background image

CONNIE BENNETT

Samotny ojciec

(Single ... with children )

background image

1

Taki głos doprowadza mężczyzn do szaleństwa. Głębokie, ciemne tony przywoływały na 

myśl   obraz   Laureen   Bacall   uczącej   Bogarta   gwizdać   albo   Kathleen   Turner,   której   do 
podniesienia temperatury ciała mężczyzn wystarczało jedno namiętne słowo. Taki głos od 
razu   skłaniał   do   snucia   romantycznych   fantazji,   kryła   się   w   nim   obietnica   niezwykłej 
namiętności i rozkoszy. 

Pozostawało   jednak   faktem,   że   głos   ten   pochodził   z   komputerowego   syntetyzatora 

dźwięku, co zupełnie nie pasowało do wszystkich tych skojarzeń!

Doktor   Caroline   Hunter   siedziała   nieruchomo   na   taborecie   w   laboratorium   i   z 

niedowierzaniem słuchała syntetyzatora, przekazującego jej zupełnie niewinną wiadomość. 
Gdy nagranie dobiegło końca, zwróciła się do siedzącego przy terminalu młodego technika. 

– To jakiś żart, prawda, Tony? – spytała z nadzieją w głosie. 
–   Ależ   czemu   pani   tak   sądzi,   pani   doktor?   –  odpowiedział   Tony  Beecroft,   zsuwając 

jednocześnie   z   nosa   okulary   w   grubej   oprawce.   Wyglądał   zupełnie   poważnie.   –   Nie 
odważyłbym się z panią żartować. Wszyscy wiedzą, że nie ma pani poczucia humoru. 

Tony żartował, ale ta złośliwość nie była pozbawiona podstaw. Przez ułamek sekundy 

Caroline miała ochotę dać mu szturchańca, aby udowodnić, że jest dobrym kompanem, który 
docenia dowcipy, ale w porę się powstrzymała. To nie byłoby w jej stylu. Zajmowała się 
konstruowaniem komputerów i cieszyła się reputacją osoby bezwzględnie dążącej do celu. 
Długo musiała pracować, aby – w profesji zdominowanej przez mężczyzn – zasłużyć na taką 
opinię. Już dawno nauczyła się tłumić odruchy, które mogłyby zdradzić, że ta reputacja jest 
właściwie bezpodstawna. 

–   Tony,   to   ma   być   głos   komputera   zdolnego   do   komunikacji   werbalnej,   a   nie 

recepcjonistki w agencji towarzyskiej – powiedziała surowym tonem. 

– Nie podoba się pani, prawda?
– Przykro mi, ale nie – pokręciła głową Caroline, po czym pomyślała, że powinna dodać 

coś uprzejmego. – Wykazałeś wprawdzie wielki talent w programowaniu syntetyzatora, ale 
nie o to nam chodziło. 

– Nie sądzi pani, że komputer o nazwie SCARLETT OHARA powinien mieć odpowiedni 

głos?

– Jeśli użyjemy tego głosu – Caroline wskazała na syntetyzator – to będziemy musieli 

zmienić jego nazwę na Jezebel. 

– Hej! – ucieszył się Tony. – Więc jednak ma pani poczucie humoru!
– Jeśli komuś o tym powiesz, wylecisz z pracy – odrzekła, powstrzymując uśmiech. 
– Tak, proszę pani – powiedział Beecroft, ciągle uśmiechnięty. Odwrócił się w stronę 

terminalu i nacisnął kilka klawiszy. – Skoro nie chce pani seksu, może to się pani spodoba. 

Z   głośnika   popłynął   ten   sam   tekst.   Tym   razem   ton   głosu   był   dokładnie   taki,   o   jaki 

chodziło Caroline, gdy wyznaczyła Tony’emu zadanie. Z badań rynkowych wynikało, że głos 
komputera często działa ludziom na nerwy, zwłaszcza gdy mają z nim do czynienia na co 

background image

dzień. Caroline kazała Tony’emu obniżyć wysokość i zmienić nieco barwę dźwięku, a on 
dokładnie zrealizował jej polecenie. 

– Dużo lepiej – pochwaliła go entuzjastycznie. 
– Wiedziałem, że pani tak powie, ale uważam, że poprzednia wersja jest dużo lepsza – 

odpowiedział Tony. 

– Pewnie wszyscy mężczyźni zgodziliby się z tobą – stwierdziła zimno Caroline i wstała 

z taboretu. – Kiedy zainstalujesz nowy syntetyzator?

– W poniedziałek z samego rana – obiecał. – Może pani powiedzieć ludziom z działu 

reklamy, że będą mieli swoje próbne modele pod koniec przyszłego tygodnia. 

– Doskonale! – Podeszła do terminalu i poklepała Tony’ego po ramieniu. Nie wypadło to 

szczególnie   naturalnie,   ale   Caroline   nigdy   nie   pozwalała   sobie   na   nadmiernie   poufałe 
zachowanie w kontaktach z personelem. – Dobrze się sprawiłeś, Tony. Dopilnuj tylko, żebyś 
zainstalował właściwą wersję. 

– Czy mógłbym ich nie odróżnić?
–   Rzeczywiście,   trudno   sobie   wyobrazić,   byś   nie   był   w   stanie   dosłyszeć   różnicy   – 

odrzekła Caroline, tym razem pozwalając sobie na dyskretny uśmiech. – Do zobaczenia. 

Wzięła   z   biurka   staromodny   notatnik   i   energicznym   krokiem   wyszła   z   niewielkiego 

laboratorium dźwiękowego. Szła korytarzem ultranowoczesnego biura, które od sześciu lat 
było   jej   drugim,   a   może   nawet   pierwszym   domem.   W   szklanych   ścianach   MediaTech 
Laboratories czuła się całkowicie swobodnie, czego nie można by powiedzieć o większości 
innych miejsc. 

Jako osoba genialna, czego miarą było IQ na poziomie zbliżonym do 180, Caroline przez 

całe życie starała się, realizować swoje możliwości”. Niewątpliwie w życiu zawodowym to 
się jej w pełni udało. W wieku trzydziestu pięciu lat objęła prowadzenie w wyścigu, którego 
celem było stworzenie najnowocześniejszego komputera na świecie. Pozostało jeszcze usunąć 
kilka pomniejszych błędów z systemu i już wkrótce MediaTech będzie mogła zaprezentować 
komputer   OHARA   wszystkim   ekspertom.   Caroline   wiedziała,   że   to   będzie   cios   dla 
konkurencji. 

Natomiast w życiu osobistym powiodło się jej znacznie gorzej. Miała za sobą nieudane 

małżeństwo, jej przyjaciółmi byli wyłącznie koledzy z pracy, a domowy kot rozpoznawał ją 
tylko w porach karmienia. Na szczęście jej życie  wypełniała praca i Caroline w pełni to 
akceptowała. Całą swoją energię i inteligencję skoncentrowała na projektowaniu komputera 
OHARA. Dzieło to sprawiało jej taką satysfakcję, że wszystkie kłopoty, jakich doświadczała 
w innych dziedzinach życia, nie miały dla niej znaczenia. 

Nie zatrzymując się po drodze i nie rozmawiając z nikim, Caroline przeszła przez główne 

laboratorium i pomaszerowała prosto do swego gabinetu – pozbawionego okna pokoju, w 
którym stało biurko, szafka, dwie duże kartoteki i komputer, na pozór całkiem zwyczajny. 

– Dobry wieczór, Caroline – rozległ się spokojny kobiecy głos. Trudno byłoby zgadnąć, 

skąd pochodził. 

– Dobry wieczór, Scarlett – odpowiedziała Caroline, podchodząc do biurka. – Czy miałaś 

pracowity dzień?

background image

– Oczywiście. Odbyłam lekcję astronomii z doktorem Caldwellem, a doktor Bergman 

sprawdzał moją główną bazę danych. 

– Czy znowu masz dziurę w pamięci? – spytała Caroline, marszcząc brwi. Odłożyła na 

biurko deskę do pisania i spojrzała badawczo na monitor. 

– Myślę, że nie – odpowiedział komputer. – Wydaje mi się, że to było tylko rutynowe 

badanie. 

Kobieta odetchnęła z ulgą. Główna baza danych stanowiła jeden z najbardziej złożonych i 

najważniejszych   części   systemu   Scarlett.   Dzięki   zawartych   w   niej   encyklopedycznym 
wiadomościom Scarlett  potrafiła  rozumować  z niemal  ludzką,  a czasem wręcz nadludzką 
sprawnością.   Niestety,   od   paru   miesięcy   z   niejasnych   powodów   komputer   „zapominał” 
pewnych informacji. Dotychczas straty były minimalne, ale ich pojawienie się dowodziło, że 
w systemie tkwi jakiś błąd. Mimo wielu godzin spędzonych na diagnostyce, Caroline wciąż 
nie wiedziała, na czym polega problem. Zdarzało się, że jednego dnia Scarlett wiedziała o 
pewnych faktach, a już następnego nie pozostawał nawet ślad po tych informacjach. 

Na szczęście tym razem nie o to chodziło. 
– Masz do mnie jakieś pytania, Scarlett? – spytała Caroline, siadając za biurkiem. 
– Tak. 
Komputer automatycznie sprawdzał wszystkie wczytywane informacje i gdy czegoś nie 

rozumiał, prosił swą konstruktorkę o wyjaśnienie. 

– Słucham. 
– Co to znaczy „zadzierać nosa”?
– W jakich okolicznościach spotkałaś się z tym określeniem? – spytała Caroline z lekkim 

uśmiechem. 

– Doktor Caldwell powiedział tak, gdy go poinformowałam, że jego obliczenia odległości 

od kwazara Maxima są błędne. 

Caroline zachichotała. Loren Caldwell był astrofizykiem z Cal-Techu, który niedawno 

zgodził się nauczyć Scarlett astronomii. Wybitny uczony nie był widocznie przyzwyczajony 
do impertynenckich uwag ze strony swych uczniów. 

– Zadzierać nosa, to znaczy demonstrować swoją wyższość – wyjaśniła. 
– To znaczy, jest to równoważne z arogancją – po chwili namysłu Scarlett wyciągnęła 

właściwy wniosek. 

– Owszem. 
– Czy rzeczywiście jestem arogancka? – spytała Scarlett po chwili wahania. 
Konstruktorka bezwiednie uniosła rękę i pogłaskała monitor, niczym matka pocieszająca 

urażone   dziecko.   Scarlett   oczywiście   nie   przeżywała   żadnych   uczuć,   ale   gdy   pytania 
dotyczyły jej „osobowości”, dość łatwo było ją zmylić. Caroline zawsze bardzo uważała, żeby 
nie wprowadzić swego „dziecka” w błąd. 

–   Ty   jesteś   inteligentna,   Scarlett   –   odrzekła.   –   Ludzie   czasem   mylą   inteligencję   z 

arogancją. 

– Czy słowa „inteligencja” i „arogancja” są synonimami?
– Nie. 

background image

– Wobec tego jest to problem ludzkiej interpretacji – stwierdziła Scarlett. 
– Masz rację – przyznała Caroline. Nauczenie ściśle logicznego komputera, że ludzie 

często   zachowują   się   nielogicznie,   było   jednym   z   najtrudniejszych   zadań   projektowych. 
Termin „ludzka interpretacja” stał się skrótem, którym Scarlett określała wszystko, czego nie 
rozumiała, a co musiała przyjąć do wiadomości. 

Scarlett   wydawała   się   usatysfakcjonowana   otrzymanymi   wyjaśnieniami   i   przeszła   do 

następnego pytania. Gdy skończyły, Caroline zabrała się do kolejnego przeglądu programu, 
kontrolującego mowę komputera; był to jeden z wielu elementów oprogramowania, który 
musiał być całkowicie gotów przed publiczną premierą maszyny. 

– Caroline! Co ty tu robisz?
Uniosła głowę i spojrzała w kierunku drzwi. Była tak pochłonięta swymi rozważaniami, 

że dopiero po chwili oprzytomniała i rozpoznała Boba Stafforda, wysokiego i szczupłego 
menedżera MediaTech. 

– Czyżbyś nie pamiętał, że tu pracuję? – odpowiedziała wreszcie, gdy pytanie dotarło do 

jej świadomości. – Czy chcesz przejąć moją rolę roztargnionego profesora?

– Nie, ty sobie z nią świetnie radzisz. W rzeczywistości aż za dobrze – odrzekł Stafford, 

pukając   palcem   w   zegarek.   –   Gimnazjum   Hilliard...   trzecia   godzina...   konkurs   osiągnięć 
naukowych dla uczniów... Czy to ci się z czymś kojarzy?

– Och, Boże! – jęknęła Caroline. – To dzisiaj?
– Jak najbardziej. 
– Czy muszę tam jechać? – spytała z resztką nadziei, że Stafford zaprzeczy. 
– Owszem, musisz – stwierdził stanowczo, krzyżując ramiona. – Moja żona jest główną 

organizatorką  konkursu i obiecałem  jej, że przyjdziesz.  Uczniowie  bardzo  liczą  na twoją 
obecność. Jest już za późno, aby się wycofać. Jedziesz tam i tyle. Rusz się zaraz, bo inaczej 
się spóźnisz. 

Caroline nie miała najmniejszej ochoty brać udziału w tej imprezie i pewnie dlatego o 

niej   zapomniała.   Nie   cierpiała   tłumów   i   nieznanych   sytuacji,   zawsze   wtedy   czuła   się 
skrępowana   i   nie   na   swoim   miejscu.   Szczególną   niechęć   wzbudzała   w   niej   konieczność 
rozmowy z uczniami, biorącymi udział w konkursie. Niestety, Stafford najwyraźniej się uparł. 

– Która godzina? – spytała. 
– Pierwsza czterdzieści pięć. 
– Nie, panie Stafford – wtrąciła się Scarlett. – Jest pierwsza czterdzieści dwie. 
– Dziękuję, Scarlett – powiedział mężczyzna z wyraźną irytacją w głosie. 
– Bardzo proszę – odpowiedziała uprzejmie Scarlett. 
–   Któregoś   dnia   będę   musiała   ją   nauczyć,   jak   rozpoznawać   sarkazm   –   zażartowała 

Caroline. 

–   Któregoś   dnia   będziesz   musiała   ją   nauczyć,   żeby   nie   czepiała   się   nieistotnych 

szczegółów – prychnął niecierpliwie menedżer. – Czy możesz teraz ją wyłączyć? Nie lubię, 
gdy podsłuchuje. 

– Masz manię prześladowczą – odparowała Caroline, ale spełniła polecenie. – Scarlett, 

koniec   sesji.   –   Światła   kontrolne   natychmiast   zgasły.   Kobieta   poklepała   monitor.   –   Śpij 

background image

dobrze, kochanie. 

– Na litość boską! – jęknął Stafford. – Jeszcze trochę i zaczniesz jej śpiewać kołysanki. 
– To był tylko żart, Bob. 
– Nie, wcale nie – zaprzeczył. – Stale się tak zachowujesz. To przecież komputer, a nie 

dziecko. 

Caroline dobrze o tym wiedziała i nikt nie musiał jej przypominać. 
– Bob, w ciągu najbliższych paru lat ten komputer zwiększy zyski MediaTech o wiele 

miliardów   dolarów   i   to   ja   go   zaprojektowałam.   Jeśli   zatem   chcę   traktować   Scarlett   jak 
dziecko, to chyba powinieneś mi na to pozwolić. 

Stafford zacisnął usta. Caroline wiedziała, że ten argument trafi mu do przekonania. 
– Dobrze, możesz antropomorfizować martwy przedmiot tak długo, jak tylko chcesz, ale 

w zamian zrób coś dla mnie. 

– Co takiego? – spytała podejrzliwie. 
– Odegraj rolę sędziego w konkursie – powiedział Bob, ponownie stukając palcem w 

zegarek. 

– Dobrze, już dobrze. – Caroline sięgnęła po torebkę. 
– Nie rozumiem, dlaczego dałam się na to namówić. 
– Ponieważ jestem diabłem-kusicielem i musiałaś mi ulec – odrzekł kwaśno Stafford. 
Parsknęła   śmiechem.   Menedżer   MediaTech   z   pewnością   nie   miał   w   sobie   nic   z 

uwodzicielskiego szatana. 

–   Nie,   jeśli   dobrze   pamiętam,   odwołałeś   się   do   mojego   poczucia   obowiązku 

obywatelskiego.   Firma   musi   dbać   o   rozwój   kolejnych   generacji   uczonych   i   tak   dalej.   – 
Caroline   potrząsnęła   głową.   –   Musiałam   zwariować,   żeby   się   zgodzić.   Bob,   ja   nie   mam 
pojęcia, jak sobie radzić z dziećmi. 

–   Na   litość   boską,   Caroline,   nie   będziesz   musiała   zajmować   się   problemami   wieku 

dojrzewania. Musisz tylko ocenić napisane przez nich programy, to wszystko. 

– Wiem, ale dzieci są takie wrażliwe – odrzekła. – Dobrze pamiętam, jak wyglądają takie 

konkursy. Napięcie, rozczarowanie, płacze... 

– Wydawało mi się, że ty nie chodziłaś do publicznej szkoły. 
– To prawda, moi rodzice nie mieli przekonania do publicznego systemu edukacyjnego, 

ale   za   to   wierzyli   w   zalety   konkurencji.   Zapisywali   mnie   do   wszystkich   możliwych 
konkursów   w   kraju,   a   nawet   do  dwóch   za   granicą.   –   Caroline   nie   dodała,   że   to   zacięte 
współzawodnictwo   poważnie   przyczyniło   się   do   jej   społecznego   wyizolowania.   Mając 
dziesięć lat, konkurowała już z maturzystami, a na studiach również była młodsza o parę lat 
od wszystkich kolegów. Z rówieśnikami zaczęła się kontaktować dopiero wtedy, gdy w wieku 
dwudziestu   dwóch   lat   kończyła   trzeci   doktorat.   Koledzy   ze   studiów   doktorskich   mieli 
wreszcie tyle lat co ona i Caroline poznała, jak wygląda życie towarzyskie. Jednak nigdy 
jeszcze nie miała do czynienia z dziećmi i dlatego perspektywa  spotkania z liczną grupą 
nastolatków budziła w niej przerażenie. 

– Caroline, ten konkurs to nie jest żadna wielka sprawa – pocieszył ją Stafford. 
Wstała i włożyła żakiet. Stafford miał czworo dzieci i dziesięcioro wnucząt. Wiedziała, że 

background image

nie ma sensu mu tłumaczyć, iż zdołała dożyć trzydziestego piątego roku życia, ani razu nie 
kontaktując się z dziećmi. 

– Jeśli tak, to dlaczego nie pojechałeś tam sam, tylko zgłosiłeś mnie na ochotnika? – 

spytała. 

– Ponieważ nie mam pojęcia o komputerach – wyjaśnił Stafford. 
– Niezłe wyznanie, jak na menedżera największego laboratorium komputerowego w kraju 

– Caroline uśmiechnęła się ironicznie. – Tylko czekaj, aż dowie się o tym konkurencja. 

– Dobrze wiesz, co chciałem powiedzieć – Stafford zmarszczył brwi, w czym miał dużą 

wprawę. – Nie mam szerokiej wiedzy, potrzebnej do oceny bardzo rozmaitych programów, 
jakie niewątpliwie przedstawią uczniowie. 

– Inaczej mówiąc, jesteś biurokratą. 
– Dokładnie tak. 
– Dobrze, pojadę, ale nie chcę w przyszłości słyszeć żadnych narzekań na opóźnienia. 

Natychmiast przypomnę ci, ile czasu marnuję na takie imprezy. 

– Dlaczego  uważasz,  że zmarnujesz  czas?  Gloria  powiedziała  mi,  że  niektóre  z tych 

projektów są naprawdę rewelacyjne. W Hilliard nie brakuje zdolnych uczniów. 

– To właśnie mnie martwi – mruknęła Caroline. – Obawiam się, że nie mam czasu na 

szybki kurs psychologii dziecięcej, prawda?

– Masz tam być za godzinę – odrzekł Stafford, zerkając na zegarek. – Wiem, że w tym 

czasie mogłabyś zrobić kolejny doktorat, ale musisz pokonać korki uliczne. 

–   Dobrze,   jakoś   się   przecisnę   –   powiedziała   Caroline,   nadrabiając   miną.   W 

rzeczywistości wcale nie była pewna, jak wypadnie. 

Mitch   Grogan   nie   miał   wątpliwości,   że   jego   córka   wygra   konkurs.   Zdążył   się   już 

przyjrzeć wszystkim projektom konkurentów i był przekonany, że żaden z nich nawet się nie 
umywa do dzieła Janis. Był pewien, że nie kieruje nim rodzicielska duma, tylko obiektywna 
ocena   pozostałych   prac.   Pomyślał,   że   jeszcze   tego   popołudnia   Janis   otrzyma   wstęgę 
zwycięzcy,   tysiącdolarowe   stypendium   i   awansuje   do   krajowego   finału...   Kto   wie,   może 
później zdobędzie stypendium Westinghouse i zostanie studentką jednej z elitarnych uczelni, 
takich jak MIT, Stanford, Harvard czy Yale?

Mitch wiedział, że spełnienie jego marzeń leży w granicach możliwości Janis. Zresztą, 

jeśli chciała zostać uczoną, nie miała innego wyjścia. I ona, i on dobrze wiedzieli, że pensja 
porucznika   policji   nie   wystarczy   na   opłacenie   czesnego   na   jednym   z   czołowych 
uniwersytetów. 

Projekt   Janis   miał   umożliwić   jej   studia   na   takim   uniwersytecie,   na   jaki   naprawdę 

zasługiwała, ale Mitch wiedział, że nie zdoła przekonać córki, że na pewno wygra. Patrzył ze 
współczuciem na potwornie zdenerwowaną dziewczynę. Janis stała obok swojej maszyny, 
demonstrując   jej   umiejętności   kolejnej   grupie   rodziców,   którzy   –   podobnie   jak   przedtem 
Mitch   –   przyglądali   się   pracom   konkurentów.   Zachowywała   się   pozornie   spokojnie   i   z 
umiarkowanym   entuzjazmem   prezentowała   swoje   dzieło,   ale   Mitch   słyszał   w   jej   głosie 
napięcie i widział, jak drżą jej ręce. Janis niewątpliwie z trudem panowała nad nerwami. 

background image

Sędziowie skończyli już oceniać, ale jeszcze nie ogłosili wyników. Musieli jeszcze poczekać. 

Grupka   widzów   przesunęła   się  do   następnego   stoiska   i   Janis   zdjęła   słuchawki,   które 

stanowiły integralną część urządzenia. Szybkim krokiem podeszła do ojca, który starał się 
zachować odpowiedni dystans od stoiska córki. 

– Tato!
– Co się stało? – Mitch musiałby być ślepy, gdyby nie dostrzegł nagłego podniecenia, 

malującego się na twarzy Janis. – Czy zasnąłem w trakcie ogłaszania wyników? Możemy już 
iść do domu?

–   Niee...   –   powiedziała   Janis   z   wyraźną   dezaprobatą,   takim   tonem,   jakiego   zawsze 

używała, gdy sądziła, że ojciec błaznuje. – To ona!

– Co za ona?
– Ona! – Dziewczyna wskazała kogoś palcem, ale szybko opuściła rękę. – Nie, nie patrz 

w jej stronę. Idzie tutaj. 

Janis pociągnęła ojca za rękaw, zmuszając go do zwrócenia się w drugą stronę. Mitch z 

trudem   powstrzymał   się   od   śmiechu.   Jego   zazwyczaj   poważna   córka   jednocześnie 
podskakiwała   z   podniecenia   i   starała   się   nie   zwracać   na  siebie   uwagi,   co,   oczywiście,   z 
trudem   dawało   się   ze   sobą   pogodzić.   Na   szczęście   nikt   im   się   nie   przyglądał.   W   sali 
wystawowej panował straszny rwetes. 

– Czy mogłabyś mi łaskawie wyjaśnić, na kogo mam nie patrzeć?
– Na Caroline Hunter – szepnęła Janis. 
– To jakaś gwiazda filmowa? – spytał, choć dobrze wiedział, o kim mowa. Zresztą, jego 

córka nigdy nie zwróciłaby uwagi na jakąś aktorkę lub piosenkarkę rockową. 

–   Gwiazda   filmowa   na   konkursie   naukowym?   –   Janis   przewróciła   oczami.   –   Chyba 

zwariowałeś, tato. Caroline Hunter to słynna konstruktorka komputerów. Opowiadałam ci o 
niej. Była jednym z sędziów konkursu w mojej dziedzinie. Mówiłam ci, że będzie. 

W rzeczywistości Janis mówiła o tym ojcu tyle razy, że musiałby zapamiętać nazwisko 

Caroline Hunter, nawet gdyby nigdy o niej nie słyszał. Mitch pomyślał, że skoro córka nie 
doceniła dowcipu o gwieździe filmowej, to trzeba się teraz jakoś zrehabilitować. 

– Czy to ona opracowuje projekt pierwszego komputera optycznego? – zapytał. 
–  Właśnie  –  szepnęła  Janis,  zerkając   ukradkiem  na  Caroline.  –  To   Optical   Heuristic 

Algorithmic   Reasoning   Architecture,   w   skrócie   OHARA.   Nikomu   jeszcze   nie   udało   się 
zbudować aparatury o równie doskonałej sztucznej inteligencji. 

– Aha! – mruknął Mitch. 
– Pod względem zdolności rozumowania OHARA dorównuje dziesięcioletniemu dziecku. 
– To wspaniale – skrzywił się mężczyzna. – Jestem pewien, że światu nie brakuje niczego 

poza jeszcze jednym dziesięciolatkiem. 

Tym razem Janis zachichotała. 
– Och, tatusiu, jestem pewna, że OHARA nie jest tak nieznośny jak Sam. 
– Mam nadzieję, choćby ze względu na spokój ducha pani doktor Hunter – odrzekł Mitch, 

zadowolony, że córka wykazała poczucie humoru. – Najgorszemu wrogowi nie życzyłbym 
takiego dziecka jak twój brat. 

background image

– Nie musisz mi o tym mówić – Janis znów przewróciła oczami. Mitch miał nadzieję, że 

córka pozbędzie się kiedyś tej maniery. 

– Co doktor Hunter powiedziała o twoim dziele?
– Niedużo – Janis przygryzła nerwowo dolną wargę. – No, ale przecież jako sędzia nie 

mogła się otwarcie wypowiadać, w każdym razie nie przed ogłoszeniem wyników. Zadała 
jednak bardzo dużo pytań i wydawała się... chyba IVAR zrobił na niej wrażenie. 

–   Nie   wątpię.   –   Mitch   objął   córkę   ramieniem   i   przytulił   do   piersi.   –   Z   pewnością 

podobnie uważają pozostali sędziowie. 

Janis ciężko westchnęła i spojrzała na dziwne urządzenie, stojące na jej stoisku. 
– Mam nadzieję, tato. IVAR musi wygrać. 
– Co jeszcze mówiła doktor Hunter? – spytał Grogan. Chciał zająć córkę, aby nie dłużył 

się jej czas oczekiwania na wyniki. 

–   Była   bardzo   sympatyczna   –   uśmiechnęła   się   dziewczyna.   –   Naprawdę,   wcale   nie 

zachowywała się jak ktoś sławny i nadęty. 

– Nie wątpię – zgodził się Mitch z uśmiechem. Pomyślał, że chyba niewiele dziewcząt w 

wieku Janis przyznałoby sławę jakiemukolwiek uczonemu. 

– Wiesz, że ona zrobiła doktorat w wieku dziewiętnastu lat? Czytałam o niej niedawno w 

magazynie „Technologie Przyszłości”. 

Janis   mówiła   takim   tonem,   jakim   na   ogół   nastolatki   relacjonują   ostatni   artykuł   o 

Madonnie   z   nowego   numeru   „Bravo”.   No   tak,   ale   ona   nie   była   typową   nastolatką... 
Nauczyciele   mówili,   że   jest   bardzo   zdolna,   koledzy   ze   szkoły   nazywali   ją   jajogłową,   a 
młodszy brat Sam w tajemnicy przed ojcem przezywał siostrę purchawką. 

Mitch   zawsze   traktował   swoje   najstarsze   dziecko   jak   aniołka,   który   nieoczekiwanie 

pojawił się w jego życiu, ale nie potrafił zrozumieć, jak doszło do tego, że stał się ojcem 
geniusza. Wprawdzie i jemu, i jego żonie nie brakowało inteligencji, ale... 

Nie  mógł  jednak  ukryć  faktu,  że  jest  dumny z  córki.  Janis   była   dobrze  wychowaną, 

sumienną,  wzorową uczennicą...  może  tylko  trochę zbyt  poważną. Miała  ostry język,  ale 
czasem brakowało jej poczucia humoru. Jej bohaterami byli nie filmowi gwiazdorzy, lecz 
wielcy uczeni. W sumie Mitch był z niej bardzo zadowolony. 

– OK, teraz możesz spojrzeć – szepnęła, zerkając z ukosa na Caroline Hunter. – Stoi przy 

ostatnim stoisku, rozmawia z moją nauczycielką, panią Stafford. Ma krótkie ciemne włosy i 
szary kostium. 

– Kto, pani Stafford?
– Nie, doktor Hunter – wyjaśniła Janis, ciężko wzdychając. 
– Żartowałem, córeczko. 
– Wiem. Możesz spojrzeć teraz, nim się odwróci. Tylko ostrożnie. 
Mitch demonstracyjnie udawał nonszalancję, zaczął nawet fałszywie pogwizdywać. Janis 

szturchnęła go w żebra i powiedziała, żeby się nie wygłupiał. Przestał gwizdać. Pomyślał, że 
nawet jeśli córce brakuje poczucia humoru, to ma wiele innych zalet. 

Szkolna sala gimnastyczna była gęsto zastawiona stoiskami z pracami uczniów, a prócz 

tego wszędzie kręcili się zawodnicy, dumni rodzice i nauczyciele. Mitch Grogan potrzebował 

background image

więc   dłuższej   chwili,   aby   odnaleźć   wzrokiem   ciemnowłosą   kobietę   w   szarym   kostiumie. 
Widok doktor Hunter bardzo go zaskoczył. 

Już   od   dziesięciu   lat   kierował   pracą   wydziału   przestępstw   komputerowych   komendy 

policji   w   Hilliard.   Dzięki   temu   udało   mu   się  dobrze   poznać   świat   kalifornijskiej   Silicon 
Valley.   Znał   osobiście   wielu   tak   zwanych   geniuszy   przemysłu   komputerowego.   Caroline 
Hunter zdecydowanie odbiegała od standardu, już choćby dlatego, że była kobietą. Nawet w 
dzisiejszych czasach wyzwolenia kobiet przemysł komputerowy pozostał w znacznej mierze 
terenem zarezerwowanym dla mężczyzn. Poza tym dr Hunter była starannie uczesana i miała 
na sobie bardzo elegancki kostium. 

Mitch   wiedział,   że   publiczny   wizerunek   komputerowych   fanatyków   wcale   nie   jest 

odległy od rzeczywistości. Większość z nich z dumą demonstrowała swoją ekscentryczność. 
Jeden z najsłynniejszych i najbogatszych bohaterów Silicon Valley wciąż polegał na mamie, 
która wybierała mu ubranie i przypominała o kąpieli. Był tak inteligentny, że normalny świat 
wydawał mu się nudny, i dlatego żył we własnym magicznym świecie komputerów. 

Zgodnie   z   krążącymi   plotkami,   Caroline   Hunter   miała   zachowywać   się   podobnie. 

Wszyscy mówili  jednak, że jeśli Hunter postawi na swoim,  to w technice  komputerowej 
nastąpi rewolucja, a MediaTech stanie się jedną z najbogatszych  korporacji świata. Mam 
nadzieję, pomyślał Mitch, że zagwarantowała sobie udział w zyskach. 

– No? – ponagliła go Janis. – Prawda, że jest piękna?
– Wydaje się pociągająca – odrzekł. W tej chwili mógł dostrzec tylko jej profil i zarys 

szczupłej sylwetki. 

– Och, tato, ona jest cudowna! Poza tym jest... Dziewczyna nagle urwała. Mitch spojrzał 

na nią z zaciekawieniem. 

– Cóż takiego? – spytał. 
– Jest samotna – wyjaśniła córka, pochylając się ku niemu. – No, rozwiedziona. Nie 

wyszła ponownie za mąż. 

Mitch nie wierzył własnym uszom. Od śmierci żony minęły już cztery lata i Janis ani razu 

nie wykazała najmniejszego pragnienia, żeby ojciec znalazł sobie jakąś kobietę. Przeciwnie, 
gdy po raz pierwszy umówił się na randkę, córka przez tydzień nie odzywała się do niego. 
Wprawdzie od tamtej pory minęły już dwa lata, ale Mitch nie miał czasu na kobiety. Troje 
dzieci i praca policjanta zajmowały mu dość czasu. 

– Jestem pewien, że doktor Hunter potrafi  znaleźć  sobie męża  bez twojej  pomocy – 

zauważył spokojnie. 

– Dobrze, że mi to powiedziałeś – prychnęła z irytacją Janis. 
– Zresztą, nie jest w twoim typie. Ma małe piersi i duże IQ. 
– Radzę ci ugryźć się czasem w język – skarcił ją. Pomyślał, że córka nie zapomniała mu 

krótkiego flirtu z Bambi Brightwood, która rzeczywiście nie odznaczała się inteligencją. 

– O co kłócicie się tym razem?
Mitch odwrócił się w stronę ojca. Mitchell Grogan senior miał sześćdziesiąt pięć lat, był 

emerytowanym   nauczycielem   i   –   podobnie   jak   junior   –   wdowcem.   Mieszkał   z   synem   i 
pomagał mu zajmować się dziećmi, dzięki czemu Mitch mógł pracować. 

background image

–   Janis   odgrywa   swatkę,   tato   –   powiedział,   mrużąc   dyskretnie   oko.   –   Chce,   abym 

poderwał doktor Hunter, co zwiększyłoby jej szanse na zwycięstwo. 

– Tato! – zaprotestowała Janis. – To nieprawda!
– Uspokój się, Aniołku – pocałował córkę w czoło. 
– Przecież tylko żartowałem. 
– To kiepskie żarty – prychnęła, wykręcając się z jego objęć. Zmierzyła go niechętnym i 

buntowniczym spojrzeniem nastolatki. Mitch wiedział, że musi przeczekać okres jej złego 
humoru. W tym momencie przypomniał sobie, że ma jeszcze jedną córkę. 

– Tato, gdzie jest Ruthann? – spytał, rozglądając się uważnie wokół. 
– Została przecież z tobą – zdziwił się ojciec. 
– Nie, kiedy tylko poszedłeś, Ruthann zaczęła marudzić i Sam miał ją zaprowadzić do 

ciebie – wyjaśnił Mitch, starając się opanować zdenerwowanie. 

– Przeszkadzała zwiedzającym zapoznać się z IVAR-em – dodała Janis. 
– I zostawiłeś ją pod opieką Sama? – zdumiał się dziadek. 
– Tylko na chwilę – odrzekł Grogan junior z wyraźną irytacją. – Od twojego odejścia nie 

minęła nawet minuta. Miałem nadzieję, że zaraz cię znajdzie. 

–   Nie   znalazł   –   stwierdził   starszy   pan.   –   Nie   byłem   zresztą   daleko,   oglądałem   inne 

eksponaty. 

– Boże – jęknął Mitch. – Sam pewnie próbuje teraz ją sprzedać na czarnym rynku. Nie 

brak chętnych na małe dzieci. No dobra, wszyscy ruszamy na poszukiwania. 

– Tato, zaraz ogłoszą wyniki – zaprotestowała Janis. Mitch spojrzał na zegarek. 
– Mamy jeszcze kwadrans. Musimy się pośpieszyć. Wy dwoje szukajcie tu, w sali, ja 

sprawdzę hol. 

– Zgoda. 
Mamrocząc   pod   nosem   jakieś   straszne   groźby   pod   adresem   brata,   Janis   zaczęła   się 

rozglądać. 

background image

2

Mitch szybko  przeciskał  się przez  tłum,  mrucząc  cicho przekleństwa  skierowane  pod 

własnym adresem. 

To wszystko była jego wina. Po prostu nie potrafił samotnie wychowywać trójki dzieci. 

Był   zwykłym   gliniarzem,   prostym   facetem,   który   dał   się   nabrać   na   opowieści   o 
Amerykańskiej Karierze i często tego żałował. Z pewnością biorąc ślub z Rebeccą, marzył o 
innym życiu. 

Ich plany były bardzo proste. Zamierzali mieć dwójkę dzieci, Rebecca miała siedzieć w 

domu i zajmować się potomstwem, a później, gdy już pójdą do szkoły, skończyć studia i 
pójść do pracy. Mitch miał robić karierę w policji, jednocześnie starając się, aby napięcie 
związane z pracą nie odbiło się na ich małżeństwie. 

Oczywiście,   Grogan   był   w   pełni   przygotowany   do   odegrania   roli   surowego   ojca, 

ponieważ Becky była organicznie niezdolna do odmówienia dzieciom czegokolwiek. Prócz 
tego spodziewał się, że będzie uczyć syna grać w baseball i niepokoić się z powodu pierwszej 
randki córki. 

Nie liczył się jednak z trzecią ciążą ani z tym, że żona nie przeżyje narodzin Ruthann. 
Obecnie spadły na niego wszystkie obowiązki rodzicielskie, w których spełnianiu mógł 

mu pomóc tylko starzejący się ojciec. Takie wypadki, jak dzisiejszy, tylko potwierdzały, że 
Mitch zupełnie nie radził sobie z zadaniem, jakie wyznaczył mu los. 

Rozglądając   się   wokół,   zmierzał   szybkim   krokiem   do   wyjścia   z   sali   gimnastycznej. 

Wśród gości nie było zbyt wielu małych dzieci, co powinno ułatwić znalezienie czteroletniej 
dziewczynki   ze   złotymi   włosami   i   oczami   koloru   nieba.   Z   drugiej   strony,   Ruthann   była 
mistrzynią w grze w chowanego i jeśli postanowiła się ukryć, to poszukiwania mogły się 
przeciągnąć w nieskończoność. 

Mitch wolał nie dopuszczać do siebie myśli, że córce mogło przytrafić się coś złego. 

Zanim   poświęcił   się   tropieniu   wyrafinowanych   oszustw   i   kradzież   ze   świata   przemysłu 
komputerowego,   przez   ładnych   parę   lat   zajmował   się   zwykłymi   przestępstwami.   Dobrze 
wiedział, jak często dzieci padają ofiarą porywaczy i zboczeńców. 

Synek miał wprawdzie dopiero dziesięć lat, ale wyrósł na twardego, sprytnego chłopaka, 

potrafiącego zadbać o własne bezpieczeństwo. Co innego opieka nad młodszą siostrą. Mitch 
dobrze wiedział, że Sam zachowuje się w sposób odpowiedzialny tylko wtedy, gdy jest to 
zgodne z jego interesami. Oczywiście, świadomie nigdy by nie pozwolił, aby siostrze stało się 
coś złego, ale bardzo łatwo mogło się zdarzyć, że zapomniał, iż do niego należy opieka nad 
Ruthann. Atrakcyjna zabawa mogła sprawić, że zapomniał nawet o jej istnieniu. 

Gdy Mitch wreszcie dostrzegł syna w grupie kilku rówieśników, nie poczuł wcale ulgi. 

Dobrze wiedział, czego się spodziewać. 

– Sam!
Chłopiec spojrzał w jego kierunku, powiedział coś do kolegów i podszedł do ojca. 
– Słucham, tato, o co chodzi?

background image

– Gdzie twoja siostra?
– Która? – zdziwił się Sam. 
– Ruthann – wyjaśnił Mitch, niemal zgrzytając zębami. 
– Jest z dziadkiem. 
– Nie, nie jest. Miałeś ją do niego zaprowadzić, ale tego nie zrobiłeś. 
–   Właśnie,   że   zrobiłem   –   upierał   się   chłopiec.   –   Oglądał   właśnie   jakieś   idiotyczne 

urządzenie i Ruthann pobiegła do niego. 

– Wobec tego uznałeś, że masz ją z głowy, i zająłeś się swoimi sprawami, tak?
– Aha! – Sam przestał się uśmiechać. Najwyraźniej zrozumiał, że nad jego głową zbierają 

się chmury. Ojciec chwycił go mocno za ramię. 

– Ruthann nie dotarła do dziadka i gdzieś zginęła. 
– Och... 
–   Idź,   poszukaj   dziadka   –   nakazał   Mitch.   Nie   chciał   teraz   tracić   czasu   na   robienie 

awantury Samowi. – Powiedz mu, żeby poszedł do organizatorów i poprosił, aby ogłosili 
przez   megafon   o   zaginięciu   dziecka.   Masz   z   nim   zostać,   dopóki   jej   nie   znajdziemy.   Ja 
przeszukam korytarz. 

– Dobrze, tato. Mitch ruszył dalej. 

Caroline   znalazła   się   w   sytuacji   zdecydowanie   przekraczającej  jej   kompetencje. 

Przetrwała jakoś konkurs, ponieważ wśród eksponatów było kilka bardzo interesujących prac, 
na których mogła skupić uwagę. Rozmowy z uczniami nie okazały się tak trudne, jak się 
obawiała, i zaczęła już myśleć, że wszystko zakończy się pomyślnie. No i w tym momencie 
wpadło jej w ręce złotowłose i niebieskookie dziecko. 

Ściślej   mówiąc,   to   ona   wpadła   w   ręce   paroletniej   dziewczynki.   Caroline   zmierzała 

właśnie do toalety, gdy spod stolika wystawowego wyskoczyła ta mała, złapała ją za spódnicę 
i obrzuciła spojrzeniem, które mogłoby skruszyć serce z kamienia – Hej! – pisnęła. 

– Cześć – wykrztusiła Caroline z niepewnym uśmiechem. – Czy zgubiłaś rodziców?
Mała pokiwała złotą główką. 
– Czy znasz mojego tatę? – spytała. 
– Och, nie, kochanie. Nie znam. 
– Tata jest policjantem. 
– Wspaniale – odpowiedziała Caroline, rozglądając się bezradnie wokół. Miała nadzieję, 

że ktoś przyjdzie jej z pomocą, ale wszyscy starannie unikali kontaktu wzrokowego z sędzią. 
Na pozór nikt nie zauważył, w jakiej znalazła się sytuacji. 

– Czy wiesz, gdzie jest twój tata? – spytała nerwowo dziewczynkę. 
– Nie – mała znów potrząsnęła lokami. – Zaprowadź mnie do niego. 
– Och... postaram  się. – Caroline  wiedziała,  że  nie może  odmówić.  Uśmiechnęła  się 

zachęcająco. – Jak się nazywa twój tata?

– Tata. 
– Głupie pytanie,  głupia odpowiedź – mruknęła  pod nosem Caroline.  – A jak ty się 

nazywasz, kochanie? – spróbowała inaczej. 

background image

– Ruthann – odrzekła dziewczynka i podniosła rozczapierzone pałce. – Mam cztery lata. 
Caroline miała wrażenie, że jest młodsza, ale przecież nie znała się na dzieciach. No, coś 

już wiemy, pocieszyła się w myślach. 

– Jak wygląda twój tata?
– Jest wysoki i ma rewolwer – odrzekła Ruthann po chwili namysłu i znów spojrzała na 

Caroline szeroko otwartymi, pięknymi oczami. 

Wspaniale,   teraz   już   wiem   wszystko,   pomyślała   Caroline.   Co   właściwie   mam   robić, 

chodzić wokół, szukając olbrzyma z wypchaną marynarką?

– A jak wygląda mama?
– Mama poszła do nieba. 
–   Och,   tak   mi   przykro...   –   Caroline   poczuła   się   zupełnie   bezradna   i   głupia,   czego 

zazwyczaj unikała równie starannie jak kontaktów z dziećmi. Pomyślała, że powinna zdobyć 
się na trochę logiki. – Ruthann, gdzie był tata, gdy widziałaś go po raz ostatni?

– Nie wiem – wzruszyła ramionami mała. 
Oto pożytek z logiki, westchnęła w duszy Caroline. 
– Jak się nazywasz? – wykazała inicjatywę Ruthann. 
– Doktor Hun... To znaczy Caroline. 
– Jesteś bardzo ładna, Caroline. 
– Dziękuję ci. 
Do licha, dlaczego takie proste stwierdzenie sprawia, że mam ochotę się uśmiechnąć? – 

zastanawiała się Caroline. Ta mała była rzeczywiście urocza, taka miła i niewinna... 

No, to do niczego nie prowadzi, skarciła się po chwili. Wiedziała, że musi się na coś 

zdecydować.   Rozejrzała   się   jeszcze   raz   dookoła   i   zauważyła   w   pobliżu   panią   Stafford. 
Machnęła do niej ręką, ale ta była zajęta jakimś eksperymentem chemicznym, który właśnie 
groził wybuchem. 

Wspaniale. Jeszcze tego mi trzeba, westchnęła Caroline. Pożar i zagubione dziecko to 

wspaniała kombinacja. Stafford jeszcze pożałuje, że wpakował mnie w taką sytuację. 

– Przepraszam, czy zna pani tę dziewczynkę? – Caroline zagadnęła przechodzącą kobietę. 
– Przykro mi, ale nie. 
– Czy mogłaby pani... – Caroline nie dokończyła, bo nieznajoma już odeszła. Spojrzała 

na małą. – Wiem już, Ruthann, co zrobimy. Zabiorę cię na podium sędziowskie i ogłosimy 
przez głośniki, gdzie cię szukać. Co o tym myślisz?

– Co to jest podium?
– To ta platforma w drugim końcu sali. Chodź ze mną. Jestem pewna, że tam ojciec 

szybko cię znajdzie. 

Ruthann kiwnęła głową i ziewnęła. Uniosła do góry ręce. 
– Chcę na ręce, Caroline. Jestem zmęczona. 
Caroline niemal jęknęła. Nigdy w życiu nie nosiła na rękach dziecka. Pod tym względem 

z pewnością była wyjątkiem wśród kobiet w jej wieku, ale z drugiej strony, zapewne żadna 
kobieta   nie   była   tak   wychowywana   jak  ona.   Nie   miała   zielonego   pojęcia,   co  zrobić,   ale 
Ruthann patrzyła na nią z taką ufnością i nadzieją, że trudno jej było odmówić. 

background image

– Och... Hm... – Caroline zatarła nerwowo ręce. – No, dobrze. – Pochyliła się i ostrożnie 

chwyciła dziewczynkę w pasie. Zupełnie nie wiedziała, co dalej. Bała się, że ją upuści, lub że 
mała zmieni zdanie i zacznie płakać. 

Nie miała jednak wyboru. Ruthann zarzuciła jej ręce na szyję i gdy Caroline podniosła ją 

z   podłogi,   ufnie   przytuliła   policzek   do   jej   ramienia.   Ten   gest   całkowicie   rozbroił   doktor 
Hunter. 

Pomyślała,   że   gdy   znajdzie   ojca   tej   małej,   powie   mu,   żeby   lepiej   spełniał   swoje 

obowiązki.  Zdawała sobie wprawdzie sprawę, że trudno mieć  dziecko na oku bez chwili 
przerwy, ale policjant mógłby przynajmniej nauczyć córkę, że zaczepianie obcych nie jest 
bezpiecznym pomysłem. 

Otoczyła dziewczynkę ramionami i ruszyła w kierunku podium. Nim zdążyła zrobić trzy 

kroki, Ruthann miała dla niej kolejną niespodziankę. 

– Caroline. 
– Tak?
– Chce mi się siusiu. 
Caroline głośno jęknęła. To chyba sen, pomyślała. Albo jakiś surrealistyczny koszmar. 

Jeszcze kilka minut i z pewnością się zbudzę. 

– Caroline, chce mi się siusiu! Teraz! – powtórzyła z naciskiem Ruthann. 
– Och... najpierw poszukamy taty i on zabierze cię zrobić siusiu, dobrze?
Ruthann uniosła głowę i pokręciła nią stanowczo. 
– Teraz, Caroline. 
Caroline nie wiedziała, co zrobić. Z pewnością nie chciała, żeby mała narobiła sobie 

wstydu,   ale   z   drugiej   strony  nie   miała   ochoty  być   oskarżona   o  próbę   porwania   dziecka. 
Toalety znajdowały się na korytarzu, dość daleko od sali gimnastycznej i z pewnością nie 
powinna zabierać tam Ruthann. 

Rozejrzała   się   wokół   z   prawdziwą   rozpaczą.   Na   szczęście,   zauważyła   w   pobliżu 

dziewczynę, której pracę przed chwilą oceniała. 

– Berty, pozwól tutaj! – zawołała ją ostrym tonem. Dziewczyna wpadła w popłoch, ale 

posłusznie wykonała polecenie. 

– Tak, proszę pani?
–   Chciałabym,   abyś   natychmiast   odnalazła   panią   Stafford   –   poinformowała   surowo 

Caroline. – Powiedz jej, że jestem w toalecie z zagubioną dziewczynką i bardzo ją proszę, aby 
natychmiast do mnie przyszła. Zrozumiałaś?

– Tak, proszę pani. 
– To idź. 
Betty  zaczęła  przeciskać   się  przez  tłum,  a  Caroline,   nie  tracąc   ani  chwili,  ruszyła  w 

kierunku najbliższego wyjścia. Korytarz był niemal pusty. 

– Wszystko w porządku, Ruthann. Już za sekundę będziemy w toalecie – powiedziała, 

siląc się na wesołość. W rzeczywistości gorączkowo zastanawiała się, co ma zrobić, gdy już 
dotrą na miejsce. Czy czteroletnie dziewczynki załatwiają się same? Czy może trzeba jej 
pomóc się rozebrać? Co jeszcze powinna zrobić?

background image

Caroline sama nie wiedziała, czy kręci się jej w głowie z wysiłku, czy ze zdenerwowania. 

Zbliżała się już do drzwi toalety, ale nim położyła rękę na klamce, w korytarzu rozległ się 
grzmiący głos. 

– Stać! Nie ruszaj się!
Caroline poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. Odwróciła się w stronę, skąd doszedł 

rozkaz. 

– Tata! – pisnęła Ruthann. 
– Kazałem stać bez ruchu!
Caroline zamarła. Nie mogłaby się ruszyć, nawet gdyby od tego zależało jej życie. Ojciec 

Ruthann,   wysoki   mężczyzna   w   cywilnym   ubraniu,   wyglądał   jak   uosobienie   karzącej 
sprawiedliwości. Stał w drugim końcu korytarza w lekkim rozkroku, z odsuniętą do tyłu połą 
marynarki i ręką opartą na biodrze. Caroline nie miała wątpliwości, że ojciec Ruthann trzyma 
rękę na kolbie rewolweru. 

Przez głowę przemknęło jej kilka myśli. Po pierwsze, uświadomiła sobie, że choć ten 

policjant wydaje się niezwykle groźny, to w istocie nic jej nie zagraża. Skoro był na tyle 
ostrożny, że nie wyciągnął broni, gdyż mogło to zaszkodzić dziecku, to zapewne można z nim 
rozsądnie porozmawiać. To wydało się jej dość prawdopodobne. 

Po   drugie,   zwróciła   uwagę   na   jego   potężną   sylwetkę.   Wyglądał   jak   ideał   twardego 

policjanta, wysoki,  z szerokimi  barami  i grzywą  jasnych  włosów, która prosiła się już o 
fryzjera. Caroline pomyślała, że typ twardego gliniarza wyszedł już z mody w połowie lat 
osiemdziesiątych. Albo się pomyliła, albo ojciec Ruthann o tym nie słyszał. 

– Teraz niech pani puści dziecko i odsunie się o krok. Tylko żadnych nagłych ruchów – 

nakazał niskim głosem. 

Caroline postanowiła, że będzie lepiej, jeśli posłucha, a potem wyjaśni całą  sytuację. 

Rozsądek nakazywał tak uczynić, zwłaszcza że policjant wciąż trzymał rękę na kolbie. 

– Stawiam ją na podłodze – powiedziała, starając się, aby zabrzmiało to jak najspokojniej. 

Pochyliła   się   do   przodu,   ale   Ruthann   miała   na   ten   temat   inne   zdanie.   Jeszcze   mocniej 
zacisnęła ramiona wokół szyi kobiety. 

– Proszę, puść mnie – szepnęła Caroline z naciskiem. – Twój tata chce, abyś do niego 

wróciła. 

– Ale ja muszę zrobić siusiu – szepnęła Ruthann z równym naciskiem, tak jakby dzieliła 

się z nią jakimś sekretem. 

– Powiedziałem, żeby ją pani puściła! – krzyknął ponownie policjant. 
– Próbuję! – odkrzyknęła Caroline, starając się uwolnić z objęć dziewczynki. – Niech pan 

to powie swojej córce!

– Poruczniku Grogan!
Na   widok   pani   Stafford   i   jednej   z   uczestniczek   konkursu,   Janis   Grogan,   Caroline 

odetchnęła z ulgą. 

– Tato! Co ty wyprawiasz? Przecież to doktor Hunter!
– Wiem, kim jest ta pani – warknął policjant. – To jednak jeszcze nie wyjaśnia, co tu robi 

z Ruthann. 

background image

– Odprowadza ją do toalety – stwierdziła gniewnie pani Stafford, obrzucając mężczyznę 

niechętnym   spojrzeniem.   –   Caroline,   tak   mi   przykro.   Janis   i  jej   dziadek   właśnie   zgłosili 
zaginięcie   dziecka,   gdy   pojawiła   się   ta   dziewczyna   z   wiadomością   od   ciebie.   Nie 
wyobrażałam   sobie,   że   zdarzy   ci   się   coś   takiego   –   dodała,   spoglądając   przez   ramię   na 
porucznika. 

Caroline   wreszcie   uwolniła   się   z   uścisku   Ruthann,   która   musiała   stanąć   o   własnych 

siłach. Spoglądała żałośnie na ojca, a w jej oczach pojawiły się łzy. 

– Chcę iść siusiu z Caroline – zażądała. 
Caroline spojrzała na porucznika Grogana, który wreszcie nieco się rozluźnił i zdjął rękę 

z kolby. Spojrzał na córeczkę, następnie na Caroline. Na jego twarzy z niemal komiczną 
wyrazistością   odbijały   się   kolejne   uczucia:   najpierw   ulga,   później   zrozumienie   sytuacji   i 
rumieniec zakłopotania. 

– Janis, zabierz siostrę do toalety – polecił szorstko. 
– Nim skujesz doktor Hunter, nie zapomnij jej zrewidować – kwaśno stwierdziła Janis, 

mijając ojca. 

– Zabierz Ruthann i nie dyskutuj. 
Janis   chwyciła   siostrę   za   rękę.   Nim   odeszła,   spojrzała   na   Caroline   z   wyraźnym 

zakłopotaniem. 

– Cześć, Caroline! – krzyknęła jeszcze Ruthann. 
Teraz, gdy napięcie opadło, Caroline miała ochotę wybuchnąć śmiechem. 
– Czy jestem aresztowana? – spytała zbliżającego się do niej porucznika Grogana. 
– Och, Boże, to niemożliwe! – wykrzyknęła pani Stafford, przyciskając dłoń do serca. – 

Poruczniku, to jakieś okropne nieporozumienie. Nie sądzi pan chyba, że... 

– Może się pani uspokoić – zapewnił ją Grogan. – Sądzę, że rozumiem już całą sytuację. 

Proszę spokojnie wracać do swych zajęć. 

– No... dobrze – zawahała się pani Stafford. – Mam nadzieję, że wszystko jest już jasne – 

urwała i spojrzała na doktor Hunter. – Za parę minut odbędzie się prezentacja zwycięzców. 

– Zaraz tam przyjdę – obiecała Caroline. 
Pani Stafford dała się przekonać i zostawiła ich samych. Teraz, gdy porucznik Grogan 

stał   tuż   obok,   wydawał   się   Caroline   wielki   niczym   góra.   Uniosła   głowę   i   spojrzała   w 
najbardziej   błękitne   i   przenikliwe   oczy,   jakie   kiedykolwiek   zdarzyło   się   jej   widzieć.   W 
przeciwieństwie do Ruthann, której oczy miały słodki i miękki wyraz, spojrzenie Grogana 
wydawało   się   twarde,   ostre   i   jednocześnie   bardzo   zmysłowe.   Był   naprawdę   bardzo 
przystojny,  zwłaszcza jeśli komuś  podobają się mężczyźni  imponujący czysto  fizycznymi 
zaletami. Ona, oczywiście, nigdy nie lubiła tego typu urody. 

Ale gdy kąciki ust porucznika uniosły się w uśmiechu, tak jakby on również poddał się 

komizmowi sytuacji, Caroline poczuła, że jej serce zabiło niespokojnie. Może dlatego nie 
mogła się powstrzymać i wyciągnęła w jego stronę obie ręce, trzymając nadgarstki jeden koło 
drugiego. 

– Proszę, jestem gotowa – powiedziała. 
Porucznik   uśmiechnął   się   szeroko   i   Caroline   znów   poczuła,   że   ogarnia   ją   dziwny 

background image

niepokój. 

– Cieszę się, że potraktowała pani ten incydent z takim humorem – powiedział Mitch, 

szczerze wdzięczny, że kobieta nie wpadła w histerię. Wręcz przeciwnie, zachowywała się 
spokojnie   i   z   godnością,   a   na   dodatek   –   jak   powiedziała   wcześniej   Janis   –   wyglądała 
rzeczywiście wspaniale. Owalna twarz, pełne usta, ciemne, jedwabiste włosy. Miała szczupłą 
figurę, ale to, wbrew opinii córki, nie przeszkadzało Mitchowi. Pomyślał, że doktor Hunter 
stanowi idealną kombinację urody i inteligencji. 

– To było po prostu nieporozumienie – odpowiedziała łaskawie Caroline i opuściła ręce. 

– Muszę jednak przyznać, że przez chwilę bardzo się bałam. 

–   Bardzo   panią   przepraszam,   ale   już   dawno   temu   nauczyłem   się,   że   lepiej   być 

zakłopotanym niż martwym. Trzymała pani moją córeczkę, a ja nie wiedziałem dlaczego i po 
co. 

– Złapała mnie za spódnicę i nie chciała puścić – wyjaśniła. – Jedyne, co potrafiła mi 

powiedzieć to, że jej ojciec nazywa się tatuś, jest policjantem i nosi rewolwer. 

– Jestem pewien, że to ostatnie bardzo panią uspokoiło – zażartował Mitch. Jego niski, 

spokojny śmiech wydał się Caroline bardzo sympatyczny. 

– Och, z pewnością. Niestety, nim zdążyłam zaprowadzić ją na podium, zażądała, abym 

poszła z nią do ubikacji. 

– Bardzo pani dziękuję, że zechciała się pani nią zająć – odpowiedział Mitch. – Przykro 

tak mówić, ale w dzisiejszych czasach kobieta, odgrywająca rolę samarytanki, naraża się na 
oskarżenia o próbę porwania dziecka. 

– Zaś ojciec nie ma wyjścia, tylko od razu musi przyjąć najgorszą możliwą interpretację 

wydarzeń – odrzekła Caroline. Świetnie rozumiała sytuację Grogana i jego troskę o córkę. 
Jednak w jego oczach dostrzegła coś jeszcze, co kazało jej nieśmiało cofnąć się o krok. – Czy 
rzeczywiście wiedział pan, kim jestem?

–   Tak   –  potwierdził   Mitch   i   także   się   cofnął.   On  również   uświadomił   sobie,   że   coś 

zdarzyło się między nimi. – Moja starsza córka, Janis, kilkanaście minut wcześniej pokazała 
mi panią. Oceniała pani jej pracę z dziedziny komputerów. 

– Tak,  pamiętam  – odparła  Caroline.  Miała  wspaniałą  pamięć,  a pracę  Janis  Grogan 

zapamiętałaby w każdych okolicznościach. W tej chwili jednak myślała o czymś innym. – 
Chce   pan   powiedzieć,   że   wiedział   pan,   kim   jestem,   a   mimo   to   sądził,   że   mogę   być 
porywaczką? – spytała z nutką oburzenia w głosie. 

–   Przykro   mi,   pani   Hunter,   ale   tak   –  powiedział   Mitch.   Nie   miał   jej   za   złe,   że   jest 

oburzona. – Znam liczne historie bardzo znanych ludzi, którzy popełnili okropne zbrodnie. 
Nie mogłem ryzykować, zwłaszcza że chodziło o moją córkę. 

Caroline pomyślała, że w przeciwieństwie do niej, ten człowiek żyje w realnym świecie. 

Sama egzystowała w oderwanym od rzeczywistości światku akademickim, którego symbolem 
mogło być  jej klimatyzowane laboratorium, wyposażone w biologiczne filtry,  eliminujące 
wszelkie źródła alergii. 

Ten świat bardzo jej odpowiadał, nawet jeśli w konsekwencji coś tak podstawowego jak 

opieka nad dziećmi zostało wykluczone ze sfery jej doznań. Ale przynajmniej nie musiała 

background image

nosić rewolweru i martwić się, czy jakiś szaleniec nie porwał jej dziecka. 

– Nic się nie stało, poruczniku – zapewniła. 
– Jestem Mitch – przedstawił się, wyciągając do niej rękę. 
Wymienili uścisk dłoni. Caroline  szybko cofnęła rękę, ponieważ poczuła, jak wzdłuż 

ramienia po skórze przebiega podniecające łaskotanie. 

– Szczerze mówiąc, Mitch – powiedziała, zacierając dłonie, tak jakby chciała pozbyć się 

łaskotania   –   byłam   bardzo   zadowolona,   gdy   pojawiła   się   Janis.   Nie   miałam   pojęcia,   co 
powinnam zrobić w toalecie. Opieka nad dziećmi nie jest moją silną stroną. 

– Nie masz dzieci?
Caroline   pomyślała   przez   chwilę   o   Scarlett,   komputerze,   który   sama   stworzyła   i 

wyedukowała, ale uznała, że to jednak nie to samo, co posiadanie dziecka. 

– Nie. Gdybym  miała,  pewnie lepiej  bym  sobie poradziła  z całą  sytuacją.  Nigdy nie 

miałam kontaktu z dziećmi. 

– Chyba żartujesz? Nie miałaś rodzeństwa?
– Nie. 
– Żadnych przyjaciół z dziećmi?
–   Nikt   z   nich   nie   przyprowadza   ich   do   pracy   –   powiedziała   Caroline,   myśląc 

jednocześnie, że jej życie musi mu się wydać strasznie jałowe. Szybko zmieniła temat. – Z 
pewnością   jestem   ostatnią   osobą,   która   powinna   ci   dawać   rady  na   temat   wychowywania 
dzieci, ale nie sądzisz, że należałoby nauczyć Ruthann, żeby nie zaczepiała obcych?

– Och, ona to dobrze wie – zaśmiał się Mitch. – Po prostu jeszcze nie odróżnia obcych od 

swoich. Gdybyś sama podeszła do niej i spróbowała wziąć na ręce, Ruthann pewnie zaczęłaby 
wrzeszczeć wniebogłosy i kopać na wszystkie strony. Natomiast jest przekonana, że jeśli to 
ona nawiązuje kontakt, wszystko jest w porządku. Pracujemy nad tym,  ale w tym  wieku 
dzieci bywają uparte. 

– Jestem pewna, że masz rację – przyznała  nieporadnie  Caroline.  Uznała, że nie ma 

kwalifikacji, aby wyrazić własną opinię. 

– Caroline, Caroline!
Ruthann wybiegła z toalety, ciągnąc za sobą siostrę. Ze wszystkich sił starała się dotrzeć 

do swej nowej znajomej. 

– Chodź do mnie, Ruthann! – Mitch kucnął i wyciągnął do niej ramiona. – Jak na dziś, 

sprawiłaś już dość kłopotów. 

Janis puściła siostrę, która pobiegła do ojca. 
–   Cześć,   tato   –   pisnęła   i   wskoczyła   mu   na   kolana,   po   czym   obdarzyła   go   mokrym 

pocałunkiem. 

– Miałaś niezłą przygodę, prawda, moja panno?
– Grałam w chowanego z dziadkiem,  ale on mnie  wcale nie szukał – poskarżyła  się 

Ruthann. 

– Zapewne dlatego, że zapomniałaś mu o tym powiedzieć – cierpliwie wyjaśnił Mitch. – 

Nigdy tak nie rób, dobrze?

Mała   kiwnęła   głową   z   wielką   powagą.   Gdy   ojciec   przytulił   ją   do   siebie,   niemal 

background image

całkowicie zniknęła w jego ramionach. 

Caroline nigdy jeszcze nie widziała tak sprzecznego wewnętrznie obrazu. Ten ogromny 

gliniarz   z   ostrymi   rysami   twarzy,   szorstkim   głosem   i   spluwą   na   biodrze   potrafił   być 
niewiarygodnie   delikatny.   Gdy   patrzył   na   córeczkę,   w   jego   oczach   pojawiło   się   coś 
miękkiego, co szczerze wzruszyło Caroline. 

– Podziękuj teraz doktor Hunter, że zechciała ci pomóc – polecił Mitch córce. 
– Kto to jest doktor Hunter? – zdziwiła się mała. 
–  To   ja  –  wyjaśniła  Caroline,  klękając  na  jedno  kolano,   aby  zniżyć   się  do  poziomu 

dziewczynki. 

– Nie, ty jesteś Caroline – odrzekła Ruthann, potrząsając swoją złotą czupryną. Spojrzała 

na tatę. – Caroline jest bardzo miła, tato. 

– Aha, ja też tak myślę – spokojnie odpowiedział Mitch, zerkając przy tym na Caroline. 
Być może pod wpływem jego głosu i spojrzenia niebieskich oczu, a może po prostu była 

to jakaś aberracja, ale Caroline nagle poczuła, że robi się jej gorąco i że się czerwieni. Szybko 
wstała.   Chciała   czym   prędzej   zapomnieć   o   dziwnych   uczuciach,   jakie   przeżywała   w 
zetknięciu z Mitchem i jego córkami. Jak to możliwe, myślała, że gliniarz przypominający 
neandertalczyka i dwie dziewczynki tak bardzo wytrąciły mnie z równowagi?

– Bardzo przepraszam, ale muszę pójść się nieco odświeżyć przed ogłoszeniem wyników 

– powiedziała pośpiesznie. 

– Nie chciałabym spóźnić się na ceremonię. To było... – Caroline zawahała się, niepewna, 

co powiedzieć. Trudno byłoby uznać to spotkanie za przyjemność, ale z drugiej strony nie 
było też specjalnie przykre. – To było przeżycie, którego łatwo nie zapomnę – dokończyła po 
chwili. 

– Dziękuję pani. – Mitch wziął Ruthann na ręce i wstał z kolan. 
– Tak, bardzo pani dziękujemy – dodała Janis, wysuwając się nieco do przodu. – Bardzo 

mi przykro, że tata groził pani rewolwerem. 

–   Nic   się   nie   stało,   Janis   –   odrzekła   Caroline.   Zdawała   sobie   sprawę   z   przeżyć 

dziewczyny i szczerze jej współczuła. 

– Twój ojciec wcale nie wyciągnął broni, a poza tym przecież musiał chronić Ruthann. 

Teraz lepiej wracaj na salę. Z pewnością nie powinnaś stracić ceremonii wręczenia nagród. 
Zobaczymy się później. 

Caroline zerknęła jeszcze nerwowo na Mitcha, po czym zniknęła w toalecie. 
–   Serdeczne   dzięki,   tato   –   powiedziała   zimno   Janis.   –   Teraz   mogę   się   pożegnać   z 

wygraną. 

– Nie martw się, Aniołku – odrzekł Mitch. Wciąż wpatrywał się w drzwi toalety,  za 

którymi   zniknęła   kobieta.   Był   w   takim   szoku,   jakby   przeżył   zderzenie   z   ciężarówką.   – 
Sędziowie już dawno podjęli decyzję i doktor Hunter nie może jej zmienić. 

– To ty tak myślisz – prychnęła Janis. – Chodźmy stąd lepiej, bo zaraz znowu zechcesz 

odegrać Clinta Eastwooda. 

Mitch potrząsnął głową i ruszył w ślad za córką. Myślał o Caroline Hunter. To dopiero 

kobieta! Jeszcze nigdy nie spotkał takiej spokojnej, zrównoważonej piękności, obdarzonej w 

background image

dodatku zupełnie nieprawdopodobnymi oczami koloru whisky!

W   przeciwieństwie   do   innych   komputerowych   geniuszy,   oczy   Caroline   błyszczały 

humorem i inteligencją. Wszystkie sławy Silicon Valley, jakie Mitch miał okazję poznać, 
przypominały mu Janis. Ci ludzie traktowali siebie i cały świat tak poważnie, że zupełnie 
zapomnieli, co to humor i serdeczność. Natomiast Caroline Hunter potrafiła żartować z siebie 
i innych w taki sposób, że Mitch ani przez chwilę nie czuł się idiotą. 

A jak zarumieniła się i uciekła, gdy dostrzegła jego spojrzenie... Mimo to Mitch zdążył 

zauważyć, jak zareagowała na komplement. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni zdarzyło mu 
się widzieć taką reakcję. Z przyjemnością pomyślał, że wciąż jeszcze wywiera wrażenie na 
kobietach. 

Ciekawe,   jak   mógłbym   zaaranżować   jeszcze   jedno   spotkanie   z   fascynującą   doktor 

Hunter? – zastanawiał się. Pracowali przecież w tej samej dziedzinie, tyle że ona zajmowała 
się   projektowaniem   komputerów,   a   on   walczył   z   komputerowymi   przestępcami.   Miał 
nadzieję,   że   zdoła   wykorzystać   ten   fakt.   Już   w   tej   chwili   przyszło   mu   na   myśl   kilka 
interesujących pomysłów. 

Uspokój się, to przecież absurd, skarcił się w myślach. Nie miał czasu na uwodzenie 

kobiet, a prócz tego pewnie już zapomniał, jak się to robi. Ponadto miał na głowie trójkę 
dzieci. W tej chwili w jego życiu nie było miejsca dla nikogo, niezależnie od tego, jak piękna, 
inteligentna i wrażliwa byłaby ewentualna kandydatka. 

Mitch znów przypomniał sobie rumieniec Caroline i zaczął się zastanawiać, jak mógłby 

znaleźć czas na ponowne spotkanie. 

background image

3

– No dobra, tato, wiemy już, że wygrała. Możemy chyba wracać do domu? – spytał Sam, 

niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. 

– Gdybym to ja wyciął taki numer jak ty, raczej nie śpieszyłbym się do domu – Mitch 

zmierzył syna groźnym spojrzeniem. – Lepiej bądź cierpliwy i pozwól siostrze nacieszyć się 
wygraną. Zasłużyła na to. 

Stali w pewnej odległości od stolika Janis, która z wypiekami na twarzy demonstrowała 

możliwości IVAR-a kilkunastu widzom. Przed paroma minutami zakończyła się ceremonia 
wręczania   nagród.   Janis   miała   przypiętą   do   bluzy   niebieską   wstęgę   zwycięzcy,   a   Mitch 
trzymał   w   kieszeni   świadectwo   stypendialne,   warte   równo   tysiąc   dolarów.   Zamierzał   je 
złożyć w banku następnego dnia rano. 

– Wygląda tak, jakby miała pęknąć z radości – zauważył dziadek z dumą. 
– Aha – zgodził się Mitch, gładząc z roztargnieniem śpiącą na jego rękach Ruthann. – Nie 

wiem,   co   sprawiło   jej   większą   radość,   zwycięstwo,   czy   też   fakt,   że   to   Caroline   Hunter 
wręczyła jej nagrodę. 

– To była tylko kropka nad i. Masz szczęście, synu, że tak to się skończyło – dodał 

dziadek.   Wiedział   o   incydencie   w   holu,   ponieważ   Janis   wyrzekała   na   ojca   aż   do   chwili 
ogłoszenia wyników. – Gdyby przegrała, marnie byś wyglądał. 

– Nie mogła przegrać, tato. To jej urządzenie jest po prostu rewelacyjne. 
– W pełni się z panem zgadzam, poruczniku. 
Mitch odwrócił się gwałtownie i zobaczył przed sobą Caroline Hunter. Posunął się nieco, 

aby zrobić jej więcej miejsca. 

– Witam ponownie – powiedział, zastanawiając się, dlaczego jej widok sprawia mu taką 

przyjemność. Oczywiście, chciał jej podziękować za przyznanie córce pierwszej nagrody, ale 
to nie miało nic wspólnego z nagłym podnieceniem, jakie poczuł na jej widok. 

– Dzień dobry – powiedziała Caroline z uśmiechem. Miała nadzieję, że nie widać po niej, 

jak   bardzo   jest   zdenerwowana.   Spojrzenie   Grogana   wytrącało   ją   z   równowagi.   Aby   się 
uspokoić, skoncentrowała uwagę na śpiącej Ruthann. Mała złożyła głowę na ramieniu ojca i 
spała jak suseł. – Widzę, że Ruthann bardzo przeżywa zwycięstwo siostry – zauważyła. 

– Nadmiar  wrażeń  – odrzekł Mitch.  Ze  zdziwieniem  stwierdził,  że mimo  trzydziestu 

ośmiu   lat   czuje   się   skrępowany   jak   nastolatek   na   pierwszej   randce.   Podczas   ceremonii 
ogłaszania wyników na zmianę zajmował się uspokajaniem Janis i obserwowaniem stojącej 
na podium doktor Hunter. Usiłował wyobrazić sobie jej nogi, ukryte pod długą spódnicą i 
doszedł do wniosku, że pewnie są równie rewelacyjne jak cała reszta. Teraz czuł się z tego 
powodu nieco zakłopotany. 

–   Hm...   To   mój   ojciec,   Mitchell   Grogan,   a   to   mój   syn,   Sam   –   dopełnił   niezbędnej 

prezentacji. 

–   Bardzo   mi   miło   was   poznać   –   powiedziała   kobieta,   podając   rękę   dziadkowi   i 

uśmiechając się z rezerwą do Sama. – Pewnie wszyscy jesteście bardzo dumni z Janis. 

background image

– O, tak – dziadek uśmiechnął się od ucha do ucha. – Ta dziewczyna  potrafi ciężko 

pracować i jest bardzo inteligenta, może nawet aż za bardzo. 

– Nie jest łatwo być innym niż wszyscy – Caroline kiwnęła głową ze zrozumieniem. 
Mówiąc to, patrzyła na Mitcha, który od razu zrozumiał, że doktor Hunter mówi to na 

podstawie własnych doświadczeń. Gdy była nastolatką, z pewnością, podobnie jak jego córka, 
górowała nad swoimi  koleżankami  inteligencją  i wiedzą. Z tego powodu Janis była  dość 
samotna. Ciekawe, czy to samo przeżyła w młodości Caroline?

–  Cieszę  się,  że   zechciałaś   tu  przyjść.   Janis  chciała  podziękować  tobie  i  pozostałym 

sędziom. 

– Nie musi wcale dziękować, w pełni zasłużyła na zwycięstwo... – Caroline urwała z 

wahaniem. Wprawdzie przyszła tu w ściśle określonym celu, ale nie była całkiem pewna, czy 
słusznie robi. – Poruczniku Grogan... 

– Mów mi Mitch – przypomniał jej. 
Pod   wpływem   jego   uśmiechu   Caroline   pomyślała,   że   wolałaby,   aby   ich   znajomość 

pozostała nieco bardziej formalna, nie chciała jednak być nieuprzejma. 

–   Jeśli   po   rozejściu   się   widzów   ty   i   Janis   będziecie   mieli   jeszcze   chwilę   czasu, 

chciałabym z wami porozmawiać. 

– Oczywiście – zgodził  się, ale spojrzał na nią ze zdziwieniem. – Mam nadzieję, że 

wszystko jest w porządku, że nie ma żadnego błędu w ocenie albo... 

– Nie, ależ skąd! Wszyscy trzej sędziowie byli jednomyślni. To nadzwyczajna praca. 
–   Nie   rozumiem   –   wtrącił   kłótliwym   tonem   jakiś   obcy   mężczyzna.   Stał   tuż   obok   i 

widocznie usłyszał słowa Caroline. – Co jest takiego nadzwyczajnego w tym robocie?

Mitch spojrzał na Janis. Niestety, usłyszała te słowa i od razu z jej twarzy znikł wyraz 

radości. Grogan miał ochotę dać nieznajomemu krytykowi zdrowo w łeb. Jak mógł być tak 
niewrażliwy na uczucia dziecka?!

–   Ależ,   proszę   pana,   nie   ma   pan   racji   –   zaprotestowała   Caroline.   Zauważyła,   jak 

zareagowała Janis na słowa krytyki, i zrozumiała, że dziewczyna nie jest w stanie obronić się 
sama. – IVAR to coś więcej niż mechaniczny robot. 

– Niby dlaczego? – nieznajomy nie zamierzał zrezygnować. – U nas w pracy są roboty, 

które potrafią znacznie więcej niż to urządzenie. 

–   Czy   reagują   na   ustne   polecenia?   –   spytała   Caroline.   –   Czy   potrafią   same   podjąć 

decyzję? IVAR potrafi. 

– Jakie decyzje? Przecież tylko wybiera różne klocki. Też coś. 
Przez tłum przeszedł pomruk, ale Caroline nie wiedziała, czy to oznaka poparcia dla niej, 

czy   dla   tego   mężczyzny.   Czuła   natomiast,   że   Mitch   Grogan   jest   coraz   bardziej 
zdenerwowany. Gdy zauważyła, że podał Ruthann dziadkowi, zaczęła się obawiać, że zaraz 
włączy się do dyskusji, i to z pięściami. Sama nie znosiła przemocy, jednak dobrze rozumiała, 
dlaczego   Mitch   ma   ochotę   walnąć   tego   chama.   No,   ale   z   pewnością   można   to   inaczej 
załatwić, pomyślała. 

– Czy mogę dołączyć do ciebie, Janis? – spytała, przeciskając się przez tłum w kierunku 

stolika. – Razem pokażemy temu dżentelmenowi, dlaczego IVAR jest taką rewelacją. 

background image

–   Oczywiście,   proszę   pani.   –   W   oczach   dziewczyny   pojawił   się   błysk   radości   i 

wdzięczności. Usunęła się na bok, robiąc miejsce dla Caroline. 

– Czy mógłby pan powiedzieć, co pan widzi na stole? – spytała Caroline nieznajomego. 
– Jak już powiedziałem, kilka dziecinnych klocków. 
– Czy mógłby pan określić je dokładniej? – nalegała. Podniosła ze stołu żółtą piramidę. 

Obok śmiesznego pudełka na kółkach, które Janis nazwała IVAR, stało jeszcze pięć innych 
klocków. – Co to takiego?

– To piramida – odpowiedział mężczyzna. 
– A to? – ciągnęła Caroline, podnosząc następny klocek. 
– Walec. 
– W jaki sposób odróżnił pan walec od piramidy? Mężczyzna spojrzał na nią tak, jakby 

miał do czynienia z piramidalną idiotką. 

– Walec jest okrągły, a piramida trójkątna. 
– A to? – Caroline odłożyła piramidę i wzięła ze stołu małą kulę. – Przecież to też jest 

okrągłe?

– Tak... – mężczyzna powoli zaczynał się denerwować. 
– W jaki sposób odróżnia pan zatem okrągły walec od okrągłej kuli?
– Walec jest... podłużny, a kula... kulista – niechętnie odpowiedział nieznajomy. – Do 

licha, każdy wie, czym się różni walec od kuli. 

– Jak można je odróżnić?
Mężczyzna kręcił się niecierpliwie. Mitch nie potrafił ukryć uśmiechu. Nie był pewien, 

dokąd zmierza Caroline, ale nie wątpił, że korzystając ze swej ostrej jak brzytwa inteligencji, 
pokaże temu nadętemu balonowi, gdzie jego miejsce. Tamten też już to przeczuwał i zaczynał 
się denerwować. 

– Nie wiem, jak je odróżniamy – parsknął gniewnie. 
– Jest jednak faktem, że jakoś to potrafimy. 
Caroline uniosła do góry cylinder i zwróciła się do tłumu. 
–   Być   może   rozróżniamy   te   bryły,   bo   typowa   butelka   na   mleko   ma   właśnie   kształt 

cylindra – powiedziała uroczyście. 

– Od pierwszych dni życia mamy do czynienia z tą bryłą. Później, w miarę nauki języka, 

poznajemy jej nazwę, podobnie jak dowiadujemy się, co to kula i piramida, i wszystkie inne 
bryły, jakie tu widzimy. 

– No właśnie – wtrącił mężczyzna, tak jakby to on powiedział. 
– Jest to sprawa mechanizmu postrzegania obrazów – ciągnęła dalej Caroline. – Oczy 

przekazują   do   mózgu   odpowiednie   sygnały,   a   mózg   przetwarza   uzyskane   informacje   i 
decyduje,   czy   widzimy   walec,   czy   kulę.   To   wydaje   się   łatwe   i   proste,   ale   proszę   sobie 
wyobrazić, że mamy nauczyć zwykłe pudło, pozbawione oczu, uszu, mózgu, doświadczenia, 
jak rozpoznawać różne bryły. 

Odstawiła klocki na miejsce i położyła dłoń na komputerze Janis. 
– Jak sprawić, aby pudło potrafiło odróżnić walec od kuli? W rzeczy samej, jak można 

nauczyć dowolne urządzenie, co to jest walec i co to jest kula? Komputer nie ma żadnego 

background image

zewnętrznego układu odniesienia. Można go ustawić na kółkach i wyposażyć w mechaniczne 
ramię, ale jak można sprawić, aby widział i słyszał? Jak nauczyć go znaczenia słów, które dla 
nas jest oczywiste?

Caroline przerwała na chwilę i rozejrzała się wokół. 
– Panie i panowie, to właśnie zrobiła Janis Grogan. Sprawiła, że pudełko na kółkach 

widzi, słyszy, rozumie, wykonuje polecenia i, co najważniejsze, potrafi się uczyć. IVAR nie 
działa automatycznie, ale interpretuje rozkazy i podejmuje decyzje. 

Żeby podkreślić znaczenie tego, co powiedziała, Caroline poleciła dziewczynie ponownie 

zademonstrować  umiejętności  IVAR-a. Janis  poleciła  mu,  aby odnalazł  cylinder.  Pudło  z 
głośnym   chrzęstem   ruszyło   w   kierunku   odpowiedniego   klocka,   podniosło   go   ze   stołu   i 
umieściło   w   środku   wyznaczonego   okręgu.   Caroline   gestem   nakazała   Janis,   aby   ta 
kontynuowała. Dziewczyna wydała kilka komend: odłóż cylinder, znajdź piramidę i sześcian. 
Następnie Caroline poprzekładała klocki w inne miejsca i Janis wydała maszynie takie same 
polecenia. Niewielki robot poruszał się niezbyt sprawnie, ale bezbłędnie wykonywał rozkazy. 

To jednak nie wywarło na widzach wielkiego wrażenia. Potrafili dostrzec tylko niezdarną 

maszynę,   odnajdującą   klocki.   Najwyraźniej   widzieli   w   życiu   zbyt   wiele   filmów 
fantastycznonaukowych i przyzwyczaili się do komputerów, udających ludzi. W porównaniu 
z takimi maszynami IVAR wydawał się bardzo prymitywny. 

Natomiast Caroline znała komputery nie z filmów, lecz z własnej praktyki naukowej. 

Dobrze   wiedziała,   że  w   rzeczywistości  nie   istnieją  maszyny   dorównujące   IVAR-owi  –  z 
jednym wyjątkiem, bardzo bliskim jej sercu. 

– Pozwólcie państwo, że wyjaśnię, o co tu naprawdę chodzi – powiedziała, starając się 

zachować   cierpliwość.   Na   szczęście,   już   wiele   razy   przedtem   tłumaczyła   laikom,   czego 
właściwie dotyczą jej badania. – IVAR może wydawać się nadzwyczaj prostym urządzeniem, 
ale niech państwo mi uwierzą, że znam wielu uczonych z całego świata, którzy na darmo 
próbowali osiągnąć to co Janis, a ona przecież jest jeszcze uczennicą. 

Tym   razem   z   tłumu   dobiegł   ją   pomruk   aprobaty.   Caroline   rozejrzała   się   wokół   i 

zauważyła   dumny   uśmiech   na   twarzy   Grogana.   Bardzo   dobrze,   pomyślała.   Janis   to 
nadzwyczajna dziewczyna i jej ojciec powinien być z niej dumny. 

–   Proszę   pana   –   teraz   zwróciła   się   bezpośrednio   do   mężczyzny,   który   sprowokował 

incydent – znane panu roboty przemysłowe to automaty, wykonujące ścisłe instrukcje. Robią 
dokładnie to, co mają nakazane, ich ruchy są ściśle określone przez ustalony zbiór komend. 
Przesuwają się o dziesięć centymetrów w lewo i sześć milimetrów do przodu, bo tak jest 
przewidziane w programie, napisanym przez człowieka. Są całkowicie uzależnione od tego 
programu i nie potrafią same podjąć żadnej decyzji. Natomiast IVAR potrafi i właśnie dlatego 
Janis wygrała konkurs. 

Rozległy   się   spontaniczne   oklaski.   Słysząc   aplauz,   dziewczyna   uśmiechnęła   się 

promiennie.  Mitch zauważył,  że gdy Caroline  przyłączyła  się do owacji, w oczach córki 
pojawiły się łzy szczęścia. Pomyślał, że nigdy w życiu nie zapomni tej chwili. Czy mogło ją 
spotkać większe szczęście niż pochwała ze strony osoby, którą uwielbiała? Nie był pewien, 
czy doktor Hunter zdecydowała się zabrać głos w obronie Janis, czy też chciała bronić decyzji 

background image

sędziów, ale to nie miało dla niego znaczenia. Efekt był taki sam, niezależnie od motywu. 
Mitch miał ochotę ucałować Caroline w podzięce za ten niezwykły dar. 

Gdy wreszcie tłum się rozszedł, Janis już odzyskała panowanie nad własnymi uczuciami, 

ale była zbyt onieśmielona, aby porozmawiać ze słynną uczoną, która wystąpiła w jej obronie. 
Mitch dobrze ją rozumiał, bo sam również nie był pewien, co powiedzieć. 

– Jestem pani głęboko zobowiązany – rzekł, podchodząc do stolika. 
– Tak bardzo pani dziękuję – dodała Janis. 
– Musiałam ci pomóc – uśmiechnęła się Caroline. – Sama nie mogłaś tego wszystkiego 

powiedzieć, bo wyszłabyś na samochwałę. Ktoś musiał cię zastąpić. 

– Dziękuję pani – powtórzyła cicho Janis, mocno się czerwieniąc. 
– Wie pan, poruczniku, wcale nie przesadzałam mówiąc, że wielu ekspertów usiłowało 

zrobić to, czego dokonała Janis – Caroline zwróciła się do Mitcha. Uznała, że pora załatwić 
to, po co tu przyszła. – Myślę, że mój zespół z MediaTech z radością skorzystałby z okazji, 
aby porozmawiać z Janis i zbadać IVAR-a. 

– Naprawdę? – zdziwił się Grogan. Wiedział, że IVAR jest rewelacyjnym urządzeniem, 

ale nie sądził, że może zainteresować najwyższej klasy specjalistów. 

– Jeśli tylko Janis się zgodzi – odrzekła Caroline, potakując głową. 
– Bardzo bym chciała – wyjąkała Janis, jeszcze bardziej zdumiona niż jej ojciec. 
–   Doskonale.   Chciałabym,   abyś   przywiozła   IVAR-a   do   naszego   laboratorium. 

Zorganizuję ci spotkanie z zespołem robotyków – zapowiedziała Caroline. – Jeśli zechcesz, 
oprowadzę   cię   po   laboratorium   i   pokażę   mój   najnowszy   komputer   –   dodała   po   chwili 
namysłu. 

Janis otworzyła szeroko usta, po czym gwałtownie je zamknęła. 
– Naprawdę? – wykrztusiła po chwili. – Będę mogła zobaczyć komputer OHARA?
–   Jeśli   tylko   zechcesz   –   zapewniła   ją   doktor   Hunter.   Wyraz   twarzy   dziewczyny   nie 

pozostawiał żadnych wątpliwości co do jej życzeń. Caroline była zadowolona, że wysunęła tę 
propozycję. 

– Kiedy?
– Kiedy tylko będzie ci wygodnie. 
– Jutro, tatusiu? – Janis spojrzała na ojca. – Czy możesz mnie jutro po szkole podwieźć 

do MediaTech? Bardzo proszę. Jutro masz przecież wolny dzień. 

– Oczywiście, Aniołku – odpowiedział Mitch. Nie mógł odmówić córce, która wyglądała 

tak, jakby jej życie zależało od spełnienia tej prośby. Zresztą, wcale nie chciał odmawiać. 
Wiedział, że to doświadczenie może mieć dla Janis ogromną wagę. – Możemy tam pojechać 
na czwartą, oczywiście jeśli to odpowiada doktor Hunter. 

Caroline kiwnęła głową na znak zgody. 
– Bardzo dobrze. Uprzedzę strażników o waszej wizycie i powiem szefowi zespołu, aby 

przygotowali się na spotkanie. 

–   Biorąc   pod   uwagę,   w   jakich   okolicznościach   się   poznaliśmy,   jest   pani   niezwykle 

uprzejma – zauważył Mitch i uśmiechnął się do niej. 

– Och, proszę już o tym nie myśleć. To była najbardziej podniecająca przygoda, jaką 

background image

przeżyłam od wielu lat. – Caroline z trudem oderwała spojrzenie od jego niebieskich oczu. 

– Janis, raz jeszcze ci gratuluję – dodała. – Do jutra. 
– Mam nadzieję, że jutro się zobaczymy – powiedział Mitch, wyciągając do niej dłoń. 
– Zapewne, poruczniku. – Caroline chwilę się wahała, czy podać mu rękę. Pamiętała, co 

czuła,   gdy   dotknęła   go   poprzednim   razem.   Teraz   było   dokładnie   tak   samo.   Caroline 
zapomniała o swym zawodowym spokoju w chwili, gdy najbardziej go potrzebowała. 

– Wydawało mi się, że zgodziłaś się mówić mi po imieniu – zauważył Mitch. 
–   Do   jutra...   Mitch   –   powiedziała   drżącym   głosem   Caroline.   Nie   mogła   zrozumieć, 

dlaczego   w   ustach   Grogan   takie   proste   zdanie   nieoczekiwanie   zabrzmiało   niezwykle 
podniecająco. Szybko pożegnała się z resztą rodziny i uciekła. Wkrótce zginęła w tłumie, 
kłębiącym się przy wyjściu. 

– Prawdziwa dama – stwierdził senior, odprowadzając ją wzrokiem. 
– Aha – zgodził się Mitch. Był tak zajęty obserwowaniem Caroline, że nie zauważył 

badawczego spojrzenia, jakim obrzucił go ojciec. 

– Rekomendacja od kogoś takiego jak ona z pewnością wywarłaby wrażenie na komisji 

rekrutacyjnej każdego uniwersytetu, nie sądzisz? – ciągnął starszy pan. 

– Z pewnością – przytaknął Mitch z roztargnieniem. 
– Wydaje mi się, że choćby z tego powodu Janis powinna odwiedzić MediaTech. 
Mitch tylko kiwnął głową. 
– Jeśli jesteś zajęty, z przyjemnością ją tam zawiozę – zaproponował dziadek. 
– Och, nie, tato – Mitch nagle oprzytomniał. – Bardzo ci dziękuję, ale sam to załatwię. 
– Nie wątpię – zachichotał dziadek. 
Mitch spojrzał na ojca. W jego oczach zauważył figlarne błyski. Zawsze potrafił odczytać 

jego myśli. 

– Doktor Hunter może pomóc Janis – usprawiedliwił się pośpiesznie. 
– Oczywiście, synu – ojciec poklepał go po ramieniu. – Wiem, że dla dzieci gotów jesteś 

na wszystko. 

Miał rację. Mitch zawsze był gotów zrobić wszystko dla dobra dzieci. Od czterech lat 

poświęcał im każdą wolną chwilę. Teraz jednak, wpatrując się w oddalającą się sylwetkę 
Caroline, Mitch pomyślał, że pora już, by pomyślał również o sobie. 

Wyglądało na to, że jutro będzie miał najlepszy od wielu lat wolny dzień. 
Dzieciństwo Caroline z pewnością odbiegało od wszelkich schematów. Jej rodzice byli 

światowej sławy genetykami i żadne z nich nie miało czasu, aby zajmować się córką. Swe 
rodzicielskie obowiązki spełniali, wynajmując prywatnych nauczycieli, którzy mieli troszczyć 
się o edukację dziecka. Caroline nie miała wyjścia, musiała przyzwyczaić się do samotności i 
stać samowystarczalną emocjonalnie. 

Rodzice   oczekiwali   od   niej,   że   zrobi   karierę,   ale   pozostawili   jej   wybór   dziedziny   – 

oczywiście pod warunkiem, że zdecyduje się na karierę naukową. Starali się nie dopuścić, aby 
poznała działalność artystyczną; potępiali również sport, z wyjątkiem codziennej gimnastyki 
szwedzkiej, którą uważali za konieczną do zachowania zdrowia i zdolności jasnego myślenia. 

Mówiąc w skrócie, Caroline miała zajmować się tylko sprawami poważnymi i niczym 

background image

groźnej zarazy unikać rzeczy lekkich i wesołych. 

Na szczęście, dwa czynniki pomogły jej przetrwać ten ponury okres życia. Po pierwsze, 

była bardzo inteligentna i koniecznie chciała zrozumieć, jak działa otaczający ją świat. Po 
drugie,   prócz   rodziców   w   jej   życiu   istniała   jeszcze   ciocia   Liddy,   czyli   Lydia   Tomlinson 
McMartin Birch Geary Van-Horn. 

–   Z   każdym   dniem   moje   nazwisko   coraz   bardziej   przypomina   szyld   kancelarii 

adwokackiej  – śmiała  się ciotka, dodając do swojego nazwisko kolejnego męża.  Zdążyła 
wyjść  za mąż  czterokrotnie,  a prócz  tego bezwstydnie  chełpiła  się „propozycjami”,  jakie 
składali jej liczni zalotnicy. 

Matka   Caroline,   doktor   Justine   Tomlinson-Hunter,   uważała   swoją   siostrę   za 

przedstawicielkę   bohemy,   ale   Caroline   uwielbiała   pełną   życia   ciotkę.   Zawdzięczała   jej 
wszystkie pogodne chwile swojego dzieciństwa. Nigdy nie wiedziała, kiedy ciotka ponownie 
pojawi się w mieście i porwie ją na jakąś wyprawę. 

Oczywiście, zawsze protestowała, twierdząc, że musi się uczyć i rodzice byliby wściekli, 

gdyby dowiedzieli się o wszystkim. W rzeczywistości uwielbiała kapryśną ciotkę i głęboko 
przeżyła jej śmierć siedem lat temu, Z jakiegoś dziwnego powodu, nazajutrz po konkursie 
Caroline nie mogła przestać myśleć o Liddy. Miała wrażenie, że ciotka stoi tuż obok i szepcze 
jej do ucha jakieś rady. 

Pierwszy raz zdarzyło się to, gdy ubierała się do pracy. 
– Tylko nie to, słoneczko! – wykrzyknęła ciotka, gdy Caroline wyciągnęła z szafy długą 

brązową spódnicę i takiż żakiet. – Na litość boską, włóż coś weselszego! Jesteś zbyt ładna, by 
nosić takie żałobne kolory. Śmielej! Pokaż, że masz fantazję. 

Caroline przygryzła wargi i wyciągnęła z szuflady czerwoną jedwabną chustkę. 
– Tylko na to cię stać? – Liddy parsknęła śmiechem. – Czy niczego cię nie nauczyłam, 

kochanie?

Wrażenie, że ciotka dotrzymuje jej towarzystwa, było tak silne, że Caroline posłusznie 

odłożyła   brązowy   kostium   do   szafy   i   wyciągnęła   z   niej   biało-granatowy   żakiet   i   krótką 
granatową spódniczkę. Kupiła je ostatnim razem,  gdy ciotce Liddy przyszło do głowy ją 
odwiedzić. 

Zgodnie ze standardami ciotki, ten strój był wciąż szalenie konserwatywny, ale Caroline 

musiała pamiętać, że idzie do pracy, a nie na zabawę. Umalowała lekko twarz, używając do 
tego znacznie mniej kosmetyków, niż zalecała jej przed laty ciotka, i ułożyła lokówką swoje 
krótkie   włosy.   Wybrała   wygodne   buty   na   niskim   obcasie,   wsadziła   do   kieszeni   żakietu 
czerwoną chusteczkę i uznała, że jest gotowa do wyjścia. 

Przez cały ranek starannie unikała rozmyślań, dlaczego właśnie teraz uaktywniła się ta 

część jej osobowości, która pozostawała pod wpływem Liddy, ale w głębi ducha wiedziała, że 
ma to coś wspólnego z gośćmi, mającymi ją odwiedzić po południu. 

Caroline zupełnie nie potrafiła zrozumieć wrażenia, jakie wywarł na niej Mitch Grogan. 

Tej   nocy   przez   kilka   godzin   rozważała   tę   kwestię   i   powinna   była   znaleźć   logiczne 
wytłumaczenie, a jednak wciąż nie mogła tego pojąć. Nigdy nie pociągali jej mężczyźni, 
którzy   zwracali   na   siebie   uwagę   raczej   muskulaturą   niż   inteligencją,   ale   tym   razem 

background image

zaintrygowała ją sprzeczność między czułością, z jaką Mitch zajmował się dziećmi, a jego 
grubo ciosaną postacią. 

Oczywiście,   fakt,   że   najwyraźniej   ona   też   mu   się   spodobała,   nie   miał   dla   Caroline 

żadnego   znaczenia.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   taki   niebieskooki,   potężnie   zbudowany 
blondyn   jest  przyzwyczajony  do łatwych  podbojów. Sama  czuła   się zakłopotana   tym,   że 
zwyczajny   uścisk   dłoni   i   wymowne   spojrzenie   wystarczyły,   aby   straciła   wewnętrzną 
równowagę. Mitch był najprawdopodobniej równie zarozumiały, co przystojny, a na dodatek 
wychowywał   trójkę   dzieci.   Caroline   nie   miała   najmniejszej   ochoty   gmatwać   sobie   życia 
skomplikowanymi związkami uczuciowymi, przeto uznała, że najprościej będzie, jeśli o nim 
zapomni. 

To jednak okazało się trudnym zadaniem. W dodatku po nieprzespanej nocy nie mogła 

skupić się na pracy. 

Sytuacji wcale nie ułatwiał strój, jaki włożyła do biura. Wszyscy – od sprzątaczki do 

Boba Stafforda – zauważyli zmianę w jej wyglądzie i, oczywiście, nie mogli powstrzymać się 
od komentarzy. 

Bob, z pewnością nie należący do ludzi szczególnie spostrzegawczych, spytał tylko, czy 

może zmieniła uczesanie. Inni komentowali również krótką spódnicę i cały ubiór, a Tom 
Beecroft pozwolił sobie nawet na uwagę, dotyczącą jej anatomii. 

– Mój Boże, doktor Hunter, ma pani świetne nogi! – wykrzyknął, gdy spotkali się w 

korytarzu. Caroline zaczerwieniła się ze złości. 

W końcu miała tego zupełnie dość i nałożyła długi, biały kitel, jaki zazwyczaj nosiła 

tylko w pilnie strzeżonym laboratorium. To położyło kres komentarzom i Caroline mogła w 
końcu   zabrać   się   do   roboty,   nie   mając   wrażenia,   że   wszyscy   się   na   nią   gapią.   Praca 
pochłonęła ją tak bardzo, że nawet nie zauważyła, kiedy minął dzień, aż wreszcie o czwartej 
zadzwonił strażnik z dołu z informacją, że w holu czekają Janis i Mitch Grogan. 

Caroline pośpiesznie zeszła po schodach, po drodze przekonując się usilnie, że wcale nie 

jest zdenerwowana. Zatrzymała się na półpiętrze i starannie zapięła wszystkie guziki fartucha. 
Ciotka Liddy wyśmiała ją wprawdzie, ale Caroline uznała, że nie ma ochoty podsycać pychy 
Grogana, dając mu do zrozumienia, że zmieniła swój wygląd z jego powodu. Nie przyszło jej 
do głowy, iż ten problem jest zupełnie nieistotny, ponieważ Grogan nie mógł wiedzieć, w jaki 
sposób zwykle ubierała się do pracy, ciotka Liddy zaś również nie myślała w tak logiczny 
sposób. 

Grogan był ubrany podobnie jak poprzedniego dnia, to znaczy miał na sobie sportową 

marynarkę i dżinsy, ale tym razem nałożył  również krawat. Mimo to wyglądał raczej jak 
nauczyciel  wychowania  fizycznego,  niż  porucznik  policji.  Gdy Caroline  weszła  do hallu, 
Mitch rozmawiał właśnie z Edem Newtonem, szefem ochrony w MediaTech. Janis stała tuż 
obok; wydawała się równie przejęta, co zdenerwowana. 

Caroline dobrze znała to uczucie. 
– Cześć, Janis. Cześć, Mitch! – przywitała ich z przyjaznym uśmiechem, co wcale nie 

przyszło jej łatwo. Na wszelki wypadek schowała ręce w kieszeniach fartucha. Nie miała 
ochoty podać Groganowi ręki, bała się, że znów podziała to na nią tak samo jak poprzedniego 

background image

dnia. 

Ojciec i córka odwrócili się w jej stronę. 
– Dzień dobry, doktor Hunter – powitali ją chórem. Mitch uśmiechnął się dokładnie tak, 

jak to Caroline zapamiętała. 

– Dzień dobry, pani doktor – wtrącił Ed. 
–   Mam   nadzieję,   że   wpuściłeś   naszych   gości   bez   żadnych   kłopotów   –   powiedziała 

Caroline   do   ochroniarza.   Wolała   patrzyć   na   niego,   niż   ryzykować   kontakt   wzrokowy   z 
Mitchem. Chwilowo nie chciała widzieć jego niebieskich oczu. – Płacimy mu za to, żeby był 
podejrzliwy – dodała, zwracając się do gości. 

– Och, z ich  strony nic nam nie grozi – odrzekł  Newton. – Wątpię,  czy ktokolwiek 

podejrzewałby szefa działu przestępstw komputerowych miejscowej komendy o szpiegostwo 
przemysłowe. 

– Jesteś gliniarzem od komputerów? – Caroline spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

Była   tak   zaskoczona,   że   nie   potrafiła   tego   ukryć.   Mitch   parsknął   śmiechem   i   kobieta 
poczerwieniała.   –   Bardzo   przepraszam,   nie   chciałam   tego   powiedzieć.   Po   prostu,   nie 
wyglądasz... To znaczy... 

– Wszystko w porządku – wybawił ją z niezręcznej sytuacji. – Wiem, że wyglądam tak, 

jakbym   w   rzeczywistości   zajmował   się   walką   z   handlarzami   narkotyków   w   ciemnych 
uliczkach miasta. To tylko po raz kolejny dowodzi, że pozory mogą być zwodnicze. 

To bardzo łagodne określenie, pomyślała Caroline. Wiedziała, że zrobiła z siebie idiotkę. 
– Przypuszczam zatem, że musisz nieźle znać się na komputerach – zauważyła. 
– Przestępstwo jest przestępstwem, bez względu na to, czy jest to kradzież diamentowej 

tiary, czy też obwodu scalonego – powiedział Mitch, wzruszając ramionami. 

–   Wobec   tego   ta   wycieczka   powinna   cię   zainteresować   –   stwierdziła,   odzyskując 

wewnętrzną równowagę. Zerknęła na dwie paczki, stojące na podłodze. – Czy to IVAR?

– Tak, proszę pani – szepnęła Janis. 
– Ed, poproś kogoś, żeby to zaniósł do zespołu robotyków, dobrze? Tylko powiedz mu, 

żeby uważał, bo to cenny i delikatny ładunek. 

– Sam się tym zajmę – obiecał Ed. 
– Doskonale! – Caroline zwróciła się do swych gości. 
– Zaczynamy?
– Tak, bardzo proszę – odpowiedziała jej Janis. 
Mitch pożegnał Eda skinieniem głowy i ruszył w ślad za Caroline i córką. 
– Przypuszczam, że ty i Newton dawno się znacie – powiedziała Caroline. 
– Tak, poznaliśmy się rok temu – przyznał Mitch. – Ed chodził na moje wykłady na temat 

środków   bezpieczeństwa   i   walki   ze   szpiegostwem   przemysłowym.   Prócz   tego   staram   się 
wiedzieć, kto jest kim w moim okręgu. Interesują mnie dobre i złe duchy tej okolicy. 

Szedł tuż obok niej. Caroline z pewnym zdziwieniem stwierdziła, że nie jest wiele od niej 

wyższy. Przytłaczał ją tylko potężną budową ciała, nie wzrostem. 

– Czy mógłbyś mnie ostrzec przed złymi? A może już wszystkie wyłapałeś i wsadziłeś za 

kratki?

background image

– Chciałbym, ale to niemożliwe – zaśmiał się Mitch. 
–   Wielu   ludzi   chciałoby   się   szybko   wzbogacić.   Czasami   mam   wrażenie,   że   każdego 

złapanego złodzieja zastępują dwaj nowi. 

– Złodzieja lub złodziejkę – poprawiła go wesoło. 
–   Oczywiście   –   przyznał   Grogan.   –   Może   mi   pani   wierzyć,   że   mój   wydział   dba   o 

równouprawnienie kobiet. 

– Czemu nie mówisz mi po imieniu? Janis, ty też mów do mnie „Caroline”. 
–   Dobrze,   Caroline   –   odrzekła   nieśmiało   dziewczyna.   Skręcili   w   boczny   korytarz   i 

rozpoczęli zwiedzanie laboratorium. 

– Obawiam się, że wielu rzeczy nie będę mogła wam pokazać – uprzedziła ich Caroline. – 

MediaTech wykonuje dużo prac na zlecenie rządu, począwszy od sieci komunikacyjnych, na 
satelitach meteorologicznych kończąc. Te badania są ściśle tajne. Wprawdzie zimna wojna 
już się skończyła, ale rząd w dalszym ciągu maniakalnie dba o tajemnicę. 

– MediaTech specjalizuje się w badaniach nad światłowodami, prawda? – spytała Janis. 
– Tak. Odkryliśmy, że można je wykorzystać w dużo bardziej wyrafinowany sposób niż 

tylko jako kable do łączności telefonicznej. 

– Na przykład w projekcie OHARA?
– Właśnie – Caroline spojrzała na nią z uznaniem. Janis zaimponowała jej swoją wiedzą. 

– Komputer OHARA jest zbudowany z obwodów optycznych, a nie elektrycznych. Dzięki 
temu   jest   szybszy   i   wydajniejszy   niż   zwykłe   komputery.   W   ten   sposób   można   również 
zbudować praktycznie nie skończoną pamięć. 

– Czy będę mogła go zobaczyć? – spytała z nadzieją w głosie Janis. 
–  Oczywiście.   Pokażę  ci  go  po spotkaniu  z  grupą  robotyków  –  obiecała   Caroline.  – 

Opowiedziałam im o twoim robocie. Zapewne zasypią cię gradem pytań. Prawdopodobnie 
będziesz musiała ich bić po łapach, żeby nie rozmontowali go na kawałki. 

– Przyniosłam wszystkie plany. 
– Doskonale. 
– Ale, proszę pani... 
– O co chodzi, Janis? – Caroline dosłyszała w jej głosie strach i niepewność. 
– Czy ich naprawdę może zainteresować to, co mam do powiedzenia?
– Oczywiście – zapewniła. – Gdyby tak nie było, nie zaprosiłabym cię tutaj. Chodźmy już 

na górę; musisz udzielić lekcji moim ekspertom. 

background image

4

Już po kilkunastu minutach Janis zupełnie zapomniała o strachu i niepewności. Eksperci z 

MediaTech początkowo odnosili się do niej dość sceptycznie, ale wkrótce całkowicie zmienili 
swe nastawienie. Ich pytania stały się tak skomplikowane, że Mitch nie rozumiał ani słowa, 
co jednak niewiele go obchodziło. Janis bez trudu odpowiadała na wszystkie i to było dla 
niego   najważniejsze.   Uczestnicy   spotkania   jak   gdyby   zapomnieli,   że   Janis   ma   dopiero 
piętnaście, lat i traktowali ją jak koleżankę. 

Mitch patrzył na córkę, czując w sercu mieszaninę dumy i smutku. Myślał o tym, jak 

szybko   mijają   lata.   Zdał   sobie   sprawę,   że   już   wkrótce   Janis   wyjedzie   na   studia,   zacznie 
karierę i nie będzie więcej potrzebować ojca. 

Chcąc zapomnieć o przygnębiających myślach, skupił uwagę na Caroline Hunter, która 

była teraz w swoim żywiole. W jej zachowaniu nie było ani śladu nerwowości i wahania, 
jakie Mitch zauważył poprzedniego dnia. Była czarująca, choć jednocześnie zachowywała 
pewien dystans, co wydawało mu się szczególnie pociągające. W jej ruchach i uśmiechu kryła 
się naturalna, zapewne nieuświadomiona, zmysłowość. 

Mitch bardzo ją polubił, czemu właściwie nie należało się dziwić. Caroline postarała się, 

żeby zorganizować Janis taką wizytę w MediaTech, że dziewczyna nigdy jej nie zapomni. Już 
to całkowicie wystarczało, aby Mitch był do niej przyjaźnie nastawiony, a poza tym widok 
Caroline sprawiał, że czuł we krwi zwiększoną dawkę adrenaliny. 

Pomyślał, że doktor Hunter z pewnością spodobałaby mu się jeszcze bardziej, gdyby 

zdjęła ten cholerny kitel. Dotychczas nie miał okazji sprawdzić, czy ma tak zgrabne nogi, jak 
przypuszczał. 

W pewnym momencie szepnęła coś do siedzącego obok niej mężczyzny, po czym wstała 

i skierowała się w stronę Mitcha. Na widok jej uśmiechu policjant niemal zapomniał, że ma 
już prawie czterdzieści lat i troje dzieci. 

– Jak ci się podoba spotkanie? – spytała szeptem Caroline. 
– Bardzo, ale właściwie powinnaś zapytać, co ja tu robię – odrzekł. – Od pół godziny nie 

zrozumiałem nawet jednego słowa. 

– Janis jest naprawdę bardzo inteligentna – stwierdziła. 
– Wiem, ale zawsze miło usłyszeć opinię eksperta – odpowiedział Mitch. – Pewnie masz 

już   powyżej   uszu   moich   podziękowań,   ale   chciałbym,   abyś   wiedziała,   jakie   to   dla   mnie 
ważne. Janis nigdy nie zapomni dzisiejszego dnia. 

– To ja powinnam podziękować, że zechciałeś ją przyprowadzić – odrzekła Caroline. – 

To spotkanie jest równie pożyteczne dla moich ludzi jak dla Janis. 

– Trudno mi w to uwierzyć. 
– Ale to prawda. To bardzo utalentowana dziewczyna. 
– Caroline przez chwilę wahała się, tak jakby nie mogła podjąć ostatecznej decyzji. Po 

kilku   sekundach   wskazała   na   drzwi.   –   Czy   moglibyśmy   przez   chwilę   porozmawiać   na 
osobności?

background image

– Och, oczywiście – zgodził się Mitch i spojrzał na córkę. 
– Nie martw się o nią – Caroline odczytała jego myśli. 
– Dr Brewster odprowadzi ją do mojego gabinetu, gdy tylko skończą rozmowę. 
– Dobra. – Grogan ruszył za nią, zastanawiając się, o co może jej chodzić. 
–   Mitch,   ile   lat   ma   Janis?   –   Caroline   nie   marnowała   ani   chwili.   Szli   korytarzem   w 

kierunku głównego laboratorium. 

– Piętnaście. 
– I ma IQ na poziomie jakichś stu sześćdziesięciu punktów?
–  Trafna  ocena  –  uśmiechnął   się. –  Ostatnim  razem  uzyskała  sto  sześćdziesiąt   sześć 

punktów. 

– W tym roku kończy przedostatnią klasę gimnazjum?
–   Tak   –   potwierdził   Mitch.   Nie   mógł   zrozumieć,   do   czego   kobieta   zmierza.   – 

Przeskoczyła jedną klasę. Byłaby jeszcze wyżej, ale moja żona i ja nie zgodziliśmy się na to. 

– Dlaczego? – Caroline spojrzała na niego ze zdziwieniem. – Przecież to oczywiste, że 

jest bardzo utalentowana. 

–   Postanowiliśmy,   że   lepiej   będzie,   jeśli   Janis   będzie   miała   normalne   dzieciństwo   – 

wyjaśnił Mitch. – Dzieci, które przeskakują parę klas, często mają kłopoty z dostosowaniem 
się do otoczenia. Woleliśmy, aby ona uniknęła tego losu. 

– Zapewne podjęliście mądrą decyzję – powiedziała Caroline. W jej głosie zabrzmiała 

dziwna nutka. Mitch spojrzał na nią z zaciekawieniem. 

– A jak wyglądała twoja nauka? Ile miałaś lat, gdy skończyłaś gimnazjum?
–   Nigdy   nie   ukończyłam   gimnazjum.   Moi   rodzice   nie   mieli   zaufania   do   systemu 

publicznej edukacji. Do dwunastego roku życia miałam prywatnych nauczycieli, a później 
zaczęłam studia. 

– W wieku dwunastu lat? Chyba żartujesz?
– Zapewniam cię, że mówię poważnie. – Caroline uśmiechnęła się do niego. – To zresztą 

nie było taką sensacją, jaką może ci się wydawać. Moi rodzice byli oboje profesorami Duke 
University, dzięki czemu bez przeszkód mogłam chodzić na wykłady. 

– To musiało być niezwykłe przeżycie dla dwunastoletniego dziecka. – Mitch nie potrafił 

sobie tego wyobrazić. 

– Niezwykłe przeżycie? – powtórzyła z namysłem Caroline. – Nie, nie pamiętam, abym 

tak o tym myślała. – Niewiele brakowało, a dodałaby, że czuła się tam strasznie samotna. 

Przechodzili właśnie przez główne laboratorium. Było już po piątej i niemal wszyscy 

pracownicy poszli do domu. 

–   Janis   powiedziała   mi,   że   pierwszy   doktorat   zrobiłaś,   mając   dziewiętnaście   lat   – 

zauważył Mitch. 

– To prawda – przyznała.  Uświadomiła  sobie, że mężczyzna  zaczął  ją wypytywać,  i 

poczuła się niezręcznie. – Tam jest mój gabinet – dodała, przyśpieszając kroku. 

Mitch zorientował się, że Caroline chce zmienić  temat. Być  może, nie lubi mówić o 

sobie, pomyślał. Miał nadzieję, że nie uraził jej niechcący. 

Dotarli do gabinetu. Caroline weszła pierwsza i skierowała się w stronę biurka. Mitch 

background image

rozejrzał   się   wokół.   Z   pewnym   rozczarowaniem   stwierdził,   że   gabinet   wygląda   zupełnie 
zwyczajnie.   Inaczej   wyobrażał   sobie   sanktuarium   konstruktora   najnowocześniejszych 
komputerów. Podobnie jak Janis, miał nadzieję, że zobaczy komputer OHARA, a tymczasem 
komputer na biurku wyglądał jak zwyczajny pecet. 

– Dzień dobry, Caroline – odezwała się jakaś kobieta. 
Grogan   szybko   rozejrzał   się   wokół.   Nie   lubił   takich   niespodzianek.   Długoletnie 

doświadczenie policyjne kazało mu wystrzegać się podobnych sytuacji. Natomiast Caroline 
nie wydawała się zaskoczona. 

– Dzień dobry, Scarlett – odpowiedziała spokojnie. 
– Jak widzę, masz gościa. Wydaje mi się, że jeszcze się nie poznaliśmy. 
Mitch ponownie rozejrzał się po pokoju. Prócz nich nie było w nim nikogo. Kobiecy głos 

był dość słaby, ale wydawał się zupełnie naturalny. Mitch spojrzał pytająco na Caroline, która 
z uśmiechem obserwowała jego reakcje. 

– Scarlett, poznaj, proszę, porucznika Mitchella Grogana. 
– Dzień dobry, poruczniku. Witamy w MediaTech. 
– Niech mnie diabli! – Mitch w końcu zrozumiał, że to głos komputera. – Hm... Dzień 

dobry... Scarlett. 

– Caroline, jaki poziom zaufania powinnam przypisać porucznikowi?
–  Pierwszy  –  odrzekła  Caroline.  –  Czy  mogłabyś  wyjaśnić   naszemu   gościowi,   co  to 

znaczy?

– Oczywiście – zgodził się komputer. – Panie poruczniku, pierwszy poziom zaufania 

oznacza, że ma pan prawo rozmawiać ze mną tylko na ogólne tematy i nie ma pan dostępu do 
żadnego   z   moich   podstawowych   programów.   Bez   pozwolenia   Caroline   nie   wolno   mi 
zapamiętać   żadnych   informacji   uzyskanych   od   pana.   Czy   chciałby   pan   zadać   mi   jakieś 
pytania?

– Nie, dziękuję, Scarlett – Mitch miał wrażenie, że bierze udział w jednym z odcinków 

Wojen gwiezdnych. – Nie mam pytań. 

– Czy w takim razie ja mogłabym pana o coś spytać?
A to dopiero! Mitch jeszcze nigdy nie widział komputera, zdradzającego ciekawość. To 

było zdumiewające!

– Oczywiście – odpowiedział z szerokim uśmiechem. 
– Z jakim rodzajem wojsk jest pan związany, poruczniku? Mitch zerknął na Caroline, 

która nie wydawała się jednak zmartwiona, że komputer przyjął błędne założenie. Uśmiechała 
się tak, jakby chciała powiedzieć, aby sam sobie radził. 

– Nie jestem wojskowym,  Scarlett – wyjaśnił, siadając na krześle. – Jestem oficerem 

policji. 

– Czyli że należy pan do aparatu wymiaru sprawiedliwości, prawda?
– Tak. 
– Rozumiem. – Komputer przerwał na chwilę. – Nie wiedziałam, że policja korzysta z 

takich samych stopni jak wojsko. Caroline, w moich wiadomościach jest pewna luka. Czy ten 
defekt będzie wkrótce naprawiony?

background image

– Tak, Scarlett. Niedługo otrzymasz ogólną bazę danych, zawierającą informacje na temat 

systemu sprawiedliwości. 

– Doskonale. Czy tymczasem mogę zapamiętać tę wiadomość?
– Tak. 
– Dziękuję. Czy porucznik Grogan będzie moim nauczycielem?
–   Nie   podjęliśmy   jeszcze   decyzji,   kto   stworzy   tę   bazę   danych   –   odrzekła   Caroline, 

przepraszając Mitcha wzrokiem. 

– Jeśli nie jest on pracownikiem MediaTech i nie został wynajęty jako konsultant, to co tu 

właściwie robi? Czy jest może twoim przyjacielem?

– Owszem – wtrącił Mitch, korzystając z okazji. Mówiąc to, uśmiechnął się do Caroline. 
– Czy jest może twoim chłopcem? – Scarlett jeszcze nie zaspokoiła swej ciekawości. 
– Nie! – Caroline wyprostowała się na krześle. – To nowy znajomy. 
–   Rozumiem.   Nie   przypominam   sobie,   abyś   kiedykolwiek   przyprowadziła   do   pracy 

jakiegoś przyjaciela – zauważyła Scarlett. – Miło mi poznać innego z twoich przyjaciół. 

Mitch nie mógł zrozumieć logiki komputera. 
–   Scarlett,   jeśli   dotychczas   nie   poznałaś   żadnego   przyjaciela   Caroline,   to   dlaczego 

mówisz o mnie jako o „innym” przyjacielu? – zapytał. 

– Ja również jestem jej przyjaciółką. 
– Jak zatem definiujesz określenie „przyjaciel”? – spytał Grogan. Ta rozmowa wydawała 

mu się zupełnie niewiarygodna. Spojrzał na Caroline, aby upewnić się, że nie protestuje. Na 
szczęście, wyraźnie odetchnęła, gdy tylko Scarlett zrozumiała, kim jest dla niej policjant. 

– Przyjaciel to ktoś bliski ze względu na uczucia  lub żywiony szacunek. Oznacza to 

również ulubionego kompana – wyjaśnił komputer. 

– Dziękuję, Scarlett – powiedziała Caroline. – Teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, 

chciałabym porozmawiać z porucznikiem w cztery oczy. 

– Oczywiście. Do widzenia, poruczniku. Cieszę się, że pana poznałam. 
– Ja również, Scarlett – uśmiechnął się Mitch. Lampki komputera zgasły. 
– To zdumiewające – powiedział mężczyzna, patrząc na Caroline. 
– Dziękuję. 
– Jak ci się udało stworzyć taki komputer? – spytał, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Z 

tą maszyną można rozmawiać niczym z żywym człowiekiem. Myślałem, że minie jeszcze z 
dziesięć lat, nim osiągniemy ten poziom. 

– Dziesięć lat? Nie – odrzekła Caroline. – Mamy nadzieję, że za pół roku zaczniemy 

sprzedawać ten system. No, a jak działa Scarlett... To ściśle strzeżona tajemnica. 

– W jaki sposób zauważyła, że weszliśmy do gabinetu?
– W ścianie za moim biurkiem znajduje się wideokamera i detektor podczerwieni, który 

potrafi wykryć obecność jakichś obcych obiektów nawet w zupełnych ciemnościach. 

– A skąd wiedziała, że jestem kimś obcym?
–   Po   prostu   pamięta   obrazy   wszystkich,   których   poznała.   Porównała   twój   obraz   z 

obrazami znajomych i stwierdziła, że jeszcze cię nie zna. 

–   Zdumiewające   –   powtórzył   Mitch.   –   Komputer,   rozumiejący   pojęcie   przyjaźni.   To 

background image

niewiarygodne, Caroline – urwał i po chwili zachichotał. – Scarlett O’Hara?

– Skrót OHARA pojawił się dość przypadkowo – odrzekła Caroline, lekko się rumieniąc. 

–   Oznacza   Optical   Heuristic   Algorithmic   Reasoning   Architecture,   czyli   optyczny   system 
komputerowy rozumujący zgodnie z heurystycznym algorytmem. Gdy pojawił się ten skrót, 
imię nasunęło się samo. 

–   Podoba   mi   się   –   uśmiechnął   się   Grogan.   –   Dowodzi,   że   twórca   komputera   ma 

oryginalną i romantyczną osobowość. 

Dotychczas jeszcze nikt nie określił Caroline mianem osoby romantycznej. Dodatkowo 

zaniepokoił ją fakt, że zrobił to mężczyzna, i to mężczyzna tak silnie oddziałujący na jej 
zmysły. Pomyślała, że pora przejść do rzeczy. 

– Może lepiej porozmawiajmy o Janis – zaproponowała. 
– Dobrze – zgodził się Mitch, choć poczuł się nieco rozczarowany. Bardzo podobał mu 

się rumieniec, pojawiający się na policzkach Caroline, ilekroć pozwolił sobie na choć trochę 
osobistą   uwagę.   –   Słucham,   o   co   chodzi?   Dlaczego   tak   się   o   nią   wypytywałaś   i   czemu 
chciałaś porozmawiać ze mną na osobności?

–   Podczas   dzisiejszego   spotkania   przyszedł   mi   do   głowy   pewien   pomysł.   Być   może 

podświadomie   myślałam  o  tym   już  wtedy,   gdy  zaprosiłam  was   do  MediaTech.   Uznałam 
jednak, że nim powiem o tym Janis, powinnam cię zapytać o zgodę. 

– Słucham – powiedział Mitch. 
– Już za parę tygodni zaczynają się wakacje, prawda?
– Tak. 
– W jaki sposób Janis zazwyczaj spędza lato?
– Jak wszystkie inne dzieci – odrzekł, zaskoczony. – Aha, w zeszłym roku chodziła na 

jakieś letnie kursy na uniwersytecie i chyba chce zrobić to samo tego lata. Dlaczego pytasz?

– MediaTech organizuje letnie praktyki dla studentów – wyjaśniła Caroline. – Zajmują się 

wyłącznie badaniami nie objętymi klauzulą tajności i zazwyczaj nie pracują w moim dziale. 
Gdyby  jednak Janis  chciała  popracować w moim  zespole robotyków,  mogłabym  dla niej 
zrobić wyjątek. Pracowałaby jakieś dziesięć, piętnaście godzin tygodniowo. 

– Mówisz poważnie? – wyjąkał Mitch. – To byłaby zupełnie wyjątkowa okazja. 
– Tak – kiwnęła głową Caroline. – Oczywiście, musiałabym  to uzgodnić z doktorem 

Brewsterem, który bezpośrednio kieruje tym  zespołem, ale myślę, że nie będzie miał nic 
przeciwko temu. Miał dziś okazję przekonać się, co Janis potrafi. Myślę, że byłoby to dla niej 
interesujące doświadczenie. Mogłaby dalej pracować nad IVAR-em, którego system można 
jeszcze udoskonalić. Jeśli zamierza brać udział w konkursie o stypendium Westinghouse, taka 
praktyka mogłaby jej bardzo pomóc. 

– Oczywiście – przyznał Mitch. Miał kłopoty z przyjęciem do wiadomości jej słów. – To 

fantastyczna propozycja, Caroline. 

– Jak sądzisz, czy to nie będzie dla niej zbyt poważne obciążenie? Jest wprawdzie bardzo 

dojrzała, ale ma tylko piętnaście lat... 

– Och, z pewnością sobie poradzi. Czasami myślę, że Janis urodziła się stara i poważna. 
– Dobrze ją rozumiem – stwierdziła Caroline z melancholijnym uśmiechem. 

background image

– Ktoś, kto nazwał komputer Scarlett OHARA, nie może być zbyt poważny – potrząsnął 

głową Mitch. 

Caroline wzięła z biurka długopis i nerwowo zaczęła bazgrać coś na kartce papieru. To 

miała być spokojna, rzeczowa rozmowa, a tymczasem mężczyzna pozwalał sobie na jakieś 
niepotrzebne komentarze. 

– Jak sądzisz, czy Janis będzie miała na to ochotę?
– Wpadnie w ekstazę. Z pewnością zauważyłaś, że ona cię uwielbia. 
– Co takiego? – zdziwiła się Caroline. 
– To, co powiedziałem. Od lat śledzi twoją karierę. Spotkanie z tobą było z pewnością 

największym   wydarzeniem   w   jej   życiu.   Gdy   dowie   się,   że   będzie   miała   szansę   z   tobą 
pracować, z radości wejdzie na orbitę. 

– Nie będzie pracować bezpośrednio ze mną – wyjaśniła Caroline. – To musi być całkiem 

jasne.   Jeśli   Janis   się   zgodzi,   prawdopodobnie   przydzielę   ją   do   Andrei   Norris,   asystentki 
doktora Brewstera. Andrea jest bardzo cierpliwa i sama ma dwoje dorastających dzieci, więc 
Janis   powinna   się   z   nią   łatwo   porozumieć.   Będę   regularnie   sprawdzała,   co   robi,   ale   nie 
będziemy razem pracować. 

– Wcale  nie spodziewałem  się, że będziesz  zajmować  się nią osobiście – sprostował 

Mitch.   Nie   mógł   zrozumieć,   dlaczego   Caroline   powtórzyła   to   dwukrotnie   i   czemu   nagle 
wyraźnie się spięła. – Wiem, że jesteś bardzo zajęta. 

–   Cieszę   się,   że   to   rozumiesz   –   uśmiechnęła   się   nerwowo.   Spojrzał   na   nią   z 

zaciekawieniem,   ale   nic   nie   odpowiedział.   –   Chodzi   o   to,   że   niezbyt   mi   odpowiada 
towarzystwo dzieci – ciągnęła. – Wydawało mi się, że wyjaśniłam ci to wczoraj. 

– Owszem, pamiętam. 
– W porządku. Janis to wybitnie utalentowana młoda osoba i bardzo się cieszę, że mogę 

jej pomóc, ale nie sądzę, abym mogła zostać jej osobistą nauczycielką. 

Mitch   poczuł   się   zaniepokojony   nieoczekiwanym   przebiegiem   rozmowy.   Z   jakiegoś 

powodu   dzieci   były   piętą   achillesową   Caroline.   Ale   dlaczego?   Przecież   nie   tylko   z  tego 
powodu, że miała z nimi mało do czynienia. 

– Nie sądzę, aby to miało wielkie znaczenie, czy będziesz się nią opiekować osobiście. W 

każdym razie praktyka w MediaTech bardzo pomoże Janis. 

– Czy nie będzie miała kłopotu z dojazdem do laboratorium? – spytała Caroline. 
–   Nie,   jakoś   sobie   poradzimy.   Ojciec   przywykł   do   wożenia   dzieci.   Sąsiadki   często 

korzystają z jego uprzejmości. 

– Podejrzewam,  że  Janis  nie zarobi  wiele  pieniędzy,  zapewne tylko  pięć  dolarów  na 

godzinę – dodała Caroline. – Za to może dowolnie wybrać sobie porę. Myślę, że będzie 
najlepiej, jeśli zdecyduje się pracować trzy razy w tygodniu, po południu. 

–   Zgoda   –   Mitch,   oczywiście,   zauważył,   że   ich   rozmowa   nagle   nabrała   bardzo 

formalnego charakteru. – Nic jej nie powiem o naszej rozmowie, dopóki nie uzgodnisz tego 
planu z doktorem Brewsterem. Jeśli jednak zdecydujemy się na jego realizację, to postaram 
się, aby Janis mogła sama wybrać takie dni, które jej najlepiej pasują. 

– Dobrze. – Caroline wstała zza biurka. – Zadzwonię do ciebie. Zakładam, że mogę cię 

background image

znaleźć, dzwoniąc na komendę. 

–   Tak,   w   pierwszym   okręgu   –   powiedział   Grogan,   zdziwiony   dystansem,   jaki   nagle 

pojawił się między nimi. Nie miał jednak wątpliwości, że rozmowa dobiegła końca. – Jeśli to 
wyjdzie, nie wiem, w jaki sposób zdołam ci się odwdzięczyć, Caroline – dorzucił, wstając z 
krzesła. 

– Nie musisz mi dziękować. Jestem pewna, że Janis okaże się cennym członkiem zespołu. 
– Mam nadzieję. – Mitch wiedział, że powinien wrócić do pracowni robotów i sprawdzić, 

co z córką, ale nie miał jeszcze ochoty wychodzić. Caroline Hunter przestała być dla niego 
tylko błyskotliwą, piękną i pociągającą kobietą, a stała się zagadką, którą chciał rozwiązać. 
Zawsze   lubił   intrygujące   zagadki.   Aby   zrozumieć   Caroline,   musiał   postarać   się   lepiej   ją 
poznać. Instynkt podpowiadał mu, że popełniłby błąd, zapraszając ją teraz do teatru lub na 
kolację. Zamiast tego musiał szybko coś wymyślić. 

– Hm, posłuchaj. Być może jestem zarozumiały, ale chciałbym cię spytać, czy mówiłaś 

poważnie   na   temat   stworzenia   dla   Scarlett   bazy   danych,   dotyczących   systemu   wymiaru 
sprawiedliwości?

– Tak. Chcemy, aby system OHARA miał bardzo wiele zastosowań. Myślę, że jej niemal 

nie skończona pamięć byłaby bardzo przydatna w pracy policji. 

– W jaki sposób opracowujecie takie bazy danych?
– Zazwyczaj zatrudniamy eksperta z jakiejś dziedziny. Jego zadaniem jest opracowanie 

systematycznego wykładu, zbioru informacji ukształtowanego na wzór odwróconej piramidy. 
Następnie powoli przekazujemy Scarlett te wiadomości – wyjaśniła Caroline, zastanawiając 
się, dlaczego Mitch się tym interesuje. – Początkowo trzeba bardzo uważać, żeby jej nie 
przeciążyć. 

– Czy mogłaby nastąpić poważna katastrofa?
– Nie można tego wykluczyć – przyznała niechętnie Caroline. – Ale na tym etapie to już 

bardzo   mało   prawdopodobne.   Jej   podstawowa   baza   danych   i   układ   logiczny   są   bardzo 
stabilne. 

Coś w jej głosie znowu zaniepokoiło Mitcha. Tym razem z pewnością nie miało to nic 

wspólnego z dziećmi ani z rozwijającą się znajomością. Chodziło o coś zupełnie innego. 
Mitch   gotów   był   się   założyć,   że   baza   danych   Scarlett   wcale   nie   jest   taka   stabilna,   jak 
twierdziła doktor Hunter, ale powstrzymał się od komentarzy. 

– Wynika z tego, że zamierzacie zatrudnić kogoś, kto nauczyłby Scarlett, jak pracuje 

policja. Powiedz mi, czy przyjmujecie ochotników?

– Czyżbyś chciał się zgłosić? – oczy Caroline wyraźnie zabłysły. 
– Być może. To bardzo kuszący pomysł – odrzekł Mitch. 
– Znam się trochę na komputerach. Oczywiście, daleko mi do waszego poziomu, ale 

sądzę, że przewyższam typowego użytkownika peceta. Chciałbym ci się jakoś odwdzięczyć 
za to, co chcesz zrobić dla Janis. 

– Janis będzie tu pracować i dostanie za to honorarium – przypomniała mu Caroline. 
– Nie żartuj – Mitch potrząsnął głową. – Przecież i tak oboje wiemy, co o tym sądzić. To 

ona powinna zapłacić za możliwość odbycia praktyki w MediaTech. Będzie potrzebowała 

background image

wysokiego stypendium, aby zapłacić za studia na dobrym uniwersytecie i staż w takiej firmie 
może jej bardzo pomóc. 

–   To   prawda,   ale   to   jeszcze   nie   znaczy,   że   macie   wobec   mnie   dług   wdzięczności. 

Stworzenie bazy danych wymaga ciężkiej pracy. Czy jesteś pewien, że chcesz się podjąć 
zadania, które pochłonie bardzo dużo czasu?

Mitch z pewnością nie narzekał na nadmiar wolnego czasu, lecz mimo to miał ochotę 

zrealizować swój pomysł, i to nie tylko ze względu na Caroline. Nie miał wątpliwości, że 
system OHARA zrewolucjonizuje świat, i dlatego chciał wziąć udział w jego realizacji. 

– Myślę, że znalazłbym czas – powiedział. 
Caroline   zastanowiła   się   nad   jego   propozycją.   Dr   Caldwell   już   kończył   z   nauką 

astronomii, a w kolejce czekał specjalista od meteorologii. Po nim Caroline planowała naukę 
medycyny, ale profesor z Harvardu, który miał przygotować bazę danych, pracował bardzo 
wolno.   Nie   było   właściwie   żadnych   przeszkód,   uniemożliwiających   gromadzenie   teraz 
danych na temat policji. 

Oczywiście, wiele zależało od tego, czy Mitch Grogan okaże się właściwym człowiekiem 

do realizacji takiego zadania. Uczenie Scarlett wymagało specjalnych kwalifikacji: nauczyciel 
musiał wiedzieć, jak uporządkować informacje w logiczny sposób i jak skondensować trudne 
pojęcia   w   jak   najmniejsze   jednostki.   Porucznik   Grogan   z   pewnością   nie   wyglądał   na 
właściwego kandydata, ale również nie wydawał się tak delikatnym i czułym ojcem, jakim 
okazał się, gdy wczoraj odnaleźli Ruthann. Caroline pomyślała, że warto spróbować. 

– W porządku, Mitch. W tej chwili nie możesz jeszcze podjąć ostatecznej decyzji, bo nie 

wiesz, na czym polegałoby twoje zadanie, ale możemy się spotkać i omówić ten projekt. 

– Może zatem jutro zjemy razem kolację?
– Kolację? – nie zdołała ukryć zdziwienia. 
– Im szybciej zaczniemy,  tym szybciej się przekonasz, czy nadaję się na nauczyciela 

Scarlett. 

– Ale... 
– Jesz przecież, prawda? – przerwał jej Mitch. 
– Oczywiście. – Przygryzła wargi, żeby ukryć uśmiech. 
– Cóż zatem złego we wspólnej kolacji?
Nic,   poza   tym,   że   taka   propozycja   kojarzyła   się   bardziej   z   randką   niż   z   poważnym 

spotkaniem, a nie miała wcale ochoty mieszać spraw zawodowych i osobistych. Te sfery 
powinny pozostać ściśle oddzielone. 

– Myślę, że kolacja to nie najlepszy pomysł – powiedziała spokojnie. – Może raczej po 

pracy przyjedziesz tutaj, do laboratorium. 

– Ta propozycja wydaje się znacznie mniej zabawna. 
– Tworzenie bazy danych nie jest zabawą, Mitch – westchnęła Caroline, starając się nie 

poddać jego wesołemu nastrojowi. – To ciężkie zadanie. 

– Czyżbyś nie lubiła swojej pracy? – spytał, przechylając na bok głowę. 
– Oczywiście, że lubię!
– Czemu zatem nie mielibyśmy o niej porozmawiać, jedząc dobrą kolację? Nie zapraszam 

background image

cię przecież na randkę ani nic takiego! – Jego niewinność była nieco przesadna. 

Choć na pozór Mitch próbował ją uspokoić, w jego głosie było coś wyzywającego. W 

rzeczywistości prowokował ją, aby odważyła się przyjąć to zaproszenie. 

Właściwie,   czemu   nie?   –   pomyślała   Caroline.   Na   swój   sposób   Mitch   był   bardzo 

przystojny   i   z   pewnością   nie   brakowało   mu   inteligencji.   Wydawał   się   dowcipny   i 
interesujący.   No,   ale   miał   troje   dzieci   i   myśl   o   nich   całkowicie   wytrącała   Caroline   z 
równowagi. 

Spróbowała zbilansować w myślach jego plusy i minusy. Uznała, że jeśli liczyć każde 

dziecko jako jeden punkt, to bilans wychodzi równy, cztery do czterech. 

– No, więc jak? – spytał Mitch. Miała wrażenie, że widok jej zakłopotania sprawia mu 

przyjemność. 

– To nie będzie randka? – upewniła się raz jeszcze. 
– Chyba że sama tego chcesz – odparł z uśmiechem. 
– Nie chcę – zdecydowanie stwierdziła Caroline. 
– Załatwione. – Mitch spoważniał. – Poczekamy z tym do następnego spotkania. 
–  Poruczniku  Grogan, cały  mój   czas   poświęcam  pracy –  powiedziała   chłodno,  nieco 

zirytowana jego swobodą. – Nie mam czasu na życie towarzyskie. 

– Ja też nie – odrzekł Mitch. 
– Dlaczego zatem... – Caroline chwilę się wahała, ale nie mogła znaleźć innego słowa – 

flirtujesz ze mną?

– Ponieważ jesteś najbardziej intrygującą kobietą, jaką spotkałem od bardzo dawna. Prócz 

tego lubię, jak się rumienisz. 

– To przekleństwo ludzi o jasnej cerze – mruknęła, czując, że znów się czerwieni. 
–   Ależ   o   co   ci   właściwie   chodzi?   Dlaczego   nie   mielibyśmy   zjeść   razem   kolacji   i 

porozmawiać przy tym o przyszłej bazie danych? Czyż można spędzić wieczór w bardziej 
niewinny sposób?

Caroline wreszcie zrozumiała, że potraktowała to zaproszenie zbyt poważnie. Jej ostry 

protest świadczył, że w rzeczywistości boi się Mitcha jak diabeł święconej wody, co zresztą 
było prawdą. 

– No, dobrze – zgodziła się wreszcie. Pomyślała, że jeśli pozna go lepiej, to z pewnością 

przestanie się on wydawać taki atrakcyjny. 

– Wspaniale! – ucieszył się Mitch. – Przyjadę po ciebie koło siódmej, dobrze?
– Nie, umówmy się gdzieś na mieście. Sama przyjadę. To przecież nie jest randka – 

przypomniała mu Caroline. 

– Zgoda – przytaknął. – Może zatem u Ernesto, przy Valley Boulevard?
– Dobrze. – Nigdy tam nie była, ale nie miała wątpliwości, że łatwo znajdzie restaurację. 

– Przyniosę nasze instrukcje dla autorów baz danych. Powinny ci wyjaśnić, na czym polega 
problem – powiedziała rzeczowym tonem, podchodząc do drzwi gabinetu. 

– Doskonale, z pewnością bardzo mi się przydadzą – odpowiedział Mitch, idąc w ślad za 

nią. 

–   Spróbuj   się   zastanowić,   jak   wyjaśniłbyś   to   zagadnienie   kompletnemu   laikowi,   na 

background image

przykład mnie – zasugerowała Caroline. – Jutro wypróbujemy twój pomysł. To pomoże mi 
ustalić, czy nadajesz się na nauczyciela dla Scarlett. 

– Dobrze. 
Pomyślała,   że   czułaby   się   swobodniej,   gdyby   Mitch   nieco   aktywniej   uczestniczył   w 

rozmowie.   Niestety,   nagle   przerzucił   na   nią   obowiązek   podtrzymywania   konwersacji, 
zupełnie tak jakby wiedział, że udało mu sieją zdenerwować, i cieszył się z tego. 

– Jutro powinnam już wiedzieć, czy Janis będzie mogła pracować u nas latem. 
– Świetnie. 
– Masz jakieś pytania?
– Żadnych. 
– Doskonale. 
Caroline   zamilkła.   Mitch   z   trudem   zdołał   ukryć   uśmiech.   Pomyślał,   że   jej   wysiłki 

zachowania   oficjalnego   dystansu   są   równie   rozczulające   jak   nieoczekiwane   rumieńce. 
Niewątpliwie,   formalne   reguły   zachowania   były   dla   niej   ostatnią   deską   ratunku,   gdy  nie 
mogła sobie poradzić z własnymi uczuciami i reakcjami. To jasno wskazywało, że nie był jej 
obojętny. 

Dobrze to zapamiętał. Pomyślał, że ta wiadomość z pewnością kiedyś mu się przyda. 

background image

5

Bardzo   długo   wybierała   strój   na   spotkanie   z   Mitchem.   Wprawdzie   ciotka   Liddy 

namawiała ją, aby włożyła coś wyzywającego, ale Caroline łatwo mogła ignorować jej rady, 
ponieważ   nie   miała   w   szafie   nic,   do   czego   pasowałoby   takie   określenie.   W   końcu 
zdecydowała się na czarne spodnie i zapiętą pod szyję białą bluzkę. Tuż pod kołnierzykiem 
przypięła starą broszkę ciotki. Miała nadzieję, że to odpowiedni strój na robocze spotkanie. 

Niewątpliwie   nie   była   to   oszałamiająca   kreacja.   Przypatrując   się   swemu   odbiciu   w 

lustrze,   Caroline   myślała,   że   w   jej   wyglądzie   Mitch   z   pewnością   nie   znajdzie   nic 
pociągającego. 

Niestety,   mimo  to  Mitch  patrzył   na Caroline  tak,  jakby chciał  ją pożreć   na miejscu. 

Czekał w restauracji, w rogu sali. Gdy kelnerka zaprowadziła przybyłą do stolika, szybko 
wstał z krzesła, aby się z nią przywitać. Obrzucił ją uważnym spojrzeniem i uśmiechnął się z 
wyraźnym uznaniem. Caroline poczuła, że znów się rumieni. 

– Cześć, Mitch. 
– Cześć, Caroline. – Podsunął jej krzesło. – Wyglądasz cudownie. 
Caroline   obejrzała   się   przez   ramię   i   zaraz   tego   pożałowała,   bo   jego   twarz   z   mocno 

zarysowaną   szczęką   znalazła   się   w   odległości   paru   centymetrów   od   jej   ust.   Poczuła   na 
policzku jego oddech i szybko odwróciła głowę. 

– Wprawdzie nie zależało mi na tym, ale dziękuję. Mitch wrócił na swoje miejsce. 
– Co się stało? – spytał z szatańskim uśmiechem. – Czyżbyś zapomniała kitla, aby się pod 

nim schować?

Caroline   poczuła,   że   jej   twarz   płonie.   Uznała,   że   nie   ma   sensu   zaprzeczać,   to   tylko 

pogorszyłoby sytuację. 

– Czy rzeczywiście tak po mnie wszystko widać?
– Tylko gdy się rumienisz. 
– Będę musiała nad tym popracować – powiedziała. Wiedziała, że Mitch nie chce z niej 

kpić, lecz tylko żartuje. 

– Mam nadzieję, że nie z mojego powodu. 
– Nie, z uwagi na mnie samą. To rodzaj samoobrony. 
– Caroline, przede mną nie musisz się bronić. 
– Muszę bronić się przed sobą – wypaliła, nim zdążyła się zastanowić nad tym, co mówi. 
– Dlaczego?
Caroline zaklęła w duszy. Spotkanie rozpoczęło się fatalnie, i to tylko dlatego, że nie 

potrafiła zapanować nad odruchami i językiem. Obecność Mitcha najwyraźniej wytrącała ją z 
równowagi. Patrząc na niego, czuła się tak, jakby łyknęła narkotyk, zmuszający do mówienia 
prawdy, na dodatek połączony z afrodyzjakiem. 

– Może lepiej przejdźmy do rzeczy – zaproponowała, otwierając teczkę. 
– Czy możemy wpierw coś zamówić? – zasugerował spokojnie Mitch. 
– Och, ależ tak!

background image

Odstawiła teczkę i wzięła do ręki menu. W tym momencie do stołu podeszła kelnerka. 

Gdy skończyli zamawiać, z twarzy Caroline zniknęły już rumieńce. Znów sięgnęła do teczki i 
wyciągnęła jakieś dokumenty. 

– Zacznijmy od tego, że rozmawiałam już z Brewsterem. Bardzo chętnie się zgodził, aby 

Janis odbyła u nas letnią praktykę. Jak powiedziałam, Andrea Norris będzie jej bezpośrednią 
przełożoną. Jeśli Janis ma ochotę, to z naszej strony nie ma żadnych przeszkód. 

– Czy ma ochotę? Będzie wniebowzięta. Bez przerwy opowiada o tym, jak cię poznała. 

Sam ma ochotę ją udusić, a dziadek zapowiedział, że kupi zatyczki do uszu. 

Caroline   patrzyła   zafascynowana,   jak   na   samą   wzmiankę   o   dzieciach   rysy   Mitcha 

wyraźnie  złagodniały.  Jego entuzjazm musiał być  zaraźliwy,  bo zapomniała,  że rozmowa 
miała dotyczyć wyłącznie spraw zawodowych. 

– A co na to Ruthann? – spytała. 
– Och, Ruthann chętnie jej słucha, bo sama uważa, że jesteś wspaniała. Wciąż pyta, kiedy 

znów zobaczy Caroline. 

– Naprawdę?
– Tak, wywarłaś na niej wielkie wrażenie. Caroline nie mogła w to uwierzyć. 
– Masz bardzo miłą rodzinę, Mitch – powiedziała. 
– Na ogół też tak myślę. 
– A kiedy myślisz inaczej? – Nie mogła się powstrzymać od tego pytania. 
– Ilekroć zrobię coś głupiego, na przykład zgubię młodszą córkę lub gdy jestem zajęty i 

nie mogę iść na mecz baseballowy Sama. 

– Nikt nie jest doskonały i trudno być równocześnie w dwóch miejscach – zauważyła 

Caroline z wyraźnym współczuciem. 

– Czyżbyś nie wiedziała, że to definicja rodziców?
– Nie, nie wiedziałam – odrzekła spokojnie i opuściła wzrok. 
Mitch nie miał wątpliwości, że dotknął wrażliwego miejsca i postanowił dowiedzieć się, 

o co właściwie chodzi. Skoro Caroline była skłonna rozmawiać o czymś innym niż sprawy 
zawodowe, to nie było sensu zwlekać. 

– Jesteś rozwiedziona, prawda?
– Tak. 
– Czy mogę spytać, dlaczego nie mieliście dzieci?
– Ani Evan, ani ja nie nadawaliśmy się na rodziców – odpowiedziała sztywno. 
– Dlaczego nie?
– Bo zbytnio zależało nam na naszych karierach. Gdy rodzice są bardzo zaabsorbowani 

pracą zawodową, dzieci często źle na tym wychodzą. 

– Czy to właśnie przytrafiło się tobie?
Caroline nie mogła zrozumieć, dlaczego pozwoliła, aby rozmowa potoczyła się w tym 

kierunku. 

– Mitch, spotkaliśmy się tutaj, aby omówić sprawy zawodowe – przypomniała, prostując 

się na krześle. 

– Odpowiedz na moje pytanie i już zabieramy się do roboty – odrzekł, unosząc rękę jak 

background image

do harcerskiej przysięgi. – Obiecuję!

– Jeśli pozwolisz, wolałabym nie odpowiadać. 
– Caroline, przecież to nic strasznego. Nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa. 
Westchnęła. Pomyślała, że niepotrzebnie tak zareagowała na proste pytanie. 
– Przepraszam, to nie żadna tajemnica. Rodzice mnie nie maltretowali ani nie zamykali w 

ciemnej szafie. Po prostu byli bardzo zajęci i trzymali się dość sztywnych reguł na temat 
wychowywania dzieci. 

– Nawet tak utalentowanego dziecka jak ty?
– Och, tym bardziej! – zaśmiała się Caroline. – Zresztą, nigdy im chyba nie przyszło do 

głowy, że ich dziecko może nie być genialne. Gdyby się okazało, że jestem tylko średnio 
zdolna, pewnie odwieźliby mnie do szpitala i zażądali zwrotu opłat za poród. 

– Z pewnością przesadzasz – stwierdził Mitch. 
– Nie znasz moich rodziców. 
– Czy jeszcze żyją?
– Tak, pracują naukowo w Le Vesque Institute, we Francji. 
– Jestem pewien, że są z ciebie dumni. 
– Myślę, że musiałabym najpierw zdobyć nagrodę Nobla – odrzekła po chwili namysłu. – 

Dopóki to nie nastąpi, z pewnością nie będą zwracać większej uwagi na to, czym się zajmuję. 

– Czy to cię nie martwi? – spytał Mitch. W głosie Caroline nie dosłyszał ani żalu, ani 

gniewu, tylko rezygnację połączoną z pewnym rozbawieniem. 

– Nie. Oni żyją tam, ja tutaj. Od czasu do czasu przesyłamy sobie życzenia świąteczne. 

Trzy lata temu dostałam nawet kartkę z okazji urodzin. – Uśmiechnęła się na to wspomnienie. 
– Dopiero po tygodniu wróciłam do siebie po tym przeżyciu. 

Mitch pomyślał, że jeśli Caroline potrafi się z tego śmiać, to chyba jakoś przezwyciężyła 

skutki niekonwencjonalnego dzieciństwa. 

– Mnie trudno byłoby to znieść – powiedział. – Nie mogę sobie wyobrazić życia bez ojca. 

Zawsze byliśmy razem. 

–   Masz   szczęście,   że   jesteście   sobie   tacy   bliscy.   Aleja   nie   tęsknię   za   rodzicami   – 

zapewniła go spokojnie. – Nigdy nie poświęcali mi tyle czasu, abym mogła przyzwyczaić się 
do ich obecności. Odgrywali raczej rolę surowych sędziów, pojawiających się przelotem w 
moim życiu, po to tylko, aby wygłosić jakieś oświadczenie i znów zniknąć. 

– Kto cię zatem wychowywał?
– Gosposia i guwernerzy. 
– Wydaje się, że miałaś samotne dzieciństwo. 
– Tak było – przyznała Caroline i gwałtownie się wyprostowała. Nie miała zamiaru się 

zwierzać. Zabrzmiało to tak, jakby litowała się nad sobą. 

– Wszystko w porządku – Mitch uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Zauważył, że jest 

zakłopotana.   –   Nie   jesteś   pierwszą   osobą,   jaką   znam,   która   spędziła   dzieciństwo   w 
samotności. Jeśli chcesz zobaczyć drugą skrajność, zapraszam do mnie do domu. 

– Dziękuję, będę o tym pamiętać – powiedziała sztywno i zaczęła przerzucać papiery. 
Mitch   zrozumiał,   że   posunął   się   za   daleko,   ale   i   tak   uznał,   że   zrobili   postępy.   On 

background image

dowiedział się czegoś o niej, ona przetrwała całą rozmowę bez rumieńców. Pomyślał, że na 
ciąg dalszy przyjdzie jeszcze pora, ale tymczasem lepiej będzie posłuchać Caroline i przejść 
do oficjalnego tematu ich spotkania. 

– Proszę, to jest instrukcja, jak przygotować bazę danych dla Scarlett – Caroline podała 

mu  gruby skoroszyt.  –  Jej  struktura   formalna  ...  –  rozpoczęła   techniczne   wywody,   które 
wypełniły im czas kolacji. Mitch szybko się zorientował, że stworzenie odpowiedniej bazy 
danych jest znacznie trudniejszym zadaniem, niż początkowo przypuszczał. 

Przez   cały   wieczór   Caroline   wypytywała   go   o   szczegóły   działania   policji   i   wymiaru 

sprawiedliwości.   Gdy   Mitch   rozłożył   pracę   całego   systemu   na   podstawowe   elementy 
logiczne, zorientowała się, że jest on dokładnie takim człowiekiem, jakiego potrzebowała. Był 
zdolny   do   logicznej   analizy   problemów   i   potrafił   szybko   pojmować   nowe   koncepcje, 
niezrozumiałe   dla   większości   laików.   Odkryła,   że   jeśli   nie   będzie   zwracała   uwagi   na 
niepokojący wpływ jego niskiego głosu i zdumiewająco niebieskich oczu, to rozmowa może 
sprawiać jej przyjemność. 

–   Nie,   nie,   musisz   unikać   wgłębiania   się   w   psychologiczne   motywy   działania 

przestępców   –   zaprotestowała,   gdy   Mitch   w   pewnym   momencie   odstąpił   od   czysto 
faktograficznego opisu systemu. Skończyli już jeść; na uprzątniętym stole leżały rozrzucone 
liczne dokumenty. – Scarlett nigdy nie zrozumie, dlaczego ludzie popełniają przestępstwa. 
Istotne jest tylko, aby wiedziała, jakie czyny są nielegalne. 

– Hm – zastanowił się. – Czy mam jej wyjaśnić, dlaczego takie postępki są sprzeczne z 

prawem?

–   Tak.   Zapewne   od   tego   powinieneś   zacząć.   Na   przykład,   Scarlett   musi   wpierw 

zrozumieć, że jest czymś złym pozbawić kogoś życia, dopiero później będzie mogła pojąć, co 
to morderstwo. 

– A co zrobić, jeśli sama zapyta o motywy?
– Powiesz jej, żeby porozmawiała ze mną – uśmiechnęła się Caroline. 
– Sam nie wiem – Mitch potrząsnął głową. Powoli zaczynał rozumieć, czego się podjął. – 

Z tego, co powiedziałaś, wynika, że ucząc Scarlett, można bardzo łatwo popełnić błąd, który 
będzie miał poważne konsekwencje. 

– Nie musisz się tym martwić, Mitch – zapewniła go Caroline. – Jeszcze dużo wody 

upłynie,   nim   będziesz   miał   bezpośredni   kontakt   ze   Scarlett.   Wszystkie   informacje,   jakie 
będziesz   chciał   jej   przekazać,   muszą   być   najpierw   spisane,   przejrzane   i   odpowiednio 
zredagowane. 

– Wygląda na to, że zostałem już wybrany – zauważył z uśmiechem. 
Nagły   błysk   w   jego   oczach   wytrącił   Caroline   z   nastroju   skupienia   na   pracy.   Znów 

przypomniała sobie, że Mitch jest nie tylko konsultantem, ale prawdziwym mężczyzną. Do 
diabła, zaklęła w duszy. Myślała, że to już przestało na nią działać. 

– Od ciebie zależy, czy weźmiesz tę robotę – powiedziała i zaczęła zgarniać dokumenty. 

– Oczywiście, będziemy musieli omówić warunki, ale jestem pewna, że jakoś się dogadamy. 

– Chwileczkę, to nie takie proste – wtrącił mężczyzna. 
– Nie mogę przyjąć żadnej zapłaty. Policjantom nie wolno przyjmować dodatkowych, 

background image

płatnych zleceń. Mogę być tylko wolontariuszem. 

– Mitch, nie mogę cię prosić, aby to robił za darmo – Caroline zmarszczyła brwi. 
– Przecież wcale mnie nie prosiłaś, sam się zgłosiłem – przypomniał jej. – To jedyne, co 

mogę zrobić, aby odwdzięczyć ci się za załatwienie stażu dla Janis. 

– Już ci powiedziałam, że nie musisz mi dziękować – odrzekła. – A może podjęcie tej 

pracy  naraża  cię   na konflikt   interesów?  –  spytała   niespokojnie.  – Przecież   zajmujesz  się 
przestępstwami komputerowymi, więc praca dla firmy komputerowej może być dla ciebie 
krępująca. 

– Nie – potrząsnął głową Mitch. – Rozmawiałem już o tym z komendantem. Według 

niego, mogę być waszym konsultantem, to może nawet zwiększyć prestiż policji. Będziesz 
musiała zwrócić się oficjalnie do komendy o wyrażenie zgody na to, abym pracował dla was, 
ale to wszystko. 

– Dobrze. 
– Doskonale – uśmiechnął się. – Myślę, że to będzie bardzo interesująca przygoda. 
– Cieszę się, że tak uważasz – Caroline usiłowała nie zwracać uwagi na jego zadowolony 

uśmiech. – Pozostaje do załatwienia jeszcze jedna sprawa... – urwała i zaczęła grzebać w 
swych papierach.  W końcu znalazła poszukiwany dokument. – Nim posuniemy się dalej, 
musisz to podpisać. 

Mitch   uważnie   przeczytał   zobowiązanie   do   zachowania   w   tajemnicy   wszystkich 

informacji,   jakie   otrzyma,   pracując   dla   MediaTech.   W   szczególności,   przedsiębiorstwo 
rezerwowało   sobie   prawo   do   wszczęcia   przeciw   niemu   postępowania   sądowego,   gdyby 
przekazał informacje prasie lub konkurencji. Mitch wiedział, że nie chodzi tu o brak zaufania, 
tylko   o   rutynowe   zabezpieczenie,   stosowane   przez   każdą   zaawansowaną   technologicznie 
firmę, przeto bez większego wahania podpisał zobowiązanie. W przeciwnym razie Caroline 
nie mogłaby wtajemniczyć go w szczegóły działania systemu OHARA, a bez tego nie byłby 
w stanie opracować odpowiedniej bazy danych. 

– Dziękuję, Mitch. Witam na pokładzie – powiedziała, chowając dokument do teczki. 
– W porządku, ale teraz ja chciałbym zadać ci parę pytań. 
– Jakich? – Caroline skłoniła głowę na bok. Mitch uznał, że pora sprawdzić wczorajszą 

hipotezę. 

– Jakie masz kłopoty ze Scarlett? – spytał wprost. 
– Nie rozumiem, o co ci chodzi – kobieta wyraźnie zesztywniała. 
–   Wczoraj   powiedziałaś   mi,   że   jej   układ   logiczny   i   podstawowa   baza   danych   są 

niestabilne. 

– Niczego takiego nie mówiłam – oburzyła się. 
– Oczywiście, nie takimi słowami – przyznał Mitch. – Z praktyki wiem jednak, że bardzo 

często ważniejsze jest to, czego ludzie nie mówią, niż to, o czym są skłonni opowiadać. 

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Zamknęła teczkę, tak jakby szykowała się do 

wyjścia. 

–   Caroline,   byłabyś   fatalnym   szpiegiem   –   potrząsnął   głową   Mitch.   –   Zupełnie   nie 

potrafisz kłamać. Wiem, że masz jakieś kłopoty ze Scarlett. 

background image

– Nie, to nieprawda. 
– Wobec tego dlaczego początek sprzedaży został wyznaczony dopiero za pół roku?
– Być może wypuścimy ją na rynek wcześniej – odrzekła defensywnie. – Chcielibyśmy to 

zrobić najwcześniej, jak to możliwe. 

– Dlaczego nie jest to możliwe już teraz? Z tego, co widziałem i co mi opowiedziałaś, 

wynika   jasno,   że   już   obecnie   Scarlett   byłaby   wielką   sensacją,   chyba   że   są   jakieś 
fundamentalne błędy w jej oprogramowaniu lub konstrukcji. 

– Nie ma żadnych poważnych usterek – stwierdziła zdecydowanie. – Jest jeszcze parę 

problemów, nad którymi musimy popracować. 

– Jakich? Caroline milczała. 
– Podpisałem już przecież to zobowiązanie – przypomniał jej Mitch. – Nie zamierzam 

puszczać plotek o kłopotach Scarlett ani zdradzać konkurencji tajemnic MediaTech. Możesz 
mi powiedzieć, na czym polega problem. 

Caroline zrezygnowała z oporu. Wiedziała, że jeśli Grogan będzie z nimi współdziałał 

nad opracowaniem bazy danych, to i tak wcześniej lub później dowie się prawdy. 

– Z niejasnych powodów Scarlett zapomina pewne informacje – przyznała niechętnie. – 

Wykonałam liczne testy i starannie przeczesałam cały system, ale wciąż nie wiem, co jest 
źródłem problemu. Scarlett po prostu czasem zapomina o różnych rzeczach. 

– Czy zapomniała jakieś bardzo istotne wiadomości?
–   Nie,   jak   dotychczas   były   to   drobiazgi,   ale   nie   mogę   się   zgodzić   na   rozpoczęcie 

sprzedaży, dopóki nie zrozumiem, gdzie tkwi błąd. 

– Dlaczego nie? Mało to komputerów ma różne drobne felery?
Caroline wprost nie mogła uwierzyć, że Mitch zasugerował coś takiego. 
–   Scarlett   nie   jest   kolejnym   komputerem   osobistym,   mającym   służyć   do   domowej 

buchalterii i zabawy – stwierdziła z naciskiem. – Będzie wspomagać kierowanie ogromnymi 
systemami rządowymi i przemysłowymi. Czy możesz sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby 
NASA   zainstalowała   ją   w   ośrodku   kontroli   lotów   kosmicznych,   po   czym   Scarlett 
zapomniałaby kodu uruchamiającego start wahadłowca?

– Teraz rozumiem, o co ci chodzi. 
Caroline spojrzała na niego uważnie. Mitch wydał się jej aż nadto poważny. Pojęła, że to 

była prowokacja. 

– Oczywiście, że rozumiesz – powiedziała. – Odgrywałeś przecież rolę adwokata diabła, 

prawda?

– Masz rację – przyznał. – Chciałem sprawdzić, czy uznajesz pewne zasady. 
– Dlaczego? – spytała wyzywająco. 
– Ponieważ uczciwość i rzetelność są dla mnie bardzo ważne. 
– Możesz się przestać martwić – prychnęła Caroline. – MediaTech to bardzo przyzwoita 

firma. 

– Nie myślałem wcale o twojej firmie – odrzekł Mitch, pochylając się ku niej. 
– Ja również nie łamię pewnych zasad – powiedziała z oburzeniem. 
– Bardzo się z tego cieszę. Lubię pracować z ludźmi,  którzy stawiają sobie wysokie 

background image

wymagania. 

– Ja także. – Nagły zwrot w rozmowie wytrącił Caroline z równowagi. – Skoro mowa o 

pracy, początkowo będziesz mógł pracować w domu. Musisz przecież najpierw opracować 
ogólny   plan.   Dopóki   nie   zaczniesz   wprowadzać   danych,   możesz   nie   przyjeżdżać   do 
laboratorium. 

Mitch  z  rozbawieniem  stwierdził,   że  Caroline   znów  usiłuje  uciec  do  tematów  czysto 

zawodowych. 

– Czy będziesz nadzorować, co robię? – spytał. 
– Od czasu do czasu sprawdzę, jak ci idzie, i zawsze mogę ci służyć radą, ale na co dzień 

twoim przełożonym będzie mój główny programista, Henry Bergman. 

–   Naprawdę?   –   mężczyzna   był   wyraźnie   rozczarowany.   –   Miałem   nadzieję,   że   będę 

pracować z tobą. 

– Dlaczego ci na tym zależy? – zmierzyła go ostrym spojrzeniem. 
Znalazł się w niezręcznej sytuacji. Nie mógł wszak przyznać, że pragnienie zobaczenia 

jej nóg z wolna stawało się dla niego prawdziwą obsesją. Podejrzewał również, że Caroline 
nie ma ochoty słuchać o tym, jak bardzo chciałby ją pocałować. 

– No, bo... Mam wrażenie, że dobrze się nam razem pracuje. Scarlett to twoje dziecko. 

Lubię pracować pod bezpośrednim kierownictwem osoby prowadzącej projekt. 

Caroline nie wierzyła mu za grosz. Zauważyła, że się zmieszał, i podejrzewała, że dobrze 

wie dlaczego. 

– A prócz tego lubisz, jak się rumienię – dodała, starając się ukryć uśmiech. 
– Czy wszystko po mnie widać? – zaniepokoił się Mitch. 
– Mam nadzieję, że jesteś szczerze zainteresowany pracą nad bazą danych – powiedziała 

Caroline surowym tonem. Mitch znów zaczął flirtować i to ją zdenerwowało. – Bo jeśli jest to 
dla ciebie tylko pretekst, żeby... 

– Nie, nie jest – nie pozwolił jej dokończyć. – Zgodziłem się opracować tę bazę danych, 

bo mnie  to naprawdę interesuje. Możesz mi  wierzyć.  Już od dawna nie zajmowałem  się 
niczym, co wymaga intelektualnego wysiłku, i mam na to ochotę. – Urwał i uśmiechnął się 
przewrotnie. – Oczywiście, przyznaję, że wciąż mam ochotę patrzeć, jak się rumienisz. 

– To nie moja wina, że rumienię się w twoim towarzystwie – odparła. – Gdybyś  nie 

patrzył na mnie w ten sposób, zapewne łatwiej byłoby mi zachować równowagę. 

– W jaki sposób?
– Tak, jakby... – Caroline urwała. Była zbyt zakłopotana, aby powiedzieć, co naprawdę 

myśli. 

– Tak, jakby co? – nalegał Mitch. 
– Tak, jakbyś coś rozważał. 
– Co takiego?
– Och, nie wiem! – wykrzyknęła. Żałowała, że zaczęła rozmowę na ten temat, ale uznała, 

że powinni raz na zawsze wyjaśnić sobie tę stronę ich znajomości. – Mitch, wybacz, że to 
mówię, ale wydaje mi się, że oczekujesz po mnie czegoś, co nie może się zdarzyć!

– Czyż nie zachowywałem się przez cały wieczór jak urodzony dżentelmen? – Grogan 

background image

wyglądał jak ucieleśnienie niewinności. 

– Owszem. Dzięki temu – Caroline zerknęła na zegarek – już od trzech godzin się nie 

zarumieniłam. 

–   Zauważyłem.   Dla   porządku   muszę   jednak   stwierdzić,   że   to   wcale   nie   oznacza,   iż 

przestałaś mi się podobać – poinformował ją. 

To bezpośrednie stwierdzenie nie powinno było jej ucieszyć, a jednak... z trudem ukryła 

zadowolenie. 

– Ty również jesteś bardzo pociągający, Mitch, ale mimo to znajomość z tobą interesuje 

mnie wyłącznie z powodów zawodowych. Po prostu nie mam czasu na życie osobiste. 

– Być może powinnaś znaleźć czas. 
– Łatwo ci mówić. 
– Dlaczego to takie trudne?
– Od wielu lat cały swój czas poświęcam konstruowaniu Scarlett – przyznała z pewnym 

trudem.   –   Nawet   gdybym   chciała   zwolnić,   pewnie   nie   potrafiłabym   się   na   to   zdobyć. 
Zwłaszcza teraz, gdy już tak niewiele brakuje do zrealizowania moich marzeń. 

– Czy nigdy nie marzyłaś o czymś innym, Caroline? – spytał cicho. – Tylko o gadającym 

komputerze?

– Tak. Czy to za mało?
– Przypuszczam, że odpowiedź zależy od tego, czego oczekujesz w życiu. Według mnie, 

realizacja takich marzeń to wielki sukces zawodowy, ale życie osobiste też się liczy. 

– Niektórzy nie potrafią rozróżnić jednego od drugiego – odparła Caroline. Widać było, 

że znowu jest spięta. 

– To nonsens – stwierdził Mitch. – Mam wrażenie, że podjęłaś tę decyzję już wiele lat 

temu.   Może   nawet   rodzice   zadecydowali   za   ciebie.   Byłaś   tak   długo   samotna,   że 
przyzwyczaiłaś się do myśli, że to jedyna możliwość. Głęboko się mylisz. 

– Nie zgadzam się z tobą – odparła. Był to temat, którego zazwyczaj unikała jak zarazy. – 

Teraz zakończmy tę rozmowę i lepiej nigdy do niej nie wracajmy. 

– Nigdy, to byłaby przesada – odrzekł Mitch. – Chwilowo możemy odłożyć ten problem 

ad acta. 

– Mitch, romans między nami jest absolutnie wykluczony – stwierdziła stanowczo. – Czy 

to jasne?

– Nie. 
– Jeśli uważasz, że twój upór mi pochlebia,  to głęboko się mylisz  – zapewniła go z 

naciskiem. Ta rozmowa stawała się dla niej męcząca. Znów zaczęła zbierać papiery do teczki. 

– Caroline, bardzo cię przepraszam – Mitch zdał sobie sprawę, że posunął się za daleko. – 

Bardzo mi przykro. 

Wciąż pakowała dokumenty. Mężczyzna położył rękę na jej dłoni. 
– Powiedziałem, że cię przepraszam. 
– Czego ty właściwie chcesz ode mnie? – spojrzała mu prosto w oczy, choć nie przyszło 

jej to z łatwością. – Dlaczego tak naciskasz?

–   Ponieważ   od   wielu   lat   nie   spotkałem   kobiety,   która   wydałaby   mi   się   równie 

background image

pociągająca. 

Caroline pomyślała, że albo Mitch jest urodzonym kłamcą, albo mówi prawdę. Uznała, że 

chyba to drugie. W jej murach obronnych pojawiły się pierwsze szczeliny. 

– Muszę przyznać, że bardzo mi to pochlebia – powiedziała niechętnie. – Nie mogę tylko 

zrozumieć, dlaczego tak uważasz. 

Mitch pochylił głowę i spojrzał na nią z ukosa. Czy to możliwe, żeby nie zdawała sobie 

sprawy z własnej urody?

– Masz na myśli coś poza tym drobnym faktem, że jesteś niezwykle inteligentną, piękną 

kobietą i cudownie się uśmiechasz, jeśli tylko nie starasz się tego ukryć. Jesteś sympatyczna, 
wrażliwa i tak nieśmiała, że szczerze wątpię, czy kiedykolwiek ktoś cię porządnie pocałował. 

–   Nie   wiem,   czy   pamiętasz,   że   byłam   mężatką   –   Caroline   z   trudem   wykrztusiła 

odpowiedź. Czuła się tak, jakby właśnie ukończyła maraton. 

– Tak, ale czy twój mąż umiał całować?
– A czy ty potrafisz? – spytała wyzywającym tonem i wyprostowała się na krześle. 
– Może zaraz spróbujemy?
– Nie, dziękuję. Nie lubię ryzyka. 
– Cóż groźnego tkwi w pocałunku? – spytał niewinnie Mitch. 
Na tym właśnie polegał problem. Caroline nie wiedziała, czym to może grozić, ale nie 

chciała się przekonywać. W obecności męża nigdy się nie jąkała, ani nie rumieniła, nawet 
podczas nocy poślubnej. Jeśli Mitch Grogan potrafił samym spojrzeniem wyprowadzić ją z 
równowagi, to jego pocałunek mógł mieć nieobliczalne konsekwencje. 

Racjonalna,   logiczna   część   jej   osobowości   mówiła,   że   powinna   unikać   Miteha,   ale 

jednocześnie   czuła,   jak   jakieś   pierwotne   pragnienie   ciągnie   ją   do   niego.   Długi   nawyk 
działania zgodnie z nakazami rozsądku pomógł jej podjąć decyzję. 

– Przykro mi, Mitch, ale nie jesteś w moim typie. – To nie było kłamstwo, lecz fakt ten 

nie miał żadnego znaczenia. 

– A jakich mężczyzn pani woli, doktor Hunter? – Grogan nie wydawał się zmartwiony. 
– Intelektualistów. 
– Czytałem Nietzschego i Prousta – odrzekł. – Czy to wystarczy?
– To zależy, czy ich zrozumiałeś. 
– Przynajmniej co trzecie zdanie. 
– To jeszcze za mało – pokręciła głową Caroline. Mitch uśmiechnął się szeroko. Od lat 

nie przekomarzał się tak z kobietą. Co ważniejsze, nie miał wątpliwości, że ona również się 
świetnie bawi. 

– Skoro to ci nie wystarcza, mogę wymienić cztery prawa dynamiki Newtona. 
– Są tylko trzy – Caroline uniosła do góry brwi. 
– Nie szkodzi, czwarte mogę wymyślić – zaproponował Mitch. 
–   Przestań   –   poprosiła,   głośno   się   śmiejąc.   –   Jesteś   bardzo   miłym   facetem,   ale   ja 

naprawdę nie mam teraz czasu na spotkania. 

Mitch nie zamierzał się poddawać. Mimo zaprzeczeń Caroline, nie miał wątpliwości, że 

się jej spodobał. Pomyślał, że z biegiem czasu sama się przekona, iż z tym uczuciem nie może 

background image

walczyć. Tymczasem jednak nadeszła pora na strategiczny odwrót. 

– Dobra, pasuję. Jeśli kiedyś znajdziesz w kalendarzyku trochę miejsca dla miłego faceta, 

to koniecznie daj mi znać, dobrze?

– Natychmiast do ciebie zadzwonię – obiecała. 
Skoro to sobie wyjaśnili, mogli już iść do domu. Caroline skończyła się pakować. Na 

stole pozostał tylko rachunek. Mitch chciał go wziąć, ale ona była szybsza. 

– Pójdzie na rachunek firmy. Załatwialiśmy sprawy zawodowe, prawda?
– Często mi o tym przypominałaś. 
–   Musiałam,   to   była   forma   samoobrony   –   odparła.   Wiedziała,   że   Mitch   żartuje   i 

odpowiedziała w tym samym stylu. Gdy położyła na stole pieniądze, natychmiast podeszła 
kelnerka i zabrała je do kasy. 

– W ten sposób dali nam do zrozumienia, że zbyt długo tu siedzieliśmy – zachichotał 

Mitch. 

– Nie przejmuj się – uspokoiła go Caroline. – Nasza firma daje duże napiwki. Bardzo się 

cieszę, że pomożesz mi ze Scarlett. 

– Cała przyjemność po mojej stronie – odrzekł i wyciągnął do niej rękę na znak, że 

zawarli porozumienie. 

Caroline przez chwilę się wahała. Nie bądź idiotką, pomyślała i podała mu dłoń. 
Dokładnie w tym momencie rozległ się pisk pagera, wzywającego kogoś do telefonu. 

Caroline  niemal  podskoczyła  na krześle.  Szybko  sięgnęła  do torebki,  podczas  gdy Mitch 
wyjął swój aparacik z wewnętrznej kieszeni marynarki. 

– To mój – powiedziała, patrząc na numer, z którego ktoś usiłował się do niej dodzwonić. 

– To z laboratorium. Ciekawe, czego mogą chcieć o tej porze – dodała, marszcząc brwi. – 
Przepraszam, muszę iść do telefonu. 

Wzięła teczkę i torebkę i ruszyła do hallu. Mitch po chwili poszedł w jej ślady. Gdy 

dotarł do szatni, Caroline już kończyła  rozmowę. Sądząc po jej minie, nie były to dobre 
wieści. 

– Co się stało? – spytał. 
– Przykro mi, Mitch, ale muszę jechać do laboratorium. Było włamanie. 
– Chodź, jedziemy – mężczyzna zrezygnował z wszelkich pytań, tylko wziął ją pod rękę i 

poprowadził do drzwi. 

– Mitch, wcale nie musisz ze mną jechać. 
– Nie pamiętasz, że jestem gliniarzem? W ten sposób zarabiam na życie. 
Caroline zaniechała dalszych protestów. 

background image

6

Droga do MediaTech zajęła im niecałe dziesięć minut. Caroline uparła się, że pojedzie 

własnym   samochodem,   i   Mitch   wolał   nie   nalegać,   aby   pojechali   razem.   I   tak   nie   miał 
służbowego wozu z migaczem i syreną, którym mogliby szybciej dojechać na miejsce. Jechał 
w ślad za Caroline po rozległym  terenie firmy,  wypatrując samochodów  policji. Ku jego 
zdziwieniu panował tu kompletny spokój, a na parkingu widać było tylko kilka zwykłych 
wozów. 

– Czy ochrona zgłosiła włamanie na policję? – zapytał, gdy tylko wysiedli. 
– Wątpię – odpowiedziała, wyciągając z torebki kartę magnetyczną, zastępującą zwykłe 

klucze. 

– Dlaczego nie? – zmarszczył brwi Mitch. 
– Po pierwsze, nie wiem, do czego ten cwaniak chciał się dobrać. Po drugie, nie wiem 

jeszcze, czy udało mu się złamać system zabezpieczeń. 

– Chwileczkę. – Grogan zatrzymał się w miejscu. – Chcesz powiedzieć, że to nie było 

normalne włamanie? Nie było żadnych opryszków z rewolwerami, szturmujących do bram 
niezdobytej twierdzy?

–   Nie   masz   powodów   być   rozczarowany,   Mitch.   Zapewne   mieliśmy   tu   poważne 

naruszenie systemu ochrony. 

– Wiem – stwierdził. – Po prostu miałem nadzieję, że będę miał szansę zaimponować ci 

moimi umiejętnościami rycerskimi, a może nawet z bronią w ręku ocalić cię przed bandytami 
i   w   ten   sposób   zyskać   twoją   dozgonną   wdzięczność.   Cóż   za   rozczarowanie,   że   nie   ma 
żadnych bandytów, tylko jakiś maniak komputerowy z modemem i pieniędzmi na opłacenie 
dużego rachunku telefonicznego. 

–   Bardzo   mi   przykro,   żeś   się   zawiódł   –   Caroline   była   zdenerwowana,   ale   mimo   to 

uśmiechnęła się do niego. – Przecież powiedziałam ci, że nie musisz ze mną jechać. Możesz 
wracać do domu. 

– Nie, zostanę. Skoro już jestem, to chciałbym dowiedzieć się, o co chodzi. Może jeszcze 

złożycie oficjalną skargę. 

Caroline   otworzyła   drzwi   kartą   magnetyczną.   Weszli   do   środka   i   skierowali   się   do 

dyżurki ochrony. Zastali tam nocnego strażnika, który zadzwonił po doktor Hunter, oraz Eda 
Newtona, szefa ochrony. 

– Dobry wieczór pani – powiedział Ed, zerkając z zaciekawieniem na Mitcha. – Widzę, 

że sprowadziła pani głównego szeryfa. 

– Jestem tu zupełnie przypadkowo – zapewnił go Grogan. – Co się właściwie zdarzyło?
– Właśnie staram się to ustalić – odrzekł Ed. – Najwyraźniej ktoś usiłował dobrać się do 

systemu OHARA. 

–   Co   takiego?   –   wykrzyknęła   Caroline.   –   Jak   mu   się   udało   przełamać   ogólne 

zabezpieczenie laboratorium?

– Nie mamy żadnych dowodów, że tak faktycznie było – odparł Newton. – Wiemy tylko, 

background image

że Scarlett podniosła alarm, gdy ktoś wprowadził fałszywe hasło. 

Strażnik  usunął się  na bok, robiąc  miejsce  przy terminalu  dla  Eda  i Caroline.  Mitch 

pochylił się nad ladą i spojrzał na ekran monitora. W tej pozycji widział go do góry nogami. 

– Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, co to wszystko znaczy?
– System OHARA jest całkowicie niezależny od głównego komputera, który stanowi 

podstawę   działania   całego   laboratorium   –   zaczęła   tłumaczyć   Caroline,   jednocześnie 
wystukując szereg komend. – Aby dostać się do niego z zewnątrz, trzeba wpierw pokonać 
bardzo dokładny zewnętrzny system ochrony. 

– Chcesz powiedzieć, że nie można połączyć się ze Scarlett za pomocą modemu? – spytał 

Mitch. 

– Owszem, można  – odpowiedziała.  – Czasami  pracuję w domu i muszę  mieć  z nią 

kontakt. 

– Czy to nie nazbyt ryzykowne?
–   Dotychczas   tak   nie   sądziłam   –   odparła   krótko.   –   Ogólny   system   ochrony   całego 

laboratorium jest bardzo ścisły. Rozmaici cwaniacy próbowali już go przełamać, ale nic nie 
wskórali. 

– Jak dotąd. 
– To wszystko nie ma sensu – pokręciła głową kobieta, wpatrując się w ekran. 
Mitch podszedł z drugiej strony i również spojrzał na monitor. Caroline najwyraźniej 

wywołała listę komend, jakie komputer wykonał w ciągu ostatniej godziny. O ile Mitch mógł 
się zorientować, nic nie wskazywało na to, by ktoś próbował dostać się do niego z zewnątrz. 

– Sprawdź aktualny stan systemu – zasugerował, ale Caroline sama wpadła na ten pomysł 

i już zaczęła wystukiwać odpowiednią komendę. 

Na   ekranie   pokazały   się   kolejno   informacje,   dotyczące   stanu   budynków,   działania 

systemu ochrony i klimatyzacji, lista osób wchodzących i wychodzących, lista użytkowników 
komputera, itd. Ani Mitch, ani Caroline nie zauważyli niczego nadzwyczajnego. 

– Nic z tego nie rozumiem – mruknęła kobieta, odchylając się w fotelu. – Nic tu nie 

wskazuje, aby ktoś usiłował połączyć się ze Scarlett z zewnątrz. 

– A co od wewnątrz? – spytał Mitch. Pochylił się nad klawiaturą i kazał komputerowi 

wrócić do listy obecności. 

– Hm – chrząknął Newton. – W całym budynku były tylko trzy osoby, w tym jedna z 

działu Caroline. 

– Brad Lattimore – dodała. – To zarządca bazy danych. On nie ma żadnych powodów, 

aby próbować dobrać się do systemu. 

– Według tej listy, Lattimore jest wciąż w laboratorium – zauważył sceptycznie Mitch. – 

Może z nim porozmawiamy. 

– Dobrze – zgodziła się Caroline. – Zresztą, i tak muszę iść na górę, żeby sprawdzić, co 

ze Scarlett. Stąd nie mogę stwierdzić, jakiego hasła próbował ten facet. Tylko Scarlett może 
mi to powiedzieć. Ed – zwróciła się do szefa ochrony – chciałabym, abyś natychmiast zmienił 
hasło w ogólnym systemie ochrony z zewnątrz. Jeśli ktoś rzeczywiście przełamał ten system, 
ma teraz swobodny dostęp do wewnętrznej sieci. 

background image

– Zaraz się tym zajmę. 
– Porozmawiaj również z pozostałymi dwoma z personelu. Lattimorem zajmę się sama – 

poleciła mu Caroline i pośpiesznie skierowała się do swego gabinetu. Mitch poszedł razem z 
nią. 

– Czy jesteś pewna, że nic takiego nie zdarzyło się w przeszłości? – spytał. 
– Absolutnie. Ed Newton świetnie wykonuje swoje obowiązki. Nikomu jeszcze nie udało 

się przedostać przez ogólny system ochrony, nie mówiąc o dotarciu do Scarlett. 

Caroline była wyraźnie wzburzona. Mimo pozorów opanowania, niewiele brakowało, a 

wpadłaby w panikę. Nie było w tym nic dziwnego, wszak odpowiadała za komputer wart 
miliony   dolarów,  ale   Mitch   uznał,   że   chodzi   tu   o   coś   więcej   niż   pieniądze.   Zachowanie 
Caroline   przypominało   mu   jego   własne   reakcje,   gdy   zorientował   się,   że   Ruthann   gdzieś 
zginęła. 

Interesujące, pomyślał. 
Brad Lattimore siedział przy swoim biurku w rogu laboratorium. Wyglądał na ucznia 

gimnazjum,   a   nie   na   odpowiedzialnego   pracownika   jednej   z   największych   firm, 
prowadzących   badania   w   dziedzinie   komputerów.   To   nie   zdziwiło   Mitcha.   Przemysł 
komputerowy   był   domeną   ludzi   młodych,   czasem   nawet   bardzo   młodych.   Zaskoczył   go 
natomiast   fakt,   że   Lattimore   nie   siedział   przy   terminalu,   tylko   przeglądał   gruby   stos 
komputerowych wydruków. Stojący obok monitor był wyłączony. 

Mitch zakasłał. Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał w ich stronę. 
–   O,   doktor   Hunter!   –   powiedział   ze   zdziwieniem.   –   Cóż   sprowadza   panią   do 

laboratorium o tej porze?

– Mamy niewielki problem – odpowiedziała Caroline. – Brad, czy próbowałeś dostać się 

do systemu OHARA dziś wieczór?

–   Nie,   proszę   pani   –   Lattimore   wydawał   się   szczerze   zdziwiony   tym   pytaniem.   – 

Przeglądałem zmiany w bazie danych, wprowadzone przez doktora Caldwella. Czy są jakieś 
kłopoty z systemem?

– Nie, nie masz się czym martwić – uspokoiła go Caroline. – Możesz dalej pracować lub 

raczej idź do domu. Już prawie jedenasta. 

Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i poszła do swego gabinetu. 
– Czy on często pracuje wieczorami? – spytał Mitch, gdy młody programista nie mógł już 

ich usłyszeć. 

– Dość często. 
– Również w piątki wieczorem?!
– Chyba tak. 
Caroline   nigdy   nie   zastanawiała   się   nad   zachowaniem   współpracowników.   Ponieważ 

sama nie miała rodziny, nie dziwiła się, gdy inni pracowali wieczorami. 

– Dlaczego im na to pozwalasz?
– Mam do swoich pracowników pełne zaufanie – Caroline zrozumiała jego aluzję. – Nie 

chodzi   o   ślepą   wiarę   w   ludzką   uczciwość.   Wszyscy,   którzy   tu   pracują,   zostali   bardzo 
dokładnie sprawdzeni. Zapewne powinnam cię o tym uprzedzić. 

background image

–   Czy   mam   rozumieć,   że   Ed   sprawdzi,   czy   w   jakiejś   szafie   nie   trzymam   starych 

szkieletów?

– Tak. 
– Hm. Będę musiał posprzątać w domu, inaczej biedny Ed mocno się zakurzy. 
– Ostrzegę go, aby nałożył robocze ubranie – odparła Caroline z uśmiechem. Sama się 

zdziwiła, że nawet w takiej sytuacji Mitch potrafił ją rozśmieszyć. 

Gdy weszli do gabinetu, automatycznie zapaliło się światło i włączyła się Scarlett. 
–   Dobry   wieczór,   Caroline.   Dobry   wieczór,   poruczniku   Grogan.   Czy   przyszliście   z 

powodu próby włamania się do mojego systemu?

– Tak, Scarlett – przyznała Caroline, kierując się w stronę biurka. – Proszę, zrób mi listę 

wszystkich haseł, jakich ten ktoś próbował użyć oraz dalszych komunikatów. 

Caroline usiadła przed monitorem. Mitch patrzył jej przez ramię. Na ekranie pojawił się 

dziwny ciąg symboli:

>. > 68092. if? » yimrestp. 894 »interface 
Na co Scarlett odpowiedziała:
PRZYKRO   MI,   ALE   TO   NIE   JEST   WŁAŚCIWE   HASŁO.   OCHRONA   ZOSTAŁA 

POINFORMOWANA   O   PRÓBIE   NIEUPRAWNIONEGO   UŻYCIA   KOMPUTERA. 
PROSZĘ SIĘ ZIDENTYFIKOWAĆ. 

Włamywacz   spróbował   następnie   innego   hasła,   zmieniając   liczby,   lecz   zachowując 

ogólną strukturę. 

Scarlett ponownie odmówiła dostępu do systemu i zażądała identyfikacji, na co tamten 

podał jej kolejne hasło. Tym razem Scarlett odrzekła:

TRZYKROTNE PODANIE NIEWŁAŚCIWEGO HASŁA WSKAZUJE, ŻE NIE JEST 

PAN   UPRAWNIONYM   UŻYTKOWNIKIEM   TEGO   SYSTEMU.   PRZERYWAM 
POŁĄCZENIE. 

Po czym Scarlett zrealizowała swą zapowiedź. 
Mitch dobrze znał kilka języków komputerowych, ale podane przez włamywacza hasła 

nie przypominały mu żadnej znanej struktury. 

– Czy ty coś z tego rozumiesz? – zapytał Caroline. 
– Nie. 
– Czy to przypomina język kodowania, którego rzeczywiście używasz?
– Nie, nie ma nawet odległego podobieństwa. 
– Czy taka instrukcja mogłaby mieć jakieś znaczenie?
– Nie – Caroline nic z tego nie rozumiała. – Wiele lat temu, gdy rozpoczęłam pracę nad 

Scarlett, rzeczywiście stosowałam język o podobnej strukturze, ale zrezygnowałam z niego, 
gdy zainstalowałam ją na komputerze OHARA. 

–   Czy   chcesz   powiedzieć,   że   zaczęłaś   pracę   nad   bazą   danych   Scarlett,   jeszcze   nim 

zaprojektowałaś system OHARA? – spytał Mitch, marszcząc czoło. 

– Tak. Rozpoczęłam pracę nad pierwszą wersją bazy danych jeszcze na uniwersytecie, 

posługując się zwykłym pecetem. Gdy powstał OHARA, zaadaptowałam poprzednią wersję 
do nowego systemu. 

background image

– Chwileczkę – przerwał. – Może lepiej wyjaśnij mi to dokładnie, Caroline – poprosił. – 

Chciałbym zrozumieć, jak powstał ten komputer. Rozumiem, że nim zobowiązałem się do 
zachowania dyskrecji, nie mogłaś mi opowiedzieć o szczegółach. 

– Dobrze. Czego nie rozumiesz?
– Przede wszystkim nie rozumiem, dlaczego używasz nazw OHARA i Scarlett tak, jakby 

oznaczały dwie zupełnie różne rzeczy. 

–   Bo   tak   właśnie   jest   –   odrzekła   Caroline.   –   OHARA   to   optyczny   komputer,   który 

wykonuje program Scarlett. W istocie Scarlett to cała grupa programów, przede wszystkim 
baz   danych,   umożliwiających   gromadzenie   informacji   i   korzystanie   z   nich   w   logiczny   i 
racjonalny sposób. Dzięki nim Scarlett „myśli”. 

– A gdzie te programy są przechowywane?
– W chronionej pamięci systemu – odpowiedziała. – Można się do nich dostać tylko 

znając odpowiednie hasło. 

– Czy inne komputery mogłyby korzystać z programu Scarlett?
–   Tak   –   przyznała   niechętnie.   –   Pod   warunkiem,   że   użytkownik   zdobyłby   kopię 

Translatora. 

– A co to takiego?
– To program, który pozwala Scarlett kontaktować się z innymi komputerami. Jak wiesz, 

komputery   często   korzystają   z   różnych   języków   i   systemów   operacyjnych.   OHARA 
dysponuje programem, zdolnym do przetłumaczenia dowolnego programu na język, z jakiego 
korzysta Scarlett. Dzięki temu Scarlett może wykonać absolutnie każdy program. 

Mitch   cicho   gwizdnął.   Teraz   wreszcie   zrozumiał,   jaką   wartość   ma   system   OHARA. 

Rozmaite  instytucje  rządowe, przedsiębiorstwa, a nawet indywidualni  użytkownicy często 
reagują niechętnie na nowe zdobycze techniki komputerowej, ponieważ z reguły mija parę lat, 
nim powstaną  programy dla  nowych  komputerów.  Nim  to nastąpi,  nowy komputer  tylko 
zajmuje   miejsce   na   biurku.   Caroline   rozwiązała   ten   problem   i   jednocześnie   stworzyła 
prawdziwą kopalnię złota. 

Teraz już rozumiał, dlaczego kobieta tak się zdenerwowała próbą przełamania ochrony 

systemu. Dobrze wiedział, że ludzie zabijają się dla znacznie mniejszych pieniędzy, niż mogła 
przynieść swym twórcom Scarlett OHARA. 

– Z ilu terminali można połączyć się ze Scarlett? – spytał. 
– W laboratorium programistów znajduje się sześć zwykłych terminali, z których można 

podać instrukcje za pomocą klawiatury. 

– A ile jest terminali reagujących na ustne polecenia, takich jak twój? – Mitch wskazał 

ręką na monitor. 

– Tylko dwa. Mój i Henry’ego Bergmana. 
– A u ciebie w domu?
– Mam zwykły terminal. 
Odpowiedzi   Caroline   wyjaśniły   Mitchowi   kilka   kwestii,   ale   nie   przybliżyły   wcale 

odkrycia, kim był tajemniczy włamywacz. Oboje znów przyjrzeli się widocznym na ekranie 
hasłom. 

background image

– Wiesz, co dla mnie jest w tym najbardziej zagadkowe?
– odezwała się Caroline. 
– Co takiego?
– Dlaczego ten ktoś wybrał właśnie takie hasła? Dlaczego uważał, że mogą umożliwić 

mu dotarcie do systemu?

– Może jednak miałem rację sądząc, że to jakiś maniak, który nie ma nic innego do 

roboty,   jak   tylko   bawić   się   w   łamanie   komputerowych   układów   zabezpieczających.   To 
popularna zabawa. 

– Bardzo bym się z tego ucieszyła – odrzekła Caroline, ale nie wierzyła w to wyjaśnienie. 

Dobrze   wiedziała,   że   liczni   konkurenci   MediaTech   zyskaliby   wiele,   gdyby   jej   projekt 
zakończył   się niepowodzeniem.   Firma,   która  pierwsza  wprowadziłaby  na  rynek  optyczny 
komputer,   z   pewnością   osiągnęłaby   ogromne   zyski.   Z   tego,   co   wiedziała,   wszystkim 
konkurentom   brakowało   kilku   lat   pracy   do   zbudowania   takiego   komputera,   co   tylko 
zwiększało ryzyko, że Scarlett stanie się ofiarą sabotażu. 

– Scarlett, czy przypominasz sobie, by taki incydent zdarzył się w przeszłości?
– Nie. Zdarzało się parokrotnie, że ktoś podawał błędne hasło, ale w każdym wypadku 

powodem była zwykła pomyłka. 

– Dziękuję, Scarlett. Koniec sesji. – Caroline wyłączyła komputer. Obróciła się na fotelu 

w stronę Grogana. – To dość przerażające, Mitch. 

– Jeszcze nic się nie stało – uspokajał ją łagodnie. Widział, że Caroline wcale nie żartuje, 

tylko naprawdę się boi. 

– Musisz o tym pamiętać. 
– Ale ktokolwiek to zrobił, potrafił nie tylko złamać ogólny system ochrony, ale nawet 

zatrzeć po sobie ślady. Oznacza to, że musi dobrze znać nasz system. 

– Chyba że próbował tego ktoś z laboratorium – zauważył Mitch. 
– Masz na myśli Brada Lattimore’a? – spytała. – Nie wierzę. Gdyby miał uzasadniony 

powód, aby grzebać w systemie, wystarczyłoby, żeby poprosił o hasło. 

– Ale wtedy pracowałby pod nadzorem, prawda?
– Oczywiście. 
– Może chciał tego uniknąć. Może chciał, na przykład, skopiować Translatora lub bazy 

danych i sprzedać je konkurencji? Jak rozumiem, posługujesz się dyskami optycznymi, a nie 
magnetycznymi. 

– Oczywiście. Nie można zapisywać danych dla komputera optycznego na magnetycznej 

dyskietce.   Mitch,   gdyby   nawet   Brad   skopiował   programy,   i   tak   nie   mógłby   ich 
przeszmuglować z laboratorium.  Sam widziałeś,  jak działa  ochrona. Strażnicy sprawdzają 
wszystkie teczki i torby. 

– Ale chyba nie robią rewizji osobistych?
– Nie, bo nie są konieczne. Skonstruowałam specjalne urządzenie zabezpieczające, które 

zostało zainstalowane  we wszystkich  wyjściach.  Odpowiedni  impuls  elektryczny generuje 
falę,   która  niszczy  wszystkie  dane   na  dyskach  –  wyjaśniła   Caroline.  –  Dysk  wyniesiony 
nielegalnie z laboratorium byłby zupełnie bezużyteczny. 

background image

Mitch nie dał się przekonać. Z doświadczenia wiedział, że można złamać każdy system 

zabezpieczeń,   to   tylko   kwestia   pomysłowości.   Wolał   jednak   nie   nalegać,   bo   Caroline 
najwyraźniej chciała wierzyć, że nikt z jej pracowników nie jest zamieszany w szpiegostwo 
przemysłowe. 

– Jest jeszcze jedna możliwość, której dotychczas nie rozważaliśmy – stwierdził. 
– Mianowicie?
– Być może to tylko produkt wyobraźni Scarlett. 
–   Chyba   żartujesz   –   powiedziała   Caroline.   –   Scarlett   to   tylko   komputer.   Nie   ma 

wyobraźni. 

– Wykazuje ciekawość i najwyraźniej jest do ciebie przywiązana – odrzekł Mitch. – Jeśli 

dobrze   pamiętam,   powiedziałaś   mi,   że   w   wolnych   chwilach   sama   uruchamia   pewne 
programy. 

–   Tak,   to   prawda,   ale   w   ten   sposób   Scarlett   tylko   analizuje   i   przetwarza   otrzymane 

informacje. Porównuje nowe wiadomości z zawartością bazy danych i wyciąga odpowiednie 
wnioski. 

– Jak wtedy, gdy utożsamiła system stopni w wojsku i policji?
– Właśnie. 
– Czy zatem możesz wykluczyć, że Scarlett natrafiła w pamięci na stare linijki kodu i nie 

wiedziała, co z nimi zrobić?

– Nie wydaje mi się, by coś takiego mogło się przydarzyć – odpowiedziała Caroline po 

krótkim   namyśle.   –   Muszę   jednak   przyznać,   że   również   nie   potrafię   wyjaśnić,   dlaczego 
zapomina pewne informacje. 

– Czy między tymi zdarzeniami może być jakiś związek?
– Oznaczałoby to, że w systemie tkwi jakiś bardzo poważny błąd, z którego dotychczas 

nie zdawałam sobie sprawy. 

Mitch dobrze wiedział, ile kosztowało ją to stwierdzenie. Wprawdzie Caroline mówiła o 

Scarlett, że to tylko komputer, ale w rzeczywistości program ten miał dla niej o wiele, wiele 
większe znaczenie. W jej oczach widać było niepokój. 

– Co zamierzasz zrobić? – spytał. 
– Jeszcze nie wiem – potrząsnęła głową. – Przypuszczam, że sprawdzę cały program, 

linijka   po   linijce,   aż   zrozumiem,   jak   to   się   mogło   stać.   Pogrzebię   również   w   głównym 
komputerze MediaTech. Muszę wiedzieć, w jaki sposób ten spryciarz złamał system ochrony. 

– Czy polecisz Edowi, aby sprawdził Lattimore’a?
–   Proszę   bardzo,   jeśli   to   cię   uszczęśliwi   –   mruknęła   w   odpowiedzi.   –   Mogę   ci 

zagwarantować, że Newton nie znajdzie niczego podejrzanego. Brad jest jednym z moich 
najlepszych programistów. 

– Czasami tacy właśnie są najgroźniejsi. 
Caroline nie mogła w to uwierzyć, ale nie chciała się spierać. Mitch miał do czynienia z 

przestępstwami komputerowymi na co dzień i lepiej było nie lekceważyć jego opinii. 

– Czy powinnam zabronić przebywania w laboratorium po godzinach?
– Rób jak chcesz, ale według mnie jest to sensowny środek ostrożności. Jeśli ograniczysz 

background image

możliwość   dostępu   do   komputera   bez   nadzoru,   to   tym   samym   zmniejszysz   ryzyko 
szpiegostwa. 

– Dobrze. 
Caroline była tak przygnębiona, że Mitch dałby wiele, aby ją jakoś pocieszyć. Mimo to 

nie ośmielił się wziąć jej w ramiona. 

– Wszystko będzie dobrze – spróbował dodać jej odwagi. – Z tego, co wiemy, nie stało 

się nic złego. 

– Mam nadzieję, że tak. 
– Czy chcesz zgłosić oficjalny meldunek na policję?
– Chyba nie – odpowiedziała po krótkim namyśle. – Nie ma żadnych zniszczeń, nic nie 

zostało ukradzione. Nie potrafię dowieść, że ktoś przełamał ogólny system ochrony. O czym 
właściwie miałabym zameldować?

– Dobrze – Mitch musiał przyznać, że Caroline ma rację. Oficjalnie nie mógł jeszcze nic 

zrobić, żeby jej pomóc. – Ale dasz mi znać, jeśli taki incydent się powtórzy?

–   Oczywiście   –   zapewniła   go   i   wstała   zza   biurka.   –   Chodźmy.   Odprowadzę   cię   do 

wyjścia. 

– A ty nie wracasz do domu? – zdziwił się. Zauważył, że Caroline zostawiła teczkę i 

torebkę w gabinecie. 

– Nie. Spadło mi na głowę mnóstwo roboty. 
Nawet   nie   próbował   podejmować   dyskusji.   Caroline   jasno   stwierdziła,   że   jej   życie 

sprowadza się do pracy. Potrafił to zrozumieć. W tej chwili nic nie miało dla niej większego 
znaczenia niż niebezpieczeństwo zagrażające Scarlett. Gdyby coś groziło któremuś z jego 
dzieci, on również przez całą noc pozostałby na nogach. 

background image

7

Podjeżdżając pod dom Grogana, Caroline zastanawiała się, czy postradała rozum. Sama 

nie wiedziała, w jaki sposób Mitchowi udało sieją namówić, by odwiedziła ich w sobotnie 
popołudnie. 

Gdy żegnali się poprzedniego wieczoru, podziękowała mu za obietnicę współpracy, a 

Mitch raz jeszcze wyraził wdzięczność za to, że zainteresowała się Janis. Zapewnił ją, że na 
wiadomość o możliwości odbycia praktyki w MediaTech dziewczyna wpadnie w ekstazę i 
nim Caroline zorientowała się, co robi, zgodziła się powiedzieć jej o tym osobiście. 

Oczywiście,   było   to   dość   rozsądne   postanowienie.   Powinny   przecież   porozmawiać, 

ustalić godziny pracy, zakres obowiązków, itp. Takie rzeczy dobrze jest określić zawczasu, 
aby nikt nie był rozczarowany. 

Dlaczego   jednak   zgodziła   się   tu   przyjechać?   Przecież   mogli   to   wszystko   omówić   w 

biurze.   Chyba   zwariowałam,  pomyślała.  Spędziła   całą   noc  i  ranek,   przeglądając   program 
systemowy   OHARA   i   nie   znalazła   niczego   ciekawego.   Równie   bezpłodne   okazały   się 
wszystkie testy głównego komputera. Była zmęczona i sfrustrowana. Wciąż niepokoiła się 
faktem, że ktoś zdołał, pozornie bez wysiłku, dotrzeć aż do Scarlett. Wprawdzie nic się nie 
stało, ale to była dla niej niewielka pociecha. Na dodatek perspektywa spotkania z Mitchem 
Groganem wcale nie pomagała odzyskać równowagi psychicznej. 

Pomyślała, że głupio zrobiła, godząc się na to spotkanie. Nie powinni widywać się tak 

często. Niestety, teraz już nie mogła się wycofać. 

Wysiadła z samochodu i skierowała się do drzwi. Groganowie mieszkali w przeciętnym, 

piętrowym   domku   z   drewna,   podobnym   do   wszystkich   domów   w   bardzo   zadbanym 
sąsiedztwie.   Sobotnie   popołudnie   i   ładna   pogoda   sprzyjały   wzmożonej   aktywności 
mieszkańców. Wszędzie kręciły się dzieci na rowerach, dwa domy dalej jakiś mężczyzna 
kosił trawnik, podczas gdy jego żona pieliła klomb. Po drugiej stronie ulicy, na werandzie 
siedziała   starsza   para;   oboje   uważnie   przyglądali   się   Caroline.   Typowe,   amerykańskie 
przedmieście. 

Nim dotarła do drzwi frontowych, usłyszała dobiegający zza domu pisk dziecka i śmiech 

Mitcha. Zmieniła kierunek i obeszła dom. Zatrzymała się za węgłem, gdzie zasłaniał ją krzak 
azalii. 

– Rzucaj, Sam! Rzucaj!
Zwrócony  tyłem   do  Caroline,   Mitch   kucał   na   trawniku   i   czekał,   aż   Sam   rzuci   piłkę 

baseballową. Miał na sobie szorty i krótką koszulkę, spod której wyglądała naga skóra. Gdy 
chłopiec rzucił piłkę, czarny labrador na próżno usiłował przechwycić ją w locie. Mitch złapał 
piłkę i rzucił ją do syna. Biedny pies znów spróbował chwycić. Ruthann jeździła wokół nich 
na trójkołowym rowerze, uciekając przed dziadkiem, który udawał, że ją goni. Janis leżała na 
kocu z nosem utkwionym w książce, zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie. 

Co za idylla, pomyślała Caroline. Brakuje tylko mamy w fartuchu, ale i bez niej dobrze 

sobie radzą. 

background image

Po kolejnym rzucie rozległo się głośne uderzenie piłki o rękawicę. 
– Dobrze, Sam! – pochwalił Mitch, odrzucając piłkę. – Musisz jeszcze poprawić celność. 
– Tak? Ciekawe, co dziadek powie. Dziadku, będziesz sędzią, bo tata niedowidzi. 
– Wykluczone! – odkrzyknął dziadek. – Mam dość roboty z tą mistrzynią kierownicy. 
– Szybciej, dziadku! – ponagliła go Ruthann. Ostro skręciła i przejechała po kocu Janis, 

co wreszcie wywołało jakąś reakcję. 

– Hej, Mała! Uważaj, co robisz!
– Goń mnie, Jannie! Goń mnie!
– Mowy nie ma – mruknęła Janis i wróciła do książki. 
–   Hej,   tato,   mamy   gościa!   –   Sam   pierwszy   zauważył   Caroline.   –   To   ta   szycha   z 

MediaTech. 

Mitch otrzepał trawę z kolan i odwrócił się w jej stronę. 
– Dzień dobry, Caroline! – powitał ją, uśmiechając się szeroko. – Witamy w Candlestick 

Park. 

Na   szczęście   Caroline   wiedziała,   że   Candlestick   Park   to   stadion   baseballowy   w   San 

Francisco. Na tym właściwie kończyła się jej wiedza na wszelkie tematy sportowe. 

– Nie jestem pewna, Mitch, czy to nie tor wyścigowy w Indianapolis – odpowiedziała, 

wychodząc zza krzaka. 

Mitch  zbliżył  się  do niej. Miał silnie  umięśnione  ramiona  i  nogi, a głęboko  wycięty 

kołnierzyk koszuli odsłaniał miękkie włosy, porastające pierś. Wyglądał dokładnie tak, jak 
Caroline wyobraziła go sobie przy pierwszym spotkaniu, a mimo to poczuła, że jej serce 
zabiło szybciej. Dobrze, że przy najmniej się nie zaczerwieniła, co – biorąc pod uwagę jej 
myśli – graniczyło z prawdziwym cudem. 

– Caroline! – Ruthann zeskoczyła z roweru i pobiegła je na spotkanie. Wyprzedziła ojca, 

ale ten chwycił ją na ręce, nim zdołała rzucić się na gościa. 

– Cześć, Ruthann! – powiedziała Caroline, gdy zbliżyli się do siebie. 
– Cześć! – Dziewczynka wychyliła się w jej stronę, pewna, że ojciec nie pozwoli jej 

upaść. Cmoknęła Caroline w policzek. – Czy przyszłaś do nas na bobbycue?

– Bobbycue? Och, barbecue. Hm, nie. Przyszłam porozmawiać z Janis. 
– Tato, niech Caroline zostanie – Ruthann od razu posmutniała. 
– Spróbuję ją namówić, Mała – obiecał Mitch. Uśmiechnął się do Caroline. – Cieszę się, 

że przyszłaś. Janis jeszcze nic nie wie – dodał szeptem. 

Dziadek również podszedł, żeby się przywitać. Jedną ręką trzymał psa, który koniecznie 

chciał polizać Caroline. Sam trzymał się z dala, wyraźnie zły, że przerwano mu trening. Janis 
zerwała się z koca i właśnie wkładała płaszcz kąpielowy. 

– Przepraszam,  że  się spóźniłam  – powiedziała  Caroline.  – Cały dzień siedziałam  w 

pracy. 

– Tak myślałem – kiwnął głową Mitch. – Czy coś znalazłaś?
– Absolutnie nic. 
Mitch szybko opowiedział ojcu o wydarzeniach ostatniej nocy. 
– Proszę, niech pani się nie martwi. Mitch z pewnością odkryje, kto to taki – zapewnił ją 

background image

starszy pan. 

– To chyba nie jest jeszcze sprawa dla policji – powiedziała Caroline, ale uśmiechem 

podziękowała mu za słowa otuchy. 

– Dzień dobry pani... to jest, dzień dobry, Caroline. Co za sprawa dla policji? – spytała 

Janis. Mitch musiał znów opowiedzieć o próbie włamania się do systemu Scarlett. 

– Czy coś się jej stało? – zaniepokoiła się Janis. 
– Nie, wszystko w porządku – uspokoiła ją Caroline. 
– Co za ulga! Wciąż nie mogę uwierzyć, że miałam okazję ją zobaczyć – rozpromieniła 

się dziewczyna. – To najwspanialszy komputer, jaki w życiu widziałam. 

– Cieszę się, że tak uważasz – odpowiedziała kobieta. – IVAR zrobił duże wrażenie na 

moim zespole. Właśnie dlatego tu przyjechałam. Muszę z tobą porozmawiać. 

– Przyjechałaś zobaczyć się ze mną? – Janis nie mogła w to uwierzyć. 
Caroline kiwnęła głową. 
– Może lepiej usiądźmy – wtrącił Mitch. – Tak będzie bezpieczniej, przecież Janis zaraz 

zemdleje. 

– Tato! Nigdy w życiu nie zemdlałam – zaprotestowała córka, przewracając oczami, ale 

posłusznie ruszyła w kierunku tarasu, gdzie stało parę krzeseł i stół. 

– Zajmę się Samem – obiecał dziadek. Caroline zauważyła w jego oczach wesoły błysk i 

domyśliła się, że Mitch już mu o wszystkim powiedział. – Chcesz, żebym ją zabrał? – spytał, 
wyciągając rękę do Ruthann, która jednak pokręciła głową i odsunęła się od dziadka. 

– Nie – zaprotestowała. – Chcę zostać z Caroline. 
– Niech zostanie – powiedział Mitch. – Może lepiej zabierz stąd psa. 
– Dobrze – dziadek oddalił się, prowadząc labradora za obrożę. 
Caroline usiadła przy stole obok Janis, natomiast Mitch przysiadł na stopniu schodów, 

zaledwie   metr   od   jej   krzesła.   Ruthann   bezskutecznie   usiłowała   mu   się   wyrwać   i   dopaść 
gościa. 

– O co chodzi? – spytała Janis, spoglądając podejrzliwie na ojca i Caroline. 
– Mam dla ciebie pewną propozycję – zaczęła doktor Hunter. – Wczoraj wieczorem przy 

kolacji omówiłam ją z twoim ojcem... 

– Teraz wiem, gdzie wczoraj byłeś! Miałeś randkę z Caroline! – wykrzyknęła Janis z 

radosnym podnieceniem. 

– Nie, to nie była randka – wyjaśnił, zerkając z rozbawieniem na Caroline. – Musieliśmy 

omówić pewne sprawy. Podjąłem się przygotować bazę danych dla Scarlett. 

– Wspaniale, tato!
– Ty również możesz wziąć udział w pracy nad systemem OHARA – wtrąciła Caroline. – 

Oczywiście, jeśli masz na to ochotę. 

– Chyba żartujesz?
–   Nie,   mówię   poważnie.   –   Caroline   opowiedziała   jej   o   możliwości   odbycia   letniej 

praktyki w MediaTech, w zespole robotyków. Wyjaśniła Janis, jakie byłyby jej obowiązki i 
ile miałaby czasu na pracę nad IVAR-em. 

– Naprawdę nie żartujesz? – upewniała się dziewczyna. Nie mogła uwierzyć we własne 

background image

szczęście. 

Caroline była zadowolona, że dała się przekonać i osobiście przekazała Janis nowinę. Z 

przyjemnością patrzyła na uszczęśliwioną dziewczynę. 

– Mówię serio – powtórzyła.  – To poważna oferta, a twój ojciec wyraził  już zgodę. 

Wszystko zależy od ciebie. 

– Och, Caroline, dziękuję! – Janis zerwała się z krzesła i rzuciła się jej na szyję. 
– Uh... proszę bardzo – wyjąkała zupełnie zaskoczona Caroline. Instynktownie pogłaskała 

dziewczynę   po  plecach.   Po  chwili   Janis   ją  puściła.   Była   cała   czerwona   z   zakłopotania   i 
podniecenia. 

– Bardzo przepraszam – powiedziała, prostując się i usiłując zachować resztki godności. 

– Zdaje się, że nie zachowałam się jak profesjonalista, prawda? Obiecuję jednak, że będę się 
starać dobrze pracować. 

– Nie wątpię. 
– Ja też chcę! – pisnęła Ruthann. Nie mogła znieść, że Caroline uściskała Janis, a ją nie. 

Wyrwała się Mitchowi i pobiegła w jej kierunku. – Ja też chcę, żeby Caroline mnie przytuliła!

Caroline na chwilę zamarła. Mała wdrapała się na kolana i zarzuciła jej ręce na szyję. 

Kobieta  nie miała  wyboru,  musiała  ją objąć. Nie potrafiła  sobie wyobrazić,  jak mogłaby 
odepchnąć   dziecko.   Dobrze   pamiętała,   ile   razy   chciała,   aby   rodzice   ją   uściskali   i   w 
odpowiedzi słyszała, że ma się dobrze sprawować. Po jakimś czasie nauczyła się, że lepiej nie 
prosić, chyba że ciotkę Liddy. 

Teraz zrozumiała, dlaczego Liddy nigdy jej nie odepchnęła. Jak mogłaby zawieść pełne 

ufności maleństwo? Z całych sił przytuliła małą do siebie. 

–   Dobrze   to   robisz,   Caroline   –   zachichotała   Ruthann,   sadowiąc   się   wygodnie   na   jej 

kolanach. 

– Ruthann, przeszkadzasz Caroline – odezwał się Mitch. – Chodź do mnie. 
– W porządku, może zostać – uspokoiła go Caroline. 
– Poplami ci spodnie trawą – ostrzegł ją mężczyzna. 
–   I   tak   muszę   je   wyprać   –   odpowiedziała,   przyglądając   się   zielonej   plamie,   ostro 

odcinającej się od białych spodni. 

– Widzisz, tato? – Ruthann zmarszczyła nos. – Caroline mnie lubi. Prawda, Caroline?
–   A   któż   mógłby   cię   nie   lubić?   –   odrzekła   Caroline.   Z   uśmiechem   przyglądała   się 

niebieskim oczom dziewczynki. – Przypominasz mi małego pieska, w którym zakochałam 
się, gdy byłam w twoim wieku. 

– Naprawdę miałaś pieska? Czy wyglądał jak Grover?
– To nie był mój pies. Widywałam go, gdy odwiedzałam ciotkę. Za to teraz mam kota. 
– Jak się nazywa?
– Einstein. 
– To  głupia nazwa  – skrzywiła  się  Ruthann. – Gdybym  miała  kota, nazwałabym  go 

Puszek. 

– Gdybyś miała kota, wyrwałabyś mu wszystkie włosy z ogona – wtrąciła Janis. – Nic 

dziwnego, że Grover cię unika. 

background image

– Nieprawda! – zaprotestowała dziewczynka. – Grover mnie kocha, prawda, Caroline?
– Teraz bądź cicho, Mała. – Mitch zbliżył się do stołu i usiadł obok Caroline. – Musimy 

jeszcze omówić parę spraw. 

Ruthann umilkła. Siedziała przytulona do Caroline i słuchała rozmowy o stażu siostry. 

Caroline opisała  jej przyszłe  obowiązki,  a gdy przeszli  do ustalenia  godzin pracy,  Mitch 
zawołał ojca. Wtedy dołączył  do nich Sam, aby przypomnieć  dziadkowi, że we wtorki i 
czwartki po południu ktoś musi go zawieźć na treningi baseballu. Pamiętając o tym, Janis 
zdecydowała, że będzie pracować w środy i piątki od pierwszej do piątej. 

Gdy załatwili sprawy praktyczne, Caroline i Janis zaczęły rozmawiać o komputerach i 

robotach.   Ruthann   wciąż   siedziała   na   kolanach   gościa.   Dziadek   coś   tam   opowiadał   o 
rozpaleniu rusztu do barbecue, ale w rzeczywistości minęło pół godziny, nim się do tego 
zabrał. Sam próbował namówić ojca na kontynuację ćwiczeń, jednak musiał zadowolić się grą 
we  frisbee  z Groverem. Mitch w milczeniu przyglądał się, jak Caroline radzi sobie z jego 
córkami. 

To   był   interesujący   widok.   Po   raz   pierwszy   od   bardzo   dawna   Janis   miała   okazję 

porozmawiać z kimś, kto mógł ją czegoś nauczyć. Choć zazwyczaj nie zadzierała nosa, Mitch 
dobrze   wiedział,   że   córka   z   reguły   góruje   nad   swoimi   rozmówcami.   Tym   razem   z 
przyjemnością przyglądał się, jak Janis rozmawia na tematy naukowe z kimś, kto ma nad nią 
przewagę. 

No i  Ruthann.  Mitch  rzadko  widywał,  aby  jego mała   wiercipięta  tak  długo  siedziała 

spokojnie na jednym miejscu i cierpliwie znosiła fakt, że nie jest centrum uwagi wszystkich 
dookoła. Choć nie uczestniczyła  w rozmowie, faktycznie nie była pozostawiona na boku. 
Ilekroć wtrącała jakieś pytanie, Caroline traktowała ją poważnie i cierpliwie odpowiadała. 
Kilkakrotnie   pogłaskała   ją   po   głowie,   niemal   nie   zdając   sobie   z   tego   sprawy.   Tak 
przynajmniej   wydawało   się   Mitchowi.   Pomyślał,   że   jeśli   nawet   Caroline   tego   nie   wie, 
niewątpliwie ma dobrze rozwinięty instynkt macierzyński. 

W końcu jednak jej cierpliwe odpowiedzi przestały wystarczać Ruthann. Mała czuła, że 

kleją   się   jej   oczy,   i   rozpoczęła   walkę   z   sennością.   Stała   się   tak   wymagająca,   że   Janis   i 
Caroline nie mogły już dłużej rozmawiać. Ruthann zeszła z kolan, chwyciła Caroline z rękę i 
zażądała, aby ta natychmiast zobaczyła rower, jaki niedawno dostała na urodziny. 

–   Może   lepiej   pójdź   pobawić   się   z   Samem   i   Groverem   –   zaproponował   Mitch,   ale 

Ruthann nie puszczała dłoni swej nowej przyjaciółki. 

– Nie! – krzyknęła żałośnie. – Chcę, żeby Caroline zobaczyła rower!
Caroline zerknęła na Mitcha, niepewna, co zrobić, po czym wstała. 
– Rozpuścisz ją – zauważył. 
Nie mogła się zdecydować. Przypomniała sobie, że przecież nie zna się na wychowaniu 

dzieci. 

– Czy będzie lepiej, jeśli odmówię?
– Rób, co chcesz – uśmiechnął się Mitch i pokręcił głową. – Pamiętaj tylko, że im więcej 

jej ofiarujesz, tym więcej Ruthann będzie żądać. 

Caroline   pomyślała,   że   pewnie   dlatego   rodzice   mieli   dla   niej   tak   mało   czasu.   Czy 

background image

rzeczywiście   bali   się,   że   będzie   chciała   zbyt   wiele?   A   może   nie   mieli   jej   nic   do 
zaofiarowania?

– Dobrze, chodźmy zobaczyć rower – powiedziała wreszcie i pozwoliła się pociągnąć w 

poprzek podwórka. 

Mitch   dobrze   wiedział,   że   Caroline   nie   chciała   sprawić   Ruthann   zawodu.   Już   to 

wystarczało, aby się w niej zakochał. 

– Ona jest wspaniała, prawda, tato? – mruknęła Janis, siadając obok niego. 
– Prawda, córeczko. 
– Mówiłam ci. 
– Tak, pamiętam – uśmiechnął się Mitch. Przypomniał sobie, jak Janis zaczęła odgrywać 

rolę swatki. 

– Naprawdę ją lubisz?
– Tak. 
– Ona chyba też cię lubi. Jakoś dziwnie na ciebie patrzy, tak jakbyś ją onieśmielał – 

powiedziała córka. W jej głosie zabrzmiała nutka niedowierzania. 

– Czemu tak cię to dziwi, Aniołku? – spytał Mitch. – Twój stary nie stoi jeszcze nad 

grobem. 

– Och, wiem. Wszystkie moje przyjaciółki sądzą, że jesteś bardzo przystojny. 
– Naprawdę? – zaśmiał się. 
– No pewnie. Tory uważa, że wyglądasz jak Nick Nolte. 
– Nick Nolte, tak? – Mitch wyprostował ramiona i wysunął do przodu szczękę. – Jakoś 

zdzierżę to porównanie. 

– Och, tato, Tory nie ma o niczym pojęcia. Ma dopiero piętnaście lat i jest ślepa niczym 

kret. 

– Bardzo dziękuję za uznanie – odpowiedział Mitch i w tym  momencie zauważył  w 

oczach córki wesołe iskierki. 

– Dałeś się nabrać – powiedziała z uśmiechem. 
– Janis! Zażartowałaś! Co za wydarzenie!
–   Zobaczymy,   czy   potrafisz   ją   namówić,   żeby   została   na   kolacji   –   odrzekła   Janis   i 

pocałowała go w policzek. – Dziadek i ja zajmiemy się Ruthann. Będziecie mogli spokojnie 
porozmawiać. 

– Janis!
– Bądź rozsądny, tato! Caroline to największe szczęście, jakie może przydarzyć się tej 

rodzinie. 

– Mówisz tak dlatego, że ci załatwiła praktykę – odrzekł Mitch, choć w istocie zgadzał się 

z oceną córki. 

–  Lepiej   dopilnuj,  żeby  została   na  kolacji  –  ucięła   dyskusję   Janis   i  poszła   do  domu 

zadzwonić czym prędzej do Tory i podzielić się z nią nowinami. 

Mitch   pomyślał,   że   w   ten   sposób   Janis   zaaprobowała   jego   ewentualny   związek   z 

Caroline. Nie miał wątpliwości, że również Ruthann ucieszyłaby się z tego. Pozostał zatem 
tylko Sam, który jak dotychczas nie zwracał na nią większej uwagi. No, ale ostatnio nie 

background image

interesował   się   niczym,   oprócz   baseballu   i   wycieczek   w   góry.   Dziadek   z   pewnością 
ucieszyłby się ze związku syna z kimś tak wyjątkowym, no a on sam... Mitch myślał, że jeśli 
nie uda mu się wkrótce jej pocałować, to chyba zwariuje. 

Teraz pozostało mu jeszcze przekonać niechętną panią doktor Hunter... 
Tymczasem Ruthann zaciągnęła Caroline na koniec podwórka, gdzie Mitch zbudował dla 

niej   huśtawkę   i   zjeżdżalnię.   Uparła   się,   żeby   Caroline   łapała   ją   po   każdym   zjeździe   i 
pomagała   wejść   na   górę.   Kobieta   dzielnie   spełniała   jej   żądania,   ale   sądząc   po   coraz 
głośniejszych krzykach Ruthann i jej nerwowym zachowaniu się, Mitch wiedział, że jego 
młodsza córka dojrzała już do spania. Uznał, iż pora na interwencję. 

– Hej, Mała, dość tej zabawy. Najwyższa pora na drzemkę – powiedział, podchodząc do 

huśtawki. – Caroline też już ma dość. 

Wyciągnął ręce, ale Ruthann zręcznie uciekła. 
– Nie!
– Ruthann... 
Mała podbiegła do Caroline i chwyciła ją za nogi. 
– Caroline chce, żebym została! – krzyknęła, patrząc z ufnością na swoją protektorkę. – 

Prawda, Caroline?

Zapytana zerknęła na Mitcha, tak jakby oczekiwała jakiejś wskazówki. 
– Hm... myślę, że tata wie, co jest dla ciebie najlepsze – odpowiedziała. 
– Co?
Przecież ona ma tylko cztery lata, pomyślała Caroline. Trzeba do niej mówić prościej. 
– Ja też myślę, że powinnaś się przespać. 
– Och... 
– Chodź, Mała. Położę cię do łóżka. – Mitch zbliżył się do córeczki. 
– Nie! Caroline mnie położy!
– Ruthann! – skarcił ją ojciec. 
– Nie denerwuj się, Mitch – powiedziała Caroline, biorąc dziewczynkę na ręce. 
– Naprawdę ją rozpuszczasz – uśmiechnął się. 
–  Bardzo  przepraszam   – odpowiedziała,  lekko  się  rumieniąc.  –  Nie  mam   wprawy w 

mówieniu „nie”. 

– Nie masz również wielkiego doświadczenia w mówieniu „tak”, a świetnie ci to idzie. 

Chodź, pokażę ci, gdzie ta zaraza sypia. 

– Pora na drzemkę? – zauważył dziadek, gdy mijali dymiący ruszt na węgiel drzewny. 

Starszy pan wciąż jeszcze walczył z gasnącym co chwila płomieniem. 

– Już dawno powinna była pójść spać – odpowiedział Mitch. 
– Ale zaraz będzie bobbycue! – zaprotestowała Ruthann. 
– Jeszcze zdążysz się przespać – zapewnił ją dziadek. 
– W każdym razie obiecuję, że obudzimy cię na kolację. 
– Uśmiechnął się do Caroline. – Zjesz z nami, prawda?
– Och, nie, nie mogę. Już dawno powinnam była pojechać do domu. 
– Caroline, proszę, zostań!

background image

– Musisz skosztować słynnych kiełbasek z rusztu Grogana seniora – wtrącił Mitch. 
– Cała tajemnica to właściwy sos – dodał dziadek. 
– Proszę, Caroline. Proszę, zostań – nalegała Ruthann, zaciskając ramiona na jej szyi. 

Caroline wiedziała, że powinna odmówić. Nie miała przecież czasu na rodzinne pikniki i 
zabawy z dziećmi. Co więcej, gdyby została, Mitch mógłby to opacznie zrozumieć. 

Wiele powodów skłaniało ją do odmowy, a tylko jeden nakazywał się zgodzić: po prostu 

świetnie się bawiła. Chyba od czasu do czasu mam do tego prawo, pomyślała. 

– Zgoda – powiedziała wreszcie. – Bardzo wam dziękuję za zaproszenie. 
– Hurra, hurra! – krzyknęła Ruthann prosto do jej ucha. 
– Aha! – Mitch uśmiechnął się szeroko. – Hurra, hurra. Chodźmy już. Musimy położyć tę 

natrętną muchę do łóżka. Może ją wezmę? Nie jest ci za ciężko?

– Nie, jest lekka jak piórko – Caroline potrząsnęła głową. 
– To takie maleństwo. 
– Jestem wcześniakiem – poinformowała ją Ruthann. Kobieta poczuła nagły skurcz serca. 

Przypomniała sobie inną dziewczynkę, która również urodziła się przedwcześnie i której nie 
udało się uratować. Przytuliła policzek do jedwabistych włosów Ruthann. Po chwili zdołała 
odepchnąć od siebie gorzkie myśli. 

Mitch zaprowadził ją do pokoju córeczki. Po drodze przeszli przez przytulną kuchnię i 

stołowy.   Janis   siedziała   w   salonie   i   rozmawiała   przez   telefon.   Ładny   dom,   pomyślała 
Caroline. Jak na troje dzieci, porządek jest idealny. 

Ruthann   przestała   paplać   i   przytuliła   się   do   jej   ramienia.   Zasypiała.   Gdy   weszli   do 

pokoju, miała już zamknięte oczy. 

Niewielki pokój ozdabiały liczne pluszowe zabawki. Mitch podniósł kołdrę wyszywaną w 

różowe   baletnice   i   Caroline   położyła   Ruthann   do   łóżeczka.   W   pełni   naturalnym   gestem 
przykryła ją kołderką i usiadła obok. 

– Śpij, Mała – powiedziała, głaszcząc ją po główce. – Będę na ciebie czekała. Zobaczymy 

się znowu, kiedy się wyśpisz – dodała, odgarniając z jej czoła kosmyk włosów. Ruthann 
chwyciła jej dłoń i spojrzała na nią poważnie. 

– Caroline, czy ty masz mamusię?
– Tak – odpowiedziała kompletnie zaskoczona Caroline. 
– Mieszka we Francji. 
– Czy to gdzieś blisko San Francisco?
Caroline uśmiechnęła się do niej i zerknęła na Mitcha, który właśnie zaciągał firanki. 
– Geografia nie jest jej mocnym punktem – powiedział cicho. 
– Nie, Ruthann – odpowiedziała dziecku. – Francja jest po drugiej stronie Atlantyku, 

bardzo daleko stąd. 

– Czy twoja mama jest bardzo miła?
–   Owszem   –   wykrztusiła   Caroline   z   pewnym   trudem.   Wiedziała,   że   nie   ma   sensu 

opowiadać dziewczynce o swoich kłopotach z rodzicami. 

– Mama Judy też jest bardzo miła – powiedziała Ruthann. 
– A kto to jest Judy?

background image

– Moja koleżanka z przedszkola. Jej mama często piecze ciastka. A mama Larry’ego woli 

je kupować w cukierni. 

– Może nie ma czasu, aby piec sama. 
– Gdybym miała mamę, to nie kazałabym jej piec ciastek. Piekłaby tylko wtedy, gdyby 

sama miała na to ochotę. 

– Ale jestem pewna, że chciałabyś,  aby piekła je sama,  prawda? – Caroline poczuła 

niebezpieczny skurcz serca. 

– Aha! Z czekoladą. 
– Czy dziadek nie piecze ci ciastek?
– Tak, ale nigdy mu się nie udają. Tylko mamy potrafią piec ciastka. Czy ty też jesteś 

mamą, Caroline?

Caroline nagle poczuła, że zbiera się jej na płacz. Pytania Ruthann wyciągnęły na jaw 

uczucia i przeżycia, o których wolałaby zapomnieć. Nic już nie mogła na to poradzić. 

– Nie, nie jestem mamą – odrzekła i pocałowała ją w policzek. – Śpij już, kochanie – 

dodała i pośpiesznie wyszła na korytarz. Mijając w drzwiach Mitcha, odwróciła głowę, aby 
nie dostrzegł łez, spływających po jej policzkach. 

background image

8

Mitch nie zauważył  wzruszenia Caroline.  Zamknął  cicho drzwi od pokoju Ruthann i 

również zaczął schodzić po schodach. 

–   Bardzo   cię   przepraszam   –   powiedział.   –   Kilka   miesięcy   temu   posłaliśmy   ją   do 

przedszkola, żeby miała kontakt z dziećmi. Niedawno odkryła, że tylko ona nie ma mamy. 

– W porządku – odpowiedziała. Czuła, jak coś ściska ją w gardle. Musiała zatrzymać się i 

oprzeć o ścianę. 

– Caroline? – zaniepokoił się Mitch i dopiero teraz dostrzegł, że ona płacze. – Co się 

stało?

– Bardzo cię przepraszam, to zupełne szaleństwo. – Wytarła łzy wierzchem dłoni. – Już 

nie płaczę. 

– Właśnie widzę – powiedział nieco sardonicznie i delikatnie pogłaskał jej ramię. Przez 

chwilę miał wrażenie, że kobieta pochyli się w jego stronę i będzie mógł wziąć ją w ramiona. 
Wiedział,   że   ona   tego   pragnie,   i   gotów   był   zrobić   wszystko,   żeby   pomóc   jej   przełamać 
wewnętrzny   opór.   Jednak   Caroline   stała   nieruchomo,   opierając   się   o   ścianę.   Sprzyjający 
moment   minął.   Nie   wyciągnęła   do   niego   ręki   i   Mitch   wiedział,   że   musi   uszanować   jej 
decyzję, iż sama poradzi sobie z bólem. 

– Przepraszam – powtórzyła. 
– Przestań już przepraszać i lepiej powiedz, co się stało – odparł niecierpliwie. 
– Niewiele brakowało, a też miałabym dziecko – szepnęła. Znów poczuła w sercu ukłucie 

bólu. – Nie planowałam tego i z pewnością nie chciałam mieć dziecka. Podobnie mój mąż. To 
nie powinno było się zdarzyć. 

A więc o to chodzi, pomyślał Mitch. Teraz łatwiej mu było zrozumieć jej stosunek do 

dzieci. Miał natomiast wrażenie, że Caroline sama nie rozumie swoich reakcji. 

– Czy zdecydowałaś się na aborcję? – spytał spokojnie. 
– Nie – pokręciła głową. – Mój mąż chciał, abym przerwała ciążę, ale ja nie mogłam się 

na to zdecydować, choć wydawało mi się, że to byłaby słuszna decyzja. 

– Dlaczego? – zdziwił się. 
– Spójrz tylko na mnie – jęknęła Caroline. – Spójrz, jak wygląda moje życie. Nie mam za 

grosz  instynktu  macierzyńskiego   i  denerwuje  mnie  wszystko,  co  odciąga   mnie  od  pracy. 
Jestem równie egocentryczna jak moi rodzice. Jeszcze kiedy byłam nastolatką, postanowiłam, 
że nigdy nie będę miała dzieci. 

Caroline znów wytarła ręką łzy. 
– Skoro tak myślisz, to czemu nie zdecydowałaś się na zabieg?
– Nie wiem. – Kobieta wydawała się zupełnie zdezorientowana. – Po prostu nie mogłam 

się   na   to   zdobyć.   To   była   straszna   głupota,   ale   tak   naprawdę,   chciałam   mieć   dziecko   – 
dokończyła łamiącym się głosem. 

– I co się stało? – spytał Mitch, głaszcząc ją po policzku. Nie odsunęła głowy. 
– Przygotowałam dla niego pokój, kupiłam ubranka i przeczytałam z tuzin książek o 

background image

wychowywaniu dzieci – powiedziała Caroline i urwała na chwilę. – No a potem w szóstym 
miesiącu poroniłam. Dziecko było jeszcze za małe, żeby przeżyć. – Caroline wzięła głęboki 
oddech i wyprostowała ramiona. – Bardzo cię przepraszam, Mitch. To wszystko bez sensu. 
Minęło już dziewięć lat i od dawna nawet o tym nie myślałam. Stało się i tyle. Może tak było 
najlepiej. 

– Pewnie nawet nie pozwoliłaś sobie na chwilę rozpaczy – powiedział Mitch. 
– Nie – Caroline wzruszyła ramionami. Spojrzała na niego. – Teraz już na to trochę za 

późno. Wcale nie żałuję, że nie mam dziecka. 

– Oczywiście, że żałujesz – odrzekł. – Gdyby było inaczej, nie czułabyś teraz bólu. 
– Nie – pokręciła głową Caroline. – Po prostu, gdy Ruthann spytała, czy jestem mamą... – 

nie dokończyła zdania, bo sama wiedziała, że nie zabrzmiałoby zbyt logicznie. Trudno jej 
było  przekonywać   Mitcha,   gdy  sama  nie   wierzyła   w  swoje  słowa.  Nie   miała  też   ochoty 
analizować teraz swoich uczuć. 

– Czy ona rzeczywiście urodziła się za wcześnie? – spytała, zmieniając temat. 
– Tak – przyznał Mitch. Teraz rozmowa stała się bolesna dla niego. – Osiem tygodni za 

wcześnie. Moja żona zmarła podczas porodu. 

– Och... – westchnęła zaskoczona Caroline. – Nie miałam o tym pojęcia. Oczywiście, 

zastanawiałam się, co się z nią stało, ale nie chciałam cię pytać – dodała, kręcąc głową. – Jak 
w dzisiejszych czasach może przydarzyć się coś takiego?

– Od samego początku to była bardzo trudna ciąża, ale Becky nie chciała zgodzić się na 

aborcję. Podobnie jak ty – westchnął Mitch. – Przez prawie pięć miesięcy leżała w łóżku. 
Pewnie dlatego Ruthann jest dzisiaj z nami, ale to właśnie spowodowało śmierć Becky. Gdy 
zaczęła rodzić pod koniec siódmego miesiąca, była tak osłabiona, że nie przeżyła porodu. 

– Czemu lekarz nie zdecydował się na cesarskie cięcie?
–   Zbyt   długo   zwlekał   –   odparł   Mitch   przez   zaciśnięte   zęby.   –   Najpierw   próbował 

zahamować   poród,   bo   Becky   koniecznie   chciała,   aby   dziecko   urodziło   się   o   właściwym 
czasie. 

– To musiała być dla was ciężka decyzja. – Caroline dotknęła jego ramienia. 
– Dla mnie tak, ale nie dla Becky. Dla niej to było oczywiste – powiedział. – Nie wiem, 

ile razy zastanawiałem się, czy powinienem był pogodzić się z jej decyzją. 

Nawet w półmroku korytarza Caroline widziała smutek, malujący się na jego twarzy. 
– Tak mi przykro, Mitch. Nawet nie mogę sobie wyobrazić, co przeżyłeś. 
– To już należy do przeszłości – stwierdził, smutno się uśmiechając. – Brak mi Becky, ale 

mam Ruthann, a to najwspanialsza pociecha, jaką można sobie wyobrazić. Mogłem stracić 
również i ją. 

Urwał i przez chwilę przyglądał się pięknej twarzy Caroline. Zapragnął ją pocałować i 

jednocześnie pomyślał, że powinien czuć się zdrajcą. Czy miał prawo o tym myśleć tuż obok 
sypialni, którą dzielił z Becky? Wcale jednak nie miał wrażenia, że jest wobec niej nielojalny. 
Długo rozpaczał z powodu śmierci żony, ale teraz wierzył, że ona również chciałaby, aby był 
szczęśliwy. 

Serce podpowiadało mu, że Caroline Hunter mogłaby uczynić go szczęśliwym, gdyby 

background image

tylko pozwoliła sobie na odrobinę uczucia. Kusiło go, żeby zapytać ją o byłego męża, bo 
chciał się dowiedzieć, czy rozwód bardzo ją zranił. Pora jednak nie była odpowiednia. Mitch 
miał wrażenie, że w ciągu kilku minut bardzo zbliżyli się do siebie. Teraz powinni pomyśleć 
o przyszłości, zamiast rozpamiętywać przeszłość. 

–   No,   chyba   dość   tych   smutków   –   powiedział   z   uśmiechem.   –   A   może   jeszcze 

spróbujemy wpaść w depresję?

– Starczy. – Caroline zdobyła się na uśmiech. Nie chciała być gorsza od niego. – Dość 

smutnych tematów. Lepiej chodźmy, musimy pomóc twojemu ojcu przy kolacji. 

Oboje przestali już myśleć o przeszłości i starali się otrząsnąć z przygnębienia. 
– Potrafisz gotować? – zdziwił się Mitch. 
– Oczywiście. Nawet egocentryczni specjaliści od komputerów muszą coś jeść. 
– Wspaniale. Może zatem dasz dziadkowi parę lekcji. 
– Chwileczkę – Caroline zatrzymała się na schodach. – Przecież powiedziałeś, że dziadek 

robi wspaniałe barbecue. 

– Skłamałem – uśmiechnął się. 
– Ty łgarzu – Caroline również uśmiechnęła się do niego. 
– Zrobiłbym wszystko, byłeś została na kolacji. 
– Mitch... – Caroline spoważniała. – Zostaję tylko na kolację. To wszystko. 
–   Na   początek   dobre   i   to   –   wzruszył   ramionami   i   zbiegł   po   schodach,   nim   zdążyła 

cokolwiek odpowiedzieć. 

Hamburgery i kiełbaski z rusztu okazały się całkiem niezłe, ale w sumie ta kolacja była 

dla   Caroline   szczególnym   doświadczeniem.   W   jej   domu   wspólna   kolacja   miała   zawsze 
bardzo formalny charakter.  Rodzice  uważali  wieczorny posiłek  za znakomitą  okazję, aby 
odpocząć psychicznie i fizycznie po wykładach i ciężkiej pracy w laboratorium. Zapewne 
dlatego przy stole wszyscy milczeli. 

Natomiast u Groganów wspólna kolacja oznaczała wspólną zabawę. Wszyscy nieustannie 

śmieli się i żartowali. Opowiadali o swoich planach na następne dni i wspominali wydarzenia 
minionego tygodnia. Sam rozprawiał o baseballu i relacjonował przebieg przygotowań do 
corocznej wyprawy do Big Sur. Janis niepokoiła się z powodu nadchodzącego szkolnego 
balu. Ani ona, ani jej trzy przyjaciółki nie miały jeszcze partnerów. Ruthann wstała z łóżka 
wściekła niczym zbyt wcześnie obudzony grizzly i wszystkim dawała się we znaki. 

Podczas   kolacji   Mitch   niemal   przez   cały   czas   na   zmianę   pocieszał   Janis   i   próbował 

uspokoić Ruthann. Dziadek robił, co mógł, aby wciągnąć Caroline do rozmowy, ale na ogół 
po prostu słuchali, co mówią dzieci. Janis i Sam posługiwali się młodzieżowym slangiem, 
który dla Caroline był niemal całkowicie niezrozumiały. 

Usiedli do stołu na tarasie z tyłu domu. Zapadał już zmrok i na podwórku widać było 

długie   cienie   drzew.   Nim   skończyli   jeść,   zrobiło   się   niemal   zupełnie   ciemno.   Caroline 
zaproponowała,   że  pozmywa,   ale   Janis   i  dziadek   nie   pozwolili   jej   nawet  ruszyć   palcem. 
Posprzątali ze stołu, zapędzili Ruthann do jej pokoju, po czym Janis zaciągnęła zdumionego 
Sama przed telewizor. 

W  ciągu  paru  minut   od zakończenia  kolacji  podwórko  zupełnie   opustoszało.   Mitch  i 

background image

Caroline siedzieli sami na tarasie i rozkoszowali się ciszą. 

– Czy zauważyłaś, że mamy do czynienia ze spiskiem? – spytał Mitch, uśmiechając się 

ironicznie. 

– Naprawdę?
– Tak.
– Czy oni wszyscy sądzą, że coś nas łączy? – Caroline była wyraźnie niezadowolona. 
–   A   czy   tak   nie   jest?   –   Mitch   spojrzał   na   nią   wzrokiem   jednocześnie   ciepłym   i 

przenikliwym.   Poczuła,   że   brak   jej   tchu.   Nie   mogła   równocześnie   patrzeć   na   Mitcha   i 
racjonalnie myśleć, to wykluczyło się nawzajem. Ten dzień był jednym z najdziwniejszych w 
jej życiu i czuła się zupełnie wytrącona z równowagi. 

Zamiast  odpowiedzieć  na jego pytanie,  odsunęła  krzesło, wstała  od stołu i zeszła  do 

ogrodu.   Mitch,   oczywiście,   poszedł   w   jej   ślady.   Caroline   nie   chciała   uciekać,   po   prostu 
potrzebowała trochę czasu, żeby ochłonąć. 

– Ja w dzieciństwie nie miałam nic takiego – powiedziała, wskazując ręką na huśtawki i 

zjeżdżalnię. Pogłaskała stalową podpórkę. 

– Chcesz teraz spróbować? Mogę cię pohuśtać – zaproponował. 
– Nie, dziękuję – potrząsnęła głową. – Jestem już za stara, aby powtórnie przeżywać 

dzieciństwo, a za młoda na wtórne zdziecinnienie. 

– Nie trzeba być dzieckiem, żeby się cieszyć z zabawy. 
– To prawda, ale trzeba przynajmniej rozumieć, na czym to polega. – Caroline usiadła na 

jednej huśtawce, Mitch na drugiej. Przez chwilę milczeli. – Wiesz – przerwała ciszę Caroline 
– gdy obserwuję twoją rodzinę, mam wrażenie, że jestem na innej planecie. Jesteście bardzo 
sympatyczni i mili, ale ja do tego nie pasuję. Czy rozumiesz, dlaczego ci to mówię? – spytała, 
patrząc mu w oczy. 

Mitch przełożył ręce między łańcuchami huśtawki i splótł dłonie przed sobą. 
– Myślę, że tak. Wiem jednak, że potrafisz się szybko uczyć. 
– Nie, Mitch – Caroline potrząsnęła głową. – W tym wypadku to dla mnie zbyt trudne i 

obce. 

Grogan niezbyt się przejął tym stwierdzeniem, wydawał się nim wręcz rozbawiony. 
– Czy w dzieciństwie oglądałaś jakieś programy dla dzieci, na przykład Disneya?
–  Chyba   żartujesz –  Caroline   zerknęła  na  niego  z  ukosa. –  Moi rodzice  uważali,   że 

telewizja to najgorsza plaga, jaka spotkała ludzkość. 

– No, ale teraz nie musisz ich już słuchać. Czy oglądasz jakieś programy?
– Tylko wiadomości i czasem jakieś filmy dokumentalne. 
– Widzę, że jesteś miłośniczką telewizji edukacyjnej. 
– Chyba masz rację – przyznała, zadowolona, że Mitch nie ciągnie rozmowy na temat 

rodziny i ewentualnych spotkań. 

– A co z filmami fabularnymi?
– Widziałam Przeminęło z wiatrem – odrzekła z kpiącym uśmiechem. 
– Nie wierzę. Tylko to? Czy ty nie masz żadnych słabości? – spytał. Odepchnął się nogą 

od trawnika i huśtawka zaczęła się łagodnie bujać. 

background image

–  Mój  mąż   próbował  mnie   namówić,  abym  oglądała  Wojny   gwiezdne,  jego ulubiony 

program, ale bez rezultatu – powiedziała Caroline. – Ale lubię muzykę country – przyznała z 
pewnym zawstydzeniem. 

– To już coś – ucieszył  się Mitch. – Ktoś, kto lubi sentymentalne melodyjki i gwizd 

lokomotywy, nie jest jeszcze całkiem stracony. 

– Kpisz ze mnie. 
– Wcale nie – zaprzeczył. – Po prostu trudno jest mi zrozumieć twój styl życia. 
– Już ci powiedziałam, że moje życie to praca. 
– I nie masz czasu na nic innego – to nie było pytanie, lecz cytat. 
– Właśnie. 
– Dlaczego zatem zostałaś u nas na kolacji? – spytał, zatrzymując huśtawkę. 
To dobre pytanie, pomyślała Caroline. 
– Nie wiem – powiedziała. – Chyba dlatego, że to wydało mi się zabawne. Poza tym 

ciotka Liddy z pewnością by się z tego ucieszyła. 

– Kto to jest ciotka Liddy?
Caroline uśmiechnęła się tak serdecznie i czule, że Mitcha wprost zatkało ze wzruszenia. 
– To siostra mojej matki. Wolny duch rodziny. Miała czterech mężów i objechała świat 

więcej razy, niż mogłabym zliczyć. Nie miała dzieci, więc cały swój instynkt macierzyński 
skoncentrowała na mnie. Z wielką radością doprowadzała do furii moją matkę, co najmniej 
raz do roku zabierając mnie na krótkie wakacje. 

– Bardzo ją kochałaś. 
–   Jej   śmierć   była   dla   mnie   prawdziwą   tragedią   –   przyznała   Caroline.   –   Często 

wspominam   nasze   wspólne   przeżycia.   Ciotka   zabierała   mnie   na   wiele   niezwykle 
ekstrawaganckich eskapad. 

–   A   więc   jednak   miałaś   w   dzieciństwie   chwile   radości!   –   wykrzyknął   z   pewnym 

zdumieniem. 

– Oczywiście, że tak – zapewniła go, zakłopotana obrazem jej przeszłości, jaki sobie 

wytworzył. Wcale nie uważała, aby miała nieszczęśliwe dzieciństwo. – Pamiętaj, że nauka 
była dla mnie przyjemnością. Każde wyzwanie sprawiało mi radość. 

– Podobnie jak wyprawy z ciotką Liddy – zauważył Mitch i Caroline pokiwała głową. 
– Tak. 
– Myślę, że polubiłbym twą ciotkę. 
– Jestem pewna, że ty również byś się jej spodobał. 
– Naprawdę? A co by powiedziała, gdybyśmy umówili się na randkę?
– Mitch, to wykluczone – Caroline zmierzyła go surowym spojrzeniem. – Jesteśmy jak 

woda i oliwa. 

– Być może, ale co powiedziałaby na to Liddy? – spytał, wzruszając ramionami. 
Caroline zastanawiała się przez chwilę. 
– Pewnie że powinnam dodać ząbek czosnku, trochę cytryny i zrobić sos do sałaty – 

przyznała uczciwie. 

– Twoja ciotka musiała być bardzo mądra – szepnął Mitch, po czym powoli chwycił za 

background image

łańcuch od huśtawki Caroline i przyciągnął ją do siebie. 

Mogła zaprzeć się nogami o ziemię i odepchnąć go od siebie, ale nie zrobiła tego. Mitch 

pochylił głowę i mocno ją pocałował. Caroline poczuła na ustach jego lekko rozchylone wargi 
i wydało się jej, że cały świat zawirował. 

Zamknęła oczy i zacisnęła ręce na łańcuchach huśtawki. Zapomniała o wszystkim prócz 

zmysłowej radości, jaką sprawiał jej ten pocałunek. Mężczyzna delikatnie przesunął językiem 
wokół jej warg, po czym  zagłębił się w jej usta, żądając czegoś więcej niż tylko  biernej 
akceptacji. Caroline odpowiedziała na jego pragnienia. Oderwali się od siebie dopiero wtedy, 
gdy całym jej ciałem wstrząsnęła gorąca fala. 

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami i z trudem łapała oddech. Mitch puścił jej 

huśtawkę, ale wyraźne pragnienie, jakie malowało się na jego twarzy, działało na nią niemal 
równie mocno jak pocałunek. 

– Miałam rację, jesteś niebezpieczny – mruknęła. 
– To, co nas nie zabija, dodaje nam sił. 
To   było   szaleństwo.   Caroline   pomyślała,   że   przecież   nie   może   zakochać   się   w   tym 

mężczyźnie. To niemożliwe. A jednak. .. Gdyby to rzeczywiście było niemożliwe, czemu 
brakowało jej teraz tchu? Czemu pragnęła rzucić mu się w ramiona i zapomnieć o wszystkim? 
Seks nigdy nie miał dla niej wielkiego znaczenia, ale pod wpływem Mitcha Grogana Caroline 
odkryła, że erotyzm może być czymś więcej, niż kiedykolwiek przypuszczała. 

Ale seks to nie miłość, a Caroline nigdy nie pozwalała, aby jej ciało zdobyło przewagę 

nad umysłem. 

– Nie, Mitch – powiedziała zdecydowanie. – Nic z tego. 
– Dlaczego?
– Uważam, że należy zachować rozsądek – zdecydowała, starając się przywołać resztki 

dumy   i   racjonalności.   –   Wiem,   że   kilka   randek   to   jeszcze   nie   trwały   związek,   ale   nie 
rozumiem, po co mielibyśmy zaczynać coś, co musi zakończyć się klęską?

– Dlaczego jesteś tak tego pewna?
– Mogę ci podać trzy powody – odrzekła, patrząc mu prosto w oczy. 
– Masz na myśli moje dzieci? – spytał rozczarowany, ale nie zdziwiony. 
–   Tak.   Jeśli   pragniesz   towarzystwa   kobiety,   powinieneś   wybrać   kogoś,   kto   zna 

przynajmniej reguły baseballu. Sam uważa mnie za kosmitkę tylko dlatego, że nie wiem, kto 
to jest Alejandro Pena. 

– Sam to trudny przypadek – przyznał Mitch. – Obecnie interesuje się tylko sportem i 

wycieczkami za miasto, najlepiej w góry. Natomiast z Janis świetnie sobie radzisz. 

Caroline   była   zbyt   zdenerwowana,   aby   usiedzieć   na   huśtawce.   Wstała   i   zaczęła 

spacerować tam i z powrotem po trawniku. 

– To tylko dlatego, że coś nas łączy – powiedziała. – Wiem, co to znaczy być innym niż 

wszystkie inne dzieci, ale na tym kończy się podobieństwo. Nigdy nie byłam na szkolnym 
balu i nigdy nie miałam przyjaciółki, z którą godzinami rozmawiałabym przez telefon. W 
rzeczywistości myślę, że nigdy nie byłam nastolatką. Przeskoczyłam z dzieciństwa wprost w 
dorosłość, pomijając etap pośredni. Nie jestem przygotowana do zajmowania się dziećmi. 

background image

– Powiedz to Ruthann – odrzekł Mitch, zbliżając się do niej. 
– Ruthann jest zbyt mała, aby to zrozumieć – stwierdziła. Stanęła tak, aby między nią a 

Mitchem znajdował się słupek od huśtawki. 

–   Masz   rację,   nie   znasz   się   na   dzieciach.   Dzieci   są   najsurowszymi,   bezwzględnymi 

sędziami. Jedyne, co je obchodzi, to czy dorośli dają im miłość. 

– Nie potrafię tego ofiarować, Mitch – powiedziała, patrząc mu w oczy. 
– Nie znasz samej siebie. 
– Mitch... 
–   Chodź   tutaj,  Caroline   –   poprosił,   obszedł   słupek   i   wziął   ją  w   ramiona.   Nigdy  nie 

sądziła, że mężczyzna może być jednocześnie równie silny i delikatny. To było przerażające i 
cudowne zarazem. 

Jednak gdy spróbował ją pocałować, odwróciła głowę. 
– Nie, proszę szepnęła. 
Mitch na chwilę znieruchomiał, po czym opuścił ramiona. Teraz trzymało ją przy nim 

tylko jego ciepło i promieniująca z niego siła, która działała na nią jak magnes. 

– W porządku, Caroline – powiedział ochrypłym głosem. 
– Możesz uciekać, pamiętaj tylko, że uciekasz od tego, czego pragniesz. 
– Nic by z tego nie wyszło  – szepnęła, kręcąc  głową. Mitch patrzył  na nią z takim 

natężeniem, że nie mogła się nawet ruszyć. 

– Po co mi to mówisz? – odpowiedział pytaniem. – Przecież usiłujesz przekonać siebie, 

nie mnie. 

Caroline z trudem przełknęła ślinę i wreszcie cofnęła się o krok. 
– Przepraszam cię, Mitch. Powiedz ojcu i dzieciom dobranoc ode mnie. 
Odwróciła się i odeszła. Po kilku krokach zniknęła za rogiem. 
– Niech to diabli! – zaklął Mitch i z całej siły popchnął huśtawkę. Siedzenie zakołysało 

się gwałtownie, po czym zaczęło zwalniać. 

– Niech to diabli – powtórzył spokojniej. Minęło sporo czasu, nim wrócił do domu. 

background image

9

– Może to wirus? – zasugerował Brad Lattimore. 
– Rozważaliśmy to pytanie  za każdym  razem,  ilekroć zdarzała  się luka w pamięci  – 

odrzekła Caroline. Cały zespół programistów OHARA zebrał się na naradę. Siedzieli przy 
długim stole konferencyjnym. – Dotychczas nie znaleźliśmy na nie odpowiedzi. Jeśli to wirus, 
musi to być jakaś nowa odmiana. Doktor Bergman i ja dokładnie sprawdziliśmy cały system i 
nie znaleźliśmy niczego, co mogłoby powodować straty w pamięci. Uważam, że nie pozostało 
nam nic innego, jak tylko dokładnie sprawdzić wszystkie bazy danych, linijka po linijce. 

Rozległ się głośny zbiorowy jęk, co wcale jej nie zdziwiło. Czekała ich ciężka, potwornie 

nudna robota. Minęły już trzy tygodnie od próby włamania i choć nic takiego nie zdarzyło się 
ponownie, poprzedniego popołudnia cała baza danych astronomicznych uległa zniszczeniu, 
gdyż z pamięci Scarlett po prostu znikł cały blok informacji. 

Tak   poważna   strata   zdarzyła   się   po   raz   pierwszy   i   niewiele   brakowało,   a   wszyscy 

wpadliby w panikę. Każda baza danych stanowiła samodzielną część programu, dzięki czemu 
Caroline zdołała odłączyć zniszczoną bazę, nim kontakt z nią spowodował katastrofę całego 
systemu,   ale   naprawdę   niewiele   brakowało.   Nieszczęście   było   blisko.   Caroline   poleciła 
zawiesić   dalsze   prace   nad   wszystkimi   bazami   danych   do   czasu,   kiedy   zostanie   ustalona 
przyczyna strat w pamięci. Nie chciała ryzykować, że taki incydent przydarzy się raz jeszcze. 

– Może wymienimy wszystkie bloki optyczne na płycie głównej? – zaproponował ktoś, 

mając na myśli niewielkie urządzenia, pełniące rolę standardowych kości komputerowych. 

– Raz już próbowaliśmy – pokręciła głową Caroline. – Nic to nie dało, chyba pamiętasz? 

To nie jest problem z hardwarem, lecz z programem. 

– A może mamy do czynienia z sabotażem? – powiedział Brad. – Być może, to wcale nie 

jest problem techniczny. Może ktoś włamuje się do systemu i usuwa całe bloki pamięci?

Caroline   ucieszyła   się,   że   to   właśnie   on   wspomniał   o   tej   możliwości.   Uznała,   że   to 

dowodzi, iż Lattimore ma czyste sumienie. Po tamtej próbie włamania Ed Newton raz jeszcze 
dokładnie sprawdził młodego programistę, ale nie znalazł nic, co sugerowałoby, że może on 
być wplątany w szpiegostwo przemysłowe. 

– Nie możemy wykluczyć tej możliwości – przytaknęła. 
– Wydaje mi się jednak mało prawdopodobne, by ktoś był w stanie regularnie grzebać w 

systemie.   Tylko   doktor   Bergman   i   ja   mamy   wymagane   uprawnienia.   –   Mimo   napięcia 
Caroline uśmiechnęła się do swego zastępcy. – Czy sabotujesz Scarlett, Henry? – spytała. 

– Nie – Bergman, najstarszy członek zespołu, również uśmiechnął się do niej. – A ty?
– Chyba że we śnie – odrzekła. Spoważniała i rozejrzała się wokół. – Wiem, że czeka was 

żmudna praca, ale musimy to zrobić. Nie mamy wyboru. Sarah, chcę, aby twój zespół... 

– Pani doktor? – w drzwiach pokoju konferencyjnego pojawiła się sekretarka. 
– Tak, Lorraine?
– Wartownik dzwonił z dołu. Proszą, aby pani zeszła podpisać zgodę na wejście. 
– Dla kogo?

background image

– Dla Janis i Mitchela Groganów. 
– O co chodzi? Przecież Janis zaczyna dziś staż, a Mitch Grogan ma stałą przepustkę. 
– Wartownik twierdzi, że pan Grogan nie ma przepustki – sekretarka potrząsnęła głową. 
– Niech to diabli – mruknęła Caroline. Ed Newton wziął urlop i najwyraźniej jego ludzie 

przestali   się   przykładać   do   pracy.   –   Dobrze,   powiedz   mu,   że   już   schodzę.   –   Sekretarka 
zniknęła i Caroline zwróciła się do Bergmana. – Henry, czy możesz rozdzielić pracę zgodnie 
z naszymi ustaleniami? Później spotkam się z każdym zespołem oddzielnie. 

Wychodząc pośpiesznie z pokoju, poczuła w żołądku nieprzyjemny skurcz. Od kolacji u 

Groganów minęły już trzy tygodnie, ale Caroline świetnie pamiętała pocałunek przy świetle 
księżyca. Od tamtej nocy codziennie powtarzała sobie, że słusznie zrobiła, nie godząc się na 
romans. 

Udało się jej w to uwierzyć, ale tylko dlatego, że nie musiała widywać się z Mitchem. Na 

jej żądanie Bob Stafford wystąpił z oficjalną prośbą do komendanta policji, by ten zezwolił 
porucznikowi   Groganowi   na   pełnienie   funkcji   konsultanta.   Henry   Bergman   pomógł   mu 
zacząć pracę nad bazą danych i do niego Mitch kierował wszystkie pytania. Kilkakrotnie 
odwiedził   MediaTech,   aby   pokazać,   co   zrobił,   ale   ani   on,   ani   Caroline   nie   próbowali 
doprowadzić do spotkania. 

Oczywiście, Caroline zapoznała się z opracowaną przez niego bazą danych. Wszystko, co 

dotyczyło   Scarlett,   musiało   zyskać   jej   aprobatę.   Spisała   swoje   uwagi   i   przekazała   je 
Bergmanowi. 

Nie było w tym bynajmniej nic zaskakującego. Caroline zazwyczaj nie kontaktowała się 

bezpośrednio z konsultantami zatrudnionymi przy konkretnych bazach danych, zwłaszcza w 
początkowym okresie pracy. Jednak w przypadku Mitcha sytuacja wyglądała inaczej. Choć 
usiłowała o tym nie myśleć, musiała przyznać, że połączyła ich już jakaś więź. Na razie miała 
ona charakter  czysto  hormonalny,  ale  jednak  istniała.  Caroline  bała  się, że  jeśli  teraz  go 
zobaczy, diabli wezmą wszystkie jej wysiłki wymazania go z pamięci. 

Mimo   tych   obaw,   schodząc   po   schodach   czuła,   że   jej   serce   wyraźnie   przyśpiesza. 

Postanowiła, że w żadnym wypadku nie pozwoli sobie na dotknięcie go. Powtarzała sobie w 
duchu, że nie chce go widzieć i wcale nie ma ochoty na to spotkanie. 

Jednak   gdy   wreszcie   dotarła   do   portierni   i   przekonała   się,   że   wartownik   zatrzymał 

Mitchella   Grogana   seniora,  a  nie  jego  syna,   poczuła   równocześnie  ulgę   i  rozczarowanie. 
Oczywiście, postarała się ukryć swoje uczucia. 

–  Dzień  dobry,  panie   Grogan,  cześć,  Janis   – przywitała  się  z  nimi.  Uśmiechnęła   się 

zachęcająco do dziewczyny, której oczy błyszczały z podniecenia. – Cieszę się, że znów was 
widzę. Jesteś gotowa do rozpoczęcia pracy?

– Tak, proszę pani – rozpromieniła się Janis. – Od tygodni o niczym innym nie myślałam. 
Caroline  zrezygnowała  z pytania  o wyniki  ostatnich  egzaminów  w szkole. Nie miała 

wątpliwości, że Janis dostała celujące oceny. 

– Jak się udał bal? – spytała. 
– Chyba nieźle – odpowiedziała Janis. – Moja przyjaciółka Tory zaprosiła mnie i kilka 

koleżanek na całą noc po balu. To wypadło znacznie lepiej niż sam bal. 

background image

– Miałaś ładną suknię?
– Tak – zaśmiała się. – Szkoda, że pani nie widziała, jak tata pomagał mi coś wybrać. Nie 

ma pojęcia o modzie. 

– I tak poradził ci lepiej niż ja – wtrącił dziadek. 
– Oczywiście – kiwnęła głową Janis. – Dziadek chciał, abym włożyła krynolinę i fiszbiny 

– poinformowała. 

– W moich czasach dziewczyny tak się ubierały na bal – odrzekł dziadek, wzruszając 

ramionami. 

– Czy chodził pan do szkoły w czasach wojny domowej?
– zażartowała Caroline. 
– Aha! Nie widać po mnie prawdziwego wieku – uśmiechnął się starszy pan. Caroline 

zauważyła, że jego oczy są równie niebieskie i wesołe jak Mitcha. – Mam nadzieję, że nie 
będziesz   mi   miała   tego   za   złe,   ale   postanowiłem   skorzystać   z   twojego   zaproszenia   do 
obejrzenia laboratorium. Z tego co mówili Mitch i Janis, to musi być fascynujące miejsce. 
Chciałbym zobaczyć, gdzie moja wnuczka będzie spędzać popołudnia. 

– Oczywiście – Caroline zupełnie zapomniała o tej obietnicy, ale teraz nie wypadało jej 

się wycofać. – Z przyjemnością pokażę panu nasze gospodarstwo. 

–   Czy   może   przyszedłem   w   nieodpowiedniej   chwili?   –   Grogan   senior   najwyraźniej 

wyczuł jej wahanie. 

–   Nie,   ależ   skąd   –   zaprzeczyła.   Pomyślała,   że   piętnaście   minut   jej   nie   zbawi.   – 

Zaprowadzę tylko Janis do sekretariatu, aby wypełniła wszystkie papierki. 

Caroline udała się z nimi do części administracyjnej i stamtąd zadzwoniła do Andrei 

Norris, aby zeszła i zajęła się swoją nową asystentką. 

–   Wstąpię   później,   żeby   zobaczyć,   jak   ci   się   wiedzie   –   obiecała   Janis   i   wyszła   z 

dziadkiem do laboratorium. 

– Wiesz, nigdy nie widziałem, żeby Janis śmiała się tak często jak w twojej obecności – 

zauważył, gdy wyszli na korytarz. 

–  To  dlatego,  że  jestem  kimś   znanym  –  odrzekła  Caroline.   Czuła  się  skrępowana  tą 

rozmową.   –   Przejdzie   jej,   gdy   się   przekona,   że   jestem   takim   samym   człowiekiem   jak 
wszyscy. Te laboratoria na pierwszym piętrze przeznaczone są do... 

Oprowadziła starszego pana po laboratorium i pokazała mu dokładnie to samo, co miesiąc 

wcześniej   zademonstrowała   Mitchowi   i   Janis.   Wydawał   się   zainteresowany,   ale   Caroline 
miała wrażenie, że nie przyjechał tu, aby podziwiać zdobycze techniki. 

Gdy skończyli, odprowadziła go do wyjścia. 
– Jak się mają Sam i Ruthann? – spytała, aby podtrzymać rozmowę. 
–   Bardzo   dobrze   –   odpowiedział   dziadek.   –   Drużyna   Sama   wygrała   pierwszy   mecz 

sezonu, a Ruthann wciąż pyta, kiedy znów nas odwiedzisz. Nie tylko Janis cię uwielbia. 

Caroline wolała zmienić temat. 
– Jeśli dobrze pamiętam,  był  pan nauczycielem,  prawda? – spytała w windzie. Miała 

nadzieję, że dziadek zrozumie jej intencje. 

– Tak. Dwadzieścia sześć lat uczyłem w gimnazjum. 

background image

– Matematyki?
–   Kto,   ja?   Nie   –   zaśmiał   się.   –   Angielskiego.   Zawsze   myślałem,   że   Janis   musiała 

odziedziczyć talent do matematyki po matce, bo z pewnością nie po mnie. 

– Przecież Mitch jest bardzo inteligentny – zauważyła Caroline. 
– To prawda, ale nie jest tak genialny jak Janis. – Wyszli z windy do holu na parterze. – 

Mitch pewnie opowiadał ci o swej żonie – dodał niby przypadkowo, ale Caroline domyśliła 
się, że dziadek wreszcie zmierza do właściwego celu wizyty. 

– Opowiadał mi tylko, jak zmarła. 
– To była miła dziewczyna. Kochała Mitcha i uwielbiała swoje dzieci. 
– Jej śmierć musiała być wielkim ciosem dla Janis i Sama – powiedziała, zastanawiając 

się, o co mu może chodzić. 

– Dla Mitcha również – kiwnął głową dziadek. – Przez jakiś czas  bałem się, że nie 

wytrzyma, ale w końcu jakoś wziął się w garść. Musiał się z tym pogodzić, choćby dla dobra 
dzieci. 

– Jestem pewna, że wciąż za nią tęskni – uprzejmie zauważyła Caroline. Nie miała ochoty 

wysłuchiwać opowieści o ciężkich przeżyciach Mitcha. Pomyślała, że im mniej o nim wie, 
tym dla niej lepiej. 

Zbliżył   się   do   nich   wartownik,   aby   dokonać   inspekcji,   ale   Caroline   odesłała   go 

skinieniem ręki i przeprowadziła dziadka przez portiernię. 

– Oczywiście, że tęskni – potwierdził. – To naturalne. Ja jednak zawsze miałem nadzieję, 

że kogoś sobie znajdzie. Nie po to, żeby zastąpić Becky, rzecz jasna. – Patrzył jej prosto w 
oczy. – Mitch potrafi dać z siebie bardzo dużo. 

Od czterech lat nie zainteresował się jednak poważnie żadną kobietą. 
Starszy pan nie powiedział „dopóki nie spotkał ciebie”, ale Caroline i tak wiedziała, że o 

to mu chodziło. Przez chwilę wytrzymała jego spojrzenie, po czym odwróciła wzrok. Nie 
mam   powodu   czuć   się   winna,   pomyślała.   To   nie   moja   wina,   że   Mitch   wybrał   sobie 
niewłaściwą kobietę. 

–   Mam   nadzieję,   że   wizyta   w   MediaTech   sprawiła   panu   przyjemność   –   powiedziała 

sztywno. 

– Och, oczywiście! – Wydawał się rozczarowany jej reakcją, ale mimo to zdobył się na 

uśmiech. – Teraz muszę już iść, mam odebrać Ruthann z przedszkola. To ostatni dzień, ma 
być jakaś uroczystość. Czy pozdrowić ją od ciebie?

– Oczywiście, jeśli pan sądzi, że to będzie właściwe. 
To mogło znaczyć tylko jedno: nie czyń dziecku żadnych złudzeń. Dziadek niewątpliwie 

zrozumiał, co miała na myśli. 

– Chyba lepiej nie wspomnę o naszym spotkaniu. Dziękuję, żeś zechciała poświęcić mi 

tyle czasu, Caroline. Czy mogłabyś jeszcze powiedzieć Janis, że przyjadę po nią o piątej?

– Oczywiście. Proszę, niech pan wstąpi, gdy będzie miał pan wolną chwilę. 
– My również zapraszamy. W naszym domu jesteś zawsze mile widzianym gościem. 
Gość   odszedł   w   kierunku   parkingu.   Caroline   odprowadziła   go   wzrokiem.   Nawet   po 

spotkaniu z Mitchem nie czułaby się gorzej niż w tej chwili. 

background image

Wieczorem, po pierwszym dniu pracy w MediaTech, Janis była bliska ekstazy. Wszyscy 

współpracownicy   okazali   się   przyjacielscy   i   błyskotliwi,   wyposażenie   laboratorium   na 
światowym poziomie, praca trudna i fascynująca, a Caroline Hunter piękna, inteligentna i 
niezwykle sympatyczna. Janis nie miała wątpliwości, że to najwspanialsza kobieta świata. 

Mitch nie bardzo miał ochotę tego słuchać, ale starał się nie okazać zniecierpliwienia. 

Córka opowiadała  o Caroline i MediaTech  przez cały wieczór.  Sam zrezygnował  z prób 
wtrącenia się do rozmowy i uciekł do swojego pokoju poczytać gazetę sportową, a dziadek i 
Ruthann grali w loteryjkę. 

Mitch głównie słuchał, z rzadka tylko zadając jakieś pytanie. Wiedział, że dla córki to był 

niezwykle ważny dzień. Mimo to nie udało mu się ukryć westchnienia ulgi, gdy Janis nieco 
przycichła. I bez jej pomocy nie mógł zapomnieć o Caroline i jej nieśmiałych rumieńcach. 
Praca nad bazą danych nie ułatwiała mu tego zadania. Nie miał ochoty przez całe lato dwa 
razy w tygodniu wysłuchiwać peanów na jej temat. 

– Wiesz, coś jednak było tam nie w porządku – zauważyła Janis, marszcząc czoło. 
– Co takiego? – spytał z poczucia obowiązku. 
– Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że stało się coś złego. Wszyscy byli jacyś napięci. 

Nikt nie powiedział mi, o co chodzi, ale zauważyłam, że coś ich gnębi. 

– Caroline również? – spytał. Janis rzadko kiedy wykazywała wrażliwość na nastrój i 

humor ludzi z jej otoczenia, ale Mitch nie lekceważył jej obserwacji. 

–   Niewątpliwie.   Udawała,   że   wszystko   jest   cacy,   ale   jestem   pewna,   że   czymś   się 

martwiła. 

Ciekawe, o co tu może chodzić? – pomyślał. Czyżby Caroline czuła się skrępowana w 

obecności Janis z jego powodu? Mitch nie mógł nie zauważyć, że unika kontaktu. Ilekroć 
przyjeżdżał   do   MediaTech,   zawsze   rozmawiał   tylko   z   Henry   Bergmanem.   Jej   czysto 
profesjonalne   notatki   na   wydrukach   komputerowych   zaczęły   już   działać   mu   na   nerwy. 
Caroline traktowała go jak kogoś zupełnie obcego, niemal kryminalistę, którego należało za 
wszelką cenę unikać. Przecież nie zrobił nic złego. Pocałował ją. To dopiero poważna sprawa. 
Jakie znaczenie może mieć jeden pocałunek? Chyba że, podobnie jak on, nie była w stanie o 
nim zapomnieć. 

Mitch wolał nie dopuszczać do świadomości myśli, że jeszcze nie wszystko jest stracone. 

Carohne nie mogła jaśniej zademonstrować, że nie chce mieć z nim do czynienia. Pewnie 
martwi się z powodu jakiś problemów ze Scarlett, jej niby-dzieckiem. Być może program 
znów czegoś zapomniał, być może znów ktoś próbował włamać się do systemu. 

– Caroline dźwiga odpowiedzialność za cały projekt – zauważył. Wolał nie wtajemniczać 

córki w swoje myśli. 

– Nic dziwnego, że czasem jest zdenerwowana. Lepiej  nie wtykaj  nosa w nie swoje 

sprawy. Jeśli ten problem to coś, o czym powinnaś wiedzieć, to z pewnością Caroline albo 
pani Norris wyjaśnią ci, o co chodzi. 

– Och, nawet o tym nie wspomniałam – zapewniła go Janis. 
– Mam jeszcze jeden problem, tato. Jak myślisz, czy mogę poprosić Caroline, aby poszła 

z nami na stanowy konkurs prac uczniowskich za miesiąc? Bardzo bym chciała, aby tam była. 

background image

– Kochanie, ona jest bardzo zajęta – skrzywił się Mitch. 
– Czy z tego powodu przestałeś się z nią widywać? Grogan wiedział, że nie uniknie tego 

pytania, ale bał się rozmowy z córką. 

– Janis, nigdy nie „widywałem” Caroline w takim znaczeniu, jakie masz na myśli. Po 

prostu raz się z nią spotkałem, aby porozmawiać o bazie danych. 

– Ale później wstąpiła do nas. 
– Aby powiedzieć ci o stażu. 
– Myślałam, że ją lubisz. 
Mitch nie mógł  zaprzeczyć,  ale nie chciał  również otwarcie  tego przyznać.  Nie miał 

ochoty zrzucać winy na Caroline ani wyjaśniać córce, że jej uwielbiana bohaterka wykluczyła 
wszelkie związki z jej ojcem właśnie z powodu dzieci. 

– To nie mogło do niczego doprowadzić – powiedział, nie wchodząc w szczegóły. 
– Trzeba było się lepiej postarać, tato. 
– Janis, Caroline jest teraz pochłonięta pracą. 
– To tylko wymówka. Nie jestem dzieckiem, wiem, że spodobałeś się doktor Hunter. 

Wystarczyło spojrzeć jej w oczy. Na pewno ty wszystko zepsułeś!

Mitch zacisnął  zęby i w duszy pomodlił  się o łaskę cierpliwości.  Janis  rzadko kiedy 

dawała się ponieść emocjom, ale wtedy łatwo dochodziło do wybuchów. 

– Córeczko, wiem, co myślisz o Caroline, i nie mam nic przeciw temu. Stworzyła ci 

fantastyczną okazję i powinnaś być jej za to wdzięczna. Natomiast nie powinnaś sobie roić, że 
ona zakocha się we mnie i stanie się twoją mamą. To niemożliwe. 

Niewątpliwie Janis o tym  właśnie myślała, ale bynajmniej nie wpadła w zachwyt,  że 

ojciec odgadł jej marzenia. 

– Byłoby możliwe, gdybyś tylko zechciał! – krzyknęła, wstając z fotela. 
– Janis... 
– Och, po co to wszystko! Niczego nie rozumiesz! – Dziewczyna pobiegła do swojego 

pokoju i zatrzasnęła drzwi tak mocno, że cały dom się zatrząsł. 

– Co się stało Jannie? – spytała Ruthann. Rzuciła karty do loteryjki na podłogę i spojrzała 

na ojca. 

– Jest wściekła na tatę – wyjaśnił Mitch. 
– Czy dlatego, że przez ciebie Caroline sobie poszła i nie wróciła? – Ruthann często 

wykazywała niezwykłą przenikliwość i intuicję, o czym ojciec zapominał. 

– To wcale nie przeze mnie, Mała – odpowiedział. – Po prostu nie ma powodu, aby 

Caroline nas odwiedzała. 

– Przyszłaby, gdybyś jej powiedział. 
– Przykro mi, kochanie, ale to nie takie proste. 
–   Właśnie,   że   tak!   –   Ruthann   również   nie   miała   ochoty   tego   słuchać.   –   Tata   może 

wszystko. Chcę, aby Caroline tu przyszła!

Boże, co za dzień! – pomyślał Mitch. Chętnie spełniłby wszystkie życzenia córeczki, ale 

nie to. 

–   Kochanie...   –   wyciągnął   do   niej   ręce,   ale   Ruthann   nie   pozwoliła   się   schwytać. 

background image

Popatrzyła na ojca wyzywająco. 

– Tato, chcę, żeby przyszła Caroline! Teraz! Zrób coś!
– Nie mogę. 
Mała   twarzyczka   Ruthann   wykrzywiła   się   do   płaczu,   ale   zamiast   wybuchnąć   łzami, 

dziewczynka  pobiegła  do swojego pokoju, idealnie  naśladując  starszą siostrę. Wprawdzie 
wbiegła na schody z mniejszym hałasem, ale huknięcie drzwiami wypadło równie efektownie. 

– Chryste, co tu się dzieje! – jęknął Mitch, chowając twarz w dłoniach. 
– Hej, o co chodzi? – krzyknął Sam. Wyszedł ze swego pokoju i zatrzymał się na górnym 

podeście. 

– Kobiety! – odkrzyknął Mitch. 
Mając dwie siostry, Sam wiedział już, co oznacza ten okrzyk. 
– Może dać ci pistolet i zabarykadować drzwi? – zaproponował. 
–   Lepiej   idź   do   swojego   pokoju   –   westchnął   ojciec.   Po   chwili   rozległo   się   kolejne 

trzaśniecie drzwiami. 

– Czy ty również zamierzasz dołączyć do buntu? – spytał Mitch, patrząc na dziadka i 

przeczesując palcami włosy. 

– Nie. Według mnie będzie lepiej, jeśli dasz sobie z nią spokój. 
– Caroline to wspaniała kobieta – odrzekł z urazą Mitch, choć sam od trzech tygodni 

powtarzał sobie to samo, co teraz powiedział głośno jego ojciec. 

Starszy pan zwykle nie wtrącał się w jego życie. Gdy po pierwszej wizycie Caroline 

zniknęła,   nie   spytał   syna,   co   się   stało.   Wiedział,   że   coś   musiało   się   wydarzyć.   Mitch 
ponownie popadł w przygnębienie, podobne do tego, w jakim tkwił po śmierci żony. Właśnie 
dlatego dziadek pojechał do MediaTech i zmusił Caroline do rozmowy. Niestety, jak można 
się   było   spodziewać,   zamknęła   się   niczym   ostryga.   Zdaniem   dziadka,   leżało   to   w   jej 
charakterze. Pomyślał, że nie jest właściwą kobietą dla Mitcha. 

– Powiedz mi, synu, czy bardzo ją przycisnąłeś? – spytał. 
– Tato, jeszcze trochę, a mogłaby mnie oskarżyć o próbę gwałtu – westchnął Mitch. 
– O co jej chodzi? Mógłbym przysiąc, że wpadłeś jej w oko. Ona tobie również. Od 

trzech tygodni zachowujesz się tak, jakby cię osa ukąsiła. 

– Nie mam ochoty o tym rozmawiać. 
– Dlaczego?
– Jak powiedziałem Janis, to nie mogło do niczego doprowadzić. 
– Z powodu jej pracy czy twoich dzieci?
– Chodzi o dzieci – niechętnie przyznał Mitch. – Tak przynajmniej powiedziała. 
– Ale ty jej nie wierzysz?
– Nie. Widziałeś, jak odnosiła się do Ruthann. 
– Aha. Tak jakby miała dwie lewe ręce. 
– Nie przyjrzałeś się dokładnie. Gdyby rzeczywiście nie lubiła dzieci, mogłaby łatwo się 

jej pozbyć. Nietrudno zrazić sobie dziecko. Zamiast tego głaskała japo głowie, bawiła się z 
nią, w końcu położyła do łóżeczka... 

– O co więc chodzi naprawdę?

background image

– Myślę, że ona boi się spróbować, bo mogłoby się nie udać. Jej rodzice zapewne bardzo 

się starali, ale nie potrafili wychować dziecka. Praca była dla nich obsesją i Caroline uważa, 
że w jej przypadku jest tak samo. Jej życie składa się wyłącznie z zawodowych sukcesów. 
Woli nie ryzykować porażki. 

– Szkoda – westchnął dziadek. W głosie syna dosłyszał gorycz. 
–   Wydawało   mi   się,   że   przed   chwilą   powiedziałeś   coś   zupełnie   innego   –   Mitch 

zmarszczył brwi. 

– Tak, ale to, co ja myślę, nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest, co ty uważasz. Mam 

wrażenie, że bardzo zaangażowałeś się uczuciowo, choć prawie jej nie znasz. 

– To już nieważne. I tak nic z tego nie będzie. 
– Przykro mi, synu – ojciec poklepał go po ramieniu. 
– Mnie również – uśmiechnął się Mitch, choć nie przyszło mu to łatwo. – Muszę myśleć 

o dzieciach. Nie ma sensu tracić czasu na związek z kobietą, która nie chce nawet spróbować. 

– Ale to wcale nie pomaga ci o niej zapomnieć, prawda?
–   Niestety.   –   Mitch   sięgnął   po   pilota   od   telewizora   i   zmienił   kanał,   dając   ojcu   do 

zrozumienia, że to koniec rozmowy. Nie miał ochoty jej kontynuować, to było zbyt bolesne. 

W milczeniu słuchali wiadomości. Żaden z nich nie zauważył  Janis, która uciekła na 

palcach do swego pokoju, po drodze wycierając łzy. 

background image

10

Nazajutrz Mitch zrezygnował z lunchu o normalnej porze i wykorzystał ten czas, żeby 

pojechać do MediaTech. Poprzedniego dnia pracował do późnej nocy nad poprawkami do 
bazy danych,  jakich  zażądała  Caroline,  i przed  dalszą  pracą chciał  się upewnić,  że teraz 
wszystko jest w porządku. To, oczywiście, był tylko pretekst. Mitch zaniepokoił się słowami 
Janis i chciał sam sprawdzić, jak się rzeczy mają. Powtarzał sobie, że kieruje się tylko czysto 
policyjną   ciekawością,   ale   głęboko   w   sercu   pielęgnował   nadzieję,   że   być   może   Caroline 
pożałowała już swojej decyzji. 

Ponieważ zazwyczaj kontaktował się z doktorem Bergmanem i tym razem właściwie nie 

liczył, że uda mu się uzyskać audiencję u Caroline. Miał jednak szczęście. Doktor Bergman 
był zajęty, a gdy jego asystentka zaproponowała, że przekaże mu nowe materiały, odmówił i 
skierował się do gabinetu Caroline. 

Sekretarka  Caroline  gdzieś  sobie poszła, co Mitch uznał za kolejny uśmiech  fortuny. 

Zapukał   dwukrotnie   do   lekko   uchylonych   drzwi   gabinetu,   ale   nikt   nie   odpowiedział.   Na 
wszelki wypadek zajrzał do środka i z pewnym zdziwieniem zauważył, że Caroline siedzi za 
biurkiem. Była tak pochłonięta analizą wydruku komputerowego, że nie dosłyszała pukania i 
nie zwróciła uwagi na jego obecność. 

Mitch od razu zauważył, że Janis miała rację. Caroline była blada i wydawała się skrajnie 

znużona. Wyglądała tak, jakby nie spała przez kilka kolejnych nocy. 

Zawahał się, czy powinien jej przerywać, ale uznał, że musi wiedzieć, co się stało. 
– Caroline?
– Co takiego? – Potrzebowała kilku sekund, żeby oprzytomnieć. Gdy wreszcie dotarło do 

niej,   że   to   Mitch,   na   chwilę   zaparło   jej   dech   w   piersiach.   –   O,   Mitch,   dzień   dobry   – 
wykrztusiła wreszcie. 

Gdyby Grogan mniej się o nią martwił, pewnie wybuchnąłby śmiechem. Wydawała się 

tak zdziwiona i zaskoczona, jakby nagle spadła z innej planety. W pierwszej chwili wyraźnie 
się ucieszyła, ale zaraz się opanowała. To zawsze coś, pomyślał Mitch. Choć Caroline nie 
chciała tego przyznać, wcale nie był jej obojętny. 

– Dzień  dobry,  Caroline.  Przepraszam,  że ci  przeszkadzam  – powiedział,  stając przy 

biurku. – Przyniosłem kolejną wersję bazy danych, ale doktor Bergman gdzieś wyszedł. 

–   Nie,   jest   w   pokoju   kontroli   komputera   –   odrzekła   po   chwili.   Miała   kłopoty   z 

odzyskaniem spokoju i opanowania. 

– Wobec tego może zostawię te materiały u ciebie – zaproponował, kładąc na biurku 

teczkę z notatkami. 

–  Dziękuję ci.   Powiem  Bergmanowi,   żeby  jak  najszybciej  się  z  tobą  skontaktował  – 

przerwała   na   chwilę,   jakby   nie   mogła   się   zdecydować,   co   powiedzieć.   –   Bardzo   nam 
zaimponowałeś. Świetnie sobie radzisz. 

– Trudno byłoby dojść do tego wniosku, czytając twoje uwagi – odrzekł i bez zaproszenia 

usiadł na fotelu. 

background image

– Bardzo cię przepraszam, ale ta praca wymaga wielkiej dokładności. Każda informacja 

podana Scarlett poza kolejnością, może spowodować katastrofę. 

Katastrofę? To mocne słowo, pomyślał Mitch. 
– Caroline, co się stało? – spytał głośno. 
– Nic – odpowiedziała, wyraźnie zaskoczona tym pytaniem. 
– Nie wierzę. 
–   Mitch,   proszę   cię,   nie   zaczynaj   znowu   –   westchnęła.   –   Wiem,   że   bardzo   cię 

rozczarowałam, ale wydaje mi się, że jasno przedstawiłam stan moich uczuć. 

– Niewątpliwie, i właśnie dlatego nie próbowałem się z tobą spotykać. Tym razem jednak 

pytałem nie o ciebie, tylko o Scarlett – odrzekł, wskazując ręką na wyłączony monitor. – Dziś 
po raz pierwszy nie zauważyła mojej obecności i zapomniała się przywitać. 

– Och, przepraszam, źle cię zrozumiałam – Caroline zaczerwieniła się z zakłopotania. 

Zerknęła na ekran. – Chwilowo wyłączyliśmy wszystkie terminale. Czynny jest tylko jeden, 
w pokoju kontroli. 

– Dlaczego?
– Kolejna awaria pamięci. 
– Tym razem bardzo poważna, prawda? – spytał, choć znał już odpowiedź. Sądząc po 

wyglądzie Caroline, to musiała być prawdziwa katastrofa. 

– Bardzo. Przedwczoraj padła baza danych astronomicznych – powiedziała. – Chwilowo 

nawet nie próbujemy jej odtworzyć. Nie będziemy wprowadzać żadnych nowych informacji, 
dopóki nie znajdziemy przyczyny tej awarii. 

– Czy wobec tego mam przerwać pracę?
– Nie, na tym etapie przerwa w pracy komputera nie ma dla ciebie znaczenia. Być może 

jednak będziemy musieli przesunąć termin wczytania opracowanej bazy danych. 

– Jesteś przerażona, prawda? – spytał cicho. 
– Tak – odpowiedziała, nim zdążyła się zastanowić. Chwila szczerości sprawiła jej ulgę. 

Wobec swych współpracowników zachowywała dobrą minę, a prócz tego musiała jeszcze 
przekonywać   Boba   Stafforda,   że   to   nie   koniec   świata,   tylko   drobna   awaria.   Nie 
przypuszczała, że w pewnym momencie będzie potrzebowała, aby ktoś powiedział jej, że 
wszystko się dobrze skończy. 

–   Niewiele   brakowało,   a   padłby   cały   system,   Mitch   –   szepnęła,   pochylając   się   nad 

biurkiem. – Gdybym nie zdążyła odłączyć układów logicznych, nastąpiłaby ogólna katastrofa. 

– Tak mi przykro, Caroline. Wiem, że nie tego się spodziewałaś. 
– To prawda. Od paru miesięcy codziennie przychodzę do pracy powtarzając sobie, że 

tego dnia już na pewno znajdę przyczynę problemów, usunę ją i będę mogła wyznaczyć datę 
publicznego   debiutu   Scarlett.   Niestety,   problem   wydaje   się   coraz   poważniejszy   i   termin 
zakończenia pracy stał się zupełnie nieokreślony. 

Mitch miał ochotę powiedzieć jej, że za bardzo zaangażowała się w tę pracę, ale nie mógł 

się na to zdobyć. To zresztą nie doprowadziłoby do niczego: dla Caroline nie istniała różnica 
między pracą i życiem. 

– Czy mogę ci jakoś pomóc?

background image

– Nie wiem, co mógłbyś zrobić – westchnęła ze znużeniem. – Nikt nie może machnąć 

czarodziejską różdżką i sprawić cudu. Muszę po prostu tak długo sprawdzać program, aż 
wreszcie znajdę błąd. 

– A jeśli to ci się nie uda?
– To niemożliwe – orzechowe oczy Caroline skamieniały. – Wiem, że ten system będzie 

działał.   Cała   moja   kariera   od   tego   zależy.   Długo   namawiałam   inwestorów   i   zarząd,   aby 
zainwestowali   pieniądze   w   ten   projekt.   Według   niektórych   z   nich,   chciałam   zrealizować 
pomysły   z   zakresu   science-fiction.   Wiem,   że   jestem   o   krok   od   stworzenia   sztucznej 
inteligencji, i nie zamierzam się poddawać. 

– Caroline... – Mitch nie wiedział, czy powinien przygotować ją na przyjęcie ewentualnej 

porażki, czy też raczej zapewnić, że bez wątpienia rozwiąże ten problem. A może byłoby 
najlepiej, gdyby po prostu ją przytulił i pozwolił się wypłakać? Niestety, dzieliło ich szerokie 
biurko   i   nie   mógł   zrealizować   tego   pomysłu,   choć   uważał,   że   każdy   człowiek   czasem 
potrzebuje słowa otuchy i przyjacielskiego gestu. Wiedział, że nim zdążyłby wstać z fotela i 
obejść biurko, Caroline zamknęłaby się jak ostryga. 

– Skoro nie mogę ci pomóc, to pozostaje mi tylko nie przeszkadzać – powiedział w 

końcu. Nie wiedział, jak pokonać dzielącą ich przepaść. 

– Dziękuję. – Caroline wstała i wyszła zza biurka. – Jestem ci wdzięczna za poprawki. 

Przejrzeje, gdy tylko znajdę wolną chwilę. 

– Nie musisz się śpieszyć – odrzekł, również wstając z fotela. – Zapewne uda mi się 

przeżyć kilka dni bez czytania twoich irytujących uwag. 

– Irytujących? – Caroline zmarszczyła brwi. – Dlaczego tak uważasz?
– Ponieważ równie dobrze mógłby napisać je ktoś zupełnie mi obcy. 
– Przepraszam cię, Mitch – Caroline opuściła wzrok. – Wiem, że zachowuję pewien 

dystans... 

– Pewien dystans? – przerwał jej. – Tak, mniej więcej taki jak stąd do Neptuna. 
– Wiesz dlaczego – odrzekła, zdobywając się na odwagę. 
– Bo zbyt silne naciskałem?
– Ponieważ wzbudzasz we mnie uczucia, które.... 
– Caroline, musimy porozmawiać, i to natychmiast! – przerwał jej jakiś ochrypły męski 

głos. 

Niewiele brakowało, a Mitch głośno by zaklął. Caroline już miała powiedzieć coś, co 

musiałoby doprowadzić do szczerej rozmowy. Co wtedy? Akceptacja czy kolejna odmowa?

Niestety, to już na zawsze miało pozostać tajemnicą. W drzwiach do gabinetu Caroline 

stał Bob Stafford. Miał taką minę, jakby chciał kogoś zamordować. 

– Co się stało? – Kobieta zbliżyła się do niego. Stafford zerknął na jej gościa. 
– Czy mam poczekać na korytarzu? – spytał Mitch. 
–   Nie,   możesz   zostać   –   odrzekł   Stafford   po   chwili   namysłu.   –   Jesteś   już   członkiem 

zespołu. Zresztą, wkrótce i tak byś się dowiedział. 

– Dowiedział? O czym? – wtrąciła Caroline. Stafford zamknął starannie drzwi. 
– Dyrektor The Richmond Group właśnie ogłosił, że zademonstrują publicznie system 

background image

VIC – powiedział zimno. 

– Co takiego? To niemożliwe! – wykrzyknęła Caroline. 
– Doprawdy?  Powiedz  to dziennikarzowi  z „PC Imaging”,  który właśnie dzwonił  do 

mnie,   żeby   się   dowiedzieć,   co   MediaTech   sądzi   na   temat   pierwszego   optycznego, 
inteligentnego komputera. 

– To jakaś kaczka – stwierdziła Caroline, ale wyraźnie zbladła. – Niemożliwe, żeby VIC 

był już gotów. 

–   Czemu   zatem   The   Richmond   Group   organizuje   w   przyszłym   tygodniu   pokaz, 

zapraszając tylko wybranych dziennikarzy, swoich głównych inwestorów i paru najbardziej 
znanych ludzi z branży?

– To nie mogło się zdarzyć – wymamrotała Caroline, wspierając się o biurko. – To po 

prostu niemożliwe. 

Mitch bez trudu zrozumiał, o co chodzi. Wcale się nie dziwił, że Caroline doznała szoku, 

a   Stafford   wyglądał   tak,   jakby   za   chwilę   miał   wybuchnąć.   The   Richmond   Group   była 
największą konkurentką MediaTech. Jeśli rzeczywiście ich komputer optyczny był już gotów 
do   sprzedaży,   był   to   niezwykle   poważny   cios   dla   przedsiębiorstwa   zarządzanego   przez 
Stafforda. Mogło to znaczyć, że grube miliony zainwestowane w projekt Caroline pójdą w 
błoto. Zarząd mógł łatwo dojść do wniosku, że wobec porażki i technicznych kłopotów z 
ukończeniem systemu OHARA, należy skasować projekt i ograniczyć dalsze straty. 

– Czy jest pan całkowicie pewien tych informacji, panie Stafford? – zapytał. 
– Tak – potwierdził dyrektor. – Po telefonie od dziennikarza sam zadzwoniłem do kilku 

znajomych. Dwie osoby, jedna z Cal-Techu, druga z Computer Labs, przyznały, że otrzymały 
zaproszenie na pokaz. 

–   Dlaczego   zatem   my   nic   o   tym   nie   wiemy?   –   zdziwiła   się   Caroline.   –   Takich 

wiadomości nie można długo utrzymać w sekrecie. 

– Z tego, co wiem, Richmond przeprowadził błyskawiczną akcję. 
– To ma być prewencyjne uderzenie – gniewnie prychnęła Caroline. 
– Też tak myślę. Randall Thalberg powiedział mi, że dostał zaproszenie dopiero wczoraj. 
– Kiedy ma odbyć się pokaz?
– W poniedziałek. 
– Przecież to absurd! – wykrzyknęła Caroline. – Zawsze byliśmy daleko przed nimi!
– Te czasy minęły – Stafford nie próbował skryć  sarkazmu.  – Najwyraźniej  Howard 

Richmond zaprojektował swój komputer bez żadnych błędów. 

To był prawdziwy policzek. 
–   Caroline,   co   to   takiego   VIC?   –   spytał   Mitch,   mając   nadzieję,   że   w   ten   sposób 

powstrzyma wybuch. 

– Verbally Interactive Computer – odpowiedziała, patrząc na niego tak, jakby był jakimś 

przedmiotem. – The Richmond Group starała się zrealizować ten sam schemat co my, ale 
uruchomili swój komputer optyczny w rok po tym, jak skończyliśmy budować OHARA. 

– Czy zamierzali również stworzyć taki sam program jak Scarlett?
– Tak, ale również pozostali daleko w tyle. Dziesięć miesięcy temu dowiedzieliśmy się, 

background image

że padła ich podstawowa baza danych. Nie mogli jej tak szybko zrekonstruować. 

– Takie plotki są często zupełnie bezpodstawne – zauważył spokojnie Mitch. 
–   Nie   tym   razem   –   odrzekła.   –   Trzy   dni   później   Richmond   zwolnił   swoich   dwóch 

głównych programistów, odpowiedzialnych za opracowanie bazy danych. Jeden z nich tak się 
wściekł, że poszedł z tym do prasy. 

– Może to tylko zemsta zwolnionego pracownika?
–   Nie.   Mówię   ci,   Mitch,   że   VIC   padł!   Zaprojektowana   przez   nich   baza   nie   mogła 

pomieścić   wszystkich   informacji,   jakie   usiłowali   w   nią   wtłoczyć.   Richmond   nie   mógł 
skończyć  VIC-a, chyba że... – Caroline urwała, a jej twarz wyraźnie stężała. – Chyba że 
zdobyli sprawną bazę danych z innego źródła. 

– Powoli, Caroline – powiedział Mitch. – Czy chcesz w ten sposób powiedzieć, że... 
– Pozwól jej dokończyć – wtrącił Stafford. – Szczerze mówiąc, jestem zaskoczony, że 

Caroline   dopiero   teraz   o   tym   pomyślała.   To   była   moja   pierwsza   myśl   po   tym,   jak 
dowiedziałem się o pokazie. 

– Jest tylko jedno wyjaśnienie – Caroline usiłowała przekonać Mitcha. Gorąco pragnęła, 

aby jej uwierzył. – W jakiś sposób Howard Richmond dobrał się do Scarlett. 

Grogan   uznał,   że   ma   do   wyboru   trzy   interpretacje.   Po   pierwsze,   być   może   Caroline 

przesadza i błędnie ocenia sytuację. Po drugie, być może po prostu nie umie przegrywać. Po 
trzecie, być może ma rację. Mitch nie chciał z góry odrzucać jej podejrzeń, ale wiedział, że 
jeśli nawet ma rację, to nie powinna tego głośno mówić. 

– Caroline, bez jakiegoś dowodu to stwierdzenie jest oszczerstwem – ostrzegł ją. – Czy 

masz dowody?

– Jeszcze nie, ale będę miała. 
– W jaki sposób zamierzasz je zdobyć? Chcesz napaść na biuro The Richmond Group i 

zmusić torturami Howarda, aby się przyznał?

– Czy masz mnie za idiotkę, Mitch? – Caroline przeszyła go wzrokiem. – Dobrze wiem, 

jak trudno jest dowieść szpiegostwa przemysłowego. 

– Wobec tego przestań wysuwać takie oskarżenia, bo ktoś cię pozwie o oszczerstwo. 
– Dlaczego? Zamierzasz rozgłosić, o czym tutaj mówiliśmy?
– Po prostu nie chcę, abyś chlapnęła coś, czego mogłabyś później żałować – cierpliwie 

przekonywał ją Mitch. 

– Nie zamierzam się poddawać!
– Wcale tego nie sugeruję. Po prostu uważaj, co i do kogo mówisz, zgoda? – odrzekł. – 

Nie zapominaj, że jestem również policjantem. 

– Wobec tego sam coś zrób!
– Na jakiej podstawie? Mam się oprzeć na twoim wewnętrznym przekonaniu, iż The 

Richmond Group nie mogło cię dogonić? To nie jest dostateczna podstawa do rozpoczęcia 
śledztwa. 

– On ma rację, Caroline – dodał Stafford. – W tej chwili nie posiadamy żadnego dowodu, 

że Richmond naruszył prawo. Nie możemy złożyć oficjalnej skargi bez konkretnych śladów 
czy choćby poszlak. 

background image

– Zróbcie wewnętrzne śledztwo – poradził Mitch. – Ed Newton z pewnością wie, czego 

powinien szukać. Jeśli ktoś z MediaTech sprzedał komuś tajemnicę, to musiał pozostać po 
tym pewien ślad. 

– Doskonale – Caroline była wyraźnie zła z powodu reakcji Mitcha na całą sytuację. – W 

poniedziałek Ed wraca z wakacji. Bob, masz mu powiedzieć, aby zajął się dochodzeniem. 
Tymczasem nie mam zamiaru siedzieć z założonymi rękami – prychnęła i podeszła do biurka. 

– Co zamierzasz? – spytał Mitch. 
– Umówić się na spotkanie z Vikiem – odrzekła, podnosząc słuchawkę telefonu. 
– W jaki sposób?
Caroline zmierzyła go ostrym wzrokiem. 
– Lepiej, żeby pan o tym nie wiedział, poruczniku Grogan!
W ciągu kilku minut Mitch został zdegradowany z rangi współpracownika do pozycji 

zwykłego człowieka z zewnątrz. 

– Caroline, lepiej uważaj! – ostrzegł ją ponownie. – Możesz się łatwo sama narazić na 

zarzut szpiegostwa! Nie powinnaś ryzykować!

– Nie martw się, wiem, co robię – odpowiedziała zimno. – Gdy zdobędę już dowód, że 

Howard ukradł oprogramowanie, natychmiast cię zawiadomię. 

Uznał,   że   będzie   lepiej,   jeśli   natychmiast   wyjdzie.   Postanowił   zerwać   umowę   z 

MediaTech. Mogło jeszcze dojść do otwarcia urzędowego śledztwa, a w takim wypadku jego 
związek z firmą Caroline stałby się kłopotliwy. 

– W porządku, ale bądź ostrożna – Mitch spojrzał na Stafforda z wyraźną desperacją. – 

Niech pan pilnuje, żeby nie zrobiła jakiegoś głupstwa, dobrze?

– Do widzenia, Mitch – pożegnała go chłodno, nim Stafford zdążył coś powiedzieć. 
– Do widzenia. – Mężczyzna odwrócił się i wyszedł. Stafford zamknął za nim drzwi. 
– Co zamierzasz? – spytał Caroline. 
– Dzwonię do Evana – odrzekła, wykręcając numer telefonu eksmęża. – Zmuszę go, żeby 

zorganizował mi prywatną sesję z Vikiem. 

Caroline   poznała   Evana   Converse   na   krótko   przed   swoim   trzecim   doktoratem.   Była 

wtedy   poważną,   praktyczną,   dwudziestodwuletnią   dziewicą;   w   całym   swoim 
dotychczasowym życiu była na randce może z pięć razy. Evan miał dwadzieścia pięć lat i 
również   kończył   doktorat   z   nauk   komputerowych.   Jego   rozprawa   dotyczyła   budowy 
komputera   zdolnego   do   rozumienia   mowy,   co   znakomicie   uzupełniało   pracę   Caroline   na 
temat sztucznej inteligencji. 

Początkowo   Caroline   sądziła,   że   trudno   o   lepiej   dobrane   małżeństwo.   Converse   był, 

podobnie jak ona, ostrożny i praktyczny w sprawach życiowych, a jednak snuł dokładnie takie 
same marzenia. Udało mu się przekonać Caroline, że razem zbudują pierwszy na świecie 
komputer, z którym można by się porozumiewać za pomocą mowy. W rzeczywistości jednak 
nie musiał jej wcale przekonywać – Caroline zawsze o tym marzyła i nigdy nie wątpiła, że 
zrealizuje to marzenie, sama lub z czyjąś pomocą. Uznała natomiast, że podjęcie współpracy 
z kimś, kto mógłby jej pomóc w pokonaniu przeszkód, jest sensownym pomysłem. 

background image

W ten sposób zdołała przekonać siebie, że jest zakochana w Evanie i dokładnie z tego 

powodu ich małżeństwo zakończyło się klęską. Mąż wprawdzie marzył o tym samym co ona, 
ale   w   praktyce   niewiele   potrafił   jej   pomóc   w   rozwiązywaniu   trudnych   problemów 
konstrukcyjnych. Nie okazał się również partnerem zdolnym do podtrzymania jej w chwilach 
zwątpienia.   Wręcz   przeciwnie,   w   miarę   postępującego   rozkładu   ich   małżeństwa,   Evan   w 
coraz większym stopniu stawał się dla niej obciążeniem, przede wszystkim dlatego, że nie był 
w stanie spokojnie uznać jej wyższości intelektualnej. Jego zawiść zatruła domową atmosferę. 

Ostateczny kryzys w ich związku nastąpił, gdy Caroline zaszła w ciążę. Evan nie mógł 

zrozumieć, dlaczego żona nie chce się zgodzić na aborcję, skoro cały ich czas pochłaniały 
badania naukowe. Caroline nie dała się przekonać i Evanowi nie pozostało do zrobienia nic, 
jak tylko narzekać. 

Gdy Caroline poroniła w szóstym  miesiącu, w naturalny sposób oczekiwała od męża 

pomocy i wsparcia psychicznego. Natychmiast jednak przekonała się, że Evan jest bardzo 
zadowolony, iż teraz nic nie będzie odciągać jej od pracy. 

W miesiąc później złożyła pozew o rozwód. Evan początkowo się opierał i próbował ją 

odzyskać,   ale   w   końcu   pogodził   się   z   myślą,   że   rozwód   jest   nieunikniony.   Po   rozstaniu 
Caroline przyjęła propozycję objęcia stanowiska głównego projektanta w MediaTech, gdzie 
miała się zająć zbudowaniem optycznego komputera. Niestety, Evanowi powiodło się gorzej. 
Minął   rok,   nim   wreszcie   znalazł   odpowiednią   pracę   w   The   Richmond   Group,   gdzie 
powierzono mu zaprojektowanie procesora zdolnego do komunikacji za pomocą mowy. 

Caroline spodziewała się, że Evan będzie jej zazdrościł pozycji związanej ze znacznie 

większą władzą i odpowiedzialnością, ale tym razem się pomyliła. Gdy ochłonęli po procesie 
rozwodowym, okazało się, że są w stanie nadal się przyjaźnić. Nie spotykali się wprawdzie na 
gruncie towarzyskim, ale przede wszystkim dlatego, że oboje prawie całkowicie zrezygnowali 
z takich kontaktów. Od czasu do czasu Evan wpadał do niej, aby porozmawiać i dowiedzieć 
się, co słychać. Wszystko odbywało się w niezwykle kulturalny sposób i Caroline była z tego 
zadowolona. Wcale nie nienawidziła byłego męża, trudno było nawet powiedzieć, że go nie 
lubi. Po prostu nie powinna była wychodzić za niego za mąż. 

Caroline   wiedziała,   że   próba   wykorzystania   znajomości   z   Evanem   w   celu   zyskania 

dostępu do systemu VIC-a postawi go w trudnej sytuacji, ale niewiele ją to obchodziło. Po 
prostu musiała zobaczyć komputer konkurentów, i to przed publicznym pokazem. Gdyby to 
jej się nie udało, musiała przynajmniej zdobyć zaproszenie. 

Niestety, gdy zadzwoniła do The Richmond Group, okazało się, że doktora Converse nie 

ma w pracy. Caroline wolała nie zdradzać swego nazwiska, nie mogła więc zostawić żadnej 
wiadomości.   Zamiast   tego   zadzwoniła   do   Evana   do   domu   i   nagrała   na   automatyczną 
sekretarkę prośbę, aby czym prędzej do niej zatelefonował. 

Przez cały weekend Evan się nie odezwał. Caroline uznała, że pewnie wyjechał, i zaczęła 

gorączkowo poszukiwać innego sposobu, aby uzyskać zaproszenie. Obdzwoniła wszystkich 
przyjaciół i znajomych, aż w końcu znalazła kogoś, kto dostał zaproszenie, lecz nie mógł z 
niego skorzystać. 

W   ten   sposób   w   poniedziałek   o   czwartej   po   południu   Caroline   znalazła   się   w   The 

background image

Richmond Group i przedstawiła się wartownikowi jako doktor Leister. Przechodząc przez 
przestronny, ultranowoczesny hol myślała, że skoro Grogan potrzebuje dowodu kradzieży, 
ona mu go dostarczy, i to niezależnie od tego, ile to ją będzie kosztować. 

background image

11

W holu kręciło się już kilkanaście osób, popijając szampana i czekając, aby sprawdzić, 

czy szumny opis zawarty w rozesłanych zaproszeniach odpowiada rzeczywistości. Caroline 
znała większość zebranych; byli wśród nich najwybitniejsi uczeni od komputerów. 

Wzięła podany przez kelnera kieliszek szampana i ruszyła w stronę grupki kolegów. 
–   Doktor   Hunter,   jak   się   cieszę,   że   panią   widzę   –   zastąpił   jej   drogę   Paul   Bradley, 

dziennikarz z „PC Imaging”. – Węszy pani, co u konkurencji?

–   Przyszłam   z   ciekawości,   tak   jak   wszyscy   –   odpowiedziała.   Nie   miała   ochoty   na 

rozmowy z dziennikarzami. Spróbowała go ominąć, ale Bradley był uparty. 

– Bob Stafford nie chciał skomentować wiadomości na temat dzisiejszego pokazu. Czy 

pani zechciałaby coś powiedzieć?

– Wolę poczekać, aż zobaczę, jak działa Vic. 
– Jest pani zazdrosna?
–   Sam   pan   wie,   że   to   wykluczone.   –   Niewiele   brakowało,   a   Caroline   zazgrzytałaby 

zębami. – Jestem zawsze gotowa pochwalić każde prawdziwe osiągnięcie, które przybliża nas 
do rozwiązania problemu sztucznej inteligencji. 

– To bardzo słuszne i niezobowiązujące stwierdzenie – uśmiechnął się Paul. – Niestety, 

nie nadaje się do zacytowania. 

– Właśnie dlatego to powiedziałam – odrzekła z miłym uśmiechem i podeszła do grupki 

ekspertów komputerowych, których poznała już w początkach swojej kariery. Dzwoniła do 
niektórych z nich, starając się o zaproszenie, ale dopóki nie dowiedziała się, czy wybierają się 
na pokaz, rozmawiała z nimi w taki sposób, aby nie mogli się domyślić, czy ona również jest 
zaproszona. Dzięki temu teraz nikt nie był zdziwiony jej widokiem. Było to zresztą w pełni 
naturalne, gdyż w holu widać było przedstawicieli wielu innych firm, konkurujących z The 
Richmond Group. 

Na  ogół  wszyscy  byli   bardzo  zdziwieni,   że  The  Richmond  Group wygrało   wyścig  z 

MediaTech. Większość ekspertów spodziewała się zwycięstwa Caroline. 

Howard Richmond dołożył starań, aby pokaz wypadł uroczyście. I nikogo to nie dziwiło. 

Dotychczas większość specjalistów uważała The Richmond Group za hałaśliwą, lecz niezbyt 
poważną firmę. Howard był niewątpliwie bardzo szczęśliwy, że wreszcie może utrzeć nosa 
swym przeciwnikom. 

Przysłuchując   się   rozmowom,   Caroline   starała   się   zapomnieć   o   zdenerwowaniu. 

Rozglądała się wokół, poszukując Evana. Chciała z nim porozmawiać, mimo że wydawało się 
jej nieprawdopodobne, aby wiedział o kradzieży, jeśli rzeczywiście miała ona miejsce. Evan 
miał swoje wady, ale był człowiekiem uczciwym i nigdy nie zgodziłby się na współudział w 
przestępstwie. Ponieważ nie był głównym projektantem, nie było powodu, aby znał prawdę. 
Najprawdopodobniej znało ją tylko parę osób w całej The Richmond Group. 

Było natomiast możliwe, że Evan umożliwiłby jej zapoznanie się z systemem VIC-a na 

osobności. Caroline bardzo wątpiła, czy podczas publicznego pokazu uda się jej dowiedzieć 

background image

czegoś istotnego, a potrzebowała niewątpliwych dowodów kradzieży. Mogła je zdobyć tylko 
wtedy, gdyby udało się jej zbadać bazę danych komputera i porównać ją ze Scarlett. Nic 
innego nie przekonałoby sędziego. 

Niestety, Evana nie było nigdzie widać. Zamiast niego Caroline zauważyła dobrze znaną 

wysoką postać z szerokimi ramionami i bujną czupryną. Niewiele brakowało, a na ten widok 
upuściłaby kieliszek. 

– Bardzo przepraszam – powiedziała do kolegi, z którym właśnie rozmawiała, po czym 

podeszła do mężczyzny. 

– Mitch? – Grogan odwrócił się w jej stronę i Caroline poczuła, że serce podchodzi jej do 

gardła. Więc jednak przyszedł! Mimo sceptycznych uwag, przyszedł na pokaz! – Co ty tu 
robisz? – spytała. 

– Jak już ci powiedziałem, lubię wiedzieć, co się dzieje w obszarze mojej jurysdykcji – 

odrzekł z szerokim uśmiechem. Nie miał wątpliwości, że ucieszyła się na jego widok. 

– Jak zdobyłeś zaproszenie?
– Mam swoje metody – odrzekł z przebiegłym uśmiechem. – Zajmuję się przestępstwami 

komputerowymi   już   od   dawna   i   mam   w   tej   branży   wielu   znajomych,   na   których   mogę 
polegać. Na moje seminarium o zabezpieczaniu przedsiębiorstw przychodziło wielu szefów 
ochrony, nie tylko Ed Newton. A co z tobą? Może będzie lepiej, jeśli nie spytam, skąd masz 
zaproszenie?

Caroline uznała, że może powiedzieć mu prawdę. W końcu jedyne wykroczenie, jakie 

popełniła, to podanie wartownikowi fałszywego nazwiska. 

– Mitch, czy przyszedłeś tu, bo... bo mi uwierzyłeś? – spytała. Nie chciała robić sobie 

nadmiernych nadziei, ale to jedno musiała wiedzieć. 

– Sz... cicho – Mitch położył jej palec na ustach. – Tutaj lepiej nie rozmawiajmy o takich 

sprawach. 

Caroline rozejrzała się wokół. W pobliżu stało kilku dziennikarzy. Miała wrażenie, że nie 

zwracają na nią uwagi, ale wolała nie ryzykować. Nie miała ochoty zobaczyć następnego dnia 
wielkich nagłówków typu „Doktor Hunter oskarża konkurencję o kradzież”. 

Kiwnęła   głową   na   zgodę,   ale   w   głębi   serca   była   bardzo   rozczarowana.   Zachowanie 

Grogana podczas ich rozmowy w MediaTech zraniło ją głęboko. Liczyła na jego poparcie. 

Albo przypadkiem, albo celowo, Mitch odwrócił jej uwagę od zbliżającego się pokazu 

opowieściami o dzieciach. Zaczęły się już wakacje. Sam niemal cały czas włóczył się po 
okolicy, Rutnann już stęskniła się za przedszkolem, a Janis... Po pierwszym dniu pracy w 
MediaTech  przez cały wieczór opowiadała,  jak tam wspaniale,  ale później się uspokoiła. 
Faktycznie, trudno z niej było wyciągnąć choć słowo na temat pracy. Podobnie jak Caroline, 
Janis często zamykała się w swoim prywatnym, matematycznym świecie i nie zwracała uwagi 
na otoczenie. 

Caroline usiłowała skupić uwagę na jego słowach, ale właściwie nie rozumiała, co do niej 

mówi.   Natomiast   niski   ton   głosu   podziałał   na   nią   uspokajająco.   Była   zadowolona,   że 
przyszedł, choć nie wiedziała jeszcze, dlaczego to zrobił. 

W tym momencie w holu pokazał się wreszcie Howard Richmond. Zachowywał się jak 

background image

książę otoczony tłumem poddanych. Caroline poczuła, że znów się denerwuje. Nigdy nie 
lubiła tego faceta, a teraz miała w swoim przekonaniu wszelkie powody, żeby go nienawidzić. 
W jego szarmanckich manierach i łatwym uśmiechu było coś fałszywego. Śmiał się tylko 
ustami, jego oczy pozostawały zimne i przenikliwe. Według Caroline, był wyrachowanym 
graczem. Patrzyła, jak Howard przebija się przez tłum w jej kierunku i usilnie próbowała 
zapanować nad nerwami. 

Wyraz   jego   twarzy,   gdy   dostrzegł   ją   wśród   gości,   był   dla   Caroline   wystarczającym 

uzasadnieniem trudów, jakie kosztowało ją zdobycie zaproszenia. Na krótką chwilę z twarzy 
Howarda zniknął uśmiech, a w jego oczach pojawiło się zaskoczenie i strach. Szybko się 
opanował, ale ona wiedziała już, że Richmond się przestraszył. 

– Caroline, jak miło, że przyszłaś – powiedział, podając jej rękę. 
– Dziękuję, Howardzie – zmusiła się do uniesienia dłoni. 
– Jestem ci wdzięczna za zaproszenie. 
Mężczyzna   wyglądał   tak,   jakby   chciał   zaprotestować,   ale   wokół   było   zbyt   wielu 

dziennikarzy. Caroline zaryzykowała, stawiając na to, że Howard nie zechce się narazić na 
publiczną awanturę. Miała rację. 

– Wydaje mi się, że jeszcze nigdy się nie spotkaliśmy – Howard zwrócił się do Mitcha. 
– To Mitch Grogan – wyjaśniła mu Caroline. – Mój stary przyjaciel. 
– Och, cieszę się ze spotkania pana, panie Grogan. Mam nadzieję, że spodoba się panu 

pokaz. – Spojrzał na Caroline. 

– Jestem pewien, że dla ciebie będzie to fascynujące wydarzenie, moja droga. 
Nie czekając na odpowiedź, podszedł do następnej grupki gości. 
– Czemu nie powiedziałaś mu, kim jestem? – zainteresował się Mitch. 
– Przecież wyjaśniłam, że jesteś moim przyjacielem – odrzekła z niewinnym uśmiechem. 

– To prawda, mam nadzieję?

– Prawda, choć chyba za wcześnie mówić o starej przyjaźni. 
Tym  razem Caroline  się nie zarumieniła,  choć Mitch patrzył  na nią w swój zwykły, 

prowokacyjny sposób. Myślała o czekającym ją starciu z Howardem i wolała nie rozpraszać 
się na głupstwa. 

–   Pomyślałam,   że   będzie   lepiej,   jeśli   Richmond   nie   dowie   się   jeszcze   o   moich 

podejrzeniach – wyjaśniła Mitchowi. 

– Wystarczy, że jest zaciekawiony. 
–   Caroline,   przecież   z   pewnością   wie,   że   go   podejrzewasz   –   odrzekł   Mitch.   Mówił 

szeptem. – Inaczej by cię zaprosił. 

– No cóż, jeśli okaże się, że mam rację... wiesz, o czym  mówię,  to Howard jeszcze 

pożałuje swoich błędów. 

Nim   Mitch   zdążył   odpowiedzieć,   Richmond   poprosił   wszystkich   o   uwagę.   Otworzył 

drzwi   do   niewielkiej   sali   wykładowej   i   zaprosił   tam   gości.   Po   bokach   podestu   siedzieli 
konstruktorzy i programiści, odpowiedzialni za poszczególne fragmenty systemu VIC-a. Na 
środku, jaskrawo oświetlony, stał niewielki komputer, monitor i klawiatura. 

Caroline i Mitch usiedli w czwartym rzędzie, pośrodku. Wprawdzie Caroline wolałaby 

background image

siedzieć bliżej, ale nie miało to większego znaczenia. W sali było tylko siedemdziesiąt pięć 
miejsc i wszyscy dobrze widzieli podium. 

Howard Richmond wszedł na scenę. Zachowywał się niczym karnawałowy wodzirej. 
–   Panie   i   panowie,   gdy   w   1990   roku   w   Bell   Laboratories   udowodniono,   że   można 

zbudować optyczny komputer cyfrowy, rozpoczął się wyścig, kto pierwszy skonstruuje taką 
maszynę, zwiastując nadejście nowej rewolucji technicznej, o jakiej marzył na przykład Isaac 
Asimov. Panie i panowie, chciałbym przedstawić państwu zwycięzcę tego wyścigu. Oto Vic, 
pierwszy komputer zdolny do rozumienia mowy. Proszę podziwiać jego umiejętności. 

Jeśli Howard oczekiwał oklasków, to gorzko się zawiódł. Sceptyczni widzowie czekali na 

dowody. Richmond zwrócił się do komputera. 

– Dzień dobry, Vic. 
– Dzień dobry, doktorze Richmond. 
– Vic, mamy tu licznych gości, którzy chcieliby się czegoś o tobie dowiedzieć. 
– Cóż takiego chcieliby wiedzieć? – Komputer mówił niskim, męskim głosem. 
– Powiedz im, jak zostałeś zbudowany i co jest twoim zadaniem. 
Ku zdumieniu gości, Vic posłusznie wykonał polecenie. Tylko Caroline i Mitch nie byli 

tym zaskoczeni. Caroline siedziała spięta, mocno zaciskając pięści. Gdy mężczyzna delikatnie 
pogłaskał wierzch jej dłoni, kurczowo chwyciła go za rękę. 

Mitch   głaskał   wolnym   kciukiem   jej   rękę,   ale   niemal   całą   uwagę   skupił   na   ocenie 

odpowiedzi Vica. Richmond zadawał mu serię pytań. Męski głos komputera był wyraźnie 
inny niż głos Scarlett. Brakowało mu płynności, poszczególne słowa wydawały się niezależne 
od pozostałych, mówił  bez śladu intonacji. W przeciwieństwie do Scarlett,  która idealnie 
naśladowała głos ludzki, nikt nie mógł mieć wątpliwości, że Vic to maszyna. 

Mitch   wiedział,   że   sprawa   głosu   ma   drugorzędne   znaczenie   dla   pytania,   czy   Vic 

wykorzystuje rozwiązania ze Scarlett. W obu komputerach symulator mowy działał zupełnie 
niezależnie od głównej bazy. Vic odpowiadał na pytania poprawnie i bez wysiłku. To robiło 
wrażenie. 

W końcu Richmond odsunął się nieco na bok i zaprosił gości do zadawania pytań. Inaczej 

nie przekonałby nikogo, że odpowiedzi komputera nie zostały wcześniej nagrane na dysk. To 
była okazja, na którą czekała Caroline. 

Ktoś spytał Vica, ile elementarnych operacji na sekundę jest w stanie wykonać. Kto inny 

spytał o pojemność pamięci. 

– Vic, jaka jest dokładna dziesiętna wartość ułamka dwie jedenaste? – padło następne 

pytanie.   W   sali   rozległ   się   głośny  szmer,   ale   zaraz   zapadła   cisza.   Wszyscy   niespokojnie 
czekali na odpowiedź. 

– Czy jesteś pewien, że chcesz, abym zaczaj ten rachunek? Ułamek ten ma nieskończone 

rozwinięcie dziesiętne, zero przecinek jeden, osiem, jeden, osiem i tak w nieskończoność. 
Należałoby raczej podać żądaną dokładność rozwinięcia. 

Żaden   normalny   komputer   nie   byłby   w   stanie   udzielić   takiej   odpowiedzi.   Wszyscy 

zaczęli bić brawo, tylko Caroline zacisnęła konwulsyjnie palce na dłoni Mitcha. Była blada z 
wściekłości. Mitch miał wrażenie, że nie może się doczekać, żeby zadać swoje pytanie. 

background image

W parę minut  później, po kolejnej serii pytań, uznała, że przyszła kolej na nią. Gdy 

wstała, Mitch wstrzymał oddech. Nie miał pojęcia, co ona zamierza powiedzieć. 

– Vic, czy masz jakichś przyjaciół, a jeśli tak, to czy mógłbyś ich wymienić? – Caroline 

niemal krzyknęła. 

Grogan odetchnął. Jego zdaniem, nie zabrzmiało to zbyt groźnie, ale Richmond miał na 

ten temat inne zdanie. 

– Vic, zatrzymaj się – rozkazał, nim komputer zdążył odpowiedzieć, po czym uśmiechnął 

się   pobłażliwie   do   Caroline.   –   Proszę   pani,   to   jest   komputer,   a   nie   członek   klubu   ludzi 
samotnych. Jestem pewien, że wszyscy z państwa zgodzą się ze mną, iż trudno oczekiwać, 
aby komputer miał przyjaciół lub choćby rozumiał pojęcie przyjaźni. 

Tu   i   ówdzie   rozległy   się   śmiechy.   Parę   osób   spojrzało   na   Caroline   z   wyraźnym 

zdziwieniem. Richmond nie dał jej drugiej szansy. 

– Czy są jeszcze jakieś pytania? Proszę podnosić ręce, bardzo proszę – powiedział. Od tej 

chwili wywoływał pytających po nazwisku i w pełni kontrolował sytuację. Trwało to ponad 
godzinę, aż wreszcie Richmond uprzejmie stwierdził, że chyba już pora napić się szampana. 
Pokaz dobiegł końca. 

Wszyscy wstali i zaczęli klaskać, jednocześnie komentując działanie nowego komputera. 

W głosach zebranych ekspertów słychać było podniecenie i zaskoczenie. Caroline nie mogła 
tego  wytrzymać,  miała  ochotę   krzyczeć.   Chciała  powiedzieć  tym  wszystkim  durniom,  że 
oklaskiwali efekt jej wysiłków, a nie tego złodzieja i szarlatana Richmonda. W jakiś sposób 
zdołał ukraść Scarlett i teraz bezczelnie zademonstrował ją światu jako swoje dzieło. Nie 
ujdzie mu to na sucho! Postanowiła, że niezależnie od wszystkich okoliczności udowodni, iż 
Richmond jest złodziejem, i dopilnuje, aby dostał maksymalny wyrok. 

Caroline była taka wściekła, że nawet nie zauważyła, kiedy Mitch chwycił ją za rękę i 

pociągnął w stronę wyjścia. Gdy wreszcie na niego spojrzała, dostrzegł w jej oczach furię. 

– Mitch... 
– Nie tutaj, Caroline – pokręcił głową. – Musimy porozmawiać w jakimś spokojnym 

miejscu. 

– Może u mnie? – zaproponowała. Wiedziała, że mężczyzna ma rację. 
– Będę u ciebie za pół godziny. 
– Nie, chwileczkę, jeszcze muszę coś załatwić. 
–   Tylko   nie   próbuj   konfrontacji   z   Richmondem   –   syknął.   To   nie   była   prośba,   tylko 

polecenie. 

– Nie zamierzam – Caroline sama wiedziała, że to byłaby głupota. – Jest tu ktoś, z kim 

muszę porozmawiać. 

– Kto?
Zamiast odpowiedzieć, Caroline rozejrzała się wokół wypatrując swego eksmęża. Evan 

Converse stał po drugiej stronie holu. Ruszyła w jego stronę. 

Mitch wolał nie zostawiać jej samej. Po drodze zastanawiał się, co też ona wymyśliła i 

kim   jest   ten   wysoki   szczupły   mężczyzna   w   okularach,   z   którym   najwyraźniej   chciała 
porozmawiać. 

background image

– Cześć, Evan. 
Mężczyzna szczerze ucieszył się ze spotkania. Uśmiechnął się i ucałował ją w policzek. 
– Caroline! Jak się masz?
– Wciąż jestem w stanie szoku. Ten twój komputer świetnie się zaprezentował. 
– Dziękuję, ale to nie jest mój komputer. Jestem tylko członkiem zespołu. 
– Nie bądź taki skromny. Wykonaliście wspaniałą robotę. 
– Dziękuję ci, Caroline. – Evan znów pocałował ją w policzek. – Twoja pochwała ma dla 

mnie wielkie znaczenie. Posłuchaj... bardzo przepraszam, że nie odezwałem się do ciebie, ale 
to był zwariowany weekend. Miałem na głowie przygotowania do pokazu i nowy problem, 
którym właśnie zacząłem się zajmować... Czy wiesz, że Howard powierzył mi opracowanie 
nowej wersji VTPa dla robota, którego właśnie projektujemy?

– Nie wiedziałam. 
– Co to takiego VIP? – wtrącił Mitch, głównie po to, aby zwrócić na siebie uwagę. 
– Przepraszam, ale nie pamiętam, abyśmy się kiedyś poznali – odrzekł Evan, mierząc go 

uważnym spojrzeniem. 

– Przepraszam – wtrąciła Caroline. – Zupełnie zapomniałam was przedstawić. To Mitch 

Grogan, mój bliski przyjaciel. 

– Grogan... Gdzieś słyszałem to nazwisko... Czy pracuje pan w MediaTech?
– Owszem, wykonuję dla nich pewne zlecenie – odpowiedział ostrożnie Mitch. Caroline 

miała rację, zachowując w tajemnicy fakt, że podzieliła się swymi podejrzeniami z policją. 
Powinni się czym prędzej stąd wynosić, bo w każdej chwili ktoś mógł go rozpoznać. 

– Mitch, to jest Evan Converse. Mój były mąż. 
Były mąż? W pierwszej chwili Mitch był po prostu zaskoczony, ale później zmierzył 

Evana gniewnym spojrzeniem. Pomyślał, że to właśnie on nalegał, aby Caroline zgodziła się 
na aborcję, i w ten sposób zapewne utwierdził ją w przekonaniu, że nie nadaje się na matkę. 

Mimo to w miarę uprzejmie przywitał się z Evanem, który następnie wyjaśnił mu, że 

skrót   VIP   oznacza   verbal   interface   processor,   czyli   urządzenie   do   porozumiewania   się   z 
komputerem za pomocą mowy. Caroline nie pozwoliła mu rozwodzić się nad swoją pracą. 

– Evan, muszę z tobą porozmawiać – przerwała. – Czy możemy umówić się na kawę, 

powiedzmy, jutro po południu?

Na szczupłej twarzy Evana pojawiał się wyraz wahania. 
– Caroline, jeśli chodzi ci o Vica, to chyba rozumiesz, że nie mogę odpowiedzieć na 

żadne pytanie... 

– Evan, naprawdę musimy porozmawiać – nalegała. – Mam wrażenie, że czegoś tu nie 

rozumiesz – dodała, ściszając głos. 

Mitch pomyślał, że wyraźnie zaskoczony i zmieszany Converse ulegnie jej namowom, ale 

w tym momencie na scenie pojawił się Richmond i wybawił go z kłopotu. 

– Evan! Nareszcie cię znalazłem! – wykrzyknął, pośpiesznie podchodząc do nich. Zerknął 

na   Caroline   i   Mitcha.   –   Bardzo   was   przepraszam,   ale   fotoreporterzy   chcą   zrobić   zdjęcia 
członkom zespołu projektantów. Czekają na nas w sali wykładowej – powiedział, po czym 
klepnął Evana po ramieniu, wysyłając go w drogę. 

background image

Converse spojrzał na Caroline tak, jakby chciał ją przeprosić, po czym zniknął w tłumie. 
– Mam nadzieję, że nie próbowałaś wydobyć ze swego eksmęża żadnych sekretów Vica – 

powiedział Howard, uśmiechając się lekceważąco. Mitch miał ochotę dać mu w łeb. Caroline 
wyraźnie zesztywniała. 

– Czy oskarżasz mnie o szpiegostwo przemysłowe? – spytała ostrym tonem. 
– Ależ skąd! To był żart. 
– Niezbyt zabawny. 
– Och, bardzo przepraszam – rzucił Richmond, ale wcale nie sprawiał wrażenia kogoś 

skruszonego. – Wiem, że trudno ci się pogodzić z faktem, iż wygraliśmy wyścig, ale mam 
nadzieję, że jakoś to zniesiesz. 

Mitch   był   dumny   z   zachowania   Caroline,   która   zmierzyła   Howarda   gniewnym 

spojrzeniem, ale nic nie odpowiedziała. Wiedział, że miała na końcu języka oskarżenia o 
szpiegostwo i kradzież, ale na szczęście nie odezwała się. Było znacznie lepiej, aby Howard 
uważał, że Caroline nie umie przegrywać, niż przedwcześnie budzić jego czujność. Wiedział, 
że i bez tego trudno będzie udowodnić, iż ukradł Scarlett. 

Richmond przez chwilę czekał na odpowiedź, po czym wzruszył ramionami i dołączył do 

członków swego zespołu. 

– Dobrze zrobiłaś – mruknął Mitch, oddychając z ulgą. 
– Chodźmy stąd – odpowiedziała  Caroline. Na kawałku papieru  napisała  swój  adres, 

wcisnęła go Groganowi, po czym pośpiesznie wyszła. 

–   To   była   Scarlett.   Nie   mam   co   do   tego   żadnych   wątpliwości.   Nikt   nie   zdoła   mnie 

przekonać, że to nieprawda. 

Od   przyjścia   Mitcha   Caroline   wciąż   krążyła   nerwowo   po   salonie.   Nie   udało   mu   się 

jeszcze   obejrzeć   jej   domu;   nie   zdziwił   się   bynajmniej,   że   dominującym   przedmiotem   w 
salonie był  komputer  z dużym  monitorem.  Na fotelu naprzeciw  Mitcha leżał  zwinięty w 
kłębek kot, zupełnie nie zwracając uwagi na zdenerwowanie swojej pani. 

–   Caroline,   nic,   co   dziś   powiedział   Vic,   nie   może   być   uznane   za   dowód,   iż   został 

zbudowany na podstawie ukradzionego projektu – tłumaczył cierpliwie Mitch. Miał nadzieję, 
że Caroline w końcu się uspokoi. 

– Aleja wiem, że tak jest!
– Skąd? Uklękła na sofie. 
– Mitch, czy poznałbyś Ruthann, gdyby ktoś obciął jej włosy i przebrał za chłopca?
– Oczywiście, że tak. 
– Wobec tego zaufaj mi, że Vic korzysta z bazy danych Scarlett. To ja ją stworzyłam. 

Wiem,   jak   ona   myśli.   Vic   odpowiedział   dziś   na   każde   pytanie   dokładnie   tak,   jak 
odpowiedziałaby Scarlett. Żaden komputer nie mógłby jej tak doskonale naśladować, chyba 
że korzystałby z tego samego  programu.  W jakiś sposób Howard Richmond  ukradł bazę 
danych Scarlett. Musisz mi uwierzyć!

Mitch widział, jak ważne jest dla niej przekonanie go. To mogło wystarczyć Mitchowi 

Groganowi,   mężczyźnie   zakochanemu   w   tej   pięknej,   lecz   trudnej   kobiecie,   ale   nie 
porucznikowi   Groganowi,   detektywowi.   Na  szczęście   nie   musiał   opierać   się   tylko   na   jej 

background image

podejrzeniach.   Zachowanie   Howarda   Richmonda   i   przebieg   pokazu   wzbudziły   i   jego 
wątpliwości. 

– Wierzę ci – powiedział. 
Caroline opadła na sofę i odetchnęła z ulgą. Chwilowo zapomniała nawet o Howardzie. 

Chciała usłyszeć te dwa słowa i z wdzięczności gotowa była go ucałować. 

– Zatem ty również zauważyłeś podobieństwo, tak?
– Nie, aleja rozmawiałem ze Scarlett tylko raz, i to krótko. Nie potrafię powiedzieć, jak 

odpowiedziałaby na te pytania. 

–   Dlaczego   więc   mi   uwierzyłeś?   –   Caroline   siedziała   z   podwiniętymi   nogami   i 

przyglądała mu się uważnie. 

– W czwartek zachowywałeś się tak, jakbyś uważał, że oskarżam Richmonda o kradzież 

tylko dlatego, iż nie potrafię pogodzić się z porażką. 

– Przykro mi, ale musiałem wziąć pod uwagę i tę możliwość – odrzekł, ulegając pokusie i 

delikatnie głaszcząc jej ramię. 

– A jednak przyszedłeś na dzisiejszy pokaz. 
– Owszem, ponieważ nie mogłem wykluczyć możliwości, że masz rację. Teraz jestem 

niemal pewny, że tak jest. 

– Dlaczego?
– Dlatego, że Howard nie miał żadnych powodów, aby cenzurować twoje pytanie, poza 

obawą, iż Vic zna odpowiedź. Gdyby Vic odpowiedział, że nie wie, co to przyjaźń, nikogo by 
to nie zdziwiło. Gdyby natomiast wyjaśnił to pojęcie, mogłoby to wzbudzić podejrzenia. Na 
dodatek mógł przecież powiedzieć „Caroline Hunter jest moją przyjaciółką”, na co pewnie 
liczyłaś. 

– Tak – przyznała Caroline. – Nie wątpię, że ludzie w Richmond próbowali oczyścić 

pamięć z takich informacji, ale nie wierzę, aby to im się w pełni udało. Dlatego właśnie 
Howard się przestraszył. 

– Zgadzam się z tobą. 
– Teraz rozumiesz, dlaczego muszę porozmawiać z Vikiem na osobności. 
–   Nie,   nie,   to   wykluczone   –   pokręcił   głową   Mitch.   –   Nie   możesz   tego   zrobić.   W 

najlepszym   przypadku   możesz   sama   zostać   oskarżona   o   próbę   kradzieży   sekretów 
konkurencyjnej firmy. W najgorszym, możesz nawet narazić się na zarzut sabotażu. 

– Wobec tego co mam zrobić?
– Musisz przeprowadzić bardzo staranne wewnętrzne dochodzenie. Może zauważysz coś 

podejrzanego w zachowaniu twoich współpracowników? Sprawdź, kto z nich przyjaźni się z 
kimś z The Richmond Group. Później zaczniemy sprawdzać rachunki bankowe i przyjrzymy 
się, kto dokonał ostatnio jakichś większych inwestycji. Jeśli któryś z twoich pracowników 
przekazał Howardowi bazę danych, zapewne nie zrobił tego za darmo. Gdzieś wije się ślad z 
zielonego papieru. Musimy go znaleźć i z pewnością znajdziemy. To tylko kwestia czasu. 

– Ale ja nie mam czasu! – Caroline zeskoczyła z sofy. Znowu ogarnęło ją podniecenie. – 

Słyszałeś,   co  Richmond   dziś   powiedział.   Oni  już zaczynają   przygotowywać   produkcję,  a 
jesienią zaczną sprzedawać Vica. Czy zauważyłeś, jak Lewis Granger natychmiast po pokazie 

background image

podszedł do Howarda? – dodała, ale Mitch najwyraźniej nie zrozumiał znaczenia tego faktu. – 
Granger  to  przedstawiciel   NASA,  który  od roku  dopytywał   się,  kiedy  wreszcie   OHARA 
będzie gotów. Przez jego ręce przechodzą wielomilionowe zamówienia rządowe. Musimy się 
pośpieszyć, inaczej MediaTech poniesie ogromne straty! Nie mogę do tego dopuścić. 

Mitch wstał z sofy, podszedł do kobiety i położył ręce na jej ramionach. 
–   Caroline,   posłuchaj   mnie.   Tę   sprawę   należy   załatwić   zgodnie   z   prawem.   Jeśli 

zgromadzimy dostateczne dowody, sąd nakaże Howardowi zaprzestanie produkcji do chwili 
rozstrzygnięcia sprawy. Musisz być cierpliwa. I pedantycznie dokładna. 

–   Dobrze   –   zgodziła   się   Caroline,   choć   nie   przyszło   jej   to   z   łatwością.   –   Będziemy 

postępować tak, jak ty chcesz – powiedziała, po czym spontanicznym ruchem przytuliła się 
do niego. – Dziękuję ci, Mitch. 

–   O,   proszę   pani,   ja   tylko   wykonuję   swój   zawód   –   odpowiedział,   jednocześnie 

przyciągając ją do siebie i całując we włosy. 

Oboje świetnie wiedzieli, że chodziło tu o coś więcej. Caroline spojrzała mu w oczy. 
– Jesteś głodny?
– Umieram z głodu – uśmiechnął się Mitch. – Czy w ten sposób chcesz mi uprzejmie dać 

do zrozumienia, że mam iść, czy też zamierzasz coś przygotować?

– To drugie. 
– Dobra. Nie chcę jeszcze iść do domu. 
– Ja również chcę, abyś jeszcze został – odpowiedziała, wysuwając się z jego objęć. Na 

jej policzkach pojawiły się rumieńce. – Zobaczę, co jest w lodówce. 

background image

12

Kuchnia Caroline była  urządzona w sposób czysto funkcjonalny.  Również jej system 

gotowania był  opracowany tak, aby zapewnić jak największą wydajność. Raz na miesiąc 
Caroline   poświęcała   cały   dzień   na   gotowanie   i   przyrządzone   potrawy   wstawiała   do 
zamrażarki. Dzięki temu problem przygotowania kolacji dla Mitcha sprowadzał się teraz do 
wyjęcia odpowiedniego rondla i przygotowania sałaty. Grogan zadzwonił do domu i poprosił 
Sama, aby uprzedził dziadka, że wróci później do domu, po czym zaofiarował Caroline swe 
usługi jako kuchcik. Wspólnie przygotowali kolację w niecałe pół godziny. 

W powietrzu wciąż można było wyczuć napięcie, ale teraz miało ono wyraźnie erotyczny 

charakter. Mimo to podczas  kolacji Mitch starał się skoncentrować na kwestii kradzieży. 
Razem układali plan dochodzenia, w jaki sposób Howard zdobył bazę danych Scarlett. 

Mitch   przez   cały   czas   mówił   o   „podejrzeniu   dokonania   kradzieży”,   co   bardzo 

denerwowało Caroline. Dopiero po pewnym czasie zorientowała się, że to tylko policyjny 
nawyk. Grogan wierzył, że Howard ją okradł, i chciał jej pomóc. Po raz pierwszy od śmierci 
ciotki Liddy Caroline nie czuła się na świecie zupełnie sama. Czuła, że jest związana z tym 
mężczyzną, który zresztą z każdą chwilą wydawał się jej coraz mniej przerażający. 

–   Caroline,   jak   już   wspomniałem,   musimy   szukać   związków   między   pracownikami 

MediaTech   i   The   Richmond   Group   –   powiedział   Mitch   z   pewnym   wahaniem,   gdy   już 
sprzątnęła ze stołu. – Nie sądzisz, że już znamy taki związek?

– O czym mówisz? – nie zrozumiała Caroline. 
– O twoim eksmężu. 
– Evan? – Pomysł, że on miałby być szpiegiem, wydał się jej wprost śmieszny. No, ale 

Mitch nie znał go tak dobrze jak ona. – Czy chcesz powiedzieć, że Evan zapłacił mi fortunę, 
abym zgodziła się sprzedać sekrety mojego komputera Howardowi?

– Oczywiście, że nie – odpowiedział, podając jej pustą miskę po sałacie. – Może jednak 

Evan mógł dowiedzieć się czegoś od ciebie tak, że nawet tego nie zauważyłaś?  Masz tu 
terminal. Czy Converse odwiedzał cię czasem w domu? Czy mógł skopiować dyski z danymi 
lub podejrzeć twoje hasło? Czy mówisz przez sen?

Ostatnie pytanie wstrząsnęło Caroline. Spojrzała na niego ze zdumieniem. Dziwny chłód 

w jego oczach zdradził, że w istocie Mitchowi chodzi o coś więcej niż tylko wyjaśnienie 
tajemnic kradzieży. 

– Odpowiedź na wszystkie twoje pytania brzmi, „nie”
– odpowiedziała. – Evan czasem do mnie dzwoni, ale od rozwodu był tu tylko parę razy, 

jeszcze   nim   połączyłam   domowy   komputer   ze   Scarlett.   –   Urwała   na   chwilę,   ale   zaraz 
dokończyła zdecydowanym tonem. – Nie spałam z nim od dnia, w którym dowiedziałam się, 
że jestem w ciąży, niemal dziesięć lat temu. 

– Przepraszam, ale musiałem o niego spytać. 
–   Teraz   już   wiesz   –   prychnęła,   ładując   naczynia   do   zmywarki.   –   Evan   nie   ma   nic 

wspólnego z tą „przypuszczalną” kradzieżą. 

background image

Mitch wolał się nie wdawać w dyskusję na ten temat, ale przed uznaniem niewinności 

eksmęża Caroline postanowił sprawdzić go nieco dokładniej. Jednocześnie zdał sobie sprawę, 
że   sam   będzie   musiał   panować   nad   swoimi   subiektywnymi   ocenami:   to,   że   Converse 
skrzywdził Caroline, świadczyło tylko o tym, że jest idiotą, a nie złodziejem. Na to, niestety, 
nie ma paragrafu. 

– Jeżeli moje wrażenie jest słuszne, pozostajesz z nim w przyjacielskich stosunkach – 

zauważył. – Wydawał się bardzo zadowolony ze spotkania. 

– Naprawdę jesteśmy przyjaciółmi – odrzekła Caroline. 
– Po prostu nigdy nie powinniśmy zawierać małżeństwa. 
– Czy kochałaś go?
To pytanie najwyraźniej ją zaskoczyło, ale nie zamierzała uchylać się od odpowiedzi. 

Zamknęła zmywarkę i przez chwilę się zastanawiała. 

– Szczerze mówiąc, nie jestem pewna... 
– Caroline,  miłość  można  dość łatwo odróżnić od kataru lub zapalenia  ślepej kiszki. 

Gdybyś była zakochana, wiedziałabyś o tym. 

– Czasami trudno jest określić własne uczucia. 
– Kochałaś go czy nie? – nalegał Mitch. 
Caroline patrzyła na niego, a jednocześnie wyobrażała sobie swojego byłego męża, tak 

jak   wyglądał,   gdy   brali   ślub,   a   nie   z   czasów   rozwodu.   Evan   był   wtedy   poważnym, 
inteligentnym   i   całkiem   przystojnym   mężczyzną,   a   jednak...   Choć   powinna   była   wtedy 
przeżywać uniesienia pierwszej miłości, nigdy w jego obecności nie doznawała takich uczuć, 
jakie w niej wzbudzał Mitch. Choć nie miała ochoty tego przyznać, dopiero teraz zaczynała 
rozumieć różnicę między choćby najserdeczniejszą przyjaźnią a miłością. 

– Nie – powiedziała w końcu. – Przypuszczam, że nigdy go nie kochałam. 
– Czemu więc wyszłaś za niego?
–   Łączyły   nas   wspólne   zainteresowania   naukowe.   Wydaje   mi   się,   że   uznałam,   iż 

stworzymy dobry zespół. 

– Podobnie jak twoi rodzice?
– Chyba tak. Ich małżeństwo było niezwykle udane. Byli do siebie idealnie dopasowani 

intelektualnie, co pozwoliło im osiągnąć znacznie więcej, niż gdyby pracowali w pojedynkę. 

–   To   chyba   niezbyt   wiele   –   mruknął   Mitch,   z   trudem   opanowując   drżenie.   –   Mam 

wrażenie, że opisujesz spółkę handlową, a nie małżeństwo. 

– Czy małżeństwo nie polega na partnerstwie? – spytała chłodno. 
– To niewątpliwie jego część – przyznał. – Ale tylko część. Czy podczas wspólnego życia 

z Evanem nie miałaś okazji się o tym przekonać?

– Tak, chyba tak. 
–   Czy   wystąpiłaś   o   rozwód   z   powodu   dziecka?   –   Mitch   nie   chciał   zmuszać   jej   do 

rozmowy na przykre tematy, ale naprawdę musiał znać odpowiedź na to pytanie. 

–   Nie   mam   pretensji   do   Evana   za   to,   że   nalegał   na   aborcję.   Gdy   braliśmy   ślub, 

uzgodniliśmy, że nie będziemy mieli dzieci. To ja złamałam umowę. W istocie narzuciłam 
mu dziecko, którego wcale nie chciał. 

background image

– To oznacza, że jest idiotą. 
– Nie każdy nadaje się na ojca lub matkę – odrzekła Caroline. 
– Och, dobrze o tym wiem – mruknął Mitch. – Jestem żywym dowodem tezy, iż wymaga 

to ciężkiej pracy, ale zapewniam cię, że sprawa warta jest zachodu. Myślę, że w głębi serca 
też tak myślałaś, bo inaczej nie pragnęłabyś dziecka. 

– Może lepiej wróćmy do salonu – zaproponowała Caroline i skierowała się do drzwi. 
Mitch   nie   nalegał.   Caroline   najwyraźniej   nie   miała   ochoty   rozmawiać   o   straconym 

dziecku.   Oczywiście,   wciąż   jeszcze   nie   rozumiał   jej   tajemniczej,   lecz   fascynującej 
osobowości. Pomyślał, że jeśli nie rozwiąże tej zagadki, to nigdy nie uda mu się do niej 
zbliżyć; w tej chwili jednak dalszy nacisk mógłby przynieść wyłącznie szkody. 

–   A   jak   zareagowali   na   Evana   twoi   rodzice?   –   spytał.   –   Czy   zaaprobowali   twoje 

małżeństwo?

–   Nigdy   go   dobrze   nie   poznali,   ale   na   pewno   uważali,   że   to   był   logiczny   wybór   – 

odpowiedziała, siadając na sofie. 

–   Mogłem   się   tego   domyślić   –   powiedział,   zajmując   miejsce   koło   niej.   –   A   co 

powiedziała ciotka Liddy? Czy też cię pochwaliła?

– Chyba żartujesz! – zaśmiała się Caroline. – Liddy powiedziała, że jeśli wyjdę za Evana, 

to jeszcze przed trzydziestką będę taką samą suszoną śliwką jak moja matka. 

Mitch   również   się   zaśmiał.   Bardzo   żałował,   że   nigdy   nie   pozna   ciotki   Liddy.   Teraz 

bardzo przydałaby mu się jej pomoc. 

– Przecież bardzo lubiłaś i szanowałaś ciotkę. Jestem zdziwiony, że nie posłuchałaś jej 

ostrzeżenia. 

– To prawda, że ją kochałam, ale wcale nie chciałam żyć tak jak ona. Włóczyć się po 

świecie, zmieniać mężów jak kapelusze... Pragnęłam w życiu stabilizacji, a nie chaosu. 

–   Porównałaś   zatem   sterylnie   czyste   i   uporządkowane   życie   swoich   rodziców   z 

cygańskim   nieładem   ciotki   i   zamiast   wybrać   rozsądny   kompromis,   zdecydowałaś   się   na 
wariant rodziców. 

– Chyba tak. 
– No i skończyło się rozwodem, dokładnie tak jak w przypadku ciotki. 
– Nigdy w ten sposób o tym  nie myślałam – zaśmiała się Caroline. Po raz pierwszy 

dostrzegła   ironię   zawartą   w   historii   swego   małżeństwa.   –   Masz   rację.   Teraz   zaś   żyję   w 
monogamicznym związku z moją pracą. 

– Kolejny sterylny związek. 
– Mitch... 
– Nie mów nic, Caroline – nakazał jej, nim zdążyła coś powiedzieć. Chwycił ją ręką za 

szyję   i   kciukiem   pogłaskał   po   policzku,   jednocześnie   przyciągając   kobietę   do   siebie.   – 
Przestań myśleć i poddaj się uczuciom. 

– Nie wiem, czy potrafię – szepnęła, z trudem łapiąc oddech. 
– Z pewnością, musisz tylko spróbować – odrzekł i pocałował ją w usta. 
To był bardzo lekki pocałunek, równie delikatny i podniecający jak wtedy na huśtawce. I 

podobnie jak w tamtym przypadku, szybko się zmienił, stał się gorący, namiętny, tak jakby 

background image

sam kontakt przestał im wystarczać. Mitch objął ją ramiona mi, Caroline zarzuciła mu ręce na 
szyję. Ich języki zetknęły się w gorączkowym, namiętnym tańcu. Westchnęła, tak jakby i tego 
było jej za mało, a w odpowiedzi Mitch nakrył dłonią jej pierś. 

Caroline wyprężyła ciało, w pełni akceptując jego intymną pieszczotę. Mężczyzna szybko 

rozpiął jej bluzkę i przesunął ustami wzdłuż szyi do piersi. Przez materiał stanika Caroline 
poczuła podniecające dotknięcie warg i zębów. Głośno krzyknęła. Miała wrażenie, że w jej 
wnętrznościach nastąpił gorący wybuch. Mitch znów pocałował ją w usta, ale to już było dla 
niej   zbyt   wiele.   Emocje,   jakie   przeżywała,   były   zbyt   gwałtowne,   zbyt   namiętne,   zbyt... 
przerażające. Ostatkiem świadomości zmusiła się do zachowania rozsądku. 

– Mitch, proszę ... – odepchnęła go od siebie. 
W jego oczach dostrzegła uczucia równie gwałtowne jak jej własne. Oddychał głośno i 

nierówno. Caroline nie mogła mieć żadnych wątpliwości co do jego pragnień, a jednak Mitch 
nie przyciągnął jej do siebie na siłę. 

– Caroline... 
– To przecież zupełny absurd – powiedziała, łapiąc oddech i odsuwając się od niego. – 

Jesteśmy oboje dorośli. Dorośli ludzie nie powinni tak się zapominać. 

– Dlaczego, na litość boską?
– Ponieważ... – Caroline potrzebowała chwili, żeby się zastanowić nad odpowiedzią. – 

Ponieważ miłość też musi być rozsądna. Może łączyć ludzi, którzy mają w życiu wspólne 
cele i uznają podobne wartości. Nie można dać się ponieść hormonom i pieścić na kanapie, 
niczym dwoje nastolatków. 

– Czy naprawdę jesteś w mnie zakochana, Caroline? – Mitch pierwszy się zorientował, co 

ona właściwie powiedziała. 

–   Oczywiście,   że   nie!   –   zaprotestowała,   pośpiesznie   zapinając   bluzkę.   –  Mówiłam   o 

czysto teoretycznej sytuacji. 

– Zostaw te guziki w spokoju – powiedział Mitch, uśmiechając się do niej. 
– Nie. 
– No to będę musiał rozpinać je znowu – westchnął. Caroline poczuła, że serce podchodzi 

jej do gardła. Miała ochotę uciec. 

– To wszystko dzieje się zbyt szybko – jęknęła, zrywając się z sofy. Stanęła przy oknie, 

odwrócona do niego plecami. 

Tym razem Mitch nie miał zamiaru pozwolić jej na odwrót. Wiedział już, że Caroline 

przez całe życie tłumiła namiętną część swojej osobowości, i postanowił, że to on zmusi ją do 
odrzucenia wszystkich hamulców. Podszedł do niej i delikatnie przesunął dłońmi wzdłuż jej 
ramion. Gdy poczuł, jak drży, odwrócił ją twarzą do siebie. 

– Jeśli wolisz, możemy zwolnić – powiedział. 
– Nic nie rozumiesz, Mitch! – krzyknęła, odsuwając się do niego. – Nie chcę, aby to się 

stało!

– Do licha, Caroline, zdecyduj się na coś! – Jego namiętne oczy nabrały zimnego wyrazu. 

– Czy chcesz, abym był cierpliwy i długo cię uwodził, czy wolisz poddać się tym samym 
uczuciom, jakie ja czuję, i pozwolić na naturalny rozwój wypadków? Czy też może chcesz, 

background image

żebym sobie poszedł i nigdy nie wrócił? Zdecyduj się na coś, bo mnie znudziła się już ta gra!

– Nie bawię się z tobą w żadną grę!
– Właśnie, że tak! – Chwycił ją za ramiona. Miał ochotę mocno nią potrząsnąć, ale się 

opanował. Po prostu spojrzał jej w oczy i zmusił, aby słuchała, co do niej mówi. – To gra 
„Caroline boi się zakochać”. Ja się nie boję. Pragnę cię i chcę cię kochać – powiedział z 
naciskiem. – Chcę ci pokazać, że miłość polega również na pieszczeniu się niczym dwoje 
nastolatków. Że wcale nie musi być rozsądna. Czasami wymaga trudu, czasami jest bolesna, 
czasami cudowna. Czasami chce się skręcić ukochanej kark, czasami nic nie ma znaczenia, 
prócz jej obecności. Miłość to pocałunki i awantury, wychowywanie dzieci i kompromisy 
życia codziennego. To normalne życie. Teraz przestań się okłamywać i zdecyduj się na coś. 
Chcesz czy nie?

Caroline czuła, że drżą jej usta, a po prawym policzku spływa pojedyncza łza. Mitch miał 

rację, twierdząc, że gra sama ze sobą. Pomyślała, że musi z tym skończyć. 

– Tak – szepnęła. – Chcę tego. Nareszcie. Nie potrzebował niczego więcej. 
–   Na   litość   boską,   przestań   zatem   walczyć   ze   sobą   i   pozwól,   żebym   cię   kochał   – 

powiedział łagodnie, biorąc ją jednocześnie w ramiona. 

Caroline poczuła, jak jego ręce zaciskają się wokół niej, wyczuła jego siłę i ciepło. To 

było zbyt wspaniałe, aby mogło dziać się naprawdę... 

– Boję się, Mitch – szepnęła. 
– To normalne – odrzekł, muskając wargami jej usta. – Gdybyś się nie bała, nie warto by 

było   podejmować   ryzyka.   Po   prostu   przestań   myśleć.   Przestań   piętrzyć   przeszkody   i 
wymyślać uniki. Zajmij miejsce i ciesz się przejażdżką. 

Czuła na szyi i policzkach jego gorący oddech. Gdy delikatnie i pieszczotliwie skubnął 

ustami jej ucho, przestała na chwilę oddychać. 

– Życie to nie wesołe miasteczko – zdołała jakoś wykrztusić. 
– Skąd wiesz? – zapytał Mitch. – Przecież na pewno w żadnym nie byłaś. 
– To prawda – przyznała z westchnieniem. 
Jedną ręką wodził wzdłuż jej pleców, a drugą przesunął powoli do góry, aż dłonią nakrył 

pierś. 

– Wobec tego nie masz pojęcia, jaka wspaniała może być przejażdżka kolejką górską lub 

na karuzeli, prawda?

– Nie. – Zadrżała, choć wcale nie było jej zimno. W głosie Mitcha była jakaś hipnotyczna 

moc, podobnie jak w jego pieszczotach. Wiedziała już, że nie zdoła mu się oprzeć. 

– Pozwól zatem, że ci pokażę, jakie to zabawne – powiedział, uśmiechając się do niej tak, 

że poczuła, jak gorąca fala przenika jej ciało. 

– Ale, Mitch, ja nie... od dawna nie brałam... 
– Sam się tym zajmę, Caroline – Mitch uciszył ją pocałunkiem, po czym zabrał się do 

systematycznego procesu wprowadzania jej w nowy świat erotycznych doznań. 

Nawet nie zauważyła, kiedy znaleźli się w sypialni. Zrzuciła buty, a Mitch pomógł jej się 

rozebrać.   Całował   ją   i   pieścił,   jednocześnie   zdejmując   z   niej   ubranie.   Wraz   z   ubraniem 
Caroline   pozbyła   się   wszelkich   zahamowań   i   w   pełni   poddała   się   pragnieniom,   które 

background image

zwalczała do paru tygodni. 

Mitch   wzbudzał   w   niej   zupełnie   niesamowite   reakcje.   Czuła   w   brzuchu   napięcie, 

domagające się wyzwolenia. Wszystkimi zmysłami chłonęła jego obecność. Zapach wody 
kolońskiej i potu, smak jego skóry, głośny oddech i westchnienia rozkoszy, ciepło bijące z 
jego   ciała   i   widok   niezwykłych,   błękitnych   oczu,   teraz   pociemniałych   z   namiętności. 
Widziała, jak Mitch pochyla się nad nią i pożera ją oczami. 

Gdy wszedł w nią, Caroline odkryła wrażenia zmysłowe, których nie doznała jeszcze 

nigdy w życiu. To był niemal szok. Jęknęła głośno. Mężczyzna znieruchomiał. 

– Czy sprawiam ci ból? – zapytał szorstko i czule zarazem. 
– Nie, nie, to wspaniałe – odpowiedziała ochryple. Zaczęła poruszać rytmicznie biodrami, 

a jej nogi oplotły go ciasno. Mitch też się poruszył, początkowo powoli, później z narastającą 
gwałtownością. 

Przestała panować nad pożarem, trawiącym jej wnętrzności. Mitch pocałował ją głęboko, 

językiem naśladując rytm ruchów ich bioder. Jęki Caroline ginęły w jego ustach, aż wreszcie 
oderwała się od jego warg i głośno krzyknęła jego imię. 

Pierwsza fala rozkoszy minęła, ale Mitch nie przerywał i Caroline czuła, jak znów zbliża 

się przypływ gorąca. Jakby z oddali słyszała swój głos, powtarzający jego imię, oraz ochrypłe 
krzyki Mitcha, który oparł się na łokciach, podtrzymując dłońmi jej ramiona i powtarzając 
spazmatyczne pchnięcia bioder, aż wreszcie Caroline poczuła w brzuchu palący wybuch i 
oboje zapomnieli o wszystkim, prócz przeżywanej ekstazy. 

Mitch znieruchomiał i opuścił głowę. Przez chwilę czekał, aż oprzytomnieje, po czym 

spojrzał na nią z taką miłością, że Caroline poczuła łzy w oczach. 

– Moja najsłodsza Caro – szepnął i delikatnie pocałował ją w usta, po czym przesunął 

wargami  wzdłuż  szyi   do piersi  i  z  powrotem.  Wysunął  się  z  niej  i  wziął  ją w   ramiona. 
Caroline leżała teraz niczym w kołysce z jego ciała, z głową na jego ramieniu. 

Odpoczywali, w milczeniu nasłuchując, jak powoli odzyskują normalny oddech. Caroline 

słyszała głośne uderzenia jego serca. Poczuła jeszcze, jak Mitch całuje jej włosy, po czym 
oboje zasnęli. 

Caroline   była   na   pół   uśpiona,   nie   w   pełni   świadoma,   ale   również   nie   całkiem 

nieprzytomna. Przez cały czas czuła przy sobie ciało Mitcha. Nie miała ochoty zastanawiać 
się nad tym, co właśnie przeżyła, ale nie mogła tego uniknąć. Wiedziała, że Mitch Grogan nie 
należy   do   mężczyzn,   którzy   wstają   z   łóżka   i   mówią   „do   zobaczenia,   laleczko”.   Z   całą 
pewnością pragnął czegoś więcej. Ona zresztą również. Chciała poznać nowo odkrytą krainę 
namiętności. Jako prawdziwa uczona, chciała zbadać i zrozumieć wszystkie jej tajniki, tak 
aby mogła twierdzić, że jest już na swoim terenie. Myślała o tym tak, jakby była pierwszym 
człowiekiem, który pozna te tajemnice. 

Oczywiście,   wiedziała,   że   tak   nie   jest.   Przede   wszystkim   Mitch   z   pewnością   był 

świadom, co go czeka, choć sądząc po jego spojrzeniu, Caroline podejrzewała, że dostał 
więcej,   niż   oczekiwał.   Ciekawe,   czego   będzie   chciał   teraz?   I   co   ważniejsze,   musiała   się 
zastanowić, co może mu zaofiarować. Z czego musiałaby zrezygnować, wiążąc się z tym 

background image

mężczyzną, i co dostałaby w zamian? Mitch już rozwiał jej głębokie przekonanie, że ludzie 
stanowczo   przeceniają   wartość   seksu.   Jakie   inne   przekonania   będzie   jeszcze   musiała 
zrewidować?

– Słyszę, że mózg ci pracuje, moja piękna Caroline – odezwał się Mitch sennym głosem. 
– Czyżby hałas cię zbudził? – zażartowała. Gdy mówił, czuła na policzku łaskotanie. 
–   Zapewne.   –   Mitch   obrócił   jej   głowę   tak,   by  móc   ją   pocałować   w   usta.   –   Jak   się 

miewasz?

– W kolejce górskiej trochę rzucało, ale jakoś przeżyłam – odpowiedziała. 
–   Ja   również   nie   spodziewałem   się   takiej   przejażdżki   –   westchnął.   –   Jestem   pod 

wrażeniem – dodał niskim, podniecającym tonem. Caroline schowała twarz na jego ramieniu, 
bo   znów   się   zarumieniła.   Mitch   cicho   zachichotał   i   musnął   wargami   jej   skroń.   –   Gdzie 
wylądowaliśmy, Caro? – spytał. 

– Jak to gdzie? W łóżku – odpowiedziała przeciągle. 
– Na jak długo?
– Dopóki nie wstaniesz i nie pójdziesz do domu. 
– A co później?
Caroline   wiedziała,   że   czeka   ją   to   pytanie,   ale   wciąż   jeszcze   nie   wiedziała,   co   ma 

odpowiedzieć. Uniosła się na łokciu i spojrzała mu w oczy. 

– Czy żądasz ode mnie jakiegoś zobowiązania, Mitch?
– Tak – odpowiedział, odgarniając z jej czoła kosmyk spoconych włosów. – Jesteś dla 

mnie zbyt ważna, bym mógł cię utracić. 

– Ale ty jesteś tylko częścią znacznie większej oferty – przypomniała mu cicho. 
– Owszem – Mitch nie zamierzał uciekać od prawdy. Kochasz mnie, kochaj i moje dzieci. 

Czy potrafisz?

– Nie wiem – odpowiedziała szczerze. 
– A czy chcesz spróbować?
Caroline zamknęła oczy i pochyliła głowę, opierając się policzkiem o jego pierś. 
– A co będzie, jeśli mi się nie uda? Jeśli je w jakiś sposób zranię? Jeśli pokłócimy się i 

dzieci będą musiały znieść rozstanie?

– Caroline, możesz zawsze zadawać takie pytania i wynajdywać trudności, ale nigdy nie 

będziesz znała odpowiedzi, jeśli nie spróbujesz. 

Mitch miał rację. Musiała się na to zdecydować, albo od razu pogodzić się z myślą, że go 

straci. To byłoby dla niej nie do zniesienia. Po raz pierwszy w życiu czuła, że naprawdę żyje, 
że jest kobietą.  Miała wrażenie, że jest słaba jak kotka, a jednocześnie, że jest w stanie 
przesuwać góry. I wszystko dlatego, że znalazła się w ramionach silnego, pewnego siebie, 
kochającego   i   zmysłowego   mężczyzny.   Pomyślała,   że   musi   uwierzyć   w   taką   miłość. 
Wiedziała już, ile może w ten sposób zyskać. 

– Dobrze, Mitch. Spróbuję. 
Poczuła, jak Mitch westchnął z ulgą. Uniósł się z pościeli i pocałował ją tak mocno, że 

niemal straciła oddech. 

– Nie będziesz tego żałować, Caro – szepnął. 

background image

Mogła się tylko modlić, aby się okazało, że ma rację. 
Gdy   pocałował   ją   znowu,   Caroline   przestała   myśleć   o   przyszłości   i   skupiła   się   na 

teraźniejszości. 

background image

13

Mitch wyszedł  od Caroline nieco po północy.  Wcale nie miał na to ochoty,  wolałby 

zostać do rana i kochać się z nią raz jeszcze, tuż przed świtem. Musiał jednak pamiętać o 
pracy   i   trojgu   wrażliwych   dzieci.   Mógłby   im   wprawdzie   powiedzieć,   że   przez   całą   noc 
pracował, ale nie chciał kłamać. 

Gdy podjechał pod dom, ze zdziwieniem zauważył, że na dole jeszcze pali się światło. 

Dziadek zazwyczaj kładł się spać natychmiast po zapędzeniu do łóżek Ruthann i Sama. To 
Janis była nocnym markiem, ale tym razem, na szczęście, w jej pokoju było ciemno. 

Dokładnie   w   chwili,   gdy   wysiadał   z   samochodu,   kolejno   zgasły   światła   w   kuchni   i 

salonie, więc Mitch wcale nie był  zaskoczony,  widząc dziadka na schodach, ze szklanką 
gorącego mleka w ręce. 

– Cześć, tato. Nie mogłeś zasnąć? – spytał, zamykając drzwi na łańcuch. 
– Nie. Sam zmusił mnie do oglądania jakiegoś horroru – wyjaśnił dziadek. – Nie mogę 

zapomnieć   tych   zielonych,   oślizłych   bestii.   Natomiast   on   zasnął   natychmiast,   niczym 
niewinne dziecię. 

– Może mam sprawdzić, czy w twoim pokoju pod łóżkiem nie zaczaił się potwór? – 

zażartował Mitch. 

– Nie, dziękuję, już sam sprawdziłem. 
– No i co?
– Okazało się, że powinienem staranniej odkurzać podłogę – odrzekł dziadek i wypił łyk 

mleka. – Pewnie masz jakąś poważną sprawę, skoro pracujesz do północy. 

– Tak, to znaczy... to nie chodzi jakąś sprawę. Choć początkowo tak właśnie było. Teraz 

jednak... 

– Nie musisz się tłumaczyć, synku – zaśmiał się starszy pan. – Nigdy nie potrafiłeś ukryć 

swoich romansów. Cieszę się, że tak jest nadal. 

Mitch   pomyślał,   że   jest   już   dojrzałym   mężczyzną   i   nie   musi   się   tłumaczyć,   niczym 

nastolatek przyłapany na pieszczotach z dziewczyną. 

– Byłem z Carpline. Po południu pojechałem do The Richmond Group, aby sprawdzić, 

czyjej oskarżenia mają jakieś uzasadnienie. Później pojechaliśmy do niej. 

Mitch zwykle nie opowiadał ojcu o swojej pracy, ale sprawa Caroline i przypuszczalnej 

kradzieży Scarlett była wyjątkiem. Dzięki temu dziadek wiedział teraz, o co chodzi. 

– Tak myślałem. Czy rozwiązałeś już tę sprawę? Czy w ogóle jest jakaś sprawa?
– Tak i nie. Lub raczej odwrotnie, nie i tak – poprawił się Mitch. – Jestem przekonany, że 

ktoś   z   Richmond   ukradł   istotną   część   programu   opracowanego   w   MediaTech,   ale 
dowiedzenie tego będzie trudnym zadaniem. 

– Przypuszczam, że wskutek tego będziesz się z nią częściej widywał. 
– Dużo częściej – odpowiedział znacząco Mitch, tak aby ojciec zrozumiał, co ma na 

myśli. 

Ten pokiwał z namysłem głową, po czym usiadł na schodach. Mitch przysiadł obok. 

background image

– Czy jesteś pewien, że naprawdę tego chcesz? – spytał starszy pan. 
– Tak. 
– A co z dziećmi?
– O co ci chodzi? Przecież już są w niej zakochane. 
– Ruthann gotowa jest kochać każdą istotę w spódnicy, którą mogłaby uznać za mamę, a 

Janis z pewnością będzie zadowolona, gdy w rodzinie pojawi się jeszcze jeden geniusz – 
odrzekł dziadek. – W rzeczywistości jednak obie patrzą na nią przez różowe okulary. Nie 
chciałbym, abyś ty również popełnił taki błąd. 

– Nie masz  się czego  bać – zapewnił go Mitch, przypominając  sobie przeżycia  tego 

wieczora. – Caroline jest wyjątkową kobietą. W jej towarzystwie czuję się tak jak z Becky w 
początkach naszego małżeństwa. Tak, jakbym był kimś wyjątkowym, jakimś supermanem. 

– I dlatego chcesz być jej bohaterem, tak?
– Chcę czegoś dla siebie, tato – powiedział Mitch, opierając się o ścianę i patrząc na ojca. 

– Kocham dzieci i jestem dla nich gotów na wszystko, ale mam przecież swoje życie. Dzięki 
Caroline po raz pierwszy od śmierci  Becky czuję się tak, jakbym  ożył.  Nie chcę z tego 
rezygnować. 

– Ale co z dziećmi? – powtórzył dziadek. – Twoje sprawy są też ich sprawami. 
– Tato, gdybym nie był przekonany, że Caroline będzie dla nich dobra, nigdy bym z nią 

nie zaczynał. Właśnie to mnie w niej urzekło. Ona ma do zaofiarowania mnóstwo uczuć, ale 
sama o tym nie wie. – Mitch poklepał ojca po ramieniu. 

– Chciałbym mieć twoje błogosławieństwo, bo będę potrzebował pomocy. 
– Jakiej pomocy? – zmarszczył brwi starszy pan. 
– Musisz być dla niej cierpliwy. Sam zauważyłeś, że w obecności dzieci zachowuje się 

niczym ryba wyjęta z wody.  Caroline będzie potrzebowała czasu, aby się dostosować do 
nowej   sytuacji   i   uwierzyć,   że   byle   niebaczne   słowo   nie   zwichruje   ich   osobowości.   Czy 
postarasz się, aby czuła się tu jak w domu?

– Mitch, jak już jej powiedziałem, drzwi naszego domu będą dla niej zawsze szeroko 

otwarte – odpowiedział ojciec. 

– Mówiłem serio. Musisz być jednak bardzo ostrożny. Nie chciałbym, abyś się przekonał, 

że nie tylko kilkunastoletnie dziewczęta gotowe są zakochać się w swoich wyobrażeniach, 
które uznają za rzeczywistość. 

– Nie popełnię tego błędu – Mitch uściskał ojca. Obaj wstali i ruszyli razem na górę. – 

Zaprosiłem ją na jutro na kolację, ale jeśli nie chcesz zawracać sobie głowy gotowaniem, to 
możemy pójść do restauracji. 

– Nie, przygotuję kolację. Lepiej nie narażać jej na nadmierny wstrząs – uśmiechnął się 

dziadek. – W restauracji możemy mieć kłopoty z Ruthann. Lepiej jej nie straszyć. 

– Też tak myślę – uśmiechnął się Mitch. 
– Bardzo jesteś cwany. 
Gdy następnego dnia o szóstej wieczorem Caroline pojawiła się u Mitcha, była równie 

zdenerwowana   jak   podczas   pierwszej   wizyty.   Może   nawet   bardziej.   Wtedy   walczyła   ze 
swymi uczuciami. Teraz pogodziła się z nimi i podjęła zobowiązanie, którego waga budziła w 

background image

niej strach. 

Musiała jednak spróbować, ponieważ – podobnie jak Mitch – chciała, aby to się udało. To 

wprawdzie był najgorszy możliwy moment na podejmowanie nowego wyzwania, ale Caroline 
wiedziała, że szansa na szczęście, jakiego dotychczas nie zaznała i w które nie wierzyła, nie 
pojawia się codziennie. Nie mogła sobie pozwolić na przepuszczenie tej okazji. 

Zapewne byłoby jej łatwiej opanować nerwowe skurcze żołądka, gdyby Mitch był na 

miejscu.   Zamiast   niego   powitał   ją   dziadek,   jednocześnie   informując,   że   Mitch   dzwonił   i 
zapowiedział, że się spóźni. 

– Musi zorganizować obserwację jakiegoś podejrzanego – powiedział dziadek. – Ustawi 

swych ludzi i wróci, to nie zajmie mu zbyt wiele czasu. Tymczasem czuj się jak u siebie w 
domu. 

– Dziękuję. Czy mogę ci pomóc w przygotowaniu kolacji? – zaproponowała, odkładając 

torebkę na półkę w przedpokoju. 

– Nie. Sytuacja jest pod kontrolą. Możesz mi, oczywiście, dotrzymać  towarzystwa w 

kuchni. Muszę sprawdzić pieczeń. 

– Dobrze. Tylko... 
–   Caroline!   –   na   górnym   podeście   schodów   pojawiły   się   Ruthann   i   Janis.   Caroline 

uśmiechnęła się do nich. 

Ruthann   zbiegła   na   dół   na   łeb,   na   szyję,   natomiast   Janis   pozostała   na   górze.   Gdy 

dziewczynka potknęła się na ostatnim stopniu, Caroline poczuła, że serce podchodzi jej do 
gardła. Wyciągnęła ręce, aby ją podtrzymać, ale Ruthann miała inne plany. Rzuciła się jej na 
szyję i Caroline nie miała wyboru, musiała wziąć ją na ręce. 

–   Wiedziałam,   że   tata   ściągnie   cię   z   powrotem.   Wiedziałam,   wiedziałam!   – 

wykrzykiwała, cmokając Caroline w policzek. 

–   Owszem,   twój   tata   potrafi   być   bardzo   przekonujący   –   uśmiechnęła   się   Caroline. 

Spojrzała w kierunku schodów. 

– Cześć, Janis, jak się miewasz?
– W porządku. 
Nie było to najbardziej entuzjastyczne powitanie, jakie Caroline mogła sobie wyobrazić. 
– Jak ci idzie praca nad IVAR-em? – spytała. – Musisz go przygotować do stanowego 

konkursu. 

– Mam jeszcze trzy tygodnie – odpowiedziała dziewczynka i zaczęła schodzić na dół. 
– Janis! Nakryj do stołu! – krzyknął dziadek. 
– Ja też chcę pomóc! – pisnęła Ruthann. – Caroline będzie siedzieć przy mnie. 
Mała pobiegła do jadalni, natomiast Caroline poczekała, aż Janis zejdzie na dół. 
– Pomogę ci – zaproponowała. 
– Nie trudź się – odrzekła Janis. – Zawsze to robię. Caroline nie mogła zrozumieć, czemu 

Janis jest tak negatywnie nastrojona. 

– Czy mogę dotrzymać wam towarzystwa? – spytała. 
– Jeśli masz na to ochotę. 
Na stole stała już sterta talerzy. Ruthann wdrapała się na krzesło i przyciągnęła do siebie 

background image

pierwszy stos. Janis zdążyła interweniować, nim Ruthann zwaliła go na podłogę. Na razie 
szkody ograniczyły się do pogniecionego obrusa. 

Caroline nie wiedziała, co ze sobą począć. Czy powinna mimo wszystko wziąć się do 

rozstawiania   talerzy,   czy   też   raczej   uszanować   wolę   Janis   i   nie   wkraczać   w   domenę   jej 
obowiązków?

Natomiast Ruthann nie miała żadnych wątpliwości, koniecznie chciała wziąć udział w 

nakrywaniu stołu. 

– Po której stronie, Caroline? – spytała, podnosząc do góry nóż. – Zapomniałam. 
– Po prawej, ostrzem w kierunku talerza. 
Ruthann skupiła się, usiłując przypomnieć sobie, gdzie jest prawa strona, a gdzie lewa. 

Caroline nie podpowiedziała jej, tylko sama chwyciła inny nóż i położyła go na właściwym 
miejscu. Teraz Ruthann mogła po prostują naśladować i nie musiała się przyznać, że nie wie, 
gdzie prawa, a gdzie lewa. Janis w milczeniu rozstawiła talerze i rozłożyła serwetki. Caroline 
i Ruthann zajęły się sztućcami. 

Gdy   skończyły,   Caroline   uniosła   głowę   i   zauważyła   stojącego   w   drzwiach   dziadka. 

Uśmiechnął się do niej. 

– Dobrze? – spytała, wskazując ręką stół. 
– Wydaje mi się, że całkiem nieźle – odpowiedział, nawet na niego nie patrząc. 
Caroline zrozumiała, że zaliczyła pierwszy test, i bardzo się z tego ucieszyła. 
– Co teraz? – spytała. 
Nagle rozległo się trzaśniecie tylnych drzwi. 
– Chyba już pora na kolację, co? – wołał Sam jeszcze z przedpokoju. 
– Nie, natomiast najwyższa pora, żebyś się umył! – odkrzyknął dziadek. – Poza tym, ile 

razy mam ci powtarzać, żebyś nie trzaskał drzwiami. 

W drzwiach pojawił się potwornie umorusany chłopak. 
– O, cześć, Dr – powitał Caroline, nie pokazując po sobie zdziwienia. 
– Cześć, Sam. Słyszałam... że wygrałeś pierwszy mecz baseballowy sezonu. 
– Aha! Zniszczyliśmy Kuguarów dwanaście do zera. Miałem 10 K. 
Dziesięć K? Caroline zastanawiała się, co to może znaczyć. 
– Dziesięć kilometrów? – ośmieliła się zapytać. 
–   Jakich   kilometrów?   –   Sam   przewrócił   oczami.   –   Wyeliminowałem   dziesięciu 

przeciwników. Chyba wiesz, że po trzech nieudanych uderzeniach wypada się z gry?

–   Przykro   mi,   Sam,   ale   będziesz   mnie   musiał   nauczyć   wszystkiego,   co   powinnam 

wiedzieć o baseballu, żeby nie wyglądać na idiotkę – wzruszyła ramionami Caroline. 

– Zgoda. Oto pierwsza lekcja – Sam wziął błyskawiczny zamach i cisnął w nią piłką. 

Biała kula pomknęła ponad stołem. Dzięki błyskawicznemu refleksowi Caroline zdołała ją 
złapać. 

– To piłka do baseballu – wyjaśnił chłopiec. 
– Dziękuję za cenną wiadomość. 
–   Lekcja   numer   dwa   –   Sam   podniósł   lewą   rękę.   –   To   rękawica.   Być   może   jednak 

powinniśmy pozostawić takie zaawansowane tematy na później, może po kolacji. Zostajesz 

background image

na kolację, prawda?

Caroline nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Sam potrafił być równie zabawny jak 

Mitch. 

– Tak, zostaję. 
– Domyśliłem się tego. Jestem pewien, że ojciec jest na ciebie napalony. 
– Sam, idź się umyć! – polecił mu dziadek. 
– Co to znaczy napalony? – spytała Ruthann, ale nikt jej nie odpowiedział. 
Sam ruszył po schodach na górę. Caroline zdążyła jeszcze rzucić mu piłkę. 
– Wybacz mu – powiedziała Janis. – Tata próbuje nauczyć go dobrych manier, ale wydaje 

mi się, że Sam jest zapóźniony w rozwoju. 

– Naprawdę?
– Nie – wtrącił dziadek. – Po prostu ma dziesięć lat, ale z tego się wyrasta. 
Starszy pan nalał wszystkim mrożonej herbaty. Gdy Sam wrócił z łazienki, przeszli na 

taras. 

– Hej, Dr?
– Słucham? – skoro wszyscy w domu mieli swoje przezwiska, Caroline nie zamierzała 

protestować przeciw wyborowi Sama. 

– Naprawdę chcesz nauczyć się czegoś o baseballu?
– Bardzo chętnie. 
– Chodź, dam ci pierwszą lekcję. I tak musimy czekać na tatę. To może jeszcze potrwać. 

– Sam chwycił szklankę Janis, wypił duszkiem herbatę i wybiegł do ogrodu. 

Caroline spojrzała na dziadka, który tylko wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, 

że wybór należy do niej. Gdy ruszyła w ślad za chłopcem, Ruthann też zerwała się z leżaka. 
Na tarasie zostali tylko dziadek i Janis. 

– Nie chcesz iść z nimi?
– Czy tata rzeczywiście spotyka się z Caroline? – spytała bezceremonialnie Janis, nawet 

nie odpowiadając dziadkowi na pytanie. 

– Tak mi powiedział. Czemu nie podskakujesz z radości? Przecież tego właśnie chciałaś, 

prawda?

– Aha! Pewnie. 
Dziadek zmarszczył czoło i wrócił do kuchni. 
Czekali na Mitcha jeszcze dobrych dwadzieścia minut. Na widok samochodu Caroline 

Mitch zaczął wesoło podśpiewywać, ale w domu nigdzie nie mógł jej znaleźć. W salonie nie 
było nikogo, a w jadalni wprawdzie czekał zastawiony stół, ale Caroline gdzieś zniknęła. 
Również   dzieci   nie   było   widać.   W   końcu   w   kuchni   znalazł   dziadka,   przeklinającego   z 
powodu wysychającej pieczeni. 

– No, nareszcie – prychnął. – Przyzwyczaiłem się już, że się spóźniasz, ale myślałem, że 

dziś będziesz punktualnie. Mamy przecież gościa. 

– Przepraszam. Przyjechałem najwcześniej, jak mogłem. Gdzie ona jest?
– Sam ją dopadł. 
– O Boże! Czy może już przywiązał ją do drzewa i poddał indiańskim torturom?

background image

– Sam zobacz – dziadek wskazał palcem w stronę holu. 
– Są wszyscy w twoim gabinecie, z wyjątkiem Janis, która uciekła do siebie. 
Mitch nie zrozumiał tej aluzji, ale wolał nie wypytywać ojca. Zamiast tego poszedł do 

swego gabinetu, gdzie stał jeden z dwóch domowych  komputerów. Zastał Caroline przed 
monitorem, z Ruthann na kolanach. Sam siedział tuż obok i tłumaczył jej zawiłości baseballu, 
posługując się komputerową grą. 

– Dobra, co teraz?  – odezwała  się Caroline.  – Mam już zawodników na pierwszej i 

trzeciej bazie, a straciłam dopiero jednego. Czy teraz powinnam lekko uderzyć?

– Tak. Szybko się uczysz – pochwalił ją Sam. 
– Nie na darmo mam przy nazwisku te wszystkie literki – odpowiedziała, wykonując 

kolejne posunięcie komputerową myszą. 

– Janis kiedyś też pewnie je zdobędzie. To taka sama jajogłowa jak ty. 
– Czy to źle?
– No pewnie. Każdy nauczyciel w szkole myśli, że będę się uczył tak dobrze jak ona. 

Koszmar. 

– Musisz wciąż równać do jej poziomu, tak?
– Aha! – Sam wzruszył ramionami. – No, ale właściwie jako siostra Janis nie jest taka zła. 

Czasami pomaga mi odrobić lekcje i lubi wycieczki w góry. Potrafi nawet nabić przynętę na 
haczyk i dobrze zna wszystkie szlaki w okolicy chaty dziadka Lewa. 

– A kto to taki? – spytała. 
– Tata mamy – wyjaśnił Sam. – Dziadek i babcia mają chatę w Big Sur. Zawsze jeździmy 

tam na ostatni weekend lipca. 

–   Przypominam   sobie   –   Caroline   pamiętała,   że   Sam   mówił   o   dorocznej   rodzinnej 

wyprawie w góry. Mitch i Becky zaczęli tę tradycję jeszcze przed pojawieniem się dzieci. – 
No, to Janis ma nade mną przewagę – powiedziała. – Ja nigdy nie byłam na wycieczce w 
górach. 

– Chyba żartujesz? – chłopiec nie mógł w to uwierzyć. 
– Nie. 
– Chryste, a ja myślałem, że Janis jest największym dziwadłem. 
– Sam, nie mów tak o siostrze – skarcił go Mitch. Wszyscy odwrócili się w jego stronę. 

Ruthann zeskoczyła z kolan Caroline i rzuciła się ojcu na szyję. 

– Tato, dziękuję! – krzyknęła. – Caroline wróciła!
– Zauważyłem – odpowiedział Grogan i przytulił ją do siebie. 
– Teraz Caroline zostanie już na zawsze?. 
– Jeszcze zobaczymy – odpowiedział ostrożnie Mitch, ale sądząc po spojrzeniu, jakim 

obrzucił   Caroline,   w   pełni   podzielał   pragnienie   córki.   Uśmiechnął   się,   bo   na   policzkach 
kobiety pojawiły się rumieńce. 

– Tato, na pewno nie uwierzysz, ale Caroline nigdy nie była na meczu ani na wycieczce z 

namiotem – wtrącił Sam. 

– Nigdy!
– Będziemy musieli nadrobić zaległości, prawda?

background image

– Chcesz przyjść na mecz mojej drużyny w sobotę? – Sam zwrócił się do Caroline. 
Uznała to zaproszenie za dobry znak. Nawet nie rozważyła możliwości odmowy, to było 

wykluczone.   Nie   miała   wprawdzie   czasu   na   takie   rozrywki,   ale   wiedziała,   że   jeśli   chce 
dopasować się do tej rodziny, musi znaleźć czas na zdarzenia ważne dla Mitcha i jego dzieci. 

– Dziękuję, Sam. Chemie przyjdę. 
– Caroline pojedzie z nami w góry, prawda, tato? – spytała Ruthann. 
– Mam nadzieję – odpowiedział, patrząc pytającym wzrokiem na Caroline. – Cztery dni 

w starej chacie w Big Sur. Świeże powietrze, słońce, spacery po górach i wędkowanie... 

– Będziesz mogła coś ugotować na ognisku – dodał Sam. 
– To wspaniała zabawa. 
– Hm, zobaczymy – Caroline miała pewne wątpliwości. Co innego mecz baseballu, co 

innego tradycyjna rodzinna wycieczka. Nie była pewna, czy jest już gotowa na tak odważny 
krok. 

– Chodźmy na obiad, bo dziadek już się wścieka – Mitch zmienił temat. Niewątpliwie 

wyczuł, że Caroline nie radzi sobie z nadmiernym tempem rozwoju wydarzeń. – Jeśli chcemy 
ocalić spokój domowego ogniska, to lepiej biegnijmy do stołu. 

Sam pierwszy dopadł do drzwi. Nim wyszedł, Mitch podał mu Ruthann. 
– Weź ją do łazienki i dopilnuj, żeby umyła ręce. Widziałem ślady lizaka. 
– Ee – skrzywił się Sam, ale posłusznie pomaszerował do łazienki. 
Caroline podeszła powoli do drzwi. Gdy się zbliżyła, Mitch wziął ją w ramiona. 
– Jesteś wspaniała – powiedział, całując ją w usta. Gdyby nie pośpiech, pocałunek byłby 

znacznie bardziej namiętny, ale Caroline i tak niemal straciła dech. 

– Czym zasłużyłam na takie uznanie? – spytała. 
–   Widziałem,   że   uczysz   się   grać   w   baseball.   To   z   pewnością   nie   należy   do   twoich 

najpilniejszych zadań. 

– Nic mnie to nie kosztowało, a czegoś się nauczyłam. 
– Ale nie jesteś pewna, czy chcesz się już uczyć turystyki, prawda?
– Nie wiem – westchnęła ciężko. – Wydaje mi się, że pośpiech nie jest wskazany... Prócz 

tego, to wasza rodzinna impreza... 

– Jeśli tylko zechcesz, możesz być członkiem tej rodziny, Caro – zapewnił ją Mitch. 
Na myśl o tym Caroline poczuła, że robi się jej gorąco, ale jednocześnie ogarnął ją strach. 

Nagle zdała sobie sprawę, że boi się właśnie tego, czego pragnie. 

– Zastanowię się nad tym – obiecała. Skoro mieli jechać dopiero pod koniec lipca, miała 

jeszcze mnóstwo czasu do namysłu. – Mitch, czy rozmawiałeś dziś z Edem Newtonem?

teraz ona zmieniła temat. – Powiedział mi, że wybiera się na komendę złożyć oficjalne 

doniesienie. 

– Aha – kiwnął głową. – Zaczęliśmy już sprawdzać pracowników MediaTech. 
– Czy to oznacza, że wszcząłeś oficjalne dochodzenie? – spytała z nadzieją w głosie. 
–   Nie.   Nie   mogę   zacząć   działać   oficjalnie,   dopóki   nie   mamy   jakichś   solidniejszych 

dowodów. Zasady działania w takich sprawach nakazują, aby firma najpierw przeprowadziła 
wewnętrzne śledztwo. Pomogę w tym Edowi. 

background image

– Dziękuję ci – powiedziała. Wolałaby, aby komenda zajęła się tą sprawą, ale wiedziała, 

że Mitch musi działać zgodnie z regulaminem. – Czy już coś znaleźliście?

– Nie, ale znajdziemy. Jestem pewien, że wygramy z Richmondem. 
– A tymczasem nauczę się wszystkiego o baseballu i łowieniu ryb – zauważyła Caroline. 

– No i potem będziemy żyć długo i szczęśliwie. Czy tak to się powinno zakończyć?

– Aha!
– Chyba  tylko  w  bajkach, Mitch  – pokręciła  sceptycznie  głową. – W rzeczywistości 

mamy małe szanse. 

– Nie jestem hazardzistą, nie interesują mnie szanse. Wierzę natomiast w miłość i muszę 

cię przekonać, abyś również uwierzyła. – Dotknął wargami jej ust, a Caroline zarzuciła mu 
ręce na szyję. 

–   Hej,   wy   tam!   Za   chwilę   wszystko   będzie   zimne!   –   krzyknął   dziadek.   –   Chodźcie 

wreszcie!

Mitch   i  Caroline  odskoczyli  od  siebie,  niczym  przyłapana   na  gorącym   uczynku  para 

nastolatków. Parsknęli śmiechem. 

– Już idziemy – krzyknął Mitch. Objął Caroline wpół i razem zeszli po schodach. 
Wbrew niepokojom Caroline, kolacja była bardzo przyjemna. Ponieważ Janis siedziała 

cicho, rozmowę zdominował Sam.  Caroline słuchała go cierpliwie,  jednocześnie próbując 
zagadnąć jakoś Janis, ale ta odpowiadała wyłącznie monosylabami. Nawet pytania o pracę w 
MediaTech nie zdołały jej ożywić. 

Po obiedzie wszyscy razem posprzątali ze stołu, po czym Sam wyzwał gościa na kolejną 

partię komputerowego baseballu. W ten sposób wszyscy, z wyjątkiem Janis i dziadka, znaleźli 
się w gabinecie i przez cały wieczór bawili się grami komputerowymi. Ruthann przykleiła się 
na dobre do Caroline i na koniec zażądała, aby przed pójściem spać Caroline poczytała jej 
bajkę. 

Usiedli   z   Mitchem   po   obu   stronach   łóżka.   Ruthann   wybrała  Księżniczką   na   ziarnku 

grochu. Zanim Caroline skończyła czytać, połowa jej słuchaczy zapadła w sen. Mimo to nie 
przerwała lektury. Bajki, podobnie jak telewizja, były dla jej rodziców czystą stratą czasu. 

Mitch w końcu odebrał jej książkę. Zgodziła się na to tylko dlatego, że zapewnił, iż 

następnym razem Ruthann z pewnością zażąda tej samej bajki. 

– Widzisz, to wcale nie było takie trudne – zauważył godzinę później, gdy odprowadzał 

ją do samochodu. 

– Masz rację. W rzeczywistości świetnie się bawiłam – przyznała, obejmując go w pasie. 

– Mam teraz wyrzuty sumienia. 

– Dlaczego?
– Powinnam pracować, a nie bawić się. Wciąż nie wiem, dlaczego Scarlett zapomniała 

całą bazę danych astronomicznych. 

– Na pewno to wyjaśnisz – pocieszył  ją Mitch. – To jednak nie powinno pochłaniać 

całego twojego życia. 

– Wiem, że masz rację – kiwnęła głową. – Musisz jednak pamiętać, że czeka mnie walka 

z długoletnimi przyzwyczajeniami. 

background image

– Wiem i rozumiem – powiedział, odwracając ją ku sobie. – Czasami również nie mogę 

oderwać się od pracy w komendzie. 

– Szczególnie, jeśli masz iść śledzić kogoś nocą – zauważyła ironicznie. 
– Na pewno wolałbym wrócić z tobą do domu – odpowiedział. – To byłoby znacznie 

ciekawsze niż pół nocy w towarzystwie opryskliwego detektywa, z którym mam dyżur. 

– Będą jeszcze inne noce – obiecała Caroline. 
– Liczę na to – powiedział, po czym mocno pocałował ją w usta. Pocałunek sprawił, że 

oboje zapragnęli tego, co akurat teraz było niemożliwe. 

Caroline położyła głowę na jego ramieniu. Oboje jeszcze nie chcieli się rozstawać. Stali 

obok   samochodu,   ciesząc   się   ostatnimi   wspólnymi   chwilami   i   próbując   ustalić   termin 
następnego spotkania. Ostatecznie umówili się na piątkowy wieczór. 

– Z dziećmi czy bez? – spytała Caroline. 
– Bez – uśmiechnął się w odpowiedzi. – Nie mam zamiaru narażać cię na ich nieustanne 

towarzystwo. 

– Myślę, że jakoś zniosę ich nieobecność – kokieteryjnie zapewniła go Caroline. – Mitch, 

co się stało Janis?

– To dobre pytanie – przyznał. – Sam nie wiem. Czasem trudno ją zrozumieć. 
– Dziś prawie się nie odzywała. Zupełnie tak, jakby była zła z powodu mojej obecności. 
– Nie, to z pewnością nieprawda – zaprotestował Mitch. – W zeszłym tygodniu zrobiła mi 

awanturę o to, że przestałem się z tobą spotykać. Musisz wziąć pod uwagę, że dotychczas 
widywałaś ją zawsze w stanie podekscytowania, co w rzeczywistości zdarza się raczej rzadko. 
Normalnie jest bardzo spokojna... Żyje w swoim świecie, tak jak dzisiaj. 

– Ale skoro tak długo była panią tego domu, to może uważać mnie za intruza. Teraz 

będzie musiała dzielić się tobą z inną kobietą. 

– Być może – przyznał. – Myślę jednak, że jest bardziej prawdopodobne, że wpadła na 

pomysł ulepszenia IVAR-a i przez cały wieczór myślała tylko o tym. 

– Mam nadzieję, że masz rację. 
– Na pewno. Janis uważa, że jesteś najwspanialszą kobietą na świecie. Ja zresztą również 

– dodał i znów ją pocałował. 

Minęło sporo czasu, nim wreszcie Caroline pojechała do domu. Oboje wiedzieli, że będą 

niecierpliwie czekać na następne spotkanie. 

background image

14

W ciągu tego tygodnia Mitch codziennie dzwonił do Caroline i były to dla niej jedyne 

jasne chwile. Mimo ogromnego wysiłku całego zespołu wciąż nie było wiadomo, dlaczego 
Scarlett   traci   wprowadzane   informacje.   Jak   dotychczas,   nie   zdarzyło   się   jeszcze   nic 
katastrofalnego, ale za każdym  razem, gdy Caroline włączała komputer, czuła narastający 
strach przed totalnym załamaniem się systemu. 

Wiadomość o udanej demonstracji Vica błyskawicznie rozeszła się wśród specjalistów. 

Był to poważny cios dla MediaTech. Rada nadzorcza zaczęła wywierać nacisk na Caroline, 
by czym prędzej znalazła i poprawiła błąd w oprogramowaniu, tak aby można było rozpocząć 
seryjną produkcję jeszcze przed pojawieniem się Vica na rynku. Niestety, wizyty panów w 
garniturach nie mogły pomóc w rozwiązaniu problemów technicznych. 

Caroline z kolei przyciskała Eda Newtona, by przyśpieszył dochodzenie, ale okazało się 

to równie skuteczne jak wizyty dyrektorów w laboratorium. Ed powtarzał jej, że musi być 
cierpliwa, ale ona nie miała ochoty zastosować się do tej rady. Mitch mówił to samo, niewiele 
to jednak pomogło. Pod koniec tygodnia Caroline uznała, że pora już, aby sama wykazała 
inicjatywę.   Potrzebowała   solidnego   dowodu,   czegoś   poważniejszego   od   jej   własnego 
przekonania   i   podejrzeń   Grogana.   Bez   tego   nie   można   było   uruchomić   całej   policyjnej 
machiny dochodzeniowej. 

Gdy zadzwoniła do Eda w piątek rano, ten po raz n-ty stwierdził, że oczekuje zbyt wiele i 

zbyt szybko. Wobec tego Caroline postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Wiedziała, że 
Mitch byłby  temu  przeciwny,  ale  nie była  w stanie się tym  przejąć. Zadzwoniła  do The 
Richmond Group i umówiła się ze swym byłym mężem na lunch. 

– Mam wrażenie, że jedzenie niezbyt cię interesuje – zauważył Evan, gdy tylko usiedli 

przy stoliku w ustronnym barze, który Caroline wybrała na miejsce rozmowy. 

– Rzeczywiście – przyznała. – Od tygodnia prawie nic nie jadłam. Nie mam do tego 

głowy. 

– Caroline, wiem, że jesteś bardzo zdenerwowana faktem, iż wygraliśmy wyścig, ale... – 

Evan patrzył na nią ze szczerym współczuciem w oczach. 

– Interesuje mnie, jak to się wam udało – Caroline nie pozwoliła mu dokończyć. 
– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał z niechęcią. 
– Powiedz mi wszystko, co wiesz na temat bazy danych  Vica – powiedziała wprost. 

Uznała, że po trzech latach małżeństwa może być z nim szczera. 

– Nie mogę zdradzać żadnych sekretów... 
– Nie chodzi mi o sekrety. Chcę wiedzieć, co się stało rok temu, gdy padła wasza baza. 

Jakim cudem Howard zdołał ją tak szybko odbudować?

– To żadna tajemnica – uśmiechnął się Evan. – Po prostu baza danych nigdy nie padła. 
– Słyszałam od Deana Eddingtona... 
–   Słyszałaś   bełkot   pracownika   zwolnionego   z   pracy   z   powodu   niekompetencji.   To 

background image

normalne   zjawisko.   Mieliśmy   pewne   problemy   z   bazą   danych,   ale   nigdy   nie   doszło   do 
katastrofy.   Howard   znalazł   nowego   programistę,   który   błyskawicznie   poprawił   błędy 
Eddingtona. Rewelacyjny facet. 

–   Czy   wiesz   to   na   pewno,   czy   tylko   powtarzasz,   co   powiedział   wszystkim 

współpracownikom Howard? – spytała. Nie mogła mu uwierzyć. Gdyby baza danych Vica 
była w porządku, Richmond nie miałby żadnego powodu, aby kraść Scarlett. 

– Czemu miałby kłamać? – zapytał w odpowiedzi Evan. 
– Ponieważ w jakiś sposób Howard Richmond dobrał się do bazy danych Scarlett. 
– Caroline! – Converse wydawał się zszokowany tym oskarżeniem. 
–   Evan,   proszę,   posłuchaj   mnie   –   przekonywała   go   Caroline.   –   Podczas   pokazu   w 

poniedziałek Vic na każde pytanie odpowiedział dokładnie tak, jak odpowiedziałaby Scarlett, 
nawet   na   to   o   nie   skończone   rozwinięcie   dziesiętne,   które   przecież   mogło   spowodować 
rozpoczęcie nie skończonych rachunków i załamanie się systemu. A jednak Howard wcale się 
tym nie zmartwił. Natomiast gdy spytałam o przyjaciół, nie pozwolił Vicowi odpowiedzieć. 
Dlaczego? Co by się stało, gdyby odpowiedział?

– Nie wiem – Evan wydawał się zupełnie zaskoczony. 
–   Sądziłem,   że   Howard   go  powstrzymał,   bo  staraliśmy   się   nie   wprowadzać   do  bazy 

danych   żadnych   informacji   na   temat   poszczególnych   osób.   A   jakiej   odpowiedzi   ty   się 
spodziewałaś?

– Miałam nadzieję, że wymieni mnie – wyjaśniła. – Jestem pewna, że Howard i jego 

pracownicy   postarali   się   wymazać   z   pamięci   komputera   wszystkie   dane,   dotyczące 
MediaTech, mnie i pozostałych programistów, ale nie wierzę, aby im się to w pełni udało. Na 
pewno zostało coś, o czym nie pomyśleli. 

– To szaleństwo. 
– Nie, wcale nie. Mówię ci, Evan, Vic to Scarlett – nalegała Caroline. – Musisz mi pomóc 

to udowodnić. Chcę zbadać Vica. 

– Co takiego? Nie mogę ci tego załatwić – zaprotestował. 
– Mógłbym stracić pracę. Nie jestem głównym projektantem, nie mam takiej władzy, jaką 

ty się cieszysz w MediaTech. 

– Ale masz dostęp do Vica. Możesz mnie wprowadzić do laboratorium. 
– Nie, nie mogę. 
– To znaczy, że nie chcesz – zarzuciła mu Caroline. – Evan, proszę cię. Wiesz lepiej niż 

ktokolwiek inny, jakie to dla mnie ważne. Scarlett to praca mojego życia i ktoś mi ją ukradł!

– Nie wierzę w to – odpowiedział. Na jego twarzy pojawił się zimny, twardy wyraz, 

podobny do tego, jaki widywała podczas ich najgorszych kłótni. – Zapewniam cię, że Vic jest 
dla mnie równie ważny jak Scarlett dla ciebie. Szczerze mówiąc, twoja sugestia, iż udało nam 
się go zbudować tylko dzięki kradzieży, jest dla mnie obraźliwa. 

– Bardzo mi przykro – przeprosiła go natychmiast. – Nie chciałam pomniejszać twoich 

osiągnięć, a tym bardziej nie oskarżam cię o udział w kradzieży. Jednak, jak sam przed chwilą 
przyznałeś, nie kontrolujesz w pełni tego projektu. Nie wiesz na pewno, co Howard zrobił z 
bazą danych Vica, prawda?

background image

– Nie – Evan musiał to przyznać. – Mimo to nie wierzę, by ukradł Scarlett. 
– Udowodnij mi, że nie mam racji. Pozwól mi porozmawiać z Vikiem. 
Była pewna, że Evan odmówi, ale czekała ją niespodzianka. 
– Dobrze – powiedział po chwili namysłu. – Jeśli tylko w ten sposób mogę cię przekonać, 

to wprowadzę cię do laboratorium. Nie będziesz miała bezpośredniego dostępu do terminalu, 
ale będziesz mogła swobodnie porozmawiać z Vikiem. 

– Dziękuję, Evan – Caroline na chwilę położyła rękę na jego dłoni. 
– Jeśli jednak Vic w żaden sposób nie potwierdzi twoich absurdalnych oskarżeń, to nie 

chcę o nich więcej słyszeć, zgoda?

– Zgoda. Kiedy będę mogła z nim porozmawiać?
– Najlepiej jutro rano, gdy w laboratorium jeszcze nikogo nie ma – stwierdził Converse. – 

Oczywiście, nie mogę pojawić się tam z tobą dziś po południu. Spotkamy się o dziesiątej na 
parkingu. 

– Będę punktualnie. Jeszcze raz ci dziękuję – powiedziała i impulsywnie go uściskała. 

Evan   nieoczekiwanie   mocno   przytulił   się   niej.   Gdy   wreszcie   ją   puścił,   na   jego   twarzy 
zobaczyła ten sam chłopięcy uśmiech, jaki pamiętała z pierwszych lat ich znajomości. 

– Jeśli wywalą mnie z pracy, załatwisz mi coś u siebie – powiedział. 
– Umowa stoi. 

Caroline postanowiła nie mówić nic Mitchowi o rozmowie z Evanem i zaplanowanej 

wizycie w The Richmond Group. Wprawdzie dręczyły ją wyrzuty sumienia, ale uznała, że tak 
będzie najlepiej. Mitch z pewnością starałby się ją przekonać, aby tego nie robiła, być może 
nawet spróbowałby jej tego zabronić. To mogło  doprowadzić wyłącznie  do awantury,  bo 
Caroline nie miała zamiaru się wycofać. Milczenie wydawało się najlepszym rozwiązaniem. 

Zjedli   kolację   w   niewielkiej   restauracji,   po   czym   poszli   do   niej,   aby   porozmawiać   i 

kochać się. Tak samo jak za pierwszym razem, było to dla obojga wstrząsające przeżycie. 
Mitch wyszedł od niej nieco po północy. Sobotnie rano zazwyczaj przeznaczał dla dzieci i nie 
chciał ich zawieść. 

Zaproponował natomiast, aby przyszła na śniadanie. Mogliby później pojechać razem na 

mecz drużyny Sama. Caroline jakoś się wykręciła. Mitch nie wydawał się zdziwiony, gdy 
powiedziała, że musi pracować i spotkają się na stadionie. 

Tej nocy niewiele spała. Siedziała do białego rana, układając listę pytań, jakie zamierzała 

zadać Vicowi. W kieszeni bluzy schowała niewielki  magnetofon.  Wiedziała, że Evan nie 
zgodziłby się, aby nagrała przebieg rozmowy, ale i tak zamierzała to zrobić. To miał być jej 
dowód. 

O dziewiątej  rano była  już gotowa. Punktualnie o dziesiątej  zatrzymała  samochód  na 

parkingu przed siedzibą The Richmond Group. 

– Gdzie jest moja Caroline, tato? – jęknęła Ruthann po raz setny. – Chcę Caroline. Niech 

przyjdzie. 

– Na pewno przyjdzie, Mała – zapewnił ją Mitch. – Teraz uspokój się i patrz, jak gra 

Sam. Widzisz go? – wskazał ręką na syna. 

background image

– Nie chcę Sama, chcę Caroline – rozżaliła się Ruthann. Mitch zerknął na zegarek, po 

czym wymienił z ojcem porozumiewawcze spojrzenie. Caroline spóźniła się już ponad pół 
godziny. Na pewno praca pochłonęła ją do tego stopnia, że zapomniała o meczu. 

Grogan wiedział, że nie powinien się na nią złościć, ale mimo to nie mógł całkiem pozbyć 

się   irytacji.   Ruthann   liczyła,   że   ją   zobaczy,   a   Sam   również   był   bardzo   podniecony 
perspektywą zademonstrowania swych umiejętności nowej dziewczynie ojca. Mitch miał jej 
tłumaczyć wszystkie subtelności rozgrywki. Tylko Janis, która nie znosiła baseballu, została 
w domu. Mitch miał zamiar podjechać po nią po meczu. Zaplanował wspólną wycieczkę do 
wesołego miasteczka i lunch w restauracji. 

Wszyscy,  a zwłaszcza  on, byliby bardzo rozczarowani  nieobecnością  Caroline. Mitch 

pomyślał, że w przyszłości będzie musiał ostrożniej planować i uważać, co mówi dzieciom. 
Nie chciał ryzykować, że znów spotka je rozczarowanie. I tak często je zawodził wskutek 
nieoczekiwanych obowiązków służbowych. Z pewnością nie potrzebowały dodatkowej porcji 
rozczarowań ze strony kobiety, która pojawiła się w jego życiu. 

Siedział na drewnianej ławeczce, trzymając na kolanach wiercącą się Ruthann. Próbował 

skupić się na grze, ale nie przyszło mu to łatwo. Sam grał bardzo dobrze i Mitch wiedział, że 
syn będzie się domagał szczegółowych komentarzy. 

Ruthann z każdą minutą stawała się coraz bardziej nieznośna. Nie mogła wysiedzieć na 

kolanach, a ojciec nie zgodził się, aby biegała między ludźmi. 

– Może zjemy lody, Mała? – zaproponował dziadek. 
– Tak, tak, tak! Malinowe i waniliowe!
–   Przekupstwo   jako   środek   wychowawczy?   –   zażartował   Mitch.   W   rzeczywistości 

ucieszył się z tej interwencji. 

– Tobie to nie zaszkodziło – wzruszył ramionami starszy pan. 
– Proszę bardzo – Mitch podał mu córeczkę. – Zobaczymy, jak podziała w jej przypadku. 
Dziadek postawił ją na ziemi i razem ruszyli w kierunku kiosków za trybuną. Ruthann 

szła, tańcząc i podskakując. 

Mitch westchnął z ulgą i zerknął jednocześnie na zegarek, zastanawiając się, co mogło 

zatrzymać Caroline. W tym momencie rozległy się głośne okrzyki i oklaski widzów. Szybko 
spojrzał na stadion, usiłując odgadnąć, co się zdarzyło. Najwyraźniej Samowi udało się jakieś 
zagranie,  bo zbiegając  z boiska, tańczył  z radości. Mitch pomyślał,  że będzie  miał  się z 
pyszna. Jak mógł przepuścić tę sytuację? Trudno, stało się. Odprowadził syna wzrokiem i 
znów spojrzał w kierunku parkingu. Na widok Caroline poczuł jednocześnie ulgę, radość i 
irytację. Stała przed wejściem na trybunę i rozglądała się po ławkach. Mitch wstał i pomachał 
ręką. Natychmiast go zauważyła i uśmiechnęła się szeroko. Już po chwili była obok. 

–   Przepraszam   za   spóźnienie   –   powiedziała   i   szybko   pocałowała   go   w   policzek. 

Wyglądała tak promiennie, że nie mógł się na nią gniewać. 

– Mam wrażenie, że przynosisz dobre nowiny – powiedział z uśmiechem. – Czyżbyś 

sama rozwiązała tajemniczy problem danych, znikających z pamięci Scarlett?

– Nie – Caroline trochę spoważniała. – Ale mam coś niemal równie dobrego. – Sięgnęła 

do torebki, wyciągnęła mikrokasetę i podała ją Mitchowi. 

background image

– Co to takiego? – spytał. Na kasecie nie było żadnej naklejki. 
– Dowód, że Howard Richmond zbudował Vica, używając bazę danych Scarlett. 
– Co takiego?
– Chyba słyszałeś. 
– Co to za dowód? – Mitch pokręcił sceptycznie głową. – Jak go zdobyłaś?
Caroline była zbyt podniecona, aby przejmować się jego reakcją. 
–   Evan   wprowadził   mnie   dzisiaj   do   laboratorium   The   Richmond   Group.   Mogłam 

porozmawiać z Vikiem. To jest zapis naszej rozmowy. Vic powiedział coś, czego żadną miarą 
nie mógłby wiedzieć, gdyby został skonstruowany u Richmonda. 

– Caroline,  to była  głupota!  – Mitch nie wierzył  własnym  uszom.  – Jak myślisz,  co 

właściwie osiągnęłaś w ten sposób?

–   Mnóstwo   –   odpowiedziała   wyzywającym   tonem.   Zastrzeżenia   mężczyzny   tylko 

pobudziły jej opór. – Zdobyłam dowód. 

– Jaki? Takie nagranie nie może stanowić dowodu. 
– Wiem, ale teraz mam coś więcej niż tylko własne podejrzenia, aby przekonać Boba 

Stafforda   i   facetów   z   rady   nadzorczej.   Jeśli   nawet   ty   i   Ed   nie   znajdziecie   dowodów, 
uzasadniających sprawę kamą, to może uda mi się ich przekonać, aby wytoczyli Howardowi 
sprawę   cywilną.   Mam   zamiar   powstrzymać   Richmonda,   choćby   nie   wiem   ile   to   miało 
kosztować. 

–   Caroline,   czy   ty   nie   możesz   zrozumieć,   że   w   ten   sposób   naraziłaś   się   na   zarzut 

szpiegostwa przemysłowego? To tobie grozi sprawa karna lub cywilna. 

– Nikt prócz Evana nie wie, że byłam dziś w laboratorium – potrząsnęła głową Caroline. 
– A jak przeprowadził cię przez portiernię? – spytał sceptycznie Mitch. 
– Mieliśmy szczęście. Był ten sam strażnik, który miał dyżur podczas pokazu. Zapamiętał 

mnie jako dr Leister, a Evan powiedział, że jestem jego gościem. 

– Wspaniale – Mitch przeczesał włosy palcami. – Teraz oboje, ty i Evan, możecie zostać 

oskarżeni o szpiegostwo przemysłowe. 

– Mitch, poszłam tam tylko i wyłącznie po to, aby porozmawiać z Vikiem – Caroline 

niemal zgrzytnęła zębami. – Nawet nie dotknęłam klawiatury i nie miałam żadnego kontaktu 
z jego oprogramowaniem. 

– Ciekawe, jak tego dowiedziesz wsadzie. 
– Czemu jesteś tak negatywnie nastawiony? – spytała, nie kryjąc irytacji. 
–   Ponieważ   postępując   w   ten   sposób,   możesz   wpakować   się   w   poważne   kłopoty   – 

prychnął Mitch. – Czy nie potrafisz tego zrozumieć?

– Wiem tylko, że ty i Ed nie dowiedzieliście się niczego. 
– A czego się spodziewałaś po tygodniu śledztwa?
– Wyników! Czegokolwiek! – krzyknęła i sięgnęła po kasetę, ale Mitch schował ją do 

kieszeni. 

– Przesłucham ją – powiedział z znużeniem. 
– Och, jaki jesteś łaskawy! – podziękowała mu z jawnym sarkazmem. 
– Caroline!

background image

Ruthann stała u podnóża trybuny i z całych sił ciągnęła dziadka za rękę, pragnąc czym 

prędzej dostać się do Caroline. 

–   Później   o   tym   porozmawiamy   –   zdążył   jeszcze   zapowiedzieć   Mitch,   jednocześnie 

dopinając kieszeń koszuli, w której schował kasetę. 

Z lodów Ruthann ściekały już dwie strużki, a jedna kulka groziła upadkiem. Dziadek w 

ostatniej chwili wyrwał je z rąk dziewczynki, ocalając Caroline przed całkowitą katastrofą, 
ale i tak witając się, Ruthann pozostawiła na jej bluzce liczne plamy. 

Gdy usiedli, dziewczynka wdrapała się kobiecie na kolana i pomachała jej palcem przed 

nosem. 

– Spóźniłaś się. 
– Przepraszam, Ruthann. Czy straciłam coś ważnego? Dziecko powiedziało coś, czego 

Caroline nie zrozumiała. 

– Czy to znaczy, że źle uderzył, czy, przeciwnie, ograł przeciwnika? – spytała, patrząc 

pytająco na Mitcha. 

Ten westchnął i spróbował zapomnieć o irytacji. Pomyślał, że jeszcze zdąży przekonać ją, 

aby dla własnego dobra przestała odgrywać Matę Hari. 

– Ograł przeciwnika – wyjaśnił. – Ich zagrywający wypadł z gry. 
Ponieważ Mitch nie kontynuował, wtrącił się dziadek i wyjaśnił przebieg gry i aktualny 

wynik. Ruthann siedziała jej na kolanach i paplała podniecona. Caroline usiłowała skupić 
uwagę na grze i Ruthann, ale to nie było wcale łatwe. Miała wrażenie, że prowadzi podwójne, 
a   jeśli   liczyć   jej   nową   rolę   detektywa,   to   nawet   potrójne   życie.   Jako   konstruktorka 
komputerów, i to stojąca na skraju przepaści, czuła się winna z powodu traconego czasu, a 
jednocześnie jako zakochana kobieta chciała znaleźć dla siebie miejsce w rodzinie Mitcha. I 
jedno, i drugie było dla niej czymś nowym i podniecającym. 

Podczas gry dziadek objaśniał jej rozwój wydarzeń na boisku. Co jakiś czas zerkał ze 

zdziwieniem na syna, aż wreszcie Mitch trochę się rozluźnił i przejął obowiązki nauczyciela 
baseballu. 

W końcu  okazało  się, że  drużyna  Sama  wygrała,  choć  nikłą  różnicą  punktów. To w 

zupełności wystarczyło, aby chłopiec przez całą drogę powrotną puszył się i opowiadał o 
poszczególnych zagraniach. W domu szczęśliwy zwycięzca szybko wziął prysznic, po czym 
wszyscy, prócz dziadka, upchnęli się w jednym samochodzie i pojechali do San Jose. 

Gdy Sam dowiedział się, że Caroline jeszcze nigdy nie była w wesołym miasteczku, 

przewrócił   z   niedowierzaniem   oczami,   po   czym   obiecał,   że   osobiście   zademonstruje   jej 
wszystkie atrakcje. Wszyscy śmieli się z reakcji Caroline podczas przejażdżki kolejką górską, 
krzyczeli ze strachu w izbie duchów i zrywali boki ze śmiechu w gabinecie krzywych luster. 
Nawet Janis wydawała się w lepszym nastroju niż zazwyczaj podczas takich wycieczek. 

– Wiesz, Dr, jak na jajogłową jesteś bardzo zabawna – powiedział w pewnym momencie 

Sam. Caroline wiedziała, że w jego ustach był to największy możliwy komplement. 

Ogólnie   mówiąc,   była   to   dla   niej   zdumiewająca   i   całkiem   udana   wyprawa.   Caroline 

wiedziała   jednak,   że   nie   może   na   tej   podstawie   pozytywnie   oceniać   szans   na   pomyślny 
rozwój związku z Mitchem. Jak sama powiedziała, życie to nie wesołe miasteczko. Właściwe 

background image

ułożenie   stosunków   z   Groganem   i   jego   dziećmi   wymagało   ciężkiej   pracy   i   wyczucia,   a 
Caroline nie była wcale pewna, czy jest do tego zdolna. 

W drodze powrotnej Ruthann zasnęła w samochodzie. Była wyczerpana emocjonującym 

dniem i awanturą, jaką urządziła, gdy ojciec nakazał jej usiąść w foteliku, a nie u Caroline na 
kolanach. Nie obudziła się nawet wtedy, gdy Mitch rozbierał ją i kładł do łóżka. 

Sam również szybko poszedł spać, a Janis, jak zwykle, natychmiast zniknęła w swoim 

pokoju.   Dziadek   bez   trudu   zrozumiał   delikatną   aluzję   syna   i   poszedł   do   siebie.   Mitch   i 
Caroline zostali sami. Usiedli obok siebie na sofie. Kobieta położyła głowę na jego ramieniu. 

–   Jestem   wykończona   –   westchnęła.   –   Zapomniałeś   mnie   uprzedzić,   że   zabawa   jest 

szalenie męcząca. 

– Naprawdę dobrze się bawiłaś? – spytał, opierając brodę na jej czole. 
– Oczywiście. Czyżby tego nie było widać?
– Co właściwie sprawiło ci większą przyjemność? – spytał Mitch po chwili milczenia. – 

Wesołe miasteczko i mecz czy włamanie się do laboratorium Howarda?

Caroline wyprostowała się. To pytanie zabrzmiało wyjątkowo chłodno. 
– Rzeczywiście każde z tych wydarzeń sprawiło mi radość, choć każde z innego powodu. 

Bardzo lubię być razem z tobą, a z jeszcze nie całkiem zrozumiałych powodów obecność 
twoich dzieci również wpływa dodatnio na moje samopoczucie. Z drugiej strony, rozmowa z 
Vikiem przekonała mnie, że będę w stanie udowodnić, iż Howard Richmond ukradł moje 
dzieło. Czy ta odpowiedź cię zadowala?

– Nie – odrzekł. – Rozmowa z Vikiem niczego ci nie dała. 
– Skąd możesz wiedzieć? Przecież nawet nie przesłuchałeś taśmy. 
– To nie ma znaczenia, ponieważ żaden sąd nie uzna takiego dowodu. 
–   Być   może   jednak   na   tej   podstawie   będziesz   mógł   rozpocząć   oficjalne   śledztwo   – 

upierała   się   Caroline.   –   Dochodzenie   wewnętrzne   to   stanowczo   za   mało,   nawet   z   twoją 
pomocą.   Chcę,   aby   twój   wydział   dołożył   wszystkich   starań   w   celu   udowodnienia,   że 
Richmond jest złodziejem. 

– Caroline, regulamin pracy... – zaczął Mitch, lecz nie udało mu się dokończyć. 
– Nic mnie nie obchodzi jakiś regulamin – syknęła Caroline. Uklękła na sofie i odwróciła 

się twarzą w jego stronę. – Wysunęłam uzasadnione oskarżenie wobec firmy Richmonda i 
chcę, aby policja rozpoczęła śledztwo. Gdyby jakiś obywatel zgłosił się na policję i oskarżył 
go o morderstwo, to sprawdzilibyście tę wiadomość, prawda?

– Owszem – przyznał Mitch. – Gdyby jednak nie było ani ciała denata, ani żadnych 

dowodów rzeczowych, to śledztwo nie trwałoby długo. 

– Taśma jest dowodem rzeczowym!
Mitch ciężko westchnął W tej chwili taśma leżała głęboko w szufladzie jego biurka. Był 

zbyt zmęczony, aby teraz ją przesłuchać. 

– Powiedz mi, co jest na taśmie, i sam ocenię, czy to dostateczny dowód. 
– Spróbujmy od początku – powiedziała, uśmiechając się z ulgą. Szybko zrelacjonowała 

mu rozmowę z Evanem i opowiedziała o przesłuchaniu Vica. – Dopóki trzymaliśmy się spraw 
ogólnych, odpowiadał dokładnie tak, jak odpowiedziałaby Scarlett. Natomiast gdy zaczęłam 

background image

mu zadawać osobiste pytania, od razu zgłupiał. Nie pamięta ani mnie, ani nikogo z mojego 
zespołu,   ale   –   Caroline   na   chwilę   zawiesiła   głos   i   uśmiechnęła   się   do   niego   –   pamięta 
niejakiego Mitcha Grogana, porucznika policji. 

– Chyba żartujesz? – Mężczyzna również usiadł prosto. 
– Wcale nie – zapewniła go Caroline. Mówiła z narastającym podnieceniem. – Co więcej, 

pamięta również, że masz córkę, Janis. Gdy spytałam go, skąd was zna, podał dokładną datę 
spotkania. Twierdził natomiast, że spotkał was w The Richmond Group, a nie w MediaTech. 
Widocznie Howard zmienił wszystkie dane na ten temat. Może teraz powiesz, że wciąż masz 
za mało dowodów, aby rozpocząć oficjalne śledztwo? – dodała z nutką tryumfu w głosie. 

– A co na to wszystko twój były mąż? – spytał Mitch. Nie mógł od razu obiecać, że spełni 

jej życzenie. 

– Gdy wytłumaczyłam mu, jakie znaczenie ma ta historia, przeżył szok. Jestem pewna, że 

mogłabym znaleźć jeszcze wiele anomalii, ale Evan bał się ryzykować, że ktoś może nas 
przyłapać.   Twierdzi,   że   o   niczym   nie   wiedział.   Był   naprawdę   kompletnie   zaskoczony   – 
zapewniła go Caroline. 

– Czy wydaje ci się możliwe, aby zechciał nam pomóc? Wysoko postawiony informator 

mógłby być bardzo użyteczny. 

– Sam to zaproponował, ale powiedziałam mu, żeby bez moich instrukcji niczego nie 

robił. Nie sądzę, aby był szpiegiem z urodzenia, i mam wątpliwości, czy to byłoby zgodne z 
prawem. Gdyby coś się stało, Howard mógłby oskarżyć go o szpiegostwo przemysłowe i 
może nawet miałby na to dowody. Nie chcę, aby Evan popadł w kłopoty. 

– Bardzo rozsądnie – zauważył Mitch. – Niech siedzi cicho i modli się, żeby nikt nie 

zapytał go o dzisiejszego gościa. Możemy go uznać za potencjalne źródło informacji, ale nic 
poza tym. 

– Czy to znaczy, że rozpoczniesz oficjalne dochodzenie?
– Być może – Mitch wciąż wolał być ostrożny. – Chcę, abyś zadała Scarlett dokładnie te 

same  pytania  i  wydrukowała  mi  jej  odpowiedzi.  Każ  również  spisać tekst  z taśmy.  Jeśli 
zbieżność będzie oczywista, rozpocznę śledztwo. 

– Dziękuję ci – Caroline zarzuciła mu ręce na szyję. – Wiedziałam, że mogę na ciebie 

liczyć. 

–  Mam  nadzieję,  że  nie  spotykasz   się ze  mną  tylko   dlatego,  że  jestem  największym 

detektywem od śmierci Sherlocka Holmesa? – zaśmiał się. 

Caroline cofnęła się i spojrzała na niego uważnie. To miał być żart, ale w głosie Mitcha 

zabrzmiała jakaś podejrzliwa nutka. 

– Jeśli naprawdę tak uważasz, to powinnam natychmiast stąd wyjść i nigdy nie wracać. 
–   Nie   rób   tego!   –   Grogan   czule   pogłaskał   jej   policzek.   –   Nie   wiem,   jak   zniósłbym 

rozstanie. 

– Jesteś dobrym gliniarzem, Mitch – odrzekła. Nie wiedziała, jak ma odpowiedzieć na 

malujące się w jego oczach uczucia. – Nie sądzę, żebym musiała uwodzeniem nakłonić cię do 
zrobienia tego, co do ciebie należy. 

– Jeśli dobrze pamiętam, to raczej ja wystąpiłem w roli uwodziciela – przypomniał z 

background image

kpiącym uśmiechem. 

– Pewnego dnia role się odwrócą – odparła, po czym zaczerwieniła się z powodu własnej 

śmiałości. 

– Nie mogę się tego doczekać. Może spróbujesz od razu? Caroline zaczerwieniła  się 

jeszcze mocniej, ale nie chciała go zawieść. Znów zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała w 
usta. Gdy w końcu oderwała się od niego, Mitch z trudem łapał oddech. 

– Jeśli to był wstęp, tym bardziej niecierpliwie czekam na część zasadniczą – powiedział. 

– Może zostaniesz na noc, Caro?

– Och, Mitch, nie mogę. Dzieci... 
– Nie to miałem na myśli  – potrząsnął głową. – Chciałbym tylko wiedzieć, że jesteś 

blisko. Możesz położyć się u mnie, a ja prześpię się na sofie. 

– To nie jest dobry pomysł. – Z jakiegoś powodu nie miała na to ochoty. – Dla dzieci 

mogłoby to mieć znaczenie, przerastające rzeczywistość. 

– Chyba masz rację. Może zatem przyjedziesz jutro na niedzielne śniadanie?
Caroline pokręciła głową. 
– Muszę pracować. Tym razem naprawdę. Muszę zadać Scarlett te same pytania i spisać 

przebieg rozmowy z Vikiem. Może w przyszłą niedzielę?

– Kiedy zatem się zobaczymy? – Mitch na próżno usiłował ukryć rozczarowanie. 
– Możemy umówić się na kolację któregoś dnia w tygodniu – zaproponowała. – Może w 

czwartek?

– Wtorek byłby lepszy – uśmiechnął się. 
– Dlaczego?
–   Bo   nie   wiem,   czy   wytrzymam   do   czwartku   –   wyjaśnił,   przyciągając   ją   do   siebie. 

Pocałunek był długi i podniecający. Mężczyzna wstał i podał jej rękę. 

– Chodź, odprowadzę cię do samochodu – powiedział. – Jeszcze trochę i zaczniemy coś, 

czego w tych warunkach nie będziemy w stanie dokończyć. 

Przyniósł z gabinetu kasetę i razem skierowali się do drzwi. Gdy już wchodzili do holu, 

na górnym podeście schodów pojawiła się Janis, całkiem ubrana. Miała wyraz twarzy tak 
surowy, że wydawała się o dobre dziesięć lat starsza, niż była w rzeczywistości. 

– Tato?
– Jeszcze nie śpisz, Aniołku?
–   To   chyba   widać.   Czy   wychodzisz   do   Caroline?   Mitch   poczuł,   jak   palce   kobiety 

kurczowo zaciskają się na jego dłoni. 

– Nie – odpowiedział. – Odprowadzam ją do samochodu. 
– Och, to dobrze – wyraz twarzy Janis nieco złagodniał. – Dobranoc, Caroline – dodała i 

zniknęła w swoim pokoju. 

Mitch otworzył frontowe drzwi i wypuścił gościa. 
– Wiesz, w upływie czasu jest coś niesamowitego. Jeszcze niedawno, ilekroć wracałem 

późno do domu, to mama witała mnie na schodach z surową miną i długą przemową. Teraz 
córka nadzoruje moje romanse. Koło się zamknęło. 

Caroline nie wydawała się równie rozbawiona. 

background image

–  Mitch,   mówię  ci,  że   coś  tu   jest  nie  w   porządku  –  powiedziała.   –  Sądzę,  że   Janis 

naprawdę z niechęcią myśli o pojawieniu się w domu innej kobiety. 

– Będę musiał z nią porozmawiać – tym razem Mitch nie kwestionował oceny Caroline. 

Janis rzeczywiście zachowywała się dość dziwnie. 

– A jeśli nie zmieni zdania?
– Na pewno zmieni, Caro. Być może będzie musiała się dostosować, ale wkrótce polubi 

cię równie mocno jak Ruthann i Sam. 

Caroline   mogła   mieć   tylko   nadzieję,   że   tak   się   rzeczywiście   stanie.   Zachowanie 

dziewczyny bardzo ją martwiło. Ilekroć myślała, że Janis już się rozluźnia, jak na przykład 
podczas   wycieczki   do   wesołego   miasteczka,   wydarzało   się   coś,   co   sprawiało,   że   znów 
sztywniała. 

– Może to ja powinnam z nią porozmawiać? – zasugerowała. 
– Nie, lepiej ja spróbuję. 
– Czy to możliwe, że powiedziałam coś, co zraniło jej uczucia?
– Nie wiem. Często trudno jest powiedzieć, co dzieje się w tej wspaniałej mózgownicy – 

odpowiedział, obejmując ją w pasie. – Nie martw się. 

– Postaram się – odrzekła, kładąc głowę na jego ramieniu. – Dziękuję za wspaniały dzień, 

Mitch. 

– Cała  przyjemność  po mojej  stronie – mruknął.  – Obiecaj  mi  teraz,  że przestaniesz 

udawać Matę Hari. 

–   Tak   jest,   panie   poruczniku   –   powiedziała,   unosząc   twarz.   Mitch   pocałował   ją   na 

dobranoc. Gdy skończyli, Caroline znów dostrzegła, jak jego oczy pociemniały z nadmiaru 
uczuć. 

– Kocham cię, Caro. 
Caroline na chwilę wstrzymała oddech. Miała wrażenie, że cały świat lekko się zakołysał. 

Rozchyliła wargi, ale zaraz zamknęła je, nic nie mówiąc. Szybko pocałowała go w usta i 
wsiadła do samochodu. 

– Widzimy się we wtorek – powiedziała, po czym włączyła silnik i odjechała. 

background image

15

Porównanie   odpowiedzi   Vicka   z   odpowiedziami   Scarlett   wypadło   dostatecznie 

przekonująco, aby rozpocząć oficjalne śledztwo. Niestety, Mitch i jego detektywi nie byli w 
stanie znaleźć konkretnych dowodów. Czas szybko mijał. Grogan osobiście przesłuchiwał 
wszystkich   pracowników   MediaTech,   poczynając   od   najbliższych   współpracowników 
Caroline i kończąc na tych, którzy mieli choć przelotny kontakt z komputerem. 

Spróbował również przesłuchać Deana Eddingtona,  programistę  wyrzuconego z pracy 

przez Howarda Richmonda. Niestety, okazało się, że Eddington jest w Tokio. Projektował 
tam system komputerowy dla widowiska typu „światło i dźwięk”. Ponieważ miał wrócić w 
połowie   lipca,   Mitch   postanowił   poczekać   z   przesłuchaniem.   Wolał   porozmawiać   z   nim 
osobiście, a nie przez telefon. W ten sposób znacznie lepiej mógł ocenić, czy ktoś mówi 
prawdę, czy kłamie. 

Mitch odbył jedną przyjacielską pogawędkę z Evanem Converse, ale nie próbował nawet 

wezwać na przesłuchanie Howarda Richmonda ani nikogo innego z The Richmond Group. 
Wiedział,   że   Richmond   nie   przyzna   się   do   winy,   a   konfrontacja   mogła   doprowadzić   do 
oskarżeń o oszczerstwo i prześladowania ze strony policji. W przeciwieństwie do Caroline, 
nie był specjalnie sfrustrowany, gdyż z doświadczenia wiedział, jak trudne jest zgromadzenie 
dowodów w takich sprawach. 

Życie osobiste Mitcha toczyło siew równie skomplikowany sposób, lecz sprawiało mu 

znacznie   większą   satysfakcję.   Gdyby   nie   ciągła   rezerwa   Janis,  można   by  powiedzieć,   że 
Caroline idealnie dopasowała się do rodziny. Mitch nie miał wątpliwości, że kobieta bardzo 
się stara. Regularnie, w każdy piątek przywoziła Janis z MediaTech do domu i jadła z nimi 
obiad. Po tym, jak dziewczyna wygrała konkurs stanowy, Caroline urządziła dla niej u siebie 
niespodziewane przyjęcie. 

Tego   wieczoru   Mitch   zabrał   Janis   do  Caroline,   nie   uprzedzając   jej,   co   ich   czeka   na 

miejscu. Z przyjemnością przyglądał się córce, gdy zobaczyła transparenty z gratulacjami, 
ciasto   i   swoje   przyjaciółki,   które   Caroline   zaprosiła   w   tajemnicy   przed   nią.   Janis   była 
niewątpliwie wzruszona i podniecona. Mitch miał nadzieję, że odtąd będzie traktowała jego 
wybrankę z mniejszą rezerwą, ale stało się odwrotnie: jeszcze bardziej zesztywniała, stała się 
niemal podejrzliwa. Gdy jednak ojciec spytał ją, o co chodzi, odrzekła, iż wszystko jest w 
porządku. 

Zachowanie córki zaczęło powoli martwić Mitcha, gdyż wiedział, że Caroline uważa to 

za osobistą porażkę. Aby sprawić przyjemność Samowi, zaczęła interesować się baseballem i 
chodziła na wszystkie mecze jego drużyny, choć z pewnością wolałaby ten czas poświęcić na 
pracę nad Scarlett. Nigdy nie brakowało jej cierpliwości i serdeczności dla Ruthann, która w 
zamian   okazywała   jej   tyle   uczucia,   że   Caroline   wydawała   się   tym   niemal   przestraszona. 
Mimo to nigdy się nie wycofywała. To zarezerwowała dla Mitcha. Mogła być kochająca, 
serdeczna, namiętna, ale ilekroć on próbował powiedzieć, że ją kocha, zawczasu zmieniała 
temat, zupełnie jakby jakimś szóstym zmysłem potrafiła to przewidzieć. Świetnie wyczuwała, 

background image

kiedy Mitch staje się poważny, i uprzedzała wszelkie uczuciowe deklaracje. 

Musiał walczyć, aby nie poddać się frustracji. Chciał wreszcie usłyszeć wyznanie miłości. 

Z każdym dniem coraz bardziej potrzebował tej deklaracji, mimo to starał sienie wywierać 
nacisku. Chciał, aby miała dość czasu na swobodne określenie swych uczuć, gdyby jednak 
Caroline powiedziała, że go kocha, łatwiej byłoby mu czekać na dzień, kiedy ich związek 
nabierze formalnego charakteru. 

Na   razie   Mitch   musiał   zadowolić   się   wspólnymi   wyprawami   na   mecze,   piątkowymi 

obiadami z całą rodziną i wizytami u Caroline raz w tygodniu. 

– Willie McCovey. 
– Średnia liczba udanych zagrań 0.270 – odpowiedziała Caroline, jednocześnie otwierając 

piekarnik i sprawdzając stan placka ze śliwkami. – Pięćset dwadzieścia jeden zwycięskich 
uderzeń. 

– Nieźle – przyznał Sam. Siedział na wysokim taborecie, po przeciwnej stronie kuchni. – 

Kiedy został wpisany na Listę Sław?

– W osiemdziesiątym szóstym. 
– Dobrze. Ted Williams. 
– Średnia 0.344. Szósty wynik w historii, prawda? – spytała swego egzaminatora. Placek 

nie wzbudzał żadnych zastrzeżeń i Caroline zamknęła drzwiczki od piecyka. 

– Tak. Babę Ruth?
Podała informacje statystyczne o Babę, po czym uznała, że pora zamienić się rolami. 
– Edgar Smith? – spytała z chytrym błyskiem w oczach. Sam ciężko westchnął. 
– Masz na myśli Ozzie Smitha, tak?
– Nie, Edgara. No, słucham, jaką miał średnią?
– Nie wiem – przyznał chłopiec. 
– Mam cię – zatryumfowała Caroline. – Edgar Smith, z Bostonu. Grał w narodowej lidze 

w 1883. Zagrał w trzydziestu meczach, miał średnią 0.217. 

–   No,   wiesz,   Dr!   1883?   To   nie   fair!   –   zaprotestował   Sam,   ale   jednocześnie   się 

uśmiechnął. 

– W mojej dziedzinie statystyka  nie zależy od kalendarza – odrzekła, podchodząc do 

niego. W tym momencie zauważyła na blacie kredensu brudne ślady jego palców. – Wiesz, 
Sam, nie rozumiem, jak możesz pamiętać te wszystkie dane na temat baseballu, a nigdy nie 
pamiętasz o umyciu rąk. 

– Trzeba wiedzieć, co jest wżyciu ważne. 
Caroline miała wrażenie, że słyszy Mitcha. Chciała zwichrzyć Samowi włosy, ale mimo 

iż w ciągu ostatniego miesiąca bardzo się zaprzyjaźnili, nie czuła się dostatecznie swobodna, 
aby odważyć się na taki gest. 

– Rozumiem, że była to aluzja – dodał Sam, przyglądając się swoim rękom. 
–   Owszem   –   kiwnęła   głową   Caroline.   –   Jeśli   Mitch   się   nie   spóźni,   to   za   kwadrans 

siadamy do stołu. 

– Wspaniale. Umieram z głodu. – Chłopiec zeskoczył z taboretu i poszedł do łazienki. 

background image

Gdy Caroline spojrzała w stronę drzwi, zauważyła dziadka. Zapewne stał tam już od dłuższej 
chwili. 

Dziadek często tak postępował. Starał się obserwować, jak Caroline radzi sobie z dziećmi 

w taki sposób, aby ona tego nie dostrzegła. Początkowo dość ją to drażniło, ale ponieważ 
starszy pan zawsze w pełni aprobował jej postępowanie, przestała się go obawiać. 

– No i co powiesz, dziadku? – spytała. 
Grogan senior podszedł do kuchenki i spróbował sosu do spaghetti. 
– Doskonały. 
– Nie o to mi chodzi – szepnęła. – Pytałam, jak mi idzie z dziećmi?
Patrzyli   sobie   w   oczy.   Caroline   miała   wrażenie,   że   dziadek   od   dawna   czekał   na   to 

pytanie. 

–   Bardzo   dobrze,   zwłaszcza   jeśli   wziąć   pod   uwagę,   że   nie   masz   doświadczenia   – 

odpowiedział uczciwie. – A ty jak się oceniasz? To jest najważniejsze. 

– Sama  nie wiem – powiedziała,  rozkładając  bułeczki  na kawałku  folii  aluminiowej. 

Przez chwilę analizowała swoje odczucia, które ostatnio wydawały się jej bardzo chaotyczne. 
– Z Ruthann nie ma żadnych kłopotów. Wymaga tylko pieszczot i uwagi. No, trzeba też 
umieć czasem powiedzieć nie. Sam... bo ja wiem? – zachichotała. – Czasem mam wrażenie, 
że uważa mnie za skończoną idiotkę, kiedy indziej wydaje mi się, że mnie lubi. 

– Z pewnością  – wtrącił  dziadek.  – To bystry chłopak. Na pewno zauważył,  jak się 

starasz. Myślę, że bardzo cię lubi. 

– Cieszę się, że to powiedziałeś – Caroline uśmiechnęła się z wdzięcznością. 
– Pozostaje jeszcze Janis. 
– To dla mnie  przykra  niespodzianka – Caroline  od razu spoważniała.  – Wydaje  się 

bardzo zadowolona z pracy, tam jednak nie mam z nią bliskiego kontaktu. Mitch pytał ją 
wielokrotnie,  o co chodzi, ale  ona zawsze odpowiada,  że wszystko  jest w porządku. Jak 
można przełamać taki milczący opór?

– W tym przypadku nie należy próbować. Janis nigdy nie mówi o swoich uczuciach. W 

każdym razie tak się zachowuje od śmierci Becky. 

– Może na tym polega problem – powiedziała z namysłem Caroline. – Z pewnością lepiej 

pamięta matkę niż Sam. Raz spróbowałam jej powiedzieć, że chciałabym być jej przyjaciółką 
i nie zamierzam zastąpić jej matki, ale to nie był dobry pomysł. Janis tylko wymamrotała coś, 
że wcale nie jest tym zaskoczona, i uciekła do siebie. 

– Też nie wiem, o co jej chodzi – wzruszył ramionami dziadek. – No a co z Mitchem? – 

dodał z uśmiechem. 

– Co takiego? – Caroline jednocześnie uśmiechnęła się i zarumieniła. 
– Kochasz go?
Kobieta odwróciła się w stronę kuchenki i zaczęła mieszać sos. 
– Nie wiem – odpowiedziała po chwili. 
– Przepraszam. Nie powinienem był pytać. Myślałem, że znam odpowiedź, ale widocznie 

się pomyliłem. 

– Wciąż mam pewne wątpliwości i wciąż się boję – przyznała Caroline, nie patrząc na 

background image

dziadka, który ojcowskim gestem uścisnął jej ramiona. 

– Mogę ci tylko poradzić, abyś nie podejmowała żadnej decyzji, dopóki nie pozbędziesz 

się wszelkich wątpliwości – powiedział. – Jeśli podejmiesz błędną decyzję, zranisz sporo 
osób, a siebie najbardziej. 

– Hej, co się tu dzieje? – spytał od drzwi Mitch. Ani Caroline, ani dziadek nie zauważyli, 

że już wrócił. – Tato, próbujesz mi odbić dziewczynę?

Caroline podeszła i pocałowała go na powitanie. 
– Witaj!
– Cześć. Co tak wspaniale pachnie?
– Spaghetti, świeże bułki i placek ze śliwkami. 
– Nawet nie pozwoliła mi ruszyć palcem – wtrącił dziadek. – Tym razem ona za wszystko 

odpowiada. 

Mitch skosztował sosu, a Caroline wsunęła blachę z bułkami do piekarnika. Po chwili 

pojawiły się wszystkie dzieci i w kuchni zapanował ogólny chaos. Caroline zdążyła się już do 
tego   przyzwyczaić.   Przy   pomocy   milczącej   Janis   nakryła   do   stołu   i   usiadła   na   chwilę, 
rozkoszując się ciepłą atmosferą. 

Dla każdego innego człowieka była to zwykła kolacja w rodzinnym gronie, ale dla niej 

ten posiłek miał specjalne znaczenie. Niemal przez całe życie wszędzie czuła się jak człowiek 
obcy. „U siebie” znaczyło dla niej „w laboratorium”. Teraz powoli nabierała pewności, że tu 
jest jej miejsce, i świetnie się z tym czuła. 

Rozejrzała się wokół i odkryła, że Mitch ją obserwuje. Miała wrażenie, że on czyta w jej 

myślach   i  jednocześnie   pieści  ją  wzrokiem.   Ogarnęło  ją  poczucie  pełnego  zadowolenia   i 
zaspokojenia. W tym momencie nie chciałaby być w żadnym innym miejscu na ziemi. 

–   ...   ale   on   naprawdę   śmierdzi,   tato.   Tato?   Jesteś   tam?   Tym   razem   Mitch   nieco   się 

zaczerwienił. 

– Przepraszam cię, synku, trochę się zamyśliłem. Co mówiłeś?
– Powiedziałem, że potrzebuję nowego śpiwora. Nie zapomniałeś chyba, że jedziemy do 

Big Sur, prawda? – spytał sarkastycznie. – No wiesz, świeże powietrze, ryby, spacery... 

– Pamiętam. Jedziemy w przyszłym tygodniu. Jeszcze nie mam sklerozy, Sam. Co się 

stało z twoim śpiworem?

– Śmierdzi, i to okropnie. 
– Czy wysuszyłeś go po ostatniej wycieczce? Chłopiec zacisnął na chwilę usta. 
– Tak, oczywiście – zapewnił ojca, ale nie wypadło to przekonująco. 
– Daj jutro śpiwór dziadkowi – powiedział Mitch. – Zobaczymy, może jemu uda się coś z 

nim zrobić. W każdym razie nie zamierzam wyrzucać pieniędzy na nowy. 

– Namów go, dobrze, Dr? – Sam spróbował przeciągnąć na swoją stronę Caroline. – Nie 

chcesz chyba przez cztery dłuuugie dni czuć tego smrodu, prawda?

W  rzeczywistości   Caroline  nie  miała  ochoty  spędzić   czterech   dni  w  górach,  i  to  ani 

dłuuugich,   ani   zwykłych.   Miesiąc   wcześniej   obiecała   tylko,   że   się   zastanowi   nad   tym 
pomysłem.   Po   namyśle   uznała,   że   ta   chata   w   górach   to   dla   nich   wszystkich   wyjątkowe 
miejsce, pełne wspomnień związanych z Becky i że z tego powodu nie powinna tam jechać. 

background image

Tymczasem cała rodzina Mitcha uznała, że zaproszenie zostało przyjęte i Caroline jedzie 

z nimi do Big Sur. Próbowała dać do zrozumienia, że to fałszywe założenie, ale albo zrobiła 
to zbyt subtelnie, albo Mitch wolał jej nie słuchać. Teraz pomyślała, że przy pierwszej okazji 
będzie mu to musiała wyraźnie powiedzieć. 

– Myślę, że lepiej będzie, jeśli nie dam się wciągnąć w tę dyskusję – odpowiedziała 

Samowi. Chłopak nie po raz pierwszy próbował tak rozegrać sytuację, aby ona znalazła się po 
jego stronie. – Skoro twój ojciec musiałby zapłacić za śpiwór, to do niego należy decyzja, czy 
jest to uzasadniony wydatek. 

Sam oczekiwał innej odpowiedzi i bez wahania dał temu wyraz. 
– Czy ty kiedyś odezwiesz się normalnie, Dr? – prychnął z irytacją. – Czemu nie powiesz 

jak człowiek, że śpiwór jest za drogi?

– Sam! – upomniał go Mitch. – Masz przeprosić Caroline. 
– Tak, tak – wtrąciła się Ruthann. – Masz być uprzejmy dla mojej Caroline – dodała i 

pogroziła mu palcem. 

– A kto tu jest nieuprzejmy? – bronił się Sam. – Powiedziałem tylko, że ona zabawnie 

mówi, i to prawda. Od kiedy to mówienie prawdy stało się tu zbrodnią?

– Sam, czy chcesz wyjść do swojego pokoju?
– Nie. 
– Zatem natychmiast przeproś Caroline. 
– Przepraszam – wymamrotał niechętnie. 
Ciepły kokon wokół Caroline nagle gdzieś zniknął. Z trudem znosiła wszelkie rodzinne 

spory. 

– Nic nie szkodzi, Sam. Przypuszczam, że mój sposób mówienia wydaje ci się bardzo 

oficjalny. Może wobec tego nauczyłbyś mnie nieco slangu?

– No pewnie! – Chłopiec od razu się rozpogodził. – Popracujemy nad  hasta la vista, 

baby, zaraz po kolacji. 

Jeszcze   dwa   miesiące   temu   Caroline   nie   zrozumiałaby   znaczenia   i   pochodzenia   tego 

hiszpańskiego wyrażenia, ale ostatnio Mitch i Sam zapoznali ją z najbardziej popularnymi 
filmami. Dzięki temu rozpoznała zdanie często powtarzane przez Arnolda Schwarzeneggera 
w jednym z ulubionych filmów Sama. 

–  No   pmblemo   –  odpowiedziała,   również   posługując   się   wyrażeniem   z   tego   filmu. 

Chłopak uśmiechnął się z uznaniem. 

Mitch   również   uśmiechnął   się   do   niej,   lecz   nie   dlatego,   że   wykazała   dobrą   pamięć. 

Najwyraźniej zachowała się właściwie i był z niej zadowolony. Ta myśl nagle zirytowała 
Caroline, ale nic nie powiedziała. 

Kolacja przebiegła bez dalszych incydentów. Sam był szczególnie uprzejmy, jakby chciał 

zatrzeć wspomnienie incydentu. Dziadek zaproponował, że umyje naczynia, ale Caroline i 
Mitch nie pozwolili mu na to. Sam pobiegł bawić się z dziećmi z sąsiedztwa, a Janis zniknęła 
w swoim pokoju. Dziadek namówił  Ruthann, aby poszła z nim do salonu, w ten sposób 
zmniejszając ryzyko zniszczenia delikatnej zastawy z porcelany. 

– Naprawdę zaimponowałaś Samowi tym zwrotem z Terminatora – zauważył Mitch, gdy 

background image

już skończyli sprzątać ze stołu. Prócz nich w kuchni nie było nikogo. 

– Przekonałam się, że dobra pamięć bardzo mi się przydaje w kontaktach z nim. 
– Aha! Z jakiegoś powodu Sam bardzo lubi być twoim nauczycielem. 
– Wiem. Myślę, że to z powodu Janis. 
– Janis? – zdziwił się Mitch. 
–   Tak   –   Caroline   pokiwała   głową.   –   Dotychczas   to   ona   zawsze   była   pierwszą 

intelektualną gwiazdą rodziny. Moja ignorancja w sprawach ważnych dla Sama pozwoliła 
mu, po raz pierwszy w życiu, poczuć się mądrzejszym od kogoś. 

–   Czy   zdajesz   sobie   sprawę,   że   w   kontaktach   z   dziećmi   wykazujesz   niewiarygodny 

instynkt? – spytał Mitch. Już po raz kolejny Caroline bardzo mu zaimponowała. 

– Wydaje mi się, że nabieram doświadczenia – przyznała niechętnie. To przypomniało jej 

problem, o którym wolałaby nie myśleć, ale nie miała wyjścia. – Mitch, ta wycieczka do Big 
Sur... 

– Och, będziemy się wspaniale bawić – nie pozwolił jej dokończyć. Uśmiechał się z 

niecierpliwym wyczekiwaniem. – Nawet Janis lubi spędzać czas w tej chacie. 

– Bardzo się cieszę, Mitch, ale... 
– Czy kupiłaś już odpowiednie buty? Pokazywałem ci jakie. 
– Nie, jeszcze nie. 
– Powinnaś to zrobić czym prędzej i przed wyjazdem trochę w nich pochodzić, żeby 

dopasowały ci się do nogi. Jeśli otrzesz pięty, to całą przyjemność z wycieczki diabli wezmą. 

– Mitch, nie jestem wcale pewna, czy ta wycieczka to dobry pomysł – Caroline udało się 

wreszcie  dojść  do  słowa.   –  Oczywiście,  dobra   dla  mnie.  Wesołe   miasteczko  okazało   się 
zabawne, polubiłam również filmy i mecze baseballu. Natomiast wyprawa w góry... 

– Zobaczysz, że też ci się spodoba – przerwał Mitch i wziął ją w ramiona. – O tej porze 

roku   góry   są   przepiękne,   a   ryby   świetnie   biorą.   Przekonasz   się,   że   to   najwspanialszy 
wypoczynek,  jaki można sobie wyobrazić. – Caroline chciała  coś wtrącić, ale nie dał jej 
szansy. – Uwierz mi, będziesz się świetnie bawiła. 

Szybko pocałował ją w usta, po czym wrócił do zlewu. 
Caroline nie wiedziała, co ma zrobić. Dotychczas starała się dostosować do bardzo wielu 

rzeczy, ale zupełnie nie mogła sobie wyobrazić siebie jako miłośniczki biwaków i życia pod 
gołym niebem. Z drugiej strony, ta wyprawa miała najwyraźniej wielkie znaczenie zarówno 
dla   Mitcha,   jak   i   dzieci.   Nawet   Janis   niecierpliwie   oczekiwała   wyjazdu.   Caroline 
podejrzewała, że w jej przypadku wynika to z faktu, iż z wycieczką do Big Sur były związane 
liczne wspomnienia matki. Najwyraźniej Becky była zapaloną turystką i pod tym względem 
Caroline nie mogła się z nią mierzyć. Miała przeczucie, że ten wyjazd zakończy się katastrofą 
i wolała jej uniknąć. 

– Mitch, nawet nie słuchasz, co do ciebie mówię – powiedziała z naciskiem. 
– To dlatego, że mówisz nie to, co chciałbym usłyszeć – uśmiechnął się, ale Caroline nie 

wydawała się rozbawiona. Mitch spoważniał i znów ją objął. – Przepraszam, nie miałem 
zamiaru cię lekceważyć. 

W   jego   objęciach   miała   zawsze   trudności   z   myśleniem,   a   tym   bardziej   z 

background image

przeciwstawieniem siej ego woli, ale mimo to zrobiła, co mogła. 

– Nie chcę jechać. Nie jestem... 
– Kim? – spytał, gdy Caroline nie dokończyła zdania. 
– Becky – wyjaśniła spokojnie. 
– Nikt się tego po tobie nie spodziewa. 
– Czasami mam wrażenie, że ty tego chciałbyś. 
– Bo chcę, abyś pojechała z nami na wycieczkę? Caroline, to po prostu rodzinna tradycja. 

Chciałbym, abyś się do niej dołączyła. 

– Ty i Becky razem ją zapoczątkowaliście. 
– Tak, ale jej już nie ma. 
– Ale ty kontynuujesz tradycję. Gdy słyszę, jak rozmawiacie o tej chacie w górach, mam 

wrażenie, że mówicie o świątyni poświęconej pamięci Becky. Nie ma w tym nic złego – 
dodała pośpiesznie, widząc, że otworzył  usta, by zaprotestować. – Twoje dzieci powinny 
mieć coś, co byłoby związane wyłącznie z matką, a ja nie powinnam nawet próbować jej 
dorównać. 

– Caroline, robisz z tego zbyt wielką sprawę – zauważył Mitch. – To nie jest wyprawa na 

biegun.   Pochodzimy   trochę   po   górach,   nałowimy   ryb,   posiedzimy   przy   ognisku...   To 
wszystko. 

– Czemu zatem dziadek nie jedzie z wami? – spytała. 
– Po prostu dlatego, że nie jest fanatykiem gór. 
– Powiedziałeś kiedyś, że gdy ty i twój brat byliście mali, ojciec często zabierał was na 

wycieczki – przypomniała mu Caroline. 

– Tylko wtedy, gdy nie miał innego wyjścia. Na ogół jeździliśmy z przyjaciółmi. 
Caroline   podejrzewała,   że   nie   jest   to   pełne   wyjaśnienie,   ale   postanowiła   dać   spokój. 

Pomyślała, że niezależnie od tego, co powie, Mitch zawsze znajdzie jakiś kontrargument. 

– Skoro potrafisz zrozumieć i uszanować wolę swojego ojca, to czemu dla mnie nie masz 

takich samych względów?

– Bo ty nigdy nawet nie spróbowałaś, czy to ci się podoba, czy nie. Proszę, spróbuj choć 

raz – poprosił. – Jeśli uznasz, że to nie dla ciebie, nie będę ci więcej zawracał głowy. 

Trudno było z nim dyskutować. Caroline pomyślała, że wszystkie nowe rzeczy,  jakie 

poznała dzięki niemu, okazały się całkiem atrakcyjne. Może i tym razem okaże się, że Mitch 
ma rację?

– Zgoda powiedziała wreszcie. – Kupię jutro buty. 
– Dzięki – pocałował ją mocno, a w jego oczach pojawiły się błyski radości. To już 

wystarczyło,   aby   Caroline   była   zadowolona   ze   swej   decyzji.   Westchnęła   i   gorąco 
odpowiedziała na pocałunek. Mitch nie tylko budził w niej namiętność, ale dawał poczucie 
bezpieczeństwa, co było równie ważne. 

Nagle oderwali się od siebie, tak jakby jednocześnie zdali sobie sprawę, że w każdej 

chwili ktoś może wejść do kuchni. Caroline spojrzała mu w oczy i odgadła, że mężczyzna 
znów pragnie zapewnić ją o swej miłości. 

– Jeśli się nie mylę, mieliśmy pozmywać – powiedziała szybko i odsunęła się od niego. 

background image

Po chwili usłyszała ciężkie westchnienie. Zauważyła, że Mitch stara się jej nie przyciskać, ale 
obawiała się, że długo już nie wytrzyma.  Nie miała ochoty tłumaczyć  mu, dlaczego jego 
deklaracje miłosne wprawiały ją w zakłopotanie, ponieważ sama tego dobrze nie rozumiała. 

– Wolisz zmywać  czy wycierać? – Tym  razem jeszcze Mitch nie zdecydował  się na 

konfrontację. 

–   Zmywać   –   zdecydowała   Caroline   i   zerknęła   na   niego   kątem   oka.   Jeśli   nawet   był 

rozczarowany, świetnie potrafił to ukryć. Ba, w jego oczach dostrzegła figlarny błysk, co 
wydało się jej dość podejrzane. 

– Czemu tak na mnie patrzysz?
– Jak?
– Jak kot bawiący się z myszą. 
– Ależ skąd! Po prostu pomyślałem, że należy ci się rekompensata za trudy życia turysty. 
– Mianowicie?
– W najbliższy poniedziałek zabieram cię do San Francisco. 
– Wykluczone! – Caroline zapomniała, że Mitch coś szykuje. – Nie mogę sobie pozwolić 

na   wolny   dzień,   zwłaszcza   jeśli   w   piątek   mamy   wyjechać   w   góry   i   wrócić   dopiero   w 
poniedziałek. 

– Nie, to nie – odrzekł nonszalancko Grogan. – Jeśli nie chcesz rozmawiać z Deanem 

Eddingtonem, nie będę cię do tego zmuszał. 

– Eddington wrócił z Tokio?! – wykrzyknęła Caroline. Ogarnęło ją podniecenie. 
– Tak. Umówiliśmy się na rozmowę w poniedziałek po południu, ale skoro nie chcesz z 

nim pogadać, to... 

– Oczywiście, że chcę! Dobrze o tym wiesz! W tej chwili Eddington jest jedyną osobą, 

która może potwierdzić, że rok temu padł cały system Vica. Być może ma nawet na to dowód. 

–   Wiem   –   Mitch   uznał,   że   pora   skończyć   z   żartami.   –   Dlatego   chcę,   abyś   ze   mną 

pojechała. Jeśli Eddington wda się w techniczne szczegóły na temat optycznych komputerów, 
to mogę potrzebować tłumacza na angielski. 

– Dziękuję – Caroline mocno go uściskała. Przytrzymał ją przez chwilę. 
– Proszę bardzo! – Oczy Mitcha zabłysły.  – Muszę przyznać,  że cieszę się z tego z 

jeszcze jednego powodu. Mam ochotę być z tobą we dwoje w San Francisco. Wyobrażam 
sobie, że pójdziemy na kolację do jakiejś dobrej restauracji, a później zamkniemy się w hotelu 
i będziemy się kochać do białego rana. Co ty na to?

– To znacznie lepszy plan niż cztery dni w górskiej chacie – odpowiedziała i dotknęła 

ustami jego warg. 

background image

16

–   Przykro   mi,   poruczniku   Grogan,   ale   nie   mogę   panu   nic   powiedzieć   na   temat   The 

Richmond Group – stwierdził Dean Eddington, gdy w trzy dni później spotkali się z nim w 
San Francisco. Umówili się w jego biurze. Miał jakieś trzydzieści pięć lat, ciemne włosy, 
ogorzałą twarz, a po jego zachowaniu było wyraźnie widać, że nie ma ochoty na rozmowę o 
swoim poprzednim pracodawcy, ani z policją, ani z kimkolwiek innym. 

Gdy przybyli, nerwowo rozejrzał się po korytarzu, jakby sprawdzał, czy nikt za nimi nie 

idzie,   wpuścił   ich   do   gabinetu   i   starannie   zamknął   drzwi.   Jak   dotychczas,   na   wszystkie 
pytania odpowiadał wymijająco. 

–   Ale   przecież   po   tym,   jak   Howard   pana   wyrzucił,   gotów   był   pan   rozmawiać   z 

dziennikarzami – przypomniała mu Caroline. Bez trudu wyczuwała jego niechęć. 

–   I   z   tego   powodu   Richmond   pozwał   mnie   do   sądu,   oskarżając   o   złamanie   umowy 

dotyczącej zachowania tajemnic firmy – kwaśno odrzekł Eddington. – Wycofał pozew pod 
warunkiem, że zobowiążę się do milczenia. Jeśli zgodzę się z wami rozmawiać, sprawa może 
zostać wznowiona. 

– Mógłbym przecież wezwać pana formalnie na przesłuchanie – zauważył Mitch. 
– Tylko wtedy, jeśli dysponuje pan materiałami uzasadniającymi dochodzenie – odparł 

programista i miał rację. 

– Wobec tego nie potwierdzi pan ani też nie zaprzeczy, że rok temu baza danych Vica 

została zniszczona? – Mitch spróbował innej taktyki. 

– Zgadza się. Ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam. 
– Czy zdaje pan sobie sprawę, że Howard Richmond twierdzi, iż nic takiego nie miało 

miejsca oraz że zwolnił pana z powodu niekompetencji? – spytała Caroline. 

Eddington zacisnął gniewnie zęby, ale jakoś powstrzymał się od wybuchu. 
–  Tu   wcale  nie   chodziło  o  moją  niekompetencję   –  stwierdził.   –  Howard  zbytnio  się 

śpieszył, bo... 

– Bo co? – nalegał Mitch. Czuł, że niewiele brakowało, a Eddington powiedziałby coś 

bardzo ważnego, co mogłoby im pomóc. 

– Przykro mi, ale nie mogę udzielić państwu więcej informacji – Eddington pokręcił 

głową. 

– Niech mi pan przynajmniej odpowie na następujące pytanie – poprosił Mitch. – Jeśli 

zdołamy wnieść do sądu sprawę karną przeciw  Richmondowi,  czy wtedy zgodzi się pan 
zeznawać?   Zakładam   przy   tym,   że   dysponuje   pan   jakimiś   istotnymi   dla   sprawy 
wiadomościami. Richmond nie będzie mógł oskarżyć pana o złamanie tajemnicy z powodu 
zeznań złożonych w sądzie. 

Eddington przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. 
– Tak, w takim wypadku mógłbym zeznawać – powiedział wreszcie. 
– W porządku. – Mitch wstał z fotela. Caroline wzięła z niego przykład. – Dziękuję panu 

za rozmowę, panie Eddington. 

background image

Programista wstał i odprowadził ich do drzwi. 
– O co właściwie chcecie go oskarżyć? – spytał na pożegnanie. 
Mitch zerknął na Caroline, po czym zdecydował się powiedzieć prawdę. 
– O to, że zbudował Vica, korzystając z kradzionej technologii. 
– Czy sądzi pan, że pana zeznania mogłyby nam pomóc? – wtrąciła Caroline. 
Eddington przez chwilę patrzył jej w oczy, po czym uśmiechnął się szeroko. 
– Powiedzmy, że tak to ujmę, doktor Hunter: w sądzie będę bardzo cennym świadkiem 

oskarżenia. 

– Tym pozwem Richmond mocno go zakneblował – zauważyła Caroline, gdy wsiedli do 

samochodu. 

– Sądzę, że to nie tylko kwestia pozwu – odrzekł Mitch. Czuł narastające podniecenie, jak 

zawsze, gdy badana sprawa nabierała rumieńców. – Eddington się boi, ale nie chodzi mu o 
proces. 

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała Caroline. Mitch włączył silnik i klimatyzację, 

ale nie ruszał z miejsca. 

– Przyjrzałem się nieco dokładniej temu Howardowi. Okazuje się, że jego wspólnikiem 

jest   dość   szemrany   typ.   Parę   lat   temu   Richmond   popadł   w   tarapaty   finansowe   i   musiał 
zgodzić się na współpracę z tym facetem. 

– Kto to taki?
– Sydney Grisham. Miał już trzy sprawy o wymuszanie i przestępstwa gospodarcze, ale 

zawsze udawało mu się wykręcić, między innymi dlatego, że nikt nie ma ochoty zeznawać 
przeciw niemu. 

– Czy sądzisz, że Richmond lub Grisham szantażowali Eddingtona? – Caroline nie mogła 

w to uwierzyć. 

– To bardzo możliwe. Warto sprawdzić, czy nasz niechętny rozmówca był w zeszłym 

roku w szpitalu. 

–   Boję   się,   Mitch.   Wprawdzie   nie   rozmawiałeś   bezpośrednio   z   Howardem,   ale   on   z 

pewnością wie, że prowadzisz dochodzenie. Pewnie wie również, że to ja oskarżyłam go o 
kradzież. 

– Nie  martw  się, Caroline  – Grogan uścisnął  jej  dłoń. – Richmond  z  pewnością  nie 

zaatakuje cię bezpośrednio. To nie miałoby najmniejszego sensu. Aby uzyskać wycofanie 
skargi, musiałby również zaszantażować Boba Stafforda i całą radę nadzorczą, nie mówiąc 
już o mnie. 

– Masz rację – Caroline wyraźnie odetchnęła z ulgą. 
– Wiem. Jedyne, co może teraz zrobić, to czekać na rozwój wypadków. Musi siedzieć 

cicho   i   modlić   się,   abyśmy   nie   zdołali   zebrać   dostatecznie   dużo   dowodów,   które 
przekonałyby   sędziego,   by   polecił   przekazanie   sądowi   dokumentów,   dotyczących   bazy 
danych Vica. 

– A czy to się nam uda? Jak na razie nie mamy zbyt wiele. 
–   Mam   nadzieję,   że   uda   mi   się   udowodnić,   iż   Richmond   groził   Eddingtonowi. 

Przynajmniej   mamy   coś   do   zrobienia.   Nie   martw   się,   ten   ślad   powinien   nas   gdzieś 

background image

doprowadzić. 

Tymczasem – Mitch zawiesił głos i uśmiechnął się do niej – mamy wolne popołudnie. Co 

robimy?   Zarezerwowałem   stolik   w   restauracji,   ale   do   wieczora   mamy   jeszcze   pełne   trzy 
godziny. 

– Mówiłeś coś na temat hotelu – przypomniała z kokieteryjnym uśmiechem. 
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, kochanie. Pora na romantyczną część naszej 

wyprawy. 

Ciotka Liddy byłaby zadowolona ze zmian, jakie Caroline ostatnio wprowadziła w swej 

garderobie. Dotyczyły one przede wszystkim bielizny. Kilka tygodni temu kupiła koronkowy 
komplet   i   Mitch   to   wyraźnie   docenił.   Tak   zachęcona   i   ośmielona,   odważyła   się   kupić 
niezwykle seksowny, czerwony gorset bez ramiączek i odpowiednie podwiązki. 

Gdy   dotarli   do   hotelu   i   Mitch   zdjął   z   niej   elegancki,   niebieski   kostium,   przeżył 

prawdziwy   szok.   Widok   prowokacyjnych   koronek   zupełnie   go   zaskoczył,   ale   szybko   się 
opamiętał. Pod wpływem jego reakcji Caroline wkrótce stała się równie czerwona jak jej 
nowa bielizna. 

Tym razem ich gra wstępna osiągnęła szczyty wyrafinowania, a sam akt miłości dał im 

większą rozkosz niż kiedykolwiek przedtem. Później oboje byli zbyt wyczerpani, aby ruszyć 
się z łóżka i pójść do restauracji. W końcu Caroline pierwsza uległa praktycznym względom. 
Wstała z łóżka i zaczęła nakładać swoje koronki. 

Mitch z wyraźną satysfakcją obserwował ubierającą się kobietę. 
– Może wolałabyś zamówić obiad do pokoju? – zaproponował. – Nie chcę, abyś wkładała 

na siebie jeszcze jakieś ubranie, a w tym stroju raczej nie mogłabyś pojawić się w restauracji. 

– Opanuj się, przystojniaku – pogroziła mu palcem. 
–   Mamy   przed   sobą   jeszcze   całą   noc.   –   Usiadła   na   skraju   łóżka,   podniosła   nogę   i 

naciągnęła cienką pończochę. 

– Czy wiesz, że po naszym pierwszym spotkaniu niemal zwariowałem, wciąż myśląc, czy 

masz takie piękne nogi, jak sądziłem?

–   Naprawdę?   –   Caroline   była   szczerze   zdziwiona,   że   ktoś   może   o   niej   tak   myśleć. 

Poczuła się silniejsza, bardziej pewna siebie. 

– Absolutnie. Przez kilka dni nie mogłem myśleć o niczym innym. 
Zapięła podwiązki, po czym uniosła drugą nogę. Wyprostowała ją i przyjrzała się jej 

uważnie. 

– No i co, nie byłeś rozczarowany?
Mitch przysunął się do niej i przesunął dłonią wzdłuż kształtnej łydki i jędrnego uda. 
– Ani trochę – szepnął. – Masz wspaniałe nogi. Cała jesteś wspaniała. 
Usiadł obok i przyciągnął ją do siebie, po czym przeczesał palcami jej jedwabiste włosy. 
– Kocham cię – mruknął i pocałował ją w usta, nim na jej twarzy pojawił się niespokojny 

grymas, którego tak serdecznie nie cierpiał. Gdy w końcu ją puścił, z oczu Caroline zniknęła 
wszelka niepewność. 

– Wyjdź za mnie, Caro. 

background image

– Mitch... – Caroline poczuła, że słowa więzną jej w gardle. 
Niewiele   brakowało,   a   Mitch   by   głośno   zaklął.   Znowu   to   samo   spojrzenie,   ten   sam 

grymas!

– Niekoniecznie w tej chwili – dorzucił lekkim tonem, usiłując rozładować atmosferę. – 

Również niekoniecznie jutro. Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że pragnę się z tobą kiedyś 
ożenić. 

– Mitch, jeszcze za wcześnie, abyśmy mogli myśleć o małżeństwie – Caroline pozostała 

spięta i poważna. Wysunęła się z jego objęć. 

– Być może masz rację! – Mężczyzna właściwie przestał panować nad swoją frustracją. – 

Może jednak już pora, abyśmy sobie wyjaśnili, czy się kochamy. Ja cię kocham. Co z tobą?

– Mitch, proszę. – Caroline szybko naciągnęła drugą pończochę i sięgnęła po kostium. 
– O co prosisz?
– Nie żądaj ode mnie czegoś, na co nie jestem jeszcze przygotowana. 
– Caroline, czemu tak trudno jest ci powiedzieć, że mnie kochasz? – spytał. – I dlaczego 

tak się denerwujesz, gdy ja mówię o swoich uczuciach?

– Bo to jest dla mnie coś zupełnie nowego. Mam wrażenie, że chodzę po polu minowym. 
–   Bardzo   ci   dziękuję.   –   Mitch   również   zaczął   się   ubierać.   –   Miło   mi   wiedzieć,   że 

spotkania ze mną i dziećmi uważasz za manewry wojenne. A ja myślałem, że po raz pierwszy 
w życiu jesteś zadowolona i szczęśliwa. Zupełnie zwariowałem. 

– Mitch, nie gniewaj się na mnie. 
–   Wcale   się   nie   gniewam!   –   parsknął   w   odpowiedzi.   –   Jestem   zniechęcony,   bo   nie 

rozumiem, na czym polega twój problem. Tak się starałaś, aby zbliżyć się do moich dzieci. 
Dałaś z siebie bardzo wiele i myślę, że często sprawiało ci to radość, a jednak nie możesz 
przyznać, że mnie kochasz. Dlaczego? Może to dla ciebie tylko naukowy eksperyment? Może 
sprawdzasz w praktyce swoją nową teorię na temat ludzkich zachowań?

– Jesteś niesprawiedliwy – obruszyła  się Caroline. Nałożyła  bluzkę i zaczęła zapinać 

guziki. – Sytuacja jest bardzo trudna i złożona. Gdyby chodziło tylko o nas dwoje, wszystko 
byłoby proste. Jednak jest jeszcze troje dzieci i związana z nimi ogromna odpowiedzialność. 

– Wiedziałaś o tym, gdy zaczęłaś się ze mną spotykać! – rzucił Mitch. 
–   Powiedziałam,   że   spróbuję,   i   dotrzymałam   słowa!   –   odparowała   atak   Caroline.   – 

Poświęciłam Bóg wie ile godzin przeznaczonych  na pracę, zmieniłam rozkład  zajęć, aby 
dopasować się do ciebie i twojej rodziny... Zrobiłam wszystko, co mogłam! Nie możesz żądać 
niczego więcej, bo jeszcze nie jestem gotowa!

–   Przepraszam   –   powiedział   Grogan.   Pomyślał,   że   Caroline   ma   rację.   Wziął   głęboki 

oddech, starając się w ten sposób jakoś uspokoić. – Po prostu chciałem usłyszeć, że mnie 
kochasz. Chciałbym też, abyś przestała się wycofywać, ilekroć mówię ci o swoich uczuciach. 

– To przestań mnie testować!
– Co chcesz przez to powiedzieć? – Mitch zmarszczył brwi. 
–   Dokładnie   to,   co   powiedziałam.   Przestań   nieustannie   organizować   testy,   mające 

wykazać, czy niejaka Caroline Hunter nadaje się na żonę i matkę twoich dzieci. 

– Wcale tego nie robię – Mitch był zupełnie zaskoczony. 

background image

– A właśnie, że tak – upierała się Caroline. – Wciąż  obserwujesz, jak sobie radzę z 

dziećmi, i oceniasz, czy dobrze, czy źle. Czy potrafię poczytać Ruthann przed snem? Czy 
potrafię   ją   uspokoić,   gdy   zaczyna   grymasić?   Czy   potrafię   poradzić   sobie   ze   złym 
zachowaniem Sama, nie doprowadzając do awantury? Czy potrafię ugotować kolację dla całej 
rodziny? Czy godzę się z tym, że nie wracasz punktualnie z pracy? Wszystko jest testem!

– To nieprawda!
– Czyżby? – Caroline drżącymi palcami usiłowała zapiąć suwak od spódnicy. – A co 

powiesz o tej wycieczce w góry? Może to też nie jest egzamin?

– To tylko rodzinna tradycja, na litość boską! Nie mam zamiaru sprawdzać, czy odrobiłaś 

lekcje. Caroline, jeśli odczuwasz nacisk, to tylko dlatego, że sama zrobiłaś z tego nieustanny 
egzamin!

– Wiesz, co mnie naprawdę dziwi, Mitch? – Caroline nawet nie słuchała, co on mówi. – 

Jak możesz nawet myśleć o małżeństwie, skoro zupełnie nie potrafiłam porozumieć się z 
Janis?

– Więc o to ci chodzi? – Mitch zmarszczył czoło. Podszedł do niej, a gdy spróbowała się 

odsunąć, chwycił ją za ramiona. – Odpowiedz mi, do diabła! Czy nie chcesz się zdeklarować, 
bo Janis zimno cię traktuje?

– Nie chcę się zdeklarować, bo nie jest łatwo cię kochać – Caroline uniosła dumnie brodę. 

–   Kochać   ciebie,   to   również   kochać   Ruthann,   Sama,   Janis   i   dziadka.   To   podjęcie 
zobowiązania do bycia matką twoich dzieci. Łatwo ci mówić, że mnie kochasz, bo dotyczy to 
tylko mnie. Jeśli ja to powiem, będziesz oczekiwał po mnie rzeczy,  na które jeszcze nie 
jestem przygotowana. 

– Masz rację. – Mitch puścił ją i przysiadł na łóżku. – Oczekiwałem zbyt  wiele. Ze 

wszystkim dotychczas radziłaś sobie doskonale i wydawałaś się szczęśliwa. Nie wiedziałem, 
że dla ciebie to tylko badania służące do napisania dysertacji na temat macierzyństwa. Nie 
zamierzasz dodać do swego nazwiska literek M. A. M. A. , dopóki nie zdasz końcowego 
egzaminu. 

– Czy to coś złego?
– Obawiam się, że tak – Mitch kiwnął głową i ciężko westchnął. – Jesteś perfekcjonistką. 

Jeśli   to   wszystko   był   tylko   test,   to   ja   dałbym   ci   znacznie   wyższe   stopnie,   niż   ty   sobie 
postawiłaś. Jak powiedziałby Sam, nie trzeba zagrywać po mistrzowsku za każdym razem, 
aby być dobrym graczem. Aby być dobrą matką, nie musisz być ideałem. 

– Mitch, po prostu potrzebuję więcej czasu – powiedziała Caroline, kładąc mu dłoń na 

ramieniu. – Muszę być pewna swoich uczuć. 

– A co czujesz teraz? Czy to przynajmniej możesz mi powiedzieć?
– Bardzo lubię twoje dzieci, Mitch – przyznała z westchnieniem Caroline. – Czasem się 

ich boję, ale częściej cieszę się na ich widok. Gdy Ruthann przytula się do mnie lub gdy Sam 
mówi, że jak na jajogłową jestem zabawna, mam poczucie, że coś osiągnęłam. Nie mogę 
zrozumieć,   dlaczego   moim   rodzicom   nigdy   nie   zależało   na   takim   potwierdzeniu   z  mojej 
strony. Chcę dzieciom dać to, czego pragną, ale jednocześnie boję się, że je zawiodę. 

– Nie masz się czego obawiać – odrzekł Mitch. – Piękno miłości polega na tym, że im 

background image

więcej się daje, tym więcej dostaje się w zamian. To nieskończona pętla. 

– Normalnie pętla nie ma ani początku, ani końca. To zamknięte koło, a ja jeszcze nie 

połączyłam swobodnych końców. Ty jesteś na jednym, twoje dzieci zajmują drugi, a ja tkwię 
gdzieś pośrodku. Muszę połączyć  końce tak, aby nie było widać węzła, inaczej pętla nie 
wytrzyma napięcia. 

– Dobrze, Caro – Mitch pomyślał, że ona ma rację. Po prostu sam już dawno połączył 

swobodne końce i jego pętla obejmowała Caroline. Teraz musiał dać jej dość czasu, aby sama 
uporała się z tym problemem. – Nie będę cię naciskał. Jeśli tego chcesz, przestanę mówić, że 
cię kocham. 

– Nie przestawaj, Mitch szepnęła. 
– A czy przestaniesz się natychmiast wycofywać?
– Tak – obiecała. – Nie oczekuj tylko, że od razu odpowiem ci tym samym. 
– Dobrze – odparł, ale nie potrafił ukryć rozczarowania. Teraz czuł strach, od którego 

przedtem był wolny. Niewykluczone, że ona nigdy nie będzie zadowolona z łączących ich 
więzi. W jej świecie nie było miejsca na porażki i Caroline nie przywykła do myśli, że ideał 
nie jest osiągalny. Przyjęła tak surowe kryteria oceny, że sama nie mogła zdać egzaminu. 

Mitch wolał o tym nie mówić. Gdyby powiedział to głośno, zapewne oznaczałoby to 

koniec ich związku. 

W milczeniu skończyli się ubierać i poszli na obiad. 

W czwartek po południu Caroline wyszła z pracy wcześniej niż zwykle. Przed wyjazdem 

na przedłużony weekend musiała jeszcze załatwić kilka spraw. Tym razem nie żałowała, że 
przez   cztery   dni   nie   będzie   jej   w   laboratorium.   Praca   nad   Scarlett   stała   się   ostatnio   tak 
frustrująca,   że   Caroline   z   przyjemnością   myślała   o   przerwie.   Jej   zespół   skończył   już 
szczegółową analizę całego oprogramowania, ale nie udało się znaleźć żadnego błędu. W 
teorii   OHARA   powinien   być   idealną   maszyną,   ale   w   praktyce   niemal   przy   każdym 
uruchomieniu systemu okazywało się, że z pamięci zniknęły kolejne dane. 

Również jej osobiste życie wcale nie układało się gładko. Po kłótni z Mitchem ucałowali 

się na zgodę, ale Caroline wyczuwała w jego zachowaniu pewną rezerwę. Nie mogła go za to 
winić, ale mimo to w ich związku pojawiło się napięcie. 

Caroline oczekiwała tej wycieczki z równą niecierpliwością jak wizyty u dentysty, ale 

teraz nie mogła już się wycofać. Mitch i jego dzieci liczyli na” jej obecność, natomiast ona 
chętnie zamieniłaby się rolami z dziadkiem i została w domu. 

Dotarła do siebie zmęczona i zgrzana. Zrzuciła z nóg pantofle i zwaliła torby z zakupami 

na najbliższe krzesło. Buty turystyczne, które powinna była kupić dużo wcześniej, wysunęły 
się z torby i z hukiem upadły na podłogę. Caroline była zbyt zmęczona, aby się tym przejąć. 
Zostawiła je na środku przedpokoju i przeszła do salonu. Wyciągnęła się wygodnie na sofie i 
zaczęła przeglądać pocztę. Nie zdążyła jeszcze otworzyć pierwszej koperty, gdy zadzwonił 
telefon. Przez chwilę czuła pokusę, aby zostawić to do załatwienia automatycznej sekretarce, 
ale jednak się przemogła. Pomyślała, że może to Mitch dzwoni, aby zawiadomić ją, że wyjazd 
został odwołany. 

background image

– Halo?
– Cześć, tu Mitch. 
Caroline poznałaby go po głosie, nawet gdyby rozmawiali za pomocą telefonu ze sznurka 

i dwóch puszek. 

– Cześć. Co nowego?
– Dzwoniłem do ciebie do pracy, ale cię nie zastałem. Spakowałaś się już?
– Jeszcze nie. Właśnie weszłam i padłam na sofę. Muszę chwilę odpocząć. 
– Miałaś ciężki dzień?
– Taki sam jak każdy. 
– Fatalnie. Mam jednak wieści, które może nieco poprawią ci humor. 
– Co takiego? – Caroline usiadła i opuściła nogi na podłogę. 
– W kilka dni po tym, jak Eddington dał wywiad do „PC Imaging” na temat Vica, znalazł 

się   na   pogotowiu   w   lokalnym   szpitalu   w   Hilliard   ze   złamanym   żebrem,   ogólnymi 
potłuczeniami i wstrząsem mózgu. Dyżurny doktor wprawdzie nie pamięta dziś tej sprawy, 
ale patrząc na jego kartę stwierdził, że takie obrażenia mogły być skutkiem solidnego pobicia. 

– Eddington nie złożył skargi?
– Nie. Najwyraźniej chłopcy Grishama dali mu wycisk. Dlatego teraz trzyma język za 

zębami. 

– Czy zamierzasz porozmawiać z nim o tym?
–   Jeszcze   nie   teraz.   Muszę   zdobyć   więcej   materiałów   na   temat   związków   między 

Howardem i Sydneyem Grishamem. 

– Tym gangsterem, o którym wspominałeś?
– Tak – potwierdził Mitch. – Podejrzewam, że Eddington wie o jego istnieniu. Muszę 

znaleźć sposób, aby skłonić go do mówienia. 

– I jak chcesz to osiągnąć?
– Eddington musi nabrać do nas zaufania. W poniedziałek graliśmy w ciemno i on o tym 

dobrze wiedział. Jeśli pojadę do San Francisco i powiem mu, kto go pobił, pewnie przyzna, że 
to prawda. 

– Uważaj na siebie – poprosiła. – To wszystko zaczyna  mnie niepokoić. Początkowo 

byłam po prostu wściekła, że Richmond mnie okradł i przedstawił moje wyniki za swoje, ale 
teraz   ta   sprawa   wygląda   nieco   inaczej.   Niewykluczone,   że   wchodzimy   na   niebezpieczny 
teren. 

– Możesz się nie martwić – Mitch zaśmiał się cicho. 
– Przecież wykonuję swój zawód. 
– Wiem, ale bądź ostrożny. 
– Dobrze – obiecał. – Ile czasu zajmie ci pakowanie?
– spytał po krótkiej pauzie. 
– Nie wiem. – Zerknęła na torby z zakupami. – Nawet jeszcze nie zaczęłam. 
Mitch znów chwilę milczał. 
– Caroline, jeśli naprawdę nie masz ochoty jechać... 
– Chyba już za późno na zmianę planów, nie sądzisz?

background image

– Pamiętaj tylko, że to nie jest żaden test – powiedział Mitch. W jego głosie dosłyszała 

wyraźną ulgę. – To zwykła wycieczka w góry. 

– Równie dobrze można powiedzieć, że Tyrannosaurus rex to tylko duża jaszczurka – 

zaśmiała się Caroline. 

–   Jak   to,   nie   słyszałaś?   Według   najnowszych   teorii   dinozaury   były   najbliżej 

spokrewnione z ptakami, nie z jaszczurkami. Musisz się podciągnąć, moje dziecko – dodał 
tonem starego nauczyciela. 

– Dziękuję za radę. O której po mnie przyjedziesz?
Uzgodnili plany na następny dzień i skończyli rozmowę. Caroline wróciła do sortowania 

poczty, gdyż inaczej musiałaby się zająć pakowaniem. Na jeden stos odłożyła rachunki do 
zapłacenia,   na   drugi   rozmaite   katalogi.   Pozostała   jeszcze   spora   kupka   reklam,   które 
zamierzała wyrzucić prosto do śmieci. 

Przerwała dalsze sortowanie, gdy zauważyła prostą, białą kopertę bez adresu nadawcy. 

Zaciekawiona,   od   razu   ją   otworzyła.   W   środku   znalazła   pojedynczą   kartkę   z   krótką 
wiadomością:

„Oto właz Vica. Jeśli z niego skorzystasz, dowiesz się wszystkiego, co chcesz wiedzieć”. 
Dalej następował ciąg cyfr i symboli, stanowiących najwyraźniej hasło. 
Caroline   wyprostowała   się   na   sofie   i   starannie   obejrzała   kopertę.   Nie   było   adresu 

nadawcy, ale ze stempla pocztowego wynikało, że list został wysłany z Menlo Park, nieco na 
południe od San Francisco. Raz jeszcze przeczytała krótką wiadomość. 

Właz Vica. 
Caroline poczuła, że ogarnia ją podniecenie. Jeśli anonimowy informator nie skłamał, 

miała teraz w ręku dostęp do całego systemu Vica. W slangu komputerowym „właz” oznacza 
specjalny   program,   umożliwiający   dostęp   do   systemu   komputera   nawet   w   przypadku 
poważnej   awarii   całego   oprogramowania.   Włazy   są   zazwyczaj   tak   skonstruowane,   aby 
umożliwiały   ominięcie   systemu   zabezpieczającego   i,   oczywiście,   starannie   ukryte.   Zdolni 
programiści potrafią zaprojektować włazy, których właściwie nie sposób znaleźć. 

Jeśli to był rzeczywiście właz Vica, Caroline mogła teraz podłączyć się do komputera 

Howarda Pichmonda, korzystając z własnego terminalu i sprawdzić, linijka po linijce, czy 
jego oprogramowanie zostało skradzione. 

Niestety,   postępując   w   ten   sposób,   sama   złamałaby   prawo,   w   zamian   zyskując 

informacje, których nigdy nie mogłaby wykorzystać w sądzie. Znalazła kopalnię złota, ale nie 
mogła jej eksploatować. 

Caroline jeszcze raz spojrzała na kopertę. Nic dziwnego, że nadawca nie podał adresu. 

Ktoś,   kto   dysponował   takimi   informacjami   na   temat   Vica,   musiał   należeć   do   elity   The 
Richmond Group i niewątpliwie podpisał zobowiązanie do zachowania w tajemnicy sekretów 
firmy. Zdaniem Caroline tylko dwie osoby mogły podjąć takie ryzyko: albo Dean Eddington, 
albo Evan Converse. 

Eddington zapewne nie chciał pomóc im jawnie, bo bał się odwetu ze strony Howarda. 

Był   natomiast   na   tyle   rozgoryczony   i   wściekły,   że   mógł   się   zdecydować   na   wysłanie 
anonimu. Evan wprawdzie nie miał powodu być  rozgoryczony,  ale mógł się obawiać, że 

background image

straci pracę. Nie mogła natomiast wykluczyć, że zechce jej potajemnie pomóc. 

Przez chwilę miała ochotę zadzwonić do niego i spytać wprost, czy to on przekazał jej 

hasło, ale po namyśle zrezygnowała z tego pomysłu. Jeśli on był nadawcą, to i tak temu 
zaprzeczy. Jeśli nie, będzie lepiej, jeżeli się nie dowie, że Caroline zna hasło, otwierające 
właz.   Miała   do   Evana   zaufanie,   ale   ponieważ   wiedziała,   że   Richmond   jest   powiązany   z 
gangsterami, nie chciała narażać go na dodatkowe niebezpieczeństwo, zawsze związane z 
tajnymi informacjami. 

Z   najwyższym   trudem   powściągnęła   pokusę,   aby   skorzystać   z   hasła.   Raz   jeszcze 

przyjrzała mu się uważnie... 

Miała wrażenie, że już kiedyś widziała takie hasło, w każdym razie bardzo podobne. 
Po chwili Caroline doznała olśnienia. Zorientowała się, że hasło miało dokładnie taką 

samą postać jak to, którego ktoś próbował użyć, aby dostać się do Scarlett. Czyżby ktoś 
sprawdzał, czy właz Vica zadziała również w przypadku Scarlett?

A   może   Scarlett   miała   zainstalowany   właz,   o   którym   nie   wiedziała   nawet   jej 

konstruktorka?

Caroline   zerwała   się   z   sofy   i   błyskawicznie   połączyła   z   komputerem   w   MediaTech. 

Pominęła wszystkie uprzejmości, jakimi zazwyczaj witała ją Scarlett, i natychmiast wywołała 
z pamięci hasło, jakiego próbował włamywacz. Po chwili na przemian spoglądała na ekran i 
anonimowy list. Na ekranie widać było »68092. if? »yimrestp. 894 »interface a na kartce 
»90783.   if?   »ssntrprs.   70l   »interface   Oba   hasła   miały   taki   sam   format,   różniły   się   tylko 
treścią.   Trzy   miesiące   wcześniej   ktoś   próbował   dostać   się   do   Scarlett,   używając   hasła 
zdumiewająco podobnego do hasła dającego dostęp do Vica. Dlaczego mu się nie udało? Czy 
może   przestawił   jakąś   literę   lub   cyfrę?   Czy   Scarlett   odrzuciła   hasło   z   powodu   jakiegoś 
prostego błędu?

Caroline nie miała najmniejszych wątpliwości, że jej przypuszczenie jest słuszne. Teraz 

po prostu wiedziała, że ktoś wyposażył Scarlett we właz. To wyjaśniało nie tylko, w jaki 
sposób Richmond zdobył  dostęp do jej bazy danych, ale również tłumaczyło  problemy z 
pamięcią  Scarlett.  Czyż  można  było  wymyślić  lepszy sposób spowolnienia  jej  pracy,  niż 
spowodowanie tajemniczych, powtarzających się awarii pamięci, których pochodzenia nikt 
nie był w stanie wyjaśnić? Ktoś, kto posiadał dostęp do włazu, mógł podłączyć się do Scarlett 
dziesięć razy na dzień i Caroline nigdy by się o tym nie dowiedziała. Za pomocą jednej trafnie 
dobranej   komendy   intruz   mógł   następnie   wymazać   odpowiedni   fragment   pamięci   i   dla 
wszystkich poza nim wyglądałoby to na awarię systemu. 

Od paru miesięcy Caroline kręciła się dookoła własnej osi, na próżno usiłując znaleźć 

rozwiązanie nie istniejącego problemu i oskarżając się o nieudolność. 

Teraz   przynajmniej   wiedziała,   jaka   była   przyczyna   rzekomych   awarii,   i   nie   miała 

wątpliwości, że potrafi sobie poradzić z tym problemem. Musiała tylko odgadnąć, jaki błąd 
popełnił  włamywacz,  usiłując posłużyć  się włazem.  Znając hasło, będzie mogła  odnaleźć 
właz i wymazać go z pamięci komputera. Wprawdzie wymagało to sprawdzenia dosłownie 
trylionów kombinacji różnych liczb i cyfr, ale było w pełni wykonalne. Była to tylko kwestia 
czasu. 

background image

Najpierw   jednak   musiała   zabezpieczyć   Scarlett   przed   nieznanym   agresorem.   Musiała 

stworzyć system zabezpieczeń, który zablokowałby dostęp do komputera nawet przez właz. 
Nie było to łatwe zadanie, gdyż Caroline nie wiedziała, gdzie dokładnie znajduje się właz, ale 
po godzinie pracy zainstalowała tyle kolejnych zabezpieczeń, że była już pewna, iż nikt prócz 
niej nie zdoła ich pokonać. Zadzwoniła następnie do Henry’ego Bergmana i poinformowała 
go,   że   tymczasowo   nikt   prócz   niej   nie   będzie   miał   dostępu   do   Scarlett.   Wyjaśniła   mu, 
oczywiście, powody tej nagłej zmiany i opisała krótko nowy system zabezpieczeń, lecz nie 
podała   wszystkich   koniecznych   haseł.   Henry   był   zachwycony,   że   zbliża   się   koniec   ich 
kłopotów. Zaproponował delikatnie, aby podała mu hasła, ponieważ uważał, że na wszelki 
wypadek ktoś prócz niej powinien je znać, ale Caroline odmówiła. Wolała nie ryzykować. 
Zadzwoniła do Eda Newtona i zarządziła, aby ktoś przez cały czas pilnował Scarlett i nikomu 
nie pozwalał się do niej zbliżyć. 

Gdy   skończyła,   poleciła   Scarlett   wypróbowanie   wszystkich   możliwych   kombinacji 

pierwszych   pięciu   cyfr   błędnego   hasła.   Gdyby   Scarlett   znalazła   właściwą   kombinację, 
Caroline natychmiast zyskałaby dostęp do włazu. W przypadku niepowodzenia zamierzała 
następnie sprawdzić wszystkie możliwe  kombinacje liter,  a później wszystkie kombinacje 
liter i cyfr łącznie. To musiałoby potrwać parę tygodni, lecz z pewnością zakończyłoby się 
sukcesem. 

Przez chwilę siedziała nieruchomo, gapiąc się na migające na ekranie kolejne liczby. 

Teraz mogła już tylko czekać. 

Prócz tego mogła jeszcze zająć się pakowaniem. 
Mitch! Wycieczka w góry! Gdyby nie pojechała, dzieci byłyby potwornie rozczarowane, 

a   Mitch   z   pewnością   bardzo   niezadowolony,   gdyby   tym   razem   uznała,   że   praca   jest 
ważniejsza od dzieci. Ta idiotyczna wycieczka miała dla niego takie znaczenie, że Caroline 
zaczęła  podejrzewać, iż cała  przyszłość  ich związku zależy od powodzenia tej  wyprawy. 
Zapewne właśnie dlatego tak bardzo nie miała ochoty jechać. 

Teraz przynajmniej miała wymówkę. Czy rzeczywiście? Wprawdzie nie mogła zostawić 

domowego   komputera   podłączonego   do   Scarlett   przez   cały   weekend,   ale   mogła   przecież 
pojechać do laboratorium i tam uruchomić program, łamiący hasło. Skoro złamanie hasła 
mogło równie dobrze potrwać parę tygodni, nie było najmniejszego powodu, aby siedziała w 
gabinecie i gapiła się w ekran. 

Nie, nie miała żadnej wymówki. Musiała jechać, a zatem musiała również się spakować. 

Powinna także zadzwonić do Mitcha i powiedzieć mu o swych odkryciach. 

Nim Caroline zdążyła zrealizować swoje decyzje, rozległ się dzwonek do drzwi. Miała 

nadzieję, że to Mitch i szybko pobiegła do holu, zostawiając otwarte drzwi do salonu. 

Tym razem jednak odwiedził ją Evan Converse. 

background image

17

– Evan! Co ty tu robisz?
– Czy przyszedłem w nieodpowiednim momencie?
– Rzeczywiście jestem dość zajęta – odpowiedziała, zastanawiając się gorączkowo, co 

powinna zrobić w tak delikatnej sytuacji. Teraz, gdy już wiedziała, że ktoś zamontował w 
Scarlett właz, niezbyt ją interesował dostęp do Vica. Nie chciała natomiast, aby ktokolwiek z 
The Richmond Group wiedział, że ona już zna ich sekret. Niestety, na ekranie komputera 
migotały kolejne wersje hasła. Pomyślała, że jeśli Evan nie zna hasła otwierającego właz 
Vica,   to   nie   zorientuje   się,   jaki   program   wykonuje   jej   komputer,   ale   nie   miała   ochoty 
ryzykować. 

– Nie zajmę ci dużo czasu – obiecał. 
– No, dobrze – zgodziła się i wpuściła go do środka. Wchodząc do mieszkania, Evan 

potknął   się   o   leżące   na   podłodze   pakunki.   Niewiele   brakowało,   a   byłby   się   przewrócił. 
Zerknął na leżące na podłodze rzeczy, po czym spojrzał na Caroline. 

– Buty turystyczne? – powiedział z wyraźnym zdziwieniem. 
– Jutro jadę na wycieczkę w góry – wyjaśniła. – Właśnie dlatego nie mam czasu. Muszę 

się spakować. 

– Ty jedziesz na wycieczkę w góry? Od kiedy to stałaś się zapaloną turystką?
– Od chwili gdy poznałam mężczyznę, który uwielbia biwaki. 
– Grogana? Tego gliniarza?
– Owszem – Caroline nigdy nie wątpiła w spostrzegawczość swego byłego męża. 
– Tak mi się wydawało – pokiwał głową Evan. – Gdy rozmawiał ze mną w tydzień po 

pokazie, zachowywał się dość wrogo bez wyraźnej przyczyny. 

Caroline nie miała ochoty wdawać się w dyskusję na ten temat. Wprawdzie Mitch zdjął 

już Evana z pierwszego miejsca na liście podejrzanych, ale wciąż miał powody, aby go nie 
lubić. 

– Nie chcę o nim rozmawiać – powiedziała, podchodząc jednocześnie do komputera. 

Evan   szedł   tuż   za   nią.   Caroline   zesztywniała   ze   zdenerwowania.   –   Może   usiądziesz   – 
zaproponowała, wskazując sofę, ale mężczyzna zignorował zaproszenie. 

– Co robisz? – spytał, spoglądając na monitor. 
Caroline szybkim ruchem wyłączyła ekran. Scarlett wciąż wykonywała program, ale teraz 

Evan nie mógł wiedzieć, co robi komputer. 

– To nowy program – Caroline uśmiechnęła się do niego. – Wolałabym, aby pozostał 

tajemnicą dla konkurencji. 

– Och – westchnął Evan i usiadł na sofie. 
– Przepraszam. O co ci chodzi? – spytała, siadając w fotelu naprzeciw niego. 
– Chciałem się dowiedzieć, jak idzie dochodzenie w sprawie Howarda – odpowiedział. – 

Ty i twój chłopak wysunęliście tyle oskarżeń.... 

– Które okazały się prawdziwe – przypomniała mu Caroline. – Sam słyszałeś, jak Vic 

background image

stwierdził, że zna Mitcha Grogana i jego córkę. 

– Wiem – przyznał Evan. – Rzeczywiście, trudno to inaczej wyjaśnić, ale mimo to wciąż 

nie mogę uwierzyć, że Howard ukradł bazę danych Scarlett. Teraz znalazłem się w dziwnej 
sytuacji i chciałbym  wiedzieć, co dalej. Czy mam szukać innej pracy? Czy chcesz, abym 
postarał się o dowód przestępstwa? Co planujesz?

– Przykro mi, ale naprawdę nie mogę ci powiedzieć nic na temat śledztwa. – Caroline nie 

miała wątpliwości, że Mitch byłby stanowczo przeciwny udzielaniu Evanowi jakichkolwiek 
informacji. 

– Dlaczego, na litość boską? Przecież sama mnie wciągnęłaś w tę historię. 
– Wiem. Gdybym znała odpowiedź na twoje pytanie, powiedziałabym ci o wszystkim. 

Dochodzeniem zajmują się Mitch i Ed Newton, nasz szef ochrony. Jeśli się dobrze orientuje, 
nie znaleźli jeszcze niczego, co mogłoby posłużyć  za dowód. Szczerze  mówiąc, mam na 
głowie inne problemy. 

– Na przykład kłopoty z pamięcią Scarlett?
– Skąd wiesz? – zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem. 
– Och, Caroline, wszyscy już o tym wiedzą – wyjaśnił łagodnym tonem. – Plotki o tym 

krążyły jeszcze przed pokazem Vica. 

– Doprawdy?
– Czy to prawda? Czy jakiś błąd w systemie powoduje utratę danych?
– Tak, to prawda – Caroline uznała, że lepiej będzie, jeśli Evan uwierzy, że według niej 

źródłem problemu jest błąd w programie. 

– Tak sądziłem. Bardzo mi przykro, Caroline. 
–   Nie   przejmuj   się,   Evan.   Wydaje   mi   się,   że   już   wkrótce   rozwiążę   ten   problem   – 

powiedziała, po czym wstała z fotela. – Nie chcę cię popędzać, ale naprawdę nie mam nic do 
powiedzenia na temat śledztwa. Mitch z dziećmi mają przyjechać po mnie o szóstej rano. 
Muszę się spakować i chciałabym się przespać. 

–   Dobra,   już   idę   –   Evan   wstał   i   skierował   się   do   drzwi.   Uśmiechnął   się   do   niej.   – 

Powiedziałaś „dzieci” w liczbie mnogiej? Ile ich jest?

– Troje. Cztery, dziesięć i piętnaście lat. 
– Widzę, że macie poważne zamiary. 
– Czy sądzisz, że w przeciwnym wypadku zdecydowałabym się na wycieczkę w góry?
– Dobry argument. Muszę przyznać, że jestem zdumiony dodał. – Mimo tych wszystkich 

awantur   z   powodu   dziecka,   jakie   zaliczyliśmy   przed   rozwodem,   nigdy   nie   sądziłem,   że 
naprawdę zależy ci na dzieciach. 

– Wiem. Właśnie dlatego się rozstaliśmy. 
– Czy to nie dziwne, że czasem sądzimy, iż doskonale kogoś znamy, a w rzeczywistości 

nic o nim nie wiemy? – powiedział, zatrzymując się w drzwiach. Caroline dostrzegła w jego 
oczach jakiś smutek i coś ścisnęło ją w gardle. 

– Tak, to rzeczywiście zdumiewające. 
– No cóż, dobranoc, Caroline. 
– Skontaktuję się z tobą, jak tylko będę coś wiedziała – obiecała mu na pożegnanie. Evan 

background image

kiwnął głową i odszedł. 

Caroline zamknęła  drzwi i spróbowała przypomnieć  sobie, co zamierzała zrobić, nim 

przyszedł Evan. 

Mitch!   Miała   zadzwonić   do   niego   i   przekazać   mu   nowiny.   Podeszła   do   telefonu   i 

natychmiast zapomniała o wizycie swego byłego męża. 

Howard Richmond gwałtownie zatrzasnął drzwiczki swego Rolls-royce’a, wykonanego 

na specjalne zamówienie, i ruszył w kierunku biura. Pół godziny temu zadzwonił do niego 
Evan Converse i zażądał, aby natychmiast przyjechał do laboratorium. 

To dopiero! Ten bałwan ośmiela się wydawać mu polecenia! Howard zamierzał pokazać 

mu, gdzie jest jego miejsce. To prawda, że wiele zawdzięczał Evanowi, ale to jeszcze nie 
znaczy, iż ma wykonywać jego rozkazy. 

Richmond przeszedł bez słowa przez portiernię i skierował się prosto do laboratorium. 

Evan   Converse   siedział   przy   terminalu   Vica,   miał   szarą   twarz   i   wytrzeszczone   oczy. 
Nerwowymi ruchami naciskał klawisze komputera. 

– Do diabła, co się stało? – spytał Howard, nawet się z nim nie witając. 
– Caroline dowiedziała się o włazie do Scarlett – odrzekł Evan, nie odwracając wzroku od 

monitora. 

– Co takiego? – Richmond niemal stracił oddech. 
– Chyba słyszałeś. – Programista spojrzał na niego przez ramię. – Byłem u niej dziś 

wieczorem, żeby spróbować dowiedzieć się czegoś o dochodzeniu... 

– Ty idioto! – ryknął Howard. – To głupota, dokładnie taka sama jak udostępnienie jej 

Vica po pokazie!

–   Sądziłem,   że   usunąłem   wszystkie   informacje   na   jej   temat!   –   Evan   również   zaczął 

krzyczeć.   –   Skąd   mogłem   wiedzieć,   że   zwierzała   się   temu   cholernemu   komputerowi   ze 
swoich kontaktów z Groganem? Gdybyś nie wpadł w panikę i pozwolił Vicowi odpowiedzieć 
na pytanie o przyjaciół, to... 

– Dobrze, dość już o tym! – Howard przerwał awanturę. 
–   Obaj   popełniliśmy   błędy.   Ja   obawiałem   się,   że   mogłeś   coś   pominąć,   wymieniając 

informacje na temat MediaTech, ty chciałeś mieć satysfakcję, że udało ci się utrzeć nosa twej 
zarozumiałej żonie. 

–   Obawiałem   się,   że   jeśli   się   nie   zgodzę,   Caroline   zacznie   mnie   podejrzewać   – 

odpowiedział Evan. Rysy jego twarzy wyraźnie stwardniały. W rzeczywistości Howard miał 
rację. Chciał się nacieszyć zwycięstwem, a absolutna ufność, z jaką odnosiła się do niego 
Caroline, tylko dodawała smaku jego tryumfowi. Prosiła go o pomoc, choć to on ponosił 
główną odpowiedzialność za jej porażkę. Czy mógł sobie odmówić takiej satysfakcji?

–   To   już   nie   ma   znaczenia   –   odrzekł   Richmond.   –   Dlaczego   sądzisz,   że   Caroline 

dowiedziała się o włazie?

– Ponieważ widziałem hasło na ekranie jej komputera – wyjaśnił. – Dokładniej mówiąc, 

widziałem ciąg haseł o takiej samej strukturze. Caroline w jakiś sposób odgadła, że hasło, 
jakie pomyłkowo podałem w maju, miało uruchomić właz. 

background image

–   Chwileczkę,   nic   mi   o   tym   nie   powiedziałeś   –   Richmond   zmierzył   go   gniewnym 

spojrzeniem. – Podałeś złe hasło? Dlaczego?

– Nic ci nie powiedziałem, bo wydawało mi się, że to nie ma znaczenia – usprawiedliwił 

się   Evan.   –   Po   prostu   podając   hasło,   przez   pomyłkę   nacisnąłem   zły   klawisz.   Scarlett 
automatycznie poinformowała ochronę, ale udało mi się zatrzeć ślady. Po prostu podałem 
jeszcze kilka przypadkowych haseł, tak żeby myśleli, że to jakiś szczeniak próbuje złamać 
system zabezpieczeń. 

Richmond zacisnął zęby, z trudem panując nad wściekłością. 
– Jeśli tak dobrze zatarłeś ślady, to dlaczego teraz Caroline domyśliła się, że to miało być 

hasło włazu?

– Nie wiem. Z Caroline nigdy nic nie wiadomo. To wariatka. 
– Ta wariatka zbudowała pierwszy na świecie inteligentny komputer – przypomniał mu 

Howard z wyraźnie złośliwą satysfakcją. 

– Aha! Tobie się to nie udało, dopóki nie powiedziałem ci o włazie, jaki zainstalowałem 

w jej bazie danych przed rozwodem. To była dla mnie polisa ubezpieczeniowa. Dzięki temu 
obaj sporo zarobimy – odrzekł Evan. 

– Pod warunkiem, że nie uda się jej znaleźć włazu. Inaczej będzie miała w ręce dowód, że 

ktoś włamał się do jej komputera. Znając twoją pychę, nie wątpię, że pozostawiłeś tam po 
sobie jakieś ślady, prawda?

– Jeśli Caroline złamie hasło, to będzie wiedziała, że ja zainstalowałem właz – przyznał 

Converse, przygryzając dolną wargę. 

– Boże, chroń mnie od idiotów! – krzyknął Howard, trzaskając pięścią w stół. – Musisz 

natychmiast usunąć właz! Zatrzyj wszystkie ślady jego istnienia, bo inaczej obaj znajdziemy 
się w więzieniu!

–   Nie   mogę   tego   zrobić!   –   odrzekł   Evan,   znów   podnosząc   głos.   –   Jak   myślisz,   co 

próbowałem   zrobić   przez   ostatnie   pół   godziny?   Caroline   zainstalowała   nowy   układ 
zabezpieczający. Nie mogę uruchomić Scarlett, nawet korzystając z włazu. 

– Sądziłem, że właz służy właśnie do tego, aby pominąć zabezpieczenia. 
– Tak, dopóki nikt o nim nie wie. Caroline się dowiedziała i zabezpieczyła komputer. 

Teraz   Scarlett   systematycznie   sprawdza   wszystkie   możliwe   hasła   o   danym   formacie. 
Wcześniej czy później znajdzie właściwą kombinację cyfr i liter. 

– Chyba że wpierw zdobędziemy nowe hasło – odrzekł Howard. Mimo że ogarniała go 

panika, nie stracił zdolności myślenia. Był gotów na wszystko, byle nie pójść do więzienia. 

– A jak zamierzasz je zdobyć? Caroline jest na tyle bystra, że z pewnością nigdzie go nie 

zapisała. W tej chwili z pewnością zna je tylko ona. 

– Wobec tego będziemy musieli ją zmusić, aby nam je podała. 
– I co ci z tego przyjdzie? – zaśmiał się Evan. – Przecież wtedy będzie wiedziała... – 

zaczął, ale po chwili przerwał. Dopiero teraz zrozumiał, co Howard miał na myśli. – Nie – 
potrząsnął głową. – Nie zamierzam brać udziału w morderstwie. Nie licz na to. 

– Wolisz spędzić następne dwadzieścia lat w więzieniu?
–   Richmond   zmierzył   go   zimnym   spojrzeniem.   –   Słyszałem,   że   można   tam   zrobić 

background image

wspaniałą karierę ślusarza. A jakie życie towarzyskie!

– Howard, nie możesz tego zrobić. – Evan zaczął się trząść. Nie chciał iść do więzienia, 

ale jeszcze bardziej bał się krzesła elektrycznego. 

– Doprawdy? Jeszcze się przekonasz – odpowiedział Richmond i skierował się do drzwi. 

Evan pobiegł za nim. 

– Co chcesz zrobić?
– Zadzwonić do jednego znajomego, któremu powinno zależeć na załatwieniu tej sprawy 

równie mocno jak nam. Zajmie się nią jutro. 

– Nie możesz jej zamordować! – protestował Converse, gorączkowo starając się znaleźć 

sposób, aby go powstrzymać. – Zresztą, jutro nie będzie jej w biurze. Jedzie w góry z tym 
swoim gliniarzem i jego dziećmi. 

– Do Big Sur? – Howard zatrzymał się na chwilę. 
– Nie wiem. Zresztą, nawet jakbym wiedział i tak bym ci nie powiedział. 
– To bez znaczenia. Sydney Grisham ma wtyczki we wszystkich komendach policji w 

Kalifornii. Jeśli Grogan zgłosił wyjazd na urlop, to łatwo dowiemy się, dokąd pojechał. – 
Howard odwrócił się na pięcie i wyszedł. Evan stał przez chwilę nieruchomo pośrodku holu. 

Po paru minutach zrozumiał, że nic nie może już zrobić. Wydarzenia musiały potoczyć 

się zgodnie ze swą logiką. Wcale nie chciał zabić Caroline, tylko utrzeć jej nosa. Przez trzy 
lata małżeństwa bez przerwy okazywała mu swą wyższość, po rozwodzie bez trudu znalazła 
świetną pracę, a on musiał się sporo nachodzić. Evan szczerze  jej nienawidził,  nie mógł 
spokojnie myśleć ojej sukcesach, ale mimo to nie chciał przyłożyć ręki do morderstwa. 

Z drugiej strony, nie mógł również jej ostrzec. Howard w każdej chwili mógł poprosić o 

interwencję swego kumpla, Sydneya Grishama. 

W ostatecznym rachunku sprawa wyglądała prosto. Należało wybrać, czy woli uratować 

swoją skórę, czy Caroline. 

Nie musiał długo się zastanawiać nad podjęciem decyzji. 

background image

18

– Sydney?
– Tak, słucham – Howard usłyszał w słuchawce niski, dźwięczny głos. – O co chodzi?
Richmond przez chwilę się wahał, co powiedzieć. Z uwagi na długą historię starć między 

Sydneyem Grishamem a władzami, lepiej było nie rozmawiać z nim o tak delikatnej sprawie 
przez telefon. 

–   Chciałem   tylko   sprawdzić,   czy   wszystko   zmierza   do   pomyślnego   rozwiązania 

problemu, o którym rozmawialiśmy wczoraj wieczorem. Czy twój człowiek znalazł to, czego 
szukaliśmy? – spytał ostrożnie. 

– Wiemy, gdzie to można znaleźć, i mój pracownik już wyruszył w drogę. 
– Czy nie obawiasz się jakichś problemów? Sydney Grisham ciężko westchnął. 
– Nie, Howardzie – powiedział po chwili. – W przeciwieństwie do tych patałachów z 

twojego   zespołu,   moi   ludzie   nie   robią   takich   błędów.   Dam   ci   znać,   gdy   tylko   dostanę 
informacje, jakich potrzebujesz. 

Sydney odłożył słuchawkę i Howardowi nie pozostało nic innego, jak zrobić to samo. 

Odchylił się do tyłu i pomasował dłonią kark. Z pewnym zdziwieniem stwierdził, że serce 
bije   mu   szybciej   niż   zwykle.   Właściwie   nie   było   w   tym   nic   dziwnego.   W   swoim 
dotychczasowym życiu nieraz był na bakier z prawem, ale jeszcze nigdy nie brał udziału w 
morderstwie. 

– Sam! Janis! Wracajcie! – krzyknęła Caroline. Wyszła właśnie przed chatę i zauważyła, 

że dwójka starszych dzieci oddala się w stronę lasu. Ruthann bawiła się w brudnym piachu 
przed chatą. 

Przyjechali tu zaledwie cztery godziny temu, ale Caroline już zyskała całkowitą pewność, 

że ta wycieczka okaże się monstrualnym koszmarem. Dla niej określenie „wiejska chata” 
oznaczało   w   miarę   wygodny   dom,   pełen   staroświeckiego   czaru,   natomiast   dla   Mitcha 
znaczyło to rozwalającą się ruderę, która groziła zawaleniem przy lada podmuchu. 

Jedynym   dającym   się   zauważyć   plusem   chaty   była   działająca   elektryczność.   Prądu 

dostarczał lokalny generator. Na pryczach i zbitych z surowych desek meblach wisiały liczne 
pajęczyny, często zamieszkane przez swych twórców. 

W kranach nie było wody, ponieważ zepsuła się elektryczna pompa i, mimo wysiłków, 

Mitch nie zdołał jej uruchomić. 

Zamiast normalnej toalety mieli do dyspozycji tylko drewniany wychodek, stojący dobre 

dwadzieścia metrów od chaty. 

Na myśl, że w takich warunkach mają spędzić cztery dni, Caroline wpadła w przerażenie. 

Była przygotowana na wiele, chata jednak była nie tylko prymitywna, ale po prostu obskurna 
i brudna. 

Co gorsza, musiała tu zostać sama z dziećmi, bo z powodu awarii pompy Mitch pojechał 

do miasteczka po wodę pitną. Sam i Janis nie chcieli jechać z ojcem, wskutek czego Caroline 

background image

również musiała zostać. Wkrótce gorzko tego żałowała. Spróbowała zagonić starsze dzieci do 
sprzątania, ale oboje ciągle tylko protestowali i marudzili. Jednoczesna walka z dziećmi i 
pająkami wyprowadziła kobietę z równowagi. Rychło miała tak dość narzekań Sama i Janis, 
że zwolniła ich z porządków ale jednocześnie nakazała, aby nie oddalali się od chaty. 

Niestety, jak dotychczas tylko Ruthann słuchała jej poleceń. Sam i Janis najwyraźniej 

postanowili   ruszyć   w   góry,   nie   pytając   o   pozwolenie.   Caroline   musiała   zawołać   ich 
powtórnie, choć nie miała wątpliwości, że oboje usłyszeli ją już za pierwszym razem. 

– Powiedziałam, że macie wracać!
W końcu zatrzymali się i z wyraźną niechęcią odwrócili w jej kierunku. 
– Idziemy tylko na Pigeon Bluff – krzyknął Sam. 
– Nie, nie idziecie. 
– To nic groźnego, Caroline – wtrąciła Janis z wyraźną irytacją. – Zaledwie kilka kroków. 

Zawsze chodzimy tam sami. 

– Pójdziecie, jak wróci ojciec. 
– Chodź z nami – zaproponował chłopiec, ale na próżno. 
– Zostajemy tu wszyscy! Koniec dyskusji! – stanowczo stwierdziła Caroline. 
– Och, Boże – jęknął Sam. Z wyraźnym niezadowoleniem zawrócił w stronę chaty. Janis 

szła za nim, kopiąc po drodze kamyki. Zachowywała się jak pięcioletnia smarkata, a nie jak 
piętnastoletnia, rozsądna dziewczyna, doprowadzając tym Caroline do furii. Mimo to zdołała 
jakoś utrzymać nerwy na wodzy. 

Na przemian starała się przemówić dzieciom do rozsądku i czymś je zająć. Przygotowała 

im kanapki, po czym namówiła, aby pomogli jej zebrać drewno na ognisko. Mimo to, w 
miarę jak zapadał zmierzch, napięcie między nimi nieustannie rosło. 

Dla   mieszczucha,   takiego   jak   Caroline,   każdy   trzask   gałęzi   w   lesie   był   odgłosem 

zbliżającego się niedźwiedzia lub pumy, które wciąż mieszkały w okolicznych lasach. Gdy 
wreszcie   usłyszeli   warkot   nadjeżdżającego   samochodu,   Caroline   była   już   zupełnie 
wyczerpana   nerwowo.   Dzieci   pobiegły   na   spotkanie   z   ojcem,   a   ona   tylko   westchnęła   z 
ogromną ulgą. 

– Hej, bohaterska turystko! – krzyknął na powitanie Mitch. – Przywiozłem wodę, abyś 

mogła  odświeżyć  sobie gardło. – Uśmiechnął się od ucha do ucha i rzucił jej puszkę ze 
środkiem owadobójczym.  – No, jak ci się podoba w górach? – spytał. – Prawda, że jest 
wspaniale?

Nie odpowiedziała, tylko wróciła do chaty i zaczęła walkę z robactwem. 

Gdy Caroline wreszcie położyła się spać na rozklekotanej pryczy, miała wrażenie, że po 

twarzy wciąż chodzą jej pająki. Pocieszała się tylko myślą, że jutro na pewno będzie lepiej. 
Niestety, nie miała racji. Sytuacja wciąż się pogarszała. 

Mitch   zapewniał   ją,   że   któregoś   dnia   będzie   jeszcze   się   śmiać   z   tych   kłopotów,   ale 

Caroline nie była tego pewna. Nic jej nie wychodziło, a dzieci z jakiegoś powodu radowały 
się niezmiernie każdym jej błędem i z satysfakcją wytykały każdą gafę. 

Śniadanie   minęło   względnie   spokojnie   tylko   dlatego,   że   Mitch   sam   zabrał   się   do 

background image

gotowania na ognisku. Po posiłku wyruszyli na długą wycieczkę w góry. Choć Caroline była 
w doskonałej formie, nie mogła nadążyć za pozostałymi, ponieważ już po godzinie dorobiła 
się ogromnych pęcherzy na piętach. 

Mitch był na tyle uprzejmy, że nie przypomniał jej swoich przestróg, ale Sam zrobił to za 

niego z nawiązką. Na każdym przymusowym postoju długo narzekał, że Caroline zwalnia 
tempo marszu. 

Janis przyłożyła się do utrzymania radosnej atmosfery, nieustannie wspominając zmarłą 

matkę.  Z biegiem  czasu wspomnienia  te  zmieniły się  w jawne porównywanie  Caroline  i 
Becky. Jak łatwo się można domyślić, nie wypadało ono korzystnie dla tej pierwszej. Jeśli 
sądzić   na  podstawie  słów   Janis,  Becky  musiała   przewyższać  wszystkich   najsłynniejszych 
traperów Dzikiego Zachodu razem wziętych. 

Nim nadszedł wieczór, Caroline zdążyła serdecznie znienawidzić Becky. Przestała o niej 

myśleć jako o kobiecie, która tak kochała swoje dzieci, że dla uratowania córeczki poświęciła 
własne życie, a zamiast tego widziała przed oczami postać, która we wspomnieniach dzieci 
nabrała zupełnie mitycznego wymiaru. 

Pod wieczór już z najwyższym trudem utrzymywała nerwy na wodzy. Koniecznie chciała 

choć przez chwilę być sama; od rana nie miała ani chwili spokoju, cały czas ktoś kręcił się w 
pobliżu. Niestety, nie mogła sama zniknąć w lesie. Zamiast tego starała się nie odzywać i 
niczego nie komentować. Ilekroć musiała coś powiedzieć, mówiła ostrym, syczącym głosem. 
Jak można było przewidzieć, dzieci odpowiadały jej tak samo i wkrótce chata zmieniła się w 
pole bitwy. Mitch próbował odgrywać rolę mediatora. 

Zbrojny konflikt wybuchł zaraz po kolacji. 
– Co ty wyprawiasz?! Marnujesz wodę! – wrzasnęła Janis. Zmywały razem naczynia, ale 

najwyraźniej i tego Caroline nie potrafiła zrobić tak, aby wszystkich usatysfakcjonować. 

– Przestań na mnie krzyczeć – odcięła się. – Jeśli nie potrafisz odzywać się po ludzku, to 

możesz sama zmywać. 

– Proszę bardzo!
– Hej! – wtrącił się Mitch. – Uspokójcie się wreszcie. Janis, przeproś Caroline. 
– Za co mam ją przepraszać? To ona nie potrafi niczego dobrze zrobić!
– Powiedziałem, że dość mam już tych awantur! – warknął ojciec. – Dobrze, zostawcie te 

naczynia. Siadajcie wszyscy Musimy odbyć rodzinną naradę. 

– O, jak fajnie! – ucieszyła się Ruthann. Spała podczas wycieczki na ryby i teraz była 

gotowa do zabawy. Mitch nie zwrócił na nią uwagi. 

– Siadajcie wszyscy. Musimy omówić problemy, jakie dziś mieliśmy. 
–   Nie   sądzę,   aby   to   był   dobry   pomysł   –   odezwała   się   Caroline.   Ze   zdenerwowania 

rozbolał ją brzuch. 

– Myślę, że się mylisz – odparł spokojnie mężczyzna. – Musimy oczyścić atmosferę. 
Podszedł do ogniska. Ruthann chwyciła Caroline za rękę i pociągnęła ją do ognia. 
– Chodź, Caroline – powiedziała. – Przy ognisku jest fajnie, tata zawsze coś opowiada. 
Caroline nie miała dokąd uciec, musiała posłuchać Ruthann. Usiadła obok Mitcha na 

grubym pniu. Mała wcisnęła się między nich, a Janis i Sam usiedli na trawie po przeciwnej 

background image

stronie ogniska. 

– No, dobra – zaczął Mitch. – Zrobimy tak. Ponieważ wszyscy są nieszczęśliwi, wszyscy 

powiedzą dlaczego. Porozmawiamy o tym i postaramy się wspólnie znaleźć rozwiązanie, tak 
aby każdy z nas był zadowolony. 

– Ja jestem zadowolona, tato – pisnęła Ruthann, przytulając się do Caroline. 
– Dobrze, zatem ty nie musisz nic mówić. Teraz po prostu słuchaj, dobrze? Sam zaczyna. 
– No, przez te jej pęcherze strasznie się guzdraliśmy. Później nie weszliśmy do żadnej z 

jaskiń, bo ona bała się węży i niedźwiedzi. 

Caroline zauważyła, że chłopiec nawet nie pofatygował się, żeby wyjaśnić, kim jest ta 

„ona”, stanowiąca źródło wszystkich problemów. 

Sam   wymienił   jeszcze   kilka   pretensji,   związanych   z   restrykcjami,   jakie   wprowadziła 

Caroline poprzedniego dnia. 

– Ale ona chyba się stara – zakończył, wzruszając ramionami. – Dobrze sobie dała radę z 

przynętą z glist. 

– W porządku. – Mitch spojrzał na starszą córkę. – Janis?
– Nie mam nic do powiedzenia – odpowiedziała. 
– Myślę, że masz więcej do powiedzenia niż ktokolwiek z nas – odrzekł Mitch. 
– Idę spać – stwierdziła Janis i wstała. 
– Nie, nigdzie nie idziesz. Siadaj – polecił jej ojciec. 
– Mitch, pozwól jej odejść – wtrąciła Caroline. – Szczerze mówiąc, nie jestem w nastroju, 

aby słuchać waszych opowieści o tej okropnej Caroline. 

– Nie to jest naszym zamiarem – sprostował Mitch. – Po prostu pora już wyjaśnić pewne 

rzeczy. 

– Wszystko jest jasne. Nic się nie układa, i to wszystko przeze mnie – odpowiedziała 

zjadliwie  Caroline.  – Uprzedzałam cię,  że tak będzie. Nie jestem stworzona do życia  na 
biwaku. Nie jestem Becky! Chętnie stąd zniknę. 

–   Dlaczego,   Caroline?   –   zaprotestowała   Ruthann,   patrząc   na   nią   z   uwielbieniem.   – 

Przecież cię kochamy. 

Caroline spojrzała na nią i poczuła łzy w oczach. Odgarnęła jej z czoła kosmyk włosów. 
– Ja też cię kocham, malutka – powiedziała. 
– Och, bzdury – parsknęła Janis. – Daj sobie z tym wreszcie spokój, dobrze? Przecież nie 

cierpisz nas, lubisz tylko tatę. 

– To nieprawda! – zaprotestowała Caroline. Jadowity ton głosu Janis wstrząsnął nią. 
–   A   właśnie,   że   tak!   –   krzyknęła   dziewczyna.   –   Gdyby   nie   my,   byłabyś   w   pełni 

szczęśliwa!

– Wiesz, chyba masz rację – Caroline pokiwała głową. Była tak zmęczona i sfrustrowana, 

że zabrakło jej już cierpliwości dla tej inteligentnej, lecz trudnej dziewczyny.  – Byłabym 
znacznie szczęśliwsza, gdyby cię nie było, bo od dnia, w którym po raz pierwszy umówiłam 
się z twoim ojcem, nieustannie mnie tępisz. Cierpliwie znosiłam twoje fochy, milczenie i 
zjadliwe   komentarze,   bo  miałam   nadzieję,   że   wreszcie   mnie   zaakceptujesz.   Zamiast   tego 
stajesz się coraz bardziej wroga. Dlaczego właściwie tak mnie nie cierpisz?

background image

Janis zacisnęła uparcie zęby i milczała. 
– Odpowiedz jej – powiedział Mitch z naciskiem. – Myślę, że wszyscy chcielibyśmy 

wiedzieć, co cię gryzie. 

– Tak, Janis – wtrącił Sam. – Dlaczego wciąż ją obcinasz?
– Tak! – pisnęła Ruthann, żeby zaznaczyć swoją obecność. 
Janis nie mogła znieść zbiorowego nacisku. 
– Myślę, że wolelibyście nie wiedzieć – zwróciła się do rodzeństwa. 
– A właśnie, że tak! – odrzekł Sam. 
– Przecież ona wcale was nie lubi! – krzyknęła. – Nikogo z nas! Przez cały czas tylko 

udaje. Sama słyszałam, jak tata powiedział dziadkowi, że przez nas ona nie chce się z nim 
spotykać. 

– Kiedy powiedziałem coś takiego? – zdumiał się Mitch. 
– Po mojej pierwszej wizycie w laboratorium – parsknęła Janis. 
Mitch dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie rozmowę z ojcem. To wydawało się 

tak dawno... 

– Podsłuchiwałaś? – spytał ostrym tonem. 
– Zeszłam na dół, żeby cię przeprosić za to, że na ciebie krzyknęłam, i przypadkowo 

usłyszałam, co mówiłeś. 

– Dlaczego nic nie powiedziałaś?
– A co miałam powiedzieć? Ona lubi ciebie, ale nie nas. Teraz Caroline lepiej rozumiała 

zachowanie Janis, ale nie wiedziała, w jaki sposób można naprawić szkody, powstałe tak 
dawno. 

– Janis, moja początkowa decyzja, by nie utrzymywać stosunków z waszym ojcem nie 

miała   nic   wspólnego   z   kwestią,   czy   was   lubię,   czy   nie.   Nigdy   nie   miałam   dzieci,   a   w 
dzieciństwie mój kontakt z rówieśnikami też był bardzo ograniczony, o czym zresztą dobrze 
wiesz. Po prostu bałam się nowej sytuacji. 

– Czy wciąż się obawiasz? – spytała Janis. 
– Tak. 
– Czy zamierzasz wyjść za tatę?
Caroline zerknęła na Mitcha, jakby szukając jego pomocy. 
– Nie jesteśmy jeszcze gotowi do podjęcia tej decyzji, córeczko – Mitch zareagował na 

niemą prośbę Caroline. 

–   Wolałabym   usłyszeć,   co   ona   ma   na   ten   temat   do   powiedzenia   –   zdecydowanie 

stwierdziła Janis. – Czy zamierzasz poślubić tatę i być naszą mamą?

– Nie wiem – Caroline w żadnym wypadku nie chciała jej okłamywać. 
– Dlatego, że go nie kochasz? Czy to przez nas?
–   Ponieważ   nie   wiem,   czy   jestem   w   stanie   dać   tobie,   Samowi   i   Ruthann   to,   czego 

potrzebujecie. 

– Chcesz powiedzieć, że gdyby nie my, nie wahałabyś się ani chwili, tak?
– To nie takie proste, Janis – Caroline pokręciła głową. – Nie mogę sobie wyobrażać, że 

was nie ma, muszę liczyć się z rzeczywistością. 

background image

– Widzisz? – tryumfalnie krzyknęła Janis do brata. – Mówiłam ci, że ona wcale nas nie 

lubi. 

– Na litość boską, jesteś już dostatecznie dorosła, aby zrozumieć, że to, czy cię lubię – a 

raczej czy cię kocham – nie jest istotą sprawy. Muszę zdecydować, czy podołam obowiązkom 
matki. To duża odpowiedzialność! – wykrzyknęła Caroline i zerwała się z pieńka. 

– A jeśli okaże się, że nie możesz, to znikniesz tak samo jak mama! – krzyknęła Janis. – 

Chcę, aby to się już skończyło. Idź sobie! Nie mam ochoty dwukrotnie tracić mamy!

Dziewczyna nagle wybuchnęła płaczem. Zerwała się na nogi i pobiegła do chaty. 
Mitch szybko wstał, poklepał Caroline po ramieniu i pośpieszył do córki. 
Caroline   usiadła   na   pniu.   Siedziała   ze   zwieszoną   głową   i   opuszczonymi   ramionami, 

starając się w pełni zrozumieć znaczenie i konsekwencje tej sceny. 

– Dlaczego Jannie płacze? – spytała Ruthann, wkręcając się na jej kolana. – Czy ona nie 

chce, żebyś była naszą mamą?

Caroline mocno przytuliła ją do siebie. 
– Janis się tylko zdenerwowała, skarbie. 
– Dlaczego?
– To dość trudno wyjaśnić. 
– Ja chcę, żebyś była moją mamą – powiedziała Ruthann płaczliwym tonem. – Zgoda, 

Caroline? Proszę?

Caroline nie mogła już dłużej powstrzymać łez. Ukryła twarz w jedwabistych włosach 

Ruthann, ale niewiele to jej pomogło. Gdy wreszcie odzyskała panowanie nad sobą, podniosła 
głowę i spojrzała na Sama. Chłopiec siedział w milczeniu i grzebał patykiem w ognisku. 
Zerknął na nią, ale zaraz odwrócił wzrok i całkowicie ją zignorował. 

Gdyby   nie   dziecko,   które   trzymała   w   ramionach,   Caroline   czułaby   się   teraz   jeszcze 

bardziej samotna niż kiedykolwiek w życiu. 

Caroline siedziała sama przed chatą, nadsłuchując odgłosów dochodzących z jej wnętrza. 

Mitch zaganiał dzieci do łóżek. W końcu wyszedł na dwór i usiadł koło niej. 

– Jak się czujesz? – spytał. 
– Mówiłam ci, że ta wycieczka to błąd – odpowiedziała po dłuższej chwili głuchym, 

pozbawionym życia głosem. 

– Jak możesz tak mówić? – zaprotestował Mitch. – Wiem, że miałaś okropny dzień, ale 

dziś wieczorem wiele sobie wyjaśniliśmy. Wiemy już, o co chodzi Janis, i możemy z tym 
walczyć. 

– Jak? Jest tylko jeden sposób, aby ją przekonać, że ją lubię. W tym celu musiałabym cię 

poślubić. Zresztą, nawet wtedy Janis wciąż bałaby się, że ją odrzucę. 

– Z twoją pomocą mogłaby o tym zapomnieć. 
– Nie, ja nie mogę jej pomóc – pokręciła głową. – Nasz związek był pomyłką od samego 

początku. 

– Caroline, posłuchaj... – Mitch nie miał ochoty przyjąć tego do wiadomości. 
– To ty mnie posłuchaj – nie pozwoliła mu dokończyć. – Popełniłam błąd, decydując się 

background image

nawiązać z tobą znajomość. Nie zrozumiałam, że sama moja obecność wystarczy, aby twoje 
dzieci zaczęły oczekiwać, że będę ich matką. 

– To było nieuchronne – powiedział. – Każdy samotny ojciec lub matka musi się z tym 

liczyć. 

– Nic mnie nie obchodzą inni rodzice i inne dzieci. Dla mnie liczą się tylko twoje. Nie 

zamierzam ranić ich bardziej, niż już zostały zranione. 

– Za bardzo się tym przejmujesz – stwierdził Mitch. Czuł, że Caroline oddala się od 

niego. – Musimy poradzić sobie z tym razem jako jedna rodzina. 

–   Możemy   być   rodziną   tylko   pod   warunkiem,   że   wyjdę   za   ciebie,   a   jak   już   jasno 

stwierdziłam,  nie  jestem  gotowa  na ten  krok  – odpowiedziała   ostrym  tonem.   Mężczyzna 
najwyraźniej nie chciał słyszeć głosu rozsądku. 

– Kiedyś będziesz – powiedział z nadzieją, ale nie zabrzmiało to bardzo przekonująco. 
– Tylko jedno z nas ma tę pewność i to nie jestem ja. Czy nie rozumiesz, że nie możemy 

ciągnąć dalej obecnego układu? Jak mogę żądać, aby Janis mnie zaakceptowała i polubiła, 
jeśli nie chcę jej zagwarantować, że pewnego dnia nie odejdę? Ruthann chce, abym była jej 
mamą. Im dłużej będzie trwać obecna sytuacja, tym bardziej będzie do mnie przywiązana. 
Gdy w końcu odejdę, będzie równie zrozpaczona jak Janis i Sam po śmierci Becky. 

– Do diabła, Caroline, dlaczego zakładasz, że pewnego dnia odejdziesz? Dlaczego jesteś 

taka pewna, że nie możemy być razem?

– Jak możesz zadawać takie pytanie po tym, co się działo przez ostatnie dni? – Caroline 

zaśmiała się z goryczą. 

– Posłuchaj, jedna nieudana wycieczka... 
– To zupełnie dość – dokończyła za niego. – Nic mi się nie udało. 
–   To   nieprawda   –   przekonywał   ją   Mitch.   –   Źle   się   tu   czujesz,   ale   to   moja   wina. 

Powinienem był wcześniej przysłać tu kogoś, aby doprowadził chatę do porządku. Przez cały 
rok nikogo tu nie było. Nie pomyślałem,  żeby zawczasu posprzątać i sprawdzić, czy nie 
trzeba czegoś naprawić. Zaczęliśmy fatalnie, ale weekend można jeszcze uratować. Podobnie 
jak nasz związek. 

– Nie, Mitch – Caroline pokręciła głową. Miała wrażenie, że w środku cała zdrętwiała, 

ale   mimo   to   nie   zamierzała   zmienić   decyzji.   –   Nigdy   nie   będę   w   stanie   podjąć 
odpowiedzialności   za   wychowanie   twoich   dzieci   i   nie   zamierzam   ich   krzywdzić   – 
powiedziała, wstając z pnia. – To koniec. Musisz to przyjąć do wiadomości, tak jak ja to 
zrobiłam. 

background image

19

Mitch bynajmniej nie przyjął do wiadomości decyzji Caroline. Za bardzo ją kochał, aby 

uwierzyć, że rzeczywiście zabrnęli w sytuację bez wyjścia. Prócz tego wiedział, że Caroline 
jest silną i upartą kobietą, potrafiącą walczyć o realizację swoich pragnień. Gdy wrócą do 
domu, wcześniej lub później Caroline uprzytomni sobie, że w rzeczywistości pragnie żyć z 
nim i z dziećmi. Mitch musiał w to wierzyć,  bo nie mógł sobie wyobrazić, jak zniósłby 
rozstanie. Raz już stracił ukochaną kobietę i nie mógł się teraz pogodzić z ewentualnością 
kolejnej straty. 

Wiedział jednak, że w tym momencie dalsza dyskusja nie doprowadziłaby do niczego. 

Caroline nie lubiła, by ktoś ją przypierał do muru, to tylko wzmagało jej upór. Mitch uznał, że 
najlepiej będzie, jeśli w miarę bezkonfliktowo spędzą pozostałą część weekendu i wrócą do 
miasta. 

Nie zdziwił się bynajmniej, gdy następnego ranka Caroline uprzejmie, lecz stanowczo 

odmówiła udziału w wyprawie na ryby. Sam usiłował odegrać rolę mediatora i specjalnie 
poprosił, by z nimi poszła, ale Caroline zapewniła go, że lepiej będą się bawić bez niej. Poza 
tym   chciała   trochę   popracować,   w   tym   celu   wzięła   ze   sobą   przenośny   komputer.   Janis 
starannie   unikała   jej   wzroku   i   Mitch   był   przekonany,   że   córce   jest   przykro   z   powodu 
wczorajszej sceny. Miał nadzieję, że w końcu Janis zdecyduje się przeprosić Caroline, a ta 
zrozumie, że kłótnie są nieodłączną częścią ludzkiej natury, zaś miłość jest zbyt ważna, aby z 
niej łatwo rezygnować. 

Choć oboje dorośli próbowali udawać, że wszystko jest w porządku, Ruthann bezbłędnie 

wyczuła   panujące   między   nimi   napięcie.   Zapewne   z   tego   powodu   trzymała   się   Caroline 
jeszcze mocniej niż zwykle. Zamiast iść na ryby, postanowiła zostać ze „swoją Caroline”. 
Mitch,   chcąc,   aby   Caroline   mogła   odpocząć,   usiłował   namówić   córeczkę   do   pójścia   ze 
wszystkim nad strumień, ale Ruthann się uparła. W końcu Caroline powiedziała, żeby dał 
spokój. 

– Jesteś pewna, że chcesz ją mieć na głowie? – spytał. 
– Wybieram się na łąkę, którą minęliśmy wczoraj, idąc na Pigeon Bluff – powiedziała 

Caroline. – Ruthann może iść za mną, jeśli ma na to ochotę. 

Przez   chwilę   patrzyli   sobie   w   oczy,   myśląc   jednocześnie   o   miłości   i   konieczności 

rozstania. 

–   Dobra   –   zgodził   się   wreszcie   Mitch.   Zarzucił   na   ramię   torbę   z   kanapkami,   które 

przygotowała im Caroline. – Wrócimy na lunch. Jeśli Mała da ci się we znaki, wiesz, gdzie 
nas szukać. Będziemy nad strumieniem, chyba znasz już drogę?

– Tak. Do zobaczenia. Bawcie się dobrze. 
– Będziesz miała dużą rybę na obiad – obiecał Sam, po czym cała trójka ruszyła w drogę. 
– Co teraz?  – spytała  Ruthann.  Siedziała  na skraju ganku  i machała  nogami,  kopiąc 

grudki piasku. 

– Teraz możesz mi pomóc w pracy. 

background image

– Tak jak Jannie? – ucieszyła się Ruthann. 
Caroline przytaknęła z pełną powagą. Poczuła, że ogarnia ją wzruszenie, jak zawsze w 

kontaktach z Ruthann. Mała miała do niej bezgraniczne zaufanie... Żadnych pytań, żadnych 
komplikacji, tylko miłość... 

Pomyślała, że nie zdoła znieść rozstania. Utrata dziecka, którego nigdy faktycznie nie 

miała, wydawała się jej teraz drobiazgiem w porównaniu z rozstaniem z tą dziewczynką, 
która już pokochała ją całym sercem. 

Caroline odsunęła od siebie te myśli i wstała z ganku. Podjęła decyzję o rozstaniu dla 

dobra  dzieci  i  nie  mogła   teraz  ulec   własnej   słabości.  Gdy  wrócą  do miasta,   pora  będzie 
powrócić do dawnego życia. 

Wyciągnęła z teczki przenośny komputer, wrzuciła do chlebaka coś do jedzenia, podała 

Ruthann rękę i razem ruszyły na łąkę. W niewielkiej odległości od chaty szlak się rozwidlał. 
Jedna   odnoga   prowadziła   do   strumienia,   druga   w   kierunku   łąki,   którą   upatrzyła   sobie 
Caroline. 

Droga nie była trudna. Idąc przez dębowy las, Caroline i Ruthann zabawiały się liczeniem 

wiewiórek   i   dzięciołów.   Wkrótce   dotarły   na   łagodnie   pochyloną   łąkę,   otoczoną   lasem. 
Między drzewami widać było szczyty sąsiednich gór. Usiadły w cieniu wysokiego świerka i 
Caroline otworzyła swój komputer. 

Wywołała z pamięci tajemnicze hasło, jakiego próbował użyć włamywacz, aby dostać się 

do   Scarlett,   i   cierpliwie   wyjaśniła   Ruthann,   że   będą   bawić   się   literami   i   cyframi.   Mała 
oczywiście  nic z  tego nie  rozumiała,  ale czuła  się  tak ważna,  że przez  dziesięć  minut  z 
powagą naciskała wskazywane przez Caroline klawisze. Dziesięć minut w spokoju to był dla 
niej zapewne rekord. 

W   rzeczywistości   Caroline   porównywała   kod   do   włazu   Vica   z   kodem   użytym   przez 

włamywacza. Założyła, że oba włazy skonstruował ten sam człowiek, i usiłowała dopatrzeć 
się w hasłach jakiegoś podobieństwa, wykraczającego poza sam format. Hasła na ogół nie są 
czysto przypadkowe. Ludzie z reguły wybierają je tak, by kojarzyły się z czymś mającym dla 
nich pewne znaczenie. Czasami taki wybór jest dość oczywisty, na przykład data urodzin lub 
imię   ukochanej,   czasami   trudny   do   odgadnięcia,   jak   na   przykład   numer   rejestracyjny 
samochodu.   Często   zastosowane   skróty   sprawiają,   że   hasło   staje   się   niemal   zupełnie 
niezrozumiałe. 

Caroline skupiła początkowo uwagę na haśle, jakim włamywacz próbował uruchomić 

właz Scarlett.  YIMRESTP. Na próżno usiłowała  się w  tym  dopatrzeć  jakiegoś  porządku. 
Dodatkową trudność sprawiał jej fakt, że niemal na pewno któraś z liter hasła była błędna. 
Przez   dłuższą   chwilę   zmieniała   różne   litery,   ale   żadna   kombinacja   z   niczym   się   jej   nie 
kojarzyła. 

– Chcę się bawić – Ruthann przypomniała o sobie. Caroline od dłuższej chwili milczała. 
– Dobrze. Teraz napiszemy hasło, które uruchamia właz Vica, dobrze? – zaproponowała, 

czyszcząc jednocześnie ekran komputera. 

– Dobrze. 
– Naciśnij S – Caroline podsunęła jej komputer i po kolei wskazywała właściwe klawisze, 

background image

jednocześnie głośno powtarzając litery. S. S. N. T. R. P. R. S. Ruthann również wymawiała 
głośno każdą literę. Caroline nagle uświadomiła sobie, że to brzmi jakoś znajomo. Powtórzyła 
szybciej   SSNTRPRS.   SSNTRPRS.   SSNTRPRS.   Ruthann   wiernie   naśladowała   jej 
zachowanie.   Razem   powtarzały   SSNTRPRS,   powoli   wpadając   w   pewien   rytm.   Nagle 
Ruthann uśmiechnęła się radośnie. 

– S. S. Enterprise! – krzyknęła. – Wojny gwiezdne!. Wygrałam, wygrałam!
– Och, Boże – mruknęła Caroline. Wojny gwiezdne to był ulubiony serial jej byłego męża. 
A zatem to Evan skonstruował właz Vica. Czy on również wymyślił, jak ukraść bazę 

danych Scarlett? Caroline wiedziała, że nie spocznie, póki nie rozwiąże tej zagadki. 

Nagle zupełnie zapomniała o Ruthann. Ponownie wystukała hasło, które miało uruchomić 

właz Scarlett. Jeśli Evan stworzył i ten właz, to było bardzo prawdopodobne, że hasło miało 
jakiś związek z Wojnami gwiezdnymi lub innym programem science-fiction. 

– Caroline? Ja chcę się bawić. 
–   Za   chwileczkę,   kochanie   –   automatycznie   odpowiedziała   Caroline.   Spróbowała 

podzielić hasło na kilka słów. Yim Rest P. Yimr E Stp. Y Im Rest P. Czy to miało być jakieś 
wyrażenie?  Jeśli tak, to co mogło oznaczać?  Czy P to jakiś symbol  lub skrót? Jaki błąd 
popełnił włamywacz, że Scarlett podniosła alarm?

– CarTine, czy mogę zbierać kwiaty?
–   Jeszcze   nie,   Ruthann.   Za   chwilę   pójdziemy   razem,   dobrze?   –   odpowiedziała,   nie 

odrywając oczu od ekranu. 

Próbowała   rozmaitych   kombinacji,   błyskawicznie   wystukując   na   ekranie   kolejne 

warianty.   Nie   było   to   łatwe,   ponieważ   klawiatura   przenośnego   komputera   była   znacznie 
mniejsza   niż   ta,   do   której   nawykła.   Caroline   nawet   nie   zauważyła,   jak   jej   lewa   ręka 
przesunęła się nieco w prawo. Raz jeszcze automatycznie wystukała YIMRESTP. Tym razem 
na ekranie pojawiło się słowo TIMEWARP. 

TIMEWARP! Jeszcze jeden termin z Wojen gwiezdnych!
Teraz   już   wiedziała,   że   to   Evan   sabotował   jej   komputer.   Widocznie   jeszcze   przed 

rozwodem potajemnie zainstalował zapadnię i czekał, aż Caroline niemal skończy pracę, aby 
w tym momencie ją okraść. Dlaczego to zrobił? Z zawiści? Chęci rewanżu?

To   właściwie   nie   miało   znaczenia.   Caroline   przypomniała   sobie,   jak   Evan   spokojnie 

słuchał   jej   próśb   o   pomoc,   jednocześnie   robiąc   wszystko,   aby   pozbawić   ją   wyników 
wieloletniej pracy. 

Po raz pierwszy w życiu  poczuła, co to znaczy nienawiść. W tym  momencie wprost 

rozsadzała ją nienawiść do Evana. 

Nim zdołała  zastanowić  się nad swoimi  uczuciami,  usłyszała  jakiś  ostry,  przeraźliwy 

krzyk.   Rozejrzała   się   wokół   i   z   przerażeniem   stwierdziła,   że   Ruthann   gdzieś   zniknęła. 
Usłyszała jeszcze, jak echo powtarza ten krzyk, i zerwała się na nogi, nie dbając o komputer, 
który z trzaskiem spadł na ziemię. 

– Ruthann! Ruthann, gdzie jesteś? Ruthann, odezwij się! Usłyszała kolejny krzyk. Tym 

razem zorientowała się, że Ruthann musi być gdzieś w okolicy Pigeon Bluff. Zerwała się do 
biegu. 

background image

– Ruthann!
Niestety, dziewczynka już się nie odezwała. 

Mitch nie mógł spokojnie usiedzieć na brzegu strumienia. Czuł się winny, że zostawił 

Ruthann na głowie Caroline, i to zaraz po wczorajszej rozmowie. Trudno było oczekiwać, aby 
Caroline jeszcze jaśniej wyraziła swoje stanowisko w sprawie dzieci. Z pewnością zgodziła 
się zająć Ruthann tylko dlatego, żeby nie sprawić jej przykrości, ale w duszy zapewne była na 
niego wściekła, że nie zabrał córki ze sobą. 

–   Hej,   idę   na  chwilę   do  chaty,   zobaczyć,   jak   Caroline   daje   sobie   radę   z   Ruthann   – 

powiedział Samowi i Janis. – Dacie sobie radę sami?

– No pewnie, tato – odrzekł Sam. – Mamy kanapki, coś do picia, a ryby biorą. Czego niby 

miałoby nam jeszcze brakować?

– Dobra. – Sam i Janis już wiele razy wędkowali sami nad strumieniem i Mitch nie miał 

żadnych wątpliwości, że może ich tu zostawić. – Tylko nigdzie mi nie chodźcie, zrozumiano?

– Tak jest – chłopiec  stanął na baczność i zasalutował.  – Może spróbujesz namówić 

Caroline, żeby tu przyszła? Powiedz jej, że dziś z pewnością udałoby się jej coś złowić. 
Mógłbym ją nauczyć czyścić ryby. 

Mitch   miał   pewne   wątpliwości,   czy   Caroline   zareaguje   na   tę   propozycję   z   wielkim 

entuzjazmem, ale docenił dobrą wolę syna. Zerknął na córkę. 

– Czy mam powiedzieć, że ty też ją zapraszasz?
– Wszystko mi jedno – Janis wzruszyła ramionami. 
– To na razie – Mitch westchnął i pożegnał się z dziećmi. Po drodze myślał o tym, czy 

mógłby powiedzieć coś, co skłoniłoby Caroline do zmiany zdania na temat ich przyszłości. 
Tak się zamyślił, że zapomniał skręcić w stronę łąki i doszedł do samej chatki. Dopiero tam 
przypomniał sobie, dokąd idzie. Musiał zawrócić. 

–   Wspaniale,   Mitch   –   powiedział   do   siebie.   –   Dziś   chyba   nie   zarobisz   punktów   na 

odznakę przewodnika. 

Tym  razem skręcił we właściwą dróżkę, ale po chwili  się zatrzymał.  Usłyszał,  że w 

krzakach przed nim ktoś – lub coś – się porusza. Po chwili znów dosłyszał trzask gałęzi, ale 
nim zdecydował się co dalej, zza zakrętu wybiegła Caroline. Miała potargane włosy, brudną i 
podrapaną twarz, a w oczach przerażenie. Mitch podbiegł do niej, ogarnięty paniką. 

– Caroline! – krzyknął, potrząsając ją za ramiona. 
– Och, Boże, Mitch! – Kobieta ciężko dyszała. 
– Co się stało? Gdzie jest Ruthann?
– Spadła ze skały! – załkała Caroline. – Chciałam zejść do niej, ale nie dałam rady... 
– Gdzie to się stało? Do diabła, gdzie ona jest?
– Pigeon Bluff. 
– Chodź! – chwycił ją za rękę i ruszyli biegiem. 

Mitch tylko dwa razy w życiu miał wrażenie, że zaraz umrze. W obu przypadkach nie z 

powodu fizycznego zagrożenia, lecz wskutek emocjonalnego ciosu, który uniemożliwiał mu 

background image

wszelkie działanie. Pierwszy raz zdarzyło się to wtedy, gdy lekarz powiedział mu o śmierci 
Becky. Drugi – gdy na dole granitowego urwiska, zwanego Pigeon Bluff, zobaczył bezwładne 
ciało córeczki. 

– Jak to się stało? – krzyknął, jednocześnie usiłując znaleźć jakieś zejście. – Jak mogłaś 

do tego dopuścić?

– Odeszła tylko na chwilę jęknęła Caroline. Nawet nie próbowała walczyć  ze łzami. 

Gwałtowne łkanie wstrząsało jej ciałem. „ – Usłyszałam krzyk... 

Mitch   nie  chciał   jej   słuchać,   nie  chciał   znać  szczegółów.  Chciał  tylko   dostać  się   do 

Ruthann. Na szczęście  urwisko nie było  idealnie  pionowe na całej  szerokości, a na paru 
poziomach widać było skalne półki. Zauważył ślady Caroline na pierwszej półce, jakieś dwa 
metry poniżej krawędzi. Wyglądało na to, że pod jej ciężarem urwał się kamień i musiała 
walczyć,  aby nie spaść na dno przepaści. Na szczęście utrzymała  się na półce, po czym 
zrezygnowała z dalszych prób. Była to rozsądna decyzja, ponieważ łatwo mogła strącić na 
Ruthann lawinę kamieni. 

Mitch wiedział, że musi znaleźć inną drogę. Pobiegł wzdłuż skraju urwiska. Po chwili 

znalazł zejście. W tym miejscu granitowa skała nie była tak stroma, a solidny granit wydawał 
się bardzo mocny. Caroline poszła za nim, ale mężczyzna obejrzał się przez ramię i szorstko 
polecił jej zostać. 

Wstrzymując oddech, patrzyła, jak Mitch schodzi do dziecka. Po twarzy spływały jej łzy. 

Nawet z tej odległości widziała, że przez cały czas Ruthann nawet się nie poruszyła. 

– Mitch, co jej się stało? – krzyknęła rozpaczliwie, gdy wreszcie dotarł na dół. 
– Żyje – odparł krótko. 
Caroline opadła na kolana, zgniatając przy tym niewielki bukiecik. Szybko pozbierała 

rozrzucone kwiatki i przycisnęła je do mokrej od łez twarzy. 

„Caroline, czy mogę zbierać kwiaty?”
Teraz wyraźnie słyszała pytanie Ruthann. Dlaczego przedtem nie zwróciła na nią uwagi? 

Dlaczego nie słyszała jej pytania? Dlaczego ten cholerny komputer był dla niej ważniejszy od 
dziecka?

Caroline zacisnęła palce na łodyżkach kwiatów i zaczęła się żarliwie modlić. 
Na dnie przepaści Mitch drżącymi rękami obmacał ciało córeczki. Miała złamaną lewą 

nogę i była mocno poobijana, ale to nie wyglądało groźnie. Znacznie bardziej niepokoiło go 
głębokie rozcięcie na skroni, sygnalizujące poważny wstrząs mózgu. 

Jak   Caroline   mogła   do   tego   dopuścić?   Dlaczego   on   się   zgodził,   aby   Ruthann   z   nią 

została?   Przecież   Caroline   wielokrotnie   powtarzała,   że   nie   chce   podejmować 
odpowiedzialności   za   dzieci.   Mitch   nie   chciał   w   to   uwierzyć   i   za   to   przyszło   zapłacić 
Ruthann. 

Posługując   się   paskiem   od   spodni   i   kawałkami   kory   ze   zwalonego   drzewa,   Mitch 

usztywnił nogę córki. Wolałby nie ruszać jej z miejsca, ale nie miał wyboru. Do najbliższego 
szpitala trzeba było jechać dobrą godzinę, niemal tyle  samo, co do najbliższego telefonu. 
Gdyby   zostawił   tu   Ruthann   i   pojechał   po   pomoc,   mogłaby   umrzeć   z  wyczerpania   przed 
przyjazdem lekarza. 

background image

Wziął dziewczynkę na ręce i ruszył do góry. Tym razem nie mógł pomagać sobie rękami 

i kilka razy z najwyższym trudem udało mu się uniknąć upadku. Caroline zeszła, jak mogła 
najniżej, i pomogła mu utrzymać równowagę. Razem dotarli jakoś na górę. 

– Och, najdroższa – Caroline pogłaskała Ruthann po policzku. – Tak strasznie mi przykro 

– szepnęła. 

– Trochę za późno, nie sądzisz? – zimno spytał Mitch. – Muszę jak najszybciej dowieźć 

ją do szpitala. Czy możesz iść nad strumień po dzieci i przyprowadzić je do chaty? A może to 
dla ciebie również zbyt duża odpowiedzialność?

To było gorsze niż uderzenie w twarz, ale Caroline i tak już uginała się pod ciężarem 

wyrzutów sumienia. 

– Zajmę się nimi – szepnęła. 
– To samo powiedziałaś o Ruthann – Mitch zmierzył ją lodowatym spojrzeniem, po czym 

ruszył do samochodu. 

Caroline   z   trudem   powstrzymała   się,   aby   nie   pobiec   za   nim.   Nie   mogła   sobie   teraz 

pozwolić na egotyzm, którego skutkiem była już jedna tragedia. Nie chciała powtórzyć tego 
samego błędu. Stała nieruchomo przez kilka minut, usiłując wziąć się w garść. W takim stanie 
nie   mogła   pokazać   się   dzieciom.   Nie   zamierzała   ich   okłamywać,   ale   przekazywanie   im 
własnego przerażenia również nie miało najmniejszego sensu. 

Pomyślała,   że   minie   pewnie   kilka   godzin,   nim   Mitch   przyjedzie   po   nich   lub   kogoś 

przyśle. 

Oparła się o drzewo i starannie wytarła oczy, po czym wyciągnęła z kieszeni bukiecik 

kwiatków, zebranych przez Ruthann, i czule pogładziła ich płatki. 

Zajęta myślami o rannej dziewczynce, nie dosłyszała trzasku łamanej gałęzi, nie zwróciła 

uwagi  na szelest  liści. Pod wpływem  przygnębienia  spowodowanego wypadkiem,  straciła 
zupełnie poczucie niebezpieczeństwa. 

Wsunęła kwiatki do kieszeni koszuli i ruszyła w stronę strumienia. 
W tym momencie rzucił się na nią jakiś mężczyzna. 

background image

20

Caroline była tak otępiała i zaskoczona, że w pierwszej chwili nawet nie zrozumiała, co 

się stało. Dopiero po kilku sekundach zaczęła się szarpać, próbując uwolnić się od napastnika. 
Na próżno. Zaczęła krzyczeć. 

–  Zamknij   się  –  warknął   mężczyzna,   obrócił  ją  do  siebie   i  mocno   uderzył   w  twarz. 

Caroline zachwiała się na nogach, ale tamten nie pozwolił jej upaść. 

– Proszę być cicho, doktor Hunter. Porozmawiamy sobie chwilę, a później będzie pani 

mogła zająć się swoimi sprawami. 

Caroline spróbowała zastanowić się nad sytuacją. Spojrzała na napastnika. Był wysoki, 

miał   ciemne   włosy   i   opaloną   twarz.   Na   widok   jego   zimnych   oczu   poczuła   na   plecach 
dreszcze. 

Szybko uznała, że walka z nim nie ma sensu. Gołymi rękami dałby jej z łatwością radę, a 

na dodatek Caroline zauważyła,  że za paskiem od spodni ma zatknięty rewolwer. Mogła 
liczyć tylko na swoją inteligencję. 

– Kim pan jest?
– To nie ma znaczenia. 
– Czego pan chce?
– Właśnie tego, co już mam – odrzekł. – Ciebie. 
Serce   Caroline   biło   tak   mocno,   że   z   trudem   zmusiła   się   do   myślenia.   Najwyraźniej 

napastnik wiedział, kim ona jest, i zaatakował ją w ściśle określonym celu. 

– Czego pan chce? – powtórzyła. 
– Wiesz coś, czego pragnąłby się dowiedzieć przyjaciel mego pracodawcy – wyjaśnił 

tamten niedbale. 

–   To   Howard   Richmond   czy   Sydney   Grisham?   –   Caroline   bez   trudu   domyśliła   się 

prawdy. 

– Lepiej nie wymieniajmy żadnych nazwisk. Dzięki temu dłużej pożyjesz. 
Caroline   nie   nalegała.   Zdawała   sobie   również   sprawę,   że   ten   człowiek   z   pewnością 

zamierzają zabić, ale wolała o tym nie myśleć. 

– Czego chce ten przyjaciel twojego szefa?
– Może lepiej wrócimy do chaty i spokojnie o tym porozmawiamy?
Caroline uznała, że nie ma powodu protestować. Miała nadzieję, że w domu znajdzie coś, 

czego mogłaby użyć jako broni. W lesie była zupełnie bezbronna. Tamten popchnął ją we 
właściwym kierunku. 

– Nie musisz mnie popychać! – warknęła. – Przecież idę!
– To prawda. Jesteś bardzo rozsądna. Mam nadzieję, że łatwo się dogadamy. Powiesz mi, 

co chcę wiedzieć, i zaraz znikam. 

– Mów, czego chcesz, i skończmy z tym. 
Napastnik wydawał się zadowolony z jej gotowości do współpracy. 
–   W   czwartek   wieczorem   zainstalowałaś   w   swoim   komputerze   nowy   system 

background image

zabezpieczeń. Masz mi podać dokładne hasło. W samochodzie jest radiotelefon. Zadzwonię 
do szefa i przekażę mu je. Jeśli okaże się, że działa, będziesz wolna. Jeśli nie, to cię zabiję. 

Caroline zadrżała, słysząc obojętny ton, jakim tamten mówił o morderstwie. 
– Dobrze, podam ci hasło – powiedziała, starając się panować nad nerwami. 
–   Dziękuję.   Po   tych   wszystkich   kłopotach,   jakie   sprawiałaś   mi   przez   weekend,   pora 

wreszcie na współpracę. Już się bałem, że ten twój gliniarz nie spuści cię z oka. 

Caroline zatrzymała się na ścieżce. Nagle zrozumiała, co się stało. 
– To ty – szepnęła. – To przez ciebie Ruthann spadła ze skały. 
– Pożałowania godny wypadek – odrzekł tamten z wyraźną ironią. – Najpierw upewniłem 

się, że Grogan i tamtych dwoje rzeczywiście poszli nad strumień, a potem wróciłem, żeby cię 
poszukać. Gdy dotarłem na łąkę, ta mała zrywała kwiaty. 

– Chciałeś ją zamordować?
– Nie, chciałem ją porwać, aby cię ewentualnie zachęcić do przekazania mi hasła. Ale 

zaczęła krzyczeć i uciekać. Gdy odciąłem jej drogę ucieczki, spadła w przepaść. 

– Ty skurwysynu! – Caroline eksplodowała niczym ładunek dynamitu. Rzuciła się na 

niego i wbiła mu paznokcie w policzki. – Przecież to dziecko! Ty łajdaku!

Pod wpływem zaskoczenia mężczyzna cofnął się o krok, ale nie puścił jej ramienia. Nagle 

oboje usłyszeli czyjeś wołanie i tamten musiał spojrzeć, kto nadchodzi. W tym momencie ją 
puścił. 

– Caroline? Caroline!
Pod wpływem głosu Sama Caroline od razu oprzytomniała. Sam i Janis stali na ścieżce i 

w   osłupieniu   patrzyli,   co   się   dzieje.   Caroline   nie   miała   najmniejszych   wątpliwości,   że 
niezależnie   od   tego,   co   tamten   powiedział,   z   pewnością   nie   pozostawi   żadnych   żywych 
świadków napadu. Wściekłość, strach i obawa o dzieci dodały jej sił. 

– Uciekaj, Sam! – krzyknęła, jednocześnie okładając mężczyznę pięściami. Napastnik 

zachwiał   się  i   stracił   równowagę.   Zatoczył   się   na   krzak   jałowca.   Zaklął   i  spróbował   się 
wyzwolić   spośród  gałęzi,   ale  Caroline   popchnęła  go  jeszcze  raz  tak,   że  upadł  na ziemię 
między kłujące krzaki. 

Odwróciła się w stronę dzieci. Janis i Sam wciąż stali nieruchomo, niczym sparaliżowani. 
– Uciekajcie! – wrzasnęła, biegnąc do nich. 
Sam nie potrzebował dodatkowej zachęty. Odwrócił się i ruszył sprintem, ale Janis wciąż 

stała jak wryta. 

– Rusz się, do cholery! – krzyknęła Caroline i pociągnęła ją za ramię. Pobiegły razem, 

pochylając głowy, aby uniknąć zderzenia ze zwieszającymi się gałęziami. 

Nie oglądały się za siebie, ale Caroline nie miała wątpliwości, że gałęzie jałowca nie 

zatrzymają tamtego na długo. 

Mitch nerwowo spacerował wzdłuż korytarza przed izbą przyjęć. Dlaczego to tak długo 

trwało? Czekał tu już ponad godzinę i nikt jeszcze z nim nie porozmawiał. 

Podczas szaleńczej jazdy do szpitala Ruthann nawet się nie poruszyła. Mitch oddał ją w 

ręce lekarzy, zadzwonił do ojca i poprosił go, aby przyjechał do szpitala, po czym zaczął 

background image

chodzić po korytarzu. Ani na chwilę nie usiadł. 

– Panie Grogan?
Mitch odwrócił się gwałtownie. W drzwiach izby przyjęć pojawił się lekarz. 
– Co z moją córką? Czy ma poważny wstrząs mózgu? Czy odniosła jakieś wewnętrzne 

obrażenia?

–   Żadnych   –   odparł   doktor   z   cierpliwym   uśmiechem.   –   Złamana   noga,   ale   już   ją 

nastawiliśmy. Wstrząs mózgu jest dość poważny, jednak z pewnością nie stanowi zagrożenia 
dla życia pacjentki. Za parę dni mała powinna czuć się normalnie. Oczywiście, noga musi się 
zrosnąć, to potrwa. Można powiedzieć, że miała szczęście. 

– Czy odzyskała przytomność? – spytał. – Czy mogę ją zobaczyć?
– Tak, na oba pytania. Oprzytomniała zaraz po tym, jak skończyliśmy wstępne badanie. 

Pytała o tatę i jakąś Caroline. 

Mitch dałby wiele, aby Caroline mogła to słyszeć. Wprawdzie wskutek jej zaniedbania 

doszło do wypadku, ale nie wątpił, że Caroline bardzo się martwi o Ruthann. 

– Caroline jest... – zaczął wyjaśniać, ale zaraz urwał. Nie miało najmniejszego sensu 

wyjaśniać lekarzowi, kim jest dla niego Caroline, a w dodatku Mitch sam nie wiedział, jak 
określić jej status. – Jest w górach z pozostałymi dziećmi – dokończył. 

–   Może   pan   zajrzeć   do   córki.   Proszę   spróbować   ją   uspokoić.   Chciałbym,   aby   teraz 

zasnęła. Odpoczynek dobrze jej zrobi. 

– Dzięki – powiedział Mitch. – Za parę minut powinien tu być mój ojciec. Czy mógłby 

pan skierować go do właściwego pokoju?

– Oczywiście. 
Lekarz  kazał siostrze zaprowadzić  Mitcha  do pokoju Ruthann. Mała leżała  na łóżku, 

podłączona do kroplówki. Spod kołdry wystawał śnieżnobiały gips, ozdobiony jaskrawymi 
naklejankami. 

Ruthann wydawała się taka bezbronna, że Mitch poczuł w oczach łzy. Opanował się i 

podszedł do łóżka. 

–   Cześć,   Mała   –   powitał   ją   spokojnie   i   pochylił   się,   aby   ją   pocałować.   Przy   okazji 

odgarnął jej włosy z czoła. 

– Boli mnie, tato jęknęła Ruthann. 
– Wiem, kochanie. Bardzo czy tylko trochę? – spytał, zastanawiając się, czy lekarz nie 

zapomniał dać jej środków znieczulających. 

– Tylko trochę. Nie tak bardzo jak przedtem. 
– Zaśnij, to nie będzie cię bolało. 
– Gdzie jest Caroline? Chcę moją Caroline – powiedziała sennym głosem dziewczynka. 
Mitch zacisnął zęby. Ruthann zawsze była taka miła i ufna. Skąd mogła wiedzieć, że 

gdyby nie Caroline, nie leżałaby teraz w szpitalu?

– Caroline poszła poszukać Janis i Sama. 
– Poszli na ryby?
– Tak, byli na rybach. Zaraz przyjedzie do ciebie dziadek, a wtedy ja po nich pojadę. 
–   Muszę   przeprosić   Caroline   –   szepnęła   Ruthann,   przymykając   oczy.   –   Powiedziała, 

background image

żebym   nie   chodziła   zrywać   kwiatów,   a   ja   nie   posłuchałam.   Czy   zły   człowiek   już   sobie 
poszedł?

– Jaki zły człowiek? – Mitch zmarszczył  brwi. – Czy śnił  ci się jakiś  zły człowiek, 

kochanie?

– Nie – Ruthann lekko pokręciła głową. – Zły człowiek... gonił mnie na Pigeon Bluff – 

powiedziała powoli i niewyraźnie. Zasypiała. – Ja... krzyczałam głośno, tak jak mówiłeś... ale 
on nie uciekł. Kopnęłam go... a potem spadłam. W dół. – Otworzyła oczy i spojrzała na ojca z 
wyraźnym zaniepokojeniem. – Zły człowiek nie skrzywdził Caroline, prawda?

– Nie, kochanie, nic się jej nie stało – odpowiedział spokojnie Mitch, choć serce zaczęło 

mu gwałtownie łomotać. To nie były senne majaki. Ruthann nie spadła ze skały wskutek 
niedbałości   Caroline,   lecz   została   zaatakowana   przez   kogoś,   kto   niewątpliwie   działał 
rozmyślnie. I ten ktoś mógł teraz napaść na Caroline, Janis i Sama. 

– Śpij dobrze, kochanie – powiedział. – Muszę teraz jechać. Wkrótce wrócę i przywiozę 

ci Caroline. 

Wyszedł normalnym krokiem z pokoju, ale już za progiem ruszył biegiem do samochodu. 

Po drodze modlił się, aby udało mu się dotrzymać obietnicy danej córce. 

Caroline oparła się o zimną i wilgotną ścianę jaskini. Z trudem łapała oddech. Sam stał na 

czworakach i ciężko dyszał, a Janis zwinęła się w kłębek, objęła ramionami kolana i cicho 
płakała. Jeszcze pięć minut temu biegli szlakiem po odsłoniętym zboczu góry, gdzie można 
ich było dostrzec nawet z daleka. Teraz przynajmniej ukryli się w bezpiecznym miejscu. W 
każdym razie mieli kilka minut spokoju. 

Mrużąc oczy, Caroline spojrzała na zegarek. Nie była pewna, ile czasu minęło od chwili, 

kiedy ostry krzyk Ruthann wyznaczył początek tego koszmaru, ale wydawało jej się, że od 
odjazdu Mitcha upłynęły dwie godziny. Ruthann z pewnością była już w szpitalu i Caroline 
mogła się tylko modlić, aby szybko wyzdrowiała. Mała była bezpieczna i pod dobrą opieką, 
czego nie dało się powiedzieć o pozostałych dzieciach Mitcha. Caroline miała wrażenie, że 
uciekają   od   kilku   godzin;   morderca   nasłany   przez   Howarda   Richmonda   wciąż   szedł   ich 
śladem. 

Fakt, że w ogóle udało im się uciec, zakrawał na cud. Zyskali kilka minut, aby oderwać 

się od napastnika. Prócz tego dysponowali jeszcze jednym ważnym atutem – Janis i Sam 
świetnie znali okolicę, a tamten wydawał się mieszczuchem. To ich uratowało, przynajmniej 
dotychczas. 

Na szczęście dzieci nie traciły czasu na zadawanie pytań. Wystarczyło, że zobaczyły, jak 

Caroline walczyła  z napastnikiem.  Oboje świetnie  rozumieli,  że ich życie  znalazło  się w 
niebezpieczeństwie. Sam poprowadził ich nad strumień, gdzie łowili ryby, po czym ruszyli w 
górę strumienia i po jakimś czasie dotarli do szlaku, którym szli poprzedniego dnia. Caroline 
świetnie pamiętała tę drogę wzdłuż grani, bo idąc nią, omal nie umarła ze strachu. Tym razem 
nie zwróciła najmniejszej uwagi na głębokie przepaście. 

Szli nieco poniżej grani, tak aby nie było ich widać na tle nieba. W pewnym momencie, 

ukryci   między   głazami,   zobaczyli   idącego   ich   śladem   napastnika.   Wspinaczka   po 

background image

kamienistym szlaku nie szła mu najlepiej. 

– Dzięki Bogu, jeszcze jeden mieszczuch – mruknęła Caroline. – No, dobra, Sam, co 

dalej?

Chłopak tylko kiwnął głową. Potrzebował kilku minut, żeby złapać oddech. 
– Musimy ukryć się w jaskiniach. Nie masz nic przeciwko? – spytał niespokojnie. 
– Wolę zaryzykować spotkanie z niedźwiedziem niż z naszym przyjacielem – Caroline 

zdobyła się na uśmiech. 

– Co to za facet? – spytał Sam. 
– To długa historia. Potem ci opowiem. 
– Miał spluwę, prawda?
– Tak. 
– Gdzie jest tata? – spytała Janis. – Dlaczego nie może nam pomóc?
Caroline nie miała ochoty powiedzieć im prawdy, ale musiała. 
– Przez tego faceta  Ruthann miała  wypadek,  ale Mitch i ja o tym  nie wiedzieliśmy. 

Myśleliśmy, że Mała po prostu spadła ze skały. Ojciec pojechał z nią do szpitala, a ja miałam 
iść po was. W tym momencie napadł na mnie. 

– Czy Ruthann stało się coś poważnego? – spytała niespokojnie Janis. 
– Nie wiem, kochanie – Caroline pogłaskała ją po głowie. 
– Boże – jęknęła dziewczyna. – Dlaczego nie ma tu taty?
– Musimy poradzić sobie sami – powiedziała Caroline i przytuliła ją do siebie. – Musisz 

być silna, dobrze? Dla nas wszystkich. 

Janis kiwnęła głową i wytarła dłonią oczy. Na policzkach pozostały jej ciemne smugi. 
–   Idziemy,   Sam   –   zarządziła   Caroline.   –   Ty   prowadzisz.   Nie   gadamy   i   staramy   się 

chować za kamieniami. 

Ruszyli.   Chłopiec   prowadził   ich   skomplikowanym   szlakiem,   usiłując   zgubić 

prześladowcę. Po ponad godzinnym marszu zeszli z normalnej drogi i po krótkiej wspinaczce 
na stromym zboczu trafili do jaskini. 

– Wiecie, to śmieszne, jak wszystko zależy od sytuacji – powiedziała Caroline. Starała się 

nie pokazać po sobie, że wciąż jest przerażona. – Te przepaście wcale nie wydają się takie 
groźne jak wczoraj. 

– Teraz chata też ci się wyda przytulna – odpowiedział jej Sam, unosząc głowę. 
– Nawet z pająkami. 
– Jakoś tym razem nie przeszkadzają ci, pęcherze. 
– Strach to świetne lekarstwo. 
Sam kiwnął głową i przez chwilę siedział w milczeniu obok Caroline. 
– To nie tak jak na filmach, prawda? – szepnął wreszcie. 
– Mam na myśli ucieczkę. 
– Nie wiem, Sam – powiedziała Caroline, przytulając go do siebie. – Jeszcze nie zabrałeś 

mnie na film o ucieczce. 

– W przyszłym tygodniu pożyczymy. 
– Umowa stoi. 

background image

– Dlaczego pleciecie o filmach? – krzyknęła Janis, ale brat natychmiast ją uciszył. 
– Pleciemy, aby zagłuszyć strach – wyjaśniła cicho Caroline. 
– Nie możesz się bać – odrzekła Janis ostrym szeptem. 
– Musisz coś wymyślić. Ten człowiek nas znajdzie i zabije. 
– Nie, to mu się nie uda – pokręciła głową Caroline. 
– Masz to u mnie, Janis. Nie pozwolę, aby was skrzywdził. 
– Ciekawe, jak zamierzasz go powstrzymać? – spytała dziewczyna wyzywającym tonem. 

Z pewnością bardzo chciała uwierzyć Caroline, ale już dawno przestała jej ufać. 

– Jeszcze nie wiem. 
– Tutaj jesteśmy bezpieczni, prawda, Dr? – spytał nerwowo Sam. 
– Tak – powiedziała, choć sama w to nie wierzyła. Mitch nie miał pojęcia, że zagraża im 

niebezpieczeństwo, i do jego powrotu mogło minąć jeszcze kilka godzin. Na dodatek, po 
powrocie nie będzie wiedział, gdzie ich szukać. 

Z drugiej strony, ten morderca mógł się domyślić, gdzie oni są i nic, prócz upadku w 

przepaść nie mogło  go powstrzymać  od kontynuowania poszukiwań. Dobrze wiedział, że 
musi pozbyć się świadka. Caroline nie tylko mogła go rozpoznać, ale w dodatku wiedziała, 
dla kogo pracuje. 

Natomiast dzieci nie miały czasu mu się przyjrzeć, o czym tamten świetnie wiedział. 

Gdyby dopadł Caroline, zapewne zrezygnowałby z pościgu za nimi. 

Aby uratować dzieci, Caroline była gotowa nawet na ten krok, ale na razie starała się 

wymyślić coś lepszego od odegrania roli ofiarnego jagnięcia. 

Przez chwilę starała się wyobrazić sobie, gdzie może być morderca. Tuż obok jaskini czy 

gdzieś na szlaku? A może zgubił ich ślad? W końcu Sam tyle razy zmieniał kierunek... A 
może   rzeczywiście   spadł   w   przepaść   z   jakąś   kamienną   lawiną?   Caroline   nagle   się 
wyprostowała. Lawina kamieni. Wczoraj i dziś podczas ucieczki wielokrotnie spowodowali 
lawiny. A może w ten sposób udałoby się rozwiązać problem?

– Dzieci, posłuchajcie mnie uważnie. Pójdę teraz sprawdzić, gdzie jest ten człowiek. 
– Nie, nie idź – zaprotestował Sam. – Tu jesteśmy bezpieczni. 
–   Wy   jesteście   –   powiedziała,   klękając   obok   niego.   –   Postaram   się   wciągnąć   go   w 

pułapkę. 

– Caroline, nie rób tego! – jęknęła Janis. 
– Wszystko będzie w porządku – zapewniła ją Caroline. 
– Przecież nie znasz szlaków – wtrącił Sam. 
– Część już poznałam. Na pewno nie zapomnę, gdzie jesteście. Dam wam znać, kiedy 

będziecie mogli wyjść z ukrycia. 

– A jeśli nie wrócisz? – spytał. 
– Nie martw się, z pewnością wrócę – powiedziała z uśmiechem, starając się naśladować 

intonację ulubionego bohatera filmowego Sama. 

Chłopiec zarzucił jej ręce na szyję. 
– Kocham cię, Dr – szepnął. 
– Też cię kocham – zapewniła go gorąco. – Jesteś najlepszym nauczycielem, jakiego 

background image

spotkałam w życiu. 

Wysunęła się z jego objęć. 
– Uważajcie na siebie. 
– Bądź ostrożna – szepnęła Janis. 
– Będę, Aniołku. Do zobaczenia. 
– Przepraszam za wszystko, Caroline. 
Kobieta pogłaskała ją po policzku, ścierając parę łez. 
– Choć z pewnością myślisz, że to nieprawda, wiedz, że cię kocham – powiedziała, po 

czym   odwróciła   się   i   szybko   wyszła.   Bała   się,   że   jeszcze   chwila   zwłoki   i   zabraknie   jej 
odwagi. Janis nie zdążyła nic odpowiedzieć. 

Ten   mieszczuch   zdrowo   się   musiał   namęczyć,   pokonując   skaliste   zbocze.   Był   już 

znacznie bliżej jaskini, niż spodziewała się Caroline, ale na szczęście robił tyle hałasu, że 
usłyszała z daleka i mogła obserwować go z ukrycia. Natychmiast zdała sobie sprawę, że jeśli 
tylko poczeka, tamten przejdzie bezpośrednio poniżej jej kryjówki. 

To wydawało się aż nazbyt łatwe. Pozostał tylko jeden problem. Wszystkie większe głazy 

ponad szlakiem wydawały się mocno wryte w ziemię; pozostałe luźne kamienie były zbyt 
małe, aby odnieść pożądany skutek. Caroline tylko zwróciłaby na siebie uwagę. 

Oto   koniec   genialnej   koncepcji,   pomyślała   z   rozpaczą,   ale   jeszcze   się   nie   poddała. 

Pozostało jej jedno wyjście: musiała znaleźć lepsze miejsce do ataku. 

Spojrzała na poszarpane skalne zbocze ponad głową. Było zbyt strome i zbyt widoczne, 

tamten zobaczyłby ją z daleka. Gdyby przesunęła się na południe, szybko zbliżyłaby się do 
niego i mógłby ją usłyszeć. Pozostało jej spróbować trawersu na północ. 

Idąc na czworakach, niczym dziecko, Caroline przesuwała się po zboczu ponad szlakiem. 

Za zakrętem mogła się wyprostować. Teraz poruszała się znacznie szybciej. W pewnej chwili 
utknęła, bo drogę przegrodziły jej kamienie, wyrzucone tu przez starą lawinę. To było właśnie 
to, czego szukała. 

Wybrała  sobie  średniej  wielkości  głaz,  spoczywający na luźnym  podłożu  z drobnych 

kamieni. Kucnęła za nim i czekała, wstrzymując dech w piersiach. W uszach czuła gwałtowne 
pulsowanie krwi. 

Gdy Mitch dotarł do chaty, czekali tam na niego czterej ratownicy z górskiego pogotowia 

i   dwóch   policjantów.   Mimo   pośpiechu,   Grogan   zachował   przytomność   umysłu   i   przed 
wyjściem ze szpitala zawiadomił policję. Nie chciał samotnie pakować się w niebezpieczną 
sytuację, a prócz tego miał nadzieję, że ratownicy dotrą na miejsce znacznie szybciej niż on. 
Miał rację, ale jak dotychczas nie udało się im znaleźć dzieci. 

– Znaleźliśmy samochód dostawczy ukryty w krzakach przy drodze, jakiś kilometr stąd – 

poinformował go Lukę Clancey, dowódca grupy ratowników. Szli szybko pod górę, w stronę 
lasu. – Prócz tego tam, w górnej części szlaku, widać ślady walki. 

– Są ślady krwi? – spytał zwięźle Mitch. Starał się myśleć jak policjant, a nie ojciec lub 

zakochany mężczyzna. 

background image

– Nie. 
– Przekazaliście do centrali numer rejestracyjny samochodu?
– Porozumiałem się z lokalnym posterunkiem. Sprawdzili w wydziale samochodowym, 

że jego właścicielem jest niejaki Wilson Henderson. 

– Rejestrowany u nas?
– Ma pan na myśli kartę w policyjnym rejestrze? – upewnił się Clancey. – Nie wiem. 

Chyba jeszcze sprawdzają. 

Mitch przypomniał sobie, że ma do czynienia nie z oficerem śledczym, lecz z górskim 

ratownikiem. Jego specjalno

ścią było poszukiwanie ludzi zaginionych w górach, a nie pościg za mordercami. 
– Jest rejestrowany – wtrącił jeden z policjantów. Z trudem łapał oddech. – Kilka minut 

temu   przekazali   nam,   co   mają   na   jego   temat.   Wilson   Henderson   ma   liczne   związki   z 
gangsterem Sydneyem Grishamem. 

Mitch grubo zaklął. Przypomniał sobie, jak sam zapewniał Caroline, że nic jej nie grozi, 

bo Howard Richmond nie ma powodu, aby ją bezpośrednio zaatakować. 

Dobra rada! Z jakiegoś powodu Richmond uznał jednak, że lepiej będzie dla niego, jeśli 

pozbędzie się doktor Hunter. Mitch podejrzewał, że to musi mieć coś wspólnego z odkryciami 
na temat włazów, o których powiedziała mu Caroline w czwartek wieczorem, ale w tej chwili 
nie chciał nad tym myśleć. Teraz musiał przede wszystkim znaleźć ją i dzieci. 

Dotarli   do   miejsca,   gdzie   zdaniem   Clanceya   miała   miejsce   walka.   Mitch   uznał,   że 

ratownik ma rację. Widać było wyraźne ślady szamotaniny, zarówno na szlaku, jak tuż obok. 
Clancey natomiast mylił się co do jednego: osoba, która upadła lub została popchnięta na 
krzak jałowca, pozostawiła na gałęziach ślady krwi. 

– Tylko tak dalej, Caroline – mruknął. Jego zdaniem, to ona chwilowo unieszkodliwiła 

napastnika. Potwierdzał to fakt, że w pobliżu wciąż znajdował się samochód Hendersona. 
Gdyby wykonał już zlecenie, z pewnością czym prędzej zniknąłby z miejsca zbrodni. 

W  tym  momencie  zadzwonił   radiotelefon,  który Clancey  nosił  przy pasku.  Ratownik 

nacisnął guzik. 

– Słucham, co nowego?
– Znaleźliśmy ślady na szlaku na Widow’s Peak. Wygląda na to, że trzy osoby, ktoś 

dorosły i dwoje dzieci, szły od strony Johnson Creek, w kierunku przełęczy. Idziemy za nimi. 

– Czy ktoś szedł za nimi?
– Trudno powiedzieć. Dawno nie było deszczu i jest sporo starych śladów. 
–   Musimy   przyjąć   najgorszy   wariant   –   wtrącił   Mitch.   –   Powiedz   im,   żeby   na   nas 

poczekali. 

Clancey przekazał jego słowa. 
– Gdzie jesteście?
– Lobo Junction. 
– Idziemy do was. – Clancey wyłączył radiotelefon i spojrzał na Mitcha. – Chodźmy, 

znam drogę na skróty. 

Ruszyli szybkim krokiem i po paru minutach dołączyli do pozostałych. Cała siódemka 

background image

szła kamienistym szlakiem pod górę. Po drodze zauważyli miejsce, gdzie ktoś upadł, ale zaraz 
się podniósł i ruszył dalej. Jeszcze dalej, tuż obok grani, znaleźli miejsce, gdzie parę osób 
siedziało na trawie. 

W pewnym momencie jeden z ratowników zauważył wyraźne ślady, które z pewnością 

należały   do   Hendersona.   Na   szczęście   nosił   sportowe   pantofle,   które   zostawiały   bardzo 
charakterystyczne  wgłębienia.  Teraz   szli  jego tropem,  znacznie   wyraźniejszym  niż   ledwo 
zauważalne odciski stóp Caroline i dzieci. 

Mitch   usiłował   odgadnąć,   co   w   takiej   sytuacji   mogła   zrobić   Caroline,   ale   nic   nie 

przychodziło mu do głowy. Ze swoją nikłą znajomością gór z pewnością nie mogła wiele 
pomóc Samowi i Janis. Jeśli tak, to jakim cudem dotarli aż tutaj?

Dzięki Samowi. To było jedyne logiczne wytłumaczenie. Sam był twardym, dzielnym 

chłopcem i świetnie znał okolicę. Widocznie to on prowadził całą trójkę, a jeśli tak, to Mitch 
już wiedział, gdzie ich szukać. 

–   Podzielimy   się   –   powiedział   do   Clanceya.   –   Ty   weź   policjantów   i   idź   śladami 

Hendersona. Pozostali pójdą ze mną. 

– Dokąd chcesz iść?
– Do jaskiń poniżej Widow’s Peak. 
– Dobra, ale bądźcie ostrożni. Po ostatnich deszczach łatwo tam o lawinę. 
Mitch   i   trzej   uzbrojeni   ratownicy   ruszyli   prosto   pod   górę,   podczas   gdy   Clancey   z 

policjantami   poszedł   szlakiem.   Grogan   szedł   bez   chwili   odpoczynku,   choć   w   piersiach 
brakowało   mu   tchu,   a   mięśnie   nóg   dygotały   z   wysiłku.   Myślał   tylko   o   tym,   że   musi 
wyprzedzić Hendersona. Musiał uratować Caroline i dzieci i powiedzieć im, jak bardzo ich 
kocha. 

Zbliżali się już do jaskiń. Mitch starał się odgadnąć, którą Sam wybrał na kryjówkę. Nim 

zdążył   podjąć   decyzję,   usłyszeli   głośny   łoskot   kamieni.   Na   chwilę   zatrzymali   się, 
nadsłuchując odgłosów lawiny, po czym ruszyli biegiem w kierunku rumowiska. 

Caroline pochyliła się nad krawędzią skarpy i spojrzała na szlak poniżej. Z satysfakcją 

spojrzała na rozciągnięte na kamieniach ciało napastnika. Z głowy ciekła mu krew, cały był 
obsypany pyłem i gliną. Był nieprzytomny, ale oddychał. 

Po raz drugi tego samego dnia widziała bezwładne ludzkie ciało. Tym razem przeżywała 

zupełnie   co   innego,   niż   gdy   patrzyła   na   nieprzytomną   Ruthann.   Czuła   dumę   zwycięzcy. 
Wygrała!

– Dostałam cię, ty sukinsynu – mruknęła, po czym zeskoczyła na szlak i pobiegła w 

stronę   jaskini.   Na   zakręcie   zachwiała   się   i   z   trudem   odzyskała   równowagę.   Gdy   znów 
spojrzała przed siebie, zatrzymała się jak wryta. 

– Mitch?!
Mężczyzna poczuł, że kamień spada mu z serca. W ułamku sekundy Caroline znalazła się 

w jego ramionach. Bezpieczna. 

– Kocham cię – szeptała gorączkowo. – Kocham cię. Kocham cię. 

background image

21

– Caroline, jesteś wykończona. Może lepiej pójdź z dziadkiem i dziećmi do motelu – 

zaproponował Mitch. Mówił cicho, aby nie obudzić Ruthann. 

Caroline   pokręciła   głową,   jednocześnie   delikatnie   głaszcząc   dziewczynkę   po   głowie. 

Mała wyglądała jak śpiący aniołek, ale była bardzo blada. Caroline chciała być przy niej. 

– Siostra powiedziała, że przyniesie mi łóżko polowe. 
– Przecież to nie ma sensu. 
– Dlaczego zatem ty chcesz zostać? – spytała. 
– To moja córka. 
– Ale Ruthann chce, abym była jej mamą – przypomniała mu Caroline. Coś zapiekło ją w 

oczach. – To daje mi chyba jakieś prawa, nie sądzisz?

– Wobec tego zostaniemy razem. – Mitch podszedł do niej od tyłu i położył dłonie na jej 

ramionach. Pochylił się i pocałował ją w głowę. 

W chwilę po tym,  jak spotkał w górach Caroline,  z jaskini wyskoczyli  Sam i Janis. 

Usłyszeli głos ojca i uznali, że są już bezpieczni. Wszyscy zaczęli mówić jednocześnie i 
Mitch   z   trudem   złożył   ich   chaotyczne   wypowiedzi   w   spójną   całość.   Tymczasem   Wilson 
Henderson   odzyskał   przytomność,   ale   gdy   zobaczył   nad   sobą   dwóch   policjantów   z 
rewolwerami w dłoniach, zrezygnował ze stawiania oporu. 

Nim powrócili do chaty, Grogan już zrozumiał przebieg wydarzeń: rolę Evana Converse, 

znaczenie   włazów   i   ich   haseł,   konieczność   wymazania   śladów   kradzieży   i   sabotażu. 
Henderson   nie   chciał   zeznać,   kto   zlecił   mu   napad,   ale   to   nie   miało   znaczenia.   Mitch 
zadzwonił do swojej komendy i kazał aresztować Howarda Richmonda i Evana Converse. Już 
podczas pierwszego przesłuchania programista zaczął śpiewać, w nadziei, że w ten sposób 
uniknie oskarżenia o współudział w planowaniu morderstwa. 

Mitch zorientował się również, że dla jego dzieci Caroline stała się bohaterką. Potrafiła 

pokierować nimi w niebezpieczeństwie i nie zawahała się zaryzykować życia, aby je ocalić. 
Gdyby   już   jej   nie   kochał   mocniej,   niż   można   wyrazić   słowami,   zakochałby   się   w   niej 
natychmiast. 

Teraz Caroline siedziała przy łóżeczku Ruthann, bo chciała się upewnić, że Mała, która ją 

uwielbiała, będzie zdrowa. Gdyby Becky mogła to zobaczyć, z pewnością uśmiechnęłaby się 
z zadowoleniem. Nie miałaby wątpliwości, że jej dzieci znalazły się pod właściwą opieką. 

– Dziękuję za to, co dziś zrobiłaś – odezwał się Mitch, głaszcząc japo włosach. Przysiadł 

na poręczy krzesła. 

– Pozwoliłam, aby Henderson zrobił jej krzywdę – odpowiedziała Caroline, odrywając na 

chwilę oczy od Ruthann i patrząc na mężczyznę. – Mogła przecież zginąć. Jak możesz mi 
dziękować?

– To nie była twoja wina. 
– Powinnam była lepiej jej pilnować. 
– Masz rację – przytaknął Mitch. – Nie dopilnowałaś jej, dokładnie tak samo jak ja, gdy 

background image

pewnego dnia pozwoliłem, aby porwała ją pewna błyskotliwa i piękna uczona. 

– To nie to samo, Mitch – odrzekła cicho. 
–   Owszem,   to   samo.   Każdy   może   popełnić   błąd,   to   normalne.   Zdarza   się   to   nawet 

wielkim uczonym. 

– Czy możesz mi to wybaczyć? – Caroline wpatrywała się w niego z napięciem. 
– Kocham cię. Dzieci też cię kochają. Ojciec myśli, że zesłał cię szczęśliwy los. Jakim 

mężem   byłbym,   gdybym   nie   był   gotów   ci   wybaczyć?   –   spytał,   wstrzymując   oddech   i 
oczekując z jej strony natychmiastowego protestu. Tym razem jednak Caroline uniosła głowę 
i pocałowała go lekko w usta. 

– Kocham ciebie i twoje dzieci. 
– I gotowa jesteś zostać ich matką? – spytał. 
– Mitch, po tym,  co zdarzyło  się dzisiaj, wszystko  inne to pestka – uśmiechnęła  się 

Caroline. – Czy może przytrafić mi się coś gorszego niż walka z wynajętym mordercą?

Uśmiechnął się do niej. Ten uśmiech wziął się prosto z jego serca. Wiedział już, że się 

kochają i wszystko będzie dobrze. 

– Owszem – odpowiedział na jej pytanie. – Pierwsza randka Sama, świnka Ruthann, 

Janis... 

– Starczy. Nic mi nie mów – Caroline położyła mu palec na ustach. – Niech to będzie 

niespodzianka. 

Mitch pochylił się i pocałował ją w usta, potwierdzając w ten sposób ich porozumienie. 
– Caroline?
– Tak, kochanie, jestem. – Caroline nie potrafiła sobie wyobrazić większej radości, niż 

sprawił jej zaspany głos Ruthann. Oboje zbliżyli  się do jej łóżeczka. Caroline pogłaskała 
dziewczynkę po głowie. – Jestem przy tobie. Będę już zawsze. 

– Obiecujesz?
–   Obiecuję.   –   Caroline   wyciągnęła   z   kieszeni   pognieciony   bukiecik.   –   Widzisz,   co 

znalazłam? Twoje kwiatki. 

– Pozbierałam je dla ciebie – uśmiechnęła się Ruthann. 
– Wobec tego zatrzymam je na zawsze. – Caroline poczuła, że po policzkach spływają jej 

łzy. Nawet nie próbowała ich powstrzymać. – Teraz śpij. 

– Dobrze, mamo!


Document Outline