background image
background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

e-booksweb.pl - audiobooki, e-booki

.

background image

Charlaine Harris

Martwy jak zimny trup

Przełożyła Ewa Wojtczak

Wydawnictwo MAG

Warszawa 2012

background image

Tytuł oryginału: 
Dead as a Doornail
 
Copyright © 2005 by Charlaine Harris
Copyright for the Polish translation © 2010 by Wydawnictwo MAG
 
Redakcja: 
Joanna Figlewska
 
Korekta: 
Urszula Okrzeja
 
Ilustracja na okładce: 
Wojciech Zwoliński i Joanna Jankowska
 
Opracowanie graficzne okładki:
Piotr Chyliński
 
Projekt typograficzny, skład i łamanie:
Tomek Laisar Fruń
 
ISBN 978-83-7480-327-4
 
Wydanie II
 
Wydawca:
Wydawnictwo MAG
ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa
tel./fax 22 813 47 43
e-mail: 

kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

background image

 
Konwersja: 

NetPress Digital Sp. z o.o.

background image

Powieść tę dedykuję wspaniałej kobiecie,
z którą, niestety, nie spotykam się
wystarczająco często –
 
Janet Hutchings
 
(wówczas redaktorka w „Walker”,
obecnie w „Ellery Queen Mystery Magazine”).
Była dostatecznie odważna, by mnie przyjąć,
chociaż  wcześniej  wzięłam  wieloletni  urlop  od

pisarstwa.

Niech ją Bóg błogosławi.

background image

Nie  podziękowałam  wcześniej  Patrickowi  Schulzowi,  za  to,  że

pożyczył  mi  strzelbę  Benelli  do  ostatniej  powieści  –  wybacz,
Patricku.  Mojej  przyjaciółce,  Toni  L.P.  Kelner,  która  wskazała  mi
pewne  zgrzyty  w  pierwszej  części  powieści,  należy  się  wielki
szacunek.  Inna  przyjaciółka,  Paula  Woldan,  udzieliła  mi  moralnego
wsparcia  oraz  pewnych  informacji  na  temat  piratów,  chętnie  też
znosiła moje towarzystwo w święto Talk Like a Pirat Day. Jej córka
Jennifer  ocaliła  mi  życie,  ponieważ  pomogła  przygotować  rękopis.
Wierny  czytelnik  Shay  miał  świetny  pomysł  na  kalendarz.  W
podziękowaniach  dla  rodziny  Woldanów  muszę  też  wymienić
doświadczonego  strażaka  Jaya,  który  bez  wahania  podzielił  się  ze
mną wiedzą w tej dziedzinie.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wiedziałam, że mój brat zmieni się w pumę, na długo zanim to się

stało.  Kiedy  jechaliśmy  do  odizolowanej  od  świata  społeczności
Hotshot, Jason w milczeniu obserwował zachód słońca. Miał na sobie
stare ciuchy, a w ręku trzymał reklamówkę z Wal-Martu, wypełnioną
rzeczami,  których  mógłby  potrzebować,  takimi  jak  szczoteczka  do
zębów  czy  czysta  bielizna.  Garbił  się  w  wielkiej  kurtce  panterce  i
patrzył  prosto  przed  siebie.  Rysy  twarzy  miał  napięte,  ponieważ
usilnie  starał  się  zapanować  zarówno  nad  strachem,  jak  i
podnieceniem.

–  Włożyłeś  do  kieszeni  komórkę?  –  spytałam  i  natychmiast

przypomniałam sobie, że już przedtem zadałam mu to samo pytanie.

Jason jednak nie wytknął mi tego, lecz tylko skinął głową.
Pora  była  popołudniowa,  lecz  pod  koniec  stycznia  zmierzch

zapada wcześnie.

Dziś wieczorem księżyc po raz pierwszy w nowym roku wejdzie w

fazę pełni.

Kiedy  zatrzymałam  samochód,  brat  odwrócił  się  do  mnie  i  mimo

przyćmionego  światła  dostrzegłam  w  jego  oczach  zmianę.  Nie  były
już błękitne, tak jak moje, ale żółtawe. Zmieniły również kształt.

– Moja twarz jest jakaś dziwna – powiedział.
Co oznaczało, że wciąż nie kojarzył faktów.
W  zapadającym  mroku  maleńka  osada  Hotshot  wydawała  się

cicha i wymarła. Zimny wiatr szalał na pustych polach, a sosny i dęby
drżały  w  jego  lodowatych  porywach.  Zauważyłam  tylko  jednego
człowieka. Stał przed małym domem, tym świeżo otynkowanym. Oczy
miał  zamknięte,  brodatą  twarz  uniesioną  ku  ciemniejącemu  niebu.
Calvin  Norris  poczekał,  aż  Jason  wysiądzie  z  mojego  starego  auta;
dopiero  wtedy  podszedł  i  pochylił  się  przy  moim  oknie.  Otworzyłam
je.

background image

Złotozielone  oczy  Calvina  były  tak  zdumiewające,  jakimi  je

zapamiętałam,  poza  tym  mężczyzna  kompletnie  niczym  się  nie
wyróżniał. Krępy, siwawy, mocnej budowy – wyglądał jak setki innych
facetów, których widywałam w barze „U Merlotte'a”. Tylko te oczy!

– Dobrze się nim zaopiekuję – zapewnił mnie Norris.
Jason  stał  za  nim,  odwrócony  do  mnie  plecami.  Powietrze  wokół

niego wyglądało specyficznie – jakby wibrowało.

W  całej  tej  sprawie  Calvin  Norris  niczym  nie  zawinił.  Nie  on

ugryzł mojego brata i zmienił go na zawsze.

Calvin był pumołakiem i taki się urodził. To była jego natura.
Zmusiłam się do powiedzenia:
– Dziękuję ci.
– Odwiozę go do domu rano.
–  Przywieź  go  do  mnie,  bardzo  cię  proszę.  Jego  pikap  stoi  pod

moim domem.

– Świetnie zatem. Dobrej nocy.
Znów  zadarł  głowę,  a  ja  poczułam,  że  cała  tutejsza  społeczność

czeka za drzwiami i oknami, aż odjadę.

Więc odjechałam.
Jason zastukał w moje drzwi o siódmej następnego ranka. Ciągle

trzymał reklamówkę z Wal-Martu, ale widziałam, że nic z niej mu się
nie przydało. Twarz miał posiniaczoną, ręce podrapane. Nie odezwał
się.  Na  moje  pytanie,  jak  się  miewa,  popatrzył  tylko  bez  słowa,  po
czym minął mnie, przeszedł przez salon i ruszył korytarzem. Wszedł
do  łazienki  i  zamknął  za  sobą  drzwi  stanowczo  i  głośno.  Sekundę
później  usłyszałam  odgłos  płynącej  wody  i  westchnęłam  ciężko.
Chociaż  z  Hotshot  pojechałam  do  pracy  i  do  domu  wróciłam
zmęczona około drugiej nad ranem, nie spałam zbyt dużo.

Zanim  Jason  opuścił  łazienkę,  usmażyłam  mu  jajka  na  bekonie.

Zadowolony  usiadł  przy  starym  stole  w  kuchni  –  wyglądał  jak
zwyczajny  człowiek  podczas  znanych  sobie  i  lubianych  czynności.
Jednakże, gdy spojrzał na talerz, od razu zerwał się na równe nogi,
pobiegł  z  powrotem  do  łazienki  i  zatrzasnął  za  sobą  drzwi.
Słyszałam, że długo wymiotował.

Bezradna wyszłam na dwór, wiedząc, że brat woli zostać w domu

background image

sam,  po  chwili  jednak  wróciłam  do  kuchni  i  wyrzuciłam  jedzenie  do
kosza. Wstydziłam się takiego marnotrawstwa, ale nie potrafiłabym
się zmusić do zjedzenia.

Kiedy Jason wrócił, poprosił jedynie o kawę. Był chorobliwie blady

i miałam wrażenie, że chodzenie sprawia mu ból.

–  Nic  ci  nie  jest?  –  spytałam,  niepewna,  czy  zdoła  mi

odpowiedzieć.

Nalałam kawy do kubka.
–  Nie  –  odparł  po  dłuższej  chwili,  jak  gdyby  musiał  najpierw

zastanowić  się  nad  odpowiedzią.  –  To  było  najbardziej  niesamowite
doświadczenie w moim życiu.

Przez chwilę myślałam, głupia, że mówi o wymiotach w łazience,

ale przecież na pewno zdarzały mu się takie sytuacje wcześniej. Jako
nastolatek  dość  często  popijał  z  kumplami,  aż  odkrył,  że  czas
spędzony nad muszlą klozetową nie jest przeżyciem ani estetycznym,
ani przyjemnym.

– Przemiana – zasugerowałam nieśmiało.
Kiwnął  głową.  W  ręku  trzymał  kubek  z  gorącą,  mocną,  czarną

kawą, która parowała prosto w jego twarz. Spojrzał mi w oczy. Jego
znów były niebieskie i zwyczajne.

– To naprawdę niezwykłe uczucie – tłumaczył. – Ale ponieważ tę

cechę otrzymałem z powodu ugryzienia, a nie z racji urodzenia, nigdy
nie będę prawdziwą pumą, taką jak tamci. – Usłyszałam w jego głosie
ton  zazdrości.  –  Chociaż  i  tak  było  zadziwiająco.  Czułem  w  sobie
magię,  moje  kości  zmieniły  kształt  i  przystosowały  się,  widziałem
wiele  rzeczy  inaczej.  Jesteś  bliżej  ziemi  i  chodzisz  w  zupełnie  inny
sposób, właściwie, cholera, biegasz, tak naprawdę biegasz. Możesz
ścigać...

I głos mu zamarł.
Wcale nie chciałam znać dalszej historii.
– Więc nie jest aż tak źle? – upewniłam się i splotłam dłonie.
Jason  był  jedynym  członkiem  rodziny,  jaki  mi  pozostał,  nie  licząc

pewnego kuzyna narkomana, który od wielu lat żył w swoim świecie.

– Nie, nie jest aż tak źle – zgodził się ze mną, siląc się na uśmiech.

–  Dopóki  jesteś  zwierzęciem,  jest  wspaniale.  Wszystko  wydaje  się

background image

takie  proste.  Dopiero  kiedy  wracasz  do  ludzkiej  postaci,  zaczynasz
się martwić o mnóstwo rzeczy.

Czyli  że  Jason  nie  miał  skłonności  samobójczych.  Nie  był  nawet

przygnębiony.  Odetchnęłam  głęboko,  zdawszy  sobie  sprawę,  że
wstrzymywałam powietrze. Z pomocą innych zmiennokształtnych mój
brat poradzi sobie w nowej sytuacji. Wszystko będzie dobrze.

Poczułam niemal niewiarygodną ulgę, jak gdyby wreszcie udało mi

się wyjąć coś, co boleśnie i na długo utkwiło mi między zębami albo w
bucie. Przez wiele dni, a może raczej tygodni niepokoiłam się o niego
i teraz ta obawa zniknęła. Oczywiście, przynajmniej z mojego punktu
widzenia, życie Jasona jako pumołaka nie będzie wolne od trosk. Jeśli
poślubi  zwyczajną  kobietę,  ich  dzieci  będą  normalne,  jeżeli  jednak
ożeni  się  ze  zmiennokształtną  ze  społeczności  Hotshot,  będę  miała
bratanków  i  bratanice  raz  na  miesiąc  zmieniające  się  w  zwierzęta.
Na szczęście, dopiero po okresie dojrzewania, dzięki czemu i one, i
ciotka Sookie, będą mogły przygotować się na ten pierwszy raz.

Szczęśliwym  trafem  Jasonowi  zostało  do  wykorzystania  sporo

urlopu  i  mógł  dziś  w  ogóle  nie  pojawić  się  w  okręgowym  wydziale
dróg.  Ja  jednak  musiałam  wieczorem  pojechać  do  pracy.  Gdy  brat
oddalił  się  swoim  pikapem,  położyłam  się  z  powrotem  do  łóżka,  w
dżinsach  i  podkoszulku,  a  po  pięciu  minutach  już  spałam.  Ulga  to
niezły środek nasenny.

Po  przebudzeniu  prawie  o  godzinie  piętnastej  musiałam  od  razu

wstać  i  przygotować  się  do  pracy  w  „Merlotcie”.  Jaskrawe  słońce
lśniło  na  bezchmurnym  niebie  i  było  jedenaście  stopni  Celsjusza,  co
sprawdziłam na specjalnym termometrze. Taka temperatura nie jest
niczym  niezwykłym  w  północnej  Luizjanie  w  styczniu.  Po  zachodzie
słońca  zrobi  się  chłodniej,  a  Jason  znów  się  przemieni...  Wtedy
jednak  będzie  nosił  futro,  chociaż  nie  na  całym  ciele,  ponieważ  jest
tylko  pół  człowiekiem,  pół  kotem,  czym  różni  się  od  zwykłych  pum.
Wyjdą  na  polowanie.  W  lasach  otaczających  osadę  Hotshot,  która
leży  w  najdalszym  zakątku  gminy  Renard,  znowu  nie  będzie  dziś
bezpiecznie.

Kiedy jadłam, brałam prysznic i składałam pranie, przemykały mi

przez  głowę  dziesiątki  pytań,  na  które  pragnęłam  poznać
odpowiedzi.  Zastanawiałam  się,  czy  zmiennokształtni  zabijają  ludzi,
jeśli  natkną  się  na  nich  w  lesie.  I  jak  dużo  ludzkiej  świadomości

background image

zachowują,  gdy  przybierają  postać  zwierzęcą?  Czy  jeśli  spłodzą
dziecko jako pumy, urodzi im się kocię czy ludzkie niemowlę? Co się
dzieje z ciężarną pumołaczycą podczas pełni księżyca? Interesowało
mnie, czy Jason zna już odpowiedzi na te wszystkie pytania. A może
Calvin podał mu tylko podstawowe informacje?

Cieszyłam  się  jednak,  że  nie  wypytałam  brata  dziś  rano,  gdyż

teraz  wszystko  było  dla  niego  jeszcze  nowe.  Będę  przecież  miała
wiele lepszych okazji na zaspokojenie ciekawości.

Po raz pierwszy od Nowego Roku myślałam o przyszłości. Symbol

pełni  księżyca  w  moim  kalendarzu  wreszcie  przestał  straszyć  mnie
jako  potencjalny  koniec  jakiegoś  okresu  naszego  życia;  obecnie  był
tylko  jednym  z  oznaczników  upływającego  czasu.  Kiedy  wkładałam
strój kelnerki (czarne spodnie, biały podkoszulek z krótkim rękawem
i dekoltem w łódkę oraz czarne reeboki), prawie zakręciło mi się w
głowie  z  radości.  Przynajmniej  tym  razem  zostawiłam  włosy
rozpuszczone,  zamiast  ściągnąć  je  w  tył  i  związać  w  koński  ogon.
Uszy 

przyozdobiłam 

jasnoczerwonymi 

kolczykami, 

usta

pomalowałam  szminką  w  identycznym  odcieniu.  Podkreśliłam  nieco
oczy, policzki musnęłam różem i byłam gotowa do wyjścia.

Ubiegłej nocy zaparkowałam samochód za domem, toteż najpierw

sprawdziłam  dokładnie,  czy  na  tylnym  ganku  nie  czają  się  jakieś
wampiry,  i  dopiero  wtedy  wyszłam,  zatrzasnęłam  za  sobą  drzwi  i
zamknęłam  je  na  klucz.  Zaskakiwano  mnie  wcześniej  i  nie  było  to
przyjemne  uczucie.  Chociaż  dopiero  niedawno  zapadł  zmrok,
niektóre osobniki mogły się już obudzić. Japończycy, którzy wynaleźli
syntetyczną  krew,  na  pewno  nie  spodziewali  się,  że  dzięki  jej
dostępności  wampiry  opuszczą  świat  legend  i  wkroczą  do  naszego.
Japończycy próbowali po prostu zarobić na sprzedaży sztucznej krwi
prywatnym pogotowiom ratunkowym i szpitalnym oddziałom pomocy
doraźnej.  Niestety,  w  ten  sposób  bezwiednie,  lecz  nieodwracalnie
zmienili nasz świat.

Skoro  mowa  o  wampirach  (choć  raczej  o  nich  myślałam,  niż

mówiłam),  zadałam  sobie  pytanie,  czy  Bill  Compton  jest  w  domu.
Wampir  Bill  był  moim  pierwszym  kochankiem,  a  nasze  posiadłości
oddziela jedynie cmentarz. Mój dom i jego znajdują się przy drodze
gminnej  na  obrzeżach  małego  miasta  o  nazwie  Bon  Temps  i  na
południe od baru, w którym pracuję. Ostatnio Bill sporo podróżował.
Dowiadywałam  się,  że  wrócił,  tylko  wówczas,  jeśli  akurat  wpadł  do

background image

„Merlotte'a”, co praktykował co jakiś czas, aby pobyć z tubylcami i
wypić  trochę  ciepłej  krwi  grupy  0  Rh+.  Bill  lubił  Czystą  Krew,
najdroższą  odmianę  japońskiej  syntetycznej.  Powiedział  mi,  że
syntetyczna  niemal  całkowicie  zaspokaja  jego  pragnienie  świeżej,
ludzkiej. Ponieważ na własne oczy widziałam, jak Bill wpada w szał i
zaczyna  pałać  żądzą  mordu,  naprawdę  dziękowałam  Bogu  za
istnienie Czystej Krwi.

Czasami strasznie za Billem tęsknię...
Zbeształam się w myślach i powiedziałam sobie, że trzeba wziąć

się w garść. Koniec kryzysu! Dość zmartwień! Dość strachu! Zwarta
i  gotowa  do  pracy!  Dom  spłacony!  Pieniądze  w  banku!  Same  dobre
rzeczy, same pozytywy.

Parking  przed  barem  był  pełen.  Wiedziałam,  że  będę  dziś

wieczorem  bardzo  zajęta.  Podjechałam  pod  tylne  wejście  dla
personelu. Sam Merlotte, właściciel lokalu i mój szef, mieszka tam w
bardzo  ładnej,  dużej  przyczepie,  przed  którą  jest  nawet  mały
dziedziniec  otoczony  żywopłotem,  stanowiącym  jego  ekwiwalent
białego parkanu. Zamknęłam auto i weszłam drzwiami dla personelu,
które prowadziły do korytarza z toaletami męską i damską, wielkim
magazynem  i  biurem  Sama.  Schowałam  torebkę  i  kurtkę  do  pustej
szuflady biurka, włożyłam czerwone skarpetki, potrząsnęłam głową,
burząc rozpuszczone włosy, pokonałam kolejne drzwi (które niemal
zawsze  były  otwarte)  i  znalazłam  się  w  głównej  sali  barowo-
restauracyjnej.  Ta  nazwa  nie  oznacza,  że  nasza  kuchnia  oferuje
cokolwiek  więcej  niż  najprostsze  dania:  hamburgery,  paluszki
drobiowe, frytki, smażone krążki cebuli, sałatki (latem) i chili (zimą).

Sam  był  równocześnie  barmanem  i  bramkarzem,  a  od  czasu  do

czasu  także  gotował,  ostatnimi  czasy  jednak  mieliśmy  szczęście  do
kucharzy,  szczególnie  że  co  jakiś  czas  sezonowa  alergia  mocno
doskwierała Samowi i nie do końca sprawdzał się jako żywieniowiec.
Nowa  kucharka  pojawiła  się  w  odpowiedzi  na  ogłoszenie  Sama
akurat  tydzień  temu.  Kolejni  szefowie  kuchni,  niestety,  nie
wytrzymywali długo w „Merlotcie”, ale miałam nadzieję, że Sweetie
Des  Arts  trochę  u  nas  popracuje.  Zjawiała  się  codziennie
punktualnie,  dobrze  gotowała  i  nigdy  nie  sprawiła  pozostałym
pracownikom  żadnych  kłopotów.  Naprawdę  niczego  więcej  nie
pragnęliśmy.  Nasz  ostatni  kucharz,  mężczyzna,  dał  mojej
przyjaciółce  Arlene  nadzieję,  że  jest  tym  jedynym  (w  jej  przypadku

background image

byłby tym jedynym czwartym lub piątym), po czym ulotnił się pewnej
nocy  z  serwisem  Arlene,  sztućcami  i  odtwarzaczem  płyt
kompaktowych.  Jej  dzieci  były  zdruzgotane  –  nie  dlatego  że
pokochały kucharza, tylko brakowało im odtwarzacza.

Wchodząc  do  pomieszczenia  wypełnionego  hałasem  i  dymem

papierosowym,  poczułam  się  jakbym  wkraczała  do  alternatywnego
wszechświata.  Wszyscy  palacze  siedzieli  wprawdzie  w  zachodniej
części  sali,  ale  dym  najwyraźniej  nie  wiedział,  że  powinien  tam
pozostać.  Uśmiechnęłam  się,  weszłam  za  bar  i  poklepałam  po
ramieniu  Sama,  który  z  wprawą  napełnił  właśnie  szklankę  piwem  i
przesunął  ją  po  ladzie  w  stronę  gościa,  po  czym  wstawił  pustą  pod
kranik i cały proces zaczął się od początku.

– Co słychać? – spytał.
Sam  wiedział  wszystko  o  problemach  Jasona,  ponieważ

towarzyszył mi tej nocy, gdy znalazłam brata uwięzionego w Hotshot
w  pewnej  szopie  na  narzędzia.  Ale  musieliśmy  uważać  na  słowa;
wampiry  wprawdzie  ujawniły  się  publicznie,  lecz  zmiennokształtni  i
wilkołaki wciąż woleli pozostawać w ukryciu. Podziemny świat istot
nadnaturalnych  czekał,  pragnąc  zobaczyć,  jak  pójdzie  wampirom,
zanim inni ewentualnie podążą za ich przykładem.

– Lepiej, niż sądziłam.
Posłałam  mu  uśmiech,  unosząc  wzrok,  chociaż  niezbyt  wysoko,

gdyż Sam jest mężczyzną niedużym i szczupłym. A także silnym, choć
na takiego nie wygląda. Jest po trzydziestce, przynajmniej tak sądzę,
i  ma  dość  długie  rudawozłote  włosy.  Dobry  z  niego  człowiek  i
wspaniały szef. Jest też zmiennokształtnym, więc czasem przemienia
się  w  zwierzę,  najczęściej  w  milutkiego  owczarka  collie  o
przepięknej  sierści.  Czasami  przychodzi  do  mojego  domu  w  tej
postaci i wtedy pozwalam mu spać na dywanie w salonie.

– Nic mu nie będzie – dodałam.
– Cieszę się – odparł.
Nie  potrafię  czytać  w  myślach  zmiennokształtnym  tak  łatwo  jak

zwykłym  ludziom,  umiem  jednak  powiedzieć,  czy  ich  emocje  są
prawdziwe. Sam cieszył się moją radością.

– Kiedy wychodzisz? – spytałam.
Miał to nieobecne spojrzenie, które mi mówiło, że w myślach Sam

background image

już pędzi przez las, tropiąc oposy.

– Natychmiast gdy zjawi się Terry.
Uśmiechnął  się  do  mnie  ponownie,  lecz  tym  razem  uśmiech  był

trochę wymuszony. Merlotte robił się niespokojny.

Drzwi  do  kuchni  znajdowały  się  tuż  za  barem  na  zachodnim

krańcu i wsunęłam głowę do środka, żeby przywitać się ze Sweetie.
Sweetie  była  kościstą  brunetką  po  czterdziestce,  która  mocno  się
malowała  jak  na  osobę  przebywającą  przez  cały  wieczór  w  kuchni,
gdzie  nikt  jej  nie  widział.  Wydawała  się  trochę  bystrzejsza  czy  też
może lepiej wykształcona niż wszyscy poprzedni kucharze Sama.

–  W  porządku,  Sookie?!  –  zawołała,  podrzucając  na  patelni

hamburgera.

Stale kręciła się po kuchni i nie lubiła, gdy ktoś wchodził jej tam w

drogę. Nastolatek, który jej pomagał, panicznie się jej bał i usiłował
jej  unikać,  szczególnie  gdy  przechodziła  od  gorącej  blachy  do
frytkownicy.  Kuchcik  przygotowywał  talerze,  mieszał  sałatki  i
przywoływał nas przez okienko, gdy danie było gotowe.

Holly  Cleary  i  jej  najlepsza  przyjaciółka  Danielle  pracowały  już

ciężko,  toteż  gdy  weszłam,  obie  spojrzały  na  mnie  z  ulgą.  Danielle
obsługiwała  część  dla  palących  aż  do  zachodniej  ściany,  a  Holly
zazwyczaj pracowała na środku przed barem, tak więc, gdy byłyśmy
we trzy, mnie przypadała część wschodnia.

–  Chyba  od  razu  powinnam  zakasać  rękawy  –  rzuciłam  do

Sweetie.

Posłała  mi  szybki  uśmiech  i  odwróciła  się  do  blachy.

Przestraszony nastolatek, którego imienia nie pamiętałam, skinął mi
głową i wrócił do ładowania zmywarki.

Chciałam, żeby Sam odwołał mnie na bok, nim zacznę obsługiwać

gości.  Właściwie  mogłam  przyjść  trochę  wcześniej.  Zresztą,  Sam  i
tak nie był dziś właściwie sobą. Zaczęłam sprawdzać stoliki w moim
rewirze,  donosząc  świeże  drinki,  zbierając  koszyki  z  chlebem,
przyjmując zapłatę i wydając resztę.

– Kelnerka! Przynieś mi Czerwoną!
Głos  zamawiającego  był  mi  nieznany,  a  zamówienie  niezwykłe.

Czerwona  była  najtańszą  wersją  krwi  syntetycznej  i  prosiły  o  nią
tylko  wampiry  o  najmłodszym  stażu.  Wyjęłam  butelkę  z  oszklonej

background image

lodówki  i  wstawiłam  do  kuchenki  mikrofalowej.  Gdy  krew  się
podgrzewała,  badawczo  przyglądałam  się  tłumowi  w  poszukiwaniu
wampira.  Okazało  się,  że  siedzi  w  towarzystwie  mojej  przyjaciółki
Tary  Thornton.  Nigdy  wcześniej  go  nie  widziałam,  co  mnie
zaniepokoiło.  Tara  spotykała  się  jeszcze  niedawno  ze  starszym
wampirem (dużo starszym: Franklin Mott, gdy został nieumarłym, był
dość wiekowym mężczyzną, a jako wampir przeżył ponad trzysta lat),
który  dawał  jej  bardzo  drogie  prezenty,  takie  jak  na  przykład
chevrolet camaro. Co zatem robiła tutaj z nowym facetem? Franklina
przynajmniej cechowały dobre maniery.

Postawiłam ciepłą butelkę na tacy i zaniosłam wampirowi. W nocy

światło  w  „Merlotcie”  nie  jest  szczególnie  mocne,  bo  tak  lubią  nasi
goście,  toteż  dopiero  gdy  podeszłam  bardzo  blisko,  mogłam  ocenić
towarzysza  przyjaciółki.  Był  szczupły,  miał  wąskie  ramiona  i  włosy
zaczesane  w  tył.  Jego  paznokcie  były  długie,  rysy  twarzy  ostre.
Przypuszczam,  że  w  jakimś  sensie  był  atrakcyjny  –  jeśli  ktoś  lubi
sporą dawkę niebezpieczeństwa podczas seksu.

Postawiłam  butelkę  przed  nim  i  zerknęłam  niepewnie  na  Tarę.

Wyglądała  świetnie,  zresztą  jak  zwykle.  Tara  jest  wysoka,  smukła,
ciemnowłosa  i  nosi  piękne  ubrania.  Miała  naprawdę  straszne
dzieciństwo,  ale  teraz  prowadzi  własny  sklep  i  jest  prawdziwą
bizneswoman.  Niestety,  odkąd  związała  się  z  bogatym  wampirem,
Franklinem Mottem, nie widujemy się zbyt często.

–  Sookie  –  odezwała  się  –  chciałabym  ci  przedstawić  przyjaciela

Franklina, Mickeya.

Nie  miałam  wcale  wrażenia,  że  chce  nas  ze  sobą  poznać.  W  jej

tonie  raczej  wyczułam  żal,  że  to  właśnie  ja  przyniosłam  Mickeyowi
napój. I chociaż jej szklanka była prawie pusta, Tara odmówiła, kiedy
spytałam, czy chce nowego drinka.

Wymieniłam  ukłony  z  wampirem.  Wampiry  nie  ściskają  sobie

dłoni,  przynajmniej  niezbyt  często.  Mickey  obserwował  mnie,
popijając krew z butelki. Patrzył na mnie nieprzyjaźnie niczym wąż.
Jeśli był przyjacielem superwytwornego Franklina, to ja jestem Miss
Luizjany.  Pewnie  jakiś  pracownik,  mniej  więcej.  Może  ochroniarz?
Ale po co Franklin zapewniałby Tarze ochronę?

Tara  najwyraźniej  nie  mogła  mówić  przy  nim  szczerze,  więc

powiedziałam  tylko:  „Przyjdę  później”  i  odniosłam  zapłatę  Mickeya

background image

do kasy.

Przez  całą  noc  byłam  zajęta,  a  w  wolnych  chwilach  myślałam  o

moim  bracie.  Już  drugą  noc  figlował  pod  księżycem  z  innymi
pumołakami. Sam wypadł jak strzała niemal w tej samej sekundzie, w
której  przyszedł  Terry  Bellefleur,  a  jednak  kosz  na  śmieci  w  jego
biurze  był  pełen  zgniecionych  papierowych  chusteczek.  Mięśnie
twarzy przez cały wieczór mój szef napinał z niecierpliwości.

To była jedna z tych nocy, podczas których zastanawiam się, jak

to  możliwe,  że  moje  otoczenie  jest  tak  kompletnie  nieświadome
istnienia  całego  innego  świata  tuż  obok  naszego.  Tylko  uparty
ciemniak  może  ignorować  magię,  którą  wyczuwam  w  powietrzu.
Tylko  zbiorowy  brak  wyobraźni  może  wyjaśniać  fakt,  że  ludzie  nie
zadają sobie pytania, co kryje się w otaczającym ich mroku.

Chociaż,  przypomniałam  sobie,  sama  nie  tak  dawno  byłam  tak

uparcie  ślepa  jak  reszta  bywalców  „Merlotte'a”.  Nawet  kiedy
wampiry 

wydały 

starannie 

przemyślane 

oświadczenie,

powiadamiając  świat  o  swoim  istnieniu,  jedynie  nieliczni
przedstawiciele  władz  czy  pojedynczy  obywatele  byli  skłonni  zrobić
kolejny  krok  i  zadać  sobie  pytanie:  „Skoro  wampiry  istnieją,  co
jeszcze może się czaić w ciemnościach?”.

Z ciekawości zaczęłam wsłuchiwać się w myśli otaczających mnie

osób,  szukając  u  nich  lęku.  Odkryłam,  że  większość  klientów  baru
myśli  o  Mickeyu.  Kobiety  i  niektórzy  mężczyźni  marzyli  o  bliższym
kontakcie 

nim. 

Nawet 

Portia 

Bellefleur, 

prawniczka-

tradycjonalistka,  pragnęła  zająć  się  młodym  wampirem.  Zadziwiły
mnie  ich  dumania.  Mickey  był  przecież  przerażający,  więc  mnie  po
prostu nie mógł pociągać. Ale miałam wiele dowodów, że inne osoby
przebywające w barze wyznają zupełnie odmienne poglądy od moich.

Od  dziecka  potrafię  czytać  ludziom  w  myślach.  Nie  uważam  tej

umiejętności  za  przyjemny  dar.  Większości  istot  ludzkich  naprawdę
nie  warto  zaglądać  do  głowy.  Ich  myśli  są  nudne,  odrażające,
rozczarowujące  i  bardzo  rzadko  bywają  zabawne.  Dobrze,  że  Bill
pomógł mi i nauczyłam się odcinać mentalnie od tego hałasu. Zanim
udzielił  mi  kilku  wskazówek,  czułam  się  tak,  jakbym  nastawiła  sto
odbiorników  radiowych  na  sto  stacji  równocześnie;  jedne  z  nich
słyszałam jasno i wyraźnie, inne były słabe i odległe, a jeszcze inne,
na  przykład  myśli  zmiennokształtnych,  docierały  z  zakłóceniami  i

background image

przeważnie  były  niezrozumiałe.  Wszystkie  razem  tworzyły  jedną
wielką kakofonię. Nic dziwnego, że wielu znajomych traktowało mnie
jak kretynkę.

Myśli  wampirów  za  to  w  ogóle  nie  słyszę.  Dlatego  wampiry  są

takie  wspaniałe,  w  każdym  razie  z  mojego  punktu  widzenia.  Dzieje
się  tak  dlatego,  że  wampiry  nie  żyją,  toteż  ich  mózgi  również  są
martwe. Tylko raz na ruski rok wyłapię jakąś wampirzą myśl.

Shirley  Hunter,  szef  mojego  brata  w  okręgowym  wydziale  dróg,

spytał mnie, gdzie jest Jason, gdy stawiałam dzban z piwem na jego
stoliku. Shirleya wszyscy nazywali Sumem.

– Wiem tyle co ty – odparłam nieszczerze, a on puścił do mnie oko.
Najczęściej  w  takiej  sytuacji  pierwsza  odpowiedź  cisnąca  się  na

usta brzmi „z kobietą”, a druga myśl to „z inną kobietą”. Mężczyźni
siedzący  przy  stoliku  z  Sumem,  wciąż  ubrani  w  stroje  robocze,
roześmiali  się  głośniej,  niż  uzasadniałaby  moja  riposta,  ale  pewnie
wypili już sporo piwa.

Wróciłam pospiesznie do baru, żeby odebrać trzy burbony z colą

od Terry'ego Bellefleura, kuzyna Portii, który miał dziś sporo pracy.
Terry, weteran wojny w Wietnamie, skąd wrócił z ranami na ciele i
duszy,  nieźle  wytrzymywał  stres  tej  ruchliwej  nocy.  Lubił  proste
prace,  które  wymagały  skupienia.  Siwiejące  kasztanowe  włosy
związał  w  kucyk,  a  na  jego  twarzy  malowała  się  koncentracja,  gdy
nalewał  płyny  z  butelek.  Drinki  przyrządzał  błyskawicznie,  a  kiedy
stawiałam  moje  na  tacy,  uśmiechnął  się  do  mnie.  Uśmiech  od
Terry'ego  to  był  rzadki  prezent,  toteż  bardzo  podniósł  mnie  na
duchu.

Akurat gdy stawiałam tacę na prawym przedramieniu, rozpoczęły

się kłopoty. Jakiś student politechniki luizjańskiej z Ruston wdał się w
bójkę  jeden  na  jednego  z  Jeffem  LaBeffem,  przedstawicielem
zupełnie  innej  klasy  społecznej,  czyli,  dokładnie  mówiąc,
konserwatywnym wsiokiem z Południa, który spłodził wiele dzieci, a
na  życie  zarabiał,  jeżdżąc  śmieciarką.  Możliwe  zresztą,  że  te  dwa
uparciuchy  po  prostu  o  coś  się  pokłóciły  i  tak  naprawdę  burda  nie
miała  wiele  wspólnego  z  buntem  intelektualisty  (o  ile  tacy  są  w
Ruston).  W  każdym  razie,  niezależnie  od  pierwotnych  powodów
kłótni,  szybko  odkryłam,  że  awantura  zapowiada  się  na  coś  więcej
niż pyskówkę.

background image

Terry natychmiast usiłował interweniować. Wpadł szybko między

Jeffa i studenta, i każdego z nich chwycił mocno za nadgarstek. Przez
minutę  sądziłam,  że  to  wystarczy,  lecz  Bellefleur  nie  był  już  taki
młody i wysportowany jak kiedyś, więc doszło do prawdziwej bitwy.

–  Mógłbyś  ich  powstrzymać  –  warknęłam  z  wściekłością  do

Mickeya,  gdy  przebiegałam  obok  jego  stolika  w  drodze  do
pokłóconych, których zamierzałam jakoś pogodzić.

Wampir rozsiadł się wygodnie na krześle i sączył krew.
– To nie moja robota – odrzekł bez mrugnięcia okiem.
Rozumiałam to, choć nie zaskarbił sobie tą reakcją mojej sympatii,

szczególnie  że  student  właśnie  odwrócił  się  gwałtownie  i  zamierzył
na mnie, ponieważ zachodziłam go od tyłu. Chybił, więc uderzyłam go
w  głowę  pustą  tacą.  Zatoczył  się  na  bok,  z  głowy  pociekł  mu
strumyczek  krwi,  a  wtedy  Terry  poskromił  Jeffa  LaBeffa,  który
szukał okazji do wyjścia.

Tego  typu  incydenty  zdarzają  się  ostatnio  coraz  częściej,

zwłaszcza  podczas  nieobecności  Sama.  Było  dla  mnie  jasne,  że
powinniśmy  zatrudnić  bramkarza  z  prawdziwego  zdarzenia,
przynajmniej na weekendy i... na noce z księżycem w pełni.

Student odgrażał się, że wniesie sprawę do sądu.
– Jak się nazywasz? – spytałam.
– Mark Duffy – odparł, trzymając się za głowę.
– Skąd jesteś, Marku?
– Z Minden.
Natychmiast oceniłam jego strój, zachowanie i odczytałam myśli.
– Chętnie zadzwonię do twojej mamy i powiem jej, że zamierzyłeś

się na kobietę – powiedziałam.

Chłopak  zbladł  i  przestał  mówić  o  pozwie,  a  wkrótce  wyszedł

wraz z kolegami. Zawsze dobrze jest znać najskuteczniejszą groźbę.

Również Jeffa zmusiliśmy do opuszczenia lokalu.
Terry  wrócił  na  swoje  miejsce  za  barem  i  zaczął  przyrządzać

kolejne drinki, ale nieznacznie utykał i wyglądał na zmęczonego, co
mnie zmartwiło. Doświadczenia wojenne wciąż go nie opuszczały. A
ja miałam dość kłopotów jak na jedną noc.

Tyle że noc była jeszcze młoda.

background image

Jakąś  godzinę  po  walce,  do  „Merlotte'a”  weszła  kobieta.  Była

zwyczajna i zwyczajnie ubrana – w stare dżinsy i kurtkę panterkę. Jej
wysokie  buty  wyglądały  zapewne  pięknie,  kiedy  były  nowe,  ale  od
tamtej  chwili  minęło  już  sporo  czasu.  Nie  miała  torebki,  ręce
wcisnęła w kieszenie.

Był szereg wskazówek, które mnie poruszyły. Przede wszystkim,

ta  kobieta  tu  nie  pasowała.  Tutejsza  mogłaby  się  tak  ubrać,  gdyby
wyprawiała się na polowanie lub do zajęć gospodarskich, lecz nigdy
by  nie  przyszła  w  takim  stroju  do  „Merlotte'a”.  Na  wieczorne
wyjście  do  pubu  większość  mieszkanek  Bon  Temps  specjalnie  się
szykowała.  Czyli  że  ta  kobieta  była  w  pracy,  chociaż  na  pewno  nie
pracowała jako prostytutka – z tych samych powodów.

A zatem chodziło o narkotyki.
Aby chronić bar w trakcie nieobecności Sama, wsłuchałam się w

myśli nowej klientki. Ludzie nie myślą oczywiście pełnymi zdaniami,
lecz  przez  głowę  kobiety  przelatywały  mniej  więcej  takie
stwierdzenia:  „Zostały  trzy  fiolki,  krew  starzeje  się,  traci  działanie,
muszę ją sprzedać dziś wieczorem, żebym mogła pojechać do Baton
Rouge i kupić więcej. Wampir jest w barze, jeśli mnie złapie z krwią
wampirzą, umrę. Bon Temps to dziura, przy pierwszej okazji muszę
wrócić do Baton Rouge”.

Była zatem osuszaczką, a może jedynie pośredniczką. Wampirza

krew  jest  najlepszym  odurzającym  narkotykiem  na  rynku,  choć,  ma
się  rozumieć,  wampiry  nie  oddają  jej  dobrowolnie.  Osuszanie
wampira z krwi stanowi zajęcie niebezpieczne, co powoduje, że ceny
zawierających  ją  maleńkich  fiolek  osiągają  wprost  niewiarygodnie
wysokie sumy.

Co  dostaje  użytkownik  za  swoje  pieniądze?  To  zależy  od  wieku

krwi, to znaczy od czasu, jaki upłynął od pobrania jej od właściciela,
wieku  samego  właściciela  oraz  cech  użytkownika,  ale  bywa,  że
bardzo dużo – uczucie wszechmocy, wzrost siły fizycznej, doskonały
wzrok  i  słuch.  Oraz,  co  najważniejsze  dla  wszystkich  Amerykanów,
atrakcyjniejszy wygląd fizyczny.

A  jednak  wyłącznie  idioci  piją  nabytą  na  czarnym  rynku  krew

wampirzą. Po pierwsze, efekty są trudne do przewidzenia. Zresztą,
zmienne  są  nie  tylko  skutki,  lecz  również  czas  ich  trwania,  mogą
bowiem  utrzymywać  się  przez  okres  od  dwóch  tygodni  do  dwóch

background image

miesięcy.  Po  drugie,  niektóre  osoby  po  prostu  wpadają  w  szał,  gdy
krew  wampira  łączy  się  z  ich  krwią,  a  czasami  jest  to  szał
morderczy.  Słyszałam  o  dilerach,  którzy  sprzedawali  naiwniakom
krew świńską lub skażoną ludzką. Najważniejszy jednak powód, dla
którego  należało  unikać  czarnorynkowej  krwi,  był  taki,  że  wampiry
nienawidziły  zarówno  osuszaczy,  jak  i  ich  klientów  (powszechnie
nazywanych krewkimi). A żaden człowiek nie chciał mieć przeciwko
sobie wkurzonego wampira.

Tej nocy nie było „U Merlotte'a” żadnych policjantów, ani na, ani

po  służbie.  Właściciel  lokalu  szalał  gdzieś  na  czterech  łapach.
Wolałam nie zwracać się do Terry'ego, ponieważ nie wiedziałam, jak
zareaguje. Coś jednak musiałam z tą babą zrobić!

Zazwyczaj próbuję nie mieszać się w żadne sytuacje, jeśli wiedzę

o  nich  uzyskuję  jedynie  dzięki  telepatii.  Gdybym  wtrącała  się  za
każdym razem, gdy dowiem się czegoś, co ma wpływ na otaczające
mnie  osoby  (na  przykład,  gdy  odkryję,  że  urzędnik  gminny
sprzeniewierzył  jakąś  kwotę  albo  jeden  z  miejscowych  detektywów
bierze łapówki), nie miałabym życia w Bon Temps, a tu przecież jest
mój  dom.  Nie  mogłam  jednak  pozwolić  tej  chuderlawej  na
sprzedawanie trucizny w barze Sama.

Kobieta  usadowiła  się  na  pustym  stołku  i  zamówiła  piwo  u

Terry'ego,  który  przyjrzał  jej  się  uważnie.  Terry  także  uważał,  że
coś jest z nią nie tak.

Poszłam  odebrać  następne  zamówienie  i  stanęłam  obok  niej.

Powinna się wykąpać, a poza tym przebywała wcześniej w budynku
ogrzewanym  przez  kominek,  w  którym  palono  drewnem.  Zmusiłam
się do dotknięcia jej, gdyż w ten sposób zawsze łatwiej czyta mi się w
myślach  istotom  ludzkim.  Gdzie  była  krew?  W  kieszeni  kurtki.
Świetnie.

Bez  zbędnych  ceregieli  wylałam  na  nią  zawartość  szklanki  z

winem.

– Cholera! – warknęła, a potem zeskoczyła ze stołka barowego i

bezskutecznie  ścierała  płyn  z  kurtki.  –  Jesteś  najbardziej  niezdarną
kelnerką, jaką spotkałam w życiu!

–  Przepraszam  –  oznajmiłam  pokornie,  odstawiając  tacę  na

kontuar.  Wymieniłam  szybkie  spojrzenia  z  Terrym.  –  Zaraz
wyczyszczę plamę specjalnym środkiem.

background image

Nie  czekając  na  jej  zgodę,  zdjęłam  z  niej  kurtkę.  Zanim

zrozumiała,  co  robię,  i  zaczęła  się  szamotać,  trzymałam  kurtkę  w
rękach. Rzuciłam ją Terry'emu.

–  Proszę  cię,  posyp  brudne  miejsca  sodą  –  powiedziałam.  –  I

sprawdź, czy nie zamokło nic w kieszeniach.

Stosowałam  już  tę  sztuczkę  wcześniej.  Miałam  szczęście,  że  na

dworze  było  zimno  i  kobieta  trzymała  fiolki  w  kurtce,  a  nie  w
kieszeni 

dżinsów. 

Wówczas 

musiałabym 

bardziej 

wysilić

mózgownicę.

Pod kurtką kobieta nosiła bardzo stary podkoszulek z logo Dallas

Cowboys. Zaczęła drżeć i zastanowiłam się, czy próbowała bardziej
konwencjonalnych narkotyków. Terry posypał plamę sodą, a później,
za  moją  radą,  sięgnął  do  kieszeni.  Popatrzył  na  swoją  pełną  dłoń  z
odrazą  i  usłyszałam  brzęk,  kiedy  wrzucał  fiolki  do  znajdującego  się
za kontuarem pojemnika na śmieci. Pozostałe przedmioty włożył do
kieszeni kurtki.

Kobieta otworzyła usta, chcąc krzyknąć na Terry'ego, zdała sobie

jednak  sprawę,  że  tak  naprawdę  nie  może  tego  zrobić.  Bellefleur
patrzył wprost na nią, prowokując ją do powiedzenia czegoś na temat
utraconych  fiolek  z  krwią.  Ludzie  wokół  nas  zerkali  z
zainteresowaniem.  Wiedzieli,  że  coś  się  dzieje,  chociaż  nie  mieli
pojęcia co, ponieważ całe zdarzenie przebiegło bardzo szybko. Kiedy
Terry był pewien, że kobieta nie zacznie krzyczeć, oddał mi kurtkę.
Przytrzymałam  ją,  gdy  jej  właścicielka  wsuwała  ręce  w  rękawy,  a
wtedy Terry syknął:

– Nie przychodź tu więcej.
Pomyślałam,  że  jeśli  będziemy  wyrzucać  gości  w  tym  tempie,

wkrótce bar opustoszeje.

– Jesteś wsiokiem i sukinsynem – odparowała.
Wszyscy  otaczający  nas  klienci  wstrzymali  oddech  (Terry  był

niemal równie nieprzewidywalny jak krewki).

– Nie obchodzi mnie, jak mnie nazwiesz – odburknął. – Ktoś taki

jak ty nie może mnie obrazić. A teraz wynocha stąd.

Odetchnęłam z ulgą.
Kobieta  przepchnęła  się  przez  tłum  do  wyjścia.  Wszyscy

zgromadzeni w sali obserwowali, jak szła ku drzwiom, nawet wampir

background image

Mickey. Zauważyłam, że trzyma w rękach jakiś przedmiot, po czym
uprzytomniłam  sobie,  że  chyba  zrobił  jej  zdjęcie  telefonem
komórkowym  i  teraz  je  wysyła.  Byłam  ciekawa  do  kogo.  Zadałam
sobie pytanie, czy kobieta dotrze dziś do domu.

Terry nie spytał, skąd wiedziałam, że ta zaniedbana kobieta ma w

kieszeniach  coś  nielegalnego.  To  była  kolejna  niesamowita  sprawa,
jeśli  chodzi  o  mieszkańców  Bon  Temps.  Plotkowano  o  moich
zdolnościach,  odkąd  pamiętam.  W  dzieciństwie  rodzice  ciągali  mnie
po lekarzach. A jednak, mimo naocznych dowodów, prawie wszyscy,
których znałam, woleli traktować mnie jak głupią i dziwaczną młodą
kobietę  niż  jak  telepatkę.  Ma  się  rozumieć,  starałam  się  nie
przypominać im o moich zdolnościach. I trzymałam gębę na kłódkę.

Terry zresztą musiał walczyć z własnymi demonami. Dostawał od

państwa jakąś rentę, sprzątał też wcześnie rano bar oraz miał różne
inne  zajęcia.  Zastępował  Sama  trzy,  cztery  razy  w  miesiącu.  Nikt
chyba  nie  wiedział,  co  robił  z  resztą  czasu.  Kontakty  z  ludźmi
wyczerpywały, a takie noce jak dzisiejsza były dla niego wyjątkowo
koszmarne.

Jakie  to  szczęście,  że  nie  było  go  w  „Merlotcie”,  gdy  naprawdę

rozpętało się tu piekło.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ DRUGI

Początkowo myślałam, że wszystko wróciło do normy. Następnej

nocy w barze panował znacznie większy spokój. Sam był na miejscu,
rozluźniony  i  pogodny,  a  kiedy  opowiedziałam  mu  o  zdarzeniu  z
dilerką, pochwalił mnie za pomysłowość.

Tara  nie  przyszła,  więc  nie  mogłam  jej  wypytać  o  Mickeya.

Zresztą, co tak naprawdę mnie obchodził? To nie była moja sprawa,
chociaż oczywiście martwiłam się o przyjaciółkę.

Jeff  LaBeff  wrócił  zażenowany  awanturą  ze  studencikiem.  Sam

dowiedział się o tym incydencie, ponieważ rozmawiał przez telefon z
Terrym, i dał Jeffowi ostrzeżenie.

Andy  Bellefleur,  detektyw  policji  gminy  Renard,  czyli  brat  Portii,

przyszedł z młodą kobietą, z którą się spotykał. Nazywa się Halleigh
Robinson.  Andy  jest  starszy  ode  mnie,  a  ja  mam  dwadzieścia  sześć
lat,  Halleigh  natomiast  tylko  dwadzieścia  jeden  –  ledwie  tyle,  żeby
bywać w „Merlotcie”. Halleigh uczy w szkole podstawowej, jest tuż
po  college'u  i  jest  naprawdę  atrakcyjna  –  ma  kasztanowe  włosy
sięgające płatków uszu, ogromne piwne oczy i dobrą figurę z ładnymi
krągłościami.  Spotykają  się  z  Andym  od  około  dwóch  miesięcy  i  z
tego co widziałam ich związek rozwija się w przeciętnym tempie.

W  głębi  duszy  Andy  uważał,  że  bardzo  lubi  Halleigh  (chociaż

trochę go nudziła), i chciał się z nią kochać. Halleigh z kolei sądziła,
że  Andy  jest  przystojnym  światowcem  i  nawet  podobała  jej  się
odnowiona  rodzinna  posiadłość  Bellefleurów,  ale  przypuszczała,  że
jeśli  prześpi  się  z  nim,  detektyw  szybko  z  nią  zerwie.  Nie  cierpię
wiedzieć  o  związkach  miłosnych  konkretnych  osób  więcej  niż  one
same,  jednak  niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  się  bronię,  pewne
szczegóły przeciekają i po prostu je znam.

Tej  nocy,  tuż  przed  zamknięciem,  do  baru  weszła  Claudine.

Claudine ma metr osiemdziesiąt dwa wzrostu, czarne falujące włosy,
które  opadają  jej  na  plecy,  i  bladą,  niemal  lekko  siną  skórę,  która

background image

wygląda na cienką i lśni jak na śliwce. Jej stroje przyciągają uwagę.
Dzisiejszego  wieczoru  nosiła  kostium  ze  spodniami  w  kolorze
terakoty,  który  ładnie  leżał  na  jej  ciele  amazonki.  Za  dnia  Claudine
pracuje w dziale reklamacji dużego sklepu w centrum handlowym w
Ruston.  Żałowałam,  że  nie  przyprowadziła  ze  sobą  brata  Claude'a.
Jego  widok  stanowi  ucztę  dla  oczu  i  lubię  na  niego  patrzeć,  choć
raczej bez wzajemności.

Claude jest wróżem. Dosłownie. A Claudine, oczywiście, wróżką.
Pomachała do mnie nad głowami innych gości. Ja również do niej

pomachałam  i  się  uśmiechnęłam.  W  towarzystwie  Claudine  wszyscy
są  szczęśliwi,  a  ona  pozostaje  radosna,  dopóki  wokół  niej  nie  ma
wampirów. Claudine jest nieobliczalna i bywa zabawna, chociaż – jak
wszystkie wróżki – kiedy się rozzłości, jest groźna niczym tygrys. Na
szczęście, rzadko wpada w gniew.

Wróżki  zajmują  wyjątkowe  miejsce  w  hierarchii  stworzeń

magicznych.  Na  razie  nie  wiem  dokładnie,  dlaczego  tak  jest,  ale
prędzej czy później na pewno odkryję tę prawidłowość.

Każdy  mężczyzna  w  barze  pożerał  Claudine  wzrokiem,  a  ona

odpowiadała  tym  samym.  Przez  chwilę  patrzyła  na  Andy'ego
Bellefleura  z  rozmarzeniem  w  oczach,  toteż  Halleigh  Robinson
obrzucała  ją  piorunującym  spojrzeniem,  naprawdę  jadowitym  –  do
momentu, w którym przypomniała sobie, że jest słodką dziewczyną z
Południa. Ale Claudine straciła zainteresowanie Andym, gdy odkryła,
że funkcjonariusz pije herbatę mrożoną z cytryną. Wróżki nie lubią
cytryn jeszcze bardziej niż wampiry czosnku.

Claudine  dotarła  wreszcie  do  mnie  i  uściskała  mnie  czule,  ku

zazdrości  wszystkich  mężczyzn  w  barze.  Wzięła  mnie  za  rękę  i
zaciągnęła do biura Sama. Szłam za nią z czystej ciekawości.

– Moja droga przyjaciółko – zagaiła – mam dla ciebie złe wieści.
– Co takiego?
Mój dobry nastrój w ułamku sekundy zmienił się w strach.
–  Była  strzelanina  dziś  nad  ranem.  Postrzelono  jednego  z

pumołaków.

– O nie! Jason!
Dlaczego któryś z jego przyjaciół nie zadzwonił do mnie do pracy?
–  Nie,  nie,  Sookie,  twojemu  bratu  nic  się  nie  stało.  Postrzelono

background image

Calvina Norrisa.

Byłam  w  szoku.  Jason  mnie  nie  powiadomił  i  musiałam

dowiadywać się tego od kogoś innego?

– Nie żyje? – spytałam, słysząc, że głos mi drży.
Nie byłam blisko z Calvinem – na pewno nie – a jednak wiadomość

mną  wstrząsnęła.  Tydzień  temu  przecież  śmiertelnie  postrzelono
nastolatkę nazwiskiem Heather Kinman. Co się dzieje w naszym Bon
Temps?

– Otrzymał postrzał w pierś. Żyje, ale jest bardzo ciężko ranny.
– Leży w szpitalu?
– Tak, bratanice zawiozły go do Grainger Memorial.
Miasto  Grainger  znajdowało  się  dużo  dalej  na  południe  od

Hotshot,  lecz  było  do  niego  bliżej  niż  do  okręgowego  szpitala  w
Clarice.

– Kto to zrobił?
–  Nie  wiadomo.  Ktoś  postrzelił  go  wcześnie  rano,  gdy  jechał  do

pracy. Wrócił do domu ze swojej... hmm... comiesięcznej przemiany i
jechał do miasta na dyżur.

Calvin pracuje w Norcross.
– Jak się tego wszystkiego dowiedziałaś?
– Jeden z jego kuzynów przyszedł do sklepu po piżamy dla Calvina,

ponieważ  żadnej  nie  posiadał.  Podejrzewam,  że  sypia  na  golasa  –
dodała. – Nie wiem, jak zamierzają włożyć piżamę na bandaże. Może
tylko  potrzebowali  spodni...?  Calvinowi  na  pewno  nie  spodobałaby
się ta okropna szpitalna kiecka.

Claudine lubiła się rozgadać.
– Dzięki, że mi powiedziałaś – wtrąciłam.
Ciekawiło  mnie,  skąd  kuzyn  Calvina  znał  Claudine,  ale  nie

zamierzałam pytać.

– W porządku. Uznałam, że chciałabyś wiedzieć. Heather Kinman

również  była  zmiennokształtną.  Pewnie  nie  miałaś  o  tym  pojęcia.
Przemyśl to.

Claudine pocałowała mnie w czoło – wróżki są bardzo uczuciowe –

i wróciłyśmy do sali barowej. Naprawdę mnie zaskoczyła, choć sama

background image

zachowywała się jak zwykle. Zamówiła drinka 7 & 7 i równo w dwie
minuty otoczyli ją zalotnicy. Wróżka nigdy nie wychodziła z żadnym z
nich, lecz ich najwyraźniej bawił sam flirt. A Claudine pewnie syciła
się ich podziwem i okazywaną uwagą.

Nawet Sam posyłał jej pełne zachwytu uśmiechy, zresztą i ona nie

pozostawała mu dłużna.

Nim  zamknęliśmy  bar,  Claudine  wyszła  i  wróciła  do  Monroe,  a

wtedy  przekazałam  Samowi  informacje  o  Norrisie.  Opowieść
przeraziła  go  równie  mocno  jak  mnie.  Chociaż  Calvin  Norris  był
przywódcą małej społeczności zmiennokształtnych z Hotshot, reszta
świata  znała  go  jako  poważnego,  spokojnego  kawalera  z  własnym
domem  i  dobrą  pracą  brygadzisty  w  miejscowym  tartaku.  Trudno
było  sobie  wyobrazić  powody,  dla  których  ktoś  próbował  go  zabić.
Sam postanowił wysłać kwiaty od personelu baru.

Włożyłam  płaszcz  i  wyszłam  tylnymi  drzwiami  tuż  przed

Merlotte'em.  Usłyszałam,  że  za  mną  szef  zamyka  lokal  na  klucz.
Nagle przypomniałam sobie, że kończy nam się butelkowana krew, i
odwróciłam  się  do  Sama,  by  mu  o  tym  powiedzieć.  Dostrzegł  to  i
znieruchomiał,  cierpliwie  czekając,  aż  się  odezwę.  W  okamgnieniu
jednak  jego  mina  zmieniła  się  z  wyczekującej  w  zaszokowaną,
ciemnoczerwona  plama  zaczęła  zabarwiać  lewą  nogawkę,  i
równocześnie dotarł do mnie odgłos wystrzału.

A  potem  krew  była  wszędzie,  Sam  Merlotte  padł  na  ziemię,  a  ja

zaczęłam krzyczeć.

background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

e-booksweb.pl - audiobooki, e-booki

.