background image

ARLENE JAMES 

Samotny ojciec 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Adam stanął wyprostowany, jak przystało na byłego woj­

skowego, i wziął głęboki oddech. Pani Godiva nie znosiła roz­
kazującego tonu, więc starał się mówić wolno i łagodnie. 

- Omówmy wszystko spokojnie - zaproponował. - Jestem 

pewien, że to była tylko niewinna psota. Chłopcy włożyli śnieg 
do pani kapci, bo nie zdawali sobie sprawy, że to będzie dla 
pani taki wielki szok. Przecież mają dopiero po trzy lata. 

- Właśnie! Sami by tego nie wymyślili - odparowała ko­

bieta. - To robota Wendy! To ona namówiła braci, żeby włożyli 
mi śnieg do kapci. A wszystko za to, że rano postawiłam ją 
w kącie, bo nie chciała jeść suszonych śliwek. 

- Wendy nie lubi suszonych śliwek - przypomniał jej 

Adam. - Wiele razy panią prosiłem, żeby... 

- Suszone śliwki są zdrowe! - upierała się pani Godiva. 

- Gdyby słuchał pan mojego zdania, wyszłoby to nam obojgu 
na dobre. Ale pan, tak samo jak córka, nie wie, co jest dobre. 
Mam tego dość. Na dodatek pana córka obudziła mnie w sa­
mym środku nocy. Wiedziała, że zdążyłam się już rozgrzać 
pod kołdrą, więc kiedy wsunęłam stopy w... w... - Z obu­
rzenia nie mogła wydobyć z siebie głosu. 

Adam spuścił głowę. W skroniach czuł narastający, tępy 

ból. Bez wątpienia miała rację. Wszyscy wiedzieli, że zimne 
stopy są utrapieniem tej wdowy w średnim wieku, która zaj-

background image

mowała się jego dziećmi. Chłopcy sami nie wymyśliliby tak 
wyrafinowanej zemsty. Bo to była zemsta, i to w stylu typo­
wym dla Wendy. Z drugiej jednak strony pani Godiva wie­
działa, że dziewczynka nie znosi suszonych śliwek. Adam wes­
tchnął ciężko. 

- Czy nie moglibyśmy zapomnieć o całej sprawie? - za­

proponował. 

- Wykluczone! 
- Postaram się, żeby to się nigdy nie powtórzyło. 
- Ha! Pan nie ma żadnej kontroli nad tymi dziećmi. Nie 

mieści mi się w głowie, jak taki doświadczony człowiek, były 
wojskowy, mógł tak rozpuścić tę trójkę urwisów. 

- Proszę pani, moje dzieci półtora roku temu straciły matkę... 
- A od tego czasu odeszło z tego domu siedem opiekunek! 
- Sześć - poprawił ją odruchowo. 
- Siedem! - warknęła i chwyciła spakowaną torbę. - Pro­

szę przesłać należną mi zapłatę do mojej siostry w Minneapo-

lis! Ma pan adres, prawda? - Powiedziawszy to, ze złością 
wyszła z domu i zniknęła w ciemnościach. 

- Proszę pani! - zawołał za nią Adam. - Niech pani przy­

najmniej zaczeka do rana! 

Odpowiedział mu tylko chrzęst śniegu pod ciężkimi butami 

odchodzącej kobiety. Po chwili usłyszał trzask zamykanych 
drzwi i warkot silnika. Snop światła omiótł śnieżne zaspy 
wzdłuż podjazdu. Adam cicho zamknął drzwi i z trudem się 
powstrzymał, by głośno nie jęknąć. Usłyszał za sobą jakieś 
szelesty i tupot małych stóp po podłodze. Odwrócił się ener­
gicznie, niczym żołnierz podczas musztry, i spojrzał groźnie 
na trzy małe twarzyczki, wyglądające zza drzwi prowadzących 
do holu. 

background image

- Poszła sobie? - wyszeptała Wendy. Jej piegowaty nosek 

marszczył się, zdradzając skrywaną radość, a pulchne paluszki 
skubały rudawy warkocz. 

- Poszła. 
- Na zawsze? - zapytał Robbie niewinnym głosikiem. Krę­

cone jasne włosy i pyzata buzia upodobniały go do słodkiego 
aniołka. 

Ryan, trochę mniejsza kopia starszego o kilka minut brata, 

uśmiechnął się triumfalnie do Wendy i zaczął wydawać z sie­
bie radosne okrzyki. Pozostała dwójka natychmiast się do niego 
przyłączyła, zapominając o udawaniu skruchy. Adam wzniósł 
oczy do nieba, a kiedy je opuścił, dzieci były już w salonie 
i uszczęśliwione skakały po meblach. 

- Poszła sobie! Czarownica sobie poszła! 

Adam stanął wyprostowany pośrodku salonu. Nie lubił tego 

zimnego, szarego pokoju, ale od śmierci żony nie wprowadził 
tu żadnych zmian i nie zamierzał tego robić w przyszłości. 

- Dość tego! - zawołał głosem dowódcy. 
Robbie zrobił niezdarnego fikołka na kanapie i z głuchym 

hukiem wylądował na podłodze. Radosne okrzyki natychmiast 
zmieniły się w bolesny szloch. Ryan z chichotem podczołgał 
się do niego i Robbie znów zaczął się śmiać, rozcierając głowę. 
Wendy tańczyła na fotelu, nie zwracając uwagi na wyczyny 
braci. 

- Poszła sobie! Poszła sobie! Stara śliwka poszła sobie! 
Słysząc to, chłopcy wybuchnęli jeszcze głośniejszym śmie­

chem. Adam stracił cierpliwość. 

- Spokój! Natychmiast marsz do łóżek! - ryknął, czerwie­

niejąc na twarzy. 

Podniesiony głos zrobił wrażenie. Dzieci umilkły i zamarły 

background image

w bezruchu, spoglądając na ojca. Nie znaczyło to jednak, że 
mają zamiar wypełnić jego polecenie. Chłopcy położyli się na 
podłodze i patrzyli na niego ciekawie, a Wendy osunęła się 
na fotel. Jej twarz przybrała buntowniczy wyraz. 

- Nie znosiłam jej. Była zła, brzydka i... 
- Zrobiłaś wszystko, żeby od nas odeszła - stwierdził 

Adam. - Wiesz, że potrzebujemy pomocy, ale mimo to... 

- Nie potrzebujemy pomocy! - zaprotestowała dziewczyn­

ka. - Mama zajmowała się nami tylko z pomocą kucharki. 

- Kucharka przychodzi na kilka godzin dziennie! - zawo­

łał Adam. - A ja nie jestem mamą! Muszę zarabiać na utrzy­
manie, nie mogę cały dzień siedzieć w domu i zajmować się 
tylko wami. 

- A mama mogła! 
- Bo ja pracowałem poza domem i zarabiałem na życie! 
- W wojsku - powiedział Ryan z wyrzutem. Ton jego gło­

su sprawił, że Adam zapomniał o gniewie i zmieszał się. 

- Zgadza się - wymamrotał. 
Diana nigdy nie miała nic przeciwko temu, że pracował 

w wojsku. A nawet kiedyś, pod koniec wyjątkowo długiego 
urlopu, wydawała się zadowolona, że mąż znów wyjeżdża. Mo­
że właśnie dlatego zawsze czuł coś w rodzaju ulgi, kiedy jechał 
do bazy. Dzieci pewnie to wyczuwały i nie były tym zachwy­

cone. A może Diana narzekała na jego ciągłe wyjazdy? Gdyby 
się głębiej nad tym zastanowił, musiałby przyznać ze wstydem, 
że nie znał swojej zmarłej żony na tyle dobrze, by zgadnąć, 
co robiła lub mówiła podczas jego nieobecności. To samo do­
tyczyło dzieci. Co więcej, przez półtora roku, jakie upłynęło 
od tragicznego wypadku, wcale nie poznał ich lepiej. O ileż 
łatwiej zajmować się żołnierzami! 

background image

- Marsz do łóżek! Wszyscy! - nakazał stanowczo. 
Robbie i Ryan usiedli ze skrzyżowanymi nogami i czekali, 

jak na ten rozkaz zareaguje ich siostra. Wendy wydęła dolną 

wargę i spojrzała na Adama pełnym pretensji wzrokiem. 

- A kto nas teraz ułoży do snu? - zapytała. 
- Trzeba było o tym pomyśleć, zanim nasypałaś jej śniegu 

do kapci. A teraz jazda do łóżek, bo będę musiał dać komuś 
klapsa. 

Wendy buntowniczo splotła ramiona, ale kiedy Adam już 

miał stracić cierpliwość, zeskoczyła z fotela i wybiegła z po­
koju. Chłopcy podążyli za nią, wyśpiewując na całe gardło: 

- Hej, hej, czarownica sobie poszła! 
Zdesperowany Adam roztarł zesztywniały kark. Co on teraz 

zrobi? Jutro po południu miał ważne spotkanie z przedstawi­
cielem firmy sprzedającej smary samochodowe, a w piątek był 
umówiony z agentem nieruchomości. Na pewno Rebeka albo 
Natalie będą mogły jutro przez kilka godzin zająć się dziećmi. 
O piątek będzie się martwił później. Takie życie w zawiesze­
niu zaczynało go męczyć. Odszedł z wojska i musi sobie zna­
leźć jakieś zajęcie, ciekawą pracę, ale jak może się na tym 
skoncentrować, skoro dzieci właśnie się pozbyły kolejnej opie­
kunki? 

Potrząsnął głową, zgasił światło i poszedł do siebie. Przy­

szło mu do głowy, że pani Godiva może mieć wypadek na 
śliskiej drodze, zażąda od niego odszkodowania i pośle go 
z torbami. Jęknął, wszedł do zimnej sypialni, przykrył się koł­
drą po czubek głowy i zapadł w sen. 

Dziecięcy palec odciągnął mu powiekę, omal nie pozba­

wiając go przy tym oka. 

background image

10 

- Au! - Adam spojrzał na syna zirytowany. He razy to 

dziecko może się obudzić w ciągu jednej nocy? - Robbie, czy 
ty nigdy nie śpisz? 

- Lyan - poprawił go chłopiec. 
Bliźniacy byli do siebie bardzo podobni, ale Wendy twier­

dziła, że mama nigdy nie miała kłopotów z ich odróżnieniem. 
Zakłuło go lekkie poczucie winy. Odwrócił się na plecy i prze­
słonił oczy ramieniem. 

- O co chodzi tym razem? - zapytał. 
- Jestem głodny - powiedział malec, lekko sepleniąc. Ciot­

ka Lindsay, rodzinny pediatra, zapewniała, że nie ma się czym 
martwić, ale Adama niepokoiła wada wymowy syna. 

- Ryan, przecież jest środek nocy! - jęknął. 
- Nieplawda. Już lano. 
To niemożliwe. Przecież nie udało mu się przespać nawet 

dwóch godzin. Ostrożnie otworzył oczy. O Boże! Rzeczywi­
ście, już rano. Budzik na nocnym stoliku wskazywał siódmą 
czterdzieści. 

- No dobrze. - Ziewnął szeroko i usiadł na łóżku. - Co 

jest na śniadanie? 

Ryan wzruszył ramionami. 
- Nie wiem. 
Adam sięgnął po leżący na podłodze podkoszulek. 
- Zobacz, co niania przyszykowała, a potem... 
- Niania poszła - przypomniał mu malec. 
Adam zamknął oczy. No tak, stara śliwka odeszła, a ku­

charka ma przyjść dopiero w południe. Katastrofa. Może jed­
nak uda się coś przyrządzić na śniadanie, jakieś płatki z mle­
kiem, bułki... Chętnie dałby tysiąc dolarów, by móc po prostu 
włożyć mundur i pobiec na śniadanie do kasyna. Wszystko 

background image

11 

będzie wyglądało lepiej, kiedy tylko napije się kawy. Kawa. 
Jęknął boleśnie. Dzisiaj nie czeka na niego żadna kawa. Życie 
cywila to piekło. 

Ryan zeskoczył z łóżka i z całych sił przywarł do nogi ojca. 

Adam roześmiał się, niezdarnie wstał i sięgnął po szlafrok. Po­
szukiwanie kapci uniemożliwiał mu uczepiony do kolana syn. 

- Dobrze, dobrze. - Poklepał chłopca po plecach. - Idę. 
Ryan oderwał się od jego nogi i pobiegł do drzwi. 
- Lepiej się spiesz! - zawołał, stając w progu. - Jak nie 

przyjdziesz, to Wendy sama zlobi śniadanie. 

Oczy Adama rozszerzyły się z przerażenia. Zapomniał 

o kapciach i z krzykiem pognał do kuchni. 

- Wendy! 
Córka stała na krześle przy kuchennym stole i wysypywała 

mąkę z torby do miski, kołyszącej się złowróżbnie na skraju 
blatu. Adam rzucił się naprzód, chwycił Wendy, a miska w tej 
samej chwili roztrzaskała się na podłodze na tysiąc kawałków. 
Wendy natychmiast wybuchnęła płaczem. Adam postawił ją 
na stole, spodziewając się widoku krwi spływającej po nogach 
dziewczynki. Z ulgą zobaczył, że widać na nich jedynie ślady 
mąki. Do kuchni wbiegł Robbie, a za nim Ryan, z palcami 
w buzi. 

- Wyjdźcie stąd! - rozkazał Adam. Żaden z bliźniaków na­

wet nie drgnął. - Na podłodze jest szkło. Wyjdźcie stąd! 

Wycofali się powoli, a Robbie, zanim zniknął za wahad­

łowymi drzwiami, zapytał: 

- Wendy, skaleczyłaś się? 
Głośny płacz Wendy zmienił się w żałosne pochlipywanie. 
- Nic jej nie jest, tylko się przestraszyła - odparł Adam 

szorstko. Wziął córkę na ręce i ostrożnie ruszył do drzwi. 

background image

12 

Kiedy znaleźli się w jadalni, postawił dziewczynkę na dy­

wanie, przyklęknął i chwycił ją za drobne ramiona. 

- Co też ci strzeliło do głowy? - Nie chciał krzyczeć ani 

potrząsać dzieckiem, ale sama myśl o ostrym szkle wbijającym 
się w delikatne ciało przerażała go i wprawiała w zdenerwo­
wanie. Wendy znów zaczęła głośno zawodzić, ale Adam za­
uważył, że jej oczy są suche i domyślił się, że dziewczynka 
się nie boi, tylko jest zawstydzona. Prawdę mówiąc, on również 
przeżył wstrząs. - No, już dobrze - wymamrotał. - Nigdy wię­
cej nie próbuj robić takich rzeczy. Słyszysz mnie? - Kiwnęła 
głową i z przesadą pociągnęła nosem. - A tak w ogóle, co 
chciałaś zrobić? 

- Naleśniki - odparła zadziornie. 
- Naleśniki! - powtórzył za nią Robbie, podskakując 

w miejscu. - Tak, tak! Naleśniki! 

Ryan natychmiast mu zawtórował, klaszcząc w ręce. 
Adam skrzywił się. Dzieci najwyraźniej się uparły, żeby 

na śniadanie dostać coś tak skomplikowanego jak naleśniki. 
Nawet gdyby udało mu się znaleźć przepis, i tak nie potrafiłby 
zrobić choćby jednego jadalnego naleśnika. Decyzję podjął 
w jednej chwili. Był przecież specem od szybkich decyzji. 

- Ubierajcie się - powiedział. - Pójdziemy na naleśniki do 

baru. 

Jego słowa wywołały wybuch entuzjazmu. Robbie dziwa­

cznie podskakiwał, Ryan posuwistym krokiem okrążał pokój, 
pogwizdując jak lokomotywa. Wendy tylko spojrzała na ojca 

poważnie, krótko skinęła głową i wyprowadziła braci z poko­

ju. Adam uśmiechnął się do siebie. Chyba zarobił u dzieci kilka 

punktów. 

background image

13 

Godzinę później zastanawiał się, jak to możliwe, że taki 

świetny pomysł okazał się całkowitą katastrofą. Robbie właśnie 
upadł twarzą w talerz z naleśnikami, przewracając pojemniki 
z solą i pieprzem. Wendy chichotała, wymachując widelcem 
z kawałkiem ociekającego syropem naleśnika. Robbie spojrzał 
na lepką plamę na swojej piersi i roześmiał się uszczęśliwiony. 
Ryan natychmiast ukląkł na krześle, zamierzając iść w ślady 
brata. Adam chwycił stojący obok chłopca dzbanek z syropem 
i zerwał się na równe nogi. 

- Uspokój się! - krzyknął, usiłując chwycić Ryana za ra­

mię. W zamieszaniu potrącił stolik, tak że kawa z filiżanki wy­
lała mu się na spodnie. - Cholera! - zaklął z rozpaczą. 

Dzieci wybuchły głośnym śmiechem. Adam poczuł, że ktoś 

wyjmuje mu z ręki dzbanek i podaje wilgotną ściereczkę. 

- Może ja się tym zajmę? - zapytała szczupła, młoda ko­

bieta w jasnoniebieskim uniformie, z ciemną siatką na 
włosach. 

Z uśmiechem usadziła Wendy bezpiecznie na krześle 

i przysunęła ją bliżej stołu, jednocześnie przytrzymując uzbro­

joną w widelec rękę dziewczynki nad talerzem. Posadziła Ry­

ana w wysokim foteliku i odsunęła od krawędzi stołu szklankę 
z mlekiem. Coś mu szepnęła do ucha i Ryan natychmiast za­
czął jeść. Robbie wymagał nieco bardziej skomplikowanych 
zabiegów. 

- Trochę się pobrudziłeś, co? - zapytała. Przykucnęła przy 

jego krześle i lekko wzburzyła mu włosy. - Jedzenie powinno 

znaleźć się w brzuszku, a nie na brzuszku. - Zanurzyła papie­
rową serwetkę w szklance z wodą i starannie wytarła plamy 
syropu z koszuli chłopca. - Jakie ty masz piękne oczy! - za­
uważyła. 

background image

14 

Oczarowany Robbie uśmiechnął się z cielęcym zachwytem. 

Adam przyjrzał się dziewczynie i doskonale zrozumiał reakcję 
syna. 

Nieznajoma była bardzo ładna, miała owalną twarz, deli­

katnie zarysowane kości policzkowe, gładkie, szerokie czoło 
i zgrabny podbródek. Na regularne łuki brwi opadała gęsta 

grzywka koloru dojrzałego zboża. Dziewczyna miała dość sze­
rokie, pełne usta i zgrabny, prosty nos. Po bokach u jego nasady 
Adam zauważył dwa niewielkie wgłębienia, które świadczyły, 
że nosi lub kiedyś nosiła okulary. Jednak uwagę przyciągały 
przede wszystkim jej oczy - duże, przejrzyste, zielononiebie-
skie. Adam przywołał się do porządku i zamknął rozchylone 

z zachwytu usta. 

- Zdaje się, że dzięki pani uniknęliśmy ostatecznej kata­

strofy - odezwał się i usiadł. - Dziękuję. 

Jeszcze raz zanurzyła serwetkę w wodzie i wyczyściła ko­

lejną plamę na koszuli Robbiego. 

- Drobiazg. - Uśmiechnęła się lekko. - Widać było, że sy­

tuacja zaczyna się wymykać spod kontroli. 

- Owszem. Wczoraj odeszła od nas opiekunka do dzieci, 

a ja jeszcze nie poznałem wszystkich tajników samotnego oj­
costwa. 

Czy rzeczywiście powiedział „samotnego"? Kobieta spoj­

rzała na niego trochę lekceważąco, a trochę ciekawie. 

- Co się stało z pana żoną? 
- Nie żyje! - wykrzyknął Ryan pełnym głosem. 
Adam poczuł, że zwracają się ku niemu wszystkie spojrze­

nia, i zaczerwienił się ze wstydu. Zgromił syna wzrokiem 
i znów spojrzał na ładną blondynkę. 

- Moja żona zginęła w wypadku samochodowym, półtora 

background image

15 

roku temu - wyjaśnił. - Chłopcy byli wtedy bardzo mali, a wie 
pani, jakie są dzieci. Nie zawsze wszystko rozumieją... 

- Biedactwa. - Dziewczyna objęła obu malców. - Jeste­

ście tacy słodcy, że mogłabym was schrupać. - Pocałowała 

najpierw Ryana, potem Robbiego. Chłopcy z radością przyjęli 
ten wyraz sympatii. Kelnerka uważnie spojrzała na siedzącą 
po drugiej stronie stołu Wendy. - Ty pewnie wszystko pamię­
tasz, skarbie? 

Wendy z powagą skinęła głową, ale Adam założyłby się, 

że córka nie bardzo wie, o czym mówi życzliwa nieznajoma. 

- Na pewno bardzo ci jej brakuje. - Wargi Wendy zaczęły 

drżeć, bardziej dlatego, że udzielił jej się nastrój kelnerki niż 
z rzeczywistego smutku. Blondynka z gracją tancerki podeszła 
do dziewczynki i objęła ją ramionami. - Co za śliczny aniołek! 
Na pewno bardzo ją kochałaś. - Wendy kiwnęła głową, a mło­
da kobieta przytuliła ją do piersi. Jędrnej i całkiem obfitej, 
czego nie omieszkał zauważyć Adam. 

Kelnerka przykucnęła przy krześle dziewczynki. 

- Pamiętam, co siostra Agnes mówiła o matczynej miłości. 

Chciałabyś to usłyszeć? - Wendy znów kiwnęła głową. - Po­
wiedziała mi, że miłość matki nigdy nie umiera. Żyje wiecznie 
w sercach jej dzieci. Jeśli zamkniesz oczy i bardzo się skupisz, 
usłyszysz, jak bije w twoim serduszku, mocno i radośnie. 

- A kto to jest siostra Agnes? - zaciekawiła się Wendy. 
- Była pielęgniarką w takim domu, gdzie zamieszkałam, 

kiedy moja mama poszła do nieba. Siostra Agnes była za­
konnicą. 

- A dlaczego musiałaś mieszkać w tym domu? 
- Bo mój tata poszedł do nieba jeszcze wcześniej niż 

mama. 

background image

16 

Wendy spojrzała na ojca zdziwionym wzrokiem. 
- Mój tata kiedyś wyjechał do Rabii, ale wrócił - powie­

działa. 

Blondynka uśmiechnęła się do Adama. 
- No to miałaś szczęście, prawda? 
- Tata pracował w wojsku - wtrącił Robbie, znużony po­

zycją obserwatora. 

- Naprawdę? - Blondynka uniosła brwi. 
Adam odchrząknął. 
- Byłem w Arabii Saudyjskiej, kiedy żona miała wypadek. 

Do mojego powrotu opiekowała się nimi ciotka. 

- Moja babcia też nie żyje - oznajmił Robbie. 
Dziewczyna westchnęła cicho i spojrzała pytająco na Ada­

ma. Poczuł ukłucie smutku, ale szybko przywołał się do po­
rządku. 

- Właściwie to jego prababka - wyjaśnił sucho. - Zginęła 

w katastrofie lotniczej. 

W oczach kelnerki zalśniły łzy. 
- Tak mi przykro. 
Adamie, jesteś łajdakiem, zganił się w duchu, ale jedno­

cześnie pochylił głowę i westchnął cicho, żeby jeszcze bardziej 
wzruszyć nieznajomą. 

- Bardzo wam wszystkim współczuję - powiedziała, a po 

chwili dodała zupełnie innym tonem: - Uspokój się natych­
miast, młody człowieku. Nie wolno rzucać jedzeniem. 

Adam uniósł głowę i zobaczył, że Robbie zrzucił z talerza 

na stół kawałek naleśnika, nasączony syropem. Ojcowska cierp­
liwość się wyczerpała. 

- Robbie, przebrałeś miarkę! Poczekaj tylko, aż wrócimy 

do domu. 

background image

17 

Kelnerka parsknęła śmiechem i wstała. 

- Rzeczywiście niewiele pan wie o dzieciach, prawda? 
W tej samej chwili obok niej stanął tęgi, łysy mężczyzna. 
- Lauro, czekają na ciebie goście przy innych stolikach. 
- Przepraszam, chciałam tylko pomóc temu panu... 

- Mówiłem ci, kiedy cię przyjmowałem do pracy, że nie 

toleruję flirtów z klientami! 

- Ale ja nie... 
- Wcale nie flirtowała - wtrącił się Adam. - Sprzątała po 

tym, jak mój syn... 

Mężczyzna wycelował w niego palcem. 
- Byłbym wdzięczny, gdyby się pan nie wtrącał. Mamy 

tu pewne zasady, a ja jako kierownik muszę pilnować, żeby 
ich przestrzegano. Inne kelnerki nie zaniedbują gości, żeby się 
wdzięczyć do żonatych mężczyzn. 

- Nie jestem żonaty! 
- Nie jest żonaty! - zawołała jednocześnie blondynka. 
Kierownik prychnął ironicznie. 
- Podobno wcale nie flirtowałaś, a już zdążyłaś się do­

wiedzieć, jaki jest jego stan cywilny. Zawiodłem się na tobie, 
Lauro. 

- Ależ ten pan tylko mi powiedział, że jego żona zginęła 

w wypadku samochodowym... 

Kierownik spojrzał na nią groźnie. 
- Nie toleruję kłótliwego personelu. Albo za pięć sekund 

wrócisz do swojego rewiru, albo cię zwolnię. Pięć. Cztery... 

Adam wstał zza stołu. 
- To jakieś nieporozumienie. Ta pani niczym sobie nie za­

służyła na takie traktowanie. 

- Trzy. Dwa. 

background image

18 

- Może pan dalej nie liczyć. - Laura gwałtownie ściągnęła 

z głowy siatkę i rzuciła ją na podłogę. Na jej plecy spłynęła 
kaskada jasnych włosów. - Odchodzę! 

- Wiedziałem, że się tu długo nie utrzymasz - oznajmił 

kierownik pogardliwie. 

- Jest pan wściekły, bo właściciel restauracji kazał panu 

mnie zatrudnić. 

- Na pewno nie zrobił tego ze względu na twoje umiejęt­

ności zawodowe - odparł grubas ze znaczącym uśmieszkiem. 

Adam rzucił serwetkę na stół. 
- Panie, pan się aż prosi, żeby panu dołożyć! 
Zaniepokojona Laura uniosła dłoń. 
- Nie, nie trzeba. Nie zależy mi na tej pracy i nie znoszę 

bójek. 

Adam spojrzał na jej pełną niepokoju twarz i poczuł, że 

serce skacze mu w piersi. Opanował gniew i spojrzał na dzieci. 

- Wkładajcie kurtki - polecił krótko i wsunął rękę do kie­

szeni. - Wychodzimy. I na pewno nigdy więcej tu nie przyj­
dziemy - dodał z naciskiem. 

Gburowaty kierownik prychnął lekceważąco. 

- A to ci tragedia! 
Adam zmierzył go surowym wzrokiem. 
- Uprzedź swojego szefa, że niedługo zgłosi się do niego 

Adam Fortune. 

Na dźwięk tego nazwiska grubas pobladł. Adam pomógł 

Robbiemu zejść z krzesła, a Laura zajęła się Ryanem. 

- Gdzie ma pani płaszcz? - zapytał Adam. 
- Na zapleczu, ale... - odparta zdziwiona. 
- Proszę iść po niego - polecił. - Zabieramy panią. 
- Ale nie mogę tak po prostu... 

background image

19 

- Starała się pani pomóc nieudolnemu ojcu, a ten człowiek 

zwolnił panią z pracy. 

- Wcale mnie nie zwolnił, sama odeszłam - poprawiła go, 

dumnie unosząc głowę. 

Uśmiechnął się. Ta dziewczyna podobała mu się coraz bar­

dziej. 

- No dobrze. Odeszła pani sama, ale to przez nas znalazła 

się pani w takiej sytuacji. A to znaczy, że jestem pani coś wi­
nien. - Odliczył pieniądze i położył na stole. - Proszę iść po 

płaszcz - ponaglił ją. 

- Muszę jeszcze się przebrać - rzuciła przez ramię. 
Poszła na zaplecze, odprowadzana spojrzeniami zacieka­

wionych gości. 

- Włączymy ogrzewanie w samochodzie. - Ryan sięgał po 

szklankę od mleka, ale Adam chwycił go za rękę. Robbie rzucił 
się na kolana i już miał się wczołgać pod stolik, ale ojciec 
chwycił go za kołnierz. 

- Ale po co to - nerwowo wyjąkał kierownik. Zebrał ze 

stołu pieniądze i usiłował je wcisnąć do kieszeni Adama. -
Śniadanko na koszt firmy. I bardzo pana przepraszam za to... 

nieporozumienie. 

- Niech się pan nie wysila - wycedził Adam. - Nadal mam 

zamiar pomówić z właścicielem. 

Kierownik otarł pot z czoła. 

- Panie Fortune, może to przedyskutujemy? 
- Nie ma o czym dyskutować. - Adam popchnął Robbiego 

do drzwi i pociągnął za sobą Ryana. 

Wendy pokazała język przerażonemu mężczyźnie i pobieg­

ła przodem. Drzwi restauracji jeszcze się za nimi nie zamknęły, 
kiedy dziewczynka zawołała z zachwytem: 

background image

20 

- Tatusiu, ona mi się bardzo podoba! A tobie? Na pewno 

byłaby dobrą nianią, prawda? 

Adam uśmiechnął się do córki. Co za bystre dziecko. Chyba 

rozumie więcej, niż mu się wydawało. 

- Tak - przyznał. - Być może byłaby dobrą nianią, ale 

najpierw musi się na to zgodzić, więc się tak nie ciesz. 

- Ale ona potrzebuje pracy! - stwierdziła Wendy poważ­

nie. 

- Owszem, ale może ta praca nie będzie jej odpowiadać. 

Zobaczymy. Wsiadajcie do samochodu. Jest bardzo zimno. 

Otworzył drzwi, a Wendy usadowiła się na tylnym siedze­

niu między fotelikami braci. Adam posadził malców i zapiął 
im pasy. Robbie nie lubił, gdy coś krępowało jego ruchy, ale 
tym razem nie protestował, kiedy ojciec kazał mu spokojnie 
zaczekać, aż sprawdzi, co się dzieje z dziewczyną. Gdy przed 
wyjściem z samochodu zakazał całej trójce dotykać czegokol­
wiek, trzy dziecięce główki tylko karnie potaknęły. 

Tak jak się spodziewał, kierownik zastąpił dziewczynie dro­

gę i namawiał ją, by została. Widać było, że nic nie wskóra. 
Adam otworzył ciężkie, szklane drzwi i zajrzał do środka. 

- Lauro? 
Uniosła głowę, zaskoczona, że zwrócił się do niej po imie­

niu. 

- Już idę. 
Włożyła płaszcz i pełnym gracji krokiem ruszyła do wyj­

ścia. W dżinsach wyglądała na wyższą niż w brzydkim stroju 

kelnerki. No i te włosy! 

- Jestem Laura Beaumont - powiedziała rumieniąc się. 
- Laura Beaumont - powtórzył odruchowo. 
- A panu na imię Adam, tak? 

background image

21 

Zdał sobie sprawę, że patrzy na niego wyczekująco, więc 

podał jej dłoń. 

- Adam Fortune. 
Jego nazwisko najwyraźniej nic dla niej nie znaczyło. 
- Miło mi pana poznać, panie Fortune. 
- Mów mi Adam. - Jej ręka była delikatna i kobieca. 
- Dobrze. Jeśli pan również będzie się zwracał do mnie 

po imieniu. 

- O, na pewno - wymamrotał rozkojarzony. 
Nagle poczuł, że samotne ojcostwo tak bardzo mu nie ciąży. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Proponuję następujący układ. Ja nie zadzwonię do wła­

ściciela restauracji, a ty zaczniesz u mnie pracować. Potrzebuję 
opiekunki do dzieci. 

Laura spojrzała na niego uważnie. Wiedziała, że nie należy 

ufać takim przystojnym mężczyznom. A jednak... 

- Nie mam w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. 
Na chwilę oderwał wzrok od drogi. 
- Nie? Może to i lepiej. Najważniejsze, że masz odpowied­

nie podejście. 

Zawahała się. Może to szczęśliwy zbieg okoliczności? Mo­

że pech chwilowo ją opuścił? Zresztą, czy ma coś do stracenia? 

- Nie mam samochodu - wyznała. 
- To bez znaczenia. Wynagrodzenie obejmowałoby miesz­

kanie z nami, posiłki i pensję. To na pewno lepsze niż praca 
w restauracji. 

Laura słuchała oszołomiona. Mieszkanie, posiłki i jeszcze 

pensja? Adam mówił dalej: 

- Nie wiem tylko, czy dogadamy się w kwestii śniada­

nia. Opiekunki nie lubią gotować, a kucharka pracuje na przy­
chodne. Zanim wyprawi męża do pracy, posprząta i dotrze do 
nas, jest już pora lunchu. Ja w kuchni jestem zupełnie bez­
użyteczny, więc opiekunka musi przyrządzić śniadanie. Dasz 
sobie radę? 

background image

23 

Laura tylko się uśmiechnęła. W domu dziecka, gdzie spę­

dziła większość dzieciństwa, unikała dyżurów w kuchni, ale 
teraz z przyjemnością myślała o takich domowych czynno­
ściach. Dobrze byłoby mieć dom. Ale jeśli podejmie tę pracę, 
będzie musiała się pilnować, by nie uznać domu Adama 
Fortune'a za swój. Jednak własny pokój, posiłki, wynagrodze­
nie - to zbyt dobra propozycja, by ją odrzucić. Wzięła głęboki 
oddech. 

- Przyjmę tę pracę, ale tylko na jakiś czas. 
- To znaczy? 
- No... - Zastanawiała się gorączkowo, odwróciwszy 

wzrok. Luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec... Szkoła się 
skończy, zaczną się wakacje, łatwiej będzie podróżować. Szko­
ła. Tak, to dobra wymówka. - Chcę skończyć college. Obie­
całam to siostrze Agnes. Przez pierwszy rok nauki dostawałam 
coś w rodzaju stypendium, ale na resztę muszę sama zapraco­
wać. Już mam prawie całą sumę. 

- Dobrze. Trudno mi cię od tego odwodzić. Chcesz więc 

powiedzieć, że odejdziesz jesienią. 

- Może wcześniej. To... zależy. 

Spojrzał na nią z zastanowieniem i przez chwilę miała wra­

żenie, że zażąda dokładnej daty, ale on tylko skinął głową. 

- Jeśli chodzi o pensję, to... 
Kiedy wymienił sumę, z wrażenia aż rozchyliła usta. Już 

miała mu powiedzieć, że to za dużo, ale zaraz pomyślała, że 
te pieniądze pozwolą jej lepiej się ukryć. Będzie mogła odłożyć 
prawie całą pensję. Zamknęła oczy i westchnęła z wdzięczno­
ścią. Może Bóg jednak o niej nie zapomniał, odpokutowała 
przeszłość i koszmar dobiegł już końca. Gwałtownie otworzyła 
oczy. Nie wolno jej tak myśleć. Nie może zaniechać czujności. 

background image

24 

Jest teraz odpowiedzialna za bezpieczeństwo trojga dzieci i bę­
dzie je chroniła nawet z narażeniem życia. 

Adam doszedł do wniosku, że powinien być z siebie za­

dowolony. Nie odwołał spotkania, nie musiał prosić siostry 
o pomoc. Co prawda spotkanie tylko potwierdziło to, czego 
się spodziewał. Smary samochodowe nie były jego domeną. 
Sekretarka będzie musiała poinformować przedstawicieli pro­
ducenta, że ich propozycja go nie interesuje. Z rezygnacją po­
trząsnął głową. Miał biuro i sekretarkę, tylko nie miał zajęcia. 
Przynajmniej udało mu się rozwiązać problem opiekunki do 
dzieci, chociaż teraz ogarnęły go wątpliwości, czy słusznie po­
stąpił. 

Co wiedział o Laurze Beaumont oprócz tego, że jest pięk­

na? Dlaczego taka kobieta pracowała w podrzędnej restauracji 
w motelu na uboczu? Może istotnie jest samodzielną dziew­
czyną bez domu, rodziny i przyjaciół, która stara się zaosz­
czędzić pieniądze na naukę... Dziwne, że z nikim się jeszcze 
nie związała. Mężczyźni nie mijają takich kobiet obojętnie... 

Otworzył drzwi z niepokojem, niepewny, co zastanie w do­

mu. Wewnątrz panowała złowróżbna cisza, zważywszy na to, 
że mieszkała tu trójka dzieci. Może związała je i zakneblowa­
ła? Zamknęła w szafie? Zdjął płaszcz i cicho poszedł do sa­
lonu. 

- Wendy? Rob? Ryan? Wróciłem. 
Żadnej odpowiedzi. Szybko ruszył do sypialni dzieci. 

Otworzył drzwi pokoju Wendy i szybko odstąpił na bok, tak 

jak go uczono w wojsku. W środku nie było nikogo i panował 

tu porządek. Co się dzieje? 

W sypialni chłopców również wszystko było posprzątane, 

background image

25 

a Robbie leżał na łóżku i oglądał książkę. Książkę! Adam za­
uważył na nocnej szafce tykający minutnik, używany do go­
towania jajek. 

- Co robisz? - zapytał Adam syna. 
Chłopiec odłożył książkę. 
- Kryję. 
- Słucham? Co się stało? 
- Ja kryję, bo naplułem na Ryana - wyznał malec bez cie­

nia skruchy. 

Adam usiadł na skraju łóżka. 
- Nie powinieneś pluć. To nieładnie. 
- Wiem. Laura mi powiedziała. 
- Czy to jest kara za plucie? - spytał, zerkając na tykający 

minutnik. 

Robbie skinął głową. 
- Mam leżeć na łóżku i czytać, aż to zadzwoni, a potem 

będę szukać. 

Adam nic z tego nie rozumiał. Musiał znaleźć inne źródło 

wiadomości. 

- Gdzie jest panna Laura? - zapytał i zdjął krawat. 
- Nie wiem. - Chłopiec wzruszył ramionami. 
- Nie wiesz? - Syn spojrzał na Adama niewinnie i potak­

nął. - A gdzie Wendy i Ryan? 

- Schowała je. 
- Schowała? - O Boże! 
Robbie radośnie skinął głową. W tej samej chwili zadźwięczał 

minutnik. Chłopiec odrzucił książkę i zeskoczył z łóżka. 

- Uwaga! Szukam! - zawołał i wybiegł z pokoju. 
A więc po prostu bawią się w chowanego. Co za ulga. 

W oddali usłyszał śmiech, piski i pełne emocji krzyki. 

background image

26 

Adam wyszedł na korytarz, minął łazienkę, sypialnię We-

ndy, salon i jadalnię. Korytarz skręcał tu w prawo. Na końcu 
znajdowały się drzwi do gabinetu. Był to jego ulubiony pokój, 
duży i ciepły, z kamiennym kominkiem, wygodnymi, trochę 
wysłużonymi meblami, telewizorem i biblioteczką. Ściany 
zdobiły fotografie oprawione w ramki. Gabinet był darem od 
Kate. Diana powiedziała mu, że prababka sama zadecydowała 
o jego wystroju. Kochana Kate. Tak bardzo mu jej brakowało. 
Nawet bardziej niż żony, dystyngowanej, cierpliwej i wyniosłej 
Diany. 

Kątem oka spostrzegł jakiś ruch. Odwrócił się i zobaczył 

Laurę wychodzącą na czworakach zza kanapy i trójkę swoich 
dzieci, uczepionych jej rąk i nóg. Wszyscy chichotali i dosko­
nale się bawili. Laura jęknęła dramatycznie i opadła płasko na 
podłogę. 

- Poddaję się. Wygraliście. 
Potargana Wendy położyła się na podłodze tuż obok Laury. 

Chłopcy zaczęli klaskać w ręce i rzucili się na opiekunkę. 

- Wygraliśmy! Wygraliśmy! - krzyczeli na całe gardło. 
Nagle Laura usiadła, odrzuciła włosy w tył i przytrzymała 

podskakujących chłopców. 

- No dobrze. Pokażcie, jacy jesteście okropni. - Ku 

zdumieniu Adama dzieci zasypały opiekunkę głośnymi po­
całunkami, a ona z udawanym przerażeniem wołała: -
Fuj!  B l e ! Jakie to okropne! Dłużej nie wytrzymam! Co za 
męka! 

Ryan zarzucił jej ramiona na szyję i zgniótł w uścisku, 

a ona z aktorską przesadą udawała, że się dusi. Pozostała dwój­
ka natychmiast zrobiła to samo co brat. Najwylewniejszym do­
wodem sympatii, jaką dzieci kiedykolwiek okazały Adamowi, 

background image

27 

był szybki pocałunek w policzek. Nie wiedział, komu bardziej 
zazdrości, Laurze czy dzieciom. 

Kiedy Laura zdała sobie sprawę z jego obecności, spoważ­

niała i dzieci pojęły, że to koniec zabawy. Śmiechy ucichły, 
wszyscy się uspokoili i cztery pary oczu spojrzały na niego 
z entuzjazmem skazańca czekającego na kata. 

- Cześć. - Laura wstała, przygładzając włosy i ubranie. -

Bawiliśmy się. 

- Zauważyłem - odparł Adam z niewyraźnym uśmiechem. 
Patrzyła na niego niepewnie, jakby się czegoś bała. Zresztą 

na wszystkich czterech twarzach spostrzegł lęk. Bali się jego 
dezaprobaty. Rozluźnił się, wziął gazetę ze stołu i usiadł w ulu­
bionym fotelu. 

- Jak minął dzień? - zapytał. 
- Dobrze. - Laura usiadła na kanapie, Wendy obok niej, 

a chłopcy przytulili się do jej nóg. - Dzwoniła wychowaw­
czyni. Pytała, dlaczego Wendy była dziś nieobecna. Nie wie­
działam, co jej odpowiedzieć. 

Jak mógł o tym zapomnieć? 
- Zadzwonię do niej i wszystko wyjaśnię - odparł. 
Laura skinęła głową i splotła ramiona, on zaś otworzył ga­

zetę i spróbował czytać, ale nie potrafił się skupić nawet na 
pojedynczych słowach. Do głowy przychodziły mu chaotyczne 
myśli. Dzieci już pokochały Laurę, chociaż on jeszcze nic o niej 
nie wie. No i szkoła Wendy. Czy nowa opiekunka umie pro­
wadzić samochód? Odłożył gazetę. 

- Masz prawo jazdy? 
- Tak - odparła, trochę zaskoczona. 
- Wolę, żeby ktoś odwoził Wendy do szkoły. Czekanie na 

autobus na takim mrozie jest niebezpieczne. 

background image

28 

Skinęła głową i zmarszczyła czoło. 

- Rozumiem, tylko że... 
Przypomniał sobie, że Laura nie ma samochodu i lekce­

ważąco machnął ręką. 

- To żaden kłopot. Weźmiesz samochód kombi. Ja i tak 

wolę jeździć pikapem. 

- Świetnie. - Widać było, że poczuła ulgę. 

Uśmiechnął się i znów otworzył gazetę, ale nie potrafił się 

skupić na lokalnych wiadomościach. 

- Kiedy kolacja? - zapytał. 
- Pewnie za chwilę. Beverly... to znaczy, kucharka po­

wiedziała, że będzie gotowa na szóstą. 

A więc nawet kucharka już się z nią zaprzyjaźniła. Nie pa­

miętał, żeby to się przydarzyło którejkolwiek z poprzednich 

opiekunek. 

- Dobrze - powiedział zza gazety. 
Chciał nawiązać z Laurą jakiś kontakt i bardzo opornie mu 

to szło. Nie wiedział dlaczego. Co miał powiedzieć? O co za­
pytać, by nie odniosła wrażenia, że ją przesłuchuje? Ku jego 
uldze przejęła inicjatywę. 

- Dzieci, idziemy do łazienki - oznajmiła, wstając. -

Nie można usiąść do stołu z brudnymi rękami i buziami, 
prawda? 

Adam mruknął coś niezrozumiale. Usłyszał jeszcze, jak któ­

ryś z chłopców narzeka, że mydło na pewno będzie szczypało 
go w oczy, a Laura zapewnia go, że nic takiego się nie stanie. 
Potrząsnął głową i odłożył gazetę. Co się z nim dzieje? Ta 
kobieta świetnie radzi sobie z dziećmi, co zresztą przeczuwał. 
Nie miał się o co bać, ale jednak... 

- Panie Adamie, kolacja za dziesięć minut. 

background image

29 

Spojrzał na cichą kobietę w średnim wieku, która od półtora 

roku dla nich gotowała. 

- Dziękuję... Beverly. 
Wycierała właśnie ręce w fartuch, ale na te słowa zamarła 

w bezruchu i uniosła brwi. Potem uśmiechnęła się nieśmiało, 
oślepiając go bielą sztucznych zębów. 

- Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, to wyjdę dziś trochę 

wcześniej. Mąż chce iść do kina, a Laura powiedziała, że włoży 
za mnie talerze do zmywarki. Inne naczynia pozmywam przed 
wyjściem... 

- Ależ oczywiście - zgodził się bez namysłu. - Powiedz 

mi, co sądzisz o pannie Laurze? 

Kucharka uśmiechnęła się szeroko. 
- To prawdziwy skarb! Od razu nad wszystkim zapanowała 

i wydaje mi się, że naprawdę lubi dzieci. Jak pan myśli, dla­
czego tyle opiekunek nie znosi dzieci? 

- Bardzo słuszna uwaga - zgodził się z uśmiechem. - Ży­

czę miłego wieczoru w kinie. 

- Dziękuję. I... jeśli wolno mi powiedzieć... Laura to jest 

to, czego tym dzieciom potrzeba. 

Jej oczy mówiły więcej, ale Adam nie był zbyt dobry 

w porozumiewaniu się bez słów, a zresztą nie bardzo chciał 
wiedzieć, co kucharka ma na myśli. Doszedł do wniosku, że 
planowanie wojen i układanie strategii to kaszka z mleczkiem 
w porównaniu z jego obecnym życiem. Ale może teraz to życie 
zmieni się na lepsze, przynajmniej na jakiś czas? Zmarszczył 
brwi. Nie może co kilka miesięcy przyjmować nowej opie­
kunki. Wprowadza to zbyt wiele zamieszania w życie dzieci. 
W dodatku któregoś dnia, oby jak najszybciej, znajdzie sobie 
zajęcie, chociaż na razie poszukiwania nie przynosiły żadnych 

background image

30 

rezultatów. Wynagrodzenie wojskowego w stanie spoczynku 
nie wystarczy na naukę dzieci i utrzymanie domu, zwłaszcza 
w czasie srogich zim, jakie nawiedzały Minnesotę. 

- Kolacja gotowa - oznajmiła Laura, wchodząc do pokoju. 

Skinął głową i wstał, ale dziewczyna usiadła na kanapie. 

- A ty nie idziesz? 
- Nie jestem pewna, jak wypada mi się zachować. 
- Przede wszystkim wypada coś zjeść. 
Wstała i wygładziła spodnie na udach. 
- Nie byłam pewna, czy mam jeść razem z tobą i dziećmi. 
Prawdę mówiąc, kilka opiekunek wolało jadać osobno. Czę­

sto była to jedyna okazja, by odpocząć od dzieci. Postanowił 
nie mówić tego Laurze. Może jeśli będzie ją traktował jak 
członka rodziny, zostanie z nimi dłużej. Powinien jednak do­
wiedzieć się o niej czegoś więcej, zanim zacznie ją nakłaniać, 
by została. A przecież wspólny posiłek również i w tym po­
może. 

- Nie mamy tu sztywnych zasad. Chodź. - Zapraszająco 

uniósł ramię i objął ją. Wypadło to jakoś tak naturalnie. Do­
piero kiedy doszli do jadalni, opuścił rękę. 

Dzieci chichotały rozbawione, co nie było dobrym znakiem. 

Rzeczywiście. Robbie włożył rękę do miski z puree ziemnia­
czanym i ugniatał kremową masę. Adam już miał na niego 
krzyknąć, ale powstrzymał się, widząc reakcję Laury. Wypro­
stowała się i splotła ramiona na piersiach, jej twarz przybrała 

nieprzenikniony wyraz. Popatrzyła na chłopca bez złości, ale 
też bez uśmiechu. Robbie wolno cofnął rękę. Laura wolno 
usiadła naprzeciw niego, starannie unikając jego wzroku. Adam 
wyczuł, że jest w tym zachowaniu jakiś cel i zachował się po­
dobnie. Usiadł u szczytu stołu i ogarnął wszystkich wzrokiem. 

background image

31 

Spostrzegł, że Robbie z zakłopotaniem patrzy na swoją uma-
zaną ziemniakami dłoń. 

- Lauro, nałożysz dzieciom jedzenie? - zapytał z uśmiechem. 

Spojrzała na niego aprobująco i wzięła ze stołu miskę. 

- Wendy, masz ochotę na ziemniaki? 
- Tak, proszę - odparła dziewczynka cieniutkim głosikiem. 
- Ryan? 
Chłopiec zrobił zeza i zabawnie wykrzywił twarz. 
- Baldzo ploszę. 
Laura uśmiechnęła się leciutko. 
- Robbie, chcesz trochę ziemniaków? 
Robbie kiwnął głową i spuścił oczy. Adam z trudem po­

wstrzymywał śmiech, widząc, jak jego rozbrykany syn nie mo­
że zrozumieć, dlaczego taka fajna psota zmieniła się w żenu­

jącą dla niego sytuację. Laura nałożyła mu porcję ziemniaków 

i odstawiła miskę. Nastąpiła cisza, w której po chwili dał się 
słyszeć cichy szloch. Adam spojrzał na Robbiego, który spuścił 
głowę tak nisko, że niemal położył ją w talerzu. Potem zerknął 
na Laurę. Patrzyła na chłopca ze współczuciem, które niemal 
go wzruszyło. Musiał odwrócić wzrok. 

- Adamie, może wyczyścisz Robbiemu ręce, żeby mógł 

zacząć jeść?- spytała cicho Laura. 

Doskonała strategia. Po prostu doskonała. Adam ukląkł przy 

synku i serwetką wyczyścił małą rączkę. 

- Widzisz, Rob, są powody, dla których zachowujemy się 

według pewnych zasad - wyjaśnił łagodnie. - Nie byłoby nam 
przyjemnie, gdyby każdy nakładał sobie jedzenie rękami. 

Chłopiec potaknął. Ojciec klepnął go po ramieniu i wrócił 

na swoje miejsce, a Laura sięgnęła po półmisek. 

- Robbie, zjesz kotlet, skarbie? 

background image

32 

Robbie skinął głową i otarł nos ramieniem. Laura udała, 

że tego nie dostrzegła i uśmiechnęła się ukradkiem do Adama. 

Po chwili wszyscy zaczęli jeść i przy stole zapanowała mi­

ła, rodzinna atmosfera. Wybuchający czasami śmiech nie był 
skutkiem psoty, ale zwykłej radości. Adam niechętnie przypo­
mniał sobie, że miał zadać Laurze kilka pytań. 

- Powiedz mi, co studiujesz - zagaił z wymuszonym chło­

dem. 

- Co studiuję? - powtórzyła zmieszana. A więc przyłapał 

ją! Ta myśl chyba odbiła się na jego twarzy, ponieważ Laura 

trochę przybladła, ale szybko zapanowała nad sobą. -Ach, cho­
dzi ci o to, ci studiowałam w college'u? 

- Właśnie. 
- Wczesny rozwój dziecka. 

- Aha. - Doskonała odpowiedź. Ale przecież Laura 

w ogóle była doskonała. 

- Chociaż prawdę mówiąc, jeszcze się nie zdecydowałam, 

jaki będzie mój główny przedmiot. 

- Kiedy zamierzasz wrócić do college'u? Jesienią? 
- Być może. Ale może zdecyduję się na letni kurs, żeby 

odświeżyć wiadomości. 

Letni kurs. Postarał się przybrać beztroski wyraz twarzy. 
- Gdzie chcesz studiować? 
- Jeszcze nie wiem. - Przełknęła ślinę. 
Ze zrozumieniem skinął głową. Był przekonany, że kłamie. 

- Nie ma pośpiechu - powiedział. 
- Właśnie. Nie ma pośpiechu. 
Postanowił zadać ostateczny cios. 
- A gdzie przedtem studiowałaś? - Podniosła na niego 

wzrok i przez chwilę w jej oczach dostrzegł strach. 

background image

33 

- Na pewno o tym college'u nie słyszałeś - wymamrotała. 
- Jest w innym stanie? 
Złożyła serwetę i położyła obok talerza. Spojrzała na niego 

śmiało. 

- Tak - potwierdziła i wstała od stołu. - Przepraszam. -

Nie mówiąc nic więcej, wyszła z jadalni. 

Adam wziął głęboki oddech. Skłamała i bała się, że się 

tego domyślił. Dlaczego nie mówi mu prawdy i co on ma z tym 
zrobić? 

- Pora spać, moje skarby. 
Adam spojrzał na trójkę dzieci na kanapie i uśmiechnął się. 

Wszystkim sennie opadały powieki. Laura bardzo mądrze 
zmieniła kolejność wieczornych czynności. Zamiast wykąpać 
dzieci tuż przed snem, wykąpała je wcześniej, a potem przez 

jakiś czas czytała im książeczki. Jedno po drugim zapadało 

w półsen, więc perspektywa pójścia do łóżek wydawała im 
się teraz bardzo nęcąca. Właśnie prowadziła do sypialni 
bliźnięta, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Adam domyślił 
się, kto może stanąć w jego progu w ten mroźny wieczór. Nie 
pomylił się. Na progu stał ojciec i dla rozgrzewki zacierał ręce. 

- Witaj, Adamie. 
- Ojcze. 
Ich powitanie zwykle wyglądało właśnie w ten sposób. Jake 

wszedł, nie czekając na zaproszenie, i zamknął za sobą drzwi. 

- Straszny mróz. 
- Niektórym nie chciałoby się w taką pogodę wychodzić 

z domu - mimochodem skomentował Adam. 

- Dobrze, dobrze. Mam powody, żeby cię odwiedzić. 
Adam dobrze znał co najmniej jeden z tych powodów. 

background image

34 

- Co się dzieje? - zapytał. 
- Chodzi o twoją siostrę. 
- O Caroline? 
- Nie. Z Caroline wszystko w porządku. 
Ta wiadomość sprawiła Adamowi przyjemność. 
- Miło słyszeć, że małżeńskie życie jej służy. 
Jake uśmiechnął się nagle. 
- I kto by pomyślał? Twarda kobieta interesu nagle zła­

godniała. Jest szczęśliwa jak nigdy przedtem. 

Nareszcie zauważyłeś, pomyślał Adam. 
- No, to zostały jeszcze trzy - powiedział głośno. - Na­

talie jest zrównoważona, więc pewnie chodzi o którąś z bliź­
niaczek. 

Uśmiech Jake'a zmienił się w grymas. 

- Możemy usiąść? 
Widać było, że ojciec jest czymś bardzo zmartwiony, więc 

Adam zaprosił go do salonu. Laura właśnie prowadziła dzieci 
korytarzem. Buzie maluchów rozjaśniły się na widok dziadka. 
Wszyscy troje rzucili się na niego, gdy tylko usiadł na kanapie. 

Adam poczuł lekką irytację na widok Jake'a, który z nie­

wymuszoną czułością przytulał jego dzieci. Na szczęście z po­
mocą przyszła mu Laura. 

- Bardzo przepraszam - odezwała się. 
- Nic nie szkodzi. Poznaj mojego ojca. Lauro, to Jacob 

Fortune. - Znów zauważył, że nazwisko Fortune nic dla niej 
nie znaczy. Szarmancki jak zwykle Jake wstał, a Laura podała 
mu rękę. 

- Witam. 
- Tato, to jest Laura Beaumont, nowa niania. 
Jake uniósł brwi i uśmiechnął się niemal uwodzicielsko. 

background image

35 

- Miło mi cię poznać. 
Laura uśmiechnęła się przepraszająco do Jake'a. 
- Właśnie prowadziłam dzieci do łóżek. 
- No cóż... - Jake ucałował wnuki i odesłał je do Laury. 
- Dziękuję. - Wszyscy czworo wyszli z pokoju, odprowa­

dzani zaciekawionym spojrzeniem Jake'a. 

- Jest o wiele atrakcyjniejsza niż ta poprzednia, Godiva 

- zauważył Jake. 

Adam musiał się roześmiać. 
- Owszem, a w dodatku to o wiele lepsza niania. 
- Naprawdę? 

- W jeden dzień udało jej się osiągnąć więcej niż Godiva 

i wszystkie inne razem wzięte. 

- Nigdy nie rozumiałeś dzieci - odrzekł Jake z przyganą. 
- Ja nie rozumiałem? I kto to mówi? 
- Jesteś niesprawiedliwy. Przynajmniej starałem się... 
- Zdaje się - przerwał mu ostro syn - że przyszedłeś tutaj, 

ponieważ któraś z moich sióstr zrobiła coś okropnego. 

Jake poczerwieniał, ale zacisnął zęby i opanował gniew. 
- Chodzi o Rachel - oznajmił zwięźle. 
Adam wzniósł oczy do nieba. Powinien się domyślić. 
- Rocky ma prawo żyć, jak chce. Być może tobie Luke 

Greywolf się nie podoba, ale mnie się wydaje, że to porządny 
gość. Na litość boską, to przecież lekarz! 

- Rachel jest w ciąży - oznajmił Jake. - Wiedziałeś 

o tym? 

- Dobrze, że jesteś lepszym dziadkiem niż kiedyś... - Ur­

wał. - Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. 

- Doprawdy? 
Adam westchnął. 

background image

36 

- Rozumiem, że się o nią martwisz - powiedział ugodowo. 

- Ale szczerze mówiąc, uważam, że nie musisz. 

- Wiesz, jaka jest lekkomyślna. 
- Nie lekkomyślna, tylko śmiała i niezależna. 
Jake skrzywił się. 
- Twoja matka twierdzi, że Rocky naprawdę go kocha. 
- Jestem pewien, że go kocha, bo inaczej nie zgodziłaby się 

za niego wyjść, bez względu na to, czy jest w ciąży, czy nie. 

- Ale bardzo chciałbym wiedzieć, co on czuje. - Głos Ja­

k e a  z a d u d n i ł  g r o ź n i e . 

- W tej sprawie powinieneś chyba zaufać Rocky - poradził 

Adam, chociaż wiedział, że Jake nie ma wielkiego zaufania 
do żadnego ze swych dzieci. - Rocky jest taka niezależna 
i uparta. Naprawdę myślisz, że wyszłaby za mąż za kogoś, 
kto zupełnie nie oszalał na jej punkcie? 

Ojciec spojrzał na niego niemal z wdzięcznością. 
- Masz rację. - Uśmiechnął się. - Nie wziąłem pod uwagę 

tego aspektu sprawy. 

Adam poczuł dumę. Może jednak istnieje jeszcze dla nich 

nadzieja... 

- Twoja matka chce wydać dla nich przyjęcie. 
Adam potrząsnął głową i uśmiechnął się szeroko. 
- Będziemy ich witać na łonie rodziny czy przypiekać na 

wolnym ogniu? 

- Ma to być powitanie, ale nie wiem, jak to ostatecznie 

wypadnie. Wiesz, jaka panuje atmosfera. 

- Mówisz o tej sprawie z Monicą Malone. - Adam złożył 

ręce na piersiach. 

- Im mniej powiem na ten temat, tym lepiej - odparł wy­

mijająco Jake. 

background image

37 

- Mnie jest wszystko jedno. 
- Szkoda tylko, że mój brat i jego ludzie nie myślą po­

dobnie. 

Adam zamilkł na chwilę. Był pewien, że to jeszcze nie 

koniec rozmowy. I rzeczywiście, nie musiał długo czekać. Jake 
wyprostował się i zrobił surową minę. 

- Kiedy zakończysz te bezsensowne poszukiwania i za­

czniesz pracować w naszej firmie? 

- Aha! - Adam gwałtownie wstał. - Żałuję, ale powinieneś 

już iść. Choć raz chciałbym się z tobą rozstać w zgodzie. 

- Do diabła, ja mówię poważnie. 
- Zmieńmy temat. - Przesunął dłonią po włosach. - Nie 

chcę o tym dyskutować. 

Jake wstał. 
- Nie rozumiesz, że twoje miejsce jest w rodzinnej firmie? 
- Nie. 
- Adam, proszę. Fortune Cosmetics potrzebuje dobrego dy­

rektora. Ty się świetnie do tego nadajesz. Mógłbyś... 

- Nie! Dlaczego wciąż do tego wracasz? Nie dam się 

wciągnąć w tą waszą machinę. 

- W takim razie, co zamierzasz robić? Będziesz sprzeda­

wać samochody? Zakładać centralne ogrzewanie? 

- Nie wiem! Coś sobie znajdę. Coś, co będzie w sam raz 

dla mnie. 

- Ależ ta praca jest w sam raz dla ciebie! 
- Nie! 
- Może wysłuchasz mnie do końca? 
- Nie. 
Jake zacisnął pięści, starając się opanować gniew. 
- Nie rozumiem cię - stwierdził. 

background image

38 

- Wiem o tym nie od dziś. 
- A ty nigdy nie rozumiałeś, co to znaczy należeć do ro­

dziny Fortune'ów. 

- Nie mam nic przeciwko rodzinie. Nie chcę tylko należeć 

do rodzinnej firmy. 

Jake zrobił taką minę, jakby już miał wybuchnąć, ale w tej 

samej chwili rozległ się głos Laury: 

- Czy jeszcze będę panom potrzebna? 
Jake potrząsnął tylko głową, zagryzając wargę. 
- Mój ojciec właśnie wychodzi - oznajmił Adam, cicho 

ale stanowczo. - Dziękuję. 

- Nie ma za co. Miło było pana poznać, panie Fortune. 

Niech pan uważa, na dworze jest bardzo zimno. 

Jake skinął głową i starannie zapiął płaszcz. 

- Dobranoc, panno Beaumont. - Spojrzał na Laurę, potem 

na Adama. - Dobrze odgadłem? Panno? 

Laura zamrugała powiekami i poczerwieniała. 
- Owszem. 
- Tak myślałem - wyszeptał. - Miło było panią poznać. 

Adamie... 

- Ojcze... 
Wyszedł z pokoju, prosząc, by go nie odprowadzać. Adam 

westchnął. Czy to się nigdy nie zmieni? Spojrzał na Laurę. 
A może zmiana już się rozpoczęła? Dyskretna interwencja Lau­
ry niewątpliwie zapobiegła kłótni. Czy zrobiła to celowo? Chy­
ba tak. Nie wiedział tylko, czy jest jej za to wdzięczny. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Ze smakiem przełknął ostatni kęs jajecznicy i popił kawą. 

Otarł usta serwetką i odłożył ją na stół. 

- Wytłumacz mi jeszcze raz, dlaczego ta jajecznica zawiera 

mało cholesterolu. 

Laura oparła podbródek na dłoni i uśmiechnęła się. 
- To proste. Powiedzmy, że chcesz usmażyć jajecznicę z tu­

zina jaj. Mieszasz dziewięć białek i trzy całe jajka, dodajesz 
kroplę barwnika spożywczego, rozgrzewasz teflonową patelnię, 
smażysz jajka i już. Wystarczy dla nas i dla dzieci. 

- Dodałaś tu coś jeszcze - upierał się. 
- Możesz dodać, co zechcesz. Ja dołożyłam resztkę ziem­

niaków z wczorajszego obiadu i trochę niskotłuszczowego se­
ra. Dzięki temu mieliśmy śniadanie bogate w białko, ale bez 
dużej ilości cholesterolu i tłuszczu. 

- A więc właśnie tak utrzymujesz tę wspaniałą figurę -

stwierdził z uśmiechem. 

Laura poczuła, że robi się jej gorąco. Odwróciła wzrok, 

speszona swoją reakcją na tak banalny komplement. 

- Dziękuję - rzekła niepewnie. - Może wstąpiłbyś dzisiaj 

do sklepu i kupił kawałek indyka? Coś bym z tego przyrzą­
dziła. 

Adam potrząsnął głową. 
- Przykro mi, ale dziś nie mogę. Drogi są odśnieżone, więc 

background image

40 

może ty zrobisz zakupy, razem z dziećmi? - Wyjął z portfela 
banknot..- Kup, co wam potrzeba. 

- Ależ to nic... - Spojrzała na banknot i oczy jej się roz­

szerzyły. - Sto dolarów! Na kawałek indyka? 

- Na wszystko, co chcesz kupić. - Położył banknot obok 

jej talerza. 

Spojrzała na niego, nadal oszołomiona. 

- Nie możesz tak rozdawać studolarówek z byle powodu! 
- A dlaczego? - zapytał trochę rozbawiony. 
- To bardzo dużo pieniędzy! 
Wzruszył ramionami. 
- Jeśli zostanie ci jakaś reszta, wykorzystasz ją następnym 

razem na swoje potrzeby. 

- Niczego nie potrzebuję - zapewniła. - A nawet gdybym 

potrzebowała, nie pozwoliłabym, żebyś ty za to płacił. 

- Dobrze. W takim razie wydasz te pieniądze na zakupy 

dla naszej rodziny, na przykład na jedzenie. 

- Nie wiem, czy powinnam to przyjąć... 
Oparł stopę na krześle i pochylił się, otaczając ramionami 

kolano. 

- O co chodzi, Lauro? - zapytał lekkim tonem. - Czyżbym 

nie mógł ci zaufać? To dla ciebie zbyt wielka pokusa? 

Zrozumiała, że to rodzaj testu. Postanowił zaryzykować sto 

dolarów, by się przekonać, czy jest uczciwa. Zraniło ją to bar­
dziej, niż się spodziewała. 

- Pokażę ci rachunki - oznajmiła cicho i wzięła banknot. 
Długą chwilę unikała jego wzroku, by nie dostrzegł w jej 

oczach rozczarowania. Czego się jednak spodziewała? Zatrud­
nił ją pod wpływem impulsu, a kiedy trochę pomyślał, zaczęły 
go dręczyć wątpliwości. Nie powinno jej to niepokoić. Nie-

background image

41 

wiele osób jej w życiu ufało, a ona nie ufała prawie nikomu. 
Gdyby Adam dowiedział się o niej całej prawdy... 

Zdjął nogę z krzesła i wyprostował się. 
- I tak musisz jechać do miasta. Wendy zaczyna lekcje 

o dziewiątej, a ja muszę być w biurze jeszcze wcześniej. 

Wiesz, gdzie jest szkoła Wendy? 

- Chyba tak. A jak nie, to znajdę. W końcu St. Cloud to 

niewielkie miasto. 

- Rzeczywiście. Weź kombi. Są w nim foteliki dla chłop­

ców. Ja i tak wolę pikapa. Ma napęd na cztery koła. 

- Dobrze. - Laura skinęła głową, nie podnosząc wzroku. 
- Umiesz prowadzić? - upewnił się. 
- Oczywiście - zapewniła. - Zdałam egzamin jeszcze 

w szkole średniej. Nigdy nie miałam wypadku ani nie zapła­
ciłam mandatu. 

- Ile masz lat, Lauro? - zapytał łagodnie. Zaskoczona pod­

niosła wzrok. 

- Dwadzieścia dwa - odparła bez namysłu. 
- Wiedziałem, że jesteś bardzo młoda. 
Zagryzła wargi, ale nie mogła się powstrzymać. 
- A ile ty masz lat? 
- Trzydzieści jeden - odrzekł ze śmiechem. 
- Też nie jesteś staruszkiem. 
- Zdaniem mojego ojca, jestem prawie nastolatkiem. 
Usłyszała w jego głosie nutę goryczy. Wyczuła, że w tej ro­

dzinie istnieje jakiś konflikt i bardzo ją to zmartwiło. Nie lubiła 
kłótni i niesnasek. Przypomniała sobie, co usłyszała minionego 
wieczoru i przyszło jej do głowy, że powinna Adama przeprosić. 

- Jeśli chodzi o wczoraj... Ja nie podsłuchiwałam. Prze­

chodziłam korytarzem i po prostu usłyszałam waszą kłótnię... 

background image

42 

- Wiecznie się kłócimy - przyznał, odwracając wzrok. -

Weszłaś w bardzo odpowiedniej chwili. Dziękuję. Chociaż 
wcale nie musiałaś. 

- Nie miałam takiego zamiaru. Zrobiłam to odruchowo. 

Nie znoszę, kiedy ktoś się kłóci. 

- My z ojcem stale się kłócimy. 
Ta wiadomość najwyraźniej ogromnie ją poruszyła, bo 

zamknęła oczy i wyszeptała: 

- Ja nie znałam swojego ojca. 
- Bardzo mi przykro. - Adam znów usiadł. - To nie zna­

czy, że jesteśmy sobie obojętni - dodał po chwili. - Tylko... 
Sam nie wiem. Może za bardzo jesteśmy do siebie podobni. 
Musiał zająć się rodzinną firmą, a bardzo chciał zostać leka­

rzem. Był najstarszy, spoczywała na nim wielka odpowiedzial­
ność. Chyba nawet nie próbował się opierać. Widziałem, jaki 
to miało na niego wpływ. Dawno postanowiłem, że ja się nie 
zgodzę na taki los, chociaż jestem pierworodnym synem pier­
worodnego syna. Ojciec nie potrafi się z tym pogodzić. 

- Rozumiem. To nie moja sprawa, ale dla mnie rodzina 

jest czymś wspaniałym. Wiesz, jak to jest, kiedy nie masz cze­

goś, co wszyscy mają. Natychmiast staje się to najważniejsze 
pod słońcem. 

Adam skinął głową. 
- Moja babka taka była. Wychowała się w sierocińcu, 

przed drugą wojną. 

- Teraz to już się nie nazywa sierociniec, tylko dom dziecka 

- powiedziała wolno Laura. - Ale to nadal ostatni ratunek dla 
dziecka, które nie ma gdzie się podziać. 

- Nie masz żadnej rodziny? - ostrożnie zapytał Adam. 
- Nie. Rodzice byli jedynakami. Dziadkowie zmarli, zanim 

background image

43 

się urodziłam. Ojciec zginaj w wypadku na farmie, kiedy by­

łam dzieckiem, mama... - Laura sama się dziwiła, że tak trud­
no jej o tym mówić. - Cóż, nie wiadomo, czy połknęła pigułki 
celowo, czy to był przypadek. Miałam wtedy pięć lat. 

- Tyle co Wendy - poważnie stwierdził Adam. 

- Mniej więcej. 
- I wtedy poszłaś do domu dziecka? 
- Nie od razu. - Westchnęła. - Odsyłano mnie z jednej 

rodziny zastępczej do drugiej. Sama nie pamiętam, ile ich było. 
Trafiłam do domu dziecka jako nastolatka. Miałam dobre sto­
pnie, więc dostałam się do katolickiej szkoły z internatem 
i właśnie tam poznałam siostrę Agnes. 

- Była dla ciebie kimś bardzo ważnym - domyślił się. 
- Tak. 
- Utrzymujecie jakiś kontakt? 
- Zmarła, kiedy byłam w ostatniej klasie. - W oczach Lau­

ry ukazał się ból. - Była już bardzo stara i... - Głos jej się 
załamał. Po chwili dodała nienaturalnie lekkim tonem: - Zo­
baczę, czy u dzieci wszystko w porządku. 

- Tak, ja też już lepiej sobie pójdę. Muszę się zająć pewną 

sprawą. 

Chciała zapytać, jaka to sprawa, ale nie zrobiła tego. Już 

wystarczająco długo rozmawiali i powiedziała mu więcej, niż 

zamierzała. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz mówiła o śmierci 
matki. Nie lubiła o tym myśleć, ponieważ mimo wielu rozmów 
z psychologami, mimo mądrych tłumaczeń siostry Agnes, na­
dał miała straszliwe poczucie, że dla własnej matki nie była 
wystarczająco ważna, by ta zdecydowała się żyć. Poszła za 
Adamem do gabinetu, gdzie dzieci, nadal w piżamach, oglą­
dały poranne kreskówki. 

background image

44 

- Dzieci, już wychodzę - oznajmił Adam, sięgając po teczkę. 

- Bądźcie grzeczne. Zobaczymy się później. - Dzieci nawet na 
niego nie spojrzały, ale nie widział w tym nic dziwnego. - Obok 
telefonu w kuchni wisi kartka z numerem telefonu do mojego 
biura - zwrócił się do Laury. - Po drugiej stronie znajdziesz nu­
mer mojej komórki, gdybyś musiała się ze mną skontaktować. 

- Damy sobie radę - zapewniła go. 

Szybko skinął głową. 

- Uważaj na drodze. 
- Będę uważała. 
- Zobaczymy się przy kolacji. - Wyszedł, machając ręką. 
Laura spojrzała na dzieci przed telewizorem. Dlaczego po­

żegnanie odbyło się bez uścisków, pocałunków, miłych słów? 
Jeśli ona kiedykolwiek będzie miała dzieci, nie opuści ich na­
wet na jeden dzień bez czułego pożegnania. Martwiło ją, że 
członkowie tej rodziny traktują się tak obojętnie. Usiadła na 
kanapie, przy której rozłożyła się Wendy. 

- Tata już poszedł - powiedziała łagodnie. 
Dziewczynka wzruszyła ramionami. 
- Nigdy go nie ma. - Coś w tonie głosu dziecka sprawiło, 

że Laurę przeszedł lekki dreszcz. To nie była jej sprawa, ale... 
Wstała i poszła do kuchni. W drzwiach zawołała przez ramię: 

- Pozmywam szybko po śniadaniu, potem się ubierzemy i za­

wieziemy Wendy do szkoły. A to znaczy, że trzeba wyłączyć 
telewizor. 

Rozległy się narzekania i protesty, ale ucichły, kiedy tylko 

Laura wyszła z pokoju. Laura uśmiechnęła się do siebie. Dzieci 
Adama nie należą do tych, które tracą energię na narzekanie, 
kiedy nikt ich nie słucha. Za to na pewno już zaczęły obmyślać 
kolejną psotę. 

background image

45 

Westchnęła. Są już dziesięć minut spóźnieni, a ona jeszcze 

nie usadowiła dzieci w samochodzie! Jakby czytając w jej my­

ślach, Ryan wyrwał się jej, zeskoczył z siedzenia, kopiąc ją 

przy tym w kostkę, i krzycząc wesoło wybiegł na podjazd. Raj­
stopy, legginsy, wełniane skarpety i cholewki butów złagodziły 
siłę kopnięcia, ale mimo to Laura jęknęła i oparła głowę 
o drzwi samochodu. Robbie zachichotał i pobiegł za bratem. 
Laura spojrzała na Wendy. Dziewczynka siedziała tyłem na 
siedzeniu obok kierowcy i zasłaniała dłonią roześmiane usta. 
Wyglądała przy tym jak uosobienie niewinności, ale Laura nie 
dała się oszukać. 

- Będę ci musiała napisać usprawiedliwienie, dlaczego się 

spóźniłaś - powiedziała. - Wiesz, co napiszę? Napiszę, że ty 
i twoi bracia byliście tak niegrzeczni, że nie mogłam dobrze 
wykonać swoich obowiązków. Chyba nie jestem za dobrą 
nianią. 

Wendy zamrugała powiekami, starając się zrozumieć jej 

słowa. 

- Kiedy byłam bardzo spóźniona, pani Godiva zawsze mó­

wiła, że mogę już wcale nie iść do szkoły - rzekła po chwili. 
- Pozwalała mi zostać w domu... żebym pomogła zająć się 
chłopcami. 

Laura udała, że się nad tym zastanawia. 
- Hm... Wiesz, obiecałam twojemu tacie, że zrobię zakupy. 

Gdyby mi się tylko udało usadzić chłopców w samochodzie... 
- Był to podstęp, ale Laura postanowiła dać Wendy nauczkę. 

Dziewczynka przekonana, że wygrała, otworzyła drzwi 

i niezdarnie wysiadła. Wyszła z garażu na podjazd, oparła 
pulchne piąstki na biodrach, tupnęła nogą i wrzasnęła: 

- Dość tego, chłopaki! Wracać do samochodu! - Małe ur-

background image

46 

wisy zatrzymały się jak wryte. Wendy uśmiechnęła się trium­
falnie. - Laura zabiera nas po zakupy. 

Chłopcy spojrzeli na siebie, potem na Wendy, i wydając 

dźwięki przypominające odgłos ruszającego z piskiem opon 
auta, pobiegli do garażu, niemal ścinając Laurę z nóg. Szybko 
usiedli w fotelikach i spokojnie zaczekali, aż Laura zapnie im 
pasy. 

Kwadrans później podjechali pod szkołę Wendy. Dziew­

czynka buntowniczo spojrzała na Laurę, ale ta tylko potrząsnęła 
głową: 

- Nie mówiłam, że nie pójdziesz do szkoły - oznajmiła. 
- Nabrałaś mnie - z wyrzutem stwierdziła Wendy. 
- Owszem - przyznała beztrosko Laura. - To bardzo przy­

kre, kiedy oszuka cię ktoś, komu ufasz, prawda? - Wendy 
zmrużyła powieki. - Wiem, że to ty namówiłaś dziś chłopców, 
żeby byli niegrzeczni. Chciałaś, żebyśmy późno wyjechali 
z domu i żebyś nie musiała iść do szkoły. Nie ze mną takie 
sztuczki - rzekła łagodnie. - Osiągnęłaś tylko tyle, że jest mi 
bardzo smutno. Próbowałaś mnie oszukać i utrudnić mi pracę. 

Dziewczynka wybuchnęła gwałtownym płaczem. 
- Ale ja tylko chciałam zostać w domu, z tobą i z chłop­

cami! 

Laura ze zrozumieniem pokiwała głową. 
- Tak, wiem, ale nie można opuszczać lekcji. Moim za­

daniem jest opieka nad tobą i twoimi braćmi. Nie mogłabym 
spojrzeć twojemu tacie w oczy, gdybym nie dopilnowała, żebyś 
robiła to, co dla ciebie najlepsze. Czy mogłabym się nazwać 
twoją przyjaciółką, gdybym pozwoliła ci na coś, co na dłuższą 
metę może ci bardzo zaszkodzić? 

- Nieee wieeem! - szlochała Wendy. 

background image

47 

- Ale ja wiem, bo jestem już dorosła - odparła Laura spo­

kojnie. - Właśnie dlatego to ja podejmuję decyzje, przynaj­

mniej niektóre. Większość z nich podejmuje twój tata. Szkoła 

jest bardzo ważna i chociaż jeszcze tego nie rozumiesz, musisz 

do niej chodzić. Gdybym pozwalała ci zostać w domu, kiedy 
tylko przyjdzie ci na to ochota, znaczyłoby to, że nie nadaję 
się do tej pracy i powinnam ją zmienić. A teraz coś ci obiecam. 

- Co mi obiecasz? - Wendy otarła łzy. 
- Kiedy wrócisz do domu, zrobimy coś fajnego i niezwy­

kłego. 

- Coś niezwykłego? A co? 
- Może na przykład... zbudujemy przed domem bałwana? 

Albo nie! Śniegowy zamek! Jak ci się to podoba? 

- Zamek? Naprawdę? 
- Jasne, dlaczego nie? Ubierzemy się bardzo ciepło i zbu­

dujemy ze śniegu, co tylko zechcemy. 

- Dobrze! - Wendy rozpogodziła się. - Ojej! Godiva nig­

dy nam nie pozwalała bawić się na śniegu. Mówiła, że zapalimy 
sobie płuca i umrzemy. 

Laura roześmiała się. 
- Zapewniam cię, że nie pozwolę nikomu złapać zapalenia 

płuc. A teraz lepiej już idź. Znajdziesz swoją klasę? 

Dziewczynka skinęła głową i otworzyła drzwi. Laura roz­

pięła jej pas i Wendy wyskoczyła z samochodu. Laura przy­
pomniała sobie chłodne pożegnanie Adama z dziećmi i doszła 
do wniosku, że nie może się rozstać z dziewczynką bez jakie­
goś czułego gestu. 

- Zaczekaj! - Wendy zawróciła, Laura objęła ją mocno 

i pocałowała w czoło. - Do widzenia, skarbie. 

Brązowe oczy Wendy lśniły radośnie. 

background image

48 

- Nie zmieniaj pracy, zostań z nami - wyszeptała. 
Łzy zapiekły Laurę pod powiekami. Miała ochotę obiecać, 

że zostanie z nimi na zawsze, ale wiedziała, że to niemożliwe. 
Prędzej czy później będzie musiała odejść. Gdyby Doyal ją 
tu odnalazł... Aż zadrżała na myśl, co mógłby zrobić tej ro­
dzinie, i tak już pokrzywdzonej przez los. Będzie musiała 
odejść dla bezpieczeństwa swych podopiecznych. Nie mogła 

jednak powiedzieć tego ani Wendy, ani nikomu innemu. 

- Zobaczymy. Idź już - powiedziała z uśmiechem. 
Dziewczynka chwyciła plecak, zatrzasnęła drzwi i pobiegła 

do budynku. Jakaś kobieta o miłej twarzy stanęła w progu i da­
ła Laurze znak, że może jechać. Samochód ruszył. Laura za­
stanawiała się, ile czasu jej jeszcze zostało. 

Wczołgała się do środka śnieżnej budowli i przykucnęła 

obok dzieci. 

- Nie wiedziałam, że tak tu ciepło. 
- Śnieg nie jest ciepły - zachichotała Wendy. 
- Ale w śnieżnym zamku jest ciepło. 
- Och, jaki piękny jest ten mój zamek - westchnęła dziew­

czynka. 

Robbie uderzył ją w ramię. 
- To nie jest twój zamek. To nasz zamek. Prawda, Lauro? 
- Owszem, ale nie wolno ci bić siostry. Przeproś ją, proszę. 
Robbie kilkakrotnie musiał już dziś przepraszać rodzeństwo, 

ale i tym razem, krzywiąc się lekko, wycedził słowa przeprosin. 

Wendy poklepała go po głowie. 
- Nie gniewam się. Wcale nie bolało. - Zwróciła się do 

Laury. - A czy jutro będziemy się mogli tu bawić w rycerzy 
i księżniczkę? 

background image

49 

Laura roześmiała się. 
- Jeśli będzie ładna pogoda, to tak. Dobrze? 
- Dobrze. 
Siedzieli na izolującym ich od śniegu kawałku dykty, na 

którym Laura narysowała imitujące podłogę deski. Wiedziała, 
że niedługo będą musieli wracać do domu, ale liczyła na to, 
że wkrótce pojawi się Adam i pochwali dzieci za wspaniałe 
dzieło. Przynajmniej miała nadzieję, że to zrobi. 

- Czyż tata nie będzie zachwycony waszym zamkiem? -

rzuciła w przestrzeń. 

Robbie i Ryan spojrzeli na siostrę, a ta wzruszyła ramio­

nami. 

- Nie wiem. Pewnie nic nie zauważy. 
- Na pewno zauważy. - Jak mógłby nie zauważyć 

dwumetrowej budowli ze śniegu, stojącej przed jego włas­
nym domem? - Pewnie będzie żałował, że nie budował jej 
z nami. 

- Nie będzie. - Wendy potrząsnęła głową. 
- Nie będzie - jak echo powtórzył Ryan. 
Laura przełknęła ślinę i przywołała uśmiech na twarz. 
- Ależ na pewno będzie. Nigdy nie bawił się z wami 

w śniegu? 

Wendy spuściła wzrok. 
- Tatusiowie się nie bawią. A poza tym, jego nigdy tu nie 

było, kiedy padał śnieg. 

- Nie było go, kiedy padał śnieg? Nie rozumiem? 
- Nie mieszkał z nami, dopóki mama nie odeszła - wy­

jaśniła dziewczynka. 

- Nie? Byli rozwiedzeni? - To pytanie wyrwało się Laurze, 

zanim zdołała się powstrzymać. 

background image

50 

Dzieci spoglądały po sobie, wyraźnie zagubione. W końcu 

Robbie odparł: 

- Nie! Tata mieszkał w wojsku! 
- W wojsku? To znaczy był żołnierzem? 
- No, w wojsku! - odezwał się Ryan, nieco zniecierpli­

wiony niepojętnością Laury. 

To by wyjaśniało krótką fryzurę i doskonałą formę fizyczną. 

Nie wyjaśniało tylko, dlaczego nie spędził żadnej zimy z włas­
nymi dziećmi. 

- Dlaczego z nim nie mieszkaliście? - zwróciła się do We­

ndy. Dziewczynka tylko wzruszyła ramionami. - Jestem pew­
na, że często przyjeżdżał. Przecież odwiedzał was w urodziny 
i święta, prawda? 

- Tata przyjeżdżał na Gwiazdkę! - oznajmił Ryan i dodał 

z satysfakcją: - A potem z dziadkiem lobili awantuly! 

Awantury. W święta. 
- To przykre - powiedziała ze smutkiem. - Ale to pewnie 

zdarzyło się tylko raz. - Spojrzała na Wendy. - Prawda? 

Znów wzruszenie ramion. 

- Nie wiem. 
Wendy nie wie. Nie pamięta, czy ojciec spędzał z nimi 

święta. Co z tym człowiekiem jest nie tak? Laura starała się 
przybrać beztroską minę. 

- Teraz mieszka tutaj i na pewno spędza z wami każdą 

wolną chwilę. - Wendy milczała, ale na jej twarzy widać było 
tłumiony gniew. Och, Adamie, co ty robisz swoim dzieciom? 

- Zimno mi! - oznajmił nagle Ryan. 
Laura otrząsnęła się z zadumy. 
- Kubek kakao na pewno cię rozgrzeje, co? 
- Tak! Kakao! Kakao! 

background image

51 

Słońce kryło się już za horyzontem i temperatura spadała. 

Samochodu Adama nie było. Laura posadziła sobie Ryana na 
biodrze, wzięła za ręce Robbiego i Wendy, i poszli do domu. 
W korytarzu pozbyli się ciepłych ubrań i umyli ręce w łazien­
ce, dzieci usiadły przed telewizorem, a Laura poszła do kuchni. 

Przywitała się z Beverly, która mieszała coś w garnku. 

- Kakao już gotowe? - zapytała. 
- Tak, i kolacja też. 
- Wspaniale pachnie. Co to jest? 
- Duszone mięso. Czy podać zaraz? 
Laura potrząsnęła głową. 
- Zaczekamy na pana Fortune. 
Beverly spojrzała na nią dziwnie. 
- Ach, zapomniałam. Niedawno dzwonił. Powiedział, żeby 

na niego nie czekać. Coś mu wypadło. 

Laura posmutniała, ale nie chciała, żeby dzieci to zobaczyły. 

Przymknęła oczy i chwilę pomyślała. 

- Najpierw napijemy się kakao - zadecydowała. - Może 

włożysz garnek z mięsem do piekarnika, żeby nie wystygł, 
i pójdziesz do domu? Obsłużymy się sami, kiedy będziemy 
gotowi do kolacji. 

Beverly rozwiązała fartuch, zanim Laura dokończyła zdanie 

i upewniwszy się, że nie będzie już więcej potrzebna, wyszła. 

Laura napełniła kubki, ustawiła je na tacy i przywołała na 

twarz uśmiech. Dzieci nie powinny się domyślić, jak bardzo 

jej smutno, że Adam nie jest takim ojcem, jak powinien. Czuła 

nie tylko smutek. Jednocześnie narastał w niej gniew. 

Adam wszedł do kuchni zmęczonym krokiem. Beverly 

obiecała zostawić mu coś do jedzenia w piekarniku. Nie był 

background image

52 

głodny, ale nie chciał urazić kucharki. Na stojąco przełknął 

kilka kęsów, resztę porcji wyrzucił, a talerz szybko umył. Wyjął 
z szafki butelkę brandy, nalał sobie trochę do małej szklanki 
i poszedł do gabinetu. 

Laura siedziała na kanapie i przeglądała albumy rodzinnych 

fotografii. Przywitał się i pociągnął łyk trunku. Przez chwilę 
podziwiał zgrabną figurę Laury, której nie zdołało ukryć nawet 
ciepłe ubranie. Dziewczyna wyprostowała się i splotła ramiona 
na piersiach, niemal zbyt obfitych u tak drobnej osóbki. Kiedy 
na niego spojrzała, ze zdziwieniem zauważył, że ma gniewną 
minę. 

Spuściła wzrok na dwa albumy leżące na jej kolanach. 

- Nie ma cię na żadnym zdjęciu. - Głos miała dziwnie 

niski, pełen wyrzutu. - Zauważyłeś to? 

Nie bardzo rozumiał, o czym mówi. Co dziwniejsze, jej 

słowa sprawiły, że poczuł nagły lęk. Instynktownie przybrał 
sztywną, obojętną postawę wojskowego. 

- Nie przypominam sobie, żebym ci pozwolił oglądać 

zdjęcia. 

W jej spojrzeniu dostrzegł najpierw szok, potem skruchę, 

a w końcu urazę. Powoli zamknęła albumy, jeden granatowy 
ze złoceniami, drugi zielonobrunatny, trochę zniszczony. 

- Przepraszam - wymamrotała cicho i odłożyła albumy na 

stolik. - Nie sądziłam, że będziesz miał coś przeciwko temu. 

Szybko wstała i ruszyła ku wyjściu. Adam zauważył, że 

chociaż zwykle poruszała się zwinnie jak baletnica, tym razem 
dwukrotnie się potknęła. Poczuł, że musi ją zatrzymać. Wy­
ciągnął ramię i zagrodził jej drogę. 

- Przepraszam - wyjąkał. - Nie chciałem tak na ciebie na­

paść. Mam za sobą męczący dzień. 

background image

53 

Pochyliła głowę i stała bez ruchu. 
- Tak, wiem. - Spojrzała na niego oskarżycielsko. - Cze­

kały na ciebie do dziewiątej. 

Kto? Ach, oczywiście dzieci. Ale dlaczego? Przecież 

zwykle go ignorowały, nie słuchały nawet jego poleceń. Opu­

ścił ramię i jednym haustem wypił resztę brandy. Wciągnął głę­

boko powietrze i westchnął z satysfakcją. Od razu poczuł się 
lepiej. 

- W takim razie powiedz mi, czego chciały. - Rozluźnił 

krawat. Nagle złość Laury rozgorzała z nową siłą. 

- Chciały, żeby ich ojciec był przy nich! - odrzekła ostro. 

- Zbudowaliśmy dzisiaj zamek ze śniegu, więc chciały, żeby 
ktoś je za to pochwalił. 

- Zamek ze śniegu - powtórzył mechanicznie. Nic nie za­

uważył. Usiadł w fotelu, nagle bardzo znużony. - Pochwalę 

je jutro rano. - Przyłożył szklaneczkę do skroni, w której czuł 

narastający ból. 

Laura wolno pokręciła głową, ale był zbyt zmęczony, by 

zapytać, o co chodzi. Tym razem, kiedy go pożegnała i ode­
szła, nie starał się jej zatrzymać. 

Po chwili ból trochę osłabł, a Adam próbował zebrać resztki 

energii, by się przygotować do snu. Jego wzrok padł na albumy. 
Położył je sobie na kolanach i przesunął dłonią po wystrzę­
pionym grzbiecie jednego z nich. Zastanawiał się, dlaczego 
babka zapisała mu właśnie tę podniszczoną pamiątkę rodzinną. 

Po Kate można się było spodziewać wszystkiego. Zawsze miała 
przenikliwy umysł, kojarzyła pozornie nie związane ze sobą 
fakty. Tak bardzo mu jej brakowało. 

Dlaczego poleciała sama nad amazońską dżunglę? Rodzina 

z trudem dawała sobie radę bez jej przywództwa. On wiedział 

background image

54 

to najlepiej. Po półtora roku jego dzieci niemal wcale go nie 
znają, a on sam nadal dryfuje przez życie bez celu. 

Wolno otworzył album i spojrzał na ślubną fotografię ro­

dziców. Wyglądali jak idealna para: on - dziedzic fortuny i ona 
- nieskalana piękność. Trudno było się pogodzić z tym, że nie 
są już razem. Jednak kiedy sięgnął wstecz pamięcią, widział 
dom pozbawiony ojca i słyszał matkę, która niestrudzenie tłu­
maczyła jego nieobecność. „Na jego barkach spoczywa odpo­
wiedzialność za całą firmę. Tylu ludzi na nim polega. Stara 
się, jak potrafi". 

Przerzucił karty albumu. Zobaczył siebie, najpierw jako nie­

mowlę, dziecko, potem nastolatka buntownika, a wreszcie jako 
dorosłego mężczyznę. Na zdjęciach uwieczniono wszystkie 
najważniejsze momenty życia jego i całej rodziny. Najpierw 
występował na nich jako jedyny syn, potem dołączyły Caroline, 
Natalie, a w końcu bliźniaczki - w odstępach co dwa lata. 

Laura się myliła. Był prawie na każdym zdjęciu. Brakowało 

za to jego ojca. Co ta kobieta sobie wyobraża? Zganiła go za 
to, że nie pochwalił dzieci za jakiś głupi zamek? Przecież wrócił 
do domu. Starał się, jak potrafił, a to się chyba liczy. Odłożył 
albumy i wstał. Nawet nie zajrzał do granatowego tomu, 
w który jego żona starannie wklejała zdjęcia dokumentujące 
życie jego nowej rodziny. To właśnie na tych zdjęciach go nie 

było. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Laura spodziewała się co najmniej chłodnego powitania, 

tymczasem Adam zszedł na śniadanie w wyśmienitym nastro­

ju. Jedynym nawiązaniem do poprzedniego wieczoru było zna­

czące spojrzenie, które posłał w jej kierunku, zanim wylewnie 
pochwalił dzieci za śniegowy zamek. Ku rozczarowaniu Laury 
dzieci jedynie wymieniły między sobą spojrzenia i w ciężkim 
milczeniu jadły śniadanie. Adam natychmiast stracił humor, 
usiadł i odgrodził się od rodziny gazetą. Gdy Laura postawiła 

przed nim śniadanie, podziękował z roztargnieniem i wrócił 
do lektury. Dzieci skończyły jeść, Laura zaprowadziła je do 
pokoi, by się ubrały, a kiedy wróciła, Adama już nie było. 

Tak zwykle wyglądały ranki. Adam ostatni przychodził do 

kuchni, prawie nie zwracał uwagi na dzieci ani one na niego, 
i mimo wysiłków Laury wychodził bez pożegnania. Teraz jed­
nak przynajmniej wracał do domu na wspólną kolację i dzięki 
dyskretnym zabiegom opiekunki, żegnał się z dziećmi przed 
snem. 

Z początku było to dość sztywne pożegnanie, ale z czasem 

stawało się coraz cieplejsze. Laura niecierpliwie czekała na 
dzień, kiedy któreś z dzieci nadstawi buzię do pocałunku. Był­
by to tylko mały krok ku normalności, ale jakże ważny. 

Chociaż mówiła sobie, że będzie naprawdę zadowolona, 

dopiero kiedy ojciec pocałuje dzieci na dobranoc, to musiała 

background image

56 

przyznać, że już dawno nie czuła się taka szczęśliwa. Jej spokój 
zakłócała jedynie przerażająca myśl o tym, co by się stało, 
gdyby Doyal ją tu odnalazł. Starała się o tym nie myśleć, ale 
czasami strach podstępnie wracał. 

Późnym wieczorem, gdy planowała następny dzień, Doyal 

pojawiał się w jej myślach. Widziała jego twarz, najpierw 
uśmiechniętą, potem ironicznie skrzywioną, wreszcie pełną 
wściekłości. Czuła jego dłonie na gardle i wiedziała, że zaraz 
zginie. Potem wyobraźnia podsuwała jej obraz któregoś z dzie­
ci, stającego w jej obronie. Siadała wtedy na łóżku i starała 

się o niczym nie myśleć, ale i tak przed oczami stawał jej obraz 

małego, bezwładnego ciała, powalonego uderzeniem Doya-
la. Nie wolno jej do tego dopuścić! Nie może tak od razu 
odejść z tego domu, ale musi stąd zniknąć, zanim Doyal ją 
odnajdzie. 

Często drżąca ze strachu budziła się nad ranem i jeszcze 

raz przeżywała scenę, której była świadkiem. Ponad siedem 
miesięcy wcześniej, kierowana zazdrością, poszła za Doyalem, 
podejrzewając, że wybiera się na spotkanie z inną kobietą. Do­
tarła za nim do zniszczonego budynku w podupadłej dzielnicy 
miasta i ukryta za pojemnikiem na śmieci zobaczyła, czym 
naprawdę zajmował się Doyal. Budynek odwiedzali ludzie 
o podejrzanym wyglądzie. Po wyjściu niektórzy z nich na­
tychmiast łykali jakieś tabletki, wciągali coś nosem lub wręcz 

robili sobie zastrzyk w żyłę. Większość z nich była tak zde­

sperowana, że nie zwracała uwagi na broń, z którą wcale się 
nie krył „przyjaciel" Doyala, Calvin. Odeszła stamtąd chwiej­
nym krokiem i po chwili zwymiotowała z obrzydzenia. Do­
wiedziała się, że pieniądze, tak szczodrze na nią wydawane 
przez pierwszego chłopaka, z którym się poważnie związała, 

background image

57 

pochodzą nie z udanych operacji giełdowych, lecz z handlu 
narkotykami. 

Popełniła błąd, ujawniając przed nim, co wie. Kiedy go 

zapytała, jak potrafi spojrzeć sobie w oczy w lustrze, tylko się 
roześmiał. Swoją sytuację zrozumiała dopiero, gdy chciała ode­
grać starannie zaplanowaną scenę odejścia. Doyal oznajmił, że 
nigdzie jej nie puści, a kiedy zaprotestowała, pobił ją do nie­
przytomności. Przysiągł, że nigdy się od niego nie uwolni, 
a kiedy z nią skończy, to upewni się, że Laura nigdy nikomu 
nie powie o jego „interesach". Nie mogła nawet iść na policję, 
ponieważ zagroził, że jeśli to zrobi, on wraz z Calvinem oskar­
żą ją o współudział w handlu narkotykami. 

Wiedziała jednak, że najgorsze, co może zrobić, to z nim 

zostać. Jeśli ucieknie, być może spotka ją śmierć, nagła i nie­
spodziewana, a jeśli zostanie, będzie umierała powoli, z dnia 
na dzień. Wybrała więc to pierwsze. Zanim zdołała się wy­
mknąć, przeżyła trzy tygodnie w piekle i następne, jeszcze gor­
sze bicie. Doyal uznał, że jest zbyt słaba, by próbować ucieczki, 
i na krótko zostawił ją bez dozoru. Uciekła przez okno, tak 

jak stała, mając w kieszeni niespełna sto dolarów. 

Od tego czasu stale uciekała, z miasta do miasta, ze stanu 

do stanu. Dwukrotnie niemal ją dopadł - ostatnio pięć miesięcy 
temu. Nie wyobrażała sobie, że Doyal zrezygnuje z pościgu. 
Nie śmiała robić żadnych planów na przyszłość, wiedziała, że 
musi być w ciągłym ruchu. Jednak teraz zaczęła marzyć, ukła­
dać plany. Z zadumy wyrwał ją głos Adama. 

- O czym myślisz? 

Serce skoczyło jej do gardła, ale szybko się opanowała. 

Było już późno, dzieci spały, a ona w kuchni przyrządzała so­
bie kakao. Kiedy dzieci poszły spać, Adam zniknął w swej 

background image

58 

sypialni, tłumacząc się, że musi coś ważnego przeczytać przed 

jutrzejszym spotkaniem. Kiedy teraz stanął przed nią, była to 

pierwsza rzecz, jaką sobie przypomniała. 

- Skończyłeś czytać? - zapytała, zawstydzona swoim 

strachem i tym, że w ogóle znała kogoś takiego jak Doyal 
Moody. 

- Niezupełnie, ale lektura potwornie mnie znudziła. Ubez­

pieczenia to chyba nie moja pasja. 

- Nie? Na pewno znajdziesz coś dla siebie - pocieszyła 

go niedbale. 

Potrząsnął głową. Widać było, że jest przygnębiony, 
- Sam nie wiem... 
Wyczuła, że chce z nią porozmawiać i sprawiło jej to przy­

jemność. Sięgnęła po drugą filiżankę. 

- Siadaj. Zrobię ci kakao. 
Nawet nie usiłował udawać, że ta propozycja go nie ucie­

szyła. Usiedli przy kuchennym stole i jakiś czas siedzieli 

w niewymuszonym milczeniu, popijając kakao. 

- A co tak naprawdę chciałbyś robić? - spytała w końcu. 

- Zastanawiałeś się nad tym? 

- Nie wiem. Czuję się tak, jakbym się błąkał w ciemno­

ściach, próbując otworzyć różne drzwi. Żadne się nie otwierają, 
znam tylko życie wojskowego. Teraz już sam nie wiem, kim 

jestem. 

Doskonale rozumiała jego stan. 
- Trudno ci było zrezygnować z pracy w wojsku? 

- W wojsku życie jest proste. - Oparł brodę na dłoniach. 

- Jest plan dnia, zasady działania, szkolenie. Każdy zna swoją 
rolę, wie, co ma robić. Tutaj też mam plan dnia, ale to wszystko. 
Nie ma żadnych zasad działania, żadne szkolenie nie przygotuje 

background image

59 

mnie do roli, której i tak nie znam. Nie wiem, co robić. Nadaję 
się tylko do żołnierskiego życia, ale nie mogę wrócić do wojska. 

Laura powiodła palcem po brzegu filiżanki. Starannie do-

brała słowa. 

- To nie jest wina dzieci, że cię potrzebują. 
Zamknął oczy, ale dojrzała w nich gniew. 
- Myślisz, że tego nie wiem? Ale... Dlaczego Diana mu­

siała zginąć w tym strasznym wypadku! 

Laura chwyciła go za rękę. 
- Nie rozumiesz, że dzieci zawsze cię potrzebowały? Po 

śmierci Diany to się nie zmieniło, tylko ty nie mogłeś ich już 
dłużej ignorować. 

- To nie zależało tylko ode mnie - zaprotestował. - Diana 

chciała, żeby nasze stosunki wyglądały właśnie tak. - Cofnął 
rękę. W jego wzroku wyczytała prośbę o zrozumienie. - Z po­
czątku, kiedy przenoszono mnie w nowe miejsce, jechała ze 
mną, ale takie życie jej się nie podobało. Potem, gdy Wendy 
miała rok, zostałem wysłany z misją, więc przywiozłem żonę 
i dziecko tutaj, w rodzinne strony. Dianie spodobało się bycie 
członkiem rodziny Fortune'ów. - Roześmiał się ponuro. -
Wiem, że to nazwisko nic dla ciebie nie znaczy, ale tutaj ludzie 
myślą inaczej. 

- Nie jestem głupia - odparła lekko urażona. - Zdążyłam 

się zorientować, że to znane nazwisko, ale nie bardzo widzę 
związek. 

Uśmiechnął się chłodno, z ironią. 
- Dla Diany ważniejsze stało się nazwisko niż to, że jest 

moją żoną. Kiedy wróciłem do kraju, poinformowała mnie, że 
tu zostaje. Znów miałem zostać wysłany za granicę, wiedzia­
łem, jak bardzo tego nie znosi, więc się zgodziłem. Myślałem, 

background image

60 

że kiedy wrócę do kraju, Diana do mnie dołączy, ale ona stwier­
dziła, że nigdzie się nie przeprowadzi. Później urodzili się 
chłopcy, Diana zbudowała ten dom i nie chciała nawet słyszeć 
o przeniesieniu się do mnie. W końcu zrozumiałem, że nigdy 
się stąd nie wyprowadzi. - Wzruszył ramionami. - Zastana­
wiałem się nad rozwodem, ale i tak żyliśmy osobno, więc nie 
chciałem robić kłopotów. Przyjeżdżałem tu, kiedy mogłem, 
a Diana nigdy nie narzekała na ten układ. Teraz wydaje mi 
się nawet, że to odległość ocaliła nasze małżeństwo. Pod koniec 
każdego urlopu skakaliśmy sobie do oczu o byle drobiazg. -
Przetarł dłońmi twarz. - Nie wiem... Może gdybym wcześniej 
odszedł z wojska... ale Diana nigdy mnie o to nie prosiła. Ani 

razu. 

Laura sama nie wiedziała, kiedy znów ujęła jego dłoń. Teraz 

oboje patrzyli na swoje splecione ręce, jakby pierwszy raz 
w życiu widzieli coś podobnego. 

- Nie wiedziałam, że to tak wyglądało - rzekła cicho. -Ale 

jakkolwiek było, dzieci bardzo za tobą tęskniły. 

Adam roześmiał się krótko. 
- Przede wszystkim brakuje im matki i szczerze mówiąc, 

wydaje mi się, że ty łagodzisz ten brak o wiele lepiej niż ja. 

- To wcale nie to samo! 
- Czyżby? - zapytał łagodnie. - Lauro, kocham swoje 

dzieci, ale nie potrafię być dobrym ojcem. 

- Możesz nim być! 
Potrząsnął głową. 
- Nie potrafię z nimi postępować tak dobrze jak ty. Wiem, 

bo próbowałem. Gdybyś została z nimi na dłużej... 

- Nie! - Odsunęła się gwałtownie i wstała. Przecież nie 

może zostać, ale też nie może powiedzieć mu prawdy i narazić 

background image

61 

na jeszcze większe niebezpieczeństwo jego i dzieci. Nie ma 
wyboru, musi kłamać. - Już ci mówiłam, że wracam do col­
lege'u.Mam niespokojną naturę. - Odwróciła wzrok. - Przy­
zwyczaiłam się do ciągłych zmian. Od dawna już nigdzie nie 
zagrzałam miejsca dłużej niż dwa tygodnie. 

- No cóż, może nie powinienem tego mówić, ale przecież 

te niewinne dzieci... - Urwał. - Nie. - Wstał i położył jej ręce 
na ramionach. - To było nie fair z mojej strony - rzekł niemal 
szeptem. - To moje dzieci, ja jestem za nie odpowiedzialny... 
tylko nie wiem, jak je wychowywać, a tobie to tak dobrze 
wychodzi. - Westchnął. - Chyba po prostu jestem sfrustrowa­
ny, bo nie potrafię sobie znaleźć sensownego zajęcia. Do diabła, 
potrzebuję pracy! 

Odwróciła się i cofnęła na bezpieczną odległość. 

- Na pewno coś znajdziesz, a dzieci nabiorą do ciebie za­

ufania - zapewniła go. - Zobaczysz, że to warte zachodu. 
Masz wspaniałe dzieci. 

- To łobuziaki. - Uśmiechnął się szeroko. - Ale moje ło­

buziaki. 

Skinęła głową. Miał rację. On jest ich ojcem, a ona nie 

może tu zostać na dłużej, choćby nie wiadomo jak tego pra­
gnęła. 

- Dacie sobie radę. - Przybrała beztroski wyraz twarzy. 

- Dzieci muszą się tylko przekonać, że już ich nie opuścisz 
i że je kochasz. Trzeba je w tym utwierdzać jak najczęściej. 

- Nie jestem w tym zbyt dobry, ale będę się starał... 
- Jestem pewna, że ci się uda. - Przez chwilę patrzyła mu 

prosto w oczy. 

- Ale... zostaniesz, dopóki nie znajdę kogoś na twoje miej­

sce? 

background image

62 

- Och... - Kogoś na jej miejsce. Dlaczego te słowa tak 

ją zaskoczyły? - Oczywiście. - Starała się mówić wesoło i za­

czepnie. - Wcale nie mam zamiaru odchodzić tak od razu. 

- Jasne. - Wsunął ręce do kieszeni. - Ale zacznę już szu­

kać. To na pewno trochę potrwa. 

- Pewnie tak. 
- Jestem zmęczony. - Cofnął się o krok. - Pójdę już spać. 
- Ja też. 
Żadne z nich jednak się nie poruszyło. Po chwili Adam 

wolno pochylił się i pocałował ją w policzek. Ten gest wydał 

jej się niezobowiązujący i przyjacielski, dopóki nie spojrzała 

w oczy Adama. Szybko odwróciła wzrok, ale w jego oczach 
zobaczyła tyle uczucia, że zaczęła się zastanawiać, czy Ada­
mowi zależy na jej obecności w tym domu tylko ze względu 
na dzieci? A może w grę wchodzi coś bardziej osobistego? Nie, 
musiało jej się wydawać. 

Obudziła się nagle, z poczuciem, że coś jest nie tak. Leżała 

w bezpiecznym cieple pościeli, ale cały czas miała świado­
mość, że tuż obok czai się mróz. Może to przez śnieżycę? 
W wieczornych wiadomościach ostrzegano przed zmianą po­
gody i dalszym ochłodzeniem, chociaż trudno było sobie wy­
obrazić, że może być jeszcze zimniej. Leżała, nasłuchując, czy 
za dobrze uszczelnionymi oknami nie szaleje wiatr. Usłyszała 

jedynie cichy szelest materiału i odgłos kroków na dywanie. 

Wyskoczyła z łóżka i zapominając o szlafroku, wyszła na ko­
rytarz jedynie w luźnej koszulce i grubych, wełnianych skar­
petach, które włożyła dla ochrony przed nocnym chłodem. 

Drzwi do pokoju Adama były zamknięte, światło za nimi 

zgaszone. Czyżby odgłosy dochodziły z pokoju dzieci? W ko-

background image

63 

rytarzu płonęła mała, pomarańczowa lampka, zawieszona nisko 
na ścianie. Jej słabe światło nie pozwalało stwierdzić, czy ktoś 
się nie kryje kilka metrów dalej. Ruszyła wolno przed siebie, 
wiodąc czubkami palców po ścianie. Drzwi do pokoju chłop­
ców ustąpiły, kiedy lekko je pchnęła. Nocna lampka oświetlała 
puste dziecięce łóżka. 

Szybko doszła do końca korytarza. Po drodze poczuła po­

wiew chłodnego powietrza, jakby ktoś przed chwilą otworzył 
drzwi wejściowe. Doyal! Usłyszała odgłosy jakichś ukradko­
wych ruchów i wpadła w jeszcze większą panikę. Gdzie są 

chłopcy? 

Bezszelestnie pobiegła przed siebie. Mijając jadalnię, chwy­

ciła stojącą na kredensie ciężką, kryształową karafkę. Uniosła 

ją wysoko nad głowę, minęła zakręt korytarza i stanęła jak 

wryta przed otwartymi drzwiami gabinetu. W szaroniebieskim 
świetle zobaczyła jakąś postać stojącą tuż za drzwiami. W głębi 
pokoju, na dywanie, przed włączonym telewizorem, leżeli na 
brzuchach chłopcy, machając w powietrzu nogami. Szeptali coś 
do siebie i chichotali, wyraźnie zachwyceni tym, że mogą oglą­

dać niedozwolony program. Postać w progu czekała nie­
ruchomo. 

Laura rzuciła się naprzód. Miała do przebycia tylko kilka 

kroków i w tej krótkiej chwili zastanawiała się gorączkowo, 
co powie Adamowi, kiedy ten zobaczy Doyala leżącego z roz­
trzaskaną głową na podłodze jego gabinetu. A jeśli jej się nie 
uda? Jeśli Doyal usłyszał jej nadejście i zdoła uciec? Jaką 
krzywdę będzie zdolny wyrządzić tym chłopcom? Co do tego, 
co zrobi z nią, nie miała najmniejszej wątpliwości. 

Zamachnęła się karafką, ale jej cel odskoczył lekko na bok 

i wyciągnął przed siebie ramiona. Karafka z głuchym stukiem 

background image

64 

upadła na dywan, a jakaś dłoń zakryła Laurze usta. Ktoś pchnął 

ją do tyłu i przyparł do ściany. Przed sobą zobaczyła twarz 

Adama. Takiego go jeszcze nie widziała. Był groźny, opano­
wany, sprawny, niebezpieczny -jak przystało na żołnierza. Mi­
mo to strach, który zaciskał jej gardło, natychmiast zniknął. 
Z ulgą rozluźniła mięśnie, ufna, że Adam nie da jej upaść. 

- Dzięki Bogu - wyszeptała, a łzy napłynęły jej do oczu. 
Adam również się rozluźnił i przez ramię spojrzał na synów. 

Chłopcy najwyraźniej niewiele zauważyli. Ryan usiadł na 
chwilę i spojrzał na drzwi, ale w mroku nic nie dostrzegł 
i szybko wrócił do oglądania programu. 

Unosząc pytająco brwi, Adam chwycił Laurę za ramiona 

i poprowadził ją w głąb korytarza. Kiedy znaleźli się za ro­
giem, znów przyparł ją do ściany. 

- Omal nie roztrzaskałaś mi czaszki! Co się dzieje? 
- Myślałam, że to... jakiś intruz. 
- Nieproszony gość? 

- Włamywacz - poprawiła się szybko. - Bałam się, że jeśli 

chłopcy cię... to znaczy, jego zobaczą, to może zrobić im coś 
złego. - Z niedowierzaniem potrząsnął głową. - Coś mnie zbu­
dziło, jakiś dźwięk w korytarzu. Drzwi do twojej sypialni były 
zamknięte, światło zgaszone. Łóżka chłopców stały puste i czu­
łam, że ktoś otworzył frontowe drzwi. 

- To ja. Sprawdzałem, czy nie wyszli na dwór. To nie byłby 

pierwszy raz. 

- Skąd miałam wiedzieć? 
- Mogłaś zapytać. 
- Nie pomyślałam o tym. Zobaczyłam twój cień. Chłopcy 

oglądali telewizję i bałam się, że włamywacz może ich skrzyw­
dzić. 

background image

65 

- Więc wzięłaś karafkę i chciałaś rozbić mi głowę - do­

kończył sucho. - Lauro, jesteśmy w St. Cloud, w Minnesocie. 
- Przysunął się bliżej. - Nie miewamy tu intruzów. 

Zdała sobie sprawę z bliskości jego ciała. Była skąpo ubra­

na, ale nie czuła zimna. Oddychała z trudem, jakby brakowało 

jej tlenu. 

- Zapomniałam o tym - wyszeptała. - Tam, skąd pocho­

dzę, włamania zdarzają się bardzo często. 

- A skąd pochodzisz? - zapytał. 
- Z Denver... 
- Ach. - Ujął ją za podbródek i uniósł jej twarz ku górze. 

- Bardzo się cieszę, że jesteś w stanie tak dzielnie bronić moich 
dzieci, ale następnym razem najpierw zapukaj do moich drzwi. 
A jeszcze lepiej, po prostu je otwórz i wejdź. Jeśli mnie nie 
będzie, to możesz śmiało założyć, że kontroluję sytuację. A je­

śli będę u siebie... Tak czy owak, mam więcej doświadczenia 

niż ty w poskramianiu intruzów. Zgadzasz się? 

Skinęła głową i spuściła oczy, ale znów uniósł jej twarz 

ku sobie. Jego palce delikatnie przesunęły się po jej szyi. Przed 
sobą widziała tylko jego usta. Musi zamknąć oczy, żeby po­
myśleć logicznie. 

- Trzeba zaprowadzić chłopców do łóżek - szepnęła. 
Musnął palcem jej wargi i nagle poczuła jego usta na swo­

ich. Całował ją delikatnie, potem coraz mocniej. Bezwiednie 
wtuliła się w niego i przechyliła głowę. Gdy ją objął, jej ciało 
instynktownie przywarło do niego mocniej. Wszystko w niej 
zmiękło i zwilgotniało. Miała ochotę stopić się z nim w jedną 
całość. Zapomniała o całym świecie - o dzieciach, Doyalu, 
o tym, że będzie musiała stąd odejść, że to jest jej pracodawca. 
Objął dłońmi jej biodra i przycisnął ją do siebie. Jedno z nich 

background image

66 

jęknęło, ale nie była pewna, czy to ona, czy on. Wiedziała 

tylko, że chce więcej. Nagle Adam oprzytomniał i odsunął ją 
od siebie. Dysząc, z wysiłkiem wymawiał słowa. 

- Do diabła! Ja nie... - Cofnął ramiona i odstąpił o krok. 

- Przepraszam. Nie chciałem... - Odwrócił głowę, jakby nie 
był w stanie na nią patrzeć. - Chłopcy... Któreś z nas po­
winno... 

- Ja to zrobię - powiedziała, ale nie była w stanie ruszyć 

się z miejsca. 

Skinął głową, przesunął dłonią po twarzy, a potem zade­

cydował: 

- Nie, ja pójdę. Ty idź do łó... idź spać. 
Chciał ją odesłać, ale ona nadal nie mogła się ruszyć. Trochę 

ją rozczarowało, że tak szybko odzyskał panowanie nad sobą 

i ruszył do gabinetu. Poczuła się odrzucona. Boże, co się z nią 
dzieje? Przecież to był tylko pocałunek. Powinna być zado­
wolona, że skończyło się tylko na tym. Wróciła do swego po­
koju, zamknęła za sobą drzwi, oparła się o nie i usiłowała po­
wstrzymać napływające do oczu łzy. Tłumaczyła sobie, że to 
łzy ulgi. W końcu był to tylko pocałunek w ciemnościach, któ­
ry nic nie znaczył. Nic. I właśnie dlatego płakała. 

Adam otulił synów kołdrami. Miał nadzieję, że kazanie, 

które przed chwilą wygłosił, powstrzyma ich przed kolejnymi 
nocnymi eskapadami. Wrócił do swojej sypialni i zamknął 
drzwi. Był zmęczony. Położył się, ale już po sekundzie obraz 
Laury stanął mu przed oczami. 

Zobaczył ją w obszernej koszulce i w ciepłych, wełnianych 

skarpetach. Zamknął oczy i poczuł, że jego ramię znów otacza 

jej talię. Usiadł i przetarł twarz, jakby to mogło odegnać wspo-

background image

67 

mnienia. Drobne biodra Laury w jego dłoniach, jej paznokcie 
wpijające się w jego ciało... Miał wtedy ochotę zaciągnąć ją 
do sypialni i kochać się z nią nieprzytomnie. Nie pamiętał 
o dzieciach ani o tym, że tak niewiele o niej wie. Dopiero kie­
dy się od niej odsunął, pojawiły się wątpliwości, podsycone 
przez jedno słowo: Denver. 

Kilka razy ją pytał, skąd pochodzi, ale dopiero dzisiaj mu 

odpowiedziała, i to po tym, jak niemal nie rozbiła mu głowy, 
a on o mało nie skręcił jej karku. Gdyby do końca działał we­
dług wyuczonych zasad walki, musiałby wykręcić jej ramię 
ze stawu, chwycić ją od tyłu za podbródek i ostro szarpnąć. 
Powstrzymał go widok jasnych, długich włosów i kobiecy 
zapach. 

Laura miała jedyny w swoim rodzaju zapach - czysty, 

świeży, naturalny. Ten zapach pobudził jego pragnienia, które 
od tak dawna w sobie tłumił. Dobrze było znów myśleć i za­
chowywać się jak pełnokrwista istota ludzka. Jednak kiedy od­
sunął się od Laury, pojawiły się wątpliwości. Denver. Czego 

jeszcze o niej nie wie? Jak się będzie czuł, kiedy ona odejdzie? 

A ma zamiar odejść. Powiedziała to jasno. Nie chciał znów 

żyć z dala od bliskiej mu kobiety. Już niemal udało mu się 
zapomnieć o tym poczuciu pustki i frustracji. Gdyby pokochał 
Laurę, to uczucie by wróciło. I wiedział, że tym razem byłoby 
o wiele silniejsze. Westchnął. Może jednak będzie wszystkim 
im łatwiej, jeśli Laura odejdzie. Im szybciej, tym lepiej. 

Obiecał sobie, że jutro zadzwoni do agencji. Dzieci będą 

rozczarowane, ale znajdzie im kogoś, kto będzie się nadawał 
do roli opiekunki. Teraz już wiedział, czego szukać. Musi prze­
cież istnieć ktoś, kto potrafi je rozśmieszyć i skarcić, kto będzie 

je kochał, kto będzie ich bronił z narażeniem własnego życia, 

background image

68 

kto uświadomi mu jego ojcowskie obowiązki, nauczy go ko­
chać i być kochanym przez własne dzieci. Laura, tylko Laura. 

Ale Laura chce ich opuścić i niech zrobi to teraz, kiedy 

on jest w stanie pozwolić jej odejść. Znów przypomniał mu 
się pocałunek, do którego nigdy nie powinno dojść. Zamknął 
oczy i zacisnął zęby. Jutro zacznie szukać nowej opiekunki. 

Jutro. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Wstał wczesnym rankiem, włożył ciepłą bieliznę, dwie pary 

skarpet, dżinsy, golf i wełniany sweter. Na nogi wsunął zimowe 

buty, z szuflady wyjął najcieplejsze rękawice, wełnianą czapkę 

i szalik. Wziął też zapasową parę ciepłych legginsów dla Laury. 

- To dla ciebie - oznajmił, wchodząc do kuchni. 
Wkładała właśnie talerze do szafki, drżąc z zimna w gru­

bym szlafroku. Całą noc bała się tej chwili, ale teraz, kiedy 
Adam się zjawił, ogarnął ją beztroski, wręcz radosny nastrój. 

- Dzień dobry - powitała go. 
Powiesił legginsy na oparciu krzesła, podszedł do stołu i po­

smarował grzankę margaryną i dżemem truskawkowym. 

- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale przez noc temperatura 

spadła jeszcze niżej. Ubierzcie się wszyscy ciepło, w co naj­
mniej trzy warstwy ubrań, czapki, szaliki, najcieplejsze kurtki. 
Niech Wendy nie wkłada swoich ulubionych rękawiczek, są 
za cienkie. 

- Dobrze. 
- Śnieżyce zapowiadali dopiero na wieczór, ale nie chcę 

ryzykować. Odwieziesz Wendy do szkoły, a potem pojedziesz 
z chłopcami do supermarketu. Tam się spotkamy. Trzeba uzu­
pełnić zapas drewna do kominka i paliwa do prądnicy, na wy­
padek awarii. Mam przeczucie, że czeka nas długa fala mrozów. 

Laura skinęła głową i nalała mu filiżankę kawy. Wziął ją 

background image

70 

od niej ostrożnie, tak by ich palce się nie zetknęły, i pił, nie 
patrząc na nią. Nie usiadł. Posmarowała dżemem następną 
grzankę i podała mu nieśmiało. 

- Przed wyjściem na taki mróz trzeba zjeść więcej. 
Zjadł grzankę bez słowa, a Laura pośpiesznie wyszła z ku­

chni. Nie chciał jej dotknąć, ani nawet na nią spojrzeć. Bolało 

ją to bardziej, niż chciała przyznać. 

Dzieci już zaczęły ubierać się same, ale szybko wyjęła od­

powiednie ubrania i nakłoniła je, żeby je włożyły. Wendy upar­
ła się, żeby włożyć swe ulubione rękawiczki, ale uległa, kiedy 
Laura zagroziła, że zaraz zawoła ojca. Nie chciała robić z niego 
potwora, ale po pełnej wrażeń nocy nie potrafiła znaleźć innej 
metody na przekonanie dziewczynki. 

Zaprowadziła dzieci do samochodu i z zadowoleniem 

stwierdziła, że Adam włączył już ogrzewanie zapłonu. Mimo 
to upłynęło kilka chwil, zanim udało jej się zapalić. Potem 
musiała ręcznie otworzyć drzwi do garażu, ponieważ metalowe 
części przymarzły do siebie. Gdy wreszcie jechała do miasta, 
z otaczającego szosę lasu dobiegały trzaski pękających kona­

rów. Zawiozła Wendy do szkoły, zaczekała, aż dziewczynka 
zniknie w budynku i pojechała do supermarketu na obrzeżach 
miasta. 

Razem wybrali ciepłą bieliznę dla chłopców, którzy wyrośli 

już z rzeczy kupionych na początku zimy. Adam uparł się, by 
jej kupić cieplejsze rękawice, kapcie i piżamę z flaneli. Potem 

kupili baterie różnych rodzajów, płyn chroniący paliwo przed 
zamarzaniem i wodę w butelkach. W dziale spożywczym 
Adam wrzucił do wózka co najmniej po dwie sztuki każdego 
produktu. Gdy wkładali zakupy do bagażnika, Adam spojrzał 
w niebo. Chmury piętrzyły się wysoko, z każdą chwilą gęściej-

background image

71 

sze i ciemniejsze. Słońce świeciło blado, powietrze trwało nie­

ruchomo, chociaż chmury nad nimi kłębiły się niespokojnie. 

- Nie podoba mi się to. Zawieź chłopców do domu, ja 

pojadę po Wendy do szkoły. Zadzwoń do Beverly, żeby dzisiaj 
nie przychodziła. - Spojrzał na nią chyba po raz pierwszy tego 
dnia. - Mam nadzieję, że potrafisz coś przygotować na kolację. 

Skinęła głową z uśmiechem. 

- Postaram się. 
Przesunął dłonią po jej policzku i uśmiechnął się ciepło. 

Laura z pomyślała z lękiem, że nie wolno jej się w nim za­
kochać. I bez tego będzie jej trudno stąd odejść. Wsiadła do 
samochodu i z ciężkim sercem pojechała do domu. 

Zanim dotarła do celu, z nieba zaczęły się sypać duże, pu­

szyste płatki śniegu. Kiedy pojawił się Adam z Wendy, wiatr 
zdążył już przybrać na sile, słońce zniknęło i wszystko pogrą­
żyło się w półmroku. 

Przez całe popołudnie i wieczór szalała śnieżyca. Następ­

nego dnia późnym rankiem znów zerwał się wiatr i zaczął pa­
dać śnieg. Pogoda nie zmieniała się przez kilka dni. Kiedy 
wreszcie się poprawiła, zaspy piętrzyły się na wysokość domu, 
a temperatura nadal była bardzo niska. Mróz i wiatr łamał ga­
łęzie i powalał całe drzewa, a szopa na narzędzia na tyłach 
domu zawaliła się na samym początku zamieci. Białe czapy 
śniegu z głośnym tąpnięciem osuwały się z konarów. Taka po­
goda przekształca każde domostwo w zamknięty świat i Laura 
przez chwilę czuła się bezpieczna. 

Adam starał się trzymać z dala od Laury, ale miał nieprze­

partą ochotę się do niej zbliżyć, kiedy zobaczył, jak bawi się 
z dziećmi na dywanie w gabinecie. Cała trójka rzucała się na 

background image

72 

nią i próbowała ją łaskotać, a ona niczym dziki mustang, po­
trząsając biodrami i ramionami, starała się zrzucić dzieci z sie­
bie. Ryan odpadł pierwszy, zatoczył się po dywanie i zatrzymał 
się dopiero przy nodze ojca. Chichocząc, objął go za kolano, 
żeby odzyskać równowagę. 

- Chodź, tatusiu! - zawołał, ciągnąc go za nogę. - Chodź, 

damy jej nauczkę! 

Adam nie potrafił się oprzeć. 
Zabawa okazała się wyśmienita, ale również niebezpieczna. 

Tym razem Laura musiała ulec, przyparta przez niego do pod­
łogi. Natychmiast zapomniał, że Robbie wdrapuje mu się na 
plecy, a Wendy i Ryan szarpią go za ręce. Już niemal schylał 
głowę, by ją pocałować, ale na szczęście pisk Ryana przywrócił 
go do rzeczywistości i zapobiegł żenującej scenie. Mimo to 

trudno mu było oderwać się od Laury i odejść. 

Postanowił więcej nie narażać się na takie pokusy. Dokładał 

drew do kominka i całymi dniami siedział za biurkiem 
w swym pokoju, wychodząc tylko na posiłki i prognozy po­
gody. Czwartego dnia pojechał do biura. Mróz unieruchomił 
wszystko w okolicy. Po drogach poruszali się tylko ci, którym 
zabrakło zapasów i ci, którzy musieli je dostarczać. Adam od­
wiedził stację benzynową, wziął z biura dokumenty do prze­
studiowania i wrócił do domu. Minęły dwa dni, zanim dał się 
oderwać od lektury. Wywabiły go krzyki dochodzące z gabi­
netu. 

Pobiegł tam natychmiast i zobaczył Laurę, desperacko pró­

bującą rozdzielić Wendy i Robbiego. Dzieci biły się zażarcie, 
nie szczędząc sobie ciosów. Kiedy Adam wszedł do pokoju, 
Ryan właśnie rzucił się na ratunek bratu. 

- Auu! - Laura chwyciła się za kostkę, kiedy Ryan przy-

background image

73 

padkiem ją kopnął. Na jednej nodze odskoczyła od bijących 

się dzieci i przysiadła na skraju stolika. Nagle bójka się skoń­

czyła i wszystkie dzieci podbiegły do opiekunki. 

- Laula! Laula! Baldzo boli? - Ryan ukląkł tuż przy niej. 
Laura nie odpowiedziała, tylko jęknęła z przerażeniem na 

widok zadrapania pod okiem Robbiego. Wendy przybrała bun­
towniczą minę, ale zaraz wybuchnęła pełnym skruchy płaczem 
i rzuciła się Laurze na szyję. Laura tymczasem próbowała ze­
trzeć krople krwi z policzka Robbiego. 

Adam wkroczył do akcji, wziął córkę na ręce i polecił: 
- Niech mi ktoś powie, co się tu dzieje. - Wszystkie dzieci 

zaczęły paplać jednocześnie. - Dobrze, dobrze - warknął 
Adam. - Wystarczy. - Usiadł na stoliku obok wyraźnie zmę­
czonej Laury i posadził sobie Wendy na kolanach. Nagle po­
czuł się jak ostatni drań. Przez cały ten czas ani razu nie starał 

się ulżyć Laurze w obowiązkach. - Może ty wyjaśnisz ojcu 

idiocie, o co tu chodzi. 

Roześmiała się, ale dostrzegł w jej oczach łzy. 
- To efekt długotrwałego przebywania w zamknięciu. 

Wszyscy jesteśmy rozdrażnieni i kłótliwi. 

- Aha. - Powinien się domyślić, że nie tylko on czuje się 

schwytany w pułapkę. Czy nigdy się nie nauczy, jak być tro­
skliwym, odpowiedzialnym ojcem? Przypomniał sobie, że rano 
telefonowała jego matka. - Coś ci powiem. Ubierzemy się 
wszyscy ciepło i pojedziemy odwiedzić babcię Erikę. 

Robbie wydał triumfalny okrzyk. Wiedział, że skupi na so­

bie uwagę dzięki odniesionej ranie. Wendy natychmiast chciała 
biec do swojego pokoju, a Ryan klaskał w ręce. Tylko Laura 

zagryzła wargi i potrząsnęła głową. Adam poczuł rozczaro­
wanie. 

background image

74 

- Nie chcesz się przewietrzyć? - zapytał. 
- Prawdę mówiąc, wolałabym spędzić trochę czasu sama 

- wyjaśniła z niewyraźnym uśmiechem. - Poza tym, to wizyta 
rodzinna, ja tam nie pasuję - dodała cicho. 

Miał ochotę się z nią spierać, ale zrezygnował. Najpierw 

przez całe dni ukrywa się u siebie w pokoju, a teraz chce ją 
błagać o wspólne wyjście? Zresztą i tak dzieci go w tym wy­
ręczyły, Laura jednak była nieugięta. 

- Słuchajcie, marzę o długiej kąpieli w pianie - oznajmiła. 

- Poza tym nawet nie zauważycie, że mnie tam nie będzie. Wendy, 
mówiłaś mi, jak lubisz odwiedzać babcię. Jedźcie i bawcie się 
dobrze. Ja tu zostanę i będę z tego bardzo zadowolona. 

Na myśl o Laurze w kąpieli Adamowi zaschło w gardle. 
- Idziemy się ubrać. - Wstał i wziął chłopców za ręce. -

Zadzwonię do babci i powiem, że do niej jedziemy. 

- Lauro, proszę! - namawiała ją jeszcze Wendy. 
Laura pozostała niewzruszona. Pomogła dzieciom się ubrać 

i pożegnała się z nimi serdecznie. Adam nie wiedział, czy on 

jest bardziej rozczarowany, czy malcy. Czy robił mądrze, po­

zwalając im tak się do niej przywiązać? Jemu również stawała 
się bliska. Nie miał jednak sumienia zrywać więzów, które za­
częły łączyć dzieci z Laurą. Gdy znalazł się w ciepłym, wiel­
kim domu, w którym upłynęło jego dzieciństwo, był niemal 
wdzięczny losowi, że problemy matki odwróciły jego uwagę 
od własnych. 

Dzieci zmęczyły się popisami przed babcią, więc Erica dała 

im lunch i ułożyła we własnym łóżku do popołudniowej 
drzemki. Stało się to już tradycją i Adam żartował, że tak samo 
będzie robiła, kiedy wnuki dorosną, a one pewnie nadal będą 

jej na to pozwalać. 

background image

75 

- Mam nadzieję - odparła Erica i zaprowadziła syna z po­

wrotem do salonu. - Miło będzie, jeśli choć jedna rzecz się 
nie zmieni. 

Uwadze Adama nie uszły nowe zmarszczki na nadal pięknej 

twarzy matki. Wziął ją za rękę i usiadł obok. 

- Co się dzieje, mamo? 
Roześmiała się cicho. 
- Oprócz tego, że rozstałam się z twoim ojcem? 
- Przecież tylko na jakiś czas - zapewnił ją. - Nie wierzę, 

żeby tata tak łatwo zrezygnował i nie chciał do ciebie wrócić. 

Spuściła wzrok i potrząsnęła głową. 

- Sama nie wiem. Tak bardzo się zmienił. I nie chodzi tyl­

ko o to, że sprzedał akcje. Zaszył się w domu Kate i krążą 
plotki, że pije. 

Adam westchnął głęboko. Dotychczas starał się o tym nie 

myśleć. Z zasady nie mieszał się w rodzinne interesy, ale nawet 
on wiedział, że postępowanie Jake'a było bardzo dziwne. Dla­
czego sprzedał akcje komuś spoza rodziny, a zwłaszcza takiej 
osobie jak Monica Malone? 

- Pytałaś go, dlaczego to zrobił? 

Skinęła głową i gwałtownie zamrugała powiekami. 

- Mówi tylko, żebym mu zaufała i nie chce o tym dys­

kutować. Ale jak mam mu zaufać, skoro nie chce powiedzieć 
mi prawdy? 

- Nie powinienem cię o niego wypytywać. Nigdy go nie 

rozumiałem. 

Erica pociągnęła lekko nosem i wyprostowała się, chociaż 

i tak jej postawa była nienaganna. 

- Nie rozmawiajmy o tym. To stary problem i teraz go 

nie rozwiążemy. Teraz należy się martwić Nathanielem. 

background image

76 

Adam jęknął. 
- Co tym razem knuje wuj Nathaniel? 

- Jak można się było spodziewać, chce usunąć Jake'a 

i przejąć spółkę. Zawsze uważał, że to on powinien stać u ste­
ru. Obawiam się, że Jake, sprzedając akcje, sam dostarczył 
mu argumentów. Nie wiem, co teraz będzie. 

Adam ścisnął jej dłoń, ale nie znalazł słów pociechy. 
- Dzieje się więcej, niż tata jest skłonny przyznać? 

- Tata nie przyznaje się do niczego - gorzko stwierdziła 

matka. - Nie mam pojęcia, co robić. Chcę zebrać rodzinę na 
przyjęciu na cześć Rachel i Luke'a, ale nie wiem, czy to od­
powiednia pora na taki zjazd. 

- Biedna Rocky. To niezbyt dobry czas na wprowadzanie 

nowej owieczki do stada. 

- Mnie on bardziej przypomina wilka. 
Adam roześmiał się. Nie podzielał obaw matki, ponieważ 

rzeczonego „wilka" poznał osobiście. 

- Luke Greywolf to twardy facet, ale kocha moją siostrzy­

czkę. Co więcej, ona też go kocha. Nie bój się. 

- Nie chcę go osądzać, ale tu chodzi przecież o moją 

córeczkę. 

Adam znów się roześmiał. 
- Ta córeczka ma nerwy ze stali i żelazną wolę. Nie martw 

się, mamo. Rocky od dawna wie, co robi. Jest z mężczyzną, 
którego sobie sama wybrała. Zaufaj mi. 

- Sam nie wiesz, jak bardzo czasami przypominasz ojca. 

- Uśmiechnęła się do niego czule. 

Dość szorstką odpowiedź Adama zagłuszył trzask gwałtow­

nie otwieranych drzwi. Do pokoju wkroczyła Sheila, była żona 
wuja, otulona w norki i lisy. Z powodu mrozu miała na sobie 

background image

77 

spodnie, ale mimo śniegu nie zrezygnowała z dziesięciocen-
tymetrowych szpilek. Idąc, rzuciła na fotel futrzaną mufkę i to­
rebkę za pięćset dolarów, po czym zsunęła z ramion futro. 

- Musimy coś zrobić! - zwróciła się do Eriki. - Nie dziwię 

się, że go wyrzuciłaś! Tym razem posunął się za daleko! 

Erica zacisnęła wargi i znacząco spojrzała na syna. 
- Dzień dobry, Sheilo. A o kim to mówisz? 
- No jak to? Oczywiście, o Jake'u. Co on sobie wyobraża? 

Jak mógł sprzedać akcje tej przebrzmiałej aktorce? 

Erica natychmiast się najeżyła. 
- Byłabym ci wdzięczna, gdybyś nie wyrażała się w ten 

sposób o moim mężu. 

Adam uśmiechnął się z przymusem i wstał. 
- Witaj, ciociu Sheilo. Jak się miewasz? 
Przesunęła dłonią po czole, uważając, by nie rozmazać sta­

rannie wyrysowanych ołówkiem brwi i nie potargać utlenionej 
grzywki. 

- A jak mogę się miewać? Żyję za ostatnie grosze, a Nate 

nic nie chce mi dać, ponieważ firma przechodzi kryzys. 

- Firma nie przechodzi żadnego kryzysu - oznajmiła zde­

nerwowana Erica. - Jak śmiesz sugerować... 

Adam podszedł do Sheili i wziął ją za obwieszoną złotem 

rękę. 

- Zawsze możesz zastawić rodzinne klejnoty - poradził jej 

kpiąco. - Albo znaleźć jakiegoś atrakcyjnego dżentelmena, któ­
ry by cię utrzymywał. Z twoją urodą... 

Sheila w odpowiedzi wydęła usta, ale widać było, że po­

chlebstwo sprawiło jej przyjemność. Przez chwilę kokieteryjnie 
przygładzała nieskazitelną fryzurę. 

- Nie chciałabym dać Nathanielowi takiej satysfakcji -

background image

78 

wycedziła przez zęby. - Ale skoro Jake nadweręża rodzinne 
finanse, mogę nie mieć wyboru. Co on sobie wyobraża? 

- Dość tego! - Erica wstała z miejsca. 

Sheila uśmiechnęła się krzywo. 

- Miałam nadzieję, że posłuchasz głosu rozsądku, ale wi­

dzę, że ty wciąż jesteś jak dziecko we mgle. Zostawił cię dla 
niej, o to chodzi? Oszalał na punkcie podstarzałej aktorki? 

Adam stanął między kobietami, starając się ukryć niesmak, 

jaki wywołały w nim słowa Sheili. 

- Niepotrzebnie tu przychodziłaś, Sheilo. Bądź grzeczną 

dziewczynką i zatop kły w kimś innym. 

Zmrużyła umalowane powieki. 
- Nigdy bym się nie spodziewała, że akurat ty będziesz 

go bronił - odrzekła chytrze. - Wszyscy wiedzą, że go nie 
znosisz. 

- To nieprawda. 
- W takim razie porozmawiaj z nim. Wytłumacz mu, jaką 

krzywdę wyrządza nam wszystkim. Jeśli jesteś tak blisko 
z ukochanym tatusiem, przemów mu do rozumu! 

Adam opanował się siłą woli i potrząsnął głową. Był ostat­

nim człowiekiem, który mógł cokolwiek wytłumaczyć Jake'o-
wi i zirytowało go, że ta wyfiokowana awanturnica w ogóle 
poruszyła ten temat. Stosunki łączące go z ojcem są jego pry­
watną sprawą. Wiedział też lepiej niż ktokolwiek inny, do ja­
kich poświęceń Jake jest zdolny dla dobra rodzinnej spółki. 

- Nie mieszam się do interesów firmy i ty powinnaś wziąć 

ze mnie przykład, zwłaszcza że nie należysz już do rodziny. 

Sheila drgnęła nerwowo, ale już po chwili uniosła podbró­

dek, który swą linię zawdzięczał chirurgii plastycznej, i spoj­
rzała na Adama z wyższością. 

background image

79 

- Muszę myśleć o dzieciach. 
- Michael, Kyle i Jane doskonale sobie radzą - odparował. 
Oburzona, gwałtownie wciągnęła powietrze i przybrała wy­

niosłą pozę. Odwróciła się z godnością i. ruszyła do drzwi, za­
bierając po drodze torebkę i mufkę. 

- Powinnam wiedzieć, że nic tu nie zdziałam. Jak zwykle 

zacieśniacie szeregi w obronie Jake'a. Ale coś wam powiem. 
Tym razem zostaliście sami. Reszta rodziny nie będzie go bro­
nić i Nate to wie! Mam nadzieję, że przejmie kontrolę nad 
firmą, zanim wszyscy wylądujemy w przytułku. 

Wyszła jeszcze gwałtowniej, niż weszła, ale Adam nie mar­

twił się o drzwi, którym groziło wyrwanie z zawiasów. Nie 
martwił się nawet o matkę. Martwił się o ojca. 

Laura patrzyła, jak Adam gmera widelcem w talerzu. Dzieci 

już dawno skończyły jeść i pozwolono im odejść od stołu, lecz 

on prawie tego nie zauważył. Jakiś czas siedziała w milczeniu, 
ale dłużej nie mogła wytrzymać. 

- Nie jesteś głodny? 
Podniósł wzrok, jakby zaskoczony jej obecnością. 
- Tak. Nie... Przepraszam. - Z westchnieniem odsunął ta­

lerz. - To jest bardzo smaczne, ale zjadłem za dużo u matki. 

Wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. Nie wspomniała, że dzie­

ci zjadły wszystko jak wygłodniałe wilki, chociaż też dostały 
u babci obfity lunch. 

- Beverly uparła się, że przyjdzie jutro i przyrządzi pieczeń 

baranią, więc bądź na to przygotowany. Jej się chyba wydaje, 
że ja cię karmię kiełkami i serem tofu. 

Z roztargnieniem skinął głową, jakby wcale jej nie słyszał. 

Wyszła z jadalni w milczeniu. Martwiła się o niego. Coś go 

background image

80 

gryzło, coś, co zdarzyło się tego popołudnia, podczas wizyty 
u matki. Fortune'owie to twardy orzech do zgryzienia. Ich sto­
sunki rodzinne wydały się Laurze niezwykle skomplikowane. 
Oczywiście wiedziała, że to nie jej sprawy, ale nie potrafiła 

pozostać obojętna na widok stroskanej miny Adama. 

Włożyła naczynia do zmywarki, uporządkowała kuch­

nię, przygotowała rzeczy potrzebne do jutrzejszego śniada­
nia i poszła zagrać z chłopcami w domino. Nikt nie przestrze­
gał żadnych reguł, po każdej grze malcy wykonywali rados­
ny taniec, nie było wygranych ani przegranych. Adam patrzył 
na nich nie widzącym wzrokiem. Oprzytomniał tylko na chwi­

lę, kiedy Wendy weszła mu na kolana, żeby powiedzieć do­
branoc. 

- Tatusiu, dziękuję, że zabrałeś nas do babci. 
- Hm? A, nie ma za co. 
- A możemy tam pojechać jutro? 
- Co? Jutro? Raczej nie, ale babcia wspomniała coś o nie­

dzielnym lunchu. 

- A dziadek też będzie? 
Twarz Adama lekko drgnęła, jakby w bolesnym skurczu. 
- Nie wiem, skarbie. Może. Zobaczymy. 
- Dobrze. Dobranoc, tatusiu. 
- Dobranoc, Wendy. 
Uścisnął ją mocno i dziewczynka już zaczęła się zsuwać 

z jego kolan. Potem spojrzała na niego i bez słowa nadstawiła 
buzię do pocałunku. Adam, nieco zaskoczony, pochylił się i po­
całował córkę z głośnym cmoknięciem. Wendy zeskoczyła na 
podłogę i podbiegła do drzwi. Tam przystanęła i czekała na 
braci. Dziecko najwyraźniej wyczuło, że ojca coś dręczy. 

Mina Robbiego zapowiadała, że chłopiec zapadnie się pod 

background image

81 

ziemię, jeśli ojciec pozwoli sobie na coś więcej niż przyjazne 
poklepanie go po ramieniu. Adam ograniczył się więc do tego 
gestu, a syn w nagrodę niemal udusił go w uścisku, z którego 
wyswobodziła go Laura. Ryan po wykonaniu serii zabawnych 
min wskoczył ojcu na kolana i objął go mocno. Adam chciał 
mu się odwzajemnić, ale chłopiec już zeskoczył na podłogę 

i zygzakiem zmierzał do drzwi. Nagle zawrócił i chyba ku 
własnemu zdziwieniu głośno pocałował ojca w podbródek. 
Adam złapał go i mocno uściskał. Malec uwolnił się i wybiegł 
z pokoju, a w ślad za nim Robbie. Wendy zaczekała na Laurę, 
która powiedziała jej po drodze, że jest z niej bardzo dumna. 

Przez resztę dnia dzieci zachowywały się wyjątkowo spo­

kojnie. Laura starała się dostosować do ich nastroju. Mówiła 
łagodnie, poruszała się cicho. Kiedy ułożyła je w łóżkach, wi­
dać było, że szybko zapadną w mocny, długi sen. 

W progu swojej sypialni zawahała się. Czasami spędzała 

ostatnie godziny dnia na lekturze, ale dzisiaj zdecydowała ina­
czej. Wróciła do pokoju. Adam stał przed wyłączonym tele­
wizorem i patrzył w pusty ekran. Usiadła na kanapie, zsunęła 

buty i podwinęła nogi pod siebie. 

- Chciałbyś porozmawiać? - zagadnęła. 
Przygarbił się lekko i uśmiechnął z ironią. 
- To zabawne - powiedział, wracając na fotel. - Nawet 

jeśli ojciec nie najlepiej wypełnia swoje zadanie, to dzieci 

i tak... Sam nie wiem. 

- One cię kochają - rzekła cicho, a Adam skinął głową. 
- Wiem. Ja też je kocham, bardziej niż myślałem. 
- Ale nie jesteś jedynie ojcem, prawda? - Intuicja pod­

powiedziała jej, jak dalej rozmawiać. - Jesteś również sy­
nem. 

background image

82 

Pochylił się i wsparł łokcie na udach. 
- Coś jest nie tak - stwierdził niemal szeptem. - Coś tu 

nie gra. - Potrząsnął głową. - Nie wiem. Nigdy nie rozumia­
łem Jake'a, ale... 

Laura przybrała tę samą postawę. 
- Może mi o tym opowiesz - zaproponowała. 
Adam opowiedział jej o poświęceniu ojca dla interesów ro­

dziny i o tym, jak on sam postanowił, że nie da się złapać 
w tę samą pułapkę. Mówił o tym, jaki czuł się opuszczony 
w dzieciństwie i jak ojciec myślał tylko o obowiązkach wobec 
całej rodziny. Opowiedział nawet o wuju Nathanielu i jego za­
zdrości o starszego brata, o małżeństwie rodziców i wprawie 
Jake'a w zażegnywaniu kryzysów w wielkiej firmie. Mówił 
o Kate i Benie i ich problemach z firmą kosmetyczną. Wspo­
mniał również o Monice Malone i o tym, że Jake sprzedał jej 
akcje. 

- Teraz rodzina żąda odpowiedzi na pytania - podsumo­

wał. - A jeśli ich nie dostanie, Nathaniel ruszy do ataku i przej­
mie firmę, niewątpliwie zachęcany do tego przez królową chci­
wości, kochaną ciocię Sheilę. 

- Obawiasz się, że ojciec nie udzieli odpowiedzi, jakich 

oczekuje rodzina? - zapytała ostrożnie Laura. 

Adam rozłożył dłonie. 
- Dotychczas ich nie udzielił i nie mam pojęcia dla­

czego. W zasadzie nie wiem, co mógłby powiedzieć. Nie wi­
dzę żadnego sensu w sprzedaży akcji, i to w dodatku Monice 
Malone, w chwili, kiedy firma przeżywa trudne dni. - Potrząs­
nął głową. - Cały czas unika rozmowy na ten temat i właśnie 
to stało się przyczyną separacji. Do tej pory mówił mamie 
wszystko. Może nie był najlepszym ojcem, ale to małżeństwo 

background image

83 

wydawało się nierozerwalne aż do tej chwili. A teraz... Sam 
nie wiem. 

- Zawsze możesz zapytać - zasugerowała. - Albo... spró­

buj mu zaufać. 

- Jestem ostatnią osobą, której chciałby się zwierzyć - wy­

znał. - A moje zaufanie nic dla niego nie znaczy. 

Laura słuchała tego ze smutkiem. 
- W takim razie, co wam pozostało? 
- Nie wiem. Cieszę się tylko, że nie jestem taki jak on. 
- Czyżby? - zapytała miękko. 
Zmarszczył brwi. 
- Co chcesz powiedzieć? Nie mieszam się w interesy ro­

dzinne właśnie po to, żeby uniknąć jego błędów. 

Zagryzła wargi. Czy odważy się wytknąć mu, że praca i in­

ne sprawy również jego odciągnęły od dzieci? To dość ryzy­
kowne. Ale czy ma tak wiele do stracenia? Zerknęła na albumy 
z rodzinnymi zdjęciami. Zsunęła się z kanapy i przyklękła 
przy stoliku. 

- Chcę ci coś pokazać. - Otworzyła albumy. - Powiedzia­

łeś mi, że zdjęcia do jednego z nich wybrała twoja żona. 

- Tak. Do tego nowszego. 
- A ten drugi zostawiła ci babka. 
- Owszem. I co z tego? 
- Nigdy się nie zastanawiałeś, dlaczego to zrobiła? Nie 

przyszło ci do głowy, że coś je łączy? 

Adam usiadł na kanapie obok klęczącej Laury. Przez 

chwilę przeglądał oba albumy. Po wyrazie jego twarzy można 
było poznać, w której chwili zrozumiał, co mają ze sobą wspól­
nego. 

- O mój Boże - wyszeptał. 

background image

84 

Zdjęcia uwieczniały najróżniejsze chwile rodzinnego życia, 

wycieczki, święta i codzienne czynności. Na żadnym z nich 
nie było ojca rodziny, ani Jake'a, ani Adama. Gdyby nie różnice 
w strojach i fryzurach, oba komplety fotografii wydawałyby 
się niemal identyczne. 

Laura spostrzegła, że Adamowi drżą ręce. 

- Teraz rozumiesz? - zapytała cicho, dotykając jego dłoni. 

- Tak samo jak ty, twój ojciec nie chciał zaniedbywać rodziny. 
Robił tylko to, co według niego było jego obowiązkiem. 

- Dotąd tego nie rozumiałem - wyszeptał. - Zawsze ob­

winiałem Dianę. Myślałem, że nie mam wyboru. Starałem się 
tylko... spełniać to, co uważałem za swój obowiązek. 

- To nie wszystko, Adamie. Jeśli się nad tym głębiej za­

stanowisz, to lepiej zrozumiesz ojca. 

Westchnął, oczy błyszczały mu podejrzanie. 

- Co takiego miałbym zrozumieć? 
- Kochasz swoje dzieci - rzekła z uśmiechem. - Zawsze 

je kochałeś. 

- Tak. - Posępne bruzdy na jego twarzy wygładziły się, 

kiedy ze słów Laury wyciągnął logiczny wniosek. - Och, tak. 
- Ta myśl najwyraźniej sprawiła mu radość. 

- Zawsze starasz się robić to, co dla nich najlepsze. 
Skinął głową, uśmiechnął się z wdzięcznością i pogładził 

jej policzek. Potem objął ją i przytulił. 

- Bardzo mądra z ciebie osóbka, Lauro. 
Potrząsnęła głową i odsunęła się od niego. 
- Wcale nie. Zrobiłam w życiu wiele głupich rzeczy. Wsty­

dziłabym ci się o nich opowiedzieć... Jestem jak dziecko za­
glądające do środka z nosem przyciśniętym do szyby. Z tej 
pozycji lepiej widać, co się dzieje w domu. 

background image

85 

Uszczypnął ją lekko w czubek nosa. 
- Cieszę się, że wybrałaś właśnie moje okno. 
Uśmiechnęła się smutno i nie odpowiedziała. Tak bardzo 

pragnęła wejść do środka, stać się częścią tej rodziny. Ale to 
nigdy się nie stanie, bo gdzieś tam zawsze czai się Doyal i cze­
ka, by ją dopaść. W głębi serca wiedziała, że to może się skoń­
czyć tylko w jeden sposób. Nie będzie uciekała wiecznie. Prę­
dzej czy później, Doyal Moody ją dogoni. Nie pozwoli jednak, 
żeby złapał ją tutaj. Jeszcze raz zdąży uciec, zabierając ze sobą 
piękne wspomnienia. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Dzieci patrzyły na Adama wyczekująco. Zamierzał im udo­

wodnić, że bardzo je kocha i chce spędzać z nimi czas. 

- Co powiecie na popołudniowy seans? - Zamiast spodzie­

wanych radosnych okrzyków odpowiedziało mu milczenie. 
Spojrzeniem poprosił Laurę o pomoc. Jej usta drżały od tłu­
mionego uśmiechu. 

- Wasz tata chce was dziś zabrać do kina - oznajmiła. 
Nadal nie było słychać okrzyków, ale dziecięce oczy roz­

szerzyły się ze zdziwienia. Adam zaczął wątpić, czy wpadł na 
dobry pomysł. 

- Obejrzymy film animowany - wyjaśnił. 
Dzieci wciąż wpatrywały się w niego bez słowa, ale tym 

razem Laura sama pośpieszyła z pomocą. Po prostu wymieniła 
tytuł filmu, który od tygodni reklamowano w telewizji, i wre­

szcie rozległy się wyczekiwane okrzyki radości. Robbie wdra­

pał się na kanapę i zaczął podskakiwać. Adam już miał go 

skarcić, ale przypomniał sobie, że właśnie na takiej żywiołowej 
reakcji mu zależało. Ocalił mebel przed zniszczeniem, biorąc 
chłopca na ręce. Robbie natychmiast objął go za szyję i omal 
nie udusił z radości. Ryan stanął ojcu na stopach i również 
zaczął podskakiwać, co groziło Adamowi trwałym kalectwem. 

Laura szybko zabrała malca, kierując go ku drzwiom. Potem 

background image

87 

w tym samym kierunku wysłała Robbiego. Nakazała bliź­
niakom zrobić siusiu, umyć ręce i uczesać się. Pobiegli do ła­
zienki, wydając odgłosy, które zwykle można usłyszeć na torze 
wyścigów samochodowych. 

Dopiero po chwili Adam zdał sobie sprawę, że córka nadal 

stoi obok, a jej wielkie oczy wypełniły się łzami. Położył jej 
rękę na ramieniu i spojrzał pytająco. 

- Wendy? 
Dziewczynka wybuchnęła płaczem. Adam ukląkł, przytulił 

córkę i błagalnie spojrzał na Laurę. Zdumiony i zirytowany 
spostrzegł, że i w jej oczach lśnią łzy. Laura roześmiała się 

i wytarła policzek, a potem wyszeptała mu do ucha: 

- Wendy to mała kobietka, a kobietom zdarza się płakać 

ze szczęścia. 

Ze szczęścia. Adam zamknął oczy i mocniej przytulił córkę. 

Kiedy je otworzył, Laury już nie było. Usiadł w fotelu i po­
sadził sobie Wendy na kolanach, próbując ją uspokoić. 

- Nie płacz już, księżniczko. To przecież tylko film. 
Otarła nos o rękaw jego koszuli. 
- Wiem, tatusiu, ale tak bardzo chciałam go obejrzeć, 

a Laura powiedziała tylko „zobaczymy". - Uniosła twarz 
i wytłumaczyła z powagą: - A to oznacza „nie". 

Roześmiał się i pogłaskał ją po plecach. 
- Czasami znaczy „nie", a czasami „jeszcze nie wiem". 
- Aha. - Potarła oczy piąstkami i spojrzała na niego do­

ciekliwie. - W takim razie dlaczego nie powiedzieć „jeszcze 
nie wiem"? 

Zaskoczony uniósł brwi. 
- Ojej! Nie mam pojęcia. 
Dziewczynka roześmiała się wesoło.. 

background image

88 

- Jesteś taki śmieszny. - Nagle znieruchomiała, spojrzała 

mu w oczy i powiedziała: - Kocham cię, tatusiu. 

Adamowi ze wzruszenia serce podeszło do gardła. Przytulił 

do piersi główkę dziecka i odparł: 

- Ja też cię kocham, skarbie. - Był zadowolony, że Laura 

wyszła z pokoju. Nie chciał jej zdradzać pilnie strzeżonego 
sekretu swojej płci, mianowicie takiego, że mężczyźni też cza­
sem płaczą, kiedy są bardzo, bardzo szczęśliwi. 

Jego szczęście zostało nieco zakłócone chwilę później, gdy 

Laura uparcie odmawiała pójścia z nimi do kina. 

- Powinieneś spędzić to popołudnie tylko z dziećmi - oz­

najmiła. - Ja będę miała trochę czasu dla siebie. Idź już. Nie 
będą za mną tęskniły. 

Ale ja będę, pomyślał Adam i powiedział: 
- Bardzo chcę, żebyś z nami poszła. 
Na chwilę w jej oczach zabłysło zadowolenie. 
- Nie tym razem - upierała się. 

- Przecież widzę, że chętnie byś poszła. - Miał ochotę nią 

potrząsnąć. 

- Nie mogę - powiedziała cicho, spuszczając wzrok. 
- Dlaczego? 
- Po prostu nie mogę. Proszę, Adamie, daj spokój. 
- Na litość boską, Lauro! Czego się boisz? 
Domyślał się, że boi się jego. Czuła, jak bardzo na niego 

działa, i starała się ograniczyć kontakt z nim. Trudno mu było 

ją za to winić, ale wcale mu się to nie podobało. Czyżby się 

obawiała, że się na nią rzuci? Przecież zdążyła już trochę go 
poznać. Nigdy nie narzucałby się kobiecie, która nie pragnie 

jego towarzystwa. Na jej twarzy dostrzegł panikę, co tylko 

utwierdziło go w przekonaniu, że Laura nie chce mieć z nim 

background image

SAMOTNY OJCIEC 89 

do czynienia. Świetnie. Zapiął kurtkę i poszedł z dziećmi do 
garażu, zły na siebie i na nią. 

Zauważyła, że go rozgniewała. Powtarzała sobie, że nie 

powinna się tym przejmować. Liczyło się tylko to, że Adam 
stara się być dobrym ojcem. Wyprawa do kina okazała się wiel­
kim sukcesem, zbliżyła do siebie dzieci i ojca. Laura cieszyła 
się, ale jednocześnie wciąż była zdenerwowana. Czyżby Adam 
się domyślił, że ona się tu ukrywa? Inaczej przecież by nie 
pytał, czego się boi. Może kiedy dzieci pójdą spać, zwolni ją 
z pracy? Ze zdenerwowania przez cały wieczór trzęsły się jej 
dłonie. 

Nie wiedziała, czy czuje ulgę, czy złość, kiedy po położeniu 

dzieci spać niemal całkiem ją ignorował. Zebrała się na odwagę 
i dołączyła do niego w gabinecie, ale on gapił się ponuro w te­
lewizor, jakby jej tam wcale nie było. Wmawiała sobie, że to 
dobry znak. Gdyby chciał ją zwolnić, wykorzystałby tę okazję. 
Może jeśli załagodzi sytuację, to znów będą... czym? Przyja­
ciółmi? Czy w ogóle są przyjaciółmi? 

Zdecydowała się poruszyć najbezpieczniejszy temat. 
- Dzięki tobie dzieci były dzisiaj takie szczęśliwe - za­

uważyła, wziąwszy głęboki oddech. 

Poruszył się, nie odrywając wzroku od telewizora. 
- Bo to był całkiem niezły film - odparł chłodno. - Spo­

dobałby ci się. 

- Wiem, ale lepiej się stało, że dzieci spędziły ten czas 

tylko z tobą. 

Po raz pierwszy odwrócił ku niej wzrok. 
- Zabrzmiało to tak, jakby nie lubiły twojego towarzystwa, 

a przecież wiesz, że tak nie jest. 

background image

90 

- Wiem. - Unikała jego spojrzenia. - Ale ty jesteś ich oj­

cem, a ja tylko nianią. 

- Tylko nianią! - wymamrotał ironicznie. 
- Wiesz, co mam na myśli - tłumaczyła cierpliwie. - Mu­

szą na tobie polegać. Jesteś stałym elementem w ich życiu. 

Znów poruszył się niespokojnie i popatrzył na nią trudnym 

do rozszyfrowania wzrokiem. 

- Może masz rację - powiedział wolno. - Może zbyt się 

do ciebie przywiązały. Może wszyscy za bardzo się do ciebie 
przywiązaliśmy. Ale nie martw się. Postaramy się nie być dla 
ciebie ciężarem. 

- Adam, nie o to chodzi! - zawołała, wstając. - Wręcz 

przeciwnie. To ja się za bardzo do was przywiązałam. Nie ro­
zumiesz, że nie mogę do tego dopuścić? 

Spojrzał na nią łagodniej. 

- Czy wzajemne przywiązanie jest takie złe? - zapytał. -

Potrzebujemy cię, Lauro. Potrzebowaliśmy właśnie kogoś ta­
kiego jak ty i jeśli możemy... 

- Nie! - Potrząsnęła głową, starając się powstrzymać łzy. 

- Nawet nie mam przygotowania do zawodu opiekunki. Na 
pewno mógłbyś znaleźć kogoś o wiele lepszego. Nie zdajesz 

sobie z tego sprawy, bo dopiero się uczysz postępowania 
z dziećmi. Coraz lepiej ci to wychodzi, a zasługę przypisujesz 

mnie. 

Wstał i chwycił ją za ramiona. 
- Oczywiście, że to twoja zasługa! Dzięki tobie zaczynamy 

żyć jak prawdziwa rodzina. Nie widzisz, ile ci zawdzięczamy? 

Ile ja ci zawdzięczam? Otworzyłaś mi oczy, Lauro. Pokazałaś, 

że powielam zachowanie własnego ojca. Dopiero patrząc na 
to, jak postępujesz z dziećmi, zrozumiałem, co trzeba robić. 

background image

91 

Jesteś stworzona do macierzyństwa, czuła, cierpliwa, spokojna 
i zrównoważona. 

- Och, wcale nie jestem taka, jak myślisz! 
- W takim razie jaka? - zapytał szorstko i potrząsnął nią 

mocno. Musiała teraz na niego patrzeć. - Skoro nie jesteś pięk­
ną, kochającą, dobrą kobietą, to kim jesteś? 

- Jestem idiotką - wyszeptała. - Jestem największą idiotką 

pod słońcem. 

Wyczuła, że Adam chce ją pocałować i wiedziała też, że 

powinna odwrócić się i odejść, by do tego nie dopuścić. Nie 
zdobyła się jednak na to. Przysunęła się bliżej, otoczyła ra­
mieniem jego szyję i odchyliła głowę. Kiedy jego usta dotknęły 

jej ust, zamknęła oczy i aż jej się zakręciło w głowie od wspa­

niałego uczucia, że jest pożądana i doceniona. 

On również ją objął i przyciągnął bliżej siebie. Rozchylił 

jej wargi i rozpoczął delikatny, erotyczny pojedynek, który roz­

palił w niej ogień. Teraz czuła wszystko o wiele intensywniej 
- dotyk swej jedwabnej bielizny, szorstkiego, wełnianego swe­
tra, ciężar zegarka, chłodny metal małych kolczyków. Przede 
wszystkim czuła żar bijący od ciała Adama, tego silnego Ada­
ma, ojca, byłego żołnierza, dorosłego syna, jej przyjaciela, jej... 
Przez myśl przebiegło jej słowo kochanek, ale natychmiast od­
sunęła je od siebie i zastąpiła słowem pracodawca. I właśnie 
to słowo sprawiło, że oprzytomniała. Starała się odwrócić gło­
wę i przerwać pocałunek. 

Z początku nie zauważył zmiany, jaka w niej zaszła. Kiedy 

odwróciła twarz, przycisnął wargi do jej szyi i dalej ją całował, 
wprawiając jej ciało w zmysłowe drżenie. Starała się go ode­
pchnąć, lecz objął ją mocniej i powiódł wargami niżej. Z tru­
dem chwytała oddech, starając się zdławić reakcję własnego 

background image

92 

ciała. Dopiero kiedy znów zaczął całować jej usta, zaczęła się 

bronić bardziej stanowczo. Odpychała go i odwracała głowę 
na boki. Adam wreszcie to zauważył i rozluźnił uścisk. 

Wyrwała mu się w końcu, czując jednocześnie żal, ale i de­

terminację. Nie mogła przecież zakochać się w Adamie i po­
tem go opuścić. A wkrótce będzie musiała odejść, by nie na­
rażać jego i dzieci. Gdyby się w nim zakochała, nie mogłaby 
ich opuścić, więzy byłyby zbyt mocne. Może lepiej odejść od 

razu? Potem będzie jeszcze trudniej. Lecz na samą myśl o tym, 

że miałaby go więcej nie zobaczyć, czuła przeszywający ból. 

- Lauro? - Wyciągnął ramiona, by znów ją do siebie przy­

ciągnąć, ale odskoczyła i potrząsnęła głową. 

- Nie! Ja... 
Co miała mu powiedzieć? Że pragnie go jak nikogo na 

świecie, ale to pragnienie musi zostać niezaspokojone? Że ko­

bieta, o której miał tak dobre zdanie, może ściągnąć niebez­
pieczeństwo na niego i dzieci? W tej chwili była w stanie zro­
bić tylko jedno. Odwróciła się i uciekła. 

Słyszała, że woła jej imię i biegnie za nią. Wpadła do swo­

jego pokoju i zamknęła się na klucz. Adam nie dotarł do jej 

drzwi, przystanął po kilku krokach. Z ulgą, ale i ze smutkiem 
zrozumiała, że nie będzie dalszego ciągu. Powtarzała sobie, 
że tak jest lepiej, jej rozum to potwierdzał, ale serce mówiło 
co innego. 

A więc znów to zrobiła. Kiedy tylko dzieci poszły spać, 

zniknęła bez słowa. Ale dzisiaj nie pójdzie jej tak łatwo. Ostat­
nie trzy dni upłynęły w napiętej atmosferze. Laura nie patrzyła 
mu w oczy, nie odzywała się do niego, chyba że zadał jej jakieś 
pytanie, uważała, żeby ani przez chwilę nie zostać z nim sam 

background image

93 

na sam. Jak mają sobie wszystko wyjaśnić? Nie mógł o zda­
rzeniu z tamtego wieczoru rozmawiać z nią przy dzieciach, ale 
gdy zeszłej nocy zapukał do jej drzwi, odpowiedziało mu tylko 
zimne milczenie. 

Istniał sposób, by stanąć z nią twarzą w twarz, ale dotych­

czas z niego nie skorzystał - ze strachu, że Laura źle zinter­
pretuje jego intencje. Nie miał jednak wyboru. Wstał i zgasił 
telewizor, potem zamknął drzwi wejściowe i pogasił światła. 
Poszedł do swego pokoju i z szuflady biurka wyjął długi szpi­
kulec z rączką. Musi coś zrobić, by sytuacja w domu wróciła 
do normy. Zacisnął wargi i ze szpikulcem w ręce ruszył do 

pokoju Laury. Pod drzwiami wziął głęboki oddech i zapukał. 

- Lauro, proszę cię, podejdź do drzwi. 
Tak jak się spodziewał, odpowiedziała mu cisza. Przekręcił 

gałkę w drzwiach. Oczywiście, zamknięte. Nic nie szkodzi. 

Oparł głowę o framugę. 

- Lauro, musimy porozmawiać. Wchodzę. - Wsunął szpi­

kulec w niewielki otwór pod gałką i zamek ustąpił. Gdy otwo­
rzył drzwi, Laura próbowała zatrzasnąć mu je przed nosem. 

- Jak śmiesz! 
- Przestań - wysyczał i pchnął drzwi mocniej. Cofnęła się 

i splotła ramiona, ciaśniej otulając się grubym szlafrokiem. 
Adam zerknął w głąb korytarza, ale nie zauważył żadnego ru­
chu ani nie usłyszał żadnych odgłosów z pokojów dzieci, więc 
wszedł do sypialni Laury i zamknął drzwi. Cofnęła się kilka 
kroków. Minę miała nadąsaną, wzrok spuszczony. Włożył szpi­
kulec do kieszeni i rozłożył ramiona. - Nic innego nie przyszło 
mi do głowy. Nie chcesz ze mną rozmawiać, więc... 

- Nie możesz zostawić mnie w spokoju? - warknęła. 
Te słowa zraniły go bardziej, niż się spodziewał. 

background image

94 

- Mogę. Przyszedłem tu, żeby ci to powiedzieć. 
- Aha. - Rzuciła mu trudne do rozszyfrowania spojrzenie. 
Bardzo chciał usłyszeć w jej głosie rozczarowanie, ale go 

tam nie było. Zabrzmiało w nim raczej zaskoczenie łub zmie­
szanie, albo powątpiewanie. Na chwilę wróciło do niego uczu­
cie wstydu. Tamtej nocy narzucił się jej ze swoimi uczuciami, 
namiętność tak zamąciła mu w głowie, że nawet nie zauważył 
niechęci Laury, dopóki nie zaczęła się gwałtownie wyrywać. 
Musiał ją jakoś ułagodzić, bo inaczej odejdzie, zanim zdąży 
przygotować dzieci i siebie do tej nagłej zmiany. 

- Lauro, jestem ci winien przeprosiny - zaczął lekko zde­

nerwowany. - Nie wiem, co mnie wtedy opętało. Zwykle nie... 
nie narzucam się kobietom, które mnie do tego nie zachęcają. 
Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, chyba tylko... 

Nie śmiał jej powiedzieć, co czuł i myślał. Nie mógł jej 

przecież wyznać, jak bardzo jej pragnie, jak marzy, że wśliźnie 
się nocą do jej łóżka, zdejmie z niej koszulę i... Odpędził od 
siebie erotyczne wizje i gorączkowo szukał w myślach jakie­
goś logicznego wytłumaczenia. 

- No, chodzi o to... - Tamtej prawdy nie mógł ujawnić, 

ale istniało jeszcze jedno usprawiedliwienie. - Od śmierci Dia­
ny nie... nie byłem blisko z żadną kobietą. W zasadzie nawet 
dłużej, bo rzadko przyjeżdżałem do domu i... cóż... - Potarł 
czoło. - Całą moją uwagę pochłaniały dzieci i szukanie pracy, 
więc... nie... no... - Mina Laury sprawiła, że urwał w pół 
zdania. Tym razem nie miał wątpliwości, że jej śliczną twarz 
wykrzywia gniew. 

- Och, ależ wszystko w porządku - wycedziła z uszczy­

pliwą ironią. - Doskonale cię rozumiem. Po prostu znalazłam 
się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim momen-

background image

95 

cie. Gdyby tam była jakakolwiek inna kobieta, zdarzyłoby się 
to samo. 

Z zaskoczenia aż otworzył usta. 
- Nie! Nic takiego nie powiedziałem! Wcale nie... 
- Czyżby? - Odrzuciła włosy w tył. - Powiedz mi coś. 

Czy ja mam na czole wypisane „łatwa"? A może jest coś szcze­
gólnego w moich ruchach i sposobie mówienia? 

Obudził się w nim gwałtowny gniew. Jak ona może tak 

o sobie mówić? Jak może tak nawet myśleć? 

- Przestań! - rzekł stanowczo. - Doskonale wiesz, że to 

nieprawda. Nigdy nie powiedziałem... 

- Postawmy sprawę jasno, Adamie. Masz ochotę się ze mną 

przespać. 

Odebrał to oskarżenie jak policzek, ale przecież nie mógł 

zaprzeczyć. Przygładził dłonią włosy. 

- Jesteś piękną kobietą. To naturalne, że myślę o tobie, czy 

tego chcę, czy nie... i wydaje mi się... - Zamknął oczy. -
Wydaje mi się, że do siebie pasujemy. - Gdy otworzył oczy, 
stała odwrócona do niego plecami. Zbliżył się do niej i chciał 

jej położyć rękę na ramieniu. - Lauro... 

Odskoczyła i stanęła obok. 
- Nie dotykaj mnie! 
- Chciałem tylko... - Chciał, by zmiękła i rzuciła mu się 

w ramiona. Odstąpił na bezpieczną odległość. - Przepraszam. 
Nie chciałem cię obrazić. I mylisz się co do tego, że tak samo 
bym się zachował wobec każdej innej kobiety. Jesteś wyjąt­
kowa. Powiedziałbym nawet, że nikt inny nie mógłby zająć 
twojego miejsca. Właśnie dlatego chciałbym wszystko między 
nami wyjaśnić i zacząć od nowa, choćby ze względu na dzieci. 

- Jesteś bardzo wielkoduszny - odparowała, ocierając 

background image

96 

oczy. -I dość liberalny. Powierzasz swoje dzieci kobiecie, któ­
rą uważasz za obiekt seksualny. 

Lekko uniósł głowę. 
- To nie tak. Kiedyś czułem to samo do ich matki i nie 

użyłbym tu słowa „obiekt". 

Spuściła wzrok. 

- Nie jestem ich matką. 
- Tak - odrzekł z westchnieniem. - Chyba o tym zapo­

mniałem. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 
Oblizał wargi, gorączkowo poszukując właściwych słów. 
- Chodzi mi o to, że w sprawach związanych z opieką nad 

dziećmi ufam ci tak samo, jak ufałem Dianie. I chyba dlatego 
zacząłem cię traktować, jakbyś była ich matką. A że poza tym 
bardzo mi się podobasz, najwyraźniej straciłem kontakt z rze­

czywistością i odruchowo zacząłem cię traktować jak... żonę. 
- Gdy wypowiedział to słowo, nerwowo przełknął ślinę, rów­
nie nim zaskoczony jak Laura. 

- Będę ci wdzięczna, jeśli więcej tego błędu nie popełnisz 

- powiedziała cierpko. 

- Dobrze. - Skinął głową. - A czy teraz możemy wrócić 

do normalności? 

Uniosła głowę. 
- Jeśli przez to rozumiesz jakiekolwiek erotyczne... 
Dalszego ciągu nie usłyszał. Z gniewu aż zahuczało mu 

w uszach. Jak może tak mówić, po tym, co przed chwilą jej 
wyznał? 

- Przestań mnie traktować jak gwałciciela! - warknął. 
- Wcale cię tak nie traktuję - zaprotestowała oburzona. 
- A jak inaczej to określić? Przez kilka dni nie odezwałaś 

background image

SAMOTNY OJCIEC 97 

się do mnie żadnym ludzkim słowem. Unikasz mnie, jak tylko 
można. Nie odpowiadasz na moje pukanie. Dąsasz się jak 

dziecko, któremu zabrano lizaka. 

- Wcale nie! 
- Przyszedłem tu, żeby cię przeprosić, a ty się rwiesz do 

kłótni. 

- Aha! Więc mam się zachowywać jak słodka idiotka, po 

tym, jak włamałeś się do mojego pokoju? 

- Nie włamałem się. Zapukałem, a kiedy nie chciałaś 

otworzyć, ostrzegłem cię, że wchodzę. 

- Nie pytając mnie o zdanie. 
- Ktoś musiał zrobić jakiś ruch! - krzyknął, wyrzucając 

w górę ramiona. - Spodziewałaś się, że się zgodzę na rolę oso­
by niepożądanej we własnym domu? 

- Gdybyś nie chciał zaciągnąć mnie do łóżka... 
- Na litość boską, przecież to był jeden zwykły pocałunek! 
- Dwa! - odparła, również podnosząc głos. - I wcale nie 

takie zwykłe. 

- Nie obawiaj się. Trzeci raz się to nie zdarzy. 
- Radzę ci dotrzymać obietnicy. 
- Możesz na to liczyć. Więcej nie popełnię tego błędu. 
Wyprostowała się, oparła ręce na biodrach i pochyliła się 

ku niemu. 

- Zaczynam sądzić, że to ja popełniłam błąd, godząc się 

na tę pracę. Miałam całkiem niezłe zajęcie, dopóki się nie zja­
wiłeś i nie narobiłeś mi kłopotów. 

Był tak wściekły, że nie potrafił się jasno wysłowić. 
- Narobiłem kłopotów? Niezłe zajęcie? Nazywasz to... 

Przecież ten kretyn zwolnił cię z miejsca, bo mu się wydawało, 
że ze mną flirtujesz. 

background image

98 

- Wcale nie flirtowałam. 
- Nie powiedziałem, że... - Urwał i wzniósł oczy do góry. 

- Boże, co ja komu złego zrobiłem, że coś takiego mnie spo­

tyka? - To pytanie skierował do sufitu. 

- Pocałowałeś mnie! - odparowała. 

Tego było już za wiele dla udręczonego człowieka. 
- Tak - zgodził się ze śmiertelnym spokojem. - Niech mi 

Bóg przebaczy, pocałowałem cię. I nawet mi się wydawało, 
że sprawiam ci przyjemność. Zasłużyłem na jakąś wymyślną 
karę. Wystarczy ci tu miejsca, żeby mnie wychłostać batem? 
A może wolisz to zrobić publicznie, na rynku? 

Laura zrozumiała, że trochę przesadziła. 
- Po prostu zostaw mnie w spokoju - wymamrotała, już 

mniej pewna siebie. 

- Oczywiście, że to zrobię! Mieszkamy razem... 
- Ale nie... 
- Mieszkamy pod jednym dachem i nie mam zamiaru we 

własnym domu czuć się jak napiętnowany skazaniec. 

- A kto ci każe? 
- Właśnie tak mnie traktujesz. Mam już dość. Koniec tego. 

Słyszysz mnie? 

- Słyszę doskonale. - Dumnie zadarła nos do góry. - A ty 

zdaje się znowu zapomniałeś, że nie jesteś moim mężem. 

Nie mógł się opanować i mocno nią potrząsnął. 
- Nie, ale jestem twoim pracodawcą - przypomniał jej 

szorstko. - I będziesz robiła, co ci każę, bo inaczej... 

- Co? - warknęła. - Bo mnie pocałujesz? A kiedy nie będę 

się chciała zgodzić na nic więcej, zwolnisz mnie albo zmu­
sisz. .. 

- Przestań. - Znów nią potrząsnął, tym razem mocniej, aż 

background image

99 

zafalowały jej długie włosy. Potem wypuścił ją z uścisku, za­
niepokojonymi uczuciami, które szalały w jego duszy. -
Najwyraźniej nie potrafisz myśleć rozsądnie - wycedził przez 
zęby. 

- Rozsądnie? - powtórzyła i stanęła w wojowniczej pozie. 

- Wyjdź z mojego pokoju, a może wróci mi rozsądek. 

Sztywno, ironicznie skłonił przed nią głowę i wyszedł z jej 

sypialni, z całej siły trzaskając drzwiami. Doszedł już do swo­

ich drzwi, kiedy usłyszał tupot dziecięcych nóżek i zobaczył 
zatroskaną twarz córki. 

- Co się stało, tatusiu? 
Uśmiechnął się z wysiłkiem i pociągnął ją za warkocz. 
- Nic ważnego, skarbie. Nie martw się. 
- Zezłościłeś się na Laurę? 
Już miał zaprzeczyć, ale zmienił zamiar. 
- Tak - przyznał. - I ona też jest teraz na mnie zła. 
Dziewczynka ściągnęła brwi. 
- Dlaczego? 
- To sprawy dorosłych. - Skrzywił się. - A to oznacza, 

że niewiele w nich sensu. - Zagryzła wargi, wyraźnie zmar­
twiona. Serce się w nim ścisnęło i wziął ją na ręce. - Obiecuję 
ci, że wszystko będzie dobrze. Teraz chodźmy już spać, bo 

jutro nie wstaniesz do szkoły. 

Połaskotał ją po brzuchu i zaniósł do sypialni. Dziewczynka 

zachichotała i objęła go za szyję. Ułożył ją w łóżku, starannie 

okrył i pocałował w czoło. 

- Słodkich snów, aniołku. 
- Dobranoc, tatusiu. 
Przygasił światło i spojrzał na okrągłą buzię Wendy. Po raz 

pierwszy zobaczył w niej podobieństwo do Diany. Poczuł, jak 

background image

100 

bliskie i drogie jest mu to dziecko. Zastanawiał się, czy daje 

jej wszystko, co trzeba, czy czegoś nie przeoczył. Dopiero teraz 

zaczynał rozumieć, jak wielka odpowiedzialność spoczywała 
na jego żonie, jak wiele od niej oczekiwał. 

Teraz dzieci mają tylko jego. A jeśli okaże się, że nie potrafi 

być dobrym ojcem? Nie znał się na tym, popełnił już wiele 
błędów. Czy w tych sprawach mógł zaufać własnemu osądowi? 
Powinien więcej dawać z siebie, pokazać dzieciom, ile dla nie­
go znaczą, czerpać więcej radości z ich wychowywania. Dla­
czego powierzał to opiekunkom? Powiedział Laurze, że 
w sprawach dotyczących dzieci ufa jej jak żonie, ale czy słu­
sznie? Przecież ostatnio zachowywała się irracjonalnie. A może 
to on przesadza i zachowuje się nierozsądnie? Jaki ojciec przy 
zdrowych zmysłach przyprowadziłby do domu nieznajomą kel­
nerkę i dał jej dzieci pod opiekę? Ale przecież to Laura otwo­
rzyła mu oczy na wiele spraw, pozwoliła odkryć w sobie miłość 
do dzieci. Jeśli odejdzie, złamie serce nie tylko Wendy. 

Zamknął oczy i cicho wyszedł z pokoju. Co robić? Zwolnić 

ją i próbować radzić sobie samemu? A może zapanować nad 

sobą dla dobra dzieci? Jak będzie najlepiej? 

Wyłączył światło w korytarzu i poszedł do siebie. Przysta­

nął pod drzwiami Laury. Usłyszał zza nich stłumiony szloch 
i bezwiednie położył rękę na gałce. Kiedy zdał sobie sprawę, 
co chce zrobić, błyskawicznie cofnął dłoń. Na pewno jest ostat­
nią osobą, która nadawałaby się teraz na jej pocieszyciela. Poza 
tym nie mógł zaufać swoim emocjom. Nie wiedząc, co o tym 
wszystkim myśleć, położył się do łóżka. Wiedział, że szybko 
nie zaśnie. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Laura uśmiechnęła się z aprobatą do Ryana, który wycierał 

usta serwetką, a potem z przyganą potrząsnęła głową, patrząc 
na Robbiego, który posłużył się rękawem. Potem trzeci raz 
odsunęła rękę Wendy, która sięgała do słoika z dżemem. 

- Wystarczy, Wendy - odezwał się Adam. - Już i tak masz 

za dużo dżemu na grzance. 

Wendy skrzywiła się, ale nie mogła zaprotestować, ponie­

waż miała pełną buzię. Laura spojrzała niechętnie na Adama, 
zakręciła słoik i odchyliła się do tyłu, żeby odstawić go na 
blat. Ryan natychmiast zaczął naśladować jej ruchy, odchylając 
się wraz z krzesłem. Krzesło zachwiało się niepokojąco i Laura 
z cichym okrzykiem zerwała się z miejsca i chwyciła je, zanim 
się przewróciło. 

- Uspokój się, Ryan! - warknął Adam znad gazety. 
Ryan, wystraszony własnym wyczynem, wybuchnął pła­

czem. Laura zgromiła Adama wzrokiem, ale nic nie powie­
działa, tylko objęła malca. Adam znów skrył się za gazetą 
i Laura poczuła się nieswojo. Dlaczego rzuca mu wrogie spoj­
rzenia? Przecież zrobiłaby lepiej, gdyby przyjęła jego przepro­
siny. Wszystko znów potoczyłoby się normalnym torem. 
A tymczasem, gdy tylko się do niej zbliżał, natychmiast się 

jeżyła. Sytuacja stawała się nieznośna. Laura wiedziała, że naj-

background image

102 

rozsądniej byłoby stąd odejść, zanim zdarzy się coś naprawdę 
złego... 

Uspokoiła Ryana, otarła mu łzy i szeptem poprosiła go, by 

skończył śniadanie. Adam odłożył gazetę i uderzył pięścią 
w stół. 

- Dość tego! Do diabła, zacznij wreszcie mówić normal­

nym głosem! 

Laura znów się rozzłościła i gniewnie spojrzała na Adama 

ponad kręconą czuprynką Ryana. 

- Dobrze, będę mówiła normalnie, pod warunkiem, że ty 

przestaniesz na wszystkich wrzeszczeć! 

Adam poczerwieniał. 
- Dobrze - odparł, kontrolując głos i spokojnie uniósł do 

ust filiżankę. 

Poczuła lekki zawód. Nastawiła się na kolejną awantu­

rę, a teraz nie pozostało jej nic innego, jak tylko usiąść i do­
kończyć śniadanie. Nagle Adam spojrzał na nią i zapytał szor­
stko: 

- Jakie masz plany na dzisiaj? 
Zrozumiała, że próbuje nawiązać zwyczajną rozmowę i nie­

grzecznie byłoby mu powiedzieć, żeby się odczepił. 

- Takie same jak zwykle - odrzekła z przekąsem. - Za­

wiozę Wendy do szkoły, zajmę się chłopcami, odbiorę Wendy, 
dopilnuję, żeby odrobiła lekcje. Mam też trochę prania - dodała 
ponuro. 

Niecierpliwie machnął ręką. 
- Mówiłem ci, że możesz wysyłać swoje rzeczy do pralni 

razem z naszymi. 

- A ja ci mówiłam, że nie mam aż tylu ubrań, żeby je 

wysyłać do pralni. To za długo trwa. 

background image

103 

- To kup sobie coś nowego. - Był to właściwie rozkaz. 
- Nic sobie nie kupię! Zbieram pieniądze na coś in­

nego. 

- Ja zapłacę - zaproponował. 
Dumnie uniosła głowę. 
- Bardzo dziękuję, obejdzie się. Przyjmuję tylko te pienią­

dze, które zarabiam... jako niania. 

Adam skrzywił się. 
- Żeby właściwie wynagrodzić ci tę pracę, powinienem ci 

płacić dwa razy więcej - stwierdził, patrząc jej w oczy. -I bez 
względu na to, co sobie myślisz, nie przyszło mi do głowy 
nic dwuznacznego. 

Laura mimo woli trochę złagodniała. 
- Wiem. Nie chciałam sugerować... - Urwała i spojrzała 

nerwowo na dzieci, które spijały z jej ust każde słowo. 

- Ani ja - rzekł Adam z westchnieniem. - A jeśli chodzi 

o tamten wieczór, to chciałem tylko, żebyśmy sobie wszystko 
wyjaśnili. 

Speszona Laura poprawiła włosy. 

- Tak, teraz to rozumiem, ale wtedy... - Zauważyła, że 

dzieci, niczym na meczu tenisowym, przeniosły wzrok z Ada­
ma znów na nią. 

- Zdaje się, że oboje trochę przesadziliśmy - powiedział 

Adam, uśmiechając się niepewnie. 

- Ja na pewno tak. - Spuściła głowę ze skruchą. 
- Miałem w tym swój udział. 
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Poznała, że Adam mówi 

szczerze i coś w niej zmiękło. Gdy szeptem wypowiedziała 
słowo przepraszam, twarz Adama rozpogodziła się. 

- Już od kilku dni usiłuję ci to powiedzieć. 

background image

104 

Skinęła głową, na znak, że rozumie, a on ścisnął jej rękę. 

Wendy zachichotała i Laura wyrwała dłoń z uścisku, a Adam 
usiadł prosto, odchrząknął i przybrał obojętny wyraz twarzy. 

- Muszę już iść - oznajmił rześko. - Jestem dzisiaj umó­

wiony z pewnym panem, z którym staram się spotkać od 
dwóch tygodni. Pogoda pokrzyżowała nam szyki. - Wstał 
i spojrzał na Laurę. Dziwnie ją to speszyło, więc skupiła uwagę 
na dzieciach. 

- Chłopcy, kończcie śniadanie. Wendy, czas szykować się 

do szkoły. Pożegnajcie się z tatą. 

Dziewczynka przełknęła ostatni kęs grzanki, wytarła usta 

serwetką, jeszcze bardziej rozmazując wokół nich dżem, i nad­
stawiła buzię do pocałunku. Adam rozważnie pocałował ją 
w czoło, a potem cmoknął w czoło chłopców. Zatrzymał się 
przy Laurze i przez jedną okropną chwilę myślała, że ją rów­
nież pocałuje. On jednak tylko się uśmiechnął i odszedł. Chcia­
ło jej się śmiać z samej siebie. 

Dobry humor nie trwał długo. Wendy grzebała się jak mu­

cha w smole i znów spóźniła się do szkoły. Zapinanie pasów 
w fotelikach chłopców zajęło dziś dwa razy więcej czasu. Na 
domiar złego tuż przed granicą miasta malcy uwolnili się z pa­
sów i zaczęli ze śmiechem szturchać się i przekomarzać. Laura 
próbowała ich uspokoić, jednocześnie szukając dogodnego 

miejsca, by się zatrzymać. Chłopcy nie zwracali na nią uwagi 
i bili się w najlepsze. Ryan z krzykiem spadł na podłogę sa­
mochodu, więc Laura uniosła się lekko w fotelu, by sprawdzić, 
czy nic mu się nie stało, przez co samochód przejechał nie­
wielki odcinek drogi zygzakiem. Już po chwili usłyszała syrenę 
wozu policyjnego. 

background image

105 

- O nie! - jęknęła. 
Robbie ukląkł na siedzeniu i spojrzał przez tylną szybę. 
- Policja! - krzyknął i natychmiast wrócił na swoje miej­

sce w foteliku. 

Ryan przestał zawodzić i wgramolił się na siedzenie, by 

się przekonać, czy to prawda. Gdy zobaczył policyjny wóz, 
pisnął ze strachu, włożył palce do buzi i ukrył się za oparciem 
fotela. 

Laura w lekkiej panice dojechała do miejsca, gdzie mogła 

bezpiecznie zaparkować. Szybko otworzyła torebkę, wyjęła 
portfel i schowała go pod fotelem. Nie chciała pokazywać po­
licjantowi swego prawa jazdy z Kolorado. W niektórych re­

jonach kraju policja rutynowo sprawdzała w komputerze dane 

na temat kierowców z innych stanów. Gdyby ją to spotkało, 
Doyal mógłby się dowiedzieć o miejscu jej pobytu, jeśli złożył 
zawiadomienie o jej zaginięciu. Wiedziała, że zrobił tak kiedyś, 
gdy zniknął jeden z jego tak zwanych „przyjaciół". Po jakimś 
czasie dostał informację z policji, że jego „przyjaciel" jest cały 
i zdrowy. Podano mu też jego adres. Doyal natychmiast wysłał 
tam z wizytą Calvina. Kiedy Laura zapytała go, o co chodzi, 
wyjaśnił, że ów „przyjaciel" jest mu winien znaczną sumę, 
którą teraz, dzięki wysiłkowi policji w Denver, będzie mógł 
odzyskać. Takie postępowanie nieco zdziwiło Laurę, ale wtedy 

jeszcze nic nie podejrzewała. 

Kurczowo zacisnęła dłonie na kierownicy i czekała na 

przyjście policjanta, nie zauważywszy nawet, że Wendy uklękła 
na tylnym siedzeniu i krzyczy na chłopców. Po chwili za ok­
nem samochodu zobaczyła policyjny notatnik na twardej pod­
kładce i kaburę z pistoletem. Policjant, z twarzą osłoniętą sza­
likiem, nachylił się i zastukał, więc opuściła szybę. Ku jej za-

background image

106 

skoczeniu zsunął szalik z brody, zdjął lustrzane okulary, wsunął 

głowę do środka i gromkim głosem przywołał dzieci do po­
rządku. Dopiero wtedy Laura zdała sobie sprawę, jaki hałas 
panował w samochodzie. Zwróciła się do dzieci, zadowolona, 
że przez chwilę nie musi patrzeć w oczy policjantowi. 

- Wendy, siadaj. Wiesz, że tak nie wolno. 
- Przez Ryana nas aresztują! - zawołała dziewczynka. Po­

wrót do poprzedniej pozycji zajął jej trochę czasu, ponieważ 

jej ruchy krępowały pasy bezpieczeństwa. 

- Wcale nie! - wrzasnął Ryan na całe gardło. 
- A właśnie że tak! - odwrzasnął Robbie. - Godiva też 

tak mówiła. 

- Spokój! - rozkazała Laura i odpięła pas, by zyskać swo­

bodę ruchów. - Ryan, wracaj na fotelik. Skoro umieliście z bra­
tem rozpiąć sobie pasy, to teraz je sami zapnijcie. 

- Już chyba wiem, dlaczego jechała pani zygzakiem - ode­

zwał się policjant. 

Laura wolno odwróciła się ku niemu. Przywołała uśmiech 

na twarz, chociaż serce waliło jej jak oszalałe. 

- Przepraszam. Nie mogę sobie z nimi dzisiaj dać rady. 
Policjant okazał się zaskakująco młody i przystojny, w do­

datku miał miły uśmiech. 

- Widać, że to kłopotliwa gromadka. - Zajrzał głębiej do 

samochodu. - Czy to pani dzieci? 

- Nie, nie moje. 
Uśmiech, którym ją tym razem obdarzył, był wprost osza­

łamiający. 

- Doskonale - stwierdził i zdjął rękawiczki, pomagając so­

bie olśniewająco białymi zębami. - Mogę zobaczyć pani prawo 

jazdy? 

background image

107 

Trzęsącymi się rękami sięgnęła po torebkę. Przez chwilę 

przetrząsała jej zawartość, udając, że szuka portfela. Kiedy już 
nawet ostatni kretyn by się domyślił, że nie znajdzie szukanego 
dokumentu, podniosła głowę i spojrzała na policjanta. 

- O mój Boże. - Własny głos wydawał się jej sztuczny 

i nieprzekonujący, ale brnęła dalej. - Chyba zostawiłam w do­
mu portfel. 

Policjant wyprostował się, wyjął długopis i zaczął się bawić 

przyciskiem. Laura domyśliła się, że się zastanawia, co z nią 
zrobić. Wendy coś do niej wyszeptała, ale Laura tylko strzeliła 
palcami, w ten sposób nakazując jej milczenie, ponieważ po­
licjant właśnie podjął decyzję. 

- A gdzie pani mieszka? - zapytał beztrosko. 
Laura trochę się odprężyła. Już zrozumiała, że nazwisko 

Fortune wiele w miasteczku znaczy i tym razem zamierzała 
się nim posłużyć bez żadnych skrupułów. 

- To są dzieci pana Adama Fortune'a. Ja jestem ich opie­

kunką i mieszkam z nimi. 

Nazwisko podziałało jak zaklęcie. Policjant uniósł brwi 

i gwizdnął cicho. 

- Ach, tak. Rozumiem, że pan Fortune może to potwier­

dzić? 

- Oczywiście. 
- W takim razie proszę mi podać swoje imię i nazwisko. 
Wiedziała, że nie ma wyjścia. 
- Laura Beaumont. 
Policjant starannie zapisał nazwisko w notesie. 
- A jak mogę się skontaktować z panem Fortune? 
Podała mu numery telefonów do domu i biura. Policjant 

schował długopis i ku jej zaskoczeniu wyciągnął do niej dłoń. 

background image

108 

- Jestem Raymond Cooper. Miło mi panią poznać, panno 

Beaumont. Panno, nie mylę się? 

Uścisnęli sobie ręce. 
- Tak, jestem panną. 
Błysnęły białe zęby. 
- Doskonale. A więc, panno Beaumont, proszę je­

chać ostrożniej. Bardzo bym nie chciał, żeby miała pani wy­
padek. 

- Oczywiście. Dziękuję. 
Znów wsunął głowę do samochodu. 
- A wy troje... - Spojrzał srogo na dzieci. - Zachowujcie 

się grzecznie i nie róbcie kłopotu waszej ślicznej opiekunce. 

Nie można tak się wygłupiać w samochodzie, to bardzo nie­
bezpieczne. Macie siedzieć spokojnie i mieć zapięte pasy. Zro­
zumiano? 

Trzy głowy potaknęły jednocześnie. Raymond Cooper cof­

nął się i szeroko uśmiechnął do Laury. 

- Życzę miłego dnia - powiedział, prostując się. 
Zauważyła, że jest bardzo wysoki i przystojny. Kiedy od­

chodził, ogarnęło ją uczucie ulgi i po raz pierwszy uśmiechnęła 
się do niego szczerze. Jednak dopiero kiedy odjechał, zaczęła 
oddychać normalnie. Czuła, że szczęście jej dopisało i do gło­
wy jej nawet nie przyszło, że być może to tylko chwilowe 
odroczenie wyroku. 

Robbie klęczał na krześle i w skupieniu ustawiał talerze 

na stole. Kiedy skończył, z radości aż klasnął w ręce i wy­
czekująco spojrzał na Laurę. Natychmiast go pochwaliła. 

- Bardzo dobrze, Robbie. Teraz serweta. - Podała mu zło­

żoną w prostokąt lnianą serwetkę i uniosła brwi, kiedy położył 

background image

109 

ją po lewej stronie talerza. Zrozumiał, co chce mu przekazać 

i szybko przełożył serwetę na prawo. 

- Telaz moja kolej - odezwał się Ryan. Ściskał w dłoni 

nóż, widelec i łyżkę. Robbie pokazał bratu język, ale ustąpił 
mu miejsce przy stole. Laura wzięła od malca sztućce i za­
czekała, aż wejdzie na krzesło. Najpierw podała mu nóż i po­
instruowała: 

- Ostrzem w stronę talerza, skarbie. O tak. Teraz połóż 

łyżkę. 

W tej samej chwili dobiegł ją odgłos kroków. W progu 

jadalni stanął Adam i oparł się o framugę drzwi. Rozluźnił kra­

wat, zdjął marynarkę i zaczął podwijać rękawy koszuli. 

- Witaj, kochana rodzinko - powiedział, zerkając na Laurę, 

która natychmiast się zaczerwieniła. 

- Ceść, tato! - zawołał Ryan. - Laulo, daj mi łyżkę! 
Laura oprzytomniała i szybkim ruchem podała dziecku 

łyżkę. Malec położył ją po niewłaściwej stronie talerza i sięg­
nął po widelec. Podała mu go, nie bardzo kontrolując to, co 
robi. 

- Uczymy się nakrywać do stołu - z dumą powiadomiła 

ojca Wendy i przycisnęła do siebie szklankę z wodą. 

- Domyśliłem się - odparł ze śmiechem Adam. - Świetnie 

wam to idzie. 

- Ja dostałam najważniejsze zadanie - oznajmiła Wendy. 
- Wcale nie! - zaprotestował Robbie. - Ja rozłożyłem ta­

lerze i serwetki. 

- A ja łyżki, noże i widelce - z dumą dodał Ryan. 
Adam roześmiał się, a Laura wyciągnęła rękę do Wendy. 
- Potrzebna nam jeszcze jedna szklanka wody. 
Wendy podbiegła do ojca. 

background image

110 

- Widzisz, tato? Doskonale nakryty stół, a na obiad do­

skonałe kotlety Beverly. Tak powiedziała Laura. 

Adam chwycił córkę na ręce i mocno uścisnął, ale zerknął 

przy tym na Laurę. Miała nieodparte wrażenie, że w jego spoj­
rzeniu coś się kryje. Postawił córkę na podłodze, podszedł do 
chłopców i ucałował ich na powitanie. 

- Byliście dzisiaj grzeczni? - zapytał, patrząc im w oczy. 

Bliźniacy z zapałem skinęli głowami, ale Adam z powątpie­
waniem uniósł brwi. - Słyszałem coś innego. - Zapadła mar­
twa cisza. - Sierżant Cooper powiedział mi, że rozrabialiście 
dzisiaj w samochodzie i bardzo zdenerwowaliście Laurę. Mia­
ła z wami tyle kłopotu, że zgubiła prawo jazdy. - Zerknął na 
nią, a jej na chwilę zabrakło powietrza. 

A więc ten nadgorliwy policjant jednak zadzwonił do Ada­

ma, by ją sprawdzić. Co też powiedział Adamowi? Nagle serce 
zaczęło jej bić jak oszalałe. Dopiero po chwili zorientowała 
się, że Adam zadał jej jakieś pytanie. 

- Lauro! 
- Słucham? 
- Pytałem, czy znalazłaś swoje prawo jazdy. 
Otworzyła usta, ale zanim wymyśliła jakąś sensowną 

odpowiedź, Wendy pogrążyła ją jednym zdaniem. 

- Tatusiu, Laura nie zgubiła prawa jazdy, tylko schowała 

pod fotelem - wyjaśniła uczynnie. 

- Schowała? - z niedowierzaniem powtórzył Adam. 
Laura pobladła i zaraz poczerwieniała. 
- Ja... ja... To było... 
Adam opadł na oparcie krzesła. 
- Schowałaś je, Lauro? Nie chciałaś pokazać prawa jazdy 

policjantowi? 

background image

111 

Poczuła, że za chwilę się rozpłacze. 
- Ja... ja się bałam. 
- Bałaś się? Czego? 
- Straciło ważność! - wymyśliła w przypływie natchnie­

nia. - Zapomniałam je odnowić i straciło ważność. 

- Straciło ważność. 
- Tak. Zupełnie o tym zapomniałam. - Przełknęła ślinę. 

- Kiedy zobaczyłam te migające światła, wpadłam w panikę. 
Już przedtem byłam zdenerwowana, bo chłopcy... Jedyne, co 
mi przyszło do głowy, to żeby schować je pod fotel. Wiem, 

że to głupie, ale wtedy... No i udało mi się. 

- Tak - w zadumie powiedział Adam. - Udało ci się. 
Laurę ogarnęło poczucie winy. Jak mogła być taka głupia 

i nieostrożna? Dlaczego już dawno nie wyrzuciła tego prze­

klętego dokumentu? Jeśli Adam się dowie, że go okłamała, 
będzie mu bardzo przykro. Na pewno też będzie zły i rozcza­
rowany. 

- W takim razie musisz je odnowić - zadecydował nagle. 

- Nie możesz wozić dzieci bez ważnego prawa jazdy. 

- Załatwię to - zapewniła, odwracając wzrok. 
- Nie zapomnij. 
- Przepraszam, że sprawiłam ci kłopot. 
- To żaden kłopot. - Odruchowo przełożył łyżkę na wła­

ściwe miejsce. - A ten Cooper... Nie był nieuprzejmy? Za­

chowywał się przepisowo? 

To pytanie było tak nieoczekiwane, że musiała się chwilę 

zastanowić. 

- Zachowywał się uprzejmie i bardzo mi pomógł. -

Spojrzała znacząco na dzieci. - Przywołał niektórych do po­
rządku. 

background image

112 

- Dobrze. - Adam pogroził dzieciom palcem. - Macie być 

grzeczne w samochodzie, bo inaczej będziecie mieć do czy­
nienia nie tylko z policją. Rozumiecie? 

Ryan i Robbie skinęli głowami a Wendy, jako ta, co naj­

mniej nabroiła, odparła śmiało: 

- Oczywiście, tatusiu. 
- Świetnie. To kiedy kolacja? 
Laura zamknęła oczy i uśmiechnęła się z ulgą. 
- Zapytam Beverly - powiedziała i wyszła do kuchni. 
Nie widziała, że Adam odprowadził ją wzrokiem, niespo­

kojnie przygładzając włosy dłonią. 

Przewrócił się na bok i postanowił nie otwierać oczu. Bar­

dzo potrzebował snu. Ostatnio nocny spokój zakłócały mu roz­
myślania o Laurze... i o jej kłamstwach. Nie miał żadnych 
wątpliwości, że go okłamuje, a on jej na to pozwala, bo nie 
chce, by odeszła. Kiedy ten młody policjant stał dziś przed 

jego biurkiem i dopytywał się o „pannę Beaumont", uśmie­

chając się od ucha do ucha, miał ochotę wybić mu te białe 
zęby. Opanował się tylko dzięki sile woli, wyćwiczonej w woj­
sku. Spokojnie odpowiadał na pytania: tak, zatrudnił Laurę 
Beaumont jako opiekunkę; nie, nie podejrzewa, żeby Laura 
Beaumont chciała ukryć swoje prawo jazdy przed organami 
władzy; owszem, to całkiem prawdopodobne, że w pośpiechu 
zapomniała portfela. 

Ale ona go nie zapomniała... 
- Czego się boisz, Lauro? - wyszeptał w ciemnościach. 
Bardzo chciał to wiedzieć. Za to doskonale wiedział, czego 

on się boi. Bał się, że nigdy nie znajdzie dla siebie pracy, 
w której byłby dobry. Bał się, że nie będzie umiał ułożyć sobie 

background image

113 

życia. Bał się, że wszystkie noce będą wyglądały tak samo 

jak ta. Będzie leżał bezsennie i będzie zadawał sobie pytanie, 
jak by to było, gdyby Laura go kochała. Bał się tego, że Laura 

się czegoś boi; bał się, że kocha kogoś innego albo że ktoś 
zdobędzie jej serce, ktoś taki jak Cooper. 

Od razu się domyślił, dlaczego naprawdę Cooper przy­

szedł do jego biura. Zresztą policjant szybko przeszedł do 

rzeczy. 

- Od razu wiedziałem, że wszystko jest w porządku, skoro 

ta dziewczyna pracuje u pana. Każdy, kto pracuje u waszej 
rodziny, na pewno jest dokładnie sprawdzany. 

Adam odwrócił wzrok. Dlaczego jej nie sprawdził? Dobrze 

wiedział. Bał się tego, co mógłby odkryć. 

- Szczerze mówiąc - ciągnął policjant - chciałem się zo­

rientować w sytuacji. Uważam, że honorowy mężczyzna nie 
powinien wchodzić w drogę innemu, jeśli chodzi o kobietę. 
Postanowiłem przyjść do pana i się upewnić... 

Adam powinien w tej chwili powiedzieć, że Laura jest wol­

ną kobietą i decyduje sama o sobie. Postanowił jednak nic 
Cooperowi nie ułatwiać. Policjant odchrząknął. 

- Chodzi mi o to, że to piękna kobieta i w ogóle... Wiem 

też, że pan jest wolny... - Milczenie Adama najwyraźniej go 
deprymowało. - A ona mieszka w pana domu. 

Dopiero wtedy Adam się uśmiechnął. 
- Tak - potwierdził. 

Świadomość, że mieszkają razem, dała mu taką satysfakcję, 

że musiał się przed sobą przyznać do uczuć głębszych niż po­
ciąg fizyczny i wdzięczność. Tylko jak długo to jeszcze po­
trwa? Do końca semestru, do końca lata? A może dopóki ktoś 
taki jak sierżant Cooper nie zawróci jej w głowie. Adam spoj-

background image

114 

rzał na przystojnego, pewnego siebie młodego człowieka i wie­
dział, że nie będzie stał bezczynnie i patrzył, jak ktoś taki chce 
go rozdzielić z Laurą. Odchrząknął i wyciągnął dłoń. 

- Dziękuję - powiedział ku zaskoczeniu policjanta. - Ktoś 

taki jak pan to dzisiaj rzadkość. Wielu mężczyzn nama­
wiałoby kobietę na spotkanie, nawet wiedząc, że jest związana 
z innym. 

Zrobiło mu się żal chłopaka, którego twarz wyraźnie po­

smutniała. 

- A więc pan i ona... 
Adam cofnął rękę. Żałował Coopera, ale nie był idiotą. 
- Jak pan sam zauważył, to piękna kobieta, a moje dzieci 

ją uwielbiają. Dzięki niej nasz dom zmienił się na lepsze. Bez 

niej bylibyśmy zgubieni. 

Cooper wbił wzrok w podłogę, głęboko rozczarowany. 
- Cóż... A jeśli chodzi o dzieci, to dziś rano nieźle dały 

jej popalić. To przez nie jechała zygzakiem. 

Adam skinął głową. 
- Bywają bardzo uciążliwe. Od śmierci ich matki, półtora 

roku temu, ledwo dawałem sobie z nimi radę. Dzięki Laurze 
wszystko idzie ku dobremu. Porozmawiam z dziećmi. 

Ale tak naprawdę tego nie zrobił. Poruszył temat złego za­

chowania chłopców tylko po to, by wyczuć, co Laura myśli 
o Cooperze. Tymczasem odkrył, że czegoś bardzo się boi. Tyl­
ko czego? Nawet jeśli jej prawo jazdy straciło ważność, to 
przecież nie jest zbrodnia. Nic mu się nie zgadzało. Zresztą 
nie pierwszy raz. Może lepiej będzie porozmawiać z nią otwar­
cie? Tak, to najlepsze rozwiązanie. 

Włożył spodnie od dresu i szlafrok i już po chwili stał pod 

drzwiami Laury. Serce waliło mu jak młotem. A jeśli prawda 

background image

115 

oddali ich od siebie? Jeśli Laura będzie wolała raczej odejść, 
niż ją wyjawić? A jeśli on nie będzie umiał jej znieść? Oparł 
czoło o drzwi. 

Po chwili odszedł z poczuciem, że właśnie zdołał uniknąć 

katastrofy. Wrócił do siebie, zrzucił szlafrok i położył się do 
łóżka. Długo leżał z otwartymi oczami, a kiedy już zasypiał, 

jego ostatnią myślą było to, że kiedy się obudzi, Laura będzie 

w pobliżu. Przynajmniej na razie. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Usadowił się wygodniej w czarnym, skórzanym fotelu za 

biurkiem. Przetarł oczy i mocniej przycisnął słuchawkę do 
ucha. Ziewnął i kiwając w milczeniu głową, słuchał wywodów 
siostry. 

- Tak, wiem - odezwał się w końcu. - Rozmawiałem 

wczoraj z mamą. Martwi się, że Rocky jest przykro, bo rodzina 
formalnie nie przywitała Luke'a. Waha się jednak, czy zwołać 

rodzinny zjazd, ze względu na tatę. 

- Trudno ją za to winić - odparła Caroline. - Nathaniel 

szykuje się do przejęcia sterów. Każdemu powtarzam, że nie 

powinniśmy się zastanawiać nad motywami postępowania taty. 
Naszym prawdziwym zmartwieniem powinno być to, co Mo­
­­­a zrobi z akcjami. Szczerze mówiąc, nie wiem, co o tym 
wszystkim myślą Mike, Kyle i Kristina. 

- Pewnie tak samo jak my nie wiedzą, co o tym myśleć 

- stwierdził z roztargnieniem. 

Łatwo było przewidzieć reakcję Caroline. 
- Adamie! Dobrze wiesz, że tata nigdy nie zrobiłby nic, 

co by zaszkodziło rodzinnym interesom. Przyznaję, że jego 
milczenie jest bardzo tajemnicze, ale trzeba mu zaufać. 

Potrząsnął głową. 
- W tej sprawie trudno się z tobą nie zgodzić, siostrzyczko. 

background image

117 

W wielu sprawach się z ojcem nie zgadzam, ale nigdy nie kwe­

stionowałem jego poświęcenia dla firmy. Może nawet bardziej 
bym go lubił, gdyby było ono mniejsze. 

- Adam! 
- Tak, wiem, że w twoich uszach brzmi to jak bluźnie-

rstwo. 

- Pewnie cię to zaskoczy, ale do niedawna twoje poświę­

cenie dla wojska bardzo przypominało postawę ojca. 

Adam uśmiechnął się ponuro. 
- Prawdę mówiąc, ktoś już mi zwrócił na to uwagę. 
- Czyżby? A kto? 
- Można powiedzieć, że zrobiła to Kate. - Jego głos przy­

brał łagodniejszy ton. 

Nastąpiła chwila pełnej zadumy ciszy. Potem Caroline od­

chrząknęła cicho. 

- Zapewne mówisz o spadku. Nie do końca rozumiałam, 

dlaczego Kate zostawiła ci ten album. 

- Ponieważ była bardzo mądra, oto dlaczego. - Adam 

uśmiechnął się do siebie. - Szczerze mówiąc, ktoś inny zro­
zumiał to prędzej niż ja. 

- Doprawdy? 
- Nic więcej na ten temat nie powiem. 
- Czy ten ktoś inny jest wysoką, zgrabną, długowłosą blon­

dynką o ruchach baletnicy? - spytała żartobliwie siostra. 

- Kto ci opowiadał o Laurze? - Adam zmarszczył brwi. 

Caroline roześmiała się. 
- Tata wyrażał się o niej z zachwytem. 
Oczywiście. 
- A co takiego mówił? - Czy to pytanie nie zabrzmiało 

zbyt nerwowo? 

background image

118 

- Że nowa niania jest z zupełnie innej bajki niż poprzednie, 

i że to bardzo korzystna zmiana. 

Już miał to ironicznie skomentować, ale postanowił zmienić 

temat. 

- Jak się miewa Nick i mała Kate? 
Caroline roześmiała się cicho, dając mu do zrozumienia, 

że rozszyfrowała jego strategię, ale skoro tak bardzo chce zmie­
nić temat, to ona się zgadza. 

- Nick ciężko pracuje, a Kate śpi. 
- A ty? 
- A ja czuję się świetnie, jak nigdy przedtem. 

- Macierzyństwo wyraźnie ci służy - rzekł łagodnie. 
- O tak. 
W tonie tej odpowiedzi było tyle szczęścia i zadowolenia, 

że Adam poczuł ucisk w gardle. Nagle ogarnęła go tęsknota, 
której nie potrafił nazwać. Przez chwilę słowa siostry wcale 
do niego nie docierały. 

- Właśnie dlatego do ciebie dzwonię, braciszku - mówiła Ca­

roline. - Ty stoisz trochę z boku, więc twój punkt widzenia musi 
być bardziej obiektywny. Jak myślisz, o co chodzi Monice? 

Adam starał się zebrać chaotyczne myśli. 
- Może po prostu chce zdobyć jak największy kawałek 

tortu. Tak długo była rzeczniczką Fortune Cosmetics, że pewnie 

jej się wydaje, że ma do tego prawo. 

Caroline prychnęła ironicznie, co takiej damie jak ona nie 

zdarzało się często. 

- O ile wiem, Monica Malone nigdy nie zadowoli się ka­

wałkiem czegokolwiek. 

- To prawda - zgodził się Adam. - No cóż, w takim razie 

pewnie zechce przejąć całą firmę. 

background image

119 

- Firmę Kate - podkreśliła Caroline. 
- Myślisz, że to dla niej ważne? 
- Tak mi się wydaje. 
Adam myślał przez chwilę, a potem wzruszył ramionami. 
- Nie ma sensu tego roztrząsać. 
- Ale musimy być przygotowani - upierała się siostra. 
- Wy musicie być przygotowani - odparował i westchnął. 

- Sama mówisz, że stoję trochę z boku. Szczerze mówiąc, 
mam inne zmartwienia niż Monica Malone i rodzinne interesy. 
Bardziej martwi mnie to, jak utrzymać dzieci. 

- Przecież wiesz, że wystarczy jedno twoje słowo, a otwo­

rzą się przed tobą dowolne drzwi w naszej firmie... 

- A ty wiesz, że nigdy tego nie zrobię - przerwał jej. -

Dzięki za telefon, siostrzyczko. Przykro mi, że nie mogę bar­
dziej ci pomóc, ale jak mówiłem, mam wiele spraw na głowie. 

- Biedny Adam - powiedziała beztroskim tonem. - Nie 

martw się. Znajdziesz swoje miejsce na ziemi. 

Adam w to wątpił. Zastanawiał się, dlaczego tak bardzo 

chce przerwać rozmowę z siostrą, chociaż tak naprawdę nie 
miał nic pilnego do zrobienia. 

- Pozdrów ode mnie Nicka. 
- Dobrze, dziękuję. A może odwiedzicie nas w któryś 

weekend? Tak dawno nie widziałam twoich dzieci, 

- Oczywiście. Zadzwonię. 
- Wiem, że nie zadzwonisz. Chyba powinnam o tym po­

rozmawiać z Laurą. 

- Nie! - zaprotestował gwałtownie. - W takich sprawach 

ja podejmuję decyzje. Odwiedzimy was przy pierwszej okazji. 

- Świetnie. Już się nie mogę doczekać. 
- Do zobaczenia - pożegnał ją Adam i odłożył słuchawkę. 

background image

120 

Sięgnął po kartonową teczkę z dokumentami, leżącą na szczy­

cie stosu innych, i zaczął czytać. Po chwili zdał sobie sprawę, 
że nie dociera do niego ani jedno słowo. Odrzucił teczkę i za­
głębił się w fotelu. 

Był w podłym nastroju. Nic nie szło gładko, a nie mógł już 

się doczekać dnia, kiedy się zajmie jakąś pracą. Jednocześnie miał 

już dość poszukiwań, nie potrafił się na niczym skoncentrować, 

nie życzył sobie niczyjego towarzystwa, z wyjątkiem... Na myśl 
o Laurze skrzywił się. Jeszcze tego brakowało, by zaczaj fanta­
zjować na temat niani. Wystarczy, że nocami spędzała mu sen 
z powiek. Lepiej będzie, jeśli pomyśli o dzieciach. 

Kto by przypuścił, że tych troje urwisów da mu tyle radości. 

Uśmiechnął się. Tak, to prawdziwe urwisy. Potrzebują mocnej. 
ręki. Poprzednie opiekunki starały się je trzymać krótko, lecz 
skutek był opłakany. Co takiego ma w sobie Laura, że potrafi 
do nich dotrzeć? A może to zmiana w jego zachowaniu wy­
wiera taki dobroczynny wpływ na dzieci? Nie zamierzał się 
oszukiwać. Wiedział, że dzieci nadal będą się buntowały, po­
nieważ mają silne charaktery, a przez ostatnie miesiące były 
zaniedbywane. Teraz jednak nabrał pewności, że sobie z nimi 

poradzi. Dlaczego więc tak bardzo chciał zatrzymać Laurę? 

Okłamała go, ukrywa przed nim prawdę. Wiedział, że nie od­

nowiła prawa jazdy i pewnie ma ku temu jakieś powody. Boi 
się, tylko kogo? Przedstawicieli prawa? Miał nadzieję, że nie o to 
chodzi, ale niczego nie był pewny. Jak więc mógł powierzyć jej 
swoje dzieci? Mógł, ponieważ mimo wszystko jej ufał. 

I także jej pragnął, pragnął Laury jak nikogo dotąd. To 

pragnienie nie pozwalało mu się skupić na niczym, wpływało 
na jego nastrój. Może również go zaślepiało? 

background image

121 

Laura zerknęła na niego i odłożyła książkę. Siedział za­

myślony, zapomniana gazeta leżała na jego kolanach. Po 
raz kolejny zastanawiała się, co go dręczy. Ostatnio wyda­
wał się taki spięty i zatroskany. Cicho poszła do kuchni, wy­

jęła pękaty kieliszek, nalała do niego brandy i zaniosła do ga­

binetu. 

- Proszę. - Wyprostował się gwałtownie i spojrzał na nią. 

- Pomyślałam, że coś mocniejszego dobrze ci zrobi. 

Zaskoczony wziął kieliszek z jej rąk. 
- Dziękuję. - Wypił połowę jednym haustem. Laura usiad­

ła na kanapie i podwinęła nogi. Trunek przyjemnie palił go 
w gardle. 

- Jak ci minął dzień? - zapytała. 
- Bez sensu. 
- Tym razem też ci się nie poszczęściło? 
Potrząsnął głową. 
- Sam już nie wiem. Może nadaję się tylko do pracy w woj­

sku? 

- Dlaczego tak sądzisz? 
Wypił mały łyk brandy i zamyślił się na chwilę. 
- Może potrzebuję kogoś, kto by mi rozkazywał. 
Roześmiała się wesoło. 
- Wydaje mi się, że lepiej ci wychodzi wydawanie rozka­

zów niż ich słuchanie. 

- Być może. Kilku moich przełożonych na pewno by się 

z tobą zgodziło. 

- Wydaje mi się, że mógłbyś robić wiele rzeczy. 
- Owszem - przyznał - ale nie znalazłem jeszcze nic, co 

naprawdę chciałbym robić. Czy można się pasjonować wymia­
ną klocków hamulcowych albo sprzedażą nieruchomości? 

background image

122 

- Na pewno wielu ludzi to lubi - stwierdziła. - Ty pewnie 

szukasz trudniejszego wyzwania. 

- Chyba tak - mruknął. Usadowił się wygodniej i zaczął 

mówić, czy raczej głośno myśleć: - Chcę, żeby to, co robię, 
stało się moją pasją. Chcę niecierpliwie oczekiwać kolejnego 
dnia w pracy. Chcę... najwyraźniej chcę za dużo. - Westchnął 
i z rezygnacją odchylił głowę w tył. 

Postanowiła nie dopuścić, by wpadł w ponurą zadumę. 
- Może zabierasz się do tego z nieodpowiedniej strony -

rzekła ostrożnie. - Co cię interesuje? Jakie jest twoje hobby? 

Skrzywił się. 

- Nigdy nie miałem hobby. 
- W takim razie, co lubisz? 
Z rozmachem potrząsnął głową. 
- Sam nie wiem. 
Miała dość tej rozmowy, ale nagle przyszła jej do głowy 

pewna myśl. Zsunęła się na skraj kanapy i powiedziała: 

- Lubisz historię. Zauważyłam, że oglądasz w telewizji 

programy historyczne, czytasz historyczne artykuły. 

Uniósł głowę i spojrzał na czasopismo na kolanach. 
- To prawda, ale wszyscy lubią historię. Jest fascynująca. 
- Wcale nie wszyscy ją lubią. 
Zmarszczył czoło. 

- Ale powinni. Przecież historia... to my. To ona uczyniła 

nas tym, czym jesteśmy. 

- Zgadzam się. 
Usiadł prosto, nareszcie zainteresowany tematem. 
- Dużo podróżowałem, więc patrzę na fakty historyczne 

z innej perspektywy. Chodzi mi o to, że nasz kraj jest młody, 
ze społecznego punktu widzenia. Pomyśl o Europie albo 

background image

123 

o Wschodzie. Tamte społeczeństwa liczą sobie tysiące lat! Naj­

bardziej fascynuje mnie jednak to, jak powoli zmieniał się styl 

życia w Ameryce aż do dwudziestego wieku. Niewielu ludzi 
zdaje sobie z tego sprawę. 

- Tak, to bardzo ciekawe - wyszeptała, uśmiechając się 

do siebie. Adam mówił dalej: 

- Nie zrozumiemy zmian, jakie zachodzą w społeczeń­

stwie, jeśli nie dowiemy się, jaki był punkt wyjścia. Weźmy 
choćby nacisk, jaki się teraz kładzie na zdrowy tryb życia. 
W przeszłości nikt się nie martwił nadciśnieniem, rakiem ani 
innymi chorobami, o których się tyle mówi. Po pierwsze, nie 
wiedziano, jak im zapobiegać i jak je leczyć. Po drugie, nie­

wiele osób dożywało wieku, w którym zaczynały one im do­
kuczać. Wiesz, jaka w ubiegłych wiekach była główna 
przyczyna nagłej śmierci kobiet? - Miała powiedzieć, że po­
rody, ale nie dał jej szansy. - Ogień - oznajmił. - Bardzo 
długo, aż do wynalezienia żelaznej kuchni, gotowano wy­
łącznie na otwartym ogniu. A przypomnij sobie, jakie stroje 
nosiły kobiety aż do początków dwudziestego wieku: długie, 
szerokie spódnice. W ciasnej kuchni bardzo łatwo było otrzeć 
się o rozżarzone węgle, a wtedy koniec! Cały strój zaczynał 
się palić. Zresztą właśnie dla uniknięcia groźby pożaru kuch­
nie często budowano osobno. A kto zwykle pracował 
w kuchni? 

- Oczywiście, kobiety - odparła. 
- Jasne. A kiedy to zaczęło się zmieniać? Wraz w wkro­

czeniem gazu, elektryczności i wodociągów. - Odstawił kie­
liszek. - A pomyśl tylko o broni. Nie masz pojęcia... 

Laura patrzyła na niego z przyjemnością. Był taki ożywio­

ny, przejęty. Gdyby zobaczył teraz swoją twarz, wiedziałby, 

background image

124 

co go naprawdę fascynuje. Ciekawiło ją, czy potrafiłaby go 
tak zafascynować jakaś kobieta. Potem przypomniała sobie do­
tyk jego rąk, ust, ramion. Instynkt mówił jej, że to, co mogłaby 
przeżyć z Adamem, nie dorównywało żadnemu z jej doświad­
czeń. Jak mogło jej się kiedykolwiek wydawać, że kocha Do-
yala albo że on ją kocha? A teraz, z powodu przeszłości, nie 
może pokochać mężczyzny, który ją pociąga. Nie może prze­
cież narazić na niebezpieczeństwo jego dzieci. Wiedziała, że 
zostało jej niewiele czasu. Nagle ogarnął ją żal. 

- H e j ! 
Nawet nie zauważyła, że Adam przysunął się do niej, do­

póki nie wziął ją za rękę. Spojrzała na niego przytomnie. Sie­
dział przed nią na skraju niskiego stolika i pochylał się ku 
niej. 

- Co się stało? Widzę, że historia wojen to nie jest twój 

ulubiony temat, ale czy to powód, żeby od razu płakać? 

Szybko wytarła oczy i roześmiała się z wysiłkiem. 

- Przepraszam, nie słuchałam. 
- Co się dzieje, Lauro? - zapytał, tym razem poważnie. 
Zdecydowała, że powie mu tylko pół prawdy. 
- Och, to takie niemądre. Zdałam sobie sprawę, że ni­

gdy się nie dowiem, jaką pracę wybierzesz. Nie będę patrzyła, 

jak rozwijają się twoje dzieci, nie zobaczę, czy rodzinie spo­

doba się mąż twojej siostry i co będzie dalej z twoim ojcem. 
Chyba się nie spodziewałam, że tak się zaangażuję w wasze 
sprawy. 

- Nie musisz odchodzić - powiedział cicho. 

Oswobodziła rękę pod pretekstem, że chce usiąść wygod­

niej. 

- Wiem, że mogłabym zostać, dokąd dzieci będą mnie po-

background image

125 

trzebowały. - Musiała skłamać jeszcze raz. - Ale co z moimi 
planami? Z moimi marzeniami? 

- Na pewno istnieje jakiś sposób, żebyś mogła studiować, 

jednocześnie tu mieszkając. 

O tym nie pomyślała. Szybko pokręciła głową. 

- Nie mogłabym jednocześnie studiować i zajmować się 

dziećmi. One potrzebują więcej uwagi. 

Adam pochylił się, chwycił ją za ramiona i przyciągnął do 

siebie, tak że ich kolana się zetknęły. 

- Nie chcę, żebyś odchodziła. Potrzebuję cię. Czy to... 
Przycisnęła palce do jego ust. 
- Nic nie mów - wyszeptała. - Nie utrudniaj mi tego. 
Odsunął jej rękę i przyciągnął ją jeszcze bliżej. 
- Lauro... - W tym słowie zawarł prośbę i żądanie. 
Zsunęła się z kanapy i przyklękła przed nim na podłodze. 

Poddała się jego pocałunkowi, wiedząc, że tylko na tyle może 
sobie pozwolić. Objęła go i odchyliła głowę w tył. Wiedziała, 
że Adam próbuje ją ze sobą związać jeszcze bardziej, choćby 
tylko pożądaniem. Wsunął jej rękę pod sweter, a ona zaczęła 
drżeć. Nie podejrzewał nawet, jak bardzo chciała dać mu całą 
siebie. Nie mogła mu tego powiedzieć. Łzy znów napłynęły 

jej do oczu. Spojrzał na nią i odgarnął jej włosy do tyłu. 

- Lauro, powiedz mi, że nie odejdziesz. Powiedz, że zo­

staniesz. Proszę cię o to. 

Spojrzała mu smutno w oczy. 

- Przepraszam - wyszeptała. 
Drgnął, jakby ktoś wymierzył mu policzek. Jego oddech 

stał się urywany i ciężki. Gwałtownie wypuścił ją z objęć i od­
wrócił twarz. Laura pochyliła głowę i wstała. Siłą woli po­
wstrzymywała się, by mu nie powiedzieć, jak bardzo chce zo-

background image

126 

stać, jak mocno pokochała jego i dzieci. Tylko strach o ich 

bezpieczeństwo sprawiał, że chciała stąd odejść. Ruszyła do 
drzwi. 

- Mam nadzieję, że jutro nie oskarżysz mnie o niemoralne 

zamiary - powiedział uszczypliwie. 

Laura zatrzymała się i spojrzała na niego. 
- Nie, nie będzie żadnych oskarżeń ani udawania, że nie 

chciałam się z tobą całować. Nie tym razem. 

Zerwał się na równe nogi i podszedł do niej. 
- A dlaczego wtedy to zrobiłaś? Dlaczego udawałaś, nawet 

przed samą sobą, że tego nie chcesz? 

Uśmiechnęła się ironicznie. 
- Żadna kobieta nie lubi wychodzić na idiotkę. 
- To, że mnie pragniesz, miałoby robić z ciebie idiotkę? 
Potrząsnęła głową, połykając łzy. 

- Nic z tego nie będzie. Muszę odejść. Tylko idiotka chcia­

łaby jeszcze bardziej skomplikować i tak trudną sytuację. 

Przygładził ręką włosy. 
- Jutro zadzwonię do agencji - powiedział szorstko. 
Uniosła głowę i wyprostowała się sztywno. 
- Dobrze. Dziękuję ci. - Odeszła, starając się nie przyspie­

szać kroku. Łzy płynęły jej po twarzy. 

- Adamie, masz gościa. Pani Wilton. 
Powiedziała to miłym, pozbawionym emocji głosem. Tro­

chę go to zirytowało, ale kiedy podniósł wzrok, zobaczył na 
twarzy Laury skurcz bólu. Szybko nad nim zapanowała, ale 
w nim obudziła się nadzieja. Specjalnie umówił się na rozmowę 
z kandydatką na opiekunkę tak, by Laura była jej świadkiem. 
Chciał się przekonać, jak zareaguje. Teraz już wiedział. Bez 

background image

127 

względu na to, co mówiła, nie chce odejść. Dlaczego więc tak 
się upiera? Wstał i przywitał się z drobną kobietą o niemal 
dziecięcej sylwetce. Uścisnął serdecznie jej dłoń i przyjrzał się 
bliżej. Musiała mieć około trzydziestu lat. 

- Witam panią. Jestem Adam Fortune. Proszę usiąść. - Ma­

ła kobietka energicznie skinęła głową i usiadła na kanapie. 
Laura chciała odejść, ale zatrzymał ją. - Zostań, Lauro. Po­
nieważ pani Wilton być może zajmie twoje miejsce, pewnie 
zechce ci zadać parę pytań. 

Przerażenie Laury było wyraźnie widoczne, ale dziewczyna 

dzielnie stawiła mu czoło. 

- Chętnie pomogę, jeśli tylko będę mogła - odrzekła nieco 

drżącym głosem. 

Pani Wilton nie zwróciła na to uwagi. Zdjęła rękawiczki 

i starannie złożyła je na kolanach. 

- Mam jedno pytanie, jeśli można - zaczęła oficjalnie. 
- Proszę bardzo - odparła Laura. 
Kobieta zerknęła na Adama, jakby krępowała ją jego obe­

cność, chociaż widać było, że wcale nie jest zdenerwowana. 

- Zastanawiam się, dlaczego pani odchodzi. 
Laura otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła i spuściła gło­

wę. Nie mogła dłużej udawać obojętności. Adamowi ścisnęło 
się serce. Skoro Laura tak bardzo nie chce odejść, to dlaczego 
ciągnie tę farsę? Teraz jednak nie miał czasu się nad tym za­
stanawiać. Musi ratować ją z opresji, w jaką wpędził Laurę 

jej własny upór. Zwrócił się do pani Wilton i wyjaśnił: 

- Panna Beaumont podjęła tę pracę tylko tymczasowo. Za­

pewniam, że jej odejście nie jest spowodowane niezadowole­
niem którejś ze stron. Było planowane już od dawna. 

Ta odpowiedź usatysfakcjonowała panią Wilton. 

background image

128 

- Zapewne chciałby pan to obejrzeć, zanim przejdziemy 

do dalszej części rozmowy. 

Wyjęła z torebki kopertę. Zupełnie nie zwróciła uwagi na 

nieszczęśliwą minę Laury, a to mu się nie spodobało. Szybko 

przejrzał kilka kartek wyjętych z koperty. Były to niezwykle 
pochlebne opinie byłych pracodawców pani Wilton. Udawał, 
że bardzo go interesują, lecz całą uwagę skupił na Laurze, która 
ponuro milczała. Zwrócił papiery pani Wilton i rzekł niezo­
bowiązująco: 

- Widać, że ma pani duże doświadczenie. 
- Owszem. 
Przez kilka minut pani Wilton z dumą opisywała swą drogę 

zawodową, ale Adam koncentrował się wyłącznie na tym, by 
nie patrzeć na Laurę. Przy pierwszej sposobności przerwał swej 

rozmówczyni. 

- To wprost imponujące. Będę miał o czym myśleć. Dzię­

kuję pani. 

Kandydatka na nianię przygładziła niesforny kosmyk, który 

sterczał za lewym uchem. Widać było, że ta drobna niedosko­

nałość schludnej, krótkiej fryzury bardzo ją denerwuje. 
Najwyraźniej nie tolerowała nawet drobnych niedoskonałości. 

- A teraz chciałabym zobaczyć dzieci, jeśli można - oz­

najmiła. 

Zaskoczony Adam wyjaśnił z wymuszonym uśmiechem, że 

postanowił nie wciągać dzieci w poszukiwanie nowej opiekun­
ki, dopóki nie zawęzi listy kandydatek. 

- Są jeszcze bardzo małe - tłumaczył. - Nie chcę wpro­

wadzać zbędnego zamieszania w ich życie. 

Słysząc, że jej kandydatura nie została od razu przyjęta, 

pani Wilton zesztywniała. 

background image

129 

- Ach, tak. Ale chyba pan rozumie, że nie mogę się zde­

cydować na tę pracę, dopóki nie poznam dzieci. 

- Oczywiście. - Adam z trudem powstrzymywał się przed 

zgrzytaniem zębami. Wstał i podał rękę gościowi. 

Brwi pani Wilton podjechały aż pod grzywkę. Wstała bez 

jego pomocy i zebrała swoje rzeczy. 

- Nie mogę panu obiecać, że nie przyjmę innej posady, 

zanim się pan ze mną nie skontaktuje - oświadczyła ener­
gicznie. 

- Naturalnie. Dziękuję, że zechciała pani do nas przyjść. 
Odprowadził do drzwi wyraźnie niezadowoloną panią Wil­

ton i szybko wrócił do gabinetu. Laura stała przy oknie i spo­
glądała na pokrytą śniegiem okolicę. Podszedł do niej i po 
krótkiej chwili wahania przyciągnął ją do siebie. 

- Nie możesz dłużej udawać, że nie chcesz tu zostać. 

Wiem, że to nie ambicja każe ci odejść. Powiedz mi, co cię 
dręczy. 

Oparła głowę na jego ramieniu i z wolna nią pokręciła. 

- Nie mogę. Zresztą nie ma to znaczenia. 

Ujął ją pod brodę i zwrócił jej twarz ku sobie. 

- Lauro - wyszeptał błagalnie i lekko dotknął wargami jej 

ust. Zadrżała, ale odwróciła twarz. 

- Proszę cię, przestań. To i tak jest już bardzo trudne. 
Nie wiedział, jak ją przekonać, żeby zmieniła zdanie. Mógł 

tylko ofiarować jej milczące wsparcie i trzymać ją w objęciach 
tak długo, jak tylko będzie to możliwe. 

Zamknęła oczy i przez chwilę czuła się bezpiecznie. Chwila 

ta nie mogła jednak trwać wiecznie. Od myśli o odejściu z tego 
domu gorsza była jedynie myśl, że Doyal może ją tu znaleźć. 

background image

130 

Wiedziała, że tym razem nie dałby jej uciec i nawet gdyby 

jakimś cudem nie skrzywdził rodziny Adama, to i tak dzieci 

by ucierpiały z powodu jej niewytłumaczalnego zniknięcia. 
Musi zaaranżować to inaczej, musi przekonać Adama, że to 

jej własna decyzja, że tego naprawdę chce. Ale jeszcze nie 

teraz... 

Stała, opierając głowę na jego ramieniu, ciesząc się każdą 

chwilą bliskości. Odejdzie, kiedy Adam znajdzie kogoś na jej 
miejsce. Obiecała to sobie, a ona dotrzymuje obietnic. Prze­
kona go, że naprawdę chce odejść. Teraz jednak jeszcze przez 
chwilę będzie wierzyła, że jest kochana i bezpieczna... 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Jeszcze czuła szczypanie mrozu na policzkach, ale nos już 

zaczynał się robić ciepły. Wrócili właśnie ze spaceru i dzieci 
zaczęły niezdarnie zdejmować ciepłe okrycia. Robbie chciał 
się pozbyć czapki, ale jednocześnie chwycił kosmyk włosów, 
więc przerażony krzyknął boleśnie. 

- Daj, pomogę ci - zaproponowała i uklękła przy chłopcu. 

Zdjęła mu czapkę i zwróciła się do Ryana. Wendy sama zdjęła 
wełnianą, różowo-niebieską kominiarkę i teraz jej delikatne 
włosy sterczały na wszystkie strony, a spinka na czubku głowy 

przekrzywiła się. Laura poprawiła dziewczynce fryzurę, a po­
tem odruchowo ucałowała ją w czoło. Natychmiast cała trójka 
rzuciła się na nią i obsypała ją pocałunkami. Laura pod cię­
żarem dzieci straciła równowagę i musiała usiąść na podłodze. 
Chociaż śmiała się wesoło, serce jej pękało. Jak może zostawić 
te maluchy? Przecież one ją kochają... 

Kiedy wybuch uczuć dobiegł końca, usiadła prosto i po­

mogła Robbiemu zdjąć rękawiczki i kurtkę. Ryan nie czekał 
na pomoc, tylko w dzikich podskokach sam się rozebrał. Wy­
słała dzieci do łazienki, by umyły ręce, i obiecała, że przyjdzie 
do nich za chwilę. Zdjęła kurtkę i szalik, włożyła ciepłe ubrania 
do szafy w korytarzu i postanowiła znaleźć Beverly, by zapy­
tać ją o kolację. Zabawy w śniegu świetnie wpływają na apetyt. 

Już miała wejść do kuchni, kiedy usłyszała wesoły śmiech. 

background image

132 

Zatrzymała się i wytężyła słuch. Rozróżniła dwa głosy, męski 
i kobiecy. Brzmiała w nich doskonała harmonia i można się 
było domyślić, że ta para świetnie się rozumie. Ciekawość 
i strach kazały jej podejść pod drzwi gabinetu. Kiedy zatrzy­
mała się w progu, jej serce zmieniło się w kamień. 

Na kanapie, wpatrzeni w siebie, siedzieli Adam i jakaś 

szczupła, ładna kobieta, mniej więcej w jego wieku. Oczy im 
błyszczały, rozmawiali wesoło i z ożywieniem. Kiedy Adam 
ujął rękę nieznajomej, Laura poczuła bolesny skurcz zazdrości. 
Ból był tak silny, że aż przycisnęła rękę do brzucha. W tej 
samej chwili Adam ją zauważył i uśmiechnął się promiennie. 

- O, jesteś już, Lauro. Poznaj Jane. 

Kobieta posłała Laurze przyjazny uśmiech. Była ładna, mia­

ła duże, inteligentne szare oczy, rudawe włosy i regularne rysy 

twarzy. Oczy jej lśniły, jakby coś bardzo ją rozbawiło. 

- Witaj, Lauro - odezwała się dźwięcznym głosem. - Ro­

zumiem, że poskromiłaś tych małych dzikusów. 

- Słucham? 
Adam parsknął śmiechem. 
- Właśnie, gdzie są dzieci? Jane chce je zobaczyć. 

Serce Laury z głuchym hukiem pękło na pół. A więc to 

już. 

- Przyprowadzę je - wymamrotała półprzytomnie. 
- Dziękuję - odparł Adam i wrócił do rozmowy z Jane. 
Na niepewnych nogach doszła do łazienki, w której roz­

brzmiewały chichoty i plusk wody. Dzieci stały na stołkach, 
pochylone nad umywalką. Na rękach miały mydlaną pianę, 
którą usiłowały rozmazać sobie nawzajem na twarzach. Za 
chwilę mydło mogło się dostać któremuś z nich do oczu. 

- Przestańcie - nakazała im monotonnym głosem. Mimo 

background image

133 

to cała trójka znieruchomiała i spojrzała na nią wyczekująco. 
Laura poczuła, że łzy napływają jej do oczu. - Wasz ojciec 
chce, żebyście przyszły do gabinetu. Macie gościa. 

- Gościa! - pisnęła z radością Wendy. 
- Kto to? - dopytywał się Robbie. 
Laura uśmiechnęła się, chociaż oczy miała szkliste. Przy­

najmniej tyle mogła dla nich zrobić. 

- To bardzo miła pani. Na pewno ją polubicie. 
Robbie jęknął, Ryan od razu zrobił to samo, natomiast We­

ndy szybko zeszła ze stołka. Jej ciekawość udzieliła się chłop­
com, którzy natychmiast podążyli za siostrą. Laura wiedziała, 
że powinna im przypomnieć, by byli grzeczni, ale nie zdobyła 
się na to. Jeszcze nigdy w życiu nie była taka nieszczęśliwa. 
Stłumiła szloch i poszła do swojej sypialni. Skoro tak ma być, 
to niech będzie. W głębi serca wiedziała, że Jane doceni te 
dzieci i będzie doskonałą nianią. Adam uczynił słuszny wybór. 
Jane na pewno potrafi być i czuła, i stanowcza, będzie dbała 
o to, żeby zbliżyć dzieci do Adama. 

Właśnie. Adam. Laura od razu zauważyła, że Jane rozumie 

i docenia Adama - zresztą nie bez wzajemności. Tych dwoje 
łączy jakaś bardzo bliska więź. Adam zachowywał się przy 
Jane tak swobodnie i beztrosko. Laura usiadła na łóżku i za­
płakała. 

Przez chwilę wmawiała sobie, że Jane na pewno jest za­

mężna lub przynajmniej zaręczona, ale doskonale wiedziała, 
że nianie to zwykle kobiety samotne. Może byłoby nawet le­
piej, gdyby Jane okazała się wolna. Laura nie chciała, by Adam 
żył samotnie. Wolała myśleć, że jego życie będzie pełne i saty­
sfakcjonujące. Właśnie wtedy zdała sobie sprawę, że go kocha. 
Zrozumiała, że to, co czuła do Doyala, było wynikiem jej nie-

background image

134 

dojrzałości, niewiedzy i desperackiej potrzeby związania się 
z kimś. 

Trudno było jej to przyznać, ale bardzo potrzebowała dru­

giego człowieka. Samotna i przerażona, nie miała krewnych 
ani prawdziwych przyjaciół. Po śmierci siostry Agnes zasta­
nawiała się czasami, czy w ogóle istnieje. Jeśli w lesie prze­
wróci się drzewo, a w pobliżu nie ma nikogo, kto by to usły­
szał, to czy rzeczywiście wydało jakiś dźwięk? Jeśli człowiek 
żyje, ale nikt tego nie zauważa, to czy naprawdę istnieje? Ucie­

kając przed Doyalem, często się nad tym zastanawiała. Te myśli 
opuściły ją dopiero, gdy zamieszkała w domu Adama. Tutaj 
poczuła, że istnieje naprawdę, stanowiła część czyjegoś życia, 
była potrzebna. Do tej chwili. 

Zamknęła oczy z nadzieją, że to już długo nie potrwa. Nie 

chciała, by pożegnanie ciągnęło się w nieskończoność. Wstała, 
wyjęła torbę podróżną i zaczęła się pakować. Zauważyła, że 
ma więcej ubrań niż w dniu swojego tu przybycia. Adamowi 
nieraz udało się ją namówić, żeby coś sobie kupiła. Po chwili 
na łóżku leżało kilka stosów starannie złożonych ubrań. 

- Laura? - Rozległo się pukanie do drzwi. 
Zamarła. A więc nie zwlekał z przekazaniem jej wiadomo­

ści. Może to i dobrze. Im szybciej, tym lepiej dla wszystkich. 

- Proszę - powiedziała z rezygnacją. 
Adam wszedł do środka, wesoło uśmiechnięty. 
- Czekamy na ciebie z lunchem. Dzieci są takie głodne, 

że chyba zaraz zjedzą serwetki. Już... - Spojrzał na łóżko 
i uśmiech zniknął z jego twarzy. - Co robisz? 

- Pakuję się. 
Przez długą chwilę nic nie mówił. Potem zapytał: 
- A dlaczego się pakujesz? 

background image

135 

Złożyła parę skarpetek i położyła je obok innych. 
- Nie udawajmy, że nic się nie dzieje. Ona się doskonale 

nadaje. Przyjrzałam się jej i wiem, że to odpowiednia osoba. 
- Spojrzała mu w oczy i wydało jej się, że dostrzega w nich 
rozbawienie i smutek, a przecież to nie było możliwe. - Jeśli 

jeszcze jej nie przyjąłeś, to zrób to zaraz. Jane to doskonały 

wybór, zapewniam cię. 

- Co ty za bzdury wygadujesz - powiedział i przyciągnął 

ją do siebie. - Dzwoniłem do agencji i wszystko odwołałem. 

- Słucham? - Odsunęła się od niego, starając się opanować 

drżenie, jakie wywołała jego bliskość. 

- Zadzwoniłem do agencji i powiedziałem, żeby nie przy­

syłali więcej kandydatek. 

- A więc zgadzasz się ze mną, że Jane się nadaje? 
Chwycił ją za ramiona i mocno potrząsnął. 
- Zrobiłem to, zanim Jane przyszła z wizytą! - oznajmił. 

- Nie mogłem pozwolić, żebyś odeszła. Nie zniósłbym tego. 
- Objął jej twarz dłońmi. - Jane to moja kuzynka. Wyjeżdża 
z Minnesoty. Babka zostawiła jej dom w Maine i Jane posta­
nowiła przeprowadzić się tam z Codym, swoim synem, jeszcze 
przed rozpoczęciem roku szkolnego. Przyjechała do nas się po­
żegnać. 

Co za ulga. Pod Laurą ugięły się kolana. 
- Kuzynka? - powtórzyła słabym głosem. 
- Kuzynka - potwierdził radośnie. 
Zamknęła oczy i oparła mu głowę na ramieniu. Nawet nie 

wiedziała, kiedy go objęła. Poczuła jego usta na włosach i si­
łę jego uścisku. Stali tak przez długą, słodką chwilę, a po­
tem Adam poprowadził ją do drzwi, obejmując ciasno ramie­
niem. 

background image

136 

- Chodźmy coś zjeść - powiedział. - Później posprzątasz 

ten bałagan. Na razie nigdzie nie wyjeżdżasz. 

Na razie. Czuła jego rękę na ramieniu, ale odsunęła się od 

niego dopiero, gdy mieli wejść do jadalni. 

Zwykle jadali w kuchni, ale przy kuchennym stole wygod­

nie mogły usiąść tylko cztery osoby. Chłopcy nadal byli mali, 
więc mogli siedzieć obok siebie po jednej stronie stołu. Jednak 
obecność gościa sprawiła, że dzisiaj lunch miał być podany 
w jadalni. Laura z przyjaznym uśmiechem weszła do pokoju. 

- Przepraszam, że kazałam wam na siebie czekać. - Adam 

odsunął jej krzesło i usiadła za stołem. 

- Nic nie szkodzi - zapewniła Jane. - Rozmawiałam 

z dziećmi. Wiesz, wiele o tobie słyszałam. 

- Tak? - Laura spojrzała pytająco na dzieci, potem na 

Adama. 

- Zapewniam cię, że były to same dobre rzeczy - z uśmie­

chem przekonywała ją Jane. 

- Kocham dzieci, a pracować dla Adama to przyjemność 

- odparła Laura, czując wypieki na policzkach. 

- Pracować dla Adama to przyjemność? - Jane przyłożyła 

szczupłą dłoń do piersi. - Mówisz o moim kuzynie Adamie, 
miłośniku wojskowego drylu? 

- Bardzo śmieszne - wtrącił Adam z przekąsem. - Coś ci 

powiem, droga Jane. Wolałbym zmierzyć się sam na sam z Sad­
damem Hussajnem, niż opanować tę trójkę łobuziaków. Chylę 
głowę przed strategią Laury. To ona jest tu generałem, ja tylko 
kapitanem. 

- Jestem pod wrażeniem. - Jane spoglądała to na Laurę, 

to na kuzyna. Przed każdym stał już talerz z pasztecikami i mi­
seczka zupy z brokułów. Laura bardzo ją lubiła. 

background image

137 

- My tu rozmawiamy o głupstwach, a lunch stygnie - po­

wiedziała beztrosko i wzięła łyżkę. 

Dzieci jakby czekały na ten sygnał. Rzuciły się najedzenie 

niczym stado wygłodniałych wilków, co wywołało wybuch 
śmiechu ojca. Jane z uśmiechem pokręciła głową. Po dwudzie­
stu minutach przed Adamem, Laurą i dziećmi stały już niemal 
puste talerze, tylko Jane prawie nie ruszyła swojej porcji. 

- Nie smakowało ci? - zapytał Adam. 
- Ależ smakowało - odparła, wycierając usta serwetką -

tylko zjadłam dziś u mamy obfite śniadanie. 

Adam wzniósł oczy do nieba. 
- Czyżby Sheila nadal próbowała cię utuczyć? 
- Oczywiście. - Uśmiech Jane trochę przybladł. - Nie 

wiesz, dlaczego nie mogę złapać męża? Bo jestem za chuda. 

- Wcale nie jesteś za chuda - zaprotestowała Laura. 
Adam i Jane wybuchnęli śmiechem. Dzieci również się 

roześmiały, chociaż nie wiedziały, o co chodzi, tak samo 

jak Laura. Kiedy gwar ucichł, Adam odsunął talerz i powie­

dział: 

- Jane przedstawiła mi pewną propozycję. Chciałbym usły­

szeć twoją opinię. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy nie tak 
dawno? - Laura, trochę zmieszana, potrząsnęła głową. - Za­
pytałaś, co mnie naprawdę interesuje. 

- A tak. Odpowiedziałeś, że historia. 
- Posłuchaj tylko. Jane odziedziczyła dom w Maine. 
- Bardzo interesujące stare domostwo - wtrąciła kuzynka. 
- Postanowiła się tam przeprowadzić z Codym. 
- Cody to mój syn. - W głosie Jane pobrzmiewała duma. 

- Ma sześć lat. - Przepraszająco spojrzała na Adama. - Babcia 
nie może się nim nacieszyć, więc nie wypuściła go dziś z domu. 

background image

138 

To zabawne. Zwykle nie ma dla niego czasu, ale teraz, kiedy 
postanowiłam wyjechać, wciąż mi powtarza, że jestem okrutna, 
ponieważ go jej zabieram. 

- Sheila nie rozumie, jak ktoś może z własnej woli oddalić 

się od rodziny Fortune'ów - wyjaśnił Adam sucho. 

- Sam o tym wiesz najlepiej. - Jane spojrzała na Laurę 

i wyjaśniła: - Adam i ja jesteśmy czarnymi owcami w rodzi­
nie. No, może on jest szarą owcą, a ja czarną. 

To dlatego tak się dobrze rozumieją, pomyślała Laura. Dwo­

je kuzynów, którzy wybrali własną drogę. Zastanawiała się, 

co takiego zrobiła Jane, że została najczarniejszą owcą ze stada. 

Adam posłał kuzynce pełne irytacji spojrzenie i znów zwró­

cił się do Laury: 

- Jane prowadzi tu interes, nie związany z żadną z rodzin­

nych firm. 

- Chcę go sprzedać - oznajmiła Jane. - Tak będzie łatwiej. 

Po prostu otworzę nowy sklep w Maine. 

- Sklep? - powtórzyła Laura. 
- Sklep z antykami - wyjaśnił Adam. 
Antyki. Historia. Laura bezwiednie chwyciła Adama za 

rękę. 

- To cudownie! 
Adam uśmiechnął się radośnie, ale zaraz oprzytomniał. 
- Zaczekaj chwilę. Niewiele wiem o antykach. 
- Wiesz więcej, niż ci się wydaje - zapewniła Laura z en­

tuzjazmem. - Pamiętasz, jak mi opowiadałeś o stylu życia 
w minionych wiekach? 

- Wiele podróżowałeś - dodała Jane. - W Europie na pew­

no się czegoś dowiedziałeś na ten temat. 

- No i możesz pogłębić wiedzę - zauważyła Laura. -

background image

139 

O antykach tyle napisano. W bibliotece znajdziesz mnóstwo 
książek. 

- Nie zapomnij o college'u - rzekła Jane. - Słyszałam 

o co najmniej jednym seminarium, na które możesz od razu 

się zapisać. No i nie wolno ci nie doceniać Hollisa. Ten starszy 

pan nauczył mnie wszystkiego, co wiem. W antykwariacie jest 
wprost nieoceniony. Jestem pewna, że nie zrezygnuje z pracy. 

Adam zamyślił się. 
- Trzeba będzie dokonać wyceny, zrobić spis - wymam­

rotał. 

- Już się tym zajęłam - powiadomiła go kuzynka. - Na 

pewno będziesz chciał sprawdzić księgi rachunkowe. Poroz­
mawiaj o tym ze swoim księgowym. Niech on wyda opinię. 

- O to chyba nie musimy się martwić - zaoponował. 

- Musisz to zrobić - twardo stwierdziła Jane. - To jeden 

z warunków sprzedaży. 

- A twoja agentka? - zapytał Adam. - Co powie, jeśli sa­

ma znajdziesz nabywcę? 

Jane uśmiechnęła się triumfalnie. 
- Noszę nazwisko Fortune. Mam żyłkę do interesów, cho­

ciaż może nie do rodzinnych interesów. Wynegocjowałam 
z moją agentką sprawiedliwą umowę. Jeśli sama znajdę na­
bywcę na sklep, ona nie będzie miała nic przeciwko temu. 
Zwrócę jej poniesione koszty, a sama sporo zaoszczędzę na 
marży. Więc co ty na to? 

Adam w zamyśleniu podrapał się w policzek. 
- Daj mi dzień lub dwa do namysłu - powiedział w końcu. 
Jane pochyliła się ku Laurze i rzekła konspiracyjnym szep­

tem: 

- Już go mam! 

background image

140 

- Powiedziałem, że się zastanowię - zaprotestował. 
- Zrobi to - oznajmiła Jane Laurze. - Znam go. Zaw­

sze najpierw podejmuje decyzję, potem zaczyna mieć wątpli­
wości, aż wreszcie wraca do pierwszego rozwiązania. Zoba­
czysz. 

- Z kuzynkami jest zawsze ten sam problem. - Adam splótł 

ramiona. - Wydaje im się, że świetnie cię znają. 

Laura zerknęła na Jane, a ta puściła do niej oko. A więc 

nie myliła się co do niej. Była to wspaniała, mądra, silna ko­
bieta, doskonale nadawałaby się na opiekunkę i partnerkę. Całe 
szczęście, że jest kuzynką Adama. 

Po lunchu wszyscy przeszli do gabinetu. Laura przyniosła 

kredki i książeczki do kolorowania, położyła się z dziećmi na 
podłodze i zachęciła je do zabawy, gdy tymczasem Adam roz­
mawiał z Jane. Rozmowa zeszła na temat ich ojców. Okazało 
się, że Jane nie mogła rozszyfrować zachowania Nathaniela, 
tak samo jak Adam zachowania Jake'a. Po pewnym czasie Lau­
ra musiała opuścić gabinet, by położyć dzieci spać, a gdy wró­
ciła, zastała kuzynów pogrążonych w dyskusji na temat sprze­
daży akcji Monice Malone. Chciała wyjść, czując się jak intruz, 
ale Adam dał jej znak, by z nimi została. Zrobił jej miejsce 
obok siebie na kanapie, a kiedy usiadła, naturalnym gestem 
otoczył ją ramieniem. 

W końcu Jane zaczęła szykować się do wyjścia. 
- Było mi bardzo miło - oznajmiła. - Cody już się pewnie 

o mnie martwi. Świetnie sobie radzi z moją mamą, ale nawet 

jego cierpliwość kiedyś się kończy. 

- Musi być bardzo dojrzały jak na swój wiek - zauważyła 

Laura. - Mówisz o nim jak o dorosłym człowieku. 

Jane uśmiechnęła się czule. 

background image

141 

- To wyjątkowo inteligentny chłopiec i pod wieloma 

względami bardziej dojrzały niż moja matka. 

Laura słuchała tego zaskoczona i trochę zażenowana, ale 

Adam uspokajająco poklepał ją po kolanie. 

- Kto zna Sheilę, wie, o co chodzi - stwierdził surowo. 
- Tak, to trzeba zobaczyć na własne oczy. - Jane roze­

śmiała się. - Gdybyśmy ci opowiedzieli o wszystkich jej wy­
czynach, nie uwierzyłabyś. Ale ona tak samo myśli o mnie. 

- Ostatnie zdanie wypowiedziała ze smutkiem i ku zaskocze­
niu Laury, z poczuciem winy. Nagle wstała. - Naprawdę muszę 

już iść. 

Adam odprowadził ją do wyjścia. 
- Dobrze, że nas odwiedziłaś. - Zamknął ją w niedźwie­

dzim uścisku. - Bardzo żałuję, że wyjeżdżasz. 

- Ale mnie rozumiesz. Muszę zacząć samodzielne życie. 
- Rozumiem - zapewnił ją. 
Wyciągnęła rękę do Laury i spojrzała na nią tak, jakby po­

znała jakiś jej sekret. 

- Miło było cię poznać, Lauro. Nie pozwól mu zrezygno­

wać ze sklepu. Wiemy, że to coś akurat dla niego, prawda? 

Laura już chciała zaprotestować, że ona nie ma tu nic do 

powiedzenia, ale tylko uścisnęła rękę Jane i odrzekła: 

- Mam nadzieję, że będziesz w Maine szczęśliwa. 
- Wydaje mi się, że tak - stwierdziła na odchodnym Jane. 
Laura czuła się tak, jakby ktoś obdarzył ją komplementem. 

Zdaniem Jane, miała wpływ na Adama, a przecież jest tylko 
nianią, i to zatrudnioną tymczasowo. Minęło kilka minut, za­
nim Adam wrócił do gabinetu. Wydawał się pogrążony w my­

ślach. 

- I jakie jest twoje zdanie? - zapytał, siadając przy niej. 

background image

142 

- O Jane? To cudowna kobieta. 
Uśmiechnął się. 
- O, tak. Jane Fortune jest niezwykła. Z całej rodziny chy­

ba najbardziej ją lubię. 

- Jesteście pokrewnymi duszami. 
- Można tak powiedzieć - zgodził się. - Nigdy nie chciała 

zajmować się rodzinną firmą, i to z podobnych powodów co 

ja. Dla jej ojca interesy rodziny są całym życiem. No i jeszcze 
jej matka. Nathaniel rozwiódł się z Sheilą wiele lat temu, ale 

ona cały czas trzyma się rodziny i łączących się z nią przy­
wilejów. 

- Jeśli tak, to dlaczego Jane wróciła do panieńskiego na­

zwiska? 

- Wróciła? - Adam potrząsnął głową i uśmiechnął się 

smutno. - Myślisz, że jest rozwiedziona? 

- No tak. Przecież... 
- Pamiętasz, że nazwała siebie najczarniejszą owcą w ro­

dzinie? 

- Sądziłam, że... 
- Nigdy nie wyszła za mąż za ojca Cody'ego. 
Laurze zrobiło się jej żal. 
- Ojej. Biedactwo. 
Adam uścisnął jej rękę. 
- Wiedziałem, że to zrozumiesz. Ten drań zostawił ją, kie­

dy mu powiedziała, że jest w ciąży. 

- A ona i tak urodziła dziecko - rzekła Laura w zadumie. 

- Musiało jej być bardzo ciężko. I pewnie nadal jest. 

- Nie znaczy to, że rodzina ją opuściła, czy coś w tym 

rodzaju - podkreślił Adam. - Ale prawdę mówiąc, Sheila za­
chowała się okropnie. 

background image

143 

- Jej własna matka? - zdziwiła się Laura. 
- Z początku miała ochotę zamordować ojca Cody'ego, ale 

skoro nie mogła tego zrobić, całą swoją złość zwróciła prze­
ciwko córce. 

- I po co mówi, że Jane jest za chuda, żeby zdobyć jakiegoś 

mężczyznę! - zawołała Laura. - Ktoś powinien zwrócić jej 
uwagę, że to ona nie potrafiła zatrzymać Nathaniela. 

- Kate by tak zrobiła - stwierdził Adam. - Ale Sheila nie 

należy do wrażliwych osób. 

- Domyśliłam się. Wydaje mi się, że bez niej jest Natha-

nielowi lepiej, tak samo jak Jane bez ojca Cody'ego. 

- Zgadzam się. Ale w zasadzie pytałem o to, co sądzisz 

o tym pomyśle ze sklepem z antykami. 

- Aha. - Laura splotła ramiona. - Tak naprawdę nie do 

mnie należy ocena. 

- Oj, bo zaraz będę musiał zachować się jak żołnierz. -

Spojrzał na nią ostro. - Kiedy wydaję rozkaz, oczekuję posłu­
szeństwa. A teraz mów, jakie jest twoje zdanie. 

- Myślałam, że to ja jestem generałem - przekomarzała się. 

Objął ją i przyciągnął do siebie. 
- Cenię sobie twoje zdanie, a rzadko mi się zdarza słuchać 

opinii innych. 

Laura poczuła, że mięknie w środku. 

- Dotychczas nic nie zaciekawiło cię tak bardzo jak mo­

żliwość prowadzenia antykwariatu. Nie mylę się? 

- Chyba nie. Ale niewiele wiem na ten temat. 
- Kochasz historię, wiele na ten temat czytałeś. 
- Zgadza się. 
- Powiedziałeś, że chciałbyś robić coś, co by cię zafascy­

nowało - przypomniała mu. 

background image

144 

- No i? 
- Wydaje mi się, że powinieneś iść za głosem serca. 
- Tak uważasz? - wyszeptał, ujmując ją pod brodę. - Ale 

to może być niebezpieczne. - Jakby dla poparcia swych słów 
dotknął wargami jej ust. 

- No tak... ale wszystko, co w życiu ważne... - wyjąkała, 

lecz nie zdążyła dokończyć, bo jej przerwał. 

- A wiesz, jaka ty jesteś dla mnie ważna? Wiesz, jak bardzo 

cię cenię? 

Objął ją mocniej, a ona uniosła rękę, jakby chciała go ode­

pchnąć, ale nie miała siły. Potem zaczął ją całować i było już 
za późno. Oddech Laury stał się nierówny, jej dłonie kurczowo 
mięły koszulę Adama. 

- Muszę cię dotknąć - powiedział nagle. Patrząc jej prosto 

w oczy, wsunął jej rękę pod sweter i wodził nią po nagim ciele. 
Zamknęła oczy i ukryła twarz na jego ramieniu. - Och, Lauro. 
Muszę... - szeptał. Jego ręka wędrowała coraz niżej. 

Kiedy wsunął palce pod jej legginsy, drgnęła i jęknęła ci­

cho, lecz natychmiast znowu ją pocałował. Wbiła paznokcie 
w jego ramię, niepewna, czy chce go odepchnąć, czy przy­
ciągnąć bliżej. On drżał jeszcze gwałtowniej niż ona, a kiedy 
dotknął gorącego, wilgotnego miejsca, wydała cichy okrzyk. 
Chciał posunąć się dalej, ale gdy odwróciła twarz, natych­
miast się wycofał. Przycisnął policzek do jej policzka i wy­
szeptał: 

- Lauro, spójrz na mnie. - Nieśmiało uniosła wzrok, od­

dychając ciężko. - Tak bardzo cię pragnę. 

Zamknęła oczy, nie mogąc znieść pożądania w jego wzro­

ku. Gdyby jeszcze raz na niego spojrzała, uległaby bez żadnego 
oporu, a to byłoby zbyt samolubne. Nie mogła jednak stłumić 

background image

145 

przenikającej jej radości. Wsparł czoło na jej czole, a ona go 
objęła. Ucałował jej usta i nos. 

- Włożyłaś swoje rzeczy z powrotem do szafy? - zapytał 

cicho. Potrząsnęła głową. - Zrób to więc, i to zaraz. 

Wysunęła się z jego objęć i usiadła na skraju kanapy. Nie 

chciała tego powiedzieć, ale musiała. Przygryzła drżącą wargę. 

- Adamie... - Wziął ją za rękę i patrzył na nią bez słowa. 

- To nic nie zmienia. Prędzej czy później będę musiała odejść. 

- W takim razie, niech to będzie później - odparł szorstko. 
Chciała mu wyjaśnić, że nie może zwlekać w nieskończo­

ność, że czas ją goni. Czuła to. Jednak żadne słowa nie padły 
z jej ust. Musiałaby znów tłumaczyć się i kłamać, przecież nie 
mogła wyznać mu prawdy. Gdyby opowiedziała mu o Doyalu, 
dowiedziałby się, jaka jest głupia, a tego nie chciała. Impul­
sywnie pocałowała go szybko w usta. 

Chciał ją złapać, ale odskoczyła i z uśmiechem potrząsnęła 

głową. Wybiegła z pokoju i zatrzymała się dopiero w koryta­
rzu. Oparła się o ścianę i usiłowała opanować przyspieszone 
bicie serca. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Chcę, żebyś poszła. 
Twardy ton głosu Adama zaskoczył ją. 
- Ale to rodzinne spotkanie. 
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. 
- Będę tam nie na swoim miejscu. 
- Jestem odmiennego zdania. Chcę, żebyś poszła, więc bę­

dziesz na swoim miejscu. Zacznij się ubierać, bo się spóźnimy. 

Jego upór bardzo ją dziwił, ale ona też potrafiła być uparta. 
- Nie pójdę i nie zmusisz mnie do tego. 
Ku jej irytacji Adam parsknął śmiechem. 
- Wiesz, zaczynasz mówić i zachowywać się jak moje 

dzieci. - Nagle spoważniał. - Nie masz się czego obawiać. 
Moja matka to prawdziwa dama, a damy nie gryzą. 

- Nie boję się! - oświadczyła gwałtownie. - Po prostu wo­

lę zostać sama w domu. Tak rzadko mam czas dla siebie. 

Adam westchnął znużony. 
- Jutro będziesz miała wolne popołudnie. Tylko dla siebie. 

Ja zajmę się dziećmi, a ty pójdziesz, gdzie chcesz. 

- Nie rozumiesz. Chcę zostać sama w domu. A jeśli dzieci 

tu będą, to... to już nie zostanę sama. 

Na twarzy Adama zadrgał jakiś nerw. 
- W takim razie jutro gdzieś je zabiorę. Będziesz miała 

dom dla siebie. Zadowolona? 

background image

147 

Miała ochotę tupnąć nogą, ale powstrzymało ją to, co o jej 

zachowaniu powiedział wcześniej. 

- Twojej matce nie zależy na moim towarzystwie. Chce 

zobaczyć ciebie i swoje wnuki. 

- Ależ ona chce zobaczyć ciebie też. I to bardzo. 
- To niedorzeczne. 
- A niby dlaczego? Opiekujesz się jej wnukami. To chyba 

naturalne, że chce cię poznać, nie uważasz? 

Splotła ramiona i zmrużyła oczy. 

- Postępujesz nierozsądnie i zastanawiam się dlaczego. 
Z rezygnacją potarł oczy i usiadł głębiej w fotelu. 
- Dobrze. Myśl sobie, co chcesz, ale za dziesięć minut 

bądź gotowa do wyjścia. Sam ubiorę dzieci. - Jęknęła z roz­
paczą, ale nie zwrócił na to uwagi, tylko strząsnął jakiś nie 
istniejący pyłek z rękawa sportowej marynarki. - Uważaj, za­

raz będzie dziewięć minut. Liczę czas. 

Laura przekornie usiadła na stoliku i spojrzała na niego wy­

zywająco. Zerwał się na równe nogi, ale potem tylko poprawił 
spinki przy mankietach koszuli i przygładził krawat. 

- Dobrze - rzekł znużonym tonem. - Mama oczywiście 

będzie miała na sobie suknię, ale na pewno wybaczy ci te... 
portki. 

Z tymi słowami chwycił ją za ramię i z łatwością postawił 

na nogach. Wiedziała, że musi ulec. Pozwoliła się zaciągnąć 
na korytarz, bo chwytanie się mebli byłoby jednak zbyt dzie­
cinne. Kiedy zaczął wyjmować kurtki z szafy i wołać dzieci, 
rzuciła się biegiem do swojego pokoju. 

- Daj mi pięć minut! - zawołała przez ramię. 
- Zostało ci sześć! - krzyknął za nią. Nie widziała, że 

uśmiechał się szeroko. 

background image

148 

Nie traciła czasu. Zdjęła z wieszaka swoją jedyną spódnicę 

i zaczęła wyrzucać rzeczy z szuflad. Rozebrała się do bielizny, 
potem włożyła grube, czarne rajstopy, swoją jedyną halkę, a na 
nią białą bluzkę z wykładanym kołnierzem. W pośpiechu za­
pięła jedynie dwa górne guziki. Szybko wciągnęła długą, pli­
sowaną spódnicę z czarnej wełny i dopasowany czarny sweter 
z imitacji angory. Wyłożyła na wierzch kołnierz bluzki i po­
śpiesznie wsunęła stopy w półbuty na podwyższonym obcasie. 

W talii zapięła wąski, czarny pasek, przyczesała włosy i wło­

żyła mały, czarny beret. Drżącą ręką wsunęła srebrny pierścio­

nek na wskazujący palec lewej ręki i chwyciła leżące na to­
aletce małe, srebrno-czarne kolczyki. Kiedy stanęła przed Ada­
mem w korytarzu, kończyła wpinać je w uszy. 

- Ciekawe, jak byś wyglądała, gdybyś miała całe dziesięć 

minut? - powiedział, spoglądając na nią z uznaniem. 

- Dokładnie tak samo. - Wsunęła ramiona w rękawy po­

danego jej płaszcza. - To mój jedyny strój wizytowy. 

- W takim razie musimy ci kupić jeszcze jeden - wyszeptał 

jej do ucha. 

- Nie potrzebuję drugiego - zaprotestowała, chociaż jej 

ciało przebiegł miły dreszczyk. 

Owinął jej szyję szalikiem. 

- Wkrótce będziesz potrzebowała - zapewnił i odwrócił ją 

ku drzwiom garażu. - Dzieci są w samochodzie. 

- Już? 
- Ja też w ciągu kilku minut potrafię dokonać cudu. 
- Tak, ale ty po prostu wydajesz rozkaz! 

Erica z uśmiechem patrzyła na syna, który otrzepywał 

spodnie Ryana. Potem klepnął chłopca po ramieniu, a ten znik-

background image

149 

nął wśród bujnej zieleni zimowego ogrodu, natychmiast zapo­
minając o stłuczonym kolanie. Adam patrzył za nim z uśmie­
chem, a po chwili usiadł na krześle obok fotela matki. 

- Dawno nie widziałam, żebyś był taki pogodny - ode­

zwała się Erica. 

Adam założył nogę na nogę i przesunął palcem po kancie 

spodni. 

- Dzieci w tym wieku są bardzo zabawne - mruknął 

w końcu. 

- Hm... - Spojrzała mu w oczy. - Jestem zaskoczona, że 

to zauważyłeś. A może to śliczna Laura się do tego przyczy­
niła? 

Chciał dać jakąś wymijającą odpowiedź, ale zrezygnował. 

- Całkiem odmieniła moje życie - wyznał. - Gdybym je­

szcze wiedział, jak ją zatrzymać... 

Zanim Erica zdążyła coś powiedzieć, bohaterka ich rozmo­

wy pojawiła się między liśćmi palmy. Poprawiła zsunięty na 

jedno ucho beret i otrzepała spódnicę z pyłu. Podeszła do sto­
jącego przy nich ogrodowego stołu i z trochę nerwowym 

uśmiechem wzięła szklankę wody, którą wcześniej poczęsto­
wała ją Erica. Wypiła długi łyk i powachlowała się dłonią dla 
ochłody. 

- Co za wspaniała szklarnia - powiedziała, odstawiając 

szklankę. - Już zapomniałam, że może być tak ciepło. 

- Ten ogród to moja oaza w długie, zimowe miesiące -

przyznała Erica. - Im jestem starsza, tym bardziej go doce­
niam. 

- Tak tu zielono. - Laura z podziwem obejrzała się za sie­

bie. - To niesamowite, widzieć tyle tropikalnych roślin, kiedy 

wokół leży śnieg. 

background image

150 

Rzeczywiście, śnieżne zaspy piętrzyły się tuż przy szkla­

nych ścianach, a wewnątrz było niemal dwadzieścia pięć stopni 
ciepła. Szklarnia babci zawsze była ulubionym miejscem zabaw 
dzieci. Teraz chłopcy ganiali się między paprociami w doni­
cach, a Wendy bawiła się w gotowanie, używając pustych 
doniczek i narzędzi ogrodniczych. Laura zdążyła usiąść, 
kiedy Ryan wystawił głowę spomiędzy zielonych liści i krzyk­
nął: 

- Laula! Laula! Chodź, zobacz! 
Natychmiast się poderwała, ale Adam chwycił ją za rękę. 
- Nie męczcie Laury - upomniał Ryana. - Pobawcie się 

przez chwilę sami. 

Ryan wyszedł zza zielonej ściany, wyraźnie rozżalony. 
- Ale tato... - zaczął błagalnie. 
- Żadnego „ale tato" - spokojnie przerwał mu Adam. - Idź 

się bawić. Laura posiedzi z nami. 

Ryan z buzią w podkówkę niechętnie wrócił do zabawy. 

Niemal natychmiast z głębi szklarni dobiegł rozdzierający 
krzyk i Ryan wytoczył się spomiędzy zieleni. Postać Robbiego 
mignęła między rzędami roślin. 

Laura skoczyła na równie nogi. 
- Robbie! 
Adam wstał, znów chwycił ją za rękę i posadził na krześle. 
- Ja się tym zajmę - powiedział i ruszył na poszukiwanie 

Robbiego. Po drodze sprawdził, czy Ryanowi coś się nie stało. 
Malcowi, oczywiście, nic nie było, uronił tylko kilka kroko­
dylich łez. 

- Lobbie mnie zatakował! - oznajmił dramatycznym to­

nem, godnym Oscara. 

Adam podniósł go i otrzepał mu ubranie. 

background image

151 

- Nic ci nie jest. Idź, pobaw się z Wendy. Ja się zajmę 

twoim bratem. 

Ryan skinął głową i z zadowoloną miną poszedł dręczyć 

siostrę. Adam zagłębił się w cieplarnianej dżungli, ale nigdzie 
nie zobaczył Robbiego. Wyszedł na środek alejki i oparł ręce 
na biodrach. 

- Pokaż się, Rob. Słyszysz mnie? Wyjdź natychmiast. 

- Odpowiedział mu jedynie szelest liści. Adam zerknął przez 
ramię. Laura wydawała się pogrążona w rozmowie z Ericą, 
ale ukradkiem spoglądała w jego stronę. Adam zwrócił 
twarz w kierunku, z którego dobiegał podejrzany szelest. -
Robbie, jeśli natychmiast nie wyjdziesz, przez tydzień nie bę­
dziesz oglądał telewizji. Masz trzy sekundy. Odliczam. Raz... 
dwa... 

Robbie odsunął wielki liść i wyszedł w alejkę. Głowę miał 

spuszczoną, ramiona przygarbione. Adam stłumił uśmiech, 
przybrał srogi wyraz twarzy i kiwnął na syna palcem. Ten zbli­
żył się, wlokąc nogę za nogą. Ojciec przyklęknął i spojrzał 
mu prosto w oczy. 

- A teraz powiedz, dlaczego „zatakowałeś" brata. 
- Bo jestem lwem! - wyjaśnił chłopiec grubym głosem. 
- Ten lew zaraz trafi do klatki, jeśli nie przestanie atakować 

ludzi. Przeproś grzecznie brata, a zapomnimy o całej sprawie, 
dobrze? 

- Dobrze - zgodził się Robbie i natychmiast poweselał. 
- No to do dzieła. 
Wymachując ramionami, chłopiec podszedł do brata i po­

wiedział: 

- Przepraszam, że chciałem cię zjeść. 
Ryan bez urazy poklepał go po ramieniu. 

background image

152 

- Telaz ja jestem lwem - zdecydował i obaj zniknęli wśród 

palm. 

Wendy teatralnie przewróciła oczami, energicznie mieszając 

piasek w doniczce. 

- Ach, te chłopaki - wymamrotała z niesmakiem. 
- Bądź grzecznym lwem! - zawołał Adam. 
- Dobze! Nie zjem nikogo - zapewnił Ryan. 
Adam roześmiał się cicho i wrócił do stołu. 
- Przy dzieciach nie można się nudzić - stwierdził. 
Erica spojrzała na niego rozbawiona. 
- Sama to wiem najlepiej. Dałeś mi niezłą szkołę, a o two­

ich siostrach nawet nie wspomnę. 

- Ależ ja byłem przemiłym dzieckiem! - zaprotestował 

żartobliwie. - Wiele razy mi to powtarzałaś. 

- Bo to prawda, ale byłeś też ruchliwy jak żywe srebro 

i łatwo się obrażałeś. 

- Bliźniacy też są wyjątkowo ruchliwi - stwierdziła Laura. 

- Który z nich pani zdaniem najbardziej przypomina ojca? 

- Do ojca najbardziej jest podobna Wendy - z uśmiechem 

odrzekła Erica. - Wrażliwa, łatwo się dąsa, długo żywi urazę, 
ale ma wielkie, kochające serce. 

- Wcale nie żywię długo urazy - oburzył się Adam. 
- Nie? - zdziwiła się Erica. - A może zapytaj o to ojca. 
Adama zastanowił się. Czyżby przez te wszystkie lata czuł 

do ojca urazę? Poruszył się niespokojnie. 

- A jak on się miewa? 
- Dlaczego mnie o to pytasz? - zdziwiła się matka. - Oj­

ciec nic mi nie mówi. Przecież jesteśmy w separacji, zapo­
mniałeś? 

Adam westchnął. 

background image

153 

- Kiedy to się wreszcie skończy? Przecież to nie ma sensu. 

Tata powinien być przy tobie. Powinien też pozostać u steru 
firmy. Rocky i Luke zasłużyli na przyjęcie, a skoro już po­
rządkuję ten świat, to jeszcze powiem, że Kate powinna być 
z nami. Gdyby żyła, nie dopuściłaby do tego, co się teraz dzie­

je. Wiesz o tym, prawda? 

Erica uśmiechnęła się blado. 

- Owszem, wiem. Nasza Kate umiała trzymać rodzinę 

w ryzach, co wychodziło wszystkim na dobre. - Oczy zaszły 

jej łzami. - Teraz brakuje mi jej nawet bardziej niż na początku. 

Wiem, że twój ojciec też za nią tęskni. 

- Kate była naszym drogowskazem - wyjaśnił cicho 

Adam. - Bez niej rodzina brnie na manowce. 

Erica spojrzała na Laurę. 

- Bardzo żałuję, że jej nie poznałaś. 
- Jestem pewna, że to była bardzo mądra kobieta. Można 

się tego domyślić choćby po tym, co zostawiła Adamowi 
w spadku. 

- W spadku? - Erica zerknęła na syna. - No właśnie. Czę­

sto się zastanawiałam, dlaczego zapisała ci te zdjęcia. 

Adam, trochę zażenowany, opisał zawartość obu albumów, 

w których nie było ani jednego zdjęcia dzieci z ojcem. 

- Laura to zauważyła - dodał. - Nie mam żadnych wąt­

pliwości. Kate chciała mnie ostrzec, że robię to samo, co tak 
bardzo potępiałem u ojca. 

- Cała Kate - stwierdziła Erica i spojrzała na Laurę. 
Adam odgadł, o czym myśli matka. 
- Tak - zgodził się. - Cała Kate. 
Laura siedziała pogrążona w myślach. 
- Sytuacja wcale nie jest taka beznadziejna - odezwała się 

background image

154 

nagle. - Dobrze znaliście Kate, więc wystarczy pomyśleć, co 
ona by w danej sytuacji zrobiła, i zrobić to samo. Ktoś musi 
porozmawiać z twoim ojcem, Adamie. Ktoś, z czyim zdaniem 
się liczy, ktoś taki, jak... ty. 

- Ja? - powtórzył z niedowierzaniem. - Ojciec na pewno 

nie zechce mnie wysłuchać. 

- Ależ wysłucha cię - wtrąciła Erica. - Czy nakłaniałby 

cię do pracy w firmie, gdyby nie ufał twojemu osądowi? 

Adam poczuł ukłucie w sercu. 
- Fakt pozostaje faktem - upierał się. - Nie mam zamia­

ru angażować się w interesy, a ojciec i tak zawsze robi, co 
chce. 

- Nie chodzi mi o to, żebyś mu radził w interesach - tłu­

maczyła Erica. - Powiedz mu tylko, jak bardzo ci na nim za­
leży i że rodzina się boi, że go utraci. Właśnie tak postąpiłaby 
Kate. 

Trudno się było z tym nie zgodzić. W głębi serca wiedział, 

że matka ma rację, ale... Spojrzał na młodą kobietę, która tak 
odmieniła jego życie. Nie po raz pierwszy dała mu wskazówkę, 
pokazała drogę. Zdał sobie sprawę, że gdyby nie Laura, wciąż 
miotałby się w ciemnościach, zastanawiał, dlaczego dzieci go 
nie kochają, bezowocnie szukał pracy i odpychał od siebie 

człowieka, którego miłości i aprobaty pragnął od dzieciństwa. 
Gdyby nie Laura... Przeszedł go zimny dreszcz. 

- Zadzwonię jutro do taty i zaproszę go na lunch - oznaj­

mił w końcu. 

Rozejrzał się po wielkiej, eleganckiej sali, nie zwracając 

uwagi na gwar rozmów. Ciekawe, czy ojciec już przyszedł? 
Jego wzrok przyciągnęła jakaś ubrana na czarno kobieta przy 

background image

155 

stole nieco ukrytym za kolumną pośrodku restauracji. Jej twarz 

przysłaniała gruba woalka, ale w jej postaci było coś znajo­
mego. Zanim zdążył się nad tym zastanowić, kątem oka spo­

strzegł jakiś ruch. Ojciec machał do niego z drugiego końca 
sali. Przyszedł wcześniej, co znaczyło, że mu zależy. Adam 
ucieszył się, lecz nie potrafił stłumić poczucia winy. Podczas 
rozmowy telefonicznej słyszał radość w głosie ojca. Nie spo­
dziewał się, że zwykłe zaproszenie na lunch tak go uraduje. 
Zawstydziło go to, bo przecież mógł wykonać ten prosty gest 
dużo wcześniej. 

Kiedy podszedł do stołu ojca, po drodze rozpinając mary­

narkę, Jake wstał i wyciągnął ramiona. Energicznie uścisnęli 

sobie dłonie i serdecznie poklepali się po plecach. Zdał sobie 
sprawę, że ojciec często witał się z nim w ten sposób, więc 

nie był taki chłodny, jak mu się wydawało. 

- Boję się nawet zgadywać, dlaczego mnie tu zaprosiłeś 

- powiedział Jake, kiedy przeglądali menu. - Czyżbyś się 

w końcu zainteresował naszym rodzinnym biznesem? 

Adam roześmiał się, zdziwiony, że tym razem to pytanie 

wcale go nie rozgniewało. 

- Przykro mi, tato. Rodzinne spółki nadal będą musiały 

sobie radzić beze mnie. Zdradzę ci, że znalazłem już zajęcie, 
a dokładnie mówiąc, będę je miał, kiedy sfinalizuję transakcję. 

Jake zaakceptował tę nowinę ze spokojem. 
- Co to za praca? 
- Ostatnio odkryłem w sobie zamiłowanie do antyków -

wyjaśnił Adam, uśmiechając się do siebie. Opowiedział ojcu 
o swej decyzji kupna antykwariatu Jane. Ku jego zaskoczeniu 
Jake nie skrytykował jego wyboru. 

- Jeszcze nie słyszałem, żebyś mówił o czymś z takim en-

background image

156 

tuzjazmem. Co więcej, wydaje mi się, że ostatnio jesteś bardzo 
szczęśliwy. 

Adam zmarszczył brwi. Czyżby miał to wypisane na czole? 

A może po prostu dawniej był wyjątkowo zgorzkniały? 

- Co masz na myśli, mówiąc „ostatnio"? 
Jake przechylił głowę, jakby się zastanawiał, na ile się zdra­

dzić ze swoimi przemyśleniami. Najwyraźniej postanowił po­
wiedzieć wszystko. 

- Wreszcie wyglądasz... jak człowiek spełniony. Wiem, że 

śmierć Diany tobą wstrząsnęła, ale wiem też, że nie byłeś z nią 
szczęśliwy. Już dawno się domyśliłem, że wojsko było dla cie­

bie ucieczką od małżeństwa. 

- Ależ to jakaś niedorzeczność - zaprotestował, lecz słowa 

ojca nim wstrząsnęły. 

Jake niedbale wzruszył ramionami. 
- Wcale nie, synu. Wiem, jak wygląda zakochany męż­

czyzna, jak się zachowuje, co jest dla niego najważniejsze. Mał­
żeństwo nie było dla ciebie najważniejsze. Oczywiście, speł­
niałeś wszystkie oczekiwania Diany, ale żadne z was nie pra­
cowało nad tym związkiem. Nawet kiedyś jej mówiłem, że 
źle robi, pozwalając ci na ucieczkę. 

- A co ci odpowiedziała? - zapytał, udając, że go to nie­

wiele obchodzi. 

Jake westchnął. 
- Stwierdziła, że jest bardzo zadowolona ze swojego życia 

i że jeśli przed kimkolwiek uciekasz, to przede mną. 

Adam miał pogodną minę, ale w jego głosie słychać było 

gorzki smutek. 

- Cieszę się, że była szczęśliwa. A jeśli chodzi o to, czy 

uciekałem od ciebie... 

background image

157 

- Nie musisz mi nic wyjaśniać - przerwał mu szorstko oj­

ciec. - Chciałem ci tylko uzmysłowić, że nie kochałeś Diany, 
za to teraz kogoś kochasz. 

- Skąd ci to przyszło do głowy? 
- Rozpoznaję to spojrzenie. Ja też tak wyglądałem, kiedy 

poznałem twoją matkę. 

Adam wykorzystał okazję, żeby zmienić temat. 
- A więc kochasz mamę? W dziwny sposób to okazujesz. 

Wyprowadziłeś się do domu dziadka. 

- Moje uczucia do twojej matki nie mają z tym nic wspól­

nego - tłumaczył Jake z rezygnacją. 

- Więc dlaczego odszedłeś? 

Ojciec miał taką minę, jakby dźwigał na barkach ciężar 

całego świata. 

- Nie mogę ci tego wytłumaczyć. Ani tobie, ani twojej 

matce. 

- Spróbuj. 
Ta propozycja niemal go rozbawiła. 
- Oboje nie wierzycie, że robię to, co dla nas najlepsze. 
Adam instynktownie pojął, że nadszedł czas, by zmienić 

charakter stosunków łączących go z ojcem. Nie chciał więcej 
się z nim kłócić, walczyć o to, by za wszelką cenę postawić 
na swoim. Nie chciał uciekać. Pragnął tylko... pokoju. 

Impulsywnie chwycił ojca za rękę, wyczuwając, że same 

słowa nie wystarczą. 

- Ufam ci, tato - powiedział. - Nie mam wątpliwości, że 

postępujesz jak możesz najlepiej. Przyszedłem tu właśnie po 
to, żeby ci to powiedzieć. I jeszcze, że... - Okazało się to 
trudniejsze, niż się spodziewał. - Bardzo cię kocham. 

Jake Fortune wyglądał, jakby go ktoś zaatakował. Potem 

background image

158 

usta mu zadrżały. Uścisnął rękę syna i niespokojnie poruszył 
się na krześle. Stopniowo odzyskiwał panowanie nad sobą. 

- Oczywiście, że mnie kochasz. Tak samo... jak ja ciebie. 

- Ostatnie słowa wymówił szybko i niemal natychmiast znów 
przybrał nonszalancką pozę. - Co do tego nigdy nie było wąt­
pliwości. - Spuścił głowę i bawił się serwetką, starając się nie 
pociągać nosem. 

Adam czuł ucisk w gardle i łzy pod powiekami. Kilka razy 

odetchnął głębiej, żeby się uspokoić. 

- Skoro już to sobie wyjaśniliśmy - zaczął oficjalnym to­

nem - to może wrócisz do domu albo przynajmniej zadzwonisz 
do mamy. 

Jake skrzywił się. 
- Nie mam jej nic do powiedzenia. Nic się nie zmieniło. 
- Możesz jej powiedzieć to, co właśnie powiedziałeś mnie 

- zasugerował Adam. - A potem możecie razem zaplanować 
przyjęcie dla Rocky i Luke'a. - Jake znów się skrzywił, ale 

syn nie ustępował. - Luke zasługuje na oficjalne powitanie, 
a Rocky na błogosławieństwo rodziców. Poza tym będzie to 

dobra okazja, żebyśmy pokazali reszcie, że nadal ci ufamy. 

Jake przeciągle spojrzał w oczy syna. 
- Zrobilibyście to dla mnie? 
- Oczywiście. Rozmawiałem niedawno z Caroline. Wraz 

z Nickiem stoi po twojej stronie, Allie również. Jestem pewien, 
że Natalie i Rachel myślą tak samo. A jeśli sądzisz, że to po­
może, zadzwonię nawet do ciotki Lindsay i ciotki Rebeki. Da­
my im do zrozumienia, że oczekujemy ich poparcia. 

Ojciec nadal miał poważna minę. 
- Nie wiem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie. Tym razem 

Nathaniel wydaje się zdeterminowany. Ale nie wiesz, jak bar-

background image

159 

dzo ci jestem... - Głos mu zadrżał, ale nie musiał już więcej 
mówić. 

Zbliżył się do nich kelner z zamówionymi daniami, więc 

Adam rozłożył serwetę na kolanach. 

- Zadzwonisz do mamy i powiesz jej, że wydajemy przy­

jęcie, czy ja mam to zrobić? 

- Zadzwonię sam. - Ojciec chwilę milczał. - Ale powiedz 

mi, co cię tak odmieniło. Skąd to nowe podejście do życia? 

Kelner właśnie zaczął nakładać potrawy na talerze, więc 

na chwilę zamilkli. Adam nagle poczuł, że musi jeszcze raz 
spojrzeć na tę zawoalowaną kobietę. Obejrzał się, ale jej krzesło 
było puste. Potrząsnął głową i uśmiechnął się lekko. 

- Jedz, tato, a ja ci opowiem o wyczynach twoich wnuków. 
Jake chciał zaprotestować, lecz tylko skinął głową. 
- Z przyjemnością posłucham. 

Na miłej rozmowie upłynęło im pół godziny. Kiedy kelner 

przyniósł rachunek, żartobliwie się spierali, kto ma zapłacić. 
W końcu, po raz pierwszy, Adam wygrał. Jake'owi bardzo się 
nie podobało, że syn stawia mu lunch, ale jakoś to przełknął. 
Ojciec był umówiony jeszcze z kimś, więc Adam wstał, by 

się pożegnać. Ich uścisk był serdeczny jak nigdy. Gdy się roz­
dzielili, Jake był bardzo wzruszony, ale szybko przybrał bez­

troską minę, ponieważ dostrzegł, że zbliża się znajomy, z któ­
rym miał się spotkać w interesach. Z szerokim uśmiechem 
przedstawił mu Adama. 

- To jest mój syn. Przed chwilą zafundował mi lunch. 
Adam nigdy przedtem nie widział przybysza, ale ten 

najwyraźniej był dobrym znajomym ojca. 

- Zazdroszczę ci - stwierdził. - Mój syn funduje mi tylko 

kłopoty. 

background image

160 

Jake z dumą poklepał Adama po plecach. 
- Mój syn to były wojskowy, teraz będzie się zajmował 

zupełnie czym innym. A żebyś zobaczył jego dzieci! Po prostu 
aniołki. 

- Raczej diabełki, ale dzięki nim czuję, że żyję - roześmiał 

się Adam. 

Rozstali się w radosnym nastroju. Kiedy Adam zmierzał 

do wyjścia, ogarnęło go dziwne uczucie. Zatrzymał się i ro­
zejrzał dokoła. Dostrzegł kobietę w czerni. Miała na sobie duży 

kapelusz z gęstą woalką, przesłaniającą jej twarz. W okrytej 
czarną rękawiczką ręce trzymała białą chustkę i wyglądała tak, 

jakby płakała. Kiedy zauważyła, że na nią patrzy, zesztywniała, 

więc odwrócił wzrok i poszedł dalej. Nagle zdał sobie sprawę, 
kogo mu przypomina, ruchami i postawą. 

Kate! Nie dość, że miękło mu serce, to jeszcze wzrok za­

czynał płatać figle. To pewnie życie cywila ma na niego taki 
zgubny wpływ. A może po prostu Kate byłaby zadowolona 
z tego, co tu dzisiaj zaszło, i dlatego wydawało mu się, że ją 
spotkał. Miał nadzieję, że patrzy na niego gdzieś z góry i widzi, 

jak dobrze mu się przysłużył spadek, który mu zapisała. 

Laura czekała jak na szpilkach. Kiedy usłyszała odgłos 

otwierającej się bramy do garażu, pobiegła Adamowi na spot­
kanie. Chłopcy spali, a Wendy zajęła się kolorowaniem obraz­
ków. Spotkali się w drzwiach. Na jej widok twarz mu się roz­

jaśniła. 

- Bardzo jesteś ciekawa, jaki efekt przyniosło twoje wtrą­

canie się w cudze sprawy, co? 

- Wcale się nie wtrącałam! - broniła się. - Po prostu coś 

zasugerowałam, a twoja mama to podchwyciła. Zresztą, była 

background image

161 

to bardzo rozsądna sugestia. - Adam milczał. Powoli zdejmo­
wał płaszcz i wieszał w szafie. W końcu zniecierpliwiona Lau­
ra tupnęła nogą. - No i jak poszło? 

Ku jej zdziwieniu Adam sprawdził, czy w korytarzu jest 

pusto. Potem zatarł ręce i przyciągnął ją do siebie. 

- Miałaś rację - oznajmił. - Wszystko poszło doskonale. 

Dziękuję. 

- Tak się cieszę. Choć, prawdę mówiąc, od początku... 
- Och, cicho bądź! - nakazał i bez zbędnych wstępów za­

czął ją całować. 

Wiedziała, że powinna go odepchnąć, ale nie miała na to 

ochoty. Objęła go i przytuliła się mocniej. Po krótkiej chwili 
poczuła jego pobudzoną męskość. Wiele by dała, żeby... 

- Tatusiu! 
Pełen oburzenia dziecięcy głosik zupełnie nie pasował do 

jej nastroju. Odskoczyli od siebie jak oparzeni, a Laura z im­

petem wpadła na ścianę i Adam musiał ją podtrzymać, by nie 
straciła równowagi. Wendy patrzyła wyczekująco, niecierpliwie 
stukając stopą o podłogę. 

- Tatusiu, co robiłeś Laurze? - zapytała surowo. 
Adam z diabelskim błyskiem w oku spojrzał na Laurę. Po­

chylił się i spojrzał córce prosto w oczy. 

- Całowałem ją - powiedział bez ogródek. Wyprostował 

się, przyciągnął Laurę i mocno pocałował ją w usta, a potem 
znów spojrzał na Wendy. -I bardzo dobrze mi to szło. A teraz 

uciekaj. 

Laura nie posiadała się ze zdumienia, kiedy dziewczynka 

wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się. 

- Dobrze - odrzekła zgodnie i podśpiewując, odbiegła. 
Adam roześmiał się serdecznie. 

background image

162 

- Wydaje mi się, że nie ma nic przeciwko temu - oznajmił 

oszołomionej Laurze. Zanim oprzytomniała, znów zaczął ją go­
rąco całować. Objęła go, ale nie potrafiła całkiem się zapo­
mnieć. 

- Adam, nie powinniśmy. Wkrótce będę musiała... 
Chwycił ją za ramiona i mocno potrząsnął. 
- Przestań. Nie teraz. Pozwól mi choć przez chwilę być 

szczęśliwym. 

Nie potrafiła się oprzeć takiej prośbie. Zatraciła się w po­

całunku, zapominając o strachu. Po raz pierwszy zaświtała jej 
w głowie pewna myśl. Może jednak nie będzie musiała od­
chodzić. Być może Doyal jednak jej nie znajdzie, może nawet 

już zrezygnował z poszukiwań. Czy ma porzucić wszystko, na 

czym jej zależy, tylko dlatego, że wyolbrzymia grożące jej nie­
bezpieczeństwo? 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

- Witajcie, moje skarby! - Erica przystanęła w drzwiach 

jadalni i uśmiechnęła się do wnuków. 

Wyglądała jak zwykle pięknie i elegancko, a w jej oczach 

Laura dostrzegła jakieś nowe, jasne światło. 

Adam wstał i wskazał matce krzesło przy stole. 
- Może zjesz coś z nami? - zaproponował. 

Erica spojrzała na nich, jakby chciała nasycić się widokiem 

zgromadzonej przy stole rodziny, i potrząsnęła głową. 

- Nie, dziękuję. Przyszłam tylko powiedzieć, że nasz mały 

spisek się udał. Ojciec wyraził zgodę na przyjęcie. 

- Tak, wiem - odrzekł Adam z błyskiem w oku. 
Erica spojrzała na Laurę. 
- Chciałam ci podziękować, Lauro. 
- A za co? - spytała dziewczyna, trochę zmieszana. 
- Za wiele rzeczy. Ale zwłaszcza za to, że przekonałaś Ada­

ma, żeby zawarł pokój z ojcem. - Przeniosła wzrok na syna. 
- Jake jeszcze nigdy nie był taki... uczuciowy. Bardzo mu 
pomogłeś. 

Adam schylił głowę i odchrząknął. 
- Tak, zdaje się, że z wiekiem... zaczyna mięknąć. 
- Nie powiemy mu tego! - Roześmiała się, szczęśliwa 

i spokojna. - A jeśli chodzi o przyjęcie... Ojciec zasugerował 

background image

164 

barbecue albo, jeszcze gorzej, kuchnię polową. Ty znasz Luke'a 
i jego upodobania. Co byś mi radził? 

- Cóż... Luke to człowiek o barwnej przeszłości i dużym 

poczuciu odpowiedzialności. Wydaje mi się, że będzie się czuł 
trochę skrępowany bez względu na to, co podasz. 

- Rozumiem. - Erica zagryzła wargi. - A więc nic osten­

tacyjnego, głównie przekąski. 

- Jak cię znam, to będzie bardzo eleganckie przyjęcie. -

Adam ucałował matkę w czubek głowy. 

- Eleganckie, ale niezbyt oficjalne - obiecała Erica. -

Teraz siadaj i jedz. Ja jeszcze uściskam wnuki na pożeg­
nanie. 

Adam doprowadził ją do szczytu stołu, potem usiadł i roz­

łożył sobie serwetę na kolanach. Erica ucałowała rozchichota­

nych chłopców, a gdy podeszła do Wendy, dziewczynka przy­
klękła na krześle, zarzuciła babci ręce na szyję i coś wyszeptała 

jej do ucha. Erica uniosła brwi i spojrzała na syna, potem na 

Laurę. 

- Naprawdę to zrobił? - zapytała, roześmiała się cicho 

i dodała coś szeptem wprost do ucha wnuczki. 

Laura poczuła, że policzki ją pieką. Domyśliła się, co We­

ndy powiedziała babci, a na wspomnienie tamtego pocałunku 
w korytarzu zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Właściwie sło­
wo „pocałunek" nie opisywało tego, ci się tam stało. Gdyby 
chłopcy się nie obudzili... 

Erica pocałowała Wendy i podeszła do Laury. 
- Jake mówi, że jesteś cudotwórczynią - powiedziała ci­

cho. - Podzielam jego zdanie. - Ku zaskoczeniu Laury, po­
chyliła się, przyłożyła aksamitny policzek do policzka dziew­
czyny i lekko ją uściskała. Laura nie mogła wydobyć z siebie 

background image

165 

słowa. - Cóż, muszę uciekać. Miłej kolacji. Zadzwonię i po­
dam wam datę przyjęcia. 

- Odprowadzę cię. - Adam podniósł się zza stołu. 
- Nie trzeba. - Przesłała im pocałunek i szybko wyszła 

z jadalni, puszczając oko do Wendy. 

Laura spojrzała na Adama. 
- Uszczęśliwiłeś ją. 
- Ja? To ty jesteś cudotwórczynią. 
- Nie wygłupiaj się. 
- Kto się wygłupia? Nikt nie wie lepiej ode mnie, jakie 

zmiany wniosłaś do tej rodziny. - Chciała coś odpowiedzieć, 
ale położył jej palec na ustach. - A kto wprowadził zmiany 
w moim życiu? Kto zwrócił moją uwagę na to, o czym wszy­
scy wiedzieli, ale nikt mi nic nie mówił? Inna sprawa, że pew­
nie bym nikogo nie słuchał. Kto pomógł mi zrozumieć, co 
mnie naprawdę interesuje? Kto mi pokazał, że trochę szczerego 
uczucia leczy duszę? - Spojrzał znacząco na dzieci. - Kto 
mnie ocalił przed całkowitym chaosem? 

- To również twoja zasługa - upierała się. 
Z uśmiechem zaczął jeść. 
- Bardzo się cieszę z tego przyjęcia - stwierdził, zmienia­

jąc temat. - Zabawimy się. 

- Na pewno będziesz się dobrze bawił - mruknęła. 
Adam odłożył nóż i widelec. 
- Nie. Oboje będziemy się dobrze bawić - poprawił ją. 
- Oboje? - powtórzyła zaskoczona. 
- Nie sądzisz chyba, że pójdę tam sam. 
- Och, ale... - Laura była oszołomiona. - To przecież ro­

dzinna impreza. Jestem pewna, że twoja matka nie przewiduje 
mnie na liście gości. I nie szkodzi. Doskonale to rozumiem. 

background image

166 

- Oczywiście, że mama chce cię zaprosić, a gdyby jakimś 

cudem o tym zapomniała, to ja bym to zrobił. 

- Ale ja nie mogę... 

Odchylił się od stołu. 

- Możesz i pójdziesz. To przecież dzięki tobie przyjęcie 

dojdzie do skutku, bo ty namówiłaś mnie do rozmowy z ojcem. 
Nawet sobie nie wyobrażam, że mógłbym tam nie pójść. Rocky 
to moja młodsza siostra, no i znam Luke'a. Będzie mu łatwiej, 

jeśli w tłumie zobaczy znajomą twarz. 

- Ależ, Adamie, ty musisz pójść, natomiast ja nie należę 

do rodziny i taka rodzinna gala to nie miejsce dla mnie. 

- Pójdziesz, bo bez ciebie na pewno się tam nie pokażę 

- oznajmił stanowczo. Chwycił sztućce, odkroił kawałek przy­
rządzonego przez Beverly kurczaka z bazylią i zaczął ener­
gicznie jeść. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nagle po­
chylił się ku niej. - Nie będziemy o tym więcej dyskutować. 
Chcę, żebyś ze mną poszła, moja matka się ciebie spodziewa, 
i tata również, tego jestem pewien. 

Uśmiechnęła się nieśmiało. Jeśli on tak bardzo tego chce, 

a jego rodzice aprobują jej obecność, to niech będzie. Pozostał 
tylko jeden problem, o którym trudno jej było mówić. Zagryzła 
wargi i powiedziała cicho: 

- Ale ja nie mam w co się ubrać... 
Lekceważąco machnął ręką. 
- O to się nie martw. Wybierzemy się po zakupy. 
Dla niego to był drobiazg, ale dla Laury wielki problem. 

Nie chciała skompromitować go przed rodziną nieodpowied­
nim strojem, ale nie chciała też wydawać jego pieniędzy na 
suknię wieczorową. Przyszło jej do głowy, że być może na 
zakup kreacji wystarczą jej niewielkie oszczędności. 

background image

167 

Postanowiła zadzwonić do Jane lub nawet do Eriki i po­

prosić o radę w sprawie stroju. Będzie musiała pojechać do 
miasta, by znaleźć coś odpowiedniego. Na chwilę wrócił dawny 
strach, że narazi się na spotkanie z Doyalem, ale wytłumaczyła 
sobie, że Minneapolis to wielkie miasto i ryzyko natknięcia 
się na Doyala jest bardzo nikłe. Poza tym, może już przestał 

jej szukać, stwierdziwszy, że nie poszła na policję i już pewnie 

nie pójdzie, choćby z obawy o samą siebie. 

Adam wziął ją za rękę, wyrywając z zamyślenia. 
- Czym się martwisz? Nikt cię tam przecież nie ugryzie. No, 

chyba że ja. - Żartobliwie chwycił zębami grzbiet jej dłoni, a po­
tem ucałował to samo miejsce. Poczuła, że przechodzi ją dreszcz. 

- Tatusiu, pocałuj ją jeszcze raz! - zawołała Wendy. 
Adam wypuścił dłoń Laury, a ona się zaczerwieniła. Ryan 

zakrył sobie ręką usta, jakby się bał, że ojciec i jego zechce 
pocałować, a Robbie zaczął chichotać jak opętany i głośno 
cmokać. Adam spojrzał na Laurę przepraszająco i uciszył dzie­
ci spojrzeniem. 

- Jedzcie - nakazał surowo, a potem puścił do nich oko. 

Trzy głowy pochyliły się nad talerzami. Adam przysunął się 
do Laury, osłonił dłonią usta i wyszeptał: - Później... 

Laura czuła, że robi jej się gorąco. Miała ochotę wymierzyć 

mu kuksańca. To wszystko jego wina. Gdyby nie patrzył na 
nią tak, jakby chciał ją zjeść na miejscu, gdyby jego dotyk 
nie przyprawiał ją o elektryzujące dreszcze, gdyby nie rozko­
chał jej w sobie... 

Tak, właśnie to był główny problem. Chociaż bardzo się 

starała, nie potrafiła stłumić w sobie miłości do Adama. A trze­
ba było prawdziwego cudu, by ta miłość nie złamała jej serca. 

background image

168 

Postanowiła nie dzwonić do matki Adama, ponieważ nie 

chciała się narzucać. Została jej Jane, ale zanim zebrała się na 
odwagę, by do niej zadzwonić, w jej głowie powstała wizja 
wymarzonej sukni, na której widok nawet księżniczka z bajki 

pozieleniałaby z zazdrości. Słowa Jane podziałały na nią jak 
kubeł zimnej wody. 

- Och, ja pewnie włożę jakieś bardziej eleganckie spodnie 

i jedwabną bluzkę, czy coś w tym guście - oznajmiła Jane. 
- Szczerze mówiąc, jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. 

Laura ze wstydem stwierdziła w duchu, że ona ostatnio 

właściwie nie myśli o niczym innym. Wyobrażała sobie, że 
pojawi się na przyjęciu u boku Adama ubrana w olśniewającą 
kreację, nabytą za wyjątkowo przystępną cenę. Jane zasuge­

rowała jej trzy różne sklepy, w których jej zdaniem można 

znaleźć coś odpowiedniego. Adam jednak nie zamierzał sko­
rzystać z rady Jane i zdecydował, że odwiedzą pewien ele­
gancki dom towarowy w centrum. 

- Muszę też kupić coś dla dzieci - wyjaśnił. - Przecież 

chcemy, żeby wyglądały jak najlepiej, dla uhonorowania Rocky 
i Luke'a. 

A więc znów „my". Zawsze robiło jej się ciepło na sercu, 

kiedy używał tej formy. Wiedziała jednak, że igra z ogniem. 
To prawda, Adam jest z nią szczęśliwy, ale nawet jeśli Doyal 

jej teraz nie znajdzie, to i tak nie ma gwarancji na przyszłość. 

Gdy Adam stanie pewnie na nogach, rozkręci interes, może 
zechcieć zmienić tryb życia na bardziej luksusowy i poszuka 
innej partnerki. Na pewno jest wiele kobiet z towarzystwa, ele­
ganckich i wykształconych, które chętnie by się zajęły Ada­
mem i jego dziećmi. Te kobiety na pewno widywały handlarzy 
narkotyków jedynie na filmach. Nie miała wątpliwości, że 

background image

169 

zmierza ku katastrofie, lecz wiedziała, że to, co miała przeżyć 

przedtem, to będą najpiękniejsze chwile w jej nieszczęśliwym 
życiu. 

Ku zaskoczeniu Laury dzieci nie pojechały z nimi po za­

kupy. Adam poprosił o opiekę nad nimi swoją ciotkę, Rebekę, 
która okazała się być młodą, ładną kobietą, obdarzoną wielką 
intuicją i równie fascynującą jak powieści kryminalne, które 
pisywała. 

- Potrzebuje jakiejś olśniewającej kreacji - powiedziała 

Adamowi, uważnie przyjrzawszy się Laurze. - Wybranie cze­
goś odpowiedniego dla tak pięknej dziewczyny nie będzie trud­
ne. Nawet dla ciebie, Adamie. 

Adam pociągnął Laurę do drzwi. 
- Ona już i tak jest olśniewająca - rzucił na odchodnym. 
Rebeka uśmiechnęła się tajemniczo. Jej spojrzenie mówiło: 

ciebie już dawno olśniła. 

Do miasta pojechali samochodem z napędem na cztery ko­

ła, na wypadek, gdyby drogi nadal były zaśnieżone. Ku za­
skoczeniu Laury, przez całą drogę słuchali muzyki klasycznej, 
głównie Czajkowskiego, który był jego ulubionym kompozy­
torem. Laura, dzięki siostrze Agnes, była miłośniczką Mozarta, 
ale swoje jedyne taśmy zostawiła w Kolorado. Dopiero teraz 
zdała sobie sprawę, jak bardzo brakowało jej muzyki. Adam 
zauważył, z jaką przyjemnością jej słucha, wybijając przy tym 
rytm stopą. 

- To bardzo wciąga, prawda? - skomentował. 
- Jak widać. - Roześmiała się. 
Przez chwilę nucił pod nosem, a potem powiedział: 
- Diana była wielbicielką popu. Ja jakoś nie potrafiłem się 

do niego przekonać. Wolę coś... trudniejszego. 

background image

170 

- Tak, to cały ty - stwierdziła pogodnie. 
- Ty też jesteś takim trudnym wyzwaniem. - Adam patrzył 

to na nią, to na drogę. - Czasami nawet trochę nadto trudnym. 

Poczuła ciężar na sercu i spuściła wzrok. Zastanowiła się 

nad odpowiedzią. 

- Wcale nie chcę być wyzwaniem - rzekła w końcu. -

Chyba po prostu trochę się ciebie boję. 

- Jak to? 

Starannie dobierała słowa. 

- Teraz znalazłam się najbliżej tego, co zawsze chciałam 

w życiu osiągnąć. To jest... zbyt piękne, żeby było prawdziwe. 

Spojrzał na nią przenikliwie. 

- A" co takiego chcesz w życiu osiągnąć? 
- Chcę mieć dom, rodzinę... kogoś własnego. 
- Tego nie trzeba się bać. To się nazywa bezpieczeństwo 

i miłość. 

Miłość. To słowo zawisło między nimi niby tęcza, tak bli­

ska, a jednak tak daleka. Czy zniknie, jeśli Laura ku niej sięg­

nie? Jeszcze nie miała odwagi spróbować. 

Jechali dalej przy dźwiękach muzyki, pogrążeni w myślach. 

Wkrótce dotarli do centrum miasta i stanęli przed budynkiem 
z błyszczącego granitu. Laura nigdy jeszcze nie robiła zakupów 
w domu towarowym, w którym personel odprowadza samo­

chody klientów na parking, a windę obsługuje windziarz. Uz­
nała, że to dla niej o wiele za eleganckie miejsce, nawet jeszcze 
zanim się okazało, że obsługiwać ich będzie nie sprzedawczyni, 
tylko osobista konsultantka, chuda kobieta w średnim wieku, 
znacznie lepiej ubrana niż Laura. Zaprowadziła ich do nie­
wielkiej salki i wypytała o cel zakupów. 

Laura zauważyła, że tutaj nazwisko Adama robi równie 

background image

171 

wielkie wrażenie, jak w małym St. Cloud. Jej osoba natomiast 
nie wywarła żadnego wrażenia. Konsultantka spojrzała na nią 
chłodno i raczej krytycznie, gdy Adam wyjaśnił, że panna Be-
aumont potrzebuje wieczorowej kreacji na rodzinne przyjęcie. 

- Czy przyjęcie będzie miało temat przewodni? - zapytała 

konsultantka, którą Laura nazwała w myślach nadętą snobką. 

- Nie, nic takiego. Będzie eleganckie, ale nie sztywne. 

Konsultantka dała znak Laurze, by wstała. Zmierzyła ją 

wzrokiem od góry do dołu i powiedziała do swojej pomocnicy, 
dyskretnie krążącej w pobliżu: 

- Rozmiar osiem, może sześć. - Przez chwilę patrzyła zna­

cząco na biust Laury, a potem lekko pociągnęła nosem i po­
kręciła głową. - Nie, rozmiar osiem będzie lepszy, najwyżej 
trzeba będzie zwęzić w talii. - Klasnęła w dłonie i na ten syg­
nał podano im kawę i herbatę, a uniżeni sprzedawcy przynieśli 
im chyba pół sklepu. 

Laura jeszcze nigdy nie widziała tylu pięknych strojów. 

Niektóre były dziwaczne, inne zapierały dech w piersiach - ale 
żaden się dla niej nie nadawał. Po niemal godzinie Adam wstał 
i odwołał panią Nadętą na bok. Chwilę coś szeptali, żywo ge­
stykulując, a potem pani Nadęta znów klasnęła w dłonie i suk­
nie zniknęły. 

- Co się dzieje? - spytała Laura, gdy Adam usiadł. 
- Zobaczysz. - Uśmiechnął się i poklepał ją po kolanie. 
Omal nie spadła z krzesła, kiedy po chwili rozpoczął się 

pokaz mody. Cztery wysokie, długonogie modelki przechadza­
ły się przed nimi po miękkim dywanie, prezentując jedną kre­
ację po drugiej. Laura patrzyła na to oniemiała z wrażenia. 
Nagle Adama zawołał: 

- To jest to! 

background image

172 

Laura nie wiedziała, która z sukien przykuła uwagę Adama, 

ale była pewna, że w żadnej z nich nie będzie wyglądała tak 

pięknie jak modelki. Konsultantka od razu odgadła, o który 
strój chodzi. Ruchem dłoni kazała zostać jednej modelce, od­
prawiając pozostałe. Wybór padł na krótką suknię bez ramią-
czek, o obcisłej, ozdobionej drapowaniem górze i spódnicy 
w typie sarongu, o zachodzących na siebie połach, związanej 
w talii na zgrabny węzeł. 

- To dobry fason, tylko zły kolor - oznajmił Adam. 
Konsultantka zamieniła kilka słów ze swoim personelem. 

Po krótkiej chwili przyniesiono im nie tylko kilka sukni w róż­
nych kolorach, ale również buty, pończochy, a nawet bieliznę 

- koronkową i szokująco skąpą - a wszystko to w dobranych 
do sukien odcieniach bieli, żółci, błękitu, zieleni, różu i czerni. 

- Biała - zadecydował Adam, chociaż Laura, gdyby miała 

wybierać, zdecydowałaby się na różową. 

- Doskonały wybór - zagruchała pani Nadęta. - Co pra­

wda, to nie jest sezon na biel, ale doskonale nadaje się na 
wieczór. Fason też jest odpowiedni. Nie trzeba będzie nic prze­
rabiać, po prostu ciaśniej zwiążemy sarong w talii. - Spojrzała 
z góry na Laurę. - Proszę za mną - poleciła. 

Laura niepewnie podążyła za nią do przymierzami, gdzie 

czekały na nią stroje. Pomocnice Nadętej natychmiast zdjęły 
z niej ubranie, a potem pomogły włożyć kreację i wszystkie 
niezbędne dodatki. Zanim Laura się zorientowała, co się dzieje, 
miała na sobie błyszczące, nieprzezroczyste pończochy, które 
nie spodobały jej się od pierwszego wejrzenia. Jej nogi wy­
glądały w nich grubo i brzydko. Kiedy zwróciła na to uwagę 
pani Nadętej, ta tylko pociągnęła nosem i oznajmiła: 

- Niech pan Fortune o tym zadecyduje. 

background image

173 

Laura wyszła z przymierzalni, lekko chwiejąc się na zbyt 

wysokich obcasach, i z bladym uśmiechem rzekła do Adama: 

- Nie podobają mi się te pończochy. A w tych butach zaraz 

zwichnę sobie kostkę. 

- Proszę zmienić pończochy i buty - polecił Adam. 
Laura miała ochotę pokazać konsultantce język, kiedy ta 

z usłużnym uśmiechem wypełniła polecenie Adama. Wróciła 
do przymierzalni i po chwili stanęła przed Adamem w cien­
kich, białych pończochach i butach na niższym obcasie. Adam 
pochwalił zmiany, ale w jego oczach pojawił się cień wątpli­
wości. 

- Zobaczmy jeszcze, jak to będzie wyglądało w kolorze 

różowym - zaproponowała Laura. 

Pani Nadęta nawet nie mrugnęła okiem, dopóki Adam nie 

skinął przyzwalająco głową. Tym razem jednak Laura nie dała 
się zdominować. Poprosiła o większy wybór dodatków i po 

krótkim namyśle zdecydowała się na cieniutkie, beżowe poń­
czochy i pantofelki na cienkim, niezbyt wysokim obcasie, oz­
dobione na czubku motywem przypominającym drapowanie na 

jej sukni. Różniły się nieco odcieniem od sukni, ale jedna z po­

mocnic powiedziała jej szeptem, że buty można ufarbować na 
dowolny kolor. Laura przebrała się bez niczyjej pomocy i po 
kilku minutach wyszła z przymierzalni naturalnym, pewnym 
krokiem. 

Adam z entuzjazmem pochwalił jej wybór. Konsultantka 

doradziła mu jeszcze kupno płaszczyka z kremowego jedwabiu 
na różowej podszewce, kolczyków i bransoletki z syntetycz­
nych kamieni, zwanych „różowym lodem". Laura stanowczo 
twierdziła, że tego nie potrzebuje, ale Adam nie zważając na 
nią kupił wszystko, płacąc dyskretnie podany mu rachunek. 

background image

174 

Laura wróciła do przymierzami. Duma walczyła w niej 

z kobiecą potrzebą podobania się. Może uda jej się pokryć 

koszt zakupu z oszczędności? Kobieta powiedziała, że płasz­
czyk ma obniżoną cenę. W zadumie spoglądała na swoje od­
bicie w lustrze. Jeszcze coś jej się nie podobało. Włosy. Długie 
i proste, jak nosiła je na co dzień. Co by tu z nimi zrobić? 
Mogła się poradzić Jane, Eriki lub nawet Rebeki, ale one pew­
nie nic by w jej wyglądzie nie skrytykowały, by nie urazić jej 
uczuć. Pomyślała o wyniosłej konsultantce. Ta na pewno nie 
będzie się obawiała, że sprawi jej przykrość. 

Trochę się bała zadać kobiecie to pytanie, ale ku jej za­

skoczeniu pani Nadęta po wstępnych oględzinach pokazała jej, 

jak łatwo upiąć włosy z tyłu głowy w elegancki, prosty węzeł. 

- Na powieki przyda się trochę cienia w neutralnym, be­

żowym kolorze - pouczyła ją. - Rzęsy trzeba podkreślić brą­
zowym tuszem, usta obwieść ciemniejszą konturówką i poma­
lować szminką, najlepiej różową. - Jeszcze raz oszacowała 
Laurę wzrokiem. - Może też być czerwona. Róż nie będzie 
konieczny. 

Laura podziękowała jej i przejrzała się w lustrze. Tak, teraz 

wygląda bardzo dobrze, wszystko jest takie, jak trzeba - suk­
nia, buty, fryzura, nawet pończochy. Nieważne, ile to kosztuje. 
Za wszystko zapłaci, żeby tylko Adam był z niej dumny. 

Już w dziale dziecięcym zaczęła podejrzewać, że jednak 

zakupy w tym domu są zupełnie nie na jej kieszeń. Sto sie­
demnaście dolarów za sukienkę dla małej dziewczynki! Adam 
wybrał kilka rzeczy dla Wendy, Laura zasugerowała, żeby ku­
pić jeszcze białe rajstopy, ale przy butach zawahała się. Adam 
co prawda odrysował kształt stóp dzieci na papierze, ale i tak 
się bała, że buty mogą okazać się za małe lub za duże. 

background image

175 

- A co powiesz o tych? - Pokazał jej parę bucików w stylu 

baletek, o rozciągliwych brzegach. 

Laura pochwaliła ten wybór, nie zdecydowała się natomiast 

na kupno butów dla chłopców. Postanowiła, że kupią je razem 
w St. Cloud. Za to wybrali dla malców dwie identyczne pary 

granatowych krótkich ogrodniczek, białe koszule, czerwone 
muszki i granatowe podkolanówki. 

W ostatniej chwili Adam znalazł maleńką, skórzaną torebkę 

dla Wendy i portfeliki dla chłopców, ozdobione ich ulubionymi 
postaciami z kreskówek. Potem przeszli do działu męskiego, 
gdzie znalazł dla siebie dwurzędowy smoking, odpowiednią 
koszulę z żabotem, czarną szarfę i muszkę. Laura bawiła się 
doskonale, zwłaszcza że udało jej się niepostrzeżenie dodać 
do zakupów biały, kaszmirowy szalik dla Adama. 

Potem zabrał ją na lunch do drogiej restauracji i przez cały 

czas flirtował z nią niestrudzenie. Potem odebrali zapakowane 
sprawunki i wyruszyli do domu. Laura była w doskonałym na­
stroju. Kiedy Adam włączył się do ruchu, położyła mu rękę 
na ramieniu. 

- Chcę cię o coś prosić. 

Spojrzał na nią zaintrygowany, zatrzymując na dłużej wzrok 

na jej ustach. 

- Proś, o co chcesz. 

- Jesteś bardzo hojny, ale to, o co proszę, jest dla mnie 

bardzo ważne. 

- Po prostu powiedz, co to jest. 
- Chcę, żebyś mi pozwolił zapłacić za moje rzeczy. 
Beztrosko machnął ręką. 
- Nie ma sprawy. Odtąd będziesz płaciła za wszystkie swo­

je sprawunki. 

background image

176 

- Chodzi mi o ten strój, który kupiliśmy dzisiaj. 
Spojrzał na nią zaskoczony i poruszył się niespokojnie. 

- Lauro, skarbie, to chyba nie jest najlepszy pomysł. 
- Bardzo cię proszę. To naprawdę jest dla mnie ważne. 
Potrząsnął głową. 
- Kochanie, nie wiesz nawet... To znaczy, jestem pewien, 

że mogłabyś... Po prostu uwierz mi, że to nie jest dla ciebie 
najlepsza okazja, żeby potwierdzić swoją niezależność. Tym 

razem daruj sobie. W przyszłości... 

- W przyszłości powiesz to samo - upierała się. 
- Daję ci słowo honoru, że tak nie będzie. Poza tym, ja 

cię do kupna tych rzeczy namówiłem. 

Laura westchnęła. 
- Chcę, żebyś był ze mnie dumny, ale... - zaczęła łagod­

nie, lecz Adam niespodziewanie zjechał na bok i zatrzymał 
się. Zaciągnął ręczny hamulec, objął ją i odwrócił ku sobie. 

- Czyżby ci się wydawało, że czasami się ciebie wstydzę? 
- No nie, może trochę... 
- Nic podobnego! 
Czuła, że serce mało nie wyskoczy jej z piersi. 
- Adamie, tak bardzo się starałam, żeby się w tobie nie 

zakochać. Chcę, żebyś wiedział, że nie chodzi mi o pieniądze, 
pracę, a już na pewno nie o nazwisko. Zależy mi tylko na 
tobie, wyłącznie na tobie i niech nigdy co do tego nie będzie 
żadnych wątpliwości. Cokolwiek się stanie, wiedz, że to ty 
zdobyłeś moje serce, a nie to, co cię otacza. 

- Laura... - Przyciągnął ją do siebie i pocałował. - Moja 

Laura. Nie wiesz nawet, ile te słowa dla mnie znaczą. Nikt 

. nigdy nie wprowadził w moje życie tyle światła i radości. Co 

bym zrobił, gdybyś nie stanęła na mojej drodze? 

background image

SAMOTNY OJCIEC 177 

- Na pewno nie kupiłbyś tej sukienki! - zażartowała. 
Oparł czoło o jej skroń i roześmiał się cicho. 
- Zapłać za ten ciuch, jeśli ci na tym zależy. Pamiętaj tylko, 

że kupiłbym wszystko, wszystko powiedział i zrobił, żeby cię 
przy sobie zatrzymać! 

Nie powiedziała mu, że przy nim zostanie. W głębi duszy 

wiedziała, że tylko jedna rzecz mogła ją zmusić do odejścia. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Życie jest piękne. 
Siedząc wygodnie na kanapie, Laura przeglądała czasopis­

mo. Wendy leżała na brzuchu na puszystym dywanie i cicho 
nuciła, w skupieniu kolorując obrazki w nowej książeczce. 
Wyglądała jak uosobienie szczęśliwego dzieciństwa i Laura nie 
mogła spoglądać na nią bez cichej radości i satysfakcji. 

Adam wszedł do pokoju z nosem utkwionym w grubej 

książce na temat historii amerykańskiego meblarstwa. Potknął 
się o niski stolik, ale tylko mruknął coś pod nosem i ostrożnie 
usiadł w fotelu. Nie podnosząc wzroku, przewrócił kartkę. 

Laura uśmiechnęła się do siebie. Przyglądała mu się z mi­

łością, a on jakby wyczuł na sobie jej wzrok. Opuścił książkę 
i spojrzał na nią. Chłopcy zachowywali się podejrzanie cicho, 
więc zapytała go, czy nie wie, gdzie się podziewają. Okazało 
się, że bawią się grzecznie w swoim pokoju. Przez chwilę pa­
trzyli na siebie, a powietrze miedzy nimi niemal drżało od ero­

tycznego napięcia. Nawet gdy Adam wrócił do lektury, ją nadal 
przenikało uczucie szczęścia i oczekiwania. 

Ten wspaniały nastrój pojawił się w dniu, kiedy pojechali 

do miasta po zakupy. Pamiętała każde słowo i gest Adama, 
zwłaszcza to, co powiedział pod koniec. „Kupiłbym wszystko, 
wszystko bym powiedział i zrobił, żeby cię przy sobie zatrzy­

mać!" To zdanie nadal przyprawiało ją o radosny dreszcz. Pa-

background image

179 

miętała też, jak zareagował, kiedy przyniosła mu swoje ciężko 
zarobione pieniądze i koniecznie chciała się dowiedzieć, ile 
zapłacił za jej kreację. 

Nie podobało mu się to, ale zgodził się, by zwróciła mu 

pieniądze. Kiedy się dowiedziała, o jaką sumę chodzi, niemal 
się zakrztusiła, ponieważ suma ta ponad dwukrotnie przewy­
ższała jej oszczędności. Nadal jednak upierała się przy swoim, 
więc wynegocjowali kompromis. Miała zapłacić za suknię, 
pończochy i buty, ale płaszcz, biżuteria i bielizna miały być 
prezentem od Adama. Nawet ta kwota przewyższała jej osz­
czędności, więc postanowili, że resztę spłaci w ratach. Potem 
Adam zrobił coś, co wzruszyło ją najbardziej. Zaprowadził ją 
do swojego pokoju i pokazał skrytkę w biurku. Powiedział, że 
tu będzie trzymał pieniądze, które mu dała i gdyby kiedykol­
wiek były jej potrzebne, miała je stąd wziąć, a on nie będzie 
o nic pytał. 

Przyjął od niej pieniądze, by nie urazić jej dumy, ale nie 

ograniczył jej finansowej swobody, zostawił otwartą furtkę. 
Udowodnił tym samym, że jej uczucia bardziej się dla niego 
liczą niż własne pragnienia. O tak. Życie jest bardzo, bardzo 
piękne. 

Wendy nagle wstała i podbiegła do ojca. 
- To dla ciebie. 
Adam ze szczerym zainteresowaniem obejrzał dzieło córki 

i wylewnie je pochwalił. Dziewczynka rozpromieniła się. 
Oparła się o jego kolana i wskazała na jakiś szczegół. 

- Tutaj trochę wyjechałam za linię. 
Adam przyjrzał się obrazkowi pod innym kątem. 
- Hm, rzeczywiście, ale to dobrze. Ten delikatny cień bar­

dzo tu pasuje. - „Delikatny cień" był plątaniną chaotycznych 

background image

180 

kresek, ale Wendy przyjęła pochwałę bez żadnych podejrzeń. 
Wdrapała się ojcu na kolana i zarzuciła mu ręce na szyję. 

- Kocham cię, tatusiu. 
- Ja też cię kocham, skarbie. Mam pomysł! - Zerknął na 

Laurę i zaczął coś szeptać córce do ucha. 

Wendy wróciła na dywan i znów otworzyła książeczkę, co 

chwila spoglądając na opiekunkę. Laura nie miała wątpliwości, 
że za chwilę otrzyma mozolnie pokolorowany obrazek. 

- Ja też mam pomysł! - odezwała się dziewczynka. - Jak 

skończę ten obrazek, to zrobię jeden dla cioci Rocky i drugi 
dla wujka Luke'a. 

Adam z entuzjazmem kiwnął głową. 
- Świetny pomysł. Ciocia Rocky bardzo się ucieszy. 
- Może oprawimy je w ramki? - zaproponowała Laura. 

- Jak prawdziwy obraz na ścianę! - zawołała Wendy 

z przejęciem. 

- Tak zrobimy - potwierdził Adam. - Potem zapakuję je 

w ładny papier i podarujesz je cioci na przyjęciu. 

Zachwycona Wendy przystąpiła do pracy. Nie minęła mi­

nuta, kiedy miłą ciszę przerwał dziwny trzask i pełen przera­
żenia krzyk. Laura i Adam zerwali się jednocześnie i pobiegli 
do pokoju chłopców. Adam dobiegł tam o ułamek sekundy 
wcześniej i otworzył drzwi. Oboje stanęli jak wryci na widok 
dziecięcej sylwetki leżącej w nienaturalnej pozycji na podłodze 
przy łóżku. Wokół połyskiwały odłamki mlecznego szkła. 

- Robbie! - Adam przyklęknął przy synu, nie zważając na 

szkło. Malec oparł się na łokciu i zaczął głośno płakać. Adam 
odetchnął z ulgą i zaraz poczuł, jak budzi się w nim gniew. 

- Co tu się dzieje? Chciałeś się zabić? 

Laura zajrzała mu przez ramię. Dopiero teraz zdała sobie 

background image

181 

sprawę, że od dłuższej chwili wstrzymywała oddech. Adam 
zbadał, czy chłopiec jest cały, a potem postawił go na podłodze. 

Oparła mu rękę na ramieniu w obawie, że nie powstrzyma zło­
ści i zacznie potrząsać synem, ale on tylko pogładził go po 
głowie. 

- Nabiłeś sobie guza! Rob, co ty wyprawiałeś? 
Niespodziewanie uścisnął płaczące dziecko. W tej samej 

chwili zza łóżka ostrożnie wyjrzał przerażony Ryan. Laura kiw­
nęła na niego palcem, chłopiec wdrapał się na łóżko i przytulił 
do niej. Wzięła go na ręce i wyniosła do holu, gdzie nie groziło 

mu skaleczenie. Adam podążył za nią z płaczącym synem na 
ramieniu. 

- Zrobimy ci zimny okład w moim pokoju - oznajmił. 
Ułożył Robbiego na skraju łóżka i wskazał Ryanowi miej­

sce obok brata. Chłopiec posłusznie wdrapał się na posłanie 
i usiadł. Adam wyjął termofor i poprosił, by Laura napełniła 
go lodem. Gdy wróciła, już wiedział, jak doszło do wypadku. 

Chłopcy znudzili się spokojną zabawą i zaczęli rzucać 

w siebie klockami. Robbie postanowił zostać ruchomym ce­
lem, zaczął więc podskakiwać na łóżku, podczas gdy Ryan 
w niego celował. Jeden z klocków rozbił wiszący pod sufitem 
żyrandol, a Robbie tak bardzo się tego wystraszył, że aż spadł 
z łóżka. Adam zbeształ obu chłopców, na tydzień zakazał 
wszelkich zabaw w sypialni i również na tydzień skonfiskował 
klocki. Potem delikatnie przyłożył zimny okład do głowy Rob­
biego. 

Jak można było przewidzieć, Robbie po chwili wdrapał się 

ojcu na kolana. Laura przytuliła do siebie Ryana, nie chcąc, 
by czuł się pominięty. Wkrótce wszyscy czworo leżeli przy­
tuleni na łóżku. Łzy i smutek ustąpiły miejsca radosnym śmie-

background image

182 

chom. Po kilku minutach obaj chłopcy pobiegli bawić się do 
gabinetu. 

Gdy wyszli, Adam przewrócił się na plecy i jęknął. 
- Chyba sobie skróciłem życie o jakieś dziesięć lat. Kiedy 

zobaczyłem, jak tam leży... 

Laura oparła się na łokciu. 
- Powinnam ich lepiej pilnować. Przepraszam. 
Położył się na boku, twarzą do Laury. 
- FBI nie pilnowałoby ich lepiej. Poza tym, przecież mnie 

pytałaś, co robią, a ja cię uspokoiłem. Byłem przekonany, że 
wszystko jest w porządku, bo zajrzałem do nich pięć minut 
wcześniej. 

- Pięć minut dla dziecka to kawał czasu. 
- Właśnie się o tym przekonałem. 
- Lepiej sprzątnę to szkło. 
Spojrzał jej w oczy, lekko potrząsnął głową i miękko ją 

przytulił. Kiedy poczuła jego usta na swoich, zabrakło jej tchu. 
Uniósł się lekko i nakrył ją sobą, a ona objęła go rękami i no­
gami. Całował ją, lekko kołysząc całym ciałem. W głowie jej 
się kręciło, z każdym poruszeniem świat wirował coraz szyb­
ciej. Zapomniała o wszystkim, liczył się tylko mężczyzna w jej 
ramionach. Tak bardzo chciała go zadowolić, stać się jego czę­
ścią. Po raz pierwszy zatraciła się całkowicie, dając temu świa­
dectwo każdym ruchem, oddechem, westchnieniem. 

- Tyle razy marzyłem, że jesteś w moim łóżku - wyszep­

tał. Wsparł się na łokciach i odgarnął włosy z jej czoła. - Chcę 

się z tobą kochać, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila. Nie 
wiem tylko, jak długo jeszcze zniosę to czekanie. 

- Wiem. - Westchnęła. - Noce są takie... 
Uśmiechnął się szeroko i spojrzał jej w oczy. 

background image

183 

- Jakie? - Ale ona już oprzytomniała i zawstydziła się. -

Jesteś wspaniała. Nawet nie umiem wyrazie, jak bardzo... 

- Tato! 
- Dzieci! - Chciała od razu pobiec do gabinetu, ale jed­

nocześnie zastanawiała się, co też chciał jej powiedzieć. Czyż­
by zamierzał wyznać, że ją kocha? 

Wymamrotał coś pod nosem i usiadł na skraju łóżka. Laura 

również zdążyła usiąść, zanim bliźniacy wpadli do sypialni. 

- Tato! Wendy nie pozwala nam kolorować obrazków! 
- Właśnie! Nie pozwala kololować oblazków! 
Adam pochylił się ku chłopcom. 
- Hm, Wendy dostała specjalne zadanie. 
- Ale my chcemy rysować! 
- Chcemy lysować! 
Laura wstała i wyciągnęła ręce do malców. 

- Może znajdziemy dla was coś innego do kolorowania. 
Adam poderwał się z miejsca. 
- Najpierw posprzątam to szkło. 
- Dobrze. - Nie mogła oderwać od niego wzroku, ale Ryan 

pociągnął ją za rękę i zdała sobie sprawę, że chłopcy przyglą­
dają jej się czujnie. - Może przerysujemy kilka obrazków 
z waszych ulubionych książek, a wy je pokolorujecie? 

- Tak! Tak! - Robbie aż podskoczył z radości. 
Zanim wyszli, jeszcze raz spojrzała na Adama. Stał przy 

łóżku, wyraźnie sfrustrowany, ale najbardziej ujął ją jego czuły 
uśmiech i tęsknota w oczach. To miłość. Była tego pewna. 

- Kto jest głodny? 
- J a ! 
- Ja! 

background image

184 

- Ja! 
Adam przesunął dłonie na kierownicy i zerknął na Laurę. 
- Co o tym sądzisz? Zatrzymamy się, żeby coś zjeść? 
Laura rozejrzała się. Rozpoznała małą restaurację, gdzie się 

spotkali wiele tygodni temu. Wendy również ją rozpoznała. 

- Patrzcie! - Wskazała przed siebie. - Tutaj znaleźliśmy 

Laurę! 

- Tutaj ją spotkaliśmy - poprawił Adam. - No to jak? Za­

trzymamy się? - Nie dodał, że ma wielką ochotę przytrzeć 
komuś nosa. 

Laura przygryzła wargi i wzruszyła ramionami. 
- Dobrze. Nie mam nic przeciwko temu. 
Adam uśmiechnął się do siebie. Może nie jest to zbyt szla­

chetne, ale pragnął się nią pochwalić. Chciał, by wszyscy tu 

zobaczyli, że jest szczęśliwa i kochana, i że dla tej rodziny 
zdziałała cuda. Miał do tego prawo, ponieważ Laura odwiodła 
go od ukarania kierownika. Zaparkował przed restauracją i wy­

łączył silnik. Przerzucił ramię przez oparcie fotela i spojrzał 
do tyłu, na dzieci. 

- Posłuchajcie mnie. Jeśli nie będziecie się zachowywać 

grzecznie, Laura będzie się wstydziła, a ja się rozgniewam. 
Jasne? 

Mina Wendy świadczyła, że dziewczynka doskonale go 

rozumie. 

- Czy ten niedobry grubas wciąż tu jest? - zapytała. - No, 

ten, który krzyczał na Laurę. 

- Nie wiem, skarbie, ale jeśli tu jest, to dopilnujemy, żeby 

był dla nas uprzejmy. 

Wendy z przekonaniem skinęła głową. Chłopcy słuchali tej 

rozmowy, nic nie pojmując. Adam przypomniał im, że Laura 

background image

185 

kiedyś tu pracowała i wytłumaczył, że jej były szef nie był 
zadowolony, kiedy odeszła. 

- Właśnie dlatego chcę, żebyście siedzieli spokojnie, ładnie 

jedli i nie krzyczeli. Rozumiecie mnie? - Potaknęli entuzja­

stycznie. - Mam nadzieję. Jeśli narobicie nam tu wstydu, wszy­
scy będą myśleli, że to wina Laury, bo jest waszą opiekunką. 

Chłopcy znów skinęli głowami, a Ryan zajrzał Laurze 

w oczy. 

- Będziemy gzecni - obiecał. 
Adam zdołał spokojnie wysiąść z chłopcami z samochodu, 

Laura zajęła się Wendy. Razem weszli do restauracji i rozejrzeli 

się po niedużej sali. Trwała jeszcze pora lunchu, więc sporo 
stołów było zajętych. Jedna z kelnerek natychmiast rozpoznała 
Laurę i trąciła łokciem koleżankę. Potem szybko zniknęła na 
zapleczu, zapewne po to, by rozgłosić nowinę. Laura niepewnie 
spojrzała na Adama, a on położył jej dłoń na ramieniu. 

- Może usiądziemy w boksie? Przystawimy dodatkowe 

krzesło dla Ryana. 

- Dobry pomysł. 
Zdjęli kurtki, Laura położyła je na ławkach w rogach boksu, 

a tymczasem Adam pożyczył od sąsiedniego stolika dodatkowe 
krzesło i usiedli. Z konieczności Laura siedziała blisko Adama, 
ponieważ ich okrycia zajmowały dużo miejsca. Zjawiła się kel­
nerka i ciekawie przyjrzała się Laurze. 

- Co podać? 
Adam naturalnym gestem objął Laurę. 
- Na co masz ochotę, kochanie? Ja napiję się kawy. 
- Ja też poproszę kawę. Dzieci, chcecie kakao? 
Ryan i Wendy zgodzili się, Robbie wolał colę. Adam uznał, 

że na colę jest za zimno i stanęło na szklance mleka. 

background image

186 

- Tylko proszę uważać, żeby kakao nie było zbyt gorące 

- powiedział Laura. 

Kobieta spojrzała na nią z niezadowoleniem, ale kakao mia­

ło bezpieczną temperaturę. Podano im menu. 

- Już jesteśmy gotowi - rzekł chwilę potem Adam, nie 

podnosząc wzroku. Laura położyła mu rękę na kolanie i ścis­
nęła ostrzegawczo. Spojrzał w górę i zobaczył kierownika re­
stauracji. Przyciągnął Laurę bliżej i uśmiechnął się. 

- Witam - powiedział przyjaźnie. - Pamięta mnie pan? Chy­

ba brakuje panu kelnerek, skoro osobiście obsługuje pan gości. 

Mężczyzna uśmiechnął się z przymusem. 
- Chciałem się tylko upewnić, czy został pan należycie ob­

służony. 

- Jak miło! Obsługiwanie gości to pewnie dla pana nic 

miłego. Ale lepsze to, niż utrata pracy, co? - Ta aluzja miała 
przypomnieć kierownikowi, że nadal może stracić zajęcie, jeśli 
pozwoli sobie na jakąś nieuprzejmość. Adam zwrócił się do 
Laury: - Co sobie zamówisz, kochanie? 

Usta jej zadrgały na dźwięk tego czułego słówka, ale ode­

zwała się spokojnym głosem: 

- Jaka jest zupa dnia? 
- Fasolowa. 
- Dobrze. Poproszę zupę fasolową i pieczywo czosnkowe. 

Aha, i dużą porcję frytek do podziału dla nas wszystkich. 

- Ja też zamówię zupę - odezwał się Adam. - I kanapkę. 
Decyzja co do rodzaju kanapki zabrała mu trochę czasu. 

Potem odłożył menu i uśmiechnął się do udręczonego kierow­
nika. Laura tymczasem wypytała dzieci, co chcą zjeść. Gdy 

skończyli zamawiać i kierownik chciał odejść, Adam zatrzymał 

go ruchem dłoni. 

background image

187 

- Nie przywita się pan z byłą pracownicą? 
Nalana twarz mężczyzny poczerwieniała. Mimo to nie­

szczęśnik skłonił się lekko. 

- Dzień dobry, Lau... to znaczy, pani. Widzę, że dobrze 

się pani wiedzie. 

- Bardzo dobrze, dziękuję. - Uśmiechnęła się niewinnie. 
- Dobrze to mało powiedziane - wtrącił Adam. - Laura 

dokonała w naszej rodzinie cudów. Prawda, dzieci? 

Wendy spojrzała na kierownika niebezpiecznie zwężonymi 

oczami. Adam musiał się opanować, by nie wybuchnąć głoś­
nym śmiechem. Nie po raz pierwszy przyszło mu do głowy, 
że Wendy będzie kiedyś równie władcza jak Kate. 

- Kochamy Laurę - oznajmiła zaczepnie dziewczynka. 
- Nie da się ukryć - wyszeptał Adam. 
- A ona kocha nas! - potężnym głosem oznajmił Ryan. 
Laura uśmiechnęła się i przyłożyła palec do ust. Chłopiec 

natychmiast się uspokoił. Laura bez złości spojrzała na swojego 
byłego przełożonego. 

- Wszystko dobrze się ułożyło - powiedziała. 
- Miło mi to słyszeć - odparł kierownik, o dziwo raczej 

szczerze. - Żałuję... tamtego zajścia. 

- A ja nie - odparła lekkim tonem i spojrzała na Adama. 
- Frytki poprosimy od razu - oznajmił Adam. 
- Oczywiście, już przynoszę - odparł kierownik i szybko 

odszedł. 

Czterdzieści minut później najedzeni i zadowoleni wyszli 

z restauracji. Na koniec podano im deser „na koszt firmy", 
który bardzo Laurze smakował i miała nadzieję, że Adamowi 
też. Dzieciom mógł grozić ból brzucha z przejedzenia, ale była 

background image

188 

zbyt zadowolona, by się martwić na zapas. Przy samochodzie 
Wendy zakryła dłonią usta i zachichotała. 

- Co cię tak rozśmieszyło? - zaciekawił się Adam. 
- Ten grubas. Tym razem był taki miły. 
- Jest bystrzejszy, niż wygląda - mruknął Adam, otwie­

rając drzwi. Spojrzał zadowolony na dzieci. - Bardzo ładnie 
się zachowywaliście. Jestem z was dumny. Dziękuję. 

- To ja powinnam dziękować - rzekła Laura wesoło. 
Adam potrząsnął głową. 
- Nawet nie masz pojęcia, jaką mi to dało satysfakcję. A te­

raz jedziemy do domu. 

Do domu, pomyślała Laura. To słowo sprawiało, że robiło 

jej się ciepło na sercu, a jednocześnie po plecach przebiegał 

dreszcz. Instynktownie obejrzała się przez ramię. Ta sama kel­
nerka, która na jej widok zniknęła na zapleczu, stała przed 
drzwiami restauracji i patrzyła na nich. Laura właściwie jej 
nie znała, nie wiedziała nawet, jak ma na imię, a jednak kobieta 
patrzyła na nią z zainteresowaniem. Dlaczego? Może po prostu 

jej zazdrości przystojnego mężczyzny u boku? Tak, na pewno. 

Zdusiła w sobie rodzący się strach i wsiadła do samochodu. 

Przeciągnęła szczotką po miękkich, świeżo wysuszonych 

włosach Wendy i ucałowała ją w czubek głowy. 

- Już są całkiem długie, prawda? - powiedziała dziew­

czynka z radością, przyglądając się sobie w lustrze nad umy­
walką. 

- Tak, i zobacz, jak ładnie błyszczą. 
Wendy skinęła głową, uśmiechając się szeroko. 
- Chciałabym, żeby były takie jak twoje - oznajmiła z bły­

skiem w oku. Po raz pierwszy Laura pomyślała, że Wendy 

background image

189 

wyrośnie na piękną kobietę. Tak bardzo chciała być tego świad­
kiem. 

Powiesiła ręcznik, którym suszyła włosy dziewczynki, i je­

szcze raz wypłukała jej szczoteczkę do zębów. Kiedy miały 
wyjść z łazienki, Wendy niespodziewanie rozłożyła ramiona 
w niemej prośbie, by ją wziąć na ręce. Laura podniosła małą, 
a ta przywarła do niej jak rzep. Była dość ciężka, ale z przy­

jemnością niosła ją do sypialni. Usiadły obie na łóżku. 

- Lauro - zagadnęła Wendy cicho. - Nie jesteś prawdziwą 

nianią, tak? 

- Cóż, nie kończyłam żadnych kursów, ale dorastałam 

w domu dziecka i tam się nauczyłam, jak z dziećmi postępo­
wać. Jeśli uważasz, że coś robię nie tak, to porozmawiajmy 
o tym. 

Dziewczynka potrząsnęła głową. 
- Lubię cię bardziej niż inne nianie - wyznała i dodała 

szeptem: - One nas nie kochały. 

Laura zamknęła oczy i mocniej przytuliła dziecko. 
- Więc to jest pewnie ta różnica. Ja was wszystkich 

kocham. 

- Tatusia też? - zapytała Wendy, podnosząc głowę. 
Laura miała wrażenie, że dziewczynka małą rączką dotknę­

ła jej serca. 

- Tatusia też - potwierdziła cicho. 
- To może zostaniesz naszą nową mamusią? 
Miała wrażenie, że świat zawirował. 
- A chciałabyś tego, skarbie? - zapytała. 
Wendy objęła ją mocniej. 
- Moja dawna mamusia poszła do nieba. 
- Wiem. - Laura czuła łzy pod powiekami. 

background image

190 

- Już nie wróci - ciągnęła poważnie dziewczynka. 
Laura starała się powstrzymać płacz. 
- Nie może stamtąd wrócić, ale zostawiła ci swoją miłość. 

Tak powiedziała mi siostra Agnes o moich rodzicach. Czasami, 
kiedy bardzo się postarasz, możesz wyczuć tę miłość w sercu. 
- Położyła dłoń na piersi dziewczynki, ale Wendy nadal pa­
trzyła na nią szeroko rozwartymi oczami. 

- Myślisz, że moja dawna mama by się gniewała, gdybyś 

została naszą nową mamą? 

Laura zagryzła wargi. 

- Myślę, że chciałaby twojego szczęścia i żebyś pamiętała, 

jak bardzo cię kocha. 

- Mnie się wydaje, że ona by chciała, żebyś była moją 

nową mamą - oświadczyła dziewczynka. - Nie znajdę nigdzie 
lepszej nowej mamy. 

Łzy niespodziewanie polały się z jej oczu strumieniem. 

Laura przytuliła Wendy z całej siły. 

- Dziękuję ci, skarbie. Bardzo ci dziękuję. 
Nie powiedziała dziewczynce, że i ona by chciała zostać 

jej nową mamą. Nawet gdyby Adam kiedyś zechciał się z nią 

ożenić, nie wiedziała, czy mogłaby to zrobić. Oczywiście, ko­
chała go bardzo, tak samo jak jego dzieci, ale nie potrafiła 
zapomnieć o czającym się niebezpieczeństwie. Może Doyal 

przestał jej szukać, ale czy mogła być tego pewna? Czy mogła 
ryzykować? Ale czy mogła odejść, jeśli nie miała pewności, 

że musi? 

Po raz pierwszy pojęła, jak bardzo dzieci się do niej przy­

wiązały i jak je może skrzywdzić. Potrzebują jej. Nie może 
od nich odejść, ale nie może też ich na nic narażać. Och, gdyby 

problem polegał tylko na tym, czy chce zostać żoną Adama 

background image

191 

i matką dla jego dzieci. Decyzję podjęłaby od razu. Zostałaby, 
nawet gdyby Adam nigdy nie zaproponował jej małżeństwa 
i nigdy nie powiedział, że ją kocha. 

Szeptała Wendy ciepłe słowa, tłumacząc jej, że przyszłość 

jest niewiadoma, że liczy się chwila obecna, a miłość nigdy 
jej nie opuści. Wendy przyjmowała wszystko, co mówiła opie­

kunka, a może po prostu była zbyt senna, by zdać sobie sprawę, 
że Laura właściwie nie odpowiedziała na jej pytanie. Adam 
nie był tego pewien. Musiałby zajrzeć do pokoju i zdradzić 
swoją obecność, a tego nie chciał robić. Nie chciał stawiać 
Laury w niezręcznej sytuacji. Cieszył się jednak, że przypad­
kiem usłyszał tę rozmowę. Wiedział teraz, że córka myśli po­
dobnie jak on. 

Starannie wyważone odpowiedzi Laury utwierdziły go 

w przekonaniu, że dziewczyna go kocha. Wiedział to już 
wcześniej, poznał to po jej spojrzeniach, pocałunkach, gestach, 
a przede wszystkim po namiętnej, zmysłowej sile, która po­

pychała ich ku sobie. Nigdy jeszcze nie doznał podobnego 
uczucia i nie zamierzał z niego rezygnować. Postanowił, że 
nie da Laurze odejść, nawet jeśli nie zgodzi się zostać jego 
żoną. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Patrzyła na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała - i czuła 

się - jak ktoś całkiem inny. A więc to tak wygląda, kiedy się 
należy do rodziny Fortune'ów. Pewnie na co dzień by tego 
nie wytrzymała, ale od czasu do czasu mogło to być nawet 
zabawne, a dziś zamierzała się dobrze bawić. Dziś jest Ko­

pciuszkiem wybierającym się na bal. Tak, gdyby suknia była 

długa, pasowałaby do karety ciągniętej przez cztery konie. Ale 
nie było czasu na przeróbki; jej książę czekał w korytarzu. 
Wzięła głęboki oddech i wyszła z sypialni. 

Książę właśnie ubierał książątka w kurtki i przyklęknąwszy 

na kolano, usiłował pozapinać im suwaki. Wendy zauważyła 

ją pierwsza. Wydała cichy okrzyk i podbiegła do Laury. 

- Jak pięknie wyglądasz! 
Adam wstał, odwrócił się i zaniemówił z wrażenia. Kiedy 

szła do niego z wyciągniętymi ramionami, rozpierała ją duma. 
Wziął ją za ręce i rozłożył je szeroko. 

- Wyglądasz jak królowa. - Skłonił się głęboko. 
- Nie widziałam jeszcze królowej w takiej krótkiej sukien­

ce - odparła Laura ze śmiechem. - Nie jest czasem za krótka? 
- zapytała niespokojnie. 

Adam popatrzył na jej nogi, a potem potrząsnął głową. 
- Nie - zapewnił ją. - Wyglądasz doskonale. 

background image

193 

- Ty też wyglądasz całkiem nieźle. - Uznała, że to za mało 

powiedziane. - Nie, wyglądasz oszałamiająco. 

Z uśmiechem wygładził lśniącą klapę i wyprostował mu­

szkę. Ryan okrążył Adama i zderzył się z kolanem Laury. Od­
skoczył i rozłożył szeroko poły kurtki. 

- Laula! Pats na mnie! - Kiedy był przejęty, jego wada 

wymowy stawała się wyraźniejsza. 

- Ojej! Jaki przystojny chłopiec! - zawołała. 
- A ja? A ja? - Robbie podskakiwał jak piłka. Nim rów­

nież musiała się zachwycić. Potem spojrzała na Wendy. Oczy­
wiście, widziała ją już wcześniej, kiedy pomagała jej przygo­
tować się do wyjścia, ale uznała, że Wendy również potrzebuje 

komplementów. Zwróciła się do Adama: 

- Spójrz na Wendy. Czy nie wygląda wspaniale? 
- To prawdziwa piękność. - Adam wziął córkę pod brodę 

i uniósł jej buzię ku sobie. - Jeśli ty jesteś królową tego wie­
czoru, to ona jest księżniczką. Będziecie dwiema najpiękniej­
szymi paniami na przyjęciu. 

- Oj, tatusiu! - zachichotała dziewczynka. 
- Idę po płaszcze. - Adam otworzył szafę, a Laura zapięła 

kurtkę Robbiemu. Ku jej miłemu zaskoczeniu Wendy zajęła 
się Ryanem. Pouczyła go przy tym, że ma być grzeczny i stać 
spokojnie. Nie dała sobie jednak rady z suwakiem i Laura mu­
siała się tym zająć. 

- Dziękuję ci za pomoc, skarbie - powiedziała. 
Wendy rozpromieniła się i powiedziała do braci: 
-' Lepiej ładnie się dzisiaj zachowujcie. Tatuś chce, żeby 

wszyscy byli z nas dumni, ze względu na Laurę. 

Laura obdarzyła wszystkie dzieci pocałunkiem, zostawiając 

na ich policzkach ślady szminki, ale szybko je wytarła. 

background image

194 

- Zawsze jestem z was dumna i wiem, że dzisiaj będziecie 

bardzo grzeczni. 

Adam podszedł do nich z nowym płaszczem Laury. Sam 

już miał na sobie dyplomatkę z wielbłądziej wełny. Kiedy po­

dawał jej płaszcz, zauważyła, że włożył biały szalik, który mu 
dała. Chciała zabrać dzieci do garażu, ale ją powstrzymał. 

- Tędy. Dzisiaj podróżujemy elegancko. 
Otworzył drzwi i dzieci pobiegły do zaparkowanej na pod­

jeździe limuzyny. Kierowca ukłonił się i otworzył przed nimi 

drzwi samochodu. Widać było, że dla dzieci nie jest to pierwsza 
podróż limuzyną, bo nie zwracając na nic uwagi, weszły do 
środka. Adam uśmiechnął się przepraszająco. 

- Mama nalegała, żebym sam nie prowadził. Zależy jej na 

bezpieczeństwie. Pewnie zamierza upoić nas szampanem. 

Laura czuła się trochę nieswojo, ale wziął ją za rękę i uścis­

nął dla dodania otuchy. Kiedy wsiadali do limuzyny, wyszeptał 

jej do ucha: 

- Odpręż się, kochanie. Wszystko będzie dobrze. 
Jechali krótko, ale chłopcy nie próżnowali. Nacisnęli każdy 

guzik, jaki udało im się znaleźć, otwierali i zamykali okno 
w dachu, opuszczali szybę dzielącą ich od kierowcy, badali 
schowki i zakamarki. Adam dał się im wyszaleć, ale potem 
przywołał ich do porządku. 

- Uspokójcie się. Wolno nam dziś się bawić, ale trzeba 

pamiętać o dobrych manierach. 

- Będą pamiętać - zapewniła Wendy. Widać było, że tego 

wieczoru postanowiła przejąć opiekę nad braćmi. Robiła to po 
to, by Laura wywarła dobre wrażenie na rodzinie. Jako niania 
i potencjalna macocha będzie sądzona po zachowaniu pod­
opiecznych. 

background image

195 

Laura uśmiechnęła się na tę myśl, chociaż nadal czuła się 

nieswojo. Oczywiście, chciała zostać żoną Adama, ale nie wie­
rzyła, że to się kiedykolwiek spełni. Choć Adam ją zapewniał, 
że pasuje do rodziny, miała wątpliwości. Była sierotą, wycho­
waną w katolickim domu dziecka i byłą dziewczyną groźnego 
handlarza narkotyków. 

Mogłaby rozmyślać o tym cały wieczór, ale widok siedziby rodu 

Fortune'ów sprawił, że zapomniała o wszystkim. Była to wspaniała, 
przypominająca pałac budowla, teraz oświetlona niezliczonymi re­
flektorami. Szerokie schody prowadziły do kolumnowego wejścia 
o podwójnych drzwiach. Erica postanowiła wydać przyjęcie w ro­
dzinnej rezydencji, którą administrował adwokat o nazwisku Ster-
ling. Chciała, by w ten sposób rodzina znalazła się bliżej Kate. Laura 
zrozumiała to, kiedy limuzyna zatrzymała się u stóp schodów. Ko­
bieta, która zbudowała ten dom, odcisnęła na nim swoje piętno. 
Niemal czuło się tu jej fizyczną obecność. 

Laura zadrżała, ale nie z zimna. Miała dziwne wrażenie, 

że ktoś ją obserwuje. Doyal? Przypomniała sobie kelnerkę 
przed restauracją. Czyżby go zawiadomiła? To chyba absurd. 
Adam pomógł dzieciom wysiąść i zabrał z przedniego fotela 
prezent Wendy, a ona tymczasem oglądała fasadę domu. 
W małym oknie tuż pod dachem poruszyła się zasłona i Laura 
poczuła ulgę. Obserwuje ją ktoś ze służby, kto chce zobaczyć 
eleganckich gości przybywających limuzynami na przyjęcie. 
Kiedy Adam wziął ją pod ramię, uśmiechnęła się do niego 
beztrosko. 

Razem weszli po schodach. Drzwi otworzyły się przed nimi 

i znaleźli się w holu z czarnobiałego marmuru. Wnętrze 
oświetlał mosiężny żyrandol i kinkiety. Mahoniowa balustrada 
biegła wzdłuż szerokich, półkolistych schodów. 

background image

196 

Erica pojawiła się w szerokich drzwiach z lewej strony. 
- Tu jesteśmy, w dużym salonie. - Rozłożyła szeroko ra­

miona i spojrzała na nich z zachwytem. - Jakiś ty dziś ele­
gancki - pochwaliła syna i zwróciła się do Laury: - Zawsze 
wyglądasz pięknie, ale dzisiaj... Mogłabyś być modelką For­
tune Cosmetics. 

- O, nie! - Adam objął Laurę i przyciągnął do siebie. -

Wybij to sobie z głowy. Jeśli ma dla kogoś pozować, to tylko 
dla mnie. 

Laura omal nie jęknęła ze zgrozy. Zabrzmiało to jak oświad­

czenie, że są kochankami. Jego matkę jednak wyraźnie to roz­
bawiło. 

- Mogłam się tego spodziewać. - Spojrzała znacząco na 

Laurę. - Kochanie, jeśli marzysz o karierze modelki, powiedz 
mi, a jakoś damy sobie z nim radę. 

- Och, nigdy nie chciałam być modelką. To takie... -

Chciała powiedzieć, że wstydziłaby się pozować przed kimś 
obcym, ale nagle wydało jej się to bardzo dziecinne. - To nie 
w moim stylu - dokończyła. 

- Brawo - pochwalił Adam i ku jej przerażeniu pocałował 

ją w usta. Erica rozmawiała już z dziećmi, ale na pewno wi­

działa, jak syn całuje nianię własnych dzieci. Nic jednak nie 
dała po sobie poznać. 

Adam wprowadził Laurę do salonu i dopiero w progu zdjął 

płaszcz, podał służącemu, a potem stanął za nią i oparł jej ręce 
na ramionach. Wszystkie oczy zwróciły się ku nim i dopiero 
wtedy Adam zsunął płaszcz z jej ramion. Rozległ się gwar ko­
mentarzy i było to właśnie to, czego oczekiwał Adam. 

- Kiedy mężczyzna ma za towarzyszkę taką piękną kobietę, 

musi się nią pochwalić - wyszeptał jej do ucha. 

background image

197 

- Kocham cię. - Te słowa wydobyły się z jej ust, zanim 

zdołała pomyśleć. 

Objął ją i pocałował prosto w usta, a lśnienie w jego 

oczach zmieniło się w jasny płomień. Erica, w eleganckiej nie­
bieskiej sukni, stanęła obok nich wraz z dziećmi. 

- Rachel! Wendy ma dla ciebie prezent - powiedziała 

i wprowadziła dzieci do środka. 

Adam i Laura ruszyli za nimi. Zaraz jednak zostali Z tyłu, 

ponieważ otoczyli ich krewni. 

- Witaj, Adamie. 
- Michael, miło cię widzieć. Julia? Ach, Caroline. Nick! 

Jak się miewasz? - Adam uścisnął wyciągnięte do niego dłonie, 
a potem znów objął Laurę. - Uwaga! Oto ona. Niech mi będzie 
wolno przedstawić moją panią, Laurę Beaumont. Lauro, to mo­
ja rodzina, przynajmniej jej większość. 

Zaczął jej przedstawiać siostry, kuzynów i ich współmał­

żonków, ale nie była w stanie nic zapamiętać. Cały czas 
dźwięczały jej w uszach słowa „moja pani". Nie niania moich 
dzieci, moja przyjaciółka lub po prostu Laura, ale „moja pani". 

- Zdaje się, że ktoś nas wzywa - oznajmił w pewnej chwili 

Adam i wskazał na wysoką, szczupłą, poruszającą się z wielką 
gracją kobietę. Zbliżała się do nich, dając im znak ręką. Miała 
miły uśmiech i inteligentne, czujne spojrzenie. Ciemne włosy 
wiły się naturalnie wokół twarzy pozbawionej makijażu. -
Lindsay. - Adam objął ją na powitanie. - Kochanie, poznaj 
moją ciotkę, doktor Lindsay Fortune Todd. A to jest Laura Be­
aumont. 

- Miło mi panią poznać, doktor Todd. 
- Mów mi Lindsay. 

background image

198 

- W takim razie też musisz zwracać się do mnie po imieniu. 
- Oczywiście. Dzieci ślicznie wyglądają, Lauro. Jeszcze 

nie widziałam, żeby Wendy była taka szczęśliwa. Ale nie prze­
gapmy wielkiej chwili. 

Adam rozejrzał się wokół. 

- Zdaje się, że zaczyna się prezentacja. - Dołączyli do Eri­

ki i dzieci. Podarunek został odpakowany. Wysoki, przystojny 
ciemnowłosy mężczyzna w szarych spodniach i ciemnej ma­
rynarce przykląkł przy zauroczonej Wendy. 

- Sama to zrobiłaś? - pytał. Wendy kiwnęła głową. - Co 

za talent! Powieszę to w swoim gabinecie. - Spojrzał na sto­

jącą obok wysoką, rudowłosą kobietę. Chociaż widać było, że 
jest w ciąży, zachowała szczupłą figurę. Miała na sobie czarne 

spodnie i obszerny, szafirowy sweter naszywany cekinami, któ­

ry zsuwał się z jednego ramienia. 

Rachel Fortune Greywolf położyła dłoń na ramieniu męża. 
- Już nawet wiem, gdzie będzie wyglądał najlepiej. Nad 

półką w poczekalni. 

- Racja. - Luke uśmiechnął się do Wendy. - Przyczepimy 

pod nim mosiężną tabliczkę z twoim imieniem. 

Wendy wyglądała tak, jakby miała pęknąć z dumy, i po 

chwili rzuciła się Luke'owi na szyję. Wszyscy się roześmiali. 
Adam pocałował Rocky w policzek, a Lindsay zwróciła się 
do Laury: 

- Luke również jest lekarzem. 
Adam uścisnął dłoń nowemu członkowi rodziny. 
- Widać, że jesteś w świetnej formie - powiedział. - Mał­

żeństwo z moją siostrą jest chyba mniej niebezpieczne niż 
ubieganie się o jej rękę. 

Rocky wymierzyła mu kuksańca w ramię. 

background image

199 

- Nie dokuczaj mu, braciszku. - Odgarnęła włosy 

z czoła i spojrzała na Laurę. - A ty pewnie jesteś tą cudo-
twórczynią. 

Laura cicho jęknęła, a Adam natychmiast się najeżył. 
- Rocky! Zachowuj się grzecznie. 
- Nie miałam nic złego na myśli - odparła beztrosko. -

Bardzo dużo słyszałam o tym, jaki masz zbawienny wpływ 
na mojego brata. - Adam otoczył Laurę ramieniem. - Widzę 
też, że go udomowiłaś. 

- Tatuś kocha Laurę - oznajmiła rzeczowo Wendy. 
Laura zamarła ze zgrozy, ale Adam tylko poklepał córkę 

po głowie. 

- Tata się z nią całuje! - krzyknął głośno Ryan. 
Laura miała nadzieję, że podłoga się pod nią rozstąpi, zanim 

jej twarz upodobni się do buraka, ale Adam tylko spokojnie 

pouczył chłopca, że nie należy tak krzyczeć. Wendy natomiast 
zakryła bratu usta dłonią, kiedy znów chciał coś zakomuniko­
wać, i poleciła: 

- Zachowuj się grzecznie, bo Laura znów się zaczerwieni. 
Wokół rozległy się śmiechy i ciche komentarze. Wszystko 

zagłuszył głos Jake'a Fortune'a. 

- Podejrzewam, że niedługo będziemy mieli okazję do gra­

tulacji. 

Laura znów nie wiedziała, gdzie podziać oczy. Nieświado­

mie oczekiwała, że Adam zaprzeczy plotce, jakoby się mieli 
pobrać. Jake uśmiechnął się do niej przyjaźnie i wziął ją pod 
ramię. 

- Dziękuję, Lauro - powiedział cicho. - Mogę tak do cie­

bie mówić? Mój syn jest dzięki tobie taki szczęśliwy, że nie 
potrafiłbym zwracać się do ciebie inaczej. 

background image

200 

- Ależ oczywiście. - Zanim zdołała zebrać myśli i coś do­

dać, Adam przyciągnął ją do siebie. 

- Tato, czyżbyś podrywał moją dziewczynę? - zapytał żar­

tobliwie. 

- Nic podobnego. Wiem, kiedy nie mam żadnych szans 

- ze śmiechem odparł Jake, poklepał syna po ramieniu i od­

szedł. 

Nagle zostali sami wśród tłumu gości. Adam odwrócił Laurę 

twarzą do siebie i spojrzał w jej zadziwione oczy. 

- Adamie - zaczęła. - Wszyscy ci ludzie... Twoja rodzina 

myśli, że my... 

Nie mogła tego wypowiedzieć, ale nie musiała. 
- Przecież to zupełnie naturalne przypuszczenie. I nie po­

zbawione sensu. 

Jeszcze nigdy się tak nie czuła. Adam chce się z nią ożenić. 

Zabrał ją na przyjęcie, by jej to powiedzieć i by się przekonała, 
że jego rodzina pochwala tę decyzję. 

- Och, Adamie... 

Oparł czoło o jej czoło. 
- Jeśli chcesz złamać moje serce, to błagam, nie teraz. 
Nie wiedziała, co chce zrobić, wiedziała tylko, co czuje. 

Przytuliła się do jego piersi. 

- Kocham cię - wyszeptała. 
- Miałem na to wielką nadzieję - odparł. Nagle spostrzegł 

coś ponad jej ramieniem. - Szampan - oznajmił. Wziął dwa 
kieliszki z tacy niesionej przez kelnera. - W samą porę. Mo­
żemy uczcić tę wielką chwilę. - Podał jej kryształowy kieliszek 
i uderzył o jego brzeg swoim. - Wypijmy za nas - wyszeptał, 
a jego oczy obiecywały jej cały świat. 

Przez cały wieczór trwał przy jej boku, ignorując dobie-

background image

201 

gające zewsząd rozmowy o Monice Malone. Od czasu do czasu 
sugerował, że pokaże jej dom, zwłaszcza jego liczne sypialnie. 
Proponował też, by wyszli wcześniej, ponieważ mama i tak 
pewnie zatrzyma dzieci na noc. 

Jego słowa okazały się prorocze. Dzieci wkrótce zaczęły 

ziewać, a w końcu ułożyły się na kanapach w salonie i zasnęły. 

- Zanieśmy je do sypialni - zaproponowała Erica, dając 

znak mężowi i pokojówce. - Mogą spać w bieliźnie. Jutro ra­
no ktoś je odwiezie do domu. 

Adam uśmiechnął się, ignorując sugestię Laury, że może 

wszyscy pięcioro powinni wrócić do domu. Ucałował śpiącego 
w objęciach babci Ryana, poklepał po pupie drzemiącego na 
ramieniu pokojówki Robbiego i przytulił Wendy, którą trzymał 
na rękach dziadek. Wendy nie chciała odejść, nie uściskawszy 
przedtem Laury. Kiedy wyniesiono dzieci, Caroline podeszła 
do brata i coś mu szepnęła. Adam skrzywił się, ale skinął 
głową. 

Caroline poszła na koniec salonu, gdzie od pewnego czasu 

urzędował Nathaniel Fortune. Adam ruszył za siostrą i pociąg­
nął za sobą Laurę, mamrocząc coś o moralnym wsparciu. Laura 

dostrzegła, że Caroline po drodze zbiera innych członków ro­
dziny. Była tam Allie, bliźniacza siostra Rocky, i jej przystojny 

mąż Rafe. Dołączyła do nich Natalie, Rebeka oraz, ku zasko­

czeniu Laury, Jane. Potem Caroline śmiało stanęła przed lwem 
w jego jaskini, mając Nicka za plecami. Spojrzała na wuja 
twardym, srogim wzrokiem. 

- Nate, chcielibyśmy zamienić z tobą słowo. Jest okazja, 

bo ojciec wyszedł z salonu. 

Nathaniel spojrzał na nią zdziwiony. 
- Zaskakujesz mnie, Caroline - oznajmił z goryczą. - Ty 

background image

202 

powinnaś wiedzieć lepiej niż inni, w jak niebezpiecznej sytu­
acji nas postawił. 

- To twoja interpretacja faktów - odparowała gładko Ca-

roline. - Jesteśmy tu po to, żebyś wiedział, że nie będziemy 
stać z boku i patrzeć, jak usuwasz tatę ze spółki. 

Nathaniel zmierzył ich lekceważącym spojrzeniem. 
- Adamie, Natalie, wiecie tak niewiele o interesach, że nie 

potraficie docenić powagi sytuacji, a ty, Jane... 

- Znam swojego ojca - przerwał mu Adam. - Wiem, że 

jest całkowicie oddany rodzinie i jej interesom. 

- A jeśli chodzi o mnie... - Jane wystąpiła naprzód -

chcę tylko powiedzieć, że rodzina powinna teraz się zjedno­
czyć. 

Nathaniel skrzywił się. 

- Nie rozumiecie, że interesy są zagrożone, ponieważ... 
Przerwał mu gwar podniesionych głosów dochodzący z ho­

lu. Wszyscy obejrzeli się jak na komendę. Nagle do salonu 
wszedł jakiś tyczkowaty, chudy mężczyzna o jasnych włosach 
przyklejonych do pociągłej czaszki. Ciągnął za sobą kobietę, 
starając się odepchnąć lokaja, który chciał go powstrzymać. 

- Co się tu dzieje? - Jake stanął w drzwiach. Odsunął zde­

nerwowanego służącego i groźnie spojrzał na intruzów. - Co 
to ma znaczyć? 

- Jake? - rozległ się przenikliwy głos kobiety. - To ty, 

prawda? 

- Czy my się znamy? 
- Powinniśmy. - Nieznajoma wyciągnęła rękę. 
- Brat powinien znać swoją siostrę - odezwał się chudzie-

lec z chytrym uśmieszkiem. 

Jake zaniemówił ze zdumienia. Ktoś w salonie roześmiał 

background image

203 

się nerwowo. Nagle u boku męża stanęła Erica, a on od razu 
zapanował nad sobą. 

- Wynoście się stąd, zanim zawołam policję - rozkazał. 
Wysoka, szczupła kobieta odrzuciła w tył ciemne włosy 

i rozejrzała się wokół. Była ubrana w żółty luźny żakiet, krótką 
czarną spódnicę i buty na bardzo wysokich obcasach. Na po­
wiekach miała grubą warstwę ciemnozielonego cienia, na 
ustach czerwoną szminkę, o wiele za krzykliwą dla kobiety 
około czterdziestki. 

- Zaraz wszystko wyjaśnimy - oświadczył tyczkowaty 

chudzielec, ale nagle kobieta wycelowała w kogoś palcem. 

- Tam! - krzyknęła i podbiegła do Lindsay. Lindsay 

drgnęła i odepchnęła od siebie nieznajomą. - Nie widzicie te­
go? - zapytała kobieta. Miała wyraźny południowy akcent. Ze­
brała włosy z tyłu głowy, znów stanęła obok Lindsay i zwró­
ciła się do Jake'a. - Nic nie dostrzegasz? 

Erica pierwsza zrozumiała, o co chodzi. 
- Mój Boże, wyglądają jak bliźniaczki! 
- Bo jesteśmy bliźniaczkami! - krzyknęła kobieta i zarzu­

ciła ramiona na szyję oszołomionej Lindsay. 

- To niewiarygodne - rzekła Laura, kiedy szli po schodach. 

Idący obok niej Adam skinął głową i poprawił szalik. 

- Nic tak nie psuje przyjęcia jak nagłe pojawienie się za­

ginionej siostry bliźniaczki. 

- Biedna Lindsay! - westchnęła Laura. - Jak się nazywał 

ten człowiek? Potts? 

- Wayne Potts. A tak kobieta... Boże, czy to naprawdę mo­

ja ciotka? Mówi, że nazywa się Tracey Ducet. 

- I jest z Nowego Orleanu - dodała Laura. 

background image

204 

Pomógł jej wejść do limuzyny i dał znak kierowcy, żeby 

zamknął drzwi. Objął ją i przyciągnął do siebie. 

- Nie można powiedzieć, żeby nasze rodzinne spotkania 

były nudne - stwierdził. 

- To łagodnie powiedziane. Zaginiona bliźniaczka! No i je­

szcze ta konfrontacja z drogim wujem Nathanielem. 

- Bardzo się cieszę, że udało się go powstrzymać. 
- Ale ta historia z bliźniaczką! - Laura oparła głowę na 

ramieniu Adama. Szampan wprawił ją w doskonały nastrój. 

- Nie chcę o tym więcej myśleć. O żadnej z tych spraw 

- powiedział jej Adam do ucha. 

- Ale takiego zamieszania chyba dawno nie było. 

Spojrzał jej w oczy i oparł jej dłoń na biodrze. 

- Zamieszanie to naturalny stan w naszej rodzinie. - Za­

chichotała, a on pocałował ją w nos. - Trochę zazdroszczę 
Jane, że się wyprowadza do Maine. 

- O nie, Adamie! Wiem, że rodzina jest dla ciebie bardzo 

ważna. 

- Nic nie mogę zrobić w sprawie Tracey Ducet czy Moniki 

Malone. To wszystko z czasem się wyjaśni. Ale wiedz, że nig­
dzie nie zamierzam się przeprowadzać. Chcę tylko powiedzieć, 
że pragnę się skoncentrować na bliższych mi sprawach, a nawet 
całkiem bliskich, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. 

Spojrzała na drogą jej twarz i powiodła po niej palcami. 
- Rozumiem. 
Całował ja długo i leniwie. Pocałunek skończył się dopiero 

gdy limuzyna się zatrzymała i kierowca zapukał w szybę. 
Adam jęknął i odsunął się. Laura wiedziała, że powinna się 
zawstydzić, ale uczucia, które nią owładnęły, były zbyt silne. 

Wysiedli z samochodu, oparła mu głowę na ramieniu i ra-

background image

205 

zem podeszli do drzwi. Adam szybko je otworzył i znaleźli 
się w holu. Zdjął płaszcz, powiesił go na drzwiach szafy i po­
ciągnął Laurę do środka, jednocześnie rozluźniając muszkę. 
Chciała zdjąć swój jedwabny płaszcz, ale ją powstrzymał i po­
łożywszy jej ręce na ramionach, poprowadził do swojego po­
koju. 

- Dzisiaj jesteś moja, tylko moja - wyszeptał. 
Nie miała ochoty się z nim spierać. Rozłożyła poły płasz­

cza, on zsunął jej go z ramion. Płaszcz spadł na podłogę i zo­
stał tam, a oni oboje weszli do sypialni. Adam zamknął drzwi 
i przycisnął do nich Laurę, całując jej czoło. Zręcznie wyjął 
spinki z jej włosów i przeczesał je palcami. 

- Zaczekaj - powiedział cicho. - Rozpalę ogień. 
Ukląkł przed kominkiem, poruszył gorące węgle pogrze­

baczem i dołożył kilka drew. Płomienie zatańczyły wesoło. 

Wstał i zaczął rozpinać guziki koszuli. Laura uśmiechnęła się 
do siebie i rozsunęła zamek sukienki. Gdy Adam się odwrócił, 

jej suknia właśnie osuwała się na podłogę. Z wrażenia zaparło 

mu dech, a w oczach zapłonęły ogniki. Podszedł do niej i zdjął 
koszulę. Laura przesunęła dłonią po jego piersi. Patrzył na nią, 

jakby na coś czekał. Przełknęła ślinę i rozpięła koronkowy sta­

nik bez ramiączek. Gwałtownie wciągnął powietrze i otoczył 

ją ramionami, wzdychając z rozkoszą. 

Potem odstąpił o krok, przyklęknął i zsunął z jej nóg 

pończochy i buty. Spojrzał w górę, na jej twarz oświetloną zło­
tym blaskiem ognia, i zdjął jej majteczki. Zamknęła oczy i od­
rzuciła głowę w tył. Wstał, objął ją i pocałował w usta. 

Jego dotyk działał na nią silniej niż najmocniejszy szampan, 

pocałunek mówił więcej niż słowa. Nogi się pod nią ugięły, 
ale on ją chwycił w porę i zaniósł do łóżka. Bez słowa zdjął 

background image

206 

z siebie resztę ubrania i nakrył ją sobą. Dotyk jego nagiej skóry 
sprawił, że znów zamknęła oczy. Już za chwilę, pomyślała. 
To już za chwilę. Czuła, że jej ciało się otwiera i czeka na 
niego. 

- Spójrz na mnie - wyszeptał. Poruszył biodrami i poczuła 

go niemal w sobie. W głowie jej zaszumiało. - Spójrz na mnie 
- powtórzył. Uniosła ciężkie powieki. Jego twarz mówiła 
wszystko o jego uczuciach. - Kocham cię... 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Nucąc, wkładała naczynia po śniadaniu do zlewu. Adam 

siedział przy stole pochylony nad książką o zabytkowych meb­

lach europejskich. Gdy skomentował przeczytany przed chwilą 
fragment, Laura tylko się uśmiechnęła. Zerknęła na zegar. 

- Adam, już piętnaście po ósmej - powiedziała. 
Zamknął książkę, zakładając ją papierową serwetką. 

- Już mnie nie ma - oznajmił, wstał i objął ją w talii. 
- Oj! - Łyżka z brzękiem wpadła do zlewu. Laura roze­

śmiała się cicho. - Myślałam, że ci się śpieszy. 

Dotknął ustami jej ucha. 
- Kiedy jestem przy tobie, nigdy mi się nie śpieszy. 
- Hm... Wczoraj mówiłeś co innego. 
Rozbawiony parsknął śmiechem. 

- Już się bałem, że nigdy nie pójdą spać. 
- Przecież było dopiero wpół do siódmej. 
- Masz rację. - Westchnął. - Jestem okropnym ojcem. 
- Jesteś cudownym ojcem - zapewniła go i została nagro­

dzona pocałunkiem. Zaczynało się robić gorąco, ale ostudził 
ich dziecięcy głosik. 

- Tatusiu, kiedy Laura zawiezie mnie do szkoły? 
Odstąpili od siebie, trochę speszeni. 
- Już jedziemy, skarbie. Biegnij po kurtkę. 

background image

208 

Kiedy Wendy zniknęła za drzwiami, Adam znów przyciąg­

nął do siebie Laurę i szybko ją pocałował. 

- Mogę się spóźnić. Muszę dokończyć inwentaryzację, 

przejrzeć wyceny i księgi. 

- Zostawię ci kolację. 
- Kolacja nieważna. Po prostu bądź, kiedy wrócę do domu. 
Serce urosło jej w piersi. 
- Tylko jakieś śmiertelne zagrożenie mogłoby mnie przed 

tym powstrzymać - oznajmiła ze śmiechem. 

- Będę za tobą tęsknił - wyszeptał. - Wrócę tak szybko, 

jak tylko będę mógł. 

- Jedź ostrożnie. 
- Ty też. - Zatrzymał się w progu. - Lauro, odnowiłaś już 

prawo jazdy? 

Poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. 
- Och, zupełnie wyleciało mi to z głowy... 
- Zadbaj o to, dobrze? Zanim dostaniesz mandat. 
Uśmiechnęła się z wysiłkiem i skinęła głową. Adam od­

wrócił się i wpadł prosto na Wendy. 

- Jestem już gotowa, tatusiu, ale Ryan i Robbie nie chcą 

włożyć kurtek. Mogę jechać z tobą? 

Adam potarł kark i obejrzał się przez ramię. 
- Może powinienem odwieźć Wendy. Nie podoba mi się, 

że jeździsz bez ważnego prawa jazdy. 

Laura zerknęła na zegarek. Czuła się winna, że jej kłamstwo 

wywołuje takie komplikacje. 

- Nie masz już na to czasu - stwierdziła. - Musiałbyś nad­

łożyć drogi. Dam sobie radę. 

- Może masz rację. - Spojrzał przepraszająco na córkę. 

- Przykro mi, księżniczko, ale czeka na mnie ciocia Jane i cała 

background image

209 

armia księgowych. Laura się tobą zajmie. A teraz daj mi buzi. 

- Pochylił się, Wendy obdarzyła go głośnym pocałunkiem. 
Mrugnął do Laury i wyszedł. 

Starała się nie myśleć o kłamstwie, ale wiedziała, że wkrót­

ce będzie musiała dać Adamowi jakieś wyjaśnienie. Czy będzie 
bardzo rozczarowany, kiedy się dowie, z jakim mężczyzną się 
zadawała? Może dla bezpieczeństwa dzieci odprawi ją z domu? 
Nie chciała nawet myśleć, na co je naraża. 

Wendy niecierpliwie tupnęła nogą. 
- Laura, idziemy! 
Odsunęła od siebie ponure myśli i pośpiesznie wyszła z ku­

chni. Chłopcy słuchali jej chętniej niż siostry i szybko zapro­
wadziła całą gromadkę do samochodu. Prowadziła w skupie­
niu, wiedząc, że nie powinna się narażać na kolejne spotkanie 
z policją. Zatrzymała się przed szkolą Wendy na długo przed 

początkiem lekcji. Przygładziła włosy dziewczynki, poprawiła 
spinkę i pocałowała ją na pożegnanie. 

- Miłego dnia, skarbie. Przyjadę po ciebie w południe. 
Wendy wyskoczyła z samochodu i w podskokach pobiegła 

do szkoły. Ostatnio wydawała się o wiele szczęśliwsza niż daw­
niej. Laura zastanawiała się, czy to jej zasługa. 

Zerknęła na chłopców. Wyjątkowo spokojnie bawili się 

samochodzikami, jeżdżąc nimi po oparciach foteli i swoich ra­
mionach. Włączając się do ruchu, zastanawiała się, czy nie po­
winna wozić w samochodzie torby z zabawkami. Postanowiła 
porozmawiać o tym z Adamem. Zatrzymała się na skrzyżowa­
niu i rozejrzała się na boki, czy nic nie jedzie. Kiedy odwróciła 
głowę w lewo, jej wymarzony świat rozpadł się z hukiem na 

kawałki. Na przejściu dla pieszych, w rozpiętej puchowej kurt­
ce, flanelowej koszuli i dżinsach, stał Doyal Moody. 

background image

210 

Przez chwilę siedziała bez ruchu, nie wierząc własnym 

oczom. Okazało się to zgubne, ponieważ Doyal zwrócił uwagę 
na samochód stojący zbyt długo przed znakiem stopu. Twarz 
wykrzywiła mu się w dzikim uśmiechu i biegiem rzucił się 
w kierunku Laury. To ściągnęło ją na ziemię i pchnęło do dzia­

łania. Nie rozglądając się, nacisnęła pedał gazu. Opony zapi­
szczały. Ludzie odwracali głowy, kiedy ruszyła przed siebie. 
Nie widziała tego wyraźnie, ale chyba zmusiła inne samochody 
do gwałtownego hamowania. 

Skręciła w innym niż zwykle kierunku, by go zmylić. Wie­

działa jednak, że nie na wiele się to zda. Rodzina Fortune'ów 

jest tu wszystkim znana. Doyal znajdzie ją w kilka minut, jeśli 

tylko zada odpowiednie pytania odpowiednim osobom. Zostało 

jej co najwyżej kilka godzin. Chłopcy. Musi chronić chłopców. 

Gdzie może ich zawieźć? Dom nie jest już bezpiecznym schro­
nieniem. 

Ogarnęła ją panika. Jechała sennymi uliczkami o wiele za 

szybko, ale wcale tego nie zauważała. Myślała wyłącznie 
o ucieczce, o tym, żeby się znaleźć jak najdalej od Doyala. 
Kiedy dostrzegła radiowóz, jej pierwszą myślą było zatrzymać 
go i wyznać wszystko. Ale co z Adamem i dziećmi? Jeśli Do­
yal się o nich dowie, zechce ich skrzywdzić, by ją w ten sposób 

ukarać. Mimo to policja oznacza teraz dla niej bezpieczeństwo. 
Zahamowała gwałtownie, radiowóz zatrzymał się obok. Do­

strzegła w nim Raymonda Coopera i z oczu popłynęły jej łzy 

ulgi. Nagle poczuła mdłości i już wiedziała, co zrobi. Wysko­
czyła z samochodu i zgięta wpół zwymiotowała na chodnik. 
Policjant jednym skokiem znalazł się przy niej. 

- Lauro! Jesteś chora? 
- Okropnie chora! - wyrzuciła z siebie szybko. - Bałam 

background image

211 

się, że nie dojadę do domu. To zaczęło się tak nagle. Boli 
mnie żołądek i głowa. - Jęknęła boleśnie. 

- Sprowadzę pogotowie. 
- Nie! To znaczy... Muszę się położyć, a chłopcy... Może 

mógłbyś nas odwieźć do domu? Zadzwonię zaraz do matki 
Adama. Ona będzie wiedziała, co robić. No i zabierze do siebie 
chłopców. 

Cooper potrząsnął głową. 
- Sam nie wiem - odrzekł niepewnie. 
- Bardzo proszę! - Nie wahała się go błagać. - Proszę! 

Chcę jak najszybciej znaleźć się w domu. 

Widząc jej łzy, zmiękł i poklepał ją po ramieniu. 
- Dobrze, tylko się zamelduję. 
- Dziękuję ci. Bardzo ci dziękuję. 
Odprowadził ją do samochodu. 
- Dasz radę zaparkować na poboczu? 
- Tak, ale pośpiesz się. 
- To potrwa tylko chwilę - zapewnił ją. 
Skinęła głową, a potem oparła ją na kierownicy, podczas 

gdy on wrócił do radiowozu. Sytuacja jednak wcale nie była 
lepsza. Doyal mógł się pojawić w każdej chwili i zauważyć 

jej samochód. Zjechała na bok i zaparkowała. Chłopcy zasypali 
ją pytaniami, ale je zignorowała. Powiedziała tylko, że prze­
jadą się radiowozem, co wywołało ich entuzjazm. Wrócił 

Cooper i pomógł jej przeprowadzić chłopców wraz z ich fo­
telikami do policyjnego wozu. Laura cały czas trzymała się za 
brzuch. Po chwili jechali do domu tą samą drogą, którą tu 
przyjechała. 

- Masz dreszcze - zauważył Cooper. Sięgnął pod siedzenie 

i wyjął zielony koc. - Okryj się. 

background image

212 

Wzięła koc z wdzięcznością i narzuciła go sobie jak szal 

na głowę i ramiona. Gdy znów natkną się na Doyala, nie roz­
pozna jej. Spokojnie dotarli do domu, który jeszcze nigdy nie 
wydawał się Laurze taki drogi. Policjant pomógł im wejść do 
środka, a potem zadzwonił do matki Adama. Laura wylewnie 
mu podziękowała i poszła do łazienki udawać, że znów wy­
miotuje. Po jakimś czasie, który wydawał jej się wiecznością, 
do drzwi zapukała Erica Fortune. 

- Lauro, kochanie? Wyjdź stamtąd, niech ci się przyjrzę. 
Laura nie wątpiła, że z poszarzałą twarzą rzeczywiście wy­

glądała jak ciężko chora osoba. Trzymając się za brzuch, 
chwiejnie oparła się o ścianę korytarza. 

- Dzięki Bogu - powiedziała, nie zbliżając się do Eriki, 

jakby się bała, że ją zarazi. - Czy sierżant Cooper tu jest? 

- Nie, podziękowałam mu. 
Z ulgą skinęła głową. Trochę żałowała, że wykorzystała 

go tak bezwstydnie. 

- Czy mogłabyś zabrać chłopców? 
- Oczywiście, ale... 
- I odebrać Wendy ze szkoły? 
Erica jęknęła zniecierpliwiona. 
- Kochanie, nie martw się o dzieci. Co będzie z tobą? Nie 

możesz w takim stanie zostać tu sama. 

- Och, Eriko, proszę - nalegała Laura. - Po prostu muszę 

się położyć. Najgorsze już minęło i teraz potrzebuję tylko snu. 

Poza tym, boję się, że zarażę kogoś tym paskudnym wirusem. 

- Zadzwonię do Adama. 
- Nie! On jest dzisiaj bardzo zajęty. Ma wiele ważnych 

spraw. No i jak mógłby mi pomóc? 

Erica chwilę się zastanawiała. 

background image

213 

- Cóż, kucharka wkrótce tu będzie. Jeśli zajrzy do ciebie 

od czasu do czasu... 

- Jestem pewna, że Beverly się mną zajmie - zapewniła 

Laura. - Pewnie ugotuje rosół, a właśnie tego mi najbardziej 
potrzeba. Jedź już i zabierz chłopców. Bardzo proszę. 

Erica skinęła głową i poprawiła futro z norek. 
- Tak mi przykro, że jesteś chora. 
- Dziękuję. Proszę tylko, zajmij się moimi... zajmij się 

chłopcami. - Nagle przyszło jej do głowy, że może ich już 
nigdy nie zobaczyć i łzy napłynęły jej do oczu. 

- Idź prosto do łóżka - rozkazała Erica, a Laura tylko ski­

nęła głową. 

Dzieci wesoło pobiegły za babcią, uszczęśliwione niespo­

dziewanym urozmaiceniem powszedniego dnia. Laura patrzyła 
przez wizjer, jak sadowią się w luksusowym samochodzie Eri­
ki. Kiedy odjechali, oparła głowę o drzwi i zapłakała. 

W końcu opanowała się i zadzwoniła do Beverly. Poprosiła 

ją, by pod żadnym pozorem nie przychodziła dziś do pracy, 

ponieważ może się od niej zarazić groźnym wirusem. Potem 

zadzwoniła do małego motelu na obrzeżach Minneapolis 
i zarezerwowała pokój. Zamówiła taksówkę i zaczęła się pa­
kować. Nie zabrało jej to dużo czasu. Przybyła tu z małym 
bagażem i nie zamierzała wyjeżdżać z większym. Kierowana 
sentymentalnym impulsem rozłożyła na łóżku różową suknię, 
obok postawiła buty, a na poduszce położyła kolczyki i bran­
soletkę. Zatrzymała tylko bieliznę. Zniosła torbę do holu. Mu­
siała zrobić coś jeszcze. 

Pieniądze leżały dokładnie tam, gdzie Adam je zostawił. 

Wyjęła ze skrytki zwitek banknotów i schowała do kieszeni. 
Potem napisała krótki list i włożyła na miejsce pieniędzy. Ro-

background image

214 

zejrzała się po pokoju Adama. To na tym łóżku się kochali. 
Płonący na tym kominku ogień oświetlał ich nagie ciała. Tutaj 
zaznała prawdziwego szczęścia. Odwróciła się i zostawiła to 
wszystko za sobą. To był jej ostatni podarunek dla ukochanych. 
Bezpieczeństwo. Tylko tyle mogła im już dać. 

Adam wszedł do domu przez garaż. Zastanawiał się, gdzie 

o tej porze podziewa się drugi samochód. Dochodziła dziesiąta. 
Dzieci na pewno już spały, a Laura nie zostawiłaby ich samych. 
Może się zepsuł? No ale wtedy zadzwoniłaby do niego po 
pomoc. 

Schował płaszcz i teczkę do szafy w holu i poszedł do ga­

binetu. Jeszcze zanim do niego dotarł, domyślił się, że nikogo 
tam nie ma. W pokoju panowała ciemność, telewizor był wy­
łączony. W kuchni paliło się słabe światło, brudne talerze po 
śniadaniu nadal leżały w zlewie. Co się stało z Beverly? Nie 
było lunchu ani kolacji? Włosy stanęły mu dęba. 

Pobiegł do pokoju Wendy. Lata wojskowego szkolenia dały 

o sobie znać. Zatrzymał się w korytarzu i nasłuchując, przy­
warł do ściany. To niedorzeczne. Przecież w tak krótkim czasie 

jego rodzinie nie mogło się przydarzyć nic złego. A jednak... 

Cicho wszedł do pokoju córki i zapalił lampkę przy jej łóżku. 
Nie było zaścielone, ale puste. Wszedł do pokoju chłopców. 
Zastał tam podobny widok. Coś jest nie tak. 

Pobiegł do sypialni Laury. 
- Lauro! Jesteś tam! Opowiedz! 
Od razu wyczuł, że jej nie ma. Zapalił górne światło i w po­

koju zrobiło się jasno. Łóżko Laury było posłane, leżał na nim 

jej strój z przyjęcia. Drzwi pustej szafy stały otworem. 

- O Boże! Nie! 

background image

SAMO 215 

Otworzył szuflady komody. Wszystkie były puste. Zamknął 

je z hukiem. Jak ona mogła go zostawić? Przecież wiedziała, 
jak bardzo ją kocha, jak jej potrzebuje. A dzieci? Pozwoliła, 

żeby ją pokochały i uzależniły się od niej. Jak mogła opuścić 

je tak bez ostrzeżenia? Nie potrafił w to uwierzyć. Przez chwilę 

gniew stłumił wszelkie inne uczucia. Adam podbiegł do łóżka, 
chwycił lampkę z nocnego stolika i cisnął nią o ścianę. Abażur 
spadł na podłogę, ale szklana podstawa roztrzaskała się z hu­

kiem. Chwycił za narzutę i mocno pociągnął, aż leżące na niej 
przedmioty podskoczyły w górę. Sukienka poleciała prosto na 
niego. Owionął go zapach Laury, dotarł do serca i do rozumu. 

Adam usiadł na skraju łóżka. Musi pomyśleć, jakoś to sobie 

wytłumaczyć. Przecież rano obiecała mu, że będzie na niego 
czekała. Tak niedawno... No i czy zabrałaby dzieci? Nie ode-

szłaby, zabierając mu wszystko. Gdzie są dzieci? Wstał i po­
szedł do swojego pokoju, ciągnąc za sobą sukienkę Laury. 
Przez chwilę nie wiedział, po co tu przyszedł. Spojrzał na te­
lefon. Paliło się czerwone światełko, co oznaczało, że na se­
kretarce jest wiadomość. Drżącymi rękami nacisnął guzik 
i przewinął taśmę. Powitał go głos matki. 

- Tu Erica. Dzwonię, żeby sprawdzić, co z tobą, Lauro. 

Mam nadzieję, że śpisz i już czujesz się lepiej. Dzieci są zdro­
we, chyba się nie zaraziły. Daj znać, jak się czujesz. Pa. 

Dzieci. Są u matki. Chyba się nie zaraziły... Laura zacho­

rowała? Zostawiła go z powodu choroby? To niedorzeczne. 
Maszyna zapiszczała, sygnalizując kolejną wiadomość. 

- Lauro, poważnie się o ciebie martwię. - Znów matka. 

- Wendy mówi, że dzieci ze szkoły widziały, jak jakiś męż­
czyzna biegł za twoim samochodem. Proszę, zadzwoń do 
mnie. 

background image

216 

Mężczyzna? Biegł za jej samochodem? Adam potrząsnął 

głową. Nigdy nie uwierzy, że Laura zostawiła go dla innego 

mężczyzny. Ale w takim razie kto ją gonił? I dlaczego? 

Trzecia wiadomość pochodziła od Beverly. 
- Lauro, panie Fortune, nie wiem, czy mam jutro przyjść 

do pracy. Mam nadzieję, Lauro, że czujesz się lepiej. Proszę 
do mnie zadzwonić. Dziękuję. 

A więc Laura zadzwoniła do Beverly i poprosiła ją, by nie 

przychodziła ze względu na jej rzekomą chorobę. Ale skoro 
Laura jest chora, to dlaczego nie leży w łóżku? Dlaczego wy­

jechała i zabrała wszystkie swoje rzeczy? Ostatnia wiadomość 

sprawiła, że przeszedł go lodowaty dreszcz. 

- Adamie - mówił ojciec - twoja matka bardzo się nie­

pokoi. Posłała kogoś do twojego domu, żeby sprawdził, co się 

dzieje z Laurą, ale nikogo tam nie było. Podobno Laura była 
rano chora. Mama dzwoniła do wszystkich szpitali w okolicy 
i na policję. Twój samochód stoi na poboczu. Podobno jakiś 

policjant przywiózł Laurę do domu, ale jej tam nie ma. Znik­
nęła. Zupełnie nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. 
Zadzwoń albo najlepiej przyjedź. 

Adam rzucił sukienkę na biurko i ruszył do drzwi, ale coś 

mu przyszło do głowy. Jeśli Laura odeszła i nie zamierza wra­
cać, to potrzebuje pieniędzy. Szybko otworzył schowek. Pie­
niądze zniknęły. Zamiast nich zobaczył białą kartkę. Ręce tak 
mu drżały, że nie mógł jej rozłożyć. 

Jestem ci winna więcej, niż mogę zwrócić. Wybacz mi, naj­

droższy. Chciałam zostać. Miałam nadzieję, że będę mogła. Ale 
los zadecydował inaczej. Dopadła mnie przeszłość i muszę 
uciekać ze względu na nas wszystkich. Nie próbuj mnie szukać. 

background image

217 

Wiem, że zrobisz wszystko, żeby dzieci to zrozumiały. Żyj bez­

piecznie i szczęśliwie. 

Laura 

„Szczęśliwie?" Czyżby nie wiedziała, że bez niej nigdy nie 

będzie szczęśliwy? Słowo „bezpiecznie" dało mu więcej do 

myślenia. Dlaczego coś miałoby mu zagrażać? 

- „Dopadła mnie przeszłość i muszę uciekać, ze względu 

na nas wszystkich"... 

Przeczesał dłonią włosy i usiadł na skraju łóżka. Co to 

znaczy? Kim był ten człowiek, który za nią biegł? Nagle 
przypomniał sobie, co mu powiedziała rano, przy pożegna­
niu, kiedy jej powiedział, że kolacja jest nieważna, najważ­
niejsze, żeby ona tu była, kiedy on wróci do domu. „Tylko 

jakieś śmiertelne zagrożenie mogłoby mnie przed tym po­

wstrzymać"... 

O Boże! Laura ma kłopoty, jakieś straszne kłopoty i próbuje 

chronić przed nimi jego i dzieci. Nieważne, co napisała, musi 

ją znaleźć. Musi ją znaleźć i przywieźć do domu, zanim będzie 

za późno. 

- Rob, widziałeś tego człowieka? 
Zaspany Robbie wzruszył ramionami. 
- Nie wiem. 
- Pomyśl, synku. Może widziałeś kogoś na ulicy? 
- A, ten pan. - Ryan usiadł prosto na łóżku. - Pokazał na 

nasz samochód. 

- Laura jechała strasznie szybko! - entuzjazmował się 

Robbie. - O tak! - Zaczął udawać pędzący samochód. 

- A kiedy Laura zachorowała? - zapytał Adam. 

background image

218 

Chłopcy spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami. 
- Kiedy zatrzymał się przy nas policjant - oznajmił Ryan. 
- Wysiadła i zwymiotowała - dodał Robbie. 
- I wtedy policjant zabrał was do domu? 
Obaj energicznie skinęli głowami. Adam spojrzał na matkę 

stojącą za jego plecami. 

- Dowiedziałaś się, jak on się nazywa? 
- Crocker... nie, Cooper. 
Raymond Cooper. Tak, to się zgadza. Jeśli Laura miała prze­

konać jakiegoś policjanta, żeby ją odwiózł wraz z dziećmi do 
domu, to musiał to być Cooper. Ale dlaczego tak pędziła przez 
miasto? Dlaczego tak nagle zachorowała? Ze strachu. Ze stra­
chu o życie. 

Ten strach kierował nią od dawna. Oszczędzała pieniądze 

nie na college, ale na wypadek, gdyby musiała uciekać. Dlatego 
nie chciała obiecać, że zostanie. Nie miało to nic wspólnego 
z ambicjami. Chciała przeżyć i chronić rodzinę. Musiała być 
półprzytomna ze strachu, ale jednak wymyśliła sposób, by do­

stać się bezpiecznie do domu. Przede wszystkim zapewniła bez­

pieczeństwo dzieciom, potem zadbała o to, żeby nic nie za­
groziło Beverly, gdyby jej prześladowca odnalazł ją w domu. 
Adam w roztargnieniu wzburzył włosy synów, potem ucałował 
ich na dobranoc. 

- Idę powiedzieć dobranoc Wendy, a potem odnajdę Laurę. 

Dobrze się bawcie u babci, chłopcy, dobrze? - dodał z uśmie­
chem. 

Ryan ułożył się do snu, ale Robbie spojrzał na ojca zmar­

twionym wzrokiem. 

- Gdzie jest Laura? - zapytał. 
- Myślę, że wyjechała, żeby nas chronić... przed tym wi-

background image

219 

rusem, który ją zaatakował - wyjaśnił, starannie dobierając sło­
wa. Ta odpowiedź zadowoliła Robbiego. 

- Jak wróci, to jej powiem, żeby tego więcej nie robiła 

- sennie oznajmił chłopiec. 

Adam uśmiechnął się. On też jej to powie. Wytłumaczy 

jej, że nie powinna go opuszczać, bez względu na niebezpie­

czeństwo, jakie jej grozi. 

Adam stał przed ojcem, podparłszy się pod boki. 
- Policja nie ruszy palcem, dopóki nie miną dwadzieścia 

cztery godziny od jej zaginięcia. Nawet nie przyjmą raportu. 
Sierżant Cooper twierdzi, że Laura na pewno była chora, ale 

ja myślę, że się czegoś bała. Pewnie tego mężczyzny, który 

biegł za jej samochodem. Chyba się przed nim ukrywała, a kie­
dy ją wyśledził, uciekła, żeby chronić mnie i dzieci. Obawiam 
się, że grozi jej niebezpieczeństwo. Inaczej by od nas nie ode­
szła. 

Jake w zamyśleniu skinął głową. 
- Twoje rozumowanie wydaje się logiczne, ale czy jesteś 

pewien, że powinieneś jej szukać? Jeśli to niebezpieczeństwo 

jest realne, to grozi również dzieciom. A jeśli nie jest tak, jak 

myślisz... Cóż... 

Adam westchnął. Dochodziła druga nad ranem i był kom­

pletnie wyczerpany. Nie mógł jednak udać się na spoczynek. 
Wziął głęboki oddech i usiadł w fotelu obok ojca. Pochylił 

się do przodu i wsparł ramiona na kolanach. 

- Tato, ona mnie kocha. Wiem, że kocha mnie i moje dzie­

ci. Na pewno ma kłopoty. Nie oczekujesz chyba, że będę sie­
dział z założonymi rękami. 

- Nie, oczywiście, że nie. Ale co chcesz zrobić? 

background image

220 

- Sierżant Cooper i ja zgadzamy się, że jeśli przed kimś 

ucieka, będzie chciała zgubić się w tłumie. Myślę, że pojechała 
do miasta. Pewnie zaszyła się w jakimś motelu. Obawiam się, 
że jeśli będziemy dłużej czekać, pojedzie gdzieś dalej albo po­
szuka sobie mieszkania i wtedy na pewno jej nie znajdziemy. 
Musimy zaraz przystąpić do działania. 

Jake przechylił głowę. 
- Trzeba by armii ludzi, żeby ją odnaleźć. 
- A czy rodzina Fortune'ów nie potrafi zmobilizować ar­

mii? Czy nie mamy na tyle wpływów, żeby zachęcić policję 
do działania? 

Uśmiech Jake zabarwiła ironia. 
- Czyżby mój syn zdecydował się skorzystać z potęgi ro­

dziny? 

Adam z trudem przełknął ślinę. Łzy napłynęły mu pod po­

wieki. 

- Jeszcze nigdy nie byłem taki zadowolony, że nazywam 

się Fortune. Nigdy już nie będę kpił z rodziny. To właśnie po 
to Kate i dziadek Ben tak ciężko pracowali, a ty dla tego po­
święciłeś całe życie. Wreszcie pojąłem, dlaczego tak ważne jest 

mieć władzę i wpływy. Stało się to znów dzięki Laurze. Proszę 
cię, tato, pomóż mi ją odnaleźć. 

Jake wstał i wyprostował się. Biła od niego pewność siebie 

i siła. Położył dłoń na ramieniu Adama. 

- Znajdziemy ją, synu. A tego drania, który ją prześladuje, 

zgnieciemy jak robaka. Jeszcze tylko jedna sprawa. 

- Słucham? 
- Kiedy to się skończy, ożeń się z nią, dobrze? Będzie ją 

łatwiej chronić, jeśli znajdzie się w naszej rodzinie. Jesteśmy 

jej to winni. Ja jestem jej to winny. - Zacisnął dłoń na ramieniu 

background image

221 

syna. - Do diabła, zawdzięczam jej więcej, niż potrafię wy­

razić. Nigdy o tym nie zapomnę. Daję ci słowo. 

Adam wstał i objął ojca. 
- Ożenię się z nią, nie martw się. Znajdź ją dla mnie, a ja 

z niej zrobię twoją synową. Daję ci słowo. 

Jake roześmiał się. Po raz pierwszy rozumieli się tak do­

skonale. 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Poszukiwania prowadzono tak precyzyjnie jak operację mi­

litarną. Prywatni detektywi, uzbrojeni w zdjęcia i gotówkę, 
przeczesywali okolicę. Wypytano taksówkarzy, recepcjonistów 
w hotelach, byłego szefa Laury i jej współpracowników. Za­
przęgnięto do pracy komputery. Przed południem następnego 
dnia historia Laury zaczęła się układać w całość. Adam zoba­
czył kopię jej prawa jazdy ze stanu Kolorado. Było nadal waż­
ne, ale to tylko pogłębiło jego niepokój. Domyślił się, dlaczego 
nie chciała pokazać dokumentu policji - żeby nie wpisano jej 
danych w komputer. Uciekała przed kimś, kto mógł ją skrzyw­
dzić. Detektywi już polecieli do Denver, by się dowiedzieć, 

kto to taki. Adama męczyło nieodparte wrażenie, że mają już 
mało czasu. Modlił się, żeby im go starczyło. 

Leżała na poduszce mokrej od łez. Nadzieję straciła na dłu­

go przed świtem. Jaki to wszystko ma sens? Bez Adama i dzieci 

jej życie nie ma sensu. Nie miała siły dalej uciekać. Nie miała 

siły myśleć. Dlatego przyjechała tu, nie zmieniając po drodze 

taksówek, i podała, że nazywa się Laura Fortune. Nie miała 

siły uciekać, ale nie zamierzała też dopuścić, by Doyal Moody 
zniszczył jej życie i odszedł, nie poniósłszy kary. 

Wstała z łóżka i wyjęła z rozchwianego biurka pożółkłą 

kopertę. Z leżącej na nocnym stoliku Biblii wydarła niezadru-

background image

223 

kowane strony, z torebki wyjęła długopis. Usiadła przy biurku 
i pracowicie, wyraźnym, drobnym pismem, opisała wszystko, 
czego udało jej się dowiedzieć o Doyalu i jego ciemnych in­
teresach. Łzy kapały na papier, ale pisała dalej. Zakończyła 
wyrazami miłości i wdzięczności dla Adama i jego dzieci. My­

ślała o nich jak o swoich. Żadna kobieta nie kochałaby ich 
mocniej, nie zrobiłaby dla nich więcej. Włożyła kartki do ko­
perty i napisała na niej nazwisko sierżanta Coopera. Wzięła 
torebkę i wymknęła się z pokoju. 

W automacie w sklepie na rogu kupiła znaczek i po wielu 

staraniach udało jej się w informacji telefonicznej uzyskać nu­
mer służbowej skrytki sierżanta Coopera. Telefonistka dopy­
tywała się o jej imię i nazwisko, ale Laura odwiesiła słu­
chawkę. Napisała adres na kopercie i rozglądając się nerwowo, 

poszła do skrzynki. Kiedy wrzuciła list, odetchnęła z ulgą 
i wróciła pogrążonymi w mroku ulicami do motelu. 

W pokoju czuć było dymem papierosowym i stęchlizną. 

Łóżko było niewygodne, ściany odrapane i ponure. Podejrze­
wała, że pościel jest brudna, więc położyła się w ubraniu na 
narzucie i zamknęła oczy. Wreszcie udało jej się zasnąć. 

Kilka godzin później obudziła się gwałtownie. Rozejrzała 

się nieprzytomnie. Kątem oka, w rogu, zobaczyła jakąś postać. 
Stał tam Doyal Moody i szczerzył zęby w pełnym zadowolenia 

uśmiechu. 

Adam zaciskał pięści, a detektyw mówił dalej. 
- Facet nazywa się Moody. Policja z Denver twierdzi, że 

podejrzewają go o handel narkotykami, ale nie mają wystar­
czających dowodów, żeby go przymknąć. Każdy, kto mógł 
o nim coś wiedzieć, skończył martwy. 

background image

224 

- Mów dalej. - Adam nerwowo przełknął ślinę. 
- Spotykali się przez kilka miesięcy, a potem się do niego 

wprowadziła. Podobno wierzyła, że się z nią ożeni. Wszyscy, któ­
rzy ją tam znali, twierdzą, że była bardzo naiwna i niedoświad­
czona. Moody był pierwszym poważnym partnerem w jej życiu. 
Pewnie dała się mu nabrać. Nie wiadomo tylko, dlaczego nagle 
zniknęła. Wszyscy znajomi podejrzewali, że coś tu nie gra. Moody 
sam złożył raport o zaginięciu. Policjant, który z nim rozmawiał, 

twierdzi, że wydawał się bardzo poruszony. Jednak niektóre szcze­
góły się nie zgadzały. Moody utrzymywał, że byli razem szczę­
śliwi. Dlaczego więc uciekła? Znajomi twierdzą, że zaczęła go 
podejrzewać o kłamstwa. Jakiś policjant widział dziewczynę 
odpowiadającą jej opisowi, jak wsiadała do autobusu do Nowego 
Meksyku. Była sama i bardzo zdenerwowana. 

Sama. Adam przetarł twarz dłonią. 

- Kiedy to było? 
Detektyw zajrzał do notesu. 
- Jakieś dziesięć miesięcy temu. Moody co jakiś czas 

sprawdzał, czy nie ma o niej jakichś informacji. Nic o niej 
nie wiedzieli, choć wpuścili dane z jej prawa jazdy do kom­

putera, na wypadek, gdyby zatrzymała ją gdzieś drogówka. 

Adam właśnie to podejrzewał. Najwyraźniej i Laura to 

przewidziała. Wezwał sekretarkę ojca i polecił jej, żeby po­
częstowała detektywa kawą i pokazała mu, gdzie są kanapki. 
Kiedy mężczyzna wyszedł, Adam usiadł wygodniej na krześle 
i zamknął oczy. Nagle wyprostował się i spojrzał na leżącą na 
biurku kopię prawa jazdy Laury. Na zdjęciu wyglądała jak na­
stolatka. Zresztą pewnie była wtedy nastolatką. Sama, bez przy­

jaciół, rodziny, bez nikogo, kto by ją poprowadził i chronił. 

Kate by to zrozumiała. Podziwiałaby jej odwagę. 

background image

225 

- Lauro, gdzie jesteś? - wyszeptał do siebie. 
Kolejne pytanie bez odpowiedzi, jedno z wielu. Co takiego 

wiedziała o Moodym, że musiała uciekać? Zaczynał wątpić, czy 

kiedykolwiek ją znajdą. Nawet rodzina Fortune'ów nie jest 
wszechwładna. Nagle drzwi się otworzyły i do biura wszedł Jake. 

- Mamy ją. Zaraz podjedzie po nas samochód. Wysłałem 

detektywa i prawnika, żeby się skontaktowali z lokalną policją. 
Spotkamy się z nimi po drodze. 

Adam chwycił wiszący na oparciu fotela płaszcz. Było zbyt 

wcześnie na radość, ale poczuł przypływ nowych sił. 

- Jedziemy! - zawołał. - I połączcie mnie z Raymondem 

Cooperem. 

- Spóźniłeś się - powiedziała i oparła się na łokciu. 
Doyal potrząsnął głową. Jego długie, czarne włosy zafalo­

wały, jasnoniebieskie oczy zalśniły demonicznie, błysnęły 
w uśmiechu równe, białe zęby. Laura zastanawiała się, jak ktoś 
tak przystojny może być taki zły. 

- Nie sądzę. Nie byłoby cię tutaj, gdybyś mnie sypnęła. 
- Napisałam list i wysłałam do przyjaciela - oznajmiła 

spokojnie. 

Nagle skoczył ku niej i chwycił ją za włosy. 
- Co to za przyjaciel? Gadaj! - Chwycił ją za podbródek. 

- Gadaj, bo skręcę ci kark! 

Miała ochotę się roześmiać. Przecież i tak to zrobi. Czy 

po to ją tyle czasu ścigał, żeby przeprowadzić z nią towarzyską 
pogawędkę? Chyba odgadł jej myśli, ponieważ rozluźnił rękę 
i przesunął na jej szyję. Żołądek Laury zacisnął się boleśnie. 

- Powiedz mi, kto to jest - powiedział słodko. - Pójdzie­

my tam i zabierzemy ten list. Potem zawiozę cię do domu, do 

background image

226 

Denver, i będziemy dalej razem, jakby nic się nie stało. Pa­
miętasz, jak nam było dobrze? - Zacisnął dłoń na jej piersi. 

Poczuła, że robi jej się niedobrze. Chciał ją pocałować, ale 

odwróciła twarz. Zaklął ordynarnie i szarpnął ją za włosy. Dłoń 
na jej piersi zacisnęła się mocniej, sprawiając ból. 

- Powiedz mi, kto to jest - warknął jej do ucha - bo ina­

czej tak się z tobą rozprawię, że będziesz chciała jak najszyb­
ciej umrzeć. 

Samochód zatrzymał się gwałtownie. Adam wyskoczył 

z niego, zanim jeszcze opadł kurz. Przed nim na drodze migały 
światła policyjnej blokady. 

- Co to jest? Mieli nam dać eskortę, a nie blokować drogę! 
Detektyw wychylił się przez okno i powiedział do Adama: 
- Zostało nam sześć minut jazdy. Na miejscu jest nasz czło­

wiek. Dobrze by było uprzedzić o tym policję, żeby nie wzięli 
go za tego Doyala. 

Adam skinął na Raymonda Coopera, a ten natychmiast po­

szedł do najbliższego radiowozu. Cooper pokazał odznakę i za­
czął rozmawiać z miejscowym policjantem. Po kilku chwilach 

wrócił do samochodu Adama, a wóz miejscowego policjanta 
zawrócił i ruszył przed siebie, najwyraźniej chcąc ich popro­
wadzić. Kiedy już wszyscy trzej siedzieli w samochodzie, 
Adam odnalazł we wstecznym lusterku oczy detektywa. 

- Postaraj się dojechać tam za cztery minuty - polecił sta­

nowczo. 

Laura starała się chwycić powietrze. Ból w piersi stawał 

się coraz silniejszy. Doyal oparł się o nią całym ciężarem. Mi­
mo to zdołała się uśmiechnąć z satysfakcją. 

background image

227 

- Nazywa się Raymond Cooper - powiedziała bez tchu. 

- Sierżant Raymond Cooper, z policji w St. Cloud. 

Rozwścieczony Doyal wymierzył jej policzek wierzchem 

dłoni. Wtedy zaczęła walczyć. Zacisnęła pięści i zaczęła okła­
dać go na oślep. Żeby się bronić, musiał wypuścić jej włosy 
i przez moment czuła radość zwycięstwa. Ale po chwili Doyal 
usiadł na niej okrakiem, mimo jej desperackiego oporu chwycił 

ją za nadgarstki i jedną ręką unieruchomił jej ramiona nad gło­

wą. Odwróciła się i ugryzła go, a on wymierzył jej kolejny 
policzek. 

- Powinienem teraz z tobą skończyć - syknął - ale szybka 

śmierć to zbyt łagodna kara dla takiej wrednej donosicielki. 
Ufałem ci, a ty mnie zdradziłaś. Jesteś mi coś winna. 

Wygięła się spazmatycznie, w nadziei, że zrzuci go z sie­

bie, ale był o wiele za ciężki. Roześmiał się drwiąco. 

- No, to ci się udało - powiedział cicho. - Podnieciłaś 

mnie. Nic mnie tak nie podnieca jak bezbronna kobieta. 

Szarpała się rozpaczliwie, ale przycisnął jej nogi, sięgnął 

do kieszeni i wyjął z niej srebrny nóż. Nacisnął dźwignię 
i ukazało się długie ostrze. Laura zamarła, wpatrzona w nóż, 
który zbliżał się do jej szyi. Potem zamknęła oczy i zaczęła 
się modlić. 

Adamem wstrząsnął dreszcz. Miał przeczucie, że Laura go 

potrzebuje, właśnie w tej chwili. Była przerażona. Nie zasta­
nawiał się, skąd to wie, po prostu wiedział. Trzymaj się, dzie­
cino, powtarzał w myślach. Już do ciebie jadę. 

Szybciej, szybciej. 

Położył rękę na ramieniu detektywa i ruchem głowy wska­

zał jadący przed nimi radiowóz. 

background image

228 

- Wyprzedź go - polecił. 
Kierowca zerknął na siedzącego obok Coopera, ten wahał się 

ułamek sekundy, ale zaraz przyzwalająco skinął głową. Samochód 
dał znak światłami, zmienił pas i pomknął przed siebie. Adam 
czuł, jak strach ściska mu żołądek. Zaczął się cicho modlić. 

Doyal przesunął ostrzem po jej szyi i zachichotał, kiedy 

ukazała się strużka krwi. Przesunął ostrze niżej i rozciął gruby 

sweter Laury. Ostrze wróciło na jej szyję, a potem znów zeszło 

niżej i rozcięło podkoszulek. Laura zadrżała, kiedy zimne po­
wietrze owionęło jej nagie ciało. Doyal pochylił się i przysunął 
swoją twarz do jej twarzy. Nóż leżał teraz na jej brzuchu, przy­
gnieciony ciałem Doyala. 

- Jak mnie zadowolisz, to zabiję cię szybko - wycharczał. 

- Nie będziesz cierpiała, choć na to zasługujesz. 

Roześmiała się bezgłośnie. Wolała zginąć najboleśniejszą 

śmiercią, niż go zadowolić. 

Wsunął nóż za pasek jej spodni, tym samym kierując ostrze 

ku swojej pachwinie. 

Już wiedziała, co zrobi. Doyal lubi bezbronne kobiety? A to 

szkoda, bo tu takiej nie ma. Zebrała wszystkie siły, jednocześ­
nie udając, że mięknie. Doyal roześmiał się zwycięsko. W jego 
oczach błysnęło pożądanie. Laura splunęła mu prosto w twarz 
i z całej siły wygięła ciało, opierając się na barkach i stopach. 
Poczuła, jak ostrze się unosi i usłyszała krzyk wściekłości i bó­

lu. Coś ciepłego polało się na jej ciało. Uśmiechnęła się. Zraniła 
go. Miała nadzieję, że nóż trafił tam, gdzie boli najbardziej. 
Nagle zobaczyła nad sobą uniesione ostrze. Wiedziała, że za 
chwilę otrzyma pchnięcie prosto w serce. Pomyślała o Adamie 
i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. 

background image

229 

„Zawsze będę cię kochała"... 
Przypomniał sobie te słowa niczym ostateczne pożegnanie. 

Samochód gwałtownie zahamował na parkingu przed motelem. 

Zaraz pojawił się przy nich jakiś człowiek i podał numer po­
koju. Adam nie czekał dłużej. Wyskoczył z samochodu i zaczął 
biec. 

- Uważaj, on jest tam z nią! - krzyknął ktoś. 
Jakimś cudem od razu odnalazł właściwe drzwi. Nie pró­

bował nawet naciskać na klamkę, tylko naparł na nie ramie­
niem. Drzwi trochę się ugięły, ale nie ustąpiły. Cofnął się o krok 
i znów rzucił się na przeszkodę. Nagle obok niego pojawił się 
Cooper. Wspólnym wysiłkiem wyważyli oporne drzwi. 

Na widok, który ukazał się jego oczom, Adam zamarł 

z przerażenia. Laura leżała na łóżku, Moody siedział na niej, 
unosząc nad głową nóż. Adam czuł, że serce przestało mu bić. 

Zobaczyła go w drzwiach. Miał twarz znieruchomiałą 

z przerażenia, oczy pełne miłości. Za późno, pomyślała. Zro­
zumiała wtedy, że dawno powinna była wyjawić mu całą 

prawdę. Popatrzyła na niego, prosząc wzrokiem o przebacze­
nie. Wtem obok niego pojawił się ktoś inny. Rozpoznała 
Coopera. Policjant lekko przykucnął i wycelował w Doyala 
trzymaną oburącz broń. Nagle było już po wszystkim. Doyal 

odskoczył od niej, podnosząc ręce do góry. Była wolna. 
Wreszcie wolna. 

Z krzykiem wpadła w ramiona Adama. Słyszała, jak Co­

oper oznajmia Doyalowi, że jest aresztowany, i recytuje mu 

jego prawa. Wszystkie dźwięki dobiegały do niej jakby z od­

dali. Adam objął ją i przytulił. 

background image

230 

- Nic ci nie jest? Zranił cię? - Potaknęła, a potem zaprze­

czyła. Zagubiony Adam położył ją na łóżku i odstąpił o krok. 

- Krew ci leci! 

- Nie. - Przyłożyła dłoń do rany na szyi. - To tylko drobne 

skaleczenie. - Adam uważnie badał jej ciało. Dotknął lepkiej 

plamy na brzuchu. - To jego krew - wyjaśniła szybko i dodała 
z dumą: - Ja to zrobiłam. 

Cooper zajrzał Adamowi przez ramię. 
- Tak, zraniła go. Przecięła główną arterią na udzie. Jeszcze 

kilka minut, a wykrwawiłby się na śmierć. 

- Jeszcze kilka sekund, a straciłbym cię na zawsze - drżą­

cym głosem rzekł Adam. 

- Przepraszam cię - wyszeptała, zarzucając mu ramiona 

na szyję. - Powinnam ci wszystko powiedzieć. 

- Chciałaś nas chronić - odrzekł łagodnie. 
- Naraziłam was wszystkich na niebezpieczeństwo. 
- Znam całą historię. Brakuje nam tylko dowodów, żeby 

aresztować tego drania. 

- Wszystko napisałam i wysłałam do sierżanta Coopera. 

Powinnam to zrobić już dawno, ale bałam się. 

- Chciałaś bronić siebie, ale nie chciałaś narażać nas. Do­

skonale to rozumiem i podziwiam. Ale nigdy już nie wdawaj 
się w nic tak niebezpiecznego, bo przysięgam... - Przełknął 
ślinę. - Powinnaś mi była zaufać. 

- Chciałam, ale wtedy wciągnęłabym w to wszystko cie­

bie. Nie mogłam... 

- Prawie cię przez to straciliśmy! 

-

 Ale przyszedłeś mi na ratunek. Powinnam wiedzieć, że 

tak zrobisz. 

- Powinnaś - odezwał się ktoś zza pleców Adama. Jake 

background image

231 

stał pod ścianą, u wezgłowia łóżka. Pogładził ją po głowie 
i uśmiechnął się. - To będzie dla ciebie lekcja, młoda damo. 
Rodzina Fortune'ów troszczy się o swoich bliskich. 

- Ja też starałam się to robić - odparła śmiało. Przeniosła 

wzrok na Adama. - Troszczyłam się o swoich bliskich. 

- Jedźmy do domu - powiedział Adam. 
Roześmiała się ciepło. Dom. Co za wspaniałe słowo. 
- O, tak - rzekła. - Jedźmy do domu. 

Przed ceglanym kościołem czekał rząd limuzyn z włączo­

nymi silnikami. Siedzący w jednej z nich, kobieta i mężczy­
zna, wydali radosny okrzyk, kiedy podwójne drzwi się otwo­
rzyły i ukazał się w nich tłum ludzi. W powietrzu zrobiło się 
biało od ryżu. Przed kościół wybiegła para nowożeńców, trzy­
mając się za ręce. 

Laura miała włosy upięte w ciężki węzeł, a spod welonu 

wymykały się pojedyncze złote loki. Pachnący wiosną wiatr 
zaróżowił jej policzki i uniósł cienki tiul welonu. W jednej 
ręce trzymała wiązankę, drugą wsunęła w dłoń Adama. Razem 
zbiegli po schodach do limuzyny i zatrzymali się na 
podjeździe. 

Adam, ubrany w szary frak, wziął żonę w ramiona i przy­

tulił do siebie, nie zważając na piękną suknię. Pocałował ją 
tak mocno, że musiała odchylić głowę w tył. Dzieci podska­
kiwały wesoło, powstrzymywane przez troskliwych dziadków. 
Adam przesłał pocałunek całej rodzinie, a potem wzniósł twarz 
do nieba i posłał następny pocałunek prosto w chmury. Młoda 
para zniknęła w samochodzie. 

- Ten ostatni pocałunek był dla ciebie - powiedział Ster-

ling poważnie. 

background image

232 

Kate skinęła głową i otarła łzy chusteczką. 

- Zmieniła go. Wiedziałam to już w dniu, kiedy zobaczy­

łam go z ojcem w restauracji. - Lekko pociągnęła nosem. -
Nie słyszałam, o czym mówili, ale widziałam, że się zmienił. 
Stał się bardziej uczuciowy, otwarty. - Uśmiechnęła się. - Nie 
wierzyłam, że doczekam takiego dnia. 

- Miałem wątpliwości, ale ty od początku wiedziałaś, że 

to jest dziewczyna dla niego, jeszcze zanim ją zobaczyłaś. 

Kate westchnęła. 

- Czułam to i nie przeczyła temu żadna z informacji, które 

zebrałeś na jej temat, ale chciałam się przekonać osobiście. 
Wiem, że ukrywanie się w pokoju na najwyższym piętrze i wy­
glądanie z okna mogło okazać się ryzykowne, ale przynajmniej 
byłam na miejscu, kiedy przyszło tych dwoje oszustów. 

Popatrzyła na rodzinę zebraną na wciąż jeszcze brązowym 

po zimie trawniku przed starym kościołem. Dostrzegła tę po­
dejrzaną parę na uboczu. Czaili się tam jak dwoje kieszon­
kowców, czyhających na okazję. Kate wzdrygnęła się, a Ster-
ling pokrzepiającym gestem ujął ją za rękę. 

- Nie powinienem wątpić w twoje przeczucia - rzekł. -

W końcu sam wiem najlepiej, jakich cudów może dokonać 

silna kobieta. 

Kate roześmiała się wesoło. Szare pasma zalśniły w gęs­

tych, rudawych włosach. Nagle spoważniała. 

- Adam się już ustatkował - oznajmiła, znów spoglądając 

w okno. Rodzina zaczynała się rozchodzić. Tracey Ducet 
i Wayne Potts sprytnie wkręcili się do jednej z grup. Tracey 
uśmiechała się ostrożnie, Wayne uniżenie. Twarz Kate przy­
brała srogi wyraz. - Co zrobimy z tą parką? 

Sterling odchrząknął. 

background image

233 

- W tej chwili chyba nic nie możemy zrobić. 
Zmarszczyła brwi. 
- No tak, nie mogę się ujawnić i ich zdemaskować. Nawet 

gdyby rodzina nie miała mnie za zmarłą, to i tak ujawnienie 
kłamstwa Tracey Ducet nie byłoby najlepszym wyjściem. 

- Może kto inny wykonałby to zadanie za nas? 
- Nie wiem, kto mógłby to być. - Kate potrząsnęła gło­

wą. - Każdy, kto znał prawdę, już nie żyje. Ben, akuszer­
ka... - Uśmiechnęła się przewrotnie. - W pewnym sensie 
nawet ja. 

- A kidnaperzy? - zasugerował. - Oni na pewno wiedzą. 
Po twarzy Kate przebiegł bolesny skurcz. 
- Oni nic nie powiedzą. Będą się bali. 
- No tak. Znowu masz rację. 
Kate zmiękła, uśmiechnęła się i wzięła go za rękę. 
- I znów nie mam wyboru. Mogę tylko patrzeć i czekać 

- stwierdziła smutno. Ostatni raz spojrzała tęsknie na rodzinę. 
- Jakby mój syn nie miał już i tak zbyt wiele na głowie. 

- Jake da sobie radę - zapewnił ją Sterling. - Może jednak 

czułby się lepiej, gdyby wiedział, że żyjesz. Zawsze byłaś dla 
niego źródłem siły. Tak jak dla całej rodziny. 

- Nie mogę ryzykować. Jeśli ten, kto chciał mnie zabić, 

dowie się, że żyję, rodzina znajdzie się w niebezpieczeństwie. 

Sterling musiał się zgodzić, choć niechętnie. 
- Cóż, Jake musi sobie poradzić sam. Jest silny. 

- Może masz rację. 
- Na pewno mam. Czy kiedykolwiek się myliłem? 

Spojrzała na niego z ukosa. 

- Za każdym razem, kiedy się ze mną nie zgadzałeś. - Je­

szcze raz zerknęła przez okno. - Mam nadzieję, że oboje je-

background image

234 

steśmy tak sprytni, jak nam się wydaje. - Westchnęła i nacis­

nęła guzik na oparciu pod łokieć. 

Rozległ się trzask z małego głośnika. 
- Słucham panią? 
- Jedziemy stąd. 
Zerknęła z troską na Sterlinga. Przybrał obojętną minę. 
- Jeszcze jedna limuzyna w długiej kolejce - powiedział. 
Kate uśmiechnęła się lekko. 
- A więc jednak jesteś sprytny, co? 
- Szybko się uczę i mam dobrą nauczycielkę - odparł. 
Kate patrzyła przed siebie, niby nie zauważając, że Sterling 

nadal trzyma ją za rękę. Niech się sprytny lis jeszcze trochę 
pomęczy. Kate Fortune niczego łatwo nie oddawała - zwłasz­
cza swojego serca. 

jan+an