background image

 

Carolyn Zane  

Szafiry dla narzeczonej  

Elizabeth 

 

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Na  dziedzińcu  zbudowanego  w  hiszpańskim  stylu  kolonialnym 

kościoła  trwały  przygotowania  do  mającego  się  odbyć  ślubu.  Ostatni 

goście tłoczyli się w drzwiach świątyni, a kilku drużbów ze śmiechem 

majstrowało przy ogromnej czarnej limuzynie. 

Elizabeth  Mansfield  Sonderland,  wsparta  na  ramieniu  ubranego 

we frak mistrza ceremonii, szła środkiem głównej nawy. Z uprzejmym 

skinieniem głowy mężczyzna wskazał jej środkowe miejsce w drugiej 

ławce po stronie zarezerwowanej dla gości panny młodej. 

Elizabeth miała nadzieję, że młody człowiek uznał grymas, jakim 

go obdarzyła, za uśmiech podziękowania. Najwyraźniej ten przystojny 

młodzieniec  nie  zauważył,  że  była  w  szóstym  miesiącu  ciąży.  Co  za 

brak wyobraźni! Za nią stał już tłum ludzi, więc przedstawienie, jakie 

się  szykowało,  dostarczy  im  rozrywki  podczas  czekania  na 

rozpoczęcie uroczystości. 

Przyciskając  wydatny  brzuch  dłonią, zdołała  jakoś  się przecisnąć 

na  miejsce  i  usiadła  obok  godnie  wyglądającej  matrony,  która 

natychmiast  zauważyła  brak  obrączki  na  palcu  nowej  sąsiadki.  I 

chociaż  twarz  owej  damy  zachowała  uprzejmy  wyraz,  Elizabeth 

wiedziała,  że  zastanawia  się,  gdzie  jest  ojciec  dziecka.  „Nie 

przyjdzie”,  chciała  powiedzieć,  „bo  brzydzi  się  małżeństwem  i 

dziećmi”, lecz uznała, że to nie miejsce i nie czas na zwierzenia. 

Uśmiechnęła  się  tylko  uprzejmie  i  wpatrzyła  w  ołtarz.  Jej 

ukochana  przyjaciółka  szkolna,  z  którą  dzieliła  pokój  w  internacie, 

Savannah  Hamilton,  miała  stanąć  na  ślubnym  kobiercu  razem  z 

background image

szaleńczo  przystojnym  i  bogatym  Harrisonem  Coltonem.  Ślub 

cywilny  odbył  się  dwa  tygodnie  wcześniej  w  Reno,  a  dzisiejsza 

uroczystość  miała  charakter  ściśle  prywatny,  z  udziałem  jedynie 

rodziny i najbliższych przyjaciół.  

Chociaż  Elizabeth  cieszyła  się  szczęściem  przyjaciółki, do  samej 

instytucji  małżeństwa  odnosiła  się  z  rezerwą.  Przysięga,  nawet 

złożona  dwukrotnie,  nie  jest  gwarancją  szczęścia,  myślała.  Z  drugiej 

strony  to,  że  jej  małżeństwo  skończyło  się  fiaskiem,  nie  oznacza,  że 

małżeństwo Savannah również nie będzie udane. Elizabeth skarciła się  

w duchu za te ponure myśli w tak radosnej chwili. Do końca życia ma 

czas lizać rany, a dziś przyszła się cieszyć.  

Tymczasem  mistrz  ceremonii  wprowadził  matkę  i  babkę 

Harry'ego  i  usadził  je  w  pierwszej  ławce.  Następnie  pan  młody  w 

towarzystwie  brata  i  drużbów  podszedł  do  ołtarza  i  stanął  zwrócony 

twarzą  do  tłumu  gości.  Mała  dziewczynka,  sypiąc  kwiatki,  przeszła 

przez  nawę,  zręcznie  manewrując  między  gośćmi.  Za  nią  szedł 

chłopczyk  niosący  na  tacy  obrączki,  a  za  nim  orszak  druhen.  Gdyby 

Elizabeth  nie  była  w  ciąży,  szłaby  teraz  ubrana  w  piękną 

ciemnofioletową suknię razem z nimi. 

Muzyka ucichła. Zebrani wstrzymali oddech. Nagle odezwały się  

organy zapowiadające wejście panny młodej. Teraz wszyscy wstali na 

powitanie Savannah prowadzonej do ślubu przez wuja. Gdy od ołtarza 

zabrzmiały  odwieczne  słowa:  „Najmilsi,  zebraliśmy  się  tutaj,  aby 

połączyć świętym  węzłem małżeńskim...”, Elizabeth poczuła ucisk w 

gardle i łzy wzruszenia napłynęły jej do oczu. 

background image

A  kiedy  spostrzegła,  jakim  wzrokiem  Harrison  spojrzał  na 

narzeczoną, wzruszyła się jeszcze bardziej. Zbyt późno spostrzegła, że 

zapomniała  chusteczek.  W  panice  zaczęła  szukać  czegoś,  w  co 

mogłaby wytrzeć nos. Już miała sięgnąć po leżący przed nią program 

uroczystości, kiedy starsza pani podała jej swą koronkową chusteczkę. 

Elizabeth posłała jej wdzięczne spojrzenie i zaczęła łkać jak dziecko. 

Hormony. No bo cóż innego, tłumaczyła sobie w duchu. Przecież 

z  natury  nie  jest  sentymentalna.  Całą  siłą  woli  starała  się  opanować, 

lecz bezskutecznie. Kiedy toczyła ze  sobą wewnętrzną walkę, drużba 

pana  młodego  spostrzegł  ją  i  uśmiechnął  się.  Odpowiedziała  mu 

słabym uśmiechem przez łzy, a on mrugnął do niej konfidencjonalnie.  

W  ułamku  sekundy  nawiązało  się  między  nimi  porozumienie, 

duchowa  więź,  mimo  że  się  prawie  nie  znali.  Skinął  nieznacznie 

głową, a Elizabeth pomyślała, że nadal prowadzą rozmowę bez słów o 

kruchej  istocie  miłości  i  nowym  początku.  W  owej  chwili  byli  po 

prostu  parą  ludzi  najżyczliwiej  nastawionych  do  bliźnich  i  do  całego 

świata. 

Boże, jaki on jest przystojny, pomyślała.  

Jason Colton. Tyle o nim wiedziała. Brat pana młodego. Elizabeth 

spotkała go kiedyś w przelocie, lecz Savannah wielokrotnie w samych 

superlatywach  rozwodziła  się  na  temat  przyszłego  szwagra, 

opowiadała o jego prawym charakterze i dobrym sercu. Rzeczywiście 

robi  bardzo  sympatyczne  wrażenie,  pomyślała,  starając  się  zwalczyć 

nowy atak szlochu. 

background image

Pociągnęła nosem i próbowała otrzeć oczy koronkową chusteczką 

bardziej  przeznaczoną  do  ozdoby  niż  do  praktycznych  celów.  Ze 

swojego  miejsca  w  drugim  rzędzie  mogła  dostrzec,  że  Jason  Colton 

też był wzruszony. Jego wzrok, kiedy patrzył na Savannah i brata, był 

pełen miłości. 

A może tęsknoty i najskrytszych pragnień? 

Elizabeth  oczu  nie  mogła  od  niego  oderwać.  Savannah  lubiła 

mawiać  o  przyszłym  szwagrze,  że  należy  do  tej  rzadkiej  kategorii 

ludzi,  którzy  mają  tak  samo  piękny  charakter,  jak  aparycję.  Wyznała 

też Elizabeth, że nie jest z nikim związany, i była zdziwiona, że do tej 

pory żadna kobieta go nie usidliła. 

Elizabeth westchnęła. Jason ładnie wyglądał przy ołtarzu. Szkoda, 

że  cztery  lata  temu  nie  wyszła  za  niego  zamiast  za  Mike'a 

Sonderlanda, który miał wyłącznie prezencję, a nie miał wnętrza. Nie, 

nie...  przecież  to  niemądre,  upomniała  się  w  myślach.  Co  za  głupoty 

marzyć o Jasonie. Czyżby zapomniała o mrocznej historii dzielącej jej 

rodzinę od Coltonów? 

Zanim  Elizabeth  otrząsnęła  się  ze  swoich  myśli,  Savannah  i 

Harrison  zostali  zaślubieni.  Szli  teraz  środkiem  nawy  ku  nowemu 

wspólnemu  życiu.  Za  nimi  kroczyli  drużba  pana  młodego  ze 

starościną  wesela.  Mijając  ławkę,  w  której  siedziała  Elizabeth,  Jason 

odwrócił głowę i wyraźnie uśmiechnął się do niej. Elizabeth poczuła, 

że się rumieni. 

Kiedy  chciała  zwrócić  wilgotną  chusteczkę  swojej  uczynnej 

sąsiadce z ławki, starsza dama poklepała ją po ramieniu i powiedziała: 

background image

-  Zatrzymaj  ją,  moje  dziecko.  Czuję,  że  będzie  ci  jeszcze 

potrzebna. 

Elizabeth  podziękowała.  Postanowiła,  że  nie  będzie  się  teraz 

zastanawiać, czy w tych słowach nie kryje się jakiś znaczący podtekst. 

W  kruchcie kościoła  goście już  zdążyli  ustawić się  w  długiej kolejce 

do  składania  życzeń,  zanim  Elizabeth  niesiona  tłumem  tam  dotarła. 

Stanęła na końcu i cierpliwie czekała. 

- Elizabeth! -  zawołała Savannah, gdy spostrzegła przyjaciółkę. - 

Tak się cieszę, że mogłaś tu być, dzielić moje szczęście. 

-  Nic  na  świecie  nie  powstrzymałoby  mnie  od  przyjścia.  Tak  się  

cieszę. Piękny ślub. 

-  Prawda?  Wciąż  nie  wierzę,  że  udało  się  nam  wszystko 

zorganizować  w  dwa  tygodnie.  Ale  cieszę  się,  że  mamy  to  już  za 

sobą!  -  dodała  Savannah  ze  śmiechem,  a  jej  nowo  poślubiony  mąż 

objął Elizabeth. 

- Jak się masz, ślicznotko! - powitał ją. 

-  Zawsze  wiesz,  co  powiedzieć  kobiecie  -  wtrąciła  Savannah.  - 

Ale uważaj... - dodała niby serio i lekko poklepała go po policzku. 

-  Smutne,  ale  prawdziwe.  -  Harrison  mrugnął  do  żony.  -  Teraz 

Savannah  jest  moją  lepszą  połową,  ale  nie  podoba  mi  się,  że  taka 

kobieta  jak  ty  jest  bez  przydziału.  A  może  pewnego  pięknego  dnia 

zostaniesz  moją  bratową?  -  zażartował  i  kciukiem  wskazał  Jasona, 

którego  właśnie  pocałowała  sąsiadka  Elizabeth  z  ławki,  zostawiając 

mu  na  policzku  ślad  szminki.  -  Mój  brat  jest  do  wzięcia.  I  uwielbia 

dzieci. Prawda, braciszku? 

background image

- Oraz ich mamy - wtrącił szarmancko Jason. 

-  Cóż,  jedno  z  drugim  się  wiąże.  -  Elizabeth  starała  się  

dostosować  do  lekkiego  tonu  rozmowy,  ale  czuła  się  skrępowana. 

Flirtowanie  z  młodymi  nieżonatymi  mężczyznami  nie  leżało  w  jej 

charakterze.  A  szczególnie  teraz,  kiedy  była  w  błogosławionym 

stanie. 

-  Chyba  jeszcze  nie  zostaliśmy  sobie  oficjalnie  przedstawieni  - 

rzekł  Jason,  biorąc  Elizabeth  za  rękę.  -  Ja  jestem  starszym  bratem 

Harrisona,  a  pani  przyjaciółką  ze  szkolnych  lat  mojej  drogiej 

bratowej, prawda? 

- Tak. Elizabeth Sonderland. Wiele o panu słyszałam. 

-  Mam  nadzieję,  że  same  superlatywy,  ale  niech  pani  w  to 

wszystko nie wierzy - powiedział Jason i uśmiechnął się czarująco. 

Cały  czas  trzymał  jej  dłoń  i  nie  miał  zamiaru  puścić.  W  innej 

sytuacji  Elizabeth  poczułaby  się  zażenowana,  ale  nie  teraz.  Przecież 

nie  ma  w  tym  nic  osobistego,  pomyślała,  tylko  uprzejmość  wobec 

przyjaciółki  Savannah.  Uścisk  dłoni  tego  mężczyzny,  takiej  ciepłej  i 

takiej silnej, tchnął w nią otuchę. I dodał pewności siebie. 

Chciała  zapamiętać  tę  chwilę  na  zawsze.  To  był  jeden  z  tych 

momentów,  kiedy  wszystko  wydaje  się  takie  harmonijne. 

Czarodziejskie.  Promienie  popołudniowego  słońca  wpadające  przez 

wysoko  umieszczone  okno  oświetlały  wszystko  złotą  poświatą,  a 

delikatne  dźwięki  harfy  wibrowały  w  powietrzu.  Na  zewnątrz 

ćwierkały ptaki, a dookoła ludzie uśmiechali się do siebie i ściskali z 

radości. 

background image

- Kiedy termin? - Pytanie Jasona wyrwało ją z zadumy. 

- Pod koniec lipca. 

- Świetnie pani wygląda. 

- Dziękuję. 

- Kto jest pani lekarzem prowadzącym? 

- Doktor Mhan. 

- Znakomity specjalista. 

- Pan go zna? 

-  Odbywaliśmy  razem  staż  w  szpitalu  tutaj,  w  Prosperino  jakieś 

pięć lat temu. 

- Pan też jest położnikiem? - spytała Elizabeth. Nie chciałaby go 

spotkać podczas następnej wizyty kontrolnej. 

-  Nie,  jestem  lekarzem  rodzinnym.  Ale  podczas  praktyki 

asystowałem przy porodach. 

- Tak? 

- Uhm. Uważam te przeżycia za najszczęśliwsze chwile  w  życiu. 

Prawie  takie  jak  dzisiejszy  dzien.  -  Jego  uśmiech  był  taki  naturalny, 

taki  ujmujący,  taki  uwodzicielski,  że  całkiem  serio  pomyślała,  że 

spotkanie z nią też uważa za szczęśliwy moment swojego życia. - Jak 

się pani czuje? 

-  Znakomicie.  Wiem,  że  dużo  kobiet  nie  znosi  tego  stanu,  ale 

przyznam się, że nigdy nie czułam się lepiej. 

- Czyli należy pani do grona tych, którym się szczęści. 

- Chyba tak. 

- Zażywa pani dużo ruchu? 

background image

-  Chodzę  na  wodny  aerobik  i  z  grupką  towarzyszek  niedoli 

pluskamy  się  w  basenie.  Udajemy,  że  ćwiczymy.  -  Spojrzała  na 

Jasona pytająco. - Uważa pan, że jestem za gruba? - zaniepokoiła się.  

Poczuła  wyrzuty  sumienia,  że  na  śniadanie  zjadła kawałek  ciasta 

czekoladowego z orzechami. 

- Nie, nie. Wygląda pani wspaniale. Po prostu byłem ciekawy, jak 

pani to robi. 

- Przepraszam, że przerywam ci konsultację z pacjentką - wtrącił 

Harrison  -  ale  jest  tutaj  kilka  osób  aż  z  Europy,  które  chciałyby 

zamienić z tobą słówko na powitanie. 

Elizabeth posmutniała.... Czas odejść. Z żalem, prawdziwym albo 

udawanym, Jason puścił jej rękę. 

- Proszę na siebie uważać - powiedział miękko i ciepło. 

-  Dobrze  -  obiecała  tonem  równie  ciepłym.  -  Dziękuję  i  do 

zobaczenia - dodała już odrobinę bardziej oficjalnie. 

- Jason! Podejdź, chłopcze! Nie każ mi dłużej czekać! - rozległ się  

teraz stentorowy głos. - Niech cię uściskam. 

- Babcia Sybil! - wykrzyknął ucieszony Jason. 

-  No  to  kiedy,  synku,  pójdziesz  w  ślady  brata?  -  obcesowo 

dopytywała  się  starsza  pani.  -  Nie  każ  mi  czekać  zbyt  długo.  Miej 

wzgląd na mój wiek - żartowała. 

Jason  zrobił  minę  męczennika  i  spojrzał  porozumiewawczo  na 

Elizabeth.  Ona  zaś  odpowiedziała  mu  uśmiechem  i  podeszła  do 

kuzynki Savannah, Brendy, która została druhną zamiast niej. 

background image

Kiedy  wszyscy  już  mieli  okazję  wyściskać  państwa  młodych, 

poproszono  gości  o  przejście  do  ogrodu  położonego  na  tyłach 

kościoła,  gdzie  przygotowano  weselny  poczęstunek.  W  ogromnym 

białym namiocie ustawiono bufet, a wśród drzew, fontann i posągów 

porozmieszczano stoły. Orkiestra grała walca, czekając, aż młoda para 

tradycyjnie zatańczy pierwszy taniec. 

Przyciskając  chusteczkę  do  oczu,  Elizabeth  przyglądała  się  

przyjaciółce,  która  w  objęciach  męża  wirowała  po  kamiennym 

parkiecie.  Gdy  ojciec  Savannah  poprosił  córkę  do  tańca,  Harrison 

zwrócił  się  do  swojej  matki,  a  po  chwili  dołączył  do  tańczących 

pierwszy drużba ze starościną wesela. 

Jakie to uczucie, zastanawiała się Elizabeth, tańczyć w ramionach 

Jasona? Może podobne do unoszenia się na wodzie? Spojrzała z żalem 

na  swój  wydatny  brzuch.  Nie,  lepiej  nie.  Chyba  jednak  poszuka 

jakiegoś miejsca, gdzie mogłaby usiąść. Od rana dokuczała jej kolka i 

trochę się tym niepokoiła. 

Nagle  poczuła  głód,  skierowała  się  więc  w  stronę  bufetu.  Kiedy 

nie  wiesz,  co  zrobić,  podjedz  sobie,  stało  się  ostatnio  jej  życiową 

maksymą.  Napełniła  więc  talerz  rozmaitymi  smakołykami  i  usiadła 

przy stole wśród około tuzina Coltonów w różnym wieku, przybyłych, 

jak się okazało, ze wszystkich zakątków świata. 

Jedząc, cały czas kątem oka śledziła Jasona i zauważyła, że on też 

szukał  jej  wzrokiem.  Pewnie  z  lekarskiego  obowiązku,  tłumaczyła 

sobie, niemniej sprawiało jej to przyjemność.  

background image

Pierwszy drużba był dosłownie rozrywany. Kobiety ustawiały się  

niemal w kolejce, by z nimi zatańczył, on jednak nad wszystkie młode 

i  piękne  panny  wolał  swoją  kruchą  babkę  Sybil.  Savannah  ma  rację, 

pomyślała  Elizabeth,  on  naprawdę  jest  bardzo  miły.  Po  skończonym 

tańcu  Jason  odprowadził  starszą  damę  na  miejsce,  nie  wrócił  jednak 

na  parkiet.  W  pierwszej  chwili  Elizabeth  sądziła,  że  kieruje  się  do 

bufetu  za  jej  plecami,  lecz  nagłe  spostrzegła,  że  idzie  prosto  do  niej. 

Ale po co? 

- Czy miałaby pani ochotę zatańczyć? - spytał.  

Co?  Oczywiście!  Zaraz,  zaraz...  Tańczyć?  Tutaj?  W  jej  stanie? 

Spojrzała  na  swoją  granatową  ciążową  sukienkę  z  plamą  z  majonezu 

na  przodzie.  Orkiestra  zaczęła  grac.  Musi  mu  coś  odpowiedzieć. 

Mobilizując  całą  odwagę,  podniosła  głowę  i  napotkała  spojrzenie 

najpiękniejszych brązowych oczu na świecie. 

- Z przyjemnością - usłyszała własny głos. 

Lekko  i  swobodnie  prowadził  ją  po  parkiecie,  a  Elizabeth 

zrozumiała,  dlaczego  w  jego  ramionach  krucha  Sybil  z  aparatem 

słuchowym odmłodniała o sześćdziesiąt lat. 

-  Czy  zawsze  tańczysz  z  kobietami  podpierającymi  ściany?  - 

spytała, rezygnując ze zwracania się do niego oficjalnie. 

- Nie, ale zawsze tańczę ze wszystkimi interesującymi kobietami. 

- Jestem interesująca? 

-  A  nie  jesteś?  -  Jason  chętnie  podchwycił  okazję  przejścia  na 

„ty”. 

background image

-  Savannah  miała  rację...  -  W  ostatnich  miesiącach  Elizabeth 

nabrała wprawy w takich słownych unikach. 

- Tak? Co mówiła? 

- Że masz dobre serce. 

- To dobrze, że nie widziała jeszcze limuzyny. 

- A co zrobiłeś? 

-  Nic  specjalnego.  Trochę  pasty  do  butów  i  kremu  do  golenia. 

Kilka  puszek,  trochę  serpentyn.  Nadmuchiwane  nagie  lalki,  na 

lusterkach  usta  namalowane  szminką,  na  antenie  koronkowa 

bielizna...  -  wyliczał  Jason.  -  No  wiesz,  to  wszystko,  co  zwykle  przy 

takich okazjach. 

- Nagie lalki należą do kompletu przy takich okazjach? - zdziwiła 

się Elizabeth. 

-  Biorę  odwet  za  te  wszystkie  okazje,  kiedy  jako  dzieciak 

braciszek dawał mi w kość. 

- Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę jego minę. 

- Już niedługo. Za dwie godziny mają samolot, więc zaraz będzie 

rzucanie bukietu i podwiązki i całe huczne pożegnanie. 

Elizabeth  śmiała  się  jak  za  dawnych  beztroskich  czasów,  kiedy 

jeszcze  z  nadzieją  patrzyła  w  przyszłość.  Przy  Jasonie  zapomniała  o 

nieudanym małżeństwie zakończonym rozwodem i o ciąży. Przy nim 

na nowo nabrała ochoty do życia. 

 

Ostry  ból  w  żołądku  był  nie  do  zniesienia.  Stojąc  u  szczytu 

schodów prowadzących z kościoła na ulicę, zgięta wpół, gorączkowo 

background image

rozglądała się za jakimś miejscem, na którym mogłaby przysiąść. Ten 

ból niepokoił ją. Zbyt wcześnie. Chciała krzyknąć, ale głos uwiązł jej 

w gardle. 

Savannah  i  Harrison  stali  tuż  przy  masywnych  ogromnych 

drzwiach świątyni. U stóp schodów zebrały się panny w oczekiwaniu 

na  moment  rzucenia  bukietu.  Wśród  pisku  i  krzyku  wiązankę 

chwyciła młodziutka dziewczynka, zbyt młoda na randki, a co dopiero 

na małżeństwo. Obrzucani deszczem ryżu państwo młodzi wsiedli do 

udekorowanej limuzyny i odjechali. 

Ukryta  za  machającymi  na  pożegnanie  gośćmi  Elizabeth  stała, 

trzymając się balustrady schodów. Czując nowy atak bólu, osunęła się 

na  kolana.  Dziecko,  pomyślała.  Stracę  je.  Łzy  przerażenia  napłynęły 

jej  do  oczu.  Gorączkowo  zaczęła  szukać  w  kieszeni  pożyczonej 

chusteczki. 

- Elizabeth? 

Uspokajający głos Jasona docierał do niej jakby z oddali. 

- Elizabeth? Nic ci nie jest? 

-  Dziecko  -  załkała  i  uczepiła  się  jego  reki.  -  Boje  się,  że  stracę 

dziecko. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Ignorując ciekawskie spojrzenia przyjaciół i rodziny, Jason wziął 

Elizabeth na ręce, stopa otworzył ciężkie mahoniowe drzwi i wniósł ją 

do  kościoła.  Oparła  głowę  na  jego  ramieniu,  jej  jedwabiste  brązowe 

włosy  muskały  mu  szyję  i  policzek.  W  nozdrzach  poczuł  zapach 

background image

wiosennych kwiatów. Cały czas cicho pojękiwała i nie był pewny, czy 

z bólu, czy ze strachu. A może z obu tych powodów? 

Bardzo ostrożnie posadził ją na jednej z najbliżej stojących ławek 

i sam usiadł obok. Otoczył ją ramieniem, a drugą ręką ujął jej przegub 

i  sprawdził  puls.  Oprócz  nich  i  kilkorga  dzieci,  z  chichotem 

bawiących się w berka w kruchcie, w kościele nie było nikogo. 

-  Gdzie  jest  twój  mąż?  -  Jason  starał  się  mówić  opanowanym 

głosem, chociaż był bardzo zdenerwowany.  

W  tej  kobiecie  było  coś  wyjątkowego.  Bezbronność,  którą  bez 

powodzenia starała się ukryć, budziła w nim uczucia opiekuńcze. 

- Odszedł w siną dal. 

- Aha. 

Teraz zrozumiał, dlaczego Savannah i Harrison dowcipkowali, że 

zostanie ich bratową i szwagierką. Sądził wtedy, że to tylko niewinny 

żart,  by  rozładować  atmosferę  i  aby  wszyscy  lepiej  się  poznali,  więc 

starał się dostosować do sytuacji. Lecz teraz okazuje się, że naprawdę 

jest sama z dzieckiem. Przyjrzał się jej dłoni i zauważył brak obrączki.  

Zacisnął  zęby,  tłumiąc  ogarniający  go  gniew.  Starał  się  teraz 

skoncentrować uwagę na sekundniku, mierząc puls Elizabeth. Mocny. 

Odrobinę  przyspieszony.  Opuszkami  palców  dotknął  jej  czoła, 

wierzchem dłoni policzków. 

- Nie chciał dzieci. - Elizabeth uniosła słabą dłoń do ust, dzielnie 

walcząc z łzami. - A teraz pewnie spełni się jego życzenie. 

- Niekoniecznie. Spróbuj się odprężyć. 

- Nie mogę - westchnęła. - Strasznie się boję, że stracę dziecko. 

background image

-  Wiem.  -  Zdawał  sobie  sprawę,  że  Elizabeth  jest  świadoma 

komplikacji  związanych  z  urodzeniem  wcześniaka.  -  Gdzie  czujesz 

bóle? 

- Tu. - Przyłożyła dłoń do boku. - I tu. 

-  Ostre  czy  tępe?  -  Badał  teraz  jej  brzuch,  starając  się  określić 

ułożenie płodu. 

-  Ostre.  Nie  tyle  skurcze,  ale  bardziej...  Takie  rozdzierające,  nie 

wiem, jak to określić. 

- Tu? 

- Tak. 

- Uhm. - Dotknął miejsca, które mu pokazała. Ucisnął. - Boli? 

- Nie bardzo. 

- Uhm. 

- To źle? - zaniepokoiła się. 

- Po prostu „uhm”. Bez żadnych fachowych podtekstów. Czujesz 

mdłości? 

- Nie. 

- Uhm. Jest ci słabo? 

- Teraz już nie. 

- Czy przyjmujesz jakieś leki? 

- Tylko witaminy dla kobiet w ciąży. 

- Miałaś plamienia albo krwawienia? 

- Chyba nie - odpowiedziała, blednąc. 

- To świetnie. Gdzie twoja torebka? 

background image

- Torebka? - Elizabeth rozejrzała się wokół siebie. - Chyba została 

na schodach. 

-  Zaczekaj  tu.  Znajdę  torebkę,  a  potem  podjadę  samochodem  i 

będziemy mogli się zbierać. 

- Dokąd? 

- Do szpitala. 

-  Do  szpitala?  -  W  oczach  Elizabeth  pojawiło  się  przerażenie.  - 

Ale z dzieckiem wszystko będzie dobrze, prawda? - niepokoiła się. 

Jason  ujął  jej  szczupłą  dłoń  i  z  trudem  przybierając  pełen 

pewności zawodowy ton lekarza, kiwnął potakująco głową. 

-  Ostrożności  nigdy  za  wiele.  Chcemy  przecież,  żeby  maleństwo 

jeszcze  przez  jakiś  czas  pomieszkało  tam,  gdzie  teraz,  prawda? 

Spróbuj  się  nie  denerwować.  Będziesz  w  dobrych  rękach.  Istnieje 

duża szansa, że dziecku nic nie jest. 

-  Dobrze.  -  Wsparła  się  na  jego  ramieniu  i  kiwnęła  potakująco 

głową. Przez łzy spojrzała na rozświetloną promieniami słońca postać 

Jezusa  w  oknie  witrażowym  umieszczonym  wysoko  nad  głównym 

ołtarzem i szepnęła: - Oby dobry Bóg usłyszał twoje słowa. 

 

- Co powiedzieli? 

Na  widok  Jasona  wchodzącego  do  szpitalnego  pokoju  z  jej  kartą 

w  ręce,  Elizabeth  podciągnęła  się  na  łokciach  i  usiadła.  Starała  się  

ukrywać niepokój, lecz przychodziło jej to z coraz większym trudem. 

W ciągu niecałej godziny, jaka minęła od chwili przyjazdu do szpitala 

w Prosperino, zbadał ją chyba cały personel oddziału patologii ciąży. 

background image

Mocny jednostajny sygnał dochodzący z monitora płodowego był 

jedynym  kojącym  dźwiękiem  towarzyszącym  jej  w  oczekiwaniu  na 

kogoś, kto poda jej wyniki wszystkich badań i konsultacji. 

Jason pewnym krokiem podszedł do łóżka. Miał szerokie ramiona 

i  tors  i  wydawał  się  Elizabeth  opoką.  Zdjął  smoking  i  podwinął 

rękawy eleganckiej koszuli. Pod cienką tkaniną wyraźnie rysowały się  

mocne mięśnie. 

- Doktor Mhan chciałby zatrzymać cię tu na noc. 

-  Dlaczego?  -  Przestraszona  zacisnęła  dłonie  na  krawędziach 

łóżka. 

- Dla większej pewności. To wszystko. - Postukał palcem w kartę 

i uśmiechnął się. - Jego zdaniem w tej chwili nic nie wskazuje na to, 

że to poronienie. 

- Bogu dzięki!  -  wykrzyknęła Elizabeth i z uczuciem ulgi opadła 

na poduszki. - To wspaniała nowina! 

Jason delikatnie przesunął jej nogi i przysiadł na brzegu materaca. 

-  Należy  to  uczcić.  Może  zamówię  dużą  porcję  galaretki 

owocowej? - zaproponował. 

-  Galaretki  owocowej?  -  Mina  jej  zrzedła.  -  Myślałam  raczej  o 

hamburgerze z frytkami i koktajlu mlecznym. 

Jason  wybuchnął  głośnym  śmiechem  i  nacisnął  dzwonek 

wzywający pielęgniarkę. 

- Widzę, że naprawdę czujesz się lepiej. 

- Kamień spadł mi z serca. Co to właściwie było? 

background image

- Cóż, zapewne Junior chciał zrobić sobie trochę więcej miejsca i 

rozpychał  się  silniej,  niż  byłaś  na  to  przygotowana.  Stąd  bóle.  A 

ponieważ to twoja pierwsza ciąża, mięśnie macicy masz jeszcze mało 

rozciągnięte. Jesteś drobnej budowy, a Junior należy do sporych. 

-  Aha.  -  Elizabeth  oparła  łokcie  na  kolanach  i  z  zagadkowym 

uśmiechem popatrzyła na Jasona. - Dlaczego nazywasz moje dziecko 

Juniorem? 

- Nie znasz płci dziecka? 

- Więc to chłopiec? 

- A chciałabyś wiedzieć na pewno?  

Elizabeth westchnęła. 

-  Chyba  tak.  Chociaż  miałam  nadzieję,  że  będzie  dziewczynka. 

Wydawało  mi  się,  że  łatwiej  jest  wychować  dziewczynkę  bez  ojca. 

Rozumiesz, co mam na myśli. 

Nie  wiedziała,  dlaczego  chce  mu  się  zwierzać  ze  swoich 

osobistych spraw. Czasami łatwiej jest rozmawiać z kimś obcym niż z 

bliską  osobą.  A  szczególnie  jeśli  ten  ktoś  obcy  jest  lekarzem  o  tak 

rozumiejących oczach. 

-  Tak.  -  Jason  kiwnął  głową.  -  Ale  brak  ojca  może  okazać  się  

takim samym ciężkim brzemieniem dla dziewczynki. 

- To prawda. Sama bardzo ciężko to przeżywałam. 

-  Przepraszam,  nie  wiedziałem.  -  Jason  ujął  jej  dłoń  i  zajrzał  w 

oczy. 

Elizabeth  nagle  ogarnął  spokój.  Miała  dziwne  wrażenie,  że  zna 

tego człowieka od zawsze. 

background image

-  Nic  się  nie  stało.  Ojciec  zmarł  wiele  lat  temu,  kiedy  byłam 

bardzo mała. 

- Pamiętasz go? 

- Trochę. Chociaż sądzę, że moje wspomnienia o nim przeplatają 

się  z  opowiadaniami  matki.  Według  niej,  ojciec  był  wcieleniem 

wszelkich  cnót  i  podporą  społeczności  Prosperino.  Niestety,  po  jego 

śmierci sytuacja naszej rodziny znacznie się pogorszyła. 

- To przykre. 

-  Tak.  Mama  musiała  podejmować  dodatkowe  prace,  żeby  mnie 

posłać  do  szkoły  z  internatem,  tej,  w  której  poznałam  Savannah. 

Pamiętam, że zawsze bardzo się o nią martwiłam. - Nie chciałabym... 

-  bezwiednie  dotknęła  brzucha  -  żeby  moje  dziecko  miało  podobne 

zmartwienia. 

Podniosła  wzrok  na  Jasona,  a  widząc  jego  współczującą  minę, 

dodała:  

-  Więc kiedy Mike, przyjaciel rodziny,  oświadczył mi się, mama 

była rada, że ktoś zdejmie odpowiedzialność za mnie z jej barków. Ja 

nie byłam szaleńczo  zakochana w Mike'u, ale mama tak się cieszyła, 

że jako dobra córka zgodziłam się wyjść za mąż. 

- Wyszłaś za niego bardziej dla matki niż dla siebie? 

-  Niestety.  -  Z  głośnym  westchnieniem  Elizabeth  opadła  na 

poduszkę.  -  Ale  nie  mówmy  już  o  mnie  i  moich  głupich  decyzjach. 

Nie  wiem,  dlaczego  zanudzam  cię  swoimi  sprawami.  Zazwyczaj 

jestem bardziej powściągliwa. Słowo. 

background image

- Mnie to twoje nudzenie wcale nie nudzi - zaprotestował Jason, a 

w  jego  oczach  zabłysły  figlarne  iskierki.  -  Wiesz  -  uśmiechnął  się  i 

poklepał ją po dłoni - chłopcy może nie są tak wdzięcznym obiektem 

do strojenia, ale potrafią sprawić wiele radości. 

Na  widok  jego  przekornego  uśmiechu  Elizabeth  ogarnęła  radość. 

Jaka  szkoda,  że  z  Mikiem  nigdy  nie  rozmawiali  w  tak  beztroski 

sposób.  Mike  zawsze  był  taki  sztywny  i  opanowany.  Zawsze,  to 

znaczy wtedy, kiedy był w domu. 

- Wobec tego - powiedziała - rozumiem, że to będzie chłopiec. 

Przytaknął skinieniem głowy. 

-  USG  pokazuje,  że  jest  duży  i  zdrowy.  Wiadomo,  że  takie 

badania bywają omylne, niemniej na twoim miejscu nie malowałbym 

pokoju dziecinnego na różowo.  W każdym razie Junior jeszcze przez 

jakiś czas musi pomieszkać w maminym brzuszku. 

- Sądzisz, że zechce? 

-  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  wrócisz  tu  dopiero  za  trzy 

miesiące. 

- To wspaniale. 

-  Tak.  A  teraz  powiedz,  do  kogo  chciałabyś,  żebym  zadzwonił? 

Zawiadomił, gdzie jesteś i czego ci potrzeba. 

Elizabeth wydęła wargi i zaczęła się zastanawiać. 

-  Na  pewno  jest  ktoś...  Zaraz,  zaraz...  Chwileczkę...  Niech  tylko 

pomyślę... Rodzice Mike'a oczywiście nie wchodzą w rachubę. Ojciec 

zostawił ich, kiedy Mike był malutki. 

- Niedaleko pada jabłko od jabłoni - mruknął Jason. 

background image

-  Jego  matka  mieszka  na  Florydzie  i  jest  zbyt  zajęta  swoimi 

znajomymi z wielkiego świata, żeby zawracać jej głowę. A poza tym 

wcale się nie cieszy, że zostanie babcią. 

-  Rozumiem,  że  Mike  tym  bardziej  nie  wchodzi  w  rachubę?  - 

upewnił się Jason. 

- Absolutnie nie. Rozwiedliśmy się dwa miesiące temu i on zrzekł 

się praw rodzicielskich. Jasno postawił sprawę, że już nigdy nie chce 

mieć z nami do czynienia. 

Gdy  Jason  potrząsnął  z  niedowierzaniem  głową,  Elizabeth 

uśmiechnęła się z rezygnacją. 

-  No  cóż,  nawet  nie  ma  go  w  Kalifornii.  Słyszałam,  że  wyjechał 

do 

Europy 

szuka 

miłości 

we 

wszystkich 

najbardziej 

nieodpowiednich miejscach, jakie tam można znaleźć. 

- A twoja rodzina? - zasugerował. 

-  Matka  mieszka  obecnie  na  Alasce  z  moją  siostrą  i  szwagrem. 

Prowadzą  tam  naprawdę  przyjemny  pensjonat  dla  wędkarzy. 

Zadzwoniłabym  do  nich,  ale  nie  chcę  ich  niepotrzebnie  niepokoić, 

przecież  z  takiej  odległości  nic  nie  mogą  dla  mnie  zrobić.  Poza  tym 

planują  przyjazd  w  lipcu,  żeby  mi  pomóc,  a  to  będzie  ich  sporo 

kosztowało, zważywszy, że lipiec to pełnia sezonu. 

- Przyjaciele? 

- Dwójka moich najlepszych przyjaciół bierze udział w rejsie dla 

samotnych  do  Meksyku,  więc  odpadają.  Mam  naprawdę  miłą 

sąsiadkę, ale ona ma trójkę dzieci i nieduży samochód. Savannah jest 

zajęta... 

background image

Jason uniósł brwi i spojrzał na nią porozumiewawczo. 

-  Ale  wiesz,  że  ona  należy  do  tych  osób,  które  rzucą  wszystko  i 

przybiegną,  jeśli  tylko  dowiedzą  się,  że  masz  kłopoty  -  powiedział  i 

sięgnął do telefonu. 

Elizabeth klepnęła go w rękę. 

- Nie waż się dzwonić do nich w noc poślubną! 

Z  udawanym  rozczarowaniem  Jason  odłożył  słuchawkę  na 

widełki. 

- Zepsułaś mi całą zabawę. 

- Uważam, że już i tak dobrze sobie na nich użyłeś. 

-  Nie  przesadzaj.  Widziałem,  że  się  śmiałaś,  kiedy  wznosiłem 

toast za państwa młodych. 

-  Tak.  Przyznaję,  że  wyliczanie  dawnych  miłości  Harrisona  było 

zabawne. Szczególnie ta historyjka o dziewczynie, która pozowała do 

reklamy  ciasteczek  w  kształcie  goryli.  Część  tego  wszystkiego 

musiałeś zmyślić... 

-  Dziewięćdziesiąt procent.  Harrison lubił  zaszaleć,  ale  nie  aż  do 

tego stopnia. Pewnie mnie zabije, kiedy wrócą. 

Miła młoda pielęgniarka weszła do pokoju, właśnie kiedy kończył 

to zdanie. 

- Dobry wieczór, doktorze. - Uśmiechając się ciepło, podeszła do 

łóżka.  -  Pan  mnie  wzywał?  -  spytała  i  położyła  rękę  na  ramieniu 

Jasona. 

Elizabeth  zaczęła  się  zastanawiać,  jak  blisko  się  znają,  ale 

natychmiast zawstydziła się tych myśli. 

background image

- Tak, Sherry. Nasza pacjentka ma ochotę na obiad. Obawiam się  

jednak, że nie wyczarujesz hamburgera i frytek? 

- Ach, to dobry znak - ucieszyła się pielęgniarka. - Ale - spojrzała 

na  zegarek  -  nie  sądzę,  żeby  o  tej  porze  w  barku  chcieli  smażyć 

hamburgery. A może kanapka klubowa z indykiem? 

- Z frytkami i koktajlem mlecznym? 

-  Dla  pana  doktora  wszystko.  -  Poklepała  i  pogładziła  Jasona  po 

ramieniu, po czym zniknęła. 

-  Sherry  jest  żoną  onkologa  z  kliniki  po  drugiej  stronie  ulicy. 

Znakomity golfista. Przynajmniej raz w miesiącu staramy się pograć. 

Elizabeth odetchnęła z ulgą, ale nie dała tego po sobie poznać. 

- Grasz w golfa? 

- Nałogowo. 

- Ja też! Ale jestem beznadziejna. 

-  Wyobrażam  sobie,  że  Junior  nie  pozwala  ci  się  dobrze 

zamachnąć. 

- Tak. To znaczy nie. Zawsze byłam beznadziejna. Ale uwielbiam 

grać!  Kiedy  tylko  mogę,  gram  z  koleżankami.  One  wszystkie  grają 

marnie, ale mnie to nie przeszkadza. 

- Któregoś dnia będziemy musieli się wybrać razem. Przyjrzę się  

twojemu zamachowi. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - zgodziła się z entuzjazmem 

i  natychmiast  uświadomiła  sobie,  że  przystała  na  randkę  z 

najprzystojniejszym lekarzem w mieście.  

background image

Przecież  to  absurd.  Nie  może  pójść  grac  z nim  w  golfa.  Za  kilka 

miesięcy  będzie  miała  dziecko,  będzie  się  borykać  z  pieluchami  i 

wszelkimi kłopotami, z jakimi borykają się wszyscy rodzice samotnie 

wychowujący  potomstwo.  On  wcale  nie  chciał  się  z  nią  umówić. 

Zaproponował, bo jest miły i to wszystko. 

Na  szczęście  rozmowa  zeszła  na  inne  sporty,  potem  na  audycje 

sportowe  w  telewizji,  potem  na  telewizję  w  ogóle,  film,  książki, 

bieżące  wydarzenia,  a  jeszcze  później,  kiedy  Sherry  przyniosła 

kanapki,  na  restauracje.  Gdy  skończyli  się  posilać,  Elizabeth  została 

poddana kolejnej rundzie rutynowych badań. Zrobiło się późno. 

-  Na  pewno  musisz  już  wracać  do  siebie  -  zauważyła,  w  duchu 

żywiąc nadzieję, że to nieprawda. 

Jason spojrzał na zegarek. 

-  Dopiero  ósma  -  stwierdził.  -  Savannah  głowę  by  mi  urwała, 

gdybym o tak wczesnej porze zostawił ciebie i Juniora samych. Poza 

tym w domu czeka na mnie tylko lodówka pełna gotowych dań i stos 

papierów do przejrzenia. 

- Widzę, że prowadzisz życie podobne do mojego. 

-  Wszystko  zależy  od  ciebie.  Kiedy  poczujesz  się  zmęczona, 

wyrzucisz  mnie.  Ale  mogę  zostać  jeszcze  jakiś  czas  i...  i  możemy 

zagrać w karty. Co ty na to? 

-  Nigdy  nie  jestem  zbyt  zmęczona  na  grę  w  karty.  -  Była 

uszczęśliwiona. W towarzystwie Jasona zapomni o kłopotach. 

background image

-  To  świetnie.  -  Wstał  i  podszedł  do  drzwi.  -  Wiem,  że 

pielęgniarki zawsze mają w dyżurce kilka zapasowych talii. Możemy 

razem ułożyć pasjansa albo zagrać w coś innego. 

- A więc jesteś nauczycielką. 

- Aha, chociaż niekiedy czuję się bardziej wychowawczynią. 

- Które klasy uczysz? 

- Pierwsza gimnazjalna. 

- Masochistka. 

Elizabeth  roześmiała  się.  Z  dziewczęcym  rumieńcem  na 

policzkach wyglądała urzekająco. Jason nie przypominał sobie, kiedy 

ostatnio tak dobrze się czuł w towarzystwie kobiety. Jej eks-małżonek 

musiał  być  pierwszorzędnym  idiotą,  żeby  porzucić  taki  klejnot.  Cały 

wieczór  grali  w  karty.  Zaczęli  od  bezika  i  remika,  a  skończyli  na 

pokerze.  Trudno byłoby powiedzieć,  kto wygrał, kto przegrał, bo gra 

była jedynie pretekstem do rozmowy. 

Kiedy wydawało mu się, że Elizabeth nie widzi, Jason przyglądał 

się jej, podziwiając jej egzotyczną urodę. Miała duże oczy w kształcie 

migdałów,  jasne,  niemal  szmaragdowe,  i  tak  wyraziste  jak  upalny 

dzień na południowym Pacyfiku. Błyszczały i iskrzyły się słonecznym 

ciepłem,  chociaż  chwilami  ciemniały,  jak  gdyby  zasnuwały  je 

burzowe chmury.  

Jej  jedwabiste  sięgające  ramion  włosy,  proste,  lekko  tylko 

podwinięte  na  końcach,  miały  kolor  tekowego  drewna  ze  złotymi 

refleksami.  Już  wiedział,  że  były  tak  miękkie  jak  wyglądały,  i 

pachniały  świeżą  łąką.  Ukradkiem  spojrzał  na  jej  usta  i  szybko 

background image

przeniósł  wzrok  na  karty,  które  położyła  na  obrotowym  szpitalnym 

stoliku nasuniętym na kolana. 

Jej  rozchylone  wargi  odsłaniały  perłowobiałe  zęby  i  Jason 

pomyślał, że jej uśmiech promienistością dorównuje słońcu. Elizabeth 

pociągała  go  tak  silnie  jak  jeszcze  żadna  pacjentka,  a  w  swojej 

karierze  zawodowej  spotkał  wiele  prawdziwych  piękności.  Elizabeth 

jednak była inna.  

Teraz  podciągnęła  się  na  łóżku,  z  ożywieniem  opowiadając  o 

swojej pracy. 

-  Młodsze  nastolatki  to  nie  lada  wyzwanie.  Kocham  moich 

uczniów i nienawidzę jednocześnie. 

Jason  oparł  się  o  tył  łóżka,  milczeniem  zachęcając  ją  do 

mówienia. 

-  Czasami  doprowadzają  mnie  do  rozpaczy.  -  Wzruszyła 

ramionami. - A czasami potrafią być tacy zabawni. Dziewczyny mają 

umalowane usta i wąsy z mleka na górnej wardze. 

- To dopiero musi być widok.  

Roześmiała się zaraźliwie. 

-  Wszystkie  bardzo  interesują  się  moim  stanem  i  uwielbiają 

częstować  mnie  straszliwymi  historiami  o  porodach,  które  bez 

wątpienia usłyszały od swoich mam i cioć. 

- Nie bierz tych opowieści zbyt serio. Jesteś zdrowa, dziecko jest 

zdrowe,  poród  będzie  dla  ciebie  cudownym  przeżyciem.  Ktoś  bliski 

będzie ci towarzyszył? 

- A musi? 

background image

-  Nie  zawadzi  mieć  przy  sobie  kogoś,  kogo  nie  będziesz  się  

wahała prosić o to czy tamto. 

-  No  tak  -  westchnęła  i  spojrzała  w  bok,  jak  gdyby  temat  ją 

krępował.  -  Chyba  będę  musiała  ustąpić  i  zwrócić  się  do  kogoś.  Nie 

chcę  prosić  mamy,  bo  ona  jest  taka  wrażliwa.  Siostra  z  kolei  ma  na 

głowie  pensjonat,  a  nie  chciałabym  fatygować  Savannah.  Jest  tuż  po 

ślubie i w ogóle. Nie wiem. Kolejna sprawa do przemyślenia. Kolejny 

kłopot. 

-  Jesteś  zmęczona  -  wtrącił  Jason  i  spojrzał  na  zegar.  -  I  nic 

dziwnego.  Ale  czas  nam  prędko  zleciał!  Zrobiła  się  prawie  północ.  - 

Zebrał  karty.  -  Możemy  pograć  później.  Teraz  jeszcze  zmierzę  ci 

ciśnienie  i  temperaturę  i  posłucham  tętna  dziecka.  A  potem,  młoda 

damo, spać. Dobrze? 

- Dobrze - zgodziła się i stłumiła ziewnięcie. 

Jason sięgnął po aparat do mierzenia ciśnienia wiszący na ścianie 

koło  łóżka,  odsunął  rękaw  koszuli  Elizabeth  i  owinął  jej  przedramię 

mankietem. Potem założył słuchawki. Kiedy kładł jej rękę na swoich 

kolanach  i  pompował  mankiet,  poczuła,  że  serce  zabiło  jej  szybciej. 

Ciśnienie  miała  prawidłowe.  Pielęgniarka  zostawiła  termometr 

cyfrowy,  więc  zmierzył  jej  temperaturę  w  uchu  i  odczyt  wpisał  do 

karty. 

Potem posłuchał bicia serca dziecka i z zadowoleniem stwierdził, 

że  tętno  płodu  wróciło  do  normy.  Gdyby  miał  ponownie  wybierać 

specjalizację,  zdecydowałby  się  na  położnictwo.  Ciężarne  kobiety 

background image

emanowały  szczególnym  pięknem  i  nie  było  bardziej  magicznej  i 

szczęśliwszej chwili niż poród. 

- Wszystko znakomicie - oznajmił i zdjął słuchawki. 

- Cieszę się. - Elizabeth opadła na poduszki. To był wyczerpujący 

dzień. 

- A czujesz już skurcze macicy? 

-  No  wiesz...  -  Elizabeth  ziewnęła  szeroko  i  Jason  zapragnął 

położyć  się  obok  niej,  objąć  ją  i  przytulić  do  siebie  i  szeptać  jej  do 

ucha  wszystkie  te  sekretne  słówka,  które  są  zbyt  czułe,  aby  je 

wypowiedzieć na głos. 

Przyznawał  się  w  duchu,  że  zapragnął  przyśpieszyć  tempo  i 

przeskoczyć  kilka  etapów  znajomości.  Chciałby  dowiedzieć  się  o  tej 

kobiecie wszystkiego. Teraz. Zaraz. 

-  Słyszałam  o  nich  -  odezwała  się  po  chwili,  a  jemu  serce 

podskoczyło do gardła. - Wytłumacz mi, na czym to polega? 

Jason  z  powrotem  przysiadł  na  brzegu  łóżka  i  przybrał  swą 

poważną minę doktora Coltona przystępującego do wykładu. 

-  A  więc,  u  każdej  kobiety  wygląda  to  inaczej,  ale  ogólnie  rzecz 

biorąc,  jest  to  skurcz  macicy  promieniujący  od  pleców  do  mniej 

więcej  tego  miejsca,  o  tu.  -  Położył  dłoń  na  brzuchu  Elizabeth.  - 

Skurcz obejmuje dziecko, a matka czuje, że jej brzuch na minutę lub 

dwie  robi  się  twardy  jak  piłka  do  koszykówki.  Potem  następuje 

odprężenie.  Można  powiedzieć,  że  to  trening  przed  wielkim 

wydarzeniem. Co prawda u ciebie jeszcze trochę za wcześnie na takie 

skurcze. 

background image

Elizabeth  przewróciła  się  na  bok  i  spoglądając  spod 

wpółprzymkniętych powiek na Jasona spytała: 

- Pamiętasz to wszystko ze studiów? 

-  Po  prostu  interesuję  się  tym.  Zawsze  lubiłem  dzieci  -  dodał  i 

uśmiechnął się. - Oraz ich mamy. 

-  Aha.  -  Jej  uśmiech  był  tak  ciepły  i  uwodzicielski  jak  światło 

poranka. - To... to bardzo miło z twojej strony. 

Otulił  ją  kołdrą,  a  ona  ponownie  stłumiła  ziewniecie.  Rzęsy 

opadły  na  jej  porcelanowe  policzki,  a  jej  oddech  prawie  natychmiast 

stał się głęboki i miarowy. 

- Odpocznij - szepnął, lecz go już nie usłyszała. 

 

Obudził  ją  ucisk  mankietu  ciśnieniomierza  na  przedramieniu.  W 

półmroku rozpoznała pogodną twarz Sherry. 

- Nie chciałam cię budzić. - Głos Sherry był niski i przyjemny. -

Jak  się  czujesz?  -  spytała,  nie  przerywając  rutynowych  czynności. 

Starannie wpisywała wyniki do karty. 

- Bardzo dobrze. Dziękuję - odparła Elizabeth. 

Rzeczywiście  czuła  się  wyśmienicie.  Samopoczucie  psuła  jej 

jedynie  świadomość,  że  zasnęła  przy  księciu  z  bajki,  który  teraz  na 

pewno jest już u siebie w domu i zapomniał o niej. Uczucie pustki w 

jej sercu pogłębiło się. 

- Nic dziwnego. Kiedy ma się przy sobie tak przystojnego anioła 

stróża,  trudno  czuć  się  źle  -  powiedziała  Sherry  i  uśmiechnęła  się  

znacząco. Ruchem głowy wskazała za siebie. 

background image

Elizabeth  wyciągnęła  szyję  i  spróbowała  spojrzeć  w  tym  samym 

kierunku  co  pielęgniarka.  Na  widok  Jasona  wyciągniętego  w  fotelu 

koło  okna  serce  podskoczyło  jej  do  gardła.  Spał  lekko  pochrapując, 

jedna  ręka  zsunęła  mu  się  z  oparcia.  Ktoś,  prawdopodobnie  sama 

Sherry, nakrył go w nocy pledem. 

O  tej  porze  w  szpitalu  panowała  jeszcze  zupełna  cisza.  Tak 

głęboka,  że  przez  dźwiękoszczelne  okna  słychać  było  ćwierkanie 

ptaków. Chłodne promienie poranka przesączały się przez szary świt i 

padały  na  twarz  Jasona.  Na  jego  podbródku  ciemniał  cień  zarostu,  a 

opadające  na  czoło  włosy  sprawiały,  że  wyglądał  jeszcze  bardziej 

pociągająco.  Elizabeth  pomyślała,  że  chciałaby  oglądać  taki  widok 

każdego ranka. 

- Jeszcze tu jest? - spytała z niedowierzaniem.  

Sherry  najpierw  skończyła  wypełniać  kartę,  a  dopiero  potem 

odpowiedziała: 

- Spędził tu całą noc. 

- Noc? Która jest teraz godzina? 

-  Dochodzi  piąta.  Za  półtorej  godziny  kończę  dyżur.  -  Teraz 

pielęgniarka  włożyła  słuchawki  i  osłuchiwała  brzuch  Elizabeth.  - 

Starałam się go przekonać, że nie zapomnę o tobie - ciągnęła - ale nie 

ustępował. Bał się, że bratowa go zamorduje, jeśli nie będzie się tobą 

dobrze  opiekował.  -  Sherry  zaśmiała  się.  -  Wydaje  mi  się,  że  bardzo 

przejmuje się rolą szwagra. 

- Savannah ma o nim bardzo wysokie mniemanie. 

- Jak każdy. 

background image

- Nie rozumiem, dlaczego do tej pory się nie ożenił.  

Sherry  zdjęła  słuchawki  i  zaczęła  wypełniać  kolejną  rubrykę  w 

karcie. 

- Miał narzeczoną - rzuciła jakby mimochodem. 

- I co się stało? 

Pielęgniarka obejrzała się przez ramię. 

- Chyba nie będzie się gniewał, jeśli ci powiem. To nie tajemnica, 

wszyscy  naokoło  wiedzą,  że...  -  Urwała  i  znowu  pochyliła  się  nad 

kartą.  Pisała  z  takim  zapałem,  że  Elizabeth  bała  się,  że  nie dokończy 

zdania. - Wszystko w normie, to wspaniale - oświadczyła. - Będziesz 

musiała  przez  kilka  dni  uważać  na  siebie  i  obserwować  wszystkie 

nietypowe  bóle.  Żadnego  dźwigania,  żadnych  forsownych  ćwiczeń, 

żadnego kick boxingu i tych rzeczy, rozumiesz, co mam na myśli... - 

zażartowała z uśmiechem. 

Elizabeth  odpowiedziała  również  uśmiechem,  wolałaby  jednak, 

żeby Sherry nie zbaczała z tematu. 

- Jeśli będziesz miała jakieś pytania, nie krepuj się, tylko dzwoń. 

Elizabeth kiwnęła głową. Dobrze, dobrze, dobrze. 

- Wiem, że doktor Colton nie miałby nic przeciwko temu, żebyś w 

takich  chwilach  zadzwoniła  do  niego.  Uwielbia  dzieci.  To  dlatego 

jego małżeństwo nie doszło do skutku. 

No, nareszcie wróciła do tematu. 

-  Naprawdę?  -  Elizabeth  starała  się,  żeby  pytanie  zabrzmiało  w 

miarę  naturalnie.  Była  wdzięczna,  że  w  tym  świetle  nie  widać  było 

rumieńców na jej policzkach. 

background image

-  Tak.  -  Sherry  zniżyła  głos.  -  Mimo  tak  absorbującej  pracy, 

świetnego  rodowodu  i  zabójczego  wyglądu,  Jason  to  w  głębi  serca 

człowiek bardzo rodzinny. 

- Wydaje się mocno przywiązany do brata. 

-  To  prawda.  Coltonowie  zawsze  trzymają  się  razem.  -  Sherry 

oparła się o tył łóżka, szykując się do dłuższej opowieści. - W zeszłym 

roku zakochał się w pielęgniarce z kardiologii. Nazywała się Angelica 

Maldonado.  Angie  udawała  przed  nim,  że  tak  samo  jak  on  pragnie 

mieć dzieci. Ale na kilka dni przed ślubem rozpętało się istne piekło, 

kiedy  odkrył,  że  narzeczona  wcale  nie  ma  zamiaru  psuć  sobie  figury 

ciążami i chce się za niego wydać tylko po to, żeby dorwać się do jego 

pieniędzy. 

- Ależ to okropne! - wykrzyknęła Elizabeth oburzona. 

-  Och,  co  tu  się  działo!  Zaproszenia,  suknie,  wszystko. 

Wczorajsza uroczystość musiała być dla niego ciężkim przeżyciem. 

- Uhm - przytaknęła Elizabeth.  

Nie  tylko  dla  niego,  pomyślała,  dla  mnie  też.  Nic  dziwnego,  że 

perspektywa  powrotu  do  domu  pełnego  przykrych  wspomnień  nie 

pociągała  go.  Wolał  spędzić  wieczór,  grając  w  karty  z  ciężarną 

kobietą. Czy było bezpieczniejsze zajęcie? 

-  Taak.  -  Sherry  wstała,  podeszła  do  Jasona,  poprawiła  koc. 

Uśmiechnęła  się,  kiedy  zachrapał  i  przekręcił  się  na  bok.  -  Pieniądze 

to  często  przekleństwo.  Wiesz,  ich  rodzina  ma  tony  pieniędzy,  ale 

szczęścia niewiele. 

background image

- Słyszałam. - Elizabeth dużo wiedziała o Coltonach. Szczególnie 

o tym, jak bardzo nie lubią rodziny Mansfieldów. 

-  Wcale  nie  musi  pracować  zarobkowo,  ale  mnie  się  wydaje,  że 

praca  daje  mu  poczucie  rzeczywistości.  I  służby  ludziom.  Jason  to 

swój człowiek. 

-  Wyjątkowy.  -  Zbyt  wyjątkowy  dla  mnie,  pomyślała  i  ciężko 

zrobiło się jej na sercu. Lepiej wybić go sobie z głowy. Dzieli ich zbyt 

dużo  przeszkód  nie  do  pokonania.  Nie  ma  co  marzyc  o  bliższej 

znajomości. 

Sherry  poklepała  Elizabeth  po  kolanie  i  skierowała  się  w  stronę 

drzwi. 

-  Wypiszą  cię,  zanim  zacznę  następny  dyżur,  więc  gdybyśmy 

miały się już nie zobaczyć, życzę tobie i dziecku wiele szczęścia. 

- Dzięki. 

Elizabeth  umościła  się  na  łóżku  i  przyglądając  się  Jasonowi, 

zaczęła  marzyć,  że  wczorajsza  uroczystość  to  był  ślub  jej  i  jego. 

Przymknęła  powieki  i  sen  na  jawie  przerodził  się  w  prawdziwy  sen. 

Sen  o  tym,  jak  razem  z  Jasonem  oczekują  narodzin  ich  wspólnego 

dziecka,  poczętego  z  wzajemnego  oddania  i  co  najważniejsze,  z 

miłości. 

Ja, Jason, biorę ciebie, Elizabeth, za małżonkę i ślubuję ci miłość, 

wierność  i  uczciwość  małżeńską,  oraz  że  cię  nie  opuszczę  aż  do... 

Och,  co  za cudowny  sen.  Tak ciepły,  tak  szczęśliwy,  tak prawdziwy. 

Tak  prawdziwy,  że  przysięgłaby,  że  słyszy  zmysłowy  baryton 

background image

szepczący  jej  imię  i  czuje  jego  wargi  na  swojej  skroni.  Na  uchu.  Na 

policzku. 

Elizabeth, Elizabeth. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Elizabeth. 

Ciepła silna dłoń zaciskała się na jej dłoni. 

- Elizabeth? 

- Tak? - Z trudem budziła się ze snu.  

Pochylała się nad nią przystojna twarz Jasona. Był tuż-tuż, muskał 

jej  twarz  oddechem.  Elizabeth  wciągnęła  głęboko  powietrze  i 

uśmiechnęła  się  błogo.  To  nie  sen.  On  jest  tu.  Och,  czuła  się  jak  w 

raju.  Przeciągnęła  się  niczym  kot  budzący  się  z  drzemki  na 

nasłonecznionym  parapecie.  To  wszystko  działo  się  naprawdę  i  było 

przecudowne. A oczy Jasona błyszczały odbiciem blasku jej oczu, nie 

miała co do tego wątpliwości. 

- Hej, śpiochu! Pora wstawać i do dzieła. 

- Hmm? - zamruczała. 

-  Dziewiąta.  Za  niecałą  godzinę  musimy  się  wymeldować  i 

opuścić ten lokal. Zdążysz wziąć prysznic i zrobić się na bóstwo? 

-  Co?  -  Natychmiast  usiadła  prosto,  brutalnie  przywołana  do 

rzeczywistości.  

Rozejrzała  się  wokół  i  nagle  przypomniała  sobie  wypadki 

wczorajszego  dnia.  Skuliła  się,  podciągnęła  kolana,  ukryła  twarz  w 

dłoniach i jęknęła. Nawet nie chciała wiedzieć, jak wygląda. Co sobie 

background image

Jason  pomyśli?  Chociaż  dlaczego  tak  jej  zależało  na  tym,  co  Jason 

pomyśli, pozostawało tajemnicą. Przecież wczoraj nie przez cały czas 

wyglądała,  jak  gdyby  właśnie  wyszła  z  salonu  piękności.  A  ten 

rozmazany tusz na rzęsach, błyszczący czerwony nos...  

Niemniej każda dziewczyna - nawet jeśli jest w szóstym miesiącu 

ciąży  i  ma  rozmazany  makijaż  oraz  czerwony  nos  -  ma  też  swoją 

dumę.  A  on?  Stoi  przed  nią  rześki  i  świeży,  w  czystych  dżinsach  i 

bawełnianej koszulce, i wygląda jak z reklamy. Nicpoń zdążył nawet 

się ogolić i natrzeć podbródek czymś o zapachu lekko uderzającym do 

głowy. Musiał pojechać do domu, wziąć prysznic i wrócić. 

Elizabeth naciągnęła prześcieradło na głowę. 

- Cześć - wymamrotała.  

- Dobrze się czujesz? 

Kiwnęła głową, nie chcąc pokazać mu twarzy. 

- Na pewno?  

Ponownie kiwnęła głową. 

-  Chciałabyś,  żebym  sobie  poszedł?  -  spytał,  a  w  jego  głosie 

pobrzmiewała lekka kpina. 

-  Nie!  -  Słysząc  jego  serdeczny  zaraźliwy  śmiech,  wyjrzała  spod 

prześcieradła.  Wyglądała  jeszcze  gorzej,  jej  naelektryzowane  włosy 

sterczały  na  wszystkie  strony.  -  Uczciwie  ostrzegam,  że  teraz,  kiedy 

mnie już zobaczyłeś w tym stanie, będę musiała cię zabić. 

-  Posłuchaj,  dziecino  -  Jason  przybrał  ton  łagodnej  perswazji  - 

widywałem pacjentów, którzy wyglądali tak jak ty przez cały okrągły 

rok. Uważam, że wyglądasz świetnie. Może trochę nieświeżo, ale nie 

background image

umniejsza  to  twojej  urody.  Poza  tym  nie  możesz  mnie  zabić. 

Ewentualnie dopiero po tym, jak zmierzę ci ciśnienie. 

Elizabeth prychnęła. 

- Na pewno jest niedobre. 

- Pozwól, że sam osądzę. 

Po  przeprowadzeniu  wszystkich  porannych  badan  wziął  kartę 

zawieszoną  na  ramie  łóżka  i  zaczął  studiować  wykresy  dokonane 

przez Sherry. 

-  W  porządku...  -  Zawahał  się,  spojrzał  na  Elizabeth,  potem  z 

powrotem na kartę. - Mansfield? Zaraz, zaraz. Sądziłem, że nazywasz 

się Sonderland. 

- Nazywałam. - Czekała na jakiś znak niechęci z jego strony, ale 

nie dostrzegła żadnej takiej reakcji. 

- Rozumiem, wróciłaś do nazwiska panieńskiego. 

- Tak. 

Zacisnęła  mocno  powieki  i  czekała,  co  będzie  dalej.  Po  chwili 

otworzyła powoli oczy i spojrzała na spokojną twarz Jasona. Co się z 

nim dzieje? Czy nie wie, że powinien jej nienawidzić? Może jest zbyt 

zajęty  jej  kartą  gorączkową,  żeby  zauważyć,  że  ma  przed  sobą 

przedstawicielkę wrogiego rodu? 

-  A  więc  dobrze.  Zajrzę  do  kilku  moich  pacjentów,  a  ty 

tymczasem  weź  prysznic.  Potem  poproszę  doktora  Mhana,  żeby  cię 

formalnie wypisał, i odwiozę cię do domu. 

- Nie trzeba. Wezmę taksówkę. Żadna sprawa. 

background image

- Nie bądź śmieszna. - Wyglądał na urażonego. - No, wskakuj pod 

prysznic,  bo  się  spóźnimy  na  naleśniki  w  tej  małej  kafejce 

naprzeciwko szpitala. 

- Naleśniki? 

- Chyba nie sądzisz, że odwiozę cię do domu o pustym żołądku. 

Elizabeth roześmiała się na widok jego oburzonej miny. 

- Zgoda, pod warunkiem, że ja funduję. 

- Jesteś okropna. 

-  Tak  twierdzą  moi  uczniowie.  A  teraz  jest  pan  wolny,  sir.  Ta 

szpitalna koszulka nie całkiem zasłania to co trzeba. 

- I to w nich lubię - zażartował i roześmiał się przekornie, widząc 

jej oburzoną minę. - Przyjdę po ciebie dokładnie za godzinę - dodał. 

Elizabeth już się nie mogła go doczekać. 

Trochę  ponad  godzinę  później  siedzieli  naprzeciwko  siebie  w 

boksie  tradycyjnej  jadłodajni  U  Cioci  Rose.  Kiedy  Jason  patrzył  na 

swoją  towarzyszkę  pochyloną  nad  talerzem  naleśniczków,  w  głębi 

serca czuł, że w tej chwili nie chciałby być w żadnym innym miejscu 

na  ziemi.  A  biorąc  pod  uwagę  jego  nazwisko  i  pozycję  społeczną, 

miejsca, które poczytywałyby sobie za zaszczyt, gdyby doktor Colton 

zaszczycił  je  swoją  obecnością  w  porze  niedzielnego  śniadania  były 

liczne i wytworne. 

Ale Jasona nigdy nie pociągał styl życia bogatych, choć może nie 

tak  sławnych.  Był  człowiekiem  prostolinijnym  i  znajdował 

przyjemność  w  zwykłych  rzeczach.  Pragnął  mieć  rodzinę.  Gromadkę 

dzieci.  Kilka  psów.  Może  jeszcze  kota  i  żółwia.  I  niewielki  domek  z 

background image

ogrodem  na  tyle  dużym,  żeby  pomieścił  niewielki  batut,  drabinki  i 

domek  do  zabawy  na  drzewie,  betonowy  podjazd  i  garaż,  tak,  żeby 

mógł z chłopcami grać w obręcze i w koszykówkę. 

Jedyne, co mu psuło nastrój tej chwili - a przez ostatnie kilka lat 

szczerze  wierzył,  że  na  tym  etapie  życia  będzie  jadł  śniadanie  przy 

wspólnym stole  z kobietą w ciąży –  to to, że tą kobietą powinna być 

Angie,  a  dziecko  powinno  być  jego.  Było,  minęło,  pomyślał  po  raz 

pierwszy bez owego ukłucia w sercu, które zawsze towarzyszyło jego 

wspomnieniom  o  Angelice.  Uhm.  Podobno  czas  leczy  rany.  Może  to 

rzeczywiście prawda? 

Bo  rzeczywiście  już  czuł  się  związany  z  Elizabeth  w  sposób,  w 

jaki nigdy nie czuł się związany z byłą narzeczoną, a przecież znali się  

zaledwie dzień. Stało się dla niego jasne, że będąc w związku z Angie, 

lubił być zakochany. Zaczynał teraz podejrzewać, że związawszy się z 

Elizabeth, mógłby polubić życie. Na nowo. 

Tak,  ta  kobieta  wywarła  na  nim  głębokie  wrażenie.  Dotąd  nie 

mógł  uwierzyć,  że  kiedy  dziś  rano  przyszedł  ją  obudzić,  musnął 

wargami  jej  policzek  i  poczuł  słodki  zapach  jej  skroni.  I  gdyby  nie 

interweniował  rozsądek  w  postaci  siostry  Effie,  w  szpitalu 

przezywanej żandarmem, wśliznąłby się do łóżka Elizabeth i całował 

jej  twarz  centymetr  po  centymetrze  w  dół  aż  do  krtani,  a  potem 

rozpoczął wędrówkę w górę, aż dotarłby do ust... 

A  tak  musiał  udawać,  że  przy  zasłoniętych  oknach  niedowidzi, 

żeby  usprawiedliwić,  dlaczego  tak  nisko  pochylił  się  nad  pacjentką. 

Wstrętne  babsko  nie  dało  się  nabrać na takie  sztuczki i  na  pewno  do 

background image

wieczoru  wszystkie  pielęgniarki  będą  plotkować  o  jego  nieślubnym 

dziecku.  Lekki  uśmieszek  zaigrał  na  jego  wargach.  Ta  perspektywa 

wcale nie była taka straszna. Zawsze chciał mieć syna. 

Przeczesał palcami włosy, starając się opędzić od tych wszystkich 

absurdalnych  myśli.  Całkiem  tracił  głowę.  Ukradkiem  spojrzał  na 

Elizabeth i kroplę syropu klonowego spływającą po jej dolnej wardze. 

Czy  należało  mu  się  dziwić?  Naprzeciw  niego  przy  stoliku  siedział 

anioł prosto z nieba.  

Wydarzenia  wczorajszego  dnia  nie  popsuły  apetytu  Elizabeth, 

która pałaszowała naleśniki, aż jej się uszy trzęsły. Jason uśmiechnął 

się do siebie. Lubił kobiety odznaczające się  zdrowym apetytem. 

-  Ciekawe,  co  teraz  robią  Savannah  i  Harrison  -  zagadnęła 

Elizabeth, przerywając na chwilę jedzenie, żeby obetrzeć usta i napić 

się koktajlu mlecznego. 

- Wiem, co ja bym robił na ich miejscu.  

Wpatrywała  się  w  niego  przez  chwilę,  a  potem  wybuchnęła 

śmiechem. 

- Okay. W porządku. Zastanawiam się, co robią poza tym. 

- A co pozostaje? 

- Widzę, że myślisz tylko o jednym. 

- Nie zawsze. Potrafię prowadzić kulturalną rozmowę... A więc... 

Wczorajszy  ślub  był  naprawdę  wspaniały,  nie  sądzisz?  Pomijając 

twoje zasłabnięcie. 

- To prawda. Ta przygoda popsuła mi trochę przyjemność. Ale nie 

żałuję, bo dzięki temu dziś nie muszę jeść śniadania w samotności. 

background image

-  Ani  ja.  -  Serce  mu  się  ścisnęło,  kiedy  usłyszał  to  szczere 

wyznanie. 

- Oni są jakby dla siebie stworzeni. 

- Savannah i Harrison?  

- Tak - powiedziała z lekka nuta sarkazmu w głosie. - Cztery lata 

temu  też  sądziłam,  że  Mike  i  ja  jesteśmy  dla  siebie  stworzeni.  Nie 

mogłam się bardziej pomylić. 

- Długo ze sobą chodziliście? 

- Długo. Powiesz pewnie, że miałam czas go dobrze poznać? 

-  Czas  nie  zawsze  decyduje  o  tym,  czy  dwoje  ludzi  stworzy 

dobraną parę. Wiem coś o tym. Spotykałem się z pewną dziewczyną, 

miała na imię Angie... 

-  Słyszałam  -  przerwała  mu  Elizabeth.  -  Sherry  mi  wszystko 

opowiedziała. 

Jason wzniósł oczy do nieba. 

-  Zawsze  mogę  liczyć  na  pielęgniarską  pomoc.  Ale  zaraz...  O 

czym to ja mówiłem? 

- Spotykałeś się z Angie? 

-  No  tak.  Jak  pewnie  wiesz,  chodziliśmy  ze  sobą  rok.  Znajomi 

nieraz próbowali otworzyć mi oczy, ale ja nie chciałem ich słuchać. 

-  Nawet  jeśli  wiesz,  że  coś  się  nie  układa,  ciężko  jest  odejść.  - 

Elizabeth  współczuła  mu.  -  Wychowywano  mnie  w  wierze,  że 

małżeństwo  zawiera  się  na  całe  życie.  I  nadal  chcę  ufać,  że  tak 

właśnie jest. 

- Ja też. 

background image

-  Długo  nosiłam  się  z  myślą  o  zerwaniu  z  Mikiem,  ale  jakoś  nie 

potrafiłam  spakować  rzeczy  i  odejść.  Wciąż  się  łudziłam,  że  kiedyś 

pokocham  go  na  tyle  mocno,  że  się  poprawi.  Nasze  małżeństwo 

trwało trzy lata, ostatnie dwa były piekłem. 

- To bardzo przykre. 

- Cóż... - Elizabeth z filozoficzną miną rozłożyła ręce. - Mike miał 

wiele problemów. Trudne dzieciństwo... . Ja nie potrafiłam mu pomóc 

uporać  się  z  nimi.  W  sercu  nosił  ogromną  pustkę,  pustkę,  której  na 

imię ojciec. Zawsze poszukiwał idealnej miłości. Z początku sądził, że 

znalazł  ją  we  mnie.  Ale  ja  nie  zdołałam  uleczyć  wszystkich  jego 

urazów. 

Jason  oparł  skrzyżowane  ręce  na  blacie  stolika,  pochylił  się  do 

przodu  i  słuchał  uważnie.  Przeżycia  Elizabeth  bardzo  przypominały 

jego  własne.  Problemy  Angie  też  miały  swoje  źródło  w  braku 

poczucia  własnej  wartości  i  doskonale  wiedział,  co  to  znaczy  darzyć 

kogoś miłością niewspółmierną do jego potrzeb. 

Ciężkie przeciągłe westchnienie wyrwało się z piersi Elizabeth. 

-  W  październiku  zeszłego  roku  Mike  skruszony  zjawił  się  w 

domu  po  kolejnym  weekendzie  spędzonym  nie  wiadomo  gdzie  i  nie 

wiadomo z kim. Błagał o wybaczenie. I ja, jak widzisz, wybaczyłam. 

Ale minął tydzień i wszystko wróciło do poprzedniego stanu.  

A kiedy dowiedział się, że jestem w ciąży, miał dość. I, jak teraz 

to  widzę,  bardzo  dobrze  się  stało.  Oszczędził  mi  konieczności 

wyrzucenia go z domu. Mike nie nadaje się na ojca. Nigdy nie chciał 

background image

nim  być,  więc  po  co  narażać  bezbronne  dziecko  na  obcowanie  z 

człowiekiem pozbawionym wszelkich zasad moralnych. 

- Widzę, że już całkiem dobrze pozbierałaś się po rozwodzie. 

-  Po  kilku  latach  cierpienia  chyba  nie  odczuwam  już  bólu. 

Dziecko bardzo mi w tym pomaga. Daje nadzieję. 

- Masz szczęście. 

- Ty też zaczynasz się otrząsać. 

- Wiesz, chyba tak. - Podniósł swój kubek z mlecznym koktajlem. 

Stuknęli się. - No to wypijmy za lepszy wybór w przyszłości. 

- I umiejętność odróżniania, co jest dobre, a co złe.  

Jason  kiwnął  potakująco  głową.  Nie  bardzo  wiedział,  co 

powiedzieć.  Minęły  dopiero  dwadzieścia  cztery  godziny,  a  on  już 

chyba wiedział, że dokonuje słusznego wyboru. 

Samochód  Elizabeth  został  przed  kościołem,  więc  Jason  zawiózł 

ją  najpierw  tam,  a  potem  koniecznie  uparł  się  eskortować  ją  dalej. 

Jadąc do swojego małego domku na skraju miasta, Elizabeth od czasu 

do  czasu  zerkała  w  lusterko  wsteczne.  I  za  każdym  razem  widok 

znajomego jaguara dodawał jej otuchy. 

Od  pierwszej  chwili  Jason  zachowywał  się  w  sposób 

zdumiewający.  Jako  lekarz  robił  więcej,  niż  wymagała  etyka 

zawodowa. Musi pomyśleć, jak okazać mu swoją wdzięczność. Musi 

to być coś specjalnego, ale z drugiej strony niezobowiązującego, żeby 

nie nabrał błędnego przekonania o jej intencjach.  

A raczej nie domyślił się prawdziwego motywu.  

background image

Ponownie  spojrzała  w  lusterko.  Bezskutecznie  przywoływała  na 

pomoc  rozsądek.  Przystojny  lekarz  przyprawił  ją  o  zawrót  głowy,  a 

teraz zauroczenie przybierało na sile. Jeśli nie przestanie myśleć o nim 

jak o swoim rycerzu i omdlewać za każdym razem, kiedy się do niej 

uśmiechnie, facet się przestraszy i ucieknie. 

Jason Colton nie uporządkuje jej życia. Po prostu interesuje się jej 

zdrowiem  z  czysto  lekarskiego  punktu  widzenia.  Na  pewno  są  inne 

kobiety  dorównujące  mu  pozycją,  czekające  w  kolejce,  żeby  go 

pokochać,  wyjść  za  niego  za  mąż  i  urodzić  mu  synów.  Jego  synów. 

Ona jest tylko przyjaciółką rodziny. 

A  pamiętając  o  pradawnej  waśni  dzielącej  rodziny  Coltonów  i 

Mansfieldów, nie była pewna, czy jeszcze może się za kogoś takiego 

uważać. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Jason  zaparkował  swojego  jaguara  za  toyotą  Elizabeth  na 

żwirowanym  podjeździe  z  boku  małego  białego  domku  z  czarnymi 

okiennicami.  

A  więc  tutaj  mieszkała.  Natychmiast  polubił  ten  domek  i  nie 

zdziwiłby  się,  gdyby  drzwi  otworzyły  się  nagle  i  siedmiu 

krasnoludków wybiegło im na powitanie. Dokładnie taki domek jak z 

bajki, emanujący ciepłem i miłością wymarzył sobie dla żony i dzieci.  

Ganek od frontu oplatała najbujniejsza, najbardziej pachnąca róża, 

jaką  w  życiu  widział,  a  na  grządkach  po  obu  stronach  schodków 

kwitły  wiosenne  kwiaty.  Sztachetowy  płotek,  tak  banalny,  jak  gdyby 

background image

wzięty prosto z obrazka, otaczał trawnik wielkości chusteczki do nosa, 

a  ścieżka  wyłożona  kamiennymi  płytami  prowadziła  od  furtki  do 

wejścia. 

W chłodnych surowych wnętrzach ogromnej rodzinnej rezydencji, 

mimo  jej  swoistego  wielkopańskiego  uroku,  Jason  nigdy  nie  czuł  się  

jak  w  prawdziwym  domu.  Nie  lepiej  czuł  się  w  swoim  pustym 

apartamencie.  Była  to  zresztą  jego  własna  wina,  ponieważ  nie 

przejawiał  zainteresowania  urządzeniem  mieszkania  i  nie  zadbał  o 

stworzenie domowej atmosfery. 

Elizabeth zauważyła jego zdziwienie. 

-  Skromny,  ale  własny  -  powiedziała,  jak  gdyby  chciała  się 

usprawiedliwić. 

-  Cudowny.  -  Jason  położył  dłoń  na  jej  ramieniu.  -  Naprawdę 

uroczy. Rozumiem, dlaczego jesteś tutaj szczęśliwa. 

- Naprawdę? 

- Naprawdę. 

- To zapraszam do środka. 

Promieniejąc  z  dumy,  pchnęła  drzwi  i  wprowadziła  gościa  do 

zaskakująco  dużego  pokoju  utrzymanego  w  pastelowej  tonacji, 

umeblowanego  prostymi  amiszowskimi  meblami.  Znajdowała  się  tu 

także  wygodna  kanapa  zarzucona  poduszkami,  mnóstwo  książek,  a 

także kominek, w którym w miejscu paleniska stał wazon ze świeżymi 

kwiatami.  

Salonik łączył się z przyjemną kuchnią z aneksem jadalnym. Dom 

był słoneczny, bo przez liczne okna wpadało do wnętrza dużo światła. 

background image

Korytarzem  prowadzącym  na  tyły  domu  przeszli  do  sypialni 

Elizabeth,  która  wydała  się  Jasonowi  oazą  spokoju.  Tu  gospodyni 

powiedziała: 

-  Zobacz  ogródek  i  resztę  domu,  a  ja  tymczasem  się  przebiorę. 

Czuj się jak u siebie. 

Jason  skorzystał  z  zaproszenia  i  najpierw  zajrzał  do  sporej 

łazienki  ze  staroświecką  wanną  na  nóżkach  i  umywalką  na 

postumencie.  Przez  okno  zobaczył  patio  i  ogródek  wystarczająco 

duży, aby pomieścić batut i drabinki, i domek do zabawy na drzewie, 

a  dla  psa  wybieg.  Na  ścianie  wolno  stojącego  garażu  można  by 

zawiesić kosz do gry w koszykówkę.  

Poddał  się  marzeniom.  Śniąc  na  jawie,  słyszał  śmiech  małego 

chłopca  i  własny  głos  udzielający  wskazówek,  jak  poprawnie  brać 

zamach  kijem  golfowym.  Po  chwili  uświadomił  sobie,  że  zbyt  długo 

przebywa  w  łazience,  przeszedł  więc  do  drugiej  sypialni,  gdzie 

spodziewał się zobaczyć przygotowany na przyjęcie nowego lokatora 

pokój dziecinny.  

Mylił  się.  Ku  jego  zaskoczeniu  w  pokoju  nie  było  żadnego 

sprzętu,  ani  żadnego  drobiazgu  sugerującego,  że  będzie  to  pokój 

Juniora.  Stały  tam  tylko  nie  rozpakowane  pudła  z  książkami, 

pamiątkowymi  fotografiami  i  różnorodnymi  szpargałami,  ale  nic  nie 

wskazywało, że wkrótce zamieszka tutaj niemowlę. 

Oparty  o  framugę  drzwi,  Jason  wpatrywał  się  w  te  stosy 

kartonów.  Dziecko  urodzi  się  już  wkrótce,  a  ona  jeszcze  nie  zaczęła 

się  przygotowywać.  Nie,  nie,  nie  winił  jej.  Przecież  ma  życie 

background image

wypełnione  zajęciami.  Ale  jednak  niemowlakowi  potrzebna  jest 

kołyska do spania i bujania i kojec do zabawy, i... 

W  zamyśleniu  nie  usłyszał,  kiedy  Elizabeth  stanęła  za  nim, 

wsunęła głowę pod jego ramię i z tej nowej perspektywy spojrzała na 

całe to pobojowisko. Machnęła ręką i zaczęła się tłumaczyć: 

-  Naprawdę  miałam  zamiar  kupić  jakąś  ładną  tapetę  i  pochodzić 

po kiermaszach rzeczy używanych i wyprzedażach, żeby kupić coś dla 

dziecka, ale ciągle brakuje mi czasu. 

-  Przecież  nie  powinnaś  chodzić  po  wyprzedażach  i  tapetować 

ścian - powiedział i przyjrzał się jej. Przebrała się w dżinsy i obszerną 

bawełnianą  bluzę  maskującą  brzuch.  Wyglądała  jak  uśmiech  losu.  - 

Nie w twoim stanie - dodał. 

- Ciąża to nie choroba. 

-  Zgoda,  ale  to  czas,  kiedy  możesz  sobie  pozwolić  na  odrobinę 

luksusu i przyjąć ofertę pomocy. 

-  Miałam  mnóstwo  takich  ofert,  ale  perspektywa  wpuszczenia 

tutaj  tabunu  gimnazjalistów  wymachujących  pędzlami  nie  bardzo 

mnie pociągała. 

-  A  gdybym  ja  ci  pomógł?  Nie  jestem  gimnazjalistą,  co  prawda 

nie jestem też Picassem, ale potrafię posługiwać się pędzlem. 

Elizabeth  spojrzała  na  niego  i  szybko  spuściła  wzrok,  jak  gdyby 

porażona. 

-  To  bardzo  miło  z  twojej  strony,  ale  na  pewno  masz  ciekawsze 

zajęcia - powiedziała. 

background image

Nie, nie miał. Nie przychodziło mu do głowy nic, co by chętniej 

robił  niż  pomaganie  Elizabeth  w  doprowadzeniu  tego  pokoju  do 

porządku. 

- O której kończysz pracę w piątek? - spytał. 

- Zgodnie z umową powinnam tam siedzieć do wpół do czwartej, 

ale  zazwyczaj  zostaję  do  około  piątej,  przygotowuję  lekcje, 

poprawiam klasówki. Dlaczego pytasz? 

- Bo jedziemy na zakupy. 

- My? 

-  Tak.  I  nie  chcę  słyszeć  żadnych ale.  -  Z  tymi  słowami  pochylił 

się,  ucałował  jej  skroń  i  skierował  się  ku  drzwiom  frontowym.  - 

Przyjadę po ciebie kwadrans po piątej. W ten piątek. Bądź gotowa. 

Z  lekkim  uśmiechem  w  kącikach  ust  Elizabeth  odprowadziła  go 

wzrokiem. Koniuszkami palców dotknęła skroni i nagle przypomniała 

sobie dzisiejszy sen. 

 

Z  kubkiem  gorącej  ziołowej  herbaty  Elizabeth  zasiadła pośrodku 

przyszłego  pokoju  dziecinnego  i  zaczęła  przeglądać  pudła,  których 

rozpakowanie  odkładała  w  nieskończoność  od  chwili  przeprowadzki 

cztery  miesiące  temu.  Czas  rozpocząć  wyprzedaż  od  własnego 

podwórka, pomyślała i ciężko westchnęła. Wątpiła, czy ślubny album 

pełen  zdjęć  pokazujących  uśmiechnięte  twarze,  a  teraz  tylko 

przypominający złamane obietnice, znalazłby nabywcę. 

Odłożyła  album  na  bok  i  zaczęła  przeglądać  rozmaite  kroniki 

szkolne z czasów, kiedy sama była uczennicą i późniejsze, kiedy była 

background image

wychowawczynią kolejnych roczników gimnazjalnych. Wspomnienia. 

Nareszcie  znalazła  to,  czego  szukała  i  czego  się  jednocześnie 

obawiała. Genealogię Mansfieldów i historię rodziny. 

Księga napisana przez babkę ojca ponad pięćdziesiąt lat temu była 

bardziej zbiorem zapisków i tablic genealogicznych niż zdjęć, chociaż 

zawierała  kilka  dagerotypów  przedstawiających  niemowlęta  i 

dorosłych z poważnymi obliczami. Na przewiązanej czarnym sznurem 

okładce  z  popękanej  skóry  wytłoczono  literę  M.  Herb  Mansfieldów 

wklejono wewnątrz okładki, lecz klej wysechł i pożółkły papier spadł 

na kolana Elizabeth.  

Przyglądała mu się przez chwilę, a następnie przeniosła wzrok na 

pierwszy  wpis  do  dziennika  dokonany  ręką  prababki.  Czytając  jej 

ozdobne  kaligraficzne  pismo,  przeniosła  się    nagle  w  przeszłość  do 

początków burzliwych stosunków rodzin Coltonów i Mansfieldów. A 

wszystko zaczęło się w 1750 roku w Surrey, w Anglii. 

Podczas  gdy  Elizabeth  śledziła  zawiłą  historię  skojarzonego 

małżeństwa Katherine Mansfield i Williama Coltona, herbata w kubku 

zupełnie  wystygła.  Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi.  Czując 

zmęczenie  w  oczach,  Elizabeth  wstała,  żeby  rozprostować  nogi 

zdrętwiałe od długiego siedzenia w jednej pozycji. 

Biedna  Katherine,  myślała,  masując  plecy  i  ziewając.  Chociaż 

naszkicowany  przez  prababkę  portret  niezłomnej  Katherine  nie  był 

zbyt pochlebny, to jednak wycofanie się oblubieńca z danego słowa w 

przeddzień  ślubu  musiało  zaboleć.  Szczególnie,  że  powodem  owej 

background image

dramatycznej  decyzji  był  niezadowalajacy  go  blask  klejnotów 

naszyjnika, który zawiesił na dekolcie narzeczonej. 

Jak  to  możliwe,  żeby  kolia  wysadzana  diamentami  i  szafirami 

przygasła,  zamiast  rozbłysnąć,  zastanawiała  się  Elizabeth.  Jakaś 

przepowiednia?  Elizabeth  parsknęła  śmiechem  i  potrząsnęła  głową. 

Nie  wierzyła  w  takie  rzeczy.  William  Colton  zwyczajnie  postanowił 

zabrać naszyjnik i odejść w siną dal i każdy pretekst był dobry.  

Biedna  Katherine.  Dla  kobiety  przyglądać  się,  jak  mężczyzna,  z 

którym  zamierzała  spędzić  resztę  życia,  odchodzi  w  siną  dal  i  nawet 

się  za  siebie  nie  obejrzy,  nigdy  nie  jest  łatwe,  nawet  jeśli  ten 

mężczyzna  nie  nadaje  się  na  męża.  Elizabeth  ostrożnie  rozłożyła  i 

wygładziła dłonią kartkę z drzewem genealogicznym swojej rodziny i 

zobaczyła,  że  brat  Katherine,  Harold  Mansfield,  ścigał  Williama 

Coltona i jego nową wybrankę, Molly Warner Colton, aż do Ameryki, 

żeby pomścić hańbę siostry. 

Wyobraziła  sobie  nagle,  że  jej  szwagier  ściga  Mike'a,  żeby 

pomścić jej honor, i rozśmieszyło ją to. W czasach Katherine sprawy 

honoru  pojmowano  odrobinę  inaczej.  Wodząc  palcem  po  wykresie, 

śledziła  dalej  losy  Harolda.  Wyglądało  na  to,  że  chociaż  trwał  w 

szlachetnym  zamiarze  bronienia  honoru  siostry,  zakochał  się  i 

poślubiwszy  amerykańską  piękność,  po  której  Elizabeth  otrzymała 

imię, założył własną rodzinę.  

Harold  i  Elizabeth  mieli  wielu  synów,  i  wszyscy  oni  angażowali 

się  w  waśń  z  klanem  Coltonów  z  Nowej  Anglii,  chociaż  z  czasem  o 

prawdziwej  przyczynie  nienawiści  zapomniano.  Ostatecznie  konflikt 

background image

przeniósł  się  na  drugą  stronę  kontynentu.  Żądza  zemsty,  rywalizacja, 

kto  pierwszy  dorobi  się  w  Kalifornii,  stanowiła  siłę  napędową  w 

wędrówce  na  Zachód.  W  końcu  obie  zwaśnione  rodziny  osiedliły  się  

w Prosperino. 

Niczym  Monteków  i  Kapuletów  z  „Romeo  i  Julii”,  Coltonów  i 

Mansfieldów  łączyła  zazdrość,  rywalizacja,  a  zdarzała  się  też  jawna 

nienawiść. Tak było jeszcze mniej więcej pięćdziesiąt lat temu, kiedy 

prababka Elizabeth nagle zmarła. I tu kronika się urywa. 

Elizabeth  zamknęła  pamiętnik  i  zaczęła  się  zastanawiać  nad 

dalszym  ciągiem  rodzinnej  historii.  Dorastając  z  dala  od  domu,  w 

szkole  z  internatem,  nie  słyszała  o  żadnych  konfliktach,  chociaż  z 

drugiej strony nikt z Mansfieldów ani Coltonów nie zwierzałby się jej 

ze  swoich  problemów.  O  ile  wiedziała,  jej  ojciec  był  ostatnim 

potomkiem  gałęzi  rodziny  Mansfieldów  osiedlonej  w  Prosperino. 

Chyba żeby liczyć ją i jej siostrę. 

Złożyła  kartę  i  ostrożnie  umieściła  pod  okładką  pamiętnika. 

Rodzinne legendy mają swoją siłę oddziaływania, westchnęła. Nawet 

tak  stare  i  na  wpół  zapomniane  -  na  przykład  przez  Jasona  Coltona. 

Uśmiechnęła  się.  Przypomniała  sobie,  jak  zareagował  na  widok  jej 

nazwiska. Ciekawe, ile on wie o historii obu zwaśnionych rodzin i jak 

duża wagę przywiązuje do tradycji. 

Niemniej  Elizabeth  była  przekonana,  że  prędzej  czy  później 

tradycja  położy  się  cieniem  na  ich  znajomości.  Jason  osobiście  może 

nie dbać o stare dzieje, ale na pewno znajda się tacy członkowie jego 

bogatej  i  zajmującej  wysoka  pozycję  społeczną  rodziny,  którym  nie 

background image

spodoba  się,  że  zadaje  się  z  przedstawicielką  znienawidzonego  rodu 

Mansfieldów.  Savannah  najwyraźniej  jeszcze  nic  nie  powiedziała 

Harrisonowi. A jaki to będzie miało wpływ na ich przyjaźń? 

Zamknęła  oczy.  Intuicja  podpowiadała  jej,  że  znajomość  z 

Jasonem  może  przerodzić  się  w  coś  wyjątkowego,  rozsądek  jednak 

wskazywał, że z różnych względów będzie to bardzo trudne. Ale co ją 

obchodzi,  że  z  punktu  widzenia  Coltonów  Jason  nie  powinien 

zadawać  się  z  kobietą  noszącą  nazwisko  Mansfield?  Ona  nie  może 

sobie pozwolić na to, żeby go stracić. Zbyt go teraz potrzebuje.  

Chociażby  tylko  w  tym  trudnym  momencie  życia,  kiedy  zwykła 

instrukcja,  jak  złożyć  kołyskę  czy  rowerek  to  dla  niej  abrakadabra. 

Kiedy  już  urodzi,  kiedy  wszystkie  kłopoty  związane  z  ciążą, 

kompletowaniem  wyprawki  i  urządzaniem  pokoju  dziecinnego  się  

skończą,  będzie  zbyt  zajęta  synkiem,  żeby  zwracać  się  do 

kogokolwiek o pomoc. 

A  czy  teraz  potrzebuje  czyjejkolwiek  pomocy?  No  cóż, 

westchnęła,  będzie  musiała  przez  to  przejść.  Była  pewna,  że  między 

nią a Jasonem nigdy nie dojdzie do czegoś poważniejszego. I nie tylko 

dlatego,  że  ona  jest  rozwódką  w  ciąży.  Ale  dlatego,  że  jego  rodzina 

nigdy  nie  zaakceptuje  przedstawicielki  Mansfieldów  w  swoich 

szeregach, obojętnie jak dawna jest waśń dzieląca oba rody. 

 

W  następny  piątek  po  południu,  punktualnie  dziesięć  po  piątej 

Jason  zaparkował  jaguara  przed  domkiem  Elizabeth.  Przyjechał  za 

wcześnie, ale nie mógł się doczekać spotkania. 

background image

Od chwili rozstania się z nią w niedzielę z niecierpliwością myślał 

o  dzisiejszej  wyprawie.  Już  tego  samego  dnia  wieczorem  przejrzał 

dokładnie  gazety,  poszukując  reklam  specjalnych  promocji  i 

najlepszych  miejsc,  gdzie  mogliby  kupić  wszystko,  czego  Junior 

będzie potrzebował, kiedy tylko przyjdzie na świat. 

W  pewnym  momencie,  koło  północy,  Jason  przerwał  czytanie 

ogłoszeń  i  zaczął  się  zastanawiać, czy  przypadkiem  nie  stracił  głowy 

dla  Elizabeth.  Czy  ich  znajomość  już  nie  przekroczyła  granic 

przyjaźni. Po namyśle doszedł do wniosku, że nie i z nowym zapałem 

wrócił  do  poprzedniego  zajęcia.  Przecież  ona  potrzebuje  pomocy.  A 

on ma sporo wolnego czasu.  

Żadna  sprawa.  Ot, dwoje  ludzi, którzy  starają  się  dojść  do  siebie 

po  przejściach,  liże  rany.  To  ich  łączy...  ale  właściwie  nie  tylko  to, 

wszystko.  Spodobała  mu  się  i  miał  wrażenie,  że  on  również  się  jej 

spodobał. 

A  teraz,  pięć  długich  dni  później,  jedenaście  minut  po  piątej  po 

południu,  jednym  susem  wskoczył  na  stopnie  przed  wejściem, 

poklepał się po kieszeni marynarki wypchanej drukami reklamowymi 

i  zadzwonił.  Odrobił  zadanie  domowe,  ale  czy  był  przygotowany  na 

to, że stanie oko w oko z pięknością, która otworzyła mu drzwi? 

Niemal gwizdnął z wrażenia. Obszerny różowy sweter maskował 

ciążę,  w  wąskich  dżinsach  i  tenisówkach,  z  włosami  zawiązanymi  w 

koński  ogon  Elizabeth  wyglądała  na  nastolatkę.  Wiedział,  że  jest 

piękna, nawet wtedy kiedy szlocha albo śpi, ale nie wiedział, że kiedy 

jest wypoczęta i w dobrej formie, jej uroda zapiera dech w piersiach. 

background image

Ponownie  pomyślał  o  jej  byłym  mężu.  Co  za  idiota,  żeni  się  z 

boginią, a kiedy ma mu urodzić syna, porzuca ją. 

- Cześć, cześć - przywitała go wesoło i odwróciła się, żeby wziąć 

torebkę  ze  stolika.  -  Kazałeś,  żebym  była  gotowa,  więc  jestem  - 

dodała. 

- Świetnie. Wyglądasz fantastycznie. 

- Aha. 

-  Naprawdę.  Jesteś...  -  przerwał,  szukając  odpowiednich  słów  -

jesteś piękna. 

Rumieniec oblał szyję i policzki Elizabeth. 

- Dobrze, już dobrze. Widzę, że przyłączyłeś się do tajnego spisku 

mającego  na  celu  podnoszenie  nas,  biednych  brzuchatych  przyszłych 

mam, na duchu. I daję ci dokładnie trzy godziny, żebyś się poprawił. 

Jason roześmiał się. 

- Przyniosłem mnóstwo broszur reklamowych - powiedział, kiedy 

szli do samochodu. 

-  Naprawdę?  To  wspaniale.  Ja  też  mam  trochę.  -  Pokazała 

wypchaną  torebkę.  -  To  gdzie  jedziemy?  -  spytała,  kiedy  Jason 

włączył silnik. 

- Jadłaś już obiad? 

- Nie. 

- A jesteś głodna? 

- Nie bardzo. 

- To dobrze. Najpierw pojedziemy do sklepu, a dopiero potem coś 

zjemy. 

background image

- Zgoda, ale ja funduję. 

- Hola, hola - zaprotestował Jason. - Moja kolej. 

- Ale ty prowadzisz. 

- Lubisz rządzić. 

- Przygotowuję się do roli mamy. 

-  Elizabeth?  -  szepnął  Jason.  Stał  za  nią,  lekko  dotykając  piersią 

jej pleców. Miała wrażenie, że od czasu do czasu ogląda się za siebie, 

jak  gdyby  sprawdzał,  czy  natrętna  sprzedawczyni,  która  szła  za  nimi 

krok w krok od momentu, kiedy przekroczyli próg hipermarketu Świat 

Dziecka, nie podsłuchuje. - A to? Co to jest? 

- Wydaje mi się, że to się nazywa stolik do przewijania niemowląt 

-  również  szeptem  wyjaśniła  Elizabeth.  -  Przynajmniej  tak  jest 

napisane  na  wywieszce.  -  Boże!  -  wykrzyknęła  na  widok  ceny  i 

przetarła oczy. - Wiesz, ile to kosztuje? 

- Nie martw się. Są jeszcze inne sklepy. 

-  Teraz  rozumiesz,  dlaczego  wciąż  zwlekałam  z  zakupami.  - 

Elizabeth rozejrzała się po otaczającym ich zewsząd świecie dziecka. - 

Zostały  mi  jeszcze  tylko  trzy  miesiące,  ale  dopiero  teraz  widzę,  że 

potrzebuję znacznie więcej rzeczy, niż sadziłam. A poza tym nie mam 

za dużo pieniędzy. 

-  Spójrz  na  to  z  innej  strony.  Ludzie  z  twoim  portfelem  jakoś 

sobie radzą. To jest do zrobienia. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. 

Widząc  ich  wahanie,  żółtowłosa  sprzedawczyni  skorzystała  z 

okazji, żeby nareszcie przystąpić do frontalnego ataku. Zdecydowanie 

background image

wkroczyła  między  nich,  odsłaniając  w  uśmiechu  zęby  ze  śladami 

czerwonej szminki. 

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc? - powiedziała, wyciągając 

do Jasona rękę. Zapach czosnku towarzyszył każdemu jej słowu. 

Jason uścisnął podana dłoń i skłonił się nieznacznie. 

- Dziękujemy. Rozglądamy się tylko. 

-  Gdyby  państwo  mieli  jakieś  pytania,  proszę  zwracać  się  do 

mnie. Mam na  imię  Tamara  i jestem  dziś państwa  przewodniczką po 

Świecie  Dziecka.  -  Przy  tej  dłuższej  przemowie  zapach  czosnku 

zintensyfikował  się.  -  Widziałam,  że  podziwiają  państwo  nasz 

fantastyczny stolik do przewijania niemowląt Dynamo Plus... 

Elizabeth  i  Jason  wymienili  rozbawione  spojrzenia,  ale  nie 

wyprowadzili Tamary z błędu. Najwyraźniej brała ich za małżeństwo. 

Jason przyciągnął Elizabeth mocniej do siebie, zasłaniając się nią niby 

tarczą. 

- Tak, bardzo nam się spodobał. 

- Przepiękne wzornictwo! A jaki funkcjonalny! - Tamara zapalała 

się coraz bardziej. 

- To samo mówiliśmy, prawda, kochanie? - powiedział Jason tuż 

nad głową Elizabeth. Otoczył ją ramionami. 

Jak  to  dobrze,  że  Jason  jest  lekarzem,  pomyślała,  czując,  jak 

nieregularnie  zaczyna  bić  jej  serce.  Dreszcz  przeszył  jej  ciało  od 

czubków palców u nóg do wierzchołka głowy, a na policzki wystąpiły 

rumieńce. 

- Masz rację, kochanie, dokładnie tak samo.  

background image

Uchwyciła się jego rąk. Pod skórą poczuła silne stalowe mięśnie. 

Doznała lekkiego zawrotu głowy. Stało się. Strzała Kupidyna trafiła ją 

prosto w serce. Elizabeth odchyliła się do tyłu i przywarła plecami do 

piersi Jasona. 

Ich  ciała  doskonale  pasowały  do  siebie.  Wypukłości  trafiały  we 

wklęsłości.  Jason  był  wyższy,  tak  że  jego  policzek  dotykał  skroni 

Elizabeth,  a  jej  łopatki  mieściły  się  w  zagłębieniu  poniżej  jego 

mostka.  Zapach  jego  ciała  był  znajomy  i  uwodzicielski.  Elizabeth 

pragnęła, żeby ta chwila trwała wiecznie. 

Pragnęła  nawet  czegoś  więcej.  Żeby  to  była  prawda,  żeby  byli 

małżeństwem, a oczekiwane dziecko jego synem. 

-  I  jaki  trwały!  -  Głośny,  doprawiony  czosnkiem  śmiech  Tamary 

wyrwał  Elizabeth  z  zadumy.  -  Ten  model  cieszy  się  największą 

popularnością  wśród  naszych  klientów  -  ciągnęła  Tamara.  -  Solidny, 

wykonany z najlepszych materiałów. Biały lub orzech. Gdyby jednak 

państwo  życzyli  sobie  wiśnię  albo  mahoń,  zamówimy  żądaną  wersję 

specjalnie dla państwa. A materacyk znajda państwo w dziale... 

Elizabeth przytuliła twarz do rękawa koszuli Jasona, wciągnęła w 

nozdrza świeży zapach proszku do prania. 

-  Dziękujemy  pani  -  Jason  przerwał  gorliwej  sprzedawczyni  i 

odprowadził Elizabeth na bezpieczną odległość. Kiedy stracili Tamarę 

z  oczu,  westchnęli  i  wymienili  porozumiewawcze  spojrzenia.  - 

Musiałem  wyrwać  cię  z  jej  szponów.  Toksyczne  powietrze  mogłoby 

zaszkodzić dziecku. 

Elizabeth roześmiała się serdecznie. 

background image

- Co ona jadła? 

-  Cokolwiek  to  było,  ja  dziękuję  -  powiedział  Jason  i  też  się 

roześmiał. 

Wziął  Elizabeth  za  rękę,  splótł  palce  z  jej  palcami  i  zaprowadził 

do kolejnego działu. A po drodze żartował: 

-  Pieluszki  jednorazowe  czy  frotowe?  Smoczki?  Butelki? 

Śpioszki? Śpiworki, co jeszcze szanowna pani sobie życzy? 

Nagle Elizabeth chwyciła go za rękę i pociągnęła w bok. 

-  Może  mam  obsesję,  ale  wydaje  mi  się,  że  nadchodzi  Tamara  - 

powiedziała i zachichotała. - Poczekaj, zobaczymy. 

-  Zapomniałaś,  że  ja  potrafię  wyczuć  ją  węchem  na  odległość?  - 

szepnął Jason. - Uciekajmy stąd! Przez wzgląd na dziecko. 

- Przestań! - zachichotała Elizabeth. - Zrobimy jej przykrość. 

- To co? Zwiewajmy, zanim serca nam zmiękną na jej widok. 

Elizabeth stłumiła śmiech i dała się odciągnąć. 

-  Poczekaj.  Nie  tędy,  bo  zajdzie  nam  drogę  przy  wysokich 

krzesełkach.  Widzisz?  Idzie!  Szybko!  Tędy!  -  ponaglała,  a  Jason 

znowu pociągnął ją w inną alejkę. 

-  Zastanawiam  się,  dlaczego  tak  usilnie  stara  się  coś  nam 

sprzedać? 

-  Prowizja  od  tamtego  stolika  do  przewijania  niemowląt 

wystarczy pewnie na aparat ortodontyczny dla jednego z jej dzieci. 

-  Nigdy  jej  nie  uciekniemy.  Wie,  że  w  moim  stanie  nie  mogę 

szybko biegać. 

Jason stanął i wziął Elizabeth w ramiona. 

background image

- Może to ją zniechęci - szepnął, udając, że namiętnie całuje swoją 

towarzyszkę. 

- Nadal tu jest? - spytała Elizabeth po chwili. 

- Nie. Poskutkowało. Na razie. Chodźmy dalej. 

Przez  następną  godzinę  przechadzali  się  po  różnych  działach, 

szturchali  się  łokciami,  dowcipkowali,  przekomarzali  się,  szeptali,  i 

starali się odgadnąć przeznaczenie najrozmaitszych urządzeń i odkryć 

różnice  pomiędzy  modelami.  Już  więcej  nie  spotkali  Tamary.  A  w 

końcu zmęczeni zrezygnowali z dalszych zakupów. 

- Umierałam z głodu. 

-  Ja  też.  -  Jason  wyjął  ostatni  kawałek  pizzy  z  pudełka  i  podał 

Elizabeth. - Chcesz? 

- Nie. Dzięki. Pęknę. 

- Cóż, w takim razie poświęcę się i sam go zjem. 

- Jesteś bardzo szarmancki. 

- Uhm. 

Siedzieli  obok  siebie  na  podłodze  saloniku  Elizabeth,  kończąc 

dostarczoną  do  domu  pizzę  z  kiełbaskami  pepperoni.  Elizabeth 

przekręciła  się  na  bok,  ramię  oparła  na  poduszce  kanapy  i  w  tej 

pozycji przyglądała się Jasonowi. Był tak wzruszający, kiedy wsparty 

plecami  o  jej  kanapę,  z  nogami  wyciągniętymi  i  skrzyżowanymi  w 

kostkach, pałaszował pizzę. Zachowywał się przy tym tak swobodnie, 

jak gdyby znali się od zawsze. 

Ona  też  miała  wrażenie,  że  znają  się  od  bardzo  dawna.  Co  za 

dziwne  uczucie,  pomyślała.  Podnieceniu  wywołanemu  pojawieniem 

background image

się w jej życiu nowego mężczyzny towarzyszyła radość z odnalezienia 

bratniej duszy. Wzajemne zauroczenie sobą było wręcz namacalne od 

samego  początku.  W  chwili,  kiedy  mrugnął  do  niej  od  ołtarza,  więź 

między nimi została zadzierzgnięta. 

Elizabeth  odetchnęła  głęboko.  Wiedziała,  że  nie powinna  myśleć 

w  ten  sposób  o  żadnym  mężczyźnie,  a  co  dopiero  o  przedstawicielu 

klanu  Coltonów,  miała  jednak  cień  podejrzenia,  że  nie  jest  w  takich 

uczuciach odosobniona. Poza tym Jason jest dorosły. Sam zadecyduje, 

czy  związać  się  z  jakąś  kobietą,  nawet  z  kobietą  o  nazwisku 

Mansfield. 

Uśmiechał  się  do  niej  teraz,  powieki  miał  półprzymknięte,  wargi 

rozchylone w bardzo pociągający sposób. Nie byłoby trudno pochylić  

się  i  zbliżyć  usta  do  jego  ust.  Przekonać  się,  czy  jego  wargi  są 

naprawdę tak miękkie i uwodzicielskie, na jakie wyglądają. 

Nagle  Junior  potężnym  kopnięciem  dał  jej  znać,  że  wzmożony 

poziom adrenaliny we krwi wywołany tego rodzaju myślami pobudził 

go do harców. 

- Ooo! - Elizabeth poklepała się po brzuchu. - Spokój tam. 

- Kopie? - zaciekawił się Jason. Uniósł się na łokciach i przysunął 

bliżej.  -  Gdzie?  Tu?  -  dopytywał  się,  kładąc  dłoń  pod  sercem 

Elizabeth. 

- Skąd wiesz? 

- Junior jest ułożony główką do dołu, więc nóżki są tu... albo tu. 

Znajomy  dotyk  Jasona  przyprawił  Elizabeth  o  zawrót  głowy,  a 

przyspieszone bicie serca ponownie ożywiło Juniora. 

background image

- Aaa! - wykrzyknął Jason uradowany. - Poczułem! - Pochylił się 

nad brzuchem Elizabeth. - Zrób to jeszcze raz, kochany, no zrób... 

-  Jeśli  cię  posłucha,  to  będzie  epokowe  wydarzenie.  Mnie  nigdy 

nie udało się zmusić go, żeby coś zrobił na rozkaz. 

Nie zwracając uwagi na jej słowa, Jason nacisnął nóżkę Juniora, a 

maleństwo 

odpowiedziało 

kopnięciem. 

Elizabeth 

patrzyła 

uszczęśliwiona, jak Jason przetacza się na plecy i śmieje do sufitu. 

- Spryciarz z niego. Będziesz miała za swoje - ostrzegł. Uniósł się 

na  łokciu  i  zwracając  się  do  brzucha  Elizabeth  powiedział:  - 

Cierpliwości, maleńki. Zostań jeszcze kilka miesięcy tam gdzie jesteś, 

a jak już będziesz na tym świecie, wypróbujemy te kije golfowe, które 

dzisiaj dla ciebie kupiłem. 

Łzy radości napłynęły do oczu Elizabeth, kiedy Jason mówił dalej 

o przyszłości, o jej synku i o tym, że nie może się już doczekać, kiedy 

się  zobaczą.  Cały  czas,  jakby  tego  nie  zauważając,  opiekuńczym 

gestem  trzymał  dłoń  na  jej  brzuchu,  a  ona  czuła  się  przy  nim  taka 

bezpieczna. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Dwa  tygodnie  później,  w  niedzielę,  Elizabeth  i  Jason  stali 

pośrodku przyszłego pokoju dziecinnego na pokrytej płachtą malarską 

podłodze.  Właśnie  pomalowali  jedną  z  czterech  ścian  i  pochlapani 

jasnożółtą farbą podziwiali rezultaty swoich wysiłków. 

- Spodoba mu się - orzekł Jason. 

- Tak sądzisz? 

background image

- Tak. Ten odcień jest ciepły i wesoły, ale nie dziewczyński. Sam 

bym chciał mieszkać w takim pokoju. 

- Nogi by ci wystawały poza kołyskę. 

Jason objął ją i pogładził po żółtej plamie na policzku. 

- Zawsze musisz być taka praktyczna? - spytał.  

Wesoły  śmiech  wypełnił  pokój,  a  kiedy  Elizabeth  objęła  go  w 

pasie, Jason poczuł, że jego serce ściska uczucie, którego jeszcze nie 

potrafił nazwać. Elizabeth pokiwała głową. 

-  Mnie  też  się  podoba  ten  kolor.  A  teraz  proponuję,  żebyśmy 

pomalowali pozostałe trzy ściany. 

- Chcesz powiedzieć, że jeszcze tego nie zrobiliśmy? - zażartował 

Jason. 

Elizabeth poklepała go po policzku. 

-  Pamiętaj,  że  musimy  jeszcze  przykleić  szlaczek  i  złożyć 

kołyskę. Nie zawiedź mnie teraz. 

Jason  cofnął  się.  Zrobił  to  niechętnie,  bo  chciał  już  przycisnąć 

wargi  do  jej  skroni,  a  gdyby  nie  protestowała,  do  żółtej  smugi  na 

policzku, potem do powiek, potem do warg... No, do roboty, rozkazał 

sobie w duchu. Wziął do ręki wałek i zanurzył w farbie. 

W  ciągu  ostatnich  ośmiu  dni  nieraz  musiał  stoczyć  ze  sobą 

podobną  wewnętrzną  walkę.  Spędzali  razem  każde  popołudnie, 

chodząc  po  supermarketach  specjalizujących  się  w  sprzęcie 

domowym,  giełdach  mebli  używanych,  sklepach  z  wyprawkami  dla 

niemowląt,  wszystko  pod  pretekstem  przygotowań  na  przyjęcie 

dziecka.  

background image

Jason  wiedział  jednak,  że  przynajmniej  z  jego  strony, 

prawdziwym  motywem  było  narastające  zainteresowanie  matką 

Juniora. Dla niego ich związek był tak naturalny, tak intensywny, tak 

doskonały, jak gdyby sięgał korzeniami wiele pokoleń wstecz. 

-  Jason?  -  Elizabeth  przerwała  przyklejanie  ozdobnego  szlaczka 

wokół okna i podniosła głowę. 

- Tak? 

-  Czy  zgodziłbyś  się  przyjść  do  mojej  szkoły  w  przyszłym 

tygodniu  i  poprowadzić  lekcję  wychowawczą  z  przygotowania  do 

wyboru zawodu? Omawiamy różne zawody i wiem, że moje dzieciaki 

bardzo ucieszyłby się ze spotkania z lekarzem. 

Jason  uśmiechnął  się  w  duchu  z  owego  określenia  „moje 

dzieciaki”. 

-  Oczywiście  -  zgodził  się  bez  namysłu.  -  Rok  temu  miałem 

pogadankę w liceum. Przyniosłem Morty'ego, to znaczy mój szkielet. 

To dopiero był hit! 

- Och, to cudownie! Mogłyby jeszcze posłuchać serca za pomocą 

słuchawek,  zmierzyć  sobie  temperaturę  i  ciśnienie,  wiesz,  takie 

rzeczy. 

- Nie ma sprawy. Aha, jak tylko skończymy, chciałbym osłuchać 

Juniora. Upewnić się, że wszystko u niego w porządku. 

Elizabeth westchnęła i poklepała się po brzuchu. 

-  Ma  się  świetnie.  Jestem  pewna,  że  jak  dorośnie,  zostanie 

sportowcem. Traktuje mój pęcherz jak worek treningowy, a dziś rano 

mnie ugryzł. Przysięgam. 

background image

Jason oparł się o ścianę i roześmiał. 

- Mój chłopak - powiedział z dumą, lecz natychmiast się zmieszał. 

Spojrzał na Elizabeth, bał się, że ją obraził. 

Ich  spojrzenia  spotkały  się.  W  oczach  Elizabeth  nie  dostrzegł 

urazy,  lecz  tęsknotę  równą  jego  pragnieniom.  Dawno  zapomniana 

radość  wypełniła  jego  serce,  lecz  natychmiast  ogarnęły  go 

wątpliwości.  Doświadczenie  z  Angie  nauczyło  go  wiele.  Zastanawiał 

się, czy Elizabeth chodzi o niego i rodzące się między nimi uczucie.  

A może znajomość z nim to tylko szansa uniknięcia losu samotnej 

matki?  Już  raz  zakochał  się  w  kobiecie,  która  traktowała  go 

instrumentalnie.  Czy  nie  popełnia  drugi  raz  tego  samego  błędu?  Z 

ogniem w oczach szukał w jej twarzy prawdy. 

Była taka piękna. Taka bezbronna, a jednak emanowała z niej siła, 

która go do niej przyciągała. Nie mógł zaprzeczyć, że coś między nimi 

zaistniało. Ale co mógłby  zrobić z tą wiedzą, pozostawało tajemnicą. 

Po pierwsze, była w ciąży z innym mężczyzną. Dla niego to nie było 

ważne,  ale  dla  niej?  Po  drugie,  znali  się  bardzo  krótko.  Po  trzecie, 

było coś jeszcze. Coś, czego nie potrafił określić.  

Elizabeth  nosiła  w  sobie  jakąś  tajemnicę.  Ilekroć  rozmowa 

schodziła  na  historię  jej  rodziny,  w  jej  zielonych  jak  ocean  oczach 

dostrzegał czający się cień. Robiła uniki, żeby nie mówić o pewnych 

zdarzeniach z przeszłości i nie spieszyła się poznawać jego krewnych. 

Niepokoiło go to. 

Nieraz  widywał  podobny  strach  w  oczach  Angie.  I  chociaż 

Elizabeth i Angie były tak całkowicie od siebie różne, podejrzenie, że 

background image

nie  jest  z  nim  szczera,  nie  dawało  mu  spokoju.  Miał  nadzieję,  że 

Elizabeth  nabierze  do  niego  zaufania  i  zwierzy  mu  się  z  tego,  co  ją 

nęka,  zanim  on  zaangażuje  się  zbyt  głęboko.  Bo  czuł  wzrastające 

między  nimi  napięcie,  jak  chmury  zbierające  się  przed  burzą.  A 

przecież to los postawił ją na jego drodze. 

 

Później  tego  samego  dnia,  już  w  łóżku,  Elizabeth  posługując  się 

prawą  półkulą  mózgu,  poprawiała  dyktanda,  a  posługując  się  lewą, 

rozmawiała przez telefon z Savannah. 

-  Fantastycznie!  To  brzmi  jak  niezapomniany  miesiąc  miodowy. 

Ale  teraz  po  powrocie  do  nudnego  Prosperino,  jak  się  czujesz  jako 

mężatka?  -  spytała  Elizabeth  i  jednocześnie  podkreśliła  błędnie 

napisane słowo. - Już jesteś w ciąży? 

-  Daj  mi  trochę  czasu  -  powiedziała  Savannah  -  minęły  dopiero 

dwa tygodnie. 

- To mnóstwo czasu. Możesz mi wierzyć. 

-  A  co  do  ciąży,  to  słyszałam,  że  zasłabłaś  na  naszym  ślubie? 

Podobno  Jason  na  rękach  wniósł  cię  do  kościoła.  Brzmi  bardzo 

romantycznie. 

- I tak było. Miałaś rację co do niego. Jest taaaki przystojny... 

- Czyżbyś straciła dla niego głowę? 

-  Serce  też.  Ale  jeżeli  powiesz  choć  słówko  Harrisonowi, 

wszystkie włosy z głowy ci powyrywam. 

Savannah aż pisnęła z podniecenia. 

background image

-  Mówisz  poważnie?  Ty  i  Jason?  Coś  między  wami  jest? 

Opowiedz mi wszystko po kolei. 

- Po pierwsze, niczego między nami nie ma. Po prostu ziściły się 

moje marzenia. I lepiej nic mu nie mów. 

- Ale to takie romantyczne! Spotykacie się? 

- Trudno nazwać to spotykaniem. Przede wszystkim odwiózł mnie 

do  szpitala.  Potem  został,  żeby  się  dowiedzieć,  czy  wszystko  ze  mną 

w  porządku.  Rano  zawiózł  mnie  do  domu.  A  potem  pomógł  mi 

urządzić pokój dziecinny. Dziś trochę  ze mną poflirtował,  żeby mnie 

rozerwać. I tyle. 

-  Wiedziałam, że tak będzie! - ucieszyła się Savannah. - Szkoda, 

że  nie  pomyślałam  o  tym  wcześniej!  Jesteście  jak  gdyby  dla  siebie 

stworzeni! Założę się, że się w sobie zakochacie i pobierzecie. 

- Zaraz, zaraz. O czymś zapomniałaś. 

- Elizabeth, dziecko nie stanowi problemu. Jason uwielbia dzieci. 

Będzie wspaniałym ojcem. 

- Nie chodzi mi o dziecko. 

- To o co? 

- Przecież ja pochodzę z Mansfieldów. 

- No tak - powiedziała Savannah po chwili. - Zapomniałam o tym 

-  dodała.  -  Pewnie  teraz,  kiedy  sama  noszę  nazwisko  Colton,  nie 

powinnam z tobą rozmawiać - zażartowała. 

- Mówię poważnie. W przeszłości ta sprawa miała dla obu rodzin 

ogromne  znaczenie.  Jestem  przekonana,  że  krewni  Harrisona  inaczej 

by się do ciebie odnieśli, gdybyś nazywała się Mansfield. 

background image

-  Nie  bądź  niemądra.  Teściowie  to  zawsze  teściowie.  Nigdy  cię 

nie polubią. 

- Nie żartuj. 

- A mogę być starościną na twoim weselu?  

Elizabeth westchnęła. 

- Możesz - zgodziła się. 

A potem jak gdyby znowu miały po dziesięć lat, obie przyjaciółki 

zaczęły  chichotać  i  spędziły  kolejną  godzinę  na  ustalaniu,  jaki 

dokładnie kolor oczu mają Harrison i Jason. 

 

W  następny  poniedziałek  Jason  -  w  towarzystwie  Morty'ego  - 

odwiedził klasę Elizabeth i odniósł piorunujący sukces. Siedząc z tyłu, 

mogła obserwować jego sztuczki i uczyć się razem z wychowankami. 

A  kiedy  nie  chłonęła  wiedzy,  myślała  o  miłości.  Cudownie  umiał 

porozumieć się z dziećmi. Po prostu posiadał taki wrodzony dar.  

Poczuła,  że  łzy  wzruszenia  palą  ją  w  gardle,  a  oczy  pieką.  Jaki 

będzie  z  niego  czuły  i  wyrozumiały  ojciec.  Gdyby  tylko  mogła, 

poruszyłaby  niebo  i  ziemię,  żeby  zamiast  Mike'a  poślubić  Jasona.  I 

żeby dziecko w jej łonie było jego dzieckiem. Ależ ta Angie musiała 

być głupia. 

Wszystkie  wolne  popołudnia także  tego  tygodnia  spędzili  razem, 

buszując po wyprzedażach i szukając mebli dla dziecka w przystępnej 

dla Elizabeth cenie. Z ogłoszenia kupili fotel bujany w bardzo dobrym 

stanie, który Elizabeth zamierzała obić czymś trwałym. Na kiermaszu 

zorganizowanym  przez  Armię  Zbawienia  znaleźli  bardzo  podobną 

background image

toaletkę  i  komodę,  które  tylko  trzeba  było  na  nowo  pomalować  i 

zaopatrzyć w nowe uchwyty. 

Natomiast  sąsiadka  z  tej  samej ulicy  zaproponowała  jej  stolik do 

przewijania niemowląt i  wyjaśniła, jakie inne funkcje ten zagadkowy 

mebel  może  jeszcze  pełnić.  I  chociaż  był  trochę  podrapany  i  bez 

materacyka, po odmalowaniu doskonale pasował do całego pokoju. 

Od  czasu  do  czasu  Jason  znajdował  coś  dla  siebie.  Wymusił  na 

Elizabeth  obietnicę,  że  kiedy  skończą  urządzać  pokój  Juniora,  zajmą 

się  jego  mieszkaniem.  Elizabeth  z  dreszczykiem  emocji  myślała  o 

tym, bo to oznaczało, że będą spędzali ze sobą jeszcze więcej czasu. 

Któregoś dnia, kiedy taszczyli stary  wiklinowy  fotel, który Jason 

kupił  na  pchlim  targu  niedaleko  swojego  domu,  Elizabeth  miała 

okazję  zobaczyć,  jak  mieszka.  Przyznała  w  duchu,  że  przydałaby  się 

tam kobieca ręka. 

-  Od  jak  dawna  tu  mieszkasz?  -  spytała,  kiedy  znaleźli  się  w 

ogromnym apartamencie z widokiem na ocean. 

Jason  wszedł  za  nią,  postawił  fotel  przed  kominkiem.  Razem  z 

banalną kanapą stanowił jedyne umeblowanie salonu. 

Jason wzruszył ramionami. 

- Chyba ponad rok - odpowiedział. 

- Ponad rok? - zdziwiła się. 

- Tak. Dlaczego się dziwisz? 

- Wygląda tu tak, jak gdybyś nigdy nie skończył się wprowadzać. 

-  Wiem.  Umówiliśmy  się,  że  po  ślubie  Angie  zajmie  się 

urządzeniem  mieszkania.  Ale  po  naszym  zerwaniu  nie  mogłem  się 

background image

zdecydować,  czy  tu  zostanę,  czy  nie  i...  -  Jason  bezradnym  gestem 

rozłożył ręce - i... 

- I ani się do końca nie wprowadziłeś, ani się nie wyprowadziłeś - 

dokończyła za niego Elizabeth. 

- Tak. - Jason westchnął. 

- To piękne mieszkanie. 

- Nie tak piękne jak twoje. 

- Żartujesz. 

Elizabeth  odwróciła  się  ku  panoramicznym  oknom  i  zaczęła 

podziwiać  niezwykły  widok  Oceanu  Spokojnego.  Tuż  za  domem 

rozciągała  się  plaża,  a  o  tej  porze  dnia,  kiedy  słońce  chyliło  się  ku 

zachodowi,  fale  przybrzeżne  migotały  złotym  blaskiem.  W  oddali 

jakiś pies uganiał się za krążkiem frisbee, a gromadka dzieci usiłowała 

puścić w powietrze latawiec. 

Apartament 

Jasona 

białymi 

ścianami, 

podłogami 

czereśniowego drewna i wysokim sufitem robił wrażenie. A wziąwszy 

pod uwagę lokalizację, musiał być niezwykle drogi. 

-  Nie  żartuję  -  upierał  się  Jason.  -  Bardzo  lubię  twój  dom.  Jest 

pełen ciepła, przytulny. Odzwierciedla twoją osobowość. A to miejsce 

jest... jest... nie wiem, jak to wyrazić. Brak tu czegoś. 

- Mebli - stwierdziła Elizabeth rzeczowo. 

Jason  roześmiał  się,  a  echo  rozniosło  jego  śmiech  po  całym 

wnętrzu. 

-  Chodź.  -  Jason  wziął  ją  za  rękę  i  zaprowadził  do 

ultranowoczesnej  kuchni,  z  szafkami  z  czereśniowego  drewna  i 

background image

wyposażeniem z nierdzewnej stali. - Oto kuchnia, w której nigdy nie 

gotuję - powiedział. 

- Szkoda - mruknęła Elizabeth. - Marnuje się. 

Stojąca  pośrodku  wyspa  z  marmurowym  blatem  i  wbudowanym 

grillem  najnowszej  generacji  czekała  na  wytrawnego  kucharza,  a 

zwrócony  ku  oknom  rząd  czarnych  krzeseł  na  stalowych  nogach 

czekał na gości. 

-  Wiesz  co?  Jeśli  pomożesz  mi  zebrać  trochę  garnków  i  tych 

wszystkich  wichajstrów,  które  nie  wiadomo  do  czego  służą, 

przygotuję ucztę, jakiej nie zapomnisz do końca życia. 

- Podobno zatrucia ptomainami się nie zapomina - zażartowała. 

- Pamiętaj, że jestem lekarzem. 

Elizabeth chciała dać mu kuksańca w bok, ale Jason chwycił ją za 

rękę i pociągnął do jadalni. 

- A oto jadalnia, w której nigdy nie jadam. 

- Oczywiście. Nie masz stołu. 

-  To  jeden  z  powodów.  Przypomnij  mi,  żebym  zamówił  stół, 

zanim zaproszę cię na obiad. 

- Krzesła też? 

- Też. 

Elizabeth ucieszyła się. Zauważyła, że ostatnio w różnych swoich 

przedsięwzięciach  Jason  zakładał  jej  udział.  Trudne  do  określenia 

uczucie  szczęścia  wypełniało  jej  serce,  kiedy  myślała  o  wspólnym 

urządzaniu  kuchni.  Od  bardzo  dawna  nikt  jej  nie  włączał  w  swoje 

background image

plany.  Nie  potrzebował.  Nie  pragnął.  Od  nadmiaru  wrażeń  zakręciło 

jej się w głowie. 

Z jadalni przeszli do gabinetu.  

-  Oto  gabinet,  w  którym  nigdy  nie  pracuję  -  zakomunikował 

Jason. 

- Dlaczego? - zdziwiła się Elizabeth.  

- Tu jest zbyt cicho. Nie mogę zebrać myśli. Piszę w klinice. 

Następnie Jason pokazał Elizabeth prywatną część apartamentu. 

- Tu jest łazienka dla gości i sypialnia, których jeszcze żaden gość 

nie  używał.  -  A  widząc,  w  jaki  sposób  Elizabeth  mu  się  przygląda, 

dodał:  -  Tak,  tak,  wiem.  Brak  łóżka.  Ale  nie  potrafię  sobie  jeszcze 

wyobrazić przyjmowania gości z nocowaniem. 

- Rozumiem. 

Teraz  Jason  wziął  Elizabeth  za  ramiona  i  skierował  do  swojej 

sypialni.  Wielkie  łoże  ginęło  w  ogromnej  przestrzeni.  Nie  było  tu 

żadnych  obrazów,  żadnych  roślin,  żadnych  pamiątek.  Elizabeth 

westchnęła. A mogłoby tu być tak pięknie. W nocy zaś, szum oceanu 

kołysze do snu... 

Jason podszedł do okna. Po chwili odwrócił się i powiedział: 

- To jedyny pokój w całym mieszkaniu, którego używam. 

- Czyli tu jest centrum rozrywki - powiedziała Elizabeth i słysząc 

własne słowa, oblała się rumieńcem.  

Nie mogła uwierzyć, że palnęła taką gafę. Jak gdyby dopytywała 

się  o  jego  prywatne  życie.  Albo  jak  gdyby  była  zazdrosna.  Albo 

jeszcze  gorzej,  jak  gdyby  miała  ochotę  na  flirt.  Starała  się  być 

background image

dowcipna,  seksowna,  a  wyszła  na  kompletna  idiotkę.  Kobieta  w  jej 

stanie  pozwalająca  sobie  na  tego  typu  uwagę  w  stosunku  do 

mężczyzny takiego jak Jason! Pragnęła zapaść się pod ziemię. 

Jason uśmiechnął się słabo i odrzekł: 

- No, brakuje telewizora i sprzętu hi-fi... 

-  No  cóż...  -  przybierając  minę  kobiety  światowej,  Elizabeth 

posłała  mu  promienny  uśmiech  i  zaczęła  się  wycofywać.  Źle 

wymierzyła  i  zamiast  w  drzwi  trafiła  w  ścianę.  -  Masz  rację  - 

zaszczebiotała i zniknęła w holu. 

 

W  pokoju  Juniora  zostało  jeszcze  wiele  do  zrobienia  i  Jason  i 

Elizabeth spędzili kolejne dwa weekendy, malując dziecinne mebelki 

różnymi odcieniami kremowego i żółtego. Nareszcie, kilka tygodni od 

rozpoczęcia, byli na finiszu. Pokój, cały w kaczuszkach i króliczkach, 

pełen  zabawek,  wyglądał  znakomicie  i  czekał  na  przyjęcie  małego 

lokatora. 

Teraz,  zmęczeni  niczym  psy  gończe,  zjedli  na  patio  obiad 

składający  się  ze  steków  z  grilla  z  sałatą.  Kiedy  Elizabeth  weszła  do 

salonu,  zastała  Jasona  wyciągniętego  na  kanapie.  Uśmiechając  się, 

podeszła do półki z wideo. 

-  Świetnie,  że  przyrządziłeś  popcorn.  Pachnie  cudownie  - 

powiedziała. 

- Częstuj się - zaprosił, podrzucając ziarna w powietrze i łapiąc je 

ustami. - Popcorn to moja specjalność. I naleśniki z jagodami. 

- Będziesz mi je musiał kiedyś usmażyć. 

background image

-  Nie  mogłem  się  doczekać,  kiedy  o  to  poprosisz  -  zaczął 

żartować. - A może usmażę ci je jutro na śniadanie? A ty, dla nabrania 

apetytu, pohuśtasz się dziś na żyrandolu. 

-  Przestań,  bo  od  śmiechu  brzuch  mnie  rozboli  -  prosiła,  i 

rumieniąc się zmieniła temat. - Na miłość boska, co ty wypożyczyłeś? 

Cud narodzin? Czy to właściwa rozrywka na sobotni wieczór? 

-  Zobaczysz,  spodoba  ci  się  -  zapewnił  ją  Jason.  -  Każdy,  kto 

oglądał ten film, był zauroczony. Ale będą nam potrzebne chusteczki. 

Co  najmniej  pudełko.  To  prawdziwy  wyciskacz  łez.  Ogląda  się  ten 

film ze ściśniętym gardłem. 

-  Pewnie  dlatego,  że  widzisz,  jak  to  okropnie  boli,  a  na  dodatek 

wiesz,  że  to  dopiero  początek  męki.  Wiesz,  ile  dziś  kosztuje  dobra 

szkoła wyższa? - Cały czas narzekając, Elizabeth nastawiła wideo. 

-  To  Junior  pójdzie  do pracy,  albo postara  się  o  stypendium.  Nie 

martw  się  na  zapas.  Do  tego  jeszcze  dużo  czasu  -  uspokajał  Jason. 

Zapraszającym  gestem  poklepał  poduszki  obok  siebie.  -  Chodź, 

mamusiu. Odpocznij. Naharowałaś się dzisiaj. 

-  Ale  wygląda  ładnie,  prawda?  -  spytała,  mając  na  myśli  pokój 

dziecinny. 

Stała koło telewizora, wahając się. 

- Super. To wszystko dzięki moim umiejętnościom malarskim. 

- Tak, tak - zaczęła się z nim droczyć. - Przykleiłbyś się do ściany 

na stałe, gdybym od czasu do czasu nie polewała cię wężem, żebyś się 

odkleił. 

Jason roześmiał się. 

background image

- No chodź już, chodź. 

Elizabeth  wciąż  się  ociągała.  W  jej  stanie  emocjonalnej 

pobudliwości bała się usiąść obok Jasona, jeść popcorn z jednej miski. 

Już chciało jej się płakać, jeszcze zanim ten cholerny film się zaczął. 

Jason  jest  taki  kochany,  że  stara  się  jej  pomóc  w  ten  sposób. 

Prawdziwy przyjaciel w potrzebie. 

Kilkakrotnie w ciągu tego popołudnia chciała zacząć rozmowę na 

temat  rodowej  waśni  dzielącej  Mansfieldów  i  Coltonów.  Chciała 

oczyścić  atmosferę  i  przekazać  mu  wiedzę,  której  rodzina  mu 

poskąpiła, kiedy dorastał. Ale bała się zepsuć ten fantastyczny nastrój. 

Przez  cały  czas  śmiali  się,  przekomarzali,  bawili,  robili  wszystko  to, 

czego Elizabeth nigdy nie robiła z Mikiem.  

Ze smutkiem spojrzała na małą oprawioną w ramkę fotografię ich 

obojga, wciąż stojącą na regale. Zdjęcie pochodziło ze szczęśliwszego 

okresu  ich  życia,  ale  nie  tak  szczęśliwego,  jak  dzisiejszy  dzień.  Ze 

smutkiem  pomyślała,  że  gdyby  nie  to  zdjęcie,  zapomniałaby  już,  jak 

Mike  wygląda.  Opuścił  ją  zaledwie  siedem  miesięcy  temu,  ale  tak 

naprawdę  odszedł  od  niej  dwa  lata wcześniej.  Ona po  prostu uparcie 

nie chciała się do tego przyznać. 

-  Chodź,  chodź  -  ponaglał  Jason,  moszcząc  miejsce  na  kanapie 

obok siebie. - Już się zaczyna. Przygotowałem dla ciebie chusteczki. - 

Wyciągnął garść chusteczek z pudełka i pomachał nimi. 

Nie  mogąc  się  oprzeć  takiemu  zaproszeniu,  Elizabeth  usiadła  na 

kanapie,  pozwoliła  się  przytulić  i  nakarmić  popcornem.  Przez 

następną  godzinę  siedziała  jak  zauroczona,  oglądając  cud  narodzin  - 

background image

od  poczęcia  do  porodu  -  rozgrywający  się  na  ekranie  telewizora. 

Kiedy  nadszedł  punkt  kulminacyjny  i  kamera  zaczęła  na  przemian 

pokazywać  trzy  kobiety  na  sali  porodowej,  Elizabeth  ścisnęła  Jasona 

za rękę i zalała się łzami. 

Rodzenie  dziecka  było  tak  piękne  i  tak  naturalne.  I  nie  tak 

przerażające,  jak  jej  się  wydawało.  Patrzyła  ze  ściśniętym  gardłem  i 

po  raz  pierwszy  od  czasu,  kiedy  odkryła,  że  jest  w  ciąży,  pomyślała, 

że  wyjdzie  ze  szpitala  z  nowym  członkiem  rodziny  w  ramionach.  Że 

będzie czyjąś mamą. 

Kątem oka widziała, jak Jason też trze oczy. Co za niewiarygodny 

mężczyzna.  Taki  kochany.  Taki  dobry.  Taki  opiekuńczy.  Z  każdą 

minutą  Elizabeth  coraz  bardziej  utwierdzała  się  w  przekonaniu,  że 

pragnie przeżyć z nim coś więcej niż tylko przyjaźń i że to pragnienie 

zrodziło  się,  kiedy  go  po  raz  pierwszy  ujrzała.  Gdyby  miała  być 

absolutnie  uczciwa,  musiałaby  przyznać,  że  już  obsadziła  go  w  roli 

przyszłego ojca swojego dziecka i przyszłego męża. 

Nagle  zamarła.  A  jeśli  on  traktuje  ją  tylko  jak  dobrego  kumpla? 

Albo  jeszcze  gorzej,  jak  siostrę?  Kogoś,  z  kim  miło  spędza  się  czas, 

czekając  na  pojawienie  się  tej  jednej  jedynej?  Jason  był  wysoki, 

ciemnowłosy,  przystojny  i  bogaty.  Mógłby  mieć  kobiet  na  pęczki. 

Bogatych,  pięknych,  odnoszących  sukcesy,  szczupłych,  z  doskonałą 

figurą. Dlaczego więc spędza tyle czasu z nią? 

Wytarła nos i oczy. 

Na  pewno  nie  dlatego,  że  uważa  ją  za  atrakcyjną.  Spojrzała  na 

swój  brzuch.  Przecież  znają  się  kilka  tygodni,  i  ku  jej  wielkiemu 

background image

zaskoczeniu,  odnosi  się  do  niej  z  takim  szacunkiem,  jakby  był 

zakonnikiem, który ślubował czystość. Czy mogła go za to winić? Ma 

spuchnięte  nogi,  cierpi  na  niestrawność,  chodzi  w  bezkształtnych 

ciuchach, nie ma w sobie nic seksownego, rozczulała się nad sobą w 

duszy.  

To  prawda,  przyjemnie  mija  im  czas  i  zgadzają  we  wszystkim. 

Ale  co  on  z  tego  ma?  Niczego  nie  zyskuje,  spędzając  wolne  chwile 

właśnie  z  nią.  Chyba  że...  Elizabeth  przypomniały  się  słowa 

pielęgniarki  Sherry.  Jego  była  narzeczona  nie  chciała  urodzić  mu 

dzieci  i  dlatego  z  nią  zerwał.  Więc  może  zaprzyjaźnił  się  z  nią  z 

powodu dziecka, a nie dla niej samej? 

Film  skończył  się.  Na  ekranie  pojawił  się  śnieg  i  taśma 

automatycznie zaczęła się przewijać do przodu. 

- Jason? 

- Tak? 

Serce zaczęło jej bić szybciej, dłonie zwilgotniały. Nie. Nie może 

zapytać  go  o  to,  czy  chce  mieć  własne  dziecko.  Mogłoby  to  obudzić 

bolesne  wspomnienia.  Przecież  nie  chce  psuć  tak  przyjemnego 

nastroju. A jednak bardzo pragnęłaby dowiedzieć się, co dzieje się w 

jego sercu. 

- Dziękuję, że jesteś tu ze mną ze względu na Juniora - szepnęła, 

spuszczając wzrok. 

Jason  łagodnie  ujął  ją  pod  brodę  i  zajrzał  jej  głęboko  w  oczy. 

Okay.  To  nie  było  spojrzenie  zakonnika.  Ani  dobrego  kumpla.  Ani 

przyjaciela. Ani brata. Czyżby dostrzegła w jego oczach pożądanie? 

background image

- Junior jest tak samo dobrym pretekstem jak inne, żeby być tu z 

tobą - rzekł Jason, ujmując jej twarz w dłonie. W jego głosie słychać 

było wzruszenie.  

Czułość,  z  jaką  na  nią  patrzył,  rozwiała  wszelkie  jej  obawy. 

Zanim  zdążyła  odetchnąć  z  ulgą,  Jason  pochylił  się  i  pocałował  ją 

powoli,  słodko,  zmysłowo,  znacząco.  Tym  pocałunkiem  udowodnił, 

dlaczego z nią jest. Był to pocałunek, który zaprzecza prawom fizyki, 

który  zmienia  dwie  poszukujące  istoty  w  jeden  pełny  organizm. 

Takiego pocałunku nigdy nie przeżyła z Mikiem. 

Objęła  Jasona  za  szyję,  chciała  się  do  niego  przytulić,  ale 

Juniorowi się to nie spodobało. Zaprotestował mocnym kopnięciem. 

- Odpycha mnie - roześmiał się Jason.  

Elizabeth zawtórowała mu. 

- Czuje. 

-  Jest  zazdrosny.  Nie  mam  do  niego  pretensji,  bo  chcę  mieć  cię 

wyłącznie dla siebie. 

- Chcesz? 

- Bardzo - rzekł Jason i znów ja pocałował.  

Tym  pocałunkiem  zawładnął  jej  ciałem  i  duszą  i  teraz  już 

wiedziała, że zainteresowanie nią i Juniorem, to dwie różne rzeczy. 

Nagle Jason wypuścił ją z objęć i opadł na oparcie kanapy. 

- Muszę już iść - powiedział zmienionym głosem. 

- Dobrze. Rozumiem. 

Nie chce gotowej rodziny. Albo to, albo całowanie się z ciężarną 

kobieta nie jest przyjemnością, pomyślała. 

background image

-  Nie.  Nie  rozumiesz  -  powiedział  Jason  i  pocałował  ją  jeszcze 

raz.  -  Nie  rozumiesz  -  powtórzył.  -  Muszę  iść,  bo  jeżeli  teraz  nie 

pójdę, to zostanę. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Co masz na sobie? - spytała filuternie Elizabeth, przytrzymując 

słuchawkę między ramieniem i policzkiem. 

- To ja dzwonię! Ty pierwsza. 

Elizabeth  spojrzała  na  swój  ogromny  podkoszulek  ze  śmieszną 

kaczką na piersiach i napisem: Kwa, kwa, kwa! oraz ciepłe skarpety z 

dziurą na palcu i wzdrygnęła się. 

-  Zgoda.  Mam  na  sobie  skąpe  body,  kabaretki  i  szpilki.  Twoja 

kolej. 

Jason wybuchnął śmiechem i oświadczył: 

- Przyjeżdżam natychmiast. 

- Lepiej nie - zaprotestowała. - Już i tak trudno mi było rozstać się 

z  tobą.  -  Nie  mogła  uwierzyć,  że  się  do  tego  otwarcie  przyznała,  ale 

było za późno. Poza tym Jason doskonale sam o tym wiedział. 

Stali  na  ganku  przez  dobre  pół  godziny,  objęci,  szepcąc  czułe 

słówka,  dziękując  sobie  nawzajem  i  życząc  dobrej  nocy.  Na  koniec 

Jason pocałował ją i odjechał. Ale chyba jeszcze zanim wyjechał z jej 

podjazdu na ulicę, już wystukał numer do niej.  

I teraz, dwie godziny później, wciąż rozmawiali. Elizabeth leżała 

już zwinięta pod kołdrą, a ciepły głos Jasona kołysał ją do snu. 

- Słyszałeś to? - spytała wpół śpiąc. 

background image

- Tak. 

- Co to było? 

- Sygnał rozmowy oczekującej. 

- Nie chcesz dowiedzieć się, kto to? 

- Nie. Nie przejmuj się.  

- A jeśli to pilne? 

- Zadzwonią jeszcze raz. 

- Jason! - Wiedziała, że się z nią droczy, ale jednak...  

Odpowiedziało  jej  ciężkie  westchnienie.  Sygnał  rozmowy 

oczekującej rozległ się ponownie. 

-  Okay,  okay!  -  Zniecierpliwienie  w  głosie  Jasona  sprawiło 

Elizabeth satysfakcję. 

-  Czy  takim  tonem  mówi  się  do  pacjenta?  -  upomniała  go 

żartobliwie. 

- Dobrze, dobrze. Poczekaj, pokażę ci, jakim tonem mówi się do 

pacjenta. Nie odkładaj słuchawki, dobrze? 

- Dobrze. 

- Poczekasz przy telefonie? 

- Oczywiście. 

- Obiecujesz? 

- Obiecuję. Pospiesz się. Ktoś się niecierpliwi.  

Elizabeth skorzystała teraz z okazji i przekręciła się na drugi bok, 

co  z  każdym  tygodniem  stawało  się  coraz  trudniejsze  i  wymagało 

coraz  bardziej  skomplikowanych  zabiegów  oraz  podkładania 

poduszek pod brzuch, pod plecy, pod nogi. 

background image

Co  za  wspaniały  sposób  na  spędzenie  wieczoru,  pomyślała. 

Chociaż  wolałaby,  żeby  Jason  był  tu  obok  niej.  Wspólna  przyszłość 

wciąż  jeszcze  była  jednak  tylko  marzeniem  i  Elizabeth  surowo 

zakazała sobie dzielić skórę na niedźwiedziu.  

Po chwili usłyszała jakieś klikanie w słuchawce i głos Jasona: 

- Elizabeth? 

- Tak? 

- Zadzwonię za chwilę, dobrze? 

- Oczywiście. Czy to coś pilnego? 

- Można tak powiedzieć. Dzwoni moja babka, Sybil. Pamiętasz ją 

ze ślubu? 

- Oczywiście. To ta, która podeszła do nas, kiedy tańczyliśmy. 

- Tak. Dzwoni z Europy. - Jason westchnął. - Nie należy do osób, 

które można zbyć. Zadzwonię, jak tylko skończę z nią rozmawiać. 

-  W  porządku.  -  Odkładając  słuchawkę  na  widełki, Elizabeth  już 

nie mogła się doczekać, kiedy telefon zadzwoni ponownie. 

 

- Słucham, babciu. 

Jason  oparł  się  wygodniej  o  zagłówek  łóżka  i  zawiązał  pasek 

szlafroka. To potrwa. Rozmowy z Sybil zawsze trwają długo. 

- Nareszcie! Osobom w moim wieku nie należy kazać zbyt długo 

czekać. Może mnie już nie być wśród żywych, kiedy raczysz podejść 

do telefonu. 

- Co ty mówisz, babciu! Jesteś zdrowa jak koń. Szczególnie teraz, 

kiedy rzuciłaś palenie. Bo rzuciłaś, prawda? 

background image

- Nie twój interes, smarkaczu. Lekarze! Phi! 

Jason wzniósł oczy do nieba. W tle słychać było teraz kilkakrotnie 

pstryknięcie zapalniczki. 

- O co chodzi, babciu? Dlaczego dzwonisz? 

Sybil  zaciągnęła  się  głęboko  papierosem  i  dopiero  potem 

odpowiedziała: 

- Nie podlizuj się. Już figurujesz w moim testamencie. 

Jason spojrzał na zegarek. Robiło się późno. Bał się, że Elizabeth 

zaśnie. 

- Która godzina w Paryżu? - spytał. 

-  Tu  jest  ranek,  a  ja  trawię  go,  próbując  uzyskać  odpowiedź  na 

proste  pytanie,  ale  każdy  cholerny  Colton  w  Prosperino  włączył 

cholerną sekretarkę! Nie cierpię mówić do maszyny. 

- Wnioskuję więc, że nie byłem pierwszy na twojej liście... 

-  Oczywiście,  że  nie!  A  po  co  miałabym  do  ciebie  dzwonić? 

Chyba żebym się dowiedziała, że się żenisz. - Przerwała na chwilę, a 

Jason usłyszał, jak zanosi się kaszlem. 

- Kiedy ostatni raz byłaś u lekarza? - spytał. 

-  Pójdę  do  lekarza,  kiedy  ty  się  zaręczysz  -  oświadczyła  starsza 

pani. 

- To wyjdź za mnie - zażartował Jason. 

-  Nie  bądź  taki  dowcipny.  Wiesz,  że  mam  na  myśli  jakąś  miłą 

pannę z dobrej rodziny. 

background image

Jason  trochę  się  spodziewał,  że  rozmowa  przybierze  taki  obrót, 

lecz  zamiast  zmienić  temat,  jak  miał  w  zwyczaju,  szczególnie  odkąd 

zerwał z Angie, odczekał chwilę i powiedział: 

- Niewykluczone, że będziesz musiała zamówić wizytę wcześniej 

niż myślisz, babciu. 

- Dlatego, że ja umieram, czy dlatego, że ty się żenisz? 

- Jesteś zbyt żywotna, żeby tak od razu umierać, za to ja może się 

ożenię. Kiedyś. 

- Żenisz się?! 

-  Tego  nie  powiedziałem.  Jeszcze  nie  jestem  całkiem  pewny. 

Poznałem kogoś naprawdę miłego, ale nie będę się spieszył z decyzją. 

- Byleś się zbyt długo nie namyślał, synku. Latek nam nie ubywa. 

- Będę miał to na uwadze. Ale dlaczego dzwonisz? Nie wystawiaj 

mojej ciekawości na zbyt ciężką próbę. 

-  Stara  sztuczka.  Kiedy  mowa  o  ożenku,  zmieniasz  temat,  co? 

Typowe. No dobrze, chciałam się dowiedzieć, czy rozmawiałeś może 

z Grahamem? 

-  Z  Grahamem?  -  Jason  nie  był  w  zbyt  dobrych  stosunkach  ze 

swoim  stryjem  Grahamem.  Ostatni  raz  widzieli  się  na  ślubie 

Harrisona,  ale  zamienili  ze  sobą  tylko  kilka  zdawkowych  słów.  - 

Dlaczego pytasz? 

- Martwię się o Meredith. Na ślubie Graham wspomniał, że nadal 

zachowuje się bardzo dziwnie... 

Meredith  była  szwagierką  Grahama  i  żoną  bratanka  Sybil,  Joego 

Coltona.  W  dzieciństwie  Jason  spędzał  wiele  czasu  w  ich  domu. 

background image

Zapamiętał  Meredith  jako  uroczą  i  kochającą  osobę,  rozdającą 

dzieciom  lody  i  pozwalającą  jeździć  na  kucach.  Była  jego  ulubioną 

ciotką. Teraz jednak stała się inną osobą, podenerwowaną, kąśliwą.  

Zmiany  w  jej  osobowości  zaczęły  się  około  dziesięciu  lat  temu i 

następowały  zbyt  gwałtownie,  żeby  tłumaczyć  je  menopauzą  czy 

naturalnym  procesem  starzenia.  Niemniej  na  odległość  Jason  nie 

potrafił postawić diagnozy. 

- Nie wiem. Słyszałem, że zachowuje się dziwnie, ale... 

- Dziwnie? Synku, ta kobieta postradała zmysły. Tamten wypadek 

zmienił ją w jakiegoś szatana! I jest coraz gorzej... 

Słuchając  Sybil,  Jason  pochylił  się  do  przodu  i  ukrył  twarz  w 

dłoniach. Tematowi zmian w osobowości ciotki Meredith poświęcono 

chyba więcej czasu niż dyskusjom o rozbiciu atomu. 

-  Uważam,  że  powinieneś  wziąć  ją  do  siebie  i  przeprowadzić 

kompleksowe  badania.  Nie  dziwiłabym  się,  gdyby  na  prześwietleniu 

mózgu  wyszło,  że  gnieżdżą  się  w  jej  głowie  jacyś  przybysze  z 

kosmosu! 

Jason  nie  potrafił  odmówić  niczego  babci  Sybil.  Kochał  i 

szanował  tę  drobną  kobietę,  dla  której  rodzina  była  najważniejszą 

rzeczą  na  świecie.  A  Sybil,  jak  wszyscy  doskonale  wiedzieli, 

uwielbiała wnuka. 

-  Dobrze.  Wyślę  jej  zawiadomienie,  że  powinna  stawić  się  na 

badania okresowe i wtedy zobaczę, co się da zrobić. 

- Kochany jesteś. Kocham cię najbardziej z moich wnuków, tylko 

nie mów o tym Harrisonowi. 

background image

Jason wiedział, że Sybil to samo powtarza jego bratu. 

-  A  jeśli  oświadczysz  się  tej  dziewczynie,  chcę  o  tym  wiedzieć 

pierwsza. Zadzwoń natychmiast - rozkazała i odwiesiła słuchawkę. 

Jason z jękiem opadł na poduszki. 

 

Następnego  ranka,  po  nabożeństwie,  Jason  i  Elizabeth  poszli  na 

śniadanie, a potem odwiedzili kilka sklepów z antykami w najstarszej 

części  Prosperino.  Ta  historyczna  dzielnica  była  mekką  turystów  i 

tego majowego dnia ludzie tłumnie wylegli na ulice. 

-  Co  się  kupuje  osobie, która  ma  już  wszystko?  -  spytał  Jason  w 

jednym ze sklepów, do którego weszli. 

- A kto ma wszystko? - zaciekawiła się Elizabeth. 

-  Mój  wuj  Joe.  W  przyszłym  miesiącu  obchodzi  sześćdziesiąte 

urodziny  i  moja  ciotka,  Meredith,  urządza  galę,  jakiej  Prosperino 

długo nie zapomni. 

-  Cóż...  -  zawahała  się  Elizabeth.  Mężczyznom  zawsze  trudno 

kupić prezent. - A co lubi? Czym się interesuje? Ma jakieś hobby? 

Umierała  z  ciekawości,  żeby  się  dowiedzieć  jak  najwięcej  o 

rodzinie  Jasona,  ale  bała  się  zadawać  pytania  w  obawie,  że  w 

rozmowie wyjdzie na jaw kwestia tej głupiej waśni dzielącej oba rody. 

- Hobby? Robienie pieniędzy. Adoptowanie dzieci. 

-  Uhm.  Bardzo  szlachetne  zajęcie,  ale  dziecko  trudno  ofiarować 

jako prezent urodzinowy. 

- Widzisz. Mówiłem, że wujowi nie można niczego kupić. 

background image

- Nie panikuj. Opowiedz mi o jego życiu i zaraz przyjdzie nam do 

głowy jakiś pomysł. Zobaczysz. 

- W takim razie wstąpmy gdzieś napić się kawy. 

- Masz ochotę na ten kawałek mojego ciastka? - spytała Elizabeth, 

patrząc z żalem na swój talerzyk. - Nie powinnam jeść tyle słodyczy. 

- Z chęcią - powiedział Jason. 

Siedzieli  na  tarasie  francuskiej  cukierni  w  bok  od  głównej  ulicy 

starego  miasta.  Zielony  parasol  osłaniał  ich  od  słońca,  a  od  strony 

oceanu  wiał  łagodny  wiaterek.  Z  filiżanką  bezkofeinowej  kawy  w 

dłoniach  Elizabeth  zafascynowana  słuchała  dziejów  klanu  Coltonów. 

Dzięki opowieści Jasona poznawała drugą stronę tragicznej waśni. 

-  Na  czym  skończyłem?  -  spytał  Jason,  przeżuwając  ostatni  kęs 

ciastka, którym Elizabeth się z nim podzieliła. 

- Na babce. 

- Sybil. Macie coś ze sobą wspólnego. 

- Tak? - zdziwiła się Elizabeth, starając się ukryć sceptycyzm. 

- Uhm. Obie jesteście samotnymi matkami. I obie macie synów. 

- Sybil była samotną matką? 

- Między innymi. - Jason oparł się wygodniej o tył krzesła i rzucił 

zgniecioną  serwetkę  na  talerzyk.  -  Sybil  zawsze  chodziła  własnymi 

drogami. Urodziła się tu, w  Ameryce, ale  wolała Europę. Studiowała 

na  Bryn  Marr  i  została  dziennikarką.  Kocha  opowiadać,  jak 

odwiedzała  salony  i  kawiarnie  Londynu,  Paryża,  Madrytu  i  Rzymu  i 

ocierała się o znane osobistości tamtej epoki. 

- Jak kto na przykład? 

background image

Jason przymknął oczy i zastanawiał się chwilę. 

-  Sybil  uwielbia  ozdabiać  swoje  opowieści  znanymi nazwiskami, 

ale  ona  tych  wszystkich  ludzi  rzeczywiście  poznała,  Hemingwaya, 

Fitzgeralda, Gertrude Stein i Virginię Woolf. 

- Nie mów. 

-  Tak,  tak.  Fantastyczna  babka.  Zna  biegle  kilka  języków. 

Utrzymywała siebie i dziecko, pracując jako tłumaczka i reporterka. 

- Musi być fascynującą kobietą - powiedziała Elizabeth na głos, a 

w duchu dodała, że również wzbudzającą strach. 

-  I  jest.  Ale  należy  do  tych  osób,  które  naprawdę  trzeba  poznać, 

żeby  zrozumieć. Ma niewyparzony język i kilkakrotnie poniosła tego 

konsekwencje.  Tak  było  na  przykład  z  jej  bratem  Teddym.  Nie 

powtarzaj  nikomu,  ale  sądzę,  że  wybuchowy  charakter  sprawił,  że 

nigdy nie wyszła za mojego dziadka. 

- Urodziła nieślubne dziecko? 

Elizabeth  przypomniała  sobie  energiczną  damę  o  królewskiej 

posturze, która poznała na ślubie Savannah, i nie mogła uwierzyć w te 

rewelacje. 

-  Tak.  Chociaż  nie  lubi  o  tym  opowiadać  -  ciągnął  Jason.  - 

Zamieszkała  z  Frankiem,  moim  ojcem,  w  małym  miasteczku  koło 

Paryża.  Potem  posłała  go  do  college'u  tutaj,  w  Stanach.  Tam  poznał 

moją matkę, Shirley. Harrison i ja urodziliśmy się, kiedy rodzice byli 

jeszcze  bardzo  młodzi.  Stworzyli  Colton  Media  Holding,  na  którego 

czele obecnie stoi Harrison. Chyba odziedziczył po wujku Joem talent 

do robienia pieniędzy. 

background image

-  Wujek  Joe.  Patriarcha  rodziny.  Potentat  naftowy  i  człowiek, 

który ma wszystko - wyrecytowała Elizabeth. 

- Świetnie - pochwalił ją Jason wyraźnie zadowolony. - Widać, że 

słuchałaś uważnie. 

Elizabeth posłała mu zuchwałe spojrzenie i mówiła dalej: 

- Brat Sybil, Teddy, jest ojcem twojego wuja Joego. 

-  Zgadza  się.  Joe  jest  starszy,  Graham  młodszy.  Ale  nie 

wychowywali się razem. Wyrośli w rodzinach zastępczych. 

- Dlaczego? 

- Ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym. 

- To straszne. 

-  Tak,  to  smutna  historia.  -  Jason  zamyślił  się,  wpatrzony  w 

odległy punkt, gdzie ocean stykał się z kalifornijskim niebem.  

Po  chwili,  jakby  przypominając  sobie,  o  czym  rozmawiali, 

ciągnął: 

- Ale mimo że dorastał bez swojego biologicznego ojca, wiedział, 

że jest bardzo kochany przez przybranych rodziców. Wiesz... - zaczął, 

a  jego  spojrzenie  spod  wpółprzymkniętych  powiek  spoważniało  - 

wiesz, nie sądzę, żeby to miało jakieś znaczenie, czy człowiek, który 

wychowuje  dziecko,  jest  jego  biologicznym  ojcem,  czy  nie.  Ważne 

jest, że kocha je jak rodzone. 

Gdy  mówił  te  słowa,  Elizabeth  nie  spuszczała  wzroku  z  jego 

warg. Miała dziwne wrażenie, że Jason mówi o swoich uczuciach do 

jej synka. 

- Naprawdę tak myślisz? - szepnęła. 

background image

-  Tak.  Mój  wuj  Joe  jest  najlepszym  dowodem  na  to,  że  poprzez 

miłość  można  wychować  chłopca  na  wspaniałego  mężczyznę.  Jego 

przybrany  ojciec  kochał  go  całym  sercem  i  Joe  wiedział  o  tym.  I 

dzięki  tej  miłości  on  sam  tyle  robi  dla  innych  potrzebujących  dzieci. 

Stworzył  fundację  Nadzieja  i  sam  adoptował  kilkoro  sierot.  Co 

dowodzi, że miłość naprawdę wiele przezwycięża. 

-  Prawda  -  westchnęła  Elizabeth,  zastanawiając  się,  czy  miłość, 

jaką czuła do Jasona, przezwycięży przeszłość. 

-  Polubiłabyś  mojego  wuja  Joego  -  powiedział  Jason.  -  Jego 

życiorys  to  budujący  przykład  historii  człowieka,  który  do 

wszystkiego  doszedł  sam.  Teraz  kieruje  kilkoma  znaczącymi 

korporacjami  i  ma  trochę  do  czynienia  z  przemysłem  naftowym.  - 

Ujął ją za rękę. - Powinnaś pójść ze mną na to przyjęcie. 

-  To  by  dopiero  była  sensacja.  Ty  razem  z  dziewczyną  z 

brzuchem. 

Jason wybuchnął śmiechem. 

-  Cudownie!  Nareszcie  ludzie  mieliby  nowy  temat  do  rozmowy. 

Bo tak, to ciągle plotkują o mojej stukniętej ciotce Meredith. 

- Stukniętej ciotce Meredith? - zdziwiła się Elizabeth. 

- To kolejna smutna historia.  

Elizabeth zaczęła bawić się serwetką. 

- Czy wiesz, skąd pochodzi twoja rodzina? - spytała po chwili. 

Jason wzruszył ramionami. 

-  Niewiele  wiem  o  dalszych  przodkach. Moja  wiedza  kończy  się 

na Sybil i wujku Joem. Ale Sybil będzie wiedziała. Jest ekspertem od 

background image

rodzinnych  koneksji.  Wprowadzi  cię  we  wszystkie  tajniki,  jeśli 

będziesz chciała. Przyjedzie na urodziny wuja Joego. 

- Och! - Elizabeth uśmiechnęła się słabo. - To... to miło - dodała. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Ostry  dzwonek  telefonu  wyrwał  Elizabeth  z  lekkiej  drzemki, 

której  się  oddawała,  wpółleżąc  w  nowym  fotelu  Jasona.  Było 

piątkowe  popołudnie.  Minął  kolejny  tydzień.  Dokuczały  jej 

opuchnięte  nogi  i  stopy,  wiec  Jason  zaprosił  ja  na  obiad,  który 

zamierzał ugotować w nowo urządzonej i wyposażonej kuchni. 

Telefon zadzwonił ponownie. 

- Jason? - powiedziała.  

Przetarła oczy. Cisza. 

- Jason? - powtórzyła. 

Telefon  zadzwonił  po  raz  trzeci.  Dziwne.  Dopiero  teraz 

spostrzegła kartkę leżącą na stoliku obok fotela. 

Musiałem  pobiec  do  sklepu  po  ser  ricotta  i  sos  sałatkowy. 

Przyniosę lody czekoladowe dla JUNIORA. J. 

Uśmiechnęła  się  do  siebie,  czytając.  Miała  ogromną  ochotę  na 

lody, co było o tyle niezwykłe, że podczas całej ciąży lody mogły dla 

niej  nie  istnieć.  Podciągnęła  kolana.  Odpychając  się  od  podnóżka, 

usiłowała  podnieść  się  z  fotela.  Jednak  teraz  coraz  trudniej  było  jej 

nawet usiąść. 

Telefon zadzwonił kolejny raz. 

- Już idę! - zawołała. 

background image

Wreszcie  udało  jej  się  wstać,  ale  zanim  dobiegła  do  kuchni  i 

podniosła słuchawkę, włączyła się automatyczna sekretarka. 

-  Jason?  To  ja.  Gdzie  ty  się  do  diabła  podziewasz?  Dlaczego 

nikogo  z  was  nie  ma  w  domu,  kiedy  ja  dzwonię?  Jeśli  tam  jesteś, 

odpowiedz  natychmiast.  -  Elizabeth  rozpoznała  głos  Sybil  i 

postanowiła nie ujawniać się. - Nie mam czasu czekać, aż skończysz, 

cokolwiek tam robisz, synku. Jason?  

Nastąpiła  przerwa  w  monologu  i  Sybil  głęboko  zaciągnęła  się 

papierosem. Elizabeth prawie poczuła dym.  

- Zaczynam podejrzewać, że ludzie unikają mnie. Mniejsza z tym. 

Dzwonię, żeby dać ci kilka rad odnośnie Meredith. Czytałam ostatnio 

sporo  artykułów  i  dobrze  by  było,  gdybyś  zbadał,  czy  nie  ma 

biedaczka  guza  mózgu.  Wszystkie  symptomy  się  zgadzają  i  wynika, 

że ma klasyczne objawy. Zrób jej prześwietlenie, a potem mi powiesz, 

czy miałam rację. 

Starsza  pani  zrobiła  przerwę  i  ponownie  zaciągnęła  się 

papierosem.  Potem,  wydychając  dym  prosto  w  słuchawkę,  ciągnęła 

już na inny temat: 

-  I  ciągle  czekam  na  jakieś  informacje  o  tej  pannie,  z  którą  się 

spotykasz. 

Elizabeth  zamarła.  Jason  spotyka  się  z  kimś?  Serce  zatrzepotało 

jej w piersi. 

- Do tej pory wiem tylko, że ma na imię Elizabeth. Przyznasz, że 

to niewiele. 

background image

Czyżby  Jason  powiedział  babce  o  niej?  Ogarnął  ją  lęk  i 

jednocześnie radość. Pochyliła się nad aparatem, żeby lepiej słyszeć. 

-  Błagam  o  jakieś  szczegóły,  chłopcze.  Tylko  nie  mów  mi,  że 

znalazłeś kolejną zbłąkaną owieczkę, która miała do szkoły pod górkę, 

słyszysz.  Kiedy  zobaczyłam  tę  Angie,  od  razu  wiedziałam,  że  to 

kobieta nie dla ciebie. 

Elizabeth  spojrzała  na  swój  brzuch,  potem  przyłożyła  dłonie  do 

skroni. 

-  Więc  co  to  za  rodzina?  -  W  głosie  Sybil  słychać  było 

nieprzyjemną nutę przyprawiającą Elizabeth o gęsią skórkę. 

Elizabeth westchnęła w duchu. 

-  Skąd  pochodzą?  Co  robili?  Jeśli  zamierzasz  uczynić  z  niej 

członka klanu Coltonów, muszę wiedzieć coś więcej. 

Członka  klanu  Coltonów!  Czyżby  Jason  zwierzał  się  babce  ze 

swoich planów matrymonialnych? 

- A zresztą mniejsza z tym. Mam dość rozmawiania z tą maszyną. 

Nienawidzę  automatycznych  sekretarek!  Zadzwoń,  kiedy  wrócisz, 

gdziekolwiek  jesteś.  Aha,  mam  jeszcze  jedno  pytanie.  Chodzi  o 

Emily. 

Emily? Kim jest Emily? 

- Koniecznie chcę wiedzieć, czy nadal męczą ją koszmary senne o 

tym wypadku, jaki miały z Meredith. Podobno śni jej się, że się budzi 

i  widzi  dwie  Meredith!  Jedna  jest  aniołem,  a  druga  diabłem 

wcielonym!  -  Sybil  zachichotała.  -  To  prawda!  Widziałam  film  o 

kobiecie,  która  jest  jak  dwie  różne  osoby.  Ta  zła  robi  piekło,  potem 

background image

wkracza  ta  dobra  i  wszystko  łagodzi.  Jasonie,  wskrześ  tę  dobrą 

Meredith, zanim opanują ją demony. 

W  aparacie  rozległ  się  lekki  sygnał,  prawdopodobnie 

zawiadomienie o rozmowie oczekującej. 

- Jason? Halo? Halo? Głupia maszyna! - zdenerwowała się Sybil i 

rzuciła słuchawkę na widełki. 

Elizabeth  wpatrywała  się  w  mrugające  czerwone  światełko  w 

aparacie.  Ładna  rodzinka,  nie  ma  co,  pomyślała.  Sybil  Colton  raczej 

nie należy do osób współczujących zbłąkanym owieczkom. Poklepała 

się  po  brzuchu  i  usiadła  na  jednym  ze  stalowych  stołków,  żeby  nie 

upaść.  Jason  opowiedział  babce  o  niej,  ale  najwidoczniej  nie 

poinformował Sybil, że jego wybranka nazywa się właśnie Mansfield. 

-  Hej,  kochanie!  Wróciłem!  -  zawołał  Jason  od  progu  i 

kopnięciem zamknął drzwi.  

Zastał  Elizabeth  w  kuchni,  siedzącą  przy  wyspie  i  wpatrzoną  w 

aparat telefoniczny. Rzucił zakupy na blat, stanął za ukochaną i oparł 

brodę o jej ramię. 

- Spałaś tak mocno, że nie chciałem cię budzić. 

- Obudził mnie telefon. 

Coś  w  głosie  Elizabeth  zaniepokoiło  Jasona.  Zdenerwowanie. 

Napięcie. Może się czymś martwi? 

- Telefon? 

Elizabeth ruchem głowy wskazała aparat. 

- Twoja babka - poinformowała. 

background image

-  Sybil  dzwoniła?  -  zdziwił  się  Jason.  -  W  jakiej  sprawie?  -  Coś 

mówiło mu, że niekoniecznie chciałby się tego dowiedzieć. 

- Nagrała się. 

Jason nacisnął przycisk i słuchał. Uśmiechnął się kwaśno, słysząc, 

jak Sybil wyciąga kolejne szkielety z rodzinnej szafy. No cóż, wkrótce 

Elizabeth sama się dowie, że jego rodzina daleka jest od ideału. 

Wyciągnął rękę i ujął dłoń Elizabeth w swoją. Dlaczego jest taka 

spięta,  zastanawiał  się  z  niepokojem.  Pieścił  jej  palce  i  robił  miny, 

starając się wyrwać ją z zadumy. Sybil zmieniła temat. 

-  I  ciągle  czekam  na  jakieś  informacje  o  tej  pannie,  z  którą  się 

spotykasz. 

Jason zamarł. 

- Do tej pory wiem tylko, że ma na imię Elizabeth. Przyznasz, że 

to niewiele... Jeśli zamierzasz uczynić z niej członka klanu Coltonów, 

muszę wiedzieć coś więcej! 

Spojrzał  ukradkiem  na  Elizabeth,  żeby  sprawdzić  jej  reakcję  i 

dostrzegł, że się mocno zarumieniła. Serce podskoczyło mu do gardła. 

Cholera. A więc Elizabeth wie, że rozmawiał o niej ze swoją rodziną. 

Że  poinformował  ich,  że  się  spotykają.  Że  jego  zainteresowanie  jej 

osobą  wykroczyło  poza  uprzejmość  wobec  koleżanki  bratowej  i 

przerodziło  się  w  poważne  rozważania,  czy  wprowadzić  ją  do  klanu 

Coltonów. 

Sybil rzuciła słuchawkę. W pokoju zaległa niezręczna cisza. Jason 

poklepał  dłoń  Elizabeth  i  wstał.  Schował  ogromny  pojemnik  lodów 

czekoladowych  do  zamrażarki.  Zastanawiał  się,  co  powinien 

background image

powiedzieć  teraz,  kiedy  jego  zamiary  zostały  ujawnione.  Wziął 

głęboki oddech. Podrapał się po nosie. 

-  Przykro  mi,  jeśli  słowa  Sybil  wprawiły  cię  w  zakłopotanie  - 

zaczął. - Naprawdę nie chciałem, żebyś w ten sposób dowiadywała się 

o moich uczuciach do ciebie. 

Elizabeth przełknęła i spytała słabym głosikiem: 

- A jakie są twoje uczucia? 

Jason stanął obok niej. 

- Ja... - Głębokie westchnienie zagłuszyło jego słowa. Wyciągnął 

rękę  i  dotknął  policzka  Elizabeth.  Kciukiem  pogładził  jej  skroń.  - 

Zakochałem się w tobie. 

-  Zakochałeś?  -  Odwróciła  się  do  niego.  Objęła  go  w  pasie, 

zamknęła oczy i oparła czoło o jego pierś. 

- Uhm. Na ślubie Harrisona myślałem, że przepadłem z kretesem. 

Kiedy tylko cię zobaczyłem, spoconą i czerwoną na twarzy z gorąca, 

usiłującą  wytrzeć  nos  zaproszeniem,  pomyślałem,  że  oto  kobieta,  z 

którą  chciałbym  spędzić  resztę  życia.  Kobieta,  która  dzieli  moje 

uczucia na temat miłości, małżeństwa i rodziny. Kiedy spostrzegłem, 

że  jesteś  w  ciąży,  zrozumiałem,  że  już  ktoś  sprzątnął  mi  cię  sprzed 

nosa i poczułem... - Jason westchnął, wsunął dłoń pod jej podbródek, 

uniósł jej twarz i zajrzał w oczy - poczułem się oszukany. Ograbiony. 

- Ja czułam dokładnie to samo. 

- Wiem - szepnął i dotknął ustami jej warg.  

Kiedy  ich  języki  zetknęły  się,  doznał  cudownego  olśnienia, 

odsłoniła  się  przed  nim  wielka  tajemnica  życia.  Nagle  zyskał 

background image

pewność, że to właśnie tej kobiety szukał całe życie. I nie było ważne, 

że  miała  już  jedno  małżeństwo  za  sobą.  Ani  to,  że  w  łonie  nosiła 

dziecko innego mężczyzny. Takie jest życie. On też miał za sobą kilka 

miłostek... i kilka rozczarowań. 

Przeszłość.  Była,  minęła.  I  nie  trzeba  się  nad  nią  rozwodzić. 

Oboje  przekonali  się,  czego  nie  chcą  od  partnera.  Od  życia.  I  oboje 

wiedzieli,  że  chcą  miłości,  małżeństwa,  rodziny.  Obojętnie,  jak  ta 

rodzina powstała. Odkąd pamiętał, wuj Joe dawał mu przykład, że nie 

ma  znaczenia,  w  jaki  sposób  mężczyzna  stał  się  ojcem.  Ważne  jest, 

jak kocha i jak dba o dziecko. 

Jason  już  uważał  dziecko  Elizabeth  za  swoje.  Czuł  z  nim  więź 

opartą  nie  na  biologii,  lecz  na  miłości.  I  wiedział,  odgadywał  ze 

sposobu,  w  jaki  Elizabeth  oddawała  mu  pocałunek,  że  ona  czuła  to 

samo. 

- Jason? - Elizabeth oderwała wargi od jego warg i obiema rękami 

oparła  się  o  jego  pierś.  Oddychała  z  trudem,  a  policzek  miała 

zaróżowiony od łaskotania jego zarostu. - Muszę ci coś powiedzieć. 

-  Uhm  -  mruknął  i  zaczął  pieścić  jej  szyję,  całować  podbródek, 

szukać ust. - Mów, mów... - szepnął, przywierając do jej warg.  

Elizabeth  miała  takie  słodkie,  miękkie,  kobiece  ciało...  takie, 

jakiego pragnął. Jason przesunął dłonie na jej kark i wplótł palce w jej 

gęste, jedwabiste włosy. 

Elizabeth ponownie wyswobodziła się z jego objęć. 

- Przestań - powiedziała. 

- Dlaczego? 

background image

-  Dlatego.  Mam  ci  coś  ważnego  do  powiedzenia  o...  -  Urwała  i 

odwróciła wzrok. Była bliska płaczu. - Widzisz, ja... 

Jason  poczuł,  że  żar  wypala  mu  wnętrzności.  To,  o  czym 

Elizabeth chce mówić, to poważna sprawa. Domyślał się, że chodzi o 

tę  tajemnicę,  która  ją dręczyła  od  początku  ich  znajomości.  Zamknął 

oczy, przygotowując się na najgorszy cios. 

Wciąż kocha Mike'a. 

Albo Mike przyjeżdża po dziecko. 

Albo Mike poszedł po rozum do głowy i nagle pojął, że był idiotą, 

że porzucił taką wspaniałą kobietę. 

Kiedy  patrzył  na  wykrzywioną  bólem  twarz  Elizabeth,  obrazy 

zapłakanej  Angie  czyniącej  swoje  wyznanie  podczas  ich  ostatniej 

dramatycznej  rozmowy  przesunęły  się  przed  jego  oczami.  Elizabeth 

cofnęła się i odgarnęła włosy z czoła. 

- Poczekaj - szepnął i położył jej palec na ustach. - Wydaje mi się, 

że taką rozmowę lepiej przeprowadzić na siedząco. 

Kiwnęła potakująco głową. 

Wziął  ją  za  rękę  i  zaprowadził  do  nowej  kanapy,  którą  razem 

wybierali  zaledwie  tydzień  temu.  Posadził  Elizabeth,  ale  zanim  sam 

zdążył usiąść, zabrzęczał jego pager. 

-  Cholera  -  mruknął  i  sięgnął  do  kieszeni.  -  To  ze  szpitala  - 

powiedział, sprawdzając numer. - Zadzwonię i zapytam, o co chodzi. 

- Oczywiście - szepnęła. 

background image

- Posłuchaj - powiedział, wsuwając jej rękę pod brodę i patrząc jej 

w oczy. - Cokolwiek masz mi do powiedzenia, ja... - urwał i przełknął 

ślinę - ja to zniosę. Jestem dorosły. Przeżyję. 

Elizabeth milczała. 

Jason był przerażony. W swojej karierze zawodowej wielokrotnie 

miał  do  czynienia  z  ludźmi,  których  życie  wisiało  na  włosku,  ale 

nigdy  nie  bał  się  tak  jak  teraz.  To,  co  miała  mu  do  powiedzenia, 

zagrażało ich przyszłości. 

Podszedł  do  telefonu,  wystukał  numer  szpitala.  Czekając  na 

połączenie  z  izbą  przyjęć,  przyglądał  się  Elizabeth.  Znowu 

przypomniała  mu  się  Angie  i  jej  strach, kiedy  odkrył,  że  poddała  się 

sterylizacji.  Prawdopodobnie  zamierzała  mu  o  tym  powiedzieć 

dopiero po ślubie. Angie jeszcze jako nastolatka postanowiła nie mieć 

dzieci. Kiedy dorosła, dopiero w innym stanie znalazła lekarza, który 

zgodził się przeprowadzić zabieg u tak młodej kobiety.  

Znając  sytuację  rodzinną  Angie,  Jason  potrafił  zrozumieć  jej 

niechęć do posiadania własnych dzieci. Nie potrafił jednak zrozumieć 

całej  piramidy  kłamstw  o  licznym  potomstwie,  jakim  chce  go 

obdarzyć  po  ślubie.  Gdyby  przypadkiem  nie  podsłuchał  rozmowy 

Angie  z  pielęgniarką  z  oddziału  położniczego,  trwałby  w 

przeświadczeniu, że któregoś dnia zostanie ojcem.  

Ale  Angie  nie  chciała  rodziny.  Pragnęła  prestiżu,  pieniędzy, 

władzy i gwarancji bezpieczeństwa. Tego wszystkiego, czego nie dali 

jej rodzice narkomani. 

background image

Zacisnął mocno dłoń na słuchawce. Boże, oby się nie okazało, że 

znowu zakochałem się w niewłaściwej kobiecie, modlił się w duchu. 

- Karen? Mówi doktor Colton. Co się tam u was dzieje? Słuchając 

sprawozdania, nie  spuszczał  oczu  z  Elizabeth.  -  Dobrze.  Powiedz,  że 

już jadę... Za pięć minut. Dziękuję. 

Powoli odłożył słuchawkę. Przełknął ślinę i powiedział: 

-  Jedna  z  moich  pacjentek  w  starszym  wieku  miała  groźny 

upadek.  Doznała  licznych  obrażeń  i  złamała  kość  biodrową.  Muszę 

jechać,  ale  wrócę  najszybciej,  jak  tylko  będę  mógł  -  obiecał.  -  A  jak 

wrócę, dokończę gotowanie i będziemy mogli porozmawiać. Dobrze? 

Elizabeth  kiwnęła  głową.  Jason  podszedł  do  niej  i  pocałował  ją. 

Objęła go mocno za szyję. 

- Zaczekasz na mnie tutaj? - upewnił się. 

- Zaczekam - obiecała. 

- Będę za godzinę. Wtedy porozmawiamy. Dobrze? 

- Dobrze - odpowiedziała i uśmiechnęła się przez łzy. 

 

Elizabeth  stała  przy  kuchennym  blacie  i  szykowała  lasagne  dla 

Jasona.  Pomyślała,  że  się  nie  obrazi,  a  kiedy  wróci,  obiad  będzie 

gotowy.  Minęła  prawie  godzina,  odkąd  poszedł  do  szpitala,  a  ona 

sama czuła się już trochę głodna. Nie mogła się już go doczekać. Im 

szybciej  wyjaśnią  sprawę  tej  głupiej  rodzinnej  waśni,  która  tkwi  jak 

klin między nimi, tym lepiej. Będą się mogli zająć przyszłością. 

Kiedy  wkładała  brudną  miskę  do  zlewu,  zadzwonił  telefon.  To 

prawdopodobnie Jason, pomyślała, patrząc na zegar. Dzwoni, żeby mi 

background image

powiedzieć,  kiedy  mogę  się  go  spodziewać  w  domu.  Wytarła  więc 

ręce  w  ścierkę  zaczepioną  na  uchwycie  lodówki  i  podniosła 

słuchawkę. 

- Halo? - powiedziała zdyszana.  

Radość, że zaraz usłyszy Jasona, przepełniała jej serce. 

- Kto przy telefonie? - spytał jakby znajomy głos. 

- Tu Elizabeth. 

- Elizabeth? A nazwisko? 

-  Elizabeth  Mansfield  -  przedstawiła  się  i  dopiero  wówczas 

zorientowała się, że rozmawia z Sybil Colton. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Sybil  nie  odzywała  się  dłuższą  chwilę.  Elizabeth  zaczynała  się 

zastanawiać, czy starsza pani jeszcze tam jest po drugiej stronie. 

- Halo? - zaryzykowała i odezwała się pierwsza. 

-  Mansfield?  A  więc  pani  nazywa  się  Mansfield?  Było  już  za 

późno  przedstawiać  się  nazwiskiem  męża.  A  poza  tym,  prędzej  czy 

później Sybil i tak dowiedziałaby się prawdy. 

- Tak. Nazywam się Elizabeth Mansfield. 

W słuchawce słychać było teraz kilkakrotne kliknięcie zapalniczki 

i ciężkie westchnienie świadczące o głębokiej frustracji. 

-  No  tak  - powiedziała  Sybil.  Teraz  słychać było,  jak  zaciąga  się 

dymem. - Ta sama Elizabeth, z którą Jason się spotyka? 

- Chyba tak można... 

background image

-  Wiedziałam!  -  wykrzyknęła  Sybil  tak  głośno,  że  Elizabeth  aż 

podskoczyła. - Wiedziałam, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe! 

Raz  w  życiu  uparciuch  robi  to,  co  chcę,  żeby  zrobił,  i  od  razu  musi 

wszystko  zepsuć!  Dlaczego  wybrał  sobie  akurat  dziewczynę  o 

nazwisku  Mansfield!  Nie  mogę  w  to  wprost  uwierzyć!  Nie,  nie,  nie 

zgadzam się! 

Na  trzęsących  się  nogach  Elizabeth  zdołała  jakoś  dotrzeć  do 

najbliższego krzesła. Serce biło jej jak oszalałe. 

-  Co  on  sobie  w  ogóle  myśli?  -  ciągnęła  Sybil,  nerwowo  paląc 

papierosa. - Mam ochotę wsiąść w samolot i wbić mu trochę rozumu 

do głowy. Ale on mnie nigdy nie słuchał. Nigdy. Mówiłam mu, żeby 

nie tracił czasu na medycynę. Ma smykałkę do interesów, jak ojciec i 

wuj.  Ale  czy  on  mnie  kiedykolwiek  słuchał?  Nie!  On  musi  zbawiać 

świat. Ale, ale, sama wiesz, jaki jest uparty. 

- Wiem - mruknęła Elizabeth. 

-  Oszaleć  można  z  takim  człowiekiem.  W  pewnym  sensie  jest 

podobny  do  mnie.  Ja  też  się  buntowałam  -  ciągnęła  swój  monolog 

Sybil,  jak  gdyby  zapominając,  że  rozmawia  z  wrogiem.  -  Nie 

cierpiałam 

całego 

tego 

mieszczańskiego 

konserwatywnego 

wychowania.  W  czasie  wojny  żyłam  za  granicą  jak  wolny  ptak  i 

skłóciłam się z moim bratem Teddym. Poza tym nie podobało mu się, 

że  jestem  zatwardziałą  feministką.  -  W  głosie  Sybil  zabrzmiała  nuta 

nostalgii za przeszłością. - To były stare dobre czasy. Przypuszczam, 

że Jason wspomniał ci już o mojej znajomości z Virginią Woolf i całą 

background image

tą  paczką.  Jeśli  nie,  poproś  go,  żeby  ci  opowiedział.  To  były  dobre, 

bardzo dobre czasy, wierz mi. 

Elizabeth  z  niedowierzaniem  wpatrywała  się  w  słuchawkę.  Do 

czego ta kobieta zmierza, zastanawiała się. 

- Przepraszam panią, ale... - zaczęła. 

- Jaka tam pani, dla ciebie Sybil! - wykrzyknęła Sybil i z wysiłku 

aż zaniosła się kaszlem. 

- Czy chcesz, żebym coś powtórzyła Jasonowi? 

-  Dziękuję,  moja  droga.  Powiedz  temu  smarkaczowi,  że 

zabraniam  mu  spotykać  się  z  jakąkolwiek  dziewczyną  z  tamtej 

rodziny! 

 

Jason  w  kilku  susach  zbiegł  ze  schodków  rezydencji  rodziców  i 

sprężystym  krokiem  podszedł  do  swojego  jaguara.  Po  drodze  ze 

szpitala  wstąpił  tutaj,  żeby  porozmawiać  z  matką  i  ojcem.  Chciał  im 

powiedzieć o Elizabeth, zanim Sybil zacznie rozpuszczać plotki. 

Wsiadł do samochodu i zanim ruszył, jeszcze raz  zajrzał do  etui, 

które  otrzymał  od  rodziców.  Kolia  z  szafirów  i  brylantów  była  tak 

samo  piękna,  jak  ją  zapamiętał.  Matka  twierdziła,  że  klejnot  był 

własnością  rodziny  od  ponad  trzystu  lat.  Oryginalny  naszyjnik  miał 

około sześćdziesięciu centymetrów długości, ale ostatnio przerobiony 

został na dwa. Savannah otrzymała jeden, a teraz drugi... 

Myśl  o  całej  tej  historii  wbijającej  się  klinem  między  niego  i 

Elizabeth  ściskała  go  za  gardło.  Pogładził  chłodne  kamienie.  Po  raz 

pierwszy trzymał ten naszyjnik w rękach. 

background image

Elizabeth  będzie  nim  zachwycona,  pomyślał.  Nie  mógł  się 

doczekać,  kiedy  ofiaruje  jej  ten  symbol  swoich  uczuć.  Z  jakiegoś 

dziwnego  powodu nigdy  nie  przyszło  mu  do  głowy,  żeby  podarować 

go  Angie.  A  teraz,  kiedy  przyglądał  się,  jak  klejnoty  błyszczą, 

odbijając  światło  słońca  zachodzącego  na  kalifornijskim  niebie, 

wydawało mu się, że tylko na szyi Elizabeth zalśnią pełnym blaskiem. 

Cokolwiek  ją  trapi,  razem  przezwyciężą  wszystko.  Jest  warta 

wszelkich  udręk,  przez  jakie  będzie  musiał  przejść  podczas 

zapowiedzianej rozmowy. Elizabeth czeka na niego, tak jak obiecała. 

Jason  wiedział,  że  w  przeciwieństwie  do  Angie,  jej  może  wierzyć. 

Wsunął  etui  z  kolią  do  kieszeni  marynarki  i  przekręcił  kluczyk  w 

stacyjce. 

Po kilku minutach jazdy ze schowka na rękawiczki wyjął telefon 

komórkowy  i  zadzwonił  na  swój  domowy  numer.  Przy  piątym 

dzwonku  zaczął  się  poważnie  niepokoić.  Do  tej  pory  Elizabeth 

powinna  odebrać  telefon.  Nawet  jeśli  zasnęła,  obudziłaby  się. 

Odezwała  się  automatyczna  sekretarka.  Wysłuchał  nagranego 

powitania i po długim sygnale zaczął mówić: 

- Elizabeth?  

Żadnej odpowiedzi. 

- Elizabeth, kochanie, jeśli tam jesteś, podnieś słuchawkę - prosił. 

- Elizabeth? 

Znowu cisza. Szalone myśli zaczęły przychodzić mu do głowy. 

Zaczęła rodzić.  

Upadła. 

background image

Upadła i zaczęła rodzić. 

- Elizabeth? - powtórzył. - Jeśli mnie słyszysz, nie martw się. Już 

do  ciebie  jadę.  -  Przejechał  skrzyżowanie  na  zielonym  świetle,  ściął 

zakręt.  -  Będę  w  domu  za  kilka  minut.  Trzymaj  się,  najdroższa. 

Obojętne, co się stało, poradzimy sobie. 

 

Zmęczona  łkaniem  Elizabeth  leżała  wsparta  na  poduszkach  we 

własnej  sypialni.  Była  tak  zrozpaczona,  że  zwątpiła  w  sens  życia. 

Oczywiście ze względu na dziecko będzie żyła, ale co to za życie bez 

Jasona... Widać nie było jej to pisane. Boże, Boże, dlaczego? 

Sybil oczywiście miała rację. Co ona sobie wyobrażała? Powinna 

była wiedzieć, że rodzina Jasona nigdy jej nie zaakceptuje. Zbyt wiele 

złej krwi dzieliło Mansfieldów i Coltonów od ponad trzystu lat. A jeśli 

nie  historia,  to  ciąża  zrazi  każdą  rodzinę.  Wizja,  że  w  jej  stanie 

radośnie wkroczy w szeregi Coltonów była absurdalna. 

-  Ale  nie  martw  się,  kochanie  -  klepiąc  się  lekko  po  brzuchu, 

powiedziała do Juniora. - Nie ma w tym  żadnej twojej  winy - dodała 

przez  łzy. - Mamy tylko siebie nawzajem. A przeciwko nam cały zły 

świat. 

 

Jason wbiegł do mieszkania przygotowany na najgorsze. 

-  Elizabeth!  -  zawołał,  zaglądając  wpierw  do  salonu,  potem  do 

sypialni, a na końcu do kuchni. 

Piecyk  był  zgaszony,  ostudzone  jedzenie  wstawione  do  lodówki, 

suszarka opróżniona, zmywarka pełna. Dziwne. 

background image

- Elizabeth? - powtórzył.  

Żadnej  odpowiedzi.  Rzucił  się  do  jadalni,  potem  do  holu,  wrócił 

do salonu, cały czas nawołując: 

- Elizabeth! Odezwij się! Gdzie jesteś? Dobrze się czujesz?  

Cisza.  Zaczął  obawiać  się  najgorszego.  Zaczęła  rodzić  i  jakimś 

cudem  sama  dostała  się  do  szpitala.  Z  telefonu  komórkowego 

zadzwonił na oddział położniczy. 

Elizabeth  nie  było  w  szpitalu.  W  pogotowiu  też  nie  odnotowano 

wezwań do żadnego wypadku ani nagłego porodu. Savannah również 

nie miała żadnych informacji. 

Powoli  Jasona  zaczęło  ogarniać  przerażenie.  Elizabeth  zniknęła, 

ale  nie  z  powodu  dziecka.  W  głębi  duszy  wiedział,  że  odeszła  z 

powodu  tajemnicy,  która  tak  długo  skrywała.  Zatrzaskując  za  sobą 

drzwi,  wskoczył  do  jaguara  i  z  piskiem  opon  skręcił  z  podjazdu  w 

ulicę. Najwyższy czas, postanowił, dotrzeć do sedna sprawy. A kiedy 

już  sobie  wszystko  wyjaśnią,  wybaczą  i  zapomną,  zaczną  życie  od 

nowa. 

Jason  znalazł  Elizabeth  skuloną  na  łóżku.  Policzki  jeszcze  miała 

mokre od łez, oczy zapuchnięte. Zmęczona płaczem, usnęła. Ostrożnie 

przysiadł na brzegu łóżka i delikatnym ruchem odgarnął włosy z czoła 

ukochanej.  Była  taka  niewinna.  Przysiągł  sobie,  że  obojętnie,  jak 

strasznych rzeczy się dowie, wytrzyma. Serce przepełniała mu miłość. 

Nie potrafił już żyć bez tej kobiety i jej dziecka. 

Nagle Elizabeth otworzyła oczy. Z okrzykiem:  

- Och! Jason! - rzuciła się w jego ramiona. 

background image

- Tak się o ciebie martwiłem - szeptał jej do ucha. - Dlaczego nie 

czekałaś? 

- Zlękłam się. 

- Czego? 

- Bałam się, jak zareagujesz. 

- Zareaguję na co? 

- Jak się dowiesz, że nazywam się Mansfield. 

- Przecież już o tym  wiem, kochanie. - Pogładził ją po ramieniu, 

wziął za rękę, splótł palce z jej palcami, pocałował. 

-  Boję  się,  bo  pochodzę  z  tej  rodziny.  Sybil  się  bardzo 

zdenerwowała.  Wiedziałam,  że  tak  będzie.  Wszyscy  zaprotestują, 

kiedy się dowiedzą. - Łzy napłynęły jej do oczu. - Och! Tak żałuję, że 

ci  wcześniej  nie  powiedziałam.  Ale  zakochałam  się  i  nie  chciałam 

mącić  szczęścia  czymś,  co,  miałam  nadzieję,  po  tylu  latach  jest  już 

bez znaczenia. 

-  Co  jest  bez  znaczenia?  -  Jason  całkiem  pogubił  się  w  tych 

tłumaczeniach. 

- Ale to ma znaczenie, rozumiesz? 

- Nie rozumiem! 

-  Właśnie  tego  się  bałam.  -  Wargi  jej  drżały,  kiedy  kończyła.  - 

Wybacz mi - załkała. 

-  Wybaczam,  ale  wytłumacz  mi,  co  nazwisko  Mansfield  ma 

wspólnego z nami. 

- Waśń! Katherine? William? 

Jason nie miał pojęcia, o czym ona mówi. 

background image

- Trzysta lat temu William Colton porzucił Katherine Mansfield... 

- I co z tego? 

Elizabeth chwyciła go za ramię i mocno nim potrząsnęła. 

-  Musiałeś  słyszeć  o  waśni  dzielącej  rodziny  Coltonów  i 

Mansfieldów! 

-  Coś  niecoś.  Ale  nadal  nie  rozumiem,  co  to  ma  wspólnego  z 

nami. 

- Naprawdę? 

- Naprawdę. 

Słaby  uśmiech  pojawił  się  na  ustach  Elizabeth  i  po  chwili 

wybuchnęła serdecznym śmiechem. 

Powiedziałem 

jakiś 

dowcip? 

spytał 

kompletnie 

zdezorientowany. 

- Och, Jason, to taka długa historia... 

- A możesz mi podać skróconą wersję? 

- Spróbuję. 

Elizabeth w kilku zdaniach streściła Jasonowi burzliwe dzieje obu 

rodzin. 

-  A  dzisiaj,  kiedy  pojechałeś  do  szpitala,  zadzwoniła  Sybil  i 

zostawiła dla ciebie wiadomość. 

- Jaką? 

-  Że  zabrania  ci  zadawać  się  z  jakąkolwiek  dziewczyną  o 

nazwisku Mansfield i że wsiada w samolot, żeby osobiście wybić ci tę 

znajomość  z  głowy.  -  Elizabeth  znowu  posmutniała.  -  Ona  ma  rację. 

Twoja rodzina nigdy mnie nie zaakceptuje. 

background image

Jason ujął jej twarz w dłonie i powiedział: 

-  Myślisz,  że  zrezygnuję  z  ciebie  i  Juniora,  bo  moja  babka  ma 

bzika  na  punkcie  jakiejś  pradawnej  waśni  dzielącej  nasze  rodziny? 

Och,  Elizabeth,  kogo  to  obchodzi,  co  stało  się  trzysta  lat  temu 

pomiędzy  dwoma  zwaśnionymi  rodami,  żywiącymi  do  siebie  jakieś 

idiotyczne  pretensje.  Posłuchaj.  Wiem,  że  nikt  poza  Sybil  nie 

przywiązuje już do tego żadnej wagi. 

- Ale skąd to wiesz? 

-  Wiem,  właśnie  poinformowałem  mojego  ojca  i  matkę,  że  mam 

zamiar  poprosić  pewną  dziewczynę  o  nazwisku  Mansfield  w  bardzo 

zaawansowanej ciąży o rękę. 

- I co? - Patrzyła na niego w napięciu. - Co powiedzieli? 

-  Powiedzieli,  żebym  dał  ci  to.  -  Pocałował  ją  w  oba  policzki.  - 

Pokochają cię, Sybil też, za to, jaka jesteś. Tak jak ja cię kocham. 

- Kochasz mnie? 

-  Całym  sercem.  I  pragnę,  żebyśmy  ty,  ja  i  Junior  byli  rodziną.  I 

żeby ten Mansfield - zdecydowanym ruchem położył dłoń na brzuchu 

Elizabeth - urodził się jako Colton. 

Świeże  łzy,  łzy  szczęścia, napłynęły  jej  do  oczu.  Jason  pogładził 

Elizabeth po policzku. 

- Chcę, żeby wszystko odbyło się jak należy. - Sięgnął do kieszeni 

i wydobył elegancką kasetkę. 

- Co to? - szeptem spytała Elizabeth. 

Z  wyłożonego  aksamitem  etui  Jason  wyjął  olśniewającą  kolię  z 

szafirów i brylantów. 

background image

Elizabeth  z  zapartym  tchem  podziwiała  piękny  klejnot.  Nagle 

przypomniała  sobie,  że  zna  go  z  opisu.  Jason  zsunął  się  z  brzegu 

łóżka, ukląkł i wziął Elizabeth za rękę. 

- Mój pra-pra-pra-pra-pra-pra... - Urwał i zaczął liczyć na palcach. 

-  Było  siedem  razy?  Nie,  sześć.  Dobrze,  pradziadek  podarował  ten 

naszyjnik mojej pra-razy-siedem babce. 

- Wiem - szepnęła Elizabeth i chwyciła go za ręce. 

- Wiesz? 

- Tak! Bo to jest dokładnie ten sam naszyjnik, który dał mojej pra-

pra-pra-pra-pra-pra-prababce  Katherine  Mansfield  trzysta  lat  temu!  - 

Widząc  jego  zdumione  spojrzenie,  ciągnęła:  -  Moja  prababka  opisała 

to  wszystko  w  pamiętniku, który  prowadziła.  Według  przekazywanej 

z  pokolenia na  pokolenie  relacji,  w  przeddzień  ślubu  William Colton 

zawiesił  na  szyi  Katherine  ten  naszyjnik  i  wówczas  blask  szafirów 

zgasł. Uznał to za zły znak i odwołał ślub. 

-  I  zrezygnował  z  życia  z  olśniewającą  Katherine  Mansfield?  Co 

za głupek. 

- Cóż, może nie był aż taki głupi. Z tego, co wiem, Katherine nie 

była bardzo sympatyczną osóbką. 

-  Aha.  I  rozumiem,  że  gdyby  doszło  do  ślubu,  nie  byłoby  mnie 

tutaj. 

- A to byłoby bardzo, bardzo smutne.  

Jason chwycił ją za ręce. 

-  Elizabeth,  powiedz,  że  wyjdziesz  za  mnie  i  tym  samym 

zakończymy tę odwieczną waśń. 

background image

-  Hm...  -  Udając,  że  się  zastanawia,  zaczęła  się  z  nim  droczyć.  - 

Wyjdę  za  ciebie  pod  warunkiem,  że  pomyślnie  przejdę  próbę 

ogniową. 

- Sybil pokocha cię, kiedy tylko cię pozna - zapewnił ją. 

- Nie chodzi mi o nią. Naszyjnik. Pomóż mi go włożyć.  

Drżącymi rękami Jason zapiął kolię na szyi Elizabeth. 

-  Błyszczą?  -  spytała  szeptem,  przez  chwilę  bojąc  się,  że  klątwa 

zachowała swą moc. 

Jason  wciągnął  powietrze  głęboko  w  płuca,  a  oczy  mu  się 

zaśmiały. 

- Oślepiającym blaskiem - zapewnił ją. - Ale nie takim, jak twoje 

szmaragdowe oczy. Wyjdziesz za mnie? 

Elizabeth ze śmiechem padła mu w ramiona. 

-  Tak.  Wyjdę.  Ale  będziesz  musiał powiedzieć  babce nie tylko  o 

tym, że twoja narzeczona nazywa się Mansfield, ale i o tym, że jest w 

ciąży. Jak to usłyszy, przyleci na skrzydłach. 

- Nie martw się. Nie taki diabeł straszny jak go malują. Kiedy się 

dowie, że zostanie prababką, pokocha cię. Prawie tak samo mocno jak 

ja.