, że 

wkrótce się o tym przekonają. 

- Teraz już koniec. Jest skończona. Sądziłem, prawdę mówiąc, że zrozumiała powagę 

sytuacji. Że pojęła, iż na nic więcej się nie zgodzę. 

Pastor gwałtownie przerwał swą wędrówkę po niewielkiej izbie, w której zmarł kiedyś 

wuj dzwonnika. 

- Powiedz jej, dzwonniku Mathiasie. Powtórz jej, co mówiłem, jeszcze jedno słowo o 

tym pogańskim gnieździe żmij, o tym rojowisku buntowników... a będzie koniec. Ani ona, ani 

jej durny mąż, dzieci i ten szaleniec nie pokażą się już w moich kościołach. Osobiście zatro-

szczę się o to, aby gniew i przekleństwo biskupa spadły na każdego, kto ośmieli się postawić 

stopę w tej szkole. 

Dzwonnik z przerażeniem pokiwał tylko głową i czym prędzej się pożegnał. 

Pastor naprawdę się rozgniewał. Biedna Marja Oppdal! 

Dzwonnik Mathias nie był jednak głupi, dobrze wiedział, że w gniewie pana Revelina 

było  tyleż  samo  złości,  co  i  bezsiły.  Nawet  proboszcz  niewiele  będzie  mógł  zdziałać  poza 

background image

zamknięciem  przed  Marją  kościelnych  wrót.  Marja  pomimo  wszystko  nie  zrobiła  niczego 

niezgodnego z prawem, nie istniał zakaz gromadzenia ludzi w celu powszechnego nauczania. 

Ź

le mogło się dziać jedynie, gdyby próbowano udzielać im rad co do wiary chrześcijańskiej, 

takich pogańskich zabaw bowiem nie tolerowano. 

Dzwonnik  ruszył  w  stronę  Oppdal.  Jeśli  się  pospieszy,  zdąży  być  może  przed 

wieczorem  zajrzeć  również  do  kilku  sąsiednich  zagród.  Zabawnie  będzie  patrzeć  na 

przerażone twarze ludzi, którzy dowiedzą się o ostatnich wyczynach Marji Oppdal. 

Wieści  przyniesione  przez  dzwonnika  sprawiły,  że  Marja  zesztywniała  na  krześle. 

Nalała  jednak  spokojnie  piwa  zdyszanemu  człowieczkowi,  tak  by  nie  pokazać  jego  bystrym 

oczkom  żadnej  reakcji,  o  której  mógłby  opowiedzieć  dalej.  Wiedziała,  że  Karl  obserwuje  ją 

kątem oka. Nigdy nie zaaprobował jej pomysłu założenia szkoły, lecz w duchu pogodził się z 

tym,  jak  z  wieloma  innymi  niezrozumiałymi  poczynaniami  żony.  Siedział  teraz,  z  pozoru 

obojętny, przybijając kawałek żelaza do drewniaka. 

-  Ależ  z  tobą  kłopoty,  Marjo!  Jak  on  może...  No  cóż,  więcej  ludzi  z  wioski  będzie 

skąpić  darów  dla  kościoła,  jeśli  Revelinowi  uda  się  postawić  na  swoim.  Wiem,  że  ludzie 

gadają, wiem, że wielu pytało o szkołę. Myślą teraz na pewno: ona się podda, pastor stłamsił i 

Marję Oppdal, ale nie zrozum mnie niewłaściwie, Marjo, oni wcale źle cię nie oceniają, nikt 

nie może przecież... 

-  Pij  swoje  piwo,  panie  dzwonniku.  Powstrzymała  potok  słów  uniesieniem  do  góry 

dzbana z piwem. 

Dzwonnik  wypił,  pomrukując  coś  pod  nosem.  Małe  oczka  śledziły  Marję  znad 

krawędzi  kubka.  Z  kącików  ust  ściekały  strużki  piwa,  jak  gdyby  słowa,  które  wyrywały  mu 

się spomiędzy warg, nie pozwalały napitkowi spłynąć do gardła. 

Na dworze śpiewał jakiś ptak. Marja go słyszała. Uderzenia młotka o metal przybijany 

do drewniaka przez siedzącego w kącie Karla dawały poczucie bezpieczeństwa. 

-  Szkoła  znowu  ruszy.  Możesz  im  przekazać,  że  tak  powiedziała  Marja  Oppdal.  I 

biedny będziesz, jeśli dodasz coś od siebie. Teraz liczy się każde słowo, każdy najdrobniejszy 

gest. Jeśli chcesz utrzymać swoją pensyjkę za lekcje, to powinieneś teraz ważyć swoje słowa, 

panie dzwonniku. 

- Tak, tak, oczywiście. Nie myślisz chyba, że... Wiesz przecież, że cię popieram, że... 

Marja  obrzuciła  go  spojrzeniem  od  stóp  do  głów.  Wiedziała,  że  dzwonnik  jest  niby 

chorągiewka  na  wietrze.  Owszem,  przydałby  się  w  szkole,  lecz  nie  mogła  mu  ufać.  Jeśli 

Revelin zaproponuje mu więcej... 

background image

-  Wiesz,  czym  jest  zdrada.  Wiedz  też,  że  nie  traktuję  łaskawie  ludzi,  którzy  mnie 

zawiodą. 

-  Wiem  -  odparł  dzwonnik  zachrypniętym  głosem  i  opróżnił  kubek  do  dna.  Skurczył 

się w sobie, Marja po wyrazie jego oczu poznała, że nie spodobały mu się jej ostatnie słowa. 

Być  może  popełniła  głupstwo,  tak  mu  grożąc.  Podziękował  teraz,  złapał  kapelusz, 

szykując  się  do  wyjścia.  Przelotnie  skinął  głową  gospodarzowi  przy  piecu,  jak  gdyby  był 

zwykłą babą, siedzącą w kącie przy garach. Gdy tylko wyszedł, z Marji opadła maska chłodu, 

ukryła twarz w dłoniach. 

-  Do  diabła!  Do  diabła!  Czy  nigdy  nie  będzie  spokoju?  Karlowi  na  dźwięk 

wypowiedzianych  szeptem  słów  cieplej  zrobiło  się  na  sercu.  Marja  sprawiała  wrażenie 

bezbronnej,  gdy  tak  siedziała  przy  wielkim  stole,  chowając  twarz  przed  światem.  Jak  mała 

wystraszona dziewczynka. Widział, że splotła nogi, drewniaki szurały po podłodze. 

- Musimy mieć szkołę... to jedyny sposób... Co mam zrobić, Karl? 

Podniosła głowę, odnalazła spojrzeniem męża, potrzebowała jego pomocy. 

Ten  gest  przeważył,  Marja  tak  rzadko  okazywała  bezradność.  Jej  kłopoty  zwykle 

odgradzały ich od siebie murem, troski, których nie chciała z nim dzielić, jeszcze bardziej ją 

oddalały. 

-  Rzeczywiście  jest  źle,  Marjo  kochana  -  cicho  przyznał  Karl,  nakładając  chodak  na 

bosą  stopę.  Nowy  obcas  stuknął  o  deski  w  podłodze,  odzywając  się  innym  dźwiękiem  niż 

stary, wytarty. 

Podszedł do żony, nakrył rękami jej dłonie, potem przysiadł obok, odgarnął włosy. 

-  Jeszcze  pokażemy  Revelinowi  -  powiedział  i  poczuł,  że  ptaszek  w  jego  sercu 

zaćwierkał radośnie, kiedy Marja uśmiechnęła się do niego w podzięce. 

- Karl, zechcesz? 

-  Oczywiście,  rozumiem,  ile  to  dla  ciebie  znaczy.  I  coraz  lepiej  też  pojmuję,  jakie 

znaczenie  dla  najuboższych  ma  ta  sztuka,  której  ich  uczysz.  Wydaje  mi  się,  że  słusznie 

postępujesz. 

Marja uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Po raz pierwszy czuła, że Karl jest razem z nią. 

Pierwszy  raz  podejmowali  wspólną  walkę  o  coś,  wiedziała,  że  mąż  staje  przy  jej  boku  nie 

tylko  ze  względu  na  nią  samą.  Jeśli  Karl  decydował  się  na  coś  podobnego,  to  uważał,  że 

sprawa jest tego godna. Zwykle wszak niechętnie krzyżował broń z pastorem i władzą. 

-  Poradzimy  sobie,  ty,  ja  i  Anton  -  kiwnęła  głową.  -  I  lensman  -  dodał  Karl.  - 

Potrzebny nam jest lensman. Marja roześmiała się ostro. 

- Jeśli ktokolwiek we wsi ma powody, by nas nie lubić, to właśnie on! 

background image

-  Oczywiście,  ale  też  i  nie  zalicza  się  do  ludzi,  którzy  kiwną  palcem  nawet  dla  tych, 

których lubią. Wszystko, co robi lensman, robi dla siebie - stwierdził Karl. 

- Co przez to rozumiesz? Marja przeczuwała, że w głowie męża snują się interesujące 

myśli. Zdumiało ją to tak, że aż się zawstydziła. 

- Lensman był opiekunem Antona, a Anton wciąż nie może się doliczyć wielu butelek 

wina, kilku srebrnych misek, żyrandola... 

Marja  zrozumiała,  do  czego  zmierza  mąż,  lecz  pozwoliła  mu  dokończyć.  Nowością 

było, że to Karl obmyśla strategię działania. Zaczynała pojmować, że może się to opłacić. Jej 

myśli były bardziej prędkie i niedaleko im było do czynów, z reguły pogardliwie odnosiła się 

do  osób,  które  poświęcają  wiele  czasu  na  myślenie,  planowanie,  ocenianie  i  rozważanie. 

Musiała  jednak  przyznać,  że  zbytni  zapał  i  pośpiech  niejednokrotnie  sprowadziły  ją  na 

manowce. 

-  Muszę  jeszcze  raz  porozmawiać  z  Antonem.  Czy  on  przyjdzie  do  nas  i  w  tę 

niedzielę? Jeśli lensmana nie uda się zmusić, to na pewno da się go przekupić. 

- Anton chyba nie przyjdzie. Wspominał, że spodziewa się gości z Lom, wędrownych 

handlarzy pędzących owce, chyba że wcześniej w górach spadnie śnieg. 

- Przy słonecznej pogodzie, jaką mamy teraz, chyba tak się nie stanie. Wokół księżyca 

nie ma lisiej czapy, chociaż robi się chłodniej. 

-  Chyba  więc  nie  możemy  na  niego  liczyć,  ale  obiecałam,  że  wkrótce  zajrzę  do 

Wdowiej Zagrody, tak żeby mógł raz w tygodniu zobaczyć Benjamina. 

-  Wezmę  go  z  sobą  jutro.  Marja  przytuliła  się  do  męża,  pieszczotą  okazując 

wdzięczność. Karlowi do twarzy było z miną wyrażającą zdecydowanie. Marji spodobało się, 

ż

e Karl potrafi działać, podjąć inicjatywę. 

A  wszystko  to  dlatego,  że  sama  poprosiła  go  o  pomoc.  Nigdy  dotąd  nie  miała 

ś

miałości, by okazać słabość. 

Nagle poczuła się silna, pełna światła. Niedobra wieść przyniesiona przez dzwonnika 

wcale jej nie przybiła. Przygnębienie zmieniło się w wolę walki. 

- Dziękuję - szepnęła mężowi do ucha, delikatnie dotykając językiem jego policzka. 

Karl wypuścił powietrze przez nos. 

- Nie dziękuj, wiem, że cię zaniedbałem, zbyt długo pozwalałem, byś sama toczyła tę 

walkę. 

- Nigdy cię o nic nie prosiłam. 

- I to właśnie było najgorsze. 

background image

Spojrzała  w  jego  szczere  oczy,  odsłaniał  w  nich  całego  siebie.  Piaskowe  oczy 

połączyły  się  z  niebieskimi,  odgarnięte  z  czoła  włosy  sprawiły,  że  Marja  poczuła  się  naga, 

gdy ich twarze znalazły się tak blisko siebie. 

Nieznośnie dużo w nim ciepła. 

Miłość,  którą  tak  długo  odpychała,  zdołała  przetrwać.  Marja  poczuła  gorącą 

wdzięczność,  że  tak  się  stało.  Karl  czekał  na  nią,  aż  do  kresu  wytrzymałości,  do  granicy 

załamania. Na szczęście zrozumiała to w ostatnim momencie. 

Dlatego  po  wielu  latach  małżeństwa,  po  nocach  zimniej  szych  niż  człowiek  zdołałby 

przeżyć, mogli teraz siedzieć razem. 

Marja  czuła  się  bezpieczna,  miała  zaufanie  do  tego  mężczyzny,  który  poznał 

najbrudniejsze strony jej duszy, a mimo to ją kochał. Dla niej znosił wstyd, tolerował drwiące 

słowa,  jakie  padały  z  ust  innych  mężczyzn.  Chylił  nisko  głowę  i  pozwalał,  by  nazywano  go 

Marja - Karl. 

Dostrzegła wielkość tego, co dotychczas uważała za nędzne i żałosne. 

A Marja gardziła wszystkim, co żałosne. 

Przycisnęła  teraz  wargi  do  ust  męża  i  pocałowała  go  z  miłością,  jaką  tylko  mogła 

włożyć w ten gest. 

Wtedy  on  przymknął  oczy,  nikt  bowiem  tak  jak  Marja  nie  umiał  wywołać  w  nim 

burzy. 

- Dzieci - mruknął. 

Marja, odrzuciwszy włosy w tył, roześmiała się szelmowsko. 

- Przecież to moje słowa. 

- Twoje słowa? 

- Tak, to ja powinnam tak mówić, nie rozumiesz? Nie wiesz, w ilu izbach kobiety w 

łóżku wykręcają się dziećmi? 

-  Ty  nie  jesteś  taka.  Ten,  kto  by  się  do  ciebie  zbliżył,  kiedy  sama  nie  masz  ochoty, 

prędko by się dowiedział, gdzie jego miejsce. 

- Mój biedny mężu! 

Zacisnęła usta, wiedziała, że w żartobliwym komentarzu kryje się odrobina urazy. 

-  Dzieci  na  pewno  niedługo  przyjdą.  W  każdym  razie  Amelia  i  Benjamin.  A  Martin 

pewnie dziś w nocy spał w szałasie. 

- Tak, nie dał się stamtąd ruszyć. Ale za parę dni będzie już za chłodno na tę zabawę. 

Wkrótce zima zagości w powietrzu. 

- Na zewnątrz może i tak - odszepnęła Marja. - Ale nigdy, przenigdy u nas w domu. 

background image

Karl  uśmiechnął  się,  co  też  ona  mówi?  Zdarzało  się,  że  słowa  wypowiedziane  przez 

ż

onę  zdawały  mu  się  obce,  niekiedy  składała  je  tak,  że  przypominały  kazania  bądź  tekst 

psalmów. Marja to dziwna kobieta. Nie urodziła się po to, by być żoną dzierżawcy, pomyślał 

ze smutkiem. 

Wkrótce jednak o tym zapomniał, Marja bowiem nie skarżyła się na swoją sytuację. 

- Masz takie silne, piękne ciało - dobiegł go jej szept. 

- Zawsze takie gorące i takie pełne życia. Czuję niemal pod palcami strumień krwi. 

Karl westchnął. Nie wątpił, że żona wkrótce zechce posmakować jego ciała. 

Marja ruszyła pierwsza w stronę łóżka, lecz Karl przytrzymał ją za rękę. Przyciągnął 

do siebie, siadła mu na kolanach. 

Wtuliła  głowę  w  jego  szyję,  Karl  jednym  ruchem  rozwiązał  jej  czarne  włosy. 

Podtrzymująca je spinka i skórzany rzemień opadły na podłogę. Czule przeczesał włosy żony 

palcami. 

-  Leśna  boginko,  królowo  gór.  Jesteś  piękniejsza  niż  rozśpiewana  dziewica  ze  skały, 

wydaje mi się, że przychodzisz ze świata zamkniętego dla zwykłych ludzi. 

- Ależ nie - odwzajemniła uśmiech Marja. - Być może ktoś by się z tobą zgodził, lecz 

miejmy nadzieję, że pastorowi takie myśli są obce. 

-  Nie  wspominaj  go  teraz.  Nie  mów  o  wszystkich  tych  czarnych  cieniach,  które 

spowijają mrokiem nasze życie. Nie mów nic... 

Marja usłuchała. Trudno zresztą było prowadzić rozmowę, gdy oddech nabierał coraz 

szybszego tempa. 

Karl  wiedział,  jakich  pieszczot  Marja  oczekuje. Stanik  sukni  już  się zsunął,  malutkie 

srebrne haftki rozpięły się bez wysiłku, ledwie ich dotknął. 

Marja westchnęła niemal sennie, czuł jednak, jak napinają się mięśnie jej ud i łydek. 

- Marjo... - szepnął tuż przy jej ustach. - Mam pewne marzenie... 

- Powiedz, a spełni się. 

- Lato... już się skończyło, chodźmy po nie. Marja popatrzyła pytająco na męża, wargi 

miała czerwone, nabrzmiałe, oczy błyszczały radością i pożądaniem. 

- A jak to się robi? - spytała niewinnie. Karl bez wysiłku podniósł roześmianą żonę i 

ruszył przez izbę w stronę drzwi. Marja w ostatniej chwili uniknęła bolesnego zetknięcia się 

biodra z kantem murowanego pieca. Za progiem Karl podrzucił ją wyżej, by lepiej chwycić, 

Marja lekko uderzała go w ramię, podczas gdy on długimi krokami szedł przez podwórze w 

stronę rzeczki płynącej przez zagajnik. 

- Bezczelny rozbójniku, tak porwać dziewicę! A co będzie, jak nas ktoś zobaczy? 

background image

Karl wybuchnął śmiechem, Marja bez powodzenia starała się zachować powagę. 

Oboje  wiedzieli,  że  wieczór  jest  chłodny.  Teraz,  we  wrześniu,  pola  leżały  już 

opustoszałe.  Wszędzie,  gdzie  było  coś  do  zebrania,  przeszli  ludzie  z  sierpami  i  grabiami. 

Nagie czworokąty brązowych rżysk czekały na biały płaszcz zimy, który zasłoni ich wstyd. 

Karl i Marja tego nie widzieli, nie czuli też nowej ostrości w powietrzu, jaka pojawiła 

się tego wieczoru. Wciąż przecież tu i ówdzie kwitł pod wysokim niebem jakiś zbłąkany letni 

kwiat. Jeszcze miał czas. 

Karl poczuł, że ziemia pod stopami wciąż jest nagrzana. 

W ciągu dnia świeciło wszak słońce, chociaż jego ciepło nie przenikało już tak daleko 

w głąb ziemi. 

Karl znał kawałek łąki, na którym nie skoszono jeszcze trawy, miejsce, gdzie drzewa 

tworzyły  zaciszne  schronienie,  i  jeśli  ktoś zechciał,  potrafiły  odgrodzić  od  świata.  Poskładał 

tu siano w stogach okrytych uplecioną ze słomy matą. 

Rozrzucił  teraz  starannie  kiedyś  ustawione  kopy,  zapachniało  trawą,  którą  w  pocie 

czoła starał się ochronić przed deszczem. 

Marja zrozumiała, jak wielka to ofiara z jego strony, siano bowiem było prawdziwym 

skarbem. 

Potrafiła to docenić. 

Ułożyli się na tym posłaniu, suche źdźbło trawy załaskotało Marję w kark. Wciąż nie 

czuła  chłodu;  nawet  gdy  zniknął  z  jej  ramion  niebieski  szal  i  bluzka,  nie  zadrżała  przed 

nadchodzącą nocą. 

Długa  koszula  Karla  z  prostego  płótna  posłużyła  za  poduszkę.  Z  wyraźną  rozkoszą 

mąż przysunął się do niej, poczuł na piersi jej nagą skórę. 

-  Rozumiesz  teraz,  Marjo?  -  spytał  cicho.  -  Czujesz,  jak  tu  zacisznie  i  przytulnie? 

Chociaż szron każdego ranka już może pokryć nasze posłanie. 

-  Tak  -  szepnęła  miękko.  -  Rzeczywiście  jest  tak,  jak  mówiłeś,  razem  ty  i  ja 

zatrzymamy lato. 

- Taką mamy moc. Razem... Co nas przed tym powstrzyma? 

Jego powstrzymać nie mogło już nic. Nic nie stało na przeszkodzie ustom bawiącym 

się jej wargami, zostawiającym zimno - gorący ślad na piersiach i brzuchu. 

Marja  zadrżała,  gdy  zwilżył  wnętrze  jej  ud  swoim  potem.  Wkrótce  jednak  gorąco 

wysuszyło tę odrobinę chłodu przez moment mrożącego ciało. 

background image

Przyszedł  do  niej  miękko,  miała  dość  czasu,  by  poczuć  fale,  jakie  nim  targają.  Jego 

twarz, tak często w podobnych chwilach skryta w mroku, należała teraz do niej, tak otwarta, 

ż

e wręcz bała się patrzeć. 

Niezwykłe, to naprawdę niezwykłe. 

Kiedy  był  przy  niej,  wszystko  stawało  się  inne.  Trudno  wprost  uwierzyć,  że  ten 

ogarnięty  pożądaniem  i  szaleństwem  mężczyzna  to  jej  Karl,  małomówny  i  ostrożny. 

Radowała się, że to właśnie jej kobiecość odkryła w nim tę potężną moc. 

Potem  przyszła  jego  kolej,  by  patrzeć,  jak  ona  odpływa  daleko,  lecz  nawet  przez 

mgnienie  oka  nie  zostawia  go  samego.  W  takich  chwilach  gotów  był  przysiąc,  że  Marja  go 

kocha.  Gdy  jej  usta  zanosiły  się  niemym  krzykiem  rozkoszy,  a  rysy  twarzy  miękły  w 

osobliwy  sposób...  wtedy  Karl  mógł  przymknąć  oczy  i  zachować  w  sercu  ten  dowód  na 

istniejące między nimi przymierze. Przyda mu się później, gdy Marja znów będzie go ranić. 

Ona  tymczasem  z  wolna  budziła  się  do  rzeczywistości,  lecz  nie  chciała  jeszcze 

otwierać oczu i wracać do świata. Leżąc tak z głową na cienkim płótnie, usłyszała nagle, jak 

bije serce ziemi. Widać domagało się odpowiedzi jej serca. 

-  A  więc  ona  zajmuje  się  i  takimi  sprawkami  -  rzekł  w  zamyśleniu  pastor,  wolnym 

ruchem gładząc bródkę. 

Jego  gest  był  wręcz  nieprzyzwoity,  młoda  kobieta  ze  wstydu  spuściła  wzrok,  bo  jej 

zdaniem dłoń pastora pieściła brodę wprost lubieżnie. 

-  No  cóż,  już  wcześniej  dochodziły  mnie  o  tym  słuchy,  dziękuję  ci,  dobra  kobieto. 

Dobrze pojęłaś swój chrześcijański obowiązek, odpowiadając mi na te pytania. Nie zapomnę 

o tym. 

-  Nawet  wtedy,  gdy  przyjdzie  do  płacenia  długu,  panie?  Revelin  zmrużył  oczy. 

Popatrzył  na  wieśniaczkę  z  pogardą.  Jakże  chciwi  są  ci  ludzie,  wszak  ona  domaga  się 

wynagrodzenia za swoją uczciwość. 

Kobieta  za  zapłatę  otrzymała  długą  przemowę  na  pożegnanie.  Wyszła  roztrzęsiona, 

zgięta wpół. 

Następny,  z  którym  rozmawiał,  wiedział  więcej.  Był  to  w  dodatku  mąż  przyjaciółki 

Marji Oppdal. Z ponurą miną siedział teraz przed pastorem. 

Nieraz słyszał rozmowę obu kobiet, w dodatku pod swoim własnym dachem. 

- Ale teraz przyjdzie tego kres, prawda, panie Revelin? 

-  Oczywiście,  nie  wolno  się  godzić  na  takie  zachowanie  żony,  mój  dobry  człowieku. 

Sam  powinieneś  o  tym  wiedzieć.  Czyżbyś  nie  słuchał  słów  Pana  i  nie  karał  swej  położnicy 

background image

należycie,  jak  przystoi  mężowi,  odpowiedzialnemu  za  jej  życie  wieczne? Czyż  nie  jesteś  jej 

głową, jak ja jestem twoją, a nasz Pan mojej nędznej osoby? 

Pastor radował się widoczną słabością wieśniaka. Bardzo mu się to przyda. Lecz żona 

na  pewno  krzykiem  i  zawodzeniem  będzie  zaprzeczać  każdemu  słowu,  które  miało  paść 

między nią a Marją Oppdal. 

- Oczywiście, jest bezczelna i... niezwykła. Ale, drogi panie Revelin, przypuszczamy, 

ż

e trudno to będzie teraz powstrzymać. Młodzi i starzy ciągną do szkoły gromadą niczym lisy 

do zaszlachtowanej właśnie świni. W dodatku nie ma prawa, które by tego zabraniało. 

Pastor  wolno  pokiwał  głową.  Młody  żołnierz  mówił  prawdę.  Wrócił  do  domu,  by 

wywiązać się z obietnic złożonych pięknej pannie z Mauri, i zastał ją bardziej zajętą pismami 

Marji niż zapełnianiem posażnych kufrów. 

-  Niech  więc  lisy  zatrzymają  swoją  padlinę.  Lecz  tę,  która  swoją  obecnością 

spowodowała całą tę niedolę, usuniemy i unieszkodliwimy - uśmiechnął się pastor. 

Tego wieczoru, gdy zasiadł przy stole Nadjany, wyglądał na wyraźnie zadowolonego. 

Ona  jak  zawsze  miała  nadzieję,  że  się  nie  zjawi,  od  czasu  wyznania  Justitiana  nie  była  w 

stanie wykrzesać z siebie bodaj odrobiny dobrej woli dla starego. Był po prostu odpychający. 

Nadjana,  chociaż  niewiele  miała  do  czynienia  z  dziećmi,  umiała  jednak  nienawidzić 

człowieka, który zabił we własnym synu wszelką radość życia, tak jak uczynił to pastor. Ktoś, 

kto potrafił być okrutny  wobec dziecka, zdaniem Nadjany  nie zasługiwał  na zaufanie ani na 

szacunek.  A  w  dodatku  jeśli  to  dziecko  było  jej  najbliższym  przyjacielem.  Nienawiść  po 

brzegi wypełniła serce jasnowłosej kobiety. 

Mimo wszystko należało zachować uśmiech na wargach. 

Musi  stawiać  przed  nim  najlepsze  przysmaki,  podlizywać  mu  się  płaskimi 

pochlebnymi  słowami.  Zmusić  go,  by  szczerzył  zęby  w  uśmiechu,  by  oczy  lepiły  się  do  de-

koltu  jej  sukni.  Nadjana  była  do  tego  przyzwyczajona.  Potrafiła  odgrodzić  serce  od  tego,  co 

mówią  usta.  Wiedziała,  że  opanowała  tę  sztukę  do  mistrzostwa,  a  była  to  zaledwie  cząstka 

umiejętności, jakie zdobyła w życiu. 

Mężczyźni chcieli być zdradzani, łatwo ich było oszukać. Kiedy w ich oczach, tak jak 

teraz u pastora, pojawiał się wyraz osłabiającej rozum żądzy, serce Nadjany radowało się po 

cichu. 

Pastor nie dowie się, jakie obrzydzenie w niej budzi. 

Na razie słała mu wdzięczne uśmiechy, wkładała do ust duńskie słodycze i uśmiechała 

się, słysząc jego przechwałki. W ten sposób wydobyła z niego chyba wszystko, co chciała, i 

background image

nagle stała się świadkiem intrygi, mogącej mierzyć się z tymi, które sama knuła swego czasu 

jako władczyni Ogrodu. 

A  on  nagrodził  ją  żarłocznym  spojrzeniem,  oblizując  wąskie  wargi  po  każdym 

kawałeczku ciemnej nadziewanej pistacji. 

- Kim jesteś, Nadjano? - spytał takim tonem, że ciarki przeszły jej po plecach. - Może 

i  jesteś  baronówną,  a  może  nie.  Bez  względu  na  wszystko  jednak,  jesteś  bogata  i  piękna. 

Synowa  godna  mnie.  Tutejsi  ludzie  podziwiają  twoją  delikatną  urodę,  dotykają  materiału 

twojej  sukni,  uśmiechają  się  do  ciebie  poddańczo.  Lecz  jak  myślisz,  kim  jesteś  dla  nich? 

Zaledwie  motylem,  obcym  motylem,  jętką,  nie  masz  tu  władzy,  Nadjano,  a  wiem,  że  to  cię 

gniewa. 

Nadjana  odrobinę  podniosła  brodę  do  góry.  Nie  mogła  zaprzeczyć,  że  w  słowach 

Revelina kryje się prawda. Skąd ta jego zdolność czytania w niej jak w książce? Zaniepokoiło 

ją  to,  poczuła  skurcz  w  żołądku.  Rozgniewała  się  na  samą  siebie,  gdyż  uczucie  to 

przypominało lęk. Ten szczur nie jest godzien jej strachu, nigdy go w niej nie wzbudzi. 

- Mam dla ciebie propozycję, Nadjano. Okażę ci zaufanie, jakiego być może wcale się 

po  mnie  nie  spodziewałaś.  Uczynię  cię  swoim  sprzymierzeńcem.  Wydaje  mi  się,  że  się 

rozumiemy. 

- O co chodzi? - spytała twardo. Ręce spokojnie ułożyła na kolanach, głowę trzymała 

prosto. 

Uśmiechnął się do niej, w tym grymasie kryło się coś więcej niż tylko zadowolenie. 

-  Znasz  Marję  Oppdal,  prawda?  Wiedział,  że  ona  pojmuje  jego  intencje.  Ta  historia 

pod kościołem była upokarzająca również dla Nadjany. 

- Tak, przecież o tym wiesz. 

- Ona się posunęła za daleko. Nie po raz pierwszy stawia moją parafię w złym świetle. 

- Ach, tak? 

- Chcę ją powstrzymać raz na zawsze. Powinno ją zdziwić, że ta szkoła znów ruszyła. 

Być  może  czuje  się  teraz  bezpieczna,  wydaje  jej  się,  że  ponieważ  obeszła  zagrody  i 

naopowiadała  ludziom  pięknych  słówek,  dlatego  jej  się  udało.  Może  wmawia  sobie,  że 

wygrała  walkę,  a  nie  wie,  że  ja  jeszcze  nawet  nie  naładowałem  kuszy.  Nadjana  podniosła 

brew. 

- Co zamierzasz zrobić? 

- Ona odejdzie z tej szkoły. Popełniłem błąd, nie angażując się od początku na tyle, by 

ją  powstrzymać.  Sądziłem  jednak,  że  ludzie  sami  zdławią  ten  szalony  pomysł,  tak  jak  gaszą 

wszystko co nowe, przeżuwają to, aż zmienia się w nicość. Niestety, udało jej się ich omamić, 

background image

zainteresować  tą  nową  zabawą.  Ale  to  niebezpieczne,  niebezpieczne...  Do  głowy  zaczynają 

im napływać niedobre myśli, bezbożne myśli, buntownicze. Jako szlachcianka wiesz, o czym 

mówię... 

Nadjana wolno skinęła głową, zbyt wiele już widziała na świecie, by nie bać się buntu 

tłumu. Ale nie o siebie się bała, nie o szlachtę, dość miała w sobie wspomnień z innego czasu, 

z innego kraju, gdzie lud przez pokolenia składał w ofierze swoją krew w odważnej walce z 

potężną przewagą. Gdyby taka walka miała się stoczyć tutaj, to ona i Revelin staliby każde po 

swojej stronie. A oto on zaprasza szpiega na swą wyprawę krzyżową. 

- Chcę, żebyś ty się tym zajęła - rzekł po prostu. I odchylił się, pozwalając, by słowa 

zawisły w powietrzu. 

Z początku nie zrozumiała, o co mu chodzi, myśl wydała się zbyt nieprawdopodobna. 

W końcu jednak wybuchnęła głośnym nieopanowanym śmiechem. 

Revelin  chciał,  aby  została  nauczycielką!  Ona,  niegdyś  dziwka,  ulicznica  z 

Kopenhagi.  Obca,  uciekinierka,  która  wyrwała  się  z  głębin  ludu,  nad  którymi  chciał  mieć 

teraz kontrolę. 

Nadjana  wyobraziła  sobie  siebie  w  szkole,  w  skromnym  surowym  stroju,  mówiącą  o 

moralności, cnocie i przyzwoitości. 

Prędko jednak odegnała ten obraz. 

Marja nie była ani trochę lepsza od niej! Równie nieprawdopodobne było, aby ta furia, 

ta mała złośnica potrafiła wpoić swym uczniom przekonanie, że właśnie spokój i cierpliwość 

dodają człowiekowi siły. 

To mogło być zabawne. 

Jakaż ironia losu. 

Justitianowi raczej by się to nie spodobało, Marja wywarła na niego zbyt duży wpływ. 

Ale  dawnego  Justitiana  szczerze  by  to  rozbawiło,  zaciągnąłby  ją  na  siano,  śmiejąc  się  z 

ludzkiej głupoty. Wyobraźcie sobie tylko, dziwka zajmująca się wychowaniem młodzieży! 

Nadjana uśmiechnęła się do pastora. 

-  Zajmę  się  szkołą,  jeśli  sobie  życzysz.  Tylko  po  to,  by  zobaczyć,  jak  Marji  Oppdal 

wyrywa się z rąk dzieło jej życia. 

- Tak właśnie myślałem - pokiwał głową zadowolony pastor. 

I sam się poczęstował garścią starannie owiniętych w bibułki słodyczy, które Nadjana 

przewiozła przez morze. 

- Ona nie zrezygnuje dobrowolnie, ma wielu przyjaciół... 

background image

-  Nie  myśl  o  tym  na  razie.  Teraz,  kiedy  mogę  liczyć  na  twoje  wsparcie,  i  wiem,  że 

przyświeca  nam  ten  sam  cel...  nietrudno  będzie  znaleźć  właściwą  drogę.  Dam  ci  znać,  gdy 

tylko wszystko będzie gotowe. 

Wstał od stołu. Nadjana zazgrzytała zębami. Najbardziej nie lubiła braku kontroli nad 

sytuacją. Zwykle sama obmyślała reguły gry. 

Ale może to wcale nie takie głupie, pozwolić mu wierzyć, że ona jest tylko pionkiem 

w jego grze. We właściwym czasie Revelin się dowie, że Nadjana chce upiec własną pieczeń 

przy jego ogniu. 

Nadjana ujęła srebrny dzwoneczek, zadzwoniła. Powiedziała służącej, że chce położyć 

się spać. Poprosiła, by przyniesiono jej do pokoju pana kubek uspokajającej herbatki. 

Justitian  spał,  kiedy  otwierała  drzwi,  lecz  szepnął  coś  do  niej,  gdy  ułożyła  się  obok 

wychudzonego, udręczonego chorobą ciała. 

- Mój kochany... wydaje mi się, że twój ojciec sam wbija sobie gwoździe do trumny - 

powiedziała. 

Odniosła  wrażenie,  że  Justitian  nie  ma  sił,  by  usłyszeć  cokolwiek  więcej.  Być  może 

nie spodobałyby mu się zatargi żony z jego młodzieńczą miłością, nawet jeśli miałaby to być 

niewielka  ofiara  w  drodze  do  pełni  władzy.  Revelin  przekona  się,  że  popełnił  wielkie  głup-

stwo, zastępując Marję Oppdal Nadjaną Revelin. 

To tak jak zabić lisa w stadzie owiec, a pozwolić, by grasował w nim wilk, pomyślała 

Nadjana. 

Ale  Justitian  nie  musi  się  martwić.  O  niczym  się  nie  dowie.  Będzie  tylko  troskliwie 

pielęgnowany, aż pewnego dnia, miejmy nadzieję, odzyska w pełni swą męskość i siłę. 

Leżała  nieruchomo  przytulona  do  niego,  delikatnie  gładząc  zapadniętą  klatkę 

piersiową. Skóra pod jej palcami wciąż była miękka i ciepła. Ale zrobiła się jakby luźniejsza, 

a w niektórych miejscach pokrywała ją ta paskudna czerwona wysypka. Choroba odebrała jej 

kochanka, a w obecnej sytuacji nie mogła liczyć na znalezienie kogoś, kto pomoże jej ugasić 

płomienie, coraz częściej trawiące ciało. 

Nadjana  wypiła  łyk  przezroczystego  lekarstwa  z  niedużej  apteki  w  Kopenhadze.  W 

dniu, w którym się skończy, będzie zmuszona przynieść kilka dzbanów z przechowywanej na 

plebanii cuchnącej prostackiej zbożowej wódki. 

Wreszcie zapadła w sen. 

Ramiona miała puste, a ciało długo opierało się działaniu leku i nie dawało się uśpić. 

Revelin nie czuł tego pełnego drżenia napięcia od pamiętnego dnia dawno temu, kiedy 

zapach stosu czarownic stał się dla niego tak rzeczywisty, że mógł go niemal dotknąć. 

background image

Władza i chwała. 

Może nawet na wieki. 

A  na  pewno  dopóty,  dopóki  tchu  starczy  mu  w  piersiach.  Żaden  człowiek  nie 

potrafiłby długo opierać się jemu, Revelinowi. Wszyscy tacy źle skończyli. 

Los matki powinien być dla Marji Oppdal nauczką, powinna trzymać się z daleka, jak 

najdalej od tej parafii. Właściwie to niewiarygodne, że ta głupia gęś ośmieliła się tu przybyć i 

domagać spadku po matce. Cóż, dostanie swoje dziedzictwo. 

Może nawet podzieli los matki. 

A może... Może córka spłaci dług zaciągnięty przez matkę? Może to jej kuszące ciało 

spłonie, z wolna obracając się w nicość? 

Być  może  ów  słodki  zapach  stosu  naprawdę  dotrze  do  jego  nozdrzy,  a  jej  krzyki 

rozlegną się zamiast tych, których nigdy nie usłyszał z czerwonych ust Marii? 

Revelin od dawna nie czuł się tak silny i młody. Zwycięstwo miał już w rękach. 

Tym razem świadkowie się nie odwrócą. Zabraknie im odwagi. Teraz już żadna głupia 

Cecilia nie zburzy jego wzniesionej z takim mozołem budowli. Marja nie ma żadnych szans. 

Już radował się myślą, jak będzie przed nim pełzać. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Salę  szkolną  wypełniała  żywa  masa  ludzi.  Większość  ubrana  była  w  szare  kurtki  i 

znoszone  brązowe  spodnie,  drewniaki  stukały  o  podłogę  z  desek.  Niebieskie  albo  czarne 

wełniane czapki wisiały na kołkach przy drzwiach. Tak wyglądał mundur chłopskich synów. 

Ale drogę tutaj znalazło również kilka dziewcząt. 

Marja  zauważyła,  że  ci,  którzy  stawili  się  w  tym  roku,  są  starsi.  Oczywiście  i  teraz 

trafił się jeden  czy drugi ośmio - , dziesięciolatek, mało kto jednak potrafił dostrzec powód, 

by wysyłać na naukę czytania takie małe dzieci. Poznania tajemnicy liter potrzebowali raczej 

ci, którzy stali już w progu świata dorosłych. 

Marja  przyniosła  dziś  ze  sobą  książki.  Wyszukała,  co  się  dało,  u  Antona,  zabrała  też 

parę  własnych:  niedużą  książeczkę  z  psalmami  ułożonymi  przez  pewną  kobietę  z  Północy 

oraz  gruby  tom  o  charakterystycznych  cechach  roślin  i  ich  wykorzystaniu,  lecz  po  duńsku. 

Sama  zrobiła  też  własną  książkę,  cienką,  nieudolnie  oprawioną,  z  prostymi  tekstami 

napisanymi tak, aby zawarte w niej słowa miały znaczenie również dla tych, którzy nie znali 

ż

adnego innego języka poza własnym dialektem. 

W  tworzeniu  książki  uczestniczyła  również  Amelia,  zaciekawiona  i  bardzo 

zainteresowana  pisaniem.  Prawdę  powiedziawszy  dzieciak  już  nieźle  potrafił  trzymać  pióro; 

mała wymyślała wierszyki i piosenki, które matka zapisywała. Książeczka Marji cieszyła się 

wielką  popularnością.  Ten,  komu  udało  się  ją  pożyczyć  do  domu,  szedł  dumnie,  jakby  niósł 

klejnoty koronne, a nie nieporządną, zrobioną własnym przemysłem książkę. „Wskazówki do 

nauczania  słowa  i  pisma  Marji  i  Karła  Oppdalów”.  Taki  tytuł  wypalono  na  skórze,  w  którą 

Karl oprawił arkusze papieru. Ogromnie był dumny z tego tytułu. 

Na samym końcu klasy siadywał zwykle dzwonnik. Marji nie bardzo się to podobało. 

Nie wiedziała, czy to Revelin przysłał tu tego człowieka, czy też może powodem wizyt była 

jego służalczość i pewien lęk, jaki w nim wzbudzała. 

Krótkie  dni  w  szkole  mijały  głównie  na  wbijaniu  do  głowy  liter  i  ćwiczeniach  w 

czytaniu i pisaniu. Marja jednak zawsze uważała, że znajomość liter to tylko środek do celu, 

one  dopiero  miały  ofiarować  wieśniakom  cały  świat.  Dlatego  nierzadko  poświęcała  godzinę 

czy  nawet  dwie  na  czytanie  im  na  głos  tego,  co  znalazła.  Były  to  książki  z  radami  dla 

młodych dziewcząt, o tym, jak zajmować się domem i bydłem, fragmenty leksykonu roślin, z 

którego  uczniowie  dowiadywali  się,  jakie  dziwne  nazwy  noszą  rośliny,  a  także  do  czego 

można je wykorzystać. 

background image

Dzisiaj  Marja  zamierzała  uchylić  drzwi  do  świata  historii.  Sama  bardzo  się  nią 

interesowała  i  zakładała,  że  temat  zaciekawi  również  innych  młodych  ludzi.  Niestety,  jedna 

głowa za drugą zaczęła się kiwać, gdy Marja zapuściła się w stare królestwa. A przecież nie 

trzymała się wyłącznie faktów, lecz splatała je w pełną fantazji tkaninę. 

Dzwonnik  zasnął,  a  w  każdym  razie  broda  opadła  mu  na  pierś,  a  głowa  od  czasu  do 

czasu kiwała się na boki. 

- Zaśpiewajmy coś - zaproponowała Marja. 

Cztery  ręce  wystrzeliły  w  powietrze.  Nauczyła  uczniów  tego  znaku,  by  nie 

przekrzykiwali się jedno przez drugie. 

- Ach, może zaśpiewamy którąś z tych pięknych piosenek Jona Muzykanta! 

Marja uśmiechnęła się. Wędrowny grajek odwiedził wieś latem, a ludzie wciąż nucili 

jego  melodie  pod  nosem  i  poruszali  nogami  do  taktu  muzyki,  która  wbiła  się  im  w  głowy. 

Podziwiano i głośno chwalono instrument, pięknie wycięte skrzypki z Hardanger. Nikt nigdy 

nie  słyszał  równie  porywającej  muzyki  do  tańca.  To  było  coś  zupełnie  innego  niż  drumla 

Jensa i odwieczne śpiewanie przy wtórze klaskania w dłonie. 

- Chyba żadnej nie umiem - odparła Marja, ostrożnie zerkając na śpiącego dzwonnika. 

- Ależ my umiemy! My znamy! Wszyscy nagle jakby się przebudzili. Dzieci dosłow-

nie podskakiwały na ławkach. 

- Dobrze, a więc śpiewajcie, może i ja się czegoś nauczę. 

Wysoki  chudy  chłopiec  z  Hammaren  podał  ton,  miał  zaskakująco  miękki  i  głęboki 

głos.  Pozostali  przyłączyli  się  do  niego,  piosenka  była  długa,  rytmiczna,  Marja  poczuła,  że 

lewa noga sama porusza jej się do taktu. 

Tekst  także  był  dobry,  choć  tu  i  ówdzie  nieco  rubaszny.  Marja  śmiała  się,  drepcząc 

przed  dziećmi,  śpiewającymi  najgłośniej  jak  potrafiły.  Ktoś  zaczął  klaskać,  nawet  dzwonnik 

się przebudził i zaskoczony przyłączył do klaskania przy refrenie. 

Nikt chyba jeszcze nie  widział szkolnego bractwa tak rozbawionego. Marji na widok 

rozweselonej szarej gromadki młodych ludzi z radości pokraśniały policzki. Wszystko jednak 

musi mieć swój czas; po kilku surowych słowach i zdecydowanych spojrzeniach uspokoili się 

i zaczęli rozdzielać między sobą tabliczki i rysiki. Litera S dla wielu okazała się prawdziwym 

problemem. Po prostu nie chciała się ładnie wyginać. 

- Benjamin! Ależ naprawdę, sam chwyciłeś? Pokaż mi, zrób to jeszcze raz. 

Marja promieniała z dumy. Dzieciak naprawdę zdołał sam złapać szmatkę do ssania i 

podnieść ją do ust. Ruchy wciąż miał niezdarne i niepewne, kilka razy nie trafił i uderzył się 

zanurzonym w mleku gałgankiem, a jednak była to wspaniała nowina! 

background image

- On da sobie radę - stwierdził Karl tak samo dumny. - Potrzeba mu tylko więcej czasu 

i ćwiczeń. 

Amelia uśmiechała się od ucha do ucha. Cudownie było patrzeć na mamę i tatę takich 

radosnych,  objętych.  Musi  wieczorem  podziękować  Bogu  i  za  to.  Nie  miała  bowiem 

wątpliwości, że to za sprawą jej modlitwy rodzice byli teraz dla siebie milsi i sympatyczniejsi. 

I mama prawie cały  czas siedziała w domu, chyba że szła do Wdowiej Zagrody uczyć ludzi 

czytać.  Amelia  rozumiała,  że  mama  musi  się  tym  zajmować,  szkoda  wszak  tych,  którzy  nie 

znają  tej  sztuki.  Owszem,  i  teraz  mama  bywała  zmęczona  i  smutna,  lecz  zdarzało  się  to  o 

wiele rzadziej niż przedtem i zawsze pomagał jej na to śpiew tatusia albo przygotowana przez 

niego  filiżanka  ziołowej  herbaty.  Amelia  miała  wrażenie,  że  tkwiący  w  niej  maleńki  pączek 

szczęścia  stale  rośnie.  Przypuszczała,  że  Martin  czuje  podobnie,  chociaż  nic  nie  mówił. 

Pewnie chce uchodzić za dużego, sądzi, że jest już dorosły. 

-  Mogę  go  zabrać  na  spacer  taczką  -  zaofiarowała  się  dziewczynka.  Miała  nadzieję 

spotkać  którąś  z  koleżanek  i  pokazać  jej,  że  Benjamin  wcale  nie  jest  taki  beznadziejny,  jak 

uważała większość. 

- A nie jest trochę za chłodno? Rano pole przy Onsaker pobielało. 

- Nie, ubiorę go ciepło. Mogę też znieść baranice ze strychu. 

- No tak, to rzeczywiście powinnaś zrobić, już niedługo znów się przydadzą. Ostatnie 

noce były zimne - powiedziała Marja. 

Tatuś trącił ją w bok, widocznie zażartował, oboje się roześmiali i pocałowali, Amelia 

uśmiechnęła  się  trochę  zażenowana,  ale  widok  rodziców  napełniał  ją  przyjemnym  ciepłym 

uczuciem, chociaż policzki poczerwieniały jej z zawstydzenia. 

Dziękuję ci, Boże, dziękuję ci, Boże, śpiewało jej w duszy, kiedy wiozła przybranego 

braciszka w miejsce, gdzie zwykle spotykały się dzieci, gdy miały trochę czasu na zabawę. 

Przestały już prawie się z niej wyśmiewać i drwić z tego dziwnego dzieciaka, którego 

wszędzie ze sobą ciągnęła. Było wielu innych, z których zabawniej było szydzić niż z Amelii. 

Ona nigdy nie płakała, przestała się też już złościć, stała tylko, głupio się uśmiechała i mówiła 

takie  dziwne  słowa  jak  dorosła.  Wiedzieli,  że  Amelia  umie  czytać  w  książkach,  i  ten  fakt 

skłaniał ich do zachowania większej ostrożności. Wszyscy mówili bowiem, że przed takimi, 

co umieją czytać, trzeba zdejmować czapkę. Może z Amelii coś wyrośnie, powtarzały między 

sobą dzieci. Nie bardzo wiedziały, co to znaczy, po prostu naśladowały rozmowy dorosłych. 

Z nich na pewno nic nie wyrośnie. Będą gospodarzami albo chałupnikami, może cieślami lub 

kowalami,  Amelia  natomiast  stanie  się  być  może  kimś  takim  jak  jej  matka,  ta  piękna 

czarnowłosa pani, która takim miłym głosem czytała w szkole. 

background image

Ale Benjamin... On i tak na pewno niedługo umrze, wszyscy tak mówią. Dzieci, drżąc 

z radości pomieszanej z przerażeniem, cieszyły się, gdy wolno im było oglądać kogoś, kogo 

wkrótce  zabierze  śmierć.  Ale  Benjamin  wyglądał  na  jak  najbardziej  żywego,  tak  samo 

ż

ywego  jak  ich  młodsze  rodzeństwo  w  domu.  Wiadomo  jednak,  że  małe  dzieci  niekiedy 

umierają.  Wśród  towarzyszy  zabaw  Amelii  nie  było  takiego,  które  by  nie  widziało  matki, 

ciotki lub innej krewnej niosącej małą trumienkę na cmentarz. Niejeden miał starszego brata 

albo młodszą siostrzyczkę w niebie. A niektóre dzieci umierając były takie małe, że nie miały 

nawet  własnej  trumny  i  nie  mogły  się  dostać  do  nieba.  Właśnie  ich  dzieci  najbardziej 

ż

ałowały. Bo nie mogły nawet stać się aniołkami. 

Amelii  zrobiło  się  przykro,  gdy  inne  dzieci  nie  zrozumiały,  jakie  to  wspaniałe,  że 

Benjamin sam zdołał podnieść do ust gałganek. 

- E, przecież on jest taki duży. Powinien umieć o wiele więcej. Mój braciszek sam już 

siedzi na podłodze, a jest o wiele mniejszy. 

- Ale Benjamin jest mądrzejszy. Rozumie, co do niego mówisz. 

-  E  tam,  to  dlaczego  nie  odpowiada?  Zobacz,  tylko  mu  ślina  cieknie  i  uśmiecha  się, 

nawet jak mówimy o nim brzydkie rzeczy. 

-  To  dlatego,  że  jest  taki  dobry  -  powiedziała  Amelia  cicho,  przyciskając  wielkie 

niemowlę do swego kruchego ciałka. 

- Chodźmy się pobawić - zawołała pulchna, wesoła Kari z Dosen. 

Wokół  okrągłej  buzi  tańczyły  dwa  rude  warkocze.  Dorośli  zawsze  gładzili  ją  po 

głowie i powtarzali, jakież to zdrowe, ładne dziecko. Amelia uważała, że Kari jest tłusta. Nie 

miała nawet łokci, tylko dwa zagłębienia w różowej skórze. 

Amelia poszła do domu. 

Uznała, że jej towarzysze są tacy dziecinni. Benjamin rozumie sto razy więcej niż oni. 

Kilkakrotnie  zabrała  go  do  obory,  a  on  tak  ładnie  uśmiechał  się  wtedy  do  krów  i  owiec. 

Nawet  Złotoroga,  która  zawsze  rzucała  łbem  i  potrafiła  na  dodatek  ugryźć,  stała  spokojnie, 

gdy  Amelia  podsunęła  piąstkę  Benjamina  do  jej  miękkiego  pyska.  Dziewczynka  często 

postępowała  podobnie.  Chciała  pokazać  Benjaminowi  świat,  nie  żałowała  czasu  na  zebranie 

kwiatków,  które  mógł  powąchać.  Albo  sadzała  go  na  kolanach  i  łaskotała  piórkami 

znalezionymi przy drodze. Chłopczyk lubił też, kiedy śpiewała, zwłaszcza gdy ujmowała  go 

za ręce i pomagała klaskać. Może któregoś dnia Benjamin nauczy się chodzić, Amelia już się 

na to cieszyła. Będzie mogła wszędzie go ze sobą zabierać. 

background image

Na  razie  jednak  mały  zaczął  popłakiwać.  Dziewczynka  poczuła,  że  i  jej  burczy  w 

brzuchu.  Widać  najwyższy  czas  na  kolację.  Nikt  lepiej  niż  Benjamin  nie  wiedział,  kiedy 

nadchodzi pora jedzenia. 

Marja smażyła placki jajeczne ze słoniną. Zapach zmusił Amelię do pośpiechu. 

- Dostałam dzisiaj po koszyku jaj od Jonatana i od Liny Hus, boję się, że jajka trochę 

leżały, lepiej nacieszyć się przysmakami, zanim zgniją - uśmiechnęła się. 

Zapach  bijący  z  patelni  zwabił  także  Martina.  Zwykle  chłopiec  zabierał  parę 

kawałków  chleba  z  odrobiną  masła,  jeśli  było,  i  rozkoszował  się  wieczornym  posiłkiem  w 

swojej chatce. Letni szałas z gałęzi Martin wzmocnił własnoręcznie ściętymi drzewami. Bale, 

które  połączył  na  zrąb,  leżały  być  może  nieco  nierówno  i  dziwnie  się  zbiegały  zwłaszcza  w 

rogach, nie były też szczególnie grube, ale Martin sprytnie je zespolił i Karl bardzo chwalił tę 

pozbawioną  dachu  budowlę,  mówiąc,  że  z  Martina  już  jest  mały  cieśla.  Jak  na  siedmiolatka 

praca została naprawdę sprawnie wykonana. Ojciec pomógł mu jedynie umieścić na miejscu 

najwyższe  bale.  Tego  wieczoru  jednak  Martin  siedział  w  izbie  i  jadł  placki  jak  prawdziwy 

mężczyzna. Karl zmierzwił mu brązowe włosy, jaśniejsze nieco niż jego własne. 

- Robotny z ciebie chłop, synu. Martin nie odpowiedział, lecz od pochwały ojca zda-

wał się rosnąć w oczach. 

-  Ale  do  gadania  nieprędki,  to  pewne,  jesteś  taki  jak  ja,  też  za  młodu  byłem  raczej 

małomówny. 

Marja uśmiechnęła się. Dobrze widzieć ich takich, jakich chciała ich widzieć. Jak ojca 

i syna. Niekiedy nawet ona uważała, że są do siebie podobni. Czy to możliwe, aby człowiek 

zmieniał swój wygląd w zależności od tego, z kim się wychowuje? 

Nie. 

Amelia była jej dokładnym przeciwieństwem. Nikt nie mógł pojąć, jak to możliwe, by 

kobieta  o  tak  czarnych  włosach  mogła  wydać  na  świat  córeczkę  jasną  jak  wiosenne  niebo. 

Owszem, Marja też miała niebieskie oczy, lecz nie tak jasne i przejrzyste jak Amelia. Ciemne 

rzęsy dziewczynki ślicznie kontrastowały z długimi złotymi lokami. Skąd ona ma te włosy? 

Matka Justitiana mogła mieć jasne włosy. Z tego co słyszałam, moja też, zamyśliła się 

Marja. 

Tęsknota wciąż niekiedy potrafiła ją zakłuć, niczym nóż pojawiający się nie wiadomo 

skąd  wbijała  się  w  serce  w  chwilach,  gdy  najmniej  się  tego  spodziewała.  Nigdy  chyba  nie 

dorośnie na tyle, by nie tęsknić za matką. I za ojcem! 

Za Randarem Meisterplass. 

background image

Ojciec  był  kiedyś  katem  i  w  imię  sprawiedliwości  zgładził  wielu  ludzi.  Wreszcie 

uwolnił się od swej profesji, za sprawą mamy, tak mówiła Gjertrud. A potem mu ją odebrali, 

został sam z nowo narodzonym dzieckiem i służącą. 

Marja  zapamiętała  go  jako  najwspanialszego,  najpiękniejszego  mężczyznę.  Miał 

bardzo  wielkie  ręce  i  takie  dobre.  Pamiętała  jednak,  że  brakowało  im  kilku  palców,  nie 

zapomniała dziwnego wrażenia, kiedy głaskał ją po głowie. 

A potem wyjechał, do mamy. 

Tak chyba było sprawiedliwie. Mama wszak nie miała nikogo, na tej wysepce musiała 

bardzo  cierpieć.  Jej,  Marji,  została  przecież  Gjertrud.  Przez  wiele  lat  jednak  nie  przestawała 

karmić się nadzieją, że kiedyś oboje wrócą do domu, że pewnego pięknego dnia ujrzy płynącą 

fiordem łódź, łódź ojca. 

Ale tak nigdy się nie stało. 

Marja  dostała  jedynie  list,  napisany  pięknym  kobiecym  pismem.  To  wszystko,  co 

miała po matce. List pełen ciepłych słów, no i stare suknie, trochę ozdób. I książki. 

Jajeczny placek zaczął rosnąć jej w ustach. Zorientowała się, że Karl przygląda się jej 

badawczo, zauważył widać, że zatopiła się we własnych myślach. 

Uśmiechnęła  się  szeroko,  potrząsnęła  głową,  żeby  pozbyć  się  wspomnień,  i  zmusiła 

się,  by  zapytać,  jak  Martinowi  minął  dzień.  Znakował  przecież  drzewa  przeznaczone  do 

wycinki. 

-  Dobrze  -  odparł  Martin,  prędko  zapychając  usta  jedzeniem.  Nieładnie  przecież 

mówić z pełną gębą. 

Marja  uśmiechnęła  się  niepewnie.  Odsunęła  talerz,  najbardziej  wyszczerbiony, 

najbrzydszy ze wszystkich. Chciałaby mieć blaszane naczynia albo przynajmniej cynowe, ale 

o takich sprawach nie powinno się myśleć, trzeba się raczej cieszyć z tego przywileju, że mają 

przez całą zimę czym napełnić garnki i miski. Marja wiedziała, co to jest głód. A moje dzieci 

go nie znają, pomyślała z dumą. 

Po  części  zawdzięczali  to  Antonowi  i  Gjertrud.  Za  życia  Gjertrud  Marja  mogła 

zastawić  stół  wyjątkowo  smacznym  i  obfitym  jedzeniem.  Wprawdzie  nie  bez  uszczerbku  na 

dumie,  ale  przyjmowała  podarunki,  to  chyba  naturalne,  że  matka,  którą  spotkało  szczęście, 

pomaga córce, ubogo wydanej za mąż, i wnukom. Bardzo się im to wtedy przydawało. Teraz 

jednak, gdy Karl otrzymywał dobrą zapłatę za dniówki, a ponadto mógł zająć się uprawą ich 

własnego poletka, nadeszły lepsze czasy. Niektórzy wieśniacy przysyłali też przez dzieci dary 

dla Marji Oppdal, soloną słoninę i jajka, bochny chleba i śledzie. Na pewno jakoś dadzą sobie 

background image

radę.  Z  dwiema  krowami  w  oborze  i  piętnastoma  owcami  mogli  się  wręcz  nie  uważać  za 

biedaków, a już na pewno w porównaniu z innymi dzierżawcami i chałupnikami. 

Marzeniem Karla było zaoszczędzenie sumy wystarczającej na odkupienie zagrody od 

stryja,  ale  to  mogło  kosztować  dwieście  albo  nawet  trzysta  talarów.  Tyle  pieniędzy  chyba 

nigdy nie uda im się zgromadzić. Może jednak, gdy Martin dorośnie, zdoła wykupić zagrodę 

na własność. Właśnie kierując się tą myślą Karl  uprawiał każdy najmniejszy skrawek ziemi. 

Wyciągał  wielkie  głazy  z  czarnej  gleby,  nie  przejmując  się  tymi,  którzy  na  jego  widok 

spluwali  i  z  rękami  w  kieszeniach  mamrotali  pod  nosem,  że  to  może  mu  przynieść 

nieszczęście. Bo przecież kamienie zostawił w ziemi Pan Bóg... Karl śmiejąc się mówił, że są 

leniwi,  i  spokojnie  pracował  dalej  nad  tym,  co  sobie  zaplanował.  Marja  wiedziała,  że  ci, 

którzy  nie  wyciągają  kamieni,  szanują  go  za  to,  chociaż  sami  woleli  nie  zapominać  o 

przesądach. 

-  Dziękuję  za  jedzenie,  Marjo.  Pyszne,  jak  zwykle.  Naprawdę  mamy  szczęście,  że 

możemy tak dobrze pojeść. 

Benjamin  głośno  beknął  i  uśmiechnął  się  szeroko.  Amelia  żartobliwie  go  złajała  i 

zaraz zaczęła huśtać na kolanach. 

- Zaraz go przewinę. Chyba dzisiaj też może ze mną spać? 

Marja uśmiechnęła się. 

- Oczywiście, kochanie, jego łóżeczko i tak już jest za małe. 

- Zrobię mu nowe - oświadczył niespodziewanie Martin. 

Marja  popatrzyła  na  syna  zaskoczona.  Tak  rzadko  dobrowolnie  występował  z  jakąś 

propozycją. Pogładziła go po gęstych włosach, odsunął się, ale tylko odrobinę. 

- Naprawdę? Jestem pewna, że to będzie najpiękniejsze łóżko, jakiego nie miało żadne 

dziecko we wsi. 

- Mmm - mruknął Martin i ruszył do drzwi. 

- Nie siedź za długo, jest już wieczór, przecież wiesz. 

- Taki sam jak ja - mruknął Karl. - Taki sam byłem w jego wieku... 

Marja nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Karl na pewno ma rację, nieśmiałość i 

milkliwość  Martina  nie  jest  raczej  powodem  do  niepokoju.  Była  przekonana,  że  chłopca  nie 

dręczy  wcale melancholia, raczej jest to swego rodzaju poczucie wyższości, refleksyjny sto-

sunek  do  świata.  Martin  rzadko  w  czymś  uczestniczył,  lecz  tym  uważniej  wszystko 

obserwował.  Zdarzało się, że patrzył na nią,  gdy wydawało mu się, że ona tego nie widzi, a 

wówczas w jego oczach pojawiało się coś, co sprawiało, że Marja kurczyła się w sobie. 

Jakby potrafił przejrzeć matkę na wskroś. 

background image

W takich chwilach przypominał znienawidzonego dziadka. 

Najpierw  wziął  masło  i  posmarował  nim  grubo  żytni  placek,  lefse.  Na  to  kilka 

kawałeczków  suszonego  mięsa  namoczonego  w  mleku,  potem  zwinął  placek  i  obłożył  go 

plastrami sera. Revelin tego wieczoru bardzo sobie cenił jedzenie. 

Zdaniem  Nadjany  jadłospis  był  tu  prosty  i  wulgarny.  Wciąż  potrafiła  się  budzić  ze 

smakiem  smażonych  na  maśle  szparagów  i  pachnącej  winem  jagnięciny  w  ustach.  No  i 

przyprawy, aromatyczne korzenie i łodygi z krainy daleko na Południu. Statki regularnie po-

wracające  do  Kopenhagi  z  Zachodnich  Indii  przywoziły  tyle  ciekawych  rzeczy,  a  tu  nie 

wiedziano,  czym  jest  pomarańcza,  a  o  słodkich  włochatych  chińskich  owocach,  których 

smakiem delektowano się w stolicy, zapewne nawet nie słyszano. 

Owoce  miłości,  tak  o  nich  mówiono.  Jakże  ucieszyłyby  wyschnięte  usta  Justitiana 

zamiast tej burej owsianki i tłustej kapusty, którą kucharka przygotowywała choremu. 

Revelin  zaprotestował,  gdy  Nadjana  ośmieliła  się  zaproponować,  żeby  wyrzucić 

kucharkę i znaleźć nową. 

-  Nigdy  nie  wiadomo,  na  kogo  trafisz,  a  ona  jest  już  tutaj  od  tak  dawna.  Należy  do 

tego miejsca. Nieludzką rzeczą byłoby wyrzucanie jej za próg. 

Nadjana  postanowiła  spróbować  jeszcze  raz.  Tym  razem  zdecydowała  się  podejść 

pastora od innej strony. 

-  Drogi  teściu  -  zaczęła.  -  Wydaje  mi  się,  że  bardzo  schudłeś...  Mam  wyrzuty 

sumienia.  Chociaż  dobrze  ci  w  chacie  dzwonnika,  to  jednak  powinieneś  mieć  kogoś,  kto  by 

się tobą zajął. 

- Piękna myśl, doprawdy, ale mam wszystko, czego mi potrzeba. I dana mi jest także 

ta radość, że niemal co wieczór mogę siedzieć przy naszym wspólnym stole. 

-  Oczywiście,  inaczej  być  nie  może,  ale...  Czy  to  nie  dobry  pomysł,  aby  kucharka 

przeniosła się do ciebie? Można by też spróbować sprowadzić jeden z tych nowych żelaznych 

pieców, mogłaby ci wtedy gotować... 

Revelin przeżuwał intensywnie. 

-  Mhm...  może  i  tak.  Przydałoby  się  to  człowiekowi  takiemu  jak  ja.  Pracuję  przecież 

dużo i często brak mi czasu, żeby przyjść tutaj zjeść... 

-  Mogłaby  też  przynosić  ci  jedzenie,  gdyby  obowiązki  wymagały  od  ciebie 

wielogodzinnego pozostawania w kościele. 

Revelin wypił piwo. 

Głośno odstawił kubek na stół. 

background image

- Masz rację, Nadjano, to nie byłoby wcale takie głupie. Ale nie chcę kobiety w domu. 

Jest za mały, będzie musiała dalej mieszkać tutaj w kuchni. 

Nadjana zmarszczyła nos. To zaledwie połowiczne zwycięstwo. Chyba że... 

-  Zamierzałam  włożyć  trochę  srebra  w  tę  plebanię.  Wciąż  wiele  trzeba  tu 

uporządkować,  mam  nadzieję,  że  nie  weźmiesz  mi  za  złe,  teściu,  zamówiłam  już  nowy 

ż

elazny  piec,  nowe  szafki  i  ławy,  miedziane  rondle,  balie,  trochę  drobiazgów  do  pokojów. 

Wiedziałam, że nie będziesz temu przeciwny... 

Patrzył na nią niewidzącym wzrokiem. 

- Ależ nie, na coś trzeba przecież wydawać pieniądze. A plebania zawsze wszak była 

najwspanialszym gospodarstwem we wsi. Podoba mi się, że chcesz utrzymać ją na należytym 

poziomie, Nadjano, zwłaszcza teraz, kiedy jest prawie twoja. 

Podniósł  wzrok  na  sufit,  na  stryszku  ponad  nimi  akurat  w  tym  miejscu  stało  łóżko 

Justitiana. Nadjana nie bardzo wiedziała, jak rozumieć te słowa. Pastor zwykle nie pozwalał 

się  domyślać,  jakie  odczucia  budzi  w  nim  choroba  syna.  Niekiedy  mówił  o  Justitianie,  jak 

gdyby  syn  leżał  w  łóżku  z  powodu  chwilowego  złego  samopoczucia,  Nadjana  natomiast 

czasami przeżywała strach, że mąż nigdy już nie wstanie. W dodatku zbliżała się zima, a zimy 

w tym północnym kraju na pewno potrafią być straszne. Miała nadzieję, że uda jej się zdobyć 

grube niedźwiedzie futro, a przynajmniej płaszcz z lisów. W nim przy jej jasnej cerze będzie 

jej zapewne bardziej do twarzy. 

Revelin najwidoczniej już się najadł. 

- Podziękujmy Bogu za jego dary, a później módlmy się o to, by obdarzył nas łaską w 

ż

yciu i w naszej walce - powiedział z ironicznym wręcz namaszczeniem. 

Zadowolony złożył dłonie. Potem rozluźnił kołnierz i zawołał kucharkę, by przyniosła 

drewna. 

-  Czuję,  że  jesień  zagościła  już  na  dobre.  Bolą  stare  kości,  zapalmy  dziś  ogień  na 

palenisku, synowo, i radujmy się blaskiem płomieni. 

To  będzie  niczym  przygrywka,  pomyślał.  Płomienie  pełzające  po  szczapach  drewna 

miały  w  sobie,  zdaniem  Revelina,  coś  zmysłowego.  W  dodatku  przypominały  mu  o  stosie, 

który pewnego dnia, już niedługo, rozgorzeje na tle nieba. 

- Widziałaś kiedyś stos, na którym palą czarownice? - spytał miękko. 

Nadjana wzruszyła ramionami. 

- Och, niejeden. Swego czasu było to ulubioną rozrywką szlachty. Wreszcie jednak się 

tym  znudzili,  nikomu  już  nie  chciało  się  wyprawiać  w  daleką  drogę  powozem  albo  konno 

background image

tylko  po  to,  by  zobaczyć,  jak  w  ogniu  ginie  jakaś  prosta  dziewka.  W  dodatku  one  zwykle 

umierały, zanim jeszcze dosięgły je płomienie. 

Revelina wyraźnie zadowoliła ta odpowiedź. 

-  My  też  mieliśmy  tutaj  stosy.  W  Bergen  i  na  prowincji  Z  reguły  jednak  sprawa 

kończy się ścięciem przez kata. 

- Tak jest czyściej - kiwnęła głową Nadjana. 

- Aż za czysto - oburzył się pastor. - W dodatku gdy chodzi o czarownice, nigdy nie 

można mieć pewności. Jeśli ich grzeszne ciało nie zostanie unicestwione, może powstać spod 

ziemi i dręczyć swego sprawiedliwego sędziego. 

-  Ach,  tak  -  uprzejmie  odpowiedziała  Nadjana.  Była  niezwykle  trzeźwo  myślącą 

kobietą  i  dawno  już  się  przekonała,  że  zwracanie  uwagi  na  przesądy,  złe  znaki  wróżące 

nieszczęście, może co najwyżej wywołać krzywe spojrzenie innych ludzi. 

-  Marja  Oppdal...  Sądzę,  że  nadszedł  na  nią  czas.  Dlaczego  powiedział  to  jednym 

tchem z tamtymi słowami o stosie? 

-  A  więc  trzeba  ją  usunąć  ze  szkoły?  -  Nadjana  postanowiła  być  ostrożna.  Ważne 

jednak, by pastor nawet w tej nieistotnej sprawie ujrzał w niej sprzymierzeńca. Jeśli jej zaufa, 

łatwiej się później przed nią odsłoni. 

- Musisz przejąć szkołę, może tylko na jakiś czas... Aż wszystko się uspokoi. Trzeba 

postępować  rozważnie.  Ci  ludzie...  -  Zatoczył  krąg  dłonią.  -  Są  jak  dzieci.  Na  pewno 

zaczęliby  protestować,  gdybyśmy  wysłali  lensmana  po  Marję  i  zamknęli  szkołę.  Dlatego 

najpierw zajmiemy się Marją, a kiedy o niej zapomną, położymy kres szkole. 

Nadjana  pokiwała  głową.  To  brzmiało  bardzo  sensownie.  Podobało  jej  się  napięcie, 

które,  jak  przypuszczała,  ogarnie  ją,  kiedy  stanie  przed  gromadą  młodych,  ciekawych 

mężczyzn. Na dłużej jednak nudne będzie to wbijanie im do głowy liter i słuchanie rysików 

skrobiących o tabliczki. Może przez parę miesięcy będzie ją to bawiło, lecz przede wszystkim 

radować się będzie myślą, że Marja Oppdal zmuszona zostanie do przekazania dzieła swego 

ż

ycia jej, osobie, do której zapewne czuje iskrzącą się nienawiść. 

-  Powiem  ci  teraz,  co  zamierzam  zrobić  -  oświadczył  Revelin,  gdy  złociste  jęzory 

ognia poczęły lizać brzozowe drewno, z którego posypały się radosne iskry. - Pamiętasz tych 

dwóch  chłopaków,  którzy  odprowadzili  cię  do  domu  po  starciu  z  Marją  na  dziedzińcu 

kościoła? 

Owszem,  Nadjana  ich  pamiętała,  prawdziwe  dwa  koguty.  Udawali  twardych,  a  ich 

ręce, kiedy podpierali ją prowadząc, niby to przypadkiem dotykały jej piersi i bioder. 

background image

-  To  stryjeczni  bracia  Karla  Oppdala,  synowie  jego  stryja.  Tego,  który  jest 

właścicielem Zagrody Oppdal. Karl i Marja są jego dzierżawcami, ale więzy, które ich łączą, 

nie są zbyt gorące. Karl nigdy nie potrafił dogadać się ze stryjem, a tym dwóm, odkąd wyrośli 

na  tyle,  że  zaczęli  nosić  spodnie,  ślina  cieknie  na  widok  Marji.  Sam  widziałem,  jak  siedzą 

czerwoni  na  twarzach,  z  kurtkami  na  kolanach,  ta  czarownica  zauroczyła  i  ich,  biednych 

młodych  kawalerów.  Musisz  wiedzieć,  że  ona  jest  niebezpieczna!  Słyszałaś  chyba  o  tym 

idiotycznym postępku Justitiana, okrył mnie wielkim wstydem, zwracając cielęce oczy na tę 

rozwiązłą dziewczynę, w dodatku obcą. 

Szukał  zazdrości  w  twarzy  Nadjany,  ona  jednak  nie  przypuszczała,  by  dało  się  to 

zauważyć.  Domyślała  się,  że  pastor  sam  nie  bardzo  potrafi  się  oprzeć  kuszącym  okrągłym 

wdziękom  Marji.  Nie  zdziwiłoby  jej,  gdyby  próbował  zwabić  tę  zdrową  młodą  wieśniaczkę 

na siano. 

-  Rozmawiałem  z  nimi,  z  tymi  dwoma  młodymi  chłopakami.  Przydadzą  się,  kiedy 

lensman i lokalny ting zaczną szukać świadków jej nieczystej działalności. 

-  Czy  to  konieczne,  żeby  usunąć  ją  ze  szkoły?  Pomyśl  tylko,  co  może  się  stać,  jeśli 

ting za bardzo się przejmie, jeszcze włączy w to asesora i przysięgłych. Marnie będzie wtedy 

z Marją Oppdal. Nie dość, że straci szkołę, to jeszcze będzie musiała pożegnać się z życiem. 

Pastor badawczo przyglądał się twarzy Nadjany. Miał do czynienia z kobietą, a więc z 

istotą słabą, być może lepiej wtajemniczać ją stopniowo, Nadjana nie musi na razie wiedzieć, 

jak daleko posunie się ta sprawa. 

-  Tego,  komu  Bóg  przydziela  urząd,  obdarza  też  mądrością.  Marja  Oppdal  dostanie 

jedynie  to,  na  co  zasłużyła,  a  oboje  wszak  jesteśmy  zgodni,  że  taka  uboga,  zbuntowana 

rozpustnica nie zasługuje na szacunek i podziw, jakim obdarzają ją ludzie z wioski. 

Rzeczywiście, co do tego Nadjana musiała przyznać mu rację. 

Marja  i  Anton  siedzieli  przy  lampie  i  czytali  po  cichu  każde  swoją  kopię  listu  co 

najmniej  dziesiąty  już  raz.  Czy  coś  jest  nie  tak?  Może  jakieś  zdanie,  w  którym  zabrakło 

pokory, słowo, które wzbudzi niezadowolenie u Jego Wysokości? Ale nie, piękne litery, które 

wyszły  spod  ręki  Marji,  wiły  się  po  pergaminie  niczym  gałązki  kwiatów.  A  pieczęcie 

postawione na oryginale wyglądały bardzo porządnie i godnie. 

Największa była pieczęć Antona. 

Znak lensmana, najbardziej zawiły, być może też liczył się najbardziej. Zgodził się go 

przystawić  dopiero,  gdy  Anton  zagroził,  że  wyśle  do  króla  identyczny  list,  świadczący  o 

braku  zaufania,  tyle  że  tym  razem  jako  oskarżony  wystąpi  lensman.  Lensman  wiedział,  że 

Anton  ma  dość  paskudnych  dowodów,  by  nadać  bieg  sprawie.  Cała  ta  historia  z  domem 

background image

wariatów, winem, którego ubyło, pierścieniem i srebrnymi misami, tak, tak, Anton miał się na 

co  powoływać.  Cóż,  lensman  nie  wywiązał  się  uczciwie  z  obowiązku  dopilnowania  jego 

majątku, bronił się jednak twierdząc, że nikt nie przypuszczał, by Anton kiedykolwiek opuścił 

przytułek, a wówczas i tak większość spadku po nim przypadłaby lensmanowi, z synem bo-

wiem, tym Benjaminem, nikt się nie liczył. 

Pod tymi dwiema pieczęciami widniały podpisy większości wieśniaków posiadających 

ziemię we wsi, na samym dole zaś gmerki najuboższych. 

List do króla wysłano, gdy Revelin wyraził swój niechętny stosunek do szkoły. Marja 

wiedziała  już  wcześniej,  że  niejeden  gospodarz  od  dawna  burczał  pod  nosem  na  ciężkie 

podatki,  na  wysokie  opłaty,  jakich  pastor  żądał  za  pogrzeby  i  śluby,  za  najprostszą  i 

najbardziej  oczywistą  część  swej  duszpasterskiej  powinności.  Ten  człowiek  był  chytry  i 

pazerny, w dodatku jeden z wędrownych kupców opowiadał, że pastor pochodzi z rodziny, w 

której  i  ojca,  i  dziada  usunięto  ze  stanowiska  za  oszustwa,  zdzierstwo  i  jeszcze  gorsze 

sprawki. 

Stary pastor nie miał zbyt wielu przyjaciół. 

Nad  krajem  powiał  świeży  wiatr,  zmiany  nie  omijały  również  duchowieństwa.  Na 

przykład nowy pastor z Gaupne. Podlegał wprawdzie Revelinowi, lecz był uczonym, godnym 

szacunku człowiekiem i przyjacielem ubogich podobnie jak Mogens Skanke. 

Ludzie powoli zaczynali mieć dość Revelina. 

Wierzyli,  że  miłościwy  król  przyjmie  ich  list  i  jakoś  im  pomoże.  Podobne  rzeczy 

zdarzały  się  już  dawniej  w  królestwie  Danii  i  Norwegii,  król  był  wszak  namiestnikiem  sa-

mego Pana Boga, sprawiedliwiej niż księża potrafił ferować wyroki i dać ludowi to, co mu się 

należało. 

Marja  zdawała  sobie  sprawę,  że  nie  mają  zbyt  wielkich  szans.  Mimo  wszystko 

wyglądało też na to, że pomoc króla chyba jednak nie będzie potrzebna, co bardzo ją cieszyło. 

Wydawało  się,  że  dzięki  przyjaciołom  i  przekonywającym  argumentom  nawet  bez  pieczęci 

królewskiej zdoła utrzymać starego pastora z dala od szkoły. 

I dobrze, że tak jest, bo z wielkiego miasta wciąż nie przyszedł bodaj świstek. A znów 

zbliżał  się  dzień  świętego  Mortena.  Rok  1712  nadchodził  wielkimi  krokami,  w  tym  roku 

Marja  skończy  dwadzieścia  pięć  lat.  Mimo  to  jednak  siedząc  w  przytulnym  blasku  lampy  i 

ż

artując  z  Antonem  czuła  się  jak  młoda  dziewczyna.  Cieszyła  się,  że  dni  upływają  tak 

spokojnie, pastor nie pokazał się więcej w szkole, pogodził się widać z klęską w tej sprawie. 

Nigdy  jeszcze  nie  było  tak  blisko  do  buntu.  Mieszkańcy  wioski  jawnie  burzyli  się  przeciw 

swemu  pasterzowi,  dzieciom  pozwalano  przychodzić  na  nauki  do  Marji.  Niektórych 

background image

wprawdzie  nie  puszczano,  a  może  po  prostu  potrzebowano  ich  do  pracy,  lecz  mimo  to  w 

parafii  Lyster  było  co  najmniej  dwadzieścioro  młodych  ludzi,  którzy  opanowali  już  sztukę 

pisania.  I  to  dzieci  biedaków,  nie  wójtowskich  synów  czy  potomków  żołnierzy  najbardziej 

obeznanych ze światem dzięki swym podróżom. 

W blasku lampy oczy Antona stały się żywsze, z każdym dniem nabierał coraz więcej 

sił, już niemal nie pamiętano, że przez długi czas jedną nogą stał w grobie, a drugą w świecie 

obłędu. 

Marja  pozwoliła  mu  ująć  się  za  ręce,  tak  jak  zrobiłby  to  wiekowy  wuj,  a  może 

dziadek.  Anton  pogłaskał  delikatną  skórę  na  wierzchu  jej  dłoni,  gładził  szorstki  zgrubiały 

spód, herb ludzi, którzy nie stronią od pracy. Takich rąk sam Anton nigdy nie miał. 

- Jesteś niezwykłą osobą, Marjo - rzekł wzruszony. Uśmiech zdradził, że pożegnał się 

z  jeszcze  jednym  zębem,  lecz  nie  stracił  na  tym  nic  z  serdeczności.  Marja  uścisnęła  mocno 

starą dłoń. 

-  Przekonasz  się,  że  już  niedługo  dostaniemy  wieści  od  króla.  Dopiero  będzie  co 

przeczytać w klasie. Może asesor otrzyma upomnienie dla Revelina i raz na zawsze będziemy 

mogli żyć w spokoju. 

-  To  bardzo  możliwe,  jeśli  tylko  Jego  Wysokość  nie  będzie  akurat  w  tej  chwili  zbyt 

zajęty ściganiem cudzoziemców. 

- Wojna wciąż jeszcze trwa, chyba zawsze będą jakieś niepokoje. 

-  Nie  bój  się,  przyjdzie  i  pokój,  ale  widziałem  śmierć  tak  wielu  towarzyszy,  zbyt 

wielu... 

Marja pamiętała, że Anton za młodu był żołnierzem. Dopiero gdy został ciężko ranny, 

wrócił do Lyster, tu, gdzie jego korzenie. Powrócił do kawałka ziemi, leżącego odłogiem, lecz 

potrafił oczarować wdowę w średnim wieku, która wówczas rządziła we Wdowiej Zagrodzie. 

Małżeństwo było krótkie, lecz bardzo korzystne, zwłaszcza dla Antona. Nie mogło jednak dać 

mu dzieci. Dziecko dała mu Gjertrud. 

- Benjamin... Potrzeba ci czegoś dla niego? Może jakichś ubrań? Może czegoś więcej, 

dla was wszystkich? 

- Ach, nie, płacisz dostatecznie dużo, dajesz wszak ziarno dla całej rodziny, a materiał, 

który  przysłałeś,  nie  nadawał  się  przecież  dla  dziecka,  to  był  materiał  na  suknie.  A  może 

chcesz, żeby twój syn nosił stroje z czerwonej wełny w kwiaty? 

Uśmiechnął się. 

-  Nie,  ale  nie  przyjęłabyś  prezentu,  gdybym  powiedział,  że  kupiłem  go  z  myślą  o 

twoich niebieskich oczach. 

background image

Marja  roześmiała  się.  Kiedy  już  przyjęła  podarunek,  ogromnie  się  z  niego  cieszyła. 

Postanowiła  poświęcić  następne  wieczory  na  uszycie  sukni  dla  siebie  i  dla  Amelii,  a 

Benjamin z czerwonego materiału w niebieskie kwiatki może dostać czapeczkę i kurtkę. 

Wyjrzała  przez  okno,  dawno  już  zapadł  ciemny  wieczór.  Karl  miał  zajrzeć  tu  po 

drodze do domu, mówił, że przyjdzie późno, wybrał się na południową stronę sprowadzić do 

domu zabłąkane owce. Druga strona fiordu była właściwie bezludna, tylko w jednej ze zruj-

nowanych  chat  mieszkało  stare  małżeństwo  chałupników.  Zagroda  na  szczycie,  Bergaheim, 

leżała  opustoszała,  odkąd  ludzie  sięgali  pamięcią.  Nie  mieszkał  w  niej  nikt  od  czasu  owego 

strasznego wypadku. Gjertrud wspominała, że urodziła się tam babka Marji, Liv, tak miała na 

imię.  Marję  widok  niewielkiego  skrawka  ziemi  w  górze  między  niebem  a  fiordem  zawsze 

napawał smutkiem, czuła, że coś ją do Bergaheim ciągnie, nigdy jednak nie zdecydowała się 

tam wybrać. Może pewnego dnia pójdzie, w przyszłym roku latem. 

Anton  ziewnął  przeciągle.  Blask  lampy  zaczynał  słabnąć,  kończyła  się  kupiona  w 

mieście droga oliwa. 

- Połóż się już spać, przyjacielu, wypocznij, ja tu posiedzę, jeśli mogę, i zaczekam na 

męża. 

Anton pogładził ją po ramieniu. 

- Dobrze, Marjo, tak właśnie powinno być. Marja wiedziała, co miał na myśli. Z Karla 

Oppdala niejeden się naśmiewał, nie zawsze przecież żona czekała na męża, gdy tak jak teraz 

jego dzień pracy niespodziewanie się przeciągał. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Ting  wiejski  odbył  się  tak,  jak  odbywał  się  zawsze  jeszcze  na  długo  przed  tym,  nim 

pojawili się nowi księża i usunęli z kościołów wizerunki Maryi. 

Dwa razy do roku, niekiedy trzy lub cztery, najzacniejsi mieszkańcy parafii zbierali się 

i zasiadali wokół długiego stołu. Przy nim właśnie przedstawiano sprawy, rozpatrywano je, a 

nierzadko  rozwiązywano.  Dotyczyły  sąsiedzkich  waśni,  prawa  do  łowienia  ryb  czy  też 

wyrębu  drzew  na  opał.  Czasami  były  to  kwestie  podziału  spadku,  z  którymi  nie  potrafiono 

sobie  poradzić,  albo  spory  w  interesach.  Niekiedy  przed  tingiem  stawała  niewierna  żona, 

innym  razem  kobieta  bądź  mężczyzna,  żyjący  w  niezgodzie  z  przyjętymi  obyczajami.  Do 

izby,  gdzie  zasiadali  sędziowie,  przyprowadzano  nawet  dzieci,  by  złożyły  wyjaśnienia  i 

otrzymały  wyrok,  jeśli  miały  zbyt  lepkie  ręce  lub  wymigiwały  się  od  pracy  należnej 

gospodarzowi. 

Gdy asesor zjawił się na tingu po raz pierwszy jako osoba wyznająca się na prawie i 

uczona w piśmie, jego obowiązkiem było służyć chłopom pomocą i radami. Teraz, po wielu 

latach,  zagrzał  już  dobrze  miejsce  i  był,  rzec  można,  jedynowładcą  na  swym  stanowisku 

sędziego. 

Marja Oppdal otrzymała wezwanie dopiero na dzień przed wyznaczonym dniem tingu. 

Zdążyła  tylko  spędzić  bezsenną  noc  na  rozważaniach,  czego  też  może  dotyczyć  ta  sprawa. 

Niewinnie  wyglądający  dokument  mówił  jedynie,  że  wzywa  się  ją  do  złożenia  wyjaśnień 

dotyczących oskarżenia, które zostanie jej postawione w związku z dziwnym zachowaniem w 

szkole. Nazwisko Revelina na dokumencie nie było niczym nieoczekiwanym. 

Zaskoczenie  i  gniew  zagłuszyły  tej  nocy  strach.  Marja  nie  pozwoliła  spać  Karlowi, 

wspólnie  zastanawiali  się,  co  też  może  oznaczać  takie  wezwanie.  W  jednej  chwili  los,  jaki 

spotkał  jej  matkę,  stał  się  tak  bliski.  I  ona  leżała  w  nieprzespane  noce,  nie  wiedząc,  czego 

zażąda od niej kolejny dzień. W grze brali udział ci sami aktorzy, różniły się tylko Marie. 

Karl próbował uspokoić żonę, tłumacząc, że wciąż jeszcze mają przyjaciół, podkreślał, 

ż

e Anton na pewno nie będzie milczał. Ting usłucha także zapewne rad lensmana, a jego da 

się  jeszcze  trochę  docisnąć.  I  czyż  nie  ma  porządnych  zadowolonych  mieszkańców  wioski, 

którzy przemówią za nią i będą chwalić jej inicjatywę? 

To zapewne ostatnia rozpaczliwa próba, podjęta przez pastora, który nie chciał stracić 

twarzy.  Karl  obiecywał,  że  osobiście  zadba  o  to,  by  asesor  dowiedział  się  o  żądzy  władzy  i 

nienawiści duchownego. 

background image

Marja lekko uśmiechnęła się w ciemności, lecz ręce nie chciały uleżeć spokojnie. 

Nadpełzało czarne przeczucie, które wprawiło całe jej ciało w drżenie. 

Czyżby historia miała się powtórzyć? 

Marja przymknęła oczy. Była pewna, że tego nie zniesie, nie chciała nawet myśleć o 

tym, że mogą ją zabrać daleko od domu, od dzieci i Karla, i od szkoły... 

Tyle jeszcze chciała tu zrobić. Miała dopiero dwadzieścia cztery lata. 

Zerwała  się  o  szarym  świcie,  wyjęła  nową  suknię  z  wełny,  uszytą  według  własnego 

pomysłu, niepodobną do żadnej, którą widziała. Czerwony materiał skroiła z całej długości, z 

wcięciem  w  pasie.  Do  umocowania  pod  piersiami  użyła  cynowej  szpili  z  ornamentem.  Pod 

spodem  nosiła  starą  letnią  sukienkę  z  cienkiego  materiału,  która  szeleściła  przy  każdym 

ruchu, a widać ją było tylko w postaci białego paska na przodzie stroju. Miała także na sobie 

białą koszulę, tę ozdobioną kolorowymi haftami przy szyi i na rękawach. Strój był niezwykły, 

ciekawy,  lecz  jak  najbardziej  przyzwoity.  Marja  czuła,  że  jest  w  nim  sobą.  Z  pewnością 

pomoże jej to na tingu, potrzebna jej będzie każda drobina pewności siebie. 

Z  beczki  pod  ścianą  przyniosła  wodę,  zagrzała  ją  na  ogniu  i  napełniła  kadź  w  sieni. 

Potem  natarła  włosy  najlepszym  mydłem,  w  tym  czasie  w  niedużym  rondelku,  wydzielając 

przyjemny  zapach,  gotowała  się  brunatnozielona  masa.  Przyrządziła  ją  według  własnego 

tajemniczego  przepisu,  od  tej  papki  włosy  pięknie  błyszczały  i  przez  wiele  dni  pachniały 

ż

ywą  zielenią.  W  mieszance  był  jałowiec  i  arcydzięgiel,  a  także  rumianek,  arnika  górska, 

pestki  pigwy  i  garść  pachnących  kwiatów  z  przekwitłych  już  letnich  łąk.  To  one  właśnie 

pachniały.  Chociaż  kwiaty  były  już  wyschnięte  i  zbrązowiałe,  dało  się  rozróżnić  zapach 

dzikiej róży i ciężki aromat czeremchy. 

Zanim dzieci się zbudziły i Karl doszedł do siebie, skończyła przygotowania. 

Niełatwo  było  opowiedzieć  o  wszystkim  dzieciom,  na  wypadek  gdyby  stało  się  coś 

więcej. Z Revelinem nigdy nic nie wiadomo, trudno stwierdzić, jakie karty ma w rękawie. 

Marja postanowiła być silna i uśmiechnięta, żeby niepotrzebnie nie straszyć malców. 

Trudno,  zaryzykuje,  że  dzieci  przeżyją  wstrząs,  jeśli  nie  wróci  do  domu  wieczorem.  Nie 

przypuszczała jednak, by mogło do tego dojść. Czuła się czysta i niewinna jak młoda dziewi-

ca.  W  szkole  wciąż  powtarzała  sobie,  że  musi  być  ostrożna.  Że  nie  wolno  jej  rozprawiać  o 

kwestiach  duchowych,  poza  odmawianiem  modlitw  i  śpiewaniem  pieśni.  Nie  wolno 

naprowadzać  na  zbyt  śmiałe  myśli,  nie  mówić  nic,  co  władze  mogłyby  potraktować  jako 

podburzanie  do  buntu.  Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  samym  swym  istnieniem  może 

zachęcać do tego ludzi. Ale na to nie miała żadnej rady. 

background image

Od  nowa  odtworzyła  w  myślach  dni  spędzone  w  szkole.  Nie  mogła  znaleźć  niczego, 

co mogłoby być wodą na młyn pastora. 

Może najwyżej ta rubaszna piosenka Jona Muzykanta. Tego dnia uczniowie bawili się, 

klaskali  przy  wtórze  prostej  i  radosnej  śpiewki  o  dwojgu  młodych,  którzy  musieli  przejść 

ciężkie próby. 

Dzwonnik śpiewał razem z nimi, no i przecież nie ona zaproponowała tę piosnkę. Jeśli 

Revelin chciał wyrządzić jej krzywdę, to musiał mieć inne zarzuty. Przecież jego oskarżeń i 

jej  obrony  wysłuchiwać  będą  najlepsi  i  najsprawiedliwsi  ludzie  z  wioski.  Marja  znała  ich 

wszystkich, siadywała w ich izbach, piła piwo, którym ją częstowali, jej bliźnięta bawiły się z 

ich dziećmi. I przecież byli to ci sami mężczyźni, którzy nieraz zatrzymywali się po drodze, 

by chwilę pogawędzić, wymienić opinie. 

Nie mieszkała wśród wrogów, już to stanowiło wielką pociechę, dodającą Marji siły i 

pozwalającą, by z uśmiechem tego dnia powitała świat. 

Jeden  za  drugim  stawał  ze  spuszczoną  głową  i  składał  świadectwo  przed 

wstrząśniętym sądem. 

Asesorowi, który na początku wyciągnął rękę do Marji Oppdal i wypytywał o zdrowie 

rodziny, twarz tężała coraz bardziej, coraz mocniej też odchylał się na krześle. Nie podobało 

mu  się  to,  co  słyszał,  musiał  jednak  wypełniać  obowiązki  i  notować  wszystko  w  wielkich 

księgach. Przysięgli również wili się na krzesłach. 

To już nie była sprawa pastora przywołującego do porządku zbłąkaną kobietę. 

Tu chodziło o coś więcej. 

Podżeganie do buntu, mamienie ludzi. 

I czary. 

Najmocniej  zaważyło  świadectwo  młodej  kobiety,  twierdzącej,  że  Marja  podała  jej 

niebezpieczny  wywar,  który  miał  wykurować  ją  z  uprzykrzonego  kaszlu.  Napar  wywołał 

wizje,  kobieta  na  własne  oczy  widziała  taniec  czarownic  i  małe  cuchnące  demony  pełzające 

wokół jej łóżka. Wszyscy wiedzieli wprawdzie, że Marcie Rybaczce daleko do mądrości, lecz 

jej  proste  słowa  wypowiedziane  były  z  tak  szczerą  naiwnością,  że  po  prostu  musiały  być 

prawdziwe. 

Potem przyszedł mężczyzna, który słyszał, jak Marja nakłaniała jego żonę do bardzo 

niekobiecego  zachowania,  do  sprzeciwiania  się  mężowi,  złamania  królewskiego  i  Bożego 

prawa o małżeństwie! 

background image

Ktoś opowiedział o lekkomyślności Marji w szkole, o tym, jak zarumieniona skakała i 

tańczyła,  nieprzyzwoicie  się  poruszając  na  oczach  młodych.  W  dodatku  do  wtóru  sprośnej 

piosenki. 

W  izbie  zapanowano  poruszenie,  gdy  zawezwano  Nadjanę.  Wkroczyła  do  środka 

niczym  królowa,  ubrana  tego  dnia  w  suknię  o  barwie  intensywnej  zieleni.  Już  sam  jej  strój 

wystarczył,  by  olśnić,  i  sędziowie,  omamieni,  nie  prosili,  by  bardziej  szczegółowo 

przedstawiła  swoje  oskarżenie.  Nadjana  opowiedziała  o  histerycznym  ataku  Marji,  o 

szaleństwie, jakie ogarnęło ją na dziedzińcu kościoła, w dodatku w niedzielę po mszy. 

Fakt ten był powszechnie znany, lecz delikatność i kruchość Nadjany nadała historii, 

którą  dotychczas  postrzegano  jako  zabawną,  niebezpiecznego  wymiaru.  Wszyscy  obecni  na 

sali mężczyźni mieli ochotę wziąć szlachciankę na kolana jak dziecko i utulić, ochronić przed 

wszelkim  złem,  również  przed  Marją  Oppdal,  która  ośmieliła  się  zbrukać  tę  białą  skórę 

pazurami i uderzeniem. 

W miarę jak kolejni współmieszkańcy występowali przed tingiem, Marja bladła coraz 

bardziej.  Na  próżno  starała  się  pochwycić  ich  spojrzenie,  przytrzymać  je,  sprawdzić,  czy 

potrafią  rzucić  jej  oskarżenia  prosto  w  twarz.  Wszyscy  jednak  jak  jeden  mąż  kierowali  swe 

słowa do asesora i tych, którzy siedzieli obok niego. 

Na koniec wystąpił Revelin. Niewiele mówił, podał tylko asesorowi plik papierów. 

-  To  zeznania  przypadkowo  dobranych  świadków,  panie  asesorze.  Spisane 

własnoręcznie przeze mnie i poświadczone imieniem lub gmerkiem świadka. Sądzę, że asesor 

uzna je za prawidłowo sporządzone. 

Asesor zwilżył palce, przejrzał kolejne strony, poczytał trochę tu, trochę tam. Oczy w 

szparkach powiek ledwie już było widać. Usta zacisnął w wąską kreskę. Pocił się pod peruką. 

Chrząknął wreszcie i wbił wzrok w Marję. 

- Wiele tu do osądzania, o wiele więcej niż przypuszczałem. Panie Revelin, ta sprawa 

zatacza  szersze  kręgi,  niż  pan  zapowiadał.  Obowiązkiem  moim  jest  powiedzieć,  że  postąpił 

pan  niewłaściwie,  te  oskarżenia...  są  zbyt  poważne,  by  wystarczyło  przesłuchać  świadków. 

Pan  o  tym  wiedział  i  powinien  przedstawić  jak  zwyczajną  sprawę.  Teraz  zmuszony  będę 

prosić tych dobrych ludzi, by zbadali dokładniej pańskie zarzuty, a to zajmie o wiele więcej 

dni, niż przeznaczyliśmy na ten ting. Sprawia pan nam kłopoty, panie Revelin. 

Pastor przyjął ostre napomnienie z pokornie spuszczoną głową. 

- Oczywiście, panie asesorze, przyznaję, że o tym nie pomyślałem. Proszę jednak nie 

sądzić, że kierował mną brak szacunku. Po prostu mam tak wiele zajęć... Mój syn jest chory, 

background image

jak pan wie. Muszę się też troszczyć o parafię, o ludzi, którzy mi podlegają. Ta sprawa bardzo 

ciążyła mi na sercu, widać jednak nie poświęciłem jej dostatecznej uwagi... 

Sprytnie,  pomyślała  Marja  z  goryczą.  Widziała,  że  słowa  pastora  jeszcze  bardziej 

wystraszyły  sędziów.  Wzrok  ich  błądził  niespokojnie,  pobledli.  Myśli,  jakie  przywołało 

wystąpienie  pastora,  nie  należały  do  przyjemnych.  Jeśli  Marja  Oppdal  rzeczywiście  jest 

buntowniczką,  a  na  dodatek  czarownicą...  Oni  sami  znaleźli  się  w  równie  niebezpiecznej 

sytuacji,  bo  przecież  przy  podobnych  procesach  machina  sprawiedliwości  wciągała  również 

rodzinę  i  przyjaciół  skazanego.  Za  obcowanie  z  taką  osobą  nakładano  wysokie  grzywny,  a 

niewiele trzeba, by zostać o to oskarżonym. 

Najstarszy  z  sędziów  przysięgłych,  stary  dostojny  Johannes  Fiat,  chrząknął  w  kącie. 

Podniósł głowę, napotkał wzrok Marji. 

- Nie podoba mi się to - oświadczył, wbijając spojrzenie w pastora. - Podobną sytuację 

przeżyłem już wcześniej, panie asesorze, od dawna jestem sędzią, odkąd mój świętej pamięci 

ojciec przed blisko czterdziestu laty przedwcześnie odszedł z tego świata. Siedziałem kiedyś 

przy  podobnym  stole  i  słyszałem,  jak  ten  sam  człowiek  wnosi  identyczne  oskarżenia 

przeciwko kobiecie. 

Tak, nawet imię nosiła takie samo! W tamtej sprawie zapadł ciężki wyrok, oskarżona 

ledwie uniknęła stosu. Odkąd poznałem wyrok najwyższego sądu... w moim sercu zapanował 

niepokój.  Uważam,  że  powinniśmy  postępować  niezwykle  ostrożnie,  moi  panowie,  abyśmy 

nikogo nie skrzywdzili i nie dali się zwieść własnemu strachowi przed niebezpieczeństwami, 

jakimi grozi nam pastor. 

Wśród  zebranych  na  sali  podniósł się  szum.  Ludzie  wiedzieli,  o jakiej  sprawie  mówi 

Johannes. O procesie czarownicy, Marii Skanke, zwanej Aniołem. Cała ta sprawa przyniosła 

wsi nieszczęście. 

Marja miała nadzieję, że nie słychać, jak mocno wali jej serce. Ten człowiek dopatrzył 

się podobieństwa! Staruszek wyciągnął wnioski, do których ona sama bała się dochodzić. Ale 

on  nie  znał  prawdy,  nie  mógł  wiedzieć,  że  jest  córką  Anioła.  A  Revelin wiedział,  Marja  nie 

przypuszczała  jednak,  by  się  zdradził.  Musiał  żywić  wątpliwości,  inaczej  dawno  już  by  to 

zrobił. Teraz to już bez znaczenia. Trudno przewidzieć, co przyniosłoby ujawnienie tej prostej 

informacji, na czyją korzyść by przemówiło. 

Marja doszła do wniosku, że podobne myśli chodzą także po głowie pastora. 

Czy  jeśli  ujawni  prawdę  o  jej  pochodzeniu,  sędziowie  łatwiej  dadzą  wiarę 

oskarżeniom o czary? 

background image

Czy  też  ludzie,  tacy  jak  Johannes  Fiat,  zaczną  mówić  o  tym,  co  pamiętają,  czy 

przypomną im się wątpliwości co do słuszności wyroku, jaki zapadł na jej matkę? 

Nie lubili Revelina. Bali się jego władzy, jego wrogości. 

Bali się też tego, co może na nich sprowadzić czarownica. 

Czy ten strach zwycięży nad rozsądkiem i przyjaźnią, jaką zawsze dla niej mieli? 

Tego Marja bardzo się lękała. Pastor zaś obawiał się owych dawnych wątpliwości. 

Dlatego żadne z nich nie wspomniało ani słowem o sprawie sprzed wielu lat. 

Asesor  przejrzał  swoje  papiery,  sędziowie  nachylili  się  ku  sobie,  naradzając  się 

szeptem. 

Nie zatrzymano Marji i nie zamknięto w loszku u lensmana, pozwolono jej wrócić do 

domu.  Revelin  zapewne  burzył  się  przeciw  temu,  lecz  asesor  nie  chciał  zgodzić  się  na 

uwięzienie oskarżonej albo zatrzymanie przed szczegółowym rozpatrzeniem sprawy. 

-  Ma  tu  dzieci,  męża,  rodzinę,  nigdzie  nie  ucieknie  -  stwierdził  stanowczo, 

powstrzymując tyradę pastora. 

Revelin  wiedział,  że  musi  respektować  postanowienia  asesora.  Trzeba  na  razie 

postępować  z  szacunkiem  wobec  tego  chytrusa;  gdy  sprawa  dobiegnie  końca,  a  los  Marji 

zostanie  już  przypieczętowany,  znów  będzie  mógł  pozwolić  sobie  na  łajanie  ziemskich 

sędziów z ambony. 

Marja  szła  do  domu  z  podniesioną  głową,  lecz  słowa,  jakie  usłyszała  w  sali  tingu, 

wżarły  jej  się  w  serce  niczym  rozpalone  żelazo,  zostawiając  w  nim  głębokie  czarne  kratery 

strachu. 

Nigdy jeszcze nie było z nią aż tak źle. 

Sprawa wyglądała naprawdę groźnie. 

A Revelin wciąż jeszcze nie pokazał wszystkiego, co miał w zanadrzu. 

-  Na  razie  poznaliśmy  tylko  oskarżenia  -  pocieszali  ją  Karl  i  Anton.  -  Na  następnym 

posiedzeniu sędziowie wysłuchają twoich słów i twoich świadków. 

Marja westchnęła. 

-  Nie  wierzcie,  że  sprzeciwią  się  pastorowi.  Wyraźnie  widać,  jak  dobrze  się 

przygotował. Jak mogłam być taka głupia i sądzić, że on się poddał? Jak mogłam dać się tak 

zwieść  i  przyjmować  wszystko  ze  spokojem,  niczym  dziecko,  któremu  wmawia  się,  że  nic 

złego się nie dzieje, a które potem nagle budzi się opuszczone przez wszystkich. 

- Ty nie jesteś opuszczona, ale zmieniasz się w płaczliwą słabą gąskę. 

W  ostrych  słowach  Antona  kryło  się  wiele  miłości.  Marja  wiedziała  o  tym  i  miała 

ś

wiadomość, że zasłużyła na przywołanie do porządku. 

background image

-  Gdzie  się  podziała  ta  dziewczyna,  która  w  obronie  swoich  idei  sprzeciwiła  się 

pastorowi i połowie wsi? Gdzie się podziała młoda gospodyni, która nie boi się ani burzy, ani 

bólu,  spiesząc  z  pomocą  rodzącej?  Gdzie  moja  kochana  Marja,  która  z  podniesioną  głową 

przygarnęła kalekie dziecko i z dumą zaniosła je do pastora, a potem wdarła się do przytułku 

dla obłąkanych i sprowadziła z powrotem na świat ojca tego dziecka? 

Karl mocno uścisnął ją za rękę. 

- Będziemy walczyć o twoje prawa aż do końca. 

Przytuliła  się  do  niego  z  wdzięcznością.  Jakie  to  dziwne,  siła  Karla  zdawała  się 

pozbawiać ją mocy. On także robił się słaby i uległy, kiedy w niej gorzała wola walki. 

Czy  naprawdę  jedno  musi  odpokutować  za  siłę  drugiego?  Gdy  w  jednym  płonie 

twardość, drugie musi stać się łagodne i bezradne? 

Marja nie miała siły, by akurat teraz walczyć ze słabością. Dobrze jej było, gdy mogła 

tak  sobie  siedzieć,  bezwolna,  osłabiona,  przytulona  do  jego  krzepkiego  ciała.  Dobrze 

wiedzieć, że ktoś podejmie za nią walkę. 

- Mamy trzy dni - powiedział Anton. - Pastor przekona się, że i my potrafimy zdobyć 

ś

wiadectwo  porządnych  ludzi.  Nawet  gdyby  miało  to  mnie  kosztować  całe  srebro,  jakie 

mam... 

- Nie, nie będziemy kupować dobrego słowa. Nie będziemy  tacy jak on,  któremu się 

wydaje, że może kupić zabójstwo sprawiedliwości. 

Marja ożywiła się. W niebieskich oczach rozgorzał dawny płomień. 

Poderwała się, zaczęła krążyć po izbie. 

- Nie jesteśmy tacy. Słuchajcie mnie, mało brakowało, a poszłabym jego ścieżką. Tyle 

miałam w sobie goryczy i nienawiści, że jak on uciekłam się do podstępnej walki. Nie wolno 

nam tego robić. Nie przystoi mojej sprawie, aby twoje srebro, Antonie, kupowało dobre słowa 

i pochwały. 

Rozpaliła  się  znów.  Rozwiane  włosy  otaczały  jej  głowę  niczym  czarna  chmura. 

Można było w jej oczach niemal dostrzec błyskawice. 

Anton i Karl z trudem przełknęli ślinę. 

Gdyby  sędziowie  ujrzeli  ją  taką,  jak  w  tej  chwili,  nie  potrzebowaliby  zbyt  wiele 

fantazji, by zobaczyć czarownicę. Brakowało jej tylko miotły i czarnego kota. 

Benjamin zapłakał cicho w swoim jasnym drewnianym łóżeczku. 

Nie przywykł do tego, by wieczorami panował taki gwar. Amelia nie spała, leżała ze 

złożonymi rączkami, wychwytując lęk pobrzmiewający w słowach dorosłych. 

Co to się dzieje? 

background image

Anton pochylił stary kark i podniósł synka z łóżeczka. Ale chłopiec płakał za Marją i 

nie chciał się uspokoić, dopóki nie poczuł jej ciepłej bliskości. Dopiero wtedy usnął. 

Co my bez niej zrobimy, przeraził się w duchu Karl. 

Nie  chciał  nawet  wyobrażać  sobie  życia  bez  Marji.  Przysiągł,  że  nikt  mu  jej  nie 

odbierze. Nawet gdyby w jej obronie przyszło mu zabić. 

Wiadomość o tym, że Marja Oppdal stanęła przed tingiem i musiała bronić swej czci i 

ż

ycia,  prędko  rozniosła  się  po  wioskach.  Gdy  trzy  wyznaczone  na  zwykłe  sprawy  dni  tingu 

miały się ku końcowi, strumień ludzi począł płynąć jakby w niewłaściwą stronę. Przybywali 

łodziami  i  piechotą  z  Jostedalen,  z  Gaupne,  Kroken  i  Urnes.  I  z  zagród  położonych  jeszcze 

dalej nad fiordem. 

Nikt  nie  chciał,  by  ominęły  go  tak  ciekawe  wydarzenia.  Wielu  pamiętało  i 

dyskutowało jeszcze o poprzedniej podobnej sprawie, nie każdego roku wszak występowano 

z takimi oskarżeniami wobec kogoś z okolicy. Wielu uważało, że ostatnia czarownica dawno 

już  spłonęła,  niejeden  ksiądz  otwarcie  się  sprzeciwiał  tego  rodzaju  praktykom,  potępiając 

przesądy i prześladowania, które przez stulecia wielu młodych mężczyzn i kobiet kosztowały 

ż

ycie. 

Ale w głąb fiordów wśród stromych gór nie docierały poglądy światłych duchownych, 

a  kiedy  ting  zdecydował,  że  sprawa  jest  poważna  i  należy  rozpatrywać  ją  dalej,  wielu 

poczciwych  ludzi  spieszyło  ze  złożeniem  świadectwa.  A  któżby  ośmielił  się  sprzeciwić  ich 

zeznaniom, podać w wątpliwość ich słowa po to, by ratować jakąś biedaczkę? 

Marja  przez  te  trzy  noce  nie  spała,  drzemała  tylko  w  koszmarnym  otępieniu,  budziła 

się z obolałymi mięśniami, czując, że ostre zęby strachu szarpią ją za serce. 

Mimo  to  dni  jakoś  płynęły,  spędzała  je  przede  wszystkim  bezczynnie  siedząc  przy 

piecu,  tuląc  miękkie  ciałko  Benjamina.  Karl  od  czasu  do  czasu  zaglądał  do  niej  i  cichym 

głosem pocieszał opowieściami o tym, z kim rozmawiał i kto nie opuści jej w biedzie. Mówił 

też, kto jest jej przeciwny. 

Gdy zapadł zmierzch w wieczór poprzedzający dzień, kiedy znów miała stanąć przed 

tingiem, przyszedł Anton. 

Był poważny, ale oczy mu się śmiały. 

Przyniósł  ze  sobą  jakiś  papier.  Marji  nie  podobał  się  widok  szarawożółtego  arkusza, 

takie dokumenty rzadko oznaczały dobre wieści. 

Anton  zebrał  ich  wokół  stołu.  Poprosił  Marję,  by  zapaliła  więcej  świec,  a  potem 

rozłożył dokument na wyszorowanych do białości sosnowych deskach i głośno go odczytał. 

Karl ze zdumienia rozdziawił usta. 

background image

- Przekazujesz nam zagrodę? Wdowią Zagrodę? Anton kiwnął głową. 

-  Słyszałeś  przecież,  co  napisałem:  „Aby  pokazać  tej  wiosce  i  jej  mieszkańcom,  po 

czyjej stronie leży prawda, jako dowód dla tych, którzy wierzą, że nikt nie odda wszystkiego, 

co ma, osobie, która nie będzie się o to troszczyć”. 

-  Pomyślą,  że  znów  oszalałeś  -  odezwała  się  wzburzona  Marja,  wiedziała  jednak,  że 

nie ma racji. Anton dawno już przekonał ludzi, że jest przy zdrowych zmysłach. 

-  Chcę,  żebyście  poszli  ze  mną  już  dzisiaj.  Izby  są  gotowe,  rzeczy  osobiste 

zgromadziłem  w  mojej  komorze,  reszta  należy  do  was.  I  do  mojego  syna.  On  być  może  nie 

jest  wart  papierów  z  pieczęcią,  lecz  jest  moim  synem.  Tylko  dzięki  wam  będzie  mógł 

korzystać  ze  swego  dziedzictwa.  Mój  postępek  nie  jest  więc  wcale  tak  szlachetny,  jak  wam 

być może się wydaje. 

Marja i Karl wymienili spojrzenia. 

W jednej chwili poczuli się tak dziwnie. 

Drewniaki, jak wcześniej, tarły o twardą skórę na piętach, powstałą za ich przyczyną. 

Dalej siedzieli przy topornie wyciosanym stole z nie heblowanych desek. Za lampę służyła im 

woskowa świeczka, a w łóżkach mieli posłania ze słomy. 

Teraz byli bogaci. 

Stali się bogaci właśnie w tej chwili. 

Czekało ich inne życie. 

Najpierw jednak musieli wygrać walkę o to, co najważniejsze. 

Marja bez słowa uściskała Antona. 

Domyślała się jeszcze innej przyczyny jego postępku. 

Gdyby  jej  przyszło  zginąć,  nie  przetrwać  tej  burzy,  to  mimo  wszystko  jej  dzieciom  i 

mężowi  nie  zabraknie  niczego.  Nie  będzie  musiała  się  martwić  o  to,  kto  wystawi  na  stół 

jedzenie i zatroszczy się o wełnę na ubrania, kiedy jej tę odpowiedzialność odbiorą. 

-  Dziękuję  -  rzekła  po  prostu.  Anton  wolno  pokiwał  głową.  Marję  nagle  przeszedł 

dreszcz,  chociaż  w  izbie  od  ognia  płonącego  w  piecu  i  na  palenisku  panowało  przytulne 

ciepło. 

- Sądzę, że w nocy spadnie śnieg - powiedziała, dokładając grube polano do ognia. 

Następnego ranka czysta biel krajobrazu ostro kontrastowała ze słowami, które padały 

wśród ścian izby, gdzie odbywał się ting. To był dzień Marji. To ona miała wyjaśniać, jakie 

nieporozumienia  mogły  doprowadzić  do  oskarżeń,  które  wcześniej  jej  postawiono.  Mówiła 

cicho, sprawiała wrażenie pokornej i bardzo kobiecej.  Ludzie nie przywykli do takiej Marji. 

Gdzie  się  podziały  iskry,  ostre  słowa  i  płomień,  który  spodziewali  się  ujrzeć  w  jej  oczach? 

background image

Tymczasem  przedstawienie  zdało  się  jakby  pozbawione  życia.  Na  szczęście  pastor  był  taki 

jak zwykle, jego słowom nie brakło odoru I siarki i mocy. Ani razu jednak nie zauważono, by 

Marja  ugięła  się  pod  ciężarem  oskarżeń,  i  nawet  na  moment  nie  puściła  ręki  męża.  Po  jej 

prawej stronie siedział Anton; kiedy przedłożył swoją sprawę, wśród zebranych podniósł się 

jednogłośny  szum.  Anton  długo  mówił  o  dobroci  Marji,  o  jej  poczuciu  sprawiedliwości,  na 

które  inni  pozostawali  ślepi.  Pokazał  też  dokument  zaświadczający  o  tym,  co  zamierza  jej 

przekazać. 

-  Czy  oddawałbym  Marji  Oppdal  mój  dwór,  gdybym  wiedział,  że  za  kilka  tygodni 

uznają ją czarownicą i wszystko odbiorą? Czy jako jej najbliższy przyjaciel stawiałbym się w 

takiej  sytuacji,  wiedząc,  że  wszystko,  co  do  mnie  należy,  przejdzie  na  tego  człowieka  -  tu 

wskazał  na  Revelina  -  który  pragnie  wyłącznie  jej  zła?  Bo  jeśli  ta  sprawa  źle  się  zakończy, 

jeśli te bezpodstawne oskarżenia dotrą do waszych serc... To nasz przeciwnik, przedstawiciel 

kościoła,  zawładnie  całym  moim  majątkiem.  Do  tego  stopnia  pewien  jestem  niewinności 

Marji i waszego poczucia sprawiedliwości, szlachetni sędziowie - zakończył Anton. 

W izbie zawrzało. 

Cóż  za  zwrot  w  sprawie!  Jakaż  odwaga!  Anton  dla  Marji  ryzykował  nie  tylko  swoje 

dobre  imię,  stawką  w  grze  były  też  jego  włości,  które  jej  oddał.  W  istocie  ryzykował,  że 

wszystko przypadnie znienawidzonemu Revelinowi, a w każdym razie jego kościołowi. 

Sam  Revelin  poczerwieniał  z  gniewu.  Wyczuwał,  jak  nastroje  ludzi  się  zmieniają, 

twarze  sędziów  coraz  bardziej  zamykały  się  przed  nim,  po  raz  pierwszy  przemknęła  mu  po 

głowie myśl o kolejnej klęsce, mało miał już asów w rękawie, być może niektóre karty będzie 

musiał wykorzystać po raz kolejny. 

Najlepszą  z  nich  była  najprawdopodobniej  Nadjana,  jej  chłodna  uroda,  szacunek  dla 

błękitnej  krwi,  doświadczenie  ze  świata...  O  tak,  ta  kobieta  na  pewno  potrafi  zamydlić  oczy 

ludziom. Będą spijali każde słowo z jej ust niczym słodką śmietankę. 

Pozostały wszak jeszcze dwa dni. 

Revelin  wyprostował  się,  uśmiechnął  w  duchu.  To  tylko  chwilowa  zmiana 

nastawienia, już on zadba o to, aby sędziowie nie zapomnieli, w czym naprawdę rzecz. 

Justitian  cierpiał  w  samotności.  Nie  odróżniał  już  wieczora  od  poranka  czy  od  nocy. 

Widział jedynie, że smugi światła, sączące się przez okiennice, nie raziły już tak bardzo oczu, 

w  domu  nie  panował  gwar,  nie  słychać  było  głosów  ani  kroków,  które  powiedziałyby  mu, 

jaka jest pora doby. I kiedy obudził się z głębokiego snu, nie było przy nim Nadjany. 

W  izbie  cuchnęło  chorobą.  Sam  wyczuwał  nieprzyjemny  zapach  i  bardzo  się  go 

wstydził. Jakże musi ją to brzydzić, on sam też jest dla niej zapewne odrażający. 

background image

Czuł,  jak  przy  każdym  poruszeniu  skóra  na  członkach  pęka  i  otwierają  się  nowe 

wrzody.  Z wielkim wysiłkiem zdołał sięgnąć po  naczynie, pozostawione,  by mógł załatwiać 

swe potrzeby. Nadjana na ogół pomagała mu i przy tym, lecz za każdym  razem nienawidził 

tego równie mocno. 

Z jego godności nic już nie zostało. 

Justitian czuł, że śmierć życzliwie i uwodzicielsko stuka go w ramię. Jedno tylko nie 

pozwalało jej się zbliżyć: światło Nadjany. Za każdym razem gdy przychodziła do niego i gdy 

dostrzegał  w  jej  oczach  prawdziwe  ciepło,  czuł,  że  to  dla  niej  musi  któregoś  dnia  wstać 

wreszcie z łóżka. Dla niej musi podjąć czekające na niego obowiązki i stać się powodem jej 

dumy. 

Usłyszał  wreszcie  wytęsknione  kroki  na  schodach.  Nadjana  stąpała  lżej  niż  wszyscy 

inni:  być  może  nie  tylko  za  sprawą  długich  sukni  sprawiała  wrażenie,  że  raczej  unosi  się  w 

powietrzu niż chodzi. Justitian usłyszał odgłos otwierających się drzwi, zaszeleściły spódnice, 

kiedy  przechodziła  przez  ciasny  korytarz  prowadzący  do  izby.  Blask  świecy,  którą  niosła  w 

ręku, poraził go w oczy. 

- Justitianie... Spisz? 

- Nie... Już nie. Ale jestem niewypowiedzianie zmęczony. 

- Nie wypocząłeś ani trochę? Jak się dzisiaj czujesz, mój drogi? 

-  Odpoczywałem.  Drzemałem,  przysypiałem  cały  dzień,  tylko  chwilami 

przytomniałem, a tyle było dźwięków, Nadjano... 

Widziała  cień  na  ścianie  za  łóżkiem,  wiedziała,  co  on  oznacza,  lecz  pozwoliła,  by 

blask świecy na chwilę bodaj go odpędził. 

- Co tam się dzieje? - spytał Justitian przytomnym takim jak dawniej głosem. 

Czyżby się zorientował? Czyżby wzburzenie, jakie ogarnęło wioskę, dotarło do niego 

aż tu, do tej odizolowanej izdebki? 

Revelin  na  pewno  do  niczego  się  nie  przyznał.  Jego  wizyty  u  chorego  syna 

ograniczały  się  do  kilku  oschłych  zdań  i  modlitw.  Nadjana  widziała,  że  stary  zmaga  się  ze 

sobą.  Być  może  nie  kochał  syna  i  nie  żałował  żadnego  z  razów  ani  złych  słów,  nie  potrafił 

jednak  całkiem  ukryć,  że  cierpi  na  widok  chorego.  Na  szczęście  przynajmniej  teraz  nie 

zarzucał Justitianowi bezradności. 

-  Odbywa  się  ting  -  powiedziała  z  wahaniem,  bojąc  się  kolejnych  pytań.  Ją  samą 

zlewał  ze  strachu  zimny  pot  na  myśl  o  tym,  jak  może  zakończyć  się  cała  sprawa.  Zeznania 

przeciwko  Marji  skuły  jej  serce  lodem;  na  cóż  ona  się  poważyła?  Przecież  wiedziała,  że 

Revelin  to  niebezpieczny  człowiek,  powinna  była  zrozumieć,  że  nie  zadowoli  się 

background image

trzepnięciem  Marji  Oppdal  po  palcach.  Pastor  żądał  jej  życia;  cena,  jaką  Nadjana  miała 

zapłacić za zaufanie i dobrą wolę Revelina, stawała się dla niej zbyt wysoka. 

Justitian  na  pewno  nie  zniesie  takiej  nowiny,  co  do  tego  Nadjana  miała  pewność. 

Gdyby  jej  mąż  dowiedział  się,  że  Marję  Oppdal  skazano  na  śmierć  i  że  jedną  z  osób,  które 

zaprowadziły nieszczęsną na stos, była Nadjana, umarłby pełen nienawiści do żony. 

On, jedyny przyjaciel, jakiego kiedykolwiek miała. 

Jedyna osoba, z którą nie związała się z egoistycznych pobudek. 

-  Lensman  żąda  zapłaty  za  Gildeplass,  znów  też  wybuchły  kolejne  spory  o  jakieś 

kamienie graniczne. Nie pojmuję, że w kraju wielkim jak ten można kłócić się o kilka piędzi 

ziemi... 

Starała  się  nadać  głosowi  beztroski  ton,  próbując  w  miarę  obojętnie  przedstawić 

sprawy, jakie poruszano na tingu. Justitian rozluźnił się, przymknął oczy. 

-  Nie  czuję  się  całkiem  dobrze.  Mam  wrażenie,  jakby  jakieś  paskudne  zwierzę 

szarpało  mi  ciało.  Wszystko  mnie  boli,  Nadjano,  i  niekiedy  brzydzi  mnie,  że  nie  potrafię 

utrzymać w sobie choćby łyżki wody... 

Nadjana  wolno  pokiwała  głową.  Pogładziła  go  po  twarzy,  prawie  całkiem  wolnej  od 

ran. 

- Ta straszna choroba... już niedługo minie. Ja o tym wiem, najmilszy. 

Niemądre  słowa,  tylko  głupiec  potrafi  uwierzyć  w  zapewnienia,  składane  w  takich 

sytuacjach. Ale Justitian pozwalał się pocieszać, pozwolił też przynieść lampę i miskę z wodą 

i obmyć się, choć na chwilę schłodzić udręczone ciało. Nadjana wybierała do tego najbardziej 

miękkie  ściereczki.  Pocięła  na  nie  swoje  najdelikatniejsze  bawełniane  halki,  wiedziała,  że 

gospodynie  we  wsi  na  oczy  nie  widziały  tak  miękkiego  materiału  i  niejedna  oddałaby 

pierścień z palca za bieliznę podartą na strzępy, pobrudzone ropą i brunatną krwią. 

Na  ciele  Justitiana  między  wrzodami  widniały  czerwone  twarde  rany.  W  miejscach, 

gdzie  skóra  dotykała  do  skóry,  powstawała  czerwona  wysypka,  zlewająca  się  w  swędzące 

plamy.  Obmyła  chłodną  ściereczką  całe  ciało  męża,  to  samo  ciało,  które  tyle  razy  gładziła, 

pieściła  z  nadzieją  i  pożądaniem.  Teraz  budziło  w  niej  tylko  smutek  i  obrzydzenie,  które 

starała się ukryć. 

Jej  dłonie  płakały  przy  tym  dotyku,  ciarki  ją  przechodziły,  gdy  palce  napotykały 

kolejne  nierówności  pod  skórą.  W  pachwinach,  pod  pachami.  Drżącymi  palcami,  niby 

przypadkiem,  sięgnęła  w  poszukiwaniu  podobnych  twardych  guzów  pod  skórą  na  karku. 

Znalazła. 

Takie twarde ubite węzły, przypominające kamienne naroślą, akurat w tych miejscach. 

background image

Widziała je wcześniej, czuła wcześniej. 

Nadjana  odwróciła  głowę,  światło  lampy  w  jednej  chwili  zrobiło  się  za  mocne. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  nie  zdoła  ukryć  uczuć,  jakie  nią  teraz  targają.  Czas  stanął  w 

miejscu, ale zanim zdołała wypłukać ściereczkę, dotarła do niej okrutna prawda. 

Zaraza z wrzodami nie przyszła sama. 

Skryła  tylko  przed  nią  rzeczywistość,  oszukała  smrodem  i  krwawiącymi  ranami. 

Nadjana nie rozpoznała samej śmierci, ponieważ ta ukryła się za groźbą śmierci. 

Choroby,  na  którą  zapadł  Justitian,  Nadjana  obawiała  się  przez  całe  swoje  życie.  Ta 

sama  choroba  każdego  roku  sprowadzała  marny  koniec  na  wielu  kupczących  miłością 

mieszkańców  Kopenhagi.  I  ona  też  żyła  wśród  nich  wtedy,  gdy  była  jeszcze  uliczną 

kusicielką. 

Kiła, tak ją nazywano. 

Albo syfilis. 

Albo franca. 

Choroba nie wybierała, dotykała biednych i bogatych, najubożsi jednak, podobnie jak 

we wszystkich innych nieszczęściach, i w tym także byli najbardziej bezradni. Można się było 

smarować  rtęcią,  wypijać  litry  odwarów,  iść  do  aptekarza  i  wydać  ostatnie  talary  na  maści  i 

cudowne kuracje. 

Prędzej czy później jednak nie było już żadnej rady. 

Prędzej czy później ciało zaczynało gnić. 

Prędzej  czy  później  dusza  odchodziła,  człowiek  zmieniał  się  w  zdeformowane 

skamlące zwierzę, jeśli szczęście mu nie sprzyjało, nie zsyłając wczesnej śmierci. Większość 

chorych  mogła  liczyć  na  łut  szczęścia,  choroba  bowiem  osłabiała  całe  ciało  i  niewinne 

przeziębienie  mogło  zgasić  płomień  ludzkiego  życia.  A  wszystko  to za  sprawą  jednego  -  bo 

tyle  wystarczyło  -  aktu  miłosnego  lub  też  aktu  prymitywnego  pożądania.  To  ostatnie  być 

może było częstsze, ten rodzaj przekleństwa bowiem najczęściej uderzał w bywalców domów 

uciechy i dziewczęta, które sprzedawały swoje wdzięki. 

Choroba  przenosiła  się  z  mężczyzny  na  kobietę,  najprawdopodobniej  za  sprawą  tej 

samej  cieczy,  która  dawała  również  życie.  Z  najbardziej  tajemnych  zakamarków  kobiecego 

ciała przenikała z kolei w mężczyznę, który mieszał z nią swe soki. Niekiedy przychodziły na 

ś

wiat dzieci, od zarania życia noszące ślady cierpienia matki. 

Justitian zasiał swe nasienie w zatrutej ziemi. 

Kara za grzechy spotkała go już na tym świecie. 

background image

Nadjana  wyżęła  szmatkę  tak  mocno,  aż  delikatny  materiał  wpił  jej  się  w  dłonie. 

Justitian  otworzył  oczy,  ocknął  się,  czerpiąc  przyjemność  z  jej  łagodzących  męki  pieszczot. 

Nadjana musiała mocno  wziąć się w garść, by  wyciągnąć do niego rękę,  pozwolić, by palce 

kontynuowały pocieszającą wędrówkę po schorowanym ciele. 

Wiedziała, że to nie ma już żadnego znaczenia. Wciąż jeszcze jej dłonie były białe, nie 

naznaczone,  a  ciało  czyste  niczym  mleko  i  jak  zawsze  gładkie.  Nie  zaraziła  się  wrzodami  i 

miało to już najprawdopodobniej nie nastąpić. 

Pewnego dnia jednak dostrzeże na skórze owe czerwone plamy. 

Za kilka tygodni, może za kilka lat. 

Nie wiadomo. 

Jeśli szczęście jej dopisze, to nigdy się tak nie stanie. 

Nadjana jednak wiedziała, że nie zdoła zapomnieć o pewnym drobnym, z pozoru bez 

znaczenia, fakcie. 

Już  przed  kilkoma  miesiącami  poczuła  pewne  oznaki,  lecz  odsunęła  myśl  o  nich,  nie 

chciała bowiem, by osłabiała ją w walce o budowanie nowego życia. 

- Masz takie dobre ręce, Marjo... 

Justitian znów pożeglował w dalekie światy. Nadjana wiedziała, że nie panuje już nad 

tym, co mówi. Słowa wypływały na jego wargi wprost z miejsca, którego nie był już dłużej w 

stanie osłaniać. 

Nadjana  odeszła  od  łóżka,  lecz  kula,  jaka  zaczęła  rosnąć  jej  w  żołądku,  powiększyła 

się  nagle  i  zapiekła.  Na  środku  schodów  musiała  pozbyć  się  żółci  wprost  do  trzymanej  w 

rękach miski z nieczystą wodą. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Czy właśnie tak czuli się ci, którzy siedzieli w wilgotnych lochach ze świadomością, 

ż

e słońce zachodzi dla nich po raz ostatni? 

Marja  nie  była  już  w  stanie  zapanować  nad  swym  lękiem,  ledwie  zdołała  go  tłumić, 

dopóki  dzieci  nie  położyły  się  spać.  To  był  ostatni  wieczór.  Czuła  narastające  mdłości,  być 

może  po  raz  ostatni  pochylała  się  nad  uśpionymi,  gładząc  ich  miękkie  spokojne  buzie.  Być 

może  po  raz  ostatni  widziała  szczupłe  rączki  Amelii  obejmujące  troskliwie  tego,  którego 

nazywała braciszkiem. 

Benjamin. 

Co się z nim stanie, kiedy jej zabraknie? 

Karl  widział,  że  żona  cierpi,  lecz  niewiele  mógł  na  to  poradzić.  Nie  chciał  bardziej 

dręczyć jej domysłami. 

Ostatni wieczór przed ostatnim dniem tingu. 

Marja  powiedziała  już  swoje,  pastor  także.  Jej  los  spoczywał  teraz  w  twardych 

chłopskich rękach przysięgłych. 

- To nasz ostatni wieczór tutaj, Marjo - zauważył Karl. Przytaknęła. 

Głowa rozbolała ją jeszcze mocniej, chociaż wiedziała, że Karl ma na myśli co innego 

niż ona. 

-  Jutro,  kiedy  ting  się  skończy,  przeniesiemy  się  do  Wdowiej  Zagrody  -  powiedział 

spokojnie. 

Marja pokiwała głową. 

- Tak, przeniesiemy się. Na pewno będzie nam tam dobrze. 

-  Dzieci  wcale  się  nie  ucieszyły  tak,  jak  przypuszczałem,  może  nie  zrozumiały,  że 

nagle staliśmy się bogaci? 

- Dzieci cieszą się z tego, co mają. Boją się zmian. 

- Ale Martin w każdym razie się nie smucił. Mówił o koniach i radował się, że będzie 

miał  własnego.  Pomyśleć  tylko,  mój  syn  będzie  jeździć  konno.  Dorosłym  też  trudno  to 

pojąć... 

- To prawda - przyznała Marja. - Już nigdy nam niczego nie zabraknie. Pomyśl tylko, 

nie będziesz już się męczył na tych marnych spłachetkach pola. Teraz twój stryj sam będzie 

musiał ściągać siano z tych stromych skalnych półek, gdzie wcześniej ty narażałeś życie. 

Karl podszedł do niej, ujrzał, że usta jej drżą, a oczy wcale nie błyszczą z radości. 

background image

- To dla mnie bez znaczenia, Marjo. Mam wszystko, czego mi trzeba. Mam coś, czego 

nie zrównoważy tysiąc zagród. 

Były to jedyne słowa, jakimi umiał wyrazić swój strach. Marja wiedziała, że mąż nie 

potrafi już dzisiaj dopuścić lęku do serca. Nie wiadomo, czy Karl zdołałby przeżyć, gdyby mu 

ją odebrano. 

- Uświęćmy ten ostatni wieczór, kochana. Połóżmy się wcześnie, starczy jeszcze czasu 

na pakowanie i sprzątanie. 

Miejmy taką nadzieję, dodała w duchu Marja. A nawet gdyby nie było czasu, to i tak 

nie zamierzała poświęcać na to tej krótkiej nocy. 

Wtulili się w siebie w ciemności. Cisza zdawała się gęsta, jak często bywa w pierwszą 

noc,  kiedy  spadnie  śnieg.  Wszystkie  dźwięki  zdały  się  przytłumione,  wszędzie  było  biało  i 

czysto. Śnieg pokrył szczelną warstwą pola, chaty i ludzkie serca. 

Pod grubymi belkami plebanii rozbrzmiewały psalmy i monotonne modlitwy. 

To Revelin modlił się o zdrowie dla swego jedynego syna. Justitianowi się pogorszyło, 

gorączka wzrosła tak gwałtownie, że przerażona Nadjana wezwała kucharkę. 

- Musisz kogoś znać, musisz wiedzieć o kimś, kto potrafi przyrządzić jakieś lekarstwo, 

coś, co pomoże. Czy tu naprawdę nie ma nikogo takiego? 

Kucharka wzruszyła ramionami. 

-  Nie  ma  nikogo  poza  Marją  Oppdal.  A  ona  jest  chyba  ostatnią  osobą,  którą  pani 

baronówna chciałaby prosić o pomoc. Już wcześniej mówiłam... 

Nadjana zirytowana odwróciła się na pięcie, odesłała kucharkę z powrotem na dół. Tej 

kobiecie  na  pewno  wystarczyło  jedno  spojrzenie  rzucone  ukradkiem  na  łoże  boleści 

Justitiana. Jutro rozgłosi po wsi, że syn pastora jest umierający. 

Ale on nie może umrzeć. Nie teraz. 

Nadjana zacisnęła pięści, całą swą wolę skupiła na tym jednym życzeniu. Justitian nie 

może  umrzeć  teraz,  gdy  zwycięstwo  i  chwała  są  już  tak  blisko!  Przecież  od  wygranej  dzieli 

ich zaledwie kilka kroków. 

Usiłowała zmusić umysł do pracy. Musiała przecież w ciągu całego życia nauczyć się 

czegoś o chorobach i sposobach ich zwalczania! 

Niestety,  Nadjana  zawsze  darzyła  nienawiścią  ludzką  słabość  i  niedolę.  Uciekała  od 

nich, przywoływały bowiem wspomnienia z jej przeszłości, o których myśli nie mogła znieść. 

Co by zrobiła Maria, Maria ze Skjaervasr? Ta niezwykła kobieta o jasnych włosach, z 

twarzą naznaczoną dziobami po ospie? 

background image

Nadjana  wygrzebała  z  zakamarków  pamięci  obrazy  z  okresu  spędzonego  na  wyspie. 

Zmusiła się, by odszukać twarz Marii, jej ręce, proste rady, których tamta tyle znała. 

Odsuń  koce,  dopuść  do  niego  powietrze,  nie  zamykaj  gorączki  w  środku,  jak  czyni 

wielu  ludzi.  Niech  się  trochę  ochłodzi,  zrób  mu  chłodne  okłady  i  pilnuj,  żeby  dużo  pił,  to 

bardzo ważne. 

Nadjana  nie  mogła  zrozumieć,  skąd  się  jej  to  wszystko  bierze,  ale  słuchała  głosu 

szepczącego w sercu. Wszystko mogło się przydać. 

-  Ach,  Marjo.  Naprawdę  wróciłem  do  ciebie...  Jesteś  tak  samo  młoda,  ukochana, 

równie piękna i czysta jak... róża... 

Nadjana  nie  pozwoliła  się  zranić  tym  słowom,  wiedziała,  że  Justkian  bredzi  w 

malignie. Zapewne wrócił do swej młodości, do Marji. 

-  Cicho,  cicho,  Justitianie,  nie  mów  nic.  Oszczędzaj  siły,  będą  ci  dziś  w  nocy 

potrzebne. 

- To nie takie trudne... - wymamrotał Justitian. Ze skroni spływał mu strumyczek potu. 

Nadjana spostrzegła, że jego oczy nabrały żółtego blasku. Serce zaczęło walić jej jak 

młotem. Wyglądało na to, że zbliża się koniec. Wkrótce będzie musiała  się z tym pogodzić. 

Lecz coś w niej opierało się tej myśli, nie chciało zaakceptować śmierci męża. Doświadczyła 

tego  już  wcześniej,  zaznała  tej  samej  bezsilności,  tego  samego  smutku,  który  wgryzał  się 

coraz głębiej w jej duszę. 

Nadjana  niewiele  pamiętała,  nie  chciała  pamiętać.  Prędko  kroczyła  do  przodu,  nigdy 

nie  oglądając  się  za  siebie.  Wiedziała,  że  jak  dla  żony  Lota  mogłoby  to  dla  niej  oznaczać 

zgubę. Są rzeczy, do których nie powinno się wracać. Temu przykazaniu Nadjana pozostała 

wierna i najważniejsze dla niej było to, co ma przed sobą. 

Justitian  uspokoił  się  trochę.  Poty  ustały,  ale  twarz  miał  rozpaloną,  natomiast  dłonie, 

na kołdrze wręcz niebieskawe, były zdumiewająco chłodne. 

Nadjana  usłyszała  na  schodach  kroki  pastora,  chciała  zamknąć  drzwi.  Tego  jednak 

oczywiście nie mogła zrobić, Revelin wszedł do środka, spojrzał na śpiącego syna. Zdumiało 

ją, że nie widzi tego samego, co ona. W każdym razie jego głos brzmiał spokojnie, gdy wyjął 

książeczkę do nabożeństwa i zaczął śpiewać psalm. 

- Możesz iść na spoczynek, Nadjano. On jutro poczuje się lepiej, a wtedy ty będziesz 

potrzebowała  sił.  Pójdziesz  ze  mną  rano,  powinniśmy  zdążyć  do  sali  tingu  przed  innymi. 

Muszę  zamienić  kilka  słów  z  asesorem,  powinniśmy  też  porozmawiać  o  twym  ostatecznym 

ś

wiadectwie. 

- Powiedziałam już wszystko, co miałam do powiedzenia. 

background image

Twarz pastora pociemniała. 

- Zawarliśmy umowę, Nadjano, nie zapominaj o tym! Nadjana spuściła głowę, chciała 

rzucić teściowi w twarz, że jest potworem, wcielonym diabłem, który myśli tylko o słodyczy 

zemsty, podczas gdy jego jedyny syn umiera. 

- On jest żywotny, da sobie radę - oświadczył pastor. Była to jedyna oznaka szacunku, 

na jaką było go stać w stosunku do Justitiana. 

- Trzymaj mnie, nie wypuszczaj mnie, on nadchodzi... Nadchodzi... Ach, nie! 

Justitian  zaczerpnął  sil  z  jakiegoś  nieznanego  źródła,  bezwładne  dotąd  ciało  zaczęło 

się  rzucać  po  łóżku.  Nadjana  przytrzymała  go  mocno,  by  nie  spadł  na  podłogę.  Prawie 

całkiem  się  na  nim  położyła,  przyciskając  jego  wilgotne  dłonie,  wytężając  mięśnie,  by 

pokonać  konwulsyjne  drgawki.  Przemawiała  do  męża  jak  do  dziecka,  potrzebującego 

pociechy  po  koszmarze,  który  mu  się  przyśnił.  Nadjana  wprawdzie  nie  miała  dzieci,  lecz 

instynkt podpowiadał jej, co robić. 

Justitian walczył z jej rękoma, odsuwał je, pragnął wstać z łóżka. 

Nadjana rozumiała jego życzenia, zdawała sobie jednak sprawę, że wkrótce zabraknie 

mu sił. 

- Marja... MARJA... 

Objął ją mocno, nie wiedziała, czy jest przytomny. 

Mamroczące  dźwięki  płynęły  do  jej  ucha,  dłonie  rozpaczliwie  uchwyciły  ją  w  pasie, 

ś

ciskał ją tak mocno, aż tchu zabrakło jej w piersiach. Potem nagle puścił, w oczach pojawił 

się  jaśniejszy  błysk,  poznał  ją,  lecz  zaraz  moment  przytomności  minął.  Zniknął  jak  księżyc 

przesłonięty żeglującą chmurą. 

- To nie Marja... nie Marja... ty jesteś... Nadjana wiedziała, że ma twarz równie mokrą 

jak on, a jej oczy są zaczerwienione, piekące. Czuła jego ból, wyczuwała wręcz śmierć, która 

groziła, że go zadławi. Lecz Justitian wciąż walczył, czas cudów jeszcze nie minął! 

Nadjana  już  wcześniej  widziała  ludzi  toczących  bitwę  ze  śmiercią.  Ludzi,  którzy 

odnieśli  ciężkie  rany  bądź  zapadli  na  nierozpoznane  choroby,  a  jednak  udawało  im  się 

zwyciężyć. Musi wierzyć, że w tej decydującej walce Justitian także odniesie zwycięstwo. 

Znów  ogarnął  go  niepokój.  Krzyk  wdzierał  się  boleśnie  w  uszy  Nadjany.  Przenikał, 

wwiercał  się  w  nie,  głęboko  aż  do  brzucha.  Wśród  niezrozumiałych  słów  wykrzykiwał  jej 

imię. 

Przebłyski  świadomości  stawały  się  coraz  rzadsze  i  kiedy  przychodziły,  leżał 

nieruchomo  i  tylko  na  nią  patrzył.  Próbował  się  uśmiechać,  czym  przydawał  jej  wiary,  że 

rozumie. 

background image

Wciąż był wczesny wieczór. 

Nadjana wiedziała, że ta noc może się okazać najstraszniejsza w jej życiu. 

Poczuła się taka zmęczona, miała ochotę po prostu się przy nim położyć, ująć za rękę i 

odpoczywać wraz z nim. Ale bierność nie leżała w jej zwyczaju, gdyby się poddała, wszystko 

byłoby stracone. Również dla Justitiana. 

Płynęły godziny, lecz ciemność za oknem ani trochę się nie zmieniała. Tylko płomień 

łojowej świecy, palący się coraz bliżej świecznika, świadczył o upływającym czasie. 

Justitian poruszył głową, otworzył oczy. 

- Nadjano... 

Uśmiechnęła się. Czyżby już mu się poprawiło? - Tak? 

- Sprowadź Marję. 

Drgnęła. Czyżby bredził w malignie? Nie. To dlatego te słowa raziły ją jak cios. Ale 

przecież brzmiały tak łagodnie. 

Oczy chorego błagały o wybaczenie, o zrozumienie. 

- Muszę... się pożegnać. 

- Sprawi mi to wielki ból, Justitianie. 

-  Ty...  jesteś  moją  żoną.  Zawdzięczam  ci  wszystko,  nigdy  nie  zdołam...  wyrazić,  jak 

bardzo  cię  kocham.  Niech  to  będzie  moim  podziękowaniem  dla  ciebie.  Ale  Marja...  Nie 

miałem wtedy czasu, żeby się z nią pożegnać. Mój ojciec... 

Głos nie chciał go słuchać. Justitian tracił siły. Nadjana widziała, że mąż żyje teraz już 

jedynie siłą woli. Żyje po to, by się pożegnać. 

Czy mogła mu tego odmówić? 

Nie. 

A  w  dodatku  pozostało  w  niej  jeszcze  źdźbło  nadziei,  którego  wciąż  próbowała  się 

chwytać,  teraz  kiedy  już  wszystko  zawiodło.  Marja  Oppdal  wiedziała  tak  wiele  o  sztuce 

leczenia,  kucharka  przynajmniej  w  nią  wierzyła  i  przecież  właśnie  o  to  między  innymi  ją 

oskarżano. O bezbożny stosunek do chorób i podejrzane praktyki medyczne. 

- Przyprowadzę ją - szepnęła Nadjana i ucałowała zroszone potem czoło. 

Kiedy zbiegała po schodach, prędko otarła ręką usta. 

Złapała  płaszcz,  który  w  wilgotnym  zimowym  powietrzu  Kopenhagi  grzał  tak 

przyjemnie,  lecz  tutaj,  w  taką  noc  jak  ta,  gdy  domy  trzeszczały  z  mrozu,  dawał  tylko 

złudzenie ciepła. 

Trzewiki z czterdziestoma guziczkami. 

background image

Mocowała  się  z  nimi  zdrętwiałymi  palcami,  przed  przybyciem  do  wioski  nigdy  nie 

zapinała ich własnoręcznie. Przeklęła oporne guziczki, łzy popłynęły jej po policzkach, czuła, 

ż

e  ogarnia  ją  coraz  większa  panika.  Nigdy  dotąd  nie  była  w  takim  stanie,  nie  zaznała  bólu 

bezradności,  ale  teraz,  w  tej  chwili,  nie  pomogłyby  jej  ani  pieniądze,  ani  duma  czy  władza. 

Teraz  wszystko  zależało  od  innej  kobiety,  od  kobiety,  która  zapewne  widząc  ją  w  drzwiach 

splunie ze złością. 

Musi  jednak  spróbować.  Nawet  gdy  wróci  do  domu  bez  Marji,  to  Justitian  po  jej 

oczach pozna, że próbowała. A jeśli będzie miała szczęście, to Justitian uwierzy, gdy powie, 

ż

e Marji nigdzie nie mogła znaleźć. 

A może powinna wziąć ze sobą pieniądze? 

Nie chciała tracić czasu na zabieranie błyszczących monet z kuferka w gabinecie. Bała 

się też, że Revelin tam siedzi. Chwyciła więc w locie sznurek pięknie szlifowanych rubinów 

oprawionych  w  srebro  wybijane  w  kwiaty.  Był  to  najpiękniejszy  klejnot,  jaki  posiadała. 

Gotowa  była  go  bez  żalu  ofiarować,  gdyby  tylko  mógł  przyczynić  się  do  spokojnego 

pożegnania Justitiana ze światem. 

Marja musi przyjść! 

Musi zapomnieć o wrogości, zrozumieć, że chodzi o spokój duszy innego człowieka. 

Jeśli kiedykolwiek żywiła dla niego cieplejsze uczucia, nie mogła mu tego odmówić. 

Nadjana  biegła  po  śniegu,  nie  był  głęboki,  lecz  nogi  w  cienkich  trzewiczkach  na 

gładkiej skórzanej podeszwie ślizgały się po nim niemiłosiernie. Wiatr od fiordu przewiewał 

pelerynę  i  Nadjana  zaczęła  szczękać  zębami.  Łzy  płynące  z  oczu  zamarzały  na  policzkach, 

mąciły wzrok. Na szczęście znała drogę do Oppdal. 

Marja  być  może  roześmieje  się  jej  prosto  w  twarz,  uraduje  ją  widok  rywalki  takiej 

zaniedbanej,  z  pełnymi  rozpaczy  czerwonymi  oczami,  pokornej,  całkowicie  uzależnionej  od 

jej dobrej woli. To straszne upokorzenie, lecz Nadjana nie miała wyboru. W podświadomości 

obliczała  cenę,  jakiej  może  zażądać  Marja.  Co  robić,  jeśli  nie  wystarczą  jej  rubiny?  Jeśli 

zażąda czegoś więcej? Na przykład pomocy Nadjany na jutrzejszym tingu? 

Nie, do tego Nadjana nie może się posunąć. 

Nie może już teraz zawrócić. 

Co z tego, że Marja ujdzie cało, bo będzie obecna przy końcu Justitiana? Co z tego, że 

lekarstwa Marji uratują go, skoro Revelin utrzyma nad nimi władzę? 

Pastor musi ufać jej, Nadjanie. 

background image

Tylko  ten,  komu  się  naprawdę  ufa,  dowie  się,  gdzie  najdotkliwiej  zrani  sztylet.  A 

pastor nosił naprawdę szczelną zbroję; Nadjana miała świadomość, jak ważne jest obnażenie 

jego czułych punktów. 

Nie, nie cofnie swoich słów. To i tak niewiele pomoże. Byli wszak inni świadkowie, 

których  zeznania  bardziej  się  liczyły.  Marja  także  na  pewno  to  zrozumiała.  Cóż,  klejnot  w 

każdym  razie  będzie  pięknym  spadkiem  dla  jej  córeczki,  tej  ślicznej  Amelii  o  łagodnym 

spojrzenia. 

Dotarła  na  miejsce.  Przez  moment  stała,  chwiejąc  się  na  nogach,  czekała,  aż  oddech 

wróci do normalnego rytmu. Wreszcie podeszła do drzwi, zapukała mocno. 

-  Marjo  Oppdal!  Na  Boga,  otwórz!  Tu  chodzi  o  życie!  W  środku  panowała  cisza. 

Dopiero  teraz  Nadjana  zauważyła,  że  z  dachu  nie  unosi  się  nawet  dym.  Czyżby  nikogo  nie 

było w domu? 

Ale nie, ze środka dobiegały glosy. Szuranie bosych stóp, stukot drewniaków o prostą 

drewnianą podłogę. 

- Cicho tam za drzwiami, nie budź dzieci. Kto przychodzi w taki wieczór jak ten? 

Drzwi na miękkich skórzanych zawiasach lekko się uchyliły. 

Twarz Marji pobielała z zaskoczenia. 

- To ty? 

Nadjana  zauważyła,  że  zdumienie  przechodzi  w  nienawiść,  a  jeszcze  później  w 

nadzieję. 

-  Przychodzisz,  by  pożałować  swojej  złośliwości?  A  może  Revelinowi  zabrakło 

cierpliwości i przysyła ciebie, żebyś wykonała za niego brudną robotę? 

- On mnie nie przysłał.  Przychodzę z inną sprawą, Marjo Oppdal. Przyjmij mnie bez 

nienawiści, proszę. Wiem, że źle postąpiłam wobec ciebie, lecz teraz chodzi o coś więcej, o 

coś ważniejszego. 

- Cóż może być dla mnie ważniejsze niż moje własne życie? - odparła Marja cierpko. 

Nie  miała  ochoty  wpuszczać  tej  kobiety  za  próg  swego  domu,  lecz  mróz  ciągnący 

przez  uchylone  drzwi  szczypał  już  w  nogi.  Baronówna  sprawiała  wrażenie  na  wpół  zamar-

zniętej. Na ustach Marji pojawił się bezczelny uśmieszek. 

- Justitian umiera. Uśmiech Marji przygasł. 

- Naprawdę, on umiera. Umrze na pewno, jeśli ty... twoje lekarstwa... słyszałam... 

Marja popchnęła ją przed sobą na śnieg. 

- Idź do obory, baronówno. Musimy porozmawiać. 

- Nie ma czasu... Ach, bądź tak miła... 

background image

-  Ja  nie  jestem  miła  -  twardo  odparła  Marja.  -  Jutro  czeka  mnie  walka  o  życie.  A  ty 

jesteś najbliższą osobą mego wroga. 

- Ale Justitian nie jest twoim wrogiem - łagodnie zauważyła Nadjana. 

Ciepło bijące od zwierząt czyniło oborę błogosławionym miejscem. 

- Justitian... Nie potraktował mnie źle, nieszczęsny. 

- On umiera. 

- Naprawdę tak z nim źle? Sądziłam... Powiadano... Nadjana machnęła ręką. 

- Revelin nie chciał, żeby wieś poznała prawdę, nie chciał, by ludzie się dowiedzieli, 

jak poważna jest sytuacja. Może sam nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Ale ja wiem, na co 

cierpi Justitian. Widzę, jak z każdą godziną nadzieja się oddala. Tej nocy jego los spoczywa 

w twoich rękach, Marjo. 

Marja  popatrzyła  w  ciemnoszare  oczy  i  spostrzegła,  że  ta  cudzoziemka  nie  jest  już 

królową,  lecz  tylko  wystraszoną  kobietą,  która  odrzuciła  wszelką  dumę  i  szuka  pomocy  u 

wroga. 

- On o ciebie pytał - powiedziała Nadjana, a Marja rozumiała, jak wiele ją kosztują te 

proste słowa. 

Wstała. 

-  Muszę  przynieść  parę  rzeczy  i  ubrać  się.  Na  miłość  boską,  umrzesz  z  zimna. 

Przyniosę ci coś do okrycia, tymczasem poczekaj tu w cieple. 

Nadjana osunęła się na stos siana. Drżała. 

Ręka jakby przymarzła jej do schowanych w kieszeni rubinów. 

Marja  nawet  nie  wspomniała  o  wynagrodzeniu.  Nadjana  poczuła,  jak  rumieniec 

wstydu  pełznie  po  jej  zmarzniętej  twarzy.  Być  może  i  tym  razem  źle  oceniła  sytuację.  Być 

może Marja Oppdal była ulepiona z tej samej gliny co tamta zapomniana Maria. 

Marja  bała  się,  że  Karl  jej  nie  zrozumie,  nie  zgodzi  się,  by  wyprawiała  się  gdzieś 

akurat tej nocy, by zrobić coś, o co następnego dnia miała zostać oskarżona. 

- Marjo, to zasadzka! Przytrzymywał ją, nie puszczał. W oczach pojawiła się rozpacz. 

-  Ona  chce  cię  oszukać,  to  Revelin  ją  nasłał.  Chcą,  żebyś  dzisiejszej  nocy  sama 

wykopała sobie grób. Wiedzą, że tak dobrze się broniłaś, i boją się, że jutrzejszy dzień będzie 

dniem twojego zwycięstwa. Próbują wykorzystać twoją dobroć, poczucie obowiązku. Nie po-

zwól im na to, Marjo. Nie pokazuj im, co potrafisz, bo sprawią, że twoja dobroć obróci się na 

złe, przeciwko tobie. Oskarżą cię o czary! 

Marja  przysiadła  przy  mężu,  patrzyła  na  niego  w  ciemności,  żałowała,  że  nie  może 

spojrzeć mu w oczy. Pogładziła tylko palcami jego twarz. 

background image

- To nie tak, Karlu. Ja jej wierzę, ona nie kłamie. Jest po prostu bezradną, zrozpaczoną 

kobietą,  przerażoną,  że  straci  męża.  Wiele  musiało  ją  kosztować,  by  tak  się  przede  mną 

ukorzyć. 

- Nie, ona jest podstępna i niebezpieczna, to przyjaciółka Revelina, jego  synowa, nie 

zapominaj o tym, zostań w domu. 

- Wcale o niczym nie zapominam. Sądzę jednak, że opłaci mi się pójść z nią. Myślę, 

ż

e ona... mnie wynagrodzi. 

- Myślisz, że cofnie swoje słowa jutro przed tingiem? Może by to w czymś pomogło, 

ale... 

- Jestem mu to winna - powiedziała Marja cicho. Karl przełknął ślinę. 

- A więc to o niego chodzi? 

Pocałowała go. Pozwoliła, by jej wargi odpowiedziały na dręczące go pytanie. 

- Nigdy nie kochałam nikogo poza tobą... 

Przekradały  się  przez  wieś  jak  złodziejki,  noc  była  bez  księżyca.  Przy  chacie 

dzwonnika się zatrzymały, żeby nabrać oddechu. Nadjana dostrzegła żółty  blask sączący się 

przez  szparę  pod  dachem.  A  więc  pastor  tam  był.  Zdarzało  się,  że  palił  światło  nocą, 

prawdopodobnie dlatego, że bał się ciemności, a może miał jakąś pracę. 

To dobrze. 

Kobiety  biegły  dalej.  Marja  niosła  węzełek,  Nadjanie  wystarczyło  zmaganie  się  ze 

ś

liskimi trzewikami. 

Na górę po schodach, nie ma czasu na zdejmowanie butów, na zrzucenie peleryn. 

Obu serce w piersiach waliło mocno. Czy zdążyły? 

Tak. 

Justitian wciąż niespokojnie rzucał się na łóżku. 

Marja  po  drodze  wypytywała  Nadjanę  o  chorobę,  lecz  dama  z  Danii  w  biegu  ledwie 

mogła  z  siebie  coś  wydusić.  Przywykła  wszak  do  siedzenia  w  powozie,  a  co  najwyżej  do 

powolnych spacerów po ogrodzie. 

Justitian  był  nieprzytomny.  Nadjana  spostrzegła  to  od  razu,  wiedziała,  że  muszą 

czekać. 

-  Rozchorował  się  na  statku,  kiedy  jechaliśmy  do  Norwegii,  na  pokład  przyszedł 

lekarz, miał zbadać nas wszystkich, zabronili nam schodzić na ląd, mówili, że dość mają tej 

zarazy, jaka dotknęła miasto. Całymi tygodniami czekaliśmy na statku. Wreszcie Justitianowi 

się  poprawiło  i  pozwolono  nam  zejść  na  ląd.  Dopiero  kiedy  tu  przyjechaliśmy,  znów  się 

zaczęło. Te wrzody także... 

background image

- Na pewno lekarz przywlókł zarazę. A ty, ty nie jesteś chora? 

- Na razie nie. Zawsze byłam silna, zaraza się mnie nie ima. 

- Co jeszcze mu dolega? 

Nadjana bacznie przyglądała się twarzy Marji. Postanowiła być szczera. 

- On ma też syfilis. 

Na  twarzy  Marji  z  początku  pojawił  się  wyraz  niezrozumienia,  słowo  wymawiane  z 

duńska zabrzmiało obco. Wreszcie jednak dotarło do niej jego znaczenie. 

-  Ach,  nie...  tylko  nie  to.  Młoda  dziewczyna  w  niej  zapłakała.  Justitian...  taka 

wstydliwa  choroba.  I  zaraz  z  przerażeniem  zdała  sobie  sprawę  z  powagi  tego,  co  usłyszała. 

Wszak ta choroba potrafiła zniszczyć całe rodziny, wykończyć ludzi w ciągu roku, lecz mogła 

trwać również dwadzieścia lat. Zżerała ciało od środka, nikt nie wiedział, ile czasu trzeba, by 

pękła struna życia. 

-  Ty  też?  Nadjana  pokręciła  głową,  lecz  Marja  dostrzegła  zwątpienie  w  jej  oczach.  I 

strach. 

-  Jeśli  przeżyje  zarazę,  to  z  tą  drugą  chorobą  może  chodzić  po  świecie  jeszcze  przez 

wiele lat. Wiesz, kiedy...? 

Nadjana znów pokręciła głową. 

-  Prawdopodobnie  tuż  przed  tym,  jak  go  znalazłam.  Gdzieś  około  Nowego  Roku. 

Zanim tu przyjechaliśmy. 

- Znasz go tak krótko? 

Tylko kiwnęła głową, nie chciała przyznawać się głośno. 

Marja  nie  pytała  już  o  nic  więcej,  zaczęła  wyciągać  z  węzełka  pojemniczki  i 

pudełeczka, jakieś mniejsze zawiniątka. Ustawiła je na wypolerowanym czerwonobrązowym 

stoliku, którego powierzchnia lekko błyszczała. 

- Dam mu coś przeciwko gorączce. Sproszkowaną korę wierzby, czarny bez, bobrek i 

słód.  Masz  trochę  wódki?  I  wodę,  mnóstwo  wody.  Dobrze,  żeby  była  ciepła,  jeśli  jeszcze 

płonie ogień na palenisku. 

Nadjana wyszła przynieść to, co potrzebne. 

Miała wielki kłopot z nastawieniem wody, ogień pod jej niesprawnymi palcami zgasł. 

Marja  została  sama.  Cicho  podeszła  do  chorego,  w  obecności  żony  nie  chciała  go 

dotykać. 

-  Justitianie  -  szepnęła.  Ku  jej  zdumieniu  wargi  mężczyzny  rozciągnęły  się  w 

uśmiechu. Wymamrotał coś. Marji serce w piersi zaczęło uderzać jak szalone. 

- Jestem tutaj. 

background image

-  Marja?  Zabrzmiało  to  jak  westchnienie,  lecz  wypowiedział  jej  imię  wyraźnie. 

Uśmiechnęła się ucieszona, a więc ją poznał. 

- Jestem tu... przy tobie. Nadjana także. Pomożemy ci. 

-  Nikt  nie  zdoła...  ale  dziękuję,  że  zechciałaś  przyjść.  Tyle  rzeczy  pozostało  nie 

dopowiedzianych. 

- Nie, nic nie jest nie dopowiedziane - odparła łagodnie. 

Justitian  westchnął.  Z  jego  piersi  wydobyły  się  przerażające  dźwięki.  Marja  zaczęła 

się bać, że to, co mu poda, nie odniesie żadnego skutku. 

- Otwórz usta, Justitianie, to lekarstwo... Przełknął, nie zwrócił, zakaszlał tylko, gardło 

miał widać ściśnięte. 

-  Marjo...  nigdy  o  tobie  nie  zapomniałem.  Pogładziła  go  czule.  Nie  bała  się 

owładniętego  zarazą  ciała,  wiedziała,  że  jest  na  to  rada.  Ktoś,  kto  znał  tajemnice  chorób, 

nieczęsto  padał  ich  ofiarą.  Marja  pomimo  tak  częstego  obcowania  z  chorymi  nie  chorowała 

nawet przez jeden dzień. 

- Ja też ciebie nie zapomniałam, Justitianie. 

- Karl... 

- Poślubiłam go - odpowiedziała cicho. - Musiałam, zrozum. 

Justitian znów przełknął, lekarstwo najwidoczniej nie chciało się ułożyć w żołądku. 

-  Wiedziałem  o  tym,  mój  ojciec...  on  zawsze  osiąga  to,  czego  chce.  Dobrze,  że  teraz 

jesteś bezpieczna. 

Bezpieczna? Co on ma na myśli? 

Marja zrozumiała, że Justitian niewiele wie o wydarzeniach ostatnich dramatycznych 

dni,  lecz  uznawszy,  że  nie  ma  powodu  przysparzać  mu  więcej  bólu  i  trosk,  postanowiła 

milczeć. 

- Twój ojciec pewnego dnia spotka swego' sędziego - oświadczyła twardo. 

Justitian znów lekko się uśmiechnął. 

- Może i tak, już krzywda, jaką nam wyrządził... 

-  Być  może  takie  było  zrządzenie  losu,  Justitianie.  Może  Bóg  tak  chciał.  Masz  też 

swoją wierną Nadjanę, jest taka piękna. 

Justitian cieszył się, że Marja nie powiedziała „bogata”. 

- Tak, naprawdę ją kocham, ale wtedy... kiedy przyszłaś do chaty dzwonnika... 

Marja pamiętała ów żałosny widok. 

- Wtedy... Położyła palce na jego ustach. 

- Pst! Są prawdy, o których nie powinniśmy mówić głośno, Justitianie. 

background image

- Gdyby tylko... Jego głos brzmiał teraz słabiej. 

- Gdyby nie mój ojciec... 

Marja  pozwoliła  płynąć  łzom.  Uścisnęła  rękę  Justitiana,  usłyszała  grzechot  garnków, 

które Nadjana nieudolnie usiłowała wnieść na górę. 

- Unieszczęśliwiłabym cię - szepnęła. - Dziękuj swemu ojcu, że do tego nie doszło... 

Justitian nie odpowiedział, tylko lekko uścisnął jej rękę. 

Marja miała wrażenie, że jego czoło jest już mniej gorące, a na wrzody pomogą maści 

i wyciągi z ziół. Nadjana przesadzała, pomyślała Marja z ulgą. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Noc przed ostatnim dniem tingu. 

Mogła to być ich ostatnia noc. 

Dlaczego więc jej tu nie ma? Dlaczego jego łóżko jest puste i zimne? Pozostał po niej 

tylko  słaby  zapach  jej  włosów.  Dlaczego  jego  ramiona  zamykają  się  na  martwej  baranicy? 

Dlaczego to szorstka wełna, a nie jej włosy łaskoczą go w policzek? 

Karl odwrócił się do ściany. Szukał poczucia bezpieczeństwa wśród masywnych bali. 

Leżały  jedne  na  drugich  od  stu  lat,  układając  się  w  ścianę  i  tworząc  zamknięty  mały  świat 

Jego  świat.  I  jej.  Teraz  jakby  przestały  się  trzymać.  Być  może  już  jutro  okaże  się,  że 

wszystko, co mają, obróciło się w ruinę. Było to równie nieprawdopodobne jak przekonanie, 

ż

e ta mocna ściana miałaby rozpaść się w drzazgi, lecz równie pewne jak fakt, że grube bale 

przytrzymywał na miejscu wyłącznie ich ciężar. 

Karl  wsłuchał  się  w  oddechy  dzieci.  Starał  się  powstrzymać  narastającą  w  nim 

rozpacz, nie chciał dopuścić do siebie przerażenia. Uszy nasłuchiwały kroków, które rozedrą 

nocną ciszę, lecz dochodził do niego jedynie trzask drewna ściskanego mrozem. Zastanawiał 

się, czy Marja starannie zamknęła za sobą drzwi od obory, znalazł pretekst, by wstać. 

W ciemnej oborze zapalił lampę. Zwierzęta w przegrodach poruszyły się niespokojnie. 

Czyżby ludzie zatracili rytm doby? 

Karl  odruchowo  zaczął  gładzić  bok  młodej  jałówki.  W  blasku  lampy  wilgotne  oczy 

zwierzęcia  błyszczały.  Odnalazł  zgrzebło  ze  świńskiej  sierści  i  widząc,  jaką  przyjemność 

sprawia  krowie  czyszczenie,  odzyskał  trochę  spokoju.  Tu,  w  oborze,  myśli  zawsze  mu  się 

rozjaśniały. Powietrze było ciepłe od oddechów, dawało przytulne poczucie bezpieczeństwa. 

Nikt tak jak zwierzęta nie potrafił go uspokoić, kiedy ludzie z najbliższego otoczenia tak się 

odeń oddalali. 

Nie  obawiał  się  niczego  ze  strony  syna  pastora.  Justitian  był  jednym  z  wielu,  którzy 

okazali  Marji  łaskawość,  a  teraz  zachorował.  Był  wręcz  bliski  śmierci,  jeśli  ta  obca 

baronówna mówiła prawdę. 

Czy to jakaś gra? Czy mimo wszystko powinien był zatrzymać żonę? 

Czy  też  może  Marja  w  tej  chwili  zbawiała  własną  duszę,  przychodząc  z  pomocą 

synowi swego najzaciętszego wroga? 

Karl się bał. 

background image

Nie miał złudzeń co do Revelina. Revelin był w stanie własną ręką wznieść topór nad 

głową Marji, nawet jeśli ta ocaliłaby życie jego jedynemu synowi. 

Ś

ciany w oborze też trzeszczały. Dwie krowy zaczęły przeżuwać, jak gdyby doszły do 

wniosku,  że  nocny  niepokój  można  mimo  wszystko  do  czegoś  wykorzystać.  Owce  przez 

chwilę  beczały  zdenerwowane,  ale  gdy  do  nich  przemówił,  uspokoiły  się  na  dźwięk 

znajomego głosu. 

Na sianie w kącie Karl odnalazł swego rodzaju ukojenie. Złożył ręce, poczuł, jak obcy 

mu ten gest. 

Z  kąta  obory  w  głębi  fiordu  gdzieś  daleko  na  północy  ziemskiego  globu  popłynęły 

modlitwy. Czyż można dziwić się wątpliwościom, czy kiedykolwiek dotarły do adresata? 

To  będzie  długa  noc,  pomyślała  Marja.  Nie  było  zegara  ani  też  słońca,  które 

pomogłyby jej liczyć godziny. Wiedziała jednak, że będą jej się wydawać długie niczym lata. 

Nadjana  nie  mówiła  nic  więcej.  Siedziała  na  krześle  w  kącie.  Światło  lampy 

sprawiało, że jej białe włosy lśniły jak złoto. Prawie tak jak włosy Amelii, pomyślała Marja. 

Justitian zasnął. 

-  Lepiej  wygląda  -  cicho  zauważyła  Nadjana.  Marja  wykręciła  ściereczki  z  wody,  z 

której unosił się świeży zielony zapach. 

- Być może zbyt wcześnie zaczęłaś myśleć o wdowieństwie - odparła, starając się, aby 

jej głos zabrzmiał jak najbardziej neutralnie. 

Cisza. 

-  Dziękuję,  że  zgodziłaś  się  przyjść,  Marjo  Oppdal.  Marja  podniosła  głowę. 

Zobaczyła, że oczy Nadjany spoglądają na nią poważnie, nie uciekają. Marja przytrzymała ją 

wzrokiem,  szukając  wahania,  lecz  go  nie  znalazła.  Podziękowanie  płynęło  prosto  z  serca. 

Kiwnęła głową w odpowiedzi. 

-  Kim  ty  właściwie  jesteś?  Pytanie  Nadjany  padło  łagodnie,  jak  między  dwiema 

przyjaciółkami, z których jedna zajęta jest ciężką pracą. 

Marja  złożyła  ręce  na  podołku,  w  gardle  ścisnął  ją  płacz.  Obca  zadała  pytanie,  które 

ona sama tak długo od siebie odpychała. 

Marja  poczuła,  że  obrona  nie  ma  żadnego  sensu.  Ta  noc  mogła  zaważyć  o  losie 

niejednego człowieka. Oto siedziały tu one, dwie kobiety, obie o krok od utraty wszystkiego, 

co miały. 

- Dlaczego pytasz? Nadjana przeniosła spojrzenie na Justitiana. 

- On nie pokochałby zwyczajnej kobiety. 

background image

Marja  uśmiechnęła  się.  Komplement  przeznaczony  był  dla  niej,  lecz  i  dla  samej 

Nadjany. 

- To prawda - odszepnęła. - On był jest... bardzo szczególnym chłopcem. 

Dzieliły je lata, pokolenia, przeszłość tak różna, jak kolor ich włosów. 

Ona  jest  kobietą  jak  ja,  jest  piękna  i  inteligentna,  i  ona  też  przeżyła  nie  same  tylko 

dobre  dni,  widać  to  po  śladach  na  jej  twarzy,  które  niekiedy  biegną  od  kącików  jej  oczu  i 

spadają na miękkie, blade policzki. 

-  Jestem  Marja  Oppdal,  żona  Karla  Oppdala.  Nawykła  do  ciężkiej  pracy.  Jutro  będę 

być może więźniarką króla, skazaną na utratę wszystkiego, co mam. 

-  Jesteś  także  spadkobierczynią.  Być  może  już  jutro  będziesz  mogła  się  przenieść  ze 

swej ubogiej chaty, zostać panią Wdowiej Zagrody. 

Marja wolno pokiwała głową. 

- Tak, być może. Znów podniosła głowę, wbiła oczy w Nadjanę. 

- Wierzysz, że tak się stanie? 

Baronówna masowała dłońmi kark, jej twarz postarzała się, zszarzała. 

-  Ja  nie  mam  wiary,  Marjo.  Jestem  człowiekiem  czynu.  Człowiek  czynu.  Marja  w 

myślach smakowała te słowa. Wydały jej się niezwykłe, lecz bardzo prawdziwe. 

- Ja także - przyznała wolno - jestem człowiekiem czynu. Dlatego muszę jutro stawić 

się na tingu i bronić życia. 

- Opowiedz mi o swoim życiu, Marjo. Dlaczego miałabym to robić? - odezwał się w 

niej jakiś głos, lecz w tej godzinie opanowała ją niezwykła łagodność i szczerość, nie dziwiło 

jej nawet to, co się stało. Właściwie po zastanowieniu można było powiedzieć, że nie ma nic 

nadzwyczajnego  w  tym,  że  oto  siedzi  tutaj  przy  swej  nieprzyjaciółce  i  opowiada  o  tym,  o 

czym nie śmiała wspominać wcześniej. Cichy oddech Justitiana akompaniował jej opowieści. 

-  Wyrządziłam  mu  wielką  krzywdę  -  rzekła  Marja  cicho.  -  Zrozum,  nienawidziłam 

jego ojca, nie za to, kim jest, lecz za to, co zrobił. On rozerwał moje życie na strzępy. Swoją 

chciwością i żądzą władzy zabił moją matkę i skradł mi ojca. 

Nadjana siedziała jak skamieniała. Nie ruszyła nawet palcem, nie wyrzekła ani słowa z 

lęku przed zerwaniem nici, która zaczynała splatać ze sobą obie kobiety. 

-  On...  wtedy  mu  się  udało,  posłał  moją  matkę  na  śmierć.  Stos  dla  czarownic 

wprawdzie nie zapłonął, lecz Revelin i tak osiągnął to, co chciał. Musiała stąd odejść, odebrał 

jej zagrody, włości, dom. 

- Twój rodzinny dom... był tutaj? Marja pokręciła głową. Trudno było opisywać obcej 

osobie skomplikowane życie. 

background image

- Urodziłam się i wychowałam gdzie indziej, lecz moja siostra Sunniva wyrosła tutaj. 

Sypiała w tym pokoju. Na probostwie Lyster u swego ojca Mogensa Skanke. 

- U Czarnego Monsa? Starego pastora? Marja pokiwała głową. 

-  Moja  matka  była  jego  żoną,  ale  Revelin...  usunął  z  księgi  parafialnej  tę  kartę,  na 

której zapisano ich ślub, a ponieważ świadkowie pomarli, pieniądze pomogły mu w zdobyciu 

wyroku sądowego stwierdzającego, że matka była zwykłą dziwką. Wygnano ją stąd, przyja-

ciele odwrócili się od niej plecami, musiała uciekać. Znalazła nowy dom u mego ojca, kata. 

Nadjana  przełknęła  ślinę.  Marja  wprost  wypluwała  słowa,  aż  kłuły  Nadjanę  w  sercu, 

lecz dźwięcząca w nich pogarda nie do niej była skierowana. 

- Co się stało potem? 

-  Revelin  nie  ustępował.  Odebrał  mi  matkę,  chociaż  byłam  zaledwie  noworodkiem. 

Nigdy jej nie widziałam, nie wiem, jaka była, ale Gjertrud... 

- Świętej pamięci żona Antona? 

-  Tak,  ona  mnie  ocaliła.  Opisywała  mi  matkę,  jej  dobroć,  to,  co  utraciła.  Dorastałam 

wśród  tych  obrazów  i  postanowiłam  odzyskać  wszystko,  nawet  gdybym  miała  poświęcić 

ż

ycie. Dla niej... 

- Ale przecież ona... nie żyje? 

- Prawdopodobnie tak, a wraz z nią umarła sprawiedliwość. 

Nadjanę  przeraziły  gorycz  i  nieugiętość  bijące  z  oczu  Marji.  Czy  i  ona  wyglądała 

podobnie, gdy próbowała wykorzystać posiadaną moc, a mimo to przegrywała? 

-  Chciałaś  posłużyć  się  Justitianem  -  stwierdziła  Nadjana,  lecz  w  jej  głosie  nie  było 

pogardy. 

Milczenie Marji potwierdziło jej domysły. 

- Odesłano go stąd... Wydawało mi się, że jestem taka sprytna, lecz Revelin okazał się 

sprytniejszy.  Znaczyłam  przy  nim  tyle,  co  kłaczek  wełny.  Wystarczyło,  że  dmuchnął,  i 

uleciałam,  a  moje  słowa  zmieniły  się  w  kropelki  wody,  które  mógł  strząsnąć  ze  swego  pła-

szcza.  Byłam  taka  głupia,  taka  młoda.  Wydawało  mi  się,  że  zniszczę  jego  potęgę,  dlatego 

jestem teraz tutaj. Jutro być może odbierze mi ostatnie, co mam. Koło się zamknie, Nadjano. 

Ja i moja matka... 

- To się nie może stać - wyszeptała Nadjana. 

- Nie zdołasz temu zapobiec, ani ja. My dwie... ludzie czynu. Ha! 

Nadjana wstała, podeszła do łóżka. Pogładziła Justitiana po policzku, lekkie drgnienie 

powiedziało im, że poczuł przez sen pieszczotę. 

- Kochałaś go? Nie było miejsca na kłamstwa. 

background image

-  Nie  -  odparła  Marja  po  prostu.  -  A  ty?  Nadjana  odwróciła  wzrok.  Marja  wolno 

pokiwała głową. 

- On na to zasługuje - oświadczyła. 

- On umiera - zawołała Nadjana. Obie drgnęły, gdy chory nagle napiął mięśnie i zaczął 

rzucać się po łóżku, jakby protestując. 

Przemawiały do niego, lecz nie odpowiadał. Wreszcie znów się uspokoił, tylko z rany 

na szyi spłynęła kropla krwi niczym łza. Marja otarła ją, opłukała palce w czystej wodzie. 

- Sądzę, że ta noc przyniesie ci odpowiedź, Nadjano. 

- Tyle jej jeszcze pozostało - odparła białowłosa. Marja nie potrafiła stwierdzić, czy w 

tych słowach kryje się skarga, czy pociecha. 

- Chyba muszę wracać do domu. Nadjana popatrzyła na nią. 

- Czy mogę cię jeszcze o coś zapytać? To... bardzo osobiste pytanie. 

Marja wiedziała, co ją czeka. Oczy Nadjany bowiem były takie nagie, jak zranione. 

-  Czy  ty...  czy  wy...  Czy  spałaś  u  mego  męża?  Marja  uśmiechnęła  się  gorzko, 

pokręciła głową. Nie bała się spojrzeć w szare oczy. 

Nadjana odetchnęła z ulgą, a potem zacisnąwszy ręce zadała, kolejne pytanie: 

- Ale przedtem? Wtedy? 

Marja  jeden  po  drugim  chowała  pojemniczki  do  węzełka.  Ruchy  miała  pewne,  ręce 

nawet nie drgnęły. Kiedy wszystko już było na miejscu, podniosła głowę, popatrzyła Nadjanie 

prosto w oczy. 

-  Do  widzenia  -  szepnęła  miękko  i  uścisnąwszy  żonę  Justitiana  za  rękę,  delikatnie 

otworzyła ciężkie drzwi. 

Nie  zastała  Karla  w  łóżku.  Odrzuciła  na  bok  baranicę,  lecz  nie  musiała  poświadczać 

spojrzeniem tego, co wiedziała już wcześniej. Ogarnęło ją dawne znajome uczucie, sprawiło, 

ż

e serce uderzyło mocniej. Dawny strach zmieszał się z nowym. 

Zmusiła  wreszcie  ciało  do  spokoju,  spojrzenie  odszukało  trójkę  śpiących  malców. 

Cisza panująca w izbie wydawała się dobra i bezpieczna, nie przesycało jej przerażenie, jakie 

byłoby, gdyby... 

Na  pewno  jest  w  oborze,  zwykle  chodził  tam  w  ciężkich  chwilach.  Marja  z  ulgą 

wsunęła przemoczone buty z powrotem na nogi i pobiegła przez podwórze. Teraz dostrzegła 

także słaby blask światła sączącego się przez szpary wśród bali. 

- Karl - szepnęła głośno. W środku zaszeleściło siano. Głosy. 

Na miłość boską, któż może tam być w środku nocy? Czyżby naprawdę nie był sam? 

background image

Marja mocno trzasnęła drzwiami, chcąc dać znać, że nadchodzi. Nie chciała zobaczyć 

niczego, co mogłoby jej sprawić przykrość. Ujrzała dwie postaci. 

Każda siedziała na swojej kopie ubitego siana. Jej mąż i ktoś obcy w opończy. Na jej 

widok  obcy  odwrócił  się,  próbował  wstać,  lecz  był  to  stary  człowiek,  Marja  gestem 

powstrzymała go od tej uprzejmości. 

- Proszę siedzieć, co się stało? Asesor osunął się na niewyszukane siedzisko. Karlowi 

oczy  błyszczały,  lecz  lśniła  w  nich  otucha.  Zerwał  się  na  nogi,  uściskał  żonę,  wciągnął  w 

nozdrza  zapach  włosów,  które  wymknęły  się  spod  chustki,  chroniącej  przed  chłodnym 

nocnym powietrzem. 

- Chyba jest dla nas nadzieja, Marjo. Możemy się od tego wywinąć. 

- Oczywiście, że jest nadzieja, jeśli nie umarła już cała sprawiedliwość. 

Asesor  chrząknął.  Miał  na  rękach  brązowe  skórzane  rękawiczki,  świadectwo 

kontaktów łączących go z wielkim światem. 

-  Przyszedłem,  by  porozmawiać  z  wami  o  tej  sprawie  w  tajemnicy,  jak  złodziej 

przemykający się nocą. Niebezpieczne jest bowiem dla sędziego rozmawiać z oskarżoną bez 

ś

wiadków w wieczór taki jak dziś... 

- Dlaczego przyszedłeś? 

Ujął  jej  dłonie  w  swoje,  ręce  Karla  wciąż  spoczywały  jej  na  ramionach.  Siła  obu 

mężczyzn  przytłoczyła  Marję.  Oczy  starego  asesora,  choć  otoczone  zmarszczkami,  patrzyły 

bystro i wyrażały zdecydowanie jak u młodego człowieka. 

- Źle z tobą, Marjo Oppdal. Masz tylko jedną szansę, najwyżej dwie... 

- Jaką? 

-  Jutro  rano,  zanim  jeszcze  zjawią  się  sędziowie,  kiedy  wszyscy  inni  będą  spać, 

przyjdzie  do  mnie  Revelin...  Wiem,  co  powie.  Wiem,  że  ma  swoje  sposoby,  może  narzucić 

własne opinie wszystkim moim przysięgłym. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  może  ich  przekupić?  _  -  Tak,  albo...  zmusić.  Ma  potężną 

władzę. Obawiam się, że większą niż moja. 

Marja zdawała sobie z tego sprawę. 

- Wiatr wieje ci w twarz, Marjo Oppdal. Na własne uszy słyszałaś, jak mieszkańcy tej 

samej wioski świadczą przeciwko tobie. Niepiękne jest to, co mają o tobie do powiedzenia. 

- Ale też i nie jest to prawda. 

-  Ludzkie  słowa...  tak  niewiele  są  warte,  a  jednocześnie  trudno  wprost  przecenić  ich 

wagę. 

background image

-  Nie  są  nic  warte.  To  nikczemni  kłamcy,  snują  o  mnie  fantazje.  Ciekawe,  jaką 

nagrodę ma dla nich ten diabelski pastor? 

Asesor potrząsnął jej rękoma, chciał, aby się uspokoiła. 

-  Jest  pewna  możliwość,  Marjo  Oppdal.  Nigdy  bym  nie  przypuszczał,  że  jako 

człowiek  króla  zaproponuję  coś  podobnego,  lecz  ta  sprawa  wzbudziła  we  mnie  wiele  wąt-

pliwości.  Wydaje  mi  się,  że  skazani  zostaną  niewinni  ludzie.  -  Uspokoił  się,  mówił  teraz 

prosto do nich. - Musicie stąd odejść, teraz, dzisiaj w nocy. Jest jeszcze na to czas. 

- Odejść? Chcesz powiedzieć, że mamy uciekać? - Marja roześmiała się histerycznie, 

niemal  jak  szalona.  -  Z  trojgiem  maleńkich  dzieci?  Dokąd  mielibyśmy  iść,  ot,  tak  w  tej 

godzinie?  Ludzie  lensmana  ruszą  za  nami  w  pościg  skoro  świt.  Przeszukają  całą  okolicę. 

Poruszą każdy kamień. 

Asesor potrząsnął nią jeszcze mocniej. 

- To się może udać, mam łódź, dziś w nocy cumuje przy przystani w Gaupne, napiszę 

list, a zaraz odpłynie. Jeśli się pospieszycie, dotrzecie tam, zanim się rozjaśni. 

Marja odchyliła głowę w tył, płacz mieszał się z histerycznym śmiechem. Wyrwała się 

z uścisku asesora, zaczęła krążyć w koło. Asesor odebrał jej ostatnie źdźbło nadziei, ostatnią 

kruszynę wiary w sprawiedliwość. 

Karl ruszył za nią, złapał ją, zmusił, by stanęła w miejscu. 

- Musimy stąd odejść, Marjo, inaczej - zabiorą nam ciebie. 

Znieruchomiała. Stała wśród przeżuwających zwierząt niczym posąg. 

-  Jeśli  asesor  ma  rację,  to  chcę  mu  podziękować  za  to,  że  wśród  zdrady  próbował 

stworzyć własną sprawiedliwość, ale ja nie mogę stąd odejść, nie w taki sposób, nie mogę... 

Karlowi  opadły  ręce.  Przysiadł  na  sianie,  asesor  natomiast  nie  siadał,  nerwowo 

przełykał ślinę. 

- Obawiam się, że niczego więcej nie będę mógł zrobić... 

Marja podniosła głowę. W ustach jej zaschło, wargi miała zimne, zdrętwiałe. 

-  Jeśli  naprawdę  chcesz  nam  pomóc,  panie  asesorze,  to  czy  wolno  mi  prosić  o  coś 

innego? 

Dostojny urzędnik dwukrotnie kiwnął głową. 

-  Stawię  się  jutro  przed  waszym  sądem,  chcę  usłyszeć,  co  się  tam  mówi,  i  schylić 

głowę  w  ostatniej  nadziei  na  istnienie  sprawiedliwości.  Jeśli  jednak  będzie  tak  jak  mówisz, 

jutro posłucham twojej rady. 

Stary człowiek westchnął. 

background image

-  To  niemożliwe,  Marjo  Oppdal.  Jutro  wieczorem...  będziesz  już  być  może  siedziała 

przykuta do ściany w loszku u lensmana. 

- Nie stanie się tak, jeśli asesor ma jeszcze choć trochę władzy. 

Staruszek skurczył się w sobie. 

- To niemożliwe, nawet jeśli cię nie skują. Nawet jeśli zarządzę inny sposób nadzoru, 

nie będziesz mogła odpłynąć moją łodzią. 

- Znajdziemy inną łódź albo pójdziemy piechotą przez góry. 

-  Z  Benjaminem  to  niemożliwe  -  szepnął  Karl.  Głos  nie  chciał  go  słuchać,  ledwie 

wymawiał słowa. 

- Będziemy go musieli zostawić tam, gdzie jego dom. U ojca. 

Karl  kiwnął  głową,  to  rzeczywiście  jest  jakieś  wyjście.  Choć  traktował  tego  chłopca 

jak własnego syna, w istocie miejsce Benjamina było we Wdowiej Zagrodzie. 

Asesor wziął do ręki czapkę z lisiego futra. 

-  Wysoko  grasz  tej  nocy,  Marjo  Oppdal.  Szanuję  twoją  odwagę,  lecz  nie  szanuję 

twego uporu, gdyż jego ceną może być życie. 

Marja podeszła do niego, tym razem to ona ujęła dłonie w skórzanych rękawiczkach. 

- Robisz dla mnie co możesz, panie asesorze, prawda? Jutro rano, kiedy przyjdzie do 

ciebie Revelin... 

Skinął głową. Ucałował jej policzek, nie dotykając go nawet wargami. 

- Spróbuję, lecz dobrze wiesz, że nie jestem wszechmocny. 

- Jesteś prawdziwym przyjacielem, panie asesorze, nie myślałam... 

- Nie jestem twoim przyjacielem, Marjo Oppdal, lecz po prostu starym człowiekiem, 

który  zaczyna  widzieć,  że  sprawiedliwość  to  coś  więcej  niż  słowa.  Wkrótce  spotkam  się  ze 

swoim sędzią i pozostaje mi jedynie nadzieja na jego miłosierdzie. 

Wyszedł, zniknął w mroku. 

Wkrótce  rozległ  się  odgłos  sań  sunących  po  świeżo  spadłym  śniegu.  Dudnienie 

końskich kopyt stłumił biały dywan, słychać było tylko parskanie konia. 

- Asesor wiele ryzykuje. Marja odwróciła się do męża. 

- A czy my wszyscy nie ryzykujemy przez cały czas? Karl pozwolił sobie już teraz na 

łzy. Wcisnął głowę w kolana żony jak mały chłopiec. 

- Nie wiem, dlaczego to robisz, moja Marjo, sam najchętniej bym stąd uciekł, choćby 

tak jak stoimy, z dziećmi pod pachą. 

- Wiem, że tak byś zrobił, ale nie możemy im tego uczynić. Ich miejsce jest tutaj, nie 

mogą wiecznie wędrować, wciąż uciekać. 

background image

Karl kiwnął głową, jego broda wgniotła się Marji w pierś. 

- To prawda, lecz mimo wszystko... 

- Mają ciebie, Karlu, zawsze będą ciebie miały. 

-  Ale  stracą  swoją  matkę  i  spadek  po  Antonie.  Wiesz  chyba,  że  rodzinie  skazanej 

kobiety  odbierają  niemal  wszystko.  Revelin  znów  będzie  się  radował,  że  odbierze  nam  twój 

spadek. 

- Będą miały tę chatę i ciebie, obiecaj mi, że będą miały ciebie. 

Karl pocałował ją. 

Marja wpiła się w jego ciało. 

- Gotów jestem iść zaraz na plebanię ze strzelbą albo z nożem. 

Marja przytrzymała go mocno. 

- Wiem o tym, dlatego właśnie chcę, żebyś mi to obiecał. 

Byli  ze  sobą,  byli  w  sobie,  jak  gdyby  od  zawsze  tylko  tego  pragnęli.  Nikt  chyba  nie 

zdołałby rozdzielić ich teraz, gdy sami nie wiedzieli, gdzie zaczyna się jedno i kończy drugie 

ciało. 

Marja  czuła,  że  jej  krótko  obcięte  paznokcie  rysują  ślady  na  plecach  Karla,  lecz 

przytulała się do niego wciąż mocniej i mocniej. 

Przycisnęła  usta  do  jego  szyi,  pragnąc  zostawić  po  sobie  ślad.  Karl  wtulał  się  w  nią 

także, czuł, że desperacja przydaje rozkoszy odcienia ciemnej czerwieni. 

Ostatni raz. 

Ostatni. 

Gonił za momentem pustki myśli, ciało pragnęło dostać się na szczyt, gdzie wszystko 

rozpłynie się w cudownym oszołomieniu i bodaj na chwilę pozwoli zapomnieć o całym złu. 

Ona czuła podobnie, chciała, by kochaniem wypędził z niej strach, by własnym ciałem 

osłonił przed zagrażającym ciosem. Karl nabrał głęboko powietrza w płuca, jak tonący, który 

czuje, że wir wciąga go już w głębinę. 

Marji  przez  moment  zdawało  się,  że  osiągnął  ów  upragniony  szczyt,  lecz  głos,  jaki 

wydobył się z jego ust, nie był wołaniem rozkoszy i zaspokojenia. Karl zaniósł się szlochem, 

ś

ciskał ją tak mocno, że Marji przed oczami wirować poczęły czerwone plamy. 

- Nie odchodź ode mnie. 

Marja miała wrażenie, że umiera. 

Nie było już ładnych słów, czynów, obietnic, które mogli sobie złożyć. Nie mieli już 

mocy nad życiem. Ona mogła już tylko tulić się do niego, ofiarować każdą chwilę tej pełnej 

rozpaczy nocy, która zdawała się nie mieć końca. 

background image

Asesor  z  ponurą  miną  przysłuchiwał  się  słowom  pastora,  wypowiadanym  cichym 

głosem, lecz przesyconych władzą, nadaną mu przez Boga i ludzi. Asesor przyglądał się temu 

człowiekowi i wiedział, że sprawa, która miała zostać rozwiązana tego dnia, zależy wyłącznie 

od  niego.  Revelin  miał  władzę,  gdyby  nie  on,  Marja  Oppdal  mogłaby  opuścić  ting  z 

podniesioną głową. Ludzie bowiem, którzy świadczyli przeciwko niej, byli jedynie marnymi 

cieniami tej władzy. 

Wreszcie asesor odłożył pióro, drżenie ręki opanował tylko dzięki temu, że mocno je 

ś

ciskał. 

Dwaj  starzy  ludzie,  pomyślał  asesor,  dwaj  starzy  grzeszni  mężczyźni.  Możliwe,  że 

obaj boją się śmierci. Ja w każdym razie czuję, że ona czyha już gdzieś za zakrętem. 

Revelinowi  jednak  wydaje  się  być  może,  że  będzie  żył  wiecznie.  Przypuszcza,  że 

wielki sędzia nigdy nie wezwie go na swój sąd. 

Niewiele  zdziałać  może  marny  asesor,  gdy  ktoś  nie  boi  się  nawet  tego  ostatniego 

wyroku. 

- Wiemy, co się stanie jutro. Wiem, asesorze, że słyszałeś te same słowa co ja. Może 

więc zapaść tylko jeden wyrok. 

- Revelin, nigdy nie byliśmy przyjaciółmi, nigdy  nawet nie odnosiliśmy się do siebie 

przyjaźnie,  jak  wymagałby  obyczaj  od  ludzi  na  naszych  stanowiskach.  Dobrze  o  tym  wiesz. 

Skąd więc pewność, że zdołasz mnie do tego zmusić? 

Revelinowi zalśniły oczy. Uśmiech odsłonił zęby, wyraźnie wskazujące na jego wiek. 

- Nie masz wyboru, asesorze. 

- Nawet jeśli zaryzykuję stanowisko? Oczy pastora zalśniły złym blaskiem. 

- Jeśli ośmielisz się sprzeciwić mnie i świadkom zeznającym z mojej strony, będziesz 

skończony.  I  nie  pójdziesz  do  grobu  z  godnością,  zadbam  o  to,  abyś  stracił  ostatnie  resztki 

czci  -  jako  nikczemny  Judasz,  jakim  jesteś  -  W  twoich  kieszeniach  pełno  jest  srebrników, 

monet ociekających krwią. 

Asesor z trudem przełknął ślinę. 

To była prawda. 

Zbyt wiele srebrnych szylingów przyjął w życiu. Z tego też właśnie powodu wyraźniej 

niż  kiedykolwiek  widział,  czym  jest  sprawiedliwość.  Dostrzegał  swego  sędziego,  niepojęcie 

wielkiego,  tego,  który  wyda  na  niego  ostateczny  wyrok.  Chciał  odpokutować  bodaj  za 

maleńką część zdrady. 

- Masz też synów, panie asesorze - dobiegł go miękki głos pastora. 

Nadjana nic nie mówiła. 

background image

Przyglądała  się  jedynie  mężczyznom  bystrym  wzrokiem  doświadczonego 

obserwatora. Obrzydzenie, jakie  czuła do teścia,  zebrało się w jej brzuchu w zimny kamień, 

który rozgrzała rozpalona do czerwoności pogarda, jaką zaraziła ją Marja. Nadjana wiedziała, 

co się dzieje, lecz rozmowa mężczyzn uspokoiła jej wzburzenie tak jak statek, który poddaje 

się  w  walce  z  potężnym  rozszalałym  morzem.  Po  oczach  asesora  poznała,  że  nic  z  tego  nie 

przyjdzie. W niczym nie pomoże, otwierając usta i mówiąc o oszustwach pastora. 

Asesor  to  stary  szczwany  lis,  który  dał  się  złapać  w  paści.  Nadjana  słyszała,  że 

zwierzęta podobno niekiedy potrafią odgryźć sobie łapę, byle tylko się uwolnić. Asesor już to 

zrobił,  lecz  schwytał  go  inny  drapieżnik.  Jedyne,  co  jeszcze  mógł  uczynić,  to  ocalić  życie  i 

cześć swoich synów. A dla nich gotów był zapłacić najwyższą cenę. 

Nadjana wstrzymała oddech. Poczuła się nagle, jakby znalazła się w zamknięciu, choć 

sala rozpraw była duża, pusta i przestronna, a drzwi pozostały otwarte. 

Marja nie ujdzie z tej gry cało. 

Gdy  przyprowadzą  ją  dzisiaj,  będzie  to  jej  pierwszy  krok  na  ostatniej  drodze.  Z  tego 

Nadjana zdawała sobie sprawę. Żaden sąd wyższej instancji nie znajdzie powodu, by jeszcze 

raz rozważać decyzję tingu, chyba że wynikną jakieś nowe okoliczności. A świadkowie pod-

trzymywali  swoje  zeznania.  Nadjana  zdołałaby  może  zachwiać  paroma  z  nich,  było  ich 

jednak zbyt wielu. 

Ocalić  Marję  mógł  jedynie  Revelin,  a  on  nigdy  tego  nie  zrobi.  Nawet  z  nożem 

przyłożonym do gardła. 

Nadjana  poruszyła  palcami,  zauważyła,  że  są  białe  i  cienkie.  Paznokcie  przestały  już 

być ostre i różowe jak kiedyś. 

Mężczyźni dalej prowadzili rozmowę. Czujność, dźwięcząca przedtem w ich głosach, 

uleciała.  Rozważali  teraz,  jak  traktować  Marję  po  uwięzieniu.  Asesor  obstawał  przy  swoim, 

nie chciał się zgodzić na oddanie jej pod nadzór pastora. 

Dobre i to, pomyślała Nadjana. 

I nagle przyłapała się na tym, że w samym środku tej sprawy zastanawia się, ile czasu 

upłynęło, odkąd ostatni raz przeglądała się w zwierciadle. 

Sędziowie  wycofali  się,  siedli  w  kręgu  wokół  asesora.  Skrobał  piórem  o  papier, 

zauważyli, jak niepewnie poruszają się jego dłonie. Wreszcie podniósł głowę, dyskusja wokół 

stołu ucichła. Asesor sięgnął po dzban z piwem, nalał wszystkim po kolei, patrząc im w oczy. 

-  W  waszych  sercach  są  wątpliwości,  moi  panowie.  Nikt  nie  podjął  wyzwania.  On 

jednak poznał to po sposobie, w jaki podnosili kubki, po spojrzeniach, które uciekały w bok, 

po tym, że wyraźnie czuli się nieswojo. 

background image

Mimo to jednak nie spuszczali głów, pragnęli, aby ich słowa brzmiały jasno. 

- Ona jest winna większości czynów, które się jej zarzuca - stwierdził jeden, ten, który 

miał  na  tym  świecie  najwięcej  dóbr.  W  oczach  spokojnego  wieśniaka  nie  pojawiło  się  zło, 

gdy  w prostych słowach wydawał wyrok śmierci. Drgnienie ust jednak pozwoliło asesorowi 

przypuszczać, że tym człowiekiem nie kieruje jego własna wola. 

- Marja Oppdal posunęła się za daleko. Nigdy nie była zwyczajną kobietą. 

Pozostali kiwnęli głowami. 

Ż

aden  z  nich  nie  wymówił  słowa  „czarownica”,  lecz  nie  wypowiedziane  zawisło  w 

powietrzu. 

Niedorosły  syn  wieśniaka  z  Loftet  chrząknął.  Jego  głos  wydał  się  trochę  zbyt  jasny, 

gdy patrzyło się na jego grube rysy. Był niczym głos chłopca w ciele mężczyzny. 

- Ci, którzy świadczyli za nią, to w większości dobrzy ludzie... 

-  Ale  słowa  tych,  którzy  świadczyli  przeciwko,  ważą  więcej  -  zaprotestował  bogaty 

chłop. 

Takie to proste. 

I  nawet  gdyby  zeznania  nieprzyjaciół  Marji  nie  przeważyły  szali,  słowa  Revelina 

miałyby dostateczną wagę. 

Z zewnątrz dobiegły głosy, parskanie koni. Ludzie zaczynali się niecierpliwić, chcieli 

jak najprędzej usłyszeć nowinę. 

Piwa w dzbanie już nie było. 

Pióro asesora znów zaskrobało po papierze. 

- Brakuje mi tylko waszych podpisów albo gmerków. Podpisywali się na samym dole 

dokumentu przy asesorskiej pieczęci. 

Niektórzy  potrzebowali  pomocy  do  tej  prostej  czynności,  chociaż  ich  dzieci 

opanowały już sztukę pisania. 

Spojrzenia  wszystkich  zebranych  spoczywały  na  kobiecie  w  czarnej  sukni.  Marja 

Oppdal przyjęła wyrok bez zmrużenia powiek. Mąż jej natomiast wybuchnął gniewem, zaczął 

krzyczeć,  aż  musiano  go  wyprowadzić.  Nie  usłyszał  uzasadnienia,  formalnych  zwrotów,  do 

których ludzie z czasem przywykli i nauczyli się je rozumieć. 

Marja  została  skazana.  Asesor  jednak  umył  ręce  i  kazał  swoim  sędziom  obwieścić 

wyrok. Była to rzecz niezwykła, wśród ludzi żądnych sensacji podniósł się szum. 

Marja wiedziała jednak, że to niczego nie zmieni. 

Wyrok wydany przez ludzi z tej samej wioski ważyć będzie jeszcze więcej, niż gdyby 

asesor umieścił w nim choćby odrobinę swoich wątpliwości. 

background image

Revelin miał ponurą minę, nie potrafił jednak ukryć triumfu. Wykorzystał okazję, by 

złożyć dłonie i odmówić błogosławieństwo dla sprawiedliwych mądrych sędziów. I oni mogą 

doczekać się laski, skoro są tak prawymi, nie dającymi się zaślepić ludźmi. 

Marji Oppdal dano trzy dni. 

Trzy dni na przygotowanie się do podróży do Bergen. 

Tam  bowiem  właśnie  miała  zostać  przewieziona.  Tam  miała  usłyszeć  ostateczny 

wyrok.  Wróci  tu  jeszcze,  lecz  tylko  po  to,  by  spotkać  się  z  katem.  Wprawdzie  w  parafii  nie 

było oprawcy, lecz jeden z czarnych mistrzów miał jej towarzyszyć. Taki właśnie był porzą-

dek rzeczy. Człowiek miał stanąć oko w oko ze śmiercią, czując pod stopami znajomą ziemię. 

Zwyczaj ten przetrwał nawet w tych zmiennych czasach. 

-  Jeśli  skazana  dążyć  będzie  do  wolności  w  sprzeczny  z  prawem  sposób  i  nie 

podporządkuje  się  losowi,  jaki  wyznaczyło  dla  niej  prawo,  wszystko,  co  do  niej  należy,  zo-

stanie  zajęte,  włącznie  z  dworem  Wdowia  Zagroda  i  tym,  co  zgodnie  z  wyrokiem  przypada 

królowi.  Jej  rodzina  zobowiązana  będzie  odpowiedzieć  za  oszustwo,  jakiego  się  dopuści.  W 

imieniu króla obowiązkiem moim będzie pozbawić rodzinę domu i nałożyć karę na męża. 

Wiedzieli,  co  to  oznacza.  Zdarzało  się  już  wcześniej,  że  najbliższa  skazanej  osoba 

kupowała  dla  niej  wolność,  płacąc  za  to  własnym  życiem.  Zasada  ta  dobrze  się  sprawdzała. 

Gdy z rąk kata uciekł złodziej, ratując w ten sposób prawą rękę, karę wykonywano na osobie, 

która oddała się w zastaw. 

W razie ucieczki Marji Karl i dzieci musieliby zapłacić jeszcze wyższą cenę. 

Dokąd zresztą mogłaby uciekać, mając owe marne trzy dni? 

Asesor  był  mądrym  człowiekiem,  okazał  jej  choć  odrobinę  litości  wśród  tego 

okrucieństwa. 

Nadjana myślała inaczej. 

Uciekaj, Marjo. 

Uciekaj jak najdalej stąd. 

Walcz o siebie. 

Oczy dwóch kobiet się spotkały, na moment powróciły do poprzedniej nocy. 

Nadjanie  serce  ścisnęło  się  w  piersi.  Żar  walki,  rozpacz  wywołana  tak  wielką 

niesprawiedliwością, przygasł. 

Marja  była  schwytana,  tak  jak  ona  sama,  schwytana  przez  owo  niezwykłe  uczucie, 

zwane  miłością.  Nie  ma  widać  szczelniejszej  klatki,  mocniejszego  łańcucha,  którym  można 

skuć ciało i duszę. 

background image

Nadjana  przypatrywała  się  tłumowi,  zgromadzonemu  wokół  pustych  miejsc  Karla  i 

Antona. Dzieci nigdzie nie było widać. Pewność Nadjany była jeszcze na tyle nowa i świeża, 

ż

e chciała zobaczyć dzieci, by całkiem się przekonać. Musiały najwidoczniej zostać w domu, 

w małej chacie w Oppdal. 

Postanowiła, że tej nocy znów tam pójdzie. Marja musi odpowiedzieć jej na pytanie, 

które ostatniej nocy przemilczała. 

background image

ROZDZIAŁ X 

Tak  samo  musiała  czuć  się  jej  matka,  te  same  koszmary  nawiedzały  ją  kiedyś  w 

więziennym lochu. 

I  ona  miała  wybór.  Niejeden  wszak  decydował  się  na  życie  uciekiniera,  na  zaznanie 

jeszcze kilku miesięcy wolności, na krążenie od wioski do wioski niczym ścigane zwierzę. 

Na ucieczkę ku śmierci. 

Marji w jednej chwili taki wybór wydawał się wręcz oczywisty, nic bowiem nie jawiło 

się  jej  w  tym  momencie  bardziej  sprzeczne  z  naturą  niż  śmierć.  Mogła  uciec  od  wyroku, 

przyjmując  na  barki  inny  ciężar:  nieustającą  pogoń,  wieczny  strach,  nieprzespane, 

niespokojne  noce  z  ciągłą  myślą,  że  już  jutro  mogą  stanąć  przy  jej  posłaniu  i  kazać  iść  ze 

sobą. 

Dzieci... 

Czy łatwiej byłoby im żyć, gdyby wiedziały, że mają gdzieś matkę? Czy też lepsza dla 

nich będzie świadomość, że nie żyje? 

Marja tego nie wiedziała. Nie potrafiła sama zdecydować. Któż powinien to wiedzieć, 

jeśli nie ja? myślała z goryczą i przeklinała Boga, los sterujący ludzkim życiem, a na koniec i 

samych  ludzi.  A  przede  wszystkim  pastora.  Czyż  nikt  nie  potrafi  położyć  kresu  jego 

niszczącej sile? Czy prawdą było to, co tak często głosił? Ze kara i prześladowanie za grzechy 

dotykają trzy kolejne pokolenia? 

Karl chciał, żeby uciekła. 

Chciał  ryzykować,  choć  w  zamian  mogliby  zażądać  jego  życia.  Marja  jednak  starała 

się  spokojnie  z  nim  rozmawiać,  czuła,  że  w  miarę,  jak  mąż  coraz  bardziej  się  załamuje  w 

bezsile i smutku, jej własna siła rośnie. 

-  Jedno  tylko  możesz  dla  mnie  uczynić,  najdroższy.  Zajmij  się  dziećmi.  Jeśli  ja 

ucieknę, wtedy zamkną ciebie, dzieci wyślą na laskę do ludzi. A to straszny los. 

Karl  zdawał  sobie  z  tego  sprawę  i  jego  rozum  to  zaakceptował.  Serce  jednak  nie 

przyjmowało  bolesnej  prawdy.  Żadne  z  nich  nie  chciało  mówić  o  nadziei,  nie  wspomniało 

nawet,  że  wyrok  może  zostać  zmieniony,  kiedy  sprawę  rozpatrywać  będzie  sąd  wyższej 

instancji.  Nawet  gdyby  zwrócili  się  do  samego  króla.  Byli  wszak  jedynie  ubogimi 

wieśniakami, a przeciwnika mieli potężnego. 

- Mamy te trzy dni, Karlu. Mój Boże, nie wiem nawet, jak to powiedzieć dzieciom... 

background image

Amelia  i  Martin  przez  cały  czas  przebywali  we  Wdowiej  Zagrodzie,  nie  opuszczali 

domu,  a  Anton  i  jego  pulchna  gospodyni,  którą  zgodził  do  pracy,  umieli  trzymać  język  za 

zębami  i  nie  rozpowiadali  o  tym,  co  się  dzieje  w  wiosce.  Dzieci  wiedziały,  że  matka  miała 

składać  wyjaśnienia  przed  tingiem,  ponieważ  ktoś  uznał,  że  mówiła  uczniom  w  szkole 

niemądre rzeczy. Marja wierzyła, że o niczym więcej nie wiedzą, bo przecież wróciła z tingu 

do domu. 

- Co my im powiemy? - powtórzyła, oczyma żebrząc u Karla o odpowiedź. - Czy nie 

lepiej  będzie,  jak  wyjadę,  o  niczym  im  nie  mówiąc?  Może  powiem,  że  na  pewien  czas 

wyjeżdżam do Bergen, ponieważ sprawą musi się zająć ważniejszy sędzia? 

- Wtedy nie będą mogły wychodzić z domu - trzeźwo zauważył Karl. 

Marja  wiedziała,  że  mąż  ma  rację.  Dzieci  i  tak  się  dowiedzą,  jak  wygląda  sprawa. 

Miały zresztą prawo do prawdy bez względu na to, jak jest brutalna. Muszą się dowiedzieć, że 

nigdy więcej już nie zobaczą matki. 

Marja  poczuła,  że  robi  jej  się  niedobrze.  Serce  nie  wytrzymywało,  w  oczach  jej 

pociemniało. 

- Porozmawiam z nimi - obiecał Karl. 

- Dobrze, ja bym tego nie zniosła. 

Karl  wybrał  się  do  Wdowiej  Zagrody,  Marja  dalej  siedziała  wśród  ścian,  które 

zdawały się walić. Ujęła w rękę koszyk z praniem. Pomyślała, że pójdzie nad rzekę przeprać 

brudne koszule i spodnie, których nazbierało się już niemało. Co z niej za matka, skoro opu-

szcza dzieci, zostawiając kosze pełne niepopranych ubrań? Była już na podwórzu, czuła, jak 

ciężki  koszyk  wrzyna  jej  się  w  rękę,  ale  uważała,  że  to  jedyne,  co  może  zrobić.  W  połowie 

drogi nad rzekę wypuściła go z rąk i sama osunęła się na zmrożoną ziemię. 

Miała ochotę krzyczeć i wrzeszczeć, chciała wyrwać z ziemi każde zmarznięte źdźbło 

trawy,  chciała  niszczyć,  burzyć,  unicestwiać.  Nie  miało  bowiem  żadnego  znaczenia,  że  ten 

martwy zimowy krajobraz ogrzeje się kiedyś i zakiełkuje w nim nowe życie. To niemożliwe, 

skoro jej nie pozwolą już tego zobaczyć. Koszyk z brudną bielizną został tam, gdzie upadł. 

Marja  ruszyła  drogą  niczym  ślepiec,  zataczając  się  na  boki.  Spotkała  jakichś  ludzi, 

lecz  zorientowała  się,  że  jej  unikają,  gromadząc  się  po  przeciwnej  stronie  drogi.  Wkrótce 

doszła  do  wioski,  lecz  jej  kroki  wciąż  nie  kierowały  się  ku  żadnemu  określonemu  celowi. 

Ocknęła się dopiero, stojąc na stopniach probostwa. 

Wiedziała, że Revelina tu nie ma. Gdyby był, jeszcze by mu wydrapała oczy albo... 

Mokra twarz Marji była biała jak śnieg, lecz oczy płonęły. Wciąż jeszcze paliło się w 

niej życie. 

background image

Dlaczego nie zabrała ze sobą strzelby Karla? Dlaczego nie wzięła przynajmniej noża? 

Nie zapukała do drzwi, sama znalazła drogę, która poprowadziła ją na ganek i dalej na 

wąskie schody. Jakby coś ją tu ciągnęło. Może tu przychodziła jej matka, gdy doskwierały jej 

troski?  Marja  jak  w  gorączce  stawiała  stopy  na  wytartych  deskach,  zastanawiając  się,  czy 

ś

lady wydeptane przez matkę wciąż miały moc, by ją ogrzać. 

Ze stryszku nie dobiegał żaden dźwięk, lecz Marja wiedziała, że są tam ludzie. 

Justitian na pewno śpi. 

Zasłużył na pożegnanie. 

Gdy  tu  przyszła  ostatnio,  obawiała  się  jego  śmierci,  żal  jej  było,  że  młody,  silny 

mężczyzna miał tak wcześnie trafić do ziemi. 

Tym  razem  jednak  przybyła  się  pożegnać  ze  względu  na  siebie,  wszystko  bowiem 

wskazywało, że wyprzedzi Justitiana również na tej drodze. 

Wyglądał teraz lepiej, chociaż twarz miał żółtobiałą i chorobliwie błyszczącą. Organy 

w ciele miały zbyt trudną pracę, Marja wiedziała, że żółty kolor skóry świadczy o tym, iż żółć 

nie  wydostaje  się  z  organizmu.  Ale  krew  najwidoczniej  dopływała  do  serca  równym 

strumieniem, bo policzki chorego płonęły czerwienią. 

Otworzyła drzwi na oścież, w nozdrza buchnął jej zapach choroby. Był jednak lepszy 

niż odór śmierci. 

Justitian nie poruszał się, zdawał się pogrążony w głębokim śnie. Wsunęła się do izby, 

drgnęła, przestraszona jak złodziej, który zakrada się do spiżarni, kiedy Justitian się odezwał. 

-  Nadjano...  Prędko  przymknęła  drzwi,  podeszła  do  łóżka.  Izba  wydała  jej  się 

niezwykle duża. 

- To ja, Marja... Chory wolno odwrócił głowę, widać było, że ruch kosztuje go wiele 

wysiłku i bólu. 

- Marja? Dlaczego... dlaczego tu przyszłaś? 

- Czy nie powinnam przyjść, kiedy stary przyjaciel choruje? 

Odpowiedziała  mu  szeptem,  w  tej  izbie  bowiem  nie  było  już  miejsca  na  głośne 

rozmowy. 

- Stary przyjaciel... A więc tym jestem...  Uśmiech zniekształciła gorycz ironii. Marja 

poczuła, że jej twarz również stężała. Może Justitian dojrzał łzy, które zdążyły już obeschnąć, 

może  wyczytał  w  jej  oczach  odpowiedź  na  własny  lęk  przed  śmiercią.  Prawdopodobnie 

jednak  niewiele  widział,  choroba  mąciła  mu  wzrok  i  czyniła  jego  świat  bardzo  małym.  W 

dodatku  jak  zwykle  brakowało  tu  światła.  Tylko  z  otworu  pod  dachem  i  przez  szpary  w 

background image

okiennicach  sączył  się  mizerny  zimowy  blask.  Smugi  wpadały  do  izby,  białe  smugi  jasnego 

ś

wiatła, jak gdyby uchyliły się drzwi do raju, gdy w nie zapukał. 

Marja ujęła go za rękę. Dreszcz ją przeszedł, gdy spostrzegła, jak bardzo jest koścista i 

słaba. Z czułością usiłowała ogrzać smukłe palce, utuliła je na swoim podołku, jakby chciała 

pokazać, że istnieje jeszcze ciepło. 

I ona przymknęła oczy. 

Czy powinna prosić go o wybaczenie? 

Przeprosić za zdradę w młodości? 

Błagać go o łaskę, by mogła umrzeć choć trochę oczyszczona? 

Nie, nie było do tego powodów. 

Po cóż rzucać mu teraz w twarz tak wiele prawd? Nie ma sensu, by dowiedział się, że 

kobieta, którą kochał, traktowała go jak pionek w swojej zimnej grze. 

Pogładziła  czule  chudą  rękę.  Postanowiła  raczej  przywołać  obraz  pewnej  wiosny, 

upiększyć go jeszcze pędzlem czasu. 

Wyczarowywała  kwiaty,  zapach  ziemi,  na  której  leżeli,  i  jego.  Wspominała 

niecierpliwe dłonie, trudno uwierzyć, że to te same ręce, które teraz ściskała. 

Kiełki,  które  groziły,  że  przebiją  ziemię.  Pączki,  które  pragnęły  czegoś  więcej  niż 

tylko słów. 

Marja  chętnie  zapłakałaby  nad  straconą  miłością,  lecz  jej  policzki  pozostały  suche  i 

chłodne. 

- Przyjaciele - powiedziała cicho. 

- Nie - odszepnął Justitian. - Nie przyjaciele, przyjaźń jest więcej warta. 

Wiedziała, że chory nie ma nic złego na myśli, lecz mimo to zakłuło ją w sercu. 

- Mogliśmy zostać przyjaciółmi, Marjo Oppdal. 

-  Nie  jest  na  to  jeszcze  za  późno  -  odparła  Marja.  Przez  chwilę  trwali  w  milczeniu, 

Marja obserwowała smugi światła, które pod niezwykłym kątem wpadały do pokoju. Justitian 

otworzył oczy, lecz widział zapewne co innego niż ona. 

- Nadjana... Gdzie ona jest? 

- Na pewno niedługo przyjdzie - pocieszyła go Marja. 

Z  piersi  wydobyły  mu  się  jakieś  dziwne  dźwięki,  jakby  zduszone  łkanie.  Upłynęła 

dobra chwila, zanim Marja zorientowała się, że Justitian się śmieje. 

-  Biedna  Nadjana...  Wydaje  mi  się  wręcz,  że  jest  zazdrosna.  Od  samego  naszego 

przyjazdu, kiedy przyszłaś do chaty dzwonnika. 

Marji ani trochę to nie śmieszyło. 

background image

Justitian westchnął ciężko, jak gdyby śmiech zanadto go zmęczył. 

- Mój ojciec... ją lubi. Niekiedy budzi to we mnie strach. 

- Musisz jej ufać, Justitianie, ona cię kocha. 

Skinął lekko głową. Tak lekko, że Marja ledwie zauważyła ruch, lecz spokój malujący 

się na jego twarzy sprawił jej przyjemność. 

- Wiem o tym... I znów milczenie. Czas w tej izbie stał w miejscu i Marja nagle zdała 

sobie sprawę, że właśnie dlatego tu przyszła. 

- Nie spałem, wtedy w nocy, słyszałem, jak rozmawiacie. 

Marja  drgnęła,  w  panice  przeglądała  myśli.  Jakież  to,  słowa  padły  między  nimi 

dwiema? Na pewno nie były przeznaczone dla jego uszu. 

-  Nadjana...  mogłabyś  się  z  nią  zaprzyjaźnić,  kiedy  mnie  już  nie  będzie.  Ona 

potrzebuje przyjaciół. 

- Wydaje mi się, że to niemożliwe - wolno odpowiedziała Marja. - Poza tym ty wcale 

nie odejdziesz. 

- Oczywiście, że to możliwe. Wiem, że już... Zakaszlał się, w piersiach zaświstało mu 

niczym wiatr szalejący przy węgle domu. 

-  Nie  mów  już  więcej,  Justitianie.  Wprawdzie  czujesz  się  lepiej,  lecz  nie  powinieneś 

marnować sił. 

Usłuchał.  Do  milczenia  na  równi  z  jej  słowami  zmusiły  go  także  żądania  stawiane 

przez ciało. 

Marja już chciała wstać, odejść. 

Nie była w stanie się z nim pożegnać, opowiedzieć, co się dzieje na świecie. 

Na  schodach  rozległ  się  odgłos  kroków.  Przez  moment  zlękła  się,  że  towarzyszy  im 

szelest sutanny pastora, lecz kroki były zbyt lekkie, zanadto ostrożne. 

Nadjana na chwilę zatrzymała się w drzwiach, zmieszana. Wreszcie siadła przy Marji 

bez  słowa,  jak  gdyby  to,  że  zastała  czarownicę  przy  łóżku  chorego  męża,  było  rzeczą 

najbardziej naturalną pod słońcem. 

- On się już lepiej czuje - rzekła Marja. 

Nadjana pokręciła głową. W jasnym świetle padającym na jej twarz szare oczy traciły 

wiele barwy. Marja miała ochotę wyciągnąć rękę i sprawdzić, jakie to uczucie dotykać takich 

białych włosów. 

- Chciałam się tylko pożegnać. 

-  Nie  wiem,  co  mam  powiedzieć  -  szepnęła  Nadjana.  W  jej  oczach  pojawił  się  jakiś 

nowy smutek, Marja domyślała się, że to za jej sprawą. 

background image

- Nic nie mogłaś zrobić. Wiem, jaką władzę ma Revelin. Jesteś tylko nicią w tkaninie, 

którą mnie omotał. 

- Wystarczy, że pęknie jedna nić, a cała tkanina się pruje - cicho rzekła Nadjana. 

Marja uśmiechnęła się z goryczą. 

- Nie, moja droga, nie wtedy, gdy tka się z nie uprzedzonej wełny. 

Nadjana spytała: 

- Czy mogę coś dla ciebie zrobić? Nie doczekała się odpowiedzi. 

- Może dla dzieci? Marjo, ja je widziałam. 

Powaga  w  głosie  i  natarczywość  spojrzenia  wzbudziły  w  Marji  niepokój.  Zacisnęła 

dłonie, chcąc bronić się przed strachem, jaki począł w niej narastać na wspomnienie bliźniąt. 

-  Widziałam  je...  na  podwórzu  Wdowiej  Zagrody.  To  piękne  dzieci,  zwłaszcza 

chłopiec. 

Spojrzenie Nadjany powędrowało do Justitiana, Marja obserwowała ją bacznie, czując 

coraz mocniejsze ściskanie w gardle. Oczy Nadjany pociemniały, miały teraz barwę dymu z 

wilgotnego ogniska. 

- Czy on śpi? - spytała. Marja kiwnęła głową. 

- Czy powiedziałaś mu, że to jego dzieci? 

Smugi  światła  w  pokoju  zawirowały,  zatańczyły  szalonym  tańcem,  zmuszając  Marję 

do uchwycenia się krawędzi łóżka. 

A więc Nadjana wiedziała. 

Nadjana  dotarła  do  jej  wnętrza,  tak  zwyczajnie  jak  odsuwa  się  na  bok  kawałek 

materiału i odkrywa cudzą nagość. 

Marja zasłoniła twarz dłońmi. 

Trzęsła się cala. 

Poczuła  na  plecach  delikatne  ręce  Nadjany,  która  gładziła  ją  na  pociechę  niczym 

matka, w uszach dźwięczał jej miły głos, ale cóż jej po nim? 

Marja podniosła głowę, nie bała się już swej nagości. 

-  Nie  wolno  ci  tego  zdradzić  Karlowi  ani  nikomu  innemu,  nie  mogę  ci  niczym 

zagrozić, nie mogę przekupić, wszystko składam w twoje ręce. Oszczędź mojemu Karlowi tej 

strasznej prawdy, Nadjano. Inaczej odbierzesz mu wszystko, co mu zostało. 

-  Spokojnie,  Marjo,  nic  nie  powiem,  Karl  o  niczym  się  nie  dowie,  ale...  czy  nie 

uważasz, że najwyższy czas powiedzieć o tym Justitianowi? 

- Dlaczego? 

background image

Nadjana  wtuliła  twarz  w  ramię  Marji.  Przez  materiał  sukni  przenikał  jej  ciepły 

wilgotny oddech. 

-  Mój  Justitian  nie  boi  się  śmierci.  Boli  go  jednak,  że  nie  pozostawi  po  sobie  na 

ś

wiecie żadnego śladu. 

To Marja potrafiła zrozumieć. Dla niej samej pociechą była myśl, że jej śladem pójdą 

inni młodzi ludzie, podobnie jak i ona utrzymała w pamięci wspomnienie matki. 

- Dobrze, kiedy się obudzi - obiecała. Nie bała się, że Justitian coś zdradzi. Widziała 

wszak dobroć w jego oczach, słyszała, że nazywał ją przyjaciółką. 

A gdzieś w jej duszy znów odezwał się głos, który w tak wiele nocy próbował do niej 

szeptać, chociaż ona nie chciała go słuchać. 

Przestępstwem by było nie wyjawić prawdy Justitianowi. 

I nieskończenie większym przestępstwem było oszukiwanie Karla. 

- Powiem mu o tym, jeśli uważasz, że sprawi mu to radość, nie smutek. 

Nadjana  uściskała  ją,  po  raz  pierwszy  od  śmierci  Gjertrud  Marja  poczuła  przy  swym 

policzku policzek innej kobiety.  Była w tym niezwykła bliskość i ciepło, rozśpiewała się jej 

dusza, poczuła się w jednej chwili mniej samotna, silniejsza. 

- Justitian twierdził, że mogłaby połączyć nas przyjaźń - powiedziała Marja cicho. 

-  Już  jesteśmy  przyjaciółkami  -  oświadczyła  Nadjana,  a  Marja  uznała,  że  niesłuszne 

byłoby wyprowadzać ją z błędu, mówiąc, że miał na myśli ją i siebie. 

Ze  spokojnego  snu  obudził  się  z  krzykiem,  jak  gdyby  we  śnie  ujrzał  coś,  co  go 

przeraziło. 

Nadjana  pierwsza  była  przy  nim.  Trzymała  go  za  ręce,  przyłożyła  twarz  do 

chwytających  gwałtownie  powietrze  ust,  przemawiała  najłagodniej  jak  umiała.  Mar  -  ja 

dostrzegła lęk w jej oczach, strach, że szaleństwo znów wypędza z chorego ciała mężczyznę, 

którego pokochała. 

Lecz  kiedy  Justitian  otworzył  oczy,  widać  było,  że  ją  poznał.  I  choć  ciało  wciąż 

spazmatycznie drgało, to patrzył przytomnie. 

- Daj mi trochę wody, Nadjano - poprosił, ciężko walcząc o powietrze. 

Marja musiała przyznać, że być może jednak w swej ostatniej drodze nie będzie sama. 

- Marjo - powiedziała Nadjana z wyzwaniem w oczach. 

Marja  opamiętała  się.  Usiadła  bliżej  chorego  w  wielkim  łóżku.  Pochwyciła  jego 

spojrzenie, ujęła za rękę, którą Nadjana wypuściła ze swej dłoni. 

Justitian patrzył na nią ze zdziwieniem, gwałtowne poruszenia ciała ustały. 

background image

- Justitianie, muszę ci coś wyznać... Przełknęła ślinę, szukała słów, chciała powiedzieć 

mu to jak najpiękniej i najłagodniej. To jednak nie było możliwe. 

-  Moje  bliźnięta...  Amelia  i  Martin...  Urwała,  szukała  na  jego  twarzy  śladu  domysłu, 

lecz on czekał wyraźnie, co dalej powie. 

- One... one... to twoje dzieci, Justitianie. W każdym razie z twojej krwi. 

Teraz nie śmiała na niego patrzeć, skryła twarz za opadającą zasłoną włosów. 

Nadjana wstrzymała oddech. 

Chory jęknął, jakby z bólu. 

Marja zmusiła się, by podnieść wzrok, z ulgą' jednak zobaczyła, że on zamknął oczy. 

Wargi mu się poruszały, widziała, że ciało ogarnia drżenie. Gorączkowo podjęła: 

- Nie mogłam postąpić inaczej. Musiałam wyjść za Karla. On o niczym nie wie i nigdy 

nie  może  się  dowiedzieć,  Justitianie.  Chciałam  ci  kiedyś  o  tym  powiedzieć,  dlatego  wtedy 

przyszłam  do  chaty  dzwonnika,  lecz  potem  zjawiła  się  Nadjana,  nie  wiedziałam,  że  jesteś 

ż

onaty, nie wiedziałam... 

Justitian  znów  jęknął,  pierś  poruszała  mu  się,  jakby  walczył  o  oddech.  Marja  także 

miała wrażenie, że się dusi. 

- Moja krew... moje dzieci... 

-  To  prawda  -  cicho  potwierdziła  Nadjana,  choć  obie  kobiety  wiedziały,  że  do 

Justitiana dotarła szokująca wiadomość. 

-  Słyszałem,  że  to  dobry  człowiek.  Nigdy  bym...  -  Justitian  teraz  już  tylko  szeptał.  - 

Jeśli to będzie możliwe... zaprowadź je kiedyś na mój grób, Marjo. 

- Możesz je zobaczyć, Justitianie - wtrąciła się Nadjana. - Jak tylko ci się polepszy, jak 

staniesz na nogi, na pewno jakoś to załatwimy. 

Wyglądało  na  to,  że  Justitian  się  uśmiecha,  rysy  twarzy  mu  się  rozluźniły,  drgania 

ustały. 

Kobiety trzymały go za ręce, ich spojrzenie zawisło na twarzy chorego. Słychać było 

jedynie jego czerpany z wysiłkiem oddech. 

Kiedy i on umilkł, długo siedziały w ciszy, nie pojmując, co się stało. 

Patrzyły na siebie, nie wypowiadając ani słowa. 

Wreszcie  Nadjana  pochyliła  się  i  ucałowała  spękane  usta  męża.  Marja  odwróciła 

głowę, czuła się jak intruz, nieuprawniony do oglądania nagości Nadjany. Lecz obca kobieta 

przyciągnęła  ją  do  siebie,  ścisnęła  za  rękę,  trzymającą  wciąż  w  palcach  chłodną  dłoń 

Justitiana. 

Po twarzach spływały im łzy, nie dał się jednak słyszeć żaden dźwięk. 

background image

Kobiety nie miały już nic więcej do powiedzenia. Ani sobie, ani temu mężczyźnie. 

Dlatego  krzyk,  jaki  wydarł  się  z  gardła  Nadjany,  zabrzmiał  jeszcze  bardziej 

przeraźliwie i dziko. Dlatego Marja zasłoniła rękami uszy i zagryzła wargi aż do krwi. Krzyk 

jednak  nie  dał  się  zagłuszyć  ani  powstrzymać.  Marja  potrząsnęła  szczupłym  ciałem 

białowłosej  kobiety,  usiłowała  nawiązać  z  nią  jakiś  kontakt,  próbowała  zwalczyć  potwora, 

który przejął nad nią kontrolę. Ona jednak nie przestawała krzyczeć, aż dziwne, że ten dźwięk 

nie obudził umarłego. 

Marja  wciąż  walczyła  z  Nadjaną,  starała  się  zmusić  jej  ciało  do  spokoju.  Próbowała 

przemawiać łagodnie, wreszcie uderzyła. Na policzkach płaczącej odznaczyły się białe ślady 

palców,  lecz  rozpaczliwe  krzyki  nie  milkły.  W  końcu  Marja  brutalnie  zatkała  ręką  otwarte 

usta Nadjany. Wśród stłumionego krzyku usłyszały ciężkie kroki w korytarzu. 

Revelin  otworzył  drzwi,  które  z  hukiem  uderzyły  o  ścianę.  Zapomniany  kubek  spadł 

na podłogę i poturlał się do jego stóp. 

Oczy pastora z początku rozszerzyło przerażenie, krzyki, które usłyszał, pozwoliły mu 

się  domyślać,  co  się  stało.  Teraz  omiótł  wzrokiem  izbę,  zatrzymał  się  na  chwilę  przy 

nieruchomo  leżącym  synu,  na  kobietach,  które  tuliły  się  do  siebie.  Marja  wciąż  przyciskała 

rękę do ust Nadjany. 

-  Co  ty  tu  robisz?  -  syknął  pastor.  Marja  puściła  Nadjanę,  która  wreszcie  przestała 

krzyczeć. 

- Straciłeś syna, Revelin. Nie była przygotowana na fizyczny atak, zdołała się jednak 

wywinąć z morderczego uścisku rąk pastora. Jedną ręką złapał ją za włosy, pobielało jej przed 

oczami,  kiedy  pociągnął.  Nie  krzyczała,  lecz  nogi  ugięły  się  pod  nią  w  proteście  przeciwko 

tak  intensywnemu  bólowi.  Poczuła  także  ręce  Nadjany,  walczące  z  duszącym  uściskiem 

pastora. 

- Puść ją, puść! 

Gdy ją puścił, biały ból w głowie przybrał barwę czerwieni Marja zobaczyła, że pastor 

trzyma w ręku garść czarnych błyszczących włosów. Miała wrażenie, że ze skroni pocieknie 

jej krew, tak jednak się nie stało. Podniosła głowę, usta rozciągnęły się w uśmiechu. Patrzyła 

prosto na niego, widziała, jak stoi i sapie w bezsilnej wściekłości. 

Uśmiech,  który  miała  na  twarzy,  zniknął,  postąpiła  w  jego  stronę  o  krok,  chciała 

pokazać,  że  się  nie  boi.  Nie  był  to  dla  niej  wcale  moment  triumfu,  lecz  radował  ją  mimo 

wszystko wyraz bezsilności bijący z twarzy pastora. 

- On ci nigdy nie wybaczył, Revelin. Poszedł ku śmierci, nie przestając cię przeklinać. 

Zabiłeś go własnymi rękami, pastorze. Teraz już nic ci nie zostało. 

background image

Oczy Revelina zwęziły się, trudno jej było odczytać ich wyraz, tak samo patrzył wtedy 

na schodach kościoła. 

- Sama niedługo umrzesz. Skąd więc tyle w tobie odwagi, dziwko? 

Przeniósł  wzrok  na  Nadjanę,  która  stała  z  mokrymi  policzkami,  bezradnie  splatając 

dłonie. 

-  Nie  powinnaś  mnie  była  powstrzymywać,  Nadjano.  Powinienem  był  ją  zabić,  tu  i 

teraz, ale nie chcę brukać łoża śmierci mego syna. 

Głos przy tych ostatnich słowach rzeczywiście mu się załamał. Marja ze zdumieniem 

stwierdziła,  że  stary  pastor  ma  jeszcze  jakieś  uczucia,  choć  doskonale  potrafi  nad  nimi 

zapanować. 

Podniósł teraz rękę, jak wtedy gdy błogosławił w kościele. 

-  Wynoś  się  z  mojego  domu,  ladacznico!  Wynoś  się!  Już  niedługo  przykują  cię  do 

ś

ciany, gdzie szczury i zimno zeżrą ciało z twoich kości, czarownico przeklęta! 

Nadjana  niepewnym  krokiem  wysunęła  się  na  środek  izby.  Twarz  wciąż  miała 

nieruchomą,  jak  wykutą  w  kamieniu.  Oczy  patrzyły  wbite  w  jeden  punkt,  poruszały  się 

jedynie wargi. 

- Nie zapominaj, że to ja rządzę teraz twoim dworem, Revelin! 

Odwrócił się gwałtownie, jak gdyby zaatakowano go od tyłu. Nadjana zachwiała się, 

gdy padło na nią spojrzenie rozgniewanych oczu. 

- Na co ty się ważysz, kobieto? - spytał groźnie. 

- Znam swoje prawa. Jesteś skończony, Revelin. Od tej pory jesteś na mojej łasce. 

Pastor  przenosił  wzrok  z  jednej  kobiety  na  drugą,  spostrzegł,  że  spojrzenia,  jakie 

wymieniły, były ciepłe. Ogień w jego oczach płonął teraz słabiej, a głos był miękki, łagodny, 

niemalże troskliwy. 

-  Na  pewno  się  zgodzimy,  moja  droga  Nadjano.  Przeżyłaś  wstrząs,  biedaczko,  dla 

ciebie musiał to być straszny cios. Chodź, odprowadzę cię na dół. Przyda ci się mój środek na 

uspokojenie. 

Nadjana cofnęła się, gdy do niej podszedł, jak gdyby ktoś podsunął jej prosto pod nos 

obrzydliwą cuchnącą rzecz. 

Marja radowała się tą sceną. Gdyby nie fakt, że śmierć otaczała ją ze wszystkich stron, 

wybuchnęłaby  głośnym  śmiechem.  Nadjana  zdobyła  to,  za  czym  ona  tęskniła  przez  całe 

ż

ycie: władzę nad Revelinem. 

Widać i on doszedł do kresu swej drogi. 

background image

Marja  nie  wątpiła,  że  dla  tego  władczego  człowieka  będzie  to  niezwykle  trudne  do 

przełknięcia.  Był  teraz  całkowicie  zależny  od  woli  kobiety.  Szczupłe  ręce  Nadjany  mogły 

wprawdzie wydawać się kruche i słabe, posiadały jednak moc, którą Revelin dobrze znał. 

Marja z wielką chęcią zobaczyłaby, jak się przed nią czołga. 

On jednak znów odwrócił się plecami do Nadjany i jeszcze raz podniósł rękę. 

-  Wynoś  się  stąd!  Odejdź  stąd,  zanim  uduszę  cię  gołymi  rękami.  Może  swoimi 

czarodziejskimi sztuczkami zaczarowałaś również i ją, lecz mnie nigdy nie zaślepisz. 

Marja spojrzała na Nadjanę. Jej wzrok mówił: ciesz się teraz swoim zwycięstwem. 

Zimowy  dzień  wciąż  był  jasny  i  piękny.  Marji  niemal  zakręciło  się  w  głowie,  gdy 

ś

wiatło  wpadło  w  otwarte  źrenice.  Pastor  nie  wprowadził  w  czyn  swoich  gróźb,  ważniejszy 

widać dla niego był bunt Nadjany i śmierć syna. 

Marja  opuściła  plebanię  i  pobiegła  do  domu.  Dopiero  pod  drzwiami  przypomniała 

sobie, że wszyscy są pewnie u Antona. Karl poszedł wszak do dzieci, by zanieść im straszną 

nowinę,  zanim  uczyni  to  ktoś  obcy.  Miał  wyznać  prawdę,  którą  ona  sama  nie  miała  sił 

obciążyć  serc  malców.  Wszystko,  co  wydarzyło  się  w  izbie  pod  dachem  plebanii,  w  jednej 

chwili  zniknęło,  rozwiało  się.  Za  dużo  było  przeżyć,  nie  mogła  już  odróżnić  uczuć.  Wśród 

chaosu  istniała  ciemna  plama.  To  ona  tak  strasznie  bolała  i  nie  mogły  jej  zatrzeć  nawet 

najbardziej dramatyczne wydarzenia. 

Piasek  w  klepsydrze  przesypywał  się  tak  szybko.  Już  wkrótce  zapadnie  zmierzch, 

nadejdzie kolejna noc, która jeszcze bardziej przybliży ją do kresu. 

Marja nie chciała iść za nimi, nie chciała iść przez całą wieś do Wdowiej Zagrody. Nie 

miała  też  na  to  sił,  ciało  wydawało  się  takie  ciężkie,  jak  gdyby  krew  przestała  już  krążyć  w 

ż

yłach. 

Wyciągnęła  rękę  po  szczotkę,  którą  zwykle  czyścili  buty,  ale  nie  mogła  do  niej 

dosięgnąć. Oparła się tylko o ścianę, białe światło sprawiło, że oczy napełniły się łzami, lecz 

płacz nie był już taki ważny. 

background image

ROZDZIAŁ XI 

Amelia  nie  wypowiedziała  ani  jednego  słowa,  spokojne  milczenie  czyniło  z 

siedmioletniej dziewczynki dojrzałą kobietę. 

Martin stał za nią, rozpaczliwie ściskając ojca za rękę. 

Karl także miał twarz bez wyrazu, ale zostawił synka i podszedł do Marji, by ją objąć. 

Marja siedziała przy stole jak wtedy, gdy wychodził. Nic w niej nie powiedziało mu, 

ż

e ten dzień wypełniła nie tylko samotność. Karl wiedział, że Marja nie boi się samotności, a 

w  tych  dniach  wręcz  będzie  jej  szukać.  Było  to  jej  potrzebne  i  zdawał  sobie  z  tego  sprawę, 

choć najchętniej przez cały czas chciałby trwać przy niej, tak blisko jak to tylko możliwe. 

-  Musiałem  dać  im  nadzieję,  Marjo,  nie  mogłem  inaczej.  Również  ze  względu  na 

siebie. 

Rozumiała to, wszak i ona tym żyła. Marja jednak zbyt wiele razy miała nadzieję i ją 

traciła. Teraz, by to przetrwać, musiała żyć każdą godziną oddzielnie. 

Amelia, Karl i Marja przytulili się do siebie, ciałko dziewczynki drżało, ale mała nie 

chciała płakać. Może zabrakło jej już łez. Marja nie potrafiła sobie nawet wyobrazić tego, co 

zaszło we dworze. 

-  Tatuś  mówi,  że  musisz  nas  opuścić.  Głos  Martina  zabrzmiał  tak  cienko.  Marję 

bardziej zaskoczyły te słowa, niż gdyby wybuchnął płaczem. 

Popatrzyła w jasnobrązowe oczy syna, takie same jak miał jego rodzony ojciec, mogły 

jednakże być również cieniem piwnych oczu Karla. 

- Tak, niestety, muszę. 

- Tatuś mówi, że oni myślą, że ty jesteś złą kobietą. Marja skinęła głową, pogłaskała 

córkę po plecach, a drugą rękę wyciągnęła do syna. 

- Wy w to nie wierzycie, prawda? 

Amelia  rozedrgała  się,  aż  zatrzęsły  się  jej  jasne  włosy.  Marja  przytuliła  dzieci  do 

siebie, poczuła, że ciałko Martina również znalazło się blisko. 

-  Powiemy  im,  że  to  nieprawda  -  oświadczyła  Amelia.  Marja  uśmiechnęła  się  ze 

smutkiem. 

- Obawiam się, że usłuchają raczej pastora niż ciebie. 

Ale kiedy oczy córki zwęziły się i zalśniła w nich gorycz, Marja zrozumiała, że musi 

się bardzo pilnować, bo inaczej historia znów się powtórzy. Dziecko nie powinno wzrastać z 

nienawiścią, taką jaka tkwiła w niej samej od najwcześniejszego dzieciństwa. 

background image

- Nie wolno ci nienawidzić, Amelio, od tego twoje serce zrobi się czarne i brzydkie. 

Dziecko rozpłakało się. 

Marji wydawało się, że unosi się pod sufitem i z góry obserwuje tę straszną scenę. 

Zabrakło jej sił. Tłumiąc jęk, odsunęła dzieci, chwiejnym ruchem wstała. 

-  Nie  możemy  siedzieć  i  płakać.  To  w  niczym  nikomu  nie  pomoże.  Chodźcie, 

weźmiemy  najlepszą  mąkę  i  upieczemy  pszenne  placki.  Martinie,  przynieś  trochę  mleka  i 

masła.  Amelio,  potrzebna  mi  niecka  i  ta  wielka  łyżka,  i  trochę  więcej  drewna,  Karlu,  jeśli 

masz czas je przynieść. 

Pomogło. Dzieci uwielbiały pieczenie. Tylko Karl pomyślał: na cóż się to zda, zanim 

nadejdą święta, jej już nie będzie, w tym roku nie zje z nami placków w pierwszy dzień świąt. 

Nie  będzie  patrzyła,  jak  dzieci  cieszą  się  z  przejażdżki  po  lodzie,  nie  będzie  stała  u  mego 

boku, gdy dzwony obwieszczą nadejście nowego roku. 

Mimo  to  zajęli  się  pieczeniem,  jak  gdyby  nadchodzące  Boże  Narodzenie  miało  być 

takie  jak  zawsze.  Marja  nie  szczędziła  suszonych  jabłek,  miodu  ani  mielonych  orzechów. 

Kiedy  nadziewane  ciastka  pachniały  już  na  żelaznej  płycie  nad  paleniskiem,  Marja  patrzyła, 

jak dzieci kręcą się wokół nich z niecierpliwością. 

Takie są dzieci. 

Być  może  nie  zapomniały,  co  się  stało,  miały  jednak  tę  cudowną  zdolność  cieszenia 

się z drobnych radości, nawet w środku najczarniejszej żałoby. 

- Idź do pokoju asesora w Dosen i daj mu to ode mnie - powiedziała Marja Karlowi, 

pakując trzy najlepsze ciastka. 

Karl patrzył to na ciastka, to na nią. 

- To moje podziękowanie dla niego, wiem, że się starał. 

- Zmieniłaś się, Marjo. Owszem, wiedziała. 

- Nie chcesz iść sama? Spuściła oczy. Karl ożywił się. 

-  Zrób  tak,  Marjo,  pokaż,  że  się  nie  boisz.  Pokaż,  że  masz  odwagę  iść  przez  wieś  z 

podniesioną głową. 

- Może oni się mnie boją. 

- A więc pozwól, by poczuli strach. Patrz im prosto w oczy, niech się wstydzą. 

Zapłonął w niej dawny żar. Otarła z czoła mąkę i pot, poszła przebrać się w najlepszą 

sukienkę,  znaleźć  kapelusz,  który  dostała  od  Antona.  Dotychczas  nigdy  go  nie  nosiła, 

uważała, że nie jest damą. 

W wyszynku w Dosen również dzisiaj panował tłok. Ludzie asesora zbierali się już do 

wyjazdu,  lecz  czterej  mieli  pozostać,  dopóki  nie  minie  czas  wyznaczony  Marji.  Asesora  w 

background image

niskiej izbie nie było, nie należał do tych, którzy znajdują uciechę w prostym chłopskim piwie 

i  hałaśliwych  rozmowach.  Nie  chciał  słuchać  dyskusji  o  wyroku,  rozpraw  na  temat 

szczegółów tego, co się wydarzyło. Bał się, że wyczytają z jego twarzy, że coś jest źle. 

Dlatego  siedział  w  swojej  izbie,  przygotowanej  i  uprzątniętej  specjalnie  dla  niego. 

Stała  tu  sprowadzona  z  zagranicy  przez  karczmarza  sofa  i  inne  meble  naśladujące  francuski 

styl. Na ścianach wisiały nawet obrazy, jeden z nich przedstawiał górski szczyt z tej okolicy. 

Namalowany został z wielkim uczuciem niezdarnymi szerokimi pociągnięciami pędzla. 

Asesor wyglądał przez okienko przy łóżku. 

Ś

nieg  przestał  już  padać,  z  dachu  tuż  przed  jego  nosem  skapywały  lśniące  krople. 

Nawet bez słońca czuło  się, że powietrze jest łagodne. Odwilż na wypieki, pomyślał asesor, 

chociaż do świąt jeszcze dużo czasu. 

W drzwiach stanął wielki tłusty karczmarz. 

- Marja Oppdal cię szuka, panie asesorze. Sądziłem, że nie chcesz... 

- Niech wejdzie - rzekł asesor zmęczonym głosem. 

Wiedział, że  nie  będzie  się  musiał  przed  nią  tłumaczyć  z  wyroku,  jaki  zapadł.  Marja 

Oppdal  była  dostatecznie  mądrą  osobą,  by  zrozumieć,  pod  jaką  presją  znajdowali  się 

sędziowie. Ta piękna czarnowłosa kobieta dobrze znała swego wroga. 

Weszła do środka i asesor ze zdumienia szeroko otworzył oczy. Nigdy dotąd jej takiej 

nie widzieli. Zresztą żadna z żon dzierżawców tak nie wyglądała. 

Ubrana  była  w  czarną  suknię  z  czerwonymi  wstążkami  przy  szerokiej  spódnicy. 

Wzdłuż  rękawów  czerwone  hafty.  A  koszula  pod  spodem  była  rozpięta,  jak  gdyby  była 

wiosna,  a  nie  najczarniejsza  zima.  Ramiona  okrywała  delikatna  chusta  z  frędzlami.  Czarne 

włosy  zebrała  w  koronę  wokół  głowy,  dumna  twarz  sprawiała,  że  wyglądała  jak  królowa. 

Kapelusz  podkreślał  jeszcze  dostojeństwo.  Mogłaby  wkroczyć  wprost  na  komnaty 

namiestnika, pomyślał asesor, na jakieś eleganckie przyjęcie albo wyjątkową uroczystość. 

Marji spodobał się wyraz jego twarzy. Podeszła do niego i skłoniła się tak nisko, jak 

tylko mogła. Zawiniątko z ciastkami pachniało przyjemnie, domowo, chociaż aromat mieszał 

się z unoszącym się w izbie zapachem kurzu i ługowego mydła. 

- To dla ciebie, panie asesorze, za to że chciałeś mego dobra. 

Przyjął podarunek, jakby było to szczere złoto. Przez chwilę stali w milczeniu, patrząc 

sobie w oczy, ręce obojga spoczywały na niedużej owiniętej w płótno paczuszce. 

- Widzę, że trzymają się z daleka. Zostawiają cię w spokoju... 

Marja odpowiedziała: 

background image

- Tak. To najlepsze, co mogłeś mi ofiarować, skoro stało się już to, co się stało. Wiem 

przecież,  że  ludzie  się  dziwią,  bo  jeśli  naprawdę  jestem  niebezpieczną  czarownicą,  to 

dlaczego asesor dał mi te trzy dni? 

Asesor uśmiechnął się gorzko. 

-  Masz  rację,  Marjo.  Chociaż  co  innego  miałem  na  myśli,  domagając  się  tego.  Ale 

teraz łódź już odpłynęła. 

- Tak, łódź odpłynęła - potwierdziła Marja. - Usiedli. Marja ułamała kawałek ciastka i 

podała asesorowi. Przyjął je z namaszczeniem, jak gdyby podawała mu komunię. 

Marja dopuszczała myśl, że asesor będzie bał się zjeść jej podarunek. Jaką może mieć 

pewność, że nie dodałam jakichś diabelskich ziół czy innego świństwa, myślała z goryczą. 

Ale asesor jadł i prosił o więcej. 

Wieść  o  śmierci  syna  pastora  prędko  rozniosła  się  po  wsi.  Żałobna  wiadomość  i 

powaga  na  twarzach  posłańców  poruszyła  niewiele  serc,  Justitiana  bowiem  już  tu 

zapomniano, a ojciec nie cieszył się sympatią. 

Ale  śmierć  Justitiana  Revelina  dotyczyła  ich  wszystkich.  Co  się  teraz  stanie?  Kogo 

przyślą? Kto zajmie miejsce pasterza, które stary Revelin wkrótce będzie musiał opuścić? 

Ludzie  rzeczywiście  byli  niczym  stado  pobekujących  niepewnie,  zbłąkanych  owiec, 

nikt z nich bowiem wcześniej tego nie doświadczył. Ich pastorowie zawsze przecież byli tutaj, 

najpierw Mogens, potem Revelin, a później jego syn. Teraz ten ciąg został przerwany. 

Niektórzy  pamiętali,  że  Marja  Oppdal  kiedyś  dawno  temu  słała  długie  spojrzenia  za 

tym nieszczęśnikiem... 

Sporo  trzeba  było  rozważyć  wśród  czterech  ścian,  omówić  szeptem  lub  przekazać 

wiele mówiącymi spojrzeniami. Dzwonnik i jego wysłannicy biegali od zagrody do zagrody, 

zdyszani przekazując nowinę coraz dalej i dalej. 

Do Oppdal nie przyszedł nikt, ale tego można się było spodziewać. 

Następnego dnia, kiedy  Justitian umyty i ubrany spoczął w żelaznej trumnie w izbie, 

Nadjana musiała przyjąć nie kończący się strumień ludzi. 

Revelin odprawił krótkie nabożeństwo, ale odwracał twarz, nie pokazując ani żałoby, 

ani  obojętności.  Podjął  ich  pięknie,  piwem  i  solonym  mięsem,  a  zaraz  potem  odprawił, 

wymawiając się szwankującym zdrowiem synowej. 

Jej intrygi donikąd nie zaprowadzą. Z doświadczenia wiedział, że kobiety uważa się za 

słabe  istoty,  które  nie  wytrzymują  podobnych  wstrząsów,  a  Nadjana  była  wszak 

najdelikatniejszą różą, jaką kiedykolwiek widziała ta wioska.  Ludzie na pewno ze smutkiem 

kręcić  będą  głowami,  gdy  dowiedzą  się,  że  baronówna  wymaga  długiej  pielęgnacji,  by  się 

background image

pozbierać.  Może  nawet  pobytu  w  takim  domu,  który  ludzie  kościoła  prowadzili  w  pewnej 

wiosce daleko w głębi fiordu. Revelin zamierzał posłać po nich zaraz po pogrzebie. 

Nadjanie wydaje się być może, że jej grzeszna  gra się powiedzie, lecz widać nie zna 

go dobrze. Nie zdaje sobie sprawy, z kim zadarła. Nie wie, jaką on ma władzę. 

Stała  teraz  przy  trumnie,  czarna,  niezwykle  cienka  woalka  zakrywała  twarz.  To  jakiś 

miejski  zwyczaj,  ukrywanie  twarzy  w  żałobie.  Tu,  we  wsi,  należało  pokazać  ludziom 

kamienne oblicze, a kobiety nawet tego nie musiały udawać. Ludzie na pewno zaczną się bu-

rzyć, nie lubią przecież, gdy ktoś ukrywa się za zasłoną. To wszak budzi niepewność. 

Nadjana nie ubrała się na czarno. Miała na sobie ciemnoczerwoną suknię. 

- To również oburzało Revelina, doszedł jednak do wniosku, że synowa nie wiedziała, 

co  robi.  Tak  czy  owak,  jej  zachowanie  przemawiało  na  jego  korzyść.  Wszelkie  dziwactwa 

Nadjany to drogocenne kawałeczki jej nowego wizerunku, który on umiejętnie wykorzysta. 

Uśmiechnął się w duchu. 

Stał w drzwiach i podawał rękę kolejno wszystkim z wolna opuszczającym plebanię. 

Wiedział, że niektórzy upchali po kieszeniach kawałki solonego mięsa. 

Pogrzeb wyznaczono na niedzielę. 

Justitian był wszak synem pastora, nic więc w tym dziwnego. 

Tego samego dnia wieczorem asesor i lensman zabiorą Marję Oppdal. Łódź czeka już 

gotowa przy Hansowej Przystani. 

Nadjana  z  nikim  się  nie  żegnała.  Wciąż  stała  nieruchomo  przy  trumnie.  Revelina 

ogarnęła nieprzeparta ochota, by zerwać jej z twarzy woalkę, zadowolił się jednak ujęciem jej 

pod  ramię  i  zaprowadzeniem  na  górę,  żeby  odpoczęła.  Szła  za  nim  potulnie  jak  owieczka, 

wiedział, że paraliżuje ją przeżyty wstrząs. 

Najlepiej  będzie  działać  jak  najszybciej.  Zanim  odzyska  swoje  dawne,  bezczelne  i 

dumne ja. 

Gdy  tylko  Revelin  wyszedł  z  domu,  Nadjana  prędko  zmieniła  suknię,  a  na  głowie 

zawiązała prostą chustkę. W jednym ze swych kufrów odszukała skórzaną teczkę i szkatułkę 

z  monetami  z  Kopenhagi.  Wciąż  błyszczały  do  niej  jak  wówczas,  gdy  wybito  je  ze  srebra 

pochodzącego z norweskich gór. 

Była gotowa. 

Tego wieczoru droga wydała jej się prosta, dobrze już ją znała. 

Marja i Karl zdołali utrzymać ciepły nastrój. Marja była naprawdę zmęczona, bo kiedy 

odstawiła  już  nieckę,  w  której  miesiła  ciasto,  postanowiła  jeszcze  wyszorować  wszystkie 

naczynia,  garnki  i  przybory  kuchenne.  Karl  nosił  wodę  i  drewno,  przesunął  też  belkę  w 

background image

oborze, która od tak dawna irytowała każdego, kto wchodził tu, dźwigając na ramionach dwa 

pełne wiadra wody. Trzeba było za każdym  razem przez nią przestępować. Ot, takie drobne 

utrudnienie dnia powszedniego, którym  człowiek denerwuje się o wiele dłużej, niż trwałoby 

jego usunięcie. 

Karl  wrócił  do  chaty,  Marja  siedziała  trzymając  na  kolanach  Benjamina.  Silne  ciało 

poruszające się ruchami niemowlęcia przywiodło zawstydzonemu Karlowi na myśl kukulcze 

pisklę w gnieździe wróbli. 

Amelia  i  Martin  drzemali  już  w  łóżku,  uśpieni  głosem  Marji.  Tym  razem  śpiewała 

kołysankę,  a  nie  jak  zwykle  taneczną  piosenkę,  którymi  na  ogół  ich  bawiła,  gdy  była  w 

dobrym humorze. 

W  izbie  panował  przytulny  spokój.  W  piecu  płonął  ogień,  lampa  dawała  przyjemne 

ciepłe  światło,  wśród  ciężkich  ścian  z  bali  rozbrzmiewał  łagodny  głos  Marji.  Unosił  się 

zapach świeżego ciasta, buzie dzieci były szczere i czyste na granicy krainy sennych marzeń. 

Na  zewnątrz  dały  się  słyszeć  ciężkie  kroki.  Marja  urwała  piosenkę,  drgnęła 

gwałtownie, aż Benjamin zaczął się kręcić i wydawać z siebie dźwięki świadczące o tym, że 

coś  mu  się  nie  podoba.  Karl  także  poderwał  się  wystraszony,  jeden  krok  wystarczył,  by 

znalazł się przy Marji. 

- Co to może być? Nie mogą przecież przychodzić już dzisiaj. 

Tchu zabrakło mu w piersiach, twarz pobielała, nie zdołał ukryć przerażenia. 

- Musimy otworzyć - rzekła Marja schrypniętym głosem. 

Ale  ciężkie  kroki  nie  należały  do  parobków  lensmana.  W  drzwiach  stanął  asesor.  Za 

jego plecami Marja dostrzegła białą głowę. Nadjana? 

- Proszę wejść, panie asesorze, Nadjano... i Anton? Weszli do środka, tupanie ciężkich 

butów  wydało  się  odpoczywającym  w  chacie  ludziom  jeszcze  głośniejsze.  Marja  zdziwiona 

uniosła brwi, wciąż trzymała Benjamina na ręku, a w pasie czuła dłoń męża. 

-  Przychodzimy  późno...  jak  złodzieje  nocą,  lecz  przybywamy  w  dobrych  zamiarach, 

Marjo Oppdal. Przynosimy radosną nowinę. 

Marja  i  Karl  popatrzyli  po  sobie.  Marja  bała  się  uwierzyć  w  to,  od  czego  w  jego 

oczach już zapłonęło światło nadziei. 

Asesor zamachał ręką, aż zaszeleściły koronki przy mankiecie. Oczy mu pociemniały, 

twarz posmutniała. 

- Och, nie, nie to. Wyrok wciąż jest ważny, ale stało się coś innego. 

Karl  puścił  żonę,  ciężkim  krokiem  poszedł  zamknąć  drzwi  za  późnymi  gośćmi.  Usta 

znów miał zaciśnięte, blade. 

background image

- Jakąż radość możesz mieć dla nas, asesorze? - spytał twardym głosem. 

Dostojny gość zdjął płaszcz i czapkę, Anton podszedł do Marji, przytulił ją do siebie, 

a potem odebrał jej dziecko z rąk i usadowił się z nim na krześle przy palenisku. 

Pozostali usiedli przy stole, Marja wystawiła świeżo upieczone ciastka i grzane piwo. 

Mówić  zaczęła  Nadjana.  W  obszernym  niedźwiedzim  futrze  wydawała  się  jeszcze 

drobniejsza i słabsza. 

-  Marjo...  ty  zapewne  to  zrozumiesz,  lecz  chciałabym  wyjaśnić  wszystko  Karlowi, 

moja decyzja bowiem może mu się wydać dziwna. 

Marji serce podskoczyło w piersi. Cóż ta kobieta mówi? Nie ma chyba zamiaru... 

Rozpaczliwie  usiłowała  pochwycić  wzrok  Nadjany  i  błagać  ją,  grozić,  byle  tylko  nie 

zdradzała okrutnej tajemnicy. 

Nadjana  nie  mogła  być  aż  tak  perfidna,  by  teraz  ciskać  Karlowi  w  twarz  prawdę  o 

dzieciach! 

Ale  Nadjana  utkwiła  wzrok  w  Karlu,  mówiła  wolno  i  wyraźnie,  niepewna,  czy  ten 

mężczyzna  zrozumie  jej  duńskie  zwroty.  Nadjana  miała  w  pamięci  inny  dialekt,  norweski, 

szeroki, stwierdziła jednak, że jego znajomość uleciała jej z głowy gdzieś na środku morza. 

-  Opowiem  ci  pewną  historię,  Karlu.  Baśń,  jeśli  wolisz.  Marja  cała  się  trzęsła.  Miała 

ochotę zerwać się i wybiec z chaty, daleko. Czy Nadjana bierze Karla za głupca? 

-  Kiedyś,  dawno,  dawno  temu  aresztowano  młodą  kobietę,  działo  się  to  daleko  na 

Północy  kraju,  a  oskarżenia,  przed  jakimi  ją  postawiono,  nie  były  błahe.  Obca  wśród  ludzi, 

łatwo  stawała  się  kozłem  ofiarnym,  ilekroć  go  szukano.  Cóż,  zesłano  ją  w  miejsce 

odosobnienia,  straszne  miejsce,  na  maleńką  wysepkę  zamieszkaną  przez  kobiety,  o  których 

ś

wiat  chciał  zapomnieć.  Żyły  tam  przez  krótki  czas  jak  zwierzęta,  nawet  jeden  dzień  nie 

upływał im bez bólu i cierpienia. Żadna godzina nie była wolna od upokorzenia i tęsknoty... 

Wśród więźniarek znalazły się naznaczone bliznami ofiary dżumy, zbrukane dziewki uliczne, 

morderczynie, zabój czynie nienarodzonych dzieci, czarownice. 

Karl wpatrywał się w Nadjanę oczami okrągłymi ze zdumienia. To niemożliwe, aby i 

ona miała za sobą taki los. Była wszak baronówną, szlachcianką. 

Nadjana podjęła: 

-  Na  tej  strasznej  wyspie  daleko  w  otchłani  morza  nie  było  nadziei.  Jedna  jedyna 

kobieta  obdarzona  mądrością  potrafiła  walczyć  z  okrutnym  losem.  Stała się  moim  wrogiem, 

ponieważ  ja  pragnęłam  władzy.  A  gdy  stamtąd  uciekłam,  sądziłam,  że  uwolnienie  znajdę 

jedynie w śmierci Los jednak postanowił, by stało się inaczej, choć niejeden powiedziałby, że 

wolność byłaby o wiele lepsza niźli życie, jakie wiodłam przez lata, odkąd stamtąd uciekłam. 

background image

- Co chcesz przez to powiedzieć, baronówno? 

Karl  siedział  niczym  dziecko  zasłuchane  w  przerażającą  baśń.  Marja  zaczynała  się 

rozluźniać,  chociaż  Nadjana  wciąż  nie  spuszczała  z  niego  wzroku.  Z  jej  oczu  biła  siła  i 

powaga. 

-  Byłam  dziwką,  ulicznicą  z  Kopenhagi,  pod  koniec  bogatą  dziwką.  Tytuł 

baronowski... Cóż, tam, na południu, nietrudno go kupić. 

Karlowi dech zaparło w piersiach. Asesor z przyganą kiwał głową. 

Marja złapała się na tym, że siedzi z rozdziawionymi ustami. 

- No cóż, zdołałam ukryć przed wami moją przeszłość, ona nie ma żadnego znaczenia. 

Ale dzisiaj pragnę być szczera, ufam w waszą przyjaźń i dobrą wolę. Jestem bogatą kobietą, 

bogatszą  niż  kiedykolwiek,  w  każdym  razie  nie  brakuje  mi  złota  i  ziemskich  dóbr.  Jestem 

właścicielką  wszystkiego,  co  należało  do  Revelina.  Dawno  już  mi  to  zapisał.  Revelin  i  ja 

zawarliśmy pewną umowę. 

Asesor, mamrocząc, pokiwał głową na potwierdzenie tych niewiarygodnych słów. 

Marja zaczynała się domyślać, do czego zmierza Nadjana. W oczach jej pociemniało. 

Na  miłość  boską,  ta  kobieta  chce  przekazać  spadek  rodzonym  dzieciom  Justitiana,  jej 

dzieciom! Może wydawało jej się, że te bogactwa wynagrodzą bolesną prawdę, ale tak się nie 

może  stać.  Żadna  zagroda  ani  srebrne  talary  nie  zastąpią  Karlowi  straty,  jaką  poniesie,  gdy 

dowie  się  prawdy.  Marja  chciała  powstrzymać  Nadjanę,  ściągnąć  ją  z  krzesła,  zasłonić  ręką 

piękne usta i zmusić do milczenia, zanim będzie za późno. 

Nadjana  wreszcie  odwróciła  głowę.  Niewielki  ruch  sprawił,  że  jej  włosy  błysnęły 

niczym złoto. Na łańcuszku na szyi nosiła jakiś kamyk, zmienił teraz barwę, zalśnił błękitem. 

Bądź spokojna, mówiły jej oczy. 

Nie zapomnę, co ci obiecałam. 

Marja odpowiedziała jej bez słów, Nadjana podjęła swą opowieść, znów zwracając się 

do mężczyzn. 

-  Ta  kobieta,  którą  wspomniałam,  ta  obdarzona  siłą  do  walki  z  beznadziejnością...  to 

była matka Marji. 

Marja  jęknęła  głośno.  Karl  wpatrywał  się  w  Nadjanę,  z  gardła  wydobywały  mu  się 

jakieś dziwne dźwięki, jak gdyby nie był w stanie przełknąć zaskoczenia. 

Asesor tylko kiwał głową, o wszystkim dowiedział się już wcześniej. 

Ze skórzanego worka stojącego przy krześle wyciągnął jakiś dokument. 

Marja wciąż przełykała ślinę. 

Nadjana uśmiechała się lekko, całą swą uwagę skupiła teraz na Marji. 

background image

- Zapewne masz do mnie tysiąc pytań, moja droga. Odpowiem na nie wszystkie, choć 

niewiele czasu już spędzę w tej wsi. Ale najpierw do rzeczy, panie asesorze? 

Staruszek  chrząknął,  poprawił  się  na  krześle,  przybrał  urzędową  minę.  Patrzył  na 

Karla i Marję. 

-  Przynoszę  tu  dokument  podpisany  przez  prawną  spadkobierczynię  Justitiana 

Revelina,  w  obecności  świadków,  oznaczony  moją  pieczęcią.  Na  mocy  tego  dokumentu 

przekazane zostają zagrody: Runesti, Gjermundsplass, Kleive, Engebakken, Vassfalljord... 

Nastąpiło  długie  wyliczanie  posiadłości,  ziemi,  zagród,  kawałków  lasu,  praw  do 

łowienia ryb, pastwisk, praw do stawiania płotów i szeregu cennych przedmiotów. A ponadto 

wszystkich  wierzytelności,  jakie  ludzie  winni  są  rodzinie  Revelinów.  Ziemi  pozostającej  w 

dzierżawie, należnych podatków i pożyczek, zaciągniętych przez biednych i bogatych we wsi. 

Lista była długa. 

Marja  i  Karl  siedzieli  jak  skamieniali,  byli  w  stanie  dostrzec  jedynie  kontury 

przyszłości, jaka zaczynała się przed nimi rysować. 

Kiedy asesor umilkł, wiedzieli już, że Nadjana zapisała wszystko bez wyjątku Amelii i 

Martinowi. 

Pierwszy zdolność mówienia odzyskał Karl. 

- A stary pastor? Revelin? Czy on niczego już nie ma? Asesor wolno pokręcił głową. 

Nie zdołał przy tym ukryć triumfu. 

- Ma jedynie prawo mieszkać w chacie dzwonnika do końca swoich dni, nic poza tym, 

ale będzie mógł żyć z tego, co otrzyma za swoje posługi. Na pewno dostanie trochę chleba i 

masła,  może  kilka  litrów  mleka,  jeśli  dobrze  będzie  mówił  i  ludzie  poczują  dla  niego 

wdzięczność... 

Marja pocierała skronie, starała się zrozumieć konsekwencje tego, co się stało. 

-  Odniosłaś  swoje  zwycięstwo,  Marjo.  Wiem,  że  być  może  nie  zdążysz  się  nim 

nacieszyć, lecz na pewno będzie to dla ciebie jakąś pociechą. 

Marja  wybuchnęła  nagle  płaczem.  Szlochała  przeciągle,  ileż  smutku  było  w  tej 

radości! Pozwolili jej najpierw dojść do siebie, dopiero później asesor podjął: 

- Liczę się z tym, że ta sprawa zostanie zaskarżona, i to tak wysoko, jak tylko się da. 

Być może trafi nawet do sądu najwyższego albo, kto wie, jeszcze wyżej. Mogą upłynąć lata, 

zanim  wszystko  się  wyjaśni,  do  tego  czasu  jednak  wy,  Marjo  i  Karlu,  zarządzać  będziecie 

dobrami  Revelina.  Na  pewno  ciężko  to  przeżyje.  Z  tego,  co  wiem,  nie  jesteś  jego 

przyjaciółką, Marjo. 

background image

Marja  podniosła  głowę,  łzy  na  policzkach  już  jej  obeschły.  Pod  stołem  dłoń  Karla 

mocno ściskała ją za rękę. 

-  Musimy  ci  podziękować,  Nadjano.  Nie  dlatego,  że  dwór  tak  wiele  dla  nas  znaczy, 

dzięki Antonowi przyszłość naszych dzieci jest zapewniona, ale to, co zrobiłaś, napełnia mnie 

nową  otuchą.  Wiem  bowiem,  jak  wielkie  znaczenie  mają  ziemskie  dobra,  gdy  walczy  się  o 

swoją  sprawę.  Wydaje  mi  się,  że  sąd  wyższej  instancji  z  większą  uwagą  wysłucha  osoby, 

która ma poparcie stu beczek srebra, niż ubogiej żony dzierżawcy. 

Nadjana uśmiechnęła się. Sto beczek srebra było pewną przesadą, ale... 

Marja wstała, objęła drugą kobietę. 

-  Dałaś  mi  też  coś  jeszcze.  Wspomnienie  o  mej  matce,  stała  mi  się  przez  to  jeszcze 

bliższa. Kiedy słyszałam, jak o niej mówisz... 

Nadjana pogładziła ją po policzku. 

- Opowiem ci wszystko, co wiem, ale ostrzegam, niepięknie myślałam o  tej, którą ty 

cenisz tak wysoko. My... trudno powiedzieć, abyśmy były przyjaciółkami. 

Marja kiwnęła głową na znak, że z tym się pogodziła. 

Sama przecież nienawidziła Nadjany, gdy ta tylko zjawiła się w wiosce, nie potrafiła 

dostrzec  dobroci  i  siły  tej  kobiety.  Nic  dziwnego,  że  na  przeklętym  szkierze,  zawieszonym 

gdzieś między życiem a śmiercią, można nie poznać się na bliźnich. 

- Najpierw musicie się tu podpisać. Proszę, mam pióro przygotowane. Karlu, o tu, w 

tym miejscu. 

Karl  niepewnie  ujął  pióro,  ale  zdołał  jakoś  naskrobać  podpis.  Marja  podpisała  się  z 

wprawą.  Eleganckie  literki  wiły  się  niczym  girlandy.  Pismo  Nadjany  było  drobne,  lecz 

wyraźne  i  proste,  miało  w  sobie  jakby  coś,  ulotnego.  Asesor  złożył  swój  podpis,  inicjały 

ozdobione zawijasami tuż pod brunatną pieczęcią. 

- A więc ta sprawa już jest załatwiona. Czy mam natychmiast ją ogłosić? Wątpię, aby 

tym  razem  Revelin  chciał  obwieścić  o  niej  z  ambony.  Ale  może  na  dziedzińcu  kościoła? 

Pójdziesz tam chyba, Marjo? 

- Być może... nie wiem. Niedzielny wieczór... będzie ostatnim, jaki spędzę tutaj. 

- Wrócisz - pocieszyła ją Nadjana. 

- Och, obyś miała rację. Tak bardzo chciałabym w to uwierzyć i po tym, co się stało... 

No cóż, to może potrwać całe lata, ale może... może... naprawdę wrócę. 

-  Jeśli  dowiedzą  się  o  twojej  matce...  ona  wszak  również  skazana  została  za  czary. 

Przypuszczam, że to bardzo osłabi twoją pozycję, Marjo. 

Trzeźwa ocena asesora nie odebrała Marji otuchy. 

background image

- Na razie mało kto o tym słyszał, a wszyscy tu obecni będą chyba milczeć, jeśli okaże 

się to konieczne. 

Przytaknęli. 

- Ale jest jeszcze Revelin... 

- Czy on wie? - spytał wstrząśnięty Karl. 

-  Och,  oczywiście  -  zachichotała  Nadjana.  -  Matka  Marji  stale  go  nawiedza  w 

koszmarach sennych. Sama słyszałam, jak woła do niej i wygraża niczym opętany. Niekiedy, 

zdaje mi się, nie wie całkiem, która to matka, a która córka. Ta twoja matka nie mogła być tak 

całkiem  niewinna  -  uśmiechnęła  się  Nadjana.  -  Revelin  w  każdym  razie  posmakował 

przekleństwa. 

Marję  niezwykle  ucieszyło  to,  co  usłyszała,  choć  radość  zaprawiona  była  goryczą. 

Podobne słowa padły kiedyś z ust Justitiana, lecz wtedy ich nie zrozumiała. 

Asesor,  przekazawszy  Marji  i  Karlowi  jeden  z  jednobrzmiących  dokumentów  na 

przechowanie, nasadził czapkę na głowę. 

- Przyjdź do kościoła, Marjo. Nawet jeśli będzie to ostatnia godzina, jaką tu spędzisz. 

Przypuszczam, że będzie warto. Zobaczysz twarz Revelina... 

-  Nie  mam  zamiaru  czekać  tak  długo  -  szepnęła  Marja.  Karl  nie  mógł  jej  winić  za 

odrobinę  podszytej  złośliwością  uciechy,  za  której  sprawą  jej  niebieskie  oczy  rozbłysły. 

Nadjana nie skrywała, że cieszy się wraz z nią, i tak samo radowała się na myśl o skonfron-

towaniu pastora z jego nową rzeczywistością. 

Szkoda,  że  Justitianowi  nie  dane  było  tego  przeżyć,  pomyślała  Nadjana,  lecz  może 

siedzi  gdzieś  za  zasłoną  chmur  i  zerka  na  nas  z  wysoka,  rozkładając  anielskie  skrzydła. 

Pewnie  uśmiecha  się  lekko,  choć  musi  ukrywać  brzydkie  myśli  przed  staruszkiem,  który 

rządzi  tam  na  górze.  Nadjana  uśmiechnęła  się  pod  nosem  z  żartu,  tak  nie  pasującego  do 

sytuacji. 

- Pójdę do niego, gdy tylko się rozwidni. Asesor wstał. 

- Nie powinnaś iść sama... Marja uśmiechnęła się. 

- Och, nie, oczywiście wezmę Karla ze sobą. A ty Nadjano? 

-  Za  nic  na  świecie  nie  podaruję  sobie  widoku  tej  świńskiej  gęby.  Będzie  dla  mnie 

najmilszą nagrodą. 

Asesor pożegnał się i wyszedł. 

Na dworze w zimowym zmroku nikt nie zauważył jego odjazdu ani przyjazdu. 

background image

Anton  zabrał  się  tymi  samymi  saniami,  uczynił  już  tego  wieczoru  to,  co  do  niego 

należało.  Przyłożył  swą  pieczęć  na  dokumencie,  który  w  jednej  chwili  odmienił  rozkład  sił, 

władzy i bogactwa całej wioski. 

Marja  i  Karl  Oppdalowie  stali  się  teraz  najzamożniejszymi  ludźmi  w  dystrykcie. 

Pewnego dnia, gdy dzieci ukończą dwadzieścia jeden lat, przejmą dobra, ale dla Marji i Karla 

dzisiejszy wieczór oznaczał koniec troski o chleb powszedni. 

Mając na dodatek Wdowią Zagrodę, mogli się równać nawet z dworami w Kaupanger 

albo jeszcze dalej. 

Ich posiadłości trudno było objąć. 

Zmiana,  jaka  zaszła,  miała  dotyczyć  większości  ludzi,  którzy  obracali  się  teraz  w 

łóżkach, nie wiedząc, że ich świat stanął na głowie. 

Nie krzyczał, nie wściekał się, wcale nie padł na kolana i nie błagał. 

Nie uronił ani jednej łzy, ani nawet nie wyrzekł jednego słowa w odpowiedzi. 

Marja  była  rozczarowana,  spodziewała  się,  że  pastora  na  jej  oczach  spalą  płomienie 

wściekłości i bezsiły. 

Nadjana  uśmiechała  się  ciepło,  gdy  pastor  wreszcie  przemówił  i  skierował  swe 

przekleństwa w jej stronę. 

- Jeszcze dzisiaj pójdziesz tam, gdzie twoje miejsce, szalona kobieto! Mój drogi syn, a 

twój mąż jeszcze nie ostygł, a ty już... zaczynasz niszczyć jego majątek, przekazujesz go tej, 

która  zdradzała,  czarowała,  nasłała  demony  na  naszą  i  tak  już  dotkniętą  nieszczęściem 

rodzinę. Nie wiesz, że przysłała kochankę diabła, swoją matkę, nie zdajesz sobie sprawy, że 

jest narzędziem szatana, ty zdradliwa, grzeszna... 

Nadjana stała z podniesioną głową. 

-  Wydaje  ci  się,  że  możesz  jeszcze  coś  zrobić,  ale  twój  czas  już  upłynął,  Revelin. 

Teraz czeka cię jedynie upokorzenie, jedyne, na co możesz liczyć, to życie w ubóstwie. 

-  Mam  przyjaciół,  Nadjano  -  rzekł  groźnie.  -  Nie  zapominaj  o  tym,  kiedy  będziesz 

ż

ałować za swoje czyny w domu dla szaleńców, gdy twarz Marji pochłoną płomienie stosu, a 

ty, Karlu Oppdal, zostaniesz bez niczego. 

Marja ujęła męża pod ramię. 

Nadjana stała blisko niego z drugiej strony. 

-  Załatwiliśmy  już  sprawę,  z  jaką  przyszliśmy,  panie  Revelin.  Wiesz  już,  jak 

przedstawia  się  sytuacja.  Moja  matka  zapewne  uczestniczy  w  dzisiejszej  radości.  Nawet 

ś

mierć nie jest za wysoką ceną, by ujrzeć cię strąconym z wężowego tronu. 

background image

Marja wiedziała, że to nieprawda, lecz te słowa wydawały jej się takie piękne, krył się 

też w nich odpowiedni triumf. 

Odeszli. 

Revelin nie mógł ich powstrzymać. 

W drzwiach Nadjana jeszcze się odwróciła. 

-  Lepiej  będzie,  jak  zaraz  zapłacisz  komorne  za  tę  chatę.  Dawno  już  powinnam  je 

dostać. Należność możesz przekazać Karlowi, na pewno przyjmie masło albo zboże, gdybyś 

miał kłopoty ze zdobyciem pieniędzy. 

Revelin stał tylko z otwartymi ustami. Wysunął  język, wybałuszył oczy,  jakby miały 

wyjść mu z orbit. 

Ostatnie,  co  widzieli,  to  zakrwawiona  ręka.  Ogarnięty  gniewem  walnął  pięścią  w 

twardą ścianę, zapominając o żelaznym bolcu, którym przybite były do belek zawiasy. 

Sobotnia noc. Nieliczni ludzie jeszcze krążyli po wsi, choć o tej porze roku czyhały na 

nich skrzaty i potwory. Cienki sierp księżyca nie oświetlał drogi, lecz dawał dość światła, by 

cienie  stawały  się  wyraźniejsze.  W  chacie  w  Oppdal  płonęło  dwanaście  woskowych  świec. 

Nie  mieli  już  powodu,  by  oszczędzać.  Dzieci  dostały  tyle  jedzenia  i  smakołyków,  że  więcej 

już  przełknąć  nie  mogły.  Karl  i  Marja  natomiast  jedli  niewiele,  choć  siedzieli  przy  suto 

zastawionym stole. Marja odsunęła talerz. 

Karłowi  oczy  błyszczały  jak  w  gorączce,  ogarnął  go  jakiś  nowy  niepokój,  jak  gdyby 

bogactwo sprzeczne było z jego naturą. Marji, która mu się przyglądała, również trudno było 

wyobrazić sobie Karla Oppdala wystrojonego w jedwabie, brokaty i delikatną wełnę. Szczera 

twarz  o  prostych  rysach,  nastroszone  jasnobrązowe  włosy,  broda,  której  nie  pielęgnował 

drogim woskiem ani pachnącymi maściami. Był chudy, żylasty i kościsty, jak większość tych, 

którzy niewolniczo pracują na ziemi. Z twarzy dało się wyczytać ślady ciężkiego życia. 

Popieściła twarde odciski we wnętrzu jego dłoni. 

Palce  znalazły  delikatną  skórę  po  wewnętrznej  stronie  nadgarstka,  gdzie  ukazywały 

się żyły i grały mięśnie, gdy mocniej coś chwycił. 

- Chodźmy do łóżka - powiedziała cicho. 

W  jej  uścisku  nie  było  już  teraz  samej  tylko  desperacji,  strach  nie  był  już  dziki  i 

przerażający  niczym  drapieżnik,  raczej  smutny,  spokojny  jak  strumień  jesienią,  zanim  skuje 

go lód. 

Wpłynął na nią niczym resztki fal z burzliwego niegdyś morza. Marja delikatnie ujęła 

jego twarz w dłonie, popatrzyła mu w oczy w blasku świec, których żadne z nich nie chciało 

jeszcze  gasić.  To  w  jego  oczach  tego  wieczoru  znajdowała  radość,  nie  w  ciele  ani  we 

background image

wprawnych pieszczotach. Poruszali się wolno, tak wolno, jakby mieli przed sobą całe życie, 

by  móc  dokończyć.  Pragnęli  w  to  wierzyć.  Wszystko  działo  się  jak  we  śnie.  Dlaczego  nie 

urzeczywistnić go bodaj przez kilka krótkich godzin? 

Zakradł się na plebanię, pewnym krokiem szedł przez pogrążone w ciemności pokoje. 

Niewielki  wysiłek  wystarczył  do  otwarcia  klapy  w  podłodze  prowadzącej  do  piwnicy  pod 

kuchnią. Potem mógł już szukać miejsca, gdzie składowano beczułki z piwem i wódką. 

Revelin  chwycił  dwie  beczułki,  obie  pełne  najmocniejszej  gorzałki.  Były  ciężkie, 

musiał przejść przez prawdziwą próbę siły, podnosząc je nad głową i stawiając na podłodze w 

kuchni.  Potem  na  drżących  nogach  wyszedł  z  piwnicy.  Ręka  zraniona  o  żelazny  bolec  iry-

towała go tępym pulsowaniem. 

Na palenisku żarzyły się jeszcze dwa czy trzy nadpalone polana. Ktoś położył je tam 

na długo po tym, jak przygotowano ostatni posiłek. 

Wiedział, że zrobiła to nowa gospodyni Nadjany przed powrotem do domu do swoich 

siedmiorga  dzieci.  Baronówna  najwyraźniej  nie  boi  się  nawet  spać  pod  jednym  dachem  ze 

zwłokami, skrzywił się pastor. 

Zdjął z półki nad piecem naczynie z kutego żelaza, to, które miało drewnianą rączkę i 

pokrywkę z niewielkimi otworami. Zrobiono je specjalnie do przenoszenia ognia na większe 

odległości, zanim w powszechne użycie weszło krzesiwo. 

Włożył do naczynia kilka rozżarzonych węgli, sparzył się przy tym w palec, lecz nie 

poczuł bólu. 

Po cichu, jak kot, wszedł do izby. 

Wyciągnął zatyczkę z pierwszej baryłki. 

Podniósł  ją  od  ust,  poczuł  odór  nieprzyjemnej,  nie  destylowanej  wódki.  W  kącikach 

ust go zapiekło, paliło jak ogniem, już sam zapach mógł wprawić w oszołomienie. 

Revelin zmusił się do przełknięcia płynu, wódka pociekła z ciężkiej baryłki, spłynęła 

mu po brodzie, piersi i brzuchu. Wkrótce cały pokój cuchnął drogim napitkiem. 

Pastor zgiął się wpół, żołądek zaprotestował przeciwko takiemu traktowaniu. Odrzucił 

część wódki wymieszanej z kwaśnym sokiem żołądkowym. 

Nie miało to żadnego znaczenia. Justitian i tak nie mógł tego zobaczyć. 

Revelin  zbliżył  się  do  trumny,  kroczył  niepewnie,  chwiejnie.  Miał  ochotę  unieść 

wieko,  ale  bał  się,  że  narobi  za  dużo  hałasu.  Nadjana  śpi  wszak  na  górze,  a  nie  może 

zorientować się, że ma nieproszonego gościa. 

Nadjana umrze tej nocy. 

background image

Marja  i  Karl  nie  spali,  żadne  z  nich  nie  potrafiło  znaleźć  dość  spokoju.  W  dodatku 

godziny były takie krótkie, czas uciekał im niczym spłoszone zwierzę, nie potrafili go złapać 

ani zatrzymać. 

Dzieci oddychały spokojnie, spały teraz razem w łóżku, Martin także. 

Nie mieli już co sobie powiedzieć. 

Powiedziane  zostało  już  wszystko.  Od  najbanalniejszych  praktycznych  ustaleń  po 

nagie, szarpiące serce prawdy. 

Karl gładził ją po plecach, ręka pod koszulą była ciepła, pełna życia. 

Marja już myślała, że zasypia, gdy nagle w uszy wdarł się im przez drewniane ściany 

przenikliwy, dobiegający z daleka krzyk. 

Pozwolił,  by  wódka  wypływała  z  beczułki,  strumyk  utworzył  niewielką  rzekę  wśród 

dywanów  i  grubych  desek.  Wkrótce  piękna,  służąca  do  odpoczynku  sofa  stała  nogami  w 

przezroczystej cieczy niczym w wodzie. 

Polał  wódką  sofę,  stół  i  ściany.  Sporo  chlusnął  na  trumnę  Justitiana,  śmiał  się  cicho, 

gdy wódka przez szpary w trumnie wciekła do środka. Gorąco ci będzie jak w piekle, synu. 

Wylał  ścieżkę  prowadzącą  do  drzwi  i  dalej  na  ganek,  najniższe  stopnie  schodów 

zdążyły nasiąknąć, zanim skończyła się gorzałka. 

Odrzucił  pustą  beczkę,  nasłuchiwał.  Ze  stryszku  nie  dobiegał  żaden  dźwięk.  Widać 

Nadjana posmakowała swego tajemnego lekarstwa i ciężko spała po tym triumfalnym dniu. 

Ha! 

Już niedługo będzie się cieszyć zwycięstwem. 

Oto nadeszła wielka noc, noc zemsty. 

Dzisiaj będą się smażyć we własnym tłuszczu. 

Najpierw Nadjana. 

Potem Marja Oppdal, Karl, dzieci i ten paskudny odmieniec. 

Revelin  miał  nadzieję,  że  wśród  zamieszania  zdąży  także  do  Wdowiej  Zagrody. 

Zrówna z ziemią co tylko mu się uda. 

Przejdzie  niczym  anioł  zemsty  i  spali  wszystko,  co  nieczyste  i  grzeszne.  Jeśli  będzie 

miał szczęście, jutro z dziedzictwa Marji niewiele zostanie. A i tak jej ród przestanie istnieć. 

Tak jak przestał istnieć jego ród. 

Tak będzie sprawiedliwie. 

Revelin  w  swoim  mniemaniu  wciąż  myślał  jasno  i  uznał, że  nie  powinien  już  więcej 

pić. 

background image

Złapał  naczynie  z  żarzącymi  się  węglami,  zapalił  łuczywo.  Może  rozpocząć  swój 

pochód.  Przed  opuszczeniem  domu  otworzył  jedno  z  okien  w  saloniku,  łatwo  mu  w  ten 

sposób będzie wrzucić do środka węgielek. 

Wychodził  właśnie  z  domu,  gdy  nagle  przypomniał  sobie  szkatułkę  z  klejnotami 

Cecilii, stała wciąż schowana za tajemną ścianką w szafeczce w salonie. Postanowił ją zabrać, 

zawsze  dawała  mu  poczucie  bezpieczeństwa,  kamienie  bowiem  zapewne  warte  były  swoich 

dwustu talarów. 

Wrócił po cichu, dłoń trzymająca pochodnię nie zadrżała. 

Ale nie zauważył stołka, który ktoś odstawił tuż przy drzwiach do salonu. Poprzednio 

zdołał go ominąć. 

Runął głową w przód. 

Przy  upadku  potrącił  trumnę,  spadła  na  podłogę  z  hukiem,  który  mógłby  zbudzić 

umarłego. Justitian nie poczuł nic, jego ciało bowiem było już sztywne i zimne, kiedy osunęło 

się na plecy przerażonego pastora. 

Pochodnia wypadła Revelinowi z ręki. 

Płomień  poszybował  w  powietrzu,  rozgorzał,  jeszcze  zanim  dotknął  nasączonej 

cuchnącą wódką podłogi. 

Revelin przerażony zobaczył, że podłoga wokół smolnej drzazgi zaczyna się palić. 

Szarpał się, walczył z ciężarem martwego ciała. W gorączkowym strachu usiłował się 

odsunąć,  lecz  zwłoki  zdawały  się  nagle  ożyć  mocą  własnej  woli.  Opustoszałe  schronienie 

duszy  Justitiana  było  nienaturalnie  ciężkie.  Zanim  Revelin  zdołał  je  odsunąć,  płomienie 

ogarnęły już jego sutannę. 

Ostry  ból  płonących  stóp  sprawił,  że  odrzucił  głowę  i  zaniósł  się  krzykiem, 

przeraźliwym nieludzkim wołaniem o pomoc. 

Ogień  znajdował  coraz  to  nową  pożywkę,  wżerał  się  coraz  większym  kręgiem  w 

kolejne sprzęty, Revelin  począł go tłumić dłońmi, czuł, że płoną mu włosy, oczy oślepły od 

gorąca i dymu. 

Salon przestał istnieć, istniało już tylko piekło rozgorzałego bólu. Przez moment ujrzał 

własne dłonie, zobaczył, że ciało odpada od kości. 

Ostatnią  rzeczą,  jakiej  Revelin  doświadczył  na  tym  świecie,  był  zapach  spalonego 

mięsa i przeraźliwy krzyk duszących się od dymu płuc. Przez głowę przemknęła mu ostatnia 

myśl: 

Przecież to za tym zapachem tęsknił tak długo. 

Lecz to nie płonęło żywcem ciało kobiety, lecz jego własne. 

background image

- Pożar, pali się! Chodźcie, ratunku, plebania płonie! 

Głosy  dobiegające  z  zewnątrz  były  głośne,  lecz  Marja  pojęła  słowa  dopiero,  gdy 

rozbrzmiały  całkiem  blisko.  Dorośli  zerwali  się  z  łóżek,  Karl  był  już  w  drzwiach,  zanim 

jeszcze naciągnął spodnie. Marja nawet z łóżka widziała żółtą łunę na śniegu, przypominającą 

blask ich własnych świec. 

- Na miłość boską, to plebania, Marjo. Musimy tam iść, ludzie biegną, niosą wiadra, 

prędko! 

- Nadjana! - zawołała Marja zrozpaczona. Dzieci się obudziły, Karl nakazał im spokój 

i prosił, żeby nie szły do pożaru. 

-  Pilnujcie  Benjamina,  my  niedługo  wrócimy!  Dorośli  wypadli  z  domu,  w  biegu 

narzucali okrycia. 

Nie  było  bardzo  zimno,  lecz  osobie,  która  właśnie  zerwała  się  z  ciepłego  łóżka, 

chłodne powietrze boleśnie wdzierało się w płuca. 

Ujrzeli,  jak  jęzory  ognia  liżą  czubki  drzew,  otaczających  probostwo.  Podchodząc 

bliżej, zorientowali się, że cały budynek już stoi w płomieniach. Ktoś biegał tam i z powrotem 

z wiadrami, inni ciągnęli za sznury przy studni. Żar bijący od pożaru był jednak tak silny, że 

zbliżyć się dało nie bardziej niż na jakieś dwadzieścia, trzydzieści kroków. 

Marja  zasłoniła  twarz  dłońmi,  pognała  do  przodu.  Huk  ognia  ją  zaskoczył,  nigdy 

wcześniej  nie  myślała  o  dźwiękach,  jakie  towarzyszą  pożarowi.  Bezustannie  coś  trzaskało  i 

pękało, skrzypiało i wybuchało. Szyby w oknach, drogocenne szyby, dawno już ich nie było. 

Ogień  lizał  teraz  ramy  okienne,  pochłaniał  kolejne  części  dachu,  cały  dom  trząsł  się  jak 

rozpalone ciało w ekstazie. 

- Zabierzcie ją stąd, dach może spaść w każdej chwili! 

- Nadjana! 

Krzyk Marji wprawił ludzi w odrętwienie. 

Dla baronówny nie było już ratunku. 

Dopiero  gdy  płomienie  nie  znalazły  więcej  pożywienia  i  ogień  zadowalał  się 

delikatnym  lizaniem  zwęglonych  szczątków  drewna,  ujrzeli  kobiecą  postać  leżącą  w 

odległości piętnastu, może dwudziestu kroków od kamiennej podmurówki. Leżała za wielkim 

kamieniem,  równie  szara  jak  on,  ogień  stopił  cały  śnieg  wokół  pogorzeliska,  nie  było  więc 

widać żadnych jej śladów. 

Marja  pognała  w  stronę  ludzi  stojących  w  kręgu.  Jej  twarz  miała  nienaturalną 

czerwoną barwę z białymi martwymi plamami. Ale z twarzy Nadjany nie zostało prawie nic. 

background image

Ludzie zaczęli się cofać, zasłaniali usta przerażeni, broniąc się przed mdłościami, jakie 

ogarnęły ich na ten widok. Białe włosy na głowie kobiety zwęgliły się, kilka pasm zaledwie 

przywodziło wspomnienie o srebrnej czuprynie, którą tak często podziwiano. Białe delikatne 

ręce  baronówny  spoczywały  zakrwawione  na  kamieniu,  jedna  wykręcona  pod  dziwnym 

kątem.  Na  pewno  złamała  ją,  gdy  wyskoczyła  z  okna  na  poddaszu,  uciekając  przed 

płomieniami. 

Marja rzuciła się na ziemię, na wpół uniosła lekkie ciało przyjaciółki. 

-  Ona  żyje.  Na  miłość  boską,  ona  żyje!  Prędko,  trzeba  zanieść  ją  pod  dach,  zanim 

zabije  ją  zimno!  Karl,  potrzebna  mi  moja  skrzynka,  biegnij  po  nią  co  sił  w  nogach.  Do 

wszystkich diabłów, co oni zrobili z moimi rzeczami, które mi zabrali? Muszę je mieć, moje 

maści! 

Wieśniacy przyglądali jej się oniemiali. 

Marja Oppdal nie miała żadnych szans. 

Na  takie  obrażenia  nikt nie  mógł  poradzić.  Niemożliwe,  aby  jakikolwiek  człowiek  je 

przeżył. 

Nawet osoba pochodząca z rodu barona. 

Niektórzy  dziwili  się,  że  krew  płynąca  z  rąk  Nadjany  jest  równie  czerwona  jak  ich 

własna. 

Niedzielny  poranek,  jakiż  piękny!  Różowe  niebo  na  wschodzie,  gdzie  słońce 

przedziera  się,  by  ustroić  swym  blaskiem  wierzchołki  gór  i  nadać  fiordowi  zielonobłękitny 

połysk. 

Wszędzie biało - bielą, która oślepiała zaspane oczy swym najczystszym pięknem. 

Tylko w środku wsi czarny krater. 

Ku niebu wznosi się szary, ciemny dym, na turkusoworóżowym tle wygląda to niemal 

pięknie. 

Kościelne dzwony biją już niemal od godziny. 

Głęboki  ton  nie  wzywał  na  zwyczajne  nabożeństwo,  zwoływał  parafian  tonem 

oznajmiającym katastrofę. 

Ale kościół ocalał. 

Ś

ciany zdawały się jeszcze bielsze na tle czarnego pogorzeliska. Teraz spod kościoła 

można było •spoglądać na fiord. Żaden dom nie przesłaniał widoku. 

Pastor  z  Gaupne  przybył  dopiero  około  południa.  Do  tego  czasu  asesor  przejął 

dowodzenie i odczytał błogosławieństwo za duszę Revelina i jego syna. 

background image

Odnaleziono tylko ich szczątki. Pierwszy miał lżejszą śmierć niż ten drugi, mamrotano 

pod  nosem.  Popioły  ojca  i  syna  zmieciono  razem.  W  trumnach,  naprędce  skleconych  przez 

stolarza,  znalazło  się  zapewne  tyle  samo  resztek  ich  ciał  co  zwęglonych  szczątków  domu. 

Obie trumny stały teraz obok siebie w chacie dzwonnika. 

Od  pogorzeliska  wciąż  jeszcze  biło  ciepło,  mężczyźni,  którzy  wyszukiwali  w  nim 

szczątków ludzkich, nadpalili sobie drewniaki i rękawice. 

Pod wieczór wszyscy już wiedzieli, że Nadjana oddała probostwo i włości. 

Gdy  zapadł  zmierzch,  asesor  zebrał  swoich  ośmiu  sędziów  w  Dosen.  Nie  minęła 

godzina,  a  już  było  wiadomo,  że  los  Marji  się  odmieni.  Wszyscy  przysięgli,  łącznie  z 

asesorem,  uwolnili  się  od  spoczywającego  na  nich  ciężaru.  Nad  ich  głowami  nie  wisiał  już 

ż

aden miecz. Mogli sądzić według własnego sumienia. 

Marja  dowiedziała  się  o  tym  dopiero  następnego  ranka  po  ponad  ośmiu  godzinach, 

jakie upłynęły od wyznaczonego jej terminu, kiedy to miała zostać skuta i zaprowadzona na 

łódź  czekającą  przy  Hansowej  Przystani.  Przez  ten  czas  myślała  jedynie  o  słabym  oddechu 

Nadjany.  Nie  zdołała  nawet  przyłączyć  się  do  Karla,  który,  usłyszawszy  nowinę,  począł 

tańczyć z radości. 

Dzieci nie przestawały szeroko otwierać oczu, usta im drżały, jak gdyby nie potrafiły 

zrozumieć,  że  pora  strachu  już  minęła,  że  mama  wreszcie  z  nimi  zostanie,  a  w  dodatku  są 

bogaci. 

Marja łajała ich, oczy płonęły gniewem i bezdenną rozpaczą. 

- Nie wiecie, że Nadjana umiera? Nie rozumiecie... 

Nie zdołała powiedzieć nic więcej. Słowa przeszły w szloch. 

Maści,  marne  opatrunki,  nalewka,  którą  wlała  w  usta  Nadjany,  by  utrzymać  ją  w 

błogosławionej bezbolesnej nieprzytomności. 

To tak mało. 

Wydawało się równie śmieszne jak dmuchanie na ranę zadaną prosto w serce. 

Piękna twarz Nadjany była niczym czarna maska, pokryta nabrzmiałymi pęcherzami, a 

gdy Marja delikatnie obmyła ją z sadzy i brudu, spostrzegła, że spod skóry ukazuje się żywe 

ciało. 

Przepiękne oczy zniknęły wśród opuchlizny. 

Marja obawiała się, że Nadjana, nawet gdyby cudem przeżyła, nigdy nie zdoła ujrzeć 

ś

wiatła. 

Jakież to okrutne. 

Może powinna pozwolić jej umrzeć. 

background image

Jak taka kobieta jak Nadjana będzie żyć z tak zniszczonymi rękami i twarzą? 

W ludziach będzie budzić odrazę. 

Czy zdoła to znieść, ona, najpiękniejszy kwiat w ogrodzie? 

Marja  poczuła  paraliżujące  zmęczenie.  Nie  spała  już  prawie  od  trzech  nocy,  lecz 

zmęczenie płynęło z innego źródła. 

Nie mogła podjąć decyzji o losie Nadjany. Musiała dalej walczyć, dać jej szansę. 

Upłynęły  trzy  dni,  zanim  Nadjana  się  poruszyła,  i  blisko  dwa  tygodnie,  zanim  Marja 

nawiązała  z  nią  kontakt.  Skóra  na  twarzy  i  rękach  powoli  zaczynała  odrastać,  ale  Marja 

pochowała wszystkie lusterka we Wdowiej Zagrodzie. Nie dawała Nadjanie nawet srebrnego 

ś

wiecznika, w którym mogłaby się przejrzeć. 

Wiosna nadeszła wcześnie, zjawiła się nagle przyniesiona ciepłym powiewem. Marja i 

Nadjana,  nie  zważając  na  uderzenia  wiatru  i  przytrzymując  spódnice,  wysiadły  z  pięknie 

dekorowanego  powozu.  Nie  włożyły  swych  najlepszych  sukni,  pod  starymi  zimowymi  pal-

tami  miały  niebieskie  fartuchy.  Na  rękach  obie  nosiły  rękawiczki.  Twarz  Nadjany  skrywała 

bladoróżowa  maska  z  delikatnego  gładkiego  materiału.  Znad  jej  brzegów  wyglądały  jedynie 

oczy.  Wspierała  się  na  Marji,  kiedy  pokonywały  niewielki  odcinek  do  kamiennych 

fundamentów, na których wznosiła się niegdyś wspaniała plebania. 

Nadjana przysiadła na kamieniu tworzącym węgieł. 

Schody się zachowały, trzy kamienne płyty prowadziły w nicość. 

Marja  weszła  na  nie  krok  po  kroku.  Wiatr  pochwycił  w  objęcia  czarne  włosy, 

wyciągnął  je  spod  chustki.  Marja  nie  przejmowała  się  tym,  nie  wsunęła  ich  z  powrotem. 

Gestem  dała  znać  pięciu  ludziom  stojącym  w  gotowości  z  łopatami  i  szpadlami,  bosakami  i 

łomami.  Byli  to  ci  sami,  którzy  jeszcze  przed  Bożym  Narodzeniem  uprzątnęli  do  końca 

pogorzelisko. Jednym z nich był stryjeczny brat Karla, ten, który świadczył przeciwko Marji 

na tingu. 

- Zacznijcie od narożnych kamieni - nakazała Marja. 

Mężczyźni  skrzywili  się,  nie  podobało  im  się,  że  kobieta  wydaje  im  polecenia.  Ale 

płaciła  dobrze  i  przecież  zapewniła  pracę  na  długo,  bo  plebania  miała  zostać  odbudowana. 

Marja i Karl Oppdalowie postanowili, że za to zapłacą, pod warunkiem, że z dawnego probo-

stwa nie zostanie nawet jeden kamień. 

Marji podobała się ta myśl. Wszystko zniknie, wszystko, co stare. Nowy dom zostanie 

wzniesiony  na  chwałę  przyszłości  i  nie  zeszpeci  go  nawet  jeden  kamień  pochodzący  z 

dawnych, strasznych czasów. 

background image

Konie odciągały kolejne głazy, resztki dawnego  probostwa osypywały się w  głąb, na 

wpół przepalone belki pękały, wzniecając tumany kurzu. 

-  Piwnica  zapewne  nie  jest  tak  bardzo  zniszczona.  Może  odnajdziemy  gorzałkę 

pastora. Będzie stanowić wtedy część naszej zapłaty, Marjo Oppdal. 

Marja nic na to nie powiedziała, zamrugała tylko. 

Nadjana ścisnęła ją za rękę. 

Z miejsca, w którym stały, widziały ciemną jamę pod ruinami, przypominała ohydną 

paszczę pełną czarnych zębów. 

To  tam  siedział  mój  biedny  Justitian,  pomyślała  Nadjana.  Tam  Revelin  zamykał  to 

biedne zrozpaczone dziecko. Ach, jakże nienawidzę jego ojca! Oby smażył się w piekle. 

I  wtedy  coś  sobie  przypomniała.  •  -  Wstrzymajcie  się,  czekajcie!  Nie  niszczcie  nic 

więcej! 

Marja popatrzyła na nią zdumiona. 

- Co się stało, Nadjano? 

-  Tam  na  dole  coś  jest!  Coś  ważnego.  Może  nie  spłonęło,  może  znajdziemy  kufry  i 

skrzynie. 

- O czym ty mówisz? 

Marja  nie  posiadała  się  ze  zdumienia,  lecz  jeśli  w  mieszkaniu  Revelina  miały  być 

ukryte jakieś skarby, to bardzo prawdopodobne, że schowano je właśnie w głębokiej piwnicy. 

Nadjana złapała ją za obie ręce. Dłoniom okrytym rękawiczkami brakowało siły, lecz 

Marja i tak wyczuła ożywienie przyjaciółki. 

-  Być  może  znajdziesz  tam  coś  ważnego,  Marjo.  Justitian  mi  mówił.  Widział  to  raz, 

kiedy  jeszcze  był  dzieckiem.  Jakieś  papiery,  Marjo,  książki.  Klejnoty  i  ubrania.  Wielkie 

kufry, których nie zdążył przejrzeć. Spadek po twojej matce, Marjo! 

Marja wpatrywała się w Nadjanę, nie rozumiejąc, co ta do niej mówi. 

Wreszcie spytała bez tchu: 

- Czy to prawda? Nadjana z wysiłkiem pokiwała głową. 

- Tak, jeśli nie strawił tego ogień. 

Marja  czuła  narastający  w  niej  płacz.  W  ostatnich  tygodniach  wspomnienie  matki 

odżyło  z  nową  siłą.  Przede  wszystkim  za  sprawą  opowieści  Nadjany  z  życia  na  wyspie,  ale 

przyczyniło się do tego coś jeszcze, jak gdyby spokój i przytulność, w jakiej teraz żyła, pły-

nęły  z  zewnątrz,  od  jakiejś  nieznanej  mocy.  Miała  wręcz  ochotę  uwierzyć  w  naiwny  obraz 

zmarłych matek, które przez otworki w niebie ślą miłość swym dzieciom na ziemi. 

Mężczyźni zeszli do tego, co kiedyś było piwnicą. 

background image

Zabrali ze sobą pochodnię, na dole bowiem było ciemno i na pewno straszno, nawet w 

jasny słoneczny dzień. 

Wyszli uwalani sadzą, z szerokimi uśmiechami na twarzach. 

-  Miałaś  rację,  baronówno,  są  tam  trzy  wielkie  kufry  i  jedna  mniejsza  skrzynka. 

Naokoło rozsypane jakieś papiery, ale zbrązowiały od gorąca, raczej nie da się ich odczytać. 

Czy to coś ważnego? 

Po policzku Marji potoczyły się łzy. 

- Tak - szepnęła. - To niezwykle ważne...