background image

Charlaine Harris

Martwy jak zimny trup

Przełożyła Ewa Wojtczak

Wydawnictwo MAG

Warszawa 2012

background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

Bookarnia Online

.

background image

Tytuł oryginału: 
Dead as a Doornail
 
Copyright © 2005 by Charlaine Harris
Copyright for the Polish translation © 2010 by Wydawnictwo MAG
 
Redakcja: 
Joanna Figlewska
 
Korekta: 
Urszula Okrzeja
 
Ilustracja na okładce: 
Wojciech Zwoliński i Joanna Jankowska
 
Opracowanie graficzne okładki:
Piotr Chyliński
 
Projekt typograficzny, skład i łamanie:
Tomek Laisar Fruń
 
ISBN 978-83-7480-327-4
 
Wydanie II
 
Wydawca:
Wydawnictwo MAG
ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa
tel./fax 22 813 47 43
e-mail: 

kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

 
Konwersja: 

NetPress Digital Sp. z o.o.

background image

Powieść tę dedykuję wspaniałej kobiecie,
z którą, niestety, nie spotykam się
wystarczająco często –
 
Janet Hutchings
 
(wówczas redaktorka w „Walker”,
obecnie w „Ellery Queen Mystery Magazine”).
Była dostatecznie odważna, by mnie przyjąć,
chociaż wcześniej wzięłam wieloletni urlop od pisarstwa.
Niech ją Bóg błogosławi.

background image

Nie  podziękowałam  wcześniej  Patrickowi  Schulzowi,  za  to,  że  pożyczył  mi  strzelbę  Benelli  do  ostatniej  powieści  –

wybacz,  Patricku.  Mojej  przyjaciółce,  Toni  L.P.  Kelner,  która  wskazała  mi  pewne  zgrzyty  w  pierwszej  części  powieści,
należy się wielki szacunek. Inna przyjaciółka, Paula Woldan, udzieliła mi moralnego wsparcia oraz pewnych informacji
na  temat  piratów,  chętnie  też  znosiła  moje  towarzystwo  w  święto  Talk  Like  a  Pirat  Day.  Jej  córka  Jennifer  ocaliła  mi
życie,  ponieważ  pomogła  przygotować  rękopis.  Wierny  czytelnik  Shay  miał  świetny  pomysł  na  kalendarz.  W
podziękowaniach dla rodziny Woldanów muszę też wymienić doświadczonego strażaka Jaya, który bez wahania podzielił
się ze mną wiedzą w tej dziedzinie.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wiedziałam, że mój brat zmieni się w pumę, na długo zanim to się stało. Kiedy jechaliśmy do odizolowanej od świata

społeczności  Hotshot,  Jason  w  milczeniu  obserwował  zachód  słońca.  Miał  na  sobie  stare  ciuchy,  a  w  ręku  trzymał
reklamówkę  z  Wal-Martu,  wypełnioną  rzeczami,  których  mógłby  potrzebować,  takimi  jak  szczoteczka  do  zębów  czy
czysta bielizna. Garbił się w wielkiej kurtce panterce i patrzył prosto przed siebie. Rysy twarzy miał napięte, ponieważ
usilnie starał się zapanować zarówno nad strachem, jak i podnieceniem.

– Włożyłeś do kieszeni komórkę? – spytałam i natychmiast przypomniałam sobie, że już przedtem zadałam mu to samo

pytanie.

Jason jednak nie wytknął mi tego, lecz tylko skinął głową.
Pora była popołudniowa, lecz pod koniec stycznia zmierzch zapada wcześnie.
Dziś wieczorem księżyc po raz pierwszy w nowym roku wejdzie w fazę pełni.
Kiedy  zatrzymałam  samochód,  brat  odwrócił  się  do  mnie  i  mimo  przyćmionego  światła  dostrzegłam  w  jego  oczach

zmianę. Nie były już błękitne, tak jak moje, ale żółtawe. Zmieniły również kształt.

– Moja twarz jest jakaś dziwna – powiedział.
Co oznaczało, że wciąż nie kojarzył faktów.
W zapadającym mroku maleńka osada Hotshot wydawała się cicha i wymarła. Zimny wiatr szalał na pustych polach, a

sosny i dęby drżały w jego lodowatych porywach. Zauważyłam tylko jednego człowieka. Stał przed małym domem, tym
świeżo otynkowanym. Oczy miał zamknięte, brodatą twarz uniesioną ku ciemniejącemu niebu. Calvin Norris poczekał,
aż Jason wysiądzie z mojego starego auta; dopiero wtedy podszedł i pochylił się przy moim oknie. Otworzyłam je.

Złotozielone oczy Calvina były tak zdumiewające, jakimi je zapamiętałam, poza tym mężczyzna kompletnie niczym się

nie  wyróżniał.  Krępy,  siwawy,  mocnej  budowy  –  wyglądał  jak  setki  innych  facetów,  których  widywałam  w  barze  „U
Merlotte'a”. Tylko te oczy!

– Dobrze się nim zaopiekuję – zapewnił mnie Norris.
Jason stał za nim, odwrócony do mnie plecami. Powietrze wokół niego wyglądało specyficznie – jakby wibrowało.
W całej tej sprawie Calvin Norris niczym nie zawinił. Nie on ugryzł mojego brata i zmienił go na zawsze.
Calvin był pumołakiem i taki się urodził. To była jego natura.
Zmusiłam się do powiedzenia:
– Dziękuję ci.
– Odwiozę go do domu rano.
– Przywieź go do mnie, bardzo cię proszę. Jego pikap stoi pod moim domem.
– Świetnie zatem. Dobrej nocy.
Znów zadarł głowę, a ja poczułam, że cała tutejsza społeczność czeka za drzwiami i oknami, aż odjadę.
Więc odjechałam.
Jason zastukał w moje drzwi o siódmej następnego ranka. Ciągle trzymał reklamówkę z Wal-Martu, ale widziałam, że

nic  z  niej  mu  się  nie  przydało.  Twarz  miał  posiniaczoną,  ręce  podrapane.  Nie  odezwał  się.  Na  moje  pytanie,  jak  się
miewa, popatrzył tylko bez słowa, po czym minął mnie, przeszedł przez salon i ruszył korytarzem. Wszedł do łazienki i
zamknął  za  sobą  drzwi  stanowczo  i  głośno.  Sekundę  później  usłyszałam  odgłos  płynącej  wody  i  westchnęłam  ciężko.
Chociaż z Hotshot pojechałam do pracy i do domu wróciłam zmęczona około drugiej nad ranem, nie spałam zbyt dużo.

Zanim  Jason  opuścił  łazienkę,  usmażyłam  mu  jajka  na  bekonie.  Zadowolony  usiadł  przy  starym  stole  w  kuchni  –

wyglądał jak zwyczajny człowiek podczas znanych sobie i lubianych czynności. Jednakże, gdy spojrzał na talerz, od razu
zerwał się na równe nogi, pobiegł z powrotem do łazienki i zatrzasnął za sobą drzwi. Słyszałam, że długo wymiotował.

Bezradna  wyszłam  na  dwór,  wiedząc,  że  brat  woli  zostać  w  domu  sam,  po  chwili  jednak  wróciłam  do  kuchni  i

wyrzuciłam jedzenie do kosza. Wstydziłam się takiego marnotrawstwa, ale nie potrafiłabym się zmusić do zjedzenia.

Kiedy Jason wrócił, poprosił jedynie o kawę. Był chorobliwie blady i miałam wrażenie, że chodzenie sprawia mu ból.
– Nic ci nie jest? – spytałam, niepewna, czy zdoła mi odpowiedzieć.
Nalałam kawy do kubka.
–  Nie  –  odparł  po  dłuższej  chwili,  jak  gdyby  musiał  najpierw  zastanowić  się  nad  odpowiedzią.  –  To  było  najbardziej

niesamowite doświadczenie w moim życiu.

Przez chwilę myślałam, głupia, że mówi o wymiotach w łazience, ale przecież na pewno zdarzały mu się takie sytuacje

wcześniej. Jako nastolatek dość często popijał z kumplami, aż odkrył, że czas spędzony nad muszlą klozetową nie jest
przeżyciem ani estetycznym, ani przyjemnym.

– Przemiana – zasugerowałam nieśmiało.
Kiwnął głową. W ręku trzymał kubek z gorącą, mocną, czarną kawą, która parowała prosto w jego twarz. Spojrzał mi

w oczy. Jego znów były niebieskie i zwyczajne.

– To naprawdę niezwykłe uczucie – tłumaczył. – Ale ponieważ tę cechę otrzymałem z powodu ugryzienia, a nie z racji

background image

urodzenia,  nigdy  nie  będę  prawdziwą  pumą,  taką  jak  tamci.  –  Usłyszałam  w  jego  głosie  ton  zazdrości.  –  Chociaż  i  tak
było zadziwiająco. Czułem w sobie magię, moje kości zmieniły kształt i przystosowały się, widziałem wiele rzeczy inaczej.
Jesteś  bliżej  ziemi  i  chodzisz  w  zupełnie  inny  sposób,  właściwie,  cholera,  biegasz,  tak  naprawdę  biegasz.  Możesz
ścigać...

I głos mu zamarł.
Wcale nie chciałam znać dalszej historii.
– Więc nie jest aż tak źle? – upewniłam się i splotłam dłonie.
Jason był jedynym członkiem rodziny, jaki mi pozostał, nie licząc pewnego kuzyna narkomana, który od wielu lat żył w

swoim świecie.

–  Nie,  nie  jest  aż  tak  źle  –  zgodził  się  ze  mną,  siląc  się  na  uśmiech.  –  Dopóki  jesteś  zwierzęciem,  jest  wspaniale.

Wszystko wydaje się takie proste. Dopiero kiedy wracasz do ludzkiej postaci, zaczynasz się martwić o mnóstwo rzeczy.

Czyli że Jason nie miał skłonności samobójczych. Nie był nawet przygnębiony. Odetchnęłam głęboko, zdawszy sobie

sprawę,  że  wstrzymywałam  powietrze.  Z  pomocą  innych  zmiennokształtnych  mój  brat  poradzi  sobie  w  nowej  sytuacji.
Wszystko będzie dobrze.

Poczułam niemal niewiarygodną ulgę, jak gdyby wreszcie udało mi się wyjąć coś, co boleśnie i na długo utkwiło mi

między zębami albo w bucie. Przez wiele dni, a może raczej tygodni niepokoiłam się o niego i teraz ta obawa zniknęła.
Oczywiście, przynajmniej z mojego punktu widzenia, życie Jasona jako pumołaka nie będzie wolne od trosk. Jeśli poślubi
zwyczajną kobietę, ich dzieci będą normalne, jeżeli jednak ożeni się ze zmiennokształtną ze społeczności Hotshot, będę
miała bratanków i bratanice raz na miesiąc zmieniające się w zwierzęta. Na szczęście, dopiero po okresie dojrzewania,
dzięki czemu i one, i ciotka Sookie, będą mogły przygotować się na ten pierwszy raz.

Szczęśliwym  trafem  Jasonowi  zostało  do  wykorzystania  sporo  urlopu  i  mógł  dziś  w  ogóle  nie  pojawić  się  w

okręgowym  wydziale  dróg.  Ja  jednak  musiałam  wieczorem  pojechać  do  pracy.  Gdy  brat  oddalił  się  swoim  pikapem,
położyłam się z powrotem do łóżka, w dżinsach i podkoszulku, a po pięciu minutach już spałam. Ulga to niezły środek
nasenny.

Po  przebudzeniu  prawie  o  godzinie  piętnastej  musiałam  od  razu  wstać  i  przygotować  się  do  pracy  w  „Merlotcie”.

Jaskrawe  słońce  lśniło  na  bezchmurnym  niebie  i  było  jedenaście  stopni  Celsjusza,  co  sprawdziłam  na  specjalnym
termometrze. Taka temperatura nie jest niczym niezwykłym w północnej Luizjanie w styczniu. Po zachodzie słońca zrobi
się chłodniej, a Jason znów się przemieni... Wtedy jednak będzie nosił futro, chociaż nie na całym ciele, ponieważ jest
tylko  pół  człowiekiem,  pół  kotem,  czym  różni  się  od  zwykłych  pum.  Wyjdą  na  polowanie.  W  lasach  otaczających  osadę
Hotshot, która leży w najdalszym zakątku gminy Renard, znowu nie będzie dziś bezpiecznie.

Kiedy jadłam, brałam prysznic i składałam pranie, przemykały mi przez głowę dziesiątki pytań, na które pragnęłam

poznać  odpowiedzi.  Zastanawiałam  się,  czy  zmiennokształtni  zabijają  ludzi,  jeśli  natkną  się  na  nich  w  lesie.  I  jak  dużo
ludzkiej  świadomości  zachowują,  gdy  przybierają  postać  zwierzęcą?  Czy  jeśli  spłodzą  dziecko  jako  pumy,  urodzi  im  się
kocię czy ludzkie niemowlę? Co się dzieje z ciężarną pumołaczycą podczas pełni księżyca? Interesowało mnie, czy Jason
zna już odpowiedzi na te wszystkie pytania. A może Calvin podał mu tylko podstawowe informacje?

Cieszyłam  się  jednak,  że  nie  wypytałam  brata  dziś  rano,  gdyż  teraz  wszystko  było  dla  niego  jeszcze  nowe.  Będę

przecież miała wiele lepszych okazji na zaspokojenie ciekawości.

Po raz pierwszy od Nowego Roku myślałam o przyszłości. Symbol pełni księżyca w moim kalendarzu wreszcie przestał

straszyć  mnie  jako  potencjalny  koniec  jakiegoś  okresu  naszego  życia;  obecnie  był  tylko  jednym  z  oznaczników
upływającego czasu. Kiedy wkładałam strój kelnerki (czarne spodnie, biały podkoszulek z krótkim rękawem i dekoltem
w  łódkę  oraz  czarne  reeboki),  prawie  zakręciło  mi  się  w  głowie  z  radości.  Przynajmniej  tym  razem  zostawiłam  włosy
rozpuszczone, zamiast ściągnąć je w tył i związać w koński ogon. Uszy przyozdobiłam jasnoczerwonymi kolczykami, usta
pomalowałam szminką w identycznym odcieniu. Podkreśliłam nieco oczy, policzki musnęłam różem  i  byłam  gotowa  do
wyjścia.

Ubiegłej nocy zaparkowałam samochód za domem, toteż najpierw sprawdziłam dokładnie, czy  na  tylnym  ganku  nie

czają się jakieś wampiry, i dopiero wtedy wyszłam, zatrzasnęłam za sobą drzwi i zamknęłam je na klucz. Zaskakiwano
mnie wcześniej i nie było to przyjemne uczucie. Chociaż dopiero niedawno zapadł zmrok, niektóre osobniki mogły się już
obudzić. Japończycy, którzy wynaleźli syntetyczną krew, na pewno nie spodziewali się, że dzięki jej dostępności wampiry
opuszczą  świat  legend  i  wkroczą  do  naszego.  Japończycy  próbowali  po  prostu  zarobić  na  sprzedaży  sztucznej  krwi
prywatnym pogotowiom ratunkowym i szpitalnym oddziałom pomocy doraźnej. Niestety, w ten sposób bezwiednie, lecz
nieodwracalnie zmienili nasz świat.

Skoro mowa o wampirach (choć raczej o nich myślałam, niż mówiłam), zadałam sobie pytanie, czy Bill Compton jest w

domu.  Wampir  Bill  był  moim  pierwszym  kochankiem,  a  nasze  posiadłości  oddziela  jedynie  cmentarz.  Mój  dom  i  jego
znajdują  się  przy  drodze  gminnej  na  obrzeżach  małego  miasta  o  nazwie  Bon  Temps  i  na  południe  od  baru,  w  którym
pracuję.  Ostatnio  Bill  sporo  podróżował.  Dowiadywałam  się,  że  wrócił,  tylko  wówczas,  jeśli  akurat  wpadł  do
„Merlotte'a”,  co  praktykował  co  jakiś  czas,  aby  pobyć  z  tubylcami  i  wypić  trochę  ciepłej  krwi  grupy  0  Rh+.  Bill  lubił
Czystą  Krew,  najdroższą  odmianę  japońskiej  syntetycznej.  Powiedział  mi,  że  syntetyczna  niemal  całkowicie  zaspokaja
jego  pragnienie  świeżej,  ludzkiej.  Ponieważ  na  własne  oczy  widziałam,  jak  Bill  wpada  w  szał  i  zaczyna  pałać  żądzą
mordu, naprawdę dziękowałam Bogu za istnienie Czystej Krwi.

Czasami strasznie za Billem tęsknię...
Zbeształam się w myślach i powiedziałam sobie, że trzeba wziąć się w garść. Koniec kryzysu! Dość zmartwień! Dość

strachu! Zwarta i gotowa do pracy! Dom spłacony! Pieniądze w banku! Same dobre rzeczy, same pozytywy.

Parking  przed  barem  był  pełen.  Wiedziałam,  że  będę  dziś  wieczorem  bardzo  zajęta.  Podjechałam  pod  tylne  wejście

dla  personelu.  Sam  Merlotte,  właściciel  lokalu  i  mój  szef,  mieszka  tam  w  bardzo  ładnej,  dużej  przyczepie,  przed  którą
jest  nawet  mały  dziedziniec  otoczony  żywopłotem,  stanowiącym  jego  ekwiwalent  białego  parkanu.  Zamknęłam  auto  i

background image

weszłam  drzwiami  dla  personelu,  które  prowadziły  do  korytarza  z  toaletami  męską  i  damską,  wielkim  magazynem  i
biurem  Sama.  Schowałam  torebkę  i  kurtkę  do  pustej  szuflady  biurka,  włożyłam  czerwone  skarpetki,  potrząsnęłam
głową,  burząc  rozpuszczone  włosy,  pokonałam  kolejne  drzwi  (które  niemal  zawsze  były  otwarte)  i  znalazłam  się  w
głównej  sali  barowo-restauracyjnej.  Ta  nazwa  nie  oznacza,  że  nasza  kuchnia  oferuje  cokolwiek  więcej  niż  najprostsze
dania: hamburgery, paluszki drobiowe, frytki, smażone krążki cebuli, sałatki (latem) i chili (zimą).

Sam był równocześnie barmanem i bramkarzem, a od czasu do czasu także gotował, ostatnimi czasy jednak mieliśmy

szczęście  do  kucharzy,  szczególnie  że  co  jakiś  czas  sezonowa  alergia  mocno  doskwierała  Samowi  i  nie  do  końca
sprawdzał się jako żywieniowiec. Nowa kucharka pojawiła się w odpowiedzi na ogłoszenie Sama akurat tydzień temu.
Kolejni  szefowie  kuchni,  niestety,  nie  wytrzymywali  długo  w  „Merlotcie”,  ale  miałam  nadzieję,  że  Sweetie  Des  Arts
trochę  u  nas  popracuje.  Zjawiała  się  codziennie  punktualnie,  dobrze  gotowała  i  nigdy  nie  sprawiła  pozostałym
pracownikom żadnych kłopotów. Naprawdę niczego więcej nie pragnęliśmy. Nasz ostatni kucharz, mężczyzna, dał mojej
przyjaciółce  Arlene  nadzieję,  że  jest  tym  jedynym  (w  jej  przypadku  byłby  tym  jedynym  czwartym  lub  piątym),  po  czym
ulotnił się pewnej nocy z serwisem Arlene, sztućcami i odtwarzaczem płyt kompaktowych. Jej dzieci były zdruzgotane –
nie dlatego że pokochały kucharza, tylko brakowało im odtwarzacza.

Wchodząc  do  pomieszczenia  wypełnionego  hałasem  i  dymem  papierosowym,  poczułam  się  jakbym  wkraczała  do

alternatywnego wszechświata. Wszyscy palacze siedzieli wprawdzie w zachodniej części sali, ale dym najwyraźniej nie
wiedział, że powinien tam pozostać. Uśmiechnęłam się, weszłam za bar i poklepałam po ramieniu Sama, który z wprawą
napełnił  właśnie  szklankę  piwem  i  przesunął  ją  po  ladzie  w  stronę  gościa,  po  czym  wstawił  pustą  pod  kranik  i  cały
proces zaczął się od początku.

– Co słychać? – spytał.
Sam wiedział wszystko o problemach Jasona, ponieważ towarzyszył mi tej nocy, gdy znalazłam brata uwięzionego w

Hotshot  w  pewnej  szopie  na  narzędzia.  Ale  musieliśmy  uważać  na  słowa;  wampiry  wprawdzie  ujawniły  się  publicznie,
lecz  zmiennokształtni  i  wilkołaki  wciąż  woleli  pozostawać  w  ukryciu.  Podziemny  świat  istot  nadnaturalnych  czekał,
pragnąc zobaczyć, jak pójdzie wampirom, zanim inni ewentualnie podążą za ich przykładem.

– Lepiej, niż sądziłam.
Posłałam  mu  uśmiech,  unosząc  wzrok,  chociaż  niezbyt  wysoko,  gdyż  Sam  jest  mężczyzną  niedużym  i  szczupłym.  A

także silnym, choć na takiego nie wygląda. Jest po trzydziestce, przynajmniej tak sądzę, i ma dość długie rudawozłote
włosy.  Dobry  z  niego  człowiek  i  wspaniały  szef.  Jest  też  zmiennokształtnym,  więc  czasem  przemienia  się  w  zwierzę,
najczęściej w milutkiego owczarka collie o przepięknej sierści. Czasami przychodzi do mojego domu w tej postaci i wtedy
pozwalam mu spać na dywanie w salonie.

– Nic mu nie będzie – dodałam.
– Cieszę się – odparł.
Nie potrafię czytać w myślach zmiennokształtnym tak łatwo jak zwykłym ludziom, umiem jednak powiedzieć, czy ich

emocje są prawdziwe. Sam cieszył się moją radością.

– Kiedy wychodzisz? – spytałam.
Miał to nieobecne spojrzenie, które mi mówiło, że w myślach Sam już pędzi przez las, tropiąc oposy.
– Natychmiast gdy zjawi się Terry.
Uśmiechnął się do mnie ponownie, lecz tym razem uśmiech był trochę wymuszony. Merlotte robił się niespokojny.
Drzwi do kuchni znajdowały się tuż za barem na zachodnim krańcu i wsunęłam głowę do środka, żeby przywitać się

ze  Sweetie.  Sweetie  była  kościstą  brunetką  po  czterdziestce,  która  mocno  się  malowała  jak  na  osobę  przebywającą
przez cały wieczór w kuchni, gdzie nikt jej nie widział. Wydawała się trochę bystrzejsza czy też może lepiej wykształcona
niż wszyscy poprzedni kucharze Sama.

– W porządku, Sookie?! – zawołała, podrzucając na patelni hamburgera.
Stale kręciła się po kuchni i nie lubiła, gdy ktoś wchodził jej tam w drogę. Nastolatek, który jej pomagał, panicznie się

jej  bał  i  usiłował  jej  unikać,  szczególnie  gdy  przechodziła  od  gorącej  blachy  do  frytkownicy.  Kuchcik  przygotowywał
talerze, mieszał sałatki i przywoływał nas przez okienko, gdy danie było gotowe.

Holly  Cleary  i  jej  najlepsza  przyjaciółka  Danielle  pracowały  już  ciężko,  toteż  gdy  weszłam,  obie  spojrzały  na  mnie  z

ulgą.  Danielle  obsługiwała  część  dla  palących  aż  do  zachodniej  ściany,  a  Holly  zazwyczaj  pracowała  na  środku  przed
barem, tak więc, gdy byłyśmy we trzy, mnie przypadała część wschodnia.

– Chyba od razu powinnam zakasać rękawy – rzuciłam do Sweetie.
Posłała  mi  szybki  uśmiech  i  odwróciła  się  do  blachy.  Przestraszony  nastolatek,  którego  imienia  nie  pamiętałam,

skinął mi głową i wrócił do ładowania zmywarki.

Chciałam, żeby Sam odwołał mnie na bok, nim zacznę obsługiwać gości. Właściwie mogłam przyjść trochę wcześniej.

Zresztą,  Sam  i  tak  nie  był  dziś  właściwie  sobą.  Zaczęłam  sprawdzać  stoliki  w  moim  rewirze,  donosząc  świeże  drinki,
zbierając koszyki z chlebem, przyjmując zapłatę i wydając resztę.

– Kelnerka! Przynieś mi Czerwoną!
Głos  zamawiającego  był  mi  nieznany,  a  zamówienie  niezwykłe.  Czerwona  była  najtańszą  wersją  krwi  syntetycznej  i

prosiły  o  nią  tylko  wampiry  o  najmłodszym  stażu.  Wyjęłam  butelkę  z  oszklonej  lodówki  i  wstawiłam  do  kuchenki
mikrofalowej. Gdy krew się podgrzewała, badawczo przyglądałam się tłumowi w poszukiwaniu wampira. Okazało się, że
siedzi w towarzystwie mojej przyjaciółki Tary Thornton. Nigdy wcześniej go nie widziałam, co mnie zaniepokoiło. Tara
spotykała się jeszcze niedawno ze starszym wampirem (dużo starszym: Franklin Mott, gdy został nieumarłym, był dość
wiekowym  mężczyzną,  a  jako  wampir  przeżył  ponad  trzysta  lat),  który  dawał  jej  bardzo  drogie  prezenty,  takie  jak  na
przykład chevrolet camaro. Co zatem robiła tutaj z nowym facetem? Franklina przynajmniej cechowały dobre maniery.

Postawiłam ciepłą butelkę na tacy i zaniosłam wampirowi. W nocy światło w „Merlotcie” nie jest szczególnie mocne,

background image

bo  tak  lubią  nasi  goście,  toteż  dopiero  gdy  podeszłam  bardzo  blisko,  mogłam  ocenić  towarzysza  przyjaciółki.  Był
szczupły, miał wąskie ramiona i włosy zaczesane w tył. Jego paznokcie były długie, rysy twarzy ostre. Przypuszczam, że
w jakimś sensie był atrakcyjny – jeśli ktoś lubi sporą dawkę niebezpieczeństwa podczas seksu.

Postawiłam  butelkę  przed  nim  i  zerknęłam  niepewnie  na  Tarę.  Wyglądała  świetnie,  zresztą  jak  zwykle.  Tara  jest

wysoka, smukła, ciemnowłosa i nosi piękne ubrania. Miała naprawdę straszne dzieciństwo, ale teraz prowadzi własny
sklep  i  jest  prawdziwą  bizneswoman.  Niestety,  odkąd  związała  się  z  bogatym  wampirem,  Franklinem  Mottem,  nie
widujemy się zbyt często.

– Sookie – odezwała się – chciałabym ci przedstawić przyjaciela Franklina, Mickeya.
Nie miałam wcale wrażenia, że chce nas ze sobą poznać. W jej tonie raczej wyczułam żal, że to właśnie ja przyniosłam

Mickeyowi napój. I chociaż jej szklanka była prawie pusta, Tara odmówiła, kiedy spytałam, czy chce nowego drinka.

Wymieniłam ukłony z wampirem. Wampiry nie ściskają sobie dłoni, przynajmniej niezbyt często. Mickey obserwował

mnie,  popijając  krew  z  butelki.  Patrzył  na  mnie  nieprzyjaźnie  niczym  wąż.  Jeśli  był  przyjacielem  superwytwornego
Franklina,  to  ja  jestem  Miss  Luizjany.  Pewnie  jakiś  pracownik,  mniej  więcej.  Może  ochroniarz?  Ale  po  co  Franklin
zapewniałby Tarze ochronę?

Tara najwyraźniej nie mogła mówić przy nim szczerze, więc powiedziałam tylko: „Przyjdę później” i odniosłam zapłatę

Mickeya do kasy.

Przez całą noc byłam zajęta, a w wolnych chwilach myślałam o moim bracie. Już drugą noc figlował pod księżycem z

innymi pumołakami. Sam wypadł jak strzała niemal w tej samej sekundzie, w której przyszedł Terry Bellefleur, a jednak
kosz  na  śmieci  w  jego  biurze  był  pełen  zgniecionych  papierowych  chusteczek.  Mięśnie  twarzy  przez  cały  wieczór  mój
szef napinał z niecierpliwości.

To  była  jedna  z  tych  nocy,  podczas  których  zastanawiam  się,  jak  to  możliwe,  że  moje  otoczenie  jest  tak  kompletnie

nieświadome  istnienia  całego  innego  świata  tuż  obok  naszego.  Tylko  uparty  ciemniak  może  ignorować  magię,  którą
wyczuwam w powietrzu. Tylko zbiorowy brak wyobraźni może wyjaśniać fakt, że ludzie nie zadają sobie pytania, co kryje
się w otaczającym ich mroku.

Chociaż, przypomniałam sobie, sama nie tak dawno byłam tak uparcie ślepa jak reszta bywalców „Merlotte'a”. Nawet

kiedy  wampiry  wydały  starannie  przemyślane  oświadczenie,  powiadamiając  świat  o  swoim  istnieniu,  jedynie  nieliczni
przedstawiciele władz czy pojedynczy obywatele byli skłonni zrobić kolejny krok i zadać sobie pytanie: „Skoro wampiry
istnieją, co jeszcze może się czaić w ciemnościach?”.

Z ciekawości zaczęłam wsłuchiwać się w myśli otaczających mnie osób, szukając u nich lęku. Odkryłam, że większość

klientów  baru  myśli  o  Mickeyu.  Kobiety  i  niektórzy  mężczyźni  marzyli  o  bliższym  kontakcie  z  nim.  Nawet  Portia
Bellefleur, prawniczka-tradycjonalistka, pragnęła zająć się młodym wampirem. Zadziwiły mnie ich dumania. Mickey był
przecież przerażający, więc mnie po prostu nie mógł pociągać. Ale miałam wiele dowodów, że inne osoby przebywające
w barze wyznają zupełnie odmienne poglądy od moich.

Od  dziecka  potrafię  czytać  ludziom  w  myślach.  Nie  uważam  tej  umiejętności  za  przyjemny  dar.  Większości  istot

ludzkich naprawdę nie warto zaglądać do głowy. Ich myśli są nudne, odrażające, rozczarowujące i bardzo rzadko bywają
zabawne.  Dobrze,  że  Bill  pomógł  mi  i  nauczyłam  się  odcinać  mentalnie  od  tego  hałasu.  Zanim  udzielił  mi  kilku
wskazówek,  czułam  się  tak,  jakbym  nastawiła  sto  odbiorników  radiowych  na  sto  stacji  równocześnie;  jedne  z  nich
słyszałam jasno i wyraźnie, inne były słabe i odległe, a jeszcze inne, na przykład myśli zmiennokształtnych, docierały z
zakłóceniami i przeważnie były niezrozumiałe. Wszystkie razem tworzyły jedną wielką kakofonię. Nic dziwnego, że wielu
znajomych traktowało mnie jak kretynkę.

Myśli  wampirów  za  to  w  ogóle  nie  słyszę.  Dlatego  wampiry  są  takie  wspaniałe,  w  każdym  razie  z  mojego  punktu

widzenia. Dzieje się tak dlatego, że wampiry nie żyją, toteż ich mózgi również są martwe. Tylko raz na ruski rok wyłapię
jakąś wampirzą myśl.

Shirley Hunter, szef mojego brata w okręgowym wydziale dróg, spytał mnie, gdzie jest Jason, gdy stawiałam dzban z

piwem na jego stoliku. Shirleya wszyscy nazywali Sumem.

– Wiem tyle co ty – odparłam nieszczerze, a on puścił do mnie oko.
Najczęściej  w  takiej  sytuacji  pierwsza  odpowiedź  cisnąca  się  na  usta  brzmi  „z  kobietą”,  a  druga  myśl  to  „z  inną

kobietą”.  Mężczyźni  siedzący  przy  stoliku  z  Sumem,  wciąż  ubrani  w  stroje  robocze,  roześmiali  się  głośniej,  niż
uzasadniałaby moja riposta, ale pewnie wypili już sporo piwa.

Wróciłam pospiesznie do baru, żeby odebrać trzy burbony z colą od Terry'ego Bellefleura, kuzyna Portii, który miał

dziś sporo pracy. Terry, weteran wojny w Wietnamie, skąd wrócił z ranami na ciele i duszy, nieźle wytrzymywał stres tej
ruchliwej nocy. Lubił proste prace, które wymagały skupienia. Siwiejące kasztanowe włosy związał w kucyk, a na jego
twarzy  malowała  się  koncentracja,  gdy  nalewał  płyny  z  butelek.  Drinki  przyrządzał  błyskawicznie,  a  kiedy  stawiałam
moje  na  tacy,  uśmiechnął  się  do  mnie.  Uśmiech  od  Terry'ego  to  był  rzadki  prezent,  toteż  bardzo  podniósł  mnie  na
duchu.

Akurat gdy stawiałam tacę na prawym przedramieniu, rozpoczęły się kłopoty. Jakiś student politechniki luizjańskiej z

Ruston  wdał  się  w  bójkę  jeden  na  jednego  z  Jeffem  LaBeffem,  przedstawicielem  zupełnie  innej  klasy  społecznej,  czyli,
dokładnie  mówiąc,  konserwatywnym  wsiokiem  z  Południa,  który  spłodził  wiele  dzieci,  a  na  życie  zarabiał,  jeżdżąc
śmieciarką. Możliwe zresztą, że te dwa uparciuchy po prostu o coś się pokłóciły i tak naprawdę burda nie miała wiele
wspólnego  z  buntem  intelektualisty  (o  ile  tacy  są  w  Ruston).  W  każdym  razie,  niezależnie  od  pierwotnych  powodów
kłótni, szybko odkryłam, że awantura zapowiada się na coś więcej niż pyskówkę.

Terry natychmiast usiłował interweniować. Wpadł szybko między Jeffa i studenta, i każdego z nich chwycił mocno za

nadgarstek.  Przez  minutę  sądziłam,  że  to  wystarczy,  lecz  Bellefleur  nie  był  już  taki  młody  i  wysportowany  jak  kiedyś,
więc doszło do prawdziwej bitwy.

– Mógłbyś ich powstrzymać – warknęłam z wściekłością do Mickeya, gdy przebiegałam obok jego stolika w drodze do

background image

pokłóconych, których zamierzałam jakoś pogodzić.

Wampir rozsiadł się wygodnie na krześle i sączył krew.
– To nie moja robota – odrzekł bez mrugnięcia okiem.
Rozumiałam  to,  choć  nie  zaskarbił  sobie  tą  reakcją  mojej  sympatii,  szczególnie  że  student  właśnie  odwrócił  się

gwałtownie  i  zamierzył  na  mnie,  ponieważ  zachodziłam  go  od  tyłu.  Chybił,  więc  uderzyłam  go  w  głowę  pustą  tacą.
Zatoczył się na bok, z głowy pociekł mu strumyczek krwi, a wtedy Terry poskromił Jeffa LaBeffa, który szukał okazji do
wyjścia.

Tego typu incydenty zdarzają się ostatnio coraz częściej, zwłaszcza podczas nieobecności Sama. Było dla mnie jasne,

że  powinniśmy  zatrudnić  bramkarza  z  prawdziwego  zdarzenia,  przynajmniej  na  weekendy  i...  na  noce  z  księżycem  w
pełni.

Student odgrażał się, że wniesie sprawę do sądu.
– Jak się nazywasz? – spytałam.
– Mark Duffy – odparł, trzymając się za głowę.
– Skąd jesteś, Marku?
– Z Minden.
Natychmiast oceniłam jego strój, zachowanie i odczytałam myśli.
– Chętnie zadzwonię do twojej mamy i powiem jej, że zamierzyłeś się na kobietę – powiedziałam.
Chłopak  zbladł  i  przestał  mówić  o  pozwie,  a  wkrótce  wyszedł  wraz  z  kolegami.  Zawsze  dobrze  jest  znać

najskuteczniejszą groźbę.

Również Jeffa zmusiliśmy do opuszczenia lokalu.
Terry  wrócił  na  swoje  miejsce  za  barem  i  zaczął  przyrządzać  kolejne  drinki,  ale  nieznacznie  utykał  i  wyglądał  na

zmęczonego,  co  mnie  zmartwiło.  Doświadczenia  wojenne  wciąż  go  nie  opuszczały.  A  ja  miałam  dość  kłopotów  jak  na
jedną noc.

Tyle że noc była jeszcze młoda.
Jakąś godzinę po walce, do „Merlotte'a” weszła kobieta. Była zwyczajna i zwyczajnie ubrana – w stare dżinsy i kurtkę

panterkę. Jej wysokie buty wyglądały zapewne pięknie, kiedy były nowe, ale od tamtej chwili minęło już sporo czasu. Nie
miała torebki, ręce wcisnęła w kieszenie.

Był szereg wskazówek, które mnie poruszyły. Przede wszystkim, ta kobieta tu nie pasowała. Tutejsza mogłaby się tak

ubrać,  gdyby  wyprawiała  się  na  polowanie  lub  do  zajęć  gospodarskich,  lecz  nigdy  by  nie  przyszła  w  takim  stroju  do
„Merlotte'a”.  Na  wieczorne  wyjście  do  pubu  większość  mieszkanek  Bon  Temps  specjalnie  się  szykowała.  Czyli  że  ta
kobieta była w pracy, chociaż na pewno nie pracowała jako prostytutka – z tych samych powodów.

A zatem chodziło o narkotyki.
Aby  chronić  bar  w  trakcie  nieobecności  Sama,  wsłuchałam  się  w  myśli  nowej  klientki.  Ludzie  nie  myślą  oczywiście

pełnymi  zdaniami,  lecz  przez  głowę  kobiety  przelatywały  mniej  więcej  takie  stwierdzenia:  „Zostały  trzy  fiolki,  krew
starzeje się, traci działanie, muszę ją sprzedać dziś wieczorem, żebym mogła pojechać do Baton Rouge i kupić więcej.
Wampir jest w barze, jeśli mnie złapie z krwią wampirzą, umrę. Bon Temps to dziura, przy pierwszej okazji muszę wrócić
do Baton Rouge”.

Była  zatem  osuszaczką,  a  może  jedynie  pośredniczką.  Wampirza  krew  jest  najlepszym  odurzającym  narkotykiem  na

rynku,  choć,  ma  się  rozumieć,  wampiry  nie  oddają  jej  dobrowolnie.  Osuszanie  wampira  z  krwi  stanowi  zajęcie
niebezpieczne, co powoduje, że ceny zawierających ją maleńkich fiolek osiągają wprost niewiarygodnie wysokie sumy.

Co dostaje użytkownik za swoje pieniądze? To zależy od wieku krwi, to znaczy od czasu, jaki upłynął od pobrania jej

od  właściciela,  wieku  samego  właściciela  oraz  cech  użytkownika,  ale  bywa,  że  bardzo  dużo  –  uczucie  wszechmocy,
wzrost  siły  fizycznej,  doskonały  wzrok  i  słuch.  Oraz,  co  najważniejsze  dla  wszystkich  Amerykanów,  atrakcyjniejszy
wygląd fizyczny.

A  jednak  wyłącznie  idioci  piją  nabytą  na  czarnym  rynku  krew  wampirzą.  Po  pierwsze,  efekty  są  trudne  do

przewidzenia. Zresztą, zmienne są nie tylko skutki, lecz również czas ich trwania, mogą bowiem utrzymywać się przez
okres od dwóch tygodni do dwóch miesięcy. Po drugie, niektóre osoby po prostu wpadają w szał, gdy krew wampira
łączy  się  z  ich  krwią,  a  czasami  jest  to  szał  morderczy.  Słyszałam  o  dilerach,  którzy  sprzedawali  naiwniakom  krew
świńską lub skażoną ludzką. Najważniejszy jednak powód, dla którego należało unikać czarnorynkowej krwi, był taki, że
wampiry nienawidziły zarówno osuszaczy, jak i ich klientów (powszechnie nazywanych krewkimi). A żaden człowiek nie
chciał mieć przeciwko sobie wkurzonego wampira.

Tej  nocy  nie  było  „U  Merlotte'a”  żadnych  policjantów,  ani  na,  ani  po  służbie.  Właściciel  lokalu  szalał  gdzieś  na

czterech łapach. Wolałam nie zwracać się do Terry'ego, ponieważ nie wiedziałam, jak zareaguje. Coś jednak musiałam z
tą babą zrobić!

Zazwyczaj  próbuję  nie  mieszać  się  w  żadne  sytuacje,  jeśli  wiedzę  o  nich  uzyskuję  jedynie  dzięki  telepatii.  Gdybym

wtrącała się za każdym razem, gdy dowiem się czegoś, co ma wpływ na otaczające mnie osoby (na przykład, gdy odkryję,
że  urzędnik  gminny  sprzeniewierzył  jakąś  kwotę  albo  jeden  z  miejscowych  detektywów  bierze  łapówki),  nie  miałabym
życia w Bon Temps, a tu przecież jest mój dom. Nie mogłam jednak pozwolić tej chuderlawej na sprzedawanie trucizny w
barze Sama.

Kobieta  usadowiła  się  na  pustym  stołku  i  zamówiła  piwo  u  Terry'ego,  który  przyjrzał  jej  się  uważnie.  Terry  także

uważał, że coś jest z nią nie tak.

Poszłam odebrać następne zamówienie i stanęłam obok niej. Powinna się wykąpać, a poza tym przebywała wcześniej

w budynku ogrzewanym przez kominek, w którym palono drewnem. Zmusiłam się do dotknięcia jej, gdyż w ten sposób
zawsze łatwiej czyta mi się w myślach istotom ludzkim. Gdzie była krew? W kieszeni kurtki. Świetnie.

background image

Bez zbędnych ceregieli wylałam na nią zawartość szklanki z winem.
–  Cholera!  –  warknęła,  a  potem  zeskoczyła  ze  stołka  barowego  i  bezskutecznie  ścierała  płyn  z  kurtki.  –  Jesteś

najbardziej niezdarną kelnerką, jaką spotkałam w życiu!

– Przepraszam – oznajmiłam pokornie, odstawiając tacę na kontuar. Wymieniłam szybkie spojrzenia z Terrym. – Zaraz

wyczyszczę plamę specjalnym środkiem.

Nie czekając na jej zgodę, zdjęłam z niej kurtkę. Zanim zrozumiała, co robię, i zaczęła się szamotać, trzymałam kurtkę

w rękach. Rzuciłam ją Terry'emu.

– Proszę cię, posyp brudne miejsca sodą – powiedziałam. – I sprawdź, czy nie zamokło nic w kieszeniach.
Stosowałam już tę sztuczkę wcześniej. Miałam szczęście, że na dworze było zimno i kobieta trzymała fiolki w kurtce, a

nie w kieszeni dżinsów. Wówczas musiałabym bardziej wysilić mózgownicę.

Pod  kurtką  kobieta  nosiła  bardzo  stary  podkoszulek  z  logo  Dallas  Cowboys.  Zaczęła  drżeć  i  zastanowiłam  się,  czy

próbowała  bardziej  konwencjonalnych  narkotyków.  Terry  posypał  plamę  sodą,  a  później,  za  moją  radą,  sięgnął  do
kieszeni.  Popatrzył  na  swoją  pełną  dłoń  z  odrazą  i  usłyszałam  brzęk,  kiedy  wrzucał  fiolki  do  znajdującego  się  za
kontuarem pojemnika na śmieci. Pozostałe przedmioty włożył do kieszeni kurtki.

Kobieta  otworzyła  usta,  chcąc  krzyknąć  na  Terry'ego,  zdała  sobie  jednak  sprawę,  że  tak  naprawdę  nie  może  tego

zrobić.  Bellefleur  patrzył  wprost  na  nią,  prowokując  ją  do  powiedzenia  czegoś  na  temat  utraconych  fiolek  z  krwią.
Ludzie  wokół  nas  zerkali  z  zainteresowaniem.  Wiedzieli,  że  coś  się  dzieje,  chociaż  nie  mieli  pojęcia  co,  ponieważ  całe
zdarzenie  przebiegło  bardzo  szybko.  Kiedy  Terry  był  pewien,  że  kobieta  nie  zacznie  krzyczeć,  oddał  mi  kurtkę.
Przytrzymałam ją, gdy jej właścicielka wsuwała ręce w rękawy, a wtedy Terry syknął:

– Nie przychodź tu więcej.
Pomyślałam, że jeśli będziemy wyrzucać gości w tym tempie, wkrótce bar opustoszeje.
– Jesteś wsiokiem i sukinsynem – odparowała.
Wszyscy otaczający nas klienci wstrzymali oddech (Terry był niemal równie nieprzewidywalny jak krewki).
– Nie obchodzi mnie, jak mnie nazwiesz – odburknął. – Ktoś taki jak ty nie może mnie obrazić. A teraz wynocha stąd.
Odetchnęłam z ulgą.
Kobieta przepchnęła się przez tłum do wyjścia. Wszyscy zgromadzeni w sali obserwowali, jak szła ku drzwiom, nawet

wampir  Mickey.  Zauważyłam,  że  trzyma  w  rękach  jakiś  przedmiot,  po  czym  uprzytomniłam  sobie,  że  chyba  zrobił  jej
zdjęcie  telefonem  komórkowym  i  teraz  je  wysyła.  Byłam  ciekawa  do  kogo.  Zadałam  sobie  pytanie,  czy  kobieta  dotrze
dziś do domu.

Terry  nie  spytał,  skąd  wiedziałam,  że  ta  zaniedbana  kobieta  ma  w  kieszeniach  coś  nielegalnego.  To  była  kolejna

niesamowita  sprawa,  jeśli  chodzi  o  mieszkańców  Bon  Temps.  Plotkowano  o  moich  zdolnościach,  odkąd  pamiętam.  W
dzieciństwie rodzice ciągali mnie po lekarzach. A jednak, mimo naocznych dowodów, prawie wszyscy, których znałam,
woleli  traktować  mnie  jak  głupią  i  dziwaczną  młodą  kobietę  niż  jak  telepatkę.  Ma  się  rozumieć,  starałam  się  nie
przypominać im o moich zdolnościach. I trzymałam gębę na kłódkę.

Terry  zresztą  musiał  walczyć  z  własnymi  demonami.  Dostawał  od  państwa  jakąś  rentę,  sprzątał  też  wcześnie  rano

bar oraz miał różne inne zajęcia. Zastępował Sama trzy, cztery razy w miesiącu. Nikt chyba nie wiedział, co robił z resztą
czasu. Kontakty z ludźmi wyczerpywały, a takie noce jak dzisiejsza były dla niego wyjątkowo koszmarne.

Jakie to szczęście, że nie było go w „Merlotcie”, gdy naprawdę rozpętało się tu piekło.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ DRUGI

Początkowo myślałam, że wszystko wróciło do normy. Następnej nocy w barze panował znacznie większy spokój. Sam

był na miejscu, rozluźniony i pogodny, a kiedy opowiedziałam mu o zdarzeniu z dilerką, pochwalił mnie za pomysłowość.

Tara  nie  przyszła,  więc  nie  mogłam  jej  wypytać  o  Mickeya.  Zresztą,  co  tak  naprawdę  mnie  obchodził?  To  nie  była

moja sprawa, chociaż oczywiście martwiłam się o przyjaciółkę.

Jeff LaBeff wrócił zażenowany awanturą ze studencikiem. Sam dowiedział się o tym incydencie, ponieważ rozmawiał

przez telefon z Terrym, i dał Jeffowi ostrzeżenie.

Andy  Bellefleur,  detektyw  policji  gminy  Renard,  czyli  brat  Portii,  przyszedł  z  młodą  kobietą,  z  którą  się  spotykał.

Nazywa  się  Halleigh  Robinson.  Andy  jest  starszy  ode  mnie,  a  ja  mam  dwadzieścia  sześć  lat,  Halleigh  natomiast  tylko
dwadzieścia jeden – ledwie tyle, żeby bywać w „Merlotcie”. Halleigh uczy w szkole podstawowej, jest tuż po college'u i
jest naprawdę atrakcyjna – ma kasztanowe włosy sięgające płatków uszu, ogromne piwne oczy i dobrą figurę z ładnymi
krągłościami.  Spotykają  się  z  Andym  od  około  dwóch  miesięcy  i  z  tego  co  widziałam  ich  związek  rozwija  się  w
przeciętnym tempie.

W głębi duszy Andy uważał, że bardzo lubi Halleigh (chociaż trochę go nudziła), i chciał się z nią kochać. Halleigh z

kolei  sądziła,  że  Andy  jest  przystojnym  światowcem  i  nawet  podobała  jej  się  odnowiona  rodzinna  posiadłość
Bellefleurów,  ale  przypuszczała,  że  jeśli  prześpi  się  z  nim,  detektyw  szybko  z  nią  zerwie.  Nie  cierpię  wiedzieć  o
związkach miłosnych konkretnych osób więcej niż one same, jednak niezależnie od tego, jak bardzo się bronię, pewne
szczegóły przeciekają i po prostu je znam.

Tej  nocy,  tuż  przed  zamknięciem,  do  baru  weszła  Claudine.  Claudine  ma  metr  osiemdziesiąt  dwa  wzrostu,  czarne

falujące włosy, które opadają jej na plecy, i bladą, niemal lekko siną skórę, która wygląda na cienką i lśni jak na śliwce.
Jej stroje przyciągają uwagę. Dzisiejszego wieczoru nosiła kostium ze spodniami w kolorze terakoty, który ładnie leżał
na  jej  ciele  amazonki.  Za  dnia  Claudine  pracuje  w  dziale  reklamacji  dużego  sklepu  w  centrum  handlowym  w  Ruston.
Żałowałam, że nie przyprowadziła ze sobą brata Claude'a. Jego widok stanowi ucztę dla oczu i lubię na niego patrzeć,
choć raczej bez wzajemności.

Claude jest wróżem. Dosłownie. A Claudine, oczywiście, wróżką.
Pomachała do mnie nad głowami innych gości. Ja również do niej pomachałam i się uśmiechnęłam. W towarzystwie

Claudine  wszyscy  są  szczęśliwi,  a  ona  pozostaje  radosna,  dopóki  wokół  niej  nie  ma  wampirów.  Claudine  jest
nieobliczalna  i  bywa  zabawna,  chociaż  –  jak  wszystkie  wróżki  –  kiedy  się  rozzłości,  jest  groźna  niczym  tygrys.  Na
szczęście, rzadko wpada w gniew.

Wróżki zajmują wyjątkowe miejsce w hierarchii stworzeń magicznych. Na razie nie wiem dokładnie, dlaczego tak jest,

ale prędzej czy później na pewno odkryję tę prawidłowość.

Każdy  mężczyzna  w  barze  pożerał  Claudine  wzrokiem,  a  ona  odpowiadała  tym  samym.  Przez  chwilę  patrzyła  na

Andy'ego  Bellefleura  z  rozmarzeniem  w  oczach,  toteż  Halleigh  Robinson  obrzucała  ją  piorunującym  spojrzeniem,
naprawdę jadowitym – do momentu, w którym przypomniała sobie, że jest słodką dziewczyną z Południa. Ale Claudine
straciła zainteresowanie Andym, gdy odkryła, że funkcjonariusz pije herbatę mrożoną z cytryną. Wróżki nie lubią cytryn
jeszcze bardziej niż wampiry czosnku.

Claudine dotarła wreszcie do mnie i uściskała mnie czule, ku zazdrości wszystkich mężczyzn w barze. Wzięła mnie za

rękę i zaciągnęła do biura Sama. Szłam za nią z czystej ciekawości.

– Moja droga przyjaciółko – zagaiła – mam dla ciebie złe wieści.
– Co takiego?
Mój dobry nastrój w ułamku sekundy zmienił się w strach.
– Była strzelanina dziś nad ranem. Postrzelono jednego z pumołaków.
– O nie! Jason!
Dlaczego któryś z jego przyjaciół nie zadzwonił do mnie do pracy?
– Nie, nie, Sookie, twojemu bratu nic się nie stało. Postrzelono Calvina Norrisa.
Byłam w szoku. Jason mnie nie powiadomił i musiałam dowiadywać się tego od kogoś innego?
– Nie żyje? – spytałam, słysząc, że głos mi drży.
Nie  byłam  blisko  z  Calvinem  –  na  pewno  nie  –  a  jednak  wiadomość  mną  wstrząsnęła.  Tydzień  temu  przecież

śmiertelnie postrzelono nastolatkę nazwiskiem Heather Kinman. Co się dzieje w naszym Bon Temps?

– Otrzymał postrzał w pierś. Żyje, ale jest bardzo ciężko ranny.
– Leży w szpitalu?
– Tak, bratanice zawiozły go do Grainger Memorial.
Miasto  Grainger  znajdowało  się  dużo  dalej  na  południe  od  Hotshot,  lecz  było  do  niego  bliżej  niż  do  okręgowego

szpitala w Clarice.

– Kto to zrobił?
–  Nie  wiadomo.  Ktoś  postrzelił  go  wcześnie  rano,  gdy  jechał  do  pracy.  Wrócił  do  domu  ze  swojej...  hmm...

background image

comiesięcznej przemiany i jechał do miasta na dyżur.

Calvin pracuje w Norcross.
– Jak się tego wszystkiego dowiedziałaś?
– Jeden z jego kuzynów przyszedł do sklepu po piżamy dla Calvina, ponieważ żadnej nie posiadał. Podejrzewam, że

sypia  na  golasa  –  dodała.  –  Nie  wiem,  jak  zamierzają  włożyć  piżamę  na  bandaże.  Może  tylko  potrzebowali  spodni...?
Calvinowi na pewno nie spodobałaby się ta okropna szpitalna kiecka.

Claudine lubiła się rozgadać.
– Dzięki, że mi powiedziałaś – wtrąciłam.
Ciekawiło mnie, skąd kuzyn Calvina znał Claudine, ale nie zamierzałam pytać.
– W porządku. Uznałam, że chciałabyś wiedzieć. Heather Kinman również była zmiennokształtną. Pewnie nie miałaś o

tym pojęcia. Przemyśl to.

Claudine  pocałowała  mnie  w  czoło  –  wróżki  są  bardzo  uczuciowe  –  i  wróciłyśmy  do  sali  barowej.  Naprawdę  mnie

zaskoczyła, choć sama zachowywała się jak zwykle. Zamówiła drinka 7 & 7 i równo w dwie minuty otoczyli ją zalotnicy.
Wróżka  nigdy  nie  wychodziła  z  żadnym  z  nich,  lecz  ich  najwyraźniej  bawił  sam  flirt.  A  Claudine  pewnie  syciła  się  ich
podziwem i okazywaną uwagą.

Nawet Sam posyłał jej pełne zachwytu uśmiechy, zresztą i ona nie pozostawała mu dłużna.
Nim  zamknęliśmy  bar,  Claudine  wyszła  i  wróciła  do  Monroe,  a  wtedy  przekazałam  Samowi  informacje  o  Norrisie.

Opowieść  przeraziła  go  równie  mocno  jak  mnie.  Chociaż  Calvin  Norris  był  przywódcą  małej  społeczności
zmiennokształtnych z Hotshot, reszta świata znała go jako poważnego, spokojnego kawalera z własnym domem i dobrą
pracą  brygadzisty  w  miejscowym  tartaku.  Trudno  było  sobie  wyobrazić  powody,  dla  których  ktoś  próbował  go  zabić.
Sam postanowił wysłać kwiaty od personelu baru.

Włożyłam  płaszcz  i  wyszłam  tylnymi  drzwiami  tuż  przed  Merlotte'em.  Usłyszałam,  że  za  mną  szef  zamyka  lokal  na

klucz.  Nagle  przypomniałam  sobie,  że  kończy  nam  się  butelkowana  krew,  i  odwróciłam  się  do  Sama,  by  mu  o  tym
powiedzieć. Dostrzegł to i znieruchomiał, cierpliwie czekając, aż się odezwę. W okamgnieniu jednak jego mina zmieniła
się z wyczekującej w zaszokowaną, ciemnoczerwona plama zaczęła zabarwiać lewą nogawkę, i równocześnie dotarł do
mnie odgłos wystrzału.

A potem krew była wszędzie, Sam Merlotte padł na ziemię, a ja zaczęłam krzyczeć.

background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

Bookarnia Online

.