background image

CONNIE BENNETT 

 

Samotny ojciec 

(Single ... with children ) 

background image

 

Taki głos doprowadza mężczyzn do szaleństwa. Głębokie, ciemne tony przywoływały na 

myśl  obraz  Laureen  Bacall  uczącej  Bogarta  gwizdać  albo  Kathleen  Turner,  której  do 

podniesienia  temperatury  ciała  mężczyzn  wystarczało  jedno  namiętne  słowo.  Taki  głos  od 

razu  skłaniał  do  snucia  romantycznych  fantazji,  kryła  się  w  nim  obietnica  niezwykłej 

namiętności i rozkoszy.  

Pozostawało  jednak  faktem,  że  głos  ten  pochodził  z  komputerowego  syntetyzatora 

dźwięku, co zupełnie nie pasowało do wszystkich tych skojarzeń! 

Doktor  Caroline  Hunter  siedziała  nieruchomo  na  taborecie  w  laboratorium  i  z 

niedowierzaniem  słuchała  syntetyzatora,  przekazującego  jej  zupełnie  niewinną  wiadomość. 

Gdy nagranie dobiegło końca, zwróciła się do siedzącego przy terminalu młodego technika.  

– To jakiś żart, prawda, Tony? – spytała z nadzieją w głosie.  

–  Ależ  czemu  pani  tak  sądzi,  pani  doktor?  –  odpowiedział  Tony  Beecroft,  zsuwając 

jednocześnie  z  nosa  okulary  w  grubej  oprawce.  Wyglądał  zupełnie  poważnie.  –  Nie 

odważyłbym się z panią żartować. Wszyscy wiedzą, że nie ma pani poczucia humoru.  

Tony  żartował,  ale  ta  złośliwość  nie  była  pozbawiona  podstaw.  Przez  ułamek  sekundy 

Caroline miała ochotę dać mu szturchańca, aby udowodnić, że jest dobrym kompanem, który 

docenia  dowcipy,  ale  w  porę  się  powstrzymała.  To  nie  byłoby  w  jej  stylu.  Zajmowała  się 

konstruowaniem  komputerów  i  cieszyła  się  reputacją  osoby  bezwzględnie  dążącej  do  celu. 

Długo musiała pracować, aby – w profesji zdominowanej przez mężczyzn – zasłużyć na taką 

opinię.  Już dawno nauczyła się tłumić odruchy, które  mogłyby  zdradzić,  że ta reputacja  jest 

właściwie bezpodstawna.  

–  Tony,  to  ma  być  głos  komputera  zdolnego  do  komunikacji  werbalnej,  a  nie 

recepcjonistki w agencji towarzyskiej – powiedziała surowym tonem.  

– Nie podoba się pani, prawda? 

– Przykro mi, ale nie – pokręciła głową Caroline, po czym pomyślała, że powinna dodać 

coś  uprzejmego.  –  Wykazałeś  wprawdzie  wielki  talent  w  programowaniu  syntetyzatora,  ale 

nie o to nam chodziło.  

– Nie sądzi pani, że komputer o nazwie SCARLETT OHARA powinien mieć odpowiedni 

głos? 

–  Jeśli  użyjemy  tego  głosu  –  Caroline  wskazała  na  syntetyzator  –  to  będziemy  musieli 

zmienić jego nazwę na Jezebel.  

background image

– Hej! – ucieszył się Tony. – Więc jednak ma pani poczucie humoru! 

– Jeśli komuś o tym powiesz, wylecisz z pracy – odrzekła, powstrzymując uśmiech.  

–  Tak,  proszę  pani  –  powiedział  Beecroft,  ciągle  uśmiechnięty.  Odwrócił  się  w  stronę 

terminalu i nacisnął kilka klawiszy. – Skoro nie chce pani seksu, może to się pani spodoba.  

Z  głośnika  popłynął  ten  sam  tekst.  Tym  razem  ton  głosu  był  dokładnie  taki,  o  jaki 

chodziło Caroline, gdy wyznaczyła Tony’emu zadanie. Z badań rynkowych wynikało, że głos 

komputera  często  działa  ludziom  na  nerwy,  zwłaszcza  gdy  mają  z  nim  do  czynienia  na  co 

dzień.  Caroline  kazała  Tony’emu  obniżyć  wysokość  i  zmienić  nieco  barwę  dźwięku,  a  on 

dokładnie zrealizował jej polecenie.  

– Dużo lepiej – pochwaliła go entuzjastycznie.  

–  Wiedziałem,  że  pani  tak  powie,  ale  uważam,  że  poprzednia  wersja  jest  dużo  lepsza  – 

odpowiedział Tony.  

– Pewnie wszyscy mężczyźni zgodziliby się z tobą – stwierdziła zimno Caroline i wstała 

z taboretu. – Kiedy zainstalujesz nowy syntetyzator? 

–  W  poniedziałek  z  samego  rana  –  obiecał.  –  Może  pani  powiedzieć  ludziom  z  działu 

reklamy, że będą mieli swoje próbne modele pod koniec przyszłego tygodnia.  

– Doskonale! – Podeszła do terminalu i poklepała Tony’ego po ramieniu. Nie wypadło to 

szczególnie  naturalnie,  ale  Caroline  nigdy  nie  pozwalała  sobie  na  nadmiernie  poufałe 

zachowanie w kontaktach z personelem. – Dobrze się sprawiłeś, Tony. Dopilnuj tylko, żebyś 

zainstalował właściwą wersję.  

– Czy mógłbym ich nie odróżnić? 

–  Rzeczywiście,  trudno  sobie  wyobrazić,  byś  nie  był  w  stanie  dosłyszeć  różnicy  – 

odrzekła Caroline, tym razem pozwalając sobie na dyskretny uśmiech. – Do zobaczenia.  

Wzięła  z  biurka  staromodny  notatnik  i  energicznym  krokiem  wyszła  z  niewielkiego 

laboratorium  dźwiękowego.  Szła  korytarzem  ultranowoczesnego  biura,  które  od  sześciu  lat 

było  jej  drugim,  a  może  nawet  pierwszym  domem.  W  szklanych  ścianach  MediaTech 

Laboratories  czuła  się  całkowicie  swobodnie,  czego  nie  można  by  powiedzieć  o  większości 

innych miejsc.  

Jako osoba genialna, czego miarą było IQ na poziomie zbliżonym do 180, Caroline przez 

całe  życie  starała  się,  realizować  swoje  możliwości”.  Niewątpliwie  w  życiu  zawodowym  to 

się jej w pełni udało. W wieku trzydziestu pięciu lat objęła prowadzenie w wyścigu, którego 

celem było stworzenie najnowocześniejszego komputera na świecie. Pozostało jeszcze usunąć 

kilka pomniejszych błędów z systemu i już wkrótce MediaTech będzie mogła zaprezentować 

komputer  OHARA  wszystkim  ekspertom.  Caroline  wiedziała,  że  to  będzie  cios  dla 

background image

konkurencji.  

Natomiast  w  życiu  osobistym  powiodło  się  jej  znacznie  gorzej.  Miała  za  sobą  nieudane 

małżeństwo,  jej przyjaciółmi  byli wyłącznie koledzy z pracy,  a domowy kot rozpoznawał  ją 

tylko  w  porach  karmienia.  Na  szczęście  jej  życie  wypełniała  praca  i  Caroline  w  pełni  to 

akceptowała.  Całą  swoją  energię  i  inteligencję  skoncentrowała  na  projektowaniu  komputera 

OHARA. Dzieło to sprawiało jej taką satysfakcję, że wszystkie kłopoty, jakich doświadczała 

w innych dziedzinach życia, nie miały dla niej znaczenia.  

Nie zatrzymując się po drodze i nie rozmawiając z nikim, Caroline przeszła przez główne 

laboratorium  i  pomaszerowała  prosto  do  swego  gabinetu  –  pozbawionego  okna  pokoju,  w 

którym stało biurko, szafka, dwie duże kartoteki i komputer, na pozór całkiem zwyczajny.  

– Dobry wieczór, Caroline – rozległ się spokojny kobiecy głos. Trudno byłoby zgadnąć, 

skąd pochodził.  

– Dobry wieczór, Scarlett – odpowiedziała Caroline, podchodząc do biurka. – Czy miałaś 

pracowity dzień? 

–  Oczywiście.  Odbyłam  lekcję  astronomii  z  doktorem  Caldwellem,  a  doktor  Bergman 

sprawdzał moją główną bazę danych.  

–  Czy  znowu  masz  dziurę  w  pamięci?  –  spytała  Caroline,  marszcząc  brwi.  Odłożyła  na 

biurko deskę do pisania i spojrzała badawczo na monitor.  

–  Myślę,  że  nie  –  odpowiedział  komputer.  –  Wydaje  mi  się,  że  to  było  tylko  rutynowe 

badanie.  

Kobieta odetchnęła z ulgą. Główna baza danych stanowiła jeden z najbardziej złożonych i 

najważniejszych  części  systemu  Scarlett.  Dzięki  zawartych  w  niej  encyklopedycznym 

wiadomościom  Scarlett  potrafiła  rozumować  z  niemal  ludzką,  a  czasem  wręcz  nadludzką 

sprawnością.  Niestety,  od  paru  miesięcy  z  niejasnych  powodów  komputer  „zapominał” 

pewnych informacji. Dotychczas straty były minimalne, ale ich pojawienie się dowodziło, że 

w systemie tkwi  jakiś  błąd.  Mimo wielu godzin spędzonych  na diagnostyce,  Caroline  wciąż 

nie  wiedziała,  na  czym  polega  problem.  Zdarzało  się,  że  jednego  dnia  Scarlett  wiedziała  o 

pewnych faktach, a już następnego nie pozostawał nawet ślad po tych informacjach.  

Na szczęście tym razem nie o to chodziło.  

– Masz do mnie jakieś pytania, Scarlett? – spytała Caroline, siadając za biurkiem.  

– Tak.  

Komputer  automatycznie  sprawdzał  wszystkie  wczytywane  informacje  i  gdy  czegoś  nie 

rozumiał, prosił swą konstruktorkę o wyjaśnienie.  

– Słucham.  

background image

– Co to znaczy „zadzierać nosa”? 

– W jakich okolicznościach spotkałaś się z tym określeniem? – spytała Caroline z lekkim 

uśmiechem.  

– Doktor Caldwell powiedział tak, gdy go poinformowałam, że jego obliczenia odległości 

od kwazara Maxima są błędne.  

Caroline  zachichotała.  Loren  Caldwell  był  astrofizykiem  z  Cal-Techu,  który  niedawno 

zgodził się  nauczyć Scarlett astronomii.  Wybitny  uczony  nie  był widocznie przyzwyczajony 

do impertynenckich uwag ze strony swych uczniów.  

– Zadzierać nosa, to znaczy demonstrować swoją wyższość – wyjaśniła.  

–  To  znaczy,  jest  to  równoważne  z  arogancją  –  po  chwili  namysłu  Scarlett  wyciągnęła 

właściwy wniosek.  

– Owszem.  

– Czy rzeczywiście jestem arogancka? – spytała Scarlett po chwili wahania.  

Konstruktorka bezwiednie uniosła rękę i pogłaskała monitor, niczym matka pocieszająca 

urażone  dziecko.  Scarlett  oczywiście  nie  przeżywała  żadnych  uczuć,  ale  gdy  pytania 

dotyczyły jej „osobowości”, dość łatwo było ją zmylić. Caroline zawsze bardzo uważała, żeby 

nie wprowadzić swego „dziecka” w błąd.  

–  Ty  jesteś  inteligentna,  Scarlett  –  odrzekła.  –  Ludzie  czasem  mylą  inteligencję  z 

arogancją.  

– Czy słowa „inteligencja” i „arogancja” są synonimami? 

– Nie.  

– Wobec tego jest to problem ludzkiej interpretacji – stwierdziła Scarlett.  

–  Masz  rację  –  przyznała  Caroline.  Nauczenie  ściśle  logicznego  komputera,  że  ludzie 

często  zachowują  się  nielogicznie,  było  jednym  z  najtrudniejszych  zadań  projektowych. 

Termin „ludzka interpretacja” stał się skrótem, którym Scarlett określała wszystko, czego nie 

rozumiała, a co musiała przyjąć do wiadomości.  

Scarlett  wydawała  się  usatysfakcjonowana  otrzymanymi  wyjaśnieniami  i  przeszła  do 

następnego  pytania.  Gdy  skończyły,  Caroline  zabrała  się  do  kolejnego  przeglądu  programu, 

kontrolującego  mowę  komputera;  był  to  jeden  z  wielu  elementów  oprogramowania,  który 

musiał być całkowicie gotów przed publiczną premierą maszyny.  

– Caroline! Co ty tu robisz? 

Uniosła głowę i spojrzała w kierunku drzwi. Była tak pochłonięta swymi rozważaniami, 

że  dopiero  po  chwili  oprzytomniała  i  rozpoznała  Boba  Stafforda,  wysokiego  i  szczupłego 

menedżera MediaTech.  

background image

– Czyżbyś nie pamiętał, że tu pracuję? – odpowiedziała wreszcie, gdy pytanie dotarło do 

jej świadomości. – Czy chcesz przejąć moją rolę roztargnionego profesora? 

– Nie, ty sobie z nią świetnie radzisz. W rzeczywistości aż za dobrze – odrzekł Stafford, 

pukając  palcem  w  zegarek.  –  Gimnazjum  Hilliard...  trzecia  godzina...  konkurs  osiągnięć 

naukowych dla uczniów... Czy to ci się z czymś kojarzy? 

– Och, Boże! – jęknęła Caroline. – To dzisiaj? 

– Jak najbardziej.  

– Czy muszę tam jechać? – spytała z resztką nadziei, że Stafford zaprzeczy.  

– Owszem,  musisz – stwierdził  stanowczo, krzyżując ramiona.  – Moja żona  jest główną 

organizatorką  konkursu  i  obiecałem  jej,  że  przyjdziesz.  Uczniowie  bardzo  liczą  na  twoją 

obecność. Jest już za późno, aby się wycofać. Jedziesz tam i tyle. Rusz się zaraz,  bo inaczej 

się spóźnisz.  

Caroline nie miała najmniejszej ochoty brać udziału w tej imprezie i pewnie dlatego o niej 

zapomniała. Nie cierpiała tłumów i nieznanych sytuacji, zawsze wtedy czuła się skrępowana i 

nie  na  swoim  miejscu.  Szczególną  niechęć  wzbudzała  w  niej  konieczność  rozmowy  z 

uczniami, biorącymi udział w konkursie. Niestety, Stafford najwyraźniej się uparł.  

– Która godzina? – spytała.  

– Pierwsza czterdzieści pięć.  

– Nie, panie Stafford – wtrąciła się Scarlett. – Jest pierwsza czterdzieści dwie.  

– Dziękuję, Scarlett – powiedział mężczyzna z wyraźną irytacją w głosie.  

– Bardzo proszę – odpowiedziała uprzejmie Scarlett.  

–  Któregoś  dnia  będę  musiała  ją  nauczyć,  jak  rozpoznawać  sarkazm  –  zażartowała 

Caroline.  

–  Któregoś  dnia  będziesz  musiała  ją  nauczyć,  żeby  nie  czepiała  się  nieistotnych 

szczegółów – prychnął  niecierpliwie  menedżer. – Czy  możesz teraz  ją wyłączyć? Nie  lubię, 

gdy podsłuchuje.  

–  Masz  manię  prześladowczą  –  odparowała  Caroline,  ale  spełniła  polecenie.  –  Scarlett, 

koniec  sesji.  –  Światła  kontrolne  natychmiast  zgasły.  Kobieta  poklepała  monitor.  –  Śpij 

dobrze, kochanie.  

– Na litość boską! – jęknął Stafford. – Jeszcze trochę i zaczniesz jej śpiewać kołysanki.  

– To był tylko żart, Bob.  

– Nie,  wcale nie – zaprzeczył. – Stale się tak zachowujesz. To  przecież komputer, a nie 

dziecko.  

Caroline dobrze o tym wiedziała i nikt nie musiał jej przypominać.  

background image

–  Bob,  w  ciągu  najbliższych  paru  lat  ten  komputer  zwiększy  zyski  MediaTech  o  wiele 

miliardów  dolarów  i  to  ja  go  zaprojektowałam.  Jeśli  zatem  chcę  traktować  Scarlett  jak 

dziecko, to chyba powinieneś mi na to pozwolić.  

Stafford zacisnął usta. Caroline wiedziała, że ten argument trafi mu do przekonania.  

– Dobrze, możesz antropomorfizować martwy przedmiot tak długo, jak tylko chcesz, ale 

w zamian zrób coś dla mnie.  

– Co takiego? – spytała podejrzliwie.  

–  Odegraj  rolę  sędziego  w  konkursie  –  powiedział  Bob,  ponownie  stukając  palcem  w 

zegarek.  

– Dobrze, już dobrze. – Caroline sięgnęła po torebkę.  

– Nie rozumiem, dlaczego dałam się na to namówić.  

– Ponieważ jestem diabłem-kusicielem i musiałaś mi ulec – odrzekł kwaśno Stafford.  

Parsknęła  śmiechem.  Menedżer  MediaTech  z  pewnością  nie  miał  w  sobie  nic  z 

uwodzicielskiego szatana.  

–  Nie,  jeśli  dobrze  pamiętam,  odwołałeś  się  do  mojego  poczucia  obowiązku 

obywatelskiego.  Firma  musi  dbać  o  rozwój  kolejnych  generacji  uczonych  i  tak  dalej.  – 

Caroline  potrząsnęła  głową.  –  Musiałam  zwariować,  żeby  się  zgodzić.  Bob,  ja  nie  mam 

pojęcia, jak sobie radzić z dziećmi.  

–  Na  litość  boską,  Caroline,  nie  będziesz  musiała  zajmować  się  problemami  wieku 

dojrzewania. Musisz tylko ocenić napisane przez nich programy, to wszystko.  

– Wiem, ale dzieci są takie wrażliwe – odrzekła. – Dobrze pamiętam, jak wyglądają takie 

konkursy. Napięcie, rozczarowanie, płacze...  

– Wydawało mi się, że ty nie chodziłaś do publicznej szkoły.  

– To prawda,  moi rodzice  nie  mieli przekonania  do publicznego systemu edukacyjnego, 

ale  za  to  wierzyli  w  zalety  konkurencji.  Zapisywali  mnie  do  wszystkich  możliwych 

konkursów  w  kraju,  a  nawet  do  dwóch  za  granicą.  –  Caroline  nie  dodała,  że  to  zacięte 

współzawodnictwo  poważnie  przyczyniło  się  do  jej  społecznego  wyizolowania.  Mając 

dziesięć lat, konkurowała już z maturzystami, a na studiach również była młodsza o parę lat 

od wszystkich kolegów. Z rówieśnikami zaczęła się kontaktować dopiero wtedy, gdy w wieku 

dwudziestu  dwóch  lat  kończyła  trzeci  doktorat.  Koledzy  ze  studiów  doktorskich  mieli 

wreszcie  tyle  lat  co  ona  i  Caroline  poznała,  jak  wygląda  życie  towarzyskie.  Jednak  nigdy 

jeszcze  nie  miała  do  czynienia  z  dziećmi  i  dlatego  perspektywa  spotkania  z  liczną  grupą 

nastolatków budziła w niej przerażenie.  

– Caroline, ten konkurs to nie jest żadna wielka sprawa – pocieszył ją Stafford.  

background image

Wstała i włożyła żakiet. Stafford miał czworo dzieci i dziesięcioro wnucząt. Wiedziała, że 

nie  ma sensu  mu tłumaczyć,  iż zdołała dożyć trzydziestego piątego roku życia,  ani razu  nie 

kontaktując się z dziećmi.  

–  Jeśli  tak,  to  dlaczego  nie  pojechałeś  tam  sam,  tylko  zgłosiłeś  mnie  na  ochotnika?  – 

spytała.  

– Ponieważ nie mam pojęcia o komputerach – wyjaśnił Stafford.  

– Niezłe wyznanie, jak na menedżera największego laboratorium komputerowego w kraju 

– Caroline uśmiechnęła się ironicznie. – Tylko czekaj, aż dowie się o tym konkurencja.  

– Dobrze wiesz, co chciałem powiedzieć – Stafford zmarszczył brwi, w czym miał dużą 

wprawę.  –  Nie  mam  szerokiej  wiedzy,  potrzebnej  do  oceny  bardzo  rozmaitych  programów, 

jakie niewątpliwie przedstawią uczniowie.  

– Inaczej mówiąc, jesteś biurokratą.  

– Dokładnie tak.  

–  Dobrze,  pojadę,  ale  nie  chcę  w  przyszłości  słyszeć  żadnych  narzekań  na  opóźnienia. 

Natychmiast przypomnę ci, ile czasu marnuję na takie imprezy.  

–  Dlaczego  uważasz,  że  zmarnujesz  czas?  Gloria  powiedziała  mi,  że  niektóre  z  tych 

projektów są naprawdę rewelacyjne. W Hilliard nie brakuje zdolnych uczniów.  

–  To  właśnie  mnie  martwi  –  mruknęła  Caroline.  –  Obawiam  się,  że  nie  mam  czasu  na 

szybki kurs psychologii dziecięcej, prawda? 

– Masz  tam  być za godzinę – odrzekł Stafford, zerkając  na zegarek. –  Wiem, że w tym 

czasie mogłabyś zrobić kolejny doktorat, ale musisz pokonać korki uliczne.  

– Dobrze, jakoś się przecisnę – powiedziała Caroline, nadrabiając miną. W rzeczywistości 

wcale nie była pewna, jak wypadnie.  

 

Mitch  Grogan  nie  miał  wątpliwości,  że  jego  córka  wygra  konkurs.  Zdążył  się  już 

przyjrzeć wszystkim projektom konkurentów i był przekonany, że żaden z nich nawet się nie 

umywa do dzieła Janis.  Był pewien, że nie kieruje nim rodzicielska duma, tylko obiektywna 

ocena  pozostałych  prac.  Pomyślał,  że  jeszcze  tego  popołudnia  Janis  otrzyma  wstęgę 

zwycięzcy,  tysiącdolarowe  stypendium  i  awansuje  do  krajowego  finału...  Kto  wie,  może 

później zdobędzie stypendium Westinghouse i zostanie studentką jednej z elitarnych uczelni, 

takich jak MIT, Stanford, Harvard czy Yale? 

Mitch  wiedział,  że  spełnienie  jego  marzeń  leży  w  granicach  możliwości  Janis.  Zresztą, 

jeśli chciała zostać uczoną, nie miała innego wyjścia. I ona,  i on dobrze wiedzieli, że pensja 

porucznika  policji  nie  wystarczy  na  opłacenie  czesnego  na  jednym  z  czołowych 

background image

uniwersytetów.  

Projekt  Janis  miał  umożliwić  jej  studia  na  takim  uniwersytecie,  na  jaki  naprawdę 

zasługiwała, ale Mitch wiedział, że nie zdoła przekonać córki, że na pewno wygra. Patrzył ze 

współczuciem  na  potwornie  zdenerwowaną  dziewczynę.  Janis  stała  obok  swojej  maszyny, 

demonstrując  jej  umiejętności  kolejnej  grupie  rodziców,  którzy  –  podobnie  jak  przedtem 

Mitch  –  przyglądali  się  pracom  konkurentów.  Zachowywała  się  pozornie  spokojnie  i  z 

umiarkowanym  entuzjazmem  prezentowała  swoje  dzieło,  ale  Mitch  słyszał  w  jej  głosie 

napięcie  i  widział,  jak  drżą  jej  ręce.  Janis  niewątpliwie  z  trudem  panowała  nad  nerwami. 

Sędziowie skończyli już oceniać, ale jeszcze nie ogłosili wyników. Musieli jeszcze poczekać.  

Grupka  widzów  przesunęła  się  do  następnego  stoiska  i  Janis  zdjęła  słuchawki,  które 

stanowiły  integralną  część  urządzenia.  Szybkim  krokiem  podeszła  do  ojca,  który  starał  się 

zachować odpowiedni dystans od stoiska córki.  

– Tato! 

–  Co  się  stało?  –  Mitch  musiałby  być  ślepy,  gdyby  nie  dostrzegł  nagłego  podniecenia, 

malującego się na twarzy Janis. – Czy zasnąłem w trakcie ogłaszania wyników? Możemy już 

iść do domu? 

–  Niee...  –  powiedziała  Janis  z  wyraźną  dezaprobatą,  takim  tonem,  jakiego  zawsze 

używała, gdy sądziła, że ojciec błaznuje. – To ona! 

– Co za ona? 

– Ona! – Dziewczyna wskazała kogoś palcem, ale szybko opuściła rękę. – Nie, nie patrz 

w jej stronę. Idzie tutaj.  

Janis pociągnęła ojca za rękaw,  zmuszając go do zwrócenia  się w drugą  stronę.  Mitch  z 

trudem  powstrzymał  się  od  śmiechu.  Jego  zazwyczaj  poważna  córka  jednocześnie 

podskakiwała  z  podniecenia  i  starała  się  nie  zwracać  na  siebie  uwagi,  co,  oczywiście,  z 

trudem  dawało  się  ze  sobą  pogodzić.  Na  szczęście  nikt  im  się  nie  przyglądał.  W  sali 

wystawowej panował straszny rwetes.  

– Czy mogłabyś mi łaskawie wyjaśnić, na kogo mam nie patrzeć? 

– Na Caroline Hunter – szepnęła Janis.  

– To jakaś gwiazda filmowa? – spytał, choć dobrze wiedział, o kim mowa. Zresztą, jego 

córka nigdy nie zwróciłaby uwagi na jakąś aktorkę lub piosenkarkę rockową.  

–  Gwiazda  filmowa  na  konkursie  naukowym?  –  Janis  przewróciła  oczami.  –  Chyba 

zwariowałeś,  tato.  Caroline  Hunter  to  słynna  konstruktorka  komputerów.  Opowiadałam  ci  o 

niej. Była jednym z sędziów konkursu w mojej dziedzinie. Mówiłam ci, że będzie.  

W  rzeczywistości  Janis  mówiła  o  tym  ojcu  tyle  razy,  że  musiałby  zapamiętać  nazwisko 

background image

Caroline  Hunter,  nawet  gdyby  nigdy  o  niej  nie  słyszał.  Mitch  pomyślał,  że  skoro  córka  nie 

doceniła dowcipu o gwieździe filmowej, to trzeba się teraz jakoś zrehabilitować.  

– Czy to ona opracowuje projekt pierwszego komputera optycznego? – zapytał.  

–  Właśnie  –  szepnęła  Janis,  zerkając  ukradkiem  na  Caroline.  –  To  Optical  Heuristic 

Algorithmic  Reasoning  Architecture,  w  skrócie  OHARA.  Nikomu  jeszcze  nie  udało  się 

zbudować aparatury o równie doskonałej sztucznej inteligencji.  

– Aha! – mruknął Mitch.  

– Pod względem zdolności rozumowania OHARA dorównuje dziesięcioletniemu dziecku.  

– To wspaniale – skrzywił się mężczyzna. – Jestem pewien, że światu nie brakuje niczego 

poza jeszcze jednym dziesięciolatkiem.  

Tym razem Janis zachichotała.  

– Och, tatusiu, jestem pewna, że OHARA nie jest tak nieznośny jak Sam.  

– Mam nadzieję, choćby ze względu na spokój ducha pani doktor Hunter – odrzekł Mitch, 

zadowolony,  że  córka  wykazała  poczucie  humoru.  –  Najgorszemu  wrogowi  nie  życzyłbym 

takiego dziecka jak twój brat.  

– Nie musisz mi o tym mówić – Janis znów przewróciła oczami. Mitch miał nadzieję, że 

córka pozbędzie się kiedyś tej maniery.  

– Co doktor Hunter powiedziała o twoim dziele? 

–  Niedużo  –  Janis  przygryzła  nerwowo  dolną  wargę.  –  No,  ale  przecież  jako  sędzia  nie 

mogła  się  otwarcie  wypowiadać,  w  każdym  razie  nie  przed  ogłoszeniem  wyników.  Zadała 

jednak bardzo dużo pytań i wydawała się... chyba IVAR zrobił na niej wrażenie.  

–  Nie  wątpię.  –  Mitch  objął  córkę  ramieniem  i  przytulił  do  piersi.  –  Z  pewnością 

podobnie uważają pozostali sędziowie.  

Janis ciężko westchnęła i spojrzała na dziwne urządzenie, stojące na jej stoisku.  

– Mam nadzieję, tato. IVAR musi wygrać.  

– Co jeszcze mówiła doktor Hunter? – spytał Grogan. Chciał zająć córkę, aby nie dłużył 

się jej czas oczekiwania na wyniki.  

–  Była  bardzo  sympatyczna  –  uśmiechnęła  się  dziewczyna.  –  Naprawdę,  wcale  nie 

zachowywała się jak ktoś sławny i nadęty.  

– Nie wątpię – zgodził się Mitch z uśmiechem. Pomyślał, że chyba niewiele dziewcząt w 

wieku Janis przyznałoby sławę jakiemukolwiek uczonemu.  

– Wiesz, że ona zrobiła doktorat w wieku dziewiętnastu lat? Czytałam o niej niedawno w 

magazynie „Technologie Przyszłości”.  

Janis  mówiła  takim  tonem,  jakim  na  ogół  nastolatki  relacjonują  ostatni  artykuł  o 

background image

Madonnie  z  nowego  numeru  „Bravo”.  No  tak,  ale  ona  nie  była  typową  nastolatką... 

Nauczyciele  mówili,  że  jest  bardzo  zdolna,  koledzy  ze  szkoły  nazywali  ją  jajogłową,  a 

młodszy brat Sam w tajemnicy przed ojcem przezywał siostrę purchawką.  

Mitch  zawsze  traktował  swoje  najstarsze  dziecko  jak  aniołka,  który  nieoczekiwanie 

pojawił  się  w  jego  życiu,  ale  nie  potrafił  zrozumieć,  jak  doszło  do  tego,  że  stał  się  ojcem 

geniusza. Wprawdzie i jemu, i jego żonie nie brakowało inteligencji, ale...  

Nie  mógł  jednak  ukryć  faktu,  że  jest  dumny  z  córki.  Janis  była  dobrze  wychowaną, 

sumienną,  wzorową  uczennicą...  może  tylko  trochę  zbyt  poważną.  Miała  ostry  język,  ale 

czasem  brakowało  jej  poczucia  humoru.  Jej  bohaterami  byli  nie  filmowi  gwiazdorzy,  lecz 

wielcy uczeni. W sumie Mitch był z niej bardzo zadowolony.  

– OK, teraz możesz spojrzeć – szepnęła, zerkając z ukosa na Caroline Hunter. – Stoi przy 

ostatnim stoisku,  rozmawia z  moją nauczycielką,  panią Stafford. Ma krótkie ciemne włosy  i 

szary kostium.  

– Kto, pani Stafford? 

– Nie, doktor Hunter – wyjaśniła Janis, ciężko wzdychając.  

– Żartowałem, córeczko.  

– Wiem. Możesz spojrzeć teraz, nim się odwróci. Tylko ostrożnie.  

Mitch demonstracyjnie udawał nonszalancję, zaczął nawet fałszywie pogwizdywać. Janis 

szturchnęła go w żebra i powiedziała, żeby się nie wygłupiał. Przestał gwizdać. Pomyślał, że 

nawet jeśli córce brakuje poczucia humoru, to ma wiele innych zalet.  

Szkolna  sala gimnastyczna  była gęsto zastawiona stoiskami z pracami uczniów,  a prócz 

tego wszędzie kręcili się zawodnicy, dumni rodzice i nauczyciele. Mitch Grogan potrzebował 

więc  dłuższej  chwili,  aby  odnaleźć  wzrokiem  ciemnowłosą  kobietę  w  szarym  kostiumie. 

Widok doktor Hunter bardzo go zaskoczył.  

Już  od  dziesięciu  lat  kierował  pracą  wydziału  przestępstw  komputerowych  komendy 

policji  w  Hilliard.  Dzięki  temu  udało  mu  się  dobrze  poznać  świat  kalifornijskiej  Silicon 

Valley.  Znał  osobiście  wielu  tak  zwanych  geniuszy  przemysłu  komputerowego.  Caroline 

Hunter zdecydowanie odbiegała od standardu, już choćby dlatego, że była kobietą. Nawet w 

dzisiejszych czasach wyzwolenia kobiet przemysł  komputerowy pozostał w znacznej  mierze 

terenem zarezerwowanym dla mężczyzn. Poza tym dr Hunter była starannie uczesana i miała 

na sobie bardzo elegancki kostium.  

Mitch  wiedział,  że  publiczny  wizerunek  komputerowych  fanatyków  wcale  nie  jest 

odległy od rzeczywistości.  Większość z nich z dumą demonstrowała swoją ekscentryczność. 

Jeden z najsłynniejszych i najbogatszych bohaterów Silicon Valley wciąż polegał na mamie, 

background image

która wybierała mu ubranie i przypominała o kąpieli. Był tak inteligentny, że normalny świat 

wydawał mu się nudny, i dlatego żył we własnym magicznym świecie komputerów.  

Zgodnie  z  krążącymi  plotkami,  Caroline  Hunter  miała  zachowywać  się  podobnie. 

Wszyscy  mówili  jednak,  że  jeśli  Hunter  postawi  na  swoim,  to  w  technice  komputerowej 

nastąpi  rewolucja,  a  MediaTech  stanie  się  jedną  z  najbogatszych  korporacji  świata.  Mam 

nadzieję, pomyślał Mitch, że zagwarantowała sobie udział w zyskach.  

– No? – ponagliła go Janis. – Prawda, że jest piękna? 

–  Wydaje  się  pociągająca  –  odrzekł.  W  tej  chwili  mógł  dostrzec  tylko  jej  profil  i  zarys 

szczupłej sylwetki.  

– Och, tato, ona jest cudowna! Poza tym jest... Dziewczyna nagle urwała. Mitch spojrzał 

na nią z zaciekawieniem.  

– Cóż takiego? – spytał.  

–  Jest  samotna  –  wyjaśniła  córka,  pochylając  się  ku  niemu.  –  No,  rozwiedziona.  Nie 

wyszła ponownie za mąż.  

Mitch nie wierzył własnym uszom. Od śmierci żony minęły już cztery lata i Janis ani razu 

nie wykazała  najmniejszego pragnienia,  żeby ojciec znalazł sobie  jakąś kobietę.  Przeciwnie, 

gdy  po  raz  pierwszy  umówił  się  na  randkę,  córka  przez  tydzień  nie  odzywała  się  do  niego. 

Wprawdzie  od  tamtej  pory  minęły  już  dwa  lata,  ale  Mitch  nie  miał  czasu  na  kobiety.  Troje 

dzieci i praca policjanta zajmowały mu dość czasu.  

–  Jestem  pewien,  że  doktor  Hunter  potrafi  znaleźć  sobie  męża  bez  twojej  pomocy  – 

zauważył spokojnie.  

– Dobrze, że mi to powiedziałeś – prychnęła z irytacją Janis.  

– Zresztą, nie jest w twoim typie. Ma małe piersi i duże IQ.  

– Radzę ci ugryźć się czasem w język – skarcił ją. Pomyślał, że córka nie zapomniała mu 

krótkiego flirtu z Bambi Brightwood, która rzeczywiście nie odznaczała się inteligencją.  

– O co kłócicie się tym razem? 

Mitch odwrócił się w stronę ojca. Mitchell Grogan senior  miał sześćdziesiąt pięć lat, był 

emerytowanym  nauczycielem  i  –  podobnie  jak  junior  –  wdowcem.  Mieszkał  z  synem  i 

pomagał mu zajmować się dziećmi, dzięki czemu Mitch mógł pracować.  

–  Janis  odgrywa  swatkę,  tato  –  powiedział,  mrużąc  dyskretnie  oko.  –  Chce,  abym 

poderwał doktor Hunter, co zwiększyłoby jej szanse na zwycięstwo.  

– Tato! – zaprotestowała Janis. – To nieprawda! 

– Uspokój się, Aniołku – pocałował córkę w czoło.  

– Przecież tylko żartowałem.  

background image

– To kiepskie żarty – prychnęła, wykręcając się z jego objęć. Zmierzyła go niechętnym i 

buntowniczym  spojrzeniem  nastolatki.  Mitch  wiedział,  że  musi  przeczekać  okres  jej  złego 

humoru. W tym momencie przypomniał sobie, że ma jeszcze jedną córkę.  

– Tato, gdzie jest Ruthann? – spytał, rozglądając się uważnie wokół.  

– Została przecież z tobą – zdziwił się ojciec.  

–  Nie,  kiedy  tylko  poszedłeś,  Ruthann  zaczęła  marudzić  i  Sam  miał  ją  zaprowadzić  do 

ciebie – wyjaśnił Mitch, starając się opanować zdenerwowanie.  

– Przeszkadzała zwiedzającym zapoznać się z IVAR-em – dodała Janis.  

– I zostawiłeś ją pod opieką Sama? – zdumiał się dziadek.  

– Tylko na chwilę – odrzekł Grogan junior z wyraźną irytacją. – Od twojego odejścia nie 

minęła nawet minuta. Miałem nadzieję, że zaraz cię znajdzie.  

–  Nie  znalazł  –  stwierdził  starszy  pan.  –  Nie  byłem  zresztą  daleko,  oglądałem  inne 

eksponaty.  

– Boże –  jęknął  Mitch.  – Sam  pewnie próbuje teraz  ją sprzedać  na czarnym rynku.  Nie 

brak chętnych na małe dzieci. No dobra, wszyscy ruszamy na poszukiwania.  

– Tato, zaraz ogłoszą wyniki – zaprotestowała Janis. Mitch spojrzał na zegarek.  

–  Mamy  jeszcze  kwadrans.  Musimy  się  pośpieszyć.  Wy  dwoje  szukajcie  tu,  w  sali,  ja 

sprawdzę hol.  

– Zgoda.  

Mamrocząc  pod  nosem  jakieś  straszne  groźby  pod  adresem  brata,  Janis  zaczęła  się 

rozglądać.  

background image

 

Mitch  szybko  przeciskał  się  przez  tłum,  mrucząc  cicho  przekleństwa  skierowane  pod 

własnym adresem.  

To  wszystko była  jego wina.  Po prostu nie potrafił samotnie wychowywać trójki dzieci. 

Był  zwykłym  gliniarzem,  prostym  facetem,  który  dał  się  nabrać  na  opowieści  o 

Amerykańskiej Karierze i często tego żałował. Z pewnością biorąc ślub z Rebeccą, marzył o 

innym życiu.  

Ich plany  były  bardzo proste.  Zamierzali  mieć dwójkę dzieci, Rebecca  miała siedzieć w 

domu  i  zajmować  się  potomstwem,  a  później,  gdy  już  pójdą  do  szkoły,  skończyć  studia  i 

pójść  do  pracy.  Mitch  miał  robić  karierę  w  policji,  jednocześnie  starając  się,  aby  napięcie 

związane z pracą nie odbiło się na ich małżeństwie.  

Oczywiście,  Grogan  był  w  pełni  przygotowany  do  odegrania  roli  surowego  ojca, 

ponieważ  Becky  była  organicznie  niezdolna  do  odmówienia  dzieciom  czegokolwiek.  Prócz 

tego spodziewał się, że będzie uczyć syna grać w baseball i niepokoić się z powodu pierwszej 

randki córki.  

Nie liczył się jednak z trzecią ciążą ani z tym, że żona nie przeżyje narodzin Ruthann.  

Obecnie  spadły  na  niego  wszystkie  obowiązki  rodzicielskie,  w  których  spełnianiu  mógł 

mu  pomóc  tylko  starzejący  się  ojciec.  Takie  wypadki,  jak  dzisiejszy,  tylko  potwierdzały,  że 

Mitch zupełnie nie radził sobie z zadaniem, jakie wyznaczył mu los.  

Rozglądając  się  wokół,  zmierzał  szybkim  krokiem  do  wyjścia  z  sali  gimnastycznej. 

Wśród gości nie było zbyt wielu małych dzieci, co powinno ułatwić znalezienie czteroletniej 

dziewczynki  ze  złotymi  włosami  i  oczami  koloru  nieba.  Z  drugiej  strony,  Ruthann  była 

mistrzynią  w  grze  w  chowanego  i  jeśli  postanowiła  się  ukryć,  to  poszukiwania  mogły  się 

przeciągnąć w nieskończoność.  

Mitch  wolał  nie  dopuszczać  do  siebie  myśli,  że  córce  mogło  przytrafić  się  coś  złego. 

Zanim  poświęcił  się  tropieniu  wyrafinowanych  oszustw  i  kradzież  ze  świata  przemysłu 

komputerowego,  przez  ładnych  parę  lat  zajmował  się  zwykłymi  przestępstwami.  Dobrze 

wiedział, jak często dzieci padają ofiarą porywaczy i zboczeńców.  

Synek miał wprawdzie dopiero dziesięć lat, ale wyrósł na twardego, sprytnego chłopaka, 

potrafiącego zadbać o własne  bezpieczeństwo. Co innego opieka nad młodszą siostrą. Mitch 

dobrze  wiedział,  że  Sam  zachowuje  się  w  sposób  odpowiedzialny  tylko  wtedy,  gdy  jest  to 

zgodne z jego interesami. Oczywiście, świadomie nigdy by nie pozwolił, aby siostrze stało się 

background image

coś złego,  ale bardzo łatwo mogło się zdarzyć,  że zapomniał,  iż do niego należy opieka nad 

Ruthann. Atrakcyjna zabawa mogła sprawić, że zapomniał nawet o jej istnieniu.  

Gdy  Mitch  wreszcie  dostrzegł  syna  w  grupie  kilku  rówieśników,  nie  poczuł  wcale  ulgi. 

Dobrze wiedział, czego się spodziewać.  

– Sam! 

Chłopiec spojrzał w jego kierunku, powiedział coś do kolegów i podszedł do ojca.  

– Słucham, tato, o co chodzi? 

– Gdzie twoja siostra? 

– Która? – zdziwił się Sam.  

– Ruthann – wyjaśnił Mitch, niemal zgrzytając zębami.  

– Jest z dziadkiem.  

– Nie, nie jest. Miałeś ją do niego zaprowadzić, ale tego nie zrobiłeś.  

–  Właśnie,  że  zrobiłem  –  upierał  się  chłopiec.  –  Oglądał  właśnie  jakieś  idiotyczne 

urządzenie i Ruthann pobiegła do niego.  

– Wobec tego uznałeś, że masz ją z głowy, i zająłeś się swoimi sprawami, tak? 

– Aha! – Sam przestał się uśmiechać. Najwyraźniej zrozumiał, że nad jego głową zbierają 

się chmury. Ojciec chwycił go mocno za ramię.  

– Ruthann nie dotarła do dziadka i gdzieś zginęła.  

– Och...  

–  Idź,  poszukaj  dziadka  –  nakazał  Mitch.  Nie  chciał  teraz  tracić  czasu  na  robienie 

awantury  Samowi.  –  Powiedz  mu,  żeby  poszedł  do  organizatorów  i  poprosił,  aby  ogłosili 

przez  megafon  o  zaginięciu  dziecka.  Masz  z  nim  zostać,  dopóki  jej  nie  znajdziemy.  Ja 

przeszukam korytarz.  

– Dobrze, tato. Mitch ruszył dalej.  

 

Caroline  znalazła  się  w  sytuacji  zdecydowanie  przekraczającej  jej  kompetencje. 

Przetrwała jakoś konkurs, ponieważ wśród eksponatów było kilka bardzo interesujących prac, 

na  których  mogła  skupić  uwagę.  Rozmowy  z  uczniami  nie  okazały  się  tak  trudne,  jak  się 

obawiała,  i zaczęła już myśleć, że wszystko zakończy się pomyślnie. No i w tym momencie 

wpadło jej w ręce złotowłose i niebieskookie dziecko.  

Ściślej  mówiąc,  to  ona  wpadła  w  ręce  paroletniej  dziewczynki.  Caroline  zmierzała 

właśnie do toalety, gdy spod stolika wystawowego wyskoczyła ta mała, złapała ją za spódnicę 

i obrzuciła spojrzeniem, które mogłoby skruszyć serce z kamienia – Hej! – pisnęła.  

– Cześć – wykrztusiła Caroline z niepewnym uśmiechem. – Czy zgubiłaś rodziców? 

background image

Mała pokiwała złotą główką.  

– Czy znasz mojego tatę? – spytała.  

– Och, nie, kochanie. Nie znam.  

– Tata jest policjantem.  

– Wspaniale – odpowiedziała Caroline, rozglądając się bezradnie wokół. Miała nadzieję, 

że ktoś przyjdzie jej z pomocą, ale wszyscy starannie unikali kontaktu wzrokowego z sędzią. 

Na pozór nikt nie zauważył, w jakiej znalazła się sytuacji.  

– Czy wiesz, gdzie jest twój tata? – spytała nerwowo dziewczynkę.  

– Nie – mała znów potrząsnęła lokami. – Zaprowadź mnie do niego.  

–  Och...  postaram  się.  –  Caroline  wiedziała,  że  nie  może  odmówić.  Uśmiechnęła  się 

zachęcająco. – Jak się nazywa twój tata? 

– Tata.  

–  Głupie  pytanie,  głupia  odpowiedź  –  mruknęła  pod  nosem  Caroline.  –  A  jak  ty  się 

nazywasz, kochanie? – spróbowała inaczej.  

– Ruthann – odrzekła dziewczynka i podniosła rozczapierzone pałce. – Mam cztery lata.  

Caroline miała wrażenie, że jest młodsza, ale przecież nie znała się na dzieciach. No, coś 

już wiemy, pocieszyła się w myślach.  

– Jak wygląda twój tata? 

– Jest wysoki i ma rewolwer – odrzekła Ruthann po chwili namysłu i znów spojrzała na 

Caroline szeroko otwartymi, pięknymi oczami.  

Wspaniale,  teraz  już  wiem  wszystko,  pomyślała  Caroline.  Co  właściwie  mam  robić, 

chodzić wokół, szukając olbrzyma z wypchaną marynarką? 

– A jak wygląda mama? 

– Mama poszła do nieba.  

–  Och,  tak  mi  przykro...  –  Caroline  poczuła  się  zupełnie  bezradna  i  głupia,  czego 

zazwyczaj unikała równie starannie jak kontaktów z dziećmi. Pomyślała, że powinna zdobyć 

się na trochę logiki. – Ruthann, gdzie był tata, gdy widziałaś go po raz ostatni? 

– Nie wiem – wzruszyła ramionami mała.  

Oto pożytek z logiki, westchnęła w duszy Caroline.  

– Jak się nazywasz? – wykazała inicjatywę Ruthann.  

– Doktor Hun... To znaczy Caroline.  

– Jesteś bardzo ładna, Caroline.  

– Dziękuję ci.  

Do licha,  dlaczego takie proste stwierdzenie sprawia,  że  mam ochotę się uśmiechnąć?  – 

background image

zastanawiała się Caroline. Ta mała była rzeczywiście urocza, taka miła i niewinna...  

No,  to  do  niczego  nie  prowadzi,  skarciła  się  po  chwili.  Wiedziała,  że  musi  się  na  coś 

zdecydować.  Rozejrzała  się  jeszcze  raz  dookoła  i  zauważyła  w  pobliżu  panią  Stafford. 

Machnęła do niej ręką, ale ta była zajęta jakimś eksperymentem chemicznym, który właśnie 

groził wybuchem.  

Wspaniale.  Jeszcze  tego  mi  trzeba,  westchnęła  Caroline.  Pożar  i  zagubione  dziecko  to 

wspaniała kombinacja. Stafford jeszcze pożałuje, że wpakował mnie w taką sytuację.  

– Przepraszam, czy zna pani tę dziewczynkę? – Caroline zagadnęła przechodzącą kobietę.  

– Przykro mi, ale nie.  

– Czy mogłaby pani... – Caroline nie dokończyła, bo nieznajoma już odeszła. Spojrzała na 

małą. – Wiem już, Ruthann, co zrobimy. Zabiorę cię na podium sędziowskie i ogłosimy przez 

głośniki, gdzie cię szukać. Co o tym myślisz? 

– Co to jest podium? 

–  To  ta  platforma  w  drugim  końcu  sali.  Chodź  ze  mną.  Jestem  pewna,  że  tam  ojciec 

szybko cię znajdzie.  

Ruthann kiwnęła głową i ziewnęła. Uniosła do góry ręce.  

– Chcę na ręce, Caroline. Jestem zmęczona.  

Caroline niemal jęknęła. Nigdy w życiu nie nosiła na rękach dziecka. Pod tym względem 

z pewnością  była wyjątkiem wśród kobiet w  jej  wieku,  ale  z drugiej strony, zapewne  żadna 

kobieta  nie  była  tak  wychowywana  jak  ona.  Nie  miała  zielonego  pojęcia,  co  zrobić,  ale 

Ruthann patrzyła na nią z taką ufnością i nadzieją, że trudno jej było odmówić.  

– Och... Hm... – Caroline zatarła nerwowo ręce. – No, dobrze. – Pochyliła się i ostrożnie 

chwyciła dziewczynkę w pasie. Zupełnie nie wiedziała, co dalej. Bała się, że ją upuści, lub że 

mała zmieni zdanie i zacznie płakać.  

Nie miała jednak wyboru. Ruthann zarzuciła jej ręce na szyję i gdy Caroline podniosła ją 

z  podłogi,  ufnie  przytuliła  policzek  do  jej  ramienia.  Ten  gest  całkowicie  rozbroił  doktor 

Hunter.  

Pomyślała,  że  gdy  znajdzie  ojca  tej  małej,  powie  mu,  żeby  lepiej  spełniał  swoje 

obowiązki.  Zdawała  sobie  wprawdzie  sprawę,  że  trudno  mieć  dziecko  na  oku  bez  chwili 

przerwy,  ale  policjant  mógłby  przynajmniej  nauczyć  córkę,  że  zaczepianie  obcych  nie  jest 

bezpiecznym pomysłem.  

Otoczyła dziewczynkę ramionami i ruszyła w kierunku podium. Nim zdążyła zrobić trzy 

kroki, Ruthann miała dla niej kolejną niespodziankę.  

– Caroline.  

background image

– Tak? 

– Chce mi się siusiu.  

Caroline  głośno  jęknęła.  To  chyba  sen,  pomyślała.  Albo  jakiś  surrealistyczny  koszmar. 

Jeszcze kilka minut i z pewnością się zbudzę.  

– Caroline, chce mi się siusiu! Teraz! – powtórzyła z naciskiem Ruthann.  

– Och... najpierw poszukamy taty i on zabierze cię zrobić siusiu, dobrze? 

Ruthann uniosła głowę i pokręciła nią stanowczo.  

– Teraz, Caroline.  

Caroline  nie  wiedziała,  co  zrobić.  Z  pewnością  nie  chciała,  żeby  mała  narobiła  sobie 

wstydu,  ale  z  drugiej  strony  nie  miała  ochoty  być  oskarżona  o  próbę  porwania  dziecka. 

Toalety  znajdowały  się  na  korytarzu,  dość  daleko  od  sali  gimnastycznej  i  z  pewnością  nie 

powinna zabierać tam Ruthann.  

Rozejrzała  się  wokół  z  prawdziwą  rozpaczą.  Na  szczęście,  zauważyła  w  pobliżu 

dziewczynę, której pracę przed chwilą oceniała.  

–  Berty,  pozwól  tutaj!  –  zawołała  ją  ostrym  tonem.  Dziewczyna  wpadła  w  popłoch,  ale 

posłusznie wykonała polecenie.  

– Tak, proszę pani? 

–  Chciałabym,  abyś  natychmiast  odnalazła  panią  Stafford  –  poinformowała  surowo 

Caroline. – Powiedz jej, że jestem w toalecie z zagubioną dziewczynką i bardzo ją proszę, aby 

natychmiast do mnie przyszła. Zrozumiałaś? 

– Tak, proszę pani.  

– To idź.  

Betty  zaczęła  przeciskać  się  przez  tłum,  a  Caroline,  nie  tracąc  ani  chwili,  ruszyła  w 

kierunku najbliższego wyjścia. Korytarz był niemal pusty.  

–  Wszystko  w  porządku,  Ruthann.  Już  za  sekundę  będziemy  w  toalecie  –  powiedziała, 

siląc się na wesołość. W rzeczywistości gorączkowo zastanawiała się, co ma zrobić, gdy już 

dotrą  na  miejsce.  Czy  czteroletnie  dziewczynki  załatwiają  się  same?  Czy  może  trzeba  jej 

pomóc się rozebrać? Co jeszcze powinna zrobić? 

Caroline sama nie wiedziała, czy kręci się jej w głowie z wysiłku, czy ze zdenerwowania. 

Zbliżała  się  już  do  drzwi  toalety,  ale  nim  położyła  rękę  na  klamce,  w  korytarzu  rozległ  się 

grzmiący głos.  

– Stać! Nie ruszaj się! 

Caroline poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. Odwróciła się w stronę, skąd doszedł 

rozkaz.  

background image

– Tata! – pisnęła Ruthann.  

– Kazałem stać bez ruchu! 

Caroline zamarła. Nie mogłaby się ruszyć, nawet gdyby od tego zależało jej życie. Ojciec 

Ruthann,  wysoki  mężczyzna  w  cywilnym  ubraniu,  wyglądał  jak  uosobienie  karzącej 

sprawiedliwości. Stał w drugim końcu korytarza w lekkim rozkroku, z odsuniętą do tyłu połą 

marynarki i ręką opartą na biodrze. Caroline nie miała wątpliwości, że ojciec Ruthann trzyma 

rękę na kolbie rewolweru.  

Przez  głowę  przemknęło  jej  kilka  myśli.  Po  pierwsze,  uświadomiła  sobie,  że  choć  ten 

policjant  wydaje  się  niezwykle  groźny,  to  w  istocie  nic  jej  nie  zagraża.  Skoro  był  na  tyle 

ostrożny, że nie wyciągnął broni, gdyż mogło to zaszkodzić dziecku, to zapewne można z nim 

rozsądnie porozmawiać. To wydało się jej dość prawdopodobne.  

Po  drugie,  zwróciła  uwagę  na  jego  potężną  sylwetkę.  Wyglądał  jak  ideał  twardego 

policjanta,  wysoki,  z  szerokimi  barami  i  grzywą  jasnych  włosów,  która  prosiła  się  już  o 

fryzjera.  Caroline  pomyślała,  że  typ  twardego  gliniarza  wyszedł  już  z  mody  w  połowie  lat 

osiemdziesiątych. Albo się pomyliła, albo ojciec Ruthann o tym nie słyszał.  

– Teraz niech pani puści dziecko i odsunie się o krok. Tylko żadnych nagłych ruchów – 

nakazał niskim głosem.  

Caroline  postanowiła,  że  będzie  lepiej,  jeśli  posłucha,  a  potem  wyjaśni  całą  sytuację. 

Rozsądek nakazywał tak uczynić, zwłaszcza że policjant wciąż trzymał rękę na kolbie.  

– Stawiam ją na podłodze – powiedziała, starając się, aby zabrzmiało to jak najspokojniej. 

Pochyliła  się  do  przodu,  ale  Ruthann  miała  na  ten  temat  inne  zdanie.  Jeszcze  mocniej 

zacisnęła ramiona wokół szyi kobiety.  

–  Proszę,  puść  mnie  –  szepnęła  Caroline  z  naciskiem.  –  Twój  tata  chce,  abyś  do  niego 

wróciła.  

– Ale ja muszę zrobić siusiu – szepnęła Ruthann z równym naciskiem, tak jakby dzieliła 

się z nią jakimś sekretem.  

– Powiedziałem, żeby ją pani puściła! – krzyknął ponownie policjant.  

– Próbuję! – odkrzyknęła Caroline, starając się uwolnić z objęć dziewczynki. – Niech pan 

to powie swojej córce! 

– Poruczniku Grogan! 

Na  widok  pani  Stafford  i  jednej  z  uczestniczek  konkursu,  Janis  Grogan,  Caroline 

odetchnęła z ulgą.  

– Tato! Co ty wyprawiasz? Przecież to doktor Hunter! 

– Wiem, kim jest ta pani – warknął policjant. – To jednak jeszcze nie wyjaśnia, co tu robi 

background image

z Ruthann.  

– Odprowadza ją do toalety – stwierdziła gniewnie pani Stafford, obrzucając mężczyznę 

niechętnym  spojrzeniem.  –  Caroline,  tak  mi  przykro.  Janis  i  jej  dziadek  właśnie  zgłosili 

zaginięcie  dziecka,  gdy  pojawiła  się  ta  dziewczyna  z  wiadomością  od  ciebie.  Nie 

wyobrażałam  sobie,  że  zdarzy  ci  się  coś  takiego  –  dodała,  spoglądając  przez  ramię  na 

porucznika.  

Caroline wreszcie uwolniła się z uścisku Ruthann, która musiała stanąć o własnych siłach. 

Spoglądała żałośnie na ojca, a w jej oczach pojawiły się łzy.  

– Chcę iść siusiu z Caroline – zażądała.  

Caroline spojrzała na porucznika Grogana, który wreszcie nieco się rozluźnił i zdjął rękę 

z  kolby.  Spojrzał  na  córeczkę,  następnie  na  Caroline.  Na  jego  twarzy  z  niemal  komiczną 

wyrazistością  odbijały  się  kolejne  uczucia:  najpierw  ulga,  później  zrozumienie  sytuacji  i 

rumieniec zakłopotania.  

– Janis, zabierz siostrę do toalety – polecił szorstko.  

–  Nim  skujesz  doktor  Hunter,  nie  zapomnij  jej  zrewidować  –  kwaśno  stwierdziła  Janis, 

mijając ojca.  

– Zabierz Ruthann i nie dyskutuj.  

Janis  chwyciła  siostrę  za  rękę.  Nim  odeszła,  spojrzała  na  Caroline  z  wyraźnym 

zakłopotaniem.  

– Cześć, Caroline! – krzyknęła jeszcze Ruthann.  

Teraz, gdy napięcie opadło, Caroline miała ochotę wybuchnąć śmiechem.  

– Czy jestem aresztowana? – spytała zbliżającego się do niej porucznika Grogana.  

– Och, Boże, to niemożliwe! – wykrzyknęła pani Stafford, przyciskając dłoń do serca. – 

Poruczniku, to jakieś okropne nieporozumienie. Nie sądzi pan chyba, że...  

– Może się pani uspokoić – zapewnił ją Grogan. – Sądzę, że rozumiem już całą sytuację. 

Proszę spokojnie wracać do swych zajęć.  

– No... dobrze – zawahała się pani Stafford. – Mam nadzieję, że wszystko jest już jasne – 

urwała i spojrzała na doktor Hunter. – Za parę minut odbędzie się prezentacja zwycięzców.  

– Zaraz tam przyjdę – obiecała Caroline.  

Pani  Stafford  dała  się  przekonać  i  zostawiła  ich  samych.  Teraz,  gdy  porucznik  Grogan 

stał  tuż  obok,  wydawał  się  Caroline  wielki  niczym  góra.  Uniosła  głowę  i  spojrzała  w 

najbardziej  błękitne  i  przenikliwe  oczy,  jakie  kiedykolwiek  zdarzyło  się  jej  widzieć.  W 

przeciwieństwie  do  Ruthann,  której  oczy  miały  słodki  i  miękki  wyraz,  spojrzenie  Grogana 

wydawało  się  twarde,  ostre  i  jednocześnie  bardzo  zmysłowe.  Był  naprawdę  bardzo 

background image

przystojny,  zwłaszcza  jeśli  komuś  podobają  się  mężczyźni  imponujący  czysto  fizycznymi 

zaletami. Ona, oczywiście, nigdy nie lubiła tego typu urody.  

Ale gdy kąciki ust porucznika uniosły się w uśmiechu,  tak  jakby on również poddał się 

komizmowi  sytuacji,  Caroline  poczuła,  że  jej  serce  zabiło  niespokojnie.  Może  dlatego  nie 

mogła się powstrzymać i wyciągnęła w jego stronę obie ręce, trzymając nadgarstki jeden koło 

drugiego.  

– Proszę, jestem gotowa – powiedziała.  

Porucznik  uśmiechnął  się  szeroko  i  Caroline  znów  poczuła,  że  ogarnia  ją  dziwny 

niepokój.  

–  Cieszę  się,  że  potraktowała  pani  ten  incydent  z  takim  humorem  –  powiedział  Mitch, 

szczerze  wdzięczny,  że  kobieta  nie  wpadła  w  histerię.  Wręcz  przeciwnie,  zachowywała  się 

spokojnie  i  z  godnością,  a  na  dodatek  –  jak  powiedziała  wcześniej  Janis  –  wyglądała 

rzeczywiście wspaniale. Owalna twarz, pełne usta, ciemne, jedwabiste włosy. Miała szczupłą 

figurę,  ale  to,  wbrew  opinii  córki,  nie  przeszkadzało  Mitchowi.  Pomyślał,  że  doktor  Hunter 

stanowi idealną kombinację urody i inteligencji.  

– To było po prostu nieporozumienie – odpowiedziała łaskawie Caroline i opuściła ręce. – 

Muszę jednak przyznać, że przez chwilę bardzo się bałam.  

–  Bardzo  panią  przepraszam,  ale  już  dawno  temu  nauczyłem  się,  że  lepiej  być 

zakłopotanym niż martwym. Trzymała pani moją córeczkę, a ja nie wiedziałem dlaczego i po 

co.  

–  Złapała  mnie  za  spódnicę  i  nie  chciała  puścić  –  wyjaśniła.  –  Jedyne,  co  potrafiła  mi 

powiedzieć to, że jej ojciec nazywa się tatuś, jest policjantem i nosi rewolwer.  

–  Jestem  pewien,  że  to ostatnie  bardzo  panią  uspokoiło  –  zażartował  Mitch.  Jego  niski, 

spokojny śmiech wydał się Caroline bardzo sympatyczny.  

– Och, z pewnością. Niestety, nim zdążyłam zaprowadzić ją na podium,  zażądała, abym 

poszła z nią do ubikacji.  

– Bardzo pani dziękuję, że zechciała się pani nią zająć – odpowiedział Mitch. – Przykro 

tak mówić,  ale w dzisiejszych czasach kobieta, odgrywająca rolę  samarytanki,  naraża  się  na 

oskarżenia o próbę porwania dziecka.  

– Zaś ojciec nie ma wyjścia, tylko od razu musi przyjąć najgorszą możliwą interpretację 

wydarzeń  –  odrzekła  Caroline.  Świetnie  rozumiała  sytuację  Grogana  i  jego  troskę  o  córkę. 

Jednak w jego oczach dostrzegła coś jeszcze, co kazało jej nieśmiało cofnąć się o krok. – Czy 

rzeczywiście wiedział pan, kim jestem? 

–  Tak  –  potwierdził  Mitch  i  także  się  cofnął.  On  również  uświadomił  sobie,  że  coś 

background image

zdarzyło się między nimi. – Moja starsza córka, Janis, kilkanaście minut wcześniej pokazała 

mi panią. Oceniała pani jej pracę z dziedziny komputerów.  

–  Tak,  pamiętam  –  odparła  Caroline.  Miała  wspaniałą  pamięć,  a  pracę  Janis  Grogan 

zapamiętałaby  w  każdych  okolicznościach.  W  tej  chwili  jednak  myślała  o  czymś  innym.  – 

Chce  pan  powiedzieć,  że  wiedział  pan,  kim  jestem,  a  mimo  to  sądził,  że  mogę  być 

porywaczką? – spytała z nutką oburzenia w głosie.  

–  Przykro  mi,  pani  Hunter,  ale  tak  –  powiedział  Mitch.  Nie  miał  jej  za  złe,  że  jest 

oburzona.  –  Znam  liczne  historie  bardzo  znanych  ludzi,  którzy  popełnili  okropne  zbrodnie. 

Nie mogłem ryzykować, zwłaszcza że chodziło o moją córkę.  

Caroline pomyślała, że w przeciwieństwie do niej, ten człowiek żyje w realnym świecie. 

Sama egzystowała w oderwanym od rzeczywistości światku akademickim, którego symbolem 

mogło  być  jej  klimatyzowane  laboratorium,  wyposażone  w  biologiczne  filtry,  eliminujące 

wszelkie źródła alergii.  

Ten świat bardzo jej odpowiadał,  nawet jeśli w konsekwencji coś tak podstawowego jak 

opieka  nad  dziećmi  zostało  wykluczone  ze  sfery  jej  doznań.  Ale  przynajmniej  nie  musiała 

nosić rewolweru i martwić się, czy jakiś szaleniec nie porwał jej dziecka.  

– Nic się nie stało, poruczniku – zapewniła.  

– Jestem Mitch – przedstawił się, wyciągając do niej rękę.  

Wymienili  uścisk  dłoni.  Caroline  szybko  cofnęła  rękę,  ponieważ  poczuła,  jak  wzdłuż 

ramienia po skórze przebiega podniecające łaskotanie.  

– Szczerze mówiąc, Mitch – powiedziała, zacierając dłonie, tak jakby chciała pozbyć się 

łaskotania  –  byłam  bardzo  zadowolona,  gdy  pojawiła  się  Janis.  Nie  miałam  pojęcia,  co 

powinnam zrobić w toalecie. Opieka nad dziećmi nie jest moją silną stroną.  

– Nie masz dzieci? 

Caroline  pomyślała  przez  chwilę  o  Scarlett,  komputerze,  który  sama  stworzyła  i 

wyedukowała, ale uznała, że to jednak nie to samo, co posiadanie dziecka.  

–  Nie.  Gdybym  miała,  pewnie  lepiej  bym  sobie  poradziła  z  całą  sytuacją.  Nigdy  nie 

miałam kontaktu z dziećmi.  

– Chyba żartujesz? Nie miałaś rodzeństwa? 

– Nie.  

– Żadnych przyjaciół z dziećmi? 

–  Nikt  z  nich  nie  przyprowadza  ich  do  pracy  –  powiedziała  Caroline,  myśląc 

jednocześnie,  że  jej  życie  musi  mu  się  wydać  strasznie  jałowe.  Szybko  zmieniła  temat.  –  Z 

pewnością  jestem  ostatnią  osobą,  która  powinna  ci  dawać  rady  na  temat  wychowywania 

background image

dzieci, ale nie sądzisz, że należałoby nauczyć Ruthann, żeby nie zaczepiała obcych? 

– Och, ona to dobrze wie – zaśmiał się Mitch. – Po prostu jeszcze nie odróżnia obcych od 

swoich. Gdybyś sama podeszła do niej i spróbowała wziąć na ręce, Ruthann pewnie zaczęłaby 

wrzeszczeć wniebogłosy  i kopać  na wszystkie strony. Natomiast  jest przekonana,  że  jeśli to 

ona  nawiązuje  kontakt,  wszystko  jest  w  porządku.  Pracujemy  nad  tym,  ale  w  tym  wieku 

dzieci bywają uparte.  

–  Jestem  pewna,  że  masz  rację  –  przyznała  nieporadnie  Caroline.  Uznała,  że  nie  ma 

kwalifikacji, aby wyrazić własną opinię.  

– Caroline, Caroline! 

Ruthann wybiegła z toalety, ciągnąc za sobą siostrę. Ze wszystkich sił starała się dotrzeć 

do swej nowej znajomej.  

– Chodź do  mnie,  Ruthann! – Mitch kucnął  i  wyciągnął do  niej ramiona.  –  Jak  na dziś, 

sprawiłaś już dość kłopotów.  

Janis puściła siostrę, która pobiegła do ojca.  

–  Cześć,  tato  –  pisnęła  i  wskoczyła  mu  na  kolana,  po  czym  obdarzyła  go  mokrym 

pocałunkiem.  

– Miałaś niezłą przygodę, prawda, moja panno? 

–  Grałam  w  chowanego  z  dziadkiem,  ale  on  mnie  wcale  nie  szukał  –  poskarżyła  się 

Ruthann.  

– Zapewne dlatego, że zapomniałaś mu o tym powiedzieć – cierpliwie wyjaśnił Mitch. – 

Nigdy tak nie rób, dobrze? 

Mała  kiwnęła  głową  z  wielką  powagą.  Gdy  ojciec  przytulił  ją  do  siebie,  niemal 

całkowicie zniknęła w jego ramionach.  

Caroline  nigdy  jeszcze  nie  widziała  tak  sprzecznego  wewnętrznie  obrazu.  Ten  ogromny 

gliniarz  z  ostrymi  rysami  twarzy,  szorstkim  głosem  i  spluwą  na  biodrze  potrafił  być 

niewiarygodnie  delikatny.  Gdy  patrzył  na  córeczkę,  w  jego  oczach  pojawiło  się  coś 

miękkiego, co szczerze wzruszyło Caroline.  

– Podziękuj teraz doktor Hunter, że zechciała ci pomóc – polecił Mitch córce.  

– Kto to jest doktor Hunter? – zdziwiła się mała.  

–  To  ja  –  wyjaśniła  Caroline,  klękając  na  jedno  kolano,  aby  zniżyć  się  do  poziomu 

dziewczynki.  

– Nie, ty jesteś Caroline – odrzekła Ruthann, potrząsając swoją złotą czupryną. Spojrzała 

na tatę. – Caroline jest bardzo miła, tato.  

– Aha, ja też tak myślę – spokojnie odpowiedział Mitch, zerkając przy tym na Caroline.  

background image

Być może pod wpływem jego głosu i spojrzenia niebieskich oczu, a może po prostu była 

to jakaś aberracja, ale Caroline nagle poczuła, że robi się jej gorąco i że się czerwieni. Szybko 

wstała.  Chciała  czym  prędzej  zapomnieć  o  dziwnych  uczuciach,  jakie  przeżywała  w 

zetknięciu  z  Mitchem  i  jego  córkami.  Jak  to  możliwe,  myślała,  że  gliniarz  przypominający 

neandertalczyka i dwie dziewczynki tak bardzo wytrąciły mnie z równowagi? 

– Bardzo przepraszam, ale muszę pójść się nieco odświeżyć przed ogłoszeniem wyników 

– powiedziała pośpiesznie.  

– Nie chciałabym spóźnić się na ceremonię. To było... – Caroline zawahała się, niepewna, 

co  powiedzieć.  Trudno  byłoby  uznać  to  spotkanie  za  przyjemność,  ale  z  drugiej  strony  nie 

było też specjalnie przykre. – To było przeżycie, którego łatwo nie zapomnę – dokończyła po 

chwili.  

– Dziękuję pani. – Mitch wziął Ruthann na ręce i wstał z kolan.  

– Tak, bardzo pani dziękujemy – dodała Janis, wysuwając się nieco do przodu. – Bardzo 

mi przykro, że tata groził pani rewolwerem.  

–  Nic  się  nie  stało,  Janis  –  odrzekła  Caroline.  Zdawała  sobie  sprawę  z  przeżyć 

dziewczyny i szczerze jej współczuła.  

–  Twój  ojciec  wcale  nie  wyciągnął  broni,  a  poza  tym  przecież  musiał  chronić  Ruthann. 

Teraz  lepiej  wracaj  na  salę.  Z  pewnością  nie  powinnaś  stracić  ceremonii  wręczenia  nagród. 

Zobaczymy się później.  

Caroline zerknęła jeszcze nerwowo na Mitcha, po czym zniknęła w toalecie.  

–  Serdeczne  dzięki,  tato  –  powiedziała  zimno  Janis.  –  Teraz  mogę  się  pożegnać  z 

wygraną.  

–  Nie  martw  się,  Aniołku  –  odrzekł  Mitch.  Wciąż  wpatrywał  się  w  drzwi  toalety,  za 

którymi  zniknęła  kobieta.  Był  w  takim  szoku,  jakby  przeżył  zderzenie  z  ciężarówką.  – 

Sędziowie już dawno podjęli decyzję i doktor Hunter nie może jej zmienić.  

– To ty tak myślisz – prychnęła Janis.  – Chodźmy stąd  lepiej,  bo zaraz znowu zechcesz 

odegrać Clinta Eastwooda.  

Mitch potrząsnął  głową  i ruszył w ślad za córką. Myślał o  Caroline Hunter. To dopiero 

kobieta! Jeszcze  nigdy nie spotkał takiej spokojnej, zrównoważonej piękności, obdarzonej w 

dodatku zupełnie nieprawdopodobnymi oczami koloru whisky! 

W  przeciwieństwie  do  innych  komputerowych  geniuszy,  oczy  Caroline  błyszczały 

humorem  i  inteligencją.  Wszystkie  sławy  Silicon  Valley,  jakie  Mitch  miał  okazję  poznać, 

przypominały  mu  Janis.  Ci  ludzie  traktowali  siebie  i  cały  świat  tak  poważnie,  że  zupełnie 

zapomnieli, co to humor i serdeczność. Natomiast Caroline Hunter potrafiła żartować z siebie 

background image

i innych w taki sposób, że Mitch ani przez chwilę nie czuł się idiotą.  

A  jak  zarumieniła  się  i  uciekła,  gdy  dostrzegła  jego  spojrzenie...  Mimo  to  Mitch  zdążył 

zauważyć,  jak  zareagowała  na  komplement.  Nie  pamiętał,  kiedy  po  raz ostatni  zdarzyło  mu 

się  widzieć  taką  reakcję.  Z  przyjemnością  pomyślał,  że  wciąż  jeszcze  wywiera  wrażenie  na 

kobietach.  

Ciekawe,  jak  mógłbym  zaaranżować  jeszcze  jedno  spotkanie  z  fascynującą  doktor 

Hunter? – zastanawiał się. Pracowali przecież w tej samej dziedzinie, tyle że ona zajmowała 

się  projektowaniem  komputerów,  a  on  walczył  z  komputerowymi  przestępcami.  Miał 

nadzieję,  że  zdoła  wykorzystać  ten  fakt.  Już  w  tej  chwili  przyszło  mu  na  myśl  kilka 

interesujących pomysłów.  

Uspokój  się,  to  przecież  absurd,  skarcił  się  w  myślach.  Nie  miał  czasu  na  uwodzenie 

kobiet,  a  prócz  tego  pewnie  już  zapomniał,  jak  się  to  robi.  Ponadto  miał  na  głowie  trójkę 

dzieci. W tej chwili w jego życiu nie było miejsca dla nikogo, niezależnie od tego, jak piękna, 

inteligentna i wrażliwa byłaby ewentualna kandydatka.  

Mitch  znów przypomniał sobie rumieniec Caroline  i zaczął  się zastanawiać,  jak  mógłby 

znaleźć czas na ponowne spotkanie.  

background image

 

– No dobra, tato, wiemy już, że wygrała. Możemy chyba wracać do domu? – spytał Sam, 

niecierpliwie przestępując z nogi na nogę.  

–  Gdybym  to  ja  wyciął  taki  numer  jak  ty,  raczej  nie  śpieszyłbym  się  do  domu  –  Mitch 

zmierzył syna groźnym spojrzeniem. – Lepiej bądź cierpliwy i pozwól siostrze nacieszyć się 

wygraną. Zasłużyła na to.  

Stali w pewnej odległości od stolika Janis,  która z wypiekami  na twarzy demonstrowała 

możliwości  IVAR-a  kilkunastu  widzom.  Przed  paroma  minutami  zakończyła  się  ceremonia 

wręczania  nagród.  Janis  miała  przypiętą  do  bluzy  niebieską  wstęgę  zwycięzcy,  a  Mitch 

trzymał  w  kieszeni  świadectwo  stypendialne,  warte  równo  tysiąc  dolarów.  Zamierzał  je 

złożyć w banku następnego dnia rano.  

– Wygląda tak, jakby miała pęknąć z radości – zauważył dziadek z dumą.  

– Aha – zgodził się Mitch, gładząc z roztargnieniem śpiącą na jego rękach Ruthann. – Nie 

wiem,  co  sprawiło  jej  większą  radość,  zwycięstwo,  czy  też  fakt,  że  to  Caroline  Hunter 

wręczyła jej nagrodę.  

–  To  była  tylko  kropka  nad  i.  Masz  szczęście,  synu,  że  tak  to  się  skończyło  –  dodał 

dziadek.  Wiedział  o  incydencie  w  holu,  ponieważ  Janis  wyrzekała  na  ojca  aż  do  chwili 

ogłoszenia wyników. – Gdyby przegrała, marnie byś wyglądał.  

– Nie mogła przegrać, tato. To jej urządzenie jest po prostu rewelacyjne.  

– W pełni się z panem zgadzam, poruczniku.  

Mitch odwrócił się gwałtownie i zobaczył przed sobą Caroline Hunter. Posunął się nieco, 

aby zrobić jej więcej miejsca.  

– Witam ponownie – powiedział, zastanawiając się, dlaczego jej widok sprawia mu taką 

przyjemność. Oczywiście, chciał jej podziękować za przyznanie córce pierwszej nagrody, ale 

to nie miało nic wspólnego z nagłym podnieceniem, jakie poczuł na jej widok.  

– Dzień dobry – powiedziała Caroline z uśmiechem. Miała nadzieję, że nie widać po niej, 

jak  bardzo  jest  zdenerwowana.  Spojrzenie  Grogana  wytrącało  ją  z  równowagi.  Aby  się 

uspokoić, skoncentrowała uwagę na śpiącej Ruthann. Mała złożyła głowę na ramieniu ojca  i 

spała jak suseł. – Widzę, że Ruthann bardzo przeżywa zwycięstwo siostry – zauważyła.  

–  Nadmiar  wrażeń  –  odrzekł  Mitch.  Ze  zdziwieniem  stwierdził,  że  mimo  trzydziestu 

ośmiu  lat  czuje  się  skrępowany  jak  nastolatek  na  pierwszej  randce.  Podczas  ceremonii 

ogłaszania  wyników  na  zmianę  zajmował  się  uspokajaniem  Janis  i  obserwowaniem  stojącej 

background image

na  podium  doktor  Hunter.  Usiłował  wyobrazić  sobie  jej  nogi,  ukryte  pod  długą  spódnicą  i 

doszedł  do  wniosku,  że  pewnie  są  równie  rewelacyjne  jak  cała  reszta.  Teraz  czuł  się  z  tego 

powodu nieco zakłopotany.  

–  Hm...  To  mój  ojciec,  Mitchell  Grogan,  a  to  mój  syn,  Sam  –  dopełnił  niezbędnej 

prezentacji.  

–  Bardzo  mi  miło  was  poznać  –  powiedziała  kobieta,  podając  rękę  dziadkowi  i 

uśmiechając się z rezerwą do Sama. – Pewnie wszyscy jesteście bardzo dumni z Janis.  

–  O,  tak  –  dziadek  uśmiechnął  się  od  ucha  do  ucha.  –  Ta  dziewczyna  potrafi  ciężko 

pracować i jest bardzo inteligenta, może nawet aż za bardzo.  

– Nie jest łatwo być innym niż wszyscy – Caroline kiwnęła głową ze zrozumieniem.  

Mówiąc  to,  patrzyła  na  Mitcha,  który  od  razu  zrozumiał,  że  doktor  Hunter  mówi  to  na 

podstawie własnych doświadczeń. Gdy była nastolatką, z pewnością, podobnie jak jego córka, 

górowała  nad  swoimi  koleżankami  inteligencją  i  wiedzą.  Z  tego  powodu  Janis  była  dość 

samotna. Ciekawe, czy to samo przeżyła w młodości Caroline? 

–  Cieszę  się,  że  zechciałaś  tu  przyjść.  Janis  chciała  podziękować  tobie  i  pozostałym 

sędziom.  

–  Nie  musi  wcale  dziękować,  w  pełni  zasłużyła  na  zwycięstwo...  –  Caroline  urwała  z 

wahaniem. Wprawdzie przyszła tu w ściśle określonym celu, ale nie była całkiem pewna, czy 

słusznie robi. – Poruczniku Grogan...  

– Mów mi Mitch – przypomniał jej.  

Pod  wpływem  jego  uśmiechu  Caroline  pomyślała,  że  wolałaby,  aby  ich  znajomość 

pozostała nieco bardziej formalna, nie chciała jednak być nieuprzejma.  

–  Jeśli  po  rozejściu  się  widzów  ty  i  Janis  będziecie  mieli  jeszcze  chwilę  czasu, 

chciałabym z wami porozmawiać.  

–  Oczywiście  –  zgodził  się,  ale  spojrzał  na  nią  ze  zdziwieniem.  –  Mam  nadzieję,  że 

wszystko jest w porządku, że nie ma żadnego błędu w ocenie albo...  

– Nie, ależ skąd! Wszyscy trzej sędziowie byli jednomyślni. To nadzwyczajna praca.  

–  Nie  rozumiem  –  wtrącił  kłótliwym  tonem  jakiś  obcy  mężczyzna.  Stał  tuż  obok  i 

widocznie usłyszał słowa Caroline. – Co jest takiego nadzwyczajnego w tym robocie? 

Mitch  spojrzał  na  Janis.  Niestety,  usłyszała  te  słowa  i  od  razu  z  jej  twarzy  znikł  wyraz 

radości.  Grogan  miał  ochotę  dać  nieznajomemu  krytykowi  zdrowo  w  łeb.  Jak  mógł  być  tak 

niewrażliwy na uczucia dziecka?! 

–  Ależ,  proszę  pana,  nie  ma  pan  racji  –  zaprotestowała  Caroline.  Zauważyła,  jak 

zareagowała Janis na słowa krytyki, i zrozumiała, że dziewczyna nie jest w stanie obronić się 

background image

sama. – IVAR to coś więcej niż mechaniczny robot.  

– Niby dlaczego? –  nieznajomy  nie zamierzał zrezygnować.  – U nas w pracy  są roboty, 

które potrafią znacznie więcej niż to urządzenie.  

–  Czy  reagują  na  ustne  polecenia?  –  spytała  Caroline.  –  Czy  potrafią  same  podjąć 

decyzję? IVAR potrafi.  

– Jakie decyzje? Przecież tylko wybiera różne klocki. Też coś.  

Przez tłum przeszedł pomruk, ale Caroline nie wiedziała, czy to oznaka poparcia dla niej, 

czy  dla  tego  mężczyzny.  Czuła  natomiast,  że  Mitch  Grogan  jest  coraz  bardziej 

zdenerwowany.  Gdy  zauważyła,  że podał Ruthann dziadkowi, zaczęła  się obawiać,  że zaraz 

włączy się do dyskusji, i to z pięściami. Sama nie znosiła przemocy, jednak dobrze rozumiała, 

dlaczego  Mitch  ma  ochotę  walnąć  tego  chama.  No,  ale  z  pewnością  można  to  inaczej 

załatwić, pomyślała.  

– Czy mogę dołączyć do ciebie, Janis? – spytała, przeciskając się przez tłum w kierunku 

stolika. – Razem pokażemy temu dżentelmenowi, dlaczego IVAR jest taką rewelacją.  

–  Oczywiście,  proszę  pani.  –  W  oczach  dziewczyny  pojawił  się  błysk  radości  i 

wdzięczności. Usunęła się na bok, robiąc miejsce dla Caroline.  

– Czy mógłby pan powiedzieć, co pan widzi na stole? – spytała Caroline nieznajomego.  

– Jak już powiedziałem, kilka dziecinnych klocków.  

– Czy  mógłby pan określić  je dokładniej? –  nalegała.  Podniosła ze stołu żółtą piramidę. 

Obok  śmiesznego  pudełka  na  kółkach,  które  Janis  nazwała  IVAR,  stało  jeszcze  pięć  innych 

klocków. – Co to takiego? 

– To piramida – odpowiedział mężczyzna.  

– A to? – ciągnęła Caroline, podnosząc następny klocek.  

– Walec.  

– W  jaki  sposób odróżnił pan walec od piramidy? Mężczyzna spojrzał  na nią tak,  jakby 

miał do czynienia z piramidalną idiotką.  

– Walec jest okrągły, a piramida trójkątna.  

–  A to? – Caroline odłożyła piramidę  i wzięła ze stołu  małą kulę.  – Przecież to też  jest 

okrągłe? 

– Tak... – mężczyzna powoli zaczynał się denerwować.  

– W jaki sposób odróżnia pan zatem okrągły walec od okrągłej kuli? 

–  Walec  jest...  podłużny,  a  kula...  kulista  –  niechętnie  odpowiedział  nieznajomy.  –  Do 

licha, każdy wie, czym się różni walec od kuli.  

– Jak można je odróżnić? 

background image

Mężczyzna  kręcił  się  niecierpliwie.  Mitch  nie  potrafił  ukryć  uśmiechu.  Nie  był  pewien, 

dokąd zmierza Caroline, ale nie wątpił, że korzystając ze swej ostrej jak brzytwa inteligencji, 

pokaże temu nadętemu balonowi, gdzie jego miejsce. Tamten też już to przeczuwał i zaczynał 

się denerwować.  

– Nie wiem, jak je odróżniamy – parsknął gniewnie.  

– Jest jednak faktem, że jakoś to potrafimy.  

Caroline uniosła do góry cylinder i zwróciła się do tłumu.  

–  Być  może  rozróżniamy  te  bryły,  bo  typowa  butelka  na  mleko  ma  właśnie  kształt 

cylindra – powiedziała uroczyście.  

– Od pierwszych dni życia mamy do czynienia z tą bryłą. Później, w miarę nauki języka, 

poznajemy jej nazwę, podobnie jak dowiadujemy się, co to kula i piramida,  i wszystkie inne 

bryły, jakie tu widzimy.  

– No właśnie – wtrącił mężczyzna, tak jakby to on powiedział.  

–  Jest  to  sprawa  mechanizmu  postrzegania  obrazów  –  ciągnęła  dalej  Caroline.  –  Oczy 

przekazują  do  mózgu  odpowiednie  sygnały,  a  mózg  przetwarza  uzyskane  informacje  i 

decyduje,  czy  widzimy  walec,  czy  kulę.  To  wydaje  się  łatwe  i  proste,  ale  proszę  sobie 

wyobrazić, że mamy nauczyć zwykłe pudło, pozbawione oczu, uszu, mózgu, doświadczenia, 

jak rozpoznawać różne bryły.  

Odstawiła klocki na miejsce i położyła dłoń na komputerze Janis.  

–  Jak  sprawić,  aby  pudło  potrafiło  odróżnić  walec  od  kuli?  W  rzeczy  samej,  jak  można 

nauczyć  dowolne  urządzenie,  co  to  jest  walec  i  co  to  jest  kula?  Komputer  nie  ma  żadnego 

zewnętrznego układu odniesienia. Można go ustawić na kółkach i wyposażyć w mechaniczne 

ramię, ale jak można sprawić, aby widział i słyszał? Jak nauczyć go znaczenia słów, które dla 

nas jest oczywiste? 

Caroline przerwała na chwilę i rozejrzała się wokół.  

–  Panie  i  panowie,  to  właśnie  zrobiła  Janis  Grogan.  Sprawiła,  że  pudełko  na  kółkach 

widzi, słyszy, rozumie, wykonuje polecenia i, co najważniejsze, potrafi się uczyć. IVAR nie 

działa automatycznie, ale interpretuje rozkazy i podejmuje decyzje.  

Żeby podkreślić znaczenie tego, co powiedziała, Caroline poleciła dziewczynie ponownie 

zademonstrować  umiejętności  IVAR-a.  Janis  poleciła  mu,  aby  odnalazł  cylinder.  Pudło  z 

głośnym  chrzęstem  ruszyło  w  kierunku  odpowiedniego  klocka,  podniosło  go  ze  stołu  i 

umieściło  w  środku  wyznaczonego  okręgu.  Caroline  gestem  nakazała  Janis,  aby  ta 

kontynuowała. Dziewczyna wydała kilka komend: odłóż cylinder, znajdź piramidę i sześcian. 

Następnie Caroline poprzekładała klocki w inne miejsca  i Janis wydała maszynie takie same 

background image

polecenia. Niewielki robot poruszał się niezbyt sprawnie, ale bezbłędnie wykonywał rozkazy.  

To jednak nie wywarło na widzach wielkiego wrażenia. Potrafili dostrzec tylko niezdarną 

maszynę,  odnajdującą  klocki.  Najwyraźniej  widzieli  w  życiu  zbyt  wiele  filmów 

fantastycznonaukowych i przyzwyczaili się do komputerów, udających ludzi. W porównaniu 

z takimi maszynami IVAR wydawał się bardzo prymitywny.  

Natomiast  Caroline  znała  komputery  nie  z  filmów,  lecz  z  własnej  praktyki  naukowej. 

Dobrze  wiedziała,  że  w  rzeczywistości  nie  istnieją  maszyny  dorównujące  IVAR-owi  –  z 

jednym wyjątkiem, bardzo bliskim jej sercu.  

–  Pozwólcie  państwo,  że  wyjaśnię,  o  co tu  naprawdę  chodzi  –  powiedziała,  starając  się 

zachować  cierpliwość.  Na  szczęście,  już  wiele  razy  przedtem  tłumaczyła  laikom,  czego 

właściwie dotyczą jej badania. – IVAR może wydawać się nadzwyczaj prostym urządzeniem, 

ale  niech  państwo  mi  uwierzą,  że  znam  wielu  uczonych  z  całego  świata,  którzy  na  darmo 

próbowali osiągnąć to co Janis, a ona przecież jest jeszcze uczennicą.  

Tym  razem  z  tłumu  dobiegł  ją  pomruk  aprobaty.  Caroline  rozejrzała  się  wokół  i 

zauważyła  dumny  uśmiech  na  twarzy  Grogana.  Bardzo  dobrze,  pomyślała.  Janis  to 

nadzwyczajna dziewczyna i jej ojciec powinien być z niej dumny.  

–  Proszę  pana  –  teraz  zwróciła  się  bezpośrednio  do  mężczyzny,  który  sprowokował 

incydent – znane panu roboty przemysłowe to automaty, wykonujące ścisłe instrukcje. Robią 

dokładnie to, co mają  nakazane,  ich ruchy  są  ściśle określone przez ustalony zbiór  komend. 

Przesuwają  się  o  dziesięć  centymetrów  w  lewo  i  sześć  milimetrów  do  przodu,  bo  tak  jest 

przewidziane  w  programie,  napisanym  przez  człowieka.  Są  całkowicie  uzależnione  od  tego 

programu i nie potrafią same podjąć żadnej decyzji. Natomiast IVAR potrafi i właśnie dlatego 

Janis wygrała konkurs.  

Rozległy  się  spontaniczne  oklaski.  Słysząc  aplauz,  dziewczyna  uśmiechnęła  się 

promiennie.  Mitch  zauważył,  że  gdy  Caroline  przyłączyła  się  do  owacji,  w  oczach  córki 

pojawiły się łzy szczęścia. Pomyślał, że nigdy w życiu nie zapomni tej chwili. Czy mogło ją 

spotkać  większe  szczęście  niż  pochwała  ze  strony  osoby,  którą  uwielbiała?  Nie  był  pewien, 

czy doktor Hunter zdecydowała się zabrać głos w obronie Janis, czy też chciała bronić decyzji 

sędziów,  ale  to  nie  miało  dla  niego  znaczenia.  Efekt  był  taki  sam,  niezależnie  od  motywu. 

Mitch miał ochotę ucałować Caroline w podzięce za ten niezwykły dar.  

Gdy wreszcie tłum się rozszedł, Janis już odzyskała panowanie nad własnymi uczuciami, 

ale była zbyt onieśmielona, aby porozmawiać ze słynną uczoną, która wystąpiła w jej obronie. 

Mitch dobrze ją rozumiał, bo sam również nie był pewien, co powiedzieć.  

– Jestem pani głęboko zobowiązany – rzekł, podchodząc do stolika.  

background image

– Tak bardzo pani dziękuję – dodała Janis.  

– Musiałam ci pomóc – uśmiechnęła się  Caroline.  – Sama nie  mogłaś tego wszystkiego 

powiedzieć, bo wyszłabyś na samochwałę. Ktoś musiał cię zastąpić.  

– Dziękuję pani – powtórzyła cicho Janis, mocno się czerwieniąc.  

–  Wie  pan,  poruczniku,  wcale  nie  przesadzałam  mówiąc,  że  wielu  ekspertów  usiłowało 

zrobić to, czego dokonała Janis – Caroline zwróciła się do Mitcha.  Uznała,  że pora  załatwić 

to, po co tu przyszła. – Myślę, że mój zespół z MediaTech z radością skorzystałby z okazji, 

aby porozmawiać z Janis i zbadać IVAR-a.  

– Naprawdę? – zdziwił się Grogan.  Wiedział, że  IVAR  jest rewelacyjnym urządzeniem, 

ale nie sądził, że może zainteresować najwyższej klasy specjalistów.  

– Jeśli tylko Janis się zgodzi – odrzekła Caroline, potakując głową.  

– Bardzo bym chciała – wyjąkała Janis, jeszcze bardziej zdumiona niż jej ojciec.  

–  Doskonale.  Chciałabym,  abyś  przywiozła  IVAR-a  do  naszego  laboratorium. 

Zorganizuję  ci  spotkanie  z  zespołem  robotyków  –  zapowiedziała  Caroline.  –  Jeśli  zechcesz, 

oprowadzę  cię  po  laboratorium  i  pokażę  mój  najnowszy  komputer  –  dodała  po  chwili 

namysłu.  

Janis otworzyła szeroko usta, po czym gwałtownie je zamknęła.  

– Naprawdę? – wykrztusiła po chwili. – Będę mogła zobaczyć komputer OHARA? 

–  Jeśli  tylko  zechcesz  –  zapewniła  ją  doktor  Hunter.  Wyraz  twarzy  dziewczyny  nie 

pozostawiał żadnych wątpliwości co do jej życzeń. Caroline była zadowolona, że wysunęła tę 

propozycję.  

– Kiedy? 

– Kiedy tylko będzie ci wygodnie.  

– Jutro, tatusiu? – Janis spojrzała na ojca. – Czy  możesz mnie jutro po szkole podwieźć 

do MediaTech? Bardzo proszę. Jutro masz przecież wolny dzień.  

– Oczywiście, Aniołku – odpowiedział Mitch. Nie mógł odmówić córce, która wyglądała 

tak,  jakby  jej  życie  zależało  od  spełnienia  tej  prośby.  Zresztą,  wcale  nie  chciał  odmawiać. 

Wiedział, że to doświadczenie może mieć dla Janis ogromną wagę. – Możemy tam pojechać 

na czwartą, oczywiście jeśli to odpowiada doktor Hunter.  

Caroline kiwnęła głową na znak zgody.  

– Bardzo dobrze. Uprzedzę strażników o waszej wizycie i powiem szefowi zespołu, aby 

przygotowali się na spotkanie.  

–  Biorąc  pod  uwagę,  w  jakich  okolicznościach  się  poznaliśmy,  jest  pani  niezwykle 

uprzejma – zauważył Mitch i uśmiechnął się do niej.  

background image

–  Och,  proszę  już  o  tym  nie  myśleć.  To  była  najbardziej  podniecająca  przygoda,  jaką 

przeżyłam od wielu lat. – Caroline z trudem oderwała spojrzenie od jego niebieskich oczu.  

– Janis, raz jeszcze ci gratuluję – dodała. – Do jutra.  

– Mam nadzieję, że jutro się zobaczymy – powiedział Mitch, wyciągając do niej dłoń.  

– Zapewne, poruczniku. – Caroline chwilę się wahała, czy podać mu rękę. Pamiętała, co 

czuła,  gdy  dotknęła  go  poprzednim  razem.  Teraz  było  dokładnie  tak  samo.  Caroline 

zapomniała o swym zawodowym spokoju w chwili, gdy najbardziej go potrzebowała.  

– Wydawało mi się, że zgodziłaś się mówić mi po imieniu – zauważył Mitch.  

–  Do  jutra...  Mitch  –  powiedziała  drżącym  głosem  Caroline.  Nie  mogła  zrozumieć, 

dlaczego  w  ustach  Grogan  takie  proste  zdanie  nieoczekiwanie  zabrzmiało  niezwykle 

podniecająco.  Szybko  pożegnała  się  z  resztą  rodziny  i  uciekła.  Wkrótce  zginęła  w  tłumie, 

kłębiącym się przy wyjściu.  

– Prawdziwa dama – stwierdził senior, odprowadzając ją wzrokiem.  

–  Aha  –  zgodził  się  Mitch.  Był  tak  zajęty  obserwowaniem  Caroline,  że  nie  zauważył 

badawczego spojrzenia, jakim obrzucił go ojciec.  

– Rekomendacja od kogoś takiego  jak ona z pewnością wywarłaby wrażenie  na komisji 

rekrutacyjnej każdego uniwersytetu, nie sądzisz? – ciągnął starszy pan.  

– Z pewnością – przytaknął Mitch z roztargnieniem.  

– Wydaje mi się, że choćby z tego powodu Janis powinna odwiedzić MediaTech.  

Mitch tylko kiwnął głową.  

– Jeśli jesteś zajęty, z przyjemnością ją tam zawiozę – zaproponował dziadek.  

– Och, nie, tato – Mitch nagle oprzytomniał. – Bardzo ci dziękuję, ale sam to załatwię.  

– Nie wątpię – zachichotał dziadek.  

Mitch spojrzał na ojca. W jego oczach zauważył figlarne błyski. Zawsze potrafił odczytać 

jego myśli.  

– Doktor Hunter może pomóc Janis – usprawiedliwił się pośpiesznie.  

– Oczywiście, synu – ojciec poklepał go po ramieniu. – Wiem, że dla dzieci gotów jesteś 

na wszystko.  

Miał  rację.  Mitch  zawsze  był  gotów  zrobić  wszystko  dla  dobra  dzieci.  Od  czterech  lat 

poświęcał  im  każdą  wolną  chwilę.  Teraz  jednak,  wpatrując  się  w  oddalającą  się  sylwetkę 

Caroline, Mitch pomyślał, że pora już, by pomyślał również o sobie.  

Wyglądało na to, że jutro będzie miał najlepszy od wielu lat wolny dzień.  

Dzieciństwo  Caroline  z  pewnością  odbiegało  od  wszelkich  schematów.  Jej  rodzice  byli 

światowej  sławy  genetykami  i  żadne  z  nich  nie  miało  czasu,  aby  zajmować  się  córką.  Swe 

background image

rodzicielskie obowiązki spełniali, wynajmując prywatnych nauczycieli, którzy mieli troszczyć 

się o edukację dziecka. Caroline nie miała wyjścia, musiała przyzwyczaić się do samotności i 

stać samowystarczalną emocjonalnie.  

Rodzice  oczekiwali  od  niej,  że  zrobi  karierę,  ale  pozostawili  jej  wybór  dziedziny  – 

oczywiście pod warunkiem, że zdecyduje się na karierę naukową. Starali się nie dopuścić, aby 

poznała działalność artystyczną; potępiali również sport, z wyjątkiem codziennej gimnastyki 

szwedzkiej, którą uważali za konieczną do zachowania zdrowia i zdolności jasnego myślenia.  

Mówiąc  w  skrócie,  Caroline  miała  zajmować  się  tylko  sprawami  poważnymi  i  niczym 

groźnej zarazy unikać rzeczy lekkich i wesołych.  

Na szczęście,  dwa czynniki pomogły  jej przetrwać ten ponury okres życia.  Po  pierwsze, 

była  bardzo  inteligentna  i  koniecznie  chciała  zrozumieć,  jak  działa  otaczający  ją  świat.  Po 

drugie,  prócz  rodziców  w  jej  życiu  istniała  jeszcze  ciocia  Liddy,  czyli  Lydia  Tomlinson 

McMartin Birch Geary Van-Horn.  

–  Z  każdym  dniem  moje  nazwisko  coraz  bardziej  przypomina  szyld  kancelarii 

adwokackiej  –  śmiała  się  ciotka,  dodając  do  swojego  nazwisko  kolejnego  męża.  Zdążyła 

wyjść  za  mąż  czterokrotnie,  a  prócz  tego  bezwstydnie  chełpiła  się  „propozycjami”,  jakie 

składali jej liczni zalotnicy.  

Matka  Caroline,  doktor  Justine  Tomlinson-Hunter,  uważała  swoją  siostrę  za 

przedstawicielkę  bohemy,  ale  Caroline  uwielbiała  pełną  życia  ciotkę.  Zawdzięczała  jej 

wszystkie pogodne chwile swojego dzieciństwa. Nigdy nie wiedziała, kiedy ciotka ponownie 

pojawi się w mieście i porwie ją na jakąś wyprawę.  

Oczywiście, zawsze protestowała, twierdząc, że musi się uczyć i rodzice byliby wściekli, 

gdyby  dowiedzieli  się  o  wszystkim.  W  rzeczywistości  uwielbiała  kapryśną  ciotkę  i  głęboko 

przeżyła  jej  śmierć  siedem  lat  temu,  Z  jakiegoś  dziwnego  powodu,  nazajutrz  po  konkursie 

Caroline nie mogła przestać myśleć o Liddy. Miała wrażenie, że ciotka stoi tuż obok i szepcze 

jej do ucha jakieś rady.  

Pierwszy raz zdarzyło się to, gdy ubierała się do pracy.  

– Tylko nie to, słoneczko! – wykrzyknęła ciotka, gdy Caroline wyciągnęła z szafy długą 

brązową spódnicę i takiż żakiet. – Na litość boską, włóż coś weselszego! Jesteś zbyt ładna, by 

nosić takie żałobne kolory. Śmielej! Pokaż, że masz fantazję.  

Caroline przygryzła wargi i wyciągnęła z szuflady czerwoną jedwabną chustkę.  

– Tylko na to cię stać? –  Liddy parsknęła śmiechem.  – Czy  niczego cię  nie  nauczyłam, 

kochanie? 

Wrażenie,  że  ciotka  dotrzymuje  jej  towarzystwa,  było  tak  silne,  że  Caroline  posłusznie 

background image

odłożyła  brązowy  kostium  do  szafy  i  wyciągnęła  z  niej  biało-granatowy  żakiet  i  krótką 

granatową  spódniczkę.  Kupiła  je  ostatnim  razem,  gdy  ciotce  Liddy  przyszło  do  głowy  ją 

odwiedzić.  

Zgodnie ze standardami ciotki, ten strój był wciąż szalenie konserwatywny, ale Caroline 

musiała pamiętać, że idzie do pracy, a nie na zabawę. Umalowała lekko twarz, używając do 

tego znacznie mniej kosmetyków, niż zalecała jej przed laty ciotka, i ułożyła lokówką swoje 

krótkie  włosy.  Wybrała  wygodne  buty  na  niskim  obcasie,  wsadziła  do  kieszeni  żakietu 

czerwoną chusteczkę i uznała, że jest gotowa do wyjścia.  

Przez  cały  ranek  starannie  unikała  rozmyślań,  dlaczego  właśnie  teraz  uaktywniła  się  ta 

część jej osobowości, która pozostawała pod wpływem Liddy, ale w głębi ducha wiedziała, że 

ma to coś wspólnego z gośćmi, mającymi ją odwiedzić po południu.  

Caroline zupełnie  nie potrafiła zrozumieć wrażenia,  jakie wywarł  na  niej  Mitch Grogan. 

Tej  nocy  przez  kilka  godzin  rozważała  tę  kwestię  i  powinna  była  znaleźć  logiczne 

wytłumaczenie,  a  jednak  wciąż  nie  mogła  tego  pojąć.  Nigdy  nie  pociągali  jej  mężczyźni, 

którzy  zwracali  na  siebie  uwagę  raczej  muskulaturą  niż  inteligencją,  ale  tym  razem 

zaintrygowała  ją  sprzeczność  między  czułością,  z  jaką  Mitch  zajmował  się  dziećmi,  a  jego 

grubo ciosaną postacią.  

Oczywiście,  fakt,  że  najwyraźniej  ona  też  mu  się  spodobała,  nie  miał  dla  Caroline 

żadnego  znaczenia.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  taki  niebieskooki,  potężnie  zbudowany 

blondyn  jest  przyzwyczajony  do  łatwych  podbojów.  Sama  czuła  się  zakłopotana  tym,  że 

zwyczajny  uścisk  dłoni  i  wymowne  spojrzenie  wystarczyły,  aby  straciła  wewnętrzną 

równowagę. Mitch był najprawdopodobniej równie zarozumiały, co przystojny, a na dodatek 

wychowywał  trójkę  dzieci.  Caroline  nie  miała  najmniejszej  ochoty  gmatwać  sobie  życia 

skomplikowanymi związkami uczuciowymi, przeto uznała, że najprościej będzie,  jeśli o nim 

zapomni.  

To  jednak  okazało  się  trudnym  zadaniem.  W  dodatku  po  nieprzespanej  nocy  nie  mogła 

skupić się na pracy.  

Sytuacji  wcale  nie  ułatwiał  strój,  jaki  włożyła  do  biura.  Wszyscy  –  od  sprzątaczki  do 

Boba Stafforda – zauważyli zmianę w jej wyglądzie i, oczywiście, nie mogli powstrzymać się 

od komentarzy.  

Bob, z pewnością nie należący do ludzi szczególnie spostrzegawczych, spytał tylko, czy 

może  zmieniła  uczesanie.  Inni  komentowali  również  krótką  spódnicę  i  cały  ubiór,  a  Tom 

Beecroft pozwolił sobie nawet na uwagę, dotyczącą jej anatomii.  

–  Mój  Boże,  doktor  Hunter,  ma  pani  świetne  nogi!  –  wykrzyknął,  gdy  spotkali  się  w 

background image

korytarzu. Caroline zaczerwieniła się ze złości.  

W końcu miała tego zupełnie dość i nałożyła długi, biały kitel, jaki zazwyczaj nosiła tylko 

w pilnie strzeżonym laboratorium. To położyło kres komentarzom i Caroline mogła w końcu 

zabrać się do roboty, nie mając wrażenia, że wszyscy się na nią gapią. Praca pochłonęła ją tak 

bardzo, że nawet nie zauważyła, kiedy minął dzień, aż wreszcie o czwartej zadzwonił strażnik 

z dołu z informacją, że w holu czekają Janis i Mitch Grogan.  

Caroline pośpiesznie zeszła po schodach, po drodze przekonując się usilnie, że wcale nie 

jest zdenerwowana. Zatrzymała się na półpiętrze i starannie zapięła wszystkie guziki fartucha. 

Ciotka Liddy wyśmiała ją wprawdzie, ale Caroline uznała, że nie ma ochoty podsycać pychy 

Grogana, dając mu do zrozumienia, że zmieniła swój wygląd z jego powodu. Nie przyszło jej 

do głowy, iż ten problem jest zupełnie nieistotny, ponieważ Grogan nie mógł wiedzieć, w jaki 

sposób  zwykle  ubierała  się  do  pracy,  ciotka  Liddy  zaś  również  nie  myślała  w  tak  logiczny 

sposób.  

Grogan  był  ubrany  podobnie  jak  poprzedniego  dnia,  to  znaczy  miał  na  sobie  sportową 

marynarkę  i  dżinsy,  ale  tym  razem  nałożył  również  krawat.  Mimo  to  wyglądał  raczej  jak 

nauczyciel  wychowania  fizycznego,  niż  porucznik  policji.  Gdy  Caroline  weszła  do  hallu, 

Mitch rozmawiał właśnie z Edem Newtonem,  szefem ochrony w  MediaTech.  Janis  stała tuż 

obok; wydawała się równie przejęta, co zdenerwowana.  

Caroline dobrze znała to uczucie.  

–  Cześć,  Janis.  Cześć,  Mitch!  –  przywitała  ich  z  przyjaznym  uśmiechem,  co  wcale  nie 

przyszło  jej  łatwo.  Na  wszelki  wypadek  schowała  ręce  w  kieszeniach  fartucha.  Nie  miała 

ochoty podać Groganowi ręki, bała się, że znów podziała to na nią tak samo jak poprzedniego 

dnia.  

Ojciec i córka odwrócili się w jej stronę.  

– Dzień dobry, doktor Hunter – powitali ją chórem.  Mitch uśmiechnął się dokładnie tak, 

jak to Caroline zapamiętała.  

– Dzień dobry, pani doktor – wtrącił Ed.  

–  Mam  nadzieję,  że  wpuściłeś  naszych  gości  bez  żadnych  kłopotów  –  powiedziała 

Caroline  do  ochroniarza.  Wolała  patrzyć  na  niego,  niż  ryzykować  kontakt  wzrokowy  z 

Mitchem. Chwilowo nie chciała widzieć jego niebieskich oczu. – Płacimy mu za to, żeby był 

podejrzliwy – dodała, zwracając się do gości.  

–  Och,  z  ich  strony  nic  nam  nie  grozi  –  odrzekł  Newton.  –  Wątpię,  czy  ktokolwiek 

podejrzewałby szefa działu przestępstw komputerowych miejscowej komendy o szpiegostwo 

przemysłowe.  

background image

–  Jesteś  gliniarzem  od  komputerów?  –  Caroline  spojrzała  na  niego  z  niedowierzaniem. 

Była  tak  zaskoczona,  że  nie  potrafiła  tego  ukryć.  Mitch  parsknął  śmiechem  i  kobieta 

poczerwieniała.  –  Bardzo  przepraszam,  nie  chciałam  tego  powiedzieć.  Po  prostu,  nie 

wyglądasz... To znaczy...  

– Wszystko w porządku – wybawił ją z niezręcznej sytuacji. – Wiem,  że wyglądam tak, 

jakbym  w  rzeczywistości  zajmował  się  walką  z  handlarzami  narkotyków  w  ciemnych 

uliczkach miasta. To tylko po raz kolejny dowodzi, że pozory mogą być zwodnicze.  

To bardzo łagodne określenie, pomyślała Caroline. Wiedziała, że zrobiła z siebie idiotkę.  

– Przypuszczam zatem, że musisz nieźle znać się na komputerach – zauważyła.  

– Przestępstwo jest przestępstwem, bez względu na to, czy jest to kradzież diamentowej 

tiary, czy też obwodu scalonego – powiedział Mitch, wzruszając ramionami.  

–  Wobec  tego  ta  wycieczka  powinna  cię  zainteresować  –  stwierdziła,  odzyskując 

wewnętrzną równowagę. Zerknęła na dwie paczki, stojące na podłodze. – Czy to IVAR? 

– Tak, proszę pani – szepnęła Janis.  

– Ed, poproś kogoś,  żeby to zaniósł do zespołu robotyków,  dobrze? Tylko powiedz  mu, 

żeby uważał, bo to cenny i delikatny ładunek.  

– Sam się tym zajmę – obiecał Ed.  

– Doskonale! – Caroline zwróciła się do swych gości.  

– Zaczynamy? 

– Tak, bardzo proszę – odpowiedziała jej Janis.  

Mitch pożegnał Eda skinieniem głowy i ruszył w ślad za Caroline i córką.  

– Przypuszczam, że ty i Newton dawno się znacie – powiedziała Caroline.  

– Tak, poznaliśmy się rok temu – przyznał Mitch. – Ed chodził na moje wykłady na temat 

środków  bezpieczeństwa  i  walki  ze  szpiegostwem  przemysłowym.  Prócz  tego  staram  się 

wiedzieć, kto jest kim w moim okręgu. Interesują mnie dobre i złe duchy tej okolicy.  

Szedł tuż obok niej. Caroline z pewnym zdziwieniem stwierdziła, że nie jest wiele od niej 

wyższy. Przytłaczał ją tylko potężną budową ciała, nie wzrostem.  

– Czy mógłbyś mnie ostrzec przed złymi? A może już wszystkie wyłapałeś i wsadziłeś za 

kratki? 

– Chciałbym, ale to niemożliwe – zaśmiał się Mitch.  

–  Wielu  ludzi  chciałoby  się  szybko  wzbogacić.  Czasami  mam  wrażenie,  że  każdego 

złapanego złodzieja zastępują dwaj nowi.  

– Złodzieja lub złodziejkę – poprawiła go wesoło.  

–  Oczywiście  –  przyznał  Grogan.  –  Może  mi  pani  wierzyć,  że  mój  wydział  dba  o 

background image

równouprawnienie kobiet.  

– Czemu nie mówisz mi po imieniu? Janis, ty też mów do mnie „Caroline”.  

–  Dobrze,  Caroline  –  odrzekła  nieśmiało  dziewczyna.  Skręcili  w  boczny  korytarz  i 

rozpoczęli zwiedzanie laboratorium.  

– Obawiam się, że wielu rzeczy nie będę mogła wam pokazać – uprzedziła ich Caroline. – 

MediaTech wykonuje dużo prac na zlecenie rządu, począwszy od sieci komunikacyjnych, na 

satelitach  meteorologicznych  kończąc.  Te  badania  są  ściśle  tajne.  Wprawdzie  zimna  wojna 

już się skończyła, ale rząd w dalszym ciągu maniakalnie dba o tajemnicę.  

– MediaTech specjalizuje się w badaniach nad światłowodami, prawda? – spytała Janis.  

– Tak. Odkryliśmy, że można je wykorzystać w dużo bardziej wyrafinowany sposób niż 

tylko jako kable do łączności telefonicznej.  

– Na przykład w projekcie OHARA? 

– Właśnie – Caroline spojrzała na nią z uznaniem. Janis zaimponowała jej swoją wiedzą. 

–  Komputer  OHARA  jest  zbudowany  z  obwodów  optycznych,  a  nie  elektrycznych.  Dzięki 

temu  jest  szybszy  i  wydajniejszy  niż  zwykłe  komputery.  W  ten  sposób  można  również 

zbudować praktycznie nie skończoną pamięć.  

– Czy będę mogła go zobaczyć? – spytała z nadzieją w głosie Janis.  

–  Oczywiście.  Pokażę  ci  go  po  spotkaniu  z  grupą  robotyków  –  obiecała  Caroline.  – 

Opowiedziałam  im  o  twoim  robocie.  Zapewne  zasypią  cię  gradem  pytań.  Prawdopodobnie 

będziesz musiała ich bić po łapach, żeby nie rozmontowali go na kawałki.  

– Przyniosłam wszystkie plany.  

– Doskonale.  

– Ale, proszę pani...  

– O co chodzi, Janis? – Caroline dosłyszała w jej głosie strach i niepewność.  

– Czy ich naprawdę może zainteresować to, co mam do powiedzenia? 

– Oczywiście – zapewniła. – Gdyby tak nie było, nie zaprosiłabym cię tutaj. Chodźmy już 

na górę; musisz udzielić lekcji moim ekspertom.  

background image

 

Już po kilkunastu minutach Janis zupełnie zapomniała o strachu i niepewności. Eksperci z 

MediaTech początkowo odnosili się do niej dość sceptycznie, ale wkrótce całkowicie zmienili 

swe  nastawienie.  Ich pytania stały  się tak skomplikowane,  że  Mitch nie rozumiał ani  słowa, 

co  jednak  niewiele  go  obchodziło.  Janis  bez  trudu  odpowiadała  na  wszystkie  i  to  było  dla 

niego  najważniejsze.  Uczestnicy  spotkania  jak  gdyby  zapomnieli,  że  Janis  ma  dopiero 

piętnaście, lat i traktowali ją jak koleżankę.  

Mitch  patrzył  na  córkę,  czując  w  sercu  mieszaninę  dumy  i  smutku.  Myślał  o  tym,  jak 

szybko  mijają  lata.  Zdał  sobie  sprawę,  że  już  wkrótce  Janis  wyjedzie  na  studia,  zacznie 

karierę i nie będzie więcej potrzebować ojca.  

Chcąc  zapomnieć  o  przygnębiających  myślach,  skupił  uwagę  na  Caroline  Hunter,  która 

była  teraz  w  swoim  żywiole.  W  jej  zachowaniu  nie  było  ani  śladu  nerwowości  i  wahania, 

jakie  Mitch  zauważył  poprzedniego  dnia.  Była  czarująca,  choć  jednocześnie  zachowywała 

pewien dystans, co wydawało mu się szczególnie pociągające. W jej ruchach i uśmiechu kryła 

się naturalna, zapewne nieuświadomiona, zmysłowość.  

Mitch bardzo ją polubił, czemu właściwie nie należało się dziwić. Caroline postarała się, 

żeby zorganizować Janis taką wizytę w MediaTech, że dziewczyna nigdy jej nie zapomni. Już 

to  całkowicie  wystarczało,  aby  Mitch  był  do  niej  przyjaźnie  nastawiony,  a  poza  tym  widok 

Caroline sprawiał, że czuł we krwi zwiększoną dawkę adrenaliny.  

Pomyślał,  że  doktor  Hunter  z  pewnością  spodobałaby  mu  się  jeszcze  bardziej,  gdyby 

zdjęła ten cholerny kitel. Dotychczas nie miał okazji sprawdzić, czy ma tak zgrabne nogi, jak 

przypuszczał.  

W pewnym momencie szepnęła coś do siedzącego obok niej mężczyzny, po czym wstała 

i skierowała się w stronę Mitcha. Na widok jej uśmiechu policjant niemal zapomniał, że ma 

już prawie czterdzieści lat i troje dzieci.  

– Jak ci się podoba spotkanie? – spytała szeptem Caroline.  

– Bardzo, ale właściwie powinnaś zapytać, co ja tu robię – odrzekł. – Od pół godziny nie 

zrozumiałem nawet jednego słowa.  

– Janis jest naprawdę bardzo inteligentna – stwierdziła.  

– Wiem, ale zawsze miło usłyszeć opinię eksperta – odpowiedział Mitch. – Pewnie masz 

już  powyżej  uszu  moich  podziękowań,  ale  chciałbym,  abyś  wiedziała,  jakie  to  dla  mnie 

ważne. Janis nigdy nie zapomni dzisiejszego dnia.  

background image

–  To  ja  powinnam  podziękować,  że  zechciałeś  ją  przyprowadzić  –  odrzekła  Caroline.  – 

To spotkanie jest równie pożyteczne dla moich ludzi jak dla Janis.  

– Trudno mi w to uwierzyć.  

– Ale to prawda. To bardzo utalentowana dziewczyna.  

–  Caroline  przez  chwilę  wahała  się,  tak  jakby  nie  mogła  podjąć  ostatecznej  decyzji.  Po 

kilku  sekundach  wskazała  na  drzwi.  –  Czy  moglibyśmy  przez  chwilę  porozmawiać  na 

osobności? 

– Och, oczywiście – zgodził się Mitch i spojrzał na córkę.  

– Nie martw się o nią – Caroline odczytała jego myśli.  

– Dr Brewster odprowadzi ją do mojego gabinetu, gdy tylko skończą rozmowę.  

– Dobra. – Grogan ruszył za nią, zastanawiając się, o co może jej chodzić.  

–  Mitch,  ile  lat  ma  Janis?  –  Caroline  nie  marnowała  ani  chwili.  Szli  korytarzem  w 

kierunku głównego laboratorium.  

– Piętnaście.  

– I ma IQ na poziomie jakichś stu sześćdziesięciu punktów? 

–  Trafna  ocena  –  uśmiechnął  się.  –  Ostatnim  razem  uzyskała  sto  sześćdziesiąt  sześć 

punktów.  

– W tym roku kończy przedostatnią klasę gimnazjum? 

–  Tak  –  potwierdził  Mitch.  Nie  mógł  zrozumieć,  do  czego  kobieta  zmierza.  – 

Przeskoczyła jedną klasę. Byłaby jeszcze wyżej, ale moja żona i ja nie zgodziliśmy się na to.  

–  Dlaczego?  –  Caroline  spojrzała  na  niego  ze  zdziwieniem.  –  Przecież  to oczywiste,  że 

jest bardzo utalentowana.  

–  Postanowiliśmy,  że  lepiej  będzie,  jeśli  Janis  będzie  miała  normalne  dzieciństwo  – 

wyjaśnił Mitch. – Dzieci, które przeskakują parę klas, często mają kłopoty z dostosowaniem 

się do otoczenia. Woleliśmy, aby ona uniknęła tego losu.  

–  Zapewne  podjęliście  mądrą  decyzję  –  powiedziała  Caroline.  W  jej  głosie  zabrzmiała 

dziwna nutka. Mitch spojrzał na nią z zaciekawieniem.  

– A jak wyglądała twoja nauka? Ile miałaś lat, gdy skończyłaś gimnazjum? 

–  Nigdy  nie  ukończyłam  gimnazjum.  Moi  rodzice  nie  mieli  zaufania  do  systemu 

publicznej  edukacji.  Do  dwunastego  roku  życia  miałam  prywatnych  nauczycieli,  a  później 

zaczęłam studia.  

– W wieku dwunastu lat? Chyba żartujesz? 

– Zapewniam cię, że mówię poważnie. – Caroline uśmiechnęła się do niego. – To zresztą 

nie było taką sensacją,  jaką może ci się wydawać. Moi rodzice byli oboje profesorami Duke 

background image

University, dzięki czemu bez przeszkód mogłam chodzić na wykłady.  

– To musiało być niezwykłe przeżycie dla dwunastoletniego dziecka. – Mitch nie potrafił 

sobie tego wyobrazić.  

– Niezwykłe przeżycie? – powtórzyła z  namysłem  Caroline.  – Nie,  nie pamiętam,  abym 

tak o tym myślała. – Niewiele brakowało, a dodałaby, że czuła się tam strasznie samotna.  

Przechodzili  właśnie  przez  główne  laboratorium.  Było  już  po  piątej  i  niemal  wszyscy 

pracownicy poszli do domu.  

–  Janis  powiedziała  mi,  że  pierwszy  doktorat  zrobiłaś,  mając  dziewiętnaście  lat  – 

zauważył Mitch.  

–  To  prawda  –  przyznała.  Uświadomiła  sobie,  że  mężczyzna  zaczął  ją  wypytywać,  i 

poczuła się niezręcznie. – Tam jest mój gabinet – dodała, przyśpieszając kroku.  

Mitch zorientował się, że Caroline chce zmienić temat. Być może, nie lubi mówić o sobie, 

pomyślał. Miał nadzieję, że nie uraził jej niechcący.  

Dotarli  do  gabinetu.  Caroline  weszła  pierwsza  i  skierowała  się  w  stronę  biurka.  Mitch 

rozejrzał  się  wokół.  Z  pewnym  rozczarowaniem  stwierdził,  że  gabinet  wygląda  zupełnie 

zwyczajnie.  Inaczej  wyobrażał  sobie  sanktuarium  konstruktora  najnowocześniejszych 

komputerów. Podobnie jak Janis, miał nadzieję, że zobaczy komputer OHARA, a tymczasem 

komputer na biurku wyglądał jak zwyczajny pecet.  

– Dzień dobry, Caroline – odezwała się jakaś kobieta.  

Grogan  szybko  rozejrzał  się  wokół.  Nie  lubił  takich  niespodzianek.  Długoletnie 

doświadczenie  policyjne  kazało  mu  wystrzegać  się  podobnych  sytuacji.  Natomiast  Caroline 

nie wydawała się zaskoczona.  

– Dzień dobry, Scarlett – odpowiedziała spokojnie.  

– Jak widzę, masz gościa. Wydaje mi się, że jeszcze się nie poznaliśmy.  

Mitch ponownie rozejrzał się po pokoju. Prócz nich nie było w nim nikogo. Kobiecy głos 

był dość słaby, ale wydawał się zupełnie naturalny. Mitch spojrzał pytająco na Caroline, która 

z uśmiechem obserwowała jego reakcje.  

– Scarlett, poznaj, proszę, porucznika Mitchella Grogana.  

– Dzień dobry, poruczniku. Witamy w MediaTech.  

–  Niech  mnie  diabli!  –  Mitch  w  końcu  zrozumiał,  że  to  głos  komputera.  –  Hm...  Dzień 

dobry... Scarlett.  

– Caroline, jaki poziom zaufania powinnam przypisać porucznikowi? 

–  Pierwszy  –  odrzekła  Caroline.  –  Czy  mogłabyś  wyjaśnić  naszemu  gościowi,  co  to 

znaczy? 

background image

–  Oczywiście  –  zgodził  się  komputer.  –  Panie  poruczniku,  pierwszy  poziom  zaufania 

oznacza, że ma pan prawo rozmawiać ze mną tylko na ogólne tematy i nie ma pan dostępu do 

żadnego  z  moich  podstawowych  programów.  Bez  pozwolenia  Caroline  nie  wolno  mi 

zapamiętać  żadnych  informacji  uzyskanych  od  pana.  Czy  chciałby  pan  zadać  mi  jakieś 

pytania? 

– Nie,  dziękuję,  Scarlett – Mitch  miał wrażenie,  że  bierze udział  w  jednym  z odcinków 

Wojen gwiezdnych. – Nie mam pytań.  

– Czy w takim razie ja mogłabym pana o coś spytać? 

A to dopiero! Mitch  jeszcze  nigdy  nie widział komputera,  zdradzającego ciekawość. To 

było zdumiewające! 

– Oczywiście – odpowiedział z szerokim uśmiechem.  

–  Z  jakim  rodzajem  wojsk  jest  pan  związany,  poruczniku?  Mitch  zerknął  na  Caroline, 

która nie wydawała się jednak zmartwiona, że komputer przyjął błędne założenie. Uśmiechała 

się tak, jakby chciała powiedzieć, aby sam sobie radził.  

–  Nie  jestem  wojskowym,  Scarlett  –  wyjaśnił,  siadając  na  krześle.  –  Jestem  oficerem 

policji.  

– Czyli że należy pan do aparatu wymiaru sprawiedliwości, prawda? 

– Tak.  

–  Rozumiem.  –  Komputer  przerwał  na  chwilę.  –  Nie  wiedziałam,  że  policja  korzysta  z 

takich samych stopni jak wojsko. Caroline, w moich wiadomościach jest pewna luka. Czy ten 

defekt będzie wkrótce naprawiony? 

– Tak, Scarlett. Niedługo otrzymasz ogólną bazę danych, zawierającą informacje na temat 

systemu sprawiedliwości.  

– Doskonale. Czy tymczasem mogę zapamiętać tę wiadomość? 

– Tak.  

– Dziękuję. Czy porucznik Grogan będzie moim nauczycielem? 

–  Nie  podjęliśmy  jeszcze  decyzji,  kto  stworzy  tę  bazę  danych  –  odrzekła  Caroline, 

przepraszając Mitcha wzrokiem.  

– Jeśli nie jest on pracownikiem MediaTech i nie został wynajęty jako konsultant, to co tu 

właściwie robi? Czy jest może twoim przyjacielem? 

– Owszem – wtrącił Mitch, korzystając z okazji. Mówiąc to, uśmiechnął się do Caroline.  

– Czy jest może twoim chłopcem? – Scarlett jeszcze nie zaspokoiła swej ciekawości.  

– Nie! – Caroline wyprostowała się na krześle. – To nowy znajomy.  

–  Rozumiem.  Nie  przypominam  sobie,  abyś  kiedykolwiek  przyprowadziła  do  pracy 

background image

jakiegoś przyjaciela – zauważyła Scarlett. – Miło mi poznać innego z twoich przyjaciół.  

Mitch nie mógł zrozumieć logiki komputera.  

–  Scarlett,  jeśli  dotychczas  nie  poznałaś  żadnego  przyjaciela  Caroline,  to  dlaczego 

mówisz o mnie jako o „innym” przyjacielu? – zapytał.  

– Ja również jestem jej przyjaciółką.  

– Jak zatem definiujesz określenie „przyjaciel”? – spytał Grogan. Ta rozmowa wydawała 

mu się zupełnie niewiarygodna. Spojrzał na Caroline, aby upewnić się, że nie protestuje. Na 

szczęście, wyraźnie odetchnęła, gdy tylko Scarlett zrozumiała, kim jest dla niej policjant.  

–  Przyjaciel  to  ktoś  bliski  ze  względu  na  uczucia  lub  żywiony  szacunek.  Oznacza  to 

również ulubionego kompana – wyjaśnił komputer.  

– Dziękuję, Scarlett – powiedziała Caroline. – Teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, 

chciałabym porozmawiać z porucznikiem w cztery oczy.  

– Oczywiście. Do widzenia, poruczniku. Cieszę się, że pana poznałam.  

– Ja również, Scarlett – uśmiechnął się Mitch. Lampki komputera zgasły.  

– To zdumiewające – powiedział mężczyzna, patrząc na Caroline.  

– Dziękuję.  

– Jak ci się udało stworzyć taki komputer? – spytał, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Z 

tą maszyną  można rozmawiać  niczym z  żywym człowiekiem.  Myślałem,  że  minie  jeszcze  z 

dziesięć lat, nim osiągniemy ten poziom.  

–  Dziesięć  lat?  Nie  –  odrzekła  Caroline.  –  Mamy  nadzieję,  że  za  pół  roku  zaczniemy 

sprzedawać ten system. No, a jak działa Scarlett... To ściśle strzeżona tajemnica.  

– W jaki sposób zauważyła, że weszliśmy do gabinetu? 

– W ścianie za moim biurkiem znajduje się wideokamera i detektor podczerwieni, który 

potrafi wykryć obecność jakichś obcych obiektów nawet w zupełnych ciemnościach.  

– A skąd wiedziała, że jestem kimś obcym? 

–  Po  prostu  pamięta  obrazy  wszystkich,  których  poznała.  Porównała  twój  obraz  z 

obrazami znajomych i stwierdziła, że jeszcze cię nie zna.  

–  Zdumiewające  –  powtórzył  Mitch.  –  Komputer,  rozumiejący  pojęcie  przyjaźni.  To 

niewiarygodne, Caroline – urwał i po chwili zachichotał. – Scarlett O’Hara? 

– Skrót OHARA pojawił się dość przypadkowo – odrzekła Caroline, lekko się rumieniąc. 

–  Oznacza  Optical  Heuristic  Algorithmic  Reasoning  Architecture,  czyli  optyczny  system 

komputerowy rozumujący zgodnie  z  heurystycznym algorytmem.  Gdy  pojawił  się ten skrót, 

imię nasunęło się samo.  

–  Podoba  mi  się  –  uśmiechnął  się  Grogan.  –  Dowodzi,  że  twórca  komputera  ma 

background image

oryginalną i romantyczną osobowość.  

Dotychczas  jeszcze  nikt  nie  określił  Caroline  mianem  osoby  romantycznej.  Dodatkowo 

zaniepokoił  ją  fakt,  że  zrobił  to  mężczyzna,  i  to  mężczyzna  tak  silnie  oddziałujący  na  jej 

zmysły. Pomyślała, że pora przejść do rzeczy.  

– Może lepiej porozmawiajmy o Janis – zaproponowała.  

– Dobrze – zgodził się  Mitch,  choć poczuł  się  nieco rozczarowany. Bardzo podobał  mu 

się rumieniec, pojawiający się na policzkach Caroline,  ilekroć pozwolił sobie na choć trochę 

osobistą  uwagę.  –  Słucham,  o  co  chodzi?  Dlaczego  tak  się  o  nią  wypytywałaś  i  czemu 

chciałaś porozmawiać ze mną na osobności? 

–  Podczas  dzisiejszego  spotkania  przyszedł  mi  do  głowy  pewien  pomysł.  Być  może 

podświadomie  myślałam  o  tym  już  wtedy,  gdy  zaprosiłam  was  do  MediaTech.  Uznałam 

jednak, że nim powiem o tym Janis, powinnam cię zapytać o zgodę.  

– Słucham – powiedział Mitch.  

– Już za parę tygodni zaczynają się wakacje, prawda? 

– Tak.  

– W jaki sposób Janis zazwyczaj spędza lato? 

–  Jak  wszystkie  inne  dzieci  –  odrzekł,  zaskoczony.  –  Aha,  w  zeszłym  roku  chodziła  na 

jakieś letnie kursy na uniwersytecie i chyba chce zrobić to samo tego lata. Dlaczego pytasz? 

– MediaTech organizuje letnie praktyki dla studentów – wyjaśniła Caroline. – Zajmują się 

wyłącznie badaniami  nie objętymi klauzulą tajności  i  zazwyczaj  nie pracują w  moim dziale. 

Gdyby  jednak  Janis  chciała  popracować  w  moim  zespole  robotyków,  mogłabym  dla  niej 

zrobić wyjątek. Pracowałaby jakieś dziesięć, piętnaście godzin tygodniowo.  

– Mówisz poważnie? – wyjąkał Mitch. – To byłaby zupełnie wyjątkowa okazja.  

–  Tak  –  kiwnęła  głową  Caroline.  –  Oczywiście,  musiałabym  to  uzgodnić  z  doktorem 

Brewsterem,  który  bezpośrednio  kieruje  tym  zespołem,  ale  myślę,  że  nie  będzie  miał  nic 

przeciwko temu. Miał dziś okazję przekonać się, co Janis potrafi. Myślę, że byłoby to dla niej 

interesujące  doświadczenie.  Mogłaby  dalej  pracować  nad  IVAR-em,  którego  system  można 

jeszcze udoskonalić. Jeśli zamierza brać udział w konkursie o stypendium Westinghouse, taka 

praktyka mogłaby jej bardzo pomóc.  

– Oczywiście – przyznał Mitch. Miał kłopoty z przyjęciem do wiadomości jej słów. – To 

fantastyczna propozycja, Caroline.  

– Jak sądzisz, czy to nie będzie dla niej zbyt poważne obciążenie? Jest wprawdzie bardzo 

dojrzała, ale ma tylko piętnaście lat...  

– Och, z pewnością sobie poradzi. Czasami myślę, że Janis urodziła się stara i poważna.  

background image

– Dobrze ją rozumiem – stwierdziła Caroline z melancholijnym uśmiechem.  

– Ktoś, kto nazwał komputer Scarlett OHARA, nie może być zbyt poważny – potrząsnął 

głową Mitch.  

Caroline wzięła  z  biurka  długopis  i  nerwowo zaczęła  bazgrać coś  na kartce papieru. To 

miała  być  spokojna,  rzeczowa  rozmowa,  a  tymczasem  mężczyzna  pozwalał  sobie  na  jakieś 

niepotrzebne komentarze.  

– Jak sądzisz, czy Janis będzie miała na to ochotę? 

– Wpadnie w ekstazę. Z pewnością zauważyłaś, że ona cię uwielbia.  

– Co takiego? – zdziwiła się Caroline.  

–  To,  co  powiedziałem.  Od  lat  śledzi  twoją  karierę.  Spotkanie  z  tobą  było  z  pewnością 

największym  wydarzeniem  w  jej  życiu.  Gdy  dowie  się,  że  będzie  miała  szansę  z  tobą 

pracować, z radości wejdzie na orbitę.  

– Nie będzie pracować bezpośrednio ze mną – wyjaśniła Caroline. – To musi być całkiem 

jasne.  Jeśli  Janis  się  zgodzi,  prawdopodobnie  przydzielę  ją  do  Andrei  Norris,  asystentki 

doktora Brewstera. Andrea jest bardzo cierpliwa i sama ma dwoje dorastających dzieci, więc 

Janis  powinna  się  z  nią  łatwo  porozumieć.  Będę  regularnie  sprawdzała,  co  robi,  ale  nie 

będziemy razem pracować.  

–  Wcale  nie  spodziewałem  się,  że  będziesz  zajmować  się  nią  osobiście  –  sprostował 

Mitch.  Nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego  Caroline  powtórzyła  to  dwukrotnie  i  czemu  nagle 

wyraźnie się spięła. – Wiem, że jesteś bardzo zajęta.  

–  Cieszę  się,  że  to  rozumiesz  –  uśmiechnęła  się  nerwowo.  Spojrzał  na  nią  z 

zaciekawieniem,  ale  nic  nie  odpowiedział.  –  Chodzi  o  to,  że  niezbyt  mi  odpowiada 

towarzystwo dzieci – ciągnęła. – Wydawało mi się, że wyjaśniłam ci to wczoraj.  

– Owszem, pamiętam.  

– W porządku. Janis to wybitnie utalentowana młoda osoba i bardzo się cieszę, że mogę 

jej pomóc, ale nie sądzę, abym mogła zostać jej osobistą nauczycielką.  

Mitch  poczuł  się  zaniepokojony  nieoczekiwanym  przebiegiem  rozmowy.  Z  jakiegoś 

powodu  dzieci  były  piętą  achillesową  Caroline.  Ale  dlaczego?  Przecież  nie  tylko  z  tego 

powodu, że miała z nimi mało do czynienia.  

– Nie sądzę, aby to miało wielkie znaczenie, czy będziesz się nią opiekować osobiście. W 

każdym razie praktyka w MediaTech bardzo pomoże Janis.  

– Czy nie będzie miała kłopotu z dojazdem do laboratorium? – spytała Caroline.  

–  Nie,  jakoś  sobie  poradzimy.  Ojciec  przywykł  do  wożenia  dzieci.  Sąsiadki  często 

korzystają z jego uprzejmości.  

background image

–  Podejrzewam,  że  Janis  nie  zarobi  wiele  pieniędzy,  zapewne  tylko  pięć  dolarów  na 

godzinę  –  dodała  Caroline.  –  Za  to  może  dowolnie  wybrać  sobie  porę.  Myślę,  że  będzie 

najlepiej, jeśli zdecyduje się pracować trzy razy w tygodniu, po południu.  

–  Zgoda  –  Mitch,  oczywiście,  zauważył,  że  ich  rozmowa  nagle  nabrała  bardzo 

formalnego charakteru. – Nic  jej  nie powiem o naszej rozmowie,  dopóki nie uzgodnisz tego 

planu  z doktorem Brewsterem.  Jeśli  jednak zdecydujemy  się  na  jego realizację,  to postaram 

się, aby Janis mogła sama wybrać takie dni, które jej najlepiej pasują.  

– Dobrze.  – Caroline wstała zza  biurka. – Zadzwonię do ciebie.  Zakładam,  że  mogę cię 

znaleźć, dzwoniąc na komendę.  

–  Tak,  w  pierwszym  okręgu  –  powiedział  Grogan,  zdziwiony  dystansem,  jaki  nagle 

pojawił się między nimi. Nie miał jednak wątpliwości, że rozmowa dobiegła końca. – Jeśli to 

wyjdzie,  nie wiem, w jaki sposób zdołam ci się odwdzięczyć, Caroline – dorzucił, wstając z 

krzesła.  

– Nie musisz mi dziękować. Jestem pewna, że Janis okaże się cennym członkiem zespołu.  

– Mam nadzieję. – Mitch wiedział, że powinien wrócić do pracowni robotów i sprawdzić, 

co  z  córką,  ale  nie  miał  jeszcze  ochoty  wychodzić.  Caroline  Hunter  przestała  być  dla  niego 

tylko  błyskotliwą,  piękną  i  pociągającą  kobietą,  a  stała  się  zagadką,  którą  chciał  rozwiązać. 

Zawsze  lubił  intrygujące  zagadki.  Aby  zrozumieć  Caroline,  musiał  postarać  się  lepiej  ją 

poznać.  Instynkt  podpowiadał  mu,  że  popełniłby  błąd,  zapraszając  ją  teraz  do  teatru  lub  na 

kolację. Zamiast tego musiał szybko coś wymyślić.  

– Hm,  posłuchaj. Być  może  jestem zarozumiały,  ale chciałbym cię spytać,  czy  mówiłaś 

poważnie  na  temat  stworzenia  dla  Scarlett  bazy  danych,  dotyczących  systemu  wymiaru 

sprawiedliwości? 

– Tak. Chcemy, aby system OHARA miał bardzo wiele zastosowań. Myślę, że jej niemal 

nie skończona pamięć byłaby bardzo przydatna w pracy policji.  

– W jaki sposób opracowujecie takie bazy danych? 

–  Zazwyczaj  zatrudniamy  eksperta  z  jakiejś  dziedziny.  Jego  zadaniem  jest  opracowanie 

systematycznego wykładu, zbioru informacji ukształtowanego na wzór odwróconej piramidy. 

Następnie  powoli  przekazujemy  Scarlett te  wiadomości  –  wyjaśniła  Caroline,  zastanawiając 

się,  dlaczego  Mitch  się  tym  interesuje.  –  Początkowo  trzeba  bardzo  uważać,  żeby  jej  nie 

przeciążyć.  

– Czy mogłaby nastąpić poważna katastrofa? 

– Nie można tego wykluczyć – przyznała niechętnie Caroline. – Ale na tym etapie to już 

bardzo  mało  prawdopodobne.  Jej  podstawowa  baza  danych  i  układ  logiczny  są  bardzo 

background image

stabilne.  

Coś  w  jej  głosie  znowu  zaniepokoiło  Mitcha.  Tym  razem  z  pewnością  nie  miało  to  nic 

wspólnego  z  dziećmi  ani  z  rozwijającą  się  znajomością.  Chodziło  o  coś  zupełnie  innego. 

Mitch  gotów  był  się  założyć,  że  baza  danych  Scarlett  wcale  nie  jest  taka  stabilna,  jak 

twierdziła doktor Hunter, ale powstrzymał się od komentarzy.  

–  Wynika  z  tego,  że  zamierzacie  zatrudnić  kogoś,  kto  nauczyłby  Scarlett,  jak  pracuje 

policja. Powiedz mi, czy przyjmujecie ochotników? 

– Czyżbyś chciał się zgłosić? – oczy Caroline wyraźnie zabłysły.  

– Być może. To bardzo kuszący pomysł – odrzekł Mitch.  

–  Znam  się  trochę  na  komputerach.  Oczywiście,  daleko  mi  do  waszego  poziomu,  ale 

sądzę,  że  przewyższam  typowego  użytkownika  peceta.  Chciałbym  ci  się  jakoś  odwdzięczyć 

za to, co chcesz zrobić dla Janis.  

– Janis będzie tu pracować i dostanie za to honorarium – przypomniała mu Caroline.  

– Nie żartuj – Mitch potrząsnął głową. – Przecież i tak oboje wiemy, co o tym sądzić. To 

ona  powinna  zapłacić  za  możliwość  odbycia  praktyki  w  MediaTech.  Będzie  potrzebowała 

wysokiego stypendium, aby zapłacić za studia na dobrym uniwersytecie i staż w takiej firmie 

może jej bardzo pomóc.  

–  To  prawda,  ale  to  jeszcze  nie  znaczy,  że  macie  wobec  mnie  dług  wdzięczności. 

Stworzenie  bazy  danych  wymaga  ciężkiej  pracy.  Czy  jesteś  pewien,  że  chcesz  się  podjąć 

zadania, które pochłonie bardzo dużo czasu? 

Mitch  z  pewnością  nie  narzekał  na  nadmiar  wolnego  czasu,  lecz  mimo  to  miał  ochotę 

zrealizować  swój  pomysł,  i  to  nie  tylko  ze  względu  na  Caroline.  Nie  miał  wątpliwości,  że 

system OHARA zrewolucjonizuje świat, i dlatego chciał wziąć udział w jego realizacji.  

– Myślę, że znalazłbym czas – powiedział.  

Caroline  zastanowiła  się  nad  jego  propozycją.  Dr  Caldwell  już  kończył  z  nauką 

astronomii, a w kolejce czekał specjalista od meteorologii. Po nim Caroline planowała naukę 

medycyny,  ale  profesor  z  Harvardu,  który  miał  przygotować  bazę  danych,  pracował  bardzo 

wolno.  Nie  było  właściwie  żadnych  przeszkód,  uniemożliwiających  gromadzenie  teraz 

danych na temat policji.  

Oczywiście, wiele zależało od tego, czy Mitch Grogan okaże się właściwym człowiekiem 

do realizacji takiego zadania. Uczenie Scarlett wymagało specjalnych kwalifikacji: nauczyciel 

musiał wiedzieć, jak uporządkować informacje w logiczny sposób i jak skondensować trudne 

pojęcia  w  jak  najmniejsze  jednostki.  Porucznik  Grogan  z  pewnością  nie  wyglądał  na 

właściwego  kandydata,  ale  również  nie  wydawał  się  tak  delikatnym  i  czułym  ojcem,  jakim 

background image

okazał się, gdy wczoraj odnaleźli Ruthann. Caroline pomyślała, że warto spróbować.  

– W porządku, Mitch. W tej chwili nie możesz jeszcze podjąć ostatecznej decyzji, bo nie 

wiesz, na czym polegałoby twoje zadanie, ale możemy się spotkać i omówić ten projekt.  

– Może zatem jutro zjemy razem kolację? 

– Kolację? – nie zdołała ukryć zdziwienia.  

–  Im  szybciej  zaczniemy,  tym  szybciej  się  przekonasz,  czy  nadaję  się  na  nauczyciela 

Scarlett.  

– Ale...  

– Jesz przecież, prawda? – przerwał jej Mitch.  

– Oczywiście. – Przygryzła wargi, żeby ukryć uśmiech.  

– Cóż zatem złego we wspólnej kolacji? 

Nic,  poza  tym,  że  taka  propozycja  kojarzyła  się  bardziej  z  randką  niż  z  poważnym 

spotkaniem,  a  nie  miała  wcale  ochoty  mieszać  spraw  zawodowych  i  osobistych.  Te  sfery 

powinny pozostać ściśle oddzielone.  

– Myślę,  że kolacja to nie  najlepszy pomysł – powiedziała spokojnie.  – Może raczej po 

pracy przyjedziesz tutaj, do laboratorium.  

– Ta propozycja wydaje się znacznie mniej zabawna.  

– Tworzenie  bazy danych  nie  jest zabawą, Mitch – westchnęła Caroline,  starając  się nie 

poddać jego wesołemu nastrojowi. – To ciężkie zadanie.  

– Czyżbyś nie lubiła swojej pracy? – spytał, przechylając na bok głowę.  

– Oczywiście, że lubię! 

– Czemu zatem nie mielibyśmy o niej porozmawiać, jedząc dobrą kolację? Nie zapraszam 

cię przecież na randkę ani nic takiego! – Jego niewinność była nieco przesadna.  

Choć  na  pozór  Mitch  próbował  ją  uspokoić,  w  jego  głosie  było  coś  wyzywającego.  W 

rzeczywistości prowokował ją, aby odważyła się przyjąć to zaproszenie.  

Właściwie,  czemu  nie?  –  pomyślała  Caroline.  Na  swój  sposób  Mitch  był  bardzo 

przystojny  i  z  pewnością  nie  brakowało  mu  inteligencji.  Wydawał  się  dowcipny  i 

interesujący.  No,  ale  miał  troje  dzieci  i  myśl  o  nich  całkowicie  wytrącała  Caroline  z 

równowagi.  

Spróbowała  zbilansować  w  myślach  jego  plusy  i  minusy.  Uznała,  że  jeśli  liczyć  każde 

dziecko jako jeden punkt, to bilans wychodzi równy, cztery do czterech.  

–  No,  więc  jak?  –  spytał  Mitch.  Miała  wrażenie,  że  widok  jej  zakłopotania  sprawia  mu 

przyjemność.  

– To nie będzie randka? – upewniła się raz jeszcze.  

background image

– Chyba że sama tego chcesz – odparł z uśmiechem.  

– Nie chcę – zdecydowanie stwierdziła Caroline.  

– Załatwione. – Mitch spoważniał. – Poczekamy z tym do następnego spotkania.  

–  Poruczniku  Grogan,  cały  mój  czas  poświęcam  pracy  –  powiedziała  chłodno,  nieco 

zirytowana jego swobodą. – Nie mam czasu na życie towarzyskie.  

– Ja też nie – odrzekł Mitch.  

– Dlaczego zatem... – Caroline chwilę się wahała, ale nie mogła znaleźć  innego słowa – 

flirtujesz ze mną? 

– Ponieważ jesteś najbardziej intrygującą kobietą, jaką spotkałem od bardzo dawna. Prócz 

tego lubię, jak się rumienisz.  

– To przekleństwo ludzi o jasnej cerze – mruknęła, czując, że znów się czerwieni.  

–  Ależ  o  co  ci  właściwie  chodzi?  Dlaczego  nie  mielibyśmy  zjeść  razem  kolacji  i 

porozmawiać  przy  tym  o  przyszłej  bazie  danych?  Czyż  można  spędzić  wieczór  w  bardziej 

niewinny sposób? 

Caroline  wreszcie  zrozumiała,  że  potraktowała  to  zaproszenie  zbyt  poważnie.  Jej  ostry 

protest świadczył, że w rzeczywistości boi się Mitcha jak diabeł święconej wody, co zresztą 

było prawdą.  

– No, dobrze – zgodziła się wreszcie. Pomyślała, że jeśli pozna go lepiej, to z pewnością 

przestanie się on wydawać taki atrakcyjny.  

– Wspaniale! – ucieszył się Mitch. – Przyjadę po ciebie koło siódmej, dobrze? 

–  Nie,  umówmy  się  gdzieś  na  mieście.  Sama  przyjadę.  To  przecież  nie  jest  randka  – 

przypomniała mu Caroline.  

– Zgoda – przytaknął. – Może zatem u Ernesto, przy Valley Boulevard? 

– Dobrze. – Nigdy tam nie była, ale nie miała wątpliwości, że łatwo znajdzie restaurację. 

– Przyniosę nasze  instrukcje dla autorów baz danych. Powinny ci  wyjaśnić,  na czym polega 

problem – powiedziała rzeczowym tonem, podchodząc do drzwi gabinetu.  

– Doskonale, z pewnością bardzo mi się przydadzą – odpowiedział Mitch, idąc w ślad za 

nią.  

–  Spróbuj  się  zastanowić,  jak  wyjaśniłbyś  to  zagadnienie  kompletnemu  laikowi,  na 

przykład  mnie  –  zasugerowała  Caroline.  –  Jutro wypróbujemy  twój  pomysł.  To  pomoże  mi 

ustalić, czy nadajesz się na nauczyciela dla Scarlett.  

– Dobrze.  

Pomyślała,  że  czułaby  się  swobodniej,  gdyby  Mitch  nieco  aktywniej  uczestniczył  w 

rozmowie.  Niestety,  nagle  przerzucił  na  nią  obowiązek  podtrzymywania  konwersacji, 

background image

zupełnie tak jakby wiedział, że udało mu sieją zdenerwować, i cieszył się z tego.  

– Jutro powinnam już wiedzieć, czy Janis będzie mogła pracować u nas latem.  

– Świetnie.  

– Masz jakieś pytania? 

– Żadnych.  

– Doskonale.  

Caroline  zamilkła.  Mitch  z  trudem  zdołał  ukryć  uśmiech.  Pomyślał,  że  jej  wysiłki 

zachowania  oficjalnego  dystansu  są  równie  rozczulające  jak  nieoczekiwane  rumieńce. 

Niewątpliwie,  formalne  reguły  zachowania  były  dla  niej  ostatnią  deską  ratunku,  gdy  nie 

mogła sobie poradzić z własnymi uczuciami i reakcjami. To jasno wskazywało, że nie był jej 

obojętny.  

Dobrze to zapamiętał. Pomyślał, że ta wiadomość z pewnością kiedyś mu się przyda.  

background image

 

Bardzo  długo  wybierała  strój  na  spotkanie  z  Mitchem.  Wprawdzie  ciotka  Liddy 

namawiała ją, aby włożyła coś wyzywającego, ale Caroline łatwo mogła ignorować jej rady, 

ponieważ  nie  miała  w  szafie  nic,  do  czego  pasowałoby  takie  określenie.  W  końcu 

zdecydowała  się  na czarne spodnie  i  zapiętą pod szyję  białą  bluzkę.  Tuż  pod kołnierzykiem 

przypięła starą broszkę ciotki. Miała nadzieję, że to odpowiedni strój na robocze spotkanie.  

Niewątpliwie  nie  była  to  oszałamiająca  kreacja.  Przypatrując  się  swemu  odbiciu  w 

lustrze,  Caroline  myślała,  że  w  jej  wyglądzie  Mitch  z  pewnością  nie  znajdzie  nic 

pociągającego.  

Niestety,  mimo  to  Mitch  patrzył  na  Caroline  tak,  jakby  chciał  ją  pożreć  na  miejscu. 

Czekał  w  restauracji,  w  rogu  sali.  Gdy  kelnerka  zaprowadziła  przybyłą  do  stolika,  szybko 

wstał z krzesła, aby się z nią przywitać. Obrzucił ją uważnym spojrzeniem i uśmiechnął się z 

wyraźnym uznaniem. Caroline poczuła, że znów się rumieni.  

– Cześć, Mitch.  

– Cześć, Caroline. – Podsunął jej krzesło. – Wyglądasz cudownie.  

Caroline  obejrzała  się  przez  ramię  i  zaraz  tego  pożałowała,  bo  jego  twarz  z  mocno 

zarysowaną  szczęką  znalazła  się  w  odległości  paru  centymetrów  od  jej  ust.  Poczuła  na 

policzku jego oddech i szybko odwróciła głowę.  

– Wprawdzie nie zależało mi na tym, ale dziękuję. Mitch wrócił na swoje miejsce.  

– Co się stało? – spytał z szatańskim uśmiechem. – Czyżbyś zapomniała kitla, aby się pod 

nim schować? 

Caroline  poczuła,  że  jej  twarz  płonie.  Uznała,  że  nie  ma  sensu  zaprzeczać,  to  tylko 

pogorszyłoby sytuację.  

– Czy rzeczywiście tak po mnie wszystko widać? 

– Tylko gdy się rumienisz.  

– Będę musiała nad tym popracować – powiedziała.  Wiedziała, że Mitch nie chce z niej 

kpić, lecz tylko żartuje.  

– Mam nadzieję, że nie z mojego powodu.  

– Nie, z uwagi na mnie samą. To rodzaj samoobrony.  

– Caroline, przede mną nie musisz się bronić.  

– Muszę bronić się przed sobą – wypaliła, nim zdążyła się zastanowić nad tym, co mówi.  

– Dlaczego? 

background image

Caroline  zaklęła  w  duszy.  Spotkanie  rozpoczęło  się  fatalnie,  i  to  tylko  dlatego,  że  nie 

potrafiła zapanować nad odruchami i językiem. Obecność Mitcha najwyraźniej wytrącała ją z 

równowagi. Patrząc na niego, czuła się tak, jakby łyknęła narkotyk, zmuszający do mówienia 

prawdy, na dodatek połączony z afrodyzjakiem.  

– Może lepiej przejdźmy do rzeczy – zaproponowała, otwierając teczkę.  

– Czy możemy wpierw coś zamówić? – zasugerował spokojnie Mitch.  

– Och, ależ tak! 

Odstawiła  teczkę  i  wzięła  do  ręki  menu.  W  tym  momencie  do  stołu  podeszła  kelnerka. 

Gdy skończyli zamawiać, z twarzy Caroline zniknęły już rumieńce. Znów sięgnęła do teczki i 

wyciągnęła jakieś dokumenty.  

– Zacznijmy od tego, że rozmawiałam już z Brewsterem. Bardzo chętnie się zgodził, aby 

Janis odbyła u nas letnią praktykę. Jak powiedziałam, Andrea Norris będzie jej bezpośrednią 

przełożoną. Jeśli Janis ma ochotę, to z naszej strony nie ma żadnych przeszkód.  

– Czy  ma ochotę? Będzie wniebowzięta.  Bez przerwy opowiada o tym,  jak cię poznała. 

Sam ma ochotę ją udusić, a dziadek zapowiedział, że kupi zatyczki do uszu.  

Caroline  patrzyła  zafascynowana,  jak  na  samą  wzmiankę  o  dzieciach  rysy  Mitcha 

wyraźnie  złagodniały.  Jego  entuzjazm  musiał  być  zaraźliwy,  bo  zapomniała,  że  rozmowa 

miała dotyczyć wyłącznie spraw zawodowych.  

– A co na to Ruthann? – spytała.  

– Och, Ruthann chętnie jej słucha, bo sama uważa, że jesteś wspaniała. Wciąż pyta, kiedy 

znów zobaczy Caroline.  

– Naprawdę? 

– Tak, wywarłaś na niej wielkie wrażenie. Caroline nie mogła w to uwierzyć.  

– Masz bardzo miłą rodzinę, Mitch – powiedziała.  

– Na ogół też tak myślę.  

– A kiedy myślisz inaczej? – Nie mogła się powstrzymać od tego pytania.  

– Ilekroć zrobię coś głupiego, na przykład zgubię młodszą córkę  lub gdy jestem zajęty  i 

nie mogę iść na mecz baseballowy Sama.  

–  Nikt  nie  jest  doskonały  i  trudno  być  równocześnie  w  dwóch  miejscach  –  zauważyła 

Caroline z wyraźnym współczuciem.  

– Czyżbyś nie wiedziała, że to definicja rodziców? 

– Nie, nie wiedziałam – odrzekła spokojnie i opuściła wzrok.  

Mitch nie miał wątpliwości, że dotknął wrażliwego miejsca i postanowił dowiedzieć się, o 

co  właściwie  chodzi.  Skoro  Caroline  była  skłonna  rozmawiać  o  czymś  innym  niż  sprawy 

background image

zawodowe, to nie było sensu zwlekać.  

– Jesteś rozwiedziona, prawda? 

– Tak.  

– Czy mogę spytać, dlaczego nie mieliście dzieci? 

– Ani Evan, ani ja nie nadawaliśmy się na rodziców – odpowiedziała sztywno.  

– Dlaczego nie? 

– Bo zbytnio zależało  nam  na  naszych karierach. Gdy rodzice są  bardzo zaabsorbowani 

pracą zawodową, dzieci często źle na tym wychodzą.  

– Czy to właśnie przytrafiło się tobie? 

Caroline  nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  pozwoliła,  aby  rozmowa  potoczyła  się  w  tym 

kierunku.  

– Mitch, spotkaliśmy się tutaj, aby omówić sprawy zawodowe – przypomniała, prostując 

się na krześle.  

– Odpowiedz na moje pytanie i już zabieramy się do roboty – odrzekł, unosząc rękę jak 

do harcerskiej przysięgi. – Obiecuję! 

– Jeśli pozwolisz, wolałabym nie odpowiadać.  

– Caroline, przecież to nic strasznego. Nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa.  

Westchnęła. Pomyślała, że niepotrzebnie tak zareagowała na proste pytanie.  

– Przepraszam, to nie żadna tajemnica. Rodzice mnie nie maltretowali ani nie zamykali w 

ciemnej  szafie.  Po  prostu  byli  bardzo  zajęci  i  trzymali  się  dość  sztywnych  reguł  na  temat 

wychowywania dzieci.  

– Nawet tak utalentowanego dziecka jak ty? 

– Och, tym bardziej! – zaśmiała się Caroline. – Zresztą, nigdy im chyba nie przyszło do 

głowy,  że  ich  dziecko  może  nie  być  genialne.  Gdyby  się  okazało,  że  jestem  tylko  średnio 

zdolna, pewnie odwieźliby mnie do szpitala i zażądali zwrotu opłat za poród.  

– Z pewnością przesadzasz – stwierdził Mitch.  

– Nie znasz moich rodziców.  

– Czy jeszcze żyją? 

– Tak, pracują naukowo w Le Vesque Institute, we Francji.  

– Jestem pewien, że są z ciebie dumni.  

– Myślę, że musiałabym najpierw zdobyć nagrodę Nobla – odrzekła po chwili namysłu. – 

Dopóki to nie nastąpi, z pewnością nie będą zwracać większej uwagi na to, czym się zajmuję.  

–  Czy  to  cię  nie  martwi?  –  spytał  Mitch.  W  głosie  Caroline  nie  dosłyszał  ani  żalu,  ani 

gniewu, tylko rezygnację połączoną z pewnym rozbawieniem.  

background image

– Nie.  Oni żyją tam,  ja tutaj.  Od czasu do czasu  przesyłamy  sobie życzenia świąteczne. 

Trzy lata temu dostałam nawet kartkę z okazji urodzin. – Uśmiechnęła się na to wspomnienie. 

– Dopiero po tygodniu wróciłam do siebie po tym przeżyciu.  

Mitch pomyślał, że jeśli Caroline potrafi się z tego śmiać, to chyba jakoś przezwyciężyła 

skutki niekonwencjonalnego dzieciństwa.  

– Mnie trudno byłoby to znieść – powiedział. – Nie mogę sobie wyobrazić życia bez ojca. 

Zawsze byliśmy razem.  

–  Masz  szczęście,  że  jesteście  sobie  tacy  bliscy.  Aleja  nie  tęsknię  za  rodzicami  – 

zapewniła go spokojnie. – Nigdy nie poświęcali mi tyle czasu, abym mogła przyzwyczaić się 

do  ich  obecności.  Odgrywali  raczej  rolę  surowych  sędziów,  pojawiających  się  przelotem  w 

moim życiu, po to tylko, aby wygłosić jakieś oświadczenie i znów zniknąć.  

– Kto cię zatem wychowywał? 

– Gosposia i guwernerzy.  

– Wydaje się, że miałaś samotne dzieciństwo.  

–  Tak  było  –  przyznała  Caroline  i  gwałtownie  się  wyprostowała.  Nie  miała  zamiaru  się 

zwierzać. Zabrzmiało to tak, jakby litowała się nad sobą.  

– Wszystko w porządku – Mitch uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Zauważył, że jest 

zakłopotana.  –  Nie  jesteś  pierwszą  osobą,  jaką  znam,  która  spędziła  dzieciństwo  w 

samotności. Jeśli chcesz zobaczyć drugą skrajność, zapraszam do mnie do domu.  

– Dziękuję, będę o tym pamiętać – powiedziała sztywno i zaczęła przerzucać papiery.  

Mitch  zrozumiał,  że  posunął  się  za  daleko,  ale  i  tak  uznał,  że  zrobili  postępy.  On 

dowiedział  się czegoś o niej, ona przetrwała całą  rozmowę bez rumieńców.  Pomyślał, że  na 

ciąg dalszy przyjdzie jeszcze pora, ale tymczasem lepiej będzie posłuchać Caroline i przejść 

do oficjalnego tematu ich spotkania.  

– Proszę, to jest  instrukcja,  jak przygotować bazę  danych dla Scarlett – Caroline podała 

mu  gruby  skoroszyt.  –  Jej  struktura  formalna  ...  –  rozpoczęła  techniczne  wywody,  które 

wypełniły  im  czas  kolacji.  Mitch  szybko  się  zorientował,  że  stworzenie  odpowiedniej  bazy 

danych jest znacznie trudniejszym zadaniem, niż początkowo przypuszczał.  

Przez  cały  wieczór  Caroline  wypytywała  go  o  szczegóły  działania  policji  i  wymiaru 

sprawiedliwości.  Gdy  Mitch  rozłożył  pracę  całego  systemu  na  podstawowe  elementy 

logiczne, zorientowała się, że jest on dokładnie takim człowiekiem, jakiego potrzebowała. Był 

zdolny  do  logicznej  analizy  problemów  i  potrafił  szybko  pojmować  nowe  koncepcje, 

niezrozumiałe  dla  większości  laików.  Odkryła,  że  jeśli  nie  będzie  zwracała  uwagi  na 

niepokojący wpływ jego niskiego głosu i zdumiewająco niebieskich oczu, to rozmowa może 

background image

sprawiać jej przyjemność.  

–  Nie,  nie,  musisz  unikać  wgłębiania  się  w  psychologiczne  motywy  działania 

przestępców  –  zaprotestowała,  gdy  Mitch  w  pewnym  momencie  odstąpił  od  czysto 

faktograficznego opisu systemu.  Skończyli  już  jeść; na uprzątniętym stole  leżały rozrzucone 

liczne  dokumenty.  –  Scarlett  nigdy  nie  zrozumie,  dlaczego  ludzie  popełniają  przestępstwa. 

Istotne jest tylko, aby wiedziała, jakie czyny są nielegalne.  

– Hm – zastanowił  się.  – Czy  mam  jej wyjaśnić,  dlaczego takie postępki są sprzeczne z 

prawem? 

–  Tak.  Zapewne  od  tego  powinieneś  zacząć.  Na  przykład,  Scarlett  musi  wpierw 

zrozumieć, że jest czymś złym pozbawić kogoś życia, dopiero później będzie mogła pojąć, co 

to morderstwo.  

– A co zrobić, jeśli sama zapyta o motywy? 

– Powiesz jej, żeby porozmawiała ze mną – uśmiechnęła się Caroline.  

– Sam nie wiem – Mitch potrząsnął głową. Powoli zaczynał rozumieć, czego się podjął. – 

Z tego, co powiedziałaś, wynika, że ucząc Scarlett, można bardzo łatwo popełnić błąd, który 

będzie miał poważne konsekwencje.  

–  Nie  musisz  się  tym  martwić,  Mitch  –  zapewniła  go  Caroline.  –  Jeszcze  dużo  wody 

upłynie,  nim  będziesz  miał  bezpośredni  kontakt  ze  Scarlett.  Wszystkie  informacje,  jakie 

będziesz  chciał  jej  przekazać,  muszą  być  najpierw  spisane,  przejrzane  i  odpowiednio 

zredagowane.  

– Wygląda na to, że zostałem już wybrany – zauważył z uśmiechem.  

Nagły  błysk  w  jego  oczach  wytrącił  Caroline  z  nastroju  skupienia  na  pracy.  Znów 

przypomniała  sobie,  że  Mitch  jest  nie  tylko  konsultantem,  ale  prawdziwym  mężczyzną.  Do 

diabła, zaklęła w duszy. Myślała, że to już przestało na nią działać.  

– Od ciebie zależy, czy weźmiesz tę robotę – powiedziała i zaczęła zgarniać dokumenty. 

– Oczywiście, będziemy musieli omówić warunki, ale jestem pewna, że jakoś się dogadamy.  

– Chwileczkę, to nie takie proste – wtrącił mężczyzna.  

–  Nie  mogę  przyjąć  żadnej  zapłaty.  Policjantom  nie  wolno  przyjmować  dodatkowych, 

płatnych zleceń. Mogę być tylko wolontariuszem.  

– Mitch, nie mogę cię prosić, aby to robił za darmo – Caroline zmarszczyła brwi.  

– Przecież wcale mnie nie prosiłaś, sam się zgłosiłem – przypomniał jej. – To jedyne, co 

mogę zrobić, aby odwdzięczyć ci się za załatwienie stażu dla Janis.  

–  Już  ci  powiedziałam,  że  nie  musisz  mi  dziękować  –  odrzekła.  –  A  może  podjęcie  tej 

pracy  naraża  cię  na  konflikt  interesów?  –  spytała  niespokojnie.  –  Przecież  zajmujesz  się 

background image

przestępstwami  komputerowymi,  więc  praca  dla  firmy  komputerowej  może  być  dla  ciebie 

krępująca.  

–  Nie  –  potrząsnął  głową  Mitch.  –  Rozmawiałem  już  o  tym  z  komendantem.  Według 

niego,  mogę  być  waszym  konsultantem,  to  może  nawet  zwiększyć  prestiż  policji.  Będziesz 

musiała zwrócić się oficjalnie do komendy o wyrażenie zgody na to, abym pracował dla was, 

ale to wszystko.  

– Dobrze.  

– Doskonale – uśmiechnął się. – Myślę, że to będzie bardzo interesująca przygoda.  

– Cieszę się, że tak uważasz – Caroline usiłowała nie zwracać uwagi na jego zadowolony 

uśmiech.  –  Pozostaje  do  załatwienia  jeszcze  jedna  sprawa...  –  urwała  i  zaczęła  grzebać  w 

swych  papierach.  W  końcu  znalazła  poszukiwany  dokument.  –  Nim  posuniemy  się  dalej, 

musisz to podpisać.  

Mitch  uważnie  przeczytał  zobowiązanie  do  zachowania  w  tajemnicy  wszystkich 

informacji,  jakie  otrzyma,  pracując  dla  MediaTech.  W  szczególności,  przedsiębiorstwo 

rezerwowało  sobie  prawo  do  wszczęcia  przeciw  niemu  postępowania  sądowego,  gdyby 

przekazał informacje prasie lub konkurencji. Mitch wiedział, że nie chodzi tu o brak zaufania, 

tylko  o  rutynowe  zabezpieczenie,  stosowane  przez  każdą  zaawansowaną  technologicznie 

firmę,  przeto  bez  większego  wahania  podpisał  zobowiązanie.  W  przeciwnym  razie  Caroline 

nie mogłaby wtajemniczyć go w szczegóły działania systemu OHARA, a bez tego nie byłby 

w stanie opracować odpowiedniej bazy danych.  

– Dziękuję, Mitch. Witam na pokładzie – powiedziała, chowając dokument do teczki.  

– W porządku, ale teraz ja chciałbym zadać ci parę pytań.  

– Jakich? –  Caroline  skłoniła głowę  na  bok. Mitch uznał,  że pora  sprawdzić wczorajszą 

hipotezę.  

– Jakie masz kłopoty ze Scarlett? – spytał wprost.  

– Nie rozumiem, o co ci chodzi – kobieta wyraźnie zesztywniała.  

–  Wczoraj  powiedziałaś  mi,  że  jej  układ  logiczny  i  podstawowa  baza  danych  są 

niestabilne.  

– Niczego takiego nie mówiłam – oburzyła się.  

– Oczywiście, nie takimi słowami – przyznał Mitch. – Z praktyki wiem jednak, że bardzo 

często ważniejsze jest to, czego ludzie nie mówią, niż to, o czym są skłonni opowiadać.  

–  Nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówisz.  –  Zamknęła  teczkę,  tak  jakby  szykowała  się  do 

wyjścia.  

–  Caroline,  byłabyś  fatalnym  szpiegiem  –  potrząsnął  głową  Mitch.  –  Zupełnie  nie 

background image

potrafisz kłamać. Wiem, że masz jakieś kłopoty ze Scarlett.  

– Nie, to nieprawda.  

– Wobec tego dlaczego początek sprzedaży został wyznaczony dopiero za pół roku? 

– Być może wypuścimy ją na rynek wcześniej – odrzekła defensywnie. – Chcielibyśmy to 

zrobić najwcześniej, jak to możliwe.  

–  Dlaczego  nie  jest  to  możliwe  już  teraz?  Z  tego,  co  widziałem  i  co  mi  opowiedziałaś, 

wynika  jasno,  że  już  obecnie  Scarlett  byłaby  wielką  sensacją,  chyba  że  są  jakieś 

fundamentalne błędy w jej oprogramowaniu lub konstrukcji.  

–  Nie  ma  żadnych  poważnych  usterek  –  stwierdziła  zdecydowanie.  –  Jest  jeszcze  parę 

problemów, nad którymi musimy popracować.  

– Jakich? Caroline milczała.  

–  Podpisałem  już  przecież  to  zobowiązanie  –  przypomniał  jej  Mitch.  –  Nie  zamierzam 

puszczać plotek o kłopotach Scarlett ani zdradzać  konkurencji tajemnic MediaTech. Możesz 

mi powiedzieć, na czym polega problem.  

Caroline  zrezygnowała  z  oporu.  Wiedziała,  że  jeśli  Grogan  będzie  z  nimi  współdziałał 

nad opracowaniem bazy danych, to i tak wcześniej lub później dowie się prawdy.  

– Z niejasnych powodów Scarlett zapomina pewne  informacje – przyznała  niechętnie.  – 

Wykonałam  liczne  testy  i  starannie  przeczesałam  cały  system,  ale  wciąż  nie  wiem,  co  jest 

źródłem problemu. Scarlett po prostu czasem zapomina o różnych rzeczach.  

– Czy zapomniała jakieś bardzo istotne wiadomości? 

–  Nie,  jak  dotychczas  były  to  drobiazgi,  ale  nie  mogę  się  zgodzić  na  rozpoczęcie 

sprzedaży, dopóki nie zrozumiem, gdzie tkwi błąd.  

– Dlaczego nie? Mało to komputerów ma różne drobne felery? 

Caroline wprost nie mogła uwierzyć, że Mitch zasugerował coś takiego.  

–  Scarlett  nie  jest  kolejnym  komputerem  osobistym,  mającym  służyć  do  domowej 

buchalterii i zabawy – stwierdziła z naciskiem. – Będzie wspomagać kierowanie ogromnymi 

systemami rządowymi i przemysłowymi. Czy możesz sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby 

NASA  zainstalowała  ją  w  ośrodku  kontroli  lotów  kosmicznych,  po  czym  Scarlett 

zapomniałaby kodu uruchamiającego start wahadłowca? 

– Teraz rozumiem, o co ci chodzi.  

Caroline spojrzała na niego uważnie. Mitch wydał się jej aż nadto poważny. Pojęła, że to 

była prowokacja.  

– Oczywiście, że rozumiesz – powiedziała. – Odgrywałeś przecież rolę adwokata diabła, 

prawda? 

background image

– Masz rację – przyznał. – Chciałem sprawdzić, czy uznajesz pewne zasady.  

– Dlaczego? – spytała wyzywająco.  

– Ponieważ uczciwość i rzetelność są dla mnie bardzo ważne.  

– Możesz się przestać martwić – prychnęła Caroline. – MediaTech to bardzo przyzwoita 

firma.  

– Nie myślałem wcale o twojej firmie – odrzekł Mitch, pochylając się ku niej.  

– Ja również nie łamię pewnych zasad – powiedziała z oburzeniem.  

–  Bardzo  się  z  tego  cieszę.  Lubię  pracować  z  ludźmi,  którzy  stawiają  sobie  wysokie 

wymagania.  

– Ja także. – Nagły zwrot w rozmowie wytrącił Caroline z równowagi. – Skoro mowa o 

pracy,  początkowo  będziesz  mógł  pracować  w  domu.  Musisz  przecież  najpierw  opracować 

ogólny  plan.  Dopóki  nie  zaczniesz  wprowadzać  danych,  możesz  nie  przyjeżdżać  do 

laboratorium.  

Mitch  z  rozbawieniem  stwierdził,  że  Caroline  znów  usiłuje  uciec  do  tematów  czysto 

zawodowych.  

– Czy będziesz nadzorować, co robię? – spytał.  

– Od czasu do czasu sprawdzę, jak ci idzie, i zawsze mogę ci służyć radą, ale na co dzień 

twoim przełożonym będzie mój główny programista, Henry Bergman.  

–  Naprawdę?  –  mężczyzna  był  wyraźnie  rozczarowany.  –  Miałem  nadzieję,  że  będę 

pracować z tobą.  

– Dlaczego ci na tym zależy? – zmierzyła go ostrym spojrzeniem.  

Znalazł się w niezręcznej sytuacji. Nie mógł wszak przyznać, że pragnienie zobaczenia jej 

nóg z wolna stawało się dla niego prawdziwą obsesją. Podejrzewał również, że Caroline nie 

ma ochoty słuchać o tym, jak bardzo chciałby ją pocałować.  

–  No,  bo...  Mam  wrażenie,  że  dobrze  się  nam  razem  pracuje.  Scarlett to twoje  dziecko. 

Lubię pracować pod bezpośrednim kierownictwem osoby prowadzącej projekt.  

Caroline nie wierzyła mu za grosz. Zauważyła, że się zmieszał, i podejrzewała, że dobrze 

wie dlaczego.  

– A prócz tego lubisz, jak się rumienię – dodała, starając się ukryć uśmiech.  

– Czy wszystko po mnie widać? – zaniepokoił się Mitch.  

– Mam nadzieję, że jesteś szczerze zainteresowany pracą nad bazą danych – powiedziała 

Caroline surowym tonem. Mitch znów zaczął flirtować i to ją zdenerwowało. – Bo jeśli jest to 

dla ciebie tylko pretekst, żeby...  

– Nie, nie jest – nie pozwolił jej dokończyć. – Zgodziłem się opracować tę bazę danych, 

background image

bo  mnie  to  naprawdę  interesuje.  Możesz  mi  wierzyć.  Już  od  dawna  nie  zajmowałem  się 

niczym,  co wymaga  intelektualnego wysiłku,  i  mam  na to ochotę.  – Urwał  i uśmiechnął się 

przewrotnie. – Oczywiście, przyznaję, że wciąż mam ochotę patrzeć, jak się rumienisz.  

–  To  nie  moja  wina,  że  rumienię  się  w  twoim  towarzystwie  –  odparła.  –  Gdybyś  nie 

patrzył na mnie w ten sposób, zapewne łatwiej byłoby mi zachować równowagę.  

– W jaki sposób? 

– Tak,  jakby... – Caroline urwała.  Była zbyt zakłopotana,  aby  powiedzieć,  co naprawdę 

myśli.  

– Tak, jakby co? – nalegał Mitch.  

– Tak, jakbyś coś rozważał.  

– Co takiego? 

– Och, nie wiem! – wykrzyknęła. Żałowała, że zaczęła rozmowę na ten temat, ale uznała, 

że  powinni  raz  na  zawsze  wyjaśnić  sobie  tę  stronę  ich  znajomości.  –  Mitch,  wybacz,  że  to 

mówię, ale wydaje mi się, że oczekujesz po mnie czegoś, co nie może się zdarzyć! 

–  Czyż  nie  zachowywałem  się  przez  cały  wieczór  jak  urodzony  dżentelmen?  –  Grogan 

wyglądał jak ucieleśnienie niewinności.  

–  Owszem.  Dzięki  temu  –  Caroline  zerknęła  na  zegarek  –  już  od  trzech  godzin  się  nie 

zarumieniłam.  

–  Zauważyłem.  Dla  porządku  muszę  jednak  stwierdzić,  że  to  wcale  nie  oznacza,  iż 

przestałaś mi się podobać – poinformował ją.  

To bezpośrednie stwierdzenie nie powinno było jej ucieszyć, a jednak... z trudem ukryła 

zadowolenie.  

– Ty również jesteś bardzo pociągający, Mitch, ale mimo to znajomość z tobą interesuje 

mnie wyłącznie z powodów zawodowych. Po prostu nie mam czasu na życie osobiste.  

– Być może powinnaś znaleźć czas.  

– Łatwo ci mówić.  

– Dlaczego to takie trudne? 

– Od wielu lat cały swój czas poświęcam konstruowaniu Scarlett – przyznała z pewnym 

trudem.  –  Nawet  gdybym  chciała  zwolnić,  pewnie  nie  potrafiłabym  się  na  to  zdobyć. 

Zwłaszcza teraz, gdy już tak niewiele brakuje do zrealizowania moich marzeń.  

– Czy nigdy nie marzyłaś o czymś innym, Caroline? – spytał cicho. – Tylko o gadającym 

komputerze? 

– Tak. Czy to za mało? 

– Przypuszczam, że odpowiedź zależy od tego, czego oczekujesz w życiu. Według mnie, 

background image

realizacja takich marzeń to wielki sukces zawodowy, ale życie osobiste też się liczy.  

– Niektórzy nie potrafią rozróżnić  jednego od drugiego – odparła Caroline.  Widać było, 

że znowu jest spięta.  

–  To  nonsens  –  stwierdził  Mitch.  –  Mam  wrażenie,  że  podjęłaś  tę  decyzję  już  wiele  lat 

temu.  Może  nawet  rodzice  zadecydowali  za  ciebie.  Byłaś  tak  długo  samotna,  że 

przyzwyczaiłaś się do myśli, że to jedyna możliwość. Głęboko się mylisz.  

– Nie zgadzam się z tobą – odparła. Był to temat, którego zazwyczaj unikała jak zarazy. – 

Teraz zakończmy tę rozmowę i lepiej nigdy do niej nie wracajmy.  

– Nigdy, to byłaby przesada – odrzekł Mitch. – Chwilowo możemy odłożyć ten problem 

ad acta.  

– Mitch, romans między nami jest absolutnie wykluczony – stwierdziła stanowczo. – Czy 

to jasne? 

– Nie.  

–  Jeśli  uważasz,  że  twój  upór  mi  pochlebia,  to  głęboko  się  mylisz  –  zapewniła  go  z 

naciskiem. Ta rozmowa stawała się dla niej męcząca. Znów zaczęła zbierać papiery do teczki.  

– Caroline, bardzo cię przepraszam – Mitch zdał sobie sprawę, że posunął się za daleko. – 

Bardzo mi przykro.  

Wciąż pakowała dokumenty. Mężczyzna położył rękę na jej dłoni.  

– Powiedziałem, że cię przepraszam.  

– Czego ty właściwie chcesz ode mnie? – spojrzała mu prosto w oczy, choć nie przyszło 

jej to z łatwością. – Dlaczego tak naciskasz? 

–  Ponieważ  od  wielu  lat  nie  spotkałem  kobiety,  która  wydałaby  mi  się  równie 

pociągająca.  

Caroline pomyślała, że albo Mitch jest urodzonym kłamcą, albo mówi prawdę. Uznała, że 

chyba to drugie. W jej murach obronnych pojawiły się pierwsze szczeliny.  

– Muszę przyznać, że bardzo mi to pochlebia – powiedziała niechętnie. – Nie mogę tylko 

zrozumieć, dlaczego tak uważasz.  

Mitch pochylił głowę i spojrzał na nią z ukosa. Czy to możliwe, żeby nie zdawała sobie 

sprawy z własnej urody? 

– Masz na myśli coś poza tym drobnym faktem, że jesteś niezwykle inteligentną, piękną 

kobietą i cudownie się uśmiechasz, jeśli tylko nie starasz się tego ukryć. Jesteś sympatyczna, 

wrażliwa i tak nieśmiała, że szczerze wątpię, czy kiedykolwiek ktoś cię porządnie pocałował.  

–  Nie  wiem,  czy  pamiętasz,  że  byłam  mężatką  –  Caroline  z  trudem  wykrztusiła 

odpowiedź. Czuła się tak, jakby właśnie ukończyła maraton.  

background image

– Tak, ale czy twój mąż umiał całować? 

– A czy ty potrafisz? – spytała wyzywającym tonem i wyprostowała się na krześle.  

– Może zaraz spróbujemy? 

– Nie, dziękuję. Nie lubię ryzyka.  

– Cóż groźnego tkwi w pocałunku? – spytał niewinnie Mitch.  

Na  tym  właśnie  polegał  problem.  Caroline  nie  wiedziała,  czym  to  może  grozić,  ale  nie 

chciała  się  przekonywać.  W  obecności  męża  nigdy  się  nie  jąkała,  ani  nie  rumieniła,  nawet 

podczas  nocy  poślubnej.  Jeśli  Mitch  Grogan  potrafił  samym  spojrzeniem  wyprowadzić  ją  z 

równowagi, to jego pocałunek mógł mieć nieobliczalne konsekwencje.  

Racjonalna,  logiczna  część  jej  osobowości  mówiła,  że  powinna  unikać  Miteha,  ale 

jednocześnie  czuła,  jak  jakieś  pierwotne  pragnienie  ciągnie  ją  do  niego.  Długi  nawyk 

działania zgodnie z nakazami rozsądku pomógł jej podjąć decyzję.  

– Przykro mi, Mitch, ale nie jesteś w moim typie. – To nie było kłamstwo, lecz fakt ten 

nie miał żadnego znaczenia.  

– A jakich mężczyzn pani woli, doktor Hunter? – Grogan nie wydawał się zmartwiony.  

– Intelektualistów.  

– Czytałem Nietzschego i Prousta – odrzekł. – Czy to wystarczy? 

– To zależy, czy ich zrozumiałeś.  

– Przynajmniej co trzecie zdanie.  

– To jeszcze za  mało – pokręciła głową Caroline.  Mitch uśmiechnął się  szeroko. Od  lat 

nie przekomarzał  się tak z kobietą.  Co ważniejsze,  nie  miał wątpliwości,  że ona również się 

świetnie bawi.  

– Skoro to ci nie wystarcza, mogę wymienić cztery prawa dynamiki Newtona.  

– Są tylko trzy – Caroline uniosła do góry brwi.  

– Nie szkodzi, czwarte mogę wymyślić – zaproponował Mitch.  

–  Przestań  –  poprosiła,  głośno  się  śmiejąc.  –  Jesteś  bardzo  miłym  facetem,  ale  ja 

naprawdę nie mam teraz czasu na spotkania.  

Mitch  nie zamierzał  się poddawać. Mimo zaprzeczeń  Caroline,  nie  miał wątpliwości, że 

się jej spodobał. Pomyślał, że z biegiem czasu sama się przekona, iż z tym uczuciem nie może 

walczyć. Tymczasem jednak nadeszła pora na strategiczny odwrót.  

– Dobra, pasuję. Jeśli kiedyś znajdziesz w kalendarzyku trochę miejsca dla miłego faceta, 

to koniecznie daj mi znać, dobrze? 

– Natychmiast do ciebie zadzwonię – obiecała.  

Skoro  to  sobie  wyjaśnili,  mogli  już  iść  do  domu.  Caroline  skończyła  się  pakować.  Na 

background image

stole pozostał tylko rachunek. Mitch chciał go wziąć, ale ona była szybsza.  

– Pójdzie na rachunek firmy. Załatwialiśmy sprawy zawodowe, prawda? 

– Często mi o tym przypominałaś.  

–  Musiałam,  to  była  forma  samoobrony  –  odparła.  Wiedziała,  że  Mitch  żartuje  i 

odpowiedziała  w  tym  samym  stylu.  Gdy  położyła  na  stole  pieniądze,  natychmiast  podeszła 

kelnerka i zabrała je do kasy.  

–  W  ten  sposób  dali  nam  do  zrozumienia,  że  zbyt  długo  tu  siedzieliśmy  –  zachichotał 

Mitch.  

– Nie przejmuj się – uspokoiła go Caroline. – Nasza firma daje duże napiwki. Bardzo się 

cieszę, że pomożesz mi ze Scarlett.  

–  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie  –  odrzekł  i  wyciągnął  do  niej  rękę  na  znak,  że 

zawarli porozumienie.  

Caroline przez chwilę się wahała. Nie bądź idiotką, pomyślała i podała mu dłoń.  

Dokładnie  w  tym  momencie  rozległ  się  pisk  pagera,  wzywającego  kogoś  do  telefonu. 

Caroline  niemal  podskoczyła  na  krześle.  Szybko  sięgnęła  do  torebki,  podczas  gdy  Mitch 

wyjął swój aparacik z wewnętrznej kieszeni marynarki.  

– To mój – powiedziała, patrząc na numer, z którego ktoś usiłował się do niej dodzwonić. 

–  To  z  laboratorium.  Ciekawe,  czego  mogą  chcieć  o  tej  porze  –  dodała,  marszcząc  brwi.  – 

Przepraszam, muszę iść do telefonu.  

Wzięła teczkę i torebkę i ruszyła do hallu. Mitch po chwili poszedł w jej ślady. Gdy dotarł 

do szatni, Caroline już kończyła rozmowę. Sądząc po jej minie, nie były to dobre wieści.  

– Co się stało? – spytał.  

– Przykro mi, Mitch, ale muszę jechać do laboratorium. Było włamanie.  

– Chodź, jedziemy – mężczyzna zrezygnował z wszelkich pytań, tylko wziął ją pod rękę i 

poprowadził do drzwi.  

– Mitch, wcale nie musisz ze mną jechać.  

– Nie pamiętasz, że jestem gliniarzem? W ten sposób zarabiam na życie.  

Caroline zaniechała dalszych protestów.  

background image

 

Droga  do  MediaTech  zajęła  im  niecałe  dziesięć  minut.  Caroline  uparła  się,  że  pojedzie 

własnym  samochodem,  i  Mitch  wolał  nie  nalegać,  aby  pojechali  razem.  I  tak  nie  miał 

służbowego wozu z migaczem i syreną, którym mogliby szybciej dojechać na miejsce. Jechał 

w  ślad  za  Caroline  po  rozległym  terenie  firmy,  wypatrując  samochodów  policji.  Ku  jego 

zdziwieniu  panował  tu  kompletny  spokój,  a  na  parkingu  widać  było  tylko  kilka  zwykłych 

wozów.  

– Czy ochrona zgłosiła włamanie na policję? – zapytał, gdy tylko wysiedli.  

– Wątpię – odpowiedziała,  wyciągając z torebki  kartę magnetyczną,  zastępującą  zwykłe 

klucze.  

– Dlaczego nie? – zmarszczył brwi Mitch.  

–  Po  pierwsze,  nie  wiem,  do  czego  ten  cwaniak  chciał  się  dobrać.  Po  drugie,  nie  wiem 

jeszcze, czy udało mu się złamać system zabezpieczeń.  

–  Chwileczkę.  –  Grogan  zatrzymał  się  w  miejscu.  –  Chcesz  powiedzieć,  że  to  nie  było 

normalne  włamanie?  Nie  było  żadnych  opryszków  z  rewolwerami,  szturmujących  do  bram 

niezdobytej twierdzy? 

–  Nie  masz  powodów  być  rozczarowany,  Mitch.  Zapewne  mieliśmy  tu  poważne 

naruszenie systemu ochrony.  

– Wiem – stwierdził. – Po prostu miałem nadzieję, że będę miał szansę zaimponować ci 

moimi umiejętnościami rycerskimi, a może nawet z bronią w ręku ocalić cię przed bandytami 

i  w  ten  sposób  zyskać  twoją  dozgonną  wdzięczność.  Cóż  za  rozczarowanie,  że  nie  ma 

żadnych  bandytów,  tylko  jakiś  maniak komputerowy z  modemem  i pieniędzmi  na opłacenie 

dużego rachunku telefonicznego.  

–  Bardzo  mi  przykro,  żeś  się  zawiódł  –  Caroline  była  zdenerwowana,  ale  mimo  to 

uśmiechnęła się do niego. – Przecież powiedziałam ci, że nie musisz ze mną jechać. Możesz 

wracać do domu.  

– Nie, zostanę. Skoro już jestem, to chciałbym dowiedzieć się, o co chodzi. Może jeszcze 

złożycie oficjalną skargę.  

Caroline  otworzyła  drzwi  kartą  magnetyczną.  Weszli  do  środka  i  skierowali  się  do 

dyżurki ochrony. Zastali tam nocnego strażnika, który zadzwonił po doktor Hunter, oraz Eda 

Newtona, szefa ochrony.  

– Dobry wieczór  pani – powiedział Ed, zerkając  z zaciekawieniem  na Mitcha.  –  Widzę, 

background image

że sprowadziła pani głównego szeryfa.  

– Jestem tu zupełnie przypadkowo – zapewnił go Grogan. – Co się właściwie zdarzyło? 

– Właśnie staram się to ustalić – odrzekł Ed. – Najwyraźniej ktoś usiłował dobrać się do 

systemu OHARA.  

–  Co  takiego?  –  wykrzyknęła  Caroline.  –  Jak  mu  się  udało  przełamać  ogólne 

zabezpieczenie laboratorium? 

– Nie mamy żadnych dowodów, że tak faktycznie było – odparł Newton. – Wiemy tylko, 

że Scarlett podniosła alarm, gdy ktoś wprowadził fałszywe hasło.  

Strażnik  usunął  się  na  bok,  robiąc  miejsce  przy  terminalu  dla  Eda  i  Caroline.  Mitch 

pochylił się nad ladą i spojrzał na ekran monitora. W tej pozycji widział go do góry nogami.  

– Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, co to wszystko znaczy? 

–  System  OHARA  jest  całkowicie  niezależny  od  głównego  komputera,  który  stanowi 

podstawę  działania  całego  laboratorium  –  zaczęła  tłumaczyć  Caroline,  jednocześnie 

wystukując  szereg  komend.  –  Aby  dostać  się  do  niego  z  zewnątrz,  trzeba  wpierw  pokonać 

bardzo dokładny zewnętrzny system ochrony.  

– Chcesz powiedzieć, że nie można połączyć się ze Scarlett za pomocą modemu? – spytał 

Mitch.  

–  Owszem,  można  –  odpowiedziała.  –  Czasami  pracuję  w  domu  i  muszę  mieć  z  nią 

kontakt.  

– Czy to nie nazbyt ryzykowne? 

–  Dotychczas  tak  nie  sądziłam  –  odparła  krótko.  –  Ogólny  system  ochrony  całego 

laboratorium  jest bardzo ścisły.  Rozmaici cwaniacy próbowali  już go przełamać,  ale  nic  nie 

wskórali.  

– Jak dotąd.  

– To wszystko nie ma sensu – pokręciła głową kobieta, wpatrując się w ekran.  

Mitch  podszedł  z  drugiej  strony  i  również  spojrzał  na  monitor.  Caroline  najwyraźniej 

wywołała listę komend, jakie komputer wykonał w ciągu ostatniej godziny. O ile Mitch mógł 

się zorientować, nic nie wskazywało na to, by ktoś próbował dostać się do niego z zewnątrz.  

– Sprawdź aktualny stan systemu – zasugerował, ale Caroline sama wpadła na ten pomysł 

i już zaczęła wystukiwać odpowiednią komendę.  

Na  ekranie  pokazały  się  kolejno  informacje,  dotyczące  stanu  budynków,  działania 

systemu ochrony i klimatyzacji, lista osób wchodzących i wychodzących, lista użytkowników 

komputera, itd. Ani Mitch, ani Caroline nie zauważyli niczego nadzwyczajnego.  

–  Nic  z  tego  nie  rozumiem  –  mruknęła  kobieta,  odchylając  się  w  fotelu.  –  Nic  tu  nie 

background image

wskazuje, aby ktoś usiłował połączyć się ze Scarlett z zewnątrz.  

–  A  co  od  wewnątrz?  –  spytał  Mitch.  Pochylił  się  nad  klawiaturą  i  kazał  komputerowi 

wrócić do listy obecności.  

–  Hm  –  chrząknął  Newton.  –  W  całym  budynku  były  tylko  trzy  osoby,  w  tym  jedna  z 

działu Caroline.  

–  Brad  Lattimore  –  dodała.  –  To  zarządca  bazy  danych.  On  nie  ma  żadnych  powodów, 

aby próbować dobrać się do systemu.  

– Według tej listy, Lattimore jest wciąż w laboratorium – zauważył sceptycznie Mitch. – 

Może z nim porozmawiamy.  

– Dobrze – zgodziła się Caroline. – Zresztą,  i tak muszę  iść na górę, żeby sprawdzić, co 

ze Scarlett. Stąd nie mogę stwierdzić,  jakiego hasła próbował ten facet. Tylko Scarlett może 

mi to powiedzieć. Ed – zwróciła się do szefa ochrony – chciałabym, abyś natychmiast zmienił 

hasło w ogólnym systemie ochrony z zewnątrz. Jeśli ktoś rzeczywiście przełamał ten system, 

ma teraz swobodny dostęp do wewnętrznej sieci.  

– Zaraz się tym zajmę.  

– Porozmawiaj również z pozostałymi dwoma z personelu. Lattimorem zajmę się sama – 

poleciła mu Caroline i pośpiesznie skierowała się do swego gabinetu. Mitch poszedł razem z 

nią.  

– Czy jesteś pewna, że nic takiego nie zdarzyło się w przeszłości? – spytał.  

– Absolutnie. Ed Newton świetnie wykonuje swoje obowiązki. Nikomu jeszcze nie udało 

się przedostać przez ogólny system ochrony, nie mówiąc o dotarciu do Scarlett.  

Caroline  była  wyraźnie  wzburzona.  Mimo  pozorów  opanowania,  niewiele  brakowało,  a 

wpadłaby  w  panikę.  Nie  było  w  tym  nic  dziwnego,  wszak  odpowiadała  za  komputer  wart 

miliony  dolarów,  ale  Mitch  uznał,  że  chodzi  tu  o  coś  więcej  niż  pieniądze.  Zachowanie 

Caroline  przypominało  mu  jego  własne  reakcje,  gdy  zorientował  się,  że  Ruthann  gdzieś 

zginęła.  

Interesujące, pomyślał.  

Brad  Lattimore  siedział  przy  swoim  biurku  w  rogu  laboratorium.  Wyglądał  na  ucznia 

gimnazjum,  a  nie  na  odpowiedzialnego  pracownika  jednej  z  największych  firm, 

prowadzących  badania  w  dziedzinie  komputerów.  To  nie  zdziwiło  Mitcha.  Przemysł 

komputerowy  był  domeną  ludzi  młodych,  czasem  nawet  bardzo  młodych.  Zaskoczył  go 

natomiast  fakt,  że  Lattimore  nie  siedział  przy  terminalu,  tylko  przeglądał  gruby  stos 

komputerowych wydruków. Stojący obok monitor był wyłączony.  

Mitch zakasłał. Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał w ich stronę.  

background image

–  O,  doktor  Hunter!  –  powiedział  ze  zdziwieniem.  –  Cóż  sprowadza  panią  do 

laboratorium o tej porze? 

– Mamy niewielki problem – odpowiedziała Caroline. – Brad, czy próbowałeś dostać się 

do systemu OHARA dziś wieczór? 

–  Nie,  proszę  pani  –  Lattimore  wydawał  się  szczerze  zdziwiony  tym  pytaniem.  – 

Przeglądałem zmiany w bazie danych, wprowadzone przez doktora Caldwella. Czy są jakieś 

kłopoty z systemem? 

– Nie, nie masz się czym martwić – uspokoiła go Caroline. – Możesz dalej pracować lub 

raczej idź do domu. Już prawie jedenasta.  

Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i poszła do swego gabinetu.  

– Czy on często pracuje wieczorami? – spytał Mitch, gdy młody programista nie mógł już 

ich usłyszeć.  

– Dość często.  

– Również w piątki wieczorem?! 

– Chyba tak.  

Caroline  nigdy  nie  zastanawiała  się  nad  zachowaniem  współpracowników.  Ponieważ 

sama nie miała rodziny, nie dziwiła się, gdy inni pracowali wieczorami.  

– Dlaczego im na to pozwalasz? 

– Mam do swoich pracowników pełne zaufanie – Caroline zrozumiała jego aluzję. – Nie 

chodzi  o  ślepą  wiarę  w  ludzką  uczciwość.  Wszyscy,  którzy  tu  pracują,  zostali  bardzo 

dokładnie sprawdzeni. Zapewne powinnam cię o tym uprzedzić.  

–  Czy  mam  rozumieć,  że  Ed  sprawdzi,  czy  w  jakiejś  szafie  nie  trzymam  starych 

szkieletów? 

– Tak.  

– Hm. Będę musiał posprzątać w domu, inaczej biedny Ed mocno się zakurzy.  

–  Ostrzegę  go,  aby  nałożył  robocze  ubranie  –  odparła  Caroline  z  uśmiechem.  Sama  się 

zdziwiła, że nawet w takiej sytuacji Mitch potrafił ją rozśmieszyć.  

Gdy weszli do gabinetu, automatycznie zapaliło się światło i włączyła się Scarlett.  

–  Dobry  wieczór,  Caroline.  Dobry  wieczór,  poruczniku  Grogan.  Czy  przyszliście  z 

powodu próby włamania się do mojego systemu? 

– Tak, Scarlett – przyznała Caroline, kierując się w stronę biurka. – Proszę, zrób mi listę 

wszystkich haseł, jakich ten ktoś próbował użyć oraz dalszych komunikatów.  

Caroline usiadła przed monitorem.  Mitch patrzył  jej przez ramię. Na ekranie pojawił się 

dziwny ciąg symboli: 

background image

>. > 68092. if? » yimrestp. 894 »interface  

Na co Scarlett odpowiedziała: 

PRZYKRO  MI,  ALE  TO  NIE  JEST  WŁAŚCIWE  HASŁO.  OCHRONA  ZOSTAŁA 

POINFORMOWANA  O  PRÓBIE  NIEUPRAWNIONEGO  UŻYCIA  KOMPUTERA. 

PROSZĘ SIĘ ZIDENTYFIKOWAĆ.  

Włamywacz  spróbował  następnie  innego  hasła,  zmieniając  liczby,  lecz  zachowując 

ogólną strukturę.  

Scarlett  ponownie  odmówiła  dostępu  do  systemu  i  zażądała  identyfikacji,  na  co  tamten 

podał jej kolejne hasło. Tym razem Scarlett odrzekła: 

TRZYKROTNE  PODANIE  NIEWŁAŚCIWEGO  HASŁA  WSKAZUJE,  ŻE  NIE  JEST 

PAN  UPRAWNIONYM  UŻYTKOWNIKIEM  TEGO  SYSTEMU.  PRZERYWAM 

POŁĄCZENIE.  

Po czym Scarlett zrealizowała swą zapowiedź.  

Mitch  dobrze  znał  kilka  języków  komputerowych,  ale  podane  przez  włamywacza  hasła 

nie przypominały mu żadnej znanej struktury.  

– Czy ty coś z tego rozumiesz? – zapytał Caroline.  

– Nie.  

– Czy to przypomina język kodowania, którego rzeczywiście używasz? 

– Nie, nie ma nawet odległego podobieństwa.  

– Czy taka instrukcja mogłaby mieć jakieś znaczenie? 

– Nie – Caroline nic z tego nie rozumiała. – Wiele lat temu, gdy rozpoczęłam pracę nad 

Scarlett,  rzeczywiście  stosowałam  język  o  podobnej  strukturze,  ale  zrezygnowałam  z  niego, 

gdy zainstalowałam ją na komputerze OHARA.  

–  Czy  chcesz  powiedzieć,  że  zaczęłaś  pracę  nad  bazą  danych  Scarlett,  jeszcze  nim 

zaprojektowałaś system OHARA? – spytał Mitch, marszcząc czoło.  

–  Tak.  Rozpoczęłam  pracę  nad  pierwszą  wersją  bazy  danych  jeszcze  na  uniwersytecie, 

posługując  się  zwykłym  pecetem.  Gdy  powstał  OHARA,  zaadaptowałam  poprzednią  wersję 

do nowego systemu.  

– Chwileczkę – przerwał. – Może lepiej wyjaśnij mi to dokładnie, Caroline – poprosił. – 

Chciałbym  zrozumieć,  jak  powstał  ten  komputer.  Rozumiem,  że  nim  zobowiązałem  się  do 

zachowania dyskrecji, nie mogłaś mi opowiedzieć o szczegółach.  

– Dobrze. Czego nie rozumiesz? 

– Przede wszystkim nie rozumiem, dlaczego używasz nazw OHARA i Scarlett tak, jakby 

oznaczały dwie zupełnie różne rzeczy.  

background image

–  Bo  tak  właśnie  jest  –  odrzekła  Caroline.  –  OHARA  to  optyczny  komputer,  który 

wykonuje  program  Scarlett.  W  istocie  Scarlett  to  cała  grupa  programów,  przede  wszystkim 

baz  danych,  umożliwiających  gromadzenie  informacji  i  korzystanie  z  nich  w  logiczny  i 

racjonalny sposób. Dzięki nim Scarlett „myśli”.  

– A gdzie te programy są przechowywane? 

–  W  chronionej  pamięci  systemu  –  odpowiedziała.  –  Można  się  do  nich  dostać  tylko 

znając odpowiednie hasło.  

– Czy inne komputery mogłyby korzystać z programu Scarlett? 

–  Tak  –  przyznała  niechętnie.  –  Pod  warunkiem,  że  użytkownik  zdobyłby  kopię 

Translatora.  

– A co to takiego? 

– To program, który pozwala Scarlett kontaktować się z innymi komputerami. Jak wiesz, 

komputery  często  korzystają  z  różnych  języków  i  systemów  operacyjnych.  OHARA 

dysponuje programem, zdolnym do przetłumaczenia dowolnego programu na język, z jakiego 

korzysta Scarlett. Dzięki temu Scarlett może wykonać absolutnie każdy program.  

Mitch  cicho  gwizdnął.  Teraz  wreszcie  zrozumiał,  jaką  wartość  ma  system  OHARA. 

Rozmaite  instytucje  rządowe,  przedsiębiorstwa,  a  nawet  indywidualni  użytkownicy  często 

reagują niechętnie na nowe zdobycze techniki komputerowej, ponieważ z reguły mija parę lat, 

nim  powstaną  programy  dla  nowych  komputerów.  Nim  to  nastąpi,  nowy  komputer  tylko 

zajmuje  miejsce  na  biurku.  Caroline  rozwiązała  ten  problem  i  jednocześnie  stworzyła 

prawdziwą kopalnię złota.  

Teraz  już  rozumiał,  dlaczego  kobieta  tak  się  zdenerwowała  próbą  przełamania  ochrony 

systemu. Dobrze wiedział, że ludzie zabijają się dla znacznie mniejszych pieniędzy, niż mogła 

przynieść swym twórcom Scarlett OHARA.  

– Z ilu terminali można połączyć się ze Scarlett? – spytał.  

– W laboratorium programistów znajduje się sześć zwykłych terminali, z których można 

podać instrukcje za pomocą klawiatury.  

–  A  ile  jest terminali  reagujących  na  ustne  polecenia,  takich  jak  twój?  –  Mitch  wskazał 

ręką na monitor.  

– Tylko dwa. Mój i Henry’ego Bergmana.  

– A u ciebie w domu? 

– Mam zwykły terminal.  

Odpowiedzi  Caroline  wyjaśniły  Mitchowi  kilka  kwestii,  ale  nie  przybliżyły  wcale 

odkrycia,  kim  był tajemniczy włamywacz.  Oboje  znów przyjrzeli się widocznym  na ekranie 

background image

hasłom.  

– Wiesz, co dla mnie jest w tym najbardziej zagadkowe? 

– odezwała się Caroline.  

– Co takiego? 

– Dlaczego ten ktoś wybrał właśnie takie hasła? Dlaczego uważał, że mogą umożliwić mu 

dotarcie do systemu? 

–  Może  jednak  miałem  rację  sądząc,  że  to  jakiś  maniak,  który  nie  ma  nic  innego  do 

roboty,  jak  tylko  bawić  się  w  łamanie  komputerowych  układów  zabezpieczających.  To 

popularna zabawa.  

– Bardzo bym się z tego ucieszyła – odrzekła Caroline, ale nie wierzyła w to wyjaśnienie. 

Dobrze  wiedziała,  że  liczni  konkurenci  MediaTech  zyskaliby  wiele,  gdyby  jej  projekt 

zakończył  się  niepowodzeniem.  Firma,  która  pierwsza  wprowadziłaby  na  rynek  optyczny 

komputer,  z  pewnością  osiągnęłaby  ogromne  zyski.  Z  tego,  co  wiedziała,  wszystkim 

konkurentom  brakowało  kilku  lat  pracy  do  zbudowania  takiego  komputera,  co  tylko 

zwiększało ryzyko, że Scarlett stanie się ofiarą sabotażu.  

– Scarlett, czy przypominasz sobie, by taki incydent zdarzył się w przeszłości? 

–  Nie.  Zdarzało  się  parokrotnie,  że  ktoś  podawał  błędne  hasło,  ale  w  każdym  wypadku 

powodem była zwykła pomyłka.  

– Dziękuję, Scarlett. Koniec sesji. – Caroline wyłączyła komputer. Obróciła się na fotelu 

w stronę Grogana. – To dość przerażające, Mitch.  

– Jeszcze nic się nie stało – uspokajał ją łagodnie. Widział, że Caroline wcale nie żartuje, 

tylko naprawdę się boi.  

– Musisz o tym pamiętać.  

–  Ale  ktokolwiek  to  zrobił,  potrafił  nie  tylko  złamać  ogólny  system  ochrony,  ale  nawet 

zatrzeć po sobie ślady. Oznacza to, że musi dobrze znać nasz system.  

– Chyba że próbował tego ktoś z laboratorium – zauważył Mitch.  

–  Masz  na  myśli  Brada  Lattimore’a?  –  spytała.  –  Nie  wierzę.  Gdyby  miał  uzasadniony 

powód, aby grzebać w systemie, wystarczyłoby, żeby poprosił o hasło.  

– Ale wtedy pracowałby pod nadzorem, prawda? 

– Oczywiście.  

–  Może  chciał  tego  uniknąć.  Może  chciał,  na  przykład,  skopiować  Translatora  lub  bazy 

danych i sprzedać je konkurencji? Jak rozumiem, posługujesz się dyskami optycznymi, a nie 

magnetycznymi.  

– Oczywiście. Nie można zapisywać danych dla komputera optycznego na magnetycznej 

background image

dyskietce.  Mitch,  gdyby  nawet  Brad  skopiował  programy,  i  tak  nie  mógłby  ich 

przeszmuglować  z  laboratorium.  Sam  widziałeś,  jak  działa  ochrona.  Strażnicy  sprawdzają 

wszystkie teczki i torby.  

– Ale chyba nie robią rewizji osobistych? 

– Nie, bo nie są konieczne. Skonstruowałam specjalne urządzenie zabezpieczające, które 

zostało  zainstalowane  we  wszystkich  wyjściach.  Odpowiedni  impuls  elektryczny  generuje 

falę,  która  niszczy  wszystkie  dane  na  dyskach  –  wyjaśniła  Caroline.  –  Dysk  wyniesiony 

nielegalnie z laboratorium byłby zupełnie bezużyteczny.  

Mitch  nie dał  się przekonać.  Z  doświadczenia  wiedział, że  można złamać każdy  system 

zabezpieczeń,  to  tylko  kwestia  pomysłowości.  Wolał  jednak  nie  nalegać,  bo  Caroline 

najwyraźniej  chciała wierzyć,  że  nikt z  jej pracowników nie  jest zamieszany  w szpiegostwo 

przemysłowe.  

– Jest jeszcze jedna możliwość, której dotychczas nie rozważaliśmy – stwierdził.  

– Mianowicie? 

– Być może to tylko produkt wyobraźni Scarlett.  

–  Chyba  żartujesz  –  powiedziała  Caroline.  –  Scarlett  to  tylko  komputer.  Nie  ma 

wyobraźni.  

– Wykazuje ciekawość i najwyraźniej jest do ciebie przywiązana – odrzekł Mitch. – Jeśli 

dobrze  pamiętam,  powiedziałaś  mi,  że  w  wolnych  chwilach  sama  uruchamia  pewne 

programy.  

–  Tak,  to  prawda,  ale  w  ten  sposób  Scarlett  tylko  analizuje  i  przetwarza  otrzymane 

informacje. Porównuje nowe wiadomości z zawartością bazy danych i wyciąga odpowiednie 

wnioski.  

– Jak wtedy, gdy utożsamiła system stopni w wojsku i policji? 

– Właśnie.  

– Czy zatem możesz wykluczyć, że Scarlett natrafiła w pamięci na stare linijki kodu i nie 

wiedziała, co z nimi zrobić? 

– Nie wydaje  mi  się,  by coś takiego  mogło się przydarzyć – odpowiedziała Caroline po 

krótkim  namyśle.  –  Muszę  jednak  przyznać,  że  również  nie  potrafię  wyjaśnić,  dlaczego 

zapomina pewne informacje.  

– Czy między tymi zdarzeniami może być jakiś związek? 

– Oznaczałoby to,  że w systemie tkwi  jakiś  bardzo poważny  błąd,  z którego dotychczas 

nie zdawałam sobie sprawy.  

Mitch dobrze wiedział, ile kosztowało ją to stwierdzenie.  Wprawdzie Caroline mówiła o 

background image

Scarlett, że to tylko komputer, ale w rzeczywistości program ten miał dla niej o wiele, wiele 

większe znaczenie. W jej oczach widać było niepokój.  

– Co zamierzasz zrobić? – spytał.  

–  Jeszcze  nie  wiem  –  potrząsnęła  głową.  –  Przypuszczam,  że  sprawdzę  cały  program, 

linijka  po  linijce,  aż  zrozumiem,  jak  to  się  mogło  stać.  Pogrzebię  również  w  głównym 

komputerze MediaTech. Muszę wiedzieć, w jaki sposób ten spryciarz złamał system ochrony.  

– Czy polecisz Edowi, aby sprawdził Lattimore’a? 

–  Proszę  bardzo,  jeśli  to  cię  uszczęśliwi  –  mruknęła  w  odpowiedzi.  –  Mogę  ci 

zagwarantować,  że  Newton  nie  znajdzie  niczego  podejrzanego.  Brad  jest  jednym  z  moich 

najlepszych programistów.  

– Czasami tacy właśnie są najgroźniejsi.  

Caroline nie mogła w to uwierzyć, ale nie chciała się spierać. Mitch miał do czynienia z 

przestępstwami komputerowymi na co dzień i lepiej było nie lekceważyć jego opinii.  

– Czy powinnam zabronić przebywania w laboratorium po godzinach? 

– Rób jak chcesz, ale według mnie jest to sensowny środek ostrożności. Jeśli ograniczysz 

możliwość  dostępu  do  komputera  bez  nadzoru,  to  tym  samym  zmniejszysz  ryzyko 

szpiegostwa.  

– Dobrze.  

Caroline  była tak przygnębiona,  że  Mitch dałby  wiele,  aby  ją  jakoś pocieszyć.  Mimo to 

nie ośmielił się wziąć jej w ramiona.  

– Wszystko będzie dobrze – spróbował dodać jej  odwagi. – Z tego, co wiemy,  nie stało 

się nic złego.  

– Mam nadzieję, że tak.  

– Czy chcesz zgłosić oficjalny meldunek na policję? 

– Chyba  nie – odpowiedziała po krótkim  namyśle.  – Nie  ma żadnych zniszczeń,  nic  nie 

zostało ukradzione. Nie potrafię dowieść, że ktoś przełamał ogólny system ochrony. O czym 

właściwie miałabym zameldować? 

– Dobrze – Mitch musiał przyznać, że Caroline ma rację. Oficjalnie nie mógł jeszcze nic 

zrobić, żeby jej pomóc. – Ale dasz mi znać, jeśli taki incydent się powtórzy? 

–  Oczywiście  –  zapewniła  go  i  wstała  zza  biurka.  –  Chodźmy.  Odprowadzę  cię  do 

wyjścia.  

–  A  ty  nie  wracasz  do  domu?  –  zdziwił  się.  Zauważył,  że  Caroline  zostawiła  teczkę  i 

torebkę w gabinecie.  

– Nie. Spadło mi na głowę mnóstwo roboty.  

background image

Nawet  nie  próbował  podejmować  dyskusji.  Caroline  jasno  stwierdziła,  że  jej  życie 

sprowadza się do pracy. Potrafił to zrozumieć. W tej chwili nic nie miało dla niej większego 

znaczenia  niż  niebezpieczeństwo  zagrażające  Scarlett.  Gdyby  coś  groziło  któremuś  z  jego 

dzieci, on również przez całą noc pozostałby na nogach.  

background image

 

Podjeżdżając pod dom Grogana,  Caroline zastanawiała się,  czy  postradała rozum.  Sama 

nie  wiedziała,  w  jaki  sposób  Mitchowi  udało  sieją  namówić,  by  odwiedziła  ich  w  sobotnie 

popołudnie.  

Gdy  żegnali  się  poprzedniego  wieczoru,  podziękowała  mu  za  obietnicę  współpracy,  a 

Mitch raz jeszcze wyraził wdzięczność za to, że zainteresowała się Janis.  Zapewnił ją, że na 

wiadomość  o  możliwości  odbycia  praktyki  w  MediaTech  dziewczyna  wpadnie  w  ekstazę  i 

nim Caroline zorientowała się, co robi, zgodziła się powiedzieć jej o tym osobiście.  

Oczywiście,  było  to  dość  rozsądne  postanowienie.  Powinny  przecież  porozmawiać, 

ustalić  godziny  pracy,  zakres  obowiązków,  itp.  Takie  rzeczy  dobrze  jest  określić  zawczasu, 

aby nikt nie był rozczarowany.  

Dlaczego  jednak  zgodziła  się  tu  przyjechać?  Przecież  mogli  to  wszystko  omówić  w 

biurze.  Chyba  zwariowałam,  pomyślała.  Spędziła  całą  noc  i  ranek,  przeglądając  program 

systemowy  OHARA  i  nie  znalazła  niczego  ciekawego.  Równie  bezpłodne  okazały  się 

wszystkie  testy  głównego  komputera.  Była  zmęczona  i  sfrustrowana.  Wciąż  niepokoiła  się 

faktem,  że  ktoś  zdołał,  pozornie  bez  wysiłku,  dotrzeć  aż  do  Scarlett.  Wprawdzie  nic  się  nie 

stało,  ale to była dla niej  niewielka pociecha.  Na dodatek perspektywa spotkania z Mitchem 

Groganem wcale nie pomagała odzyskać równowagi psychicznej.  

Pomyślała,  że  głupio  zrobiła,  godząc  się  na  to  spotkanie.  Nie  powinni  widywać  się  tak 

często. Niestety, teraz już nie mogła się wycofać.  

Wysiadła z samochodu i skierowała się do drzwi. Groganowie mieszkali w przeciętnym, 

piętrowym  domku  z  drewna,  podobnym  do  wszystkich  domów  w  bardzo  zadbanym 

sąsiedztwie.  Sobotnie  popołudnie  i  ładna  pogoda  sprzyjały  wzmożonej  aktywności 

mieszkańców.  Wszędzie  kręciły  się  dzieci  na  rowerach,  dwa  domy  dalej  jakiś  mężczyzna 

kosił  trawnik,  podczas  gdy  jego  żona  pieliła  klomb.  Po  drugiej  stronie  ulicy,  na  werandzie 

siedziała  starsza  para;  oboje  uważnie  przyglądali  się  Caroline.  Typowe,  amerykańskie 

przedmieście.  

Nim dotarła do drzwi frontowych, usłyszała dobiegający zza domu pisk dziecka i śmiech 

Mitcha. Zmieniła kierunek i obeszła dom. Zatrzymała się za węgłem, gdzie zasłaniał ją krzak 

azalii.  

– Rzucaj, Sam! Rzucaj! 

Zwrócony  tyłem  do  Caroline,  Mitch  kucał  na  trawniku  i  czekał,  aż  Sam  rzuci  piłkę 

background image

baseballową. Miał na sobie szorty i krótką koszulkę, spod której wyglądała naga skóra. Gdy 

chłopiec rzucił piłkę, czarny labrador na próżno usiłował przechwycić ją w locie. Mitch złapał 

piłkę i rzucił ją do syna. Biedny pies znów spróbował chwycić. Ruthann jeździła wokół nich 

na trójkołowym rowerze, uciekając przed dziadkiem, który udawał, że ją goni. Janis leżała na 

kocu z nosem utkwionym w książce, zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie.  

Co za idylla,  pomyślała Caroline.  Brakuje tylko mamy w  fartuchu,  ale  i  bez  niej dobrze 

sobie radzą.  

Po kolejnym rzucie rozległo się głośne uderzenie piłki o rękawicę.  

– Dobrze, Sam! – pochwalił Mitch, odrzucając piłkę. – Musisz jeszcze poprawić celność.  

– Tak? Ciekawe, co dziadek powie. Dziadku, będziesz sędzią, bo tata niedowidzi.  

– Wykluczone! – odkrzyknął dziadek. – Mam dość roboty z tą mistrzynią kierownicy.  

– Szybciej, dziadku! – ponagliła go Ruthann. Ostro skręciła i przejechała po kocu Janis, 

co wreszcie wywołało jakąś reakcję.  

– Hej, Mała! Uważaj, co robisz! 

– Goń mnie, Jannie! Goń mnie! 

– Mowy nie ma – mruknęła Janis i wróciła do książki.  

–  Hej,  tato,  mamy  gościa!  –  Sam  pierwszy  zauważył  Caroline.  –  To  ta  szycha  z 

MediaTech.  

Mitch otrzepał trawę z kolan i odwrócił się w jej stronę.  

– Dzień dobry, Caroline! – powitał ją, uśmiechając się szeroko. – Witamy w Candlestick 

Park.  

Na  szczęście  Caroline  wiedziała,  że  Candlestick  Park  to  stadion  baseballowy  w  San 

Francisco. Na tym właściwie kończyła się jej wiedza na wszelkie tematy sportowe.  

–  Nie  jestem  pewna,  Mitch,  czy  to  nie  tor  wyścigowy  w  Indianapolis  –  odpowiedziała, 

wychodząc zza krzaka.  

Mitch  zbliżył  się  do  niej.  Miał  silnie  umięśnione  ramiona  i  nogi,  a  głęboko  wycięty 

kołnierzyk  koszuli  odsłaniał  miękkie  włosy,  porastające  pierś.  Wyglądał  dokładnie  tak,  jak 

Caroline  wyobraziła  go  sobie  przy  pierwszym  spotkaniu,  a  mimo  to  poczuła,  że  jej  serce 

zabiło  szybciej.  Dobrze,  że  przy  najmniej  się  nie  zaczerwieniła,  co  –  biorąc  pod  uwagę  jej 

myśli – graniczyło z prawdziwym cudem.  

– Caroline! – Ruthann zeskoczyła z roweru i pobiegła je na spotkanie. Wyprzedziła ojca, 

ale ten chwycił ją na ręce, nim zdołała rzucić się na gościa.  

– Cześć, Ruthann! – powiedziała Caroline, gdy zbliżyli się do siebie.  

–  Cześć!  –  Dziewczynka  wychyliła  się  w  jej  stronę,  pewna,  że  ojciec  nie  pozwoli  jej 

background image

upaść. Cmoknęła Caroline w policzek. – Czy przyszłaś do nas na bobbycue? 

– Bobbycue? Och, barbecue. Hm, nie. Przyszłam porozmawiać z Janis.  

– Tato, niech Caroline zostanie – Ruthann od razu posmutniała.  

– Spróbuję ją namówić, Mała – obiecał Mitch. Uśmiechnął się do Caroline. – Cieszę się, 

że przyszłaś. Janis jeszcze nic nie wie – dodał szeptem.  

Dziadek również podszedł, żeby się przywitać. Jedną ręką trzymał psa, który koniecznie 

chciał polizać Caroline. Sam trzymał się z dala, wyraźnie zły, że przerwano mu trening. Janis 

zerwała się z koca i właśnie wkładała płaszcz kąpielowy.  

–  Przepraszam,  że  się  spóźniłam  –  powiedziała  Caroline.  –  Cały  dzień  siedziałam  w 

pracy.  

– Tak myślałem – kiwnął głową Mitch. – Czy coś znalazłaś? 

– Absolutnie nic.  

Mitch szybko opowiedział ojcu o wydarzeniach ostatniej nocy.  

– Proszę, niech pani się nie martwi. Mitch z pewnością odkryje, kto to taki – zapewnił ją 

starszy pan.  

–  To  chyba  nie  jest  jeszcze  sprawa  dla  policji  –  powiedziała  Caroline,  ale  uśmiechem 

podziękowała mu za słowa otuchy.  

– Dzień dobry pani... to jest,  dzień dobry, Caroline.  Co za  sprawa dla policji? – spytała 

Janis. Mitch musiał znów opowiedzieć o próbie włamania się do systemu Scarlett.  

– Czy coś się jej stało? – zaniepokoiła się Janis.  

– Nie, wszystko w porządku – uspokoiła ją Caroline.  

– Co za ulga! Wciąż nie mogę uwierzyć, że miałam okazję ją zobaczyć – rozpromieniła 

się dziewczyna. – To najwspanialszy komputer, jaki w życiu widziałam.  

– Cieszę  się,  że tak uważasz – odpowiedziała kobieta.  – IVAR zrobił duże wrażenie  na 

moim zespole. Właśnie dlatego tu przyjechałam. Muszę z tobą porozmawiać.  

– Przyjechałaś zobaczyć się ze mną? – Janis nie mogła w to uwierzyć.  

Caroline kiwnęła głową.  

– Może lepiej usiądźmy – wtrącił Mitch. – Tak będzie bezpieczniej, przecież Janis zaraz 

zemdleje.  

– Tato! Nigdy w życiu nie zemdlałam – zaprotestowała córka, przewracając oczami, ale 

posłusznie ruszyła w kierunku tarasu, gdzie stało parę krzeseł i stół.  

– Zajmę się Samem – obiecał dziadek. Caroline zauważyła w jego oczach wesoły błysk i 

domyśliła się, że Mitch już mu o wszystkim powiedział. – Chcesz, żebym ją zabrał? – spytał, 

wyciągając rękę do Ruthann, która jednak pokręciła głową i odsunęła się od dziadka.  

background image

– Nie – zaprotestowała. – Chcę zostać z Caroline.  

– Niech zostanie – powiedział Mitch. – Może lepiej zabierz stąd psa.  

– Dobrze – dziadek oddalił się, prowadząc labradora za obrożę.  

Caroline  usiadła  przy  stole  obok  Janis,  natomiast  Mitch  przysiadł  na  stopniu  schodów, 

zaledwie  metr  od  jej  krzesła.  Ruthann  bezskutecznie  usiłowała  mu  się  wyrwać  i  dopaść 

gościa.  

– O co chodzi? – spytała Janis, spoglądając podejrzliwie na ojca i Caroline.  

– Mam dla ciebie pewną propozycję – zaczęła doktor Hunter. – Wczoraj wieczorem przy 

kolacji omówiłam ją z twoim ojcem...  

–  Teraz  wiem,  gdzie  wczoraj  byłeś!  Miałeś  randkę  z  Caroline!  –  wykrzyknęła  Janis  z 

radosnym podnieceniem.  

– Nie, to nie była randka – wyjaśnił, zerkając z rozbawieniem na Caroline. – Musieliśmy 

omówić pewne sprawy. Podjąłem się przygotować bazę danych dla Scarlett.  

– Wspaniale, tato! 

– Ty również możesz wziąć udział w pracy nad systemem OHARA – wtrąciła Caroline. – 

Oczywiście, jeśli masz na to ochotę.  

– Chyba żartujesz? 

–  Nie,  mówię  poważnie.  –  Caroline  opowiedziała  jej  o  możliwości  odbycia  letniej 

praktyki w MediaTech, w zespole robotyków.  Wyjaśniła Janis,  jakie  byłyby  jej obowiązki  i 

ile miałaby czasu na pracę nad IVAR-em.  

– Naprawdę nie żartujesz? – upewniała się dziewczyna.  Nie  mogła uwierzyć we własne 

szczęście.  

Caroline  była zadowolona,  że dała się przekonać  i osobiście przekazała  Janis  nowinę.  Z 

przyjemnością patrzyła na uszczęśliwioną dziewczynę.  

–  Mówię  serio  –  powtórzyła.  –  To  poważna  oferta,  a  twój  ojciec  wyraził  już  zgodę. 

Wszystko zależy od ciebie.  

– Och, Caroline, dziękuję! – Janis zerwała się z krzesła i rzuciła się jej na szyję.  

– Uh... proszę bardzo – wyjąkała zupełnie zaskoczona Caroline. Instynktownie pogłaskała 

dziewczynę  po  plecach.  Po  chwili  Janis  ją  puściła.  Była  cała  czerwona  z  zakłopotania  i 

podniecenia.  

– Bardzo przepraszam – powiedziała, prostując się i usiłując zachować resztki godności. – 

Zdaje  się,  że  nie  zachowałam  się  jak  profesjonalista,  prawda?  Obiecuję  jednak,  że  będę  się 

starać dobrze pracować.  

– Nie wątpię.  

background image

– Ja też chcę! – pisnęła Ruthann. Nie mogła znieść, że Caroline uściskała Janis, a ją nie. 

Wyrwała się Mitchowi i pobiegła w jej kierunku. – Ja też chcę, żeby Caroline mnie przytuliła! 

Caroline  na  chwilę  zamarła.  Mała  wdrapała  się  na  kolana  i  zarzuciła  jej  ręce  na  szyję. 

Kobieta  nie  miała  wyboru,  musiała  ją  objąć.  Nie  potrafiła  sobie  wyobrazić,  jak  mogłaby 

odepchnąć  dziecko.  Dobrze  pamiętała,  ile  razy  chciała,  aby  rodzice  ją  uściskali  i  w 

odpowiedzi słyszała, że ma się dobrze sprawować. Po jakimś czasie nauczyła się, że lepiej nie 

prosić, chyba że ciotkę Liddy.  

Teraz zrozumiała,  dlaczego Liddy  nigdy  jej  nie odepchnęła.  Jak  mogłaby zawieść  pełne 

ufności maleństwo? Z całych sił przytuliła małą do siebie.  

–  Dobrze  to  robisz,  Caroline  –  zachichotała  Ruthann,  sadowiąc  się  wygodnie  na  jej 

kolanach.  

– Ruthann, przeszkadzasz Caroline – odezwał się Mitch. – Chodź do mnie.  

– W porządku, może zostać – uspokoiła go Caroline.  

– Poplami ci spodnie trawą – ostrzegł ją mężczyzna.  

–  I  tak  muszę  je  wyprać  –  odpowiedziała,  przyglądając  się  zielonej  plamie,  ostro 

odcinającej się od białych spodni.  

– Widzisz, tato? – Ruthann zmarszczyła nos. – Caroline mnie lubi. Prawda, Caroline? 

–  A  któż  mógłby  cię  nie  lubić?  –  odrzekła  Caroline.  Z  uśmiechem  przyglądała  się 

niebieskim  oczom  dziewczynki.  –  Przypominasz  mi  małego  pieska,  w  którym  zakochałam 

się, gdy byłam w twoim wieku.  

– Naprawdę miałaś pieska? Czy wyglądał jak Grover? 

– To nie był mój pies. Widywałam go, gdy odwiedzałam ciotkę. Za to teraz mam kota.  

– Jak się nazywa? 

– Einstein.  

–  To  głupia  nazwa  –  skrzywiła  się  Ruthann.  –  Gdybym  miała  kota,  nazwałabym  go 

Puszek.  

–  Gdybyś  miała  kota,  wyrwałabyś  mu  wszystkie  włosy  z  ogona  –  wtrąciła  Janis.  –  Nic 

dziwnego, że Grover cię unika.  

– Nieprawda! – zaprotestowała dziewczynka. – Grover mnie kocha, prawda, Caroline? 

– Teraz bądź cicho, Mała. – Mitch zbliżył się do stołu i usiadł obok Caroline. – Musimy 

jeszcze omówić parę spraw.  

Ruthann  umilkła.  Siedziała  przytulona  do  Caroline  i  słuchała  rozmowy  o  stażu  siostry. 

Caroline  opisała  jej  przyszłe  obowiązki,  a  gdy  przeszli  do  ustalenia  godzin  pracy,  Mitch 

zawołał  ojca.  Wtedy  dołączył  do  nich  Sam,  aby  przypomnieć  dziadkowi,  że  we  wtorki  i 

background image

czwartki  po  południu  ktoś  musi  go  zawieźć  na  treningi  baseballu.  Pamiętając  o  tym,  Janis 

zdecydowała, że będzie pracować w środy i piątki od pierwszej do piątej.  

Gdy  załatwili  sprawy  praktyczne,  Caroline  i  Janis  zaczęły  rozmawiać  o  komputerach  i 

robotach.  Ruthann  wciąż  siedziała  na  kolanach  gościa.  Dziadek  coś  tam  opowiadał  o 

rozpaleniu  rusztu  do  barbecue,  ale  w  rzeczywistości  minęło  pół  godziny,  nim  się  do  tego 

zabrał. Sam próbował namówić ojca na kontynuację ćwiczeń, jednak musiał zadowolić się grą 

we  frisbee  z  Groverem.  Mitch  w  milczeniu  przyglądał  się,  jak  Caroline  radzi  sobie  z  jego 

córkami.  

To  był  interesujący  widok.  Po  raz  pierwszy  od  bardzo  dawna  Janis  miała  okazję 

porozmawiać z kimś, kto mógł ją czegoś nauczyć. Choć zazwyczaj nie zadzierała nosa, Mitch 

dobrze  wiedział,  że  córka  z  reguły  góruje  nad  swoimi  rozmówcami.  Tym  razem  z 

przyjemnością przyglądał się, jak Janis rozmawia na tematy naukowe z kimś, kto ma nad nią 

przewagę.  

No  i  Ruthann.  Mitch  rzadko  widywał,  aby  jego  mała  wiercipięta  tak  długo  siedziała 

spokojnie  na  jednym  miejscu  i cierpliwie znosiła  fakt,  że nie  jest centrum uwagi wszystkich 

dookoła.  Choć  nie  uczestniczyła  w  rozmowie,  faktycznie  nie  była  pozostawiona  na  boku. 

Ilekroć  wtrącała  jakieś  pytanie,  Caroline  traktowała  ją  poważnie  i  cierpliwie  odpowiadała. 

Kilkakrotnie  pogłaskała  ją  po  głowie,  niemal  nie  zdając  sobie  z  tego  sprawy.  Tak 

przynajmniej  wydawało  się  Mitchowi.  Pomyślał,  że  jeśli  nawet  Caroline  tego  nie  wie, 

niewątpliwie ma dobrze rozwinięty instynkt macierzyński.  

W końcu  jednak  jej  cierpliwe odpowiedzi przestały wystarczać Ruthann. Mała  czuła,  że 

kleją  się  jej  oczy,  i  rozpoczęła  walkę  z  sennością.  Stała  się  tak  wymagająca,  że  Janis  i 

Caroline nie mogły już dłużej rozmawiać. Ruthann zeszła z kolan, chwyciła Caroline z rękę i 

zażądała, aby ta natychmiast zobaczyła rower, jaki niedawno dostała na urodziny.  

–  Może  lepiej  pójdź  pobawić  się  z  Samem  i  Groverem  –  zaproponował  Mitch,  ale 

Ruthann nie puszczała dłoni swej nowej przyjaciółki.  

– Nie! – krzyknęła żałośnie. – Chcę, żeby Caroline zobaczyła rower! 

Caroline zerknęła na Mitcha, niepewna, co zrobić, po czym wstała.  

– Rozpuścisz ją – zauważył.  

Nie  mogła się zdecydować.  Przypomniała  sobie,  że przecież nie zna  się na wychowaniu 

dzieci.  

– Czy będzie lepiej, jeśli odmówię? 

– Rób, co chcesz – uśmiechnął się Mitch i pokręcił głową. – Pamiętaj tylko, że im więcej 

jej ofiarujesz, tym więcej Ruthann będzie żądać.  

background image

Caroline  pomyślała,  że  pewnie  dlatego  rodzice  mieli  dla  niej  tak  mało  czasu.  Czy 

rzeczywiście  bali  się,  że  będzie  chciała  zbyt  wiele?  A  może  nie  mieli  jej  nic  do 

zaofiarowania? 

– Dobrze, chodźmy zobaczyć rower – powiedziała wreszcie i pozwoliła się pociągnąć w 

poprzek podwórka.  

Mitch  dobrze  wiedział,  że  Caroline  nie  chciała  sprawić  Ruthann  zawodu.  Już  to 

wystarczało, aby się w niej zakochał.  

– Ona jest wspaniała, prawda, tato? – mruknęła Janis, siadając obok niego.  

– Prawda, córeczko.  

– Mówiłam ci.  

– Tak, pamiętam – uśmiechnął się Mitch. Przypomniał sobie, jak Janis zaczęła odgrywać 

rolę swatki.  

– Naprawdę ją lubisz? 

– Tak.  

–  Ona  chyba  też  cię  lubi.  Jakoś  dziwnie  na  ciebie  patrzy,  tak  jakbyś  ją  onieśmielał  – 

powiedziała córka. W jej głosie zabrzmiała nutka niedowierzania.  

–  Czemu  tak  cię  to  dziwi,  Aniołku?  –  spytał  Mitch.  –  Twój  stary  nie  stoi  jeszcze  nad 

grobem.  

– Och, wiem. Wszystkie moje przyjaciółki sądzą, że jesteś bardzo przystojny.  

– Naprawdę? – zaśmiał się.  

– No pewnie. Tory uważa, że wyglądasz jak Nick Nolte.  

– Nick Nolte,  tak? – Mitch wyprostował ramiona  i wysunął do przodu szczękę.  – Jakoś 

zdzierżę to porównanie.  

– Och, tato, Tory nie ma o niczym pojęcia. Ma dopiero piętnaście lat i jest ślepa niczym 

kret.  

–  Bardzo  dziękuję  za  uznanie  –  odpowiedział  Mitch  i  w  tym  momencie  zauważył  w 

oczach córki wesołe iskierki.  

– Dałeś się nabrać – powiedziała z uśmiechem.  

– Janis! Zażartowałaś! Co za wydarzenie! 

–  Zobaczymy,  czy  potrafisz  ją  namówić,  żeby  została  na  kolacji  –  odrzekła  Janis  i 

pocałowała go w policzek. – Dziadek i ja zajmiemy się Ruthann. Będziecie mogli spokojnie 

porozmawiać.  

– Janis! 

–  Bądź  rozsądny,  tato!  Caroline  to  największe  szczęście,  jakie  może  przydarzyć  się  tej 

background image

rodzinie.  

– Mówisz tak dlatego, że ci załatwiła praktykę – odrzekł Mitch, choć w istocie zgadzał się 

z oceną córki.  

–  Lepiej  dopilnuj,  żeby  została  na  kolacji  –  ucięła  dyskusję  Janis  i  poszła  do  domu 

zadzwonić czym prędzej do Tory i podzielić się z nią nowinami.  

Mitch  pomyślał,  że  w  ten  sposób  Janis  zaaprobowała  jego  ewentualny  związek  z 

Caroline.  Nie  miał  wątpliwości,  że  również  Ruthann  ucieszyłaby  się  z  tego.  Pozostał  zatem 

tylko  Sam,  który  jak  dotychczas  nie  zwracał  na  nią  większej  uwagi.  No,  ale  ostatnio  nie 

interesował  się  niczym,  oprócz  baseballu  i  wycieczek  w  góry.  Dziadek  z  pewnością 

ucieszyłby się ze związku syna z kimś tak wyjątkowym, no a on sam... Mitch myślał, że jeśli 

nie uda mu się wkrótce jej pocałować, to chyba zwariuje.  

Teraz pozostało mu jeszcze przekonać niechętną panią doktor Hunter...  

Tymczasem Ruthann zaciągnęła Caroline na koniec podwórka, gdzie Mitch zbudował dla 

niej  huśtawkę  i  zjeżdżalnię.  Uparła  się,  żeby  Caroline  łapała  ją  po  każdym  zjeździe  i 

pomagała  wejść  na  górę.  Kobieta  dzielnie  spełniała  jej  żądania,  ale  sądząc  po  coraz 

głośniejszych  krzykach  Ruthann  i  jej  nerwowym  zachowaniu  się,  Mitch  wiedział,  że  jego 

młodsza córka dojrzała już do spania. Uznał, iż pora na interwencję.  

– Hej, Mała, dość tej zabawy. Najwyższa pora na drzemkę – powiedział, podchodząc do 

huśtawki. – Caroline też już ma dość.  

Wyciągnął ręce, ale Ruthann zręcznie uciekła.  

– Nie! 

– Ruthann...  

Mała podbiegła do Caroline i chwyciła ją za nogi.  

– Caroline chce, żebym została! – krzyknęła,  patrząc z ufnością  na swoją protektorkę. – 

Prawda, Caroline? 

Zapytana zerknęła na Mitcha, tak jakby oczekiwała jakiejś wskazówki.  

– Hm... myślę, że tata wie, co jest dla ciebie najlepsze – odpowiedziała.  

– Co? 

Przecież ona ma tylko cztery lata, pomyślała Caroline. Trzeba do niej mówić prościej.  

– Ja też myślę, że powinnaś się przespać.  

– Och...  

– Chodź, Mała. Położę cię do łóżka. – Mitch zbliżył się do córeczki.  

– Nie! Caroline mnie położy! 

– Ruthann! – skarcił ją ojciec.  

background image

– Nie denerwuj się, Mitch – powiedziała Caroline, biorąc dziewczynkę na ręce.  

– Naprawdę ją rozpuszczasz – uśmiechnął się.  

–  Bardzo  przepraszam  –  odpowiedziała,  lekko  się  rumieniąc.  –  Nie  mam  wprawy  w 

mówieniu „nie”.  

–  Nie  masz  również  wielkiego  doświadczenia  w  mówieniu  „tak”,  a  świetnie  ci  to  idzie. 

Chodź, pokażę ci, gdzie ta zaraza sypia.  

–  Pora  na  drzemkę?  –  zauważył  dziadek,  gdy  mijali  dymiący  ruszt  na  węgiel  drzewny. 

Starszy pan wciąż jeszcze walczył z gasnącym co chwila płomieniem.  

– Już dawno powinna była pójść spać – odpowiedział Mitch.  

– Ale zaraz będzie bobbycue! – zaprotestowała Ruthann.  

– Jeszcze zdążysz się przespać – zapewnił ją dziadek.  

– W każdym razie obiecuję, że obudzimy cię na kolację.  

– Uśmiechnął się do Caroline. – Zjesz z nami, prawda? 

– Och, nie, nie mogę. Już dawno powinnam była pojechać do domu.  

– Caroline, proszę, zostań! 

– Musisz skosztować słynnych kiełbasek z rusztu Grogana seniora – wtrącił Mitch.  

– Cała tajemnica to właściwy sos – dodał dziadek.  

–  Proszę,  Caroline.  Proszę,  zostań  –  nalegała  Ruthann,  zaciskając  ramiona  na  jej  szyi. 

Caroline  wiedziała,  że  powinna  odmówić.  Nie  miała  przecież  czasu  na  rodzinne  pikniki  i 

zabawy z dziećmi. Co więcej, gdyby została, Mitch mógłby to opacznie zrozumieć.  

Wiele powodów skłaniało ją do odmowy, a tylko jeden nakazywał się zgodzić: po prostu 

świetnie się bawiła. Chyba od czasu do czasu mam do tego prawo, pomyślała.  

– Zgoda – powiedziała wreszcie. – Bardzo wam dziękuję za zaproszenie.  

– Hurra, hurra! – krzyknęła Ruthann prosto do jej ucha.  

– Aha! – Mitch uśmiechnął się szeroko. – Hurra, hurra. Chodźmy już. Musimy położyć tę 

natrętną muchę do łóżka. Może ją wezmę? Nie jest ci za ciężko? 

– Nie, jest lekka jak piórko – Caroline potrząsnęła głową.  

– To takie maleństwo.  

– Jestem wcześniakiem – poinformowała ją Ruthann. Kobieta poczuła nagły skurcz serca. 

Przypomniała sobie inną dziewczynkę, która również urodziła się przedwcześnie i której nie 

udało się uratować.  Przytuliła policzek do  jedwabistych włosów Ruthann.  Po chwili  zdołała 

odepchnąć od siebie gorzkie myśli.  

Mitch  zaprowadził  ją  do  pokoju  córeczki.  Po  drodze  przeszli  przez  przytulną  kuchnię  i 

stołowy.  Janis  siedziała  w  salonie  i  rozmawiała  przez  telefon.  Ładny  dom,  pomyślała 

background image

Caroline. Jak na troje dzieci, porządek jest idealny.  

Ruthann  przestała  paplać  i  przytuliła  się  do  jej  ramienia.  Zasypiała.  Gdy  weszli  do 

pokoju, miała już zamknięte oczy.  

Niewielki pokój ozdabiały liczne pluszowe zabawki. Mitch podniósł kołdrę wyszywaną w 

różowe  baletnice  i  Caroline  położyła  Ruthann  do  łóżeczka.  W  pełni  naturalnym  gestem 

przykryła ją kołderką i usiadła obok.  

– Śpij, Mała – powiedziała, głaszcząc ją po główce. – Będę na ciebie czekała. Zobaczymy 

się  znowu,  kiedy  się  wyśpisz  –  dodała,  odgarniając  z  jej  czoła  kosmyk  włosów.  Ruthann 

chwyciła jej dłoń i spojrzała na nią poważnie.  

– Caroline, czy ty masz mamusię? 

– Tak – odpowiedziała kompletnie zaskoczona Caroline.  

– Mieszka we Francji.  

– Czy to gdzieś blisko San Francisco? 

Caroline uśmiechnęła się do niej i zerknęła na Mitcha, który właśnie zaciągał firanki.  

– Geografia nie jest jej mocnym punktem – powiedział cicho.  

–  Nie,  Ruthann  –  odpowiedziała  dziecku.  –  Francja  jest  po  drugiej  stronie  Atlantyku, 

bardzo daleko stąd.  

– Czy twoja mama jest bardzo miła? 

–  Owszem  –  wykrztusiła  Caroline  z  pewnym  trudem.  Wiedziała,  że  nie  ma  sensu 

opowiadać dziewczynce o swoich kłopotach z rodzicami.  

– Mama Judy też jest bardzo miła – powiedziała Ruthann.  

– A kto to jest Judy? 

– Moja koleżanka z przedszkola. Jej mama często piecze ciastka. A mama Larry’ego woli 

je kupować w cukierni.  

– Może nie ma czasu, aby piec sama.  

– Gdybym  miała  mamę,  to nie kazałabym  jej piec ciastek.  Piekłaby tylko wtedy, gdyby 

sama miała na to ochotę.  

–  Ale  jestem  pewna,  że  chciałabyś,  aby  piekła  je  sama,  prawda?  –  Caroline  poczuła 

niebezpieczny skurcz serca.  

– Aha! Z czekoladą.  

– Czy dziadek nie piecze ci ciastek? 

–  Tak,  ale  nigdy  mu  się  nie  udają.  Tylko  mamy  potrafią  piec  ciastka.  Czy  ty  też  jesteś 

mamą, Caroline? 

Caroline  nagle  poczuła,  że  zbiera  się  jej  na  płacz.  Pytania  Ruthann  wyciągnęły  na  jaw 

background image

uczucia i przeżycia, o których wolałaby zapomnieć. Nic już nie mogła na to poradzić.  

–  Nie,  nie  jestem  mamą  –  odrzekła  i  pocałowała  ją  w  policzek.  –  Śpij  już,  kochanie  – 

dodała  i  pośpiesznie  wyszła  na  korytarz.  Mijając  w  drzwiach  Mitcha,  odwróciła  głowę,  aby 

nie dostrzegł łez, spływających po jej policzkach.  

background image

 

Mitch  nie  zauważył  wzruszenia  Caroline.  Zamknął  cicho  drzwi  od  pokoju  Ruthann  i 

również zaczął schodzić po schodach.  

–  Bardzo  cię  przepraszam  –  powiedział.  –  Kilka  miesięcy  temu  posłaliśmy  ją  do 

przedszkola, żeby miała kontakt z dziećmi. Niedawno odkryła, że tylko ona nie ma mamy.  

– W porządku – odpowiedziała. Czuła, jak coś ściska ją w gardle. Musiała zatrzymać się i 

oprzeć o ścianę.  

–  Caroline?  –  zaniepokoił  się  Mitch  i  dopiero  teraz  dostrzegł,  że  ona  płacze.  –  Co  się 

stało? 

– Bardzo cię przepraszam, to zupełne szaleństwo. – Wytarła  łzy wierzchem dłoni. – Już 

nie płaczę.  

– Właśnie widzę – powiedział  nieco sardonicznie  i delikatnie pogłaskał  jej ramię.  Przez 

chwilę miał wrażenie, że kobieta pochyli się w jego stronę i będzie mógł wziąć ją w ramiona. 

Wiedział,  że  ona  tego  pragnie,  i  gotów  był  zrobić  wszystko,  żeby  pomóc  jej  przełamać 

wewnętrzny  opór.  Jednak  Caroline  stała  nieruchomo,  opierając  się  o  ścianę.  Sprzyjający 

moment  minął.  Nie  wyciągnęła  do  niego  ręki  i  Mitch  wiedział,  że  musi  uszanować  jej 

decyzję, iż sama poradzi sobie z bólem.  

– Przepraszam – powtórzyła.  

– Przestań już przepraszać i lepiej powiedz, co się stało – odparł niecierpliwie.  

– Niewiele brakowało, a też miałabym dziecko – szepnęła. Znów poczuła w sercu ukłucie 

bólu. – Nie planowałam tego i z pewnością nie chciałam mieć dziecka. Podobnie mój mąż. To 

nie powinno było się zdarzyć.  

A  więc  o  to  chodzi,  pomyślał  Mitch.  Teraz  łatwiej  mu  było  zrozumieć  jej  stosunek  do 

dzieci. Miał natomiast wrażenie, że Caroline sama nie rozumie swoich reakcji.  

– Czy zdecydowałaś się na aborcję? – spytał spokojnie.  

– Nie – pokręciła głową. – Mój mąż chciał, abym przerwała ciążę, ale ja nie mogłam się 

na to zdecydować, choć wydawało mi się, że to byłaby słuszna decyzja.  

– Dlaczego? – zdziwił się.  

– Spójrz tylko na mnie – jęknęła Caroline. – Spójrz, jak wygląda moje życie. Nie mam za 

grosz  instynktu  macierzyńskiego  i  denerwuje  mnie  wszystko,  co  odciąga  mnie  od  pracy. 

Jestem równie egocentryczna jak moi rodzice. Jeszcze kiedy byłam nastolatką, postanowiłam, 

że nigdy nie będę miała dzieci.  

background image

Caroline znów wytarła ręką łzy.  

– Skoro tak myślisz, to czemu nie zdecydowałaś się na zabieg? 

– Nie wiem. – Kobieta wydawała się zupełnie zdezorientowana. – Po prostu nie mogłam 

się  na  to  zdobyć.  To  była  straszna  głupota,  ale  tak  naprawdę,  chciałam  mieć  dziecko  – 

dokończyła łamiącym się głosem.  

– I co się stało? – spytał Mitch, głaszcząc ją po policzku. Nie odsunęła głowy.  

–  Przygotowałam  dla  niego  pokój,  kupiłam  ubranka  i  przeczytałam  z  tuzin  książek  o 

wychowywaniu dzieci – powiedziała Caroline  i urwała  na  chwilę.  – No a potem w  szóstym 

miesiącu poroniłam.  Dziecko było  jeszcze za  małe,  żeby przeżyć.  – Caroline wzięła głęboki 

oddech  i  wyprostowała  ramiona.  –  Bardzo  cię  przepraszam,  Mitch.  To  wszystko  bez  sensu. 

Minęło już dziewięć lat i od dawna nawet o tym nie myślałam. Stało się i tyle. Może tak było 

najlepiej.  

– Pewnie nawet nie pozwoliłaś sobie na chwilę rozpaczy – powiedział Mitch.  

–  Nie  –  Caroline  wzruszyła  ramionami.  Spojrzała  na  niego.  – Teraz  już  na  to trochę  za 

późno. Wcale nie żałuję, że nie mam dziecka.  

– Oczywiście, że żałujesz – odrzekł. – Gdyby było inaczej, nie czułabyś teraz bólu.  

– Nie – pokręciła głową Caroline. – Po prostu, gdy Ruthann spytała, czy jestem mamą... – 

nie  dokończyła  zdania,  bo  sama  wiedziała,  że  nie  zabrzmiałoby  zbyt  logicznie.  Trudno  jej 

było  przekonywać  Mitcha,  gdy  sama  nie  wierzyła  w  swoje  słowa.  Nie  miała  też  ochoty 

analizować teraz swoich uczuć.  

– Czy ona rzeczywiście urodziła się za wcześnie? – spytała, zmieniając temat.  

– Tak – przyznał Mitch. Teraz rozmowa stała się bolesna dla niego. – Osiem tygodni za 

wcześnie. Moja żona zmarła podczas porodu.  

–  Och...  –  westchnęła  zaskoczona  Caroline.  –  Nie  miałam  o  tym  pojęcia.  Oczywiście, 

zastanawiałam się, co się z nią stało, ale nie chciałam cię pytać – dodała, kręcąc głową. – Jak 

w dzisiejszych czasach może przydarzyć się coś takiego? 

– Od samego początku to była bardzo trudna ciąża, ale Becky nie chciała zgodzić się na 

aborcję.  Podobnie  jak  ty  –  westchnął  Mitch.  –  Przez  prawie  pięć  miesięcy  leżała  w  łóżku. 

Pewnie dlatego Ruthann jest dzisiaj z nami, ale to właśnie spowodowało śmierć Becky. Gdy 

zaczęła rodzić pod koniec siódmego miesiąca, była tak osłabiona, że nie przeżyła porodu.  

– Czemu lekarz nie zdecydował się na cesarskie cięcie? 

–  Zbyt  długo  zwlekał  –  odparł  Mitch  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Najpierw  próbował 

zahamować  poród,  bo  Becky  koniecznie  chciała,  aby  dziecko  urodziło  się  o  właściwym 

czasie.  

background image

– To musiała być dla was ciężka decyzja. – Caroline dotknęła jego ramienia.  

– Dla mnie tak, ale nie dla Becky. Dla niej to było oczywiste – powiedział. – Nie wiem, 

ile razy zastanawiałem się, czy powinienem był pogodzić się z jej decyzją.  

Nawet w półmroku korytarza Caroline widziała smutek, malujący się na jego twarzy.  

– Tak mi przykro, Mitch. Nawet nie mogę sobie wyobrazić, co przeżyłeś.  

– To już należy do przeszłości – stwierdził, smutno się uśmiechając. – Brak mi Becky, ale 

mam  Ruthann,  a  to  najwspanialsza  pociecha,  jaką  można  sobie  wyobrazić.  Mogłem  stracić 

również i ją.  

Urwał  i  przez  chwilę  przyglądał  się  pięknej  twarzy  Caroline.  Zapragnął  ją  pocałować  i 

jednocześnie pomyślał, że powinien czuć się zdrajcą. Czy miał prawo o tym myśleć tuż obok 

sypialni, którą dzielił z Becky? Wcale jednak nie miał wrażenia, że jest wobec niej nielojalny. 

Długo rozpaczał z powodu śmierci żony, ale teraz wierzył, że ona również chciałaby, aby był 

szczęśliwy.  

Serce  podpowiadało  mu,  że  Caroline  Hunter  mogłaby  uczynić  go  szczęśliwym,  gdyby 

tylko  pozwoliła  sobie  na  odrobinę  uczucia.  Kusiło  go,  żeby  zapytać  ją  o  byłego  męża,  bo 

chciał się dowiedzieć, czy rozwód bardzo ją zranił. Pora jednak nie była odpowiednia. Mitch 

miał wrażenie, że w ciągu kilku minut bardzo zbliżyli się do siebie. Teraz powinni pomyśleć 

o przyszłości, zamiast rozpamiętywać przeszłość.  

–  No,  chyba  dość  tych  smutków  –  powiedział  z  uśmiechem.  –  A  może  jeszcze 

spróbujemy wpaść w depresję? 

–  Starczy.  –  Caroline  zdobyła  się  na  uśmiech.  Nie  chciała  być  gorsza  od  niego.  –  Dość 

smutnych tematów. Lepiej chodźmy, musimy pomóc twojemu ojcu przy kolacji.  

Oboje przestali już myśleć o przeszłości i starali się otrząsnąć z przygnębienia.  

– Potrafisz gotować? – zdziwił się Mitch.  

– Oczywiście. Nawet egocentryczni specjaliści od komputerów muszą coś jeść.  

– Wspaniale. Może zatem dasz dziadkowi parę lekcji.  

– Chwileczkę – Caroline zatrzymała się na schodach. – Przecież powiedziałeś, że dziadek 

robi wspaniałe barbecue.  

– Skłamałem – uśmiechnął się.  

– Ty łgarzu – Caroline również uśmiechnęła się do niego.  

– Zrobiłbym wszystko, byłeś została na kolacji.  

– Mitch... – Caroline spoważniała. – Zostaję tylko na kolację. To wszystko.  

–  Na  początek  dobre  i  to  –  wzruszył  ramionami  i  zbiegł  po  schodach,  nim  zdążyła 

cokolwiek odpowiedzieć.  

background image

Hamburgery  i kiełbaski  z rusztu okazały się całkiem  niezłe,  ale w sumie ta kolacja  była 

dla  Caroline  szczególnym  doświadczeniem.  W  jej  domu  wspólna  kolacja  miała  zawsze 

bardzo  formalny  charakter.  Rodzice  uważali  wieczorny  posiłek  za  znakomitą  okazję,  aby 

odpocząć  psychicznie  i  fizycznie  po  wykładach  i  ciężkiej  pracy  w  laboratorium.  Zapewne 

dlatego przy stole wszyscy milczeli.  

Natomiast u Groganów wspólna kolacja oznaczała wspólną zabawę. Wszyscy nieustannie 

śmieli się i żartowali. Opowiadali o swoich planach na następne dni i wspominali wydarzenia 

minionego  tygodnia.  Sam  rozprawiał  o  baseballu  i  relacjonował  przebieg  przygotowań  do 

corocznej  wyprawy  do  Big  Sur.  Janis  niepokoiła  się  z  powodu  nadchodzącego  szkolnego 

balu.  Ani ona,  ani  jej trzy przyjaciółki  nie  miały  jeszcze  partnerów.  Ruthann wstała z  łóżka 

wściekła niczym zbyt wcześnie obudzony grizzly i wszystkim dawała się we znaki.  

Podczas  kolacji  Mitch  niemal  przez  cały  czas  na  zmianę  pocieszał  Janis  i  próbował 

uspokoić Ruthann. Dziadek robił, co mógł, aby wciągnąć Caroline do rozmowy, ale na ogół 

po  prostu  słuchali,  co  mówią  dzieci.  Janis  i  Sam  posługiwali  się  młodzieżowym  slangiem, 

który dla Caroline był niemal całkowicie niezrozumiały.  

Usiedli  do  stołu  na  tarasie  z  tyłu  domu.  Zapadał  już  zmrok  i  na  podwórku  widać  było 

długie  cienie  drzew.  Nim  skończyli  jeść,  zrobiło  się  niemal  zupełnie  ciemno.  Caroline 

zaproponowała,  że  pozmywa,  ale  Janis  i  dziadek  nie  pozwolili  jej  nawet  ruszyć  palcem. 

Posprzątali ze stołu, zapędzili Ruthann do jej pokoju, po czym Janis zaciągnęła zdumionego 

Sama przed telewizor.  

W  ciągu  paru  minut  od  zakończenia  kolacji  podwórko  zupełnie  opustoszało.  Mitch  i 

Caroline siedzieli sami na tarasie i rozkoszowali się ciszą.  

– Czy zauważyłaś,  że  mamy do czynienia  ze  spiskiem? – spytał  Mitch, uśmiechając  się 

ironicznie.  

– Naprawdę? 

– Tak. 

– Czy oni wszyscy sądzą, że coś nas łączy? – Caroline była wyraźnie niezadowolona.  

–  A  czy  tak  nie  jest?  –  Mitch  spojrzał  na  nią  wzrokiem  jednocześnie  ciepłym  i 

przenikliwym.  Poczuła,  że  brak  jej  tchu.  Nie  mogła  równocześnie  patrzeć  na  Mitcha  i 

racjonalnie myśleć, to wykluczyło się nawzajem. Ten dzień był jednym z najdziwniejszych w 

jej życiu i czuła się zupełnie wytrącona z równowagi.  

Zamiast  odpowiedzieć  na  jego  pytanie,  odsunęła  krzesło,  wstała  od  stołu  i  zeszła  do 

ogrodu.  Mitch,  oczywiście,  poszedł  w  jej  ślady.  Caroline  nie  chciała  uciekać,  po  prostu 

potrzebowała trochę czasu, żeby ochłonąć.  

background image

– Ja w dzieciństwie nie miałam nic takiego – powiedziała, wskazując ręką na huśtawki  i 

zjeżdżalnię. Pogłaskała stalową podpórkę.  

– Chcesz teraz spróbować? Mogę cię pohuśtać – zaproponował.  

–  Nie,  dziękuję  –  potrząsnęła  głową.  –  Jestem  już  za  stara,  aby  powtórnie  przeżywać 

dzieciństwo, a za młoda na wtórne zdziecinnienie.  

– Nie trzeba być dzieckiem, żeby się cieszyć z zabawy.  

– To prawda, ale trzeba przynajmniej rozumieć, na czym to polega. – Caroline usiadła na 

jednej huśtawce, Mitch na drugiej. Przez chwilę milczeli. – Wiesz – przerwała ciszę Caroline 

– gdy obserwuję twoją rodzinę,  mam wrażenie, że jestem na innej planecie. Jesteście bardzo 

sympatyczni i mili, ale ja do tego nie pasuję. Czy rozumiesz, dlaczego ci to mówię? – spytała, 

patrząc mu w oczy.  

Mitch przełożył ręce między łańcuchami huśtawki i splótł dłonie przed sobą.  

– Myślę, że tak. Wiem jednak, że potrafisz się szybko uczyć.  

– Nie, Mitch – Caroline potrząsnęła głową. – W tym wypadku to dla mnie zbyt trudne  i 

obce.  

Grogan niezbyt się przejął tym stwierdzeniem, wydawał się nim wręcz rozbawiony.  

– Czy w dzieciństwie oglądałaś jakieś programy dla dzieci, na przykład Disneya? 

–  Chyba  żartujesz  –  Caroline  zerknęła  na  niego  z  ukosa.  –  Moi  rodzice  uważali,  że 

telewizja to najgorsza plaga, jaka spotkała ludzkość.  

– No, ale teraz nie musisz ich już słuchać. Czy oglądasz jakieś programy? 

– Tylko wiadomości i czasem jakieś filmy dokumentalne.  

– Widzę, że jesteś miłośniczką telewizji edukacyjnej.  

–  Chyba  masz  rację  –  przyznała,  zadowolona,  że  Mitch  nie  ciągnie  rozmowy  na  temat 

rodziny i ewentualnych spotkań.  

– A co z filmami fabularnymi? 

– Widziałam Przeminęło z wiatrem – odrzekła z kpiącym uśmiechem.  

– Nie wierzę. Tylko to? Czy ty nie masz żadnych słabości? – spytał. Odepchnął się nogą 

od trawnika i huśtawka zaczęła się łagodnie bujać.  

–  Mój  mąż  próbował  mnie  namówić,  abym  oglądała  Wojny  gwiezdne,  jego  ulubiony 

program, ale bez rezultatu – powiedziała Caroline. – Ale lubię muzykę country – przyznała z 

pewnym zawstydzeniem.  

–  To  już  coś  –  ucieszył  się  Mitch.  –  Ktoś,  kto  lubi  sentymentalne  melodyjki  i  gwizd 

lokomotywy, nie jest jeszcze całkiem stracony.  

– Kpisz ze mnie.  

background image

– Wcale nie – zaprzeczył. – Po prostu trudno jest mi zrozumieć twój styl życia.  

– Już ci powiedziałam, że moje życie to praca.  

– I nie masz czasu na nic innego – to nie było pytanie, lecz cytat.  

– Właśnie.  

– Dlaczego zatem zostałaś u nas na kolacji? – spytał, zatrzymując huśtawkę.  

To dobre pytanie, pomyślała Caroline.  

–  Nie  wiem  –  powiedziała.  –  Chyba  dlatego,  że  to  wydało  mi  się  zabawne.  Poza  tym 

ciotka Liddy z pewnością by się z tego ucieszyła.  

– Kto to jest ciotka Liddy? 

Caroline uśmiechnęła się tak serdecznie i czule, że Mitcha wprost zatkało ze wzruszenia.  

– To siostra  mojej  matki.  Wolny duch rodziny.  Miała czterech  mężów  i objechała  świat 

więcej  razy,  niż  mogłabym  zliczyć.  Nie  miała  dzieci,  więc  cały  swój  instynkt  macierzyński 

skoncentrowała  na  mnie.  Z  wielką  radością  doprowadzała  do  furii  moją  matkę,  co  najmniej 

raz do roku zabierając mnie na krótkie wakacje.  

– Bardzo ją kochałaś.  

–  Jej  śmierć  była  dla  mnie  prawdziwą  tragedią  –  przyznała  Caroline.  –  Często 

wspominam  nasze  wspólne  przeżycia.  Ciotka  zabierała  mnie  na  wiele  niezwykle 

ekstrawaganckich eskapad.  

–  A  więc  jednak  miałaś  w  dzieciństwie  chwile  radości!  –  wykrzyknął  z  pewnym 

zdumieniem.  

–  Oczywiście,  że  tak  –  zapewniła  go,  zakłopotana  obrazem  jej  przeszłości,  jaki  sobie 

wytworzył.  Wcale  nie  uważała,  aby  miała  nieszczęśliwe  dzieciństwo.  –  Pamiętaj,  że  nauka 

była dla mnie przyjemnością. Każde wyzwanie sprawiało mi radość.  

– Podobnie jak wyprawy z ciotką Liddy – zauważył Mitch i Caroline pokiwała głową.  

– Tak.  

– Myślę, że polubiłbym twą ciotkę.  

– Jestem pewna, że ty również byś się jej spodobał.  

– Naprawdę? A co by powiedziała, gdybyśmy umówili się na randkę? 

–  Mitch,  to  wykluczone  –  Caroline  zmierzyła  go  surowym  spojrzeniem.  –  Jesteśmy  jak 

woda i oliwa.  

– Być może, ale co powiedziałaby na to Liddy? – spytał, wzruszając ramionami.  

Caroline zastanawiała się przez chwilę.  

–  Pewnie  że  powinnam  dodać  ząbek  czosnku,  trochę  cytryny  i  zrobić  sos  do  sałaty  – 

przyznała uczciwie.  

background image

– Twoja ciotka  musiała  być  bardzo mądra –  szepnął Mitch, po czym powoli chwycił za 

łańcuch od huśtawki Caroline i przyciągnął ją do siebie.  

Mogła zaprzeć się nogami o ziemię i odepchnąć go od siebie, ale nie zrobiła tego. Mitch 

pochylił głowę i mocno ją pocałował. Caroline poczuła na ustach jego lekko rozchylone wargi 

i wydało się jej, że cały świat zawirował.  

Zamknęła oczy i zacisnęła ręce na łańcuchach huśtawki. Zapomniała o wszystkim prócz 

zmysłowej radości, jaką sprawiał jej ten pocałunek. Mężczyzna delikatnie przesunął językiem 

wokół  jej  warg,  po  czym  zagłębił  się  w  jej  usta,  żądając  czegoś  więcej  niż  tylko  biernej 

akceptacji. Caroline odpowiedziała na jego pragnienia. Oderwali się od siebie dopiero wtedy, 

gdy całym jej ciałem wstrząsnęła gorąca fala.  

Patrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami  i  z  trudem  łapała  oddech.  Mitch  puścił  jej 

huśtawkę, ale wyraźne pragnienie,  jakie malowało się na jego twarzy, działało na nią niemal 

równie mocno jak pocałunek.  

– Miałam rację, jesteś niebezpieczny – mruknęła.  

– To, co nas nie zabija, dodaje nam sił.  

To  było  szaleństwo.  Caroline  pomyślała,  że  przecież  nie  może  zakochać  się  w  tym 

mężczyźnie.  To  niemożliwe.  A  jednak.  ..  Gdyby  to  rzeczywiście  było  niemożliwe,  czemu 

brakowało jej teraz tchu? Czemu pragnęła rzucić mu się w ramiona i zapomnieć o wszystkim? 

Seks nigdy nie miał dla niej wielkiego znaczenia, ale pod wpływem Mitcha Grogana Caroline 

odkryła, że erotyzm może być czymś więcej, niż kiedykolwiek przypuszczała.  

Ale  seks  to  nie  miłość,  a  Caroline  nigdy  nie  pozwalała,  aby  jej  ciało  zdobyło  przewagę 

nad umysłem.  

– Nie, Mitch – powiedziała zdecydowanie. – Nic z tego.  

– Dlaczego? 

–  Uważam,  że  należy  zachować  rozsądek  –  zdecydowała,  starając  się  przywołać  resztki 

dumy  i  racjonalności.  –  Wiem,  że  kilka  randek  to  jeszcze  nie  trwały  związek,  ale  nie 

rozumiem, po co mielibyśmy zaczynać coś, co musi zakończyć się klęską? 

– Dlaczego jesteś tak tego pewna? 

– Mogę ci podać trzy powody – odrzekła, patrząc mu prosto w oczy.  

– Masz na myśli moje dzieci? – spytał rozczarowany, ale nie zdziwiony.  

–  Tak.  Jeśli  pragniesz  towarzystwa  kobiety,  powinieneś  wybrać  kogoś,  kto  zna 

przynajmniej reguły baseballu. Sam uważa mnie za kosmitkę tylko dlatego, że nie wiem, kto 

to jest Alejandro Pena.  

–  Sam  to  trudny  przypadek  –  przyznał  Mitch.  –  Obecnie  interesuje  się  tylko  sportem  i 

background image

wycieczkami za miasto, najlepiej w góry. Natomiast z Janis świetnie sobie radzisz.  

Caroline  była  zbyt  zdenerwowana,  aby  usiedzieć  na  huśtawce.  Wstała  i  zaczęła 

spacerować tam i z powrotem po trawniku.  

– To tylko dlatego, że coś nas łączy – powiedziała. – Wiem, co to znaczy być innym niż 

wszystkie  inne  dzieci,  ale  na  tym  kończy  się  podobieństwo.  Nigdy  nie  byłam  na  szkolnym 

balu  i  nigdy  nie  miałam  przyjaciółki,  z  którą  godzinami  rozmawiałabym  przez  telefon.  W 

rzeczywistości myślę, że nigdy nie byłam nastolatką. Przeskoczyłam z dzieciństwa wprost w 

dorosłość, pomijając etap pośredni. Nie jestem przygotowana do zajmowania się dziećmi.  

– Powiedz to Ruthann – odrzekł Mitch, zbliżając się do niej.  

– Ruthann  jest zbyt  mała,  aby to zrozumieć – stwierdziła.  Stanęła tak,  aby  między  nią  a 

Mitchem znajdował się słupek od huśtawki.  

–  Masz  rację,  nie  znasz  się  na  dzieciach.  Dzieci  są  najsurowszymi,  bezwzględnymi 

sędziami. Jedyne, co je obchodzi, to czy dorośli dają im miłość.  

– Nie potrafię tego ofiarować, Mitch – powiedziała, patrząc mu w oczy.  

– Nie znasz samej siebie.  

– Mitch...  

–  Chodź  tutaj,  Caroline  –  poprosił,  obszedł  słupek  i  wziął  ją  w  ramiona.  Nigdy  nie 

sądziła, że mężczyzna może być jednocześnie równie silny i delikatny. To było przerażające i 

cudowne zarazem.  

Jednak gdy spróbował ją pocałować, odwróciła głowę.  

– Nie, proszę szepnęła.  

Mitch  na  chwilę  znieruchomiał,  po  czym  opuścił  ramiona.  Teraz  trzymało  ją  przy  nim 

tylko jego ciepło i promieniująca z niego siła, która działała na nią jak magnes.  

– W porządku, Caroline – powiedział ochrypłym głosem.  

– Możesz uciekać, pamiętaj tylko, że uciekasz od tego, czego pragniesz.  

–  Nic  by  z  tego  nie  wyszło  –  szepnęła,  kręcąc  głową.  Mitch  patrzył  na  nią  z  takim 

natężeniem, że nie mogła się nawet ruszyć.  

– Po co mi to mówisz? – odpowiedział pytaniem. – Przecież usiłujesz przekonać siebie, 

nie mnie.  

Caroline z trudem przełknęła ślinę i wreszcie cofnęła się o krok.  

– Przepraszam cię, Mitch. Powiedz ojcu i dzieciom dobranoc ode mnie.  

Odwróciła się i odeszła. Po kilku krokach zniknęła za rogiem.  

– Niech to diabli!  – zaklął Mitch  i z całej siły popchnął  huśtawkę. Siedzenie zakołysało 

się gwałtownie, po czym zaczęło zwalniać.  

background image

– Niech to diabli – powtórzył spokojniej. Minęło sporo czasu, nim wrócił do domu.  

background image

 

– Może to wirus? – zasugerował Brad Lattimore.  

–  Rozważaliśmy  to  pytanie  za  każdym  razem,  ilekroć  zdarzała  się  luka  w  pamięci  – 

odrzekła  Caroline.  Cały  zespół  programistów  OHARA  zebrał  się  na  naradę.  Siedzieli  przy 

długim stole konferencyjnym. – Dotychczas nie znaleźliśmy na nie odpowiedzi. Jeśli to wirus, 

musi to być jakaś nowa odmiana. Doktor Bergman i ja dokładnie sprawdziliśmy cały system i 

nie znaleźliśmy niczego, co mogłoby powodować straty w pamięci. Uważam, że nie pozostało 

nam nic innego, jak tylko dokładnie sprawdzić wszystkie bazy danych, linijka po linijce.  

Rozległ się głośny zbiorowy jęk, co wcale jej nie zdziwiło. Czekała ich ciężka, potwornie 

nudna robota. Minęły już trzy tygodnie od próby włamania i choć nic takiego nie zdarzyło się 

ponownie,  poprzedniego  popołudnia  cała  baza  danych  astronomicznych  uległa  zniszczeniu, 

gdyż z pamięci Scarlett po prostu znikł cały blok informacji.  

Tak  poważna  strata  zdarzyła  się  po  raz  pierwszy  i  niewiele  brakowało,  a  wszyscy 

wpadliby w panikę. Każda baza danych stanowiła samodzielną część programu, dzięki czemu 

Caroline zdołała odłączyć zniszczoną bazę,  nim kontakt  z nią spowodował katastrofę całego 

systemu,  ale  naprawdę  niewiele  brakowało.  Nieszczęście  było  blisko.  Caroline  poleciła 

zawiesić  dalsze  prace  nad  wszystkimi  bazami  danych  do  czasu,  kiedy  zostanie  ustalona 

przyczyna strat w pamięci. Nie chciała ryzykować, że taki incydent przydarzy się raz jeszcze.  

–  Może  wymienimy  wszystkie  bloki  optyczne  na  płycie  głównej?  –  zaproponował  ktoś, 

mając na myśli niewielkie urządzenia, pełniące rolę standardowych kości komputerowych.  

– Raz już próbowaliśmy – pokręciła głową Caroline. – Nic to nie dało, chyba pamiętasz? 

To nie jest problem z hardwarem, lecz z programem.  

– A może mamy do czynienia z sabotażem? – powiedział Brad. – Być może, to wcale nie 

jest problem techniczny. Może ktoś włamuje się do systemu i usuwa całe bloki pamięci? 

Caroline  ucieszyła  się,  że  to  właśnie  on  wspomniał  o  tej  możliwości.  Uznała,  że  to 

dowodzi, iż Lattimore ma czyste sumienie. Po tamtej próbie włamania Ed Newton raz jeszcze 

dokładnie sprawdził młodego programistę, ale nie znalazł nic, co sugerowałoby, że może on 

być wplątany w szpiegostwo przemysłowe.  

– Nie możemy wykluczyć tej możliwości – przytaknęła.  

– Wydaje mi się jednak mało prawdopodobne, by ktoś był w stanie regularnie grzebać w 

systemie.  Tylko  doktor  Bergman  i  ja  mamy  wymagane  uprawnienia.  –  Mimo  napięcia 

Caroline uśmiechnęła się do swego zastępcy. – Czy sabotujesz Scarlett, Henry? – spytała.  

background image

– Nie – Bergman, najstarszy członek zespołu, również uśmiechnął się do niej. – A ty? 

– Chyba że we śnie – odrzekła. Spoważniała i rozejrzała się wokół. – Wiem, że czeka was 

żmudna praca, ale musimy to zrobić. Nie mamy wyboru. Sarah, chcę, aby twój zespół...  

– Pani doktor? – w drzwiach pokoju konferencyjnego pojawiła się sekretarka.  

– Tak, Lorraine? 

– Wartownik dzwonił z dołu. Proszą, aby pani zeszła podpisać zgodę na wejście.  

– Dla kogo? 

– Dla Janis i Mitchela Groganów.  

– O co chodzi? Przecież Janis zaczyna dziś staż, a Mitch Grogan ma stałą przepustkę.  

– Wartownik twierdzi, że pan Grogan nie ma przepustki – sekretarka potrząsnęła głową.  

– Niech to diabli – mruknęła Caroline. Ed Newton wziął urlop i najwyraźniej jego ludzie 

przestali  się  przykładać  do  pracy.  –  Dobrze,  powiedz  mu,  że  już  schodzę.  –  Sekretarka 

zniknęła i Caroline zwróciła się do Bergmana. – Henry, czy możesz rozdzielić pracę zgodnie 

z naszymi ustaleniami? Później spotkam się z każdym zespołem oddzielnie.  

Wychodząc pośpiesznie z pokoju, poczuła w żołądku nieprzyjemny skurcz. Od kolacji u 

Groganów minęły  już trzy tygodnie,  ale  Caroline świetnie pamiętała pocałunek przy  świetle 

księżyca. Od tamtej nocy codziennie powtarzała sobie, że słusznie zrobiła,  nie godząc się na 

romans.  

Udało się jej w to uwierzyć, ale tylko dlatego, że nie musiała widywać się z Mitchem. Na 

jej  żądanie  Bob Stafford  wystąpił z oficjalną prośbą do komendanta policji,  by ten zezwolił 

porucznikowi  Groganowi  na  pełnienie  funkcji  konsultanta.  Henry  Bergman  pomógł  mu 

zacząć  pracę  nad  bazą  danych  i  do  niego  Mitch  kierował  wszystkie  pytania.  Kilkakrotnie 

odwiedził  MediaTech,  aby  pokazać,  co  zrobił,  ale  ani  on,  ani  Caroline  nie  próbowali 

doprowadzić do spotkania.  

Oczywiście, Caroline zapoznała się z opracowaną przez niego bazą danych. Wszystko, co 

dotyczyło  Scarlett,  musiało  zyskać  jej  aprobatę.  Spisała  swoje  uwagi  i  przekazała  je 

Bergmanowi.  

Nie było w tym bynajmniej nic zaskakującego. Caroline zazwyczaj nie kontaktowała się 

bezpośrednio z konsultantami zatrudnionymi przy konkretnych  bazach danych,  zwłaszcza  w 

początkowym  okresie  pracy.  Jednak  w  przypadku  Mitcha  sytuacja  wyglądała  inaczej.  Choć 

usiłowała o tym nie myśleć, musiała przyznać, że połączyła ich już jakaś więź. Na razie miała 

ona  charakter  czysto  hormonalny,  ale  jednak  istniała.  Caroline  bała  się,  że  jeśli  teraz  go 

zobaczy, diabli wezmą wszystkie jej wysiłki wymazania go z pamięci.  

Mimo  tych  obaw,  schodząc  po  schodach  czuła,  że  jej  serce  wyraźnie  przyśpiesza. 

background image

Postanowiła, że w żadnym wypadku nie pozwoli sobie na dotknięcie go. Powtarzała sobie w 

duchu, że nie chce go widzieć i wcale nie ma ochoty na to spotkanie.  

Jednak  gdy  wreszcie  dotarła  do  portierni  i  przekonała  się,  że  wartownik  zatrzymał 

Mitchella  Grogana  seniora,  a  nie  jego  syna,  poczuła  równocześnie  ulgę  i  rozczarowanie. 

Oczywiście, postarała się ukryć swoje uczucia.  

–  Dzień  dobry,  panie  Grogan,  cześć,  Janis  –  przywitała  się  z  nimi.  Uśmiechnęła  się 

zachęcająco do dziewczyny, której oczy błyszczały z podniecenia. – Cieszę się, że znów was 

widzę. Jesteś gotowa do rozpoczęcia pracy? 

– Tak, proszę pani – rozpromieniła się Janis. – Od tygodni o niczym innym nie myślałam.  

Caroline  zrezygnowała  z  pytania  o  wyniki  ostatnich  egzaminów  w  szkole.  Nie  miała 

wątpliwości, że Janis dostała celujące oceny.  

– Jak się udał bal? – spytała.  

–  Chyba  nieźle  –  odpowiedziała  Janis.  –  Moja  przyjaciółka  Tory  zaprosiła  mnie  i  kilka 

koleżanek na całą noc po balu. To wypadło znacznie lepiej niż sam bal.  

– Miałaś ładną suknię? 

– Tak – zaśmiała się. – Szkoda, że pani nie widziała, jak tata pomagał mi coś wybrać. Nie 

ma pojęcia o modzie.  

– I tak poradził ci lepiej niż ja – wtrącił dziadek.  

– Oczywiście – kiwnęła głową Janis. – Dziadek chciał, abym włożyła krynolinę i fiszbiny 

– poinformowała.  

–  W  moich  czasach  dziewczyny  tak  się  ubierały  na  bal  –  odrzekł  dziadek,  wzruszając 

ramionami.  

– Czy chodził pan do szkoły w czasach wojny domowej? 

– zażartowała Caroline.  

–  Aha!  Nie  widać  po  mnie  prawdziwego  wieku  –  uśmiechnął  się  starszy  pan.  Caroline 

zauważyła,  że  jego  oczy  są  równie  niebieskie  i  wesołe  jak  Mitcha.  –  Mam  nadzieję,  że  nie 

będziesz  mi  miała  tego  za  złe,  ale  postanowiłem  skorzystać  z  twojego  zaproszenia  do 

obejrzenia  laboratorium.  Z  tego  co  mówili  Mitch  i  Janis,  to  musi  być  fascynujące  miejsce. 

Chciałbym zobaczyć, gdzie moja wnuczka będzie spędzać popołudnia.  

– Oczywiście – Caroline zupełnie zapomniała o tej obietnicy, ale teraz nie wypadało  jej 

się wycofać. – Z przyjemnością pokażę panu nasze gospodarstwo.  

–  Czy  może  przyszedłem  w  nieodpowiedniej  chwili?  –  Grogan  senior  najwyraźniej 

wyczuł jej wahanie.  

–  Nie,  ależ  skąd  –  zaprzeczyła.  Pomyślała,  że  piętnaście  minut  jej  nie  zbawi.  – 

background image

Zaprowadzę tylko Janis do sekretariatu, aby wypełniła wszystkie papierki.  

Caroline  udała  się  z  nimi  do  części  administracyjnej  i  stamtąd  zadzwoniła  do  Andrei 

Norris, aby zeszła i zajęła się swoją nową asystentką.  

–  Wstąpię  później,  żeby  zobaczyć,  jak  ci  się  wiedzie  –  obiecała  Janis  i  wyszła  z 

dziadkiem do laboratorium.  

– Wiesz, nigdy nie widziałem, żeby Janis śmiała się tak często jak w twojej obecności – 

zauważył, gdy wyszli na korytarz.  

–  To  dlatego,  że  jestem  kimś  znanym  –  odrzekła  Caroline.  Czuła  się  skrępowana  tą 

rozmową.  –  Przejdzie  jej,  gdy  się  przekona,  że  jestem  takim  samym  człowiekiem  jak 

wszyscy. Te laboratoria na pierwszym piętrze przeznaczone są do...  

Oprowadziła starszego pana po laboratorium i pokazała mu dokładnie to samo, co miesiąc 

wcześniej  zademonstrowała  Mitchowi  i  Janis.  Wydawał  się  zainteresowany,  ale  Caroline 

miała wrażenie, że nie przyjechał tu, aby podziwiać zdobycze techniki.  

Gdy skończyli, odprowadziła go do wyjścia.  

– Jak się mają Sam i Ruthann? – spytała, aby podtrzymać rozmowę.  

–  Bardzo  dobrze  –  odpowiedział  dziadek.  –  Drużyna  Sama  wygrała  pierwszy  mecz 

sezonu, a Ruthann wciąż pyta, kiedy znów nas odwiedzisz. Nie tylko Janis cię uwielbia.  

Caroline wolała zmienić temat.  

–  Jeśli  dobrze  pamiętam,  był  pan  nauczycielem,  prawda?  –  spytała  w  windzie.  Miała 

nadzieję, że dziadek zrozumie jej intencje.  

– Tak. Dwadzieścia sześć lat uczyłem w gimnazjum.  

– Matematyki? 

–  Kto,  ja?  Nie  –  zaśmiał  się.  –  Angielskiego.  Zawsze  myślałem,  że  Janis  musiała 

odziedziczyć talent do matematyki po matce, bo z pewnością nie po mnie.  

– Przecież Mitch jest bardzo inteligentny – zauważyła Caroline.  

– To prawda, ale nie jest tak genialny jak Janis. – Wyszli z windy do holu na parterze. – 

Mitch pewnie opowiadał ci o swej  żonie – dodał  niby przypadkowo,  ale Caroline domyśliła 

się, że dziadek wreszcie zmierza do właściwego celu wizyty.  

– Opowiadał mi tylko, jak zmarła.  

– To była miła dziewczyna. Kochała Mitcha i uwielbiała swoje dzieci.  

– Jej  śmierć  musiała  być wielkim ciosem dla  Janis  i Sama – powiedziała,  zastanawiając 

się, o co mu może chodzić.  

–  Dla  Mitcha  również  –  kiwnął  głową  dziadek.  –  Przez  jakiś  czas  bałem  się,  że  nie 

wytrzyma, ale w końcu jakoś wziął się w garść. Musiał się z tym pogodzić, choćby dla dobra 

background image

dzieci.  

– Jestem pewna, że wciąż za nią tęskni – uprzejmie zauważyła Caroline. Nie miała ochoty 

wysłuchiwać  opowieści  o  ciężkich  przeżyciach  Mitcha.  Pomyślała,  że  im  mniej  o  nim  wie, 

tym dla niej lepiej.  

Zbliżył  się  do  nich  wartownik,  aby  dokonać  inspekcji,  ale  Caroline  odesłała  go 

skinieniem ręki i przeprowadziła dziadka przez portiernię.  

– Oczywiście, że tęskni – potwierdził. – To naturalne. Ja jednak zawsze miałem nadzieję, 

że kogoś sobie znajdzie.  Nie po to, żeby zastąpić Becky, rzecz  jasna.  – Patrzył  jej  prosto w 

oczy. – Mitch potrafi dać z siebie bardzo dużo.  

Od czterech lat nie zainteresował się jednak poważnie żadną kobietą.  

Starszy pan nie powiedział „dopóki nie spotkał ciebie”, ale Caroline i tak wiedziała, że o 

to  mu  chodziło.  Przez  chwilę  wytrzymała  jego  spojrzenie,  po  czym  odwróciła  wzrok.  Nie 

mam  powodu  czuć  się  winna,  pomyślała.  To  nie  moja  wina,  że  Mitch  wybrał  sobie 

niewłaściwą kobietę.  

–  Mam  nadzieję,  że  wizyta  w  MediaTech  sprawiła  panu  przyjemność  –  powiedziała 

sztywno.  

– Och,  oczywiście! –  Wydawał  się rozczarowany  jej reakcją,  ale  mimo to zdobył się  na 

uśmiech.  – Teraz  muszę  już  iść,  mam odebrać  Ruthann  z przedszkola.  To ostatni dzień,  ma 

być jakaś uroczystość. Czy pozdrowić ją od ciebie? 

– Oczywiście, jeśli pan sądzi, że to będzie właściwe.  

To mogło znaczyć tylko jedno: nie czyń dziecku żadnych złudzeń. Dziadek niewątpliwie 

zrozumiał, co miała na myśli.  

– Chyba  lepiej  nie wspomnę o naszym  spotkaniu.  Dziękuję,  żeś  zechciała poświęcić  mi 

tyle czasu, Caroline. Czy mogłabyś jeszcze powiedzieć Janis, że przyjadę po nią o piątej? 

– Oczywiście. Proszę, niech pan wstąpi, gdy będzie miał pan wolną chwilę.  

– My również zapraszamy. W naszym domu jesteś zawsze mile widzianym gościem.  

Gość  odszedł  w  kierunku  parkingu.  Caroline  odprowadziła  go  wzrokiem.  Nawet  po 

spotkaniu z Mitchem nie czułaby się gorzej niż w tej chwili.  

Wieczorem, po pierwszym dniu pracy w MediaTech, Janis była bliska ekstazy. Wszyscy 

współpracownicy  okazali  się  przyjacielscy  i  błyskotliwi,  wyposażenie  laboratorium  na 

światowym  poziomie,  praca  trudna  i  fascynująca,  a  Caroline  Hunter  piękna,  inteligentna  i 

niezwykle sympatyczna. Janis nie miała wątpliwości, że to najwspanialsza kobieta świata.  

Mitch  nie  bardzo  miał  ochotę  tego  słuchać,  ale  starał  się  nie  okazać  zniecierpliwienia. 

Córka  opowiadała  o  Caroline  i  MediaTech  przez  cały  wieczór.  Sam  zrezygnował  z  prób 

background image

wtrącenia się do rozmowy i uciekł do swojego pokoju poczytać gazetę sportową, a dziadek  i 

Ruthann grali w loteryjkę.  

Mitch głównie słuchał, z rzadka tylko zadając jakieś pytanie. Wiedział, że dla córki to był 

niezwykle ważny dzień.  Mimo to nie udało  mu się ukryć westchnienia ulgi,  gdy  Janis  nieco 

przycichła.  I  bez  jej  pomocy  nie  mógł  zapomnieć  o  Caroline  i  jej  nieśmiałych  rumieńcach. 

Praca  nad  bazą  danych  nie  ułatwiała  mu  tego  zadania.  Nie  miał  ochoty  przez  całe  lato  dwa 

razy w tygodniu wysłuchiwać peanów na jej temat.  

– Wiesz, coś jednak było tam nie w porządku – zauważyła Janis, marszcząc czoło.  

– Co takiego? – spytał z poczucia obowiązku.  

–  Nie  mogłam  pozbyć  się  wrażenia,  że  stało  się  coś  złego.  Wszyscy  byli  jacyś  napięci. 

Nikt nie powiedział mi, o co chodzi, ale zauważyłam, że coś ich gnębi.  

–  Caroline  również?  –  spytał.  Janis  rzadko  kiedy  wykazywała  wrażliwość  na  nastrój  i 

humor ludzi z jej otoczenia, ale Mitch nie lekceważył jej obserwacji.  

–  Niewątpliwie.  Udawała,  że  wszystko  jest  cacy,  ale  jestem  pewna,  że  czymś  się 

martwiła.  

Ciekawe,  o  co  tu  może  chodzić?  –  pomyślał.  Czyżby  Caroline  czuła  się  skrępowana  w 

obecności  Janis  z  jego  powodu?  Mitch  nie  mógł  nie  zauważyć,  że  unika  kontaktu.  Ilekroć 

przyjeżdżał  do  MediaTech,  zawsze  rozmawiał  tylko  z  Henry  Bergmanem.  Jej  czysto 

profesjonalne  notatki  na  wydrukach  komputerowych  zaczęły  już  działać  mu  na  nerwy. 

Caroline traktowała go  jak kogoś zupełnie obcego, niemal kryminalistę,  którego należało za 

wszelką cenę unikać. Przecież nie zrobił nic złego. Pocałował ją. To dopiero poważna sprawa. 

Jakie znaczenie może mieć jeden pocałunek? Chyba że, podobnie jak on, nie była w stanie o 

nim zapomnieć.  

Mitch wolał nie dopuszczać do świadomości myśli, że jeszcze nie wszystko jest stracone. 

Carohne  nie  mogła  jaśniej  zademonstrować,  że  nie  chce  mieć  z  nim  do  czynienia.  Pewnie 

martwi  się  z  powodu  jakiś  problemów  ze  Scarlett,  jej  niby-dzieckiem.  Być  może  program 

znów czegoś zapomniał, być może znów ktoś próbował włamać się do systemu.  

– Caroline dźwiga odpowiedzialność za cały projekt – zauważył. Wolał nie wtajemniczać 

córki w swoje myśli.  

–  Nic  dziwnego,  że  czasem  jest  zdenerwowana.  Lepiej  nie  wtykaj  nosa  w  nie  swoje 

sprawy.  Jeśli  ten  problem  to  coś,  o  czym  powinnaś  wiedzieć,  to  z  pewnością  Caroline  albo 

pani Norris wyjaśnią ci, o co chodzi.  

– Och, nawet o tym nie wspomniałam – zapewniła go Janis.  

– Mam jeszcze jeden problem, tato. Jak myślisz, czy mogę poprosić Caroline, aby poszła 

background image

z nami na stanowy konkurs prac uczniowskich za miesiąc? Bardzo bym chciała, aby tam była.  

– Kochanie, ona jest bardzo zajęta – skrzywił się Mitch.  

– Czy z tego powodu przestałeś się z nią widywać? Grogan wiedział, że nie uniknie tego 

pytania, ale bał się rozmowy z córką.  

–  Janis,  nigdy  nie  „widywałem”  Caroline  w  takim  znaczeniu,  jakie  masz  na  myśli.  Po 

prostu raz się z nią spotkałem, aby porozmawiać o bazie danych.  

– Ale później wstąpiła do nas.  

– Aby powiedzieć ci o stażu.  

– Myślałam, że ją lubisz.  

Mitch  nie  mógł  zaprzeczyć,  ale  nie  chciał  również  otwarcie  tego  przyznać.  Nie  miał 

ochoty zrzucać winy na Caroline ani wyjaśniać córce, że jej uwielbiana bohaterka wykluczyła 

wszelkie związki z jej ojcem właśnie z powodu dzieci.  

– To nie mogło do niczego doprowadzić – powiedział, nie wchodząc w szczegóły.  

– Trzeba było się lepiej postarać, tato.  

– Janis, Caroline jest teraz pochłonięta pracą.  

–  To  tylko  wymówka.  Nie  jestem  dzieckiem,  wiem,  że  spodobałeś  się  doktor  Hunter. 

Wystarczyło spojrzeć jej w oczy. Na pewno ty wszystko zepsułeś! 

Mitch  zacisnął  zęby  i  w  duszy  pomodlił  się  o  łaskę  cierpliwości.  Janis  rzadko  kiedy 

dawała się ponieść emocjom, ale wtedy łatwo dochodziło do wybuchów.  

–  Córeczko,  wiem,  co  myślisz  o  Caroline,  i  nie  mam  nic  przeciw  temu.  Stworzyła  ci 

fantastyczną okazję i powinnaś być jej za to wdzięczna. Natomiast nie powinnaś sobie roić, że 

ona zakocha się we mnie i stanie się twoją mamą. To niemożliwe.  

Niewątpliwie  Janis  o  tym  właśnie  myślała,  ale  bynajmniej  nie  wpadła  w  zachwyt,  że 

ojciec odgadł jej marzenia.  

– Byłoby możliwe, gdybyś tylko zechciał! – krzyknęła, wstając z fotela.  

– Janis...  

–  Och,  po  co to  wszystko!  Niczego  nie  rozumiesz!  –  Dziewczyna  pobiegła  do  swojego 

pokoju i zatrzasnęła drzwi tak mocno, że cały dom się zatrząsł.  

– Co się stało Jannie? – spytała Ruthann. Rzuciła karty do loteryjki na podłogę i spojrzała 

na ojca.  

– Jest wściekła na tatę – wyjaśnił Mitch.  

–  Czy  dlatego,  że  przez  ciebie  Caroline  sobie  poszła  i  nie  wróciła?  –  Ruthann  często 

wykazywała niezwykłą przenikliwość i intuicję, o czym ojciec zapominał.  

–  To  wcale  nie  przeze  mnie,  Mała  –  odpowiedział.  –  Po  prostu  nie  ma  powodu,  aby 

background image

Caroline nas odwiedzała.  

– Przyszłaby, gdybyś jej powiedział.  

– Przykro mi, kochanie, ale to nie takie proste.  

–  Właśnie,  że  tak!  –  Ruthann  również  nie  miała  ochoty  tego  słuchać.  –  Tata  może 

wszystko. Chcę, aby Caroline tu przyszła! 

Boże, co za dzień! – pomyślał Mitch. Chętnie spełniłby wszystkie życzenia córeczki, ale 

nie to.  

–  Kochanie...  –  wyciągnął  do  niej  ręce,  ale  Ruthann  nie  pozwoliła  się  schwytać. 

Popatrzyła na ojca wyzywająco.  

– Tato, chcę, żeby przyszła Caroline! Teraz! Zrób coś! 

– Nie mogę.  

Mała  twarzyczka  Ruthann  wykrzywiła  się  do  płaczu,  ale  zamiast  wybuchnąć  łzami, 

dziewczynka  pobiegła  do  swojego  pokoju,  idealnie  naśladując  starszą  siostrę.  Wprawdzie 

wbiegła na schody z mniejszym hałasem, ale huknięcie drzwiami wypadło równie efektownie.  

– Chryste, co tu się dzieje! – jęknął Mitch, chowając twarz w dłoniach.  

– Hej, o co chodzi? – krzyknął Sam. Wyszedł ze swego pokoju i zatrzymał się na górnym 

podeście.  

– Kobiety! – odkrzyknął Mitch.  

Mając dwie siostry, Sam wiedział już, co oznacza ten okrzyk.  

– Może dać ci pistolet i zabarykadować drzwi? – zaproponował.  

–  Lepiej  idź  do  swojego  pokoju  –  westchnął  ojciec.  Po  chwili  rozległo  się  kolejne 

trzaśniecie drzwiami.  

–  Czy  ty  również  zamierzasz  dołączyć  do  buntu?  –  spytał  Mitch,  patrząc  na  dziadka  i 

przeczesując palcami włosy.  

– Nie. Według mnie będzie lepiej, jeśli dasz sobie z nią spokój.  

–  Caroline  to  wspaniała  kobieta  –  odrzekł  z  urazą  Mitch,  choć  sam  od  trzech  tygodni 

powtarzał sobie to samo, co teraz powiedział głośno jego ojciec.  

Starszy  pan  zwykle  nie  wtrącał  się  w  jego  życie.  Gdy  po  pierwszej  wizycie  Caroline 

zniknęła,  nie  spytał  syna,  co  się  stało.  Wiedział,  że  coś  musiało  się  wydarzyć.  Mitch 

ponownie popadł w przygnębienie, podobne do tego, w jakim tkwił po śmierci żony. Właśnie 

dlatego dziadek pojechał do MediaTech i zmusił Caroline do rozmowy. Niestety,  jak można 

się  było  spodziewać,  zamknęła  się  niczym  ostryga.  Zdaniem  dziadka,  leżało  to  w  jej 

charakterze. Pomyślał, że nie jest właściwą kobietą dla Mitcha.  

– Powiedz mi, synu, czy bardzo ją przycisnąłeś? – spytał.  

background image

– Tato, jeszcze trochę, a mogłaby mnie oskarżyć o próbę gwałtu – westchnął Mitch.  

–  O  co  jej  chodzi?  Mógłbym  przysiąc,  że  wpadłeś  jej  w  oko.  Ona  tobie  również.  Od 

trzech tygodni zachowujesz się tak, jakby cię osa ukąsiła.  

– Nie mam ochoty o tym rozmawiać.  

– Dlaczego? 

– Jak powiedziałem Janis, to nie mogło do niczego doprowadzić.  

– Z powodu jej pracy czy twoich dzieci? 

– Chodzi o dzieci – niechętnie przyznał Mitch. – Tak przynajmniej powiedziała.  

– Ale ty jej nie wierzysz? 

– Nie. Widziałeś, jak odnosiła się do Ruthann.  

– Aha. Tak jakby miała dwie lewe ręce.  

– Nie przyjrzałeś się dokładnie. Gdyby rzeczywiście nie lubiła dzieci, mogłaby łatwo się 

jej  pozbyć.  Nietrudno  zrazić  sobie  dziecko.  Zamiast tego  głaskała  japo  głowie,  bawiła  się  z 

nią, w końcu położyła do łóżeczka...  

– O co więc chodzi naprawdę? 

– Myślę, że ona boi się spróbować, bo mogłoby się nie udać. Jej rodzice zapewne bardzo 

się starali, ale nie potrafili wychować dziecka. Praca była dla nich obsesją i Caroline uważa, 

że  w  jej  przypadku  jest  tak  samo.  Jej  życie  składa  się  wyłącznie  z  zawodowych  sukcesów. 

Woli nie ryzykować porażki.  

– Szkoda – westchnął dziadek. W głosie syna dosłyszał gorycz.  

–  Wydawało  mi  się,  że  przed  chwilą  powiedziałeś  coś  zupełnie  innego  –  Mitch 

zmarszczył brwi.  

– Tak, ale to, co ja  myślę,  nie  ma żadnego znaczenia.  Ważne  jest, co ty uważasz. Mam 

wrażenie, że bardzo zaangażowałeś się uczuciowo, choć prawie jej nie znasz.  

– To już nieważne. I tak nic z tego nie będzie.  

– Przykro mi, synu – ojciec poklepał go po ramieniu.  

– Mnie również – uśmiechnął się Mitch, choć nie przyszło mu to łatwo. – Muszę myśleć o 

dzieciach. Nie ma sensu tracić czasu na związek z kobietą, która nie chce nawet spróbować.  

– Ale to wcale nie pomaga ci o niej zapomnieć, prawda? 

–  Niestety.  –  Mitch  sięgnął  po  pilota  od  telewizora  i  zmienił  kanał,  dając  ojcu  do 

zrozumienia, że to koniec rozmowy. Nie miał ochoty jej kontynuować, to było zbyt bolesne.  

W  milczeniu  słuchali  wiadomości.  Żaden  z  nich  nie  zauważył  Janis,  która  uciekła  na 

palcach do swego pokoju, po drodze wycierając łzy.  

background image

10 

 

Nazajutrz  Mitch  zrezygnował  z  lunchu  o  normalnej  porze  i  wykorzystał  ten  czas,  żeby 

pojechać  do  MediaTech.  Poprzedniego  dnia  pracował  do  późnej  nocy  nad  poprawkami  do 

bazy  danych,  jakich  zażądała  Caroline,  i  przed  dalszą  pracą  chciał  się  upewnić,  że  teraz 

wszystko jest w porządku. To, oczywiście, był tylko pretekst. Mitch zaniepokoił się słowami 

Janis i chciał sam sprawdzić, jak się rzeczy mają. Powtarzał sobie, że kieruje się tylko czysto 

policyjną  ciekawością,  ale  głęboko  w  sercu  pielęgnował  nadzieję,  że  być  może  Caroline 

pożałowała już swojej decyzji.  

Ponieważ zazwyczaj kontaktował się z doktorem Bergmanem i tym razem właściwie nie 

liczył,  że uda  mu się uzyskać audiencję u Caroline.  Miał  jednak szczęście.  Doktor  Bergman 

był zajęty, a gdy jego asystentka zaproponowała, że przekaże mu nowe materiały, odmówił  i 

skierował się do gabinetu Caroline.  

Sekretarka  Caroline  gdzieś  sobie  poszła,  co  Mitch  uznał  za  kolejny  uśmiech  fortuny. 

Zapukał  dwukrotnie  do  lekko  uchylonych  drzwi  gabinetu,  ale  nikt  nie  odpowiedział.  Na 

wszelki wypadek zajrzał do środka i z pewnym zdziwieniem zauważył, że Caroline siedzi za 

biurkiem. Była tak pochłonięta analizą wydruku komputerowego, że nie dosłyszała pukania i 

nie zwróciła uwagi na jego obecność.  

Mitch od razu zauważył, że Janis miała rację. Caroline była blada i wydawała się skrajnie 

znużona. Wyglądała tak, jakby nie spała przez kilka kolejnych nocy.  

Zawahał się, czy powinien jej przerywać, ale uznał, że musi wiedzieć, co się stało.  

– Caroline? 

– Co takiego? – Potrzebowała kilku sekund, żeby oprzytomnieć. Gdy wreszcie dotarło do 

niej,  że  to  Mitch,  na  chwilę  zaparło  jej  dech  w  piersiach.  –  O,  Mitch,  dzień  dobry  – 

wykrztusiła wreszcie.  

Gdyby  Grogan  mniej  się  o  nią  martwił,  pewnie  wybuchnąłby  śmiechem.  Wydawała  się 

tak zdziwiona i zaskoczona, jakby nagle spadła z innej planety. W pierwszej chwili wyraźnie 

się  ucieszyła,  ale  zaraz  się  opanowała.  To  zawsze  coś,  pomyślał  Mitch.  Choć  Caroline  nie 

chciała tego przyznać, wcale nie był jej obojętny.  

–  Dzień  dobry,  Caroline.  Przepraszam,  że  ci  przeszkadzam  –  powiedział,  stając  przy 

biurku. – Przyniosłem kolejną wersję bazy danych, ale doktor Bergman gdzieś wyszedł.  

–  Nie,  jest  w  pokoju  kontroli  komputera  –  odrzekła  po  chwili.  Miała  kłopoty  z 

odzyskaniem spokoju i opanowania.  

background image

–  Wobec  tego  może  zostawię  te  materiały  u  ciebie  –  zaproponował,  kładąc  na  biurku 

teczkę z notatkami.  

–  Dziękuję  ci.  Powiem  Bergmanowi,  żeby  jak  najszybciej  się  z  tobą  skontaktował  – 

przerwała  na  chwilę,  jakby  nie  mogła  się  zdecydować,  co  powiedzieć.  –  Bardzo  nam 

zaimponowałeś. Świetnie sobie radzisz.  

– Trudno byłoby dojść do tego wniosku, czytając twoje uwagi – odrzekł i bez zaproszenia 

usiadł na fotelu.  

– Bardzo cię przepraszam,  ale ta praca wymaga wielkiej dokładności.  Każda  informacja 

podana Scarlett poza kolejnością, może spowodować katastrofę.  

Katastrofę? To mocne słowo, pomyślał Mitch.  

– Caroline, co się stało? – spytał głośno.  

– Nic – odpowiedziała, wyraźnie zaskoczona tym pytaniem.  

– Nie wierzę.  

–  Mitch,  proszę  cię,  nie  zaczynaj  znowu  –  westchnęła.  –  Wiem,  że  bardzo  cię 

rozczarowałam, ale wydaje mi się, że jasno przedstawiłam stan moich uczuć.  

– Niewątpliwie, i właśnie dlatego nie próbowałem się z tobą spotykać. Tym razem jednak 

pytałem nie o ciebie, tylko o Scarlett – odrzekł, wskazując ręką na wyłączony monitor. – Dziś 

po raz pierwszy nie zauważyła mojej obecności i zapomniała się przywitać.  

–  Och,  przepraszam,  źle  cię  zrozumiałam  –  Caroline  zaczerwieniła  się  z  zakłopotania. 

Zerknęła na ekran.  – Chwilowo wyłączyliśmy wszystkie terminale.  Czynny  jest tylko jeden, 

w pokoju kontroli.  

– Dlaczego? 

– Kolejna awaria pamięci.  

–  Tym  razem  bardzo  poważna,  prawda?  –  spytał,  choć  znał  już  odpowiedź.  Sądząc  po 

wyglądzie Caroline, to musiała być prawdziwa katastrofa.  

– Bardzo. Przedwczoraj padła baza danych astronomicznych – powiedziała. – Chwilowo 

nawet nie próbujemy jej odtworzyć. Nie będziemy wprowadzać żadnych nowych informacji, 

dopóki nie znajdziemy przyczyny tej awarii.  

– Czy wobec tego mam przerwać pracę? 

– Nie, na tym etapie przerwa w pracy komputera nie ma dla ciebie znaczenia. Być może 

jednak będziemy musieli przesunąć termin wczytania opracowanej bazy danych.  

– Jesteś przerażona, prawda? – spytał cicho.  

– Tak – odpowiedziała, nim zdążyła się zastanowić. Chwila szczerości sprawiła jej ulgę. 

Wobec  swych  współpracowników  zachowywała  dobrą  minę,  a  prócz  tego  musiała  jeszcze 

background image

przekonywać  Boba  Stafforda,  że  to  nie  koniec  świata,  tylko  drobna  awaria.  Nie 

przypuszczała,  że  w  pewnym  momencie  będzie  potrzebowała,  aby  ktoś  powiedział  jej,  że 

wszystko się dobrze skończy.  

–  Niewiele  brakowało,  a  padłby  cały  system,  Mitch  –  szepnęła,  pochylając  się  nad 

biurkiem. – Gdybym nie zdążyła odłączyć układów logicznych, nastąpiłaby ogólna katastrofa.  

– Tak mi przykro, Caroline. Wiem, że nie tego się spodziewałaś.  

–  To  prawda.  Od  paru  miesięcy  codziennie  przychodzę  do  pracy  powtarzając  sobie,  że 

tego dnia już na pewno znajdę przyczynę problemów, usunę ją i będę mogła wyznaczyć datę 

publicznego  debiutu  Scarlett.  Niestety,  problem  wydaje  się  coraz  poważniejszy  i  termin 

zakończenia pracy stał się zupełnie nieokreślony.  

Mitch miał ochotę powiedzieć jej, że za bardzo zaangażowała się w tę pracę, ale nie mógł 

się na to zdobyć. To zresztą nie doprowadziłoby do niczego: dla Caroline nie istniała różnica 

między pracą i życiem.  

– Czy mogę ci jakoś pomóc? 

–  Nie  wiem,  co  mógłbyś  zrobić  –  westchnęła  ze  znużeniem.  –  Nikt  nie  może  machnąć 

czarodziejską  różdżką  i  sprawić  cudu.  Muszę  po  prostu  tak  długo  sprawdzać  program,  aż 

wreszcie znajdę błąd.  

– A jeśli to ci się nie uda? 

– To niemożliwe – orzechowe oczy Caroline skamieniały. – Wiem, że ten system będzie 

działał.  Cała  moja  kariera  od  tego  zależy.  Długo  namawiałam  inwestorów  i  zarząd,  aby 

zainwestowali  pieniądze  w  ten  projekt.  Według  niektórych  z  nich,  chciałam  zrealizować 

pomysły  z  zakresu  science-fiction.  Wiem,  że  jestem  o  krok  od  stworzenia  sztucznej 

inteligencji, i nie zamierzam się poddawać.  

– Caroline... – Mitch nie wiedział, czy powinien przygotować ją na przyjęcie ewentualnej 

porażki,  czy  też  raczej  zapewnić,  że  bez  wątpienia  rozwiąże  ten  problem.  A  może  byłoby 

najlepiej, gdyby po prostu ją przytulił i pozwolił się wypłakać? Niestety, dzieliło ich szerokie 

biurko  i  nie  mógł  zrealizować  tego  pomysłu,  choć  uważał,  że  każdy  człowiek  czasem 

potrzebuje słowa otuchy i przyjacielskiego gestu. Wiedział, że nim zdążyłby wstać z fotela  i 

obejść biurko, Caroline zamknęłaby się jak ostryga.  

–  Skoro  nie  mogę  ci  pomóc,  to  pozostaje  mi  tylko  nie  przeszkadzać  –  powiedział  w 

końcu. Nie wiedział, jak pokonać dzielącą ich przepaść.  

–  Dziękuję.  –  Caroline  wstała  i  wyszła  zza  biurka.  –  Jestem  ci  wdzięczna  za  poprawki. 

Przejrzeje, gdy tylko znajdę wolną chwilę.  

–  Nie  musisz  się  śpieszyć  –  odrzekł,  również  wstając  z  fotela.  –  Zapewne  uda  mi  się 

background image

przeżyć kilka dni bez czytania twoich irytujących uwag.  

– Irytujących? – Caroline zmarszczyła brwi. – Dlaczego tak uważasz? 

– Ponieważ równie dobrze mógłby napisać je ktoś zupełnie mi obcy.  

–  Przepraszam  cię,  Mitch  –  Caroline  opuściła  wzrok.  –  Wiem,  że  zachowuję  pewien 

dystans...  

– Pewien dystans? – przerwał jej. – Tak, mniej więcej taki jak stąd do Neptuna.  

– Wiesz dlaczego – odrzekła, zdobywając się na odwagę.  

– Bo zbyt silne naciskałem? 

– Ponieważ wzbudzasz we mnie uczucia, które....  

– Caroline,  musimy porozmawiać,  i to natychmiast! – przerwał  jej  jakiś ochrypły  męski 

głos.  

Niewiele  brakowało,  a  Mitch  głośno  by  zaklął.  Caroline  już  miała  powiedzieć  coś,  co 

musiałoby doprowadzić do szczerej rozmowy. Co wtedy? Akceptacja czy kolejna odmowa? 

Niestety,  to  już  na  zawsze  miało  pozostać  tajemnicą.  W  drzwiach  do  gabinetu  Caroline 

stał Bob Stafford. Miał taką minę, jakby chciał kogoś zamordować.  

– Co się stało? – Kobieta zbliżyła się do niego. Stafford zerknął na jej gościa.  

– Czy mam poczekać na korytarzu? – spytał Mitch.  

–  Nie,  możesz  zostać  –  odrzekł  Stafford  po  chwili  namysłu.  –  Jesteś  już  członkiem 

zespołu. Zresztą, wkrótce i tak byś się dowiedział.  

– Dowiedział? O czym? – wtrąciła Caroline. Stafford zamknął starannie drzwi.  

–  Dyrektor  The  Richmond  Group  właśnie  ogłosił,  że  zademonstrują  publicznie  system 

VIC – powiedział zimno.  

– Co takiego? To niemożliwe! – wykrzyknęła Caroline.  

–  Doprawdy?  Powiedz  to  dziennikarzowi  z  „PC  Imaging”,  który  właśnie  dzwonił  do 

mnie,  żeby  się  dowiedzieć,  co  MediaTech  sądzi  na  temat  pierwszego  optycznego, 

inteligentnego komputera.  

– To jakaś kaczka – stwierdziła Caroline, ale wyraźnie zbladła. – Niemożliwe, żeby VIC 

był już gotów.  

–  Czemu  zatem  The  Richmond  Group  organizuje  w  przyszłym  tygodniu  pokaz, 

zapraszając  tylko  wybranych  dziennikarzy,  swoich  głównych  inwestorów  i  paru  najbardziej 

znanych ludzi z branży? 

–  To  nie  mogło  się  zdarzyć  –  wymamrotała  Caroline,  wspierając  się  o  biurko.  –  To  po 

prostu niemożliwe.  

Mitch bez trudu zrozumiał, o co chodzi. Wcale się nie dziwił, że Caroline doznała szoku, 

background image

a  Stafford  wyglądał  tak,  jakby  za  chwilę  miał  wybuchnąć.  The  Richmond  Group  była 

największą konkurentką MediaTech. Jeśli rzeczywiście ich komputer optyczny był już gotów 

do  sprzedaży,  był  to  niezwykle  poważny  cios  dla  przedsiębiorstwa  zarządzanego  przez 

Stafforda.  Mogło  to  znaczyć,  że  grube  miliony  zainwestowane  w  projekt  Caroline  pójdą  w 

błoto.  Zarząd  mógł  łatwo  dojść  do  wniosku,  że  wobec  porażki  i  technicznych  kłopotów  z 

ukończeniem systemu OHARA, należy skasować projekt i ograniczyć dalsze straty.  

– Czy jest pan całkowicie pewien tych informacji, panie Stafford? – zapytał.  

– Tak – potwierdził dyrektor. – Po telefonie od dziennikarza sam zadzwoniłem do kilku 

znajomych. Dwie osoby, jedna z Cal-Techu, druga z Computer Labs, przyznały, że otrzymały 

zaproszenie na pokaz.  

– Dlaczego zatem my nic o tym nie wiemy? – zdziwiła się Caroline. – Takich wiadomości 

nie można długo utrzymać w sekrecie.  

– Z tego, co wiem, Richmond przeprowadził błyskawiczną akcję.  

– To ma być prewencyjne uderzenie – gniewnie prychnęła Caroline.  

– Też tak myślę. Randall Thalberg powiedział mi, że dostał zaproszenie dopiero wczoraj.  

– Kiedy ma odbyć się pokaz? 

– W poniedziałek.  

– Przecież to absurd! – wykrzyknęła Caroline. – Zawsze byliśmy daleko przed nimi! 

–  Te  czasy  minęły  –  Stafford  nie  próbował  skryć  sarkazmu.  –  Najwyraźniej  Howard 

Richmond zaprojektował swój komputer bez żadnych błędów.  

To był prawdziwy policzek.  

–  Caroline,  co  to  takiego  VIC?  –  spytał  Mitch,  mając  nadzieję,  że  w  ten  sposób 

powstrzyma wybuch.  

– Verbally Interactive Computer – odpowiedziała, patrząc na niego tak, jakby był jakimś 

przedmiotem.  –  The  Richmond  Group  starała  się  zrealizować  ten  sam  schemat  co  my,  ale 

uruchomili swój komputer optyczny w rok po tym, jak skończyliśmy budować OHARA.  

– Czy zamierzali również stworzyć taki sam program jak Scarlett? 

– Tak, ale również pozostali daleko w tyle.  Dziesięć  miesięcy temu dowiedzieliśmy się, 

że padła ich podstawowa baza danych. Nie mogli jej tak szybko zrekonstruować.  

– Takie plotki są często zupełnie bezpodstawne – zauważył spokojnie Mitch.  

–  Nie  tym  razem  –  odrzekła.  –  Trzy  dni  później  Richmond  zwolnił  swoich  dwóch 

głównych programistów, odpowiedzialnych za opracowanie bazy danych. Jeden z nich tak się 

wściekł, że poszedł z tym do prasy.  

– Może to tylko zemsta zwolnionego pracownika? 

background image

–  Nie.  Mówię  ci,  Mitch,  że  VIC  padł!  Zaprojektowana  przez  nich  baza  nie  mogła 

pomieścić  wszystkich  informacji,  jakie  usiłowali  w  nią  wtłoczyć.  Richmond  nie  mógł 

skończyć  VIC-a,  chyba  że...  –  Caroline  urwała,  a  jej  twarz  wyraźnie  stężała.  –  Chyba  że 

zdobyli sprawną bazę danych z innego źródła.  

– Powoli, Caroline – powiedział Mitch. – Czy chcesz w ten sposób powiedzieć, że...  

–  Pozwól  jej  dokończyć  –  wtrącił  Stafford.  –  Szczerze  mówiąc,  jestem  zaskoczony,  że 

Caroline  dopiero  teraz  o  tym  pomyślała.  To  była  moja  pierwsza  myśl  po  tym,  jak 

dowiedziałem się o pokazie.  

– Jest tylko jedno wyjaśnienie – Caroline usiłowała przekonać Mitcha. Gorąco pragnęła, 

aby jej uwierzył. – W jakiś sposób Howard Richmond dobrał się do Scarlett.  

Grogan  uznał,  że  ma  do  wyboru  trzy  interpretacje.  Po  pierwsze,  być  może  Caroline 

przesadza i błędnie ocenia sytuację. Po drugie, być może po prostu nie umie przegrywać. Po 

trzecie,  być  może  ma rację.  Mitch  nie  chciał z góry odrzucać  jej podejrzeń,  ale wiedział, że 

jeśli nawet ma rację, to nie powinna tego głośno mówić.  

– Caroline,  bez  jakiegoś dowodu to stwierdzenie  jest oszczerstwem – ostrzegł  ją.  –  Czy 

masz dowody? 

– Jeszcze nie, ale będę miała.  

– W  jaki sposób zamierzasz  je  zdobyć? Chcesz  napaść  na  biuro The Richmond Group  i 

zmusić torturami Howarda, aby się przyznał? 

– Czy masz mnie za idiotkę, Mitch? – Caroline przeszyła go wzrokiem. – Dobrze wiem, 

jak trudno jest dowieść szpiegostwa przemysłowego.  

– Wobec tego przestań wysuwać takie oskarżenia, bo ktoś cię pozwie o oszczerstwo.  

– Dlaczego? Zamierzasz rozgłosić, o czym tutaj mówiliśmy? 

–  Po  prostu  nie  chcę,  abyś  chlapnęła  coś,  czego mogłabyś  później  żałować  –  cierpliwie 

przekonywał ją Mitch.  

– Nie zamierzam się poddawać! 

– Wcale tego nie sugeruję. Po prostu uważaj, co i do kogo mówisz, zgoda? – odrzekł.  – 

Nie zapominaj, że jestem również policjantem.  

– Wobec tego sam coś zrób! 

–  Na  jakiej  podstawie?  Mam  się  oprzeć  na  twoim  wewnętrznym  przekonaniu,  iż  The 

Richmond  Group  nie  mogło  cię  dogonić?  To  nie  jest  dostateczna  podstawa  do  rozpoczęcia 

śledztwa.  

– On ma rację, Caroline – dodał Stafford. – W tej chwili nie posiadamy żadnego dowodu, 

że Richmond  naruszył prawo.  Nie  możemy złożyć oficjalnej  skargi  bez konkretnych  śladów 

background image

czy choćby poszlak.  

– Zróbcie wewnętrzne śledztwo – poradził Mitch. – Ed Newton z pewnością wie, czego 

powinien  szukać.  Jeśli  ktoś  z  MediaTech  sprzedał  komuś  tajemnicę,  to  musiał  pozostać  po 

tym pewien ślad.  

– Doskonale – Caroline była wyraźnie zła z powodu reakcji Mitcha na całą sytuację. – W 

poniedziałek  Ed  wraca  z  wakacji.  Bob,  masz  mu  powiedzieć,  aby  zajął  się  dochodzeniem. 

Tymczasem nie mam zamiaru siedzieć z założonymi rękami – prychnęła i podeszła do biurka.  

– Co zamierzasz? – spytał Mitch.  

– Umówić się na spotkanie z Vikiem – odrzekła, podnosząc słuchawkę telefonu.  

– W jaki sposób? 

Caroline zmierzyła go ostrym wzrokiem.  

– Lepiej, żeby pan o tym nie wiedział, poruczniku Grogan! 

W  ciągu  kilku  minut  Mitch  został  zdegradowany  z  rangi  współpracownika  do  pozycji 

zwykłego człowieka z zewnątrz.  

–  Caroline,  lepiej  uważaj!  –  ostrzegł  ją  ponownie.  –  Możesz  się  łatwo  sama  narazić  na 

zarzut szpiegostwa! Nie powinnaś ryzykować! 

– Nie  martw się,  wiem,  co robię – odpowiedziała zimno.  – Gdy zdobędę  już dowód, że 

Howard ukradł oprogramowanie, natychmiast cię zawiadomię.  

Uznał,  że  będzie  lepiej,  jeśli  natychmiast  wyjdzie.  Postanowił  zerwać  umowę  z 

MediaTech. Mogło jeszcze dojść do otwarcia urzędowego śledztwa, a w takim wypadku jego 

związek z firmą Caroline stałby się kłopotliwy.  

– W porządku,  ale  bądź ostrożna – Mitch spojrzał  na Stafforda  z wyraźną desperacją.  – 

Niech pan pilnuje, żeby nie zrobiła jakiegoś głupstwa, dobrze? 

– Do widzenia, Mitch – pożegnała go chłodno, nim Stafford zdążył coś powiedzieć.  

– Do widzenia. – Mężczyzna odwrócił się i wyszedł. Stafford zamknął za nim drzwi.  

– Co zamierzasz? – spytał Caroline.  

– Dzwonię do Evana – odrzekła, wykręcając numer telefonu eksmęża. – Zmuszę go, żeby 

zorganizował mi prywatną sesję z Vikiem.  

 

Caroline poznała Evana Converse na krótko przed swoim trzecim doktoratem. Była wtedy 

poważną, praktyczną, dwudziestodwuletnią dziewicą; w całym swoim dotychczasowym życiu 

była na randce może z pięć razy. Evan miał dwadzieścia pięć lat i również kończył doktorat z 

nauk komputerowych.  Jego rozprawa dotyczyła  budowy komputera zdolnego do rozumienia 

mowy, co znakomicie uzupełniało pracę Caroline na temat sztucznej inteligencji.  

background image

Początkowo  Caroline  sądziła,  że  trudno  o  lepiej  dobrane  małżeństwo.  Converse  był, 

podobnie jak ona, ostrożny i praktyczny w sprawach życiowych, a jednak snuł dokładnie takie 

same  marzenia.  Udało  mu  się  przekonać  Caroline,  że  razem  zbudują  pierwszy  na  świecie 

komputer, z którym można by się porozumiewać za pomocą mowy. W rzeczywistości jednak 

nie  musiał  jej  wcale  przekonywać  –  Caroline  zawsze  o tym  marzyła  i  nigdy  nie  wątpiła,  że 

zrealizuje to marzenie, sama lub z czyjąś pomocą. Uznała natomiast, że podjęcie współpracy 

z kimś, kto mógłby jej pomóc w pokonaniu przeszkód, jest sensownym pomysłem.  

W  ten  sposób  zdołała  przekonać  siebie,  że  jest  zakochana  w  Evanie  i  dokładnie  z  tego 

powodu ich małżeństwo zakończyło się klęską. Mąż wprawdzie marzył o tym samym co ona, 

ale  w  praktyce  niewiele  potrafił  jej  pomóc  w  rozwiązywaniu  trudnych  problemów 

konstrukcyjnych. Nie okazał się również partnerem zdolnym do podtrzymania jej w chwilach 

zwątpienia.  Wręcz  przeciwnie,  w  miarę  postępującego  rozkładu  ich  małżeństwa,  Evan  w 

coraz większym stopniu stawał się dla niej obciążeniem, przede wszystkim dlatego, że nie był 

w stanie spokojnie uznać jej wyższości intelektualnej. Jego zawiść zatruła domową atmosferę.  

Ostateczny  kryzys  w  ich  związku  nastąpił,  gdy  Caroline  zaszła  w  ciążę.  Evan  nie  mógł 

zrozumieć,  dlaczego  żona  nie  chce  się  zgodzić  na  aborcję,  skoro  cały  ich  czas  pochłaniały 

badania naukowe. Caroline nie dała się przekonać i Evanowi nie pozostało do zrobienia nic, 

jak tylko narzekać.  

Gdy  Caroline  poroniła  w  szóstym  miesiącu,  w  naturalny  sposób  oczekiwała  od  męża 

pomocy  i  wsparcia  psychicznego.  Natychmiast  jednak  przekonała  się,  że  Evan  jest  bardzo 

zadowolony, iż teraz nic nie będzie odciągać jej od pracy.  

W  miesiąc później złożyła pozew o rozwód. Evan początkowo się opierał  i próbował  ją 

odzyskać,  ale  w  końcu  pogodził  się  z  myślą,  że  rozwód  jest  nieunikniony.  Po  rozstaniu 

Caroline  przyjęła  propozycję  objęcia  stanowiska  głównego  projektanta  w  MediaTech,  gdzie 

miała się zająć zbudowaniem optycznego komputera. Niestety, Evanowi powiodło się gorzej. 

Minął  rok,  nim  wreszcie  znalazł  odpowiednią  pracę  w  The  Richmond  Group,  gdzie 

powierzono mu zaprojektowanie procesora zdolnego do komunikacji za pomocą mowy.  

Caroline  spodziewała  się,  że  Evan  będzie  jej  zazdrościł  pozycji  związanej  ze  znacznie 

większą władzą i odpowiedzialnością, ale tym razem się pomyliła. Gdy ochłonęli po procesie 

rozwodowym, okazało się, że są w stanie nadal się przyjaźnić. Nie spotykali się wprawdzie na 

gruncie towarzyskim, ale przede wszystkim dlatego, że oboje prawie całkowicie zrezygnowali 

z takich kontaktów. Od czasu do czasu Evan wpadał do niej, aby porozmawiać i dowiedzieć 

się, co słychać. Wszystko odbywało się w niezwykle kulturalny sposób i Caroline była z tego 

zadowolona.  Wcale  nie  nienawidziła  byłego  męża,  trudno było  nawet powiedzieć,  że go nie 

background image

lubi. Po prostu nie powinna była wychodzić za niego za mąż.  

Caroline  wiedziała,  że  próba  wykorzystania  znajomości  z  Evanem  w  celu  zyskania 

dostępu  do  systemu  VIC-a  postawi  go  w  trudnej  sytuacji,  ale  niewiele  ją  to  obchodziło.  Po 

prostu musiała zobaczyć komputer  konkurentów, i to przed publicznym pokazem. Gdyby to 

jej się nie udało, musiała przynajmniej zdobyć zaproszenie.  

Niestety, gdy zadzwoniła do The Richmond Group, okazało się, że doktora Converse nie 

ma w pracy. Caroline wolała nie zdradzać swego nazwiska, nie mogła więc zostawić żadnej 

wiadomości.  Zamiast  tego  zadzwoniła  do  Evana  do  domu  i  nagrała  na  automatyczną 

sekretarkę prośbę, aby czym prędzej do niej zatelefonował.  

Przez cały weekend Evan się nie odezwał. Caroline uznała, że pewnie wyjechał, i zaczęła 

gorączkowo  poszukiwać  innego  sposobu,  aby  uzyskać  zaproszenie.  Obdzwoniła  wszystkich 

przyjaciół  i  znajomych,  aż  w  końcu  znalazła  kogoś,  kto  dostał  zaproszenie,  lecz  nie  mógł  z 

niego skorzystać.  

W  ten  sposób  w  poniedziałek  o  czwartej  po  południu  Caroline  znalazła  się  w  The 

Richmond  Group  i  przedstawiła  się  wartownikowi  jako  doktor  Leister.  Przechodząc  przez 

przestronny,  ultranowoczesny  hol  myślała,  że  skoro  Grogan  potrzebuje  dowodu  kradzieży, 

ona mu go dostarczy, i to niezależnie od tego, ile to ją będzie kosztować.  

background image

11 

 

W  holu  kręciło  się  już  kilkanaście  osób,  popijając  szampana  i  czekając,  aby  sprawdzić, 

czy  szumny  opis  zawarty  w  rozesłanych  zaproszeniach  odpowiada  rzeczywistości.  Caroline 

znała większość zebranych; byli wśród nich najwybitniejsi uczeni od komputerów.  

Wzięła podany przez kelnera kieliszek szampana i ruszyła w stronę grupki kolegów.  

–  Doktor  Hunter,  jak  się  cieszę,  że  panią  widzę  –  zastąpił  jej  drogę  Paul  Bradley, 

dziennikarz z „PC Imaging”. – Węszy pani, co u konkurencji? 

–  Przyszłam  z  ciekawości,  tak  jak  wszyscy  –  odpowiedziała.  Nie  miała  ochoty  na 

rozmowy z dziennikarzami. Spróbowała go ominąć, ale Bradley był uparty.  

–  Bob  Stafford  nie  chciał  skomentować  wiadomości  na  temat  dzisiejszego  pokazu.  Czy 

pani zechciałaby coś powiedzieć? 

– Wolę poczekać, aż zobaczę, jak działa Vic.  

– Jest pani zazdrosna? 

–  Sam  pan  wie,  że  to  wykluczone.  –  Niewiele  brakowało,  a  Caroline  zazgrzytałaby 

zębami. – Jestem zawsze gotowa pochwalić każde prawdziwe osiągnięcie, które przybliża nas 

do rozwiązania problemu sztucznej inteligencji.  

– To bardzo słuszne  i  niezobowiązujące  stwierdzenie – uśmiechnął  się Paul. – Niestety, 

nie nadaje się do zacytowania.  

– Właśnie dlatego to powiedziałam – odrzekła z miłym uśmiechem i podeszła do grupki 

ekspertów  komputerowych,  których  poznała  już  w  początkach  swojej  kariery.  Dzwoniła  do 

niektórych z nich, starając się o zaproszenie, ale dopóki nie dowiedziała się, czy wybierają się 

na pokaz, rozmawiała z nimi w taki sposób, aby nie mogli się domyślić, czy ona również jest 

zaproszona.  Dzięki temu teraz nikt nie  był zdziwiony  jej widokiem.  Było to zresztą w pełni 

naturalne,  gdyż  w  holu  widać  było  przedstawicieli  wielu  innych  firm,  konkurujących  z  The 

Richmond Group.  

Na  ogół  wszyscy  byli  bardzo  zdziwieni,  że  The  Richmond  Group  wygrało  wyścig  z 

MediaTech. Większość ekspertów spodziewała się zwycięstwa Caroline.  

Howard Richmond dołożył starań, aby pokaz wypadł uroczyście. I nikogo to nie dziwiło. 

Dotychczas większość specjalistów uważała The Richmond Group za hałaśliwą, lecz niezbyt 

poważną  firmę.  Howard  był  niewątpliwie  bardzo  szczęśliwy,  że  wreszcie  może  utrzeć  nosa 

swym przeciwnikom.  

Przysłuchując  się  rozmowom,  Caroline  starała  się  zapomnieć  o  zdenerwowaniu. 

background image

Rozglądała się wokół, poszukując Evana. Chciała z nim porozmawiać, mimo że wydawało się 

jej nieprawdopodobne, aby wiedział o kradzieży, jeśli rzeczywiście miała ona miejsce. Evan 

miał swoje wady, ale był człowiekiem uczciwym i nigdy nie zgodziłby się na współudział w 

przestępstwie.  Ponieważ  nie  był głównym projektantem, nie  było powodu,  aby znał prawdę. 

Najprawdopodobniej znało ją tylko parę osób w całej The Richmond Group.  

Było  natomiast  możliwe,  że Evan umożliwiłby  jej zapoznanie  się z  systemem  VIC-a  na 

osobności.  Caroline  bardzo wątpiła,  czy podczas  publicznego pokazu uda się  jej dowiedzieć 

czegoś istotnego, a potrzebowała niewątpliwych dowodów kradzieży. Mogła je zdobyć tylko 

wtedy,  gdyby  udało  się  jej  zbadać  bazę  danych  komputera  i  porównać  ją  ze  Scarlett.  Nic 

innego nie przekonałoby sędziego.  

Niestety, Evana nie było nigdzie widać. Zamiast niego Caroline zauważyła dobrze znaną 

wysoką postać z szerokimi ramionami i bujną czupryną. Niewiele brakowało, a na ten widok 

upuściłaby kieliszek.  

– Bardzo przepraszam – powiedziała do kolegi, z którym właśnie rozmawiała,  po czym 

podeszła do mężczyzny.  

– Mitch? – Grogan odwrócił się w jej stronę i Caroline poczuła, że serce podchodzi jej do 

gardła.  Więc  jednak  przyszedł!  Mimo  sceptycznych  uwag,  przyszedł  na  pokaz!  –  Co  ty  tu 

robisz? – spytała.  

– Jak  już ci powiedziałem,  lubię wiedzieć,  co się dzieje  w obszarze  mojej  jurysdykcji  – 

odrzekł z szerokim uśmiechem. Nie miał wątpliwości, że ucieszyła się na jego widok.  

– Jak zdobyłeś zaproszenie? 

– Mam swoje metody – odrzekł z przebiegłym uśmiechem. – Zajmuję się przestępstwami 

komputerowymi  już  od  dawna  i  mam  w  tej  branży  wielu  znajomych,  na  których  mogę 

polegać.  Na  moje  seminarium  o  zabezpieczaniu  przedsiębiorstw  przychodziło  wielu  szefów 

ochrony, nie tylko Ed Newton. A co z tobą? Może będzie lepiej, jeśli nie spytam, skąd masz 

zaproszenie? 

Caroline  uznała,  że  może  powiedzieć  mu  prawdę.  W  końcu  jedyne  wykroczenie,  jakie 

popełniła, to podanie wartownikowi fałszywego nazwiska.  

–  Mitch,  czy  przyszedłeś  tu,  bo...  bo  mi  uwierzyłeś?  –  spytała.  Nie  chciała  robić  sobie 

nadmiernych nadziei, ale to jedno musiała wiedzieć.  

– Sz... cicho – Mitch położył jej palec na ustach. – Tutaj lepiej nie rozmawiajmy o takich 

sprawach.  

Caroline rozejrzała się wokół. W pobliżu stało kilku dziennikarzy. Miała wrażenie, że nie 

zwracają na nią uwagi, ale wolała nie ryzykować. Nie miała ochoty zobaczyć następnego dnia 

background image

wielkich nagłówków typu „Doktor Hunter oskarża konkurencję o kradzież”.  

Kiwnęła  głową  na  zgodę,  ale  w  głębi  serca  była  bardzo  rozczarowana.  Zachowanie 

Grogana podczas ich rozmowy w MediaTech zraniło ją głęboko. Liczyła na jego poparcie.  

Albo  przypadkiem,  albo  celowo,  Mitch  odwrócił  jej  uwagę  od  zbliżającego  się  pokazu 

opowieściami  o  dzieciach.  Zaczęły  się  już  wakacje.  Sam  niemal  cały  czas  włóczył  się  po 

okolicy,  Rutnann  już  stęskniła  się  za  przedszkolem,  a  Janis...  Po  pierwszym  dniu  pracy  w 

MediaTech  przez  cały  wieczór  opowiadała,  jak  tam  wspaniale,  ale  później  się  uspokoiła. 

Faktycznie, trudno z niej było wyciągnąć choć słowo na temat pracy. Podobnie jak Caroline, 

Janis często zamykała się w swoim prywatnym, matematycznym świecie i nie zwracała uwagi 

na otoczenie.  

Caroline usiłowała skupić uwagę na jego słowach, ale właściwie nie rozumiała, co do niej 

mówi.  Natomiast  niski  ton  głosu  podziałał  na  nią  uspokajająco.  Była  zadowolona,  że 

przyszedł, choć nie wiedziała jeszcze, dlaczego to zrobił.  

W tym  momencie w  holu pokazał  się wreszcie Howard  Richmond.  Zachowywał się  jak 

książę  otoczony  tłumem  poddanych.  Caroline  poczuła,  że  znów  się  denerwuje.  Nigdy  nie 

lubiła tego faceta, a teraz miała w swoim przekonaniu wszelkie powody, żeby go nienawidzić. 

W  jego  szarmanckich  manierach  i  łatwym  uśmiechu  było  coś  fałszywego.  Śmiał  się  tylko 

ustami,  jego  oczy  pozostawały  zimne  i  przenikliwe.  Według  Caroline,  był  wyrachowanym 

graczem.  Patrzyła,  jak  Howard  przebija  się  przez  tłum  w  jej  kierunku  i  usilnie  próbowała 

zapanować nad nerwami.  

Wyraz  jego  twarzy,  gdy  dostrzegł  ją  wśród  gości,  był  dla  Caroline  wystarczającym 

uzasadnieniem trudów, jakie kosztowało ją zdobycie zaproszenia. Na krótką chwilę z twarzy 

Howarda  zniknął  uśmiech,  a  w  jego  oczach  pojawiło  się  zaskoczenie  i  strach.  Szybko  się 

opanował, ale ona wiedziała już, że Richmond się przestraszył.  

– Caroline, jak miło, że przyszłaś – powiedział, podając jej rękę.  

– Dziękuję, Howardzie – zmusiła się do uniesienia dłoni.  

– Jestem ci wdzięczna za zaproszenie.  

Mężczyzna  wyglądał  tak,  jakby  chciał  zaprotestować,  ale  wokół  było  zbyt  wielu 

dziennikarzy.  Caroline  zaryzykowała,  stawiając  na  to,  że  Howard  nie  zechce  się  narazić  na 

publiczną awanturę. Miała rację.  

– Wydaje mi się, że jeszcze nigdy się nie spotkaliśmy – Howard zwrócił się do Mitcha.  

– To Mitch Grogan – wyjaśniła mu Caroline. – Mój stary przyjaciel.  

–  Och,  cieszę  się  ze  spotkania  pana,  panie  Grogan.  Mam  nadzieję,  że  spodoba  się  panu 

pokaz. – Spojrzał na Caroline.  

background image

– Jestem pewien, że dla ciebie będzie to fascynujące wydarzenie, moja droga.  

Nie czekając na odpowiedź, podszedł do następnej grupki gości.  

– Czemu nie powiedziałaś mu, kim jestem? – zainteresował się Mitch.  

– Przecież wyjaśniłam, że jesteś moim przyjacielem – odrzekła z niewinnym uśmiechem. 

– To prawda, mam nadzieję? 

– Prawda, choć chyba za wcześnie mówić o starej przyjaźni.  

Tym  razem  Caroline  się  nie  zarumieniła,  choć  Mitch  patrzył  na  nią  w  swój  zwykły, 

prowokacyjny sposób. Myślała o czekającym  ją starciu z Howardem i wolała nie rozpraszać 

się na głupstwa.  

–  Pomyślałam,  że  będzie  lepiej,  jeśli  Richmond  nie  dowie  się  jeszcze  o  moich 

podejrzeniach – wyjaśniła Mitchowi.  

– Wystarczy, że jest zaciekawiony.  

–  Caroline,  przecież  z  pewnością  wie,  że  go  podejrzewasz  –  odrzekł  Mitch.  Mówił 

szeptem. – Inaczej by cię zaprosił.  

–  No  cóż,  jeśli  okaże  się,  że  mam  rację...  wiesz,  o  czym  mówię,  to  Howard  jeszcze 

pożałuje swoich błędów.  

Nim  Mitch  zdążył  odpowiedzieć,  Richmond  poprosił  wszystkich  o  uwagę.  Otworzył 

drzwi  do  niewielkiej  sali  wykładowej  i  zaprosił  tam  gości.  Po  bokach  podestu  siedzieli 

konstruktorzy  i  programiści,  odpowiedzialni  za  poszczególne  fragmenty  systemu  VIC-a.  Na 

środku, jaskrawo oświetlony, stał niewielki komputer, monitor i klawiatura.  

Caroline  i  Mitch  usiedli  w  czwartym  rzędzie,  pośrodku.  Wprawdzie  Caroline  wolałaby 

siedzieć  bliżej, ale  nie  miało to większego znaczenia.  W sali  było tylko siedemdziesiąt pięć 

miejsc i wszyscy dobrze widzieli podium.  

Howard Richmond wszedł na scenę. Zachowywał się niczym karnawałowy wodzirej.  

–  Panie  i  panowie,  gdy  w  1990  roku  w  Bell  Laboratories  udowodniono,  że  można 

zbudować optyczny komputer  cyfrowy, rozpoczął się wyścig, kto pierwszy skonstruuje taką 

maszynę, zwiastując nadejście nowej rewolucji technicznej, o jakiej marzył na przykład Isaac 

Asimov. Panie i panowie, chciałbym przedstawić państwu zwycięzcę tego wyścigu. Oto Vic, 

pierwszy komputer zdolny do rozumienia mowy. Proszę podziwiać jego umiejętności.  

Jeśli Howard oczekiwał oklasków, to gorzko się zawiódł. Sceptyczni widzowie czekali na 

dowody. Richmond zwrócił się do komputera.  

– Dzień dobry, Vic.  

– Dzień dobry, doktorze Richmond.  

– Vic, mamy tu licznych gości, którzy chcieliby się czegoś o tobie dowiedzieć.  

background image

– Cóż takiego chcieliby wiedzieć? – Komputer mówił niskim, męskim głosem.  

– Powiedz im, jak zostałeś zbudowany i co jest twoim zadaniem.  

Ku zdumieniu gości, Vic posłusznie wykonał polecenie. Tylko Caroline i Mitch nie byli 

tym zaskoczeni. Caroline siedziała spięta, mocno zaciskając pięści. Gdy mężczyzna delikatnie 

pogłaskał wierzch jej dłoni, kurczowo chwyciła go za rękę.  

Mitch  głaskał  wolnym  kciukiem  jej  rękę,  ale  niemal  całą  uwagę  skupił  na  ocenie 

odpowiedzi  Vica.  Richmond  zadawał  mu  serię  pytań.  Męski  głos  komputera  był  wyraźnie 

inny niż głos Scarlett. Brakowało mu płynności, poszczególne słowa wydawały się niezależne 

od  pozostałych,  mówił  bez  śladu  intonacji.  W  przeciwieństwie  do  Scarlett,  która  idealnie 

naśladowała głos ludzki, nikt nie mógł mieć wątpliwości, że Vic to maszyna.  

Mitch  wiedział,  że  sprawa  głosu  ma  drugorzędne  znaczenie  dla  pytania,  czy  Vic 

wykorzystuje rozwiązania ze Scarlett. W obu komputerach symulator mowy działał zupełnie 

niezależnie od głównej bazy. Vic odpowiadał na pytania poprawnie i bez wysiłku. To robiło 

wrażenie.  

W końcu Richmond odsunął się nieco na bok i zaprosił gości do zadawania pytań. Inaczej 

nie przekonałby nikogo, że odpowiedzi komputera nie zostały wcześniej nagrane na dysk. To 

była okazja, na którą czekała Caroline.  

Ktoś spytał Vica, ile elementarnych operacji na sekundę jest w stanie wykonać. Kto inny 

spytał o pojemność pamięci.  

–  Vic,  jaka  jest  dokładna  dziesiętna  wartość  ułamka  dwie  jedenaste?  –  padło  następne 

pytanie.  W  sali  rozległ  się  głośny  szmer,  ale  zaraz  zapadła  cisza.  Wszyscy  niespokojnie 

czekali na odpowiedź.  

– Czy jesteś pewien, że chcesz, abym zaczaj ten rachunek? Ułamek ten ma nieskończone 

rozwinięcie  dziesiętne,  zero  przecinek  jeden,  osiem,  jeden,  osiem  i  tak  w  nieskończoność. 

Należałoby raczej podać żądaną dokładność rozwinięcia.  

Żaden normalny komputer nie byłby w stanie udzielić takiej odpowiedzi. Wszyscy zaczęli 

bić  brawo,  tylko  Caroline  zacisnęła  konwulsyjnie  palce  na  dłoni  Mitcha.  Była  blada  z 

wściekłości. Mitch miał wrażenie, że nie może się doczekać, żeby zadać swoje pytanie.  

W  parę  minut  później,  po  kolejnej  serii  pytań,  uznała,  że  przyszła  kolej  na  nią.  Gdy 

wstała, Mitch wstrzymał oddech. Nie miał pojęcia, co ona zamierza powiedzieć.  

– Vic, czy masz jakichś przyjaciół, a jeśli tak, to czy mógłbyś ich wymienić? – Caroline 

niemal krzyknęła.  

Grogan odetchnął.  Jego zdaniem,  nie  zabrzmiało  to zbyt groźnie,  ale Richmond  miał  na 

ten temat inne zdanie.  

background image

– Vic, zatrzymaj się – rozkazał, nim komputer zdążył odpowiedzieć, po czym uśmiechnął 

się  pobłażliwie  do  Caroline.  –  Proszę  pani,  to  jest  komputer,  a  nie  członek  klubu  ludzi 

samotnych.  Jestem  pewien,  że  wszyscy  z  państwa  zgodzą  się  ze  mną,  iż  trudno  oczekiwać, 

aby komputer miał przyjaciół lub choćby rozumiał pojęcie przyjaźni.  

Tu  i  ówdzie  rozległy  się  śmiechy.  Parę  osób  spojrzało  na  Caroline  z  wyraźnym 

zdziwieniem. Richmond nie dał jej drugiej szansy.  

– Czy są jeszcze jakieś pytania? Proszę podnosić ręce, bardzo proszę – powiedział. Od tej 

chwili wywoływał pytających po nazwisku  i w pełni kontrolował  sytuację.  Trwało to ponad 

godzinę, aż wreszcie Richmond uprzejmie stwierdził, że chyba już pora  napić się szampana. 

Pokaz dobiegł końca.  

Wszyscy wstali i zaczęli klaskać, jednocześnie komentując działanie nowego komputera. 

W głosach zebranych ekspertów słychać było podniecenie i zaskoczenie. Caroline nie mogła 

tego  wytrzymać,  miała  ochotę  krzyczeć.  Chciała  powiedzieć  tym  wszystkim  durniom,  że 

oklaskiwali efekt  jej wysiłków,  a nie tego złodzieja  i  szarlatana Richmonda.  W  jakiś  sposób 

zdołał  ukraść  Scarlett  i  teraz  bezczelnie  zademonstrował  ją  światu  jako  swoje  dzieło.  Nie 

ujdzie mu to na sucho! Postanowiła, że niezależnie od wszystkich okoliczności udowodni, iż 

Richmond jest złodziejem, i dopilnuje, aby dostał maksymalny wyrok.  

Caroline  była  taka  wściekła,  że  nawet  nie  zauważyła,  kiedy  Mitch  chwycił  ją  za  rękę  i 

pociągnął w stronę wyjścia. Gdy wreszcie na niego spojrzała, dostrzegł w jej oczach furię.  

– Mitch...  

–  Nie  tutaj,  Caroline  –  pokręcił  głową.  –  Musimy  porozmawiać  w  jakimś  spokojnym 

miejscu.  

– Może u mnie? – zaproponowała. Wiedziała, że mężczyzna ma rację.  

– Będę u ciebie za pół godziny.  

– Nie, chwileczkę, jeszcze muszę coś załatwić.  

–  Tylko  nie  próbuj  konfrontacji  z  Richmondem  –  syknął.  To  nie  była  prośba,  tylko 

polecenie.  

– Nie zamierzam – Caroline  sama wiedziała,  że to byłaby głupota. – Jest tu ktoś,  z kim 

muszę porozmawiać.  

– Kto? 

Zamiast  odpowiedzieć,  Caroline  rozejrzała  się  wokół  wypatrując  swego  eksmęża.  Evan 

Converse stał po drugiej stronie holu. Ruszyła w jego stronę.  

Mitch  wolał  nie  zostawiać  jej  samej.  Po  drodze  zastanawiał  się,  co  też ona  wymyśliła  i 

kim  jest  ten  wysoki  szczupły  mężczyzna  w  okularach,  z  którym  najwyraźniej  chciała 

background image

porozmawiać.  

– Cześć, Evan.  

Mężczyzna szczerze ucieszył się ze spotkania. Uśmiechnął się i ucałował ją w policzek.  

– Caroline! Jak się masz? 

– Wciąż jestem w stanie szoku. Ten twój komputer świetnie się zaprezentował.  

– Dziękuję, ale to nie jest mój komputer. Jestem tylko członkiem zespołu.  

– Nie bądź taki skromny. Wykonaliście wspaniałą robotę.  

– Dziękuję ci, Caroline. – Evan znów pocałował ją w policzek. – Twoja pochwała ma dla 

mnie wielkie znaczenie. Posłuchaj... bardzo przepraszam, że nie odezwałem się do ciebie, ale 

to  był  zwariowany  weekend.  Miałem  na  głowie  przygotowania  do  pokazu  i  nowy  problem, 

którym właśnie zacząłem  się zajmować... Czy wiesz,  że  Howard  powierzył  mi opracowanie 

nowej wersji VTPa dla robota, którego właśnie projektujemy? 

– Nie wiedziałam.  

– Co to takiego VIP? – wtrącił Mitch, głównie po to, aby zwrócić na siebie uwagę.  

– Przepraszam, ale nie pamiętam, abyśmy się kiedyś poznali – odrzekł Evan, mierząc go 

uważnym spojrzeniem.  

– Przepraszam – wtrąciła Caroline. – Zupełnie zapomniałam was przedstawić. To Mitch 

Grogan, mój bliski przyjaciel.  

– Grogan... Gdzieś słyszałem to nazwisko... Czy pracuje pan w MediaTech? 

– Owszem, wykonuję dla nich pewne zlecenie – odpowiedział ostrożnie Mitch. Caroline 

miała  rację,  zachowując  w  tajemnicy  fakt,  że  podzieliła  się  swymi  podejrzeniami  z  policją. 

Powinni się czym prędzej stąd wynosić, bo w każdej chwili ktoś mógł go rozpoznać.  

– Mitch, to jest Evan Converse. Mój były mąż.  

Były  mąż?  W  pierwszej  chwili  Mitch  był  po  prostu  zaskoczony,  ale  później  zmierzył 

Evana gniewnym spojrzeniem. Pomyślał, że to właśnie on nalegał, aby Caroline zgodziła się 

na aborcję, i w ten sposób zapewne utwierdził ją w przekonaniu, że nie nadaje się na matkę.  

Mimo  to  w  miarę  uprzejmie  przywitał  się  z  Evanem,  który  następnie  wyjaśnił  mu,  że 

skrót  VIP  oznacza  verbal  interface  processor,  czyli  urządzenie  do  porozumiewania  się  z 

komputerem za pomocą mowy. Caroline nie pozwoliła mu rozwodzić się nad swoją pracą.  

–  Evan,  muszę  z  tobą  porozmawiać  –  przerwała.  –  Czy  możemy  umówić  się  na  kawę, 

powiedzmy, jutro po południu? 

Na szczupłej twarzy Evana pojawiał się wyraz wahania.  

–  Caroline,  jeśli  chodzi  ci  o  Vica,  to  chyba  rozumiesz,  że  nie  mogę  odpowiedzieć  na 

żadne pytanie...  

background image

–  Evan,  naprawdę  musimy  porozmawiać  –  nalegała.  –  Mam  wrażenie,  że  czegoś  tu  nie 

rozumiesz – dodała, ściszając głos.  

Mitch pomyślał, że wyraźnie zaskoczony i zmieszany Converse ulegnie jej namowom, ale 

w tym momencie na scenie pojawił się Richmond i wybawił go z kłopotu.  

– Evan! Nareszcie cię znalazłem! – wykrzyknął, pośpiesznie podchodząc do nich. Zerknął 

na  Caroline  i  Mitcha.  –  Bardzo  was  przepraszam,  ale  fotoreporterzy  chcą  zrobić  zdjęcia 

członkom  zespołu  projektantów.  Czekają  na  nas  w  sali  wykładowej  –  powiedział,  po  czym 

klepnął Evana po ramieniu, wysyłając go w drogę.  

Converse spojrzał na Caroline tak, jakby chciał ją przeprosić, po czym zniknął w tłumie.  

– Mam nadzieję, że nie próbowałaś wydobyć ze swego eksmęża żadnych sekretów Vica – 

powiedział Howard, uśmiechając się lekceważąco. Mitch miał ochotę dać mu w łeb. Caroline 

wyraźnie zesztywniała.  

– Czy oskarżasz mnie o szpiegostwo przemysłowe? – spytała ostrym tonem.  

– Ależ skąd! To był żart.  

– Niezbyt zabawny.  

–  Och,  bardzo  przepraszam  –  rzucił  Richmond,  ale  wcale  nie  sprawiał  wrażenia  kogoś 

skruszonego.  –  Wiem,  że  trudno  ci  się  pogodzić  z  faktem,  iż  wygraliśmy  wyścig,  ale  mam 

nadzieję, że jakoś to zniesiesz.  

Mitch  był  dumny  z  zachowania  Caroline,  która  zmierzyła  Howarda  gniewnym 

spojrzeniem,  ale  nic  nie  odpowiedziała.  Wiedział,  że  miała  na  końcu  języka  oskarżenia  o 

szpiegostwo i kradzież, ale na szczęście nie odezwała się. Było znacznie lepiej, aby Howard 

uważał, że Caroline nie umie przegrywać, niż przedwcześnie budzić jego czujność. Wiedział, 

że i bez tego trudno będzie udowodnić, iż ukradł Scarlett.  

Richmond przez chwilę czekał na odpowiedź, po czym wzruszył ramionami i dołączył do 

członków swego zespołu.  

– Dobrze zrobiłaś – mruknął Mitch, oddychając z ulgą.  

–  Chodźmy  stąd  –  odpowiedziała  Caroline.  Na  kawałku  papieru  napisała  swój  adres, 

wcisnęła go Groganowi, po czym pośpiesznie wyszła.  

–  To  była  Scarlett.  Nie  mam  co  do  tego  żadnych  wątpliwości.  Nikt  nie  zdoła  mnie 

przekonać, że to nieprawda.  

Od  przyjścia  Mitcha  Caroline  wciąż  krążyła  nerwowo  po  salonie.  Nie  udało  mu  się 

jeszcze  obejrzeć  jej  domu;  nie  zdziwił  się  bynajmniej,  że  dominującym  przedmiotem  w 

salonie  był  komputer  z  dużym  monitorem.  Na  fotelu  naprzeciw  Mitcha  leżał  zwinięty  w 

kłębek kot, zupełnie nie zwracając uwagi na zdenerwowanie swojej pani.  

background image

–  Caroline,  nic,  co  dziś  powiedział  Vic,  nie  może  być  uznane  za  dowód,  iż  został 

zbudowany na podstawie ukradzionego projektu – tłumaczył cierpliwie Mitch. Miał nadzieję, 

że Caroline w końcu się uspokoi.  

– Aleja wiem, że tak jest! 

– Skąd? Uklękła na sofie.  

– Mitch, czy poznałbyś Ruthann, gdyby ktoś obciął jej włosy i przebrał za chłopca? 

– Oczywiście, że tak.  

–  Wobec  tego  zaufaj  mi,  że  Vic  korzysta  z  bazy  danych  Scarlett.  To  ja  ją  stworzyłam. 

Wiem,  jak  ona  myśli.  Vic  odpowiedział  dziś  na  każde  pytanie  dokładnie  tak,  jak 

odpowiedziałaby  Scarlett. Żaden komputer  nie  mógłby  jej tak doskonale  naśladować, chyba 

że  korzystałby  z  tego  samego  programu.  W  jakiś  sposób  Howard  Richmond  ukradł  bazę 

danych Scarlett. Musisz mi uwierzyć! 

Mitch  widział,  jak  ważne  jest  dla  niej  przekonanie  go.  To  mogło  wystarczyć  Mitchowi 

Groganowi,  mężczyźnie  zakochanemu  w  tej  pięknej,  lecz  trudnej  kobiecie,  ale  nie 

porucznikowi  Groganowi,  detektywowi.  Na  szczęście  nie  musiał  opierać  się  tylko  na  jej 

podejrzeniach.  Zachowanie  Howarda  Richmonda  i  przebieg  pokazu  wzbudziły  i  jego 

wątpliwości.  

– Wierzę ci – powiedział.  

Caroline opadła  na sofę  i odetchnęła z ulgą.  Chwilowo zapomniała  nawet o Howardzie. 

Chciała usłyszeć te dwa słowa i z wdzięczności gotowa była go ucałować.  

– Zatem ty również zauważyłeś podobieństwo, tak? 

– Nie,  aleja rozmawiałem ze Scarlett tylko raz,  i to krótko. Nie potrafię powiedzieć,  jak 

odpowiedziałaby na te pytania.  

–  Dlaczego  więc  mi  uwierzyłeś?  –  Caroline  siedziała  z  podwiniętymi  nogami  i 

przyglądała mu się uważnie.  

– W czwartek zachowywałeś się tak, jakbyś uważał, że oskarżam Richmonda o kradzież 

tylko dlatego, iż nie potrafię pogodzić się z porażką.  

– Przykro mi, ale musiałem wziąć pod uwagę i tę możliwość – odrzekł, ulegając pokusie i 

delikatnie głaszcząc jej ramię.  

– A jednak przyszedłeś na dzisiejszy pokaz.  

–  Owszem,  ponieważ  nie  mogłem  wykluczyć  możliwości,  że  masz  rację.  Teraz  jestem 

niemal pewny, że tak jest.  

– Dlaczego? 

– Dlatego,  że Howard  nie  miał żadnych powodów,  aby cenzurować twoje pytanie,  poza 

background image

obawą, iż Vic zna odpowiedź. Gdyby Vic odpowiedział, że nie wie, co to przyjaźń, nikogo by 

to nie zdziwiło. Gdyby natomiast wyjaśnił to pojęcie,  mogłoby to wzbudzić podejrzenia. Na 

dodatek  mógł  przecież  powiedzieć  „Caroline  Hunter  jest  moją  przyjaciółką”,  na  co  pewnie 

liczyłaś.  

–  Tak  –  przyznała  Caroline.  –  Nie  wątpię,  że  ludzie  w  Richmond  próbowali  oczyścić 

pamięć  z  takich  informacji,  ale  nie  wierzę,  aby  to  im  się  w  pełni  udało.  Dlatego  właśnie 

Howard się przestraszył.  

– Zgadzam się z tobą.  

– Teraz rozumiesz, dlaczego muszę porozmawiać z Vikiem na osobności.  

–  Nie,  nie,  to  wykluczone  –  pokręcił  głową  Mitch.  –  Nie  możesz  tego  zrobić.  W 

najlepszym  przypadku  możesz  sama  zostać  oskarżona  o  próbę  kradzieży  sekretów 

konkurencyjnej firmy. W najgorszym, możesz nawet narazić się na zarzut sabotażu.  

– Wobec tego co mam zrobić? 

– Musisz przeprowadzić bardzo staranne wewnętrzne dochodzenie. Może zauważysz coś 

podejrzanego w zachowaniu twoich współpracowników? Sprawdź, kto z nich przyjaźni się z 

kimś z The Richmond Group. Później zaczniemy sprawdzać rachunki bankowe i przyjrzymy 

się,  kto  dokonał  ostatnio  jakichś  większych  inwestycji.  Jeśli  któryś  z  twoich  pracowników 

przekazał Howardowi bazę danych, zapewne nie zrobił tego za darmo. Gdzieś wije się ślad z 

zielonego papieru. Musimy go znaleźć i z pewnością znajdziemy. To tylko kwestia czasu.  

– Ale ja nie mam czasu! – Caroline zeskoczyła z sofy. Znowu ogarnęło ją podniecenie. – 

Słyszałeś,  co  Richmond  dziś  powiedział.  Oni  już  zaczynają  przygotowywać  produkcję,  a 

jesienią zaczną sprzedawać Vica. Czy zauważyłeś, jak Lewis Granger natychmiast po pokazie 

podszedł do Howarda? – dodała, ale Mitch najwyraźniej nie zrozumiał znaczenia tego faktu. – 

Granger  to  przedstawiciel  NASA,  który  od  roku  dopytywał  się,  kiedy  wreszcie  OHARA 

będzie gotów. Przez jego ręce przechodzą wielomilionowe zamówienia rządowe. Musimy się 

pośpieszyć, inaczej MediaTech poniesie ogromne straty! Nie mogę do tego dopuścić.  

Mitch wstał z sofy, podszedł do kobiety i położył ręce na jej ramionach.  

–  Caroline,  posłuchaj  mnie.  Tę  sprawę  należy  załatwić  zgodnie  z  prawem.  Jeśli 

zgromadzimy dostateczne dowody,  sąd  nakaże  Howardowi zaprzestanie produkcji do chwili 

rozstrzygnięcia sprawy. Musisz być cierpliwa. I pedantycznie dokładna.  

–  Dobrze  –  zgodziła  się  Caroline,  choć  nie  przyszło  jej  to  z  łatwością.  –  Będziemy 

postępować tak,  jak  ty  chcesz  –  powiedziała,  po czym  spontanicznym  ruchem  przytuliła  się 

do niego. – Dziękuję ci, Mitch.  

–  O,  proszę  pani,  ja  tylko  wykonuję  swój  zawód  –  odpowiedział,  jednocześnie 

background image

przyciągając ją do siebie i całując we włosy.  

Oboje świetnie wiedzieli, że chodziło tu o coś więcej. Caroline spojrzała mu w oczy.  

– Jesteś głodny? 

– Umieram z głodu – uśmiechnął się Mitch. – Czy w ten sposób chcesz mi uprzejmie dać 

do zrozumienia, że mam iść, czy też zamierzasz coś przygotować? 

– To drugie.  

– Dobra. Nie chcę jeszcze iść do domu.  

– Ja również chcę, abyś jeszcze został – odpowiedziała, wysuwając się z jego objęć. Na 

jej policzkach pojawiły się rumieńce. – Zobaczę, co jest w lodówce.  

background image

12 

 

Kuchnia  Caroline  była  urządzona  w  sposób  czysto  funkcjonalny.  Również  jej  system 

gotowania  był  opracowany  tak,  aby  zapewnić  jak  największą  wydajność.  Raz  na  miesiąc 

Caroline  poświęcała  cały  dzień  na  gotowanie  i  przyrządzone  potrawy  wstawiała  do 

zamrażarki.  Dzięki temu problem przygotowania  kolacji dla Mitcha sprowadzał  się teraz do 

wyjęcia odpowiedniego rondla i przygotowania sałaty. Grogan zadzwonił do domu i poprosił 

Sama,  aby uprzedził dziadka,  że wróci później do domu, po czym zaofiarował Caroline swe 

usługi jako kuchcik. Wspólnie przygotowali kolację w niecałe pół godziny.  

W powietrzu wciąż można było wyczuć napięcie, ale teraz miało ono wyraźnie erotyczny 

charakter.  Mimo  to  podczas  kolacji  Mitch  starał  się  skoncentrować  na  kwestii  kradzieży. 

Razem układali plan dochodzenia, w jaki sposób Howard zdobył bazę danych Scarlett.  

Mitch  przez  cały  czas  mówił  o  „podejrzeniu  dokonania  kradzieży”,  co  bardzo 

denerwowało  Caroline.  Dopiero  po  pewnym  czasie  zorientowała  się,  że  to  tylko  policyjny 

nawyk. Grogan wierzył, że Howard ją okradł, i chciał jej pomóc. Po raz pierwszy od śmierci 

ciotki Liddy Caroline  nie czuła  się na świecie zupełnie sama.  Czuła,  że  jest związana z tym 

mężczyzną, który zresztą z każdą chwilą wydawał się jej coraz mniej przerażający.  

–  Caroline,  jak  już  wspomniałem,  musimy  szukać  związków  między  pracownikami 

MediaTech  i  The  Richmond  Group  –  powiedział  Mitch  z  pewnym  wahaniem,  gdy  już 

sprzątnęła ze stołu. – Nie sądzisz, że już znamy taki związek? 

– O czym mówisz? – nie zrozumiała Caroline.  

– O twoim eksmężu.  

– Evan? – Pomysł, że on  miałby  być  szpiegiem,  wydał  się  jej wprost śmieszny.  No,  ale 

Mitch nie znał go tak dobrze jak ona. – Czy chcesz powiedzieć, że Evan zapłacił mi fortunę, 

abym zgodziła się sprzedać sekrety mojego komputera Howardowi? 

– Oczywiście, że nie – odpowiedział, podając jej pustą miskę po sałacie. – Może jednak 

Evan  mógł  dowiedzieć  się  czegoś  od  ciebie  tak,  że  nawet  tego  nie  zauważyłaś?  Masz  tu 

terminal. Czy Converse odwiedzał cię czasem w domu? Czy mógł skopiować dyski z danymi 

lub podejrzeć twoje hasło? Czy mówisz przez sen? 

Ostatnie pytanie wstrząsnęło Caroline. Spojrzała na niego ze zdumieniem. Dziwny chłód 

w  jego  oczach  zdradził,  że  w  istocie  Mitchowi  chodzi  o  coś  więcej  niż  tylko  wyjaśnienie 

tajemnic kradzieży.  

– Odpowiedź na wszystkie twoje pytania brzmi, „nie” 

background image

– odpowiedziała. – Evan czasem do mnie dzwoni, ale od rozwodu był tu tylko parę razy, 

jeszcze  nim  połączyłam  domowy  komputer  ze  Scarlett.  –  Urwała  na  chwilę,  ale  zaraz 

dokończyła zdecydowanym tonem. – Nie spałam z nim od dnia, w którym dowiedziałam się, 

że jestem w ciąży, niemal dziesięć lat temu.  

– Przepraszam, ale musiałem o niego spytać.  

–  Teraz  już  wiesz  –  prychnęła,  ładując  naczynia  do  zmywarki.  –  Evan  nie  ma  nic 

wspólnego z tą „przypuszczalną” kradzieżą.  

Mitch  wolał  się  nie  wdawać  w  dyskusję  na  ten  temat,  ale  przed  uznaniem  niewinności 

eksmęża Caroline postanowił sprawdzić go nieco dokładniej. Jednocześnie zdał sobie sprawę, 

że  sam  będzie  musiał  panować  nad  swoimi  subiektywnymi  ocenami:  to,  że  Converse 

skrzywdził Caroline, świadczyło tylko o tym, że jest idiotą, a nie złodziejem. Na to, niestety, 

nie ma paragrafu.  

–  Jeżeli  moje  wrażenie  jest  słuszne,  pozostajesz  z  nim  w  przyjacielskich  stosunkach  – 

zauważył. – Wydawał się bardzo zadowolony ze spotkania.  

– Naprawdę jesteśmy przyjaciółmi – odrzekła Caroline.  

– Po prostu nigdy nie powinniśmy zawierać małżeństwa.  

– Czy kochałaś go? 

To  pytanie  najwyraźniej  ją  zaskoczyło,  ale  nie  zamierzała  uchylać  się  od  odpowiedzi. 

Zamknęła zmywarkę i przez chwilę się zastanawiała.  

– Szczerze mówiąc, nie jestem pewna...  

–  Caroline,  miłość  można  dość  łatwo  odróżnić  od  kataru  lub  zapalenia  ślepej  kiszki. 

Gdybyś była zakochana, wiedziałabyś o tym.  

– Czasami trudno jest określić własne uczucia.  

– Kochałaś go czy nie? – nalegał Mitch.  

Caroline  patrzyła  na  niego,  a  jednocześnie  wyobrażała  sobie  swojego  byłego  męża,  tak 

jak  wyglądał,  gdy  brali  ślub,  a  nie  z  czasów  rozwodu.  Evan  był  wtedy  poważnym, 

inteligentnym  i  całkiem  przystojnym  mężczyzną,  a  jednak...  Choć  powinna  była  wtedy 

przeżywać uniesienia pierwszej miłości, nigdy w jego obecności nie doznawała takich uczuć, 

jakie w  niej wzbudzał  Mitch. Choć nie  miała ochoty tego przyznać,  dopiero teraz zaczynała 

rozumieć różnicę między choćby najserdeczniejszą przyjaźnią a miłością.  

– Nie – powiedziała w końcu. – Przypuszczam, że nigdy go nie kochałam.  

– Czemu więc wyszłaś za niego? 

–  Łączyły  nas  wspólne  zainteresowania  naukowe.  Wydaje  mi  się,  że  uznałam,  iż 

stworzymy dobry zespół.  

background image

– Podobnie jak twoi rodzice? 

– Chyba tak.  Ich małżeństwo było  niezwykle udane.  Byli do siebie  idealnie dopasowani 

intelektualnie, co pozwoliło im osiągnąć znacznie więcej, niż gdyby pracowali w pojedynkę.  

–  To  chyba  niezbyt  wiele  –  mruknął  Mitch,  z  trudem  opanowując  drżenie.  –  Mam 

wrażenie, że opisujesz spółkę handlową, a nie małżeństwo.  

– Czy małżeństwo nie polega na partnerstwie? – spytała chłodno.  

– To niewątpliwie jego część – przyznał. – Ale tylko część. Czy podczas wspólnego życia 

z Evanem nie miałaś okazji się o tym przekonać? 

– Tak, chyba tak.  

–  Czy  wystąpiłaś  o  rozwód  z  powodu  dziecka?  –  Mitch  nie  chciał  zmuszać  jej  do 

rozmowy na przykre tematy, ale naprawdę musiał znać odpowiedź na to pytanie.  

–  Nie  mam  pretensji  do  Evana  za  to,  że  nalegał  na  aborcję.  Gdy  braliśmy  ślub, 

uzgodniliśmy,  że  nie  będziemy  mieli  dzieci.  To  ja  złamałam  umowę.  W  istocie  narzuciłam 

mu dziecko, którego wcale nie chciał.  

– To oznacza, że jest idiotą.  

– Nie każdy nadaje się na ojca lub matkę – odrzekła Caroline.  

– Och, dobrze o tym wiem – mruknął Mitch. – Jestem żywym dowodem tezy, iż wymaga 

to ciężkiej pracy,  ale zapewniam cię,  że sprawa  warta jest zachodu.  Myślę,  że w głębi serca 

też tak myślałaś, bo inaczej nie pragnęłabyś dziecka.  

– Może lepiej wróćmy do salonu – zaproponowała Caroline i skierowała się do drzwi.  

Mitch  nie  nalegał.  Caroline  najwyraźniej  nie  miała  ochoty  rozmawiać  o  straconym 

dziecku.  Oczywiście,  wciąż  jeszcze  nie  rozumiał  jej  tajemniczej,  lecz  fascynującej 

osobowości.  Pomyślał,  że  jeśli  nie  rozwiąże  tej  zagadki,  to  nigdy  nie  uda  mu  się  do  niej 

zbliżyć; w tej chwili jednak dalszy nacisk mógłby przynieść wyłącznie szkody.  

–  A  jak  zareagowali  na  Evana  twoi  rodzice?  –  spytał.  –  Czy  zaaprobowali  twoje 

małżeństwo? 

–  Nigdy  go  dobrze  nie  poznali,  ale  na  pewno  uważali,  że  to  był  logiczny  wybór  – 

odpowiedziała, siadając na sofie.  

–  Mogłem  się  tego  domyślić  –  powiedział,  zajmując  miejsce  koło  niej.  –  A  co 

powiedziała ciotka Liddy? Czy też cię pochwaliła? 

– Chyba żartujesz! – zaśmiała się Caroline. – Liddy powiedziała, że jeśli wyjdę za Evana, 

to jeszcze przed trzydziestką będę taką samą suszoną śliwką jak moja matka.  

Mitch  również  się  zaśmiał.  Bardzo  żałował,  że  nigdy  nie  pozna  ciotki  Liddy.  Teraz 

bardzo przydałaby mu się jej pomoc.  

background image

–  Przecież  bardzo  lubiłaś  i  szanowałaś  ciotkę.  Jestem  zdziwiony,  że  nie  posłuchałaś  jej 

ostrzeżenia.  

–  To  prawda,  że  ją  kochałam,  ale  wcale  nie  chciałam  żyć  tak  jak  ona.  Włóczyć  się  po 

świecie, zmieniać mężów jak kapelusze... Pragnęłam w życiu stabilizacji, a nie chaosu.  

–  Porównałaś  zatem  sterylnie  czyste  i  uporządkowane  życie  swoich  rodziców  z 

cygańskim  nieładem  ciotki  i  zamiast  wybrać  rozsądny  kompromis,  zdecydowałaś  się  na 

wariant rodziców.  

– Chyba tak.  

– No i skończyło się rozwodem, dokładnie tak jak w przypadku ciotki.  

–  Nigdy  w  ten  sposób  o  tym  nie  myślałam  –  zaśmiała  się  Caroline.  Po  raz  pierwszy 

dostrzegła  ironię  zawartą  w  historii  swego  małżeństwa.  –  Masz  rację.  Teraz  zaś  żyję  w 

monogamicznym związku z moją pracą.  

– Kolejny sterylny związek.  

– Mitch...  

– Nie  mów nic,  Caroline –  nakazał  jej,  nim zdążyła coś powiedzieć.  Chwycił  ją ręką za 

szyję  i  kciukiem  pogłaskał  po  policzku,  jednocześnie  przyciągając  kobietę  do  siebie.  – 

Przestań myśleć i poddaj się uczuciom.  

– Nie wiem, czy potrafię – szepnęła, z trudem łapiąc oddech.  

– Z pewnością, musisz tylko spróbować – odrzekł i pocałował ją w usta.  

To był bardzo lekki pocałunek, równie delikatny i podniecający jak wtedy na huśtawce. I 

podobnie  jak w tamtym  przypadku,  szybko się zmienił, stał się gorący,  namiętny, tak  jakby 

sam kontakt przestał im wystarczać. Mitch objął ją ramiona mi, Caroline zarzuciła mu ręce na 

szyję. Ich języki zetknęły się w gorączkowym, namiętnym tańcu. Westchnęła, tak jakby i tego 

było jej za mało, a w odpowiedzi Mitch nakrył dłonią jej pierś.  

Caroline wyprężyła ciało, w pełni akceptując jego intymną pieszczotę. Mężczyzna szybko 

rozpiął  jej  bluzkę  i  przesunął  ustami  wzdłuż  szyi  do  piersi.  Przez  materiał  stanika  Caroline 

poczuła  podniecające  dotknięcie  warg  i  zębów.  Głośno  krzyknęła.  Miała  wrażenie,  że  w  jej 

wnętrznościach nastąpił gorący wybuch. Mitch znów pocałował ją w usta, ale to już było dla 

niej  zbyt  wiele.  Emocje,  jakie  przeżywała,  były  zbyt  gwałtowne,  zbyt  namiętne,  zbyt... 

przerażające. Ostatkiem świadomości zmusiła się do zachowania rozsądku.  

– Mitch, proszę ... – odepchnęła go od siebie.  

W  jego  oczach  dostrzegła  uczucia  równie  gwałtowne  jak  jej  własne.  Oddychał  głośno  i 

nierówno. Caroline nie mogła mieć żadnych wątpliwości co do jego pragnień, a jednak Mitch 

nie przyciągnął jej do siebie na siłę.  

background image

– Caroline...  

–  To  przecież  zupełny  absurd  –  powiedziała,  łapiąc  oddech  i  odsuwając  się  od  niego.  – 

Jesteśmy oboje dorośli. Dorośli ludzie nie powinni tak się zapominać.  

– Dlaczego, na litość boską? 

–  Ponieważ...  –  Caroline  potrzebowała  chwili,  żeby  się  zastanowić  nad  odpowiedzią.  – 

Ponieważ  miłość  też  musi  być  rozsądna.  Może  łączyć  ludzi,  którzy  mają  w  życiu  wspólne 

cele  i uznają podobne wartości. Nie  można dać  się ponieść  hormonom  i pieścić  na kanapie, 

niczym dwoje nastolatków.  

– Czy naprawdę jesteś w mnie zakochana, Caroline? – Mitch pierwszy się zorientował, co 

ona właściwie powiedziała.  

–  Oczywiście,  że  nie!  –  zaprotestowała,  pośpiesznie  zapinając  bluzkę.  –  Mówiłam  o 

czysto teoretycznej sytuacji.  

– Zostaw te guziki w spokoju – powiedział Mitch, uśmiechając się do niej.  

– Nie.  

– No to będę musiał rozpinać je znowu – westchnął. Caroline poczuła, że serce podchodzi 

jej do gardła. Miała ochotę uciec.  

– To wszystko dzieje się zbyt szybko – jęknęła, zrywając się z sofy. Stanęła przy oknie, 

odwrócona do niego plecami.  

Tym  razem  Mitch  nie  miał  zamiaru  pozwolić  jej  na  odwrót.  Wiedział  już,  że  Caroline 

przez całe życie tłumiła namiętną część swojej osobowości, i postanowił, że to on zmusi ją do 

odrzucenia wszystkich  hamulców.  Podszedł do niej  i delikatnie przesunął dłońmi wzdłuż  jej 

ramion. Gdy poczuł, jak drży, odwrócił ją twarzą do siebie.  

– Jeśli wolisz, możemy zwolnić – powiedział.  

– Nic nie rozumiesz, Mitch! – krzyknęła, odsuwając się do niego. – Nie chcę, aby to się 

stało! 

– Do licha, Caroline, zdecyduj się na coś! – Jego namiętne oczy nabrały zimnego wyrazu. 

–  Czy  chcesz,  abym  był  cierpliwy  i  długo  cię  uwodził,  czy  wolisz  poddać  się  tym  samym 

uczuciom,  jakie  ja czuję,  i pozwolić  na  naturalny rozwój wypadków? Czy też  może chcesz, 

żebym sobie poszedł i nigdy nie wrócił? Zdecyduj się na coś, bo mnie znudziła się już ta gra! 

– Nie bawię się z tobą w żadną grę! 

–  Właśnie,  że  tak!  –  Chwycił  ją  za  ramiona.  Miał  ochotę  mocno  nią  potrząsnąć,  ale  się 

opanował.  Po  prostu  spojrzał  jej  w  oczy  i  zmusił,  aby  słuchała,  co  do  niej  mówi.  –  To  gra 

„Caroline  boi  się  zakochać”.  Ja  się  nie  boję.  Pragnę  cię  i  chcę  cię  kochać  –  powiedział  z 

naciskiem.  –  Chcę  ci  pokazać,  że  miłość  polega  również  na  pieszczeniu  się  niczym  dwoje 

background image

nastolatków. Że wcale nie musi być rozsądna. Czasami wymaga trudu, czasami jest bolesna, 

czasami  cudowna.  Czasami  chce  się  skręcić  ukochanej  kark,  czasami  nic  nie  ma  znaczenia, 

prócz  jej  obecności.  Miłość  to  pocałunki  i  awantury,  wychowywanie  dzieci  i  kompromisy 

życia codziennego. To normalne życie.  Teraz przestań się okłamywać  i zdecyduj się  na coś. 

Chcesz czy nie? 

Caroline czuła, że drżą jej usta, a po prawym policzku spływa pojedyncza łza. Mitch miał 

rację, twierdząc, że gra sama ze sobą. Pomyślała, że musi z tym skończyć.  

– Tak – szepnęła. – Chcę tego. Nareszcie. Nie potrzebował niczego więcej.  

–  Na  litość  boską,  przestań  zatem  walczyć  ze  sobą  i  pozwól,  żebym  cię  kochał  – 

powiedział łagodnie, biorąc ją jednocześnie w ramiona.  

Caroline  poczuła,  jak  jego  ręce  zaciskają  się  wokół  niej,  wyczuła  jego  siłę  i  ciepło.  To 

było zbyt wspaniałe, aby mogło dziać się naprawdę...  

– Boję się, Mitch – szepnęła.  

– To normalne – odrzekł, muskając wargami jej usta. – Gdybyś się nie bała, nie warto by 

było  podejmować  ryzyka.  Po  prostu  przestań  myśleć.  Przestań  piętrzyć  przeszkody  i 

wymyślać uniki. Zajmij miejsce i ciesz się przejażdżką.  

Czuła  na  szyi  i  policzkach  jego  gorący  oddech.  Gdy  delikatnie  i  pieszczotliwie  skubnął 

ustami jej ucho, przestała na chwilę oddychać.  

– Życie to nie wesołe miasteczko – zdołała jakoś wykrztusić.  

– Skąd wiesz? – zapytał Mitch. – Przecież na pewno w żadnym nie byłaś.  

– To prawda – przyznała z westchnieniem.  

Jedną ręką wodził wzdłuż jej pleców, a drugą przesunął powoli do góry, aż dłonią nakrył 

pierś.  

– Wobec tego nie masz pojęcia, jaka wspaniała może być przejażdżka kolejką górską lub 

na karuzeli, prawda? 

– Nie. – Zadrżała, choć wcale nie było jej zimno. W głosie Mitcha była jakaś hipnotyczna 

moc, podobnie jak w jego pieszczotach. Wiedziała już, że nie zdoła mu się oprzeć.  

– Pozwól zatem, że ci pokażę, jakie to zabawne – powiedział, uśmiechając się do niej tak, 

że poczuła, jak gorąca fala przenika jej ciało.  

– Ale, Mitch, ja nie... od dawna nie brałam...  

–  Sam  się  tym  zajmę,  Caroline  –  Mitch  uciszył  ją  pocałunkiem,  po  czym  zabrał  się  do 

systematycznego procesu wprowadzania jej w nowy świat erotycznych doznań.  

Nawet nie zauważyła, kiedy znaleźli się w sypialni. Zrzuciła buty, a Mitch pomógł jej się 

rozebrać.  Całował  ją  i  pieścił,  jednocześnie  zdejmując  z  niej  ubranie.  Wraz  z  ubraniem 

background image

Caroline  pozbyła  się  wszelkich  zahamowań  i  w  pełni  poddała  się  pragnieniom,  które 

zwalczała do paru tygodni.  

Mitch  wzbudzał  w  niej  zupełnie  niesamowite  reakcje.  Czuła  w  brzuchu  napięcie, 

domagające  się  wyzwolenia.  Wszystkimi  zmysłami  chłonęła  jego  obecność.  Zapach  wody 

kolońskiej  i  potu,  smak  jego  skóry,  głośny  oddech  i  westchnienia  rozkoszy,  ciepło  bijące  z 

jego  ciała  i  widok  niezwykłych,  błękitnych  oczu,  teraz  pociemniałych  z  namiętności. 

Widziała, jak Mitch pochyla się nad nią i pożera ją oczami.  

Gdy  wszedł  w  nią,  Caroline  odkryła  wrażenia  zmysłowe,  których  nie  doznała  jeszcze 

nigdy w życiu. To był niemal szok. Jęknęła głośno. Mężczyzna znieruchomiał.  

– Czy sprawiam ci ból? – zapytał szorstko i czule zarazem.  

– Nie, nie, to wspaniałe – odpowiedziała ochryple. Zaczęła poruszać rytmicznie biodrami, 

a jej nogi oplotły go ciasno. Mitch też się poruszył, początkowo powoli, później z narastającą 

gwałtownością.  

Przestała panować nad pożarem, trawiącym jej wnętrzności. Mitch pocałował ją głęboko, 

językiem naśladując rytm ruchów ich bioder. Jęki Caroline ginęły w jego ustach, aż wreszcie 

oderwała się od jego warg i głośno krzyknęła jego imię.  

Pierwsza fala rozkoszy minęła, ale Mitch nie przerywał i Caroline czuła, jak znów zbliża 

się przypływ gorąca. Jakby z oddali słyszała swój głos, powtarzający jego imię, oraz ochrypłe 

krzyki  Mitcha,  który  oparł  się  na  łokciach,  podtrzymując  dłońmi  jej  ramiona  i  powtarzając 

spazmatyczne  pchnięcia  bioder,  aż  wreszcie  Caroline  poczuła  w  brzuchu  palący  wybuch  i 

oboje zapomnieli o wszystkim, prócz przeżywanej ekstazy.  

Mitch  znieruchomiał  i  opuścił  głowę.  Przez  chwilę  czekał,  aż  oprzytomnieje,  po  czym 

spojrzał na nią z taką miłością, że Caroline poczuła łzy w oczach.  

–  Moja  najsłodsza  Caro  –  szepnął  i  delikatnie  pocałował  ją  w  usta,  po  czym  przesunął 

wargami  wzdłuż  szyi  do  piersi  i  z  powrotem.  Wysunął  się  z  niej  i  wziął  ją  w  ramiona. 

Caroline leżała teraz niczym w kołysce z jego ciała, z głową na jego ramieniu.  

Odpoczywali, w milczeniu nasłuchując, jak powoli odzyskują normalny oddech. Caroline 

słyszała  głośne  uderzenia  jego  serca.  Poczuła  jeszcze,  jak  Mitch  całuje  jej  włosy,  po  czym 

oboje zasnęli.  

 

Caroline  była  na  pół  uśpiona,  nie  w  pełni  świadoma,  ale  również  nie  całkiem 

nieprzytomna.  Przez  cały  czas  czuła  przy  sobie  ciało  Mitcha.  Nie  miała  ochoty  zastanawiać 

się nad tym, co właśnie przeżyła, ale nie mogła tego uniknąć. Wiedziała, że Mitch Grogan nie 

należy  do  mężczyzn,  którzy  wstają  z  łóżka  i  mówią  „do  zobaczenia,  laleczko”.  Z  całą 

background image

pewnością pragnął czegoś więcej. Ona zresztą również. Chciała poznać nowo odkrytą krainę 

namiętności.  Jako  prawdziwa  uczona,  chciała  zbadać  i  zrozumieć  wszystkie  jej  tajniki,  tak 

aby mogła twierdzić, że jest już na swoim terenie. Myślała o tym tak, jakby była pierwszym 

człowiekiem, który pozna te tajemnice.  

Oczywiście, wiedziała, że tak nie jest. Przede wszystkim Mitch z pewnością był świadom, 

co  go  czeka,  choć  sądząc  po  jego  spojrzeniu,  Caroline  podejrzewała,  że  dostał  więcej,  niż 

oczekiwał.  Ciekawe,  czego  będzie  chciał  teraz?  I  co  ważniejsze,  musiała  się  zastanowić,  co 

może  mu  zaofiarować.  Z  czego  musiałaby  zrezygnować,  wiążąc  się  z  tym  mężczyzną,  i  co 

dostałaby  w  zamian?  Mitch  już  rozwiał  jej  głębokie  przekonanie,  że  ludzie  stanowczo 

przeceniają wartość seksu. Jakie inne przekonania będzie jeszcze musiała zrewidować? 

– Słyszę, że mózg ci pracuje, moja piękna Caroline – odezwał się Mitch sennym głosem.  

– Czyżby hałas cię zbudził? – zażartowała. Gdy mówił, czuła na policzku łaskotanie.  

–  Zapewne.  –  Mitch  obrócił  jej  głowę  tak,  by  móc  ją  pocałować  w  usta.  –  Jak  się 

miewasz? 

– W kolejce górskiej trochę rzucało, ale jakoś przeżyłam – odpowiedziała.  

–  Ja  również  nie  spodziewałem  się  takiej  przejażdżki  –  westchnął.  –  Jestem  pod 

wrażeniem – dodał niskim, podniecającym tonem. Caroline schowała twarz na jego ramieniu, 

bo  znów  się  zarumieniła.  Mitch  cicho  zachichotał  i  musnął  wargami  jej  skroń.  –  Gdzie 

wylądowaliśmy, Caro? – spytał.  

– Jak to gdzie? W łóżku – odpowiedziała przeciągle.  

– Na jak długo? 

– Dopóki nie wstaniesz i nie pójdziesz do domu.  

– A co później? 

Caroline  wiedziała,  że  czeka  ją  to  pytanie,  ale  wciąż  jeszcze  nie  wiedziała,  co  ma 

odpowiedzieć. Uniosła się na łokciu i spojrzała mu w oczy.  

– Czy żądasz ode mnie jakiegoś zobowiązania, Mitch? 

–  Tak  –  odpowiedział,  odgarniając  z  jej  czoła  kosmyk  spoconych  włosów.  –  Jesteś  dla 

mnie zbyt ważna, bym mógł cię utracić.  

– Ale ty jesteś tylko częścią znacznie większej oferty – przypomniała mu cicho.  

– Owszem – Mitch nie zamierzał uciekać od prawdy. Kochasz mnie, kochaj i moje dzieci. 

Czy potrafisz? 

– Nie wiem – odpowiedziała szczerze.  

– A czy chcesz spróbować? 

Caroline zamknęła oczy i pochyliła głowę, opierając się policzkiem o jego pierś.  

background image

– A co będzie,  jeśli  mi się  nie uda? Jeśli  je w  jakiś sposób zranię?  Jeśli pokłócimy  się  i 

dzieci będą musiały znieść rozstanie? 

– Caroline,  możesz zawsze zadawać takie pytania i wynajdywać trudności, ale nigdy nie 

będziesz znała odpowiedzi, jeśli nie spróbujesz.  

Mitch miał rację. Musiała się na to zdecydować, albo od razu pogodzić się z myślą, że go 

straci. To byłoby dla niej nie do zniesienia. Po raz pierwszy w życiu czuła, że naprawdę żyje, 

że  jest  kobietą.  Miała  wrażenie,  że  jest  słaba  jak  kotka,  a  jednocześnie,  że  jest  w  stanie 

przesuwać  góry.  I  wszystko  dlatego,  że  znalazła  się  w  ramionach  silnego,  pewnego  siebie, 

kochającego  i  zmysłowego  mężczyzny.  Pomyślała,  że  musi  uwierzyć  w  taką  miłość. 

Wiedziała już, ile może w ten sposób zyskać.  

– Dobrze, Mitch. Spróbuję.  

Poczuła,  jak  Mitch westchnął  z ulgą.  Uniósł  się z pościeli  i pocałował  ją tak  mocno,  że 

niemal straciła oddech.  

– Nie będziesz tego żałować, Caro – szepnął.  

Mogła się tylko modlić, aby się okazało, że ma rację.  

Gdy  pocałował  ją  znowu,  Caroline  przestała  myśleć  o  przyszłości  i  skupiła  się  na 

teraźniejszości.  

background image

13 

 

Mitch  wyszedł  od  Caroline  nieco  po  północy.  Wcale  nie  miał  na  to  ochoty,  wolałby 

zostać  do  rana  i  kochać  się  z  nią  raz  jeszcze,  tuż  przed  świtem.  Musiał  jednak  pamiętać  o 

pracy  i  trojgu  wrażliwych  dzieci.  Mógłby  im  wprawdzie  powiedzieć,  że  przez  całą  noc 

pracował, ale nie chciał kłamać.  

Gdy  podjechał  pod  dom,  ze  zdziwieniem  zauważył,  że  na  dole  jeszcze  pali  się  światło. 

Dziadek  zazwyczaj  kładł  się  spać  natychmiast  po  zapędzeniu  do  łóżek  Ruthann  i  Sama.  To 

Janis była nocnym markiem, ale tym razem, na szczęście, w jej pokoju było ciemno.  

Dokładnie  w  chwili,  gdy  wysiadał  z  samochodu,  kolejno  zgasły  światła  w  kuchni  i 

salonie,  więc  Mitch  wcale  nie  był  zaskoczony,  widząc  dziadka  na  schodach,  ze  szklanką 

gorącego mleka w ręce.  

– Cześć, tato. Nie mogłeś zasnąć? – spytał, zamykając drzwi na łańcuch.  

– Nie.  Sam zmusił  mnie do oglądania  jakiegoś  horroru  – wyjaśnił  dziadek.  – Nie  mogę 

zapomnieć  tych  zielonych,  oślizłych  bestii.  Natomiast  on  zasnął  natychmiast,  niczym 

niewinne dziecię.  

–  Może  mam  sprawdzić,  czy  w  twoim  pokoju  pod  łóżkiem  nie  zaczaił  się  potwór?  – 

zażartował Mitch.  

– Nie, dziękuję, już sam sprawdziłem.  

– No i co? 

– Okazało się, że powinienem staranniej odkurzać podłogę – odrzekł dziadek i wypił łyk 

mleka. – Pewnie masz jakąś poważną sprawę, skoro pracujesz do północy.  

– Tak, to znaczy... to nie chodzi jakąś sprawę. Choć początkowo tak właśnie było. Teraz 

jednak...  

– Nie musisz się tłumaczyć, synku – zaśmiał się starszy pan. – Nigdy nie potrafiłeś ukryć 

swoich romansów. Cieszę się, że tak jest nadal.  

Mitch  pomyślał,  że  jest  już  dojrzałym  mężczyzną  i  nie  musi  się  tłumaczyć,  niczym 

nastolatek przyłapany na pieszczotach z dziewczyną.  

–  Byłem  z  Carpline.  Po  południu  pojechałem  do  The  Richmond  Group,  aby  sprawdzić, 

czyjej oskarżenia mają jakieś uzasadnienie. Później pojechaliśmy do niej.  

Mitch zwykle  nie opowiadał ojcu o swojej pracy, ale sprawa  Caroline  i przypuszczalnej 

kradzieży Scarlett była wyjątkiem. Dzięki temu dziadek wiedział teraz, o co chodzi.  

– Tak myślałem. Czy rozwiązałeś już tę sprawę? Czy w ogóle jest jakaś sprawa? 

background image

– Tak i nie. Lub raczej odwrotnie, nie i tak – poprawił się Mitch. – Jestem przekonany, że 

ktoś  z  Richmond  ukradł  istotną  część  programu  opracowanego  w  MediaTech,  ale 

dowiedzenie tego będzie trudnym zadaniem.  

– Przypuszczam, że wskutek tego będziesz się z nią częściej widywał.  

–  Dużo  częściej  –  odpowiedział  znacząco  Mitch,  tak  aby  ojciec  zrozumiał,  co  ma  na 

myśli.  

Ten pokiwał z namysłem głową, po czym usiadł na schodach. Mitch przysiadł obok.  

– Czy jesteś pewien, że naprawdę tego chcesz? – spytał starszy pan.  

– Tak.  

– A co z dziećmi? 

– O co ci chodzi? Przecież już są w niej zakochane.  

– Ruthann gotowa jest kochać każdą istotę w spódnicy, którą mogłaby uznać za mamę, a 

Janis  z  pewnością  będzie  zadowolona,  gdy  w  rodzinie  pojawi  się  jeszcze  jeden  geniusz  – 

odrzekł  dziadek.  –  W  rzeczywistości  jednak  obie  patrzą  na  nią  przez  różowe  okulary.  Nie 

chciałbym, abyś ty również popełnił taki błąd.  

–  Nie  masz  się  czego  bać  –  zapewnił  go  Mitch,  przypominając  sobie  przeżycia  tego 

wieczora. – Caroline jest wyjątkową kobietą. W jej towarzystwie czuję się tak jak z Becky w 

początkach naszego małżeństwa. Tak, jakbym był kimś wyjątkowym, jakimś supermanem.  

– I dlatego chcesz być jej bohaterem, tak? 

– Chcę czegoś dla siebie, tato – powiedział Mitch, opierając się o ścianę i patrząc na ojca. 

– Kocham dzieci i jestem dla nich gotów na wszystko, ale mam przecież swoje życie. Dzięki 

Caroline  po  raz  pierwszy  od  śmierci  Becky  czuję  się  tak,  jakbym  ożył.  Nie  chcę  z  tego 

rezygnować.  

– Ale co z dziećmi? – powtórzył dziadek. – Twoje sprawy są też ich sprawami.  

– Tato, gdybym nie był przekonany, że Caroline będzie dla nich dobra, nigdy bym z nią 

nie zaczynał. Właśnie to mnie w niej urzekło. Ona ma do zaofiarowania mnóstwo uczuć, ale 

sama o tym nie wie. – Mitch poklepał ojca po ramieniu.  

– Chciałbym mieć twoje błogosławieństwo, bo będę potrzebował pomocy.  

– Jakiej pomocy? – zmarszczył brwi starszy pan.  

–  Musisz  być  dla  niej  cierpliwy.  Sam  zauważyłeś,  że  w obecności  dzieci  zachowuje  się 

niczym  ryba  wyjęta  z  wody.  Caroline  będzie  potrzebowała  czasu,  aby  się  dostosować  do 

nowej  sytuacji  i  uwierzyć,  że  byle  niebaczne  słowo  nie  zwichruje  ich  osobowości.  Czy 

postarasz się, aby czuła się tu jak w domu? 

–  Mitch,  jak  już  jej  powiedziałem,  drzwi  naszego  domu  będą  dla  niej  zawsze  szeroko 

background image

otwarte – odpowiedział ojciec.  

– Mówiłem serio. Musisz być jednak bardzo ostrożny. Nie chciałbym, abyś się przekonał, 

że  nie  tylko  kilkunastoletnie  dziewczęta  gotowe  są  zakochać  się  w  swoich  wyobrażeniach, 

które uznają za rzeczywistość.  

– Nie popełnię tego błędu – Mitch uściskał ojca. Obaj wstali  i ruszyli razem  na górę. – 

Zaprosiłem ją na jutro na kolację, ale jeśli nie chcesz zawracać sobie głowy gotowaniem, to 

możemy pójść do restauracji.  

– Nie,  przygotuję kolację.  Lepiej  nie  narażać  jej  na  nadmierny wstrząs – uśmiechnął się 

dziadek. – W restauracji możemy mieć kłopoty z Ruthann. Lepiej jej nie straszyć.  

– Też tak myślę – uśmiechnął się Mitch.  

– Bardzo jesteś cwany.  

Gdy  następnego  dnia  o  szóstej  wieczorem  Caroline  pojawiła  się  u  Mitcha,  była  równie 

zdenerwowana  jak  podczas  pierwszej  wizyty.  Może  nawet  bardziej.  Wtedy  walczyła  ze 

swymi uczuciami. Teraz pogodziła się z nimi i podjęła zobowiązanie, którego waga budziła w 

niej strach.  

Musiała jednak spróbować, ponieważ – podobnie jak Mitch – chciała, aby to się udało. To 

wprawdzie był najgorszy możliwy moment na podejmowanie nowego wyzwania, ale Caroline 

wiedziała, że szansa na szczęście,  jakiego dotychczas nie zaznała i w które nie wierzyła,  nie 

pojawia się codziennie. Nie mogła sobie pozwolić na przepuszczenie tej okazji.  

Zapewne  byłoby  jej  łatwiej  opanować  nerwowe  skurcze  żołądka,  gdyby  Mitch  był  na 

miejscu.  Zamiast  niego  powitał  ją  dziadek,  jednocześnie  informując,  że  Mitch  dzwonił  i 

zapowiedział, że się spóźni.  

– Musi zorganizować obserwację jakiegoś podejrzanego – powiedział dziadek. – Ustawi 

swych  ludzi  i  wróci,  to nie zajmie  mu zbyt wiele czasu.  Tymczasem czuj  się  jak u siebie  w 

domu.  

– Dziękuję. Czy mogę ci pomóc w przygotowaniu kolacji? – zaproponowała, odkładając 

torebkę na półkę w przedpokoju.  

–  Nie.  Sytuacja  jest  pod  kontrolą.  Możesz  mi,  oczywiście,  dotrzymać  towarzystwa  w 

kuchni. Muszę sprawdzić pieczeń.  

– Dobrze. Tylko...  

–  Caroline!  –  na  górnym  podeście  schodów  pojawiły  się  Ruthann  i  Janis.  Caroline 

uśmiechnęła się do nich.  

Ruthann  zbiegła  na  dół  na  łeb,  na  szyję,  natomiast  Janis  pozostała  na  górze.  Gdy 

dziewczynka  potknęła  się  na  ostatnim  stopniu,  Caroline  poczuła,  że  serce  podchodzi  jej  do 

background image

gardła. Wyciągnęła ręce, aby ją podtrzymać, ale Ruthann miała inne plany. Rzuciła się jej na 

szyję i Caroline nie miała wyboru, musiała wziąć ją na ręce.  

–  Wiedziałam,  że  tata  ściągnie  cię  z  powrotem.  Wiedziałam,  wiedziałam!  – 

wykrzykiwała, cmokając Caroline w policzek.  

–  Owszem,  twój  tata  potrafi  być  bardzo  przekonujący  –  uśmiechnęła  się  Caroline. 

Spojrzała w kierunku schodów.  

– Cześć, Janis, jak się miewasz? 

– W porządku.  

Nie było to najbardziej entuzjastyczne powitanie, jakie Caroline mogła sobie wyobrazić.  

–  Jak  ci  idzie  praca  nad  IVAR-em?  –  spytała.  –  Musisz  go  przygotować  do  stanowego 

konkursu.  

– Mam jeszcze trzy tygodnie – odpowiedziała dziewczynka i zaczęła schodzić na dół.  

– Janis! Nakryj do stołu! – krzyknął dziadek.  

– Ja też chcę pomóc! – pisnęła Ruthann. – Caroline będzie siedzieć przy mnie.  

Mała pobiegła do jadalni, natomiast Caroline poczekała, aż Janis zejdzie na dół.  

– Pomogę ci – zaproponowała.  

– Nie trudź się – odrzekła Janis. – Zawsze to robię. Caroline nie mogła zrozumieć, czemu 

Janis jest tak negatywnie nastrojona.  

– Czy mogę dotrzymać wam towarzystwa? – spytała.  

– Jeśli masz na to ochotę.  

Na stole stała już sterta talerzy. Ruthann wdrapała się na krzesło i przyciągnęła do siebie 

pierwszy  stos.  Janis  zdążyła  interweniować,  nim  Ruthann  zwaliła  go  na  podłogę.  Na  razie 

szkody ograniczyły się do pogniecionego obrusa.  

Caroline  nie  wiedziała,  co  ze  sobą  począć.  Czy  powinna  mimo  wszystko  wziąć  się  do 

rozstawiania  talerzy,  czy  też  raczej  uszanować  wolę  Janis  i  nie  wkraczać  w  domenę  jej 

obowiązków? 

Natomiast  Ruthann  nie  miała  żadnych  wątpliwości,  koniecznie  chciała  wziąć  udział  w 

nakrywaniu stołu.  

– Po której stronie, Caroline? – spytała, podnosząc do góry nóż. – Zapomniałam.  

– Po prawej, ostrzem w kierunku talerza.  

Ruthann  skupiła  się,  usiłując  przypomnieć  sobie,  gdzie  jest  prawa  strona,  a  gdzie  lewa. 

Caroline  nie podpowiedziała  jej,  tylko sama  chwyciła  inny  nóż  i położyła go na właściwym 

miejscu. Teraz Ruthann mogła po prostują naśladować i nie musiała się przyznać, że nie wie, 

gdzie prawa, a gdzie lewa. Janis w milczeniu rozstawiła talerze i rozłożyła serwetki. Caroline 

background image

i Ruthann zajęły się sztućcami.  

Gdy  skończyły,  Caroline  uniosła  głowę  i  zauważyła  stojącego  w  drzwiach  dziadka. 

Uśmiechnął się do niej.  

– Dobrze? – spytała, wskazując ręką stół.  

– Wydaje mi się, że całkiem nieźle – odpowiedział, nawet na niego nie patrząc.  

Caroline zrozumiała, że zaliczyła pierwszy test, i bardzo się z tego ucieszyła.  

– Co teraz? – spytała.  

Nagle rozległo się trzaśniecie tylnych drzwi.  

– Chyba już pora na kolację, co? – wołał Sam jeszcze z przedpokoju.  

– Nie,  natomiast najwyższa pora, żebyś się umył! – odkrzyknął dziadek. – Poza tym, ile 

razy mam ci powtarzać, żebyś nie trzaskał drzwiami.  

W drzwiach pojawił się potwornie umorusany chłopak.  

– O, cześć, Dr – powitał Caroline, nie pokazując po sobie zdziwienia.  

– Cześć, Sam. Słyszałam... że wygrałeś pierwszy mecz baseballowy sezonu.  

– Aha! Zniszczyliśmy Kuguarów dwanaście do zera. Miałem 10 K.  

Dziesięć K? Caroline zastanawiała się, co to może znaczyć.  

– Dziesięć kilometrów? – ośmieliła się zapytać.  

–  Jakich  kilometrów?  –  Sam  przewrócił  oczami.  –  Wyeliminowałem  dziesięciu 

przeciwników. Chyba wiesz, że po trzech nieudanych uderzeniach wypada się z gry? 

–  Przykro  mi,  Sam,  ale  będziesz  mnie  musiał  nauczyć  wszystkiego,  co  powinnam 

wiedzieć o baseballu, żeby nie wyglądać na idiotkę – wzruszyła ramionami Caroline.  

–  Zgoda.  Oto  pierwsza  lekcja  –  Sam  wziął  błyskawiczny  zamach  i  cisnął  w  nią  piłką. 

Biała  kula  pomknęła  ponad  stołem.  Dzięki  błyskawicznemu  refleksowi  Caroline  zdołała  ją 

złapać.  

– To piłka do baseballu – wyjaśnił chłopiec.  

– Dziękuję za cenną wiadomość.  

–  Lekcja  numer  dwa  –  Sam  podniósł  lewą  rękę.  –  To  rękawica.  Być  może  jednak 

powinniśmy  pozostawić  takie  zaawansowane  tematy  na  później,  może  po  kolacji.  Zostajesz 

na kolację, prawda? 

Caroline  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu.  Sam  potrafił  być  równie  zabawny  jak 

Mitch.  

– Tak, zostaję.  

– Domyśliłem się tego. Jestem pewien, że ojciec jest na ciebie napalony.  

– Sam, idź się umyć! – polecił mu dziadek.  

background image

– Co to znaczy napalony? – spytała Ruthann, ale nikt jej nie odpowiedział.  

Sam ruszył po schodach na górę. Caroline zdążyła jeszcze rzucić mu piłkę.  

– Wybacz mu – powiedziała Janis. – Tata próbuje nauczyć go dobrych manier, ale wydaje 

mi się, że Sam jest zapóźniony w rozwoju.  

– Naprawdę? 

– Nie – wtrącił dziadek. – Po prostu ma dziesięć lat, ale z tego się wyrasta.  

Starszy  pan  nalał  wszystkim  mrożonej  herbaty.  Gdy  Sam  wrócił  z  łazienki,  przeszli  na 

taras.  

– Hej, Dr? 

–  Słucham?  –  skoro  wszyscy  w  domu  mieli  swoje  przezwiska,  Caroline  nie  zamierzała 

protestować przeciw wyborowi Sama.  

– Naprawdę chcesz nauczyć się czegoś o baseballu? 

– Bardzo chętnie.  

– Chodź, dam ci pierwszą lekcję. I tak musimy czekać na tatę. To może jeszcze potrwać. 

– Sam chwycił szklankę Janis, wypił duszkiem herbatę i wybiegł do ogrodu.  

Caroline spojrzała na dziadka, który tylko wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, 

że wybór należy do niej. Gdy ruszyła w ślad za chłopcem, Ruthann też zerwała się z leżaka. 

Na tarasie zostali tylko dziadek i Janis.  

– Nie chcesz iść z nimi? 

– Czy tata rzeczywiście spotyka się z Caroline? – spytała bezceremonialnie Janis,  nawet 

nie odpowiadając dziadkowi na pytanie.  

– Tak mi powiedział. Czemu nie podskakujesz z radości? Przecież tego właśnie chciałaś, 

prawda? 

– Aha! Pewnie.  

Dziadek zmarszczył czoło i wrócił do kuchni.  

Czekali  na  Mitcha  jeszcze  dobrych  dwadzieścia  minut.  Na  widok  samochodu  Caroline 

Mitch zaczął wesoło podśpiewywać, ale w domu nigdzie nie mógł jej znaleźć. W salonie nie 

było  nikogo,  a  w  jadalni  wprawdzie  czekał  zastawiony  stół,  ale  Caroline  gdzieś  zniknęła. 

Również  dzieci  nie  było  widać.  W  końcu  w  kuchni  znalazł  dziadka,  przeklinającego  z 

powodu wysychającej pieczeni.  

– No, nareszcie – prychnął. – Przyzwyczaiłem się już, że się spóźniasz, ale myślałem, że 

dziś będziesz punktualnie. Mamy przecież gościa.  

– Przepraszam. Przyjechałem najwcześniej, jak mogłem. Gdzie ona jest? 

– Sam ją dopadł.  

background image

– O Boże! Czy może już przywiązał ją do drzewa i poddał indiańskim torturom? 

– Sam zobacz – dziadek wskazał palcem w stronę holu.  

– Są wszyscy w twoim gabinecie, z wyjątkiem Janis, która uciekła do siebie.  

Mitch  nie  zrozumiał  tej  aluzji,  ale  wolał  nie  wypytywać  ojca.  Zamiast  tego  poszedł  do 

swego  gabinetu,  gdzie  stał  jeden  z  dwóch  domowych  komputerów.  Zastał  Caroline  przed 

monitorem, z Ruthann na kolanach. Sam siedział tuż obok i tłumaczył jej zawiłości baseballu, 

posługując się komputerową grą.  

–  Dobra,  co  teraz?  –  odezwała  się  Caroline.  –  Mam  już  zawodników  na  pierwszej  i 

trzeciej bazie, a straciłam dopiero jednego. Czy teraz powinnam lekko uderzyć? 

– Tak. Szybko się uczysz – pochwalił ją Sam.  

–  Nie  na  darmo  mam  przy  nazwisku  te  wszystkie  literki  –  odpowiedziała,  wykonując 

kolejne posunięcie komputerową myszą.  

– Janis kiedyś też pewnie je zdobędzie. To taka sama jajogłowa jak ty.  

– Czy to źle? 

–  No  pewnie.  Każdy  nauczyciel  w  szkole  myśli,  że  będę  się  uczył  tak  dobrze  jak  ona. 

Koszmar.  

– Musisz wciąż równać do jej poziomu, tak? 

– Aha! – Sam wzruszył ramionami. – No, ale właściwie jako siostra Janis nie jest taka zła. 

Czasami pomaga mi odrobić lekcje i lubi wycieczki w góry. Potrafi nawet nabić przynętę na 

haczyk i dobrze zna wszystkie szlaki w okolicy chaty dziadka Lewa.  

– A kto to taki? – spytała.  

– Tata mamy – wyjaśnił Sam. – Dziadek i babcia mają chatę w Big Sur. Zawsze jeździmy 

tam na ostatni weekend lipca.  

–  Przypominam  sobie  –  Caroline  pamiętała,  że  Sam  mówił  o  dorocznej  rodzinnej 

wyprawie w góry. Mitch i Becky zaczęli tę tradycję jeszcze przed pojawieniem się dzieci. – 

No,  to  Janis  ma  nade  mną  przewagę  –  powiedziała.  –  Ja  nigdy  nie  byłam  na  wycieczce  w 

górach.  

– Chyba żartujesz? – chłopiec nie mógł w to uwierzyć.  

– Nie.  

– Chryste, a ja myślałem, że Janis jest największym dziwadłem.  

– Sam, nie mów tak o siostrze – skarcił go Mitch. Wszyscy odwrócili się w jego stronę. 

Ruthann zeskoczyła z kolan Caroline i rzuciła się ojcu na szyję.  

– Tato, dziękuję! – krzyknęła. – Caroline wróciła! 

– Zauważyłem – odpowiedział Grogan i przytulił ją do siebie.  

background image

– Teraz Caroline zostanie już na zawsze?.  

–  Jeszcze  zobaczymy  –  odpowiedział  ostrożnie  Mitch,  ale  sądząc  po  spojrzeniu,  jakim 

obrzucił  Caroline,  w  pełni  podzielał  pragnienie  córki.  Uśmiechnął  się,  bo  na  policzkach 

kobiety pojawiły się rumieńce.  

– Tato, na pewno nie uwierzysz, ale Caroline nigdy nie była na meczu ani na wycieczce z 

namiotem – wtrącił Sam.  

– Nigdy! 

– Będziemy musieli nadrobić zaległości, prawda? 

– Chcesz przyjść na mecz mojej drużyny w sobotę? – Sam zwrócił się do Caroline.  

Uznała to zaproszenie za dobry znak. Nawet nie rozważyła możliwości odmowy, to było 

wykluczone.  Nie  miała  wprawdzie  czasu  na  takie  rozrywki,  ale  wiedziała,  że  jeśli  chce 

dopasować się do tej rodziny, musi znaleźć czas na zdarzenia ważne dla Mitcha i jego dzieci.  

– Dziękuję, Sam. Chemie przyjdę.  

– Caroline pojedzie z nami w góry, prawda, tato? – spytała Ruthann.  

– Mam nadzieję – odpowiedział, patrząc pytającym wzrokiem na Caroline. – Cztery dni 

w starej chacie w Big Sur. Świeże powietrze, słońce, spacery po górach i wędkowanie...  

– Będziesz mogła coś ugotować na ognisku – dodał Sam.  

– To wspaniała zabawa.  

–  Hm,  zobaczymy  –  Caroline  miała  pewne  wątpliwości.  Co  innego  mecz  baseballu,  co 

innego tradycyjna rodzinna wycieczka. Nie była pewna, czy jest już gotowa na tak odważny 

krok.  

–  Chodźmy  na  obiad,  bo  dziadek  już  się  wścieka  –  Mitch  zmienił  temat.  Niewątpliwie 

wyczuł, że Caroline nie radzi sobie z nadmiernym tempem rozwoju wydarzeń. – Jeśli chcemy 

ocalić spokój domowego ogniska, to lepiej biegnijmy do stołu.  

Sam pierwszy dopadł do drzwi. Nim wyszedł, Mitch podał mu Ruthann.  

– Weź ją do łazienki i dopilnuj, żeby umyła ręce. Widziałem ślady lizaka.  

– Ee – skrzywił się Sam, ale posłusznie pomaszerował do łazienki.  

Caroline podeszła powoli do drzwi. Gdy się zbliżyła, Mitch wziął ją w ramiona.  

– Jesteś wspaniała – powiedział, całując ją w usta. Gdyby nie pośpiech, pocałunek byłby 

znacznie bardziej namiętny, ale Caroline i tak niemal straciła dech.  

– Czym zasłużyłam na takie uznanie? – spytała.  

–  Widziałem,  że  uczysz  się  grać  w  baseball.  To  z  pewnością  nie  należy  do  twoich 

najpilniejszych zadań.  

– Nic mnie to nie kosztowało, a czegoś się nauczyłam.  

background image

– Ale nie jesteś pewna, czy chcesz się już uczyć turystyki, prawda? 

– Nie wiem – westchnęła ciężko. – Wydaje mi się, że pośpiech nie jest wskazany... Prócz 

tego, to wasza rodzinna impreza...  

– Jeśli tylko zechcesz, możesz być członkiem tej rodziny, Caro – zapewnił ją Mitch.  

Na myśl o tym Caroline poczuła, że robi się jej gorąco, ale jednocześnie ogarnął ją strach. 

Nagle zdała sobie sprawę, że boi się właśnie tego, czego pragnie.  

– Zastanowię się nad tym – obiecała. Skoro mieli jechać dopiero pod koniec lipca, miała 

jeszcze mnóstwo czasu do namysłu. – Mitch, czy rozmawiałeś dziś z Edem Newtonem? 

teraz ona  zmieniła  temat.  –  Powiedział  mi,  że  wybiera  się  na  komendę  złożyć  oficjalne 

doniesienie.  

– Aha – kiwnął głową. – Zaczęliśmy już sprawdzać pracowników MediaTech.  

– Czy to oznacza, że wszcząłeś oficjalne dochodzenie? – spytała z nadzieją w głosie.  

–  Nie.  Nie  mogę  zacząć  działać  oficjalnie,  dopóki  nie  mamy  jakichś  solidniejszych 

dowodów. Zasady działania w takich sprawach nakazują, aby firma najpierw przeprowadziła 

wewnętrzne śledztwo. Pomogę w tym Edowi.  

– Dziękuję ci – powiedziała. Wolałaby, aby komenda zajęła się tą sprawą, ale wiedziała, 

że Mitch musi działać zgodnie z regulaminem. – Czy już coś znaleźliście? 

– Nie, ale znajdziemy. Jestem pewien, że wygramy z Richmondem.  

– A tymczasem nauczę się wszystkiego o baseballu i łowieniu ryb – zauważyła Caroline. 

– No i potem będziemy żyć długo i szczęśliwie. Czy tak to się powinno zakończyć? 

– Aha! 

–  Chyba  tylko  w  bajkach,  Mitch  –  pokręciła  sceptycznie  głową.  –  W  rzeczywistości 

mamy małe szanse.  

– Nie jestem hazardzistą, nie interesują mnie szanse. Wierzę natomiast w miłość i muszę 

cię  przekonać,  abyś  również  uwierzyła.  –  Dotknął  wargami  jej  ust,  a  Caroline  zarzuciła  mu 

ręce na szyję.  

–  Hej,  wy  tam!  Za  chwilę  wszystko  będzie  zimne!  –  krzyknął  dziadek.  –  Chodźcie 

wreszcie! 

Mitch  i  Caroline  odskoczyli  od  siebie,  niczym  przyłapana  na  gorącym  uczynku  para 

nastolatków. Parsknęli śmiechem.  

– Już idziemy – krzyknął Mitch. Objął Caroline wpół i razem zeszli po schodach.  

Wbrew  niepokojom  Caroline,  kolacja  była  bardzo  przyjemna.  Ponieważ  Janis  siedziała 

cicho,  rozmowę  zdominował  Sam.  Caroline  słuchała  go  cierpliwie,  jednocześnie  próbując 

zagadnąć jakoś Janis, ale ta odpowiadała wyłącznie monosylabami. Nawet pytania o pracę w 

background image

MediaTech nie zdołały jej ożywić.  

Po obiedzie wszyscy razem posprzątali ze stołu, po czym Sam wyzwał gościa na kolejną 

partię komputerowego baseballu. W ten sposób wszyscy, z wyjątkiem Janis i dziadka, znaleźli 

się w gabinecie i przez cały wieczór bawili się grami komputerowymi. Ruthann przykleiła się 

na  dobre  do  Caroline  i  na  koniec  zażądała,  aby  przed  pójściem  spać  Caroline  poczytała  jej 

bajkę.  

Usiedli  z  Mitchem  po  obu  stronach  łóżka.  Ruthann  wybrała  Księżniczką  na  ziarnku 

grochu. Zanim Caroline skończyła czytać, połowa jej słuchaczy zapadła w sen. Mimo to nie 

przerwała lektury. Bajki, podobnie jak telewizja, były dla jej rodziców czystą stratą czasu.  

Mitch  w  końcu  odebrał  jej  książkę.  Zgodziła  się  na  to  tylko  dlatego,  że  zapewnił,  iż 

następnym razem Ruthann z pewnością zażąda tej samej bajki.  

– Widzisz, to wcale nie było takie trudne – zauważył godzinę później, gdy odprowadzał ją 

do samochodu.  

– Masz rację. W rzeczywistości świetnie się bawiłam – przyznała, obejmując go w pasie. 

– Mam teraz wyrzuty sumienia.  

– Dlaczego? 

–  Powinnam  pracować,  a  nie  bawić  się.  Wciąż  nie  wiem,  dlaczego  Scarlett  zapomniała 

całą bazę danych astronomicznych.  

–  Na  pewno  to  wyjaśnisz  –  pocieszył  ją  Mitch.  –  To  jednak  nie  powinno  pochłaniać 

całego twojego życia.  

– Wiem, że masz rację – kiwnęła głową. – Musisz jednak pamiętać, że czeka mnie walka 

z długoletnimi przyzwyczajeniami.  

– Wiem i rozumiem – powiedział, odwracając ją ku sobie. – Czasami również nie mogę 

oderwać się od pracy w komendzie.  

– Szczególnie, jeśli masz iść śledzić kogoś nocą – zauważyła ironicznie.  

–  Na  pewno  wolałbym  wrócić  z  tobą  do  domu  –  odpowiedział.  –  To  byłoby  znacznie 

ciekawsze niż pół nocy w towarzystwie opryskliwego detektywa, z którym mam dyżur.  

– Będą jeszcze inne noce – obiecała Caroline.  

– Liczę  na to – powiedział,  po czym  mocno pocałował  ją w usta.  Pocałunek sprawił, że 

oboje zapragnęli tego, co akurat teraz było niemożliwe.  

Caroline położyła głowę na jego ramieniu. Oboje jeszcze nie chcieli się rozstawać. Stali 

obok  samochodu,  ciesząc  się  ostatnimi  wspólnymi  chwilami  i  próbując  ustalić  termin 

następnego spotkania. Ostatecznie umówili się na piątkowy wieczór.  

– Z dziećmi czy bez? – spytała Caroline.  

background image

– Bez – uśmiechnął się w odpowiedzi. – Nie mam zamiaru narażać cię na ich nieustanne 

towarzystwo.  

– Myślę, że jakoś zniosę ich nieobecność – kokieteryjnie zapewniła go Caroline. – Mitch, 

co się stało Janis? 

– To dobre pytanie – przyznał. – Sam nie wiem. Czasem trudno ją zrozumieć.  

– Dziś prawie się nie odzywała. Zupełnie tak, jakby była zła z powodu mojej obecności.  

– Nie, to z pewnością nieprawda – zaprotestował Mitch. – W zeszłym tygodniu zrobiła mi 

awanturę  o  to,  że  przestałem  się  z  tobą  spotykać.  Musisz  wziąć  pod  uwagę,  że  dotychczas 

widywałaś ją zawsze w stanie podekscytowania, co w rzeczywistości zdarza się raczej rzadko. 

Normalnie jest bardzo spokojna... Żyje w swoim świecie, tak jak dzisiaj.  

–  Ale  skoro  tak  długo  była  panią  tego  domu,  to  może  uważać  mnie  za  intruza.  Teraz 

będzie musiała dzielić się tobą z inną kobietą.  

– Być  może – przyznał.  – Myślę  jednak,  że  jest  bardziej prawdopodobne,  że wpadła  na 

pomysł ulepszenia IVAR-a i przez cały wieczór myślała tylko o tym.  

– Mam nadzieję, że masz rację.  

– Na pewno. Janis uważa, że jesteś najwspanialszą kobietą na świecie. Ja zresztą również 

– dodał i znów ją pocałował.  

Minęło sporo czasu, nim wreszcie Caroline pojechała do domu. Oboje wiedzieli, że będą 

niecierpliwie czekać na następne spotkanie.  

background image

14 

 

W  ciągu  tego  tygodnia  Mitch  codziennie  dzwonił  do  Caroline  i  były  to  dla  niej  jedyne 

jasne  chwile.  Mimo  ogromnego  wysiłku  całego  zespołu  wciąż  nie  było  wiadomo,  dlaczego 

Scarlett  traci  wprowadzane  informacje.  Jak  dotychczas,  nie  zdarzyło  się  jeszcze  nic 

katastrofalnego,  ale  za  każdym  razem,  gdy  Caroline  włączała  komputer,  czuła  narastający 

strach przed totalnym załamaniem się systemu.  

Wiadomość  o  udanej  demonstracji  Vica  błyskawicznie  rozeszła  się  wśród  specjalistów. 

Był  to  poważny  cios  dla  MediaTech.  Rada  nadzorcza  zaczęła  wywierać  nacisk  na  Caroline, 

by czym prędzej znalazła i poprawiła błąd w oprogramowaniu, tak aby można było rozpocząć 

seryjną  produkcję  jeszcze  przed  pojawieniem  się  Vica  na  rynku.  Niestety,  wizyty  panów  w 

garniturach nie mogły pomóc w rozwiązaniu problemów technicznych.  

Caroline z kolei przyciskała Eda Newtona, by przyśpieszył dochodzenie, ale okazało się 

to  równie  skuteczne  jak  wizyty  dyrektorów  w  laboratorium.  Ed  powtarzał  jej,  że  musi  być 

cierpliwa, ale ona nie miała ochoty zastosować się do tej rady. Mitch mówił to samo, niewiele 

to  jednak  pomogło.  Pod  koniec  tygodnia  Caroline  uznała,  że  pora  już,  aby  sama  wykazała 

inicjatywę.  Potrzebowała  solidnego  dowodu,  czegoś  poważniejszego  od  jej  własnego 

przekonania  i  podejrzeń  Grogana.  Bez  tego  nie  można  było  uruchomić  całej  policyjnej 

machiny dochodzeniowej.  

Gdy zadzwoniła do Eda w piątek rano, ten po raz n-ty stwierdził, że oczekuje zbyt wiele i 

zbyt  szybko.  Wobec  tego  Caroline  postanowiła  wziąć  sprawę  w  swoje  ręce.  Wiedziała,  że 

Mitch  byłby  temu  przeciwny,  ale  nie  była  w  stanie  się  tym  przejąć.  Zadzwoniła  do  The 

Richmond Group i umówiła się ze swym byłym mężem na lunch.  

 

–  Mam  wrażenie,  że  jedzenie  niezbyt  cię  interesuje  –  zauważył  Evan,  gdy  tylko  usiedli 

przy stoliku w ustronnym barze, który Caroline wybrała na miejsce rozmowy.  

–  Rzeczywiście  –  przyznała.  –  Od  tygodnia  prawie  nic  nie  jadłam.  Nie  mam  do  tego 

głowy.  

– Caroline, wiem, że jesteś bardzo zdenerwowana faktem, iż wygraliśmy wyścig, ale... – 

Evan patrzył na nią ze szczerym współczuciem w oczach.  

– Interesuje mnie, jak to się wam udało – Caroline nie pozwoliła mu dokończyć.  

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał z niechęcią.  

–  Powiedz  mi  wszystko,  co  wiesz  na  temat  bazy  danych  Vica  –  powiedziała  wprost. 

background image

Uznała, że po trzech latach małżeństwa może być z nim szczera.  

– Nie mogę zdradzać żadnych sekretów...  

– Nie chodzi  mi o sekrety. Chcę wiedzieć,  co się stało rok temu,  gdy padła wasza baza. 

Jakim cudem Howard zdołał ją tak szybko odbudować? 

– To żadna tajemnica – uśmiechnął się Evan. – Po prostu baza danych nigdy nie padła.  

– Słyszałam od Deana Eddingtona...  

–  Słyszałaś  bełkot  pracownika  zwolnionego  z  pracy  z  powodu  niekompetencji.  To 

normalne  zjawisko.  Mieliśmy  pewne  problemy  z  bazą  danych,  ale  nigdy  nie  doszło  do 

katastrofy.  Howard  znalazł  nowego  programistę,  który  błyskawicznie  poprawił  błędy 

Eddingtona. Rewelacyjny facet.  

–  Czy  wiesz  to  na  pewno,  czy  tylko  powtarzasz,  co  powiedział  wszystkim 

współpracownikom  Howard?  –  spytała.  Nie  mogła  mu  uwierzyć.  Gdyby  baza  danych  Vica 

była w porządku, Richmond nie miałby żadnego powodu, aby kraść Scarlett.  

– Czemu miałby kłamać? – zapytał w odpowiedzi Evan.  

– Ponieważ w jakiś sposób Howard Richmond dobrał się do bazy danych Scarlett.  

– Caroline! – Converse wydawał się zszokowany tym oskarżeniem.  

–  Evan,  proszę,  posłuchaj  mnie  –  przekonywała  go  Caroline.  –  Podczas  pokazu  w 

poniedziałek Vic na każde pytanie odpowiedział dokładnie tak, jak odpowiedziałaby Scarlett, 

nawet  na  to  o  nie  skończone  rozwinięcie  dziesiętne,  które  przecież  mogło  spowodować 

rozpoczęcie nie skończonych rachunków i załamanie się systemu. A jednak Howard wcale się 

tym  nie  zmartwił. Natomiast gdy spytałam o przyjaciół,  nie pozwolił Vicowi odpowiedzieć. 

Dlaczego? Co by się stało, gdyby odpowiedział? 

– Nie wiem – Evan wydawał się zupełnie zaskoczony.  

–  Sądziłem,  że  Howard  go  powstrzymał,  bo  staraliśmy  się  nie  wprowadzać  do  bazy 

danych  żadnych  informacji  na  temat  poszczególnych  osób.  A  jakiej  odpowiedzi  ty  się 

spodziewałaś? 

–  Miałam  nadzieję,  że  wymieni  mnie  –  wyjaśniła.  –  Jestem  pewna,  że  Howard  i  jego 

pracownicy  postarali  się  wymazać  z  pamięci  komputera  wszystkie  dane,  dotyczące 

MediaTech, mnie i pozostałych programistów, ale nie wierzę, aby im się to w pełni udało. Na 

pewno zostało coś, o czym nie pomyśleli.  

– To szaleństwo.  

– Nie, wcale nie. Mówię ci, Evan, Vic to Scarlett – nalegała Caroline. – Musisz mi pomóc 

to udowodnić. Chcę zbadać Vica.  

– Co takiego? Nie mogę ci tego załatwić – zaprotestował.  

background image

– Mógłbym stracić pracę. Nie jestem głównym projektantem, nie mam takiej władzy, jaką 

ty się cieszysz w MediaTech.  

– Ale masz dostęp do Vica. Możesz mnie wprowadzić do laboratorium.  

– Nie, nie mogę.  

– To znaczy, że nie chcesz – zarzuciła mu Caroline. – Evan, proszę cię. Wiesz lepiej niż 

ktokolwiek inny, jakie to dla mnie ważne. Scarlett to praca mojego życia i ktoś mi ją ukradł! 

–  Nie  wierzę  w  to  –  odpowiedział.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  zimny,  twardy  wyraz, 

podobny do tego, jaki widywała podczas ich najgorszych kłótni. – Zapewniam cię, że Vic jest 

dla mnie równie ważny jak Scarlett dla ciebie. Szczerze mówiąc, twoja sugestia, iż udało nam 

się go zbudować tylko dzięki kradzieży, jest dla mnie obraźliwa.  

–  Bardzo  mi  przykro  –  przeprosiła  go  natychmiast.  –  Nie  chciałam  pomniejszać  twoich 

osiągnięć, a tym bardziej nie oskarżam cię o udział w kradzieży. Jednak, jak sam przed chwilą 

przyznałeś,  nie kontrolujesz w pełni tego projektu. Nie wiesz  na pewno, co Howard zrobił z 

bazą danych Vica, prawda? 

– Nie – Evan musiał to przyznać. – Mimo to nie wierzę, by ukradł Scarlett.  

– Udowodnij mi, że nie mam racji. Pozwól mi porozmawiać z Vikiem.  

Była pewna, że Evan odmówi, ale czekała ją niespodzianka.  

– Dobrze – powiedział po chwili namysłu. – Jeśli tylko w ten sposób mogę cię przekonać, 

to wprowadzę cię do laboratorium. Nie będziesz miała bezpośredniego dostępu do terminalu, 

ale będziesz mogła swobodnie porozmawiać z Vikiem.  

– Dziękuję, Evan – Caroline na chwilę położyła rękę na jego dłoni.  

–  Jeśli  jednak  Vic  w  żaden  sposób  nie  potwierdzi  twoich  absurdalnych  oskarżeń,  to  nie 

chcę o nich więcej słyszeć, zgoda? 

– Zgoda. Kiedy będę mogła z nim porozmawiać? 

– Najlepiej jutro rano, gdy w laboratorium jeszcze nikogo nie ma – stwierdził Converse. – 

Oczywiście, nie mogę pojawić się tam z tobą dziś po południu. Spotkamy się o dziesiątej na 

parkingu.  

–  Będę  punktualnie.  Jeszcze  raz  ci  dziękuję  –  powiedziała  i  impulsywnie  go  uściskała. 

Evan  nieoczekiwanie  mocno  przytulił  się  niej.  Gdy  wreszcie  ją  puścił,  na  jego  twarzy 

zobaczyła ten sam chłopięcy uśmiech, jaki pamiętała z pierwszych lat ich znajomości.  

– Jeśli wywalą mnie z pracy, załatwisz mi coś u siebie – powiedział.  

– Umowa stoi.  

 

Caroline  postanowiła  nie  mówić  nic  Mitchowi  o  rozmowie  z  Evanem  i  zaplanowanej 

background image

wizycie w The Richmond Group. Wprawdzie dręczyły ją wyrzuty sumienia, ale uznała, że tak 

będzie najlepiej.  Mitch z pewnością starałby się ją przekonać, aby tego nie robiła, być może 

nawet  spróbowałby  jej  tego  zabronić.  To  mogło  doprowadzić  wyłącznie  do  awantury,  bo 

Caroline nie miała zamiaru się wycofać. Milczenie wydawało się najlepszym rozwiązaniem.  

Zjedli  kolację  w  niewielkiej  restauracji,  po  czym  poszli  do  niej,  aby  porozmawiać  i 

kochać  się.  Tak  samo  jak  za  pierwszym  razem,  było  to  dla  obojga  wstrząsające  przeżycie. 

Mitch wyszedł od niej nieco po północy. Sobotnie rano zazwyczaj przeznaczał dla dzieci i nie 

chciał ich zawieść.  

Zaproponował natomiast, aby przyszła na śniadanie. Mogliby później pojechać razem na 

mecz  drużyny  Sama.  Caroline  jakoś  się  wykręciła.  Mitch  nie  wydawał  się  zdziwiony,  gdy 

powiedziała, że musi pracować i spotkają się na stadionie.  

Tej nocy niewiele spała. Siedziała do białego rana, układając listę pytań, jakie zamierzała 

zadać  Vicowi.  W  kieszeni  bluzy  schowała  niewielki  magnetofon.  Wiedziała,  że  Evan  nie 

zgodziłby się, aby nagrała przebieg rozmowy, ale i tak zamierzała to zrobić. To miał być jej 

dowód.  

O  dziewiątej  rano  była  już  gotowa.  Punktualnie  o  dziesiątej  zatrzymała  samochód  na 

parkingu przed siedzibą The Richmond Group.  

– Gdzie jest moja Caroline, tato? – jęknęła Ruthann po raz setny. – Chcę Caroline. Niech 

przyjdzie.  

–  Na  pewno  przyjdzie,  Mała  –  zapewnił  ją  Mitch.  –  Teraz  uspokój  się  i  patrz,  jak  gra 

Sam. Widzisz go? – wskazał ręką na syna.  

–  Nie  chcę  Sama,  chcę  Caroline  –  rozżaliła  się  Ruthann.  Mitch  zerknął  na  zegarek,  po 

czym  wymienił  z  ojcem  porozumiewawcze  spojrzenie.  Caroline  spóźniła  się  już  ponad  pół 

godziny. Na pewno praca pochłonęła ją do tego stopnia, że zapomniała o meczu.  

Grogan wiedział, że nie powinien się na nią złościć, ale mimo to nie mógł całkiem pozbyć 

się  irytacji.  Ruthann  liczyła,  że  ją  zobaczy,  a  Sam  również  był  bardzo  podniecony 

perspektywą zademonstrowania swych umiejętności  nowej dziewczynie ojca.  Mitch  miał  jej 

tłumaczyć wszystkie  subtelności rozgrywki. Tylko Janis,  która nie znosiła  baseballu,  została 

w domu. Mitch miał zamiar podjechać po nią po meczu.  Zaplanował wspólną wycieczkę do 

wesołego miasteczka i lunch w restauracji.  

Wszyscy,  a  zwłaszcza  on,  byliby  bardzo  rozczarowani  nieobecnością  Caroline.  Mitch 

pomyślał,  że w przyszłości  będzie  musiał ostrożniej planować  i uważać,  co  mówi dzieciom. 

Nie  chciał  ryzykować,  że  znów  spotka  je  rozczarowanie.  I  tak  często  je  zawodził  wskutek 

nieoczekiwanych obowiązków służbowych. Z pewnością nie potrzebowały dodatkowej porcji 

background image

rozczarowań ze strony kobiety, która pojawiła się w jego życiu.  

Siedział na drewnianej ławeczce, trzymając na kolanach wiercącą się Ruthann. Próbował 

skupić się na grze, ale nie przyszło mu to łatwo. Sam grał bardzo dobrze i Mitch wiedział, że 

syn będzie się domagał szczegółowych komentarzy.  

Ruthann z każdą  minutą stawała  się coraz  bardziej  nieznośna.  Nie  mogła wysiedzieć  na 

kolanach, a ojciec nie zgodził się, aby biegała między ludźmi.  

– Może zjemy lody, Mała? – zaproponował dziadek.  

– Tak, tak, tak! Malinowe i waniliowe! 

–  Przekupstwo  jako  środek  wychowawczy?  –  zażartował  Mitch.  W  rzeczywistości 

ucieszył się z tej interwencji.  

– Tobie to nie zaszkodziło – wzruszył ramionami starszy pan.  

– Proszę bardzo – Mitch podał mu córeczkę. – Zobaczymy, jak podziała w jej przypadku.  

Dziadek  postawił  ją  na  ziemi  i  razem  ruszyli  w  kierunku  kiosków  za  trybuną.  Ruthann 

szła, tańcząc i podskakując.  

Mitch  westchnął  z  ulgą  i  zerknął  jednocześnie  na  zegarek,  zastanawiając  się,  co  mogło 

zatrzymać Caroline. W tym momencie rozległy się głośne okrzyki i oklaski widzów. Szybko 

spojrzał na stadion, usiłując odgadnąć, co się zdarzyło. Najwyraźniej Samowi udało się jakieś 

zagranie,  bo  zbiegając  z  boiska,  tańczył  z  radości.  Mitch  pomyślał,  że  będzie  miał  się  z 

pyszna.  Jak  mógł  przepuścić  tę  sytuację?  Trudno,  stało  się.  Odprowadził  syna  wzrokiem  i 

znów  spojrzał  w  kierunku  parkingu.  Na  widok  Caroline  poczuł  jednocześnie  ulgę,  radość  i 

irytację. Stała przed wejściem na trybunę i rozglądała się po ławkach. Mitch wstał i pomachał 

ręką. Natychmiast go zauważyła i uśmiechnęła się szeroko. Już po chwili była obok.  

–  Przepraszam  za  spóźnienie  –  powiedziała  i  szybko  pocałowała  go  w  policzek. 

Wyglądała tak promiennie, że nie mógł się na nią gniewać.  

–  Mam  wrażenie,  że  przynosisz  dobre  nowiny  –  powiedział  z  uśmiechem.  –  Czyżbyś 

sama rozwiązała tajemniczy problem danych, znikających z pamięci Scarlett? 

– Nie – Caroline trochę spoważniała. – Ale mam coś niemal równie dobrego. – Sięgnęła 

do torebki, wyciągnęła mikrokasetę i podała ją Mitchowi.  

– Co to takiego? – spytał. Na kasecie nie było żadnej naklejki.  

– Dowód, że Howard Richmond zbudował Vica, używając bazę danych Scarlett.  

– Co takiego? 

– Chyba słyszałeś.  

– Co to za dowód? – Mitch pokręcił sceptycznie głową. – Jak go zdobyłaś? 

Caroline była zbyt podniecona, aby przejmować się jego reakcją.  

background image

–  Evan  wprowadził  mnie  dzisiaj  do  laboratorium  The  Richmond  Group.  Mogłam 

porozmawiać z Vikiem. To jest zapis naszej rozmowy. Vic powiedział coś, czego żadną miarą 

nie mógłby wiedzieć, gdyby został skonstruowany u Richmonda.  

–  Caroline,  to  była  głupota!  –  Mitch  nie  wierzył  własnym  uszom.  –  Jak  myślisz,  co 

właściwie osiągnęłaś w ten sposób? 

–  Mnóstwo  –  odpowiedziała  wyzywającym  tonem.  Zastrzeżenia  mężczyzny  tylko 

pobudziły jej opór. – Zdobyłam dowód.  

– Jaki? Takie nagranie nie może stanowić dowodu.  

–  Wiem,  ale  teraz  mam  coś  więcej  niż  tylko  własne  podejrzenia,  aby  przekonać  Boba 

Stafforda  i  facetów  z  rady  nadzorczej.  Jeśli  nawet  ty  i  Ed  nie  znajdziecie  dowodów, 

uzasadniających sprawę kamą, to może uda mi się ich przekonać, aby wytoczyli Howardowi 

sprawę  cywilną.  Mam  zamiar  powstrzymać  Richmonda,  choćby  nie  wiem  ile  to  miało 

kosztować.  

–  Caroline,  czy  ty  nie  możesz  zrozumieć,  że  w  ten  sposób  naraziłaś  się  na  zarzut 

szpiegostwa przemysłowego? To tobie grozi sprawa karna lub cywilna.  

– Nikt prócz Evana nie wie, że byłam dziś w laboratorium – potrząsnęła głową Caroline.  

– A jak przeprowadził cię przez portiernię? – spytał sceptycznie Mitch.  

– Mieliśmy szczęście. Był ten sam strażnik, który miał dyżur podczas pokazu. Zapamiętał 

mnie jako dr Leister, a Evan powiedział, że jestem jego gościem.  

– Wspaniale – Mitch przeczesał włosy palcami. – Teraz oboje, ty i Evan, możecie zostać 

oskarżeni o szpiegostwo przemysłowe.  

–  Mitch,  poszłam  tam  tylko  i  wyłącznie  po  to,  aby  porozmawiać  z  Vikiem  –  Caroline 

niemal zgrzytnęła zębami. – Nawet nie dotknęłam klawiatury i nie miałam żadnego kontaktu 

z jego oprogramowaniem.  

– Ciekawe, jak tego dowiedziesz wsadzie.  

– Czemu jesteś tak negatywnie nastawiony? – spytała, nie kryjąc irytacji.  

–  Ponieważ  postępując  w  ten  sposób,  możesz  wpakować  się  w  poważne  kłopoty  – 

prychnął Mitch. – Czy nie potrafisz tego zrozumieć? 

– Wiem tylko, że ty i Ed nie dowiedzieliście się niczego.  

– A czego się spodziewałaś po tygodniu śledztwa? 

–  Wyników!  Czegokolwiek!  –  krzyknęła  i  sięgnęła  po  kasetę,  ale  Mitch  schował  ją  do 

kieszeni.  

– Przesłucham ją – powiedział z znużeniem.  

– Och, jaki jesteś łaskawy! – podziękowała mu z jawnym sarkazmem.  

background image

– Caroline! 

Ruthann  stała  u  podnóża  trybuny  i  z  całych  sił  ciągnęła  dziadka  za  rękę,  pragnąc  czym 

prędzej dostać się do Caroline.  

–  Później  o  tym  porozmawiamy  –  zdążył  jeszcze  zapowiedzieć  Mitch,  jednocześnie 

dopinając kieszeń koszuli, w której schował kasetę.  

Z  lodów Ruthann ściekały  już dwie  strużki, a  jedna kulka groziła upadkiem. Dziadek w 

ostatniej  chwili  wyrwał  je  z  rąk  dziewczynki,  ocalając  Caroline  przed  całkowitą  katastrofą, 

ale i tak witając się, Ruthann pozostawiła na jej bluzce liczne plamy.  

Gdy usiedli, dziewczynka wdrapała się kobiecie na kolana i pomachała jej palcem przed 

nosem.  

– Spóźniłaś się.  

–  Przepraszam,  Ruthann.  Czy  straciłam  coś  ważnego?  Dziecko  powiedziało  coś,  czego 

Caroline nie zrozumiała.  

–  Czy  to  znaczy,  że  źle  uderzył,  czy,  przeciwnie,  ograł  przeciwnika?  –  spytała,  patrząc 

pytająco na Mitcha.  

Ten westchnął i spróbował zapomnieć o irytacji. Pomyślał, że jeszcze zdąży przekonać ją, 

aby dla własnego dobra przestała odgrywać Matę Hari.  

– Ograł przeciwnika – wyjaśnił. – Ich zagrywający wypadł z gry.  

Ponieważ  Mitch nie kontynuował,  wtrącił  się dziadek  i wyjaśnił przebieg gry  i aktualny 

wynik.  Ruthann  siedziała  jej  na  kolanach  i  paplała  podniecona.  Caroline  usiłowała  skupić 

uwagę na grze i Ruthann, ale to nie było wcale łatwe. Miała wrażenie, że prowadzi podwójne, 

a  jeśli  liczyć  jej  nową  rolę  detektywa,  to  nawet  potrójne  życie.  Jako  konstruktorka 

komputerów,  i  to  stojąca  na  skraju  przepaści,  czuła  się  winna  z  powodu  traconego  czasu,  a 

jednocześnie jako zakochana kobieta chciała znaleźć dla siebie miejsce w rodzinie Mitcha. I 

jedno, i drugie było dla niej czymś nowym i podniecającym.  

Podczas  gry  dziadek  objaśniał  jej  rozwój  wydarzeń  na  boisku.  Co  jakiś  czas  zerkał  ze 

zdziwieniem na syna, aż wreszcie Mitch trochę się rozluźnił i przejął obowiązki nauczyciela 

baseballu.  

W  końcu  okazało  się,  że  drużyna  Sama  wygrała,  choć  nikłą  różnicą  punktów.  To  w 

zupełności  wystarczyło,  aby  chłopiec  przez  całą  drogę  powrotną  puszył  się  i  opowiadał  o 

poszczególnych zagraniach.  W domu szczęśliwy  zwycięzca szybko wziął prysznic,  po czym 

wszyscy, prócz dziadka, upchnęli się w jednym samochodzie i pojechali do San Jose.  

Gdy  Sam  dowiedział  się,  że  Caroline  jeszcze  nigdy  nie  była  w  wesołym  miasteczku, 

przewrócił  z  niedowierzaniem  oczami,  po  czym  obiecał,  że  osobiście  zademonstruje  jej 

background image

wszystkie atrakcje. Wszyscy śmieli się z reakcji Caroline podczas przejażdżki kolejką górską, 

krzyczeli ze strachu w izbie duchów i zrywali boki ze śmiechu w gabinecie krzywych luster. 

Nawet Janis wydawała się w lepszym nastroju niż zazwyczaj podczas takich wycieczek.  

– Wiesz, Dr, jak na jajogłową jesteś bardzo zabawna – powiedział w pewnym momencie 

Sam. Caroline wiedziała, że w jego ustach był to największy możliwy komplement.  

Ogólnie  mówiąc,  była  to  dla  niej  zdumiewająca  i  całkiem  udana  wyprawa.  Caroline 

wiedziała  jednak,  że  nie  może  na  tej  podstawie  pozytywnie  oceniać  szans  na  pomyślny 

rozwój związku z Mitchem. Jak sama powiedziała, życie to nie wesołe miasteczko. Właściwe 

ułożenie  stosunków  z  Groganem  i  jego  dziećmi  wymagało  ciężkiej  pracy  i  wyczucia,  a 

Caroline nie była wcale pewna, czy jest do tego zdolna.  

W drodze powrotnej Ruthann zasnęła w samochodzie. Była wyczerpana emocjonującym 

dniem i awanturą, jaką urządziła, gdy ojciec nakazał jej usiąść w foteliku, a nie u Caroline na 

kolanach. Nie obudziła się nawet wtedy, gdy Mitch rozbierał ją i kładł do łóżka.  

Sam  również  szybko  poszedł  spać,  a  Janis,  jak  zwykle,  natychmiast  zniknęła  w  swoim 

pokoju.  Dziadek  bez  trudu  zrozumiał  delikatną  aluzję  syna  i  poszedł  do  siebie.  Mitch  i 

Caroline zostali sami. Usiedli obok siebie na sofie. Kobieta położyła głowę na jego ramieniu.  

–  Jestem  wykończona  –  westchnęła.  –  Zapomniałeś  mnie  uprzedzić,  że  zabawa  jest 

szalenie męcząca.  

– Naprawdę dobrze się bawiłaś? – spytał, opierając brodę na jej czole.  

– Oczywiście. Czyżby tego nie było widać? 

– Co właściwie sprawiło ci większą przyjemność? – spytał Mitch po chwili milczenia. – 

Wesołe miasteczko i mecz czy włamanie się do laboratorium Howarda? 

Caroline wyprostowała się. To pytanie zabrzmiało wyjątkowo chłodno.  

– Rzeczywiście każde z tych wydarzeń sprawiło mi radość, choć każde z innego powodu. 

Bardzo  lubię  być  razem  z  tobą,  a  z  jeszcze  nie  całkiem  zrozumiałych  powodów  obecność 

twoich dzieci również wpływa dodatnio na moje samopoczucie. Z drugiej strony, rozmowa z 

Vikiem  przekonała  mnie,  że  będę  w  stanie  udowodnić,  iż  Howard  Richmond  ukradł  moje 

dzieło. Czy ta odpowiedź cię zadowala? 

– Nie – odrzekł. – Rozmowa z Vikiem niczego ci nie dała.  

– Skąd możesz wiedzieć? Przecież nawet nie przesłuchałeś taśmy.  

– To nie ma znaczenia, ponieważ żaden sąd nie uzna takiego dowodu.  

–  Być  może  jednak  na  tej  podstawie  będziesz  mógł  rozpocząć  oficjalne  śledztwo  – 

upierała  się  Caroline.  –  Dochodzenie  wewnętrzne  to  stanowczo  za  mało,  nawet  z  twoją 

pomocą.  Chcę,  aby  twój  wydział  dołożył  wszystkich  starań  w  celu  udowodnienia,  że 

background image

Richmond jest złodziejem.  

– Caroline, regulamin pracy... – zaczął Mitch, lecz nie udało mu się dokończyć.  

– Nic mnie nie obchodzi jakiś regulamin – syknęła Caroline. Uklękła na sofie i odwróciła 

się  twarzą  w  jego  stronę.  –  Wysunęłam  uzasadnione  oskarżenie  wobec  firmy  Richmonda  i 

chcę, aby policja rozpoczęła śledztwo. Gdyby jakiś obywatel zgłosił się na policję i oskarżył 

go o morderstwo, to sprawdzilibyście tę wiadomość, prawda? 

–  Owszem  –  przyznał  Mitch.  –  Gdyby  jednak  nie  było  ani  ciała  denata,  ani  żadnych 

dowodów rzeczowych, to śledztwo nie trwałoby długo.  

– Taśma jest dowodem rzeczowym! 

Mitch ciężko westchnął W tej chwili taśma leżała głęboko w szufladzie jego biurka. Był 

zbyt zmęczony, aby teraz ją przesłuchać.  

– Powiedz mi, co jest na taśmie, i sam ocenię, czy to dostateczny dowód.  

– Spróbujmy od początku – powiedziała, uśmiechając się z ulgą. Szybko zrelacjonowała 

mu rozmowę z Evanem i opowiedziała o przesłuchaniu Vica. – Dopóki trzymaliśmy się spraw 

ogólnych,  odpowiadał dokładnie tak,  jak odpowiedziałaby Scarlett. Natomiast gdy zaczęłam 

mu  zadawać  osobiste  pytania,  od  razu  zgłupiał.  Nie  pamięta  ani  mnie,  ani  nikogo  z  mojego 

zespołu,  ale  –  Caroline  na  chwilę  zawiesiła  głos  i  uśmiechnęła  się  do  niego  –  pamięta 

niejakiego Mitcha Grogana, porucznika policji.  

– Chyba żartujesz? – Mężczyzna również usiadł prosto.  

– Wcale nie – zapewniła go Caroline. Mówiła z narastającym podnieceniem. – Co więcej, 

pamięta również, że masz córkę, Janis. Gdy spytałam go, skąd was zna, podał dokładną datę 

spotkania. Twierdził natomiast, że spotkał was w The Richmond Group, a nie w MediaTech. 

Widocznie Howard zmienił wszystkie dane na ten temat. Może teraz powiesz, że wciąż masz 

za mało dowodów, aby rozpocząć oficjalne śledztwo? – dodała z nutką tryumfu w głosie.  

– A co na to wszystko twój były mąż? – spytał Mitch. Nie mógł od razu obiecać, że spełni 

jej życzenie.  

– Gdy wytłumaczyłam mu, jakie znaczenie ma ta historia, przeżył szok. Jestem pewna, że 

mogłabym  znaleźć  jeszcze  wiele  anomalii,  ale  Evan  bał  się  ryzykować,  że  ktoś  może  nas 

przyłapać.  Twierdzi,  że  o  niczym  nie  wiedział.  Był  naprawdę  kompletnie  zaskoczony  – 

zapewniła go Caroline.  

– Czy wydaje ci się możliwe, aby zechciał nam pomóc? Wysoko postawiony informator 

mógłby być bardzo użyteczny.  

–  Sam  to  zaproponował,  ale  powiedziałam  mu,  żeby  bez  moich  instrukcji  niczego  nie 

robił. Nie sądzę, aby był szpiegiem z urodzenia,  i mam wątpliwości, czy to byłoby zgodne z 

background image

prawem.  Gdyby  coś  się  stało,  Howard  mógłby  oskarżyć  go  o  szpiegostwo  przemysłowe  i 

może nawet miałby na to dowody. Nie chcę, aby Evan popadł w kłopoty.  

–  Bardzo  rozsądnie  –  zauważył  Mitch.  –  Niech  siedzi  cicho  i  modli  się,  żeby  nikt  nie 

zapytał go o dzisiejszego gościa. Możemy go uznać za potencjalne źródło informacji, ale nic 

poza tym.  

– Czy to znaczy, że rozpoczniesz oficjalne dochodzenie? 

– Być może – Mitch wciąż wolał być ostrożny. – Chcę, abyś zadała Scarlett dokładnie te 

same  pytania  i  wydrukowała  mi  jej  odpowiedzi.  Każ  również  spisać  tekst  z  taśmy.  Jeśli 

zbieżność będzie oczywista, rozpocznę śledztwo.  

–  Dziękuję  ci  –  Caroline  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  –  Wiedziałam,  że  mogę  na  ciebie 

liczyć.  

–  Mam  nadzieję,  że  nie  spotykasz  się  ze  mną  tylko  dlatego,  że  jestem  największym 

detektywem od śmierci Sherlocka Holmesa? – zaśmiał się.  

Caroline cofnęła się i spojrzała na niego uważnie. To miał być żart, ale w głosie Mitcha 

zabrzmiała jakaś podejrzliwa nutka.  

– Jeśli naprawdę tak uważasz, to powinnam natychmiast stąd wyjść i nigdy nie wracać.  

–  Nie  rób  tego!  –  Grogan  czule  pogłaskał  jej  policzek.  –  Nie  wiem,  jak  zniósłbym 

rozstanie.  

–  Jesteś  dobrym  gliniarzem,  Mitch  –  odrzekła.  Nie  wiedziała,  jak  ma  odpowiedzieć  na 

malujące się w jego oczach uczucia. – Nie sądzę, żebym musiała uwodzeniem nakłonić cię do 

zrobienia tego, co do ciebie należy.  

–  Jeśli  dobrze  pamiętam,  to  raczej  ja  wystąpiłem  w  roli  uwodziciela  –  przypomniał  z 

kpiącym uśmiechem.  

– Pewnego dnia role się odwrócą – odparła, po czym zaczerwieniła się z powodu własnej 

śmiałości.  

–  Nie  mogę  się  tego  doczekać.  Może  spróbujesz  od  razu?  Caroline  zaczerwieniła  się 

jeszcze mocniej, ale nie chciała go zawieść. Znów zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała w 

usta. Gdy w końcu oderwała się od niego, Mitch z trudem łapał oddech.  

– Jeśli to był wstęp, tym bardziej niecierpliwie czekam na część zasadniczą – powiedział. 

– Może zostaniesz na noc, Caro? 

– Och, Mitch, nie mogę. Dzieci...  

–  Nie  to  miałem  na  myśli  –  potrząsnął  głową.  –  Chciałbym  tylko  wiedzieć,  że  jesteś 

blisko. Możesz położyć się u mnie, a ja prześpię się na sofie.  

–  To  nie  jest  dobry  pomysł.  –  Z  jakiegoś  powodu  nie  miała  na  to ochoty.  –  Dla  dzieci 

background image

mogłoby to mieć znaczenie, przerastające rzeczywistość.  

– Chyba masz rację. Może zatem przyjedziesz jutro na niedzielne śniadanie? 

Caroline pokręciła głową.  

– Muszę pracować. Tym razem naprawdę. Muszę zadać Scarlett te same pytania i spisać 

przebieg rozmowy z Vikiem. Może w przyszłą niedzielę? 

– Kiedy zatem się zobaczymy? – Mitch na próżno usiłował ukryć rozczarowanie.  

– Możemy umówić się na kolację któregoś dnia w tygodniu – zaproponowała. – Może w 

czwartek? 

– Wtorek byłby lepszy – uśmiechnął się.  

– Dlaczego? 

–  Bo  nie  wiem,  czy  wytrzymam  do  czwartku  –  wyjaśnił,  przyciągając  ją  do  siebie. 

Pocałunek był długi i podniecający. Mężczyzna wstał i podał jej rękę.  

– Chodź, odprowadzę cię do samochodu – powiedział. – Jeszcze trochę i zaczniemy coś, 

czego w tych warunkach nie będziemy w stanie dokończyć.  

Przyniósł z gabinetu kasetę i razem skierowali się do drzwi. Gdy już wchodzili do holu, 

na  górnym  podeście  schodów  pojawiła  się  Janis,  całkiem  ubrana.  Miała  wyraz  twarzy  tak 

surowy, że wydawała się o dobre dziesięć lat starsza, niż była w rzeczywistości.  

– Tato? 

– Jeszcze nie śpisz, Aniołku? 

–  To  chyba  widać.  Czy  wychodzisz  do  Caroline?  Mitch  poczuł,  jak  palce  kobiety 

kurczowo zaciskają się na jego dłoni.  

– Nie – odpowiedział. – Odprowadzam ją do samochodu.  

– Och, to dobrze – wyraz twarzy Janis nieco złagodniał. – Dobranoc, Caroline – dodała i 

zniknęła w swoim pokoju.  

Mitch otworzył frontowe drzwi i wypuścił gościa.  

–  Wiesz,  w  upływie  czasu  jest  coś  niesamowitego.  Jeszcze  niedawno,  ilekroć  wracałem 

późno do domu,  to mama witała  mnie  na schodach z surową miną  i długą przemową.  Teraz 

córka nadzoruje moje romanse. Koło się zamknęło.  

Caroline nie wydawała się równie rozbawiona.  

–  Mitch,  mówię  ci,  że  coś  tu  jest  nie  w  porządku  –  powiedziała.  –  Sądzę,  że  Janis 

naprawdę z niechęcią myśli o pojawieniu się w domu innej kobiety.  

– Będę musiał z nią porozmawiać – tym razem Mitch nie kwestionował oceny Caroline. 

Janis rzeczywiście zachowywała się dość dziwnie.  

– A jeśli nie zmieni zdania? 

background image

– Na pewno zmieni, Caro. Być może będzie musiała się dostosować, ale wkrótce polubi 

cię równie mocno jak Ruthann i Sam.  

Caroline  mogła  mieć  tylko  nadzieję,  że  tak  się  rzeczywiście  stanie.  Zachowanie 

dziewczyny  bardzo  ją  martwiło.  Ilekroć  myślała,  że  Janis  już  się  rozluźnia,  jak  na  przykład 

podczas  wycieczki  do  wesołego  miasteczka,  wydarzało  się  coś,  co  sprawiało,  że  znów 

sztywniała.  

– Może to ja powinnam z nią porozmawiać? – zasugerowała.  

– Nie, lepiej ja spróbuję.  

– Czy to możliwe, że powiedziałam coś, co zraniło jej uczucia? 

– Nie wiem. Często trudno jest powiedzieć, co dzieje się w tej wspaniałej mózgownicy – 

odpowiedział, obejmując ją w pasie. – Nie martw się.  

– Postaram się – odrzekła, kładąc głowę na jego ramieniu. – Dziękuję za wspaniały dzień, 

Mitch.  

–  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie  –  mruknął.  –  Obiecaj  mi  teraz,  że  przestaniesz 

udawać Matę Hari.  

–  Tak  jest,  panie  poruczniku  –  powiedziała,  unosząc  twarz.  Mitch  pocałował  ją  na 

dobranoc.  Gdy  skończyli,  Caroline  znów  dostrzegła,  jak  jego  oczy  pociemniały  z  nadmiaru 

uczuć.  

– Kocham cię, Caro.  

Caroline na chwilę wstrzymała oddech. Miała wrażenie, że cały świat lekko się zakołysał. 

Rozchyliła  wargi,  ale  zaraz  zamknęła  je,  nic  nie  mówiąc.  Szybko  pocałowała  go  w  usta  i 

wsiadła do samochodu.  

– Widzimy się we wtorek – powiedziała, po czym włączyła silnik i odjechała.  

background image

15 

 

Porównanie  odpowiedzi  Vicka  z  odpowiedziami  Scarlett  wypadło  dostatecznie 

przekonująco, aby rozpocząć oficjalne śledztwo. Niestety,  Mitch  i  jego detektywi  nie  byli  w 

stanie  znaleźć  konkretnych  dowodów.  Czas  szybko  mijał.  Grogan  osobiście  przesłuchiwał 

wszystkich  pracowników  MediaTech,  poczynając  od  najbliższych  współpracowników 

Caroline i kończąc na tych, którzy mieli choć przelotny kontakt z komputerem.  

Spróbował  również  przesłuchać  Deana  Eddingtona,  programistę  wyrzuconego  z  pracy 

przez  Howarda  Richmonda.  Niestety,  okazało  się,  że  Eddington  jest  w  Tokio.  Projektował 

tam  system  komputerowy  dla  widowiska  typu  „światło  i  dźwięk”.  Ponieważ  miał  wrócić  w 

połowie  lipca,  Mitch  postanowił  poczekać  z  przesłuchaniem.  Wolał  porozmawiać  z  nim 

osobiście,  a  nie  przez  telefon.  W  ten  sposób  znacznie  lepiej  mógł  ocenić,  czy  ktoś  mówi 

prawdę, czy kłamie.  

Mitch odbył jedną przyjacielską pogawędkę z Evanem Converse, ale nie próbował nawet 

wezwać  na  przesłuchanie  Howarda  Richmonda  ani  nikogo  innego  z  The  Richmond  Group. 

Wiedział,  że  Richmond  nie  przyzna  się  do  winy,  a  konfrontacja  mogła  doprowadzić  do 

oskarżeń  o  oszczerstwo  i  prześladowania  ze  strony  policji.  W  przeciwieństwie  do  Caroline, 

nie był specjalnie sfrustrowany, gdyż z doświadczenia wiedział, jak trudne jest zgromadzenie 

dowodów w takich sprawach.  

Życie  osobiste  Mitcha  toczyło  siew  równie  skomplikowany  sposób,  lecz  sprawiało  mu 

znacznie  większą  satysfakcję.  Gdyby  nie  ciągła  rezerwa  Janis,  można  by  powiedzieć,  że 

Caroline  idealnie dopasowała się do rodziny.  Mitch  nie  miał wątpliwości,  że kobieta bardzo 

się stara.  Regularnie,  w każdy  piątek przywoziła  Janis z MediaTech do domu  i  jadła z  nimi 

obiad. Po tym, jak dziewczyna wygrała konkurs stanowy, Caroline urządziła dla niej u siebie 

niespodziewane przyjęcie.  

Tego  wieczoru  Mitch  zabrał  Janis  do  Caroline,  nie  uprzedzając  jej,  co  ich  czeka  na 

miejscu.  Z  przyjemnością  przyglądał  się  córce,  gdy  zobaczyła  transparenty  z  gratulacjami, 

ciasto  i  swoje  przyjaciółki,  które  Caroline  zaprosiła  w  tajemnicy  przed  nią.  Janis  była 

niewątpliwie wzruszona  i podniecona.  Mitch  miał  nadzieję,  że odtąd będzie traktowała  jego 

wybrankę z mniejszą rezerwą, ale stało się odwrotnie: jeszcze bardziej zesztywniała, stała się 

niemal  podejrzliwa.  Gdy  jednak  ojciec  spytał  ją,  o  co  chodzi,  odrzekła,  iż  wszystko  jest  w 

porządku.  

Zachowanie córki zaczęło powoli  martwić Mitcha,  gdyż wiedział,  że Caroline uważa to 

background image

za osobistą porażkę. Aby sprawić przyjemność Samowi, zaczęła interesować się baseballem i 

chodziła na wszystkie mecze jego drużyny, choć z pewnością wolałaby ten czas poświęcić na 

pracę nad Scarlett. Nigdy nie brakowało jej cierpliwości i serdeczności dla Ruthann, która w 

zamian  okazywała  jej  tyle  uczucia,  że  Caroline  wydawała  się  tym  niemal  przestraszona. 

Mimo  to  nigdy  się  nie  wycofywała.  To  zarezerwowała  dla  Mitcha.  Mogła  być  kochająca, 

serdeczna,  namiętna,  ale  ilekroć  on  próbował  powiedzieć,  że  ją  kocha,  zawczasu  zmieniała 

temat, zupełnie jakby jakimś szóstym zmysłem potrafiła to przewidzieć. Świetnie wyczuwała, 

kiedy Mitch staje się poważny, i uprzedzała wszelkie uczuciowe deklaracje.  

Musiał walczyć, aby nie poddać się frustracji. Chciał wreszcie usłyszeć wyznanie miłości. 

Z  każdym  dniem  coraz  bardziej  potrzebował  tej  deklaracji,  mimo  to  starał  sienie  wywierać 

nacisku.  Chciał,  aby  miała  dość  czasu  na  swobodne  określenie  swych  uczuć,  gdyby  jednak 

Caroline  powiedziała,  że  go  kocha,  łatwiej  byłoby  mu  czekać  na  dzień,  kiedy  ich  związek 

nabierze formalnego charakteru.  

Na  razie  Mitch  musiał  zadowolić  się  wspólnymi  wyprawami  na  mecze,  piątkowymi 

obiadami z całą rodziną i wizytami u Caroline raz w tygodniu.  

 

– Willie McCovey.  

– Średnia liczba udanych zagrań 0.270 – odpowiedziała Caroline, jednocześnie otwierając 

piekarnik  i  sprawdzając  stan  placka  ze  śliwkami.  –  Pięćset  dwadzieścia  jeden  zwycięskich 

uderzeń.  

– Nieźle – przyznał Sam. Siedział na wysokim taborecie, po przeciwnej stronie kuchni. – 

Kiedy został wpisany na Listę Sław? 

– W osiemdziesiątym szóstym.  

– Dobrze. Ted Williams.  

– Średnia 0.344. Szósty wynik w historii, prawda? – spytała swego egzaminatora. Placek 

nie wzbudzał żadnych zastrzeżeń i Caroline zamknęła drzwiczki od piecyka.  

– Tak. Babę Ruth? 

Podała informacje statystyczne o Babę, po czym uznała, że pora zamienić się rolami.  

– Edgar Smith? – spytała z chytrym błyskiem w oczach. Sam ciężko westchnął.  

– Masz na myśli Ozzie Smitha, tak? 

– Nie, Edgara. No, słucham, jaką miał średnią? 

– Nie wiem – przyznał chłopiec.  

– Mam cię – zatryumfowała Caroline. – Edgar Smith, z Bostonu. Grał w narodowej lidze 

w 1883. Zagrał w trzydziestu meczach, miał średnią 0.217.  

background image

–  No,  wiesz,  Dr!  1883?  To  nie  fair!  –  zaprotestował  Sam,  ale  jednocześnie  się 

uśmiechnął.  

–  W  mojej  dziedzinie  statystyka  nie  zależy  od  kalendarza  –  odrzekła,  podchodząc  do 

niego. W tym  momencie zauważyła  na  blacie kredensu  brudne  ślady  jego palców.  – Wiesz, 

Sam,  nie rozumiem,  jak  możesz pamiętać te wszystkie dane  na temat baseballu,  a nigdy  nie 

pamiętasz o umyciu rąk.  

– Trzeba wiedzieć, co jest wżyciu ważne.  

Caroline miała wrażenie, że słyszy Mitcha. Chciała zwichrzyć Samowi włosy,  ale mimo 

iż w ciągu ostatniego miesiąca bardzo się zaprzyjaźnili, nie czuła się dostatecznie swobodna, 

aby odważyć się na taki gest.  

– Rozumiem, że była to aluzja – dodał Sam, przyglądając się swoim rękom.  

–  Owszem  –  kiwnęła  głową  Caroline.  –  Jeśli  Mitch  się  nie  spóźni,  to  za  kwadrans 

siadamy do stołu.  

–  Wspaniale.  Umieram  z  głodu.  –  Chłopiec  zeskoczył  z  taboretu  i  poszedł  do  łazienki. 

Gdy Caroline spojrzała w stronę drzwi, zauważyła dziadka. Zapewne stał tam już od dłuższej 

chwili.  

Dziadek często tak postępował. Starał się obserwować, jak Caroline radzi sobie z dziećmi 

w  taki  sposób,  aby  ona  tego  nie  dostrzegła.  Początkowo  dość  ją  to  drażniło,  ale  ponieważ 

starszy pan zawsze w pełni aprobował jej postępowanie, przestała się go obawiać.  

– No i co powiesz, dziadku? – spytała.  

Grogan senior podszedł do kuchenki i spróbował sosu do spaghetti.  

– Doskonały.  

– Nie o to mi chodzi – szepnęła. – Pytałam, jak mi idzie z dziećmi? 

Patrzyli  sobie  w  oczy.  Caroline  miała  wrażenie,  że  dziadek  od  dawna  czekał  na  to 

pytanie.  

–  Bardzo  dobrze,  zwłaszcza  jeśli  wziąć  pod  uwagę,  że  nie  masz  doświadczenia  – 

odpowiedział uczciwie. – A ty jak się oceniasz? To jest najważniejsze.  

–  Sama  nie  wiem  –  powiedziała,  rozkładając  bułeczki  na  kawałku  folii  aluminiowej. 

Przez chwilę analizowała swoje odczucia, które ostatnio wydawały się jej bardzo chaotyczne. 

–  Z  Ruthann  nie  ma  żadnych  kłopotów.  Wymaga  tylko  pieszczot  i  uwagi.  No,  trzeba  też 

umieć czasem powiedzieć nie. Sam... bo ja wiem? – zachichotała. – Czasem mam wrażenie, 

że uważa mnie za skończoną idiotkę, kiedy indziej wydaje mi się, że mnie lubi.  

–  Z  pewnością  –  wtrącił  dziadek.  –  To  bystry  chłopak.  Na  pewno  zauważył,  jak  się 

starasz. Myślę, że bardzo cię lubi.  

background image

– Cieszę się, że to powiedziałeś – Caroline uśmiechnęła się z wdzięcznością.  

– Pozostaje jeszcze Janis.  

–  To  dla  mnie  przykra  niespodzianka  –  Caroline  od  razu  spoważniała.  –  Wydaje  się 

bardzo  zadowolona  z  pracy,  tam  jednak  nie  mam  z  nią  bliskiego  kontaktu.  Mitch  pytał  ją 

wielokrotnie,  o  co  chodzi,  ale  ona  zawsze  odpowiada,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Jak 

można przełamać taki milczący opór? 

– W tym przypadku nie należy próbować. Janis nigdy nie mówi o swoich uczuciach.  W 

każdym razie tak się zachowuje od śmierci Becky.  

– Może na tym polega problem – powiedziała z namysłem Caroline. – Z pewnością lepiej 

pamięta matkę niż Sam. Raz spróbowałam jej powiedzieć, że chciałabym być jej przyjaciółką 

i nie zamierzam zastąpić jej matki, ale to nie był dobry pomysł. Janis tylko wymamrotała coś, 

że wcale nie jest tym zaskoczona, i uciekła do siebie.  

– Też nie wiem, o co jej chodzi – wzruszył ramionami dziadek. – No a co z Mitchem? – 

dodał z uśmiechem.  

– Co takiego? – Caroline jednocześnie uśmiechnęła się i zarumieniła.  

– Kochasz go? 

Kobieta odwróciła się w stronę kuchenki i zaczęła mieszać sos.  

– Nie wiem – odpowiedziała po chwili.  

– Przepraszam. Nie powinienem był pytać. Myślałem, że znam odpowiedź, ale widocznie 

się pomyliłem.  

–  Wciąż  mam  pewne  wątpliwości  i  wciąż  się  boję  –  przyznała  Caroline,  nie  patrząc  na 

dziadka, który ojcowskim gestem uścisnął jej ramiona.  

– Mogę ci tylko poradzić, abyś nie podejmowała żadnej decyzji, dopóki nie pozbędziesz 

się  wszelkich  wątpliwości  –  powiedział.  –  Jeśli  podejmiesz  błędną  decyzję,  zranisz  sporo 

osób, a siebie najbardziej.  

– Hej, co się tu dzieje? – spytał od drzwi Mitch. Ani Caroline, ani dziadek nie zauważyli, 

że już wrócił. – Tato, próbujesz mi odbić dziewczynę? 

Caroline podeszła i pocałowała go na powitanie.  

– Witaj! 

– Cześć. Co tak wspaniale pachnie? 

– Spaghetti, świeże bułki i placek ze śliwkami.  

– Nawet nie pozwoliła mi ruszyć palcem – wtrącił dziadek. – Tym razem ona za wszystko 

odpowiada.  

Mitch  skosztował  sosu,  a  Caroline  wsunęła  blachę  z  bułkami  do  piekarnika.  Po  chwili 

background image

pojawiły się wszystkie dzieci i w kuchni zapanował ogólny chaos. Caroline zdążyła się już do 

tego  przyzwyczaić.  Przy  pomocy  milczącej  Janis  nakryła  do  stołu  i  usiadła  na  chwilę, 

rozkoszując się ciepłą atmosferą.  

Dla  każdego  innego  człowieka  była  to  zwykła  kolacja  w  rodzinnym  gronie,  ale  dla  niej 

ten posiłek miał specjalne znaczenie. Niemal przez całe życie wszędzie czuła się jak człowiek 

obcy. „U siebie” znaczyło dla niej „w laboratorium”. Teraz powoli nabierała pewności, że tu 

jest jej miejsce, i świetnie się z tym czuła.  

Rozejrzała się wokół i odkryła, że Mitch ją obserwuje. Miała wrażenie, że on czyta w jej 

myślach  i  jednocześnie  pieści  ją  wzrokiem.  Ogarnęło  ją  poczucie  pełnego  zadowolenia  i 

zaspokojenia. W tym momencie nie chciałaby być w żadnym innym miejscu na ziemi.  

–  ...  ale  on  naprawdę  śmierdzi,  tato.  Tato?  Jesteś  tam?  Tym  razem  Mitch  nieco  się 

zaczerwienił.  

– Przepraszam cię, synku, trochę się zamyśliłem. Co mówiłeś? 

– Powiedziałem, że potrzebuję nowego śpiwora. Nie zapomniałeś chyba, że jedziemy do 

Big Sur, prawda? – spytał sarkastycznie. – No wiesz, świeże powietrze, ryby, spacery...  

–  Pamiętam.  Jedziemy  w  przyszłym  tygodniu.  Jeszcze  nie  mam  sklerozy,  Sam.  Co  się 

stało z twoim śpiworem? 

– Śmierdzi, i to okropnie.  

– Czy wysuszyłeś go po ostatniej wycieczce? Chłopiec zacisnął na chwilę usta.  

– Tak, oczywiście – zapewnił ojca, ale nie wypadło to przekonująco.  

– Daj jutro śpiwór dziadkowi – powiedział Mitch. – Zobaczymy, może jemu uda się coś z 

nim zrobić. W każdym razie nie zamierzam wyrzucać pieniędzy na nowy.  

– Namów go, dobrze, Dr? – Sam spróbował przeciągnąć na swoją stronę Caroline. – Nie 

chcesz chyba przez cztery dłuuugie dni czuć tego smrodu, prawda? 

W  rzeczywistości  Caroline  nie  miała  ochoty  spędzić  czterech  dni  w  górach,  i  to  ani 

dłuuugich,  ani  zwykłych.  Miesiąc  wcześniej  obiecała  tylko,  że  się  zastanowi  nad  tym 

pomysłem.  Po  namyśle  uznała,  że  ta  chata  w  górach  to  dla  nich  wszystkich  wyjątkowe 

miejsce, pełne wspomnień związanych z Becky i że z tego powodu nie powinna tam jechać.  

Tymczasem cała rodzina Mitcha uznała, że zaproszenie zostało przyjęte i Caroline jedzie 

z nimi do Big Sur. Próbowała dać do zrozumienia, że to fałszywe założenie, ale albo zrobiła 

to zbyt subtelnie, albo Mitch wolał jej nie słuchać. Teraz pomyślała, że przy pierwszej okazji 

będzie mu to musiała wyraźnie powiedzieć.  

–  Myślę,  że  lepiej  będzie,  jeśli  nie  dam  się  wciągnąć  w  tę  dyskusję  –  odpowiedziała 

Samowi. Chłopak nie po raz pierwszy próbował tak rozegrać sytuację, aby ona znalazła się po 

background image

jego stronie. – Skoro twój ojciec musiałby zapłacić za śpiwór, to do niego należy decyzja, czy 

jest to uzasadniony wydatek.  

Sam oczekiwał innej odpowiedzi i bez wahania dał temu wyraz.  

– Czy ty kiedyś odezwiesz się normalnie, Dr? – prychnął z irytacją. – Czemu nie powiesz 

jak człowiek, że śpiwór jest za drogi? 

– Sam! – upomniał go Mitch. – Masz przeprosić Caroline.  

–  Tak,  tak  –  wtrąciła  się  Ruthann.  –  Masz  być  uprzejmy  dla  mojej  Caroline  –  dodała  i 

pogroziła mu palcem.  

–  A  kto tu  jest  nieuprzejmy?  –  bronił  się  Sam.  –  Powiedziałem  tylko,  że  ona  zabawnie 

mówi, i to prawda. Od kiedy to mówienie prawdy stało się tu zbrodnią? 

– Sam, czy chcesz wyjść do swojego pokoju? 

– Nie.  

– Zatem natychmiast przeproś Caroline.  

– Przepraszam – wymamrotał niechętnie.  

Ciepły  kokon  wokół  Caroline  nagle  gdzieś  zniknął.  Z  trudem  znosiła  wszelkie  rodzinne 

spory.  

–  Nic  nie  szkodzi,  Sam.  Przypuszczam,  że  mój  sposób  mówienia  wydaje  ci  się  bardzo 

oficjalny. Może wobec tego nauczyłbyś mnie nieco slangu? 

–  No  pewnie!  –  Chłopiec  od  razu  się  rozpogodził.  –  Popracujemy  nad  hasta  la  vista, 

baby, zaraz po kolacji.  

Jeszcze  dwa  miesiące  temu  Caroline  nie  zrozumiałaby  znaczenia  i  pochodzenia  tego 

hiszpańskiego  wyrażenia,  ale  ostatnio  Mitch  i  Sam  zapoznali  ją  z  najbardziej  popularnymi 

filmami.  Dzięki temu rozpoznała zdanie często powtarzane przez  Arnolda Schwarzeneggera 

w jednym z ulubionych filmów Sama.  

–  No  pmblemo  –  odpowiedziała,  również  posługując  się  wyrażeniem  z  tego  filmu. 

Chłopak uśmiechnął się z uznaniem.  

Mitch  również  uśmiechnął  się  do  niej,  lecz  nie  dlatego,  że  wykazała  dobrą  pamięć. 

Najwyraźniej  zachowała  się  właściwie  i  był  z  niej  zadowolony.  Ta  myśl  nagle  zirytowała 

Caroline, ale nic nie powiedziała.  

Kolacja przebiegła bez dalszych incydentów. Sam był szczególnie uprzejmy, jakby chciał 

zatrzeć  wspomnienie  incydentu.  Dziadek  zaproponował,  że  umyje  naczynia,  ale  Caroline  i 

Mitch nie pozwolili mu na to. Sam pobiegł bawić się z dziećmi z sąsiedztwa, a Janis zniknęła 

w  swoim  pokoju.  Dziadek  namówił  Ruthann,  aby  poszła  z  nim  do  salonu,  w  ten  sposób 

zmniejszając ryzyko zniszczenia delikatnej zastawy z porcelany.  

background image

– Naprawdę zaimponowałaś Samowi tym zwrotem z Terminatora – zauważył Mitch, gdy 

już skończyli sprzątać ze stołu. Prócz nich w kuchni nie było nikogo.  

– Przekonałam się, że dobra pamięć bardzo mi się przydaje w kontaktach z nim.  

– Aha! Z jakiegoś powodu Sam bardzo lubi być twoim nauczycielem.  

– Wiem. Myślę, że to z powodu Janis.  

– Janis? – zdziwił się Mitch.  

–  Tak  –  Caroline  pokiwała  głową.  –  Dotychczas  to  ona  zawsze  była  pierwszą 

intelektualną  gwiazdą  rodziny.  Moja  ignorancja  w  sprawach  ważnych  dla  Sama  pozwoliła 

mu, po raz pierwszy w życiu, poczuć się mądrzejszym od kogoś.  

–  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  w  kontaktach  z  dziećmi  wykazujesz  niewiarygodny 

instynkt? – spytał Mitch. Już po raz kolejny Caroline bardzo mu zaimponowała.  

– Wydaje mi się, że nabieram doświadczenia – przyznała niechętnie. To przypomniało jej 

problem, o którym wolałaby nie myśleć, ale nie miała wyjścia. – Mitch, ta wycieczka do Big 

Sur...  

–  Och,  będziemy  się  wspaniale  bawić  –  nie  pozwolił  jej  dokończyć.  Uśmiechał  się  z 

niecierpliwym wyczekiwaniem. – Nawet Janis lubi spędzać czas w tej chacie.  

– Bardzo się cieszę, Mitch, ale...  

– Czy kupiłaś już odpowiednie buty? Pokazywałem ci jakie.  

– Nie, jeszcze nie.  

–  Powinnaś  to  zrobić  czym  prędzej  i  przed  wyjazdem  trochę  w  nich  pochodzić,  żeby 

dopasowały ci się do nogi. Jeśli otrzesz pięty, to całą przyjemność z wycieczki diabli wezmą.  

– Mitch, nie jestem wcale pewna, czy ta wycieczka to dobry pomysł – Caroline udało się 

wreszcie  dojść  do  słowa.  –  Oczywiście,  dobra  dla  mnie.  Wesołe  miasteczko  okazało  się 

zabawne, polubiłam również filmy i mecze baseballu. Natomiast wyprawa w góry...  

– Zobaczysz, że też ci się spodoba – przerwał Mitch i wziął ją w ramiona. – O tej porze 

roku  góry  są  przepiękne,  a  ryby  świetnie  biorą.  Przekonasz  się,  że  to  najwspanialszy 

wypoczynek,  jaki  można  sobie  wyobrazić.  –  Caroline  chciała  coś  wtrącić,  ale  nie  dał  jej 

szansy. – Uwierz mi, będziesz się świetnie bawiła.  

Szybko pocałował ją w usta, po czym wrócił do zlewu.  

Caroline nie wiedziała, co ma zrobić. Dotychczas starała się dostosować do bardzo wielu 

rzeczy, ale zupełnie nie mogła sobie wyobrazić siebie jako miłośniczki biwaków i życia pod 

gołym  niebem.  Z drugiej  strony,  ta wyprawa  miała  najwyraźniej  wielkie znaczenie zarówno 

dla  Mitcha,  jak  i  dzieci.  Nawet  Janis  niecierpliwie  oczekiwała  wyjazdu.  Caroline 

podejrzewała, że w jej przypadku wynika to z faktu, iż z wycieczką do Big Sur były związane 

background image

liczne wspomnienia  matki.  Najwyraźniej Becky  była zapaloną turystką  i pod tym względem 

Caroline nie mogła się z nią mierzyć. Miała przeczucie, że ten wyjazd zakończy się katastrofą 

i wolała jej uniknąć.  

– Mitch, nawet nie słuchasz, co do ciebie mówię – powiedziała z naciskiem.  

– To dlatego, że mówisz nie to, co chciałbym usłyszeć – uśmiechnął się, ale Caroline nie 

wydawała  się  rozbawiona.  Mitch  spoważniał  i  znów  ją  objął.  –  Przepraszam,  nie  miałem 

zamiaru cię lekceważyć.  

W  jego  objęciach  miała  zawsze  trudności  z  myśleniem,  a  tym  bardziej  z 

przeciwstawieniem siej ego woli, ale mimo to zrobiła, co mogła.  

– Nie chcę jechać. Nie jestem...  

– Kim? – spytał, gdy Caroline nie dokończyła zdania.  

– Becky – wyjaśniła spokojnie.  

– Nikt się tego po tobie nie spodziewa.  

– Czasami mam wrażenie, że ty tego chciałbyś.  

– Bo chcę, abyś pojechała z nami na wycieczkę? Caroline, to po prostu rodzinna tradycja. 

Chciałbym, abyś się do niej dołączyła.  

– Ty i Becky razem ją zapoczątkowaliście.  

– Tak, ale jej już nie ma.  

– Ale ty kontynuujesz tradycję. Gdy słyszę, jak rozmawiacie o tej chacie w górach, mam 

wrażenie,  że  mówicie  o  świątyni  poświęconej  pamięci  Becky.  Nie  ma  w  tym  nic  złego  – 

dodała  pośpiesznie,  widząc,  że  otworzył  usta,  by  zaprotestować.  –  Twoje  dzieci  powinny 

mieć  coś,  co  byłoby  związane  wyłącznie  z  matką,  a  ja  nie  powinnam  nawet  próbować  jej 

dorównać.  

– Caroline, robisz z tego zbyt wielką sprawę – zauważył Mitch. – To nie jest wyprawa na 

biegun.  Pochodzimy  trochę  po  górach,  nałowimy  ryb,  posiedzimy  przy  ognisku...  To 

wszystko.  

– Czemu zatem dziadek nie jedzie z wami? – spytała.  

– Po prostu dlatego, że nie jest fanatykiem gór.  

– Powiedziałeś kiedyś,  że gdy ty  i twój  brat byliście  mali, ojciec często zabierał was  na 

wycieczki – przypomniała mu Caroline.  

– Tylko wtedy, gdy nie miał innego wyjścia. Na ogół jeździliśmy z przyjaciółmi.  

Caroline  podejrzewała,  że  nie  jest  to  pełne  wyjaśnienie,  ale  postanowiła  dać  spokój. 

Pomyślała, że niezależnie od tego, co powie, Mitch zawsze znajdzie jakiś kontrargument.  

– Skoro potrafisz zrozumieć i uszanować wolę swojego ojca, to czemu dla mnie nie masz 

background image

takich samych względów? 

– Bo ty nigdy nawet nie spróbowałaś, czy to ci się podoba, czy nie. Proszę, spróbuj choć 

raz – poprosił. – Jeśli uznasz, że to nie dla ciebie, nie będę ci więcej zawracał głowy.  

Trudno  było  z  nim  dyskutować.  Caroline  pomyślała,  że  wszystkie  nowe  rzeczy,  jakie 

poznała dzięki niemu, okazały się całkiem atrakcyjne. Może i tym razem okaże się, że Mitch 

ma rację? 

– Zgoda powiedziała wreszcie. – Kupię jutro buty.  

–  Dzięki  –  pocałował  ją  mocno,  a  w  jego  oczach  pojawiły  się  błyski  radości.  To  już 

wystarczyło,  aby  Caroline  była  zadowolona  ze  swej  decyzji.  Westchnęła  i  gorąco 

odpowiedziała  na  pocałunek.  Mitch  nie  tylko  budził  w  niej  namiętność,  ale  dawał  poczucie 

bezpieczeństwa, co było równie ważne.  

Nagle  oderwali  się  od  siebie,  tak  jakby  jednocześnie  zdali  sobie  sprawę,  że  w  każdej 

chwili  ktoś  może  wejść  do  kuchni.  Caroline  spojrzała  mu  w  oczy  i  odgadła,  że  mężczyzna 

znów pragnie zapewnić ją o swej miłości.  

– Jeśli  się nie  mylę,  mieliśmy pozmywać – powiedziała  szybko i odsunęła się od niego. 

Po chwili usłyszała ciężkie westchnienie. Zauważyła, że Mitch stara się jej nie przyciskać, ale 

obawiała  się,  że  długo  już  nie  wytrzyma.  Nie  miała  ochoty  tłumaczyć  mu,  dlaczego  jego 

deklaracje miłosne wprawiały ją w zakłopotanie, ponieważ sama tego dobrze nie rozumiała.  

–  Wolisz  zmywać  czy  wycierać?  –  Tym  razem  jeszcze  Mitch  nie  zdecydował  się  na 

konfrontację.  

–  Zmywać  –  zdecydowała  Caroline  i  zerknęła  na  niego  kątem  oka.  Jeśli  nawet  był 

rozczarowany,  świetnie  potrafił  to  ukryć.  Ba,  w  jego  oczach  dostrzegła  figlarny  błysk,  co 

wydało się jej dość podejrzane.  

– Czemu tak na mnie patrzysz? 

– Jak? 

– Jak kot bawiący się z myszą.  

– Ależ skąd! Po prostu pomyślałem, że należy ci się rekompensata za trudy życia turysty.  

– Mianowicie? 

– W najbliższy poniedziałek zabieram cię do San Francisco.  

– Wykluczone! – Caroline zapomniała, że Mitch coś szykuje. – Nie mogę sobie pozwolić 

na  wolny  dzień,  zwłaszcza  jeśli  w  piątek  mamy  wyjechać  w  góry  i  wrócić  dopiero  w 

poniedziałek.  

–  Nie,  to  nie  –  odrzekł  nonszalancko  Grogan.  –  Jeśli  nie  chcesz  rozmawiać  z  Deanem 

Eddingtonem, nie będę cię do tego zmuszał.  

background image

– Eddington wrócił z Tokio?! – wykrzyknęła Caroline. Ogarnęło ją podniecenie.  

– Tak. Umówiliśmy się na rozmowę w poniedziałek po południu, ale skoro nie chcesz z 

nim pogadać, to...  

– Oczywiście,  że chcę! Dobrze o tym wiesz!  W tej  chwili Eddington  jest  jedyną osobą, 

która może potwierdzić, że rok temu padł cały system Vica. Być może ma nawet na to dowód.  

–  Wiem  –  Mitch  uznał,  że  pora  skończyć  z  żartami.  –  Dlatego  chcę,  abyś  ze  mną 

pojechała. Jeśli Eddington wda się w techniczne szczegóły na temat optycznych komputerów, 

to mogę potrzebować tłumacza na angielski.  

– Dziękuję – Caroline mocno go uściskała. Przytrzymał ją przez chwilę.  

–  Proszę  bardzo!  –  Oczy  Mitcha  zabłysły.  –  Muszę  przyznać,  że  cieszę  się  z  tego  z 

jeszcze  jednego  powodu.  Mam  ochotę  być  z  tobą  we  dwoje  w  San  Francisco.  Wyobrażam 

sobie, że pójdziemy na kolację do jakiejś dobrej restauracji, a później zamkniemy się w hotelu 

i będziemy się kochać do białego rana. Co ty na to? 

–  To  znacznie  lepszy  plan  niż  cztery  dni  w  górskiej  chacie  –  odpowiedziała  i  dotknęła 

ustami jego warg.  

background image

16 

 

–  Przykro  mi,  poruczniku  Grogan,  ale  nie  mogę  panu  nic  powiedzieć  na  temat  The 

Richmond Group – stwierdził  Dean Eddington, gdy w trzy dni później  spotkali się z  nim  w 

San  Francisco.  Umówili  się  w  jego  biurze.  Miał  jakieś  trzydzieści  pięć  lat,  ciemne  włosy, 

ogorzałą twarz, a po jego zachowaniu było wyraźnie widać, że nie ma ochoty na rozmowę o 

swoim poprzednim pracodawcy, ani z policją, ani z kimkolwiek innym.  

Gdy przybyli, nerwowo rozejrzał się po korytarzu, jakby sprawdzał, czy nikt za nimi nie 

idzie,  wpuścił  ich  do  gabinetu  i  starannie  zamknął  drzwi.  Jak  dotychczas,  na  wszystkie 

pytania odpowiadał wymijająco.  

–  Ale  przecież  po  tym,  jak  Howard  pana  wyrzucił,  gotów  był  pan  rozmawiać  z 

dziennikarzami – przypomniała mu Caroline. Bez trudu wyczuwała jego niechęć.  

–  I  z  tego  powodu  Richmond  pozwał  mnie  do  sądu,  oskarżając  o  złamanie  umowy 

dotyczącej  zachowania  tajemnic  firmy  –  kwaśno  odrzekł  Eddington.  –  Wycofał  pozew  pod 

warunkiem, że zobowiążę się do milczenia. Jeśli zgodzę się z wami rozmawiać, sprawa może 

zostać wznowiona.  

– Mógłbym przecież wezwać pana formalnie na przesłuchanie – zauważył Mitch.  

–  Tylko  wtedy,  jeśli  dysponuje  pan  materiałami  uzasadniającymi  dochodzenie  –  odparł 

programista i miał rację.  

–  Wobec  tego  nie  potwierdzi  pan  ani  też  nie  zaprzeczy,  że  rok  temu  baza  danych  Vica 

została zniszczona? – Mitch spróbował innej taktyki.  

– Zgadza się. Ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam.  

–  Czy  zdaje  pan  sobie  sprawę,  że  Howard  Richmond  twierdzi,  iż  nic  takiego  nie  miało 

miejsca oraz że zwolnił pana z powodu niekompetencji? – spytała Caroline.  

Eddington zacisnął gniewnie zęby, ale jakoś powstrzymał się od wybuchu.  

–  Tu  wcale  nie  chodziło  o  moją  niekompetencję  –  stwierdził.  –  Howard  zbytnio  się 

śpieszył, bo...  

–  Bo  co?  –  nalegał  Mitch.  Czuł,  że  niewiele  brakowało,  a  Eddington  powiedziałby  coś 

bardzo ważnego, co mogłoby im pomóc.  

–  Przykro  mi,  ale  nie  mogę  udzielić  państwu  więcej  informacji  –  Eddington  pokręcił 

głową.  

–  Niech  mi  pan  przynajmniej  odpowie  na  następujące  pytanie  –  poprosił  Mitch.  –  Jeśli 

zdołamy  wnieść  do  sądu  sprawę  karną  przeciw  Richmondowi,  czy  wtedy  zgodzi  się  pan 

background image

zeznawać?  Zakładam  przy  tym,  że  dysponuje  pan  jakimiś  istotnymi  dla  sprawy 

wiadomościami.  Richmond  nie  będzie  mógł  oskarżyć  pana  o  złamanie  tajemnicy  z  powodu 

zeznań złożonych w sądzie.  

Eddington przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.  

– Tak, w takim wypadku mógłbym zeznawać – powiedział wreszcie.  

– W porządku. – Mitch wstał z fotela. Caroline wzięła z niego przykład. – Dziękuję panu 

za rozmowę, panie Eddington.  

Programista wstał i odprowadził ich do drzwi.  

– O co właściwie chcecie go oskarżyć? – spytał na pożegnanie.  

Mitch zerknął na Caroline, po czym zdecydował się powiedzieć prawdę.  

– O to, że zbudował Vica, korzystając z kradzionej technologii.  

– Czy sądzi pan, że pana zeznania mogłyby nam pomóc? – wtrąciła Caroline.  

Eddington przez chwilę patrzył jej w oczy, po czym uśmiechnął się szeroko.  

–  Powiedzmy,  że  tak to  ujmę,  doktor  Hunter:  w sądzie  będę  bardzo  cennym  świadkiem 

oskarżenia.  

– Tym pozwem Richmond mocno go zakneblował – zauważyła Caroline, gdy wsiedli do 

samochodu.  

– Sądzę, że to nie tylko kwestia pozwu – odrzekł Mitch. Czuł narastające podniecenie, jak 

zawsze,  gdy  badana  sprawa  nabierała  rumieńców.  – Eddington  się  boi,  ale  nie  chodzi  mu  o 

proces.  

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała Caroline. Mitch włączył silnik i klimatyzację, 

ale nie ruszał z miejsca.  

–  Przyjrzałem  się  nieco  dokładniej  temu  Howardowi.  Okazuje  się,  że  jego  wspólnikiem 

jest  dość  szemrany  typ.  Parę  lat  temu  Richmond  popadł  w  tarapaty  finansowe  i  musiał 

zgodzić się na współpracę z tym facetem.  

– Kto to taki? 

– Sydney Grisham.  Miał  już trzy  sprawy o wymuszanie  i przestępstwa gospodarcze,  ale 

zawsze  udawało  mu  się  wykręcić,  między  innymi  dlatego,  że  nikt  nie  ma  ochoty  zeznawać 

przeciw niemu.  

– Czy sądzisz, że Richmond lub Grisham szantażowali Eddingtona? – Caroline nie mogła 

w to uwierzyć.  

–  To  bardzo  możliwe.  Warto  sprawdzić,  czy  nasz  niechętny  rozmówca  był  w  zeszłym 

roku w szpitalu.  

–  Boję  się,  Mitch.  Wprawdzie  nie  rozmawiałeś  bezpośrednio  z  Howardem,  ale  on  z 

background image

pewnością  wie,  że  prowadzisz  dochodzenie.  Pewnie  wie  również,  że  to  ja  oskarżyłam  go  o 

kradzież.  

–  Nie  martw  się,  Caroline  –  Grogan  uścisnął  jej  dłoń.  –  Richmond  z  pewnością  nie 

zaatakuje  cię  bezpośrednio.  To  nie  miałoby  najmniejszego  sensu.  Aby  uzyskać  wycofanie 

skargi,  musiałby  również  zaszantażować  Boba  Stafforda  i  całą  radę  nadzorczą,  nie  mówiąc 

już o mnie.  

– Masz rację – Caroline wyraźnie odetchnęła z ulgą.  

–  Wiem.  Jedyne,  co  może  teraz  zrobić,  to  czekać  na  rozwój  wypadków.  Musi  siedzieć 

cicho  i  modlić  się,  abyśmy  nie  zdołali  zebrać  dostatecznie  dużo  dowodów,  które 

przekonałyby  sędziego,  by  polecił  przekazanie  sądowi  dokumentów,  dotyczących  bazy 

danych Vica.  

– A czy to się nam uda? Jak na razie nie mamy zbyt wiele.  

–  Mam  nadzieję,  że  uda  mi  się  udowodnić,  iż  Richmond  groził  Eddingtonowi. 

Przynajmniej  mamy  coś  do  zrobienia.  Nie  martw  się,  ten  ślad  powinien  nas  gdzieś 

doprowadzić.  

Tymczasem – Mitch zawiesił głos i uśmiechnął się do niej – mamy wolne popołudnie. Co 

robimy?  Zarezerwowałem  stolik  w  restauracji,  ale  do  wieczora  mamy  jeszcze  pełne  trzy 

godziny.  

– Mówiłeś coś na temat hotelu – przypomniała z kokieteryjnym uśmiechem.  

–  Twoje  życzenie  jest  dla  mnie  rozkazem,  kochanie.  Pora  na  romantyczną  część  naszej 

wyprawy.  

 

Ciotka Liddy  byłaby zadowolona ze zmian,  jakie Caroline ostatnio wprowadziła w swej 

garderobie. Dotyczyły one przede wszystkim bielizny. Kilka tygodni temu kupiła koronkowy 

komplet  i  Mitch  to  wyraźnie  docenił.  Tak  zachęcona  i  ośmielona,  odważyła  się  kupić 

niezwykle seksowny, czerwony gorset bez ramiączek i odpowiednie podwiązki.  

Gdy  dotarli  do  hotelu  i  Mitch  zdjął  z  niej  elegancki,  niebieski  kostium,  przeżył 

prawdziwy  szok.  Widok  prowokacyjnych  koronek  zupełnie  go  zaskoczył,  ale  szybko  się 

opamiętał.  Pod  wpływem  jego  reakcji  Caroline  wkrótce  stała  się  równie  czerwona  jak  jej 

nowa bielizna.  

Tym razem  ich gra  wstępna osiągnęła szczyty wyrafinowania,  a  sam akt  miłości dał  im 

większą rozkosz niż kiedykolwiek przedtem. Później oboje byli zbyt wyczerpani, aby ruszyć 

się z łóżka i pójść do restauracji. W końcu Caroline pierwsza uległa praktycznym względom. 

Wstała z łóżka i zaczęła nakładać swoje koronki.  

background image

Mitch z wyraźną satysfakcją obserwował ubierającą się kobietę.  

– Może wolałabyś zamówić obiad do pokoju? – zaproponował. – Nie chcę, abyś wkładała 

na siebie jeszcze jakieś ubranie, a w tym stroju raczej nie mogłabyś pojawić się w restauracji.  

– Opanuj się, przystojniaku – pogroziła mu palcem.  

–  Mamy  przed  sobą  jeszcze  całą  noc.  –  Usiadła  na  skraju  łóżka,  podniosła  nogę  i 

naciągnęła cienką pończochę.  

– Czy wiesz, że po naszym pierwszym spotkaniu niemal zwariowałem, wciąż myśląc, czy 

masz takie piękne nogi, jak sądziłem? 

– Naprawdę? – Caroline była szczerze zdziwiona, że ktoś może o niej tak myśleć. Poczuła 

się silniejsza, bardziej pewna siebie.  

– Absolutnie. Przez kilka dni nie mogłem myśleć o niczym innym.  

Zapięła  podwiązki,  po  czym  uniosła  drugą  nogę.  Wyprostowała  ją  i  przyjrzała  się  jej 

uważnie.  

– No i co, nie byłeś rozczarowany? 

Mitch przysunął się do niej i przesunął dłonią wzdłuż kształtnej łydki i jędrnego uda.  

– Ani trochę – szepnął. – Masz wspaniałe nogi. Cała jesteś wspaniała.  

Usiadł obok i przyciągnął ją do siebie, po czym przeczesał palcami jej jedwabiste włosy.  

– Kocham cię – mruknął i pocałował ją w usta, nim na jej twarzy pojawił się niespokojny 

grymas, którego tak serdecznie nie cierpiał. Gdy w końcu ją puścił, z oczu Caroline zniknęła 

wszelka niepewność.  

– Wyjdź za mnie, Caro.  

– Mitch... – Caroline poczuła, że słowa więzną jej w gardle.  

Niewiele  brakowało,  a  Mitch  by  głośno  zaklął.  Znowu  to  samo  spojrzenie,  ten  sam 

grymas! 

– Niekoniecznie w tej chwili – dorzucił  lekkim tonem, usiłując rozładować atmosferę. – 

Również  niekoniecznie  jutro.  Chciałem  tylko,  żebyś  wiedziała,  że  pragnę  się  z  tobą  kiedyś 

ożenić.  

– Mitch,  jeszcze za wcześnie, abyśmy mogli myśleć o małżeństwie – Caroline pozostała 

spięta i poważna. Wysunęła się z jego objęć.  

– Być może masz rację! – Mężczyzna właściwie przestał panować nad swoją frustracją. – 

Może jednak już pora, abyśmy sobie wyjaśnili, czy się kochamy. Ja cię kocham. Co z tobą? 

– Mitch, proszę. – Caroline szybko naciągnęła drugą pończochę i sięgnęła po kostium.  

– O co prosisz? 

– Nie żądaj ode mnie czegoś, na co nie jestem jeszcze przygotowana.  

background image

– Caroline, czemu tak trudno jest ci powiedzieć, że mnie kochasz? – spytał. – I dlaczego 

tak się denerwujesz, gdy ja mówię o swoich uczuciach? 

– Bo to jest dla mnie coś zupełnie nowego. Mam wrażenie, że chodzę po polu minowym.  

–  Bardzo  ci  dziękuję.  –  Mitch  również  zaczął  się  ubierać.  –  Miło  mi  wiedzieć,  że 

spotkania ze mną i dziećmi uważasz za manewry wojenne. A ja myślałem, że po raz pierwszy 

w życiu jesteś zadowolona i szczęśliwa. Zupełnie zwariowałem.  

– Mitch, nie gniewaj się na mnie.  

–  Wcale  się  nie  gniewam!  –  parsknął  w  odpowiedzi.  –  Jestem  zniechęcony,  bo  nie 

rozumiem,  na czym  polega twój problem.  Tak się starałaś,  aby zbliżyć się do  moich dzieci. 

Dałaś  z  siebie  bardzo  wiele  i  myślę,  że  często  sprawiało  ci  to  radość,  a  jednak  nie  możesz 

przyznać, że mnie kochasz. Dlaczego? Może to dla ciebie tylko naukowy eksperyment? Może 

sprawdzasz w praktyce swoją nową teorię na temat ludzkich zachowań? 

–  Jesteś  niesprawiedliwy  –  obruszyła  się  Caroline.  Nałożyła  bluzkę  i  zaczęła  zapinać 

guziki. – Sytuacja jest bardzo trudna i złożona. Gdyby chodziło tylko o nas dwoje, wszystko 

byłoby proste. Jednak jest jeszcze troje dzieci i związana z nimi ogromna odpowiedzialność.  

– Wiedziałaś o tym, gdy zaczęłaś się ze mną spotykać! – rzucił Mitch.  

–  Powiedziałam,  że  spróbuję,  i  dotrzymałam  słowa!  –  odparowała  atak  Caroline.  – 

Poświęciłam  Bóg  wie  ile  godzin  przeznaczonych  na  pracę,  zmieniłam  rozkład  zajęć,  aby 

dopasować się do ciebie i twojej rodziny... Zrobiłam wszystko, co mogłam! Nie możesz żądać 

niczego więcej, bo jeszcze nie jestem gotowa! 

–  Przepraszam  –  powiedział  Grogan.  Pomyślał,  że  Caroline  ma  rację.  Wziął  głęboki 

oddech,  starając  się  w  ten  sposób  jakoś  uspokoić.  –  Po  prostu  chciałem  usłyszeć,  że  mnie 

kochasz. Chciałbym też, abyś przestała się wycofywać, ilekroć mówię ci o swoich uczuciach.  

– To przestań mnie testować! 

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Mitch zmarszczył brwi.  

–  Dokładnie  to,  co  powiedziałam.  Przestań  nieustannie  organizować  testy,  mające 

wykazać, czy niejaka Caroline Hunter nadaje się na żonę i matkę twoich dzieci.  

– Wcale tego nie robię – Mitch był zupełnie zaskoczony.  

–  A  właśnie,  że  tak  –  upierała  się  Caroline.  –  Wciąż  obserwujesz,  jak  sobie  radzę  z 

dziećmi,  i  oceniasz,  czy  dobrze,  czy  źle.  Czy  potrafię  poczytać  Ruthann  przed  snem?  Czy 

potrafię  ją  uspokoić,  gdy  zaczyna  grymasić?  Czy  potrafię  poradzić  sobie  ze  złym 

zachowaniem Sama, nie doprowadzając do awantury? Czy potrafię ugotować kolację dla całej 

rodziny? Czy godzę się z tym, że nie wracasz punktualnie z pracy? Wszystko jest testem! 

– To nieprawda! 

background image

–  Czyżby?  –  Caroline  drżącymi  palcami  usiłowała  zapiąć  suwak  od  spódnicy.  –  A  co 

powiesz o tej wycieczce w góry? Może to też nie jest egzamin? 

– To tylko rodzinna tradycja, na litość boską! Nie mam zamiaru sprawdzać, czy odrobiłaś 

lekcje. Caroline, jeśli odczuwasz nacisk, to tylko dlatego, że sama zrobiłaś z tego nieustanny 

egzamin! 

– Wiesz, co mnie naprawdę dziwi, Mitch? – Caroline nawet nie słuchała, co on mówi. – 

Jak  możesz  nawet  myśleć  o  małżeństwie,  skoro  zupełnie  nie  potrafiłam  porozumieć  się  z 

Janis? 

– Więc o to ci chodzi? – Mitch zmarszczył czoło. Podszedł do niej, a gdy spróbowała się 

odsunąć, chwycił ją za ramiona. – Odpowiedz mi, do diabła! Czy nie chcesz się zdeklarować, 

bo Janis zimno cię traktuje? 

– Nie chcę się zdeklarować, bo nie jest łatwo cię kochać – Caroline uniosła dumnie brodę. 

–  Kochać  ciebie,  to  również  kochać  Ruthann,  Sama,  Janis  i  dziadka.  To  podjęcie 

zobowiązania do bycia matką twoich dzieci. Łatwo ci mówić, że mnie kochasz, bo dotyczy to 

tylko  mnie.  Jeśli  ja  to  powiem,  będziesz  oczekiwał  po  mnie  rzeczy,  na  które  jeszcze  nie 

jestem przygotowana.  

–  Masz  rację.  –  Mitch  puścił  ją  i  przysiadł  na  łóżku.  –  Oczekiwałem  zbyt  wiele.  Ze 

wszystkim dotychczas radziłaś sobie doskonale i wydawałaś się szczęśliwa. Nie wiedziałem, 

że  dla  ciebie  to  tylko  badania  służące  do  napisania  dysertacji  na  temat  macierzyństwa.  Nie 

zamierzasz  dodać  do  swego  nazwiska  literek  M.  A.  M.  A.  ,  dopóki  nie  zdasz  końcowego 

egzaminu.  

– Czy to coś złego? 

– Obawiam się, że tak – Mitch kiwnął głową i ciężko westchnął. – Jesteś perfekcjonistką. 

Jeśli  to  wszystko  był  tylko  test,  to  ja  dałbym  ci  znacznie  wyższe  stopnie,  niż  ty  sobie 

postawiłaś.  Jak  powiedziałby  Sam,  nie  trzeba  zagrywać  po  mistrzowsku  za  każdym  razem, 

aby być dobrym graczem. Aby być dobrą matką, nie musisz być ideałem.  

–  Mitch,  po  prostu  potrzebuję  więcej  czasu  –  powiedziała  Caroline,  kładąc  mu  dłoń  na 

ramieniu. – Muszę być pewna swoich uczuć.  

– A co czujesz teraz? Czy to przynajmniej możesz mi powiedzieć? 

– Bardzo lubię twoje dzieci,  Mitch – przyznała z westchnieniem Caroline. – Czasem się 

ich boję, ale częściej cieszę się na ich widok. Gdy Ruthann przytula się do mnie lub gdy Sam 

mówi,  że  jak  na  jajogłową  jestem  zabawna,  mam  poczucie,  że  coś  osiągnęłam.  Nie  mogę 

zrozumieć,  dlaczego  moim  rodzicom  nigdy  nie  zależało  na  takim  potwierdzeniu  z  mojej 

strony. Chcę dzieciom dać to, czego pragną, ale jednocześnie boję się, że je zawiodę.  

background image

–  Nie  masz  się  czego  obawiać  –  odrzekł  Mitch.  –  Piękno  miłości  polega  na  tym,  że  im 

więcej się daje, tym więcej dostaje się w zamian. To nieskończona pętla.  

–  Normalnie  pętla  nie  ma  ani  początku,  ani  końca.  To  zamknięte  koło,  a  ja  jeszcze  nie 

połączyłam swobodnych końców. Ty jesteś na jednym, twoje dzieci zajmują drugi, a ja tkwię 

gdzieś  pośrodku.  Muszę  połączyć  końce  tak,  aby  nie  było  widać  węzła,  inaczej  pętla  nie 

wytrzyma napięcia.  

–  Dobrze,  Caro  –  Mitch  pomyślał,  że  ona  ma  rację.  Po  prostu  sam  już  dawno  połączył 

swobodne końce i jego pętla obejmowała Caroline. Teraz musiał dać jej dość czasu, aby sama 

uporała się z tym problemem. – Nie będę cię naciskał. Jeśli tego chcesz, przestanę mówić, że 

cię kocham.  

– Nie przestawaj, Mitch szepnęła.  

– A czy przestaniesz się natychmiast wycofywać? 

– Tak – obiecała. – Nie oczekuj tylko, że od razu odpowiem ci tym samym.  

–  Dobrze  –  odparł,  ale  nie  potrafił  ukryć  rozczarowania.  Teraz  czuł  strach,  od  którego 

przedtem  był  wolny.  Niewykluczone,  że  ona  nigdy  nie  będzie  zadowolona  z  łączących  ich 

więzi.  W jej świecie nie było miejsca na porażki i Caroline nie przywykła do myśli, że ideał 

nie jest osiągalny. Przyjęła tak surowe kryteria oceny, że sama nie mogła zdać egzaminu.  

Mitch  wolał  o  tym  nie  mówić.  Gdyby  powiedział  to  głośno,  zapewne  oznaczałoby  to 

koniec ich związku.  

W milczeniu skończyli się ubierać i poszli na obiad.  

 

W czwartek po południu Caroline wyszła z pracy wcześniej niż zwykle. Przed wyjazdem 

na przedłużony weekend  musiała  jeszcze  załatwić kilka spraw.  Tym razem  nie żałowała,  że 

przez  cztery  dni  nie  będzie  jej  w  laboratorium.  Praca  nad  Scarlett  stała  się  ostatnio  tak 

frustrująca,  że  Caroline  z  przyjemnością  myślała  o  przerwie.  Jej  zespół  skończył  już 

szczegółową  analizę  całego  oprogramowania,  ale  nie  udało  się  znaleźć  żadnego  błędu.  W 

teorii  OHARA  powinien  być  idealną  maszyną,  ale  w  praktyce  niemal  przy  każdym 

uruchomieniu systemu okazywało się, że z pamięci zniknęły kolejne dane.  

Również jej osobiste życie wcale nie układało się gładko. Po kłótni z Mitchem ucałowali 

się na zgodę, ale Caroline wyczuwała w jego zachowaniu pewną rezerwę. Nie mogła go za to 

winić, ale mimo to w ich związku pojawiło się napięcie.  

Caroline  oczekiwała  tej  wycieczki  z  równą  niecierpliwością  jak  wizyty  u  dentysty,  ale 

teraz nie  mogła  już się wycofać.  Mitch  i  jego dzieci  liczyli  na”  jej obecność,  natomiast ona 

chętnie zamieniłaby się rolami z dziadkiem i została w domu.  

background image

Dotarła do siebie zmęczona i zgrzana. Zrzuciła z nóg pantofle i zwaliła torby z zakupami 

na najbliższe krzesło. Buty turystyczne, które powinna była kupić dużo wcześniej, wysunęły 

się z torby i z hukiem upadły na podłogę. Caroline była zbyt zmęczona, aby się tym przejąć. 

Zostawiła je na środku przedpokoju i przeszła do salonu. Wyciągnęła się wygodnie na sofie i 

zaczęła  przeglądać  pocztę.  Nie  zdążyła  jeszcze  otworzyć  pierwszej  koperty,  gdy  zadzwonił 

telefon. Przez chwilę czuła pokusę, aby zostawić to do załatwienia automatycznej sekretarce, 

ale jednak się przemogła. Pomyślała, że może to Mitch dzwoni, aby zawiadomić ją, że wyjazd 

został odwołany.  

– Halo? 

– Cześć, tu Mitch.  

Caroline poznałaby go po głosie, nawet gdyby rozmawiali za pomocą telefonu ze sznurka 

i dwóch puszek.  

– Cześć. Co nowego? 

– Dzwoniłem do ciebie do pracy, ale cię nie zastałem. Spakowałaś się już? 

– Jeszcze nie. Właśnie weszłam i padłam na sofę. Muszę chwilę odpocząć.  

– Miałaś ciężki dzień? 

– Taki sam jak każdy.  

– Fatalnie. Mam jednak wieści, które może nieco poprawią ci humor.  

– Co takiego? – Caroline usiadła i opuściła nogi na podłogę.  

– W kilka dni po tym, jak Eddington dał wywiad do „PC Imaging” na temat Vica, znalazł 

się  na  pogotowiu  w  lokalnym  szpitalu  w  Hilliard  ze  złamanym  żebrem,  ogólnymi 

potłuczeniami  i  wstrząsem  mózgu.  Dyżurny  doktor  wprawdzie  nie  pamięta  dziś  tej  sprawy, 

ale patrząc na jego kartę stwierdził, że takie obrażenia mogły być skutkiem solidnego pobicia.  

– Eddington nie złożył skargi? 

–  Nie.  Najwyraźniej  chłopcy  Grishama  dali  mu  wycisk.  Dlatego  teraz  trzyma  język  za 

zębami.  

– Czy zamierzasz porozmawiać z nim o tym? 

–  Jeszcze  nie  teraz.  Muszę  zdobyć  więcej  materiałów  na  temat  związków  między 

Howardem i Sydneyem Grishamem.  

– Tym gangsterem, o którym wspominałeś? 

–  Tak  –  potwierdził  Mitch.  –  Podejrzewam,  że  Eddington  wie  o  jego  istnieniu.  Muszę 

znaleźć sposób, aby skłonić go do mówienia.  

– I jak chcesz to osiągnąć? 

– Eddington musi nabrać do nas zaufania. W poniedziałek graliśmy w ciemno i on o tym 

background image

dobrze wiedział. Jeśli pojadę do San Francisco i powiem mu, kto go pobił, pewnie przyzna, że 

to prawda.  

–  Uważaj  na  siebie  –  poprosiła.  –  To  wszystko  zaczyna  mnie  niepokoić.  Początkowo 

byłam po prostu wściekła, że Richmond mnie okradł i przedstawił moje wyniki za swoje, ale 

teraz  ta  sprawa  wygląda  nieco  inaczej.  Niewykluczone,  że  wchodzimy  na  niebezpieczny 

teren.  

– Możesz się nie martwić – Mitch zaśmiał się cicho.  

– Przecież wykonuję swój zawód.  

– Wiem, ale bądź ostrożny.  

– Dobrze – obiecał. – Ile czasu zajmie ci pakowanie? 

– spytał po krótkiej pauzie.  

– Nie wiem. – Zerknęła na torby z zakupami. – Nawet jeszcze nie zaczęłam.  

Mitch znów chwilę milczał.  

– Caroline, jeśli naprawdę nie masz ochoty jechać...  

– Chyba już za późno na zmianę planów, nie sądzisz? 

– Pamiętaj tylko,  że to nie  jest żaden test – powiedział  Mitch.  W  jego głosie dosłyszała 

wyraźną ulgę. – To zwykła wycieczka w góry.  

–  Równie  dobrze  można  powiedzieć,  że  Tyrannosaurus  rex  to  tylko  duża  jaszczurka  – 

zaśmiała się Caroline.  

– Jak to, nie słyszałaś? Według najnowszych teorii dinozaury były najbliżej spokrewnione 

z  ptakami,  nie  z  jaszczurkami.  Musisz  się  podciągnąć,  moje  dziecko  –  dodał  tonem  starego 

nauczyciela.  

– Dziękuję za radę. O której po mnie przyjedziesz? 

Uzgodnili plany na następny dzień i skończyli rozmowę. Caroline wróciła do sortowania 

poczty,  gdyż  inaczej  musiałaby  się  zająć  pakowaniem.  Na  jeden  stos  odłożyła  rachunki  do 

zapłacenia,  na  drugi  rozmaite  katalogi.  Pozostała  jeszcze  spora  kupka  reklam,  które 

zamierzała wyrzucić prosto do śmieci.  

Przerwała  dalsze  sortowanie,  gdy  zauważyła  prostą,  białą  kopertę  bez  adresu  nadawcy. 

Zaciekawiona,  od  razu  ją  otworzyła.  W  środku  znalazła  pojedynczą  kartkę  z  krótką 

wiadomością: 

„Oto właz Vica. Jeśli z niego skorzystasz, dowiesz się wszystkiego, co chcesz wiedzieć”.  

Dalej następował ciąg cyfr i symboli, stanowiących najwyraźniej hasło.  

Caroline  wyprostowała  się  na  sofie  i  starannie  obejrzała  kopertę.  Nie  było  adresu 

nadawcy, ale ze stempla pocztowego wynikało, że list został wysłany z Menlo Park, nieco na 

background image

południe od San Francisco. Raz jeszcze przeczytała krótką wiadomość.  

Właz Vica.  

Caroline  poczuła,  że  ogarnia  ją  podniecenie.  Jeśli  anonimowy  informator  nie  skłamał, 

miała teraz w ręku dostęp do całego systemu Vica. W slangu komputerowym „właz” oznacza 

specjalny  program,  umożliwiający  dostęp  do  systemu  komputera  nawet  w  przypadku 

poważnej  awarii  całego  oprogramowania.  Włazy  są  zazwyczaj  tak  skonstruowane,  aby 

umożliwiały  ominięcie  systemu  zabezpieczającego  i,  oczywiście,  starannie  ukryte.  Zdolni 

programiści potrafią zaprojektować włazy, których właściwie nie sposób znaleźć.  

Jeśli  to  był  rzeczywiście  właz  Vica,  Caroline  mogła  teraz  podłączyć  się  do  komputera 

Howarda  Pichmonda,  korzystając  z  własnego  terminalu  i  sprawdzić,  linijka  po  linijce,  czy 

jego oprogramowanie zostało skradzione.  

Niestety,  postępując  w  ten  sposób,  sama  złamałaby  prawo,  w  zamian  zyskując 

informacje, których nigdy nie mogłaby wykorzystać w sądzie. Znalazła kopalnię złota, ale nie 

mogła jej eksploatować.  

Caroline  jeszcze  raz  spojrzała  na  kopertę.  Nic  dziwnego,  że  nadawca  nie  podał  adresu. 

Ktoś,  kto  dysponował  takimi  informacjami  na  temat  Vica,  musiał  należeć  do  elity  The 

Richmond Group i niewątpliwie podpisał zobowiązanie do zachowania w tajemnicy sekretów 

firmy. Zdaniem Caroline tylko dwie osoby mogły podjąć takie ryzyko: albo Dean Eddington, 

albo Evan Converse.  

Eddington  zapewne  nie  chciał  pomóc  im  jawnie,  bo  bał  się  odwetu  ze  strony  Howarda. 

Był  natomiast  na  tyle  rozgoryczony  i  wściekły,  że  mógł  się  zdecydować  na  wysłanie 

anonimu.  Evan  wprawdzie  nie  miał  powodu  być  rozgoryczony,  ale  mógł  się  obawiać,  że 

straci pracę. Nie mogła natomiast wykluczyć, że zechce jej potajemnie pomóc.  

Przez  chwilę  miała  ochotę  zadzwonić  do  niego  i  spytać  wprost,  czy  to on  przekazał  jej 

hasło,  ale  po  namyśle  zrezygnowała  z  tego  pomysłu.  Jeśli  on  był  nadawcą,  to  i  tak  temu 

zaprzeczy.  Jeśli  nie,  będzie  lepiej,  jeżeli  się  nie  dowie,  że  Caroline  zna  hasło,  otwierające 

właz.  Miała  do  Evana  zaufanie,  ale  ponieważ  wiedziała,  że  Richmond  jest  powiązany  z 

gangsterami,  nie  chciała  narażać  go  na  dodatkowe  niebezpieczeństwo,  zawsze  związane  z 

tajnymi informacjami.  

Z  najwyższym  trudem  powściągnęła  pokusę,  aby  skorzystać  z  hasła.  Raz  jeszcze 

przyjrzała mu się uważnie...  

Miała wrażenie, że już kiedyś widziała takie hasło, w każdym razie bardzo podobne.  

Po  chwili  Caroline  doznała  olśnienia.  Zorientowała  się,  że  hasło  miało  dokładnie  taką 

samą  postać  jak  to,  którego  ktoś  próbował  użyć,  aby  dostać  się  do  Scarlett.  Czyżby  ktoś 

background image

sprawdzał, czy właz Vica zadziała również w przypadku Scarlett? 

A  może  Scarlett  miała  zainstalowany  właz,  o  którym  nie  wiedziała  nawet  jej 

konstruktorka? 

Caroline  zerwała  się  z  sofy  i  błyskawicznie  połączyła  z  komputerem  w  MediaTech. 

Pominęła wszystkie uprzejmości, jakimi zazwyczaj witała ją Scarlett, i natychmiast wywołała 

z pamięci hasło,  jakiego próbował włamywacz. Po chwili na przemian spoglądała na ekran  i 

anonimowy  list.  Na  ekranie  widać  było  »68092.  if?  »yimrestp.  894  »interface  a  na  kartce 

»90783.  if?  »ssntrprs.  70l  »interface  Oba  hasła  miały  taki  sam  format,  różniły  się  tylko 

treścią.  Trzy  miesiące  wcześniej  ktoś  próbował  dostać  się  do  Scarlett,  używając  hasła 

zdumiewająco podobnego do hasła dającego dostęp do Vica. Dlaczego mu się nie udało? Czy 

może  przestawił  jakąś  literę  lub  cyfrę?  Czy  Scarlett  odrzuciła  hasło  z  powodu  jakiegoś 

prostego błędu? 

Caroline  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że  jej  przypuszczenie  jest  słuszne.  Teraz 

po  prostu  wiedziała,  że  ktoś  wyposażył  Scarlett  we  właz.  To  wyjaśniało  nie  tylko,  w  jaki 

sposób  Richmond  zdobył  dostęp  do  jej  bazy  danych,  ale  również  tłumaczyło  problemy  z 

pamięcią  Scarlett.  Czyż  można  było  wymyślić  lepszy  sposób  spowolnienia  jej  pracy,  niż 

spowodowanie  tajemniczych,  powtarzających  się  awarii  pamięci,  których  pochodzenia  nikt 

nie był w stanie wyjaśnić? Ktoś, kto posiadał dostęp do włazu, mógł podłączyć się do Scarlett 

dziesięć razy na dzień i Caroline nigdy by się o tym nie dowiedziała. Za pomocą jednej trafnie 

dobranej  komendy  intruz  mógł  następnie  wymazać  odpowiedni  fragment  pamięci  i  dla 

wszystkich poza nim wyglądałoby to na awarię systemu.  

Od  paru  miesięcy  Caroline  kręciła  się  dookoła  własnej  osi,  na  próżno  usiłując  znaleźć 

rozwiązanie nie istniejącego problemu i oskarżając się o nieudolność.  

Teraz  przynajmniej  wiedziała,  jaka  była  przyczyna  rzekomych  awarii,  i  nie  miała 

wątpliwości,  że  potrafi  sobie  poradzić  z  tym  problemem.  Musiała  tylko odgadnąć,  jaki  błąd 

popełnił  włamywacz,  usiłując  posłużyć  się  włazem.  Znając  hasło,  będzie  mogła  odnaleźć 

właz  i  wymazać  go  z  pamięci  komputera.  Wprawdzie  wymagało  to  sprawdzenia  dosłownie 

trylionów kombinacji różnych liczb i cyfr, ale było w pełni wykonalne. Była to tylko kwestia 

czasu.  

Najpierw  jednak  musiała  zabezpieczyć  Scarlett  przed  nieznanym  agresorem.  Musiała 

stworzyć  system  zabezpieczeń,  który  zablokowałby  dostęp  do  komputera  nawet  przez  właz. 

Nie było to łatwe zadanie, gdyż Caroline nie wiedziała, gdzie dokładnie znajduje się właz, ale 

po godzinie pracy zainstalowała tyle kolejnych zabezpieczeń, że była już pewna, iż nikt prócz 

niej  nie zdoła  ich pokonać.  Zadzwoniła  następnie do Henry’ego Bergmana  i poinformowała 

background image

go,  że  tymczasowo  nikt  prócz  niej  nie  będzie  miał  dostępu  do  Scarlett.  Wyjaśniła  mu, 

oczywiście,  powody  tej  nagłej  zmiany  i  opisała  krótko  nowy  system  zabezpieczeń,  lecz  nie 

podała  wszystkich  koniecznych  haseł.  Henry  był  zachwycony,  że  zbliża  się  koniec  ich 

kłopotów.  Zaproponował  delikatnie,  aby  podała  mu  hasła,  ponieważ  uważał,  że  na  wszelki 

wypadek  ktoś  prócz  niej  powinien  je  znać,  ale  Caroline  odmówiła.  Wolała  nie  ryzykować. 

Zadzwoniła do Eda Newtona i zarządziła, aby ktoś przez cały czas pilnował Scarlett i nikomu 

nie pozwalał się do niej zbliżyć.  

Gdy  skończyła,  poleciła  Scarlett  wypróbowanie  wszystkich  możliwych  kombinacji 

pierwszych  pięciu  cyfr  błędnego  hasła.  Gdyby  Scarlett  znalazła  właściwą  kombinację, 

Caroline  natychmiast  zyskałaby  dostęp  do  włazu.  W  przypadku  niepowodzenia  zamierzała 

następnie  sprawdzić  wszystkie  możliwe  kombinacje  liter,  a  później  wszystkie  kombinacje 

liter  i  cyfr  łącznie.  To  musiałoby  potrwać  parę  tygodni,  lecz  z  pewnością  zakończyłoby  się 

sukcesem.  

Przez  chwilę  siedziała  nieruchomo,  gapiąc  się  na  migające  na  ekranie  kolejne  liczby. 

Teraz mogła już tylko czekać.  

Prócz tego mogła jeszcze zająć się pakowaniem.  

Mitch! Wycieczka w góry! Gdyby nie pojechała, dzieci byłyby potwornie rozczarowane, 

a  Mitch  z  pewnością  bardzo  niezadowolony,  gdyby  tym  razem  uznała,  że  praca  jest 

ważniejsza  od  dzieci.  Ta  idiotyczna  wycieczka  miała  dla  niego  takie  znaczenie,  że  Caroline 

zaczęła  podejrzewać,  iż  cała  przyszłość  ich  związku  zależy  od  powodzenia  tej  wyprawy. 

Zapewne właśnie dlatego tak bardzo nie miała ochoty jechać.  

Teraz przynajmniej miała wymówkę. Czy rzeczywiście? Wprawdzie nie mogła zostawić 

domowego  komputera  podłączonego  do  Scarlett  przez  cały  weekend,  ale  mogła  przecież 

pojechać  do  laboratorium  i  tam  uruchomić  program,  łamiący  hasło.  Skoro  złamanie  hasła 

mogło równie dobrze potrwać parę tygodni, nie było najmniejszego powodu, aby siedziała w 

gabinecie i gapiła się w ekran.  

Nie, nie miała żadnej wymówki. Musiała jechać, a zatem musiała również się spakować. 

Powinna także zadzwonić do Mitcha i powiedzieć mu o swych odkryciach.  

Nim  Caroline  zdążyła  zrealizować  swoje  decyzje,  rozległ  się  dzwonek  do  drzwi.  Miała 

nadzieję, że to Mitch i szybko pobiegła do holu, zostawiając otwarte drzwi do salonu.  

Tym razem jednak odwiedził ją Evan Converse.  

background image

17 

 

– Evan! Co ty tu robisz? 

– Czy przyszedłem w nieodpowiednim momencie? 

–  Rzeczywiście  jestem  dość  zajęta  –  odpowiedziała,  zastanawiając  się  gorączkowo,  co 

powinna  zrobić  w  tak  delikatnej  sytuacji.  Teraz,  gdy  już  wiedziała,  że  ktoś  zamontował  w 

Scarlett właz, niezbyt ją interesował dostęp do Vica. Nie chciała natomiast, aby ktokolwiek z 

The  Richmond  Group  wiedział,  że  ona  już  zna  ich  sekret.  Niestety,  na  ekranie  komputera 

migotały  kolejne  wersje  hasła.  Pomyślała,  że  jeśli  Evan  nie  zna  hasła  otwierającego  właz 

Vica,  to  nie  zorientuje  się,  jaki  program  wykonuje  jej  komputer,  ale  nie  miała  ochoty 

ryzykować.  

– Nie zajmę ci dużo czasu – obiecał.  

–  No,  dobrze  –  zgodziła  się  i  wpuściła  go  do  środka.  Wchodząc  do  mieszkania,  Evan 

potknął  się  o  leżące  na  podłodze  pakunki.  Niewiele  brakowało,  a  byłby  się  przewrócił. 

Zerknął na leżące na podłodze rzeczy, po czym spojrzał na Caroline.  

– Buty turystyczne? – powiedział z wyraźnym zdziwieniem.  

– Jutro jadę na wycieczkę w góry – wyjaśniła. – Właśnie dlatego nie mam czasu. Muszę 

się spakować.  

– Ty jedziesz na wycieczkę w góry? Od kiedy to stałaś się zapaloną turystką? 

– Od chwili gdy poznałam mężczyznę, który uwielbia biwaki.  

– Grogana? Tego gliniarza? 

– Owszem – Caroline nigdy nie wątpiła w spostrzegawczość swego byłego męża.  

–  Tak  mi  się  wydawało  –  pokiwał  głową  Evan.  –  Gdy  rozmawiał  ze  mną  w  tydzień  po 

pokazie, zachowywał się dość wrogo bez wyraźnej przyczyny.  

Caroline  nie  miała ochoty wdawać się w dyskusję na ten temat.  Wprawdzie Mitch zdjął 

już  Evana  z  pierwszego  miejsca  na  liście  podejrzanych,  ale  wciąż  miał  powody,  aby  go  nie 

lubić.  

–  Nie  chcę  o  nim  rozmawiać  –  powiedziała,  podchodząc  jednocześnie  do  komputera. 

Evan  szedł  tuż  za  nią.  Caroline  zesztywniała  ze  zdenerwowania.  –  Może  usiądziesz  – 

zaproponowała, wskazując sofę, ale mężczyzna zignorował zaproszenie.  

– Co robisz? – spytał, spoglądając na monitor.  

Caroline szybkim ruchem wyłączyła ekran. Scarlett wciąż wykonywała program, ale teraz 

Evan nie mógł wiedzieć, co robi komputer.  

background image

–  To  nowy  program  –  Caroline  uśmiechnęła  się  do  niego.  –  Wolałabym,  aby  pozostał 

tajemnicą dla konkurencji.  

– Och – westchnął Evan i usiadł na sofie.  

– Przepraszam. O co ci chodzi? – spytała, siadając w fotelu naprzeciw niego.  

– Chciałem się dowiedzieć, jak idzie dochodzenie w sprawie Howarda – odpowiedział. – 

Ty i twój chłopak wysunęliście tyle oskarżeń....  

–  Które  okazały  się  prawdziwe  –  przypomniała  mu  Caroline.  –  Sam  słyszałeś,  jak  Vic 

stwierdził, że zna Mitcha Grogana i jego córkę.  

– Wiem – przyznał Evan. – Rzeczywiście, trudno to inaczej wyjaśnić, ale mimo to wciąż 

nie  mogę uwierzyć,  że Howard  ukradł  bazę danych Scarlett. Teraz znalazłem się w dziwnej 

sytuacji  i  chciałbym  wiedzieć,  co  dalej.  Czy  mam  szukać  innej  pracy?  Czy  chcesz,  abym 

postarał się o dowód przestępstwa? Co planujesz? 

– Przykro mi, ale naprawdę nie mogę ci powiedzieć nic na temat śledztwa. – Caroline nie 

miała  wątpliwości,  że  Mitch  byłby  stanowczo  przeciwny  udzielaniu  Evanowi  jakichkolwiek 

informacji.  

– Dlaczego, na litość boską? Przecież sama mnie wciągnęłaś w tę historię.  

–  Wiem.  Gdybym  znała  odpowiedź  na  twoje  pytanie,  powiedziałabym  ci  o  wszystkim. 

Dochodzeniem zajmują się Mitch i Ed Newton, nasz szef ochrony. Jeśli się dobrze orientuje, 

nie  znaleźli  jeszcze  niczego,  co  mogłoby  posłużyć  za  dowód.  Szczerze  mówiąc,  mam  na 

głowie inne problemy.  

– Na przykład kłopoty z pamięcią Scarlett? 

– Skąd wiesz? – zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem.  

– Och,  Caroline,  wszyscy  już o tym wiedzą – wyjaśnił  łagodnym tonem.  – Plotki o tym 

krążyły jeszcze przed pokazem Vica.  

– Doprawdy? 

– Czy to prawda? Czy jakiś błąd w systemie powoduje utratę danych? 

– Tak, to prawda – Caroline uznała, że lepiej będzie,  jeśli Evan uwierzy, że według niej 

źródłem problemu jest błąd w programie.  

– Tak sądziłem. Bardzo mi przykro, Caroline.  

–  Nie  przejmuj  się,  Evan.  Wydaje  mi  się,  że  już  wkrótce  rozwiążę  ten  problem  – 

powiedziała, po czym wstała z fotela. – Nie chcę cię popędzać, ale naprawdę nie mam nic do 

powiedzenia  na  temat  śledztwa.  Mitch  z  dziećmi  mają  przyjechać  po  mnie  o  szóstej  rano. 

Muszę się spakować i chciałabym się przespać.  

–  Dobra,  już  idę  –  Evan  wstał  i  skierował  się  do  drzwi.  Uśmiechnął  się  do  niej.  – 

background image

Powiedziałaś „dzieci” w liczbie mnogiej? Ile ich jest? 

– Troje. Cztery, dziesięć i piętnaście lat.  

– Widzę, że macie poważne zamiary.  

– Czy sądzisz, że w przeciwnym wypadku zdecydowałabym się na wycieczkę w góry? 

– Dobry argument. Muszę przyznać, że jestem zdumiony dodał. – Mimo tych wszystkich 

awantur  z  powodu  dziecka,  jakie  zaliczyliśmy  przed  rozwodem,  nigdy  nie  sądziłem,  że 

naprawdę zależy ci na dzieciach.  

– Wiem. Właśnie dlatego się rozstaliśmy.  

– Czy to nie dziwne, że czasem sądzimy, iż doskonale kogoś znamy, a w rzeczywistości 

nic o nim nie wiemy? – powiedział, zatrzymując się w drzwiach. Caroline dostrzegła w jego 

oczach jakiś smutek i coś ścisnęło ją w gardle.  

– Tak, to rzeczywiście zdumiewające.  

– No cóż, dobranoc, Caroline.  

– Skontaktuję się z tobą, jak tylko będę coś wiedziała – obiecała mu na pożegnanie. Evan 

kiwnął głową i odszedł.  

Caroline  zamknęła  drzwi  i  spróbowała  przypomnieć  sobie,  co  zamierzała  zrobić,  nim 

przyszedł Evan.  

Mitch!  Miała  zadzwonić  do  niego  i  przekazać  mu  nowiny.  Podeszła  do  telefonu  i 

natychmiast zapomniała o wizycie swego byłego męża.  

 

Howard  Richmond  gwałtownie  zatrzasnął  drzwiczki  swego  Rolls-royce’a,  wykonanego 

na  specjalne  zamówienie,  i  ruszył  w  kierunku  biura.  Pół  godziny  temu  zadzwonił  do  niego 

Evan Converse i zażądał, aby natychmiast przyjechał do laboratorium.  

To dopiero! Ten bałwan ośmiela się wydawać mu polecenia! Howard zamierzał pokazać 

mu,  gdzie  jest  jego  miejsce.  To  prawda,  że  wiele  zawdzięczał  Evanowi,  ale  to  jeszcze  nie 

znaczy, iż ma wykonywać jego rozkazy.  

Richmond  przeszedł  bez  słowa  przez  portiernię  i  skierował  się  prosto  do  laboratorium. 

Evan  Converse  siedział  przy  terminalu  Vica,  miał  szarą  twarz  i  wytrzeszczone  oczy. 

Nerwowymi ruchami naciskał klawisze komputera.  

– Do diabła, co się stało? – spytał Howard, nawet się z nim nie witając.  

– Caroline dowiedziała się o włazie do Scarlett – odrzekł Evan, nie odwracając wzroku od 

monitora.  

– Co takiego? – Richmond niemal stracił oddech.  

–  Chyba  słyszałeś.  –  Programista  spojrzał  na  niego  przez  ramię.  –  Byłem  u  niej  dziś 

background image

wieczorem, żeby spróbować dowiedzieć się czegoś o dochodzeniu...  

–  Ty  idioto!  –  ryknął  Howard.  –  To  głupota,  dokładnie  taka  sama  jak  udostępnienie  jej 

Vica po pokazie! 

–  Sądziłem,  że  usunąłem  wszystkie  informacje  na  jej  temat!  –  Evan  również  zaczął 

krzyczeć.  –  Skąd  mogłem  wiedzieć,  że  zwierzała  się  temu  cholernemu  komputerowi  ze 

swoich kontaktów z Groganem? Gdybyś nie wpadł w panikę i pozwolił Vicowi odpowiedzieć 

na pytanie o przyjaciół, to...  

– Dobrze, dość już o tym! – Howard przerwał awanturę.  

–  Obaj  popełniliśmy  błędy.  Ja  obawiałem  się,  że  mogłeś  coś  pominąć,  wymieniając 

informacje na temat MediaTech, ty chciałeś mieć satysfakcję, że udało ci się utrzeć nosa twej 

zarozumiałej żonie.  

–  Obawiałem  się,  że  jeśli  się  nie  zgodzę,  Caroline  zacznie  mnie  podejrzewać  – 

odpowiedział Evan. Rysy jego twarzy wyraźnie stwardniały.  W rzeczywistości Howard  miał 

rację.  Chciał  się  nacieszyć  zwycięstwem,  a  absolutna  ufność,  z  jaką  odnosiła  się  do  niego 

Caroline,  tylko  dodawała  smaku  jego  tryumfowi.  Prosiła  go  o  pomoc,  choć  to  on  ponosił 

główną odpowiedzialność za jej porażkę. Czy mógł sobie odmówić takiej satysfakcji? 

–  To  już  nie  ma  znaczenia  –  odrzekł  Richmond.  –  Dlaczego  sądzisz,  że  Caroline 

dowiedziała się o włazie? 

– Ponieważ widziałem hasło na ekranie jej komputera – wyjaśnił. – Dokładniej mówiąc, 

widziałem  ciąg  haseł  o  takiej  samej  strukturze.  Caroline  w  jakiś  sposób  odgadła,  że  hasło, 

jakie pomyłkowo podałem w maju, miało uruchomić właz.  

–  Chwileczkę,  nic  mi  o  tym  nie  powiedziałeś  –  Richmond  zmierzył  go  gniewnym 

spojrzeniem. – Podałeś złe hasło? Dlaczego? 

– Nic ci nie powiedziałem, bo wydawało mi się, że to nie ma znaczenia – usprawiedliwił 

się  Evan.  –  Po  prostu  podając  hasło,  przez  pomyłkę  nacisnąłem  zły  klawisz.  Scarlett 

automatycznie  poinformowała  ochronę,  ale  udało  mi  się  zatrzeć  ślady.  Po  prostu  podałem 

jeszcze  kilka  przypadkowych  haseł,  tak  żeby  myśleli,  że  to  jakiś  szczeniak  próbuje  złamać 

system zabezpieczeń.  

Richmond zacisnął zęby, z trudem panując nad wściekłością.  

– Jeśli tak dobrze zatarłeś ślady, to dlaczego teraz Caroline domyśliła się, że to miało być 

hasło włazu? 

– Nie wiem. Z Caroline nigdy nic nie wiadomo. To wariatka.  

– Ta  wariatka zbudowała pierwszy  na świecie  inteligentny komputer  – przypomniał  mu 

Howard z wyraźnie złośliwą satysfakcją.  

background image

– Aha! Tobie się to nie udało, dopóki nie powiedziałem ci o włazie, jaki zainstalowałem 

w jej bazie danych przed rozwodem. To była dla mnie polisa ubezpieczeniowa. Dzięki temu 

obaj sporo zarobimy – odrzekł Evan.  

– Pod warunkiem, że nie uda się jej znaleźć włazu. Inaczej będzie miała w ręce dowód, że 

ktoś  włamał  się  do  jej  komputera.  Znając  twoją  pychę,  nie  wątpię,  że  pozostawiłeś  tam  po 

sobie jakieś ślady, prawda? 

– Jeśli Caroline złamie hasło, to będzie wiedziała, że ja zainstalowałem właz – przyznał 

Converse, przygryzając dolną wargę.  

– Boże, chroń  mnie od idiotów! – krzyknął Howard, trzaskając pięścią w stół.  – Musisz 

natychmiast usunąć właz! Zatrzyj wszystkie ślady jego istnienia,  bo inaczej obaj znajdziemy 

się w więzieniu! 

–  Nie  mogę  tego  zrobić!  –  odrzekł  Evan,  znów  podnosząc  głos.  –  Jak  myślisz,  co 

próbowałem  zrobić  przez  ostatnie  pół  godziny?  Caroline  zainstalowała  nowy  układ 

zabezpieczający. Nie mogę uruchomić Scarlett, nawet korzystając z włazu.  

– Sądziłem, że właz służy właśnie do tego, aby pominąć zabezpieczenia.  

–  Tak,  dopóki  nikt  o  nim  nie  wie.  Caroline  się  dowiedziała  i  zabezpieczyła  komputer. 

Teraz  Scarlett  systematycznie  sprawdza  wszystkie  możliwe  hasła  o  danym  formacie. 

Wcześniej czy później znajdzie właściwą kombinację cyfr i liter.  

– Chyba  że wpierw zdobędziemy  nowe  hasło – odrzekł Howard. Mimo że ogarniała go 

panika, nie stracił zdolności myślenia. Był gotów na wszystko, byle nie pójść do więzienia.  

– A jak zamierzasz je zdobyć? Caroline jest na tyle bystra, że z pewnością nigdzie go nie 

zapisała. W tej chwili z pewnością zna je tylko ona.  

– Wobec tego będziemy musieli ją zmusić, aby nam je podała.  

–  I  co  ci  z  tego  przyjdzie?  –  zaśmiał  się  Evan.  –  Przecież  wtedy  będzie  wiedziała...  – 

zaczął,  ale  po  chwili  przerwał.  Dopiero teraz  zrozumiał,  co  Howard  miał  na  myśli.  –  Nie  – 

potrząsnął głową. – Nie zamierzam brać udziału w morderstwie. Nie licz na to.  

– Wolisz spędzić następne dwadzieścia lat w więzieniu? 

–  Richmond  zmierzył  go  zimnym  spojrzeniem.  –  Słyszałem,  że  można  tam  zrobić 

wspaniałą karierę ślusarza. A jakie życie towarzyskie! 

– Howard, nie możesz tego zrobić. – Evan zaczął się trząść. Nie chciał iść do więzienia, 

ale jeszcze bardziej bał się krzesła elektrycznego.  

– Doprawdy? Jeszcze się przekonasz – odpowiedział Richmond i skierował się do drzwi. 

Evan pobiegł za nim.  

– Co chcesz zrobić? 

background image

– Zadzwonić do jednego znajomego, któremu powinno zależeć na załatwieniu tej sprawy 

równie mocno jak nam. Zajmie się nią jutro.  

– Nie możesz jej zamordować! – protestował Converse, gorączkowo starając się znaleźć 

sposób,  aby  go  powstrzymać.  –  Zresztą,  jutro  nie  będzie  jej  w  biurze.  Jedzie  w  góry  z  tym 

swoim gliniarzem i jego dziećmi.  

– Do Big Sur? – Howard zatrzymał się na chwilę.  

– Nie wiem. Zresztą, nawet jakbym wiedział i tak bym ci nie powiedział.  

–  To  bez  znaczenia.  Sydney  Grisham  ma  wtyczki  we  wszystkich  komendach  policji  w 

Kalifornii.  Jeśli  Grogan  zgłosił  wyjazd  na  urlop,  to  łatwo  dowiemy  się,  dokąd  pojechał.  – 

Howard odwrócił się na pięcie i wyszedł. Evan stał przez chwilę nieruchomo pośrodku holu.  

Po  paru  minutach  zrozumiał,  że  nic  nie  może  już  zrobić.  Wydarzenia  musiały  potoczyć 

się zgodnie ze swą  logiką.  Wcale nie chciał  zabić Caroline,  tylko utrzeć jej  nosa. Przez trzy 

lata małżeństwa bez przerwy okazywała mu swą wyższość, po rozwodzie bez trudu znalazła 

świetną  pracę,  a  on  musiał  się  sporo  nachodzić.  Evan  szczerze  jej  nienawidził,  nie  mógł 

spokojnie myśleć ojej sukcesach, ale mimo to nie chciał przyłożyć ręki do morderstwa.  

Z drugiej strony, nie mógł również jej ostrzec. Howard w każdej chwili mógł poprosić o 

interwencję swego kumpla, Sydneya Grishama.  

W ostatecznym rachunku sprawa wyglądała prosto. Należało wybrać, czy woli uratować 

swoją skórę, czy Caroline.  

Nie musiał długo się zastanawiać nad podjęciem decyzji.  

background image

18 

 

– Sydney? 

– Tak, słucham – Howard usłyszał w słuchawce niski, dźwięczny głos. – O co chodzi? 

Richmond przez chwilę się wahał, co powiedzieć. Z uwagi na długą historię starć między 

Sydneyem Grishamem a władzami, lepiej było nie rozmawiać z nim o tak delikatnej sprawie 

przez telefon.  

–  Chciałem  tylko  sprawdzić,  czy  wszystko  zmierza  do  pomyślnego  rozwiązania 

problemu, o którym rozmawialiśmy wczoraj wieczorem. Czy twój człowiek znalazł to, czego 

szukaliśmy? – spytał ostrożnie.  

– Wiemy, gdzie to można znaleźć, i mój pracownik już wyruszył w drogę.  

– Czy nie obawiasz się jakichś problemów? Sydney Grisham ciężko westchnął.  

–  Nie,  Howardzie  –  powiedział  po  chwili.  –  W  przeciwieństwie  do  tych  patałachów  z 

twojego  zespołu,  moi  ludzie  nie  robią  takich  błędów.  Dam  ci  znać,  gdy  tylko  dostanę 

informacje, jakich potrzebujesz.  

Sydney  odłożył  słuchawkę  i  Howardowi  nie  pozostało  nic  innego,  jak  zrobić  to  samo. 

Odchylił  się  do  tyłu  i  pomasował  dłonią  kark.  Z  pewnym  zdziwieniem  stwierdził,  że  serce 

bije  mu  szybciej  niż  zwykle.  Właściwie  nie  było  w  tym  nic  dziwnego.  W  swoim 

dotychczasowym  życiu  nieraz  był  na  bakier  z prawem, ale  jeszcze  nigdy  nie  brał udziału  w 

morderstwie.  

 

– Sam! Janis! Wracajcie! – krzyknęła Caroline. Wyszła właśnie przed chatę i zauważyła, 

że  dwójka  starszych  dzieci  oddala  się  w  stronę  lasu.  Ruthann  bawiła  się  w  brudnym  piachu 

przed chatą.  

Przyjechali tu zaledwie cztery godziny temu, ale Caroline już zyskała całkowitą pewność, 

że  ta  wycieczka  okaże  się  monstrualnym  koszmarem.  Dla  niej  określenie  „wiejska  chata” 

oznaczało  w  miarę  wygodny  dom,  pełen  staroświeckiego  czaru,  natomiast  dla  Mitcha 

znaczyło to rozwalającą się ruderę, która groziła zawaleniem przy lada podmuchu.  

Jedynym  dającym  się  zauważyć  plusem  chaty  była  działająca  elektryczność.  Prądu 

dostarczał lokalny generator. Na pryczach i zbitych z surowych desek meblach wisiały liczne 

pajęczyny, często zamieszkane przez swych twórców.  

W  kranach  nie  było  wody,  ponieważ  zepsuła  się  elektryczna  pompa  i,  mimo  wysiłków, 

Mitch nie zdołał jej uruchomić.  

background image

Zamiast normalnej toalety mieli do dyspozycji tylko drewniany wychodek, stojący dobre 

dwadzieścia metrów od chaty.  

Na myśl, że w takich warunkach mają spędzić cztery dni, Caroline wpadła w przerażenie. 

Była przygotowana na wiele, chata jednak była nie tylko prymitywna, ale po prostu obskurna 

i brudna.  

Co gorsza, musiała tu zostać sama z dziećmi, bo z powodu awarii pompy Mitch pojechał 

do miasteczka po wodę pitną. Sam i Janis nie chcieli jechać z ojcem, wskutek czego Caroline 

również musiała zostać. Wkrótce gorzko tego żałowała. Spróbowała zagonić starsze dzieci do 

sprzątania,  ale  oboje  ciągle  tylko  protestowali  i  marudzili.  Jednoczesna  walka  z  dziećmi  i 

pająkami wyprowadziła kobietę z równowagi. Rychło miała tak dość narzekań Sama i Janis, 

że zwolniła ich z porządków ale jednocześnie nakazała, aby nie oddalali się od chaty.  

Niestety,  jak  dotychczas  tylko  Ruthann  słuchała  jej  poleceń.  Sam  i  Janis  najwyraźniej 

postanowili  ruszyć  w  góry,  nie  pytając  o  pozwolenie.  Caroline  musiała  zawołać  ich 

powtórnie, choć nie miała wątpliwości, że oboje usłyszeli ją już za pierwszym razem.  

– Powiedziałam, że macie wracać! 

W końcu zatrzymali się i z wyraźną niechęcią odwrócili w jej kierunku.  

– Idziemy tylko na Pigeon Bluff – krzyknął Sam.  

– Nie, nie idziecie.  

– To nic groźnego, Caroline – wtrąciła Janis z wyraźną irytacją. – Zaledwie kilka kroków. 

Zawsze chodzimy tam sami.  

– Pójdziecie, jak wróci ojciec.  

– Chodź z nami – zaproponował chłopiec, ale na próżno.  

– Zostajemy tu wszyscy! Koniec dyskusji! – stanowczo stwierdziła Caroline.  

– Och, Boże – jęknął Sam. Z wyraźnym niezadowoleniem zawrócił w stronę chaty. Janis 

szła za nim, kopiąc po drodze kamyki. Zachowywała się jak pięcioletnia smarkata, a nie jak 

piętnastoletnia, rozsądna dziewczyna, doprowadzając tym Caroline do furii. Mimo to zdołała 

jakoś utrzymać nerwy na wodzy.  

Na przemian starała się przemówić dzieciom do rozsądku i czymś je zająć. Przygotowała 

im kanapki, po czym namówiła, aby pomogli jej zebrać drewno na ognisko. Mimo to, w miarę 

jak zapadał zmierzch, napięcie między nimi nieustannie rosło.  

Dla  mieszczucha,  takiego  jak  Caroline,  każdy  trzask  gałęzi  w  lesie  był  odgłosem 

zbliżającego  się  niedźwiedzia  lub  pumy,  które  wciąż  mieszkały  w  okolicznych  lasach.  Gdy 

wreszcie  usłyszeli  warkot  nadjeżdżającego  samochodu,  Caroline  była  już  zupełnie 

wyczerpana  nerwowo.  Dzieci  pobiegły  na  spotkanie  z  ojcem,  a  ona  tylko  westchnęła  z 

background image

ogromną ulgą.  

–  Hej,  bohaterska  turystko!  –  krzyknął  na  powitanie  Mitch.  –  Przywiozłem  wodę,  abyś 

mogła  odświeżyć  sobie  gardło.  –  Uśmiechnął  się  od  ucha  do  ucha  i  rzucił  jej  puszkę  ze 

środkiem  owadobójczym.  –  No,  jak  ci  się  podoba  w  górach?  –  spytał.  –  Prawda,  że  jest 

wspaniale? 

Nie odpowiedziała, tylko wróciła do chaty i zaczęła walkę z robactwem.  

 

Gdy Caroline wreszcie położyła się spać  na rozklekotanej pryczy,  miała wrażenie, że po 

twarzy wciąż chodzą  jej pająki. Pocieszała  się tylko myślą,  że  jutro  na pewno będzie  lepiej. 

Niestety, nie miała racji. Sytuacja wciąż się pogarszała.  

Mitch  zapewniał  ją,  że  któregoś  dnia  będzie  jeszcze  się  śmiać  z  tych  kłopotów,  ale 

Caroline  nie  była tego pewna.  Nic  jej  nie wychodziło,  a dzieci  z  jakiegoś powodu radowały 

się niezmiernie każdym jej błędem i z satysfakcją wytykały każdą gafę.  

Śniadanie  minęło  względnie  spokojnie  tylko  dlatego,  że  Mitch  sam  zabrał  się  do 

gotowania na ognisku. Po posiłku wyruszyli na długą wycieczkę w góry. Choć Caroline była 

w doskonałej  formie,  nie  mogła  nadążyć za pozostałymi,  ponieważ  już po godzinie dorobiła 

się ogromnych pęcherzy na piętach.  

Mitch był na tyle uprzejmy, że nie przypomniał jej swoich przestróg, ale Sam zrobił to za 

niego  z  nawiązką.  Na  każdym  przymusowym  postoju  długo  narzekał,  że  Caroline  zwalnia 

tempo marszu.  

Janis przyłożyła się do utrzymania radosnej  atmosfery,  nieustannie wspominając zmarłą 

matkę.  Z  biegiem  czasu  wspomnienia  te  zmieniły  się  w  jawne  porównywanie  Caroline  i 

Becky.  Jak  łatwo  się  można  domyślić,  nie  wypadało  ono  korzystnie  dla  tej  pierwszej.  Jeśli 

sądzić  na  podstawie  słów  Janis,  Becky  musiała  przewyższać  wszystkich  najsłynniejszych 

traperów Dzikiego Zachodu razem wziętych.  

Nim nadszedł wieczór, Caroline zdążyła serdecznie znienawidzić Becky. Przestała o niej 

myśleć jako o kobiecie, która tak kochała swoje dzieci, że dla uratowania córeczki poświęciła 

własne  życie,  a  zamiast  tego  widziała  przed  oczami  postać,  która  we  wspomnieniach  dzieci 

nabrała zupełnie mitycznego wymiaru.  

Pod wieczór już z najwyższym trudem utrzymywała nerwy na wodzy. Koniecznie chciała 

choć przez chwilę być sama; od rana nie miała ani chwili spokoju, cały czas ktoś kręcił się w 

pobliżu.  Niestety,  nie  mogła  sama  zniknąć  w  lesie.  Zamiast  tego  starała  się  nie  odzywać  i 

niczego nie komentować. Ilekroć musiała coś powiedzieć, mówiła ostrym, syczącym głosem. 

Jak można było przewidzieć, dzieci odpowiadały jej tak samo i wkrótce chata zmieniła się w 

background image

pole bitwy. Mitch próbował odgrywać rolę mediatora.  

Zbrojny konflikt wybuchł zaraz po kolacji.  

– Co ty wyprawiasz?! Marnujesz wodę! – wrzasnęła Janis. Zmywały razem naczynia, ale 

najwyraźniej i tego Caroline nie potrafiła zrobić tak, aby wszystkich usatysfakcjonować.  

– Przestań na mnie krzyczeć – odcięła się. – Jeśli nie potrafisz odzywać się po ludzku, to 

możesz sama zmywać.  

– Proszę bardzo! 

– Hej! – wtrącił się Mitch. – Uspokójcie się wreszcie. Janis, przeproś Caroline.  

– Za co mam ją przepraszać? To ona nie potrafi niczego dobrze zrobić! 

– Powiedziałem, że dość mam już tych awantur! – warknął ojciec. – Dobrze, zostawcie te 

naczynia. Siadajcie wszyscy Musimy odbyć rodzinną naradę.  

–  O,  jak  fajnie!  –  ucieszyła  się  Ruthann.  Spała  podczas  wycieczki  na  ryby  i  teraz  była 

gotowa do zabawy. Mitch nie zwrócił na nią uwagi.  

– Siadajcie wszyscy. Musimy omówić problemy, jakie dziś mieliśmy.  

–  Nie  sądzę,  aby  to  był  dobry  pomysł  –  odezwała  się  Caroline.  Ze  zdenerwowania 

rozbolał ją brzuch.  

– Myślę, że się mylisz – odparł spokojnie mężczyzna. – Musimy oczyścić atmosferę.  

Podszedł do ogniska. Ruthann chwyciła Caroline za rękę i pociągnęła ją do ognia.  

– Chodź, Caroline – powiedziała. – Przy ognisku jest fajnie, tata zawsze coś opowiada.  

Caroline  nie  miała  dokąd  uciec,  musiała  posłuchać  Ruthann.  Usiadła  obok  Mitcha  na 

grubym pniu.  Mała wcisnęła się  między  nich,  a Janis  i Sam usiedli  na trawie po przeciwnej 

stronie ogniska.  

– No, dobra – zaczął Mitch. – Zrobimy tak. Ponieważ wszyscy są nieszczęśliwi, wszyscy 

powiedzą dlaczego. Porozmawiamy o tym i postaramy się wspólnie znaleźć rozwiązanie, tak 

aby każdy z nas był zadowolony.  

– Ja jestem zadowolona, tato – pisnęła Ruthann, przytulając się do Caroline.  

– Dobrze, zatem ty nie musisz nic mówić. Teraz po prostu słuchaj, dobrze? Sam zaczyna.  

– No, przez te jej pęcherze strasznie się guzdraliśmy. Później nie weszliśmy do żadnej z 

jaskiń, bo ona bała się węży i niedźwiedzi.  

Caroline  zauważyła,  że  chłopiec  nawet  nie  pofatygował  się,  żeby  wyjaśnić,  kim  jest  ta 

„ona”, stanowiąca źródło wszystkich problemów.  

Sam  wymienił  jeszcze  kilka  pretensji,  związanych  z  restrykcjami,  jakie  wprowadziła 

Caroline poprzedniego dnia.  

– Ale ona chyba się stara – zakończył, wzruszając ramionami. – Dobrze sobie dała radę z 

background image

przynętą z glist.  

– W porządku. – Mitch spojrzał na starszą córkę. – Janis? 

– Nie mam nic do powiedzenia – odpowiedziała.  

– Myślę, że masz więcej do powiedzenia niż ktokolwiek z nas – odrzekł Mitch.  

– Idę spać – stwierdziła Janis i wstała.  

– Nie, nigdzie nie idziesz. Siadaj – polecił jej ojciec.  

– Mitch, pozwól jej odejść – wtrąciła Caroline. – Szczerze mówiąc, nie jestem w nastroju, 

aby słuchać waszych opowieści o tej okropnej Caroline.  

– Nie to jest naszym zamiarem – sprostował Mitch. – Po prostu pora już wyjaśnić pewne 

rzeczy.  

–  Wszystko  jest  jasne.  Nic  się  nie  układa,  i  to  wszystko  przeze  mnie  –  odpowiedziała 

zjadliwie  Caroline.  –  Uprzedzałam  cię,  że  tak  będzie.  Nie  jestem  stworzona  do  życia  na 

biwaku. Nie jestem Becky! Chętnie stąd zniknę.  

–  Dlaczego,  Caroline?  –  zaprotestowała  Ruthann,  patrząc  na  nią  z  uwielbieniem.  – 

Przecież cię kochamy.  

Caroline spojrzała na nią i poczuła łzy w oczach. Odgarnęła jej z czoła kosmyk włosów.  

– Ja też cię kocham, malutka – powiedziała.  

– Och, bzdury – parsknęła Janis. – Daj sobie z tym wreszcie spokój, dobrze? Przecież nie 

cierpisz nas, lubisz tylko tatę.  

– To nieprawda! – zaprotestowała Caroline. Jadowity ton głosu Janis wstrząsnął nią.  

–  A  właśnie,  że  tak!  –  krzyknęła  dziewczyna.  –  Gdyby  nie  my,  byłabyś  w  pełni 

szczęśliwa! 

– Wiesz, chyba masz rację – Caroline pokiwała głową. Była tak zmęczona i sfrustrowana, 

że  zabrakło  jej  już  cierpliwości  dla  tej  inteligentnej,  lecz  trudnej  dziewczyny.  –  Byłabym 

znacznie szczęśliwsza, gdyby cię nie było, bo od dnia, w którym po raz pierwszy umówiłam 

się  z  twoim  ojcem,  nieustannie  mnie  tępisz.  Cierpliwie  znosiłam  twoje  fochy,  milczenie  i 

zjadliwe  komentarze,  bo  miałam  nadzieję,  że  wreszcie  mnie  zaakceptujesz.  Zamiast  tego 

stajesz się coraz bardziej wroga. Dlaczego właściwie tak mnie nie cierpisz? 

Janis zacisnęła uparcie zęby i milczała.  

–  Odpowiedz  jej  –  powiedział  Mitch  z  naciskiem.  –  Myślę,  że  wszyscy  chcielibyśmy 

wiedzieć, co cię gryzie.  

– Tak, Janis – wtrącił Sam. – Dlaczego wciąż ją obcinasz? 

– Tak! – pisnęła Ruthann, żeby zaznaczyć swoją obecność.  

Janis nie mogła znieść zbiorowego nacisku.  

background image

– Myślę, że wolelibyście nie wiedzieć – zwróciła się do rodzeństwa.  

– A właśnie, że tak! – odrzekł Sam.  

–  Przecież  ona  wcale  was  nie  lubi!  –  krzyknęła.  –  Nikogo  z  nas!  Przez  cały  czas  tylko 

udaje.  Sama  słyszałam,  jak  tata  powiedział  dziadkowi,  że  przez  nas  ona  nie  chce  się  z  nim 

spotykać.  

– Kiedy powiedziałem coś takiego? – zdumiał się Mitch.  

– Po mojej pierwszej wizycie w laboratorium – parsknęła Janis.  

Mitch dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie rozmowę z ojcem. To wydawało się 

tak dawno...  

– Podsłuchiwałaś? – spytał ostrym tonem.  

–  Zeszłam  na  dół,  żeby  cię  przeprosić  za  to,  że  na  ciebie  krzyknęłam,  i  przypadkowo 

usłyszałam, co mówiłeś.  

– Dlaczego nic nie powiedziałaś? 

– A co miałam powiedzieć? Ona lubi ciebie, ale nie nas. Teraz Caroline lepiej rozumiała 

zachowanie  Janis,  ale  nie  wiedziała,  w  jaki  sposób  można  naprawić  szkody,  powstałe  tak 

dawno.  

–  Janis,  moja  początkowa  decyzja,  by  nie  utrzymywać  stosunków  z  waszym  ojcem  nie 

miała  nic  wspólnego  z  kwestią,  czy  was  lubię,  czy  nie.  Nigdy  nie  miałam  dzieci,  a  w 

dzieciństwie mój kontakt z rówieśnikami też był bardzo ograniczony, o czym zresztą dobrze 

wiesz. Po prostu bałam się nowej sytuacji.  

– Czy wciąż się obawiasz? – spytała Janis.  

– Tak.  

– Czy zamierzasz wyjść za tatę? 

Caroline zerknęła na Mitcha, jakby szukając jego pomocy.  

– Nie  jesteśmy  jeszcze gotowi do podjęcia tej decyzji, córeczko – Mitch zareagował  na 

niemą prośbę Caroline.  

–  Wolałabym  usłyszeć,  co  ona  ma  na  ten  temat  do  powiedzenia  –  zdecydowanie 

stwierdziła Janis. – Czy zamierzasz poślubić tatę i być naszą mamą? 

– Nie wiem – Caroline w żadnym wypadku nie chciała jej okłamywać.  

– Dlatego, że go nie kochasz? Czy to przez nas? 

–  Ponieważ  nie  wiem,  czy  jestem  w  stanie  dać  tobie,  Samowi  i  Ruthann  to,  czego 

potrzebujecie.  

– Chcesz powiedzieć, że gdyby nie my, nie wahałabyś się ani chwili, tak? 

– To nie takie proste, Janis – Caroline pokręciła głową. – Nie mogę sobie wyobrażać, że 

background image

was nie ma, muszę liczyć się z rzeczywistością.  

– Widzisz? – tryumfalnie krzyknęła Janis do brata.  – Mówiłam ci, że ona wcale  nas  nie 

lubi.  

– Na litość boską, jesteś już dostatecznie dorosła, aby zrozumieć, że to, czy cię lubię – a 

raczej czy cię kocham – nie jest istotą sprawy. Muszę zdecydować, czy podołam obowiązkom 

matki. To duża odpowiedzialność! – wykrzyknęła Caroline i zerwała się z pieńka.  

– A jeśli okaże się, że nie możesz, to znikniesz tak samo jak mama! – krzyknęła Janis. – 

Chcę, aby to się już skończyło. Idź sobie! Nie mam ochoty dwukrotnie tracić mamy! 

Dziewczyna nagle wybuchnęła płaczem. Zerwała się na nogi i pobiegła do chaty.  

Mitch szybko wstał, poklepał Caroline po ramieniu i pośpieszył do córki.  

Caroline  usiadła  na  pniu.  Siedziała  ze  zwieszoną  głową  i  opuszczonymi  ramionami, 

starając się w pełni zrozumieć znaczenie i konsekwencje tej sceny.  

– Dlaczego Jannie płacze? – spytała Ruthann, wkręcając się na jej kolana. – Czy ona nie 

chce, żebyś była naszą mamą? 

Caroline mocno przytuliła ją do siebie.  

– Janis się tylko zdenerwowała, skarbie.  

– Dlaczego? 

– To dość trudno wyjaśnić.  

–  Ja  chcę,  żebyś  była  moją  mamą  –  powiedziała  Ruthann  płaczliwym  tonem.  –  Zgoda, 

Caroline? Proszę? 

Caroline  nie  mogła  już  dłużej  powstrzymać  łez.  Ukryła  twarz  w  jedwabistych  włosach 

Ruthann, ale niewiele to jej pomogło. Gdy wreszcie odzyskała panowanie nad sobą, podniosła 

głowę  i  spojrzała  na  Sama.  Chłopiec  siedział  w  milczeniu  i  grzebał  patykiem  w  ognisku. 

Zerknął na nią, ale zaraz odwrócił wzrok i całkowicie ją zignorował.  

Gdyby  nie  dziecko,  które  trzymała  w  ramionach,  Caroline  czułaby  się  teraz  jeszcze 

bardziej samotna niż kiedykolwiek w życiu.  

 

Caroline siedziała sama przed chatą, nadsłuchując odgłosów dochodzących z jej wnętrza. 

Mitch zaganiał dzieci do łóżek. W końcu wyszedł na dwór i usiadł koło niej.  

– Jak się czujesz? – spytał.  

–  Mówiłam  ci,  że  ta  wycieczka  to  błąd  –  odpowiedziała  po  dłuższej  chwili  głuchym, 

pozbawionym życia głosem.  

– Jak  możesz tak mówić? – zaprotestował Mitch. – Wiem,  że  miałaś okropny dzień,  ale 

dziś  wieczorem  wiele  sobie  wyjaśniliśmy.  Wiemy  już,  o  co  chodzi  Janis,  i  możemy  z  tym 

background image

walczyć.  

– Jak? Jest tylko jeden sposób, aby ją przekonać, że ją lubię. W tym celu musiałabym cię 

poślubić. Zresztą, nawet wtedy Janis wciąż bałaby się, że ją odrzucę.  

– Z twoją pomocą mogłaby o tym zapomnieć.  

– Nie, ja nie mogę jej pomóc – pokręciła głową. – Nasz związek był pomyłką od samego 

początku.  

– Caroline, posłuchaj... – Mitch nie miał ochoty przyjąć tego do wiadomości.  

– To ty mnie posłuchaj – nie pozwoliła mu dokończyć. – Popełniłam błąd, decydując się 

nawiązać z tobą znajomość. Nie zrozumiałam, że sama moja obecność wystarczy, aby twoje 

dzieci zaczęły oczekiwać, że będę ich matką.  

– To było  nieuchronne – powiedział.  –  Każdy samotny ojciec  lub  matka  musi  się z tym 

liczyć.  

–  Nic  mnie  nie  obchodzą  inni  rodzice  i  inne  dzieci.  Dla  mnie  liczą  się  tylko  twoje.  Nie 

zamierzam ranić ich bardziej, niż już zostały zranione.  

–  Za  bardzo  się  tym  przejmujesz  –  stwierdził  Mitch.  Czuł,  że  Caroline  oddala  się  od 

niego. – Musimy poradzić sobie z tym razem jako jedna rodzina.  

–  Możemy  być  rodziną  tylko  pod  warunkiem,  że  wyjdę  za  ciebie,  a  jak  już  jasno 

stwierdziłam,  nie  jestem  gotowa  na  ten  krok  –  odpowiedziała  ostrym  tonem.  Mężczyzna 

najwyraźniej nie chciał słyszeć głosu rozsądku.  

– Kiedyś będziesz – powiedział z nadzieją, ale nie zabrzmiało to bardzo przekonująco.  

– Tylko jedno z nas ma tę pewność i to nie jestem ja. Czy nie rozumiesz, że nie możemy 

ciągnąć  dalej  obecnego  układu?  Jak  mogę  żądać,  aby  Janis  mnie  zaakceptowała  i  polubiła, 

jeśli  nie chcę  jej zagwarantować, że pewnego dnia nie odejdę? Ruthann chce,  abym  była  jej 

mamą.  Im  dłużej  będzie  trwać  obecna  sytuacja,  tym  bardziej  będzie  do  mnie  przywiązana. 

Gdy w końcu odejdę, będzie równie zrozpaczona jak Janis i Sam po śmierci Becky.  

– Do diabła, Caroline, dlaczego zakładasz, że pewnego dnia odejdziesz? Dlaczego jesteś 

taka pewna, że nie możemy być razem? 

– Jak możesz zadawać takie pytanie po tym, co się działo przez ostatnie dni? – Caroline 

zaśmiała się z goryczą.  

– Posłuchaj, jedna nieudana wycieczka...  

– To zupełnie dość – dokończyła za niego. – Nic mi się nie udało.  

–  To  nieprawda  –  przekonywał  ją  Mitch.  –  Źle  się  tu  czujesz,  ale  to  moja  wina. 

Powinienem był wcześniej przysłać tu kogoś, aby doprowadził chatę do porządku. Przez cały 

rok  nikogo  tu  nie  było.  Nie  pomyślałem,  żeby  zawczasu  posprzątać  i  sprawdzić,  czy  nie 

background image

trzeba czegoś naprawić. Zaczęliśmy fatalnie, ale weekend można jeszcze uratować. Podobnie 

jak nasz związek.  

– Nie, Mitch – Caroline pokręciła głową. Miała wrażenie, że w środku cała zdrętwiała, ale 

mimo to nie zamierzała zmienić decyzji. – Nigdy nie będę w stanie podjąć odpowiedzialności 

za wychowanie twoich dzieci i nie zamierzam ich krzywdzić – powiedziała, wstając z pnia. – 

To koniec. Musisz to przyjąć do wiadomości, tak jak ja to zrobiłam.  

background image

19 

 

Mitch  bynajmniej  nie przyjął do wiadomości decyzji Caroline.  Za bardzo ją kochał,  aby 

uwierzyć,  że rzeczywiście zabrnęli w sytuację bez wyjścia.  Prócz tego wiedział, że Caroline 

jest  silną  i  upartą  kobietą,  potrafiącą  walczyć  o  realizację  swoich  pragnień.  Gdy  wrócą  do 

domu,  wcześniej  lub  później  Caroline  uprzytomni  sobie,  że  w  rzeczywistości  pragnie  żyć  z 

nim  i  z  dziećmi.  Mitch  musiał  w  to  wierzyć,  bo  nie  mógł  sobie  wyobrazić,  jak  zniósłby 

rozstanie.  Raz  już  stracił  ukochaną  kobietę  i  nie  mógł  się  teraz  pogodzić  z  ewentualnością 

kolejnej straty.  

Wiedział  jednak,  że  w  tym  momencie  dalsza  dyskusja  nie  doprowadziłaby  do  niczego. 

Caroline nie lubiła, by ktoś ją przypierał do muru, to tylko wzmagało jej upór. Mitch uznał, że 

najlepiej  będzie,  jeśli w  miarę  bezkonfliktowo spędzą pozostałą część weekendu  i wrócą do 

miasta.  

Nie  zdziwił  się  bynajmniej,  gdy  następnego  ranka  Caroline  uprzejmie,  lecz  stanowczo 

odmówiła  udziału  w  wyprawie  na  ryby.  Sam  usiłował  odegrać  rolę  mediatora  i  specjalnie 

poprosił, by z nimi poszła, ale Caroline zapewniła go, że lepiej będą się bawić bez niej. Poza 

tym  chciała  trochę  popracować,  w  tym  celu  wzięła  ze  sobą  przenośny  komputer.  Janis 

starannie  unikała  jej  wzroku  i  Mitch  był  przekonany,  że  córce  jest  przykro  z  powodu 

wczorajszej  sceny.  Miał  nadzieję,  że  w  końcu  Janis  zdecyduje  się  przeprosić  Caroline,  a  ta 

zrozumie, że kłótnie są nieodłączną częścią ludzkiej natury, zaś miłość jest zbyt ważna, aby z 

niej łatwo rezygnować.  

Choć oboje dorośli próbowali udawać, że wszystko jest w porządku, Ruthann bezbłędnie 

wyczuła  panujące  między  nimi  napięcie.  Zapewne  z  tego  powodu  trzymała  się  Caroline 

jeszcze  mocniej  niż  zwykle.  Zamiast  iść  na  ryby,  postanowiła  zostać  ze  „swoją  Caroline”. 

Mitch,  chcąc,  aby  Caroline  mogła  odpocząć,  usiłował  namówić  córeczkę  do  pójścia  ze 

wszystkim  nad  strumień,  ale  Ruthann  się  uparła.  W  końcu  Caroline  powiedziała,  żeby  dał 

spokój.  

– Jesteś pewna, że chcesz ją mieć na głowie? – spytał.  

–  Wybieram  się  na  łąkę,  którą  minęliśmy  wczoraj,  idąc  na  Pigeon  Bluff  –  powiedziała 

Caroline. – Ruthann może iść za mną, jeśli ma na to ochotę.  

Przez  chwilę  patrzyli  sobie  w  oczy,  myśląc  jednocześnie  o  miłości  i  konieczności 

rozstania.  

–  Dobra  –  zgodził  się  wreszcie  Mitch.  Zarzucił  na  ramię  torbę  z  kanapkami,  które 

background image

przygotowała  im  Caroline.  – Wrócimy  na  lunch.  Jeśli Mała da ci  się we znaki, wiesz,  gdzie 

nas szukać. Będziemy nad strumieniem, chyba znasz już drogę? 

– Tak. Do zobaczenia. Bawcie się dobrze.  

– Będziesz miała dużą rybę na obiad – obiecał Sam, po czym cała trójka ruszyła w drogę.  

– Co teraz? – spytała Ruthann. Siedziała na skraju ganku i machała nogami, kopiąc grudki 

piasku.  

– Teraz możesz mi pomóc w pracy.  

– Tak jak Jannie? – ucieszyła się Ruthann.  

Caroline  przytaknęła  z  pełną  powagą.  Poczuła,  że  ogarnia  ją  wzruszenie,  jak  zawsze  w 

kontaktach  z  Ruthann.  Mała  miała  do  niej  bezgraniczne  zaufanie...  Żadnych  pytań,  żadnych 

komplikacji, tylko miłość...  

Pomyślała,  że  nie  zdoła  znieść  rozstania.  Utrata  dziecka,  którego  nigdy  faktycznie  nie 

miała,  wydawała  się  jej  teraz  drobiazgiem  w  porównaniu  z  rozstaniem  z  tą  dziewczynką, 

która już pokochała ją całym sercem.  

Caroline  odsunęła  od  siebie  te  myśli  i  wstała  z  ganku.  Podjęła  decyzję  o  rozstaniu  dla 

dobra  dzieci  i  nie  mogła  teraz  ulec  własnej  słabości.  Gdy  wrócą  do  miasta,  pora  będzie 

powrócić do dawnego życia.  

Wyciągnęła z teczki przenośny komputer, wrzuciła do chlebaka coś do  jedzenia,  podała 

Ruthann rękę i razem ruszyły na łąkę. W niewielkiej odległości od chaty szlak się rozwidlał. 

Jedna  odnoga  prowadziła  do  strumienia,  druga  w  kierunku  łąki,  którą  upatrzyła  sobie 

Caroline.  

Droga nie była trudna. Idąc przez dębowy las, Caroline i Ruthann zabawiały się liczeniem 

wiewiórek  i  dzięciołów.  Wkrótce  dotarły  na  łagodnie  pochyloną  łąkę,  otoczoną  lasem. 

Między drzewami widać było szczyty sąsiednich gór. Usiadły w cieniu wysokiego świerka  i 

Caroline otworzyła swój komputer.  

Wywołała z pamięci tajemnicze hasło, jakiego próbował użyć włamywacz, aby dostać się 

do  Scarlett,  i  cierpliwie  wyjaśniła  Ruthann,  że  będą  bawić  się  literami  i  cyframi.  Mała 

oczywiście  nic  z  tego  nie  rozumiała,  ale  czuła  się  tak  ważna,  że  przez  dziesięć  minut  z 

powagą naciskała wskazywane przez Caroline klawisze. Dziesięć minut w spokoju to był dla 

niej zapewne rekord.  

W  rzeczywistości  Caroline  porównywała  kod  do  włazu  Vica  z  kodem  użytym  przez 

włamywacza.  Założyła,  że  oba  włazy  skonstruował  ten  sam  człowiek,  i  usiłowała  dopatrzeć 

się w hasłach jakiegoś podobieństwa, wykraczającego poza sam format. Hasła na ogół nie są 

czysto przypadkowe. Ludzie z reguły wybierają je tak, by kojarzyły się z czymś mającym dla 

background image

nich pewne znaczenie. Czasami taki wybór jest dość oczywisty, na przykład data urodzin lub 

imię  ukochanej,  czasami  trudny  do  odgadnięcia,  jak  na  przykład  numer  rejestracyjny 

samochodu.  Często  zastosowane  skróty  sprawiają,  że  hasło  staje  się  niemal  zupełnie 

niezrozumiałe.  

Caroline  skupiła  początkowo  uwagę  na  haśle,  jakim  włamywacz  próbował  uruchomić 

właz  Scarlett.  YIMRESTP.  Na  próżno  usiłowała  się  w  tym  dopatrzeć  jakiegoś  porządku. 

Dodatkową  trudność  sprawiał  jej  fakt,  że  niemal  na  pewno  któraś  z  liter  hasła  była  błędna. 

Przez  dłuższą  chwilę  zmieniała  różne  litery,  ale  żadna  kombinacja  z  niczym  się  jej  nie 

kojarzyła.  

– Chcę się bawić – Ruthann przypomniała o sobie. Caroline od dłuższej chwili milczała.  

– Dobrze. Teraz napiszemy hasło, które uruchamia właz Vica, dobrze? – zaproponowała, 

czyszcząc jednocześnie ekran komputera.  

– Dobrze.  

– Naciśnij S – Caroline podsunęła jej komputer i po kolei wskazywała właściwe klawisze, 

jednocześnie głośno powtarzając  litery. S. S. N. T. R. P. R.  S. Ruthann również wymawiała 

głośno każdą literę. Caroline nagle uświadomiła sobie, że to brzmi jakoś znajomo. Powtórzyła 

szybciej  SSNTRPRS.  SSNTRPRS.  SSNTRPRS.  Ruthann  wiernie  naśladowała  jej 

zachowanie.  Razem  powtarzały  SSNTRPRS,  powoli  wpadając  w  pewien  rytm.  Nagle 

Ruthann uśmiechnęła się radośnie.  

– S. S. Enterprise! – krzyknęła. – Wojny gwiezdne!. Wygrałam, wygrałam! 

– Och, Boże – mruknęła Caroline. Wojny gwiezdne to był ulubiony serial jej byłego męża.  

A  zatem  to  Evan  skonstruował  właz  Vica.  Czy  on  również  wymyślił,  jak  ukraść  bazę 

danych Scarlett? Caroline wiedziała, że nie spocznie, póki nie rozwiąże tej zagadki.  

Nagle zupełnie zapomniała o Ruthann. Ponownie wystukała hasło, które miało uruchomić 

właz Scarlett. Jeśli Evan stworzył i ten właz, to było bardzo prawdopodobne, że hasło miało 

jakiś związek z Wojnami gwiezdnymi lub innym programem science-fiction.  

– Caroline? Ja chcę się bawić.  

–  Za  chwileczkę,  kochanie  –  automatycznie  odpowiedziała  Caroline.  Spróbowała 

podzielić hasło na kilka słów. Yim Rest P. Yimr E Stp. Y Im Rest P. Czy to miało być jakieś 

wyrażenie?  Jeśli  tak,  to  co  mogło  oznaczać?  Czy  P  to  jakiś  symbol  lub  skrót?  Jaki  błąd 

popełnił włamywacz, że Scarlett podniosła alarm? 

– CarTine, czy mogę zbierać kwiaty? 

–  Jeszcze  nie,  Ruthann.  Za  chwilę  pójdziemy  razem,  dobrze?  –  odpowiedziała,  nie 

odrywając oczu od ekranu.  

background image

Próbowała  rozmaitych  kombinacji,  błyskawicznie  wystukując  na  ekranie  kolejne 

warianty.  Nie  było  to  łatwe,  ponieważ  klawiatura  przenośnego  komputera  była  znacznie 

mniejsza  niż  ta,  do  której  nawykła.  Caroline  nawet  nie  zauważyła,  jak  jej  lewa  ręka 

przesunęła się nieco w prawo. Raz jeszcze automatycznie wystukała YIMRESTP. Tym razem 

na ekranie pojawiło się słowo TIMEWARP.  

TIMEWARP! Jeszcze jeden termin z Wojen gwiezdnych! 

Teraz  już  wiedziała,  że  to  Evan  sabotował  jej  komputer.  Widocznie  jeszcze  przed 

rozwodem potajemnie zainstalował zapadnię i czekał, aż Caroline niemal skończy pracę, aby 

w tym momencie ją okraść. Dlaczego to zrobił? Z zawiści? Chęci rewanżu? 

To  właściwie  nie  miało  znaczenia.  Caroline  przypomniała  sobie,  jak  Evan  spokojnie 

słuchał  jej  próśb  o  pomoc,  jednocześnie  robiąc  wszystko,  aby  pozbawić  ją  wyników 

wieloletniej pracy.  

Po  raz  pierwszy  w  życiu  poczuła,  co  to  znaczy  nienawiść.  W  tym  momencie  wprost 

rozsadzała ją nienawiść do Evana.  

Nim  zdołała  zastanowić  się  nad  swoimi  uczuciami,  usłyszała  jakiś  ostry,  przeraźliwy 

krzyk.  Rozejrzała  się  wokół  i  z  przerażeniem  stwierdziła,  że  Ruthann  gdzieś  zniknęła. 

Usłyszała jeszcze, jak echo powtarza ten krzyk, i zerwała się na nogi, nie dbając o komputer, 

który z trzaskiem spadł na ziemię.  

–  Ruthann!  Ruthann,  gdzie  jesteś?  Ruthann,  odezwij  się!  Usłyszała  kolejny  krzyk.  Tym 

razem zorientowała się, że Ruthann musi być gdzieś w okolicy Pigeon Bluff. Zerwała się do 

biegu.  

– Ruthann! 

Niestety, dziewczynka już się nie odezwała.  

 

Mitch  nie  mógł  spokojnie  usiedzieć  na  brzegu  strumienia.  Czuł  się  winny,  że  zostawił 

Ruthann na głowie Caroline, i to zaraz po wczorajszej rozmowie. Trudno było oczekiwać, aby 

Caroline  jeszcze  jaśniej  wyraziła  swoje  stanowisko  w  sprawie  dzieci.  Z  pewnością  zgodziła 

się zająć Ruthann tylko dlatego, żeby nie sprawić jej przykrości, ale w duszy zapewne była na 

niego wściekła, że nie zabrał córki ze sobą.  

–  Hej,  idę  na  chwilę  do  chaty,  zobaczyć,  jak  Caroline  daje  sobie  radę  z  Ruthann  – 

powiedział Samowi i Janis. – Dacie sobie radę sami? 

– No pewnie, tato – odrzekł Sam. – Mamy kanapki, coś do picia, a ryby biorą. Czego niby 

miałoby nam jeszcze brakować? 

– Dobra. – Sam i Janis już wiele razy wędkowali sami nad strumieniem i Mitch nie miał 

background image

żadnych wątpliwości, że może ich tu zostawić. – Tylko nigdzie mi nie chodźcie, zrozumiano? 

–  Tak  jest  –  chłopiec  stanął  na  baczność  i  zasalutował.  –  Może  spróbujesz  namówić 

Caroline,  żeby  tu  przyszła?  Powiedz  jej,  że  dziś  z  pewnością  udałoby  się  jej  coś  złowić. 

Mógłbym ją nauczyć czyścić ryby.  

Mitch  miał  pewne  wątpliwości,  czy  Caroline  zareaguje  na  tę  propozycję  z  wielkim 

entuzjazmem, ale docenił dobrą wolę syna. Zerknął na córkę.  

– Czy mam powiedzieć, że ty też ją zapraszasz? 

– Wszystko mi jedno – Janis wzruszyła ramionami.  

– To na razie – Mitch westchnął  i pożegnał  się z dziećmi.  Po drodze myślał o tym, czy 

mógłby  powiedzieć  coś,  co  skłoniłoby  Caroline  do  zmiany  zdania  na  temat  ich  przyszłości. 

Tak się zamyślił, że zapomniał skręcić w stronę łąki i doszedł do samej chatki. Dopiero tam 

przypomniał sobie, dokąd idzie. Musiał zawrócić.  

–  Wspaniale,  Mitch  –  powiedział  do  siebie.  –  Dziś  chyba  nie  zarobisz  punktów  na 

odznakę przewodnika.  

Tym  razem  skręcił  we  właściwą  dróżkę,  ale  po  chwili  się  zatrzymał.  Usłyszał,  że  w 

krzakach przed nim ktoś – lub coś – się porusza. Po chwili znów dosłyszał trzask gałęzi, ale 

nim zdecydował się co dalej, zza zakrętu wybiegła Caroline. Miała potargane włosy, brudną i 

podrapaną twarz, a w oczach przerażenie. Mitch podbiegł do niej, ogarnięty paniką.  

– Caroline! – krzyknął, potrząsając ją za ramiona.  

– Och, Boże, Mitch! – Kobieta ciężko dyszała.  

– Co się stało? Gdzie jest Ruthann? 

– Spadła ze skały! – załkała Caroline. – Chciałam zejść do niej, ale nie dałam rady...  

– Gdzie to się stało? Do diabła, gdzie ona jest? 

– Pigeon Bluff.  

– Chodź! – chwycił ją za rękę i ruszyli biegiem.  

 

Mitch tylko dwa razy w życiu miał wrażenie, że zaraz umrze.  W obu przypadkach nie z 

powodu fizycznego zagrożenia,  lecz  wskutek emocjonalnego ciosu,  który uniemożliwiał  mu 

wszelkie działanie.  Pierwszy raz zdarzyło się to wtedy,  gdy  lekarz powiedział  mu o śmierci 

Becky. Drugi – gdy na dole granitowego urwiska, zwanego Pigeon Bluff, zobaczył bezwładne 

ciało córeczki.  

– Jak to się stało? – krzyknął,  jednocześnie usiłując znaleźć  jakieś zejście. – Jak mogłaś 

do tego dopuścić? 

–  Odeszła  tylko  na  chwilę  jęknęła  Caroline.  Nawet  nie  próbowała  walczyć  ze  łzami. 

background image

Gwałtowne łkanie wstrząsało jej ciałem. „ – Usłyszałam krzyk...  

Mitch  nie  chciał  jej  słuchać,  nie  chciał  znać  szczegółów.  Chciał  tylko  dostać  się  do 

Ruthann.  Na  szczęście  urwisko  nie  było  idealnie  pionowe  na  całej  szerokości,  a  na  paru 

poziomach widać było skalne półki. Zauważył ślady Caroline na pierwszej półce, jakieś dwa 

metry  poniżej  krawędzi.  Wyglądało  na  to,  że  pod  jej  ciężarem  urwał  się  kamień  i  musiała 

walczyć,  aby  nie  spaść  na  dno  przepaści.  Na  szczęście  utrzymała  się  na  półce,  po  czym 

zrezygnowała  z  dalszych  prób.  Była  to  rozsądna  decyzja,  ponieważ  łatwo  mogła  strącić  na 

Ruthann lawinę kamieni.  

Mitch  wiedział,  że  musi  znaleźć  inną  drogę.  Pobiegł  wzdłuż  skraju  urwiska.  Po  chwili 

znalazł zejście. W tym miejscu granitowa skała nie była tak stroma, a solidny granit wydawał 

się bardzo mocny. Caroline poszła za nim, ale mężczyzna obejrzał się przez ramię i szorstko 

polecił jej zostać.  

Wstrzymując oddech, patrzyła, jak Mitch schodzi do dziecka. Po twarzy spływały jej łzy. 

Nawet z tej odległości widziała, że przez cały czas Ruthann nawet się nie poruszyła.  

– Mitch, co jej się stało? – krzyknęła rozpaczliwie, gdy wreszcie dotarł na dół.  

– Żyje – odparł krótko.  

Caroline  opadła  na  kolana,  zgniatając  przy  tym  niewielki  bukiecik.  Szybko  pozbierała 

rozrzucone kwiatki i przycisnęła je do mokrej od łez twarzy.  

„Caroline, czy mogę zbierać kwiaty?” 

Teraz wyraźnie słyszała pytanie Ruthann. Dlaczego przedtem nie zwróciła na nią uwagi? 

Dlaczego nie słyszała jej pytania? Dlaczego ten cholerny komputer był dla niej ważniejszy od 

dziecka? 

Caroline zacisnęła palce na łodyżkach kwiatów i zaczęła się żarliwie modlić.  

Na  dnie  przepaści  Mitch  drżącymi  rękami  obmacał  ciało  córeczki.  Miała  złamaną  lewą 

nogę i była mocno poobijana, ale to nie wyglądało groźnie. Znacznie bardziej niepokoiło go 

głębokie rozcięcie na skroni, sygnalizujące poważny wstrząs mózgu.  

Jak  Caroline  mogła  do  tego  dopuścić?  Dlaczego  on  się  zgodził,  aby  Ruthann  z  nią 

została?  Przecież  Caroline  wielokrotnie  powtarzała,  że  nie  chce  podejmować 

odpowiedzialności  za  dzieci.  Mitch  nie  chciał  w  to  uwierzyć  i  za  to  przyszło  zapłacić 

Ruthann.  

Posługując  się  paskiem  od  spodni  i  kawałkami  kory  ze  zwalonego  drzewa,  Mitch 

usztywnił nogę córki. Wolałby nie ruszać jej z miejsca, ale nie miał wyboru. Do najbliższego 

szpitala  trzeba  było  jechać  dobrą  godzinę,  niemal  tyle  samo,  co  do  najbliższego  telefonu. 

Gdyby  zostawił  tu  Ruthann  i  pojechał  po  pomoc,  mogłaby  umrzeć  z  wyczerpania  przed 

background image

przyjazdem lekarza.  

Wziął dziewczynkę na ręce i ruszył do góry. Tym razem nie mógł pomagać sobie rękami i 

kilka  razy  z  najwyższym  trudem  udało  mu  się  uniknąć  upadku.  Caroline  zeszła,  jak  mogła 

najniżej, i pomogła mu utrzymać równowagę. Razem dotarli jakoś na górę.  

– Och, najdroższa – Caroline pogłaskała Ruthann po policzku. – Tak strasznie mi przykro 

– szepnęła.  

– Trochę za późno, nie sądzisz? – zimno spytał Mitch. – Muszę jak najszybciej dowieźć 

ją do szpitala. Czy możesz iść nad strumień po dzieci i przyprowadzić je do chaty? A może to 

dla ciebie również zbyt duża odpowiedzialność? 

To  było  gorsze  niż  uderzenie  w  twarz,  ale  Caroline  i  tak  już  uginała  się  pod  ciężarem 

wyrzutów sumienia.  

– Zajmę się nimi – szepnęła.  

– To samo powiedziałaś o Ruthann – Mitch zmierzył ją lodowatym spojrzeniem, po czym 

ruszył do samochodu.  

Caroline  z  trudem  powstrzymała  się,  aby  nie  pobiec  za  nim.  Nie  mogła  sobie  teraz 

pozwolić  na egotyzm, którego  skutkiem  była  już  jedna tragedia.  Nie chciała powtórzyć tego 

samego błędu. Stała nieruchomo przez kilka minut, usiłując wziąć się w garść. W takim stanie 

nie  mogła  pokazać  się  dzieciom.  Nie  zamierzała  ich  okłamywać,  ale  przekazywanie  im 

własnego przerażenia również nie miało najmniejszego sensu.  

Pomyślała,  że  minie  pewnie  kilka  godzin,  nim  Mitch  przyjedzie  po  nich  lub  kogoś 

przyśle.  

Oparła  się  o  drzewo  i  starannie  wytarła  oczy,  po  czym  wyciągnęła  z  kieszeni  bukiecik 

kwiatków, zebranych przez Ruthann, i czule pogładziła ich płatki.  

Zajęta myślami o rannej dziewczynce, nie dosłyszała trzasku łamanej gałęzi, nie zwróciła 

uwagi  na  szelest  liści.  Pod  wpływem  przygnębienia  spowodowanego  wypadkiem,  straciła 

zupełnie poczucie niebezpieczeństwa.  

Wsunęła kwiatki do kieszeni koszuli i ruszyła w stronę strumienia.  

W tym momencie rzucił się na nią jakiś mężczyzna.  

background image

20 

 

Caroline była tak otępiała i zaskoczona, że w pierwszej chwili nawet nie zrozumiała, co 

się stało. Dopiero po kilku sekundach zaczęła się szarpać, próbując uwolnić się od napastnika. 

Na próżno. Zaczęła krzyczeć.  

–  Zamknij  się  –  warknął  mężczyzna,  obrócił  ją  do  siebie  i  mocno  uderzył  w  twarz. 

Caroline zachwiała się na nogach, ale tamten nie pozwolił jej upaść.  

–  Proszę  być  cicho,  doktor  Hunter.  Porozmawiamy  sobie  chwilę,  a  później  będzie  pani 

mogła zająć się swoimi sprawami.  

Caroline  spróbowała  zastanowić  się  nad  sytuacją.  Spojrzała  na  napastnika.  Był  wysoki, 

miał  ciemne  włosy  i  opaloną  twarz.  Na  widok  jego  zimnych  oczu  poczuła  na  plecach 

dreszcze.  

Szybko uznała, że walka z nim nie ma sensu. Gołymi rękami dałby jej z łatwością radę, a 

na  dodatek  Caroline  zauważyła,  że  za  paskiem  od  spodni  ma  zatknięty  rewolwer.  Mogła 

liczyć tylko na swoją inteligencję.  

– Kim pan jest? 

– To nie ma znaczenia.  

– Czego pan chce? 

– Właśnie tego, co już mam – odrzekł. – Ciebie.  

Serce  Caroline  biło  tak  mocno,  że  z  trudem  zmusiła  się  do  myślenia.  Najwyraźniej 

napastnik wiedział, kim ona jest, i zaatakował ją w ściśle określonym celu.  

– Czego pan chce? – powtórzyła.  

–  Wiesz  coś,  czego  pragnąłby  się  dowiedzieć  przyjaciel  mego  pracodawcy  –  wyjaśnił 

tamten niedbale.  

–  To  Howard  Richmond  czy  Sydney  Grisham?  –  Caroline  bez  trudu  domyśliła  się 

prawdy.  

– Lepiej nie wymieniajmy żadnych nazwisk. Dzięki temu dłużej pożyjesz.  

Caroline  nie  nalegała.  Zdawała  sobie  również  sprawę,  że  ten  człowiek  z  pewnością 

zamierzają zabić, ale wolała o tym nie myśleć.  

– Czego chce ten przyjaciel twojego szefa? 

– Może lepiej wrócimy do chaty i spokojnie o tym porozmawiamy? 

Caroline uznała, że nie ma powodu protestować. Miała nadzieję, że w domu znajdzie coś, 

czego  mogłaby  użyć  jako  broni.  W  lesie  była  zupełnie  bezbronna.  Tamten  popchnął  ją  we 

background image

właściwym kierunku.  

– Nie musisz mnie popychać! – warknęła. – Przecież idę! 

– To prawda. Jesteś bardzo rozsądna. Mam nadzieję, że łatwo się dogadamy. Powiesz mi, 

co chcę wiedzieć, i zaraz znikam.  

– Mów, czego chcesz, i skończmy z tym.  

Napastnik wydawał się zadowolony z jej gotowości do współpracy.  

–  W  czwartek  wieczorem  zainstalowałaś  w  swoim  komputerze  nowy  system 

zabezpieczeń.  Masz  mi  podać  dokładne  hasło.  W  samochodzie  jest  radiotelefon.  Zadzwonię 

do szefa i przekażę mu je. Jeśli okaże się, że działa, będziesz wolna. Jeśli nie, to cię zabiję.  

Caroline zadrżała, słysząc obojętny ton, jakim tamten mówił o morderstwie.  

– Dobrze, podam ci hasło – powiedziała, starając się panować nad nerwami.  

–  Dziękuję.  Po  tych  wszystkich  kłopotach,  jakie  sprawiałaś  mi  przez  weekend,  pora 

wreszcie na współpracę. Już się bałem, że ten twój gliniarz nie spuści cię z oka.  

Caroline zatrzymała się na ścieżce. Nagle zrozumiała, co się stało.  

– To ty – szepnęła. – To przez ciebie Ruthann spadła ze skały.  

– Pożałowania godny wypadek – odrzekł tamten z wyraźną ironią. – Najpierw upewniłem 

się, że Grogan i tamtych dwoje rzeczywiście poszli nad strumień, a potem wróciłem, żeby cię 

poszukać. Gdy dotarłem na łąkę, ta mała zrywała kwiaty.  

– Chciałeś ją zamordować? 

–  Nie,  chciałem  ją  porwać,  aby  cię  ewentualnie  zachęcić  do  przekazania  mi  hasła.  Ale 

zaczęła krzyczeć i uciekać. Gdy odciąłem jej drogę ucieczki, spadła w przepaść.  

–  Ty  skurwysynu!  –  Caroline  eksplodowała  niczym  ładunek  dynamitu.  Rzuciła  się  na 

niego i wbiła mu paznokcie w policzki. – Przecież to dziecko! Ty łajdaku! 

Pod wpływem zaskoczenia mężczyzna cofnął się o krok, ale nie puścił jej ramienia. Nagle 

oboje usłyszeli czyjeś wołanie i tamten musiał spojrzeć, kto nadchodzi.  W tym momencie ją 

puścił.  

– Caroline? Caroline! 

Pod wpływem głosu Sama Caroline od razu oprzytomniała. Sam i Janis stali na ścieżce i 

w  osłupieniu  patrzyli,  co  się  dzieje.  Caroline  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że 

niezależnie  od  tego,  co  tamten  powiedział,  z  pewnością  nie  pozostawi  żadnych  żywych 

świadków napadu. Wściekłość, strach i obawa o dzieci dodały jej sił.  

–  Uciekaj,  Sam!  –  krzyknęła,  jednocześnie  okładając  mężczyznę  pięściami.  Napastnik 

zachwiał  się  i  stracił  równowagę.  Zatoczył  się  na  krzak  jałowca.  Zaklął  i  spróbował  się 

wyzwolić  spośród  gałęzi,  ale  Caroline  popchnęła  go  jeszcze  raz  tak,  że  upadł  na  ziemię 

background image

między kłujące krzaki.  

Odwróciła się w stronę dzieci. Janis i Sam wciąż stali nieruchomo, niczym sparaliżowani.  

– Uciekajcie! – wrzasnęła, biegnąc do nich.  

Sam nie potrzebował dodatkowej zachęty. Odwrócił się i ruszył sprintem, ale Janis wciąż 

stała jak wryta.  

–  Rusz  się,  do  cholery!  –  krzyknęła  Caroline  i  pociągnęła  ją  za  ramię.  Pobiegły  razem, 

pochylając głowy, aby uniknąć zderzenia ze zwieszającymi się gałęziami.  

Nie  oglądały  się  za  siebie,  ale  Caroline  nie  miała  wątpliwości,  że  gałęzie  jałowca  nie 

zatrzymają tamtego na długo.  

 

Mitch  nerwowo spacerował wzdłuż korytarza przed  izbą przyjęć.  Dlaczego to tak długo 

trwało? Czekał tu już ponad godzinę i nikt jeszcze z nim nie porozmawiał.  

Podczas szaleńczej jazdy do szpitala Ruthann nawet się nie poruszyła.  Mitch oddał ją w 

ręce  lekarzy,  zadzwonił  do  ojca  i  poprosił  go,  aby  przyjechał  do  szpitala,  po  czym  zaczął 

chodzić po korytarzu. Ani na chwilę nie usiadł.  

– Panie Grogan? 

Mitch odwrócił się gwałtownie. W drzwiach izby przyjęć pojawił się lekarz.  

–  Co  z  moją  córką?  Czy  ma  poważny  wstrząs  mózgu?  Czy  odniosła  jakieś  wewnętrzne 

obrażenia? 

–  Żadnych  –  odparł  doktor  z  cierpliwym  uśmiechem.  –  Złamana  noga,  ale  już  ją 

nastawiliśmy. Wstrząs mózgu jest dość poważny, jednak z pewnością nie stanowi zagrożenia 

dla życia pacjentki. Za parę dni mała powinna czuć się normalnie. Oczywiście, noga musi się 

zrosnąć, to potrwa. Można powiedzieć, że miała szczęście.  

– Czy odzyskała przytomność? – spytał. – Czy mogę ją zobaczyć? 

– Tak, na oba pytania.  Oprzytomniała zaraz po tym,  jak skończyliśmy  wstępne  badanie. 

Pytała o tatę i jakąś Caroline.  

Mitch  dałby  wiele,  aby  Caroline  mogła  to  słyszeć.  Wprawdzie  wskutek  jej  zaniedbania 

doszło do wypadku, ale nie wątpił, że Caroline bardzo się martwi o Ruthann.  

–  Caroline  jest...  –  zaczął  wyjaśniać,  ale  zaraz  urwał.  Nie  miało  najmniejszego  sensu 

wyjaśniać  lekarzowi,  kim  jest  dla  niego  Caroline,  a  w  dodatku  Mitch  sam  nie  wiedział,  jak 

określić jej status. – Jest w górach z pozostałymi dziećmi – dokończył.  

–  Może  pan  zajrzeć  do  córki.  Proszę  spróbować  ją  uspokoić.  Chciałbym,  aby  teraz 

zasnęła. Odpoczynek dobrze jej zrobi.  

– Dzięki – powiedział Mitch.  – Za parę  minut powinien tu być  mój ojciec.  Czy  mógłby 

background image

pan skierować go do właściwego pokoju? 

– Oczywiście.  

Lekarz  kazał  siostrze  zaprowadzić  Mitcha  do  pokoju  Ruthann.  Mała  leżała  na  łóżku, 

podłączona  do  kroplówki.  Spod  kołdry  wystawał  śnieżnobiały  gips,  ozdobiony  jaskrawymi 

naklejankami.  

Ruthann  wydawała  się  taka  bezbronna,  że  Mitch  poczuł  w  oczach  łzy.  Opanował  się  i 

podszedł do łóżka.  

–  Cześć,  Mała  –  powitał  ją  spokojnie  i  pochylił  się,  aby  ją  pocałować.  Przy  okazji 

odgarnął jej włosy z czoła.  

– Boli mnie, tato jęknęła Ruthann.  

–  Wiem,  kochanie.  Bardzo  czy  tylko  trochę?  –  spytał,  zastanawiając  się,  czy  lekarz  nie 

zapomniał dać jej środków znieczulających.  

– Tylko trochę. Nie tak bardzo jak przedtem.  

– Zaśnij, to nie będzie cię bolało.  

– Gdzie jest Caroline? Chcę moją Caroline – powiedziała sennym głosem dziewczynka.  

Mitch  zacisnął  zęby.  Ruthann  zawsze  była  taka  miła  i  ufna.  Skąd  mogła  wiedzieć,  że 

gdyby nie Caroline, nie leżałaby teraz w szpitalu? 

– Caroline poszła poszukać Janis i Sama.  

– Poszli na ryby? 

– Tak, byli na rybach. Zaraz przyjedzie do ciebie dziadek, a wtedy ja po nich pojadę.  

–  Muszę  przeprosić  Caroline  –  szepnęła  Ruthann,  przymykając  oczy.  –  Powiedziała, 

żebym  nie  chodziła  zrywać  kwiatów,  a  ja  nie  posłuchałam.  Czy  zły  człowiek  już  sobie 

poszedł? 

–  Jaki  zły  człowiek?  –  Mitch  zmarszczył  brwi.  –  Czy  śnił  ci  się  jakiś  zły  człowiek, 

kochanie? 

– Nie – Ruthann  lekko pokręciła głową.  – Zły  człowiek... gonił  mnie  na Pigeon Bluff – 

powiedziała powoli i niewyraźnie. Zasypiała. – Ja... krzyczałam głośno, tak jak mówiłeś... ale 

on nie uciekł. Kopnęłam go... a potem spadłam. W dół. – Otworzyła oczy i spojrzała na ojca z 

wyraźnym zaniepokojeniem. – Zły człowiek nie skrzywdził Caroline, prawda? 

– Nie, kochanie, nic się jej nie stało – odpowiedział spokojnie Mitch, choć serce zaczęło 

mu  gwałtownie  łomotać.  To  nie  były  senne  majaki.  Ruthann  nie  spadła  ze  skały  wskutek 

niedbałości  Caroline,  lecz  została  zaatakowana  przez  kogoś,  kto  niewątpliwie  działał 

rozmyślnie. I ten ktoś mógł teraz napaść na Caroline, Janis i Sama.  

– Śpij dobrze, kochanie – powiedział. – Muszę teraz jechać.  Wkrótce wrócę i przywiozę 

background image

ci Caroline.  

Wyszedł normalnym krokiem z pokoju, ale już za progiem ruszył biegiem do samochodu. 

Po drodze modlił się, aby udało mu się dotrzymać obietnicy danej córce.  

 

Caroline oparła się o zimną i wilgotną ścianę jaskini. Z trudem łapała oddech. Sam stał na 

czworakach  i  ciężko  dyszał,  a  Janis  zwinęła  się  w  kłębek,  objęła  ramionami  kolana  i  cicho 

płakała.  Jeszcze pięć  minut temu  biegli  szlakiem  po odsłoniętym zboczu góry,  gdzie  można 

ich  było dostrzec nawet z daleka.  Teraz przynajmniej ukryli  się w  bezpiecznym  miejscu.  W 

każdym razie mieli kilka minut spokoju.  

Mrużąc oczy, Caroline spojrzała na zegarek. Nie była pewna, ile czasu minęło od chwili, 

kiedy  ostry  krzyk  Ruthann  wyznaczył  początek tego  koszmaru,  ale  wydawało  jej  się,  że  od 

odjazdu Mitcha upłynęły dwie godziny.  Ruthann z pewnością  była  już w szpitalu  i Caroline 

mogła się tylko modlić, aby szybko wyzdrowiała. Mała była bezpieczna i pod dobrą opieką, 

czego  nie  dało  się  powiedzieć  o  pozostałych  dzieciach  Mitcha.  Caroline  miała  wrażenie,  że 

uciekają  od  kilku  godzin;  morderca  nasłany  przez  Howarda  Richmonda  wciąż  szedł  ich 

śladem.  

Fakt, że w ogóle udało im się uciec, zakrawał na cud. Zyskali kilka minut, aby oderwać 

się  od  napastnika.  Prócz  tego  dysponowali  jeszcze  jednym  ważnym  atutem  –  Janis  i  Sam 

świetnie znali okolicę, a tamten wydawał się mieszczuchem. To ich uratowało, przynajmniej 

dotychczas.  

Na szczęście dzieci nie traciły czasu na zadawanie pytań. Wystarczyło, że zobaczyły, jak 

Caroline  walczyła  z  napastnikiem.  Oboje  świetnie  rozumieli,  że  ich  życie  znalazło  się  w 

niebezpieczeństwie. Sam poprowadził ich nad strumień, gdzie łowili ryby, po czym ruszyli w 

górę strumienia i po jakimś czasie dotarli do szlaku, którym szli poprzedniego dnia. Caroline 

świetnie pamiętała tę drogę wzdłuż grani, bo idąc nią, omal nie umarła ze strachu. Tym razem 

nie zwróciła najmniejszej uwagi na głębokie przepaście.  

Szli nieco poniżej grani, tak aby nie było ich widać na tle nieba.  W pewnym momencie, 

ukryci  między  głazami,  zobaczyli  idącego  ich  śladem  napastnika.  Wspinaczka  po 

kamienistym szlaku nie szła mu najlepiej.  

–  Dzięki  Bogu,  jeszcze  jeden  mieszczuch  –  mruknęła  Caroline.  –  No,  dobra,  Sam,  co 

dalej? 

Chłopak tylko kiwnął głową. Potrzebował kilku minut, żeby złapać oddech.  

– Musimy ukryć się w jaskiniach. Nie masz nic przeciwko? – spytał niespokojnie.  

–  Wolę  zaryzykować  spotkanie  z  niedźwiedziem  niż  z  naszym  przyjacielem  –  Caroline 

background image

zdobyła się na uśmiech.  

– Co to za facet? – spytał Sam.  

– To długa historia. Potem ci opowiem.  

– Miał spluwę, prawda? 

– Tak.  

– Gdzie jest tata? – spytała Janis. – Dlaczego nie może nam pomóc? 

Caroline nie miała ochoty powiedzieć im prawdy, ale musiała.  

–  Przez  tego  faceta  Ruthann  miała  wypadek,  ale  Mitch  i  ja  o  tym  nie  wiedzieliśmy. 

Myśleliśmy, że Mała po prostu spadła ze skały. Ojciec pojechał z nią do szpitala, a ja miałam 

iść po was. W tym momencie napadł na mnie.  

– Czy Ruthann stało się coś poważnego? – spytała niespokojnie Janis.  

– Nie wiem, kochanie – Caroline pogłaskała ją po głowie.  

– Boże – jęknęła dziewczyna. – Dlaczego nie ma tu taty? 

– Musimy poradzić sobie sami – powiedziała Caroline i przytuliła ją do siebie. – Musisz 

być silna, dobrze? Dla nas wszystkich.  

Janis kiwnęła głową i wytarła dłonią oczy. Na policzkach pozostały jej ciemne smugi.  

–  Idziemy,  Sam  –  zarządziła  Caroline.  –  Ty  prowadzisz.  Nie  gadamy  i  staramy  się 

chować za kamieniami.  

Ruszyli.  Chłopiec  prowadził  ich  skomplikowanym  szlakiem,  usiłując  zgubić 

prześladowcę. Po ponad godzinnym marszu zeszli z normalnej drogi i po krótkiej wspinaczce 

na stromym zboczu trafili do jaskini.  

– Wiecie, to śmieszne, jak wszystko zależy od sytuacji – powiedziała Caroline. Starała się 

nie  pokazać  po  sobie,  że  wciąż  jest  przerażona.  –  Te  przepaście  wcale  nie  wydają  się  takie 

groźne jak wczoraj.  

– Teraz chata też ci się wyda przytulna – odpowiedział jej Sam, unosząc głowę.  

– Nawet z pająkami.  

– Jakoś tym razem nie przeszkadzają ci, pęcherze.  

– Strach to świetne lekarstwo.  

Sam kiwnął głową i przez chwilę siedział w milczeniu obok Caroline.  

– To nie tak jak na filmach, prawda? – szepnął wreszcie.  

– Mam na myśli ucieczkę.  

– Nie wiem, Sam – powiedziała Caroline, przytulając go do siebie. – Jeszcze nie zabrałeś 

mnie na film o ucieczce.  

– W przyszłym tygodniu pożyczymy.  

background image

– Umowa stoi.  

– Dlaczego pleciecie o filmach? – krzyknęła Janis, ale brat natychmiast ją uciszył.  

– Pleciemy, aby zagłuszyć strach – wyjaśniła cicho Caroline.  

– Nie możesz się bać – odrzekła Janis ostrym szeptem.  

– Musisz coś wymyślić. Ten człowiek nas znajdzie i zabije.  

– Nie, to mu się nie uda – pokręciła głową Caroline.  

– Masz to u mnie, Janis. Nie pozwolę, aby was skrzywdził.  

– Ciekawe, jak zamierzasz go powstrzymać? – spytała dziewczyna wyzywającym tonem. 

Z pewnością bardzo chciała uwierzyć Caroline, ale już dawno przestała jej ufać.  

– Jeszcze nie wiem.  

– Tutaj jesteśmy bezpieczni, prawda, Dr? – spytał nerwowo Sam.  

– Tak – powiedziała, choć sama w to nie wierzyła. Mitch nie miał pojęcia, że zagraża im 

niebezpieczeństwo,  i  do  jego  powrotu  mogło  minąć  jeszcze  kilka  godzin.  Na  dodatek,  po 

powrocie nie będzie wiedział, gdzie ich szukać.  

Z  drugiej  strony,  ten  morderca  mógł  się  domyślić,  gdzie  oni  są  i  nic,  prócz  upadku  w 

przepaść  nie  mogło  go  powstrzymać  od  kontynuowania  poszukiwań.  Dobrze  wiedział,  że 

musi  pozbyć  się  świadka.  Caroline  nie  tylko  mogła  go  rozpoznać,  ale  w  dodatku  wiedziała, 

dla kogo pracuje.  

Natomiast  dzieci  nie  miały  czasu  mu  się  przyjrzeć,  o  czym  tamten  świetnie  wiedział. 

Gdyby dopadł Caroline, zapewne zrezygnowałby z pościgu za nimi.  

Aby  uratować  dzieci,  Caroline  była  gotowa  nawet  na  ten  krok,  ale  na  razie  starała  się 

wymyślić coś lepszego od odegrania roli ofiarnego jagnięcia.  

Przez chwilę starała się wyobrazić sobie, gdzie może być morderca. Tuż obok jaskini czy 

gdzieś  na  szlaku?  A  może  zgubił  ich  ślad?  W  końcu  Sam  tyle  razy  zmieniał  kierunek...  A 

może  rzeczywiście  spadł  w  przepaść  z  jakąś  kamienną  lawiną?  Caroline  nagle  się 

wyprostowała.  Lawina  kamieni.  Wczoraj  i  dziś  podczas  ucieczki  wielokrotnie  spowodowali 

lawiny. A może w ten sposób udałoby się rozwiązać problem? 

– Dzieci, posłuchajcie mnie uważnie. Pójdę teraz sprawdzić, gdzie jest ten człowiek.  

– Nie, nie idź – zaprotestował Sam. – Tu jesteśmy bezpieczni.  

–  Wy  jesteście  –  powiedziała,  klękając  obok  niego.  –  Postaram  się  wciągnąć  go  w 

pułapkę.  

– Caroline, nie rób tego! – jęknęła Janis.  

– Wszystko będzie w porządku – zapewniła ją Caroline.  

– Przecież nie znasz szlaków – wtrącił Sam.  

background image

–  Część  już  poznałam.  Na  pewno  nie  zapomnę,  gdzie  jesteście.  Dam  wam  znać,  kiedy 

będziecie mogli wyjść z ukrycia.  

– A jeśli nie wrócisz? – spytał.  

– Nie martw się, z pewnością wrócę – powiedziała z uśmiechem, starając się naśladować 

intonację ulubionego bohatera filmowego Sama.  

Chłopiec zarzucił jej ręce na szyję.  

– Kocham cię, Dr – szepnął.  

–  Też  cię  kocham  –  zapewniła  go  gorąco.  –  Jesteś  najlepszym  nauczycielem,  jakiego 

spotkałam w życiu.  

Wysunęła się z jego objęć.  

– Uważajcie na siebie.  

– Bądź ostrożna – szepnęła Janis.  

– Będę, Aniołku. Do zobaczenia.  

– Przepraszam za wszystko, Caroline.  

Kobieta pogłaskała ją po policzku, ścierając parę łez.  

–  Choć  z  pewnością  myślisz,  że  to  nieprawda,  wiedz,  że  cię  kocham  –  powiedziała,  po 

czym  odwróciła  się  i  szybko  wyszła.  Bała  się,  że  jeszcze  chwila  zwłoki  i  zabraknie  jej 

odwagi. Janis nie zdążyła nic odpowiedzieć.  

 

Ten  mieszczuch  zdrowo  się  musiał  namęczyć,  pokonując  skaliste  zbocze.  Był  już 

znacznie  bliżej  jaskini,  niż  spodziewała  się  Caroline,  ale  na  szczęście  robił  tyle  hałasu,  że 

usłyszała z daleka i mogła obserwować go z ukrycia. Natychmiast zdała sobie sprawę, że jeśli 

tylko poczeka, tamten przejdzie bezpośrednio poniżej jej kryjówki.  

To wydawało się aż nazbyt łatwe. Pozostał tylko jeden problem. Wszystkie większe głazy 

ponad  szlakiem  wydawały  się  mocno  wryte  w  ziemię;  pozostałe  luźne  kamienie  były  zbyt 

małe, aby odnieść pożądany skutek. Caroline tylko zwróciłaby na siebie uwagę.  

Oto  koniec  genialnej  koncepcji,  pomyślała  z  rozpaczą,  ale  jeszcze  się  nie  poddała. 

Pozostało jej jedno wyjście: musiała znaleźć lepsze miejsce do ataku.  

Spojrzała na poszarpane skalne zbocze ponad głową.  Było zbyt strome  i  zbyt widoczne, 

tamten  zobaczyłby  ją  z  daleka.  Gdyby  przesunęła  się  na  południe,  szybko  zbliżyłaby  się  do 

niego i mógłby ją usłyszeć. Pozostało jej spróbować trawersu na północ.  

Idąc na czworakach, niczym dziecko, Caroline przesuwała się po zboczu ponad szlakiem. 

Za zakrętem mogła się wyprostować. Teraz poruszała się znacznie szybciej. W pewnej chwili 

utknęła, bo drogę przegrodziły jej kamienie, wyrzucone tu przez starą lawinę. To było właśnie 

background image

to, czego szukała.  

Wybrała  sobie  średniej  wielkości  głaz,  spoczywający  na  luźnym  podłożu  z  drobnych 

kamieni. Kucnęła za nim i czekała, wstrzymując dech w piersiach. W uszach czuła gwałtowne 

pulsowanie krwi.  

 

Gdy Mitch dotarł do chaty, czekali tam na niego czterej ratownicy z górskiego pogotowia 

i  dwóch  policjantów.  Mimo  pośpiechu,  Grogan  zachował  przytomność  umysłu  i  przed 

wyjściem  ze  szpitala  zawiadomił  policję.  Nie  chciał  samotnie  pakować  się  w  niebezpieczną 

sytuację, a prócz tego miał nadzieję, że ratownicy dotrą na miejsce znacznie szybciej niż on. 

Miał rację, ale jak dotychczas nie udało się im znaleźć dzieci.  

– Znaleźliśmy samochód dostawczy ukryty w krzakach przy drodze, jakiś kilometr stąd – 

poinformował go Lukę Clancey, dowódca grupy ratowników. Szli szybko pod górę, w stronę 

lasu. – Prócz tego tam, w górnej części szlaku, widać ślady walki.  

– Są ślady krwi? – spytał zwięźle Mitch. Starał się myśleć jak policjant, a nie ojciec lub 

zakochany mężczyzna.  

– Nie.  

– Przekazaliście do centrali numer rejestracyjny samochodu? 

–  Porozumiałem  się  z  lokalnym  posterunkiem.  Sprawdzili  w  wydziale  samochodowym, 

że jego właścicielem jest niejaki Wilson Henderson.  

– Rejestrowany u nas? 

–  Ma  pan  na  myśli  kartę  w  policyjnym  rejestrze?  –  upewnił  się  Clancey.  –  Nie  wiem. 

Chyba jeszcze sprawdzają.  

Mitch  przypomniał  sobie,  że  ma  do  czynienia  nie  z  oficerem  śledczym,  lecz  z  górskim 

ratownikiem. Jego specjalno 

ścią było poszukiwanie ludzi zaginionych w górach, a nie pościg za mordercami.  

– Jest rejestrowany – wtrącił jeden z policjantów. Z trudem łapał oddech. – Kilka minut 

temu  przekazali  nam,  co  mają  na  jego  temat.  Wilson  Henderson  ma  liczne  związki  z 

gangsterem Sydneyem Grishamem.  

Mitch grubo zaklął. Przypomniał sobie,  jak sam zapewniał Caroline, że nic jej nie grozi, 

bo Howard Richmond nie ma powodu, aby ją bezpośrednio zaatakować.  

Dobra rada! Z jakiegoś powodu Richmond uznał jednak, że lepiej będzie dla niego, jeśli 

pozbędzie się doktor Hunter. Mitch podejrzewał, że to musi mieć coś wspólnego z odkryciami 

na temat włazów, o których powiedziała mu Caroline w czwartek wieczorem, ale w tej chwili 

nie chciał nad tym myśleć. Teraz musiał przede wszystkim znaleźć ją i dzieci.  

background image

Dotarli  do  miejsca,  gdzie  zdaniem  Clanceya  miała  miejsce  walka.  Mitch  uznał,  że 

ratownik ma rację. Widać było wyraźne ślady szamotaniny, zarówno na szlaku, jak tuż obok. 

Clancey  natomiast  mylił  się  co  do  jednego:  osoba,  która  upadła  lub  została  popchnięta  na 

krzak jałowca, pozostawiła na gałęziach ślady krwi.  

–  Tylko  tak  dalej,  Caroline  –  mruknął.  Jego  zdaniem,  to ona  chwilowo  unieszkodliwiła 

napastnika.  Potwierdzał  to  fakt,  że  w  pobliżu  wciąż  znajdował  się  samochód  Hendersona. 

Gdyby wykonał już zlecenie, z pewnością czym prędzej zniknąłby z miejsca zbrodni.  

W  tym  momencie  zadzwonił  radiotelefon,  który  Clancey  nosił  przy  pasku.  Ratownik 

nacisnął guzik.  

– Słucham, co nowego? 

–  Znaleźliśmy  ślady  na  szlaku  na  Widow’s  Peak.  Wygląda  na  to,  że  trzy  osoby,  ktoś 

dorosły i dwoje dzieci, szły od strony Johnson Creek, w kierunku przełęczy. Idziemy za nimi.  

– Czy ktoś szedł za nimi? 

– Trudno powiedzieć. Dawno nie było deszczu i jest sporo starych śladów.  

–  Musimy  przyjąć  najgorszy  wariant  –  wtrącił  Mitch.  –  Powiedz  im,  żeby  na  nas 

poczekali.  

Clancey przekazał jego słowa.  

– Gdzie jesteście? 

– Lobo Junction.  

–  Idziemy  do  was.  –  Clancey  wyłączył  radiotelefon  i  spojrzał  na  Mitcha.  –  Chodźmy, 

znam drogę na skróty.  

Ruszyli  szybkim  krokiem  i  po  paru  minutach  dołączyli  do  pozostałych.  Cała  siódemka 

szła kamienistym szlakiem pod górę. Po drodze zauważyli miejsce, gdzie ktoś upadł, ale zaraz 

się  podniósł  i  ruszył  dalej.  Jeszcze  dalej,  tuż  obok  grani,  znaleźli  miejsce,  gdzie  parę  osób 

siedziało na trawie.  

W  pewnym  momencie  jeden  z  ratowników  zauważył  wyraźne  ślady,  które  z  pewnością 

należały  do  Hendersona.  Na  szczęście  nosił  sportowe  pantofle,  które  zostawiały  bardzo 

charakterystyczne  wgłębienia.  Teraz  szli  jego  tropem,  znacznie  wyraźniejszym  niż  ledwo 

zauważalne odciski stóp Caroline i dzieci.  

Mitch  usiłował  odgadnąć,  co  w  takiej  sytuacji  mogła  zrobić  Caroline,  ale  nic  nie 

przychodziło  mu  do  głowy.  Ze  swoją  nikłą  znajomością  gór  z  pewnością  nie  mogła  wiele 

pomóc Samowi i Janis. Jeśli tak, to jakim cudem dotarli aż tutaj? 

Dzięki  Samowi.  To  było  jedyne  logiczne  wytłumaczenie.  Sam  był  twardym,  dzielnym 

chłopcem i świetnie znał okolicę. Widocznie to on prowadził całą trójkę, a jeśli tak, to Mitch 

background image

już wiedział, gdzie ich szukać.  

–  Podzielimy  się  –  powiedział  do  Clanceya.  –  Ty  weź  policjantów  i  idź  śladami 

Hendersona. Pozostali pójdą ze mną.  

– Dokąd chcesz iść? 

– Do jaskiń poniżej Widow’s Peak.  

– Dobra, ale bądźcie ostrożni. Po ostatnich deszczach łatwo tam o lawinę.  

Mitch  i  trzej  uzbrojeni  ratownicy  ruszyli  prosto  pod  górę,  podczas  gdy  Clancey  z 

policjantami  poszedł  szlakiem.  Grogan  szedł  bez  chwili  odpoczynku,  choć  w  piersiach 

brakowało  mu  tchu,  a  mięśnie  nóg  dygotały  z  wysiłku.  Myślał  tylko  o  tym,  że  musi 

wyprzedzić  Hendersona.  Musiał  uratować  Caroline  i  dzieci  i  powiedzieć  im,  jak  bardzo  ich 

kocha.  

Zbliżali się już do jaskiń. Mitch starał się odgadnąć, którą Sam wybrał na kryjówkę. Nim 

zdążył  podjąć  decyzję,  usłyszeli  głośny  łoskot  kamieni.  Na  chwilę  zatrzymali  się, 

nadsłuchując odgłosów lawiny, po czym ruszyli biegiem w kierunku rumowiska.  

 

Caroline  pochyliła  się  nad  krawędzią  skarpy  i  spojrzała  na  szlak  poniżej.  Z  satysfakcją 

spojrzała  na rozciągnięte na kamieniach ciało  napastnika.  Z głowy ciekła  mu krew, cały  był 

obsypany pyłem i gliną. Był nieprzytomny, ale oddychał.  

Po raz drugi tego samego dnia widziała bezwładne ludzkie ciało. Tym razem przeżywała 

zupełnie  co  innego,  niż  gdy  patrzyła  na  nieprzytomną  Ruthann.  Czuła  dumę  zwycięzcy. 

Wygrała! 

–  Dostałam  cię,  ty  sukinsynu  –  mruknęła,  po  czym  zeskoczyła  na  szlak  i  pobiegła  w 

stronę  jaskini.  Na  zakręcie  zachwiała  się  i  z  trudem  odzyskała  równowagę.  Gdy  znów 

spojrzała przed siebie, zatrzymała się jak wryta.  

– Mitch?! 

Mężczyzna poczuł, że kamień spada mu z serca. W ułamku sekundy Caroline znalazła się 

w jego ramionach. Bezpieczna.  

– Kocham cię – szeptała gorączkowo. – Kocham cię. Kocham cię.  

background image

21 

 

–  Caroline,  jesteś  wykończona.  Może  lepiej  pójdź  z  dziadkiem  i  dziećmi  do  motelu  – 

zaproponował Mitch. Mówił cicho, aby nie obudzić Ruthann.  

Caroline  pokręciła  głową,  jednocześnie  delikatnie  głaszcząc  dziewczynkę  po  głowie. 

Mała wyglądała jak śpiący aniołek, ale była bardzo blada. Caroline chciała być przy niej.  

– Siostra powiedziała, że przyniesie mi łóżko polowe.  

– Przecież to nie ma sensu.  

– Dlaczego zatem ty chcesz zostać? – spytała.  

– To moja córka.  

– Ale Ruthann chce, abym była jej mamą – przypomniała mu Caroline. Coś zapiekło ją w 

oczach. – To daje mi chyba jakieś prawa, nie sądzisz? 

– Wobec tego zostaniemy razem. – Mitch podszedł do niej od tyłu i położył dłonie na jej 

ramionach. Pochylił się i pocałował ją w głowę.  

W  chwilę  po  tym,  jak  spotkał  w  górach  Caroline,  z  jaskini  wyskoczyli  Sam  i  Janis. 

Usłyszeli  głos  ojca  i  uznali,  że  są  już  bezpieczni.  Wszyscy  zaczęli  mówić  jednocześnie  i 

Mitch  z  trudem  złożył  ich  chaotyczne  wypowiedzi  w  spójną  całość.  Tymczasem  Wilson 

Henderson  odzyskał  przytomność,  ale  gdy  zobaczył  nad  sobą  dwóch  policjantów  z 

rewolwerami w dłoniach, zrezygnował ze stawiania oporu.  

Nim powrócili do chaty, Grogan już zrozumiał przebieg wydarzeń: rolę Evana Converse, 

znaczenie  włazów  i  ich  haseł,  konieczność  wymazania  śladów  kradzieży  i  sabotażu. 

Henderson  nie  chciał  zeznać,  kto  zlecił  mu  napad,  ale  to  nie  miało  znaczenia.  Mitch 

zadzwonił do swojej komendy i kazał aresztować Howarda Richmonda i Evana Converse. Już 

podczas  pierwszego  przesłuchania  programista  zaczął  śpiewać,  w  nadziei,  że  w  ten  sposób 

uniknie oskarżenia o współudział w planowaniu morderstwa.  

Mitch  zorientował  się  również,  że  dla  jego  dzieci  Caroline  stała  się  bohaterką.  Potrafiła 

pokierować nimi w  niebezpieczeństwie  i  nie zawahała  się zaryzykować życia,  aby  je ocalić. 

Gdyby  już  jej  nie  kochał  mocniej,  niż  można  wyrazić  słowami,  zakochałby  się  w  niej 

natychmiast.  

Teraz Caroline siedziała przy łóżeczku Ruthann, bo chciała się upewnić, że Mała, która ją 

uwielbiała, będzie zdrowa. Gdyby Becky mogła to zobaczyć, z pewnością uśmiechnęłaby się 

z zadowoleniem. Nie miałaby wątpliwości, że jej dzieci znalazły się pod właściwą opieką.  

– Dziękuję za to, co dziś zrobiłaś – odezwał się Mitch, głaszcząc japo włosach. Przysiadł 

background image

na poręczy krzesła.  

– Pozwoliłam, aby Henderson zrobił jej krzywdę – odpowiedziała Caroline, odrywając na 

chwilę  oczy  od  Ruthann  i  patrząc  na  mężczyznę.  –  Mogła  przecież  zginąć.  Jak  możesz  mi 

dziękować? 

– To nie była twoja wina.  

– Powinnam była lepiej jej pilnować.  

– Masz rację – przytaknął Mitch. – Nie dopilnowałaś jej, dokładnie tak samo jak ja, gdy 

pewnego dnia pozwoliłem, aby porwała ją pewna błyskotliwa i piękna uczona.  

– To nie to samo, Mitch – odrzekła cicho.  

–  Owszem,  to  samo.  Każdy  może  popełnić  błąd,  to  normalne.  Zdarza  się  to  nawet 

wielkim uczonym.  

– Czy możesz mi to wybaczyć? – Caroline wpatrywała się w niego z napięciem.  

–  Kocham  cię.  Dzieci  też  cię  kochają.  Ojciec  myśli,  że  zesłał  cię  szczęśliwy  los.  Jakim 

mężem  byłbym,  gdybym  nie  był  gotów  ci  wybaczyć?  –  spytał,  wstrzymując  oddech  i 

oczekując z jej strony natychmiastowego protestu. Tym razem jednak Caroline uniosła głowę 

i pocałowała go lekko w usta.  

– Kocham ciebie i twoje dzieci.  

– I gotowa jesteś zostać ich matką? – spytał.  

–  Mitch,  po  tym,  co  zdarzyło  się  dzisiaj,  wszystko  inne  to  pestka  –  uśmiechnęła  się 

Caroline. – Czy może przytrafić mi się coś gorszego niż walka z wynajętym mordercą? 

Uśmiechnął  się  do  niej.  Ten  uśmiech  wziął  się  prosto  z  jego  serca.  Wiedział  już,  że  się 

kochają i wszystko będzie dobrze.  

–  Owszem  –  odpowiedział  na  jej  pytanie.  –  Pierwsza  randka  Sama,  świnka  Ruthann, 

Janis...  

–  Starczy.  Nic  mi  nie  mów  –  Caroline  położyła  mu  palec  na  ustach.  –  Niech  to  będzie 

niespodzianka.  

Mitch pochylił się i pocałował ją w usta, potwierdzając w ten sposób ich porozumienie.  

– Caroline? 

–  Tak,  kochanie,  jestem.  –  Caroline  nie  potrafiła  sobie  wyobrazić  większej  radości,  niż 

sprawił  jej  zaspany  głos  Ruthann.  Oboje  zbliżyli  się  do  jej  łóżeczka.  Caroline  pogłaskała 

dziewczynkę po głowie. – Jestem przy tobie. Będę już zawsze.  

– Obiecujesz? 

–  Obiecuję.  –  Caroline  wyciągnęła  z  kieszeni  pognieciony  bukiecik.  –  Widzisz,  co 

znalazłam? Twoje kwiatki.  

background image

– Pozbierałam je dla ciebie – uśmiechnęła się Ruthann.  

– Wobec tego zatrzymam je na zawsze. – Caroline poczuła, że po policzkach spływają jej 

łzy. Nawet nie próbowała ich powstrzymać. – Teraz śpij.  

– Dobrze, mamo!