background image

 

VICTORIA PADE 

Romans z szefem 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

-  Oczywiście,  że  przydadzą  mi  się  pieniądze.  Sporo  mnie 

kosztowała  przeprowadzka,  teraz  wydaję  majątek  na  znaczki  i 

reklamę. W dodatku nie wiadomo, kiedy uda mi się rozkręcić interes, 

ale... 

- Żadne ale. Po pierwsze, praca jest tymczasowa, dopóki Rand nie 

znajdzie  kogoś  na  stałe.  Po  drugie,  będziesz  miała  okazję  lepiej 

poznać  miasto,  a  po  trzecie,  pracując  u  jednego  prawnika,  na  pewno 

zdołasz nawiązać kontakt z innymi. A o to ci przecież chodzi, prawda? 

Chcesz otrzymywać zlecenia, które mogłabyś wykonywać w domu? 

Lucy  Lowry  wiedziała,  że  jej  ciotka,  Sadie  Meeks,  ma  rację. 

Zaledwie  kilka  tygodni  temu  przeniosła  się  z  synem,  czteroletnim 

Maksem,  z  Kalifornii  do  Waszyngtonu.  Zamieszkała  w  Georgetown, 

w  szeregowym  domu,  jednym  z  czterech  należących  do  Sadie. 

Przeprowadzka  była  dość  kosztowna,  dlatego  chciała  jak  najprędzej 

zacząć zarabiać. 

Interesowała się prawem, głównie więc zależało jej na zleceniach 

od  prawników;  mogłaby  wyszukiwać  im  informacje  w  Internecie, 

przygotowywać  opinie  i  pisma  procesowe.  Pracując  w  domu,  przy 

komputerze, czasem w bibliotece, mogłaby mieć na oku Maksa. Miała 

jednak  świadomość,  że  zanim  rozkręci  interes,  będzie  musiała 

zatrudnić się gdzieś jako sekretarka. 

I  właśnie  taką  pracę  proponowała  jej  ciotka;  posadę  sekretarki  i 

asystentki w kancelarii niejakiego Randa Coltona. 

background image

-  Zgadza  się.  Ale  praca  u  Coltona  wiązałaby  się  z  koniecznością 

wielogodzinnego przebywania poza domem. 

Sadie machnęła lekceważąco ręką. 

-  Ale  byłoby  to  zajęcie  tymczasowe.  Poza  tym,  jak  ci  już 

mówiłam, rozmawiałam z kierowniczką przedszkola. To moja dawna 

znajoma  ze  studiów.  Obiecała  przyjąć  Maksa.  Przedszkole,  które 

prowadzi,  jest  jedną  z  najlepszych  tego  typu  placówek  w 

Waszyngtonie. Niełatwo się do niego dostać. Ludzie zapisują dzieci z 

rocznym  wyprzedzeniem.  W  każdym  razie  Maks  będzie  miał 

towarzystwo, a dla urozmaicenia może od czasu do czasu przychodzić 

do mnie. 

Sadie na moment zamilkła, po czym zmieniła taktykę. 

- Proszę cię, słoneczko, zrób to dla mnie. Spodobało mi się życie 

emerytki  i  mimo  ogromnej  sympatii,  jaką  darzę  Randa,  nie  bardzo 

mam ochotę wracać do pracy. Ale żal mi biedaka; kompletnie nie daje 

sobie rady... 

Lucy  znalazła  się  w  sytuacji bez  wyjścia. Mieszkała  za darmo  w 

jednym z czterech domów, jakie jej ukochana ciotka kupiła niedawno 

w  Georgetown.  Drugi  dom  Sadie  przeznaczyła  dla  siebie,  a  trzeci  i 

czwarty  wynajmowała.  Twierdziła,  że  pieniądze  z  wynajmu 

pokrywają  wszelkie  koszty,  jakie  musi  ponosić  z  tytułu  własności. 

Zresztą  sama  namawiała  Lucy  na  przyjazd  do  Waszyngtonu.  Sporo 

podróżowała  i  chciała,  aby  w  czasie  jej  nieobecności  ktoś  zaufany 

sprawował nad wszystkim nadzór. 

background image

Lucy chętnie skorzystała z oferty; dzięki Sadie mogła pracować w 

domu i spędzać czas z synem, zamiast siedzieć w biurze od dziewiątej 

do  piątej.  Dlatego  nie  bardzo  wypadało  jej  odmówić  ciotce,  gdy  ta 

prosiła ją o przysługę. 

-  Błagam  cię,  idź  na  rozmowę.  Kto  wie,  może  wcale  się  nie 

nadajesz.  Może  Rand  wcale  cię  nie  przyjmie.  Poza  tym  to  nie  jest 

praca  na  zawsze.  Głównie  chodzi  o  zaprowadzenie  porządku,  o 

uporanie  się  z  koszmarnym  bałaganem,  jakiego  po  moim  odejściu 

narobiły  niekompetentne  sekretarki.  W  tym  czasie  Rand  dalej  będzie 

szukał  fachowej  siły.  Może  znajdzie  ją  za  trzy  dni,  może  za  dwa 

tygodnie. Woli jednak już więcej nie korzystać z agencji pośrednictwa 

pracy; zbyt wiele razy się na niej sparzył. 

-  Zupełnie  tego  nie  rozumiem.  W  końcu  wcale  nie  tak  trudno  o 

dobrą sekretarkę. 

-  Nie  będę  cię  okłamywać,  złotko.  Rand  nie  należy  do 

najłatwiejszych szefów pod słońcem. Akurat mnie się świetnie z nim 

pracowało,  bo  wiedziałam,  że  pod  szorstką  powłoką  kryje  się 

człowiek  o  gołębim  sercu.  Ale  na  pierwszy  rzut  oka  tego  nie  widać. 

Oczywiście  jest  też  niezwykle  wymagający.  I,  jak  każdy  mężczyzna, 

lubi, aby go słuchano i chwalono. 

-  Twój  opis  pasuje  do  dziecka.  Do  dużego,  rozpieszczonego 

dziecka - powiedziała ze śmiechem Lucy. 

- O nie! Zaręczam ci, że to facet z krwi i kości - odparła ciotka. - 

Niesamowicie  męski.  Władczy.  Pracowity,  ale  również  towarzyski. 

Wymagający.  Potrafi  harować  od  rana  do  późnej  nocy,  potem  do 

background image

świtu  bawić  się  z  przyjaciółmi, a  o  dziewiątej  pojawić  się  w  sądzie  i 

wygrać  sprawę.  Niestety  nie  rozumie,  że  zwykli  śmiertelnicy 

funkcjonują  na  wolniejszych  obrotach  i  mało  kto  jest  w  stanie 

dotrzymać mu tempa. Poza tym należy do ludzi szczerych, ceniących 

prawdę; nigdy niczego nie owija w bawełnę.  

Z  tego  powodu  niektórzy  uważają,  że  jest  zarozumiały.  No  i  nie 

cierpi  głupców.  Ale  nie  namawiałabym  cię  na  spotkanie  z  nim, 

gdybym  nie  wierzyła,  że  ze  wszystkim  sobie  doskonale  poradzisz. 

Aha,  jeszcze  jedno...  Rand  Colton  to  jeden  z  najprzystojniejszych 

mężczyzn, jakich w życiu widziałam. Więc gdyby za bardzo działał ci 

na nerwy, mogłabyś po prostu wyłączyć się i podziwiać widoki. 

Hm.  Trudny,  wymagający  szef.  Szorstki  i  oschły.  Stanowczy  i 

władczy.  Szczery  aż  do  bólu,  niczego  nie  owijający  w  bawełnę. 

Zarozumiały.  To  wszystko  mówi  kobieta,  która  jest  największą 

wielbicielką Randa Coltona. Ciekawe... 

-  Proszę  cię,  kochanie.  Wszystkie  stroje  służbowe  oddałam 

pewnej  instytucji  charytatywnej.  Przyzwyczaiłam  się  do  późnego 

wstawania,  do  tego,  że  nigdzie  nie  trzeba  się  spieszyć,  że  pół  dnia 

można  krzątać  się  po  domu  w  szlafroku.  Nie  chcę  wracać  do  pracy. 

Ale  Rand  ma  nóż  na  gardle;  potrzebuje  kogoś  kompetentnego  do 

pomocy. 

Lucy zmrużyła oczy. 

-  I  tylko  to  tobą  kieruje?  Chęć  ulżenia  swojemu  szefowi?  Nie 

masz żadnych ukrytych celów? 

background image

Sadie  pokręciła  głową.  Obie  kobiety  miały  tyle  samo  wzrostu, 

metr  sześćdziesiąt  pięć,  różniły  się  jednak  wagą;  w  przeciwieństwie 

do Lucy, która była wiotka jak trzcina, ciało ciotki pokrywała warstwa 

tłuszczyku. 

-  Żadnych.  -  Sadie  uśmiechnęła  się;  jej  pulchne  policzki 

zaokrągliły  się  jeszcze  bardziej.  -  Przecież  wiem,  że  wyrzekłaś  się 

mężczyzn. 

-  Niczego  się  nie  wyrzekłam  -  obruszyła  się  Lucy.  -  Po  prostu 

uznałam, że... 

-  Wiem,  wiem.  Wolisz  poświęcić  czas  synowi.  Mówiłaś  mi  to 

setki razy. Swoją drogą, po tym, jak się zachował ojciec Maksa, wcale 

się  nie  dziwię,  że  straciłaś  zainteresowanie  facetami.  I  wierz  mi, 

jestem ostatnią osobą, która próbowałaby swatać własną siostrzenicę z 

takim  playboyem  jak  Rand.  Moja  prośba  wynika  z  pobudek  czysto 

egoistycznych. Nie chcę wracać do pracy, a bardzo chciałabym pomóc 

Randowi. To wszystko.  

Przez  chwilę  Lucy  milczała  -  wyłącznie  po  to,  by  potrzymać 

ciotkę w niepewności. 

-  No  dobrze  -  rzekła  wreszcie.  -  Możesz  umówić  mnie  na 

rozmowę. 

-  Już  to  zrobiłam!  Rand  będzie  na  ciebie  czekał  o  trzeciej  po 

południu. Podwiozę cię na miejsce, a potem zabiorę Maksa na lody. 

Lucy wybuchnęła śmiechem. 

- Wiedziałaś, że się zgodzę? 

background image

- Liczyłam na to. Zobaczysz, nie pożałujesz. A teraz szybko! Leć 

się  przebrać.  Musisz  sprawiać  wrażenie  osoby  zadbanej  i 

kompetentnej.  Rand  nie  toleruje  przychodzenia  do  pracy  w 

sportowym stroju. 

- Czyli jest również nietolerancyjny? - spytała Lucy, dodając brak 

tolerancji do długiej listy wad Randa Coltona. 

-  Och,  nie  przesadzaj  -  zganiła  ją  Sadie.  -  Lepiej  pomyśl  o  tych 

wszystkich  prawnikach,  których  dzięki  niemu  poznasz  i  którym 

wręczysz  swoją  wizytówkę.  No,  leć.  Czasu  jest  niewiele.  A 

niepunktualności Rand także nie cierpi. 

-  Wiesz,  mamusiu,  chyba  zamówię  sobie  dwie  duże  kulki,  bo 

kiedy wychodzisz gdzieś ubrana tak jak teraz, to kolację zwykle jemy 

później. Czyli do wieczora mogę zgłodnieć. 

Obróciwszy  się,  Lucy  popatrzyła  na  syna,  który  siedział  zapięty 

pasami  na  tylnym  siedzeniu.  Jak  na  swój  wiek  Maks  był  drobnym 

dzieckiem,  ale  inteligencją  przewyższał  rówieśników.  Słuchając  go, 

czasem  Lucy  gotowa  była  przysiąc,  że  chłopiec  ma  nie  cztery  lata, 

lecz czterdzieści cztery. 

-  Nie  zgłodniejesz.  Nie  idę  do  pracy,  ale  na  rozmowę  w  sprawie 

pracy. Więc kolację zjemy o tej samej porze, co zawsze. 

Maks wyszczerzył w uśmiechu ząbki. 

Nawet  gdybym  nie  była  jego  matką,  pomyślała  Lucy, 

uważałabym, że jest uroczym dzieciakiem. Miał śmieszne pucołowate 

policzki, ogromne niebieskie ślepia patrzące zza okrągłych okularów, 

przystrzyżone na jeża ciemnoblond włosy. 

background image

- Ale mogę wziąć dwie kulki? - spytał z nadzieją w głosie. 

- Nie, kolego. Wystarczy jedna. 

- A jeżeli będą mieli karmelowe i landrynkowe? Gdybyś zgodziła 

się  na  dwie  kulki,  wtedy  jutro  na  pewno  zjadłbym  całą  kolację  bez 

grymaszenia. 

-  Jeżeli  będą  mieli  oba  smaki,  to  karmelową  kulkę  zjesz  na 

miejscu, a landrynkową kupimy na wynos i zjesz ją jutro. 

W  oczach  Maksa  pojawił  się  błysk  triumfu,  jakby  chłopiec  od 

początku  dążył  właśnie  do  takiego  rozwiązania.  Lucy  miała  ochotę 

chwycić  syna  w  ramiona  i  przytulić  go  z  całej  siły.  Trudno  było  mu 

się oprzeć, zwłaszcza kiedy się uśmiechał - wtedy  w jego policzkach 

pojawiały się dwa zabawne dołeczki. 

- A jeśli będą mieli moje trzy ulubione smaki? 

- Oj, nie przeciągaj struny! 

Zatrzymawszy  się  na  czerwonym  świetle,  Sadie  wskazała  głową 

stojący przy następnym skrzyżowaniu nowoczesny wieżowiec. 

-  Tam  się  mieści  biuro  Randa.  Podrzucę  cię  pod  drzwi.  A 

lodziarnia  jest  dwie  przecznice  dalej,  w  budynku  z  czerwonej  cegły. 

Samochód  zostawię  na  podziemnym  parkingu.  Przyjdziesz  do  nas po 

rozmowie, prawda? 

-  Nie  chcesz  wejść  ze  mną  i  przywitać  się  ze  swoim  byłym 

szefem? 

-  Rozmawiałam  z  nim  dzisiaj  przez  telefon.  Jest  bardzo  zajętym 

człowiekiem. Nie chcę mu przeszkadzać. 

background image

Kiedy zmieniło się światło, Sadie przejechała przez skrzyżowanie, 

następnie  włączyła  prawy  kierunkowskaz.  Stanęła  przy  krawężniku, 

kilka metrów od wejścia do budynku Randa. 

Dwudzieste 

trzecie 

piętro. 

Pokój 

dwa-trzy-zero-zero. 

Powodzenia. 

- Dzięki. - Lucy ponownie zerknęła przez ramię. - Bądź grzeczny, 

niedźwiadku. 

- Wyskakuj - ponagliła ją Sadie. 

Lucy  wysiadła  pośpiesznie,  słysząc,  że  kierowca  za  nimi  trąbi 

niecierpliwie.  Wchodząc  do  imponującego  gmachu  ze  stali  i  szkła, 

spojrzała  na  zegarek.  Była  dwadzieścia  minut  przed  czasem,  a  nie 

chciała  sprawiać  wrażenia  osoby  nadgorliwej.  Udała  się  do 

znajdującej się na dole w holu toalety.  

Miała  na  sobie  spodnie  o  prostych,  wąskich  nogawkach  oraz 

granatowy,  wcięty  w  pasie  żakiet.  Niektórzy  uważali,  że  najbardziej 

odpowiednim  strojem  do  pracy  jest  dla  kobiety  spódnica  z  żakietem, 

ale Lucy nie podzielała tej opinii. Wolała spodnie, częściowo dlatego, 

że czuła się w nich wygodniej, a częściowo dlatego, że w dniu swoich 

osiemnastych urodzin podjęła wyzwanie rzucone przez przyjaciółkę i 

zrobiła sobie tatuaż na nodze.  

Pięknie  wykonana  delikatna  róża  długości  trzech  centymetrów 

zdobiła  wewnętrzną  stronę  jej  prawej  kostki.  Była  prawie 

niewidoczna,  ale  mogła  przesądzić  o  wyniku  spotkania  -  wszystko 

zależy od tego, jak bardzo konserwatywny jest Rand Colton. 

background image

Lucy  pociągnęła  usta  szminką.  Nie  lubiła  się  malować;  cały  jej 

makijaż składał się z jasnej pomadki, odrobiny tuszu na rzęsach i różu 

na  policzkach.  Odetchnęła  z  ulgą,  widząc,  że  spowodowane 

uczuleniem lekkie zaczerwienienie oczu minęło bez śladu. Ale  wciąż 

czuła  pieczenie.  Nic  dziwnego  -  od  rana  sprzątała  zakurzony  strych. 

Na moment przymknęła powieki. 

Zazwyczaj  nosiła  rozpuszczone  włosy,  ale  na  oficjalne  spotkania 

czesała  je  w  kok.  Uważała,  że  burza  mahoniowych  loków  wygląda 

mało poważnie. Kobieco? Owszem. Kusząco? Też. Ale nie o to Lucy 

chodziło. Nie chciała nikogo kusić ani prowokować. 

Kiedy  ponownie  spojrzała  na  zegarek,  była  za  dziesięć  trzecia. 

Najwyższy  czas  udać  się  na  górę.  Weszła  do  windy  i  wcisnęła 

przycisk  oznaczony  numerem  23.  Jak  zawsze  przed  rozmową  w 

sprawie pracy czuła się potwornie spięta. Próbowała opanować nerwy, 

powtarzając  sobie,  że  to  tylko  tymczasowe  zajęcie.  Oczywiście 

pozwoliłoby  jej  nawiązać  kontakty  z  innymi  prawnikami,  ale  nawet 

gdyby nic z niego nie wyszło...  

Zresztą dlaczego miałoby nie wyjść? Przecież jest polecona przez 

Sadie  Meeks,  której  zdanie  Rand  cenił.  Mimo  to  była  okropnie 

zdenerwowana.  Może  dlatego,  że  wiedziała,  jak  trudnym  we 

współpracy  człowiekiem  jest  Rand  Colton?  Wzięła  kilka  głębokich 

oddechów, kiedy drzwi rozsunęły się z cichym sykiem. 

Pokój  Randa  znajdował  się  na  końcu  korytarza.  Prowadziły  do 

niego  dwuskrzydłowe  dębowe  drzwi,  na  których  wisiała  złota 

background image

tabliczka  z  imieniem  i  nazwiskiem.  Lucy  nacisnęła  fantazyjną  złotą 

klamkę. Z głębi dobiegł ją szloch kobiety i podniesiony męski głos. 

- To było proste zadanie! Prosiłem o odwołanie spotkania, a pani 

tego  nie  zrobiła.  Przez  panią  niepotrzebnie  fatygował  się  do  mnie 

prezes  dużej  firmy,  człowiek  niezwykle  zajęty.  A  przecież 

wystarczyło go uprzedzić, że muszę dzisiaj być w sądzie! Chyba panią 

uczono, że kiedy szef każe zadzwonić do klienta i odwołać spotkanie, 

powinna pani natychmiast wykonać polecenie? 

- Zapomniałam. 

- Zapomniała pani?! 

Lucy podskoczyła, zupełnie jakby mężczyzna krzyknął jej prosto 

do ucha, a przecież znajdował się w drugim pokoju. 

-  No  tak.  Pan  jednym  tchem  wydał  z  dziesięć  poleceń.  Nie 

zdążyłam ich zapisać. A potem pan wyszedł, a ja starałam się… 

- Nie wystarczy się starać! Czy wie pani, jak cenny jest czas tego 

człowieka? 

Najwyraźniej  nie  wiedziała.  Zamiast  dalej  próbować  się  bronić 

czy  usprawiedliwiać,  wybiegła  z  gabinetu,  z  szuflady  biurka 

wyciągnęła torebkę i minąwszy Lucy, wypadła z płaczem na korytarz. 

No  tak.  Rand  faktycznie  walił  prosto  z  mostu.  Jeśli  oczywiście 

człowiek mówiący podniesionym głosem był Randem Coltonem. 

-  Niekompetencja, bezmyślność,  lekceważący  stosunek do pracy. 

Skąd te agencje biorą takich ludzi? 

Ostatnie zdanie wypowiedziane było znużonym tonem. Gdyby nie 

to, że była za minutę trzecia, Lucy wymknęłaby się na zewnątrz i dała 

background image

Coltonowi  czas,  by  ochłonął.  Zanim  jednak  zdążyła  cokolwiek 

postanowić,  drzwi  gabinetu  się  otworzyły  i  Rand  wmaszerował  do 

pomieszczenia,  w  którym  czekała.  Nie  patrząc  na  nią,  podszedł  do 

biurka i zaczął coś pisać na komputerze. Sprawiał wrażenie, jakby jej 

nie widział.  

Nagle, z wzrokiem utkwionym w monitor, spytał: 

- Kim pani jest? 

Spokojnie, nie denerwuj się, powiedziała do siebie. 

-  Nazywam  się  Lucy  Lowry.  Jestem  siostrzenicą  Sadie  Meeks. 

Byliśmy umówieni na trzecią. 

- Psiakrew! - warknął, nie odrywając palców od klawiatury. - Już 

jest tak późno? 

- Obawiam się, że tak. 

- Niestety, w tym momencie nie mogę pani poświęcić ani chwili. 

Mam kilka pilnych spraw na głowie. Proszę usiąść i czekać. 

- Słucham? 

Nie  zamierzała  powiedzieć  tego  tonem  tak  wyniosłym  i  pełnym 

oburzenia.  Po  prostu  samo  tak  wyszło.  Ale  nie  żałowała.  Jakim 

prawem ten facet jej cokolwiek nakazuje? 

Rand Colton przerwał pracę. Wstał od biurka i popatrzył na Lucy 

swoimi jasnoniebieskimi oczami. Osoba mniej pewna siebie skuliłaby 

się  ze  strachu.  Lucy  Lowry  nawet  nie  drgnęła.  Zacisnął  mocno  zęby. 

Po  chwili,  zrozumiawszy  swój  błąd,  zwrócił  się  do  niej  znacznie 

uprzejmiejszym tonem. 

background image

-  Gdyby  pani  zechciała  poczekać  kilka  minut...  Muszę  gdzieś 

pilnie zadzwonić. Potem będę do pani dyspozycji. 

- Oczywiście - odrzekła Lucy. 

Usiadła na jednym z sześciu foteli stojących pod ścianą, na której 

wisiały obrazy kilku znanych malarzy. Znalazłszy to, czego szukał w 

komputerze - przypuszczalnie był to numer telefonu - Rand sięgnął po 

słuchawkę. Chcąc nie chcąc, Lucy przysłuchiwała się rozmowie. 

Musiała  przyznać,  że  Rand  zachował  się  jak  dżentelmen. 

Przeprosił klienta za to, że ten fatygował się niepotrzebnie, ale uczynił 

to  w  sposób  kulturalny,  dystyngowany;  nie  płaszczył  się  przed  nim, 

nie starał się mu przypochlebić, nie obwiniał też sekretarki, po prostu 

wyjaśnił, że zlecił jej zbyt wiele spraw naraz. 

Lucy była pod wrażeniem. Miała również okazję przyjrzeć mu się 

dokładnie.  To,  że  jest  wysoki  i  dobrze  zbudowany,  zauważyła 

wcześniej,  kiedy  wparował  wściekły  do  recepcji.  Teraz,  kiedy 

umawiał się ze swym rozmówcą na kolację, zobaczyła, że ma wydatną 

szczękę,  niebieskie  oczy,  włosy  w  kolorze  kawy,  gęste  krzaczaste 

brwi,  orli  nos  oraz  intrygujące  usta  o  dolnej  wardze  znacznie 

pełniejszej od górnej. 

Ciotka  nie  przesadziła,  mówiąc,  że  jest  przystojny.  Lucy  nie 

mogła  oderwać  od  niego  oczu.  W  dodatku  ubrany  był  w  doskonale 

skrojony  szary  garnitur  od  Armaniego,  popielatoszarą  koszulę,  która 

wyglądała  tak,  jakby  przed  chwilą  ktoś  ją  uprasował,  oraz  jedwabny 

krawat,  który  prawdopodobnie  kosztował  tyle,  co  cały  jej  strój  z 

butami i zegarkiem włącznie. 

background image

Przyglądała  mu  się  z  zafascynowaniem,  ale  tak  jak  się  ogląda 

ładny eksponat w muzeum. Bo przecież nie interesują jej mężczyźni. 

Nawet  ci  najprzystojniejsi.  Po  pierwsze,  nie  zamierza  wdawać  się  w 

żadne  romanse  ani  z  nikim  się  wiązać,  dopóki  nie  wychowa  syna.  A 

po  drugie, na pewno  nie  wdałaby  się  w  romans  z  takim  człowiekiem 

jak Colton.  

Ale widoki z przyjemnością może podziwiać. Pod tym względem 

ciotka też miała rację. Jedynie nie była pewna, co by było, gdyby to na 

nią  podniósł  głos.  Czy  umiałaby  pokornie  znosić  jego  tyrady  i 

wybuchy złości, byleby tylko móc codziennie oglądać jego przystojną 

twarz? 

Zakończywszy rozmowę z klientem, Rand rozłączył się, po czym, 

nie odkładając słuchawki, wykręcił numer modnej restauracji, o której 

parę dni temu mówiono w telewizji, i zarezerwował stolik na wieczór. 

Według  relacji  dziennikarzy  był  to  jeden  z  najlepszych  lokali  w 

stolicy,  ale  nie  sposób  było  się  do  niego  dostać.  Ludzie  robili 

rezerwacje pół roku naprzód. 

A  Rand?  Wystarczyło,  że  się  przedstawił  i  poprosił  o  stolik  na 

cztery  osoby  na  ósmą  wieczór.  Odłożył  słuchawkę  na  widełki.  Po 

chwili wstał z krzesła, obszedł biurko i skupił uwagę na Lucy. 

-  A  zatem  jest  pani  siostrzenicą  Sadie?  Aż  do  wczoraj  nie 

wiedziałem o pani istnieniu. 

-  Tak,  nazywam  się  Lucy  Lowry  -  przedstawiła  się  ponownie, 

gdyż  nie  była  pewna,  czy  za  pierwszym  razem  zapamiętał  jej  imię  i 

background image

nazwisko. - Pan natomiast jest Randem Coltonem. Słyszałam, jak pan 

podawał swoje nazwisko przez telefon. 

- Tak. Proszę mi wybaczyć, że się nie przedstawiłem. 

Zapadła  cisza.  Rand  nie  spuszczał  oczu  z  Lucy.  Czuła  się  tak, 

jakby  przewiercał  ją  wzrokiem  na  wylot,  ale  nie  dała  nic  po  sobie 

poznać. 

-  Sadie  twierdzi,  że  była  pani  sekretarką  człowieka  piastującego 

wysokie  stanowisko,  że  potrafi  pani  znajdować  w  bibliotekach  i 

archiwach  potrzebne  materiały,  że  chce  się  pani  specjalizować  w 

prowadzeniu  kwerend  dla  prawników,  ale  gotowa  byłaby  poświęcić 

mi trochę czasu, dopóki nie znajdę kogoś na stałe. 

- Wygląda na to, że ciotka wszystko panu o mnie opowiedziała. 

- Zaklina się też, że jest pani równie dobra, jak ona. 

-  Jestem  bardzo  dobra.  Ale  nie  wiem,  czy  dorównuję  ciotce,  bo 

nigdy razem nie pracowałyśmy. 

Uśmiechnął  się  pod  nosem,  jakby  rozbawiła  go  jej  pewność 

siebie.  Lucy  wyprostowała  plecy.  Spodziewała  się  jakiejś  kąśliwej 

uwagi; nie doczekała się żadnej. Zdumiała ją natomiast własna reakcja 

na  uśmiech  Randa.  Ciarki,  które  przebiegły  jej  po  krzyżu,  były 

całkiem nie na miejscu. 

- Czy Sadie uprzedzała panią, czego wymagam od sekretarki? 

- Nie. Ale wspomniała, że jest pan oschły, władczy i surowy. 

Tubalny śmiech, który wypełnił pokój, oczyścił atmosferę. 

background image

-  Cenię  sobie  szczerość.  A  czy  ciotka  mówiła  pani,  jakiego 

rodzaju  pracę  wykonuje  moja  sekretarko-asystentka  i  w  jakich 

godzinach musi przebywać w biurze? 

- Ja mogę przebywać do siedemnastej i ani minuty dłużej. 

Zmarszczył czoło. 

-  No  dobrze.  Ponieważ  jest  pani  siostrzenicą  Sadie,  coś  pani 

zdradzę.  Nie  daję  sobie  rady  z  prowadzeniem  kancelarii.  Na  gwałt 

szukam kogoś do pomocy. Ale nie chcę zatrudniać kolejnej samotnej 

matki.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  miesięcy  miałem  ich  aż  nadto.  Bez 

przerwy  martwiły  się  o  dzieci,  rozmawiały  z  nimi  przez  telefon, 

zwalniały się wcześniej, żeby gdzieś je zawieźć. Nie chcę pytać pani o 

jej życie osobiste, ale jeżeli ma pani dzieci, myślę, że lepiej będzie nie 

przedłużać tej rozmowy. 

Nigdy  się  Maksa  nie  wypierała;  już  chciała  się  przyznać,  że  ona 

też jest samotną matką, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. W 

końcu  to,  czy  pracownica  ma  dzieci,  nie  powinno  Randa  obchodzić. 

Interesować  go  powinno  wyłącznie  to,  czy  i  jak  wywiązuje  się  z 

powierzonych  jej  obowiązków.  Postanowiła  przemilczeć  fakt 

posiadania dziecka. 

- Mogę pana zapewnić, że moje życie osobiste w żaden sposób nie 

wpłynie  negatywnie  na  wykonywaną  przeze  mnie  pracę.  Do  godziny 

piątej będę wyłącznie do pana dyspozycji. 

- Na ogół pracuję dłużej. 

- A ja nie. 

background image

Patrzyli  sobie  w  oczy  niczym  dwaj  rewolwerowcy.  Ponieważ 

praca  w  kancelarii  faktycznie  pozwoliłaby  jej  nawiązać  kontakty  w 

środowisku prawniczym, które później mogłyby się jej przydać, Lucy 

zależało,  aby  Rand  zatrudnił  ją  u  siebie.  Jednakże  bardziej  od  pracy 

zależało jej na Maksie; nie zamierzała go zaniedbywać. 

Rand pierwszy oderwał od niej wzrok. 

-  Doskonale  pani  wie,  że  mam  nóż  na  gardle.  W  bibliotece...  - 

wskazał  głową  za  siebie,  w  stronę  korytarza  -  panuje  istny  chaos. 

Wszędzie  leżą  stosy  akt,  które  trzeba  uaktualnić,  posortować  i 

pochować na miejsce. Nie rozumiem, jak można zgłaszać się do pracy 

i w dodatku mieć o sobie wysokie mniemanie, jeżeli nawet nie zna się 

alfabetu. W chwili obecnej pracuję nad kilkoma ważnymi sprawami i, 

jak  się  pewnie  zdążyła  pani  zorientować,  wszystko  wali  mi  się  na 

głowę. Terminarz spotkań zawiera mnóstwo błędów... 

- Mogę się tym zająć. 

- Ale nie po piątej? 

- No dobrze, pierwszego dnia mogłabym zostać do wieczora, aby 

zaprowadzić jako taki porządek. Ale później musiałabym wychodzić o 

piątej. Niezależnie od tego, co by się działo. 

-  Ma  pani  męża  albo  narzeczonego,  który  nie  umie  sobie  sam 

przyrządzić kolacji? 

- Przepraszam, ale jakie to ma znaczenie? 

Zmierzył  ją  wzrokiem  od  stóp  do  głów;  w  jego  spojrzeniu  było 

więcej rozbawienia niż irytacji. 

background image

- Innymi słowy, mogę panią przyjąć lub nie, lecz nie mam prawa 

interesować się pani życiem prywatnym, tak? 

-  To  tylko  praca  tymczasowa  -  przypomniała  mu  -  dopóki  nie 

znajdzie pan kogoś na stałe. A więc to, z kim spędzam wieczory, nie 

powinno mieć najmniejszego wpływu na pańską decyzję. 

Jeszcze  przez  chwilę  się  w  nią  wpatrywał.  Miała  wrażenie,  że  z 

każdą sekundą jego oczy przybierają coraz bardziej błękitny odcień. 

-  W  porządku  -  oznajmił  wreszcie.  -  Wierzę,  że  Sadie  nie 

wprowadziłaby mnie w błąd, wychwalając panią pod niebiosa. A więc 

kończy  pani  pracę  o  piątej.  Oby  tylko  okazałą  się  pani  tak  świetną 

sekretarką, jak twierdzi ciotka. 

- To znaczy, że zatrudnia mnie pan? 

- Zatrudniam. Może pani zacząć jutro? 

- W piątek? - spytała. 

Skinął głową. 

- Tak. I zostać do wieczora? 

No,  no,  pomyślała.  Znany  playboy,  Rand  Colton,  zamierza 

piątkowy  wieczór  spędzić  w  pracy,  a  nie  w  towarzystwie  jakieś 

długonogiej piękności? 

- Dobrze - zgodziła się. Bądź co bądź, nie poczyniła na jutrzejszy 

wieczór żadnych planów. - Zjawię się punktualnie o ósmej. 

- Sadie pani nie mówiła? 

O  czym,  na  miłość  boską?  Prawdę  rzekłszy,  ciotka  w  ogóle 

niewiele  jej  opowiadała  o  swoim  pracodawcy,  podobnie  jak  jemu 

niewiele opowiadała o swojej siostrzenicy. 

background image

-  Nie  bardzo  wiem,  co  pan  ma  na  myśli.  Wiem,  że  jest  pan 

wybitnym prawnikiem i że pana rodzina pochodzi z Kalifornii. Ale to 

wszystko, co mi Sadie o panu mówiła. 

-  I  jeszcze  to,  że  jestem  oschły,  władczy  i  surowy  -  przypomniał 

jej z błyskiem rozbawienia w niebieskich oczach. 

-  Istotnie  -  przyznała  Lucy.  -  Lecz  słowem  nie  wspomniała, 

dlaczego miałabym się nie pojawić o ósmej. 

-  Chodzi  o  to,  że  ja  też  mieszkam  w  Georgetown.  Wstąpię  po 

panią  o  siódmej  trzydzieści.  W  drodze  do  pracy  można  omówić  w 

samochodzie sprawy organizacyjne i nie tracić na nie czasu w biurze. 

A  zatem  o  siódmej  trzydzieści  -  powtórzył.  -  Punktualnie.  Nie  lubię 

czekać. 

Spotkanie dobiegło końca. Lucy podniosła się z fotela. 

- Będę gotowa. 

-  I  będzie  pani  moja  do późnych  godzin  wieczornych?  -  upewnił 

się. 

Zabrzmiało  to  nieco  dwuznacznie.  Ale  może  tylko  jej  się 

wydawało? Zignorowała dreszczyk podniecenia, który przebiegł jej po 

krzyżu. 

- Tak. Nawet wezmę z sobą drugą parę butów. Na po pracy. 

- Świetnie. Czyli jesteśmy umówieni. 

-  W  międzyczasie  jednak  będzie  pan  szukał  kogoś  na  stałe, 

prawda? - zapytała. - Bo chciałabym jak najszybciej rozkręcić własny 

interes. 

background image

-  Oczywiście.  Szukaniem  odpowiedniej  kandydatki  zajmuje  się 

agencja pośrednictwa pracy, do której się zgłosiłem. 

- To dobrze. 

- Proszę pozdrowić ode mnie Sadie. 

- Nie zapomnę. 

-  Jeśli  jest  pani  w  połowie  tak  sprawną  sekretarką  jak  ona,  będę 

usatysfakcjonowany. 

- Na pewno pana nie zawiodę. 

Rand  Colton  rozciągnął  usta  w  uśmiechu,  pokazując  rząd 

równych,  lśniących  bielą  zębów.  Wcale  się  nie  dziwię,  pomyślała 

Lucy, że kobiety tracą dla niego głowę. 

Przeszedł przez recepcję i otworzył drzwi. 

- Do jutra. 

Starając  się  zapanować  nad  rumieńcem,  który  zakwitał  na  jej 

policzkach,  Lucy  czym  prędzej  skierowała  się  do  wyjścia.  Kiedy 

mijała  Randa,  odruchowo  wciągnęła  w  nozdrza  zapach  jego  wody 

kolońskiej. 

- Przekażę Sadie pozdrowienia - obiecała, opuszczając kancelarię. 

Rand  Colton  nie  cofnął  się  do  swojego  gabinetu.  Stał  w  progu, 

odprowadzając  ją  wzrokiem  do  windy.  Kiedy  zerknęła  przez  ramię, 

zanim wsiadła do kabiny, zobaczyła, że nadal się jej przygląda. 

Dopiero  kiedy  drzwi  windy  zasunęły  się,  wypuściła  z  płuc 

powietrze; nawet nie zdawała sobie sprawy, że od wyjścia z kancelarii 

wstrzymuje  oddech.  W  drodze  z  dwudziestego  trzeciego  piętra  na 

background image

parter  zrozumiała,  że  praca  dla  Randa  Coltona  będzie  od  niej 

wymagała ogromnego wysiłku. 

Zawsze wiedziała, że poradzi sobie z bezkompromisowym szefem 

o  trudnym  charakterze.  Nie  wiedziała  natomiast,  czy  poradzi  sobie  z 

bezkompromisowym  szefem  o  pięknych  niebieskich  oczach, 

wspaniale  umięśnionej  sylwetce,  obdarzonym  charyzmą,  dowcipem  i 

inteligencją, który sprawiał, że raz po raz czuła dziwne kłucie w sercu. 

O tym dopiero miała się przekonać. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Nigdy  nie  potrzebował  dużo  snu.  Nazajutrz  rano  obudził  się, 

zanim  wzeszło  listopadowe  słońce.  Zazwyczaj  po  przebudzeniu  robił 

sobie  kawę  i  ze  świeżo  dostarczonym  pod  drzwi  „Washington  Post" 

wracał do łóżka. Dopiero po lekturze gazety brał prysznic. 

Tego  ranka  jednak  żadne  wydarzenia  z  kraju  czy  ze  świata  nie 

były  w  stanie  przykuć  jego  uwagi.  Co  chwila  spoglądał  na  budzik 

stojący na szafce nocnej, jakby wzrokiem chciał ponaglić wskazówki. 

Nie  potrafił  zrozumieć,  dlaczego  mu  było  tak  spieszno  do  pracy. 

Dawno  nie  czuł  takiego  podekscytowania.  Prawdę  mówiąc,  od 

dłuższego czasu właściwie nic go nie podniecało.  

Wmawiał  w  siebie,  że  wpływ  na  to  mają  kłopoty,  jakie  nękają 

jego  najbliższych.  W  Prosperino  w  Kalifornii,  gdzie  mieszkali  jego 

rodzice,  nie  działo  się  najlepiej.  Ale  w  głębi  duszy  wiedział,  że  się 

oszukuje:  nie  chodziło  o  rodziców  czy  rodzeństwo,  lecz  o  niego  - 

Randa. 

background image

Nie  umiał  tego  wytłumaczyć.  W  ciągu  ostatnich  kilku  miesięcy 

stracił  zapał  do  wszystkiego.  Nie  bawiły  go  rzeczy,  które  niedawno 

sprawiały mu przyjemność. Nużyła go praca, nużyło życie. Cały czas 

parł  naprzód:  wciąż  pragnął  zwyciężać,  wciąż  dążył  do  celu,  z 

poświęceniem  walczył  w  sądzie,  dowodził  niewinności  swoich 

klientów. To się nie zmieniło. 

Od  urodzenia  odznaczał  się  ambicją  -  może  dlatego,  że  był 

pierworodnym  dzieckiem.  Natomiast  robił  to  wszystko  jakby  z 

rozpędu,  z  przyzwyczajenia.  Nie  wyskakiwał  raźno  z  łóżka,  nie  gnał 

do  pracy  na  złamanie  karku.  Odeszła  mu  również  ochota  do  różnych 

zajęć po pracy.  

Nie  kusiła  go  kolacja  ze  znaną  modelką,  która  przyjechała  do 

miasta na sesję fotograficzną, ani weekend na wsi z piękną kobietą; na 

przyjęcie w Białym Domu szedł z poczucia obowiązku, podobnie jak 

na  imprezę  charytatywną,  z  której  dochód  przeznaczony  był  na  cele 

bliskie  jego  sercu.  Nic  go  nie  interesowało.  To  było  tak,  jakby  nie 

potrafił odnaleźć sensu życia. 

A jednak tego ranka, od momentu gdy otworzył oczy, rwał się do 

działania.  Dlaczego?  Wiedział,  że  dzień  niczym  nie  będzie  różnił  się 

od  poprzednich.  Tak  jak  wczoraj  i  przedwczoraj,  musi  wykonać 

mnóstwo  telefonów,  odbyć  parę  spotkań  z  klientami,  napisać  kilka 

pism  procesowych,  kilka  odwołań,  pojawić  się  w  sądzie.  I  tak  do 

wieczora.  A  wieczorem  dalsza  praca:  porządkowanie  bałaganu,  jaki 

po sobie zostawiły nierzetelne, niekompetentne sekretarki. 

Na szczęście w walce z bałaganem miała mu pomagać Lucy.  

background image

Lucy  Lowry.  Na  myśl  o  niej  poczuł  jeszcze  większe  ożywienie. 

Czyżby  nowy  zapał,  jaki  w  niego  wstąpił,  był  zasługą  siostrzenicy 

Sadie  Meeks?  To  absurd!  A  jednak  świadomość,  że  znów  ją  dziś 

ujrzy, sprawiała, że uśmiechał się od ucha do ucha. 

Dziwne.  Po  rozmowie  z  Lucy  miał  wrażenie,  jakby  to  ona  była 

szefem,  a  on  kandydatem  ubiegającym  się  o  posadę.  Ona  dyktowała 

warunki  i  podejmowała  decyzje,  on  na  wszystko  się  godził.  Ona 

ustalała reguły, on je akceptował. A przecież powinno być odwrotnie. 

Mówiła,  co  chce,  czego  oczekuje,  na  co  nie  przystanie.  Była 

wygadana, stanowcza, odważna. 

Nie  przepadał  za  tymi  cechami.  Więc  dlaczego  nie  mógł  się 

doczekać,  aby  ponownie  znaleźć  się  w  jej  towarzystwie?  Z  kilku  co 

najmniej  powodów.  Miała  niesamowitą  figurę.  Uwielbiał  kobiety 

szczupłe,  lecz  kształtne,  o  wyraźnie  zaokrąglonych  piersiach.  Gładka 

mleczna cera też robiła na nim wrażenie, jak również rude loki, które 

upięła w kok, żeby wyglądać nieco poważniej i dostojniej.  

Podobał mu się także jej nosek - mały, lekko zadarty. Na ogół na 

ten  szczegół  twarzy  nie  zwracał  większej  uwagi,  ale  nosek  Lucy 

pamiętał tak dokładnie, jakby go sam wymodelował. No i oczy - duże, 

lśniące,  szeroko  rozstawione,  błękitne  jak  woda  w  krystalicznie 

czystym  górskim  stawie.  Widział  w  nich  radość  życia,  energię, 

witalność, tupet. 

Kiedy tak leżał  w  łóżku, obserwując przez  okno sypialni wschód 

słońca,  przyszło  mu  do  głowy,  że  Lucy  Lowry  przypomina  postaci, 

jakie  Katherine  Hepburn  grywała  w  filmach  ze  Spencerem  Tracy  - 

background image

kobiety  piękne, pełne  temperamentu,  inteligentne, nie dające  sobie  w 

kaszę  dmuchać,  potrafiące  dotrzymać  kroku  mężczyźnie.  Taka  też 

była siostrzenica Sadie Meeks - piękna, bystra, uparta, ekscytująca. 

Nie  potrafił  o  niej  zapomnieć.  Nie  potrafił  też  spowolnić  bicia 

serca,  które  natychmiast  zaczynało  łomotać,  gdy  tylko  oddawał  się 

rozmyślaniom.  Co  to  wszystko  znaczy?  Że  po  kwadransie  rozmowy 

zadurzył się w swojej nowej sekretarce? To śmieszne.  

Rand  nie  zakochiwał  się  od  pierwszego  wejrzenia.  Ostatni  raz 

zdarzyło  mu  się  to  na  samym  początku  studiów.  Od  drugiego  czy 

trzeciego  wejrzenia  też  od  dawna  w  nikim  się  nie  zakochał.  Lubił 

kobiety, uwielbiał spędzać z nimi wolny czas, ale dla żadnej od lat nie 

stracił  głowy.  Z  Lucy  jednak  sprawa  wyglądała  całkiem  inaczej.  Był 

podniecony, przejęty jak uczniak idący na pierwszą randkę.  

Chyba  to  o  czymś  świadczy?  A  może  nie.  Może  po  prostu 

przepełnia  go  radość  na  myśl,  że  wreszcie  będzie  miał  do  pomocy 

osobę  kompetentną.  Że  wreszcie  ktoś  zaprowadzi  mu  w  biurze 

porządek. Zaczął szukać dziury w całym. I znalazł. Denerwowało go, 

że Lucy uparła się, iż o piątej kończy pracę. Od tego uzależniła swoją 

zgodę. Ciekawe, dlaczego była taka nieustępliwa. Coś musi się za tym 

kryć. 

Mężczyzna.  Tak,  na  pewno  mężczyzna.  Chce  mieć  wolne 

wieczory,  by  móc  spotykać  się  z  przyjacielem  czy  narzeczonym.  Na 

myśl  o  tym  ogarnęła  Randa  złość.  Zdumiała  go  własna  reakcja.  Po 

chwili zrozumiał - a przynajmniej tak mu się zdawało - skąd się bierze 

jego  niezadowolenie.  Ciężko  pracował,  nie  nadążał  z  robotą 

background image

administracyjną,  a  osoba,  którą  przyjął  na  stanowisko  sekretarki, 

stwierdziła,  że  bez  względu  na  wszystko  ona  wychodzi  z  biura 

punktualnie o piątej. 

Nie  było  z  nią  dyskusji.  Po  prostu  oświadczyła,  że  tak  ma  być  i 

już.  Albo  on  przystaje  na  jej  warunki,  albo  ona  poszuka  sobie  innej 

pracy.  Patrzył  w  te  jej  duże  niebieskie  oczy  i  miał  ochotę  ją  udusić. 

Podobna  ochota  nachodziła  go,  gdy  wyobrażał  sobie,  jak  po  pracy 

Lucy szykuje się na randkę z ukochanym.  

O  psiakrew!  Co  go  obchodzi  jej  ukochany?  Przecież  nic  ich  nie 

łączy! Widzieli się dotąd jeden jedyny raz. 

-  Stanowczo  za  dużo  pracuję  -  mruknął,  zdegustowany  samym 

sobą.  

No dobrze, stary! Weź się w garść! Lucy Lowry to jedna z wielu 

kobiet, jakie przewinęły się przez kancelarię, odkąd Sadie przeszła na 

emeryturę.  Przed  nią  było  z  dziesięć  sekretarek,  po  niej  będzie 

kolejnych  dziesięć.  To,  co  robi  po  pracy,  z  kim  się  spotyka,  gdzie 

chodzi, nie powinno cię w najmniejszym stopniu interesować. 

Więc dlaczego na myśl o tym, że za parę godzin podjedzie pod jej 

dom, serce biło mu szybciej? Dlatego że... 

Nie,  nie  wiedział.  Ale  na  pewno  nie  dlatego,  że  się  w  niej 

zadurzył.  Cisnął  na  bok  nie  przeczytaną  gazetę,  odstawił  na  szafkę 

kubek  i  wstał  z  łóżka,  bardziej  zły  niż  podniecony.  Jakim  prawem 

Lucy Lowry narzuca mu warunki? Zazwyczaj jak ognia unikał kobiet 

upartych,  pewnych  siebie,  które  wysuwają  kategoryczne  żądania. 

Tylko dlatego nie wskazał Lucy drzwi, ponieważ bardzo potrzebował 

background image

kogoś  do  pracy  w  kancelarii,  a  Sadie  zapewniała  go,  że  lepszej 

sekretarki niż jej siostrzenica nigdzie nie znajdzie. 

Idąc  pod  prysznic,  przyłapał  się  na  tym,  że  znów  rozmyśla  o 

Lucy.  Wcale  nie  zastanawiał  się,  jakie  dziewczyna  ma  kwalifikacje  i 

czy  się  na  niej  nie  zawiedzie,  przeciwnie,  usiłował  sobie  wyobrazić, 

jak  wygląda  z  rozpuszczonymi  włosami,  kiedy  rude  loki  wiją  się  jej 

wokół twarzy. Miał nadzieję, że może dziś nie upnie ich w kok. 

Dźwięk  dzwonka  u  drzwi  rozległ  się  punktualnie  o  siódmej 

dwadzieścia dziewięć. Lucy nacisnęła klamkę, spodziewając się zastać 

na  progu  Randa  Coltona;  zamiast  niego  zobaczyła  krępego, 

łysiejącego  mężczyznę  w  mundurze  szofera.  Spoglądając  ponad  jego 

ramieniem,  ujrzała  zaparkowany  przy  krawężniku  czarny  samochód. 

Domyśliła się, że Rand czeka w środku. 

- Jeszcze chwila - powiedziała i zamknęła drzwi. 

Wróciła  do  salonu.  Maks  siedział  w  piżamie  na  kolanach  Sadie, 

tuląc do siebie pluszowego misia. 

-  No,  syneczku,  muszę  już  iść.  Pamiętasz,  co  ci  wczoraj 

mówiłam?  Ciocia  Sadie  zabierze  cię  do  swojego  domku. 

Przygotowała  dla  ciebie  pyszne  śniadanko,  a  ja  zapakowałam  ci  do 

plecaka  kasetę  z  filmem  o  dinozaurach.  Możesz  go  sobie  obejrzeć, 

chyba  że  będziesz  wolał  kreskówki.  Potem  pójdziesz  z  ciocią  do 

przedszkola. Ciocia chodzi tam czytać dzieciom bajki. A po południu 

znów  wrócisz  do  domu  cioci.  Ja  muszę  zostać  w  pracy  do  bardzo 

późna,  ale  tylko  ten  jeden  raz.  Zadzwonię  do  ciebie  w  ciągu  dnia,  a 

potem wieczorem. Dobrze? 

background image

Maks  skinął  z  powagą  głową.  Był  bardzo  śpiący;  rozstanie  z 

matką nie robiło na nim większego wrażenia. 

- Będę za tobą tęsknić, niedźwiadku. 

- Ja za tobą też, mamusiu. 

- Słuchaj się cioci. 

Chłopiec ponownie skinął głową. 

Lucy  wiedziała,  że  Sadie  zapewni  Maksowi  doskonałą  opiekę. 

Wiedziała  też,  że  mały  ucieszy  się  z  towarzystwa  innych  dzieci. 

Łatwo  się  zaprzyjaźniał,  chętnie  dzielił  swoimi  zabawkami. Mimo  to 

miała wyrzuty sumienia, że rozstaje się z nim na tyle godzin. 

Tylko  ten  jeden  raz,  tylko  dziś,  powtarzała  w  myślach.  Będzie  z 

dala  od  syna,  ale  za  to  blisko  Randa.  Na  samą  tę  myśl  poczuła  się 

raźniej.  I  znów  ją  ogarnęły  wyrzuty  sumienia.  Raźniej?  Przecież 

zaledwie  wczoraj  go  poznała.  Wolała  jednak  nie  analizować  swoich 

uczuć. 

- Daj buziaka - poprosiła syna. 

Chłopczyk rozciągnął usta w szelmowskim uśmiechu, po czym  z 

całej  siły  cmoknął  ją  w  policzek.  Po  chwili  nadstawił  własny  do 

pocałunku. 

- Wezmę do przedszkola triceratopsa. 

-  Dobrze.  Tylko  pamiętaj:  musisz  się  nim  dzielić  z  innymi 

dziećmi. 

-  W  takim  razie  może  wezmę  również  tyranozaura  -  oznajmił 

chłopiec. 

- Baw się dobrze, niedźwiadku. 

background image

Potargawszy  syna  po  włosach,  uśmiechnęła  się  do  Sadie  i 

skierowała do wyjścia. 

- Ty również! - zawołała za nią ciotka. 

Czekający  przed  domem  duży  czarny  lincoln  miał  przydymione 

szyby.  Chociaż  nic  przez  nie  nie  widziała,  czuła,  jak  z  każdym 

krokiem  serce  łomocze  jej  coraz  mocniej.  Próbowała  wmówić  w 

siebie,  że  to  ze  zdenerwowania,  ale  wiedziała,  że  się  oszukuje. 

Przyśpieszone  bicie  serca  nie  miało  nic  wspólnego  z  pracą  raczej  z 

pracodawcą. 

Nie  potrafiła  tego  zrozumieć.  Wczorajsza  krótka  rozmowa 

sprawiła,  że  bez  przerwy  o  nim  myślała.  Zasypiając,  widziała  przed 

oczami  jego  wysoką  sylwetkę,  umięśnione  ciało,  regularne  rysy 

twarzy,  duże  dłonie.  Widziała  je  w  nocy,  a  także  rano,  kiedy  się 

ocknęła. Obudziła się znacznie wcześniej, niż to było konieczne.  

I  natychmiast  zaczęła  się  zastanawiać,  jak  ma  się  ubrać.  Po 

długim  namyśle  zdecydowała  się  na  swój  najlepszy  kostium  z 

jasnoniebieskiego  kaszmiru.  Był  to  prezent  od  Sadie,  a  ponieważ 

kosztował majątek, wkładała go od wielkiego święta. 

Najgorsze było to, że po wczorajszej rozmowie z Randem czekała 

na  dzisiejszy  dzień  z  takim  przejęciem,  z  jakim  dziecko  czeka  na 

pierwszy  śnieg  lub  podarki  od  świętego  Mikołaja.  To  twój  szef,  nie 

zapominaj  o  tym,  powtarzała  sobie  raz  po  raz.  Zarozumiały,  łatwo 

wpadający  w  złość  -  a  tacy  w  ogóle  jej  nie  interesowali.  Prawdę 

mówiąc, żadni mężczyźni jej nie interesowali. 

background image

Kiedy od samochodu dzieliło ją tylko parę kroków, szofer wysiadł 

pośpiesznie,  aby  otworzyć  jej  drzwi.  Na  myśl  o  tym,  że  za  moment 

zobaczy  Randa  Coltona,  poczuła  dreszczyk  emocji.  Na  nic  zdały  się 

wyrzuty,  jakie  sobie  czyniła,  na  nic  próby  zbagatelizowania  całej 

sytuacji. 

I wreszcie przez otwarte drzwi ujrzała Randa, a raczej jego profil. 

I  poczuła  zapach  jego  wody  kolońskiej.  Był  starannie  uczesany, 

dokładnie  ogolony.  Miał  na  sobie  elegancki  garnitur  z  dobrej 

gatunkowo  wełny,  ciemniejszą  marynarkę,  nieco  jaśniejsze  spodnie; 

do 

tego 

śnieżnobiałą 

koszulę 

ze 

złotymi 

spinkami 

oraz 

ciemnofioletowy krawat z jedwabiu. Przemknęło jej przez myśl, że to 

nieprzyzwoite, aby mężczyzna był tak przystojny już z samego rana. 

Podziękowawszy  szoferowi,  wsiadła  do  środka.  Rand  siedział  z 

nogą  założoną  na  nogę.  Uniesione  kolano  służyło  mu  za  podkładkę. 

Opierał na nim skórzany notes, w którym coś zapisywał. Nie spojrzał 

na  nią,  kiedy  wsiadła.  Nawet  się  nie  przywitał.  Ona  też  nie 

powiedziała „dzień dobry"; zamiast tego wyraziła zdziwienie: 

- Pochodzi pan z Kalifornii i nie umie prowadzić samochodu? 

-  Oczywiście,  że  umiem  -  odparł,  nie  podnosząc  wzroku  znad 

notatek. - Ale odpowiada mi mieszkanie w Georgetown, a nie cierpię 

jeździć zatłoczonymi autobusami czy metrem. 

No tak, powinna się była domyślić. Ktoś taki jak on nie korzysta 

ze środków komunikacji miejskiej. 

-  Poza  tym  -  kontynuował  -  jeżeli  nie  siedzi  się  za  kierownicą, 

można w tym czasie wykonać całkiem sporo pracy. Wracając więc do 

background image

pani  pytania...  mam  samochód  i  potrafię  prowadzić,  wolę  jednak 

korzystać z usług szofera. 

Mówiąc  to,  nie  przerywał  pisania.  Nie  zamierzał  wdawać  się  w 

przyjacielskie pogawędki. 

-  W  kieszeni  na  wprost  siebie  znajdzie  pani  papier  i  długopis. 

Chciałbym podyktować list. 

I  tak  zaczął  się  jej  pierwszy  dzień  w  nowej  firmie.  Od  tej  chwili 

Lucy  nawet  nie  miała czasu  pomyśleć  o  Randzie  jako  o  przystojnym 

mężczyźnie. Miała wrażenie, jakby pracowała  z niezwykle mądrym i 

sprawnym  robotem.  Była  maksymalnie  skoncentrowana,  nie 

pozwalała  sobie  na  sekundę  wytchnienia.  Notowała  uwagi,  które 

należało  później  uwzględnić  przy  sporządzaniu  pisma  procesowego, 

odpisywała  na  listy,  parzyła  kawę,  łączyła  rozmowy  telefoniczne, 

przynosiła i odnosiła akta. 

Rand myślał - i mówił - z szybkością karabinu maszynowego. Nic 

dziwnego,  że  kolejne  sekretarki  przysyłane  przez  agencje  nie 

wytrzymywały  takiego  tempa.  Facet  miał  wprost  nieludzkie  zasoby 

energii  i  właściwie  potrzebował  dwóch  lub  trzech  sekretarek,  a  nie 

jednej.  Lucy  jednak  nadążała.  Zawsze  lubiła  wyzwania  i  właśnie  tak 

traktowała tempo, jakie Rand narzucał, i polecenia, które wydawał.  

Kilka razy udało jej się nawet przewidzieć, o co ją poprosi, zanim 

sam  otworzył  usta.  Czuła  wtedy  ogromną  satysfakcję.  Chociaż  na 

pewno  nie  chciałaby  wykonywać  takiej  pracy  w  tak  szaleńczym 

tempie  do  końca  życia,  na  razie  wszystko  się  jej  podobało.  A 

najbardziej podobał się jej sam Rand Colton. 

background image

Po  południu,  kiedy  wyszedł  do  sądu,  znalazła  chwilę,  żeby 

zadzwonić do Maksa i dowiedzieć się, co syn porabia, ale przez resztę 

czasu  wykonywała  swoje  obowiązki.  Dzień  zleciał  błyskawicznie. 

Zanim  się  obejrzała,  na  dworze  zaczęło  się  ściemniać.  O  szóstej 

zakończyli  sprawy  bieżące  i  przeszli  do  biblioteki,  żeby 

uporządkować  stosy  teczek  i  dokumentów,  które  poprzednie 

sekretarki  odkładały  na  bok  i  którymi  fizycznie  nie  miały  kiedy  się 

zająć. 

- Wyciągnij te wygodne buty, które obiecałaś przynieść - poradził 

jej. Nawet nie zauważyli, kiedy przeszli z sobą na ty. 

Wieczorna  praca  W  bibliotece  stanowiła  miłą  odmianę  po 

wcześniejszej  nerwowej  harówce.  Randa,  który  w  ciągu  dnia  nie 

potrafił się na moment odprężyć, opuściło napięcie. Zdjął marynarkę, 

potem  ściągnął  krawat  i  powiesił  go  na  oparciu  fotela.  Następnie 

rozpiął  dwa  guziki  pod  szyją  i  podwinął  rękawy  koszuli,  ukazując 

umięśnione przedramiona, których mógłby mu pozazdrościć niejeden 

robotnik. 

Przeglądali kolejno wszystkie dokumenty. Stosy papierów powoli 

topniały.  Najpierw  Rand  sprawdzał,  czego  dotyczy  dane  pismo, 

następnie  przekazywał  je  Lucy,  mówiąc,  do  której  sprawy  trzeba  je 

podłączyć.  Było  to  dość  żmudne  zajęcie,  nie  bardzo  sprzyjające 

rozmowie.  Rand  pracował  w  skupieniu,  Lucy  zaś  przyłapała  się  na 

tym,  że  z  zapartym  tchem  czeka,  aby  panującą  w  bibliotece  ciszę 

przerwał  jego  gruby  niski  głos.  Podobny  do  głosu  śpiewaka 

jazzowego w zadymionym nowoorleańskim barze. 

background image

Kiedy wszystkie dokumenty zostały wpięte do właściwych teczek, 

Lucy - przeprosiwszy na moment Randa - wyszła do toalety. Stamtąd 

zadzwoniła  z  telefonu  komórkowego  do  Maksa,  by  powiedzieć  mu 

dobranoc. Gdy po paru minutach wróciła do biblioteki, okazało się, że 

Rand  przeniósł  teczki  do  pomieszczenia  zwanego  szumnie 

„archiwum".  Spędzili  w  nim  resztę  wieczoru,  układając  wszystko  w 

specjalnych segregatorach. 

Była  zdziwiona,  że  Rand  jej  pomaga.  O  ile  wcześniej  jego 

obecność  była  niezbędna,  bo  tylko  on  wiedział,  które  dokumenty 

dotyczą jakiej sprawy, to teraz śmiało mógł zająć się czym innym. A 

jednak pozostał z nią w archiwum i pracował w pocie czoła.  

To miło, pomyślała. Miło, że się nie wywyższa, nie zadziera nosa. 

Najwyraźniej  uważa,  że  żadna  praca  nie  hańbi.  Może  i  jest 

wymagającym  szefem,  ale  równie  wiele  wymaga  od  siebie,  co  od 

innych. To zaś czyni go bardziej ludzkim i przystępnym. 

O  dziesiątej  wieczorem  Lucy  padała  na  nos  ze  zmęczenia,  więc 

ucieszyła  się,  kiedy  wreszcie  wszystko  skończyli.  Rand  uniósł  ręce 

nad  głowę,  jakby  chciał  sięgnąć  do  sufitu.  Sprawiał  wrażenie  nie 

mniej wyczerpanego od niej. 

-  No  dobra,  basta  -  oznajmił,  strzykając palcami.  -  Jestem  ledwo 

żywy. 

- Ja też. - Lucy potarła szyję. 

- Nawet nie miałaś przerwy na kolację. 

- Ty też nie - rzekła, śmiejąc się cicho. 

background image

-  Słuchaj,  tuż  za  rogiem  jest  taka  sympatyczna  knajpka.  Może 

wstąpilibyśmy tam? Ja stawiam. W ramach podziękowania za pracę. 

Randka  z  szefem  zawsze  wydawała  się  jej  czymś  moralnie 

nagannym.  Ale  Colton  proponował  niewinną  kolację  po  całym  dniu 

ciężkiej  pracy.  Harowała  czternaście  godzin  bez  wytchnienia.  Chciał 

się  odwdzięczyć,  powiedzieć,  że  docenia jej poświęcenie.  Nic  więcej 

się za tym nie kryło. 

Czuła,  że  powinna  odmówić.  Wprawdzie  nie  miała  powodu 

spieszyć  się  do  domu,  bo  Sadie  już  dawno  położyła  Maksa  spać, 

wiedziała jednak, że powinna odmówić. Z drugiej strony, głód skręcał 

jej kiszki. Tak, jest głodna, a śpiącemu Maksowi nie robi różnicy, czy 

mama wróci godzinę wcześniej czy później. 

- No jak? - spytał Rand. 

-  Za  rogiem,  tak?  -  upewniła  się,  chociaż  jeszcze  przed  chwilą 

wyliczała w myślach powody, dlaczego nie należy zaprzyjaźniać się z 

szefem. 

-  Tak,  dosłownie  parę  kroków  stąd.  Możemy  przejść  tam  na 

piechotę, zjeść kolację i dopiero wtedy zadzwonić po Franka. Szkoda 

go  wcześniej  fatygować.  Po  co  ma  biedak  siedzieć  na  zewnątrz  i  na 

nas czekać? 

Frank,  szofer  Randa,  najwyraźniej  czekał  na  wezwanie  pod 

telefonem,  a  nie  pod  budynkiem.  Większość  ludzi  na  wysokich 

stanowiskach  wychodzi  z  założenia,  że  skoro  płaci,  to  ma  prawo 

wymagać, ale nie Rand. Lucy zdziwiło jego podejście. 

background image

Na  ogół  nie  lubiła  chodzić  wieczorami  po  centrum  miasta, 

uważała, że to zbyt niebezpieczne, ale spojrzawszy na Randa, na jego 

wysoką sylwetkę, zrozumiała, że nie ma się czego obawiać. 

-  Dobrze  -  zgodziła  się.  -  Mam  ochotę  odetchnąć  świeżym 

powietrzem. 

- To chodźmy. 

Pięć minut później zjechali na dół windą i wyszli z budynku. 

-  Tędy.  -  Rand  skinął  głową  w  prawo,  po  czym  włożył  skórzane 

rękawiczki w identycznym czarnym kolorze co płaszcz z wielbłądziej 

wełny, który miał na sobie. 

Lucy  również  wyjęła  z  kieszeni  płaszcza  rękawiczki.  Mimo 

późnej  pory  miasto  tętniło  życiem.  Ruch  uliczny  był  niewiele 

mniejszy  niż  za  dnia,  przechodniów  też  było  sporo.  Drogę  do 

skrzyżowania  odbyli  w  milczeniu.  Lucy  czuła,  jak  spływa  z  niej 

zmęczenie. Podejrzewała, że Randa też opuszcza napięcie. 

Knajpka  faktycznie  znajdowała  się  tuż  za  rogiem,  na  parterze 

sąsiedniego budynku. Na wprost wejścia mieściła się wysoka lada ze 

stołkami barowymi, resztę pomieszczenia zajmowały stoliki, każdy za 

przepierzeniem. Mniej więcej połowa z nich była zajęta. 

Biorąc Lucy pod rękę, Rand skierował się do pustego boksu pod 

oknem. 

-  Do  późna  pan  dziś  pracował,  mecenasie!  -  zawołała  stojąca  za 

ladą kelnerka, która po chwili ruszyła w ich stronę. 

Była  to  kobieta  w  średnim  wieku,  o włosach  przystrzyżonych  na 

jeża  i  z  dużym  czarnym  pieprzykiem  pod  lewym  okiem.  Miała  na 

background image

sobie  zieloną,  zapinaną  na  guziki  sukienkę,  biały  fartuszek  i  białe 

buty.  Rand  odpowiedział  na  jej  pozdrowienie  przyjaznym  tonem, 

jakby znali się od wielu lat, po czym nawet nie pytając Lucy, na co ma 

apetyt, zamówił dwa Niebieskie Specjały. 

- Na Niebieski Specjał składa się pieczeń, frytki, sałatka i bułka - 

wyjaśnił  po  odejściu  kelnerki.  -  O  tej  porze  nie  wolno  zamawiać 

niczego  z  grilla.  Ruszt  czyszczony  jest  raz  dziennie,  z  samego  rana, 

więc  do  wieczora...  słowem,  lepiej  nie  ryzykować.  Zapomniałem  cię 

uprzedzić  przed  wejściem,  a  w  obecności  Gail  nie  bardzo  mi 

wypadało. Jest współwłaścicielką lokalu i poczułaby się urażona. 

Lucy,  która  była  zła  na  Randa,  że  podejmuje  za  nią  decyzję, 

skinęła  ze  zrozumieniem  głową.  Złość  minęła  jak  ręką  odjął.  Trudno 

bowiem mieć do kogoś pretensję o to, że jest miły i nie chce sprawić 

innym przykrości. Po chwili Gail wróciła z dzbankiem wody i spytała, 

czy podać im kawę. Tym razem Rand popatrzył na Lucy, czekając, by 

sama udzieliła odpowiedzi. 

- Nie, poproszę herbatę jaśminową - zdecydowała. 

- A ja mrożoną. 

Wierzchnie  okrycia  położyli  obok  na  pustym  krześle.  Siedzieli 

naprzeciwko  siebie.  Wprawdzie  cały  dzień  spędzili  razem,  ale 

wcześniej mieli dziesiątki spraw na głowie, a teraz... Teraz dzieliła ich 

tylko  szerokość  stolika.  Widok  w  dalszym  ciągu  podobał  się  Lucy  - 

Sadie nic nie przesadziła, mówiąc, że Rand jest przystojny - ale sama 

chętnie  schowałaby  się  przed  natarczywym  spojrzeniem  jego 

niebieskich oczu. Czuła się niemal jak eksponat w muzeum. 

background image

-  Skoro  dorastałeś  w  Kalifornii,  to  dlaczego  postanowiłeś 

przenieść się do Waszyngtonu? - spytała, przerywając ciszę. 

-  Jako  dziecko  przyjeżdżałem  tu  z  mamą  w  odwiedziny  do  ojca. 

W owym czasie tata piastował urząd senatora. Waszyngton wywarł na 

mnie  ogromne  wrażenie.  Potem,  po  pierwszym  roku  studiów 

prawniczych,  spędziłem  tu  letnie  wakacje.  Na  stażu.  Harowałem 

dwanaście godzin dziennie, sześć dni w tygodniu. Pracy miałem dużo, 

ale  miasto  wciąż  mi  się  podobało.  Po  zakończeniu  studiów  uznałem, 

że właśnie tu chcę otworzyć kancelarię. 

- Twoja rodzina nadal mieszka w Kalifornii? 

Zauważyła, że z jego twarzy zniknął wieczorny zarost. Widocznie 

w tym czasie, kiedy ona dzwoniła z łazienki do domu, Rand zdążył się 

ogolić. 

-  Hacienda  del  Alegria.  Tak  się  nazywa  nasz  dom  w  Prosperino. 

Mieszkają tam rodzice, część rodzeństwa i prawie rodzeństwa. 

- Rodzeństwa i prawie rodzeństwa? 

- Moi rodzice są dość wyjątkowi, jeśli chodzi o potomstwo. Mają 

sześcioro  własnych  dzieci  i  niemal  drugie  tyle  adoptowanych  lub 

przybranych. 

- Naprawdę? - zdziwiła się. 

Po  tym,  co  mówił  na  temat  samotnych  matek  pracujących  w 

charakterze sekretarek, uznała, że nie przepada za dziećmi. 

- Nie miałeś tego rodzicom za złe?  Że biorą pod swój dach obce 

dzieci i zapewniają im opiekę? 

Kelnerka postawiła na stoliku zamówione dania. 

background image

-  Czy  miałem  im  za  złe?  -  Posolił  frytki.  -  Dlaczego  miałbym 

mieć za złe? Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? 

Lucy skosztowała kawałek pieczeni. 

-  Bo  z  takim  żarem  wypowiadałeś  się  przeciwko  przyjmowaniu 

do pracy samotnych matek... 

-  Tylko  dlatego,  że  dzieci  przeszkadzają  im  w  pracy.  Ale 

przeciwko  dzieciom  nic  nie  mam.  Lubię  je.  A  z  przybranym 

rodzeństwem łączą mnie doskonałe stosunki. 

-  Jak  to  się  zaczęło?  Czy  rodzice  najpierw  wzięli  cudze  dziecko, 

potem  mieli  własne  i  tak  na  zmianę  to  rodziło  im  się  własne,  to 

przyjmowali kolejne sieroty pod swój dach? Czy może najpierw mieli 

własne dzieci, ale chcieli powiększyć rodzinę? 

- Najpierw było nas siedmioro. Ojciec, matka, ja, Sophie, Amber i 

bliźniacy  Michael  i  Drake.  Kiedy  miałem  trzynaście  lat,  jadącego 

rowerem  Michaela  potrącił  pijany  kierowca.  Michael  zginął.  Nasz 

świat  legł  w  gruzach.  Ojciec  wpadł  w  depresję.  Długo  nie  mógł  się 

pozbierać. Któregoś dnia opowiedział mamie o pewnych sprawach ze 

swojego  dzieciństwa.  Pod  wpływem  jego  opowieści  mama  spytała, 

czy nie mogliby zaadoptować jakiegoś biednego dziecka.  

Ojciec zgodził się. To go odmieniło. Zrozumiał, że najważniejszą 

rzeczą  w  życiu  jest  rodzina.  Dla  niej  zrezygnował  z  polityki.  Od 

tamtej pory rodzina zaczęła nam się rozrastać. Ojciec z matką stali się 

znani z tego, że roztaczają opiekę nad sierotami, że niektóre przyjmują 

pod  swój  dach.  W  dziewięćdziesiątym  pierwszym  roku  ktoś  nawet 

zostawił im niemowlę na słomiance przed drzwiami. 

background image

- O rany! Muszą być wspaniałymi rodzicami. 

- E tam. Są całkiem normalni. I jak normalni ludzie mają zalety i 

wady.  Ale  nie  narzekam.  Moje  dzieciństwo  należało  do  wyjątkowo 

szczęśliwych. Cierpiałem tylko z jednego powodu: że mieszkaliśmy z 

mamą  w  Kalifornii,  a  ojciec  większość  czasu  spędzał  w 

Waszyngtonie. Był ciągle nieobecny. Może dlatego nie kwapię się do 

zatrudniania  samotnych  matek.  Kiedy  ma  się  dzieci,  powinno  się  z 

nimi  jak  najwięcej  przebywać.  A  ja  od  swoich  sekretarek  wymagam, 

żeby były dyspozycyjne. Pracuję do późnych godzin. Dlatego sam nie 

mam  dzieci.  Nie  można  w  równym  stopniu  poświęcić  się  pracy  i 

wychowaniu  potomstwa.  Kiedy  jest  się  rodzicem,  dzieci  są 

najważniejsze. 

- Czyli na pracę u ciebie może liczyć wyłącznie osoba bezdzietna? 

-  Tak.  Mnóstwo  czasu  spędzam  w  biurze  i  potrzebuję  sekretarki, 

która... 

- Byłaby na każde twoje wezwanie. 

-  Zamierzałem  powiedzieć:  która  traktowałaby  pracę  równie 

poważnie, jak ja. 

- I gotowa byłaby dla niej zrezygnować z życia osobistego. 

Roześmiał się. 

- Jesteś bezlitosna. 

- Ja? Raczej ty w swoich żądaniach. 

Popatrzył  na  nią  z  rozbawieniem,  ale  i  irytacją  w  oczach. 

Ponieważ  oboje  skończyli  kolację,  wyjął  z  kieszeni  telefon 

komórkowy i podał szoferowi adres, pod którym może ich odebrać. 

background image

-  Uważam,  że  należy  jasno  ustalić  priorytety  -  oznajmił, 

rozłączywszy  się.  -  Jeżeli  człowiek  ma  dzieci,  powinien  poszukać 

sobie  pracy,  która  nie  kolidowałaby  z  jego  obowiązkami 

rodzicielskimi. Jeżeli natomiast ma pracę wymagającą poświęcenia... 

- Lub wymagającego szefa. 

-  ...lub  wymagającego  szefa,  wtedy  nie  powinien  decydować  się 

na dzieci, ponieważ byłoby to wobec nich nie fair. 

- Wszystko jest dla ciebie czarne lub białe? 

- Nie wszystko. Ale to tak. 

- Czyli bezdzietny szef i bezdzietna sekretarka? 

- Owszem. 

- Zawsze tak będzie? 

Nie czekając na rachunek, Rand położył na stoliku dwa banknoty 

dwudziestodolarowe. 

-  Nie  wiem.  Nie  mam  pewności,  czy  nadaję  się  na  ojca.  Może 

kiedyś zmienię zdanie. Na przykład, kiedy przejdę na emeryturę. 

-  Co?  -  Lucy  parsknęła  śmiechem.  -  Chcesz  mieć  dzieci  na 

starość? 

Oboje sięgnęli po płaszcze. 

- Na żadną starość. Zamierzam być młodym emerytem. 

- Nie wierzę. 

- W co? 

-  Że  za  kilka  lub  kilkanaście  lat  zrezygnujesz  z  pracy.  Jesteś 

pracoholikiem. Tacy jak ty nie przechodzą wcześnie na emeryturę. 

- W takim razie nie będę miał dzieci. 

background image

- Szkoda. 

Akurat  gdy  wyszli  z  lokalu,  czarny  lincoln  zatrzymał  się  przy 

krawężniku. 

- Dlaczego tak uważasz? 

-  Bo  słuchając  cię,  odnoszę  wrażenie,  że  rodzina  jest  dla  ciebie 

ważna. 

-  To  prawda.  Jest  ważna.  Od  początku  próbuję  ci  to  wyjaśnić. 

Kiedy  ma  się  żonę  i  dzieci,  powinno  się  je  stawiać  na  pierwszym 

miejscu. 

- Ciebie jednak zadowala praca. 

- Tak. 

-  Ale  praca  nie  usiądzie  ci  na  kolanach,  nie  przytuli  się,  nie 

uśmiechnie,  nie  poprosi  cię  o  przeczytanie  bajki  i  nie  zawiąże  ci 

sznurowadła, kiedy będziesz za stary, aby się schylić. 

- Lubię swoją pracę. 

- Na tyle, żeby wszystko dla niej poświęcić? 

Rozciągnął usta w szelmowskim uśmiechu. 

-  Nie  wszystko  -  odparł.  -  Tylko  dzieci.  Z  niczego  więcej  nie 

rezygnuję. 

Lucy wywróciła oczami. 

- Poddaję się - rzekła, czując dreszczyk podniecenia. 

Bała  się  kontynuować  rozmowę.  Z  tego,  co  Sadie  mówiła,  Rand 

cieszył się powodzeniem wśród pań. Czyli z towarzystwa płci pięknej 

nie rezygnował. 

- A tak dobrze ci szło! - stwierdził, nie kryjąc zawodu. 

background image

Lubił  wyzwania,  potyczki  słowne,  ciekawą  wymianę  zdań. 

Wsiadłszy  do  samochodu,  Lucy  nie  przesunęła  się  na  sam  koniec 

siedzenia,  Rand  zaś  przysunął  się  bardziej  na  środek,  niż  musiał.  W 

pierwszej  chwili  nie  zwróciła  na  to  uwagi,  ale  potem  spostrzegła,  że 

ich  kolana  dzieli  najwyżej  dwadzieścia  centymetrów.  W  dodatku 

Rand  trzymał  rękę  na  oparciu  siedzenia.  Gdyby  odchyliła  do  tyłu 

głowę... 

Nie!  Wiedziała,  że  musi  się  wziąć  w  garść.  Opanuj  się,  Lucy. 

Zaczęła liczyć w myślach do dziesięciu. 

- Podziękuj ode mnie ciotce. 

- Za co? Że podesłała ci partnera sparingowego? 

Wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

-  Za  to  również.  Ale  głównie  za  to,  że  przysłała  mi  najlepszą 

sekretarkę, jaką miałem od czasu, kiedy mnie porzuciła. 

Wcale mnie nie miałeś...  

W ostatniej chwili Lucy ugryzła się w język. Boże, co mi odbiło? 

-  zastanawiała  się  nerwowo.  Sama  siebie  nie  poznawała.  Niewiele 

brakowało, by zaczęła flirtować z Randem. Jeden dzień w pracy, jedna 

kolacja i już? Sądziła, że jest bardziej odporna na męskie wdzięki. Ale 

jej  opór  malał  z  każdą  sekundą.  Siedzieli  tak  blisko  siebie,  a  on  był 

taki przystojny, taki seksowny, taki czarujący, taki... 

Przestań! - zganiła się w myślach. 

Nie pomogło. Tym bardziej że Rand wpatrywał się w nią z takim 

wyrazem,  jakby  dokonał  ważnego  odkrycia.  W  jego  spojrzeniu 

background image

dostrzegła  podziw  -  nie  dla  jej  zdolności  jako  sekretarki,  lecz  dla  jej 

urody jako kobiety. Podziw, zdumienie i... tak, chyba zachwyt. 

A  potem  utkwił  wzrok  w  jej  źrenicach.  Poczuła  żar,  jakby  cała 

płonęła.  Oczami  wyobraźni  zobaczyła,  jak  się  całują.  Rand  pochyla 

głowę,  przywiera  ustami  do  jej  warg.  Ona  gorliwie  odwzajemnia 

pocałunek... 

Nie, to byłby błąd, duży błąd. Nie powinna zadawać się ze swoim 

szefem.  Zaschło  jej  w  gardle.  Nie  umiała  powstrzymać  biegu  myśli. 

Ciekawa  była  smaku  jego  warg,  tego,  czy  są  miękkie,  czy  twarde, 

natarczywe  czy  uległe,  zastanawiała  się,  czy  pierwszy  pocałunek 

odznaczałby  się  delikatnością  czy  pikanterią,  czy  usta  i  język  Randa 

byłyby równie niestrudzone, jak on sam? 

A  ręce?  Te  duże  silne  dłonie,  które  cały  dzień  obserwowała  z 

fascynacją?  Czy  byłyby  ciepłe  i  czułe,  czy  może  nerwowe  i 

niespokojne?  Czy  ich  dotyk  wystarczyłby,  aby  zapomniała  o 

wszystkich obawach i lękach? Aby oddała się rozkoszy, jakiej dawno 

nie zaznała? Czy byłaby to tylko chwila, kilka cudownych szalonych 

sekund?  A  może  pocałunek  trwałby  długo,  dopóki  usta  by  jej  nie 

zdrętwiały, a ciała nie rozpalił ogień? 

Nagle zdała sobie sprawę, że pochyla się do przodu. Nieznacznie, 

prawie niezauważalnie. Wystraszyła się. Nie chciała niczego zdradzić, 

to, o czym myślała, musi pozostać jej tajemnicą.  

Czym prędzej wyprostowała się. 

- To o której mam być gotowa w poniedziałek? - spytała ni stąd, 

ni zowąd. 

background image

Zabrzmiało  to  dość  obcesowo,  a  przecież  chciała  tylko  pokryć 

własne  speszenie.  Rand  uśmiechnął  się  pod  nosem.  Jakby  odgadł  jej 

najskrytsze pragnienia. Jakby wszystkiego się domyślił. 

- Myślę, że zasłużyliśmy na późniejszy start. Wpadnę po ciebie o 

ósmej. 

Samochód  zatrzymał  się  przed  jej  domem.  Lucy  odetchnęła  z 

ulgą.  Przynajmniej  dziś  się  nie  zbłaźni.  Otworzyła  szybko  drzwi, 

zanim szofer zdążył wysiąść. 

- A więc widzimy się w poniedziałek o ósmej - powiedziała, siląc 

się na rześki, wesoły ton. 

- Lucy... 

Niczego od niej nie chciał. Tylko tego, aby została chwilę dłużej. 

- Słucham? - spytała przez ramię. 

Jedną nogą stała już na chodniku. 

-  Jeszcze  raz  dziękuję.  Gdybyś  zdecydowała  się  na  tę  pracę, 

chętnie przyjąłbym cię na stałe. 

Praca.  Na  stałe.  A  zatem  cały  czas  pamiętał,  kim  są:  szefem  i 

podwładną. Twardo stąpa po ziemi. W przeciwieństwie do niej, która 

zaczęła bujać w obłokach. 

-  Na  pewno  się  nie  zdecyduję  -  oznajmiła  chłodno.  -  Ale  w 

poniedziałek  z  samego  rana  ponaglę  kierownika  agencji,  której 

zleciłeś  poszukiwanie  pracownicy.  Mogę  nawet  przeprowadzić 

wstępną  selekcję...  -  Na  moment  zamilkła.  -  Dobranoc,  Rand.  - 

Wysunęła drugą nogę z samochodu. - Dzięki za kolację. 

Skinął na pożegnanie głową. 

background image

- Do poniedziałku, Lucy. 

Zostawiając  otwarte  drzwi  -  Frank  przytrzymywał  je  ręką  - 

energicznym krokiem ruszyła w stronę domu. Tak, do poniedziałku. 

Czyżby  słyszała  w  jego  głosie  nutę  żalu?  Nie,  pewnie  znów 

wyobraźnia płata jej figla. Przekręcając klucz w zamku, zastanawiała 

się, co jest groźniejsze: zbyt bujna fantazja, o którą nigdy dotąd się nie 

podejrzewała,  a  którą  natura  ją  widocznie  obdarzyła,  czy  urok,  jaki 

roztaczał wokół siebie Rand Colton? 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Nie odstępował jej na krok. Towarzyszył jej w piątek wieczorem, 

kiedy kładła się spać, towarzyszył  w  sobotę rano, kiedy się obudziła, 

był  przy  niej  przez  cały  weekend  oraz  w  poniedziałek  rano,  kiedy 

leżała w łóżku, czekając, aż zadzwoni budzik. 

Była  tym  faktem  mocno  zaniepokojona.  Nie  tylko  nie  umiała 

przestać myśleć o Randzie, ale w dodatku jej myśli obracały się ciągle 

wokół spraw męsko-damskich. Chyba całkiem oszalała! Snuła rojenia 

o  pieszczotach  i  pocałunkach.  Przed  oczami  stawał  jej  obraz  Randa, 

który bierze ją w ramiona, a ona mu ulega. 

Wiedziała,  że  powinna  się  otrząsnąć.  Na  miłość  boską,  przecież 

jest  jej  szefem!  Człowiekiem  ambitnym,  bez  reszty  oddanym  pracy, 

który  jak  ognia  wystrzega  się  samotnych  matek;  nie  chce  ich  ani  w 

firmie,  a  tym  bardziej  w  życiu.  Powinna  to  sobie  stale  powtarzać. 

Tylko  dlatego,  że  facet  jest  fascynujący,  nie  można  tracić  dla  niego 

głowy. 

background image

A  że  Rand  jest  fascynujący,  nie  ulega  najmniejszej  wątpliwości. 

Fascynujący,  inteligentny,  przystojny.  W  dodatku  jest  doskonałym 

prawnikiem,  takim,  jakim  sama  chciała  być,  zanim  los  postanowił 

inaczej.  Rand  Colton...  człowiek  o  zdecydowanych  poglądach, 

wierzący w sens swojej pracy, czarujący, elegancki, odznaczający się 

charyzmą i poczuciem humoru. 

Stop!  Opanuj  się!  -  skarciła  się  w  duchu.  Miała  świadomość,  że 

zachowuje się jak największa  wielbicielka Randa. Może, przyszło jej 

do  głowy,  powinien  był  ją  przyjąć  na  stanowisko  swojego  rzecznika 

prasowego,  a  nie  sekretarki  czy  asystentki.  Oj,  źle  się  z  nią  dzieje. 

Bardzo  źle.  Poznali  się  w  czwartek,  w  piątek  przepracowali  razem 

cały  dzień,  właściwie  nic  o  nim  nie  wiedziała,  a  wychwala  go  pod 

niebiosa. Stanowczo powinna coś z tym zrobić. Ale czuła się totalnie 

bezradna. 

Powtarzała  sobie,  że  jest  dorosła  i  odpowiedzialna.  Dość  ma 

problemów  na  głowie.  Musi  się  skupić  na  wychowaniu  syna  i 

zapewnieniu  im  obojgu  środków  do  życia.  Nie  ma  czasu  bujać  w 

obłokach  i  oddawać  się  marzeniom,  tak  jak  to  czyniła  przez  cały 

weekend.  A  tym  bardziej  nie  ma  czasu  na  flirty  czy  romanse.  Bo 

oczywiście, w wypadku Randa, o żadnym poważniejszym związku nie 

może być mowy. 

Skoro  to  wie,  dlaczego  nie  potrafi przestać  o  nim  myśleć?  Może 

dlatego,  że  zbyt  długo  żyła  samotnie?  Że  zbyt  długo  wszystkiego 

sobie  odmawiała?  Jest  młodą,  atrakcyjną  kobietą,  która  ostatni  raz 

umówiła  się  na  randkę  prawie  pięć  lat  temu.  Nie  tylko  nie  widywała 

background image

się z mężczyznami, ale większość czasu spędzała z dzieckiem. Odkąd 

miesiąc  temu  zrezygnowała  z  pracy  w  bibliotece  prawniczej  w 

Kalifornii,  by  przenieść  się  do  Waszyngtonu,  zdarzało  jej  się  całymi 

dniami nie rozmawiać z osobą dorosłą. 

A  więc  może  o  to  chodzi?  Że  jest  spragniona  nie  tylko 

towarzystwa mężczyzn, ale w ogóle świata ludzi dorosłych? Jeśli tak, 

to nic dziwnego, że po paru godzinach z Randem Coltonem zakręciło 

się  jej  w  głowie.  A  więc  nie  powinna  się  martwić.  Jest  to 

najnormalniejsza  reakcja  pod  słońcem.  Po  latach  opuściła  swoją 

pustelnię i zachłysnęła się kolorem, gwarem, życiem. 

Ponieważ  zaś  w  wędrówce  po  świecie  dorosłych  towarzyszył  jej 

ktoś  taki  jak  Rand  Colton,  któremu  niewiele  kobiet  umiałoby  się 

oprzeć,  czuła  dreszczyk  podniecenia.  Oczywiście  jej  myśli  odbywały 

własną wędrówkę, zapuszczały się w tereny dzikie, nieznane. W świat 

fantazji. 

Ale fantazjować wolno, uznała. Marzenia nikomu nie wyrządzają 

krzywdy. Musi się tylko pilnować, aby na marzeniach się skończyło. I 

żeby  Rand  nie  zorientował  się,  co  się  jego  sekretarce  roi  w  głowie. 

Chyba się nie domyśla? Przypomniała sobie, jak wracali w piątek do 

domu.  Oczami  wyobraźni  widziała,  jak  Rand  bierze  ją  w  ramiona  i 

przywiera ustami do jej warg.  

Kiedy  po  chwili  ocknęła  się  z  zadumy,  Rand  spoglądał  na  nią  z 

tajemniczym  uśmiechem,  jakby  czytał  w  jej  myślach.  Nie,  to 

śmieszne. Mógł mieć dziesiątki powodów, aby się uśmiechać. Co nie 

zmienia  faktu,  że  siedział  z  wzrokiem  utkwionym  w  jej  twarz.  Czyli 

background image

uśmiech mógł oznaczać, że podoba mu się to, co widzi. Przeraziła się. 

A  jednocześnie  była  zła,  że  nie  potrafi  okiełznać  myśli.  Co  innego 

ona,  a  co  innego  on.  Wolałaby  nie  wzbudzać  w  nim  takich  emocji, 

jakie on wzbudzał w niej. 

To  by  tylko  niepotrzebnie  skomplikowało  całą  sytuację.  Każda 

kobieta  lubi  być  dowartościowana  i  podziwiana,  ale  Lucy  dobrze 

wiedziała,  czym  to  może  grozić.  Na  przykład  urodzeniem  Maksa, 

którego  wychowywała  samotnie.  Tyle  że  tym  razem  nie  mogłaby 

twierdzić, że została oszukana czy wprowadzona w błąd. Rand Colton 

od początku stawia sprawę jasno. Nie życzy sobie mieć dzieci. 

-  Skup  się  na  czymś  innym  -  szepnęła,  leżąc  w  półmroku,  jakby 

słowa wypowiedziane na głos miały większą siłę oddziaływania. 

Powinna  przestać  myśleć  o  tym,  jak  miło  się  jej  z  Randem 

pracowało,  o  kolacji,  na  którą  ją  zaprosił,  o  rozmowie,  jaką 

prowadzili, a przede wszystkim o jego cudownych niebieskich oczach, 

o szerokich ramionach, o silnych dłoniach, które... 

- Starczy już! Basta! Przestań! - zawołała z wściekłością. 

Nie udawała. Autentycznie pragnęła skierować myśli na inne tory. 

Nie  chciała,  aby  jakikolwiek  mężczyzna  ją  pociągał.  Sama  też  nie 

chciała  być  obiektem  niczyjego  zainteresowania.  Musiała  zachować 

siłę  i  niezależność.  Chwila  słabości,  jakiej  uległa  przed  laty, 

zakończyła się ciążą.  

Lucy  nie  żałowała  tego,  co  się  stało.  Kochała  syna.  Za  nic  w 

świecie  nie  cofnęłaby  czasu.  Ale  nie  zamierzała  pozwolić,  aby 

sytuacja  jeszcze  kiedykolwiek  się  powtórzyła.  Nie  poradziłaby  sobie 

background image

ani finansowo, ani emocjonalnie. Ojciec Maksa bardzo ją skrzywdził. 

Wylała  przez  niego  morze  łez.  Teraz  też  zbierało  jej  się  na  płacz, 

ilekroć Maks pytał, dlaczego nie ma tatusia, tak jak jego koledzy. 

Po  urodzeniu  syna  powzięła  silne  postanowienie,  że  zrobi 

wszystko,  aby  nigdy  więcej  nie  narazić  siebie  i  dziecka  na  ból,  jaki 

sprawił  jej  mężczyzna,  w  którym  zakochała  się  przed  laty. 

Mężczyzna, który nie miał zamiaru ani ochoty zbaczać z obranej drogi 

tylko dlatego, że jego młoda przyjaciółka zaszła w ciążę. 

-  Otrzeźwiej,  Lucy.  Przestań  bujać  w  obłokach  -  powiedziała  do 

siebie, akurat gdy zadzwonił budzik. 

Wystarczy,  że  raz  miała  do  czynienia  z  takim  facetem  jak  Rand 

Colton.  Bo  pod  wieloma  względami  ojciec  Maksa  był  do  niego 

podobny. Tak, jeden raz w zupełności wystarczy. 

Kwadrans  przed  ósmą  pojawiła  się  Sadie,  która  najpierw 

zamierzała pobawić się z Maksem w domu, a potem, około dziesiątej, 

odprowadzić  go  do  przedszkola.  Lucy  pożegnała  się  z  synem 

wcześniej,  tak  żeby  być  gotowa  do  wyjścia,  kiedy  tylko  szofer 

zadzwoni  do  drzwi.  Niemal  stratowała  biednego  Franka,  tak  bardzo 

się  spieszyła.  Ale  kiedy  otworzył  tylne  drzwi  lincolna,  jej  oczom 

ukazało się puste siedzenie. 

Popatrzyła na niego pytająco, po czym ponownie utkwiła wzrok w 

pustym wnętrzu wozu. 

- Pan Colton umówił się na śniadanie z klientem - wyjaśnił szofer. 

-  Właśnie  podrzuciłem  go  do  centrum.  Pani  też  mam  nie  odwozić 

background image

bezpośrednio  do  biura.  W  kieszeni  za  fotelem  pasażera  pan  Colton 

zostawił dla pani listę rzeczy do zrobienia. 

- Nic mi nie mówił o tym, że... - zaczęła Lucy, ale szybko ugryzła 

się w język. 

Zdenerwował  ją  własny  skomlący  ton.  Zachowuje  się  tak,  jakby 

ona i Rand mieli wspólne plany na dzisiejszy dzień, plany, które Rand 

samowolnie  zmienił  i  nawet  nie  raczył  jej  o  tym  osobiście 

powiadomić. Ale po pierwsze, nie mieli żadnych wspólnych planów, a 

po  drugie,  nie  musiał  się  jej  z  niczego  tłumaczyć.  I  tak  powinna  być 

mu wdzięczna, że przysłał po nią szofera. 

- Doskonale - poprawiła się. 

Miała  nadzieję,  że  Frank  nie  wyczuł  nuty  zawodu  w  jej  głosie. 

Wsiadła do samochodu z taką miną, jakby całe życie jeździła do pracy 

elegancką limuzyną i nie czekając, aż  Frank zamknie drzwi, sięgnęła 

do kieszeni po list, który zostawił jej Rand. 

Rozłożyła  kartkę.  Właściwie  nie  był  to  list,  raczej  lista  spraw  do 

załatwienia.  W  punktach.  Napisana  suchym,  bezosobowym  tonem. 

Nie było żadnego: „Dzień dobry". Żadnego: „Czy mogłabyś zająć się 

tymi  sprawami?  Zapomniałem  ci  o  nich  wspomnieć  w  piątek".  Ani: 

„Mogłem cię uprzedzić, że dziś będziesz sama, ale zupełnie wyleciało 

mi to z głowy!". Były tylko polecenia.  

Nie  musi  z  tobą uprawiać  korespondencji,  jesteś  jego  sekretarką, 

nie narzeczoną! - przywołała się do porządku. 

Zaczęła czytać: 

1. Odbierz rzeczy z pralni chemicznej. 

background image

2. Załóż lokatę według załączonej instrukcji. 

3.  Kup  w  kwiaciarni  trzy  bukiety,  do  każdego  z  nich  dołącz 

karteczkę.  Na  pierwszej  napisz:  „Sto  lat,  Deidre.  Rand".  Na  drugiej: 

„Gratuluję awansu, Bunny. Cieszę się, że mogliśmy go razem uczcić. 

Rand". Na trzeciej: „Veronico, dzięki za wspaniały wieczór. Rand". 

Lista  zawierała  więcej  punktów,  ale  Lucy  jedynie  rzuciła  na  nie 

okiem.  Była  zbyt  oszołomiona,  aby  się  na  nich  skupić.  Przeczytała 

ponownie pierwsze trzy polecenia, trzecie przeczytała  z pięć razy, za 

każdym  razem  czując,  jak  ogarnia  ją  coraz  większa  wściekłość.  Do 

diabła, co on sobie wyobraża? Że jest jego służącą? Przynieś, załatw, 

kup.  Wstąp  do  pralni,  do  banku  i  kwiaciarni  po  bukiety  dla 

przyjaciółek.  Nawet  nie  dla  jednej  przyjaciółki,  ale  dla  trzech!  Dla 

Deidre, Bunny i Veroniki. 

Despota,  psiakrew!  Pan  i  władca.  Lowelas  przeklęty!  Nie  prosi, 

tylko  rozkazuje.  Zrób  to,  zrób  tamto.  Niczym  kochająca  żona  ma 

odbierać jego pranie, chodzić do banku, a jednocześnie pisać za niego 

liściki miłosne! Co za tupet! Co za bezczelność! Jakim prawem... 

Pohamowała  furię,  wzięła  kilka  głębokich  oddechów.  Dlaczego 

się  złościsz?  -  spytała  samą  siebie.  Przecież  nic  was nie  łączy.  Jesteś 

tylko  sekretarką.  Wprawdzie  zgłaszając  się  do  pracy,  nie  sądziła,  że 

załatwianie  prywatnych  spraw  szefa  będzie  należało  do  jej 

obowiązków.  Nikt  jej  o  tym  nie  uprzedził,  a  gdyby  uprzedził, 

stanowczo by się temu sprzeciwiła. Podejście Randa rozgniewało ją.  

Najbardziej oczywiście zirytował ją punkt trzeci.  Ilekroć patrzyła 

na  kartkę  i  widziała  imiona  kobiet,  dla  których  miała  kupić  kwiaty, 

background image

wszystko  się  w  niej  gotowało.  Ale  dlaczego?  Znała  odpowiedź  na  to 

pytanie. Bo jest zazdrosna. 

Wzdrygnęła  się  na  samą  myśl.  Tak,  zżerała  ją  zazdrość. 

Bezpodstawna,  niczym  nieusprawiedliwiona  zazdrość.  Zazdrość, 

której  nie  miała  prawa  czuć.  Jest  w  końcu  tylko  sekretarką  Randa! 

Sadie wspomniała jej, że Rand ma duże powodzenie u kobiet. Puściła 

to  mimo  uszu.  W  końcu  co  ją  to  obchodzi?  Jego  życie  prywatne 

zupełnie  jej  nie  dotyczy.  Ale  po  jednym  dniu  pracy  nagle  zaczęło 

dotyczyć. Wszystko się zmieniło. 

Chyba  zwariowała!  Bez  względu  na  to,  jak  dotąd  żyła,  bez 

względu  na  swoją  samotność,  tęsknoty,  pragnienia,  powinna  mieć 

więcej oleju w głowie. Może dobrze  się stało, pomyślała, starając się 

otrząsnąć,  uwolnić  od  fascynacji  Randem,  że  zostawił  jej  tę  kartkę  z 

poleceniem kupna kwiatów dla przyjaciółek. Przynajmniej wie, czego 

się  spodziewać.  Ma  przed  oczami  niezbity  dowód  na  to,  jakim  jest 

człowiekiem. Dowód na to, że nie powinna opuszczać gardy i ulegać 

wdziękom playboya. 

Z kartki, którą trzymała  w dłoni, jasno bowiem  wynika, że Rand 

nie  spełni  jej  oczekiwań.  Ten  facet  przebiera  w  kobietach  jak  w 

ulęgałkach,  traktuje  je  przedmiotowo,  a  do  dzieci  podchodzi  z 

dystansem.  Nic  ci  do  tego,  Lucy,  tłumaczyła  sobie.  Jesteś  jego 

podwładną,  niczym  więcej.  Będziesz  u  niego  pracować,  dopóki  nie 

znajdzie sobie kogoś na stałe, i ani dnia dłużej. 

Samochód zatrzymał się przed pralnią chemiczną. Punkt pierwszy 

na  liście.  Wysiadając  z  auta, czuła  bolesny  ucisk  w  gardle.  Jakoś  nie 

background image

mogła pogodzić się z faktem, że ona i Rand mają tak odmienne cele. 

Są  jak  dwa  pociągi  jadące  w  przeciwnych  kierunkach.  Jej  celem  jest 

wychowanie  syna,  zapewnienie  mu  opieki  i  tego  wszystkiego,  czego 

może potrzebować w życiu. Celem Randa jest życie lekkie, przyjemne 

i bez zobowiązań, najlepiej w towarzystwie Deidre, Bunny i Veroniki. 

 

-  No  i  co,  Maks?  Powiedziałeś  mamusi,  kim  chcesz  być,  jak 

dorośniesz? 

Sadie  zaprosiła  Maksa  i  Lucy  do  siebie  na  kolację.  Podczas  gdy 

obie z Lucy szykowały w kuchni sałatkę, chłopiec siedział przy stole, 

kolorując obrazki w swojej nowej książeczce do malowania. 

- Jeszcze nie. 

-  Bajka,  którą  czytałam  dziś  dzieciom  w  przedszkolu,  była  o 

ludziach  wykonujących  różne  zawody  -  wyjaśniła  Sadie,  widząc 

zdziwione  spojrzenie  Lucy.  -  Potem  długo  dyskutowaliśmy  na  ten 

temat. 

- Ostatnio Maks chciał być pilotem bombowca albo policjantem. 

-  Ale  już  nie  chcę  -  stwierdził  rzeczowo  chłopiec,  nie  podnosząc 

wzroku  znad  rysunku.  -  Teraz  chcę  zostać  palantologiem.  To  taki 

człowiek,  który  pracuje  w  muzeum  i  składa  kości  dinozaurów.  Poza 

tym chcę grać na gitarze i śpiewać. 

-  Czyli  będę  mamą  paleontologa  i  muzyka  rockowego,  tak?  - 

spytała Lucy. 

-  Dzisiaj  w  przedszkolu  Maks  zademonstrował  wszystkim  swoje 

talenty muzyczne - oznajmiła Sadie, po czym z trudem powstrzymując 

background image

wesołość,  dodała:  -  Może  namówimy  go,  aby  wystąpił  dla  nas  po 

kolacji. Warto to zobaczyć. 

- W zeszłą sobotę nie mogłam go oderwać od telewizora. Siedział 

jak  zahipnotyzowany,  oglądając  stary  film  z  Elvisem  Presleyem. 

Tylko mi nie mów, że mój syna wyrasta na drugiego Elvisa! 

-  Dam  ci  dobrą  radę.  Zamiast  oszczędzać  na  jego  studia,  zacznij 

zbierać  pieniądze  na  wyszywane  cekinami  lśniące  garnitury,  paski  z 

wielkimi klamrami i peruki z baczkami. Maks odśpiewał „Niebieskie 

zamszaki"  jak  zawodowiec.  Wszyscy  poderwali  się  do  tańca.  Jeśli 

myślisz, moja droga, że twój syn jest nieśmiały, to się grubo mylisz. 

Nie  przerywając  kolorowania,  Maks  z  szerokim  uśmiechem  na 

twarzy  przysłuchiwał  się  rozmowie.  Lucy  zamierzała  poprosić  syna, 

żeby zaśpiewał piosenkę Elvisa już teraz, a nie po kolacji, kiedy nagle 

rozległ się dzwonek do drzwi. 

- Mój drugi, a właściwie to trzeci gość - rzekła Sadie. 

Wytarła ściereczką ręce i ruszyła do holu. 

-  Nie  wiedziałam,  że  poza  nami  ciocia  jeszcze  kogoś  zaprosiła  - 

powiedziała Lucy. - A ty wiedziałeś? 

Maks skinął głową. 

- Pomagałem nakryć do stołu. 

Oczywiście Lucy wcale nie przeszkadzało, że w większym gronie 

zasiądą  do  kolacji.  Lubiła  poznawać  nowe  osoby,  zwłaszcza  odkąd 

przeniosła  się  do  Waszyngtonu.  W  Kalifornii  miała  przyjaciół,  a  tu 

prawie z nikim się nie widywała. 

background image

Raptem  doleciał  ją  z  holu  niski  męski  głos.  Zamarła.  Był  to 

bowiem  głos  Randa.  Radość,  którą  poczuła  na  myśl,  że  pozna  jakąś 

miłą osobę, znikła. Ogarnęła ją panika. 

Nie wspomniała ciotce o jednym z warunków, jakie musi spełniać 

sekretarka Randa: nie może mieć dzieci. Nie wspomniała też o tym, że 

nie przyznała się Randowi do Maksa. Jakoś nie było ku temu okazji. 

Nie,  nieprawda.  Nie  wspomniała  dlatego,  że  było  jej  wstyd.  Nigdy 

dotąd  nie  ukrywała  faktu,  że  ma  syna.  Ale  ponieważ  pracowała  u 

Randa  tylko  czasowo,  uznała,  że  swoje  małe  kłamstewko  zachowa 

przed ciotką w tajemnicy.  

Rodzice ją uczyli, że kłamstwo ma krótkie nogi. I faktycznie. Nie 

przyszło jej do głowy, że Sadie zaprosi Randa na wspólną kolację. 

-  A oto i oni - rzekła Sadie, prowadząc Randa do ciepłej kuchni, 

którą  wypełniał  zapach  obracającego  się  na  rożnie  kurczaka.  -  Moje 

dwa  największe  skarby:  Lucy  i  jej  syn  Maks.  Nie  miałeś  jeszcze 

przyjemności poznać Maksa, prawda, Rand? 

Lucy  najchętniej  by  stąd  uciekła,  ale  było  za  późno.  Gdyby 

zawczasu  wiedziała,  kogo  Sadie  zamierza  zaprosić,  wymówiłaby  się 

od  przyjścia  albo  chociaż  wydumałaby,  co  powiedzieć  Randowi. 

Podniósłszy  głowę  znad  sosu  winegret,  zobaczyła  swojego  szefa, 

który ze skonfundowaną miną spoglądał na Maksa. Przeniosła wzrok 

na Maksa i przeraziła się. Chłopiec sprawiał wrażenie, jakby zakochał 

się  w  Randzie  od  pierwszego  wejrzenia.  Oczy  lśniły  mu  z  przejęcia, 

twarz rozjaśniał wielki, promienny uśmiech. 

background image

-  Maluję  tyranozaura.  Tyranozaury  to  te,  które  zjadły  resztę 

dinozaurów. 

-  Naprawdę?  Nie  wiedziałem  -  oznajmił  całkiem  przyjaznym 

tonem  Rand,  po  czym,  z  zachmurzonym  już  czołem,  popatrzył  na 

Lucy. - Ale najwyraźniej jest wiele rzeczy, o których nie wiem. 

Sadie wyczuła napięcie między siostrzenicą a byłym szefem, lecz 

udawała, że niczego nie dostrzega. 

-  Kolacja jest już prawie gotowa. Można ci nalać kieliszek  wina, 

Rand? Właśnie otworzyłam butelkę... 

-  Doskonały  pomysł.  Przekonamy  się,  czy  prawdą  jest  to,  co 

ludzie  mówią:  że  wino  ma działanie uspokajające.  -  Świdrował  Lucy 

wzrokiem, jakby chciał ją przewiercić na wylot. 

Odruchowo  wyprostowała  plecy  i  uniosła  wyżej  głowę.  Nic  mu 

do  jej  prywatnych  spraw!  Ona  nie  wtrąca  się  do  jego  życia.  Nie 

zamierza  się  tłumaczyć,  przepraszać,  wyjaśniać,  że  zaszło 

nieporozumienie. Bo nie zaszło. Maks jest jej synem. Synem, którego 

kocha bezgranicznie i z którego zawsze była szalenie dumna. 

-  Idź  umyj  rączki,  niedźwiadku  -  powiedziała  łagodnie  do 

chłopca,  po  czym  odwzajemniła  gniewne  spojrzenie  Randa.  Jej  oczy 

zdawały  się  mówić:  myśl  sobie,  co  chcesz;  nie  robi  mi  to  żadnej 

różnicy. 

Sadie nalała Randowi kieliszek wina; zadawała mu jakieś pytania, 

na  które  on  odpowiadał,  nie  spuszczając  jednakże  wzroku  z  Lucy. 

Potem  Maks  wrócił  z  łazienki  i  wziął  Randa  za  rękę,  jakby  to  robił 

tysiące razy w życiu. 

background image

-  Chodź.  Pokażę  ci,  gdzie  będziemy  jedli.  Jak  chcesz,  możesz 

usiąść koło mnie. 

-  Dziękuję  -  odparł  Rand,  przyjmując  od  Sadie  kieliszek  i 

pozwalając dziecku zaprowadzić się do jadalni. 

Swoją  postawą  wiele  zyskał  w  oczach  Lucy.  Bez  względu  na  to, 

jak  bardzo  był  na  nią  zły,  nie  dał  tego  odczuć  Maksowi;  nie  wyrwał 

ręki,  nie  skrzywił  się,  tylko  posłusznie,  z  uśmiechem  na  twarzy 

powędrował za nim do jadalni. 

Kiedy Maks z Randem znaleźli się poza  zasięgiem słuchu, Sadie 

spytała szeptem: 

- Nie mówiłaś mu o Maksie? 

-  To  był  warunek  przyjęcia  mnie  do  pracy  -  wyjaśniła  Lucy.  - 

Niemal w pierwszych słowach oznajmił, że nigdy więcej nie zatrudni 

samotnej matki, bo ma dość wynikających z tego komplikacji. Dzieci, 

stwierdził,  przeszkadzają  kobiecie  dobrze  wypełniać  obowiązki.  Z 

góry  założył,  że  jestem  bezdzietna,  a  ja  go  po  prostu  nie 

wyprowadziłam z błędu. 

- O mój Boże - zmartwiła się Sadie. 

-  Nic  się  nie  stało  -  pocieszyła  ją  Lucy.  -  Byleby  był  miły  dla 

Maksa, jutro może mnie zwolnić. 

Zerknęła  w  stronę  jadalni,  skąd  dochodził  głos  jej  syna 

opowiadającego  Randowi  o  swoich  planach  na  przyszłość.  Rand  był 

bardzo  miły  dla  Maksa.  Świetnie  się  z  nim  dogadywał  i  przez  cały 

wieczór  traktował  go  jak  ulubionego  bratanka.  Chłopiec  z  kolei 

background image

wpatrywał  się  w  Randa  jak  w  obrazek.  Zachowywał  się  tak,  jakby 

miał jeden cel w życiu: oczarować swojego nowego przyjaciela. 

Lucy  całkiem  świadomie  nie  zwracała  synowi  uwagi.  Normalnie 

starałaby  się  go  trochę  uciszyć,  żeby  nie  monopolizował  rozmowy  i 

pozwolił  dorosłym  zamienić  kilka  słów,  ale  dziś  tego  nie  robiła. 

Chciała  pokazać  Randowi,  że  kocha  Maksa  i  absolutnie  się  go  nie 

wstydzi.  W  rezultacie  Maks  był  gwiazdą  wieczoru.  Trajkotał  o 

dinozaurach,  tłumaczył,  które  były  roślinożerne,  a  które  mięsożerne, 

opowiedział  wszystkie  dowcipy,  jakie  znał,  a  na  końcu  zaśpiewał 

„Niebieskie  zamszaki".  Do  perfekcji  naśladował  Elvisa:  kręcił 

biodrami, wymachiwał gitarą, wykrzywiał wargę. 

Randowi  zdawało  się  nie  przeszkadzać,  że  chłopiec  absorbuje 

dorosłych  swą  osobą.  Podtrzymywał  z  nim  rozmowę  i  zadawał 

pytania  na  temat  dinozaurów,  jakby  Maks  był  w  tej  dziedzinie 

ekspertem.  Bo  i  był.  Sam  też  uraczył  towarzystwo  kilkoma 

dowcipami,  a  po  wysłuchaniu  „Niebieskich  zamszaków"  bił  brawo 

równie  szczerze  i  entuzjastycznie,  jak  obie  kobiety.  Lucy  była  mu 

wdzięczna. Wiedziała, że Rand jest na nią zły, że jutro czeka ją trudna 

rozmowa, ale przynajmniej nie mścił się na jej synu. 

Kiedy  o  ósmej  Maks,  zmęczony  nadmiarem  wrażeń,  zaczął 

marudzić,  Lucy  uznała,  że  pora  wracać  do  domu.  Chłopiec 

zaprotestował, ale po chwili, widząc niewzruszoną minę matki, wstał 

od stołu, podszedł do Randa i wyciągnął na pożegnanie dłoń. 

-  Cieszę  się,  że  cię  poznałem  -  powiedział  tonem  bywałego  w 

świecie biznesmena. 

background image

Rand uścisnął ją z powagą. 

- A ja, że poznałem ciebie - rzekł. 

Maks  uśmiechnął  się  radośnie,  jakby  usłyszał  najwspanialszy 

komplement na świecie, po czym podbiegł do matki, która czekała na 

niego  przy  drzwiach.  Lucy  wiedziała  jednak,  że  nie  może  wyjść,  nie 

uzyskawszy  odpowiedzi  na  jedno  pytanie.  Po  raz  pierwszy  w  ciągu 

całego wieczoru zwróciła się bezpośrednio do Randa: 

- Czy mam jutro przyjść do biura? 

- Frank przyjedzie po ciebie o wpół do ósmej - odparł. 

Nie  była  pewna,  co  to  oznacza:  może  najpierw  chce  jej  dać 

reprymendę, a dopiero potem wywalić z pracy? 

- Będę gotowa. 

Podziękowała  Sadie  za  kolację,  upomniała  Maksa,  żeby  również 

ciotce  podziękował,  po  czym  wyszła,  zamykając  za  sobą  drzwi. 

Znalazłszy się na zewnątrz, wciągnęła w płuca chłodne powietrze. Od 

domu  dzieliło  ją  zaledwie  kilka  kroków.  Powoli  napięcie  zaczęło  z 

niej  opadać.  Myliła  się  jednak,  sądząc,  że  to  już  koniec  wrażeń  na 

dziś. 

Godzinę  później,  ułożywszy  syna  do  snu  i  poczytawszy  mu  na 

dobranoc,  schodziła  na  dół  do  kuchni,  kiedy  usłyszała  pukanie. 

Wiedziała,  że  nie  wróży  to  nic  dobrego.  Biorąc  głęboki  oddech, 

ruszyła do drzwi. W porządku, pomyślała; jeżeli Rand zmienił zdanie 

i postanowił zwolnić ją dziś, tym lepiej. 

Nacisnęła klamkę. Stał oparty o ścianę, jakby znużony czekaniem. 

Ręce miał skrzyżowane na piersi. Wcześniej nie zwróciła uwagi, w co 

background image

był  ubrany.  Dopiero  teraz  zauważyła  beżowe  spodnie,  rozpiętą  pod 

szyją jasnokremową koszulę, granatowy sweter z wycięciem w serek, 

granatową  marynarkę.  Mimo  że  świetnie  prezentował  się  w  drogich 

eleganckich garniturach, jeszcze lepiej wyglądał w stroju sportowym. 

Na jego twarzy wciąż malował się wyraz wściekłości. 

- Zmiana decyzji? - spytała Lucy. 

- Uznałem, że wstąpię dowiedzieć się, dlaczego mnie okłamałaś. 

Mówił  cicho,  nie  było  więc  obawy,  że  zbudzi  Maksa.  W  jego 

głosie  pobrzmiewała  jednak  nuta  determinacji;  zamierzał  otrzymać 

odpowiedź. Chcąc nie chcąc, Lucy odsunęła się na bok i ruchem ręki 

zaprosiła Randa do środka. Przecież nie będą rozmawiali na schodach 

przed domem.  

Zamknąwszy drzwi, skierowała się do salonu. Był to jedyny pokój 

w  całym  domu,  w  którym  meble  stały  tam,  gdzie  miały  stać,  a  pod 

ścianą  nie  tkwił  stos  nie  rozpakowanych  pudeł.  Podeszła  do  lampy 

zdobiącej  stary  dębowy  stolik  ustawiony  na  wprost  dużej,  wygodnej 

kanapy. Po chwili strumień światła przebił mrok. 

- Usiądziesz? - zapytała. 

Kiedy  odwróciła  się,  zobaczyła,  że  Rand  stoi  w  przejściu  do 

salonu  w  takiej  samej  pozie,  w  jakiej  stał  na  zewnątrz:  z  rękami 

skrzyżowanymi  na  piersi,  wsparty  ramieniem  o  framugę.  Patrzył 

wyczekująco,  jakby  nie  zamierzał  ruszyć  się  z  miejsca,  dopóki  nie 

uzyska odpowiedzi. 

W  porządku,  skoro  nie  chce  usiąść, nie  zaproponuje  mu  również 

nic do picia. 

background image

-  Nie  okłamałam  cię  -  rzekła,  ustawiając  się  za  fotelem  obitym 

identyczną  tkaniną  co  kanapa.  -  Po  prostu  nie  powiedziałam  ci  o 

Maksie.  Dopóki  macierzyństwo  nie  przeszkadza  mi  w  wykonywaniu 

pracy,  dopóty  moje  sprawy  osobiste  nie  powinny  cię  obchodzić.  A 

ponieważ  nie  zgłaszałeś  dotąd  żadnych  zastrzeżeń,  to,  że  posiadam 

dziecko, nie stanowi chyba problemu, prawda? 

Rand  zignorował  jej  wyzywający  ton.  Zignorował  wszystko,  co 

mówiła. 

- Nie lubię, jak się mnie okłamuje. 

-  Nikt  nie  lubi.  Ale  przypomnij  sobie  naszą  pierwszą  rozmowę. 

Ani  razu  nie  spytałeś  wprost,  czy  mam  dzieci.  A  ja  postanowiłam 

zataić ten fakt. Przemilczeć. 

- Zatajenie to to samo, co kłamstwo. 

-  Zatajenie  to  zatajenie.  Gdyby  nie  dzisiejsza  kolacja  u  Sadie, 

nigdy  byś  się  nie  dowiedział,  że  mam  syna.  To,  że  jestem  matką,  w 

żaden sposób nie rzutuje na moją pracę. 

-  Potrzebuję  sekretarki  dłużej  niż  do  piątej,  ty  zaś  o  piątej 

wychodzisz z biura, żeby resztę dnia spędzić z dzieckiem. A więc...? 

-  A  więc  od  siódmej  trzydzieści  do  piątej  po  południu  jestem  do 

twojej dyspozycji, to powinno wystarczyć. 

- Ale nie wystarcza. Czasem chcę cię mieć dłużej. 

Czyżby  w  jego  wypowiedzi  kryła  się  dwuznaczność?  Nie,  chyba 

znów ją ponosi fantazja. 

- Nie  zapominaj, że pracuję u ciebie tymczasowo. Jak znajdziesz 

kogoś  na  stałe,  będziesz  mógł  dyktować  warunki,  natomiast  ja 

background image

uprzedzałam cię, że mój dzień pracy kończy się o piątej. Jeżeli chcesz, 

żebym  jutro  przyszła,  to  przyjdę.  Jeśli  nie,  to  zwróć  się  agencji.  Do 

południa na pewno ci kogoś przyślą. 

Mierzyli się wzrokiem. 

Korciło  Randa,  by  powiedzieć,  że  świetnie,  rezygnuje  z  jej 

pomocy  i  z  samego  rana  zadzwoni  do  agencji.  Lucy  widziała  to  w 

jego  spojrzeniu.  Była  zdziwiona,  jak  bardzo  nie  chce  tego  usłyszeć. 

Przerażała  ją  myśl,  że  za  parę  minut  Rand  odwróci  się  na  pięcie  i 

wyjdzie,  a  ona  już  nigdy  go  nie  zobaczy.  Mimo  to  nie  zamierzała 

ustępować. Zbyt mocno kochała syna, aby tych kilka popołudniowych 

godzin przeznaczonych na wspólną zabawę i kolację poświęcić pracy i 

Randowi.  

Rand  odepchnął  się  ramieniem  od  ściany  i  wszedł  do  pokoju. 

Usiadł w fotelu bujanym naprzeciwko fotela, przy którym stała Lucy. 

- Dobrze wiesz, że chciałbym cię zatrzymać jak najdłużej. Drugiej 

takiej  sekretarki  ze  świecą  musiałbym  szukać.  -  Rozejrzał  się  po 

salonie. - Niczego więcej przede mną nie ukrywasz? 

- Niczego, o czym powinieneś wiedzieć. 

- Sądziłem, że pędzisz po pracy do narzeczonego. 

Ciekawa  była,  czy  obecność  narzeczonego  w  jej  życiu 

przeszkadzałaby  mu  tak,  jak  jej  przeszkadzała  obecność  Deidre, 

Bunny i Veroniki w jego  życiu. Ale  nic nie dała po sobie poznać. W 

odpowiedzi jedynie uniosła brwi. 

Uśmiechnął  się  pod  nosem,  zaintrygowany  jej  niechęcią  do 

udzielania jakichkolwiek wyjaśnień. Ale nie naciskał. 

background image

-  A  zatem,  skoro  już  wiem  o  istnieniu  Maksa,  to  może,  gdybym 

cię potrzebował dłużej niż do piątej, przenieślibyśmy się z pracą tutaj? 

- Tutaj? - powtórzyła zaskoczona. 

- No tak. Nie byłoby to codziennie, ale... Na przykład dzisiaj cały 

dzień  spędziłem  poza  biurem,  toteż  wiele  spraw  pozostało 

nietkniętych.  Będziemy  się  nimi  zajmować  jutro  od  rana,  co  znaczy, 

że  jutrzejsze  sprawy  spadną  na  popołudnie.  Gdybyś  zaś  zgodziła  się 

na  pracę  w  domu...  Mieszkam  niedaleko,  więc  mógłbym  wpaść 

wieczorem i... no wiesz. - Zawiesił głos. 

Nie  była  pewna,  czy  znów  ponosi  ją  fantazja,  czy  może  słusznie 

dopatruje się w jego wypowiedzi jakiegoś ukrytego sensu. 

- Lubię spędzać wieczory z Maksem - oznajmiła. 

-  I  spędzałabyś.  A  ja  razem  z  wami.  Łączylibyśmy  zabawę  z 

pracą. Wydaje mi się, że Maks mnie zaakceptował, więc chybaby mu 

to  nie  przeszkadzało.  Nie  czułby  się  odsunięty,  a  my  moglibyśmy 

nadrabiać zaległości. 

Podejrzewała, że syn byłby zachwycony z takiego obrotu rzeczy. 

Od przyjścia do domu niemal przez cały czas rozmawiał o Randzie. 

-  Dobrze,  ale  musisz  pamiętać,  że  po  piątej  Maks  ma 

pierwszeństwo.  Wolno  mu  hałasować,  zadawać pytania, domagać  się 

uwagi. 

- Oczywiście. To zrozumiałe samo przez się. 

Zdumiała  się,  widząc  zmianę,  jaka  w  nim  zaszła.  Znikła 

wściekłość,  która  wyzierała  mu  z  oczu,  znikł  naburmuszony  wyraz 

background image

twarzy.  Miejsce  zagniewanego  ponuraka  zajął  opanowany,  rozsądny 

negocjator. Nic dziwnego, że jako prawnik cieszył się poważaniem. 

- To co? Umowa stoi? - spytał przyjaznym tonem. 

- Chyba tak. Chociaż nie. Jest jeszcze jedna rzecz, którą musimy 

sobie wyjaśnić. Nie podobała mi się lista ze sprawami do załatwienia, 

którą  zostawiłeś  dla  mnie  rano  w  samochodzie.  Nie  jestem  twoją 

służącą  ani  lokajem.  Zatrudnij  posłańca,  jeśli  chcesz,  żeby  ktoś 

odbierał twoje pranie, chodził za ciebie do banku i wysyłał bukiety do 

narzeczonych. 

Tym razem Rand uniósł brwi. 

- Sadie zawsze zajmowała się takimi rzeczami. 

- Może. Ale ja nie jestem Sadie. 

Przyjrzał  się  jej  uważnie,  jakby  wahając  się,  co  robić.  Lucy 

odwzajemniła jego spojrzenie. Nie zamierzała ustąpić.  

Westchnął głęboko. 

-  No  dobrze  -  powiedział  w  końcu.  -  Potrafisz  walczyć  o  swoje. 

Nie wiem, dlaczego na wszystko się zgadzam. 

- Bo jestem tego warta. 

Roześmiał  się,  jakby  te  potyczki  słowne  sprawiały  mu 

autentyczną przyjemność. 

-  Skoro  doszliśmy  do  porozumienia  i  skoro  tu  jesteś,  to  może 

chcesz dziś trochę popracować? - spytała. 

Potrząsnął głową, jakby to była ostatnia rzecz, na jaką ma ochotę. 

-  Nie  wziąłem  z  sobą  żadnych  dokumentów.  Ale  może  jutro?  - 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  rozejrzał  się  po  salonie.  -  Wynajmujesz 

background image

ten  dom  od  Sadie?  -  spytał,  z  negocjatora  przeistaczając  się  w 

czarującego gościa. 

- Tak jakby. 

- Jeśli się nie mylę, kolejne dwa też należą do niej? 

- Zgadza się. 

- To dobra inwestycja. 

-  Chyba  tak  -  przyznała  Lucy.  Nie  potrafiła  tak  łatwo  jak  on 

wcielać się w kolejne role. Ale postanowiła spróbować. - Napijesz się 

czegoś? - spytała, jak przystało na gospodynię. 

- Nie, dziękuję. 

Obeszła fotel, w którego oparcie wbijała paznokcie, i usiadła. 

- Gdzie się podziewa tatuś Maksa? 

Natychmiast się spięła. 

- Nie wiem. Nie utrzymujemy z sobą kontaktu. 

- Dlaczego? 

- Nie utrzymujemy kontaktu - powtórzyła ostro. 

- W porządku. Rozumiem, że to drażliwy temat. 

Przez chwilę panowało milczenie. 

- Maks jest naprawdę świetnym dzieciakiem. 

- Owszem - rzekła. 

-  Robiłaś  mu  kiedyś  test  na  inteligencję?  Jeszcze  nigdy  nie 

spotkałem tak bystrego czterolatka. 

Pokręciła głową. 

-  Nie,  nie  robiłam.  Uznałam,  że  będzie  na to  czas, kiedy  zacznie 

naukę. 

background image

- Poświęcasz mu wiele czasu i uwagi, prawda? 

- Staram się. 

-  I  dlatego  chcesz  pracować  w  domu?  Żeby  jak  najwięcej 

przebywać z Maksem? 

- No właśnie. 

-  A  kiedy  Maks  pójdzie  do  szkoły?  Zatrudnisz  się  w  jakimś 

biurze? 

-  Nie.  Pozostanę  przy  zleceniach.  Tak  sobie  zorganizuję  czas, 

żeby popołudnia mieć wolne. 

Uśmiechnął się bezradnie. 

- Cóż, pomyślałem, że nie zaszkodzi spytać. 

Najwyraźniej  liczył  na  to,  że  jeśli  nie  teraz,  to  przynajmniej 

kiedyś w przyszłości uda mu się zatrudnić ją na stałe.  

Nie  wytrzymała  i  odwzajemniła  uśmiech.  Cieszyła  się,  że  Rand 

docenił  jej  zdolności  zawodowe,  chociaż  w  głębi  duszy  miała 

nadzieję,  że  kryło  się  za  tym  coś  więcej.  Że  podoba  mu  się  również 

jako kobieta. 

- Biedna Sadie - powiedział. - Strasznie mi było jej żal. Chyba po 

raz pierwszy w życiu widziałem ją tak roztrzęsioną. Zawsze kojarzyła 

mi się jako osoba silna. 

- Bo zwykle taka jest. Silna i opanowana. 

- Nie wiedziała, że zataiłaś przede mną Maksa? 

-  Nie,  nie  przyznałam  się.  Było  mi  głupio.  Zawsze  z  dumą 

opowiadam wszystkim o synu. 

background image

Zmrużywszy  oczy,  wyciągnął  palec  wskazujący  i  zawołał 

triumfalnie: 

- Mam cię! Czyli jednak to było kłamstwo, a nie zatajenie. No bo 

skoro zawsze o nim opowiadasz... 

- To kwestia semantyki - rzekła, wciąż obstając przy swoim. 

Rand wybuchnął śmiechem. 

- Niech ci będzie. Wiem, po kim Maks odziedziczył inteligencję, 

ale mam nadzieję, że jest trochę mniej uparty niż jego mamusia. 

-  Wypraszam  sobie!  -  zawołała,  udając  obrażoną,  nie  zdołała 

jednak zachować powagi. 

Reszta  napięcia  wyparowała.  Siedzieli  odprężeni  -  dwaj  godni 

siebie przeciwnicy. 

Po chwili Rand wstał z bujaka. 

- Odpocznij sobie. Jutro czeka nas pracowity dzień. 

- Zobaczymy się  w biurze? Czy tak jak dziś, cały dzień spędzisz 

w mieście? - spytała, odprowadzając go do drzwi. 

Modliła  się  w  duchu,  by  odpowiedział:  tak,  na  pewno  się 

zobaczymy. Bez niego czas się jej dłużył, a dzień wydawał się pusty. 

- Po południu mam kilka spraw w sądzie, ale cały ranek będziemy 

razem  pracować.  No  i jeszcze  w  samochodzie,  a  potem  wieczorem  u 

ciebie w domu. Tylko błagam, nie zapomnij. 

Powiedział to takim tonem, jakby przypominał jej o randce. Tym 

razem na pewno wyobraźnia nie płatała jej figla. 

- Nie zapomnę - obiecała. 

background image

Zacisnął  dłoń  na  klamce,  ale  nie  otworzył  drzwi.  Stał,  w 

milczeniu wpatrując się w jej twarz. Z jego oczu bił żar. 

-  Jeśli  chcesz  wiedzieć,  ktokolwiek  inny  dawno  by  mnie 

wyprowadził z równowagi - oznajmił żartobliwie. 

Po plecach przebiegł jej dreszcz. 

- Jeśli chcesz wiedzieć, mnie też. 

Pokręcił  ze  śmiechem  głową,  jakby  zawsze  mówiła  coś  całkiem 

nieoczekiwanego. 

Oczami  wyobraźni  Lucy  ponownie  ujrzała,  jak  Rand  ją  całuje. 

Zadrżała.  A  on  przesunął  wzrok  niżej,  zatrzymując  go  na  jej  ustach. 

Następnie pochylił się i położył rękę na jej ramieniu. Serce waliło jej 

młotem... 

- To co? Żadnych więcej zatajeń? Od dziś mówimy sobie prawdę, 

całą prawdę i tylko prawdę, dobrze? 

Nie  była  w  stanie  wydobyć  głosu.  W  odpowiedzi  uniosła  lekko 

brodę.  A  może  uniosła  ją  dlatego,  że  wciąż  liczyła  na  pocałunek? 

Może spodziewała się, że Rand odczyta jej pragnienia? 

Tak się jednak nie stało. 

- Do zobaczenia rano - powiedział i po chwili już go nie było. 

Oparła się plecami o drzwi i westchnęła ciężko. Dobrze się stało, 

przekonywała samą siebie, że do niczego nie doszło. Pocałunek byłby 

całkiem nie na miejscu.  

Ale w głębi duszy żałowała, że jej marzenie się nie spełniło. 

 

 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Kiedy  nazajutrz  o  siódmej  rano  zadzwonił  telefon,  Rand  był 

umyty,  ogolony,  ubrany  i  gotów  do  wyjścia.  Chowając  do  teczki 

dokumenty,  usiłował  skoncentrować  się  na  czekających  go  dziś 

zadaniach.  Usiłował  -  ale  zupełnie  mu  to  nie  wychodziło.  Wszystkie 

jego myśli krążyły wokół Lucy. 

Nigdy  nie  odbierał  telefonu  po  pierwszym  czy  drugim  dzwonku; 

odbierał  po  czwartym,  gdy  włączała  się  sekretarka  automatyczna  i 

dzwoniący  się  przedstawiał.  Wstrzymał  oddech.  Może  to  Lucy 

dzwoni?  Wczoraj  wieczorem  o  mało  jej  nie  pocałował;  powstrzymał 

się  w  ostatniej  chwili.  Przypuszczalnie  odgadła,  co  zamierzał  zrobić, 

przemyślała  sobie  sytuację  i  doszedłszy  do  wniosku,  że  romans  z 

szefem nie leży w sferze jej zainteresowań, dzwoniła, aby zawiadomić 

go, iż jednak rezygnuje z pracy. 

Miałby nauczkę! Co mu, psiakrew, strzeliło do głowy?  Lucy jest 

jego pracownicą, jego sekretarką!  W  dodatku samotnie wychowującą 

dziecko.  On  zaś  zawsze  starał  się  oddzielać  życie  prywatne  od 

zawodowego.  Nie  potrzebuje  komplikacji,  jakie  pociąga  za  sobą 

związek  z  kobietą  obarczoną  dzieckiem.  Ale  wczoraj,  kiedy  już 

wyjaśnili  sobie  wszystkie  nieporozumienia  i  stali  w  holu,  Lucy...  Po 

prostu wyglądała fantastycznie. Ponętnie. Tak bardzo go kusiło, żeby 

wziąć ją w ramiona! 

Po  czwartym  dzwonku  włączyła  się  sekretarka  automatyczna. 

Chwilę  później  rozległ  się  kobiecy  głos,  nie  należał  jednak  do  Lucy, 

lecz  do  adoptowanej  siostry  Randa,  Emily  Blair  Colton.  Rand, 

background image

zaskoczony,  zamarł  bez  ruchu,  po  czym  rzucił  się  w  stronę  aparatu, 

jakby  od  tego  zależało  jego  życie.  I  może  zależało  -  nie  jego,  ale 

Emily, która pod koniec września została uprowadzona z domu. 

- Emily?! - wrzasnął do słuchawki. - To ty? 

- Tak. Cześć. 

- Gdzie jesteś? Jak się czujesz? 

-  Dobrze,  Rand.  -  Sądząc  po  głosie,  chyba  faktycznie  nic  jej  nie 

dolegało. - Wszyscy myślą, że mnie porwano, ale to nieprawda. 

Słowa te zaskoczyły Randa nie mniej niż sam telefon. 

- Jak to? Nie rozumiem! Co się dzieje, Em? 

-  Ktoś  usiłował  mnie  zabić  -  rzekła,  jakby  dłużej  nie  potrafiła 

utrzymać  tego  w  tajemnicy.  -  Tamtego  wieczoru,  kiedy  zniknęłam. 

Ten  facet  był  w  mojej  sypialni.  Ledwo  zdołałam  mu  się  wyrwać. 

Właśnie  wtedy  zdałam  sobie  sprawę,  że  na  farmie  grozi  mi 

niebezpieczeństwo.  Że  muszę  trzymać  się  z  dala  od  farmy,  z  dala  od 

tej kobiety, która twierdzi, że jest naszą matką. 

- Och, Em. - Rand westchnął.  

Czuł,  jak  opuszcza  go  napięcie.  Wiedział,  o  czym  siostra  mówi. 

Kiedy  miała  jedenaście  lat,  jechała  z  matką  w  odwiedziny  do  babki. 

Po drodze zdarzył się  wypadek. Od tego czasu Emily upierała się, że 

ich  matka  została  podmieniona.  Że  na  miejscu  wypadku  były  dwie 

mamusie,  „dobra  mamusia"  i  „zła  mamusia",  i  właśnie  ta  „zła 

mamusia" wróciła z nią później na farmę.  

background image

Mimo  upływu  lat  Emily  nadal  obstawała  przy  swej  wersji. 

Wszyscy  uważali,  że  coś  musiało  się  biedaczce  poprzestawiać  w 

głowie. 

- Gdzie jesteś, Em? 

- Wolałabym ci nie zdradzać swojego miejsca pobytu - odparła. - 

Ale  naprawdę  możesz  się  o  mnie  nie  martwić.  Jestem  w  kontakcie  z 

Lizą... 

- Liza wie, gdzie przebywasz? Że cię nie porwano? 

Liza  Colton  była  siostrą  stryjeczną  Randa,  kolejnym  dzieckiem, 

które  wychowali  jego  rodzice.  Przypuszczalnie  więcej  czasu  spędziła 

w  ich  domu,  pod  ich  opieką  i  ich  czujnym  okiem,  niż  z  własnymi 

rodzicami. Łączyły ją z Emily szczególnie bliskie więzi. 

-  Musiałam  do  niej  zadzwonić  -  wyjaśniła  Emily.  -  Ostrzec  ją. 

Podobnie jak ja, Liza wierzy, że ta kobieta jest oszustką. Bałam się, że 

może  grozić  jej  to  samo  niebezpieczeństwo,  co  mnie.  Że  ta  kobieta 

będzie chciała się również pozbyć Lizy. Wtedy byłaby bezkarna; nikt 

by nie kwestionował jej tożsamości. 

- No dobrze, i co z Lizą? 

- Na razie wszystko w porządku. To ona kazała mi zadzwonić do 

ciebie; wahałam się, ale w końcu uznałam, że ma rację. Zdaniem Lizy, 

ty jeden możesz nam pomóc udowodnić, że ta kobieta to oszustka. 

Mówiła z tak głębokim przekonaniem w głosie, że Rand nie miał 

serca  wyjawić  jej,  co  naprawdę  myśli.  Że  ona,  Emily,  popełnia  błąd. 

Że kobieta, którą uważa za oszustkę, nie jest żadną oszustką. 

- Powiedz mi, gdzie się teraz ukrywasz, Em - poprosił. 

background image

-  Nazwy  miasta  ci  nie  zdradzę;  podam  ci  nazwę  stanu,  jeśli 

obiecasz,  że  zatrzymasz  tę  wiadomość  dla  siebie.  Ta  kobieta, 

podejrzewając,  że  prędzej  czy  później  zadzwonię  do  ciebie,  mogła 

zlecić komuś, aby założył podsłuch w twoim telefonie. Jeśli dowie się, 

gdzie mieszkam, może znów wysłać za mną tego mordercę. 

Danie siostrze obietnicy nie było sprawą łatwą. Rand wiedział, że 

ojciec  odchodzi  od  zmysłów  ze  zdenerwowania.  On  sam  też  spędził 

wiele  bezsennych  nocy,  odkąd  Emily  zniknęła.  Wyobrażał  sobie 

najczarniejsze  scenariusze.  Lecz  wiedział,  że  jeśli  nie  przyrzeknie 

zachować tajemnicy, Emily prawdopodobnie odłoży słuchawkę. A nie 

chciał tracić z nią kontaktu. 

- Dobrze, Em. Obiecuję - rzekł, pokonując wewnętrzne opory. 

-  Dotarłam  tu  autostopem  -  zaczęła,  po  czym  kontynuowała 

szybko,  zanim  Rand  zdążył  się  oburzyć:  -  Wiem,  że  to  nierozsądne. 

Że  głupio  postąpiłam.  Ale  nie  miałam  wyboru.  Musiałam uciekać.  A 

skoro  we  własnymi  domu  groziło  mi  śmiertelne  niebezpieczeństwo, 

cóż  gorszego  mogło  mnie  spotkać  w  drodze?  Zresztą  facet,  który  się 

zatrzymał,  kierowca  ciężarówki,  był  naprawdę  porządnym  gościem. 

Zrobił mi długi wykład o tym, że nie powinnam podróżować stopem, 

bo może mi się stać coś złego. Okazało się, że jedzie do Wyoming. Do 

Wyoming,  Rand!  Tam,  gdzie  tata  dorastał.  Potraktowałam  to  jako 

znak, że ktoś nade mną czuwa. 

Rand zacisnął powieki. Jakże czasem naiwna bywała jego siostra! 

Ale miał świadomość, że nie jest to odpowiedni moment na czynienie 

wymówek. 

background image

- I na pewno nic ci nie jest? - spytał jeszcze raz. 

- Na pewno. Słowo honoru. Pomożesz nam? 

-  To  znaczy  znaleźć  dowody  na  to,  że  kobieta  na  farmie  nie  jest 

naszą mamą, tylko oszustką? 

- Tak. Pomożesz? 

- Posłuchaj, Em. Wierzę, że ktoś usiłował  wyrządzić ci krzywdę. 

Ale przecież mógł to być jakiś zwykły bandzior, który  włamał się do 

domu i chciał cię porwać dla okupu. Skąd wiesz, że... 

- Po prostu wiem, Rand. On nie chciał mnie porwać, chciał mnie 

zabić  -  powiedziała  z  naciskiem.  -  Mnie,  Emily.  Bo  wiem,  że  ta 

kobieta nie jest naszą matką. Że jedynie się pod nią podszywa. 

- Przysłano list z żądaniem okupu. 

-  Co  z  tego?  Zrozum,  Rand.  To  nie  była  próba  porwania.  A  ta 

kobieta... ona jest wcieleniem zła. Błagam cię, pomóż mi udowodnić, 

że to wredna uzurpatorka. 

Chociaż nie wierzył w teorię spiskową, do której Emily usiłowała 

go  przekonać,  nie  mógł  zignorować  desperacji  w  jej  głosie.  Ale  co 

miał  robić?  Szpiegować  własną  matkę?  Starać  się  zebrać  o  niej  jak 

najwięcej informacji? 

Hm.  Na  moment  pogrążył  się  w  zadumie.  To  nie  było  takie 

głupie. Tylko w ten sposób mógłby udowodnić Emily, że się myli. Że 

„ta  kobieta",  jak  ją  nazywała,  naprawdę  jest  ich  matką,  a  „dwie 

mamusie",  które  widziała  przed  laty  na  miejscu  wypadku,  były 

tworem jej wyobraźni, wynikiem przebytego urazu. 

- Zrobię, co będzie w mojej mocy - oznajmił w końcu. 

background image

- Och, dziękuję, Rand! - zawołała jego siostra, głośno wzdychając 

z ulgą. -  Liza ma rację. Jeśli ktokolwiek może dotrzeć do prawdy, to 

tylko ty. 

-  Emily,  a  może  byś  przyjechała  do  Waszyngtonu,  co? 

Zamieszkałabyś u mnie... 

- Nie!  - odparła bez chwili namysłu. -  Wtedy tobie też groziłoby 

niebezpieczeństwo. Podobnie jak Lizie. 

Słyszał strach - nie, przerażenie - w jej głosie, więc nie nalegał. 

- Masz z czego żyć? - spytał. - Nie potrzebujesz pieniędzy? 

-  Potrzebuję  jedynie  twojej  pomocy.  Żebyś  dotarł  do  prawdy  i 

zapobiegł katastrofie. 

- Może przynajmniej zostawisz mi swój numer telefonu? 

- Nie. Dzwonię z budki. Za jakiś czas znów się do ciebie odezwę. 

- Słuchaj, Em. W zamian za to, że zgodziłem się ci pomóc, chcę, 

żebyś ty też mi coś obiecała. Że jeżeli nic nie znajdę i nic nie wzbudzi 

moich podejrzeń, wrócisz do domu. 

Na drugim końcu linii zapadła cisza. 

-  Znajdziesz,  Rand  -  rzekła  w  końcu  dziewczyna.  -  Wiem,  że 

znajdziesz. 

- A jeżeli nie? 

-  Jeżeli  udowodnisz  ponad  wszelką  wątpliwość,  że  ta  kobieta 

naprawdę  cię  urodziła,  wtedy  wrócę  -  obiecała,  ale  wyraźnie  nie 

wierzyła, że do tego dojdzie. 

-  Daj  znać,  gdybyś  czegokolwiek  potrzebowała  -  poprosił,  choć 

zabrzmiało  to  bardziej  jak  rozkaz  niż  prośba.  -  I  pamiętaj,  wystarczy 

background image

jedno  twoje  słowo,  a  rzucam  wszystko  i  łapię  pierwszy  lot  do 

Wyoming.  Żeby  pobyć  z  tobą,  żeby  towarzyszyć  ci  w  drodze  do 

domu, żeby przywieźć cię do Waszyngtonu. Bez różnicy. 

-  Dzięki.  Ale  nie  chcę  cię  narażać.  Boję  się,  czy  już  tego  nie 

zrobiłam.  Jeżeli  masz  telefon  na  podsłuchu  i  ona  dowie  się,  że 

zgodziłeś się mi pomóc... 

- Po prostu uważaj na siebie, a o mnie się nie martw. 

- Rand, weźmiesz się do tego od razu, co? 

- Jak tylko wymyślę, od czego zacząć - przyrzekł. - Wierz mi, Em, 

ja również chciałbym, żeby ten koszmar zakończył się jak najszybciej 

i żebyś mogła wrócić na farmę. 

-  Kocham  cię  -  oznajmiła,  a  jemu  przypomniała  się  mała 

dziewczynka,  która  przed  wieloma  laty  dołączyła  do  rodziny 

Coltonów. - Muszę kończyć. Ktoś czeka, żeby skorzystać z telefonu. 

- Uważaj na siebie - powtórzył. 

Nie chciał odkładać słuchawki. Bał się, że Emily może więcej do 

niego nie zadzwonić. Ale nie było rady. 

- Ty też na siebie uważaj - powiedziała. 

Po chwili w słuchawce rozległ się ciągły sygnał. 

 

-  Brachiozaur  to  taka  żyrafa  wśród  dinozaurów.  Miał  około 

dziesięciu  metrów  wzrostu,  prawie  trzydzieści  metrów  długości, 

bardzo,  bardzo  długą  szyję  i  bardzo  małą  głowę.  Największe  ważyły 

pięćdziesiąt ton. 

background image

-  Co?  Głowy  brachiozaurów  ważyły  pięćdziesiąt  ton?  -  spytał 

Rand, mrugając porozumiewawczo do Lucy. 

Dochodziła  ósma  wieczorem.  Rand  ani  razu  nie  stracił 

cierpliwości. Wiedział, że Maks ma prawo przerywać im pracę. 

-  Nie,  nie  głowy!  -  zaprotestował  ze  śmiechem  chłopiec.  - 

Wszystko  razem:  ciało,  nogi,  szyja,  ogon.  Wiesz,  co  jeszcze?  Miały 

nos przesunięty na tył głowy, a w nim dwie ogromne dziury... 

- Nozdrza - poprawiła Lucy. 

- Dzięki którym było im latem chłodniej. 

- Kiedy żyły? 

- Pod koniec wieku jurajskiego. 

- Okresu jurajskiego - wtrąciła Lucy. 

-  Nozdrza  pod  koniec  okresu  jurajskiego  -  powtórzył  chłopiec, 

chcąc pokazać, że nie puścił uwag matki mimo uszu. 

-  I  na  tym  kończymy  dzisiejszy  wykład  o  dinozaurach  - 

powiedziała  Lucy,  zanim  syn  zdążył  poruszyć  kolejny  wątek.  -  Pora 

spać, profesorze. 

Maks  zaprotestował,  niezadowolony  z  takiego  obrotu  spraw,  ale 

po  chwili  pogodził  się  z  decyzją  matki.  Na  dobranoc  Rand  potargał 

chłopca  po  czuprynie.  Maks  uśmiechnął  się  promiennie,  zupełnie 

jakby z rąk swojego idola dostał medal za bohaterstwo. 

- Niedługo wrócę - rzekła Lucy. 

Była wdzięczna Randowi za sposób, w jaki traktował Maksa. Dziś 

również  przez  cały  wieczór  chłopiec  wpatrywał  się  w  niego  jak  w 

obrazek. 

background image

Na  górze  przypilnowała  syna,  żeby  umył  zęby  -  piżamę  włożył 

znacznie wcześniej - potem przeczytała mu bajkę na dobranoc i otuliła 

kołdrą. 

- Czy jutro Rand też przyjdzie? - spytał z nadzieją w głosie Maks. 

- Zależy, czy uda nam się dziś nadrobić wszystkie zaległości. 

- Jeśli skończycie pracę, mógłby po prostu przyjść się pobawić ze 

mną. 

- No nie wiem. Zobaczymy. - Nie chciała nic synowi obiecywać, 

choć jej samej pomysł zaproszenia Randa całkiem przypadł do gustu. 

- Na razie myśl o tym, co ma ci się przyśnić. 

-  Dobranoc,  mamusiu.  -  Przewróciwszy  się  na  bok,  przytulił  do 

siebie pluszowego misia. - Bart też mówi dobranoc. 

-  Dobranoc,  Bart.  -  Lucy  pocałowała  w  czoło  najpierw  syna, 

potem misia. - Miłych snów, Maks. Karaluszki do poduszki. Kocham 

cię. 

Jak zwykle, zanim doszła do drzwi i zgasiła światło, chłopiec miał 

już zamknięte oczy. Jak zwykle, przystanęła w progu, odwróciła się i 

przez  chwilę  z  czułością  wpatrywała  w  syna,  który  powoli  pogrążał 

się we śnie. 

Zostawiwszy  drzwi  lekko  uchylone,  skierowała  się  do  schodów. 

Mijając  łazienkę,  zawahała  się.  Kusiło  ją,  aby  wejść  do  środka  i 

zerknąć  do  lustra.  Wiedziała,  że  nie  powinna.  Nie  miała  randki.  Na 

dole  czeka  na  nią  szef  i  stos  papierów.  Nie  umiała  się  pohamować. 

Nim zdążyła zbesztać się w myślach, stała przed lustrem i krytycznym 

wzrokiem przyglądała się swojemu odbiciu.  

background image

Na  czubku  głowy  miała  kaskadę  loków  przytrzymywanych 

klamrami.  Po  całym  dniu  fryzura  była  trochę  oklapnięta.  Wsunęła 

palce  we  włosy  i  paroma  sprawnymi  ruchami  nadała  im  puszystości. 

Policzki  wciąż  barwił  lekki  rumieniec,  podejrzewała  jednak,  że 

odrobina  różu,  którą  przed  wyjściem  do  pracy  nałożyła  na  kości 

policzkowe,  już  dawno  się  starła,  a  obecny  kolor  jest  wynikiem  jej 

stanu emocjonalnego. 

Usta  jednak  należało  poprawić;  były  całkiem  wyschnięte. 

Szminka  czy  balsam?  Wystarczyłby  bezbarwny  balsam.  Ale 

otworzywszy szafkę, chwyciła szminkę. Próbowała wmówić w siebie, 

że  fakt,  iż  Rand  był  tak  atrakcyjnym  mężczyzną,  nie  ma 

najmniejszego wpływu na jej wybór. Lecz w głębi duszy wiedziała, że 

się  oszukuje.  Umalowawszy  usta,  cofnęła  się  dwa  kroki,  żeby  lepiej 

widzieć całość.  

Granatowe  spodnie  i  granatowy  sweter,  które  włożyła  po 

przyjściu  z  pracy,  wyglądały  zupełnie  nieźle.  Oczywiście  nie  miała 

zamiaru się przebierać, nawet gdyby ubranie okazało się wymięte. Ale 

była  zadowolona,  że  przynajmniej  nie  ubabrała  się  podczas  kolacji. 

Kątem oka dostrzegła swój ulubiony flakonik perfum stojący na półce 

obok  umywalki.  Tego  tylko  brakowało!  Na  szczęście  jeszcze  nie 

oszalała!  

Wyciągnęła  rękę  po  perfumy.  Czuła,  że  głupio  postępuje. 

Tłumaczyła  sobie,  że  nie  wypada,  że  powinna  mieć  więcej  rozumu. 

Nagle co innego przyszło jej do głowy: a jeżeli Rand zauważy, że się 

umalowała i wyperfumowała? Co sobie pomyśli? 

background image

To ją otrzeźwiło. Natychmiast odstawiła flakonik na półkę. Boże, 

jeszcze  gotów  jest  uznać,  że  ona,  Lucy,  próbuje  go  uwieść.  A  to 

nieprawda.  Wcale  tego  nie  chciała.  No  dobrze,  więc  wracaj  na  dół, 

dokończ pracę i pożegnaj się z Randem do jutra. 

Pożegnać  się?  Do  jutra?  Ta  myśl  bardzo  się  jej  nie  spodobała. 

Może niekoniecznie chciała go uwieść, ale na pewno nie chciała się z 

nim rozstawać. Chociaż sama przed sobą się do tego nie przyznawała, 

z  niecierpliwością  czekała na chwilę,  kiedy  Maks uda  się  na  górę  do 

sypialni, a ona z Randem zostaną we dwoje. 

-  Dziewczyno,  opamiętaj  się!  -  szepnęła  do  swojego  odbicia  w 

lustrze. 

Była  zła  na  siebie.  Co  innego  być  spragnionym  towarzystwa 

osoby  dorosłej  i  cieszyć  się  z  możliwości  porozmawiania  z 

przystojnym,  inteligentnym  mężczyzną,  a  co  innego  upiększać  się  i 

snuć nie wiadomo jakie fantazje. Rozmowa była dozwolona, fantazje 

wykluczone. 

Zeszła  na  dół.  Rand  siedział  przy  dużym,  dębowym  stole,  na 

którym  leżały  stosy  papierów,  i  wpatrywał  się  w  jakiś  niewidoczny 

punkt na ścianie. Parę razy w ciągu dnia nakryła go na tym, jak błądzi 

gdzieś  myślami.  Skoncentrowany  na  czym  innym,  nawet  jej  nie 

zauważył.  Przez  chwilę  stała  w  drzwiach,  przyglądając  mu  się 

uważnie.  Wyglądał  wspaniale  w  spodniach  koloru  khaki  i  prostej 

beżowej  koszuli.  Włosy  miał  lekko  potargane  na  skutek  zabawy  z 

Maksem, ale to mu jedynie dodawało chłopięcego uroku. 

background image

Na  jego  twarzy  malował  się  jednak  wyraz  zatroskania.  Ciekawa 

była,  co  go  może  powodować.  Wcześniej  w  ciągu  dnia,  kiedy 

opuszczała  gabinet,  a  po  kilku  minutach  wracała,  też  widziała  w 

oczach Randa jakąś dziwną zadumę. W pracy parę razy przyłapała go 

na  błędach.  Jakby  tego  było  mało,  zdarzyło  się,  że  dwa  lub trzy  razy 

prosił  ją  o  zrobienie  czegoś,  co  już  dawno  zrobiła.  Nie  pamiętał,  że 

wcześniej zwracał się do niej z identyczną prośbą. Takie zachowanie 

było zupełnie nie w jego stylu. 

Czuła,  że  dzieje  się  coś  niedobrego,  że  coś  nie  daje  mu  spokoju, 

nie pozwala skupić się na pracy. Gdyby wiedziała, co się za tym kryje, 

może zdołałaby mu pomóc? 

-  Pewnie  usiłujesz  wykombinować,  jak  briachozaury  uprawiały 

seks  -  powiedziała  żartobliwym  tonem,  próbując  wyrwać  go  z 

zadumy. 

Przeniósł  na  nią  spojrzenie  i  uśmiechnął  się,  ale  nie  był  to 

uśmiech rozbrajający. 

- Przepraszam. Zamiast pracować, siedzę i gapię się w przestrzeń. 

To miło, pomyślała,  że jest samokrytyczny.  Każdy miewa lepsze 

lub gorsze dni, ale nie każdy potrafi się do tego przyznać. 

- Mam wrażenie, że od samego rana coś cię gryzie... 

Zajęła miejsce po jego prawej ręce. 

- Problemy rodzinne - wyznał. 

Nawet nie musiała ciągnąć go za język. Tego się nie spodziewała. 

Skoro  jednak  sam  z  siebie  uczynił  takie  wyznanie,  oznacza  to,  że 

bardzo  się  nimi  martwi.  Nie  była  pewna,  jak  powinna  się  zachować. 

background image

Przyjąć wyjaśnienie do wiadomości i nie drążyć dalej tematu, czy dać 

Randowi do zrozumienia, że jeżeli chce jej opowiedzieć o tym, co go 

dręczy, chętnie go wysłucha? 

- Jeśli nie czujesz się na siłach, to nie musimy dłużej pracować - 

powiedziała łagodnie. - Resztę mogę dokończyć jutro, kiedy będziesz 

w sądzie. 

Zerknął na stosy papierów i błyskawicznie podjął decyzję. 

-  Dobrze.  Zresztą  beze  mnie  poradzisz  sobie  znacznie  lepiej.  Ja 

cię tylko spowalniam. 

Wystraszyła  się.  Czyżby  zamierzał  teraz  wstać  i  wyjść?  Bez 

sensu. Przecież nie o to jej chodziło. 

-  Zostań  jeszcze  -  poprosiła.  -  A  może  masz  ochotę  na  kawałek 

ciasta?  Nie  zjedliśmy  całego.  -  Na  moment  zamilkła.  -  Czasem 

opowiedzenie komuś o swoich kłopotach przynosi ulgę, a ja podobno 

umiem słuchać... 

Przez  chwilę  nic  nie  mówił;  rozważał  plusy  i  minusy  jej  oferty. 

Lucy  zaś  czekała  zdenerwowana;  bała  się,  że  odgadł  jej  najskrytsze 

marzenia.  Owszem,  była  dobrą  słuchaczką  i  owszem,  chciała  mu 

pomóc, ale również chciała jak najdłużej cieszyć się jego obecnością. 

- Wiesz, nawet bym zjadł - oznajmił nagle. - Ty idź do kuchni, ja 

tu posprzątam, i spotkajmy się w salonie. 

Sprawiał wrażenie zadowolonego. Lucy poczuła, jak serce bije jej 

szybciej.  Uspokój  się,  nakazała  sobie  w  myślach.  Nie  wyciągaj 

pochopnych  wniosków.  Pewnie  był  głodny  i  wystarczył  sam  pomysł 

zjedzenia czegoś, aby od razu poprawił mu się humor. 

background image

Nie  traciła  czasu.  Wstała  od  stołu,  wzięła  z  kuchni  co  trzeba  i 

dwie  minuty  później  dołączyła  do  Randa  w  salonie.  Siedział  na 

kanapie.  Postawiwszy  naczynia  na  stole,  ukroiła  spory  kawałek 

pysznego  ciasta  cytrynowego  i  podała  Randowi.  Sobie  ukroiła 

znacznie mniejszy kawałek. 

Zawahała  się,  czy  usiąść  na  fotelu,  ale  uznała,  że  to  za  daleko  i 

usiadła obok na kanapie. 

-  Czy  od  wczorajszego  wieczoru  do  dzisiejszego  ranka  coś  się 

stało?  Czy  miałeś  jakieś  złe  wieści  z  domu  w  Kalifornii?  -  spytała, 

chcąc  pokazać,  że  nie  rzuca  słów  na  wiatr  i  naprawdę  chętnie 

wysłucha  jego  problemów,  jeżeli  mówienie  o  nich  mogłoby  mu 

przynieść ulgę. 

- To długa opowieść - ostrzegł ją. 

- Jest wczesna pora, a ja nie mam innych planów. 

-  No  dobrze.  Wszystko  zaczęło  się  w  tysiąc  dziewięćset 

dziewięćdziesiątym drugim roku. 

-  To  chyba  faktycznie  długa  opowieść  -  przyznała  ze  śmiechem 

Lucy. 

Wtuliła się w róg kanapy i oparła wygodnie. Starała się patrzeć na 

twarz  Randa,  a  nie  na  jego  duże,  silne  ręce,  które  niemal  całkiem 

zasłaniały  talerzyk  z  widelcem.  Bo  patrząc  na  ręce,  natychmiast 

zaczynała  się  zastanawiać,  jakie  są  w  dotyku,  gładkie  czy  szorstkie, 

ciepłe czy chłodne... 

- Na pewno chcesz ją usłyszeć? 

background image

- Na sto procent - odparła zdecydowanym tonem, po czym zdjęła 

buty i podwinęła pod siebie nogi. 

-  W  porządku.  No  więc  w  dziewięćdziesiątym  drugim  roku 

zdarzył  się  wypadek  samochodowy,  w  którym  uczestniczyła  moja 

mama  i  adoptowana  siostra  Emily.  Emily  miała  wówczas  jedenaście 

lat.  Na  szczęście  nikt  nie  odniósł  poważniejszych  obrażeń,  groźne 

natomiast okazały się następstwa psychiczne. 

Opowiedział  jej  o  tym,  jak  Emily  upierała  się,  że  na  miejscu 

wypadku były dwie matki. Do dziś siostra twierdzi, że kobieta, którą 

reszta rodzeństwa bierze za swoją matkę, jest oszustką i podszywa się 

pod Meredith Colton. Pod koniec września Emily zniknęła bez słowa. 

Odezwała się dopiero dziś rano, zanim wyszedł do pracy. 

-  Nigdy  nie  pomyślałeś  o  tym,  że  może  ona  ma  rację?  -  spytała 

Lucy, kiedy Rand skończył. - To znaczy, w sprawie waszej matki? Bo 

trochę to dziwne, że przez tyle lat nie zmieniła zdania. Może ma jakieś 

podstawy, aby wierzyć w to, co mówi? 

- Bo ja wiem? Mama rzeczywiście zachowuje się zupełnie inaczej 

niż  przed  wypadkiem.  Jakby  wypadek  ją  odmienił.  Wszyscy  to 

widzimy. Pod wieloma względami jest całkiem inna. 

- To znaczy? 

-  Przed  wypadkiem  była  najcudowniejszą  istotą  pod  słońcem. 

Dobrą,  troskliwą,  wielkoduszną,  zawsze  myślącą  o  innych,  nigdy  o 

sobie. Potem stała się... nie wiem, jak to określić... bardziej nerwowa, 

niecierpliwa.  Zaczęła  przywiązywać  wagę  do  rzeczy  materialnych, 

myśleć prawie wyłącznie o sobie. Nie ulega wątpliwości, że od czasu 

background image

wypadku  zmieniła  się  jej  psychika,  osobowość.  Wszyscy  to 

oczywiście czujemy, ale Emily, która wtedy po wypadku miała jakieś 

majaki,  jakieś  rozdwojone  widzenie,  nadal  upiera  się,  że  poprzednia 

dobra  mama  i  obecna  zła  mama  to  dwie  różne  osoby  i  że  w  jakiś 

tajemniczy sposób zła zastąpiła dobrą. 

- Więc uważasz, że zmianę osobowości, jakiej uległa twoja mama, 

Emily potraktowała zbyt dosłownie? 

-  Tak.  Zdaję  sobie  sprawę,  że  wypadek  był  dla  niej 

traumatycznym  przeżyciem.  Że  mimo  upływu  lat  wciąż nie  może  się 

po  nim  otrząsnąć.  Ale  nie  wierzę,  że  mama  świadomie  próbowałaby 

narazić  je  na  niebezpieczeństwo.  W  każdym  razie  teraz  będę  musiał 

znaleźć jakieś dowody, aby udowodnić siostrze, że się myli. 

- Dowody? Jakie? 

-  Nie  wiem.  Na  początek  postaram  się  dowiedzieć  czegoś  o 

przeszłości  mamy,  o  jej  rodzinie.  Właściwie  nigdy  nie  lubiła  o  sobie 

opowiadać. Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, czego Emily ode mnie 

oczekuje. 

-  W  Internecie  muszą  być  jakieś  informacje  -  powiedziała  Lucy, 

myśląc na głos. - Może mogłabym ci pomóc. 

Ręka z cytrynowym ciastem zawisła bez ruchu nad talerzykiem. 

- Naprawdę? Mogłabyś? - spytał Rand. 

-  Jestem  niezła  w  wyszukiwaniu  informacji.  Nie  tylko 

prawniczych. Także dotyczących osób. Przed paroma laty pomagałam 

mojej  kuzynce.  Jest  dzieckiem  adoptowanym.  Adopcyjni  rodzice 

wiedzieli,  kim  są  jej  rodzice  biologiczni,  ale  od  lat  nie  mieli  z  nimi 

background image

kontaktu.  Z  powodów  zdrowotnych  kuzynka  chciała  sprawdzić,  do 

jakich chorób może być predysponowana genetycznie. Pogrzebałam w 

Internecie i po pewnym czasie nie tylko zdobyłam dla niej informacje, 

których  potrzebowała,  ale  również  odnalazłam  miejsce  pobytu  jej 

rodziców.  Myślę,  że  w  ten  sam  sposób  mogłabym  dowiedzieć  się 

czegoś o przeszłości twojej matki. 

- Zrobiłabyś to dla mnie? 

-  Pewnie.  Zresztą  to  całkiem  ciekawe  zajęcie.  Człowiek 

dowiaduje się masę fascynujących rzeczy. 

Rand roześmiał się  z ulgą; czuł się tak, jakby  Lucy zdjęła  z jego 

ramion olbrzymi ciężar. 

-  Wspaniała  sekretarka  i  internetowy  detektyw  w  jednym.  Czy 

istnieją jakiekolwiek problemy, których nie potrafisz rozwiązać? 

Owszem,  pomyślała.  Na  przykład  nie  potrafiła  przestać  wodzić 

wzrokiem  po  ciele  Randa.  Nie  potrafiła  zapanować  nad  własną 

wyobraźnią.  Nie  potrafiła  opanować  pragnienia,  aby  przysunąć  się 

bliżej, zarzucić ręce wokół szyi Randa, przytulić się do jego szerokiej 

piersi... 

Nie  odpowiedziała  na  pytanie.  Nagle  przyszedł  jej  do  głowy 

pewien pomysł. 

-  Wspomniałeś,  że  chciałbyś  uspokoić  rodzinę,  zawiadomić  ojca, 

że  Emily  nic  nie  grozi.  Ale  obiecałeś  siostrze,  że  ze  względów 

bezpieczeństwa nikomu nic nie powiesz. Pomyślałam sobie... 

- No, mów - ponaglił ją. 

background image

-  Moglibyśmy  napisać  anonimowy  list,  że  Emily  nie  została 

porwana,  że  jest  cała,  zdrowa,  i  niedługo  wróci  do  domu. 

Włożylibyśmy list do koperty, kopertę zaadresowali do twojego ojca, 

po  czym  włożylibyśmy  ją  do  drugiej  koperty  i  wysłali  do  mojej 

przyjaciółki  w  Kolorado.  Ja  bym  ją  uprzedziła  telefonicznie  o 

przesyłce  i  poprosiła,  żeby  list  adresowany  do  twojego  ojca  wrzuciła 

do  skrzynki.  W  ten  sposób  na  kopercie,  która  dotrze  do  Kalifornii, 

będzie  stempel  z  Kolorado,  a  nie  z  Waszyngtonu;  żaden  ślad  nie 

będzie prowadził do ciebie czy Emily. 

- Sprytnie - pochwalił ją Rand. 

-  Prędzej  czy  później  sam  też  byś  wpadł  na  taki  lub  podobny 

pomysł. 

-  Chyba  jednak  nie  -  przyznał,  przyglądając  się  jej  tak,  jakby 

widział ją po raz pierwszy w życiu. - Wiesz - powiedział po chwili. - 

To, że przyjąłem cię do pracy, to była jedna z najmądrzejszych decyzji 

w moim życiu. Mam wrażenie, jakbym trafił na żyłę złota. Sadie była 

świetna. Wydawało mi się, że nikogo lepszego od niej nie znajdę, ale 

się myliłem. 

Lucy poczuła się jak przekłuty balon. Chociaż rozmowa dotyczyła 

spraw prywatnych, najwyraźniej Rand cały czas pamiętał, że łączą ich 

jedynie relacje zawodowe. Starała się niczego po sobie nie okazywać. 

Bądź  co  bądź,  po  to  się  przecież  umówili:  żeby  pracować.  A  to,  czy 

praca polega na rozwiązywaniu problemów rodzinnych Randa, czy na 

porządkowaniu jego papierów służbowych, niczego nie zmienia. Ona, 

Lucy Lowry, jest tylko sekretarką.  

background image

-  Lepiej  ci?  -  spytała  tonem  osoby,  która  wie,  że  dobrze 

wywiązała się ze swojego zadania. 

-  Dawno  się  tak  dobrze  nie  czułem  -  zapewnił  ją  niskim,  lekko 

ochrypłym głosem. 

Kiedy  spojrzał  jej  głęboko  w  oczy,  przeszył  ją  dreszcz.  Czy  tak 

powinien patrzeć szef na sekretarkę? A może znów za bardzo puściła 

wodze  wyobraźni?  Chyba  tak.  Bo  gdy  zaczęła  się  zastanawiać,  co  z 

tego  wyniknie  i  czego  najbardziej  by  chciała,  Rand  odstawił  pusty 

talerzyk na stół i dźwignął się z kanapy. 

- Pójdę już. W końcu należy ci się chwila odpoczynku. 

Co  miała  powiedzieć?  Nie,  nie  odchodź.  Zostań.  Oczywiście,  że 

nie.  Więc  również  wstała,  tłumacząc  sobie,  że  lepiej,  aby  poszedł, 

zanim  ona  całkiem  straci  nad  sobą  kontrolę.  Wyjmując  z  szafy 

płaszcz, wciągnęła w nozdrza zapach wody kolońskiej. 

-  Jutro  rano  przyślę  po  ciebie  Franka  -  powiedział  Rand, 

wyciągając rękę. 

Patrzyła,  jak  się  ubiera.  Z  trudem  powstrzymywała  się,  aby  nie 

wygładzić materiału na jego ramionach. 

- Ja muszę być w biurze sporo wcześniej - dodał. - O świcie mam 

telekonferencję z Londynem. 

- W takim razie w samochodzie dokończę to, co nam dziś zostało. 

Rand  ruszył  do  drzwi.  Doszedłszy  do  nich,  nie  nacisnął  klamki. 

Zamiast tego odwrócił się i ponownie wbił w nią swe niebieskie oczy. 

Zrobiło się jej gorąco, jakby leżała pod elektrycznym kocem. 

background image

-  Nawet  nie  wiem,  jak  ci  dziękować  za  to,  co  dziś  dla  mnie 

zrobiłaś  -  rzekł.  -  Za  twoje  rady,  za  mądre  sugestie,  za  propozycję 

udzielenia pomocy. Właściwie nigdy dotąd z nikim nie rozmawiałem 

o problemach rodziny. Czuję się dużo lepiej. Jakby spadł mi ciężar z 

serca. 

- Cieszę się, że mogłam pomóc. 

Przez  moment  przyglądał  się  jej  w  milczeniu.  Podziwiała  jego 

męską urodę: wystające kości policzkowe, prosty nos, wysokie czoło, 

zmysłowe usta... 

Nagle  ją  pocałował.  Ni  stąd,  ni  zowąd  pochylił  się  i  przytknął 

wargi  do  jej  ust.  Był  to  niewinny,  lekki  pocałunek.  Jak  między 

przyjaciółmi. Skromny, cnotliwy. Ot, muśnięcie. Skończył się, zanim 

mogła go odwzajemnić. 

Jeszcze  raz!  Zbliż  usta  jeszcze  raz!  Ale  tym  razem  na  dłużej, 

błagała  w  myślach  Lucy.  Ale  tylko  w  myślach.  Na  głos  nie 

powiedziała nic. 

-  Dziękuję  -  szepnął  Rand  takim  głosem,  jakby  przed  chwilą  się 

zbudził. 

Skinęła głową. Tak intensywnie myślała o pocałunku, że nie była 

w stanie wydobyć z siebie słowa. 

- Do zobaczenia jutro - dodał, otwierając drzwi. 

- Tak, do jutra. 

Odprowadziła  go  wzrokiem  do  srebrnego  dwudrzwiowego 

jaguara  zaparkowanego  przed  domem.  Po  chwili  wsiadł  do 

samochodu  i  odjechał,  a  ona  wciąż  stała  w  otwartych  drzwiach, 

background image

spoglądając tęsknie tam, gdzie zniknął. Zastanawiała się, co się kryło 

za pocałunkiem. Czy tylko wdzięczność?  

Oby tak, mówił jej rozum. 

Oby nie, pragnęło jej serce. 

Chodnikiem szedł jakiś człowiek z psem na smyczy. Mijając dom 

Lucy,  popatrzył  na  nią  z  zaciekawieniem.  Zrozumiała,  że  staniem  w 

progu  niczego  nie  osiągnie;  nie  sprawi,  aby  Rand  wrócił.  Gdyby 

wierzyła,  że  to  cokolwiek  da,  stałaby  tak  do  rana.  Bo  pragnęła,  aby 

wrócił. Pragnęła, aby ją znów pocałował.  

Nic  dziwnego.  Ten  pierwszy  niewinny  pocałunek  rozpalił  w  niej 

płomień żądzy. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Kiedy nazajutrz rano wysiadła z windy i zbliżyła się do solidnych 

dębowych  drzwi,  usłyszała  dzwoniący  w  recepcji  telefon.  Nacisnęła 

klamkę.  Drzwi  były  zamknięte.  Czym  prędzej  wyciągnęła  z  torebki 

klucz.  Mniej  więcej  trzy  dzwonki  później  wbiegła  do  środka.  Była 

zdziwiona,  że  Rand  nie  podniósł  słuchawki.  Nie  należał  do  szefów, 

którzy uważają, że odebranie telefonu jest poniżej ich godności. 

Wiedziała,  że  jest  u  siebie  w  gabinecie.  Po  pierwsze,  sam  jej 

wczoraj  powiedział,  że  dziś  o  świcie  odbywa  ważną  telekonferencję, 

po drugie, w drodze do pracy Frank wspomniał, że właśnie podrzucił 

szefa do biura, a po trzecie, w gabinecie włączony był telewizor - głos 

spikera podawał najnowsze informacje giełdowe. 

- Kancelaria Randa Coltona - powiedziała do słuchawki. 

background image

Dzwonił  klient,  który  chciał  się  umówić  na  spotkanie  z  panem 

mecenasem.  Lucy  podała  mu  najbliższy  wolny  termin.  Kiedy 

rozłączyła  się,  usłyszała,  jak  ktoś  woła  jej  imię.  Głos,  podobny  do 

głosu Randa, choć bardziej napięty, docierał gdzieś z daleka.  

Zdjęła  płaszcz,  powiesiła  go  na  oparciu  krzesła  i  ruszyła  na 

poszukiwanie swojego szefa. Nie było go w gabinecie, nie było w sali 

konferencyjnej  ani  w  pomieszczeniu,  w  którym  znajdowała  się 

kopiarka i ekspres do kawy. 

-  Rand?  -  zawołała,  kierując  się  w  stronę  biblioteki  na  końcu 

korytarza. 

Odpowiedział  jej  dziwny  pomruk,  ni  to  jęk,  ni  to  rzężenie. 

Uchyliła drzwi biblioteki i wsunęła głowę, ale nikogo nie dojrzała. 

- Rand?! - powtórzyła. 

-  Leżę  na  podłodze,  za  stołem.  -  Mówił  z  trudem,  jakby  zaciskał 

mocno zęby. 

Obeszła  owalny  stół.  Faktycznie,  Rand  leżał  na  wznak,  całkiem 

bez ruchu, zupełnie jakby był sparaliżowany. 

- Boże, co tu robisz? - spytała. 

- Uznałem, że się zdrzemnę - odparł, siląc się na żart. 

Zobaczyła, że naprawdę mówi przez zaciśnięte zęby. 

-  Złe  postawiłem  nogę  i  zwaliłem  się  z  tej  cholernej  drabiny  - 

kontynuował.  -  W  czasach  studenckich  grałem  w  drużynie  rugby, 

dopóki nie wypadł mi dysk. Teraz chyba znów wypadł. Nie mogę się 

ruszyć. 

background image

-  O  rany!  -  przestraszyła  się.  -  Jak  ci  mogę  pomóc?  Masz  jakieś 

leki przeciwbólowe? A może chcesz, żebym... 

- Nie dotykaj mnie! - krzyknął, chociaż nawet nie wykonała kroku 

w  jego  stronę.  -  Wezwij  pogotowie.  Powiedz,  że  mają  mnie  zawieźć 

do  szpitala.  W  komputerze  znajdziesz  numer  mojego  ortopedy. 

Zadzwoń do niego i poproś, żeby przyjechał do szpitala D.C. General. 

- Mam cię zostawić? Samego na podłodze? 

-  Musisz.  Jeśli  wypadł  mi  dysk,  lepiej  żebym  nie  próbował 

wstawać. Tylko się pospiesz - dodał, obolały i nieszczęśliwy. 

Nie  tracąc  czasu,  wybiegła  z  biblioteki  i pognała  z  powrotem  do 

recepcji. Zadzwoniła po pogotowie, potem do ortopedy Randa. 

- Pomoc jest już w drodze! - zawołała, odkładając słuchawkę. 

-  Laptop  i  telefon  komórkowy!  -  doleciał  ją  głos  z  biblioteki.  - 

Zapakuj je i weź z sobą! Aha, i koniecznie załatw za mnie zastępstwo 

w  sądzie.  Spróbuj  Spencera  albo  White'a.  Powiedz,  żeby  wystąpili  o 

odroczenie. 

Lucy  odnalazła  numer  Spencera.  Dziesięć  minut  później,  kiedy 

odłożyła  słuchawkę,  z  windy  wyłonili  się  pracownicy  pogotowia. 

Zbadawszy Randa, przenieśli go ostrożnie na nosze. Randowi usta się 

nie  zamykały.  Wydawał  Lucy  jedno  polecenie  za  drugim. 

Kontynuował  w  karetce,  kiedy  pędzili  na  sygnale  do  szpitala. 

Ortopeda czekał na nich w izbie przyjęć. Natychmiast zawiózł Randa 

na  prześwietlenie.  Lucy,  która  została  w  poczekalni,  przystąpiła  do 

pracy.  

background image

Mniej  więcej  w  ten  sam  sposób  spędzili  resztę  dnia.  Praca; 

rentgen; praca; konsultacje medyczne; praca; wizyta fizykoterapeuty; i 

znów  praca.  Na  szczęście  okazało  się,  że  dysk  jedynie  się  lekko 

wysunął. 

Lucy  siedziała  przy  łóżku,  wypełniając  polecenia  Randa. 

Dzwoniła  do  różnych  ludzi,  jedne  spotkania  odwoływała,  terminy 

innych  przekładała  na  później,  słowem  zajmowała  się  wszystkimi 

najpilniejszymi sprawami. 

Po  południu,  kiedy  podano  Randowi  kolejną  porcję  leków 

przeciwbólowych i zwiotczających mięśnie, zwolnili wreszcie tempo. 

-  Apelację  Clifta  rozpatrzono  pozytywnie,  inne  sprawy 

odroczono,  tak  jak  tego  chciałeś  -  powiedziała  Lucy,  podsumowując 

najważniejsze wydarzenia dnia. 

-  Akta  Murphy'ego  są  gotowe,  można  je  drukować,  skarga 

Kelloga  i  Stanislova  została  wniesiona,  wezwanie  dla  Harrisa  będzie 

doręczone  jutro.  Najbliższych  kilka  dni  masz  wolnych,  bez  żadnych 

obowiązków,  bez  konieczności  przychodzenia  do  biura.  Do  końca 

tygodnia odwołałam wszystkie zaplanowane wizyty i spotkania. Aha, 

no  i  lekarz  powiedział,  że  już  niedługo  mogę  zabrać  cię  do  domu, 

musimy tylko poczekać na wypis. 

-  Zabierasz  mnie  z  sobą  do  domu?  -  zapytał  Rand  z  figlarnym 

błyskiem w oku. 

-  Zabieram  cię  do  twojego  domu  -  uściśliła  Lucy.  -  Czy  ze 

wszystkiego, co mówiłam, to jedyna rzecz, jaka zapadła ci w pamięć? 

- Nie. Jeszcze to, że jesteś genialna. 

background image

Stłumiła śmiech. Rand wyglądał zabawnie, kiedy leżał na łóżku z 

błogim,  zadowolonym  wyrazem  twarzy.  Środki  przeciwbólowe 

sprawiły, że był odprężony i lekko oszołomiony. 

- Ja jestem genialna, a ty jesteś na haju. 

- Ale nic mnie nie boli. 

- Całe szczęście. 

- Więc zabierzesz mnie do mojego domu? 

- Pomyślałam, że zadzwonię po Franka, aby cię odwiózł i pomógł 

ci się rozebrać. Chyba że wolisz, aby ktoś inny się tobą zaopiekował. 

- Ktoś inny? A kto? - spytał. 

- Któraś z twoich bogdanek. 

- Bogdanek? - zaśmiał się. -  To słowo bywa jeszcze  w użyciu? - 

Po  chwili  spoważniał.  -  Nie  mam  żadnych  bogdanek,  Mam  tylko 

ciebie. Ale co z Maksem? 

Mówiąc  „tylko  ciebie",  patrzył  na  nią  wyjątkowo  czule,  Lucy 

jednak  przypisała  jego  romantyczny  nastrój  otępiającemu  działaniu 

środków przeciwbólowych. 

- Dzwoniłam do Sadie. Zajmie się Maksem, póki się po niego nie 

zjawię.  A  tak  w  ogóle,  to  prosiła,  żeby  przekazać  ci  pozdrowienia  i 

powiedzieć, że nie powinieneś był wchodzić na tę drabinę. 

-  Potrzebowałem  książki  -  wyjaśnił.  -  Nie  chciałem  czekać,  aż 

przyjdziesz. Myślałem, że jestem ostrożny. Bardzo, bardzo ostrożny. 

Też  powinnam  być  ostrożna,  pomyślała  Lucy.  Zwłaszcza  że 

Rand,  lekko  otumaniony  lekami,  był  taki  śmieszny,  taki  dziecięco 

background image

bezradny,  a  zarazem  ujmująco  szczery.  Czuła,  że  z  coraz  większym 

trudem opiera się jego wdziękowi. 

Do  pokoju  zajrzał  pielęgniarz  z  kartą  wypisu.  Lucy  wyszła  na 

korytarz,  żeby  Rand  mógł  się  ubrać.  Zamknąwszy  za  sobą  drzwi,  od 

razu zadzwoniła po Franka, który obiecał natychmiast ruszać w drogę. 

Czekał przed szpitalem, kiedy wyłonili się ze środka - Rand na wózku 

pchanym  przez  pielęgniarza.  Frank  z  pielęgniarzem  trochę  się 

nagimnastykowali,  ale  po  chwili  udało  im  się  przenieść  Randa  z 

wózka do samochodu. Ledwo Rand oparł głowę o siedzenie, zamknął 

oczy i zapadł w sen.  

Lucy  czuła  się  rozdarta.  Zostało  jeszcze  sporo  pracy,  którą 

mogłaby dokończyć, ale nie bardzo jej się chciało. Wolała patrzeć na 

śpiącego  szefa.  Prawdę  mówiąc,  nie  mogła  oderwać  od  niego  oczu. 

Włosy  miał  potargane  -  pewnie  tak  wyglądał  w  dzieciństwie, 

pomyślała  -  rzęsy  zaś  tak  gęste  i  długie,  że  pewnie  niejedna  kobieta 

mu ich zazdrościła. Aż dziw, że wcześniej nie zwróciła na nie uwagi. 

Policzki i brodę ocieniał zarost, który nadawał jego twarzy nieco 

ostrzejsze rysy. Z zarostem Rand wyglądał jeszcze bardziej męsko niż 

zazwyczaj.  Lucy  wyobraziła  sobie,  jak  przysuwa  się,  wyciąga  rękę, 

gładzi  go  delikatnie  po  szyi,  leciutko  zaciska  wargi  na  jego  uchu, 

potem... 

Na ziemię sprowadził ją Frank. 

-  Dojechaliśmy  -  powiedział  przez  małe  okienko  w  szybie 

oddzielającej przednie siedzenie od reszty samochodu. 

Lucy podskoczyła jak oparzona. 

background image

Rand  otworzył  jedno  oko  i  wyszczerzył  zęby  w  łobuzerskim 

uśmiechu. Przestraszyła się. Może  wcale nie spał? Może obserwował 

ją przez przymknięte powieki i wiedział, że mu się przygląda? 

- Jesteśmy u mnie? - upewnił się. 

- U ciebie - potwierdziła. 

Wysiadła pośpiesznie i okrążyła samochód od tyłu. Frank obszedł 

wóz  od  przodu.  Spotkali  się  przy  tylnych  drzwiach  od  strony 

krawężnika. Kiedy Frank otworzył drzwi, Rand rzucił Lucy kluczyki. 

-  Mieszkam  na  ósmym  piętrze  -  powiedział.  -  Idź  pierwsza, 

rozejrzyj się trochę. No, śmiało - dodał, widząc, że się waha. - Frank 

pomoże mi wysiąść. Poza tym chcę zamienić słowo z portierem. 

Lucy  odwróciła  się  i  popatrzyła  na  dom,  przed  którym  się 

zatrzymali.  Był  to  elegancki  ośmiopiętrowy  budynek  z  piaskowca  i 

granitu,  przypuszczalnie  zbudowany  na  przełomie  wieku.  Ruszyła 

przed siebie. Nie pytając jej o tożsamość, mężczyzna w stroju portiera 

zerknął  ponad  jej  ramieniem  na  Randa,  po  czym  otworzył  szklane 

drzwi.  

Parter, obity czereśniową boazerią, bardziej przypominał wnętrze 

elitarnego  klubu  dla  mężczyzn  niż  hol  budynku  mieszkalnego.  Lucy 

skierowała  się  prosto  do  windy.  Wcisnęła  przycisk  z  numerem  8.  Na 

ósmym piętrze ujrzała krótki korytarz z jedną parą dwuskrzydłowych 

drzwi. Najwyraźniej nikt inny tu nie mieszkał; całe piętro należało do 

Randa. Przekręciwszy klucz w  zamku, weszła do środka, zostawiając 

drzwi otwarte na oścież.  

background image

Mieszkanie  urządzone  było  w  stylu  minimalistycznym:  prosto, 

elegancko,  oszczędnie.  Albo  Rand  miał  dobry  gust,  albo  świetnym 

gustem  odznaczał  się  wynajęty  przez  niego  dekorator  wnętrz.  W 

przedpokoju  uwagę  zwracała  rzeźba,  półtorametrowej  wysokości, 

szaro-czarna  abstrakcja  zawieszona  między  dwoma  kawałkami 

czarnego marmuru, która przy najlżejszym dotyku kołysała się niczym 

wahadło. 

Na  lewo  od  wejścia  znajdował  się  salon.  Wsuwając  głowę  przez 

uchylone  drzwi,  Lucy  ujrzała  trzy  kanapy  z  czarnej  skóry  oraz  dwa 

stalowo-skórzane fotele stojące wokół stołu, na który składały się dwa 

kamienne sześciany przykryte wielkim szklanym blatem. Na ścianach 

wisiały obrazy i grafiki, gdzieniegdzie stały rzeźby, mniejsze od tej w 

przedpokoju. W rogu mieścił się doskonale zaopatrzony bar. 

Przeszła  dalej,  do  jadalni.  Tu  z  kolei  dominowały  spokojne 

kolory: brązy, kawa z mlekiem, złociste beże. Na środku stał ogromny 

owalny w kształcie stół oraz dwanaście krzeseł. Ściany zdobiły grafiki 

przedstawiające dzikie zwierzęta. Tak sobie Lucy wyobrażała miejsce, 

w którym zbierają się na kolacje miłośnicy safari. Jadalnia łączyła się 

z  kuchnią,  bogato  wyposażoną  we  wszystkie  najnowsze  urządzenia 

potrzebne  do  wygodnego  życia.  Blask  kafelków  na  podłodze  niemal 

raził w oczy. 

Lucy  wróciła  tą  samą  drogą,  którą  przyszła,  i  udała  się  na 

zwiedzanie  części  mieszkania  znajdującej  się  na  prawo  od  wejścia. 

Pierwszym  pokojem  był  gabinet  Randa,  duże,  przestronne 

pomieszczenie, w którym - jak wcześniej w salonie - biel współgrała z 

background image

czernią,  stal  ze  szkłem.  Stały  tu  dwa  komputery,  drukarka,  faks, 

niszczarka  do  dokumentów,  kserokopiarka,  wielofunkcyjny  telefon, 

segregatory. 

Za  gabinetem  mieściła  się  sypialnia.  Ponieważ  Rand  jeszcze  nie 

wjechał na górę, pchnęła drzwi i weszła do środka bez pukania. Było 

tu  znacznie  przytulniej  niż  w  pokojach,  które  zdążyła  już  zwiedzić. 

Podobało  się  jej  wielkie  szerokie  łóżko  oraz  czarny  perski  dywan, 

podobały się dwie komody i zajmujące niemal całą ścianę akwarium z 

rybami  tropikalnymi,  a  także  dwa  skórzane  fotele  oraz  ogromny 

telewizor. 

Rand wszedł do pokoju, akurat gdy ściągała kapę z łóżka. 

-  W  łazience,  w  szafce  na  leki,  leży  maszynka  do  golenia. 

Mogłabyś mi ją przynieść? - poprosił, zdejmując płaszcz. - Coś mi się 

zdaje, że dalej niż do łóżka nie zdołam dziś doczłapać. 

Podróż  ze  szpitala  do  domu  najwyraźniej  go  zmęczyła.  Ale 

dlaczego nie poprosił Franka, aby wszedł z nim na górę i pomógł mu 

się rozebrać? Lucy miała nadzieję, że nie oczekiwał od niej tak daleko 

idącej pomocy. 

-  Uznałem,  że  co  jak  co,  ale  z  przebraniem  się  w  piżamę  sam 

sobie  poradzę  -  rzekł,  jakby  czytając  w  jej  myślach  -  więc  wysłałem 

Franka po coś do jedzenia. Nie wiem, jak ty, ale ja jestem straszliwie 

głodny.  Lubisz  chińszczyznę?  Potem  Frank  zaczeka  na  dole  i 

odwiezie cię do domu. 

background image

- Owszem, lubię chińszczyznę, ale czy  Frank nie mógłby przyjść 

na górę i zjeść  z nami? Głupio bym  się czuła, gdyby siedział sam na 

dole. 

- Zapraszałem  go, ale podziękował.  Zamierza posilić się razem  z 

portierem, a potem chcą pograć w karty. 

Lucy pokiwała głową. 

- A to co innego - powiedziała. - No dobrze, a teraz maszynka. 

Cieszyła  się  z  możliwości  udania  się  do  łazienki,  bo  to,  co 

wcześniej  zobaczyła  przez  szparę  w  drzwiach,  wywarło  na  niej  duże 

wrażenie.  I  rzeczywiście,  łazienka  zapierała  dech.  Duża,  z  białego  i 

szarego  marmuru,  z  ogromnym  prysznicem  i  wielką  umywalką,  ze 

świetlikiem w suficie i wpuszczaną w podłogę wanną, którą z dwóch 

stron otaczały przepiękne okna witrażowe. 

Szafka  na  leki  wisiała  nad  umywalką.  Lucy  bez  trudu  odnalazła 

maszynkę do golenia. Z maszynką w dłoni skierowała się z powrotem 

do  sypialni.  Rand,  krzywiąc  się  z  bólu,  usiłował  zdjąć  koszulę. 

Ujrzawszy  Lucy,  natychmiast  przybrał  kamienny  wyraz  twarzy.  Nie 

zdążył.  Widziała,  jak  bardzo  cierpi  i  nie  zamierzała  udawać,  że 

niczego nie zauważyła. Nie mogła też nie zaoferować pomocy.  

No trudno, pomyślała; jak trzeba, to go rozbiorę. 

-  Pomogę  ci  -  rzekła,  odkładając  maszynkę  do  golenia  na  czarny 

stolik nocny. 

- Dziękuję. 

Stanąwszy  za  nim,  zsunęła  mu  z  ramion  koszulę;  starała  się  nie 

wpatrywać lubieżnym wzrokiem w jego wspaniale umięśnione plecy, 

background image

jedwabistą skórę. Ale nie było to łatwe. Kusiło ją, by przytulić twarz 

do  tych  pleców,  a  przynajmniej  przyłożyć  do  nich  dłoń,  sprawdzić, 

czy  naprawdę  są  tak  idealnie  gładkie,  tak  atłasowe  w  dotyku,  jak  jej 

się wydaje. 

-  Mógłbym  cię  prosić  o  posmarowanie  mi  pleców?  -  spytał, 

nieświadom  tego,  co  Lucy  czuje.  -  Lekarz  dał  mi  specjalną  maść 

przeciwbólową, ale sam sobie nie poradzę. 

- Oczywiście. Może jednak zrobię to przed samym wyjściem...? 

Nie  mogła  mu  odmówić,  lecz  bała  się  własnej  reakcji.  Miała 

nadzieję, że w ciągu kilku minut zdoła się na tyle wziąć w garść, aby 

spełnienie prośby Randa nie sprawiło jej najmniejszych trudności. 

-  Dobry  pomysł  -  przyznał.  -  Jeśli  faktycznie  ma  działanie 

znieczulające, może przynajmniej uda mi się zasnąć. 

- No  właśnie. -  Lucy pokiwała głową, jakby od początku o to jej 

chodziło. - Pójdę do kuchni i przyniosę ci coś do picia. 

Wyszła  pośpiesznie  z  sypialni.  Wiedziała,  że  to,  co  czuje  do 

swojego  szefa,  jest  całkiem  nie  na  miejscu.  Zamknąwszy  za  sobą 

drzwi,  wzięła  kilka  głębokich  oddechów,  jakby  chciała  pozbyć  się 

zdrożnych  myśli.  Przyjechałaś  tu  wyłącznie  w  jednym  celu, 

powiedziała  sama  do  siebie;  żeby  służyć  Randowi  pomocą.  Lepiej  o 

tym  nie  zapominaj.  Lepiej  o  tym  nie  zapominaj.  Powtarzając  to 

niczym  litanię,  zdecydowanym  krokiem  pomaszerowała  do  kuchni. 

Zajrzała do kilku szafek, dopóki nie znalazła tacy, dzbanka na wodę i 

szklanek. 

background image

Frank  przybył  z  jedzeniem,  akurat  gdy  zmierzała  z  powrotem  do 

sypialni. Cofnęła się więc do kuchni, przesunęła szklanki i dzbanek na 

bok,  obok  postawiła  pojemniki  z  chińszczyzną  i  ponownie  ruszyła 

korytarzem  do  sypialni.  Zastukała  do  drzwi.  Dopiero  gdy  usłyszała 

głośne „Proszę!", nacisnęła klamkę. 

Podczas  jej  krótkiej  nieobecności  Rand  zdążył  się  ogolić  i 

przebrać  w  szare  spodnie  od  dresu  i jedwabny  szlafrok,  który  niemal 

całkiem  zasłaniał  jego  nagi tors.  Siedział  na  łóżku,  wsparty  o  lśniące 

czarne wezgłowie. Sprawiał  wrażenie, jakby ponownie zapadł w sen, 

choć Lucy podejrzewała, że raczej zaciskał powieki z bólu. 

Na odgłos jej kroków otworzył oczy i rozciągnął usta w ciepłym, 

przyjaznym uśmiechu. 

-  Kolacja  gotowa  -  oznajmiła  lekkim  tonem.  -  Dzbanek  z  wodą 

stawiam na szafce, żebyś miał czym w nocy popić leki. 

- Jesteś aniołem. Nie ma rzeczy, o której byś nie pomyślała. 

- I tu się mylisz. Nie wzięłam talerzy! 

-  Nie  szkodzi  -  pocieszył  ją.  -  Możemy  jeść  prosto  z  firmowych 

pojemników. 

Najwyraźniej nie chciał zostać sam. Przyciągnęła krzesło do łóżka 

i usiadła. Obejrzawszy zawartość pojemników, zaczęli jeść. 

- Jak się czujesz? - spytała. 

-  Trochę  gorzej  niż  w  szpitalu,  ale  w  sumie  nieźle.  Pod 

warunkiem, że się za bardzo nie ruszam. 

- Poradzisz sobie w nocy? 

background image

-  Tak.  Jeśli  będzie  mi  potrzebna  pomoc,  zawsze  mogę  wezwać 

portiera.  Właśnie  o  tym  z  nim  rozmawiałem...  -  Na  jego  ustach 

pojawił  się  szelmowski  uśmiech.  -  Jeśli  jednak  zamierzałaś 

zaproponować mi swoje towarzystwo... 

- Nie zamierzałam. Po kolacji wyrzucę brudne pojemniki, podam 

ci książkę czy gazetę i wracam do siebie. 

- Szkoda. Miałem nadzieję, że ci się tu spodoba. 

- Podoba się. 

-  To  doskonale.  Bo  dopóki  nie  zacznę  normalnie  funkcjonować, 

będziemy musieli przenieść się tutaj z pracą. 

- Nie widzę problemu. Gabinet masz doskonale wyposażony. 

-  Tak,  a  komputery  połączone  są  z  komputerami  w  biurze,  więc 

bez trudu można będzie ściągnąć potrzebne dokumenty. 

-  Dobrze.  Ale  ty  nie  powinieneś  się  przemęczać.  Wystarczy,  jak 

mi powiesz, co mam zrobić i sama się wszystkim zajmę. 

- Chybabym zwariował, leżąc bezczynnie. 

Nie wątpiła w prawdziwość jego słów. Dla takiego człowieka jak 

Rand,  który  z  zapałem  i  energią  podchodził  do  pracy,  bezczynność 

była najgorszą rzeczą, jaką można sobie wyobrazić. 

-  A  pierwszy  raz,  kiedy  wypadł  ci  dysk...  jak  to  się  stało?  - 

spytała, zamieniając się z nim na pojemniki. 

-  Podczas  meczu  -  odparł.  -  Przeciwnicy  grali  wyjątkowo 

brutalnie. Spędziłem trzy tygodnie na wyciągu. Na szczęście udało mi 

się uniknąć operacji. Od tamtej pory  staram się na siebie uważać, ale 

background image

czasem robię coś głupiego, na przykład wchodzę na drabinę, która ma 

za słabą konstrukcję, by utrzymać mój ciężar, a potem cierpię. 

Odstawiwszy  pojemnik  z  wołowiną,  spytał,  czy  zostało  jeszcze 

trochę ryżu z warzywami. Lucy zajrzała do paru kartoników na tacy i 

po chwili wręczyła Randowi właściwy. 

-  A  teraz  ty  opowiedz  mi  coś  o  sobie  -  poprosił.  -  Wiem,  że 

przeprowadziłaś  się  tu  z  Kalifornii,  ale  nawet  nie  wiem,  gdzie  w 

Kalifornii mieszkałaś. 

- W Sonoma Valley. Tam się urodziłam i dorastałam. 

- Rodzice nadal tam mieszkają? 

- Nie. Mama zmarła w zeszłym roku, a ojciec porzucił nas, kiedy 

miałam siedem lat. Od tamtej pory ani razu nie widziałam go na oczy. 

- Musiało być wam ciężko. 

- Łatwo nie było - przyznała. 

- Masz braci lub siostry? 

-  Nie.  Całe  szczęście.  Jedno  dziecko  w  zupełności  wystarczyło 

mojej mamie. 

Pokręcił z uśmiechem głową. 

- Chcesz powiedzieć, że nieźle rozrabiałaś? 

-  Nie  -  odparła  zdziwiona,  jakby  sam  pomysł  wydał  się  jej 

niedorzeczny.  -  Może  nie  zawsze  byłam  najgrzeczniejsza,  ale  na 

pewno nie przysparzałam mamie większych kłopotów. Po prostu moja 

mama...  Chodzi  o  to,  że  nie  bardzo  potrafiła  sobie  radzić  ze  sobą,  a 

dzieci...  Trudno  zajmować  się  dzieckiem,  jak  się  ma  problemy 

emocjonalne. 

background image

-  Problemy  emocjonalne?  -  powtórzył  Rand,  próbując  zachęcić 

Lucy do kontynuowania. 

-  Po  odejściu  ojca  mama  miewała  długie  okresy  depresji. 

Wówczas całymi tygodniami nie wstawała z łóżka. 

- Kto się wtedy tobą opiekował? 

-  Nikt.  Ciocia  Sadie  mieszkała  w  Waszyngtonie.  Poza  nią  nie 

miałyśmy żadnej rodziny. A mama nie żyła w przyjaźni z sąsiadami. 

- Co robiłaś w czasie tych depresji mamy? 

-  Wszystko.  Sprzątałam  w  domu,  gotowałam  posiłki,  prałam. 

Starałam  się  poprawić  mamie  humor.  Żeby  ją  rozweselić,  chowałam 

się  w  nogach  łóżka  i  urządzałam  przedstawienia  kukiełkowe. 

Śpiewałam, tańczyłam, opowiadałam jej bajki. 

Tym razem uśmiech na twarzy Randa był smutny. 

- I co? Pomagało? 

- Nie bardzo - przyznała. - Ale nie poddawałam się. Potem kiedy 

mama znów zaczynała jako tako funkcjonować, łudziłam się, że może 

choć trochę jej pomogłam. 

- Innymi słowy, w bardzo młodym wieku nauczyłaś się zajmować 

domem i sobą - podsumował Rand. 

-  Tak,  zdobyłam  doświadczenie,  które  teraz  bardzo  mi  się 

przydaje.  Poza  tym  nauczyłam  się  cenić  własne  dziecko.  Nigdy  nie 

dopuszczę do tego, aby Maks musiał się o mnie troszczyć. Nigdy nie 

będę dla niego ciężarem. 

-  Czyli  słabości  własnej  mamy  sprawiły,  że  sama  stałaś  się 

lepszym rodzicem. 

background image

- Chyba tak. Uważam, że nawet na smutne doświadczenia można 

starać  się  patrzeć  od  innej  strony,  próbować  wyciągnąć  z  nich  jakieś 

wnioski, korzyści. Ale moja mama tego tak nie postrzegała. Owszem, 

ojciec  postąpił  brzydko;  odszedł  z  dnia  na  dzień,  zostawił  ją  bez 

środków  do  życia,  nie  płacił  alimentów.  To  mogłoby  nas  do  siebie 

zbliżyć,  mnie  i  mamę;  mogłaby  wytworzyć  się  między  nami 

szczególna  więź.  Niestety,  zamiast  więzi  wytworzył  się  dystans. 

Mama  wolała  odsunąć  się  ode  mnie  i  od  życia,  pogrążyć  się  w 

rozpaczy, nie wstawać z łóżka... 

Nagle  Lucy  spostrzegła  budzik  stojący  na  szafce  nocnej.  Nie 

zdawała sobie sprawy, że zrobiło się tak późno. 

-  Skoro  o  łóżku  mowa,  powinnam  wrócić  do  domu,  żebyś  mógł 

odpocząć. 

- Przecież odpoczywam. Leżę sobie, patrzę na ciebie... 

- Mimo to powinnam już iść. 

Zebrała  z  łóżka  puste  pojemniki  po jedzeniu  i  wyszła  do  kuchni, 

żeby  wyrzucić  je  do  kosza  na  śmieci.  W  kuchni  zaś  przypomniała 

sobie,  że  obiecała  posmarować  Randowi  plecy.  Na  samą  tę  myśl 

zaschło jej w gardle. Serce zaczęło walić jej młotem, a pot wystąpił na 

czoło.  Co  ma  zrobić?  Modlić  się  w  duchu,  aby  zapomniał  o  maści? 

Wymknąć się, udając, że jej również wyleciało to z głowy? Zachować 

się nieodpowiedzialnie, tchórzliwie? 

Nie,  gryzłyby  ją  straszliwe  wyrzuty  sumienia.  A  zatem  musi 

stawić  czoło  wyzwaniu:  dotknąć  Randa  i  nie  dać  niczego  po  sobie 

poznać. Zdobywszy się odwagę, wróciła do sypialni. 

background image

Rand  siedział  na  brzegu  łóżka,  ze  stopami  wspartymi  o  podłogę. 

Patrząc  na  niego,  uzmysłowiła  sobie,  że  specjalnie  zmienił  pozycję 

wtedy,  gdy  nie  było  jej  w  pobliżu;  nie  chciał,  aby  widziała,  jak 

niezdarnie się rusza, jak bardzo się męczy i krzywi z bólu. Doceniała 

to,  że  nie  rozczulał  się  nad  sobą  i  nie  próbował  wzbudzić  w  niej 

litości. 

- Maść leży tam - powiedział, wskazując brodą na komodę stojącą 

bliżej drzwi. 

Czyli jednak nie zapomniał. Lucy wzięła tubkę. 

-  Tylko  nie  wstawaj  -  powiedziała,  widząc,  że  Rand  chce  się 

podnieść. - Uklęknę za tobą. 

- W porządku. Ty tu rządzisz. 

Weszła  na  łóżko,  ostrożnie  zajmując  pozycję.  Starała  się  nie 

wykonywać  żadnych  gwałtowniejszych  ruchów,  żeby  nie  sprawić 

Randowi jeszcze większego bólu. 

- Odwiąż pasek szlafroka, a ja zajmę się resztą. 

Musiało  to  zabrzmieć  dość  sugestywnie  i  dwuznacznie,  bo 

usłyszała  niski,  gardłowy  śmiech.  Dopiero  po  chwili  Rand  wykonał 

polecenie.  Zsunęła  mu  z  ramion  szlafrok,  tak  jak  wcześniej  koszulę. 

Smaruj  i  nie  podniecaj  się,  nakazała  sobie  w  myślach.  Otworzywszy 

tubkę, wycisnęła na dłoń odrobinę maści. 

-  Możesz  poczuć  chłód  -  ostrzegła  Randa.  Głos  miała  lekko 

ochrypły i zasapany. - Gdzie smarować? 

- Mniej więcej na wysokości łopatek. 

background image

Potarła dłonie, żeby rozprowadzić maść, po czym przytknęła je do 

pleców. Nie myliła się. Miał twarde umięśnione ciało pokryte gładką 

jak aksamit skórą. 

-  Uprzedź,  gdyby  cię  bolało  -  powiedziała,  starając  się  oczyścić 

umysł  z  wszelkich  niepożądanych  myśli  i  skupić  wyłącznie  na 

medycznej stronie masażu. 

- Nie będzie - zapewnił ją. - Masz delikatny dotyk. 

Nie było po nim widać najmniejszych oznak bólu. Siedział prosto, 

cierpliwie  poddając  się  kolistym  ruchom  jej  dłoni.  Jeśli  ktokolwiek 

cierpiał,  to  raczej  Lucy.  Podziwiała  z  bliska  każdy  centymetr  jego 

pleców, dotykała je, masowała, a jednocześnie musiała udawać, że nic 

się  nie  dzieje.  Z  trudem  wciągała  powietrze,  serce  waliło  jej  mocno, 

jakby  głośnym  biciem  chciało  przekazać  światu  jakąś  wiadomość, 

krew pulsowała jej w skroniach. 

Choć  rozprowadziła  już  całą  maść,  gładziła  dalej  plecy  Randa, 

podziwiając ich piękny kształt! W końcu uświadomiła sobie, że to, co 

robi, nie ma nic wspólnego z udzielaniem pomocy choremu, natomiast 

ma wiele wspólnego z własną przyjemnością. 

- No dobrze - oznajmiła, pokonując instynkt, który mówił jej, aby 

się nie przejmowała, aby kontynuowała masaż, gładziła silne mięśnie, 

kark... - Chyba starczy. 

Zmusiła  się,  aby  otrząsnąć  się  z  marzeń  i  wrócić  do 

rzeczywistości. 

- Dziękuję. 

background image

Czy jej się  wydawało, czy głos Randa naprawdę brzmiał inaczej, 

bardziej  ochryple?  Ale  może  to  kwestia  pozycji  siedzącej?  Może 

sprawiała  Randowi  dodatkowy  ból?  Lucy  zsunęła  się  z  łóżka  i 

podeszła  do  szafki  nocnej,  udając,  że  chce  zobaczyć,  czy  Rand  ma 

wszystko,  czego  może  potrzebować,  a  w  rzeczywistości  usiłując 

zapanować nad własnymi emocjami. 

- Lekarstwa masz, wodę do popicia też. Telefon stoi obok; w razie 

czego możesz dzwonić, nie wstając z łóżka. Przynieść ci coś z kuchni, 

zanim wyjdę? 

Przez chwilę milczał. Czuła jednak, jak świdruje ją wzrokiem. 

- Nie, niczego więcej nie potrzebuję - rzekł wreszcie. 

Tak,  jego  głos  zdecydowanie  brzmiał  inaczej.  Nagle  Rand 

zacisnął  ręce  na  jej  ramieniu,  jakby  chciał  ją  powstrzymać  przed 

wyjściem. 

- Dzięki, Lucy. Za wszystko. 

-  Drobiazg  -  odparła,  odwracając  się.  Nie  mogła  dłużej  unikać 

jego spojrzenia. 

Oczy  Randa  odzwierciedlały  jego  inteligencję  i  siłę.  Ale  było  w 

nich coś jeszcze. Coś, do czego ona przyczyniła się swoim masażem. 

Wtem przesunął rękę wyżej, objął Lucy za szyję, po czym delikatnym, 

lecz stanowczym ruchem przyciągnął ją do siebie i przywarł ustami do 

jej ust. 

Dzisiejszy  pocałunek  nie  był  lekkim  muśnięciem,  z  całą 

pewnością nie był też wyrazem wdzięczności ani podziękowania. Był 

prawdziwym  pocałunkiem.  Gorącym,  namiętnym,  zmysłowym.  Lucy 

background image

zakręciło  się  w  głowie,  po  krzyżu  przebiegł  ją  dreszcz.  Była  gotowa 

zapomnieć o otaczającym świecie, pogrążyć się w rozkoszy. 

Wreszcie Rand odsunął się i popatrzył jej głęboko w oczy. 

- Jesteś niezwykłą kobietą - rzekł cicho. 

- Muszę już iść. 

Jak  trudno  było  jej  wypowiedzieć  te  słowa!  Walczyła  sama  z 

sobą;  rozum  kazał  jej  natychmiast  skierować  się  do  drzwi,  a  serce 

domagało  się  więcej  pocałunków.  Więcej  pieszczot.  Więcej 

wszystkiego. 

Rand  skinął  potakująco  głową.  Wciąż  spoglądając  Lucy  w  oczy, 

bawił się kosmykami włosów, które opadały jej na szyję. Dopiero po 

dłuższej  chwili  zabrał  rękę,  a  raczej  zaczął  ją  przesuwać,  wolnym, 

leniwym ruchem, aż doszedł do nadgarstka. 

- Frank czeka na dole - oznajmił z nutą żalu w głosie.  

- O której chcesz mnie jutro? 

Niezbyt  fortunny  dobór  słów.  Lucy  uświadomiła  to  sobie,  kiedy 

zobaczyła ten sam co przedtem łobuzerski uśmiech na twarzy Randa. 

-  Dla  własnego  bezpieczeństwa  lepiej,  abyś  nieco  inaczej 

formułowała takie pytania - zażartował, ale zaraz spoważniał. - Może 

o dziewiątej? Nie mam pojęcia, w jakim będę rano stanie ani ile czasu 

zajmie  mi  poranna  toaleta.  Na  wszelki  wypadek  weź  klucze  i  otwórz 

sobie drzwi, gdybym długo nie reagował na dzwonek. 

- W porządku. Będę o dziewiątej. 

-  Pozdrów  ode  mnie  Maksa.  I  przeproś  go,  że  tak  długo  cię  dziś 

trzymałem. 

background image

- Pozdrowię. Mam nadzieję, że zdołasz zasnąć. 

- Ja też. 

Nie  ruszyła  się  z  miejsca.  Nie  potrafiła.  Chociaż  raz  po  raz 

powtarzała  sobie  w  myślach,  że  powinna,  zanim  będzie  za  późno. 

Zanim  straci  resztki  samokontroli  i  zrobi  coś,  czego  będzie  później 

żałować. 

- No, leć - powiedział Rand, jakby czytał w jej myślach i chciał ją 

uratować  przed  popełnieniem  głupstwa.  -  Może  jeszcze  zdążysz 

przeczytać Maksowi bajkę na dobranoc. 

Sukces.  Wreszcie  udało  jej  się  przerwać  kontakt  wzrokowy. 

Uśmiechnąwszy  się  na  pożegnanie,  wybiegła  z  sypialni.  Z  salonu 

zabrała swój płaszcz, torebkę i klucze do mieszkania Randa. Jadąc na 

dół  windą,  znów  wróciła  myślami  do  sypialni  i  pocałunku,  który 

rozbudził w niej tyle emocji i głęboko skrywanych pragnień. 

Kiedy  drzwi  się  rozsunęły,  jedno  wiedziała  ponad  wszelką 

wątpliwość:  gdyby  nie  wypadnięty  dysk  i  ból,  który  dokuczał 

Randowi  przy  każdym  ruchu,  prawdopodobnie  doszłoby  dziś  do 

czegoś  więcej.  Twierdziła,  że  nie  chce  się  z  nikim  wiązać,  że 

mężczyźni jej nie interesują. Ale sądząc po tym, co dziś czuła, chyba 

nie  miałaby  siły  upierać  się  przy  swoich  wcześniejszych 

przekonaniach. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Powiedziała  Frankowi,  żeby  się  rano  po  nią  nie  fatygował. 

Mieszkali  z  Randem  w  tej  samej  dzielnicy,  ich  domy  dzieliła 

background image

odległość  trzech,  najwyżej  czterech  kilometrów.  W  tej  sytuacji 

pojedzie  własnym  samochodem.  A  przy  okazji  podrzuci  Maksa  do 

przedszkola. 

Ucieszyła  się,  widząc,  że  to,  co  Sadie  mówiła,  jest  prawdą  -  w 

ciągu  zaledwie  paru  dni  jej  syn  zaprzyjaźnił  się  z  wieloma  dziećmi. 

Ledwo dojechali na miejsce, dwóch chłopców podbiegło przywitać się 

z Maksem. W trójkę ruszyli raźno przed siebie, Lucy za nimi. 

- Przyjadę po ciebie kilka minut po piątej! - zawołała za synem. 

Maks  obejrzał  się  przez  ramię  i  pomachawszy  matce  na 

pożegnanie,  znikł  w  sali  gimnastycznej,  Lucy  zaś  weszła  do  biura, 

żeby  wpisać  syna  do  zeszytu,  w  którym  każdego  dnia  notowano 

obecność dzieci. 

Kiedy parę minut przed dziewiąta  Lucy  zajechała przed budynek 

Randa,  portier  już  na  nią  czekał.  Otworzył  szeroko  drzwi,  zanim  do 

nich doszła, i serdecznie ją powitał. Wszystko było dobrze, dopóki nie 

wsiadła do windy. Wówczas spokój, jaki od rana starała się zachować, 

prysł.  

Odkąd  opuściła  mieszkanie  Randa,  bez  przerwy  dumała  nad  ich 

wczorajszym pocałunkiem. Nie wiedziała, co go mogło sprowokować. 

Bo z poprzednim pocałunkiem sprawa była stosunkowo prosta. W ten 

sposób  Rand  chciał  wyrazić  swoją  wdzięczność  za  pomoc,  jaką  mu 

okazała. Ale wczoraj... 

Wczorajszy  pocałunek  nie  wyrażał  wdzięczności.  Wyrażał 

pożądanie.  Dlatego  Lucy  nie  była  pewna,  jak  się  dziś  zachować. 

Wiedziała,  że  nie  powinno  było  do  niego  dojść.  Że  ona,  Lucy,  nie 

background image

powinna  była  do  niego  dopuścić.  I  co  jak  co,  ale  nie  powinna  go 

ciągle  odtwarzać  w  pamięci,  przeżywać  na  nowo  niczym  nastolatka, 

której marzenie się spełniło. Bo przecież nie marzyła o pocałunku. Nie 

marzyła o tym, aby jakiś atrakcyjny, elegancki mężczyzna zawrócił jej 

w głowie.  

Była  realistką,  zawsze  twardo  stąpała  po  ziemi.  Jeśli  miała 

marzenia,  głównie  dotyczyły  one  Maksa:  pragnęła  być  dobrą  matką, 

wychować  syna  na  mądrego,  uczciwego  człowieka,  który  osiągnie  w 

życiu wiele sukcesów. Chciała również mieć liczne  grono przyjaciół, 

na których zawsze można liczyć.  I chciała podróżować: z Maksem, z 

Sadie, z grupą przyjaciół. 

A  miłość?  Tak,  miłość  też  była  czymś,  czego  pragnęła,  ale  nie 

teraz.  Później.  Kiedy  Maks  się  usamodzielni  i  wyfrunie  z  domu. 

Wtedy,  owszem,  chciałaby  poznać  dojrzałego,  inteligentnego 

mężczyznę,  człowieka  odpowiedzialnego,  rozważnego,  który  w 

młodości się wyszumiał i teraz pragnął ustatkować.  

Nie marzyła o szalonej miłości pełnej wzlotów i upadków; raczej 

o ciepłym, spokojnym związku. Wolałaby, aby ją i jej partnera łączyły 

wspólne zainteresowania, podobne wartości i światopogląd; wolałaby, 

aby obojgu odpowiadał ten sam styl życia, aby cenili te same rzeczy - 

spokój, bezpieczeństwo, przyjaźń. Właśnie tak to sobie wyobrażała. 

Ani razu nie widziała siebie w roli zapracowanej samotnej matki, 

która bez zastanowienia, pod wpływem impulsu, rzuca się w ramiona 

takiego  mężczyzny  jak  Rand  Colton.  Mężczyzny,  który  nigdy  nie 

background image

narzekał  na  brak  damskiego  towarzystwa  i  który  wyraźnie  dał  jej  do 

zrozumienia, że w jego życiu nie ma miejsca na kobietę z dzieckiem.  

Mimo  to  wczoraj  się  z  nim  całowała.  A  dziś  nie  ma  pojęcia,  jak 

się zachować. Czy powiedzieć mu, że popełnili wczoraj błąd? Że nie 

chce,  aby  taka  sytuacja  kiedykolwiek  się  powtórzyła?  Że  jeżeli  on 

jeszcze raz ją pocałuje, wówczas ona będzie zmuszona zrezygnować z 

prący w kancelarii? I już nigdy więcej się nie zobaczą? 

Czy jednak nie byłoby to zbyt dramatyczne? Może Rand popatrzy 

na nią, jakby spadła z księżyca? Może zdziwi się, powie, że przecież 

nic się nie stało, najlepiej o wszystkim zapomnieć? 

Zapomnieć?  Nie  umiałaby  zapomnieć  ani  o  tak  namiętnym 

pocałunku,  ani  o  tak  wspaniałym  mężczyźnie.  Wystarczyło  kilka 

sekund w jego ramionach, aby nogi miała jak z waty i płonęła żądzą. 

Pragnęła  go  jak  nikogo  dotąd.  Najlepiej  zapomnieć?  Łatwo 

powiedzieć. 

Z  drugiej  strony,  przemknęło  Lucy  przez  myśl,  kiedy  winda 

zatrzymała  się  na  ósmym  piętrze,  Rand  dostał  wczoraj  mnóstwo 

najprzeróżniejszych  leków.  Może  dlatego  ją  pocałował?  Może  będąc 

pod  wpływem  proszków,  nie  bardzo  kontrolował  to,  co  robi?  Może 

pocałunek absolutnie nic nie znaczył? Może Rand nawet o niczym nie 

będzie dziś pamiętał? 

Ta  wersja  najbardziej  przypadła  jej  do  gustu.  Jeśli  nie  pamiętał 

pocałunku,  po  co  miała  mu  go  przypominać?  Rozsądniej  będzie  całą 

sprawę pominąć milczeniem. Wiedziała, że wybiera najmniej bolesną 

opcję.  Aby  jakoś  zrekompensować  własne  tchórzostwo,  obiecała 

background image

sobie,  że  nigdy  więcej  nie  pocałuje  Randa.  Bez  względu  na  to,  jak 

strasznie by tego chciała. 

W  końcu  wiele  było  takich  rzeczy,  których  sobie  odmawiała.  Na 

śniadanie,  na  przykład,  nie  jadła  lodów  śmietankowych  posypanych 

wiórkami czekoladowymi, choć często miała na nie ochotę, w środku 

nocy nie chrupała batonów orzechowych, a na urodziny nie kupowała 

sobie butów za pięćset dolarów. 

Unikała  też  mężczyzn,  którzy  chcieli  zburzyć  ład,  jaki  wreszcie 

zaprowadziła w swoim życiu, oraz odsunąć ją od syna, a tym samym 

wyrządzić  im  obojgu  krzywdę.  Postanowiła  więc,  że  nie  będzie 

żadnych więcej pocałunków z Randem Coltonem. Nie i już. 

Wsuwając klucz do zamka, modliła się w duchu, aby  wczorajszy 

wieczór okazał się dla Randa jedynie mglistym wspomnieniem. 

- To ja! - zawołała, wchodząc do mieszkania. 

Spodziewała się usłyszeć ciszę lub słabe „Dzień dobry" z sypialni. 

Zamiast tego dobiegł ją normalny, rześki głos: 

- Jestem w kuchni! 

Zdjęła  płaszcz  i  powiesiła  go  wraz  z  torebką  na  wykonanym  w 

stylu art deco wieszaku z kutego żelaza, który stał w holu. Następnie 

obciągnęła sweter. Miała na sobie czarne spodnie i czerwony golf. Nie 

była  pewna,  jak  się  ubrać,  ale  doszła  do  wniosku,  że  może  dziś 

zrezygnować  z  kostiumików,  jakie  normalnie  wkładała  do  pracy.  Co 

innego praca w biurze, a co innego w domu. Zdecydowała się na strój 

sportowy. 

background image

Ale  kiedy  zajrzała  do  kuchni  i  zobaczyła  Randa  w  spodniach  od 

piżamy  oraz  rozpiętym  szlafroku,  poczuła,  że  wciąż  jest  zbyt 

wystrojona.  Stał  przy  zlewie,  napełniając  wodą  dzbanek  od  kawy. 

Potem wolno się obrócił. Lucy z wrażenia zaschło w gardle. Wykonał 

bowiem  obrót  całym  ciałem,  wyraźnie  unikając nawet  najmniejszego 

skrętu tułowia. Jej oczom ukazał się płaski brzuch oraz szeroka, lekko 

owłosiona klatka piersiowa przechodząca w silne ramiona. Jakby tego 

było  mało,  twarz  Randa  ocieniał  poranny  zarost,  a  włosy  miał 

rozczochrane, jakby przez całą noc uprawiał seks. 

Żaden  szef,  pomyślała  Lucy,  nie  powinien  narażać  swojej 

sekretarki  na  takie  widoki,  a  potem  oczekiwać,  że  będzie  zdolna 

skupić się na pracy. Praca bowiem była ostatnią rzeczą, jakiej chciała 

się  teraz  poświęcić.  Lucy  instynktownie  czuła,  że  najwięcej  wysiłku 

będzie  ją  dziś  kosztowało  dotrzymanie  obietnicy,  którą  dała  sama 

sobie. Bo najbardziej w świecie pragnęła podejść do Randa, zarzucić 

mu ręce na szyję i kontynuować to, co wczoraj przerwali. 

Z trudem się pohamowała. 

- Dzień dobry. 

- Dzień dobry, Lucy. 

Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Miała wrażenie, że w jego 

oczach widzi uznanie, może nawet pochwałę. Ale kiedy podniósł rękę 

do  jej  upiętych  w  kok  włosów  i  błysnął  zębami  w  uśmiechu, 

pomyślała  sobie,  że  chyba  nie  podoba  mu  się  jej  fryzura.  Nie 

wiedziała dlaczego. Bądź co bądź, czesała się dokładnie tak samo od 

pierwszego dnia, kiedy go poznała. 

background image

Jednakże  widząc  oznakę  niezadowolenia na  twarzy  Randa,  miała 

ochotę  wyciągnąć  klamrę  i  potrząsnąć  głową,  tak  by  włosy  mogły 

swobodnie opaść jej na ramiona. Powstrzymała ten odruch. 

- Jak się czujesz? - spytała. 

-  Jako  tako.  Środki  przeciwbólowe  za  bardzo  otępiają  mi  umysł, 

więc biorę połowę dawki. Tyle, żeby nie chodzić z bólu po ścianach. 

Nie chciał jednak dłużej rozmawiać o swoim samopoczuciu, bo na 

moment zamilkł, po czym zmienił temat. 

- Podyktowałem do magnetofonu kilka listów. Trzeba je przepisać 

na  komputerze,  wydrukować  i  wysłać.  Ale  najważniejszy  jest  ten 

anonimowy  list  do  mojej  rodziny  w  sprawie  Emily.  Boję  się,  że 

gdybym  sam  go  napisał,  nieopatrznie  mógłbym  się  czymś  zdradzić, 

więc lepiej będzie, jeśli ty to zrobisz. Czyli zacznij od tego, a ja w tym 

czasie  wezmę  prysznic,  a  potem  przygotuję  pozwy  do  sądu.  Później 

poproszę cię, abyś je również przepisała i wydrukowała.  

Nie wiem, czy uda nam się skończyć do południa, ale popołudnie 

chciałbym  poświęcić  na  szukanie  w  Internecie  informacji  o 

przeszłości mojej matki. Kiedy Emily ponownie zadzwoni, wolałbym 

móc  jej  coś  powiedzieć.  Oczywiście  za  tę  dodatkową  pracę 

dodatkowo cię wynagrodzę. A resztą dzisiejszych spraw zajmiemy się 

jutro. 

- Dobrze - zgodziła się Lucy. 

Miała  nadzieję,  że  dzięki  pracy  uda  jej  się  skierować  myśli  na 

inne tory. 

background image

- Nie obrazisz się, że będę pracował  na leżąco? W  gabinecie, ale 

wyciągnięty na kanapie? Niestety, moje plecy  wciąż bardzo nie lubią 

pozycji siedzącej. 

-  Nie  przejmuj  się  mną...  Przygotować  ci  śniadanie,  kiedy 

będziesz brał prysznic? 

- Dzięki, ale zjadłem kilka grzanek, żeby nie łykać leków na pusty 

żołądek - odparł. - Po prostu nalej nam po kubku kawy. 

Po tych słowach znikł w łazience. 

Lucy  przeszła  do  gabinetu,  próbując  pohamować  wyobraźnię. 

Starała  się  nie  myśleć  o  tym,  jak  Rand  zrzuca  szlafrok,  zdejmuje 

spodnie  od  piżamy,  staje  nagi  pod  strumieniem  wody,  a  dzieli  ich 

zaledwie  ściana.  Starała  się,  ale...  Ale  widziała  przed  oczami  jego 

postać... O rany, westchnęła; czekał ją bardzo ciężki dzień.  

Wykazując  maksimum  silnej  woli,  skupiła  się  na  czymś  innym. 

Włączyła  jeden  z  dwóch  komputerów,  zaczęła  planować  zajęcia  na 

najbliższe godziny i rozmyślać o tym, co naprawdę jest dla niej ważne 

- na przykład Maks.  

Pomogło.  Kiedy  Rand  wrócił  do  gabinetu,  ogolony,  uczesany, 

ubrany  w  spodnie  od dresu i bawełnianą  bluzę  z  napisem  „Harvard", 

w  której  wyglądał  równie  znakomicie,  jak  w  eleganckim  garniturze, 

kubek  z  kawą  stał  na  stoliku  przed  kanapą.  Obok  kubka  leżał  krótki 

list  do  Coltonów  informujący  ich  o  tym,  że  Emily  nie  została 

porwana;  czuje  się  dobrze,  nie  grozi  jej  żadne  niebezpieczeństwo  i 

wróci do domu najszybciej, jak to będzie możliwe. 

- Doskonale - oznajmił Rand po przeczytaniu listu. 

background image

-  Zadzwoniłam  do  przyjaciółki  i  wyjaśniłam  jej,  co  ma  zrobić, 

kiedy dostanie przesyłkę. Zadzwoniłam również do poczty kurierskiej, 

żeby przysłali kogoś po odbiór listu. Uznałam, że tak będzie szybciej 

niż zwykłą pocztą, a tobie chyba zależy na czasie...? 

- Jesteś jasnowidzem, Lucy - rzekł. 

Ostrożnie  wyciągnął  się  na kanapie, opierając  głowę  o  niewielką 

podpórkę, tak by mógł popijać kawę i widzieć, co zapisuje w notesie. 

Zabrali  się  do  pracy.  W  ciszy  i  skupieniu  wykonywali  najpilniejsze 

obowiązki. Pisanie listów było nudnym zajęciem, o wiele ciekawszym 

okazało się to, do czego przystąpili po południu: zbieranie informacji 

o przeszłości Meredith Colton, z domu Portman. 

-  Większość  dokumentów  jest  jawna  -  wyjaśniła  Lucy.  Siedziała 

przy biurku, twarzą do komputera, Rand zaś wciąż leżał. - Oczywiście 

nie znaczy to, że sama mogę połączyć się z systemem informacyjnym 

danej  instytucji  i  uzyskać  potrzebne  wiadomości.  Wystarczy  jednak 

zwrócić się z prośbą o informacje; na ogół nie czeka się długo.  

Właśnie  z  prośbą  o informacje na temat twojej  mamy  zwróciłam 

się w poniedziałek wieczorem, po naszej rozmowie, do kilku urzędów. 

Wczoraj  po  przyjściu  do  domu  sprawdziłam,  czy  nie  nadeszła 

odpowiedź.  Kiedy  w  nadesłanym  akcie  urodzenia  zobaczyłam,  że 

twoja  mama  ma  siostrę  bliźniaczkę,  poprosiłam  również  o  wszystkie 

informacje  dotyczące  jej  siostry.  Nie  masz  mi  tego  za  złe,  co?  Bo 

wiesz,  pomyślałam  sobie,  że  skoro  Emily  upiera  się,  że  widziała 

dwie.... 

background image

-  Poczekaj  -  przerwał  jej  Rand.  -  O  czym  ty  mówisz?  O  jakiej 

bliźniaczce? 

- Z dokumentów wynika, że twoja babka powiła w odstępie paru 

minut dwie dziewczynki. Nie wiedziałeś? 

-  Pierwsze  słyszę.  Nikt  mi  nigdy  o  tym  nie  wspominał.  Jesteś 

pewna? 

Lucy  wydrukowała  odpowiedź,  którą  otrzymała  z  urzędu  stanu 

cywilnego,  i  podała  ją  Randowi.  Oprócz  daty  urodzin  Meredith 

Portman  figurowała  tam  informacja  o  Patsy  Portman,  która  urodziła 

się  tym  samym  rodzicom  co  Meredith,  tego  samego  dnia  i  w  tym 

samym szpitalu. Meredith była starsza od siostry o pięć minut. 

- Dlaczego od razu mi o tym nie powiedziałaś? - zdziwił się Rand. 

- Bo wydawało mi się, że wiesz. Twoja matka naprawdę nigdy nie 

mówiła, że ma siostrę bliźniaczkę? 

-  Nigdy.  A  może  ta  siostra  nie  żyje?  Może  zmarła  wkrótce  po 

urodzeniu?  Albo  została  oddana  do  adopcji?  Może  Meredith  sama  o 

niej nie słyszała? 

- Poprosiłam o wszystkie dostępne informacje dotyczące Meredith 

i  Patsy  Portman  -  odparła  Lucy.  -  Obie  w  wieku  szesnastu  lat 

otrzymały prawo jazdy. Na obu prawach jazdy widniał ten sam adres. 

Z  tego  wniosek,  że  mieszkały  w  jednym  domu.  Twoja  matka,  Rand, 

nie mogła nie wiedzieć o istnieniu siostry. 

- Ale co się z nią stało? Z tą Patsy? 

background image

Nie  spodziewała  się,  że  to  ona  będzie  musiała  udzielić  mu  tej 

odpowiedzi. Sądziła, że Rand dokładnie zna historię Patsy i po prostu 

woli o niej nie mówić. 

- Patsy Portman ma przeszłość kryminalną - rzekła Lucy. - Byłam 

pewna,  że  o  wszystkim  wiesz.  Że  nie  wspomniałeś  o  siostrze  swojej 

mamy, bo rodzina się jej wstydzi i... 

-  Rany  boskie!  Przeszłość  kryminalną?  Dlaczego  nigdy  nie...  Co 

ma na sumieniu? 

Lucy czuła się jak posłaniec, który przynosi niedobre wieści. 

-  W  wieku  osiemnastu  lat  zamordowała  niejakiego  Ellisa 

Mayfaira. 

- Chcę wiedzieć  wszystko na ten temat!  Gdzie można by zdobyć 

jakieś informacje? 

- W gazetach z tamtego okresu. Gazety powinny być dostępne na 

mikrofilmie.  Może  uda  mi  się  namówić  kogoś  w  bibliotece,  żeby 

przefaksował nam kopie. 

- Spróbuj. 

Następną godzinę Lucy poświęciła na rozmowę  z bibliotekarką z 

Kalifornii.  Na  szczęście  trafiła  na  osobę  niezwykle  uczynną,  która 

obiecała  wyszukać  wszystkie  artykuły  na  temat  zabójstwa  sprzed 

ponad  trzydziestu  lat.  Rand  zasnął.  Kiedy  faksy  zaczęły  nadchodzić, 

wciąż  spał.  Ponieważ  szum  maszyny  go  nie  obudził,  Lucy  pierwsza 

przeczytała materiały dotyczące siostry bliźniaczki Meredith Colton. 

Z  otrzymanych  informacji  wynikało,  że  jako  młoda  dziewczyna 

Patsy  Portman  była  niezrównoważona  psychicznie,  cierpiała  na 

background image

depresje,  miewała  huśtawki  nastroju.  Jej  matka,  zaniepokojona 

zachowaniem córki, usiłowała jej pomóc. Bezskutecznie. Patsy rzuciła 

szkołę - nauka zupełnie jej nie interesowała; kilka też razy uciekała z 

domu. 

Podobno  w  1967  roku  zaszła  w  ciążę  z  Ellisem  Mayfairem, 

mężczyzną  żonatym  i  sporo  od  niej  starszym.  Mayfair  nalegał  na 

aborcję.  Patsy  odmówiła;  ukrywała  ciążę  przed  wszystkimi,  nawet 

własną  rodziną.  Kiedy  nadszedł  czas  rozwiązania,  wynajęła  pokój  w 

motelu.  Tam  urodziła  córkę,  której  dała  na  imię  Jewell.  Mayfair 

pomagał jej przy porodzie. Kiedy Patsy zasnęła, zmęczona wysiłkiem, 

Mayfair zabrał gdzieś dziecko i je ukrył. 

Po  przebudzeniu  młoda  matka  poprosiła  kochanka,  by  podał  jej 

córkę.  Wtedy  Mayfair  oznajmił,  że  niemowlę  zmarło.  Patsy  nie 

uwierzyła.  Wierciła  mu  dziurę  w  brzuchu  tak  długo,  aż  w  końcu 

przyznał, że sprzedał dziecko jakiemuś lekarzowi, który pośredniczył 

w tajnych adopcjach. Patsy wpadła w furię i zaatakowała go. Najpierw 

roztrzaskała mu na głowie lampę, potem raz po raz wbijała mu w pierś 

nożyczki,  którymi  wcześniej  przecięła  pępowinę.  Zadźgała  go  na 

śmierć. 

Niedługo  później  na  miejsce  zbrodni  przybyła  Meredith.  Ale 

ponieważ  zjawiła  się  w  motelu  kilka  minut  przed  policją,  Patsy 

postanowiła to wykorzystać. Zeznała w sądzie, że Meredith wpadła do 

pokoju  w  trakcie  jej  awantury  z  Mayfairem,  i  że  to  ona  go  zabiła. 

Zabiła,  zanim  Mayfair  zdołał  zabić  ją,  Patsy.  Meredith  wszystkiemu 

zaprzeczyła. Żadne też ślady czy dowody nie wskazywały na jej winę. 

background image

W  tej  sytuacji  sąd  uznał,  że  winną  spowodowania  śmierci  Mayfaira 

jest  Patsy  Portman  i  skazał  ją  na  karę  dwudziestu  pięciu  lat  w 

więzieniu stanowym w Kalifornii. 

Lucy podniosła wzrok znad kartek, sprawdzając, czy Rand się nie 

obudził.  Ponieważ  wciąż  drzemał,  zaczęła  czytać  artykuł  napisany  w 

rocznicę  śmierci  Mayfaira.  Artykuł  zaczynał  się  od  krótkiego 

wywiadu z odsiadującą wyrok Patsy, która nie mogła przeboleć utraty 

dziecka.  Dziennikarz  przeprowadzający  wywiad  uważał,  że  miała 

wręcz obsesję na tym punkcie i że ta obsesja doprowadziła ją na skraj 

szaleństwa.  

Patsy nie posiadała się z wściekłości, że siostra nie wzięła winy na 

siebie.  Gdyby  Meredith  -  dobra  studentka  i  wzorowy  obywatel  - 

powiedziała w sądzie, że zabiła Ellisa Mayfaira nieumyślnie, próbując 

ratować swoją siostrę bliźniaczkę, wówczas żadna z nich nie trafiłaby 

za kratki. Ale nie! Porządna, prawdomówna Meredith odmówiła! Nie 

poszła siostrze na rękę. 

Patsy  była  również  zła  na  matkę,  Ednę  Portman,  że  nie  wywarła 

presji  na  Meredith.  „Ale  oczywiście  ona  by  tego  nigdy  nie  zrobiła. 

Moja  kochana  mamuśka  nie  chciała  ryzykować;  jeszcze  by  jakaś 

krzywda  spotkała  jej  najpiękniejszą,  najcudowniejszą  córunię.  Mną 

się nie przejmowała; druga córka niech gnije w więzieniu". 

Dziennikarz  najwyraźniej  nie  bardzo  wierzył  w  uczciwość  i 

prawdomówność  Patsy,  gdyż  postanowił  przeprowadzić  własne 

dochodzenie.  Ustalił,  że  Meredith  przybyła  na  miejsce  zbrodni,  gdy 

było już po wszystkim. Przekonał się również, że pani Portman robiła 

background image

absolutnie  wszystko,  by  pomóc  swojej  córce.  Niemal  sama  siebie 

doprowadziła do bankructwa.  

Oprócz  tego  dowiedział  się,  że  -  na  prośbę  Patsy  -  Meredith  z 

Edną, która została prawie całkiem bez pieniędzy, dosłownie stawały 

na  głowie,  by  odnaleźć  małą  Jewell.  Od  strażników  w  więzieniu 

usłyszał,  że  kiedy  siostra  z  matką  poinformowały  Patsy  o  swoim 

niepowodzeniu,  Patsy  znów  wpadła  w  szał;  obrzuciła  je  stekiem 

wyzwisk i oznajmiła, że nie chce ich więcej oglądać na oczy. Od tego 

czasu  konsekwentne  odmawiała  podejścia  do  telefonu,  kiedy  do  niej 

dzwoniły,  nie  pojawiała  się  w  sali  widzeń,  kiedy  przyjeżdżały  do 

więzienia, kazała odsyłać z powrotem ich listy; słowem, odcięła się od 

rodziny.  

Kiedy dziennikarz spytał o to podczas kolejnego  wywiadu, Patsy 

oznajmiła:  „To  prawda;  wyrzekłam  się  matki  i  siostry.  Myślę 

wyłącznie o mojej kochanej Jewell; na niczym innym nie potrafię się 

skupić. Wierzę, że moja mała kruszynka żyje. Mam jedynie nadzieję, 

że  trafiła  do  dobrych  ludzi.  W  głębi  serca  ona  na  pewno  wie,  że  ją 

kocham i czekam niecierpliwie na dzień, kiedy mnie stąd wypuszczą, 

abym mogła ją odnaleźć". 

Na zakończenie artykułu dziennikarz zacytował swoją rozmowę z 

Edną  Portman.  Matka  osadzonej  stwierdziła,  że  jest  zrozpaczona  z 

powodu tego, co się wydarzyło i bardzo martwi się o Patsy, ale martwi 

się również o to, w jaki sposób ten skandal wpłynie na życie Meredith. 

Dała  dziennikarzowi  do  zrozumienia,  że  właśnie  z  powodu  troski  o 

Meredith nie będzie udzielać więcej wywiadów na temat morderstwa. 

background image

Zanim  jeszcze  artykuł  ukazał  się  w  druku,  pani  Portman  i 

Meredith  wyjechały  z  miasta;  przypuszczalnie  przeprowadziły  się 

gdzieś,  gdzie  nikt  ich  nie  znał,  aby  tam  rozpocząć  nowe  życie.  Bez 

Patsy. 

- Założę się, że dlatego babka z mamą zamieszkały w Sacramento 

-  powiedział  Rand,  kiedy  obudził  się  i  przeczytał  nadesłane  faksem 

materiały.  -  Nie  chodziło  wyłącznie  o  studia  mamy.  I  założę  się,  że 

babka  przekonała  mamę,  aby  nikomu  nie  mówiła  o  Mayfairze.  Bo 

ściągną  na  siebie  odium,  którego  nigdy  się  później  nie  pozbędą. 

Dlatego nikt z nas nawet nie słyszał o ciotce Patsy. 

- Pewnie masz rację - przyznała Lucy. - Ale trudno się im dziwić. 

Zwłaszcza jeśli faktycznie  zrobiły  wszystko, aby pomóc Patsy, a ona 

uznała, że nie chce mieć z nimi nic wspólnego. To nie one się od niej 

odwróciły.  To  ona się ich wyrzekła. W tej sytuacji mądrze postąpiły, 

decydując  się  na  wyjazd,  na  zmianę  środowiska.  Musiały  zamknąć 

jeden  etap  swojego  życia,  aby  rozpocząć  nowy.  Nie  było  sensu 

opowiadać wszem wobec o tym, co się wydarzyło. 

-  No  dobrze,  ale  pozostaje  pytanie,  czy  i  jaki  to  ma  związek  z 

teraźniejszością. Z tym, co się obecnie dzieje w mojej rodzinie. 

-  Dziennikarz  kilka  razy  wspomina,  że  Meredith  i  Patsy  to 

bliźniaczki  jednojajowe.  Pisze,  że  gdyby  Patsy  miała  na  sobie 

normalne ubranie, a nie więzienny strój, nikt by ich nie odróżnił. 

-  Zgoda.  Ale  pomiędzy  ostatnim  artykułem  w  gazecie  a 

wypadkiem  samochodowym  z  udziałem  mamy  i  Emily  minęło  wiele 

lat.  Mam  uwierzyć,  że  Patsy  jakimś  cudem  odnalazła  Meredith,  po 

background image

czym  spowodowała  wypadek  i  podstępnie  zamieniła  się  z  nią  na 

życie? Gdzie tu logika? 

- Nie wydaje mi się, aby Patsy kiedykolwiek kierowała się logiką 

czy rozumem - zauważyła Lucy. 

-  Fakt  -  przyznał  Rand.  -  Ale  nawet  jeśli  podszyła  się  lub  nadal 

podszywa  pod  moją  mamę,  prędzej  czy  później  ktoś  by  się 

zorientował. Przecież to niedorzeczne. Takie rzeczy zdarzają się tylko 

na kiepskich filmach. 

-  Na  ogół  widzimy  to,  co  chcemy  widzieć.  To,  w  co  wierzymy. 

Jeżeli  Patsy  spowodowała  wypadek  i  zajęła  miejsce  twojej  mamy,  a 

nikt  się  nie  zorientował,  to  znaczy,  że  wciąż  są  podobne  jak  dwie 

krople wody. Jednak sam przyznałeś, że od czasu wypadku charakter 

Meredith bardzo się zmienił. Może to wcale nie charakter się zmienił? 

Może to ją podmieniono? Może Emily ma rację, upierając się, że ktoś 

obcy wcielił się w postać Meredith? 

- To jakaś totalna bzdura... Ale dobrze, przyjmijmy tę  wersję.  W 

takim razie gdzie jest moja mama? Co Patsy z nią zrobiła? 

Lucy wolała nie udzielać odpowiedzi, bała się bowiem, że matkę 

Randa  spotkało  to  najgorsze.  Jeśli  Patsy  Portman  nie  zawahała  się 

przed  spowodowaniem  wypadku,  jeśli  posunęła  się  tak  daleko,  aby 

zamienić  się  z  siostrą  na  życie,  jeśli  wcześniej  popełniła  już  jedno 

morderstwo... co by ją powstrzymało przed popełnieniem kolejnego?  

Meredith  Portman Colton powinna była  zginąć  razem  z  Emily  w 

wypadku;  skoro  jednak  nie  zginęła,  czy  nie  należało  jej  uśmiercić 

zaraz po nim? To było jedyne sensowne wytłumaczenie, ale Lucy nie 

background image

chciała  tego  mówić  Randowi.  Ile  razy  można  być  posłańcem 

przynoszącym  złe  wieści?  Rand,  dumając  nad  artykułem,  nawet  nie 

zwrócił uwagi na to, że Lucy milczy. 

-  Masz  słuszność  -  powiedział  po  chwili.  -  Jeśli  Patsy  odnalazła 

swoją  siostrę,  jeśli  doprowadziła  do  wypadku  na  drodze,  jeżeli 

postanowiła  zamienić  się  z  Meredith  na  życie,  to  by  tłumaczyło, 

dlaczego Emily upiera się, że widziała „dwie mamusie". - Zmarszczył 

czoło. Po chwili kontynuował: - Ale to by również znaczyło, że osoba, 

którą latami uważałem za moją mamę, wcale nią nie jest. 

- I że Emily ma rację, obawiając się o swoje życie - podsumowała 

cicho Lucy. - Jest jedynym świadkiem „podmiany". 

To  właśnie  najbardziej  Randa  niepokoiło.  Chmurząc  czoło, 

ostrożnie wstał z kanapy i zaczął przemierzać salon. 

- A zatem ktoś naprawdę mógł próbować zabić Emily.  

- Przerażająca myśl. 

- Owszem, ale równie przerażające jest to, że przez cały ten czas 

Emily znała prawdę, a nikt z nas jej nie wierzył. Jak również to, że nie 

wiemy, co się stało  z naszą matką i czy  w ogóle  żyje. -  Z jego głosu 

przebijał strach. 

Lucy  widziała,  z  jak  wielkim  trudem  Rand  usiłuje  zachować 

spokój. Cała ta historia mocno nim wstrząsnęła. 

- Co zrobisz? - spytała. 

Stanął i popatrzył jej w twarz. 

- Dobre pytanie. Nie spodziewałem się, że coś znajdziemy. Kiedy 

Emily powiedziała mi, że ktoś wdarł się w nocy do jej sypialni i chciał 

background image

ją zabić, myślałem, że przesadza. Sądziłem, że to był zwykły złodziej, 

który włamał się po łup, a nie wynajęty morderca. Nie przyszło mi do 

głowy,  że  badając  przeszłość  Meredith,  na  cokolwiek  trafimy.  - 

Przeczesał  ręką  włosy.  -  Myślałem,  że  kiedy  Emily  znów  zadzwoni, 

będę  mógł  jej  powiedzieć,  że  wszystko  sprawdziłem,  uspokoić  ją, 

przekonać,  żeby  wróciła  do  domu,  bo  nikt  nie  czyha  na  jej  życie. 

Wyjaśnić jej, że wtedy, przed laty, przeżyła szok, miała jakieś dziwne 

przywidzenia. Ale teraz... 

Znów zaczął krążyć po pokoju, od okna do drzwi i z powrotem do 

okna, jakby chciał wydeptać w podłodze ścieżkę. 

-  Informacje,  które  zdobyliśmy,  rzucają  na  wszystko  nowe 

światło.  I  zdają  się  potwierdzać  wersję  Emily.  Myślę,  że  to  nas 

przerasta.  Że  żadnych  odpowiedzi  na  nasze  pytania  czy  wątpliwości 

nie znajdziemy w Internecie. Trzeba zwrócić się do fachowca. 

- Tak będzie najlepiej - przyznała Lucy. 

-  Do  kogoś,  kto  zbada  całą  sprawę  dyskretnie,  ale  szczegółowo. 

Chodzi  o  to,  aby  nie  wzbudzić  niczyich  podejrzeń.  Niech  czujność 

złoczyńców pozostanie uśpiona. 

- Słusznie - poparła go Lucy. 

Ku jej radości, Umysł Randa znów funkcjonował sprawnie. 

- Mam przyszywanego kuzyna... - Rand zatrzymał się przy oknie i 

spojrzał  na  dziedziniec  za  budynkiem.  -  Austin  McGrath  był 

gliniarzem w Portland; odszedł z policji, żeby założyć własną agencję 

detektywistyczną.  Myślę,  że  warto  się  z  nim  skontaktować.  Niech 

postara się dowiedzieć, gdzie obecnie przebywa Patsy Portman. Może 

background image

wcale  nie  mieszka  w  domu  mojego  ojca,  udając  jego  żonę,  a  moją 

matkę.  Może  wyszła  za  mąż  i  wiedzie  szczęśliwe  życie,  na  przykład 

gdzieś w Cleveland. 

Wyrażał  na  głos  swoje  pragnienia,  ale  to  byłoby  za  piękne, 

pomyślała posępnie Lucy. 

-  Austin świetnie się do tego nadaje - ciągnął Rand. - Zna się na 

swojej  robocie.  Poza  tym  można  liczyć  na  jego  dyskrecję.  Tak, 

poczuję  się  znacznie  lepiej,  wiedząc,  że  sprawa  jest  w  rękach 

fachowca. 

- Chcesz, żebym wykręciła jego numer? - spytała Lucy. 

Odwróciwszy  się  od  okna,  Rand  spojrzał  na  zegar  ścienny.  Było 

parę minut po czwartej. 

-  Nie,  złapię  go  wieczorem  w  domu.  Już  dość  się  dziś 

napracowałaś. 

Skoro  nie  ma  dla  niej  żadnych  więcej  zleceń,  ani  natury 

zawodowej,  ani  prywatnej,  to  pewnie  zaraz  powie,  że  jest  wolna  i 

może wracać do domu. Ale nie. 

- Wyłącz komputer i chodź ze mną na spacer - poprosił. - Przyda 

mi się łyk świeżego powietrza. 

- Na pewno czujesz się na siłach? 

-  Bardziej  mnie  męczy  siedzenie  niż  chodzenie.  Zresztą  nie 

udamy się daleko. 

Podejrzewała,  że  jeszcze  bardziej  od  siedzenia  męczy  go 

odkrycie,  jakiego  dziś  dokonali.  Jednakże  nie  powiedziała  tego  na 

głos. 

background image

- Dobrze. Mnie też się przyda łyk świeżego powietrza. 

Wciągnęła płaszcz. Rand wyjął swój z szafy. 

- Pomóc ci? 

- Ubrać się? Dzięki, ale chyba sobie poradzę. 

Kosztowało go to wiele wysiłku, ale nie poddawał się; znany był z 

uporu i determinacji, która pozwalała mu wygrywać w sądzie. 

Lucy starała się nie łypać na niego pożądliwym wzrokiem. Bo cóż 

może być seksownego w tym, że mężczyzna w dresach wkłada ciepłą 

kurtkę?  Nic.  I  przypuszczalnie  żaden  inny  mężczyzna  w  dresach 

wkładający kurtkę nie wzbudziłby zainteresowania Lucy.  Ale Rand... 

otaczała  go  jakaś  aura  zmysłowości.  Kiedy  w  końcu  się  ubrał,  Lucy 

musiała wyjść nie tylko po to, by zaczerpnąć świeżego powietrza, ale 

również po to, by ochłonąć. 

Naprzeciwko  budynku  znajdował  się  park  i  właśnie  tam  się 

skierowali.  Gdzieniegdzie  pojedyncze  liście  wisiały  na  gałęziach 

starych wiązów, dębów i klonów, reszta liści leżała na ziemi, tworząc 

gruby,  złocistoczerwony  dywan.  Powietrze  było  chłodne,  rześkie. 

Słońce już zaszło. Zmierzch, jak to w listopadzie, zapadał wcześnie. O 

tej  porze  latem  krążyłoby  po  parku  mnóstwo  ludzi,  teraz  alejki  były 

puste,  jeśli  nie  liczyć  pojedynczych  osób,  które  wyszły  z  psem  na 

spacer. 

Rozgarniając  opadłe  z  drzew  liście,  Lucy  pomyślała  sobie,  że 

miło  by  było  codziennie  po  pracy  wybrać  się  na  przechadzkę  po 

parku; człowiek odpocząłby, pozbył się stresu... 

background image

-  Jak  się  poznali  twoi  rodzice?  -  spytała  Randa,  nie  potrafiąc 

uwolnić się od rozważań na temat Coltonów. 

-  Na  szosie,  przy  zepsutym  samochodzie.  -  Roześmiał  się  cicho; 

była  to  jedna  z  jego  ulubionych  opowieści.  -  Ojciec  i  stryj  Graham 

jechali  do  Sacramento  załatwić  jakieś  sprawy  służbowe.  Po  drodze 

zobaczyli  stojący  na  poboczu  zepsuty  samochód.  Należał  do  mojej 

mamy. 

- Czyli twój tata niczym dzielny rycerz  wybawił  z opresji piękną 

damę i zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia? 

-  Ojciec,  owszem,  zakochał  się  od  pierwszego  wejrzenia,  ale 

mama umówiła się na randkę z moim stryjem. 

- Serio? 

- Tak. A ten wystawił ją do wiatru. 

- I wtedy twój ojciec... 

- Postanowił wykorzystać okazję, jaka się nadarzyła. 

-  Spotkał  się  z  twoją  mamą  i  oczarował  ją  swoim  wdziękiem  - 

powiedziała Lucy, myśląc bardziej o synu niż o ojcu, którego przecież 

nie znała. 

- Mniej więcej tak to się odbyło. A twoi rodzice? - spytał Rand. - 

Jak się poznali? 

-  Na  balu  tuż  przed  świętami  Bożego  Narodzenia.  Mama  lubiła 

powtarzać,  że  tata  zawrócił  jej  w  głowie  już  przy  pierwszym  tańcu. 

Dosłownie i w przenośni. 

- I wygląda na to, że ani jedni, ani drudzy nie żyli z sobą długo i 

szczęśliwie - dokończył smętnie Rand. 

background image

Żałowała,  że  zaczęła  tę  rozmowę.  Temat  rodziny  wyraźnie  go 

przygnębiał. Czym prędzej zaczęła mówić o czymś innym. 

- Co mamy jutro w planie? 

-  Dokończenie  dzisiejszych  spraw  i,  jak  codziennie,  sprawy 

bieżące. 

- W biurze czy u ciebie w domu? 

Przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. 

-  W  domu  -  odparł  wreszcie.  -  Na  biuro  chyba  jest  dla  mnie 

jeszcze za wcześnie. 

- Dobrze. 

- Wiesz, co sobie uświadomiłem? Że dziś, po raz pierwszy w tym 

tygodniu, nie spędzimy razem wieczoru. 

Powiedział  to  takim  tonem,  jakby  codziennie  robili  wieczorami 

różne fascynujące rzeczy, a przecież jeden wieczór spędzili na kolacji 

u Sadie, a reszta minęła im na pracy. 

- To prawda - przyznała Lucy. - Poradzisz sobie? 

- A jak powiem, że nie, to zostaniesz dłużej? - spytał z nadzieją w 

głosie. 

-  Nie.  Wtedy  zadzwonię  do  Franka.  Wspomniał  wczoraj,  że 

gdybyś potrzebował towarzystwa, może z tobą posiedzieć. 

- A ty jakie masz plany na wieczór? Randkę z ukochanym? 

- Randkę z ukochanym - potwierdziła. 

- A ten ukochany ma powyżej metra wzrostu? 

-  Wzrost  się  nie  liczy  -  odparła.  -  Liczy  się  to,  co  jest  w  środku. 

Charakter, upodobania... 

background image

- Do kanapek z masłem orzechowym i dżemem? 

Zastanawiała  się,  czy  Rand  przekomarza  się  z  nią  bez  powodu, 

czy  jednak  coś  więcej  się  za  tym  kryje.  Czy  ot,  tak  wypytuje  ją  o 

plany na wieczór, czy naprawdę go ciekawi, jak spędza czas po pracy. 

Kusiło ją, by skłamać, powiedzieć mu, że spieszy się nie do syna, lecz 

do  przystojnego  bruneta,  i  zobaczyć,  jak  zareaguje  na  taką 

wiadomość. Ale powstrzymała się. 

-  Mój  ukochany  nie  tylko  uwielbia  kanapki  z  masłem 

orzechowym i dżemem - rzekła. - Ale z dżemem polanym keczupem. 

Rand skrzywił się. 

-  Masło  orzechowe,  dżem,  a  na  to  keczup?  -  spytał  z 

niedowierzaniem. 

-  Wyłącznie.  Inaczej  mu  nie  smakuje  -  odparła.  Nie  umiała 

pohamować  ciekawości.  -  A  ty?  Naprawdę  zamierzasz  spędzić 

wieczór sam w łóżku? 

- Dlaczego to ci się wydaje takie dziwne? 

Może  dlatego,  że  widziała  jego  gęsto  zapisany  kalendarzyk  z 

numerami telefonów. Wzruszyła ramionami. 

-  Po  prostu  nie  wyglądasz  na  osobę,  która  potrafi  cieszyć  się 

własnym towarzystwem. 

- Ja wszystko potrafię! - oznajmił tonem pełnym oburzenia. 

- Och, najmocniej przepraszam! - roześmiała się. 

-  Prawdę  mówiąc,  nawet  przyszło  mi  do  głowy,  żeby  kogoś 

zaprosić  -  przyznał  się  po  chwili.  -  Ale  jeśli  chodzi  o  płeć  piękną, 

ostatnio mam z nią pewne problemy. 

background image

-  Oj,  innym  możesz  mydlić  oczy,  ale  nie  mnie,  Rand.  Jestem 

twoją  sekretarką,  odbieram  twoje  telefony.  Zaledwie  wczoraj 

dzwoniły cztery kobiety, i to bynajmniej nie w sprawach służbowych. 

Swoją drogą, powinieneś do nich oddzwonić. Przypuszczam, że każda 

z nich chętnie by się tobą zaopiekowała. One tylko czekają na... 

-  Źle  mnie  zrozumiałaś.  Problemem  nie  jest  znalezienie 

damskiego 

towarzystwa. 

Problemem 

jest 

to, 

że 

straciłem 

zainteresowanie innymi kobietami. 

Czyżby  to  była  jakaś  aluzja?  Czy  w  ten  sposób  usiłował  dać  jej 

coś do zrozumienia? 

-  Naprawdę?  Od  kiedy  to?  -  spytała,  zanim  pomyślała,  co  robi. 

Nie  powinna  była  podtrzymywać  tego  wątku.  Flirtowanie  nie  leży  w 

jej naturze. 

-  Hm...  -  Zmrużył  oczy  i  zmarszczył  czoło,  jakby  liczył  w 

myślach dni. - Odkąd przekroczyłaś próg kancelarii. 

Powiedział  to  lekkim  tonem,  jakby  sobie  z  niej  żartował. 

Ponieważ  nie  umiała  odgadnąć,  czy  mówi  prawdę,  czy  faktycznie 

żartuje, postanowiła potraktować to jak zabawę. 

- Nie martw się. Oddziałuję tak na wszystkich mężczyzn. Nic na 

to  nie  poradzę.  Po  prostu  mam  taką  dziwną  moc.  Staram  się  ją 

powściągnąć, ale nie zawsze mi się udaje. 

- Co? Tobie się czasem coś nie udaje? Nie wierzę. 

- Ta moc jest przekleństwem, z którym niestety muszę żyć. 

background image

Doszli  do  granic  parku  i  zawrócili.  Wkrótce  stanęli  z  powrotem 

przed budynkiem Randa. Samochód Lucy stał zaparkowany nieopodal 

klatki schodowej. 

- Pewnie zaraz mi powiesz, że to już koniec na dziś i zobaczymy 

się jutro, prawda? - spytał, spoglądając na jej kombi. 

- No cóż, jest piąta. 

- Chcesz mnie porzucić dla innego mężczyzny - rzekł z wyrzutem 

w głosie. 

- On się zna na dinozaurach, a ty nie. Przegrałbyś, gdybyś stanął z 

nim w szranki. 

- Nie dobijaj mnie. 

Roześmiała  się  dobrodusznie,  ale  nagle  przypomniało  się  jej  ich 

wczorajsze  rozstanie,  a  właściwie  chwila  przed  rozstaniem. 

Smarowała mu plecy, a potem on ją pocałował... 

Otrząsnęła się. To była pomyłka, nieporozumienie. Rozejrzała się 

w prawo i lewo, sprawdzając, czy nic nie jedzie. Rand zaś nie odrywał 

oczu od jej twarzy. Przeszli przez jezdnię. 

- Jestem ci ogromnie wdzięczny za pomoc - powiedział, po czym 

uśmiechając się pod nosem, pokręcił głową. - Codziennie ci dziękuję. 

Zaczynam się czuć jak zdarta płyta. 

- Miło być docenianym. 

Wsunęła  kluczyk  do  zamka  i  po  chwili  otworzyła  drzwi.  Oparła 

nogę o próg, ale nie wsiadła do samochodu.  

Rand stał po drugiej stronie drzwi. 

- Czy zanim odjedziesz, mógłbym coś zrobić? - spytał. 

background image

W  jego  niebieskich  oczach  dojrzała  figlarny  błysk,  ale  była  zbyt 

zaintrygowana  -  i  chyba  miała  nadzieję,  że  chodzi  mu  o  pocałunek  - 

żeby odmówić. 

- Co masz na myśli? 

- To. 

Podniósł  rękę  do  jej  upiętych  w  kok  włosów  i  wyciągnął 

podtrzymującą  je  klamrę.  Reszty  dopełnił  poryw  wiatru.  Kaskada 

loków opadła jej w nieładzie na ramiona. 

- Marzyłem o tym od pierwszej chwili - przyznał. - Bardzo byłem 

ciekaw, jak wyglądają rozpuszczone. 

-  I  co?  -  spytała,  zła  na  siebie,  że  tak  bardzo  zależy  jej  na  jego 

aprobacie. 

-  Są  tak  piękne,  jak  sobie  wyobrażałem  -  oznajmił  cicho, 

pieszcząc je wzrokiem. 

- Powinnam jechać do domu - szepnęła. 

Czuła, że znów przekroczyli tę niewidoczną granicę oddzielającą 

świat pracy od życia osobistego.  

Rand  zignorował  jej  słowa.  Wpatrywał  się  w  oczy  Lucy,  długo, 

uważnie,  po  czym  ponownie  uniósł  rękę.  Tym  razem  niczego  nie 

wyciągał  z  jej  włosów,  żadnych  spinek  czy  klamerek.  Tym  razem 

przysunął Lucy do siebie i przywarł ustami do jej ust. Całował ją, nie 

przejmując się, że stoją na widoku. 

Jeżeli  nawet  ktoś  przeszedł  obok,  jeżeli  się  im  przyglądał,  Lucy 

tego  nie  zauważyła.  Rozkoszowała  się  bliskością  Randa,  dotykiem 

jego  warg,  pocałunkiem,  o  którym  podświadomie  marzyła,  odkąd 

background image

rozstali  się  wczoraj  wieczorem.  Ale  pragnęła  czegoś  więcej.  Chciała, 

by  ręce  Randa  gładziły  nie  tylko  jej  włosy,  ale  również  i  ciało.  By 

dotykały  jej  ramion,  pleców,  piersi,  brzucha.  Chciała  pozbyć  się 

płaszcza,  ubrania,  ściągnąć  kurtkę  i  dres  z  Randa.  Chciała  pieścić  i 

być pieszczona, dotykać i być dotykana, całować i być całowana. 

Nagle  usłyszała  głos,  który  powtarzał  raz  po  raz:  Zadzwoń. 

Wystarczy jeden telefon. Dlaczego się wahasz? Sadie odbierze Maksa 

z  przedszkola.  Wróć  na  górę  i  zadzwoń.  Co  ci  szkodzi?  No  idź.  Idź. 

Telefon jest na górze. W jego mieszkaniu. W sypialni. Na szafce koło 

łóżka. Idź, zadzwoń... 

- Rand? To ty? 

Przez  chwilę  sądziła,  że  to  wciąż  mówi  ten  sam  głos,  który 

namawiał  ją  do  pozostania.  Ale  głos  podniósł  się  o  ton  i  ponownie 

spytał: 

- To ty, Rand? 

I  wtedy  Lucy  poczuła  się  tak,  jakby  ktoś  wylał  na  nią  wiadro 

lodowatej  wody.  Oderwali  od  siebie  usta  i  spojrzeli  w  stronę 

chodnika.  Kilka  metro  w  dalej  stała  zachwycająco  piękna  kobieta  o 

niebywale zgrabnej figurze. 

- Shelley? 

Głos  Randa  był  ochrypły,  on  sam  zaś  sprawiał  wrażenie  lekko 

zdezorientowanego.  Wyprostowawszy  się,  cofnął  rękę,  którą  jeszcze 

przed  chwilą  obejmował  Lucy  za  szyję.  Po  chwili  przedstawił  ją 

wysokiej,  szczupłej  blondynce,  której  twarz  często  gościła  na 

okładkach czasopism oraz w reklamach kosmetyków. 

background image

Upłynęło  kilka  sekund,  zanim  Lucy  otrząsnęła  się  na  tyle,  by 

skinąć  na  powitanie  głową.  Blondynka  nawet  tego  nie  zauważyła. 

Prawdę mówiąc, zdawała się w ogóle Lucy nie widzieć. Po prostu nie 

spuszczała oczu z Randa. 

Lucy poczuła się obco. Jak piąte koło u wozu. Stała zarumieniona, 

speszona, jakby przyłapano ją na grzesznym uczynku. 

- Na mnie już czas - oznajmiła. Trochę zbyt głośno. 

Wsiadła  do  samochodu,  nie  czekając  na  reakcję  Randa,  i 

zatrzasnęła  drzwi.  Przekręciła  kluczyk  w  stacyjce.  Kątem  oka 

widziała, jak Rand - mimo bólu pleców - pochyla się i usiłuje coś do 

niej  powiedzieć.  Udała  jednak,  że  tego  nie  widzi.  Nacisnęła  nogą 

pedał gazu i odjechała, nawet nie machając na pożegnanie. 

O  czym  myślałaś,  kretynko?  -  skarciła  się  w  myślach.  Czy 

naprawdę  chciała  zadzwonić  do  Sadie  i  prosić  ją  o  opiekę  nad 

Maksem?  Gdyby  nie  pojawiła  się  długonoga  blondynka,  czy 

naprawdę poszłabyś z Randem na górę? 

- O Boże - jęknęła cicho. 

Tak  niewiele  brakowało,  aby  uległa  pokusie.  Aby  zapomniała  o 

obietnicy,  którą  złożyła  sama  sobie  zaledwie  dzisiejszego  ranka. 

Dlaczego? Czy jest tak słaba? Czy Rand ma nad nią aż taką władzę? A 

gdyby  nie  przeszkodziła  im  jego  znajoma?  Gdzie  by  teraz  była? 

Wzdrygnęła  się.  Wolała  o  tym  nie  myśleć.  Ale  potoku  myśli  nie 

umiała zatrzymać. 

- Byłabyś tam, gdzie teraz jest ona - powiedziała na głos. 

background image

Zazdrość, dzika, paląca zazdrość ścisnęła Lucy za serce. Weź się 

w garść, nakazała sobie. Przecież wiesz, że świat Randa Coltona pełen 

jest  takich  blondynek  i  brunetek.  Nie  zapomnij  o  tym  i  przestań  żyć 

marzeniami.  Może  więc  dobrze  się  stało,  że  piękna  Shelley,  której 

nazwiska nie dosłyszała, pojawiła się akurat w tym momencie. Może 

los ją zesłał i tylko należało się z tego cieszyć. 

Cieszyć?  Tak,  cieszyć.  Bo  dzięki  niej  Lucy  oszczędziła  sobie 

kłopotów  i  rozczarowań.  I  uzmysłowiła  sobie,  że  żyją  z  Randem  w 

dwóch różnych, nieprzystających do siebie światach. Podczas gdy ona 

jedzie do przedszkola po syna, czteroletniego chłopca, który marzy  o 

przyziemnych  rzeczach,  takich  jak  obejrzenie  filmu  o  dinozaurach  i 

zjedzenie  na  kolację  makaronu  z  serem  i  plastrami  kiełbasy,  Rand 

przypuszczalnie  jedzie  windą  na  górę,  do  swojego  eleganckiego 

mieszkania,  trzymając  pod  rękę  modelkę  o  zapierającej  dech  w 

piersiach urodzie. 

Chociaż  Lucy  bolało,  że  jest  jedną  z  wielu  kobiet,  które  uległy 

czarowi  Randa,  chociaż  bolało  ją,  że  ona  i  Rand  żyją  w  dwóch 

różnych  światach,  które  nie  mają  szansy  stać  się  jednym,  to  jednak 

wiedziała,  że  jej  ból  i  cierpienie  byłyby  bez  porównania  większe, 

gdyby zrobiła to, co ją tak bardzo kusiło, kiedy całowali się na ulicy. 

-  Więc  dzięki ci, piękna  Shelley,  że  uratowałaś  mnie  przed  samą 

sobą - powiedziała, skręcając na parking przed przedszkolem. 

Ale jakoś nie odczuwała wobec niej wdzięczności. 

 

 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Nazajutrz  rano  Rand  wszedł  do  łazienki.  Nie  było  mu  łatwo 

spojrzeć  sobie  w  oczy.  Miał  wrażenie,  jakby  symulował  chorobę. 

Ogarnęły  go  wyrzuty  sumienia.  Ból  w  plecach  minął  już  bez  śladu. 

Rand  nie  musiał  spotykać  się  z  Lucy  w  domu;  śmiało  mógł 

pofatygować  się  do  kancelarii.  Ale  czy  zadzwonił  do  Lucy?  Czy 

powiedział jej, że już nic mu nie dolega? Że przyśle po nią kierowcę i 

o ósmej zobaczą się w pracy?  

Nie. 

Dlatego,  że  w  domu  panuje  bardziej  kameralny  nastrój  niż  w 

biurze. Lubił pracować z Lucy w biurze, ale do biura w każdej chwili 

ktoś  mógł  przyjść,  a  w  domu  miał  ją  tylko  dla  siebie.  Nikt  im  nie 

zakłócał  spokoju.  Nie  chciał  z  tego  jeszcze  rezygnować.  Warto  było 

spaść z drabiny i zaciskać zęby z bólu, żeby przez parę dni cieszyć się 

towarzystwem Lucy we własnych czterech ścianach. 

Skrzywił  usta  w  grymasie  niechęci.  Żałosny  jesteś,  pomyślał, 

rozprowadzając po twarzy krem do golenia. Po raz pierwszy zdarzyło 

mu  się  udawać  chorego  po  to,  aby  ściągnąć  do  mieszkania  kobietę. 

Ale  Lucy  nie  była  zwyczajną  kobietą.  Zwyczajna  kobieta  chętnie 

sama  przyszłaby  na  górę,  nie  czekając  na  zaproszenie.  Tak  jak 

wczoraj Shelley. Nie chciała przyjąć „nie" do wiadomości. Musiał być 

wobec  niej  niegrzeczny,  by  zrozumiała,  iż  nie  życzy  sobie  jej 

towarzystwa. 

Tak,  zależało  mu  na  Lucy.  Wyłącznie  na  niej.  Inne  kobiety, 

choćby najpiękniejsze, w najmniejszym stopniu go nie pociągały. Tak 

background image

jak  jej  wczoraj  powiedział:  stracił  zainteresowanie  płcią  piękną. 

Trochę go to przerażało. Bo, rany boskie, do czego to doszło, że udaje 

kalekę,  aby  tylko  zwabić  Lucy  do  siebie  do  domu?!  Dlaczego? 

Dlaczego to robi? 

Owszem,  jest  atrakcyjną  kobietą.  Zwłaszcza  z  rozpuszczonymi 

włosami.  Podobały  mu  się  te  ciemnorude  loki  opadające na  ramiona. 

Ma  też  wspaniałą  brzoskwiniową  cerę,  gładką  skórę,  wielkie 

niebieskie oczy, długie nogi, krągłe piersi. Ale  znał dziesiątki równie 

pięknych  kobiet  i  jakoś  żadna  z  nich  nie  potrafiła  rozpalić  w  nim 

ognia. 

Lucy nie tylko odznaczała się wielką urodą, ale także inteligencją. 

Oraz  poczuciem  humoru.  I  jeszcze  serdecznością,  wielkim  sercem, 

umiejętnością  zrozumienia  drugiego  człowieka  i  wczucia  się  w  jego 

sytuację.  Lecz  kobiet  obdarzonych  tymi  cechami  znał  co  najmniej 

kilka. One jednak... one po prostu nie były nią.  

Tylko  Lucy  sprawiała,  że  serce  biło  mu  szybciej,  że  miał  ochotę 

się  śmiać  z byle  głupstwa,  że  czuł  mrowie,  kiedy  go  dotykała, nawet 

gdy  to  był  najbardziej  niewinny  dotyk  pod  słońcem.  Tylko  przy  niej 

największe problemy okazywały się mniej skomplikowane, powietrze 

wydawało  się  bardziej  rześkie,  jedzenie  smaczniejsze,  muzyka 

piękniejsza, życie bardziej kolorowe i interesujące. 

-  Zadurzyłeś  się,  kolego  -  mruknął  pod  nosem,  po  czym  uniósł 

głowę, żeby móc ogolić podbródek. 

Rzeczywiście  się  zadurzył.  Ale  w  niewłaściwej  kobiecie.  Musiał 

teraz  wszystko  przemyśleć,  zastanowić  się,  co  dalej  robić  z  tym 

background image

fantem.  Pracuje  u  niego  tymczasowo,  więc  nawet  nie  chodzi  mu  o 

zasadę,  której  zawsze  starał  się  przestrzegać,  aby  nigdy  nie  mieszać 

życia zawodowego z prywatnym. Chodzi mu raczej o coś innego: o to, 

że  samotnie  wychowuje  syna.  I  w  tym  tkwi  szkopuł!  To,  że  piękna, 

mądra,  wspaniałomyślna  Lucy  jest  matką,  stanowi  wystarczający 

powód,  dlaczego  nie  powinien  dopuścić,  aby  powstała  między  nimi 

jakakolwiek bliższa zażyłość. 

Uwielbiał  jej  syna.  Absolutnie  nie  miał  nic  przeciwko  niemu. 

Maks  był  świetnym  dzieciakiem.  Serdecznym,  zabawnym,  bystrym. 

Ale... no właśnie, był dzieckiem. A dziecko potrzebuje matki. Dziecko 

powinno  zajmować  najważniejsze  miejsce  nie  tylko  w  jej  życiu,  ale 

również w życiu mężczyzny, którego ona pokocha.  

Dziecko  nie  może  widywać  ojca  w  przelocie,  przez  kilka  minut 

dziennie, bo on pracuje czternaście godzin na dobę, wieczorami jada z 

klientami  kolację,  wyjeżdża  w  podróże  służbowe,  a  czasem  całą  noc 

ślęczy  w  biurze,  przygotowując  materiały  procesowe.  Dziecko  nie 

może  być  traktowane  jak  przeszkoda,  którą  się  omija,  jak  piesek, 

który  pałęta  się  pod  nogami,  jak  coś,  co  jest  na  marginesie 

wypełnionego pracą oraz obowiązkami życia. 

A  dla  Randa  nie  ulegało  wątpliwości,  że  tak  by  się  stało,  gdyby 

związał się z Lucy. Nie byłoby to fair wobec Maksa. 

-  Więc  zadzwoń  do  Franka  -  powiedział  do  swojego  odbicia  w 

lustrze. - Poproś go, żeby przyjechał po ciebie, potem odebrał Lucy i 

zawiózł  was  do  biura.  Pamiętaj  o  Maksie,  o  tym,  że  są  granice, 

których nie wolno ci przekroczyć. 

background image

Ale kiedy  opłukał twarz, nie poszedł do telefonu i nie zadzwonił 

do  Franka.  Nie  potrafił  się  do  tego  zmusić.  Tak  jak  wczoraj  po 

skończonej  pracy  nie  potrafił  puścić  Lucy  do  domu.  Żadnej  innej 

sekretarki,  która  tyle  czasu  spędzałaby  w  biurze,  nie  zatrzymywałby 

dłużej,  niż  to  by  było  konieczne.  A  z  Lucy...  robił  wszystko,  żeby 

poświęciła  mu  jeszcze  godzinę.  Wymyślił  spacer  po  parku,  żeby 

chwilę  dłużej  cieszyć  się  jej  obecnością.  Żeby  móc  ją  ponownie 

pocałować. Żeby pocałować mamę Maksa... 

Ale kiedy przywierał ustami do jej ust, nie pamiętał, że Lucy jest 

czyjąś  mamą.  Po  prostu  była  kobietą.  Cudowną  kobietą,  która 

pachniała  jak  lekki  wiosenny  wietrzyk,  wyglądała  jak  anioł,  a  na 

wargach miała smak raju. 

- Już jestem! 

Jej głos stanowił jakby przedłużenie jego myśli i marzeń. Chwilę 

trwało, zanim uświadomił sobie, że to nie Lucy z jego rojeń woła, że 

już  jest,  tylko  prawdziwa  Lucy  z  krwi  i  kości,  która  otworzywszy 

kluczem  drzwi,  weszła  do  mieszkania  i  zawiadamiała  go  o  swojej 

obecności. 

- Zaraz wyjdę! - zawołał, domykając drzwi. 

Wciągnął  na  siebie  koszulę  w  kratkę,  którą  zwykle  nosił  na 

rodzinnej  farmie  w  Kalifornii,  oraz  dżinsy,  które  też  zazwyczaj 

trzymał  na  tę  okazję.  To,  że  Lucy  przyjechała  do  niego  do  domu, 

jeszcze  niczego  nie  przesądza.  Przecież  mógł  wyjść  z  łazienki  i 

oznajmić, że jednak przenoszą się z pracą do kancelarii. 

background image

Nic  nie  stoi  na  przeszkodzie,  aby  włożył  garnitur,  po  czym 

powiedział Lucy, by wróciła się przebrać - jeśli, oczywiście, zachodzi 

taka potrzeba - i że on z Frankiem przyjadą po nią za pół godziny. W 

biurze,  gdzie  siłą  rzeczy  panuje  bardziej  urzędowa  atmosfera,  łatwiej 

mu  będzie  skupić  się  na  pracy  i  obowiązkach.  Ale  czy  przebrał  się? 

Czy powiedział, że pojadą do biura? Nie. Pozostał w koszuli w kratkę 

i dżinsach.  

Tak  ubrany  ruszył  na  poszukiwanie  Lucy.  Znalazł  ją  w  kuchni. 

Przystanął  w  progu,  ciesząc  się  jej  widokiem.  Też  miała  na  sobie 

dżinsy, ale inne niż on, obcisłe, podkreślające kształt pośladków, oraz 

krótki sweterek. Włosy, przytrzymywane opaską, aby nie wpadały do 

oczu - zwisały jej swobodnie, okrywając ramiona i plecy. Miał ochotę 

odgarnąć je, przywrzeć ustami do jej szyi... Nie, nie potrafi odmówić 

sobie jeszcze jednego dnia w zaciszu domowym. 

- Jak plecy? - spytała, spostrzegłszy go w drzwiach. 

- Lepiej. Znacznie lepiej. Już prawie nic mi nie dolega - przyznał, 

bo  nie  chciał  jej  okłamywać.  -  Mamy  dziś  mnóstwo  pracy.  Bierzmy 

się  do  roboty  -  dodał  bardziej  opryskliwym  tonem,  niż  zamierzał. 

Podświadomie  chciał  w  ten  sposób  zagłuszyć  nieprzyzwoite  myśli, 

jakie chodziły mu po głowie. 

Wyprostowała ramiona, uniosła lekko brodę. Obserwując ją, zdał 

sobie sprawę, że poczuła się urażona jego obcesowością. 

- Oczywiście - oznajmiła chłodno. 

Po  czym  opuściła  kuchnię  i  skierowała  się  prosto  do  gabinetu. 

Ładny  początek  dnia,  pomyślał  Rand.  Miał  ochotę  sam  sobie 

background image

rozkwasić  nos.  Ale  jakie  miał  wyjście?  Nie  mógł  pozwolić,  aby 

wytworzyła  się  bardziej  serdeczna,  przyjacielska  atmosfera.  Było  to 

zbyt  ryzykowne.  Szef  i  sekretarka.  Właśnie  takie  łączyły  ich  relacje. 

Powinien o tym pamiętać. A także o tym, że bez względu na to, gdzie 

pracują, w domu czy w biurze, Lucy Lowry jest matką Maksa, a on z 

matkami się nie zadaje. 

Zdaniem  Lucy,  istniało  tylko  jedno  wytłumaczenie,  dlaczego 

Rand  stał  się  tak  zimny,  aroganckimi  nieprzyjemny:  cały  wczorajszy 

wieczór, może nawet i noc, spędził ze zjawiskowo piękną Shelley, to 

zaś  sprawiło,  że  postanowił  trzymać  się  na  odległość  od  swojej 

tymczasowej sekretarki i puścić w niepamięć ich pocałunki.  

W porządku. Bardzo jej to odpowiada. Wiedziała, że nie powinna 

się  z  nim  wczoraj  całować,  a  jednak  się  całowała.  Wiedziała,  że  nie 

powinna  rozmyślać  o  tym  pocałunku,  odtwarzać  go  w  wyobraźni, 

przeżywać  na  nowo,  bo  im  dłużej  o  nim  myślała,  tym  większe 

ogarniało ją pożądanie. Nie powinna, a jednak rozmyślała.  

Wiedziała, że nie powinna była spędzać dziś rano tyle czasu przed 

lustrem, wkładać najciaśniejszych dżinsów i krótkiego sweterka, który 

odsłaniał  talię.  Nie  powinna  była  zostawiać  włosów  rozpuszczonych 

tylko po to, by przypodobać się Randowi, próbować odciągnąć go od 

Shelley i zwabić do siebie. Nie powinna, a jednak ubrała się ponętnie i 

uczesała tak, jak on lubi. 

Wiedziała również, że nie powinna strzelać oczami do Randa czy 

jakiegokolwiek  innego  mężczyzny,  dopóki  nie  odchowa  syna, 

zwłaszcza że sama to sobie obiecała. Nie powinna, a jednak strzelała. 

background image

Ale  dobrze.  Skoro  Rand  postanowił  odnosić  się  do  niej  w  sposób 

chłodny  i  urzędowy,  nie  pozostanie  mu  dłużna.  Będzie  poważna, 

rzeczowa,  skoncentrowana  na  pracy.  Może  dzięki  temu  przestanie 

robić rzeczy, których nie powinna, a które mimo to robiła. 

Tak minął im dzień. Atmosfera była zimna, oni zaś zachowywali 

się  poprawnie,  to  znaczy  Rand  ani  razu  nie  wyszedł  z  roli  szefa,  a 

Lucy ani na chwilę nie zapomniała, że jest sekretarką. Ściśle trzymali 

się wyznaczonych ról. 

Za  piętnaście  piąta,  kiedy  Rand  ogłosił,  że  skończyli,  Lucy 

wyłączyła  komputer.  Bez  przerwy  spoglądała  na  zegar.  Zamierzała 

wyjść  punktualnie  o  piątej;  żaden  spacer  po  parku  absolutnie  nie 

wchodzi w grę. Cieszyła się na myśl o weekendzie, o dwóch pełnych 

dniach  bez  Randa.  Miała  nadzieję,  że  zdoła  w  tym  czasie 

uporządkować  myśli  i  emocje.  Zresztą  nie  musi  czekać  do  soboty; 

może zacząć terapię już dziś, z wybiciem piątej. 

Jej  rozmyślania  przerwał  portier,  który  zadzwonił  z  dołu  z 

informacją, że przybył jakiś posłaniec. Lucy poprosiła, by wpuścił go 

na  górę.  Zważywszy  na  to,  że  było  późne  piątkowe  popołudnie, 

sądziła,  że  cokolwiek  ów  człowiek  dostarcza,  nie  może  dotyczyć 

spraw służbowych. Pomyliła się. 

Rand pokwitował odbiór przesyłki. Po chwili, przeczytawszy list, 

cisnął go z wściekłością na biurko. 

- Cholera jasna! Co za sukin... 

- O co chodzi? - spytała Lucy, zanim dokończył przekleństwo. 

- Sprawa Turnenbillów. 

background image

- Na nic takiego nie trafiłam w tym tygodniu. 

-  Miałaś  szczęście.  Psiakrew,  poświęciłem  jej  więcej  czasu  i 

wysiłku niż jakiejkolwiek innej sprawie. 

- Wykonujesz ją pro publico bono? 

- Dlaczego się tak dziwisz? 

Nie  dziwiła  się,  po  prostu  wolała,  żeby  tego  nie  robił.  To,  iż 

czasem przyjmował sprawy, za które nie brał honorarium, czyniło go 

jeszcze bardziej atrakcyjnym w jej oczach. 

- Co to za sprawa? - spytała. 

-  Liz  Turnenbill,  lat  trzydzieści  osiem,  wdowa  z  trójką  małych 

dzieci. Cierpi na artretyzm, jest niezdolna do pracy. Była  żoną Toma 

Tumenbilla,  którego  rodzina  zbiła  fortunę  na  ropie.  Pół  roku  temu 

Tom  zginął  w  wypadku  samochodowym.  Od  lat  Tom  i  Liz 

utrzymywali  się  z  dywidend  z  funduszu  powierniczego,  który 

ustanowili  dla  swojego  syna  starzy  Turnenbillowie  i  którego  nie 

unieważnili, kiedy Tom wstąpił w związek małżeński. 

- Domyślam się, że nie przepadali za synową? 

-  Zgadłaś.  Nie  była  bogatą,  dobrze  wychowaną  panienką  z 

dobrego  domu,  jaką  wymarzyli  sobie  dla  syna.  Powiedzieli  mu,  że 

nigdy  jej  nie  zaakceptują  i  dotrzymali  słowa.  Ani  razu  nie  widzieli 

własnych wnuków. 

- Niesamowite. 

-  To  jeszcze  nie  wszystko.  Tom  zostawił  testament.  Wpływy  z 

funduszu powierniczego oraz to, co  w przyszłości miał odziedziczyć, 

zapisał  w  spadku  Liz  i  dzieciom.  Po  jego  śmierci  rodzice  anulowali 

background image

ustanowiony dla syna fundusz powierniczy. Liz z dziećmi została bez 

grosza. 

-  No  i  oczywiście  sporządzili  nowe  testamenty,  wykluczając  z 

nich Toma, a tym samym jego żonę i dzieci. 

- Właśnie. 

- A ponieważ ona jest niezdolna do pracy z powodu artretyzmu... 

-  Żyje  z  dziećmi  w  skrajnej  nędzy.  Do  niedawna  mieszkała  w 

domu, który kiedyś należał do babki Toma, ale Turnenbillowie kazali 

ją  stamtąd  usunąć.  To...  -  skinął  głową  na  przesyłkę,  którą  przed 

chwilą  dostarczono  -  jest  odpowiedź  na  moje  ostatnie  pismo. 

Oczywiście wolno im zmienić testament, tak by Liz z dziećmi niczego 

po  nich  nie  odziedziczyła;  temu  akurat  nie  mogę  przeszkodzić. 

Walczę  jednak  o  to,  aby  sąd  nie  pozwolił  im  na  unieważnienie 

funduszu  powierniczego.  Pieniądze  z  funduszu  starczyłyby  Liz  na 

jedzenie, czynsz, a w przyszłości na edukację dzieci. 

- Gra wydaje się warta świeczki. 

-  Problem  w  tym,  że  muszę  przejrzeć  tony  materiałów,  aby 

przygotować 

się 

do 

rozprawy, 

która 

została 

wyznaczona, 

podejrzewam,  że  nieprzypadkowo,  na  poniedziałek  rano,  w 

przeciwnym  razie  przegram  sprawę.  A  jeśli  przegram,  Liz  z 

dzieciakami nigdy nie dostanie tego, co jej się należy. 

- Więc chciałbyś, żebym została dziś dłużej w pracy i ci pomogła? 

Rand uśmiechnął się - po raz pierwszy w ciągu dzisiejszego dnia. 

background image

-  Nie  planowałem  tego.  Ale  jeżeli  się  zgodzisz,  jeżeli 

przekopiemy się przez stosy ksiąg; i różnych akt, w trakcie weekendu 

zdążę się przygotować do rozprawy. 

Rand  podniósł  rękę,  jakby  chciał  powstrzymać  jej  sprzeciw,  a 

przecież jeszcze nic nie powiedziała, nawet nie otworzyła ust. 

-  Wiem.  Chodzi  ci  o  Maksa.  Może  więc  zadzwonimy  do  Sadie, 

poprosimy ją, żeby odebrała małego z przedszkola i przyjechała z nim 

tutaj? Zamówimy ulubioną potrawę Maksa, bez względu na to, co by 

nią  było,  i  zjemy  w  czwórkę  kolację.  Pobawisz  się  z  synem,  potem 

Sadie zabierze go do domu i położy spać, a my dokończymy pracę. 

- Na normalne godziny urzędowania człowiek nie ma co tu liczyć, 

prawda?  Nic  dziwnego,  że  moja  ciotka  nie  chciała  wrócić  do  pracy, 

nawet tymczasowo. 

Rand wzruszył ramionami. 

-  Co  ja  na  to  poradzę?  Na  tym  polega  metoda  działania 

Turnenbillów czy raczej ich prawników: próbują złapać mnie z ręką w 

nocniku. Ale nie uda im się ta sztuczka. Nie pozwolę im wygrać. Liz i 

dzieci mają prawo do pieniędzy po Tomie. 

To  ostatecznie  przekonało  Lucy.  Wiedziała,  że  kolejny  wieczór 

spędzony w towarzystwie Randa byłby dla niej bardzo niewskazany, z 

drugiej strony wiedziała, że mu nie odmówi. 

- Myślisz, że to dobry pomysł? - spytała. - To znaczy zaproszenie 

tu  Maksa?  On  jest  jak  słoń  w  składzie  porcelany,  może  coś  stłuc, 

poplamić... 

- I co z tego? Dziecko to dziecko, ma swoje prawa. 

background image

Popatrzyła  na  niego  z  powątpiewaniem,  jakby  nie  dowierzała 

temu, co mówi, ale w końcu skinęła głową. 

-  No  dobrze,  jednakże  sam  musisz  zadzwonić  do  Sadie.  Ja  nie 

mam odwagi znów ją prosić o przysługę. 

- W porządku. Ona mnie kocha - oznajmił tonem człowieka, który 

świadom jest swego uroku i jego mocy  oddziaływania. - A ty  w tym 

czasie poszperaj w... Nie, sprawdź w Internecie. Jeżeli nie uda nam się 

znaleźć  nic  przydatnego,  po  wyjściu  Sadie  i  Maksa  pojedziemy  do 

biura.  Interesują  nas  orzeczenia  sądu  dotyczące  spadków  i  funduszy 

powierniczych,  najlepiej  wydane  po  sześćdziesiątym  drugim  roku. 

Musimy znaleźć jakiś precedens. 

-  Tak  jest,  szefie.  -  Zasalutowała  jak  żołnierz  na  służbie  i 

ponownie uruchomiła komputer. 

Miała  nadzieję,  że  wieczorem  i  w  nocy  ich  wzajemne  relacje 

pozostaną takie same jak za dnia: chłodne i oficjalne. 

 

- Jesteś pewna, że nie mogę się na tym pohuśtać? - spytał Maks, 

wskazując  na  dużą  rzeźbę  w  przedpokoju,  która  kołysała  się  niczym 

wahadło. 

-  Absolutnie  pewna.  Nie  możesz  i  już  -  odpowiedziała  Lucy, 

chyba po raz setny od przyjścia syna. 

Zagoniła  chłopca  z  powrotem  do  salonu,  w  którym  Sadie  z 

Randem siedzieli przy stole, pijąc kawę. 

Nagle  chłopiec  wbił  oczy  w  wiszący  na  ścianie  obraz 

abstrakcyjny. 

background image

-  Kiedy  ja  tak  maluję  w  przedszkolu,  panna  Vanessa  daje  mi 

czystą  kartkę  i  mówi,  żebym  zaczął  od  nowa.  Bo  rysunek  musi  coś 

przedstawiać, nie może być bohomazem. 

- Następnym razem, jak ci tak powie, poproś ją, żeby nie tłumiła 

twojej weny twórczej - poradził mu Rand. 

-  Ona  mnie  nie  bije  -  zaprotestował  chłopiec,  który  albo  źle  coś 

usłyszał, albo nie znał słowa „tłumić" i zinterpretował je po swojemu. 

Rand z Sadie wybuchnęli śmiechem. 

-  Tłumić  i  tłuc  to  nie  to  samo,  niedźwiadku  -  wyjaśniła  Lucy.  - 

Tłumić to znaczy hamować, powstrzymywać. 

Maks przeszedł  do  następnego  dzieła  sztuki  -  do  stojącej  w  rogu 

rzeźby,  niby  abstrakcyjnej,  a  jednak  przywodzącej  na  myśl  nagi 

kobiecy tors. 

- Dlaczego ta pani nie ma ubrania? 

Najwyraźniej  rzeźba  była  mniej  abstrakcyjna,  niż  im  się 

wydawało. 

-  Chcesz  zobaczyć  rybki,  Maks?  -  Rand  usiłował  zająć  uwagę 

chłopca czymś innym. - A przy okazji... znalazłem coś, co może ci się 

spodobać.  Chodźmy  do  sypialni.  Ty  sobie  obejrzysz  akwarium,  a  ja 

wydobędę z szafy niespodziankę, którą mam dla ciebie. 

Nie trzeba było chłopca prosić dwa razy. 

- A gdzie jest sypialnia? 

Wybiegł  z  salonu;  po  drodze  lekko  trącił  zawieszoną  w 

przedpokoju rzeźbę, żeby wprawić ją w ruch. 

background image

-  Boże,  jestem  kłębkiem  nerwów,  kiedy  patrzę,  jak  on  gania  po 

takim mieszkaniu - powiedziała Lucy, gdy Maks z Randem byli poza 

zasięgiem słuchu. - Boję się, że zaraz coś stłucze. 

-  Rand  nie  sprawia  wrażenia  zaniepokojonego,  więc  ty  tym 

bardziej się nie przejmuj - odparła Sadie, po czym zerknęła na drzwi, 

za którymi znikli panowie. 

- Świetnie dogaduje się z Maksem. 

- Wiem. 

- Chyba go autentycznie lubi. 

- Całe szczęście, bo Maks za nim przepada. 

- Mamusia Maksa też, prawda? 

- Bez przesady. To miły, porządny facet, ale naprawdę nic nas nie 

łączy.  Zostaję  dłużej,  żeby  mu  pomóc,  bo  sprawa,  którą  się  zajmuje, 

jest tego warta. Chodzi o Turnenbillów. 

Sadie pokiwała głową. 

-  Zgodził  się  reprezentować  wdowę  wkrótce  przed  moim 

odejściem  z  firmy.  Za  darmo  -  dodała,  jakby  Lucy  nie  miała  o  tym 

pojęcia.  -  Często  to  robi,  bezinteresownie  poświęca  swój  czas,  dzieli 

się  swoim  doświadczeniem  i  wiedzą.  Wierz  mi,  złotko,  można  trafić 

dużo gorzej. 

-  Wierzę,  ale  ty  też  mi  uwierz,  że  łączą  nas  wyłącznie  stosunki 

służbowe.  Zbyt  się  od  siebie  różnimy,  aby  nasza  znajomość  mogła 

przerodzić się w cokolwiek innego. 

Sadie posłała jej długie, sondujące spojrzenie, po czym bez słowa 

zebrała filiżanki i przeszła do kuchni. 

background image

- Mamusiu, zobacz! - Maks, podekscytowany, wrócił biegiem do 

salonu. - Żołnierze! Będą mogli walczyć z dinozaurami! 

Lucy zajrzała do pudełka, które syn podtykał jej pod nos. Było w 

nim pełno plastikowych żołnierzyków i czołgów. 

-  Rand  powiedział,  że  należały  do  niego,  kiedy  był  mały,  ale  już 

się  nimi  nie  bawi,  więc  może  mi  je  dać.  Jeżeli  ty  się  zgodzisz. 

Zgodzisz się, mamusiu? 

Lucy popatrzyła na Randa, który pojawił się w salonie chwilę po 

chłopcu. 

-  Nie  chcesz  ich  zatrzymać  dla  własnego  syna,  którego  kiedyś 

pewnie się doczekasz? 

- Doczekam się albo i nie - odparł takim tonem, jakby posiadanie 

potomstwa w ogóle go nie interesowało. 

Po  rozmowie  z  Sadie  na  temat  stosunku  Randa  do  Maksa,  jego 

słowa  nabrały  dodatkowego  znaczenia.  Lucy  miała  niemal  wrażenie, 

jakby  Rand  dawał  jej  do  zrozumienia,  że  chociaż  lubi  Maksa,  to 

jednak  ojcostwo  nie  stanowi  dla  niego  pokusy.  Pamiętaj  o  tym, 

przykazała sobie w myślach. 

Do salonu wróciła Sadie, niosąc swój płaszcz i dziecięcą kurtkę. 

- No, w drogę, niedźwiedziu. Mamusia i Rand muszą się wziąć do 

pracy. 

- Jeszcze nie! - sprzeciwił się chłopiec. 

- Już powinieneś być w łóżku - zauważyła Lucy. 

- Wiesz co? Połóż się grzecznie spać, a jutro spędzimy razem cały 

dzień. 

background image

- Z Randem? 

- Nie, nie z Randem. We dwoje, tylko ty i ja - rzekła, pomagając 

synowi się ubrać. - Podziękowałeś za żołnierzy? 

- Dziękuję za żołnierzy - powtórzył za nią chłopiec. 

- Dziękuję również za pyszną kolację - podpowiedziała mu Lucy. 

-  Dziękuję  również  za  pyszną  kolację.  Podobały  mi  się  twoje 

rybki, Rand, ale wciąż uważam, że ta naga pani powinna mieć coś na 

sobie. - Jego  wesoły chichot świadczył  o tym, że dorosłym nie udała 

się sztuczka ze zmianą tematu. 

-  A  ja  dziękuję,  że  mnie  odwiedziłeś  -  powiedział  ze  śmiechem 

Rand. 

Przeszli  w  czwórkę  do  przedpokoju.  Lucy  pocałowała  syna  na 

dobranoc. Wkrótce znów zostali tylko we dwoje. 

- Jak myślisz? - spytał Rand, ledwo się drzwi zamknęły za Sadie i 

Maksem.  -  Znajdziemy  informacje  w  komputerze  czy  powinniśmy 

pojechać do biura? 

Lucy  zrobiło  się  przykro.  Ani  słowa  nie  powiedział  na  temat 

kolacji;  natychmiast  po  wyjściu  gości  przestawił  się  z  powrotem  na 

tryb  służbowy.  Ale  może  to  i  lepiej, pomyślała,  niczego  po  sobie  nie 

okazując. 

- Muszę sprawdzić kilka rzeczy w tym programie dla prawników - 

odparła.  -  Zobaczymy,  czego  zdołam  się  dowiedzieć.  Na  razie 

wygląda  to  dość  obiecująco.  Może  wcale  nie  trzeba  będzie  się  stąd 

ruszać. 

- Doskonale! - ucieszył się. 

background image

I  faktycznie,  nie  musieli  jechać  do  biura,  tyle  że  zebranie 

wszystkich  potrzebnych  materiałów  zajęło  Lucy  czas  niemal  do 

północy.  Potem  chwilę  trwało,  zanim  zdołała  przekonać  Randa,  aby 

zaakceptował jej punkt widzenia. 

- Zastanów się. Jeżeli przedstawisz to w ten sposób, argumentacja 

będzie bardziej przekonująca - rzekła, podając mu swoją interpretację 

decyzji wydanej przez Sąd Najwyższy w 1971 roku. 

Kiedy skończyła, Rand zerwał się z krzesła, na którym siedział, i 

w  dwóch  susach  znalazł  się  przy  jej  biurku.  Na  własne  oczy  chciał 

zobaczyć tekst, na który się powoływała. 

-  O  rany,  ból  w  plecach  chyba  całkiem  ci  minął!  -  zawołała, 

zaskoczona szybkością jego ruchów. 

-  Tak,  minął.  -  Uśmiechnął  się  lekko  speszony,  jakby  został 

przyłapany na kłamstwie. 

Ale  nie  wyjaśnił,  dlaczego  nic  wcześniej  na  ten  temat  nie 

powiedział.  W  milczeniu  pochylił  się  nad  ramieniem  Lucy  i  zaczął 

czytać decyzję sądu. 

- Wiesz, że chyba masz rację - przyznał po namyśle. 

W tym momencie jednak Lucy była bardziej skupiona na zapachu 

jego  wody  kolońskiej  niż  na  jakichś  precedensach  sądowych.  Chcąc 

nie chcąc, wróciła myślami do rzeczywistości. 

- Prawdę mówiąc, świetnie to wymyśliłaś - kontynuował Rand. - 

Jeżeli  zastosuję  twoją  argumentację,  przypuszczalnie  Liz  otrzyma 

należne  jej  pieniądze.  No  dobra,  wydrukuj  tekst.  Myślę,  że  trzeba  to 

uczcić. 

background image

- Uczcić? Czyli co? Zakończyć na dziś pracę? - spytała z nadzieją 

w głosie. 

- Nie, uczcić to uczcić. Otworzyć butelkę wina. 

Była  to  nęcąca  propozycja.  Ale  ich  wczorajsze  rozstanie  -  kiedy 

odjechała  do  domu,  zostawiając  Randa  z  piękną  Shelley  -  oraz  jego 

dzisiejsze  zachowanie  -  pełne  chłodu  i  rezerwy  -  pozwoliły  Lucy 

powstrzymać entuzjazm. 

-  Nie  wolno  mieszać  alkoholu  ze  środkami  przeciwbólowymi  i 

lekami  zwiotczającymi  mięśnie.  To  po  pierwsze.  A  po  drugie, 

zamierzam wrócić do domu samochodem. 

-  No  to  otworzę  butelkę  soku  grejpfrutowego.  Zasłużyliśmy  na 

nagrodę.  A  raczej  ty  zasłużyłaś.  -  Wyraźnie  nie  chciał  przyjąć 

odmowy do wiadomości. 

Wyszedł  do  kuchni.  W  tym  czasie  Lucy  wydrukowała 

postanowienie sądu i po raz kolejny wyłączyła komputer. Wróciwszy, 

zapraszającym  gestem  wskazał  kanapę,  na  której  spędził  cały 

wczorajszy dzień. Kiedy Lucy zajęła miejsce, podał jej sok. Po chwili 

usiadł obok. 

- Za twoją dzisiejszą ciężką pracę - powiedział, stukając się z nią 

szklanką. - Dziękuję. 

-  I  za  twoją.  Obyś  się  zdążył  przygotować  do  poniedziałkowej 

rozprawy. 

- Zdążę. Wszystko dzięki tobie. 

Wypili po łyku. 

background image

-  Czy  ktoś  ci  kiedyś  mówił,  że  masz  zadatki  na  znakomitego 

prawnika? - spytał Rand. 

- Owszem, kilka osób - odparła. 

Wyraz  jego  twarzy  jednoznacznie  świadczył  o  tym,  że  nie 

spodziewał się takiej odpowiedzi. 

- Studiowałam prawo - wyjaśniła. - Przez rok. Odkąd skończyłam 

trzynaście lat, marzyłam o tym, żeby zostać prawnikiem. 

- Dlaczego zrezygnowałaś? 

Przedtem,  kiedy  spytał  o  ojca  Maksa,  wykręciła  się  od 

odpowiedzi, tym razem postanowiła zdradzić Randowi prawdę. Może 

dlatego, że było późno i była potwornie zmęczona. A może dlatego, że 

przez ostatni tydzień poznała go lepiej. 

- Zaszłam w ciążę - odparła. - Z jednym z moich profesorów. 

- Z ojcem Maksa? 

-  Zgadza  się.  Był  sporo  ode  mnie  starszy,  bardzo  przystojny, 

bardzo  mądry.  I  właśnie  ten  wybitny  prawnik  wielokrotnie  mi 

powtarzał, że jestem nie tylko piękna, ale równie inteligentna jak on, 

że pobudzam nie tylko jego ciało, ale i umysł... 

-  Pewnie  nawet  mówił  prawdę  -  rzekł  Rand,  słysząc  jej 

lekceważący ton. 

- Może. Nie wiem. W każdym razie ja w to uwierzyłam. 

- Byłaś młoda. 

- Młoda, wrażliwa, łatwowierna i głupia. 

- No i zaszłaś w ciążę. 

background image

-  Tak,  zaszłam  w  ciążę.  Byłam  tak  naiwna  i  tak  głupia,  że 

myślałam,  iż  wszystko  się  dobrze  ułoży.  Że  kiedy  powiem 

Marshallowi  o  dziecku,  on  się  oświadczy  i  będziemy  żyli  długo  i 

szczęśliwie.  Pani  mecenas,  czyli  ja,  pan  profesor,  czyli  on,  i  owoc 

naszej miłości, czyli Maks. 

- A profesor miał inne wyobrażenie o szczęściu? 

-  Całkowicie  inne.  Był  przerażony  moją  ciążą  i  zdumiony 

niepomiernie,  że  mogłam  żywić  jakąkolwiek  nadzieję  o  wspólnym 

życiu.  Oznajmił  wprost,  że  żona  i  dzieci  stanowią  kulę  u  nogi,  nie 

pozwalają się rozwijać, osiągać sukcesów. On zaś jest naukowcem, a 

nie materiałem na męża czy ojca. W jego życiu nie ma miejsca na coś 

tak  niszczącego  potencjał  twórczy  jak  rodzina.  Zażądał  usunięcia 

ciąży - dokończyła cicho. 

- A ty odmówiłaś. 

-  Tak.  Wtedy  z  człowieka,  którego  szanowałam  i  kochałam, 

przemienił  się  w  zimnego,  bezdusznego  drania.  Powiedział,  że  nie 

chce mieć nic wspólnego z moim bękartem... właśnie tego słowa użył. 

Bękart.  Że  wyprze  się  ojcostwa,  a  jeśli  ja  sądownie  będę  dochodzić 

swoich praw, to i tak nic nie wskóram. Nie zamierza łożyć na dziecko; 

prędzej  ucieknie  za  granicę,  byleby  tylko  nie  płacić  mi  alimentów. 

Jakby  tego  było  mało,  zaczął  rozpowiadać  innym  wykładowcom,  że 

zastawiłam  na  niego  sidła;  uwiodłam  go,  żeby  dostać  lepsze  stopnie, 

których  inaczej  nigdy  bym  nie  dostała.  Sprawił,  że  cofnięto  mi 

stypendium naukowe. Nie miałam pieniędzy nie tylko na mieszkanie i 

background image

jedzenie, ale głównie na opłacenie studiów. Z kolei doszły mi wydatki 

związane z dzieckiem, badania, wizyty u lekarzy... 

- Innymi słowy, zrezygnowałaś ze swoich marzeń. 

- Straciłam złudzenia, ale za to zyskałam wspaniałego syna. 

-  Zwróciłaś  się  do  sądu  o  ustalenie  ojcostwa  i  przyznanie 

alimentów? 

Odstawiła na stół szklankę z niedopitym sokiem. 

- Nie. Po tym, jak się Marshall zachował, nie chciałam mieć z nim 

więcej do czynienia. Dość się przez niego wycierpiałam. 

- A jak Maks pyta o ojca, co mu mówisz? 

- Że tatuś prowadził zupełnie inny tryb życia niż my prowadzimy 

i dlatego musieliśmy się rozstać. Na razie to mu wystarcza, ale wiem, 

że później będzie chciał znać więcej szczegółów. Czasem zastanawia 

się,  dlaczego  tatuś  dokonał  takiego,  a  nie  innego  wyboru,  dlaczego 

wolał  pracę  od  syna,  ale  na  ogół  nie  myśli  o  tych  sprawach.  Jest 

szczęśliwym dzieckiem, nie przysparzającym większych kłopotów. 

- A ty jesteś bardzo troskliwą mamą, która zawsze stawia syna na 

pierwszym miejscu. 

-  Oczywiście.  -  Roześmiała  się.  -  Muszę  chronić  Maksa, 

pilnować, aby nie stało mu się nic złego. 

Rand  postawił  swoją  szklankę  koło  jej  szklanki,  po  czym  usiadł 

wygodniej,  kładąc  rękę  na  oparciu  kanapy.  Kanapa  nie  była  duża. 

Lucy,  która  siedziała  na  jej  drugim  końcu,  wiedziała,  że  dzieli  ich 

niewielki dystans. Teraz jednak miała wrażenie, że ten dystans jeszcze 

bardziej się zmniejszył. 

background image

-  Wiesz...  -  Rand  posłał  jej  szelmowski  uśmiech  -  wczoraj  mnie 

też przydałaby się twoja ochrona. 

- Moja ochrona? - spytała skonfundowana. 

-  Tak.  Zostawiłaś  mnie  na  pastwę  Shelley  Whitson.  To  tak  jak 

rzucić dziecko na pożarcie wilkom. 

-  No  jasne.  Trzeba  chronić  mężczyzn  przed  kobietami  o  urodzie 

modelek. 

-  Może  nie  wszystkich  mężczyzn  i  nie  przed  wszystkimi 

kobietami,  ale  mnie  przed  Shelley  na  pewno.  A  ty  co  zrobiłaś? 

Opuściłaś  mnie  w  potrzebie.  Człowieka  osłabionego,  z  obolałym 

kręgosłupem.  Mam  szczęście,  że  przeżyłem.  Że  mnie  wilki  nie 

pożarły. 

Usiłował  ją  rozweselić,  wprowadzić  lżejszy  nastrój,  widział 

bowiem, że opowieść o profesorze wyraźnie ją przygnębiła. Udało mu 

się.  Lucy uśmiechnęła się szeroko. Na myśl o tym, że  widok Shelley 

nie ucieszył Randa, poczuła, jak przepełnia ją radość. 

-  A  jak  tego  dokonałeś?  -  spytała  żartobliwym  tonem.  -  Czemu 

zawdzięczasz ocalenie? 

-  Przytomności  umysłu.  Ale  nie  było  łatwo.  Chciała  wprosić  się 

do  mnie  na  górę,  a  kiedy  zacząłem  się  wykręcać,  tłumacząc,  że 

wypadł  mi  dysk  i  jestem  obolały,  zaproponowała,  że  się  mną 

zaopiekuje jak najczulsza pielęgniarka. 

- Nie skusiła cię jej oferta? 

-  Też  coś!  -  oburzył  się,  jakby  pomysł  wydał  mu  się  totalnie 

niedorzeczny.  -  Pragnąłem  towarzystwa  wyłącznie  jednej  osoby,  a  ta 

background image

osoba  wskoczyła  do  swojego  samochodu,  zatrzasnęła  drzwiczki  i 

odjechała z piskiem opon, jakby uciekała przed groźnym bandytą. 

-  I  dlatego  byłeś  na  mnie  zły  -  powiedziała  Lucy,  bardziej  do 

siebie niż do niego. 

Pokiwała głową. Tak, to by tłumaczyło jego dzisiejszy nastrój. 

- Nie tyle byłem zły, co zirytowany. Ale nie potrafię długo się na 

ciebie  gniewać  czy  irytować.  -  Patrzył  jej  prosto  w  oczy.  Głos  miał 

niski,  ochrypły.  -  Nie  potrafię  też  zachowywać  się  tak,  jak 

powinienem. 

Nie wiedziała, o co mu chodzi, ale kiedy ujął w palce kosmyk jej 

włosów, przestała się nad tym zastanawiać. 

- Dzieje się  ze mną coś, czego nie rozumiem - przyznał. - Nigdy 

dotąd  się  tak  nie  czułem,  Lucy.  Wywołujesz  we  mnie  emocje,  jakie 

doświadczam po raz pierwszy w życiu. Jeszcze żadna inna kobieta tak 

mną nie zawładnęła. 

- Ale ja nic nie robię - powiedziała lekko zdyszanym głosem. - Po 

prostu siedzę i... 

- I to wystarczy. Wystarczy sama twoja obecność. 

Próbowała  sobie  przypomnieć,  dlaczego  chciała  trzymać  się  od 

niego z daleka. Nie potrafiła. Miała mętlik w głowie. 

-  Usiłuję  z  tym  walczyć  -  ciągnął.  -  Ale  nie  umiem.  Walkę 

przegrywam. 

Ona też walczyła i przegrywała. 

- Wiem, jak to jest - wyszeptała. - Mnie również się nie udaje. 

- Może więc powinniśmy przestać walczyć? 

background image

- Boję się konsekwencji - przyznała. - Nie wiem, do czego może 

to doprowadzić. 

- Też nie wiem. Musielibyśmy mieć się na baczności. Nie skakać 

na  głęboką  wodę,  tylko  postępować  ostrożnie.  To  jak  praca  w 

bibliotece; człowiek szpera, coś znajduje, potem dalej szuka. 

Odwzajemniła jego uśmiech. 

-  Hm,  jak  praca  w  bibliotece?  Wydało  się  jej  to  mało 

romantyczne. 

Parsknął  śmiechem,  po  czym  pochylił  się  i  cmoknął  ją  lekko  w 

policzek. 

- No dobrze, a ty jak byś to nazwała? 

- Igraniem z ogniem - odparła bez namysłu. 

- Ale igrając z ogniem, prędzej czy później człowiek się parzy. A 

pracując w bibliotece, zdobywa wiedzę i pełniejsze zrozumienie. 

- Tego właśnie chcesz? Posiąść wiedzę i lepsze zrozumienie? 

Ponownie ją pocałował, tym razem w usta. 

- Owszem, chciałbym zrozumieć, co się dzieje. Czy to źle? 

Siedzieli  koło  siebie  na  miękkiej,  skórzanej  kanapie.  Jedną  rękę 

Rand trzymał na ramieniu Lucy, drugą ręką bawił się jej włosami, od 

czasu do czasu pochylał głowę i przywierał ustami do jej ust. Czy to 

źle, powtórzyła w myślach jego pytanie. Nie, wprost przeciwnie. 

Ale na głos powiedziała: 

- Sama nie wiem. 

- Więc się przekonajmy. 

- Ale czy to... - nie dokończyła. 

background image

Ponownie zamknął jej usta pocałunkiem. Lecz tym razem nie był 

to  niewinny  całus  -  był  to  najprawdziwszy  pocałunek.  Targały  nią 

różne  wątpliwości, wielu rzeczy nie była pewna, ale jedno wiedziała: 

że ten pocałunek się jej należy. Że go sobie wymodliła. Pragnęła czuć 

napór warg Randa, dotyk jego rąk, uścisk ramion. 

Zapomniała  o  bożym  świecie  i  zatraciła  się  w  marzeniach. 

Zamknąwszy  oczy,  odwzajemniała  pocałunki  i  pieszczoty.  O  niczym 

nie  myślała.  O  niczym  prócz  tego,  co  czuje.  Rozbudził  w  niej 

pożądanie.  Chciała  być  naga,  wolna  i  nieskrępowana,  chciała  móc 

przytulić się do Randa całym ciałem, ocierać się o jego ciało, całować 

je, smakować... 

Musieli  myśleć  o  tym  samym,  bo  nie  przerywając  pocałunku, 

Rand  przesunął  rękę  niżej  i  zacisnął  na  jej  talii.  Ciarki  przebiegły 

Lucy  po  krzyżu.  Odruchowo  wygięła  plecy  w  łuk  i  wciągnęła 

gwałtownie  powietrze.  Rand  właściwie  odczytywał  wszystkie 

sygnały,  jakie  wysyłało  jej  ciało.  Jego  ręka  powoli  wędrowała  pod 

swetrem,  wyżej,  jeszcze  wyżej,  aż  doszła  do  koronkowego  stanika. 

Ale nawet cieniutka koronka wydawała się zbyt gruba. Po chwili ręka 

ominęła tę przeszkodę.  

Lucy  nie  zdołała  powstrzymać  jęku  rozkoszy.  Zaczęła  odpinać 

guziki  koszuli  Randa,  wyciągać  poły  ze  spodni.  Miała  wrażenie,  że 

ubranie - zarówno jego, jak i jej - jest jak twarda żelazna zbroja, która 

okrywa  ciało,  broniąc  do  niego  dostępu.  Leżała  na  kanapie,  ze 

swetrem i stanikiem pod szyją, a Rand patrzył na to, co przed chwilą 

dotykał i co sobie jedynie wyobrażał. 

background image

- Jakie śliczne - powiedział. 

I  zrobił  to,  o  czym  marzyła:  pochylił  się  i  zacisnął  usta  na  jej 

piersi. Przepełniona szczęściem, pomyślała sobie, jak dawno nie była 

z  mężczyzną,  a  kiedy  to  pomyślała,  nagle  stanął  jej  przed  oczami 

ojciec  Maksa.  Przypomniała  jej  się  tamta  szalona  miłość.  To,  jak 

jedna krótka chwila zapomnienia może odmienić czyjeś życie. To, że 

już  raz  kochała  mężczyznę,  który  może  nie  zadawał  się  z  pięknymi 

modelkami, ale zdecydowanie nie chciał wiązać się z kobietą ciężarną. 

Podobnie jak Rand... 

Opamiętaj  się,  zanim  będzie  za  późno!  -  ostrzegł  ją  wewnętrzny 

głos. Ostrzegł raz, drugi i trzeci, aż wreszcie przebił się przez warstwę 

emocji i pragnień. Wtedy go usłyszała. 

- Przestań! - zawołała cicho, jakby sama nie była pewna tego, czy 

słusznie robi. 

To jedno słowo wystarczyło. Rand podniósł głowę. 

- Lucy...? - spytał, spoglądając jej w oczy. 

-  Mówiłeś,  że  powinniśmy  postępować  wolno  i  ostrożnie,  nie 

skakać  na  głęboką  wodę.  A  my...  my  skaczemy.  -  W  jej  głosie 

wyczuwało się napięcie. 

Rand pocałował ją w czubek nosa i usiadł. 

- Masz rację - przyznał z uśmiechem. - Przepraszam. 

Ona  również  usiadła  i  poprawiła  ubranie.  Starała  się  nie  patrzeć 

na nagi tors Randa. 

-  Zachowuję  się  przy  tobie  jak  nastolatek,  w  którym  buzują 

hormony. 

background image

-  Ja  przy  tobie  też  -  rzekła.  Usiłowała  odzyskać  równowagę 

emocjonalną, opanować wewnętrzne rozedrganie. - Zrobiło się późno. 

Powinnam wracać do domu. 

Przez  dłuższą  chwilę  nic  nie  mówił.  Pomyślała  sobie,  że  pewnie 

też próbuje odzyskać samokontrolę. 

Wreszcie mu się udało. 

- Chciałbym cię przekonać, abyś zmieniła zdanie i została. Ale nie 

zrobię tego. Zachowam się jak przystało na dżentelmena i odprowadzę 

cię do samochodu. 

- Nie! - zaprotestowała zbyt głośno, zbyt nerwowo. 

Bała  się,  że  jeśli  Rand  zjedzie  z  nią  na  dół,  pocałuje  ją  na 

pożegnanie.  A  wystarczy  jeden  lekki  pocałunek,  jedno  małe 

muśnięcie, aby na nowo rozpalić ogień, który z takim trudem zdołała 

ugasić. 

- Lepiej sama pójdę. Stanowisz zbyt dużą pokusę - wyjaśniła. 

Wybuchnął  niskim,  gardłowym  śmiechem.  Coraz  bardziej 

podobał  się  jej  ten  dźwięk.  Tak,  powinna  czym  prędzej  wstać  z 

kanapy, zwiększyć dystans między sobą a Randem, bo inaczej... 

Wciąż stanowił zagrożenie. 

-  A  czy  mogę  cię  przynajmniej  odprowadzić  do  drzwi?  -  spytał, 

również wstając. 

- Nie. Zostań tutaj - poprosiła. - Znam drogę... Dobranoc, Rand. 

Ruszyła  pośpiesznie  do  przedpokoju.  Wolała  nie  ryzykować 

pożegnania  ani  na  dole  przy  samochodzie,  ani  w  mieszkaniu  przy 

drzwiach. 

background image

- Lucy? 

Stał  w  przejściu  między  gabinetem  a  korytarzem,  wciąż  bez 

koszuli, oparty o framugę, z rękami skrzyżowanymi na piersi. 

Lucy chwyciła płaszcz. 

- Błagam, tylko nic nie mów - rzekła. 

Zapinała guziki, czując, jak jej wola coraz bardziej słabnie. 

- Chciałem ci podziękować. 

- Nie ma za co. 

Zsunąwszy  z  wieszaka  torebkę,  wymknęła  się  z  mieszkania. 

Dopiero  w  drodze  do  domu  zaczęta  się  zastanawiać,  za  do  Rand  jej 

dziękował. Za to, że została dłużej i pomogła mu znaleźć materiały do 

poniedziałkowej rozprawy? Za to, co robili na kanapie? Czy za to, że 

się opamiętała, zanim posunęli się za daleko? 

Była  zbyt  podniecona,  zbyt  przejęta,  by  zasnąć  dzisiejszej  nocy. 

Wiedziała, że jeżeli Rand też nie zdoła zmrużyć oka, raczej nie będzie 

z tego powodu szczęśliwy. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Joe Colton siedział przy stole, jedząc śniadanie, kiedy doręczono 

mu  list.  Do  Hacienda  del  Alegria  przesyłki  często  przychodziły  o 

różnych porach dnia i nocy, lecz ta wzbudziła jego niepokój. Nie znał 

nikogo w Kolorado; z nikim, kto tam mieszkał, nie prowadził żadnych 

interesów. 

Pierwsza  myśl,  jaka  przyszła  mu  do  głowy,  to:  Emily.  List  musi 

mieć  coś  wspólnego  z  Emily.  Nic  dziwnego.  Odkąd  córka  zniknęła, 

background image

cały czas o niej myślał. I ciągle miał nadzieję, że wkrótce otrzyma od 

niej - lub o niej - jakąś wiadomość. 

- Co to? 

Rozrywał kopertę, kiedy do jadalni weszła Meredith. 

-  List  -  odparł.  -  Ze  stemplem  z  Kolorado.  Znamy  kogoś  w 

Kolorado? 

Zanim  żona  odpowiedziała,  wyciągnął  ze  środka  zwykłą  białą 

kartkę  papieru,  na  której  widniało  kilka  zdań  napisanych  na 

komputerze. 

- Tu jest napisane, żeby się nie martwić o Emily. Że nic złego się 

jej nie stało - oznajmił wyraźnie ucieszony. 

- Od kogo to? Od niej? - spytała Meredith. 

W  jej  głosie  nie  było  słychać  ulgi,  jaka  brzmiała  w  głosie  jej 

męża. 

- Nie. Nie wiem. Może. Nie ma podpisu. Jest jedynie wiadomość, 

że Emily dobrze się czuje. Że nie została porwana. Że nic jej nie grozi 

i nie powinniśmy się o nią martwić. 

Meredith prychnęła pogardliwie. 

- To się nie trzyma kupy. 

Joe podniósł wzrok znad listu i popatrzył zdziwiony na żonę. 

- Dlaczego nie trzyma się kupy? - spytał. 

Ciekaw  był,  czy  kiedykolwiek  przywyknie  do  zmiany,  jaka 

nastąpiła  w  charakterze  Meredith  na  skutek  wypadku,  do  którego 

doszło przed tyloma laty. 

background image

-  Bo  nie  trzyma  się  i  już.  Ktoś  musiał  ją  porwać.  Po  co  miałaby 

wyjeżdżać w tajemnicy? I skąd by się wziął list z żądaniem okupu? 

-  A  po  co  ktoś  przesyłałby  nam  wiadomość,  że  Emily  jest  cała  i 

zdrowa,  gdyby  faktycznie  ją  porwano?  Nie,  ten  list  musi  być 

prawdziwy. 

-  Nie  zgadzam  się  -  sprzeciwiła  się  Meredith.  -  Moim  zdaniem, 

ktoś nam robi głupi kawał. 

-  Niech  agenci  z  FBI  to  ocenią  -  rzekł  Joe.  -  Przekażę  im  list  i 

zobaczymy,  co  powiedzą.  A  jeśli  chodzi  o  kawał,  to  nie  rozumiem, 

dlaczego  ktoś  miałby  się  bawić  naszym  kosztem.  Raczej  wygląda  to 

tak, jakby nadawca próbował nas pocieszyć. Uspokoić. 

- Wierz sobie, w co chcesz. - Meredith wzruszyła ramionami. - W 

każdym razie mnie to nie przekonuje. 

Poderwawszy  się  od  stołu,  energicznym  krokiem  opuściła 

jadalnię.  Chciała  pobyć  sama,  z  dala  od  wścibskich  oczu,  aby 

swobodnie dać upust wściekłości. Na farmie nie było takiego miejsca; 

miała  wrażenie,  że  wszyscy  ją  tu  ciągle  obserwują,  uważnie  śledzą 

każde  jej  posunięcie.  Wsiadła  do  samochodu.  Gdy  odjechała  kilka 

kilometrów,  zatrzymała  się  przy  budce  telefonicznej na przydrożnym 

parkingu  i  z  pamięci  wykręciła  numer.  Usłyszawszy:  „Halo?",  nie 

przedstawiła się. 

-  Ona  żyje,  ma  się  dobrze  i  prawdopodobnie  przebywa  w 

Kolorado - oznajmiła. 

Odpowiedziała jej cisza. 

background image

-  Pani  Colton?  To  pani?  -  spytał  po  chwili  Silas  Pike,  który 

usiłował dopasować głos do twarzy. 

Kobieta  znana  powszechnie  jako  Meredith  Colton  nie  raczyła 

potwierdzić. 

-  Wynajęłam  cię,  żebyś  raz  na  zawsze  pozbył  się  tej  kretynki. 

Oczekuję, że wykonasz to zadanie. 

-  Proszę  mi  tylko  powiedzieć,  gdzie  ona  teraz  jest,  a  z 

przyjemnością spełnię pani życzenie. 

-  Bałwan!  Nie  znam  jej  adresu.  Wiem  tylko,  że  nadszedł  dziś 

anonimowy  list  z  Kolorado  z  wiadomością,  że  Emily  ma  się  dobrze. 

Nie chcę, żeby miała się dobrze! Chcę, żeby przestała oddychać. Czy 

wyrażam się dostatecznie jasno? 

-  Kolorado  to  nie  wioska.  Jak  mam  odnaleźć  dziewczynę,  skoro 

nie wiem, gdzie jej szukać? 

-  To  twój  problem,  nie  mój.  Zrób,  co  do  ciebie  należy,  i  tym 

razem nie schrzań roboty. 

 

-  Od  pewnego  czasu  czułam  się  bardzo  przygnębiona,  ale  nagle 

wczoraj przyśnił mi się cudowny sen.  

W  tym  czasie,  gdy  w  Kalifornii  Joe  Colton  udał  się  do  FBI,  by 

pokazać komuś kompetentnemu anonimowy list z informacją na temat 

swojej  córki,  na  drugim  krańcu  Stanów,  w  Missisipi,  Louise  Smith 

spotkała  się  ze  swoją  przyjaciółką,  a  zarazem  psychoterapeutką, 

doktor Marthą Wilkes. 

- Opowiedz mi o nim - poprosiła lekarka. 

background image

- Znajdowałam się w pięknym ogrodzie. Rosły tam barwne kwiaty 

i  wysokie  drzewa,  w  większości  palmy.  Przypominało  to  tropikalny 

raj.  Był  tam  również  mężczyzna,  szatyn.  Nie  wiem,  kto,  bo  nie 

widziałam jego twarzy.  W pewnym  momencie objął mnie. Trwało to 

dosłownie chwilę, ale przyniosło mi dziwne ukojenie. Kiedy dziś rano 

się  obudziłam,  ulotnił  się  mój  ponury  nastrój.  Poczułam  się  znacznie 

silniejsza i teraz wiem, że dam radę, mimo że to jest takie trudne. 

- Trudne? Masz na myśli terapię? 

-  Tak.  -  Trudna  była  zarówno  terapia,  jak  i  świadomość,  że  ona, 

Louise  Smith,  w  rzeczywistości  nazywa  się  Patsy  Portman.  -  Ale  nie 

tylko  terapię.  Również  fakt,  że  zabiłam  człowieka,  chociaż  tego  nie 

pamiętam. To, że jestem kryminalistką. Że siedziałam w więzieniu. 

- To musi być bardzo nieprzyjemne, kiedy człowiek dowiaduje się 

o  sobie  rzeczy  niemiłych,  w  dodatku  takich,  których  w  ogóle  nie 

pamięta.  Ale  to  wszystko  działo  się  dawno  temu.  Nie  ma  teraz 

najmniejszego znaczenia. 

-  A  jednak...  Gdybyśmy  nie  dotarły  do  moich  dokumentów 

więziennych,  w  których  widnieje  informacja,  że  mam  siostrę,  nie 

wiedziałabym o jej istnieniu. 

-  Wiesz,  Louise,  od  czasu naszej  ostatniej  rozmowy  sporo  o  tym 

myślałam.  Może  warto  ją  odszukać?  Dobrze  by  było,  gdybyście  się 

spotkały. 

Louise zawahała się. 

- Też o tym myślałam - przyznała po chwili. - Ale chyba wolę się 

jeszcze wstrzymać. 

background image

- Dlaczego? 

-  Wciąż  usiłuję  poznać  samą  siebie.  Informacja,  że  zabiłam 

człowieka,  wiele  zmienia.  Może  moja  siostra  nie  chce  mieć  nic 

wspólnego z morderczynią? Może nie mam prawa się jej narzucać? 

- Odsiedziałaś wyrok. 

- Nie szkodzi. Dopóki sama nie dowiem się, kim jestem, nie chcę 

spotykać się z siostrą, której nie pamiętam. Z siostrą, z którą od dawna 

nic  mnie  nie  łączy.  Nie  ma  żadnych  adnotacji,  że  kiedykolwiek 

odwiedziła mnie w więzieniu, w moich rzeczach nie było ani jednego 

listu  od  niej,  nie  próbowała  się  ze  mną  skontaktować,  odkąd 

przebywam  na  wolności.  Może  kiedy  odzyskam  pamięć  i  w  pełni 

wrócę do zdrowia... może wtedy postaram się ją odnaleźć. 

-  Innymi  słowy,  twoja  odmowa  zobaczenia  się  z  siostrą  stanowi 

pewną formę pokuty, tak? 

Przez chwilę Louise zastanawiała się nad pytaniem przyjaciółki. 

- Bo ja wiem? Może to wcale nie jest pokuta? Może to bodziec do 

dalszej wytężonej pracy nad sobą? Żeby siostra była ze mnie dumna, 

kiedy wreszcie się odnajdziemy. 

-  Tak  wygląda  twoje  życie,  Lucy  -  powiedziała  sama  do  siebie, 

otwierając  drzwi  zamrażarki.  -  Jest  sobota  wieczór,  a  ciebie  czeka 

podgrzewana kolacja i sterta starych filmów z wypożyczalni. 

 

Maks  spędzał  noc  u  jednego  z  nowych  kolegów  z  przedszkola, 

toteż  była  w  domu  zupełnie  sama.  Rzadko  się  jej  to  zdarzało.  Mimo 

nuty frustracji, jaka pobrzmiewała w jej głosie, w sumie całkiem się z 

background image

tego  cieszyła.  Kilka  godzin  słodkiego  nieróbstwa,  oglądanie  filmów, 

które  Maksa  by  potwornie  nudziły,  zajmowanie  się  sobą,  a  nie 

dzieckiem... hm, kusząca perspektywa.  

Gdyby tylko nie wracała myślami do Randa, nie zastanawiała się, 

co - i z kim - on porabia. 

- No dobrze, niech będzie kurczak z warzywami - rzekła, usiłując 

skupić się na kolacji. 

Wyjęła  pojemnik  z  zamrażarki  i  zdecydowanym  ruchem  pchnęła 

drzwi, jakby liczyła na to, że huk przepłoszy jej natrętne myśli. A sio! 

Zawahała się. W porządku. Wstawi kurczaka do piecyka; czekając, aż 

się  rozmrozi,  zrobi  sobie  pachnącą  kąpiel  z  pianą,  wetrze  we  włosy 

odżywkę,  nałoży  na  twarz  maseczkę  błotną.  Następnie  wyciągnie  się 

wygodnie przed telewizorem. Spałaszuje kurczaka, a potem poleci do 

kuchni  po  deser  -  specjalnie  kupiła  kawowo-karmelowe  lody  z 

kawałkami  czekolady.  Palce  lizać.  Tak,  zabiegi kosmetyczne,  pyszne 

jedzeniem,  stare  filmy,  słodkie  lenistwo.  Po  pracowitym  tygodniu 

należy się jej odpoczynek. 

Zdejmowała pokrywkę z pojemnika, kiedy rozległ się dzwonek do 

drzwi.  Nikogo  się  nie  spodziewała.  Nie  zapowiedziani  goście  raczej 

nie  wchodzili  w  rachubę;  prawie  nikogo  nie  znała  w  Waszyngtonie. 

Mała szansa, aby w sobotni wieczór chodzili po domach akwizytorzy. 

Nie  mogła  to  być  Sadie  -  mężczyzna,  którego  poznała  przed 

tygodniem  na  jakiejś  imprezie  charytatywnej,  zaprosił  ją  dziś  na 

kolację. 

background image

Zbliżywszy  się  do  drzwi,  Lucy  przytknęła  oko  do  judasza. 

Wystarczył  ułamek  sekundy  -  i  serce  zaczęło  jej  bić  szybciej.  Na 

zewnątrz  stał  Rand.  Był  niezwykle  elegancko  ubrany.  Za  nim,  przy 

krawężniku,  czekała  limuzyna.  Lucy  popatrzyła  na  swoje 

powypychane spodnie od dresu, przygładziła uczesane w koński ogon 

włosy  i  po  chwili  uznała,  że  nie  otworzy  drzwi;  nie  chciała  się 

pokazywać w takim stanie. Ale dreszczyk emocji, jaki przebiegł jej po 

krzyżu,  sprawił,  że  zmieniła  decyzję.  Zresztą  ciekawość  okazała  się 

silniejsza od próżności. 

Po drugim dzwonku odsunęła zasuwę. 

- Wiedziałem, że cię zastanę - oznajmił Rand. 

-  Byłam  właśnie  w  kuchni  -  rzekła,  jakby  chciała  wyjaśnić, 

dlaczego otwiera drzwi dopiero po drugim dzwonku. 

W  rzeczywistości  wyglądał  znacznie  lepiej,  niż  oglądany  przez 

judasza.  Miał  na  sobie  doskonale  skrojony  czarny  garnitur, 

olśniewająco  białą  jedwabną  koszulę  oraz  żółty  krawat  idealnie 

harmonizujący  z  chusteczką,  której  rożek  wystawał  z  kieszeni  na 

piersi. Był ogolony, pachnący i bardzo przystojny. 

-  Zaprosisz  mnie  do  środka  czy  mam  stać  na  zewnątrz?  -  spytał, 

unosząc w prowokacyjnym uśmiechu kącik warg. 

Przyłapana  na  tym,  jak  się  w  niego  wpatruje,  Lucy  zarumieniła 

się. 

- Oczywiście. Przepraszam. Po prostu zaskoczyłeś mnie. 

-  I o to chodziło. - Wszedł pewnym siebie krokiem, jakby to ona 

była  gościem,  a  on  właścicielem  domu.  -  Z  początku  zamierzałem 

background image

porwać gdzieś na kolację i ciebie, i Maksa, żeby wynagrodzić wam te 

wieczory,  kiedy  siedziałaś  do  późna  w  biurze.  Ale  zadzwoniłem  do 

Sadie,  żeby  spytać,  czy  nie  macie  własnych  planów,  i  dowiedziałem 

się, że Maks nocuje u kolegi. W tej sytuacji porywam tylko ciebie. 

Lucy  oparła  się  plecami  o  zamknięte  drzwi.  Starała  się  nie 

wybałuszać oczu, nie dyszeć z pożądania. 

-  Porywasz  mnie?  -  powtórzyła,  lekko  oszołomiona,  nie  bardzo 

rozumiejąc, co Rand mówi. 

-  Tak.  Dam  ci  godzinę  na  przygotowanie  się,  a  potem  zabieram 

cię na kolację do „Aux Beaux Champs" - oznajmił, nazwę restauracji 

wybawiając z bezbłędnym francuskim akcentem. 

Lucy  zbyt  krótko  mieszkała  w  Waszyngtonie,  aby  znać  wiele 

tutejszych  lokali,  ale  o  wytwornej,  czterogwiazdkowej  restauracji 

mieszczącej się w hotelu Four Seasons oczywiście słyszała. 

- Nie wiem, czy zasłużyłam na tak wspaniałą nagrodę - rzekła. 

Było  to  bowiem  miejsce,  do  którego  mężczyzna  zapraszał 

partnerkę, aby się jej oświadczyć lub uczcić jakąś wyjątkową okazję: 

awans, urodziny, rocznicę poznania się albo ślubu. 

-  Zasłużyłaś.  Cały  tydzień  harowałaś  od  rana  do  nocy.  A  ja,  po 

dokładnym 

przestudiowaniu 

materiałów 

dotyczących 

sprawy 

Turnenbillów,  doszedłem  do  wniosku,  że  jeśli  wygram  w  sądzie,  co 

wydaje  mi  się  niemal  pewne,  w  znacznej  mierze  będzie  to  twoja 

zasługa. Więc absolutnie należy ci się nagroda. - Na moment zamilkł. 

- To co? Dasz się zaprosić? 

background image

Czy  mogłaby  odrzucić  ofertę  spędzenia  sobotniego  wieczoru  w 

najlepszej  restauracji  w  mieście,  w  dodatku  w  towarzystwie 

mężczyzny, który pobudzał jej wyobraźnię i zmysły jak żaden dotąd? 

Zanim  jednak  zdołała  otworzyć  usta  i  przyjąć  zaproszenie,  Rand 

podniósł rękę, nie dopuszczając jej do słowa. 

-  Wiem,  co  mi  odpowiesz.  Że  jesteś  tylko  moją  sekretarką,  a 

sekretarce  nie  wypada  chodzić  ze  swoim  szefem  do  restauracji.  Ale 

błagam  cię,  choć  na  ten  jeden  wieczór  zapomnij  o  swoich 

niezłomnych  zasadach.  Zapomnij,  że  dla  mnie  pracujesz.  Bądźmy 

dwojgiem  ludzi,  którym  należy  się  odpoczynek,  którzy  lubią  się 

nawzajem i mają ochotę wybrać się razem na kolacyjkę.  

Na kolacyjkę, która będzie kosztowała tyle, ile normalny człowiek 

płaci  miesięcznie  za  czynsz,  pomyślała  Lucy.  Ale  czy  mogła  się  nie 

zgodzić?  Zwłaszcza  że  proponował  coś,  o  czym  sama  marzyła? 

Dlaczego  miałaby  nie  zastosować  się  do  jego  rady  i  na  ten  jeden 

wieczór  zapomnieć  o  łączących  ich  relacjach  służbowych?  Chyba 

jedna kolacja nie zburzy jej  wewnętrznego  ładu, nie sprowadzi jej na 

złą  drogę,  nie  zniszczy  jej  zasad  moralnych?  Chyba  nie.  Choć 

potencjalnie  mogłaby.  Po  prostu,  uznała  Lucy,  muszę  się  mieć  na 

baczności, i to wszystko. 

- No dobra - zgodziła się w końcu. 

-  No  dobra  -  powtórzył  za  nią  Rand  i  odetchnął  z  ulgą,  jakby 

spodziewał  się  większego  oporu.  -  To  leć  się  szykować,  a  ja  w  tym 

czasie pooglądam sobie telewizję. 

- Napijesz się czegoś? 

background image

-  Nie,  dziękuję.  W  limuzynie  chłodzi  się  szampan.  Poczekam  i 

razem się napijemy. 

Może  spodziewał  się  większego  oporu,  ale  na  porażkę  się  nie 

nastawiał. Lucy wskazała Randowi duży, wygodny fotel, wręczyła mu 

pilota  do  telewizora,  po  czym  udała  się  pośpiesznie  do  kuchni,  żeby 

schować  kurczaka  z  powrotem  do  zamrażarki.  Następnie  wbiegła  na 

górę do sypialni. 

Zastanawiała  się,  czy  mądrze  postępuje.  I  doszła  do  wniosku,  że 

nie.  Ale  zupełnie  się  tym  nie  przejmowała.  Była  podekscytowana, 

szczęśliwa,  że  Rand  nie  spędza  wieczoru  z  jakąś  długonogą 

pięknością. Że  woli jej,  Lucy, towarzystwo. Po prostu bądź ostrożna, 

powiedziała sama do siebie. Miej się na baczności. 

Pośpiesznie  wydobyła  z  szafy  swą  najlepszą  czarną  suknię, 

ściągnęła osłaniającą ją przezroczystą folię i czym prędzej skierowała 

się  do  łazienki.  Sukienka  niedawno  wróciła  z  pralni,  ale  w  jednym 

miejscu  materiał  był  lekko  pomięty.  Lucy  miała  nadzieję,  że  pod 

wpływem pary fałda się rozprostuje i zniknie. 

Z  najwyższej  półki,  gdzie  Maks  nie mógł  sięgnąć,  zdjęła  butelkę 

drogiego  żelu  i  szamponu  do  włosów.  Zazwyczaj  brała  kąpiel;  dziś 

wskoczyła  pod  prysznic.  Musi  się  spieszyć,  jeśli  chce  zdążyć  w 

godzinę. Wytarłszy się do sucha, użyła dezodorantu, wyperfumowała 

się,  następnie  wysuszyła  włosy.  Potem  makijaż:  odrobina  koloru  na 

policzkach, trochę tuszu na rzęsach, lekko rdzawy cień na powiekach.  

Potem włożyła odziedziczone po niedawno zmarłej babce perłowe 

kolczyki. Chociaż nie było ich widać spod rozpuszczonych włosów, to 

background image

jednak  lubiła  je  nosić.  Z  kolczykami  w  uszach  czuła  się  bardziej 

wytwornie  i  elegancko.  I  o  to  chodziło,  nie  może  przecież  odstawać 

od  Randa.  Właśnie  po  to,  żeby  wyglądać  równie  atrakcyjnie  jak  on, 

wyciągnęła  z  szuflady  koronkowy  stanik,  maleńkie  figi  i  cieniutkie 

rajstopy,  w  których  nogi  prezentowały  się  jak  po  wakacjach  w  San 

Tropez.  

Na  końcu  włożyła  sięgającą  do  kolan  sukienkę  bez  rękawów,  z 

dekoltem  w  serek.  Uszyta  z  cienkiego  czarnego  dżerseju,  opinała  ją 

jak  druga  skóra,  niewiele  pozostawiając  wyobraźni.  Jeszcze  buty  - 

czarne pantofelki na wysokim obcasie. I dopełnienie stroju - szminka 

w  kolorze  śliwki,  zbyt  ciemna  na  dzień,  lecz  idealna  na  eleganckie 

wieczorne wyjście. 

-  Bardzo  ładnie  -  powiedział  z  uznaniem  Rand,  oglądając  się 

przez ramię. 

Minęło  równo  pięćdziesiąt  pięć  minut,  odkąd  Lucy  udała  się  na 

górę.  Zgasiwszy  telewizor,  wstał  z  fotela  i  zmierzył  ją  uważnie 

wzrokiem. Od stóp do głów. I to dwukrotnie. 

- Bardzo ładnie - powtórzył. 

Skinieniem głowy Lucy podziękowała za komplement. 

- Wspomniałeś coś o zimnym szampanie...? 

- Tak, czeka w samochodzie. 

Podał jej płaszcz. Wsunęła ręce w rękawy. Myślała, że teraz Rand 

się cofnie, ale on wciąż stał tuż za nią. Nagle pochylił się; była pewna, 

że zamierza pocałować ją w ucho. Ale nie; jedynie wciągnął głęboko 

powietrze. 

background image

- Pachniesz fantastycznie - powiedział. 

- Ty też - rzekła, wdychając znajomy zapach jego wody. 

Nad jej uchem rozległ się niski, zmysłowy śmiech Randa. 

- W takim razie ruszajmy na podbój świata. 

Nie  miała  ochoty  podbijać  świata.  Chociaż  wieczór  zapowiadał 

się  interesująco,  to jednak  bliskość  Randa,  jego  głos,  dotyk,  zapach  i 

wdzięk  sprawiły,  że  wolałaby  zostać  w  domu.  Tylko  ona  i  on.  We 

dwoje... 

Uważaj, ostrzegł ją wewnętrzny głos. 

-  Tak,  ruszajmy  -  powiedziała  po  chwili,  starając  się  stłumić 

niepożądane emocje. 

Rand cofnął się. Nacisnąwszy klamkę, przepuścił Lucy przodem. 

Frank  czekał  w  samochodzie.  Na  widok  wychodzącej  z  domu 

elegancko  ubranej  pary  wysiadł  pośpiesznie,  żeby  otworzyć  tylne 

drzwi.  Lucy  zamieniła  z  nim  kilka  słów,  po  czym  wsunęła  się  na 

siedzenie. Rand usiadł obok niej. 

- A gdzie poprzedni samochód? - spytała Lucy, podziwiając szare 

skórzane  obicia,  przyciemnioną  szybę  dzielącą  pasażerów  od 

kierowcy  oraz  barek,  gdzie  w  kryształowym  kubełku  chłodziła  się 

butelka szampana. 

-  Firma,  z  której  usług  korzystam,  ma  mniejsze  samochody  do 

codziennego  użytku  oraz  limuzyny  na  specjalne  okazje.  Ode  mnie 

zależy, czym wolę jeździć. Uznałem, że dziś jest wyjątkowy wieczór, 

więc zamówiłem limuzynę. 

background image

Nalał szampana do kieliszków, jeden podał Lucy, drugi zatrzymał 

dla siebie. 

- Nie bałbyś się zaprosić Maksa do takiego wnętrza? - spytała ze 

śmiechem.  -  I  siedzieć  z  nim  przy  jednym  stoliku  w  „Aux  Beaux 

Champs"? 

- Myślę, że potrafiłby się zachować. 

- Nie byłabym tego taka pewna. 

-  Wierzę,  że  tkwi  w  nim  mały  dżentelmen,  tylko  nie  miał  okazji 

się jeszcze ujawnić. 

- Może. Cóż, pomysł ci się chwali, ale prawdę rzekłszy, miło dla 

odmiany spędzić wieczór z kimś dorosłym. 

-  Tak?  Więc  cieszę  się,  że  akurat  tak  wyszło.  A  te  wszystkie 

ciekawostki, które czytałem na temat dinozaurów, zachowam na inny 

raz. 

Lucy otworzyła szeroko oczy. 

-  Co?  Zbierałeś  informacje  o  dinozaurach,  żeby  mieć  o  czym 

rozmawiać z Maksem? 

Rand otworzył schowek mieszczący  się pod barkiem i wyciągnął 

bogato ilustrowaną książkę. 

-  Przyszło  mi  do  głowy,  że  w  najgorszym  razie,  gdyby  się  mały 

potwornie nudził, mógłby obejrzeć obrazki. Są naprawdę świetne. 

Jeżeli  szukał  drogi  do  jej  serca,  to  ją  znalazł;  Lucy  była 

wzruszona, że zadał sobie tyle trudu dla Maksa. 

- Jesteś niesamowity, Rand - wyszeptała. 

background image

Nie  odpowiedział.  Odłożył  książkę  na  miejsce  i  zatrzasnął 

schowek. 

-  No  dobrze,  skończyliśmy  z  dinozaurami...  Chyba  że  chcesz, 

abym w ramach uwodzenia cię przytoczył ci wymiary triceratopsa? 

- Uwodzisz mnie? 

Chłopięcy uśmiech rozjaśnił mu twarz. 

- Dyskretnie. Tak, abyś się nie zorientowała, że to robię. 

Dojechali  na  miejsce.  Portier  podszedł  do  samochodu  i  otworzył 

im  drzwi,  zanim  Frank  zdążył  się  ruszyć  Rand  wysiadł  pierwszy  i 

podał Lucy rękę. Przyjęła ją, jakby to była najbardziej naturalna rzecz 

na świecie. Rand już nie puścił jej dłoni - ku radości Lucy. Wiedziała, 

że nie powinna się tak cieszyć, ale nic na to nie mogła poradzić. Jakie 

to  przyjemne  uczucie,  pomyślała  -  móc  wejść  do  eleganckiej 

restauracji  z  przystojnym  mężczyzną,  który  swoją  postawą  zdaje  się 

mówić wszystkim: ona jest moja. 

Kierownik  sali  powitał  Randa  z  nazwiska  i  zaprowadził  ich  do 

najlepszego  stolika,  na  którym  czekała  w  kubełku  następna  butelka 

szampana. Ledwo usiedli, jeden kelner wyjął z lodu butelkę i napełnił 

kieliszki  złocistym  płynem,  drugi  zaś  przyniósł  tacę  pełną  malutkich 

kanapek, z których część była z krabem, a część z kawiorem. 

Tak zaczął się ich wieczór we dwoje. Na stole zmieniały się dania 

-  zupa,  sałatka,  soczysty  befsztyk,  wykwintny  tort  czekoladowy  -  a 

Rand snuł opowieść, która kogoś innego może mogłaby  znużyć, lecz 

nie  Lucy;  Lucy  słuchała  z  zapartym  tchem.  Opowiadał  o  swoich 

studiach  prawniczych,  o  stażu,  jaki  odbył  pod  okiem  sędziego  Sądu 

background image

Najwyższego, 

początkach 

swojej 

kariery, 

najbardziej 

interesujących sprawach, jakie prowadził. 

Lucy nie była biernym słuchaczem; zadawała inteligentne pytania, 

a  w  dwóch  sprawach,  jakie  przegrał,  przedstawiła  inną  linię  obrony, 

znacznie  lepszą  od  tej,  którą  on  zastosował.  Zanim  się  spostrzegła, 

minęła  jedenasta  i  Rand  spytał,  czy  nie  miałaby  ochoty  potańczyć  w 

klubie, o którym słyszał same pochwały. Zgodziła się bez wahania. 

Kilka  minut  później  weszli  do  ogromnej  sali  balowej. 

Kilkuosobowa 

orkiestra 

grała 

utwory 

popularne 

latach 

czterdziestych  i  pięćdziesiątych.  Po  rozmowie,  jaką  toczyli  w  „Aux 

Beaux  Champs",  Lucy  z  przyjemnością  zmieniła  rytm.  Wtuliła  się  w 

ramiona  Randa  i  prowadzona  przez  niego  krążyła  po  parkiecie. 

Uważała,  że  w  tańcu,  tak  jak  i  we  wszystkim,  Rand  nie  ma  sobie 

równych. 

Prawie  nie  rozmawiali;  wsłuchani  w  muzykę  pozwalali,  aby  to 

ona kierowała ich ruchami. Tańczyli do późnych godzin nocnych, tak 

długo,  póki  grała  orkiestra.  Lucy,  która  zwykle  o  północy  już  dawno 

spała,  zaskoczyła  samą  siebie;  uznała,  że  jest  jeszcze  wcześnie  i 

szkoda  kończyć  wieczór.  Głównie  chodziło  o  to,  że  nie  chciała  się 

rozstawać  z  Randem.  Kiedy  więc  limuzyna  zajechała  przed  jej  dom, 

zaprosiła Randa na górę na kieliszek wina. 

Chętnie  przyjął  zaproszenie,  ale  co  do  wina,  to  miał  inną 

propozycję: czy nie lepiej pozostać przy szampanie? Mogliby  wnieść 

do  środka butelkę  i  kieliszki  z  barku  w  limuzynie.  Po  przyćmionymi 

świetle  w  restauracji  i  romantycznym  półmroku  panującym  w  sali 

background image

balowej, ostry, jaskrawy blask za bardzo raziłby w oczy. Powiesiwszy 

płaszcze  na  poręczy  schodów,  Lucy  weszła  do  salonu  i  zapaliła 

niedużą  lampkę  na  stoliku  pod  ścianą.  Wnętrze  wypełnił  ciepły, 

pomarańczowy blask. 

Rand  nalał  im  obojgu  szampana.  Podał  Lucy  kieliszek,  ale  nim 

zdążyła zamoczyć usta, wziął ją w ramiona, przytulił do siebie, tak jak 

tulił  na  parkiecie,  i  zaczął  się  kołysać,  jakby  wkoło  wciąż 

rozbrzmiewała muzyka. 

- To był cudowny, niezapomniany wieczór. 

-  Mówisz  tak,  jakbyś  prawie  nigdy  nie  wychodził  z  domu  - 

stwierdziła ze śmiechem Lucy. - A w to nie wierzę. 

-  Wychodzić  wychodzę,  ale  takie  wieczory  jak  dzisiejszy  nie 

zdarzają się często. 

- A czym się dzisiejszy różni od pozostałych? 

-  Wszystkim.  Rzadko  mam  okazję  jeść  tak  wyborną  kolację,  pić 

tak  świetnego  szampana,  prowadzić  tak  pasjonującą  rozmowę  i 

tańczyć  z  kobietą,  w  którą  mógłbym  wpatrywać  się  w 

nieskończoność. 

-  Całkiem  nieźle.  To  twój  wypróbowany  sposób  na  poderwanie 

partnerki? - spytała żartobliwym tonem. 

Zmarszczywszy czoło, pogroził jej palcem. 

- Nie mam żadnych wypróbowanych sposobów - oznajmił. - Poza 

tym to, co powiedziałem, jest szczerą prawdą. Przysięgam na Boga. 

- Hm, skoro złożyłeś przysięgę... 

background image

-  No  właśnie.  Skoro  złożyłem  przysięgę,  możesz  mnie  pytać  o 

cokolwiek. 

- Dobrze. Czy jesteś pijany? 

Wybuchnął  tym  swoim  niskim  zmysłowym  śmiechem,  który 

zawsze przyprawiał ją o dreszcz. 

-  Nie,  nie  jestem  pijany.  -  Odstawił  kieliszek  na  półkę  nad 

kominkiem.  -  Lecz  abyś  nie  myślała,  że  działam  pod  wpływem 

alkoholu, nie wypiję ani kropli więcej. 

Lucy  również  odstawiła  kieliszek  na  bok  -  nie  tylko  dlatego,  że 

nie miała ochoty na więcej alkoholu; głównie dlatego, że chciała mieć 

wolne ręce, aby w tańcu oprzeć je na ramionach Randa. 

- W porządku, nie jesteś pijany. Jesteś tylko lekko wstawiony. 

- Może. - Roześmiał się. - Faktycznie kręci mi się w głowie. 

- A widzisz? 

- Ale nie z powodu szampana. 

- Przysięgłeś mówić prawdę - przypomniała mu. 

- Pamiętam. Prawdę i tylko prawdę. A więc kręci mi się w głowie 

przez ciebie. 

- Przeze mnie? A co ja takiego zrobiłam? 

-  Niby  nic.  Ale  wystarczy,  że  idziesz,  kołysząc  biodrami.  Że 

wlepiasz  we  mnie  te  swoje  wielkie  niebieskie  ślepia.  Że  pobudzasz 

mnie intelektualnie. Że uśmiechasz się, że marszczysz zabawnie brwi, 

kiedy próbujesz się skupić. Po prostu wystarczy, że jesteś. 

- Że jestem? I co się wtedy dzieje? 

background image

- Moje serce bije przyśpieszonym rytmem. Krew mocniej pulsuje 

mi  w  żyłach.  Wszystkie  zmysły  mam  wyostrzone;  jestem  świadom 

każdego1 dotyku, każdego zapachu. Podejrzewam, że codziennie rano 

wlewasz mi do kawy parę kropli magicznego afrodyzjaku. 

-  No  tak,  odkryłeś  moją  tajemnicę!  -  oznajmiła  ze  śmiechem, 

starając się ukryć, że on wywołuje w niej identyczną reakcję. 

Ich  spojrzenia  się  zetknęły.  Twarz  Randa  przybrała  poważny 

wyraz. 

- Co ty ze mną wyprawiasz, Lucy? - spytał cicho. 

- To samo, co ty ze mną - odparła szeptem. 

- Tobie też się kręci w głowie? 

- Okropnie. 

- Odkąd cię poznałem, myślę o tobie bez przerwy. 

- Ja o tobie również. 

- Może powinniśmy coś z tym fantem zrobić - szepnął jej do ucha. 

Oddech miał parzący. 

- Na przykład co? - spytała. 

W  odpowiedzi  posłał  jej  uśmiech,  który  zdawał  się  mówić: 

spróbuj  mi  zaufać.  Ja  także  się  boję.  Na  pewno  nie  wyrządzę  ci 

krzywdy.  Pocałował  jej  ramię,  wgłębienie  przy  obojczyku,  szyję. 

Powoli zbliżał się do jej ust.  

Nie  sprzeciwiła  się.  Najpierw  przechyliła  na  bok  głowę, 

rozkoszując  się  lekkimi  muśnięciami  jego  warg,  potem  nadstawiła 

usta.  Przytuleni,  złączeni  pocałunkiem,  tańczyli  do  muzyki,  która 

rozbrzmiewała jedynie w ich myślach. 

background image

Wiedziała,  do  czego  zmierza  ten  taniec.  Dziś  zupełnie  nie 

przejmowała się tym, że Rand może sprawić jej ból, nie zastanawiała 

się  nad  ich  odmiennymi  celami  w  życiu.  Dziś  byli  kobietą  i 

mężczyzną, którzy bardzo siebie pragną. I tylko to się liczyło. 

-  Obiecałam  sobie,  że  będę  się  miała  na  baczności  -  wyznała 

między pocałunkami. 

- Czy to znaczy, że mam cię zostawić i wyjść, czy że mi zaufasz? 

- spytał skubiąc wargami jej ucho. 

Och,  nie!  Wcale  nie  chciała,  żeby  wychodził.  I  powiedziała  to 

wprost. 

- Więc mi zaufaj - szepnął. 

W  tym  momencie  instynkt  wziął  górę  nad  rozumem.  Złączeni 

pocałunkiem,  zaczęli  zrywać  z  siebie  ubranie.  Lucy  ściągnęła 

Randowi krawat, wyciągnęła mu ze spodni poły koszuli, on rozpiął jej 

sukienkę. Oboje zrzucili buty. Zadowolona, że Maks nocuje u kolegi, 

zamierzała  zaprowadzić  Randa  na  górę,  kiedy  nagle  coś  sobie 

uzmysłowiła. 

- Frank! - krzyknęła. 

-  Będąc  z  jednym  mężczyzną,  nigdy  nie  wołaj  go  imieniem 

drugiego. Naprawdę nie wypada - rzekł poważnie Rand. 

- Czeka na ciebie w samochodzie. 

- Zgadza się. - Popatrzył jej w oczy. - Mam go odesłać do domu? 

Dawał jej jeszcze jedną szansę, żeby się wycofać. Ale Lucy znów 

z niej nie skorzystała. Podjęła decyzję, której nie zamierzała zmieniać. 

- Tak - odparła zdyszana. - Odeślij. 

background image

Wziął ją za rękę i razem podeszli do telefonu stojącego na biurku 

w rogu pokoju. Rand wystukał numer. 

- Jesteś wolny, Frank - oznajmił po chwili, po czym się rozłączył. 

Pierwszy  krok  został  wykonany.  Lucy  gotowa  była  wykonać 

następny.  Bez  słowa  poprowadziła  Randa  schodami  do  swojej 

sypialni. Oczywiście nie musiała nic mówić. A gdy dotarli na górę, to 

nawet gdyby chciała cokolwiek powiedzieć, nie byłaby w stanie. Rand 

bowiem zgarnął ją w ramiona i przywarł ustami do jej ust. 

Strach, obawy, wahania, niepewność - wszystko to zniknęło jak za 

dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki.  Ich  miejsce  zajęła  niczym  nie 

skrępowana  swoboda,  odwaga,  chęć  przeżycia  czegoś  wspaniałego, 

pożądanie.  Po  chwili  oboje  byli  nadzy.  Pokój  wypełniało  głośne 

dyszenie, jęki rozkoszy.  

Rand nie mógł dłużej wytrzymać. Wziął Lucy na ręce i przeniósł 

na  łóżko.  Sam  położył  się  obok.  Badał  jej  ciało  dłońmi,  językiem, 

zębami,  wzrokiem,  węchem,  a  ona  prężyła  się  rozpalona.  Nie 

pozostawała mu dłużna: pieściła go, pobudzała. Razem doprowadzali 

się do szaleństwa.  

Wreszcie  nastąpiła  kulminacja.  Mieli  wrażenie,  że  fruną  nad 

ziemią, że mkną po przestworzach na jakimś magicznym dywanie, że 

unoszą  się  wciąż  wyżej  i  wyżej,  a  potem  nagle  zamierają  bez  ruchu 

przez  jedną  cudowną,  trwającą  w  nieskończoność  chwilę.  Wolno 

opadali z powrotem na ziemię, zasapani, z trudem łapiąc oddech, lecz 

szczęśliwi. 

background image

Po kilku minutach - ale nie wiedziała, po ilu, bo całkiem straciła 

rachubę  czasu  -  Rand  podparł  się  na  łokciach  i  ponownie  przysunął 

usta do jej ust. Świat znów zawirował jej przed oczami, jednakże tym 

razem  pocałunek  zakończył  się,  zanim  doszło  do  czegokolwiek 

więcej. 

Rand  podniósł  głowę  i  uważnie  przyglądał  się  Lucy,  jakby  na 

zawsze chciał zapamiętać jej twarz. 

- Jak się czujesz? - zapytał. 

- Świetnie. Świetnie do kwadratu. 

Uśmiechnął się zadowolony. 

- To dobrze. Ja też. 

Wzdychając  głośno,  przewrócił  się  na  wznak  i  przyciągnął  Lucy 

do siebie. Położyła głowę na jego piersi. 

- Jesteś wyjątkowa - mruknął i po chwili zapadł w sen. 

- Ty także, mój miły - odparła szeptem. 

Czując, jak nachodzi ją senność, pomyślała ze smutkiem, że jutro 

wszystko  wróci  do  poprzedniego  stanu. Całkiem  świadomie na  jedną 

noc  postanowiła  ulec  swym  żądzom,  pozbyć  się  lęków  i  hamulców, 

cieszyć się bliskością Randa. 

Niestety,  ta  jedna  noc  wystarczyła,  aby  pękła  tama.  Lucy  zalały 

tęsknoty  i  pragnienia.  Tęsknota  za  miłością,  za  Randem,  za 

szczęściem, którego nie dane jej było dłużej z nim zaznać. 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Jak  zwykle,  Rand  obudził  się przed  świtem.  Ale  dzisiejszy  dzień 

różnił  się  od  innych.  Dziś  Rand  nie  leżał  sam  w  łóżku;  obok  leżała 

Lucy.  Czuł  się  jak  w  raju;  nie  miał  najmniejszej  ochoty  zrywać  się, 

pędzić  pod  prysznic,  szykować  się  do  wyjścia.  Dziś  jego  pragnienia 

skierowane  były  na  co  innego.  Ale  Lucy  spała  tak  smacznie,  że  nie 

miał serca jej przeszkadzać. 

Jednakże  nic  nie  stało  na  przeszkodzie,  aby  mógł  się  cieszyć  jej 

widokiem. W nocy oswobodziła się z jego objęć i przeturlała na drugi 

bok. Leżała teraz zwrócona do niego plecami, z głową wspartą na jego 

wyciągniętej ręce. Prześcieradło i pled, którymi się przykryła, zsunęły 

się,  odsłaniając  jej  delikatną  skórę,  szczupłe  ramiona  i  plecy  aż  po 

biodra. Korciło go, by się przytulić, lecz oparł się pokusie; nie chciał 

jej budzić. Zamiast tego podciągnął koc, żeby nie zmarzła. 

Popatrzył  na  burzę  rudych  loków  rozrzuconych  po  materacu. 

Woliną  ręką  zaczął  się  nimi  bawić;  gładził  je,  owijał  wokół  palców, 

starał się zapamiętać ich odcień, sprężystość, miękkość. 

Nie  był  pewien,  ile  czasu  leżał  bez  ruchu,  spoglądając  na  Lucy. 

Tak czy inaczej, było to zupełnie nie w jego stylu. Zawsze zrywał się 

po  przebudzeniu.  Nie  zdarzyło  mu  się  wylegiwać  ani  patrzeć  z 

ukontentowaniem,  jak  ktoś  śpi  obok.  Ale  dziś  sprawiało  mu  to 

niekłamaną  przyjemność.  Zadumał  się.  Tak,  sprawiało  mu 

przyjemność, ponieważ osobą, która spała obok, była Lucy. 

Powinien zabrać rękę spod jej głowy, wstać, cichutko podnieść z 

podłogi  ubranie i  wrócić do  siebie. Ale  nie  mógł  się  do  tego  zmusić. 

background image

Postaraj  się, nakazał  sobie  w  duchu. Jest  niedziela.  W  niedzielę  rano 

zawsze  dzwonił  na  farmę,  by  porozmawiać  z  rodziną.  Ciekawiło  go, 

czy  ojciec  dostał  anonimowy  list  w  sprawie  Emily.  Ciekawiła  go  też 

reakcja  matki  -  jeśli  kobieta  mieszkająca  na  farmie  faktycznie  nią 

jest... 

Ale  nawet  ciekawość  i  obowiązki  wobec  rodziny  nie  zdołały 

wygnać  go  z  łóżka.  Był  zbyt  szczęśliwy,  leżąc  bezczynnie  i 

rozmyślając  o  tym,  jak  zazwyczaj  wyglądają  niedzielne  poranki  w 

domu Lucy Lowry. Maks chyba wcześnie wstaje, a potem zagląda do 

pokoju  matki;  pewnie  też  ma  ochotę  ją  obudzić,  choć  oczywiście  z 

całkiem innych powodów niż Rand. 

Oczami  wyobraźni  Rand  widział,  jak  chłopiec  włazi  do 

matczynego łóżka, licząc na to, że uginający się materac wytrąci ją ze 

snu.  Albo  jak  bawi  się  dinozaurami  i  od  czasu  do  czasu  łypie  spod 

oka, sprawdzając, czy matka wciąż ma przymknięte powieki. Kiedy w 

końcu  dopinał  swego,  Lucy  nie  okazywała  zniecierpliwienia  czy 

złości. Tego Rand był pewien. Przypuszczalnie tuliła syna do piersi i 

mówiła mu ze śmiechem, że jest potworem, bo nie daje się jej wyspać. 

Następnie schodziła na dół i szykowała śniadanie, które jedli razem w 

kuchni. 

A jak by wyglądał niedzielny poranek, gdyby on, Rand, mieszkał 

z  Lucy?  Hm,  ponownie  puścił  wodze  fantazji.  Co by  było,  gdyby  po 

wspólnie spędzonej nocy leżał z Lucy w objęciach, a Maks wszedłby 

do  sypialni?  Czy  staraliby  się  wspólnie  dobudzić  Lucy?  Czy 

chichocząc  wesoło,  naradzaliby  się,  co  robić,  aż  w  końcu  Lucy 

background image

otworzyłaby te swoje piękne niebieskie oczy i obdarzyła ich słodkim 

jak  miód,  wielkim,  promiennym  uśmiechem?  Wtedy  on  z  Maksem 

zbiegliby pierwsi na dół i nakryli do stołu, aby w trójkę mogli spożyć 

niedzielne śniadanie. 

Rand ze zdumieniem odkrył, że podoba mu się ta wersja. Czyli... 

Czyli  wszystko  jest  jasne.  Lucy  zajmuje  szczególne  miejsce  w  jego 

sercu. Czy mógłby się z nią ożenić? Stworzyć z nią rodzinę? Mógłby. 

A  czy  chciałby?  Chyba  tak.  Jako  sekretarka  zatrudniła  się  u  niego 

tymczasowo, ale to nie znaczy, że nie mogłaby na zawsze pozostać w 

jego życiu. 

Zaczął się nad tym zastanawiać. Widział siebie w domu Lucy,  w 

jej  łóżku,  widział  siebie  baraszkującego  z  Maksem  w  niedzielne 

poranki, potem zasiadającego wspólnie z mamą i synem do śniadania. 

Ale co z resztą tygodnia? Od poniedziałku do soboty zwykle pracował 

do  późna,  a  po  powrocie  z  pracy  rozmyślał  o  klientach,  procesach 

sądowych, aktach i tym podobnych sprawach. Gdzie tu czas na dom i 

rodzinę? 

Dlatego starał się nie wiązać na stałe z żadną kobietą, a zwłaszcza 

z kobietą obarczoną potomstwem. Doskonale pamiętał, co czuł, kiedy 

ojciec przez jedną kadencję pełnił funkcję senatora i większość czasu 

przebywał  z  dala  od  domu.  Obiecał  sobie,  że  sam  nigdy  nie  narazi 

swoich dzieci na podobne cierpienie. I co? Czyżby zmienił zdanie? 

Nie.  Póki  od  rana  do  wieczora  przesiadywał  w  pracy,  nie  chciał 

się żenić. Uważał, że byłoby to niesprawiedliwe wobec rodziny. Nagle 

jednak doznał olśnienia: mógłby wprowadzić do swojego życia pewne 

background image

zmiany. Hm. Czy był na to gotów? Nękały go wątpliwości. A jeśli nie 

wprowadzi zmian... co wtedy? Wtedy straci Lucy. Ale kiedy tak leżał 

koło niej i patrzył na nią pożądliwym wzrokiem, wiedział, że za nic w 

świecie nie chce do tego dopuścić.  

Dopiero  dzisiejszego  ranka uzmysłowił  sobie,  czego  mu  brakuje. 

Że  dopóki  nie  poznał  Lucy,  wiódł  puste,  nijakie  życie,  które  nie 

sprawiało mu żadnej radości. Owszem, pracował równie ciężko jak na 

początku kariery, ale o ile na początku praca dawała mu satysfakcję, z 

czasem ta satysfakcja zaczęła maleć, aż całkiem zniknęła. 

I  raptem  któregoś  pięknego  dnia  w  jego  gabinecie  pojawiła  się 

ona  -  siostrzenica  Sadie  Meeks.  Z  miejsca  oczarowała  go  swym 

urokiem, inteligencją, poczuciem humoru, witalnością. Poczuł się jak 

nowo narodzony. Odżył. I zapragnął jej. 

Na myśl, że mógłby ją stracić, zrobiło mu się słabo. A zatem jaki 

ma wybór? Taki, że albo wszystko wraca do poprzedniego stanu, czyli 

on  dalej  ciężko  haruje  i  nie  znajdując  w  pracy  żadnej  przyjemności, 

dąży  do  sukcesów,  albo  decyduje  się  wprowadzić  zmianę  w  swoim 

życiu.  Zasadniczą  zmianę  polegającą  na  ograniczeniu  pracy  i 

założeniu rodziny. 

Czy  to  możliwe,  aby  ktoś  taki  jak  on,  pracoholik  skupiony 

wyłącznie na karierze, nagle po latach dojrzał do małżeństwa? Czyżby 

jednak  rodzina  stanowiła  klucz  do  szczęścia?  Po  namyśle  doszedł  do 

wniosku,  że  tak.  Ale  nie  rodzina  jako  taka.  Jemu  do  szczęścia 

potrzebna była rodzina, w której skład wchodziłaby  Lucy z Maksem. 

Dla takiej rodziny gotów był zmienić swój tryb życia. 

background image

Lucy z Maksem stali się dla niego kimś bardzo ważnym, znacznie 

ważniejszym  od  pracy,  pieniędzy,  sławy  czy  władzy.  Z  nimi  życie 

miało  sens,  bez  nich  wydawało  się  puste  i  jałowe.  Wolał  wspólne 

śniadania  i  porozrzucane  po  domu  zabawki  od  sterylnie  czystego 

mieszkania  i  sukcesów  zawodowych.  Zrozumiał,  że  musi  zrobić 

wszystko, aby przekonać o tym śpiącą obok kobietę. 

Nic dziwnego, pomyślał nagle, że ojciec gotów był zrezygnować 

z  senatu  i  kariery  politycznej,  aby  nie  mieszkać  z  dala  od  rodziny. 

Jako  dziecko  cieszył  się,  kiedy  Joe  wrócił  z  Waszyngtonu  do 

Kalifornii,  ale  przyjął  to  jako  rzecz  oczywistą.  Dopiero  później,  jako 

człowiek dorosły, zastanawiał się nad decyzją ojca: tak wiele przecież 

poświęcił,  swoje  plany,  ambicje,  lata  ciężkiej  pracy.  Ale  dziś 

wszystko  stało  się  dla  niego  jasne.  Mgła  opadła  mu  sprzed  oczu, 

wątpliwości zniknęły. Wiedział, czego pragnie i co naprawdę liczy się 

w życiu. Rodzina, Lucy, Maks. 

Słońce powoli  wschodziło.  Wciąż było  za  wcześnie, żeby budzić 

Lucy, ale nie mógł dłużej wytrzymać. Przed chwilą dokonał wielkiego 

odkrycia  i  koniecznie  chciał  się  nim  podzielić.  Chciał  zacząć 

wprowadzać zmiany, burzyć dotychczasowy ład i porządek. Uznał, że 

wstanie cichutko z łóżka i zejdzie do kuchni. Może dolatujący z dołu 

zapach  świeżo  parzonej  kawy  przeniknie  do  świadomości  Lucy? 

Uśmiechnął się lekko. Może spodoba się jej taka pobudka?  

Nigdy  dotąd  nie  budził  jej  rozchodzący  się  po  domu  zapach 

gorącej kawy, dlatego pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy, to że 

Maks zrobił coś, czego nie powinien robić. Druga myśl, jaka przyszła 

background image

jej  do  głowy,  to  że  może  z  niespodziewaną  wizytą  wpadła  Sadie. 

Dopiero  trzecia  myśl  dotyczyła  mężczyzny,  z  którym  spędziła 

wczorajszą noc. 

Leżąc z zamkniętymi oczami, Lucy rozciągnęła usta w uśmiechu. 

- Dzień dobry - rzekł cicho Rand, wchodząc do pokoju. 

- Chyba jest strasznie wcześnie - mruknęła sennie, nie otwierając 

oczu. 

- Jest strasznie wcześnie. 

-  To  co  robisz  na  nogach?  -  spytała  takim  tonem,  jakby 

rozmawiała z Maksem. 

- Obudziłem się i już nie mogłem zasnąć. 

Uniosła  powieki,  czując,  jak  Rand  siada  na  brzegu  łóżka.  Jaki 

miły  widok,  pomyślała,  patrząc  na  jego  rozczochrane  włosy,  ciemny 

zarost i umięśniony tors. Był w spodniach, ale bez koszuli. Wyglądał 

niesamowicie  seksownie;  miała  ochotę  wciągnąć  go  z  powrotem  pod 

kołdrę. 

- Jak się czujesz? - spytał. 

Zasłaniając prześcieradłem piersi, oparła się o wezgłowie. 

-  Dostając  kawę  do  łóżka?  Świetnie  -  odparła.  Wzięła  od  Randa 

filiżankę i wypiła łyk. - A ty? 

Postawiła filiżankę na szafce nocnej, by kawa nieco ostygła. 

-  Ja?  Doskonale.  -  Podobnie  jak  ona,  oparł  się  o  wezgłowie.  - 

Właśnie  dokonałem  wielkiego  odkrycia  i  chciałem  się  nim  z  tobą 

podzielić. 

background image

- Wielkiego odkrycia? - Uśmiechnęła się. - No to zamieniam się w 

słuch. 

Może nie powinna była tego słuchać, ani teraz, ani nigdy. Bo im 

dłużej  mówił,  tym  większą  odczuwała  trwogę.  A  kiedy  zaczął 

wyjaśniać,  że  dojrzał  do  założenia  rodziny  i  pragnie,  by  on,  ona  i 

Maks zamieszkali razem, wpadła w panikę. 

- Nie! - zawołała, zanim doszedł do końca. 

- Co nie? Przecież jeszcze o nic nie poprosiłem. 

- Błagam cię, zamilcz. Nie chcę tego słuchać. 

- Dlaczego? 

Była tak wzburzona, że nie mogła usiedzieć w miejscu. Odsunęła 

się  na  drugi  koniec  łóżka,  po  czym  wstała,  owijając  się 

prześcieradłem. 

- Sam nie wiesz, co mówisz - rzekła. 

Od Randa tchnęło spokojem. Zresztą miał w tym względzie spore 

doświadczenie:  nieraz  w  sądzie  musiał  zachowywać  zimną  krew,  nie 

okazywać zdenerwowania. 

- Zawsze wiem, co mówię. 

- Pociągam cię na zasadzie nowej zabawki... 

- Zabawki? A kim ty jesteś? Nadmuchiwaną lalką? 

-  Nie.  Samotną  matką.  Pamiętasz?  A  ty  takich  kobiet  unikasz. 

Nawet nie chcesz ich u siebie zatrudniać. 

- Lucy... 

-  Nie!  -  przerwała  mu,  zanim  mógł  cokolwiek  powiedzieć.  Nie 

chciała słuchać jego argumentów. - Sam mówiłeś, że pewnie nigdy nie 

background image

zostaniesz ojcem, bo nie zdołasz poświęcić dziecku tyle czasu i uwagi, 

na ile ono zasługuje. Prowadzisz kawalerski tryb życia, w którym nie 

ma miejsca na rodzinę, zwłaszcza na dzieci. Dużo pracujesz, osiągasz 

sukcesy  zawodowe.  Spójrz  na  swoje  mieszkanie,  na  swoje  ubrania, 

nawet 

samochód 

masz 

mały, 

dwuosobowy. 

Może 

jesteś 

zafascynowany  mną  i  Maksem,  ale  fascynacja  szybko  mija. 

Codzienność zaś jest o wiele bardziej prozaiczna. 

- Uważasz, że tak dobrze mnie znasz? 

-  Wiem,  że  mężczyzna,  który  nigdy  dotąd  nie  musiał  zdobywać 

się na żadne poświęcenia czy wyrzeczenia, nie będzie szczęśliwy, gdy 

z dnia na dzień zostanie obarczony rodziną. Rodzina to nie dekoracja; 

ma  swoje  prawa.  Mężczyzna  skupiony  na  pracy,  przyzwyczajony  do 

życia  w  pojedynkę,  długo  nie  wytrzyma  takiego  obciążenia.  Prędzej 

czy  później  zatęskni  za  dawnym  uporządkowanym  życiem;  będzie 

próbował uwolnić się, uciec od hałasu, zabawek. 

-  Chyba  nie  mówisz  o  mnie,  co?  Mówisz  o  profesorze  prawa,  z 

którym  zaszłaś  w  ciążę  i  który  wolał  cię  rzucić,  niż  zmienić 

przyzwyczajenia. 

- Pod wieloma względami jesteście do siebie podobni. 

- Ale w przeciwieństwie do niego, ja umiem się przystosować do 

nowych  warunków.  Odkąd  pracujemy  razem,  wprowadziłem  kilka 

zmian... 

-  Nieprawda.  Zostały  na  tobie  wymuszone,  a  ty  się  na  nie 

zgodziłeś, bo miałeś nóż na gardle. Ale nie krytykuję cię. Przychodząc 

do  ciebie  do  pracy,  wiedziałam,  na  co  się  decyduję.  Jednakże  co 

background image

innego  praca,  w  dodatku  tymczasowa,  a  co  innego  normalne  życie. 

Odkąd cię poznałam, stanowczo za mało czasu spędzam z synem. Nie 

chcę,  i  nie  będę  mamą,  która  prawie  nie  widuje  swojego  dziecka. 

Mam jasno wytyczony cel i jest nim wychowanie syna. Maks jest dla 

mnie  najważniejszy.  Nie  pozwolę,  aby  ktokolwiek  zepchnął  go  na 

dalszy plan. 

- Ale ja wcale nie mam takiego zamiaru! - oburzył się Rand. - Nie 

chcę cię zabierać Maksowi. Po prostu chcę się do was przyłączyć. 

- Po co? Żeby chłopiec się do ciebie przyzwyczaił, żeby wodził za 

tobą oczami, kochał cię jak ojca, a potem cierpiał, kiedy tobie znudzi 

się życie na łonie rodziny i zatęsknisz za dawnymi czasami, za pracą 

po nocach i karierą? 

- Poczekaj, za kogo ty mnie masz? Za jakąś primadonnę, która dla 

kaprysu  wkrada  się  w  twoje  łaski,  próbuje  odciągnąć  cię  od  syna,  a 

jednocześnie zaskarbić sobie jego względy i która odwróci się od was, 

jak tylko dziecko zapłacze w nocy albo dotknie brudną rączką oparcia 

kanapy? 

Chłodny, opanowany prawnik powoli zaczynał tracić cierpliwość. 

Wstał  z  łóżka  i  wpatrywał  się  gniewnie  w  Lucy.  A  ona  cały  czas 

myślała: jakiż on przystojny! 

-  No  nie,  bez  przesady  -  odpowiedziała,  starając  się  nie  wlepiać 

oczu  w  jego  tors.  -  Jesteś  porządnym  facetem,  Rand.  I  wspaniałym 

człowiekiem.  Ale  twoje  życie  tak  bardzo  różni  się  od  mojego, 

jakbyśmy pochodzili z dwóch odmiennych planet. 

background image

- Nie jestem kosmitą, Lucy. Wychowywałem się w domu pełnym 

ludzi.  Dobrze  wiem,  jakie  to  pociąga  za  sobą  obowiązki.  I  właśnie 

dlatego  unikałem  założenia  rodziny.  Nie  chciałem,  aby  rodzina 

cierpiała,  bo  na  pierwszym  miejscu  stawiam  karierę.  Ale  zrobiłem 

karierę, o jakiej kiedyś marzyłem, i przekonałem się, że ona wcale nie 

daje mi zadowolenia. Że pragnę czegoś więcej. I wtedy w moim życiu 

pojawiłaś  się  ty.  Nagle  świat nabrał barw.  Znów  zacząłem  odczuwać 

radość.  Zrozumiałem,  że  wystarczająco  dużo  energii  poświęciłem 

sprawom  zawodowym  i  wreszcie  nadszedł  czas,  abym  skupił  się  na 

swoim  życiu  prywatnym.  Nie  boję  się  zmian,  Lucy.  Ja  do  nich 

dojrzałem. 

Chciała  wierzyć  w  szczerość  jego  intencji,  w  to,  że  uda  się 

Randowi  odstawić  pracę  na  boczny  tor  i  większość  czasu  spędzać  z 

rodziną.  Z  drugiej  strony  wciąż  nie  mogła  zapomnieć  o  tym,  co  ją 

spotkało  przed  laty,  kiedy  była  studentką  zakochaną  w  profesorze. 

Sądziła, że Marshall ucieszy się na wieść o ciąży, poprosi ją o rękę i 

nie opuści jej do grobowej deski. Stało się inaczej. Teraz była starsza i 

mądrzejsza.  I  choć  bardzo  chciała  słuchać  głosu  serca,  wiedziała,  że 

nie może. Miała dziecko; nie mogła ryzykować. 

- Nie - powtórzyła. 

- Co nie? - spytał ponownie. 

-  W  tej  chwili  wierzysz  w  to,  co  mówisz.  Jestem  o  tym  głęboko 

przekonana. Ale czy to będzie trwała zmiana? Tego niestety nie mam 

jak  sprawdzić.  -  Na  moment  zamilkła.  -  Muszę  myśleć  o  Maksie, 

background image

Rand.  Nie  pozwolę,  aby  ktokolwiek  igrał  jego  uczuciami.  On  cię 

bardzo lubi i... 

- Nigdy bym go nie skrzywdził. Ani ciebie. 

-  Wiem.  Świadomie  na pewno  nie.  Ale  nawet  gdybyś  bardzo  się 

starał  ograniczyć  pracę,  myślę,  że  długo  byś  nie  wytrzymał.  Ciągle 

znajdowałbyś  jakiś  powód,  żeby  zostać  w  biurze  po  godzinach.  A 

Maks  by  cierpiał.  Czekałby  na  ciebie  z  utęsknieniem  i  byłby 

niepocieszony, ilekroć twój powrót do domu by się opóźniał. W końcu 

sam  byś  przyznał,  że  się  pomyliłeś,  że  nie  jesteś  w  stanie  mniej 

pracować,  że  tylko  praca  daje  ci  radość  i  satysfakcję.  Maksowi  z 

rozpaczy pękłoby serce. 

Mnie też, pomyślała. Tak jak wtedy, gdy Marshall uznał, że woli 

pracę w skupieniu i ciszy od życia ze mną i dzieckiem. 

-  Nie  jestem  nieobliczalnym  młodzieniaszkiem,  Lucy  -  oznajmił 

Rand z powagą. - Znam siebie. Wiem, na co mnie stać. Wiem, czego 

pragnę.  Nie  szukam  nowej  zabawki,  nie  próbuję  urozmaicić  sobie 

życia. Chcę być z tobą. 

- Ale ja nie jestem sama. W tym tkwi problem. 

- Chcę być z tobą i z Maksem. 

Pokręciła głową, usiłując przełknąć łzy. 

- Nie wyjdzie nam. 

- Postaram się, żeby wyszło. 

To  było  takie  kuszące!  Pragnęła  mu  zaufać.  Gdyby  chodziło 

wyłącznie  o  nią,  zaryzykowałaby.  Odrzuciłaby  wahania  i  lęki. 

Faktycznie  nie  był  nieobliczalnym  młodzieniaszkiem,  więc  powinien 

background image

wiedzieć,  co  chce  dalej  robić  z  życiem.  Ale  miała  dziecko.  Dziecko, 

które za bardzo kochała, aby narażać je na smutek czy przykrości. 

- Nie - powtórzyła po raz trzeci. Podjęła nieodwołalną decyzję. 

- Nawet nie dasz nam szansy? 

- Nie mogę. 

Wierzchem  dłoni  otarła  łzy.  Tak  bardzo  chciała  rzucić  mu  się  w 

ramiona. Nawet się nie domyślał, ile ją to wszystko kosztuje, ta walka 

z  samą  sobą.  Bo  w  gruncie  rzeczy  wciąż  była  tą  młodą  naiwną 

dziewczyną, która wierzy w dozgonną miłość. 

- Lepiej już idź - szepnęła załamującym się głosem. 

- Lucy... - Ruszył w jej stronę. 

-  Nie.  -  Uniosła  rękę,  dając  mu  znak,  aby  się  nie  zbliżał.  -  Idź  - 

poprosiła. Łzy ściskały ją za gardło. Ledwo była w stanie mówić. 

Nagle ciszę przerwał dzwonek telefonu. Lucy przycisnęła rękę do 

ust,  usiłując  odzyskać  nad  sobą  kontrolę.  Zanim  jej  się  udało,  Rand 

podniósł  słuchawkę.  Jego  ostry  ton  i  krótkie,  rzeczowe  pytania 

uzmysłowiły  jej,  że  coś  się  stało.  Coś  bardzo  złego.  Łzy  znikły  jak 

ręką odjął. Ogarnęło ją przerażenie. 

- Co się dzieje? - spytała, gdy tylko odłożył słuchawkę. 

-  Maks  jest  ranny  -  odparł.  Twarz  miał  trupiobladą.  -  Spadł  z 

piętrowego  łóżka  i  uderzył  głową  w  podłogę.  Jest  nieprzytomny. 

Właśnie przed chwilą karetka zabrała go do szpitala. 

Rand  pojechał  z  Lucy  do  szpitala.  Uparł  się,  że  ją  odwiezie, 

widział  bowiem,  iż  jest  zbyt  zdenerwowana,  aby  prowadzić 

samochód. Nie chcąc tracić czasu, nie myli się, nie czesali. Wciągnęli 

background image

pośpiesznie  ubranie  i  dwadzieścia  pięć  minut  później  dotarli  na 

miejsce. 

Maksa  nie  było  już  w  izbie  przyjęć;  właśnie  robiono  mu 

tomografię  komputerową.  Lucy  zaczęła  się  rozglądać  za  rodzicami 

chłopca,  u  którego  Maks  nocował,  zanim  ich  jednak  znalazła,  na 

końcu  korytarza  otworzyły  się  drzwi  i  do  izby  wrócił  lekarz,  by 

poinformować Lucy o stanie zdrowia jej syna. 

W  drodze  do  szpitala  Maks  odzyskał  przytomność.  Nic  nie 

wskazywało  na  to,  aby  doznał  wstrząśnienia  mózgu;  badanie 

tomograficzne  na  pewno  to  potwierdzi.  Znacznie  większy  niepokój 

budzi  lewe  ramię  chłopca;  paskudne  złamanie  trzeba  nastawić 

chirurgicznie  -  potrzebna  jest  operacja.  Oczywiście  dzieciak  nabił 

sobie kilka siniaków, ale poza tym czuje się dobrze i niedługo będzie 

mógł wrócić do domu. 

Groźnie  brzmiące  zastrzeżenia  w  formularzu,  który  musiała 

podpisać, aby operacja się odbyła, i niepokój o syna sprawiły, że Lucy 

omal nie wpadła w histerię. Dopiero Rand przemówił jej do rozsądku i 

wytłumaczył, że nie ma się czego obawiać. 

Po  wyjściu  lekarza  zaprowadził  ją  do  poczekalni,  gdzie  siedzieli 

nie  mniej  niż  ona  zdenerwowani  rodzice  kolegi  Maksa.  Jedno  przez 

drugie  zaczęli  przepraszać  Lucy  za  to,  że  nie  dopilnowali  chłopców, 

choć nie ulegało wątpliwości, że to dzieci, a nie oni ponoszą winę za 

wypadek. Okazało się, że chłopcy oglądali kiedyś w telewizji skoki do 

wody  z  wysokich  przybrzeżnych  skał.  Postanowili  się  w  to  zabawić. 

Skałą  było  górne  łóżko,  wodą  zaś  podłoga.  Na  podłodze  rozłożyli 

background image

poduszki,  które  miały  zamortyzować  upadek.  Maks  jako  gość  skakał 

pierwszy.  

Lucy  zapewniła  przejętych  rodziców  kolegi  Maksa,  że  wszystko 

rozumie i nie ma do nich pretensji, ale sama była zbyt roztrzęsiona, by 

jeszcze ich pocieszać. Była zadowolona z towarzystwa Randa, z jego 

wsparcia  i  pomocy.  Była  mu  wdzięczna,  kiedy  przekonał  rodziców 

kolegi, aby wrócili do domu, bo ich obecność na nic się nie zda. 

Przez  cały  dzień  nie  odstępował  jej  na  krok.  Ona  nerwy  miała 

napięte,  on  swoją  siłą i  spokojem pomagał  jej  wytrwać.  Przynosił  jej 

kawę  i  raz  po  raz  powtarzał,  że  Maksowi  nic  nie  będzie.  Mówił  to  z 

taką pewnością siebie, że  Lucy mu wierzyła.  Kiedy znów ogarniał ją 

strach  i  nachodziły  wątpliwości,  ponownie  tłumaczył  jej,  że 

niepotrzebnie się denerwuje. 

Zmusił  ją,  aby  coś  przekąsiła.  W  tym  czasie,  kiedy  byli  w 

stołówce,  ramię  Maksa  operował  jeden  z  najlepszych  chirurgów 

dziecięcych, człowiek, którego Rand znał i osobiście prosił o pomoc. 

Rand trzymał Lucy za rękę, gładził po policzku. Ze dwa lub trzy razy 

nawet  udało  mu  się  sprowadzić  uśmiech  na  jej  twarz.  Zadzwonił  do 

Sadie,  aby  powiadomić  ją  o  nieszczęśliwym  upadku  Maksa,  a  kiedy 

Sadie przyjechała do szpitala, przywożąc rzeczy dla  Lucy  - grzebień, 

ręcznik, kilka najbardziej potrzebnych kosmetyków - Rand otoczył ją 

równie troskliwą opieką, co jej siostrzenicę. 

Wieczorem Maks smacznie spał w jednoosobowym pokoju, który 

Rand  dla  niego  załatwił.  Chłopiec  doskonale  zniósł  operację. 

Obudziwszy  się,  pokazał  mamie,  że  bez  problemu  może  poruszać 

background image

wszystkimi  pięcioma  palcami,  po  czym  ponownie  zapadł  w  sen. 

Kiedy pora odwiedzin zbliżyła się do końca, Sadie pocałowała śpiące 

dziecko. Wyszli w trójkę na korytarz. 

-  Posłuchaj,  kochanie;  gdybyś  czegokolwiek  potrzebowała,  masz 

do mnie natychmiast zadzwonić - poleciła siostrzenicy, ściskając ją na 

pożegnanie.  -  W  przeciwnym  razie  zobaczymy  się  jutro  rano,  kiedy 

wrócisz z Maksem do domu. 

-  Nie  martw  się  o  nas  -  powiedziała  Lucy,  wdzięczna  ciotce  za 

wsparcie.  Po  raz  pierwszy  od  wypadku  miała  pewność,  że  Maksowi 

naprawdę nic nie grozi. 

Sadie skierowała się ku windzie, zostawiając Lucy z Randem. 

-  Odprowadzę  twój  samochód  pod  dom  -  oznajmił  ściszonym 

głosem  Rand.  Drzwi  do  pokoju  Maksa  były  otwarte;  nie  chciał 

obudzić  chłopca.  -  Frank  mnie  stamtąd  zabierze.  Poproszę  go,  aby 

rano przyjechał tutaj. Będzie na was czekał. 

-  To  nie  ma  sensu  -  sprzeciwiła  się.  Była  zmęczona,  ale  już  nie 

roztrzęsiona.  -  Niech  Frank  przyjedzie  po  ciebie  tu,  a  ja  rano  wrócę 

własnym samochodem. 

Pokręcił przecząco głową. 

-  Nic  z  tego.  Nie  pozwolę  ci  prowadzić.  I  gdyby  się  okazało,  że 

czegoś  potrzebujesz,  leków,  jedzenia,  nie  krępuj  się  i  poproś  Franka. 

On wszystko kupi i przywiezie ci do domu. 

Nie miała siły protestować. 

-  Dobrze.  Dziękuję.  Za  wszystko.  Nie  wiem,  jak  bym  sobie 

poradziła bez ciebie. 

background image

-  Bez  przesady.  Miło  się  na  coś  przydać.  I  miło  móc  się  tobą 

zaopiekować.  Gdybyś  mi  tylko  pozwoliła,  chętnie  robiłbym  to 

codziennie. 

Po  raz  pierwszy  od  przyjazdu  do  szpitala  nawiązał  do  tego,  o 

czym rozmawiali w domu, zanim zawiadomiono ich o upadku Maksa. 

Lucy  prawie  już  zapomniała  o  kłótni,  jaką  toczyli,  o  tym,  że  chciała 

zerwać z Randem. Teraz wszystko odżyło w jej pamięci.  

Westchnęła smutno. 

- Nudne byłoby to życie w porównaniu z tym, jakie dotąd wiodłeś 

- rzekła. 

- Byłoby wspaniałe. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie zmieniłam zdania. 

- Zastanów się, Lucy - poprosił cicho. - Przemyśl sobie wszystko 

na spokojnie. Razem tworzymy świetny zespół. 

- Oddzielnie też - bąknęła. 

Wiedziała  jednak,  że  dziś  bez  pomocy  Randa  całkiem  by  się 

załamała. Potrzebowała go, ale nie chciała mówić tego na głos. Nawet 

sama przed sobą nie chciała się do tego przyznać. Już raz się sparzyła 

i  to  jej  w  zupełności  wystarczyło.  Zaufała  człowiekowi,  który  pod 

wieloma względami przypominał Randa, człowiekowi, który zostawił 

ją na lodzie. 

-  Co  ci  szkodzi,  Lucy?  Po  prostu  zastanów  się,  czy  słusznie 

robisz, chcąc mnie odtrącić. 

Ponownie potrząsnęła głową. 

background image

-  Nie  muszę  się  zastanawiać,  Rand.  Wiem,  co  jest  lepsze  dla 

Maksa. Nie mogę narażać go na cierpienie. 

W pokoju obok chłopiec mruknął coś pod nosem. Lucy w dwóch 

susach znalazła się przy łóżku. Rand przystanął w drzwiach. Maks nie 

obudził się; przewrócił się z boku na bok i dalej spał w najlepsze. Ale 

Lucy pozostała przy nim.  

Zerknąwszy przez ramię, popatrzyła na Randa. 

-  Dziękuję  za  wszystko  -  powiedziała  jak  do  obcego,  który 

wyświadczył jej przysługę. 

Rand  skinął  głową  i  odszedł  zrezygnowany.  Lucy  odprowadziła 

go wzrokiem do windy. Nie rozumiała, dlaczego łzy wzbierają jej pod 

powiekami.  Wiedziała  jednak,  że  nie  mają  nic  wspólnego  z 

wypadkiem Maksa. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

W  poniedziałek  od  samego  rana  świeciło  w  Kalifornii  słońce. 

Kobieta  znana  wszystkim  jako  Meredith  Colton  odebrała  telefon. 

Ucieszyła  się,  słysząc  na  drugim  końcu  linii  głos  detektywa,  którego 

wynajęła, by odszukał jej siostrę. Dwóch poprzednich nie wywiązało 

się  z  powierzonego  im  zadania.  Ten  był  trzeci.  Ku  jej  zadowoleniu, 

nikogo  w  domu  poza  nią  nie  było.  Nie  musiała  się  martwić,  że  ktoś 

podsłucha rozmowę. 

-  I  czego  się  pan  dowiedział?  -  spytała  po  wstępnych 

uprzejmościach. 

background image

-  Jestem  w  Monterey  -  oznajmił  mężczyzna.  -  Spędziłem  tu  cały 

weekend.  Najpierw  dałem  w  łapę  jednej  z  pielęgniarek  pracującej  w 

St.  James  Clinic,  a  potem  dokładnie  sprawdziłem  otrzymane 

informacje. 

- No i? 

- Niestety, tu się trop urywa. 

-  Tyle  to  i  ja  wiem.  Wynajęłam  pana,  żeby  zdobył  pan  bardziej 

aktualne informacje. 

- Mogę pani powiedzieć, czego się dowiedziałem, ale nie jest tego 

wiele  -  zauważył.  -  Patsy  Portman  pojawiła  się  w  klinice  w  tysiąc 

dziewięćset  dziewięćdziesiątym  drugim  roku.  Pojawiła  się  znikąd, 

brudna,  w  porwanym  ubraniu,  zdezorientowana,  mamrocząc  coś  o 

wypadku  samochodowym.  Wypuszczono  ją  pół  roku  później.  W 

owym czasie wciąż cierpiała na amnezję.  

Ponieważ  miewała  niezwykle  barwne  sny  i  niekiedy  stawały  jej 

przed oczami jakieś obrazy z przeszłości, lekarze wierzyli, że prędzej 

czy  później  odzyska  pamięć.  Ale  nie  chcieli  trzymać  jej  dłużej. 

Uważali,  że  ktoś  taki  jak  ona,  kto  pokonał  trwającą  latami  głęboką 

depresję, dręczący niepokój, gwałtowne zmiany nastroju i niechęć do 

ludzi,  powinien  mieszkać  w  mieście,  a  do  lekarzy  regularnie 

przychodzić  z  wizytą.  Kłopot  w  tym,  że  po  wypisaniu  ani  razu  nie 

pokazała się w klinice. Nikt też nie dysponuje jej aktualnym adresem. 

- To wszystko? 

-  Tak  jak  powiedziałem,  ślad  się  urywa.  Mogę  kontynuować 

poszukiwania,  ale  prawdę  mówiąc,  szkoda  pani  pieniędzy.  Chorzy 

background image

psychicznie,  którzy  w  warunkach  szpitalnych  odzyskują  zdrowie,  po 

wyjściu  ze  szpitala  znów  zaczynają  źle  funkcjonować.  Niektórzy 

bardzo źle. Powinni się dalej leczyć. Ci, którzy tego nie robią, często 

zostają bezdomni. Włóczą się bez celu, mieszkają pod gołym niebem. 

A  ulice  nie  są  zbyt  bezpiecznym  miejscem.  Wysoki  procent  takich 

chorych  umiera.  Ponieważ  nie  mają  przy  sobie  dokumentów,  chowa 

się  ich  w  bezimiennych  grobach.  Oczywiście  nie  wiem,  czy  taki  los 

spotkał pani siostrę, ale myślę, że to bardzo prawdopodobne. Przecież 

dałaby jakiś znak życia, a tu tyle lat minęło i nic... 

Jego  słowa  uspokoiły  kobietę  zwaną  Meredith.  Uchwyciła  się 

przedstawionego  wyjaśnienia,  zupełnie  jakby  detektyw  podał  jej 

konkretne dowody, a nie swoją hipotezę. 

-  Pewnie  ma  pan  rację  -  powiedziała;  cała  złość  z  niej 

wyparowała.  -  I  jeżeli  jest  tak,  jak  pan  mówi,  to  faktycznie  nie  ma 

sensu dalej prowadzić poszukiwań. 

-  Byłyby  to  wyrzucone  w  błoto  pieniądze.  Moim  zdaniem,  Patsy 

Portman od dawna nie żyje. 

-  No  tak,  szkoda  forsy  na  szukanie  martwej  kobiety.  A  zatem 

dziękuję panu za pomoc i czekam na rachunek. 

Odłożywszy  słuchawkę,  uśmiechnęła  się  zadowolona.  Wreszcie 

po  latach  jest  bezpieczna!  Nie  musiała  żyć  w  stanie  ciągłego 

zagrożenia,  bać  się,  że  ni  stąd,  ni  zowąd  na  farmie  pojawi  się  jej 

siostra  i  wszystko  się  wyda.  Teraz  mogła  Skupić  cały  wysiłek  na 

pozbyciu się tej wrednej małej Emily... 

 

background image

Dochodziło  południe,  kiedy  w  końcu  Lucy  dotarła  z  Maksem  do 

domu.  Wprost  nie  mogła  uwierzyć,  jak  szybko  chłopiec  doszedł  do 

siebie  po  upadku  i  operacji.  Był  wesoły,  pełen  życia  i  tylko  gips  na 

ręku świadczył o jego wczorajszych traumatycznych przeżyciach. 

Ona  sama  natomiast  czuła  się  jak  przepuszczona  przez 

wyżymaczkę.  A  leżąca  na  stoliku  duża  paczka  od  Randa  bynajmniej 

nie poprawiła jej nastroju. 

Z kuchni wyłoniła się Sadie. 

-  Dostarczono  ją  mniej  więcej  przed godziną  -  rzekła,  wskazując 

głową na stolik. 

Kiedy  chłopiec  zorientował  się,  że  paczka  przeznaczona  jest  dla 

niego,  czym  prędzej  zerwał  kolorowe  opakowanie.  Zajrzawszy  do 

środka,  zapiszczał  z  radości;  jego  oczom  ukazało  się  kilka  filmów  o 

dinozaurach,  parę  albumów,  kilka  książeczek  do  malowania  i  zestaw 

kredek. 

-  Ojej!  Widzicie?!  -  zawołał  z  przejęciem,  patrząc  na  matkę  i 

ciotkę.  -  Widzicie,  co  dostałem  od  Randa?  Ciekawe,  dlaczego  mi  to 

wszystko podarował? 

Maks  ucieszyłby  się  z  każdego  prezentu,  ale  prezent  od  Randa, 

którego wprost ubóstwiał, miał dla niego szczególne znaczenie. Lucy 

poczuła ostre kłucie w sercu: skoro jej syn darzył Randa tak wielkim 

uczuciem, to co będzie później, kiedy Rand przestanie ich odwiedzać? 

Starając  się  zapanować  nad  emocjami,  wyjaśniła  chłopcu,  że  po 

wyjściu ze szpitala ludzie często dostają prezenty. 

background image

- To taki zwyczaj. Kiedy się jest chorym albo miało się wypadek, 

znajomi przysyłają nam prezenty. W ten sposób życzą nam szybkiego 

powrotu do zdrowia. 

-  Super!  -  oznajmił  Maks,  używając  słowa,  jakie  podłapał  od 

Mikeya,  chłopca,  u  którego  nocował  i  z  którym  zamierzał  uprawiać 

skoki do wody. - Możemy zadzwonić do Randa? Może by przyszedł i 

się ze mną pobawił? 

Z każdą sekundą kłucie w sercu stawało się coraz ostrzejsze. 

- Nie możemy, niedźwiadku. Rand na pewno pracuje. 

- A nie możemy go zaprosić na wieczór, kiedy już skończy pracę? 

-  Nie,  Maks.  Przez  pewien  czas  nie  będziemy  się  z  Randem 

widywać. 

ramach 

podziękowania 

możesz 

mu 

wysłać 

pokolorowany przez siebie rysunek dinozaura. 

-  Ale  ja  chcę  się  z  nim  zobaczyć  i  sam  mu  podziękować.  - 

Chłopiec  był  niepocieszony.  -  Dlaczego  nie  będziemy  się  z  nim 

widywać? Czy Rand gdzieś wyjeżdża? 

Lucy  nie  odpowiedziała  na  pytanie;  zamiast  tego  podeszła  do 

stołu  i  chcąc  odwrócić  uwagę  syna  od  Randa,  pokazała  mu,  że  w 

paczce  oprócz  dinozaurów  jest  też  mnóstwo  roślinności  -  cały  las 

tropikalny. Kiedy chłopiec zajął się rozstawianiem drzew, Sadie, która 

uważnie się wszystkiemu przyglądała, wezwała Lucy do kuchni. 

- Powiesz mi, czy przyrządziłam galaretkę tak, jak Maks lubi. 

Maks  lubił  galaretkę  bez  niczego,  bez  śmietany,  bez  owoców,  i 

ponieważ  obie  o  tym  doskonale  wiedziały,  Lucy  domyśliła  się,  że 

background image

galaretka  jest  tylko  pretekstem.  Ale  nie  miała  wyboru;  posłusznie 

podreptała za ciotką do kuchni. 

- Co się dzieje? - spytała Sadie. 

-  Nic.  Chciałabym  wziąć  prysznic,  a  potem  się  zdrzemnąć  - 

odparła Lucy, udając, że nie wie, o co ciotce chodzi. 

Sadie jednak nie zamierzała dać za wygraną. 

- Nie pytam o twoje plany na najbliższe godziny. Pytam o ciebie i 

Randa. Zauważyłam, że wczoraj w szpitalu ubrany był w to samo, co 

w  sobotę  wieczorem.  Tak,  tak,  widziałam  go,  jak  dzwonił  do  drzwi; 

akurat  w  tym  czasie  wychodziłam.  Sama  zaś  wspomniałaś,  że 

przyjechaliście do szpitala o wpół do siódmej w niedzielę rano.  

Nie  trzeba  być  geniuszem,  żeby  skojarzyć  parę  podstawowych 

faktów  i  wyciągnąć  z  nich  wnioski.  A  wniosek  jest  taki,  że  Rand  u 

ciebie nocował, co pochwalam, zważywszy że Maks był poza domem. 

Jednakże wczoraj, kiedy staliśmy na korytarzu przed pokojem Maksa, 

widziałam,  że  coś  jest  nie  tak.  Dziś  mówisz  Maksowi,  że  Rand  nie 

będzie was więcej odwiedzał. Więc chciałabym wiedzieć, co się stało. 

Ciotka  była  tą  osobą,  której  Lucy  zawsze  się  zwierzała,  nawet 

jako  mała  dziewczynka,  nic  więc  dziwnego,  że  teraz  też  to  zrobiła. 

Wprawdzie  z  oporami,  bo  wolałaby  o  wszystkim  zapomnieć,  ale 

opowiedziała  jej  całą  historię,  od  początku  do  końca.  Skończywszy, 

czekała, by ciotka pocieszyła ją. Tak było w przeszłości. 

Ale zamiast wsparcia usłyszała co innego. 

- Popełniasz błąd, kochanie. Duży błąd. 

- Nie rozumiem - rzekła Lucy, zaskoczona i zmieszana. 

background image

-  Jeśli  chodzi  o  Randa.  Owszem,  prowadzi  zupełnie  inny  tryb 

życia niż ty. Owszem, odkładał na później założenie rodziny, bo żona 

i dzieci przeszkadzałyby mu w pracy. Owszem, mieszka w czymś, co 

bardziej przypomina muzeum sztuki współczesnej niż dom. I owszem, 

Maks  w  ciągu  tygodnia  zamieniłby  jego  mieszkanie  w  pobojowisko. 

Ale  Rand  jest  człowiekiem  twardo  stąpającym  po  ziemi.  Zna  siebie. 

Nigdy  niczego  nie  owija  w  bawełnę.  I  zawsze  mówi  prawdę.  Jeżeli 

twierdzi,  że  dojrzał  do  tego,  aby  ożenić  się  i  większość  czasu 

poświęcać rodzinie, a nie pracy, to znaczy, że tak jest. 

- Będzie żałował - oznajmiła Lucy, przytaczając jeden ze swoich 

niezbitych argumentów. 

-  Rand  nie  podejmuje  nieprzemyślanych  decyzji.  I  nie  wycofuje 

się  tylko  dlatego,  że  coś  jest  trudniejsze,  niż  zakładał.  Podejrzewam, 

kochanie, że mylisz go z Marshallem. 

- Rand to samo mi zarzucił. Ale oni są tacy do siebie podobni! 

-  Tylko  pozornie.  O  ile  Marshall  lubił  wygodne  życie  bez 

komplikacji  i  nie  zamierzał  go  zmieniać,  o  tyle  Rand  gotów  jest  na 

zmiany. Ba, pragnie ich. Ale ty nie chcesz mu dać szansy. Pozwalasz, 

aby doświadczenia z przeszłości rzutowały na teraźniejszość. 

- On nawet nie chciał zatrudnić sekretarki, która miałaby dziecko 

- przypomniała ciotce Lucy. 

- I pewnie nie zatrudni. Ale to nie znaczy, że nie chce mieć domu, 

żony, dziecka. Albo dzieci. - Sadie na moment zamilkła. - Zdaję sobie 

sprawę, że nie było ci łatwo, odkąd rozstałaś się z Marshallem. Wiem, 

że dla dobra Maksa musiałaś z wielu rzeczy  zrezygnować. Nie sądzę 

background image

jednak,  abyś  rezygnując  z  Randa,  mogła  przysłużyć  się  swojemu 

dziecku.  Z  Randem  nareszcie  możesz  stworzyć  prawdziwą  rodzinę. 

Nie  jestem  ślepa;  widzę,  że  go  pragniesz.  Możesz  mieć  to,  na  co 

zasługujesz.  To,  na  co  Maks  zasługuje.  Zaufaj  mi,  Lucy.  Zaufaj 

Randowi. Nie odrzucaj szczęścia. Zaufaj Randowi. 

O  to  samo  ją  poprosił  w  sobotę  wieczorem.  Zaufała  mu.  I  nie 

żałowała. Czy mogła znów mu zaufać? Nie na jedną noc, ale na całe 

życie? 

Sadie  wróciła  do  salonu  z  galaretką  dla  Maksa.  Lucy  została  w 

kuchni. Podeszła do okna nad zlewem i wyjrzała na zewnątrz. Ale nic 

nie widziała, ani ogródków, w których o tej porze roku nie kwitły już 

żadne  kwiaty,  ani  pozbawionych  liści  czereśni.  Stała  zadumana, 

rozmyślając nad tym, co mówiła Sadie, nad tym, co mówił Rand, i nad 

tym, co sama czuła. 

Marshall oraz Rand... byli tacy podobni: powszechnie szanowani, 

ambitni,  dążący  do  sukcesów.  Pracoholicy.  Karierę  stawiali  ponad 

wszystko.  Ludzie  się  z  nimi  liczyli,  schodzili  im  z  drogi,  podziwiali 

ich.  Obaj  mieli  wysokie  wymagania,  od  podwładnych  żądali 

bezwzględnego posłuszeństwa. Twardzi, nieustępliwi... 

Nie,  nieprawda,  pomyślała  nagle.  Twardy  i  nieustępliwy  był 

Marshall,  ale  nie  Rand.  Ogarnęły  ją  wyrzuty  sumienia.  Faktycznie 

przypisywała  Randowi  cechy  człowieka,  który  odwrócił  się  od  niej, 

kiedy  go  potrzebowała.  Owszem,  odkąd  zaczęła  pracować  u  Randa, 

musiała się dostosować do jego życzeń, zostawać w pracy dłużej, niż 

zamierzała, ale... ale on też wielokrotnie szedł jej na rękę.  

background image

Na  przykład,  kiedy  pracowali  u  niego  w  domu,  zaprosił  Maksa, 

aby  mogła  zjeść  z  synem  kolację  i  chwilę  z  nim  pobyć.  Wprawdzie 

nie  było  to  jakieś  wielkie  poświęcenie  z  jego  strony,  ale  Marshall 

nigdy  by  nie  wpadł  na  taki  pomysł,  a  gdyby  nawet  wpadł,  to 

natychmiast by go odrzucił. Po dłuższym namyśle doszła do wniosku, 

że jest jeszcze jedna różnica między obydwoma mężczyznami.  

W przeciwieństwie do Marshalla Rand nie był egoistą. Nie chciał 

jej  mieć  wyłącznie  dla  siebie;  uważał,  że  Maks  ma  większe  do  niej 

prawo.  Marshall  natomiast  pragnął,  żeby  świat  kobiety,  z  którą 

przebywa,  obracał  się  wokół  niego,  a  dziecko  -  jak  oświadczył  - 

wszystko  by  zepsuło.  Randowi  nie  psuło;  potrafił  nawiązać  świetny 

kontakt  z  Maksem.  Zachowywał  się  wobec  niego  jak  ojciec,  a 

jednocześnie jak przyjaciel. Dlatego chłopiec go uwielbiał. 

Rand pochodził z licznej rodziny; wiedział, co to za sobą pociąga 

i  jaką  rolę  powinien  odgrywać  ojciec.  Jego  własny  zbyt  mało  czasu 

spędzał w domu. On sam wolał nie mieć dzieci, niż narażać je ha stres 

i tęsknotę. W niedzielę  w szpitalu zachował się jak cudowny ojciec i 

idealny  mąż.  Nie  myślał  o  sobie,  o  czekającej  go  w  poniedziałek 

rozprawie  w  sądzie;  całą  uwagę  skupił  na  niej  i  na  Maksie.  Chociaż 

tuż  przed  przyjazdem  do  szpitala  odrzuciła  jego...  tak,  właściwie  to 

były 

oświadczyny... 

służył 

jej 

wsparciem, 

radą, 

pomocą. 

Bezinteresownie i wielkodusznie. 

Innymi słowy, Rand zdał egzamin; udowodnił jej, że ona i Maks 

zawsze  mogą  na  niego  liczyć.  Marshall  zaś  egzamin  oblał.  Jednakże 

czy  Rand  będzie  potrafił  się  przestawić,  zmienić  swoje  życie,  z 

background image

pracoholika  przeistoczyć  się  w  domatora?  Nie  była  pewna. 

Przypomniała  sobie,  co  jej  mówiła  ciotka.  Że  powinna  zaufać 

Randowi.  Że  jest  to  człowiek,  który  zna  siebie,  nie  podejmuje 

pochopnych decyzji i dokładnie wie, czego chce. 

A  Rand  chciał  stworzyć  rodzinę.  Z  nią  i  Maksem.  Gotów  był 

ograniczyć pracę, aby mieć więcej czasu dla żony i dziecka. 

Powtórzyła to ze dwa razy. I nagle ogarnęła ją radość. 

Pragnął ją poślubić. 

Pragnął być ojcem dla Maksa. 

Zawahała się. Czy powinna zaryzykować? 

Chciała tego. O niczym bardziej nie marzyła. 

Chciała  mieć  Randa  za  męża,  chciała  założyć  z  nim  rodzinę, 

chciała Maksowi dać ojca. Jeżeli jemu też na tym zależy... 

Raptem uzmysłowiła sobie, że tak naprawdę to nie do końca wie, 

o co mu chodziło. W sobotę przestraszyła się. Nie chciała go słuchać. 

A  może  Rand  niekoniecznie  myślał  o  małżeństwie?  Może  myślał  o 

życiu  na  kocią  łapę?  Oczywiście,  to  zmienia  postać  rzeczy.  Musi  z 

nim porozmawiać. 

Na co czekasz? - spytała samą siebie. 

Nie  chciała  jednak  rozmawiać  o  tak  ważnych  sprawach  przez 

telefon,  a  nie  mogła  wyjść  -  przecież  ledwo  przywiozła  Maksa  ze 

szpitala. 

- Dziś wieczorem - powiedziała szeptem. 

Tak, wieczorem, kiedy już położy Maksa spać, poprosi Sadie, aby 

go popilnowała, a sama podjedzie do Randa. 

background image

Serce  zaczęło  jej  walić  ze  zdenerwowania.  A  jeżeli  w  niedzielny 

poranek  niewłaściwie  odczytała  intencje  Randa?  Jeżeli  źle  go 

zrozumiała? Co będzie, jeśli pojedzie do niego i zrobi z siebie idiotkę? 

Trudno.  Postanowiła  zaryzykować.  Dziś  wieczorem,  obiecała  sobie. 

Dziś  wieczorem  odbędzie  decydującą  rozmowę.  O  ile  wcześniej  nie 

stchórzy. 

Portier  rozpoznał  Lucy,  kiedy  o  dziewiątej  wieczorem  weszła  do 

apartamentowca  Randa,  ale  nie  pozwolił  jej  wjechać  na  górę; 

powiedział,  że  musi  ją  zapowiedzieć  panu  Coltonowi.  Stała  w  holu, 

przestępując nerwowo z nogi na nogę. Różne głupie myśli krążyły jej 

po głowie, na przykład, że Rand jest w łóżku z inną kobietą i polecił 

portierowi, aby mu nie przeszkadzano. 

Po chwili portier wskazał ręką na windę. Lucy wsiadła do kabiny, 

ale  zdenerwowanie  jej  nie  opuszczało.  Bała  się.  Wczoraj  odtrąciła 

Randa nie raz, lecz dwa razy. Nawet jeżeli  wcześniej zależało mu na 

poważnym  związku,  może  zmienił  zdanie.  Miał  dwadzieścia  cztery 

godziny do namysłu. Może zirytowany jej zachowaniem wysłucha, co 

ma mu do powiedzenia, po czym najzwyczajniej w świecie wskaże jej 

drzwi.  Trudno.  Wtedy  wróci  do  domu  jak  niepyszna.  Ale  najpierw 

dowie się, co dokładnie Rand miał na myśli, kiedy mówił o wspólnym 

zamieszkaniu. 

Mimo  że  kolana  jej  drżały,  a  serce  waliło  tak,  jakby  chciało 

wyskoczyć z piersi, wiedziała, że musi odbyć tę rozmowę.  

background image

Kiedy winda zatrzymała się na ósmym piętrze, Rand czekał na nią 

w otwartych drzwiach. Na ucieczkę było za późno. Zmuszając nogi do 

posłuszeństwa, Lucy ruszyła w jego kierunku. 

-  Czy  coś  się  stało?  Co  z  Maksem?  -  spytał  z  zatroskaniem, 

przekonany, że musiało wydarzyć się nieszczęście. 

- Wszystko w porządku - uspokoiła go. - Maks czuje się świetnie. 

Była  wzruszona,  że  jego  pierwsze  pytanie  dotyczyło  syna.  To  ją 

przekonało,  że  słusznie  postąpiła,  decydując  się  na  dzisiejszą  wizytę. 

Z  kieszeni  płaszcza  wyjęła  kartkę  wyrwaną  z  nowej  książeczki  do 

malowania  i  podała  ją  Randowi.  Przed  pójściem  spać  Maks 

pomalował  rysunek  kredkami,  po  czym  kazał  sobie  pokazać,  jak  się 

pisze słowo "dziękuję". I dołu strony podpisał się swoim imieniem. 

-  Prosił,  żebym  ci  to  dała  -  rzekła.  -  Chyba  jeszcze  nigdy  nie 

widziałam  go  tak  uradowanego  jak  dziś,  kiedy  zobaczył  prezent  od 

ciebie. To było naprawdę niepotrzebne. Już dość dla nas zrobiłeś. 

- Chciałem sprawić mu frajdę. - Rand popatrzył na rysunek. - Nie 

musiałaś przynosić mi tego osobiście. Zwłaszcza dzisiaj. 

Miał  nieprzenikniony  wyraz  twarzy.  Nie  ułatwiało  to  Lucy 

zadania.  Zupełnie  nie  wiedziała,  co  Rand  czuje,  tym  bardziej  że 

rozmawiali  na  korytarzu;  nie  zaprosił  jej  do  mieszkania.  Oczywiście 

wyobraźnia  znów  zaczęła  jej  podsuwać  różne  obrazy.  Na  pewno  nie 

jest  sam;  na  pewno  jest  u  niego  kobieta,  na  pewno  pomagała  mu  się 

rozebrać, miał bowiem  wyciągniętą ze spodni, rozpiętą koszulę, spod 

której wystawał kawałek torsu. Przypuszczalnie zamierzali... 

Wzięła się w garść. 

background image

- Przyszłam nie tylko po to, żeby dać ci rysunek - powiedziała. - 

Chciałam z tobą porozmawiać. Ale jeżeli masz gościa... 

- Jestem sam - rzekł ostrym tonem. 

Najwyraźniej  domyślił  się,  co  jej  chodzi  po  głowie,  i  dał  jej  to 

odczuć.  Po  chwili  jednak  odsunął  się  na  bok  i  wykonał  ręką 

zapraszający gest. Z trudem przełykając ślinę, Lucy weszła do środka. 

Miała  nadzieję,  że  starczy  jej  odwagi,  że  nie  odwróci  się  i  nie 

ucieknie. 

- Przysłali ci z agencji kolejną sekretarkę? - spytała, ciekawa, jak 

sobie dziś radził w pracy. 

Stali w przedpokoju; jakoś Rand nie kwapił się z zaproszeniem jej 

do salonu. 

-  Tak.  Sheilę.  Okazała  się  całkiem  niezła.  Może  zaproponuję  jej 

pracę na stałe. 

-  Jaka  jest?  Młoda?  Piękna?  -  Powinna  była  ugryźć  się  w  język. 

Gdyby mogła cofnąć te słowa... 

-  Ma  mniej  więcej  pięćdziesiąt  lat,  jest  dość  pulchna  i  w  sumie 

mało atrakcyjna. Ale za to wie, na czym polega praca sekretarki. 

- To świetnie - powiedziała zdławionym głosem Lucy. 

Rand źle zrozumiał jej intencje. 

-  Sądziłem,  że  nie  wrócisz  do  pracy  -  zaczął  się  tłumaczyć.  -  Że 

wolisz z Maksem... 

-  No  właśnie  -  przerwała  mu.  -  Cieszę  się,  że  kogoś  znalazłeś. 

Maks faktycznie mnie teraz potrzebuje. 

background image

Zaległa  cisza.  Lucy  poczuła,  jak  jej  odwaga  coraz  bardziej 

topnieje. Rand pierwszy się odezwał. 

-  Powiedz  mi,  dlaczego  tu  przyszłaś?  -  W  jego  głosie  nie  było 

wrogości. 

Postanowiła dłużej nie zwlekać. 

-  Sadie  twierdzi,  że  się  mylę  -  wyjaśniła.  -  Po  zastanowieniu  się 

doszłam do wniosku, że ma rację. 

- Mylisz się? W jakiej sprawie? 

- Jeśli chodzi o ciebie. - Wzięła głęboki oddech i zmusiła się, by 

kontynuować.  -  Przepraszam  cię,  Rand.  Po  prostu  w  niedzielę  rano, 

kiedy  zacząłeś  mówić  o  wprowadzaniu  zmian  do  swojego  życia, 

spanikowałam.  Stanął  mi  przed  oczami  ojciec  Maksa  i...  Popełniłam 

błąd.  Jesteś  inny  niż  on.  Jeżeli  mówisz,  że  chcesz  coś  zmienić,  to 

znaczy, że naprawdę chcesz. I że zmienisz. I nie będziesz żałował tych 

zmian. Potrafisz osiągnąć każdy cel, jaki sobie stawiasz w życiu. 

-  No  dobrze,  i  co  z  tego  wynika?  Że  mnie  doceniasz,  ale 

niekoniecznie chcesz brać udział w tych zmianach, o jakich mówiłem? 

- Zależy, na czym mój udział miałby polegać - powiedziała cicho. 

-  W  niedzielę  rano  nie  dałam  ci  szansy  dokończyć.  Nie  wiem,  jaką 

przewidziałeś dla mnie rolę... 

- Pierwszoplanową. 

- To znaczy konkubiny? Kochanki? 

-  Wciąż  mnie  mylisz  z  Marshallem,  Lucy.  Chciałem,  żebyś 

została moją żoną. 

background image

Ogarnęła  ją  niewysłowiona  ulga  i  po  raz  pierwszy  od  przyjścia 

uśmiechnęła się. 

- Aha. 

- Aha? Tylko tyle masz mi do powiedzenia? 

- Czy... czy twoja oferta wciąż jest aktualna? 

Ujął ją za ręce i pokręcił głową, jakby zdumiało go jej pytanie. 

-  Oczywiście,  że  tak,  głuptasie.  Przecież  prosiłem,  żebyś  się 

zastanowiła.  Żebyś  sobie  wszystko  przemyślała.  Kocham  cię,  Lucy. 

Nie wiem, jak mogłaś tego nie zauważyć, ale... 

- Powtórz, proszę. 

- Że cię kocham? - Roześmiał się. - Kocham cię Lucy, kocham do 

szaleństwa.  Kocham  tak  bardzo,  że  wszystko  inne  jest  nieważne. 

Chcę,  żebyś  mnie  poślubiła,  żebym  mógł  być  ojcem  dla  Maksa, 

żebyśmy  razem  stworzyli  rodzinę.  Jeśli  się  zgodzisz,  przysięgam,  że 

nigdy  cię  nie  skrzywdzę.  Uczynię  wszystko,  żebyś  była  szczęśliwa. 

Ty, Maks i inne dzieci, których kiedyś się wspólnie dorobimy. 

- Jesteś pewien, że tego chcesz? 

Wywrócił oczy do nieba. 

-  Absolutnie.  W  stu  procentach.  Nie  mam  cienia  wątpliwości.  A 

czy ty... 

Teraz już ani chwili nie musiała się zastanawiać. 

- Tak! Chcę! 

Myślała, że zgarnie ją w ramiona i zacznie całować. Zamiast tego 

powiedział: 

- Jest jeden warunek. 

background image

- Jaki? 

- Że nie będziesz pracować. Że pozwolisz mi utrzymywać was, a 

sama  wrócisz  na  studia.  Póki  Maks  jest  mały,  możesz  zapisać  się  na 

kilka  kursów  w  semestrze.  Masz  chłonny  umysł  i  wielki  talent 

prawniczy.  Szkoda  by  było  go  zmarnować.  Później,  jak  zdasz 

wszystkie  egzaminy,  możemy  być  partnerami  nie  tylko  w  życiu,  ale 

również w pracy. 

Lucy  wybuchnęła radosnym śmiechem. Ostatnie słowa Randa do 

końca rozwiały jej wątpliwości. Rand nie ma w sobie źdźbła egoizmu. 

W  przeciwieństwie  do  Marshalla,  nie  czuje  się  zagrożony  jej 

ambicjami, popiera jej plany, chce spełnić jej marzenia. 

- Rozumiem; chcesz, żebym cię odciążyła? - zażartowała. 

-  Chcę,  żebyś  była  moją  żoną,  matką  moich  dzieci,  moją 

kochanką, przyjaciółką i wspólniczką - odparł i wreszcie zrobił to, na 

co czekała: przytulił ją mocno i zaczął obsypywać pocałunkami. - Czy 

Sadie jest z Maksem? - spytał, nie przerywając pieszczot. 

- Tak. 

- A Maks śpi? 

- Tak. 

-  Więc  jeśli  wrócisz  za  godzinę  i  czy  dwie,  nic  złego  się  nie 

stanie? 

- Nic. 

- Sadie nie będzie miała ci za złe, że... 

- Nie sądzę.  Domyśliła się, że spędziliśmy razem sobotnią noc.  I 

była z tego całkiem zadowolona. 

background image

-  To  dobrze  -  szepnął,  po  czym  pocałował  ją  w  szyję,  tuż  za 

uchem. 

Lucy zadrżała z podniecenia. 

- A ty? Miałabyś ochotę zostać trochę dłużej? 

- Hm, zależy, co byśmy robili.. . - Zamknęła oczy, rozkoszując się 

dotykiem jego warg. 

- Zaraz ci pokażę. 

Płaszcz Lucy wylądował na podłodze, po chwili ubranie też. Rand 

przywarł mocno ustami do jej ust, a ona zapomniała o bożym świecie. 

Przeniósł ją do sypialni i położył na puchowej kołdrze.  

Kochali  się  czule,  a  zarazem  namiętnie,  jakby  chcieli 

przypieczętować swoją miłość i wiarę  w to, że będą razem po  wieki. 

A  kiedy  było  po  wszystkim,  kiedy  leżeli  objęci  i  zdyszani,  Lucy 

wypowiedziała słowa, których od zajścia w ciążę nie mówiła żadnemu 

mężczyźnie: 

- Kocham cię. 

Rand uśmiechnął się pod nosem. 

- Ciekaw byłem, czy kiedykolwiek to od ciebie usłyszę. 

- Szczypta niepewności tylko podgrzewa uczucie. 

-  O  to  możesz  się  nie  martwić.  -  Przytulił  ją  mocniej.  -  Kocham 

cię, Lucy. 

Wiedziała o tym, ale i tak zrobiło się jej ciepło na sercu. 

- Muszę wrócić do domu - szepnęła po chwili. 

- Oboje musimy wrócić do domu... 

background image

Jeszcze przez kilka minut leżała bez ruchu, ciesząc się z bliskości 

Randa,  z  tego,  że  się  odnaleźli,  mimo  iż  ona  straciła  zaufanie  do 

mężczyzn. Randowi zaufała. Pokochała go. Wierzyła, że jest idealnym 

partnerem dla niej i będzie cudownym ojcem dla Maksa. Dla Maksa, 

który przyjmie go z otwartymi ramionami. 

Tak, będą rodziną. Dobrą, kochającą się rodziną, o jakiej zawsze 

marzyła.