background image

ARLENE JAMES

SAMOTNY OJCIEC

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Adam stanął wyprostowany, jak  przystało  na byłego  wojskowego, i wziął głęboki 

oddech. Pani Godiva nie znosiła rozkazującego tonu, więc starał się mówić wolno i łagodnie.

- Omówmy wszystko spokojnie - zaproponował. - Jestem pewien, że to była tylko 

niewinna psota. Chłopcy włożyli śnieg do pani kapci, bo nie zdawali sobie sprawy, że to 

będzie dla pani taki wielki szok. Przecież mają dopiero po trzy lata.

- Właśnie! Sami by tego nie wymyślili - odparowała kobieta. - To robota Wendy! To 

ona namówiła braci, żeby włożyli mi śnieg do kapci. A wszystko za to, że rano postawiłam ją 

w kącie, bo nie chciała jeść suszonych śliwek.

-   Wendy   nie   lubi   suszonych   śliwek   -   przypomniał   jej   Adam.   -   Wiele   razy   panią 

prosiłem, żeby...

- Suszone śliwki są zdrowe! - upierała się pani Godiva. - Gdyby słuchał pan mojego 

zdania, wyszłoby to nam obojgu na dobre. Ale pan, tak samo jak córka, nie wie, co jest dobre. 

Mam tego dość. Na dodatek pana córka obudziła mnie w samym środku nocy. Wiedziała, że 

zdążyłam się już rozgrzać pod kołdrą, więc kiedy wsunęłam stopy w... w... - Z oburzenia nie 

mogła wydobyć z siebie głosu.

Adam spuścił głowę. W skroniach czuł narastający, tępy ból. Bez wątpienia miała 

rację. Wszyscy wiedzieli, że zimne stopy są utrapieniem tej wdowy w średnim wieku, która 

zajmowała się jego dziećmi. Chłopcy sami nie wymyśliliby tak wyrafinowanej zemsty. Bo to 

była zemsta, i to w stylu typowym dla Wendy. Z drugiej jednak strony pani Godiva wiedziała, 

że dziewczynka nie znosi suszonych śliwek. Adam westchnął ciężko.

- Czy nie moglibyśmy zapomnieć o całej sprawie? - zaproponował.

- Wykluczone!

- Postaram się, żeby to się nigdy nie powtórzyło.

- Ha! Pan nie ma żadnej kontroli nad tymi dziećmi. Nie mieści mi się w głowie, jak 

taki doświadczony człowiek, były wojskowy, mógł tak rozpuścić tę trójkę urwisów.

- Proszę pani, moje dzieci półtora roku temu straciły matkę...

- A od tego czasu odeszło z tego domu siedem opiekunek!

- Sześć - poprawił ją odruchowo.

- Siedem! - warknęła i chwyciła spakowaną torbę. - Proszę przesłać należną mi zapłatę 

do mojej siostry w Minneapolis! Ma pan adres, prawda? - Powiedziawszy to, ze złością 

wyszła z domu i zniknęła w ciemnościach.

- Proszę pani! - zawołał za nią Adam. - Niech pani przynajmniej zaczeka do rana!

background image

Odpowiedział mu tylko chrzęst śniegu pod ciężkimi butami odchodzącej kobiety. Po 

chwili usłyszał trzask zamykanych drzwi i warkot silnika. Snop światła omiótł śnieżne zaspy 

wzdłuż podjazdu. Adam cicho zamknął drzwi i z trudem się powstrzymał,  by głośno nie 

jęknąć. Usłyszał za sobą jakieś szelesty i tupot małych stóp po podłodze. Odwrócił się ener-

gicznie,   niczym   żołnierz   podczas   musztry,   i   spojrzał   groźnie   na   trzy   małe   twarzyczki, 

wyglądające zza drzwi prowadzących do holu.

- Poszła sobie? - wyszeptała Wendy. Jej piegowaty nosek marszczył się, zdradzając 

skrywaną radość, a pulchne paluszki skubały rudawy warkocz.

- Poszła.

- Na zawsze? - zapytał Robbie niewinnym głosikiem. Kręcone jasne włosy i pyzata 

buzia upodobniały go do słodkiego aniołka.

Ryan, trochę mniejsza kopia starszego o kilka minut brata, uśmiechnął się triumfalnie 

do Wendy i zaczął wydawać z siebie radosne okrzyki. Pozostała dwójka natychmiast się do 

niego przyłączyła, zapominając o udawaniu skruchy. Adam wzniósł oczy do nieba, a kiedy je 

opuścił, dzieci były już w salonie i uszczęśliwione skakały po meblach.

- Poszła sobie! Czarownica sobie poszła!

Adam stanął wyprostowany pośrodku salonu. Nie lubił tego zimnego, szarego pokoju, 

ale   od   śmierci   żony   nie   wprowadził   tu   żadnych   zmian   i   nie   zamierzał   tego   robić   w 

przyszłości.

- Dość tego! - zawołał głosem dowódcy.

Robbie   zrobił   niezdarnego   fikołka   na   kanapie  i   z   głuchym   hukiem   wylądował   na 

podłodze. Radosne okrzyki natychmiast zmieniły się w bolesny szloch. Ryan z chichotem 

podczołgał się do niego i Robbie znów zaczął się śmiać, rozcierając głowę. Wendy tańczyła 

na fotelu, nie zwracając uwagi na wyczyny braci.

-   Poszła   sobie!   Poszła   sobie!   Stara   śliwka   poszła   sobie!   Słysząc   to,   chłopcy 

wybuchnęli jeszcze głośniejszym śmiechem. Adam stracił cierpliwość.

- Spokój! Natychmiast marsz do łóżek! - ryknął, czerwieniejąc na twarzy.

Podniesiony głos zrobił wrażenie. Dzieci umilkły i zamarły w bezruchu, spoglądając 

na ojca. Nie znaczyło to jednak, że mają zamiar wypełnić jego polecenie. Chłopcy położyli 

się na podłodze i patrzyli na niego ciekawie, a Wendy osunęła się na fotel. Jej twarz przybrała 

buntowniczy wyraz.

- Nie znosiłam jej. Była zła, brzydka i...

- Zrobiłaś wszystko, żeby od nas odeszła - stwierdził Adam. - Wiesz, że potrzebujemy 

pomocy, ale mimo to...

background image

- Nie potrzebujemy pomocy! - zaprotestowała dziewczynka. - Mama zajmowała się 

nami tylko z pomocą kucharki.

- Kucharka przychodzi na kilka godzin dziennie! - zawołał Adam. - A ja nie jestem 

mamą! Muszę zarabiać na utrzymanie, nie mogę cały dzień siedzieć w domu i zajmować się 

tylko wami.

- A mama mogła!

- Bo ja pracowałem poza domem i zarabiałem na życie!

-   W   wojsku   -   powiedział   Ryan   z   wyrzutem.   Ton   jego   głosu   sprawił,   że   Adam 

zapomniał o gniewie i zmieszał się.

- Zgadza się - wymamrotał.

Diana nigdy nie miała nic przeciwko temu, że pracował w wojsku. A nawet kiedyś, 

pod koniec wyjątkowo długiego urlopu, wydawała się zadowolona, że mąż znów wyjeżdża. 

Może właśnie dlatego zawsze czuł coś w rodzaju ulgi, kiedy jechał do bazy. Dzieci pewnie to 

wyczuwały i nie były tym zachwycone. A może Diana narzekała na jego ciągłe wyjazdy? 

Gdyby się głębiej nad tym zastanowił, musiałby przyznać ze wstydem, że nie znał swojej 

zmarłej żony na tyle dobrze, by zgadnąć, co robiła lub mówiła podczas jego nieobecności. To 

samo   dotyczyło   dzieci.   Co   więcej,   przez   półtora   roku,   jakie   upłynęło   od   tragicznego 

wypadku, wcale nie poznał ich lepiej. O ileż łatwiej zajmować się żołnierzami!

-   Marsz   do   łóżek!   Wszyscy!   -   nakazał   stanowczo.   Robbie   i   Ryan   usiedli   ze 

skrzyżowanymi  nogami i czekali, jak na ten rozkaz zareaguje ich siostra. Wendy wydęła 

dolną wargę i spojrzała na Adama pełnym pretensji wzrokiem.

- A kto nas teraz ułoży do snu? - zapytała.

- Trzeba było o tym pomyśleć, zanim nasypałaś jej śniegu do kapci. A teraz jazda do 

łóżek, bo będę musiał dać komuś klapsa.

Wendy buntowniczo splotła ramiona, ale kiedy Adam już miał stracić cierpliwość, 

zeskoczyła   z   fotela   i   wybiegła   z   pokoju.   Chłopcy   podążyli   za   nią,   wyśpiewując   na   całe 

gardło:

- Hej, hej, czarownica sobie poszła!

Zdesperowany Adam roztarł zesztywniały kark. Co on teraz zrobi? Jutro po południu 

miał ważne spotkanie z przedstawicielem firmy sprzedającej smary samochodowe, a w piątek 

był umówiony z agentem nieruchomości. Na pewno Rebeka albo Natalie będą mogły jutro 

przez kilka godzin zająć się dziećmi. O piątek będzie się martwił później. Takie życie w 

zawieszeniu zaczynało go męczyć.  Odszedł z wojska i musi sobie znaleźć jakieś zajęcie, 

ciekawą pracę, ale jak może się na tym skoncentrować, skoro dzieci właśnie się pozbyły 

background image

kolejnej opiekunki?

Potrząsnął głową, zgasił światło i poszedł do siebie. Przyszło mu do głowy, że pani 

Godiva może mieć wypadek na śliskiej drodze, zażąda od niego odszkodowania i pośle go z 

torbami. Jęknął, wszedł do zimnej sypialni, przykrył się kołdrą po czubek głowy i zapadł w 

sen.

Dziecięcy palec odciągnął mu powiekę, omal nie pozbawiając go przy tym oka.

- Au! - Adam spojrzał na syna zirytowany. Ile razy to dziecko może się obudzić w 

ciągu jednej nocy? - Robbie, czy ty nigdy nie śpisz?

- Lyan - poprawił go chłopiec.

Bliźniacy byli do siebie bardzo podobni, ale Wendy twierdziła, że mama nigdy nie 

miała kłopotów z ich odróżnieniem. Zakłuło go lekkie poczucie winy. Odwrócił się na plecy i 

przesłonił oczy ramieniem.

- O co chodzi tym razem? - zapytał.

-   Jestem   głodny   -   powiedział   malec,   lekko   sepleniąc.   Ciotka   Lindsay,   rodzinny 

pediatra, zapewniała, że nie ma się czym martwić, ale Adama niepokoiła wada wymowy syna.

- Ryan, przecież jest środek nocy! - jęknął.

- Nieplawda. Już lano.

To niemożliwe. Przecież nie udało mu się przespać nawet dwóch godzin. Ostrożnie 

otworzył   oczy.   O   Boże!   Rzeczywiście,   już   rano.   Budzik   na   nocnym   stoliku   wskazywał 

siódmą czterdzieści.

- No dobrze. - Ziewnął szeroko i usiadł na łóżku. - Co jest na śniadanie?

Ryan wzruszył ramionami.

- Nie wiem.

Adam sięgnął po leżący na podłodze podkoszulek.

- Zobacz, co niania przyszykowała, a potem...

- Niania poszła - przypomniał mu malec.

Adam zamknął oczy. No tak, stara śliwka odeszła, a kucharka ma przyjść dopiero w 

południe. Katastrofa. Może jednak uda się coś przyrządzić na śniadanie, jakieś płatki z mle-

kiem, bułki... Chętnie dałby tysiąc dolarów, by móc po prostu włożyć mundur i pobiec na 

śniadanie do kasyna. Wszystko będzie wyglądało lepiej, kiedy tylko napije się kawy. Kawa. 

Jęknął boleśnie. Dzisiaj nie czeka na niego żadna kawa. Życie cywila to piekło.

Ryan zeskoczył z łóżka i z całych sił przywarł do nogi ojca. Adam roześmiał się, 

niezdarnie wstał i sięgnął po szlafrok. Poszukiwanie kapci uniemożliwiał mu uczepiony do 

kolana syn.

background image

- Dobrze, dobrze. - Poklepał chłopca po plecach. - Idę. Ryan oderwał się od jego nogi i 

pobiegł do drzwi.

- Lepiej się spiesz! - zawołał, stając w progu. - Jak nie przyjdziesz, to Wendy sama 

zlobi śniadanie.

Oczy Adama rozszerzyły się z przerażenia. Zapomniał o kapciach i z krzykiem pognał 

do kuchni.

- Wendy!

Córka stała na krześle przy kuchennym stole i wysypywała mąkę z torby do miski, 

kołyszącej się złowróżbnie na skraju blatu. Adam rzucił się naprzód, chwycił Wendy, a miska 

w tej samej chwili roztrzaskała się na podłodze na tysiąc kawałków. Wendy natychmiast 

wybuchnęła płaczem. Adam postawił ją na stole, spodziewając się widoku krwi spływającej 

po nogach dziewczynki. Z ulgą zobaczył, że widać na nich jedynie ślady mąki. Do kuchni 

wbiegł Robbie, a za nim Ryan, z palcami w buzi.

-   Wyjdźcie   stąd!   -   rozkazał   Adam.   Żaden   z   bliźniaków   nawet   nie   drgnął.   -   Na 

podłodze jest szkło. Wyjdźcie stąd!

Wycofali się powoli, a Robbie, zanim zniknął za wahadłowymi drzwiami, zapytał:

- Wendy, skaleczyłaś się?

Głośny płacz Wendy zmienił się w żałosne pochlipywanie.

- Nic jej nie jest, tylko się przestraszyła - odparł Adam szorstko. Wziął córkę na ręce i 

ostrożnie ruszył do drzwi.

Kiedy znaleźli się w jadalni, postawił dziewczynkę na dywanie, przyklęknął i chwycił 

ją za drobne ramiona.

- Co też ci strzeliło do głowy? - Nie chciał krzyczeć ani potrząsać dzieckiem, ale sama 

myśl o ostrym szkle wbijającym się w delikatne ciało przerażała go i wprawiała w zdenerwo-

wanie. Wendy znów zaczęła głośno zawodzić, ale Adam zauważył, że jej oczy są suche i 

domyślił się, że dziewczynka się nie boi, tylko jest zawstydzona. Prawdę mówiąc, on również 

przeżył wstrząs. - No, już dobrze - wymamrotał.  - Nigdy więcej  nie próbuj  robić takich 

rzeczy. Słyszysz mnie? - Kiwnęła głową i z przesadą pociągnęła nosem. - A tak w ogóle, co 

chciałaś zrobić?

- Naleśniki - odparła zadziornie.

- Naleśniki! - powtórzył za nią Robbie, podskakując w miejscu. - Tak, tak! Naleśniki!

Ryan natychmiast mu zawtórował, klaszcząc w ręce.

Adam skrzywił się. Dzieci najwyraźniej się uparły, żeby na śniadanie dostać coś tak 

skomplikowanego   jak   naleśniki.   Nawet   gdyby   udało   mu   się   znaleźć   przepis,   i   tak   nie 

background image

potrafiłby zrobić choćby jednego jadalnego naleśnika. Decyzję podjął w jednej chwili. Był 

przecież specem od szybkich decyzji.

- Ubierajcie się - powiedział. - Pójdziemy na naleśniki do baru.

Jego   słowa   wywołały   wybuch   entuzjazmu.   Robbie   dziwacznie   podskakiwał,   Ryan 

posuwistym krokiem okrążał pokój, pogwizdując jak lokomotywa. Wendy tylko spojrzała na 

ojca poważnie, krótko skinęła głową i wyprowadziła braci z pokoju. Adam uśmiechnął się do 

siebie. Chyba zarobił u dzieci kilka punktów.

Godzinę później zastanawiał się, jak to możliwe, że taki świetny pomysł okazał się 

całkowitą   katastrofą.   Robbie   właśnie   upadł   twarzą   w   talerz   z   naleśnikami,   przewracając 

pojemniki   z   solą   i   pieprzem.   Wendy   chichotała,   wymachując   widelcem   z   kawałkiem 

ociekającego syropem naleśnika. Robbie spojrzał na lepką plamę na swojej piersi i roześmiał 

się uszczęśliwiony. Ryan natychmiast ukląkł na krześle, zamierzając iść w ślady brata. Adam 

chwycił stojący obok chłopca dzbanek z syropem i zerwał się na równe nogi.

- Uspokój się! - krzyknął, usiłując chwycić Ryana za ramię. W zamieszaniu potrącił 

stolik, tak że kawa z filiżanki wylała mu się na spodnie. - Cholera! - zaklął z rozpaczą.

Dzieci   wybuchły   głośnym   śmiechem.   Adam   poczuł,   że   ktoś   wyjmuje   mu   z   ręki 

dzbanek i podaje wilgotną ściereczkę.

-   Może   ja   się   tym   zajmę?   -   zapytała   szczupła,   młoda   kobieta   w   jasnoniebieskim 

uniformie, z ciemną siatką na włosach.

Z   uśmiechem   usadziła   Wendy   bezpiecznie   na   krześle   i   przysunęła   ją   bliżej   stołu, 

jednocześnie przytrzymując uzbrojoną w widelec rękę dziewczynki nad talerzem. Posadziła 

Ryana   w   wysokim   foteliku   i   odsunęła   od   krawędzi   stołu   szklankę   z   mlekiem.   Coś   mu 

szepnęła   do   ucha   i   Ryan   natychmiast   zaczął   jeść.   Robbie   wymagał   nieco   bardziej 

skomplikowanych zabiegów.

-   Trochę   się   pobrudziłeś,   co?   -   zapytała.   Przykucnęła   przy   jego   krześle   i   lekko 

wzburzyła   mu   włosy.   -   Jedzenie   powinno   znaleźć   się   w   brzuszku,   a   nie   na   brzuszku.   - 

Zanurzyła papierową serwetkę w szklance z wodą i starannie wytarła plamy syropu z koszuli 

chłopca. - Jakie ty masz piękne oczy! - zauważyła.

Oczarowany   Robbie   uśmiechnął   się   z   cielęcym   zachwytem.   Adam   przyjrzał   się 

dziewczynie i doskonale zrozumiał reakcję syna.

Nieznajoma   była   bardzo   ładna,   miała   owalną   twarz,   delikatnie   zarysowane   kości 

policzkowe, gładkie, szerokie czoło i zgrabny podbródek. Na regularne łuki brwi opadała 

gęsta   grzywka   koloru   dojrzałego   zboża.   Dziewczyna   miała   dość   szerokie,   pełne   usta   i 

zgrabny, prosty nos. Po bokach u jego nasady Adam zauważył dwa niewielkie wgłębienia, 

background image

które   świadczyły,   że   nosi   lub   kiedyś   nosiła   okulary.   Jednak   uwagę   przyciągały   przede 

wszystkim jej oczy - duże, przejrzyste, zielononiebieskie. Adam przywołał się do porządku i 

zamknął rozchylone z zachwytu usta.

- Zdaje się, że dzięki pani uniknęliśmy ostatecznej katastrofy - odezwał się i usiadł. - 

Dziękuję.

Jeszcze   raz   zanurzyła   serwetkę   w   wodzie   i   wyczyściła   kolejną   plamę   na   koszuli 

Robbiego.

- Drobiazg. - Uśmiechnęła się lekko. - Widać było, że sytuacja zaczyna się wymykać 

spod kontroli.

- Owszem. Wczoraj odeszła od nas opiekunka do dzieci, a ja jeszcze nie poznałem 

wszystkich tajników samotnego ojcostwa.

Czy   rzeczywiście   powiedział   „samotnego”?   Kobieta   spojrzała   na   niego   trochę 

lekceważąco, a trochę ciekawie.

- Co się stało z pana żoną?

- Nie żyje! - wykrzyknął Ryan pełnym głosem.

Adam poczuł, że zwracają się ku niemu wszystkie spojrzenia, i zaczerwienił się ze 

wstydu. Zgromił syna wzrokiem i znów spojrzał na ładną blondynkę.

- Moja żona zginęła w wypadku  samochodowym,  półtora roku temu - wyjaśnił. - 

Chłopcy byli wtedy bardzo mali, a wie pani, jakie są dzieci. Nie zawsze wszystko rozumieją...

- Biedactwa. - Dziewczyna objęła obu malców. - Jesteście tacy słodcy, że mogłabym 

was schrupać. - Pocałowała najpierw Ryana, potem Robbiego. Chłopcy z radością przyjęli ten 

wyraz sympatii. Kelnerka uważnie spojrzała na siedzącą po drugiej stronie stołu Wendy. - Ty 

pewnie wszystko pamiętasz, skarbie?

Wendy z powagą skinęła głową, ale Adam założyłby się, że córka nie bardzo wie, o 

czym mówi życzliwa nieznajoma.

- Na pewno bardzo ci jej brakuje. - Wargi Wendy zaczęły drżeć, bardziej dlatego, że 

udzielił  jej  się nastrój  kelnerki  niż z rzeczywistego  smutku. Blondynka  z gracją  tancerki 

podeszła do dziewczynki i objęła ją ramionami. - Co za śliczny aniołek! Na pewno bardzo ją 

kochałaś. - Wendy kiwnęła głową, a młoda kobieta przytuliła ją do piersi. Jędrnej i całkiem 

obfitej, czego nie omieszkał zauważyć Adam.

Kelnerka przykucnęła przy krześle dziewczynki.

- Pamiętam, co siostra Agnes mówiła o matczynej miłości. Chciałabyś to usłyszeć? - 

Wendy  znów  kiwnęła  głową.  -  Powiedziała   mi,   że  miłość  matki  nigdy  nie  umiera.  Żyje 

wiecznie w sercach jej dzieci. Jeśli zamkniesz oczy i bardzo się skupisz, usłyszysz, jak bije w 

background image

twoim serduszku, mocno i radośnie.

- A kto to jest siostra Agnes? - zaciekawiła się Wendy.

- Była pielęgniarką w takim domu, gdzie zamieszkałam, kiedy moja mama poszła do 

nieba. Siostra Agnes była zakonnicą.

- A dlaczego musiałaś mieszkać w tym domu?

- Bo mój tata poszedł do nieba jeszcze wcześniej niż mama.

Wendy spojrzała na ojca zdziwionym wzrokiem.

- Mój tata kiedyś wyjechał do Rabii, ale wrócił - powiedziała.

Blondynka uśmiechnęła się do Adama.

- No to miałaś szczęście, prawda?

- Tata pracował w wojsku - wtrącił Robbie, znużony pozycją obserwatora.

- Naprawdę? - Blondynka uniosła brwi. Adam odchrząknął.

-   Byłem   w   Arabii   Saudyjskiej,   kiedy   żona   miała   wypadek.   Do   mojego   powrotu 

opiekowała się nimi ciotka.

- Moja babcia też nie żyje - oznajmił Robbie.

Dziewczyna westchnęła cicho i spojrzała pytająco na Adama. Poczuł ukłucie smutku, 

ale szybko przywołał się do porządku.

- Właściwie to jego prababka - wyjaśnił sucho. - Zginęła w katastrofie lotniczej.

W oczach kelnerki zalśniły łzy.

- Tak mi przykro.

Adamie,   jesteś   łajdakiem,   zganił   się   w   duchu,   ale   jednocześnie   pochylił   głowę   i 

westchnął cicho, żeby jeszcze bardziej wzruszyć nieznajomą.

-   Bardzo   wam   wszystkim   współczuję   -   powiedziała,   a   po   chwili   dodała   zupełnie 

innym tonem: - Uspokój się natychmiast, młody człowieku. Nie wolno rzucać jedzeniem.

Adam uniósł głowę i zobaczył, że Robbie zrzucił z talerza na stół kawałek naleśnika, 

nasączony syropem. Ojcowska cierpliwość się wyczerpała.

- Robbie, przebrałeś miarkę! Poczekaj tylko, aż wrócimy do domu.

Kelnerka parsknęła śmiechem i wstała.

- Rzeczywiście niewiele pan wie o dzieciach, prawda? W tej samej chwili obok niej 

stanął tęgi, łysy mężczyzna.

- Lauro, czekają na ciebie goście przy innych stolikach.

- Przepraszam, chciałam tylko pomóc temu panu...

- Mówiłem ci, kiedy cię przyjmowałem do pracy, że nie toleruję flirtów z klientami!

- Ale ja nie...

background image

- Wcale nie flirtowała - wtrącił się Adam. - Sprzątała po tym, jak mój syn...

Mężczyzna wycelował w niego palcem.

- Byłbym wdzięczny, gdyby się pan nie wtrącał. Mamy tu pewne zasady, a ja jako 

kierownik muszę pilnować, żeby ich przestrzegano. Inne kelnerki nie zaniedbują gości, żeby 

się wdzięczyć do żonatych mężczyzn.

- Nie jestem żonaty!

- Nie jest żonaty! - zawołała jednocześnie blondynka. Kierownik prychnął ironicznie.

- Podobno wcale nie flirtowałaś, a już zdążyłaś się dowiedzieć, jaki jest jego stan 

cywilny. Zawiodłem się na tobie, Lauro.

-   Ależ   ten   pan   tylko   mi   powiedział,   że   jego   żona   zginęła   w   wypadku 

samochodowym...

Kierownik spojrzał na nią groźnie.

- Nie toleruję kłótliwego personelu. Albo za pięć sekund wrócisz do swojego rewiru, 

albo cię zwolnię. Pięć. Cztery...

Adam wstał zza stołu.

- To jakieś nieporozumienie. Ta pani niczym sobie nie zasłużyła na takie traktowanie.

- Trzy. Dwa.

- Może pan dalej nie liczyć. - Laura gwałtownie ściągnęła z głowy siatkę i rzuciła ją na 

podłogę. Na jej plecy spłynęła kaskada jasnych włosów. - Odchodzę!

- Wiedziałem, że się tu długo nie utrzymasz - oznajmił kierownik pogardliwie.

- Jest pan wściekły, bo właściciel restauracji kazał panu mnie zatrudnić.

- Na pewno nie zrobił tego ze względu na twoje umiejętności zawodowe - odparł 

grubas ze znaczącym uśmieszkiem.

Adam rzucił serwetkę na stół.

- Panie, pan się aż prosi, żeby panu dołożyć! Zaniepokojona Laura uniosła dłoń.

- Nie, nie trzeba. Nie zależy mi na tej pracy i nie znoszę bójek.

Adam spojrzał na jej pełną niepokoju twarz i poczuł, że serce skacze mu w piersi. 

Opanował gniew i spojrzał na dzieci.

- Wkładajcie kurtki - polecił krótko i wsunął rękę do kieszeni. - Wychodzimy. I na 

pewno nigdy więcej tu nie przyjdziemy - dodał z naciskiem.

Gburowaty kierownik prychnął lekceważąco.

- A to ci tragedia!

Adam zmierzył go surowym wzrokiem.

- Uprzedź swojego szefa, że niedługo zgłosi się do niego Adam Fortune.

background image

Na dźwięk tego nazwiska grubas pobladł. Adam pomógł Robbiemu zejść z krzesła, a 

Laura zajęła się Ryanem.

- Gdzie ma pani płaszcz? - zapytał Adam.

- Na zapleczu, ale... - odparta zdziwiona.

- Proszę iść po niego - polecił. - Zabieramy panią.

- Ale nie mogę tak po prostu...

- Starała się pani pomóc nieudolnemu ojcu, a ten człowiek zwolnił panią z pracy.

- Wcale mnie nie zwolnił, sama odeszłam - poprawiła go, dumnie unosząc głowę.

Uśmiechnął się. Ta dziewczyna podobała mu się coraz bardziej.

- No dobrze. Odeszła pani sama, ale to przez nas znalazła się pani w takiej sytuacji. A 

to znaczy, że jestem pani coś winien. - Odliczył pieniądze i położył na stole. - Proszę iść po 

płaszcz - ponaglił ją.

- Muszę jeszcze się przebrać - rzuciła przez ramię. Poszła na zaplecze, odprowadzana 

spojrzeniami zaciekawionych gości.

- Włączymy ogrzewanie w samochodzie. - Ryan sięgał po szklankę od mleka, ale 

Adam chwycił go za rękę. Robbie rzucił się na kolana i już miał się wczołgać pod stolik, ale 

ojciec chwycił go za kołnierz.

- Ale po co to - nerwowo wyjąkał kierownik. Zebrał ze stołu pieniądze i usiłował je 

wcisnąć do kieszeni Adama. - Śniadanko na koszt firmy. I bardzo pana przepraszam za to... 

nieporozumienie.

-   Niech   się   pan   nie   wysila   -   wycedził   Adam.   -   Nadal   mam   zamiar   pomówić   z 

właścicielem.

Kierownik otarł pot z czoła.

- Panie Fortune, może to przedyskutujemy?

- Nie ma o czym dyskutować. - Adam popchnął Robbiego do drzwi i pociągnął za 

sobą Ryana.

Wendy   pokazała   język   przerażonemu   mężczyźnie   i   pobiegła   przodem.   Drzwi 

restauracji jeszcze się za nimi nie zamknęły, kiedy dziewczynka zawołała z zachwytem:

- Tatusiu, ona mi się bardzo podoba! A tobie? Na pewno byłaby dobrą nianią, prawda?

Adam uśmiechnął się do córki. Co za bystre dziecko. Chyba rozumie więcej, niż mu 

się wydawało.

- Tak - przyznał. - Być może byłaby dobrą nianią, ale najpierw musi się na to zgodzić, 

więc się tak nie ciesz.

- Ale ona potrzebuje pracy! - stwierdziła Wendy poważnie.

background image

- Owszem, ale może ta praca nie będzie jej odpowiadać. Zobaczymy. Wsiadajcie do 

samochodu. Jest bardzo zimno.

Otworzył drzwi, a Wendy usadowiła się na tylnym siedzeniu między fotelikami braci. 

Adam posadził malców i zapiął im pasy. Robbie nie lubił, gdy coś krępowało jego ruchy, ale 

tym razem nie protestował, kiedy ojciec kazał mu spokojnie zaczekać, aż sprawdzi, co się 

dzieje   z   dziewczyną.   Gdy   przed   wyjściem   z   samochodu   zakazał   całej   trójce   dotykać 

czegokolwiek, trzy dziecięce główki tylko karnie potaknęły.

Tak   jak   się   spodziewał,   kierownik   zastąpił   dziewczynie   drogę   i   namawiał   ją,   by 

została. Widać było, że nic nie wskóra. Adam otworzył ciężkie, szklane drzwi i zajrzał do 

środka.

- Lauro?

Uniosła głowę, zaskoczona, że zwrócił się do niej po imieniu.

- Już idę.

Włożyła płaszcz i pełnym gracji krokiem ruszyła do wyjścia. W dżinsach wyglądała 

na wyższą niż w brzydkim stroju kelnerki. No i te włosy!

- Jestem Laura Beaumont - powiedziała rumieniąc się.

- Laura Beaumont - powtórzył odruchowo.

- A panu na imię Adam, tak?

Zdał sobie sprawę, że patrzy na niego wyczekująco, więc podał jej dłoń.

- Adam Fortune.

Jego nazwisko najwyraźniej nic dla mej nie znaczyło.

- Miło mi pana poznać, panie Fortune.

- Mów mi Adam. - Jej ręka była delikatna i kobieca.

- Dobrze. Jeśli pan również będzie się zwracał do mnie po imieniu.

- O, na pewno - wymamrotał rozkojarzony.

Nagle poczuł, że samotne ojcostwo tak bardzo mu nie ciąży.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

-   Proponuję   następujący   układ.   Ja   nie   zadzwonię   do   właściciela   restauracji,   a   ty 

zaczniesz u mnie pracować. Potrzebuję opiekunki do dzieci.

Laura spojrzała na niego uważnie. Wiedziała, że nie należy ufać takim przystojnym 

mężczyznom. A jednak...

- Nie mam w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. Na chwilę oderwał wzrok od 

drogi.

- Nie? Może to i lepiej. Najważniejsze, że masz odpowiednie podejście.

Zawahała   się.   Może   to   szczęśliwy   zbieg   okoliczności?   Może   pech   chwilowo   ją 

opuścił? Zresztą, czy ma coś do stracenia?

- Nie mam samochodu - wyznała.

-   To   bez   znaczenia.   Wynagrodzenie   obejmowałoby   mieszkanie   z   nami,   posiłki   i 

pensję. To na pewno lepsze niż praca w restauracji.

Laura słuchała oszołomiona. Mieszkanie, posiłki i jeszcze pensja? Adam mówił dalej:

-   Nie   wiem   tylko,   czy   dogadamy   się   w   kwestii   śniadania.   Opiekunki   nie   lubią 

gotować, a kucharka pracuje na przychodne. Zanim wyprawi męża  do pracy,  posprząta i 

dotrze   do   nas,   jest   już   pora   lunchu.   Ja   w   kuchni   jestem   zupełnie   bezużyteczny,   więc 

opiekunka musi przyrządzić śniadanie. Dasz sobie radę?

Laura tylko się uśmiechnęła. W domu dziecka, gdzie spędziła większość dzieciństwa, 

unikała dyżurów w kuchni, ale teraz z przyjemnością myślała o takich domowych czynno-

ściach. Dobrze byłoby mieć dom. Ale jeśli podejmie tę pracę, będzie musiała się pilnować, by 

nie uznać domu Adama Fortune'a za swój. Jednak własny pokój, posiłki, wynagrodzenie - to 

zbyt dobra propozycja, by ją odrzucić. Wzięła głęboki oddech.

- Przyjmę tę pracę, ale tylko na jakiś czas.

- To znaczy?

- No... - Zastanawiała się gorączkowo, odwróciwszy wzrok. Luty, marzec, kwiecień, 

maj, czerwiec... Szkoła się skończy, zaczną się wakacje, łatwiej będzie podróżować. Szkoła. 

Tak,   to   dobra   wymówka.   -   Chcę   skończyć   college.   Obiecałam   to   siostrze   Agnes.   Przez 

pierwszy rok nauki dostawałam coś w rodzaju stypendium, ale na resztę muszę sama zapraco-

wać. Już mam prawie całą sumę.

- Dobrze. Trudno mi cię od tego odwodzić. Chcesz więc powiedzieć, że odejdziesz 

jesienią.

- Może wcześniej. To... zależy.

background image

Spojrzał na nią z zastanowieniem i przez chwilę miała wrażenie, że zażąda dokładnej 

daty, ale on tylko skinął głową.

- Jeśli chodzi o pensję, to...

Kiedy wymienił sumę, z wrażenia aż rozchyliła usta. Już miała mu powiedzieć, że to 

za dużo, ale zaraz pomyślała, że te pieniądze pozwolą jej lepiej się ukryć. Będzie mogła 

odłożyć prawie całą pensję. Zamknęła oczy i westchnęła z wdzięcznością. Może Bóg jednak o 

niej   nie   zapomniał,   odpokutowała   przeszłość   i   koszmar   dobiegł   już   końca.   Gwałtownie 

otworzyła oczy. Nie wolno jej tak myśleć. Nie może zaniechać czujności.

Jest teraz odpowiedzialna za bezpieczeństwo trojga dzieci i będzie je chroniła nawet z 

narażeniem życia.

Adam   doszedł   do   wniosku,   że   powinien   być   z   siebie   zadowolony.   Nie   odwołał 

spotkania, nie musiał prosić siostry o pomoc. Co prawda spotkanie tylko potwierdziło to, 

czego się spodziewał. Smary samochodowe nie były jego domeną. Sekretarka będzie musiała 

poinformować przedstawicieli producenta, że ich propozycja go nie interesuje. Z rezygnacją 

potrząsnął głową Miał biuro i sekretarkę, tylko nie miał zajęcia. Przynajmniej udało mu się 

rozwiązać problem opiekunki do dzieci, chociaż teraz ogarnęły go wątpliwości, czy słusznie 

postąpił.

Co wiedział o Laurze Beaumont oprócz tego, że jest piękna? Dlaczego taka kobieta 

pracowała w podrzędnej  restauracji w motelu na uboczu? Może istotnie jest samodzielną 

dziewczyną bez domu, rodziny i przyjaciół, która stara się zaoszczędzić pieniądze na naukę... 

Dziwne, że z nikim się jeszcze nie związała. Mężczyźni nie mijają takich kobiet obojętnie...

Otworzył drzwi z niepokojem, niepewny, co zastanie w domu. Wewnątrz panowała 

złowróżbna   cisza,   zważywszy   na   to,   że   mieszkała   tu   trójka   dzieci.   Może   związała   je   i 

zakneblowała? Zamknęła w szafie? Zdjął płaszcz i cicho poszedł do salonu.

- Wendy? Rob? Ryan? Wróciłem.

Żadnej odpowiedzi. Szybko ruszył do sypialni dzieci. Otworzył drzwi pokoju Wendy i 

szybko odstąpił na bok, tak jak go uczono w wojsku. W środku nie było nikogo i panował tu 

porządek. Co się dzieje?

W sypialni chłopców również wszystko było posprzątane, a Robbie leżał na łóżku i 

oglądał książkę. Książkę! Adam zauważył na nocnej szafce tykający minutnik, używany do 

gotowania jajek.

- Co robisz? - zapytał Adam syna. Chłopiec odłożył książkę.

- Kryję.

- Słucham? Co się stało?

background image

- Ja kryję, bo naplułem na Ryana - wyznał malec bez cienia skruchy.

Adam usiadł na skraju łóżka.

- Nie powinieneś pluć. To nieładnie.

- Wiem. Laura mi powiedziała.

- Czy to jest kara za plucie? - spytał, zerkając na tykający minutnik.

Robbie skinął głową.

- Mam leżeć na łóżku i czytać, aż to zadzwoni, a potem będę szukać.

Adam nic z tego nie rozumiał. Musiał znaleźć inne źródło wiadomości.

- Gdzie jest panna Laura? - zapytał i zdjął krawat.

- Nie wiem. - Chłopiec wzruszył ramionami.

- Nie wiesz? - Syn spojrzał na Adama niewinnie i potaknął. - A gdzie Wendy i Ryan?

- Schowała je.

- Schowała? - O Boże!

Robbie radośnie skinął głową W tej  samej  chwili  zadźwięczał  minutnik.  Chłopiec 

odrzucił książkę i zeskoczył z łóżka.

- Uwaga! Szukam! - zawołał i wybiegł z pokoju.

A więc po prostu bawią się w chowanego. Co za ulga. W oddali usłyszał śmiech, piski 

i pełne emocji krzyki.

Adam   wyszedł   na   korytarz,   minął   łazienkę,   sypialnię   Wendy,   salon   i   jadalnię. 

Korytarz   skręcał   tu   w   prawo.   Na   końcu   znajdowały   się   drzwi   do   gabinetu.   Był   to   jego 

ulubiony pokój, duży i ciepły, z kamiennym kominkiem, wygodnymi, trochę wysłużonymi 

meblami, telewizorem i biblioteczką. Ściany zdobiły fotografie oprawione w ramki. Gabinet 

był darem od Kate. Diana powiedziała mu, że prababka sama zadecydowała o jego wystroju. 

Kochana   Kate.   Tak   bardzo   mu   jej   brakowało.   Nawet   bardziej   niż   żony,   dystyngowanej, 

cierpliwej i wyniosłej Diany.

Kątem   oka   spostrzegł   jakiś   ruch.   Odwrócił   się   i   zobaczył   Laurę   wychodzącą   na 

czworakach zza kanapy i trójkę swoich dzieci, uczepionych jej rąk i nóg. Wszyscy chichotali i 

doskonale się bawili. Laura jęknęła dramatycznie i opadła płasko na podłogę.

- Poddaję się. Wygraliście.

Potargana Wendy położyła się na podłodze tuż obok Laury. Chłopcy zaczęli klaskać w 

ręce i rzucili się na opiekunkę.

- Wygraliśmy! Wygraliśmy! - krzyczeli na całe gardło. Nagle Laura usiadła, odrzuciła 

włosy w tył i przytrzymała podskakujących chłopców.

- No dobrze. Pokażcie, jacy jesteście okropni. - Ku zdumieniu Adama dzieci zasypały 

background image

opiekunkę głośnymi pocałunkami, a ona z udawanym przerażeniem wołała: - Fuj! Ble! Jakie 

to okropne! Dłużej nie wytrzymam! Co za męka!

Ryan zarzucił jej ramiona na szyję i zgniótł w uścisku, a ona z aktorską przesadą 

udawała,   że   się   dusi.   Pozostała   dwójka   natychmiast   zrobiła   to   samo   co   brat. 

Najwylewniejszym   dowodem   sympatii,   jaką   dzieci   kiedykolwiek   okazały   Adamowi,   był 

szybki pocałunek w policzek. Nie wiedział, komu bardziej zazdrości, Laurze czy dzieciom.

Kiedy Laura zdała sobie sprawę z jego obecności, spoważniała i dzieci pojęły, że to 

koniec zabawy. Śmiechy ucichły, wszyscy się uspokoili i cztery pary oczu spojrzały na niego 

z entuzjazmem skazańca czekającego na kata.

- Cześć. - Laura wstała, przygładzając włosy i ubranie. - Bawiliśmy się.

-   Zauważyłem   -   odparł   Adam   z   niewyraźnym   uśmiechem.   Patrzyła   na   niego 

niepewnie, jakby się czegoś bała. Zresztą na wszystkich czterech twarzach spostrzegł lęk. Bali 

się jego dezaprobaty. Rozluźnił się, wziął gazetę ze stołu i usiadł w ulubionym fotelu.

- Jak minął dzień? - zapytał.

- Dobrze. - Laura usiadła na kanapie, Wendy obok niej, a chłopcy przytulili się do jej 

nóg. - Dzwoniła wychowawczyni. Pytała, dlaczego Wendy była dziś nieobecna. Nie wie-

działam, co jej odpowiedzieć.

Jak mógł o tym zapomnieć?

- Zadzwonię do niej i wszystko wyjaśnię - odparł.

Laura skinęła głową i splotła ramiona, on zaś otworzył gazetę i spróbował czytać, ale 

nie   potrafił   się   skupić   nawet   na   pojedynczych   słowach.   Do   głowy   przychodziły   mu 

chaotyczne myśli. Dzieci już pokochały Laurę, chociaż on jeszcze nic o niej nie wie. No i 

szkoła Wendy. Czy nowa opiekunka umie prowadzić samochód? Odłożył gazetę.

- Masz prawo jazdy?

- Tak - odparła, trochę zaskoczona.

- Wolę, żeby ktoś odwoził Wendy do szkoły. Czekanie na autobus na takim mrozie 

jest niebezpieczne.

Skinęła głową i zmarszczyła czoło.

- Rozumiem, tylko że...

Przypomniał sobie, że Laura nie ma samochodu i lekceważąco machnął ręką.

- To żaden kłopot. Weźmiesz samochód kombi. Ja i tak wolę jeździć pikapem.

- Świetnie. - Widać było, że poczuła ulgę. Uśmiechnął się i znów otworzył gazetę, ale 

nie potrafił się skupić na lokalnych wiadomościach.

- Kiedy kolacja? - zapytał.

background image

- Pewnie za chwilę. Beverly... to znaczy, kucharka powiedziała, że będzie gotowa na 

szóstą.

A   więc   nawet   kucharka   już   się   z   nią   zaprzyjaźniła.   Nie   pamiętał,   żeby   to   się 

przydarzyło którejkolwiek z poprzednich opiekunek.

- Dobrze - powiedział zza gazety.

Chciał nawiązać  z Laurą  jakiś kontakt i bardzo opornie mu to szło. Nie wiedział 

dlaczego. Co miał powiedzieć? O co zapytać, by nie odniosła wrażenia, że ją przesłuchuje? 

Ku jego uldze przejęła inicjatywę.

- Dzieci, idziemy do łazienki - oznajmiła, wstając. - Nie można usiąść do stołu z 

brudnymi rękami i buziami, prawda?

Adam mruknął coś niezrozumiale. Usłyszał jeszcze, jak któryś z chłopców narzeka, że 

mydło na pewno będzie szczypało go w oczy, a Laura zapewnia go, że nic takiego się nie 

stanie. Potrząsnął głową i odłożył gazetę. Co się z nim dzieje? Ta kobieta świetnie radzi sobie 

z dziećmi, co zresztą przeczuwał. Nie miał się o co bać, ale jednak...

- Panie Adamie, kolacja za dziesięć minut.

Spojrzał na cichą kobietę w średnim wieku, która od półtora roku dla nich gotowała.

- Dziękuję... Beverly.

Wycierała właśnie ręce w fartuch, ale na te słowa zamarła w bezruchu i uniosła brwi. 

Potem uśmiechnęła się nieśmiało, oślepiając go bielą sztucznych zębów.

- Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, to wyjdę dziś trochę wcześniej. Mąż chce iść 

do   kina,   a   Laura   powiedziała,   że   włoży   za   mnie   talerze   do   zmywarki.   Inne   naczynia 

pozmywam przed wyjściem...

-  Ależ   oczywiście   -  zgodził  się  bez   namysłu.  -  Powiedz   mi,  co  sądzisz   o  pannie 

Laurze?

Kucharka uśmiechnęła się szeroko.

-   To   prawdziwy   skarb!   Od   razu   nad   wszystkim   zapanowała   i   wydaje   mi   się,   że 

naprawdę lubi dzieci. Jak pan myśli, dlaczego tyle opiekunek nie znosi dzieci?

- Bardzo słuszna uwaga - zgodził się z uśmiechem. - Życzę miłego wieczoru w kinie.

- Dziękuję.  I... jeśli  wolno mi powiedzieć... Laura  to jest  to, czego  tym  dzieciom 

potrzeba.

Jej oczy mówiły więcej, ale Adam nie był zbyt dobry w porozumiewaniu się bez słów, 

a zresztą nie bardzo chciał wiedzieć, co kucharka ma na myśli. Doszedł do wniosku, że 

planowanie wojen i układanie strategii to kaszka z mleczkiem w porównaniu z jego obecnym 

życiem. Ale może teraz to życie zmieni się na lepsze, przynajmniej na jakiś czas? Zmarszczył 

background image

brwi. Nie może co kilka miesięcy przyjmować nowej opiekunki. Wprowadza to zbyt wiele 

zamieszania w życie dzieci. W dodatku któregoś dnia, oby jak najszybciej, znajdzie sobie 

zajęcie, chociaż na razie poszukiwania nie przynosiły żadnych rezultatów. Wynagrodzenie 

wojskowego w stanie spoczynku nie wystarczy na naukę dzieci i utrzymanie domu, zwłaszcza 

w czasie srogich zim, jakie nawiedzały Minnesotę.

- Kolacja gotowa - oznajmiła Laura, wchodząc do pokoju. Skinął głową i wstał, ale 

dziewczyna usiadła na kanapie.

- A ty nie idziesz?

- Nie jestem pewna, jak wypada mi się zachować.

- Przede wszystkim wypada coś zjeść. Wstała i wygładziła spodnie na udach.

- Nie byłam pewna, czy mam jeść razem z tobą i dziećmi.

Prawdę mówiąc, kilka opiekunek wolało jadać osobno. Często była to jedyna okazja, 

by odpocząć od dzieci. Postanowił nie mówić tego Laurze. Może jeśli będzie ją traktował jak 

członka rodziny, zostanie z nimi dłużej. Powinien jednak dowiedzieć się o niej czegoś więcej, 

zanim zacznie ją nakłaniać, by została. A przecież wspólny posiłek również i w tym pomoże.

-   Nie   mamy   tu   sztywnych   zasad.   Chodź.   -   Zapraszająco   uniósł   ramię   i   objął   ją. 

Wypadło to jakoś tak naturalnie. Dopiero kiedy doszli do jadalni, opuścił rękę.

Dzieci chichotały rozbawione, co nie było dobrym znakiem. Rzeczywiście. Robbie 

włożył rękę do miski z puree ziemniaczanym i ugniatał kremową masę. Adam już miał na 

niego   krzyknąć,   ale   powstrzymał   się,   widząc   reakcję   Laury.   Wyprostowała   się   i   splotła 

ramiona na piersiach, jej twarz przybrała nieprzenikniony wyraz. Popatrzyła na chłopca bez 

złości, ale też bez uśmiechu. Robbie wolno cofnął rękę. Laura wolno usiadła naprzeciw niego, 

starannie unikając jego wzroku. Adam wyczuł, że jest w tym zachowaniu jakiś cel i zachował 

się podobnie. Usiadł u szczytu stołu i ogarnął wszystkich wzrokiem.

Spostrzegł, że Robbie z zakłopotaniem patrzy na swoją umazaną ziemniakami dłoń.

-   Lauro,   nałożysz   dzieciom   jedzenie?   -   zapytał   z   uśmiechem.   Spojrzała   na   niego 

aprobująco i wzięła ze stołu miskę.

- Wendy, masz ochotę na ziemniaki?

- Tak, proszę - odparła dziewczynka cieniutkim głosikiem.

- Ryan?

Chłopiec zrobił zeza i zabawnie wykrzywił twarz.

- Baldzo płoszę.

Laura uśmiechnęła się leciutko.

- Robbie, chcesz trochę ziemniaków?

background image

Robbie kiwnął głową i spuścił oczy. Adam z trudem powstrzymywał śmiech, widząc, 

jak jego rozbrykany syn nie może zrozumieć, dlaczego taka fajna psota zmieniła się w żenu-

jącą dla niego sytuację. Laura nałożyła mu porcję ziemniaków i odstawiła miskę. Nastąpiła 

cisza, w której po chwili dał się słyszeć cichy szloch. Adam spojrzał na Robbiego, który 

spuścił głowę tak nisko, że niemal położył ją w talerzu. Potem zerknął na Laurę. Patrzyła na 

chłopca ze współczuciem, które niemal go wzruszyło. Musiał odwrócić wzrok.

- Adamie, może wyczyścisz Robbiemu ręce, żeby mógł zacząć jeść? - spytała cicho 

Laura.

Doskonała   strategia.   Po   prostu   doskonała.   Adam   ukląkł   przy   synku   i   serwetką 

wyczyścił małą rączkę.

- Widzisz, Rob, są powody, dla których zachowujemy się według pewnych zasad - 

wyjaśnił   łagodnie.   -   Nie   byłoby   nam   przyjemnie,   gdyby   każdy   nakładał   sobie   jedzenie 

rękami.

Chłopiec potaknął. Ojciec klepnął go po ramieniu i wrócił na swoje miejsce, a Laura 

sięgnęła po półmisek.

- Robbie, zjesz kotlet, skarbie?

Robbie  skinął  głową  i  otarł  nos   ramieniem.  Laura   udała,  że  tego  nie  dostrzegła   i 

uśmiechnęła się ukradkiem do Adama.

Po  chwili   wszyscy  zaczęli  jeść  i  przy  stole  zapanowała   miła,  rodzinna   atmosfera. 

Wybuchający czasami śmiech nie był skutkiem psoty, ale zwykłej radości. Adam niechętnie 

przypomniał sobie, że miał zadać Laurze kilka pytań.

- Powiedz mi, co studiujesz - zagaił z wymuszonym chłodem.

- Co studiuję? - powtórzyła zmieszana. A więc przyłapał ją! Ta myśl chyba odbiła się 

na jego twarzy, ponieważ Laura trochę przybladła, ale szybko zapanowała nad sobą. - Ach, 

chodzi ci o to, ci studiowałam w college'u?

- Właśnie.

- Wczesny rozwój dziecka.

- Aha. - Doskonała odpowiedź. Ale przecież Laura w ogóle była doskonała.

- Chociaż prawdę mówiąc, jeszcze się nie zdecydowałam, jaki będzie mój główny 

przedmiot.

- Kiedy zamierzasz wrócić do college'u? Jesienią?

- Być może. Ale może zdecyduję się na letni kurs, żeby odświeżyć wiadomości.

Letni kurs. Postarał się przybrać beztroski wyraz twarzy.

- Gdzie chcesz studiować?

background image

- Jeszcze nie wiem. - Przełknęła ślinę.

Ze zrozumieniem skinął głową. Był przekonany, że kłamie.

- Nie ma pośpiechu - powiedział.

- Właśnie. Nie ma pośpiechu. Postanowił zadać ostateczny cios.

- A gdzie przedtem studiowałaś? - Podniosła na niego wzrok i przez chwilę w jej 

oczach dostrzegł strach.

- Na pewno o tym college'u nie słyszałeś - wymamrotała.

- Jest w innym stanie?

Złożyła serwetę i położyła obok talerza. Spojrzała na niego śmiało.

- Tak - potwierdziła i wstała od stołu. - Przepraszam. - Nie mówiąc nic więcej, wyszła 

z jadalni.

Adam wziął głęboki oddech. Skłamała i bała się, że się tego domyślił. Dlaczego nie 

mówi mu prawdy i co on ma z tym zrobić?

- Pora spać, moje skarby.

Adam spojrzał na trójkę dzieci na kanapie i uśmiechnął się. Wszystkim sennie opadały 

powieki. Laura bardzo mądrze zmieniła kolejność wieczornych czynności. Zamiast wykąpać 

dzieci tuż przed snem, wykąpała je wcześniej, a potem przez jakiś czas czytała im książeczki. 

Jedno po drugim zapadało w półsen, więc perspektywa pójścia do łóżek wydawała im się 

teraz bardzo nęcąca. Właśnie prowadziła do sypialni bliźnięta, kiedy rozległ się dzwonek do 

drzwi. Adam domyślił się, kto może stanąć w jego progu w ten mroźny wieczór. Nie pomylił 

się. Na progu stał ojciec i dla rozgrzewki zacierał ręce.

- Witaj, Adamie.

- Ojcze.

Ich powitanie zwykle wyglądało właśnie w ten sposób. Jake wszedł, nie czekając na 

zaproszenie, i zamknął za sobą drzwi.

- Straszny mróz.

-   Niektórym   nie   chciałoby   się   w   taką   pogodę   wychodzić   z   domu   -   mimochodem 

skomentował Adam.

- Dobrze, dobrze. Mam powody, żeby cię odwiedzić. Adam dobrze znał co najmniej 

jeden z tych powodów.

- Co się dzieje? - zapytał.

- Chodzi o twoją siostrę.

- O Caroline?

- Nie. Z Caroline wszystko w porządku.

background image

Ta wiadomość sprawiła Adamowi przyjemność.

- Miło słyszeć, że małżeńskie życie jej służy. Jake uśmiechnął się nagle.

- I kto by pomyślał? Twarda kobieta interesu nagle złagodniała. Jest szczęśliwa jak 

nigdy przedtem.

Nareszcie zauważyłeś, pomyślał Adam.

- No, to zostały jeszcze trzy - powiedział głośno. - Natalie jest zrównoważona, więc 

pewnie chodzi o któraś z bliźniaczek.

Uśmiech Jake'a zmienił się w grymas.

- Możemy usiąść?

Widać   było,   że   ojciec   jest   czymś   bardzo   zmartwiony,   więc   Adam   zaprosił   go   do 

salonu. Laura właśnie prowadziła dzieci korytarzem. Buzie maluchów rozjaśniły się na widok 

dziadka. Wszyscy troje rzucili się na niego, gdy tylko usiadł na kanapie.

Adam   poczuł   lekką   irytację   na   widok   Jake'a,   który   z   niewymuszoną   czułością 

przytulał jego dzieci. Na szczęście z pomocą przyszła mu Laura.

- Bardzo przepraszam - odezwała się.

- Nic nie szkodzi. Poznaj mojego ojca. Lauro, to Jacob Fortune. - Znów zauważył, że 

nazwisko Fortune nic dla niej nie znaczy. Szarmancki jak zwykle Jake wstał, a Laura podała 

mu rękę.

- Witam.

- Tato, to jest Laura Beaumont, nowa niania.

Jake uniósł brwi i uśmiechnął się niemal uwodzicielsko.

- Miło mi cię poznać.

Laura uśmiechnęła się przepraszająco do Jake'a.

- Właśnie prowadziłam dzieci do łóżek.

- No cóż... - Jake ucałował wnuki i odesłał je do Laury.

-   Dziękuję.   -   Wszyscy   czworo   wyszli   z   pokoju,   odprowadzani   zaciekawionym 

spojrzeniem Jake'a.

- Jest o wiele atrakcyjniejsza niż ta poprzednia, Godiva - zauważył Jake.

Adam musiał się roześmiać.

- Owszem, a w dodatku to o wiele lepsza niania.

- Naprawdę?

- W jeden dzień udało jej się osiągnąć więcej niż Godiva i wszystkie inne razem 

wzięte.

- Nigdy nie rozumiałeś dzieci - odrzekł Jake z przyganą.

background image

- Ja nie rozumiałem? I kto to mówi?

- Jesteś niesprawiedliwy. Przynajmniej starałem się...

- Zdaje się - przerwał mu ostro syn - że przyszedłeś tutaj, ponieważ któraś z moich 

sióstr zrobiła coś okropnego.

Jake poczerwieniał, ale zacisnął zęby i opanował gniew.

- Chodzi o Rachel - oznajmił zwięźle.

Adam wzniósł oczy do nieba. Powinien się domyślić.

- Rocky ma prawo żyć, jak chce. Być może tobie Luke Greywolf się nie podoba, ale 

mnie się wydaje, że to porządny gość. Na litość boską, to przecież lekarz!

- Rachel jest w ciąży - oznajmił Jake. - Wiedziałeś o tym?

- Dobrze, że jesteś lepszym dziadkiem niż kiedyś... - Urwał. - Nie chciałem, żeby to 

tak zabrzmiało.

- Doprawdy? Adam westchnął.

- Rozumiem, że się o nią martwisz - powiedział ugodowo. - Ale szczerze mówiąc, 

uważam, że nie musisz.

- Wiesz, jaka jest lekkomyślna.

- Nie lekkomyślna, tylko śmiała i niezależna. Jake skrzywił się.

- Twoja matka twierdzi, że Rocky naprawdę go kocha.

- Jestem pewien, że go kocha, bo inaczej nie zgodziłaby się za niego wyjść, bez 

względu na to, czy jest w ciąży, czy nie.

- Ale bardzo chciałbym wiedzieć, co on czuje. - Głos Jakea zadudnił groźnie.

- W tej sprawie powinieneś chyba zaufać Rocky - poradził Adam, chociaż wiedział, że 

Jake nie ma wielkiego zaufania do żadnego ze swych dzieci. - Rocky jest taka niezależna i 

uparta. Naprawdę myślisz, że wyszłaby za mąż za kogoś, kto zupełnie nie oszalał na jej 

punkcie?

Ojciec spojrzał na niego niemal z wdzięcznością.

- Masz rację. - Uśmiechnął się. - Nie wziąłem pod uwagę tego aspektu sprawy.

Adam poczuł dumę. Może jednak istnieje jeszcze dla nich nadzieja...

- Twoja matka chce wydać dla nich przyjęcie. Adam potrząsnął głową i uśmiechnął się 

szeroko.

- Będziemy ich witać na łonie rodziny czy przypiekać na wolnym ogniu?

- Ma to być powitanie, ale nie wiem, jak to ostatecznie wypadnie. Wiesz, jaka panuje 

atmosfera.

- Mówisz o tej sprawie z Monicą Malone. - Adam złożył ręce na piersiach.

background image

- Im mniej powiem na ten temat, tym lepiej - odparł wymijająco Jake.

- Mnie jest wszystko jedno.

- Szkoda tylko, że mój brat i jego ludzie nie myślą podobnie.

Adam   zamilkł   na   chwilę.   Był   pewien,   że   to   jeszcze   nie   koniec   rozmowy.   I 

rzeczywiście, nie musiał długo czekać. Jake wyprostował się i zrobił surową minę.

-   Kiedy   zakończysz   te   bezsensowne   poszukiwania   i   zaczniesz   pracować   w   naszej 

firmie?

- Aha! - Adam gwałtownie wstał. - Żałuję, ale powinieneś już iść. Choć raz chciałbym 

się z tobą rozstać w zgodzie.

- Do diabła, ja mówię poważnie.

- Zmieńmy temat. - Przesunął dłonią po włosach. - Nie chcę o tym dyskutować.

Jake wstał.

- Nie rozumiesz, że twoje miejsce jest w rodzinnej firmie?

- Nie.

- Adam, proszę. Fortune Cosmetics potrzebuje dobrego dyrektora. Ty się świetnie do 

tego nadajesz. Mógłbyś...

- Nie! Dlaczego wciąż do tego wracasz? Nie dam się wciągnąć w tą waszą machinę.

- W takim razie, co zamierzasz robić? Będziesz sprzedawać samochody? Zakładać 

centralne ogrzewanie?

- Nie wiem! Coś sobie znajdę. Coś, co będzie w sam raz dla mnie.

- Ależ ta praca jest w sam raz dla ciebie!

- Nie!

- Może wysłuchasz mnie do końca?

- Nie.

Jake zacisnął pięści, starając się opanować gniew.

- Nie rozumiem cię - stwierdził.

- Wiem o tym nie od dziś.

- A ty nigdy nie rozumiałeś, co to znaczy należeć do rodziny Fortune'ów.

- Nie mam nic przeciwko rodzinie. Nie chcę tylko należeć do rodzinnej firmy.

Jake zrobił taką minę, jakby już miał wybuchnąć, ale w tej samej chwili rozległ się 

głos Laury:

- Czy jeszcze będę panom potrzebna?

Jake potrząsnął tylko głową, zagryzając wargę.

- Mój ojciec właśnie wychodzi - oznajmił Adam, cicho ale stanowczo. - Dziękuję.

background image

- Nie ma za co. Miło było pana poznać, panie Fortune. Niech pan uważa, na dworze 

jest bardzo zimno.

Jake skinął głową i starannie zapiął płaszcz.

-   Dobranoc,   panno   Beaumont.   -   Spojrzał   na   Laurę,   potem   na   Adama.   -   Dobrze 

odgadłem? Panno?

Laura zamrugała powiekami i poczerwieniała.

- Owszem.

- Tak myślałem - wyszeptał. - Miło było panią poznać. Adamie...

- Ojcze...

Wyszedł z pokoju, prosząc, by go nie odprowadzać. Adam westchnął. Czy to się nigdy 

nie zmieni? Spojrzał na Laurę. A może zmiana już się rozpoczęła? Dyskretna interwencja 

Laury niewątpliwie zapobiegła kłótni. Czy zrobiła to celowo? Chyba tak. Nie wiedział tylko, 

czy jest jej za to wdzięczny.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Ze   smakiem   przełknął   ostatni   kęs   jajecznicy   i   popił   kawą.   Otarł   usta   serwetką   i 

odłożył ją na stół.

- Wytłumacz mi jeszcze raz, dlaczego ta jajecznica zawiera mało cholesterolu.

Laura oparła podbródek na dłoni i uśmiechnęła się.

- To proste. Powiedzmy, że chcesz usmażyć jajecznicę z tuzina jaj. Mieszasz dziewięć 

białek   i   trzy   całe   jajka,   dodajesz   kroplę   barwnika   spożywczego,   rozgrzewasz   teflonową 

patelnię, smażysz jajka i już. Wystarczy dla nas i dla dzieci.

- Dodałaś tu coś jeszcze - upierał się.

-   Możesz   dodać,   co   zechcesz.   Ja   dołożyłam   resztkę   ziemniaków   z   wczorajszego 

obiadu i trochę niskotłuszczowego sera. Dzięki temu mieliśmy śniadanie bogate w białko, ale 

bez dużej ilości cholesterolu i tłuszczu.

- A więc właśnie tak utrzymujesz tę wspaniałą figurę - stwierdził z uśmiechem.

Laura poczuła, że robi się jej gorąco. Odwróciła wzrok, speszona swoją reakcją na tak 

banalny komplement.

- Dziękuję - rzekła niepewnie. - Może wstąpiłbyś dzisiaj do sklepu i kupił kawałek 

indyka? Coś bym z tego przyrządziła.

Adam potrząsnął głową.

- Przykro mi, ale dziś nie mogę. Drogi są odśnieżone, więc może ty zrobisz zakupy, 

razem z dziećmi? - Wyjął z portfela banknot.. - Kup, co wam potrzeba.

- Ależ to nic... - Spojrzała na banknot i oczy jej się rozszerzyły. - Sto dolarów! Na 

kawałek indyka?

- Na wszystko, co chcesz kupić. - Położył banknot obok jej talerza.

Spojrzała na niego, nadal oszołomiona.

- Nie możesz tak rozdawać studolarówek z byle powodu!

- A dlaczego? - zapytał trochę rozbawiony.

- To bardzo dużo pieniędzy! Wzruszył ramionami.

- Jeśli zostanie ci jakaś reszta, wykorzystasz ją następnym razem na swoje potrzeby.

-   Niczego   nie   potrzebuję   -   zapewniła.   -   A   nawet   gdybym   potrzebowała,   nie 

pozwoliłabym, żebyś ty za to płacił.

-   Dobrze.   W   takim   razie   wydasz   te   pieniądze   na   zakupy   dla   naszej   rodziny,   na 

przykład na jedzenie.

- Nie wiem, czy powinnam to przyjąć...

background image

Oparł stopę na krześle i pochylił się, otaczając ramionami kolano.

- O co chodzi, Lauro? - zapytał lekkim tonem. - Czyżbym nie mógł ci zaufać? To dla 

ciebie zbyt wielka pokusa?

Zrozumiała, że to rodzaj testu. Postanowił zaryzykować sto dolarów, by się przekonać, 

czy jest uczciwa. Zraniło ją to bardziej, niż się spodziewała.

- Pokażę ci rachunki - oznajmiła cicho i wzięła banknot. Długą chwilę unikała jego 

wzroku, by nie dostrzegł w jej oczach rozczarowania. Czego się jednak spodziewała? Zatrud-

nił ją pod wpływem impulsu, a kiedy trochę pomyślał, zaczęły go dręczyć wątpliwości. Nie 

powinno jej to niepokoić. Niewiele osób jej w życiu ufało, a ona nie ufała prawie nikomu. 

Gdyby Adam dowiedział się o niej całej prawdy... Zdjął nogę z krzesła i wyprostował się.

- I tak musisz jechać do miasta. Wendy zaczyna lekcje o dziewiątej, a ja muszę być w 

biurze jeszcze wcześniej. Wiesz, gdzie jest szkoła Wendy?

- Chyba tak. A jak nie, to znajdę. W końcu St. Cloud to niewielkie miasto.

- Rzeczywiście. Weź kombi. Są w nim foteliki dla chłopców. Ja i tak wolę pikapa. Ma 

napęd na cztery koła.

- Dobrze. - Laura skinęła głową, nie podnosząc wzroku.

- Umiesz prowadzić? - upewnił się.

- Oczywiście - zapewniła. - Zdałam egzamin jeszcze w szkole średniej. Nigdy nie 

miałam wypadku ani nie zapłaciłam mandatu.

- Ile masz lat, Lauro? - zapytał łagodnie. Zaskoczona podniosła wzrok.

- Dwadzieścia dwa - odparła bez namysłu.

- Wiedziałem, że jesteś bardzo młoda. Zagryzła wargi, ale nie mogła się powstrzymać.

- A ile ty masz lat?

- Trzydzieści jeden - odrzekł ze śmiechem.

- Też nie jesteś staruszkiem.

- Zdaniem mojego ojca, jestem prawie nastolatkiem.

Usłyszała w jego głosie nutę goryczy. Wyczuła, że w tej rodzinie istnieje jakiś konflikt 

i bardzo ją to zmartwiło.  Nie lubiła kłótni i niesnasek. Przypomniała  sobie,  co usłyszała 

minionego wieczoru i przyszło jej do głowy, że powinna Adama przeprosić.

- Jeśli chodzi o wczoraj... Ja nie podsłuchiwałam.  Przechodziłam korytarzem i po 

prostu usłyszałam waszą kłótnię...

-   Wiecznie   się   kłócimy   -   przyznał,   odwracając   wzrok.   -   Weszłaś   w   bardzo 

odpowiedniej chwili. Dziękuję. Chociaż wcale nie musiałaś.

- Nie miałam takiego zamiaru. Zrobiłam to odruchowo. Nie znoszę, kiedy ktoś się 

background image

kłóci.

- My z ojcem stale się kłócimy.

Ta wiadomość najwyraźniej ogromnie ją poruszyła, bo zamknęła oczy i wyszeptała:

- Ja nie znałam swojego ojca.

- Bardzo mi przykro. - Adam znów usiadł. - To nie znaczy, że jesteśmy sobie obojętni 

- dodał po chwili. - Tylko... Sam nie wiem. Może za bardzo jesteśmy do siebie podobni. 

Musiał zająć się rodzinną firmą, a bardzo chciał zostać lekarzem. Był najstarszy, spoczywała 

na nim wielka odpowiedzialność. Chyba nawet nie próbował się opierać. Widziałem, jaki to 

miało na niego wpływ. Dawno postanowiłem, że ja się nie zgodzę na taki los, chociaż jestem 

pierworodnym synem pierworodnego syna. Ojciec nie potrafi się z tym pogodzić.

- Rozumiem. To nie moja sprawa, ale dla mnie rodzina jest czymś wspaniałym. Wiesz, 

jak to jest, kiedy nie masz czegoś, co wszyscy mają Natychmiast staje się to najważniejsze 

pod słońcem.

Adam skinął głową.

- Moja babka taka była. Wychowała się w sierocińcu, przed drugą wojną.

- Teraz to już się nie nazywa sierociniec, tylko dom dziecka - powiedziała wolno 

Laura. - Ale to nadal ostatni ratunek dla dziecka, które nie ma gdzie się podziać.

- Nie masz żadnej rodziny? - ostrożnie zapytał Adam.

-   Nie.   Rodzice   byli   jedynakami.   Dziadkowie   zmarli,   zanim   się   urodziłam.   Ojciec 

zginaj w wypadku na farmie, kiedy byłam dzieckiem, mama... - Laura sama się dziwiła, że tak 

trudno   jej   o   tym   mówić.   -   Cóż,   nie   wiadomo,   czy   połknęła   pigułki   celowo,   czy   to   był 

przypadek. Miałam wtedy pięć lat.

- Tyle co Wendy - poważnie stwierdził Adam.

- Mniej więcej.

- I wtedy poszłaś do domu dziecka?

- Nie od razu. - Westchnęła. - Odsyłano mnie z jednej rodziny zastępczej do drugiej. 

Sama nie pamiętam, ile ich było. Trafiłam do domu dziecka jako nastolatka. Miałam dobre 

stopnie, więc dostałam się do katolickiej szkoły z internatem i właśnie tam poznałam siostrę 

Agnes.

- Była dla ciebie kimś bardzo ważnym - domyślił się.

- Tak.

- Utrzymujecie jakiś kontakt?

- Zmarła, kiedy byłam w ostatniej klasie. - W oczach Laury ukazał się ból. - Była już 

bardzo stara i... - Głos jej się załamał. Po chwili dodała nienaturalnie lekkim tonem: - Zo-

background image

baczę, czy u dzieci wszystko w porządku.

- Tak, ja też już lepiej sobie pójdę. Muszę się zająć pewną sprawą.

Chciała   zapytać,   jaka   to   sprawa,   ale   nie   zrobiła   tego.   Już   wystarczająco   długo 

rozmawiali i powiedziała mu więcej, niż zamierzała. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz mówiła 

o śmierci matki. Nie lubiła o tym myśleć, ponieważ mimo wielu rozmów z psychologami, 

mimo  mądrych  tłumaczeń  siostry Agnes, nadał miała  straszliwe  poczucie, że dla własnej 

matki   nie   była   wystarczająco   ważna,   by  ta   zdecydowała   się   żyć.   Poszła   za   Adamem   do 

gabinetu, gdzie dzieci, nadal w piżamach, oglądały poranne kreskówki.

- Dzieci, już wychodzę - oznajmił Adam, sięgając po teczkę.

- Bądźcie grzeczne. Zobaczymy się później. - Dzieci nawet na niego nie spojrzały, ale 

nie widział w tym nic dziwnego. - Obok telefonu w kuchni wisi kartka z numerem telefonu do 

mojego biura - zwrócił się do Laury. - Po drugiej stronie znajdziesz numer mojej komórki, 

gdybyś musiała się ze mną skontaktować.

- Damy sobie radę - zapewniła go. Szybko skinął głową.

- Uważaj na drodze.

- Będę uważała.

- Zobaczymy się przy kolacji. - Wyszedł, machając ręką.

Laura spojrzała na dzieci przed telewizorem. Dlaczego pożegnanie odbyło się bez 

uścisków, pocałunków, miłych słów? Jeśli ona kiedykolwiek będzie miała dzieci, nie opuści 

ich nawet na jeden dzień bez czułego pożegnania. Martwiło ją, że członkowie tej rodziny 

traktują się tak obojętnie. Usiadła na kanapie, przy której rozłożyła się Wendy.

- Tata już poszedł - powiedziała łagodnie. Dziewczynka wzruszyła ramionami.

- Nigdy go nie ma. - Coś w tonie głosu dziecka sprawiło, że Laurę przeszedł lekki 

dreszcz. To nie była jej sprawa, ale... Wstała i poszła do kuchni. W drzwiach zawołała przez 

ramię:

- Pozmywam  szybko  po śniadaniu, potem się ubierzemy i zawieziemy  Wendy do 

szkoły. A to znaczy, że trzeba wyłączyć telewizor.

Rozległy się narzekania i protesty, ale ucichły, kiedy tylko Laura wyszła z pokoju. 

Laura uśmiechnęła się do siebie. Dzieci Adama nie należą do tych, które tracą energię na 

narzekanie, kiedy nikt ich nie słucha. Za to na pewno już zaczęły obmyślać kolejną psotę.

Westchnęła. Są już dziesięć minut spóźnieni, a ona jeszcze nie usadowiła dzieci w 

samochodzie!  Jakby czytając  w jej myślach, Ryan  wyrwał się jej,  zeskoczył z siedzenia, 

kopiąc ją przy tym  w kostkę, i krzycząc  wesoło wybiegł na podjazd. Rajstopy, legginsy, 

wełniane skarpety i cholewki butów złagodziły siłę kopnięcia, ale mimo to Laura jęknęła i 

background image

oparła głowę o drzwi samochodu. Robbie zachichotał i pobiegł za bratem. Laura spojrzała na 

Wendy.   Dziewczynka   siedziała   tyłem   na   siedzeniu   obok   kierowcy   i   zasłaniała   dłonią 

roześmiane  usta. Wyglądała  przy tym  jak  uosobienie  niewinności, ale  Laura nie dała się 

oszukać.

- Będę ci musiała napisać usprawiedliwienie, dlaczego się spóźniłaś - powiedziała. - 

Wiesz, co napiszę? Napiszę, że ty i twoi bracia byliście  tak niegrzeczni, że nie mogłam 

dobrze wykonać swoich obowiązków. Chyba nie jestem za dobrą nianią.

Wendy zamrugała powiekami, starając się zrozumieć jej słowa.

- Kiedy byłam bardzo spóźniona, pani Godiva zawsze mówiła, że mogę już wcale nie 

iść do szkoły - rzekła po chwili.

- Pozwalała mi zostać w domu... żebym pomogła zająć się chłopcami.

Laura udała, że się nad tym zastanawia.

- Hm... Wiesz, obiecałam twojemu tacie, że zrobię zakupy. Gdyby mi się tylko udało 

usadzić chłopców w samochodzie...

- Był to podstęp, ale Laura postanowiła dać Wendy nauczkę.

Dziewczynka przekonana, że wygrała, otworzyła drzwi i niezdarnie wysiadła. Wyszła 

z garażu na podjazd, oparła pulchne piąstki na biodrach, tupnęła nogą i wrzasnęła:

- Dość tego, chłopaki! Wracać do samochodu! - Małe urwisy zatrzymały się jak wryte. 

Wendy uśmiechnęła się triumfalnie. - Laura zabiera nas po zakupy.

Chłopcy  spojrzeli  na  siebie,  potem  na  Wendy,  i  wydając   dźwięki   przypominające 

odgłos ruszającego z piskiem opon auta, pobiegli do garażu, niemal ścinając Laurę z nóg. 

Szybko usiedli w fotelikach i spokojnie zaczekali, aż Laura zapnie im pasy.

Kwadrans później podjechali pod szkołę Wendy. Dziewczynka buntowniczo spojrzała 

na Laurę, ale ta tylko potrząsnęła głową:

- Nie mówiłam, że nie pójdziesz do szkoły - oznajmiła.

- Nabrałaś mnie - z wyrzutem stwierdziła Wendy.

- Owszem - przyznała beztrosko Laura. - To bardzo przykre, kiedy oszuka cię ktoś, 

komu ufasz, prawda? - Wendy zmrużyła powieki. - Wiem, że to ty namówiłaś dziś chłopców, 

żeby byli niegrzeczni. Chciałaś, żebyśmy późno wyjechali z domu i żebyś nie musiała iść do 

szkoły. Nie ze mną takie sztuczki - rzekła łagodnie. - Osiągnęłaś tylko tyle, że jest mi bardzo 

smutno. Próbowałaś mnie oszukać i utrudnić mi pracę.

Dziewczynka wybuchnęła gwałtownym płaczem.

- Ale ja tylko chciałam zostać w domu, z tobą i z chłopcami!

Laura ze zrozumieniem pokiwała głową.

background image

- Tak, wiem, ale nie można opuszczać lekcji. Moim zadaniem jest opieka nad tobą i 

twoimi braćmi. Nie mogłabym  spojrzeć twojemu tacie w oczy, gdybym  nie dopilnowała, 

żebyś   robiła   to,   co   dla   ciebie   najlepsze.   Czy   mogłabym   się   nazwać   twoją   przyjaciółką, 

gdybym pozwoliła ci na coś, co na dłuższą metę może ci bardzo zaszkodzić?

- Nieee wieeem! - szlochała Wendy.

- Ale ja wiem, bo jestem już dorosła - odparła Laura spokojnie. - Właśnie dlatego to ja 

podejmuję decyzje, przynajmniej niektóre. Większość z nich podejmuje twój tata. Szkoła jest 

bardzo   ważna   i   chociaż   jeszcze   tego   nie   rozumiesz,   musisz   do   niej   chodzić.   Gdybym 

pozwalała ci zostać w domu, kiedy tylko przyjdzie ci na to ochota, znaczyłoby to, że nie 

nadaję się do tej pracy i powinnam ją zmienić. A teraz coś ci obiecam.

- Co mi obiecasz? - Wendy otarła łzy.

- Kiedy wrócisz do domu, zrobimy coś fajnego i niezwykłego.

- Coś niezwykłego? A co?

- Może na przykład... zbudujemy przed domem bałwana? Albo nie! Śniegowy zamek! 

Jak ci się to podoba?

- Zamek? Naprawdę?

- Jasne, dlaczego nie? Ubierzemy się bardzo ciepło i zbudujemy ze śniegu, co tylko 

zechcemy.

- Dobrze! - Wendy rozpogodziła się. - Ojej! Godiva nigdy nam nie pozwalała bawić 

się na śniegu. Mówiła, że zapalimy sobie płuca i umrzemy.

Laura roześmiała się.

- Zapewniam cię, że nie pozwolę nikomu złapać zapalenia płuc. A teraz lepiej już idź. 

Znajdziesz swoją klasę?

Dziewczynka   skinęła   głową   i   otworzyła   drzwi.   Laura   rozpięła   jej   pas   i   Wendy 

wyskoczyła z samochodu. Laura przypomniała sobie chłodne pożegnanie Adama z dziećmi i 

doszła do wniosku, że nie może się rozstać z dziewczynką bez jakiegoś czułego gestu.

- Zaczekaj! - Wendy zawróciła, Laura objęła ją mocno i pocałowała w czoło. - Do 

widzenia, skarbie.

Brązowe oczy Wendy lśniły radośnie.

- Nie zmieniaj pracy, zostań z nami - wyszeptała.

Łzy  zapiekły  Laurę  pod  powiekami.  Miała  ochotę   obiecać,  że   zostanie   z  nimi  na 

zawsze, ale wiedziała, że to niemożliwe. Prędzej czy później będzie musiała odejść. Gdyby 

Doyal   ją   tu   odnalazł...   Aż   zadrżała   na   myśl,   co   mógłby   zrobić   tej   rodzinie,   i   tak   już 

pokrzywdzonej przez los. Będzie musiała odejść dla bezpieczeństwa swych podopiecznych. 

background image

Nie mogła jednak powiedzieć tego ani Wendy, ani nikomu innemu.

-  Zobaczymy.   Idź już   - powiedziała  z  uśmiechem.   Dziewczynka  chwyciła   plecak, 

zatrzasnęła drzwi i pobiegła do budynku. Jakaś kobieta o miłej twarzy stanęła w progu i dała 

Laurze znak, że może jechać. Samochód ruszył. Laura zastanawiała się, ile czasu jej jeszcze 

zostało.

Wczołgała się do środka śnieżnej budowli i przykucnęła obok dzieci.

- Nie wiedziałam, że tak tu ciepło.

- Śnieg nie jest ciepły - zachichotała Wendy.

- Ale w śnieżnym zamku jest ciepło.

- Och, jaki piękny jest ten mój zamek - westchnęła dziewczynka.

Robbie uderzył ją w ramię.

- To nie jest twój zamek. To nasz zamek. Prawda, Lauro?

- Owszem, ale nie wolno ci bić siostry. Przeproś ją, proszę. Robbie kilkakrotnie musiał 

już   dziś   przepraszać   rodzeństwo,   ale   i   tym   razem,   krzywiąc   się   lekko,   wycedził   słowa 

przeprosin. Wendy poklepała go po głowie.

- Nie gniewam się. Wcale nie bolało. - Zwróciła się do Laury. - A czy jutro będziemy 

się mogli tu bawić w rycerzy i księżniczkę?

Laura roześmiała się.

- Jeśli będzie ładna pogoda, to tak. Dobrze?

- Dobrze.

Siedzieli na izolującym ich od śniegu kawałku dykty, na którym Laura narysowała 

imitujące podłogę deski. Wiedziała, że niedługo będą musieli wracać do domu, ale liczyła na 

to, że wkrótce pojawi się Adam i pochwali dzieci za wspaniałe dzieło. Przynajmniej miała 

nadzieję, że to zrobi.

- Czyż tata nie będzie zachwycony waszym zamkiem? - rzuciła w przestrzeń.

Robbie i Ryan spojrzeli na siostrę, a ta wzruszyła ramionami.

- Nie wiem. Pewnie nic nie zauważy.

- Na pewno zauważy. - Jak mógłby nie zauważyć dwumetrowej budowli ze śniegu, 

stojącej przed jego własnym domem? - Pewnie będzie żałował, że nie budował jej z nami.

- Nie będzie. - Wendy potrząsnęła głową.

- Nie będzie - jak echo powtórzył Ryan.

Laura przełknęła ślinę i przywołała uśmiech na twarz.

- Ależ na pewno będzie. Nigdy nie bawił się z wami w śniegu?

Wendy spuściła wzrok.

background image

- Tatusiowie się nie bawią. A poza tym, jego nigdy tu nie było, kiedy padał śnieg.

- Nie było go, kiedy padał śnieg? Nie rozumiem?

- Nie mieszkał z nami, dopóki mama nie odeszła - wyjaśniła dziewczynka.

-   Nie?   Byli   rozwiedzeni?   -   To   pytanie   wyrwało   się   Laurze,   zanim   zdołała   się 

powstrzymać.

Dzieci spoglądały po sobie, wyraźnie zagubione. W końcu Robbie odparł:

- Nie! Tata mieszkał w wojsku!

- W wojsku? To znaczy był żołnierzem?

- No, w wojsku! - odezwał się Ryan, nieco zniecierpliwiony niepojętnością Laury.

To by wyjaśniało krótką fryzurę i doskonałą formę fizyczną. Nie wyjaśniało tylko, 

dlaczego nie spędził żadnej zimy z własnymi dziećmi.

- Dlaczego z nim nie mieszkaliście? - zwróciła się do Wendy. Dziewczynka tylko 

wzruszyła  ramionami.  -  Jestem   pewna,  że   często  przyjeżdżał.  Przecież   odwiedzał   was  w 

urodziny i święta, prawda?

- Tata przyjeżdżał na Gwiazdkę! - oznajmił Ryan i dodał z satysfakcją: - A potem z 

dziadkiem lobili awantuly!

Awantury. W święta.

- To przykre - powiedziała ze smutkiem. - Ale to pewnie zdarzyło się tylko raz. - 

Spojrzała na Wendy. - Prawda?

Znów wzruszenie ramion.

- Nie wiem.

Wendy nie wie. Nie pamięta, czy ojciec spędzał z nimi święta. Co z tym człowiekiem 

jest nie tak? Laura starała się przybrać beztroską minę.

-   Teraz   mieszka   tutaj   i   na   pewno   spędza   z   wami   każdą   wolną   chwilę.   -   Wendy 

milczała, ale na jej twarzy widać było tłumiony gniew. Och, Adamie, co ty robisz swoim 

dzieciom?

- Zimno mi! - oznajmił nagle Ryan. Laura otrząsnęła się z zadumy.

- Kubek kakao na pewno cię rozgrzeje, co?

- Tak! Kakao! Kakao!

Słońce kryło  się już za horyzontem i temperatura spadała. Samochodu Adama nie 

było. Laura posadziła sobie Ryana na biodrze, wzięła za ręce Robbiego i Wendy, i poszli do 

domu. W korytarzu pozbyli się ciepłych ubrań i umyli ręce w łazience, dzieci usiadły przed 

telewizorem, a Laura poszła do kuchni.

Przywitała się z Beverly, która mieszała coś w garnku.

background image

- Kakao już gotowe? - zapytała.

- Tak, i kolacja też.

- Wspaniale pachnie. Co to jest?

- Duszone mięso. Czy podać zaraz? Laura potrząsnęła głową.

- Zaczekamy na pana Fortune. Beverly spojrzała na nią dziwnie.

- Ach, zapomniałam. Niedawno dzwonił. Powiedział, żeby na niego nie czekać. Coś 

mu wypadło.

Laura   posmutniała,   ale   nie   chciała,   żeby   dzieci   to   zobaczyły.   Przymknęła   oczy   i 

chwilę pomyślała.

- Najpierw napijemy się kakao - zadecydowała. - Może włożysz garnek z mięsem do 

piekarnika, żeby nie wystygł, i pójdziesz do domu? Obsłużymy się sami, kiedy będziemy 

gotowi do kolacji.

Beverly rozwiązała fartuch, zanim Laura dokończyła zdanie i upewniwszy się, że nie 

będzie już więcej potrzebna, wyszła.

Laura napełniła kubki, ustawiła je na tacy i przywołała na twarz uśmiech. Dzieci nie 

powinny się domyślić, jak bardzo jej smutno, że Adam nie jest takim ojcem, jak powinien. 

Czuła nie tylko smutek. Jednocześnie narastał w niej gniew.

Adam wszedł do kuchni zmęczonym krokiem. Beverly obiecała zostawić mu coś do 

jedzenia w piekarniku. Nie był głodny, ale nie chciał urazić kucharki. Na stojąco przełknął 

kilka kęsów, resztę porcji wyrzucił, a talerz szybko umył. Wyjął z szafki butelkę brandy, nalał 

sobie trochę do małej szklanki i poszedł do gabinetu.

Laura siedziała na kanapie i przeglądała albumy rodzinnych fotografii. Przywitał się i 

pociągnął łyk trunku. Przez chwilę podziwiał zgrabną figurę Laury, której nie zdołało ukryć 

nawet ciepłe ubranie. Dziewczyna wyprostowała się i splotła ramiona na piersiach, niemal 

zbyt obfitych u tak drobnej osóbki. Kiedy na niego spojrzała, ze zdziwieniem zauważył, że 

ma gniewną minę.

Spuściła wzrok na dwa albumy leżące na jej kolanach.

-   Nie   ma   cię   na   żadnym   zdjęciu.   -   Głos   miała   dziwnie   niski,   pełen   wyrzutu.   - 

Zauważyłeś to?

Nie bardzo rozumiał, o czym mówi. Co dziwniejsze, jej słowa sprawiły, że poczuł 

nagły lęk. Instynktownie przybrał sztywną, obojętną postawę wojskowego.

- Nie przypominam sobie, żebym ci pozwolił oglądać zdjęcia.

W jej spojrzeniu dostrzegł najpierw szok, potem skruchę, a w końcu urazę. Powoli 

zamknęła albumy, jeden granatowy ze złoceniami, drugi zielonobrunatny, trochę zniszczony.

background image

- Przepraszam - wymamrotała cicho i odłożyła albumy na stolik. - Nie sądziłam, że 

będziesz miał coś przeciwko temu.

Szybko wstała i ruszyła ku wyjściu. Adam zauważył, że chociaż zwykle poruszała się 

zwinnie jak baletnica, tym razem dwukrotnie się potknęła. Poczuł, że musi ją zatrzymać. Wy-

ciągnął ramię i zagrodził jej drogę.

- Przepraszam - wyjąkał. - Nie chciałem tak na ciebie napaść. Mam za sobą męczący 

dzień.

Pochyliła głowę i stała bez ruchu.

- Tak, wiem. - Spojrzała na niego oskarżycielsko. - Czekały na ciebie do dziewiątej.

Kto?   Ach,   oczywiście   dzieci.   Ale   dlaczego?   Przecież   zwykle   go   ignorowały,   nie 

słuchały nawet jego poleceń. Opuścił ramię i jednym haustem wypił resztę brandy. Wciągnął 

głęboko powietrze i westchnął z satysfakcją. Od razu poczuł się lepiej.

- W takim razie powiedz mi, czego chciały. - Rozluźnił krawat. Nagle złość Laury 

rozgorzała z nową siłą.

- Chciały, żeby ich ojciec był przy nich! - odrzekła ostro. - Zbudowaliśmy dzisiaj 

zamek ze śniegu, więc chciały, żeby ktoś je za to pochwalił.

- Zamek ze śniegu - powtórzył mechanicznie. Nic nie zauważył. Usiadł w fotelu, nagle 

bardzo znużony. - Pochwalę je jutro rano. - Przyłożył szklaneczkę do skroni, w której czuł 

narastający ból.

Laura wolno pokręciła głową, ale był zbyt zmęczony, by zapytać, o co chodzi. Tym 

razem, kiedy go pożegnała i odeszła, nie starał się jej zatrzymać.

Po   chwili   ból   trochę   osłabł,   a   Adam   próbował   zebrać   resztki   energii,   by   się 

przygotować do snu. Jego wzrok padł na albumy. Położył je sobie na kolanach i przesunął 

dłonią po wystrzępionym grzbiecie jednego z nich. Zastanawiał się, dlaczego babka zapisała 

mu   właśnie   tę   podniszczoną   pamiątkę   rodzinną.   Po   Kate   można   się   było   spodziewać 

wszystkiego.   Zawsze   miała   przenikliwy   umysł,   kojarzyła   pozornie   nie   związane   ze   sobą 

fakty. Tak bardzo mu jej brakowało.

Dlaczego poleciała sama nad amazońską dżunglę? Rodzina z trudem dawała sobie 

radę bez jej przywództwa. On wiedział to najlepiej. Po półtora roku jego dzieci niemal wcale 

go nie znają, a on sam nadal dryfuje przez życie bez celu.

Wolno otworzył album i spojrzał na ślubną fotografię rodziców. Wyglądali jak idealna 

para: on - dziedzic fortuny i ona - nieskalana piękność. Trudno było się pogodzić z tym, że nie 

są już razem. Jednak kiedy sięgnął wstecz pamięcią, widział dom pozbawiony ojca i słyszał 

matkę, która niestrudzenie tłumaczyła jego nieobecność. „Na jego barkach spoczywa odpo-

background image

wiedzialność za całą firmę. Tylu ludzi na nim polega. Stara się, jak potrafi”.

Przerzucił karty albumu. Zobaczył  siebie, najpierw jako niemowlę, dziecko, potem 

nastolatka   buntownika,   a   wreszcie   jako   dorosłego   mężczyznę.   Na   zdjęciach   uwieczniono 

wszystkie najważniejsze momenty życia jego i całej rodziny. Najpierw występował na nich 

jako jedyny syn, potem dołączyły Caroline, Natalie, a w końcu bliźniaczki - w odstępach co 

dwa lata.

Laura się myliła. Był prawie na każdym zdjęciu. Brakowało za to jego ojca. Co ta 

kobieta sobie wyobraża? Zganiła go za to, że nie pochwalił dzieci za jakiś głupi zamek? 

Przecież wrócił do domu. Starał się, jak potrafił, a to się chyba liczy. Odłożył albumy i wstał. 

Nawet   nie   zajrzał   do   granatowego   tomu,   w   który   jego   żona   starannie   wklejała   zdjęcia 

dokumentujące życie jego nowej rodziny. To właśnie na tych zdjęciach go nie było.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Laura spodziewała się co najmniej chłodnego powitania, tymczasem Adam zszedł na 

śniadanie w wyśmienitym nastroju. Jedynym nawiązaniem do poprzedniego wieczoru było 

znaczące   spojrzenie,   które   posłał   w   jej   kierunku,   zanim   wylewnie   pochwalił   dzieci   za 

śniegowy zamek. Ku rozczarowaniu Laury dzieci jedynie wymieniły między sobą spojrzenia i 

w ciężkim milczeniu jadły śniadanie. Adam natychmiast stracił humor, usiadł i odgrodził się 

od rodziny gazetą. Gdy Laura postawiła przed nim śniadanie, podziękował z roztargnieniem i 

wrócił do lektury. Dzieci skończyły jeść, Laura zaprowadziła je do pokoi, by się ubrały, a 

kiedy wróciła, Adama już nie było.

Tak zwykle wyglądały ranki. Adam ostatni przychodził do kuchni, prawie nie zwracał 

uwagi na dzieci ani one na niego, i mimo wysiłków Laury wychodził bez pożegnania. Teraz 

jednak   przynajmniej   wracał   do   domu   na   wspólną   kolację   i   dzięki   dyskretnym   zabiegom 

opiekunki, żegnał się z dziećmi przed snem.

Z   początku   było   to   dość   sztywne   pożegnanie,   ale   z   czasem   stawało   się   coraz 

cieplejsze. Laura niecierpliwie czekała na dzień, kiedy któreś z dzieci nadstawi buzię do 

pocałunku. Byłby to tylko mały krok ku normalności, ale jakże ważny.

Chociaż mówiła sobie, że będzie naprawdę zadowolona, dopiero kiedy ojciec pocałuje 

dzieci na dobranoc, to musiała przyznać, że już dawno nie czuła się taka szczęśliwa. Jej 

spokój zakłócała jedynie przerażająca myśl o tym, co by się stało, gdyby Doyal ją tu odnalazł. 

Starała się o tym nie myśleć, ale czasami strach podstępnie wracał.

Późnym wieczorem, gdy planowała następny dzień, Doyal pojawiał się w jej myślach. 

Widziała jego twarz, najpierw uśmiechniętą, potem ironicznie skrzywioną, wreszcie pełną 

wściekłości.  Czuła jego  dłonie  na gardle  i wiedziała,  że zaraz  zginie.  Potem wyobraźnia 

podsuwała jej obraz któregoś z dzieci, stającego w jej obronie. Siadała wtedy na łóżku i 

starała się o niczym nie myśleć, ale i tak przed oczami stawał jej obraz małego, bezwładnego 

ciała, powalonego uderzeniem Doyala. Nie wolno jej do tego dopuścić! Nie może tak od razu 

odejść z tego domu, ale musi stąd zniknąć, zanim Doyal ją odnajdzie.

Często drżąca ze strachu budziła się nad ranem i jeszcze raz przeżywała scenę, której 

była   świadkiem.   Ponad   siedem   miesięcy   wcześniej,   kierowana   zazdrością,   poszła   za 

Doyalem,  podejrzewając,  że  wybiera  się  na spotkanie  z inną  kobietą. Dotarła za  nim  do 

zniszczonego budynku w podupadłej dzielnicy miasta i ukryta  za pojemnikiem na śmieci 

zobaczyła, czym naprawdę zajmował się Doyal. Budynek odwiedzali ludzie o podejrzanym 

wyglądzie. Po wyjściu niektórzy z nich natychmiast łykali jakieś tabletki, wciągali coś nosem 

background image

lub wręcz robili sobie zastrzyk w żyłę.  Większość z nich była  tak zdesperowana, że nie 

zwracała uwagi na broń, z którą wcale się nie krył „przyjaciel”  Doyala,  Calvin. Odeszła 

stamtąd chwiejnym krokiem i po chwili zwymiotowała z obrzydzenia. Dowiedziała się, że 

pieniądze, tak szczodrze na nią wydawane przez pierwszego chłopaka, z którym się poważnie 

związała, pochodzą nie z udanych operacji giełdowych, lecz z handlu narkotykami.

Popełniła błąd, ujawniając przed nim, co wie. Kiedy go zapytała, jak potrafi spojrzeć 

sobie w oczy w lustrze, tylko się roześmiał. Swoją sytuację zrozumiała dopiero, gdy chciała 

odegrać starannie zaplanowaną scenę odejścia. Doyal oznajmił, że nigdzie jej nie puści, a 

kiedy   zaprotestowała,   pobił   ją   do   nieprzytomności.   Przysiągł,   że   nigdy   się   od   niego   nie 

uwolni,  a kiedy z nią skończy, to upewni się, że Laura  nigdy nikomu nie powie o jego 

„interesach”. Nie mogła nawet iść na policję, ponieważ zagroził, że jeśli to zrobi, on wraz z 

Calvinem oskarżą ją o współudział w handlu narkotykami.

Wiedziała jednak, że najgorsze, co może zrobić, to z nim zostać. Jeśli ucieknie, być 

może spotkają śmierć, nagła i niespodziewana, a jeśli zostanie, będzie umierała powoli, z dnia 

na dzień. Wybrała więc to pierwsze. Zanim zdołała się wymknąć, przeżyła trzy tygodnie w 

piekle i następne, jeszcze gorsze bicie. Doyal uznał, że jest zbyt słaba, by próbować ucieczki, 

i  na krótko  zostawił   ją  bez  dozoru. Uciekła   przez  okno,  tak  jak  stała,  mając  w  kieszeni 

niespełna sto dolarów.

Od   tego   czasu  stale   uciekała,  z   miasta  do  miasta,  ze   stanu  do  stanu.  Dwukrotnie 

niemal ją dopadł - ostatnio pięć miesięcy temu. Nie wyobrażała sobie, że Doyal zrezygnuje z 

pościgu. Nie śmiała robić żadnych planów na przyszłość, wiedziała, że musi być w ciągłym 

ruchu. Jednak teraz zaczęła marzyć, układać plany. Z zadumy wyrwał ją głos Adama.

- O czym myślisz?

Serce skoczyło jej do gardła, ale szybko się opanowała. Było już późno, dzieci spały, a 

ona w kuchni przyrządzała sobie kakao. Kiedy dzieci poszły spać, Adam zniknął w swej 

sypialni, tłumacząc się, że musi coś ważnego przeczytać przed jutrzejszym spotkaniem. Kiedy 

teraz stanął przed nią, była to pierwsza rzecz, jaką sobie przypomniała.

- Skończyłeś czytać? - zapytała, zawstydzona swoim strachem i tym, że w ogóle znała 

kogoś takiego jak Doyal Moody.

- Niezupełnie, ale lektura potwornie mnie znudziła. Ubezpieczenia to chyba nie moja 

pasja.

- Nie? Na pewno znajdziesz coś dla siebie - pocieszyła go niedbale.

Potrząsnął głową. Widać było, że jest przygnębiony.

- Sam nie wiem...

background image

Wyczuła, że chce z nią porozmawiać i sprawiło jej to przyjemność. Sięgnęła po drugą 

filiżankę.

- Siadaj. Zrobię ci kakao.

Nawet   nie   usiłował   udawać,   że   ta   propozycja   go   nie   ucieszyła.   Usiedli   przy 

kuchennym stole i jakiś czas siedzieli w niewymuszonym milczeniu, popijając kakao.

- A co tak naprawdę chciałbyś robić? - spytała w końcu.

- Zastanawiałeś się nad tym?

- Nie wiem. Czuję się tak, jakbym się błąkał w ciemnościach, próbując otworzyć różne 

drzwi. Żadne się nie otwierają, znam tylko życie wojskowego. Teraz już sam nie wiem, kim 

jestem.

Doskonale rozumiała jego stan.

- Trudno ci było zrezygnować z pracy w wojsku?

- W wojsku życie jest proste. - Oparł brodę na dłoniach.

- Jest plan dnia, zasady działania, szkolenie. Każdy zna swoją rolę, wie, co ma robić. 

Tutaj też mam plan dnia, ale to wszystko. Nie ma żadnych zasad działania, żadne szkolenie 

nie przygotuje mnie do roli, której i tak nie znam. Nie wiem, co robić. Nadaję się tylko do 

żołnierskiego   życia,   ale   nie   mogę   wrócić   do   wojska.   Laura   powiodła   palcem   po   brzegu 

filiżanki. Starannie dobrała słowa.

- To nie jest wina dzieci, że cię potrzebują. Zamknął oczy, ale dojrzała w nich gniew.

- Myślisz, że tego nie wiem? Ale... Dlaczego Diana musiała zginąć w tym strasznym 

wypadku!

Laura chwyciła go za rękę.

- Nie rozumiesz, że dzieci zawsze cię potrzebowały?  Po śmierci Diany to się nie 

zmieniło, tylko ty nie mogłeś ich już dłużej ignorować.

- To nie zależało tylko ode mnie - zaprotestował. - Diana chciała, żeby nasze stosunki 

wyglądały właśnie tak. - Cofnął rękę. W jego wzroku wyczytała prośbę o zrozumienie. - Z 

początku, kiedy przenoszono mnie w nowe miejsce, jechała ze mną, ale takie życie jej się nie 

podobało. Potem, gdy Wendy miała rok, zostałem wysłany z misją więc przywiozłem żonę i 

dziecko tutaj, w rodzinne strony. Dianie spodobało się bycie członkiem rodziny Fortune'ów. - 

Roześmiał się ponuro. - Wiem, że to nazwisko nic dla ciebie nie znaczy, ale tutaj ludzie myślą 

inaczej.

- Nie jestem głupia - odparła lekko urażona. - Zdążyłam się zorientować, że to znane 

nazwisko, ale nie bardzo widzę związek.

Uśmiechnął się chłodno, z ironią.

background image

- Dla Diany ważniejsze stało się nazwisko niż to, że jest moją żoną. Kiedy wróciłem 

do   kraju,   poinformowała   mnie,   że   tu   zostaje.   Znów   miałem   zostać   wysłany   za   granicę, 

wiedziałem, jak bardzo tego nie znosi, więc się zgodziłem. Myślałem, że kiedy wrócę do 

kraju, Diana do mnie dołączy, ale ona stwierdziła, że nigdzie się nie przeprowadzi. Później 

urodzili się chłopcy, Diana zbudowała ten dom i nie chciała nawet słyszeć o przeniesieniu się 

do mnie. W końcu zrozumiałem, że nigdy się stąd nie wyprowadzi. - Wzruszył ramionami. - 

Zastanawiałem   się   nad   rozwodem,   ale   i   tak   żyliśmy   osobno,   więc   nie   chciałem   robić 

kłopotów. Przyjeżdżałem tu, kiedy mogłem, a Diana nigdy nie narzekała na ten układ. Teraz 

wydaje mi się nawet, że to odległość ocaliła nasze małżeństwo. Pod koniec każdego urlopu 

skakaliśmy  sobie  do oczu o byle  drobiazg.  - Przetarł  dłońmi twarz. - Nie  wiem... Może 

gdybym wcześniej odszedł z wojska... ale Diana nigdy mnie o to nie prosiła. Ani razu.

Laura sama nie wiedziała, kiedy znów ujęła jego dłoń. Teraz oboje patrzyli na swoje 

splecione ręce, jakby pierwszy raz w życiu widzieli coś podobnego.

- Nie wiedziałam, że to tak wyglądało - rzekła cicho. - Ale jakkolwiek było, dzieci 

bardzo za tobą tęskniły.

Adam roześmiał się krótko.

-   Przede   wszystkim   brakuje   im   matki   i   szczerze   mówiąc,   wydaje   mi   się,   że   ty 

łagodzisz ten brak o wiele lepiej niż ja.

- To wcale nie to samo!

- Czyżby?  - zapytał  łagodnie. - Lauro, kocham swoje dzieci, ale  nie potrafię być 

dobrym ojcem.

- Możesz nim być! Potrząsnął głową.

- Nie potrafię z nimi postępować tak dobrze jak ty. Wiem, bo próbowałem. Gdybyś 

została z nimi na dłużej...

- Nie! - Odsunęła się gwałtownie i wstała. Przecież nie może zostać, ale też nie może 

powiedzieć mu prawdy i narazić na jeszcze większe niebezpieczeństwo jego i dzieci. Nie ma 

wyboru, musi kłamać. - Już ci mówiłam, że wracam do college'u. Mam niespokojną naturę. - 

Odwróciła   wzrok.   -   Przyzwyczaiłam   się   do   ciągłych   zmian.   Od   dawna   już   nigdzie   nie 

zagrzałam miejsca dłużej niż dwa tygodnie.

- No cóż, może nie powinienem tego mówić, ale przecież te niewinne dzieci... - Urwał. 

- Nie. - Wstał i położył jej ręce na ramionach. - To było nie fair z mojej strony - rzekł niemal 

szeptem.   -   To   moje   dzieci,   ja   jestem   za   nie   odpowiedzialny...   tylko   nie   wiem,   jak   je 

wychowywać,   a   tobie   to   tak   dobrze   wychodzi.   -   Westchnął.   -   Chyba   po   prostu   jestem 

sfrustrowany, bo nie potrafię sobie znaleźć sensownego zajęcia. Do diabła, potrzebuję pracy!

background image

Odwróciła się i cofnęła na bezpieczną odległość.

- Na pewno coś znajdziesz, a dzieci nabiorą do ciebie zaufania - zapewniła go. - 

Zobaczysz, że to warte zachodu. Masz wspaniałe dzieci.

- To łobuziaki. - Uśmiechnął się szeroko. - Ale moje łobuziaki.

Skinęła głową. Miał rację. On jest ich ojcem, a ona nie może tu zostać na dłużej, 

choćby nie wiadomo jak tego pragnęła.

-  Dacie  sobie  radę.   -  Przybrała   beztroski  wyraz   twarzy.  -  Dzieci  muszą   się  tylko 

przekonać, że już ich nie opuścisz i że je kochasz. Trzeba je w tym utwierdzać jak najczęściej.

- Nie jestem w tym zbyt dobry, ale będę się starał...

- Jestem pewna, że ci się uda. - Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy.

- Ale... zostaniesz, dopóki nie znajdę kogoś na twoje miejsce?

- Och... - Kogoś na jej miejsce. Dlaczego te słowa tak ją zaskoczyły? - Oczywiście. - 

Starała się mówić wesoło i zaczepnie. - Wcale nie mam zamiaru odchodzić tak od razu.

- Jasne. - Wsunął ręce do kieszeni. - Ale zacznę już szukać. To na pewno trochę 

potrwa.

- Pewnie tak.

- Jestem zmęczony. - Cofnął się o krok. - Pójdę już spać.

- Ja też.

Żadne z nich jednak się nie poruszyło. Po chwili Adam wolno pochylił się i pocałował 

ją w policzek. Ten gest wydał jej się niezobowiązujący i przyjacielski, dopóki nie spojrzała w 

oczy Adama. Szybko odwróciła wzrok, ale w jego oczach zobaczyła tyle uczucia, że zaczęła 

się zastanawiać, czy Adamowi zależy na jej obecności w tym domu tylko ze względu na 

dzieci? A może w grę wchodzi coś bardziej osobistego? Nie, musiało jej się wydawać.

Obudziła się nagle, z poczuciem, że coś jest nie tak. Leżała w bezpiecznym cieple 

pościeli, ale cały czas miała świadomość, że tuż obok czai się mróz. Może to przez śnieżycę? 

W wieczornych wiadomościach ostrzegano przed zmianą pogody i dalszym ochłodzeniem, 

chociaż trudno było sobie wyobrazić, że może być jeszcze zimniej. Leżała, nasłuchując, czy 

za dobrze uszczelnionymi oknami nie szaleje wiatr. Usłyszała jedynie cichy szelest materiału 

i odgłos kroków na dywanie. Wyskoczyła z łóżka i zapominając o szlafroku, wyszła na ko-

rytarz jedynie w luźnej koszulce i grubych, wełnianych skarpetach, które włożyła dla ochrony 

przed nocnym chłodem.

Drzwi do pokoju Adama były zamknięte, światło za nimi zgaszone. Czyżby odgłosy 

dochodziły z pokoju dzieci? W korytarzu płonęła mała, pomarańczowa lampka, zawieszona 

nisko na ścianie.  Jej słabe światło nie  pozwalało  stwierdzić,  czy ktoś się nie kryje kilka 

background image

metrów dalej. Ruszyła wolno przed siebie, wiodąc czubkami palców po ścianie. Drzwi do 

pokoju chłopców ustąpiły, kiedy lekko je pchnęła. Nocna lampka oświetlała puste dziecięce 

łóżka.

Szybko doszła do końca korytarza. Po drodze poczuła powiew chłodnego powietrza, 

jakby   ktoś   przed   chwilą   otworzył   drzwi   wejściowe.   Doyal!   Usłyszała   odgłosy   jakichś 

ukradkowych ruchów i wpadła w jeszcze większą panikę. Gdzie są chłopcy?

Bezszelestnie pobiegła przed siebie. Mijając jadalnię, chwyciła stojącą na kredensie 

ciężką, kryształową karafkę. Uniosła ją wysoko nad głowę, minęła zakręt korytarza i stanęła 

jak wryta przed otwartymi drzwiami gabinetu. W szaroniebieskim świetle zobaczyła jakaś 

postać stojącą tuż za drzwiami. W głębi pokoju, na dywanie, przed włączonym telewizorem, 

leżeli   na   brzuchach   chłopcy,   machając   w   powietrzu   nogami.   Szeptali   coś   do   siebie   i 

chichotali, wyraźnie zachwyceni  tym,  że mogą oglądać niedozwolony program. Postać w 

progu czekała nieruchomo.

Laura rzuciła się naprzód. Miała do przebycia  tylko  kilka kroków i w tej krótkiej 

chwili zastanawiała się gorączkowo, co powie Adamowi, kiedy ten zobaczy Doyala leżącego 

z roztrzaskaną głową na podłodze jego gabinetu. A jeśli jej się nie uda? Jeśli Doyal usłyszał 

jej nadejście i zdoła uciec? Jaką krzywdę będzie zdolny wyrządzić tym chłopcom? Co do 

tego, co zrobi z nią, nie miała najmniejszej wątpliwości.

Zamachnęła się karafką, ale jej cel odskoczył lekko na bok i wyciągnął przed siebie 

ramiona. Karafka z głuchym stukiem upadła na dywan, a jakaś dłoń zakryła Laurze usta. Ktoś 

pchnął ją do tyłu i przyparł do ściany. Przed sobą zobaczyła twarz Adama. Takiego go jeszcze 

nie widziała. Był groźny, opanowany, sprawny, niebezpieczny - jak przystało na żołnierza. 

Mimo to strach, który zaciskał jej gardło, natychmiast zniknął. Z ulgą rozluźniła mięśnie, 

ufna, że Adam nie da jej upaść.

- Dzięki Bogu - wyszeptała, a łzy napłynęły jej do oczu. Adam również się rozluźnił i 

przez ramię spojrzał na synów.

Chłopcy najwyraźniej niewiele zauważyli. Ryan usiadł na chwilę i spojrzał na drzwi, 

ale w mroku nic nie dostrzegł i szybko wrócił do oglądania programu.

Unosząc pytająco brwi, Adam chwycił Laurę za ramiona i poprowadził ją w głąb 

korytarza. Kiedy znaleźli się za rogiem, znów przyparł ją do ściany.

- Omal nie roztrzaskałaś mi czaszki! Co się dzieje?

- Myślałam, że to... jakiś intruz.

- Nieproszony gość?

- Włamywacz - poprawiła się szybko. - Bałam się, że jeśli chłopcy cię... to znaczy, 

background image

jego zobaczą, to może zrobić im coś złego. - Z niedowierzaniem potrząsnął głową. - Coś mnie 

zbudziło,   jakiś   dźwięk   w   korytarzu.   Drzwi   do   twojej   sypialni   były   zamknięte,   światło 

zgaszone. Łóżka chłopców stały puste i czułam, że ktoś otworzył frontowe drzwi.

- To ja. Sprawdzałem, czy nie wyszli na dwór. To nie byłby pierwszy raz.

- Skąd miałam wiedzieć?

- Mogłaś zapytać.

- Nie pomyślałam o tym. Zobaczyłam twój cień. Chłopcy oglądali telewizję i bałam 

się, że włamywacz może ich skrzywdzić.

-   Więc   wzięłaś   karafkę   i   chciałaś   rozbić   mi   głowę   -   dokończył   sucho.   -   Lauro, 

jesteśmy w St. Cloud, w Minnesocie.

- Przysunął się bliżej. - Nie miewamy tu intruzów.

Zdała sobie sprawę z bliskości jego ciała. Była skąpo ubrana, ale nie czuła zimna. 

Oddychała z trudem, jakby brakowało jej tlenu.

- Zapomniałam o tym - wyszeptała. - Tam, skąd pochodzę, włamania zdarzają się 

bardzo często.

- A skąd pochodzisz? - zapytał.

- Z Denver...

- Ach. - Ujął ją za podbródek i uniósł jej twarz ku górze.

- Bardzo się cieszę, że jesteś w stanie tak dzielnie bronić moich dzieci, ale następnym 

razem najpierw zapukaj do moich drzwi. A jeszcze lepiej, po prostuje otwórz i wejdź. Jeśli 

mnie nie będzie, to możesz śmiało założyć, że kontroluję sytuację. A jeśli będę u siebie... Tak 

czy owak, mam więcej doświadczenia niż ty w poskramianiu intruzów. Zgadzasz się?

Skinęła głową i spuściła oczy, ale znów uniósł jej twarz ku sobie. Jego palce delikatnie 

przesunęły się po jej szyi. Przed sobą widziała tylko jego usta. Musi zamknąć oczy, żeby po-

myśleć logicznie.

- Trzeba zaprowadzić chłopców do łóżek - szepnęła.

Musnął palcem jej wargi i nagle poczuła jego usta na swoich. Całował ją delikatnie, 

potem coraz mocniej. Bezwiednie wtuliła się w niego i przechyliła głowę. Gdy ją objął, jej 

ciało instynktownie przywarło do niego mocniej. Wszystko w niej zmiękło i zwilgotniało. 

Miała ochotę stopić się z nim w jedną całość. Zapomniała o całym świecie - o dzieciach, 

Doyalu, o tym, że będzie musiała stąd odejść, że to jest jej pracodawca. Objął dłońmi jej 

biodra i przycisnął ją do siebie. Jedno z nich jęknęło, ale nie była pewna, czy to ona, czy on. 

Wiedziała tylko, że chce więcej. Nagle Adam oprzytomniał i odsunął ją od siebie. Dysząc, z 

wysiłkiem wymawiał słowa.

background image

- Do diabła! Ja nie... - Cofnął ramiona i odstąpił o krok. - Przepraszam. Nie chciałem... 

- Odwrócił głowę, jakby nie był w stanie na nią patrzeć. - Chłopcy... Któreś z nas powinno...

- Ja to zrobię - powiedziała, ale nie była w stanie ruszyć się z miejsca.

Skinął głową, przesunął dłonią po twarzy, a potem zadecydował:

- Nie, ja pójdę. Ty idź do łó... idź spać.

Chciał ją odesłać, ale ona nadal nie mogła się ruszyć. Trochę ją rozczarowało, że tak 

szybko odzyskał panowanie nad sobą i ruszył do gabinetu. Poczuła się odrzucona. Boże, co 

się z nią dzieje? Przecież to był tylko pocałunek. Powinna być zadowolona, że skończyło się 

tylko na tym. Wróciła do swego pokoju, zamknęła za sobą drzwi, oparła się o nie i usiłowała 

powstrzymać napływające do oczu łzy. Tłumaczyła sobie, że to łzy ulgi. W końcu był to tylko 

pocałunek w ciemnościach, który nic nie znaczył. Nic. I właśnie dlatego płakała.

Adam otulił synów kołdrami. Miał nadzieję, że kazanie, które przed chwilą wygłosił, 

powstrzyma ich przed kolejnymi nocnymi eskapadami. Wrócił do swojej sypialni i zaniknął 

drzwi. Był zmęczony. Położył się, ale już po sekundzie obraz Laury stanął mu przed oczami.

Zobaczył ją w obszernej koszulce i w ciepłych, wełnianych skarpetach. Zamknął oczy 

i poczuł, że jego ramię znów otacza jej talię. Usiadł i przetarł twarz, jakby to mogło odegnać 

wspomnienia.   Drobne   biodra  Laury  w  jego   dłoniach,  jej  paznokcie  wpijające  się  w   jego 

ciało... Miał wtedy ochotę zaciągnąć ją do sypialni i kochać się z nią nieprzytomnie. Nie 

pamiętał o dzieciach ani o tym, że tak niewiele o niej wie. Dopiero kiedy się od niej odsunął, 

pojawiły się wątpliwości, podsycone przez jedno słowo: Denver.

Kilka razy ją pytał, skąd pochodzi, ale dopiero dzisiaj mu odpowiedziała, i to po tym, 

jak niemal nie rozbiła mu głowy, a on o mało nie skręcił jej karku. Gdyby do końca działał 

według wyuczonych zasad walki, musiałby wykręcić jej ramię ze stawu, chwycić ją od tyłu za 

podbródek   i   ostro   szarpnąć.   Powstrzymał   go   widok   jasnych,   długich   włosów   i   kobiecy 

zapach.

Laura miała jedyny w swoim rodzaju zapach - czysty, świeży, naturalny. Ten zapach 

pobudził jego pragnienia, które od tak dawna w sobie tłumił. Dobrze było znów myśleć i za-

chowywać się jak pełnokrwista istota ludzka. Jednak kiedy odsunął się od Laury, pojawiły się 

wątpliwości. Denver. Czego jeszcze o niej nie wie? Jak się będzie czuł, kiedy ona odejdzie?

A ma zamiar odejść. Powiedziała to jasno. Nie chciał znów żyć z dala od bliskiej mu 

kobiety.   Już   niemal   udało   mu   się   zapomnieć   o   tym   poczuciu   pustki   i   frustracji.   Gdyby 

pokochał Laurę, to uczucie by wróciło. I wiedział, że tym razem byłoby o wiele silniejsze. 

Westchnął. Może jednak będzie wszystkim im łatwiej, jeśli Laura odejdzie. Im szybciej, tym 

lepiej.

background image

Obiecał sobie, że jutro zadzwoni do agencji. Dzieci będą rozczarowane, ale znajdzie 

im kogoś, kto będzie się nadawał do roli opiekunki. Teraz już wiedział, czego szukać. Musi 

przecież istnieć ktoś, kto potrafi je rozśmieszyć i skarcić, kto będzie je kochał, kto będzie ich 

bronił z narażeniem własnego życia, kto uświadomi mu jego ojcowskie obowiązki, nauczy go 

kochać i być kochanym przez własne dzieci. Laura, tylko Laura.

Ale Laura chce ich opuścić i niech zrobi to teraz, kiedy on jest w stanie pozwolić jej 

odejść. Znów przypomniał mu się pocałunek, do którego nigdy nie powinno dojść. Zamknął 

oczy i zacisnął zęby. Jutro zacznie szukać nowej opiekunki.

Jutro.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wstał wczesnym rankiem, włożył ciepłą bieliznę, dwie pary skarpet, dżinsy, golf i 

wełniany  sweter.   Na  nogi  wsunął   zimowe   buty,  z  szuflady  wyjął  najcieplejsze   rękawice, 

wełnianą czapkę i szalik. Wziął też zapasową parę ciepłych legginsów dla Laury.

- To dla ciebie - oznajmił, wchodząc do kuchni.

Wkładała właśnie talerze do szafki, drżąc z zimna w grubym szlafroku. Całą noc bała 

się tej chwili, ale teraz, kiedy Adam się zjawił, ogarnął ją beztroski, wręcz radosny nastrój.

- Dzień dobry - powitała go.

Powiesił   legginsy   na   oparciu   krzesła,   podszedł   do   stołu   i   posmarował   grzankę 

margaryną i dżemem truskawkowym.

- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale przez noc temperatura spadła jeszcze niżej. Ubierzcie 

się wszyscy ciepło, w co najmniej trzy warstwy ubrań, czapki, szaliki, najcieplejsze kurtki. 

Niech Wendy nie wkłada swoich ulubionych rękawiczek, są za cienkie.

- Dobrze.

-   Śnieżyce   zapowiadali   dopiero   na   wieczór,   ale   nie   chcę   ryzykować.   Odwieziesz 

Wendy do szkoły, a potem pojedziesz  z chłopcami  do supermarketu.  Tam się spotkamy. 

Trzeba uzupełnić zapas drewna do kominka i paliwa do prądnicy, na wypadek awarii. Mam 

przeczucie, że czeka nas długa fala mrozów.

Laura skinęła głową i nalała mu filiżankę kawy. Wziął ją od niej ostrożnie, tak by ich 

palce się nie zetknęły, i pił, nie patrząc na nią. Nie usiadł. Posmarowała dżemem następną 

grzankę i podała mu nieśmiało.

- Przed wyjściem na taki mróz trzeba zjeść więcej.

Zjadł grzankę bez słowa, a Laura pośpiesznie wyszła z kuchni. Nie chciał jej dotknąć, 

ani nawet na nią spojrzeć. Bolało ją to bardziej, niż chciała przyznać.

Dzieci   już   zaczęły   ubierać   się   same,   ale   szybko   wyjęła   odpowiednie   ubrania   i 

nakłoniła je, żeby je włożyły. Wendy uparła się, żeby włożyć swe ulubione rękawiczki, ale 

uległa, kiedy Laura zagroziła, że zaraz zawoła ojca. Nie chciała robić z niego potwora, ale po 

pełnej wrażeń nocy nie potrafiła znaleźć innej metody na przekonanie dziewczynki.

Zaprowadziła dzieci do samochodu i z zadowoleniem stwierdziła, że Adam włączył 

już ogrzewanie zapłonu. Mimo to upłynęło kilka chwil, zanim udało jej się zapalić. Potem 

musiała ręcznie otworzyć drzwi do garażu, ponieważ metalowe części przymarzły do siebie. 

Gdy wreszcie jechała do miasta, z otaczającego szosę lasu dobiegały trzaski pękających kona-

rów. Zawiozła Wendy do szkoły, zaczekała, aż dziewczynka zniknie w budynku i pojechała 

background image

do supermarketu na obrzeżach miasta.

Razem wybrali ciepłą bieliznę dla chłopców, którzy wyrośli już z rzeczy kupionych na 

początku zimy. Adam uparł się, by jej kupić cieplejsze rękawice, kapcie i piżamę z flaneli. 

Potem kupili baterie różnych rodzajów, płyn chroniący paliwo przed zamarzaniem i wodę w 

butelkach.   W   dziale   spożywczym   Adam   wrzucił   do   wózka   co   najmniej   po   dwie   sztuki 

każdego  produktu. Gdy  wkładali  zakupy do bagażnika,  Adam  spojrzał  w niebo.  Chmury 

piętrzyły   się   wysoko,   z   każdą   chwilą   gęściejsze   i   ciemniejsze.   Słońce   świeciło   blado, 

powietrze trwało nieruchomo, chociaż chmury nad nimi kłębiły się niespokojnie.

- Nie podoba mi się to. Zawieź chłopców do domu, ja pojadę po Wendy do szkoły. 

Zadzwoń do Beverly, żeby dzisiaj nie przychodziła. - Spojrzał na nią chyba po raz pierwszy 

tego dnia. - Mam nadzieję, że potrafisz coś przygotować na kolację.

Skinęła głową z uśmiechem.

- Postaram się.

Przesunął dłonią po jej policzku i uśmiechnął się ciepło. Laura z pomyślała z lękiem, 

że nie wolno jej się w nim zakochać. I bez tego będzie jej trudno stąd odejść. Wsiadła do 

samochodu i z ciężkim sercem pojechała do domu.

Zanim dotarła do celu, z nieba zaczęły się sypać duże, puszyste płatki śniegu. Kiedy 

pojawił się Adam z Wendy, wiatr zdążył już przybrać na sile, słońce zniknęło i wszystko 

pogrążyło się w półmroku.

Przez całe popołudnie i wieczór szalała śnieżyca. Następnego dnia późnym rankiem 

znów zerwał się wiatr i zaczął padać śnieg. Pogoda nie zmieniała się przez kilka dni. Kiedy 

wreszcie się poprawiła, zaspy piętrzyły się na wysokość domu, a temperatura  nadal była 

bardzo niska. Mróz i wiatr łamał gałęzie i powalał całe drzewa, a szopa na narzędzia na tyłach 

domu zawaliła się na samym początku zamieci. Białe czapy śniegu z głośnym tąpnięciem 

osuwały się z konarów. Taka pogoda przekształca każde  domostwo w zamknięty świat i 

Laura przez chwilę czuła się bezpieczna.

Adam starał się trzymać  z dala od Laury, ale miał nieprzepartą ochotę się do niej 

zbliżyć, kiedy zobaczył, jak bawi się z dziećmi na dywanie w gabinecie. Cała trójka rzucała 

się   na   nią   i   próbowała   ją   łaskotać,   a   ona   niczym   dziki   mustang,   potrząsając   biodrami   i 

ramionami, starała się zrzucić dzieci z siebie. Ryan odpadł pierwszy, zatoczył się po dywanie 

i zatrzymał  się dopiero przy nodze ojca.  Chichocząc, objął  go za kolano, żeby odzyskać 

równowagę.

- Chodź, tatusiu! - zawołał, ciągnąc go za nogę. - Chodź, damy jej nauczkę!

Adam nie potrafił się oprzeć.

background image

Zabawa okazała się wyśmienita, ale również niebezpieczna. Tym razem Laura musiała 

ulec, przyparta przez niego do podłogi. Natychmiast zapomniał, że Robbie wdrapuje mu się 

na plecy, a Wendy i Ryan szarpią go za ręce. Już niemal schylał głowę, by ją pocałować, ale 

na szczęście pisk Ryana przywrócił go do rzeczywistości i zapobiegł żenującej scenie. Mimo 

to trudno mu było oderwać się od Laury i odejść.

Postanowił   więcej   nie   narażać   się   na   takie   pokusy.   Dokładał   drew   do   kominka   i 

całymi dniami siedział za biurkiem w swym pokoju, wychodząc tylko na posiłki i prognozy 

pogody.   Czwartego   dnia   pojechał   do   biura.   Mróz   unieruchomił   wszystko   w   okolicy.   Po 

drogach poruszali się tylko ci, którym zabrakło zapasów i ci, którzy musieli je dostarczać. 

Adam odwiedził stację benzynową, wziął z biura dokumenty do przestudiowania i wrócił do 

domu. Minęły dwa dni, zanim dał się oderwać od lektury. Wywabiły go krzyki dochodzące z 

gabinetu.

Pobiegł tam natychmiast i zobaczył Laurę, desperacko próbującą rozdzielić Wendy i 

Robbiego.   Dzieci   biły   się  zażarcie,   nie   szczędząc   sobie   ciosów.   Kiedy   Adam   wszedł   do 

pokoju, Ryan właśnie rzucił się na ratunek bratu.

- Auu! - Laura chwyciła się za kostkę, kiedy Ryan przypadkiem ją kopnął. Na jednej 

nodze odskoczyła od bijących się dzieci i przysiadła na skraju stolika. Nagle bójka się skoń-

czyła i wszystkie dzieci podbiegły do opiekunki.

- Laula! Laula! Baldzo boli? - Ryan ukląkł tuż przy niej. Laura nie odpowiedziała, 

tylko jęknęła z przerażeniem na widok zadrapania pod okiem Robbiego. Wendy przybrała 

buntowniczą minę, ale zaraz wybuchnęła pełnym skruchy płaczem i rzuciła się Laurze na 

szyję. Laura tymczasem próbowała zetrzeć krople krwi z policzka Robbiego.

Adam wkroczył do akcji, wziął córkę na ręce i polecił:

-   Niech   mi   ktoś   powie,   co   się   tu   dzieje.   -   Wszystkie   dzieci   zaczęły   paplać 

jednocześnie.   -   Dobrze,   dobrze   -   warknął   Adam.   -   Wystarczy.   -   Usiadł   na   stoliku   obok 

wyraźnie zmęczonej Laury i posadził sobie Wendy na kolanach. Nagle poczuł się jak ostatni 

drań. Przez cały ten czas ani razu nie starał się ulżyć Laurze w obowiązkach. - Może ty 

wyjaśnisz ojcu idiocie, o co tu chodzi.

Roześmiała się, ale dostrzegł w jej oczach łzy.

- To efekt długotrwałego przebywania w zamknięciu. Wszyscy jesteśmy rozdrażnieni i 

kłótliwi.

- Aha. - Powinien się domyślić, że nie tylko on czuje się schwytany w pułapkę. Czy 

nigdy się nie nauczy, jak być troskliwym, odpowiedzialnym ojcem? Przypomniał sobie, że 

rano telefonowała jego matka. - Coś ci powiem. Ubierzemy się wszyscy ciepło i pojedziemy 

background image

odwiedzić babcię Erikę.

Robbie   wydał   triumfalny   okrzyk.   Wiedział,   że   skupi   na   sobie   uwagę   dzięki 

odniesionej ranie. Wendy natychmiast chciała biec do swojego pokoju, a Ryan klaskał w ręce. 

Tylko Laura zagryzła wargi i potrząsnęła głową. Adam poczuł rozczarowanie.

- Nie chcesz się przewietrzyć? - zapytał.

- Prawdę mówiąc, wolałabym spędzić trochę czasu sama - wyjaśniła z niewyraźnym 

uśmiechem. - Poza tym, to wizyta rodzinna, ja tam nie pasuję - dodała cicho.

Miał ochotę się z nią spierać, ale zrezygnował. Najpierw przez całe dni ukrywa się u 

siebie w pokoju, a teraz chce ją błagać o wspólne wyjście? Zresztą i tak dzieci go w tym wy-

ręczyły, Laura jednak była nieugięta.

- Słuchajcie, marzę o długiej kąpieli w pianie - oznajmiła.

- Poza tym nawet nie zauważycie, że mnie tam nie będzie. Wendy, mówiłaś mi, jak 

lubisz odwiedzać babcię. Jedźcie i bawcie się dobrze. Ja tu zostanę i będę z tego bardzo 

zadowolona.

Na myśl o Laurze w kąpieli Adamowi zaschło w gardle.

- Idziemy się ubrać. - Wstał i wziął chłopców za ręce. - Zadzwonię do babci i powiem, 

że do niej jedziemy.

- Lauro, proszę! - namawiała ją jeszcze Wendy.

Laura pozostała niewzruszona. Pomogła dzieciom się ubrać i pożegnała się z nimi 

serdecznie.  Adam nie  wiedział, czy on jest bardziej  rozczarowany, czy malcy. Czy robił 

mądrze, pozwalając im tak się do niej przywiązać? Jemu również stawała się bliska. Nie miał 

jednak sumienia  zrywać więzów, które zaczęły łączyć dzieci z Laurą, Gdy znalazł się w 

ciepłym, wielkim domu, w którym upłynęło jego dzieciństwo, był niemal wdzięczny losowi, 

że problemy matki odwróciły jego uwagę od własnych.

Dzieci zmęczyły się popisami przed babcią, więc Erica dała im lunch i ułożyła we 

własnym łóżku do popołudniowej drzemki. Stało się to już tradycją i Adam żartował, że tak 

samo będzie robiła, kiedy wnuki dorosną, a one pewnie nadal będą jej na to pozwalać.

- Mam nadzieję - odparła Erica i zaprowadziła syna z powrotem do salonu. - Miło 

będzie, jeśli choć jedna rzecz się nie zmieni.

Uwadze Adama nie uszły nowe zmarszczki na nadal pięknej twarzy matki. Wziął ją za 

rękę i usiadł obok.

- Co się dzieje, mamo? Roześmiała się cicho.

- Oprócz tego, że rozstałam się z twoim ojcem?

-   Przecież   tylko   na   jakiś   czas   -   zapewnił   ją.   -   Nie   wierzę,   żeby   tata   tak   łatwo 

background image

zrezygnował i nie chciał do ciebie wrócić.

Spuściła wzrok i potrząsnęła głową.

- Sama nie wiem. Tak bardzo się zmienił. I nie chodzi tylko o to, że sprzedał akcje. 

Zaszył się w domu Kate i krążą plotki, że pije.

Adam   westchnął   głęboko.   Dotychczas   starał   się   o   tym   nie   myśleć.   Z   zasady   nie 

mieszał się w rodzinne interesy, ale nawet on wiedział, że postępowanie Jake'a było bardzo 

dziwne. Dlaczego sprzedał akcje komuś spoza rodziny, a zwłaszcza takiej osobie jak Monica 

Malone?

- Pytałaś go, dlaczego to zrobił?

Skinęła głową i gwałtownie zamrugała powiekami.

- Mówi tylko, żebym  mu zaufała i nie chce o tym  dyskutować. Ale jak mam mu 

zaufać, skoro nie chce powiedzieć mi prawdy?

- Nie powinienem cię o niego wypytywać. Nigdy go nie rozumiałem.

Erica   pociągnęła   lekko   nosem   i   wyprostowała   się,   chociaż   i   tak   jej   postawa   była 

nienaganna.

- Nie rozmawiajmy o tym. To stary problem i teraz go nie rozwiążemy. Teraz należy 

się martwić Nathanielem.

Adam jęknął.

- Co tym razem knuje wuj Nathaniel?

- Jak można się było spodziewać, chce usunąć Jake'a i przejąć spółkę. Zawsze uważał, 

że to on powinien stać u steru. Obawiam się, że Jake, sprzedając akcje, sam dostarczył mu 

argumentów. Nie wiem, co teraz będzie.

Adam ścisnął jej dłoń, ale nie znalazł słów pociechy.

- Dzieje się więcej, niż tata jest skłonny przyznać?

- Tata nie przyznaje się do niczego - gorzko stwierdziła matka. - Nie mam pojęcia, co 

robić. Chcę zebrać rodzinę na przyjęciu na cześć Rachel i Luke'a, ale nie wiem, czy to od-

powiednia pora na taki zjazd.

- Biedna Rocky. To niezbyt dobry czas na wprowadzanie nowej owieczki do stada.

- Mnie on bardziej przypomina wilka.

Adam roześmiał się. Nie podzielał obaw matki, ponieważ rzeczonego „wilka” poznał 

osobiście.

- Luke Greywolf to twardy facet, ale kocha moją siostrzyczkę. Co więcej, ona też go 

kocha. Nie bój się.

- Nie chcę go osądzać, ale tu chodzi przecież o moją córeczkę.

background image

Adam znów się roześmiał.

- Ta córeczka ma nerwy ze stali i żelazną wolę. Nie martw się, mamo. Rocky od 

dawna wie, co robi. Jest z mężczyzną, którego sobie sama wybrała. Zaufaj mi.

- Sam nie wiesz, jak bardzo czasami przypominasz ojca. - Uśmiechnęła się do niego 

czule.

Dość szorstką odpowiedź Adama zagłuszył trzask gwałtownie otwieranych drzwi. Do 

pokoju wkroczyła Sheila, była żona wuja, otulona w norki i lisy. Z powodu mrozu miała na 

sobie spodnie, ale mimo śniegu nie zrezygnowała z dziesięciocentymetrowych szpilek. Idąc, 

rzuciła na fotel futrzaną mufkę i torebkę za pięćset dolarów, po czym zsunęła z ramion futro.

- Musimy coś zrobić! - zwróciła się do Eriki. - Nie dziwię się, że go wyrzuciłaś! Tym 

razem posunął się za daleko!

Erica zacisnęła wargi i znacząco spojrzała na syna.

- Dzień dobry, Sheilo. A o kim to mówisz?

- No jak to? Oczywiście, o Jake'u. Co on sobie wyobraża? Jak mógł sprzedać akcje tej 

przebrzmiałej aktorce?

Erica natychmiast się najeżyła.

- Byłabym ci wdzięczna, gdybyś nie wyrażała się w ten sposób o moim mężu.

Adam uśmiechnął się z przymusem i wstał.

- Witaj, ciociu Sheilo. Jak się miewasz?

Przesunęła   dłonią   po   czole,   uważając,   by   nie   rozmazać   starannie   wyrysowanych 

ołówkiem brwi i nie potargać utlenionej grzywki.

-   A   jak   mogę   się   miewać?   Żyję   za   ostatnie   grosze,   a   Nate   nic   nie   chce   mi   dać, 

ponieważ firma przechodzi kryzys.

-   Firma   nie   przechodzi   żadnego   kryzysu   -   oznajmiła   zdenerwowana   Erica.   -   Jak 

śmiesz sugerować...

Adam podszedł do Sheili i wziął ją za obwieszoną złotem rękę.

- Zawsze możesz zastawić rodzinne klejnoty - poradził jej kpiąco. - Albo znaleźć 

jakiegoś atrakcyjnego dżentelmena, który by cię utrzymywał. Z twoją urodą...

Sheila   w   odpowiedzi   wydęła   usta,   ale   widać   było,   że   pochlebstwo   sprawiło   jej 

przyjemność. Przez chwilę kokieteryjnie przygładzała nieskazitelną fryzurę.

- Nie chciałabym dać Nathanielowi takiej satysfakcji - wycedziła przez zęby. - Ale 

skoro Jake nadweręża rodzinne finanse, mogę nie mieć wyboru. Co on sobie wyobraża?

- Dość tego! - Erica wstała z miejsca. Sheila uśmiechnęła się krzywo.

- Miałam nadzieję, że posłuchasz głosu rozsądku, ale widzę, że ty wciąż jesteś jak 

background image

dziecko we mgle. Zostawił cię dla niej, o to chodzi? Oszalał na punkcie podstarzałej aktorki?

Adam  stanął między  kobietami,  starając  się ukryć  niesmak,  jaki  wywołały w  nim 

słowa Sheili.

- Niepotrzebnie tu przychodziłaś, Sheilo. Bądź grzeczną dziewczynką i zatop kły w 

kimś innym.

Zmrużyła umalowane powieki.

- Nigdy bym się nie spodziewała, że akurat ty będziesz go bronił - odrzekła chytrze. - 

Wszyscy wiedzą, że go nie znosisz.

- To nieprawda.

- W takim razie porozmawiaj z nim. Wytłumacz mu, jaką krzywdę wyrządza nam 

wszystkim. Jeśli jesteś tak blisko z ukochanym tatusiem, przemów mu do rozumu!

Adam opanował się siłą woli i potrząsnął głową. Był ostatnim człowiekiem, który 

mógł cokolwiek wytłumaczyć Jake'owi i zirytowało go, że ta wyfiokowana awanturnica w 

ogóle poruszyła ten temat. Stosunki łączące go z ojcem są jego prywatną sprawą. Wiedział też 

lepiej niż ktokolwiek inny, do jakich poświęceń Jake jest zdolny dla dobra rodzinnej spółki.

-   Nie   mieszam   się   do   interesów   firmy   i   ty   powinnaś   wziąć   ze   mnie   przykład, 

zwłaszcza że nie należysz już do rodziny.

Sheila   drgnęła   nerwowo,   ale   już   po   chwili   uniosła   podbródek,   który   swą   linię 

zawdzięczał chirurgii plastycznej, i spojrzała na Adama z wyższością.

- Muszę myśleć o dzieciach.

- Michael, Kyle i Jane doskonale sobie radzą - odparował.

Oburzona, gwałtownie wciągnęła powietrze i przybrała wyniosłą pozę. Odwróciła się 

z godnością i. ruszyła do drzwi, zabierając po drodze torebkę i mufkę.

-   Powinnam   wiedzieć,   że   nic   tu   nie   zdziałam.   Jak   zwykle   zacieśniacie   szeregi   w 

obronie Jake'a. Ale coś wam powiem. Tym razem zostaliście sami. Reszta rodziny nie będzie 

go bronić i Nate to wie! Mam nadzieję, że przejmie kontrolę nad firmą,  zanim wszyscy 

wylądujemy w przytułku.

Wyszła jeszcze gwałtowniej, niż weszła, ale Adam nie martwił się o drzwi, którym 

groziło wyrwanie z zawiasów. Nie martwił się nawet o matkę. Martwił się o ojca.

Laura patrzyła, jak Adam gmera widelcem w talerzu. Dzieci już dawno skończyły jeść 

i pozwolono im odejść od stołu, lecz on prawie tego nie zauważył. Jakiś czas siedziała w 

milczeniu, ale dłużej nie mogła wytrzymać.

- Nie jesteś głodny?

Podniósł wzrok, jakby zaskoczony jej obecnością.

background image

- Tak. Nie... Przepraszam. - Z westchnieniem odsunął talerz. - To jest bardzo smaczne, 

ale zjadłem za dużo u matki.

Wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. Nie wspomniała, że dzieci zjadły wszystko jak 

wygłodniałe wilki, chociaż też dostały u babci obfity lunch.

- Beverly uparła się, że przyjdzie jutro i przyrządzi pieczeń baranią, więc bądź na to 

przygotowany. Jej się chyba wydaje, że ja cię karmię kiełkami i serem tofu.

Z   roztargnieniem   skinął   głową,   jakby   wcale   jej   nie   słyszał.   Wyszła   z   jadalni   w 

milczeniu. Martwiła się o niego. Coś go gryzło, coś, co zdarzyło się tego popołudnia, podczas 

wizyty u matki. Fortune'owie to twardy orzech do zgryzienia. Ich stosunki rodzinne wydały 

się Laurze niezwykle skomplikowane. Oczywiście wiedziała, że to nie jej sprawy, ale nie 

potrafiła pozostać obojętna na widok stroskanej miny Adama.

Włożyła   naczynia   do   zmywarki,   uporządkowała   kuchnię,   przygotowała   rzeczy 

potrzebne   do   jutrzejszego   śniadania   i   poszła   zagrać   z   chłopcami   w   domino.   Nikt   nie 

przestrzegał   żadnych   reguł,   po   każdej   grze   malcy   wykonywali   radosny   taniec,   nie   było 

wygranych ani przegranych. Adam patrzył na nich nie widzącym wzrokiem. Oprzytomniał 

tylko na chwilę, kiedy Wendy weszła mu na kolana, żeby powiedzieć dobranoc.

- Tatusiu, dziękuję, że zabrałeś nas do babci.

- Hm? A, nie ma za co.

- A możemy tam pojechać jutro?

- Co? Jutro? Raczej nie, ale babcia wspomniała coś o niedzielnym lunchu.

- A dziadek też będzie?

Twarz Adama lekko drgnęła, jakby w bolesnym skurczu.

- Nie wiem, skarbie. Może. Zobaczymy.

- Dobrze. Dobranoc, tatusiu.

- Dobranoc, Wendy.

Uścisnął ją mocno i dziewczynka już zaczęła się zsuwać z jego kolan. Potem spojrzała 

na niego i bez słowa nadstawiła buzię do pocałunku. Adam, nieco zaskoczony, pochylił się i 

pocałował   córkę   z   głośnym  cmoknięciem.   Wendy   zeskoczyła   na  podłogę   i   podbiegła   do 

drzwi. Tam przystanęła i czekała na braci. Dziecko najwyraźniej wyczuło, że ojca coś dręczy.

Mina Robbiego zapowiadała, że chłopiec zapadnie się pod ziemię, jeśli ojciec pozwoli 

sobie na coś więcej niż przyjazne poklepanie go po ramieniu. Adam ograniczył się więc do 

tego gestu, a syn w nagrodę niemal udusił go w uścisku, z którego wyswobodziła go Laura. 

Ryan po wykonaniu serii zabawnych min wskoczył ojcu na kolana i objął go mocno. Adam 

chciał mu się odwzajemnić, ale chłopiec już zeskoczył na podłogę i zygzakiem zmierzał do 

background image

drzwi. Nagle zawrócił i chyba ku własnemu zdziwieniu głośno pocałował ojca w podbródek. 

Adam złapał go i mocno uściskał. Malec uwolnił się i wybiegł z pokoju, a w ślad za nim 

Robbie. Wendy zaczekała na Laurę, która powiedziała jej po drodze, że jest z niej bardzo 

dumna.

Przez   resztę   dnia   dzieci   zachowywały   się   wyjątkowo   spokojnie.   Laura   starała   się 

dostosować   do   ich   nastroju.   Mówiła   łagodnie,   poruszała   się   cicho.   Kiedy   ułożyła   je   w 

łóżkach, widać było, że szybko zapadną w mocny, długi sen.

W progu swojej sypialni zawahała się. Czasami spędzała ostatnie godziny dnia na 

lekturze, ale dzisiaj zdecydowała inaczej. Wróciła do pokoju. Adam stał przed wyłączonym 

telewizorem i patrzył w pusty ekran. Usiadła na kanapie, zsunęła buty i podwinęła nogi pod 

siebie.

- Chciałbyś porozmawiać? - zagadnęła. Przygarbił się lekko i uśmiechnął z ironią.

-   To   zabawne   -   powiedział,   wracając   na   fotel.   -   Nawet   jeśli   ojciec   nie   najlepiej 

wypełnia swoje zadanie, to dzieci i tak... Sam nie wiem.

- One cię kochają - rzekła cicho, a Adam skinął głową.

- Wiem. Ja też je kocham, bardziej niż myślałem.

-   Ale   nie   jesteś   jedynie   ojcem,   prawda?   -   Intuicja   podpowiedziała   jej,   jak   dalej 

rozmawiać. - Jesteś również synem.

Pochylił się i wsparł łokcie na udach.

- Coś jest nie tak - stwierdził niemal szeptem. - Coś tu nie gra. - Potrząsnął głową. - 

Nie wiem. Nigdy nie rozumiałem Jake'a, ale...

Laura przybrała tę samą postawę.

- Może mi o tym opowiesz - zaproponowała.

Adam opowiedział jej o poświęceniu ojca dla interesów rodziny i o tym, jak on sam 

postanowił, że nie da się złapać w tę samą pułapkę. Mówił o tym, jaki czuł się opuszczony w 

dzieciństwie i jak ojciec myślał tylko o obowiązkach wobec całej rodziny. Opowiedział nawet 

o wuju Nathanielu i jego zazdrości o starszego brata, o małżeństwie rodziców i wprawie 

Jake'a w zażegnywaniu kryzysów w wielkiej firmie. Mówił o Kate i Benie i ich problemach z 

firmą kosmetyczną. Wspomniał również o Monice Malone i o tym, że Jake sprzedał jej akcje.

- Teraz rodzina żąda odpowiedzi na pytania - podsumował. - A jeśli ich nie dostanie, 

Nathaniel ruszy do ataku i przejmie firmę, niewątpliwie zachęcany do tego przez królową 

chciwości, kochaną ciocię Sheilę.

- Obawiasz się, że ojciec nie udzieli odpowiedzi, jakich oczekuje rodzina? - zapytała 

ostrożnie Laura.

background image

Adam rozłożył dłonie.

- Dotychczas ich nie udzielił i nie mam pojęcia dlaczego. W zasadzie nie wiem, co 

mógłby powiedzieć. Nie widzę żadnego sensu w sprzedaży akcji, i to w dodatku Monice 

Malone, w chwili, kiedy firma przeżywa trudne dni. - Potrząsnął głową. - Cały czas unika 

rozmowy na ten temat i właśnie to stało się przyczyną separacji. Do tej pory mówił mamie 

wszystko. Może nie był najlepszym ojcem, ale to małżeństwo wydawało się nierozerwalne aż 

do tej chwili. A teraz... Sam nie wiem.

- Zawsze możesz zapytać - zasugerowała. - Albo... spróbuj mu zaufać.

- Jestem ostatnią osobą, której chciałby się zwierzyć - wyznał. - A moje zaufanie nic 

dla niego nie znaczy.

Laura słuchała tego ze smutkiem.

- W takim razie, co wam pozostało?

- Nie wiem. Cieszę się tylko, że nie jestem taki jak on.

- Czyżby? - zapytała miękko. Zmarszczył brwi.

- Co chcesz powiedzieć? Nie mieszam się w interesy rodzinne właśnie po to, żeby 

uniknąć jego błędów.

Zagryzła wargi. Czy odważy się wytknąć mu, że praca i inne sprawy również jego 

odciągnęły od dzieci? To dość ryzykowne. Ale czy ma tak wiele do stracenia? Zerknęła na 

albumy z rodzinnymi zdjęciami. Zsunęła się z kanapy i przyklękła przy stoliku.

- Chcę ci coś pokazać. - Otworzyła albumy. - Powiedziałeś mi, że zdjęcia do jednego z 

nich wybrała twoja żona.

- Tak. Do tego nowszego.

- A ten drugi zostawiła ci babka.

- Owszem. I co z tego?

- Nigdy się nie zastanawiałeś, dlaczego to zrobiła? Nie przyszło ci do głowy, że coś je 

łączy?

Adam usiadł na kanapie obok klęczącej Laury. Przez chwilę przeglądał oba albumy. 

Po wyrazie jego twarzy można było poznać, w której chwili zrozumiał, co mają ze sobą 

wspólnego.

- O mój Boże - wyszeptał.

Zdjęcia   uwieczniały   najróżniejsze   chwile   rodzinnego   życia,   wycieczki,   święta   i 

codzienne czynności. Na żadnym z nich nie było ojca rodziny, ani Jake'a, ani Adama. Gdyby 

nie   różnice   w   strojach   i   fryzurach,   oba   komplety   fotografii   wydawałyby   się   niemal 

identyczne.

background image

Laura spostrzegła, że Adamowi drżą ręce.

- Teraz rozumiesz? - zapytała cicho, dotykając jego dłoni.

- Tak samo jak ty, twój ojciec nie chciał zaniedbywać rodziny. Robił tylko to, co 

według niego było jego obowiązkiem.

- Dotąd tego nie rozumiałem - wyszeptał. - Zawsze obwiniałem Dianę. Myślałem, że 

nie mam wyboru. Starałem się tylko... spełniać to, co uważałem za swój obowiązek.

- To nie wszystko, Adamie. Jeśli się nad tym głębiej zastanowisz, to lepiej zrozumiesz 

ojca.

Westchnął, oczy błyszczały mu podejrzanie.

- Co takiego miałbym zrozumieć?

- Kochasz swoje dzieci - rzekła z uśmiechem. - Zawsze je kochałeś.

- Tak. - Posępne bruzdy na jego twarzy wygładziły się, kiedy ze słów Laury wyciągnął 

logiczny wniosek. - Och, tak.

- Ta myśl najwyraźniej sprawiła mu radość.

- Zawsze starasz się robić to, co dla nich najlepsze. Skinął głową, uśmiechnął się z 

wdzięcznością i pogładził jej policzek. Potem objął ją i przytulił.

- Bardzo mądra z ciebie osóbka, Lauro. Potrząsnęła głową i odsunęła się od niego.

- Wcale nie. Zrobiłam w życiu  wiele  głupich  rzeczy.  Wstydziłabym  ci się o nich 

opowiedzieć... Jestem jak dziecko zaglądające do środka z nosem przyciśniętym do szyby. Z 

tej pozycji lepiej widać, co się dzieje w domu.

Uszczypnął ją lekko w czubek nosa.

- Cieszę się, że wybrałaś właśnie moje okno.

Uśmiechnęła się smutno i nie odpowiedziała. Tak bardzo pragnęła wejść do środka, 

stać się częścią tej rodziny. Ale to nigdy się nie stanie, bo gdzieś tam zawsze czai się Doyal i 

czeka, by ją dopaść. W głębi serca wiedziała, że to może się skończyć tylko w jeden sposób. 

Nie będzie uciekała wiecznie. Prędzej czy później, Doyal Moody ją dogoni. Nie pozwoli 

jednak, żeby złapał ją tutaj. Jeszcze raz zdąży uciec, zabierając ze sobą piękne wspomnienia.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Dzieci patrzyły na Adama wyczekująco. Zamierzał im udowodnić, że bardzo je kocha 

i chce spędzać z nimi czas.

- Co powiecie na popołudniowy seans? - Zamiast spodziewanych radosnych okrzyków 

odpowiedziało mu milczenie. Spojrzeniem poprosił Laurę o pomoc. Jej usta drżały od tłu-

mionego uśmiechu.

- Wasz tata chce was dziś zabrać do kina - oznajmiła.

Nadal nie było słychać okrzyków, ale dziecięce oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. 

Adam zaczął wątpić, czy wpadł na dobry pomysł.

- Obejrzymy film animowany - wyjaśnił.

Dzieci   wciąż   wpatrywały   się   w   niego   bez   słowa,   ale   tym   razem   Laura   sama 

pośpieszyła z pomocą. Po prostu wymieniła tytuł filmu, który od tygodni reklamowano w 

telewizji, i wreszcie rozległy się wyczekiwane okrzyki radości. Robbie wdrapał się na kanapę 

i zaczął podskakiwać. Adam już miał go skarcić, ale przypomniał sobie, że właśnie na takiej 

żywiołowej reakcji mu zależało. Ocalił mebel przed zniszczeniem, biorąc chłopca na ręce. 

Robbie natychmiast objął go za szyję i omal nie udusił z radości. Ryan stanął ojcu na stopach 

i   również   zaczął   podskakiwać,   co   groziło   Adamowi   trwałym   kalectwem.   Laura   szybko 

zabrała malca, kierując go ku drzwiom. Potem w tym samym kierunku wysłała Robbiego. 

Nakazała bliźniakom zrobić siusiu, umyć ręce i uczesać się. Pobiegli do łazienki, wydając 

odgłosy, które zwykle można usłyszeć na torze wyścigów samochodowych.

Dopiero po chwili Adam zdał sobie sprawę, że córka nadal stoi obok, a jej wielkie 

oczy wypełniły się łzami. Położył jej rękę na ramieniu i spojrzał pytająco.

- Wendy?

Dziewczynka wybuchnęła płaczem. Adam ukląkł, przytulił córkę i błagalnie spojrzał 

na Laurę. Zdumiony i zirytowany spostrzegł, że i w jej oczach lśnią łzy. Laura roześmiała się 

i wytarła policzek, a potem wyszeptała mu do ucha:

- Wendy to mała kobietka, a kobietom zdarza się płakać ze szczęścia.

Ze szczęścia. Adam zamknął oczy i mocniej przytulił córkę. Kiedy je otworzył, Laury 

już nie było. Usiadł w fotelu i posadził sobie Wendy na kolanach, próbując ją uspokoić.

- Nie płacz już, księżniczko. To przecież tylko film. Otarła nos o rękaw jego koszuli.

-   Wiem,   tatusiu,   ale   tak   bardzo   chciałam   go   obejrzeć,   a   Laura   powiedziała   tylko 

„zobaczymy”. - Uniosła twarz i wytłumaczyła z powagą: - A to oznacza „nie”.

Roześmiał się i pogłaskał ją po plecach.

background image

- Czasami znaczy „nie”, a czasami Jeszcze nie wiem”.

- Aha. - Potarła oczy piąstkami i spojrzała na niego dociekliwie. - W takim razie 

dlaczego nie powiedzieć Jeszcze nie wiem”?

Zaskoczony uniósł brwi.

- Ojej! Nie mam pojęcia. Dziewczynka roześmiała się wesoło..

- Jesteś taki śmieszny. - Nagle znieruchomiała, spojrzała mu w oczy i powiedziała: - 

Kocham cię, tatusiu.

Adamowi ze wzruszenia serce podeszło do gardła. Przytulił do piersi główkę dziecka i 

odparł:

- Ja też cię kocham, skarbie. - Był zadowolony, że Laura wyszła z pokoju. Nie chciał 

jej zdradzać pilnie strzeżonego sekretu swojej płci, mianowicie takiego, że mężczyźni też cza-

sem płaczą, kiedy są bardzo, bardzo szczęśliwi.

Jego szczęście zostało nieco zakłócone chwilę później, gdy Laura uparcie odmawiała 

pójścia z nimi do kina.

- Powinieneś spędzić to popołudnie tylko z dziećmi - oznajmiła. - Ja będę miała trochę 

czasu dla siebie. Idź już. Nie będą za mną tęskniły.

Ale ja będę, pomyślał Adam i powiedział:

- Bardzo chcę, żebyś z nami poszła.

Na chwilę w jej oczach zabłysło zadowolenie.

- Nie tym razem - upierała się.

- Przecież widzę, że chętnie byś poszła. - Miał ochotę nią potrząsnąć.

- Nie mogę - powiedziała cicho, spuszczając wzrok.

- Dlaczego?

- Po prostu nie mogę. Proszę, Adamie, daj spokój.

- Na litość boską, Lauro! Czego się boisz? Domyślał się, że boi się jego. Czuła, jak 

bardzo na niego działa, i starała się ograniczyć kontakt z nim. Trudno mu było ją za to winić, 

ale wcale mu się to nie podobało. Czyżby się obawiała, że się na nią rzuci? Przecież zdążyła 

już trochę go poznać. Nigdy nie narzucałby się kobiecie, która nie pragnie jego towarzystwa. 

Na jej twarzy dostrzegł panikę, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że Laura nie chce 

mieć z nim do czynienia. Świetnie. Zapiął kurtkę i poszedł z dziećmi do garażu, zły na siebie i 

na nią.

Zauważyła, że go rozgniewała. Powtarzała sobie, że nie powinna się tym przejmować. 

Liczyło się tylko to, że Adam stara się być dobrym ojcem. Wyprawa do kina okazała się wiel-

kim sukcesem, zbliżyła do siebie dzieci i ojca. Laura cieszyła się, ale jednocześnie wciąż była 

background image

zdenerwowana. Czyżby Adam się domyślił, że ona się tu ukrywa? Inaczej przecież by nie 

pytał, czego się boi. Może kiedy dzieci pójdą spać, zwolni ją z pracy? Ze zdenerwowania 

przez cały wieczór trzęsły się jej dłonie.

Nie   wiedziała,   czy   czuje   ulgę,   czy   złość,   kiedy   po   położeniu   dzieci   spać   niemal 

całkiem ją ignorował. Zebrała się na odwagę i dołączyła do niego w gabinecie, ale on gapił 

się ponuro w telewizor, jakby jej tam wcale nie było. Wmawiała sobie, że to dobry znak. 

Gdyby chciał ją zwolnić, wykorzystałby tę okazję. Może jeśli załagodzi sytuację, to znów 

będą... czym? Przyjaciółmi? Czy w ogóle są przyjaciółmi?

Zdecydowała się poruszyć najbezpieczniejszy temat.

- Dzięki tobie  dzieci były  dzisiaj takie szczęśliwe - zauważyła,  wziąwszy głęboki 

oddech.

Poruszył się, nie odrywając wzroku od telewizora.

- Bo to był całkiem niezły film - odparł chłodno. - Spodobałby ci się.

- Wiem, ale lepiej się stało, że dzieci spędziły ten czas tylko z tobą.

Po raz pierwszy odwrócił ku niej wzrok.

- Zabrzmiało to tak, jakby nie lubiły twojego towarzystwa, a przecież wiesz, że tak nie 

jest.

- Wiem. - Unikała jego spojrzenia. - Ale ty jesteś ich ojcem, a ja tylko nianią.

- Tylko nianią! - wymamrotał ironicznie.

- Wiesz, co mam na myśli - tłumaczyła cierpliwie. - Muszą na tobie polegać. Jesteś 

stałym elementem w ich życiu.

Znów   poruszył   się   niespokojnie   i   popatrzył   na   nią   trudnym   do   rozszyfrowania 

wzrokiem.

- Może masz rację - powiedział wolno. - Może zbyt się do ciebie przywiązały. Może 

wszyscy za bardzo się do ciebie przywiązaliśmy. Ale nie martw się. Postaramy się nie być dla 

ciebie ciężarem.

- Adam, nie o to chodzi! - zawołała, wstając. - Wręcz przeciwnie. To ja się za bardzo 

do was przywiązałam. Nie rozumiesz, że nie mogę do tego dopuścić?

Spojrzał na nią łagodniej.

- Czy wzajemne przywiązanie jest takie złe? - zapytał. - Potrzebujemy cię, Lauro. 

Potrzebowaliśmy właśnie kogoś takiego jak ty i jeśli możemy...

-   Nie!   -   Potrząsnęła   głową,   starając   się   powstrzymać   łzy.   -   Nawet   nie   mam 

przygotowania do zawodu opiekunki. Na pewno mógłbyś znaleźć kogoś o wiele lepszego. 

Nie zdajesz sobie z tego sprawy, bo dopiero się uczysz postępowania z dziećmi. Coraz lepiej 

background image

ci to wychodzi, a zasługę przypisujesz mnie.

Wstał i chwycił ją za ramiona.

-   Oczywiście,   że   to   twoja   zasługa!   Dzięki   tobie   zaczynamy   żyć   jak   prawdziwa 

rodzina.  Nie widzisz, ile  ci  zawdzięczamy?  Ile  ja ci  zawdzięczam?  Otworzyłaś  mi  oczy, 

Lauro.   Pokazałaś,   że   powielam   zachowanie   własnego   ojca.   Dopiero   patrząc   na   to,   jak 

postępujesz z dziećmi, zrozumiałem, co trzeba robić.

Jesteś stworzona do macierzyństwa, czuła, cierpliwa, spokojna i zrównoważona.

- Och, wcale nie jestem taka, jak myślisz!

- W takim razie jaka? - zapytał szorstko i potrząsnął nią mocno. Musiała teraz na niego 

patrzeć. - Skoro nie jesteś piękną, kochającą, dobrą kobietą, to kim jesteś?

- Jestem idiotką - wyszeptała. - Jestem największą idiotką pod słońcem.

Wyczuła,  że Adam chce ją pocałować i wiedziała też, że powinna odwrócić się i 

odejść, by do tego nie dopuścić. Nie zdobyła się jednak na to. Przysunęła się bliżej, otoczyła 

ramieniem jego szyję i odchyliła głowę. Kiedy jego usta dotknęły jej ust, zamknęła oczy i aż 

jej się zakręciło w głowie od wspaniałego uczucia, że jest pożądana i doceniona.

On   również   ją   objął   i   przyciągnął   bliżej   siebie.   Rozchylił   jej   wargi   i   rozpoczął 

delikatny, erotyczny pojedynek, który rozpalił w niej ogień. Teraz czuła wszystko o wiele 

intensywniej - dotyk swej jedwabnej bielizny, szorstkiego, wełnianego swetra, ciężar zegarka, 

chłodny metal małych kolczyków. Przede wszystkim czuła żar bijący od ciała Adama, tego 

silnego   Adama,   ojca,   byłego   żołnierza,   dorosłego   syna,   jej   przyjaciela,   jej...   Przez   myśl 

przebiegło jej  słowo  kochanek,  ale natychmiast  odsunęła  je  od siebie  i zastąpiła  słowem 

pracodawca. I właśnie to słowo sprawiło, że oprzytomniała. Starała się odwrócić głowę i 

przerwać pocałunek.

Z   początku   nie   zauważył   zmiany,   jaka   w   niej   zaszła.   Kiedy   odwróciła   twarz, 

przycisnął wargi do jej szyi i dalej ją całował, wprawiając jej ciało w zmysłowe drżenie. 

Starała się go odepchnąć, lecz objął ją mocniej i powiódł wargami niżej. Z trudem chwytała 

oddech, starając się zdławić reakcję własnego ciała. Dopiero kiedy znów zaczął całować jej 

usta, zaczęła się bronić bardziej stanowczo. Odpychała go i odwracała głowę na boki. Adam 

wreszcie to zauważył i rozluźnił uścisk.

Wyrwała mu się w końcu, czując jednocześnie żal, ale i determinację. Nie mogła 

przecież zakochać się w Adamie i potem go opuścić. A wkrótce będzie musiała odejść, by nie 

narażać jego i dzieci. Gdyby się w nim zakochała, nie mogłaby ich opuścić, więzy byłyby 

zbyt mocne. Może lepiej odejść od razu? Potem będzie jeszcze trudniej. Lecz na samą myśl o 

tym, że miałaby go więcej nie zobaczyć, czuła przeszywający ból.

background image

- Lauro? - Wyciągnął ramiona, by znów ją do siebie przyciągnąć, ale odskoczyła i 

potrząsnęła głową.

- Nie! Ja...

Co miała mu powiedzieć? Że pragnie go jak nikogo na świecie, ale to pragnienie musi 

zostać niezaspokojone? Że kobieta, o której miał tak dobre zdanie, może ściągnąć niebez-

pieczeństwo na niego i dzieci? W tej chwili była w stanie zrobić tylko jedno. Odwróciła się i 

uciekła.

Słyszała, że woła jej imię i biegnie za nią. Wpadła do swojego pokoju i zamknęła się 

na klucz. Adam nie dotarł do jej drzwi, przystanął po kilku krokach. Z ulgą, ale i ze smutkiem 

zrozumiała, że nie będzie dalszego ciągu. Powtarzała sobie, że tak jest lepiej, jej rozum to 

potwierdzał, ale serce mówiło co innego.

A więc znów to zrobiła. Kiedy tylko  dzieci poszły spać, zniknęła bez słowa. Ale 

dzisiaj nie pójdzie jej tak łatwo. Ostatnie trzy dni upłynęły w napiętej atmosferze. Laura nie 

patrzyła mu w oczy, nie odzywała się do niego, chyba że zadał jej jakieś pytanie, uważała, 

żeby ani przez chwilę nie zostać z nim sam na sam. Jak mają sobie wszystko wyjaśnić? Nie 

mógł o zdarzeniu z tamtego wieczoru rozmawiać z nią przy dzieciach, ale gdy zeszłej nocy 

zapukał do jej drzwi, odpowiedziało mu tylko zimne milczenie.

Istniał sposób, by stanąć z nią twarzą w twarz, ale dotychczas z niego nie skorzystał - 

ze strachu, że Laura źle zinterpretuje jego intencje. Nie miał jednak wyboru. Wstał i zgasił 

telewizor, potem zamknął drzwi wejściowe i pogasił światła. Poszedł do swego pokoju i z 

szuflady biurka wyjął długi szpikulec z rączką. Musi coś zrobić, by sytuacja w domu wróciła 

do normy. Zacisnął wargi i ze szpikulcem w ręce ruszył do pokoju Laury. Pod drzwiami wziął 

głęboki oddech i zapukał.

- Lauro, proszę cię, podejdź do drzwi.

Tak   jak   się   spodziewał,   odpowiedziała   mu   cisza.   Przekręcił   gałkę   w   drzwiach. 

Oczywiście, zamknięte. Nic nie szkodzi. Oparł głowę o framugę.

- Lauro, musimy porozmawiać. Wchodzę. - Wsunął szpikulec w niewielki otwór pod 

gałką i zamek ustąpił. Gdy otworzył drzwi, Laura próbowała zatrzasnąć mu je przed nosem.

- Jak śmiesz!

- Przestań - wysyczał i pchnął drzwi mocniej. Cofnęła się i splotła ramiona, ciaśniej 

otulając się grubym szlafrokiem. Adam zerknął w głąb korytarza, ale nie zauważył żadnego 

ruchu ani nie usłyszał żadnych odgłosów z pokojów dzieci, więc wszedł do sypialni Laury i 

zamknął drzwi. Cofnęła się kilka kroków. Minę miała nadąsaną, wzrok spuszczony. Włożył 

szpikulec do kieszeni i rozłożył ramiona. - Nic innego nie przyszło mi do głowy. Nie chcesz 

background image

ze mną rozmawiać, więc...

- Nie możesz zostawić mnie w spokoju? - warknęła. Te słowa zraniły go bardziej, niż 

się spodziewał.

- Mogę. Przyszedłem tu, żeby ci to powiedzieć.

- Aha. - Rzuciła mu trudne do rozszyfrowania spojrzenie. Bardzo chciał usłyszeć w jej 

głosie rozczarowanie, ale go tam nie było. Zabrzmiało w nim raczej zaskoczenie lub zmie-

szanie,   albo   powątpiewanie.   Na   chwilę   wróciło   do   niego   uczucie   wstydu.   Tamtej   nocy 

narzucił się jej ze swoimi uczuciami, namiętność tak zamąciła mu w głowie, że nawet nie 

zauważył   niechęci   Laury,   dopóki   nie   zaczęła   się   gwałtownie   wyrywać.   Musiał   ją   jakoś 

ułagodzić, bo inaczej odejdzie, zanim zdąży przygotować dzieci i siebie do tej nagłej zmiany.

- Lauro, jestem ci winien przeprosiny - zaczął lekko zdenerwowany. - Nie wiem, co 

mnie   wtedy   opętało.   Zwykle   nie...   nie   narzucam   się   kobietom,   które   mnie   do   tego   nie 

zachęcają. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, chyba tylko...

Nie śmiał jej powiedzieć, co czuł i myślał. Nie mógł jej przecież wyznać, jak bardzo 

jej pragnie, jak marzy, że wśliźnie się nocą do jej łóżka, zdejmie z niej koszulę i... Odpędził 

od   siebie   erotyczne   wizje   i   gorączkowo   szukał   w   myślach   jakiegoś   logicznego 

wytłumaczenia.

- No, chodzi o to... - Tamtej prawdy nie mógł ujawnić, ale istniało jeszcze jedno 

usprawiedliwienie. - Od śmierci Diany nie... nie byłem blisko z żadną kobietą. W zasadzie 

nawet dłużej, bo rzadko przyjeżdżałem do domu i... cóż... - Potarł czoło. - Całą moją uwagę 

pochłaniały dzieci i szukanie pracy, więc... nie... no... - Mina Laury sprawiła, że urwał w pół 

zdania. Tym razem nie miał wątpliwości, że jej śliczną twarz wykrzywia gniew.

- Och, ależ wszystko w porządku - wycedziła z uszczypliwą ironią. - Doskonale cię 

rozumiem.   Po   prostu   znalazłam   się   w   nieodpowiednim   miejscu   i   w   nieodpowiednim 

momencie. Gdyby tam była jakakolwiek inna kobieta, zdarzyłoby się to samo.

Z zaskoczenia aż otworzył usta.

- Nie! Nic takiego nie powiedziałem! Wcale nie...

- Czyżby? - Odrzuciła włosy w tył. - Powiedz mi coś. Czyja mam na czole wypisane 

„łatwa”? A może jest coś szczególnego w moich ruchach i sposobie mówienia?

Obudził się w nim gwałtowny gniew. Jak ona może tak o sobie mówić? Jak może tak 

nawet myśleć?

-   Przestań!   -   rzekł   stanowczo.   -   Doskonale   wiesz,   że   to   nieprawda.   Nigdy   nie 

powiedziałem...

- Postawmy sprawę jasno, Adamie. Masz ochotę się ze mną przespać.

background image

Odebrał  to oskarżenie  jak  policzek, ale  przecież  nie mógł  zaprzeczyć.  Przygładził 

dłonią włosy.

- Jesteś piękną kobietą. To naturalne, że myślę o tobie, czy tego chcę, czy nie... i 

wydaje mi się... - Zamknął oczy. - Wydaje mi się, że do siebie pasujemy. - Gdy otworzył 

oczy,  stała odwrócona do niego plecami.  Zbliżył się do niej i chciał jej położyć rękę na 

ramieniu. - Lauro...

Odskoczyła i stanęła obok.

- Nie dotykaj mnie!

- Chciałem  tylko...  - Chciał, by zmiękła  i rzuciła mu  się w  ramiona. Odstąpił  na 

bezpieczną odległość. - Przepraszam. Nie chciałem cię obrazić. I mylisz się co do tego, że tak 

samo   bym   się   zachował   wobec   każdej   innej   kobiety.   Jesteś   wyjątkowa.   Powiedziałbym 

nawet, że nikt inny nie mógłby zająć twojego miejsca. Właśnie dlatego chciałbym wszystko 

między nami wyjaśnić i zacząć od nowa, choćby ze względu na dzieci.

-   Jesteś   bardzo   wielkoduszny   -   odparowała,   ocierając   oczy.   -   I   dość   liberalny. 

Powierzasz swoje dzieci kobiecie, którą uważasz za obiekt seksualny. Lekko uniósł głowę.

- To nie tak. Kiedyś czułem to samo do ich matki i nie użyłbym tu słowa „obiekt”.

Spuściła wzrok.

- Nie jestem ich matką.

- Tak - odrzekł z westchnieniem. - Chyba o tym zapomniałem.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

Oblizał wargi, gorączkowo poszukując właściwych słów.

- Chodzi mi o to, że w sprawach związanych z opieką nad dziećmi ufam ci tak samo, 

jak ufałem Dianie. I chyba dlatego zacząłem cię traktować, jakbyś była ich matką. A że poza 

tym bardzo mi się podobasz, najwyraźniej straciłem kontakt z rzeczywistością i odruchowo 

zacząłem cię traktować jak... żonę.

- Gdy wypowiedział to słowo, nerwowo przełknął ślinę, równie nim zaskoczony jak 

Laura.

- Będę ci wdzięczna, jeśli więcej tego błędu nie popełnisz - powiedziała cierpko.

- Dobrze. - Skinął głową. - A czy teraz możemy wrócić do normalności?

Uniosła głowę.

- Jeśli przez to rozumiesz jakiekolwiek erotyczne... Dalszego ciągu nie usłyszał. Z 

gniewu aż zahuczało mu w uszach. Jak może tak mówić, po tym, co przed chwilą jej wyznał?

- Przestań mnie traktować jak gwałciciela! - warknął.

- Wcale cię tak nie traktuję - zaprotestowała oburzona.

background image

- A jak inaczej to określić? Przez kilka dni nie odezwałaś się do mnie żadnym ludzkim 

słowem. Unikasz mnie, jak tylko można. Nie odpowiadasz na moje pukanie. Dąsasz się jak 

dziecko, któremu zabrano lizaka.

- Wcale nie!

- Przyszedłem tu, żeby cię przeprosić, a ty się rwiesz do kłótni.

- Aha! Więc mam się zachowywać jak słodka idiotka, po tym, jak włamałeś się do 

mojego pokoju?

- Nie włamałem się. Zapukałem, a kiedy nie chciałaś otworzyć, ostrzegłem cię, że 

wchodzę.

- Nie pytając mnie o zdanie.

-   Ktoś   musiał   zrobić   jakiś   ruch!   -   krzyknął,   wyrzucając   w   górę   ramiona.   - 

Spodziewałaś się, że się zgodzę na rolę osoby niepożądanej we własnym domu?

- Gdybyś nie chciał zaciągnąć mnie do łóżka...

- Na litość boską, przecież to był jeden zwykły pocałunek!

- Dwa! - odparła, również podnosząc głos. - I wcale nie takie zwykłe.

- Nie obawiaj się. Trzeci raz się to nie zdarzy.

- Radzę ci dotrzymać obietnicy.

- Możesz na to liczyć. Więcej nie popełnię tego błędu. Wyprostowała się, oparła ręce 

na biodrach i pochyliła się ku niemu.

- Zaczynam sądzić, że to ja popełniłam błąd, godząc się na tę pracę. Miałam całkiem 

niezłe zajęcie, dopóki się nie zjawiłeś i nie narobiłeś mi kłopotów.

Był tak wściekły, że nie potrafił się jasno wysłowić.

- Narobiłem kłopotów? Niezłe zajęcie? Nazywasz to... Przecież ten kretyn zwolnił cię 

z miejsca, bo mu się wydawało, że ze mną flirtujesz.

- Wcale nie flirtowałam.

- Nie powiedziałem, że... - Urwał i wzniósł oczy do góry. - Boże, co ja komu złego 

zrobiłem, że coś takiego mnie spotyka? - To pytanie skierował do sufitu.

- Pocałowałeś mnie! - odparowała.

Tego było już za wiele dla udręczonego człowieka.

- Tak - zgodził się ze śmiertelnym spokojem. - Niech mi Bóg przebaczy, pocałowałem 

cię. I nawet mi się wydawało, że sprawiam ci przyjemność. Zasłużyłem na jakąś wymyślną 

karę.   Wystarczy   ci   tu   miejsca,   żeby   mnie   wychłostać   batem?   A   może   wolisz   to   zrobić 

publicznie, na rynku?

Laura zrozumiała, że trochę przesadziła.

background image

- Po prostu zostaw mnie w spokoju - wymamrotała, już mniej pewna siebie.

- Oczywiście, że to zrobię! Mieszkamy razem...

- Ale nie...

- Mieszkamy pod jednym dachem i nie mam zamiaru we własnym domu czuć się jak 

napiętnowany skazaniec.

- A kto ci każe?

- Właśnie tak mnie traktujesz. Mam już dość. Koniec tego. Słyszysz mnie?

-   Słyszę   doskonale.   -   Dumnie   zadarła   nos   do   góry.   -   A   ty   zdaje   się   znowu 

zapomniałeś, że nie jesteś moim mężem.

Nie mógł się opanować i mocno nią potrząsnął.

- Nie, ale jestem twoim pracodawcą - przypomniał jej szorstko. - I będziesz robiła, co 

ci każę, bo inaczej...

- Co? - warknęła. - Bo mnie pocałujesz? A kiedy nie będę się chciała zgodzić na nic 

więcej, zwolnisz mnie albo zmusisz. ..

- Przestań. - Znów nią potrząsnął, tym razem mocniej, aż zafalowały jej długie włosy. 

Potem  wypuścił   ją  z   uścisku,  zaniepokojonymi   uczuciami,   które  szalały   w  jego   duszy.  - 

Najwyraźniej nie potrafisz myśleć rozsądnie - wycedził przez zęby.

- Rozsądnie? - powtórzyła i stanęła w wojowniczej pozie. - Wyjdź z mojego pokoju, a 

może wróci mi rozsądek.

Sztywno,   ironicznie   skłonił   przed   nią   głowę   i   wyszedł   z   jej   sypialni,   z   całej   siły 

trzaskając drzwiami. Doszedł już do swoich drzwi, kiedy usłyszał tupot dziecięcych nóżek i 

zobaczył zatroskaną twarz córki.

- Co się stało, tatusiu?

Uśmiechnął się z wysiłkiem i pociągnął ją za warkocz.

- Nic ważnego, skarbie. Nie martw się.

- Zezłościłeś się na Laurę?

Już miał zaprzeczyć, ale zmienił zamiar.

- Tak - przyznał. - I ona też jest teraz na mnie zła. Dziewczynka ściągnęła brwi.

- Dlaczego?

- To sprawy dorosłych. - Skrzywił się. - A to oznacza, że niewiele w nich sensu. - 

Zagryzła wargi, wyraźnie zmartwiona. Serce się w nim ścisnęło i wziął ją na ręce. - Obiecuję 

ci, że wszystko będzie dobrze. Teraz chodźmy już spać, bo jutro nie wstaniesz do szkoły.

Połaskotał ją po brzuchu i zaniósł do sypialni. Dziewczynka zachichotała i objęła go 

za szyję. Ułożył ją w łóżku, starannie okrył i pocałował w czoło.

background image

- Słodkich snów, aniołku.

- Dobranoc, tatusiu.

Przygasił światło i spojrzał na okrągłą buzię Wendy. Po raz pierwszy zobaczył w niej 

podobieństwo do Diany. Poczuł, jak bliskie i drogie jest mu to dziecko. Zastanawiał się, czy 

daje jej wszystko, co trzeba, czy czegoś nie przeoczył. Dopiero teraz zaczynał rozumieć, jak 

wielka odpowiedzialność spoczywała na jego żonie, jak wiele od niej oczekiwał.

Teraz dzieci mają tylko jego. A jeśli okaże się, że nie potrafi być dobrym ojcem? Nie 

znał się na tym, popełnił już wiele błędów. Czy w tych sprawach mógł zaufać własnemu 

osądowi? Powinien więcej dawać z siebie, pokazać dzieciom, ile dla niego znaczą, czerpać 

więcej radości z ich wychowywania. Dlaczego powierzał to opiekunkom? Powiedział Laurze, 

że   w   sprawach   dotyczących   dzieci   ufa   jej   jak   żonie,   ale   czy   słusznie?   Przecież   ostatnio 

zachowywała się irracjonalnie. A może to on przesadza i zachowuje się nierozsądnie? Jaki 

ojciec   przy  zdrowych   zmysłach   przyprowadziłby   do   domu   nieznajomą   kelnerkę   i   dał   jej 

dzieci pod opiekę? Ale  przecież to Laura  otworzyła  mu oczy na wiele  spraw,  pozwoliła 

odkryć w sobie miłość do dzieci. Jeśli odejdzie, złamie serce nie tylko Wendy.

Zamknął oczy i cicho wyszedł z pokoju. Co robić? Zwolnić ją i próbować radzić sobie 

samemu? A może zapanować nad sobą dla dobra dzieci? Jak będzie najlepiej?

Wyłączył światło w korytarzu i poszedł do siebie. Przystanął pod drzwiami Laury. 

Usłyszał zza nich stłumiony szloch i bezwiednie położył rękę na gałce. Kiedy zdał sobie 

sprawę,   co   chce   zrobić,   błyskawicznie   cofnął   dłoń.   Na   pewno   jest   ostatnią   osobą,   która 

nadawałaby się teraz na jej pocieszyciela. Poza tym nie mógł zaufać swoim emocjom. Nie 

wiedząc, co o tym wszystkim myśleć, położył się do łóżka. Wiedział, że szybko nie zaśnie.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Laura uśmiechnęła się z aprobatą do Ryana, który wycierał usta serwetką, a potem z 

przyganą potrząsnęła głową, patrząc na Robbiego, który posłużył się rękawem. Potem trzeci 

raz odsunęła rękę Wendy, która sięgała do słoika z dżemem.

- Wystarczy, Wendy - odezwał się Adam. - Już i tak masz za dużo dżemu na grzance.

Wendy skrzywiła się, ale nie mogła zaprotestować, ponieważ miała pełną buzię. Laura 

spojrzała niechętnie na Adama, zakręciła słoik i odchyliła się do tyłu, żeby odstawić go na 

blat. Ryan natychmiast zaczął naśladować jej ruchy, odchylając się wraz z krzesłem. Krzesło 

zachwiało się niepokojąco i Laura z cichym okrzykiem zerwała się z miejsca i chwyciła je, 

zanim się przewróciło.

- Uspokój się, Ryan! - warknął Adam znad gazety.

Ryan, wystraszony własnym wyczynem, wybuchnął płaczem. Laura zgromiła Adama 

wzrokiem, ale nic nie powiedziała, tylko objęła malca. Adam znów skrył się za gazetą i Laura 

poczuła się nieswojo. Dlaczego rzuca mu wrogie spojrzenia? Przecież zrobiłaby lepiej, gdyby 

przyjęła jego przeprosiny. Wszystko znów potoczyłoby się normalnym torem. A tymczasem, 

gdy tylko się do niej zbliżał, natychmiast się jeżyła. Sytuacja stawała się nieznośna. Laura 

wiedziała, że najrozsądniej byłoby stąd odejść, zanim zdarzy się coś naprawdę złego...

Uspokoiła Ryana, otarła mu łzy i szeptem poprosiła go, by skończył śniadanie. Adam 

odłożył gazetę i uderzył pięścią w stół.

- Dość tego! Do diabła, zacznij wreszcie mówić normalnym głosem!

Laura znów się rozzłościła i gniewnie spojrzała na Adama ponad kręconą czuprynką 

Ryana.

- Dobrze, będę mówiła normalnie, pod warunkiem, że ty przestaniesz na wszystkich 

wrzeszczeć!

Adam poczerwieniał.

- Dobrze - odparł, kontrolując głos i spokojnie uniósł do ust filiżankę.

Poczuła lekki zawód. Nastawiła się na kolejną awanturę, a teraz nie pozostało jej nic 

innego, jak tylko usiąść i dokończyć śniadanie. Nagle Adam spojrzał na nią i zapytał szorstko:

- Jakie masz plany na dzisiaj?

Zrozumiała,   że   próbuje   nawiązać   zwyczajną   rozmowę   i   niegrzecznie   byłoby   mu 

powiedzieć, żeby się odczepił.

- Takie same jak zwykle - odrzekła z przekąsem. - Zawiozę Wendy do szkoły, zajmę 

się chłopcami,  odbiorę Wendy,  dopilnuję, żeby odrobiła lekcje. Mam też trochę prania  - 

background image

dodała ponuro.

Niecierpliwie machnął ręką.

- Mówiłem ci, że możesz wysyłać swoje rzeczy do pralni razem z naszymi.

- A ja ci mówiłam, że nie mam aż tylu ubrań, żeby je wysyłać do pralni. To za długo 

trwa.

- To kup sobie coś nowego. - Był to właściwie rozkaz.

- Nic sobie nie kupię! Zbieram pieniądze na coś innego.

- Ja zapłacę - zaproponował. Dumnie uniosła głowę.

- Bardzo dziękuję, obejdzie się. Przyjmuję tylko te pieniądze, które zarabiam... jako 

niania.

Adam skrzywił się.

- Żeby właściwie wynagrodzić ci tę pracę, powinienem ci płacić dwa razy więcej - 

stwierdził, patrząc jej w oczy. - I bez względu na to, co sobie myślisz, nie przyszło mi do 

głowy nic dwuznacznego.

Laura mimo woli trochę złagodniała.

- Wiem. Nie chciałam sugerować... - Urwała i spojrzała nerwowo na dzieci, które 

spijały z jej ust każde słowo.

- Ani ja - rzekł Adam z westchnieniem. - A jeśli chodzi o tamten wieczór, to chciałem 

tylko, żebyśmy sobie wszystko wyjaśnili.

Speszona Laura poprawiła włosy.

-   Tak,   teraz   to   rozumiem,   ale   wtedy...   -   Zauważyła,   że   dzieci,   niczym   na   meczu 

tenisowym, przeniosły wzrok z Adama znów na nią.

-   Zdaje   się,   że   oboje   trochę   przesadziliśmy   -   powiedział   Adam,   uśmiechając   się 

niepewnie.

- Ja na pewno tak. - Spuściła głowę ze skruchą.

- Miałem w tym swój udział.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Poznała, że Adam mówi szczerze i coś w niej 

zmiękło. Gdy szeptem wypowiedziała słowo przepraszam, twarz Adama rozpogodziła się.

- Już od kilku dni usiłuję ci to powiedzieć.

Skinęła głową, na znak, że rozumie, a on ścisnął jej rękę. Wendy zachichotała i Laura 

wyrwała dłoń z uścisku, a Adam usiadł prosto, odchrząknął i przybrał obojętny wyraz twarzy.

- Muszę już iść - oznajmił rześko. - Jestem dzisiaj umówiony z pewnym panem, z 

którym staram się spotkać od dwóch tygodni. Pogoda pokrzyżowała nam szyki. - Wstał i 

spojrzał na Laurę. Dziwnie ją to speszyło, więc skupiła uwagę na dzieciach.

background image

- Chłopcy, kończcie śniadanie. Wendy, czas szykować się do szkoły. Pożegnajcie się z 

tatą.

Dziewczynka przełknęła ostatni kęs grzanki, wytarła usta serwetką, jeszcze bardziej 

rozmazując wokół nich dżem, i nadstawiła buzię do pocałunku. Adam rozważnie pocałował ją 

w   czoło,   a   potem   cmoknął   w   czoło   chłopców.   Zatrzymał   się   przy   Laurze   i   przez   jedną 

okropną chwilę myślała, że ją również pocałuje. On jednak tylko się uśmiechnął i odszedł. 

Chciało jej się śmiać z samej siebie.

Dobry humor nie trwał długo. Wendy grzebała się jak mucha w smole i znów spóźniła 

się do szkoły. Zapinanie pasów w fotelikach chłopców zajęło dziś dwa razy więcej czasu. Na 

domiar złego tuż przed granicą miasta malcy uwolnili się z pasów i zaczęli ze śmiechem 

szturchać   się   i   przekomarzać.   Laura   próbowała   ich   uspokoić,   jednocześnie   szukając 

dogodnego   miejsca,   by   się   zatrzymać.   Chłopcy   nie   zwracali   na   nią   uwagi   i   bili   się   w 

najlepsze. Ryan z krzykiem spadł na podłogę samochodu, więc Laura uniosła się lekko w 

fotelu,   by   sprawdzić,   czy   nic   mu   się   nie   stało,   przez   co   samochód   przejechał   niewielki 

odcinek drogi zygzakiem. Już po chwili usłyszała syrenę wozu policyjnego.

- O nie! - jęknęła.

Robbie ukląkł na siedzeniu i spojrzał przez tylną szybę.

- Policja! - krzyknął i natychmiast wrócił na swoje miejsce w foteliku.

Ryan przestał zawodzić i wgramolił się na siedzenie, by się przekonać, czy to prawda. 

Gdy zobaczył policyjny wóz, pisnął ze strachu, włożył palce do buzi i ukrył się za oparciem 

fotela.

Laura w lekkiej panice dojechała do miejsca, gdzie mogła bezpiecznie zaparkować. 

Szybko otworzyła torebkę, wyjęła portfel i schowała go pod fotelem. Nie chciała pokazywać 

policjantowi swego prawa jazdy z Kolorado. W niektórych rejonach kraju policja rutynowo 

sprawdzała w komputerze dane na temat kierowców z innych stanów. Gdyby ją to spotkało, 

Doyal   mógłby   się   dowiedzieć   o   miejscu   jej   pobytu,   jeśli   złożył   zawiadomienie   o   jej 

zaginięciu.   Wiedziała,   że   zrobił   tak   kiedyś,   gdy   zniknął   jeden   z   jego   tak   zwanych 

„przyjaciół”. Po jakimś czasie dostał informację z policji, że jego „przyjaciel” jest cały i 

zdrowy. Podano mu też jego adres. Doyal natychmiast wysłał tam z wizytą Calvina. Kiedy 

Laura zapytała go, o co chodzi, wyjaśnił, że ów „przyjaciel” jest mu winien znaczną sumę, 

którą teraz, dzięki wysiłkowi policji w Denver, będzie mógł odzyskać. Takie postępowanie 

nieco zdziwiło Laurę, ale wtedy jeszcze nic nie podejrzewała.

Kurczowo   zacisnęła   dłonie   na   kierownicy   i   czekała   na   przyjście   policjanta,   nie 

zauważywszy nawet, że Wendy uklękła na tylnym siedzeniu i krzyczy na chłopców. Po chwili 

background image

za   oknem   samochodu   zobaczyła   policyjny   notatnik   na   twardej   podkładce   i   kaburę   z 

pistoletem.   Policjant,   z   twarzą   osłoniętą   szalikiem,   nachylił   się   i   zastukał,   więc   opuściła 

szybę. Ku jej zaskoczeniu zsunął szalik z brody, zdjął lustrzane okulary, wsunął głowę do 

środka i gromkim głosem przywołał dzieci do porządku. Dopiero wtedy Laura zdała sobie 

sprawę, jaki hałas panował w samochodzie. Zwróciła się do dzieci, zadowolona, że przez 

chwilę nie musi patrzeć w oczy policjantowi.

- Wendy, siadaj. Wiesz, że tak nie wolno.

- Przez Ryana nas aresztują! - zawołała dziewczynka. Powrót do poprzedniej pozycji 

zajął jej trochę czasu, ponieważ jej ruchy krępowały pasy bezpieczeństwa.

- Wcale nie! - wrzasnął Ryan na całe gardło.

- A właśnie że tak! - odwrzasnął Robbie. - Godiva też tak mówiła.

- Spokój! - rozkazała Laura i odpięła pas, by zyskać swobodę ruchów. - Ryan, wracaj 

na fotelik. Skoro umieliście z bratem rozpiąć sobie pasy, to teraz je sami zapnijcie.

- Już chyba wiem, dlaczego jechała pani zygzakiem - odezwał się policjant.

Laura wolno odwróciła się ku niemu. Przywołała uśmiech na twarz, chociaż serce 

waliło jej jak oszalałe.

-   Przepraszam.   Nie   mogę   sobie   z   nimi   dzisiaj   dać   rady.   Policjant   okazał   się 

zaskakująco młody i przystojny, w dodatku miał miły uśmiech.

- Widać, że to kłopotliwa gromadka. - Zajrzał głębiej do samochodu. - Czy to pani 

dzieci?

- Nie, nie moje.

Uśmiech, którym ją tym razem obdarzył, był wprost oszałamiający.

- Doskonale - stwierdził i zdjął rękawiczki, pomagając sobie olśniewająco białymi 

zębami. - Mogę zobaczyć pani prawo jazdy?

Trzęsącymi się rękami sięgnęła po torebkę. Przez chwilę przetrząsała jej zawartość, 

udając, że szuka portfela. Kiedy już nawet ostatni kretyn by się domyślił, że nie znajdzie 

szukanego dokumentu, podniosła głowę i spojrzała na policjanta.

- O mój Boże. - Własny głos wydawał się jej sztuczny i nieprzekonujący, ale brnęła 

dalej. - Chyba zostawiłam w domu portfel.

Policjant   wyprostował   się,   wyjął   długopis   i   zaczął   się   bawić   przyciskiem.   Laura 

domyśliła się, że się zastanawia, co z nią zrobić. Wendy coś do niej wyszeptała, ale Laura 

tylko strzeliła palcami, w ten sposób nakazując jej milczenie, ponieważ policjant właśnie 

podjął decyzję.

- A gdzie pani mieszka? - zapytał beztrosko.

background image

Laura trochę się odprężyła. Już zrozumiała, że nazwisko Fortune wiele w miasteczku 

znaczy i tym razem zamierzała się nim posłużyć bez żadnych skrupułów.

- To są dzieci pana Adama Fortune'a. Ja jestem ich opiekunką i mieszkam z nimi.

Nazwisko podziałało jak zaklęcie. Policjant uniósł brwi i gwizdnął cicho.

- Ach, tak. Rozumiem, że pan Fortune może to potwierdzić?

- Oczywiście.

- W takim razie proszę mi podać swoje imię i nazwisko. Wiedziała, że nie ma wyjścia.

- Laura Beaumont.

Policjant starannie zapisał nazwisko w notesie.

- A jak mogę się skontaktować z panem Fortune? Podała mu numery telefonów do 

domu i biura. Policjant schował długopis i ku jej zaskoczeniu wyciągnął do niej dłoń.

- Jestem Raymond Cooper. Miło mi panią poznać, panno Beaumont. Panno, nie mylę 

się?

Uścisnęli sobie ręce.

- Tak, jestem panną. Błysnęły białe zęby.

- Doskonale. A  więc, panno Beaumont,  proszę jechać ostrożniej.  Bardzo bym  nie 

chciał, żeby miała pani wypadek.

- Oczywiście. Dziękuję.

Znów wsunął głowę do samochodu.

- A wy troje... - Spojrzał srogo na dzieci. - Zachowujcie się grzecznie i nie róbcie 

kłopotu waszej ślicznej opiekunce. Nie można tak się wygłupiać w samochodzie, to bardzo 

niebezpieczne. Macie siedzieć spokojnie i mieć zapięte pasy. Zrozumiano?

Trzy głowy potaknęły jednocześnie. Raymond Cooper cofnął się i szeroko uśmiechnął 

do Laury.

- Życzę miłego dnia - powiedział, prostując się.

Zauważyła, że jest bardzo wysoki i przystojny. Kiedy odchodził, ogarnęło ją uczucie 

ulgi i po raz pierwszy uśmiechnęła się do niego szczerze. Jednak dopiero kiedy odjechał, 

zaczęła   oddychać   normalnie.   Czuła,   że   szczęście   jej   dopisało   i   do   głowy   jej   nawet   nie 

przyszło, że być może to tylko chwilowe odroczenie wyroku.

Robbie klęczał na krześle i w skupieniu ustawiał talerze na stole. Kiedy skończył, z 

radości aż klasnął w ręce i wyczekująco spojrzał na Laurę. Natychmiast go pochwaliła.

- Bardzo  dobrze, Robbie.  Teraz  serweta. - Podała  mu złożoną w  prostokąt  lnianą 

serwetkę i uniosła brwi, kiedy położył ją po lewej stronie talerza. Zrozumiał, co chce mu 

przekazać i szybko przełożył serwetę na prawo.

background image

- Telaz moja kolej - odezwał się Ryan. Ściskał w dłoni nóż, widelec i łyżkę. Robbie 

pokazał bratu język, ale ustąpił mu miejsce przy stole. Laura wzięła od malca sztućce i za-

czekała, aż wejdzie na krzesło. Najpierw podała mu nóż i poinstruowała:

- Ostrzem w stronę talerza, skarbie. O tak. Teraz połóż łyżkę.

W tej samej chwili dobiegł ją odgłos kroków. W progu jadalni stanął Adam i oparł się 

o framugę drzwi. Rozluźnił krawat, zdjął marynarkę i zaczął podwijać rękawy koszuli.

-   Witaj,   kochana   rodzinko   -   powiedział,   zerkając   na   Laurę,   która   natychmiast   się 

zaczerwieniła.

- Ceść, tato! - zawołał Ryan. - Laulo, daj mi łyżkę! Laura oprzytomniała i szybkim 

ruchem podała dziecku łyżkę. Malec położył ją po niewłaściwej stronie talerza i sięgnął po 

widelec. Podała mu go, nie bardzo kontrolując to, co robi.

- Uczymy się nakrywać do stołu - z dumą powiadomiła ojca Wendy i przycisnęła do 

siebie szklankę z wodą.

- Domyśliłem się - odparł ze śmiechem Adam. - Świetnie wam to idzie.

- Ja dostałam najważniejsze zadanie - oznajmiła Wendy.

- Wcale nie! - zaprotestował Robbie. - Ja rozłożyłem talerze i serwetki.

- A  ja  łyżki,  noże  i widelce  - z  dumą dodał  Ryan.  Adam roześmiał  się, a Laura 

wyciągnęła rękę do Wendy.

- Potrzebna nam jeszcze jedna szklanka wody. Wendy podbiegła do ojca.

- Widzisz, tato? Doskonale nakryty stół, a na obiad doskonałe kotlety Beverly. Tak 

powiedziała Laura.

Adam chwycił córkę na ręce i mocno uścisnął, ale zerknął przy tym na Laurę. Miała 

nieodparte wrażenie, że w jego spojrzeniu coś się kryje. Postawił córkę na podłodze, podszedł 

do chłopców i ucałował ich na powitanie.

- Byliście dzisiaj grzeczni? - zapytał, patrząc im w oczy. Bliźniacy z zapałem skinęli 

głowami, ale Adam z powątpiewaniem uniósł brwi. - Słyszałem coś innego. - Zapadła martwa 

cisza. - Sierżant Cooper powiedział mi, że rozrabialiście dzisiaj w samochodzie i bardzo 

zdenerwowaliście Laurę. Miała z wami tyle kłopotu, że zgubiła prawo jazdy. - Zerknął na nią, 

a jej na chwilę zabrakło powietrza.

A więc ten nadgorliwy policjant jednak zadzwonił do Adama, by ją sprawdzić. Co też 

powiedział   Adamowi?   Nagle   serce   zaczęło   jej   bić   jak   oszalałe.   Dopiero   po   chwili 

zorientowała się, że Adam zadał jej jakieś pytanie.

- Lauro!

- Słucham?

background image

- Pytałem, czy znalazłaś swoje prawo jazdy. Otworzyła usta, ale zanim wymyśliła 

jakaś sensowną odpowiedź, Wendy pogrążyła ją jednym zdaniem.

- Tatusiu, Laura nie zgubiła prawa jazdy,  tylko schowała pod fotelem - wyjaśniła 

uczynnie.

-   Schowała?   -   z   niedowierzaniem   powtórzył   Adam.   Laura   pobladła   i   zaraz 

poczerwieniała.

- Ja... ja... To było...

Adam opadł na oparcie krzesła.

- Schowałaś je, Lauro? Nie chciałaś pokazać prawa jazdy policjantowi?

Poczuła, że za chwilę się rozpłacze.

- Ja... ja się bałam.

- Bałaś się? Czego?

- Straciło ważność! - wymyśliła w przypływie natchnienia. - Zapomniałam je odnowić 

i straciło ważność.

- Straciło ważność.

- Tak. Zupełnie o tym zapomniałam. - Przełknęła ślinę.

- Kiedy zobaczyłam  te migające światła, wpadłam w panikę. Już przedtem byłam 

zdenerwowana, bo chłopcy... Jedyne, co mi przyszło do głowy, to żeby schować je pod fotel. 

Wiem, że to głupie, ale wtedy... No i udało mi się.

- Tak - w zadumie powiedział Adam. - Udało ci się. Laurę ogarnęło poczucie winy. 

Jak mogła być taka głupia i nieostrożna? Dlaczego już dawno nie wyrzuciła tego przeklętego 

dokumentu? Jeśli Adam się dowie, że go okłamała, będzie mu bardzo przykro. Na pewno też 

będzie zły i rozczarowany.

- W takim razie musisz je odnowić - zadecydował nagle.

- Nie możesz wozić dzieci bez ważnego prawa jazdy.

- Załatwię to - zapewniła, odwracając wzrok.

- Nie zapomnij.

- Przepraszam, że sprawiłam ci kłopot.

-   To   żaden   kłopot.   -   Odruchowo   przełożył   łyżkę   na   właściwe   miejsce.   -   A   ten 

Cooper... Nie był nieuprzejmy? Zachowywał się przepisowo?

To pytanie było tak nieoczekiwane, że musiała się chwilę zastanowić.

- Zachowywał się uprzejmie i bardzo mi pomógł. - Spojrzała znacząco na dzieci. - 

Przywołał niektórych do porządku.

- Dobrze. - Adam pogroził dzieciom palcem. - Macie być grzeczne w samochodzie, bo 

background image

inaczej będziecie mieć do czynienia nie tylko z policją. Rozumiecie?

Ryan   i   Robbie   skinęli   głowami   a   Wendy,   jako   ta,   co   najmniej   nabroiła,   odparła 

śmiało:

- Oczywiście, tatusiu.

- Świetnie. To kiedy kolacja?

Laura zamknęła oczy i uśmiechnęła się z ulgą.

-   Zapytam   Beverly   -   powiedziała   i   wyszła   do   kuchni.   Nie   widziała,   że   Adam 

odprowadził ją wzrokiem, niespokojnie przygładzając włosy dłonią.

Przewrócił   się   na   bok   i   postanowił   nie   otwierać   oczu.   Bardzo   potrzebował   snu. 

Ostatnio nocny spokój zakłócały mu rozmyślania o Laurze... i o jej kłamstwach. Nie miał 

żadnych wątpliwości, że go okłamuje, a on jej na to pozwala, bo nie chce, by odeszła. Kiedy 

ten młody policjant stał dziś przed jego biurkiem i dopytywał się o „pannę Beaumont”, uśmie-

chając się od ucha do ucha, miał ochotę wybić mu te białe zęby. Opanował się tylko dzięki 

sile woli, wyćwiczonej  w wojsku. Spokojnie  odpowiadał na pytania:  tak, zatrudnił Laurę 

Beaumont jako opiekunkę; nie, nie podejrzewa, żeby Laura Beaumont chciała ukryć swoje 

prawo jazdy przed organami władzy; owszem, to całkiem prawdopodobne, że w pośpiechu 

zapomniała portfela.

Ale ona go nie zapomniała...

- Czego się boisz, Lauro? - wyszeptał w ciemnościach. Bardzo chciał to wiedzieć. Za 

to doskonale wiedział, czego on się boi. Bał się, że nigdy nie znajdzie dla siebie pracy, w 

której byłby dobry. Bał się, że nie będzie umiał ułożyć sobie życia. Bał się, że wszystkie noce 

będą wyglądały tak samo jak ta. Będzie leżał bezsennie i będzie zadawał sobie pytanie, jak by 

to było, gdyby Laura go kochała. Bał się tego, że Laura się czegoś boi; bał się, że kocha 

kogoś innego albo że ktoś zdobędzie jej serce, ktoś taki jak Cooper.

Od razu się domyślił, dlaczego naprawdę Cooper przyszedł do jego biura. Zresztą 

policjant szybko przeszedł do rzeczy.

- Od razu wiedziałem, że wszystko jest w porządku, skoro ta dziewczyna pracuje u 

pana. Każdy, kto pracuje u waszej rodziny, na pewno jest dokładnie sprawdzany.

Adam odwrócił wzrok. Dlaczego jej nie sprawdził? Dobrze wiedział. Bał się tego, co 

mógłby odkryć.

- Szczerze mówiąc - ciągnął policjant - chciałem się zorientować w sytuacji. Uważam, 

że honorowy mężczyzna nie powinien wchodzić w drogę innemu, jeśli chodzi o kobietę. 

Postanowiłem przyjść do pana i się upewnić...

Adam powinien w tej chwili powiedzieć, że Laura jest wolną kobietą i decyduje sama 

background image

o sobie. Postanowił jednak nic Cooperowi nie ułatwiać. Policjant odchrząknął.

- Chodzi mi o to, że to piękna kobieta i w ogóle... Wiem też, że pan jest wolny... - 

Milczenie Adama najwyraźniej go deprymowało. - A ona mieszka w pana domu.

Dopiero wtedy Adam się uśmiechnął.

- Tak - potwierdził.

Świadomość, że mieszkają razem, dała mu taką satysfakcję, że musiał się przed sobą 

przyznać do uczuć głębszych niż pociąg fizyczny i wdzięczność. Tylko jak długo to jeszcze 

potrwa? Do końca semestru, do końca lata? A może dopóki ktoś taki jak sierżant Cooper nie 

zawróci jej w głowie. Adam spojrzał na przystojnego, pewnego siebie młodego człowieka i 

wiedział, że nie będzie stał bezczynnie i patrzył, jak ktoś taki chce go rozdzielić z Laurą. 

Odchrząknął i wyciągnął dłoń.

-   Dziękuję   -   powiedział   ku   zaskoczeniu   policjanta.   -   Ktoś   taki   jak   pan   to   dzisiaj 

rzadkość.   Wielu   mężczyzn   namawiałoby   kobietę   na   spotkanie,   nawet   wiedząc,   że   jest 

związana z innym.

Zrobiło mu się żal chłopaka, którego twarz wyraźnie posmutniała.

- A więc pan i ona...

Adam cofnął rękę. Żałował Coopera, ale nie był idiotą.

- Jak pan sam zauważył, to piękna kobieta, a moje dzieci ją uwielbiają. Dzięki niej 

nasz dom zmienił się na lepsze. Bez niej bylibyśmy zgubieni.

Cooper wbił wzrok w podłogę, głęboko rozczarowany.

- Cóż... A jeśli chodzi o dzieci, to dziś rano nieźle dały jej popalić. To przez nie 

jechała zygzakiem.

Adam skinął głową.

- Bywają bardzo uciążliwe. Od śmierci ich matki, półtora roku temu, ledwo dawałem 

sobie z nimi radę. Dzięki Laurze wszystko idzie ku dobremu. Porozmawiam z dziećmi.

Ale tak naprawdę tego nie zrobił. Poruszył temat złego zachowania chłopców tylko po 

to, by wyczuć, co Laura myśli o Cooperze. Tymczasem odkrył, że czegoś bardzo się boi. Tyl-

ko czego? Nawet jeśli jej prawo jazdy straciło ważność, to przecież nie jest zbrodnia. Nic mu 

się nie zgadzało. Zresztą nie pierwszy raz. Może lepiej będzie porozmawiać z nią otwarcie? 

Tak, to najlepsze rozwiązanie.

Włożył spodnie od dresu i szlafrok i już po chwili stał pod drzwiami Laury. Serce 

waliło mu jak młotem. A jeśli prawda oddali ich od siebie? Jeśli Laura będzie wolała raczej 

odejść, niż ją wyjawić? A jeśli on nie będzie umiał jej znieść? Oparł czoło o drzwi.

Po chwili odszedł z poczuciem, że właśnie zdołał uniknąć katastrofy. Wrócił do siebie, 

background image

zrzucił szlafrok i położył się do łóżka. Długo leżał z otwartymi oczami, a kiedy już zasypiał, 

jego ostatnią myślą było to, że kiedy się obudzi, Laura będzie w pobliżu. Przynajmniej na 

razie.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Usadowił się wygodniej w czarnym, skórzanym fotelu za biurkiem. Przetarł oczy i 

mocniej   przycisnął   słuchawkę   do   ucha.   Ziewnął   i   kiwając   w   milczeniu   głową,   słuchał 

wywodów siostry.

- Tak, wiem - odezwał się w końcu. - Rozmawiałem wczoraj z mamą Martwi się, że 

Rocky jest przykro, bo rodzina formalnie nie przywitała Luke'a. Waha się jednak, czy zwołać 

rodzinny zjazd, ze względu na tatę.

- Trudno ją za to winić - odparła Caroline. - Nathaniel szykuje się do przejęcia sterów. 

Każdemu powtarzam, że nie powinniśmy się zastanawiać nad motywami postępowania taty. 

Naszym prawdziwym zmartwieniem powinno być to, co Monica zrobi z akcjami. Szczerze 

mówiąc, nie wiem, co o tym wszystkim myślą Mike, Kyle i Kristina.

- Pewnie tak samo jak my nie wiedzą, co o tym myśleć - stwierdził z roztargnieniem.

Łatwo było przewidzieć reakcję Caroline.

- Adamie! Dobrze wiesz, że tata nigdy nie zrobiłby nic, co by zaszkodziło rodzinnym 

interesom. Przyznaję, że jego milczenie jest bardzo tajemnicze, ale trzeba mu zaufać.

Potrząsnął głową.

- W tej sprawie trudno się z tobą nie zgodzić, siostrzyczko.

W   wielu  sprawach  się  z   ojcem   nie  zgadzam,   ale   nigdy  nie   kwestionowałem   jego 

poświęcenia dla firmy. Może nawet bardziej bym go lubił, gdyby było ono mniejsze.

- Adam!

- Tak, wiem, że w twoich uszach brzmi to jak bluźnierstwo.

-   Pewnie   cię   to   zaskoczy,   ale   do   niedawna   twoje   poświęcenie   dla   wojska   bardzo 

przypominało postawę ojca.

Adam uśmiechnął się ponuro.

- Prawdę mówiąc, ktoś już mi zwrócił na to uwagę.

- Czyżby? A kto?

- Można powiedzieć, że zrobiła to Kate. - Jego głos przybrał łagodniejszy ton.

Nastąpiła chwila pełnej zadumy ciszy. Potem Caroline odchrząknęła cicho.

- Zapewne mówisz o spadku. Nie do końca rozumiałam, dlaczego Kate zostawiła ci 

ten album.

- Ponieważ była  bardzo mądra, oto dlaczego. - Adam uśmiechnął  się do siebie.  - 

Szczerze mówiąc, ktoś inny zrozumiał to prędzej niż ja.

- Doprawdy?

background image

- Nic więcej na ten temat nie powiem.

- Czy ten ktoś inny jest wysoką, zgrabną, długowłosą blondynką o ruchach baletnicy? 

- spytała żartobliwie siostra.

- Kto ci opowiadał o Laurze? - Adam zmarszczył brwi. Caroline roześmiała się.

- Tata wyrażał się o niej z zachwytem. Oczywiście.

- A co takiego mówił? - Czy to pytanie nie zabrzmiało zbyt nerwowo?

- Że nowa niania jest z zupełnie innej bajki niż poprzednie, i że to bardzo korzystna 

zmiana.

Już miał to ironicznie skomentować, ale postanowił zmienić temat.

- Jak się miewa Nick i mała Kate?

Caroline   roześmiała   się   cicho,   dając   mu   do   zrozumienia,   że   rozszyfrowała   jego 

strategię, ale skoro tak bardzo chce zmienić temat, to ona się zgadza.

- Nick ciężko pracuje, a Kate śpi.

- A ty?

- A ja czuję się świetnie, jak nigdy przedtem.

- Macierzyństwo wyraźnie ci służy - rzekł łagodnie.

- O tak.

W tonie tej odpowiedzi było tyle szczęścia i zadowolenia, że Adam poczuł ucisk w 

gardle. Nagle ogarnęła go tęsknota, której nie potrafił nazwać. Przez chwilę słowa siostry 

wcale do niego nie docierały.

- Właśnie dlatego do ciebie dzwonię, braciszku - mówiła Caroline. - Ty stoisz trochę z 

boku, więc twój punkt widzenia musi być bardziej obiektywny.  Jak myślisz, o co chodzi 

Monice?

Adam starał się zebrać chaotyczne myśli.

-   Może   po   prostu   chce   zdobyć   jak   największy   kawałek   tortu.   Tak   długo   była 

rzeczniczką Fortune Cosmetics, że pewnie jej się wydaje, że ma do tego prawo.

Caroline prychnęła ironicznie, co takiej damie jak ona nie zdarzało się często.

- O ile wiem, Monica Malone nigdy nie zadowoli się kawałkiem czegokolwiek.

- To prawda - zgodził się Adam. - No cóż, w takim razie pewnie zechce przejąć całą 

firmę.

- Firmę Kate - podkreśliła Caroline.

- Myślisz, że to dla niej ważne?

- Tak mi się wydaje.

Adam myślał przez chwilę, a potem wzruszył ramionami.

background image

- Nie ma sensu tego roztrząsać.

- Ale musimy być przygotowani - upierała się siostra.

- Wy musicie być przygotowani - odparował i westchnął. - Sama mówisz, że stoję 

trochę   z   boku.   Szczerze   mówiąc,   mam   inne   zmartwienia   niż   Monica   Malone   i   rodzinne 

interesy. Bardziej martwi mnie to, jak utrzymać dzieci.

- Przecież wiesz, że wystarczy jedno twoje słowo, a otworzą się przed tobą dowolne 

drzwi w naszej firmie...

- A ty wiesz, że nigdy tego nie zrobię - przerwał jej. - Dzięki za telefon, siostrzyczko. 

Przykro mi, że nie mogę bardziej ci pomóc, ale jak mówiłem, mam wiele spraw na głowie.

- Biedny Adam - powiedziała beztroskim tonem. - Nie martw się. Znajdziesz swoje 

miejsce na ziemi.

Adam w to wątpił. Zastanawiał się, dlaczego tak bardzo chce przerwać rozmowę z 

siostrą, chociaż tak naprawdę nie miał nic pilnego do zrobienia.

- Pozdrów ode mnie Nicka.

-   Dobrze,   dziękuję.   A   może   odwiedzicie   nas   w   któryś   weekend?   Tak   dawno   nie 

widziałam twoich dzieci.

- Oczywiście. Zadzwonię.

- Wiem, że nie zadzwonisz. Chyba powinnam o tym porozmawiać z Laurą.

-   Nie!   -   zaprotestował   gwałtownie.   -   W   takich   sprawach   ja   podejmuję   decyzje. 

Odwiedzimy was przy pierwszej okazji.

- Świetnie. Już się nie mogę doczekać.

- Do zobaczenia - pożegnał ją Adam i odłożył słuchawkę.

Sięgnął po kartonową teczkę z dokumentami, leżącą na szczycie stosu innych, i zaczął 

czytać. Po chwili zdał sobie sprawę, że nie dociera do niego ani jedno słowo. Odrzucił teczkę 

i zagłębił się w fotelu.

Był w podłym nastroju. Nic nie szło gładko, a nie mógł już się doczekać dnia, kiedy 

się zajmie jakaś pracą Jednocześnie miał już dość poszukiwań, nie potrafił się na niczym 

skoncentrować, nie życzył sobie niczyjego towarzystwa, z wyjątkiem... Na myśl o Laurze 

skrzywił się. Jeszcze tego brakowało, by zaczaj fantazjować na temat niani. Wystarczy, że 

nocami spędzała mu sen z powiek. Lepiej będzie, jeśli pomyśli o dzieciach.

Kto by przypuścił, że tych troje urwisów da mu tyle radości. Uśmiechnął się. Tak, to 

prawdziwe   urwisy.   Potrzebują   mocnej,   ręki.   Poprzednie   opiekunki   starały   się   je   trzymać 

krótko, lecz skutek był opłakany. Co takiego ma w sobie Laura, że potrafi do nich dotrzeć? A 

może   to   zmiana   w   jego   zachowaniu   wywiera   taki   dobroczynny   wpływ   na   dzieci?   Nie 

background image

zamierzał się oszukiwać. Wiedział, że dzieci nadal będą się buntowały, ponieważ mają silne 

charaktery, a przez ostatnie miesiące były zaniedbywane. Teraz jednak nabrał pewności, że 

sobie z nimi poradzi. Dlaczego więc tak bardzo chciał zatrzymać Laurę?

Okłamała go, ukrywa przed nim prawdę. Wiedział, że nie odnowiła prawa jazdy i 

pewnie   ma   ku   temu   jakieś   powody.   Boi   się,   tylko   kogo?   Przedstawicieli   prawa?   Miał 

nadzieję, że nie o to chodzi, ale niczego nie był pewny. Jak więc mógł powierzyć jej swoje 

dzieci? Mógł, ponieważ mimo wszystko jej ufał.

I także jej pragnął, pragnął Laury jak nikogo dotąd. To pragnienie nie pozwalało mu 

się skupić na niczym, wpływało na jego nastrój. Może również go zaślepiało?

Laura zerknęła na niego i odłożyła książkę. Siedział zamyślony, zapomniana gazeta 

leżała na jego kolanach. Po raz kolejny zastanawiała się, co go dręczy. Ostatnio wydawał się 

taki spięty i zatroskany. Cicho poszła do kuchni, wyjęła pękaty kieliszek, nalała do niego 

brandy i zaniosła do gabinetu.

-   Proszę.   -   Wyprostował   się   gwałtownie   i   spojrzał   na   nią.   -   Pomyślałam,   że   coś 

mocniejszego dobrze ci zrobi.

Zaskoczony wziął kieliszek z jej rąk.

- Dziękuję. - Wypił połowę jednym haustem. Laura usiadła na kanapie i podwinęła 

nogi. Trunek przyjemnie palił go w gardle.

- Jak ci minął dzień? - zapytała.

- Bez sensu.

- Tym razem też ci się nie poszczęściło? Potrząsnął głową.

- Sam już nie wiem. Może nadaję się tylko do pracy w wojsku?

- Dlaczego tak sądzisz?

Wypił mały łyk brandy i zamyślił się na chwilę.

- Może potrzebuję kogoś, kto by mi rozkazywał. Roześmiała się wesoło.

- Wydaje mi się, że lepiej ci wychodzi wydawanie rozkazów niż ich słuchanie.

- Być może. Kilku moich przełożonych na pewno by się z tobą zgodziło.

- Wydaje mi się, że mógłbyś robić wiele rzeczy.

- Owszem - przyznał - ale nie znalazłem jeszcze nic, co naprawdę chciałbym robić. 

Czy można się pasjonować wymianą klocków hamulcowych albo sprzedażą nieruchomości?

-   Na   pewno   wielu   ludzi   to   lubi   -   stwierdziła.   -   Ty  pewnie   szukasz   trudniejszego 

wyzwania.

- Chyba tak - mruknął. Usadowił się wygodniej i zaczął mówić, czy raczej głośno 

myśleć:   -   Chcę,   żeby   to,   co   robię,   stało   się   moją   pasją.   Chcę   niecierpliwie   oczekiwać 

background image

kolejnego   dnia   w   pracy.   Chcę...   najwyraźniej   chcę   za   dużo.   -   Westchnął   i   z   rezygnacją 

odchylił głowę w tył.

Postanowiła nie dopuścić, by wpadł w ponurą zadumę.

- Może zabierasz się do tego z nieodpowiedniej strony - rzekła ostrożnie. - Co cię 

interesuje? Jakie jest twoje hobby?

Skrzywił się.

- Nigdy nie miałem hobby.

- W takim razie, co lubisz?

Z rozmachem potrząsnął głową.

- Sam nie wiem.

Miała dość tej rozmowy, ale nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. Zsunęła się na 

skraj kanapy i powiedziała:

- Lubisz historię. Zauważyłam, że oglądasz w telewizji programy historyczne, czytasz 

historyczne artykuły.

Uniósł głowę i spojrzał na czasopismo na kolanach.

- To prawda, ale wszyscy lubią historię. Jest fascynująca.

- Wcale nie wszyscy ją lubią. Zmarszczył czoło.

- Ale powinni. Przecież historia... to my. To ona uczyniła nas tym, czym jesteśmy.

- Zgadzam się.

Usiadł prosto, nareszcie zainteresowany tematem.

- Dużo podróżowałem, więc patrzę na fakty historyczne z innej perspektywy. Chodzi 

mi o to, że nasz kraj jest młody, ze społecznego punktu widzenia. Pomyśl o Europie albo o 

Wschodzie. Tamte społeczeństwa liczą sobie tysiące lat! Najbardziej fascynuje mnie jednak 

to, jak powoli zmieniał się styl życia w Ameryce aż do dwudziestego wieku. Niewielu ludzi 

zdaje sobie z tego sprawę.

- Tak, to bardzo ciekawe - wyszeptała, uśmiechając się do siebie. Adam mówił dalej:

- Nie zrozumiemy zmian, jakie zachodzą w społeczeństwie, jeśli nie dowiemy się, jaki 

był punkt wyjścia. Weźmy choćby nacisk, jaki się teraz kładzie na zdrowy tryb życia. W 

przeszłości nikt się nie martwił nadciśnieniem, rakiem ani innymi chorobami, o których się 

tyle mówi. Po pierwsze, nie wiedziano, jak im zapobiegać i jak je leczyć. Po drugie, niewiele 

osób   dożywało   wieku,   w   którym   zaczynały   one   im   dokuczać.   Wiesz,   jaka   w   ubiegłych 

wiekach była główna przyczyna nagłej śmierci kobiet? - Miała powiedzieć, że porody, ale nie 

dał  jej  szansy. -  Ogień  -  oznajmił.  -  Bardzo   długo,  aż   do  wynalezienia  żelaznej  kuchni, 

gotowano wyłącznie na otwartym ogniu. A przypomnij sobie, jakie stroje nosiły kobiety aż do 

background image

początków dwudziestego wieku: długie, szerokie spódnice. W ciasnej kuchni bardzo łatwo 

było otrzeć się o rozżarzone węgle, a wtedy koniec! Cały strój zaczynał się palić. Zresztą 

właśnie   dla   uniknięcia   groźby   pożaru   kuchnie   często   budowano   osobno.   A   kto   zwykle 

pracował w kuchni?

- Oczywiście, kobiety - odparła.

- Jasne. A kiedy to zaczęło się zmieniać? Wraz w wkroczeniem gazu, elektryczności i 

wodociągów. - Odstawił kieliszek. - A pomyśl tylko o broni. Nie masz pojęcia...

Laura   patrzyła   na   niego   z   przyjemnością.   Był   taki   ożywiony,   przejęty.   Gdyby 

zobaczył   teraz   swoją   twarz,   wiedziałby,   co   go   naprawdę   fascynuje.   Ciekawiło   ją,   czy 

potrafiłaby go tak zafascynować jakaś kobieta. Potem przypomniała sobie dotyk jego rąk, ust, 

ramion. Instynkt mówił jej, że to, co mogłaby przeżyć z Adamem, nie dorównywało żadnemu 

z jej doświadczeń. Jak mogło jej się kiedykolwiek wydawać, że kocha Doyala albo że on ją 

kocha? A teraz, z powodu przeszłości, nie może pokochać mężczyzny, który ją pociąga. Nie 

może przecież narazić na niebezpieczeństwo jego dzieci. Wiedziała, że zostało jej niewiele 

czasu. Nagle ogarnął ją żal.

- Hej!

Nawet nie zauważyła, że Adam przysunął się do niej, dopóki nie wziął ją za rękę. 

Spojrzała na niego przytomnie. Siedział przed nią na skraju niskiego stolika i pochylał się ku 

niej.

- Co się stało? Widzę, że historia wojen to nie jest twój ulubiony temat, ale czy to 

powód, żeby od razu płakać?

Szybko wytarła oczy i roześmiała się z wysiłkiem.

- Przepraszam, nie słuchałam.

- Co się dzieje, Lauro? - zapytał, tym razem poważnie. Zdecydowała, że powie mu 

tylko pół prawdy.

- Och, to takie niemądre. Zdałam sobie sprawę, że nigdy się nie dowiem, jaką pracę 

wybierzesz. Nie będę patrzyła, jak rozwijają się twoje dzieci, nie zobaczę, czy rodzinie spo-

doba się mąż twojej siostry i co będzie dalej z twoim ojcem. Chyba się nie spodziewałam, że 

tak się zaangażuję w wasze sprawy.

- Nie musisz odchodzić - powiedział cicho. Oswobodziła rękę pod pretekstem, że chce 

usiąść wygodniej.

-   Wiem,   że   mogłabym   zostać,   dokąd   dzieci   będą   mnie   potrzebowały.   -   Musiała 

skłamać jeszcze raz. - Ale co z moimi planami? Z moimi marzeniami?

- Na pewno istnieje jakiś sposób, żebyś mogła studiować, jednocześnie tu mieszkając.

background image

O tym nie pomyślała. Szybko pokręciła głową.

-   Nie   mogłabym   jednocześnie   studiować   i   zajmować   się   dziećmi.   One   potrzebują 

więcej uwagi.

Adam pochylił się, chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie, tak że ich kolana się 

zetknęły.

- Nie chcę, żebyś odchodziła. Potrzebuję cię. Czy to... Przycisnęła palce do jego ust.

- Nic nie mów - wyszeptała. - Nie utrudniaj mi tego. Odsunął jej rękę i przyciągnął ją 

jeszcze bliżej.

- Lauro... - W tym słowie zawarł prośbę i żądanie. Zsunęła się z kanapy i przyklękła 

przed nim na podłodze.

Poddała się jego pocałunkowi, wiedząc, że tylko na tyle może sobie pozwolić. Objęła 

go i odchyliła głowę w tył. Wiedziała, że Adam próbuje ją ze sobą związać jeszcze bardziej, 

choćby tylko pożądaniem. Wsunął jej rękę pod sweter, a ona zaczęła drżeć. Nie podejrzewał 

nawet, jak bardzo chciała dać mu całą siebie. Nie mogła mu tego powiedzieć. Łzy znów 

napłynęły jej do oczu. Spojrzał na nią i odgarnął jej włosy do tyłu.

- Lauro, powiedz mi, że nie odejdziesz. Powiedz, że zostaniesz. Proszę cię o to.

Spojrzała mu smutno w oczy.

- Przepraszam - wyszeptała.

Drgnął, jakby ktoś wymierzył  mu policzek. Jego oddech stał się urywany i ciężki. 

Gwałtownie wypuścił ją z objęć i odwrócił twarz. Laura pochyliła głowę i wstała. Siłą woli 

powstrzymywała się, by mu nie powiedzieć, jak bardzo chce zostać, jak mocno pokochała 

jego i dzieci. Tylko strach o ich bezpieczeństwo sprawiał, że chciała stąd odejść. Ruszyła do 

drzwi.

-   Mam   nadzieję,   że   jutro   nie   oskarżysz   mnie   o   niemoralne   zamiary   -   powiedział 

uszczypliwie.

Laura zatrzymała się i spojrzała na niego.

- Nie, nie będzie żadnych oskarżeń ani udawania, że nie chciałam się z tobą całować. 

Nie tym razem.

Zerwał się na równe nogi i podszedł do niej.

- A dlaczego wtedy to zrobiłaś? Dlaczego udawałaś, nawet przed samą sobą, że tego 

nie chcesz?

Uśmiechnęła się ironicznie.

- Żadna kobieta nie lubi wychodzić na idiotkę.

- To, że mnie pragniesz, miałoby robić z ciebie idiotkę? Potrząsnęła głową, połykając 

background image

łzy.

-   Nic   z   tego   nie   będzie.   Muszę   odejść.   Tylko   idiotka   chciałaby   jeszcze   bardziej 

skomplikować i tak trudną sytuację.

Przygładził ręką włosy.

- Jutro zadzwonię do agencji - powiedział szorstko. Uniosła głowę i wyprostowała się 

sztywno.

- Dobrze. Dziękuję ci. - Odeszła, starając się nie przyspieszać kroku. Łzy płynęły jej 

po twarzy.

- Adamie, masz gościa. Pani Wilton.

Powiedziała to miłym,  pozbawionym  emocji głosem. Trochę go to zirytowało, ale 

kiedy podniósł wzrok, zobaczył na twarzy Laury skurcz bólu. Szybko nad nim zapanowała, 

ale   w   nim   obudziła   się   nadzieja.   Specjalnie   umówił   się   na   rozmowę   z   kandydatką   na 

opiekunkę tak, by Laura była jej świadkiem. Chciał się przekonać, jak zareaguje. Teraz już 

wiedział. Bez względu na to, co mówiła, nie chce odejść. Dlaczego więc tak się upiera? Wstał 

i przywitał się z drobną kobietą o niemal dziecięcej sylwetce. Uścisnął serdecznie jej dłoń i 

przyjrzał się bliżej. Musiała mieć około trzydziestu lat.

- Witam panią. Jestem Adam Fortune. Proszę usiąść. - Mała kobietka energicznie 

skinęła głową i usiadła na kanapie. Laura chciała odejść, ale zatrzymał ją. - Zostań, Lauro. 

Ponieważ pani Wilton być może zajmie twoje miejsce, pewnie zechce ci zadać parę pytań.

Przerażenie Laury było wyraźnie widoczne, ale dziewczyna dzielnie stawiła mu czoło.

- Chętnie pomogę, jeśli tylko będę mogła - odrzekła nieco drżącym głosem.

Pani Wilton nie zwróciła na to uwagi. Zdjęła rękawiczki i starannie złożyła  je na 

kolanach.

- Mam jedno pytanie, jeśli można - zaczęła oficjalnie.

- Proszę bardzo - odparła Laura.

Kobieta zerknęła na Adama, jakby krępowała ją jego obecność, chociaż widać było, że 

wcale nie jest zdenerwowana.

- Zastanawiam się, dlaczego pani odchodzi.

Laura   otworzyła   usta,   ale   zaraz   je   zamknęła   i   spuściła   głowę.   Nie   mogła   dłużej 

udawać obojętności. Adamowi ścisnęło się serce. Skoro Laura tak bardzo nie chce odejść, to 

dlaczego ciągnie tę farsę? Teraz jednak nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Musi ratować 

ją z opresji, w jaką wpędził Laurę jej własny upór. Zwrócił się do pani Wilton i wyjaśnił:

- Panna Beaumont podjęła tę pracę tylko tymczasowo. Zapewniam, że jej odejście nie 

jest spowodowane niezadowoleniem którejś ze stron. Było planowane już od dawna.

background image

Ta odpowiedź usatysfakcjonowała panią Wilton.

- Zapewne chciałby pan to obejrzeć, zanim przejdziemy do dalszej części rozmowy.

Wyjęła z torebki kopertę. Zupełnie nie zwróciła uwagi na nieszczęśliwą minę Laury, a 

to mu się nie spodobało. Szybko przejrzał kilka kartek wyjętych z koperty. Były to niezwykle 

pochlebne opinie byłych pracodawców pani Wilton. Udawał, że bardzo go interesują, lecz 

całą uwagę skupił na Laurze, która ponuro milczała. Zwrócił papiery pani Wilton i rzekł 

niezobowiązująco:

- Widać, że ma pani duże doświadczenie.

- Owszem.

Przez kilka minut pani Wilton z dumą opisywała swą drogę zawodową, ale Adam 

koncentrował się wyłącznie na tym, by nie patrzeć na Laurę. Przy pierwszej sposobności 

przerwał swej rozmówczyni.

- To wprost imponujące. Będę miał o czym myśleć. Dziękuję pani.

Kandydatka na nianię przygładziła niesforny kosmyk, który sterczał za lewym uchem. 

Widać było, że ta drobna niedoskonałość schludnej, krótkiej fryzury bardzo ją denerwuje. 

Najwyraźniej nie tolerowała nawet drobnych niedoskonałości.

- A teraz chciałabym zobaczyć dzieci, jeśli można - oznajmiła.

Zaskoczony Adam wyjaśnił z wymuszonym uśmiechem, że postanowił nie wciągać 

dzieci w poszukiwanie nowej opiekunki, dopóki nie zawęzi listy kandydatek.

- Są jeszcze bardzo małe - tłumaczył. - Nie chcę wprowadzać zbędnego zamieszania w 

ich życie.

Słysząc, że jej kandydatura nie została od razu przyjęta, pani Wilton zesztywniała.

- Ach, tak. Ale chyba pan rozumie, że nie mogę się zdecydować na tę pracę, dopóki 

nie poznam dzieci.

- Oczywiście. - Adam z trudem powstrzymywał się przed zgrzytaniem zębami. Wstał i 

podał rękę gościowi.

Brwi pani Wilton podjechały aż pod grzywkę. Wstała bez jego pomocy i zebrała swoje 

rzeczy.

- Nie mogę panu obiecać, że nie przyjmę innej posady, zanim się pan ze mną nie 

skontaktuje - oświadczyła energicznie.

- Naturalnie. Dziękuję, że zechciała pani do nas przyjść.

Odprowadził   do   drzwi   wyraźnie   niezadowoloną   panią   Wilton   i   szybko   wrócił   do 

gabinetu. Laura stała przy oknie i spoglądała na pokrytą śniegiem okolicę. Podszedł do niej i 

po krótkiej chwili wahania przyciągnął ją do siebie.

background image

- Nie możesz dłużej udawać, że nie chcesz tu zostać. Wiem, że to nie ambicja każe ci 

odejść. Powiedz mi, co cię dręczy.

Oparła głowę na jego ramieniu i z wolna nią pokręciła.

- Nie mogę. Zresztą nie ma to znaczenia. Ujął ją pod brodę i zwrócił jej twarz ku 

sobie.

- Lauro - wyszeptał błagalnie i lekko dotknął wargami jej ust. Zadrżała, ale odwróciła 

twarz.

- Proszę cię, przestań. To i tak jest już bardzo trudne. Nie wiedział, jak ją przekonać, 

żeby zmieniła zdanie. Mógł tylko ofiarować jej milczące wsparcie i trzymać ją w objęciach 

tak długo, jak tylko będzie to możliwe.

Zamknęła oczy i przez chwilę czuła się bezpiecznie. Chwila ta nie mogła jednak trwać 

wiecznie. Od myśli o odejściu z tego domu gorsza była jedynie myśl, że Doyal może ją tu 

znaleźć.

Wiedziała,   że   tym   razem  nie   dałby   jej   uciec   i   nawet   gdyby   jakimś   cudem   nie 

skrzywdził rodziny Adama, to i tak dzieci by ucierpiały z powodu jej niewytłumaczalnego 

zniknięcia. Musi zaaranżować to inaczej, musi przekonać Adama, że to jej własna decyzja, że 

tego naprawdę chce. Ale jeszcze nie teraz...

Stała, opierając głowę na jego ramieniu, ciesząc się każdą chwilą bliskości. Odejdzie, 

kiedy Adam znajdzie kogoś na jej miejsce. Obiecała to sobie, a ona dotrzymuje obietnic. 

Przekona go, że naprawdę chce odejść. Teraz jednak jeszcze przez chwilę będzie wierzyła, że 

jest kochana i bezpieczna...

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Jeszcze czuła szczypanie mrozu na policzkach, ale nos już zaczynał się robić ciepły. 

Wrócili właśnie ze spaceru i dzieci zaczęły niezdarnie zdejmować ciepłe okrycia. Robbie 

chciał   się   pozbyć   czapki,   ale   jednocześnie   chwycił   kosmyk   włosów,   więc   przerażony 

krzyknął boleśnie.

- Daj, pomogę ci - zaproponowała i uklękła przy chłopcu. Zdjęła mu czapkę i zwróciła 

się   do   Ryana.   Wendy   sama   zdjęła   wełnianą,   różowo   -   niebieską   kominiarkę   i   teraz   jej 

delikatne włosy sterczały na wszystkie strony, a spinka na czubku głowy przekrzywiła się. 

Laura poprawiła dziewczynce fryzurę, a potem odruchowo ucałowała ją w czoło. Natychmiast 

cała trójka rzuciła się na nią i obsypała ją pocałunkami. Laura pod ciężarem dzieci straciła 

równowagę i musiała usiąść na podłodze. Chociaż śmiała się wesoło, serce jej pękało. Jak 

może zostawić te maluchy? Przecież one ją kochają...

Kiedy   wybuch   uczuć   dobiegł   końca,   usiadła   prosto   i   pomogła   Robbiemu   zdjąć 

rękawiczki i kurtkę. Ryan nie czekał na pomoc, tylko w dzikich podskokach sam się rozebrał. 

Wysłała dzieci do łazienki, by umyły ręce, i obiecała, że przyjdzie do nich za chwilę. Zdjęła 

kurtkę i szalik, włożyła ciepłe ubrania do szafy w korytarzu i postanowiła znaleźć Beverly, by 

zapytać ją o kolację. Zabawy w śniegu świetnie wpływają na apetyt.

Już miała wejść do kuchni, kiedy usłyszała wesoły śmiech.

Zatrzymała się i wytężyła słuch. Rozróżniła dwa głosy, męski i kobiecy. Brzmiała w 

nich   doskonała   harmonia   i   można   się   było   domyślić,   że   ta   para   świetnie   się   rozumie. 

Ciekawość i strach kazały jej podejść pod drzwi gabinetu. Kiedy zatrzymała się w progu, jej 

serce zmieniło się w kamień.

Na kanapie, wpatrzeni w siebie, siedzieli Adam i jakaś szczupła, ładna kobieta, mniej 

więcej w jego wieku. Oczy im błyszczały, rozmawiali wesoło i z ożywieniem. Kiedy Adam 

ujął   rękę   nieznajomej,   Laura   poczuła   bolesny   skurcz   zazdrości.   Ból   był   tak   silny,   że   aż 

przycisnęła   rękę   do   brzucha.   W   tej   samej   chwili   Adam   ją   zauważył   i   uśmiechnął   się 

promiennie.

- O, jesteś już, Lauro. Poznaj Jane.

Kobieta posłała Laurze przyjazny uśmiech. Była ładna, miała duże, inteligentne szare 

oczy, rudawe włosy i regularne rysy twarzy. Oczy jej lśniły, jakby coś bardzo ją rozbawiło.

- Witaj, Lauro - odezwała się dźwięcznym głosem. - Rozumiem, że poskromiłaś tych 

małych dzikusów.

- Słucham?

background image

Adam parsknął śmiechem.

- Właśnie, gdzie są dzieci? Jane chce je zobaczyć. Serce Laury z głuchym hukiem 

pękło na pół. A więc to już.

- Przyprowadzę je - wymamrotała półprzytomnie.

- Dziękuję - odparł Adam i wrócił do rozmowy z Jane.

Na niepewnych nogach doszła do łazienki, w której rozbrzmiewały chichoty i plusk 

wody. Dzieci stały na stołkach, pochylone nad umywalką. Na rękach miały mydlaną pianę, 

którą usiłowały rozmazać sobie nawzajem na twarzach. Za chwilę mydło mogło się dostać 

któremuś z nich do oczu.

- Przestańcie - nakazała im monotonnym głosem. Mimo to cała trójka znieruchomiała 

i spojrzała na nią wyczekująco. Laura poczuła, że łzy napływają jej do oczu. - Wasz ojciec 

chce, żebyście przyszły do gabinetu. Macie gościa.

- Gościa! - pisnęła z radością Wendy.

- Kto to? - dopytywał się Robbie.

Laura uśmiechnęła się, chociaż oczy miała szkliste. Przynajmniej tyle mogła dla nich 

zrobić.

- To bardzo miła pani. Na pewno ją polubicie.

Robbie jęknął, Ryan od razu zrobił to samo, natomiast Wendy szybko zeszła ze stołka. 

Jej ciekawość udzieliła się chłopcom, którzy natychmiast podążyli za siostrą. Laura wiedziała, 

że powinna im przypomnieć, by byli grzeczni, ale nie zdobyła się na to. Jeszcze nigdy w 

życiu nie była taka nieszczęśliwa. Stłumiła szloch i poszła do swojej sypialni. Skoro tak ma 

być, to niech będzie. W głębi serca wiedziała, że Jane doceni te dzieci i będzie doskonałą 

nianią. Adam uczynił słuszny wybór. Jane na pewno potrafi być i czuła, i stanowcza, będzie 

dbała o to, żeby zbliżyć dzieci do Adama.

Właśnie. Adam. Laura od razu zauważyła, że Jane rozumie i docenia Adama - zresztą 

nie bez wzajemności. Tych dwoje łączy jakaś bardzo bliska więź. Adam zachowywał się przy 

Jane tak swobodnie i beztrosko. Laura usiadła na łóżku i zapłakała.

Przez   chwilę   wmawiała   sobie,   że   Jane   na   pewno   jest   zamężna   lub   przynajmniej 

zaręczona, ale doskonale wiedziała, że nianie to zwykle kobiety samotne. Może byłoby nawet 

lepiej,   gdyby  Jane  okazała  się wolna.  Laura   nie  chciała,  by Adam  żył samotnie.   Wolała 

myśleć, że jego życie będzie pełne i satysfakcjonujące. Właśnie wtedy zdała sobie sprawę, że 

go kocha. Zrozumiała, że to, co czuła do Doyala, było wynikiem jej niedojrzałości, niewiedzy 

i desperackiej potrzeby związania się z kimś.

Trudno było jej to przyznać, ale bardzo potrzebowała drugiego człowieka. Samotna i 

background image

przerażona, nie miała krewnych ani prawdziwych przyjaciół. Po śmierci siostry Agnes zasta-

nawiała się czasami, czy w ogóle istnieje. Jeśli w lesie przewróci się drzewo, a w pobliżu nie 

ma nikogo, kto by to usłyszał, to czy rzeczywiście wydało jakiś dźwięk? Jeśli człowiek żyje, 

ale nikt tego nie zauważa, to czy naprawdę istnieje? Uciekając przed Doyalem, często się nad 

tym  zastanawiała. Te myśli  opuściły ją dopiero, gdy zamieszkała  w domu Adama. Tutaj 

poczuła, że istnieje naprawdę, stanowiła część czyjegoś życia, była potrzebna. Do tej chwili.

Zamknęła oczy z nadzieją, że to już długo nie potrwa. Nie chciała, by pożegnanie 

ciągnęło   się   w   nieskończoność.   Wstała,   wyjęła   torbę   podróżną   i   zaczęła   się   pakować. 

Zauważyła, że ma więcej ubrań niż w dniu swojego tu przybycia. Adamowi nieraz udało się 

ją   namówić,   żeby   coś   sobie   kupiła.   Po   chwili   na   łóżku   leżało   kilka   stosów   starannie 

złożonych ubrań.

- Laura? - Rozległo się pukanie do drzwi.

Zamarła. A więc nie zwlekał z przekazaniem jej wiadomości. Może to i dobrze. Im 

szybciej, tym lepiej dla wszystkich.

- Proszę - powiedziała z rezygnacją.

Adam wszedł do środka, wesoło uśmiechnięty.

-   Czekamy   na   ciebie   z   lunchem.   Dzieci   są   takie   głodne,   że   chyba   zaraz   zjedzą 

serwetki. Już... - Spojrzał na łóżko i uśmiech zniknął z jego twarzy. - Co robisz?

- Pakuję się.

Przez długą chwilę nic nie mówił. Potem zapytał:

- A dlaczego się pakujesz?

Złożyła parę skarpetek i położyła je obok innych.

- Nie udawajmy, że nic się nie dzieje. Ona się doskonale nadaje. Przyjrzałam się jej i 

wiem, że to odpowiednia osoba.

- Spojrzała mu w oczy i wydało jej się, że dostrzega w nich rozbawienie i smutek, a 

przecież   to   nie   było   możliwe.   -   Jeśli   jeszcze   jej   nie   przyjąłeś,   to   zrób   to   zaraz.   Jane   to 

doskonały wybór, zapewniam cię.

- Co ty za bzdury wygadujesz - powiedział i przyciągnął ją do siebie. - Dzwoniłem do 

agencji i wszystko odwołałem.

- Słucham? - Odsunęła się od niego, starając się opanować drżenie, jakie wywołała 

jego bliskość.

- Zadzwoniłem do agencji i powiedziałem, żeby nie przysyłali więcej kandydatek.

- A więc zgadzasz się ze mną, że Jane się nadaje? Chwycił ją za ramiona i mocno 

potrząsnął.

background image

- Zrobiłem to, zanim Jane przyszła z wizytą! - oznajmił.

- Nie mogłem pozwolić, żebyś odeszła. Nie zniósłbym tego.

- Objął jej twarz dłońmi. - Jane to moja kuzynka.  Wyjeżdża  z Minnesoty.  Babka 

zostawiła   jej   dom   w   Maine   i   Jane   postanowiła   przeprowadzić   się   tam   z   Codym,   swoim 

synem, jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. Przyjechała do nas się pożegnać.

Co za ulga. Pod Laurą ugięły się kolana.

- Kuzynka? - powtórzyła słabym głosem.

- Kuzynka - potwierdził radośnie.

Zaniknęła oczy i oparła mu głowę na ramieniu. Nawet nie wiedziała, kiedy go objęła. 

Poczuła jego usta na włosach i siłę jego uścisku. Stali tak przez długą, słodką chwilę, a potem 

Adam poprowadził ją do drzwi, obejmując ciasno ramieniem.

- Chodźmy coś zjeść - powiedział. - Później posprzątasz ten bałagan. Na razie nigdzie 

nie wyjeżdżasz.

Na razie. Czuła jego rękę na ramieniu, ale odsunęła się od niego dopiero, gdy mieli 

wejść do jadalni.

Zwykle   jadali   w   kuchni,   ale   przy   kuchennym   stole   wygodnie   mogły   usiąść   tylko 

cztery osoby. Chłopcy nadal byli  mali, więc mogli siedzieć obok siebie po jednej stronie 

stołu. Jednak obecność gościa sprawiła, że dzisiaj lunch miał być podany w jadalni. Laura z 

przyjaznym uśmiechem weszła do pokoju.

- Przepraszam, że kazałam wam na siebie czekać. - Adam odsunął jej krzesło i usiadła 

za stołem.

- Nic nie szkodzi - zapewniła Jane. - Rozmawiałam z dziećmi. Wiesz, wiele o tobie 

słyszałam.

- Tak? - Laura spojrzała pytająco na dzieci, potem na Adama.

- Zapewniam cię, że były to same dobre rzeczy - z uśmiechem przekonywała ją Jane.

-   Kocham   dzieci,   a  pracować   dla   Adama   to   przyjemność   -   odparła   Laura,   czując 

wypieki na policzkach.

- Pracować dla Adama to przyjemność? - Jane przyłożyła szczupłą dłoń do piersi. - 

Mówisz o moim kuzynie Adamie, miłośniku wojskowego drylu?

-   Bardzo   śmieszne   -   wtrącił   Adam   z   przekąsem.   -   Coś   ci   powiem,   droga   Jane. 

Wolałbym   zmierzyć   się   sam   na   sam   z   Saddamem   Hussajnem,   niż   opanować   tę   trójkę 

łobuziaków. Chylę głowę przed strategią Laury. To ona jest tu generałem, ja tylko kapitanem.

- Jestem pod wrażeniem. - Jane spoglądała to na Laurę, to na kuzyna. Przed każdym 

stał już talerz z pasztecikami i miseczka zupy z brokułów. Laura bardzo ją lubiła.

background image

- My tu rozmawiamy o głupstwach, a lunch stygnie - powiedziała beztrosko i wzięła 

łyżkę.

Dzieci   jakby   czekały   na   ten   sygnał.   Rzuciły   się   najedzenie   niczym   stado 

wygłodniałych   wilków,   co   wywołało   wybuch   śmiechu   ojca.   Jane   z   uśmiechem   pokręciła 

głową.   Po   dwudziestu   minutach   przed   Adamem,   Laurą   i   dziećmi   stały   już   niemal   puste 

talerze, tylko Jane prawie nie ruszyła swojej porcji.

- Nie smakowało ci? - zapytał Adam.

- Ależ smakowało - odparła, wycierając usta serwetką - tylko zjadłam dziś u mamy 

obfite śniadanie.

Adam wzniósł oczy do nieba.

- Czyżby Sheila nadal próbowała cię utuczyć?

- Oczywiście. - Uśmiech Jane trochę przybladł. - Nie wiesz, dlaczego nie mogę złapać 

męża? Bo jestem za chuda.

-   Wcale   nie   jesteś   za   chuda   -   zaprotestowała   Laura.   Adam   i   Jane   wybuchnęli 

śmiechem. Dzieci również się roześmiały, chociaż nie wiedziały, o co chodzi, tak samo jak 

Laura. Kiedy gwar ucichł, Adam odsunął talerz i powiedział:

-   Jane   przedstawiła   mi   pewną   propozycję.   Chciałbym   usłyszeć   twoją   opinię. 

Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy nie tak dawno? - Laura, trochę zmieszana, potrząsnęła 

głową. - Zapytałaś, co mnie naprawdę interesuje.

- A tak. Odpowiedziałeś, że historia.

- Posłuchaj tylko. Jane odziedziczyła dom w Maine.

- Bardzo interesujące stare domostwo - wtrąciła kuzynka.

- Postanowiła się tam przeprowadzić z Codym.

-   Cody   to   mój   syn.   -   W   głosie   Jane   pobrzmiewała   duma.   -   Ma   sześć   lat.   - 

Przepraszająco spojrzała na Adama. - Babcia nie może się nim nacieszyć, więc nie wypuściła 

go dziś z domu.

To zabawne. Zwykle nie ma dla mego czasu, ale teraz, kiedy postanowiłam wyjechać, 

wciąż mi powtarza, że jestem okrutna, ponieważ go jej zabieram.

- Sheila nie rozumie, jak ktoś może z własnej woli oddalić się od rodziny Fortune'ów - 

wyjaśnił Adam sucho.

-  Sam  o tym  wiesz  najlepiej.   - Jane  spojrzała  na  Laurę  i  wyjaśniła:   - Adam  i  ja 

jesteśmy czarnymi owcami w rodzinie. No, może on jest szarą owcą, a ja czarną.

To   dlatego   tak   się   dobrze   rozumieją,   pomyślała   Laura.   Dwoje   kuzynów,   którzy 

wybrali własną drogę. Zastanawiała się, co takiego zrobiła Jane, że została najczarniejszą 

background image

owcą ze stada.

Adam posłał kuzynce pełne irytacji spojrzenie i znów zwrócił się do Laury:

- Jane prowadzi tu interes, nie związany z żadną z rodzinnych firm.

- Chcę go sprzedać - oznajmiła Jane. - Tak będzie łatwiej. Po prostu otworzę nowy 

sklep w Maine.

- Sklep? - powtórzyła Laura.

- Sklep z antykami - wyjaśnił Adam.

Antyki. Historia. Laura bezwiednie chwyciła Adama za rękę.

- To cudownie!

Adam uśmiechnął się radośnie, ale zaraz oprzytomniał.

- Zaczekaj chwilę. Niewiele wiem o antykach.

- Wiesz więcej, niż ci się wydaje - zapewniła Laura z entuzjazmem. - Pamiętasz, jak 

mi opowiadałeś o stylu życia w minionych wiekach?

- Wiele podróżowałeś - dodała Jane. - W Europie na pewno się czegoś dowiedziałeś na 

ten temat.

- No i możesz pogłębić wiedzę - zauważyła Laura. - O antykach tyle napisano. W 

bibliotece znajdziesz mnóstwo książek.

-   Nie   zapomnij   o   college'u   -   rzekła   Jane.   -   Słyszałam   o   co   najmniej   jednym 

seminarium, na które możesz od razu się zapisać. No i nie wolno ci nie doceniać Hollisa. Ten 

starszy pan nauczył mnie wszystkiego, co wiem. W antykwariacie jest wprost nieoceniony. 

Jestem pewna, że nie zrezygnuje z pracy.

Adam zamyślił się.

- Trzeba będzie dokonać wyceny, zrobić spis - wymamrotał.

-   Już   się   tym   zajęłam   -   powiadomiła   go   kuzynka.   -   Na   pewno   będziesz   chciał 

sprawdzić księgi rachunkowe. Porozmawiaj o tym  ze swoim księgowym.  Niech on wyda 

opinię.

- O to chyba nie musimy się martwić - zaoponował.

- Musisz to zrobić - twardo stwierdziła Jane. - To jeden z warunków sprzedaży.

- A twoja agentka? - zapytał Adam. - Co powie, jeśli sama znajdziesz nabywcę?

Jane uśmiechnęła się triumfalnie.

- Noszę nazwisko Fortune. Mam żyłkę do interesów, chociaż może nie do rodzinnych 

interesów. Wynegocjowałam  z moją  agentką sprawiedliwą  umowę. Jeśli sama znajdę na-

bywcę na sklep, ona nie będzie miała nic przeciwko temu. Zwrócę jej poniesione koszty, a 

sama sporo zaoszczędzę na marży. Więc co ty na to?

background image

Adam w zamyśleniu podrapał się w policzek.

- Daj mi dzień lub dwa do namysłu  - powiedział w końcu. Jane pochyliła  się ku 

Laurze i rzekła konspiracyjnym szeptem:

- Już go mam!

- Powiedziałem, że się zastanowię - zaprotestował.

- Zrobi to - oznajmiła Jane Laurze. - Znam go. Zawsze najpierw podejmuje decyzję, 

potem zaczyna mieć wątpliwości, aż wreszcie wraca do pierwszego rozwiązania. Zobaczysz.

- Z kuzynkami jest zawsze ten sam problem. - Adam splótł ramiona. - Wydaje im się, 

że świetnie cię znają.

Laura zerknęła na Jane, a ta puściła do niej oko. A więc nie myliła się co do niej. Była 

to wspaniała, mądra, silna kobieta, doskonale nadawałaby się na opiekunkę i partnerkę. Całe 

szczęście, że jest kuzynką Adama.

Po   lunchu   wszyscy   przeszli   do   gabinetu.   Laura   przyniosła   kredki   i   książeczki   do 

kolorowania, położyła się z dziećmi na podłodze i zachęciła je do zabawy, gdy tymczasem 

Adam rozmawiał z Jane. Rozmowa zeszła na temat ich ojców. Okazało się, że Jane nie mogła 

rozszyfrować zachowania Nathaniela, tak samo jak Adam zachowania Jake'a. Po pewnym 

czasie Laura musiała opuścić gabinet, by położyć dzieci spać, a gdy wróciła, zastała kuzynów 

pogrążonych w dyskusji na temat sprzedaży akcji Monice Malone. Chciała wyjść, czując się 

jak intruz, ale Adam dał jej znak, by z nimi została. Zrobił jej miejsce obok siebie na kanapie, 

a kiedy usiadła, naturalnym gestem otoczył ją ramieniem.

W końcu Jane zaczęła szykować się do wyjścia.

- Było mi bardzo miło - oznajmiła. - Cody już się pewnie o mnie martwi. Świetnie 

sobie radzi z moją mamą, ale nawet jego cierpliwość kiedyś się kończy.

- Musi być bardzo dojrzały jak na swój wiek - zauważyła Laura. - Mówisz o nim jak o 

dorosłym człowieku.

Jane uśmiechnęła się czule.

- To wyjątkowo inteligentny chłopiec i pod wieloma względami bardziej dojrzały niż 

moja matka.

Laura słuchała tego zaskoczona i trochę zażenowana, ale Adam uspokajająco poklepał 

ją po kolanie.

- Kto zna Sheilę, wie, o co chodzi - stwierdził surowo.

-  Tak,   to  trzeba  zobaczyć   na  własne  oczy.  -  Jane   roześmiała  się.  -  Gdybyśmy   ci 

opowiedzieli o wszystkich jej wyczynach, nie uwierzyłabyś. Ale ona tak samo myśli o mnie. - 

Ostatnie  zdanie wypowiedziała  ze  smutkiem i ku zaskoczeniu  Laury,  z poczuciem  winy. 

background image

Nagle wstała. - Naprawdę muszę już iść.

Adam odprowadził ją do wyjścia.

- Dobrze, że nas odwiedziłaś. - Zamknął ją w niedźwiedzim uścisku. - Bardzo żałuję, 

że wyjeżdżasz.

- Ale mnie rozumiesz. Muszę zacząć samodzielne życie.

- Rozumiem - zapewnił ją.

Wyciągnęła rękę do Laury i spojrzała na nią tak, jakby poznała jakiś jej sekret.

- Miło było cię poznać, Lauro. Nie pozwól mu zrezygnować ze sklepu. Wiemy, że to 

coś akurat dla niego, prawda?

Laura  już   chciała  zaprotestować,   że  ona  nie   ma   tu  nic  do  powiedzenia,   ale   tylko 

uścisnęła rękę Jane i odrzekła:

- Mam nadzieję, że będziesz w Maine szczęśliwa.

- Wydaje mi się, że tak - stwierdziła na odchodnym Jane. Laura czuła się tak, jakby 

ktoś obdarzył ją komplementem.

Zdaniem Jane, miała wpływ na Adama, a przecież jest tylko nianią, i to zatrudnioną 

tymczasowo. Minęło kilka minut, zanim Adam wrócił do gabinetu. Wydawał się pogrążony w 

myślach.

- I jakie jest twoje zdanie? - zapytał, siadając przy niej.

- O Jane? To cudowna kobieta. Uśmiechnął się.

- O, tak. Jane Fortune jest niezwykła. Z całej rodziny chyba najbardziej ją lubię.

- Jesteście pokrewnymi duszami.

- Można tak powiedzieć - zgodził się. - Nigdy nie chciała zajmować się rodzinną 

firmą, i to z podobnych powodów co ja. Dla jej ojca interesy rodziny są całym życiem. No i 

jeszcze jej matka. Nathaniel rozwiódł się z Sheilą wiele lat temu, ale ona cały czas trzyma się 

rodziny i łączących się z nią przywilejów.

- Jeśli tak, to dlaczego Jane wróciła do panieńskiego nazwiska?

-   Wróciła?   -   Adam   potrząsnął   głową   i   uśmiechnął   się   smutno.   -   Myślisz,   że   jest 

rozwiedziona?

- No tak. Przecież...

- Pamiętasz, że nazwała siebie najczarniejszą owcą w rodzinie?

- Sądziłam, że...

- Nigdy nie wyszła za mąż za ojca Cody'ego. Laurze zrobiło się jej żal.

- Ojej. Biedactwo. Adam uścisnął jej rękę.

- Wiedziałem, że to zrozumiesz. Ten drań zostawił ją, kiedy mu powiedziała, że jest w 

background image

ciąży.

- A ona i tak urodziła dziecko - rzekła Laura w zadumie. - Musiało jej być bardzo 

ciężko. I pewnie nadal jest.

- Nie znaczy to, że rodzina ją opuściła, czy coś w tym rodzaju - podkreślił Adam. - Ale 

prawdę mówiąc, Sheila zachowała się okropnie.

- Jej własna matka? - zdziwiła się Laura.

-  Z   początku  miała   ochotę   zamordować   ojca   Cody'ego,   ale   skoro   nie   mogła   tego 

zrobić, całą swoją złość zwróciła przeciwko córce.

- I po co mówi, że Jane jest za chuda, żeby zdobyć jakiegoś mężczyznę! - zawołała 

Laura. - Ktoś powinien zwrócić jej uwagę, że to ona nie potrafiła zatrzymać Nathaniela.

- Kate by tak zrobiła - stwierdził Adam. - Ale Sheila nie należy do wrażliwych osób.

- Domyśliłam się. Wydaje mi się, że bez niej jest Nathanielowi lepiej, tak samo jak 

Jane bez ojca Cody'ego.

- Zgadzam się. Ale w zasadzie pytałem o to, co sądzisz o tym pomyśle ze sklepem z 

antykami.

- Aha. - Laura splotła ramiona. - Tak naprawdę nie do mnie należy ocena.

- Oj, bo zaraz będę musiał zachować się jak żołnierz. - Spojrzał na nią ostro. - Kiedy 

wydaję rozkaz, oczekuję posłuszeństwa. A teraz mów, jakie jest twoje zdanie.

- Myślałam, że to ja jestem generałem - przekomarzała się. Objął ją i przyciągnął do 

siebie.

- Cenię sobie twoje zdanie, a rzadko mi się zdarza słuchać opinii innych.

Laura poczuła, że mięknie w środku.

-   Dotychczas   nic   nie   zaciekawiło   cię   tak   bardzo   jak   możliwość   prowadzenia 

antykwariatu. Nie mylę się?

- Chyba nie. Ale niewiele wiem na ten temat.

- Kochasz historię, wiele na ten temat czytałeś.

- Zgadza się.

- Powiedziałeś, że chciałbyś robić coś, co by cię zafascynowało - przypomniała mu.

- No i?

- Wydaje mi się, że powinieneś iść za głosem serca.

- Tak uważasz? - wyszeptał, ujmując ją pod brodę. - Ale to może być niebezpieczne. - 

Jakby dla poparcia swych słów dotknął wargami jej ust.

- No tak... ale wszystko, co w życiu ważne... - wyjąkała, lecz nie zdążyła dokończyć, 

bo jej przerwał.

background image

- A wiesz, jaka ty jesteś dla mnie ważna? Wiesz, jak bardzo cię cenię?

Objął ją mocniej, a ona uniosła rękę, jakby chciała go odepchnąć, ale nie miała siły. 

Potem zaczął ją całować i było już za późno. Oddech Laury stał się nierówny, jej dłonie 

kurczowo mięły koszulę Adama.

- Muszę cię dotknąć - powiedział nagle. Patrząc jej prosto w oczy, wsunął jej rękę pod 

sweter i wodził nią po nagim ciele. Zamknęła oczy i ukryła twarz na jego ramieniu. - Och, 

Lauro. Muszę... - szeptał. Jego ręka wędrowała coraz niżej.

Kiedy wsunął palce pod jej legginsy, drgnęła i jęknęła cicho, lecz natychmiast znowu 

ją pocałował. Wbiła paznokcie w jego ramię, niepewna, czy chce go odepchnąć, czy przy-

ciągnąć bliżej. On drżał jeszcze gwałtowniej niż ona, a kiedy dotknął gorącego, wilgotnego 

miejsca, wydała cichy okrzyk. Chciał posunąć się dalej, ale gdy odwróciła twarz, natychmiast 

się wycofał. Przycisnął policzek do jej policzka i wyszeptał:

- Lauro, spójrz na mnie. - Nieśmiało uniosła wzrok, oddychając ciężko. - Tak bardzo 

cię pragnę.

Zamknęła oczy, nie mogąc znieść pożądania w jego wzroku. Gdyby jeszcze raz na 

niego spojrzała, uległaby bez żadnego oporu, a to byłoby zbyt samolubne. Nie mogła jednak 

stłumić przenikającej jej radości. Wsparł czoło na jej czole, a ona go objęła. Ucałował jej usta 

i nos.

- Włożyłaś swoje rzeczy z powrotem do szafy? - zapytał cicho. Potrząsnęła głową. - 

Zrób to więc, i to zaraz.

Wysunęła się z jego objęć i usiadła na skraju kanapy. Nie chciała tego powiedzieć, ale 

musiała. Przygryzła drżącą wargę.

- Adamie... - Wziął ją za rękę i patrzył na nią bez słowa. - To nic nie zmienia. Prędzej 

czy później będę musiała odejść.

- W takim razie, niech to będzie później - odparł szorstko.

Chciała mu wyjaśnić, że nie może zwlekać w nieskończoność, że czas ją goni. Czuła 

to. Jednak żadne słowa nie padły z jej ust. Musiałaby znów tłumaczyć się i kłamać, przecież 

nie mogła wyznać mu prawdy. Gdyby opowiedziała mu o Doyalu, dowiedziałby się, jaka jest 

głupia, a tego nie chciała. Impulsywnie pocałowała go szybko w usta.

Chciał ją złapać, ale odskoczyła i z uśmiechem potrząsnęła głową. Wybiegła z pokoju 

i zatrzymała się dopiero w korytarzu. Oparła się o ścianę i usiłowała opanować przyspieszone 

bicie serca.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Chcę, żebyś poszła.

Twardy ton głosu Adama zaskoczył ją.

- Ale to rodzinne spotkanie.

- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

- Będę tam nie na swoim miejscu.

- Jestem odmiennego zdania. Chcę, żebyś poszła, więc będziesz na swoim miejscu. 

Zacznij się ubierać, bo się spóźnimy.

Jego upór bardzo ją dziwił, ale ona też potrafiła być uparta.

- Nie pójdę i nie zmusisz mnie do tego. Ku jej irytacji Adam parsknął śmiechem.

- Wiesz, zaczynasz mówić i zachowywać się jak moje dzieci. - Nagle spoważniał. - 

Nie masz się czego obawiać. Moja matka to prawdziwa dama, a damy nie gryzą.

- Nie boję się! - oświadczyła gwałtownie. - Po prostu wolę zostać sama w domu. Tak 

rzadko mam czas dla siebie.

Adam westchnął znużony.

- Jutro będziesz miała wolne popołudnie. Tylko dla siebie. Ja zajmę się dziećmi, a ty 

pójdziesz, gdzie chcesz.

- Nie rozumiesz. Chcę zostać sama w domu. A jeśli dzieci tu będą, to... to już nie 

zostanę sama.

Na twarzy Adama zadrgał jakiś nerw.

- W takim razie jutro gdzieś je zabiorę. Będziesz miała dom dla siebie. Zadowolona?

Miała ochotę tupnąć nogą, ale powstrzymało ją to, co o jej zachowaniu powiedział 

wcześniej.

-   Twojej   matce   nie   zależy   na   moim   towarzystwie.   Chce   zobaczyć   ciebie   i   swoje 

wnuki.

- Ależ ona chce zobaczyć ciebie też. I to bardzo.

- To niedorzeczne.

- A  niby dlaczego?  Opiekujesz  się jej  wnukami. To  chyba  naturalne,  że chce  cię 

poznać, nie uważasz?

Splotła ramiona i zmrużyła oczy.

- Postępujesz nierozsądnie i zastanawiam się dlaczego. Z rezygnacją  potarł oczy i 

usiadł głębiej w fotelu.

- Dobrze. Myśl sobie, co chcesz, ale za dziesięć minut bądź gotowa do wyjścia. Sam 

background image

ubiorę dzieci. - Jęknęła z rozpaczą, ale nie zwrócił na to uwagi, tylko strząsnął jakiś nie 

istniejący pyłek z rękawa sportowej marynarki. - Uważaj, zaraz będzie dziewięć minut. Liczę 

czas.

Laura przekornie usiadła na stoliku i spojrzała na niego wyzywająco. Zerwał się na 

równe nogi, ale potem tylko poprawił spinki przy mankietach koszuli i przygładził krawat.

- Dobrze - rzekł znużonym tonem. - Mama oczywiście będzie miała na sobie suknię, 

ale na pewno wybaczy ci te... portki.

Z tymi słowami chwycił ją za ramię i z łatwością postawił na nogach. Wiedziała, że 

musi ulec. Pozwoliła się zaciągnąć na korytarz, bo chwytanie się mebli byłoby jednak zbyt 

dziecinne.  Kiedy zaczął wyjmować  kurtki  z szafy i wołać  dzieci, rzuciła  się biegiem do 

swojego pokoju.

- Daj mi pięć minut! - zawołała przez ramię.

- Zostało ci sześć! - krzyknął za nią, Nie widziała, że uśmiechał się szeroko.

Nie traciła czasu. Zdjęła z wieszaka swoją jedyną spódnicę i zaczęła wyrzucać rzeczy 

z szuflad. Rozebrała się do bielizny,  potem włożyła  grube, czarne rajstopy,  swoją jedyną 

halkę, a na nią białą bluzkę z wykładanym kołnierzem. W pośpiechu zapięła jedynie dwa 

górne guziki. Szybko wciągnęła długą, plisowaną spódnicę z czarnej wełny i dopasowany 

czarny sweter z imitacji angory. Wyłożyła na wierzch kołnierz bluzki i pośpiesznie wsunęła 

stopy w półbuty na podwyższonym obcasie. W talii zapięła wąski, czarny pasek, przyczesała 

włosy i włożyła mały, czarny beret. Drżącą ręką wsunęła srebrny pierścionek na wskazujący 

palec lewej ręki i chwyciła leżące na toaletce małe, srebrno - czarne kolczyki. Kiedy stanęła 

przed Adamem w korytarzu, kończyła wpinać je w uszy.

-   Ciekawe,   jak   byś   wyglądała,   gdybyś   miała   całe   dziesięć   minut?   -   powiedział, 

spoglądając na nią z uznaniem.

- Dokładnie tak samo. - Wsunęła ramiona w rękawy podanego jej płaszcza. - To mój 

jedyny strój wizytowy.

- W takim razie musimy ci kupić jeszcze jeden - wyszeptał jej do ucha.

- Nie potrzebuję drugiego - zaprotestowała, chociaż jej ciało przebiegł miły dreszczyk.

Owinął jej szyję szalikiem.

- Wkrótce będziesz potrzebowała - zapewnił i odwrócił ją ku drzwiom garażu. - Dzieci 

są w samochodzie.

- Już?

- Ja też w ciągu kilku minut potrafię dokonać cudu.

- Tak, ale ty po prostu wydajesz rozkaz!

background image

Erica z uśmiechem patrzyła na syna, który otrzepywał spodnie Ryana. Potem klepnął 

chłopca po ramieniu, a ten zniknął wśród bujnej zieleni zimowego ogrodu, natychmiast zapo-

minając o stłuczonym  kolanie. Adam patrzył  za nim z uśmiechem, a po chwili usiadł na 

krześle obok fotela matki.

- Dawno nie widziałam, żebyś był taki pogodny - odezwała się Erica.

Adam założył nogę na nogę i przesunął palcem po kancie spodni.

- Dzieci w tym wieku są bardzo zabawne - mruknął w końcu.

- Hm... - Spojrzała mu w oczy. - Jestem zaskoczona, że to zauważyłeś. A może to 

śliczna Laura się do tego przyczyniła?

Chciał dać jakaś wymijającą odpowiedź, ale zrezygnował.

-   Całkiem   odmieniła   moje   życie   -   wyznał.   -   Gdybym   jeszcze   wiedział,   jak   ją 

zatrzymać...

Zanim Erica zdążyła  coś powiedzieć, bohaterka ich rozmowy pojawiła  się między 

liśćmi palmy. Poprawiła zsunięty na jedno ucho beret i otrzepała spódnicę z pyłu. Podeszła do 

stojącego  przy nich  ogrodowego  stołu i  z  trochę  nerwowym   uśmiechem   wzięła  szklankę 

wody, którą wcześniej poczęstowała ją Erica. Wypiła długi łyk i powachlowała się dłonią dla 

ochłody.

- Co za wspaniała szklarnia - powiedziała, odstawiając szklankę. - Już zapomniałam, 

że może być tak ciepło.

- Ten ogród to moja oaza w długie, zimowe miesiące - przyznała Erica. - Im jestem 

starsza, tym bardziej go doceniam.

-   Tak   tu   zielono.  -   Laura   z   podziwem   obejrzała   się   za   siebie.   -  To   niesamowite, 

widzieć tyle tropikalnych roślin, kiedy wokół leży śnieg.

Rzeczywiście, śnieżne zaspy piętrzyły się tuż przy szklanych ścianach, a wewnątrz 

było niemal dwadzieścia pięć stopni ciepła. Szklarnia babci zawsze była ulubionym miejscem 

zabaw dzieci. Teraz chłopcy ganiali się między paprociami w donicach, a Wendy bawiła się 

w  gotowanie,  używając   pustych   doniczek i  narzędzi  ogrodniczych.  Laura   zdążyła   usiąść, 

kiedy Ryan wystawił głowę spomiędzy zielonych liści i krzyknął:

- Laula! Laula! Chodź, zobacz!

Natychmiast się poderwała, ale Adam chwycił ją za rękę.

- Nie męczcie Laury - upomniał Ryana. - Pobawcie się przez chwilę sami.

Ryan wyszedł zza zielonej ściany, wyraźnie rozżalony.

- Ale tato... - zaczął błagalnie.

- Żadnego „ale tato” - spokojnie przerwał mu Adam. - Idź się bawić. Laura posiedzi z 

background image

nami.

Ryan z buzią w podkówkę niechętnie wrócił do zabawy. Niemal natychmiast z głębi 

szklarni dobiegł rozdzierający krzyk i Ryan wytoczył się spomiędzy zieleni. Postać Robbiego 

mignęła między rzędami roślin.

Laura skoczyła na równie nogi.

- Robbie!

Adam wstał, znów chwycił ją za rękę i posadził na krześle.

-   Ja   się   tym   zajmę   -   powiedział   i   ruszył   na   poszukiwanie   Robbiego.   Po   drodze 

sprawdził, czy Ryanowi coś się nie stało. Malcowi, oczywiście, nic nie było, uronił tylko 

kilka krokodylich łez.

- Lobbie mnie zatakował! - oznajmił dramatycznym tonem, godnym Oscara.

Adam podniósł go i otrzepał mu ubranie.

- Nic ci nie jest. Idź, pobaw się z Wendy. Ja się zajmę twoim bratem.

Ryan skinął głową i z zadowoloną miną poszedł dręczyć siostrę. Adam zagłębił się w 

cieplarnianej dżungli, ale nigdzie nie zobaczył Robbiego. Wyszedł na środek alejki i oparł 

ręce na biodrach.

- Pokaż się, Rob. Słyszysz  mnie? Wyjdź  natychmiast. - Odpowiedział mu jedynie 

szelest liści. Adam zerknął przez ramię. Laura wydawała się pogrążona w rozmowie z Ericą, 

ale ukradkiem spoglądała w jego stronę. Adam zwrócił twarz w kierunku, z którego dobiegał 

podejrzany  szelest.   -  Robbie,  jeśli  natychmiast   nie  wyjdziesz,  przez   tydzień  nie   będziesz 

oglądał telewizji. Masz trzy sekundy. Odliczam. Raz... dwa...

Robbie   odsunął   wielki   liść   i   wyszedł   w   alejkę.   Głowę   miał   spuszczoną,   ramiona 

przygarbione. Adam stłumił uśmiech, przybrał srogi wyraz twarzy i kiwnął na syna palcem. 

Ten zbliżył się, wlokąc nogę za nogą Ojciec przyklęknął i spojrzał mu prosto w oczy.

- A teraz powiedz, dlaczego „zatakowałeś” brata.

- Bo jestem lwem! - wyjaśnił chłopiec grubym głosem.

- Ten lew zaraz trafi do klatki, jeśli nie przestanie atakować ludzi. Przeproś grzecznie 

brata, a zapomnimy o całej sprawie, dobrze?

- Dobrze - zgodził się Robbie i natychmiast poweselał.

- No to do dzieła.

Wymachując ramionami, chłopiec podszedł do brata i powiedział:

- Przepraszam, że chciałem cię zjeść. Ryan bez urazy poklepał go po ramieniu.

- Telaz ja jestem lwem - zdecydował i obaj zniknęli wśród palm.

Wendy teatralnie przewróciła oczami, energicznie mieszając piasek w doniczce.

background image

- Ach, te chłopaki - wymamrotała z niesmakiem.

- Bądź grzecznym lwem! - zawołał Adam.

- Dobze! Nie zjem nikogo - zapewnił Ryan. Adam roześmiał się cicho i wrócił do 

stołu.

-   Przy   dzieciach   nie   można   się   nudzić   -   stwierdził.   Erica   spojrzała   na   niego 

rozbawiona.

- Sama to wiem najlepiej. Dałeś mi niezłą szkołę, a o twoich siostrach nawet nie 

wspomnę.

- Ależ ja byłem przemiłym dzieckiem! - zaprotestował żartobliwie. - Wiele razy mi to 

powtarzałaś.

- Bo to prawda, ale byłeś też ruchliwy jak żywe srebro i łatwo się obrażałeś.

- Bliźniacy też są wyjątkowo ruchliwi - stwierdziła Laura. - Który z nich pani zdaniem 

najbardziej przypomina ojca?

- Do ojca najbardziej jest podobna Wendy - z uśmiechem odrzekła Erica. - Wrażliwa, 

łatwo się dąsa, długo żywi urazę, ale ma wielkie, kochające serce.

- Wcale nie żywię długo urazy - oburzył się Adam.

- Nie? - zdziwiła się Erica. - A może zapytaj o to ojca. Adama zastanowił się. Czyżby 

przez te wszystkie lata czuł do ojca urazę? Poruszył się niespokojnie.

- A jak on się miewa?

- Dlaczego mnie o to pytasz? - zdziwiła się matka. - Ojciec nic mi nie mówi. Przecież 

jesteśmy w separacji, zapomniałeś?

Adam westchnął.

- Kiedy to się wreszcie skończy? Przecież to nie ma sensu. Tata powinien być przy 

tobie. Powinien też pozostać u steru firmy. Rocky i Luke zasłużyli na przyjęcie, a skoro już 

porządkuję ten świat, to jeszcze  powiem, że Kate powinna być z nami. Gdyby  żyła,  nie 

dopuściłaby do tego, co się teraz dzieje. Wiesz o tym, prawda?

Erica uśmiechnęła się blado.

-   Owszem,   wiem.   Nasza   Kate   umiała   trzymać   rodzinę   w   ryzach,   co   wychodziło 

wszystkim na dobre. - Oczy zaszły jej łzami. - Teraz brakuje mi jej nawet bardziej niż na 

początku. Wiem, że twój ojciec też za nią tęskni.

- Kate była naszym drogowskazem - wyjaśnił cicho Adam. - Bez niej rodzina brnie na 

manowce.

Erica spojrzała na Laurę.

- Bardzo żałuję, że jej nie poznałaś.

background image

- Jestem pewna, że to była bardzo mądra kobieta. Można się tego domyślić choćby po 

tym, co zostawiła Adamowi w spadku.

-   W   spadku?   -   Erica   zerknęła   na   syna.   -   No   właśnie.   Często   się   zastanawiałam, 

dlaczego zapisała ci te zdjęcia.

Adam, trochę zażenowany, opisał zawartość obu albumów, w których nie było ani 

jednego zdjęcia dzieci z ojcem.

- Laura to zauważyła - dodał. - Nie mam żadnych wątpliwości. Kate chciała mnie 

ostrzec, że robię to samo, co tak bardzo potępiałem u ojca.

- Cała Kate - stwierdziła Erica i spojrzała na Laurę. Adam odgadł, o czym myśli 

matka.

- Tak - zgodził się. - Cała Kate. Laura siedziała pogrążona w myślach.

- Sytuacja wcale nie jest taka beznadziejna - odezwała się nagle. - Dobrze znaliście 

Kate, więc wystarczy pomyśleć, co ona by w danej sytuacji zrobiła, i zrobić to samo. Ktoś 

musi porozmawiać z twoim ojcem, Adamie. Ktoś, z czyim zdaniem się liczy, ktoś taki, jak... 

ty.

- Ja? - powtórzył z niedowierzaniem. - Ojciec na pewno nie zechce mnie wysłuchać.

- Ależ wysłucha cię - wtrąciła Erica. - Czy nakłaniałby cię do pracy w firmie, gdyby 

nie ufał twojemu osądowi?

Adam poczuł ukłucie w sercu.

- Fakt pozostaje faktem - upierał się. - Nie mam zamiaru angażować się w interesy, a 

ojciec i tak zawsze robi, co chce.

- Nie chodzi mi o to, żebyś mu radził w interesach - tłumaczyła Erica. - Powiedz mu 

tylko, jak bardzo ci na nim zależy i że rodzina się boi, że go utraci. Właśnie tak postąpiłaby 

Kate.

Trudno się było z tym nie zgodzić. W głębi serca wiedział, że matka ma rację, ale... 

Spojrzał na młodą kobietę, która tak odmieniła jego życie. Nie po raz pierwszy dała mu 

wskazówkę, pokazała drogę. Zdał sobie sprawę, że gdyby nie Laura, wciąż miotałby się w 

ciemnościach,   zastanawiał,   dlaczego   dzieci   go   nie   kochają,   bezowocnie   szukał   pracy   i 

odpychał od siebie człowieka, którego miłości i aprobaty pragnął od dzieciństwa. Gdyby nie 

Laura... Przeszedł go zimny dreszcz.

- Zadzwonię jutro do taty i zaproszę go na lunch - oznajmił w końcu.

Rozejrzał się po wielkiej, eleganckiej sali,  nie zwracając uwagi na gwar rozmów. 

Ciekawe, czy ojciec już przyszedł? Jego wzrok przyciągnęła jakaś ubrana na czarno kobieta 

przy   stole   nieco   ukrytym   za   kolumną   pośrodku   restauracji.   Jej   twarz   przysłaniała   gruba 

background image

woalka, ale w jej postaci było coś znajomego. Zanim zdążył się nad tym zastanowić, kątem 

oka spostrzegł jakiś ruch. Ojciec machał do niego z drugiego końca sali. Przyszedł wcześniej, 

co   znaczyło,   że   mu   zależy.   Adam   ucieszył   się,   lecz   nie   potrafił   stłumić   poczucia   winy. 

Podczas rozmowy telefonicznej słyszał radość w głosie ojca. Nie spodziewał się, że zwykłe 

zaproszenie na lunch tak go uraduje. Zawstydziło go to, bo przecież mógł wykonać ten prosty 

gest dużo wcześniej.

Kiedy podszedł do stołu ojca, po drodze rozpinając marynarkę, Jake wstał i wyciągnął 

ramiona. Energicznie uścisnęli sobie dłonie i serdecznie poklepali się po plecach. Zdał sobie 

sprawę, że ojciec często witał się z nim w ten sposób, więc nie był taki chłodny, jak mu się 

wydawało.

- Boję  się nawet zgadywać,  dlaczego mnie tu zaprosiłeś - powiedział  Jake, kiedy 

przeglądali menu. - Czyżbyś się w końcu zainteresował naszym rodzinnym biznesem?

Adam roześmiał się, zdziwiony, że tym razem to pytanie wcale go nie rozgniewało.

-   Przykro   mi,   tato.   Rodzinne   spółki   nadal   będą   musiały   sobie   radzić   beze   mnie. 

Zdradzę ci, że znalazłem już zajęcie, a dokładnie mówiąc, będę je miał, kiedy sfinalizuję 

transakcję.

Jake zaakceptował tę nowinę ze spokojem.

- Co to za praca?

- Ostatnio odkryłem w sobie zamiłowanie do antyków - wyjaśnił Adam, uśmiechając 

się do siebie. Opowiedział ojcu o swej decyzji kupna antykwariatu Jane. Ku jego zaskoczeniu 

Jake nie skrytykował jego wyboru.

-   Jeszcze   nie   słyszałem,   żebyś   mówił   o   czymś   z   takim   entuzjazmem.   Co   więcej, 

wydaje mi się, że ostatnio jesteś bardzo szczęśliwy.

Adam zmarszczył brwi. Czyżby miał to wypisane na czole? A może po prostu dawniej 

był wyjątkowo zgorzkniały?

- Co masz na myśli, mówiąc „ostatnio”?

Jake   przechylił   głowę,   jakby   się   zastanawiał,   na   ile   się   zdradzić   ze   swoimi 

przemyśleniami. Najwyraźniej postanowił powiedzieć wszystko.

-   Wreszcie   wyglądasz...   jak   człowiek   spełniony.   Wiem,   że   śmierć   Diany   tobą 

wstrząsnęła, ale wiem też, że nie byłeś z nią szczęśliwy. Już dawno się domyśliłem, że wojsko 

było dla ciebie ucieczką od małżeństwa.

- Ależ to jakaś niedorzeczność - zaprotestował, lecz słowa ojca nim wstrząsnęły.

Jake niedbale wzruszył ramionami.

- Wcale nie, synu. Wiem, jak wygląda zakochany mężczyzna, jak się zachowuje, co 

background image

jest dla niego najważniejsze. Małżeństwo nie było dla ciebie najważniejsze. Oczywiście, speł-

niałeś wszystkie oczekiwania Diany,  ale żadne z was nie pracowało nad tym  związkiem. 

Nawet kiedyś jej mówiłem, że źle robi, pozwalając ci na ucieczkę.

- A co ci odpowiedziała? - zapytał, udając, że go to niewiele obchodzi.

Jake westchnął.

- Stwierdziła, że jest bardzo zadowolona ze swojego życia i że jeśli przed kimkolwiek 

uciekasz, to przede mną.

Adam miał pogodną minę, ale w jego głosie słychać było gorzki smutek.

- Cieszę się, że była szczęśliwa. A jeśli chodzi o to, czy uciekałem od ciebie...

- Nie musisz mi nic wyjaśniać - przerwał mu szorstko ojciec. - Chciałem ci tylko 

uzmysłowić, że nie kochałeś Diany, za to teraz kogoś kochasz.

- Skąd ci to przyszło do głowy?

- Rozpoznaję to spojrzenie. Ja też tak wyglądałem, kiedy poznałem twoją matkę.

Adam wykorzystał okazję, żeby zmienić temat.

- A więc kochasz mamę? W dziwny sposób to okazujesz. Wyprowadziłeś się do domu 

dziadka.

- Moje uczucia do twojej matki nie mają z tym nic wspólnego - tłumaczył Jake z 

rezygnacją.

- Więc dlaczego odszedłeś?

Ojciec miał taką minę, jakby dźwigał na barkach ciężar całego świata.

- Nie mogę ci tego wytłumaczyć. Ani tobie, ani twojej matce.

- Spróbuj.

Ta propozycja niemal go rozbawiła.

- Oboje nie wierzycie, że robię to, co dla nas najlepsze. Adam instynktownie pojął, że 

nadszedł czas, by zmienić charakter stosunków łączących go z ojcem. Nie chciał więcej się z 

nim kłócić, walczyć o to, by za wszelką cenę postawić na swoim. Nie chciał uciekać. Pragnął 

tylko... pokoju.

Impulsywnie chwycił ojca za rękę, wyczuwając, że same słowa nie wystarczą.

-  Ufam  ci,  tato  -  powiedział.  -  Nie  mam  wątpliwości,  że  postępujesz   jak  możesz 

najlepiej. Przyszedłem tu właśnie po to, żeby ci to powiedzieć. I jeszcze, że... - Okazało się to 

trudniejsze, niż się spodziewał. - Bardzo cię kocham.

Jake Fortune wyglądał, jakby go ktoś zaatakował. Potem usta mu zadrżały. Uścisnął 

rękę syna i niespokojnie poruszył się na krześle. Stopniowo odzyskiwał panowanie nad sobą.

- Oczywiście, że mnie kochasz. Tak samo... jak ja ciebie.

background image

- Ostatnie słowa wymówił szybko i niemal natychmiast znów przybrał nonszalancką 

pozę. - Co do tego nigdy nie było wątpliwości. - Spuścił głowę i bawił się serwetką, starając 

się nie pociągać nosem.

Adam czuł ucisk w gardle i łzy pod powiekami. Kilka razy odetchnął głębiej, żeby się 

uspokoić.

- Skoro już to sobie wyjaśniliśmy - zaczął oficjalnym tonem - to może wrócisz do 

domu albo przynajmniej zadzwonisz do mamy.

Jake skrzywił się.

- Nie mam jej nic do powiedzenia. Nic się nie zmieniło.

- Możesz jej powiedzieć to, co właśnie powiedziałeś mnie - zasugerował Adam. - A 

potem możecie razem zaplanować przyjęcie dla Rocky i Luke'a. - Jake znów się skrzywił, ale 

syn nie ustępował. - Luke zasługuje na oficjalne powitanie, a Rocky na błogosławieństwo 

rodziców. Poza tym będzie to dobra okazja, żebyśmy pokazali reszcie, że nadal ci ufamy.

Jake przeciągle spojrzał w oczy syna.

- Zrobilibyście to dla mnie?

- Oczywiście. Rozmawiałem niedawno z Caroline. Wraz z Nickiem stoi po twojej 

stronie, Allie również. Jestem pewien, że Natalie i Rachel myślą tak samo. A jeśli sądzisz, że 

to pomoże, zadzwonię nawet do ciotki Lindsay i ciotki Rebeki. Damy im do zrozumienia, że 

oczekujemy ich poparcia.

Ojciec nadal miał poważna minę.

- Nie  wiem, czy to ma  jakiekolwiek znaczenie.  Tym  razem  Nathaniel wydaje  się 

zdeterminowany. Ale nie wiesz, jak bardzo ci jestem... - Głos mu zadrżał, ale nie musiał już 

więcej mówić.

Zbliżył się do nich kelner z zamówionymi daniami, więc Adam rozłożył serwetę na 

kolanach.

- Zadzwonisz do mamy i powiesz jej, że wydajemy przyjęcie, czy ja mam to zrobić?

- Zadzwonię sam. - Ojciec chwilę milczał. - Ale powiedz mi, co cię tak odmieniło. 

Skąd to nowe podejście do życia?

Kelner właśnie zaczął nakładać potrawy na talerze, więc na chwilę zamilkli. Adam 

nagle poczuł, że musi jeszcze raz spojrzeć na tę zawoalowaną kobietę. Obejrzał się, ale jej 

krzesło było puste. Potrząsnął głową i uśmiechnął się lekko.

- Jedz, tato, a ja ci opowiem o wyczynach twoich wnuków. Jake chciał zaprotestować, 

lecz tylko skinął głową.

- Z przyjemnością posłucham.

background image

Na   miłej   rozmowie   upłynęło   im   pół   godziny.   Kiedy   kelner   przyniósł   rachunek, 

żartobliwie się spierali, kto ma zapłacić. W końcu, po raz pierwszy, Adam wygrał. Jake'owi 

bardzo się nie podobało, że syn stawia mu lunch, ale jakoś to przełknął. Ojciec był umówiony 

jeszcze z kimś, więc Adam wstał, by się pożegnać. Ich uścisk był serdeczny jak nigdy. Gdy 

się rozdzielili, Jake był bardzo wzruszony, ale szybko przybrał beztroską minę, ponieważ 

dostrzegł,   że   zbliża   się   znajomy,   z   którym   miał   się   spotkać   w   interesach.   Z   szerokim 

uśmiechem przedstawił mu Adama.

- To jest mój syn.  Przed chwilą zafundował mi  lunch. Adam nigdy przedtem nie 

widział przybysza, ale ten najwyraźniej był dobrym znajomym ojca.

- Zazdroszczę ci - stwierdził. - Mój syn funduje mi tylko kłopoty.

Jake z dumą poklepał Adama po plecach.

- Mój syn to były wojskowy, teraz będzie się zajmował zupełnie czym innym. A żebyś 

zobaczył jego dzieci! Po prostu aniołki.

- Raczej diabełki, ale dzięki nim czuję, że żyję - roześmiał się Adam.

Rozstali   się  w  radosnym   nastroju.   Kiedy Adam  zmierzał   do wyjścia, ogarnęło   go 

dziwne uczucie. Zatrzymał się i rozejrzał dokoła. Dostrzegł kobietę w czerni. Miała na sobie 

duży kapelusz z gęstą woalką, przesłaniającą jej twarz. W okrytej czarną rękawiczką ręce 

trzymała białą chustkę i wyglądała tak, jakby płakała. Kiedy zauważyła, że na nią patrzy, 

zesztywniała,   więc   odwrócił   wzrok   i   poszedł   dalej.   Nagle   zdał   sobie   sprawę,   kogo   mu 

przypomina, ruchami i postawą.

Kate! Nie dość, że miękło mu serce, to jeszcze wzrok zaczynał płatać figle. To pewnie 

życie cywila ma na niego taki zgubny wpływ. A może po prostu Kate byłaby zadowolona z 

tego, co tu dzisiaj zaszło, i dlatego wydawało mu się, że ją spotkał. Miał nadzieję, że patrzy 

na niego gdzieś z góry i widzi, jak dobrze mu się przysłużył spadek, który mu zapisała.

Laura czekała jak na szpilkach. Kiedy usłyszała  odgłos otwierającej się bramy do 

garażu, pobiegła Adamowi na spotkanie. Chłopcy spali, a Wendy zajęła się kolorowaniem 

obrazków. Spotkali się w drzwiach. Na jej widok twarz mu się rozjaśniła.

- Bardzo jesteś ciekawa, jaki efekt przyniosło twoje wtrącanie się w cudze sprawy, co?

- Wcale się nie wtrącałam! - broniła się. - Po prostu coś zasugerowałam, a twoja mama 

to podchwyciła. Zresztą, była to bardzo rozsądna sugestia. - Adam milczał. Powoli zdejmował 

płaszcz i wieszał w szafie. W końcu zniecierpliwiona Laura tupnęła nogą. - No i jak poszło?

Ku jej zdziwieniu Adam sprawdził, czy w korytarzu jest pusto. Potem zatarł ręce i 

przyciągnął ją do siebie.

- Miałaś rację - oznajmił. - Wszystko poszło doskonale. Dziękuję.

background image

- Tak się cieszę. Choć, prawdę mówiąc, od początku...

- Och, cicho bądź! - nakazał i bez zbędnych wstępów zaczął ją całować.

Wiedziała, że powinna go odepchnąć, ale nie miała na to ochoty. Objęła go i przytuliła 

się mocniej. Po krótkiej chwili poczuła jego pobudzoną męskość. Wiele by dała, żeby...

- Tatusiu!

Pełen oburzenia dziecięcy głosik zupełnie nie pasował do jej nastroju. Odskoczyli od 

siebie jak oparzeni, a Laura z impetem wpadła na ścianę i Adam musiał ją podtrzymać, by nie 

straciła równowagi. Wendy patrzyła wyczekująco, niecierpliwie stukając stopą o podłogę.

- Tatusiu, co robiłeś Laurze? - zapytała surowo.

Adam z diabelskim błyskiem w oku spojrzał na Laurę. Pochylił się i spojrzał córce 

prosto w oczy.

-   Całowałem   ją   -   powiedział   bez   ogródek.   Wyprostował   się,   przyciągnął   Laurę   i 

mocno pocałował ją w usta, a potem znów spojrzał na Wendy. - I bardzo dobrze mi to szło. A 

teraz uciekaj.

Laura   nie   posiadała   się   ze   zdumienia,   kiedy   dziewczynka   wzruszyła   ramionami   i 

uśmiechnęła się.

- Dobrze - odrzekła zgodnie i podśpiewując, odbiegła. Adam roześmiał się serdecznie.

- Wydaje  mi  się, że nie ma nic  przeciwko temu - oznajmił oszołomionej  Laurze. 

Zanim oprzytomniała, znów zaczął ją gorąco całować. Objęła go, ale nie potrafiła całkiem się 

zapomnieć.

- Adam, nie powinniśmy. Wkrótce będę musiała... Chwycił ją za ramiona i mocno 

potrząsnął.

- Przestań. Nie teraz. Pozwól mi choć przez chwilę być szczęśliwym.

Nie   potrafiła   się   oprzeć   takiej   prośbie.   Zatraciła   się   w   pocałunku,   zapominając   o 

strachu. Po raz pierwszy zaświtała jej w głowie pewna myśl. Może jednak nie będzie musiała 

odchodzić.   Być   może   Doyal   jednak   jej   nie   znajdzie,   może   nawet   już   zrezygnował   z 

poszukiwań. Czy ma porzucić wszystko, na czym jej zależy, tylko dlatego, że wyolbrzymia 

grożące jej niebezpieczeństwo?

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

- Witajcie, moje skarby! - Erica przystanęła w drzwiach jadalni i uśmiechnęła się do 

wnuków.

Wyglądała jak zwykle pięknie i elegancko, a w jej oczach Laura dostrzegła jakieś 

nowe, jasne światło.

Adam wstał i wskazał matce krzesło przy stole.

- Może zjesz coś z nami? - zaproponował.

Erica spojrzała na nich, jakby chciała nasycić się widokiem zgromadzonej przy stole 

rodziny, i potrząsnęła głową.

- Nie, dziękuję. Przyszłam tylko powiedzieć, że nasz mały spisek się udał. Ojciec 

wyraził zgodę na przyjęcie.

- Tak, wiem - odrzekł Adam z błyskiem w oku. Erica spojrzała na Laurę.

- Chciałam ci podziękować, Lauro.

- A za co? - spytała dziewczyna, trochę zmieszana.

- Za wiele rzeczy. Ale zwłaszcza za to, że przekonałaś Adama, żeby zawarł pokój z 

ojcem. - Przeniosła wzrok na syna. - Jake jeszcze nigdy nie był taki... uczuciowy. Bardzo mu 

pomogłeś.

Adam schylił głowę i odchrząknął.

- Tak, zdaje się, że z wiekiem... zaczyna mięknąć.

- Nie powiemy mu tego! - Roześmiała się, szczęśliwa i spokojna. - A jeśli chodzi o 

przyjęcie...   Ojciec   zasugerował   barbecue   albo,   jeszcze   gorzej,   kuchnię   polową.   Ty   znasz 

Luke'a i jego upodobania. Co byś mi radził?

- Cóż... Luke to człowiek o barwnej przeszłości i dużym poczuciu odpowiedzialności. 

Wydaje mi się, że będzie się czuł trochę skrępowany bez względu na to, co podasz.

- Rozumiem. - Erica zagryzła wargi. - A więc nic ostentacyjnego, głównie przekąski.

- Jak cię znam, to będzie bardzo eleganckie przyjęcie. - Adam ucałował matkę w 

czubek głowy.

- Eleganckie, ale niezbyt oficjalne - obiecała Erica. - Teraz siadaj i jedz. Ja jeszcze 

uściskam wnuki na pożegnanie.

Adam   doprowadził   ją   do   szczytu   stołu,   potem   usiadł   i   rozłożył   sobie   serwetę   na 

kolanach.   Erica   ucałowała   rozchichotanych   chłopców,   a   gdy   podeszła   do   Wendy, 

dziewczynka przyklękła na krześle, zarzuciła babci ręce na szyję i coś wyszeptała jej do ucha. 

Erica uniosła brwi i spojrzała na syna, potem na Laurę.

background image

- Naprawdę to zrobił? - zapytała, roześmiała się cicho i dodała coś szeptem wprost do 

ucha wnuczki.

Laura poczuła, że policzki ją pieką. Domyśliła się, co Wendy powiedziała babci, a na 

wspomnienie tamtego pocałunku w korytarzu zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Właściwie 

słowo „pocałunek” nie opisywało tego, ci się tam stało. Gdyby chłopcy się nie obudzili...

Erica pocałowała Wendy i podeszła do Laury.

- Jake mówi, że jesteś cudotwórczynią - powiedziała cicho. - Podzielam jego zdanie. - 

Ku zaskoczeniu Laury, pochyliła się, przyłożyła aksamitny policzek do policzka dziewczyny i 

lekko ją uściskała. Laura nie mogła wydobyć z siebie słowa. - Cóż, muszę uciekać. Miłej 

kolacji. Zadzwonię i podam wam datę przyjęcia.

- Odprowadzę cię. - Adam podniósł się zza stołu.

- Nie trzeba. - Przesłała im pocałunek i szybko wyszła z jadalni, puszczając oko do 

Wendy.

Laura spojrzała na Adama.

- Uszczęśliwiłeś ją.

- Ja? To ty jesteś cudotwórczynią.

- Nie wygłupiaj się.

-   Kto   się   wygłupia?   Nikt   nie   wie   lepiej   ode   mnie,   jakie   zmiany   wniosłaś   do   tej 

rodziny. - Chciała coś odpowiedzieć, ale położył jej palec na ustach. - A kto wprowadził 

zmiany w moim życiu? Kto zwrócił moją uwagę na to, o czym wszyscy wiedzieli, ale nikt mi 

nic nie mówił? Inna sprawa, że pewnie bym nikogo nie słuchał. Kto pomógł mi zrozumieć, co 

mnie   naprawdę   interesuje?   Kto   mi   pokazał,   że   trochę   szczerego   uczucia   leczy   duszę?   - 

Spojrzał znacząco na dzieci. - Kto mnie ocalił przed całkowitym chaosem?

- To również twoja zasługa - upierała się. Z uśmiechem zaczął jeść.

- Bardzo się cieszę z tego przyjęcia - stwierdził, zmieniając temat. - Zabawimy się.

- Na pewno będziesz się dobrze bawił - mruknęła. Adam odłożył nóż i widelec.

- Nie. Oboje będziemy się dobrze bawić - poprawił ją.

- Oboje? - powtórzyła zaskoczona.

- Nie sądzisz chyba, że pójdę tam sam.

- Och, ale... - Laura była oszołomiona. - To przecież rodzinna impreza. Jestem pewna, 

że twoja matka nie przewiduje mnie na liście gości. I nie szkodzi. Doskonale to rozumiem.

- Oczywiście, że mama chce cię zaprosić, a gdyby jakimś cudem o tym zapomniała, to 

ja bym to zrobił.

- Ale ja nie mogę... Odchylił się od stołu.

background image

- Możesz i pójdziesz. To przecież dzięki tobie przyjęcie dojdzie do skutku, bo ty 

namówiłaś mnie do rozmowy z ojcem. Nawet sobie nie wyobrażam, że mógłbym tam nie 

pójść. Rocky to moja młodsza siostra, no i znam Luke'a. Będzie mu łatwiej, jeśli w tłumie 

zobaczy znajomą twarz.

- Ależ, Adamie, ty musisz pójść, natomiast ja nie należę do rodziny i taka rodzinna 

gala to nie miejsce dla mnie.

- Pójdziesz, bo bez ciebie na pewno się tam nie pokażę - oznajmił stanowczo. Chwycił 

sztućce, odkroił kawałek przyrządzonego przez Beverly kurczaka z bazylią  i zaczął ener-

gicznie jeść. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nagle pochylił się ku niej. - Nie będziemy 

o tym więcej dyskutować. Chcę, żebyś ze mną poszła, moja matka się ciebie spodziewa, i tata 

również, tego jestem pewien.

Uśmiechnęła się nieśmiało. Jeśli on tak bardzo tego chce, a jego rodzice aprobują jej 

obecność, to niech będzie. Pozostał tylko jeden problem, o którym trudno jej było mówić. 

Zagryzła wargi i powiedziała cicho:

- Ale ja nie mam w co się ubrać... Lekceważąco machnął ręką.

- O to się nie martw. Wybierzemy się po zakupy.

Dla niego to był drobiazg, ale dla Laury wielki problem. Nie chciała skompromitować 

go przed rodziną nieodpowiednim strojem, ale nie chciała też wydawać jego pieniędzy na 

suknię   wieczorową.   Przyszło   jej   do   głowy,  że   być   może   na   zakup   kreacji   wystarczą   jej 

niewielkie oszczędności.

Postanowiła zadzwonić do Jane lub nawet do Eriki i poprosić o radę w sprawie stroju. 

Będzie musiała pojechać do miasta, by znaleźć coś odpowiedniego. Na chwilę wrócił dawny 

strach, że narazi się na spotkanie z Doyalem, ale wytłumaczyła  sobie, że Minneapolis to 

wielkie  miasto   i  ryzyko  natknięcia   się  na Doyala  jest   bardzo  nikłe.  Poza  tym,   może  już 

przestał jej szukać, stwierdziwszy, że nie poszła na policję i już pewnie nie pójdzie, choćby z 

obawy o samą siebie.

Adam wziął ją za rękę, wyrywając z zamyślenia.

- Czym się martwisz? Nikt cię tam przecież nie ugryzie. No, chyba że ja. - Żartobliwie 

chwycił zębami grzbiet jej dłoni, a potem ucałował to samo miejsce. Poczuła, że przechodzi ją 

dreszcz.

- Tatusiu, pocałuj ją jeszcze raz! - zawołała Wendy. Adam wypuścił dłoń Laury, a ona 

się   zaczerwieniła.   Ryan   zakrył   sobie   ręką   usta,   jakby   się   bał,   że   ojciec   i   jego   zechce 

pocałować, a Robbie zaczął chichotać jak opętany i głośno cmokać. Adam spojrzał na Laurę 

przepraszająco i uciszył dzieci spojrzeniem.

background image

- Jedzcie - nakazał surowo, a potem puścił do nich oko. Trzy głowy pochyliły się nad 

talerzami. Adam przysunął się do Laury, osłonił dłonią usta i wyszeptał: - Później...

Laura   czuła,   że   robi   jej   się   gorąco.   Miała   ochotę   wymierzyć   mu   kuksańca.   To 

wszystko jego wina. Gdyby nie patrzył na nią tak, jakby chciał ją zjeść na miejscu, gdyby 

jego dotyk nie przyprawiał ją o elektryzujące dreszcze, gdyby nie rozkochał jej w sobie...

Tak, właśnie to był główny problem. Chociaż bardzo się starała, nie potrafiła stłumić 

w sobie miłości do Adama. A trzeba było prawdziwego cudu, by ta miłość nie złamała jej 

serca.

Postanowiła nie dzwonić do matki Adama, ponieważ nie chciała się narzucać. Została 

jej Jane, ale zanim zebrała się na odwagę, by do niej zadzwonić, w jej głowie powstała wizja 

wymarzonej sukni, na której widok nawet księżniczka z bajki pozieleniałaby z zazdrości. 

Słowa Jane podziałały na nią jak kubeł zimnej wody.

- Och, ja pewnie włożę jakieś bardziej eleganckie spodnie i jedwabną bluzkę, czy coś 

w tym guście - oznajmiła Jane. - Szczerze mówiąc, jeszcze się nad tym nie zastanawiałam.

Laura ze wstydem stwierdziła w duchu, że ona ostatnio właściwie nie myśli o niczym 

innym. Wyobrażała sobie, że pojawi się na przyjęciu u boku Adama ubrana w olśniewającą 

kreację, nabytą za wyjątkowo przystępną cenę. Jane zasugerowała jej trzy różne sklepy, w 

których  jej zdaniem można znaleźć coś odpowiedniego. Adam jednak nie zamierzał  sko-

rzystać z rady Jane i zdecydował, że odwiedzą pewien elegancki dom towarowy w centrum.

- Muszę też kupić coś dla dzieci - wyjaśnił. - Przecież chcemy, żeby wyglądały jak 

najlepiej, dla uhonorowania Rocky i Luke'a.

A więc znów „my”. Zawsze robiło jej się ciepło na sercu, kiedy używał tej formy. 

Wiedziała jednak, że igra z ogniem. To prawda, Adam jest z nią szczęśliwy, ale nawet jeśli 

Doyal jej teraz nie znajdzie, to i tak nie ma gwarancji na przyszłość. Gdy Adam stanie pewnie 

na   nogach,   rozkręci   interes,   może   zechcieć   zmienić   tryb   życia   na   bardziej   luksusowy   i 

poszuka   innej   partnerki.   Na   pewno   jest   wiele   kobiet   z   towarzystwa,   eleganckich   i 

wykształconych, które chętnie by się zajęły Adamem i jego dziećmi. Te kobiety na pewno 

widywały handlarzy narkotyków jedynie na filmach. Nie miała wątpliwości, że zmierza ku 

katastrofie, lecz wiedziała, że to, co miała przeżyć przedtem, to będą najpiękniejsze chwile w 

jej nieszczęśliwym życiu.

Ku zaskoczeniu Laury dzieci nie pojechały z nimi po zakupy. Adam poprosił o opiekę 

nad nimi swoją ciotkę, Rebekę, która okazała się być młodą, ładną kobietą, obdarzoną wielką 

intuicją i równie fascynującą jak powieści kryminalne, które pisywała.

-   Potrzebuje   jakiejś   olśniewającej   kreacji   -   powiedziała   Adamowi,   uważnie 

background image

przyjrzawszy się Laurze. - Wybranie czegoś odpowiedniego dla tak pięknej dziewczyny nie 

będzie trudne. Nawet dla ciebie, Adamie.

Adam pociągnął Laurę do drzwi.

- Ona już i tak jest olśniewająca - rzucił na odchodnym.  Rebeka uśmiechnęła się 

tajemniczo. Jej spojrzenie mówiło:

ciebie już dawno olśniła.

Do miasta pojechali samochodem z napędem na cztery koła, na wypadek, gdyby drogi 

nadal były zaśnieżone. Ku zaskoczeniu Laury, przez całą drogę słuchali muzyki klasycznej, 

głównie   Czajkowskiego,   który  był   jego   ulubionym   kompozytorem.   Laura,   dzięki  siostrze 

Agnes, była miłośniczką Mozarta, ale swoje jedyne taśmy zostawiła w Kolorado. Dopiero 

teraz   zdała   sobie   sprawę,   jak   bardzo   brakowało   jej   muzyki.   Adam   zauważył,   z   jaką 

przyjemnością jej słucha, wybijając przy tym rytm stopą.

- To bardzo wciąga, prawda? - skomentował.

- Jak widać. - Roześmiała się.

Przez chwilę nucił pod nosem, a potem powiedział:

- Diana była wielbicielką popu. Ja jakoś nie potrafiłem się do niego przekonać. Wolę 

coś... trudniejszego.

- Tak, to cały ty - stwierdziła pogodnie.

- Ty też jesteś takim trudnym wyzwaniem. - Adam patrzył to na nią, to na drogę. - 

Czasami nawet trochę nadto trudnym.

Poczuła ciężar na sercu i spuściła wzrok. Zastanowiła się nad odpowiedzią.

- Wcale nie chcę być wyzwaniem - rzekła w końcu. - Chyba po prostu trochę się ciebie 

boję.

- Jak to?

Starannie dobierała słowa.

- Teraz znalazłam się najbliżej tego, co zawsze chciałam w życiu osiągnąć. To jest... 

zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Spojrzał na nią przenikliwie.

- A” co takiego chcesz w życiu osiągnąć?

- Chcę mieć dom, rodzinę... kogoś własnego.

- Tego nie trzeba się bać. To się nazywa bezpieczeństwo i miłość.

Miłość. To słowo zawisło między nimi niby tęcza, tak bliska, a jednak tak daleka. Czy 

zniknie, jeśli Laura ku niej sięgnie? Jeszcze nie miała odwagi spróbować.

Jechali   dalej   przy   dźwiękach   muzyki,   pogrążeni   w   myślach.   Wkrótce   dotarli   do 

background image

centrum miasta i stanęli przed budynkiem z błyszczącego granitu. Laura nigdy jeszcze nie 

robiła zakupów w domu towarowym, w którym personel odprowadza samochody klientów na 

parking, a windę obsługuje windziarz. Uznała, że to dla niej o wiele za eleganckie miejsce, 

nawet jeszcze zanim się okazało, że obsługiwać ich będzie nie sprzedawczyni, tylko osobista 

konsultantka,   chuda   kobieta   w   średnim   wieku,   znacznie   lepiej   ubrana   niż   Laura. 

Zaprowadziła ich do niewielkiej salki i wypytała o cel zakupów.

Laura   zauważyła,   że   tutaj   nazwisko   Adama   robi   równie   wielkie   wrażenie,   jak   w 

małym St. Cloud. Jej osoba natomiast nie wywarła żadnego wrażenia. Konsultantka spojrzała 

na   nią   chłodno   i   raczej   krytycznie,   gdy   Adam   wyjaśnił,   że   panna   Beaumont   potrzebuje 

wieczorowej kreacji na rodzinne przyjęcie.

- Czy przyjęcie będzie miało temat przewodni? - zapytała konsultantka, którą Laura 

nazwała w myślach nadętą snobką.

- Nie, nic takiego. Będzie eleganckie, ale nie sztywne. Konsultantka dała znak Laurze, 

by wstała.  Zmierzyła   ją  wzrokiem  od  góry do  dołu  i powiedziała   do swojej   pomocnicy, 

dyskretnie krążącej w pobliżu:

- Rozmiar osiem, może sześć. - Przez chwilę patrzyła  znacząco na biust Laury,  a 

potem   lekko   pociągnęła   nosem   i   pokręciła   głową.   -   Nie,   rozmiar   osiem   będzie   lepszy, 

najwyżej trzeba będzie zwęzić w talii. - Klasnęła w dłonie i na ten sygnał podano im kawę i 

herbatę, a uniżeni sprzedawcy przynieśli im chyba pół sklepu.

Laura jeszcze nigdy nie widziała tylu pięknych strojów. Niektóre były dziwaczne, inne 

zapierały dech w piersiach - ale żaden się dla niej nie nadawał. Po niemal godzinie Adam 

wstał i odwołał panią Nadętą na bok. Chwilę coś szeptali, żywo gestykulując, a potem pani 

Nadęta znów klasnęła w dłonie i suknie zniknęły.

- Co się dzieje? - spytała Laura, gdy Adam usiadł.

- Zobaczysz. - Uśmiechnął się i poklepał ją po kolanie. Omal nie spadła z krzesła, 

kiedy po chwili rozpoczął się pokaz mody. Cztery wysokie, długonogie modelki przechadzały 

się przed nimi po miękkim dywanie, prezentując jedną kreację po drugiej. Laura patrzyła na 

to oniemiała z wrażenia. Nagle Adama zawołał:

- To jest to!

Laura nie wiedziała, która z sukien przykuła uwagę Adama, ale była pewna, że w 

żadnej z nich nie będzie wyglądała tak pięknie jak modelki. Konsultantka od razu odgadła, o 

który strój chodzi. Ruchem dłoni kazała zostać jednej modelce, odprawiając pozostałe. Wybór 

padł na krótką suknię bez ramiączek, o obcisłej, ozdobionej drapowaniem górze i spódnicy w 

typie sarongu, o zachodzących na siebie połach, związanej w talii na zgrabny węzeł.

background image

- To dobry fason, tylko zły kolor - oznajmił Adam. Konsultantka zamieniła kilka słów 

ze swoim personelem.

Po  krótkiej chwili   przyniesiono  im  nie  tylko  kilka   sukni w   różnych   kolorach,  ale 

również buty, pończochy, a nawet bieliznę - koronkową i szokująco skąpą - a wszystko to w 

dobranych do sukien odcieniach bieli, żółci, błękitu, zieleni, różu i czerni.

- Biała - zadecydował Adam, chociaż Laura, gdyby miała wybierać, zdecydowałaby 

się na różową.

- Doskonały wybór - zagruchała pani Nadęta. - Co prawda, to nie jest sezon na biel, 

ale doskonale nadaje się na wieczór. Fason też jest odpowiedni. Nie trzeba będzie nic prze-

rabiać, po prostu ciaśniej zwiążemy sarong w talii. - Spojrzała z góry na Laurę. - Proszę za 

mną - poleciła.

Laura   niepewnie   podążyła   za   nią   do   przymierzami,   gdzie   czekały   na   nią   stroje. 

Pomocnice Nadętej natychmiast zdjęły z niej ubranie, a potem pomogły włożyć kreację i 

wszystkie niezbędne dodatki. Zanim Laura się zorientowała, co się dzieje, miała na sobie 

błyszczące, nieprzezroczyste pończochy, które nie spodobały jej się od pierwszego wejrzenia. 

Jej nogi wyglądały w nich grubo i brzydko. Kiedy zwróciła na to uwagę pani Nadętej, ta tylko 

pociągnęła nosem i oznajmiła:

- Niech pan Fortune o tym zadecyduje.

Laura wyszła  z przymierzami, lekko chwiejąc się na zbyt wysokich obcasach, i z 

bladym uśmiechem rzekła do Adama:

- Nie podobają mi się te pończochy. A w tych butach zaraz zwichnę sobie kostkę.

-   Proszę   zmienić   pończochy   i   buty   -   polecił   Adam.   Laura   miała   ochotę   pokazać 

konsultantce język, kiedy ta z usłużnym uśmiechem wypełniła polecenie Adama. Wróciła do 

przymierzami i po chwili stanęła przed Adamem w cienkich, białych pończochach i butach na 

niższym obcasie. Adam pochwalił zmiany, ale w jego oczach pojawił się cień wątpliwości.

- Zobaczmy jeszcze, jak to będzie wyglądało w kolorze różowym - zaproponowała 

Laura.

Pani Nadęta nawet nie mrugnęła okiem, dopóki Adam nie skinął przyzwalająco głową. 

Tym razem jednak Laura nie dała się zdominować. Poprosiła o większy wybór dodatków i po 

krótkim namyśle zdecydowała się na cieniutkie, beżowe pończochy i pantofelki na cienkim, 

niezbyt wysokim obcasie, ozdobione na czubku motywem przypominającym drapowanie na 

jej   sukni.   Różniły   się   nieco   odcieniem   od   sukni,   ale   jedna   z   pomocnic   powiedziała   jej 

szeptem,   że   buty   można   ufarbować   na   dowolny   kolor.   Laura   przebrała   się   bez   niczyjej 

pomocy i po kilku minutach wyszła z przymierzami naturalnym, pewnym krokiem.

background image

Adam z entuzjazmem pochwalił jej wybór. Konsultantka doradziła mu jeszcze kupno 

płaszczyka   z   kremowego   jedwabiu   na   różowej   podszewce,   kolczyków   i   bransoletki   z 

syntetycznych kamieni, zwanych „różowym lodem”. Laura stanowczo twierdziła, że tego nie 

potrzebuje,  ale  Adam  nie   zważając  na   nią  kupił   wszystko,  płacąc   dyskretnie   podany  mu 

rachunek.

Laura wróciła do przymierzami. Duma walczyła w niej z kobiecą potrzebą podobania 

się. Może uda jej się pokryć koszt zakupu z oszczędności? Kobieta powiedziała, że płaszczyk 

ma obniżoną cenę. W zadumie spoglądała na swoje odbicie w lustrze. Jeszcze coś jej się nie 

podobało. Włosy. Długie i proste, jak nosiła je na co dzień. Co by tu z nimi zrobić? Mogła się 

poradzić   Jane,   Eriki   lub   nawet   Rebeki,   ale   one   pewnie   nic   by   w   jej   wyglądzie   nie 

skrytykowały, by nie urazić jej uczuć. Pomyślała o wyniosłej konsultantce. Ta na pewno nie 

będzie się obawiała, że sprawi jej przykrość.

Trochę  się bała  zadać  kobiecie to pytanie,  ale ku jej zaskoczeniu pani Nadęta po 

wstępnych oględzinach pokazała jej, jak łatwo upiąć włosy z tyłu głowy w elegancki, prosty 

węzeł.

- Na powieki przyda się trochę cienia w neutralnym, beżowym kolorze - pouczyła ją. - 

Rzęsy trzeba podkreślić brązowym tuszem, usta obwieść ciemniejszą konturówką i poma-

lować szminką, najlepiej różową. - Jeszcze raz oszacowała Laurę wzrokiem. - Może też być 

czerwona. Róż nie będzie konieczny.

Laura podziękowała jej i przejrzała się w lustrze. Tak, teraz wygląda bardzo dobrze, 

wszystko jest takie, jak trzeba - suknia, buty, fryzura, nawet pończochy. Nieważne, ile to 

kosztuje. Za wszystko zapłaci, żeby tylko Adam był z niej dumny.

Już   w   dziale   dziecięcym   zaczęła   podejrzewać,   że   jednak   zakupy   w   tym   domu   są 

zupełnie nie na jej kieszeń. Sto siedemnaście dolarów za sukienkę dla małej dziewczynki! 

Adam wybrał kilka rzeczy dla Wendy, Laura zasugerowała, żeby kupić jeszcze białe rajstopy, 

ale przy butach zawahała się. Adam co prawda odrysował kształt stóp dzieci na papierze, ale i 

tak się bała, że buty mogą okazać się za małe lub za duże.

- A co powiesz o tych? - Pokazał jej parę bucików w stylu baletek, o rozciągliwych 

brzegach.

Laura   pochwaliła   ten   wybór,   nie   zdecydowała   się   natomiast   na   kupno   butów   dla 

chłopców. Postanowiła,  że kupią  je  razem  w St. Cloud.  Za to  wybrali  dla  malców  dwie 

identyczne   pary   granatowych   krótkich   ogrodniczek,   białe   koszule,   czerwone   muszki   i 

granatowe podkolanówki.

W ostatniej chwili Adam znalazł maleńką, skórzaną torebkę dla Wendy i portfeliki dla 

background image

chłopców,   ozdobione   ich   ulubionymi   postaciami   z   kreskówek.   Potem   przeszli   do   działu 

męskiego, gdzie znalazł dla siebie dwurzędowy smoking, odpowiednią koszulę z żabotem, 

czarną szarfę i muszkę. Laura bawiła się doskonale, zwłaszcza że udało jej się niepostrzeżenie 

dodać do zakupów biały, kaszmirowy szalik dla Adama.

Potem   zabrał   ją   na   lunch   do   drogiej   restauracji   i   przez   cały   czas   flirtował   z   nią 

niestrudzenie. Potem odebrali zapakowane sprawunki i wyruszyli do domu. Laura była w 

doskonałym nastroju. Kiedy Adam włączył się do ruchu, położyła mu rękę na ramieniu.

- Chcę cię o coś prosić.

Spojrzał na nią zaintrygowany, zatrzymując na dłużej wzrok na jej ustach.

- Proś, o co chcesz.

- Jesteś bardzo hojny, ale to, o co proszę, jest dla mnie bardzo ważne.

- Po prostu powiedz, co to jest.

- Chcę, żebyś mi pozwolił zapłacić za moje rzeczy. Beztrosko machnął ręką.

- Nie ma sprawy. Odtąd będziesz płaciła za wszystkie swoje sprawunki.

- Chodzi mi o ten strój, który kupiliśmy dzisiaj. Spojrzał na nią zaskoczony i poruszył 

się niespokojnie.

- Lauro, skarbie, to chyba nie jest najlepszy pomysł.

- Bardzo cię proszę. To naprawdę jest dla mnie ważne. Potrząsnął głową.

- Kochanie, nie wiesz nawet... To znaczy, jestem pewien, że mogłabyś... Po prostu 

uwierz mi, że to nie jest dla ciebie najlepsza okazja, żeby potwierdzić swoją niezależność. 

Tym razem daruj sobie. W przyszłości...

- W przyszłości powiesz to samo - upierała się.

- Daję ci słowo honoru, że tak nie będzie. Poza tym, ja cię do kupna tych rzeczy 

namówiłem.

Laura westchnęła.

-   Chcę,   żebyś   był   ze   mnie   dumny,   ale...   -   zaczęła   łagodnie,   lecz   Adam 

niespodziewanie zjechał na bok i zatrzymał się. Zaciągnął ręczny hamulec, objął ją i odwrócił 

ku sobie.

- Czyżby ci się wydawało, że czasami się ciebie wstydzę?

- No nie, może trochę...

- Nic podobnego!

Czuła, że serce mało nie wyskoczy jej z piersi.

-   Adamie,   tak   bardzo   się   starałam,   żeby   się   w   tobie   nie   zakochać.   Chcę,   żebyś 

wiedział, że nie chodzi mi o pieniądze, pracę, a już na pewno nie o nazwisko. Zależy mi tylko 

background image

na   tobie,   wyłącznie   na   tobie   i   niech   nigdy   co   do   tego   nie   będzie   żadnych   wątpliwości. 

Cokolwiek się stanie, wiedz, że to ty zdobyłeś moje serce, a nie to, co cię otacza.

- Laura... - Przyciągnął ją do siebie i pocałował. - Moja Laura. Nie wiesz nawet, ile te 

słowa dla mnie znaczą. Nikt . nigdy nie wprowadził w moje życie tyle światła i radości. Co 

bym zrobił, gdybyś nie stanęła na mojej drodze?

-   Na   pewno   nie   kupiłbyś   tej   sukienki!   -   zażartowała.   Oparł   czoło   o   jej   skroń   i 

roześmiał się cicho.

- Zapłać za ten ciuch, jeśli ci na tym zależy. Pamiętaj tylko, że kupiłbym wszystko, 

wszystko powiedział i zrobił, żeby cię przy sobie zatrzymać!

Nie powiedziała mu, że przy nim zostanie. W głębi duszy wiedziała, że tylko jedna 

rzecz mogła ją zmusić do odejścia.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Życie jest piękne.

Siedząc   wygodnie   na   kanapie,   Laura   przeglądała   czasopismo.   Wendy   leżała   na 

brzuchu   na   puszystym   dywanie   i   cicho   nuciła,   w   skupieniu   kolorując   obrazki   w   nowej 

książeczce. Wyglądała jak uosobienie szczęśliwego dzieciństwa i Laura nie mogła spoglądać 

na nią bez cichej radości i satysfakcji.

Adam   wszedł   do   pokoju   z   nosem   utkwionym   w   grubej   książce   na   temat   historii 

amerykańskiego meblarstwa. Potknął się o niski stolik, ale tylko mruknął coś pod nosem i 

ostrożnie usiadł w fotelu. Nie podnosząc wzroku, przewrócił kartkę.

Laura uśmiechnęła się do siebie. Przyglądała mu się z miłością, a on jakby wyczuł na 

sobie  jej wzrok. Opuścił  książkę i spojrzał  na nią. Chłopcy zachowywali  się podejrzanie 

cicho,   więc   zapytała   go,   czy   nie   wie,   gdzie   się   podziewają.   Okazało   się,   że   bawią   się 

grzecznie w swoim pokoju. Przez chwilę patrzyli na siebie, a powietrze miedzy nimi niemal 

drżało od erotycznego  napięcia.  Nawet gdy Adam wrócił  do lektury, ją nadal przenikało 

uczucie szczęścia i oczekiwania.

Ten   wspaniały   nastrój   pojawił   się   w   dniu,   kiedy   pojechali   do   miasta   po   zakupy. 

Pamiętała każde słowo i gest Adama, zwłaszcza to, co powiedział pod koniec. „Kupiłbym 

wszystko, wszystko bym powiedział i zrobił, żeby cię przy sobie zatrzymać!” To zdanie nadal 

przyprawiało ją o radosny dreszcz. Pamiętała też, jak zareagował, kiedy przyniosła mu swoje 

ciężko zarobione pieniądze i koniecznie chciała się dowiedzieć, ile zapłacił za jej kreację.

Nie   podobało   mu   się   to,   ale   zgodził   się,   by   zwróciła   mu   pieniądze.   Kiedy   się 

dowiedziała, o jaką sumę chodzi, niemal się zakrztusiła, ponieważ suma ta ponad dwukrotnie 

przewyższała jej oszczędności. Nadal jednak upierała się przy swoim, więc wynegocjowali 

kompromis. Miała zapłacić za suknię, pończochy i buty, ale płaszcz, biżuteria i bielizna miały 

być prezentem od Adama. Nawet ta kwota przewyższała jej oszczędności, więc postanowili, 

że resztę spłaci w ratach. Potem Adam zrobił coś, co wzruszyło ją najbardziej. Zaprowadził ją 

do swojego pokoju i pokazał skrytkę w biurku. Powiedział, że tu będzie trzymał pieniądze, 

które mu dała i gdyby kiedykolwiek były jej potrzebne, miała je stąd wziąć, a on nie będzie o 

nic pytał.

Przyjął od niej pieniądze, by nie urazić jej dumy, ale nie ograniczył jej finansowej 

swobody, zostawił otwartą furtkę. Udowodnił tym  samym,  że jej uczucia bardziej się dla 

niego liczą niż własne pragnienia. O tak. Życie jest bardzo, bardzo piękne.

Wendy nagle wstała i podbiegła do ojca.

background image

- To dla ciebie.

Adam ze szczerym zainteresowaniem obejrzał dzieło córki i wylewnie je pochwalił. 

Dziewczynka rozpromieniła się. Oparła się o jego kolana i wskazała na jakiś szczegół.

- Tutaj trochę wyjechałam za linię.

Adam przyjrzał się obrazkowi pod innym kątem.

- Hm, rzeczywiście, ale to dobrze. Ten delikatny cień bardzo tu pasuje. - „Delikatny 

cień”   był   plątaniną   chaotycznych   kresek,   ale   Wendy   przyjęła   pochwałę   bez   żadnych 

podejrzeń. Wdrapała się ojcu na kolana i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Kocham cię, tatusiu.

- Ja też cię kocham, skarbie. Mam pomysł! - Zerknął na Laurę i zaczął coś szeptać 

córce do ucha.

Wendy wróciła na dywan  i znów otworzyła  książeczkę, co chwila spoglądając na 

opiekunkę.   Laura   nie   miała   wątpliwości,   że   za   chwilę   otrzyma   mozolnie   pokolorowany 

obrazek.

- Ja też mam pomysł! - odezwała się dziewczynka. - Jak skończę ten obrazek, to zrobię 

jeden dla cioci Rocky i drugi dla wujka Luke'a.

Adam z entuzjazmem kiwnął głową.

- Świetny pomysł. Ciocia Rocky bardzo się ucieszy.

- Może oprawimy je w ramki? - zaproponowała Laura.

- Jak prawdziwy obraz na ścianę! - zawołała Wendy z przejęciem.

- Tak zrobimy - potwierdził Adam. - Potem zapakuję je w ładny papier i podarujesz je 

cioci na przyjęciu.

Zachwycona   Wendy   przystąpiła   do   pracy.   Nie   minęła   minuta,   kiedy   miłą   ciszę 

przerwał dziwny trzask i pełen przerażenia krzyk. Laura i Adam zerwali się jednocześnie i 

pobiegli do pokoju chłopców. Adam dobiegł tam o ułamek sekundy wcześniej i otworzył 

drzwi. Oboje stanęli jak wryci na widok dziecięcej sylwetki leżącej w nienaturalnej pozycji na 

podłodze przy łóżku. Wokół połyskiwały odłamki mlecznego szkła.

- Robbie! - Adam przyklęknął przy synu, nie zważając na szkło. Malec oparł się na 

łokciu i zaczął głośno płakać. Adam odetchnął z ulgą i zaraz poczuł, jak budzi się w nim 

gniew. - Co tu się dzieje? Chciałeś się zabić?

Laura zajrzała mu przez ramię. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że od dłuższej chwili 

wstrzymywała oddech. Adam zbadał, czy chłopiec jest cały, a potem postawił go na podłodze. 

Oparła mu rękę na ramieniu w obawie, że nie powstrzyma złości i zacznie potrząsać synem, 

ale on tylko pogładził go po głowie.

background image

- Nabiłeś sobie guza! Rob, co ty wyprawiałeś? Niespodziewanie uścisnął płaczące 

dziecko. W tej samej chwili zza łóżka ostrożnie wyjrzał przerażony Ryan. Laura kiwnęła na 

niego palcem, chłopiec wdrapał się na łóżko i przytulił do niej. Wzięła go na ręce i wyniosła 

do holu, gdzie nie groziło mu skaleczenie.  Adam podążył  za nią z płaczącym  synem  na 

ramieniu.

- Zrobimy ci zimny okład w moim pokoju - oznajmił.

Ułożył Robbiego na skraju łóżka i wskazał Ryanowi miejsce obok brata. Chłopiec 

posłusznie   wdrapał   się   na   posłanie   i   usiadł.   Adam   wyjął   termofor   i   poprosił,   by   Laura 

napełniła go lodem. Gdy wróciła, już wiedział, jak doszło do wypadku.

Chłopcy znudzili się spokojną zabawą i zaczęli rzucać w siebie klockami. Robbie 

postanowił zostać ruchomym celem, zaczął więc podskakiwać na łóżku, podczas gdy Ryan w 

niego celował. Jeden z klocków rozbił wiszący pod sufitem żyrandol, a Robbie tak bardzo się 

tego   wystraszył,   że   aż   spadł   z   łóżka.   Adam   zbeształ   obu   chłopców,   na   tydzień   zakazał 

wszelkich   zabaw   w   sypialni   i   również   na   tydzień   skonfiskował   klocki.   Potem   delikatnie 

przyłożył zimny okład do głowy Robbiego.

Jak można było przewidzieć, Robbie po chwili wdrapał się ojcu na kolana. Laura 

przytuliła do siebie Ryana, nie chcąc, by czuł się pominięty. Wkrótce wszyscy czworo leżeli 

przytuleni na łóżku. Łzy i smutek ustąpiły miejsca radosnym śmiechom. Po kilku minutach 

obaj chłopcy pobiegli bawić się do gabinetu.

Gdy wyszli, Adam przewrócił się na plecy i jęknął.

- Chyba sobie skróciłem życie o jakieś dziesięć lat. Kiedy zobaczyłem, jak tam leży...

Laura oparła się na łokciu.

- Powinnam ich lepiej pilnować. Przepraszam. Położył się na boku, twarzą do Laury.

- FBI nie pilnowałoby ich lepiej. Poza tym, przecież mnie pytałaś, co robią, a ja cię 

uspokoiłem. Byłem przekonany,  że wszystko jest w porządku, bo zajrzałem do nich pięć 

minut wcześniej.

- Pięć minut dla dziecka to kawał czasu.

- Właśnie się o tym przekonałem.

- Lepiej sprzątnę to szkło.

Spojrzał jej w oczy, lekko potrząsnął głową i miękko ją przytulił. Kiedy poczuła jego 

usta na swoich, zabrakło jej tchu. Uniósł się lekko i nakrył ją sobą, a ona objęła go rękami i 

nogami.   Całował   ją,   lekko   kołysząc   całym   ciałem.   W   głowie   jej   się   kręciło,   z   każdym 

poruszeniem   świat   wirował   coraz   szybciej.   Zapomniała   o   wszystkim,   liczył   się   tylko 

mężczyzna w jej ramionach. Tak bardzo chciała go zadowolić, stać się jego częścią. Po raz 

background image

pierwszy   zatraciła   się   całkowicie,   dając   temu   świadectwo   każdym   ruchem,   oddechem, 

westchnieniem.

- Tyle razy marzyłem, że jesteś w moim łóżku - wyszeptał. Wsparł się na łokciach i 

odgarnął włosy z jej czoła. - Chcę się z tobą kochać, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila. Nie 

wiem tylko, jak długo jeszcze zniosę to czekanie.

- Wiem. - Westchnęła. - Noce są takie... Uśmiechnął się szeroko i spojrzał jej w oczy.

- Jakie? - Ale ona już oprzytomniała i zawstydziła się. - Jesteś wspaniała. Nawet nie 

umiem wyrazie, jak bardzo...

- Tato!

- Dzieci! - Chciała od razu pobiec do gabinetu, ale jednocześnie zastanawiała się, co 

też chciał jej powiedzieć. Czyżby zamierzał wyznać, że ją kocha?

Wymamrotał coś pod nosem i usiadł na skraju łóżka. Laura również zdążyła usiąść, 

zanim bliźniacy wpadli do sypialni.

- Tato! Wendy nie pozwala nam kolorować obrazków!

- Właśnie! Nie pozwala kololować oblazków! Adam pochylił się ku chłopcom.

- Hm, Wendy dostała specjalne zadanie.

- Ale my chcemy rysować!

- Chcemy lysować!

Laura wstała i wyciągnęła ręce do malców.

- Może znajdziemy dla was coś innego do kolorowania. Adam poderwał się z miejsca.

- Najpierw posprzątam to szkło.

- Dobrze. - Nie mogła oderwać od niego wzroku, ale Ryan pociągnął ją za rękę i zdała 

sobie sprawę, że chłopcy przyglądają jej się czujnie. - Może przerysujemy kilka obrazków z 

waszych ulubionych książek, a wy je pokolorujecie?

- Tak! Tak! - Robbie aż podskoczył z radości.

Zanim   wyszli,   jeszcze   raz   spojrzała   na   Adama.   Stał   przy   łóżku,   wyraźnie 

sfrustrowany, ale najbardziej ujął ją jego czuły uśmiech i tęsknota w oczach. To miłość. Była 

tego pewna.

- Kto jest głodny? - Ja!

- Ja!

- Ja!

Adam przesunął dłonie na kierownicy i zerknął na Laurę.

- Co o tym sądzisz? Zatrzymamy się, żeby coś zjeść? Laura rozejrzała się. Rozpoznała 

małą restaurację, gdzie się spotkali wiele tygodni temu. Wendy również ją rozpoznała.

background image

- Patrzcie! - Wskazała przed siebie. - Tutaj znaleźliśmy Laurę!

- Tutaj ją spotkaliśmy - poprawił Adam. - No to jak? Zatrzymamy się? - Nie dodał, że 

ma wielką ochotę przytrzeć komuś nosa.

Laura przygryzła wargi i wzruszyła ramionami.

- Dobrze. Nie mam nic przeciwko temu.

Adam uśmiechnął się do siebie. Może nie jest to zbyt szlachetne, ale pragnął się nią 

pochwalić. Chciał, by wszyscy tu zobaczyli, że jest szczęśliwa i kochana, i że dla tej rodziny 

zdziałała cuda. Miał do tego prawo, ponieważ Laura odwiodła go od ukarania kierownika. 

Zaparkował   przed   restauracją   i   wyłączył   silnik.   Przerzucił   ramię   przez   oparcie   fotela   i 

spojrzał do tyłu, na dzieci.

- Posłuchajcie mnie. Jeśli nie będziecie się zachowywać grzecznie, Laura będzie się 

wstydziła, a ja się rozgniewam. Jasne?

Mina Wendy świadczyła, że dziewczynka doskonale go rozumie.

- Czy ten niedobry grubas wciąż tu jest? - zapytała. - No, ten, który krzyczał na Laurę.

- Nie wiem, skarbie, ale jeśli tu jest, to dopilnujemy, żeby był dla nas uprzejmy.

Wendy   z   przekonaniem   skinęła   głową.   Chłopcy   słuchali   tej   rozmowy,   nic   nie 

pojmując. Adam przypomniał im, że Laura kiedyś tu pracowała i wytłumaczył, że jej były 

szef nie był zadowolony, kiedy odeszła.

-   Właśnie   dlatego   chcę,   żebyście   siedzieli   spokojnie,   ładnie   jedli   i   nie   krzyczeli. 

Rozumiecie   mnie?   -   Potaknęli   entuzjastycznie.   -   Mam   nadzieję.   Jeśli   narobicie   nam   tu 

wstydu, wszyscy będą myśleli, że to wina Laury, bo jest waszą opiekunką.

Chłopcy znów skinęli głowami, a Ryan zajrzał Laurze w oczy.

- Będziemy gzecni - obiecał.

Adam zdołał spokojnie wysiąść z chłopcami z samochodu, Laura zajęła się Wendy. 

Razem weszli do restauracji i rozejrzeli się po niedużej sali. Trwała jeszcze pora lunchu, więc 

sporo stołów było zajętych. Jedna z kelnerek natychmiast rozpoznała Laurę i trąciła łokciem 

koleżankę. Potem szybko zniknęła na zapleczu, zapewne po to, by rozgłosić nowinę. Laura 

niepewnie spojrzała na Adama, a on położył jej dłoń na ramieniu.

- Może usiądziemy w boksie? Przystawimy dodatkowe krzesło dla Ryana.

- Dobry pomysł.

Zdjęli kurtki,  Laura położyła  je na ławkach  w rogach boksu,  a tymczasem  Adam 

pożyczył od sąsiedniego stolika dodatkowe krzesło i usiedli. Z konieczności Laura siedziała 

blisko Adama, ponieważ ich okrycia zajmowały dużo miejsca. Zjawiła się kelnerka i ciekawie 

przyjrzała się Laurze.

background image

- Co podać?

Adam naturalnym gestem objął Laurę.

- Na co masz ochotę, kochanie? Ja napiję się kawy.

- Ja też poproszę kawę. Dzieci, chcecie kakao?

Ryan i Wendy zgodzili się, Robbie wolał colę. Adam uznał, że na colę jest za zimno i 

stanęło na szklance mleka.

- Tylko proszę uważać, żeby kakao nie było zbyt gorące - powiedział Laura.

Kobieta spojrzała na nią z niezadowoleniem, ale kakao miało bezpieczną temperaturę. 

Podano im menu.

-  Już  jesteśmy  gotowi -  rzekł  chwilę   potem  Adam,  nie  podnosząc   wzroku. Laura 

położyła mu rękę na kolanie i ścisnęła ostrzegawczo. Spojrzał w górę i zobaczył kierownika 

restauracji. Przyciągnął Laurę bliżej i uśmiechnął się.

- Witam - powiedział przyjaźnie. - Pamięta mnie pan? Chyba brakuje panu kelnerek, 

skoro osobiście obsługuje pan gości.

Mężczyzna uśmiechnął się z przymusem.

- Chciałem się tylko upewnić, czy został pan należycie obsłużony.

- Jak miło! Obsługiwanie gości to pewnie dla pana nic miłego. Ale lepsze to, niż utrata 

pracy, co? - Ta aluzja miała przypomnieć kierownikowi, że nadal może stracić zajęcie, jeśli 

pozwoli sobie na jakaś nieuprzejmość. Adam zwrócił się do Laury: - Co sobie zamówisz, 

kochanie?

Usta jej zadrgały na dźwięk tego czułego słówka, ale odezwała się spokojnym głosem:

- Jaka jest zupa dnia?

- Fasolowa.

- Dobrze. Poproszę zupę fasolową i pieczywo czosnkowe. Aha, i dużą porcję frytek do 

podziału dla nas wszystkich.

-  Ja też   zamówię  zupę  -  odezwał  się  Adam.  -  I kanapkę.   Decyzja  co  do rodzaju 

kanapki zabrała mu trochę czasu.

Potem odłożył menu i uśmiechnął się do udręczonego kierownika. Laura tymczasem 

wypytała dzieci, co chcą zjeść. Gdy skończyli zamawiać i kierownik chciał odejść, Adam 

zatrzymał go ruchem dłoni.

- Nie przywita się pan z byłą pracownicą?

Nalana twarz mężczyzny poczerwieniała. Mimo to nieszczęśnik skłonił się lekko.

- Dzień dobry, Lau... to znaczy, pani. Widzę, że dobrze się pani wiedzie.

- Bardzo dobrze, dziękuję. - Uśmiechnęła się niewinnie.

background image

- Dobrze to mało powiedziane - wtrącił Adam. - Laura dokonała w naszej rodzinie 

cudów. Prawda, dzieci?

Wendy spojrzała na kierownika niebezpiecznie zwężonymi oczami. Adam musiał się 

opanować, by nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Nie po raz pierwszy przyszło mu do głowy, 

że Wendy będzie kiedyś równie władcza jak Kate.

- Kochamy Laurę - oznajmiła zaczepnie dziewczynka.

- Nie da się ukryć - wyszeptał Adam.

-   A   ona   kocha   nas!   -   potężnym   głosem   oznajmił   Ryan.   Laura   uśmiechnęła   się   i 

przyłożyła  palec do ust. Chłopiec natychmiast się uspokoił. Laura bez złości spojrzała na 

swojego byłego przełożonego.

- Wszystko dobrze się ułożyło - powiedziała.

- Miło mi to słyszeć - odparł kierownik, o dziwo raczej szczerze. - Żałuję... tamtego 

zajścia.

- A ja nie - odparła lekkim tonem i spojrzała na Adama.

- Frytki poprosimy od razu - oznajmił Adam.

- Oczywiście, już przynoszę - odparł kierownik i szybko odszedł.

Czterdzieści  minut  później najedzeni  i zadowoleni  wyszli  z restauracji. Na koniec 

podano   im   deser   „na   koszt   firmy”,   który   bardzo   Laurze   smakował   i   miała   nadzieję,   że 

Adamowi też. Dzieciom mógł grozić ból brzucha z przejedzenia, ale była zbyt zadowolona, 

by się martwić na zapas. Przy samochodzie Wendy zakryła dłonią usta i zachichotała.

- Co cię tak rozśmieszyło? - zaciekawił się Adam.

- Ten grubas. Tym razem był taki miły.

-   Jest   bystrzejszy,   niż   wygląda   -   mruknął   Adam,   otwierając   drzwi.   Spojrzał 

zadowolony na dzieci. - Bardzo ładnie się zachowywaliście. Jestem z was dumny. Dziękuję.

- To ja powinnam dziękować - rzekła Laura wesoło. Adam potrząsnął głową.

- Nawet nie masz pojęcia, jaką mi to dało satysfakcję. A teraz jedziemy do domu.

Do domu, pomyślała Laura. To słowo sprawiało, że robiło jej się ciepło na sercu, a 

jednocześnie po plecach przebiegał dreszcz. Instynktownie obejrzała się przez ramię. Ta sama 

kelnerka, która na jej widok zniknęła na zapleczu, stała przed drzwiami restauracji i patrzyła 

na nich. Laura właściwie jej nie znała, nie wiedziała nawet, jak ma na imię, a jednak kobieta 

patrzyła na nią z zainteresowaniem. Dlaczego? Może po prostu jej zazdrości przystojnego 

mężczyzny   u   boku?   Tak,   na   pewno.   Zdusiła   w   sobie   rodzący   się   strach   i   wsiadła   do 

samochodu.

Przeciągnęła szczotką po miękkich, świeżo wysuszonych włosach Wendy i ucałowała 

background image

ją w czubek głowy.

- Już są całkiem długie, prawda? - powiedziała dziewczynka z radością, przyglądając 

się sobie w lustrze nad umywalką.

- Tak, i zobacz, jak ładnie błyszczą.

Wendy skinęła głową, uśmiechając się szeroko.

-   Chciałabym,   żeby   były   takie   jak   twoje   -   oznajmiła   z   błyskiem   w   oku.   Po   raz 

pierwszy Laura pomyślała, że Wendy wyrośnie na piękną kobietę. Tak bardzo chciała być 

tego świadkiem.

Powiesiła  ręcznik,  którym  suszyła  włosy dziewczynki,  i jeszcze raz  wypłukała  jej 

szczoteczkę   do   zębów.   Kiedy   miały   wyjść   z   łazienki,   Wendy   niespodziewanie   rozłożyła 

ramiona w niemej prośbie, by ją wziąć na ręce. Laura podniosła małą, a ta przywarła do niej 

jak rzep. Była dość ciężka, ale z przyjemnością niosła ją do sypialni. Usiadły obie na łóżku.

- Lauro - zagadnęła Wendy cicho. - Nie jesteś prawdziwą nianią, tak?

- Cóż, nie kończyłam  żadnych  kursów,  ale dorastałam w domu dziecka i tam się 

nauczyłam, jak z dziećmi postępować. Jeśli uważasz, że coś robię nie tak, to porozmawiajmy 

o tym.

Dziewczynka potrząsnęła głową.

- Lubię cię bardziej niż inne nianie - wyznała i dodała szeptem: - One nas nie kochały.

Laura zamknęła oczy i mocniej przytuliła dziecko.

- Więc to jest pewnie ta różnica. Ja was wszystkich kocham.

-   Tatusia   też?   -   zapytała   Wendy,   podnosząc   głowę.   Laura   miała   wrażenie,   że 

dziewczynka małą rączką dotknęła jej serca.

- Tatusia też - potwierdziła cicho.

- To może zostaniesz naszą nową mamusią? Miała wrażenie, że świat zawirował.

- A chciałabyś tego, skarbie? - zapytała. Wendy objęła ją mocniej.

- Moja dawna mamusia poszła do nieba.

- Wiem. - Laura czuła łzy pod powiekami.

-   Już   nie   wróci   -   ciągnęła   poważnie   dziewczynka.   Laura   starała   się   powstrzymać 

płacz.

- Nie może stamtąd wrócić, ale zostawiła ci swoją miłość. Tak powiedziała mi siostra 

Agnes o moich rodzicach. Czasami, kiedy bardzo się postarasz, możesz wyczuć tę miłość w 

sercu.   -   Położyła   dłoń   na   piersi   dziewczynki,   ale   Wendy   nadal   patrzyła   na   nią   szeroko 

rozwartymi oczami.

- Myślisz, że moja dawna mama by się gniewała, gdybyś została naszą nową mamą?

background image

Laura zagryzła wargi.

- Myślę, że chciałaby twojego szczęścia i żebyś pamiętała, jak bardzo cię kocha.

- Mnie się wydaje, że ona by chciała, żebyś była moją nową mamą - oświadczyła 

dziewczynka. - Nie znajdę nigdzie lepszej nowej mamy.

Łzy niespodziewanie polały się z jej oczu strumieniem. Laura przytuliła Wendy z całej 

siły.

- Dziękuję ci, skarbie. Bardzo ci dziękuję.

Nie powiedziała dziewczynce, że i ona by chciała zostać jej nową mamą. Nawet gdyby 

Adam kiedyś zechciał się z nią ożenić, nie wiedziała, czy mogłaby to zrobić. Oczywiście, ko-

chała   go   bardzo,   tak   samo   jak   jego   dzieci,   ale   nie   potrafiła   zapomnieć   o   czającym   się 

niebezpieczeństwie. Może Doyal przestał jej szukać, ale czy mogła być tego pewna? Czy 

mogła ryzykować? Ale czy mogła odejść, jeśli nie miała pewności, że musi?

Po   raz   pierwszy   pojęła,   jak   bardzo   dzieci   się   do   niej   przywiązały   i   jak   je   może 

skrzywdzić. Potrzebują jej. Nie może od nich odejść, ale nie może też ich na nic narażać. Och, 

gdyby problem polegał tylko na tym, czy chce zostać żoną Adama i matką dla jego dzieci. 

Decyzję   podjęłaby   od   razu.   Zostałaby,   nawet   gdyby   Adam   nigdy   nie   zaproponował   jej 

małżeństwa i nigdy nie powiedział, że ją kocha.

Szeptała Wendy ciepłe słowa, tłumacząc jej, że przyszłość jest niewiadoma, że liczy 

się chwila obecna, a miłość nigdy jej nie opuści. Wendy przyjmowała wszystko, co mówiła 

opiekunka, a może po prostu była zbyt senna, by zdać sobie sprawę, że Laura właściwie nie 

odpowiedziała   na   jej   pytanie.   Adam   nie   był   tego   pewien.   Musiałby   zajrzeć   do   pokoju   i 

zdradzić swoją obecność, a tego nie chciał robić. Nie chciał stawiać Laury w niezręcznej 

sytuacji. Cieszył się jednak, że przypadkiem usłyszał tę rozmowę. Wiedział teraz, że córka 

myśli podobnie jak on.

Starannie wyważone odpowiedzi Laury utwierdziły go w przekonaniu, że dziewczyna 

go kocha. Wiedział to już wcześniej, poznał to po jej spojrzeniach, pocałunkach, gestach, a 

przede wszystkim po namiętnej, zmysłowej sile, która popychała ich ku sobie. Nigdy jeszcze 

nie doznał podobnego uczucia i nie zamierzał z niego rezygnować. Postanowił, że nie da 

Laurze odejść, nawet jeśli nie zgodzi się zostać jego żoną.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Patrzyła na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała - i czuła się - jak ktoś całkiem inny. A 

więc to tak wygląda, kiedy się należy do rodziny Fortune'ów. Pewnie na co dzień by tego nie 

wytrzymała, ale od czasu do czasu mogło to być nawet zabawne, a dziś zamierzała się dobrze 

bawić.   Dziś   jest   Kopciuszkiem   wybierającym   się   na   bal.   Tak,   gdyby   suknia   była   długa, 

pasowałaby do karety ciągniętej przez cztery konie. Ale nie było czasu na przeróbki; jej 

książę czekał w korytarzu. Wzięła głęboki oddech i wyszła z sypialni.

Książę   właśnie   ubierał   książątka   w   kurtki   i   przyklęknąwszy   na   kolano,   usiłował 

pozapinać im suwaki. Wendy zauważyła ją pierwsza. Wydała cichy okrzyk i podbiegła do 

Laury.

- Jak pięknie wyglądasz!

Adam   wstał,   odwrócił   się   i   zaniemówił   z   wrażenia.   Kiedy   szła   do   niego   z 

wyciągniętymi ramionami, rozpierała ją duma. Wziął ją za ręce i rozłożył je szeroko.

- Wyglądasz jak królowa. - Skłonił się głęboko.

-   Nie   widziałam   jeszcze   królowej   w   takiej   krótkiej   sukience   -   odparła   Laura   ze 

śmiechem. - Nie jest czasem za krótka? - zapytała niespokojnie.

Adam popatrzył na jej nogi, a potem potrząsnął głową.

- Nie - zapewnił ją. - Wyglądasz doskonale.

-   Ty   też   wyglądasz   całkiem   nieźle.   -   Uznała,   że   to   za   mało   powiedziane.   -   Nie, 

wyglądasz oszałamiająco.

Z uśmiechem wygładził lśniącą klapę i wyprostował muszkę. Ryan okrążył Adama i 

zderzył się z kolanem Laury. Odskoczył i rozłożył szeroko poły kurtki.

-   Laula!   Pats   na   mnie!   -   Kiedy   był   przejęty,   jego   wada   wymowy   stawała   się 

wyraźniejsza.

- Ojej! Jaki przystojny chłopiec! - zawołała.

- A ja? A ja? - Robbie podskakiwał jak piłka. Nim również musiała się zachwycić. 

Potem   spojrzała   na   Wendy.   Oczywiście,   widziała   ją   już   wcześniej,   kiedy   pomagała   jej 

przygotować   się   do   wyjścia,   ale   uznała,   że   Wendy   również   potrzebuje   komplementów. 

Zwróciła się do Adama:

- Spójrz na Wendy. Czy nie wygląda wspaniale?

- To prawdziwa piękność. - Adam wziął córkę pod brodę i uniósł jej buzię ku sobie. - 

Jeśli ty jesteś królową tego wieczoru, to ona jest księżniczką. Będziecie dwiema najpiękniej-

szymi paniami na przyjęciu.

background image

- Oj, tatusiu! - zachichotała dziewczynka.

- Idę po płaszcze. - Adam otworzył szafę, a Laura zapięła kurtkę Robbiemu. Ku jej 

miłemu zaskoczeniu Wendy zajęła się Ryanem. Pouczyła go przy tym, że ma być grzeczny i 

stać spokojnie. Nie dała sobie jednak rady z suwakiem i Laura musiała się tym zająć.

- Dziękuję ci za pomoc, skarbie - powiedziała. Wendy rozpromieniła się i powiedziała 

do braci:

- ' Lepiej ładnie się dzisiaj zachowujcie. Tatuś chce, żeby wszyscy byli z nas dumni, ze 

względu na Laurę.

Laura obdarzyła wszystkie dzieci pocałunkiem, zostawiając na ich policzkach ślady 

szminki, ale szybko je wytarła.

- Zawsze jestem z was dumna i wiem, że dzisiaj będziecie bardzo grzeczni.

Adam podszedł do nich z nowym płaszczem Laury. Sam już miał na sobie dyplomatkę 

z wielbłądziej wełny. Kiedy podawał jej płaszcz, zauważyła, że włożył biały szalik, który mu 

dała. Chciała zabrać dzieci do garażu, ale ją powstrzymał.

- Tędy. Dzisiaj podróżujemy elegancko.

Otworzył drzwi i dzieci pobiegły do zaparkowanej na podjeździe limuzyny. Kierowca 

ukłonił się i otworzył przed nimi drzwi samochodu. Widać było, że dla dzieci nie jest to 

pierwsza   podróż   limuzyną,   bo   nie   zwracając   na   nic   uwagi,   weszły   do   środka.   Adam 

uśmiechnął się przepraszająco.

- Mama nalegała, żebym sam nie prowadził. Zależy jej na bezpieczeństwie. Pewnie 

zamierza upoić nas szampanem.

Laura czuła się trochę nieswojo, ale wziął ją za rękę i uścisnął dla dodania otuchy. 

Kiedy wsiadali do limuzyny, wyszeptał jej do ucha:

-   Odpręż   się,   kochanie.   Wszystko   będzie   dobrze.   Jechali   krótko,   ale   chłopcy   nie 

próżnowali. Nacisnęli każdy guzik, jaki udało im się znaleźć, otwierali i zamykali okno w 

dachu, opuszczali szybę dzielącą ich od kierowcy, badali schowki i zakamarki. Adam dał się 

im wyszaleć, ale potem przywołał ich do porządku.

- Uspokójcie się. Wolno nam dziś się bawić, ale trzeba pamiętać o dobrych manierach.

-   Będą   pamiętać   -   zapewniła   Wendy.   Widać   było,   że   tego   wieczoru   postanowiła 

przejąć opiekę nad braćmi. Robiła to po to, by Laura wywarła dobre wrażenie na rodzinie. 

Jako niania i potencjalna macocha będzie sądzona po zachowaniu podopiecznych.

Laura   uśmiechnęła   się   na   tę   myśl,   chociaż   nadal   czuła   się   nieswojo.   Oczywiście, 

chciała zostać żoną Adama, ale nie wierzyła, że to się kiedykolwiek spełni. Choć Adam ją 

zapewniał, że pasuje do rodziny, miała wątpliwości. Była sierotą, wychowaną w katolickim 

background image

domu dziecka i byłą dziewczyną groźnego handlarza narkotyków.

Mogłaby rozmyślać o tym cały wieczór, ale widok siedziby rodu Fortune'ów sprawił, 

że   zapomniała   o   wszystkim.   Była   to   wspaniała,   przypominająca   pałac   budowla,   teraz 

oświetlona niezliczonymi reflektorami. Szerokie schody prowadziły do kolumnowego wejścia 

o podwójnych drzwiach. Erica postanowiła wydać przyjęcie w rodzinnej rezydencji, którą 

administrował adwokat o nazwisku Sterling. Chciała, by w ten sposób rodzina znalazła się 

bliżej Kate. Laura zrozumiała to, kiedy limuzyna zatrzymała się u stóp schodów. Kobieta, 

która zbudowała ten dom, odcisnęła na nim swoje piętno. Niemal czuło się tu jej fizyczną 

obecność.

Laura zadrżała, ale nie z zimna. Miała dziwne wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Doyal? 

Przypomniała sobie kelnerkę przed restauracją. Czyżby go zawiadomiła? To chyba absurd. 

Adam   pomógł   dzieciom   wysiąść   i   zabrał   z   przedniego   fotela   prezent   Wendy,   a   ona 

tymczasem oglądała fasadę domu. W małym oknie tuż pod dachem poruszyła się zasłona i 

Laura   poczuła   ulgę.   Obserwuje   ją   ktoś   ze   służby,   kto   chce   zobaczyć   eleganckich   gości 

przybywających limuzynami na przyjęcie. Kiedy Adam wziął ją pod ramię, uśmiechnęła się 

do niego beztrosko.

Razem weszli po schodach. Drzwi otworzyły się przed nimi i znaleźli się w holu z 

czarnobiałego   marmuru.   Wnętrze   oświetlał   mosiężny   żyrandol   i   kinkiety.   Mahoniowa 

balustrada biegła wzdłuż szerokich, półkolistych schodów.

Erica pojawiła się w szerokich drzwiach z lewej strony.

- Tu jesteśmy, w dużym salonie. - Rozłożyła szeroko ramiona i spojrzała na nich z 

zachwytem. - Jakiś ty dziś elegancki - pochwaliła syna i zwróciła się do Laury: - Zawsze 

wyglądasz pięknie, ale dzisiaj... Mogłabyś być modelką Fortune Cosmetics.

- O, nie! - Adam objął Laurę i przyciągnął do siebie. - Wybij to sobie z głowy. Jeśli 

ma dla kogoś pozować, to tylko dla mnie.

Laura omal nie jęknęła ze zgrozy. Zabrzmiało to jak oświadczenie, że są kochankami. 

Jego matkę jednak wyraźnie to rozbawiło.

-   Mogłam   się   tego   spodziewać.   -   Spojrzała   znacząco   na   Laurę.   -   Kochanie,   jeśli 

marzysz o karierze modelki, powiedz mi, a jakoś damy sobie z nim radę.

-   Och,   nigdy   nie   chciałam   być   modelką.   To   takie...   -   Chciała   powiedzieć,   że 

wstydziłaby się pozować przed kimś obcym, ale nagle wydało jej się to bardzo dziecinne. - To 

nie w moim stylu - dokończyła.

- Brawo - pochwalił Adam i ku jej przerażeniu pocałował ją w usta. Erica rozmawiała 

już z dziećmi, ale na pewno widziała, jak syn całuje nianię własnych dzieci. Nic jednak nie 

background image

dała po sobie poznać.

Adam wprowadził Laurę do salonu i dopiero w progu zdjął płaszcz, podał służącemu, 

a potem stanął za nią i oparł jej ręce na ramionach. Wszystkie oczy zwróciły się ku nim i 

dopiero wtedy Adam zsunął płaszcz z jej ramion. Rozległ się gwar komentarzy i było to 

właśnie to, czego oczekiwał Adam.

- Kiedy mężczyzna ma za towarzyszkę taką piękną kobietę, musi się nią pochwalić - 

wyszeptał jej do ucha.

- Kocham cię. - Te słowa wydobyły się z jej ust, zanim zdołała pomyśleć.

Objął ją i pocałował prosto w usta, a lśnienie w jego oczach zmieniło się w jasny 

płomień. Erica, w eleganckiej niebieskiej sukni, stanęła obok nich wraz z dziećmi.

- Rachel! Wendy ma dla ciebie prezent - powiedziała i wprowadziła dzieci do środka.

Adam i Laura ruszyli  za nimi. Zaraz jednak zostali Z tyłu,  ponieważ otoczyli  ich 

krewni.

- Witaj, Adamie.

- Michael, miło cię widzieć.  Julia? Ach, Caroline.  Nick! Jak się miewasz? - Adam 

uścisnął wyciągnięte do niego dłonie, a potem znów objął Laurę. - Uwaga! Oto ona. Niech mi 

będzie wolno przedstawić moją panią, Laurę Beaumont. Lauro, to moja rodzina, przynajmniej 

jej większość.

Zaczął jej przedstawiać siostry, kuzynów i ich współmałżonków, ale nie była w stanie 

nic zapamiętać. Cały czas dźwięczały jej w uszach słowa „moja pani”. Nie niania moich 

dzieci, moja przyjaciółka lub po prostu Laura, ale „moja pani”.

- Zdaje się, że ktoś nas wzywa - oznajmił w pewnej chwili Adam i wskazał na wysoką, 

szczupłą, poruszającą się z wielką gracją kobietę. Zbliżała się do nich, dając im znak ręką. 

Miała miły uśmiech i inteligentne, czujne spojrzenie. Ciemne włosy wiły się naturalnie wokół 

twarzy pozbawionej makijażu. - Lindsay. - Adam objął ją na powitanie. - Kochanie, poznaj 

moją ciotkę, doktor Lindsay Fortune Todd. A to jest Laura Beaumont.

- Miło mi panią poznać, doktor Todd.

- Mów mi Lindsay.

- W takim razie też musisz zwracać się do mnie po imieniu.

- Oczywiście. Dzieci ślicznie wyglądają, Lauro. Jeszcze nie widziałam, żeby Wendy 

była taka szczęśliwa. Ale nie przegapmy wielkiej chwili.

Adam rozejrzał się wokół.

- Zdaje się, że zaczyna się prezentacja. - Dołączyli do Eriki i dzieci. Podarunek został 

odpakowany. Wysoki, przystojny ciemnowłosy mężczyzna w szarych spodniach i ciemnej 

background image

marynarce przykląkł przy zauroczonej Wendy.

- Sama to zrobiłaś? - pytał. Wendy kiwnęła głową. - Co za talent! Powieszę to w 

swoim gabinecie. - Spojrzał na stojącą obok wysoką, rudowłosą kobietę. Chociaż widać było, 

że   jest   w   ciąży,   zachowała   szczupłą   figurę.   Miała   na   sobie   czarne   spodnie   i   obszerny, 

szafirowy sweter naszywany cekinami, który zsuwał się z jednego ramienia.

Rachel Fortune Greywolf położyła dłoń na ramieniu męża.

- Już nawet wiem, gdzie będzie wyglądał najlepiej. Nad półką w poczekalni.

- Racja. - Luke uśmiechnął się do Wendy. - Przyczepimy pod nim mosiężną tabliczkę 

z twoim imieniem.

Wendy wyglądała tak, jakby miała pęknąć z dumy, i po chwili rzuciła się Luke'owi na 

szyję. Wszyscy się roześmiali. Adam pocałował Rocky w policzek, a Lindsay zwróciła się do 

Laury:

- Luke również jest lekarzem.

Adam uścisnął dłoń nowemu członkowi rodziny.

- Widać, że jesteś w świetnej formie - powiedział. - Małżeństwo z moją siostrą jest 

chyba mniej niebezpieczne niż ubieganie się o jej rękę.

Rocky wymierzyła mu kuksańca w ramię.

- Nie dokuczaj mu, braciszku. - Odgarnęła włosy z czoła i spojrzała na Laurę. - A ty 

pewnie jesteś tą cudotwórczynią.

Laura cicho jęknęła, a Adam natychmiast się najeżył.

- Rocky! Zachowuj się grzecznie.

- Nie miałam nic złego na myśli - odparła beztrosko. - Bardzo dużo słyszałam o tym, 

jaki masz zbawienny wpływ na mojego brata. - Adam otoczył Laurę ramieniem. - Widzę też, 

że go udomowiłaś.

- Tatuś kocha Laurę - oznajmiła rzeczowo Wendy. Laura zamarła ze zgrozy, ale Adam 

tylko poklepał córkę po głowie.

- Tata się z nią całuje! - krzyknął głośno Ryan.

Laura miała nadzieję, że podłoga się pod nią rozstąpi, zanim jej twarz upodobni się do 

buraka,   ale   Adam   tylko   spokojnie   pouczył   chłopca,   że   nie   należy   tak   krzyczeć.   Wendy 

natomiast zakryła bratu usta dłonią, kiedy znów chciał coś zakomunikować, i poleciła:

- Zachowuj się grzecznie, bo Laura znów się zaczerwieni. Wokół rozległy się śmiechy 

i ciche komentarze. Wszystko zagłuszył głos Jake'a Fortune'a.

- Podejrzewam, że niedługo będziemy mieli okazję do gratulacji.

Laura znów nie wiedziała, gdzie podziać oczy. Nieświadomie oczekiwała, że Adam 

background image

zaprzeczy plotce, jakoby się mieli pobrać. Jake uśmiechnął się do niej przyjaźnie i wziął ją 

pod ramię.

- Dziękuję, Lauro - powiedział cicho. - Mogę tak do ciebie mówić? Mój syn jest dzięki 

tobie taki szczęśliwy, że nie potrafiłbym zwracać się do ciebie inaczej.

- Ależ oczywiście. - Zanim zdołała zebrać myśli i coś dodać, Adam przyciągnął ją do 

siebie.

- Tato, czyżbyś podrywał moją dziewczynę? - zapytał żartobliwie.

- Nic podobnego. Wiem, kiedy nie mam żadnych szans - ze śmiechem odparł Jake, 

poklepał syna po ramieniu i odszedł.

Nagle   zostali   sami   wśród   tłumu   gości.   Adam   odwrócił   Laurę   twarzą   do   siebie   i 

spojrzał w jej zadziwione oczy.

- Adamie - zaczęła. - Wszyscy ci ludzie... Twoja rodzina myśli, że my...

Nie mogła tego wypowiedzieć, ale nie musiała.

- Przecież to zupełnie naturalne przypuszczenie. I nie pozbawione sensu.

Jeszcze nigdy się tak nie czuła. Adam chce się z nią ożenić. Zabrał ją na przyjęcie, by 

jej to powiedzieć i by się przekonała, że jego rodzina pochwala tę decyzję.

- Och, Adamie... Oparł czoło o jej czoło.

- Jeśli chcesz złamać moje serce, to błagam, nie teraz. Nie wiedziała, co chce zrobić, 

wiedziała tylko, co czuje.

Przytuliła się do jego piersi.

- Kocham cię - wyszeptała.

- Miałem na to wielką nadzieję - odparł. Nagle spostrzegł coś ponad jej ramieniem. - 

Szampan - oznajmił. Wziął dwa kieliszki z tacy niesionej przez kelnera. - W samą porę. Mo-

żemy uczcić tę wielką chwilę. - Podał jej kryształowy kieliszek i uderzył o jego brzeg swoim. 

- Wypijmy za nas - wyszeptał, a jego oczy obiecywały jej cały świat.

Przez cały wieczór trwał przy jej boku, ignorując dobiegające zewsząd rozmowy o 

Monice Malone. Od czasu do czasu sugerował, że pokaże jej dom, zwłaszcza jego liczne 

sypialnie. Proponował też, by wyszli wcześniej, ponieważ mama i tak pewnie zatrzyma dzieci 

na noc.

Jego słowa okazały się prorocze. Dzieci wkrótce zaczęły ziewać, a w końcu ułożyły 

się na kanapach w salonie i zasnęły.

- Zanieśmy je do sypialni - zaproponowała Erica, dając znak mężowi i pokojówce. - 

Mogą spać w bieliźnie. Jutro rano ktoś je odwiezie do domu.

Adam uśmiechnął się, ignorując sugestię Laury, że może wszyscy pięcioro powinni 

background image

wrócić   do   domu.   Ucałował   śpiącego   w   objęciach   babci   Ryana,   poklepał   po   pupie 

drzemiącego na ramieniu pokojówki Robbiego i przytulił Wendy, którą trzymał na rękach 

dziadek.   Wendy   nie   chciała   odejść,   nie   uściskawszy   przedtem   Laury.   Kiedy   wyniesiono 

dzieci, Caroline podeszła do brata i coś mu szepnęła. Adam skrzywił się, ale skinął głową.

Caroline   poszła   na   koniec   salonu,   gdzie   od   pewnego   czasu   urzędował   Nathaniel 

Fortune. Adam ruszył za siostrą i pociągnął za sobą Laurę,  mamrocząc  coś o moralnym 

wsparciu. Laura dostrzegła, że Caroline po drodze zbiera innych członków rodziny. Była tam 

Allie, bliźniacza siostra Rocky, i jej przystojny mąż Rafe. Dołączyła do nich Natalie, Rebeka 

oraz, ku zaskoczeniu Laury, Jane. Potem Caroline śmiało stanęła przed lwem w jego jaskini, 

mając Nicka za plecami. Spojrzała na wuja twardym, srogim wzrokiem.

- Nate, chcielibyśmy zamienić z tobą słowo. Jest okazja, bo ojciec wyszedł z salonu.

Nathaniel spojrzał na nią zdziwiony.

- Zaskakujesz mnie, Caroline - oznajmił z goryczą. - Ty powinnaś wiedzieć lepiej niż 

inni, w jak niebezpiecznej sytuacji nas postawił.

- To twoja interpretacja faktów - odparowała gładko Caroline. - Jesteśmy tu po to, 

żebyś wiedział, że nie będziemy stać z boku i patrzeć, jak usuwasz tatę ze spółki.

Nathaniel zmierzył ich lekceważącym spojrzeniem.

- Adamie, Natalie, wiecie tak niewiele o interesach, że nie potraficie docenić powagi 

sytuacji, a ty, Jane...

- Znam swojego ojca - przerwał mu Adam. - Wiem, że jest całkowicie oddany rodzinie 

i jej interesom.

- A jeśli chodzi o mnie... - Jane wystąpiła naprzód - chcę tylko powiedzieć, że rodzina 

powinna teraz się zjednoczyć.

Nathaniel skrzywił się.

- Nie rozumiecie, że interesy są zagrożone, ponieważ...

Przerwał mu gwar podniesionych głosów dochodzący z holu. Wszyscy obejrzeli się 

jak   na   komendę.   Nagle   do  salonu   wszedł   jakiś   tyczkowaty,   chudy  mężczyzna   o  jasnych 

włosach przyklejonych do pociągłej czaszki. Ciągnął za sobą kobietę, starając się odepchnąć 

lokaja, który chciał go powstrzymać.

- Co się tu dzieje? - Jake stanął w drzwiach. Odsunął zdenerwowanego służącego i 

groźnie spojrzał na intruzów. - Co to ma znaczyć?

- Jake? - rozległ się przenikliwy głos kobiety. - To ty, prawda?

- Czy my się znamy?

- Powinniśmy. - Nieznajoma wyciągnęła rękę.

background image

- Brat powinien znać swoją siostrę - odezwał się chudzielec z chytrym uśmieszkiem.

Jake zaniemówił ze zdumienia. Ktoś w salonie roześmiał się nerwowo. Nagle u boku 

męża stanęła Erica, a on od razu zapanował nad sobą.

- Wynoście się stąd, zanim zawołam policję - rozkazał. Wysoka, szczupła kobieta 

odrzuciła w tył ciemne włosy i rozejrzała się wokół. Była ubrana w żółty luźny żakiet, krótką 

czarną spódnicę i buty na bardzo wysokich obcasach. Na powiekach miała grubą warstwę 

ciemnozielonego cienia, na ustach czerwoną szminkę, o wiele za krzykliwą dla kobiety około 

czterdziestki.

- Zaraz wszystko wyjaśnimy - oświadczył tyczkowaty chudzielec, ale nagle kobieta 

wycelowała w kogoś palcem.

- Tam! - krzyknęła i podbiegła do Lindsay. Lindsay drgnęła i odepchnęła od siebie 

nieznajomą. - Nie widzicie tego? - zapytała kobieta. Miała wyraźny południowy akcent. Ze-

brała włosy z tyłu głowy, znów stanęła obok Lindsay i zwróciła się do Jake'a. - Nic nie 

dostrzegasz?

Erica pierwsza zrozumiała, o co chodzi.

- Mój Boże, wyglądają jak bliźniaczki!

-   Bo   jesteśmy   bliźniaczkami!   -   krzyknęła   kobieta   i   zarzuciła   ramiona   na   szyję 

oszołomionej Lindsay.

- To niewiarygodne - rzekła Laura, kiedy szli po schodach. Idący obok niej Adam 

skinął głową i poprawił szalik.

- Nic tak nie psuje przyjęcia jak nagłe pojawienie się zaginionej siostry bliźniaczki.

- Biedna Lindsay! - westchnęła Laura. - Jak się nazywał ten człowiek? Potts?

- Wayne Potts. A tak kobieta... Boże, czy to naprawdę moja ciotka? Mówi, że nazywa 

się Tracey Ducet.

- I jest z Nowego Orleanu - dodała Laura.

Pomógł jej wejść do limuzyny i dał znak kierowcy, żeby zamknął drzwi. Objął ją i 

przyciągnął do siebie.

- Nie można powiedzieć, żeby nasze rodzinne spotkania były nudne - stwierdził.

- To łagodnie powiedziane. Zaginiona bliźniaczka!  No i jeszcze ta konfrontacja z 

drogim wujem Nathanielem.

- Bardzo się cieszę, że udało się go powstrzymać.

- Ale ta historia z bliźniaczką! - Laura oparła głowę na ramieniu Adama. Szampan 

wprawił ją w doskonały nastrój.

- Nie chcę o tym więcej myśleć. O żadnej z tych spraw - powiedział jej Adam do ucha.

background image

- Ale takiego zamieszania chyba dawno nie było. Spojrzał jej w oczy i oparł jej dłoń 

na biodrze.

- Zamieszanie to naturalny stan w naszej rodzinie. - Zachichotała, a on pocałował ją w 

nos. - Trochę zazdroszczę Jane, że się wyprowadza do Maine.

- O nie, Adamie! Wiem, że rodzina jest dla ciebie bardzo ważna.

- Nic nie mogę zrobić w sprawie Tracey Ducet czy Moniki Malone. To wszystko z 

czasem się wyjaśni. Ale wiedz, że nigdzie nie zamierzam się przeprowadzać. Chcę tylko 

powiedzieć, że pragnę się skoncentrować na bliższych mi sprawach, a nawet całkiem bliskich, 

jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

Spojrzała na drogą jej twarz i powiodła po niej palcami.

- Rozumiem.

Całował   ja   długo   i   leniwie.   Pocałunek   skończył   się   dopiero   gdy   limuzyna   się 

zatrzymała  i  kierowca  zapukał  w   szybę.  Adam  jęknął  i   odsunął  się.  Laura  wiedziała,   że 

powinna się zawstydzić, ale uczucia, które nią owładnęły, były zbyt silne.

Wysiedli   z  samochodu,  oparła  mu  głowę  na ramieniu  i  razem  podeszli  do  drzwi. 

Adam szybko je otworzył i znaleźli się w holu. Zdjął płaszcz, powiesił go na drzwiach szafy i 

pociągnął Laurę do środka, jednocześnie rozluźniając muszkę. Chciała zdjąć swój jedwabny 

płaszcz, ale ją powstrzymał i położywszy jej ręce na ramionach, poprowadził do swojego po-

koju.

- Dzisiaj jesteś moja, tylko moja - wyszeptał.

Nie   miała   ochoty   się   z   nim   spierać.   Rozłożyła   poły   płaszcza,   on   zsunął   jej   go   z 

ramion. Płaszcz spadł na podłogę i został tam, a oni oboje weszli do sypialni. Adam zaniknął 

drzwi i przycisnął do nich Laurę, całując jej czoło. Zręcznie wyjął spinki z jej włosów i 

przeczesał je palcami.

- Zaczekaj - powiedział cicho. - Rozpalę ogień.

Ukląkł przed kominkiem, poruszył gorące węgle pogrzebaczem i dołożył kilka drew. 

Płomienie zatańczyły wesoło. Wstał i zaczął rozpinać guziki koszuli. Laura uśmiechnęła się 

do siebie i rozsunęła zamek sukienki. Gdy Adam się odwrócił, jej suknia właśnie osuwała się 

na podłogę. Z wrażenia zaparło mu dech, a w oczach zapłonęły ogniki. Podszedł do niej i 

zdjął koszulę. Laura przesunęła dłonią po jego piersi. Patrzył na nią, jakby na coś czekał. 

Przełknęła ślinę i rozpięła koronkowy stanik bez ramiączek. Gwałtownie wciągnął powietrze i 

otoczył ją ramionami, wzdychając z rozkoszą.

Potem odstąpił o krok, przyklęknął i zsunął z jej nóg pończochy i buty. Spojrzał w 

górę, na jej twarz oświetloną złotym blaskiem ognia, i zdjął jej majteczki. Zaniknęła oczy i 

background image

odrzuciła głowę w tył. Wstał, objął ją i pocałował w usta.

Jego dotyk działał na nią silniej niż najmocniejszy szampan, pocałunek mówił więcej 

niż słowa. Nogi się pod nią ugięły, ale on ją chwycił w porę i zaniósł do łóżka. Bez słowa 

zdjął  z siebie  resztę  ubrania i nakrył  ją sobą. Dotyk jego nagiej skóry sprawił, że znów 

zamknęła oczy. Już za chwilę, pomyślała. To już za chwilę. Czuła, że jej ciało się otwiera i 

czeka na niego.

- Spójrz na mnie - wyszeptał. Poruszył  biodrami i poczuła go niemal w sobie. W 

głowie jej zaszumiało. - Spójrz na mnie - powtórzył. Uniosła ciężkie powieki. Jego twarz 

mówiła wszystko o jego uczuciach. - Kocham cię...

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Nucąc, wkładała naczynia po śniadaniu do zlewu. Adam siedział przy stole pochylony 

nad   książką   o   zabytkowych   meblach   europejskich.   Gdy   skomentował   przeczytany   przed 

chwilą fragment, Laura tylko się uśmiechnęła. Zerknęła na zegar.

-   Adam,   już   piętnaście   po   ósmej   -   powiedziała.   Zaniknął   książkę,   zakładając   ją 

papierową serwetką.

- Już mnie nie ma - oznajmił, wstał i objął ją w talii.

- Oj! - Łyżka z brzękiem wpadła do zlewu. Laura roześmiała się cicho. - Myślałam, że 

ci się śpieszy.

Dotknął ustami jej ucha.

- Kiedy jestem przy tobie, nigdy mi się nie śpieszy.

- Hm... Wczoraj mówiłeś co innego. Rozbawiony parsknął śmiechem.

- Już się bałem, że nigdy nie pójdą spać.

- Przecież było dopiero wpół do siódmej.

- Masz rację. - Westchnął. - Jestem okropnym ojcem.

-   Jesteś   cudownym   ojcem   -   zapewniła   go   i   została   nagrodzona   pocałunkiem. 

Zaczynało się robić gorąco, ale ostudził ich dziecięcy głosik.

- Tatusiu, kiedy Laura zawiezie mnie do szkoły? Odstąpili od siebie, trochę speszeni.

- Już jedziemy, skarbie. Biegnij po kurtkę.

Kiedy Wendy zniknęła za drzwiami, Adam znów przyciągnął do siebie Laurę i szybko 

ją pocałował.

- Mogę się spóźnić. Muszę dokończyć inwentaryzację, przejrzeć wyceny i księgi.

- Zostawię ci kolację.

- Kolacja nieważna. Po prostu bądź, kiedy wrócę do domu. Serce urosło jej w piersi.

-   Tylko   jakieś   śmiertelne   zagrożenie   mogłoby   mnie   przed   tym   powstrzymać   - 

oznajmiła ze śmiechem.

- Będę za tobą tęsknił - wyszeptał. - Wrócę tak szybko, jak tylko będę mógł.

- Jedź ostrożnie.

- Ty też. - Zatrzymał się w progu. - Lauro, odnowiłaś już prawo jazdy?

Poczuła, że krew odpływa jej z twarzy.

- Och, zupełnie wyleciało mi to z głowy...

-   Zadbaj   o   to,   dobrze?   Zanim   dostaniesz   mandat.   Uśmiechnęła   się   z   wysiłkiem   i 

skinęła głową. Adam odwrócił się i wpadł prosto na Wendy.

background image

- Jestem już gotowa, tatusiu, ale Ryan i Robbie nie chcą włożyć kurtek. Mogę jechać z 

tobą?

Adam potarł kark i obejrzał się przez ramię.

- Może powinienem odwieźć Wendy. Nie podoba mi się, że jeździsz bez ważnego 

prawa jazdy.

Laura   zerknęła   na   zegarek.   Czuła   się   winna,   że   jej   kłamstwo   wywołuje   takie 

komplikacje.

- Nie masz już na to czasu - stwierdziła. - Musiałbyś nadłożyć drogi. Dam sobie radę.

- Może masz rację. - Spojrzał przepraszająco na córkę. - Przykro mi, księżniczko, ale 

czeka na mnie ciocia Jane i cała armia księgowych. Laura się tobą zajmie. A teraz daj mi 

buzi. - Pochylił się, Wendy obdarzyła go głośnym pocałunkiem. Mrugnął do Laury i wyszedł.

Starała  się nie myśleć  o kłamstwie, ale  wiedziała, że wkrótce będzie musiała  dać 

Adamowi jakieś wyjaśnienie.  Czy będzie bardzo rozczarowany, kiedy się dowie, z jakim 

mężczyzną się zadawała? Może dla bezpieczeństwa dzieci odprawi ją z domu? Nie chciała 

nawet myśleć, na co je naraża.

Wendy niecierpliwie tupnęła nogą.

- Laura, idziemy!

Odsunęła od siebie ponure myśli i pośpiesznie wyszła z kuchni. Chłopcy słuchali jej 

chętniej   niż   siostry   i   szybko   zaprowadziła   całą   gromadkę   do   samochodu.   Prowadziła   w 

skupieniu, wiedząc, że nie powinna się narażać na kolejne spotkanie z policją. Zatrzymała się 

przed   szkolą   Wendy   na   długo   przed   początkiem   lekcji.   Przygładziła   włosy   dziewczynki, 

poprawiła spinkę i pocałowała ją na pożegnanie.

-   Miłego   dnia,   skarbie.   Przyjadę   po   ciebie   w   południe.   Wendy   wyskoczyła   z 

samochodu i w podskokach pobiegła do szkoły. Ostatnio wydawała się o wiele szczęśliwsza 

niż dawniej. Laura zastanawiała się, czy to jej zasługa.

Zerknęła   na   chłopców.   Wyjątkowo   spokojnie   bawili   się   samochodzikami,   jeżdżąc 

nimi po oparciach foteli i swoich ramionach. Włączając się do ruchu, zastanawiała się, czy nie 

powinna   wozić   w   samochodzie   torby   z   zabawkami.   Postanowiła   porozmawiać   o   tym   z 

Adamem. Zatrzymała się na skrzyżowaniu i rozejrzała się na boki, czy nic nie jedzie. Kiedy 

odwróciła głowę w lewo, jej wymarzony świat rozpadł się z hukiem na kawałki. Na przejściu 

dla pieszych, w rozpiętej puchowej kurtce, flanelowej koszuli i dżinsach, stał Doyal Moody.

Przez chwilę siedziała bez ruchu, nie wierząc własnym oczom. Okazało się to zgubne, 

ponieważ Doyal zwrócił uwagę na samochód stojący zbyt długo przed znakiem stopu. Twarz 

wykrzywiła mu się w dzikim uśmiechu i biegiem rzucił się w kierunku Laury. To ściągnęło ją 

background image

na ziemię i pchnęło do działania. Nie rozglądając się, nacisnęła pedał gazu. Opony zapi-

szczały. Ludzie odwracali głowy, kiedy ruszyła przed siebie. Nie widziała tego wyraźnie, ale 

chyba zmusiła inne samochody do gwałtownego hamowania.

Skręciła w innym niż zwykle kierunku, by go zmylić. Wiedziała jednak, że nie na 

wiele się to zda. Rodzina Fortune'ów jest tu wszystkim znana. Doyal znajdzie ją w kilka 

minut, jeśli tylko zada odpowiednie pytania odpowiednim osobom. Zostało jej co najwyżej 

kilka godzin. Chłopcy. Musi chronić chłopców. Gdzie może ich zawieźć? Dom nie jest już 

bezpiecznym schronieniem.

Ogarnęła ją panika. Jechała sennymi uliczkami o wiele za szybko, ale wcale tego nie 

zauważała. Myślała wyłącznie o ucieczce, o tym, żeby się znaleźć jak najdalej od Doyala. 

Kiedy dostrzegła radiowóz, jej pierwszą myślą było zatrzymać go i wyznać wszystko. Ale co 

z Adamem i dziećmi? Jeśli Doyal się o nich dowie, zechce ich skrzywdzić, by ją w ten sposób 

ukarać. Mimo to policja oznacza teraz dla niej bezpieczeństwo. Zahamowała gwałtownie, 

radiowóz zatrzymał się obok. Dostrzegła w nim Raymonda Coopera i z oczu popłynęły jej łzy 

ulgi. Nagle poczuła mdłości i już wiedziała, co zrobi. Wyskoczyła z samochodu i zgięta wpół 

zwymiotowała na chodnik. Policjant jednym skokiem znalazł się przy niej.

- Lauro! Jesteś chora?

- Okropnie chora! - wyrzuciła z siebie szybko. - Bałam się, że nie dojadę do domu. To 

zaczęło się tak nagle. Boli mnie żołądek i głowa. - Jęknęła boleśnie.

- Sprowadzę pogotowie.

- Nie! To znaczy... Muszę się położyć, a chłopcy... Może mógłbyś nas odwieźć do 

domu? Zadzwonię zaraz do matki Adama. Ona będzie wiedziała, co robić. No i zabierze do 

siebie chłopców.

Cooper potrząsnął głową.

- Sam nie wiem - odrzekł niepewnie.

- Bardzo proszę! - Nie wahała się go błagać. - Proszę! Chcę jak najszybciej znaleźć się 

w domu.

Widząc jej łzy, zmiękł i poklepał ją po ramieniu.

- Dobrze, tylko się zamelduję.

- Dziękuję ci. Bardzo ci dziękuję. Odprowadził ją do samochodu.

- Dasz radę zaparkować na poboczu?

- Tak, ale pośpiesz się.

- To potrwa tylko chwilę - zapewnił ją.

Skinęła głową a potem oparła ją na kierownicy, podczas gdy on wrócił do radiowozu. 

background image

Sytuacja jednak wcale nie była lepsza. Doyal mógł się pojawić w każdej chwili i zauważyć jej 

samochód. Zjechała na bok i zaparkowała. Chłopcy zasypali ją pytaniami, ale je zignorowała. 

Powiedziała tylko, że przejadą się radiowozem, co wywołało ich entuzjazm. Wrócił Cooper i 

pomógł jej przeprowadzić chłopców wraz z ich fotelikami do policyjnego wozu. Laura cały 

czas trzymała się za brzuch. Po chwili jechali do domu tą samą drogą, którą tu przyjechała.

- Masz dreszcze - zauważył Cooper. Sięgnął pod siedzenie i wyjął zielony koc. - Okryj 

się.

Wzięła koc z wdzięcznością i narzuciła go sobie jak szal na głowę i ramiona. Gdy 

znów natkną się na Doyala, nie rozpozna jej. Spokojnie dotarli do domu, który jeszcze nigdy 

nie wydawał się Laurze taki drogi. Policjant pomógł im wejść do środka, a potem zadzwonił 

do matki Adama. Laura wylewnie mu podziękowała i poszła do łazienki udawać, że znów 

wymiotuje. Po jakimś czasie, który wydawał jej się wiecznością, do drzwi zapukała Erica 

Fortune.

- Lauro, kochanie? Wyjdź stamtąd, niech ci się przyjrzę.

Laura nie wątpiła, że z poszarzałą twarzą rzeczywiście wyglądała jak ciężko chora 

osoba. Trzymając się za brzuch, chwiejnie oparła się o ścianę korytarza.

- Dzięki Bogu - powiedziała, nie zbliżając się do Eriki, jakby się bała, że ją zarazi. - 

Czy sierżant Cooper tu jest?

- Nie, podziękowałam mu.

Z ulgą skinęła głową. Trochę żałowała, że wykorzystała go tak bezwstydnie.

- Czy mogłabyś zabrać chłopców?

- Oczywiście, ale...

- I odebrać Wendy ze szkoły? Erica jęknęła zniecierpliwiona.

- Kochanie, nie martw się o dzieci. Co będzie z tobą? Nie możesz w takim stanie 

zostać tu sama.

- Och, Eriko, proszę - nalegała Laura. - Po prostu muszę się położyć. Najgorsze już 

minęło i teraz potrzebuję tylko snu. Poza tym, boję się, że zarażę kogoś tym paskudnym 

wirusem.

- Zadzwonię do Adama.

- Nie! On jest dzisiaj bardzo zajęty. Ma wiele ważnych spraw. No i jak mógłby mi 

pomóc?

Erica chwilę się zastanawiała.

- Cóż, kucharka wkrótce tu będzie. Jeśli zajrzy do ciebie od czasu do czasu...

- Jestem pewna, że Beverly się mną zajmie - zapewniła Laura. - Pewnie ugotuje rosół, 

background image

a właśnie tego mi najbardziej potrzeba. Jedź już i zabierz chłopców. Bardzo proszę.

Erica skinęła głową i poprawiła futro z norek.

- Tak mi przykro, że jesteś chora.

- Dziękuję. Proszę tylko, zajmij się moimi... zajmij się chłopcami. - Nagle przyszło jej 

do głowy, że może ich już nigdy nie zobaczyć i łzy napłynęły jej do oczu.

- Idź prosto do łóżka - rozkazała Erica, a Laura tylko skinęła głową.

Dzieci wesoło pobiegły za babcią, uszczęśliwione niespodziewanym urozmaiceniem 

powszedniego dnia. Laura patrzyła przez wizjer, jak sadowią się w luksusowym samochodzie 

Eriki. Kiedy odjechali, oparła głowę o drzwi i zapłakała.

W   końcu   opanowała   się   i   zadzwoniła   do   Beverly.   Poprosiła   ją,   by   pod   żadnym 

pozorem   nie   przychodziła   dziś   do   pracy,   ponieważ   może   się   od   niej   zarazić   groźnym 

wirusem. Potem zadzwoniła do małego motelu na obrzeżach Minneapolis i zarezerwowała 

pokój. Zamówiła taksówkę i zaczęła się pakować. Nie zabrało jej to dużo czasu. Przybyła tu z 

małym   bagażem   i   nie   zamierzała   wyjeżdżać   z   większym.   Kierowana   sentymentalnym 

impulsem rozłożyła na łóżku różową suknię, obok postawiła buty, a na poduszce położyła 

kolczyki i bransoletkę. Zatrzymała tylko bieliznę. Zniosła torbę do holu. Musiała zrobić coś 

jeszcze.

Pieniądze leżały dokładnie tam, gdzie Adam je zostawił. Wyjęła ze skrytki zwitek 

banknotów i schowała do kieszeni. Potem napisała krótki list i włożyła na miejsce pieniędzy. 

Rozejrzała się po pokoju Adama. To na tym łóżku się kochali. Płonący na tym kominku ogień 

oświetlał ich nagie ciała. Tutaj zaznała prawdziwego szczęścia. Odwróciła się i zostawiła to 

wszystko za sobą. To był jej ostatni podarunek dla ukochanych. Bezpieczeństwo. Tylko tyle 

mogła im już dać.

Adam wszedł do domu przez garaż. Zastanawiał się, gdzie o tej porze podziewa się 

drugi samochód. Dochodziła dziesiąta. Dzieci na pewno już spały, a Laura nie zostawiłaby 

ich samych. Może się zepsuł? No ale wtedy zadzwoniłaby do niego po pomoc.

Schował płaszcz i teczkę do szafy w holu i poszedł do gabinetu. Jeszcze zanim do 

niego dotarł, domyślił się, że nikogo tam nie ma. W pokoju panowała ciemność, telewizor był 

wyłączony. W kuchni paliło się słabe światło, brudne talerze po śniadaniu nadal leżały w 

zlewie. Co się stało z Beverly? Nie było lunchu ani kolacji? Włosy stanęły mu dęba.

Pobiegł do pokoju Wendy. Lata wojskowego szkolenia dały o sobie znać. Zatrzymał 

się w korytarzu i nasłuchując, przywarł do ściany. To niedorzeczne. Przecież w tak krótkim 

czasie jego rodzinie nie mogło się przydarzyć nic złego. A jednak... Cicho wszedł do pokoju 

córki  i   zapalił  lampkę   przy  jej   łóżku.  Nie   było   zaścielone,   ale  puste.   Wszedł  do  pokoju 

background image

chłopców. Zastał tam podobny widok. Coś jest nie tak.

Pobiegł do sypialni Laury.

- Lauro! Jesteś tam! Opowiedz!

Od razu wyczuł, że jej nie ma. Zapalił górne światło i w pokoju zrobiło się jasno. 

Łóżko   Laury   było   posłane,   leżał   na   nim   jej   strój   z   przyjęcia.   Drzwi   pustej   szafy   stały 

otworem.

- O Boże! Nie!

Otworzył  szuflady komody.  Wszystkie  były  puste. Zamknął  je z hukiem. Jak ona 

mogła go zostawić? Przecież wiedziała, jak bardzo ją kocha, jak jej potrzebuje. A dzieci? 

Pozwoliła,   żeby   ją   pokochały   i   uzależniły   się   od   niej.   Jak   mogła   opuścić   je   tak   bez 

ostrzeżenia? Nie potrafił w to uwierzyć. Przez chwilę gniew stłumił wszelkie inne uczucia. 

Adam podbiegł do łóżka, chwycił lampkę z nocnego stolika i cisnął nią o ścianę. Abażur 

spadł  na  podłogę,   ale   szklana  podstawa   roztrzaskała  się  z   hukiem.  Chwycił   za  narzutę  i 

mocno   pociągnął,   aż   leżące   na   niej   przedmioty   podskoczyły   w   górę.   Sukienka   poleciała 

prosto na niego. Owionął go zapach Laury, dotarł do serca i do rozumu.

Adam usiadł na skraju łóżka. Musi pomyśleć, jakoś to sobie wytłumaczyć. Przecież 

rano obiecała mu, że będzie na niego czekała. Tak niedawno... No i czy zabrałaby dzieci? Nie 

odeszłaby, zabierając mu wszystko. Gdzie są dzieci? Wstał i poszedł do swojego pokoju, 

ciągnąc za sobą sukienkę Laury. Przez chwilę nie wiedział, po co tu przyszedł. Spojrzał na te-

lefon.   Paliło   się   czerwone   światełko,   co   oznaczało,   że   na   sekretarce   jest   wiadomość. 

Drżącymi rękami nacisnął guzik i przewinął taśmę. Powitał go głos matki.

- Tu Erica. Dzwonię, żeby sprawdzić, co z tobą, Lauro. Mam nadzieję, że śpisz i już 

czujesz się lepiej. Dzieci są zdrowe, chyba się nie zaraziły. Daj znać, jak się czujesz. Pa.

Dzieci.   Są   u   matki.   Chyba   się   nie   zaraziły...   Laura   zachorowała?   Zostawiła   go   z 

powodu choroby? To niedorzeczne. Maszyna zapiszczała, sygnalizując kolejną wiadomość.

- Lauro, poważnie się o ciebie martwię. - Znów matka. - Wendy mówi, że dzieci ze 

szkoły widziały, jak jakiś mężczyzna biegł za twoim samochodem. Proszę, zadzwoń do mnie.

Mężczyzna? Biegł za jej samochodem? Adam potrząsnął głową. Nigdy nie uwierzy, że 

Laura zostawiła go dla innego mężczyzny. Ale w takim razie kto ją gonił? I dlaczego?

Trzecia wiadomość pochodziła od Beverly.

- Lauro, panie Fortune, nie wiem, czy mam jutro przyjść do pracy. Mam nadzieję, 

Lauro, że czujesz się lepiej. Proszę do mnie zadzwonić. Dziękuję.

A więc Laura zadzwoniła do Beverly i poprosiła ją, by nie przychodziła ze względu na 

jej rzekomą chorobę. Ale skoro Laura jest chora, to dlaczego nie leży w łóżku? Dlaczego wy-

background image

jechała   i   zabrała   wszystkie   swoje   rzeczy?  Ostatnia   wiadomość   sprawiła,   że   przeszedł   go 

lodowaty dreszcz.

- Adamie - mówił ojciec - twoja matka bardzo się niepokoi. Posłała kogoś do twojego 

domu, żeby sprawdził, co się dzieje z Laurą, ale nikogo tam nie było. Podobno Laura była 

rano chora. Mama dzwoniła do wszystkich szpitali w okolicy i na policję. Twój samochód 

stoi na poboczu. Podobno jakiś policjant przywiózł Laurę do domu, ale jej tam nie ma. Znik-

nęła. Zupełnie nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Zadzwoń albo najlepiej przyjedź.

Adam rzucił sukienkę na biurko i ruszył do drzwi, ale coś mu przyszło do głowy. Jeśli 

Laura odeszła i nie zamierza wracać, to potrzebuje pieniędzy. Szybko otworzył schowek. Pie-

niądze zniknęły. Zamiast nich zobaczył białą kartkę. Ręce tak mu drżały, że nie mógł jej 

rozłożyć.

Jestem ci winna więcej, niż mogę zwrócić. Wybacz mi, najdroższy. Chciałam zostać. 

Miałam nadzieję, że będę mogła. Ale los zadecydował inaczej. Dopadła mnie przeszłość i  

muszę uciekać ze względu na nas wszystkich. Nie próbuj mnie szukać.

Wiem, że zrobisz wszystko, żeby dzieci to zrozumiały. Żyj bezpiecznie i szczęśliwie.

Laura

„Szczęśliwie?” Czyżby nie wiedziała, że bez niej nigdy nie będzie szczęśliwy? Słowo 

„bezpiecznie” dało mu więcej do myślenia. Dlaczego coś miałoby mu zagrażać?

- „Dopadła mnie przeszłość i muszę uciekać, ze względu na nas wszystkich”...

Przeczesał dłonią włosy i usiadł na skraju łóżka. Co to znaczy? Kim był ten człowiek, 

który za nią biegł? Nagle przypomniał sobie, co mu powiedziała rano, przy pożegnaniu, kiedy 

jej powiedział, że kolacja jest nieważna, najważniejsze, żeby ona tu była, kiedy on wróci do 

domu. „Tylko jakieś śmiertelne zagrożenie mogłoby mnie przed tym powstrzymać”...

O Boże! Laura ma kłopoty, jakieś straszne kłopoty i próbuje chronić przed nimi jego i 

dzieci. Nieważne, co napisała, musi ją znaleźć. Musi ją znaleźć i przywieźć do domu, zanim 

będzie za późno.

- Rob, widziałeś tego człowieka? Zaspany Robbie wzruszył ramionami.

- Nie wiem.

- Pomyśl, synku. Może widziałeś kogoś na ulicy?

- A, ten pan. - Ryan usiadł prosto na łóżku. - Pokazał na nasz samochód.

-   Laura   jechała   strasznie   szybko!   -   entuzjazmował   się   Robbie.   -   O   tak!   -   Zaczął 

udawać pędzący samochód.

- A kiedy Laura zachorowała? - zapytał Adam.

Chłopcy spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami.

background image

- Kiedy zatrzymał się przy nas policjant - oznajmił Ryan.

- Wysiadła i zwymiotowała - dodał Robbie.

- I wtedy policjant zabrał was do domu?

Obaj energicznie skinęli głowami. Adam spojrzał na matkę stojącą za jego plecami.

- Dowiedziałaś się, jak on się nazywa?

- Crocker... nie, Cooper.

Raymond Cooper. Tak, to się zgadza. Jeśli Laura miała przekonać jakiegoś policjanta, 

żeby ją odwiózł wraz z dziećmi do domu, to musiał to być Cooper. Ale dlaczego tak pędziła 

przez miasto? Dlaczego tak nagle zachorowała? Ze strachu. Ze strachu o życie.

Ten   strach   kierował   nią   od   dawna.   Oszczędzała   pieniądze   nie   na   college,   ale   na 

wypadek, gdyby musiała uciekać. Dlatego nie chciała obiecać, że zostanie. Nie miało to nic 

wspólnego z ambicjami. Chciała przeżyć i chronić rodzinę. Musiała być półprzytomna ze 

strachu, ale jednak wymyśliła sposób, by dostać się bezpiecznie do domu. Przede wszystkim 

zapewniła bezpieczeństwo dzieciom,  potem zadbała o to, żeby nic nie zagroziło Beverly, 

gdyby jej prześladowca odnalazł ją w domu. Adam w roztargnieniu wzburzył włosy synów, 

potem ucałował ich na dobranoc.

- Idę powiedzieć dobranoc Wendy, a potem odnajdę Laurę. Dobrze się bawcie u babci, 

chłopcy, dobrze? - dodał z uśmiechem.

Ryan ułożył się do snu, ale Robbie spojrzał na ojca zmartwionym wzrokiem.

- Gdzie jest Laura? - zapytał.

- Myślę, że wyjechała, żeby nas chronić... przed tym wirusem, który ją zaatakował - 

wyjaśnił, starannie dobierając słowa. Ta odpowiedź zadowoliła Robbiego.

- Jak wróci, to jej powiem, żeby tego więcej nie robiła - sennie oznajmił chłopiec.

Adam   uśmiechnął   się.   On   też   jej   to   powie.   Wytłumaczy   jej,   że   nie   powinna   go 

opuszczać, bez względu na niebezpieczeństwo, jakie jej grozi.

Adam stał przed ojcem, podparłszy się pod boki.

-   Policja   nie   ruszy   palcem,   dopóki   nie   miną   dwadzieścia   cztery   godziny   od   jej 

zaginięcia. Nawet nie przyjmą raportu. Sierżant Cooper twierdzi, że Laura na pewno była 

chora,   ale   ja   myślę,   że   się   czegoś   bała.   Pewnie   tego   mężczyzny,   który   biegł   za   jej 

samochodem. Chyba się przed nim ukrywała, a kiedy ją wyśledził, uciekła, żeby chronić mnie 

i dzieci. Obawiam się, że grozi jej niebezpieczeństwo. Inaczej by od nas nie odeszła.

Jake w zamyśleniu skinął głową.

- Twoje rozumowanie wydaje się logiczne, ale czy jesteś pewien, że powinieneś jej 

szukać? Jeśli to niebezpieczeństwo jest realne, to grozi również dzieciom. A jeśli nie jest tak, 

background image

jak myślisz... Cóż...

Adam   westchnął.  Dochodziła  druga   nad  ranem   i  był kompletnie  wyczerpany.   Nie 

mógł   jednak   udać   się   na   spoczynek.   Wziął   głęboki   oddech   i   usiadł   w   fotelu   obok  ojca. 

Pochylił się do przodu i wsparł ramiona na kolanach.

- Tato, ona mnie kocha. Wiem, że kocha mnie i moje dzieci. Na pewno ma kłopoty. 

Nie oczekujesz chyba, że będę siedział z założonymi rękami.

- Nie, oczywiście, że nie. Ale co chcesz zrobić?

- Sierżant Cooper i ja zgadzamy się, że jeśli przed kimś ucieka, będzie chciała zgubić 

się w tłumie. Myślę, że pojechała do miasta. Pewnie zaszyła się w jakimś motelu. Obawiam 

się, że jeśli będziemy dłużej czekać, pojedzie gdzieś dalej albo poszuka sobie mieszkania i 

wtedy na pewno jej nie znajdziemy. Musimy zaraz przystąpić do działania.

Jake przechylił głowę.

- Trzeba by armii ludzi, żeby ją odnaleźć.

- A czy rodzina Fortune'ów nie potrafi zmobilizować armii? Czy nie mamy na tyle 

wpływów, żeby zachęcić policję do działania?

Uśmiech Jake zabarwiła ironia.

- Czyżby mój syn zdecydował się skorzystać z potęgi rodziny?

Adam z trudem przełknął ślinę. Łzy napłynęły mu pod powieki.

- Jeszcze nigdy nie byłem taki zadowolony, że nazywam się Fortune. Nigdy już nie 

będę kpił z rodziny. To właśnie po to Kate i dziadek Ben tak ciężko pracowali, a ty dla tego 

poświęciłeś całe życie. Wreszcie pojąłem, dlaczego tak ważne jest mieć władzę i wpływy. 

Stało się to znów dzięki Laurze. Proszę cię, tato, pomóż mi ją odnaleźć.

Jake wstał i wyprostował się. Biła od niego pewność siebie i siła. Położył dłoń na 

ramieniu Adama.

- Znajdziemy ją, synu. A tego drania, który ją prześladuje, zgnieciemy jak robaka. 

Jeszcze tylko jedna sprawa.

- Słucham?

- Kiedy to się skończy, ożeń się z nią, dobrze? Będzie ją łatwiej chronić, jeśli znajdzie 

się  w   naszej  rodzinie.   Jesteśmy   jej   to  winni.  Ja  jestem  jej  to   winny.   -  Zacisnął  dłoń  na 

ramieniu syna. - Do diabła, zawdzięczam jej więcej, niż potrafię wyrazić. Nigdy o tym nie 

zapomnę. Daję ci słowo.

Adam wstał i objął ojca.

- Ożenię się z nią, nie martw się. Znajdź ją dla mnie, a ja z mej zrobię twoją synową. 

Daję ci słowo.

background image

Jake roześmiał się. Po raz pierwszy rozumieli się tak doskonale.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Poszukiwania prowadzono tak precyzyjnie jak operację militarną. Prywatni detektywi, 

uzbrojeni   w   zdjęcia   i   gotówkę,   przeczesywali   okolicę.   Wypytano   taksówkarzy, 

recepcjonistów  w hotelach, byłego  szefa Laury i jej  współpracowników. Zaprzęgnięto do 

pracy komputery. Przed południem następnego dnia historia Laury zaczęła się układać w 

całość. Adam zobaczył kopię jej prawa jazdy ze stanu Kolorado. Było nadal ważne, ale to 

tylko pogłębiło jego niepokój. Domyślił się, dlaczego nie chciała pokazać dokumentu policji - 

żeby nie wpisano jej danych  w komputer. Uciekała przed kimś, kto mógł ją skrzywdzić. 

Detektywi już polecieli do Denver, by się dowiedzieć, kto to taki. Adama męczyło nieodparte 

wrażenie, że mają już mało czasu. Modlił się, żeby im go starczyło.

Leżała na poduszce mokrej od łez. Nadzieję straciła na długo przed świtem. Jaki to 

wszystko ma sens? Bez Adama i dzieci jej życie nie ma sensu. Nie miała siły dalej uciekać. 

Nie miała siły myśleć. Dlatego przyjechała tu, nie zmieniając po drodze taksówek, i podała, 

że nazywa się Laura Fortune. Nie miała siły uciekać, ale nie zamierzała też dopuścić, by 

Doyal Moody zniszczył jej życie i odszedł, nie poniósłszy kary.

Wstała z łóżka i wyjęła z rozchwianego biurka pożółkłą kopertę. Z leżącej na nocnym 

stoliku Biblii wydarła niezadrukowane strony, z torebki wyjęła długopis. Usiadła przy biurku 

i pracowicie, wyraźnym, drobnym pismem, opisała wszystko, czego udało jej się dowiedzieć 

o Doyalu  i jego ciemnych  interesach. Łzy kapały na papier, ale pisała dalej. Zakończyła 

wyrazami miłości i wdzięczności dla Adama i jego dzieci. Myślała o nich jak o swoich. Żadna 

kobieta nie kochałaby ich mocniej, nie zrobiłaby dla nich więcej. Włożyła kartki do koperty i 

napisała na niej nazwisko sierżanta Coopera. Wzięła torebkę i wymknęła się z pokoju.

W automacie w sklepie na rogu kupiła znaczek i po wielu staraniach udało jej się w 

informacji telefonicznej uzyskać  numer służbowej  skrytki  sierżanta Coopera. Telefonistka 

dopytywała  się o jej  imię  i nazwisko,  ale Laura  odwiesiła  słuchawkę. Napisała  adres na 

kopercie i rozglądając się nerwowo, poszła do skrzynki. Kiedy wrzuciła list, odetchnęła z ulgą 

i wróciła pogrążonymi w mroku ulicami do motelu.

W pokoju czuć było  dymem  papierosowym  i stęchlizną. Łóżko było  niewygodne, 

ściany odrapane i ponure. Podejrzewała, że pościel jest brudna, więc położyła się w ubraniu 

na narzucie i zamknęła oczy. Wreszcie udało jej się zasnąć.

Kilka godzin później obudziła się gwałtownie. Rozejrzała się nieprzytomnie. Kątem 

oka, w rogu, zobaczyła  jakaś postać.  Stał tam Doyal  Moody i szczerzył  zęby w pełnym 

zadowolenia uśmiechu.

background image

Adam zaciskał pięści, a detektyw mówił dalej.

- Facet nazywa się Moody. Policja z Denver twierdzi, że podejrzewają go o handel 

narkotykami, ale nie mają wystarczających dowodów, żeby go przymknąć. Każdy, kto mógł o 

nim coś wiedzieć, skończył martwy.

- Mów dalej. - Adam nerwowo przełknął ślinę.

- Spotykali się przez kilka miesięcy, a potem się do niego wprowadziła. Podobno 

wierzyła, że się z nią ożeni. Wszyscy, którzy ją tam znali, twierdzą że była bardzo naiwna i 

niedoświadczona. Moody był pierwszym poważnym partnerem w jej życiu. Pewnie dała się 

mu nabrać. Nie wiadomo tylko, dlaczego nagle zniknęła. Wszyscy znajomi podejrzewali, że 

coś tu nie gra. Moody sam złożył raport o zaginięciu. Policjant, który z nim rozmawiał, 

twierdzi,   że   wydawał   się   bardzo   poruszony.   Jednak   niektóre   szczegóły   się   nie   zgadzały. 

Moody utrzymywał, że byli razem szczęśliwi. Dlaczego więc uciekła? Znajomi twierdzą że 

zaczęła go podejrzewać o kłamstwa. Jakiś policjant widział dziewczynę odpowiadającą jej 

opisowi, jak wsiadała do autobusu do Nowego Meksyku. Była sama i bardzo zdenerwowana.

Sama. Adam przetarł twarz dłonią.

- Kiedy to było? Detektyw zajrzał do notesu.

- Jakieś dziesięć miesięcy temu. Moody co jakiś czas sprawdzał, czy nie ma o niej 

jakichś informacji. Nic o niej nie wiedzieli, choć wpuścili dane z jej prawa jazdy do kom-

putera, na wypadek, gdyby zatrzymała ją gdzieś drogówka.

Adam   właśnie   to   podejrzewał.   Najwyraźniej   i   Laura   to   przewidziała.   Wezwał 

sekretarkę ojca i polecił jej, żeby poczęstowała  detektywa  kawą i pokazała mu, gdzie są 

kanapki.   Kiedy   mężczyzna   wyszedł,   Adam   usiadł   wygodniej   na   krześle   i   zamknął   oczy. 

Nagle wyprostował się i spojrzał na leżącą na biurku kopię prawa jazdy Laury. Na zdjęciu 

wyglądała   jak   nastolatka.   Zresztą   pewnie   była   wtedy   nastolatką.   Sama,   bez   przyjaciół, 

rodziny, bez nikogo, kto by ją poprowadził i chronił. Kate by to zrozumiała. Podziwiałaby jej 

odwagę.

- Lauro, gdzie jesteś? - wyszeptał do siebie.

Kolejne pytanie bez odpowiedzi, jedno z wielu. Co takiego wiedziała o Moodym, że 

musiała uciekać? Zaczynał wątpić, czy kiedykolwiek ją znajdą Nawet rodzina Fortune'ów nie 

jest wszechwładna. Nagle drzwi się otworzyły i do biura wszedł Jake.

- Mamy ją. Zaraz podjedzie po nas samochód. Wysłałem detektywa i prawnika, żeby 

się skontaktowali z lokalną policją. Spotkamy się z nimi po drodze.

Adam chwycił wiszący na oparciu fotela płaszcz. Było zbyt wcześnie na radość, ale 

poczuł przypływ nowych sił.

background image

- Jedziemy! - zawołał. - I połączcie mnie z Raymondem Cooperem.

- Spóźniłeś się - powiedziała i oparła się na łokciu.

Doyal potrząsnął głową. Jego długie, czarne włosy zafalowały, jasnoniebieskie oczy 

zalśniły demonicznie, błysnęły w uśmiechu równe, białe zęby. Laura zastanawiała się, jak 

ktoś tak przystojny może być taki zły.

- Nie sądzę. Nie byłoby cię tutaj, gdybyś mnie sypnęła.

- Napisałam list i wysłałam do przyjaciela - oznajmiła spokojnie.

Nagle skoczył ku niej i chwycił ją za włosy.

- Co to za przyjaciel? Gadaj! - Chwycił ją za podbródek. - Gadaj, bo skręcę ci kark!

Miała ochotę się roześmiać. Przecież i tak to zrobi. Czy po to ją tyle czasu ścigał, żeby 

przeprowadzić z nią towarzyską pogawędkę? Chyba odgadł jej myśli, ponieważ rozluźnił rękę 

i przesunął na jej szyję. Żołądek Laury zacisnął się boleśnie.

- Powiedz mi, kto to jest - powiedział słodko. - Pójdziemy tam i zabierzemy ten list. 

Potem zawiozę cię do domu, do Denver, i będziemy dalej razemjakby nic się nie stało. Pa-

miętasz, jak nam było dobrze? - Zacisnął dłoń na jej piersi. Poczuła, że robi jej się niedobrze. 

Chciał ją pocałować, ale odwróciła twarz. Zaklął ordynarnie i szarpnął ją za włosy. Dłoń na 

jej piersi zacisnęła się mocniej, sprawiając ból.

- Powiedz mi, kto to jest - warknął jej do ucha - bo inaczej tak się z tobą rozprawię, że 

będziesz chciała jak najszybciej umrzeć.

Samochód zatrzymał się gwałtownie. Adam wyskoczył z mego, zanim jeszcze opadł 

kurz. Przed nim na drodze migały światła policyjnej blokady.

- Co to jest? Mieli nam dać eskortę, a nie blokować drogę! Detektyw wychylił się 

przez okno i powiedział do Adama:

- Zostało nam sześć minut jazdy.  Na miejscu jest nasz człowiek. Dobrze by było 

uprzedzić o tym policję, żeby nie wzięli go za tego Doyala.

Adam   skinął   na   Raymonda   Coopera,   a   ten   natychmiast   poszedł   do   najbliższego 

radiowozu. Cooper pokazał odznakę i zaczął rozmawiać z miejscowym policjantem. Po kilku 

chwilach wrócił do samochodu Adama, a wóz miejscowego policjanta zawrócił i ruszył przed 

siebie, najwyraźniej chcąc ich poprowadzić. Kiedy już wszyscy trzej siedzieli w samochodzie, 

Adam odnalazł we wstecznym lusterku oczy detektywa.

- Postaraj się dojechać tam za cztery minuty - polecił stanowczo.

Laura starała się chwycić powietrze. Ból w piersi stawał się coraz silniejszy. Doyal 

oparł się o nią całym ciężarem. Mimo to zdołała się uśmiechnąć z satysfakcją.

- Nazywa się Raymond Cooper - powiedziała bez tchu. - Sierżant Raymond Cooper, z 

background image

policji w St. Cloud.

Rozwścieczony   Doyal   wymierzył   jej   policzek   wierzchem   dłoni.   Wtedy   zaczęła 

walczyć. Zacisnęła pięści i zaczęła okładać go na oślep. Żeby się bronić, musiał wypuścić jej 

włosy i przez moment czuła radość zwycięstwa. Ale po chwili Doyal usiadł na niej okrakiem, 

mimo jej desperackiego oporu chwycił ją za nadgarstki i jedną ręką unieruchomił jej ramiona 

nad głową Odwróciła się i ugryzła go, a on wymierzył jej kolejny policzek.

- Powinienem teraz z tobą skończyć - syknął - ale szybka śmierć to zbyt łagodna kara 

dla takiej wrednej donosicielki. Ufałem ci, a ty mnie zdradziłaś. Jesteś mi coś winna.

Wygięła się spazmatycznie, w nadziei, że zrzuci go z siebie, ale był o wiele za ciężki. 

Roześmiał się drwiąco.

- No, to ci się udało - powiedział cicho. - Podnieciłaś mnie. Nic mnie tak nie podnieca 

jak bezbronna kobieta.

Szarpała się rozpaczliwie, ale przycisnął jej nogi, sięgnął do kieszeni i wyjął z niej 

srebrny nóż. Nacisnął dźwignię i ukazało się długie ostrze. Laura zamarła, wpatrzona w nóż, 

który zbliżał się do jej szyi. Potem zamknęła oczy i zaczęła się modlić.

Adamem wstrząsnął dreszcz. Miał przeczucie, że Laura go potrzebuje, właśnie w tej 

chwili. Była przerażona. Nie zastanawiał się, skąd to wie, po prostu wiedział. Trzymaj się, 

dziecino, powtarzał w myślach. Już do ciebie jadę.

Szybciej, szybciej.

Położył   rękę   na   ramieniu   detektywa   i   ruchem   głowy   wskazał   jadący   przed   nimi 

radiowóz.

- Wyprzedź go - polecił.

Kierowca zerknął na siedzącego obok Coopera, ten wahał się ułamek sekundy, ale 

zaraz przyzwalająco skinął głową. Samochód dał znak światłami, zmienił pas i pomknął przed 

siebie. Adam czuł, jak strach ściska mu żołądek. Zaczął się cicho modlić.

Doyal  przesunął ostrzem po jej szyi i zachichotał, kiedy ukazała się strużka krwi. 

Przesunął ostrze niżej i rozciął gruby sweter Laury. Ostrze wróciło na jej szyję, a potem znów 

zeszło niżej i rozcięło podkoszulek. Laura zadrżała, kiedy zimne powietrze owionęło jej nagie 

ciało. Doyal pochylił się i przysunął swoją twarz do jej twarzy. Nóż leżał teraz na jej brzuchu, 

przygnieciony ciałem Doyala.

- Jak mnie zadowolisz, to zabiję cię szybko - wycharczał. - Nie będziesz cierpiała, 

choć na to zasługujesz.

Roześmiała się bezgłośnie. Wolała zginąć najboleśniejszą śmiercią, niż go zadowolić.

Wsunął nóż za pasek jej spodni, tym samym kierując ostrze ku swojej pachwinie.

background image

Już wiedziała, co zrobi. Doyal lubi bezbronne kobiety? A to szkoda, bo tu takiej nie 

ma. Zebrała wszystkie siły, jednocześnie udając, że mięknie. Doyal roześmiał się zwycięsko. 

W jego oczach błysnęło pożądanie. Laura splunęła mu prosto w twarz i z całej siły wygięła 

ciało, opierając   się na  barkach  i  stopach.  Poczuła,   jak  ostrze   się unosi  i  usłyszała   krzyk 

wściekłości i bólu. Coś ciepłego polało się na jej ciało. Uśmiechnęła się. Zraniła go. Miała 

nadzieję, że nóż trafił tam, gdzie boli najbardziej. Nagle zobaczyła nad sobą uniesione ostrze. 

Wiedziała, że za chwilę otrzyma pchnięcie prosto w serce. Pomyślała o Adamie i uśmiechnęła 

się jeszcze szerzej.

„Zawsze będę cię kochała”...

Przypomniał  sobie  te  słowa niczym   ostateczne  pożegnanie.  Samochód  gwałtownie 

zahamował na parkingu przed motelem. Zaraz pojawił się przy nich jakiś człowiek i podał 

numer pokoju. Adam nie czekał dłużej. Wyskoczył z samochodu i zaczął biec.

- Uważaj, on jest tam z nią! - krzyknął ktoś.

Jakimś cudem od razu odnalazł właściwe drzwi. Nie próbował nawet  naciskać  na 

klamkę, tylko naparł na nie ramieniem. Drzwi trochę się ugięły, ale nie ustąpiły. Cofnął się o 

krok i  znów  rzucił się  na  przeszkodę.  Nagle  obok niego  pojawił   się  Cooper. Wspólnym 

wysiłkiem wyważyli oporne drzwi.

Na widok, który ukazał się jego oczom, Adam zamarł z przerażenia. Laura leżała na 

łóżku, Moody siedział na niej, unosząc nad głową nóż. Adam czuł, że serce przestało mu bić.

Zobaczyła   go   w   drzwiach.   Miał   twarz   znieruchomiałą   z   przerażenia,   oczy   pełne 

miłości. Za późno, pomyślała. Zrozumiała wtedy, że dawno powinna była wyjawić mu całą 

prawdę. Popatrzyła na niego, prosząc wzrokiem o przebaczenie. Wtem obok niego pojawił się 

ktoś inny. Rozpoznała Coopera. Policjant lekko przykucnął i wycelował w Doyala trzymaną 

oburącz broń. Nagle było już po wszystkim. Doyal odskoczył od niej, podnosząc ręce do 

góry. Była wolna. Wreszcie wolna.

Z krzykiem wpadła w ramiona Adama. Słyszała, jak Cooper oznajmia Doyalowi, że 

jest aresztowany, i recytuje mu jego prawa. Wszystkie dźwięki dobiegały do niej jakby z od-

dali. Adam objął ją i przytulił.

- Nic ci nie jest? Zranił cię? - Potaknęła,  a potem zaprzeczyła.  Zagubiony Adam 

położył ją na łóżku i odstąpił o krok. - Krew ci leci!

- Nie. - Przyłożyła  dłoń do rany na szyi.  - To tylko  drobne skaleczenie.  - Adam 

uważnie badał jej ciało. Dotknął lepkiej plamy na brzuchu. - To jego krew - wyjaśniła szybko 

i dodała z dumą: - Ja to zrobiłam.

Cooper zajrzał Adamowi przez ramię.

background image

-   Tak,   zraniła   go.   Przecięła   główną   arterią   na   udzie.   Jeszcze   kilka   minut,   a 

wykrwawiłby się na śmierć.

- Jeszcze kilka sekund, a straciłbym cię na zawsze - drżącym głosem rzekł Adam.

-   Przepraszam   cię   -   wyszeptała,   zarzucając   mu   ramiona   na   szyję.   -   Powinnam   ci 

wszystko powiedzieć.

- Chciałaś nas chronić - odrzekł łagodnie.

- Naraziłam was wszystkich na niebezpieczeństwo.

- Znam całą historię. Brakuje nam tylko dowodów, żeby aresztować tego drania.

-   Wszystko   napisałam   i   wysłałam   do   sierżanta   Coopera.   Powinnam   to   zrobić   już 

dawno, ale bałam się.

-   Chciałaś   bronić   siebie,   ale   nie   chciałaś   narażać   nas.   Doskonale   to   rozumiem   i 

podziwiam. Ale nigdy już nie wdawaj się w nic tak niebezpiecznego,  bo przysięgam...  - 

Przełknął ślinę. - Powinnaś mi była zaufać.

- Chciałam, ale wtedy wciągnęłabym w to wszystko ciebie. Nie mogłam...

- Prawie cię przez to straciliśmy!

- Ale przyszedłeś mi na ratunek. Powinnam wiedzieć, że tak zrobisz.

- Powinnaś - odezwał się ktoś zza pleców Adama. Jake stał pod ścianą, u wezgłowia 

łóżka. Pogładził ją po głowie i uśmiechnął się. - To będzie dla ciebie lekcja, młoda damo. 

Rodzina Fortune'ów troszczy się o swoich bliskich.

-   Ja   też   starałam   się   to   robić   -   odparła   śmiało.   Przeniosła   wzrok   na   Adama.   - 

Troszczyłam się o swoich bliskich.

- Jedźmy do domu - powiedział Adam. Roześmiała się ciepło. Dom. Co za wspaniałe 

słowo.

- O, tak - rzekła. - Jedźmy do domu.

Przed ceglanym kościołem czekał rząd limuzyn z włączonymi silnikami. Siedzący w 

jednej z nich, kobieta i mężczyzna, wydali radosny okrzyk, kiedy podwójne drzwi się otwo-

rzyły i ukazał się w nich tłum ludzi. W powietrzu zrobiło się biało od ryżu. Przed kościół 

wybiegła para nowożeńców, trzymając się za ręce.

Laura miała włosy upięte w ciężki węzeł, a spod welonu wymykały się pojedyncze 

złote loki. Pachnący wiosną wiatr zaróżowił jej policzki i uniósł cienki tiul welonu. W jednej 

ręce   trzymała   wiązankę,   drugą   wsunęła   w   dłoń   Adama.   Razem   zbiegli   po   schodach   do 

limuzyny i zatrzymali się na podjeździe.

Adam, ubrany w szary frak, wziął żonę w ramiona i przytulił do siebie, nie zważając 

na piękną suknię. Pocałował ją tak mocno, że musiała odchylić głowę w tył. Dzieci podska-

background image

kiwały wesoło, powstrzymywane przez troskliwych dziadków. Adam przesłał pocałunek całej 

rodzinie, a potem wzniósł twarz do nieba i posłał następny pocałunek prosto w chmury. 

Młoda para zniknęła w samochodzie.

- Ten ostatni pocałunek był dla ciebie - powiedział Sterling poważnie.

Kate skinęła głową i otarła łzy chusteczką.

- Zmieniła go. Wiedziałam to już w dniu, kiedy zobaczyłam go z ojcem w restauracji. 

- Lekko pociągnęła nosem. - Nie słyszałam, o czym mówili, ale widziałam, że się zmienił. 

Stał   się   bardziej   uczuciowy,   otwarty.   -   Uśmiechnęła   się.   -   Nie   wierzyłam,   że   doczekam 

takiego dnia.

- Miałem wątpliwości, ale ty od początku wiedziałaś, że to jest dziewczyna dla niego, 

jeszcze zanim ją zobaczyłaś.

Kate westchnęła.

- Czułam to i nie przeczyła temu żadna z informacji, które zebrałeś na jej temat, ale 

chciałam się przekonać osobiście. Wiem, że ukrywanie się w pokoju na najwyższym piętrze i 

wyglądanie z okna mogło okazać się ryzykowne, ale przynajmniej byłam na miejscu, kiedy 

przyszło tych dwoje oszustów.

Popatrzyła na rodzinę zebraną na wciąż jeszcze brązowym po zimie trawniku przed 

starym kościołem. Dostrzegła tę podejrzaną parę na uboczu. Czaili się tam jak dwoje kieszon-

kowców, czyhających na okazję. Kate wzdrygnęła się, a Sterling pokrzepiającym gestem ujął 

ją za rękę.

- Nie powinienem wątpić w twoje przeczucia - rzekł. - W końcu sam wiem najlepiej, 

jakich cudów może dokonać silna kobieta.

Kate   roześmiała   się   wesoło.   Szare   pasma   zalśniły   w   gęstych,   rudawych   włosach. 

Nagle spoważniała.

- Adam się już ustatkował - oznajmiła, znów spoglądając w okno. Rodzina zaczynała 

się rozchodzić. Tracey Ducet i Wayne Potts sprytnie wkręcili się do jednej z grup. Tracey 

uśmiechała się ostrożnie, Wayne uniżenie. Twarz Kate przybrała srogi wyraz. - Co zrobimy z 

tą parką?

Sterling odchrząknął.

- W tej chwili chyba nic nie możemy zrobić. Zmarszczyła brwi.

- No tak, nie mogę się ujawnić i ich zdemaskować. Nawet gdyby rodzina nie miała 

mnie za zmarłą, to i tak ujawnienie kłamstwa Tracey Ducet nie byłoby najlepszym wyjściem.

- Może kto inny wykonałby to zadanie za nas?

- Nie wiem, kto mógłby to być. - Kate potrząsnęła głową. - Każdy, kto znał prawdę, 

background image

już nie żyje. Ben, akuszerka... - Uśmiechnęła się przewrotnie. - W pewnym sensie nawet ja.

- A kidnaperzy? - zasugerował. - Oni na pewno wiedzą. Po twarzy Kate przebiegł 

bolesny skurcz.

- Oni nic nie powiedzą. Będą się bali.

- No tak. Znowu masz rację.

Kate zmiękła, uśmiechnęła się i wzięła go za rękę.

- I znów nie mam wyboru. Mogę tylko patrzeć i czekać - stwierdziła smutno. Ostatni 

raz spojrzała tęsknie na rodzinę.

- Jakby mój syn nie miał już i tak zbyt wiele na głowie.

- Jake da sobie radę - zapewnił ją Sterling. - Może jednak czułby się lepiej, gdyby 

wiedział, że żyjesz. Zawsze byłaś dla niego źródłem siły. Tak jak dla całej rodziny.

- Nie mogę ryzykować. Jeśli ten, kto chciał mnie zabić, dowie się, że żyję, rodzina 

znajdzie się w niebezpieczeństwie.

Sterling musiał się zgodzić, choć niechętnie.

- Cóż, Jake musi sobie poradzić sam. Jest silny.

- Może masz rację.

- Na pewno mam. Czy kiedykolwiek się myliłem? Spojrzała na niego z ukosa.

- Za każdym razem, kiedy się ze mną nie zgadzałeś. - Jeszcze raz zerknęła przez okno. 

- Mam nadzieję, że oboje jesteśmy tak sprytni, jak nam się wydaje. - Westchnęła i nacisnęła 

guzik na oparciu pod łokieć.

Rozległ się trzask z małego głośnika.

- Słucham panią?

- Jedziemy stąd.

Zerknęła z troską na Sterlinga. Przybrał obojętną minę.

- Jeszcze jedna limuzyna w długiej kolejce - powiedział. Kate uśmiechnęła się lekko.

- A więc jednak jesteś sprytny, co?

- Szybko się uczę i mam dobrą nauczycielkę - odparł. Kate patrzyła przed siebie, niby 

nie zauważając, że Sterling nadal trzyma  ją za rękę. Niech się sprytny lis jeszcze trochę 

pomęczy. Kate Fortune niczego łatwo nie oddawała - zwłaszcza swojego serca.