background image

Charlaine Harris

Martwy dla świata

Przełożyła Ewa Wojtczak

Wydawnictwo MAG

Warszawa 2012

background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

Bookarnia Online

.

background image

Tytuł oryginału: 
Dead to the World
 
Copyright © 2004 by Charlaine Harris 
Copyright for the Polish translation © 2010 by Wydawnictwo MAG
 
Redakcja: 
Joanna Figlewska
 
Korekta: 
Urszula Okrzeja
 
Ilustracja na okładce: 
Wojciech Zwoliński
 
Opracowanie graficzne okładki:
Piotr Chyliński
 
Projekt typograficzny, skład i łamanie:
Tomek Laisar Fruń
 
ISBN 978-83-7480-326-7
 
Wydanie II
 
Wydawca:
Wydawnictwo MAG
ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa
tel./fax 22 813 47 43
e-mail: 

kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

 
Konwersja: 

NetPress Digital Sp. z o.o.

background image

Chociaż te osoby prawdopodobnie
nigdy nie przeczytają mojej powieści,
dedykuję ją wszystkim trenerom
– bejsbolu, futbolu, siatkówki i piłki nożnej –
którzy pracowali przez wiele lat,
często bez dodatkowego wynagrodzenia,
nakłaniając moje dzieci do uprawiania sportu
i wpajając im zasady gry.
Niech Bóg błogosławi Was wszystkich.
Przyjmijcie podziękowania od jednej z wielu matek
tłoczących się na trybunach mimo deszczu, chłodu, upału
i natrętnych komarów.
Matka ta zastanawia się jednak,
kto jeszcze może oglądać nocne gry.

background image

Dziękuję  wiccanom,  którzy  odpowiedzieli  na  moje  wezwanie  i  podali  mi  nawet  więcej  informacji,  niż  mogłam

wykorzystać:  Marii  Limie,  Sandilee  Lloyd,  Holly  Nelson,  Jean  Hontz.  I  M.R.  „Murv”  Sellars.  Jestem  dłużna  również
podziękowania  innym  specjalistom  z  różnych  dziedzin:  Kevinowi  Ryerowi,  który  wie  więcej  o  dzikich  świniach  niż
większość osób o trzymanych w domu zwierzątkach, dr D.P. Lyle'owi, który chętnie odpowiadał mi na pytania dotyczące
kwestii medycznych, oraz, oczywiście, Doris Ann Norris, chodzącej encyklopedii gwiazd.

Jeśli  popełniłam  błędy,  wykorzystując  informacje,  którymi  ci  dobrzy  ludzie  podzielili  się  ze  mną,  ze  wszystkich  sił

postaram się udowodnić, że nie ma w tych omyłkach mojej winy.

background image

Liścik znalazłam na drzwiach, gdy wróciłam do domu z pracy. Miałam tego dnia w „Merlotcie” zmianę od lunchu do

wczesnego wieczoru, ale że był koniec grudnia, zmierzch zapadał wcześnie. Widząc liścik, wiedziałam, że Bill, kiedyś mój
chłopak – czyli Bill Compton, zwany przez większość stałych klientów baru Wampirem Billem – zostawił go nie dawniej
niż godzinę temu. Bill nie wychodzi przecież na dwór przed zmrokiem.

Nie widziałam go od ponad tygodnia, a nie rozstaliśmy się w przyjaznej atmosferze. Gdy dotknęłam teraz koperty z

moim imieniem, poczułam się naprawdę kiepsko. Przyszłoby wam do głowy, że chociaż skończyłam już dwadzieścia sześć
lat, nigdy wcześniej nie miałam „byłego chłopaka”?

Cóż, taka jednak była właśnie prawda.
Normalni faceci nie chcą się umawiać z takimi dziwnymi dziewczynami jak ja. A przecież, odkąd zaczęłam chodzić do

szkoły, ludzie mawiają, że jestem stuknięta.

I mają, niestety, trochę racji.
Nie powiem, podczas mojej pracy w barze od czasu do czasu któryś próbuje mnie obmacywać. Mężczyźni upijają się, a

ponieważ  wyglądam  nieźle,  zapominają  o  swoich  obawach  związanych  z  moją  reputacją  osoby  dziwacznej  i  o  moim
osobliwym, stale obecnym uśmiechu.

Ale tylko Billa dopuściłam naprawdę blisko do siebie. Dlatego nasze zerwanie tak bardzo mnie zraniło.
Z  otwarciem  koperty  czekałam,  aż  usiądę  przy  starym  kuchennym  stole  o  porysowanym  blacie.  Wciąż  miałam  na

sobie płaszcz, zdjęłam jedynie rękawiczki.

 
Najdroższa Sookie,
chciałem przyjść pomówić z Tobą, kiedy nieco wydobrzejesz po przykrych wydarzeniach z ostatniego miesiąca.
 
„Przykrych wydarzeniach”?! Też coś! Sińce w końcu wprawdzie zbladły, lecz kolano nadal bolało mnie w chłodne dni i

podejrzewałam,  że  już  zawsze  będzie  mi  doskwierało.  Dodam,  że  wszystkie  obrażenia  odniosłam,  ratując  mojego
niewiernego chłopaka uwięzionego przez grupę wampirów, wśród których znalazła się jego dawna flama, Lorena. Nie
wiedziałam jeszcze, dlaczego Bill tak bardzo durzył się w owej Lorenie, że natychmiast odpowiedział na jej wezwanie i
udał się do Missisipi.

 
Masz prawdopodobnie wiele pytań dotyczących tego, co się zdarzyło.
 
Cholerna racja!
 
Jeśli pragniesz pomówić ze mną osobiście, podejdź do frontowych drzwi i wpuść mnie.
 
O,  rany!  Tego  nie  przewidziałam.  Rozmyślałam  przez  dobrą  minutę  i  ostatecznie  uznałam,  że  chociaż  nie  ufam  już

Billowi, nie wierzę również, by chciał mnie skrzywdzić. Wróciłam więc do frontowych drzwi, otworzyłam je i zawołałam:

– W porządku, wejdź!
Wyłonił  się  z  lasu  otaczającego  polanę,  na  której  stoi  mój  stary  dom.  Uprzytomniłam  sobie,  jak  bardzo  za  nim

tęskniłam.

Bill jest barczysty, lecz szczupły, dzięki życiu spędzonemu na uprawie ziemi położonej tuż obok mojej. Z kolei latom

żołnierki w służbie konfederacji, aż do śmierci w roku 1867, zawdzięcza odporność i wytrzymałość. Nos Bill ma prosty
jak młodzieńcy na greckich wazach, włosy ciemnokasztanowe i przycięte tuż przy czaszce, oczy równie ciemne. Wygląda
dokładnie tak samo jak w dniu, w którym się poznaliśmy. I zawsze będzie tak wyglądał.

Zanim  przekroczył  próg,  zawahał  się,  lecz  nie  wycofałam  pozwolenia  i  usunęłam  się,  aby  mógł  przejść  obok  mnie.

Wkroczył do utrzymanego w idealnym porządku salonu zastawionego starymi, wygodnymi meblami.

– Dziękuję – oznajmił typowym dla siebie chłodnym, opanowanym głosem, na dźwięk którego jak zwykle zalała mnie

fala  dzikiego  pożądania.  Ja  i  Bill  mieliśmy  różne  problemy,  ale  w  łóżku  zawsze  było  nam  wspaniale.  –  Chciałem  ci
wszystko powiedzieć, zanim wyjadę.

– A dokąd jedziesz?
Starałam się mówić tak spokojnie jak on.
– Do Peru. Z rozkazów królowej.
– Wciąż pracujesz nad swoją... hmm... bazą danych?
Niemal  nic  nie  wiedziałam  o  komputerach,  Bill  jednak  od  dłuższego  czasu  intensywnie  się  uczył,  toteż  radził  sobie

świetnie.

– Tak. Muszę przeprowadzić tam pewne badania. Jeden bardzo stary wampir z Limy jest wręcz skarbnicą wiedzy o

nieumarłych zamieszkujących jego kontynent. Spotkam się z nim, a później trochę pozwiedzam.

Walczyłam z impulsem zaproponowania mu butelki krwi syntetycznej. Wiedziałam, że gościnność jest cnotą.
– Usiądź – poprosiłam i kiwnęłam głową ku sofie. Sama przysiadłam naprzeciwko, na brzeżku starego fotela. Zapadło

milczenie, które jeszcze dotkliwiej uświadomiło mi, jak bardzo jestem nieszczęśliwa. – Jak miewa się Bubba? – spytałam
w końcu.

–  Jest  teraz  w  Nowym  Orleanie  –  wyjaśnił  Bill.  –  Królowa  lubi  mieć  go  przy  sobie  od  czasu  do  czasu,  a  ponieważ  w

ubiegłym miesiącu kręcił się tutaj, uznaliśmy, że dobrze będzie wysłać go gdzie indziej. Niedługo wróci.

background image

Gdybyście  zobaczyli  Bubbę,  na  pewno  byście  go  rozpoznali.  Każdy  zna  jego  twarz.  Niestety,  gdy  zmieniano  go  w

wampira,  nie  wszystko  poszło  jak  trzeba.  Prawdopodobnie  nieumarły  przypadkowo  pracujący  w  kostnicy,  kiedy
przywieziono Bubbę, powinien po prostu zignorować tlącą się w ciele maleńką iskrę życia. Ponieważ jednak był wielkim
fanem  piosenkarza,  nie  potrafił  oprzeć  się  pokusie  i  teraz  wampiry  z  Południa  stale  przekazują  sobie  Bubbę,  a
równocześnie próbują ukrywać go przed ludźmi.

Znowu zapadła cisza. Wcześniej planowałam zdjąć buty i strój kelnerki, włożyć mięciutki szlafrok i oglądać telewizję z

kawałkiem pizzy „Freschetta” w ręku. To był skromny plan, lecz mój własny. Zamiast tego tkwiłam na krawędzi fotela i
cierpiałam.

– Jeśli masz coś do powiedzenia, lepiej to powiedz – mruknęłam.
Skinął głową.
– Muszę ci wyjaśnić – zaczął. Blade ręce ułożył na kolanach. – Lorena i ja...
Mimowolnie  wzdrygnęłam  się.  Nigdy  więcej  nie  chciałam  słyszeć  tego  imienia.  Bill  rzucił  mnie  przecież  właśnie  dla

niej.

– Muszę ci to powiedzieć – upierał się prawie gniewnym tonem. Widział, że się skrzywiłam. – Daj mi szansę.
Po sekundzie machnęłam ręką, pozwalając mu kontynuować.
– Pojechałem do Jackson, kiedy mnie wezwała – ciągnął – ponieważ nie mogłem się powstrzymać.
Gwałtownie uniosłam brwi. Znałam podobne tłumaczenia. „Och, nie mogłem nad sobą zapanować” albo: „Wówczas

sądziłem, że warto, i nie myślałem o niczym poza własnym rozporkiem”.

–  Bardzo  dawno  temu  byliśmy  kochankami.  Eric  twierdzi,  że  mówił  ci,  jak  bardzo  nietrwałe,  choć  intensywne  są

związki uczuciowe między wampirami. Nie powiedział ci jednak, że właśnie Lorena mnie stworzyła...

– Przeciągnęła cię na ciemną stronę? – spytałam, po czym ugryzłam się w język.
To nie był temat do żartów.
– Tak – przyznał Bill poważnie. – A potem zostaliśmy kochankami, co nieczęsto się zdarza.
– Ale zerwaliście...
–  Tak,  jakieś  osiemdziesiąt  lat  temu  nie  mogliśmy  już  ze  sobą  wytrzymać.  Od  tamtej  pory  nie  widziałem  jej,  chociaż

oczywiście słyszałem o jej... uczynkach.

– No tak, jasne – odburknęłam.
– Nie mogłem jednak zignorować jej wezwania. Nie da się inaczej. Gdy stwórca wzywa, trzeba okazać posłuszeństwo –

upierał się.

Skinęłam głową, usiłując okazać zrozumienie. Obawiam się, że nie byłam szczególnie przekonująca.
–  Poleciła  mi  ciebie  opuścić  –  wyjaśnił.  Jego  ciemne  oczy  intensywnie  wpatrywały  się  w  moje.  –  Powiedziała,  że  cię

zabije, jeśli tego nie zrobię.

Powoli traciłam nad sobą panowanie. Usiłując się skupić, przygryzłam wewnętrzną stronę policzka, i to mocno.
– Zdecydowałeś więc sam, co jest najlepsze dla nas obojga.
– Musiałem – nalegał. – Musiałem wykonać jej rozkaz. I wiedziałem, że potrafiłaby cię skrzywdzić.
– No cóż, miałeś więc rację.
Lorena rzeczywiście bardzo się starała mnie skrzywdzić, czy raczej zabić. Na szczęście dopadłam ją pierwsza... Hmm,

może miałam szczęście, ale się udało.

– A teraz już mnie nie kochasz – podsumował jedynie z lekką nutą zapytania w głosie.
Nie przyszła mi do głowy sensowna odpowiedź.
– Nie wiem – bąknęłam. – Nie sądziłam, że zechcesz do mnie wrócić. Ostatecznie... zabiłam twoją... matkę!
W moim tonie również pobrzmiewała lekka nuta zapytania, więcej jednak było w nim goryczy.
– Zatem musimy dać sobie trochę czasu – ocenił. – Kiedy wrócę, porozmawiamy znowu... Jeśli się zgodzisz. Całus na

pożegnanie?

Wstydzę  się  przyznać,  ale  bardzo  pragnęłam  pocałować  Billa.  Wiem,  że  to  był  kiepski  pomysł,  i  nawet  samo

pragnienie wydawało mi się niewłaściwe. Staliśmy przez chwilę, a potem szybko musnęłam ustami jego policzek. Blada
skóra Billa lśniła lekką poświatą, która odróżnia wampiry od ludzi. Zdumiało mnie niegdyś odkrycie, że nie wszyscy ją
widzą.

– Widujesz się z wilkołakiem? – spytał, odwracając się do mnie w drzwiach.
Odniosłam wrażenie, że spytał odruchowo.
– Z którym? – odparowałam, opierając się pokusie zatrzepotania rzęsami. Bill nie zasłużył na odpowiedź i wiedział o

tym. – Kiedy wracasz? – spytałam z większą werwą, on natomiast spojrzał na mnie z niejaką zadumą.

– To nie jest pewne. Może za dwa tygodnie – odparł.
– Możemy wtedy porozmawiać – powiedziałam. Popatrzyłam w bok. – Chcę ci oddać klucze od twojego domu.
Wyjęłam je z torebki.
–  Nie,  proszę  cię,  zatrzymaj  je  u  siebie  –  powiedział.  –  Może  będziesz  musiała  wejść  podczas  mojej  nieobecności.

Wchodź,  ilekroć  zechcesz.  Korespondencję  odbiorę  na  poczcie  po  powrocie,  wszystkie  inne  sprawy  chyba  już  też
załatwiłem.

Czyli że byłam ostatnią ze spraw do załatwienia. Przeklęłam się za złość, którą poczułam.
– Mam nadzieję, że bezpiecznie spędzisz podróż – oznajmiłam lodowato uprzejmym głosem i zamknęłam za nim drzwi.
Wróciłam do sypialni. Zamierzałam narzucić szlafrok i oglądać telewizję. Natychmiast zaczęłam wdrażać w życie ten

background image

plan.

A jednak, kiedy wkładałam do piekarnika pizzę, kilka razy musiałam zetrzeć z policzków łzy.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przyjęcie  noworoczne  w  barze  „U  Merlotte'a”  wreszcie  dobiegło  końca.  Mimo  że  właściciel  baru,  Sam  Merlotte,

poprosił cały personel o pomoc na tę noc, pracowałyśmy ostatecznie tylko we trzy – Holly, Arlene i ja. Charlsie Tooten
oświadczyła, że jest za stara, by znosić sylwestrowy bałagan, Danielle już dawno temu postanowiła spędzić ten wieczór
z chłopakiem na eleganckim przyjęciu, a nowa kelnerka miała zacząć pracę dopiero za dwa dni. Sądzę, że Arlene, Holly i
ja potrzebowałyśmy pieniędzy bardziej niż dobrej zabawy.

Zresztą, ja osobiście nie otrzymałam żadnych zaproszeń na powitanie Nowego Roku. A podczas pracy w „Merlotcie”

biorę przynajmniej udział w świętowaniu. Jestem tam „na swoim miejscu” i goście mnie akceptują.

Zamiatałam strzępki papieru i ponownie upomniałam siebie, że nie będę powtarzać Samowi, jak kiepskim pomysłem

było konfetti. Już wcześniej wszystkie trzy dałyśmy naszemu szefowi to dość jasno do zrozumienia, a nawet dobroduszny
Sam  potrafi  się  czasem  zdenerwować.  Tak  czy  owak,  nie  byłoby  w  porządku  zostawienie  tych  śmieci  Terry'emu
Bellefleurowi, chociaż do niego należało zamiatanie i mycie podłóg.

Merlotte  liczył  utarg  i  pakował  pieniądze,  które  miał  zawieźć  do  nocnego  depozytu.  Wyglądał  na  zmęczonego,  lecz

zadowolonego.

Otworzył klapkę telefonu komórkowego.
– Kenya? Jesteś gotowa eskortować mnie do banku? W porządku, widzimy się za minutę przy tylnych drzwiach.
Policjantka Kenya często jeździła z Samem w nocy, szczególnie z tak dużym utargiem jak dzisiejszy.
Ja  również  cieszyłam  się  z  zarobionych  pieniędzy.  Otrzymałam  dziś  spore  napiwki,  może  nawet  ze  trzysta  dolarów

albo i więcej. A potrzebowałam każdego centa. Z przyjemnością myślałam o liczeniu pieniędzy po powrocie do domu. O
ile będę miała jeszcze dość sił. Hałas i chaos imprezy, ciągła bieganina z zamówieniami do barku i okienka kuchennego,
straszliwy  nieporządek,  który  musiałyśmy  posprzątać,  stała  kakofonia  myśli  zgromadzonych  osób...  Wszystkie  te
elementy  razem  wzięte  naprawdę  mnie  wyczerpały.  Pod  koniec  przyjęcia  byłam  zbyt  zmęczona,  by  chronić  się  przed
napływem licznych myśli, więc wiele z nich do mnie dotarło.

Nie jest łatwo być telepatką. Najczęściej wcale nie jest zabawnie.
Tego wieczoru czułam się gorzej niż zazwyczaj. Nie tylko klienci, niemal wszyscy znani mi od wielu lat, w ogóle się nie

hamowali, w dodatku mnóstwo facetów aż się paliło, by mi powiedzieć o nowinie, która jakoś do nich dotarła.

– Słyszałem, że twój chłopak poleciał do Ameryki Południowej – obwieścił sprzedawca samochodów, Chuck Beecham,

ze złośliwym błyskiem w oczach. – Będziesz w domu bez niego okropnie samotna.

– Chcesz zająć jego miejsce, Chuck? – spytał siedzący obok niego przy barze mężczyzna, po czym obaj zarechotali.
Ach, ta męska solidarność.
– Nie, Terrell – odparował sprzedawca. – Nie mam ochoty na wampirze resztki.
– Bądź uprzejmy albo wyjdziesz – powiedziałam spokojnie.
Poczułam na plecach ciepło czyjegoś oddechu i wiedziałam, że ponad moim ramieniem patrzy na nich mój szef, Sam

Merlotte.

– Kłopoty? – spytał.
– Właśnie zamierzali mnie przeprosić – wyjaśniłam, patrząc w oczy Chuckowi i Terrellowi.
Obaj spuścili wzrok i zapatrzyli się w kufle z piwem.
– Wybacz, Sookie – wymamrotał Chuck, a Terrell pokiwał głową na potwierdzenie.
Kiwnęłam im i odwróciłam się, by zrealizować inne zamówienie. A jednak udało im się mnie zranić.
Co było ich celem.
Aż zabolało mnie serce.
Byłam  pewna,  że  większość  mieszkańców  naszego  luizjańskiego  Bon  Temps  nie  ma  pojęcia  o  mojej  „separacji”  z

Billem. Wampir na pewno nie miał zwyczaju rozpowiadać o swoich sprawach osobistych, ja również nie. Arlene i Tara
znały oczywiście trochę sytuację, ponieważ gdy dziewczyna zrywa z chłopakiem, musi przecież zwierzyć się najlepszym
przyjaciółkom,  nawet  jeśli  musi  pominąć  wszystkie  interesujące  szczegóły.  (Ja  na  przykład  opuściłam  fakt,  że  zabiłam
kobietę,  dla  której  mój  wampir  mnie  zostawił.  O  mało  mi  się  nie  wyrwało!  Naprawdę).  Więc  każdy,  kto  mnie
powiadamiał, że Bill wyjechał z kraju, zakładając, że jeszcze o tym nie wiem, był po prostu złośliwy.

Przed  ostatnią  wizytą  Billa  w  moim  domu  widziałam  go  tylko  przez  chwilę,  kiedy  odwiozłam  mu  płyty  i  komputer,

które u mnie ukrył. Pojechałam o zmroku, żeby urządzenie nie stało zbyt długo na frontowym ganku, wyładowałam cały
sprzęt  umieszczony  w  dużym  wodoodpornym  pudle  i  zostawiłam  przy  drzwiach.  Bill  wyszedł  z  domu  akurat,  gdy
odjeżdżałam, lecz się nie zatrzymałam.

Zła  kobieta  oddałaby  płyty  szefowi  Billa,  Ericowi.  A  wiele  typowych  kobiet  zatrzymałoby  je  u  siebie  wraz  z

komputerem i unieważniło zaproszenie dla Billa (i Erica) do wejścia. Powiedziałam sobie z dumą, że nie jestem ani złą,
ani przeciętną kobietą.

Myśląc  praktycznie,  Bill  mógłby  po  prostu  zlecić  komuś  włamanie  do  mojego  domu  i  wyniesienie  sprzętu.  Nie

podejrzewałam  go  o  coś  takiego,  wiedziałam  jednak,  że  bardzo  potrzebuje  tych  płyt  i  bez  nich  będzie  miał  kłopoty  ze

background image

swoją  szefową.  Mam  charakterek,  gdy  mnie  ktoś  sprowokuje,  może  nawet  paskudny  charakterek,  nie  jestem  jednak
mściwa.

Arlene często mi powtarza, że jestem zbyt miła, co nie może być dla mnie dobre; a przecież zapewniam ją, że wcale

nie jestem taka sympatyczna. (Tara nigdy mi tego nie mówi. Może zna mnie lepiej?). Uprzytomniłam sobie, że w którymś
momencie tego szalonego wieczoru Arlene mogła usłyszeć o wyjeździe Billa. I rzeczywiście, jakieś dwadzieścia minut po
kpinach Chucka i Terrella przeszła przez tłumek i poklepała mnie po plecach.

– I tak nie potrzebowałaś tego zimnego drania – stwierdziła. – Co kiedykolwiek dla ciebie zrobił?
Pokiwałam  słabo  głową,  chcąc  pokazać,  jak  bardzo  doceniam  jej  wsparcie.  Ale  wtedy  goście  z  któregoś  stolika

zamówili dwa razy whisky z sokiem, dwa piwa i gin z tonikiem, toteż musiałam się pospieszyć, choć właściwie chętnie
przerwałam rozmowę z przyjaciółką. Kiedy wszakże postawiłam napoje przed klientami, zadałam sobie to samo pytanie.
Co Bill dla mnie zrobił?

Podałam dzbany z piwem gościom przy dwóch innych stolikach i dopiero wtedy zabrałam się za podsumowanie.
Bill pomógł mi odkryć seks, który naprawdę uwielbiałam. Zapoznał mnie również z wieloma innymi wampirami, co z

kolei  wcale  mi  się  nie  podobało.  Uratował  mi  życie,  chociaż,  jak  się  nad  tym  wszystkim  dobrze  zastanowić...  nie
groziłoby mi niebezpieczeństwo, gdybym nie spotykała się z Billem. Zresztą, ja również ocaliłam mu tyłek, raz czy dwa,
więc nie mam wobec niego długów. Nazywał mnie wówczas ukochaną i w owym czasie mówił poważnie.

–  Nic  –  wymamrotałam,  kiedy  wycierałam  rozlaną  piña  coladę  i  wręczyłam  jeden  z  naszych  ostatnich  czystych

ręczników barowych kobiecie, która ją wylała, ponieważ sporo płynu nadal znajdowało się na jej spódnicy. – Kompletnie
nic dla mnie nie zrobił.

Uśmiechnęła  się  i  skinęła  głową,  wyraźnie  myśląc,  że  jej  współczuję.  Na  szczęście  dla  mnie  w  lokalu  i  tak  panował

zbyt duży hałas, aby kobieta cokolwiek usłyszała.

Pomyślałam,  że  ucieszę  się,  kiedy  Bill  wróci.  Ostatecznie,  jest  moim  najbliższym  sąsiadem.  Nasze  posiadłości

rozdziela stary cmentarz osady, który znajduje się przy gminnej drodze na południe od Bon Temps. Bez Billa byłam tam
całkiem sama.

– Peru, jak słyszałem – zagaił mój brat Jason.
Obejmował  dziewczynę,  z  którą  umówił  się  na  ten  wieczór,  niską,  szczupłą,  ciemnowłosą  dwudziestojednolatkę  z

którejś z okolicznych miejscowości. (Wiem, bo ją wylegitymowałam). Przyjrzałam jej się dokładnie. Jason nie wiedział, że
dziewczyna jest istotą zmiennokształtną. Bez trudu ich dostrzegam. Dziewczyna była atrakcyjna, a przecież, gdy księżyc
jest w pełni, zmienia się w coś pierzastego albo futrzastego. Zauważyłam, że kiedy Jason odwrócił się do niej plecami,
Sam rzucił jego towarzyszce ostre spojrzenie, przypominając, że powinna dobrze się sprawować, ponieważ przebywa na
jego  terytorium.  Zmiennokształtna  popatrzyła  na  niego  z  zainteresowaniem,  a  potem  odwzajemniła  się  podobnym
spojrzeniem. Odniosłam wrażenie, że raczej nie przemienia się w kotka czy w wiewiórkę.

Chciałam  poczytać  jej  w  myślach,  powstrzymałam  się  jednak,  ponieważ  z  mózgami  zmiennokształtnych  zazwyczaj

nieszczególnie  się  to  udaje.  Ich  myśli  są  częściowo  zablokowane  i  urywane,  chociaż  czasem  potrafię  wychwycić  obraz
emocji. Podobnie jest w przypadku wilkołaków.

Merlotte  na  przykład,  gdy  księżyc  jest  jasny  i  okrąglutki,  zmienia  się  w  owczarka  collie.  Czasami  przybiega  aż  do

mojego domu, a ja karmię go resztkami z miseczki i pozwalam drzemać na tylnym ganku przy ładnej pogodzie lub – gdy
jest brzydka – zapraszam go do salonu. Nie wpuszczam go już do sypialni, ponieważ budzi się nagi. Wygląda wówczas
naprawdę apetycznie, ale po prostu nie mam ochoty walczyć z pokusą uwiedzenia własnego szefa.

Dziś księżyc nie był w pełni, więc Jasonowi ze strony dziewczyny nic nie groziło, postanowiłam więc, że nie zdradzę

mu tajemnicy jego wybranki. Wszyscy mamy sekrety, jej był po prostu nieco barwniejszy.

Poza dziewczyną mojego brata i, oczywiście, Samem, w barze „U Merlotte'a” w to noworoczne przyjęcie dostrzegłam

jeszcze dwie istoty nadnaturalne. Pierwszą była atrakcyjna kobieta mierząca na pewno powyżej metra osiemdziesiąt, o
długich  falujących  ciemnych  włosach.  Wystrzałowo  ubrana  w  obcisłą  pomarańczową  sukienkę  z  długim  rękawem,
przyszła sama i rozmawiała z każdym facetem w barze. Nie wiedziałam, jakim jest stworzeniem, lecz z cech jej umysłu
wywnioskowałam, że nie może być zwykłym człowiekiem. Drugą istotą był nieznany mi wampir, który przyszedł z grupą
młodych  ludzi,  przeważnie  dwudziestokilkulatków.  Nigdy  nie  spotkałam  żadnego  z  nich.  Tylko  spojrzenia  rzucane  z
ukosa  przez  kilku  innych  hulaków  wskazywały  na  obecność  wampira.  Tak,  w  ciągu  tych  paru  lat,  które  minęły  od
Wielkiego Ujawnienia, istoty ludzkie zdecydowanie zmieniły swoje nastawienie do nieumarłych.

Prawie trzy lata temu, w noc Wielkiego Ujawnienia, wampiry wystąpiły w telewizji we wszystkich krajach i oznajmiły,

że  od  dawna  egzystują  wśród  nas.  Tej  nocy  tysiące  osób  zdziwiły  się,  a  wiele  istniejących  wcześniej  hipotez  i  teorii
nieodwracalnie legło w gruzach.

Do wyjścia wampirów z ukrycia przyczynił się japoński wynalazek w postaci krwi syntetycznej, dzięki której wampiry

nie  musiały  żywić  się  wyłącznie  naszą  krwią.  Od  czasu  Wielkiego  Ujawnienia  w  Stanach  Zjednoczonych  Wielkiego
Ujawnienia  Wielkiego  Ujawnienia  doszło  do  licznych  zmian  politycznych  i  społecznych  na  wyboistej  drodze  akceptacji
naszych najnowszych obywateli, którzy tylko przypadkowo są martwi. Oficjalnie wampiry tłumaczą swój stan alergią na
światło słoneczne i czosnek, która powoduje u nich dotkliwe zmiany metaboliczne, ja jednak znam inną stronę świata
nieumarłych. Dostrzegam obecnie wiele rzeczy, których większość osób nigdy nie zobaczy. Spytajcie, czy ta wiedza mnie
uszczęśliwiła.

Nie, bynajmniej.
Muszę  jednak  przyznać,  że  świat  wydaje  mi  się  teraz  bardziej  interesujący.  Sama  jestem  osobą  nieprzeciętną,  więc

lepiej się czuję wśród istot „dziwniejszych”. Niestety, nieobce mi są obecnie również strach i niebezpieczeństwo, z czego
nie  jestem  zadowolona.  Widziałam  „prywatne”  oblicze  wampirów,  dowiedziałam  się  też  o  istnieniu  wilkołaków,
zmiennokształtnych  i  innych  istot  nadnaturalnych.  Wilkołaki  i  zmiennokształtni  wolą  bowiem  pozostawać  w  ukryciu  –
przynajmniej na razie – i biernie obserwować poczynania wampirów.

background image

O takich to sprawach rozmyślałam podczas zbierania na tacę szklanek i kufli, rozładowywania i ładowania zmywarki.

Pomagałam naszemu nowemu kucharzowi, Tackowi (który naprawdę nazywa się Alphonse Petacki. Dziwicie się, że woli
przydomek  „Tack”?).  Kiedy  wykonałam  wszystkie  zadania,  które  do  mnie  należały,  i  ten  długi  wieczór  wreszcie  się
kończył, uściskałam Arlene i życzyłam jej szczęśliwego Nowego Roku. Ona także mnie uściskała. Chłopak Holly czekał na
nią przy wejściu dla personelu na tyłach budynku, więc pomachała nam, włożyła płaszcz i pospiesznie wyszła.

– Jakie są wasze nadzieje na nowy rok, moje panie? – spytał Sam.
Do tego czasu przyszła już Kenya. Oparta o bar czekała na Merlotte'a. Była opanowana, lecz czujna. Kenya jada tutaj

dość regularnie wraz ze swoim partnerem, Kevinem, który jest tak blady i szczupły, jak ona ciemna i zaokrąglona. Sam
stawiał krzesła na stolikach, żeby Terry Bellefleur, który przychodzi bardzo wcześnie rano, mógł od razu zabrać się za
mycie podłogi.

– Zdrowia i właściwego faceta – odparowała Arlene teatralnie i położyła dłoń na sercu.
Roześmialiśmy  się.  Arlene  znalazła  już  w  życiu  wielu  mężczyzn,  a  czterech  z  nich  nawet  poślubiła,  wciąż  jednak

poszukiwała  tego  właściwego.  W  tym  momencie  dotarła  do  mnie  jej  myśl,  że  odpowiednim  kandydatem  mógłby  być
Tack. Zdumiałam się, gdyż nawet nie zauważyłam, że zwróciła na niego uwagę.

Przyjaciółka natychmiast dostrzegła moje zaskoczenie.
– Sądzisz, że powinnam zrezygnować? – spytała niepewnie.
–  Nie,  do  diabła  –  odburknęłam  od  razu,  zła  na  siebie  za  to,  że  nie  zapanowałam  nad  miną.  Mogłam  się  tłumaczyć

jedynie straszliwym zmęczeniem. – To będzie ten rok, z całą pewnością, Arlene. – Uśmiechnęłam się z kolei do jedynej
czarnoskórej policjantki w Bon Temps. – Na pewno masz jakieś życzenie w związku z nowym rokiem, Kenya. Albo jakieś
postanowienie.

– Zawsze życzę sobie pokoju między mężczyznami i kobietami – odparła Kenya. – Znacznie ułatwiliby mi w ten sposób

pracę. A co do postanowienia, chcę wyciskać na leżąco co najmniej stuczterdziestokilową sztangę.

–  No,  no,  no  –  mruknęła  Arlene.  Jej  pofarbowane  na  rudo  włosy  silnie  kontrastowały  z  naturalnymi  rudozłotymi

lokami Sama, którego właśnie na krótko objęła. Merlotte nie był dużo wyższy od niej, tyle że Arlene mierzyła na oko o
pięć centymetrów więcej niż ja, czyli przynajmniej metr siedemdziesiąt trzy. – Zamierzam zrzucić ze cztery, pięć kilo, oto
moje  postanowienie.  –  Wszyscy  wybuchnęliśmy  śmiechem.  Takie  postanowienie  Arlene  wygłaszała  w  sylwestra  od
dobrych czterech lat. – A ty, Sam? Życzenia? Postanowienia? – spytała.

– Ja mam wszystko, czego potrzebuję – odrzekł i poczułam emanującą od niego smutną falę szczerości. – Chcę, żeby

wszystko pozostało tak, jak jest. Bar przynosi dochody, lubię swoje podwójne życie, a ludzie tutaj są tak samo dobrzy jak
wszędzie.

Odwróciłam się, ukrywając uśmiech. Oświadczenie Sama było dość dwuznaczne. Chociaż ludzie z Bon Temps chyba

rzeczywiście nie różnili się od mieszkańców innych miejscowości.

– A ty, Sookie? – spytał.
Arlene,  Kenya  i  Sam  patrzyli  na  mnie.  Uściskałam  znowu  Arlene,  ponieważ  ją  lubię.  Jestem  dziesięć  lat  młodsza  –

może  więcej,  bo  chociaż  Arlene  twierdzi,  że  ma  trzydzieści  sześć,  szczerze  w  to  wątpię  –  ale  przyjaźnimy  się,  odkąd
zaczęłyśmy razem pracować u Merlotte'a, gdy kupił bar, a było to około pięciu lat temu.

– No, dalej – zachęciła mnie.
Sam objął mnie ramieniem. Kenya uśmiechnęła się, po czym odeszła do kuchni zamienić kilka słów z Tackiem.
Działając pod wpływem impulsu, wyznałam im moje życzenie.
– Mam nadzieję, że nikt mnie w tym roku nie pobije – bąknęłam. Z powodu zmęczenia i późnej godziny zupełnie nie w

porę  zebrało  mi  się  na  wybuch  szczerości.  –  Nie  chcę  iść  do  szpitala.  Nie  chcę  żadnej  pomocy  medycznej  –
kontynuowałam.  Nie  miałam  również  ochoty  znowu  połykać  wampirzej  krwi,  która  szybko  leczy  rany,  lecz  powoduje
różne skutki uboczne. – Postanowiłam więc trzymać się z dala od kłopotów – oznajmiłam stanowczo.

Arlene wyglądała na wstrząśniętą, a Sam... No cóż, nie potrafiłam odczytać emocji Sama. Ponieważ jednak wcześniej

uściskałam ją, teraz objęłam i jego. Poczułam siłę i ciepło jego ciała. Ludzie uważają, że mój szef jest drobny, dopóki nie
zobaczą  go  bez  koszuli  rozładowującego  skrzynie  z  zapasami.  To  naprawdę  silny  i  mocno  zbudowany  facet,  którego
cechuje  też  wysoka  naturalna  temperatura  ciała.  Cmoknął  mnie  we  włosy,  a  potem  życzyliśmy  sobie  wszyscy  „Dobrej
nocy” i wyszliśmy tylnymi drzwiami. Pikap Sama stał zaparkowany przed jego przyczepą, która znajduje się za barem „U
Merlotte'a”,  prostopadle  do  niego,  dziś  jednak  szef  wsiadł  do  patrolowego  wozu  Kenyi,  gdyż  mieli  jechać  do  banku.
Kenya odwiezie go do domu i wtedy wreszcie będzie mógł odpocząć. Był na nogach od wielu godzin, tak jak my wszyscy.

Kiedy Arlene i ja otworzyłyśmy drzwi naszych samochodów, zauważyłam, że Tack czeka w starym pikapie. Mogłabym

się założyć, że pojedzie za Arlene do jej domu.

Zawołałyśmy po raz ostatni „Dobranoc!” i rozdzieliłyśmy się tej zimnej luizjańskiej nocy.
I tak zaczął się dla mnie nowy rok.
Skręciłam  w  Hummingbird  Road  i  ruszyłam  do  mojego  domu,  który  znajduje  się  pięć  kilometrów  na  południowy

wschód  od  baru.  Wreszcie  byłam  sama.  Ogarnęła  mnie  ulga  i  powoli  zaczęłam  się  odprężać.  Reflektory  mojego  auta
oświetlały ściśle rosnące sosny, które stanowiły podstawę przemysłu drzewnego w naszej okolicy.

Noc  była  niezwykle  ciemna  i  chłodna.  Na  gminnych  drogach  nie  ma  oczywiście  latarni  ulicznych.  Nie  widziałam

również żadnych stworzeń. Chociaż stale sobie powtarzałam, że powinnam uważać na jelenie, które często przekraczają
jezdnię,  ledwie  zerkałam  na  drogę.  Myślałam  tylko  o  tym,  żeby  zmyć  makijaż,  włożyć  najcieplejszą  koszulę  nocną  i
wślizgnąć się do łóżka.

Nagle w światłach mojego starego samochodu dostrzegłam poruszającą się postać.
Wstrzymałam oddech, wyrwana z sennej zadumy nad czekającym mnie ciepłem i ciszą.
To był mężczyzna. Biegł. O trzeciej nad ranem pierwszego stycznia mężczyzna biegł gminną drogą ile sił, jak gdyby

background image

przed kimś uciekał.

Zwolniłam,  próbując  wymyślić,  co  należy  zrobić.  Byłam  samotną  kobietą  i  nie  miałam  przy  sobie  żadnej  broni.  Jeśli

tego  człowieka  ścigało  coś  złego,  może  dopaść  również  mnie.  Z  drugiej  strony,  nie  powinnam  zostawić  kogoś  w
potrzebie, skoro mogłam mu pomóc. Zanim zrównałam się z nieszczęśnikiem, miałam dość czasu, by mu się przyjrzeć.
Był  wysokim  blondynem,  ubranym  tylko  w  błękitne  dżinsy.  Minęłam  go,  zatrzymałam  samochód,  przechyliłam  się  i
opuściłam szybę od strony pasażera.

– Mogę panu jakoś pomóc?! – zawołałam.
Nie przestając biec, posłał mi przerażone spojrzenie.
W tym momencie zdałam sobie sprawę, kim jest. Wyskoczyłam z auta i ruszyłam za nim.
– Eric! – krzyknęłam. – To ja!
Obrócił  się  wtedy  i  syknął  na  mnie,  w  pełni  obnażając  kły.  Stanęłam  tak  nagle,  że  aż  się  zachwiałam,  po  czym

wyciągnęłam przed siebie ręce w pokojowym geście. Oczywiście, gdyby Eric postanowił mnie zaatakować, zginęłabym w
minutę. Tak kończą czasem dobre samarytanki...

Dlaczego  mnie  nie  rozpoznał?  Znaliśmy  się  już  od  wielu  miesięcy.  Jest  szefem  Billa  w  skomplikowanej  wampirzej

hierarchii,  którą  dopiero  zaczynałam  poznawać,  ważnym  wampirem,  szeryfem  Piątej  Strefy.  Poza  tym,  przystojniak  z
niego  i  potrafi  świetnie  całować,  choć  ta  kwestia  w  tej  sytuacji  nie  bardzo  się  wiąże  z  tematem.  Widziałam  jednak
wysunięte kły i silne dłonie wygięte w szpony, co oznaczało, że Eric jest gotów do ataku, a jednocześnie obawia się mnie
tak samo mocno jak ja jego. Tak czy owak, na razie się na mnie nie rzucił.

– Trzymaj się z dala, kobieto – ostrzegł.
Jego głos był zgrzytliwy i ostry, jak gdyby wampira bolało gardło.
– Co tu robisz?
– Ktoś ty?
– Cholernie dobrze wiesz! Co ci się stało? Dlaczego jesteś tu pieszo, bez samochodu?
Eric jeździ elegancką corvette, która ogromnie do niego pasuje.
– Znasz mnie? Wiesz, kim jestem?
No cóż, tym pytaniem wytrącił mnie trochę z równowagi. Wnosząc z jego tonu, na pewno nie żartował.
– Oczywiście, że wiem, Ericu – odparłam ostrożnie. – No, chyba że masz brata bliźniaka. Nie masz, prawda?
– Nie wiem.
Opuścił gwałtownie ręce, cofnął nieco kły i wyprostował się, porzucając przygarbioną pozycję. Odniosłam wrażenie,

że zaczyna mi ufać.

– Nie wiesz, czy masz brata?
Miałam w głowie prawdziwy mętlik.
– Nie, nie wiem. Mam na imię Eric?
W świetle reflektorów wyglądał faktycznie żałośnie.
–  No,  no,  no.  –  Nie  udało  mi  się  wymyślić  mądrzejszej  riposty.  –  Nazywasz  się  obecnie  Eric  Northman  –  wyjaśniłam

cierpliwie. – Co tutaj robisz?

– Tego też nie wiem.
Wciąż nie miałam pojęcia, co myśleć.
– Naprawdę? Niczego nie pamiętasz?
Wydawało mi się, że lada chwila uśmiechnie się do mnie, wyjaśni wszystko, a później roześmieje się, pakując mnie w

kłopoty, które skończą się dla mnie jak zwykle... czyli kolejnymi ranami i obrażeniami.

– Naprawdę.
Podszedł krok bliżej, a ja na widok jego obnażonej bladej piersi zadrżałam i poczułam na skórze gęsią skórkę. Teraz,

gdy  nie  byłam  już  taka  przerażona,  uświadomiłam  sobie,  jak  rozpaczliwie  Eric  się  prezentuje.  Miał  minę,  jakiej  nigdy
wcześniej nie widziałam na jego zazwyczaj pewnej siebie twarzy i ten widok z niewiadomego powodu przyprawił mnie o
smutek.

– Wiesz, że jesteś wampirem, prawda? – upewniłam się.
– Tak. – Chyba zaskoczyło go moje stwierdzenie. – A ty nie.
– Nie, ja jestem istotą ludzką i dlatego muszę się upewnić, że mnie nie skrzywdzisz, choć wiem, że gdybyś chciał, już

byś to zrobił. Ale wierz mi, mimo że tego nie pamiętasz, jesteśmy przyjaciółmi... W pewnym sensie.

– Nie skrzywdzę cię.
Pomyślałam, że prawdopodobnie tysiące ludzi słyszały wcześniej dokładnie takie samo zapewnienie z ust Erica, który

następnie wgryzał im się w gardła. Prawda jest taka, że gdy wampir przeżyje pierwszy rok, nie musi już zabijać. Łyczek
tutaj,  łyk  tam  i  wystarczy.  A  Eric  wyglądał  na  tak  zagubionego,  że  niemal  zapomniałam,  jak  łatwo  potrafiłby  mnie
rozerwać na kawałki gołymi rękoma.

Któregoś razu powiedziałam Billowi, że gdyby Obcy chcieli zawładnąć Ziemią, bez trudu zwiedliby nas, przebierając

się za śliczne, bezbronne kłapouchy.

– Wsiądź do mojego auta, nim zamarzniesz – zaproponowałam.
Nie wyzbyłam się jeszcze podejrzeń, żadna inna reakcja nie przyszła mi jednak do głowy.
–  Znam  ciebie?  –  spytał,  jak  gdyby  się  wahał,  czy  wsiąść  do  samochodu  z  kimś  tak  groźnym  jak  kobieta  niższa  od

niego o dwadzieścia pięć centymetrów, wiele kilogramów lżejsza i o kilka stuleci młodsza.

background image

– Tak – zapewniłam go. Nie potrafiłam zapanować nad lekkim zniecierpliwieniem. Nie czułam się dobrze, ponieważ

ciągle się obawiałam, że z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu Eric po prostu sobie ze mnie żartuje. – No, dalej,
mój drogi. Jest mi zimno, tobie także.

Wprawdzie  wampiry  są  prawdopodobnie  dość  odporne  na  temperaturę,  tym  niemniej  skóra  Erica  naprawdę

wyglądała  na  wyziębioną.  Nieumarły  może  oczywiście  zamarznąć.  Przeżyje  to  (wampiry  przeżyją  niemal  w  każdej
sytuacji), będzie to jednak zapewne dość bolesne.

– O mój Boże, Ericu, jesteś boso. – Właśnie to zauważyłam.
Wzięłam go za rękę. Nie odsunął się. Pozwolił mi zaprowadzić się do samochodu i posadzić na miejscu obok kierowcy.

Kiedy  obeszłam  auto,  kazałam  mojemu  pasażerowi  zamknąć  okno,  a  on  wypełnił  moje  polecenie  po  kilkuminutowym
studiowaniu mechanizmu.

Sięgnęłam na tylne siedzenie po stary koc, który woziłam w zimie (na mecze futbolowe i podobne okazje), po czym

owinęłam  nim  Erica.  Nie  dygotał,  ma  się  rozumieć,  ponieważ  był  wampirem,  ja  jednak  po  prostu  nie  mogłam  dłużej
znieść widoku nagiego ciała przy takiej pogodzie. Włączyłam ogrzewanie na cały regulator, choć w moim starym aucie
nie daje to zbyt wiele.

Na  widok  obnażonej  skóra  Erica  nigdy  przedtem  nie  czułam  zimna  –  wręcz  przeciwnie,  chociaż  nie  powiem,  żebym

widziała  zbyt  dużo.  Do  tej  pory  na  tyle  się  już  rozluźniłam,  że  roześmiałam  się  głośno,  myśląc  o  tym,  że  powinnam
ocenzurować własne sprośne myśli.

Popatrzył na mnie z ukosa. Przestraszyłam go.
– Jesteś ostatnią osobą, którą spodziewałabym się tutaj spotkać – wyjaśniłam. – Chciałeś może zobaczyć się z Billem?

Bo Bill wyjechał.

– Bill?
– Wampir, który mieszka w okolicy. Mój były chłopak.
Pokręcił głową. Znowu wyglądał na kompletnie przerażonego.
– Nie wiesz, jak się tu znalazłeś?
Ponownie pokręcił głową.
Bardzo  się  zmuszałam  do  intensywnego  myślenia.  Nie  szło  mi  zbyt  dobrze.  Byłam  naprawdę  wyczerpana.  Chociaż

wcześniej,  na  widok  osobnika  biegnącego  nieoświetloną  drogą  poczułam  napływ  adrenaliny,  teraz  napięcie  znów
opadło i ogarnęło mnie zmęczenie. Dotarłam do zakrętu, za którym stoi mój dom, i skręciłam w lewo, przemieszczając się
wśród ciemnych drzew po moim ładnym, równym podjeździe, za którego renowację zapłacił przecież właśnie on, Eric.

Może też dlatego zabrałam go i siedział w tym momencie ze mną w samochodzie, zamiast biec przez noc jak olbrzymi

biały  królik.  Był  inteligentny  –  wiedział,  czego  naprawdę  chcę.  Z  drugiej  strony,  równocześnie,  od  miesięcy  usiłował
zaciągnąć mnie do łóżka. Ale zapłacił za podjazd, ponieważ byłam w potrzebie.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmiłam, objeżdżając stary dom i parkując przy tylnym wejściu.
Wyłączyłam silnik. Przed wyjazdem do pracy dziś po południu zostawiłam zapalone światła na zewnątrz, więc, dzięki

Bogu, nie tkwiliśmy tu teraz w całkowitych ciemnościach.

– Tutaj mieszkasz?
Rozglądał się po polanie, na której stał dom, z przerażeniem. Jakby się bał pokonać drogę od auta do drzwi budynku.
–  Tak  –  przyznałam  rozdrażniona.  –  Popatrzył  na  mnie  szeroko  otwartymi  oczyma.  Aż  widziałam  białka  jego  oczu

wokół błękitnych tęczówek. – No, chodź – mruknęłam niezbyt subtelnie. Wysiadłam z samochodu i weszłam po schodach
na  tylny  ganek,  którego  nie  zamykam,  ponieważ...  no  cóż,  po  co  zamykać  siatkowe  drzwi,  skoro  zamyka  się  drzwi
wewnętrzne? Przez chwilę szukałam klucza, w końcu otworzyłam drzwi i znalazłam się w oświetlonej kuchni. – Możesz
wejść – powiedziałam Ericowi, dzięki czemu zyskał prawo przekroczenia progu.

Wszedł szybko, nadal otulając się kocem.
W jasnej kuchni Eric prezentował się dość nędznie. Jego gołe stopy krwawiły, czego nie dostrzegłam wcześniej.
– Och, Ericu – jęknęłam ze smutkiem.
Wyjęłam  z  szafki  dużą  miskę  i  nalałam  nad  zlewem  gorącej  wody.  Wiedziałam,  że  rany  wampira  zagoją  się  bardzo

szybko, ale pragnęłam zmyć krew. Nogawki niebieskich dżinsów były bardzo brudne.

– Zdejmij spodnie – poleciłam, wiedząc, że i tak zamokną, gdy będę myła jego stopy.
Eric  nie  łypnął  na  mnie  pożądliwie  ani  w  żaden  inny  sposób  nie  zasugerował,  że  zamyśla  jakiś  podstęp.  Po  prostu

zdjął  dżinsy,  a  ja  rzuciłam  je  na  tylny  ganek,  postanawiając,  że  wypiorę  je  rano.  Usiłowałam  nie  gapić  się  na  mojego
gościa,  który  miał  teraz  na  sobie  jedwabne  slipki,  zdecydowanie  do  niego  niepasujące.  Dokładnie  mówiąc,  były
jasnoczerwone, mocno wycięte i bardzo obcisłe. No cóż, kolejna duża niespodzianka. Wcześniej widziałam majtki Erica
tylko raz... czyli o jeden raz za dużo! I wtedy nosił jedwabne bokserki. Czy mężczyzna może tak bardzo zmienić styl?

Bez  komentarza  czy  śladu  kokieterii  ponownie  okrył  się  kocem.  Hmm...  Byłam  teraz  przekonana,  że  naprawdę  nie

jest sobą. Nie potrzebowałam już więcej dowodów na potwierdzenie tej tezy. Eric zawsze był dumny – wyglądał świetnie
(przystojny,  prawie  dwa  metry  wzrostu,  wspaniały;  nawet  mimo  skóry  bladej  jak  marmur)  i  zawsze  doskonale  o  tym
wiedział.

Wskazałam mu jedno ze stojących przy kuchennym stole krzeseł o prostych oparciach. Posłusznie wysunął je i usiadł.

Kucnęłam, postawiłam miskę na podłodze i delikatnie pomogłam wampirowi włożyć stopy do wody. Gdy ciepło dotknęło
skóry  Erica,  jęknął.  Sądzę,  że  nawet  nieumarli  czują  różnicę  w  temperaturze.  Wzięłam  spod  zlewu  czysty  ręczniczek  i
trochę  mydła  w  płynie,  po  czym  umyłam  Ericowi  stopy.  Nie  spieszyłam  się,  ponieważ  jednocześnie  próbowałam
wymyślić, co robić dalej.

– Byłaś na dworze w nocy – zauważył dziwnie niepewnym tonem.

background image

– Jechałam do domu z pracy, jak widać po moim stroju.
Miałam  na  sobie  zimowy  uniform  kelnerek  z  „Merlotte'a”  –  wsuniętą  w  czarne  spodnie  białą  bluzkę  z  długim

rękawem, dekoltem w łódkę i logo baru wyszytym nad lewą piersią.

– Kobiety nie powinny przebywać na dworze same tak późno w nocy – oznajmił z dezaprobatą.
– Co ty nie powiesz!
– No tak, kobiety są bardziej narażone na napaść niż mężczyźni, więc należy je lepiej chronić...
– Nie prosiłam, żebyś wyjaśniał mi zasady, gdyż generalnie zgadzam się z tobą. Ale to są próżne marzenia. Wolałabym

nie pracować po nocach.

– W takim razie dlaczego pracujesz?
– Potrzebuję pieniędzy – odparłam. W zadumie wytarłam rękę, wyjęłam z kieszeni zwitek banknotów i rzuciłam go na

stół. – Jestem odpowiedzialna za ten dom, mój samochód jest stary, muszę płacić podatki i ubezpieczenie. Jak wszyscy
inni... – dodałam, żeby Eric nie pomyślał, że przesadnie uskarżam się na swój los. Nie lubię się żalić, ale przecież spytał.

– Nie ma w twojej rodzinie żadnego mężczyzny?
Tak, tak, od czasu do czasu wampiry myślą w kategoriach czasów, w których żyły.
– Mam brata, Jasona. Nie pamiętam, czy go poznałeś.
Przecięcie na jego lewej stopie wyglądało szczególnie paskudnie. Dolałam do miski gorącej wody, a potem starałam

się  oczyścić  okolice  rany  z  brudu.  Eric  skrzywił  się,  kiedy  łagodnie  tarłam  gąbką  miejsca  przy  samej  ranie.  Mniejsze
obrażenia i siniaki znikały na moich oczach. Za moimi plecami uspokajająco buczał grzejnik na wodę.

– I twój brat pozwala ci wykonywać taką pracę?
Spróbowałam sobie wyobrazić minę Jasona, gdybym mu powiedziała, że proszę, aby utrzymywał mnie do końca życia,

ponieważ jestem kobietą i nie powinnam pracować poza domem.

– Och, na litość boską, Ericu. – Z niezadowoleniem podniosłam na niego wzrok. – Jason ma własne problemy.
Na przykład, chroniczny egoizm i latanie za spódniczkami.
Odstawiłam miskę z wodą na bok i oklepałam ręcznikiem czyste teraz stopy Erica. Wstałam ciężko. Bolały mnie plecy.
– Słuchaj, myślę, że najlepiej będzie, jak zadzwonię do Pam. Prawdopodobnie wie, co się z tobą dzieje.
– Pam?
Miałam wrażenie, że rozmawiam z irytującym dwulatkiem.
– Twoja zastępczyni. – Widziałam, że zamierza zadać kolejne pytanie. Szybko uniosłam rękę. – Nic nie mów, poczekaj –

poprosiłam. – Zadzwonię do niej i dowiem się, o co chodzi.

– A jeśli zwróciła się przeciwko mnie?
– Tym bardziej musimy się tego dowiedzieć. Im szybciej, tym lepiej.
Podniosłam  słuchawkę  starego  telefonu,  który  wisiał  na  ścianie  kuchni  przy  końcu  kontuaru.  Pod  telefonem  stał

wysoki taboret. Babcia zawsze siadywała na nim i prowadziła długie pogawędki. Stale miała pod ręką notes i ołówek.
Nie było dnia, żebym za nią nie tęskniła. W tym momencie jednak nie miałam czasu na żal czy tęsknotę. Zajrzałam do
notesu  z  adresami  i  poszukałam  numeru  do  „Fangtasii”,  wampirzego  baru  w  Shreveport,  własności  Erica,  z  której
czerpał  główne  dochody  i  która  służyła  mu  jako  baza  do  prowadzenia  również  innych  interesów,  o  których  niewiele
wiedziałam. Nie miałam pojęcia, czym poza lokalem Eric się zajmuje, i wcale mnie to nie interesowało.

W gazecie wydawanej w Shreveport widziałam ogłoszenie, z którego wynikało, że w „Fangtasii” także zaplanowano

na dzisiejszą noc duże przyjęcie. Reklamowano je hasłem „Zacznijcie kolejny rok wśród wampirów!”, więc byłam pewna,
że  ktoś  w  barze  odbierze  telefon.  Oczekując  na  połączenie,  otworzyłam  lodówkę  i  wyjęłam  butelkę  krwi  dla  Erica.
Włożyłam ją do kuchenki mikrofalowej i nastawiłam minutnik. Wampir śledził wzrokiem każdy mój ruch, a w jego oczach
widziałam niepokój.

– „Fangtasia” – odezwał się męski głos z wyraźnym akcentem.
– Chow?
– Tak, czym mogę pani służyć?
W ułamku sekundy przeistoczył się w seksownego naganiacza o uwodzicielskim głosie.
– Mówi Sookie.
– Ach tak – mruknął znacznie naturalniejszym tonem. – Słuchaj, życzę ci szczęśliwego Nowego Roku, Sook, ale zrozum,

jesteśmy tu trochę zajęci.

– Nikogo wam nie brakuje?
Zapadło długie, ciężkie milczenie.
– Poczekaj chwilkę – powiedział, a potem w słuchawce zapadła cisza.
– Pam – rzuciła do słuchawki wampirzyca.
Podniosła ją bezgłośnie, toteż aż podskoczyłam, gdy usłyszałam imię.
– Nadal masz nad sobą szefa? – spytałam.
Nie  wiedziałam,  jak  dużo  faktów  mogę  zdradzić  przez  telefon.  Chciałam  jednak  wiedzieć,  czy  Pam  ponosi

odpowiedzialność za stan Erica, czy też nadal pozostaje wobec niego lojalna.

– Tak, mam – odparła spokojnie, rozumiejąc, o co pytam. – Jesteśmy... Mamy pewne problemy.
Zastanawiałam  się  przez  chwilę,  w  końcu  jednak  byłam  pewna,  że  dobrze  odczytałam  zawartą  między  wierszami

informację.  Pam  sugerowała,  że  wciąż  jest  wierna  Ericowi,  którego  stronnicy  znaleźli  się  najwyraźniej  w
niebezpieczeństwie lub sytuacji nadzwyczajnej.

background image

– Jest tutaj – oświadczyłam.
Pam doceniała zwięzłość.
– Żyje?
– Tak.
– Ranny?
– Ma coś z pamięcią.
Długa pauza.
– Stanowi dla ciebie zagrożenie?
Nie sądzę, żeby obchodził ją mój los. Z jej perspektywy pewnie Eric mógłby się na mnie rzucić i nawet wyssać ze mnie

całą krew. Raczej, jak mniemam, zastanawiała się, czy zdołam przetrzymać u siebie jej szefa do momentu jej przyjazdu.

– W tej chwili raczej nie – odrzekłam. – Naprawdę niewiele pamięta.
– Jak ja nienawidzę tych cholernych czarownic! – odparowała. – Ludzie mieli rację, gdy chcieli je wszystkie spalić na

stosach.

Ponieważ ci sami ludzie, którzy palili na stosach czarownice, równie chętnie zatopiliby kołki w sercach wampirów, jej

uwaga  nieco  mnie  rozbawiła  –  ale  tylko  trochę,  zważywszy  późną  porę.  Natychmiast  zresztą  zapomniałam,  że
wspomniała o czarownicach. Ziewnęłam.

– Przyjedziemy jutro w nocy – zapewniła mnie w końcu. – Możesz go przenocować przez jeden dzień? Do świtu zostały

zaledwie niecałe cztery godziny. Masz u siebie bezpieczną kryjówkę?

– Tak. Ale przyjedźcie tutaj natychmiast po zmroku, słyszysz? Nie mam ochoty znowu wplątywać się w jakieś wasze

gówniane problemy!

Zazwyczaj nie mówię tak otwarcie, ale, jak wspomniałam, miałam za sobą naprawdę długą i ciężką noc.
– Zjawimy się.
Rozłączyłyśmy  się  jednocześnie.  Eric  utkwił  we  mnie  spojrzenie  nieruchomych  błękitnych  oczu.  Blond  włosy  miał

splątane i w nieładzie. Jego włosy są dokładnie w tym samym odcieniu co moje, oboje mamy również niebieskie oczy, na
tym jednak podobieństwa się kończą.

Miałam ochotę go uczesać, lecz byłam na to po prostu zbyt zmęczona.
–  No  dobra,  zawrzyjmy  umowę  –  oznajmiłam.  –  Zostaniesz  tutaj  przez  resztę  nocy  i  cały  jutrzejszy  dzień,  a  jutro

późnym wieczorem Pam i inni przyjadą i cię stąd zabiorą. Wtedy dowiesz się, co ci się przydarzyło.

– Nie pozwolisz nikomu tutaj wejść? – spytał.
Zauważyłam, że dopił krew i nie wygląda już na tak wymizerowanego jak wcześniej. Ucieszyło mnie to.
–  Ericu,  zrobię  co  w  mojej  mocy,  by  zapewnić  ci  bezpieczeństwo  –  zapewniłam  go  łagodnie.  Przetarłam  oczy.

Obawiałam się, że za chwilę zasnę na stojąco. – Chodź – poprosiłam i wzięłam go za rękę.

Drugą  ręką  mocno  przytrzymywał  koc.  I  tak  ruszyliśmy  korytarzem,  ja  i  śnieżnobiały  olbrzym  w  tycich  czerwonych

majteczkach.

Mój  stary  dom,  choć  rozbudowywany,  pozostał  skromną  wiejską  siedzibą.  Piętro  dodano  na  przełomie  wieków

dziewiętnastego i dwudziestego, toteż na górze mieszczą się dwie dodatkowe sypialnie i poddasze z osobnym wejściem,
rzadko tam jednak wchodzę, szczególnie że odcięłam elektryczność, dzięki czemu oszczędzam na opłatach za prąd. Na
parterze  znajdują  się  również  dwie  sypialnie,  mniejsza,  w  której  sypiałam  za  życia  babci,  oraz,  po  drugiej  stronie
korytarza,  większa,  do  której  wprowadziłam  się  tuż  po  pogrzebie.  W  mniejszej  sypialni  Bill  zbudował  sobie  kryjówkę.
Wprowadziłam  tam  Erica,  włączyłam  światło  i  upewniłam  się,  że  zasłony  są  zasunięte,  a  żaluzje  zamknięte.  Potem
otworzyłam drzwi szafy, usunęłam wszystko z podłogi i odgarnęłam dywanik, który przykrywał utworzoną w niej klapę.
Poniżej mieściła się niewielka przestrzeń, którą Bill przygotował sobie kilka miesięcy temu, dzięki czemu mógł zostawać
u mnie na dzień lub chować się tutaj, gdy w jego własnym domu mogło nie być bezpiecznie. Bill miał zapewne więcej
kryjówek, o których nie wiedziałam. Gdybym była wampirem (Boże broń!), bez wątpienia postępowałabym podobnie.

Porzuciłam myśli o Billu i pokazałam niespodziewanemu gościowi, jak należy zamykać klapę od dołu, tak by dywanik

opadał od razu na swoje miejsce.

–  Kiedy  wstanę  rano,  włożę  te  wszystkie  rzeczy  z  powrotem,  a  wtedy  dno  szafy  będzie  wyglądało  naturalnie  –

wyjaśniłam i uśmiechnęłam się do niego krzepiąco.

– Mam tam teraz wejść? – spytał.
Eric, który pyta mnie, co robić! Świat naprawdę stanął na głowie.
–  Nie  –  odparłam,  próbując  zachować  powagę.  Zresztą,  nie  potrafiłam  w  tym  momencie  myśleć  o  niczym  innym  niż

moje łóżko. – Nie musisz. Wejdź tam tylko przed wschodem słońca. Chyba nie przegapisz świtu, prawda? To znaczy...
nie zaśniesz i nie obudzisz się w biały dzień?

Zastanawiał się przez moment nad odpowiedzią, w końcu potrząsnął głową.
– Nie – odparł. – Wiem, że do tego nie dojdzie. Mogę zostać w pokoju z tobą?
O  Boże,  te  oczy  szczeniaczka  w  twarzy  starożytnego  wikinga  mierzącego  metr  dziewięćdziesiąt  pięć.  Po  prostu

miałam dość. Brakowało mi energii, nawet żeby się roześmiać, więc tylko zachichotałam niewesoło.

– No to chodźmy – szepnęłam głosem, który zawodził mnie tak samo jak nogi.
Wyłączyłam  światło  w  mniejszej  sypialni,  przeszłam  przez  korytarz  i  pstryknęłam  przycisk  w  moim  pokoju,  żółto-

białym,  czystym  i  ciepłym.  Odsunęłam  narzutę,  koc  i  kołdrę.  Podczas  gdy  Eric  siedział  bezradnie  w  fotelu  po  drugiej
stronie  łóżka,  zdjęłam  buty  i  skarpetki,  wyjęłam  koszulę  nocną  z  szuflady  i  oddaliłam  się  do  łazienki.  Umyłam  zęby  i
twarz,  i  wyszłam  po  dziesięciu  minutach  ubrana  w  bardzo  starą  koszulę  nocną  z  mięciutkiej  kremowej  flaneli  w

background image

niebieskie  kwiatki.  Tasiemki  koszuli  poplątały  się,  a  marszczenie  na  dole  wyglądało  marnie,  ale  po  prostu  ją
uwielbiałam.  Gdy  zgasiłam  światło,  przypomniałam  sobie,  że  włosy  wciąż  mam  związane  w  koński  ogon,  więc  zdjęłam
gumkę,  która  trzymała  kitkę,  i  potrząsnęłam  głową,  żeby  rozpuścić  włosy.  Pomasowałam  skórę  głowy  i  błogo
westchnęłam.

Kiedy wspięłam się na wysokie stare łóżko, mój wielki prześladowca zrobił to samo. Czyżbym mu pozwoliła położyć się

obok siebie? No cóż, wsuwając się pod kołdrę i koc, zdecydowałam, że jestem po prostu zmęczona i nie obchodzą mnie
żadne potencjalne plany Erica wobec mnie.

– Kobieto?
– Hmm...?
– Jak się zwiesz?
– Sookie. Sookie Stackhouse.
– Dziękuję ci, Sookie.
– Proszę bardzo, Ericu.
Ponieważ  wydawał  się  taki  zagubiony  (przecież  Eric,  którego  znałam,  zawsze  uważał,  że  wszyscy  powinni  mu

usługiwać), poszukałam pod okryciem jego ręki i położyłam na niej dłoń. Wampir odwrócił rękę i jego palce zacisnęły się
na moich.

I chociaż nie sądziłam, że jest to możliwe, zasnęłam, trzymając się za ręce z wampirem.

background image

Przypisy niedostępne w wersji demonstracyjnej

background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

Bookarnia Online

.