background image

 

SANDRA STEFFEN 

Żona na pokaz 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Amber  Colton  spojrzała  na  swoje  bose  stopy.  Z  paznokcia  na 

dużym palcu lewej nogi schodził lakier. Westchnęła. Sprawdziła palce 

u rąk i ponownie westchnęła. W powietrzu unosił się cichy, miarowy 

szum  oceanu.  Czasem  od  strony  wody  niespodziewanie  zrywał  się 

zimny wiatr. Na szczęście część ogrodu, w której wypoczywała, była 

osłonięta od podmuchów. 

Przysłoniwszy  ręką  oczy,  podniosła  głowę  i  zaczęła  wpatrywać 

się w duże pierzaste chmury. Dawniej, wraz z rodzeństwem, spędzała 

na obserwacji nieba wiele godzin; odnajdywanie obłoków w kształcie 

słoni,  grzybów,  parasoli  i  drzew  sprawiało  im  ogromną  frajdę.  W 

owym  czasie  patio  za  domem  tętniło  życiem:  tabuny  dzieciaków 

pływały w basenie, przekrzykiwały się, rozbryzgiwały wodę. 

W dzieciństwie Amber nigdy się nie nudziła. Odgarnęła z twarzy 

kosmyk  złocistych  włosów  i  dźwignęła  się  na  nogi.  Głupio  zrobiła, 

przyjeżdżając  w  tym  nastroju  do  domu.  Powinna  była  przyjąć 

zaproszenie przyjaciół i polecieć z nimi na Kajmany. Z drugiej strony 

każdy,  nawet  najkrótszy  lot  przyprawiał  ją  o  mdłości;  możliwość 

podziwiania zachodu słońca na innej półkuli nie była tego warta. 

Czuła  się  znużona  fizycznie  i  psychicznie, tak  znużona,  że  miała 

ochotę się rozpłakać. Chociaż nie; Amber Colton już nie wylewa łez... 

W  wieku  dwudziestu  sześciu  lat  jest  za  młoda,  aby  nuda  i  poczucie 

beznadziei  mogły  stać  się  trwałym  elementem  jej  życia.  To  minie, 

powtarzała sobie w duchu. 

background image

Po prostu nie należało brać dziś wolnego. Coraz częściej jednak - 

mimo  że  lubiła  swoją  pracę  w  Fundacji  Hopechest  -  miała  wrażenie, 

że  czegoś  jej  brakuje.  Ponieważ  stęskniła  się  za  ojcem,  postanowiła 

wykorzystać  zaległy  urlop  i  wpaść  z  wizytą  na  rodzinne  ranczo  pod 

Prosperino. 

Niewiele to pomogło. Dokuczała jej samotność. I nuda. Straszliwa 

nuda.  Wczoraj  wieczorem  też  się  nudziła.  Zadzwoniła  do  swojej 

przyjaciółki  Claire  Davis.  Claire  musiała  usłyszeć  nieme  błaganie  w 

jej  głosie,  bo  o  piątej  rano  zjawiła  się  na  ranczu.  Amber  zerknęła  na 

kobietę,  która  smacznie  spała  w  cieniu,  i  westchnęła  głośno.  Claire 

jest cudowną kumpelką, tyle że prowadzi nocny tryb życia. 

Nieopodal  w  ogrodzie  coś  przykuło  jej  uwagę.  Hm,  odrobina 

jaskrawego  koloru  na  tle  zieleni.  Nie  mając  nic  do  roboty,  wolnym 

krokiem  ruszyła  w  kierunku  ścieżki.  W  przeszłości  matka  całymi 

godzinami  potrafiła  pielęgnować  ogród;  sadziła  krzewy  o 

fantazyjnych liściach i rośliny o barwnych kwiatach. Była miejscową 

patriotką i najbardziej lubiła odmiany typowe dla Kalifornii.  

Od dziesięciu lat ogrodem zajmował się biedny Marco. Starał się 

jak  mógł,  pielił,  przycinał,  podlewał,  dzięki  niemu  wciąż  rosło  kilka 

niezwykle  dekoracyjnych  i  egzotycznych  drzew,  ale  brakowało 

zwykłych  kwiatków,  pięknych  i  bajecznie  kolorowych,  które  matka 

tak bardzo lubiła. 

Schyliwszy  się,  Amber  ujrzała  maleńkie  różowe  kwiatki  ukryte 

pod  rozległym  krzewem,  które  jakimś  cudem  przetrwały  lata 

zaniedbań.  Zdumiona,  wyciągnęła  się  na  ziemi  i  odgarnęła  ręką 

background image

gałęzie.  Pomiędzy  chwastami  zobaczyła  jeszcze  więcej  delikatnych 

różowych pączków.  

Zafascynowana ich  zdumiewającą  żywotnością,  patrzyła  na  nie  z 

uśmiechem,  ignorując  słońce,  które  piekło  ją  w  plecy,  oraz  kamyki, 

które  wpijały  się  jej  w  łokcie  i  kolana.  Po  chwili  ostrożnie,  aby  nie 

uszkodzić kwiatków, zaczęła wyrywać rosnące wokół zielsko. 

Na  ścieżce  rozległ  się  chrzęst  kroków.  Amber  uniosła  głowę, 

dopiero gdy usłyszała nad sobą głos Inez Ramirez. 

-  Pomyślałam,  że  ucieszysz  się  z  mrożonej  herbaty,  ale  chyba 

bardziej  przydałby  ci  się  krem  z  filtrem  przeciwsłonecznym  - 

odezwała się  gospodyni. - Możesz mi zdradzić, co tu robisz? Oprócz 

tego, że usiłujesz się utytłać i spiec sobie plecy na raka. 

Amber  otworzyła  usta,  ale  Inez,  jak  zwykle  nie  czekając  na 

odpowiedź, ciągnęła swój monolog: 

- Powinnaś wypoczywać. Bądź co bądź po to tu przyjechałaś. 

- Nie daję rady. Nosi mnie. 

- Pływanie nie pomogło? 

Amber  wzruszyła  ramionami.  Nie  ma  nic  nudniejszego  niż 

pływanie w pustym basenie. Wskazała ręką odległy kąt ogrodu. 

-  Pamiętasz,  Inez,  jak  pięknie  wyglądał  ogród,  kiedy  mama  o 

niego dbała? 

Miała  ochotę  powiedzieć:  „kiedy  dbała  o  niego  i  o  nas 

wszystkich",  ale  ugryzła  się  w  język.  Sądząc  jednak  po  minie 

gospodyni,  nie  musiała  nic  dodawać.  Inez  nie  lubiła  roztkliwiać  się 

nad  sobą  i  nie  pozwalała,  by  ci,  których  kochała,  narzekali  na  los. 

background image

Oparłszy  ręce  na  biodrach,  które  z  wiekiem  nieco  się  zaokrągliły, 

zmarszczyła groźnie brwi. 

-  Gdybyś,  złotko,  wyszła  za  mąż  i  urodziła  dzieci,  nie  miałabyś 

czasu się nudzić. 

Amber  otrzepała  dłonie  z  ziemi,  strąciła  z  uda  źdźbło  trawy. 

Najwyraźniej  Inez  uważa,  że  mąż  i  dzieci  rozwiązują  wszystkie 

problemy, lecz ona nie podzielała jej zdania. 

-  Facetom  chodzi  tylko  o  dwie  rzeczy,  Inez  -  rzekła.  -  O  seks  i 

pieniądze. Niekoniecznie w tej kolejności. 

Kobieta  przeżegnała  się,  po  czym  zaczęła  bezgłośnie  poruszać 

ustami. Amber nie była pewna, czy Inez modli się za nią, czy za swoje 

dwie córki - Lane, która przeżywa ostatnio jakieś trudne chwile, oraz 

Mayę, która niedawno urodziła śliczne maleństwo. 

-  Nie  wszyscy  mężczyźni  są  źli  -  oznajmiła,  skończywszy 

modlitwę. 

-  Tak?  -  Amber  wyrwała  następny  chwast.  -  Daj  mi  przykład 

chociaż jednego porządnego. 

- Mój Marco, twój ojciec i bracia. 

- No dobrze. A teraz proszę o takiego, który nie byłby żonaty lub 

ze mną spokrewniony. 

Cisza,  jaka  zapadła,  była  dość  wymowna.  Nagle  Amber 

przypomniała  sobie,  że  parę  minut  temu  słyszała  samochód  na 

podjeździe przed domem. 

- Inez, kto przyjechał? 

background image

Gdyby patrzyła na gospodynię, dostrzegłaby zmianę w jej twarzy: 

pewne  ożywienie,  dziwny  błysk  w  oczach.  Dostrzegłaby  i 

przypuszczalnie z miejsca nabrałaby podejrzeń. 

- Ktoś do twojego ojca - odparła neutralnym tonem kobieta. 

Szybko,  nim  Amber  zdołała  o  cokolwiek  więcej  zapytać, 

odwróciła  się  na  pięcie  i  poszła  w  kierunku  szerokich  drzwi 

balkonowych prowadzących do salonu. Amber ponownie westchnęła i 

wróciła do wyrywania chwastów. 

 

Miarowy  odgłos  butów  na  lśniącej  kamiennej  posadzce  ucichł, 

gdy  mężczyzna  wszedł  na  miękki,  kolorowy  dywan.  Zatrzymawszy 

się przy ogromnym kamiennym kominku, Tripp Calhoun rozejrzał się. 

Skórzane  kanapy  i  przepiękna  dziewiętnastowieczna  szafa  zapewne 

kosztowały  więcej,  niż  zdołał  zarobić  w  ciągu  miesiąca.  Wszystkie 

meble były starannie dobrane i idealnie do siebie pasowały; on jeden 

zakłócał harmonię wnętrza. 

Kiedy  mijał  żelazną  bramę,  za  którą  znajdowała  się  posiadłość 

Joego  i  Meredith  Coltonów,  zalała  go  fala  wspomnień.  Był 

zbuntowanym,  nienawidzącym  świata,  śmiertelnie  przerażonym 

piętnastolatkiem  -  choć  dobrze  skrywał  swój  strach,  podobnie  jak 

wszystkie  emocje  -  kiedy  po  raz  pierwszy  trafił  na  ranczo.  Meredith 

natychmiast  przejrzała  go  na  wylot.  Jak to  zrobiła,  do  dziś  stanowiło 

dla niego zagadkę. 

Zaczął się bawić paskiem od zegarka. Po chwili zsunął zegarek z 

ręki  i  nerwowo  obracając  go  wokół  palca,  wznowił  wędrówkę  po 

background image

pokoju - od ściany do okna i z powrotem. Nie pamiętał, aby dawniej 

salon też miał tak zimny, surowy wystrój. 

Hacienda de Alegria. Dom Radości. Taką nazwę nosiła ta wielka 

wspaniała rezydencja. Tyle że ostatnimi czasy panowała w niej coraz 

bardziej ponura atmosfera. Tripp nie zaglądał tu zbyt często. W końcu 

nie  był  ani  rodzonym,  ani  nawet  adoptowanym  synem  Joego  i 

Meredith. Był jednym z ich przybranych dzieci.  

Nie, nie narzekał. Coltonowie wzięli go pod swój dach, uchronili 

przed  pełnym  niebezpieczeństw  życiem  na  ulicach  Los  Angeles.  To, 

kim  został,  zawdzięczał  wyłącznie  im.  Utrzymywali  go,  dopóki  nie 

zdał matury, a potem opłacali mu studia. Swoją pracą i postawą starał 

się zasłużyć na ich miłość i szacunek. 

Ze  stolika  o  marmurowym  blacie  podniósł  fotografię.  Najmłodsi 

synowie  Joego  i  Meredith  mieli  na  oko  osiem  i  dziesięć  lat.  Tripp 

widział  ich  zaledwie  kilka  razy  w  życiu,  nic  więc  dziwnego,  że 

wydawali mu się obcy. Co innego go zaskoczyło: to, że ich matka też 

wydawała  mu  się  obca.  Owszem,  była  równie  piękna  jak  kobieta, 

która wiele lat temu przyjęła go pod swój dach, a jednak różniła się od 

niej. Tamta miała w sobie ciepło, serdeczność, zaś od tej na zdjęciu bił 

chłód i wrogość. 

Podskoczył  na  dźwięk  kroków.  Do  salonu  weszła  Inez  Ramirez, 

która z uśmiechem poinformowała go, że Joe rozmawia przez telefon i 

niestety będzie  zajęty co najmniej kilkanaście minut. Spodziewał się, 

że  gospodyni  poradzi  mu,  by  wrócił  innego  dnia,  lecz  ona  podeszła 

bliżej, wyjęła mu zdjęcie z ręki i odstawiła na miejsce. 

background image

- Coście wszyscy tacy dziś nerwowi? - spytała. - No, sio!  Wyjdź 

na patio. Wystaw twarz do słońca, pooddychaj świeżym powietrzem. 

Postarzała  się  w  ciągu tych  siedemnastu  lat,  odkąd  Tripp  opuścił 

ranczo. Jej kruczoczarne włosy pokrywał teraz szeroki siwy pas idący 

przez całą głowę; zaczynał się nad czołem, a kończył nad karkiem. 

-  Wynocha!  -  Pchnęła  go  lekko  w  stronę  drzwi  na  patio.  - 

Poczekaj na dworze. Usiądź, odpręż się... 

Nic się nie zmieniła, pomyślał. Tak jak i dawniej, lubi rządzić. 

-  Boże,  Inez,  nie  jestem  sześcioletnim  chłopaczkiem.  Mam 

trzydzieści dwa lata. 

- To chyba odpowiedni wiek. 

- Odpowiedni? Do czego? 

Na  jej  twarzy  pojawił  się  tajemniczy  uśmiech.  Tripp  najeżył  się, 

gdyż z doświadczenia wiedział, co taki uśmiech oznacza: intrygę. 

- Do tego, żeby cieszyć się życiem - odparła. Wetknęła mu coś do 

ręki i odwróciwszy się na pięcie, znikła w holu. 

Nie zamierzał się z nią kłócić. Zresztą zależało mu na spotkaniu z 

Joem, a równie dobrze może na niego zaczekać nad basenem, jak i w 

salonie. Usiłował  wygładzić pomiętą koszulę,  w której zdrzemnął się 

w  szpitalu,  lecz  niewiele  to  dało.  Skierował  się  na  zewnątrz.  Na 

stojącym  przy  basenie  stoliku  zobaczył  tacę  ze  szklankami  oraz 

wysoki dzban mrożonej herbaty.  

Po  chwili  kątem  oka  dostrzegł  jakiś  ruch.  No  proszę,  wcale  nie 

jest jedyną osobą na patio. Jedna kobieta, ubrana w spodnie i bluzkę, 

leżała  wyciągnięta na leżaku po drugiej stronie basenu i chyba spała. 

background image

Druga zaś, w jasnofioletowym kostiumie kąpielowym, przesuwała się 

na czworakach wokół rozłożystego krzewu. Nie widział jej twarzy, za 

to mógł do woli podziwiać jej długie nogi i kształtne biodra. 

- Coś pani zgubiła? - zawołał. 

Obejrzała  się  zaskoczona.  Przysłoniła  ręką  oczy  i  po  chwili 

uśmiechnęła się promiennie. 

- Tripp? Nie wiedziałam, że tu jesteś. 

- Amber? Co za niespodzianka. 

- Ciii. - Przyłożyła palec do ust. - Claire śpi. 

Zerknąwszy  na  pogrążoną  we  śnie  kobietę,  która  nawet  nie 

drgnęła, wolnym krokiem ruszył do Amber. Starał się na nią nie gapić, 

co  nie  było  łatwe.  Miała  figurę  modelki,  szczupłą,  lecz  zaokrągloną 

tam, gdzie trzeba. 

- Co, pewnie przypominam ci moją mamę? 

Uniósł zdziwiony brwi. O niczym takim nie myślał. 

-  Wiesz,  chyba  nigdy  nie  widziałem  Meredith  w  fioletowym 

bikini pielącej chwasty. 

Jakby  nagle  świadoma  swojej  pozy  -  na  klęczkach,  z  wypiętą 

pupą  -  Amber  zarumieniła  się  po  uszy,  po  czym  otrzepawszy  ręce, 

wstała  z  ziemi.  To  coś  nowego,  pomyślał.  Nigdy  dotąd  Amber  nie 

jawiła  mu  się  jako  osoba  nieśmiała. Spojrzała  na plastikową  butelkę, 

którą trzymał w dłoni. 

- Mleczko z filtrem? Inez cię z tym przysłała? 

Aha! A więc o to gospodyni chodziło! 

- Bawi się w swatkę - mruknął pod nosem. 

background image

- Ciebie próbuje wyswatać? 

Skinął  głową.  Nie,  jasnowłosa,  urodziwa  Amber  na  pewno  nie 

należy  do  nieśmiałych.  Jest  na  to  zbyt  piękna.  Widząc  ją  na 

czworakach,  zastanawiał  się,  ile  ta  długonoga  istota  może  mieć 

wzrostu. Teraz uznał, że mniej więcej metr siedemdziesiąt. 

-  Najwyraźniej  nie  wie,  że  nie  jestem  mężczyzną,  którego 

interesuje  małe  tete-a-tete  z  bogatą  dziedziczką  nad  basenem  w  jej 

luksusowej rezydencji. 

Nawet  ślepiec  zauważyłby  błysk  złości  w  oczach  Amber.  Tripp 

nastawił  się  na ciętą  ripostę.  Zasłużył  na nią; bądź  co bądź  zachował 

się  nieelegancko.  Nie  musiał  przecież  nic  mówić.  Nastała  pełna 

napięcia cisza. Riposta, na którą czekał, nie nastąpiła. 

Ignorując  jego  wyciągniętą  rękę,  Amber  podeszła  do  fotela,  na 

którym  leżała  cienka  biała  sukienka.  Włożywszy  ją,  zaczęła  wolno 

zapinać guziki. 

-  Źle  cię  ochrzczono  -  oznajmiła  wreszcie.  -  Zamiast  Tripp 

powinieneś mieć na imię Grzyb. 

Przez  moment  wpatrywali  się  w  siebie  bez  słowa.  Raptem 

Trippowi odżyło w pamięci odległe wspomnienie. Uśmiechnął się. 

- To samo powiedziałaś, kiedy zamieszkałem u was. 

-  Próbował  skojarzyć,  ile  mogła  mieć  wtedy  lat.  Dziewięć? 

Dziesięć? To by znaczyło, że teraz ma dwadzieścia sześć lub siedem. - 

Dorosłaś, Amber... 

Odwróciła szybko wzrok. Jego uśmiech przyprawiał ją o szybsze 

bicie  serca,  ale  tej  informacji  nie  zamierzała  mu  zdradzać.  Pamiętała 

background image

dzień, w którym zobaczyła Trippa po raz pierwszy: miał piętnaście lat, 

był chudy i wojowniczo nastawiony do całego świata. Dziś wciąż był 

szczupły, ale bardziej umięśniony. Czarne włosy miał krótsze niż ona, 

co nie znaczy,  że nosił je krótko obcięte. W jego twarzy można było 

się  doszukać  południowych  rysów  -  po  dziadku  Meksykaninie,  który 

jako chłopiec wyemigrował z rodzicami do Ameryki.  

Kiedy  po  raz  pierwszy  ujrzała  Trippa,  uznała,  że  wygląda  jak 

Zorro, legendarny bohater, w którego lubili się wcielać jej bracia. Był 

tak przystojny, że śmiało mógłby zostać aktorem i grywać w jednym z 

tych seriali o policjantach lub lekarzach. Zamiast jednak grać lekarza, 

był nim. Pediatrą. Nagle jej spojrzenie padło na złoty kolczyk w jego 

uchu.  Co  jak  co,  ale  żaden  z  pediatrów,  do  których  chodziła  jako 

dziecko, nie miał długich włosów ani kolczyków w uszach.  

Wpajane jej od kołyski zasady dobrego wychowania sprawiły, że 

podeszła  do  stolika  i  nalała  do  szklanek  mrożonej  herbaty.  Podając 

Trippowi  szklankę,  niechcący  otarła  palcami  o  jego  dłoń.  Znów 

przeszył ją dreszcz. Odruchowo zerknęła w dół. Ręce miał duże, palce 

długie, kościste. Pogładziła je. 

- Widzę, że kości całkiem ładnie ci się zrosły - rzekła. 

Powoli  cofnął  dłoń,  po  czym  podniósł  napój  do  ust.  Kostki  lodu 

zabrzęczały  w  szklance.  Kropla  potu  ściekła  mu  po  szyi,  a  potem 

spłynęła  za  kołnierzyk  koszuli.  Czyżby  był  zdenerwowany? 

Przeczesując ręką włosy, popatrzył na ogród. 

-  Byłem  pewien,  że  twoi  rodzice  odeślą  mnie  z  powrotem  do 

sierocińca, zanim zdążę rozpakować walizkę. 

background image

- Powiedziałeś, że Peter Bradentop pierwszy cię uderzył. 

- Skłamałem. 

- Wiem. 

Zdumiony, utkwił w niej wzrok. 

-  Naprawdę?  -  Jeszcze  nigdy  nie  słyszała,  aby  w  jednym  słowie 

kryło się tak wielkie zdziwienie. Chociaż uśmiech znikł z jego twarzy, 

serce wciąż biło jej szybciej. - Kiedy poznałaś prawdę? 

- Obserwowałam bójkę z okna sypialni - odparła. 

- Rany boskie! Dlaczego nie powiedziałaś ojcu, co się stało? 

Podeszła krok bliżej. 

- Wtedy nie spędziłbyś kilku następnych lat na próbie naprawienia 

swojego  błędu.  Poczucie  winy  daje  świetny  bodziec  do  działania. 

Zresztą ojciec znał prawdę. 

- Przecież powiedziałaś, że nic mu nie... 

-  I tak było - wtrąciła - ale tata zawsze  wyczuwał, kiedy któreś z 

nas  kłamało.  Poza  tym  Peterowi  należało  się  porządne  lanie.  Ciągle 

wszystkich  rozstawiał  po  kątach.  Tobie  się  to  nie  spodobało  i 

postanowiłeś dać temu wyraz. 

-  Już  wtedy  to  sobie  wykombinowałaś?  Przecież  miałaś...  Ile? 

Dziewięć lat? 

Zatrzepotała rzęsami. 

- Po prostu dziewczynki szybciej dojrzewają. 

Patrzyła z zafascynowaniem, jak Tripp mruży oczy. Sądził, że jest 

odporny  na  jej  wdzięki,  lecz  tak  nie  było.  Świadomość  tego  faktu 

zaskoczyła go. Ale ją również. 

background image

Doskonale  pamiętała  bójkę  pomiędzy  Trippem  a  Peterem 

Bradentonem,  i  zamieszanie,  jakie  wywołała.  W  domu  Coltonów 

panowało  kilka  surowych  reguł.  Najważniejsza  brzmiała:  żadnych 

rękoczynów.  Mogli  się  spierać  i  czasem  rzeczywiście  wybuchały 

kłótnie,  ale  bójki  były  niedozwolone.  Tripp  był  jedynym  z 

przybranych  dzieci  Joego  i  Meredith,  który  złamał  tę  zasadę.  W 

dodatku złamał ją w pierwszym tygodniu swego pobytu na ranczu.  

Matka  usłyszała  krzyki  i  przybiegła  zobaczyć,  co  się  dzieje.  Bez 

słowa  rozdzieliła  walczących.  Nie  odzywając  się,  podała  Peterowi 

ręcznik, aby wytarł krwawiący nos, a Trippowi woreczek z lodem, by 

przyłożył  do  opuchniętej  ręki.  Następnie  odesłała  Petera  do  domu, 

Trippowi  zaś  kazała udać  się do  stajni i  opowiedzieć  Joemu  o  całym 

zajściu.  

Amber  ruszyła  za  Trippem.  Kiedy  ojciec  zarzucił  Trippowi 

kłamstwo,  wyłoniła  się  z  cienia  i  potwierdziła  wersję  nastolatka, 

mówiąc,  że  Peter  pierwszy  go  uderzył.  Trzęsła  się  jak  liść  osiki  pod 

bacznym spojrzeniem ojca. W końcu Joe polecił im wrócić do domu i 

poprosić  Meredith,  by  zawiozła  Trippa  do  szpitala.  Tripp  milczał, 

dopóki  nie  oddalili  się  od  stajni.  Amber  spodziewała  się  wyrazów 

wdzięczności.  Tripp  jednak  odgarnął  włosy  za  uszy  i  warknął 

gniewnie: 

-  Nie  potrzebuję  niczyjej  pomocy,  zwłaszcza  bogatej, 

rozpieszczonej dziedziczki. 

Amber  zadarła  do  góry  głowę,  po  czym  oznajmiła  chłodno,  że 

matka pomyliła się, chrzcząc go Tripp, a nie Grzyb. Popatrzył na nią z 

background image

wściekłością.  Wytrzymała  jego  spojrzenie,  mimo  że  sięgała  mu 

zaledwie  do  brzucha.  W  owym  czasie  nie  wiedziała,  że  jej  rodzina 

należy do bogatych, i na pewno nie była rozpieszczona. Ale wiedziała, 

choć miała tylko dziewięć lat, co jest w życiu ważne: zaufanie, miłość, 

lojalność. 

- Pływałaś? 

Wróciła myślami do rzeczywistości. 

-  Tak,  zrobiłam  kilka  basenów  -  odpowiedziała,  obracając  w 

szklance kostki lodu. - A potem obserwowałam chmury. 

- Obserwujesz chmury? Jak meteorolog? 

-  Nie  całkiem.  -  Potrząsnęła  głową.  -  Raczej  jak  laik.  Bawiliśmy 

się tak w dzieciństwie. 

Tripp  powiódł  wzrokiem  po  patio:  na  prawo  ogród,  na  lewo 

basen,  fontanna,  drzemiąca  na  leżaku  kobieta.  Tak,  wymarzone 

miejsce  do  odpoczynku.  Do  leniuchowania.  Niestety,  on  sam  ciągle 

cierpiał  na  brak  czasu.  Marzył  o  tym,  by  doba  składała  się  z 

trzydziestu  godzin,  może  wtedy  zdołałby  zrobić  wszystko,  co  sobie 

zaplanował. Zerknął na dom; Joe wciąż był zajęty rozmową. 

- Chcesz spróbować? 

Pytanie Amber wyrwało go z zadumy. 

- Czego? 

- Widzisz tamtą chmurę? 

Zadarł głowę. Po niebie sunęło mnóstwo chmur. 

- Którą? 

- Tę w kształcie niedźwiadka. 

background image

Zmrużył oczy. Nic to nie pomogło. 

- Skup się. 

Próbował, psiakrew. 

- Tam. Na prawo od smugi pozostawionej przez odrzutowiec. 

Przechylił głowę pod tym samym kątem co Amber. 

- Chodzi ci o tę podłużną? 

-  Tak!  -  zawołała  przejęta.  -  Widzisz?  Prawda,  że  przypomina 

niedźwiadka? 

Oczy miała zielone, rzęsy długie, usta pełne, lekko wydęte. Burza 

złocistych  loków  okalała  jej  twarz  i  opadała  na  szyję.  Tripp  poczuł, 

jak  robi  mu  się  gorąco.  Korciło  go,  aby  ją  wziąć  w  ramiona  i 

pocałować, tu i teraz. 

-  Niedźwiadka?  -  zachrypiał  i  odchrząknął.  Co  się  stało  z  jego 

głosem? Najwyższym wysiłkiem woli ponownie wbił oczy w chmury. 

-  Nie  widzę  żadnego  niedźwiadka.  Prędzej  Joego  DiMaggia 

odbijającego piłkę baseballową. 

Nie 

zauważył, 

kiedy 

przysunęła 

się 

bliżej. 

Całkiem 

niespodziewanie  otarł  się  ramieniem  o  coś  niesamowicie  miękkiego. 

Podskoczył  jak  oparzony.  Po  chwili znów  podskoczył,  tym  razem  na 

dźwięk  pagera.  Przeklinając  cicho,  wyciągnął  zza  paska  urządzenie  i 

przeczytał wiadomość, która pojawiła się na ekraniku. 

- Muszę zadzwonić do szpitala w Ukiah. 

Amber wskazała bezprzewodowy telefon leżący na stoliku. Tripp 

wystukał numer. Rozmowa trwała krótko. 

- Muszę jechać - oznajmił, rozłączając się. 

background image

Dochodził  do  drzwi  prowadzących  do  salonu,  kiedy  zawołała  za 

nim; 

- Czy przekazać coś ojcu? 

Obejrzał  się.  Żałowała,  że  jest  zbyt  daleko,  aby  mogła  odczytać 

wyraz jego oczu. 

- Powiedz, że później się do niego odezwę. 

- W porządku. Miło było cię widzieć, Tripp. 

- Ciebie też, Amber. 

Uśmiechnęła  się.  Po  chwili  oderwał  od  niej  wzrok  i  ponownie 

ruszył  przed  siebie.  Zamiast  jednak  przejść  przez  dom,  tak  jak 

początkowo zamierzał, skręcił w bok w stronę ścieżki prowadzącej do 

podjazdu. Minutę później Amber usłyszała warkot silnika. 

Przez  moment  stała  oszołomiona,  jakby  nie  dowierzając  temu, 

czego  przed  chwilą  była  świadkiem,  a  zarazem  uczestnikiem. 

Zacisnąwszy  powieki,  przytknęła  do  czoła  szklankę  z  zimną  herbatą. 

Widok  Trippa,  dźwięk  jego  głosu,  dotyk  ręki  poruszył  nią  do  głębi. 

Brakowało  jej  tchu,  zupełnie  jak  po  wyczerpującym  wysiłku 

fizycznym.  W  dodatku  miała  wrażenie,  że  cała  płonie.  Że  gdyby 

wskoczyła do basenu, rozległby się głośny syk. 

Drzwi otworzyły się i z salonu wyłoniła się Inez. 

-  Twój  ojciec  skończył  rozmawiać.  -  Rozejrzała  się.  -  A  gdzie 

Tripp? 

-  Pojechał  do  szpitala  -  odparła  Amber  z  wzrokiem  wbitym  w 

ścieżkę, którą przed chwilą odszedł. - Nagłe wezwanie. 

Inez stała bez słowa. 

background image

-  O  co  chodzi?  -  spytała  Amber,  czując  na  sobie  przenikliwe 

spojrzenie gospodyni. 

Inez wyciągnęła rękę. 

- Zostawił zegarek. Mówił, kiedy wróci? 

- Obawiam się, że nie. - Amber sięgnęła po zgubę. - Sama mu to 

podrzucę. 

-  Myślę,  że  to  świetny  pomysł.  -  Uśmiechając  się  od  ucha  do 

ucha, gospodyni skierowała się pośpiesznie do domu. 

Amber  przeszła  do  ocienionej  części  patia  i  pochyliwszy  się  nad 

leżakiem, potrząsnęła za ramię przyjaciółkę. 

- Claire, obudź się. 

-  Nie  chcę  -  odparła  właścicielka  wielkich  niebieskich  oczu.  - 

Właśnie śnił mi się cudowny facet. Przystojny, seksowny szatyn. 

-  To  nie  był  sen,  kochanie.  -  Amber  uśmiechnęła  się.  -  Daję  ci 

słowo honoru. A teraz wstawaj. Muszę jechać do Ukiah. 

Claire leniwie uniosła się na łokciu. 

- Do Ukiah? - Odgarnęła z twarzy proste, ciemnoblond włosy. - A 

nie  podrzuciłabyś  mnie  do  galerii,  co?  Po  drodze  mogłabyś  mi 

opowiedzieć, co przespałam. 

Pół  godziny  później  Amber  skręciła  w  małą  uliczkę  na  tyłach 

należącej  do  Claire  galerii  sztuki  w  Prosperino.  Claire  wysiadła,  po 

czym  pochyliła  się,  aby  przez  otwarte  okno  pożegnać  się  z 

przyjaciółką. Ponad jej ramieniem Amber zobaczyła, jak kilkadziesiąt 

metrów dalej otwierają się drzwi na pierwszym piętrze. Kobieta, która 

ruszyła w dół po schodach, wyglądała dziwnie znajomo. 

background image

- Amber, co ci jest? - zaniepokoiła się Claire. 

Amber  siedziała  jak  zahipnotyzowana,  wpatrując  się  w  budynek 

na końcu uliczki. Kobieta, która wyłoniła się z mieszkania na piętrze, 

miała duże ciemne okulary na nosie i chustkę skrywającą włosy. 

- Wydawało mi się, że widziałam moją matkę. 

Claire obejrzała się, ale kobieta zniknęła za rogiem. 

- Tutaj? - W głosie przyjaciółki brzmiało zdumienie. 

-  Wiem.  Ta  okolica  zupełnie  do  niej  nie  pasuje.  -  Amber 

westchnęła. Musiało się coś przewidzieć. Matka nigdy nie zapuszczała 

się do dzielnicy zamieszkanej przez miejscową cyganerię. - Nie wiesz, 

co się mieści w tym budynku? 

Claire wzdrygnęła się. 

- Całe piętro wynajmuje na biuro taki szemrany typ, który ogłasza 

się  jako  prywatny  detektyw.  Już  prędzej  wyobrażam  sobie  twoją 

mamę  spacerującą  po  dzielnicy  rozpusty  niż  odwiedzającą  tego 

łachudrę. 

- W Prosperino nie ma dzielnicy rozpusty. 

-  Czas  najwyższy,  żeby  powstała.  -  Claire  mrugnęła  do 

przyjaciółki.  -  Zdaje  się,  że  było  ci  spieszno  na  spotkanie  z 

przystojnym szatynem? 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  skierowała  się  do  jednej  z  dwóch 

galerii,  które  otworzyła  kilka  miesięcy  temu.  Amber  przekręciła 

kluczyk  w  stacyjce.  Silnik  zamruczał  cicho,  jak  najedzone, 

zadowolone  z  życia  tygrysiątko.  Samochód  był  prezentem 

background image

urodzinowym  od  matki.  Sama  kupiłaby  sobie  inny  model,  na  pewno 

nie sportowy wóz w kolorze czerwonym. Nie lubiła czerwieni.  

Przed  wypadkiem,  jakiemu  uległa  ponad  dziesięć  lat  temu, 

Meredith  Colton  doskonale  znała  gust  i  upodobania  córki.  Czego 

matka  by  szukała  w  jakiejś  podrzędnej  agencji  detektywistycznej? 

Nie, to musiał być ktoś inny. 

Amber zerknęła na niebo. Chmury przerzedziły się; ta w kształcie 

niedźwiadka  połączyła  się  z  kilkoma  sąsiednimi,  tworząc  mniej  lub 

bardziej  jednolitą  masę.  Joe  DiMaggio?  Też  coś!  Dlaczego  wszyscy 

faceci  mają  bzika  na  punkcie  baseballa?  Oczami  wyobraźni  ujrzała 

przyjazny,  lekko  drwiący  uśmiech  na  twarzy  Trippa.  Tripp 

najwyraźniej był fanem nowojorskich Jankesów.  

Jej  poprzedni  narzeczony  kibicował  Gigantom.  Opisując  ich 

związek,  lubił  posługiwać  się  sportowymi  określeniami.  Kilka 

pierwszych spotkań to była próba zdobycia pierwszej bazy. W dniu, w 

którym  wręczył  jej  trzykaratowy  pierścionek  zaręczynowy,  liczył,  że 

dotrze do bazy domowej. Pierścionek, owszem, był ładny, ale nie wart 

tak  wysokiej  ceny.  Ofiarodawca  zresztą  też  nie.  Amber  nie  przyjęła 

oświadczyn. Niedawno doszły ją słuchy, że jej były narzeczony kręci 

się wokół jakiejś kolejnej dziedziczki z San Francisco. 

Wróciła  myślami  do  Trippa.  Dopóki niechcący  nie  otarł  się  o  jej 

pierś, sądziła, że tylko ją przenika dreszcz. Ale jego reakcja wyraźnie 

świadczyła o tym, że on też coś czuje. Próbował to ukryć, nawet przed 

sobą samym, ale było za późno. Zdradził się. 

background image

Wsunęła  rękę  do  kieszeni  i  pogładziła  leżący  tam  zegarek.  Taki 

urlop całkiem jej odpowiada. Przynajmniej coś się dzieje. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Żar  buchnął  jej  w  twarz,  gdy  tylko  otworzyła  drzwi.  Biorąc 

głęboki  oddech,  położyła  rękę  na  brzuchu,  jakby  chciała  uciszyć 

burczenie,  i  powoli  wysiadła  z  samochodu.  Na  wybrzeżu  było 

chłodno, a mgła wisiała nisko nad ziemią; potem słońce znów zaczęło 

przygrzewać. Miejscowi mają rację. W tej części Kalifornii występują 

trzy pory roku, niekiedy wszystkie w ciągu jednego dnia. 

Poruszyła  ramionami,  usiłując  rozluźnić  zesztywniałe  mięśnie. 

Miała wrażenie, jakby droga do Ukiah ciągnęła się w nieskończoność. 

Chociaż  miasto  leżało  mniej  więcej  siedemdziesiąt  pięć  kilometrów 

od  Prosperino,  jazda  trwała  wieki.  Jak  mawiał  Joe:  „Z  Prosperino 

blisko  jest  do  wielu  miejsc,  ale  trudno  się  tam  dostać".  Sam 

podróżował  firmowym  samolotem.  Amber  nie  mogła.  Ledwo  była  w 

stanie opanować mdłości na trzydziestopięciokilometrowym  odcinku, 

kiedy  szosa  wiła  się  wzdłuż  gór.  W  powietrzu  na  pewno  by  się 

pochorowała. 

Odetchnąwszy  głęboko,  wrzuciła  do  ust  miętusa, po  czym  zdjęła 

żakiet  i  skierowała  się  w  stronę  szpitala.  A  więc  to  tu  Tripp  pracuje, 

pomyślała,  stukając  obcasami  o bruk.  Wiedziała,  że  zdziwi  się  na  jej 

widok.  W  Ukiah  stało  mnóstwo  starych  domów  w  stylu 

wiktoriańskim.  Szpital  też  był  stary,  ale  wyglądał  tak,  jakby  go 

background image

niedawno  odremontowano.  Podwójne  drzwi  otworzyły  się  z  cichym 

sykiem. 

Przewiesiwszy  żakiet  przez  ramię,  Amber  rozejrzała  się  po  holu, 

próbując  zdecydować,  gdzie  ma  się  udać.  Naprzeciwko  wejścia 

zobaczyła  wysoki  kontuar,  za  którym  urzędowała  niska,  krępa 

pielęgniarka o fryzurze przypominającej kask. 

- Dzień dobry. 

Ściskając  w  grubych  palcach  długopis,  siwowłosa  pielęgniarka 

popatrzyła  na  Amber  znad  okularów,  które  miała  zsunięte  niemal  do 

połowy nosa. 

- Słucham? 

Amber  obdarzyła  ją  najserdeczniejszym  uśmiechem,  na  jaki 

umiała się zdobyć. 

- Chciałam się widzieć z doktorem Calhounem. 

Pielęgniarka zmierzyła ją od stóp do głów. 

- Pan doktor nie przyjmuje dziś wizyt. 

- Nie szkodzi. Nie jestem umówiona - oznajmiła Amber. 

Wiedziała,  że  popełniła  błąd,  ledwo  wypowiedziała  te  słowa. 

Siostra Proctor - wyczytała nazwisko z przypiętej do piersi plakietki - 

skupiła  się  ponownie  na  kartce,  którą  trzymała  w  dłoni.  Nie 

zamierzała  wdawać  się  w  rozmowę.  Oczywiście  siostra  Proctor  nie 

orientowała  się,  że  Amber  jest  osobą  upartą,  która  łatwo  się  nie 

poddaje. 

- Nie zajmę mu wiele czasu. 

Pielęgniarka nawet nie podniosła oczu. 

background image

Amber zmieniła taktykę. 

-  Wiem,  że  jest  w  szpitalu.  Był  ze  mną,  kiedy  dostał  pilne 

wezwanie. 

-  W  takim  razie  sama  pani  rozumie,  że  nie  można  mu 

przeszkadzać. 

Przecież nie zamierza odciągać go od stołu operacyjnego! Zresztą 

wiadomość ze szpitala nadeszła wiele godzin temu. Jeżeli Tripp wciąż 

jest  zajęty,  w  porządku.  Jeżeli  nie,  co  komu  szkodzi  wpuścić  ją  na 

chwilę do środka? 

- Ale nadal przebywa na terenie budynku? 

Nie  otwierając  ust,  pielęgniarka  burknęła  coś  pod  nosem.  Była 

niczym mur, którego nie sposób sforsować. 

Amber  odsunęła  się.  Z  niewinną  miną,  udając,  że  ogląda  swoje 

świeżo  pomalowane  paznokcie,  ruszyła  w  stronę  windy.  Rozległ  się 

charakterystyczny dzwonek i po chwili drzwi się rozsunęły. Ze środka 

wyszedł młody mężczyzna ubrany w zieloną szpitalną kurtę i spodnie. 

-  Co  się  z  tobą  dzieje,  Fred?  -  Siostra  Proctor  skinęła  na 

młodzieńca. - Trzeba to natychmiast zanieść na położniczy. 

Ze  swadą  i  pewnością  siebie  człowieka,  który  świadom  jest 

własnego uroku, Fred wziął od pielęgniarki plik kartek i skierował się 

z powrotem do  windy. W tym samym momencie do szpitala wbiegła 

kobieta, wołając: 

- Błagam, niech mi ktoś pomoże! Córka złamała nogę! 

background image

Siostra  Proctor  wybiegła  z  rejestracji,  chwyciła  wózek  i 

popychając  go  przed  sobą,  pognała  ku  drzwiom.  Korzystając  z 

zamieszania, Amber wślizgnęła się za Fredem do windy.  

Wcisnął przycisk. Nie cofając ręki popatrzył na Amber. 

- Które piętro? 

Nie miała zielonego pojęcia. 

- Chyba trzecie. 

Przyjrzał  się  jej  uważnie.  W  jego  piwnych  oczach  rozbłysły 

wesołe iskierki. 

- To tak jak ja. 

Drzwi  zasunęły  się  i  winda  ruszyła.  Amber  przyłożyła  rękę  do 

brzucha. 

- Co? Cierpi pani na klaustrofobię? 

- Nie. Mam chorobę lokomocyjną. 

Unosząc jasne brwi, uśmiechnął się szelmowsko. 

-  Moja  siostra  twierdzi,  że  trzeba  się  mocno  uszczypnąć.  Zająć 

myśli  czym  innym.  Na  szczęście  może  pani  polegać  na  mojej 

pomocy... - Ponownie błysnął zębami w uśmiechu. - Właśnie kończę 

pracę. Moglibyśmy wyskoczyć gdzieś na kawę albo... - zawiesił głos. 

- Słuchaj, Fred... 

- Na imię mam Frederico. 

- Ale słyszałam, jak siostra Proctor... 

- Staruszka różnie mnie nazywa. Pozwolisz jednak, że nie będę jej 

cytował. 

background image

- Dobrze. Muszę ci jednak powiedzieć, Frederico, że mężczyźni, z 

którymi się umawiam, musząc spełniać pewne kryteria wiekowe. 

Przysunął się bliżej. 

- To znaczy, ile musiałbym mieć lat? 

- Co najmniej dwadzieścia pięć. 

-  Szkoda.  Nie  wiesz,  ile  tracisz.  Bo  jeśli  to  prawda,  że  faceci 

osiągają szczyt swoich możliwości seksualnych w wieku siedemnastu 

lat,  mnie  ten  szczyt  stuknął  zaledwie  dwa  latka  temu.  Może  nie 

spełniam  twoich  kryteriów  wiekowych,  za  to  potrafiłbym  spełnić 

wszystkie twoje marzenia i fantazje. 

Winda zatrzymała się na drugim piętrze. 

- Tak sądzisz? 

- Chętnie to udowodnię. 

Amber pokręciła głową. 

-  Dziękuję,  nie  skorzystam.  A  teraz  czy  mógłbyś  mi  powiedzieć, 

gdzie znajdę doktora Calhouna? 

- Powiem, jeśli dasz mi swój numer telefonu. Coś za coś. 

Amber  roześmiała  się:  co  za  upór!  Drzwi  się  otworzyły  i  do 

windy  wsiadła  kobieta  z  wielkim,  nieporęcznym  wózkiem 

wypełnionym  środkami  czystości.  W  trójkę  dojechali  piętro  wyżej. 

Kobieta z wózkiem wysiadła pierwsza. 

- Wiem, gdzie jest doktor Calhoun - oznajmił Frederico. 

- Tak? 

- Zaprowadzę cię, ale ani mru-mru siostrzyczce Proctor. 

background image

Od  spotkania  z  Trippem  nad  basenem  Amber  czuła  się  dziwnie 

beztroska i niefrasobliwa, może dlatego bawiła ją rozmowa z młodym 

sanitariuszem. 

- Obiecuję. Ani mru-mru. 

- Jest u pacjenta. Chodź... 

Ruszyli  prosto  przed  siebie,  przez  drzwi  z  napisem: 

„Nieupoważnionym  wstęp  wzbroniony".  Z  początku  nie  umiała 

rozpoznać  dźwięku.  Kiedy  po  chwili  rozległ  się  ponownie,  spytała 

zdumiona: 

- Wolno przyprowadzać psy do szpitala? 

Frederico pokręcił przecząco głową. 

-  Nie  bardzo.  Proctor  nie  może  o  niczym  się  dowiedzieć.  - 

Wskazał  ręką  pokój  na  końcu  korytarza.  -  Jesteśmy  na  miejscu. 

Widzisz tego dzieciaka, z którym rozmawia twój pan doktorek? Ma na 

imię P.J. 

Amber podeszła na palcach do otwartych drzwi. Tripp siedział na 

brzegu  łóżka;  w  zgięciu  łokcia  trzymał  puchatego  beżowego 

szczeniaka.  Naprzeciw  niego  siedział  z  ponurą  miną  kilkuletni 

chłopczyk.  Brązowe  loki  wiły  się  na  jego  głowie.  Jedną  rękę  miał  w 

gipsie, czoło i skroń przysłonięte plastrem. 

- Co się stało? - spytała cicho Amber, zwracając się do Frederica. 

- Wypadek. Dzieciak został dość mocno poturbowany. Jakby tego 

było  mało,  jest  zły  jak  czort.  Ma  cztery  latka  i  koniecznie  chce,  aby 

przyszła do niego mama. 

- A co z nią? 

background image

- Zginęła w wypadku. 

- Boże... - Amber zasłoniła ręką usta. - No a ojciec? 

-  Nikt  nie  wie,  gdzie  się  podziewa.  P.J.  jest  tu  od  tygodnia. 

Wszystko  mu  się  ładnie  goi,  ale  czeka  go  długa  rehabilitacja,  zanim 

będzie mógł normalnie posługiwać się ręką. Niestety, większość czasu 

siedzi, patrząc się tępo przed siebie. Trudno nawiązać z nim kontakt. 

Wczoraj  doktor  Calhoun  zauważył,  że  mały  ogląda  jakiś  program  w 

telewizji o psach. A tak się akurat złożyło, że suka mojej dziewczyny 

niedawno się oszczeniła, więc pomyślałem sobie... 

- Twojej dziewczyny? 

Frederico  skinął  głową,  po  czym  uświadomiwszy  sobie,  że 

właśnie sam się zdradził, wzruszył ramionami. Psiak znów zapiszczał. 

Po chwili wyrwał się z rąk Trippa i poruszając się niezdarnie, ruszył w 

stronę  chłopca.  P.J.-  popatrzył  na  zwierzę  otępiałym  wzrokiem.  I 

nagle,  jakby  w  zwolnionym  tempie,  wyciągnął  rączkę  i  pogładził 

miękką  sierść.  Psiak ucieszył  się,  jakby  tylko  na  to  czekał.  Merdając 

ogonkiem,  zaczął  lizać  chłopca  po  twarzy.  P.J.  zamrugał  oczami,  po 

czym się roześmiał. 

- Będzie nam brakowało tego faceta. 

Amber  uniosła  z  zaciekawieniem  brwi,  ale  sanitariusz  nie 

zauważył jej pytającego spojrzenia. 

-  Psiakość!  Jak  te  papiery  nie  dotrą  wkrótce  na  położniczy, 

Proctor wyśle za mną ekipę poszukiwawczą. Może już to zrobiła. 

- No dobra, leć. I dziękuję. 

background image

Ponownie utkwiła wzrok w lekarzu i jego małym pacjencie. Tripp 

był  tak  pochłonięty  chłopcem,  że  nie  zdawał  sobie  sprawy,  iż  jest 

obserwowany. Z włosami zaczesanymi w kucyk i kolczykiem w uchu 

wciąż przypominał tego zadziornego, zbuntowanego nastolatka, jakim 

był  przed  laty.  Cichym  niskim  głosem  objaśniał  chłopcu,  jak  się 

obchodzić  z  młodym  bezbronnym  zwierzęciem.  Amber  słuchała  z 

zafascynowaniem.  Nuda,  z  którą  nie  mogła  się  wcześniej  uporać, 

poszła w zapomnienie. 

Ni  stąd,  ni  zowąd  Tripp  podniósł  głowę.  Ich  spojrzenia  się 

spotkały.  Chwilę  później  P.J.  coś  powiedział  i  Tripp  znów  skupił  na 

nim  uwagę.  Przez  kilka  sekund  Amber  stała  bez  ruchu,  a  potem,  nie 

chcąc  przeszkadzać  lekarzowi  w  nawiązaniu  kontaktu  z  chorym 

dzieckiem, cichutko skierowała się do windy. Sama nie wiedziała, co 

się z nią dzieje. Oddech miała przyśpieszony, w gardle jej zaschło... 

Bardzo  chciała  porozmawiać  z  Trippem.  Zawahała  się;  mogłaby 

poczekać  na  dole  przy  rejestracji,  ale  na  myśl  o  spotkaniu  z  siostrą 

Proctor wzdrygnęła się. Hm, gdyby tylko było jakieś inne wyjście... 

Rozejrzała  się  dookoła.  Niektórzy  nienawidzili  szpitali.  Ale  nie 

Amber.  Odwiedzała  je  mniej  więcej  raz  w  tygodniu  z  ramienia 

Fundacji  Hopechest,  którą  przed  wieloma  laty  założyła  Meredith 

Colton.  Fundacja  finansowała  ośrodki  pomocy  dla  dzieci  w  całych 

Stanach,  w  tym  przedszkola  dla  dzieci  zarażonych  wirusem  HIV,  a 

także  przeznaczała  spore  sumy  na  zajęcia  pozalekcyjne  i  imprezy 

sportowe dla młodzieży z dużych miast. 

background image

Amber  przypomniała  sobie  podróż  samochodem  z  Prosperino  do 

Ukiah. Po drodze  widziała mnóstwo  dzieciaków pracujących w polu. 

Ubogie  rodziny  żyją  wszędzie,  nie  tylko  w  dużych  miastach. 

Energicznym  krokiem  skręciła  w  stronę  pokoju  pielęgniarek.  Kiedy 

wspomniała,  że  pracuje  w  Fundacji  Hopechest,  dyżurująca 

pielęgniarka nadstawiła uszu. 

-  Czy  mogłaby  mi  pani  wskazać  gabinet  osoby  zajmującej  się 

finansami  szpitala?  Chciałabym  zaproponować  różne  formy  pomocy 

dla dzieci z biednych lub rozbitych rodzin. 

Młoda pielęgniarka uśmiechnęła się z aprobatą. 

- Po co ma pani błądzić? Sama panią zaprowadzę. 

Kiedy  po  godzinie  -  rozmowa  trwała  nadspodziewanie  długo  - 

Amber  opuszczała  gabinet  dyrektora,  w  powietrzu  unosił  się  zapach 

jedzenia. Ciekawa była, czy Tripp nadal przebywa na terenie szpitala. 

Wędrowała  przez  labirynt  korytarzy,  kierując  się  strzałkami 

wskazującymi drogę do wyjścia. Musiała jednak źle skręcić, bo nagle 

wszystko  wkoło  wydało  się  jej  obce.  I  faktycznie,  zamiast  do  windy 

doszła do schodów. Przystanęła, próbując się zorientować, gdzie jest, 

po  czym  zawróciła  w  stronę,  z  której  przyszła.  Zrobiła  najwyżej  trzy 

kroki, kiedy raptem z pokoju tuż obok dobiegły ją głosy. 

- Wszystkim będzie cię brakowało, Calhoun. 

Stanęła  jak  wryta.  Wszystkim  będzie  brakowało  Trippa?  Zdaje 

się,  że  Frederico  również  powiedział  coś  w  tym  stylu.  A  dokąd  to 

Tripp  się  wybiera?  Podchodząc  do  drzwi,  uniosła  rękę,  by  zastukać. 

Głosy znów wypełniły ciszę. Ręka Amber zawisła w powietrzu. 

background image

-  Ale  jeśli  naprawdę  chcesz  odejść,  to  zaklepuję  sobie  twój 

gabinet. 

Tripp popatrzył na mężczyznę siedzącego przy biurku. Poza tym, 

że obydwaj byli lekarzami i pracowali w tym samym szpitalu, różnili 

się  absolutnie  wszystkim.  Nie  przeszkadzało  im  to  jednak  się 

przyjaźnić.  Gavin  Cooper,  opalony,  niebieskooki  blondyn,  zawsze 

zrelaksowany  i  uśmiechnięty,  bardziej  przypominał  jednego  z  tych 

przystojniaków,  którzy  godzinami  pływają  na  desce  surfingowej  niż 

wybitnie uzdolnionego lekarza.  

Przezywany  donżuanem  z  Ukiah,  sprawiał  wrażenie  człowieka 

szczęśliwego  i  zadowolonego  z  życia,  zupełnie  jakby  przed  chwilą 

opuścił  łóżko  kochanki.  Teraz  też  siedział  wygodnie  rozparty  w 

fotelu,  z  rękami  skrzyżowanymi  na  piersi,  z  nogami  na  biurku 

przyjaciela - odprężony, pozbawiony trosk i zmartwień.  

Co  innego  Tripp.  Przemierzał  nerwowo  pokój,  podrzucając  w 

kieszeni klucze. 

- Wiesz, Coop, jeszcze nie dostałem tamtej pracy. 

Stanął  przy  oknie,  plecami  do  kolegi.  Z  gabinetu  rozciągał  się 

wspaniały  widok  na  wznoszące  się  w  oddali  pasmo  gór  Mendocino. 

Ale  Tripp  nie  patrzył  na  góry;  patrzył  na  parking  w  dole.  Pośród 

różnych  kombi,  limuzyn  i  terenówek  jedno  auto  rzucało  się  w  oczy. 

Wcześniej  widział  je  przed  Hacienda  de  Alegria.  Czerwony  porsche 

Amber Colton... 

Kiedy  godzinę  temu  siedział  w  pokoju  P.J.,  był  pewien,  że  ma 

omamy. Wydawało mu się, że widzi Amber. Stała w progu, cichutko, 

background image

nieruchomo.  Czuł  się  jak  zagubiony  na  pustyni  wędrowiec,  któremu 

jawi  się  przed  oczami  dziwna  fatamorgana.  Szczupła,  zgrabna,  z 

rozpuszczonymi  włosami,  ubrana  w  opięte  spodnie  wyglądała 

niezwykle  ponętnie.  Całe  szczęście,  że  siedział  na  brzegu  łóżka,  bo 

dreszcz  pożądania,  jaki  go  przeszył,  pewnie  zwaliłby  go  z  nóg. 

Zrobiłoby się zamieszanie, zbiegłby się personel...  

A lekarz nie powinien znajdować się w centrum zainteresowania. 

Raz  mu  się  to  zdarzyło,  kiedy  zaczął  się  spotykać  z  bogatą, 

zblazowaną  dziedziczką  -  on,  chłopak  z  dołów  społecznych,  który 

zamiast się wykoleić, wyrósł na ludzi. Reszty można się domyślić. 

- To tylko kwestia czasu. W końcu któż bardziej nadaje się na to 

stanowisko? 

Tripp potarł ręką brodę ocienioną popołudniowym zarostem. Nie, 

nie miał omamów. Czerwony porsche na parkingu przed szpitalem na 

pewno nie jest żadną iluzją czy mirażem. Ale, na miłość boską, czego 

Amber szuka w tutejszym szpitalu? 

- Calhoun, czy ty mnie w ogóle słuchasz? 

- Słucham. Właśnie wczoraj otrzymałem list od Montgomery'ego 

Perkinsa z Santa Rosy. Zostało dwóch kandydatów. 

- Kto jest twoim konkurentem? Znam go? 

- Niejaki Spencer - odparł Tripp, wciąż spoglądając przez okno. - 

Mówi ci to coś? 

- Spencer? To imię czy nazwisko? 

- Nazwisko. 

- Czyżby Derek Spencer? 

background image

- Zgadłeś. 

Przeklinając pod nosem, Cooper zsunął nogi z biurka. 

-  Wciąż  nie  mogę  uwierzyć,  że  został  pediatrą.  Bardziej  mi  do 

niego  pasowała  chirurgii  plastyczna.  Oczywiście  żadne  tam 

rozszczepy  wargi  czy  zniekształcenia  pourazowe,  raczej  poprawianie 

nosów  i  piersi  gwiazdkom  w  Hollywood.  -  Cooper  pokręcił 

zdegustowany  głową.  -  Po  cholerę  mu  etat  w  prywatnym  szpitalu  w 

Santa Rosie? 

- Nie wiem, ale nie to jest najgorsze. 

-  Nie  to,  że  walczysz  o  stołek  z  podłym  hipokrytą  i  swoim 

największym rywalem ze studiów? Więc co? 

- To, że Derek się zaręczył. 

- Kim jest nieszczęsna wybranka? 

Kiedy indziej Tripp doceniłby sarkazm przyjaciela. 

- Olivia. 

- Twoja Olivia? - zdumiał się Cooper. 

Tripp przemilczał fakt, że już od jakiegoś czasu nic go nie łączy z 

Olivią  Babcock.  Ojciec  Olivii  był  ogromnie  wpływowym 

człowiekiem, z którego zdaniem liczyli się wszyscy mający cokolwiek 

wspólnego z medycyną. Szanse Trippa nie przedstawiały się najlepiej. 

Prawdę mówiąc, przedstawiały się tragicznie. 

- To znaczy, że nie mam co robić zakusów na twój gabinet? 

- Tak łatwo się nie poddaję. 

-  Coś  ci  powiem,  stary.  Ludziom  nie  przeszkadza,  jeśli  lekarz 

pracujący w pogotowiu czy izbie przyjęć uchodzi za podrywacza, ale 

background image

rodzice  lubią,  aby  pediatra  opiekujący  się  ich  dziećmi  był 

człowiekiem  żonatym,  o  ustabilizowanym  życiu  rodzinnym.  Na 

twoim miejscu rozejrzałbym się szybko za żoną. Najlepiej taką, która 

ma  dwójkę  własnych  dzieci  oraz  krewnych  równie  bogatych  i 

wpływowych, jak starzy Olivii. 

Tripp  skrzywił  się  niezadowolony,  kiedy  nagle  usłyszał  za 

drzwiami  jakieś  szmery.  Dobiegł  go  zapach  drogich,  egzotycznych 

perfum,  a  chwilę  później  do  pokoju  wbiegła  Amber.  Seledynowego 

kostiumu  składającego  się  z  bluzki  i  spodni  nie  znaczyła  ani  jedna 

fałdka czy zmarszczka. Nie miał pojęcia, jak bogaci to robią; przecież 

nie stoją cały dzień na baczność. 

Nie zdziwił się, widząc zmianę, jaka zaszła  w Coopie. Przyjaciel 

nie  potrafił  przejść  obojętnie  obok  żadnej  kobiety.  Ale  Amber  nie 

zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Patrzyła na Trippa. 

-  Dzień  dobry  -  powiedziała  niskim,  zmysłowym  głosem, 

wyciągając  z  kieszeni  zegarek.  -  Pomyślałam  sobie,  że  może  ci  się 

przyda... 

Wiedziała,  jak  to  zabrzmiało  -  jakie  ktoś  obcy  mógłby  odnieść 

wrażenie.  I  o  to  jej  chodziło.  Obejrzawszy  się  przez  ramię, 

uśmiechnęła się do Coopa. 

- Czy w miejscu pracy też zostawia swoje rzeczy, a potem o nich 

zapomina? 

Tripp  wybałuszył  oczy.  Amber  zdawała  się  tego  nie  widzieć. 

Trzepocząc rzęsami, podała Coopowi rękę. 

background image

-  Jestem  Amber  Colton  -  przedstawiła  się.  Jej  zachowanie 

cechowała pewność siebie, z którą bogaci chyba się rodzą. 

-  Bardzo  mi  miło.  -  Gavin  uścisnął  jej  dłoń.  -  Gavin  Cooper, 

kierownik izby przyjęć... Czy przypadkiem nie jest pani spokrewniona 

z Josephem Coltonem? 

- Zna pan mojego ojca? 

-  Nie  osobiście.  -  Puściwszy  dłoń  Amber,  popatrzył  Trippowi 

głęboko  w  oczy.  -  Nie  doceniłem  cię,  przyjacielu.  Moje  rady,  jak 

widzę, wcale nie są ci potrzebne. Jeśli w ten weekend pojawisz się na 

kolacji z taką kobietą jak Amber, szala przechyli się na twoją stronę. 

Twoje  szanse  na  stanowisko  w  Santa  Rosie  od  razu  wzrosną.  No 

dobra, zostawiam was samych. 

Uśmiechając  się  szeroko,  Cooper  wyszedł  na  korytarz  i  zaniknął 

za  sobą drzwi.  Cisza, jaka  zapanowała  w  pokoju,  niemal  dzwoniła  w 

uszach. Tripp zmrużył oczy. Amber przyglądała mu się bez słowa. On 

oddychał wolno, miarowo, ona oddech miała szybki, płytki.  

Dziesiątki  pytań  cisnęły  się  jej  na  usta.  Jakie  stanowisko? 

Dlaczego w Santa Rosie? Kim jest Spencer? Co za Olivia? Trzy razy 

zbierała się na odwagę, żeby go o to zapytać, ale ponura, zacięta mina 

Trippa działała na nią deprymująco. 

- Co się stało? - spytała w końcu. 

Ocknął  się.  Wziął  głęboki  oddech,  po  czym  wypuścił  wolno 

powietrze i podszedł do biurka. 

background image

-  A  co  się  mogło  stać?  Coop  myśli,  że  jesteśmy  kochankami.  To 

wszystko.  A  teraz  z  łaski  swojej,  wyjaśnij  mi,  co  tu  robisz?  I  czy 

wszystkich facetów masz zwyczaj podrywać? 

Jego  agresywny  ton  trochę  zbił  ją  z  tropu.  Nie  rozumiała, 

dlaczego Tripp ją atakuje. 

- Co się stało? - powtórzyła cicho. 

- Nic. 

- Nie kłam. 

Zmarszczył czoło. 

- Często podsłuchujesz pod drzwiami? 

- Były otwarte. 

Obejrzał  się  przez  ramię.  Ona  też.  Teraz  były  zamknięte. 

Znajdowali się sami w pokoju. Tripp cofnął się dwa kroki. 

-  Coop  oczywiście  jest  dorosłym  facetem,  który  z  niejednego 

pieca chleb jadł. Ale sanitariusz, z którym cię wcześniej widziałem, to 

jeszcze  młodzik.  To  tak  jakby  dorosła  rozpieszczona  kotka  umilała 

sobie czas, bawiąc się z biedną, bezbronną myszką. 

Biedną  bezbronną  myszką?  Przez  kilka  sekund  Amber 

wpatrywała się w Trippa oszołomiona. 

-  Frederico  -  oznajmiła  wreszcie  -  jest  równie  bezbronny  jak 

rekin. 

- Frederico? 

Spodziewała się rozmaitych pytań, ale nie takiego. 

-  To  ten  chłopak,  który  pomógł  ci  wnieść  psa  do  szpitala.  Nie 

wiesz, jak ma na imię? 

background image

- Oczywiście, że wiem. Fred. Wszyscy znają Freda. 

Nagle coś ją tknęło. Siostra Proctor też użyła imienia Fred. 

- Rozumiem. 

Tripp właśnie się rozkręcał. 

- To dobrze. Bo wiesz, Don i Mary Smith to prości ludzie. Mogli 

ochrzcić syna Frederick, ale na pewno nie Frederico. 

W  porządku,  basta.  Sanitariusz  zabawił  się  jej  kosztem.  Ale  to 

jeszcze nie powód, aby Tripp się nad nią znęcał. Poza tym  wciąż nie 

wiedziała, a bardzo ją to intrygowało, o czym rozmawiał z Cooperem. 

Postanowiła zaspokoić swoją ciekawość. 

-  O  co  chodzi  z  Santa  Rosą?  Chcesz  się  tam  przenieść?  Zmienić 

pracę? 

Zawahał się, w końcu jednak uznał, że nie ma nic do ukrycia. 

-  Tak.  Właściciele  prywatnego  szpitala  cieszącego  się  doskonałą 

renomą 

poszukują 

kogoś, 

kto 

by 

pokierował 

pediatrią. 

Otrzymywałbym  bez  porównania  wyższą  pensję  i  byłbym  w  stanie 

pomóc znacznie większej liczbie dzieci. 

- W takim razie nie widzę problemu. Zgadzam się. 

- Przepraszam, nie bardzo rozumiem. Na co? 

Z  trudem  powściągnęła  irytację.  Sprawiał  wrażenie  sporo 

inteligentniejszego. 

- Jeśli dobrze usłyszałam, wybierasz  się na kolację, gdzie oprócz 

ciebie  będzie  twój  główny  rywal,  który  zaręczył  się  z  twoją  byłą 

narzeczoną.  Jeżeli  chcesz,  możemy  wybrać  się  razem  i  udawać  parę. 

Przynajmniej pod tym jednym względem nie będziesz stratny. 

background image

Zatkało  go.  Przez  moment  nie  odzywał  się.  Amber  stała 

uśmiechnięta, zadowolona z siebie. Znów nasunęło mu się skojarzenie 

z  rozpieszczoną  kotką.  Olivia  też  często  miewała  taką  zadowoloną  z 

siebie minę. Ta myśl podziałała na niego jak kubeł zimnej wody. 

- Co tu robisz, Amber? Po co tu przyjechałaś? 

Miała  bardzo  ekspresyjne  oczy.  Wyobraził  sobie,  jak  lśnią  w 

blasku  gwiazd.  Ostrożnie,  kolego,  zganił  się  w  duchu.  Lepiej  nie 

wybiegaj myślą za daleko. 

Wskazała palcem na zegarek, który kilka minut temu wcisnęła mu 

do ręki. 

- Inez znalazła go w salonie - oznajmiła. - Miałeś rację. To znaczy 

w  sprawie  Inez.  Rzeczywiście  usiłuje  nas  wyswatać.  Oprócz 

instrukcji, jak trafić do szpitala, dała mi mnóstwo cennych rad, jak cię 

usidlić. Ale nie bój się, nie zamierzam jej słuchać. Nie należę do osób, 

które pozwalają sobą manipulować. 

Faktycznie,  jest  samodzielna  i  rzadko  kogokolwiek  się  radzi.  A 

już na pewno nie potrzebuje swatki. W ciągu ostatnich pięciu lat trzy 

razy  się  jej  oświadczano.  To  chyba  o  czymś  świadczy,  prawda?  Tak, 

Amber  Colton  wie,  jak  zdobyć  mężczyznę.  Powoli  jednak  zaczynała 

wątpić,  czy  potrafi  znaleźć  miłość.  Wcześniej,  nad  basenem, 

pomiędzy nią a Trippem coś wyraźnie zaiskrzyło. Nie miało to, rzecz 

jasna, związku z miłością, ale... 

- W każdym razie tobie zależy na nowej pracy. A ja chciałabym ci 

pomóc. 

- Dlaczego? Na co liczysz? 

background image

- A dlaczego uważasz, że nie mogę działać bezinteresownie? 

Prychnął ni to pogardliwie, ni to z niedowierzaniem. Z całej jego 

postawy  biła  zuchwałość  i  arogancja.  Kiedy  tak  stał,  mierząc  ją 

gniewnym  wzrokiem,  przypomniał  się  jej  tamten  zbuntowany 

piętnastolatek, w którego obronie wystąpiła przed wieloma laty. 

- No dobrze - poddała się. - W dzieciństwie łączyła nas przyjaźń. 

Chciałabym,  abyśmy  znów  byli  przyjaciółmi.  A  przyjaciele  sobie 

pomagają.  Jeżeli  udając  twoją  narzeczoną,  mogę  ci  pomóc  zdobyć 

upragnione stanowisko, chętnie zostanę nią na jeden wieczór. 

-  Nie  cierpię  kłamać.  Kłamstwo  jest  jak  pies.  Merda  ogonem,  a 

kiedy odwracasz się, chapie cię za tyłek. 

- Udawanie to nie to samo co kłamanie. Jeżeli potrzebujesz... 

Potrząsnął głową. 

- Dziękuję, sam sobie poradzę. Obejdę się bez pomocy znudzonej 

dziedziczki, która szuka jakiegoś zajęcia. 

-  Jeszcze  nigdy  w  życiu...  -  Nie  była  w  stanie  dokończyć,  po 

prostu  brakowało  jej  słów.  Odwróciwszy  się  na  pięcie,  ruszyła  do 

wyjścia. - Jak nabierzesz rozumu, to zadzwoń. 

Trzasnęła drzwiami. Zanim odeszła kilka metrów, usłyszała przez 

głośnik informację, że doktor Tripp Calhoun proszony jest na oddział 

intensywnej  terapii.  Razem  dotarli  do  windy.  I  razem  wsiedli  do 

środka. Amber wcisnęła parter, Tripp pierwsze piętro. 

-  Chyba  powinienem  cię  przeprosić  -  rzekł,  kiedy  drzwi  się 

zasunęły. 

background image

- Mówisz to z wahaniem w głosie. - Nawet na niego nie spojrzała. 

- Nieszczere przeprosiny nie są nic warte. 

Zapanowało niezręczne milczenie. 

-  Do  widzenia  -  powiedział,  kiedy  winda  zatrzymała  się  na 

pierwszym piętrze. 

Amber bez słowa odsunęła się, robiąc mu przejście. Tripp postąpił 

krok naprzód, po czym  stanął, jakby  chciał coś powiedzieć,  w  końcu 

jednak wysiadł. Odwrócił się do niej twarzą. Amber popatrzyła mu w 

oczy,  a  po  chwili  przeniosła  spojrzenie  w  bok.  Drzwi  zasunęły  się  i 

winda ponownie ruszyła w dół. 

To  miałby  być  jej  przyjaciel?  Dobre  sobie!  -  pomyślała, 

zaciskając rękę na poręczy. O wiele serdeczniej żegnała się z facetem, 

który co miesiąc odczytywał u niej licznik energii elektrycznej. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Tripp przyłożył słuchawkę do klatki piersiowej młodej pacjentki. 

Posłuchał, jak bije jej serduszko, po czym przesunął słuchawkę wyżej 

i  przytknął  ją  do  czoła  dziewczynki.  Kiedy  to  robił,  większość  jego 

pacjentów zaczynała chichotać. Ośmioletnią Sierrę Rodrigez stać było 

jedynie na słaby uśmiech. 

- Niezbyt dobrze się czujesz? - spytał po hiszpańsku Tripp. 

W odpowiedzi dziewczynka pokręciła głową. Dziś rano przekazał 

jej  rodzicom  dobrą  wiadomość:  badanie  krwi  wykluczyło  białaczkę. 

Niestety, Sierrę wciąż trapiła gorączka i bolał brzuch. Chociaż bardzo 

chciała iść do domu, czekały ją dalsze badania. Rodzice dziewczynki, 

background image

pracownicy sezonowi z Meksyku, byli biedni; nie mieli ubezpieczenia 

zdrowotnego,  oszczędności  ani  stałego  miejsca  zamieszkania.  Sierra 

nie  zastanawiała  się  nad  tym.  Dla  niej  dom  kojarzył  się  z  matką, 

ojcem i rodzeństwem. 

Takich  rodzin  jak  Rodrigezowie  były  setki  w  tej  części  kraju.  I 

właśnie  z  myślą  o  nich  Tripp  otworzył  niedużą  prywatną  klinikę  na 

obrzeżach  Ukiah.  Ubodzy  emigranci  mieli  tam  zapewnioną  opiekę 

medyczną,  ale  potrzeby  były  znacznie  większe  od  możliwości. 

Prowadzenie takiej placówki kosztowało majątek. 

Tripp potrzebował pieniędzy. By rozszerzyć program pomocy dla 

biednych i otworzyć podobne placówki w innych miastach Kalifornii, 

musiał  znaleźć  bogatych  sponsorów.  Praca  w  szpitalu  w  Santa  Rosie 

była  dla  niego  bardzo  ważna.  Prestiż,  jaki by  tam  zyskał,  pozwoliłby 

mu nawiązać odpowiednie kontakty.  

Psiakość.  W  głębi  duszy  wiedział,  że  powinien  przyjąć  ofertę 

Amber.  Ale tak jak mała Sierra nie potrafiła przełknąć lekarstwa, tak 

on  nie  bardzo  potrafił  przełknąć  swoją  dumę.  Odłożywszy  na  bok 

kartę choroby, przez chwilę uważnie obserwował chorą dziewczynkę. 

Zastanawiał się, jakie w następnej kolejności należy wykonać badania. 

Wreszcie wstał i pogrążony w myślach opuścił pokój.  

Do licha! Gnębiły go wyrzuty sumienia. Nienawidził tego. Amber 

stwierdziła, że poczucie winy daje świetny bodziec do działania. Może 

niektórym  dawało,  jednakże  w  jego  wypadku  to  nie  poczucie  winy 

sprawiło,  że  uczył  się  i  skończył  studia  medyczne;  sprawcą  jego 

background image

sukcesów  byli  Meredith  i  Joe  Coltonowie,  których  szlachetność, 

wspaniałomyślność i serdeczność pchnęły go na właściwą drogę. 

Nie  każdy,  oferując  innym  pomoc,  musi  mieć  w  tym  własny 

egoistyczny  cel.  Może  Amber  faktycznie  pragnęła  wystąpić  w  roli 

jego  narzeczonej  wyłącznie  z  dobroci  serca?  Może  kierowały  nią 

szlachetne odruchy, a nie - jak podejrzewał - litość czy  współczucie? 

Powinien był postarać się rozszyfrować jej motywy, a on co? Odtrącił 

ją,  a  w  dodatku  obraził.  Widział  smutek  w  jej  dużych  zielonych 

oczach.  Przyjechała  taki  kawał  drogi,  by  zwrócić  mu  zegarek,  a  on 

nawet jej nie podziękował. 

Od wczoraj właściwie non stop o niej myślał, o tym, co powinien 

był powiedzieć i jak się zachować. Próbował przestać, ale nie potrafił. 

Nie  dość,  że  Amber  nieustannie  towarzyszyła  mu  w  myślach,  to 

jeszcze odwiedziła go w nocy, we śnie. Obudził się rano zlany potem, 

z mocno bijącym sercem. 

Wszedł  do  pokoju  następnego  pacjenta.  Cisco  Villereal,  któremu 

parę dni temu usunięto migdałki, powitał go promiennym uśmiechem. 

Chłopiec  wracał  dziś  do  domu.  Tripp  wiedział,  że  będzie  mu 

brakowało tego sześcioletniego smyka, który wkrótce znów wyruszy z 

rodzicami do pracy w polu. 

Właśnie  dla  takich  dzieci  jak  Cisco  i  Sierra  warto  się  męczyć, 

spędzać  w  szpitalu  długie  godziny,  pracować  na  dwie  zmiany,  nie 

dosypiać.  Niektórzy  lekarze  narzekają  na  przesadnie  rozbudowaną 

biurokrację i zbytnie obciążenie robotą papierkową. Oczywiście mają 

rację, ale najważniejszy jest pacjent. 

background image

Dla  Trippa  tylko  on  się  liczył.  Pomagając  choremu  dziecku, 

pomagał całej rodzinie. Często po strachu w oczach rodziców potrafił 

poznać,  jak  ciężki  jest  stan  dziecka.  Przerażeni  ojcowie  nie 

przejmowali  się  biurokracją,  brakiem  ubezpieczenia  czy  pieniędzy. 

Chcieli  wyłącznie  jednego:  aby  ich  ukochane  dziecko  wyzdrowiało. 

Tego też chciał Tripp. I to było główną siłą, która go napędzała.  

Rzadko  się  zdarzało,  by  ktoś,  kto  w  wieku  czternastu  lat  rzucił 

szkołę, a z marzeń i ambicji zrezygnował dużo wcześniej, ktoś, kogo 

matka  nie  żyła,  a  ojciec  przepadł  jak  kamień  w  wodę,  mógł  zdobyć 

wykształcenie  i  zawód.  Po  prostu  bezpańskie  urwisy  wychowywane 

przez  ulicę  nie  zostawały  lekarzami.  Większość  z  nich  umierała,  nie 

dożywając pełnoletności. 

Tripp również zmierzał drogą donikąd. Na nikim i niczym mu nie 

zależało.  Wszystko  zmieniło  się  w  dniu,  w  którym  trafił  do 

Hopechest.  Spotkanie  z  Joem  i  Meredith Coltonami dopełniło  reszty. 

Po raz pierwszy w życiu przekroczył próg szpitala tamtego lata, kiedy 

zamieszkał  u Coltonów  i Meredith  zabrała  go  na pogotowie.  Bójka  z 

Peterem  Bradentonem  -  a  raczej  kontakt  z  jego  szczęką  -  zakończyła 

się trzema złamanymi kośćmi. Na pogotowiu, zafascynowany tym, co 

się  wokół  dzieje,  ruchem, pośpiechem,  rozmowami,  Tripp  zapomniał 

o bólu.  

Kiedy  założono  mu  gips,  miał  jedno  marzenie:  aby  Coltonowie 

pozwolili mu zostać. Bał się, że zechcą go odesłać. Chociaż nie mówił 

o tym na głos, Meredith wszystkiego się domyśliła. Wtedy, przed laty, 

była inna. Miała w sobie tyle ciepła i dobroci, że każdy starał się tak 

background image

postępować, aby dostarczyć jej powodów do radości i dumy. Chciała, 

by  przeprosił  Petera.  Trudno  mu  było  się  przemóc,  ale  zrobił  to  dla 

niej.  Przeprosił  Petera,  a  następnie  ostrzegł  go,  że  jeśli  jeszcze  raz 

obrazi któregoś z Coltonów, gorzko tego pożałuje. 

I co? Wczoraj sam obraził Amber. Rzuciła mu koło ratunkowe, a 

on  uniósł  się  honorem.  Duma  nie  pozwoliła  mu  przyjąć  jej  pomocy. 

Nie tylko odtrącił wyciągniętą dłoń, ale jeszcze zachował się jak gbur. 

Nie był pewien, jak powinien naprawić swój błąd. Oczywiście zdawał 

sobie  sprawę,  że  należą  się  Amber  przeprosiny.  Trzykrotnie  wczoraj 

sięgał  po  telefon,  by  do  niej  zadzwonić,  i  trzykrotnie  odkładał 

słuchawkę. 

W  końcu  doszedł  do  wniosku,  że  przeprosi  ją  osobiście,  nie 

wiedział  jednak,  gdzie  Amber  mieszka.  Postanowił,  że  zdobędzie 

adres i po dyżurze złoży jej wizytę. Bał się tego spotkania, a zarazem 

cieszył się, że będzie miał okazję ponownie się z nią zobaczyć. Bał się 

dlatego,  że  zawsze  sądził,  iż  jest  odporny  na  wdzięki  pięknych, 

ponętnie  zaokrąglonych  blondynek.  Fakt,  że  nie  jest,  bardzo  go 

zaniepokoił. 

- Dzień dobry, doktorze Calhoun. 

Młoda  pielęgniarka  uśmiechnęła  się.  Skinął  jej  na  powitanie 

głową.  Po  korytarzu  kręciło  się  co  najmniej  kilkanaście  osób. 

Natychmiast  wyłowił  z  tłumu  tę,  wokół  której  od  wczoraj  krążyły 

wszystkie  jego  myśli.  Stanął  jak  wryty.  Nie  zauważył  tego  idący  za 

nim technik ze zdjęciami rentgenowskimi. 

- Przepraszam, panie doktorze. 

background image

- Nie szkodzi. To moja wina - odparł Tripp. 

Ruszył  pośpiesznie,  by  nie  stracić  Amber  z  oczu.  Zgrabnie 

wymijała  personel  i  pacjentów.  Tripp  uważał,  że  wiele  można 

wyczytać  z  czyjegoś  sposobu  chodzenia.  Amber  Colton  chodziła  jak 

kobieta  przywykła  do  męskich  spojrzeń,  ale  traktowała  je  obojętnie; 

nie  wbijały  jej  w  dumę.  Dziś  również  miała  na  sobie  komplet 

składający  się  ze  spodni  i  góry,  tym  razem  biały.  Góra  była  bez 

rękawów,  wcięta  w  pasie,  spodnie  luźne  u  dołu,  lecz  obcisłe  w 

biodrach. Tripp poczuł, jak krew w nim kipi.  

Ściągnął  gniewnie  brwi.  Nie  interesują  go  takie  kobiety. 

Oznaczają  kłopoty.  On  nie  ma  jednak  wyjścia.  Winien  jest  jej 

przeprosiny i nie zamierza zrejterować. 

- Amber, poczekaj! - zaskrzeczał. 

Nic  dziwnego,  że  go  nie  słyszała.  Przyśpieszył  kroku.  By  nie 

patrzeć  na  jej  kołyszące  się  biodra,  wbił  oczy  w  skórzaną  torebkę, 

którą miała przewieszoną przez ramię. Torebka kołysała się w rytm jej 

kroków,  to  zasłaniając,  to  odkrywając  pluszowego  psa.  Była  przy 

schodach, kiedy Tripp ponownie spróbował: 

- Amber, poczekaj! 

Tym  razem  go  usłyszała.  Obejrzawszy  się  przez  ramię, 

przystanęła. Jej twarzy nie zdobił najmniejszy uśmiech. 

- Niełatwo cię dogonić. Dokąd tak pędzisz? 

Spojrzała  na  miękkiego  pluszowego  zwierzaka,  którego  ściskała 

pod pachą. 

background image

-  Do  pokoju  P.J.  Chcę  mu  to  dać.  A  jestem  już  spóźniona  na 

spotkanie z dyrektorem. 

Nie  dodała:  „Więc  jeśli  masz  mi  coś  do  powiedzenia,  to  mów"; 

nie  było  takiej  potrzeby.  Sposób,  w  jaki  przechyliła  głowę  i  uniosła 

brwi, był dostatecznie wymowny. 

- No? - ponagliła go po chwili. - O czym myślisz? 

Zastanawiał  się,  czy  kobiety  wiedzą,  jak  bardzo  mężczyźni  nie 

cierpią  tego  pytania.  Dał  pierwszą  odpowiedź,  jaka  przyszła  mu  do 

głowy. 

- Że jesteś osobą wyjątkowo stanowczą i apodyktyczną. 

Zarumieniła  się.  On  zaś  skarcił  się  w  duchu.  Psiakość,  znów  ją 

rozgniewał. A może złość nie minęła jej od wczoraj? 

-  Nie  podoba  ci  się  to,  jak  wyglądam,  jak  się  zachowuję  i  co 

mówię. Masz jakiś problem...? 

Uniósł rękę. 

-  Stanowczość  wcale  nie  jest  wadą.  Naprawdę  nie  chciałem  cię 

urazić. 

- Nie? Dobrze, że mnie uprzedzasz. 

Miała tupet i nie dawała się łatwo zbić z tropu. Podziwiał ją za to. 

Gdyby  była  kruchą,  delikatną  istotką,  która  boi  się  własnego  cienia, 

wtedy przed laty nie stanęłaby w jego obronie. 

- Nie goniłem cię, żeby znów ci sprawić przykrość - powiedział. - 

Chciałem  cię  przeprosić.  Za  wczoraj.  A  co  do  pytania,  czy  mam 

problem, to owszem, mam. Z tobą. Ale nie jesteś niczemu winna. 

background image

Przyjrzała mu się badawczo. Czarny krawat i koszula, cera śniada, 

nie  potrzebująca  zabezpieczenia  przed  słońcem,  broda  i  policzki 

starannie ogolone. Boże, ależ on jest przystojny, przemknęło jej przez 

myśl. Ogarnęła ją złość. Co z tego, że przystojny? Wczoraj ją obraził, 

sam się do tego przyznał, a teraz wygaduje jakieś bzdury. 

- Nie jestem? Masz ze mną problem, ale nie ja jestem mu winna? 

Więc kto? - Głos się jej lekko załamał. 

-  Nie  wiem.  Przepraszam  cię  za  moje  wczorajsze  zachowanie.  - 

Na moment zamilkł. - To, w jakiej rodzinie przychodzimy na świat - 

ciągnął - bogatej czy biednej, szczęśliwej czy patologicznej, nie zależy 

od  nas.  Problem  w  tym,  że  wy,  bogacze,  nawet  nie  zdajecie  sobie 

sprawy jak bardzo onieśmielacie resztę z nas... 

To mają być przeprosiny? 

-  Ja...  ty...  -  Dukała,  jąkała  się,  a  przecież  nigdy  dotąd  nie 

brakowało  jej  słów.  Odczekała  chwilę,  by  uporządkować  myśli,  po 

czym  ponownie  otworzyła  usta.  -  Bogaty  niekoniecznie  znaczy 

szczęśliwy.  Wśród  bogatych  rodzin,  tak  samo  jak  wśród  biednych, 

zdarzają się patologie.  

Czyżbyśmy  kłócili  się  o  to,  czyja  rodzina  jest  bardziej 

dysfunkcjonalna? Nisko upadliśmy, pomyślała Amber. 

Wzruszył ramionami. 

- Onieśmielam cię? - spytała cicho. 

Zaczął się bawić zegarkiem. 

- Nieważne - burknął. 

background image

Może nie powinna była naciskać, ale... Wczoraj, kiedy wyszedł na 

patio, poczuła, że coś ich łączy. Nie chciała tego stracić. Odkąd matka 

zmieniła się po wypadku, a ojciec zaczął coraz bardziej zamykać się w 

sobie, bała się, że już nikt jej nigdy nie pokocha. Rodzina rozpadła się, 

każdy żył własnym życiem... 

-  Nieważne?  Ważne.  Powiedz,  naprawdę  cię  onieśmielam? 

Dlaczego? 

Westchnął głośno. 

-  Bo  jesteś  piękna,  mądra,  inteligentna,  bogata.  Masz  dyplom  z 

Radcliffe. 

- Na miłość boską, a ty jesteś lekarzem! 

Na  szczęście  korytarz  był  pusty,  więc  nikt  nie  słyszał,  jak  Tripp 

podnosi głos. 

- Jestem klepiącym biedę, zapracowanym Metysem, który musiał 

ciężko harować, aby ukończyć studia. 

-  Ojciec  mówił,  że  maturę  zdałeś  z  najlepszym  wynikiem  w 

szkole. 

- Najlepszy wynik w mojej szkole byłby najgorszym w twojej. 

- Wątpię. 

Nie odpowiedział. Zmieniła taktykę. 

- No dobrze, onieśmielam cię. To nam przeszkadza w nawiązaniu 

przyjaźni. Zastanówmy się więc, jak możemy temu zaradzić. 

- Nie sądzę. aby... 

-  W  szkole  podstawowej,  kiedy  musiałam  wystąpić  przed  klasą, 

wyobrażałam  sobie,  że  wszystkie  moje  koleżanki  i  koledzy  siedzą  w 

background image

samych majtkach i skarpetach. Może powinieneś zastosować podobną 

metodę? 

Zmrużył oczy. Nagle Amber złapała się za głowę. 

- Chociaż lepiej nie! - zawołała ze śmiechem. 

Uzmysłowił  sobie,  że  gapi  się  w  nią  jak  sroka  w  gnat.  Ale  nie 

mógł  się  powstrzymać.  Oczarował  go  jej  ciepły,  przyjazny  uśmiech. 

Przeczesał  ręką  włosy  -  były  długie,  uczesane  w  kucyk.  Ten  kucyk 

stanowił  formę  protestu,  pamiątkę  po  tym,  kim  był  i  przypomnienie 

tego, do czego dążył. 

-  Coop  nawymyślał  mi  od  idiotów,  kiedy  dowiedział  się,  że 

odrzuciłem  twoją  ofertę.  Ale...  -  Nie  chciał  ulec  pokusie,  dlatego 

postanowił się bronić. - Może i przydałaby mi się narzeczona, ale nie 

chcę, żeby ktokolwiek się nade mną litował. 

Amber cofnęła się o krok. Uśmiech znikł jej z twarzy. 

- Litował? Uważasz, że mi ciebie żal i dlatego... 

- Chryste... - Znów ją obraził! 

Wcisnęła mu do ręki pluszowego psa. 

-  Jestem  spóźniona  na  spotkanie.  Z  łaski  swojej  dopilnuj,  aby  to 

trafiło do PJ. 

Przez kilka długich sekund przyglądała mu się z zadumą; stała bez 

ruchu,  nawet  nie  mrugając  powiekami.  Potem  wolno  odwróciła  się  i 

odeszła; odgłos jej obcasów stukających o lśniącą szpitalną posadzkę 

niósł się po całym korytarzu. Zatrzymała się kilkanaście metrów dalej, 

przy  zamkniętych  drzwiach.  Wzięła  głęboki  oddech,  by  uspokoić 

skołatane nerwy, po czym oznajmiła cicho: 

background image

- Nigdy nie wzbudzałeś we mnie litości, Tripp. Aż do dziś. 

Po chwili już jej nie było, a on stał na środku korytarza, ściskając 

w  ręku  psa.  Serce  waliło  mu  młotem.  Miał  ochotę  zapaść  się  pod 

ziemię. 

 

Siedziała  na  macie  w  swoim  domu  w  Fort  Bragg.  Pierwszy 

dzwonek do drzwi zignorowała. Pięć sekund później rozległ się drugi, 

a  zaraz  po  nim  walenie  tak  głośne,  że  aż  ściany  się  zatrzęsły. 

Wzdychając z rezygnacją, rozprostowała ręce i nogi. dźwignąwszy się 

z podłogi, podeszła na palcach do drzwi i wyjrzała przez judasza. 

Odruchowo wydała cichy okrzyk zdumienia. Psiakość, piętnaście 

minut  medytacji  na  straty!  Opadła  z  powrotem  na  pięty.  Energicznie 

sięgnęła  ręką  do  klamki,  po  czym  nagle  się  zawahała.  Jeszcze  wciąż 

nie  doszła  do  siebie  po  ostatniej  konfrontacji  z  upartym  doktorem 

Calhounem. 

- Otwórz, Amber. Nie wygłupiaj się. 

Korciło  ją,  aby  zlekceważyć  jego  prośbę.  W  końcu  jednak 

zwyciężyła zwykła ludzka ciekawość. 

- Daj mi chociaż jeden powód, dla którego miałabym cię wpuścić. 

Cisza  przedłużała  się.  Amber  skrzyżowała  ręce  na  piersiach  i 

oparła się o ścianę, gotowa czekać tak długo, jak będzie trzeba. 

- Błagam. 

Wystarczyło  to  jedno  słowo,  wypowiedziane  ciepłym  głosem. 

Policzywszy  w  myślach  do  pięciu,  otworzyła  drzwi.  Przyglądała  mu 

się bez słowa. Miał na sobie sprane dżinsy i czarną koszulkę o nieco 

background image

wyblakłej  barwie.  Twarz  pociągła,  o  wystających  kościach 

policzkowych. Zęby białe, rzęsy długie, wydatna szczęka. Nos wąski, 

kiedyś pewnie prosty, teraz wyraźnie skrzywiony. Tak, Tripp Calhoun 

był  przystojnym  mężczyzną;  drobne  niedoskonałości  jedynie 

dodawały  mu  wdzięku.  Oczywiście  poza  Trippem  znała  wielu 

przystojnych  facetów,  ale  tylko  on  potrafił  z  taką  łatwością 

wyprowadzić ją z równowagi. 

- „Błagam" to słaby powód. 

Kąciki  ust  mu  zadrgały.  Po  chwili  uśmiechnął  się  z 

zawstydzeniem. 

- Obawiam się, że innego nie mam. 

Serce zaczęło jej bić jak oszalałe. 

- Czego chcesz? - spytała. 

- Przyszedłem cię przeprosić. 

-  Znów?  -  Podniosła  do  oczu  rękę,  jakby  chciała  obejrzeć 

paznokcie. - Ostatnim razem jakoś kiepsko ci to wyszło. 

Z trudem przełknęła ślinę. Tripp milczał. Miała wrażenie, że jemu 

też w gardle zaschło. 

-  Wiem.  I  za  to  też  chciałbym  cię  przeprosić.  Naprawdę  mi 

przykro... 

Wierzyła  mu.  A  to  znaczyło,  że  albo  była  głupia  i  łatwowierna, 

albo  samotna  i  rozpaczliwie  poszukująca  miłości.  Wzdrygnęła  się. 

Nie, głupia na pewno nie jest i faceta też na gwałt nie poszukuje. 

- W porządku - odrzekła. - Przeprosiny przyjęte. A teraz wybacz, 

ale... 

background image

- P.J. był zachwycony twoim zwierzakiem. 

- Ojej, naprawdę? Cieszę się. 

Nie spuszczał z niej oczu. 

- Pomyślałem sobie, że dobrze by było, aby porozmawiał z kimś 

takim jak ty. 

- Z kimś takim jak ja? - spytała zaciekawiona. 

Była zła na siebie. Czy nie ma za grosz dumy? 

-  Tak  -  odparł.  -  Z  kimś  silnym,  ambitnym,  obdarzonym 

poczuciem humoru i potrafiącym wybaczać. 

Nogi  się  pod  nią  ugięły.  Czuła  się  jak  nastolatka  w  obecności 

swojego  idola.  Zganiła  się  w  duchu.  Rany  boskie,  przecież  nie  jest 

dziewięcioletnim 

podlotkiem. 

Nawet 

nie 

jest 

naiwną 

dziewiętnastolatką.  Jest  dojrzałą  kobietą,  mądrą,  odpowiedzialną, 

niezależną. 

Po  chwili  Tripp  przeniósł  spojrzenie  z  jej  twarzy  w  bok,  w  głąb 

mieszkania;  zobaczył  migoczący  płomyk  świecy  oraz  malutką 

fontannę, z której tryskała woda. 

- Czułbym się zaszczycony, gdybyś zaprosiła mnie do środka. 

Zaszczycony?  Nikt  dziś  tak  nie  mówi.  Może,  wbrew  temu,  co 

sądziła, rycerskość wcale nie wymarła? Może... 

Przywołała się po porządku. 

- Po co? - spytała rzeczowo. - Nie lepiej się rozstać, zanim znów 

mnie obrazisz? 

background image

Po  jego  minie  widziała,  że  nie  jest  mu  łatwo.  Nie  lubił  nikogo  o 

nic prosić. Pewnie by się nad nim zlitowała, gdyby nie to, że nazwał ją 

rozpieszczoną kotką. I osobą apodyktyczną. 

- Namyśliłem się - oznajmił w końcu. 

- W sprawie? 

- Twojej oferty. 

Jak  zwykle  o  tej  porze  dnia,  nad  miastem  zawisła  gęsta  mgła. 

Amber zadrżała - bardziej z emocji niż z zimna. 

- Mojej oferty? 

-  Tak.  Że  mogłabyś  wystąpić  w  roli  mojej  narzeczonej  podczas 

proszonej kolacji. Więc byłbym ci wdzięczny, jeżeli oczywiście oferta 

nadal  jest  aktualna.  -  Słysząc  hałas,  obejrzał  się  przez  ramię. 

Małżeństwo w średnim wieku prowadziło na smyczy pięknego doga. - 

To co, mogę wejść? 

Hm,  czyli  poszedł  po  rozum  do  głowy  i  zmienił  zdanie. 

Pomachała przyjaźnie do sąsiadów, po czym ponownie wbiła wzrok w 

Trippa.  Ciekawe,  czy  o  niej  też  zmienił  zdanie.  No  nic,  pewnie 

wkrótce się przekona. Cofnąwszy się, otworzyła drzwi na oścież. 

Wszedł  do  środka  i  przystanął  w  ogromnym  holu.  Starał  się 

zachowywać  swobodnie,  naturalnie,  był  jednak  wyraźnie  spięty. 

Wcale  nie  miał  pewności,  czy  Amber  przyjmie  przeprosiny,  a  tym 

bardziej czy zechce wcielić się w rolę jego narzeczonej. 

- Usiądźmy - zaproponowała. 

Ruszył  za  nią  do  salonu,  w  którym  stała  kanapa  oraz  miękkie 

fotele. Na ścianach wisiało mnóstwo oprawionych pasteli. Kilkanaście 

background image

migoczących  świeczek  stało  na  niskim,  drewnianym  stoliku. 

Nieopodal szumiała mała fontanna. 

- Przeszkodziłem ci w czymś? 

Wzruszyła ramionami. 

- Medytowałam. 

Przynajmniej  to  tłumaczy  strój  i  wygląd  Amber.  Z  niedbale 

upiętego  na  czubku  głowy  koka  wysunęło  się  kilka  złocistych 

kosmyków, które opadły jej na szyję. Stopy miała bose. Proste srebrne 

kółko  zdobiło  jeden  z  palców  u  nogi.  Luźne  szorty  zwisały  nisko, 

jakby  ledwo  trzymały  się  na  biodrach.  Krótka  opięta  bluzka  bez 

rękawów odsłaniała brzuch. Strój zakrywał znacznie więcej niż bikini, 

w  którym  wygrzewała  się  na  patio,  ale  działał  na  zmysły  nie  mniej 

podniecająco. 

- Czujesz zapach? - spytała. 

Wciągnął nosem powietrze. 

- To mieszanka lawendy, rumianku i róży - wyjaśniła. 

-  Postanowiłam  zafundować  sobie  aromaterapię.  Podobno  ma 

działanie niesamowicie kojące. 

- I co? Rzeczywiście? 

- Owszem. Powinieneś spróbować. 

Przejrzała  go  na  wylot.  Kiepski  był  z  niego  aktor.  Starając  się 

zachować powagę, wskazała ręką fotel. 

- Chyba że wolisz stać? 

Wolał. Nie zdziwiła się. 

background image

-  Czyli  zmieniłeś  zdanie?  I  chciałbyś,  abym  podczas  kolacji,  na 

którą cię zaproszono, udawała twoją narzeczoną? 

- Tak. 

- Mówiłeś, zdaje się, że kłamstwa są jak psy... 

- Bo są. 

- Więc? 

- Coop twierdzi, że udawanie i kłamanie to dwie różne rzeczy. 

- Ach tak? Powiedziałeś, że Coop nawymyślał ci od idiotów. Czy 

dlatego zmieniłeś zdanie? To on sprawił, że zmądrzałeś? 

- Coop nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu przemyślałem, co 

mówiłaś. O litości, współczuciu... 

- Niepotrzebnie na ciebie wsiadłam. Przepraszam. 

- Należało mi się. Ale litości w dalszym ciągu nie chcę. 

- A co chcesz? 

Nie  zauważył,  kiedy  podeszła  bliżej,  ale  nagle  zobaczył  przed 

sobą jej oczy - wielkie, zielone, kuszące. Wtem zdał sobie sprawę, że 

to nie Amber się zbliżyła, bo nadal stała na drugim końcu pokoju. To 

on,  nie  wiadomo  kiedy,  zbliżył  się  do  niej na  wyciągnięcie  ręki.  Coś 

go  uwierało  w  szyję,  jakby  miał  za  mocno  zawiązany  krawat.  Ale 

przecież do dżinsów i T-shirta nie wkładał krawata.  

Odchrząknął raz i drugi. Pomogło. 

- Nie chodzi o to, czego chcę. Raczej czego potrzebuję. 

- A czego potrzebujesz? 

Utkwił  wzrok  w  jej  wargach.  Z  trudem  przełknął:  ślinę.  Znów 

odchrząknął, inaczej nie zdołałby wydobyć głosu. 

background image

- Pracy w Santa Rosie. 

- Dlaczego? 

-  Santa  Rosa  liczy  ponad  sto  tysięcy  mieszkańców.  To  bogate 

miasto.  Szpital  znajduje  się  w  prywatnych  rękach,  jest  doskonale 

wyposażony,  leczą  się  w  nim  osoby,  które  może  cierpią  na  brak 

zdrowia,  lecz  nie  na  brak  pieniędzy.  Do  San  Francisco  można 

dojechać  w  ciągu  trzydziestu  pięciu  minut.  Moje  uposażenie 

wzrosłoby trzykrotnie. Prestiż również. Potrzebuję jednego i drugiego. 

-  Jakoś  nie  sprawiasz  wrażenia  człowieka,  któremu  zależy  na 

sławie. 

Poczuł się mile połechtany. 

-  To  prawda,  ale  zależy  mi  na  klinice,  którą  założyłem  dla 

biednych.  Im  większą  będę  cieszył  się  sławą,  tym  łatwiej  będzie  mi 

zdobyć  fundusze  na  dalsze  inwestycje.  Chciałbym  otworzyć  więcej 

takich  ośrodków  wzdłuż  całego  wybrzeża  Kalifornii.  Do  tego 

potrzebne są pieniądze, czyli bogaci i hojni sponsorzy. 

- Dlaczego od razu tak nie powiedziałeś? 

Zadawała inteligentne pytania, a on, człowiek małomówny, który 

zazwyczaj ograniczał się do dwóch monosylabowych słów:  „tak" lub 

„nie",  otworzył  się  przed  nią.  Opowiedział  jej  o  początkach 

stworzonej  przez  siebie  kliniki,  o  nękających  ją  kłopotach 

finansowych, o swoich planach i nadziejach na przyszłość. W trakcie 

opowieści  usiadł  na  wygodnej  kanapie,  Amber  zaś  zajęła  miejsce 

naprzeciwko, w miękkim fotelu. Podwinęła nogi pod siebie i słuchała 

go z zafascynowaniem. 

background image

Może  jednak  aromaterapia  była  skuteczna,  albowiem  po  kilku 

minutach napięcie  minęło  i  obydwoje  poczuli  się  odprężeni. Mgła  za 

oknem  zniknęła.  Niebo,  niedawno  jeszcze  białe,  przybrało  odcień 

stalowoszary, a potem czarny. Świece powoli się wypalały. 

Siedzieli w półmroku. Po pewnym czasie rozmowa zeszła na inne 

tematy:  na  rodzeństwo  Amber,  prawdziwe  i  przybrane,  które  Tripp 

poznał  w  trakcie  swojego  kilkumiesięcznego  pobytu  na  ranczu. 

Amber  z  miłością  mówiła  o  ojcu,  ani  razu  jednak  nie  wspomniała  o 

matce. Martwiła się o najstarszego brata Randa, a także o najmłodszą 

adoptowaną siostrę Emily.  

Słuchając  Amber,  Trippowi  przemknęło  przez  myśl,  że  prawie 

wcale  jej  nie  zna.  Stracił  kontakt  z  większością  Coltonów;  jedynie  z 

Joem  starał  się  regularnie  widywać.  Po  prostu  był  zbyt  zajęty, 

najpierw  studiując,  potem  pracując,  aby  śledzić  losy  wszystkich 

członków tej wyjątkowo licznej i rozgałęzionej rodziny. Nie wiedział 

o  zniknięciu  Emily,  o  tym,  że  od  dłuższego  czasu  nie  dawała  znaku 

życia. 

O  tym,  że  Amber  mieszka  w  Fort  Bragg,  też  wcześniej  nie 

wiedział.  Adres  podała  mu  Inez,  kiedy  wczesnym  popołudniem 

wybrał się do Prosperino. Zdziwił się, kiedy skręcił w jej ulicę. Sądził, 

że  będzie  mieszkała  w  okazałej  rezydencji,  tak  jak  jej  ojciec,  ona 

jednak wolała mały i przytulny dom. O sobie samej nie bardzo chciała 

mówić. Kiedy pytał o coś, co jej dotyczyło, zręcznie zmieniała temat. 

Natomiast  interesowała  ją  zarówno  klinika,  którą  założył  dla 

biednych, jak i stanowisko, które pragnął zdobyć w Santa Rosie. 

background image

-  Ile  razy  spotkałeś  się  z  lekarzami  prowadzącymi  ten 

ekskluzywny szpital? 

- Dwa. 

- A twój kontrkandydat? 

- Nie wiem. 

Wyciągnęła  spod  fotela  notes  i  zaczęła  zapisywać  w  nim  różne 

rzeczy. Gdzie odbędzie się kolacja? Ile osób jest zaproszonych? Była 

mądra,  dowcipna,  serdeczna,  pełna  energii.  Imponowała  mu, 

zwłaszcza inteligencją. Podmuch wiatru uderzył w szybę. Chociaż nie 

czuli przeciągu, płomyki świec zamigotały. 

Trippowi stanęły przed oczami sceny, które śniły mu się w nocy. 

Przebiegł go dreszcz. 

- Co jutro robisz? - spytała. 

- Pracuję - odparł. 

Na  szczęście  nie  spytała,  o  czym  myśli,  bo  nie  wiedziałby,  co 

odpowiedzieć. 

- O której kończysz? 

- O czwartej. Najpóźniej o piątej. 

- Mógłbyś tu przyjechać około piątej? 

- Tu? Do Fort Bragg? 

Skinęła potakująco głową, a gdy on odpowiedział jej twierdząco, 

zapisała  coś  w  notesie,  po  czym  wyrwała  kartkę  i  wcisnęła  mu  do 

dłoni. 

- Spotkamy się pod tym adresem. O piątej. Muszę cię ubrać. 

background image

Ubrać?  Ona  jego?  Starając  się  powściągnąć  wodze  wyobraźni, 

czym prędzej wstał z kanapy. Nie udało się. Wyobraźnia pracowała na 

pełnych  obrotach.  Zrobiło  mu  się  gorąco.  Amber  również  wstała. 

Zaczęła go okrążać. Milczał zdezorientowany. To mu pozwoliło nieco 

ochłonąć. 

- Co rozumiesz przez „ubrać"? - spytał w końcu. 

-  Musisz  wywrzeć  jak  najlepsze  wrażenie.  Wyglądu  nie  należy 

lekceważyć.  Mamy  tu  w  Fort  Bragg  doskonały  sklep  z  tradycyjną, 

elegancką odzieżą dla mężczyzn. 

Zerknął na zapisany na kartce adres. 

-  Sklep  z  męską  odzieżą?  Mam  kupić  nowy  garnitur?  O  to  ci 

chodzi? 

-  Tak,  chyba  że  dysponujesz  odpowiednim.  A  myślałeś,  że  o  co 

mi chodzi? 

Udał, że nie słyszy jej pytania. 

- Doktor Perkins wie, jak wyglądam. 

Zmierzyła go wzrokiem. 

-  Wyglądasz  świetnie.  Żadna  kobieta  nie  miałaby  ci  nic  do 

zarzucenia. Zakładam jednak, że doktor Perkins nie jest kobietą? 

Pokręcił przecząco głową. 

-  Szkoda.  -  Westchnęła.  -  W  każdym  razie  w  ten  weekend 

zaprezentujemy  Perkinsowi  i  jego  kolegom  nową,  udoskonaloną 

wersję doktora Trippa Calhouna, najlepszego pediatry w całym stanie 

Kalifornia. 

background image

Leciutko pchnęła go w stronę drzwi. Nie pamiętał, by je otwierał, 

ale chyba musiał, bo chwilę później był na dworze. 

- Tripp? 

Odwrócił się. 

- Cieszę się, że odnowiliśmy przyjaźń. - Zanim zdołał cokolwiek 

powiedzieć,  wspięła  się  na  palce  i  lekko  pocałowała  go  w  usta.  - 

Dobranoc. 

Drzwi się zamknęły. Nie pamiętał, by się żegnał, ale chyba musiał 

powiedzieć „do widzenia". Przynajmniej miał nadzieję, że nie wyszedł 

bez  słowa  pożegnania.  Oblizał  wargi.  Poczuł  na  nich  truskawkowy 

smak szminki. Starł ją wierzchem dłoni. 

Przez  moment  tkwił  bez  ruchu,  wciąż  oszołomiony.  Wreszcie 

oprzytomniał.  W  porządku.  Docenia dobre  chęci  Amber  i  wdzięczny 

jest za pomoc. Kiedy jutro się spotkają, na pewno jej o tym powie. Ale 

musi  jej  również  uświadomić  kilka  innych  rzeczy.  Owszem,  zależy 

mu  na  pracy  w  Santa  Rosie,  na  pieniądzach  i  prestiżu,  i  może 

rzeczywiście przydałby mu się nowy garnitur.  

Ale jeżeli Amber sądzi, że wszystko może z nim zrobić - rozjaśnić 

mu  włosy,  kazać  włożyć  niebieskie  szkła  kontaktowe  -  to  się  grubo 

myli.  O  tym,  czy  zdobędzie  upragnione  stanowisko,  powinna 

decydować  wiedza,  charakter,  podejście  do  pacjentów,  a  nie 

atrakcyjny  wygląd.  Mają  udawać  narzeczonych.  Nie  lubił  kłamać. 

Może  udawanie  to  nie  to  samo  co  kłamstwo,  ale  udawania  też  nie 

lubił.  Niestety,  nie  miał  wyboru.  Kiedyś  się  przyjaźnili.  Teraz  też 

background image

czują do siebie sympatię. Przynajmniej pod tym względem nie muszą 

grać.  

Wsiadł  do  samochodu.  Nie  muszą  grać?  Akurat!  W  obecności 

Amber  trawiło  go  pożądanie,  które  cały  czas  w  sobie  tłumił.  Udawał 

zrelaksowanego, chociaż był spięty, udawał obojętnego, chociaż miał 

ochotę porwać ją w ramiona. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Słowo daję, chyba znaleźliśmy! 

Tripp  odruchowo  zacisnął  zęby.  Bał  się,  że  jeśli  Andre  jeszcze 

odrobinę  podniesie  głos,  trzyskrzydłowe  lustro  rozpryśnie  się  na 

tysiące kawałków. 

-  Ma  styl.  Ma  klasę,  klasę  przez  duże  K.  I  leży  jak  ulał.  Jest  po 

prostu  doskonała!  -  Zachwycony,  przejechał  ręką  po  swoich  krótko 

ostrzyżonych, jasnych włosach. 

- Prawda, Amber? 

Uśmiechnęła się nieśmiało. 

- Owszem, jest całkiem niezła - przyznała. 

-  Niezła?  Niezła?  -  Andre  nie  mógł  wyjść  z  oburzenia.  -  Moim 

zdaniem  ta  marynarka  wygląda  fantastycznie!  Jak  pan  sądzi, 

doktorze? 

Trippowi przemknęło przez myśl, że chyba lepiej by się bawił na 

stole  operacyjnym,  poddając  się  przeszczepowi  nerki,  niż  krążąc  od 

wieszaka do wieszaka. 

background image

-  Jest  czarna  -  stwierdził.  Wszystkie  marynarki,  które  dziś 

przymierzał, były w tym kolorze. 

Andre popatrzył z błaganiem w oczach na Amber. 

- Czerń, mój drogi, to kolor klasyczny, który nigdy nie wychodzi 

z  mody.  Czarny  garnitur  można  włożyć  na  ślub  i  na  pogrzeb,  do 

eleganckiej restauracji, na galę, jak również na wszelkie skromniejsze 

okazje.  Montgomery  Perkins  jest  człowiekiem  w  czepku urodzonym. 

Dwadzieścia  pięć  lat  temu  przeniósł  się  z  rodziną  ze  wschodniego 

wybrzeża  do  Kalifornii.  Jego  przodkowie  przybyli  do  Ameryki  na 

statku  „Mayflower".  Tacy  jak  on  mają  szafę  pełną  czarnych 

garniturów. Ludzie, z którymi się zadają, również. 

Tripp wytrzeszczył oczy. 

- Skąd wiesz? 

- Przeprowadziłam małe śledztwo - odparła. - Z moich informacji 

wynika,  że  doktor  Perkins  jest  niezwykle  bogatym  człowiekiem  o 

bardzo  konserwatywnych  poglądach.  Osoba  starająca  się  u  niego  o 

pracę  na  pewno  nie  zyskałaby  w  jego  oczach,  gdyby  pojawiła  się  na 

przyjęciu  z  przyczepionym  do  twarzy  nosem  klauna  albo  ubrana  w 

tweedowy garnitur. 

Na  dźwięk  słowa  „tweed"  Andre  zaczął  się  wachlować,  jakby 

zrobiło mu się niedobrze. 

- To co? Znaleźliśmy czy mamy dalej szukać? - spytał. 

Tripp  przyjrzał  się  swojemu  odbiciu  w  lustrze.  Musiał  przyznać, 

że marynarka rzeczywiście leży świetnie. I czuł się w niej doskonale. 

- Ile kosztuje? 

background image

Andre  wymienił  jakąś  astronomiczną  sumę.  Tym  razem  Tripp 

nawet  nie  próbował  ukryć  zdumienia.  Przymierzył  już  dziesięć  czy 

piętnaście  marynarek,  z  których  każda  kosztowała  więcej  niż  jego 

miesięczny czynsz. Na wieszakach wisiały dziesiątki, ba, setki innych. 

Przeszczep  nerki  byłby  zapewne  bez  porównania  tańszy  i 

przyjemniejszy. 

Ponownie zerknął na swoje odbicie. 

- W porządku - powiedział płaskim, bezbarwnym głosem. - Biorę. 

Andre rozpromienił się. 

-  Znakomicie.  A  teraz  spodnie,  koszula  i  krawat.  Myślę,  że 

najlepsza byłaby koszula w kolorze szarym, a krawat... 

W tym momencie zadzwonił telefon. Andre westchnął. 

- To pewnie Jules dzwoni, żeby spytać, dlaczego tak długo nie ma 

mnie w domu. Przepraszam, muszę odebrać. Ale za momencik wrócę 

do pana i dobierzemy resztę. - Odbiegł w podskokach. 

- Nie śpiesz się - mruknął pod nosem Tripp. 

- Wiesz, mógłbyś się wiele od niego nauczyć - powiedziała cicho 

Amber. 

-  Tak?  -  Tripp  spojrzał  w  stronę  kasy,  przy  której  Andre 

rozmawiał przez telefon. - Na przykład czego? 

- Uniżoności. Podlizywania się. 

Wzdrygnął się. 

- Nie zaszkodziłoby również, gdybyś się uśmiechał. 

- Uśmiecham się. 

- Nie zauważyłam. Kiedy? 

background image

Wyszczerzył zęby. Amber pokręciła głową. 

-  Takie  wymuszone  się  nie  liczą.  Kiedy  ostatni  raz uśmiechnąłeś 

się szczerze? 

Zmarszczył  z  namysłem  czoło.  I  skrzywił  się  -  szczerze, 

niewymuszenie.  Amber  posłała  mu  triumfujące  spojrzenie,  jakby 

chciała powiedzieć: No widzisz? 

-  Mam  kilka  wskazówek,  które  mogą  ci  pomóc  w  uzyskaniu 

upragnionego  stanowiska.  Ale  na  razie  zmieńmy  temat.  Andre  jest 

wspaniały, nieprawdaż? 

- Prawdaż. 

-  No  proszę,  co  za  szalony  entuzjazm.  -  Zmierzyła  go  chłodnym 

wzrokiem. - O co ci chodzi? 

-  Pomijając  fakt,  że  nie  mam  ani  czasu  na  strojenie  się,  ani 

cierpliwości, ani pieniędzy na tak drogie stroje, to absolutnie o nic mi 

nie chodzi. 

Zdjął  marynarkę,  po  czym  obrócił  się,  szukając  miejsca,  żeby  ją 

powiesić. 

-  Obliczałem,  ile  dzieci  Miguel  Rodrigez  zdołałby  wykarmić  za 

sumę, którą wydam na czarny garnitur. 

Wzięła od niego marynarkę i przewiesiła sobie przez ramię. 

- Jeżeli ten czarny garnitur pomoże ci zdobyć pracę, zyska na tym 

wiele takich rodzin jak Rodrigezowie. 

Nie  wiedział,  co  odpowiedzieć,  bo  Amber  ma  słuszność.  Ma  też 

piękne oczy, cudowny uśmiech i zgrabną figurę. Skarcił się w duchu, 

że wciąż się na nią gapi. 

background image

W  przeciwieństwie  do  wielkich  domów  towarowych,  sklep,  w 

którym  się  znajdowali,  był  ekskluzywny  i  stosunkowo  nieduży; 

bardziej 

przypominał 

sklepy 

europejskie  niż 

amerykańskie. 

Strategicznie  rozmieszczone  żarówki  osłonięte  matowymi  kloszami 

rzucały ciepłe światło, które nadawało skórze Amber złocisty odcień.  

Tripp  nigdy  nie  przywiązywał  nadmiernej  wagi  do  ubrań.  Jego 

zdaniem  nie  strój  świadczył  o  człowieku.  Ale  może  się  mylił.  Bo  na 

widok  Amber  ubranej  w  markowe  spodnie,  jedwabną  bluzkę  i  nie 

rzucające  się  w  oczy  buty  z  delikatnej  skóry  Andre  aż  zapiał  z 

zachwytu. 

- Znów się naburmuszyłeś, Calhoun. 

- Zawsze musisz mieć ostatnie słowo? 

- Tylko wtedy, gdy mam rację. 

- A zdarza ci się nie mieć? 

- Nie przypominam sobie. - Oczy lśniły jej wesoło. 

- Dobrze, że woda sodowa nie uderzyła ci do głowy. 

Błysnęła zębami w uśmiechu. 

-  Każdy  ma  wady  i  zalety.  Ty  znasz  się  na  medycynie,  ja  na 

ludziach... Całe szczęście, że Andre zgodził się zostać po godzinach. 

- Mówiłem ci. Niespodziewana sytuacja zatrzymała mnie dłużej w 

szpitalu.  Potem  gnałem  na  złamanie  karku,  żebyś  za  długo  nie 

czekała. 

- Ta kręta droga i ostre wiraże nie sprzyjają rozwijaniu szybkości. 

- Zależy, jak się prowadzi. 

- A ty lubisz szybko, ostro, zdecydowanie? 

background image

Nie  umiał  odgadnąć,  czy  go  podpuszcza,  czy  z  nim  flirtuje.  W 

każdym razie podobało mu się, że wychwytuje różne drobne niuanse i 

aluzje. Język miała cięty, umysł żywotny. Czuł, że powinien mieć się 

na  baczności.  Coś  się  między  nimi  działo,  coś,  w  czym  chętnie 

uczestniczył... Nagle spiął się. Nic się nie działo. Amber wyświadcza 

mu koleżeńską przysługę, to wszystko.  

Wiedział, że się oszukuje. Podczas godzinnej jazdy do Fort Bragg 

cały czas o niej myślał. 

- Dziękuję - rzekł cicho. 

Uniosła pytająco brwi. Na widok zdumienia malującego się na jej 

twarzy  wykonał  coś,  czym  niemal  zaskoczył  sam  siebie.  Uśmiechnął 

się szeroko. Nie mogła oderwać spojrzenia od jego ust.  

Postanowił z niej zażartować. 

- No co? Kazałaś mi się uśmiechać. 

- Istotnie - przyznała. 

Poczuła  na  plecach  delikatne  mrowie.  Zaczęło  się  przesuwać, 

rozprzestrzeniać  na  wszystkie  strony;  po  chwili  malutkie  igiełki 

łaskotały  ją  w  dłonie  i  stopy.  Kolana  miała  jak  z  waty.  Czyżby  się 

zakochała? Tylko tego brakowało! 

Przypomniała  sobie  swój  niepokój,  kiedy  o  piątej  po  południu 

czekała  na  Trippa,  a  on  się  spóźniał.  Z  każdą  mijającą  minutą  jej 

niepokój  narastał.  Pięć  minut  spóźnienia  jeszcze  jakoś  zniosła, 

dziesięć też, piętnaście już gorzej. Po upływie godziny była kłębkiem 

nerwów.  

background image

Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Tripp stanowił dla niej zagadkę, 

wyzwanie, ale nie tylko. Był czymś więcej. Naprawdę się jej podobał. 

Mało  tego:  chciała, by  on  też  ją  polubił. Była  przerażona  sama  sobą. 

Zachowywała  się  jak  głupi,  niedojrzały  podlotek.  Nigdy  dotąd  na 

nikim  jej  tak  nie  zależało.  Dlaczego  akurat  Tripp  wzbudzał  w  niej 

takie emocje? Może dlatego, że wydawał się nieczuły na jej wdzięki? 

Zazdrościła  mu.  Też  by  wolała  patrzeć  na  niego  obojętnie. 

Niestety,  za  każdym  razem,  gdy  podchodził  bliżej,  serce  biło  jej 

szybciej,  oddech  miała  urywany,  w  głowie  się  jej  kręciło,  myśli 

stawały  się  mętne,  rozmyte  jak  obrazy  we  śnie.  Był  człowiekiem 

wymagającym,  skomplikowanym,  trudnym  we  współżyciu,  ale  to  się 

nie  liczyło.  Liczyło  się  to,  że  miał  wielkie  serce,  że  kochał  ludzi. 

Wciąż pamiętała jego niski, ciepły głos, kiedy rozmawiał z małym P.J. 

Takim  samym  ciepłym  głosem  podziękował  jej  przed  chwilą.  A 

właśnie... 

- Za co? - spytała. 

Popatrzył na nią, nie kojarząc, o co pyta. 

- Słucham? 

- Podziękowałeś mi. Za co? 

-  Za  to,  że  nie  robiłaś  mi  wyrzutów,  kiedy  przyjechałem 

spóźniony  o  godzinę.  Że  kiwałaś  grzecznie  głową,  kiedy  Andre  przy 

każdej  kolejnej  marynarce  wykrzykiwał,  że  jest  o  niebo  lepsza  od 

poprzedniej. Że włożyłaś tyle pracy i wysiłku, aby dowiedzieć się jak 

najwięcej  o  Montgomerym  Perkinsie.  Jesteś  niezwykle  uczynna, 

dokładna i sumienna. 

background image

Tak, Tripp ma wielkie serce. Och, czasem bywa naburmuszony i 

nieznośny,  ale  na  te  drobne  wady  można  przymknąć  oczy.  Czyżby... 

aż bała się dopuścić tę myśl do swojej świadomości... czyżby wreszcie 

poznała  mężczyznę,  którego  gotowa  byłaby 

zaakceptować? 

Mężczyznę,  dla  którego  liczy  się  nie  tylko  zewnętrzna  powłoka,  ale 

również to, co się pod nią kryje? Chcąc się upewnić, czy przypadkiem 

wyobraźnia nie płata jej figla, podeszła bliżej. 

- Co robisz? - spytał. 

Uderzyła  go  w  nozdrza  woń  jej  perfum.  Egzotyczny  aromat 

sprawił, że świat zawirował mu przed oczami. A może nie  zapach to 

sprawił, lecz uśmiech Amber, jasny i promienny. 

- Kim jesteś? - spytała. - Co zrobiłeś z Trippem? 

Poczuł dreszczyk emocji. Cholera, niedobrze, pomyślał. Pamiętaj, 

że to tylko przysługa, powtarzał w duchu. 

-  Bez  przesady.  Czytałem  gdzieś,  że  dopiero  dwanaście  plusów 

równoważy jeden minus. Przede mną długa droga. 

Uśmiech na twarzy Amber jeszcze bardziej pojaśniał. 

-  Próbujesz  być  miły,  żeby  wynagrodzić  mi  swoje  wcześniejsze 

zachowanie? 

- A nie powinienem? 

Zastanawiał  się,  dlaczego  Amber  tak  go  fascynuje.  Wzajemne 

przyciąganie  było  wyraźnie  wyczuwalne,  powietrze  naelektryzowane 

jak podczas burzy...  

background image

Tripp  postąpił  krok do  przodu.  Amber  wpatrywała  się  w  niego  z 

nadzieją w oczach. Miał ochotę zgarnąć ją w ramiona i pocałować. Tu 

i teraz. Och, jak bardzo go korciło! Powoli schylał głowę... 

- No już - dobiegł ich wysoki głos. - Kazałem Jules uzbroić się w 

cierpliwość. 

Odskoczyli  od  siebie,  po  czym  z  zainteresowaniem  zaczęli 

oglądać coś na wieszakach, on z prawej strony, ona z lewej. 

-  Człowiek  ciągle  musi  się  tłumaczyć,  o  której  wróci  do  domu  - 

ciągnął Andre. - No dobrze, a teraz spodnie. Te są idealne. Dla takich 

spodni  mógłbym  popełnić  morderstwo!  I  ten  krawat.  Czyż  nie  jest 

boski? 

Tripp  odchrząknął,  usiłując  wrócić  do  rzeczywistości.  Myślami 

wciąż  był  przy  pocałunku,  do  którego  prawie  doszło.  Zerknął  na 

Amber,  nagle  jednak  zdumiony  skierował  wzrok  na  Andre,  który 

wyciągnął z kieszeni miarkę i opadł przed nim na kolana. 

- Co pan robi? 

- Muszę zmierzyć długość nogawki po wewnętrznej stronie. 

Tripp zamarł bez ruchu. 

- Bardzo ładnie! - ucieszył się Andre. - Niech się pan nie rusza. 

Bardzo ładnie? Ja ci dam bardzo ładnie! - pomyślał Tripp i cofnął 

się tak gwałtownie, że biedny Andre omal sobie zębów nie wybił.  W 

ostatniej chwili wysunął rękę, żeby nie upaść na twarz. 

Dzwonek  nad  drzwiami  zabrzęczał;  mimo  wiszącej  w  oknie 

tabliczki  z  napisem  „Zamknięte"  do  sklepu  wszedł  kolejny  klient. 

background image

Andre  popatrzył  pytająco  na  Trippa;  nie  dostrzegłszy  w  jego  oczach 

sprzeciwu, tanecznym krokiem ruszył do drzwi. 

- Dlaczego to zrobiłeś? - spytała Amber. 

Tripp zazgrzytał zębami. 

- Od lat nie urosłem ani centymetra. Nie życzę sobie, aby ktoś mi 

mierzył długość nogawek. 

Niezadowolona mina Amber nie uszła jego uwadze. Nie wiedział, 

co  ją  tak  zirytowało,  ale  nie  zamierzał  dociekać.  Miał  ważniejsze 

sprawy na głowie. 

-  Zwłaszcza  ktoś,  kto  mówi  z  afektacją,  gestykuluje  i  mieszka  z 

człowiekiem o imieniu Jules, tak? - spytała Amber.  

Zabrała  mu  miarkę,  którą  odruchowo  musiał  wyrwać  Andre  z 

ręki, i zanim zdążył otworzyć usta, dodała: 

- Dla twojej informacji, Jules to zdrobnienie. 

- Od czego? 

- Od Juliann. 

- Juliann to imię żeńskie. 

- No właśnie. Nie głupio ci? Sam wiesz najlepiej, że nie powinno 

się ludzi oceniać po wyglądzie. 

Nagle  zorientował  się,  że  Amber  klęka  przed  nim,  tak  jak  przed 

chwilą uczynił to Andre. 

- Co ty wyrabiasz? - zdumiał się. 

- Ktoś musi ci zmierzyć długość nogawki. 

Chwycił ją za rękę, gdy znalazła się tuż przy jego kroczu. 

background image

- Po pierwsze, nikogo nie oceniam po wyglądzie. A po drugie, ty 

też mi nic nie będziesz mierzyć. 

- Nie? 

Wciąż tkwiła na kolanach. Twarz miała na wysokości jego bioder. 

Musiałaby  być  ślepa,  by  nie  dostrzec  lekkiego  wybrzuszenia  na 

wprost  oczu.  Jak  przystało  na  dobrze  wychowaną  młodą  damę  z 

wyższych  sfer,  odwróciła  wzrok.  Ale  w  przeciwieństwie  do  dobrze 

wychowanej  damy  z  wyższych  sfer,  która  powinna  oblać  się 

rumieńcem, ona rozciągnęła usta w uśmiechu. Tripp poczuł się jeszcze 

bardziej speszony. 

- Jak nie, to nie. Bez łaski. 

Poderwała  się  na  nogi.  Sprawiała  wrażenie  szczęśliwej.  Była 

piękna,  radosna,  zmysłowa.  Psiakrew,  znał  wiele  atrakcyjnych, 

ponętnych kobiet, lecz na ich widok nie przestawał przecież logicznie 

myśleć. W obecności Amber zaś krew uderzała mu do głowy i nie był 

w  stanie  przypomnieć  sobie,  dlaczego  nie  powinien  ulegać  jej 

wdziękom.  Ale  przypomni  sobie;  niech  no  tylko  serce  przestanie  mu 

tak walić. 

- Odpręż się, Tripp. 

Łatwo jej mówić, pomyślał. 

- Dlaczego uważasz, że nie jestem odprężony? 

Wskazała zegarek, który  zdjął z nadgarstka i miętosił w dłoni. A 

przecież równie dobrze mogła wskazać gdzie indziej. Doceniał jej takt 

i delikatność. 

- Trzymaj. - Podała mu miarkę. - Może tobie się uda? 

background image

Cisnął miarkę na stojące obok krzesło. 

- Po prostu bądź tak miła i pomóż mi znaleźć odpowiednie portki. 

Uśmiechnęła się zalotnie. 

- Jak sobie życzysz, doktorku. Jak sobie życzysz. 

Widział,  że  trzęsie  się  ze  śmiechu.  Rozumiał,  co  ją  bawi.  Nie 

rozumiał  jednak,  dlaczego  sam  nie  odczuwa  złości.  Chciał  coś 

powiedzieć,  jakoś  zareagować,  ale  nim  się  obejrzał,  podeszła  do 

wieszaka na środku sklepu i zaczęła oglądać spodnie. Cóż miał robić? 

Ruszył za nią. 

Otworzył  drzwi.  Już  miał  zamiar  wrzucić  zakupy  na  tylne 

siedzenie w samochodzie, gdy Amber chwyciła go za rękę. Delikatnie 

wyjęła mu z dłoni plastikowy pokrowiec, z którego wystawał wieszak; 

pochyliwszy  się,  zawiesiła  garnitur  na  specjalnym  haczyku 

umocowanym nad drzwiami. 

- Co teraz? - spytała, prostując się. 

- Muszę wracać do Ukiah. 

- Tak szybko? 

Zatrzasnęła  drzwi,  po  czym  wygładziła  ręką  niewidzialne 

zmarszczki  na  spodniach.  Każdy  jej  ruch,  każdy  gest,  był  kobiecy  i 

niezwykle zmysłowy. 

Tripp wziął głęboki oddech. 

- Czujesz? - Na moment przymknęła oczy. -  Kiedy  wieje  wiatr z 

południa, w powietrzu unosi się zapach kwiatów i krzewów rosnących 

w ogrodzie botanicznym na obrzeżach miasta. 

background image

Tripp  znał  sporo  miejscowości  w  północno-centralnej  części 

Kalifornii,  ale  głównie  tych  położonych  w  głębi  lądu.  Z  miast 

usytuowanych  nad  brzegiem  oceanu  znał  właściwie  dwa:  Los 

Angeles,  w  którym  mieszkał,  dopóki  nie  skończył  piętnastu  lat,  oraz 

San Francisco, gdzie przez siedem lat studiował. W Fort Bragg był po 

raz pierwszy w życiu. 

Głos Amber wyrwał go z zadumy. 

- Tripp? 

- Słucham? 

- Więc jak, jesteś głodny? 

Zorientował  się,  że  podczas  gdy  ona  do  niego  mówiła,  on 

myślami  był  gdzie  indziej.  Psiakość,  nieładnie.  Zły  na  siebie, 

potrząsnął głową; odczytała to jako skinienie. 

- To pójdziemy coś zjeść? 

- Tutaj? 

- Wszystko jedno. 

Ponownie potrząsnął głową. 

- Przepraszam, ale naprawdę muszę wracać. 

- Trudno. 

-  Zanim  jednak  się  rozstaniemy,  chciałbym  coś  powiedzieć.  O 

tym, do czego prawie doszło między nami w sklepie... 

-  A  do  czego  prawie  doszło?  -  spytała  z  figlarnym  błyskiem  w 

oku. 

- Niewiele brakowało, a bym cię pocałował. I dobrze o tym wiesz. 

- Faktycznie. 

background image

Nieopodal  rozległ  się  pisk  hamulców.  Tripp  odruchowo  chwycił 

Amber za łokieć i pociągnął na chodnik. 

-  Słuchaj,  naprawdę  doceniam  twoją  pomoc.  Ale...  nie  zrozum 

mnie  źle...  po  prostu  chciałbym,  żeby  nie  było  między  nami 

niedomówień. 

- Musisz wyrażać się trochę jaśniej. 

-  Wiem. Chodzi mi o to, że pochodzimy  z różnych środowisk. Z 

dwóch  różnych  światów.  Kiedyś  przed  laty  nasze  drogi  się 

przypadkowo  zeszły.  Zeszły,  a  potem  znów  rozeszły.  Nie  jestem 

znawcą  kobiet,  ale  wydaje  mi  się,  że  znacznie  większą  wagę 

przywiązujecie do pocałunków czy miłych gestów niż mężczyźni. Nie 

chciałbym  widzieć  smutku  w  twoich  oczach,  a  już  na  pewno  nie 

chciałbym, żebyś była przeze mnie smutna. 

Wiatr  targał  kosmykami  jego  włosów.  Korciło  ją,  by  wyciągnąć 

rękę i delikatnie odgarnąć mu je za uszy. Powstrzymała się. Podniosła 

wzrok i nagle przeszył ją dreszcz. Tripp patrzył na nią z pożądaniem, 

którego nie potrafił ukryć. Wiedziała, że czeka ją ciężka potyczka. Nie 

chciała jej przegrać, zanim jeszcze stanie do walki. 

-  Jestem  dużą  dziewczynką.  Umiem  o  siebie  dbać.  Ale  w 

porządku,  ostrzegłeś  mnie  i  resztą  się  nie  przejmuj.  Tym  bardziej  że 

przed weekendem czeka nas mnóstwo pracy. - Obejrzała się za siebie. 

-  Zaparkowałam  za  rogiem.  Odprowadź  mnie  do  samochodu,  a  ja  ci 

po  drodze  opowiem,  co  musimy  zrobić.  No,  nie  stój  tak.  Proszę  cię, 

szkoda czasu. 

Z walącym sercem ruszyła przed siebie. Po chwili ją dogonił. 

background image

- Boże, co za apodyktyczne stworzenie! 

Przygryzła wargę. 

- Przecież powiedziałam „proszę". 

- Tak. Ale to twoje „proszę" oznacza: rób, co mówię, bo inaczej... 

Uśmiechnęła  się  z  zadowoleniem.  Miała  powody  do  radości. 

Tripp się jej nie wystraszył; w dodatku rozumiał ją. I nie tylko czuł do 

niej pożądanie, ale również sympatię. 

-  No  dobra,  przyznaj  się  -  powiedziała,  przyglądając  mu  się  z 

ukosa. 

Odnosił wrażenie, że Amber doskonale nad wszystkim panuje. W 

przeciwieństwie  do  niego,  który  nawet  nie  miał  pojęcia,  o  czym  ona 

mówi.  Psiakość,  przecież  ani  na  moment  nie  odpłynął  nigdzie 

myślami, nie pogrążył się w marzeniach... 

- Do czego? - spytał w końcu. 

- Dlaczego się tak skrzywiłeś na widok tej biednej kobiety, którą 

przed chwilą minęliśmy. 

- Jakiej kobiety? 

-  Tej,  z  którą  o  mało  się  nie  zderzyłeś.  Biedaczka  pewnie  miała 

ciężki dzień, musiała zostać po godzinach w pracy i teraz śpieszy się 

do domu, żeby nakarmić głodne dzieci. 

- Żeby nakarmić koty. 

- Skąd wiesz? 

- Niosła wielkie pudło kociego jedzenia. Widzisz tę kobietę, która 

wysiada z samochodu? 

Tę rudą? 

background image

-  Tak.  Jest  na  skraju  załamania  nerwowego.  A  tę  grubą,  która 

przechodzi przez jezdnię? Bije od niej radość z faktu bycia kobietą. 

Idący  za  Amber  młodzieniec  o  mało  na  nią  nie  wpadł,  kiedy 

stanęła  jak  wryta.  Tripp  przeszedł  dalej  kilka  kroków,  po  czym 

obejrzał się za siebie. 

-  Czy  wszyscy  mężczyźni  są  tacy?  -  spytała.  -  Że  patrzą  na 

kobietę  i  na  podstawie  parosekundowej  obserwacji  wyciągają  jakieś 

bzdurne wnioski? 

- Wcale nie bzdurne. - Ściszył głos, bo zaintrygowani przechodnie 

zaczęli  im  się  przyglądać.  -  A  czy  wszyscy,  tego  nie  wiem.  Nie 

rozmawiamy o takich rzeczach. 

-  Ty  jednak uważasz,  że  wiele  potrafisz  wyczytać  ze  sposobu,  w 

jaki kobieta się porusza? 

Skinął głową, jakby to było coś oczywistego.  

W porządku, nadeszła chwila prawdy. Zaraz się dowie, jak Tripp 

ją  widzi.  Zadanie  pytania  wymaga  odwagi.  Ryzyko  jest  duże:  może 

ucierpieć jej duma, może pęknąć jej serce. Wzięła głęboki oddech. 

- A co o mnie możesz powiedzieć? 

Skrzyżował ręce na piersi. 

-  Jesteś  przyzwyczajona  do  męskich  spojrzeń  i  zwykle  osiągasz 

to, co sobie postanowisz. 

- Odkryłeś to, patrząc na mnie od przodu czy od tyłu? 

- Zdecydowanie od tyłu. 

- A od przodu? 

background image

-  To  bardziej  skomplikowane.  Jesteś  piękna  i  masz  tego 

świadomość.  Promieniejesz  wewnętrznym  blaskiem.  Masz  namiętne 

usta  i  inteligentne  spojrzenie.  Twoje  oczy...  raz  są  wesołe,  figlarne, 

kiedy indziej chmurna i zimne. 

Ruszył  przed  siebie.  Chwilę  później  Amber  go  dogoniła. 

Kilkanaście  metrów  dalej  zwolniła  przy  lśniącym  czerwonym 

samochodzie. 

-  To  ten  -  rzekła,  wskazując  małe  sportowe  auto.  -  Zadzwonię 

jutro do ciebie. 

- Poczekaj, jeszcze nie skończyliśmy. 

Obejrzała się przez ramię. 

-  Powiedz,  Tripp,  czy  twoja  narzeczona  odznaczała  się  dużą 

cierpliwością? 

Zmrużył  gniewnie  oczy.  Na  Amber  nie  zrobiło  to  najmniejszego 

wrażenia. Obok przejechał zielony samochód. Za kierownicą siedziała 

kobieta, która przed chwilą szła z pudłem kociego jedzenia. Napis na 

zderzaku głosił: „Psy mają właścicieli, koty - służących". 

- Swoją drogą, jak ona się nazywa? 

- Olivia. I jest byłą narzeczoną. 

Amber sięgnęła do przepastnej torby przewieszonej przez ramię i 

wydobyła notes. 

- A nazwisko? 

- Babcock. 

Podniosła gwałtownie głowę. 

background image

-  Olivia  Babcock,  córka  Jamisona  Babcocka,  który  zbił  majątek 

na  komputerach  i  znaczną  część  tych  pieniędzy  postanowił 

przeznaczyć na badania nad rakiem? 

- Znasz ich? 

Nie  znała,  ale  wiele  o  nich  słyszała.  Olivia  dorastała  gdzieś  pod 

Los  Angeles.  Była  ze  dwa,  trzy  lata  od  niej  starsza  i  niemal  od 

urodzenia  gościła  w  kronikach  towarzyskich  pism.  Ze  zdjęć  w 

gazetach  zawsze  uśmiechała  się  piękna,  świadoma  swej  wartości, 

elegancka  młoda  kobieta.  I  to  właśnie  ona  była  narzeczoną  Trippa? 

Ciekawe, czy ją kochał? Chyba musiał. A może wciąż kocha? 

- Tęsknisz za nią? 

Nie  odpowiedział.  Czuł  się  tak,  jakby  siedział  na  fotelu 

dentystycznym i poddawał się ekstrakcji zęba. 

- Widujesz ją czasem? 

-  Sądziłem,  że  spotkam  ją  w  ten  weekend.  Na  szczęście  się 

myliłem. Olivia ze swoim nowym narzeczonym zostali zaproszeni do 

Perkinsów na dzisiejszy  wieczór.  W  sobotę nie będzie ich na kolacji. 

Chwała Bogu. - Nie krył radości. 

-  Mam pytanie.  -  Amber  zmarszczyła  czoło.  -  Czy  nie  wydaje  ci 

się dziwne, że twoja była jest narzeczoną Dereka Spencera? Twojego 

kontrkandydata? 

Skinął głową. Z jego oczu nie była w stanie nic wyczytać. 

-  Nie  wiem,  jak ci  to powiedzieć,  doktorku,  ale  jeśli  Spencer  ma 

poparcie  samego  Babcocka,  może  się  okazać,  że  twoja  ogromna 

wiedza medyczna i nowy garnitur nie wystarczą. 

background image

- Twoje nazwisko, Amber, też ma siłę przebicia. 

Wiedziała, że trzeba coś wymyślić. Jej umysł zaczął pracować na 

przyśpieszonych obrotach. 

- Powiedz mi coś o tej kolacji. 

- Spotykamy się o siódmej na drinka. Kolacja jest o ósmej. 

- Gdzie? 

- Słyszałaś o Alessandro's? 

Czy  słyszała?  Każdy,  kto  miał  nazwisko, pieniądze  lub  liczył  się 

w  środowisku,  musiał  choć  raz  w  życiu  być  w  tej  luksusowej 

francuskiej  restauracji,  która  na  całym  świecie  cieszyła  się  ogromną 

sławą. 

- Kto wybrał lokal? 

- Jeden ze współpracowników Perkinsa ma w niej udziały. 

Amber zaczęła zapisywać informacje w notesie. 

- Bądź u mnie w czwartek o ósmej - oznajmiła wreszcie. 

- Po co? 

-  Zapraszam  cię  na  kolację.  Albo  nie,  lepiej  spotkajmy  się  w 

Hacienda de Alegria. Poproszę Inez o pomoc. 

- W czym? 

-  Zobaczysz.  Musimy  wszystko  przećwiczyć.  W  sobotę  każdy 

szczegół  twojego  wyglądu  i  zachowania  będzie  wzięty  pod  uwagę. 

Wierz  mi,  ocenie  będzie  podlegał  nie  tylko  twój  strój,  ale  również 

nasze maniery przy stole. 

Zacisnął  dłonie  w  pięści.  Nasze?  Natychmiast  stanął  mu  przed 

oczami  szpital  i  pielęgniarki,  które  zaglądają  do  pacjentów,  pytając: 

background image

„Jak się dziś czujemy?" Nie „pan", „pani" ani nawet „ty", lecz właśnie 

„my".  Mówiąc  o  „ich"  manierach,  Amber  oczywiście  miała na  myśli 

jego,  Trippa,  zachowanie  przy  stole.  Czy  ona  naprawdę  sądzi,  że  on 

nie  potrafi  jeść  zupy  bez  siorbania?  Zresztą  nawet  gdyby  siorbał,  to 

co?  Jedynym  kryterium  przyjęcia  do  pracy  w  szpitalu  powinno  być 

doświadczenie i wiedza medyczna. 

Był tak oszołomiony urodą Amber, jej uśmiechem pogodą ducha, 

że  całkiem  zapomniał  o  tym,  z  kim  ma  o  czynienia:  z  bogatą, 

rozpieszczoną  dziedziczką.  Od  takich  kobiet,  jak  wiedział  z 

doświadczenia,  najlepiej  trzymać  się  daleko.  Tyle  że  potrzebował  jej 

pomocy. To go najbardziej złościło. 

-  A  zatem  do  czwartku  -  rzekł,  zdumiony,  że  potrafi  zachować 

spokój. - Postaram się być punktualnie. 

Odwrócił się na pięcie i odszedł. 

Patrzyła  za  nim  zaskoczona.  Widziała,  że  jest  wściekły.  Ale  nie 

rozumiała dlaczego. Pewnie coś nieopatrznie powiedziała, ale co? Czy 

powodem  zdenerwowania  była  eks-narzeczona,  kontrkandydat  czy 

może  ona  sama?  Gdyby  chwilę  dłużej  został,  może  zdołałaby 

odgadnąć prawdę. Ale Tripp nie dał jej okazji. 

Dziwny  to  człowiek.  Honorowy  i  uparty.  Szczery,  niecierpliwy, 

skomplikowany. Trochę zakompleksiony, na pewno ambitny. Darzy ją 

sympatią,  lecz  wolałby  czuć  do  niej  niechęć.  W  rozmowie  z  nią,  w 

przeciwieństwie  do  większości  mężczyzn,  nie  przytakuje  potulnie; 

broni  własnych  racji.  Nie  bardzo  wiedziała, co  w  nim  siedzi i  co  mu 

daje bodziec do działania.  

background image

Twardziel o wielkim sercu. Ojciec zawsze jej mówił, że tylko ktoś 

taki może ją uszczęśliwić: mężczyzna silny, a jednocześnie wrażliwy i 

wielkoduszny. I proszę, właśnie kogoś takiego poznała, a on odszedł, 

zostawiając ją samą na środku ulicy. 

 

- Ile czasu ty i Olivia byliście zaręczeni? 

- Niezbyt długo. 

Przyglądała  mu  się  nad  migoczącymi  płomykami,  czekając,  aby 

kontynuował. Tripp jednak zmienił temat. 

-  Jeśli  w  sobotę  w  tej  pięciogwiazdkowej  restauracji  będzie  tak 

ciemno jak tu, może powinniśmy zabrać kilka latarek, żeby poświecić 

sobie w talerze. 

Gdyby  nic  o  nim  nie  wiedziała,  gdyby  poznała  go  dopiero  dziś, 

miałaby  ochotę  wylać  mu  na  głowę  szklankę  zimnej  wody.  Co  za 

arogant! Co za dureń! Zresztą i tak miała ochotę. Odłożywszy widelec 

na  talerzyk,  podniosła  z  kolan  serwetkę,  odsunęła  od  stołu  krzesło  i 

wstała.  Następnie  przeszła  do  ściany  i  przekręciła  gałkę,  zwiększając 

intensywność oświetlenia. 

- Lepiej? 

Zjawił się  w domu jej rodziców punktualnie o ósmej.  Inez, która 

wszystko  starannie  przygotowała,  przystawki,  sałatki,  dania  główne, 

otworzyła  mu  drzwi,  po  czym  udała  się  do  siebie  -  mieszkała  w 

oddzielnym  domku,  paręset  metrów  dalej.  Ojciec  Amber  przebywał 

służbowo w Waszyngtonie, matka wraz z dwójką najmłodszych dzieci 

background image

oglądała  film  w  sali  kinowej.  Tripp  z  Amber  mieli  całe  skrzydło  do 

własnej dyspozycji. 

- No i jak ci się podoba? - zapytała Amber z dumą. 

Tripp powiódł wzrokiem po stole. 

-  Chryste!  Ile  sztućców  i  talerzy  może  człowiek  zużyć  podczas 

zwykłej kolacji? 

Najwyraźniej kilka godzin snu nie poprawiło mu humoru. Amber 

wróciła na miejsce, odsunęła krzesło i usiadła. 

- Jak widzisz, potrafię sama odsunąć i przysunąć sobie krzesło, ale 

lepiej  będzie,  jeśli  w  sobotę  ty  to  zrobisz.  A  teraz  uzgodnijmy  nasze 

wersję. 

- Nasze wersje? - zdziwił się. 

- Tak. Gdzie się poznaliśmy, od jak dawna jesteśmy razem i tym 

podobne rzeczy. 

- Żeby nas nikt nie przyłapał na kłamstwie? 

Przyjrzała mu się ponad blaskiem świec. 

-  Starajmy  się  trzymać  prawdy  -  rzekła.  -  Poznaliśmy  się  w 

dzieciństwie. Niedawno, po latach niewidzenia się, spotkaliśmy się na 

ranczu  moich  rodziców.  Pamiętaj,  powołujmy  się  na  tatę  możliwie 

najczęściej. Poza tym, żeby  wypaść przekonująco, od czasu do czasu 

patrzmy  sobie  czule  w  oczy.  Wiem,  że  to  trudne,  ale  wykonalne  - 

dodała,  tłumiąc  rozbawienie.  -  Wystarczy  poćwiczyć.  Aha,  jeszcze 

jedno... 

Zastygł bez ruchu, po czym wolno opuścił widelec z powrotem na 

stół. 

background image

- Co takiego? 

Nie wiedziała, jak to powiedzieć delikatnie, żeby go nie urazić. 

-  W  nowym  garniturze  będziesz  wyglądał  wspaniale.  Ale  jeśli 

chcesz wzbudzić szacunek, powinieneś obciąć włosy. 

Dzisiejszego  wieczoru  nie  związał  ich  w  kucyk;  zostawił  je 

rozpuszczone,  odgarnięte  za  uszy.  Były  lśniące,  proste  i  sięgały  mu 

prawie  do  ramion.  Wyglądał  jak  ktoś  z  innej  epoki.  Mógłby  być 

piratem, rycerzem, konkwistadorem. 

- Nie. 

Uniosła brwi. 

- Co to znaczy „nie"? 

Oparł dłonie na stole. 

-  „Nie"  to  takie  słowo,  składające  się  z  trzech  liter.  Stanowi 

przeciwieństwo... 

-  Wiem,  co  znaczy  słowo  „nie".  Nie  wiem  natomiast,  dlaczego 

chcesz  się  ze  mną  kłócić.  To  tobie  zależy  na  stanowisku  w  Santa 

Rosie. Ja tylko próbuję ci pomóc. 

Podrapał się po brodzie. 

- Wbrew temu, co myślisz, mam swoją dumę. 

- Innymi słowy? 

- Nie chcę, żeby oceniano mnie wyłącznie po wyglądzie. 

Przyganiał  kocioł  garnkowi,  pomyślała  Amber.  Od  dziecka 

uważała, że owszem, aparycja się liczy, ale ważniejszy jest charakter. 

Nauczyła  się  tego  od  mamy,  która  ciągle  podkreślała,  że  istotne  jest 

to, co tkwi w człowieku. 

background image

Niestety,  Meredith  od  lat  nie  interesowała  się  córką,  nie 

próbowała  jej  zrozumieć,  zobaczyć,  na  kogo  wyrosła.  Amber  miała 

nadzieję,  że  kiedyś  spotka  mężczyznę,  który  dojrzy,  że  pod  piękną 

zewnętrzną  powłoką  kryje  się  mądra,  rozsądna  kobieta.  Wcale  nie 

była naiwną romantyczką ani bezduszną kokietką. Twardo stąpała po 

ziemi,  znała  swoje  wady  i  zalety.  Po  stronie  zalet  mogła  wymienić 

otwartość,  uczciwość,  inteligencję.  Jednakże  w  tym  wypadku 

inteligencja jakoś jej nie pomagała. 

Podjęła jeszcze jedną próbę. 

-  Garnitur  stanowi  swego  rodzaju  bilet  wstępu.  Reszta  zależy  od 

ciebie. 

- Chcesz powiedzieć, że czyny znaczą więcej od słów? 

Skinęła głową. Może wreszcie dojdą do porozumienia?  

Tripp  sięgnął  po  miseczkę  z  wodą  do  rąk,  podniósł  ją  do  ust  i  z 

głośnym siorbnięciem wypił łyk. 

W  jadalni  zapadła  grobowa  cisza.  Kiedy  indziej  Amber 

roześmiałaby się, może przyznałaby Trippowi rację. Ale dziś nie była 

w nastroju. Jego uporu i arogancji miała po dziurki w nosie. Kawałek 

bułki,  którą  trzymała  w  ręku,  uderzył  Trippa  w  czoło  i  spadł  do 

miseczki z wodą. 

Nie  wiadomo,  które  z  nich  było  bardziej  zaskoczone.  Tripp 

sprawiał  wrażenie,  jakby  nie  dowierzał  własnym  oczom.  Oderwała 

kolejny kawałek bułki. Chyba diabeł ją podkusił. 

- Na miłość boską, co ty wyprawiasz? 

background image

- A jak ci się zdaje? - Zamoczyła pieczywo w wodzie i utworzyła 

z niego kulkę. 

- Że zniżasz się do mojego poziomu. 

Mokra kulka trafiła go w środek brody. 

-  Mam  po  dziurki  w  nosie  twoich  ironicznych  komentarzy  i 

bezczelności. 

-  Mojej  bezczelności?  Czy  przypadkiem  coś  ci  się  nie  pomyliło? 

Uczysz mnie manier, żebyś nie musiała się mnie wstydzić... 

- Ja... Naprawdę tak to odebrałeś? 

-  Wiem,  który  widelec  do  czego  służy.  Już  Olivia  się  o  to 

postarała. 

-  Nie  przeszło  ci  do  głowy,  że  zaprosiłam  cię,  bo  sama  też  nie 

chcę  dać  plamy?  -  Miała  ochotę  potrząsnąć  nim  z  całej  siły.  -  I 

dlatego, że cię lubię? 

Zerknęła  na  resztę  bułki.  Nie  tracąc  czasu  na  kruszenie  i 

formowanie  kulek,  cisnęła  ją  w  Trippa.  Mocno  i  celnie,  tak  jak  ją 

nauczyli rzucać bracia. Byliby z niej dumni. 

Oboje  tkwili  nieruchomo,  mierząc  się  wzrokiem.  Lubi  go?  No 

proszę,  pomyślał.  Kto  by  się  spodziewał?  W  jej  zielonych  oczach 

dojrzał  ból.  Strząsnął  okruchy  z  koszuli,  po  czym  zebrał  z  kolan 

mokre  resztki.  Odsunąwszy  krzesło,  niespiesznym  gestem  sięgnął  po 

serwetkę.  Położył  ją  na  stole,  na  prawo  od  talerza  i  noży,  po  czym 

wolno dźwignął się na nogi. 

- Myślałem, że... - zaczął. - Nie powinienem był... Po prostu... 

background image

Podniosła rękę, prosząc, by nic nie mówił. Następnie z szafki pod 

ścianą wzięła salaterkę wypełnioną po brzegi brzoskwiniowym creme 

brulee.  Tripp  uważnie  śledził  jej  ruchy.  Chyba nie  zamierza... Chyba 

by nie... 

- Oboje wiemy - rzekł, spoglądając na dużą łyżkę, którą trzymała 

w  drugiej  ręce  -  że  byłoby  to  niewskazane,  a  także  poniżej  twojej 

godności, gdybyś zrobiła to, co podejrzewam, że chcesz zrobić. 

Gęsta  grudkowata  maź  wylądowała  teraz  nieco  wyżej  niż  bułka. 

Tripp  pochylił  się.  Po  chwili  zadziałało  prawo  ciążenia  i 

brzoskwiniowa breja skapnęła mu na czubek buta. 

-  W  porządku,  Amber.  Wygrałaś.  Nie  doceniłem  cię.  Nawet  nie 

wiesz, jak bardzo mi przykro  z tego  powodu. To się na pewno nigdy 

więcej nie powtórzy. 

Wsunęła palec do salaterki, po czym oblizała go. Trippa przeszył 

dreszcz. 

-  Nie  wierzę,  że  ci  przykro  -  powiedziała  głosem  przepojonym 

słodyczą. - Może mi więc wyjaśnisz, dlaczego próbujesz zamydlić mi 

oczy. 

Nie miał czasu cokolwiek wyjaśniać, bo musiał chronić się przed 

natarciem. Kolejna lepka kremowa kula minęła o centymetr jego ucho 

i z plaśnięciem uderzyła w podłogę.  

Przez kilka długich sekund Tripp wpatrywał się  groźnie  w swoją 

przeciwniczkę.  Nie  odrywając  od  niej  wzroku,  podniósł  ze  stołu 

serwetkę  i  delikatnie  przytknął  do  ciemnej  plamy  na  koszuli. 

background image

Następnie  podszedł  do  zastawionej  półmiskami  szafki  pod  ścianą  i 

nadział na widelec krewetkę. 

- Co robisz? - spytała Amber. 

Odciągnął go lekko, jakby to była proca. 

- Zauważ, że używam właściwego sztućca. I miej świadomość, że 

to ty zaczęłaś. 

Cieszył  się,  że  Amber  włączyła  mocniejsze  oświetlenie.  W 

półmroku nie widziałby jej oczu, które lśniły z podniecenia. 

-  To  samo  krzyknął  Custer  do  Indian  przed  bitwą  nad  Little  Big 

Horn - oznajmiła drwiącym tonem. - I wiesz, czym to się skończyło? 

Czy może mam ci przypomnieć? 

- Przypomnij! 

Krewetka  poszybowała  w  powietrzu.  Piszcząc  głośno,  Amber 

schyliła się. Nie zdążyła. Krewetka przykleiła się jej do włosów. 

-  Dobra,  Calhoun!  Sam  tego  chciałeś!  -  Cisnęła  łyżkę  na  stół  i 

obiema  rękami  chwyciła  salaterkę  z  creme  brulee.  -  Jak  wojna,  to 

wojna! 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Zerkając  na  miski  i  talerze,  rozważał  swoje  opcje.  Krewetki  i 

bułka  były  dobre  na  początek,  ale  nie  mogły  się  równać  z  zimną 

mokrą  breją,  która  przed  chwilą  wylądowała  na  jego  policzku. 

Oczywiście  najlepszy  jest  creme  brulee,  Amber  jednak  ma  do  niego 

znacznie  bliżej.  Liczył  na  to,  że  może  podstępem  zdoła  odciągnąć  ją 

od salaterki z brzoskwiniowym przysmakiem, ale niestety... 

background image

Zadziwiała go refleksem i przebiegłością. Mogłaby śmiało stanąć 

do  zawodów  z  chłopakami  z  jego  starej  dzielnicy  i  jeszcze  im  nieźle 

dokopać.  Ale  przecież,  zreflektował  się,  są  na  ranczu jej  rodziców  w 

Prosperino,  a  nie  na  ulicach  Los  Angeles.  Postąpił  krok  naprzód.  Tu 

Amber czuje się bezpieczna, tu nic jej nie grozi. 

Rozejrzał  się  wkoło,  sprawdzając,  czym  może  się  posłużyć. 

Została  miska  ryżu  z  owocami  morza,  kawa  oraz  dzbanuszek  ze 

śmietanką, pęk zielonych liści, które Amber określała mianem sałatki, 

a  on  chwastów,  oraz  mała  salaterka  z  roztopionym  masłem.  Jego 

wybór  padł  na  miskę  z  ryżem.  Zwinnym  ruchem  chwycił  ją  z  szafki 

pod ścianą.  

Wolnym  krokiem,  nie  spuszczając  z  siebie  oczu,  okrążali  stół. 

Amber  zdawała  się  nie  zauważać  krewetki,  która  wciąż  tkwiła  w  jej 

włosach.  Nie  zwracała  też  uwagi  na  czerwone  plamy  po  sosie,  które 

zdobiły  jej  beżową  jedwabną  bluzkę.  Stół,  krzesła  i  podłoga  były 

zawalone śmieciami. 

-  Pewnie  żałujesz,  że  puściłaś  Inez  do  domu?  -  spytał  Tripp, 

podchodząc  metr  bliżej.  -  Czy  może  bogaci  wzywają  po  przyjęciu 

specjalną ekipę sprzątaczy? 

Amber pokręciła głową. 

-  Oj,  Calhoun,  daj  sobie  wreszcie  spokój  z  tymi  bogatymi  i 

biednymi. Wyłażą z ciebie kompleksy. 

Powściągnął  uśmiech.  Ona  niczego  się  nie  boi.  Jest  mądra, 

pyskata i  wygadana.  I  taka  śliczna!  Zanurzył  rękę  w  misce,  po  czym 

szybko cisnął w Amber garść ryżowej papki. Trafiła w obojczyk, a po 

background image

chwili zaczęła się wolno zsuwać za dekolt. Tripp wstrzymał oddech i 

puścił  wodze  fantazji.  Wyobraził  sobie,  jak  pomaga  Amber  ściągnąć 

bluzkę.  Bluzka  ląduje  na  podłodze,  a  wtedy  on  wolno  odpina 

biustonosz.  Zsuwa  jedno  ramiączko,  drugie,  potem  pochyla  się  i 

zaczyna lizać jej ciało. Psiakość. Zrobiło mu się gorąco. 

Korzystając  z  jego  nieuwagi,  Amber  postanowiła  zaatakować. 

Chwycił  ją  za  nadgarstek,  kiedy  jej  ręka  była  dosłownie  kilka 

centymetrów  od  jego  twarzy.  Ich  oczy  się  spotkały.  Tripp  przysunął 

dłoń  Amber  do  swoich  ust.  Jęknęła  cicho;  w  jej  oczach  pojawił  się 

marzycielski  wyraz.  Pogładził  ją  po  ramieniu.  Skórę  miała  miękką, 

jedwabistą.  Skierował  wzrok  na  jej  usta;  w  tym  samym  momencie 

pojawił  się  na  nich  tajemniczy  uśmiech.  Odgadł,  o  co  jej  chodzi,  ale 

nie  zdążył  umknąć.  Sekundę  później  dolną  połowę  twarzy  miał 

umazaną brzoskwiniowym kremem. 

Roześmiawszy się wesoło, rzuciła się do ucieczki. Tym razem był 

szybszy: złapał ją za łokieć i przyciągnął do siebie. Drugą ręką zgarnął 

z  twarzy  część  kremowej  masy.  Dokładnie  wiedział,  co  chce  zrobić. 

Amber  też  nie  miała  wątpliwości.  Zaczęła  się  wyrywać.  Jej  śmiech 

wypełnił  pokój.  Tripp  wolno  przysuwał  do  jej  twarzy  umazaną 

kremem  rękę.  Wpatrywali  się  w  siebie  w  milczeniu.  Śmiech  ustał. 

Oddechy mieli coraz bardziej przyśpieszone.  

Na  moment  spuściła  powieki.  Potem  podniosła  wzrok  i  leciutko 

pocałowała Trippa w usta. Było to bardziej muśnięcie niż prawdziwy 

pocałunek.  Żadne  z  nich  nawet  nie  zamknęło  oczu.  Opadłszy  z 

powrotem na pięty, oblizała wargi. 

background image

- Hm, jaki pyszny deserek - zamruczała. 

Korciło go, aby porwać ją w ramiona i... 

-  Zapamiętaj,  o  czym  teraz  myślisz  -  szepnęła.  -  Jeśli  w  ten  sam 

sposób  będziesz  patrzył  na  mnie  w  sobotę,  nikt  nie  zakwestionuje 

naszego narzeczeństwa. 

- To znaczy... że to jest część naszych przygotowań? 

Wzruszyła ramionami. 

- A jak sądzisz? 

Strząsnął krem na obrus, po czym objął Amber w pasie. 

- Sądzę, że powinniśmy jeszcze poćwiczyć. 

Tym razem, kiedy ich usta się spotkały, oboje zamknęli oczy. Byli 

brudni,  ubrania  mieli  lepkie  i  poplamione,  ale  zupełnie  się  tym  nie 

przejmowali. Tripp całował się w życiu z wieloma kobietami, Amber 

z  wieloma  mężczyznami  -  raz  nawet  z  księciem.  Ale  żaden  z 

mężczyzn nie mógł równać się z  Trippem. To przy nim czuła się jak 

księżniczka. To jego wargi przeniosły ją w zaczarowany świat. 

Jak przez mgłę usłyszała dźwięk zbliżających się kroków, a potem 

głos Inez: 

- Ojej, przepraszam! 

Zignorowałaby służącą, gdyby jej kroki zaczęły się oddalać. Stało 

się  jednak  wprost  przeciwnie.  Rozrzucone  po  podłodze  jedzenie 

zachrzęściło  pod  jej  nogami.  I  nagle  rozległ  się  krzyk,  ni  to 

przerażenia,  ni  to  oburzenia.  Amber  z  Trippem  odskoczyli  od  siebie. 

Wydając  nieartykułowane  dźwięki,  Inez  wskazała  palcem  stół.  Nie 

była w stanie wydobyć z siebie słowa. 

background image

Tripp  stał  jak  skamieniały.  Amber  wiedziała,  że  musi  coś 

wymyślić.  Obróciwszy  się,  chwyciła  ze  stołu  dwie  lniane  serwetki. 

Jedną zatrzymała dla siebie, drugą podała jemu. 

-  Miałeś  rację.  -  Uśmiechnęła  się  słodko.  -  Ćwiczenie  czyni 

mistrza. - Wytarła ręce i twarz. - Myślę, że mamy wszystko dokładnie 

opracowane,  całą  choreografię,  począwszy  od  ustawienia  stóp,  a 

skończywszy  na  kącie  nachylenia  głowy.  Więcej  przed  sobotą  nie 

musimy  już  ćwiczyć.  Chociaż  szkoda  -  dodała.  -  Bo  ten  pocałunek 

całkiem mi się podobał. 

Tripp zmrużył oczy, zasznurował usta; na jego twarzy pojawił się 

znajomy  grymas  niezadowolenia.  Amber  przeniosła  spojrzenie  na 

Inez.  Jej  minę  też  łatwo  było  rozszyfrować.  Identyczną  widywała  w 

dzieciństwie, kiedy coś nabroiła. 

- Sądziłam, Inez, że już dawno poszłaś do siebie. 

- Poszłam, ale potem uznałam, że sprawdzę, czy nie rozpętaliście 

trzeciej wojny światowej. - Z rękami wspartymi na biodrach, groźnym 

wzrokiem powiodła po umazanej parze. - Wygląda na to, że się trochę 

spóźniłam.  -  Pokręciwszy  głową,  poczłapała  do  kuchni;  chwilę 

później  wróciła  z  koszem  na  śmieci.  -  No?  Co  macie  na  swoje 

usprawiedliwienie? 

Tripp  w  dalszym  ciągu  się  nie  odzywał.  Amber  rzuciła  na  stół 

lnianą serwetkę. 

-  Po  prostu  chcieliśmy  do  końca  wyjaśnić  parę  spraw.  Ale  nie 

denerwuj  się,  wszystko  posprzątam.  -  Popatrzyła  na  Trippa.  -  Tylko 

najpierw odprowadzę go do drzwi. 

background image

Tripp  zerknął  na  gospodynię.  Nie  uśmiechała  się,  ale  już  nie 

sprawiała  wrażenia  zagniewanej.  Dawniej  musiałby  mieć  ostatnie 

słowo;  uważałby,  że  tylko  w  ten  sposób  zdoła  zachować  twarz.  Ale 

życie  nauczyło  go,  że  czasem  lepiej  nie  zabierać  głosu.  Posłusznie 

skierował się do wyjścia. Tym bardziej że Amber czekała w holu. 

-  Pewnie  jesteś  głodny  -  powiedziała,  przytrzymując  drzwi.  - 

Nawet nie doszliśmy do głównego dania. 

Potarł  ręką  brodę.  Do  głównego  dania?  Akurat!  Gdyby  Inez  im 

nie  przeszkodziła,  byliby  teraz  w  trakcie  rozkoszy  cielesnych!  Swoją 

drogą,  dlaczego  pocałunek  tylko  „całkiem"  się  Amber  podobał?  To 

znaczy, że mógł być lepszy? Czuł, jak ogarnia go złość. 

- Amber... 

- Wiem, wiem. - Skrzywiła się. - W Alessandro's nie powinniśmy 

się tak zachowywać. 

Przyglądał się jej z niedowierzaniem. 

- Tylko tyle masz mi do powiedzenia? 

Podniosła rękę i strzepnęła mu okruch z włosów. 

-  Nie  przejmuj  się  bałaganem,  sama  posprzątam.  W  końcu  byłeś 

moim gościem. Jeśli zaś chodzi o sobotę, umówmy się, że wpadniesz 

po mnie do domu mojej przyjaciółki w Cloverdale. Cierpię na chorobę 

lokomocyjną,  więc  wolę  rozłożyć  podróż  na  raty.  Z  domu  Claire  do 

Santa Rosy jedzie się pół godziny. Prześlę ci faksem instrukcje. 

Nie  spuszczał  z  niej  wzroku.  Ona  zaś  dalej  grała  rolę  osoby 

opanowanej,  na  której  zakończona  pocałunkiem  bitwa  przy  stole  nie 

zrobiła najmniejszego wrażenia. 

background image

- To co? W porządku? - spytała. 

Skinął głową. 

- W takim razie pójdę pomóc Inez w sprzątaniu. 

Kiedy  wyszedł  na  dwór,  zamknęła  drzwi  i  westchnęła  głęboko. 

Widziała  po  minie  Trippa,  że  nie  rozumie, co  się  stało.  Sama też  nie 

była  pewna,  miała  jednak  nadzieję,  że  chodzi  o  coś  więcej  niż 

przyciąganie. Zdawała sobie sprawę, że mężczyźni myślą i zachowują 

się  inaczej  niż  kobiety.  Ich  ciała  i  mózgi  nie  są  połączone. 

Przynajmniej nie w młodości. Ale kiedy następuje zmiana? W którym 

wieku przestaje mężczyzn podniecać sam widok ładnej twarzy?  

Nagle  dostrzegła  swoje  odbicie  w  lustrze:  krewetka  we  włosach, 

czerwone plamy na jedwabnej bluzce, pomarańczowy sos na policzku. 

Serce  zabiło  jej  szybciej.  Może  Tripp  pragnął  czegoś  więcej? 

Owszem, podobała mu się. Dał to jej wyraźnie odczuć, kiedy przytulił 

ją do siebie. Ale może poza pożądaniem czuł coś jeszcze  - sympatię, 

respekt?  

Jest skomplikowanym człowiekiem, lecz to jej odpowiada. Lubiła 

wyzwania, nie cierpiała zaś nudy. A  Tripp pobudzał ją do działania i 

myślenia.  Fascynował  ją.  Tylko  czy  ta  fascynacja  jest  wzajemna? 

Miała nadzieję, że tak. Przecież się stara! 

 

Skręcił  w  porośniętą  drzewami  uliczkę  na  przedmieściach 

Cloverdale.  Przyjechał  przed  czasem.  I  był  zdenerwowany.  Jedno  i 

drugie  zdarzało  mu  się  niezwykle  rzadko.  Z  trafieniem  nie  miał 

trudności.  Wskazówki,  które  Amber  przysłała  mu  przedwczoraj 

background image

faksem, były proste i czytelne. Miasteczko zaś zbyt małe, aby można 

się w nim zgubić. 

Zachodzące słońce raziło go w oczy. Wyciągnął rękę po leżące na 

fotelu  pasażera  ciemne  okulary.  Po  chwili  dojechał  do  kolejnego 

skrzyżowania. Według  wskazówek Amber, od tego miejsca do domu 

jej  przyjaciółki  dzieliły  go  dwie  przecznice.  I  faktycznie,  kilkanaście 

metrów  dalej  zobaczył  stojący  na  podjeździe  lśniący  czerwony 

samochód. Zwolnił. 

Amber  wspomniała,  że  jej  przyjaciółka  Claire  jest  artystką. 

Najwyraźniej  nie  jest  biedną,  głodującą  artystką,  mieszka  bowiem  w 

czymś,  co  bardziej  przypominało  pałac  niż  dom.  Tripp  wsunął  palec 

za  sztywny  kołnierzyk  nowo  nabytej  koszuli.  Cóż,  bogaci  miewają 

bogatych  przyjaciół.  Swój  ciągnie  do  swego.  Czasem  jednak 

przeciwieństwa  też  się  przyciągają.  Tak  jak  on  i  Amber.  Są  inni, 

pochodzą  z  dwóch  różnych  światów  i  czują  do  siebie  niesamowity 

pociąg. 

Z  kilku  wiarygodnych  źródeł  słyszał,  że  Amber  wpadła  wczoraj 

do  szpitala  w  Ukiah.  Niestety,  nie  raczyła  zajrzeć  do  niego  do 

gabinetu.  Pomijając  faks,  który  przysłała  w  czwartek  po  kolacji,  nie 

dała  znaku  życia.  Może  gdyby  wcześniej  rozmawiali,  nie  myślałby 

ciągle o tym pocałunku, który Inez im przerwała. A tak nie potrafił o 

nim zapomnieć.  

Nie  potrafił  też  przejść  do  porządku  dziennego  nad  słowami 

Coopa, który  stwierdził,  że  wszyscy  w  szpitalu  rozmawiają  o  Amber 

Colton. 

background image

-  Oj,  stary,  widziałeś  kiedyś  włosy  w  tak  złocistym  kolorze  albo 

oczy  o  tak  zielonej  barwie?  Chciałbym  uczestniczyć  w  tej  kolacji  w 

Santa  Rosie,  choćby  po  to,  żeby  zobaczyć,  w  czym  panna  Colton 

wystąpi. Założę się, że wszystkich olśni. 

Trippowi przypomniała się jedyna pożyteczna rada, jaką usłyszał 

od  swojego  ojca:  „Trzymaj  się  swoich,  mały.  Nie  zadawaj  się  z 

lepszymi od siebie, bo albo cię opuszczą, albo umrą. Tak czy inaczej 

zostaniesz  sam".  Tripp  miał  wtedy  siedem  lat;  ledwo  potrafił 

przeczytać  napis  na  grobie  matki.  Grace  Anne  Bradley  zmarła  w 

wieku dwudziestu pięciu lat. 

„Posłuchaj,  chłopcze.  -  Rudolph  Calhoun,  zwany  Rudym, 

popatrzył z powagą na syna kobiety,  którą kochał, lecz z którą nigdy 

się nie ożenił. - Nie zalecaj się do dziewczyn o jaśniejszej karnacji niż 

twoja. Są dwa rodzaje białych kobiet. Jedne uważają się za lepsze od 

nas,  drugie  nie.  Te  drugie  są  znacznie  groźniejsze;  wszędzie  ci 

towarzyszą,  a  wtedy  same  stają  się  łatwym  celem  dla  różnych 

kretynów i rasistów. Tak jak twoja biedna mama". 

Może chłopiec posłuchałby ostrzeżeń ojca, gdyby ten się od niego 

nie  odwrócił.  Ale  Rudy  nie  miał  ochoty  zajmować  się  synem.  Tripp 

rzadko  go  widywał.  Przez  następnych  dziesięć  lat  -  pomijając  rok, 

który  spędził  w  Hopechest  -  wędrował  od  jednych  krewnych  do 

drugich.  Ojca  nienawidził  za  to,  że  go  porzucił.  W  owym  czasie  do 

wielu  osób  odczuwał  nienawiść.  Wszystko  zaczęło  się  zmieniać,  gdy 

skończył piętnaście lat. 

background image

Po  dziadku  był  w  jednej  czwartej  Latynosem,  ale  skórę  miał  tak 

ciemną,  jakby  wszyscy  jego  przodkowie  pochodzili  z  Meksyku. 

Rudowłosa  studentka  psychologii,  z  którą  chodził  na  studiach, 

twierdziła,  że  to  z  powodu  białej  matki  pociągały  go  dziewczyny  o 

jasnej karnacji.  I  że  dlatego  tak  bardzo  pragnął  zasłużyć  na  szacunek 

Meredith  Colton,  kiedy  przez  krótki  czas  mieszkał  w  Hacienda  de 

Alegria. 

Studentka 

psychologii 

odeszła, 

kiedy 

minęło 

pierwsze 

zauroczenie. Nie rozpaczał; przypuszczalnie dlatego, że jej nie kochał. 

Dopóki  nie  poznał  Olivii  Babcock,  starał  się  unikać  poważnych 

związków.  Związek  z  Olivią,  który  też  się  rozpadł,  uświadomił 

Trippowi,  że  wciąż  podobają  mu  się  kobiety  całkiem  dla  niego 

nieodpowiednie. Choćby takie jak Amber, które bez względu na to, co 

na siebie włożą, zawsze będą odstawać od reszty jego towarzystwa. 

Wysiadłszy  z  samochodu,  przeczesał  ręką  włosy  i  zapiął 

marynarkę.  W  szybie  ujrzał  obicie  jakiegoś  obcego  faceta.  W  tym 

momencie  podjął  decyzję:  żadnego  dalszego  zwodzenia  i  wykrętów. 

Zanim  pożegna  się  dziś  z  Amber,  wszystko  jej  wyjaśni.  Żeby 

przypadkiem  nie  robiła  sobie  złudzeń  i  nie  liczyła  na  coś,  co  nie  ma 

szansy powodzenia. 

Na  widok  zabójczo  przystojnego  faceta  stojącego  na  werandzie 

dosłownie zaparło jej dech. 

- Jesteś punktualny, doktorku. 

- Wyjątkowo rzadko mi się to zdarza. 

background image

Przytrzymując  ręką  klamkę,  odsunęła  się  na  bok,  by  mógł  wejść 

do środka. Minął ją bez słowa. 

- Mamy kilka minut. Napijesz się wina? 

Potrząsnął głową. Może, pomyślała, wolałby szklaneczkę whisky? 

Dlaczego  nic  nie  mówi?  Mógłby,  na  przykład,  powiedzieć  jej  jakiś 

komplement.  Miała  na  sobie  kupioną  specjalnie  na  tę  okazję  czarną 

sukienkę. Sporo czasu spędziła przed lustrem. Uczesawszy się w kok, 

wpięła we włosy maleńkie spinki ozdobione bursztynem. 

Następnie  wykonała  staranny  makijaż,  koncentrując  się  głównie 

na  oczach:  na  powieki  nałożyła  szary  przydymiony  cień,  rzęsy 

pociągnęła  pogrubiającym  tuszem.  Reszty  dopełniła  niemal 

bezbarwna szminka, bezbarwny puder i odrobina różu na policzkach. 

Wyglądała  skromnie,  a  zarazem  elegancko.  Miło  by  było,  gdyby  to 

zauważył. 

Przyglądał  się  jej  badawczo.  A  więc  chyba  jednak  zauważył. 

Natchnęło ją to optymizmem. 

- W takim razie możemy wcześniej ruszyć w drogę. 

Sięgnęła po leżącą na stoliku za jego plecami czarną, wyszywaną 

koralikami torebkę. Tripp wziął głęboki oddech. 

- Mały P.J. miał rację - oznajmił wreszcie. - Pachniesz wspaniale. 

- P.J. tak powiedział? 

Popatrzył jej w oczy. 

-  Tak.  Natomiast  Coop  się  mylił.  Twierdził,  że  ubierzesz  się 

ekstrawagancko, w coś czerwonego i z wielkim dekoltem. 

background image

-  Czerwień...  -  skierowała  się  do  wyjścia  -  byłaby  całkiem 

niestosowna.  Powinnam  wyglądać  skromnie  i  elegancko.  Bogatym, 

wpływowym  mężczyznom  z  wyższych  sfer  społecznych  mogą 

podobać  się  kelnerki  czy  ekspedientki  w  kusych  czerwonych 

sukienkach,  ale  od  kobiet  ze  swoich  sfer  oczekują  ubiorów  w 

stonowanych kolorach i nie rzucających się w oczy. 

- Czy bogaci uczą się tego na kursach, czy wysysają to z mlekiem 

matki? Wiem, wiem... - Wzruszył ramionami. - Mam sobie dać spokój 

z biednymi i bogatymi, bo wyłażą ze mnie kompleksy. 

Amber uśmiechnęła się pod nosem; lubiła ten jego autoironiczny 

humor. 

- Alessandro's to wytworny lokal. Goście będą szykownie ubrani. 

Specjalnie  wybrałam  prostą  czarną  sukienkę,  żeby  nikogo  nie 

przyćmić.  Zwłaszcza  żony  pana  Perkinsa,  która  przypuszczalnie 

wystąpi  w  sukni  przetykanej  srebrną  lub  złotą  nitką.  I  nie,  nikt  nas 

tego nie uczy na żadnych kursach. Po prostu dorastając w takim a nie 

innym domu, poznajemy różne zasady, które obowiązują od pokoleń. 

Na moment zamilkła. Prawą ręką odgarnęła czarny kosmyk, który 

opadał Trippowi na kołnierzyk koszuli. 

-  To  źle,  że  niektórzy  ludzie  tak  duży  nacisk  kładą  na  wygląd  - 

powiedziała cicho. - Kiedy byłeś u fryzjera? 

- Dziś rano. 

- Bardzo bolało? 

- Trochę ucierpiało moje ego. 

- Jestem z ciebie dumna. 

background image

- Dlatego, że się ostrzygłem? 

Miała  ochotę  go  uściskać.  Tak  wiele  był  gotów  poświęcić  dla 

dzieciaków, którym chciał pomóc. Serce zabiło jej szybciej. Chyba się 

w nim zakochała... 

- Może to dla ciebie słaba pociecha, ale moim zdaniem wyglądasz 

fantastycznie.  Włosy  masz  na  tyle  krótkie,  że  twoja  fryzura  nie 

powinna nikogo razić, a na tyle długie, że wciąż będziesz odstawał od 

tych  nudnych,  zamożnych  bubków,  na  których  chcesz  wywrzeć  jak 

najlepsze wrażenie. 

Mówiąc  to,  leciutkimi  muśnięciami  palców  przygładzała  mu 

kosmyki  nad  uszami.  Tripp  stał  bez  ruchu,  wstrzymując  oddech.  Po 

krzyżu  przebiegały  mu  drobne  igiełki.  W  długiej  czarnej  sukni  bez 

rękawów,  która  więcej  skrywała  niż  odsłaniała,  Amber  faktycznie 

stanowiła  uosobienie  skromności  i  elegancji.  A  raczej,  pomyślał, 

mierząc  ją  wzrokiem,  stanowiłaby,  gdyby  nie  kończące  się  na  udzie 

rozcięcie, przez które widać było szczupłą nogę. 

- Gotowy? 

- Tak - odparł. - Amber... dziękuję. 

- Nie ma za co. 

-  Właśnie,  że  jest.  Jeżeli  dostanę  tę  pracę,  będę  ci  dozgonnie 

wdzięczny. 

- Jeżeli? 

Uśmiechnęła się zadziornie, tak jak tamtego wieczoru w Hacienda 

de Alegria, zanim cisnęła w niego pierwszą garścią kremu. 

background image

- Czy ją dostanę, czy nie, to dopiero się okaże - rzekł. - Ale jedno 

wiem  na  pewno.  Odtąd  ilekroć  będę  jadł  krewetki  lub  krem 

brzoskwiniowy, zawsze będę myślał o tobie. 

Nie  widział,  jak  uśmiech  powoli  znika  jej  z  twarzy.  Włączyła 

lampkę  na  werandzie,  po  czym  ruszyła  za  Trippem  do  samochodu. 

Człowiek  nie  mówi:  „Zawsze  będę  o  tobie  myślał"  do  kogoś,  z  kim 

zamierza  się  wkrótce  znów  zobaczyć.  Psiakość,  przed  chwilą 

uświadomiła  sobie,  że  chyba  się  w  nim  zakochała.  Nie  chce  być 

wspomnieniem! 

Przez  całą  drogę  do  Santa  Rosy  nie  zamykały  się  jej  usta: 

opowiadała  o  swojej  pracy  w  Fundacji  Hopechest.  Na dźwięk  nazwy 

ośrodka, w którym spędził kilka miesięcy życia, Tripp nadstawił uszu. 

Wiele  się  tam  zmieniło  w  ostatnich  latach.  Na  terenie  ośrodka 

przebywało  naraz  około  czterdzieściorga  dzieci.  Oprócz  budynku,  w 

którym mieszkały maluchy czekające na adopcje lub umieszczenie  w 

rodzinie  zastępczej,  zbudowano  drugi  budynek  przeznaczony  dla 

młodocianych przestępców. Było to dla nich miejsce ostatniej szansy; 

za  złamanie  regulaminu  czy  niewłaściwe  zachowanie  mogli  trafić  do 

zakładu poprawczego. 

Tripp  zadawał  dziesiątki  pytań,  choćby  o  nowo  powstały  „Dom 

Emily"  dla  niezamężnych,  nastoletnich  matek.  Był  pod  wrażeniem 

olbrzymiego  zaangażowania  Amber  w  działalność  zarówno  ośrodka, 

jak  i  Fundacji.  Opowiadając  o  swoich  zajęciach,  Amber  czuła  coraz 

większą  frustrację.  Hopechest  odgrywało  bardzo  ważną  rolę  w  jej 

background image

życiu. Owszem, czasem narzekała na nudę, ale w sumie wiedziała, że 

jest potrzebna; że to, co robi, ma sens.  

Mieszkała  w  Fort  Bragg,  do  pracy  dojeżdżała  do  Prosperino. 

Jeżeli  Tripp  otrzyma  wymarzoną  posadę,  będzie  mieszkał  i pracował 

po  drugiej  stronie  gór.  Wiele  godzin  drogi  od  niej.  Równie  dobrze 

mógłby  się  przenieść  na  drugi koniec  świata.  Aby  dostać  stanowisko 

w  Santa  Rosie,  potrzebował  jej  pomocy.  A  ona  chciała  mu  pomóc, 

tyle  że  wspierając  Trippa  swoim  nazwiskiem,  przekreślała  szansę  na 

własne  szczęście.  Bo  jeśli  Tripp  zamieszka  w  Santa  Rosie,  ich 

kontakty siłą rzeczy staną się dość sporadyczne. 

Zadumała się. A zatem najwyżej może liczyć na romans. Krótki, 

namiętny romans. Nic więcej. Nie chciała, by wszystko się skończyło, 

zanim  się  nawet  zacznie.  Chciała,  by  Tripp  ją  objął,  przytulił,  żeby 

ona mogła położyć głowę na jego ramieniu. Chciała, by mogli z sobą 

rozmawiać zarówno o głupstwach, jak i o ważnych rzeczach: polityce, 

postępach  w  medycynie,  skutkach  ocieplenia.  Chciała,  aby  ich 

znajomość  przerodziła  się  w  przyjaźń,  a  przyjaźń  w  coś  jeszcze 

głębszego.  

Czyżby jej marzenia nie miały się ziścić? Jeżeli Tripp przypadnie 

do  gustu  Perkinsowi,  na  pewno  się  nie  ziszczą.  Co  można  zrobić? 

Jakie  jest  wyjście  z  sytuacji?  Może  podczas  dzisiejszej  uroczystej 

kolacji  powinna,  tak  jak  w  czwartek,  zacząć  rzucać  we  wszystkich 

jedzeniem?  Może  powinna  siorbać  głośno  zupę  albo  popijać  wodę 

przeznaczoną  do  mycia  rąk?  Może  powinna  była  ubrać  się  w 

background image

wyzywającą czerwień? Nie, to nie wchodzi w grę. Od tego, czy Tripp 

zdobędzie pracę u Perkinsa, zależy zdrowie wielu dzieci. 

Może  więc  romans  na  odległość?  Ale  nie  bardzo  to  sobie 

wyobrażała.  Kto  by  do  kogo  przyjeżdżał  w  odwiedziny?  Tripp  jako 

nowo  przyjęty  do  pracy  lekarz  nie  miałby  czasu  na  podróże  tam  i  z 

powrotem.  Ona  zaś  chorowała  za  każdym  razem,  gdy  jechała  drogą 

wijącą  się  wśród  gór.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  Tripp  miał  rację. 

Że kłamstwa faktycznie są jak psy. Z początku wyglądają niegroźnie, 

niewinnie,  usypiają  czujność.  Potem,  kiedy  człowiek  pragnie  się 

zbliżyć, atakują z furią. Czy jest jakieś wyjście?  

Kiedy  samochód  zatrzymał  się  przed  restauracją,  wciąż  się  nad 

tym  zastanawiała.  Tripp  okrążył  samochód,  otworzył  drzwi. 

Przykleiwszy  uśmiech  do  ust,  Amber  wzięła  go  pod  rękę,  po  czym 

ruszyła  przez  wysokie  łukowe  drzwi  do  najdroższej  i  najbardziej 

eleganckiej restauracji w mieście. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Tripp  nie  zdawał  sobie  sprawy  ze  spojrzeń  kierowanych  w  jego 

stronę,  gdy  wracał  do  stolika.  Gdyby  rozglądał  się  po  pogrążonej  w 

półmroku  sali,  przypuszczalnie  zauważyłby  ciemnowłosą  kobietę, 

która  uważnie  śledziła  każdy  jego  ruch.  On  jednak  szedł  zadumany, 

odtwarzając  w  myślach  pytania,  jakie  padały,  i  odpowiedzi,  jakich 

udzielał.  W  sumie  wieczór  należał  do  udanych,  i  w  znacznej  mierze 

było to zasługą Amber. 

background image

Kiedy  przepraszając  zebranych,  wstał  od  stolika,  Amber  zajęta 

była  rozmową  z  Perkinsem  i  jego  żoną.  W  eleganckim  świecie  czuła 

się  jak  ryba  w  wodzie.  On  czuł  się  swobodnie  w  szpitalu,  kiedy 

doglądał  pacjentów,  kiedy  przekomarzał  się  z  Coopem  albo  kiedy 

usiłował zejść z drogi siostrze Proctor. Nie potrafił się podlizywać ani 

prawić nieszczerych komplementów. Często język, jakim posługiwali 

się  bogacze,  brzmiał  dla  niego  równie  obco,  jak  nazwy  dań  w 

szykownym lokalu. 

Amber  miała  rację:  ta  restauracja  rzeczywiście  porażała 

przepychem.  Wystrój  utrzymany  był  w  kolorze  białym  i 

srebrzystoniebieskim  -  śnieżnobiałe  pokrowce  z  adamaszku  na 

krzesłach,  srebrne  kandelabry,  w  których  migotały  niebieskie 

płomyki,  kelnerzy  w  białych  rękawiczkach  i  czarnych  frakach 

serwujący wszystko na lśniących srebrnych tacach. 

Tripp  stracił  rachubę,  ile  było  dań.  W  domu  przygotowanie 

posiłku zajmowało mu kwadrans, spożycie go drugi kwadrans. Tu zaś 

proces  jedzenia  trwał  i  trwał...  Różnic  było  znacznie  więcej.  Po  raz 

pierwszy  w  życiu  jadł  tak  niewiele  w  ciągu  tak  długiego  czasu, 

używając  tak  wielu  rozmaitych  sztućców.  Poza  tym  w  miejscach,  do 

których  zazwyczaj  wpadał  na  lunch  czy  kolację,  nie  spotykał  w 

toalecie  wystrojonych  w  smokingi  mężczyzn  podających  gościom 

ręczniki.  

Gdyby nie zobaczył, że szpakowaty jegomość wychodzący przed 

nim rzuca na srebrny talerz banknot dziesięciodolarowy, do głowy by 

mu  nie  przyszło,  że  facetowi  w  smokingu  należy  zostawić  napiwek. 

background image

Bogaci, pomyślał, naprawdę nie wiedzą, na co wydawać pieniądze. Z 

drugiej strony, jeżeli ci ludzie bez mrugnięcia okiem płacą za podanie 

ręcznika, może będą skłonni wspomóc szpitale dla ubogich. 

Kolacja 

przebiegała 

miłej 

sympatycznej 

atmosferze. 

Montgomery  Perkins  i  jego  żona  Cornelia  odnosili  się  do  Trippa 

niezwykle  przyjaźnie.  Trochę  trudniej  było  rozgryźć  jego 

wspólników,  doktorów  Harrisa  i  Gentry'ego.  Zarówno  oni,  jak  i  ich 

żony  zachowywali  się  uprzejmie,  lecz  z  rezerwą.  Ciekaw  był,  co 

Amber miałaby do powiedzenia na ich temat. 

Od  stolika  dzieliło  go  dosłownie  kilka  kroków,  kiedy  Amber, 

która  rozmawiała  z  Perkinsem,  roześmiała  się  perliście.  Po  chwili, 

wyczuwając  obecność  narzeczonego,  podniosła  głowę.  Usta  wciąż 

miała  rozciągnięte  w  uśmiechu,  ale  obejmował  on  wyłącznie  wargi, 

nie docierał do oczu. 

- Dobrze się bawisz? - spytał cicho Tripp. 

Widział,  że  jest  zmęczona.  Zanim  zdążyła  odpowiedzieć,  głos 

zabrała Cornelia: 

-  Myślę,  że  Tripp  i  jego  śliczna  narzeczona  chętnie  zostaliby  już 

sami. 

-  Ależ  Cornelio!  -  oburzył  się  siedzący  naprzeciwko  Winston 

Harris. - Są młodzi. Całe życie mają przed sobą. 

Amber  zauważyła,  że  Tripp  nie  odezwał  się  słowem.  Chociaż 

wcześniej  zarzucała  mu,  że  za  mało  się  uśmiecha,  dzisiejszego 

wieczoru  jej  też  coraz  trudniej  było  przywołać  uśmiech  na  twarz. 

background image

Wbrew  temu,  co  sądził  Winston  Harris,  wcale  nie  mieli  przed  sobą 

całego życia. Najwyżej kilka godzin. Bynajmniej jej to nie cieszyło.  

Podczas  kolacji  nie  jadła  głośno  zupy,  nie  stłukła  kieliszka,  nie 

upuściła widelca na podłogę. Wiedziała, że ten wieczór jest ważny dla 

Trippa,  a  także  dla  dzieci,  które  potrzebują  takiego  lekarza  jak  on. 

Starała się wywrzeć jak najlepsze wrażenie na lekarzach i ich żonach. 

Tripp  zachowywał  się  bez  zarzutu.  Była  z  niego  dumna.  Nie 

wyobrażała sobie, dlaczego Perkins miałby zaproponować pracę komu 

innemu. Jednocześnie odczuwała smutek, że jej rola jako narzeczonej 

wkrótce dobiegnie końca.  

Tripp położył rękę na jej ramieniu. 

-  Na  drugim  końcu  sali  gra  orkiestra,  a  parkiet  jest  pusty.  Może 

byśmy zatańczyli? 

Popatrzył na nią pytająco, a ją aż przeszył dreszcz. Tak! Marzyła 

o tym, aby choć na moment znaleźć się w jego ramionach. Podawszy 

mu  rękę,  zamierzała  wstać  od  stołu,  kiedy  tuż  za  jej  plecami  rozległ 

się niski, zmysłowy głos: 

- Doktorze Perkins, pani Cornelio, Tripp... dobry wieczór. 

-  Olivio,  kochanie!  -  ucieszyła  się  żona  Perkinsa.  -  Jak  miło  cię 

widzieć. 

Oczom  Amber  ukazała  się  jedna  z  najpiękniejszych  kobiet  w 

Kalifornii.  Zdjęcia  Olivii  Babcock  często  pojawiały  się  w  rubrykach 

towarzyskich  różnych  gazet.  W  rzeczywistości  wyglądała  jeszcze 

atrakcyjniej: była drobna, szczupła, miała krótkie, doskonale przycięte 

włosy w kolorze kawy, delikatne rysy, wielkie fiołkowe oczy. 

background image

- Jesteś sama czy z Derekiem? - spytał Winston Harris. 

Zatrzepotawszy 

rzęsami, 

Olivia 

obdzieliła 

wszystkich 

promiennym uśmiechem. 

-  Derek  ma  dziś  dyżur.  Przyszłam  z  mamą  i  Willadine 

Witherspoon.  Pamiętają  państwo  jej  zmarłego  męża  Abrahama? 

Kierował  najlepszym  zespołem  do  badań  nad  nowotworami  w 

instytucie tatusia. 

Kilka razy w ciągu wieczoru Amber też powołała się na nazwisko 

swojego  ojca  lub  któregoś  z  jego  wpływowych  przyjaciół,  mimo  to 

była pełna podziwu dla Olivii. 

- Może przysiądziesz się do nas? - zaproponowała Cornelia. 

Amber  nie  podobał  się  błysk  radości  w  oczach  Mary  Margaret 

Harris  i  Loretty  Gentry.  Również  zachowanie  ich  mężów,  którzy 

zaczęli chrząkać i wiercić się nerwowo, nie uszło jej uwadze. 

-  Dziękuję.  -  Olivia  ponownie  odsłoniła  w  uśmiechu  rząd 

ślicznych  zębów.  -  Ale  Derek  i  ja  spędziliśmy  z  państwem  uroczy 

wieczór  w  zeszłym  tygodniu,  uważam  więc,  że  dzisiejszy  należy  do 

Trippa i jego przyjaciółki. - Przeniosła spojrzenie na Amber. - My się 

chyba nie znamy, prawda? 

-  Amber  Colton,  Olivia  Babcock  -  powiedział  Tripp,  dokonując 

prezentacji. 

- Colton... Hm, skądś to znam. 

- Ojcem Amber jest Joe Colton -  wyjaśnił Winston Harris tonem 

nieco uszczypliwym, przynajmniej Amber tak się wydawało. 

background image

Montgomery  i  Cornelia  Perkinsowie,  w  przeciwieństwie  do 

Harrisów i Gentrych, nie wpatrywali się w Olivię jak w obrazek. 

-  Joseph  Colton?  -  upewniła  się  Olivia.  -  Oczywiście  to  znana 

postać. Jest też i Sophie Colton... 

- Zna pani moją siostrę? 

- Sophie to pani siostra? Słyszałam, że miała jakiś wypadek... 

Amber skinęła głową. Oliwia sprawiała przyjemne wrażenie. Kto 

wie,  gdyby  nie  była  dawną  narzeczoną  Trippa,  może  mogłyby  się 

zaprzyjaźnić? 

- Jak się biedaczka czuje? 

Amber  korciło,  aby  zerknąć  na  Trippa,  zobaczyć,  jaki  ma  wyraz 

twarzy.  Był  zdenerwowany;  coraz  mocniej  zaciskał  rękę  na  jej 

ramieniu. Chcąc dodać mu otuchy, zakryła jego dłoń swoją ręką. 

- Sophie? Świetnie. Wyszła za mąż, jest szczęśliwą żoną i matką 

prześlicznej córeczki. 

- Proszę ją ode mnie pozdrowić. 

Olivia zamieniła parę słów z resztą towarzystwa, po czym życząc 

wszystkim  miłego  wieczoru,  oddaliła  się.  Przy  stoliku  zapadła  pełna 

napięcia  cisza.  Amber  postanowiła  udać  się  do  toalety;  potrzebowała 

chwili  samotności.  Siedziała  przy  stoliku  przed  lustrem,  kiedy  do 

pokoju  weszła  Olivia.  Zbieg  okoliczności?  Jakoś  wydało  się  to  mało 

prawdopodobne. 

- Jaka ładna sukienka. Uwielbiam ten styl. 

Amber uśmiechnęła się. 

background image

-  W  czarnym  kobieta  zawsze  wygląda  elegancko,  a  zarazem 

skromnie  -  kontynuowała  Olivia.  -  Poza  wszystkim  innym  czerń  to 

taki bezpieczny kolor... 

Uśmiech na twarzy Amber nieco przygasł. 

- ...który skrywa nasze grzechy. 

Amber  zamarła  na  moment.  Po  chwili,  otrząsnąwszy  się, 

przysunęła rękę do ust i pociągnęła je szminką. 

- Powiedz, kochanie, czy doktor Perkins już wam zakomunikował 

swoją decyzję? 

„Kochanie?  Czy  Perkins  zakomunikował  decyzję?"  Amber 

poczuła, jak ogarnia ją złość. 

-  Ojej!  -  zawołała  Olivia,  udając  speszoną.  -  Powinnam  się  była 

ugryźć w język! - Odczekała kilka sekund, aby sens jej słów dotarł do 

Amber,  po  czym  dodała:  -  Puść  to  w  niepamięć,  dobrze,  kochanie? 

Lepiej będzie, jeśli Montgomery sam o wszystkim powiadomi Trippa. 

Amber  wrzuciła  szminkę  do  małej,  wyszywanej  koralikami 

torebki. Widziała swoje odbicie w lustrze. Była dumna z opanowania, 

jakie wykazywała. 

- Oczywiście - rzekła. - Niech to pozostanie naszą tajemnicą. 

Zamknęła torebkę, poprawiła włosy i wstała. Przewyższała Olivię 

o  dobre  pół  głowy.  Zadowolona,  że  może  na  nią  patrzeć  z  góry, 

opuściła  toaletę.  W  środku  dygotała  z  wściekłości.  Co  za  bezczelna, 

arogancka baba! Nic dziwnego, że Tripp nie przepada za bogaczami. 

Starając  się  ukryć  emocje,  wróciła  do  stolika.  Na  szczęście 

wszyscy poza Trippem pogrążeni byli w rozmowie na temat jakiegoś 

background image

wspólnego znajomego. Korzystając z okazji, uniosła oczy do nieba, a 

Tripp, zbliżywszy do niej twarz, spytał szeptem: 

-  Wszystko  w  porządku?  Bo  widziałem,  jak  Olivia  podąża  w 

stronę toalety. 

Amber rozejrzała się, sprawdzając, czy nikt jej nie słyszy. 

- To żmija. 

- Zaraz pewnie mi powiesz, że woda jest mokra, a ogień parzy? 

Im  dłużej  przebywała  z  Trippem,  tym  bardziej  pragnęła  go 

poznać.  Nie  chciała,  żeby  przeniósł  się  do  Santa Rosy  i  zniknął  z  jej 

życia. Z drugiej strony  wolałaby, żeby stanowisko w Santa Rosie nie 

przypadło byle komu. 

- Amber? Masz taką minę, jakby coś się stało. 

Ponownie rozejrzała się wkoło. 

- Olivia uważa, że decyzja już zapadła. 

- Powiedziała ci to wprost? 

Amber wzruszyła ramionami. 

- Tak. Z nieskrywaną radością. 

- Cholera. 

No właśnie, pomyślała. Cholera. 

- Więc cały ten wieczór jest na nic? - ciągnął Tripp. - Akt drugi w 

jednoaktowym przedstawieniu? Równie dobrze możemy pożegnać się 

i wyjść. 

Przypomniała  sobie  pobłażliwy  ton  Olivii,  jej  ironiczne 

spojrzenie, i znów ogarnęła ją złość. Co za niesprawiedliwość! Nagle 

background image

jednak  coś  jej  przyszło  do  głowy.  W  miłości  i  na  wojnie  wszystkie 

chwyty są dozwolone, a więc...  

Ścisnęła go za rękę. 

-  Jeszcze  nie  wszystko  stracone  -  szepnęła.  -  Rozegrajmy  to  po 

mojemu.  -  Podnosząc  głos,  kontynuowała:  -  Wyobrażam  sobie,  że 

doktor  Cooper  będzie  niepocieszony,  kiedy  odejdziesz.  No  i  siostra 

Proctor. 

Na  moment  zamilkła,  po  czym  zaczęła  szczegółowo  opisywać 

ludzi, z którymi Tripp pracuje w Ukiah i tych, których leczy. Wkrótce 

reszta towarzystwa włączyła się do rozmowy; Perkins, jego wspólnicy 

i  ich  żony  zasypywali  Trippa  pytaniami.  Amber  przysłuchiwała  się 

uważnie,  ale  ilekroć  wyczuwała,  że  zainteresowanie  opada, 

podrzucała jakiś nowy wątek. 

- Stosujesz dość niekonwencjonalne metody - zauważył Harris. 

Miała  ochotę  pokazać  staremu  zrzędzie  język.  Z  trudem  się 

powstrzymała. 

-  To  nie  całkiem  tak  -  oznajmił  Tripp.  -  Metody  leczenia  są 

konwencjonalne,  czasem  jednak  dotarcie  do  sedna  wymaga  nieco 

innego  podejścia.  Na  przykład  tydzień  temu  zgłosiła  się  do  mnie 

kobieta  z  chorą  córeczką.  Dziewczynka  miała  niepokojące  objawy: 

ospałość,  bóle  głowy,  bóle  mięśni,  brak  łaknienia,  chudnięcie,  bóle 

brzucha. 

- Gorączka? - spytał Montgomery Perkins. 

-  Jednego  dnia  tak,  drugiego  nie.  Wykluczyłem  najbardziej 

oczywiste sprawy, jak angina czy zapalenie wyrostka robaczkowego... 

background image

- I co się okazało? Białaczka? 

Tripp pokręcił przecząco głową. 

- Badania dały wynik ujemny. 

- Jakiś wirus? - Steven Gentry pochylił się do przodu. 

-  Też  się  nad  tym  zastanawiałem,  ale  w  końcu  uznałem,  że  nie. 

Aha, zapomniałem dodać. Dziecko miało anemię i było rozdrażnione. 

- Zatrzymałeś ją w szpitalu? - Winston Harris oparł łokcie na stole 

i również pochylił się do przodu. 

Amber odprężyła się. 

- Oczywiście - odparł Tripp. - Któregoś dnia przyglądałem się jej 

z  ukrycia.  Mimo  że  była  półprzytomna,  usiłowała  zdrapać  farbę  z 

łóżka. 

Montgomery Perkins pierwszy pokiwał głową. 

- Sprawdziłeś poziom ołowiu we krwi? 

Pozostali dwaj lekarze wyraźnie się ożywili. 

-  Tak.  A  potem  złożyłem  wizytę  u  niej  w  domu.  Na  framudze 

okiennej łuszczyła się farba. 

-  Zatrucie  ołowiem  -  stwierdził  Winston  Harris.  -  Też  się  z  tym 

kiedyś zetknąłem. 

Padały  takie  słowa  jak  poziom  toksyczności,  protoporfiria 

erytropoetyczna,  terapia  chelatująca.  Żony  wymieniły  między  sobą 

porozumiewawcze spojrzenia. 

-  Cóż,  to  nieuniknione.  -  Cornelia  Perkins  westchnęła  głośno.  - 

Prędzej czy później rozmowa zawsze schodzi na tematy zawodowe. 

background image

- To jeden z minusów bycia żoną lekarza - dodała Loretta Gentry. 

- Przekonasz się, Amber. 

Amber  zmusiła  wargi  do  uśmiechu.  Wiedziała,  że  się  nie 

przekona.  Bez  względu  na  to,  jakie  zapadną  dziś  decyzje,  jej  okres 

narzeczeństwa miał się ku końcowi. 

- Czy ustaliliście już z Trippem datę ślubu? - spytała Cornelia. 

Należało  wykazać  się  refleksem  i  przytomnością umysłu.  Amber 

postanowiła  skorzystać  z  rady,  jakiej  przed  paroma  dniami  udzieliła 

Trippowi: trzymać się jak najbliżej prawdy. 

- Zawsze marzyłam o tym, żeby wziąć ślub jesienią. 

- Dla zakochanych pora roku nie gra roli. Nasz drugi syn żeni się 

za  tydzień.  A  w  lipcu  w  Missisipi  upał  jest  wprost  nie  do 

wytrzymania. 

Słysząc  wzmiankę  o  ślubie  syna,  Montgomery  Perkins  przerwał 

wywód. 

- Muszę wam się do czegoś przyznać - rzekł ze skruchą w głosie. - 

Decyzję,  komu  oferować  pracę  w  naszym  szpitalu,  właściwie 

podjęliśmy już wcześniej. Zaczynam jednak żałować, że nie mieliśmy 

więcej  czasu  do  namysłu  i  dlatego... Cornelio,  może  byśmy  zaprosili 

obu kandydatów na ślub naszego syna? 

- No nie wiem, czy... 

-  To  znaczy  -  ciągnął  Perkins,  przenosząc  wzrok  z  Amber  na 

Trippa  -  jeżeli  najbliższy  weekend  macie  wolny.  Zaproszę  również 

Dereka  i  Olivię.  -  Zatarł  ręce.  -  Dlaczego  wcześniej  na  to  nie 

wpadłem? Przecież to genialny pomysł! Będziemy mieli okazję lepiej 

background image

się  poznać.  A  decyzja,  którą  w  końcu  podejmiemy,  będzie 

przemyślana. 

Winston Harris otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili 

rozmyślił się. Biedna Cornelia wciąż nie mogła ochłonąć z wrażenia. 

-  Muszę  zadzwonić  do  matki  Jennifer  i  upewnić  się,  czy  to  im 

niczego nie komplikuje - rzekła, starając się opanować drżenie głosu. - 

Jeśli rodzina panny młodej nie wyrazi zastrzeżeń, to oczywiście miło 

nam będzie, jeśli przyjedziecie. 

-  Wspomniała  pani,  że  ślub  odbędzie  się  w  Missisipi?  -  spytała 

Amber. 

-  Tak.  W  posiadłości  rodziców  Jennifer,  mniej  więcej  w  połowie 

drogi  między  Vicksburgiem  a  Jackson.  Mają  przepiękną  rezydencję 

zbudowaną jeszcze przed wojną secesyjną. 

-  Czy  to  stanowi  jakiś  problem?  -  zapytał  Montgomery.  -  Że  w 

Missisipi? 

-  Ależ  nie  -  odparła  Amber,  której  zrobiło  się  słabo  na  myśl  o 

podróży samolotem. 

- Będę musiał poprosić jednego z kolegów, żeby mnie zastąpił w 

szpitalu - oznajmił Tripp. - Ale z tym nie powinno być kłopotów. 

- Czyli załatwione - ucieszył się Montgomery Perkins. - Gdy tylko 

Cornelia porozumie się z rodzicami Jennifer, natychmiast damy wam 

znać. Zadzwonię też do Dereka. 

Wkrótce  potem  wieczór  dobiegł  końca.  Niemal  przez  całą  drogę 

do  Cloverdale  Amber  milczała.  Była  szczęśliwa,  a  jednocześnie 

śmiertelnie  przerażona.  Zakochała  się  w  przystojnym,  inteligentnym 

background image

mężczyźnie  o  wielkim  sercu. Miała go  dla  siebie  przez  jeszcze  jeden 

tydzień.  Czy  to  wystarczy,  aby  i  on się  w  niej  zakochał?  A  jeżeli  się 

zakocha, co wtedy? Wiedziała, że tydzień to niewiele, ale lepsze to niż 

nic. Postanowiła mądrze wykorzystać ten czas. 

Zastukała  do  drzwi  gabinetu  ojca;  nie  czekając  na  odpowiedź, 

nacisnęła klamkę i wsunęła głowę do środka. 

- Cześć, tatku. To ja. 

Nagle zaniemówiła, albowiem przy wielkim mahoniowym biurku 

ujrzała matkę. Uśmiech na twarzy Amber wyraźnie zbladł. 

- Dzień dobry, mamo. Gdzie się wszyscy podziewają? 

-  Skąd  mam  wiedzieć?  -  warknęła  Patsy  Colton.  -  Nikt  w  tym 

domu  nie  słucha,  co  mówię.  Na  każdym  kroku  człowiek  się  o  coś 

potyka. Jak można żyć w takim chlewie? 

Amber  powiodła  wzrokiem  po  regałach,  szafkach,  biurku; 

wszystko lśniło czystością. 

-  Gdzie  tata?  -  spytała,  nie  wdając  się  w  dyskusję  na  temat 

schludności i porządku. 

- Tu go nie ma. 

Tyle to i sama widziała, przemilczała jednak ten fakt, uznając, że 

nie ma sensu jeszcze bardziej drażnić matki. 

- A ty, mamo, co tu robisz? 

- Jak to co? Przecież to mój dom. 

-  Tak,  oczywiście.  Nie  chciałam...  To  znaczy...  -  Urwała. 

Wystarczyło dosłownie kilka chwil w towarzystwie matki, aby dostała 

background image

gęsiej  skórki.  -  Po  prostu  wydawało  mi  się,  że  wyszłaś.  Jak  się 

czujesz, mamo? 

-  Dobrze.  Natomiast  ty,  jak  widzę,  dawno  nie  odwiedzałaś 

kosmetyczki. Naprawdę nie powinnaś się tak zaniedbywać. 

Żal  ścisnął  Amber  za  serce.  Co  się  stało?  Nie  mogła  tego 

zrozumieć ani przeboleć. Kiedyś były sobie tak bliskie, a teraz... Teraz 

miała wrażenie, że rozmawia z obcą kobietą. 

- Nie wiesz, dokąd tata poszedł? 

- Wyjechał w interesach. Nie będzie go przez kilka dni. 

Patsy  nie  dodała  „Dzięki  Bogu",  choć  z  jej  tonu  wyraźnie 

pobrzmiewała radość z nieobecności męża w domu. 

- Aha... No to ja... W takim razie... 

- Przestań się jąkać. I nie garb się. 

Amber  westchnęła  z  rezygnacją  i  nie  chcąc  się  z  matką  kłócić, 

wyprostowała plecy. 

- Chciałam się z tatą pożegnać. 

- Wyjeżdżasz? 

Mogłaby  przynajmniej  tak  jawnie  nie  okazywać  zadowolenia, 

pomyślała Amber. 

- Tak. Na weekend do Missisipi. 

- Do Missisipi? Dlaczego akurat tam? 

Zdziwiło  Amber  nagłe  ożywienie,  może  nawet  niepokój,  jaki 

pojawił się w oczach matki. Co go mogło spowodować? 

- Tripp i ja zostaliśmy zaproszeni na ślub. 

Napięcie znikło. Patsy wyraźnie się odprężyła. 

background image

-  Nie  zapomnij  wziąć  żelu  do  włosów.  Bo  przy  tak  dużej 

wilgotności powietrza nie poradzisz sobie z fryzurą. 

Do tego sprowadzały się ich relacje. Weź żel, idź do kosmetyczki, 

nie  garb  się.  Matka  nie  spytała  o  Trippa,  nie  zainteresowała  się,  jak 

córka  zniesie  podróż  samolotem.  Amber  żałowała,  że  przed 

jutrzejszym wyjazdem nie zdoła porozmawiać z ojcem. On zawsze się 

o nią martwił, troszczył o jej samopoczucie, wypytywał o plany. 

-  Powiesz  tatusiowi,  że  tu  byłam?  Że  chciałam  się  z  nim 

pożegnać? 

- Oczywiście. 

Twoje niedoczekanie, pomyślała Patsy, odprowadzając wzrokiem 

wredną małą lizuskę. Nienawidziła, kiedy dzieci Meredith mówiły do 

niej „mamo". Jeszcze bardziej nie znosiła, kiedy zwracano się do niej 

per  „Meredith".  Kiedyś  wróci  do  swojego  prawdziwego  imienia.  Na 

razie jednak musi kontynuować tę farsę. 

Psiakrew,  kiedy  on  wreszcie  zadzwoni?  Czekała  na  telefon  od 

Silasa Pike'a zwanego Grzechotnikiem. Wzdrygnęła się. Z tym swoim 

nędznym kucykiem, długimi wąsami i kozią bródką facet wygląda na 

patałacha.  I  chyba  nim  był;  w  tym  wypadku  pozory  nie  myliły. 

Dziesiątki  razy  obiecywał  coś  zrobić  i  dziesiątki  razy  nawalał.  Z 

drugiej strony był jedynym człowiekiem, który zgodził się dokończyć 

to,  co  Patsy  rozpoczęła  dziesięć  lat  temu,  kiedy  zepchnęła  do  rowu 

samochód swojej siostry. 

Obróciwszy się na fotelu, patrzyła przez okno, jak Amber wsiada 

do  swojego  małego  sportowego  autka  i  odjeżdża.  Znów  jest  sama  w 

background image

domu.  Całe  szczęście.  Nie  chciała,  aby  ktokolwiek  podsłuchał  jej 

rozmowę  z  Grzechotnikiem.  Umówił  się,  że  zadzwoni  o  konkretnej 

godzinie.  Jak  zwykle,  spóźnia  się.  A  ona  siedzi  jak  na  szpilkach. 

Nagłe pojawienie się Amber zbiło ją z tropu.  

Wszyscy  mówili,  że  Amber  to  wykapana  matka.  Sophie  też,  ale 

głównie  Amber.  W  dodatku  nie  tylko  z  wyglądu  przypominała 

Meredith,  ale  również  z  charakteru.  Niemal  od  urodzenia  Patsy 

odczuwała  wrogość  do  swojej  siostry.  Okazywanie  sympatii  Amber, 

która  zachowywała  się  identycznie  jak  Meredith,  było  prawie  ponad 

jej siły. 

Życie  jej  nie  rozpieszczało.  Od  początku  wszystko  układało  się 

nie  po  jej  myśli.  Zawsze  była  tą  gorszą  bliźniaczką,  tą,  do  której 

wszyscy  mieli  pretensje,  Meredith  zaś  hołubiono  i  wychwalano  pod 

niebiosa.  To,  że  były  do  siebie  podobne  jak  dwie  krople  wody,  nie 

miało  dla  ich  matki  żadnego  znaczenia.  Właśnie  dlatego  Patsy 

nienawidziła  matki:  że  jedną  z  córek  stawiała  na  piedestale,  a  drugą 

stale krytykowała.  

Nienawidziła matki, nienawidziła siostry. Nienawidziła Amber za 

jej  podobieństwo  do  Meredith.  A  także  Sophie.  Cholera  jasna, 

dlaczego dzieci Joego i Meredith nie mogą po prostu wyjechać gdzieś 

daleko,  zniknąć  z  jej  życia?  A  one  wciąż  wracały,  jak  nie  jedno,  to 

drugie. Mówiły do niej „mamo", zmuszały ją, aby grała rolę ich matki 

- kobiety, którą pragnęła wykreślić ze swej pamięci. 

Dziesięć  lat!  Już  tyle  czasu  się  męczy.  Jaka  szkoda,  że  Meredith 

nie  zginęła  wtedy  w  tym  wypadku.  Gdyby  tak  się  stało,  ona,  Patsy, 

background image

mogłaby przejąć jej tożsamość i nie bać się, że kiedyś prawda wyjdzie 

na jaw. Nie musiałaby ciągle oglądać się za siebie i zadręczać myślą, 

że może kiedyś Meredith pojawi się  na ranczu. Nie musiałaby żyć  w 

strachu,  że  któregoś  dnia  ta  ruda,  adoptowana  smarkula  przekona 

kogoś,  że  w  dniu  wypadku  faktycznie  widziała  „dwie  mamusie".  Na 

razie wszyscy sądzili, że na skutek wstrząśnienia mózgu dziewczynie 

poprzestawiało  się  w  głowie,  ale  co  będzie,  jeżeli  w  końcu  ktoś  jej 

uwierzy?  

Patsy  nie  mogła  ryzykować.  Wynajęła  Grzechotnika,  aby  pozbył 

się smarkuli. W tym samym czasie ona zamierzała pozbyć się Joego. 

Nie udało się. Dlaczego prześladuje ją taki pech? Gdyby Joe nie żył, a 

Meredith  i  Emily  leżały  w  grobie,  odziedziczyłaby  cały  majątek 

Coltonów.  Przeznaczyłaby  go  na  wychowanie  swoich  ukochanych 

synów, Joego Juniora i Teddy'ego, oraz na odszukanie swojej ślicznej 

córeczki, którą skradziono jej przed wieloma laty. 

Zaczęła  masować  sobie  skronie.  Cierpliwości,  powtarzała  w 

myślach. Już niedługo spełnią się jej marzenia. Grzechotnik twierdzi, 

że jest bliski odnalezienia Emily. Z kolei detektyw, którego zatrudniła, 

by  odszukał  Meredith,  przypuszczalnie  ma  rację,  mówiąc,  że  jej 

siostra nie  żyje.  Pewnie  błąkała  się  po  świecie,  mieszkała  w  różnych 

przytułkach i w końcu zmarła, nie odzyskawszy pamięci.  

Na  samą  tę  myśl  Patsy  uśmiechnęła  się  błogo.  Oparła  się 

wygodnie  w  fotelu.  Telefon  wciąż  milczał.  Spoglądając  przez  okno, 

dojrzała na podjeździe nowego ogrodnika. Poprzedni, Marco Ramirez, 

mąż Inez, zdecydowanie odmówił, gdy kazała mu powyrywać rośliny, 

background image

które Meredith zasadziła przed laty. Nowy nie będzie się sprzeciwiał; 

już ona dopilnuje, by posłusznie wykonywał wszystkie polecenia. 

Stopniowo,  krok  po  kroku,  pozbywała  się  ze  swojego  życia 

różnych rzeczy, które miały związek z Meredith. Teraz nadszedł czas 

na kwiatki i kwitnące krzewy, za którymi Meredith tak przepadała. Z 

radości Patsy aż zatarła ręce. 

Wtem  zaterkotał  telefon.  Na  dźwięk  głosu  Silasa  Pike'a  uśmiech 

znikł  z  jej  twarzy.  Grzechotnik  z  miejsca  zaczął  narzekać,  biadolić. 

Patsy  nienawidziła  biadolenia.  Zatrudniła  tego  durnia,  żeby  raz  na 

zawsze uwolnił ją od Emily Blair Colton. Facet okazał się partaczem. 

Nie  cierpiała  partactwa.  Tak  niewiele  brakowało,  by  zgładził 

smarkulę,  zanim  ta  oskarży  ją  o  mistyfikację.  Niewiele  brakowało,  a 

jednak Pike zdołał spartaczyć robotę. 

-  Nie  chcę  słyszeć  kolejnych  wymówek  -  oznajmiła  groźnie.  Po 

chwili  westchnęła  zniecierpliwiona,  albowiem  Pike  zarzucił  ją 

dziesiątkami nowych powodów, dla których do tej pory nie wywiązał 

się  z  zadania.  -  Posłuchaj  -  przerwała  mu.  -  Moim  zdaniem 

powinieneś  uważnie  obserwować  Wyatta  Russella  i  jego  nową  żonę 

Annie.  A  także  szeryfa  Toby'ego  Atkinsa.  Myślę,  że  ta  trójka 

doskonale się orientuje, dokąd Emily się wyniosła. 

Grzechotnik  bąknął  coś  o  pieniądzach;  że  chciałby  otrzymać 

następną ratę. 

- W tym miesiącu nie dostaniesz ani centa więcej. Przestań chlać i 

znajdź  wreszcie  Emily.  Kiedy  będziesz  wiedział,  gdzie  się  ukrywa, 

zadzwoń po instrukcje. 

background image

Rozłączyła  się.  Spoglądając przez  okno,  usiłowała  się  pocieszyć, 

że wkrótce jej kłopoty się skończą i cały majątek Coltonów przejdzie 

w jej ręce. 

 

- Louise? 

Krzątająca  się  po  ogrodzie  atrakcyjna  kobieta  w  średnim  wieku 

popatrzyła na zbliżającą się lekarkę. 

- Wciąż czujesz się nieswojo, kiedy ktoś tak się do ciebie zwraca, 

prawda? - spytała z południowym akcentem doktor Martha Wilkes. 

Wzruszywszy  ramionami,  Louise  Smith  uśmiechnęła  się 

bezradnie.  Od  dziesięciu  lat  tak  się  przedstawiała.  Oczywiście  jej 

uśmiech nie zmylił lekarki. 

- Nadal chcesz się spotkać z Emily i Randem, którzy twierdzą, że 

jesteś ich zaginioną matką? 

Tak.  Nie.  tak.  Bała  się.  Z  różnych  dokumentów  wynikało,  że 

nazywa  się  Patsy  Portman  i  ma  nieciekawą  przeszłość.  Z  imieniem 

Patsy,  podobnie  jak  z  imieniem  Louise,  jakoś  trudno  jej  było  się 

utożsamić. Nazwisko Portman brzmiało bardziej swojsko.  Kiedyś  we 

śnie  słyszała,  jak  ktoś  ją  woła.  Po  obudzeniu  pamiętała  sen,  ale  nie 

pamiętała  imienia.  Wiedziała  jedynie,  że  zaczynało  się  na  literę  M. 

Może Mary, może Marianne, może Mary Beth. A może po prostu ktoś 

wołał: „Mamo!".  

Przez  moment  masowała  skronie,  chcąc  złagodzić  ból  głowy, 

który  zawsze  się  pojawiał,  gdy  usiłowała  zagłębić  się  w  przeszłość. 

Korciło ją, by odwołać spotkanie. Mogłaby sobie dalej żyć w Jackson 

background image

w stanie Missisipi, nie wiedząc, kim jest. Sny niewiele jej wyjaśniały. 

Czasem  miewała  tak  silne  deja  vu,  że  wstępowała  w  nią  nadzieja. 

Czuła, że w jej życiu była wielka miłość, dzieci, śmiech, łzy i radość. 

Lekarze i terapeuci, którzy zajmowali się nią wcześniej, zlekceważyli 

jej  odczucia;  twierdzili,  że  biorą  się one  z  podświadomej  tęsknoty  za 

dzieckiem, które oddała do adopcji. 

Przez  długi  czas  Louise  im  wierzyła,  ale  to  nie  tłumaczyło, 

dlaczego  w  jej  snach  ciągle  pojawiał  się  wysoki,  ciemnowłosy 

mężczyzna.  Ostatniej  nocy  widziała  go  w  pięknym  ogrodzie, 

otoczonego  dziećmi  w  różnym  wieku;  wszyscy  stali  z  rozwartymi 

ramionami,  jakby  czekali  na  jej  powrót  do  domu.  Ogród  ze  snu  był 

podobny  do  tego  w  Jackson;  w  obu  rosły  takie  same  kwiaty,  w  obu 

szemrała fontanna.  

Ale  ten  wyśniony  był  znacznie  większy,  fontanna  też  była 

bardziej  okazała.  Wędrując  nim,  dochodziło  się  do  basenu  i  słyszało 

szum oceanu. Ale gdzież on się znajduje, ten ogród z jej snu? Skąd się 

w nim wziął ciemnowłosy mężczyzna? I kim była ta gromadka dzieci, 

które ją wołały, lecz których głosy do niej nie docierały? 

W  górze  nad  głową,  ujrzała  samolot.  Och,  jak  pragnęła,  żeby 

leciał nim mężczyzna z jej snów. Żeby leciał po nią. By zabrać ją do 

domu.  Była  przerażona.  Bała  się  różnych  rzeczy.  Tego,  że  ta 

dziewczyna, Emily, popatrzy na nią i uzna, że zaszła pomyłka. Tego, 

że  Emily  rozpozna  w  niej  swoją  matkę.  Tego,  że  odzyska  pamięć  i 

nagle  okaże  się,  iż  jej  sny  nie  mają  żadnego  potwierdzenia  w 

rzeczywistości.  Że  ciemnowłosy  mężczyzna  jest  wytworem  jej 

background image

fantazji. Że nie kocha jej, bo zwyczajnie w świecie nie istnieje. Tak, to 

ją  najbardziej  przerażało:  że  odzyska  pamięć  i  przekona  się,  że  jest 

sama jak palec. 

-  Louise?  -  Martha  Wilkes  wzięła  za  rękę  swą  przyjaciółkę,  a 

zarazem  pacjentkę.  -  Jeśli  wolisz,  możemy  przesunąć  spotkanie  na 

inną godzinę... 

Louise  spojrzała  lekarce  w  oczy,  po  czym  skierowała  wzrok  w 

niebo: samolot znikł, a chmura, która jeszcze niedawno przypominała 

kształtem  żółwia,  połączyła  się  z  inną,  tworząc  jedną  wielką 

bezkształtną masę. To dziwne, pomyślała  Louise, jak wszystko może 

się  zmienić  w  ciągu  ułamka  sekundy.  Lepiej  niż  ktokolwiek  inny 

wiedziała,  że  rzadko  dostaje  się  od  losu  drugą  szansę.  I  że  bez 

względu na strach, swojej nie może zmarnować. 

- Przyprowadź ich do mnie. Emily i Randa. Tu, do ogrodu. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

W  Jackson  w  stanie  Missisipi  panował  straszliwy  upał.  Z 

początku Tripp usiłował pomóc bagażowemu załadować do taksówki 

jedną swoją torbę i cztery walizki Amber, ale okazało się, że tylko mu 

przeszkadza.  Kiedy  to  sobie  uświadomił,  odsunął  się  na  bok, 

pozwalając,  by  młody  człowiek  sam  wykonał  pracę.  Na  koniec 

wręczył mu napiwek i usiadłszy obok Amber, mruknął niezadowolony 

pod nosem: 

-  Za  to,  ile  wydałem  dotąd  na  tę  podróż,  mógłbym  zaopatrzyć 

klinikę w miesięczny zapas leków. 

background image

-  Doktor  Perkins  mówił,  żeby  zapisywać  wydatki.  I  tobie,  i 

Derekowi zamierza zwrócić poniesione koszty. 

- Wolę podróżować za własne pieniądze. 

Amber  pochyliła  się  do  przodu  i  przez  otwór  w  szybie 

oddzielającej  kierowcę  od  pasażerów  podała  kierowcy  adres 

pensjonatu,  w  którym  mieli  zarezerwowane  pokoje.  Taksówka 

ruszyła. Po chwili lotnisko zostało daleko w tyle. 

- Perkinsa i jego wspólników stać na taki gest. 

- Psiakrew, nie o to chodzi. 

Taksówkarz  skręcił  trochę  zbyt  gwałtownie.  Amber  odruchowo 

chwyciła się za brzuch. 

-  Wciąż  kręci  mi  się  w  głowie  po  tych  proszkach,  które  brałam 

przed lotem. To o co się sprzeczaliśmy? 

Zaczął się intensywnie zastanawiać nad odpowiedzią. O co mu tak 

naprawdę  chodziło?  O  nic.  Po  prostu  nie  umiał  sobie  poradzić  z 

emocjami,  jakie  Amber  w  nim  wzbudzała.  W  samolocie  zasnęła  z 

głową  wspartą  na  jego  ramieniu.  Pamiętał  dotyk  jej  włosów  na 

policzku i zapach jej perfum; chłonął go wszystkimi zmysłami. Potem 

obudziła się, a on w zdrętwiałych członkach odzyskał czucie... 

Wcale  nie  chciał  się  z  nią  sprzeczać,  bał  się  jednak,  że  inaczej 

ulegnie  jej  czarowi.  Powtarzał  sobie,  że  to  gra,  że  tylko  udają 

narzeczonych.  Był  inteligentny,  potrafił  odróżnić  prawdę  od  fałszu, 

fakty  od  iluzji.  Więc  dlaczego  pożądanie,  z  którym  walczył, 

wydawało  mu  się  tak  autentyczne?  Dlatego,  że  naprawdę  pożądał 

background image

Amber.  Czyli  gra  nie  do  końca  jest  grą.  A  to  czyni  ją  bardzo 

niebezpieczną. 

Pierwsza  rzecz,  jaką  zamierzał  zrobić  po  zameldowaniu  się  w 

hotelu,  to  wziąć  zimny  prysznic.  Może  z  dala  od  Amber  zdoła 

wreszcie  skupić  się  na  swoim  rywalu,  Dereku  Spencerze,  i  obmyślić 

plan  działania.  Nagle  zorientował  się,  że  Amber  nerwowo  szuka 

czegoś  w dużej skórzanej torbie. Po chwili z samego dna wyciągnęła 

paczkę dropsów miętowych. 

-  Masz  ochotę?  -  spytała,  podtykając  mu  kolorowe  drażetki.  - 

Pomagają złagodzić sensacje żołądkowe. 

Uświadomił  sobie,  ile  jej  zawdzięcza.  Tak  bardzo  chciała  mu 

pomóc, że mimo choroby lokomocyjnej zdecydowała się towarzyszyć 

mu  do  Missisipi.  W  dodatku  poświęciła  na  podróż  kilka  dni  ze 

swojego urlopu. 

- Jesteś niezwykle dzielna, wiesz? 

- Zapomniałeś jeszcze dodać: jak na rozpieszczoną dziedziczkę. 

-  Wcale  nie  jesteś  tak  rozpieszczona,  jakby  się  mogło  wydawać. 

Masz  za  to  ogromny  hart  ducha,  o  jaki  nigdy  bym  cię  wcześniej  nie 

podejrzewał. 

Nie wiedziała, czego się spodziewać, ale na pewno nie oczekiwała 

komplementów  ani  nieporadnego  uśmiechu,  który  osiadł  na  twarzy 

Trippa.  Tym  bardziej  nie  spodziewała  się  niewinnego  pocałunku, 

który złożył na jej policzku. Na moment zamknęła oczy. To było coś 

niesamowitego: muśnięcie warg lekkie jak tchnienie wiatru. 

background image

Siedziała  bez  ruchu,  szczęśliwa,  podniecona,  czekając,  co  będzie 

dalej. Ucieszyłaby się, gdyby wziął ją w ramiona, przywarł ustami do 

jej  ust,  ale  kiedy  odsunął  się  i  wyjrzał  przez  okno,  nie  wpadła  w 

rozpacz.  Wiedziała,  że  na  pocałunki  będą  mieli  mnóstwo  czasu 

później,  po  dotarciu  do  hotelu.  Puściła  wodze  fantazji.  Czuła  się 

dziwnie,  jakby  odnalazła  swoją  bratnią  duszę.  Przypuszczalnie  miało 

to  związek  z  mężczyzną,  który  siedział  obok  niej,  ale  również  ze 

snem, który przyśnił się jej w samolocie.  

Śniła się jej matka. Nie ta dzisiejsza, ale ta sprzed wielu lat, która 

w  ogrodzie  nad  basenem  uczyła  córki,  Sophie,  Amber  i  Emily, 

wyplatania  wianków  ż  kwiatów.  Dziewczynki  włożyły  je  potem  na 

głowę  i  podskakując  wesoło,  udawały  leśne  nimfy.  Obserwując  je, 

mama  stwierdziła,  że  wyglądają  jak  ptaszki.  Tego  dnia  czteroletnia 

Emily  o  potarganych  rudych  włosach  i  sterczących  kolanach  została 

Wróbelkiem, dziesięcioletnia Amber o włosach barwy miodu - Ziębą, 

a piękna, dwunastoletnia Sophie - Skowronkiem.  

Starsze  dziewczynki  szybko  wyrosły  ze  swoich  ptasich 

przydomków,  lecz  Emily  wciąż  jeszcze  nazywano  Wróbelkiem. 

Emily,  Wróbelku,  gdzie  jesteś?  Taksówka  zwolniła,  dojeżdżając  do 

czerwonych  świateł.  Nagle  Amber  zauważyła  stojącą  na  rogu 

dziewczynę.  Nie  widziała  jej  twarzy,  lecz  tę  rudą  czuprynę 

rozpoznałaby  wszędzie!  Serce  zaczęło  jej  łomotać.  Dziewczyna  była 

sporo chudsza od Emily, ale wzrost się zgadzał, no i kolor włosów... 

background image

Dziewczyna  odwróciła  się.  W  tym  samym  momencie  zerwał  się 

wiatr:  rude  kosmyki  całkowicie  zasłoniły  twarz.  Amber  odruchowo 

chwyciła za klamkę. 

- Emily?! - krzyknęła przez otwarte okno. 

Warkot  silników  i  trąbienie  klaksonów  zagłuszyły  jej  głos.  Po 

chwili  światło  zmieniło  się  na  zielone  i  samochody  znów  ruszyły. 

Odwróciła głowę, gdy przejeżdżali przez skrzyżowanie. Jeszcze miała 

nadzieję,  że  zdoła  coś  dojrzeć.  Niestety,  rudowłosą  dziewczynę 

otoczyła grupa turystów. 

- Amber, co ci jest? 

Usłyszała głos Trippa, nie była jednak w stanie oderwać oczu od 

ludzi na chodniku. 

- Widzisz tę dziewczynę? Tę rudą? - spytała. 

Oboje patrzyli przez tylną szybę. 

- Widzę kilka dziewczyn. W tym dwie rude. 

Nie  odezwała  się.  Odwróciła  się  dopiero  wtedy,  gdy  grupa  na 

skrzyżowaniu zniknęła jej z pola widzenia. 

- Wydawało mi się, że tam stoi moja siostra Emily. 

- Emily? A co ona by robiła w Jackson? 

Leki,  jakie  brała  przed  podróżą,  zawsze  ją  trochę  otępiały. 

Potrząsnęła głową. 

- Masz rację. Co by Emily tu robiła? 

Parę  minut  później  taksówka  skręciła  w  dojazd  do  autostrady.  Z 

instrukcji, jakie przekazała im asystentka doktora Perkinsa, wynikało, 

że od pensjonatu dzieli ich najwyżej pół godziny drogi. 

background image

-  To  była  dla  ciebie  męcząca  podróż  -  powiedział  cicho  Tripp.  - 

Ale  wkrótce  dotrzemy  na  miejsce.  -  Zerknął  na  zegarek.  -  Na 

szczęście nie musimy się spieszyć. Zdążysz położyć się i odpocząć, a 

ja  w  tym  czasie  przejrzę  pisma  medyczne,  które  wziąłem  do 

poczytania. 

Patrzył  prosto  przed  siebie,  więc  nie  zauważył  uśmiechu,  jaki 

osiadł  na  wargach  Amber.  I  nie  usłyszał  wypowiedzianych  szeptem 

słów: „w miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone". 

 

To  nie  fair!  -  pomyślała  Emily  Blair  Colton,  wędrując  po 

uliczkach jednej ze starszych dzielnic Jackson. Ogarnęła ją tęsknota za 

rodziną  i  domem.  Chciała  rzucić  się  w  pogoń  za  taksówką,  krzyczeć 

na  całe  gardło:  Amber,  wróć!  Nie  zostawiaj  mnie  samej!  Proszę  cię, 

wróć!  Ale nie mogła.  Amber nie zna jej miejsca pobytu. Tylko Rand 

je  zna.  Przynajmniej  taką  ma  nadzieję.  Im  mniej  osób  wie,  gdzie 

akurat przebywa, tym lepiej. 

Co  rusz  oglądała  się  przez  ramię,  obserwowała  pieszych, 

kierowców.  I trzęsła się ze strachu. Tak strasznie się bała. Marzyła o 

tym, by znów być w domu, wśród najbliższych. Łzy napłynęły jej do 

oczu. Otarła je dłonią, modląc się w duchu, by to piekło wreszcie się 

skończyło.  Miała  ważny  powód,  aby  przyjechać  do  Jackson,  ale 

Amber?  Co  ona  tu  robi?  Przecież  cierpi  na  chorobę  lokomocyjną. 

Pokonanie  nawet  niezbyt  dużej  odległości  samochodem,  nie  mówiąc 

już o samolocie, jest dla niej prawdziwą udręką. 

background image

Emily zwilżyła wargi. Męczyło ją ukrywanie się, życie w ciągłym 

napięciu.  Na  miłość  boską,  jest  za  młoda,  aby  stale  się  wszystkiego 

bać!  Ostatni  rok  był  prawdziwym  koszmarem.  W  rzeczywistości 

jednak  koszmar  zaczął  się  dziesięć  lat  wcześniej,  po  wypadku,  w 

którym  uczestniczyła  ze  swoją  mamą.  Od  tamtej  pory  nic  nie  było 

takie jak dawniej. 

Całymi  latami  próbowała  uporządkować  w  głowie  mętne 

wspomnienia,  jakie  wciąż  ją  nawiedzały,  i  zrozumieć,  jakim 

sposobem  dobrą  mamę  zastąpiła  zła  mama.  Może  teraz  jej  się  uda  - 

wszystko dzięki Randowi, którego poprosiła o pomoc. Parę dni temu 

brat  zadzwonił  do  niej do  Montany,  gdzie  ukrywała  się  przed  swoim 

niedoszłym  zabójcą.  Okazało  się,  że  prywatny  detektyw,  którego 

Rand  wynajął,  znalazł  dowody  wskazujące  na  to,  że  dwie  matki  na 

miejscu wypadku wcale nie były omamem czy halucynacją.  

Matka  Emily,  Meredith  Colton,  miała  siostrę  Patsy  Portman. 

Patsy  i  Meredith  były  bliźniaczkami  jednojajowymi.  Żadne  z  dzieci 

Meredith  nie  wiedziało  o  istnieniu  ciotki;  matka  nigdy  o  niej  nie 

mówiła.  Przypuszczalnie  miała  ku  temu  ważny  powód,  który  może 

wkrótce pozna również reszta rodziny. To Patsy spowodowała tamten 

wypadek przed laty, a potem przybrała tożsamość siostry. Co do tego 

Emily nie miała wątpliwości. Nie mieściło się jej w głowie, jak Patsy 

mogła  postąpić  tak  okrutnie,  ale  pocieszała  się,  że  już  niedługo  cała 

sprawa się wyjaśni.  

Od  czasu  wypadku  Emily  podświadomie  czuła,  że  kobieta 

podająca się za jej matkę nie może nią być. I to się potwierdziło. Rand 

background image

odkrył  miejsce  zamieszkania  prawdziwej  Meredith,  która  teraz 

nazywa  się  Louise  Smith.  Biedaczka  od  lat  cierpi  na  amnezję. 

Wcześniej  Rand  złożył  wizytę  jej  lekarce:  chciał  od  razu  jechać  do 

matki.  Emily  uśmiechnęła  się  w  duchu.  To  takie  typowe,  pomyślała; 

wszyscy mężczyźni z rodu Coltonów są w gorącej wodzie kąpani. 

Doktor  Wilkes  prosiła  Randa  o  cierpliwość,  spokój  i 

wyrozumiałość.  Z  jej  słów  wynikało,  że  Meredith  od  lat  nękają 

koszmary, które powodują rozsadzający czaszkę ból głowy, a czasem 

niweczą  efekty  wielomiesięcznej  terapii.  Zdarzają  się  jednak  i 

przyjemniejsze  sny;  w  jednym  pojawia  się  mężczyzna  o  zamazanej 

twarzy otoczony gromadką dzieci. 

Lekarka  święcie  wierzyła,  że  kluczem,  który  mógłby  uruchomić 

pamięć  Meredith,  jest  powracająca  w  snach  postać  małej  rudowłosej 

dziewczynki.  Dowiedziawszy  się  o  tym,  Emily  z  trudem 

powstrzymała  łzy.  Mama  jej  nie  zapomniała!  Może  nie  kojarzy,  kim 

jest ta dziewczynka, ale nosi jej obraz w swoim sercu.  

Chociaż  sama  nie  przyszła  na  świat  w  rodzinie  Coltonów, 

ubóstwiała  swoich  adopcyjnych  rodziców.  Bardzo  za  nimi  tęskniła  i 

właśnie  ta  tęsknota,  zwłaszcza  za  matką,  której  nie  widziała  dziesięć 

lat,  sprawiła,  że  w  środku  nocy  Emily  wymknęła  się  z  domu  i 

przejechała  autostopem  sześć  stanów,  aby  w  końcu  dotrzeć  do 

Missisipi.  Autostop  może  nie  należy  do  najbezpieczniejszych  metod 

podróżowania,  ale  przynajmniej  człowiek  nie  zostawia  za  sobą 

śladów. Po śladach zaś Patsy mogłaby ją wytropić. 

background image

Podeszła do krawężnika i wyciągnęła rękę w charakterystycznym 

geście. Po chwili ją cofnęła. Kierowca samochodu, który zwolnił, nie 

wzbudzał zaufania: miał tłuste włosy, nastroszoną brodę i poplamioną 

smarem  koszulę.  Mimo  zmęczenia  wolała  nie  ryzykować.  Brudna, 

wyczerpana  podróżą,  głodna  i  spragniona,  wydobyła  z  kieszeni 

dżinsów  mapę  Jackson.  Była  mniej  więcej  trzy,  cztery  kilometry  od 

miejsca,  w  którym  umówiła  się  z  Randem.  Westchnąwszy  głośno, 

schowała mapę z powrotem do kieszeni, zarzuciła torbę przez ramię i 

ruszyła pieszo. 

 

- Martha wspomniała mi, że jesteś żonaty... 

-  Tak,  to  prawda  -  odparł  Rand.  Podobnie  jak  Emily,  nie  mógł 

oderwać oczu od pięknej kobiety, która siedziała naprzeciwko nich. 

Przez  pierwszych  kilka  minut  wszyscy  czuli  się  niezręcznie. 

Emily  była  o  krok  od  łez.  Całymi  latami  marzyła  o  tym  spotkaniu, 

wyobrażała sobie, jak to będzie: matka ją rozpozna, przytuli...  

Do  głowy  jej  nie  przyszło,  że  będzie  patrzyła  na  nią  ze 

zdziwieniem  i  zakłopotaniem.  Rand,  który  rzadko  okazywał  emocje, 

ze trzy razy odchrząknął i tyle samo razy  wsunął palec za kołnierzyk 

koszuli, jakby się dusił. W oczach ich matki nie zakręciły się łzy. Dla 

niej byli parą obcych ludzi. 

Nie,  mamo!  -  zawołała  w  myślach  Emily.  Jesteśmy  twoimi 

dziećmi. I to wcale nie jedynymi! 

Doktor Martha Wilkes zmierzyła rodzeństwo groźnym  wzrokiem 

i  ledwo  dostrzegalnym  ruchem  pokręciła  głową.  Uprzedzała  ich,  że 

background image

powinni uzbroić się w cierpliwość: kobieta, którą ona od lat zna jako 

Louise, pewnie nie od razu odzyska pamięć. 

- Żona ma na imię Lucy - dodał Rand, wiercąc się na wiklinowym 

fotelu. 

Rand,  pierworodny  syn  Joego  i  Meredith  Coltonów,  był 

człowiekiem  czynu.  Nigdy  nie  siedział  z  założonymi  rękami.  Jako 

prawnik  przyzwyczajony  był  do  działania  i  odnoszenia  sukcesów. 

Emily wyobraziła sobie, jak bardzo musi go męczyć obecna sytuacja, 

kiedy nic nie może zrobić, aby pomóc własnej matce. 

Meredith  -  Emily  nie  potrafiła  myśleć  o  niej  jak  o  Louise  - 

uśmiechnęła się. 

- Ładnie - oznajmiła. 

- Jest cudowną osobą - kontynuował Rand. - Chciałbym, żebyś ją 

poznała.  To  znaczy  kiedyś...  -  Koszula  znów  go  zaczęła  uwierać  w 

szyję. - Jak będziesz gotowa... Kiedy wszystko wróci do poprzedniego 

stanu. 

„Kiedy", a nie „jeśli". Emily miała ochotę wycałować za to brata. 

Meredith  przyjrzała  się  uważnie  swoim  gościom.  Żaden  błysk 

rozpoznania  nie  rozjaśnił  jej  spojrzenia.  Z  dużych  piwnych  oczu 

wyzierał smutek i strach. 

- Lucy ma pięcioletniego syna. - Rand nie poddawał się. - Maks to 

wspaniały dzieciak. Zobaczysz. 

Emily nie spuszczała z matki wzroku. Siedząca naprzeciwko niej 

kobieta  miała  więcej  siwych  włosów  niż  dawniej  i  troszkę  więcej 

zmarszczek,  ale  ciągle  była  niezwykle  piękna.  I  wciąż  była  tą  samą 

background image

osobą, która od pierwszego wejrzenia pokochała potarganą rudowłosą 

dziewczynkę  ze  strupami  na  chudych  kolanach  ubraną  w  brudną, 

postrzępioną sukienkę.  

Musi być jakiś sposób, żeby do niej dotrzeć! Żeby jej pomóc! 

- Wiesz, mamusiu, Rand zamierza adoptować Maksa. Tak jak ty i 

tatuś adoptowaliście mnie. 

Meredith  przeniosła  wzrok  na  Emily  i  przez  chwilę  intensywnie 

się  w  nią  wpatrywała,  szukając  czegoś,  jakichś  znaków 

rozpoznawczych.  W  małym,  pełnym  bujnej  roślinności  ogródku 

śpiewały  ptaki.  Przy  rosnących  wzdłuż  ogrodzenia  liliach  bzyczały 

pszczoły. Nie odrywając oczu od twarzy matki, Emily ciągnęła: 

-  Nie  mogę  się  nadziwić,  że  twój  tutejszy  ogród  tak  bardzo 

przypomina ten sprzed dziesięciu lat na ranczu. 

-  To  by  tłumaczyło,  dlaczego  przepadasz  za  roślinami,  które 

uprawia się w Kalifornii - wtrąciła lekarka. 

Meredith skinęła głową. 

- Często mi się śni duży ogród pełen kwiatów i  ludzi. Nie widzę 

ich  twarzy,  słyszę  za  to  głosy  i  śmiech.  A  w  tle  zawsze  słyszę 

miarowy  szum,  chyba  oceanu.  -  Przyłożyła  rękę  do  czoła,  jakby 

chciała powstrzymać ból głowy. 

Martha Wilkes poklepała ją delikatnie po dłoni. 

-  Louise,  do  niczego  się  nie  zmuszaj.  To  samo  przyjdzie.  Jak 

będziesz  gotowa,  pamięć  wróci.  Albo  cała  naraz,  albo  powoli,  po 

kawałku, ale na pewno wróci. 

background image

Meredith uśmiechnęła się do lekarki, a Emily pomyślała sobie, że 

do  końca  życia  będzie  wdzięczna  tej  sympatycznej,  czarnoskórej 

kobiecie za opiekę, jaką otoczyła jej matkę. 

-  Tyle  lat...  -  rzekła  Meredith  tak  cicho,  że  dwójka  jej  dzieci 

pochyliła się do przodu, aby nie uronić słowa. - Czasem bałam się, że 

nigdy  nie  odzyskam  pamięci,  ale  równie  często  bałam  się,  że  ją 

odzyskam.  Przerażała  mnie  myśl,  że  kogoś  zamordowałam.  Ale  nie 

jestem morderczynią. 

Nagle przeszył ją tak ostry ból, że aż zmrużyła oczy. 

- Może chciałabyś się położyć? - zaproponowała lekarka. 

-  Nie,  Martho.  Chciałabym  zaparzyć  herbatę.  -  Nieco  stropiona, 

popatrzyła na swoich gości. - Napijecie się? 

Rand  pijał  wyłącznie  kawę,  mocną,  czarną,  bez  cukru,  Emily 

wolała napoje gazowane. Oboje uśmiechnęli się szeroko. 

- Bardzo chętnie - odparli chórem. 

Ich  matka  nic  a  nic  się  nie  zmieniła.  Wciąż  była  ciepła  i 

serdeczna.  I  wciąż,  jak  dawniej,  o  tej  samej  porze  pijała  herbatę. 

Spoglądali  na  nią  z  tęsknotą,  dopóki  nie  zniknęła  w  domu.  Ledwo 

jednak znalazła się poza zasięgiem słuchu, Rand zaczął bombardować 

pytaniami lekarkę. 

- Czy coś jej jeszcze dolega? Poza amnezją? 

-  Wydaje  się  strasznie  krucha  -  wtrąciła  Emily,  zanim  lekarka 

zdążyła cokolwiek powiedzieć.  

background image

-  Miewa  bóle  głowy,  czasami  bardzo  dotkliwe.  A  jeśli  chodzi  o 

kruchość,  to  tylko  pozory.  Wielokrotnie  byłam  świadkiem  jej  wręcz 

niewiarygodnej siły. 

- Ktoś słaby dawno by się załamał - stwierdził Rand. 

-  Zawsze  wiedziałam,  że  jeśli  mama  żyje,  to  za  wszelką  cenę 

będzie starała się do nas wrócić - dodała Emily. 

Martha Wilkes skinęła głową. 

- Potrafię zrozumieć, w jaki sposób Patsy spowodowała wypadek 

i zajęła miejsce mamy - rzekł Rand. - Ale nie potrafię zrozumieć, skąd 

się mama tu wzięła. 

-  Według  raportu  prywatnego  detektywa,  którego  pan  wynajął, 

wynika,  że  Louise...  to  znaczy  Meredith...  pojawiła  się  w  klinice  w 

Monterey. Cierpiała na amnezję, ale miała przy sobie prawo jazdy na 

nazwisko Patricia Portman. Patsy Portman już kiedyś się tam leczyła. 

W  każdym  razie  wasza  matka  spędziła  w  Monterey  pół  roku. 

Podejrzewam,  że  wiadomość  o  własnej  chorobie  psychicznej  i 

pobycie  w  więzieniu  musiała  być  dla  niej  straszliwym  ciosem.  Przez 

cały  ten  czas  wszyscy  lekarze,  w  tym  również  i  ja,  uważali,  że 

Louise...  Meredith  cierpi  na  wieloraką  osobowość.  Wasza  Patsy 

okazała się nad wyraz sprytna. 

Rand  poderwał  się  z  fotela  i  podszedł  do  altanki  obrośniętej 

różami.  Patsy  Portman  jest  jego  ciotką,  ale  nienawiść,  jaką  do  niej 

czuł, była tak wielka, że aż go przerażała. 

-  Kiedy...  -  Musiał  odchrząknąć,  inaczej  nie  był  w  stanie  dobyć 

głosu. - Kiedy pomyślę, że przez tyle lat nasza biedna mama wierzyła 

background image

w  te  koszmarne  kłamstwa  i  mieszkała  na  drugim  końcu  kontynentu, 

sama,  z  dala  od  tych,  których  kocha  i  którzy  ją  kochają,  robi  mi  się 

niedobrze. 

- Widzę.  

Rozejrzawszy się wkoło, przeczesał ręką włosy. 

-  To  się  w  głowie  nie  mieści,  jak  bardzo  ten  ogród  przypomina 

tamten,  który  kiedyś  uprawiała.  Z  drugiej  strony  to  ma  sens.  Można 

stracić  pamięć,  ale  w  środku  pozostaje  się  tym  samym  człowiekiem, 

którym  się  było.  -  Na  moment  zamilkł.  -  Cholera,  musi  być  jakiś 

sposób, aby pobudzić pamięć mamy. 

Emily  siedziała  pogrążona  w  myślach.  Nie  odzywała  się.  Nagle 

poderwała się i skierowała do domu. 

- Dokąd idziesz? 

Stanęła.  Spoglądając  przez  ramię  na  atrakcyjną  ciemnoskórą 

kobietę o krótko obciętych włosach, oznajmiła: 

- Zawsze w domu pomagałam mamie parzyć herbatę. 

Lekarka wolno pokręciła głową. 

- Nie powiem nic, co by ją mogło zdenerwować. Przysięgam. 

Popatrzyła błagalnie na Randa. 

-  Wszystko  masz  wypisane  na  twarzy,  kochanie  -  rzekła  Martha 

Wilkes,  zanim  Rand  zdążył  otworzyć  usta.  -  Chcesz,  aby  twój  brat 

zajął mnie rozmową, a  wtedy ty ukradkiem wśliźniesz się do środka, 

prawda? No dobrze, idź i pomóż mamie. Ale pamiętaj, co obiecałaś. 

Emily obróciła się pośpiesznie; sukienka, którą włożyła w pokoju 

hotelowym Randa, zawirowała jej wokół kolan. 

background image

- Kiedy to się skończy, musi nas pani odwiedzić w Kalifornii. 

-  Tak  dawno  nigdzie  nie  podróżowałam,  że  wszystkie  moje 

walizki pokrywa gęsta pajęczyna. 

- Czas najwyższy je odkurzyć. Bo jak tylko mama wróci do domu, 

ojciec  na  pewno  wyda  huczne  przyjęcie.  I  będzie  nalegał,  aby  pani 

wraz z mężem zechcieli je zaszczycić. 

Martha Wilkes postanowiła nie tłumaczyć młodemu prawnikowi, 

że  nigdy  nie  miała  czasu  na  takie  głupstwa  jak  małżeństwo  czy 

podróże.  Nawet  na  randki  od  lat  się  nie  umawiała.  Niedawno 

skończyła czterdzieści pięć lat; jej biologiczny zegar przestał tykać. 

Zerknęła na dom. Drzwi były zamknięte, ale przez okno widziała 

krzątającą się po kuchni Louise... nie, Meredith. Dzieci chcą zabrać ją 

z  powrotem  do  Kalifornii.  Prędzej  czy  później  wyjedzie,  a  ona, 

Martha,  zajmie  się  leczeniem  kolejnych  pacjentów.  Takie  jest  jej 

życie. Sama tak nim pokierowała. I wcale nie żałowała podjętej przed 

laty decyzji. 

- Dokąd pani idzie? - spytał Rand. 

Stanęła dokładnie w tym samym miejscu co Emily. 

-  Sprawdzić,  jak  sobie  radzą  pańska  matka  i  siostra  -  odparła, 

uśmiechając się przyjaźnie. 

- Mamusiu? 

Louise, a raczej Meredith - już sama nie wiedziała, jak ma o sobie 

myśleć  -  podniosła  wzrok  znad  słoika,  w  którym  trzymała  sypką 

herbatę.  Widok  stojącej  w  progu  ślicznej  rudowłosej  dziewczyny 

background image

dosłownie zaparł jej dech. A może nie tyle widok dziewczyny, co fakt, 

że nazwała ją „mamusią"? 

- Słucham? 

Emily nieśmiało podeszła krok bliżej. 

- Widzę, że wciąż lubisz kolor zielony. 

Meredith popatrzyła na zielone zasłonki w oknie i na jasnozielone 

ściany w kuchni. Tak, lubi zieleń. 

-  Czy  to  również  twój  ulubiony  kolor?  -  spytała,  wskazując  ręką 

na ciemnozieloną sukienkę, którą dziewczyna miała na sobie. 

Emily pokręciła z żalem głową. 

-  Nie,  ja  najbardziej  lubię  błękit.  Amber  kocha  kolor  żółty,  a 

Sophie  czerwień.  -  Podeszła  jeszcze  bliżej.  -  Pomyślałam  sobie,  że 

może potrzebujesz pomocy. Gdzie trzymasz tacę? 

- W dolnej szufladzie - odparła matka, pochylając się. 

Emily  jednak  była  szybsza.  Meredith  wyprostowała  się;  wtem 

doznała  uczucia  deja  vu.  Serce  łomotało  jej  jak  szalone.  Powoli 

wyciągnęła rękę i delikatnie pogładziła rude loki. Emily uniosła twarz. 

Oczy matki lśniły od łez. 

- Och, mamusiu, w ogóle mnie nie pamiętasz? 

Starszą  kobietą  wstrząsnęła  fala  emocji.  Miała  wrażenie,  jakby 

iskra  elektryczna  przeskoczyła  między  jej  mózgiem  a  pamięcią  i 

zaczęła  pobudzać  pamięć do  życia.  Spoglądając na  Emily,  zobaczyła 

rudowłosą  dziewczynkę  ze  snów,  której  obecność  zawsze  dodawała 

jej  otuchy  i  nie  pozwalała  się  załamać.  Nawet  nie  próbując  osuszyć 

łez, przyciągnęła ją do siebie. 

background image

- Pamiętam... Wróbelku. 

Po  raz  pierwszy  od  dziesięciu  lat  Emily  rzuciła  się  w  ramiona 

matki. 

- Boże, mamusiu, jak strasznie za tobą tęskniłam! 

Kątem  oka  Meredith  dostrzegła  jakiś  ruch  w  drzwiach. 

Zmrużywszy  oczy,  przez  moment  z  niedowierzaniem  wpatrywała  się 

w młodego, ciemnowłosego mężczyznę. 

- Joe? 

Zachwiała  się.  Rand  z  Marthą  skoczyli  do  przodu,  by  ją 

podtrzymać.  W  tym  samym  momencie  zagwizdał  czajnik.  Meredith 

zatkała uszy i zacisnęła powieki. Oszołomiona poczuła, jak ktoś sadza 

ją na krześle.  Kiedy nabrała pewności, że nie zwali się nieprzytomna 

na  podłogę,  otworzyła  oczy  i  powoli  wyciągnęła  rękę  w  stronę 

swojego najstarszego syna. 

-  Oczywiście,  że  ty  nie  możesz  być  Joem.  Jesteś  Randem, 

prawda? 

Wszystkich w kuchni ogarnęło wzruszenie. Emily głośno chlipała. 

Rand  miał  szkliste  spojrzenie,  Martha  Wilkes  pociągała  nosem,  choć 

starała  się  to  ukryć;  energicznym  krokiem  podeszła  do  kuchenki  i 

zdjęła  czajnik  z  ognia.  Świdrujący  gwizd  ustał.  Nastała  cisza  jak 

makiem zasiał. 

Meredith ponownie zakręciło się w głowie. 

- Muszę się położyć... 

background image

Z  miejsca  wysunęły  się  trzy  pary  rąk.  Każdy  chciał  pomóc,  ale 

nawzajem  sobie  przeszkadzali.  Wreszcie  Rand  wziął  matkę  w 

ramiona. 

- Emily, otwórz drzwi. Martho, gdzie jest sypialnia? 

- Rand, proszę mnie postawić. Słyszysz? 

Wszyscy zamarli bez ruchu. Meredith uśmiechnęła się przez łzy. 

- Natychmiast, młody człowieku. 

Rand posłusznie spełnił polecenie. 

-  Martho...  -  Słabym  głosem  Meredith  zwróciła  się  do  lekarki.  - 

Czy  mogłabyś  mnie  odprowadzić  do  sypialni?  Odpocznę  minutkę. 

Emily,  zaparz  herbatę...  -  Nagle  zawahała  się.  -  Ojej,  przecież  nigdy 

nie lubiłaś herbaty. Ty, Rand, też nie. 

- Połóż się, mamusiu. W tym czasie Rand i ja zapałamy miłością 

do tego napoju. 

Doszedłszy  do  wyjścia,  Meredith  obejrzała  się  za  siebie.  To  są 

dwie  z  kilkunastu  postaci,  które  nawiedzały  ją  w  snach.  Nareszcie 

widzi ich twarze! Wiedziała, że musi się położyć, choćby na chwilkę, 

ledwo bowiem trzymała się na nogach, z drugiej strony bała się... 

- Nie odejdziecie? - spytała. - Będziecie tu, jak wrócę? 

Emily przygryzła wargę, po czym uśmiechając się, skinęła głową, 

a  wtedy  Meredith poczuła,  jak  spływa  na  nią  wprost  niewyobrażalne 

szczęście. 

- Chodź, kochanie - powiedziała Martha, ujmując przyjaciółkę za 

łokieć. 

background image

Głos  Randa  dobiegł  Meredith,  zanim  zniknęła  w  wąskim 

korytarzyku prowadzącym do sypialni: 

- Nie myśl, że tak łatwo się nas pozbędziesz! 

Słońce 

chyliło 

się 

ku 

zachodowi, 

drzewa 

rzucały 

półkilometrowe cienie, kiedy Emily z Randem wreszcie opuścili dom 

matki. 

-  O  Boże,  tak  bardzo  nie  chcę  jej  teraz  zostawiać  -  szepnęła  w 

samochodzie  Emily.  Zalewając  się  łzami,  pomachała  do  dwóch 

kobiet, które stały w drzwiach. 

-  Musimy,  Em.  -  Rand  również  wysunął  rękę  przez  okno  i 

pomachał.  -  Doktor  Wilkes  ma  rację.  Z  każdą  minutą  wszystko  się 

coraz bardziej plątało mamie w głowie. 

- Jedź wolno. Chcę jak najdłużej ją widzieć. 

Zanim  samochód  skręcił  na  skrzyżowaniu,  Meredith  przyłożyła 

rękę  do  ust  i  posłała  dzieciom  całusa.  Jechali  w  milczeniu, 

odtwarzając  w  myślach  przebieg  spotkania.  Matka  spała  bite  trzy 

godziny;  obudziła  się  z  koszmarnym  bólem  głowy.  Na  szczęście  nie 

zapomniała,  kim  są  Rand  i  Emily.  Ale  niestety  niczego  więcej  nie 

zdołała  sobie  przypomnieć.  Trudno  powiedzieć,  kto  był  tym  faktem 

bardziej zawiedziony: ona czy oni. 

Doktor  Wilkes  próbowała  pocieszyć  Randa  i  Emily:  ważne,  że 

matka  ich  pamięta.  Nalegała  też,  aby  zostawili  Meredith  pod  jej 

opieką. Rand nie był do końca przekonany, ale po namyśle doszedł do 

wniosku,  że  chyba  tak  będzie  lepiej.  Matka  mieszkała  w  Jackson  od 

prawie dziesięciu lat. 

background image

Lekarka  uważała,  że  nagła  zmiana  otoczenia  może  wpłynąć  na 

pogorszenie jej stanu. Meredith stwierdziła, że jest gotowa rozpocząć 

bardziej  intensywną  kurację;  zgadza  się  nawet  na  ponowną  hipnozę, 

byleby jak najszybciej odzyskać pamięć i wrócić do rodziny. 

- Wyobrażasz sobie, jacy wszyscy będą szczęśliwi? - powiedziała 

Emily. 

- Nie całkiem wszyscy. 

- To prawda. Ciotunia będzie niepocieszona. 

- Boże, Em, to się w głowie nie mieści, że można tak skrzywdzić 

własną siostrę. 

- Wiem. 

- Chciałbym, żebyś mogła pojechać ze mną do Waszyngtonu. 

Oboje  jednak  uznali,  że  mądrzej  będzie,  jeżeli  Emily  wróci  do 

Red River w Montanie. 

- Szkoda mi opuszczać Missisipi, wiesz, braciszku? Po pierwsze, 

rozmawiałam  z  mamą.  Po  drugie,  spotkałam  ciebie.  Po  trzecie... 

mówiłam ci, że widziałam Amber? 

- Gdzie? Tu, w Missisipi? Jesteś pewna? 

Dlaczego  starsi bracia nigdy  nie  dowierzają  młodszym  siostrom? 

Emily posłała mu drwiące spojrzenie. 

- No co? -  oburzył się. - Mogło ci się przewidzieć. Co ona by tu 

robiła? 

- Nie wiem. Myślałam, że może ty wiesz. Pewnie ma jakiś ważny 

powód,  a coś  mi  mówi,  że  chodzi  o tego  przystojnego  szatyna,  który 

jej towarzyszył. 

background image

-  Amber  jest  w  Missisipi  z  przystojnym  szatynem?  Boże,  trudno 

za  wami  nadążyć!  Jak  mam  was  strzec,  kiedy  każda  robi,  co  jej  się 

żywnie podoba? 

-  Nie  przejmuj  się,  braciszku.  Jesteśmy  Coltonównami.  Natura 

obdarzyła  nas  siłą,  rozumem,  intuicją,  sprytem.  Podejrzewam,  że 

Amber umie świetnie wykorzystać te swoje liczne dary. 

Biedaczysko,  pomyślał  Rand  o  nieznajomym  szatynie.  Wiedział 

bowiem  z  doświadczenia,  że  kiedy  jego  siostry  się  uprą,  zawsze 

osiągają cel. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Tripp  pchnął  drzwi  łokciem.  Otworzyły  się.  Amber  musiała 

zostawić  je  uchylone.  Zauważył,  że  jego  „narzeczona"  prowadzi 

ożywioną  dyskusję  z  kobietą  w  recepcji.  Najwyraźniej  był  jakiś 

problem. 

Pensjonat,  zbudowany  w  południowym  stylu,  z  wysokimi 

kolumnami  i  ogromną  werandą  ciągnącą  się  wzdłuż  całego  frontu, 

wyglądał  tak,  jakby  był  żywcem  przeniesiony  ze  stron  luksusowego 

pisma 

poświęconego 

architekturze. 

Trippowi 

do 

szczęścia 

wystarczyłby  mały  skromny  motel  z  czystymi  pokojami  i  bieżącą 

wodą.  Rozejrzał  się  dookoła.  Akurat  ten  budynek  do  małych  i 

skromnych nie należał. 

Zapłaciwszy  taksówkarzowi,  objuczony  jak  wielbłąd,  ruszył  za 

Amber  szerokim,  wyłożonym  kostką  chodnikiem.  Był  zlany  potem, 

ubranie miał wygniecione, koszula lepiła mu się do pleców. Zbliżając 

background image

się do drzwi, marzył o zimnym prysznicu i cichym, klimatyzowanym 

pokoju. 

-  Mam  potwierdzenie  rezerwacji.  -  Amber  postawiła  walizkę  na 

podłodze i zaczęła grzebać w torebce. 

Tripp  stanął  parę  kroków  dalej.  Nie  wiedział,  w  czym  tkwi 

problem, ale Amber już się nim zajęła. 

- Według faksu sprzed dwóch dni, pokoje dziesięć i dwanaście są 

zarezerwowane na nazwiska Colton i Calhoun. 

Właścicielka  pensjonatu  wzięła  od  Amber  kartkę,  po  czym 

zerknęła do swoich dokumentów i zasępiła się. 

- Coś nie tak? - spytał Tripp, podchodząc bliżej. 

Miała na oko pięćdziesiąt lat, włosy  starannie uczesane, na palcu 

pierścionek  z  trzy-  lub  czterokaratowym  brylantem;  mówiła  z 

południowym akcentem. 

- Nie wiem, jak to się mogło stać, ale dosłownie parę minut temu 

pokoje  dziesięć  i  dwanaście  przydzielono  dwóm  dentystom  z  Iowy  i 

ich żonom. Oni również mieli potwierdzone rezerwacje. 

Paski od toreb uwierały Trippa w ramię. 

- Innymi słowy, nie znajdzie się tu dla nas miejsce? 

- Ależ nie. Znajdzie się. 

- Doskonale. Proszę więc nam podać numery pokoi. 

Kobieta  rzuciła  Amber  ukradkowe  spojrzenie.  Nic  z  tego  nie 

rozumiał.  Dopiero  po  chwili  Amber  wyjaśniła  mu,  na  czym  polega 

kłopot. 

background image

-  Nie  pokoi,  tylko  pokoju,  Tripp.  Mają  dla  nas  zarezerwowany 

jeden pokój. 

-  Ale  za  to  najładniejszy  -  dodała  szybko  właścicielka,  próbując 

jakoś wynagrodzić nieporozumienie. 

Tripp popatrzył na Amber. Włosy ma w nieładzie, szminkę startą. 

Znajduje  się  w  podróży  od  wielu  godzin,  cierpi  na  chorobę 

lokomocyjną,  lecz  mimo  to  wygląda  niezwykle  ponętnie.  Jak  ona  to 

robi? 

-  Nasze  pokoje  nie  muszą  z  sobą  sąsiadować.  -  A  nawet  lepiej, 

żeby  nie  sąsiadowały,  pomyślał.  -  Mogą  być  na  różnych  piętrach. 

Proszę  w  tym  najpiękniejszym  umieścić  pannę  Colton,  a  mnie  dać 

jakikolwiek. 

- Obawiam się, że wszystkie inne są zajęte. 

Na twarzy Trippa odmalowała się złość. Amber nie wiedziała, jak 

ma  się  zachować.  Całą  podróż  dokładnie  zaplanowała.  W  ciągu 

najbliższych  czterdziestu  ośmiu  godzin  zamierzała  uwieść  Trippa,  a 

przynajmniej zrobić coś, aby się w niej zakochał. W końcu wcale nie 

musi mieszkać w Fort Bragg. Jej praca w Fundacji Hopechest polega 

na pozyskiwaniu funduszy. Równie dobrze mogłaby je pozyskiwać w 

Santa  Rosie  czy  gdziekolwiek  indziej.  Praca  jest  ważna  -  ale  miłość 

była ważniejsza. 

Niektórzy  ludzie  uważają,  że  są  kowalami  swego  losu.  Że  mogą 

na  niego  wpływać  i  dowolnie  go  kształtować.  Amber  wierzyła,  że 

można dopomóc losowi, ale tylko do pewnego stopnia. Była realistką. 

Nie  żyła  w  świecie  złudzeń.  Nie  planowała  zakochać  się  w  Trippie 

background image

Calhounie,  ale  ponieważ  tak  się  stało,  chciała,  by  odwzajemnił  jej 

uczucie. 

Ucieszyła  się,  słysząc,  że  pokoje  dziesięć  i  dwanaście  są 

połączone  drzwiami,  i  że  oba  są  wolne,  gdyż  poprzednia  rezerwacja 

została odwołana. Godzinami chodziła po sklepach, szukając idealnej 

sukienki  i  butów.  Zapakowała  na  drogę  świeczki  zapachowe, 

najpiękniejszą  koszulę  nocną  oraz  ulubioną  płytę  z  romantyczną 

muzyką.  Przygotowała  wszystko  w  najdrobniejszych  detalach,  ale 

nigdy  w  życiu nie posunęłaby  się  tak  daleko,  by  zarezerwować  tylko 

jeden pokój. 

Cóż, najwyraźniej los jej sprzyja. Uśmiechnęła się w duchu. 

-  Zróbmy  tak  -  powiedział  Tripp.  -  Ty  zostaniesz  tutaj,  a  ja 

poszukam czegoś w pobliżu. 

Tego nie przewidziała. 

-  Jeszcze  raz  bardzo  przepraszam  za  nieporozumienie  -  rzekła 

właścicielka  pensjonatu.  -  Jeżeli  pan  sobie  życzy,  podzwonię  po 

hotelach  w  okolicy,  ale  nie  sądzę,  aby  w  którymś  znalazło  się  wolne 

miejsce. 

Amber nie odezwała się słowem, natomiast z każdą sekundą coraz 

większą sympatią darzyła miłą, elegancką kobietę za ladą recepcji. 

- Akurat jest szczyt sezonu turystycznego. W dodatku w tej części 

miasta odbywa się kilka różnych zjazdów. W hotelach mają komplety 

gości, a w pensjonatach też zaczyna brakować miejsc. Może państwo 

obejrzą pokój, a ja w tym czasie spróbuję coś wykombinować... 

Tripp wzruszył z rezygnacją ramionami. 

background image

-  Robi  się  coraz  później  -  zauważyła  cicho  Amber.  Próba  przed 

jutrzejszą uroczystością zaczyna się o siódmej. Potrzebuję czasu, żeby 

się odświeżyć, ubrać... 

Skinął  głową  na  znak  zgody.  Wolałaby,  by  okazał  trochę  więcej 

entuzjazmu, ale trudno. Krok po kroczku... 

- RayAnn, można cię prosić na chwilę? - właścicielka pensjonatu 

zwróciła  się  do  dziewczyny,  która  wyglądała  jak  młodsza  wersja  jej 

samej. 

- Tak, mamo? 

- Pomóż państwu z bagażami. I zaprowadź do trzydziestki. 

RayAnn,  silna,  solidnie  zbudowana  pannica  w  wieku  szesnastu 

lub siedemnastu lat, wzięła od Trippa dwie walizki. 

- Proszę za mną. 

Najpierw  przeszli  przez  duży  salon,  w  którym  szpakowaty 

mężczyzna rozmawiał z ekscentrycznie odzianą kobietą - spoglądając 

na  nią,  Amber  pomyślała,  że  albo  w  Missisipi  wylądowały  kosmitki, 

albo niewiasta brała udział w jakimś przedstawieniu o Marsjankach - 

następnie RayAnn poprowadziła ich krętymi schodami na górę. 

- Trzydziestka jest fantastyczna. Będą państwo zachwyceni.  

Schody  na  poddasze  były  wąskie  i  strome.  Zarówno  Tripp,  jak  i 

córka  właścicielki  dotarli  na  miejsce  zziajani.  Amber,  która  niosła 

tylko torebkę, nawet się nie zasapała. 

- To jedyny pokój na tym piętrze - oznajmiła RayAnn. 

Tak, pomyślała Amber; los jej zdecydowanie sprzyja. 

- Jak się państwu podoba? 

background image

Rozejrzeli się dookoła. Pokój rzeczywiście robił wrażenie: ukośne 

płaszczyzny,  miękki  puszysty  dywan  w  kolorze  dojrzałych  śliwek, 

antyczne  biureczko,  osiemnastowieczna  komoda,  po  obu  jej  stronach 

wielkie,  skórzane  fotele;  głównym  elementem  było  jednak  ogromne 

małżeńskie  łoże,  na  którym  leżała  wspaniała  wełniana  kapa  oraz 

kilkanaście ozdobnych poduszek. 

Amber  nie  mogła  oderwać  od  niego  oczu.  Tu  rozegra  się  cała 

akcja.  Jeżeli  nie  stchórzę,  dodała  w  myślach.  Prawie  każdy 

mężczyzna,  z  którym  się  spotykała,  gotów  był  ją  zaciągnąć  do  łóżka 

już  na  drugiej  randce.  Ale  co  innego  uwodzić,  a  co  innego  być 

uwodzoną. Psiakrew, powinna była robić notatki. 

-  A  na  widok  łazienki  -  ciągnęła  nastolatka  -  ludzie  po  prostu 

dębieją. 

Tripp,  który  właśnie  szedł  w  tym  kierunku,  zamarł  w  pół  kroku, 

po czym zawrócił, jakby uznał, że ma już dość wrażeń. 

- Niech no zgadnę... Przyjechali państwo na zjazd tancerzy? 

Tripp uniósł pytająco brwi. 

- Na zjazd tancerzy? 

-  No  tak.  Bo  jakoś  państwo  nie  wyglądają  ani  na  dentystów,  ani 

fanów science fiction. 

Na  twarzy  Trippa  wciąż  malowało  się  zdumienie.  Amber 

uśmiechnęła  się;  teraz  już  wie,  co  robiła  na  dole  w  salonie  kobieta 

przebrana za kosmitkę. 

- Przyjechaliśmy na ślub znajomych - wyjaśniła krótko. 

background image

-  Pani przyjaciel  na pewno  nie  jest tancerzem?  -  spytała  szeptem 

dziewczyna, kiedy Tripp rozsunął drzwi, za którymi stał telewizor. 

- Jest lekarzem. Pediatrą. 

RayAnn wytrzeszczyła szeroko oczy. 

- O rany! Mój pediatra był staruszkiem. Miał z osiemdziesiąt lat. 

- Mój też. 

- To jak? - Dziewczyna ponownie podniosła głos. - Decydują się 

państwo na ten pokój? 

- Możesz nas na chwilę zostawić samych? - poprosiła Amber. 

Uśmiechając się przyjaźnie, dziewczę wyszło, zamykając za sobą 

drzwi. 

-  Chyba nie  mamy  zbyt  wielkiego  wyboru  -  powiedziała  Amber, 

kiedy zostali we dwoje. 

Tripp zacisnął zęby. 

- Chcesz dzielić ze mną pokój? 

Przez  chwilę  przyglądała  mu  się  bez  słowa.  Włosy  miał 

potargane, koszulę pogniecioną. Przyszło jej do głowy, że on również 

odczuwa  trudy  podróży.  Mimo  to  starał  się  zachować  spokój,  nie 

okazywać  złości  ani irytacji. Między  innymi  dlatego  go  kochała.  Ale 

oczywiście nie może mu tego powiedzieć, przynajmniej na razie. 

- Kiedyś całe lato mieszkaliśmy pod jednym dachem. Ufam ci. 

Była blada, zmęczona, lecz taka piękna. I mu ufa. Poczuł dziwne 

kłucie  w  sercu.  Chyba  jeszcze  żadna  kobieta  nie  patrzyła  na  niego  z 

taką wiarą w oczach. Wiedział, że nie może jej zawieść. I musi czym 

prędzej  wziąć  zimny  prysznic.  Zdecydowanym  krokiem  podszedł  do 

background image

drzwi i otworzywszy je, wręczył czekającej na korytarzu dziewczynie 

ostatni banknot, jaki miał w kieszeni. 

- Dobrze, bierzemy. 

- Ta mała ma rację - rzekła Amber. 

Odwrócił  się.  Psiakość,  to  ona  bierze  leki  przeciw  chorobie 

lokomocyjnej,  które  powodują  senność  i  otępienie,  lecz  to  on 

zachowuje się jak oferma, który nic nie kojarzy. 

- Rację? 

-  Mówiąc  o  tobie.  -  Amber  usiadła  w  fotelu.  -  Że  masz  lekkość, 

płynność i ruchy tancerza. 

- Moja matka była tancerką, zanim mnie urodziła. 

- Tańczyła w balecie? 

- Jasne! - Ironiczny uśmiech wykrzywił jego wargi. - W klubie w 

Los Angeles. Tam poznała mojego starego. 

Zadumał  się.  Matka  zmarła,  kiedy  miał  siedem  lat.  Słabo  ją 

pamiętał  poza  tym,  że  była  blondynką,  paliła  jak  smok,  często 

wybuchała  śmiechem  i  że  w  jej  obecności  zawsze  czuł  się 

bezpiecznie. 

-  Jeśli  chcesz,  możesz  pierwszy  skorzystać  z  łazienki.  Ja  w  tym 

czasie rozpakuję swoje rzeczy. 

Amber  pochyliła  się  nad  łóżkiem  i  otworzyła  walizkę.  Oczom 

Trippa  ukazał  się  rąbek  beżowego  stanika.  Przez  moment  walczył  z 

sobą.  Wreszcie,  zapanowawszy  nad  pożądaniem,  chwycił  torbę 

podróżną i ruszył pod prysznic. 

background image

Skrzyżował  nogi  w  kostkach  i  przysunął  bliżej  kwartalnik 

poświęcony  medycynie.  Była  to  pasjonująca  lektura.  Zawsze  miał 

kilka  zaległych  numerów  do  przeczytania,  bo  cierpiał  na  chroniczny 

brak  czasu.  Od  dziesięciu  minut  tępym  wzrokiem  wpatrywał  się  w 

jedną i tę samą stronę. 

Umyty  i  ogolony,  zerknął  na  zegarek  i  wrócił  do  początku 

artykułu  o  nowych  lekach  przeciwko  AIDS,  nad  którymi  pracowała 

grupa  naukowców  na  południu  Francji.  Przeczytał  pierwsze  zdanie, 

drugie... Tak, to jest fascynująca lektura. 

Siedział  na  wygodnym  krześle  ustawionym  blisko  urządzenia 

chłodzącego. Nogi miał oparte na obitej identyczną tkaniną otomanie. 

Zaopatrzony  w  pisma  fachowe,  zamiast  pogrążyć  się  w  lekturze, 

wpatrywał się w lśniący czubek swojego buta. 

Miękki  dywan  pochłaniał  wszystkie  dźwięki.  W  pokoju  było  tak 

cicho, że szelest przewracanej strony zabrzmiał niemal jak grzmot. Z 

oddali  docierał  ledwo  słyszalny  szum  wody.  Amber  bierze  prysznic. 

Potrząsnął  głową,  jakby  chciał  się  pozbyć  grzesznych  myśli, 

ponownie  zerknął  na  zegarek  i  jeszcze  raz  przeczytał  drugi  akapit. 

Słowa  wirowały  mu  przed  oczami.  Zamiast  opisanej  w  artykule 

procedury  medycznej,  ujrzał  Amber  omywaną  ciepłym  strumieniem 

wody. 

Niecałe  pół  godziny  temu  stał  w  tym  samym  miejscu,  tyle  że 

strumień,  który  go  omywał,  był  zimny.  Po  chwili  szum  ucichł. 

Otworzyły  się  drzwi  kabiny  prysznicowej  i  ze  środka  wyłoniła  się 

Amber: włosy ma mokre, skórę lśniącą... 

background image

Zły na siebie, Tripp czym prędzej chwycił pilota i skierował go w 

telewizor.  Właśnie  tego  potrzebuje.  Dźwięków,  które  zagłuszyłyby 

odgłosy  docierające  z  łazienki.  Powinien  był  wcześniej  o  tym 

pomyśleć. Po raz trzeci przeczytał drugi akapit. Wciąż nie wiedział, o 

co  w  nim  chodzi.  Przeklinając  pod  nosem,  poderwał  się  na  nogi  i 

zastukał do łazienki. 

- Amber, wychodzę na... 

Drzwi  otworzyły  się.  Stała  ubrana  w  jedwabny  beżowy  szlafrok; 

włosy miała upięte na czubku głowy, twarz pozbawioną makijażu. 

- Co takiego? 

Po szyi spływała jej kropelka wody. 

- Wychodzę na spacer - mruknął Tripp. 

- Na dwór? 

Skrzywił się. Przecież nie po korytarzu. 

-  Ale  jest  potwornie  gorąco  -  zaprotestowała.  -  Ze  trzydzieści 

stopni. 

Powiódł wzrokiem po jej ciele. Miał wrażenie, że tu w pokoju jest 

niewiele  mniej.  Cofając  się  od  drzwi  łazienki,  ściągnął  krawat  i 

marynarkę. 

- Kiedy będziesz gotowa? - spytał. 

- Mniej więcej za czterdzieści pięć minut. 

-  W  porządku.  Mniej  więcej  za  czterdzieści  pięć  minut  będę  z 

powrotem - oznajmił i znikł. Nawet się za siebie nie obejrzał. 

Zostawszy sama, Amber zajrzała do  pokoju; zobaczyła włączony 

telewizor  i  leżące  w  nogach  łóżka  pismo  medyczne.  Biedaczek, 

background image

pomyślała. Najwyraźniej nie mógł się skoncentrować. Zimny prysznic 

widocznie  nie  pomógł.  Wyłączyła  telewizor,  powiesiła  marynarkę  na 

oparciu  krzesła,  po  czym  sięgnęła  po  kuferek  z  kosmetykami.  Tripp 

obiecał  wrócić  za  czterdzieści  pięć  minut.  Zamierza  być  gotowa  - 

piękna i pachnąca. Biedaczek dopiero się zdziwi! 

Kiedy  wrócił,  stała  przed  lustrem  i  wyglądała  bardziej 

oszałamiająco  niż  w  jego  najśmielszych  marzeniach.  Nie  mógł 

oderwać  od  niej  oczu.  Napotkała  w  lustrze  jego  wzrok.  Powietrze  w 

pokoju  stało  się  naelektryzowane,  jakby  tuż  pod  sufitem  przebiegały 

niewidoczne linie wysokiego napięcia.  

Nigdy dotąd nie spotkał kobiety, której byłoby tak świetnie w tym 

kolorze.  Nawet  nie  umiał  go  określić.  Brąz?  Nie.  Ciemny  beż?  Też 

nie.  Może  orzech  włoski?  A  może  wcale  nie  chodzi  o  kolor.  Może 

raczej  o  styl,  o  krój,  o  fason,  o  to,  że  na  pierwszy  rzut  oka  Amber 

wygląda tak, jakby nie miała na sobie nic. 

- Jak się udał spacer? 

Wzruszył ramionami. 

- Dotarłem do salonu obok recepcji - odparł. 

Tam,  w  salonie,  wdał  się  w  dyskusję  na  temat  systemu  opieki 

zdrowotnej  w  Kanadzie.  I  z  dala  od  Amber,  co  nieco  ochłonął.  A 

teraz... 

Psiakość,  jest  jego  przyjacielem.  Służy  mu  bezinteresowną 

pomocą.  Nie  wiedział,  czy  kiedykolwiek  zdoła  się  jej  odwdzięczyć. 

Cooper  też  jest  jego  przyjacielem,  siostra  Proctor  również.  A  jednak 

za  Coopem  i  oddziałową  nie  wodzi  wzrokiem.  No  ale  oni  nie 

background image

wyglądają  tak  jak  Amber.  Nie  ubierają  się  w  przylegające  do  ciała 

suknie  bez  rękawów,  lekko  przezroczyste...  Czuł,  że  znów  zaczyna 

tracić samokontrolę. 

- Nie wierzyłem, że będziesz gotowa. 

- Daj mi jeszcze pół minuty. 

Zauważył, że trzyma w ręku szminkę. Po chwili zbliżyła twarz do 

lustra.  Patrzył  zahipnotyzowany,  jak  obrysowuje  kredką  kontur  ust, 

potem wypełnia środek kolorem. Weź się w garść, stary! Karcąc się w 

duchu,  chwycił  krawat  i  zawiązał  go  pod  szyją.  Następnie  włożył 

marynarkę. 

To  nie  jest  wina  Amber,  że  on  w  myślach  wciąż  grzeszy.  Nie 

kusiła go, nie flirtowała z nim, nawet na niego nie patrzyła. Po prostu 

malowała  się  przed  wyjściem,  bo  chciała  ładnie  wyglądać  jako  jego 

narzeczona. 

- Właściwie to już - oznajmiła. Wygładziła ręką materiał sukienki. 

- Chociaż przydałaby mi się pomoc z suwakiem... 

Uniosła  rękę,  odgarniając  z  szyi  parę  luźnych  kosmyków.  Tripp 

ostrożnie pociągnął zamek błyskawiczny do góry. 

Amber  jakby  się  lekko  zachwiała.  Przyglądając  się  jej  w  lustrze, 

miał  wrażenie,  że  zatrzepotała  rzęsami. Boże  kochany,  co  się  dzieje? 

Cofnął się dwa kroki. 

- Dziękuję - powiedziała ochrypłym głosem. 

Po plecach przeszło mu mrowie. 

- Amber, co robisz? - spytał cicho. 

Obejrzała się przez ramię. 

background image

-  Jak  to  co?  Szykuję  się  do  wyjścia.  Jeszcze  tylko  buty...  - 

Włożyła  jeden.  -  Zobaczysz,  doktorku,  olśnimy  Montgomery'ego 

Perkinsa i jego wspólników. 

Jej głos brzmiał już normalnie, stracił zmysłową chrypkę. A może 

chrypka mu się przyśniła? 

- No? - Włożyła drugi but i wyprostowała się. - Jak wyglądam? 

Wyglądała rewelacyjnie. 

- Wysoko - odparł. 

Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. 

-  To  przez  te  buty.  Kosztowały  prawie  tyle  co  sukienka.  Ale 

dobrze,  że  je  kupiłam,  prawda?  Co  ja  poradzę,  jeśli  ta  zarozumiała 

karlica Olivia będzie mi sięgać do łokcia? 

Tripp  na  moment  zaniemówił,  po  czym  ryknął  śmiechem. 

Napięcie  go  opuściło.  Amber  po  prostu  jest  sobą,  cudowną,  lekko 

złośliwą,  wspaniałą  sobą.  Serdeczną,  nieustraszoną  kumpelką.  Nie 

musi  się  jej  obawiać;  wcale  niczego  nie  knuje.  Jest  taka  sama  jak 

przed  laty,  kiedy  stanęła  w  jego  obronie,  a  potem  -  zła,  że  jej  nie 

podziękował - nazwała go Grzybem. 

- Coś mi się zdaje, że zawrócisz dziś wszystkim w głowie. 

Chwyciwszy torebkę, wzięła Trippa pod ramię. I poczuła dreszcz 

podniecenia,  który  wolno  rozszedł  się  po  całym  jej  ciele.  Obyś  miał 

rację, pomyślała.  

Głównie to jemu chciała zawrócić w głowie. 

 

 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Restauracja  Duncan's  w  centrum  Jackson  nie  była  tak  wytworna 

jak Alessandro's w Santa Rosie, ale - jak powiedział Tripp, wysiadając 

z taksówki - tu też pewnie nie wypada siorbać. Amber roześmiała się 

wesoło.  Tym  razem  to  ona  nie  zwracała  wcale  uwagi  na  spojrzenia 

kierowane  w  jej  stronę.  Szła  pod  rękę  z  Trippem,  uśmiechnięta  i 

szczęśliwa. Cieszyła się, że spędzą razem cały weekend. 

Perkinsowie  okazali  się  niezwykle  mili  i  serdeczni.  Amber  była 

również  zachwycona  młodą  parą,  matką  panny  młodej  oraz 

dziesięcioma  druhnami;  wszyscy  zachowywali  się  przyjaźnie.  Tego 

samego  nie  mogła  powiedzieć  o  Olivii  Babcock  i  Dereku  Spencerze. 

Na  szczęście  z  Derekiem  prawie  nie  miała  kontaktu  -  poza  kolacją, 

kiedy posadzono ich naprzeciw siebie. 

Z  jego  narzeczoną  jej  drogi  niestety  czasem  się  krzyżowały. 

Olivia,  ubrana  w  jedwabną  suknię  jednego  ze  znanych  projektantów 

mody, podeszła do niej, kiedy rozmawiała z trzema druhnami, i kładąc 

rękę na jej ramieniu, spytała słodko: 

-  Te  fikuśne  spineczki  w  twoich  włosach  nie  są  z  prawdziwego 

złota, prawda, kochanie? 

Po  czym,  zanim  Amber  zdołała  cokolwiek  powiedzieć, 

uśmiechnęła się do stojących wkoło młodych kobiet. 

-  Kiedy  byłam  w  szkole  średniej,  uwielbiałam  takie  tandetne 

błyskotki. 

Amber  miała  wrażenie,  że  słyszy  chóralny  jęk  zgorszenia.  Ona 

sama udała, że nic się nie stało. Chociaż marzyła o tym, by się odciąć, 

background image

stała  z  uśmiechem  przyklejonym  do  twarzy,  mocno  gryząc  się  w 

język. 

Po paru minutach zostawiła druhny w towarzystwie Olivii, a sama 

podeszła do matki panny młodej, która rozmawiała z córką oraz matką 

pana  młodego.  Jennifer  trzęsła  się  ze  zdenerwowania:  podczas próby 

do  jutrzejszych  uroczystości  ślubnych  najmłodsza,  kilkuletnia 

druhenka  oznajmiła,  że  nie  będzie  nikogo  obrzucać  płatkami  róż. 

Matka i Cornelia usiłowały pocieszyć przyszłą mężatkę. 

Śluby, wesela... Tyle jest przy nich zamieszania. Amber o swoim 

fantazjowała  od  lat.  Dawno  temu,  jako  dziewczynka,  marzyła  o 

trwającej cały dzień wspaniałej uroczystości. Takiej, na jaką zanosi się 

jutro.  Potem,  z  wiekiem,  zmieniła  zdanie.  Huczne,  piękne  wesela 

wyprawiają swoim dzieciom normalni ludzie, ona zaś nie wyobrażała 

sobie,  by  ta  obca  kobieta,  którą  tytułowała  matką,  mogła 

komukolwiek przygotować wymarzone wesele. 

Wypiła  łyk  szampana.  Przysłuchując  się  rozmowie,  zaczęła 

rozglądać się po pokoju. Po chwili w tłumie gości odnalazła wzrokiem 

Trippa.  Stali  wszyscy  razem,  on,  Derek  Spencer,  doktorzy  Gentry, 

Harris  i  Perkins  oraz  starszy  syn  Perkinsa,  który  pracował  jako 

prawnik w Bostonie. 

Przepełniała  ją dziś  duma.  Tripp  źle  się  czuje  na  takich  wielkich 

spędach, w towarzystwie obcych osób, w dodatku z innych sfer niż te, 

w  których  sam  się  obraca,  ale  niczego  po  sobie  nie  okazuje.  Na 

pierwszy  rzut  oka,  ubrany  w  drogi  czarny  garnitur  i  włoski  krawat, 

idealnie  wtapia  się  w  otoczenie.  Niewątpliwie  pomogła  wizyta  u 

background image

fryzjera. Ale przyglądając mu się chwilę dłużej, widać było, że odstaje 

od reszty gości. Zachowywał się naturalnie, nie szczerzył zębów, żeby 

wywrzeć  na kimś  dobre  wrażenie.  Uśmiechał  się  wtedy,  gdy  miał  na 

to ochotę. 

Jego  kontrkandydat  wprost  przeciwnie:  uśmiechał  się  bez 

przerwy.  Włosy  miał  ciut  za  złociste,  twarz  ciut  zanadto  opaloną. 

Amber  liczyła  na  to,  że  inni  też  zdołają  przejrzeć  go  na  wylot.  Nie 

wyobrażała  sobie,  aby  Perkins  mógł  przyjąć  do  pracy  takiego 

hipokrytę. 

Tripp  zerknął  w  jej  stronę.  Z  tej  odległości  nie  widziała  barwy 

jego  oczu,  ale  czuła  emanujące  z  nich  ciepło  i  sympatię.  Przeszył  ją 

dreszcz emocji. Przypomniała sobie niespodziankę, jaką czeka Trippa 

po powrocie do pensjonatu. 

- Jennifer, znów się spotykamy... 

Znajomy głos wyrwał Amber w zadumy. Przeniosła spojrzenie na 

grupkę  kobiet,  z  którą  stała.  Gdy  zobaczyła  drobną  brunetkę,  która 

dołączyła  do  grupy,  było  już  za  późno;  nie  mogła  odwrócić  się  i  po 

prostu odejść. 

- Miałam nadzieję, że uda mi zamienić z tobą słowo przed twoim 

jutrzejszymi  świętem  -  powiedziała  Olivia.  -  Musisz  być  taka 

podniecona! 

-  Podniecona  byłam  rok  temu.  Nawet  tydzień  temu.  Dziś  jestem 

po prostu kłębkiem nerwów. 

-  Nie  martw  się,  wszystko  będzie  dobrze.  -  Cornelia  próbowała 

uspokoić przyszłą synową. 

background image

- Oby tylko nie padało! - wtrąciła matka Jennifer. 

- Z tym zawsze jest problem, kiedy urządza się wesele pod gołym 

niebem.  -  Olivia  pokiwała  ze  zrozumieniem  głową.  -  Ale  oglądałam 

prognozę pogody. Mówili, że jutro ma być słonecznie i równie ciepło 

jak dziś. Nie powinna spaść ani jedna kropla deszczu. 

Jennifer  Blakely  położyła  dłoń  na  ramieniu  Olivii  i  odetchnęła  z 

ulgą. 

- Och, dzięki Bogu! Strasznie się bałam, że pogoda popsuje nam 

szyki. 

-  Wybaczcie,  dziewczyny,  ale  muszę  porozmawiać  z  Cornelią..  - 

rzekła pani Blakely, odciągając na bok żonę doktora Perkinsa. 

Amber  miała  ochotę  krzyknąć:  „Weźcie  mnie  ze  sobą!",  ale  nie 

bardzo  wypadało.  Została  więc  na  miejscu,  czując,  że  zaraz  coś  się 

wydarzy. 

Olivia podniosła do oczu rękę przyszłej panny młodej. 

-  Och,  jaki  wspaniały  pierścionek!  -  zachwyciła  się.  -  Cztery 

karaty? 

Jennifer pokręciła nieśmiało głową. 

-  Pięć  -  odparła.  -  David  naprawdę  nie  powinien  był  się  tak 

wykosztowywać... 

- Ale w głębi duszy rozpiera cię radość? 

Roześmiały się, jakby były najlepszymi przyjaciółkami. 

- Ty i Tripp jeszcze nie ustaliliście daty, prawda, Amber? - spytała 

Olivia. 

- Nie, nie ustaliliśmy. 

background image

- Zaręczyliście się dość niespodziewanie... 

-  Ojej!  -  zawołała  Jennifer.  -  Szalona  miłość  od  pierwszego 

wejrzenia? Jakie to romantyczne! 

Amber miała ochotę ją ucałować. 

- Widzę, że nie nosisz pierścionka zaręczynowego - kontynuowała 

Olivia.  -  Szkoda.  Powinnaś  skarcić  Trippa.  Bez  pierścionka 

symbolizującego  miłość  zaręczyny  wydają  się  takie...  hm,  nie  do 

końca prawdziwe. Jakby zaaranżowane. 

Amber z całej siły zacisnęła rękę na kieliszku; aż dziw, że go nie 

zgniotła.  Kiedy  tak  stała,  dygocząc  z  wściekłości,  nie  zauważyła 

grupy lekarzy, którzy powoli zbliżali się w ich stronę. 

Jennifer również ich nie zauważyła. 

- Zaaranżowane? - spytała, patrząc na Olivię. - Co to znaczy? 

- Olivia po prostu nie jest na bieżąco - wyjaśniła lekko kąśliwym 

tonem Amber. - Aranżowane małżeństwa wyszły z mody wieki temu. 

Jeśli  zaś  chodzi  o  pierścionek...  -  Spojrzała  z  uśmiechem  na  swoje 

gołe  palce.  -  Nie  zrozum  mnie  źle,  Jennifer.  Pierścionek  z  brylantem 

to piękna rzecz. - Dla emfazy na moment zamilkła. - Ale widzisz, mój 

ojciec  ma  udziały  w  kopalni  diamentów.  Może  dlatego  brylanty  nie 

robią na mnie wrażenia. Poza tym Tripp posiada coś znacznie bardziej 

intrygującego od karatów. Wiesz, co mam na myśli, prawda, Olivio? 

Tripp  niemal  udławił  się  szampanem.  Olivia  zmrużyła  powieki  i 

ściągnęła gniewnie usta, jakby dopiero w tej chwili pojęła swój błąd: 

nie doceniła przeciwniczki.  

background image

Chcąc  zapobiec  nieprzyjemnej  scenie,  Tripp  czym  prędzej 

odstawił kieliszek i wsunął się pomiędzy kobiety. 

- Zatańczymy? 

Amber  nie  odpowiedziała.  Tripp  zabrał  jej  kieliszek,  postawił  na 

tacy  obok  swojego,  po  czym  poprowadził  ją  w  kąt  sali,  gdzie  grał 

trzyosobowy zespół muzyczny. 

- Przyjemnie się z Olivią zabawiacie? - spytał szeptem. 

- Tripp, to podła, wredna jędza. Co ty w niej widziałeś? 

- Dobre pytanie. - Objął Amber w pasie. 

- Nie, serio. Dziwi mnie, jak mogłeś zaręczyć się z kimś takim. A 

jeszcze bardziej dziwi mnie, jak mogła rzucić ciebie dla kogoś takiego 

jak Spencer. 

-  A  więc  po  pierwsze  -  rzeki,  krążąc  wolno  po  parkiecie  -  nasze 

narzeczeństwo  trwało  tak  krótko,  że  się  w  ogóle  nie  liczy.  A  po 

drugie, to ja ją rzuciłem. 

- Naprawdę? Cieszę się. 

Oparł dłoń na jej plecach i przytulił ją mocniej. 

-  Wiesz,  twoja  była  narzeczona  chyba  za  mną  nie  przepada. 

Ciekawe dlaczego? 

Uśmiechnął się pod nosem. Po chwili zerknął na drugi koniec sali, 

gdzie Olivia z Derekiem naradzali się szeptem. 

- Bo ją usadziłaś. A Olivia Babcock lubi błyszczeć. 

- Każdy lubi. 

-  Ona  bardziej  od  innych.  Zdajesz  sobie  sprawę,  że  nie  puści  ci 

tego płazem? 

background image

-  Mniejsza  o  mnie.  Jedynie  mam  nadzieję,  że  swoim 

zachowaniem nie zaszkodziłam tobie. 

-  Chyba  nie.  Perkins  właśnie  mi  mówił,  że  jest  pod  wrażeniem 

moich osiągnięć zawodowych. 

Wyraźnie się odprężyła. 

- Mądry facet. 

Tripp  zdążył  przywyknąć  do  mrowienia,  które  czuł  na  widok 

Amber.  Jednak  komplementy  pod  swoim  adresem  wciąż  wprawiały 

go  w  zdumienie.  Nie  przypuszczał,  że  wieczór  będzie  należał  do 

udanych.  Wolałby  zdjąć  marynarkę,  rozluźnić  pod  szyją  krawat, 

podwinąć rękawy. Ale w sumie był zadowolony. 

Niewątpliwie  humor  poprawiła  mu  rozmowa,  jaką  odbył  z 

Montgomerym Perkinsem i jego synami. Okazało się, że nie wszyscy 

bogaci  ludzie  są  płytcy  i  powierzchowni.  Pod  pewnymi  względami 

trzej  Perkinsowie  byli  typowymi  przedstawicielami  swojej  klasy: 

powoływali  się  na  nazwiska  wpływowych  ludzi,  których  znali, 

wymieniali szkoły i uniwersytety, jakie kończyli. To akurat nie robiło 

na  Trippie  wrażenia.  Był  natomiast  pozytywnie  zaskoczony  czym 

innym:  ich  poważnym  podejściem  do  pracy,  troską  o  ludzi, 

stosunkiem do rodziny. 

Wieczór  podobał  mu  się  nie  tylko  ze  względu  na  interesujące 

rozmowy, ale również ze względu na Amber. Nie potrafił tego pojąć. 

Rozum  mówił  mu,  że  nic  się  między  nimi  nie  zmieniło,  ciało  jednak 

reagowało  inaczej,  jakby  wszystko  uległo  zmianie.  Mają  dzielić 

background image

pokój.  Pokój?  Dobre  sobie!  Tam  jest  tylko  jedno  łóżko.  Na  myśl  o 

wielkim, szerokim materacu poczuł, jak serce wali mu młotem.  

Gdy  zespól  rozpoczął  kolejny  utwór,  Tripp  z  Amber  jedynie 

zwolnili  rytm.  Ich  ruchy  cechowała  doskonała  harmonia,  jakby  całe 

życie  ze  sobą  tańczyli.  Ni  stąd,  ni  zowąd  Tripp  przechylił  partnerkę. 

Amber krzyknęła przerażona, po czym wybuchnęła śmiechem. 

- Chyba Perkinsom podoba się zainteresowanie, jakie jeden z ich 

kandydatów  okazuje  swojej  narzeczonej  -  szepnęła, kiedy  znów  stała 

prosto. 

- Fałszywej narzeczonej - poprawił ją Tripp. 

Objęła go delikatnie za szyję. 

- Wiesz, co myślę? 

Popatrzył na nią wyczekująco. 

- Myślę, że nie  wszystko jest udawaniem. I myślę,  że ty  również 

to wiesz. 

Chciał się oburzyć, sprzeciwić, ale nie zdołał. Jej ciało przylegało 

do  jego  ciała.  Każdy  mężczyzna  na  jego  miejscu  odczuwałby 

podniecenie. Ale on czuł coś więcej. Od rana powtarzał sobie, że nic 

go  z  Amber  nie  łączy.  Są  przyjaciółmi.  Dwojgiem  ludzi,  z  których 

jedno  potrzebowało  drobnej  koleżeńskiej  przysługi,  a  drugie  gotowe 

było  ją  ofiarować.  Ale  w  głębi  duszy  wiedział,  że  to  nieprawda; 

przyjaciół nie trawi żądza. 

Może wypił za dużo szampana? A może jest jakiś inny powód, że 

nie może oderwać od Amber oczu? 

- Uważaj, kotku, co mówisz - ostrzegł ją. 

background image

Spojrzenie, jakie mu posłała, było uwodzicielskie. Przyjaciele tak 

na siebie nie patrzą, pomyślał. 

- Wiem, co mówię. Tripp. I wiem, co robię - oznajmiła krótko. 

Muzyka  ucichła,  a  raczej  jej  dźwięki  odpłynęły  gdzieś  w  dal. 

Tripp  stał  w  miejscu,  jakby  przyrośnięty  do  ziemi.  Wkoło  tańczyły 

inne  pary.  On  zaś  tkwił  na  środku  parkietu,  starając  się  nie  ulec 

wdziękom Amber, a jednocześnie przyciągając ją do siebie. 

Przyglądała  mu  się  uważnie,  jakby  dokładnie  wiedziała,  co  się 

dzieje. Jakby w niej również od rana narastało pożądanie. 

-  Jennifer  i  David  szykują  się  do  wyjścia  -  powiedziała  cicho.  - 

Czyli my też możemy się zbierać. - Oswobodziła się z jego objęć. - To 

co, idziemy? 

Pożegnali  się  z  Perkinsami,  z  parą  młodą  i  kilkoma  innymi 

osobami,  które  dziś  poznali.  Kierując  się  w  stronę  wyjścia,  Amber 

wzięła Trippa pod rękę. 

- Uśmiech na twarz - szepnęła. 

Przeszli  pod  łukiem  obwieszonym  białymi  światełkami  i  znaleźli 

się  na  zewnątrz.  Ruszyli  schodami  na  dół.  Tripp,  jakby  potrzebując 

wsparcia,  trzymał  się  żelaznej  poręczy.  Byli  już  w  połowie  drogi, 

kiedy  nagle  ktoś  go  zawołał.  Obejrzał  się  za  siebie,  jednocześnie 

uderzył kłykciem w ostrą, wystającą krawędź poręczy. Skrzywił się - 

nie tyle na myśl o sińcu, którego z pewnością sobie nabił, ile na widok 

swojego obłudnie uśmiechającego się konkurenta. 

- Czego chcesz, Spencer? 

background image

Spencer  najpierw  wolno  powiódł  wzrokiem  po  Amber,  po  czym 

ponownie skierował spojrzenie na rywala. 

-  Oby  wygrał  lepszy  -  powiedział  i  roześmiawszy  się  sztucznie, 

obrócił się i znikł z powrotem w sali. 

- Co mu się stało? - spytała Amber. 

Diabli wiedzą. - Tripp podmuchał na rękę, jakby chciał odpędzić 

ból.  Amber  delikatnie  ujęła  ją  i  leciutko  pocałowała  zaczerwieniony 

kłykieć. 

- Kiedy byłam dzieckiem, mama zawsze całowała wszystkie moje 

skaleczenia.  Twierdziła,  że  dzięki  temu  mniej  boli.  -  Pocałowała 

kolejny palec i jeszcze następny. - Lepiej? 

Poczuł, jak przepełnia go żar. Podejrzewał, że Amber wie, co robi 

i  w  jaki  sposób  to  na  niego  działa.  Nie  jest  dzieckiem  ani  niewinną 

nastolatką.  Jest  dorosłą  kobietą,  świadomą  swojego  uroku.  Kobietą, 

która  dobrze  wie,  gdzie  jest  granica  między  przyjaźnią  a  seksem  i 

która do tej granicy powoli się zbliża. 

Próbował  przypomnieć  sobie,  dlaczego  powinien  trzymać  się  od 

niej z daleka, kiedy przy krawężniku zatrzymała się taksówka. Amber 

podeszła  do  niej,  wdzięcznie  kołysząc  biodrami,  i  otworzyła  drzwi. 

Stała z ręką na klamce, czekając. Wydawała się bardzo pewna siebie. 

Oj, niełatwo będzie jej się oprzeć. 

-  To  będzie  wspaniały  ślub.  Oczywiście  Jennifer  jest  kłębkiem 

nerwów.  Najbardziej  boi  się,  czy  najmłodsza  druhenka,  która  ma 

rozrzucać  kwiaty,  poradzi  sobie  z  zadaniem.  Dziewczynka  ma  trzy 

lata, a w tym wieku dzieci są nieprzewidywalne. 

background image

Wreszcie  umilkła.  Odkąd  wyszli  z  restauracji,  usta  jej  się  nie 

zamykały.  Tripp  oderwał  oczy  od  jej  twarzy  i  skierował  wzrok  tam, 

gdzie ona patrzyła. Dojechali na miejsce.  

Cisza nie trwała długo. 

- Z początku Jennifer sądziła, że mała Breanna jest zbyt nieśmiała, 

aby iść środkiem nawy, i dlatego marudzi. - Amber otworzyła drzwi i 

wysiadła  z  taksówki.  -  Powód  okazał  się  całkiem  inny.  Po  prostu 

dziewczynka  nie  chce  wyrzucać  z  koszyczka  płatków  róży.  Chce  je 

zachować  dla  siebie.  Wyobrażasz  sobie?  Mówiłam  ci,  że  wszystkie 

druhny  mają  suknie  w  kolorze  lawendy?  Podobno  to  najmodniejszy 

obecnie kolor na ślubach. Chociaż czerń też jest modna. 

Tripp wsunął rękę do kieszeni, by zapłacić za kurs. 

-  Dzięki,  kolego  -  powiedział  kierowca,  chowając  pieniądze.  - 

Pańska kobita zawsze tyle gada? 

Tripp miał ochotę wyjaśnić, że Amber wcale nie jest jego kobietą 

i na ogół tak nie trajkocze, ale jedynie wzruszył ramionami. Zanim się 

obejrzał,  Amber  pomaszerowała  przed  siebie.  Miał  wrażenie,  że 

bardzo  się  spieszy.  Był  jeszcze  na  schodach, kiedy  ona  wyciągnęła  z 

torebki klucz do pokoju i otworzyła drzwi. 

-  Muszę  zdjąć  buty  -  oznajmiła.  -  Nie  przepadam  za  takimi 

obcasami, ale czasem nie ma się wyboru... 

Zdjęła prawy. 

- Dość tego. 

Pochylona nad drugim, podniosła zdziwiona głowę. 

- Nie zamkniesz drzwi? - spytała. 

background image

Zamknął, po czym oparł się o nie ramieniem. 

- Co robisz? 

- Nie rozumiem... 

Udawała niewiniątko, a przecież widział, że gra. 

-  Przez  całą  drogę  buzia  ci  się  nie  zamykała.  To  nie  w  twoim 

stylu. Czyli jesteś zdenerwowana. Dlaczego? 

-  Istnieje  delikatna  granica  między  zdenerwowaniem  a 

podnieceniem. A jeśli chodzi o twoje pierwsze pytanie: skoro musisz 

pytać, co robię, najwyraźniej robię to niezbyt umiejętnie. 

Poczuł  się  speszony,  ale  i  zaintrygowany.  Zmrużył  oczy.  Na 

miłość  boską,  mars  na  jego  czole  powinien  był  ją  zniechęcić,  a 

przynajmniej wystraszyć. 

- Jesteś zła? 

- A żebyś wiedział. 

Stała  na  drugim  końcu  pokoju,  całkiem  odprężona.  Po 

wcześniejszym zdenerwowaniu nie było śladu. Po chwili uniosła ręce 

do  głowy  i  zaczęła  wyjmować  z  włosów  ozdobne  spinki.  Jedna  po 

drugiej spadały bezgłośnie na miękki, puszysty dywan. 

- Powinnaś się bać. A przynajmniej czuć nieswojo... 

Wpatrując  mu  się  w  oczy,  bez  słowa  wyciągnęła  największą 

klamerkę, która przytrzymywała kok. 

- Ale nie. Amber Colton niczego się boi... 

Potrząsnęła głową, by włosy opadły jej na ramiona. 

- Niektórych rzeczy się boję. 

- Akurat. 

background image

- Naprawdę. - Wykonała krok w jego kierunku. 

- Wymień choć jedną. 

- Boję się pająków. - Podeszła kolejnych kilka kroków. - Boję się 

latania.  Nie  lubię  wind.  Ani  kuchenek  gazowych.  -  Mówiła  głosem 

niewiele  donośniejszym  od  szeptu.  -  Boję  się  bezpańskich  psów  i 

terrorystów. Jadowitych węży, pijanych kierowców i... i w głębi duszy 

boję się ciebie. 

- Mnie? 

Skinęła głową, znów przysuwając się o krok. 

- Tak. Że nie dasz mi tego, czego chcę. 

Oddech miał przyśpieszony. 

- Jeszcze masz czas, Amber. 

Dzieliły ich już tylko centymetry. 

- Czas? Na co? 

- Żeby się opamiętać. 

Uśmiechnęła  się  zalotnie.  Zrozumiał,  że  czas  się  kończy,  że 

jeszcze chwila, a będzie za późno. 

- Żeby wyrzucić mnie za drzwi... 

- Za drzwi? Ależ ja się cieszę, że mamy przed sobą całą noc. 

-  Ja...  -  Podjął  ostatni  rozpaczliwy  wysiłek,  aby  ogarnąć  myślą 

sytuację. - Ja... Nie mam zabezpieczenia. 

- Ja mam... 

Zamknął oczy. Kiedy je otworzył, Amber wciąż stała tuż obok, na 

wyciągnięcie ręki. 

- Wszystko zaplanowałaś? 

background image

- Mam również świece. Oraz nastrojową muzykę. - Wpatrywał się 

w jej usta. - Ale chyba niepotrzebne nam świece i muzyka, prawda? 

Zachwiała  się.  Wyciągnął  ręce,  by  ją  przytrzymać.  Nagle,  nie 

kontrolując  się,  zgarnął  ją  w  ramiona  i  przytulił  mocno  do  siebie. 

Odchyliła  w  tył  głowę.  Z  początku  pocałunek  był  lekki,  ale  już  po 

chwili  zamienił  się  w  namiętny  taniec  warg  i  języków.  Amber  miała 

rację;  nie  potrzebowali  świec  ani  muzyki  -  potrzebowali  wyłącznie 

siebie.  

W  pewnym  momencie  cofnęła  się  krok.  Czyżby  wreszcie  się 

opamiętała?  Tak  by  było  najlepiej.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  że 

wstrzymuje  oddech.  Wypuścił  powietrze  dopiero  wtedy,  gdy  zgasiła 

górną  lampę  i  ponownie  trafiła  w  jego  objęcia.  Bez  słowa  odgarnęła 

na bok włosy i odwróciła się. 

Delikatnie  pocałował  ją  w  kark.  Zadrżała.  Powoli  zaczął  ciągnąć 

w  dół  suwak.  Wiedział,  czego  Amber  pragnie.  Czy  może  jej  tego 

odmówić?  Uśmiechając  się,  rozwiązała  i  zdjęła  mu  krawat,  rozpięła 

guziki u koszuli, następnie zbliżyła palce do paska u spodni. 

- Uważaj, bo nie będzie odwrotu - szepnął ochryple. 

Nie  miała  zamiaru  uważać.  Po  chwili  suknia  opadła  na  podłogę, 

tworząc  kałużę  u  jej  stóp.  Odsunęła  ją  na  bok.  Na  kupno  bielizny 

poświęciła równie wiele czasu, jak na znalezienie odpowiedniej sukni 

i butów. Teraz, stojąc w przezroczystym staniku, jedwabnych figach i 

zakończonych  elastyczną  koronką  pończochach,  wiedziała,  że 

dokonała trafnego wyboru. 

background image

Tripp  nie  mógł  oderwać  od  niej  oczu.  Nie  pozwolił  jej  jednak 

długo pozostać w bieliźnie. Wkrótce materac uginał się pod ciężarem 

ich ciał, a pokój wypełniały ciche jęki i pomruki rozkoszy. 

-  Nie,  nie  przerywaj  -  szepnęła,  kiedy  Tripp  na  moment  cofnął 

rękę. Potarła nogą o jego udo. - Chcę... 

Sięgnął  po  zabezpieczenie.  Całował  ją  delikatnie  po  ustach, 

brodzie, szyi, po brzuchu, biodrach, wszędzie. 

- Och, tak. Jeszcze... Już... 

Kiedy się z nią połączył, poczuł coś dziwnego, ale nawet nie miał 

czasu o tym myśleć. Była taka piękna i zmysłowa, pełna namiętności i 

tak  wspaniale  reagująca  na  każdy  jego  ruch.  Próbował  odrobinę 

zwolnić, przedłużyć przyjemność, ale zaprotestowała, więc poddał się 

zmysłom. Reszta świata przestała istnieć. 

Potem  wolno  dochodził  do  siebie.  Dopiero  po  paru  minutach, 

kiedy  serce  odnalazło  właściwy  rytm,  poskładał  sobie  wszystko 

razem.  Wiedział,  że  było  dobrze,  ale  mogło  być  lepiej.  Miłość  nie 

znosi  pośpiechu.  Żeby  wznieść  się  na  wyżyny,  potrzeba  fantazji, 

finezji  i czasu,  on  zaś  czasu nie  miał.  Ani  na to,  by  rozkoszować  się 

dotykiem, ani na to, by cokolwiek analizować. 

Dlatego  umknęła  mu  rzecz  oczywista.  Nic  dziwnego,  że  przez 

całą  drogę  Amber  trajkotała.  Zresztą  sama  przyznała,  że  między 

zdenerwowaniem a podnieceniem istnieje cienka granica. A ona była 

zdenerwowana - i nie bez powodu!  

Podparłszy się na łokciu, przyglądał się jej, czekając, aż otworzy 

oczy. 

background image

- Amber, dlaczego? 

- Co dlaczego? 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jesteś dziewicą? 

- Bo... - Napotkała jego wzrok. - Bo nie byłam pewna. 

- Bo nie byłaś pewna? 

Pomyślała  sobie,  że  chyba  nie  powinna  się  dziwić  ironii  w  jego 

głosie.  

-  Tak.  To  znaczy  raz...  może  dwa  razy  wydawało  mi  się,  że...  - 

Odwróciła twarz. - Ale chyba nie. 

- Chyba nie? 

Powściągnęła  uśmiech.  Był  taki  słodki,  kiedy  się  złościł.  A  ją 

rozpierała radość. 

- Chyba nie? - powtórzył. 

- Teraz wiem, że na sto procent nie. 

Pokręcił z niedowierzaniem głową. 

- Jesteś piękną kobietą, na brak powodzenia nie możesz narzekać, 

a jednak... A jednak nigdy dotąd nie kochałaś się. Dopiero dziś... 

Ze wzruszenia łzy napłynęły jej do oczu. Miała ochotę śmiać się i 

płakać, smucić i cieszyć. Potrzebowała chwili, aby wziąć się w garść i 

opanować emocje. 

- Czekałam na wyjątkowego mężczyznę. 

Otworzył  usta,  żeby  zaprotestować,  ale  przyłożyła  mu  do  nich 

palec. 

- Chciałam, żeby to było przeżycie, które na zawsze zostanie mi w 

pamięci. Dlatego ten pierwszy raz nie mógł być z kimś, kto poluje na 

background image

pieniądze  mojej  rodziny.  -  Przetoczyła  się  na  skraj  łóżka,  po  czym 

postawiła nogi na podłodze. - Nie odchodź. Zaraz wrócę. 

Zanim zamknęła za sobą drzwi łazienki, obejrzała się przez ramię. 

Leżał  na  łóżku,  silny,  nagi,  męski;  na  jego  twarzy  wyraz  błogości 

mieszał się z wyrazem złości. Uśmiechnęła się.  

Nie potrafił się jej oprzeć - i również rozciągnął usta w uśmiechu. 

- W porządku? - spytał, kiedy dziesięć minut później wyłoniła się 

ubrana w jedwabny szlafrok. 

Skinęła 

głową. 

Właściwie 

niepotrzebnie, 

bo 

dosłownie 

promieniała radością. Usiadłszy na skraju łóżka, popatrzyła na Trippa, 

po czym nieśmiało odwróciła wzrok. 

- Raczej ja ciebie powinnam o to spytać. 

Przestał bawić się zegarkiem i wbił w nią oczy. 

-  Powiedz,  Amber,  czy  naprawdę  nastąpiła  jakaś  pomyłka  przy 

rezerwacji pokoi, czy może to twoja sprawka? 

Uniosła  koc  i  wsunęła  się  do  łóżka.  Zrobiła  to  tak  naturalnie, 

jakby tam, przy boku Trippa, było jej miejsce. 

-  Pragnęłam  tego.  -  Wykonała  nieokreślony  ruch  dłonią.  -  Ale 

przysięgam,  że  zarezerwowałam  dla  nas  dwa  pokoje.  Dziesiątkę  i 

dwunastkę,  bo  były  połączone  drzwiami.  To,  że  przypadł  nam  ten 

cudowny  pokój  na  poddaszu  -  rozejrzała  się  dookoła  -  to  po  prostu 

zrządzenie  opatrzności.  -  Odczekała  moment,  aby  przetrawił 

informacje, po czym spytała: - Wierzysz mi? 

background image

Długo  się  w  nią  wpatrywał,  a  kiedy  w  końcu  skinął  głową, 

poczuła,  jak  rozpiera  ją  szczęście.  Chciała  usłyszeć  słowa  o  miłości, 

ale fakt, iż jej ufał, miał dla niej nie mniejsze znaczenie. 

Pogasił  światła,  kiedy  była  w  łazience;  zostawił  jedynie  niedużą 

lampkę nocną po jej stronie łóżka. 

-  A  teraz  -  powiedział  tonem,  jakiego  mężczyźni  używają,  kiedy 

domagają  się  natychmiastowej  odpowiedzi  -  może  byś  mi 

wytłumaczyła,  jak to  możliwe,  aby  tak piękna  i  mądra  kobieta,  która 

odrzuciła trzy oferty małżeństwa, tyle lat żyła w cnocie? 

Leżał  wsparty  na  poduszkach,  zakryty  do  pasa.  Amber 

przewróciła  się  na  bok.  Mimo  że  spodziewała  się  tego  pytania,  nie 

bardzo potrafiła na nie odpowiedzieć. 

-  Sama  nie  wiem.  pewnie  wszystko  potoczyłoby  się  inaczej, 

gdyby... gdyby panowie składający te oferty kochali mnie czy chociaż 

pożądali, a nie wyłącznie pieniądze mojej rodziny. 

- Kochałaś ich? 

-  Lubiłam.  Zwłaszcza  jednego.  Ale  okazało  się,  że  on  też  liczył 

głównie  na  pozycję  i  majątek  mojego  ojca.  Na  zyski  w  postaci 

samochodów, jachtów, luksusowych prezentów, wakacji. 

- Załatwienia pracy w prywatnym szpitalu... 

Potrząsnęła energicznie głową. 

- To zupełnie co innego, Tripp. Ty nie chcesz tego stanowiska dla 

siebie.  Chcesz  je  po  to,  żeby  pomagać  biednym.  A  jedynym 

człowiekiem,  któremu  chciał  pomóc  mój  ostatni  narzeczony,  był  on 

sam. Marzył o podróży do Paryża, ale moja obecność nie była mu do 

background image

niczego  potrzebna...  Wierz  mi,  jesteś  pierwszym  facetem,  który 

większą sympatią darzy mnie niż pieniądze mojego tatusia. 

- Biedna bogata dziewczynka. 

- Tylko nie lituj się nade mną. 

-  Nie  mam  zamiaru.  Można  litować  się  nad  pokraką,  a  nie  nad 

piękną, mądrą kobietą. 

Uśmiechnęła  się  zadowolona.  Wiele  osób  mówiło  jej 

komplementy, niektórzy pewnie szczerze. Ale dopiero pochwała z ust 

Trippa  sprawiła  jej  przyjemność.  Boże,  jak  bardzo  go  kochała.  Jaka 

była szczęśliwa! 

- Tripp...  

- Słucham? 

- Wiesz, nie chce mi się rozmawiać. 

Zmrużywszy oczy, podziwiała jego szerokie ramiona, muskularny 

tors,  pociągłą  twarz,  potarganą  czuprynę,  brodę  pokrytą  wieczornym 

zarostem.  Gdy  wyciągnął  rękę.  zamierzając  zgasić  lampkę, 

powstrzymała go. 

- Spać też mi się nie chce. 

Opuścił rękę. 

- Nie? 

Pokręciła przecząco głową. 

-  Do  dziś  nie  wiedziałam,  co  to  znaczy  prawdziwa  rozkosz.  Jaki 

ma  smak,  zapach, dotyk.  -  Zawahała  się.  -  Przywiozłam  więcej...  no, 

tych... prezerwatyw. 

- Ile? 

background image

- Całe pudło. 

Powiódł wzrokiem po jej twarzy, szyi, ramionach. 

- Nie wiem, czy podołam... 

Wsparła się na łokciu. 

- Chcesz spróbować? 

Wturlał się na nią. 

- A jak myślisz? 

- Myślę... myślę... hm... 

Łóżko zaskrzypiało. 

- Tym razem - powiedział Tripp, odrywając usta od warg Amber - 

zrobimy to po mojemu. Powolutku, nie śpiesząc się. 

Nie  zamierzała  się  sprzeciwiać.  Przesunął  rękę  wzdłuż  jej  żeber, 

wokół  pępka  i  z  powrotem  do  góry.  Wydała  cichy  pomruk 

zadowolenia. 

- Dobrze, doktorku. Nie śpieszmy się. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

-  Drodzy  przyjaciele,  zebraliśmy  się  tu,  żeby  uczestniczyć  w 

ceremonii zaślubin Jennifer i Davida... 

Amber z Trippem odetchnęli z ulgą. Zdążyli! Zajęli miejsca koło 

dwóch  niewiast  w  ogromnych  kapeluszach  dosłownie  kilka  sekund 

przed  pojawieniem  się  pierwszej  z  druhen.  Ożywczy  wiaterek 

szeleścił liśćmi drzew porastających wspaniały ogród, targał stronami 

starego  modlitewnika,  trzepotał  dolami  atłasowych  sukien,  delikatnie 

background image

nadymał  dziesiątki  metrów  koronki  składających  się  na  zapierający 

dech w piersi tren panny młodej. 

Amber  westchnęła  z  zachwytu.  Wymarzony  ślub  w  bajkowej 

scenerii.  Ogromny,  starannie  utrzymany  ogród,  a  w  nim  dumnie 

prężące się stuletnie dęby o długich, porosłych mchem gałęziach oraz 

kołyszące  się  na  wietrze  magnolie,  wistarie,  żółte  i  czerwone  róże, 

derenie, azalie. Naturalne piękno świata przyrody podkreślało radosny 

charakter  uroczystości  ślubnej.  Nad  głowami  gości  błękitu  nieba  nie 

zanieczyszczała  ani  jedna  chmurka.  Kilka  szarych  było  widać  w 

oddali,  ale  one  zdawały  się  tkwić  w  miejscu,  jakby  nie  chciały 

przeszkadzać. 

-  Czy  ty,  Davidzie  Jamesie  Perkinsie,  bierzesz  tę  kobietę  za 

żonę... 

Na  gałęziach  ćwierkały  ptaki,  w  tle  słychać  było  delikatne 

dźwięki harfy. 

- ...i przyrzekasz kochać ją aż do śmierci? 

Amber przeszły ciarki. Uwielbiała śluby. O własnym marzyła od 

dzieciństwa. Ale dopiero od niedawna wiedziała, że istnieje na świecie 

tylko jeden mężczyzna, którego pragnie poślubić. Chciała... Nie, lepiej 

nie  zapeszać.  Zresztą  za  wcześnie,  by  o  tym  myśleć.  Kochała  go. 

Sama  też  nie  była  mu  obojętna.  Wprawdzie  Tripp  nie  wyznał  jej 

uczucia,  ale  zawsze  uważała,  że  czyny  mówią  głośniej  od  słów.  A 

czyny,  lub  raczej  wyczyny  Trippa  były  pełne  fantazji,  a  zarazem 

ciepła i tkliwości. 

background image

Wiatr  przybrał  na  sile.  Targał  fryzury,  szarpał  dekoracje, 

podwiewał  spódnice.  Amber  odgarnęła  za  uszy  kilka  luźnych 

kosmyków, po czym  założyła nogę na nogę. Nagle poczuła lekki ból 

w  podbrzuszu;  natychmiast  stanęły  jej  przed  oczami  cudowne  harce, 

jakie wyprawiała z Trippem w łóżku. 

Rano,  spoglądając  do  lustra,  Amber  zastanawiała  się,  czy  w  jej 

wyglądzie  widać  jakąkolwiek  różnicę.  Zielony  kostium  zasłaniał 

otarcie, jakie broda Trippa pozostawiła na jej ramieniu. Podejrzewała 

jednak,  że  ani  makijaż,  ani  ciemne  okulary  nie  zdołają  ukryć  jej 

rozmarzonego spojrzenia. 

Zerknęła  w  bok,  ciekawa,  czy  po  wstaniu  z  łóżka  mężczyźni 

natychmiast  zapominają  o  wszystkim,  co  tam  robili,  czy  też  przez 

wiele 

godzin 

rozpamiętują 

szczegóły. 

Obciągając 

spódnicę 

spostrzegła,  że  oczy  Trippa  powędrowały  za  jej  ręką.  Na  jego  szyi 

zauważyła  mocno  pulsującą  tętnicę. Uśmiechnęła  się  w  duchu.  Tripp 

chyba należy do tych rozpamiętujących. 

Poprawiła fryzurę. Wcześniej zamierzała upiąć włosy. Stała przed 

lustrem  z  klamerką  w  zębach,  kiedy  do  łazienki  wszedł  Tripp.  Nie 

pozwolił  się  jej  uczesać;  miał  inny  pomysł,  jak  miło  spędzić  czas. 

Wprawdzie  nie  miała  skali  porównawczej,  jednakże  jego  witalność 

wprawiła ją w zdumienie. Właśnie dlatego, z powodu niewyczerpanej 

energii Trippa, omal nie spóźnili się na ślub. 

Z  zadumy  wyrwała  ją  muzyka  organowa.  Uroczystość  zaślubin 

dobiegła  końca:  pan  młody  całował  swoją  nowo  poślubioną  żonę. 

Niewiasty  w  dużych  kapeluszach  wciągnęły  Amber  i  Trippa  w 

background image

rozmowę  na  temat  architektury  Południa.  Amber  akurat  coś  mówiła, 

nie  zwróciła  więc  uwagi  na  Olivię  Babcock,  która  przechadzała  się 

samotnie. 

Kilka  minut  później  Tripp  zauważył  Stevena  Gentry'ego  i 

Winstona  Harrisa,  którzy  stali  a  uboczu,  prowadząc  ożywioną 

dyskusję  z  Derekiem  Spencerem;  wyglądali  jak  spiskowcy.  Widok 

Spencera zawsze przyprawiał go o gęsią skórę, facet nie miał za grosz 

skrupułów. 

Złożywszy  młodym  najlepsze  życzenia,  Tripp  z  Amber  przeszli 

pod przystrojonym różami łukiem dzielącym ogród na dwie części: w 

jednej  odbyła  się  uroczystość  ślubna,  w  drugiej  miało  się  odbyć 

przyjęcie  weselne.  Nawet  nie  zdążyli  się  wmieszać  w  tłum,  kiedy 

nagle, jak spod ziemi, wyrósł przed nimi Gentry z Harrisem. 

- Doktorze Calhoun... 

Tripp uniósł zdziwiony brwi. Doktorze? W Santa Rosie mówili do 

niego po imieniu. 

- Tak? 

-  A  więc  uważamy...  -  zaczął  Steven  Gentry  -  zarówno  ja  z 

Winstonem,  jak  i  Montgomery  z  Cornelią  oraz  Jennifer  z  Davidem, 

że... że... 

Tripp odruchowo wyprostował ramiona. Gdzieś w głowie zapaliło 

mu się światełko ostrzegawcze. Amber musiała wyczuć jego napięcie, 

bo również zastygła nieruchomo. 

- Tak? - powtórzył. 

Gentry'emu przyszedł z pomocą Winston Harris. 

background image

- Zważywszy na to, co się stało, lepiej, aby opuścił pan przyjęcie. 

- A co się stało? 

Nieopodal  Tripp  dostrzegł  jakiś  ruch.  Odwrócił  się.  Po  raz 

pierwszy  od  przybycia  na  ślub  zobaczył  z  bliska  Dereka  Spencera. 

Jego  rywal  był,  jak  zwykle,  nienagannie  ubrany.  Do  wytwornego 

stroju nie pasowało jednak podbite oko. 

- Jak słusznie powiedział doktor Harris, byłoby lepiej, aby opuścił 

pan przyjęcie. 

- Dlaczego byłoby lepiej? - spytała Amber. 

Gentry  z  Harrisem  wymienili  spojrzenie.  Po  chwili  dołączył  do 

nich Derek. 

-  Zaskoczył  mnie  twój  sierpowy,  Calhoun  -  oświadczył.  - 

Myślałem, że po studiach skończyłeś z boksem. 

-  O  czym  ty  gadasz,  Spencer?  -  Tripp  z  całej  siły  starał  się  nie 

stracić nad sobą kontroli. 

Derek potrząsnął głową, jakby nie dowierzając własnym uszom. 

-  Powiedziałeś  im,  że  Tripp  cię  uderzył?  -  Głos  Amber  podniósł 

się o oktawę. 

Derek bez słowa pogładził się po spuchniętym łuku brwiowym. 

- Ty mały, podły sukin.... 

-  No,  no!  -  przerwał  Trippowi  Gentry.  -  Nie  jesteśmy  w  jakimś 

podrzędnym barze. 

-  Niektóre  cechy  wysysa  się  z  mlekiem  matki  -  oznajmił 

ironicznie Derek. - Żadne uniwersytety nie nauczą prostaka ogłady. 

background image

Tripp  postąpił  krok  w  stronę  Spencera.  Ten  szybko  odskoczył  w 

tył. Odegrał to bardzo przekonująco, jakby naprawdę bał się kolejnego 

ciosu. 

Amber wbiła błagalne spojrzenie w Harrisa i Gentry'ego. 

- Byłam z Trippem cały wieczór. Słowo honoru, to nie on podbił 

Derekowi oko. 

Wszyscy  trzej  skierowali  wzrok  na  obtarte  kłykcie  Trippa.  Tripp 

poszedł  za  ich  przykładem;  też  popatrzył  na  rękę,  którą  trzymał 

zwiniętą  w  pięść,  a  następnie  na  człowieka,  którego  darzył  coraz 

większą nienawiścią. 

- Powiedziałeś Perkinsowi, że cię uderzyłem? 

W oczach jego rywala pojawił się błysk złośliwej satysfakcji. 

- Nie. Powiedziałem, że wpadłem po ciemku na drzwi. Dziś jego 

syn bierze ślub. Nie chciałem mu psuć nastroju. 

Akurat, pomyślał  Tripp.  Podły  sukinsyn  świetnie  sobie  wszystko 

obmyślił.  Widział,  kiedy  on,  schodząc  wczoraj  po  schodkach  przed 

restauracją,  skaleczył  się  o  poręcz.  I  postanowił  wykorzystać  okazję, 

wiedząc, że druga może się nie nadarzyć. 

-  Rozumiem.  Więc  żeby  nie  psuć  Perkinsowi  humoru, 

opowiedziałeś swoją bajeczkę jego dwóm wspólnikom. 

-  Owszem,  opowiedział  nam,  co  się  stało  -  oznajmił  z  irytacją 

Gentry. 

-  Derek  nie  chce  wnosić  przeciwko  panu  oskarżenia  -  wtrącił 

Winston Harris. - Namawialiśmy go, ale on twierdzi, że ze względu na 

długoletnią  znajomość  woli  puścić  zajście  w  niepamięć.  Powiemy 

background image

Montgomery'emu, że zrezygnował pan z ubiegania się o pracę. A pan 

może mu przesłać oficjalny list z podziękowaniem i przeprosinami. 

Nastała  pełna  napięcia  cisza.  Tripp  zmierzył  wzrokiem  swego 

rywala. 

- Dobrze wiesz, że cię nie tknąłem. 

- Nawet ci się nie dziwię, Tripp. W tej sytuacji co innego możesz 

powiedzieć? 

Amber kipiała z wściekłości. 

- Panowie ... - zwróciła się do dwóch starszych lekarzy. -  Znacie 

dwie wersje. Skąd wiecie, która jest prawdziwa? Wierzycie Derekowi 

na słowo... 

Gentry pokręcił głową. 

- Nie, na wiarę czy piękne oczy nie podejmowaliśmy decyzji. 

- Nie rozumiem. 

- Derek ma świadka - wyjaśnił Harris. 

- Kogo? - spytała ochryple Amber. 

W tym momencie znalazła się koło nich Olivia Babcock. 

- Mogę zamienić z tobą słowo, Tripp? Na osobności? 

Tripp  wyczuł  niechęć  Amber,  po  chwili  jednak  odsunęła  się  na 

bok,  aby  mógł  swobodnie  przejść.  Biorąc  Trippa  za  rękę,  Olivia 

zaprowadziła go pod krzew magnolii. 

- Przecież wiesz, że nie biłem się z twoim narzeczonym, Olivio. 

- Oczywiście, że wiem. 

- Więc powiesz... 

background image

Przytknęła mu palec do ust, żeby go uciszyć. Drugą rękę zacisnęła 

na jego ramieniu. 

- To zależy od ciebie, kochanie. 

W  głowie  Trippa  rozległ  się  sygnał  ostrzegawczy.  Czekał  w 

milczeniu, patrząc na idealnie gładką cerę Olivii, na jej idealnie równe 

zęby i idealnie zgrabny nos. 

- Masz świetną fryzurę - powiedziała szeptem. - Podobałeś mi się 

z długimi włosami, ale tak jest ci jeszcze lepiej. 

Kiedyś jej uśmiech i zalotne spojrzenie powodowały, że serce biło 

mu szybciej. Dziś nie robiły na nim wrażenia. 

-  Masz  okazję  postąpić  uczciwie,  Olivio  -  rzekł.  -  Powiedz 

Gentry'emu i Harrisowi prawdę. 

- Dobrze. 

Odetchnął z ulgą. 

- Ale pod jednym warunkiem. 

- Jakim? - warknął. 

Wydęła wargi. 

- Dlaczego jesteś taki zły? 

- Pod jakim warunkiem, Olivio? 

- Powiem im, co się naprawdę zdarzyło. - wydęła usta. - Ale chcę 

coś w zamian. 

- Co? - spytał zniesmaczony. 

- Żebyś dał mi jeszcze jedną szansę. 

- Jaką szansę? 

- Nie udawaj, że nie wiesz. Z głupotą ci nie do twarzy. 

background image

- Chcesz, żebyśmy znów byli razem? 

Uśmiechnęła się triumfalnie. 

- Tak. 

- Nie. 

Na  twarzy  Olivii  odmalowało  się  zaskoczenie.  Uśmiech  znikł, 

spojrzenie  stało  się  lodowate.  Rumieniec,  który  zabarwił  jej  dekolt, 

szyję i policzki, gryzł się z barwą jej sukni. 

- Co to znaczy: „nie"? 

- Jeśli nie wiesz, zajrzyj do słownika. 

- Popełniasz błąd - syknęła przez zęby. 

-  Nie  sądzę.  Gdybyś  mnie  znała,  wiedziałabyś,  że  brzydzę  się 

kłamstwem. 

Po  drugiej  stronie  krzaku  Amber  przytknęła  rękę  do  ust,  by  nie 

zdradzić swojej obecności. Zaraz po tym, jak Olivia odciągnęła Trippa 

na bok, do reszty grupy podszedł dziadek pana młodego, który chciał 

przedstawić  Spencera  i  dwóch  wspólników  Perkinsa  komuś  w  innej 

części  ogrodu.  Amber  skorzystała  z  okazji  i  skryła  się  za  magnolią. 

Żałowała, że nie może pomóc Trippowi, tak, jak w dzieciństwie. 

Olivia  wciąż  usiłowała  przekonać  Trippa  do  swoich  racji.  Na 

szczęście dzielnie się opierał. 

-  Chyba  nie  myślisz,  że  uwierzę  w  twoje  zaręczyny  z  tą  blond 

lalunią? 

- Licz się ze słowami, Olivio. 

-  Czyżbym  trafiła  w  czuły  punkt?  Nie  sądziłam,  że  jesteś  typem 

faceta, który traci głowę dla pary nadmuchanych cycków. 

background image

Dobrze,  że  Amber  trzymała  rękę  przyciśniętą  do  ust,  bo  inaczej 

krzyknęłaby  z  oburzenia.  I  dobrze,  że  nie  stała  po  tej  samej  stronie 

magnolii co Olivia, bo chyba by ją spoliczkowała. 

-  Masz  słuszność,  Olivio.  Jestem  typem  faceta,  którego  bardziej 

pociąga  prawość  i  honor.  Sens  tych  słów  również  znajdziesz  w 

słowniku. 

Olivia  odeszła,  ledwo  hamując  wściekłość.  Amber  otarła  łzy,  po 

czym  zanim ktoś spyta, czego szuka w krzakach magnolii, strzepnęła 

parę  liści,  które  przyczepiły  się  jej  do  spódnicy,  i  wolnym  krokiem 

ruszyła w kierunku Trippa. 

-  Znów  podsłuchiwałaś?  -  spytał,  wskazując  wzrokiem  listek  na 

jej ramieniu oraz gałązkę we włosach. 

Gdyby  miała  czas,  wyjaśniłaby,  że  od  lat  nikogo  nie 

podsłuchiwała.  Że  dopiero  ostatnio  jej  się  to  zdarzyło  i  to  tylko 

dlatego, że rozmowa dotyczyła jego, Trippa. Ale czasu nie miała, więc 

skinieniem głowy przyznała się do winy. 

- No i co teraz? 

Popatrzył  w  prawo,  w  głąb  ogrodu,  gdzie  powoli  rozkręcało  się 

przyjęcie,  następnie  w  lewo,  gdzie  szeroka,  brukowana  ścieżka 

prowadziła wokół domu do bramy. 

- Chyba pora wezwać taksówkę - oznajmił. 

- Jeśli wyjdziemy, to będzie znaczyło, że oni wygrali. 

- Bo wygrali. 

- Ale... 

background image

-  Gentry  z  Harrisem  podjęli  decyzję  kilka  tygodni  temu.  Derek 

dostarczył im pretekstu, na który czekali. Teraz z czystym sumieniem 

mogą odrzucić moją kandydaturę. 

- Ale... 

-  Jeżeli  zostaniemy,  dojdzie  do  nieprzyjemnej  sceny.  A  nie  chcę 

być odpowiedzialny za zepsucie wesela młodego Perkinsa. 

Ruszył  w  lewo,  w  stronę  pięknego  starego  domu,  przed  którym 

stały zaparkowane drogie, luksusowe samochody. 

- Musi być jakieś rozwiązanie. - Amber nie mogła pogodzić się z 

tak jawną niesprawiedliwością. 

Tripp obejrzał się przez ramię. 

- Chcesz, żebym zniżył się do ich poziomu? 

Pokręciła głową. Żadne stanowisko nie jest tego warte. Poza tym 

Tripp ma rację: nie wypada psuć wesela Davidowi i Jennifer.  

W  milczeniu  dotarli  do  podjazdu.  Nagle  ciszę  przerwał  trzask 

piorunu. 

-  O  Boże!  -  zawołała  Amber,  biegnąc  do  czekającej  taksówki.  - 

Tylko tego brakowało. 

Kolejna  błyskawica  rozcięła  niebo  i  po  chwili  lunął  deszcz. 

Słońce już zaszło, a w powietrzu wisiała mgła, kiedy wjechali do Fort 

Bragg.  Ale  przynajmniej  nie  padało.  Ponieważ  pasy  startowe  na 

lotnisku  w  Fort  Bragg  były  za  krótkie  dla  odrzutowców,  wylądowali 

tam, skąd przed paroma dniami wylecieli - w Mendocino. Stamtąd do 

domu Amber było niecałe dwadzieścia kilometrów. 

background image

Od  wyjazdu  z  Missisipi  Tripp  niewiele  się  odzywał;  dumał  nad 

tym, co się wydarzyło. Amber nie mogła mu pomóc ani go pocieszyć. 

Po  zażyciu  leków  przeciw  chorobie  lokomocyjnej  zrobiła  się  śpiąca. 

Chociaż starała się mieć oczy otwarte, co rusz zapadała w sen.  

Obudziła  się,  kiedy  zajechali  pod  jej  dom.  W  głębi  duszy  czuła 

niepokój. Wszystko wskazywało na to, że Tripp nie otrzyma pracy w 

Santa Rosie. Czy w takiej sytuacji uzna, że ich dalszy związek nie ma 

sensu? 

Wysiadł  z  samochodu,  otworzył  bagażnik  i  do  połowy  go 

opróżnił,  zanim  oprzytomniała  na  tyle,  aby  ruszyć  się  z  miejsca.  Po 

chwili dołączyła do Trippa i wzięła od niego dwie torby. 

- Całą drogę rozmyślałeś o zwycięstwie Spencera? 

Prawdę  mówiąc,  rozmyślał  o  kłopotach  finansowych  kliniki,  o 

rachunkach i wysokich kosztach leczenia. A także o Amber. 

Niczego  nie  upuszczając,  wydobyła  z  torebki  klucz.  Tripp 

postawił bagaże w holu. Popatrzyli na siebie. Oboje czuli się dziwnie, 

jakoś niezręcznie. 

- Czas na mnie. 

Przeszła do salonu. Rzuciła torby na podłogę. 

- Na pewno nie chcesz zostać? Chociaż na chwilę? 

- Kiepskie miałabyś ze mnie towarzystwo. Nie jestem w nastroju 

do rozmowy. 

-  To,  o  czym  myślę,  można  robić  bez  uprawiania  sztuki 

konwersacji. 

Jego myśli zwolniły bieg, serce przyśpieszyło rytm. 

background image

-  Znam  dwa  sposoby  na  to,  by  zapomnieć  o  kłopotach  -  rzekła, 

zapalając światło w salonie. 

- Dwa? - spytał ochryple. 

-  Tak.  Jeden  to  medytacja.  -  Wcisnęła  jakiś  przycisk.  Pokój 

wypełniła cicha, nastrojowa muzyka. - A drugi to to, o czym myślisz. 

- Uśmiechnęła się zalotnie. - Ja też wolę ten drugi. 

Nie zdawał sobie sprawy, kiedy opuścił hol. Ale ponieważ Amber 

stała  koło  lampy,  którą  włączyła,  wniosek  nasuwał  się  sam:  to  on 

musiał do niej podejść, a nie ona do niego. Wiedział, że powinien się 

oprzeć.  Ale  bardzo  nie  chciał.  Kiedy  wspięła  się  na  palce,  by  go 

pocałować,  nie  potrafił  się  opanować.  Wziął  ją  w  ramiona  i  zaczął 

obsypywać  pocałunkami.  Wczoraj  poznał  każdy  skrawek  jej  ciała, 

każde wgłębienie, każdą wypukłość. Dziś zapragnął poznać wszystko 

od nowa. 

Przeszkadzało  mu  jej  ubranie;  stanowiło  barierę,  którą  czym 

prędzej  należało  pokonać.  Jęki,  sapanie,  pomruki  przeplatały  się  z 

dźwiękami  fortepianu  i  instrumentów  smyczkowych.  Muzyka  miała 

działać  relaksująco.  Trippa  jednak  nie  relaksowała,  przeciwnie, 

wzmagała  jego  pożądanie.  Pragnął  bliskości  Amber,  jej  dotyku, 

pocałunków, wszystkiego, co mogła ofiarować. 

Przyparł  ją  plecami  do  ściany.  Nawet  szpilki  nie  dałoby  się 

wsunąć pomiędzy ich ciała, lecz on wciąż czuł niedosyt. Amber wciąż 

była  za  daleko.  To  ona  przerwała  pocałunek.  To  ona  rozpięła  mu 

koszulę,  po  czym  ściągnęła  z  siebie  bluzkę.  Byli  nadzy,  nic  ich  nie 

background image

dzieliło,  żadne  ubranie,  żadna  bielizna.  Mimo  to  chciał  być  jeszcze 

bliżej, czuć ją jeszcze bardziej. Zlać się w jedno. 

-  Możemy  to  zrobić  tu,  na  stojąco  -  szepnął  jej  do  ucha.  -  Albo 

możesz mnie zaprosić do swojego łóżka. Wybór należy do ciebie. 

Oswobodziła  się  z  jego  objęć  i  ruszyła  ciemnym  korytarzem. 

Tripp  wszedł  za  nią  do  sypialni  i  przystanął  w  drzwiach.  Amber 

odwinęła brzeg kołdry. 

- Zapraszam. 

Wyciągał  do  niej  rękę,  kiedy  pokojem  wstrząsnął  huk.  Niewiele 

się  namyślając,  Tripp  skoczył  między  Amber  a  okno,  by  osłonić  ją 

własnym  ciałem.  Dopiero  po  chwili  uzmysłowił  sobie,  że  huk 

pochodzi z rury wydechowej widocznego za oknem samochodu. Fort 

Bragg  było  spokojnym  miasteczkiem;  to  w  Los  Angeles  czasem 

padały strzały na ulicy. 

Wtem ciszę przerwał dzwonek. Tripp znów podskoczył. Dzwonek 

zabrzmiał  ponownie.  Tripp  obejrzał  się  w  jego  kierunku  i  zaklął  po 

nosem.  

Amber wpatrywała się z niechęcią w aparat telefoniczny. 

- Nie muszę odbierać - szepnęła, przytulając się do Trippa. - Zaraz 

włączy się sekretarka. 

-  Amber,  mówi  Rand. Muszę  z  tobą  porozmawiać.  Jeśli  jesteś  w 

domu, podnieś słuchawkę. 

Znieruchomiała. Nie wiedziała, co robić. 

- Rand prawie nigdy do mnie nie dzwoni. Musiało się coś stać. 

background image

Ponieważ  znajdował  się  bliżej  szafki  nocnej,  Tripp  wyciągnął 

rękę  i  podał  Amber  słuchawkę.  Odwdzięczyła  mu  się  czarującym 

uśmiechem. 

- Jak się masz, Rand? - spytała, przyłożywszy słuchawkę do ucha. 

Tripp  przeczesał  ręką  włosy,  po  czym  podszedł  do  regału  na 

drugim końcu pokoju. 

- Tak, byłam w Missisipi. Ale skąd... - Przez moment milczała. - 

W Jackson, tak... Ale skąd... 

Tripp poczuł na sobie jej wzrok. 

- Zgadza się... Pamiętasz Trippa Calhouna? - Znów zapadła cisza. 

- Skąd wiedziałeś? Rand, co się dzieje? Nigdy do mnie nie dzwonisz... 

A ty, co robiłeś w Jackson? 

Zerknęła na Trippa, który zapinał koszulę. 

- Rand, możesz chwilę poczekać? 

Odłożyła słuchawkę na łóżko. 

-  Tripp?  Dlaczego  się  ubierasz?  -  spytała  konspiracyjnym 

szeptem. 

Wsunął koszulę do spodni. 

- Bo chyba masz ważny telefon - odparł, wodząc wzrokiem po jej 

nagim ciele. 

- Owszem. - Mówiła cicho, żeby brat nie słyszał. - Rand nigdy nie 

dzwoni bez ważnego powodu. Ale to nie znaczy, że musisz iść. 

- To był długi weekend. 

-  To  był  cudowny  weekend  -  poprawiła  go.  -  Co  teraz  zrobisz? 

Chodzi mi o twoją klinikę. 

background image

- Nie wiem. Coś wymyślę. 

- Chętnie bym ją obejrzała. 

-  Serio?  -  Pocałował  Amber  w  czubek  nosa.  -  Wpadnij  jutro  po 

pracy do szpitala. Oprowadzę cię po moim skromnym królestwie. 

- Dobrze. 

Był  człowiekiem  uczciwym,  kierował  się  w  życiu  zasadami. 

Słyszał  głos,  który  ostrzegał  go  przed  samym  sobą.  Nie  słyszał,  co 

głos  mówi,  ale  wiedział,  że  nie  należy  go  ignorować.  Skinąwszy 

Amber na pożegnanie, czym prędzej opuścił pokój. 

Amber  wstrzymała  oddech.  Wypuściła  powietrze  dopiero  wtedy, 

gdy rozległ się trzask zamykanych przez Trippa drzwi. 

- Już jestem, Rand - powiedziała do słuchawki. 

Słuchała  brata,  ale  jednocześnie  cały  czas  myślała  o  Trippie. 

Pragnął  jej,  lecz  poza  pociągiem  fizycznym  czuł  do  niej  coś  więcej; 

była o tym przekonana. Dlaczego nagle postanowił  wyjść?  Żałowała, 

że  nie  został  na  noc.  Ale  zobaczą  się  jutro  po  pracy.  Może  wtedy 

dowie się czegoś więcej.  

Podobno  zdobycie  informacji  o  przeciwniku  to  połowa  wygranej 

bitwy.  Niestety,  druga  połowa  czasem  bywa  znacznie  trudniejsza. 

Zwłaszcza  gdy  ma  się  do  czynienia  z  człowiekiem  o  tak 

skomplikowanej naturze jak Tripp. 

-  Co?  Oczywiście,  że  słucham...  Tak,  doskonale  się  miewam... 

Rand? Czy od początku dobrze wam się z Lucy układało? 

Odpowiedział,  że  nie, były  problemy,  większość  z  jego  winy,  po 

czym zaczął dopytywać się o Sophie, Rivera i małą Meggie. 

background image

-  U  nich  wszystko  w  porządku  -  odparła  zgodnie  z  prawdą.  -  Są 

zdrowi i szczęśliwi. A wracając do waszych problemów... Co zrobiłeś, 

żeby...  Co?  Drake,  dawno  z  nim  nie  rozmawiałam,  ale  sądzę,  że 

świetnie.  Liza  i  Jackson  również.  Jedynie  nie  mamy  żadnych  wieści 

od Emily. Martwię się o nią. 

Zadał kolejne pytanie. Amber usiadła na łóżku. 

-  Tata  często  bywa  poza  domem,  sporo  jeździ  w  interesach.  A 

mama jak mama, sam wiesz... 

Dochodząca  z  salonu  muzyka  zmieniła  nieco  tempo.  Cóż, 

pomyślała  Amber;  z  dwóch  sposobów  na  odprężenie  się  został  jej 

teraz tylko jeden: medytacja. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

-  To  ja  dziś  narażałem  swoje  zdrowie  i  życie,  więc  nie  pojmuję, 

dlaczego akurat ty krążysz nerwowo po pokoju. 

Tripp westchnął głośno i odwrócił się plecami do okna. Coop jak 

zwykle  siedział  z  nogami  na  biurku.  Oczywiście  przyjaciel  ma  rację. 

W  porównaniu  z  nim  Tripp  spędził  dzień  na  normalnej  pracy.  To 

znaczyło,  że  niepokój,  jaki  towarzyszy  mu  od  rana,  nie  ma  nic 

wspólnego  ze  sprawami  zawodowymi.  Ale  Tripp  doskonale  o  tym 

wiedział. 

Od  paru  godzin  cały  szpital  huczał  o  tym,  jak  do  izby  przyjęć 

wpadła,  zataczając  się,  poturbowana  przez  męża  kobieta,  która  po 

chwili  zwaliła  się  u  stóp  doktora  Gavina  Coopera.  Zazwyczaj  Coop 

background image

był  dość  odporny  na  ludzkie  nieszczęścia,  ale  tym  razem  stan  tej 

pacjentki poruszył go do głębi. 

- Jak się czujesz? - spytał Tripp. 

Cooper uśmiechnął się blado. 

-  Powinienem  być  przyzwyczajony,  że  kobiety  mdleją  na  mój 

widok. 

- Słyszałem, że zgłosiła pobicie na policji. Tym razem uznała, że 

mąż posunął się za daleko. 

-  Złamał  jej  dwa  żebra,  zwichnął  staw  barkowy,  kwasił  nos  i 

podbił  oko.  To  na  początek,  kiedy  jeszcze  nie  stracił  nad  sobą 

kontroli. 

Tripp milczał, pozwalając przyjacielowi wyładować gniew. 

- Powiedziała mi, że powinna była wszystko przewidzieć. Głupia 

baba próbowała siebie obwiniać!  Wyszła za mąż za faceta, który jest 

typowym  tyranem.  Trafiają  się  tacy  zarówno  wśród  bogaczy,  jak  i 

biedoty.  Mąż  kazał  jej  rzucić  robotę,  kiedy  na  świat  zaczęły 

przychodzić  dzieci.  Oni  lubią,  żeby  kobieta  była  od  nich  całkowicie 

zależna.  Kiedy  spotyka  ich  w  pracy  jakieś  niepowodzenie,  wtedy 

mogą wyżyć się na żonie, która wszystko musi cierpliwie znosić. 

- Już nie musi, Coop. Teraz ma wybór. 

Gavin Cooper przeczesał ręką włosy. 

-  Chyba  masz  rację.  Zamieszkała  z  dzieciakami  w  specjalnym 

domu  opieki.  Przynajmniej  na  razie  nic  jej  nie  grozi.  A  jak  drań 

wyląduje  za  kratkami,  będzie  mogła  wrócić  do  domu  i  rozpocząć 

normalne życie. 

background image

- Dobrze, że się nią zaopiekowałeś. 

Cooper wolno zdjął nogi z biurka i postawił na podłodze. 

- Wiem, ale zobacz, ile to mnie kosztuje: czoło zmarszczone, gęba 

wykrzywiona,  zęby  zaciśnięte,  spojrzenie  ponure.  Przed  chwilą  Fred 

spytał, czy pobieram u ciebie lekcje mimiki. 

-  Gorzej  by  było,  gdyby  spytał,  czy  u  naszej  kochanej  siostry 

Proctor. 

Udał mu się żart. Na moment Cooper się rozchmurzył. 

- Powinienem być w klinice za dziesięć minut. Pora ruszać. 

- Mogę wziąć twój dzisiejszy dyżur - zaoferował Tripp. 

- Dzięki, nie trzeba. Wolę być zajęty. A po pracy... - zadumał się - 

zaproszę  do  siebie  jakąś  długonogą  blondynkę,  rudą  lub  brunetkę. 

Zabawa we dwoje to najlepszy sposób na pozbycie się stresu. 

Ciche  pukanie  do  drzwi  przerwało  rozmowę.  Obejrzawszy  się, 

mężczyźni zobaczyli stojącą w progu Amber, złocistobeżową zjawę o 

pięknych oczach i niepewnym uśmiechu. 

-  O,  właśnie  tego  mi  trzeba  -  powiedział  rozmarzonym  tonem 

Cooper. 

Zerkała to na jednego, to na drugiego. 

- Mogę wejść? 

- Na własną odpowiedzialność - odparł Tripp. 

Wciągnął  w  nozdrza  egzotyczną,  lekko  kwiatową  woń  perfum, 

tych  samych,  którymi  pachniała  w  sobotę  wieczorem.  Niech  Coop 

zatrzyma sobie wszystkie długonogie blondynki i brunetki. On, Tripp, 

marzył tylko o jednej - tej, z którą spędził noc w Missisipi. Jednakże 

background image

podobnie  jak  wczoraj,  dziś  również  odczuwał  dziwny  niepokój.  Nie 

potrafił  go  wyjaśnić,  bo  ilekroć  usiłował  się  skupić,  przed  oczami 

stawał mu obraz nagiej Amber. 

Teraz też zaczął rozbierać ją wzrokiem. Nie! Stop- skarcił się; nie 

czas na takie rzeczy. Wziął się w garść. Coop dźwignął się na nogi. 

-  Elegancki  stroik  -  powiedziała  Amber,  patrząc  na  jego 

zielonkawy fartuch. 

-  Jeśli  poprosisz,  zdejmę  go.  A  jeśli  ładnie  poprosisz,  zdejmę 

wszystko. 

-  Trudno  oprzeć  się  pokusie.  -  Nagle  jej  uśmiech  przygasł.  -  Co 

masz na bucie? Krew? 

Zerknął w dół. 

- Nie martw się. To nie moja. 

Popatrzyła mu w oczy. Znała takich mężczyzn jak Gavin Cooper: 

przystojnych  podrywaczy  o  leniwym,  zmysłowym  uśmiechu,  którzy 

łamią  serca  kobiet.  Na  szczęście  jej  serce  należało  do  innego,  była 

więc nieczuła na wdzięki Coopa. 

- Wiesz co, kwiatuszku? Może byś rzuciła tego smętnego szeryfa i 

uciekła ze mną? 

Amber roześmiała się wesoło. 

- Tak go nazywacie? Szeryfem? Pierwszy raz to słyszę. Natomiast 

obiło mi się o uszy, że ciebie, Coop, nazywają tu donżuanem. I chyba 

słusznie, bo małżeństwa mi nie proponujesz, prawda? 

- Ale mogę, kwiatuszku. Nic nie stoi na przeszkodzie. 

Pokręciła głową. 

background image

-  Zawsze  podrywasz  kobiety,  z  którymi  umawia  się  twój 

przyjaciel? 

Na twarzy Coopera odmalowało się zdziwienie. 

-  Ojej,  przepraszam.  Nie  wiedziałem,  że  wy...  Myślałem,  że  ten 

wyjazd to... - Potarł ręką czoło. - Miałem ciężki dzień i słabo kojarzę. 

Wiele się tu ostatnio działo. 

Amber  przeniosła  spojrzenie  na  Trippa.  Wyglądał  żałośnie:  oczy 

podkrążone, spojrzenie ponure, spodnie pogniecione, koszula pomięta. 

Przemknęło jej przez myśl, że pewnie od wczoraj nie spał ani nie jadł. 

Wydawał  się  jakiś  odległy,  jakby  usiłował  zwiększyć  pomiędzy  nimi 

dystans. Dlaczego? 

-  To  co?  Pokażesz  mi  klinikę?  -  spytała,  starając  się  zignorować 

złe przeczucia. 

Skinął głową, niczego po sobie nie okazując. 

- Ja też się tam wybieram - oświadczył Coop. 

Szli  w  trójkę,  Amber  po  środku,  oni  po  bokach.  Cooper 

zasypywał  ją  pytaniami  na  temat  ślubu.  Kiedy  czekali  na  windę, 

Amber - korzystając z chwili ciszy - zwróciła się do Trippa: 

- Montgomery się nie odezwał? 

- Owszem, zadzwonił dziś rano. 

- I co? 

Dlaczego  wszystko  trzeba  z  niego  wyciągać  siłą?  Winda  ruszyła 

w dół; Amber odruchowo przytknęła rękę do szyi. 

-  Powiedział,  że  nie  widział  mnie  na  przyjęciu  weselnym,  ale 

niespodziewana  ulewa  wywołała  istny  chaos.  Wspomniał,  że 

background image

rozmawiał z Gentrym i Harrisem, którzy przekazali mu moją decyzję 

o pozostaniu w Ukiah. Podziękował mi za przybycie na ślub i życzył 

sukcesów. Facet w ogóle się nie orientuje, że nim manipulują. 

- A ty mu nie powiesz? 

-  Nie  umiałbym.  Zresztą  nawet  gdybym  wiedział,  jak  to  zrobić, 

pewnie by mi nie uwierzył. 

- To jak zdobędziesz pieniądze? 

Odpowiedzi udzielił jej Coop, kiedy wyszli z windy. 

-  Zorganizujemy  bal.  Oczywiście  suma,  jaką  zbierzemy,  starczy 

na dokonanie paru amputacji, i tyle. 

-  Amputacji?  -  zdziwił  się  Tripp.  -  Nie  mogłeś  czegoś  innego 

wymyślić? 

- Dobra, niech ci będzie. Sztucznych zapłodnień. 

Śmiech  Amber  wypełnił  powietrze.  Gdyby  skręcili  w  prawo 

zamiast  w  lewo,  zobaczyliby,  jak  ktoś  kuca  między  dwiema 

zaparkowanymi  na  placu  furgonetkami.  Gdyby  znajdowali  się  bliżej, 

może poczuliby zapach smaru, potu i taniej whisky. 

Tripp  był  wyraźnie  spięty.  Pilnował  się,  aby  przypadkiem  nie 

dotknąć  Amber.  Unikał  jej  spojrzenia.  Zajęła  miejsce  w  jego 

samochodzie,  Coop  wsiadł  do  swojego  auta.  Nikt  nie  zwrócił  uwagi 

na  pordzewiałą  furgonetkę  ze  stłuczonym  tylnym  światłem,  która 

wyjechała z parkingu i skręciła na zachód. 

Amber  siedziała  zamyślona.  Dziesiątki  pytań  cisnęły  się  jej  na 

usta,  ale  żadnego  nie  zadała.  W  milczeniu  spoglądała  na  mijane  po 

drodze  domy.  Klinika  Mili  Creek  znajdowała  się  sześć  lub  siedem 

background image

przecznic  od  szpitala.  Tripp  za  symbolicznego  dolara  kupił  od  władz 

miasta  zdewastowany  budynek  o  pozabijanych  deskami  oknach,  w 

którym  na  przełomie  wieków  mieszkali  robotnicy  pracujący  przy 

wycinaniu  lasu,  a  który  od  lat  stał  pusty  -  jedynymi  jego 

mieszkańcami były nietoperze oraz skunksy.  

Większość  informacji  Amber  uzyskała  od  pielęgniarek  i 

sanitariuszy. Chyba Fred powiedział jej, że wszyscy w klinice pracują 

społecznie,  bez  wynagrodzenia.  Z  kolei  od  siostry  Proctor  usłyszała, 

że Tripp wszystkie swoje oszczędności przeznaczył na kupno sprzętu. 

Wjechali  na  parking  przed  budynkiem.  Prawdę  mówiąc,  Amber  nie 

wiedziała, czego się spodziewać, ale na pewno nie spodziewała się tak 

wspaniałego domu na wzgórzu. 

- Boże, jaki piękny! 

Tripp zmrużył oczy, usiłując spojrzeć na budynek oczami Amber. 

Przeprowadzono  gruntowny  remont:  zreperowano  dach,  wstawiono 

szyby,  naprawiono  werandę,  wycyklinowano  podłogę,  pomalowano 

ściany w środku i na zewnątrz. Budynek wciąż różnił się od starannie 

odrestaurowanych  domów  stojących  wzdłuż  wielu  ulic  Ukiah,  ale 

idealnie nadawał się na klinikę. I to było ważne. 

-  Jestem  pełna  podziwu.  Nie  każdy,  patrząc  na  starą  zniszczoną 

chałupę,  potrafi  dojrzeć  jej  potencjał.  Na  parterze  jest  pewnie  z 

dziesięć pokoi... 

- Jedenaście. 

Pokiwała z aprobatą głową. Ze zdumieniem odkrył, że zależy mu 

na  jej  pochwałach.  A  skoro  zależy  na  pochwałach,  to  znaczy,  że 

background image

zależy również na niej. Był zdenerwowany jak nastolatek, który idzie 

do  nowej  szkoły.  Ale  jako  nastolatek  Tripp  Calhoun  nigdy  się  nie 

denerwował.  Buntował  się,  sprawiał  mnóstwo  kłopotów,  bywał 

samolubny, arogancki, uparty jak osioł. Ale nigdy się nie denerwował. 

Chciał... Chciał, żeby Amber... 

Spokojnie,  nakazał  sobie.  Przywiózł  ją  tu,  żeby  pokazać  jej 

klinikę.  Na  żwirowym  placyku  stało  kilka  samochodów,  między 

innymi pordzewiała furgonetka ze stłuczonym tylnym światłem, która 

zajmowała  dwa  miejsca  parkingowe.  Tripp  zaparkował  parę  metrów 

dalej.  Akurat  gasił  silnik,  kiedy  drzwi  furgonetki  otworzyły  się  i  ze 

środka wyłonił się mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widział na 

oczy.  Coś  w  jego  postawie  sprawiło,  że  w  głowie  Trippa  włączył  się 

sygnał alarmowy. 

- Amber, zostań w samochodzie. 

- Co? Dlaczego? 

- Zrób, co mówię. I zamknij drzwi. 

Wysiadł.  Po  drugiej  stronie  placyku  zobaczył  Coopa.  Przyjaciel 

podszedł  do  kierowcy  furgonetki  i  stanął.  Zaczął  coś  tamtemu 

tłumaczyć. Tripp nie słyszał, o czym rozmawiają, ale ich podniesione 

głosy  nie  wskazywały  na  to,  żeby  była  to  przyjacielska  pogawędka. 

Twarz  obcego  zrobiła  się  czerwona  ze  złości.  Po  chwili  mężczyzna 

przytknął rękę do wybrzuszenia przy pasie; prawdopodobnie miał tam 

broń.  

Zauważywszy  to,  Cooper  spojrzał  na  Trippa,  nakazując  mu 

wzrokiem, by nie podchodził bliżej. 

background image

-  Czy  można  panu  jakoś  pomóc?  -  spytał  Tripp,  lekceważąc 

polecenie przyjaciela. 

Obcy wykonał krok w jego stronę. 

- Inaczej bym tu chyba nie przyjeżdżał, no nie? 

- Coś panu dolega? - Było to dość wątpliwe, po prostu Tripp grał 

na zwłokę. 

- A owszem, dolega. Wstręt do lekarzy, którzy wtykają nosa w nic 

swoje sprawy. 

Facet,  wielki,  ogorzały,  o  długich  włosach  koloru  pomyj  i 

potężnych, czarnych od smaru łapach, z których jedna była podrapana 

i pokryta zaschniętą krwią, cuchnął potem, whisky i papierosami. 

- Może wejdziemy tylnymi drzwiami? - zaproponował Tripp. - W 

pokoiku na zapleczu trzymam butelkę whisky. 

Miał  nadzieję,  że  facet  ruszy  przodem,  a  wtedy  on  z  Coopem 

wspólnymi  siłami  zdołają  go  jakoś  unieszkodliwić.  Plan  się  nie 

powiódł. Facet nawet nie drgnął. 

- Gdzie ona jest? - spytał. 

Tripp podjął kolejną próbę. 

-  Jeśli  nie  chce  pan  się  napić,  może  chociaż  opatrzyłbym  pańską 

rękę... 

Sukces. Obcy cofnął rękę z ukrytej pod paskiem broni, obejrzał ją, 

po czym wbił wzrok w Trippa. 

-  Nie  potrzebuję  żadnych  opatrunków.  No,  zmiataj, doktorku.  Ta 

sprawa jest pomiędzy mną a Casanovą. 

background image

Wydawało  mu  się,  że  powiedział  coś  dowcipnego,  bo  ryknął 

śmiechem.  Jednakże  w  jego  śmiechu  nie  było  cienia  wesołości, 

jedynie  wściekłość.  W  budynku  zaskrzypiało  zamykane  okno.  Obcy 

odwrócił na moment głowę. 

Coop z Trippem wymienili spojrzenie. 

- Niech pan idzie do chorych, doktorze Calhoun - rzekł Cooper. - 

Ray  ma  rację;  to  pomiędzy  mną  a  nim...  Ray,  może  przejdziemy  za 

budynek? Tutaj chodzą ludzie; po co mają nam przeszkadzać? 

Wolno,  aby  jeszcze  bardziej  nie  rozdrażnić  obcego,  Tripp 

skierował się w stronę werandy. Po wejściu do budynku zamierzał od 

razu  wezwać  policję.  Wykonał  zaledwie  kilka  kroków,  gdy  nagle 

stanął jak wryty. 

- Kochanie! Chcesz mnie tu zostawić? 

Obejrzał  się  przez  ramię.  Amber  szła,  wymachując  torebką  i 

szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. 

- Miałaś poczekać w samochodzie. 

Tupnęła gniewnie nogą i wydęła wargi. Tripp z trudem przełknął 

ślinę. Na miłość boską, co ona wyprawia? 

- Proszę cię, Amber. Wróć do samochodu. 

-  Nie  rozkazuj  mi.  -  Zwróciła  się  do  Coopa:  -  On  mi  ciągle 

rozkazuje. 

-  Radzę  ci,  paniusiu,  wrócić  do  samochodu.  -  Ray  zmierzył  ją 

groźnym wzrokiem. 

Amber ponownie tupnęła nogą. 

- Nie chcę! I nie jestem dzieckiem, żeby mi wszyscy rozkazywali. 

background image

- Amber... 

Popatrzyła na Trippa tak, jakby usiłowała mu coś przekazać. Ale 

co?  O  co  jej,  do  diabła,  chodzi?  Po  chwili  przeniosła  spojrzenie  na 

obcego. 

- Mogę robić, co mi się żywnie podoba! 

-  Psiakrew,  nienawidzę  przemądrzałych  bab.  -  Ray  splunął  na 

ziemię. -  A bogatych, rozpieszczonych paniuś nienawidzę prawie tak 

samo  jak  tej  leniwej,  kłamliwej  dziwki,  która  zabrała  mi  dzieciaki  i 

chce  mnie  wpakować  za  kratki.  Więc  na  twoim  miejscu,  paniusiu, 

zamknąłbym gębę i grzecznie wrócił do samochodu. Jasne? 

Obok  przejechały  dwa  wozy,  najpierw  jeden,  a  kilka  sekund 

później drugi. 

- Ale ja chcę obejrzeć klinikę. - Amber nie dawała za wygraną. - 

Obiecałeś mi ją pokazać, Tripp.  

Stanęła pomiędzy Rayem a ulicą, zasłaniając auto, które skręcało 

na parking. 

-  Amber,  nie  bądź  uparta.  -  Tym  razem  Cooper  usiłował 

przemówić jej do rozsądku. - Wróć do samochodu. 

Rozejrzała się wkoło. 

- Oj, no dobrze - powiedziała niemal płaczliwym tonem. - Daj mi 

chociaż kluczyki, żebym mogła posłuchać radia. 

Tripp zostawił klucze w stacyjce. Amber dobrze o tym wiedziała, 

więc dlaczego... 

Nagle rozległ się odgłos kroków. Ze wszystkich stron otoczyli ich 

policjanci  -  sześciu  rosłych  facetów  z  wycelowaną  bronią.  Tripp 

background image

odepchnął Amber i Coopa za siebie. Ray podniósł rękę do ukrytego za 

paskiem pistoletu. 

- Nawet nie próbuj! - ostrzegł go najbliżej stojący policjant. 

- Ręce do góry! - krzyknął drugi. 

Nim  się  zorientował,  co  się  dzieje,  Ray  leżał  na  ziemi,  skuty 

kajdankami. Policjanci odczytali mu jego prawa, po czym zapakowali 

go  do  radiowozu  i  powieźli  do  aresztu.  Dwóch  policjantów  zostało, 

aby spisać zeznania. 

Podczas  gdy  Cooper  wyjaśniał  im  przebieg  zdarzeń,  Tripp 

popatrzył gniewnie na Amber. 

- Dlaczego wysiadłaś z samochodu? 

-  Bałam  się,  że  będziesz  chciał  wejść  do  kliniki  -  odparła 

spokojnym głosem. - A tam wszystkie okna i drzwi były zamknięte. 

- Zamknięte? A kto je zamknął? I skąd ty o tym wiesz? 

-  Bo  to  ja  kazałam  je  pozamykać.  Najpierw  zadzwoniłam  po 

policję, a potem połączyłam się z kliniką. Numer, jeśli cię interesuje, 

dostałam z informacji telefonicznej. 

Oficer policji potwierdził jej słowa. 

-  Pana  znajoma  dokładnie  sprecyzowała,  czego  od  nas  oczekuje. 

Zabroniła nam jechać na sygnale. 

Gavin Cooper uśmiechnął się szeroko. 

- Kochanie, moja wdzięczność nie ma granic. 

Tripp  nie  potrafił  zdobyć  się  na  uśmiech.  Bardzo  przekonująco 

odegrała rolę bogatej, rozpieszczonej „paniusi". Ale niepotrzebnie się 

narażała. Facet mógł ją zabić.  

background image

Nagle  uświadomił  sobie,  co  go  męczy  od  paru  dni.  Kwestia 

bezpieczeństwa.  Nie  potrafiłby  uchronić  Amber  przed  czającym  się 

wokół  złem.  Ona  z  niebezpieczeństwem  i  światem  przestępczym 

stykała  się  wyłącznie  w  telewizji.  Po  dzisiejszym  incydencie  pewnie 

nabrała  przekonania,  że  zawsze  i  wszędzie  sobie  poradzi.  Ale  on, 

Tripp, wiele lat spędził na ulicach Los Angeles. Znał ludzi, którym nie 

dane było dożyć wieku średniego.  

Owszem,  Ukiah  to  nie  Los  Angeles,  ale  tu  też  zdarzają  się 

niebezpieczne  sytuacje.  W  świecie,  w  którym  się  obracał,  Amber 

zawsze  by  odstawała  -  piękna,  mądra  dziedziczka  o  sercu  ze  złota 

stanowiłaby  łatwy cel dla różnych łobuzów. Taki sam, jaki stanowiła 

jego matka. 

Pomijając  lato,  które  spędził  na  ranczu  u  Coltonów,  oraz  kilka 

krótkich związków, jak choćby ten z Olivią, przez resztę czasu wiódł 

bardzo  samotne  życie.  Amber  zaś  usiłowała  zburzyć  istniejący 

porządek. Dziś przekonał się, jak bardzo różnią się ich światy, ona do 

jego  świata  zupełnie  nie  pasuje.  I  nie  chodzi  tu  o  żadne  jego 

uprzedzenia  czy  kompleksy;  chodzi  o  sprawy  życia  i  śmierci. 

Wolałby, aby pozostała wśród żywych. 

Zanotowawszy  ich  nazwiska  i  adresy,  policjanci  odjechali.  Coop 

wszedł  do  środka,  aby  zająć  się  pacjentami.  Tripp  zaś  zgodnie  z 

obietnicą  oprowadził  Amber  po  klinice.  Na  jej  pytania  odpowiadał 

monosylabami.  Zrobiło  się  jej  przykro.  Przecież  pomogła  mu dzisiaj. 

Powinni się cieszyć, radować. Tripp natomiast... nie, nie przypisywał 

sobie chwały, przeciwnie, w ogóle nie mówił o tym, co zaszło. Coraz 

background image

bardziej  zamykał  się  w  sobie.  Patrząc  na  niewidoczny  mur,  który 

wyrastał między nimi, czuła, jak ogarnia ją strach. 

Kiedy  obeszli  cały  budynek,  wrócili  na  parking,  wsiedli  do 

samochodu i ruszyli do szpitala, gdzie zostawiła swoje auto. Nie miała 

ochoty odbywać drogi w milczeniu. 

- No dobra, Calhoun, o co chodzi? 

- O nic. 

Ugryzła  się  w  język,  żeby  nie  nazwać  go  kłamcą.  Nie  chciała 

wszczynać awantury; chciała porozmawiać, dowiedzieć się, co Trippa 

gryzie. 

-  Skoro  ja  zwiedziłam  twoją  klinikę,  to  może  teraz  ty  byś 

przyjechał  do  Hopechest,  co?  Pokazałabym  ci,  ile  tam  w  ostatnim 

czasie zaszło zmian. 

Nawet na nią nie spojrzał. 

- Może kiedyś wpadnę. 

Powoli kończyła się jej cierpliwość. 

- Może? Kiedyś? To znaczy za rok? Za dziesięć lat? Nigdy? 

Popatrzył  na  nią  tak,  jakby  pragnął  wziąć  ją  w  ramiona.  Serce 

zabiło  jej mocniej.  Po  chwili  jednak w  jego  oczach  znów  pojawił  się 

chłód. 

-  Wszystko  jest  dostatecznie  skomplikowane.  Zrozum,  Amber, 

dalsze  komplikacje  niczego  nie  rozwiążą.  -  Znów  utkwił  wzrok  w 

przedniej szybie. - Nie chcę, żebyś przeze mnie cierpiała. 

background image

Ha!  Wszyscy  tak  mówili,  kiedy  zrywali  z  partnerem  lub 

partnerką.  Jej  też  zdarzyło  się  użyć  dokładnie  tych  samych  słów.  A 

zatem to koniec. Tripp postanowił z nią zerwać. 

Duma  kazała  jej  milczeć.  Nie  dając  nic  po  sobie  poznać,  Amber 

wysiadła  z  samochodu,  otworzyła  drzwi  porsche  i  zajęła  miejsce  za 

kierownicą.  Wsunąwszy  kluczyk  do  stacyjki,  zerknęła  szybko  do 

lusterka. Nie powinna była, ale nie umiała się powstrzymać. 

Tripp  nie  drgnął,  nie  wykonał  najmniejszego  ruchu.  Po  prostu 

pozwolił jej odjechać. 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Łzy  w  oczach  utrudniały  czytanie.  Amber  odsunęła  na  bok 

papiery  i  oparłszy  brodę  na  dłoni,  wyjrzała  przez  okno.  Jej  gabinet 

mieścił  się  w  budynku  Fundacji  Hopechest  na  terenie  należącego  do 

ośrodka rancza, jakieś trzydzieści pięć kilometrów od Prosperino. Na 

zewnątrz  dwóch  kilkunastoletnich  chłopców  pomknęło  na  koniach; 

pomagali  zapędzić  bydło  na  pastwisko.  Zazdrościła  im;  chętnie  też 

dosiadłaby konia i pogalopowała przed siebie. 

Ostatnio  często  oddawała  się  marzeniom.  W  tej  chwili,  na 

przykład, marzyła o tym, aby być gdziekolwiek, byle nie przy biurku. 

A  przecież  kochała  swoją  pracę.  Lubiła  prowadzić  Fundację,  którą 

przed  wieloma  laty  założyła  jej  matka.  Westchnęła  głośno.  Musi  się 

skoncentrować i... 

Psiakość!  Minął  tydzień,  odkąd  widziała  się  z  Trippem.  Siedem 

długich,  przepełnionych  smutkiem  dni.  Trzeciego  dnia  od  rozstania 

background image

zadzwoniła  do  szpitala.  Trippa  nie  było  w  gabinecie.  Oddzwonił,  ale 

już  po  chwili  przerwano  im  rozmowę  -  pilnie  wezwanie  do  pacjenta. 

Więcej się nie odezwał. 

Ponownie  westchnęła.  Tak  strasznie  za  nim  tęskniła.  Próbowała 

być  zła.  Wolałaby  trząść  się  z  gniewu,  niż  siedzieć  pogrążona  w 

rozpaczy. Nawet nie mogła winić Trippa o to, że ją uwiódł i porzucił. 

To ona go uwiodła. Ona go kochała. 

- Kiedy tak robisz, cały budynek wznosi się i opada. 

Przez  dobre  pięć  sekund  patrzyła  na  mężczyznę  stojącego  w 

drzwiach,  zanim  uświadomiła  sobie,  że  chodzi  mu  o  jej  głośne 

westchnienia. 

- Cześć, Jackson. 

- Znam go? 

Usiłowała przywołać uśmiech na usta. Wszyscy się o nią martwią. 

Wszyscy,  to  znaczy  rodzina.  Sophie  pierwsza  zauważyła,  że  coś  ją 

gnębi  i  powiadomiła  o  tym  resztę.  Po  tym,  jak  Tripp  wygłosił  swoje 

słynne: „Nie chcę, żebyś przeze mnie cierpiała", przez dwie noce nie 

zmrużyła  oka.  Sądziła,  że  jeśli  się  dostatecznie  mocno  skupi,  to  na 

pewno  odkryje,  w  czym  tkwi  problem.  Raz  po  raz  odtwarzała 

wszystko  w  myślach,  każde  słowo,  każdy  najdrobniejszy  gest;  nie 

znalazła żadnej wskazówki.  

Trzeciej nocy padła nieprzytomna ze zmęczenia. Śpiąc, też nic nie 

wymyśliła,  ale  przynajmniej  czwartego  dnia  była  wypoczęta.  Nadal 

jednak  miała  mętlik  w  głowie.  Zanim  Tripp  pojawił  się  w  jej  życiu, 

background image

doskwierała  jej  nuda.  Lecz  czy  nie  lepsza  była  nuda  niż  ten  smutek, 

poczucie pustki, beznadziei?  

Znów westchnęła. Tęskniła za Trippem. 

- Chcesz pogadać? 

-  Co?  -  Zapomniała,  że  nie  jest  sama.  -  Dzięki,  Jackson,  ale 

naprawdę nie ma o czym. 

Mruknął  coś  pod  nosem.  Jak  wszyscy  Coltonowie  był  wysoki. 

Jego  kruczoczarne  włosy  i  szare  oczy  przyprawiały  o  bicie  serca 

wszystkie panie w wieku od osiemnastu do osiemdziesięciu lat, które 

zasiadały  na  ławie  przysięgłych.  Niedawno  zrezygnował  z  pracy  w 

biurze  prawnym  Colton  Enterprises  i  przyjął  posadę  w  Fundacji 

Hopechest. Nowa praca wyraźnie mu służyła, ale uśmiech na twarzy i 

błysk  radości  w  oczach  zawdzięczał  nie  tyle  pracy,  co  niedawno 

poślubionej Cheyenne. 

Amber przełknęła łzy. 

-  Wiesz  co?  -  powiedział,  siadając  w  fotelu  naprzeciwko  jej 

biurka.  -  Jednego  nauczyłem  się  od  Cheyenne.  Kiedy  kobieta  mówi, 

że nie ma o czym mówić, to znaczy, że coś ją gryzie. Zgadza się? 

Prawie zdołała się uśmiechnąć. 

- No, taka mina zdecydowanie bardziej mi się podoba. 

-  Doceniam  twoje  dobre  chęci,  Jackson,  ale  naprawdę  nie  wiem, 

co chcesz usłyszeć. 

- Jesteś chora? 

- Fizycznie? Nie. 

- Masz kłopoty z Meredith? 

background image

- Takie jak zwykle. 

- Czyli chodzi o faceta. 

Westchnęła. 

- Znam go? - powtórzył. 

- Pamiętasz Trippa Calhouna? 

Jackson  wyciągnął przed  siebie  nogi i  skrzyżował  ręce  na  piersi; 

gotów był siedzieć i słuchać tak długo, jak trzeba. 

- Zawsze miałem go za porządnego gościa - rzekł - Czyżbym się 

mylił? 

- Nie. 

- Widujecie się? 

- Widywaliśmy. 

- Aha; czas przeszły. A ty go kochasz; czas teraźniejszy. 

Łzy znów napłynęły jej do oczu. Coraz bardziej ją to irytowało. 

- Za to on mnie nie. 

- Trudno w to uwierzyć. 

Roześmiała się cicho. 

- Miły jesteś. Ale to prawda. 

- Skąd wiesz? 

- Oj, wiem. 

Opuściła  wzrok.  Przypadkowo  zerknęła  na  leżące  na  biurku 

podanie;  chodziło  o  wsparcie  finansowe  dla  przedszkola  w  Nowym 

Jorku przeznaczonego dla dzieci zarażonych wirusem HIV. Tak wiele 

osób  nie  ma  wystarczających  środków  do  życia!  Tak  wiele  cierpi! 

Żałowała,  że  Fundacja  nie  może  pomóc  wszystkim,  i  tymi,  którzy 

background image

zwracają  się  o  pomoc,  i  tym,  którzy  są  zbyt  dumni  lub  uparci,  aby 

prosić o cokolwiek. 

-  Nie  tylko  mnie  nie  kocha,  ale  również  mi  nie  ufa.  Założył 

klinikę  dla  biednych  rodzin  z  okolic  Ukiah.  Wpakował  w  nią 

wszystkie  swoje  oszczędności;  oczywiście  wciąż  brakuje  mu 

pieniędzy  na  leki  i  sprzęt.  Chętnie  bym  mu  pomogła.  Ale  czy  on 

wystąpił  albo  ma  zamiar  wykpić  o  jakąkolwiek  dotację?  Nie.  A 

dlaczego? Bo duma mu nie pozwala! 

Na 

moment 

zamilkła. 

Zrezygnowana, 

pokręciła 

głową. 

Zachowuje  się  jak  wariatka.  Lecz  Jackson  nic  sobie  z  tego  nie  robił; 

traktował ją normalnie. 

- Przepraszam. Denerwuję się, kiedy o tym wszystkim myślę. 

-  Czy  dotacja  przekazana  przez  Fundację  rozwiązałaby  kłopoty 

finansowe kliniki? 

- Większość. 

- Mimo to Tripp nie wystąpił o pomoc? 

Ponownie pokręciła głową. 

-  Czy  twoim  zdaniem  Tripp  Calhoun  to  inteligentny  facet?  W 

sprawach zawodowych? 

Tym razem skinęła twierdząco. 

- A jednak nie zwrócił się do Fundacji o pomoc? 

Westchnęła. 

-  Może  ma  jakiś  powód,  żeby  nie  prosić  cię  o  pieniądze?  - 

kontynuował Jackson. 

Zmarszczyła czoło. Jaki Tripp mógł mieć powód? 

background image

I  nagle  doznała  olśnienia.  Dwa  razy  wspomniała  mu  o  tym,  że 

mężczyzn,  z  którymi  spotykała  się  w  przeszłości,  najbardziej 

interesował  majątek  jej  rodziny!  W  dodatku  za  drugim  razem 

powiedziała mu to, kiedy leżeli w łóżku. Nic dziwnego, że nie zwrócił 

się  o  pomoc.  I  że  nie  zadzwonił.  I  że  nie  chce  się  z  nią  widywać. 

Zależy mu na niej! Zdawała sobie sprawę, że to wszystko brzmi mało 

logicznie, ale Tripp jest pogmatwanym facetem. 

- Boże, Jackson, czy wszyscy mają tyle kłopotów z miłością? 

-  Nie  wiem,  czy  wszyscy,  ale  Coltonowie  na  pewno  tak.  Coś  ci 

jednak zdradzę: te kłopoty i cierpienia są tego warte. 

Po  tych  słowach  Jackson  dźwignął  się  z  fotela  i  zostawiając 

Amber,  by  dalej  dumała  nad  zawiłościami  losu,  ruszył  do  swojego 

gabinetu na drugim końcu korytarza. 

Poderwała się od biurka i zaczęła przemierzać pokój: od okna do 

drzwi i z powrotem. Mgła, która kłębiła się w jej głowie, nareszcie się 

rozproszyła.  Obraz  stał  się  jaśniejszy,  nabrał  konturów.  Nie  mogła 

uwierzyć,  że  była  gotowa  ustąpić,  bez  walki  zaakceptować  decyzję 

Trippa.  Przecież  nigdy  się  nie  poddaje!  W  sprawach  zawodowych  i 

osobistych  potrafi  twardo  bronić  swoich  racji,  ale  w  sprawach 

sercowych jest nowicjuszką. 

Chociaż  nie  wyznali  sobie  miłości,  Tripp  był  wspaniałym  i 

czułym kochankiem. Zarówno w Missisipi, jak i w Fort Bragg, kiedy 

odwiózł  ją  do  domu.  Potem  nagle  wszystko  się  zmieniło.  Popatrzyła 

na  telefon,  następnie  powiodła  wzrokiem  po  zawalonym  papierami 

biurku. Nie zanosiło się na to, że Tripp zadzwoni. Ona zaś nie potrafi 

background image

skoncentrować  się na  pracy.  Może  więc  powinna  złożyć  mu  wizytę  i 

zażądać wyjaśnień. 

-  Wychodzisz?  -  spytał  Jackson,  kiedy  z  plikiem  kartek  w  dłoni 

minęła jego gabinet. 

- Tak. Najwyższy czas, żeby ktoś przemówił pewnemu upartemu 

lekarzowi do rozumu. 

-  A,  seńorita!  Dzięki Bogu,  że  już pani jest!  -  zawołała  z  silnym 

hiszpańskim akcentem tęga niewiasta za ladą. 

Amber  rozejrzała  się  dookoła.  W  poczekalni  siedziało  kilku 

pacjentów. 

-  No,  śmiało,  niech  pani  wejdzie!  Zaraz  wszystko  pani 

wytłumaczę. 

Amber  zamknęła  za  sobą  drzwi  i  podeszła  bliżej.  W  szpitalu  nie 

zastała  Trippa.  Sanitariusz  Fred  powiedział  jej,  żeby  pan  doktor  na 

pewno  jest  w  klinice  Mili  Creek.  I  faktycznie,  na  parkingu  stał  jego 

samochód.  Potraktowała  to  jako  dobry  znak.  Jedynie  nie  wiedziała, 

jak ma się zachować wobec Meksykanki, której usta się nie zamykały, 

a która wyraźnie wzięła ją za kogoś innego. 

- Całe szczęście, że przyszła pani trochę wcześniej. Moja wnusia 

się rozchorowała, więc muszę pędzić do domu. Niech pani podejdzie; 

wyjaśnię,  co  trzeba  robić.  Ale  proszę  się  nie  martwić.  To  naprawdę 

proste. 

Kobieta  wyjaśniła,  jak  się  przełącza  telefon,  następnie  pokazała, 

gdzie są karty pacjentów. 

- Ma pani jakieś pytania? 

background image

Amber  zerknęła  w  stronę  korytarza,  z  którego  odchodziły  drzwi 

do zamkniętych pokoi. 

- Kto dziś ma dyżur? Doktor Calhoun? 

Si. To anioł. 

- Choć uparty jak diabeł - mruknęła Amber. 

- Słucham? 

-  Nie,  nic.  Niech  pani  idzie  do  wnuczki.  Mam  nadzieję,  że  mała 

szybko wyzdrowieje. 

Kobieta sięgnęła po torebkę i po chwili zniknęła. Gdy tylko drzwi 

się za nią zamknęły, zadzwonił telefon. Dziewczyna, która wyglądała 

za  młodo,  żeby  być  matką, popatrzyła  na  Amber  nad ciemną  główką 

swojego dziecka. 

Pulchne  bliźniaki  siedzące  na  kolanach  ojca  zaczęły  płakać; 

dwójka  innych  dzieci  walczyła  w  rogu  o  zabawkę.  Stojący  w  kącie 

staruszek zmierzył Amber takim wzrokiem, jakby dzwoniący telefon i 

hałasujące dzieci były jej winą. 

Na  płacz  i  krzyki  niewiele  była  w  stanie  poradzić,  ale  telefon 

mogła uciszyć. Chwyciła słuchawkę. 

- Klinika Mill Creek. 

Zajrzawszy do rejestru, zapisała osobę, która dzwoniła, na wizytę 

do  lekarza.  Potem  na  zmianę  odbierała  telefony,  kołysała  dzieci, 

szukała  zagubionych  zabawek,  rozmawiała  z  naburmuszonym 

staruszkiem. Marzyła o tym, by móc się rozdwoić. 

Kilka  kosmyków  opadało  jej  na  twarz,  róg  bluzki  wystawał  ze 

spódnicy,  a  ramię  miała  mokre  od  śliny  bliźniaka,  którego  ciągle 

background image

nosiła  na  rękach.  Wreszcie  ostatnią  pacjentkę  zaprosiła  do  pokoju 

lekarskiego.  Telefon  przestał  dzwonić,  budynek  powoli  pustoszał. 

Korzystając z ciszy, uporządkowała biurko, ustawiła krzesła i zaczęła 

się zastanawiać, co ma powiedzieć Trippowi. 

Akurat 

czytała 

wiszącą 

na 

ścianie 

ulotkę 

na 

temat 

organizowanego  za  dwa  tygodnie  balu  na  cele  charytatywne,  kiedy 

usłyszała jakiś szmer. Odwróciła się.  

Tripp stał na drugim końcu pomieszczenia. 

- Co tu robisz? 

Pomyślała  sobie,  że  sprzedawcy  w  sklepach  bywają  milsi. 

Wskazała ręką pisma, które ułożyła w kilku równych stosach. 

- Pracuję. 

- Tu? Wątpię. 

-  A  jednak.  Widocznie  znalazłam  się  w  odpowiednim  miejscu  w 

odpowiednim czasie... 

- Gdzie Rosa? 

A więc tak ma na imię tęga niewiasta z hiszpańskim akcentem. 

- Pojechała do domu. Jej wnuczka zachorowała. 

Ostatnia pacjentka wyszła z gabinetu do poczekalni, trzymając w 

ramionach śpiące niemowlę. 

- Dziękuję bardzo, doktorze Calhoun. - Anna Garcia uśmiechnęła 

się blado. 

Słysząc  głos  matki,  niemowlę  otworzyło  oczy  i  zaczęło  ssać 

kciuk.  Po  chwili  znów  zamknęło  powieki.  Matka  i  dziecko  sprawiali 

wrażenie  zmęczonych.  Dziewczyna  wsunęła  rękę  do  kieszeni. 

background image

Wydobywszy  kilka  monet,  położyła  je  na  ladzie  i  ruszyła  do  drzwi. 

Amber  chciała  coś  powiedzieć,  ale  Tripp  uciszył  ją  spojrzeniem. 

Drzwi się zamknęły. Są sami. Nareszcie! 

Stał  z  grymasem  niezadowolenia  na  twarzy.  Najwyraźniej  nie 

podzielał  jej  radości,  lecz  mogłaby  przysiąc,  że  chwilę  wcześniej 

pożerał ją wzrokiem. 

- To był długi dzień. Czeka mnie jeszcze obchód. 

Amber podeszła do lady. Ze stojącego na niej talerzyka wysypała 

garść  drobnych.  Przeliczyła  pieniądze;  wszystkiego  razem  było  trzy 

dolary  i  osiemdziesiąt  trzy  centy.  Wrzuciła  całodzienny  utarg  do 

szuflady biurka. 

- Za mało, żeby zaopatrzyć klinikę w bandaże, ale starczyłoby dla 

Anny na bochenek chleba albo karton mleka.  

Wcześniej,  kiedy  czteroletni  Jose  Martinez  bąknął  coś  o 

złotowłosym  aniołku  kręcącym  się  po  poczekalni,  Tripp  puścił  to 

mimo  uszu.  Do  głowy  mu  nie  przyszło,  że  chłopiec  mówi  o  Amber. 

Zorientował się, że to ona, dopiero godzinę później, gdy stary Samuel 

DeWitt  opisał  nową  wolontariuszkę.  Od  tamtej  pory  oddech  miał 

nierówny, tętno przyśpieszone. 

Popatrzył  na  opadające  jej  na  twarz  kosmyki  i  rozmazany  pod 

oczami tusz. 

- Anna jest osobą niezwykle dumną - rzekł. - Zawsze płaci. Tyle, 

ile akurat może. Wtedy ma poczucie, że nie korzysta z niczyjej łaski. 

- Czyli to sprawa dumy? 

background image

Rozejrzał się po poczekalni. Domyślał się, o co Amber pyta i nie 

bardzo  wiedział,  jak  zareagować.  Naprawdę  nie  chciał  jej  zranić,  ale 

dlaczego  nie  potrafiła  zrozumieć,  że  dalsze  widywanie  się  nie  ma 

sensu? 

- Doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłaś. 

Dostrzegł  w  jej  oczach  błysk  nadziei.  Po  chwili  nadzieja  zgasła. 

Amber podniosła z podłogi torbę i zaczęła w niej czegoś szukać. 

- Ale lepiej, żebym tu nie przychodziła? 

Zaklął  w  duchu.  Tak  bardzo  jej  pragnął!  Ale  słusznie  postąpił, 

wycofując  się,  zanim  sprawy  wymkną  się  spod  kontroli.  Wskazała 

głową na wycinek z gazety przypięty do stosu kartek. 

-  Pewnie  nie  czytasz  rubryki  towarzyskiej.  Wygląda  na  to,  że 

Olivia Babcock i Derek Spencer ustalili datę ślubu. 

Ostrożnie,  aby  przypadkiem  nie  dotknąć  ręki  Amber,  wziął  od 

niej kartki. 

- Co to? - spytał. 

-  Formularz,  który  trzeba  wypełnić,  żeby  otrzymać  dotację  z 

Fundacji  Hopechest.  Przeczytaj  dokładnie  instrukcję.  Należy  opisać, 

na co pieniądze zostaną przeznaczone, a także przedstawić informacje 

na  temat  finansów  kliniki,  czyli  podać  wysokość  pensji,  wpływy, 

wydatki  i  tak  dalej.  Wszystkie  podania  rozpatruje  rada  Fundacji  i 

oczywiście  nie  ma  żadnych  gwarancji,  że  cokolwiek  dostaniesz,  ale 

myślę, że warto spróbować. 

Stał bez ruchu. 

background image

-  Nie  musisz  tego  robić,  Amber.  Ja  naprawdę  nie  potrzebuję 

twojej pomocy... 

- Może ty nie, ale Jose, Anna i Manuel tak. 

Nie wiedział, jak zareagować. Usiłował dać jej do zrozumienia, że 

to, co między nimi było, należy do przeszłości, a ona mimo to wciska 

mu pieniądze. 

- Jesteś niesamowita - oświadczył. 

Przeczesał  ręką  włosy.  Były  teraz  krótkie.  To  jedna  ze  zmian, 

jakie w ciągu ostatniego miesiąca zaszły w jego życiu. Chociaż nie; on 

też się zmienił. Świat jednak pozostał taki sam - niebezpieczny. Zdał 

sobie  z  tego  sprawę  tamtego  dnia  na  parkingu,  kiedy  mąż  pobitej 

pacjentki gotów był na użycie broni. 

-  Któregoś  dnia  wyjdziesz  za  mąż  i  uszczęśliwisz  jakiegoś 

faceta... 

Jakiegoś faceta? Poczuła, jak wstępuje w nią złość. 

-  Tak?  A  jakiego?  Może  mi  powiesz,  za  kim  powinnam  się 

rozglądać? 

Sądziła,  że  Tripp  się  zirytuje,  lecz  on  nic  sobie  nie  robił  z 

sarkazmu w jej głosie. Miała ochotę usiąść i się rozpłakać. 

-  Za  kimś  takim  jak  ty  -  odrzekł  spokojnie.  -  Za  człowiekiem 

dobrym,  mądrym,  z  poczuciem  humoru.  Bogatym,  kulturalnym  i 

cierpliwym. - Na moment zamilkł. Kiedy ponownie się odezwał, głos 

miał  niski,  ochrypły.  -  Za  kimś,  kto  ma  własne  zdanie  i  potrafi  go 

bronić. Bo kimś, kto ci przytakuje, szybko byś się znudziła. 

background image

-  A  ty?  -  spytała.  -  Jaka  kobieta  byłaby  najlepszą  partnerką  dla 

ciebie? 

-  Coop  trafnie  nazwał  mnie  samotnikiem.  Ale  jeśli  kiedykolwiek 

się ożenię, wybiorę kogoś z moich sfer. Kogoś, kto będzie pasował do 

mojego świata. 

- Świat jest jeden, Tripp. I wszyscy w nim żyjemy. 

-  Tak  sądzisz?  Może.  W  każdym  razie  byłbym  rad,  gdybyś  w 

przyszłości unikała miejsc, w których czai się niebezpieczeństwo. 

Nagle  coś  ją  tknęło.  Przypomniała  sobie,  jak  po  powrocie  z 

Missisipi byli u niej w domu i już mieli wskoczyć do łóżka, kiedy za 

oknem  rozległ  się  huk.  To  ten  huk,  który  brzmiał  jak  strzał  z  broni 

palnej,  a  nie  telefon  od  Randa,  który  zadzwonił  chwilę  później, 

przeszkodził im w miłosnych igraszkach. 

Obserwując, jak Tripp gasi światła., zamyka okna i drzwi, powoli 

zaczęła kojarzyć. 

- Dzięki za pomoc, Amber. Pozdrów ode mnie ojca. 

Usiłuje  się  jej pozbyć,  zniechęcić do  siebie.  A  przecież  czuła,  że 

mu na niej zależy. Co może zrobić? W jaki sposób przemówić mu do 

rozumu? Zrezygnowana, ruszyła do wyjścia. 

- Amber... 

- Tak? 

- Obiecaj, że więcej nie będziesz tu przyjeżdżać. 

Przez chwilę stała bez ruchu, nie oddychając, nawet nie mrugając 

powiekami.  Potem  odwróciła  się  i  zamiast  cokolwiek  obiecywać,  z 

całej siły trzasnęła drzwiami. 

background image

 

W  Keyhole  w  stanie  Wyoming  Grzechotnik  Pike  skręcił  w  ulicę 

Główną.  Drżącą  ręką  poklepał  się  po  kieszeni,  w  której  zwykle  nosił 

piersiówkę.  Odkąd  ta  wredna  suka  Meredith  Colton  przestała 

przesyłać  mu  forsę,  nie  miał  za  co  kupić  alkoholu.  Przeszedł  przez 

ulicę, kierując się w stronę niedużego sklepu z antykami. Nienawidził 

takich  miasteczek.  Szlag  by  je  trafił!  W  żadnym  barze  nie  chcieli 

sprzedać  mu  nic  na  kredyt.  Jego  zszargane  nerwy  mogłaby  od  biedy 

ukoić jakaś dziwka, ale nawet na to nie było go stać! 

Może  jednak  niedługo  szczęście  się  do  niego  uśmiechnie.  Od 

pewnego  czasu  śledził  młodego  szeryfa  Toby'ego  Atkinsa.  Kiedy 

okazało się, że ten prowadzi życie zakonnika, postanowił skupić się na 

Wyatcie i Annie Russellach. 

Od  któregoś  z  kumpli  w  barze  dowiedział  się,  że  Russellowie 

przyjaźnią  się  z dziewczyną  o  kasztanowych  włosach.  Tak  się  akurat 

składa, że Emily Blair Colton również ma kasztanowe  włosy.  Gotów 

był  się  założyć,  że  pomogli  jej  zniknąć  ż  miasteczka.  I  że  znają  jej 

obecne miejsce pobytu. 

Postanowił  to  z  nich  wydobyć.  Od  trzech  dni  obserwował 

budynek, w którym mieścił się ich sklep oraz mieszkanie. Doszedł do 

wniosku, że najłatwiej będzie pociągnąć za język dwóch rudowłosych 

chłopców, którzy codziennie po powrocie ze żłobka czy przedszkola - 

diabli  wiedzą,  gdzie  spędzają  poranki  -  wyprowadzają  na  spacer 

wielkiego czarnego potwora. 

Właśnie nadchodzili. 

background image

-  Cześć,  chłopaki.  -  Popatrzył  na  nich  znad  oprawek 

dwuogniskowych  okularów,  które  ukradł  wczoraj  śpiącemu na  ławce 

staruszkowi. - Ładny dzionek, prawda? A raczej popołudnie. 

Chłopcy  byli  podobni  do  siebie  jak  dwie  krople  wody.  Nie  tylko 

wyglądali  identycznie,  ale  w  identyczny  sposób  zmarszczyli  brwi. 

Towarzyszące im wielkie czarne psisko obnażyło kły. 

- Ale duży pies. Jak ma na imię? 

Obaj w tej samej chwili położyli rękę na psim karku. 

- Poker - odparł chłopiec po prawej. - Jest pan obcy? Bo nam nie 

wolno rozmawiać z obcymi. 

Pike  wsunął  kciuki  za  pasek  poliestrowych  spodni,  które  znalazł 

w śmietniku za sklepem z używaną odzieżą. 

- Hm, jestem dziadkiem. Czy dziadek to ktoś obcy? 

Chłopcy naradzili się szeptem. 

- Chyba nie - oznajmił ten bardziej wygadany. 

Grzechotnik  Pike  pogratulował  sobie  w  duchu.  Starannie 

przygotował  się  do  roli  -  zgolił  wąsy  i  brodę,  a  włosy  i  brwi 

wysmarował  białą  pastą  do  butów.  Trud  się  opłacił.  Wąsy  wkrótce 

odrosną,  pasta  się  spłucze.  Pies  wciąż  szczerzy  kły,  ale  on  się  nie 

liczy.  Pike'owi  chodziło  o  rozmowę  z  dzieciakami,  zaufanie  psa  nie 

jest mu do niczego potrzebne. 

- Noah i ja nie mamy dziadka. Mamy za to nowego tatę. 

Pike  wiedział,  o  kim  mówią.  Wyatt  Russell,  wielki  prawnik  z 

Waszyngtonu,  porządnie  zalazł  mu  za  skórę.  Wsunąwszy  rękę  do 

kieszeni,  wyciągnął  pomięte  zdjęcie. Chciał  podejść bliżej  chłopców, 

background image

ale  powstrzymało  go  groźne  warczenie  dobywające  się  z  psiego 

gardła. 

- Świetny pies obronny... Spójrzcie, to jest moja wnuczka. Penny. 

-  Ojej,  wygląda  zupełnie  jak  Emily  -  oznajmił  chłopiec,  który 

dotąd milczał. 

- Jak kto? - spytał niewinnym tonem Pike, który specjalnie wybrał 

stare zdjęcie Emily Blair. 

- Jak Emily. Nasza przyjaciółka. 

-  Penny  ma  piętnaście  lat.  Jest  najlepszą  wnuczką  na  świecie. 

Niedawno przeprowadziła się ze swoją mamą do Teksasu. 

- Emily też się niedawno przeprowadziła. 

- Co ty powiesz? Również do Teksasu? 

- Nie. Do Montany. 

-  Serio?  -  Pike'owi  kręciło  się  w  głowie  od  patrzenia  przez 

okulary.  -  Byłem  kiedyś  w  Montanie.  -  Schował  zdjęcie  do  kieszeni. 

Ręka  mu  się  trzęsła.  Musi  się  napić.  -  A  gdzie  w  Montanie  teraz 

mieszka? 

- W Red... 

- Noah! Aleks! 

Na  dźwięk  głosu  matki  chłopcy  odwrócili  się.  Grzechotnik  Pike 

czym  prędzej  skrył  się  w  sklepie  sportowym,  po  czym  wymknął  się 

tylnymi  drzwiami.  Czapkę  z  daszkiem  i  okulary  wrzucił  do 

pierwszego  śmietnika,  jaki  zobaczył  po  drodze.  Zadowolony, 

pogratulował  sobie  w  duchu.  Potrafi  gadać  z  bachorami!  Gdyby  nie 

ich matka, wszystko by mu powiedzieli. 

background image

Wrócił do pokoju hotelowego. Musi się spakować. Emily zaszyła 

się w Montanie, w miasteczku Red coś tam. Dobra, mała. Wkrótce się 

spotkamy! 

 

Patsy wypadła na zewnątrz, drzwi zamknęły się za nią z hukiem. 

- Teddy! Joey! 

Osłaniając  oczy  przed  słońcem,  rozejrzała  się  po  ogrodzie. 

Szukała  swoich  ukochanych  synów.  Chłopców  nie  znalazła,  ale 

zobaczyła siedzącą przy basenie Amber, która rozmawiała z Joem. 

-  Joe!  -  zawołała  do  mężczyzny,  którego  żonę  udawała  od 

dziesięciu  lat.  -  Nie  wiesz,  gdzie  są  chłopcy?  Chyba  nie  sprzątają 

znów w stajni... 

Po chwili obaj wybiegli z domu. Patsy z promiennym uśmiechem 

patrzyła,  jak  wskakują  do  wody.  Jej  dwa  największe  skarby!  Gdyby 

tylko  zdołała  odszukać  dziecko,  które  skradziono  jej  przed  laty, 

byłaby najszczęśliwszą kobietą na świecie. A gdyby jeszcze udało się 

jej pozbyć Joego i tej małej wstręciuchy Emily... 

Dwa  dni  temu  otrzymała  wiadomość  od  detektywa,  że  przy 

nielegalnej  adopcji  dziewczynki  odpowiadającej  rysopisowi  jej 

córeczki  pośredniczył  jakiś  nieuczciwy  lekarz  ze  Stockton.  Z 

dokumentów  wynika,  że  dziewczynka  trafiła do  pary  mieszkającej  w 

Ohio. Patsy poprosiła detektywa, aby kontynuował poszukiwania. Jej 

mała córeczka jest teraz dorosłą kobietą!  

background image

Patsy  zmrużyła  z  namysłem  oczy.  Miała  nadzieję,  że  Jewel  w 

niczym  nie  przypomina  dorosłych  córek  Meredith,  których 

szlachetność i dobre serce przyprawiały ją o mdłości. 

- Joe, muszę z tobą porozmawiać. 

Pochyliwszy się nad córką, Joe szepnął jej coś do ucha i ruszył w 

stronę  żony.  Z  każdym  krokiem  jego  spojrzenie  stawało  się  coraz 

bardziej lodowate. Patsy była pewna, że na córkę patrzył czule. Och, 

ile upokorzeń musiała znosić w tym domu! 

- Co ona tu robi? 

Joe  Colton  zmierzył  wzrokiem  tę  obcą  kobietę,  w  którą 

przeistoczyła się jego piękna Meredith. Gdyby nie Joe Junior i Teddy, 

dawno  porzuciłby  swój  ukochany  dom.  Hacienda  de  Alegria  -  Dom 

Radości. Radość dawno w nim nie gościła. 

- Amber jest naszą córką, a to jest również jej dom. 

- Musi chodzić taka skrzywiona? 

- Ma problemy. Cierpi. 

Patsy przyjęła wyjaśnienie ze wzruszeniem ramion. 

- Mogłabyś okazać jej nieco współczucia. 

-  Och,  bez  przesady!  Ma  dwadzieścia  sześć  lat.  Niech  się  dąsa  i 

pochlipuje  we  własnych  czterech  ścianach.  Strasznie  je  rozpieściłeś, 

Joe. I Amber, i Sophie są takie same jak M... 

- Jak kto? Ty? 

- Nie bądź śmieszny. Ja nie rozczulam się nad sobą i nie pociągam 

stale nosem. 

background image

Joe  westchnął  w  duchu.  Kiedyś  kochał  tę  kobietę.  Dziś  kochał 

wyłącznie pamięć o tym, jaka była przed laty. 

- Wołałaś mnie, Meredith. Co chcesz? 

Odwróciła się niemal ze wstrętem. 

- Nic. 

Joe bez słowa skierował się z powrotem do stolika nad basenem. 

- Przyniosę ci coś do picia, ptaszyno. 

Ptaszyno?  Patsy  zacisnęła  gniewnie  zęby.  Jakim  prawem  zwraca 

się tak ciepło do tej rozpieszczonej małpy, skoro na nią, Patsy, reaguje 

z  takim  obrzydzeniem?  Przypuszczalnie  na  Meredith  spoglądał  z 

miłością. Ale to się skończyło! Jego ukochana Meredith pewnie trafiła 

do  jakiegoś  przytułku  dla  bezdomnych  i  zmarła,  nie  odzyskawszy 

pamięci. 

W przyszłości musi jednak bardziej uważać. Nie może mówić, że 

Sophie i Amber zachowują się jak Meredith, bo przecież  wszyscy ją, 

Patsy,  uważają  za  Meredith.  Jest  zmęczona.  I  spięta.  Lada  moment 

spodziewa  się  kolejnej  wiadomości  od  Pike'a.  Zadzwonił  parę  dni 

temu z informacją, że Emily  wyjechała ze stanu Wyoming. Jak tylko 

odkryje, dokąd się udała, przystąpi do działania. 

Patsy  przeszedł  dreszcz  podniecenia.  Nic  dziwnego,  że  coraz 

trudniej  było  jej  grać  rolę  kochającej  żony  i  matki.  Dźwięk  komórki 

wyrwał  ją  z  zadumy.  Wydobywszy  telefon  z  kieszeni  eleganckiej 

marynarki, przyłożyła go do ucha. 

- Słucham? 

- Chyba wiem, gdzie ona jest. 

background image

Uśmiech  zagościł  na  jej  ustach.  Czym  prędzej  obejrzała  się  za 

siebie. Joe z Amber patrzyli w jej kierunku. 

-  Dzień  dobry,  Sharon  -  rzekła  głośno  do  słuchawki.  -  Znalazłaś 

wymarzoną torebkę? Jesteś pewna, że to ta? 

Na drugim końcu linii Grzechotnik kontynuował nie zrażony: 

- Tak. Z dwóch bardzo wiarygodnych źródeł wiem, że nasza mała 

Emily  przeniosła  się  do  Montany.  Właśnie  zawężam  obszar 

poszukiwań. 

- Ależ to wspaniale. - Zerknęła na basen, w którym baraszkowali 

jej ukochani synowie. - Bardzo się cieszę. 

- Zadzwonię, jak będę coś wiedział. 

-  Dobrze.  Wiem,  jak  trudno  znaleźć  pasujące  dodatki.  -  Zniżyła 

głos. - Tylko tym razem niczego nie schrzań... Doskonale, Sharon! A 

zatem czekam z niecierpliwością. 

Wyłączyła  komórkę  i  ponownie  przybrała  neutralny  wyraz 

twarzy.  Wreszcie  wszystko  zaczyna  się  układać.  Ma  swoich  synów, 

niedługo odnajdzie córkę, a Grzechotnik uwolni ją od Emily. 

- Zaprosiłem Amber na kolację! - zawołał Joe. 

Rzuciła mu zirytowane spojrzenie. 

- Powiadom o tym Inez, a nie mnie. I uważaj na chłopców. 

Amber w milczeniu odprowadziła matkę wzrokiem. 

-  Przykro  mi,  ptaszyno  -  rzekł  jej  ojciec.  -  Ostatnio  mama  jest 

jakoś bardziej humorzasta niż zwykle. 

Widząc  smutek  w  oczach  Joego,  Amber  z  trudem  powstrzymała 

łzy. Zrozumiała, jak bardzo ojciec jest samotny. 

background image

- Nie przejmuj się, tato. To nie twoja wina. 

Joe wstał od stolika. 

- Tak myślisz? Sam nie wiem. Może powinienem był... 

-  Hej,  tato!  -  zawołał  Joe  Junior,  który  stał  na  brzegu  basenu, 

gotów do skoku. - Spójrz na mnie! 

Przez  moment  oboje  obserwowali  harce  chłopców,  którzy  z 

piskiem  ganiali  się  w  wodzie.  Nawet  ptaki  ucichły,  jakby  chciały 

przyjrzeć się wesołej zabawie. Przynajmniej oni są szczęśliwi. Amber 

podejrzewała,  że  gdyby  nie  Joe  Junior  i  Teddy,  ojciec  dawno 

rozwiódłby się z matką. Ale ci dwaj go potrzebują. 

Wzdychając głośno, również wstała z fotela. 

- Cześć, chłopaki! - zawołała do braci. 

- Cześć, Amber! 

- Idziesz? - zdziwił się Joe. 

Skinęła głową. 

- Tak będzie lepiej, tatusiu. 

- Martwię się o ciebie, kochanie. 

Pocałowała  ojca  w  policzek.  Nie  mówiła  mu,  żeby  się  nie 

martwił,  bo  wiedziała,  że  i  tak  jej nie  posłucha.  Opuszczała  ranczo  z 

ciężkim  sercem.  Widok  matki  z  ojcem  zawsze  napawał  ją  smutkiem. 

Kiedyś  byli  tacy  szczęśliwi,  tacy  zakochani.  Co  się  stało?  Dlaczego 

matka tak bardzo się zmieniła? 

Na 

siedzeniu  pasażera 

leżała 

ulotka 

informacją 

organizowanym  przez  szpital  balu.  Amber  zamyśliła  się.  Tripp  nie 

tylko  jej  nie  zaprosił,  ale  zażądał,  aby  więcej  nie  pokazywała  się  w 

background image

klinice.  Pragnął  jej,  lecz  nie  chciał  się  z  nią  widywać.  Uważał,  że  w 

jego świecie czai się zbyt wiele niebezpieczeństw. 

Hm.  Był  wściekły,  kiedy  wysiadła  z  samochodu  i  zaczęła 

rozmawiać  z  facetem,  który  pobił  żonę.  Zdenerwował  się,  kiedy  po 

powrocie  z Missisipi na ulicy przed jej domem rozległ się  wystrzał  z 

rury wydechowej. Próbował ją osłonić, jakby bał się, że coś złego się 

jej stanie. 

Cholera  jasna!  Całe  życie  starała  się  zasłużyć  na  miłość  tych, 

których  kochała.  Studiowała  na  Radcliffe,  by  sprawić  przyjemność 

matce.  Pracowała  w  Fundacji,  bo  ojcu  na  tym  zależało.  Wreszcie 

znalazła kogoś, kto kochał ją bezwarunkowo. Ale on za wszelką cenę 

chciał ją chronić przed złem... 

Kierowca  za  nią  nacisnął  klakson.  Wróciła  myślami  do 

rzeczywistości. Tripp kocha ją. To nie ulega wątpliwości. Ma dziwny 

sposób  okazywania  uczuć,  ale  na  pewno  ją  kocha.  W  przeciwnym 

razie  dlaczego  tak  bardzo  drżałby  o  jej  bezpieczeństwo?  Dlaczego  w 

imię bezpieczeństwa gotów był rezygnować z miłości?  

Wydawało mu się, że ją zna. Że wie, jakiego męża powinna sobie 

poszukać.  Przystanąwszy  na  czerwonym  świetle,  podniosła  do  oczu 

ulotkę. Bal ma się odbyć w połowie sierpnia, za dwa tygodnie.  

Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Zanim dojechała do 

Fort  Bragg,  wiedziała,  co  zrobi.  Zostały  jej  dwa  tygodnie  na 

dopracowanie szczegółów. 

 

 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

- Wyluzuj, Calhoun. I uśmiechnij się. To bal, a nie pogrzeb. 

-  I  kto  to  mówi?  -  Wsunąwszy  palce  za  kołnierzyk 

wykrochmalonej koszuli, Tripp popatrzył znacząco na przyjaciela. 

I faktycznie, od kilku dni Gavin Cooper chodził równie spięty jak 

on.  Kłopoty  obu  mężczyzn  miały  związek  z  przedstawicielkami  płci 

przeciwnej.  Przedstawicielką  płci  przeciwnej  wywołującą  niepokój 

Gavina była dziennikarka z lokalnej gazety. 

Tripp  zacisnął  zęby.  Bal  miał  być  stosunkowo  skromną,  lokalną 

imprezą, dopóki w przygotowania nie włączyła się Amber. Nagle, jak 

za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki,  wokół  wszystkiego  zrobił  się 

szum,  sprawa  trafiła  na  łamy  gazet  w  San  Francisco.  Dziennikarze 

rozmawiali z kilkoma pacjentami kliniki. Największe zainteresowanie 

i  sympatię  wzbudził  czteroletni  P.J.  Pattison,  kędzierzawy  chłopczyk 

ranny w wypadku samochodowym, w którym zginęła jego matka.  

Zdjęcie  chłopca  trzymającego  w  ramionach  szczeniaka  najpierw 

pojawiło  się  w  prasie,  a  potem  na  plakatach  w  każdym  mieście 

północnej  Kalifornii.  Reklama  i  rozgłos  sprawiły,  że  mnóstwo  par 

zgłosiło chęć zaadoptowania dziecka. Akurat z tego Tripp się cieszył. 

Nie cieszył się z rozgłosu, jaki on sam zyskał. 

Oczywiście  nie  mógł  zrzucić  winy  na  Amber.  Sprawcą  całego 

zamieszania  była  wścibska  dziennikarka,  która  dowiedziała  się  o 

incydencie  na  parkingu.  Media  oszalały.  Tripp  i  Cooper  zostali 

okrzyknięci  bohaterami.  Z  całego  stanu  zaczęły  napływać  datki  na 

background image

klinikę  Mill  Creek.  Tripp  otrzymał  cztery  propozycje  małżeństwa  od 

kobiet, których nigdy w życiu na oczy nie widział, Coop - pięć. 

Jednakże  dziennikarka,  która  o  nich  pierwsza  napisała  i  za  którą 

Coop się uganiał, nie chciała mieć z nim do czynienia. Gavin Cooper 

potrząsnął głową, śledząc wzrokiem niską atrakcyjną szatynkę. 

-  Jenna  Maria  Tribiano.  Ktoś,  kto  się  tak  nazywa,  musi  mieć 

skomplikowaną naturę, nie sądzisz? - spytał cicho. - No dobra, wiemy, 

co mnie dręczy. A ciebie? 

Tripp wziął głęboki oddech. I nagle poczuł znajomy zapach. Serce 

zabiło mu szybciej. Ponieważ nigdzie w pobliżu nie było złotowłosej 

dziedziczki, przytknął do nosa rękaw marynarki. Miał wrażenie, że jej 

perfumy  przenikają  wszystko  wkoło.  Towarzyszyły  mu  wszędzie:  na 

szpitalnym  korytarzu,  w  windzie,  w  poczekalni  kliniki.  Zabronił 

Amber  przyjeżdżać  do  Mill  Creek,  ale  ona  nie  słuchała  żadnych 

poleceń. 

Oczywiście  starała  się  nie  pokazywać  mu  na  oczy:  pomagała  w 

klinice, kiedy on pracował w szpitalu, i na odwrót. Od dwóch tygodni 

ani  razu  jej  nie  widział,  czasem  tylko  wjeżdżając  na  parking,  kątem 

oka dostrzegał wyjeżdżające sportowe auto. 

- O rany! - Coop aż zagwizdał pod nosem. - Co za kiecka! 

Podniósł się szmer. Pewnie każdy facet pomiędzy osiemnastym a 

osiemdziesiątym  rokiem  życia  jęknął  z  zachwytu  na  widok  Amber, 

która  stała  pod  ukwieconym  łukiem  na  końcu  przejścia.  Kaskada 

złotych  loków  opadała  jej  na  ramiona.  Największe  wrażenie  robiła 

background image

jednak  jej  suknia,  czerwona,  obcisła,  z  wielkim  dekoltem,  od  której 

nie sposób było oderwać oczu. 

- Ciekawe, kim jest ten gość, z którym przyszła - ciągnął Coop. - 

Zresztą nieważne. Ale ta kiecka, stary!  Ta kiecka! Nie  wiadomo, czy 

więcej zasłania, czy odsłania. 

- Myślałem, że pałasz miłością do swojej dziennikarki - zauważył 

Tripp. 

Gavin  Cooper,  nie  bez  powodu  przezywany  donżuanem,  posłał 

przyjacielowi zdumione spojrzenie. 

-  A  od  kiedy  to  zakochanemu  facetowi  nie  wolno  podziwiać 

innych kobiet? 

Przypuszczalnie  był  to  jeden  z  powodów,  dla  którego 

dziennikarka nie chciała mieć z nim do czynienia.  

Dzięki przychylności władz miejskich bal odbywał się na terenie 

parku. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi; im ciemniejszą barwę 

przybierało  niebo,  tym  jaśniej  nad  głowami  tańczących  par  migotały 

sznury  świateł  rozwieszonych  na  drzewach.  Amber  drżała  na  całym 

ciele.  Wzięła  głęboki  oddech,  by  się  uspokoić.  Rozglądając  się 

dookoła,  nagle  napotkała  spojrzenie  Trippa.  Nic  dziwnego,  że  była 

zdenerwowana. Nie spuszczał z niej wzroku. 

Bal  zaczął  się  o  siódmej;  zanosiło  się  na  to,  że  będzie  wielkim 

sukcesem.  Cieszyło  to  Amber,  która  mnóstwo  wysiłku  włożyła  w 

przygotowania.  Zależało  jej  jednak  również  na  tym,  aby  samej 

odnieść sukces i zdobyć Trippa. Mężczyznę, z którym przyszła na bal, 

przedstawiła dyrektorowi szpitala, po czym ruszyła z nim na parkiet. 

background image

Kiedy  skończyła  się  melodia,  ktoś  inny  poprosił  ją  do  tańca. 

Zauważyła, że  Tripp cały czas bacznie się jej przygląda. Po pewnym 

czasie jedna z pielęgniarek niemal siłą zaciągnęła go do walca. Potem 

pielęgniarka znikła, a oni znaleźli się koło siebie. 

- Wydawało mi się, że damy nie noszą czerwieni. 

Przerabiała  w  myślach  różne  scenariusze;  zastanawiała  się,  co 

powie,  jeśli  Tripp  powita  ją  chłodno,  co  jeśli  obojętnie,  a  co  jeśli 

przyjaźnie. Natomiast zaskoczył ją gniew w jego głosie. 

- Nie mówiłam, że nie noszą. Stwierdziłam jedynie, że narzeczona 

człowieka,  który  stara  się  o  posadę  w  prywatnym  szpitalu,  powinna 

prezentować  się  elegancko,  lecz  skromnie,  by  nie  przyćmiewać  żony 

jego przyszłego szefa. 

Nie  odpowiedział.  Wpatrywał  się  w  nią  jak  zahipnotyzowany, 

jednocześnie  próbował  zapomnieć,  co  czuł,  kiedy  trzymał  ją  w 

ramionach, a ona jęczała z rozkoszy. 

- Zatańczysz, Amber? 

Uśmiechając  się  przyjaźnie,  wzięła  pod  rękę  młodego 

sanitariusza.  Tripp  został  na  miejscu,  kipiąc  z  wściekłości.  Kiedy 

melodia  ucichła,  Fred  odprowadził  Amber  do  Trippa  i  ruszył  na 

kolejny podbój. 

- Nie za młody dla ciebie? 

Bez słowa odwróciła się i odeszła. Zależało jej na Trippie, ale nie 

zamierzała  znosić  jego  humorów  i  zniewag.  Nalała  sobie  szklankę 

ponczu. 

- Wygląda na to, że dzięki balowi twoja klinika stanie na nogi. 

background image

Jakim cudem wyczuła jego obecność? Uznał, że nie ma sensu o to 

pytać. 

- Dobrze, że wciąż ją uważasz za moją - rzekł. 

Zareagowała  lekkim  uniesieniem  brwi,  jakby  zdziwił  ją  jego 

sarkazm.  Ale,  do  jasnej  cholery,  przecież  to  on,  Tripp  Calhoun, 

założył  klinikę.  I  on  powinien  przyjmować  do  pracy  wolontariuszy. 

Ona zaś wpadała bez pytania, po prostu kiedy miała czas i ochotę. Tak 

samo nieproszona zjawiała się w jego snach. 

- Sprawiasz wrażenie zmęczonego, Tripp. 

Oczywiście,  że  jest  zmęczony.  Nie  wysypia  się,  bo  ciągle  o  niej 

myśli. 

- Wzięłam do serca twoją radę. - Widząc jego pytające spojrzenie, 

wyjaśniła:  -  A  propos  mężczyzny,  który  nadawałby  się  dla  mnie  na 

męża. 

- No i co? 

- No i w ciągu ostatnich dwóch tygodni umówiłam się z kilkoma 

na kolację. 

- To znaczy z iloma? 

Starała się zachować kamienny wyraz twarzy. 

-  Z  trzema.  Pierwszy  to  chirurg  plastyczny  z  Bostonu.  Jest 

niesamowicie  bogaty,  a  jego  rodzina  pochodzi  z  najwyższych  sfer. 

Studiował w Anglii, uwielbia operę i Szekspira. 

- Wyznaczyliście już datę ślubu? 

Skrzywiła się. 

background image

-  Nie.  Śmiertelnie  mnie  wynudził.  Ale  jednego  się  o  sobie 

dowiedziałam. 

Wolnym krokiem oddalali się od tańczących; muzyka stawała się 

coraz cichsza. 

- Czego? - spytał Tripp, siląc się na obojętność. 

-  Że  nie  chcę  spędzić  życia  z  facetem,  który  zarabia  majątek, 

poprawiając  bogatym  klientkom  piersi  i  nosy.  Drugi  mężczyzna, 

którego  zaproszenie  przyjęłam,  to  przyjaciel  Freda.  Wiem,  wiem...  - 

dodała szybko, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. - Też wolałabym 

mieć  za  męża  kogoś,  komu  wolno  głosować.  Oczywiście,  gdybym 

była szaleńczo zakochana, sprawa wieku nie grałaby roli. 

- A trzeci? 

- To motocyklista o włosach znacznie dłuższych niż twoje, zanim 

je ściąłeś, i wielkim tatuażu kobry na plecach. 

- Czyś ty zwariowała? Wiesz, jaki to może być groźny typ? 

Kopnęła go w kostkę; zupełnie się tego nie spodziewał. 

-  Mylisz  się.  Tom  jest  miłym  facetem,  który  akurat  lubi  długie 

włosy  i  nie boi  się igły.  Pracuje  w  schronisku dla  zwierząt  i  wzrusza 

się do łez, kiedy słyszy hymn narodowy. 

Nie  wiedział,  do  czego  Amber  zmierza,  powoli  jednak  zaczynał 

tracić  nad  sobą  kontrolę.  Bał  się,  że  jeszcze  chwila,  a  porwie  ją  w 

ramiona... 

- I pewnie bardzo kocha mamusię - oznajmił, usiłując wziąć się w 

garść.  -  Wiesz,  ilu  facetów  skazanych  na  śmierć  twierdzi,  że  kocha 

mamusię, Amber? A ten gość, z którym przyszłaś dziś na bal? 

background image

Z całej siły dźgnęła go palcem w klatkę piersiową. 

- Tak się składa, że Philip jest już zaręczony. Z moją przyjaciółką 

Claire. 

- To dlaczego przyprowadziłaś go? 

-  Dla  towarzystwa.  Posłuchaj,  Tripp.  Nikt  mi  nie  może  dać 

gwarancji  bezpieczeństwa.  Ani  ty,  ani  żaden  inny  facet.  Prawie 

dwadzieścia  lat  temu  mój  brat  zginął,  jeżdżąc  na  rowerze  w 

najbardziej  bezpiecznej  okolicy  w  kraju.  Nieszczęście  może 

przydarzyć się wszędzie i każdemu. 

- Nie rozumiesz, Amber... 

-  Rozumiem  bardzo  wiele,  mimo  że  swoim  dziwnym 

zachowaniem wprowadzasz mi zamęt w głowie. 

- Ale... 

- Nie przerywaj. Możesz  ze mną nie współpracować. Możesz się 

ze mną nie widywać. Ale nie możesz ani mnie, ani nikomu zapewnić 

bezpieczeństwa, bo tego nie da się zrobić. I jeszcze jedno ci powiem. 

Nie  będę  dłużej próbowała  zasłużyć  na czyjąś  miłość  lub  akceptację. 

Odtąd  zamierzam  słuchać  się  wyłącznie  siebie.  Praca  wolontariuszki 

w  klinice  sprawiła  mi  więcej  satysfakcji  niż  cokolwiek  innego.  -  Na 

moment zawahała się. - No, prawie... 

Chwycił ją za rękę, zanim znów go dźgnęła. 

- Jak na rozpieszczoną dziedziczkę masz spory tupet. 

- Idź do diabła, Tripp. - Wyrwała mu się. 

- Amber, poczekaj! 

background image

Zrównał z nią kroki. Nie pozwoliła się dotknąć, ale przynajmniej 

stanęła. 

- Właściwie to powinnam ci podziękować - rzekła. 

Ale nie podziękowała. 

- Za co? - spytał. 

-  Tego  lata  odkryłam,  co  to  jest  prawdziwa  miłość.  Jak  to  nigdy 

nie wiadomo, co się komu spodoba, prawda? 

Zasłużyłem na to, pomyślał. 

- Ja też ci powinienem podziękować. 

- Ty mnie? 

-  Za  to  wszystko.  -  Wskazał  ręką  dookoła.  -  I  za  dotację. 

Wystąpiłem  również  o  wsparcie  do  innych  organizacji  i  instytucji. 

Poza  tym  dzwonił  do  mnie  Montgomery  Perkins.  Okazuje  się,  że 

jeden  z  kelnerów  w  Missisipi  widział,  jak  opuszczaliśmy  restaurację. 

Powiedział  Cornelii,  co  się  stało:  że  nawet  nie  tknąłem  Dereka. 

Perkins  wezwał  Dereka  na  dywanik.  A  mnie  zaproponował 

stanowisko głównego lekarza pediatry w szpitalu w Santa Rosie. 

Amber wytrzeszczyła oczy. 

- No i co? Co powiedziałeś? 

- Odmówiłem. 

- Ale... 

- Nie chcę przenosić się do Santa Rosy. 

- Dlaczego? 

- Dwie minuty temu jeszcze nie wiedziałem. Ale teraz już wiem. 

Bo ciebie tam nie ma. 

background image

Odwróciła wzrok. 

- Nie lubię swojej pracy... To znaczy lubię, ale wykonuję ją tylko 

dlatego,  że  chciałam  zyskać  aprobatę  matki.  Ojca  też.  Ale  więcej  nie 

zamierzam siedzieć za biurkiem i grzebać w papierach. 

Oszołomiony odkryciem, jakiego przed chwilą dokonał, starał się 

zrozumieć, co Amber usiłuje mu powiedzieć. 

- A co chcesz robić? - spytał. 

-  Może  wrócę  na  studia.  Chętnie  zostałabym  dyplomowaną 

pielęgniarką,  może  lekarzem.  I  chętnie  pracowałabym  w  szpitalu  w 

Ukiah. - Zerknęła na Trippa, po czym szybko spuściła oczy. - To co? 

Nie próbujesz wybić mi tego pomysłu z głowy? 

- Chyba nie dałbym rady. 

Popatrzyła na niego zdziwiona. 

- Jest tylko jedno wyjście - kontynuował. - Skoro uparłaś się, żeby 

grać mi na nerwach, równie dobrze możesz za mnie wyjść. 

Zamurowało ją. 

- Co? 

- Powiedziałem, że cię kocham. 

- Wcale nie. 

- Ale powinienem był, i to kilka tygodni temu. 

- Serio? Nie żartujesz? Kochasz mnie? 

-  Tak.  Od  pierwszego  dnia.  Nie  tamtego  sprzed  laty,  ale  tego 

teraz,  kiedy  zobaczyłem  cię  nad  basenem.  Boję  się  miłości,  lecz 

jeszcze  bardziej  boję  się,  że  znikniesz  z  mojego  życia.  Więc  jak? 

Wyjdziesz za mnie? - Urwał. 

background image

-  Jeśli  się  wahasz,  to  wiedz,  że  ja  też  dowiedziałem  się  kilku 

rzeczy o sobie. 

- Jakich, Tripp? 

-  Że  potrafię  się  uprzeć  i  dążyć  do  celu.  -  Przytknął  czoło  do  jej 

czoła. - Miałem świetną nauczycielkę... No? Wyjdziesz za mnie? 

Przez  chwilę  milczała.  Trzy  razy  się  jej  w  życiu  oświadczano. 

Tripp  jest  czwarty.  Jego  oświadczyny  nie  należą  do  najbardziej 

romantycznych, ale na pewno są najbardziej szczere. 

- Naprawdę mnie kochasz? - spytała. 

-  Tak.  -  Ujmując  jej  dłoń,  uklęknął.  -  Jesteś  kobietą,  o  jakiej 

marzyłem.  Kiedy  ja  sztywno  trzymam  się  reguł,  ty  wykazujesz 

inwencję;  kiedy  ja  milczę,  ty  mówisz;  kiedy  jestem  poważny,  ty 

tryskasz życiem i energią. Kocham cię. Czy chcesz zostać moją żoną? 

Żyć ze mną, dzielić się pracą i łożem? Kochać mnie i nasze dzieci? 

Łzy podeszły jej do gardła. Skinęła głową. 

- Czy to oznacza: tak? 

-  Tak  -  szepnęła.  -  Tak.  Chcę  tego  wszystkiego.  Kocham  cię, 

Tripp. 

Wstał.  Po  raz  pierwszy  od  dwóch  tygodni  ich  usta  się  zetknęły. 

Ponieważ  drzewo,  za  którym  stali,  nie  bardzo  ich  osłaniało,  musieli 

pohamować pożądanie i ograniczyć się do pocałunków. 

- Kiedy? - spytał, odrywając wreszcie wargi od jej ust. 

Nie miała pojęcia, o czym mówi. 

- Co kiedy? 

- Kiedy mnie poślubisz? 

background image

Uśmiechnęła  się  szczęśliwa.  Modliła  się,  aby  Tripp  odwzajemnił 

jej  uczucie  i  jej  modły  zostały  wysłuchane.  Spojrzała  do  góry;  na 

niebie świecił księżyc, migotały setki gwiazd. 

- Może dzisiaj? 

Obrócił ją twarzą do siebie. 

-  Naprawdę?  -  Ucieszył  się,  po  chwili  jednak  pokręcił  głową.  - 

Nie. Zasługujesz na prawdziwe wesele. 

Całe  życie  marzyła  o  wyszywanej  koralikami  białej  sukni  z 

trzymetrowym  trenem.  Wyobrażała  sobie,  jak  ojciec  prowadzi  ją  do 

ołtarza,  a  potem  rodzina  składa  jej  życzenia  -  Emily,  rodzice,  którzy 

wciąż bardzo się kochają... 

Popatrzyła na Trippa. Rzeczywistość jest ważniejsza od marzeń. 

- Dzisiaj, kochany. Jedźmy do Vegas. 

Przycisnął  jej  rękę  do  swojego  serca,  a  jego  twarz  rozjaśnił 

uśmiech. 

- Jakże mógłbym ci odmówić? 

Dwie i pół godziny później delikatnie przytrzymał  Amber, której 

po podróży samolotem i lekach wciąż kręciło się w głowie. 

- Jak cię pani czuje, pani Calhoun? 

-  Cudownie  -  odparła,  spoglądając  na  tandetną  obrączkę  kupioną 

w sklepiku na rogu. 

-  Jutro  kupię  ci  prawdziwy  pierścionek  -  obiecał  Tripp  głosem 

ochrypłym  ze  wzruszenia.  -  Z  brylantem,  perełką.  Razem 

wybierzemy... 

- Mam wszystko, czego mi trzeba do szczęścia. 

background image

Objęci, ruszyli po schodach, opuszczając jaskraworóżową kaplicę, 

w której złożyli przysięgę małżeńską. W wolnej ręce Amber trzymała 

akt  ślubu,  a  Tripp  wykonane  polaroidem  zdjęcie  przedstawiające 

młodą  parę:  jego  w  drogim  czarnym  garniturze,  ją  w  wyzywającej 

czerwonej sukni z ogromnym dekoltem i rozcięciem do połowy uda. 

- Jesteś piękna. 

- Dziękuję. 

Nagle rozległ się przeciągły gwizd. 

- Ale laska! - zawołał przejeżdżający kabrioletem mężczyzna. 

- Ta laska to moja żona! - poinformował go Tripp. 

Rozpierała  go  duma.  Laskę  mógł  mieć  każdy,  on  zaś  miał 

najwspanialszą kobietę na świecie, nie tylko piękną, ale silną, upartą, 

mądrą i niezależną. 

Amber nigdy nie czuła się tak szczęśliwa. Owszem, jest parę nie 

rozwiązanych spraw, które mąciły jej radość, choćby zniknięcie Emily 

czy zachowanie matki. Ale miała nadzieję, że z czasem  wszystko się 

dobrze ułoży. Najważniejsza jest miłość. A wiedziała, że tej jej nigdy 

nie zabraknie.