background image

 

JUDY CHRISTENBERRY 

Duet z solistką 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Doktorze, nie zgadnie pan, kogo dzisiaj mamy! 

Liza Colton uniosła głowę i rozejrzawszy się wokół upewniła się, 

że jest w gabinecie sama. Spojrzała na drzwi, były lekko uchylone. 

-  Missy,  proszę,  nie  mam  czasu  na  zagadki  -  odezwał  się  niski 

męski głos, który z miejsca zafascynował Lizę, i to do tego stopnia, że 

zastanowiła  się,  czy  fizjonomia  jego  właściciela  jest  równie 

atrakcyjna. Zresztą, co za różnica, pomyślała natychmiast. 

- To ta nowa gwiazda! - wypaliła z przejęciem pielęgniarka. 

Liza zesztywniała. 

- Jaka znów gwiazda? 

- No, tak się mówi, doktorze. A jak pan powie o Streisand, Celine 

Dion,  Mariah  Carey?  -  wyjaśniała  pielęgniarka,  jakby  lekarz  jej  nie 

zrozumiał 

-  Wiem,  co  znaczy  gwiazda,  Missy  -  zapewnił  męski  głos.  - 

Zdziwiłem  się  tylko,  co  taka  gwiazda  miałaby  do  roboty  w  Saratoga 

Springs - dodał bez zainteresowania. 

-  To  sama  Liza  Colton,  doktorze!  Widziałam  ją  przedwczoraj. 

Prawdziwa  gwiazda,  a  jeśli  nawet  jeszcze  nią  nie  jest,  to  na  pewno 

będzie.  Jaki  koncert  dała!  Ludzie  bili  brawo  na  stojąco  i  nie  chcieli 

skończyć. 

Liza  uśmiechnęła  się  pod  nosem  na  wspomnienie  owej  chwili. 

Nieczęsto zdarzały jej się ostatnimi czasy podobnie satysfakcjonujące 

momenty. 

background image

- Pewnie piwo szło jak woda - zauważył rzeczowo mężczyzna. - Z 

czym do nas przyszła? 

- Tragedia! Ledwo mówi. 

- Po jednym koncercie? 

-  Dwóch.  Wczoraj  też  śpiewała,  i  ma  jeszcze  wystąpić  dziś 

wieczorem. 

Zapadła  cisza,  jakby  para  za  drzwiami  gdzieś  się  wyniosła.  Liza 

wcale  się  tym  nie  przejęła.  Lekarz  wyraźnie  nie  był  melomanem,  a 

przynajmniej nie należał do miłośników jej talentu. 

-  Doktorze  -  wstawiła  się  za  nią  pielęgniarka, która  wprowadziła 

ją wcześniej do gabinetu. - Musi pan ją uratować! 

- Nie przesadzaj, Missy. Leczę tylko nosy i uszy, ja nie jestem od 

ratowania życia. 

Dobrze  chociaż,  że  nie  ma  przewrócone  w  głowie  jak  większość 

lekarzy,  ucieszyła  się  Liza,  postanawiając  wynagrodzić  mu  to  i 

wybaczyć mu jego wcześniejsze uwagi. 

W  tym  samym  momencie  drzwi  gabinetu  otworzyły  się  na  całą 

szerokość.  Liza  chlubiła  się  tym,  że  świetnie  potrafi  ukryć  swoje 

prawdziwe  uczucia.  Tym  razem  nie  poszło  jej  tak  gładko  -  ale  też 

jeszcze nigdy żaden mężczyzna nie zrobił na niej aż takiego wrażenia. 

Nie  należał  wprawdzie  do  okładkowego  typu  modeli  i  aktorów, 

którzy  usilnie  starali  się  ją  uwieść.  Było  w  nim  coś,  co  wyczuwała 

tylko  intuicyjnie,  jakaś  niezaprzeczalna  solidność.  Tak,  właśnie  to 

określenie  najlepiej  do  niego  pasowało,  to  akurat  było  w  nim 

atrakcyjne. 

background image

Tradycyjnie  krótko  przycięte  włosy  lekarza  były  nieco 

zwichrzone, jakby właśnie wzburzył je dłonią. Czuła nieodpartą chęć, 

by zrobić to samo. Mocna budowa mężczyzny i jego niebieskie oczy 

miały  nieodparty  urok.  Liza  zamrugała,  bo  obraz  przed  jej  oczami 

tracił  wyraźne  kontury.  No  ale  to  już  wyłącznie  wina  jej 

niedyspozycji. 

- Pani Colton? - zapytał, wyciągając do niej rękę. 

Z wahaniem podała mu dłoń i zadrżała. 

- Zmarzła pani? Przepraszam, nie przedstawiłem się. Hathaway. 

Odpowiedziała mu niewyraźnym uśmiechem i skinieniem głowy. 

- Jestem pełen podziwu dla pani. Porywa pani tłumy. 

Na  końcu  języka  miała  pytanie,  ile  pan  doktor  płaci  dodatkowo 

swojej pielęgniarce za informacje o pacjentach, żeby mógł przed nimi 

dobrze  wypaść.  Dała  jednak  spokój,  nie  będzie  nadwerężać  gardła  z 

tak błahego powodu. 

Powtórnie skinęła głową i czekała, aż lekarz przejdzie do rzeczy. 

- Może pani powiedzieć, co pani dolega? 

Wzięła  głęboki  oddech.  Ileż  to  razy  słyszała  od  mężczyzn,  że 

ulegają jej seksownemu głosowi. Teraz ów głos zgrzytał i skrzeczał, a 

do  tego  sprawiał  jej  ból.  Posłużyła  się  więc  nim  delikatnie,  mówiąc 

tylko: 

- Nadwerężyłam głos. 

Nie doczekawszy dalszych wyjaśnień, lekarz sięgnął po szpatułkę. 

- Proszę otworzyć usta. 

background image

Przez  kilka  minut  dokładnie  oglądał  jej  gardło,  badał  uszy, 

marszcząc w skupieniu czoło. 

- Kiedy to się zaczęło? 

- Wczoraj wieczorem - szepnęła. 

- Po występie? 

Przytaknęła. 

- Czy to się pojawiło nagle? 

Zaprzeczyła gestem. 

- Miała już pani podobne problemy? 

Pokręciła głową i ledwie słyszalnie rzekła: 

- Stres. Antybiotyk i odpoczynek. 

Nick  Hathaway  zdusił  wybuch  cynicznego  śmiechu.  Miał  oto 

przed sobą typową młodą, bogatą kobietę, która nie wie, co jej dolega, 

ale bez namysłu stawia diagnozę i przepisuje sobie kurację. 

-  Przyszła  pani  do  mnie,  żeby  olśnić  mnie  swoją  wiedzą 

medyczną? - spytał sarkastycznie. 

Zwykle  inaczej  traktował  pacjentów,  starał  się  tylko  trzymać  z 

daleka od tego rodzaju kobiet. Takich jak Liza, którym nie brakowało 

ani  urody,  ani  pieniędzy,  skupionych  wyłącznie  na  sobie.  Wiedział  z 

doświadczenia,  co  pieniądze  robią  z  człowiekiem.  A  kiedy  dochodzi 

to tego świadomość własnej urody, mieszanka staje się wybuchowa. 

Liza powtórzyła tymczasem zbolałym głosem: 

- Antybiotyk. 

Nick podniósł brwi. 

- Nie daję antybiotyku na żądanie pacjenta. 

background image

Liza  tylko  na  niego  patrzyła,  wyjątkowo  wymownie,  wyjątkowo 

zielonymi oczami. 

- Trzeba zrobić wymaz z gardła i parę innych badań. 

Zacisnęła  zęby  i  nie  zareagowała.  Gdy  na  nią  spojrzał,  uniosła 

lewą rękę, wskazując na zegarek. Oczywiście rolex. 

- Koncert - szepnęła. 

-  Chyba  nie  ma  pani  zamiaru  dzisiaj  śpiewać?  -  zauważył 

zdumiony, widząc, że kobieta ledwo wydobywa z siebie głos. 

Wzruszyła ramionami. 

- Jeśli chce pani być pod moją opieką, mowy nie ma o występie. 

Żadnych  koncertów  co  najmniej  przez  dwa  tygodnie.  Przez  ten  czas 

spróbuję  panią  podleczyć,  ale  niczego  nie  obiecuję.  -  Był 

zdenerwowany,  zakończył  chłodno:  -  Jeżeli  to  pani  nie  odpowiada, 

chętnie  polecę  pani  innego  specjalistę  tu  na  miejscu,  albo  proszę 

wracać do Nowego Jorku. Wyda tam pani kupę pieniędzy na lekarza, 

który tylko potwierdzi moje słowa. 

Zdziwił się, kiedy Liza, której oczy pociemniały w międzyczasie, 

odbijając  rozmaite  emocje,  kiwnęła  energicznie  głową,  po  czym 

szepnęła: 

- Antybiotyk. 

Bardzo  ucieszyła  go  jej  zgoda,  choć  słowo,  które  zdołała 

wypowiedzieć, wzbudziło w nim irytację. 

- Najpierw badanie, potem leki. 

Miała oczy okrągłe ze strachu, kręciła głową nerwowo. 

- Absolutnie tak - oznajmił. 

background image

Ku jego konsternacji Liza zeskoczyła ze stołu, na którym ją badał, 

chwyciła torebkę zostawioną na krześle i pospieszyła ku drzwiom. Nie 

miał  ochoty  użerać  się  z  pacjentką,  która  wie  wszystko  lepiej  i  nie 

stosuje się do jego poleceń. Postanowił pozwolić jej odejść. 

W tej samej chwili kobieta zemdlała. 

 

Odzyskała  przytomność  dopiero  w  karetce,  słysząc  trzask 

zamykanych  drzwi.  Obok  noszy,  na  których  leżała,  siedział 

mężczyzna. Pociągnęła go za rękaw. 

- Niech pani leży spokojnie, zaraz będziemy w szpitalu. 

Tyle sama zdołała się zorientować. Spróbowała raz jeszcze. 

-  Doktor  -  szeptała,  nie  widząc  w  pobliżu  lekarza,  który  badał  ją 

chwilę wcześniej. 

-  Jestem  pielęgniarzem,  nie  lekarzem  -  poinformował  mężczyzna 

z uśmiechem. 

Oczarował ją jego chłopięcy wdzięk, ale inteligencja pozostawiała 

wiele do życzenia. 

- Hathaway - wyjaśniła, z trudem znosząc ból. 

- Doktor Hathaway?! - zawołał młody człowiek, doznając nagłego 

olśnienia, a kiedy potwierdziła, dodał: - Spotka się z nami w szpitalu. 

Liza  z  przerażeniem  przypominała  sobie,  co  się  stało.  Lekarz 

żądał  od  niej  jakiegoś  badania,  a  zatem,  jeżeli  ona  trafi  teraz  do 

szpitala,  on  prędko  jej  stamtąd  nie  wypuści.  A  to  nie  wchodzi  w 

rachubę.  

background image

Chwyciła  znowu  rękaw  koszuli  pielęgniarza,  który  pochylał  się 

akurat, by szepnąć słówko kierowcy. 

- Żadnego szpitala. 

- Mamy tu dobry szpital, miła pani. Nie będzie pani narzekać. 

Protestowała gorąco, choć bez słów. Została zignorowana. 

- Jesteśmy na miejscu - poinformował rozbawiony pielęgniarz. 

Kiedy  wieźli  ją  do  izby  przyjęć,  czuła  się,  jakby  znalazła  się  w 

nieruchomym  środku  karuzeli,  wokół  którego  wszystko  się  obraca. 

Pielęgniarz  zdawał  relację  lekarzowi,  posługując  się  zawodowymi 

skrótami, które nie miały dla niej żadnego sensu. Chciała coś wtrącić, 

ale swoim zanikającym głosem nie potrafiła zwrócić na siebie uwagi. 

Sięgnęła  zatem  po  wypróbowany  już  sposób,  ciągnąc  za  rękaw 

białego fartucha. 

- Dzień dobry. Proszę się nie martwić, pomożemy pani. Pozwolę 

sobie powiedzieć, że jesteśmy zaszczyceni pani obecnością. Słyszałem 

panią. 

Liza kręciła głową. 

-  Szpital  nie  -  upierała  się  chrapliwym  szeptem,  coraz  bardziej 

zdenerwowana. 

- Doktor Hathaway powinien dołączyć do nas lada chwila. Jestem 

pewny... 

-  Nie  -  zaprotestowała  najgłośniej,  jak  potrafiła,  i  opadła  na 

poduszkę, zaciskając dłoń na szyi. 

Lekarz ze szpitala zawahał się. 

background image

-  Tylko  rutynowe  badanie,  proszę  pani,  zanim  doktor  Hathaway 

do nas dotrze - oznajmił i odsunął się, dając polecenia pielęgniarce. 

Liza  zamknęła  oczy.  Brak  głosu  był  ogromnie  frustrujący. 

Doskonale zdawała sobie sprawę, że sama jest sobie winna, ale przez 

minione  trzy  dni  myśl  o  jedzeniu  lub  spaniu  była  jej  obca.  Gdyby 

tylko nie zemdlała! 

-  Dobrze,  że  pan  jest!  -  zawołał  lekarz  z  izby  przyjęć  na  widok 

Nicka Hathawaya. 

Liza podniosła się do pozycji siedzącej, pielęgniarka mierzyła jej 

tętno. 

-  Spokojnie,  kochanie.  Doktor  Hathaway  jest  jednym  z  naszych 

najlepszych lekarzy. Może mu pani zaufać. 

Liza 

poszukała 

wzrokiem 

przystojnego 

laryngologa 

wypatrzywszy  go  w  nieustannie  przemieszczającym  się  tłumie, 

pomachała  do  niego  ręką.  Zanim  jednak  zdołała  coś  powiedzieć,  on 

już rzucał instrukcje. 

- Proszę przygotować kroplówkę, jest odwodniona. - Popatrzył na 

Lizę. - Kiedy ostatnio pani jadła? 

Wzruszyła  ramionami,  nie  miała  zamiaru  przyznawać  się  do 

swojej  bezmyślności.  Lęk  o  Emily  przesłonił  jej  wszystkie  doczesne 

sprawy. 

Lekarz z izby przyjęć wziął Nicka Hathawaya na stronę, rzucając 

w  kierunku  Lizy  przenikliwe  spojrzenia.  Liza  ciekawa  była,  o  czym 

po cichu rozmawiają. 

background image

Odpowiedź  nadeszła  szybko.  Nick  Hathaway  stanął  przy  jej 

łóżku. 

- Podobno nie zgadza się pani tutaj zostać. 

Przytaknęła z ulgą, że nareszcie ktoś zrozumiał, o co jej chodzi. 

-  Pani  Colton,  wiem,  że  to  się  pani  nie  podoba,  ale  proszę 

przynajmniej  pozwolić  nam na  podstawowe  badania  i kroplówkę.  To 

potrwa nie dłużej niż godzinę, góra dwie. 

Pielęgniarka  wróciła  do  niej  z  plastikową  butelką  pełną  jakiegoś 

płynu. 

- Poczuje się pani dzięki temu dużo lepiej - ciągnął lekarz niskim, 

łagodnym głosem. 

-  Muszę...  zadzwonić...  odwołać...  - wyszeptała,  czując,  że  każde 

słowo zadaje jej ból. 

- Zajmę się tym, proszę się nie kłopotać. W której sali miała pani 

dziś wystąpić? 

Wymieniła  nazwę  prestiżowego  teatru.  Słuchając  jej,  Nick 

Hathaway  zbliżył  się  do  pielęgniarki,  która  włożyła  mu  coś  do  ręki 

Odwrócił się z powrotem do Lizy. 

- Zaraz będę, proszę tak poleżeć - polecił. 

Widziała  jeszcze,  że  Nick  wpuszcza  coś  ze  strzykawki  do 

kroplówki.  Chciała  dowiedzieć  się,  co  jej  aplikuje,  lecz  nagle  nawet 

chrapliwy  szept  przekroczył  jej  możliwości.  Język  jej  zesztywniał, 

powieki  opadły.  Sen,  którego  sobie  tak  długa  odmawiała,  zamierzał 

nadrobić zaległości. 

 

background image

- Chcę, żeby ją przyjęto na oddział - powiedział Nick koledze. 

-  Ona  się  nie  zgadza  -  tłumaczył  lekarz  z  izby  przyjęć.  -  Nie 

możemy jej trzymać wbrew jej woli. 

- Chcesz ją teraz spytać? 

- No nie, dałeś jej środek uspokajający, ale... 

-  Zgodziła  się  zostać  parę  godzin,  żebyśmy  mogli  zrobić  jej 

badania. Podejrzewam, że albo jest na jakiejś drakońskiej diecie, albo 

zaczęła chorować na bulimię. Artystki! - Zwrócił się do pielęgniarki: - 

Proszę  ją  zawieźć  na  górę.  I  niech  siostra,  która  będzie  na  dyżurze, 

zawoła mnie natychmiast, jak pacjentka się obudzi. 

- Dobrze, doktorze. 

Skinąwszy  głową  z  podziękowaniem,  wyszedł,  by  pokonać 

samochodem  niewielką  odległość,  która  dzieliła  szpital  od  jego 

gabinetu. Kiedy on zajmował się tajemniczą panią Colton, czekali tam 

na niego chorzy. Piękna kobieta, stwierdził uczciwie. Nie, nie jest nią 

zainteresowany.  Po  pierwsze,  z  zasady  nie  wchodził  w  osobiste 

układy z pacjentkami. A po drugie, miał za sobą małżeństwo z kobietą 

piękną i bogatą, i obiecał sobie nie popełnić więcej tego błędu. 

Musiał  jednak  przyznać,  że  Liza  Colton  nie  bardzo  przypomina 

jego żonę. Z Daphne łączył ją chyba tylko stan konta. Daphne była jak 

jaskrawy  neon,  Liza  jak  przyćmione  światło  księżyca.  Daphne, 

krzykliwa  blondynka,  nie  szczędziła  wysiłku,  by  przyciągnąć  uwagę 

płci przeciwnej. Liza Colton była szczupłą brunetką, może nawet zbyt 

szczupłą,  z  krótką,  prostą  fryzurą,  przy  której  jej  oczy  zdawały  się 

jeszcze większe.  

background image

Miała ów delikatny i pełen  wdzięku czar Winony Ryder, a może 

w  większym  jeszcze  stopniu  innej  wspaniałej  aktorki,  Audrey 

Hepburn. Nick nie miał jednak zamiaru rozmyślać nad jej wyglądem. 

Miał ją wyleczyć i odesłać do domu. 

Pozostałą  część  popołudnia  zajmował  się  z  troską  swoimi 

pacjentami, skłamałby jednak, mówiąc, że zapomniał o Lizie. Poprosił 

pielęgniarkę,  aby  zadzwoniła  do  szpitala  i  dowiedziała  się  o  stan 

chorej.  Pani  Colton  wciąż  śpi,  powiedziano.  Nick  podał  jej  dość 

łagodny  środek  i  spodziewał  się,  że  Liza  obudzi  się  po  dwóch 

godzinach.  Gdy  tylko  zatem  wypuścił  ostatniego  pacjenta,  zrzucił 

fartuch i chwycił marynarkę. 

- Jadę do szpitala, Missy. Zadzwoń, gdyby coś się tu działo. 

-  Zobaczy  się  pan  z  Lizą  Colton?  Tak  bym  chciała  mieć  jej 

autograf. 

-  Ona  jest  chora,  Missy,  nie  mogę  jej  zawracać  głowy  -  rzekł  z 

uśmiechem do młodej pielęgniarki. 

Missy w jednej chwili zrzedła mina. 

- Pewnie tak. 

Nick znowu się uśmiechnął. 

-  Zobaczę,  jak  się  czuje.  Może  ją  poproszę,  ale  nie  licz  na  to  za 

bardzo.  -  Zrobiło  mu  się  żal  Missy,  która była  bardzo  oddana  swojej 

pracy. Stwierdził, że jeden autograf to chyba nie jest zbyt wiele. 

Missy natychmiast obdarzyła go radosnym uśmiechem i słowami 

wdzięczności. Machając do niej, pobiegł do samochodu. 

Liza Colton leżała na pierwszym piętrze. 

background image

- Jakieś zmiany? - zapytał Nick siostrę oddziałową. 

- U pani Colton? Nie, wciąż śpi. 

Lekko przestraszony, poszedł do jej pokoju. Zgodnie ze słowami 

pielęgniarki  Liza  była  pogrążona  w  głębokim  śnie.  Dla  Nicka 

wynikały z tego dwa wnioski: albo nie spała od dłuższego czasu, albo 

źle zareagowała na podany jej środek. Uniósł jej rękę, sprawdził puls. 

Wszystko  w  porządku.  Posłuchał  jej  serca,  i  tam  też  nie  znalazł  nic 

złego. Niezdecydowany, postanowił jednak obudzić Lizę. 

-  Pani  Colton?  Słyszy  mnie  pani?  -  Mówiąc  to,  poklepywał  jej 

rękę, aż wreszcie, kiedy ani drgnęła, ujął chorą za ramiona i delikatnie 

potrząsnął. - Lizo! Lizo, otwórz oczy. 

Kobieta  bardzo  powoli  uniosła  powieki  i  spojrzała  na  niego 

zdezorientowana. 

-  Poznaje  mnie  pani?  Jestem  lekarzem.  Przyszła  pani  do  mnie  z 

chorym gardłem. 

Po chwili wahania Liza skinęła głową, po czym jej powieki znów 

opadły. 

- Proszę już nie spać. Chcę pani zadać kilka pytań. 

Zabrał  poduszkę  z  sąsiedniego  łóżka  i  podłożył  pod  plecy  Lizy, 

podciągając ją do góry. Uświadomił sobie, że przyjemnie jest trzymać 

ją w ramionach, i czym prędzej odrzucił tę myśl. Uniósł trochę górną 

część łóżka i stanął w jego nogach. 

- Pani Colton? Lizo? Proszę otworzyć oczy. 

- Jestem taka zmęczona - szepnęła, mrugając powiekami. 

- Ma pani kłopoty ze snem? 

background image

- Nie. - Jej głos wciąż brzmiał chrapliwie. - Nie mogłam spać. 

- Dlaczego? 

-  Emi...  -  Nie  zdążyła  dokończyć,  bo  nagle  otrzeźwiała  i  zaczęła 

się rozglądać spłoszona. 

- O co chodzi? Co się dzieje? - pytał, coraz bardziej zafrapowany. 

-  Muszę  iść  -  zamruczała,  a  na  jej  twarzy  widoczne  było 

cierpienie, jakie sprawiły jej te dwa krótkie słowa. 

- Jest pani w kiepskim stanie. Kiedy ostatnio pani jadła? 

Rzucała  wzrokiem  to  tu,  to  tam,  jakby  szukała  drogi  ucieczki. 

Uniosła ramiona. 

-  Chciałbym  otrzymać  trochę  bardziej  precyzyjną  odpowiedź. 

Jeśli jest pani na jakiejś idiotycznej diecie, i to w ogóle nie wiadomo 

po co, muszę o tym wiedzieć. To może mieć wpływ na pani głos. 

Uniosła dłoń i otarła czoło. 

- Nie - odparła tak cicho, że Nick nie zrozumiał. 

- Nie jest pani na diecie? 

Potrząsnęła lekko głową. 

Nachylił się i nacisnął przycisk. 

-  Siostro,  proszę  przynieść  dwie  kolacje  do  numeru  dwieście 

dwadzieścia sześć. 

- Dobrze, doktorze. 

Przysiadł na brzegu łóżka. Liza patrzyła na niego zmieszana. 

- Umieram z głodu - powiedział. - Dotrzymam pani towarzystwa, 

chociaż trochę wcześnie na kolację. 

background image

Chciał  po  prostu  dopilnować,  by  coś  zjadła.  I  żeby  nie 

zwymiotowała. Jeżeli ma do czynienia z bulimiczką, będzie musiał z 

nią  zostać  kilka  godzin,  ale  nie  widział  u  Lizy  tak  naprawdę  śladów 

bulimii. 

- Muszę iść. - W głosie Lizy pobrzmiewał strach. 

-  Dzwoniłem  do  teatru,  zawiadomiłem,  że  jest  pani  chora  i  nie 

może  pani  wystąpić.  Obiecali,  że  wszystkim  się  zajmą  i  nie  zdradzą 

też nikomu miejsca pani pobytu. 

Nie był pewien, czy dobrze zrobił, czy sobie tego życzyła. Może 

nawet spodziewała się, że hałas wokół jej choroby tylko zwiększy jej 

sławę. Takie są te artystki, pomyślał, kiedy pielęgniarka wniosła tacę 

z jedzeniem. 

-  Ma  pan  szczęście,  doktorze.  Dają  dzisiaj  sztukę  mięsa  i 

jabłecznik na deser - oznajmiła pogodnie. 

Odpowiedział jej uśmiechem. 

- Powinno być niezłe. Zgodzi się pani? 

Liza  wyglądała  na  tak  kompletnie  oszołomioną,  że  zaczął  jej 

współczuć.  Taka  gwiazda  i  tak  się  pogubiła?  Czy  ktoś  zmusza  ją  do 

tego,  żeby  schudła?  A  może  jej  kariera  się  chwieje?  W  teatrze 

powiedzieli,  że  skontaktują  się  z  jej  menadżerem,  musiał  więc 

zdradzić im, gdzie Liza się znajduje, a teraz zaczynał tego żałować. 

Podniósł  jeszcze  do  góry  wezgłowie  łóżka  i  dopiero  potem 

podsunął  Lizie  ruchomy  stolik  z  kolacją.  Zdjął  z  talerza  metalową 

pokrywę, utrzymującą ciepło. 

- Wygląda smacznie, prawda? 

background image

Nie  ruszyła  się  nawet,  gapiła  się  na  talerz  z  niesmakiem.  Ukroił 

kawałek mięsa na jej talerzu. 

- Proszę tylko spróbować, na pewno będzie pani smakowało. 

Przysunął  widelec  do  jej  ust  i  czekał,  aż  Liza  je  otworzy.  Nie 

spuszczał z niej wzroku, mówiąc: 

- Niech pani dokładnie, powoli żuje. Pani potrzebuje kalorii, Lizo. 

Liza  przełknęła,  Nick  sięgnął  z  kolei  po  kukurydzę,  nie  zdążył 

jednak  podać  jej  Lizie.  W  ostatniej  chwili  złapał  naczynie,  które 

rozdawano  w  szpitalu  chorym  na  wypadek,  gdyby  mieli  problemy  z 

żołądkiem. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Zażenowana i nieszczęśliwa, Liza wydusiła: 

- Za dużo naraz. 

-  Taka  porcja  nie  utrzymałaby  przy  życiu  nawet  muchy  -  odparł 

zirytowany. 

- Nie - zaprotestowała z jeszcze  większą chrypką. - Nie jadłam... 

parę dni. 

Patrzył na nią badawczo, mierząc jej puls, po czym skontaktował 

się z pielęgniarką. 

Siostro, 

poproszę 

lekką 

zupę, 

galaretkę 

coś 

przeciwwymiotnego.  -  Odwrócił  głowę  do  Lizy.  -  Pytałem  przecież, 

kiedy ostatnio pani jadła - rzekł z pretensją, odstawiwszy naczynie.  

Po chwili jego oczy złagodniały. 

- Wytrzeć pani twarz? 

background image

Kiwnęła głową, nie wysilając głosu. Nick zniknął na moment, po 

czym  wrócił  z  wilgotnym  ręcznikiem.  Wytarł  jej  twarz  bardzo 

delikatnie. 

-  No  już,  niech  się  pani  nie  martwi.  Zajmiemy  się  panią  - 

pocieszał. 

- Muszę stąd wyjść - szepnęła. 

- Nie sądzę, żeby miała pani siłę na spacery. Może jednak powie 

mi  pani,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi?  To  mi  pozwoli  skuteczniej 

pani pomóc. 

Za nic nie mogła powiedzieć mu o Emily, to miał być ich sekret. 

Nie mogła podzielić się z lekarzem tym, co wiedziała. 

Dzwonek  telefonu  niemile  ją  zaskoczył.  Nick  zerknął  na  nią  i 

podniósł  słuchawkę.  Ten,  kto  dzwoni,  może  równie  dobrze 

porozmawiać z nim. Nie życzył sobie, by jego pacjentka niepotrzebnie 

nadwerężała struny głosowe. 

- Kto mówi? - warknął kobiecy głos w słuchawce. 

- Doktor Hathaway. Z kim mam przyjemność? 

- Cynthia Turner Colton. Jestem matką i menadżerem Lizy. Co z 

moją córką? 

- Pani córka leży teraz w łóżku, pani Colton, odpoczywa. W czym 

mogę pani pomóc? 

- W niczym! Niech pan ją da do telefonu! 

- Przykro mi, pani Colton, ale nie mogę pozwolić pani córce w tej 

chwili rozmawiać. Ma i tak niedysponowane gardło. 

background image

-  Niedysponowane?!  -  wrzasnęła  kobieta.  -  Do  diabła!  Od  czego 

jest pan lekarzem? Niech pan coś zrobi! 

- Robię, co w mojej mocy. 

- Ona ma dzisiaj wystąpić, rozumie pan? Nie pozwolę, żeby sobie 

zepsuła  opinię,  opuszczając  koncert.  Zaraz  zaczną  gadać,  że  bierze 

narkotyki. 

- Ona nie może... 

- Niech pan jej coś da, żeby mogła śpiewać! I niech pan jej powie, 

że nie ma wyboru! 

-  Myli  się  pani.  Ona  jest  dorosła.  -  Mówiąc  te  słowa,  patrzył  na 

swoją  pacjentkę.  Nie  pamiętał  daty  jej  urodzenia,  lecz  wyglądała 

bardzo  młodo.  Kiedy  jednak  nie  usłyszał  sprzeciwu  z  drugiej  strony 

słuchawki,  dodał:  -  Pani  córka  sama  zdecyduje,  czy  dzisiaj  wystąpi, 

czy zostanie pod moją opieką. 

-  Pan  mi  utrudnia,  poszukam  innego  lekarza.  Niech  się  pan 

wynosi z jej pokoju! 

Duże  zielone  oczy  Lizy  skupiły  się  na  jego  twarzy.  Uśmiechnął 

się do niej z otuchą. 

- Ta decyzja nie należy do pani, pani Colton. 

- Jestem jej menadżerem, do cholery! To ja zajmuję się jej karierą 

i żaden prowincjonalny lekarzyna nie będzie mi mówił, co mam robić. 

Nick zrobił coś, co mu się dotąd nie zdarzyło - przerwał rozmowę, 

odkładając  słuchawkę.  Nigdy  nie  traktował  tak  członków  rodziny 

pacjentów,  ale  pani  Colton  sprawiła  tylko,  że  poczuł  więcej 

współczucia  dla  Lizy.  Z  ust  jej  matki  nie  padło  ani  jedno  pytanie  o 

background image

stan  córki,  o  to,  czy  ma  dobrą  opiekę,  a  nawet  czy  w  ogóle  żyje. 

Cynthię  Turner  Colton  interesowało  wyłącznie,  czy  jej  córka  będzie 

śpiewać. 

- Pani matka - wyjaśnił, patrząc na Lizę. 

- Przepraszam - szepnęła. 

Pielęgniarka  przyniosła  tymczasem  nową  tacę  i  zabrała 

poprzednią, którą Nick odstawił na bok. 

-  Dziękuję,  Mary  -  powiedział,  a  kiedy  pielęgniarka  wyszła, 

uśmiechnął się do Lizy. - Proszę spróbować, to jest lekkostrawne, nie 

powinno  zaszkodzić.  -  Zamierzał  właśnie  zanurzyć  łyżkę  w  lekkim 

chudym rosole z kury, kiedy znowu odezwał się telefon. 

Nie  miał  wątpliwości,  kto dzwoni.  Sięgnął  po  słuchawkę  i  rzucił 

chłodno: 

- Tak? 

- Jak pan będzie się tak zachowywał, złożę na pana skargę! 

- Bardzo proszę. Podać pani numer, pod który trzeba dzwonić? 

- Chcę rozmawiać z córką! 

- Przykro mi, dzisiaj to niemożliwe. Proszę spróbować jutro, może 

będzie mogła rozmawiać. 

- Jutro będzie za późno! Ona ma dzisiaj występ! 

-  Pani  Colton,  już  odwołałem  dzisiejszy  koncert.  Jakakolwiek 

próba  śpiewu  spowodowałaby  nienaprawialne  szkody  w  strunach 

głosowych córki. Tego sobie pani życzy? 

- Jakie ma pan kwalifikacje? 

background image

-  Jestem  laryngologiem  z  drugim  stopniem  specjalizacji. 

Praktykuję  w  Saratoga  Springs  od  ośmiu  lat.  Jestem  członkiem 

kierownictwa szpitala i konsultantem w wielu przypadkach w naszym 

stanie. 

- Gwarantuje pan, że córka opuści tylko jeden koncert? 

- Absolutnie nie. Pani córka musi odpocząć dwa tygodnie. Potem 

zobaczymy.  -  Wiedział,  że  ta  opinia  doprowadzi  jego  rozmówczynię 

do  kolejnego  ataku  szału,  trzymał  więc  słuchawkę  odpowiednio 

daleko od ucha. 

Liza  zacisnęła  powieki,  ale  kiedy  głos  jej  matki  grzmiał  ze 

słuchawki, podniosła je i spojrzała ze smutkiem na Nicka. 

- Muszę kończyć, pani Colton. Dziękuję za telefon. 

Nie  czekając na  odpowiedź,  Nick  rozłączył  się,  zdecydowawszy, 

że pożegnał się na tyle grzecznie, iż nie zostanie ponownie posądzony 

o odkładanie słuchawki. Rozmowa z matką Lizy rzuciła nieco światła 

na  stan  emocjonalny  jego  pacjentki.  Podniósł  znów  łyżkę  z  zupą  do 

ust Lizy, która powoli wypiła rosół. 

- Mogę... - zaczęła i wyciągnęła rękę. 

Pozwolił jej jeść samodzielnie, ale nie ruszył się z miejsca, dopóki 

nie opróżniła przynajmniej połowy talerza. 

- Proszę spojrzeć, jak smakowicie wygląda ta czerwona galaretka. 

Spróbuje pani? - spytał, podsuwając jej kolejne naczynie. 

Liza  skrzywiła  się,  ale  ostatecznie  wsunęła  do  ust  trzęsący  się 

kawałek  galaretki.  Zdawało  się,  że  trzyma  go  w  ustach,  aż  się 

rozpuści. 

background image

-  Czy  to  matka  kazała  pani  zrzucić  wagę?  -  zapytał,  nie 

rozumiejąc powodu takiej ewentualności. Dla niego  Liza była chuda, 

ale matki gwiazd wpadają czasem w amok na tym punkcie. 

Liza  pokręciła  głową  i  zamknęła  oczy,  jakby  chciała  coś  przed 

nim ukryć. 

-  Chyba  pani  rozumie,  że  narażała  pani  swoje  zdrowie,  ale  także 

głos.  Stan  strun  głosowych  jest  uzależniony  od  ogólnego  stanu 

zdrowia. 

Przytaknęła, odwracając spojrzenie. 

- Niech pani postara się jeść trochę więcej. 

Kiedy  Liza  ponownie  sięgnęła  po  łyżkę,  poczuł  ulgę.  Zawsze 

bardzo  przejmował  się  pacjentami,  a  Liza  Colton  chwyciła  go  za 

serce.  Może  z  powodu  agresywnej  matki.  A  może  smutku,  jaki 

malował się w jej oczach. Jej kruchości. 

Kilka minut później odłożyła łyżkę. 

-  Dosyć  -  wyszeptała  z  uśmiechem,  jakby  chciała  mu  coś 

wynagrodzić. 

- Świetnie się pani spisała, biorąc pod uwagę, że to pani pierwszy 

posiłek od jakiegoś czasu. 

Zaczęła sobie powoli uświadamiać, że jej samopoczucie zależy od 

uśmiechu  doktora  Hathawaya.  Dołeczek  na  jego  brodzie  nie 

wychodził  jej  z  głowy.  Ledwo  się  powstrzymywała,  by  go  nie 

dotknąć, ale gdyby to zrobiła, przestałby ją traktować poważnie. 

- Muszę wyjść. 

background image

Odstawiając  na  bok  tacę,  spróbowała  spuścić  nogi  z  łóżka,  ale 

Nick czym prędzej zablokował jej drogę. 

- Nic podobnego. Proszę mi dać jedną dobę. Możemy... 

Urwał,  gdy  zobaczył,  że  Liza  gwałtownie  protestuje,  tak 

gwałtownie, aż jej się zakręciło w głowie. 

-  Do  jutra  rana  zatem?  -  Nie  ustępował.  -  Przyjdę  do  pani  przed 

śniadaniem. Wyśpi się pani choć jedną noc i odpocznie. 

Ta  propozycja  zabrzmiała  tak  kusząco,  że  zmarszczyła  brwi, 

dumając nad nią chwilę. Ale Emily... 

- Zadzwonię do hotelu - szepnęła. - Sprawdzić wiadomości. 

Nick wpatrywał się w nią z uwagą. 

-  Ja  to  zrobię  -  zaproponował.  -  I  tak  nie  zrozumieją,  co  pani 

mówi. 

Liza  była  przekonana,  że  nikt  z  rodziny  nie  zostawił  jej 

wiadomości, której nie mógłby usłyszeć ktoś obcy, zgodziła się więc i 

podała nazwę hotelu. Rozmawiał krótko, a ona czekała w napięciu. 

- Pół godziny temu dzwoniła pani matka, zanim tu panią znalazła. 

Parę minut temu miała pani telefon od pani Tremble. 

Liza zadrżała. Telefon od matki nie był dla niej niespodzianką, ale 

kim jest pani Tremble? Coś jej się tłukło po głowie, aż nagle usiadła 

wyprostowana i chwyciła lekarza za rękę. 

- Co się dzieje? Coś panią boli? - zapytał natychmiast, nachylając 

się nad nią. 

Nachylił się za mocno.  Liza  wzięła głęboki oddech i wbiła się w 

poduszkę. 

background image

- Wiadomość od pani Tremble? 

Spojrzał  na  kartkę,  na  której  notował  w  czasie  rozmowy  z 

hotelem. 

-  Powiedziała,  że  zadzwoni  znowu  w  ciągu  dwudziestu  czterech 

godzin. 

Lizę wypełniła radość i wielka ulga. 

- Numer? 

Pokręcił głową. 

A  zatem  nie  może  oddzwonić.  Emily  jest  mądra.  Tak  mądra,  że 

udało jej się umknąć mężczyźnie, który chciał ją zabić. Tak mądra, że 

jeszcze żyje. 

Liza chętnie skontaktowałaby się z wujem Joe, ale nie mogła tego 

zrobić.  Gdyby  wszystko  było  w  porządku,  Emily  nie  przedstawiłaby 

się  jako  pani  Tremble.  Nazywała  tak  szmacianą  lalkę,  z  którą  nie 

rozstawała  się  w  dzieciństwie,  wiedziała  zatem,  że  pozwoli  to  Lizie 

rozszyfrować, kto dzwoni. 

- Dlaczego ten telefon jest taki ważny? - zainteresował się doktor 

Hathaway. 

Liza promieniała. 

- Ważny - powtórzyła. 

- A więc zostanie pani na noc? 

A  cóż  mi  to  przeszkadza,  wyśpię  się  i  rano  poczuje  się  lepiej, 

pomyślała. Nie spodziewała się, że matka zacznie ją znowu nękać. Nie 

będzie więc musiała użerać się z nią, dopóki nie nabierze sił. Już sama 

ta myśl zmniejszyła skurcz w jej żołądku. Jednak głównym powodem 

background image

spokoju,  jaki na  nią  spłynął, była  wiadomość  od Emily.  Emily  wciąż 

jest w kłopocie, ale przynajmniej żyje. 

Liza próbowała kiwnąć głową potakująco, nie była jednak pewna, 

czy jej się to udało. Błogosławiony sen wziął ją znowu w posiadanie. 

 

Nick  obserwował,  jak  jego  pacjentka  zapada  w  sen.  W  głowie 

huczało  mu  od  pytań.  Z  reakcji  Lizy  na  odczytaną  przez  niego 

wiadomość domyślił  się,  że  były  to  ważkie  słowa.  Teraz  widział,  jak 

jej ciało opuszcza napięcie, jak oddaje się we władanie snu. 

Był  przekonany,  że  dwanaście  godzin  odpoczynku  i  pożywny 

posiłek  sprawią,  że  rankiem  Liza  poczuje  się  znacznie  silniejsza. 

Postanowił  towarzyszyć  jej  przy  śniadaniu,  by  mieć  pewność,  że 

pacjentka  je  zje.  Potem,  jeśli  będzie  nadal  upierała  się  przy 

opuszczeniu szpitala, będzie musiał jej na to pozwolić.  

Przyszedł  mu  do  głowy  pomysł,  by  wpaść  po  drodze  do  hotelu  i 

osobiście zadać kilka pytań telefonistce, która odebrała wiadomość od 

tajemniczej  pani  Tremble.  Liza  Colton  wzbudziła  zainteresowanie 

Nicka  z  wielu  różnych  powodów,  a  jednym  z  istotniejszych  była 

otaczająca  ją  tajemnicza  aura.  W  końcu  nie  chodzi  mi  przecież  o  jej 

urodę, zapewniał sam siebie. 

Była  sobota,  siódma  rano.  O  tej  porze  szpital  pogrążony  był  w 

ciszy.  Większość  lekarzy,  którzy  robili  obchód,  pojawiało  się  w 

weekendy  godzinę  później  niż  w  dni  powszednie.  Nick  nie  miał 

rodziny,  mieszkał  z  prowadzącą  mu  dom  gospodynią.  Poza  tym  z 

natury należał do rannych ptaszków. 

background image

Tak przynajmniej tłumaczył sobie swoje pojawienie się w szpitalu 

o  tak  wczesnej  porze.  Nie  miało  to  nic  wspólnego  z  faktem,  że  całą 

noc  śniła  mu  się  Liza  Colton.  W  drodze  do  domu  zatrzymał  się  w 

hotelu,  w  którym  dowiedział  się,  że  pani  Tremble  to  dość  młoda 

kobieta  i  na  pewno  nie  podszywająca  się  pod  kogoś  innego  matka 

Lizy. Na samą wzmiankę o matce telefonistka przewróciła oczami, co 

było dla Nicka całkiem zrozumiałe. 

Tak,  to  dlatego  śnił  potem  o  Lizie.  To  przez  te  tajemnice.  Lubił 

czytać  dla  relaksu  powieści  kryminalne,  znajdował  przyjemność  w 

rozwiązywaniu  kryminalnych  zagadek,  zgadywaniu,  kto  jest 

mordercą. Z uśmiechem wykluczył z tej roli starszą panią Colton. To 

byłoby  zbyt  proste.  Tak  czy  owak,  zdecydował,  kobieta  ta  jest  na 

pewno choćby częściowo odpowiedzialna za stan psychiczny córki. 

Zameldowawszy się u pielęgniarki, przekroczył próg pokoju Lizy, 

która ani  razu  w  nocy  nie  prosiła  o pomoc.  Nic  dziwnego,  stwierdził 

widząc, że wciąż śpi. Musiała być już na krawędzi przepaści, kiedy się 

do  niego  zgłosiła.  Nick  zbliżył  się  cicho  do  łóżka,  kładąc  chłodne 

dłonie na jej ręce, by zbadać tętno. 

Powoli  otworzyła  oczy.  Patrzyła  na  niego  tak,  jakby  go  nie 

poznawała. 

-  Dzień  dobry,  Lizo.  Jestem  lekarzem.  Nick  Hathaway,  pamięta 

pani?  Zdaje  się,  że  budzenie  pani  stało  się  moim  zwyczajem.  Jak  się 

pani dziś czuje? 

-  Dobrze  -  powiedziała  niskim,  ochrypłym,  choć  już  nie  tak 

skrzekliwym głosem. 

background image

-  Cieszę  się.  Zaraz  podadzą  śniadanie.  Chce  pani  może  pójść 

najpierw do łazienki? 

Kiwnęła głową. Nick podniósł kołdrę i pomógł jej wstać. Musiał 

otoczyć ją ramieniem, bo ledwo trzymała się na nogach. 

-  Podprowadzę  panią do  drzwi  -  rzekł,  jakby  należało  to  do  jego 

obowiązków i nie podlegało dyskusji. 

Wolnym krokiem przemierzyli niewielką przestrzeń, a gdy dotarli 

do drzwi łazienki, Nick spytał: 

- Da sobie pani radę czy zawołać pielęgniarkę? 

- Nie trzeba - odparła i zamknęła drzwi. 

Czekał zatem, oparłszy się o ścianę, niecierpliwiąc się, kiedy Liza 

znajdzie się z powrotem w łóżku. Bał się, żeby nie upadła i nie zrobiła 

sobie jeszcze większej krzywdy. 

Pielęgniarka przyniosła dwie tace ze śniadaniem. 

- Dzień dobry, doktorze. Jak tam pacjentka? 

- Trochę pijana. 

Pielęgniarka spojrzała na zamknięte drzwi łazienki. 

- Mam sprawdzić? 

W tym momencie drzwi otworzyły się i oferta pomocy okazała się 

nieaktualna. Liza stała na progu, trzymając się klamki. 

- Szlafrok - poprosiła pielęgniarkę. 

-  Niestety,  nie  mamy  szlafroków,  ale  niech  się  pani  nie  martwi, 

każdy z nas to widział - zażartowała kobieta, stawiając tacę. - Proszę 

zadzwonić,  jak  będzie  mnie  pan  potrzebował,  doktorze  -  dodała  i 

ulotniła się. 

background image

Policzki Lizy zrobiły się jaskrawoczerwone. Nick domyślił się, że 

nie  przejdzie  obok  niego  w  szpitalnej  koszuli,  która  była  wiązana  z 

tyłu i odsłaniała całkiem sporo. Z uśmiechem wziął więc Lizę na ręce. 

- W ten sposób nawet ja nic nie zobaczę - zapewnił. 

Od  łóżka  dzieliło  ich  ledwie  parę  kroków,  Nick  czym  prędzej 

położył chorą. 

- Gotowa na śniadanie? - spytał. 

Przysunął jej szybko stolik z tacą, podniósł podgłówek. Byle tylko 

nie myśleć o tym, jak trzymał ją na rękach, przytuloną do piersi. 

Liza  miała  tego  ranka  jaśniejsze,  pogodniejsze  oczy.  Wyglądało 

na  to,  że  trochę  nabrała  sił,  nawet  jeśli  nogi  się  pod  nią  uginały  w 

drodze  do  łazienki.  Na  talerzu  była  jajecznica,  kilka  plasterków 

bekonu i cząstki pomarańczy. 

- Nieźle, co? 

Wskazała na drugą tacę. 

- Pan też je. 

- Z przyjemnością. Nie budziłem dziś rano gospodyni. Muszę się 

napić kawy. 

Na tacy Lizy zamiast kawy stała szklanka z mlekiem, ale Liza nie 

narzekała. 

Nick  przysiadł  na  łóżku.  Blisko  Lizy,  żeby  ją  obserwować, 

oczywiście. Tym razem nie trzeba było namawiać jej do jedzenia, ale 

dość szybko zaspokoiła apetyt. Nie tknęła bekonu. 

- Proszę wziąć choć kawałek i zagryźć pomarańczą. 

- Już dosyć. 

background image

-  Chociaż  kęs.  Pomarańcza  jest  wyjątkowo  słodka,  nie  pozwoli 

pani  chyba,  żeby  się  zmarnowała.  -  Z  zadowoleniem  stwierdził,  że 

Liza go posłuchała. 

On  prawie  kończył  śniadanie,  Liza  zjadła  w  tym  czasie  połowę 

swojego.  Kiedy  odsunęła  talerz,  odstawił  obydwa  na  bok  i  wrócił  do 

niej, ujmując jej dłoń. 

- Jak się pani teraz czuje? 

- Lepiej, dziękuję - szepnęła. 

Zbadał jej gardło, zajrzał też do uszu. 

- Wie pani co? Myślę, że pani diagnoza była trafiona. Potrzebuje 

pani  odpoczynku,  jedzenia  i  spokoju.  Oraz  antybiotyku  -  dorzucił  z 

uśmiechem. 

Odwzajemniła uśmiech. 

- Infekcja. 

-  Może  tylko  ślad  infekcji,  ale  to  naturalne,  kiedy  organizm  jest 

pod taką presją. Złapaliśmy go  wcześnie, a więc szybko zniknie. Jest 

pani na coś uczulona? 

Liza pokręciła głową. 

- To w porządku, zaraz wrócę. 

Liza  odprowadziła  go  wzrokiem.  Był  dla  niej  zaskakująco  miły, 

zwłaszcza  po  tym,  jak  potraktowała  go  w  czasie  wizyty  w  jego 

gabinecie.  Sprawił,  że  poczuła  się  lepiej.  Pomogła  jej  też  wiadomość 

od  Emily.  Tego  ranka  była  spokojniejsza,  zdawało  jej  się  nawet,  że 

będzie w stanie zejść na dół i przywołać taksówkę. Nie miała zamiaru 

przysparzać więcej kłopotów temu sympatycznemu lekarzowi. 

background image

Poza  tym  chciała  znaleźć  się  z  powrotem  w  hotelu  na  wypadek, 

gdyby  zadzwoniła  Emily.  Emily  Blaire  Colton  była  jej  kuzynką,  ale 

łączyło  je  dużo  więcej,  a  ich  zażyłość  sięgała  aż  do  czasów 

dzieciństwa. 

Cynthia  i  Graham  Coltonowie,  matka  i  ojciec  Lizy,  zdawali  się 

być zupełnie pozbawieni rodzicielskich instynktów. Jak daleko sięgała 

pamięcią, Liza uważała ciotkę Meredith za swoją prawdziwą matkę. U 

niej  i  wujka  Joego  w  Kalifornii  spędzała  prawie  wszystkie  wakacje, 

bo  matka  chętnie  pozbywała  się  jej  i  jej  brata.  I  chociaż  mieszkali 

stosunkowo niedaleko wujostwa, a jej ojciec pracował u wujka Joego, 

rodzice nigdy nie odwiedzali jej w czasie letnich miesięcy. 

Liza  była  dzieckiem  o  bujnej  wyobraźni,  wyobraziła  więc  sobie, 

że  to  Meredith  i  Joe  są  jej  rodzicami,  a  kiedy  opuszczała  ich  dom, 

czuła się, jakby jechała do przymusowego internatu. Zawsze  więc do 

nich  wracała.  Od  chwili,  kiedy  wujostwo  zaadoptowali  Emily,  Liza 

została  jej  starszą  siostrą,  opiekowała  się  nią,  troszczyła  o  jej 

samopoczucie  i  bezpieczeństwo.  Zawsze  pragnęła  mieć  siostrę,  tym 

bardziej  więc  pokochała  Emily,  i  tak  połączyła  je  nie  krew,  lecz 

siostrzane uczucie. 

Przed  dziewięciu  laty,  gdy  Liza  przebywała  w  domu  swych 

rodziców,  jej  ukochana  ciotka  wybrała  się  z  Emily  samochodem  w 

odwiedziny  do  biologicznej  babki  dziewczynki.  Po  drodze  miały 

wypadek...  i  od  tamtej  pory  ciotka  Meredith  zmieniła  się  nie  do 

poznania.  W  jednej  chwili  kompletnie  straciła  zainteresowanie 

dziećmi.  Zaniedbała  uprawiany  z  oddaniem  ogród.  Zniknęła  gdzieś 

background image

silna więź, która łączyła ją z mężem, i Joe Colton zaczął unikać domu. 

Rzadko  towarzyszył  żonie,  podczas  gdy  dawniej  prawie  się  nie 

rozstawali.  

Gdy  Liza  odwiedziła  ich  pierwszy  raz  po  wypadku,  znalazła 

Emily  bladą  i  przerażoną.  Emily  wyznała  jej  sekret,  którego  nie 

zdradziła nikomu innemu. Oświadczyła, że w dniu wypadku widziała 

dwie  Meredith,  jedną  dobrą,  drugą  złą.  Liza  nie  dawała  temu 

początkowo wiary, ale im więcej czasu spędzała z ciotką, tym bardziej 

zgadzała się z wersją Emily, że stało się coś strasznego. Kobieta, którą 

uznawała  w  sercu  za  swą  matkę,  rzeczywiście  przeobraziła  się  w 

czasie jednej nocy. Liza i Emily czuły się osamotnione. Utrzymywały 

ze  sobą  kontakt,  ale  nie  widywały  się  już  tak  często  jak  niegdyś,  bo 

Cynthia zajęła się bez reszty karierą swojej córki.  

A przed kilkoma dniami Emily zniknęła.  

Nazajutrz  rano  zatelefonowała  do  Lizy,  dzieląc  się  z  nią 

opowieścią, która Lizę przeraziła. Obiecała zadzwonić ponownie, gdy 

tylko będzie to możliwe. Liza czekała zatem, pełna strachu, obawiając 

się,  że  mężczyzna,  który  groził  Emily,  w  końcu  znowu  ją  dopadnie. 

Uwierzyła w wersję kuzynki, uwierzyła, że Meredith wynajęła kogoś, 

kto  miał  zabić  Emily,  niezależnie  od  tego,  że  wuj  Joe  otrzymał  od 

porywacza list z żądaniem okupu. 

Gdy otworzyły się drzwi jej szpitalnego pokoju, Liza spodziewała 

się  ujrzeć  w  nich  pielęgniarkę  albo  doktora  Hathawaya.  Tymczasem 

stał  w  nich  obcy  mężczyzna,  ubrany  w  dżinsy  i  brudną  niebieską 

koszulę, z groźnym wyrazem twarzy i długim nożem w dłoni. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Nick poprosił o antybiotyk i wracał właśnie do pokoju Lizy, kiedy 

dostrzegł na jego progu jakiegoś mężczyznę. 

- Przepraszam - odezwał się z lekkim uśmiechem. 

- Pan z wizytą do pani Colton? 

Zaskoczony nieznajomy warknął coś i odskoczył, chowając jedną 

rękę  za  plecami,  po  czym  odwrócił  się  i  pobiegł  korytarzem.  Nick 

myślał przede wszystkim o Lizie. Wszedłszy do pokoju, zobaczył, że 

jest biała jak kreda i drży. 

- Co się stało? 

- Ten... ten mężczyzna! - zawołała, oddychając płytko. 

- Mam go zatrzymać? 

Gwałtownie  przytaknęła,  w  oczach  miała  strach.  Nick  wrzucił 

lekarstwo do kieszeni i pomknął w stronę wind. 

-  Wezwijcie  ochronę!  -  zawołał  do  pielęgniarek.  -  Niech 

zatrzymają mężczyznę w dżinsach i niebieskiej koszuli, który właśnie 

zbiegł na dół. 

- Schodami - uzupełniła pielęgniarka, wykręcając numer telefonu. 

Nick  skierował  się  na  klatkę  schodową,  biegnąc  na  dół  co  sił  w 

nogach.  Wpadł  do  głównego  holu  na  parterze,  ale  mimo  iż  rozglądał 

się dokładnie, nigdzie nie widział poszukiwanego. 

- Zawiadomić policję, doktorze? - spytał gorliwy strażnik. 

- Nie, dzięki, Pete. Porozmawiam najpierw z pacjentką, pewnie i 

tak dzisiaj wyjdzie. 

- Proszę mi dać znać. Zrobimy, co się da. 

background image

-  Wiem.  Dziękuję.  -  Nick  skierował  się  do  windy  i  wjechał  na 

piętro. 

- Kto to był? - spytał Lizę od progu. 

- Nie... nie wiem - szepnęła, nie patrząc mu w oczy. 

-  Myślę,  że  pani  wie.  A  ja  muszę  wiedzieć,  jeśli  ma  się  w  to 

włączyć policja. 

Nie spuszczał z niej wzroku. Uparcie milczała, przygryzając tylko 

wargę  i  patrząc  na  niego  z  lękiem.  Nick  przyznał  sobie  prawo  do 

interwencji w jej sprawie choćby ze względu na to, że był jej lekarzem 

i chciał poznać powód, który nie dawał jej jeść ani spać. 

- Czy on pani groził? 

Przytaknęła. 

- Co mówił? 

-  Gdzie  jest  Emily?  -  zapytała,  najwidoczniej  cytując 

nieznajomego, i wybuchnęła płaczem. 

Nick  bez  zastanowienia  podszedł  i  przytulił  ją,  uspokajająco 

głaskając ją po plecach, a kiedy doszła do siebie, spytał: 

- Mówił coś więcej? 

Zaprzeczyła. 

- Nie chcę pani robić przykrości, ale pytanie: „Gdzie jest Emily?" 

nie brzmi jak groźba. 

Pociągnęła nosem i wtuliła się w niego jeszcze bardziej. 

- Miał nóż. 

- Rozumiem. A więc kim jest Emily? 

W pierwszym odruchu Liza próbowała się od niego odsunąć. 

background image

- Hej, dokąd to? 

Unikała jego spojrzenia nawet, gdy już się od niego oddaliła. 

- Muszę iść. 

- Dokąd? 

- Do hotelu. 

-  To  niezbyt  bezpieczne  miejsce.  A  jeśli  ten  mężczyzna  znajdzie 

tam panią? 

Jej oczy stały się okrągłe na te słowa. 

- On... raczej nie wróci - szepnęła. 

- Zamierza pani powiadomić policję? 

Schowała twarz w dłoniach. 

- Nie wiem, co robić - jęknęła cicho. 

- Jeśli chce pani wydobrzeć, musi pani mieć spokój. Musi się pani 

skoncentrować najedzeniu i spaniu, tylko to jest teraz dla pani ważne. 

Sprzeciwiła się. 

- Jest Emily... inne rzeczy... Muszę do hotelu. 

Nick usiadł z westchnieniem. Liza jest jeszcze słaba. Obawiał się, 

że  znowu  zacznie  zapominać  o  posiłkach.  Nie  znał  wszakże  bardziej 

nieustępliwej kobiety. 

-  Dobrze  więc,  zawiozę  panią  do  hotelu,  jeśli  pani  pozwoli.  Pod 

warunkiem, że da pani znać policji, co się stało. 

-  Może  powinnam  -  przyznała  po  chwili  i  podniosła  na  niego 

wzrok.  -  Obieca  pan  zachować  w  tajemnicy  wszystko,  co  usłyszy  w 

czasie mojej rozmowy z policją? 

- Obiecuję - przyrzekł z całą powagą. 

background image

Gdy  tylko  dotarli  do  hotelu,  Nick  polecił  Lizie  wziąć  prysznic  i 

przebrać się, a sam zamierzał w tym czasie skontaktować się z policją. 

-  Niech  nie  przysyłają  nikogo  w  mundurze  -  poprosiła  słabym 

głosem. - Nie chcę, żeby tu widziano, że przychodzi do mnie policja. 

Nick przyznał jej rację. 

Nie  zawiódł  jej  dotąd,  robił  wszystko,  czego  się  domagała,  nie 

bała się mu zaufać. A poza tym nie ulegało kwestii, że bez prysznica i 

czystych  ubrań  nie  może  się  nikomu  pokazać.  Podejrzewała,  że 

nieznajomy,  który  ją  zaskoczył  w  szpitalu,  ma  coś  wspólnego  ze 

zniknięciem Emily, i to właśnie skłoniło ją do wezwania policji.  

Wujek  Joe  prosił  ją  co  prawda,  żeby  z  nikim  o  tym  nie 

rozmawiała,  nie  przypuszczała  jednak,  by  miał  coś  przeciwko  jej 

spotkaniu  z  policją  z  Saratoga  Springs,  która  z  kolei  może  się 

skontaktować  z  policją  w  Prosperino  w  stanie  Kalifornia,  gdzie 

znajduje się posiadłość wuja. 

Piętnaście  minut  później,  zmęczona,  ale  odświeżona,  w  luźnych 

czarnych  spodniach  i  zielonym  swetrze,  Liza  układała  włosy  za 

pomocą  pianki.  Potem  ruszyła  do  salonu  swego  hotelowego 

apartamentu. 

Nick  Hathaway  wstał  na  jej  widok.  W  pokoju  znajdowało  się 

także  dwu  obcych  mężczyzn,  którzy  również  podnieśli  się  z  kanapy. 

Ucieszyła się, że policja działa tak szybko. 

-  Liza  Colton  -  przedstawił  ją  Nick,  biorąc  ją  pod  ramię.  -  A  to 

inspektorzy John Ramsey i Bill Wilson z policji w Saratoga Springs. 

background image

Nick  intuicyjnie  czuł,  że  Liza  nie  trzyma  się  mocno  na  nogach, 

pomógł  jej  zatem  usiąść  na  najbliżej  stojącym  fotelu,  po  czym  dał 

znak  policjantom,  by  zajęli  swoje  miejsca  na  kanapie.  Ktoś  zastukał 

do  drzwi.  Liza  wyobraziła  sobie  natychmiast,  że  stoi  za  nimi 

nieznajomy z nożem, ale rzeczywistość okazała się bardziej przyjazna. 

Za  drzwiami  czekał  kelner  z  barkiem  na  kółkach.  Nick  wręczył  mu 

napiwek i kelner odszedł. 

-  Zamówiłem  kawę  -  wyjaśnił  Nick  policjantom  -  i  przekąskę. 

Pani Colton musi coś zjeść, jest bardzo osłabiona. 

-  Ja  też  nie  pogardzę  filiżanką  kawy  -  odezwał  się  jeden  z 

inspektorów i zwrócił się do Lizy: - A więc o co chodzi, pani Colton? 

Liza  zwilżyła  wargi,  zastanawiając  się,  co  powiedzieć.  Zerknęła 

na Nicka Hathawaya, który kiwnął głową. 

- Moja kuzynka... - zaczęła. - Moja kuzynka została porwana kilka 

dni temu. Tak przynajmniej wynika z listu z żądaniem okupu. 

Mężczyźni wymienili spojrzenia. 

- Jak się nazywa pani kuzynka? - spytał jeden z nich. 

-  Emily  Blair  Colton.  -  Liza  zauważyła,  że  Nick  zmrużył  oczy, 

rozpoznając słyszane już imię. Dokończyła:  - Joe Colton to mój wuj, 

był  senatorem  z  Kalifornii.  -  Wiedziała,  że  wuj,  politycznie  aktywny 

multimilioner, jest znaną postacią. 

- A ten mężczyzna ze szpitala? Doktor mówi, że on pani groził. 

-  Niezupełnie.  Przestraszył  mnie,  tak  dziwnie  na  mnie  patrzył, 

jakby  chciał  mi  coś  zrobić,  a  do  tego  trzymał  w  ręce  nóż.  Ale  pytał 

tylko, gdzie jest Emily. - Dodała jeszcze, zanim policjanci zdążyli się 

background image

wtrącić: - Wiem, że nie groził mi wprost, przypuszczam jednak, że on 

ma jakiś związek z porwaniem. 

- Niewykluczone. Może go pani opisać? 

- Tak. 

-  Pozwolą  państwo,  że  skorzystam  z  telefonu?  Spróbuję 

dowiedzieć  się,  czy  mają  jakieś  informacje  o  porwaniu  i  poproszę, 

żeby przyjechał tu do nas portrecista. 

Z  przyzwoleniem  Lizy  inspektor  Ramsey  wstał  i  podszedł  do 

aparatu. Nick Hathaway postawił przed Lizą szklankę mleka i talerzyk 

z pełnoziarnistymi herbatnikami z rodzynkami. 

- Pomożemy pani uporać się z nimi - zaczął żartobliwie - ale pani 

musi zjeść jeden czy dwa, dobrze? 

- Dopiero skończyłam śniadanie - sprzeciwiła się. 

- Parę godzin temu. A ma pani zaległości. 

Zaczerwieniła  się,  świadoma  badawczego  wzroku  policjantów. 

Nie  miała  ochoty  tłumaczyć  się  przed  obcymi, nie  miała  też  zamiaru 

mówić im, że rozmawiała z Emily i spodziewała się ponownego z nią 

kontaktu. Była zła. Przeniosła pełen obawy  wzrok na lekarza. A jeśli 

on wspomni o pani Tremble? 

Nick patrzył na nią. 

- Tak? - spytał, kucając obok jej fotela i kładąc jej rękę na czole. - 

Boli panią gardło? 

- Trochę. 

Strzelił palcami. 

background image

-  Zapomniałem  podać  pani  antybiotyk!  -  Wstał  i  wyciągnął  z 

kieszeni buteleczkę z lekarstwem. - Proszę, jedna rano i jedna na noc, 

aż do końca. 

Inspektor Ramsey wrócił tymczasem na kanapę. 

-  Portrecista  będzie  tu  za  kwadrans.  Pani  Colton,  porwaniem 

zajmuje  się  FBI.  Nasz  szef  był  zdziwiony,  że  ktoś  tutaj  w  ogóle  coś 

wie na ten temat. 

Liza tylko kiwnęła głową. 

- Nie rozumie też - ciągnął policjant - dlaczego ktoś zamieszany w 

porwanie  fatygowałby  się  taki  szmat  drogi  tylko  po  to,  żeby  zapytać 

panią o Emily. 

Liza  podniosła  szklankę  z  mlekiem,  by  popić  tabletkę.  Na  słowa 

inspektora jej dłoń zadrżała i mleko rozlało się na stolik. Nick chwycił 

Lizę  za  rękę  i  pomógł  jej  wypić  mleko.  Dało  jej  to  czas  na 

zastanowienie się nad odpowiedzią. 

-  Dziękuję  -  rzekła  uprzejmie  i  wytarła  serwetką  stolik.  - 

Przepraszam  panów.  Jestem  jeszcze  osłabiona.  A  odpowiadając  na 

pańskie pytanie, mogę tylko powiedzieć, że jesteśmy  z Emily bardzo 

mocno  związane,  bardziej  jak  siostry  niż  kuzynki,  i  sądzę,  że  jeśli 

udało  jej  się  uciec  porywaczom,  to  oni  spodziewają  się,  że  może 

ukrywać się u mnie. 

-  Ale  pani  jej  nie  widziała  ani  nie  rozmawiała  z  nią  -  dopytywał 

się Wilson. 

background image

Obaj  inspektorzy  sondowali  ją  wzrokiem.  Liza  najchętniej 

poszukałaby  spojrzeniem  lekarza,  nie  odwróciła  się  jednak  i  patrząc 

policjantom w oczy, rzekła cicho: 

- Nie. Nie miałam z nią żadnego kontaktu, a bardzo bym chciała. 

-  Rozumiem  -  odezwał  się  Ramsey.  -  Może  domyśla  się  pani 

mimo  wszystko,  dokąd  udała  się  pani  kuzynka,  jeżeli  rzeczywiście 

uciekła? 

-  Nie.  -  Liza  pokręciła  głową.  -  Ale  to  dobry  znak,  prawda?  Bo 

jeśli porywacze jej szukają, to znaczy, że im się wymknęła? 

Policjanci spojrzeli po sobie. 

-  Wczoraj  zapłacono  okup  -  odparł  Ramsey  -  ale  nie  złapano 

człowieka, który zabrał pieniądze, i nie odnaleziono pani kuzynki. 

-  Może  mężczyzna,  który  był  w  szpitalu,  to  jej  narzeczony?  - 

zasugerował Wilson. 

- Skąd! On... on był po czterdziestce i był paskudny. - Widząc, jak 

Nick  unosi  brwi,  wyjaśniła  pospiesznie:  -  Nie  chodzi  mi  o  to,  że  nie 

był przystojny, tylko... wyglądał na złego człowieka. - Przełknęła ślinę 

i  dotknęła  szyi,  po  czym  dokończyła  szeptem:  -  Emily  ma  dopiero 

dziewiętnaście  lat.  Jest  bardzo  dobra,  łagodna,  nie  mogłaby  zadawać 

się z takim typem. 

Nick usiadł na oparciu jej fotela. 

- Proszę się wygodnie oprzeć i głęboko oddychać. Nie wolno pani 

tyle mówić. 

Liza posłuchała go, przymknęła oczy, jego bliskość pozwoliła jej 

głębiej zaczerpnąć powietrza. 

background image

- Postaramy się szybko to rozwikłać. Sprawdziliśmy wiadomości, 

które  otrzymała  pani  w  hotelu.  Jedna  była  od  pani  matki,  druga  od 

niejakiej pani Tremble. Kto to jest? 

Nick  czuł,  że  ciało  Lizy  zesztywniało  w  jednej  sekundzie. 

Błyskawicznie przyszedł jej z pomocą. 

- Pozwolą panowie, że ja to wyjaśnię, bo chciałbym zaoszczędzić 

gardło mojej pacjentki. Rozmawiałem z jej matką wczoraj wieczorem, 

po tym, jak pani Tremble zostawiła tę wiadomość. Matka pani Colton 

jest  również  jej  menadżerem,  martwiła  się  o  plany  zawodowe  córki. 

Nie wspomniała słowem o kuzynce. 

- A pani Tremble? 

-  Nie  wiem,  kto  to  jest,  ale  zapewniam,  że  pani  Colton  z  nią  nie 

rozmawiała.  Spędziła  noc  w  szpitalu,  nie  przyjmowała  żadnych 

telefonów. Potem cały czas jej towarzyszyłem. 

- Pani Colton, mogłaby pani tylko... 

- Gospodyni - odezwała się Liza ochrypłym głosem. 

- Oddzwoniła pani do niej? - zainteresował się Ramsey. 

Zaprzeczyła, bez słowa pokazując na gardło. 

- W porządku. Powiedziała zresztą, że zadzwoni do pani dzisiaj. 

Liza przytaknęła, nie otwierając ust. 

- Czy to wszystko, panowie? - spytał Nick. - Moja pacjentka musi 

oszczędzać głos. 

- Tak, jasne. A co się właściwie stało z gardłem pani Colton? 

background image

Nick  spojrzał  na  Lizę,  nie  chciał  nic  mówić,  ale  milczenie 

mogłoby  się  wydać  podejrzane.  Czuł  też,  że  Liza  i  przed  nim  coś 

ukrywa. 

-  Drobna  infekcja  i  zmęczenie.  Jak  rozumiem,  wiadomość  o 

zniknięciu kuzynki poruszyła ją do tego stopnia, że nie mogła jeść ani 

spać.  Naprawdę  nie  trzeba  wiele,  żeby  organizm  odmówił 

posłuszeństwa w takich okolicznościach. 

Pukanie  do  drzwi  zaanonsowało  policyjnego  portrecistę.  Nick 

zaprosił go do środka, a dwaj inspektorzy, przywitawszy się z kolegą, 

przenieśli się z filiżankami kawy do okna, gdzie po cichu rozmawiali. 

Nick  wrócił  do  Lizy.  Jej  ciepły  uśmiech  sprawił  mu  wielką 

przyjemność. 

-  Proszę  wypić  parę  łyków,  zanim  zacznie  pani  mówić  - 

powiedział, sięgając po szklankę z mlekiem. 

Portrecista  zadawał  szczegółowe,  precyzyjne  pytania.  Nick 

wspomagał  Lizę  w  odpowiedziach,  bo  i  on  widział  mężczyznę  z 

nożem.  Kiedy  portret  pamięciowy  został  ukończony,  oboje  zgodzili 

się, że wiernie oddaje twarz nieznajomego. 

Inspektorzy zbliżyli się, zerkając na rysunek. 

-  Znacie  panowie  tę  twarz?  -  zapytała  Liza,  którą  wyrazistość 

portretu  przyprawiła  o  dreszcze.  Znowu  stanęła  jej  przed  oczami 

sylwetka potężnego mężczyzny z czarną jak węgiel czupryną. 

Nick ścisnął jej dłoń. 

- Proszę nie mówić, pani głos znów brzmi gorzej. 

background image

-  Nie  znam  go  -  zaczął  jeden  z  policjantów  -  ale  wygląda  mi  na 

tęgiego drania. Nie zniknie w tłumie Saratogi. Pewnie zapłacił komuś, 

żeby dostać numer pani pokoju. Doktor prosił o dyskrecję tylko ludzi 

z hotelu i z teatru. 

Portrecista  został  odesłany  na  komendę,  z  zastrzeżeniem,  że 

wolno  mu  pokazać  rezultat  jego  pracy  wyłącznie  szefowi.  Po  jego 

wyjściu Ramsey usiadł na kanapie. 

- Pani Colton, jakie ma pani teraz plany? Wyjedzie pani stąd? 

Nicka zaniepokoił zagubiony wyraz twarzy Lizy. Chciałby wziąć 

ją  w  ramiona  i  obiecać,  że  ją  obroni,  ale  w  końcu  uznał  to  za 

wyjątkowo  głupią  myśl.  Cóż  on  ma  wspólnego  z  popularną 

piosenkarką, którą  pewnie  chronią tysiące  ludzi?  Na  przykład  matka, 

pomyślał  szyderczo.  Tak,  ta  kobieta  nie  spuści  oka  z  córki  ani  na 

moment. 

- Nie... nie wiem. Doktor... 

Nick skończył za nią: 

- Moja pacjentka nie ma jeszcze dość siły na podróż. Zostanie w 

mieście dzień czy dwa. Damy panom znać, jeśli będzie się wybierała 

do Nowego Jorku. 

- Tam pani mieszka? - spytał inspektor. 

Przytaknęła i dodała: 

- Mam apartament. 

- Pani Tremble też tam jest? 

To nazwisko po raz kolejny wprawiło ją w zakłopotanie. 

- W Kalifornii - szepnęła. 

background image

-  Jeśli  da  nam  pani  swój  nowojorski  numer,  będziemy  panią 

informować na bieżąco - rzekł Ramsey i podniósł się. - Pójdziemy już, 

żeby  mogła  pani  odpocząć.  -  Skierował  się  do  wyjścia,  ale  przy 

drzwiach  odwrócił  się  jeszcze  do  Nicka.  -  Zostanie  pan  z  panią 

Colton? Nie sądzę, żeby ten mężczyzna wrócił, ale... 

Nick przerwał mu, czując rosnące napięcie Lizy. 

- Zostanę. 

- Dzięki, doktorze. Proszę do nas dzwonić w razie potrzeby. 

- Zadzwonię - zapewnił Nick, odprowadzając gości. 

Zamknąwszy za nimi drzwi, spojrzał na Lizę. Chętnie zadałby jej 

jedno  lub  dwa  pytania,  ale  powstrzymało  go  zmęczenie  malujące  się 

na  jej  twarzy.  Zdrowie  pacjentki  było  dla  niego  ważniejsze  niż 

zaspokajanie własnej ciekawości. 

- Czas odpocząć. 

Liza otworzyła oczy i rzuciła mu zmartwione spojrzenie. 

- Nie ma powodu do obaw. Zostanę tu i będę pani pilnował. Jest 

tu duży telewizor, obejrzę sobie turniej golfowy. 

-  Dziękuję.  Nie  wiem,  co  mnie  tak  zmęczyło  -  wyszeptała.  -  Ale 

jestem półżywa. 

- Zanieść panią do łóżka? - zapytał. 

- Nie! - rzuciła szybko, podniosła się i zachwiała na nogach. 

Nick złapał ją, żeby nie straciła równowagi. 

- Proszę mnie wziąć pod rękę i powolutku pójdziemy do sypialni. 

Po  drodze  z  jednej  strony  cieszył  się  jej  bliskością,  z  drugiej 

przypominał  sobie  z  żalem,  że  to  jednak  nie  potrwa  długo  i  jego 

background image

pacjentka,  kiedy  tylko  wydobrzeje,  zajmie  się  swoją  karierą  i  nie 

będzie  go  już  potrzebować.  Ale  na  razie  jeszcze  nie  może  się  bez 

niego obyć.  Liza zasnęła, gdy tylko przyłożyła policzek do poduszki, 

spokojna  dzięki  zapewnieniom  lekarza,  który  obiecał  nie  opuszczać 

jej, zanim się nie obudzi. 

Pięć  godzin  później  poruszyła  się,  nie  mając  pojęcia,  co  ją 

przebudziło. Popołudniowe słońce wlewało się do pokoju, korzystając 

z  rozsuniętych  zasłon.  Lizę  obleciał  strach.  Nic  nie  wiedziała:  czy 

doktor jeszcze z nią jest, czy wrócił nieznajomy, czy w międzyczasie 

dzwoniła  Emily?  Usiadła  na  łóżku,  wciąż  zmęczona,  ale  bardziej 

trzeźwa. 

- Doktorze?! - zawołała, czekając niecierpliwie na odzew i z ulgą 

westchnęła, kiedy Nick stanął w drzwiach sypialni. 

Zerknęła  na  zegarek.  Właśnie  minęła  czwarta  po  południu,  co 

oznaczało,  że  lekarz  wystawi  jej  ogromny  rachunek  za  całodobową 

opiekę. 

- Jak się pani czuje? - spytał z uśmiechem. 

Jaki  on  przystojny,  pomyślała.  Dobrze  byłoby  mieć  go  blisko 

siebie, choćby po to, by go widzieć. 

- Dobrze. Dzwonił ktoś? 

-  Nie.  O,  przepraszam.  Dzwoniła  pani  matka,  ale  nie  chciała  ze 

mną  rozmawiać.  -  Wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu  jak  mały  chłopiec, 

któremu udała się jakaś sztuczka. - Odłożyła słuchawkę. 

Liza  nie  mogła  powstrzymać  uśmiechu.  Zmuszenie  jej  matki  do 

kapitulacji rzeczywiście zakrawa na cud. Cynthia zawsze podróżowała 

background image

z córką, tym razem jednak negocjowała warunki jej kontraktu na talk 

show w Chicago i musiała zostawić ją samą w Saratodze. 

- Nikt więcej? 

-  Nie.  Nie  budziłem  pani  na  lunch.  Jest  pani  głodna?  -  pytał,  nie 

odrywając od niej oczu. 

Zaśmiała się lekko drżącym głosem, z nienormalną chrypką. 

- Zdaje się, że ma pan jeden cel: nafaszerować mnie jedzeniem. 

-  Na  razie  nie  wychodzi  mi  to  najlepiej.  Straciła  pani  lunch. 

Proszę się ubrać, zejdziemy do restauracji. 

- Nie! Muszę tu być, na wypadek, gdyby ktoś dzwonił - szepnęła, 

unikając jego wzroku. 

Nick  podszedł  do  niej,  usiadł  na brzegu  łóżka, tak  jak  robił  to  w 

szpitalu. 

-  Zanim  podejmiemy  decyzję  co  do  lunchu,  jest  mi  pani  winna 

jedną odpowiedź. 

Zgodziła się z nim, tyle już dla niej zrobił. Skinęła głową z lekkim 

wahaniem i czekała. 

- Kim jest pani Tremble? 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Nick nie musiał jej dotykać, by wiedzieć, jaka jest spięta. Już miał 

ją  poprosić,  aby  zapomniała  o  jego  pytaniu,  bo  najważniejszy  jest 

spokój, ale równocześnie chciał mieć pewność, że pomagając jej, nie 

wchodzi w konflikt z prawem. Milczał więc. 

- Nie powie pan nikomu, jak pan przyrzekł? 

background image

- Nie będę pani pomagał w łamaniu prawa, Lizo. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie zrobiłabym nic takiego. 

- To proszę mi odpowiedzieć. 

Jeszcze się wahała, lecz ostatecznie oznajmiła: 

- Myślę, że to była Emily. 

- Pani kuzynka? Ta porwana? Dlaczego nie powiedziała pani tego 

policji? - spytał, marszcząc brwi. 

- To... skomplikowane. 

- Co to znaczy? 

-  Nie  jestem  pewna,  czy  to  ona,  a  jeśli  tak,  nie  mam  pojęcia,  w 

jakiej jest sytuacji. 

-  Jej  sytuacja  nie  pogorszyłaby  się  chyba  dzięki  policji?  Myśli 

pani, że to policja zrobi jej krzywdę? 

-  Nie  -  zgodziła  się  cicho.  -  Mogą  jednak  kazać  jej  wrócić  do 

domu. 

Nie zrozumiał, miał jeszcze więcej pytań. 

- Uważa pani, że ktoś z rodziny jest zamieszany w porwanie? 

Wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. 

- Mówi pani nielogicznie. 

Zwróciła na niego oczy pełne łez. 

-  I  to  jest  problem.  Nikt  jej  nie  uwierzy,  jeśli...  jeśli  to,  co 

podejrzewam, jest prawdą. Nikt. 

- Ale pani jej wierzy. 

- Doktorze... 

background image

-  Najwyższy  czas,  żeby  mówiła  mi  pani  po  imieniu,  Lizo.  Już 

dawno przekroczyliśmy oficjalne granice.  

I to bardziej, niżby sobie życzył. 

-  Wiem,  że  stałam  się  dla  ciebie  ciężarem  i  doceniam  wszystko, 

co dla mnie zrobiłeś. 

- Dobra, wróćmy do tematu. Dlaczego tylko ty wierzysz Emily? 

- Bo jej wersja wydarzeń nie ma sensu. 

Nick westchnął głęboko i potarł policzek, skonsternowany. 

- Próbuję ci pomóc, ale nie bardzo mi to ułatwiasz. 

- Masz rację - odparła ze smutnym uśmiechem. Podciągnęła się na 

łóżku,  siadając  prosto.  -  Przepraszam,  że  zabrałam  ci  tyle  cennego 

czasu.  Zadzwonię  do  twojego  gabinetu  i  zostawię  adres,  pod  który 

prześlesz mi rachunek. 

Nick  poczuł  się,  jakby  kociak,  którego  dopiero  co  przytulał, 

pokazał pazury. Spojrzał na Lizę. 

- Mam sobie iść? 

-  Nie  mogę  ci  wszystkiego  wyjawić,  rozumiem  więc,  że  nie 

chcesz się w to angażować. 

Sfrustrowany wstał, wpychając ręce do kieszeni. 

-  Dobra.  Jestem  pewien...  Cholera,  Lizo,  co  ty  masz  zamiar 

zrobić? Nie zostawię cię samej. Co będzie, jeśli ten facet wróci? Jeśli 

chcesz, zadzwonię do Ramseya, żeby ci przyznał ochronę. 

- Nie! Ja... poradzę sobie. 

- Pewnie! Ty i twoje pięćdziesiąt kilo wagi! - burknął. 

- Ważę dużo więcej - zaoponowała. 

background image

- Wracasz do Nowego Jorku? 

Powoli  kręciła  głową,  jakby  właśnie  dopiero  podejmowała 

decyzję. 

- Nie, raczej nie. 

Przyglądał jej się, zastanawiając się, co dalej. 

- Powinnaś zniknąć - odezwał się wreszcie. 

- Co? 

-  Jeśli  masz  jakieś  miejsce,  gdzie  nikt  cię  nie  znajdzie,  no,  może 

poza  Emily,  zakładając,  że  pani  Tremble  to  Emily,  jest  to  najlepsze 

rozwiązanie. Tylko na kilka dni. 

- Nie mam takiego miejsca - przyznała prawie szeptem. 

Usiadł na brzegu jej łóżka. 

-  Ale  ja  mam.  Będziesz  się  tam  czuła  bezpiecznie  i  dostaniesz 

opiekę do czasu, kiedy poczujesz się lepiej. 

- Gdzie to jest? - spytała, marszcząc czoło. 

- W moim domu. 

Odsunęła się od niego możliwie jak najdalej. 

-  Nie  mam  zamiaru  z  tobą  żyć.  Jesteś  dla  mnie  miły,  ale  nie... 

Seks nie wchodzi w rachubę, doktorze. 

Gdy  to  powiedziała,  poczuła  się  jeszcze  bardziej  bezbronna. 

Kładąc się wcześniej, by się zdrzemnąć, zdjęła spodnie i teraz bardzo 

tego żałowała. 

Reakcja  Nicka  była  zaskakująca.  Pod  lekką  opalenizną  na  jego 

policzki wypłynęły rumieńce. 

- Nie to miałem na myśli - zapewnił. 

background image

Uniosła brodę i czekała na dalszy ciąg. 

-  Mieszkam  z  gospodynią,  panią  Allen,  w  dużym  domu,  który 

właśnie  przerabiam.  Miejsca  jest  dosyć,  a  Bonnie,  to  znaczy  pani 

Allen,  nieustannie  skarży  się,  że  nie  przyjmuję  gości.  Możesz 

zamieszkać  w  pokoju  gościnnym,  nareszcie  będzie  miała  koło  kogo 

skakać. 

-  Nie,  dziękuję  -  odrzekła  spokojnie,  zatajając  odpowiedź,  jakiej 

na zaproszenie Nicka udzieliło jej ciało. 

Dawno  już  nie  interesował  ją  żaden  mężczyzna.  Była  kiedyś 

zaręczona, a na dodatek głęboko przekonana, że to prawdziwa miłość. 

Do  czasu,  gdy  jej  matka  zapłaciła  narzeczonemu  za  to,  żeby  sobie 

poszedł. Robert, bo tak miał na imię, wolał milion dolarów w kieszeni 

niż  nadzieję,  że  pewnego  dnia  odziedziczy  majątek  jej  rodziców. 

Stwierdziła  wówczas, że prawdziwa  miłość to złudzenie i nie chciała 

za nic mieć do czynienia z mężczyznami. 

Zmieniła  zdanie,  kiedy  doktor  Hathaway  zajął  się  jej  zdrowiem. 

Nie  pojmowała  do  końca,  dlaczego  tak  się  stało,  ale  tak  czy  owak 

czuła się zagrożona. 

-  To  co,  przeniesiesz  się  do  innego  hotelu?  Jeśli  jesteś  naprawdę 

tak znana, jak twierdzi moja pielęgniarka, wszędzie cię rozpoznają. 

- Przebiorę się, zamelduję pod innym nazwiskiem. 

-  A  kartę  kredytową  będziesz  miała  na  swoje?  Jak  zapłacisz  za 

hotel? 

-  Wezmę  gotówkę  -  wymyśliła  naprędce,  podnosząc  wysoko 

głowę i zaciskając wargi. 

background image

-  To  jest  pomysł  na  krótki dystans.  Poza  tym,  jeśli  pani  Tremble 

jest  twoją  kuzynką,  to  będzie  dziś  dzwonić.  Jaki  podasz  jej  numer 

kontaktowy? Nie masz wiele czasu na myślenie. 

- Przestań! Robisz... robisz trudności! - zawołała zawiedziona. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  jest  impulsywna,  że  nie  ma  zwyczaju 

planować na zapas. Dla matki był to argument że jest Lizie niezbędna, 

co ogłaszała z patosem, twierdząc, że kariera córki ległaby bez niej w 

gruzach. Kłopot w tym, że Liza robiła karierę dla matki, nie dla siebie. 

Chwilę  temu  zobaczyła  matkę  w  lekarzu  który  dopiero  co  był  jej 

obrońcą. Teraz zaczął wywierać na nią presję. Powiedziała mu to, a on 

był tym niepomiernie zdumiony. 

- Nie... Może jestem nieustępliwy, ale to dla twojego dobra. 

- Moja matka mówi tak samo. 

Nick ściągnął brwi, jakby wróciły do niego fragmenty rozmowy z 

matką Lizy. Spojrzał na nią i powiedział: 

- Nie chciałem cię zdenerwować. Proszę, ubierz się i pojedźmy do 

mnie.  Kiedy  poznasz  panią  Allen,  nie  będziesz  miała  żadnych 

wątpliwości co do moich zamiarów. 

- A jeśli Emily zadzwoni? - zauważyła. 

Nie  chciała  być  uparta,  o  co  oskarżała  ją  matka,  ale  telefon  od 

Emily był ważny ponad wszystko. 

Odetchnęła, widząc, że Nick jej przytakuje. 

- Zadzwonię do Bonnie, żebyś mogła z nią porozmawiać - rzekł, 

wyciągając rękę po słuchawkę. 

- Nie! Nie zajmuj linii, Emily... 

background image

- Mogę zejść na dół i wziąć z samochodu komórkę, ale naprawdę 

uważam,  że  to  niepotrzebne.  -  Wykręcił  zero.  -  Recepcja?  Moja 

znajoma, pani Colton, spodziewa się pilnego zamiejscowego telefonu. 

Proszę przerwać rozmowę, gdyby było zajęte. Dziękuję. 

Odłożył słuchawkę i spojrzał na Lizę. 

- Mogę teraz zadzwonić do domu? 

Skinęła głową, ale mimo to zapytała: 

- A jeśli będą cię szukać ze szpitala? 

Odsłonił  połę  marynarki,  pokazując  pager  przymocowany  do 

paska. 

- Tak mnie znajdą. 

Zauważyła,  że  czekał  na  jej  zgodę,  zanim  ponownie  sięgnął  po 

telefon,  zostawiając  decyzję  w  jej  rękach.  Jej  matka  nigdy  tego  nie 

robiła.  Nie  pytała  więcej.  Każde  wypowiedziane  słowo  sprawiało  jej 

ból.  Poza  tym  obawiała  się,  że  wypsnie  jej  się  zaraz,  jaka  jest  mu 

wdzięczna, a w końcu zachował się normalnie, tak jak należy. 

Kiedy  w  słuchawce  odezwała  się  gospodyni,  Nick  przywitał  ją 

ciepło  i  szybko  wyjaśnił,  że  ktoś  znajomy  obawia  się,  iż  swoim 

pobytem  w  jego  domu  sprawi  kłopot.  Poprosił  więc  panią  Allen,  by 

zapewniła gościa, że jest wręcz przeciwnie, i podał słuchawkę Lizie. 

- Halo - odezwała się ostrożnie, z lekką chrypką. 

- Dzień dobry, jestem gospodynią Nicka, nazywam się Allen. Tak 

się cieszę, że będę mieć gościa, straszne tu u nas nudy. 

- Ale Nick powiedział... 

- Pani jest kobietą! - wykrzyknęła gospodyni. 

background image

- Tak - odparła Liza, czekając na wyjaśnienie. 

-  Proszę  wybaczyć,  ale  tak  dawno...  to  znaczy,  wielka  radość 

gościć panią. 

Czyżby doktor miał jakieś tajemnice? - pomyślała Liza. Wcale jej 

to nie przeszkadzało, choć może powinno. 

-  Pani  Allen,  jestem  pacjentką  doktora  Hathawaya,  a  nie  jego 

przyjaciółką. Mam nadzieję, że to nie robi pani różnicy. 

-  Ależ  skąd,  złotko.  U  nas  tu  bardzo  cicho,  dobrze  pani 

wypocznie.  Chyba  uprzedził  panią,  że  mamy  remont,  ale  akurat 

robotnicy poszli do innej roboty, z powodu tych deszczy, i nie będzie 

ich tydzień albo dwa. Spokój ma pani jak w banku. 

- Rozumiem. Na pewno nie będę przeszkadzać? 

- Wcale. Czy pani... Pokoje gościnne są całkiem samodzielne. 

Liza wiedziała, o co chodzi pani Allen, i chciała od razu postawić 

sprawę jasno. 

- Pokój gościnny będzie idealny. Dziękuję. 

-  Cudownie.  Co  przygotować  na  kolację?  Może  pani  czegoś  nie 

jada? - Głos kobiety był pełen entuzjazmu. 

-  Przepraszam,  ale  muszę  poczekać  na  ważny  telefon,  proszę  nie 

kłopotać się kolacją dla mnie. A jem chyba wszystko. 

Nick  chciał  coś  dodać,  położył  dłoń  na  dłoni  Lizy,  obejmującej 

słuchawkę.  Natychmiast  wyrwała  rękę.  Wiedziała  już,  że  bardzo  lubi 

ciepło jego dotyku, i nie była z tego powodu szczęśliwa. 

-  Bonnie,  przygotuj  łóżko  dla  Lizy  -  poprosił,  dorzucił  jeszcze 

kilka szczegółów i szybko zakończył rozmowę. 

background image

- W porządku? 

Skinęła głową. 

- Chętnie zapłacę za wszystko, co... 

- Może to ja będę musiał ci zapłacić. Bonnie aż skacze z radości, 

że będzie miała towarzystwo. Czuje się tam samotna. 

Uśmiechnął się, a Liza od razu się uspokoiła. 

- Przesadzasz, oczywiście. - Odwróciła wzrok. 

-  Idę  do  salonu.  Ubierz  się,  zejdziemy  do  restauracji  i  zjemy 

kolację, skoro mamy czekać na wiadomość od pani Tremble. 

- Nie! Mogą nas... 

- Powiemy telefonistce, żeby przełączyła rozmowę. 

Znowu  przejął  dowodzenie.  Nie  ruszył  się  jednak  z  sypialni, 

dopóki  nie  uzyskał  jej  aprobaty.  Niby  drobiazg,  ale  jaka  zmiana 

taktyki w porównaniu z matką. 

 

Nick  wolno  krążył  po  pokoju,  zastanawiając  się,  co  u  licha  robi. 

Czemu  angażuje  się  w  ten  skomplikowany  scenariusz?  Ujęła  go 

bezbronność  Lizy?  Jej  uroda?  A  może  znudził  się  swoim 

monotonnym  życiem?  Ta  ostatnia  myśl  zaskoczyła  go.  Jakby 

powtarzał  opinie  pani  Allen.  Zaczął  rozpatrywać  to  pod  różnym 

kątem, chociaż nieźle bolało, jak rozdzierana rana. 

Bardzo  lubił  swoją  pracę,  lubił  pomagać  ludziom.  Prawdę 

mówiąc,  nie  miał  na  co  dzień  do  czynienia,  z  ciekawymi  z 

medycznego punktu widzenia przypadkami. Okazjonalnie jeździł jako 

konsultant  do  innych  ośrodków,  ale  długo  już  nie  miał  kontaktu  z 

background image

czymś,  co  byłoby  dla  niego  prawdziwym  zawodowym  wyzwaniem. 

No ale w końcu leczył, to było w porządku. 

Trudno też powiedzieć, że ma jakieś prywatne życie. Od czasu do 

czasu  grywał  w  golfa  z  kolegami.  Żaden  z  nich  nie  proponował  mu 

nawet,  że  umówi  go  z  jakąś  kobietą,  może  dlatego  że  po  rozwodzie 

przez długi czas absolutnie odmawiał takich spotkań. 

Miał  za  to  głęboko  ukryte  marzenia,  własne  wyobrażenie 

spokojnego  życia  w  Saratoga  Springs,  z  kochającą  żoną  i  dziećmi, 

takiego, jakie wiedli jego rodzice. Oboje już nie żyli, Nickowi zostało 

dwu braci i siostra. Wszyscy mieszkali niedaleko i mieli własne domy. 

Nick  był  sam  i  chciał,  żeby  tak  zostało.  Daphne  wyleczyła  go  z 

wszelkich  nadziei.  Rzeczywistość  jest...  Nie,  jeszcze  opierał  się 

cynizmowi.  Był  pewien,  że  prawdziwa  miłość  istnieje.  Może  tylko 

jemu nie jest dana. 

Nagle poczuł skok adrenaliny, tak jak wtedy,  gdy  Liza  oskarżyła 

go, że chce ją wykorzystać. Miłość może nie jest dla niego w zasięgu 

ręki, ale seks? Czemu nie? Długo już nie pożądał tak żadnej kobiety. 

Może  zamykam  się,  ukrywam  przed  życiem?  -  kontynuował  analizę 

swojego  postępowania.  I  zaraz  parsknął  ze  złością.  Nie  będzie  się 

teraz nad tym zastanawiał. Liza jest piękną kobietą, i podobno do tego 

utalentowaną.  A  on  właśnie  troszczy  się  o  stan  narodowej  kultury.  I 

tyle. Nic więcej. 

Drzwi sypialni otworzyły się. 

-  Kręci  ci  się  w  głowie?  -  spytał,  z  niepokojem  patrząc  na  bladą 

twarz Lizy. 

background image

- Nie. Jestem trochę zmęczona, co jest pewnie śmieszne, ale... 

-  Nie  wydobrzejesz  dzięki  jednej  przespanej  nocy  i  krótkiej 

drzemce. To wymaga o wiele więcej. Zawiadomię telefonistkę. 

Stała,  czekając,  aż  Nick  skończy  rozmowę.  Potem  wyciągnął  z 

kieszeni  wizytówkę,  napisał  na  niej  swój  domowy  numer  telefonu  i 

podał ją Lizie. 

-  Proszę,  będziesz  mogła  dać  numer...  swojej  rozmówczyni,  jeśli 

zechcesz. 

- Dziękuję - rzekła, podchodząc do niego. 

Najchętniej przytuliłby ją, ale wziął się w garść. W domu też będę 

się  zachowywał  przyzwoicie,  obiecał  sobie.  Należał  do  ludzi,  którzy 

dotrzymują słowa. 

Wsunęła wizytówkę do kieszeni spodni i wzięła torebkę. 

- Jestem gotowa. 

Z  obawy  o  jej  stan  Nick  ujął  ją  pod  ramię  i  prowadził  na  dół. 

Restauracja  była  prawie  pusta.  Zbyt  wczesna  pora  na  kolację.  Nick 

natychmiast  wyjaśnił  kelnerowi,  że  jego  towarzyszka  spodziewa  się 

telefonu.  Mężczyzna  zapewnił,  że  przyniesie  aparat  do  stolika,  gdy 

tylko ktoś zadzwoni. 

- Kim jest pani Tremble? 

Liza podniosła na niego wzrok, przestraszona. 

- Mówiłam ci... 

- Znasz skądś to nazwisko. Skąd wiedziałaś... - Zamilkł, rozejrzał 

się, czy nikogo nie ma w pobliżu. 

Nim dokończył, Liza odpowiedziała na jego pytanie. 

background image

- Emily nazywała tak swoją lalkę. To była jej jedyna zabawka, z 

którą przybyła do domu moich wujostwa. 

- Adoptowali ją? 

- Tak, kiedy miała dwa lata. Ciotka Meredith i wuj Joe traktowali 

ją  tak  samo  jak  swoje  rodzone  dzieci.  Ich  dom  był  naprawdę 

niesamowity. 

Nick słyszał w jej głosie żal i tęsknotę. 

- Chciałabyś tam teraz mieszkać? Zamiast jeździć na koncerty? 

- Nie - rzekła cicho, kręcąc głową. - Coś się zmieniło. 

Kelner  przyniósł  im  szklanki  z  wodą  i  przyjął  zamówienie.  Liza 

poprosiła o sałatkę z kurczaka, ale Nick skłonił ją, by wzięła do tego 

filiżankę bulionu.  Zwłaszcza  że  nie  jadła  lunchu.  Dla  siebie  zamówił 

stek z sałatą i pieczonymi ziemniakami. 

-  Chyba  nie  masz  nic  przeciwko  stekom?  -  zapytał,  widząc  jej 

spojrzenie. 

- Nie. Kiedyś je lubiłam. Ale mama... w sumie to ona decyduje, co 

jem. 

- Czemu jej na to pozwalasz? 

Smutek w jej oczach ścisnął go za serce. 

- Nie lubię o tym mówić. Czuję się z tym podle. 

- Powiedz. 

- Poddałam się. Łatwiej jest jeść, co mi każe, niż bez przerwy się 

z nią wykłócać. Wszystko mi jedno, co jem, tak czy owak. 

- Nieźle ci daje w kość? 

Liza przytaknęła i wypiła łyk wody. 

background image

- Przecież to ty masz talent. Ona bez ciebie nic nie znaczy. 

Liza spojrzała w bok. 

- Wiem, ale nie mam wyboru. Kocham muzykę, lubię śpiewać. A 

przynajmniej lubiłam. Chociaż teraz też, kiedy stoję na scenie... czuję 

w tym jakąś magię. Cała reszta - wywiady, podróże, ciągłe napięcie - 

strasznie  mnie  dołuje.  Pomyślałam,  że  jeśli  będę  grzeczna,  mama 

poluzuje. Zaczęłam jako szesnastolatka. Chciałam... ciotka Meredith... 

chciałam odejść... 

Wyjaśnienia  Lizy  przyniosły  więcej  pytań  niż  odpowiedzi.  Nick 

nie  pojmował,  dlaczego  dorosła  kobieta  tak  ulega  matce.  Nawet  jeśli 

ta  ma  paskudny  charakter.  Czemu  Liza  nie  próbuje  walczyć? 

Dlaczego chciała porzucić karierę? 

Pragnął  zadać  jej  te  wszystkie  ważne  dla  niego  pytania,  ale 

właśnie  nadszedł  kelner  z  sałatką  dla  niego  i  zupą  dla  Lizy.  Pytania 

mogą poczekać, stwierdził zatem, widząc, że Liza z apetytem zabiera 

się do jedzenia. Jej zdrowie jest najważniejsze. Tyle że on jest chyba 

jedyną osobą, która tak myśli. 

Liza  nie  zdążyła  zjeść  nawet  paru  łyżek,  kiedy  przy  ich  stoliku 

zatrzymała się starsza kobieta. 

-  Liza  Colton?  To  pani,  nie  mylę  się?!  -  zawołała  radośnie, 

wyciągając rękę, by dotknąć ramienia Lizy. 

Nick  miał  ochotę  powstrzymać  nieznajomą,  jakby  mogła  zrobić 

Lizie  krzywdę,  ale  Liza  odpowiedziała  uśmiechem  i  delikatnie 

uścisnęła dłoń kobiety. 

- Tak, nie myli się pani. 

background image

-  Moja  droga,  słyszałam  panią  przedwczoraj  na  koncercie.  Mąż 

zrobił  mi  taki  prezent  w  naszą  rocznicę  ślubu.  Popłakałam  się,  ma 

pani taki piękny głos. 

- Cieszę się, że się pani podobało - rzekła cicho Liza. 

-  Ojej,  chyba  się  pani  przeziębiła.  Co  za  pech!  Może  pani 

śpiewać? 

Cierpliwość  Nicka  kończyła  się,  nawet  jeśli  Liza  spokojnie 

znosiła natręta. 

- Pani Colton je teraz kolację. Dziękujemy za dobre słowa, ale ona 

naprawdę potrzebuje... 

- Tak, oczywiście! - zreflektowała się kobieta. 

Zamiast odejść, jak spodziewał się Nick, kobieta zaczęła grzebać 

w swojej obszernej torbie. 

-  Mam!  Pióro  i  kawałek  papieru.  Gdyby  pani  zechciała  tylko 

autograf! - Była pewna, że jej prośba zostanie spełniona. 

Gdyby Nick miał tu coś do powiedzenia, odeszłaby jak niepyszna. 

Liza jednak powstrzymała go spojrzeniem, zauważywszy, że podnosi 

się z krzesła, szybko podpisała się na kartce i uśmiechnęła do kobiety. 

Kiedy nieznajoma oddaliła się wreszcie, Nick odetchnął głęboko. 

- Jesteś zbyt cierpliwa. 

- Wiem - odparła z półuśmiechem. - Ale przecież ona nie chciała 

nic złego. 

- Musisz jeść zupę, póki jest ciepła. 

background image

Nie  dyskutując,  Liza  ujęła  łyżkę  i  zanurzyła  ją  w  zupie.  Nick 

zastanawiał  się  tymczasem,  czy  Liza  porównuje  go  z  matką.  Nie 

życzyłby sobie tego, ale ktoś musi się nią opiekować!  

Jedli w milczeniu. Nick nie wytrzymał tego długo. 

-  Mówię  jak  twoja  matka,  tak?  Nie  miałem  zamiaru  tobą 

dyrygować, chcę jedynie, żebyś odzyskała siły. 

- Wiem. 

Nie odpowiedziała mu na pytanie. 

- To jak? 

Podniosła wzrok. 

-  Nie,  nie  mówisz  jak  moja  matka.  Zresztą  i  tak  bym  jadła,  bo 

zupa mi smakuje. 

-  Pani  Colton  -  przerwał  im  kelner,  podchodząc  do  stolika.  - 

Telefon do pani. - Wręczył jej przenośny aparat. 

Nick wyczuł nagłe zdenerwowanie Lizy. 

- Halo? 

Bezbłędnie  rozpoznał  skrzekliwy  głos  z  drugiej  strony.  Miał 

ochotę zabrać telefon Lizie i odrzucić go na drugi koniec sali. 

- Nie, mamo. Nie czuję się jeszcze dobrze. Lekarz zalecił mi dwa 

tygodnie odpoczynku. 

Kolejny wybuch skrzeku. 

-  Nie,  będę  u  siebie  w  Nowym  Jorku.  Nie  zamierzam  odbierać 

telefonów  ani  nikomu  otwierać.  Jeśli  będziesz  miała  coś  pilnego, 

nagraj się na sekretarkę. W innym wypadku nie dzwoń. 

background image

Matka  protestowała  rozwlekle  i  zajadle,  Liza  słuchała,  nie 

przerywając. Potem powiedziała: 

-  Przykro  mi,  mamo,  ale  takie  są  zalecenia  lekarza.  Nie  mam 

zamiaru narażać swojego głosu. 

Znowu protest. Wówczas Liza oświadczyła: 

-  Muszę  kończyć,  skontaktuję  się  z  tobą  za  dwa  tygodnie.  -  I 

przerwała rozmowę, gestem dając znak kelnerowi, by zabrał aparat. 

Spojrzała na Nicka. 

- Dziękuję za pańskie wspaniałe zalecenia, doktorze. 

- To konieczne, Lizo. Masz bardzo wrażliwy głos. Musisz dać mu 

odpocząć. 

-  Wiem  -  zgodziła  się  pogodnie.  -  Dzisiaj  mówię  jak  Lauren 

Bacall. 

Jej uśmiech, jej dobry nastrój, były dla niego największą nagrodą. 

Był gotowy do flirtu, kiedy, ku jego zdziwieniu, kelner przerwał im po 

raz kolejny. 

- Pani Colton, ma pani drugi telefon. 

Gdyby  okazało  się,  że  to  znowu  matka  Lizy,  bez  wątpienia 

rzuciłby  tym  telefonem  przez  salę.  Ale  tym  razem  z  twarzy  Lizy 

domyślił się, że dzwoni kto inny. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Emily  Blair  Colton  o  mały  włos  nie  rozbeczała  się,  słysząc  głos 

kuzynki. 

- Liza! To ja! 

background image

- Emily, gdzie jesteś? Co się dzieje? Nic ci nie jest? 

Emily przełknęła łzy. 

-  Wszystko  dobrze.  Było...  jestem  w  Keyhole,  ale  nie  mów 

nikomu. 

Liza odetchnęła. 

- Co za ulga. 

-  Chyba  nikt  mnie  nie  śledził  -  wyrzuciła  z  siebie  Emily,  a  po 

chwili dodała z poczuciem winy: - Nie mogę wrócić. 

- Nie, oczywiście - odparła Liza z westchnieniem. - Martwiłam się 

o ciebie. 

-  Lepiej  tu  zostać,  nie  mogłabym  tam  spać.  Boję  się  Meredith. 

Musiała  maczać  w  tym  palce.  -  Emily  relacjonowała  wydarzenia, 

które wydawały się nie mieć sensu i nie miały, chyba że kryła się  za 

nimi jedna szczególna osoba, jej matka, Meredith Colton. 

- Dobrze zrobiłaś - stwierdziła Liza. 

- Muszę być ostrożna. - Emily wzięła głęboki oddech. - Nie mów 

nikomu  o  moich  podejrzeniach,  nie  chciałabym,  żebyś  miała  przeze 

mnie jakieś nieprzyjemności. Żeby teraz ciebie szukali. 

- Nic mi nie będzie. Em, jak wygląda ten mężczyzna? 

Emily  zadrżała. Tak, pamiętała go,  wracał do niej  w snach przez 

ostatnie trzy tygodnie. 

-  Koło  czterdziestki,  chudy,  miał  tylko  wystający  brzuch.  I 

idiotyczny ogonek z tyłu głowy, bo poza tym był łysy. Miał też małą 

krótką brodę i wąsy. 

- To nie ten. 

background image

- O czym mówisz? 

-  Miałam  niespodziewaną  wizytę...  mężczyzny  z  nożem.  Pytał  o 

ciebie. 

- Lizo, musisz się ukryć. Nie wolno ci... 

-  Taki  mam  zamiar,  czekałam  tylko  na  sygnał  od  ciebie.  On  nie 

wie,  gdzie  jesteś,  chciał  coś  ode  mnie  wyciągnąć.  Teraz  szuka  go 

policja. 

-  Łudziłam  się,  że  kiedy  dostaną  okup,  odczepią  się.  -  Emily 

zdusiła  szloch.  -  Ale  nie,  i  teraz  jeszcze  to.  Naprawdę  powinnaś 

zniknąć, chociaż na trochę. 

- Tak zrobię. Podam ci numer, pod którym mnie znajdziesz. 

Emily miała ze sobą kartkę z numerem hotelu Lizy, która zawsze 

zostawiała 

jej 

plan 

swojego 

tournee. 

Dzięki 

zdolnościom 

organizacyjnym  ciotki  Cynthii,  Emily  nigdy  nie  miała  problemu  ze 

znalezieniem kuzynki. 

- Mów. 

Liza podała jej numer Nicka. 

- Potrzebujesz czegoś? Mogłabyś tu przyjechać? 

- Ten mężczyzna nie powinien wiedzieć, że jesteśmy w kontakcie 

- szepnęła Emily. 

Myślała  o  tym,  by  pojechać  do  Lizy,  była  jednak  pewna,  że 

Cynthia uznałaby ją tylko za  zawalidrogę.  Z drugiej strony  wiedziała 

też,  że  Liza  nigdy  jej  nie  zawiedzie  i  w  ważnych  sprawach  potrafi 

walczyć  z  matką  o  swoje.  Istniało  wszakże  jeszcze  jedno 

background image

niebezpieczeństwo: matka Lizy niezwłocznie postawiłaby na nogi całą 

rodzinę. 

- Chciałabym ci wysłać pieniądze - powiedziała Liza. - Jak sobie 

radzisz? 

Emily chciała zapomnieć o strasznej nocy, od której wszystko się 

zaczęło.  Dzięki  Bogu,  spotkała  wtedy  Charleya  Robertsa,  kierowcę 

ciężarówki, który podwiózł ją, nakarmił i dał jej trochę grosza. 

- Dam sobie radę - odparła po chwili. 

- Podaj mi adres, wyślę ci jakąś większą sumę. 

- Poszukam pracy. 

- Nie wygłupiaj się. Poczekaj. 

Emily usłyszała, jak kuzynka prosi kogoś o papier i pióro. 

- Liza? Kto tam jest? Nie możesz... 

-  Wszystko  w  porządku.  To  tylko  mój  lekarz,  nikomu  nic  nie 

powie. 

- Twój lekarz? Jesteś chora? - Nie zniosłaby, gdyby Lizie coś się 

stało. 

- Drobny problem z gardłem, już prawie dobrze. No to daj mi ten 

adres. 

Nie  kwapiąc  się,  Emily  podała  adres  urzędu  pocztowego  w 

Keyhole, miasteczku w stanie Wyoming, gdzie się ukrywała. 

-  Jutro  wyślę  ci  pieniądze,  Em.  Na  pewno  nie  chcesz  do  mnie 

przyjechać? 

-  Nie,  boję  się  stąd  ruszać.  Chcę  znaleźć  pracę,  wtopić  się  w 

krajobraz. Będzie dobrze. 

background image

- Zadzwoń, proszę. 

-  Jasne.  Dziś  jest  sobota,  zadzwonię  w  środę,  mniej  więcej  o  tej 

samej porze. 

-  Dopiero  w  środę?  Nie  możesz...  Przepraszam.  Będę  czekać. 

Uważaj na siebie, Em. Kocham cię. 

Emily, dzięki rodzinie, w której wyrosła, nigdy nie miała kłopotu 

z wypowiadaniem tych słów. Meredith i Joe Coltonowie pokazali jej, 

czym jest prawdziwa rodzinna miłość. 

- Ja też cię kocham, Lizo. Bądź ostrożna, pa. 

Emily oparła się ciężko o ścianę budki telefonicznej, zalewając się 

łzami.  Liza była jedyną osobą, na którą mogła  liczyć, znała prawdę i 

zachowa  ją  dla  siebie.  Nie  powie  nic  nawet  jej  ojcu,  bo  jak  niby 

miałaby  mu  nagle  oświadczyć,  że  kobieta,  która  ją  przygarnęła  z 

miłością,  nie  była  tą,  która  teraz  nosi  jej  imię?  Nikt  nie  dałby  temu 

wiary.  Emily  nie  może  zatem  wrócić  do  swojego  ukochanego  domu, 

bo  kobieta, która  kazała  jej  nazywać  się  Meredith, podjęłaby  kolejną 

próbę,  żeby  się  jej  pozbyć.  Postanowiła  zatem  pozostać  w  ukryciu, 

korzystając z pomocy Lizy.  

Nick  widział,  jak  silne  emocje  targają  Lizą  w  czasie  rozmowy  z 

kuzynką. Wziął potem od niej telefon i zawołał kelnera. 

- Dziękuję - rzekł, kiedy Liza ukradkiem wycierała oczy. 

Pojawienie  się  kelnera  z  zamówionymi  daniami  okazało  się 

wybawieniem.  Dopiero  po  kilku  minutach  Nick  zdecydował  się 

zapytać: 

- Jak się ma twoja kuzynka? 

background image

Liza kiwnęła głową, nie patrząc na niego. 

- Lizo? 

Podniosła wzrok i powiedziała łagodnie: 

- Ukrywa się. To niebezpieczne. 

Nick  znał  ze  słyszenia  wuja  Lizy,  wiedział  doskonale,  że  można 

się było spodziewać od niego godziwego okupu. 

-  Sądzi,  że  porywacze  wciąż  jej  szukają?  Mimo  że  dostali 

pieniądze? 

Liza odwróciła spojrzenie. 

- No... tak. 

- Powinnaś chyba... 

-  Dobry  wieczór,  pani  Colton.  -  Inspektor  Ramsey  pokazał  się 

znienacka  przy  ich  stoliku.  -  Doktorze  -  dodał,  skinąwszy  głową.  - 

Mogę się przysiąść na moment? 

Nick  obawiał  się,  że  Liza  czymś  się  zdradzi.  Jej  twarz  wyrażała 

niekłamaną panikę. 

- Oczywiście, inspektorze. Napije się pan czegoś? 

Tym pytaniem Nick odwrócił uwagę policjanta od Lizy. 

- Nie odmówię filiżanki kawy - odparł Ramsey z uśmiechem. 

Nick poprosił kelnera, policjant usiadł. Zerknąwszy ukradkiem na 

Lizę, by sprawdzić, czy już się uspokoiła, Nick spytał: 

- Ma pan jakieś wiadomości o nieznajomym ze szpitala? 

-  Przekupił  telefonistkę  w  hotelu.  Mam  nadzieję,  że  dobrze  jej 

zapłacił, bo zdążyła już stracić pracę. 

- To przykre - stwierdziła z żalem Liza. 

background image

Nick  od  początku  podejrzewał,  że  jego  pacjentka  ma  miękkie 

serce.  Troska  o  kobietę,  która  zawiodła  jej  zaufanie,  dowodziła  tego 

niezaprzeczalnie. 

- Niech się pani o nią nie martwi, wiedziała, co robi. - Ramsey nie 

był tak łaskawy. - Niestety, później nie widział go nikt prócz państwa. 

Nie kręcił się tu przypadkiem? 

- Nie zauważyliśmy - odparł Nick. - Swoją drogą, całe popołudnie 

spędziliśmy w apartamencie Lizy. Liza spała. 

- Wygląda pani dużo lepiej - stwierdził policjant. 

- Tak, sen bardzo mi pomógł. 

- Miała pani jakieś telefony? - ciągnął Ramsey spokojnym tonem. 

Nick miał nadzieję, że Liza była gotowa na takie pytanie. Uważał, 

że  powinna  powiedzieć  policji  o  Emily,  z  drugiej  jednak  strony 

rozumiał jej sposób myślenia. 

- Tak, dzwoniła moja matka i w końcu udało mi się porozmawiać 

z panią Tremble. 

- Z gospodynią? 

- Tak, chciała wiedzieć, jak się czuję. 

- A pani matka? 

Nick obserwował Lizę pełen podziwu dla jej opanowania. Jednak 

pytanie o matkę wytrąciło ją z równowagi. 

-  Pytała,  kiedy  Liza  będzie  w  Nowym  Jorku.  Właśnie  o  tym 

dyskutowaliśmy - wyręczył ją i spojrzał na nią, dodając: - Liza starała 

się przekonać mnie, że powinna wyjechać dziś wieczorem. 

Liza natychmiast chwyciła się jego słów. 

background image

-  O  dziewiątej  mogłabym  już  być  w  swoim  własnym  łóżku,  to 

wspaniała  perspektywa.  Powiedziałam  matce,  że  biorę  sobie  dwa 

tygodnie urlopu, nie będę odbierać telefonów ani nikogo przyjmować. 

- To skąd będzie pani wiedziała, jeśli dowiemy się czegoś o pani 

kuzynce? 

- Mam automatyczną sekretarkę. Może się też zdarzyć,  że akurat 

podniosę  słuchawkę,  ale  wolałabym  nie,  bo  mam  masę  zawodowych 

telefonów, od których chcę teraz odpocząć. 

-  Co  pan  na  to,  doktorze?  -  spytał  Ramsey,  nie  spuszczając 

wzroku z Lizy. 

-  Zastanawiam  się.  Odpoczynek  jest  dla  Lizy  najważniejszy. 

Jeżeli  rzeczywiście  dotrzyma  słowa  i  zrobi  tak,  jak  mówi,  może 

faktycznie Nowy Jork jest lepszym rozwiązaniem. 

- Jeszcze jedno mnie gnębi - dodał Ramsey, zmieniając temat. 

- Co? - spytała ostro Liza. 

Nadejście  kelnera  z  kawą  opóźniło  odpowiedź  inspektora. 

Pociągnąwszy łyk, objął Lizę spojrzeniem. 

- Skąd ten facet wiedział, gdzie pani szukać? 

-  Moje  plany  nie  są  tajemnicą,  biuro  matki  dysponuje  takimi 

informacjami.  Zresztą,  ma  je  prawie  cała  moja  rodzina.  -  Ściągnęła 

brwi. - Poza tym mógł je po prostu przeczytać w Internecie. 

- Kiedy już dotarł do miasta - wspomógł ją Nick - nietrudno było 

znaleźć  właściwy  hotel.  Wiedział  na  pewno,  że  Liza  zatrzyma  się  w 

jednym z najlepszych miejsc. 

Inspektor zgodził się z tym. 

background image

-  No  dobrze.  Życzy  sobie  pani,  żebyśmy  powiadomili  o 

podejrzanym nowojorską policję? 

Liza mrugnęła, po czym uśmiech rozjaśnił jej twarz. 

-  Dziękuję,  inspektorze,  raczej  nie.  FBI  zajmie  się  tą  sprawą. 

Powiem  wujowi  Joemu,  jak  bardzo  pomogliście  mi  tutaj.  Jestem 

ogromnie wdzięczna. 

-  Życzę  powodzenia.  -  Wstając  od  stołu,  inspektor  zerknął  na 

Nicka. - Dziękuję za kawę. 

-  Nie  ma  za  co  -  mruknął  Nick,  odprowadzając  go  wzrokiem.  - 

Świetnie sobie poradziłaś - pochwalił Lizę. 

-  Dziękuję.  I  dziękuję  za  podpowiedź  o  powrocie  do  domu. 

Myślisz, że mi uwierzył? 

-  Taak.  Dokończ  jeść  i  pójdziemy  cię  wymeldować.  Pojedziesz 

potem ze mną, niby na lotnisko. Gdybyś wzięła taksówkę, mogliby się 

dowiedzieć, że ich okłamałaś. 

Liza zastanowiła się. 

- A może jednak powinnam wziąć taksówkę. 

Zanim zaprotestował, dokończyła myśl: 

- W ten sposób będziesz poza podejrzeniami, jeśli odkryją, że nie 

poleciałam. Moglibyśmy spotkać się na lotnisku. 

Nickowi nie spodobał się ten pomysł, nie chciał tracić jej z oczu 

ani na moment. Docenił jednak znaczenie jej planu. 

- Dobra jesteś w knuciu intryg. 

- Dziękuję. - Przesłała mu uśmiech, po czym znowu zmarszczyła 

czoło. - Jednego ciągle nie wiem. 

background image

- Czego? 

- Muszę wysłać pieniądze Emily tak, żeby nikt o tym nie wiedział. 

-  To  proste.  Zlecę  mojemu  księgowemu,  żeby  przelał  je 

telegraficznie  z  mojego  konta,  a  ty  możesz  dać  mi  czek,  który 

przechowam do czasu, kiedy będziesz bezpieczna. 

Liza nachyliła się ku niemu nerwowo. 

- Tylko że ja chcę jej wysłać pięć tysięcy dolarów. Możesz... 

Zazwyczaj  kobiety  widziały  w  nim  finansową  polisę  na 

przyszłość,  tymczasem  Liza  wątpiła  w  jego  możliwości  pod  tym 

względem. Uśmiechnął się z grymasem. 

- Taak, dam radę. 

- Zaraz jutro rano? 

- Zacznę od tego dzień - obiecał. 

- Jesteś wspaniały. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. 

Uśmiech nie schodził z jego twarzy, był jednak lepszego zdania o 

swojej pacjentce niż ona sama. 

- Sądzę, że byś sobie poradziła. 

- Dziękuję - powtórzyła z szerokim uśmiechem. 

- Tym bardziej nie rozumiem twoich stosunków z matką. 

Może  wsadzał  nos  w  nie  swoje  sprawy,  ale  uważał,  że  Liza  jest 

zastraszana.  Pokazała  mu  co  prawda,  że  potrafi  sama  decydować  w 

kwestii  jedzenia  i  odpoczynku,  ale  i  tak  nie  pojmował  całej  jej 

rodzinnej  sytuacji.  Nie  zdziwiłby  się,  gdyby  go  ofuknęła,  gdyby 

zakwestionowała jego prawo do podobnych pytań.  

Liza tymczasem kiwnęła głową i mruknęła: 

background image

- To moja wina. 

- Twoja wina? Nie żartuj. Ty... 

Podniosła wzrok i przerwała mu. 

- Moja matka ma trudny charakter, ale ja tylko zachęcałam ją do 

tyranizowania mnie. 

- Słucham? 

-  Kiedy  straciłam  dobry  kontakt  z  ciotką  Meredith,  całkiem 

naturalnie  zwróciłam  się  do  własnej  matki.  I  to  był  błąd.  Wówczas 

jednak  tego  nie  wiedziałam,  wierzyłam,  że  możemy  wypracować 

sobie  taką  rodzinną  relację,  jaka  innym  dziewczętom  jest  po  prostu 

dana.  -  Posmutniała.  -  Myliłam  się.  Uświadomiłam  to  sobie  dopiero 

po  paru  latach.  Wtedy  też  przekonałam  się,  że  zniknęła  gdzieś  ta 

Meredith, którą tak kochałam. Jak twierdzi Emily, nastąpiło tu jakieś 

oszustwo albo jej psychika uległa okaleczeniu.  

Wzruszyła ramionami.  

-  Tak  bardzo  pragnęłam  zastąpić  czymś  tamto  utracone  uczucie, 

że  miałam  nadzieję,  że  znajdę  je  u  własnej  matki.  Wydawało  mi  się, 

że  każdy  możliwy  związek  z  nią  jest  lepszy  niż  emocjonalna  pustka. 

Dlatego pozwoliłam jej decydować. 

-  I  dlatego  uważasz,  że  to  twoja  wina?  -  Nie  rozumiał  jej 

wyjaśnienia. 

Raz jeszcze wzruszyła ramionami. 

- To raczej  grzech zaniechania, ale to  wciąż grzech. Starałam się 

później coś zmienić, ale matka jest zawzięta. 

background image

Kiedy  rozmowę  przerwała  im  kolejna  miłośniczka  talentu  Lizy, 

Nick zaciskał zęby. Szczęśliwie kobieta szybko dała im spokój. 

- Skończ sałatkę i chodźmy stąd - zniecierpliwił się. 

Liza z ulgą odłożyła widelec. 

- Proszę bardzo. Bałam się to zaproponować, żebyś nie kazał mi, 

na przekór, zjeść wszystkiego - powiedziała, drażniąc się z nim. 

-  Kazałbym  ci,  ale  i  tak  ci  się  nie  uda  w  tym  tłumie  natrętów.  - 

Gestem wezwał kelnera. 

- Poproszę, żeby dopisali to do mojego rachunku. 

- Nie, ja zapłacę. -  Zachował się jak macho, zdawał sobie  z tego 

sprawę, ale i tak zapłacił. 

Gdy zaoferował Lizie swoją pomoc przy pakowaniu, nie przyjęła 

jej. 

- Mam w tym wprawę, szybko się z tym uwinę. 

- Czemu podróżujesz sama? Myślałem, że artyści ciągną za sobą 

asystentki, pokojówki? 

-  Miałam  kiedyś  asystentkę,  ale  nie  mogła  się  dogadać  z  moją 

matką.  Poza  tym  nie  potrzebuję  pomocy,  tak  jest  mi  wygodniej.  - 

Mówiąc to, otworzyła szafę i zaczęła wyciągać ubrania. 

Nick położył jej walizkę na łóżku. 

- Dzięki. 

Otworzyła ją i włożyła garderobę. Następnie opróżniła szuflady i 

zebrała swoje rzeczy z łazienki. Po chwili była gotowa. 

- Naprawdę jesteś szybka - skomentował z uśmiechem. 

- Wynośmy się stąd. 

background image

Rozbawiło  go,  że  Liza  ma  ze  sobą  tylko  jedną  walizkę  i  małą 

torbę  podręczną.  Jego  była  żona  nie  ruszała  się  w  podróż  bez  trzech 

waliz, nawet wyjeżdżając na weekend. 

Liza  hojnie  rozliczyła  się  w  recepcji  i  z  wdzięcznością  przyjęła 

komplementy dyrektora hotelu. Nie  omieszkała go poinformować, że 

wraca do siebie do Nowego Jorku, by wydobrzeć po chorobie, gdyby 

ktoś o nią pytał. 

-  Pan  doktor  zawiezie  panią  na  lotnisko?  -  zapytał  z  troską 

dyrektor. 

Nick  po  raz  drugi  docenił  w  tym  momencie  plan  Lizy,  która 

odparła,  że  nie  chciałaby  sprawiać  zbędnego  kłopotu,  w  związku  z 

czym 

weźmie 

oczywiście 

taksówkę. 

Dyrektor 

natychmiast 

zaproponował,  by  skorzystała  z  hotelowej  limuzyny,  upierając  się 

przy tym, kiedy Liza udawała, że to niekonieczne. 

Nick ucieszył się. Wiedział, że będzie się czuł o wiele lepiej, jeśli 

Liza  znajdzie  się  pod  opieką  pracownika  hotelu.  Kiedy  spojrzała  na 

niego, kiwnął głową z zachętą. 

- Dziękuję, to bardzo miło z pana strony. 

Dyrektor  sięgnął  po  telefon.  Gdy  Liza  zakończyła  formalności, 

szofer  czekał  już  na  nią  i  zabrał  jej  bagaż.  Nick  odprowadził  ją  do 

samochodu, nachylił się, pocałował ją w policzek i szepnął: 

- Będę jechał za wami. 

Skinęła głową, mówiąc głośno: 

background image

-  Dziękuję  za  znakomitą  opiekę,  doktorze  Hathaway.  Powiem 

mamie, jak bardzo mi pan pomógł. - Przesłała mu pogodny uśmiech i 

wsiadła do limuzyny. 

Nick stał, patrząc za odjeżdżającym wozem. 

-  Niezła  babka  -  zauważył  jeden  z  chłopców  hotelowych, 

przystając obok Nicka. 

Nick  zirytował  się,  ale  trudno  było  nie  zgodzić  się  z  takim 

stwierdzeniem. 

- Ano niezła - mruknął. 

Liza  natychmiast  odczuła  brak  pokrzepiającej  obecności  Nicka. 

Tylne  siedzenie  limuzyny,  przesadnych  rozmiarów,  podkreślało 

jeszcze  jej  osamotnienie.  Szofer  opuścił  dzielącą  wnętrze  matową 

szybę. 

- Wraca pani do Nowego Jorku? - zapytał. 

- Tak. 

- Pojadę szybciej. Ostatni lot ma pani za czterdzieści pięć minut. 

- Będę wdzięczna. 

Informacja  szofera  sprawiła,  że  Liza  zmieniła  plany.  Nie  może 

czekać na Nicka na zewnątrz, musi udawać, że spieszy się na samolot. 

Być  może  będzie  nawet  zmuszona  kupić  bilet,  w  ten  sposób 

przynajmniej na jakiś czas zmyli ślady i policja nie dowie się, że nie 

poleciała do domu. No i szofer podejrzewałby coś, gdyby się wahała. 

Miała tylko nadzieję, że Nick na nią zaczeka. 

Gdy  tylko  dojechali  na  lotnisko,  wręczyła  szoferowi  hojny 

napiwek i zawołała bagażowego. 

background image

- Może pani nadać bagaż tutaj - zasugerował kierowca. 

-  Dziękuję,  ale  chcę  się  najpierw  upewnić,  czy  będzie  dla  mnie 

miejsce - improwizowała, odwracając się do mężczyzny. - Jeszcze raz 

dziękuję, bardzo jest pan miły. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. 

Spojrzała  przez  ramię,  szukając  wzrokiem  czarnego  mercedesa 

Nicka.  Nie  dostrzegła  go,  a  zatem  pospieszyła,  zgodnie  z  planem, 

zapytać o bilet. Pracownik rezerwacji zapewnił ją, że na pokładzie jest 

sporo  wolnych  miejsc.  Liza  kupiła  bilet,  płacąc  kartą  kredytową. 

Znaczyło to, że musi nadać walizkę na bagaż. 

-  Zabrać  też  tę  torbę?  -  zapytał  uprzejmie  pracownik  lotniska, 

wskazując na jej podręczny bagaż. 

-  Nie,  wezmę  ją  ze  sobą  -  odparła,  patrząc  tęsknie  na  oddalającą 

się  walizkę,  żegnając  się  z  żalem  z  większością  rzeczy,  z  którymi 

podróżowała. 

-  Radzę  się  pospieszyć  -  poradził  mężczyzna.  -  Za  moment 

pasażerowie będą wchodzić na pokład. 

- Dziękuję - rzekła z uśmiechem i odwróciła się. 

Za  nią  stała  długa  kolejka.  Nieświadomie  przemykała  wzrokiem 

po  twarzach.  Stała  przodem  do  wejścia  do  tunelu  dla  podróżnych, 

dumając, co zrobić, by zejść z oczu pracownikowi, który sprzedał jej 

bilet, kiedy coś kazało jej powrócić wzrokiem do kolejki. 

Drugą osobą w kolejce był wysoki mężczyzna, którego twarz była 

zniekształcona  przez  liczne  bójki.  Miał  na  sobie  brudną  niebieską 

koszulę. Liza jęknęła i czym prędzej odeszła na bok, by nie zdążył jej 

background image

spostrzec. Był to bowiem nie kto inny, jak ów niespodziewany gość ze 

szpitala. Mężczyzna z nożem. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Lotnisko  w  Saratoga  Springs  nie  mogło  szczycić  się  wielkością, 

niemniej cierpiało na te same co bardziej okazałe lotniska choroby, do 

których  należy  zaliczyć  korki.  Samochód  Nicka  był  szósty  za 

hotelową  limuzyną,  kiedy  zbliżali  się  do  lotniska,  ale  zaraz  potem 

spadł na dalszą pozycję, pokonany przez śmigające wte i wewte auta, 

których kierowcy pędzili co tchu, by zdążyć na samolot. 

Kiedy  wreszcie  udało  mu  się  dotrzeć  do  miejsca,  gdzie  powinna 

była  czekać  na  niego  Liza,  limuzyna  właśnie  opuszczała  podjazd. 

Nick odetchnął, zatrzymał się i przebiegł wzrokiem wzdłuż chodnika. 

Lizy  tam  nie  było.  Wystraszył  się.  Zaczął  się  nerwowo  zastanawiać, 

dokąd  mogła  pójść.  Umawiali  się  przecież  -  nie  powinna  zmieniać 

zdania  i  lecieć  do  Nowego  Jorku.  Na  pewno  tego  nie  zrobiła, 

pomyślał, nie ona. 

A jeśli jednak tak się stało, pojedzie za nią. To postanowienie dało 

mu do myślenia, wyraźnie pokazując, że zainwestował w Lizę Colton 

o  wiele  więcej,  niż  sobie  obiecywał.  Jego  drugie,  zawodowe  ja. 

broniło  go,  podpowiadając,  że  robi  to  wyłącznie  dla  dobra  pacjentki. 

Przestał  więc  dłużej  nad  tym  deliberować,  przypominając  sobie,  że 

najważniejsze w tej chwili jest bezpieczeństwo Lizy.  

background image

Nie wiedział, co robić. Zobaczył z daleka jednego z bagażowych, 

który wychodził akurat z głównego budynku. Wysiadł i pomachała do 

niego. 

-  Słucham  pana.  -  Bagażowy  zbliżył  się  z  przymilnym 

uśmiechem. 

Nick wyciągnął portfel. Nie miał przecież żadnego bagażu, musiał 

więc jakoś zrekompensować mężczyźnie stracony czas. 

-  Chciałbym  o  coś  zapytać  -  zaczął,  wręczając  mężczyźnie 

dziesięciodolarowy banknot. - Nie widział pan przypadkiem szczupłej 

brunetki wysiadającej z limuzyny? 

Mężczyzna  uniósł  brwi,  studiując  pilnie  twarz  Nicka,  wreszcie 

odparł: 

- Może. 

- Weszła do środka? 

- Oczywiście. Inaczej nie zdążyłaby na samolot. 

Nick  poczuł  ostre  ukłucie  w  sercu.  Nie  mógł  uwierzyć,  że  Liza 

zostawiła  go  bez  żadnej  wiadomości.  Patrząc  ponad  ramieniem 

mężczyzny, ujrzał nagle bladą twarz  Lizy  w drzwiach budynku. Liza 

niespokojnie rozglądała się wokół. 

- Dziękuję - rzucił. 

Chciał biec do Lizy, ale bagażowy by to zobaczył, poczekał więc, 

aż  kolejny  klient  odwróci  uwagę  mężczyzny,  wrócił  szybko  do 

samochodu  i  otworzył  tylne  drzwi.  Liza  już  go  dostrzegła  i  biegła 

prawie w jego stronę.  

Wciągnął ją na tylne siedzenie. 

background image

- Połóż się - szepnął. 

Okrążył samochód, wśliznął się za kierownicę w ostatniej chwili, 

bo  właśnie  zmierzał  ku  nim  policjant,  i  natychmiast  włączył  się  do 

ruchu. 

- Nic ci nie jest? - zapytał, patrząc w lusterko. 

- Nie, ale... on tam był! 

- Kto? 

- Mężczyzna ze szpitala. 

- Co? 

Miał  ochotę  nacisnąć  hamulce  i  wziąć  Lizę  w  ramiona.  Lepiej 

jednak było jak najszybciej oddalić się od lotniska. 

- Gdzie go widziałaś? 

-  Stał  w  kolejce,  był  drugi  za  mną.  Miał  na  głowie  czapkę 

baseballówkę,  pod którą  schował  włosy,  i  tę  samą  niebieską koszulę. 

Jestem pewna, że to on. 

- Widział cię? 

-  Na  pewno.  Dlatego  stanął  w  kolejce,  on  też  kupował  bilet  do 

Nowego Jorku. Nie widział, jak odchodzę. Pewnie myślał, że poszłam 

do samolotu. - Brakowało jej tchu. 

- Kupiłaś bilet? 

-  Szofer  powiedział  mi,  że  muszę  się  spieszyć,  bo  ostatni  lot  do 

Nowego Jorku jest za czterdzieści pięć minut. Nie mogłam sterczeć na 

zewnątrz, stwierdziłam, że jak kupię bilet, zmylę ślady. 

Nick  uspokoił  się  nieco.  Nie  planowała  ucieczki  od  niego.  To 

dobrze, także z powodu nieznajomego z nożem. 

background image

-  Czy  ktoś  nas  śledzi?  -  zapytała  z  coraz  bardziej  widocznym 

wyczerpaniem. 

Nick  spojrzał  w  lusterko.  Jechał  za  nimi  mikrobus,  w  środku 

siedziało kilkoro dzieci. Obok sunęła limuzyna podobna do tej, którą 

jechała Liza. Minęła ich. 

-  Nie,  jest  za  nami  jakaś  rodzina.  Ale  nie  podnoś  się,  tak  na 

wszelki wypadek. Lepiej żeby nikt cię ze mną nie widział. 

Nie  odpowiedziała.  Obejrzał  się  przez  ramię.  Miała  zamknięte 

oczy, oddychała równo. Zasnęła. Dziwne, że zrobiła to dopiero teraz, 

pomyślał, biorąc pod uwagę jej stan i pełen wrażeń dzień. 

Sięgnął po komórkę i zadzwonił do domu. 

- Bonnie? Bądź tak dobra i przygotuj jakiś smakołyk dla naszego 

gościa. Już jedziemy. 

-  Upiekłam  ciasto  czekoladowe  po  południu,  gdyby  co  - 

pospieszyła z odpowiedzią pani Allen. 

Nie wiedział „gdyby co", ale ucieszył się. 

- Świetnie. Aha, nie mów nikomu, że mamy gościa. 

- Czemu? 

- Potem ci wytłumaczę. 

Liza  wcisnęła  się  w  mocne  ramiona,  które  ją  obejmowały,  nie 

otwierając  oczu.  Czuła  się  bezpiecznie.  Ledwie  pamiętała,  że 

niedawno coś ją przestraszyło. Poczuła, jak rośnie w niej podniecenie. 

Jasne  światło  sprawiło,  że  ocknęła  się.  Powoli  podnosiła  powieki, 

mrugając, zdumiona nowym widokiem. 

- Co... Doktor Hathaway! 

background image

- Zdawało mi się, że przeszliśmy na ty - zauważył łagodnie. 

- Jest chora? - spytał jakiś głos. 

Liza  uniosła  głowę,  uświadamiając  sobie,  że  Nick  trzyma  ją  na 

rękach, a jej ręce oplatają jego szyję. 

- Nie, zasnęłam - wytłumaczyła się kobiecie, która stała obok. 

Gospodyni Nicka nie była już młoda, miała pewnie sześćdziesiąt 

lat,  ale  życzliwy  uśmiech  rozjaśniał  jej  bladoniebieskie  oczy.  Była 

ubrana w wygodną domową suknię, jej zaokrąglona figura emanowała 

matczynym ciepłem. 

-  Lizo,  to  moja  gospodyni,  pani  Allen.  Bonnie,  to  jest  Liza, 

zostanie z nami przez jakiś czas. 

Liza zauważyła, że Nick ominął jej nazwisko, myśląc zapewne, że 

gospodyni jej nie rozpozna. 

- Liza Colton, niech mnie kule biją! 

- Skąd wiesz? - przestraszył się Nick. 

Liza  milczała.  Jej  występ  poprzedzony  był  intensywną  reklamą, 

matka była w tym dobra. 

-  No  bo  wiem.  Nawet  słyszałam,  że  zachorowała  i  musiała 

odwołać ostatni koncert. Już się lepiej czujesz, złotko? 

- Trochę lepiej - odrzekła  Liza, słysząc znowu chrypkę w swoim 

głosie.  -  Tylko  trochę  jestem  zmęczona.  -  Przeniosła  spojrzenie  na 

Nicka. 

- Przekąsisz coś i idziesz prosto do łóżka. 

- Mam znów jeść? Dopiero jadłam kolację. 

background image

-  Kilka  godzin  temu.  Bonnie  zrobiła  swoje  słynne  ciasto 

czekoladowe. Chyba spróbujesz kawałek. 

Ciasto  czekoladowe  było  najlepszym  przepisanym  jej  przez 

lekarza medykamentem, przystała więc na to z ochotą. 

-  A  może  przebierze  się  pani  w  piżamę,  a  ja  przyniosę  ciasto  do 

łóżka?  -  zaproponowała  pani  Allen,  uśmiechając  się  radośnie  do 

gościa. 

Liza uznała ten obraz za pociągający, gdy nagle dostrzegła na nim 

pewne rysy. 

- Nie mam się w co przebrać! 

Nick i pani Allen popatrzyli na nią równocześnie. 

- Twoja walizka... - zaczął Nick. 

- Jest w drodze do Nowego Jorku - dokończyła Liza, zniechęcona. 

-  Mam  torbę  z  kosmetykami,  szczoteczkę  do  zębów,  grzebień  i 

szczotkę. I żadnych ubrań. 

- A niech to! Nie pomyślałem o tym. 

Pani  Allen  spojrzała  dziwnie  na  Nicka,  po  czym  poklepała  Lizę 

po ramieniu. 

- Niech się pani nie przejmuje. Proszę usiąść i zjeść ciasto, a my 

już znajdziemy pani coś do spania. A zaraz jutro rano Nick kupi pani 

jakieś szmatki. 

Liza  usiadła  z  przyjemnością,  ciągle  niepewnie  trzymała  się  na 

nogach.  Nick,  z  dłońmi  wspartymi  na  biodrach,  popatrzył  na  panią 

Allen. 

background image

-  Jutro  jest  niedziela.  Większość  sklepów  otworzą  dopiero  po 

południu. 

-  Wyprzedaże  będą  czynne.  Weźmiesz  parę  drobiazgów,  a  resztę 

Liza dokupi sobie później. 

- Nie! Ona nie może iść po zakupy. 

- Nick - włączyła się Liza, ale nie pozwolił jej mówić. 

- Nikt nie może cię zobaczyć. Nawet Bonnie cię rozpoznała, a ją 

akurat  mało  obchodzi,  jaka  sława  tu  przyjeżdża  czy  odjeżdża.  Nie 

wolno nam tak ryzykować. - Po chwili dodał: - Musisz też zadzwonić 

do  biura  linii  lotniczych  i  poprosić,  żeby  zajęli  się  twoją  walizką  w 

Nowym Jorku, żeby ją zatrzymali, bo polecisz innym samolotem. 

Liza  przypomniała  sobie  nagle,  co  wcześniej  ją  tak  wystraszyło. 

To ten mężczyzna na lotnisku, ten, który szuka Emily i który wtargnął 

do jej szpitalnego pokoju uzbrojony w nóż. Wolałaby nigdy sobie tego 

nie przypomnieć. 

Nick zobaczył, że stres i wyczerpanie dają się Lizie we znaki. 

- Naleję jej szklankę mleka, a ty ukrój ciasta - powiedział do pani 

Allen, która natychmiast wzięła się do pracy. 

- Ciągle każesz mi pić mleko - poskarżyła się Liza. 

- Mogę zrobić... - zaczęła Bonnie. 

- Nie - przerwał jej Nick. - Będzie pić mleko, aż nabierze sił. Ma 

pić szklankę mleka do każdego posiłku. 

Obie panie były już zirytowane jego  uwagami, ale wcale się tym 

nie  przejmował.  W  końcu  jest  lekarzem  Lizy  i  odpowiada  za  jej 

zdrowie.  A  nawet  miał  ochotę  objąć  ją  i  przyrzec,  że  nie  pozwoli 

background image

nikomu jej skrzywdzić. Dotąd czuł ją w swoich ramionach. Była taka 

lekka,  a  tak  mocno  poruszała  jego  zmysły.  Nie  pragnął  tak  żadnej 

kobiety  od  pierwszych  dni  małżeństwa  z  Daphne,  od  czasu,  gdy 

poznał jej prawdziwą naturę. 

-  Napiję  się  kawy  -  powiedział,  otwierając  kredens  i  wyjmując 

filiżankę. - Zrobić ci też, Bonnie? 

Zerknąwszy z wahaniem na gościa, pani Allen odrzekła: 

- Napiję się mleka. 

- Nie - włączyła się Liza. - Proszę wypić kawę, ja lubię mleko. 

- Na pewno? - upewniała się Bonnie. 

Uśmiech,  który  za  każdym  pojawieniem  się  rozgrzewał  serce 

Nicka, zjawił się na ustach Lizy. 

- On mnie tak tyranizuje dla mojego dobra. 

Bonnie,  zadowolona  z  wyjaśnienia,  kiwnęła  głową  i  poprosiła  o 

kawę,  a  następnie  postawiła  na  stole  talerzyki  z  ciastem.  Jedząc, 

prowadzili  luźną,  przyjacielską  rozmowę.  Nick  był  wdzięczny  swej 

gospodyni,  że  nie  zadała  Lizie  tych  wielu  pytań,  które  z  całą 

pewnością  cisnęły  jej  się  na  usta.  Pragnął,  aby  żadne  niespokojne 

myśli  nie  zakłóciły  snu  jego  pacjentki.  Kiedy  dał  znak  Lizie,  że  czas 

na nią, popatrzyła na nich, mówiąc: 

-  Mogę  spać  w  T-shircie,  jeśli  któreś  z  was  może  mi  swój 

pożyczyć. 

-  Zaraz  ci  dam  -  odparł  szybko  Nick,  starając  się  nie  wyobrażać 

sobie Lizy w jednej ze swych bawełnianych koszulek. 

background image

-  Może  znajdę  coś  w  rzeczach, które  zostawiła  żona  Nicka.  Całe 

pudło  leży  w  magazynie  -  oznajmiła  Bonnie,  ignorując  spojrzenie 

Nicka. 

Nie  miał  pojęcia,  że  pod  jego  dachem  są  wciąż  jakieś  rzeczy 

Daphne. 

-  Żony  Nicka?  -  powtórzyła  Liza.  Jej  zielone  oczy  były  szeroko 

otwarte. 

-  Byłem  kiedyś  żonaty,  ale  to  już  przeszłość.  -  Nie  chciał,  by 

zabrzmiało  to  tak  szorstko,  ale  nie  życzył  sobie  rozmów  na  temat 

swojego nieszczęsnego związku. 

Nie zadając więcej pytań, Liza spojrzała na Bonnie. 

-  Niech  się  pani  nim  nie  przejmuje  -  powiedziała.  -  Jest 

przewrażliwiony, ale to dobry człowiek. 

Czując  zwrócone  przeciw  niemu  sprzysiężenie  kobiet,  Nick 

odsunął się od stołu. 

- Poszukam tej koszulki - obiecał i niemal wybiegł z kuchni. 

Gdy  wrócił,  kuchnia  była  pusta.  Doszedł  do  wniosku,  że  Bonnie 

odprowadziła  Lizę  do  skrzydła  ich  starego  domu,  w  którym 

znajdowały  się  pokoje  gościnne,  ruszył  więc  na  górę  i  skręcił  na 

prawo. Lekko zapukał do drzwi. 

Otworzyła mu Bonnie. 

- No, wreszcie. Ona jest naprawdę zmęczona. 

-  Wiem.  Kiedy  się  przebierze  i  położy,  chcę  ją  zobaczyć  - 

oznajmił, mówiąc sobie, że musi sprawdzić jej puls. Postanowił zostać 

przy niej, aż zaśnie. 

background image

-  Powiem  jej  -  obiecała  Bonnie,  zamykając  mu  drzwi  przed 

nosem. 

Kiedy je znów otworzyła pięć minut później, tkwił oparty o ścianę 

w cierpliwym oczekiwaniu. 

- Zawołałabym - rzekła, przyglądając mu się. 

-  Czekałem  -  wyjaśnił  nie  wiadomo  po  co  i  wszedł  do  środka.  - 

Zaraz  zejdę.  -  Miał  nadzieję,  że  Bonnie  zrozumiała,  iż  wolałby,  by 

sobie poszła. I zrozumiała, bo ruszyła w stronę schodów. 

Nick  wszedł  do  pokoju.  Liza  leżała  wsparta  o  górę  poduszek,  z 

podciągniętą pod brodę kołdrą, spod której wystawał jednak skrawek 

jego białego podkoszulka. 

- Jak się czujesz? 

- Jestem zmęczona - powiedziała, lekko się uśmiechając. 

Usiadł przy niej, ujął ją za nadgarstek i mierzył jej tętno. 

- Wzięłaś antybiotyk? 

- Tak. Całe szczęście, że nie włożyłam go do walizki, byłby już w 

Nowym Jorku. 

- A dzwoniłaś w sprawie bagażu? 

- Tak, byli bardzo życzliwi - zapewniła. 

Nickowi przemknęło przez myśl, by ją pocałować, a może nawet 

wśliznąć  się  pod  kołdrę  i  odebrać  jej,  jego  własny  w  końcu, 

podkoszulek. Czym prędzej wstał i przesiadł się na stojące w pobliżu 

krzesło. 

- Spróbuj zasnąć. Posiedzę tu tymczasem. 

background image

Milczała.  Wszystko,  co  miała  do  powiedzenia,  wyraził  jej 

uśmiech.  Grzał  się  w  jego  cieple  jeszcze  chwilę  po  tym,  kiedy 

zamknęła oczy, a gdy tylko je zamknęła, jej oddech wyrównał się i z 

miejsca  zapadła  w  sen.  Zastanowił  się,  czy  zawsze  przychodzi  jej  to 

tak  łatwo,  czy  to  świadectwo  jej  spokojnego  sumienia,  czy  może 

rezultat kiepskiego stanu zdrowia.  

Tyle rzeczy chciałby wiedzieć o Lizie. W cichości ducha nazywał 

ją gwiazdą i gorąco pragnął usłyszeć jej śpiew. Nie od razu może, ale 

gdy  wyzdrowieje,  był  bowiem  pewien,  że  jej  głos  jest  zupełnie 

wyjątkowy.  Liza  ma  wielki  talent,  myślał,  i  ten  talent  nakaże  jej 

pewnego  dnia  opuścić  go.  Tę  jedną  myśl  odsuwał  od  siebie  jak 

najdalej. 

 

Liza  podniosła  powieki.  Przez  żaluzje  zaglądało  słońce. 

Przeciągnęła się z lubością, spojrzała na zegarek i natychmiast usiadła. 

Dochodziło południe. Pani Allen uzna ją za lenia. Liza  wyskoczyła z 

łóżka,  odsłoniła  okno  i  odkryła,  że  ma na  sobie tylko  białą  koszulkę. 

No tak, nie ma w co się ubrać. 

Nie zdążyła jednak wpaść w panikę z tego powodu, bo dostrzegła 

kilka pakunków na krześle, które wieczorem zajmował Nick. Zajrzała 

do nich i znalazła kilka par fig, biustonosze, dżinsy, sportowe spodnie 

w  kolorze  khaki,  dwie  bluzy  i  sweter.  Ubrała  się  szybko,  wszystko 

pasowało  na  nią  idealnie.  Pełna  podziwu  dla  intuicji  Nicka, 

przypomniała  sobie,  że  pani  Allen  zabrała  wieczorem  do  prania 

background image

rzeczy,  w  których  Liza  przyjechała.  Stąd  też  zapewne  Nick  znał  jej 

rozmiar. 

Poczuła  głód,  zbiegła  więc  na  dół,  z  nadzieją,  że  znajdzie 

gospodynię w kuchni. 

-  Dzień  dobry,  złotko  -  przywitała  ją  pani  Allen  z  szerokim 

uśmiechem. - Jak się dziś mamy? 

- Wypoczęta aż nadto. Wstyd mi, że tak zaspałam. 

-  Nie  ma  za  co.  Nick  powiedział,  że  nie  sypiała  pani  ostatnio, 

musi pani to nadrobić. Proszę siadać, zaraz podam śniadanko. 

Liza  znajdowała  wielką  przyjemność  w  opiekuńczości  Bonnie. 

Usiadła, mówiąc: 

-  Tylko  grzankę,  proszę.  Nick  każe  mi  na  pewno  zjeść  wielki 

lunch, a to już prawie pora lunchu. 

- O tak, z tego chłopaka będzie kiedyś dobry ojciec, prawda? 

Uśmiech  Lizy  przybladł  nieco,  ale  zebrała  się  w  sobie  i 

przytaknęła. 

- Może dać pani sok pomarańczowy zamiast mleka, póki nie ma w 

domu  naszego  despoty?  -  spytała  pani  Allen,  nie  zauważając 

zmieszania gościa. 

- Och tak, bardzo proszę. 

Po chwili Liza chrupała ciepłą grzankę z dżemem truskawkowym 

i  piła  sok.  Chciała  zapytać  o  Nicka,  uznała  jednak,  że  to  nie  jej 

sprawa.  Cierpliwość  opłaciła  się, bowiem  pani  Allen  sama  podzieliła 

się z nią tą cenną wiedzą. 

background image

- Nick stwierdził, że pójdzie do kościoła jak w każdą niedzielę, że 

tak  będzie  lepiej  wyglądało.  Po  mszy  wpadnie  do  sklepu  kupić  pani 

więcej ubrań. 

-  Po  co?  Kupił  już  tyle!  Całkiem  mi  to  wystarczy,  i  doskonale 

pasują. 

Nie dodała już, że ubrania są może jednak ciut za szerokie, bo i w 

swoich własnych gubiła się odrobinę po minionym, ciężkim tygodniu. 

-  Chłopak  jest  uparty,  złotko.  Jak  mu  się  zdaje,  że  potrzeba  pani 

więcej  ubrań,  to  je  kupi,  a  pani  może  sobie  protestować.  On  już  taki 

jest, opiekuńczy. 

- Tak - przyznała Liza. - Tyle dla mnie zrobił. 

- Przyszła pani do niego z gardłem? 

Liza  zdała  sobie  sprawę,  że  od  tamtej  wizyty  minęły  zaledwie 

dwa dni, a zdawałoby się, że było to wieki temu. 

-  Tak.  Źle  spałam,  nie  dojadałam,  no  i  w  końcu  odbiło  się  na 

moim głosie. Mój głos!  -  zawołała nagle, słysząc, że nareszcie brzmi 

już normalnie. - Głos mi wrócił. 

-  Nie  jest  jeszcze  taki  silny.  Nick  mówi,  że  nie  zdrowieje  się  z 

dnia na dzień. 

- Wiem, ale jaka to ulga znowu normalnie mówić. 

- Bałaś się, złotko, że już nie zaśpiewasz? 

Liza nie odpowiedziała od razu. 

- Pyta pani o zawodowe śpiewanie? 

Pani Allen potwierdziła. 

background image

-  To  musi  być  wspaniałe  uczucie,  jak  się  widzi  te  tłumy,  które 

panią oklaskują. 

Liza zmarszczyła brwi. 

-  Pewnie  tak.  Ale,  jeśli  mam  być  szczera,  trochę  mnie  to 

zmęczyło.  Ciągle  jestem  w  drodze,  prawie  się  nie  widuję  z 

najbliższymi.  Moja  kuzynka  Em...  Mam  bardzo  bliską  kuzynkę,  z 

którą spotykam się trzy, cztery razy do roku. 

- Kuzynkę? - spytała pani Allen ze zdziwieniem. 

- No tak. 

-  Myślałam,  że  taka  piękna  dziewczyna  jak  pani  nie  może  się 

opędzić od mężczyzn. 

Liza uśmiechnęła się bez cienia radości. 

-  Widać,  że  nie  zna  pani  mojej  matki.  Przekupiła  jedynego 

mężczyznę,  który  wydawał  mi  się  kiedyś  ważny,  bo  bała  się,  że  mi 

zrujnuje  karierę.  -  Z  westchnieniem  dodała  jeszcze:  -  Niepotrzebnie 

się obawiała. Chciał się ożenić dla pieniędzy i pchałby mnie na scenę 

tak samo energicznie jak ona. 

-  Matka  go  przekupiła?  -  Pani  Allen  była  zszokowana.  -  No  coś 

takiego! Niech się pani nie przejmuje, złotko, jest pani taka śliczna, że 

na pewno jeszcze pani znajdzie odpowiedniego mężczyznę. 

Kiedy  Liza  szukała  w  myślach  odpowiedzi,  doszedł  je  dźwięk 

otwierającej się bramy garażu i wołanie Nicka. 

- Wróciłem! Jest ktoś w domu? 

 

 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Znalazł  obie  kobiety  w  kuchni.  Liza  miała  zaczerwienione 

policzki,  ale  nie  miał  pojęcia,  z  jakiego  powodu.  A  znów  Bonnie 

niemal promieniała. 

- O co chodzi? - spytał. 

- O nic - szybciutko rzuciła Liza. 

-  Czekamy  na  ciebie  z  lunchem  -  rzekła  poważnie  gospodyni.  - 

Byłeś w sklepie? 

- Tak. 

Nick  unikał  wzroku  Lizy.  W  sklepie  czuł  się  zmieszany, 

wyobrażał  sobie  Lizę  w  kupowanych  dla  niej  ubraniach.  W  dziale  z 

bielizną obrazy w jego wyobraźni zaostrzyły się i wyolbrzymiły. 

- Zostawiłem torby w pralni. 

-  No  to  przynieś  je  tu  -  poprosiła  Bonnie.  -  Liza  na  pewno  jest 

ciekawa, co wybrałeś. 

-  Nie!  -  krzyknęła  Liza,  nie  patrząc  na  Nicka.  -  Dość  mi  już 

nakupowałeś, zobacz, mam... 

- Ładnie wyglądasz. Ale dwie zmiany ubrania na dwa tygodnie to 

stanowczo za mało. Od razu się zniszczą od ciągłego prania. Poza tym 

- dodał - to nie jest nic ładnego. Na pewno jesteś przyzwyczajona do 

eleganckich, drogich ciuchów w najlepszym gatunku. 

Dobrze wiedział, że bogate kobiety wydają na garderobę majątek. 

Za  jedno  ubranie  płacą  tyle,  ile  przeciętna  rodzina  przeznacza 

miesięcznie na jedzenie. 

- Och, nie marudź - skarciła go Bonnie i ruszyła do pralni. 

background image

Nick chciał ją zatrzymać. Na próżno. Miał zamiar ukryć pudełka z 

jedwabną  bielizną  i  zanieść  je  później  do  pokoju  Lizy.  Widział  już 

oczami wyobraźni, jak Liza robi dla niego pokaz bieliźniarskiej mody, 

i nie miałby nic przeciwko temu, żeby tak się stało. 

- Nick? 

- Tak? 

- Wysłałeś pieniądze? 

- Tak. Rozmawiałem rano z księgowym, miał się zaraz tym zająć. 

-  Dziękuję.  Wypiszę  ci  czek  na  tę  sumę  plus  wszystkie  inne 

wydatki. Ile cię kosztowały te zakupy? 

-  Nic.  Wziąłem  na  kredyt,  rachunek  dostanę  za  miesiąc.  -  Nie 

chciał, by mu oddawała pieniądze, nie wiedział czemu, ale kupowanie 

dla niej sprawiło mu wielką przyjemność. 

- Niech mnie! - wołała Bonnie, wchodząc z powrotem do kuchni z 

naręczem  pakunków.  -  Ale  cię  poniosło!  Niech  pani  spojrzy  tylko, 

Lizo, niech pani zobaczy, co nakupował. Ma niezły gust. 

Nie czekając, Bonnie złożyła na kuchennym blacie stos pudełek i 

zdjęła  pokrywę  z  pierwszego  z  nich.  Jedwabny  komplet  bielizny  w 

kolorze  bladej  limonki  leżał  na  samym  wierzchu.  Nick,  widząc  w 

sklepie ten oryginalny kolor, natychmiast zobaczył w nim zielonooką 

Lizę w ponętnej pozie. 

- Ja... pomyślałem, że przyda ci się więcej bielizny. 

-  A  której  kobiecie  się  nie  przyda?!  -  zawołała  Bonnie.  -  Pani 

patrzy, 

jeszcze 

trzy 

komplety, 

każdy 

innym 

kolorze: 

brzoskwiniowy, błękitny i biały. Śliczności, co? 

background image

- Śliczności - przytaknęła Liza słabym głosem. 

Kolejne  pudełko  kryło  w  sobie  dwa  szlafroki  od  Diora,  z 

cienkiego,  matowego  jedwabiu,  proste  w  kroju,  w  komplecie  w 

koszulami nocnymi.  

Nick obawiał się, że dłużej tego nie wytrzyma. Porwał dwa pudła, 

położył je na krześle. 

- To tylko jakieś szmatki. Mam nadzieję, że ci się spodobają. 

Liza spojrzała na niego niepewnie. Czyżby pomyślała sobie po tej 

prezentacji,  że  jednak  chce  ją  uwieść?  Że  nie  dotrzyma  słowa? 

Obiecał,  że  jej  nie  tknie.  Nie  przyrzekał  jednak,  że  przestanie  o  tym 

myśleć. 

Bonnie  mimo  wszystko  zabrała  się  do  następnego  pudła  i 

wyciągnęła  sweter  z  kaszmiru  o  barwie  leśnej  zieleni,  a  do  tego 

wełnianą  spódnicę.  W  październiku  zaczynały  się  pierwsze  chłody, 

taki komplet idealnie nadawał się na spacery. 

-  Ale...  skoro  nie  wolno  mi  wychodzić,  nie  będzie  mi  to 

potrzebne. 

Nick wzruszył ramionami. 

- Możesz to nosić później. 

Na  tym  nie  kończyły  się  zakupy  Nicka.  Nabył  jeszcze  dżinsową 

bluzę  i  kilka  podkoszulków,  granatowy  kostium  Chanel,  długą, 

dziewczęcą w wyrazie wełnianą suknię z plisowanym dołem i białymi 

mankietami, sztruksowe tabaczkowe spodnie i gruby kremowy sweter, 

sięgający bioder. 

- To za dużo, Nick. - Liza czuła się skrępowana. 

background image

Daphne miała kilka szaf wypchanych ubraniami, a mimo to wciąż 

kupowała  nowe.  Czyżbym  podświadomie  sprawdzał  Lizę?  - 

zastanowił się Nick. Jeśli nawet, to zdała ów test celująco. 

- Wcale nie. A gdybyś jeszcze czegoś potrzebowała, daj mi znać. - 

Odchrząknął. - Mamy tu wcale nie gorsze sklepy niż w Nowym Jorku. 

Odważne  stwierdzenie,  ale  nawet  Daphne  nie  skarżyła  się  na 

miejscowe zaopatrzenie. Saratoga Springs to popularne miejsce wśród 

nowojorczyków, zwłaszcza w sezonie wyścigowym. 

- Nie wątpię. 

-  Mówiłam,  że  Nick  ma  dobry  gust.  No,  zabierajcie  to  na  górę, 

muszę  się  zająć  lunchem.  Pewnie  Nick  będzie  chciał,  żeby  się  pani 

potem zdrzemnęła - powiedziała Bonnie, a uśmiech nie schodził z jej 

twarzy. 

- Dopiero się obudziłam - sprzeciwiła się Liza. 

-  No  to  pooglądamy  mecz.  -  Nick  wymyślił,  że  futbol  uśpi  Lizę 

lepiej niż pigułka. Większość kobiet nie znosi futbolu. 

- A kto gra? - zainteresowała się, zaskakując go. 

- Giganci i Kowboje, a potem nie pamiętam. 

-  No  to  pospieszmy  się.  -  Chwyciła  część  pudeł  i  pomknęła  do 

drzwi. 

Nick patrzył na Bonnie zdębiały. 

- Ona lubi futbol? 

-  Na  to  wygląda.  Masz  szczęście  -  oświadczyła  pani  Allen, 

patrząc, jak jej pracodawca wybiega z kuchni uginając się pod stosem 

eleganckich ubrań. 

background image

Wszystko układa się możliwie najlepiej, pomyślała. Telefoniczna 

informacja  Nicka,  że  będą  mieli  gościa,  zdumiała  ją  niepomiernie, 

ponieważ  Nick  rzadko  spotykał  się  ze  znajomymi,  a  kobiet  od  czasu 

rozwodu  wręcz  unikał.  Pani  Allen  była  przekonana,  że  Nick 

przyprowadzi  do  domu  koleżankę  i  widok  Nicka  z  Lizą  na  rękach 

wywołał w niej nie lada szok, ale równocześnie radosne podniecenie.  

Mina  jej  trochę  zrzedła,  gdy  odkryła,  kim  jest  Liza.  Ze  swoją 

nieprzeciętną  urodą  i  równie  niecodziennym  bogactwem,  Liza  za 

bardzo  przypominała  tę  koszmarną  Daphne.  Szybko  wszak  okazało 

się, że obie kobiety nie łączy nic poza tym. Liza była miła i uprzejma, 

niczego  nie  żądała,  przepraszała,  gdy  zdarzyło  jej  się  dłużej  pospać. 

No i nie traktowała gospodyni protekcjonalnie. 

Zakupy,  które  Nick  zrobił  dla  Lizy,  też  były  bardzo  wymowne. 

Bonnie  uśmiechnęła  się  pod  nosem,  przypominając  sobie  jedwabną 

bieliznę  i  czerwone  policzki  Nicka,  kiedy  pokazywała  ją  Lizie.  Od 

rozwodu  Nicka  minęły  cztery  lata.  To  nienaturalne,  by  mężczyzna 

obywał  się  taki  szmat  czasu  bez  kobiety,  uznała  Bonnie,  zaczynając 

się  martwić.  Obecność  Lizy  trochę  ją  uspokoiła,  temperatura  Nicka 

wyraźnie rosła. Teraz pora pomóc trochę losowi, uznała Bonnie. 

Liza  oznajmiła  Nickowi,  że  później  przymierzy  resztę  ubrań, 

najwidoczniej nie chciała robić tego w jego obecności. Stwierdziła, że 

nie  powinni  kazać  czekać  pani  Allen.  Podejrzewając,  że  to  tylko 

wymówka,  Nick  przyznał  jej  rację  i  oboje  wrócili  na  dół.  W  kuchni 

były już przygotowane trzy tace. 

Nick popatrzył na Bonnie. 

background image

- Pospiesz się - zaordynowała. 

Znów na nią spojrzał. 

-  Zdawało  mi  się,  że  chcecie  zjeść  w  pokoju,  żeby  nie  stracić 

meczu. Zaczął się pół godziny temu. 

Zdumienie  Nicka  było  głęboko  uzasadnione.  Jego  gospodyni 

upierała  się  zawsze,  by  jadał  przy  stole  w  kuchni,  głosząc  opinię,  że 

telewizja źle wpływa na trawienie. Liza nie miała pojęcia o radykalnej 

zmianie w myśleniu Bonnie. 

- To bardzo miło z pani strony, pewnie też lubi pani futbol - rzekła 

z uśmiechem. 

-  O  tak,  złotko,  już  ja  lubię  ten  futbol.  Nałóżcie  sobie  sałatkę  i 

bułeczki, a ja wyjmę pieczeń z piekarnika. Na deser skończymy ciasto 

czekoladowe. 

Podejrzenia  Nicka  rosły  z  każdą  chwilą.  Nigdy  nie  widział,  by 

Bonnie  oglądała  sport  w  telewizji,  chyba  że  ukrywała  to  przed  nim. 

Nie  dałby  nawet  głowy,  że  jego  gospodyni  wie,  kim  są  Giganci.  Tu 

chodzi  o  coś  całkiem  innego,  pomyślał.  Może  Bonnie  odgadła  jego 

zamiar uśpienia Lizy za pomocą meczu? 

Uznając, że to prawdopodobne, z uśmiechem podał Lizie sałatkę, 

a  ona  podsunęła  mu  talerz  z  gorącymi  jeszcze  bułeczkami.  Kiedy 

Bonnie położyła na stole wielki garnek i podniosła pokrywkę, kuchnię 

wypełniła wspaniała woń duszonej wołowiny. 

-  Chyba  odzyskuję  apetyt,  Bonnie.  Święty  by  się  nie  oparł  tym 

twoim  cudom  -  rzekła  Liza,  sprawiając  ogromną  przyjemność 

gospodyni. 

background image

W ciągu pięciu lat, które spędził z Daphne w tym domu, Nick ani 

razu  nie  widział  pani  Allen  tak  rozpromienionej.  Swoją  drogą,  jego 

żona ani razu nie pochwaliła Bonnie za jej znakomitą pracę. 

- Niech się pani częstuje, złotko. 

Liza  wzięła  spory  kawałek  pieczeni,  ziemniaki,  marchewkę  i 

cebulę,  gotowane  w  tym  samym  garnku.  Bonnie  w  tym  czasie 

napełniała  szklanki  mrożoną  herbatą.  Nick  łaskawie  pozwolił  Lizie 

wypić porcję mleka dopiero przy deserze. 

- Weźmiesz swoją tacę, Lizo? - spytał. 

- Pewnie - obruszyła się. - Nie jestem dzieckiem. 

- Nie, ale wciąż nie nabrałaś sił. 

Dopiero  co  niósł  ją  na  rękach,  nie  mogła  więc  zaprzeczyć. 

Otworzyła jednak usta, żeby coś wtrącić. 

-  Żadnych  kłótni.  Stracicie  kawał  meczu  -  ostrzegła  pani  Allen, 

jakby mecz był w tej chwili najważniejszą rzeczą na świecie. 

I udało jej się.  Liza postawiła szklankę na tacy, potem rozejrzała 

się zdezorientowana. 

- O co chodzi? - spytał Nick. 

- Gdzie mam iść? Znam tylko kuchnię i mój pokój. 

- Wybacz, potem cię oprowadzę. Chodź za mną. 

To  był  ulubiony  pokój  Nicka  w  całym  domu.  Jedna  ze  ścian 

składała się z wielkich okien wychodzących na las, który rozciągał się 

tuż  za  granicą  podwórka.  Przy  drugiej  ścianie  stał  telewizor  z 

ogromnym  ekranem,  a  naprzeciw  niego  miękkie  zielone  kanapy  z 

poduchami. 

background image

Nick  odstawił  swoją  tacę  i  wyciągnął  z  szafki  trzy  małe  stoliki. 

Jeden  ustawił  z  boku  kanapy  i  położył  na  nim  tacę  Lizy.  Przysunął 

potem  do  kanapy  swój  stolik,  a  trzeci,  dla  Bonnie,  umieścił  przed 

drugą kanapą. 

-  Pozwolisz?  Lepiej  stąd  widać  ekran  -  powiedział,  przysiadając 

się do Lizy. 

- Oczywiście. Może ja się przesiądę, zostawię lepsze miejsce dla 

Bonnie. Tak się cieszyła na ten mecz. 

- Tam będzie jej dobrze. Naprawdę lubisz futbol, czy żartowałaś? 

- Bardzo lubię. Wujek Joe ciągle grał z chłopcami, i jeszcze nas, 

dziewczynki, wciągali do gry. 

- Kopałaś piłkę? Często cię faulowali? 

-  Nie,  nie  mogli  mnie  dogonić.  Bardzo  szybko  biegam  - 

pochwaliła się z uśmiechem, który znikał stopniowo z jej twarzy. - To 

były cudowne lata. 

- Mówisz, jakby odeszły na zawsze. 

- Bo odeszły  - powiedziała tonem, który świadczył o tym,  że nie 

chce  dłużej  rozmawiać  na  ten  temat.  -  Może  włączysz  jednak 

telewizor? 

Nick wstał i sięgnął po pilota. W drzwiach pokazała się Bonnie z 

tacą. 

-  Dzieci  kochane,  nie  gniewajcie  się,  ale  przypomniałam  sobie 

właśnie, że zaczęłam czytać wczoraj wieczorem kryminał i umrę, jak 

się nie dowiem, kto zabił. Chyba sobie podaruję dzisiaj mecz. 

- Powiem ci, kto zabił - zaproponował Nick. 

background image

On sam polecił Bonnie tę książkę. 

- Ani się waż! Nie gniewa się pani, Lizo? 

- Ależ nie, Bonnie, jeśli woli pani poczytać. 

-  To  świetnie.  Bawcie  się  dobrze...  tymi  karzełkami  -  dodała  i 

zniknęła za drzwiami. 

Liza spojrzała na Nicka. 

- Karzełkami? 

- Chyba miała na myśli Gigantów. 

Wpatrując się dalej w Nicka, Liza zapytała: 

- Ona nie ogląda meczów, prawda? 

- Nic mi o tym nie wiadomo - przyznał. 

- To dlaczego mówiła, że lubi futbol? 

- Może chciała ci zrobić przyjemność. 

- Jaka kochana! Co za szczęście, że ją masz, Nick. 

- Święta racja - przyznał ponownie. 

Bonnie  była  nie  tylko  wyśmienitą  kucharką,  ale  po  śmierci  jego 

rodziców  potrafiła  mu  stworzyć  prawdziwie  rodzinną  atmosferę. 

Zapewne  teraz  tym  samym  chciała  obdarować  Lizę.  Nick był  bardzo 

zadowolony z tego powodu. 

Kilka  godzin  później  Liza  lekko  uniosła  powieki  i  zaraz  je 

zamknęła.  Nie  ruszyła  się,  było  jej  tak  wygodnie,  że  nie chciała  zbyt 

szybko  się  budzić.  Trwałaby  tak,  gdyby  nie  usłyszała  nagle  bicia 

czyjegoś serca. Szeroko otworzyła oczy, stwierdzając, że leży z głową 

na  kolanach  Nicka.  Nick  obejmował  ją  ramieniem,  skupiony  na 

ekranie telewizyjnym. 

background image

- Przepraszam - powiedziała, odsuwając się od niego. - Pewnie ci 

nogi zesztywniały, powinieneś był mnie obudzić. 

- Czemu? O to mi chodziło, żebyś zasnęła. 

- Ale... Oszukałeś mnie, Nick! 

-  Jestem  niewinny.  Ja  cię  nie  uśpiłem,  ja  tylko  stworzyłem  ci 

warunki.  To  ty  zamknęłaś  oczy  podczas  gry,  którą  ponoć  tak  bardzo 

się pasjonujesz. 

- Owszem, pasjonuję się. Pewnie byłam bardziej zmordowana, niż 

mi  się  wydawało.  Cały  czas  tylko  jem  i  śpię.  Kiedy  wreszcie  będę 

znowu  normalna?  -  zapytała,  jakby  to  w  ogóle  było  możliwe  w 

obecności  Nicka.  Sam  jego  widok  przyspieszał  jej  tętno  i  kierował 

myśli w stronę zupełnie niewskazaną. 

-  Za  parę  tygodni.  Zresztą  potem  też  będziesz  musiała  się 

szanować. Masz już zaplanowane dalsze koncerty? 

-  Mówiłam  matce,  żeby  odwołała  wszystko  na  najbliższe  cztery 

tygodnie. Nie chcę nawet próbować wracać na scenę, póki Emily ma 

kłopoty. 

Kiwnął  głową  ze  zrozumieniem.  Nie  wypytywał  o  rozmowę  z 

Emily i była mu za to wdzięczna. Uznała, że lepiej nie mówić za dużo 

nikomu, nawet jemu. 

- To co, pora na ciastko? 

Ku swojemu zdziwieniu, Liza miała na nie ochotę. 

- Wiesz co, chętnie. - Zaśmiała się. - Chyba będę musiała przejść 

na dietę, kiedy stąd wyjadę. 

Nick natychmiast zmarszczył czoło. 

background image

- Nie chcę słyszeć o żadnej diecie. Podstawą twojego zdrowia jest 

racjonalne odżywianie. 

- Czy należy do tego ciasto czekoladowe? 

- Owszem, to zdrowa odmiana - zapewnił. 

Zaczęła się podnosić, ale nie pozwolił jej wstać. 

- Przyniosę ci, odpoczywaj. 

Kończyli już prawie deser, kiedy zadzwonił telefon. Nick sięgnął 

po słuchawkę. 

- Doktorze, mówi Ramsey. 

Patrząc na Lizę porozumiewawczo, Nick odezwał się: 

- Tak, inspektorze? Co słychać? 

Liza zbliżyła ucho do słuchawki. 

- W porządku. Zawiózł pan panią Colton na lotnisko? 

-  Nie  -  odparł  spokojnie  Nick.  -  Pojechała  limuzyną  hotelową.  - 

Mrugnął do Lizy. - Wie pan, jakie są te gwiazdy, jak tylko usłyszała o 

limuzynie... Ale w czym problem? 

-  Nie  jestem  pewien.  Próbowaliśmy  skontaktować  się  z  nią  pod 

numerem,  który  nam  dała.  Zostawiłem  wiadomość,  ale  nie 

oddzwoniła. 

- Była bardzo zmęczona. Mogła spać wiele godzin. Myślałem, że 

ma pan coś nowego w sprawie śledztwa? 

-  Na  lotnisku  widziano  mężczyznę  podobnego  do  tego,  którego 

opisała  pani  Colton.  Ochrona  lotniska  nas  zawiadomiła.  Chcieliśmy 

się upewnić, czy bezpiecznie dotarła do domu. 

- Rozumiem. Może słyszał pan coś o jej kuzynce? 

background image

W słuchawce zapadła cisza. 

- Czemu pan o nią pyta? - ostro zapytał inspektor. 

Liza rzuciła Nickowi wymowne spojrzenie. 

- Tak sobie. Słyszał pan coś? 

Znowu cisza. 

- Musimy wiedzieć, gdzie jest pani Colton. 

- Dlaczego? 

-  Proszę  wybaczyć,  ale  to  nie  pański  interes,  doktorze,  chyba  że 

ukrywa pan coś przede mną. Nie chciałbym pana aresztować, w końcu 

jest  pan  szanowanym  lekarzem,  ale  taka  jest  kara  za  utrudnianie 

śledztwa. 

-  Wiem  tylko  to,  co  mi  mówiła,  że  chce  zniknąć  na  kilka  dni. 

Przestraszyła się tego mężczyzny. Pewnie dlatego powiedziała matce, 

że nie będzie odpowiadać na telefony ani otwierać drzwi. 

- Ma pan numer jej matki? 

Nick o mało się nie zakrztusił. 

- Widzę, że jeszcze pan z nią nie rozmawiał, zresztą nikt nie robi 

tego dobrowolnie. - Mrugnął do Lizy, która wbiła mu łokieć w żebra. 

- Nie rozumiem. 

- Powiedzmy, że trudno się z nią dogadać. 

- A kontakt do domu pani Colton w Kalifornii? 

-  Inspektorze,  byłem  jej  lekarzem,  i  to  krótko.  Mam  tylko  jej 

nowojorski  numer.  Może  pan  zadzwonić do  jej  wuja,  Joego  Coltona. 

Może się z nim kontaktowała w międzyczasie. 

background image

Liza  gwałtownie  potrząsnęła  głową.  Nie  chciała,  by  wuj  martwił 

się  o  nią,  nie  mogła  też  zadzwonić  do  niego,  by  go  uspokoić.  Nie  z 

domu  Nicka  w  każdym  razie,  bo  wuj  zobaczyłby  numer  na 

wyświetlaczu. 

Inspektor stęknął sfrustrowany. 

-  Spędził  pan  tu  najwięcej  czasu  z  tą  panią,  potrzebuję  jakiejś 

wskazówki. 

- Z panią Colton? 

- Tak, z panią Colton. - Ramsey był rozdrażniony. - Sądzi pan, że 

ukartowały to wszystko z tą kuzynką? 

Liza,  zszokowana  pytaniem  policjanta,  spojrzała  na  Nicka  z 

oburzeniem. Nick lekko pokręcił głową. 

-  Wykluczone.  Choroba  pani  Colton  wzięła  się  właśnie  ze 

wstrząsu,  jaki  spowodowało  zniknięcie  kuzynki,  i  będących 

rezultatem  tego  brakiem  snu  i  niejedzeniem.  Nikt  by  sobie 

dobrowolnie tego nie zafundował. 

-  Słyszałem  już  dziwniejsze  historie.  Jeśli  to  prawda,  co  pan 

twierdzi,  jak  to  się  dzieje,  że  stan  pani  Colton  tak  skutecznie  się 

poprawia? Przecież nie wie, co się dzieje z kuzynką. 

Liza  bała  się,  że  policjant  zapędził  Nicka  w  kozi  róg,  lecz  Nick 

miał i na to odpowiedź. 

-  Podawałem  jej  środki  uspokajające,  wyciszając  jej  umysł,  żeby 

organizm  mógł  odrobić  zaległości.  Zapewne  powinienem  był 

zatrzymać  ją  tu  dłużej.  Boję  się,  że  może  sobie  znów  zaszkodzić. 

Niestety, nie mogłem tego zrobić bez jej zgody. 

background image

- Hm. 

- Skąd w ogóle ten pomysł, inspektorze? 

- Są powody. Joe Colton miał telefon. Ktoś dzwonił z mieszkania 

Lizy Colton. 

- Ktoś dzwonił? - powtórzył Nick. 

Liza  oniemiała.  Ta  wiadomość  znaczyła  tylko  jedno,  a 

mianowicie, że ktoś się do niej włamał. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Miał  przed  sobą  półprzytomną  z  przerażenia  twarz  Lizy.  Nie 

pytając jej o zdanie, rzekł do słuchawki: 

-  Inspektorze,  myślę,  że  byłoby  dobrze,  gdybyśmy  porozmawiali 

osobiście. Mógłby pan przyjechać do mnie do domu? 

Po pełnej napięcia chwili policjant odezwał się: 

- Tak. Kiedy panu odpowiada? 

-  Wiem,  że  dziś  niedziela,  ale  myślę,  że  warto,  żeby  pan 

przyjechał zaraz. 

-  Ja  też  tak  myślę.  Będę  za  jakieś  dwadzieścia  minut  -  odrzekł 

Ramsey i odłożył słuchawkę bez pożegnania. 

- Nick! Co ty wyprawiasz? Przecież on się domyśli, że tu jestem. 

Obiecałeś, że mnie ukryjesz,  że nie pozwolisz, żeby mnie nachodziła 

policja! - wykrzyczała mu w twarz Liza. 

-  Źle  kombinujesz,  kochanie  -  powiedział  spokojnie.  -  Jeżeli  nie 

przyznamy się, że tu jesteś, że to nie ty dzwoniłaś do wuja, śledztwo 

background image

pójdzie  złym  torem.  Poza  tym,  jeśli  mam  być  szczery,  nie  uśmiecha 

mi się więzienie. 

-  Dobrze,  wobec  tego  płacę  ci  i  wyjeżdżam.  -  Zeskoczyła  z 

kanapy, najwidoczniej zamieniając słowa w czyn. 

Nick chwycił ją za rękę i przytrzymał. 

- Nie musisz. Nic się nie stanie, jeśli policja dowie się, że jesteś u 

mnie. Nikomu nie powiedzą. 

- Nawet mojej rodzinie? Wątpię. 

Miała rację. Pomimo to Nick uważał, że postąpił słusznie. 

-  Musisz  tylko  wytłumaczyć  mu,  dlaczego  rodzina  nie  powinna 

się o tym dowiedzieć. 

-  Niby  jak?!  -  krzyknęła  ze  złością,  a  jej  głos  brzmiał  pięknie 

nawet w takiej chwili. 

- Po prostu mu powiesz. 

-  To  nie  ma  sensu,  Nick.  Nikt  mi  nie  uwierzy.  Od  razu  będzie 

wiedział, że rozmawiałam z Emily i... Nie, nie mogę jej zdradzić. 

- Niczego nie będzie wiedział. Powiesz, że to ty podejrzewasz od 

początku ciotkę, zresztą nie jest to dalekie od prawdy. 

-  Być  może.  Czułam,  że  coś  jest  nie  tak,  a  Emily  tylko  to 

potwierdziła. Nie chodzi tu tylko o porwanie. Zabójstwo Emily też nie 

ma sensu, chyba że zaplanowała je Meredith, czy ta kobieta, która się 

za nią podaje. 

- Myślisz, że chce ją zabić? A okup? - pytał, nie spuszczając z niej 

wzroku. 

- Emily... Powiedziała, że ten mężczyzna próbował ją zabić. 

background image

Nick ściągnął brwi. 

-  Może  nie  mów  lepiej,  że  twoim  zdaniem  to  próba  morderstwa. 

Powiedz mu jedynie, że podejrzewasz, że ktoś z rodziny bierze w tym 

udział. To go wcale nie zdziwi, często się zdarza, że ofiara dobrze zna 

swojego prześladowcę. - Przesunął dłonie wzdłuż jej ramion. 

Chciał ją uspokoić, a tymczasem poczuł dziwne napięcie. Miał ze 

sobą  kłopoty  już  wtedy,  kiedy  spała  na  jego  kolanach,  musiał  cały 

czas  pamiętać  o  swojej  obietnicy.  Teraz,  w  toku  pełnej  emocji 

rozmowy,  pragnienie  pocałunku,  dotyku,  pieszczoty,  było  bardzo 

silne. 

-  Pozwól  mi  wyjechać,  muszę  się  stąd  wydostać.  Nie  dałeś  mi 

dość czasu, żeby... 

-  To  niebezpieczne.  Nie  możesz  teraz  wrócić  do  swojego 

mieszkania, ten mężczyzna na pewno je obserwuje. 

- Dlaczego tak mówisz? 

- A jak myślisz, kto dzwonił z twojego telefonu? 

Liza opadła bezsilnie na kanapę. 

- O Boże, nie pomyślałam o tym. Sądzisz, że to on? Przecież tam 

jest  portier,  nie  wpuściłby  nikogo  do  mojego  mieszkania.  Nie...  Ale 

kto...  -  Zamknęła  oczy,  jakby  nie  mogła  spojrzeć  w  twarz 

rzeczywistości.  -  Co  by  się  stało,  gdybym  była  wtedy  w  domu?  - 

wymruczała. 

Nick milczał. Chciał, by sama pojęła powagę sytuacji. 

- Mogłabyś już nie żyć. 

Liza pobladła. 

background image

-  I  Emily  też  -  wyszeptała.  -  Mógłby  mnie  zmusić,  żebym  mu 

wyjawiła miejsce jej pobytu. 

- Taak. 

Zaskoczyła go, wtuliła się w niego. 

- Nick, dziękuję, że mnie tu przywiozłeś. Uratowałeś mi życie! 

Przytulił  ją  i  pocałował  w  skroń.  Już  sama  myśl,  że  ktokolwiek 

mógłby skrzywdzić tę kobietę, była wystarczająco okropna. Podobnie 

jak możliwość, że Liza mogła się w ogóle nie pojawić w jego życiu. 

Po kilku minutach Liza odsunęła się od niego. 

- Muszę im powiedzieć, prawda? 

-  Tylko  dlaczego  postanowiłaś  się  tu  schronić.  Nawet  gdyby 

inspektor  nie  uwierzył  w  twoje  argumenty,  jestem  pewien,  że 

zatrzyma ten adres dla siebie. Może jednak zawiadomić twojego wuja, 

że jesteś bezpieczna, choćby nie zdradził mu, gdzie jesteś. 

-  Nie  chciałam  denerwować  wuja.  Wolałabym,  żeby  myślał,  że 

odpoczywam u siebie. 

-  Ktoś  już  na  pewno  doniósł  mu,  że  telefon  był  z  twojego 

mieszkania, więc musi się zadręczać. - Nick przyciągnął ją znowu, nie 

będąc w stanie odmówić sobie tego. - Ja bym zwariował - mruknął. 

Liza wyzwoliła się z objęć i wstała. 

- Nie powinnam była ci się narzucać. Przepraszam. 

-  Powiedziałem  przecież,  że  niczego  od  ciebie  nie  oczekuję.  Ja 

dotrzymuję  słowa  -  przekonywał  ją, żeby  nie  bała  się  być  z  nim  sam 

na sam. 

background image

- Tym bardziej nie powinnam. To było nie fair, że skorzystałam z 

twojej propozycji. Wykorzystałam cię. 

-  Nie  jestem  nastolatkiem,  Lizo.  Dla  ciebie  jestem  pewnie  stary, 

mam trzydzieści osiem lat, dwanaście więcej od ciebie. I potrafię nad 

sobą panować. - Za nic nie przyznałby się, że odkąd zjawiła się w jego 

życiu, ma z tym poważne kłopoty. 

Skinęła głową, oddalając się o kolejny krok, jakby czytała w jego 

myślach. 

- Uważasz, że jestem stary? - spytał gorzko, zastanawiając się, czy 

ona w ogóle wie, o co on ją pyta. 

-  Nie!  Na  nic  nie  jesteś  za  stary.  Doceniam  twoją  szczerość.  - 

Mówiła szybko, oddychając jak po długim biegu. 

Nie  zdążył  odpowiedzieć,  bo  zadzwonił  dzwonek  u  drzwi. 

Zerknął na zegarek. 

-  Albo  inspektor  Ramsey  jest  szybszy,  niż  powiedział,  albo  to 

jakiś inny gość. Zostań tu i siedź cicho. 

Zostawił  ją  stojącą  za  kanapą,  zamknął  za  sobą  drzwi  i  szybkim 

krokiem  ruszył  do  wejścia,  żeby  Bonnie  go  nie  wyprzedziła.  Nie 

chciał  jeszcze  i  jej  mieszać  w  tę  sprawę.  Na  progu  stał  inspektor 

Ramsey. 

-  Nie  spodziewałem  się  pana  tak  prędko  -  zauważył  Nick, 

zapraszając go do środka. 

-  Nie  było  korków  -  poinformował  mężczyzna,  studiując  Nicka 

wzrokiem. 

background image

Nick doskonale znał powód tego pośpiechu.  Inspektor bał się, że 

coś  może  się  wydarzyć,  zanim  zdoła  tu  dotrzeć,  że  coś  mu  umknie. 

Nie  miał  do  niego  żalu.  Gdyby  decydowała  Liza,  inspektor  nie 

minąłby się z prawdą. 

- Tędy proszę - wskazał Nick, nie tłumacząc niczego. 

Otworzył  drzwi  do  pokoju,  z  którego  przed  chwilą  wyszedł,  ale 

obok  kanapy  nie  było  nikogo.  Na  sekundę  zamarło  mu  serce. 

Pomyślał,  że  Liza  uciekła.  Wówczas  ją  dostrzegł.  Stała  za  drzwiami, 

niewidoczna  dla  inspektora.  Nick  usunął  się  i  pozwolił  mu  wejść. 

Zamknął drzwi i wziął Lizę za rękę. 

-  Inspektorze, okłamałem pana przez telefon, jak pan widzi. Liza 

jest tutaj, od wczorajszego wieczoru. 

Ramsey popatrzył na nią. 

- Widzę. 

Nick pociągnął Lizę w kierunku kanapy. 

- Proszę siadać, zaraz panu wszystko wyjaśnimy. 

- Mam nadzieję, bo inaczej będę musiał oboje was aresztować za 

utrudnianie... czy coś - burknął Ramsey. 

Nick westchnął. Liza chciała mu się wyrwać. Policjant nie rozwiał 

wcale jej wątpliwości. 

- Proszę, Lizo, wszystko będzie dobrze. 

Kiedy wreszcie wszyscy usiedli, Nick zaczął: 

-  Liza  chciała  zniknąć  na  jakiś  czas,  bała  się,  że  tamten 

mężczyzna  ze  szpitala  będzie  jej  szukał.  Zaproponowałem,  żeby 

zamieszkała u mnie. 

background image

Inspektor spojrzał na niego z sarkastycznym uśmiechem. 

- Świetny pomysł. 

Nick chętnie by mu przyłożył, ale zapanował nad sobą. 

-  Wiedziałem,  że  moja  gospodyni  bardzo  ucieszy  się  z 

towarzystwa i będzie pilnować  Lizy,  kiedy ja będę w pracy. Nikt nie 

dowiedziałby się, że Liza jest u nas, rzadko przyjmuję gości. 

- A więc ma pan gospodynię? 

- Owszem - odparł Nick, przeszywając policjanta spojrzeniem. 

-  Rozumiem  pani  lęki  i  pana  chęć  pomocy.  Nie  rozumiem, 

dlaczego  państwo  to  przed  nami  ukryli.  Jesteśmy  od  tego,  żeby 

pomagać. 

Nick zerknął na Lizę i kiwnął głową. Nie puszczał jej dłoni, czuł, 

że  Liza  jest  rozdygotana.  W  końcu  jednak  zebrała  się  w  sobie  i 

odpowiedziała: 

- Nie chciałam, żeby moja rodzina wiedziała, gdzie jestem. 

Inspektor machnął nerwowo ręką. 

- Nie rozumiem problemu, pani Colton. 

Liza poszukała wzrokiem wsparcia u Nicka. 

- Myślę... Możliwe, że ktoś z rodziny jest w to zamieszany. 

- Kto? 

Liza pominęła milczeniem tak jednoznaczne pytanie. 

- Pani Colton prosiłaby - zaczął Nick - żeby nie zdradzać miejsca 

jej pobytu nikomu, kto ma związek z tą sprawą. Chce tylko, żeby pan 

wiedział,  że  to  nie  ona  dzwoniła  ze  swojego  domu  w  Nowym  Jorku. 

Żeby nie mieszać w śledztwie. 

background image

- A ja chcę wiedzieć, kogo pani podejrzewa o udział w porwaniu. 

- Ramsey miał ponury i zdecydowany wyraz twarzy. 

Na to pytanie jedynie Liza mogła udzielić odpowiedzi. Zaschło jej 

w gardle. Nick ściskał jej dłoń, ale nie odpowiadał. 

- Zanim odpowiem - zaczęła  Liza z  wahaniem, zwilżając wargi - 

muszę  pana  uprzedzić,  że  to,  co  powiem,  może  się  panu  wydać  bez 

sensu. - Wzruszyła ramionami. - Ja jednak w to wierzę. 

- W porządku. 

- Moja... moja ciotka Meredith miała dziewięć lat temu wypadek 

samochodowy. Moja kuzynka jechała z nią wtedy. Kiedy odwiedziłam 

ich dom pierwszy raz po tym  wypadku, Emily była blada ze strachu. 

Zdradziła  mi  wtedy  coś,  tylko  mnie.  -  Liza  zawiesiła  głos,  zbierając 

myśli.  -  Powiedziała,  że  kiedy  miał  miejsce  wypadek,  widziała  dwie 

ciotki Meredith. 

- Doznała jakiegoś urazu głowy? - spytał inspektor. 

Liza  wyciągnęła  dłoń  z  dłoni  Nicka  i  popatrzyła  na  swoje 

zaciśnięte ręce. 

-  Miała  wstrząs  mózgu,  ale  to  nie  ma  znaczenia. Chodzi  o  to,  że 

moja kuzynka jest przekonana, że widziała dwie identyczne kobiety. 

- To nie ma sensu, pani Colton. 

-  Uprzedzałam  pana  -  przypomniała.  -  Jeszcze  coś.  Zachowanie 

mojej  ciotki  zmieniło  się  nie  do  poznania  od  tamtego  dnia.  Była 

ciepłą,  czułą,  kochającą  osobą,  a  stała  się  zimną  egoistką.  Z  dnia  na 

dzień  przeszła  jej  miłość  do  roślin,  które  uprawiała  z  oddaniem, 

zamieniając dom w rajski ogród. Z kobiety cierpliwej i uprzejmej dla 

background image

służby  zamieniła  się  w  wiecznie  wymagającego  tyrana.  Wuj  stracił 

kochającą żonę, ich małżeństwo istniało już tylko na papierze. 

-  Czy  pani  kuzynka  rozmawiała  o  tym  z  ciotką?  -  zainteresował 

się inspektor. 

-  Ona  miała  wtedy  zaledwie  jedenaście  lat,  była  zagubiona. 

Kiedyś  zdecydowała  się  powiedzieć  o  tym  wujowi,  w  obecności 

Meredith,  która,  jak  mówi  Emily,  patrzyła  na  nią  nienawistnym 

wzrokiem  i  kazała  jej  przestać  wygadywać  głupstwa.  Od tamtej pory 

ciotka  bacznie  obserwowała  Emily,  a  w  jej  oczach  kryły  się  złe 

zamiary. 

-  Czemu  nagle  teraz,  po  dziewięciu  latach  od  wypadku,  miałaby 

się zdecydować na jakieś działanie, skoro nie zrobiła z tym nic przez 

tyle czasu? 

-  Miesiąc  temu  Emily  wspomniała  o  swoich  wątpliwościach 

dotyczących  tożsamości  Meredith  jednej  z  pracujących  u  nich  od 

dawna osób. Meredith usłyszała to i groziła potem Emily. 

- Byli przy tym jacyś świadkowie? 

- Nie. Meredith jest okrutna, ale nie głupia. 

-  Porwanie  wydaje  się  jednak  dość  dziwne  w  tym  kontekście  - 

zauważył inspektor, patrząc na Lizę. 

- Tak, zgadzam się - uznała. 

Nick  spostrzegł,  że  wyjaśnienia  złożone  Ramseyowi  uspokoiły 

Lizę.  Pomyślał,  że  inspektor  może  nawet  dać  wiarę  jej  słowom, 

choćby w pewnym stopniu. 

background image

-  Widzi  pan,  ciotka  urodziła  po  wypadku  dwójkę  dzieci,  i  z  całą 

pewnością  porwanie  jednego  z  nich  opłacałoby  się  obcemu 

porywaczowi dużo bardziej niż porwanie dziecka adoptowanego. 

-  Może  tamta  dwójka  była  pod  ściślejszą  kuratelą?  -  podsunął 

Ramsey. 

-  Być  może,  ale  sypialnia  Emily  znajduje  się  na  piętrze  i  można 

się do niej dostać tylko od wewnątrz. Czemu komuś miałoby zależeć 

akurat  na  niej?  Porywacz  musiałby  wiedzieć,  gdzie  jest  jej  pokój. 

Emily  nie  została  wybrana  przypadkowo,  w  końcu  mogli  wziąć 

kogokolwiek z bliskiej rodziny Joego Coltona. 

Nick  z  rosnącym  podziwem  słuchał,  jak  Liza,  zaangażowana 

dotąd  emocjonalnie  w  sytuację  swojej  kuzynki,  odnajduje  powoli 

logikę w postępowaniu porywaczy, i widział też, że inteligencja Lizy 

zrobiła wrażenie na inspektorze. 

- Tu się z panią zgadzam. - Ramsey podniósł się i zaczął chodzić 

po  pokoju.  Nagle  przystanął  na  wprost  Lizy.  -  Jestem  skłonny 

zatrzymać  na  razie  w  tajemnicy  pani  miejsce  pobytu.  Muszę  jednak 

dać znać FBI, że jest pani bezpieczna, i że nie ma pani nic wspólnego 

z porwaniem. Obawiam się, że pani sugestie ich nie zadowolą. Muszę 

też zawiadomić pani wuja. 

- Wiem - szepnęła. - Ale proszę... 

- Powiem, że pani do nas dzwoniła, nie podając swojego adresu. 

- Dziękuję bardzo! - odetchnęła. 

-  Inspektorze,  może  pan  powiedzieć,  jakiego  okupu  zażądali?  - 

spytał Nick. 

background image

- Milion dolarów. Pestka jak dla Joego Coltona. 

Liza zgodziła się z tym. 

- Wydawało mi się, że Emily im uciekła, tak wynikało z tego, co 

mówił ten mężczyzna - rzekła. - A pan sądzi, że wciąż ją trzymają? 

-  Nie  wiem.  Może  on  się  u  pani  zjawił,  bo  ciotka  wie,  że  Emily 

rozmawiała z panią o wypadku. 

- Ale jaki to ma sens? Jeśli Emily ma rację, służąca, której o tym 

wspomniała, też jest w niebezpieczeństwie. 

- Jak się nazywa ta służąca? 

-  Nora.  Pracuje  w  kuchni,  była  zła  na  Meredith,  że 

niesprawiedliwie ją ukarała. 

- Nora i jak dalej? 

- Nora Hickman. 

Inspektor spojrzał na Nicka. 

- Mogę zadzwonić? 

Nick  skinął  głową.  Policjant  wykręcił  numer  swojego  szefa  i 

poprosił o sprawdzenie danych Nory Hickman, po czym wyłączył się, 

mówiąc: 

- Oddzwoni za chwilę. 

- Proszę wybaczyć, że wprowadziliśmy pana w błąd - podjął znów 

Nick.  -  Chodziło  mi  wyłącznie  o  bezpieczeństwo  Lizy.  Czy  policja 

nowojorska była u niej w domu? 

-  Tak.  Pukali,  ale  nikt nie  otworzył.  Nie  mogli  zrobić  nic  więcej 

bez nakazu rewizji. 

background image

-  Jestem  pewien,  że  Liza  pozwoli  im  przeszukać  mieszkanie. 

Może znajdą jakieś odciski palców. 

-  Oczywiście,  mogę  nawet  dać  klucze.  Albo  zadzwonię  do 

portiera i powiem, żeby ich wpuścił - rzekła Liza. 

-  Wystarczy,  że  napisze  pani  coś,  żeby  mieli  podkładkę  w  razie 

czego. W jakim stanie zostawiła pani mieszkanie, wyjeżdżając? 

- Mam kogoś, kto przychodzi sprzątać, kiedy opuszczam miasto - 

oświadczyła. 

- Dobrze, no to... 

Zadzwonił  telefon.  Nick  podniósł  słuchawkę  i,  gdy  rozmówca 

przedstawił się, przekazał ją inspektorowi. 

- Tak? Rozumiem. Mam pozwolenie  na przeszukanie mieszkania 

pani  Colton  w  Nowym  Jorku.  Możesz  się  skontaktować  z  tamtejszą 

policją?  Tak,  będę  to  miał  na  papierze,  żeby  było  w  dokumentach.  - 

Słuchał  przez  chwilę,  po  czym  rzekł:  -  Tak.  Mówi,  że  przychodzi 

sprzątaczka, powinno być czysto. - Znów słuchał. - Zaraz wracam. 

Inspektor  Ramsey  skończył  rozmowę  i  spojrzał  na  swoich 

gospodarzy. 

-  Policja  sprawdzi  pani  mieszkanie.  Skontaktuję  się  z  FBI,  żeby 

byli na bieżąco. Nie sądzę też, żebym miał problem z utrzymaniem w 

sekrecie pani adresu przed pani rodziną. 

- Czemu pan tak mówi? - spytał Nick, obawiając się złych nowin. 

-  Ponieważ  Nora  Hickman  zginęła  w  wypadku  samochodowym 

tuż przed porwaniem pani kuzynki. 

Liza zamknęła oczy i opadła na kanapę. 

background image

- To może być zbieg okoliczności - wtrącił Nick. 

-  Doktorze,  w  mojej  pracy  zbiegi  okoliczności  należą  do 

rzadkości.  Jak pogrzebać  głębiej,  zawsze  znajdzie  się  jakaś  nić, jakiś 

powód, jakiś racjonalny związek. Pani Colton właśnie podrzuciła nam 

taką  nić,  zupełnie  nieświadomie.  -  Inspektor  poderwał  się  na  nogi.  - 

Rozumiem, dlaczego pani nie powiedziała nam prawdy, chociaż tego 

nie  pochwalam.  -  Odchrząknął.  -  Nie  mam  zamiaru  o  nic  państwa 

oskarżać.  Proszę  jednak  o  ostrożność.  Niech  pani  pozostanie  w 

ukryciu do czasu, kiedy dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi. 

Nick podpisałby się pod tym obiema rękami. Cieszył się,  że sam 

nie musiał tego mówić. Liza skinęła głową bez słowa. 

Nick wstał i odprowadził inspektora do wyjścia. 

- Rozumiem, że to pan przekonał ją, żeby się ujawniła. Dziękuję 

panu - rzekł inspektor. 

- Ja też się cieszę, pod warunkiem, że to pozostanie między nami. 

Nie chcę, żeby jej się coś stało. 

- Tak, to piękna kobieta - odparł inspektor z grymasem uśmiechu i 

zanim Nick zaczął się tłumaczyć, dodał już za drzwiami: - Proszę się 

ze mną kontaktować w razie jakichś kłopotów. 

-  Dobrze  -  powiedział  Nick  i  zamknąwszy  drzwi,  mruknął  pod 

nosem: - To się jeszcze zobaczy. 

Liza  siedziała  w  milczeniu,  oszołomiona  wiadomością  o  śmierci 

Nory.  Kobieta  była  po  pięćdziesiątce,  pracowała  u  Coltonów  przez 

lata. Mówienie o zbiegu okoliczności wydawało się w tym przypadku, 

tak jak zauważył inspektor, sporą przesadą. 

background image

O  mały  włos  i  ona,  Liza,  nie  straciła  życia.  Zadrżała  na  tę  myśl, 

kryjąc twarz w dłoniach. Gdyby nie szlachetność i wsparcie Nicka, nie 

wiadomo, co by się z nią stało. Nie była łamagą, ale ucieczka, walka z 

mężczyzną,  który  nie  ma  obiekcji  przed  zabiciem  kobiety, 

zdecydowanie przekraczała jej możliwości. 

- Jak się czujesz? - spytał Nick, obejmując ją. 

Nie słyszała, kiedy wszedł do pokoju, i choć jej ciało wzdrygnęło 

się  na  niespodziewany  dotyk,  jej  serce  znalazło  w  nim  pociechę. 

Zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła policzek do jego piersi. 

- Co ja bym bez ciebie zrobiła... 

- Nie przesadzaj, każdy by się tak zachował na moim miejscu. 

Uniosła twarz i spojrzała mu w oczy. 

- Nie, większość ludzi nie pakuje się dobrowolnie w kłopoty. 

Pogłaskał ją po głowie. 

- Beze mnie też byś sobie poradziła, kochanie. Pozory mylą, jesteś 

silną kobietą. Byłem dziś z ciebie bardzo dumny. 

I  nagle  poczuła  się  silna.  Ciotka  Meredith  też  powtarzała  jej 

wielokrotnie  podobne  słowa.  Dawno,  dawno  temu.  Odkąd  jej 

zabrakło, od kiedy zastąpiła ją obca kobieta bez serca, nikt nie tulił tak 

Lizy i nikt jej tak nie chwalił. 

-  Nick  -  szepnęła,  a  następnie  zrobiła  coś,  o  czym  myślała 

wcześniej, coś, przed czym sama się przestrzegała. Nie potrafiła sobie 

tego odmówić.  

Wspięła się na palce i pocałowała go. 

 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Patsy  Portman  czuła  się  swojsko  i  pewnie  w  budce  telefonicznej 

w dość podłej dzielnicy. To był jej teren, w takim otoczeniu spędziła 

większą część życia. Za to Meredith Colton była zdenerwowana. Fakt, 

że obie występowały w jednym ciele, niewątpliwie utrudniał sprawę.  

Przez dziewięć lat Patsy udawała Meredith, czerpiąc z tego same 

korzyści:  miała  bogatego  męża  i  piękny  dom,  wszystko,  czego 

zapragnęła,  znajdowało  się  w  zasięgu  jej  ręki.  Wszystko  prócz 

poczucia  bezpieczeństwa,  gdyż  idealny  plan  Patsy  miał  jednak  kilka 

mankamentów. 

Charczący głos odezwał się w końcu z drugiej strony słuchawki. 

- Znalazłeś ją nareszcie? - spytała Patsy, nie kryjąc wściekłości. 

-  Do  diabła,  kobieto, przecież  szukam.  Co  poradzę,  że  ta  dziwka 

zwiała i ukryła się jak zawodowiec? 

- Ma ledwo dwadzieścia lat, podobno to ty jesteś zawodowcem. A 

znalazłeś Lizę? 

Po chwili milczenia mężczyzna odpowiedział: 

- No. Nic nie wie. 

- Kłamiesz! - wrzasnęła napastliwie Patsy. 

- Nie! Sam z nią nie gadałem, wynająłem kolegę.  Widział ją, ale 

zjawił się jakiś frajer i musiał wiać. 

- Niech ją odnajdzie! 

- Próbuje. Pojechał do Nowego Jorku, nie było jej w mieszkaniu. - 

Mężczyzna  zaśmiał  się  nieprzyjaźnie.  -  Znajdzie  ją,  on  nigdy  nie 

pasuje. 

background image

-  Ty  durniu,  obyś  miał  rację!  Obyś  nie  skrewił,  bo  tego  nie 

toleruję. 

- Może gliny pomyślą, że się zmówiły, i przestaną mnie szukać. 

- Ciebie? A ty im po co? 

W słuchawce zapadła cisza. 

Patsy wyrzuciła z siebie wiązkę przekleństw, których nauczyła się 

w  czasach  ponurej  młodości;  wyrazów,  których  prawdziwa  Meredith 

prawdopodobnie w ogóle nie znała. 

- Słuchaj, głupku! Żebyś mi tylko pilnował okupu, co do grosika, 

słyszysz?  Bo  inaczej  twój  trup  będzie  leżał  obok  trupa  Emily. 

Zadzwonię i odbiorę od ciebie forsę, jak tylko będę mogła bezpiecznie 

się  stąd  wyrwać.  -  Nie  miała  najmniejszego  zamiaru  zostawiać 

pieniędzy  w  rękach  tego  idioty  ani  sekundy  dłużej  niż  to  absolutnie 

konieczne. 

Trzasnęła słuchawką i wyszła z budki. W tej części miasta nikt jej 

się nie przyglądał, ale niemądrze było zachowywać się tu zbyt głośno. 

Co  prawda,  gdyby  nawet  policja  jakimś  cudem  podsłuchała  jej 

rozmowę,  nikt  nie  wpadłby  na  pomysł,  że  Meredith  Colton  zna  tę 

szemraną  okolicę,  nie  mówiąc  już  o  tym,  by  ją  kiedykolwiek 

odwiedzała. 

Jedyne  zagrożenie  tkwiło  w  tym,  że  ktoś  mógł  zobaczyć  tu  jej 

samochód.  Czym  prędzej  wyjechała  zatem  z  ciemnej  alei.  Cichutko, 

bez  pisku  opon,  by  nie  zwracać  na  siebie  uwagi.  Tak  bardzo  nie 

chciała  stracić  swojej  pozycji  i  majątku  z  powodu  jakiegoś  kretyna, 

który nie potrafi wywiązać się z prostego zadania. Zabiję go, ale na to 

background image

nie pozwolę, pomyślała. Była już tak blisko celu, tak blisko zdobycia 

wszystkiego.  

Poza  tym  ktoś  jeszcze,  jak  się  okazało,  stara  się  zaoszczędzić  jej 

kłopotu  pozbycia  się  Joego.  Kiedy  to  się  stanie,  pieniądze  będą  jej, 

cała suma. 

Jest tak blisko. Nikt - ani Emily, ani Liza - jej nie zatrzyma. 

 

We  wtorek  Nick  wrócił  do  domu  o  normalnej  teraz  dla  niego, 

wczesnej  porze.  Kiedy  nie  było  u  nich  Lizy,  nie  miał  żadnych 

osobistych  zobowiązań  i  przesiadywał  w  gabinecie  do  wieczora, 

porządkując  po  raz  setny  uporządkowane  już  sprawy.  Teraz  zostawił 

papierkowe drobiazgi personelowi. 

Nie  zaniedbywał  bynajmniej  pacjentów.  Miał  po prostu  dobrych, 

zaufanych pracowników, którym mógł powierzyć część spraw. Teraz 

zdumiało go, jak bardzo spieszno mu do domu. Przestraszył się tego, 

co nie znaczy wcale, że zwolnił. 

- Halo, już jestem! - zawołał, wpadając do holu. 

Powitał go z kuchni głos Bonnie, a nie, jak się spodziewał, Lizy. 

- Gdzie Liza? - spytał, rozglądając się. 

- Dziękuję, mam całkiem dobry dzień - odparła na to Bonnie. 

Trzeba było chwili, by Nick zorientował się, o co jej chodzi. 

- No tak, Bonnie, jak ci minął dzień? I gdzie jest Liza? 

Gospodyni  niemal  zakrztusiła  się  ze  śmiechu.  Wcale  jej  nie 

przeszkadzało, że Nick bardziej interesuje się gościem niż jej skromną 

osobą. 

background image

- Odpoczywa. 

Nick spoważniał. 

- O tej porze? Źle się czuje? 

- Najwyżej się trochę przepracowała. 

- Pracowała? 

- Grabiła liście. 

Nickowi o mało nie wyskoczyło serce. 

-  Przed  domem?  Pozwoliłaś  jej  grabić  liście  przed  domem?  Czy 

ktoś ją widział? 

- Oczywiście, że nie. Błagała mnie, żeby dać coś do roboty, no to 

pozwoliłam  jej  pograbić  za  domem.  Nieźle  jej  szło,  jak  na  taką 

kruszynę. 

Nick  wiedział,  że  Bonnie  porównuje  w  myśli  Lizę  do  Daphne, 

która ruszała ręką wyłącznie po to, by  zadzwonić na Bonnie, i za nic 

w świecie nie wzięłaby się do takiej pracy. 

- Jest wysoka. 

Bonnie spojrzała na niego zawiedziona. 

-  Tyle  masz  o  niej  do  powiedzenia?  Mówię  ci,  Nick,  śpiewała, 

kiedy zaniosłam jej mrożoną herbatę. 

- Śpiewała? Za wcześnie, nie powinna. 

-  No  nie  tak  całkiem,  podśpiewywała  sobie,  nuciła,  prawie  bez 

słów, i tyle jej to sprawiało radości. 

Nick zdawał sobie sprawę, że głos  Lizy  wraca powoli do normy. 

Jadła  i  odpoczywała  ile  trzeba,  nie  żyła  też  już  w  takim  stresie. 

Niedzielna wizyta inspektora Ramseya kosztowała ją trochę nerwów, 

background image

ale  dwa  kolejne  dni  upłynęły  spokojnie  i  nic  nie  przypominało  jej  o 

nie rozwiązanym do końca problemie. 

- Jest u siebie? 

- Tak. Kolacja prawie gotowa, zawołasz ją? 

No  pewnie!  Nie,  Nick  natychmiast  zmienił  zdanie,  jednak  nie. 

Dwa dni wcześniej, kiedy rzuciła mu się na szyję, niewiele brakowało, 

by przestał się kontrolować. 

-  Nie.  Powiedz  mi,  co  trzeba  tu  zrobić,  i  sama  ją  zawołaj. 

Mogłaby się czuć skrępowana, gdybym ją obudził. 

Tak  czuła  się  niewątpliwie,  kiedy  zdjął  jej  ręce  ze  swojej  szyi. 

Musiała  pomyśleć,  że  nie  powinna  była  go  całować,  że  on  tego  nie 

chciał. Ależ z niego fałszywe niewiniątko! 

Poprzedniego  wieczoru  mieli  okazję  być  sam  na  sam  po  raz 

pierwszy  od  owego  pocałunku.  Liza  wyraźnie  go  unikała.  Bolało  go 

to,  stwierdził  jednak,  że  to  dobre  wyjście,  a  zatem  nic  nie  zmieniał. 

Zrobił  sobie  natomiast  długą  listę  powodów,  dla  których  nie  ma 

żadnej szansy na jakąkolwiek wspólną przyszłość dla nich dwojga. 

Po  kilku  minutach  Bonnie  zeszła  na  dół,  a  w  ślad  za  nią  Liza. 

Nick zdążył tymczasem nakryć do stołu, podać pieczonego kurczaka, 

zieloną  fasolkę  i puree  z  ziemniaków.  Czekał  teraz,  aż  znamienia  się 

w piekarniku bułeczki. 

- Dobry wieczór, Lizo. Jak się masz? 

- Dziękuje, doktorze - odrzekła, nie patrząc na niego. 

- Podobno ciężko pracowałaś po południu. 

Liza spojrzała najpierw na Bonnie, potem na Nicka. 

background image

-  Trochę.  Grabiłam  liście.  W  dzieciństwie  często  pracowałam  w 

ogrodzie ciotki Meredith. 

- Dzisiaj jest chłodno, nie chciałbym, żebyś się przeziębiła. - Nick 

przyglądał jej się badawczo. 

- Nic mi nie będzie. 

Bonnie, dotąd milcząca, odezwała się wreszcie: 

- Jak tam z bułeczkami, Nick? 

Na widok Lizy na śmierć o nich zapomniał. Czym prędzej zajrzał 

do piekarnika i wyciągnął blachę z bułeczkami. Przypiekły się, ale na 

szczęście nie zdążyły się spalić. 

Unikając wzroku kobiet, Nick mruknął: 

- W samą porę. 

-  Jeśli  się  lubi  chrupiące  -  zauważyła  Bonnie,  krzywiąc  usta  w 

uśmiechu. 

Usiedli do stołu. 

- Bonnie mówiła, że śpiewałaś - zaczął Nick. 

-  Przepraszam,  złotko,  nie  chciałam  donosić  -  wtrąciła 

niezwłocznie Bonnie - ale tak prześlicznie śpiewałaś, że musiałam mu 

powiedzieć. 

-  Nie  mam  do  nikogo  pretensji  -  odparł  Nick  poirytowany.  - 

Chciałem tylko zapytać, jak zareagowało na to jej gardło. 

-  Nie  nadwerężyłam  go.  Nuciłam  tylko,  tak  się  ucieszyłam,  że 

nareszcie wraca do normy. To było jak... błogosławieństwo. Jestem ci 

bardzo wdzięczna, że odzyskałam głos. 

background image

Po raz pierwszy od niedzieli obdarzyła go tym jedynym w swoim 

rodzaju uśmiechem, który sprawiał, że świat wydawał się lepszy. Nick 

dałby głowę, że prócz głosu Lizy to właśnie ten uśmiech przyciągał na 

jej koncerty takie tłumy. 

-  Zaśpiewasz  mi  coś  po  obiedzie?  -  spytał.  -  Chciałbym  się  sam 

przekonać, jak się mają twoje struny głosowe. 

- Oczywiście - zgodziła się chętnie. 

Spokojnie  dokończyli  kolację.  Bonnie  i  Liza  rozmawiały 

przyjaźnie o mijającym dniu, a Nick cieszył się w duchu, że tak łatwo 

się  porozumiały.  Bonnie  poprosiła  Nicka,  by  nie  pozwolił  Lizie 

śpiewać,  zanim  ona  nie  posprząta  kuchni.  Liza  natychmiast 

zaoferowała  pomoc  w  zmywaniu,  nie  przejmując  się,  że  może  ją  to 

zmęczyć. 

-  Ależ  Bonnie,  tylko  chwilę  przed  południem  grabiłam.  Trochę 

ruchu dobrze mi zrobiło - upierała się. 

W  końcu  i  Nick  przyłączył  się  do  nich  i  nie  wiadomo  kiedy 

kuchnia  lśniła  czystością.  Udali  się  wówczas  wszyscy  do  salonu, 

gdzie stało pianino, na którym grywała niegdyś matka Nicka. 

- Nie jestem dobrym pianistą, ale... potrzebny ci akompaniament? 

- spytał. 

- Sama zagram - oznajmiła. 

- Ty grasz? 

- O tak. Naukę muzyki zaczęłam od lekcji gry na pianinie, potem 

doszły  jeszcze  skrzypce  i  gitara.  Każdy  z  tych  instrumentów 

opanowałam tylko do pewnego stopnia, ale wstydu może nie będzie. 

background image

Usiadła i uderzyła lekko w kilka klawiszy, po czym obejrzała się 

na Nicka przez ramię. 

- Co mam zaśpiewać? 

Nie miał pojęcia, zerknął na panią Allen. 

-  A  co  dzisiaj  śpiewałaś,  złotko?  To  jedna  z  moich  ulubionych 

piosenek. 

Zielone oczy Lizy zalśniły. 

-  „Wzgórza  dalekie  żyją  muzyką..."  -  zaczęła  niewiarygodnie 

doskonałym głosem. 

Nick oniemiał. Słyszał już w życiu wiele głosów  wysokiej klasy, 

ale ona była o niebo lepsza. Jej głos brzmiał jak płynne srebro, mienił 

się,  dotykał  dna  duszy.  I  to  wszystko  działo  się  w  jego  własnym 

salonie.  Na  myśl,  że  świat  o  mało  co  nie  stracił  szansy  dalszego 

obcowania z tym głosem, Nicka przeszył dreszcz. 

Kiedy  Liza  skończyła,  zabrakło  mu  słów.  Czekała,  a  on  tylko 

patrzył. 

- Tak źle? - zapytała. 

Na to musiał odpowiedzieć. 

-  To  było  niewiarygodnie  piękne,  Lizo.  Słyszałem,  że  jesteś 

dobra, ale nie miałem pojęcia, że aż tak. 

- To prawda - dodała Bonnie. - Jesteś lepsza od Julie Andrews. 

Liza zaśmiała się. 

-  Nie  sądzę,  żeby  Julie  Andrews  cierpiała  przeze  mnie  na 

bezsenność,  ale  bardzo  ci  dziękuję,  Bonnie,  za  wspaniały 

komplement. 

background image

To był kolejny moment, w którym Nick uprzytomnił sobie, że nie 

istnieje nic takiego jak wspólna przyszłość dla niego i Lizy. Poczuł się 

stary. Pragnął mieć dom i rodzinę, a intensywne, wypełnione ciągłymi 

podróżami  życie  gwiazdy  wyklucza  takie  rozwiązanie.  Przez  jakiś 

czas,  gdzieś  w  głębi  serca  nie  tracił  jednak  całkiem  wiary,  nie 

pozwalała mu na to siła, która przyciągała go do Lizy. 

Aż  Liza  Colton,  artystka  doskonała,  zgasiła  w  nim  ostatnią 

iskierkę  nadziei.  Jej  talent  zwyciężał  w  konfrontacji  z  jego 

marzeniami.  Nie  mógłby  odmówić  światu  radości, jaką niósł  ze  sobą 

jej  głos.  Brzmiało  to  melodramatycznie,  ale  Nick  był  mocno 

poruszony.  Ten  głos,  który  tak  podziwiał,  podzielił  ich  światy  na 

dobre. 

Nick powoli wstał. 

-  No  tak,  oszczędzaj  swój  głos  tak  długo,  jak  to  możliwe.  Jest 

duża  poprawa,  ale  nie  można  niczego  przyspieszać.  A  teraz  panie 

wybaczą, mam coś do zrobienia. 

Co  powiedziawszy,  wycofał  się  z  pokoju.  Obie  kobiety  patrzyły 

na oddającą się postać. 

- Powiedziałam coś nie tak? - szepnęła Liza w równym stopniu do 

siebie, co do Bonnie. 

-  Nic  podobnego.  Wzruszyłaś  go,  twój  głos  to  naprawdę  wielki 

dar. 

Liza nie była tego pewna. 

- Albo przekleństwo. 

background image

-  Co  mówisz?  -  zdumiała  się  Bonnie.  -  Twój  głos  jest  jeden 

jedyny i wszyscy cię za to kochają. 

-  To  nie  miłość,  Bonnie.  Owszem,  podziwiają  mój  głos  lub  chcą 

się  na  nim  wzbogacić.  Pragną  jedynie  sławy,  jaka  się  z  tym  wiąże,  i 

pieniędzy, jakie mogę zarobić. Ale miłość? - Chciała się zaśmiać, ale 

rozległ  się  dźwięk  podobny  bardziej  do  szlochu.  -  Miłość  nie  ma  z 

tym nic wspólnego. 

Bonnie podniosła się i podeszła do pianina. ... Przytuliła Lizę. 

-  Kochanie,  twój  głos  to  nie  wszystko.  Jesteś  dobrym 

człowiekiem.  Wiele  dajesz  ludziom.  Trzeba  być  potworem,  żeby  cię 

nie kochać. 

Liza  trwała  w  ramionach  Bonnie  myśląc,  jak  rzadko  ktoś 

okazywał jej tyle uczucia od chwili, gdy a ciotka Meredith tak bardzo 

się  zmieniła.  Pociągnęła  nosem  wzruszona  i  jeszcze  raz  niezdarnie 

próbując się zaśmiać, powiedziała: 

- Nie znasz mojej matki. 

 

Następnym  dniem  była  środa,  a  tego  właśnie  dnia  obiecała 

zadzwonić  Emily.  Liza  chodziła  od  rana  niespokojna,  choć 

spodziewała się telefonu dopiero między czwartą a piątą. Dla zabicia 

czasu  pomagała  Bonnie  w  pracach  domowych,  miała  jednak  tyle 

zmartwień, że to niewiele dało. Martwiła się o bezpieczeństwo Emily. 

Zastanawiała się, gdzie jest mężczyzna, który był u niej w szpitalu. 

Denerwowała  się,  czy  policja  znalazła  coś  w  jej  nowojorskim 

mieszkaniu. Meredith także stanowiła poważny powód jej troski. Nie 

background image

wiadomo  było,  czego  jeszcze  można się  po niej  spodziewać.  No  i na 

dodatek dręczyła  ją próba  zamachu  na  życie  wuja Joego,  która  miała 

miejsce w dniu jego sześćdziesiątych urodzin. 

To  było  tuż  przed  tournee  Lizy.  Przyjechała  na  przyjęcie 

urodzinowe  do  jego  domu.  Ktoś  strzelił  wówczas  do  wuja.  Była 

gotowa  odwołać  wszystkie  koncerty,  ale  matka  oczywiście  jej  na  to 

nie pozwoliła.  Po  wstrząsie,  jakim była  ta nieudana próba  zabójstwa, 

zniknęła  Emily.  W  krótkiej  chwili  życie  Lizy  kompletnie  wypadło  z 

torów. 

Nie  rozumiała  też,  dlaczego  Nick  tak  dziwnie  zareagował  na  jej 

śpiew.  Większość  ludzi  słuchała  jej  z  przyjemnością.  Większość,  ale 

nie  on.  Unikał  jej  przez  resztę  wieczoru,  a  kiedy  zastukała  do  jego 

gabinetu,  mówiąc,  że  kładzie  się  spać,  rzucił  tylko  zdawkowe 

dobranoc. Nawet na nią nie spojrzał. 

Liza poznała już w życiu odrzucenie, jej rodzice i nowa Meredith 

traktowali  ją  z  przejmującym  chłodem.  Nie  spodziewała  się  jednak 

podobnego zachowania ze strony Nicka, zwłaszcza po tym, jak się nią 

opiekował, jak ją chronił, jak się o nią troszczył. Bolało ją, że się tak 

nagle odsunął. Powtarzała sobie, że i ta rana wyleczy się jak inne, ale 

wiedziała  też,  że  potrzeba  na  to  czasu.  Idiotyczne,  bo  znała  go 

zaledwie sześć dni. 

-  Złotko,  usiądź  i  przekąś  coś.  Obiecałam  Nickowi,  że  nie 

pozwolę ci się dzisiaj męczyć. 

background image

-  Nie  jestem  zmęczona,  Bonnie.  Muszę  coś  robić,  bo  zwariuję.  - 

Widząc wzrok Bonnie, dodała: - Czekam na telefon od... przyjaciółki. 

To ważne. 

- Jeszcze nikt od rana do ciebie nie dzwonił. Pamiętałabym, bo nie 

wiedziałabym,  czy  mam  cię  prosić,  czy  nie.  Nick  nic  mi  nie  mówi, 

nawet nie wiem, po co była u nas w niedzielę policja. 

Liza wstrzymała oddech. 

- Myślałam, że nie zauważyłaś. 

- Wyjrzałam przez okno, jak usłyszałam, że ktoś dzwoni do drzwi 

-  wyjaśniła Bonnie. - Ci w cywilu jeżdżą takimi samochodami, co to 

od  razu  rzucają  się  w  oczy.  Szare,  bez  żadnych  oznaczeń,  jak  wozy 

rządowe.  -  Otworzyła  lodówkę  i  wyciągnęła  sok  dla  Lizy.  -  Pytałam 

Nicka, ale powiedział, że lepiej, żebym nic nie wiedziała. 

Liza  podziękowała  za  sok  i  pociągając  łyk,  myślała,  co  powinna 

teraz zrobić. 

- Hm, pewnie ma rację. 

- Żebym nie spała po nocach? To ma być dla mojego dobra? 

-  Och,  Bonnie,  przepraszam,  ale  to  naprawdę  nie  ma  z  tobą  nic 

wspólnego.  Obawiam  się,  że  to  ja  jestem  wszystkiemu  winna,  to  ja 

ściągnęłam  kłopoty  na  Nicka.  Powinnam  już  wyjechać.  -  Zwłaszcza 

że już mnie tu nie chce, dodała w myślach. 

-  Bardzo  byś  go  zmartwiła  -  rzekła  Bonnie,  otaczając  ją  po 

matczynemu ramieniem. - Masz jakiś problem, dziecko? 

-  Niezupełnie,  no  trochę.  Coś  się  wydarzyło  i  śledzi  mnie  jakiś 

mężczyzna. Nick pozwolił mi tu przeczekać, dopóki go nie złapią. 

background image

-  Ktoś  cię  ściga?!  -  krzyknęła  Bonnie  przejęta.  -  Czytałam,  że 

sławnych  ludzi  męczą  czasem  różni  szaleńcy.  Już  ty  się  nie  martw, 

kochanie, nie damy ci nic zrobić. 

Liza uśmiechnęła się z wdzięcznością, nie prostując słów Bonnie. 

W  końcu  gospodyni  nie  musi  znać  całej  tej  zatrważającej  opery 

mydlanej, która przydarzyła się jej rodzinie.  

Na  dźwięk  telefonu  Liza  zerwała  się  i  natychmiast  zdała  sobie 

sprawę, że nie powinna odbierać. Spojrzała na Bonnie. 

-  No  idź,  podnieś.  Jeśli  to  nie  do  ciebie,  niech  zostawią 

wiadomość - powiedziała na to Bonnie. 

Liza  sięgnęła  po  słuchawkę  z  walącym  sercem  i  usłyszała  głos 

obcej kobiety, pytający o panią Allen. 

- Chwileczkę. 

Gospodyni  przejęła  słuchawkę  i  zaraz  musiała  zaspokoić 

ciekawość znajomej. 

- A, to taka moja daleka kuzynka, przyjechała z wizytą. 

Po kilkuminutowej pogawędce rozłączyła się. 

- To Marie, pracuje u innego doktora. Spotykamy się na lunchu co 

tydzień.  Powiedziała,  żebym  cię  przyprowadziła  -  rzekła,  patrząc 

pytająco na Lizę. 

-  Nie  gniewaj  się,  ale  nie  byłoby  dobrze,  gdybym  się  publicznie 

pokazywała. 

- No pewnie, że nie. Powiem jej, że jesteś za młoda, żeby spędzać 

czas ze starymi babami, że poszłaś po zakupy. 

background image

Liza  zaaprobowała  ten  pomysł,  wiedząc,  że  dla  innych  młodych 

ludzi słowa gospodyni mogą być prawdziwe, ale ona ogromnie by się 

cieszyła, gdyby tylko mogła towarzyszyć Bonnie. Przypomniałoby jej 

to dawne czasy, z ciotką Meredith, tamtą dawną, dobrą Meredith. 

Odgłos  samochodu  na  podjeździe  przerwał  kobietom  rozmowę. 

Bonnie pospieszyła do okna. 

- Boże ty mój, Nick jest wcześniej niż wczoraj. Cieszę się, że już 

tak ciężko nie pracuje, ale wcale tego nie rozumiem. 

Liza  też  nie  rozumiała.  Okazywał  jej  ostatnio  tak  mało 

zainteresowania,  że  nie  przyszło  jej  do  głowy,  by  jego  wczesny 

powrót do domu miał coś wspólnego z jej osobą. 

Nick tymczasem wpadł do kuchni z zatroskaną miną. 

- Dzwoniła już? 

Nie  zapomniał  jednak.  Liza  poczuła  nabiegające  do  oczu  łzy  i 

potrząsnęła głową. 

- Nie, czekam od rana. 

- Tak myślałem. Wyszedłem zaraz po ostatnim pacjencie. 

- Dziękuję, Nick, ja... 

I wtedy zadzwonił telefon. Tym razem odebrał Nick. 

- Dzień dobry, inspektorze. - Spojrzał na Lizę, żeby dać jej znać, 

że to nie Emily. 

Niemniej Liza i tak się zainteresowała, w końcu inspektor Ramsey 

mógł  dzwonić  tylko  w  jej  sprawie  albo  ewentualnie  w  sprawie  jej 

rodziny. 

background image

- Tak, rozumiem. Dobrze, dziękuję... Tak, dobrze. - Nick skończył 

rozmowę  i  odwrócił  się.  -  Tak  jak  podejrzewaliśmy,  ktoś  się  włamał 

do twojego mieszkania, szukał czegoś. Trzymałaś tam coś cennego? 

- Chodzi ci o pieniądze albo biżuterię? Nie, tyle czasu spędzam w 

podróży,  że  przechowuję  takie  rzeczy  w  depozycie.  Czy...  szkody  są 

duże?  -  To  mieszkanie  nie  było  może  prawdziwym  domem,  ale 

darzyła je sympatią. 

- Trochę zniszczył. Portier zobowiązał się, że zadzwoni po twoją 

sprzątaczkę.  Facet  musiał  działać  w  rękawiczkach,  nie  znaleźli 

żadnych  odcisków  palców.  Ale  portier  rozpoznał  go  z  portretu 

pamięciowego. Facet podał się za dostawcę. 

Liza westchnęła. 

- Żeby go wreszcie złapali, chciałabym już zacząć normalnie żyć. 

- Mówiąc to, poczuła natychmiast, że będzie tęsknić za Bonnie... i za 

dobrym doktorem. 

Gdy  telefon  zadzwonił  po  raz  trzeci  tego  dnia,  Liza  zamknęła 

oczy, modląc się w duchu, żeby tym razem była to Emily. Wstrzymała 

oddech, kiedy Nick sięgał po słuchawkę. 

- Słucham? 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Emily Blair Colton odezwała się po chwili wahania. 

- Czy... czy zastałam Lizę? 

Niski męski głos odrzekł niezwłocznie: 

- Chwileczkę. 

background image

Potem, ku jej wielkiemu szczęściu, usłyszała głos kuzynki. 

- Liza - szepnęła wzruszona do łez. - Co u ciebie słychać? 

-  U  mnie?  To  o  ciebie  się  wszyscy  zamartwiamy.  Powiedz  mi 

szybciutko, co nowego? Dostałaś pieniądze? 

- O tak, dzięki, to dużo więcej, niż mi trzeba. Mam pracę, dam już 

sobie radę. 

-  Gdybyś  była  w  potrzebie,  pamiętaj,  że  ci  pomogę  - 

przypominała Liza. 

-  Wiem.  Nie  powiedziałaś,  czy  u  ciebie  wszystko  w  porządku. 

Widziałaś może tego mężczyznę? 

-  Nie,  za  to  włamał  się  do  mojego  mieszkania.  Pytał  o  mnie  w 

domu. Musiałam porozmawiać z policją. 

- Dlaczego... Myślisz, że chce cię zabić? 

- Nie, myślę, że wciąż cię szuka. 

- Przecież dostali okup. Czy to im nie  wystarcza? - Sama tak nie 

myślała, ale  złudzenie pozwalało jej  przesypiać jakoś długie samotne 

noce. 

-  Mam  nadzieję  -  rzekła  Liza  z  powątpiewaniem.  -  W  każdym 

razie wujowi i tak nie żal tych pieniędzy, bylebyś była bezpieczna. 

- Tak, wiem. A mają podejrzanego, który strzelał do wuja? Dużo 

o tym myślałam. Po co ta kobieta miałaby zabijać wuja Joego? To jej 

mąż! 

-  Nie  wiem,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi.  Już  od  lat  nie 

rozumiem ciotki Meredith. - Liza westchnęła. - Jaką masz pracę? 

background image

-  Jestem  kelnerką,  czasami  też  gotuję.  W  takiej  kawiarni 

jadłodajni. Nauka mamy nie poszła w las. Tej prawdziwej mamy. 

Ta druga Meredith unikała kuchni. 

- Emily. Czy to... - zaczęła Liza. 

-  Wszystko  dobrze,  Lizo,  wierz  mi.  Zaprzyjaźniłam  się  też  z 

Annie Summers, jest samotną matką i prowadzi tu sklep z antykami. - 

Potem, zaśmiawszy się, dodała: - Mam też kawalera. 

- Kawalera? O czym ty mówisz, Emily? 

-  O  zastępcy  szeryfa.  Przychodzi  do  jadłodajni  na  lunch, 

codziennie.  Jest  nieśmiały,  ale  to  dobrze  mieć  kogoś  takiego...  na 

wszelki wypadek. 

- Powiedziałaś mu coś? 

- Nie, nic. 

-  Tak  jest  lepiej.  Chciałabym  móc  powiedzieć  ci  coś  więcej. 

Pomyślałam, że powinnaś zadzwonić do Randa. 

Emily jęknęła. 

- Wykluczone! 

- Czemu? Jest w Waszyngtonie i pewnie by ci pomógł. W końcu 

jest prawnikiem. 

- Liza, on jest przecież synem Meredith. Nigdy mi nie uwierzy. 

-  Dobrze  wiesz,  że  żadne  z  jej  dzieci  nie  utrzymuje  z  nią  już 

stosunków. Na pewno ucieszyłby się z twojego telefonu. 

-  I  czułby  się  zobowiązany  wypaplać  wszystko  wujowi.  A  może 

nawet  FBI.  Gdyby  tego  nie  zrobił,  miałby  kłopoty.  Nie  chcę  mu  ich 

przysparzać. 

background image

Rodzone dzieci Meredith traktowały Emily jak prawdziwą siostrę, 

nie zważając na to, jak zmieniła się wobec niej ich matka. Emily nie 

chciała więc stwarzać im żadnych dodatkowych problemów, ani też w 

jakikolwiek sposób wchodzić między nich i Meredith. 

- Och, Em. Nie możesz się ukrywać całe życie. 

- Ojej! - jęknęła Emily. 

- Co się stało? Ktoś cię wystraszył? - zareagowała błyskawicznie 

Liza. 

- Nie, Lizo, pada śnieg! - W porównaniu do smutnego życia, jakie 

teraz  prowadziła,  świat  nabrał  nagle  nieziemskiej  urody.  -  Mówię  ci, 

jak pięknie! 

- Boże, ale mnie przeraziłaś. 

- Przepraszam - rzekła Emily łagodnie. - Chyba muszę kończyć. 

-  Zaczekaj.  Kiedy  zadzwonisz?  A  ja  mogę  do  ciebie  zadzwonić? 

Może dowiem się czegoś... albo po prostu będę chciała pogadać. 

- To mogłoby się okazać niebezpieczne, dla nas obu. Odezwę się, 

jak tylko będę mogła. 

- W sobotę? 

- W sobotę kończę pracę wieczorem. Może w niedzielę rano. 

-  Niech  będzie  niedziela.  Ale  gdybyś  czegoś  potrzebowała,  nie 

czekaj tak długo. I przemyśl jeszcze ten telefon do Randa. 

- Dobra. Uważaj na siebie. 

- Ty też. 

Emily  z  żalem  odwiesiła  słuchawkę.  Tak  bardzo  chciałaby 

zobaczyć  się  z  Lizą,  uściskać  ją.  Czuła  się  bardzo  samotna.  Całe 

background image

szczęście,  że  miała  przynajmniej  Annie.  Ale  i  przy  niej  musiała  się 

pilnować,  bo  Annie  zaczęła  się  już  mocno  dziwić  jej  dobrej 

znajomości antyków. Był jeszcze Toby, którego też powinna trzymać 

na dystans. Obawiała się bowiem, że Toby się w niej podkochuje, ona 

zaś miała dla niego co najwyżej siostrzane uczucia. 

Westchnęła,  otworzyła  drzwi  budki  i  wyszła  na  ulicę, podnosząc 

kołnierz taniego płaszcza, który kupiła  w sklepie  z używaną odzieżą. 

Płatek śniegu wylądował na czubku jej nosa i Emily uśmiechnęła się 

szeroko, zapominając na moment o swych zgryzotach. 

 

Skończywszy  rozmowę,  Liza  trwała  obrócona  do  ściany,  z 

zamkniętymi oczami, jakby mogła w ten sposób zatrzymać przy sobie 

Emily. 

- Kim jest Rand? - zapytał szorstki głos. 

Zakręciła się i spojrzała na Nicka. 

- Rand? To jeden z moich kuzynów, najstarszy syn wuja. Czemu 

pytasz? 

-  Przypadkiem  usłyszałem,  jak  wymieniasz  jego  imię,  nie 

podsłuchiwałem  -  próbował  się  tłumaczyć,  ale  Liza  uniosła  dłoń,  by 

mu przerwać. 

- Nie szkodzi. Tyle ci narobiłam kłopotu, że masz prawo pytać. - 

Zawiesiła  głos,  po  czym  dodała:  -  Rand  jest  prawnikiem  w 

Waszyngtonie,  i  to  całkiem  wpływowym.  Na  pewno  mógłby  zrobić 

coś dla Emily. Nie podoba mi się, że ten facet ciągle na nią poluje. 

- Zaproś ją tutaj. 

background image

Liza była mu wdzięczna za te słowa, ale tylko pokręciła głową. 

-  Już  jej  to  proponowałam,  kiedy  dzwoniła  po  raz  pierwszy. 

Odmówiła, stwierdziła, że tam czuje się bezpiecznie. 

- Dostała pieniądze? 

-  Tak,  dziękuję  ci.  Powiedziała,  że  więcej  nie  przyjmie.  -  Lizie 

zebrało się na łzy. - Pracuje w jadłodajni. 

-  Boże  ty  mój,  to  lepsze  niż  opera  mydlana!  -  zawołała  Bonnie 

poruszona. 

Lizie  zupełnie  wyleciało  z  głowy,  że  rozmawiają  w  obecności 

gospodyni, skupiła się najpierw na Emily, potem na Nicku. 

- Och, pani Allen... 

-  Bonnie,  zapomnij  o  wszystkim,  co  tu  przed  chwilą  słyszałaś  - 

poprosił Nick poważnie. 

Bonnie klapnęła dłońmi po swoich obfitych biodrach i przeniosła 

na niego wzrok. 

-  Chyba  wiesz,  że  nie powtórzę  ani  słóweczka, jeśli  ma to  wyjść 

na złe naszej Lizie. 

Liza podbiegła do urażonej gospodyni i uściskała ją serdecznie. 

-  Oczywiście,  że  wie,  oboje  to  wiemy.  Jesteśmy  tylko  trochę 

zdenerwowani. 

- Już dobrze, kochanie, rozumiem. 

Nick odkaszlnął. 

- Tak, a czy kolacja gotowa? 

Bonnie 

zmierzyła 

go 

wzrokiem, 

jakby 

kwestionował 

równocześnie jej dyskrecję i talenty kulinarne. 

background image

-  Będzie  za  pół  godziny.  Może  weźmiesz  Lizę  do  pokoju, 

żebyście  mogli  zakończyć  rozmowę  w  cztery  oczy.  Jak  skończycie, 

kolacja będzie na stole. 

Liza  nie  była  pewna,  czy  zostało  jeszcze  coś  do  omówienia,  a 

jeszcze bardziej wątpiła w chęć Nicka przebywania z nią sam na sam. 

Kiedy znaleźli się jednak w pokoju, Nick zamknął drzwi. 

-  Bonnie  nic  nie  powie.  Paplałem  jak  najęty,  kompletnie 

zapomniałem, że tam była. 

-  Ja  też.  Tak  się  ucieszyłam,  że  słyszę  Emily,  że  zapomniałam  o 

całym  świecie.  Jak  ona  w  ogóle  daje  sobie  radę,  wiedząc,  że  ktoś 

czyha na jej życie, że... 

- Twoja sytuacja jest podobna, Lizo - przypomniał jej. 

- Wiem, ale ja nie jestem sama. Mam ciebie i Bonnie. Nigdy ci się 

za to nie zdołam odwdzięczyć. A Emily nie ma tam żywej duszy. 

- Może znajdzie sobie przyjaciół. 

- Już znalazła, co martwi mnie jeszcze bardziej. 

Nick zbliżył się do niej, położył dłonie na jej ramionach. 

-  Czy  Emily  zna  się  na  ludziach?  Co  wie  o  tych  nowych 

znajomych? 

-  Niewiele  o  tym  mówiła.  Zaprzyjaźniła  się  z  jakąś  samotną 

matką,  która  prowadzi  sklep  z  antykami.  To  jeszcze  nie  tak  źle.  Ale 

jako  drugą  osobę  wymieniła  zastępcę  szeryfa,  który  chyba  się  w  niej 

zakochał. 

background image

Liza  nie dziwiła  się,  że  Emily  podoba  się  mężczyznom.  Minione 

dziewięć  lat  koszmarnego  życia  nie  odebrało  jej  szczególnie 

niepokojącego uroku niewinności połączonej z siłą. 

Nick uniósł brwi. 

- Mądra z niej dziewczyna, skoro zaprzyjaźnia się z policjantem. 

To dobrze wróży. 

Liza bez zastanowienia oparła głowę na piersi Nicka, wsłuchując 

się w uspokajające uderzenia jego serca. 

- Mam nadzieję - szepnęła. 

Nick objął ją i wsparł brodę na czubku jej głowy. 

- Kiedy znów zadzwoni? 

-  Najwcześniej  w  niedzielę.  -  Nie  mogła  przestać  myśleć  o 

kuzynce, czerpiąc z bliskości Nicka potrzebną jej energię... do chwili, 

kiedy  poczuła,  że  Nick  przesłania  jej  troskę  o  Emily.  -  Ja...  ja  też 

powinnam  wobec  tego  zostać  do  niedzieli,  ale  zaraz  potem  zapewne 

wyjadę. Dość ci się narzucam. 

- Nie! - Nick przycisnął ją mocniej. - To niebezpieczne. 

- Wydawało mi się ostatnio, że masz dosyć mnie i moich spraw. - 

Wstrzymała oddech, czekając na odpowiedź. 

- Nie, nie o to chodzi. 

Nie mogła tego tak zostawić. Jeśli pozostanie w tym domu, musi 

wiedzieć, co się dzieje z Nickiem. 

-  Coś  jest  nie  tak,  Nick.  Traktujesz  mnie  inaczej,  nie  zauważasz. 

Nie chcę tu zostać, jeżeli przeszkadzam. 

background image

Nie mógł uwierzyć, że Liza tak go przyciska do muru. Zrozumiał, 

że  jest  tylko  jedna  alternatywa:  albo  będzie  szczery,  albo  Liza 

odejdzie. A jeśli odejdzie, on chyba oszaleje. Odsunął się, chwycił ją 

za ręce. 

- Do diabła z tym! Chyba nie jesteś ślepa? 

Podniosła na niego wzrok. 

- O czym ty mówisz? 

Na Nicka spłynął nagle zbawienny spokój. Zdał sobie sprawę, że 

poczuje wielką ulgę, kiedy powie  Lizie, dlaczego trzyma się ostatnio 

na dystans. 

- Mówię o tym, że mnie pociągasz. 

Patrzyła na niego pustym spojrzeniem. 

-  Lizo,  pragnę  cię.  Wiem,  że  jestem  za  stary,  że  nie  mogę  liczyć 

na wspaniałą przyszłość. Powtarzałem to sobie do znudzenia, ale i tak 

nie mogę przestać cię dotykać. 

- Pragniesz mnie? 

Dając  sobie  spokój  z  gadaniem,  Nick  objął  ją  znowu  ciasno  i 

zaczął  rozpaczliwie  całować.  Od  dnia,  kiedy  Liza  pocałowała  go,  a 

zdawało  mu  się,  że  było  to  wieki  temu,  dniami  i  nocami  o  niczym 

innym nie myślał. Tym razem było mu jeszcze lepiej niż poprzednio. 

Liza  objęła  go  za  szyję,  tak  jak  wtedy,  dodając  mu  odwagi,  i 

zapraszająco  rozchyliła  usta.  Drażnił  ją  językiem,  a  Liza  w 

odpowiedzi wabiła go wciąż bliżej. 

Obawiał  się,  że  jego  serce  nie  wytrzyma  tempa.  Cztery  lata 

minęły od jego rozwodu, a takiego pożądania nie czuł znacznie dłużej. 

background image

Nawet na początku znajomości z Daphne świat nie znikał mu z oczu 

tak  jak  teraz.  Kiedy  zabrakło  mu  tchu,  odsunął  się  odrobinę  i 

wypowiedział  jej  imię,  bojąc  się,  że  Liza  obróci  się  na  pięcie  i 

odejdzie.  Ona  tymczasem  zaczęła  całować  go  w  brodę,  aż  ponownie 

dotarła tą drogą do jego warg. No i jak mógł się jej oprzeć? 

Miała  na  sobie  dżinsy.  Nick  położył  rękę  na  jej  biodrze,  by  ją 

przytrzymać,  by  nie  straciła  równowagi,  by  upewnić  się,  że  może  ją 

dotykać, gdzie tylko  zechce. Czas przestał istnieć, nie liczyło się nic, 

co ich dzieli. Liczyła się tylko Liza. 

Ale  była  też  Bonnie,  o  czym  nagle  przypomniało  im  stukanie  do 

drzwi. Gospodyni nie dała im wiele czasu, pukając, bo nacisnęła zaraz 

klamkę. 

-  Kolacja  już  go...  -  zaczęła.  -  Jak  będziecie  gotowi  -  dodała  z 

uśmiechem, znikając co prędzej za drzwiami. 

Liza schowała twarz, przytulając czoło do koszuli Nicka. 

-  Przepraszam  -  powiedział  cicho.  -  Poniosło  mnie,  ale 

przynajmniej wiesz, o co chodzi. Chciałbym, żebyś została, ale jeżeli 

będziesz zbyt blisko, nie obiecuję, że to się nie powtórzy. 

Postawił  sprawę  jasno  i  uczciwie  i  ufał,  że  Liza  mu  wybaczy. 

Przypatrywała  mu  się.  Nie  było  w  jej  spojrzeniu  strachu,  złości, 

odrazy,  nie  było  żadnej  z  emocji,  których  się  obawiał.  Jednocześnie 

nie potrafił nic z tego spojrzenia wyczytać. 

Może jest w szoku, wytłumaczył sobie. O nim z pewnością można 

tak powiedzieć. Nie był dotąd świadomy, że z każdą chwilą będzie mu 

background image

trudniej  myśleć  o  Lizie  w  kategoriach  pacjentki.  Zmusił  się,  by 

wypuścić ją z uścisku. 

- Chyba... chyba pójdę pomóc w kuchni. 

I zapanować nad sobą, powinien dodać, bo jego ciało miało za nic 

wszelakie  przestrogi  i  zdecydowanie  nie  chciało  pozbyć  się  Lizy. 

Zresztą  Nick  w  ogóle  nie  zgodziłby  się  przysiąc,  że  będzie 

kiedykolwiek  gotowy  na  jej  odejście.  Pomogła  mu  doraźnie, 

postępując  krok  do  tyłu.  Ręce  opadły  mu  bezwładnie,  jakby  straciły 

rację bytu. 

Wzrok  Lizy  był  utkwiony  w  wargach  Nicka.  Nick myślał  o  tym, 

żeby  dotknąć  znów  jej  ust,  kiedy  jakiś  hałas  przywrócił  go  do 

rzeczywistości.  Czyżby  Bonnie  podsłuchiwała?  Odsunął  się  jeszcze 

od  Lizy,  zażenowany,  że  tym  wieku  tak  doszczętnie  brak  mu 

opanowania. 

Jeszcze  bardziej  żałosny  był  dla  niego  obraz  mężczyzny,  który 

przeżywa  kryzys  wieku  średniego  i  traci  głowę  dla  jakiejś  czarującej 

lolitki. Swoją drogą, nie jest jeszcze taki stary, Liza zaś wcale nie ma 

zamiaru  go  uwieść.  Cieszyłby  się,  gdyby  tak  było.  Tak,  nie  ulega 

wątpliwości, że całkiem pomieszało mu się w głowie. 

- Muszę iść - rzekł i czmychnął z pokoju. 

Liza  patrzyła  skołowana  na  drzwi.  Właśnie  przeżyła  najbardziej 

niezapomniane chwile swojego życia. Wydawało jej się przed laty, że 

była zakochana w mężczyźnie, który wybrał zamiast niej pieniądze jej 

matki.  A  kiedy  ów  mężczyzna  odszedł  z  owymi  pieniędzmi,  była 

przekonana, że ma złamane serce. 

background image

Jakże  się  myliła.  Dopiero  teraz  poznała  naprawdę,  jak  to  jest, 

kiedy  ziemia  ucieka  spod  nóg  w  czyichś  ramionach.  Dopiero  Nick 

naprawdę zabrał jej serce. Miała wrażenie, że straciła je na zawsze. 

Była bezradna. Nick nie ukrywał, że interesuje go wyłącznie seks. 

A  Liza,  rzecz  jasna,  pragnęła  o  wiele  więcej.  Tylko  co  miała  mu  do 

zaofiarowania? Do tej pory same kłopoty i wcale nie była pewna, czy 

Nick będzie jej nadal pragnął, kiedy sprawa wreszcie się wyjaśni. Nie 

mogła  się  zdecydować,  czy  czekać  do  zakończenia  sprawy  z 

wyznaniem  swoich  uczuć.  Chciała  mu  powiedzieć,  że  jego  ramiona, 

pocałunki... no po prostu, że nawet Nowy Jork z nim przegrywa. 

Opuściła  pokój  z  podniesioną  głową.  Nie  będzie  się  przecież 

wstydzić pożądania ani przepraszać mężczyzny, że odpowiada na jego 

pragnienia.  Kiedy  weszła  do  kuchni,  Bonnie  poprosiła  ją  zaraz  o 

pomoc,  po  mistrzowsku  udając,  że  nie  przerwała  chwilę  wcześniej 

gwałtownej sceny miłosnej. 

A  gdy  wreszcie  i  Nick  zszedł  na  dół,  kolacja  czekała  na  stole,  a 

Bonnie przekazywała Lizie najnowszą prognozę pogody. 

- Słyszałeś, Nick? 

- Co? - Głos mu się urywał. 

- Bonnie mówi, że może dziś padać śnieg. Temperatura ma spaść 

do zera - odparła pogodnie. 

Był zdumiony jej spokojem. Uniosła odrobinę brodę. Niech Nick 

sobie myśli, że jest dla niej za stary, w każdym razie ona na pewno nie 

jest dla niego za młoda. 

- Nie, nie słyszałem. Wcześnie na śnieg. 

background image

- Pewnie nie będzie śniegu - wtrąciła gospodyni. - Tyle radości, że 

każdy na niego czeka. 

Zerknąwszy kątem oka na Nicka, Liza przekonała się, że te słowa 

pasują  też  do  ich  sytuacji:  przynajmniej  wiedział,  że  ona  czuje 

podobnie. 

- Emily... moja przyjaciółka mówiła, że u nich już padało. 

- Gdzie? - spytała Bonnie. 

Liza  ugryzła  się  w  język.  Nie  miała  zamiaru  ujawniać  miejsca 

pobytu kuzynki, nawet Bonnie, która nie znała wszystkich faktów. 

- Na wschodzie - wyjaśniła dyplomatycznie. 

Bonnie udała, że to wyczerpująca odpowiedź. 

- Tak, tam pewno jest już mnóstwo śniegu. 

- Aha. Czy możemy wreszcie siadać do stołu? 

-  A  jakże.  Siadajmy.  Dzisiaj  twoje  ulubione  danie,  Nick,  moja 

słynna sztuka mięsa. 

Podczas kolacji rozmawiali o tym i owym. Bonnie rzucała uwagi 

o  pogodzie  albo  o  swojej  codziennej  krzątaninie,  a  Nick  lub  Liza 

komentowali krótko, i temat sam się urywał. 

Liza  dumała,  co  robić  dalej.  Było  jasne,  że  pozostawanie  z 

Nickiem  pod  jednym  dachem  oznacza  nieustające  napięcie.  Czy 

mogłaby wyjechać? Może jednak powinna? 

- Jeszcze bułeczkę, Lizo? 

- Słucham? Nie, Bonnie, są pyszne, ale już dziękuję. 

- Domowe - z dumą zaznaczyła gospodyni. 

Liza przytaknęła. 

background image

-  Bonnie  słynie  ze  swoich  bułeczek  -  dodał  Nick,  przenosząc 

wzrok na Lizę, zanim utkwił go w talerzu. 

Cóż za błyskotliwa konwersacja! 

Nick nie dał rady przełknąć nic więcej. Spróbował ledwo swojego 

ulubionego  dania,  grzebał  w  talerzu,  wybierając  co  jakiś  czas  mały 

kęs.  Kiedy  wstawał  od  stołu,  jego  talerz  wciąż  był  pełny.  Bonnie 

spojrzała  najpierw  na  talerz  Nicka,  potem  na  niego  samego,  ale  nie 

powiedziała słowa. Nick był jej za to ogromnie wdzięczny. 

-  PBS  daje  dziś  świetny  program  o  tym  pociągu,  co  jechał  przez 

całą Kanadę. Chce ktoś ze mną oglądać? - spytała tylko. 

Nick czekał na odpowiedź Lizy. 

- Tak, bardzo chętnie - rzekła, uśmiechając się do gospodyni. 

Na niego tymczasem nawet nie spojrzała, odkąd... Nie, nie będzie 

o tym myślał. Pochylił głowę. 

-  Dobry  pomysł,  Bonnie.  Możemy  sobie  przy  telewizji  zjeść 

prażoną kukurydzę. 

- Pewnie. To idźcie, a ja... 

- Nie! - zawołali równocześnie. 

- Przygotuję coś do picia - dorzuciła zaraz  Liza. - Strasznie chce 

mi się pić. 

- No to ja włączę telewizor - odparł na to Nick. 

Doskonale wiedział, że Liza nie przyjdzie do pokoju bez Bonnie, 

co zresztą nie wydało mu się wcale takie głupie, bo wciąż nie miał do 

siebie zaufania. 

background image

Nie miał go dalej, kiedy parę godzin później szedł po schodach do 

swojej  sypialni.  Czekał,  aż  jego  panie  się  położą,  potem  sprawdził 

jeszcze,  czy  drzwi  są  porządnie  zamknięte.  Wrócił  do  gabinetu  po 

kryminał  z  zamiarem,  że  poczyta  go  w  łóżku.  Nie  spodziewał  się 

bowiem szybko zasnąć. 

Kilka minut później leżał już oparty o górę poduszek z książką w 

ręku. Na okładce znajdował się ociekający krwią sztylet. Nick myślał 

o Lizie. 

- Weź się w garść, chłopie - mruknął pod nosem. 

Wówczas  ktoś  lekko  zastukał  do  drzwi.  Serce  Nicka  zabiło 

szybciej,  choć  powiedział  sobie,  że  to  z  pewnością  Bonnie.  Nie  był 

pewien,  czy  Liza  w  ogóle  wie,  gdzie  znajduje  się  jego  sypialnia. 

Narzucił szlafrok i podszedł do drzwi. 

Zły  ruch,  pomyślał  chwilę  później,  kiedy  odkrył  za  nimi  Lizę. 

Stała  przed  nim  w  jednym  z  lekkich  szlafroczków,  które  jej  kupił,  i 

uśmiechała się promiennie. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

- Co się stało? 

Liza  patrzyła  na  niego.  Jak  na  faceta,  który  dopiero  co  zarzekał 

się, że jej pragnie, był wyjątkowo tępy. 

-  Nic  się  nie  stało  -  odparła  spokojnie,  dostrzegając  jego  nagie 

ciało pod szlafrokiem. 

Przekroczyła  próg  i  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Nick  cofnął  się 

powoli. 

background image

- Nie powinnaś tu przychodzić. 

No  to  już  jest  nienormalne!  Zakładała,  że  Nick  będzie  wiedział, 

po  co  przyszła,  a  on  tymczasem...  Czyżby  naprawdę  musiała  mu  to 

powiedzieć? Najwidoczniej tak. 

- Nick, dużo myślałam o... o tym, co się zdarzyło po południu. 

- Powinnaś wypić szklankę mleka, to ci pomoże zasnąć. 

Wpatrywała się w niego. 

- Sen nie rozwiąże moich problemów. 

- Źle się czujesz? Co się dzieje? 

Tak się zirytowała, że zastanowiła się, czy nie wrócić do swojego 

pokoju. Gdyby tylko nie kochała tego ciężko myślącego faceta! Może 

to  i  prawda,  że  nie  ma  dla  nich  przyszłości,  ale  zostaną  jej  chociaż 

wspomnienia... pod warunkiem, że Nick na to przystanie. Nie wdając 

się zatem w dalsze beznadziejne dyskusje, rozwiązała pasek szlafroka 

i pozwoliła mu opaść na podłogę, zostając w połyskującej koszulce na 

ramiączkach. 

Widząc  to,  Nick  cofnął  się  jeszcze  o  krok.  Potem  odezwał  się 

ochrypłym głosem: 

-  Lizo,  ostrzegałem  cię,  że  mogę  nad  sobą  nie  panować.  Wracaj 

do siebie albo zawołam Bonnie, żeby... 

-  Nie  chcę  tu  Bonnie  -  zapewniła  go,  unosząc  brodę.  -  Chcę 

ciebie. 

- Nie, ty... Co powiedziałaś? 

- Mam cię błagać czy co? 

- Chcesz mnie? To znaczy... 

background image

- Chyba powinnam była powiesić sobie na plecach ogłoszenie, i to 

dużymi literami. Może wtedy byś zrozumiał. 

- Kochanie, mówiłem ci, że nie... Nie możemy... Cholera! 

Ku  jej  wielkiej  uldze,  przestał  wreszcie  gadać  i  wziął  ją  w 

ramiona. Przytuliła się, wślizgując dłonie pod jego szlafrok. 

- Jesteś pewna? 

Lubiła,  kiedy  porozumiewali  się  bez  słów.  Pocałowała  go. 

Wreszcie ją zrozumiał. Nie czekając dłużej, wziął ją na ręce i zaniósł 

do łóżka, położył się obok niej. 

-  Szlafrok  -  poskarżyła  się  i  błyskawicznie  zaczęła  ściągać  mu 

szlafrok z ramion. 

- Lizo, ja sypiam nago - rzekł cicho, jakby zawstydzony. 

Lizie  zabłysły  oczy.  Świetnie  się  składa,  pomyślała,  sięgając  do 

wiązania  jego  szlafroka,  ale  zanim  sobie  z  nim  poradziła,  Nick 

wtrącił: 

- Chyba powinnaś do mnie dołączyć - zauważył, co świadczyło o 

tym, że nie ma zamiaru dłużej marudzić.  

Chętnie  więc  zrzuciła  koszulkę.  A  potem  nie  miała  już 

najmniejszej  wątpliwości,  że  Nick  jej  nie  oszukał.  Pragnął  jej  po 

wariacku,  oboje  z  radością  poznawali  nawzajem  swoje  ciała.  Aż 

nadszedł  moment,  kiedy  poczuła,  że  nie  może  już  dłużej  czekać,  że 

teraz właśnie to musi nadejść. I jak na złość w tym samym momencie 

Nick oderwał się od niej. 

- Co się stało? - wykrztusiła. 

- Nie jestem przygotowany... 

background image

Nieprzygotowany ?! 

- Przecież mówiłeś, że mnie pragniesz. 

- Tak, ale nie mam prezerwatywy. Tyle czasu... 

Liza  zamknęła  oczy,  by  nie  zobaczył,  jaki  sprawił  jej  ból. 

Szepnęła mimo to: 

- W porządku, ja jestem zabezpieczona. 

Na  szczęście  rozwiało  to  wahania  Nicka,  który  spełnił  wszystkie 

jej  najskrytsze  marzenia  związane  z  ukochanym  mężczyzną.  Z  tym, 

którego będzie już zawsze kochać. Jeśli nie była tego całkiem pewna, 

zanim przyszła, zyskała tę pewność, kiedy leżeli obok siebie, osobno, 

ale wciąż razem. 

- Nick - szepnęła. 

Przytulił ją i pocałował. Potem odezwał się zakłopotany: 

- Śpij już, kochanie. 

A ona, nie wiedząc kiedy, zasnęła. 

 

Gdy  następnego  ranka  zaterkotał  budzik,  Nick  szybko  go 

wyłączył. Od lat nie spał tak dobrze, co więcej, miał nieodpartą ochotę 

przyciągnąć znów do siebie Lizę i spać dalej. Wiedział jednak, że jeśli 

Bonnie  nie  usłyszy  prysznica  w  łazience,  wtoczy  się  na  górę 

sprawdzić,  co  się  dzieje.  Spodziewał  się,  że  taka  poranna  wizyta 

wprawiłaby Lizę w nie lada konsternację. 

- Musimy już wstawać? - wymamrotała sennie. 

-  Przepraszam,  kochanie.  Ja  muszę  wstać,  ale  ty  śpij  -  rzekł  i 

pocałował ją. 

background image

Otworzyła  oczy,  odpowiadając  na  pocałunek,  i  z  powrotem  je 

zamknęła. 

- Spieszę się - wyjaśnił na wszelki wypadek. - Dziś wieczorem... 

-  No  to  się  lepiej  pospiesz  -  powiedziała,  nie  wypuszczając  go  z 

ramion. 

Tego  już  nie  mógł  zlekceważyć,  jego  ciało  domagało  się 

zadośćuczynienia.  Zostawił  ją  potem  w  swoim  łóżku,  drzemiącą 

smacznie, i pobiegł do łazienki, lecz wcale nie przyszło mu to łatwo. 

Sam  widok  Lizy  w  jego  łóżku  wywoływał  w  nim  jakąś  szczeniacką 

radość. 

Po  chwili  usłyszał,  że  Bonnie  wdrapuje  się  jednak  po  schodach. 

Nick  nie  miał  wyboru.  Dobiegł  do  szczytu  schodów  równo  z 

gospodynią. 

-  A  czemu  to  nie  schodzisz?  Jajecznica  stygnie  -  oznajmiła 

radosnym głosem. 

- Nie szkodzi. 

Przemknęło  mu  przez  myśl,  czy  nie  poprosić  Bonnie,  by  nie 

sprzątała  jego  pokoju,  ale  wiedział  też,  że  taka  uwaga  wzbudziłaby 

tylko  jej  ciekawość.  Pozostało  mu  mieć  nadzieję,  że  Liza  obudzi  się, 

zanim Bonnie zabierze się do porządków. 

Liza  nie  pamiętała,  żeby  czuła  się  kiedykolwiek  tak  spokojna, 

bezpieczna i potrzebna. Pomogła Bonnie w zaprowadzeniu porządku, 

po  czym  udała  się  do  pokoju,  w  którym  stało  pianino.  Gdy  była 

młodsza, przed nagraniem pierwszej płyty i pierwszą trasą koncertową 

próbowała swoich sił w komponowaniu piosenek. W ostatnich latach 

background image

muzyka ją opuściła, aż teraz, ni stąd, ni zowąd, Liza znowu ją w sobie 

usłyszała. Czuła, jak pączkuje i chce się wydostać na zewnątrz. 

Zdziwiona  i  zadowolona,  postanowiła  przekonać  się,  co  z  tego 

wyjdzie.  Zaczęła  wystukiwać  chodzące  jej  po  głowie  melodie, 

ubierając je  w  słowa  miłości,  mając wciąż  przed  oczami ukochanego 

mężczyznę. 

On  sam  zjawił  się  w  domu,  gdy  wciąż  jeszcze  siedziała  przy 

pianinie.  Usłyszawszy  jego  głos,  poderwała  się  i  ruszyła  do  drzwi, 

wpadając  na  niego  na  progu.  Nick  przytulił  ją,  pozbawiając  ją  w 

jednej chwili lęku, że jego nocne pragnienie było jednorazowe. 

- Tęskniłem za tobą - szepnął. 

-  Bałam  się,  że  masz  mnie  dosyć  -  odparła  na  to,  całując  go  w 

szyję. 

Roześmiał się. 

- Wariatka. 

-  A  tak.  Chodź  prędko,  coś  ci  pokażę  -  poprosiła  poruszona, 

ciągnąc go do salonu. 

Usiadła  przy  pianinie  i  zagrała  mu  i  zaśpiewała  swoją  nową 

piosenkę, dumna jak matka z nowo narodzonego dziecka. 

- Podoba ci się? 

- Bardzo, ale jej nie znam. Nagrywałaś ją na płytę? 

- Nic nie rozumiesz. Dzisiaj ją napisałam. 

Dalej nie pojmował. 

- W ciągu jednego dnia? - spytał z niedowierzaniem. 

background image

-  Czasem  tak  bywa.  Kiedy  jestem  bardzo  szczęśliwa  albo 

przeciwnie, bardzo smutna, melodie same przychodzą mi do głowy. 

Nick wziął ją za ręce i pociągnął do góry. 

-  Czy  dzisiejsze  natchnienie  zawdzięczasz  może  jakiemuś 

szczęściu? - spytał nieśmiało. 

- Owszem - odparła, czekając na całusa. 

- Chodźmy na górę - szepnął konspiracyjnym tonem. 

- Czy Bonnie nie pomyśli... 

- Ja się tym zajmę. No idź. Zaraz będę. 

To  nagłe  pragnienie  Nicka  sprawiło  jej  wielką  radość.  Sama 

pocałowała go z entuzjazmem i pomknęła na górę. Cały dzień myślała 

o  Nicku,  zastanawiając  się, czy  wreszcie  znalazła  tę  jedyną  osobę  na 

całe  dalsze  życie.  Nick  twierdził  co  prawda,  że  nie  mogą być  razem, 

ale  jego  czyny  zupełnie  się  z  tym  nie  zgadzały.  Może  z  czasem  i  on 

zda sobie sprawę, że pasują do siebie idealnie. 

Nick  poszedł  tymczasem  do  kuchni.  Miał  dla  Bonnie  wiele 

ciepłych uczuć, a określenie, że kocha ją jak matkę, nie było przesadą. 

Nie  oznaczało  wszakże,  że  pozwoli  jej  zbytnio  nadzorować  swoje 

życie osobiste. 

- Dobry wieczór, Nick. Wcześnie wróciłeś. Kiedy podać kolację? 

- zapytała, nie podnosząc wzroku znad kuchennego blatu. 

-  Trochę  później.  Mamy  z  Lizą  coś  do  załatwienia  na  górze. 

Zejdziemy,  jak  będziemy  gotowi.  -  Innymi  słowy,  kazał  jej  nie 

wtrącać  nosa  w  nie  swoje  sprawy.  Miał  tylko  nadzieję,  że  dobrze 

odczytała wiadomość. 

background image

Bonnie kiwnęła głową z pełnym zrozumienia uśmiechem. 

- Nie ma problemu. 

- Nie masz nic przeciw temu? 

-  Jeżeli  wy  jesteście  szczęśliwi,  ja  też  jestem  szczęśliwa.  Chyba 

już  najwyższy  czas  zresztą.  -  Spojrzała  na  niego.  -  Mogę  jutro 

przenieść jej rzeczy do twojego pokoju? 

Trzeba przyznać, że Bonnie nie owijała niczego w bawełnę. Nick 

nie miał nawet czasu, by zastanowić się dłużej nad odpowiedzią. 

-  Taak,  to  dobry  pomysł,  jeśli  tego  chce  Liza  -  rzucił  i  uciekł  na 

górę. 

W piątek wieczorem Bonnie wybrała się do kina z koleżanką. Po 

raz  pierwszy  Nick  i  Liza  mieli  cały  dom  wyłącznie  dla  siebie.  Co 

prawda  Bonnie  zawsze  starała  się  jak  mogła,  by  nie  wchodzić  im  w 

paradę,  oni  też  zachowywali  ostrożność  i  wyczekiwali  odpowiedniej 

godziny, by pójść do łóżka. 

Tego  wieczoru  Nick  czekał  tylko,  aż  Liza  skończy  jeść.  Potem 

natychmiast wziął ją za rękę i wciągnął na górę. 

- Nick! - protestowała, udając zgorszenie. - Jest dopiero szósta! 

Nie  słuchał  jej,  objął  ją  i  zaczął  całować,  kiedy  tylko  stanęli  u 

szczytu schodów. 

- Nie chcesz się ze mną kochać? - Obraził się na niby. 

- Pewnie, że chcę, ty głupi - odparła radośnie. Ten entuzjazm był 

jedną z wielu rzeczy, które w niej kochał. - Ale jeszcze dzień, widno. 

- Już się ściemnia, zbliża się zima. Lubisz zimę? 

- Może być. Lubię śnieg. 

background image

-  To  dobrze.  Dni  w  zimie  są  krótkie,  dla  ciebie  to  świetna  pora, 

skoro  chcesz  się  kochać  wyłącznie  po  ciemku.  Zima  będzie  odtąd 

moją ulubioną porą roku. 

Uderzyła go lekko w ramię, karcąc go: 

- No wiesz?! 

- Przestań, śpieszy mi się. 

W  okamgnieniu  leżeli  już  w  jego  obszernym  łóżku,  objęci, 

zaspokojeni. 

Nick odezwał się cicho: 

- Bardzo, bardzo ci dziękuję. 

Popatrzyła na niego zadowolona. 

-  No  tak,  byłam  dobra,  ale  i  ty  wcale  nie  byłeś  gorszy.  -  Jej 

żartobliwe spojrzenie opóźniło dalszy ciąg rozmowy. 

-  Chciałem  ci  podziękować  za  to,  że  przywróciłaś  mi  wiarę  w 

życie  -  rzekł  po  chwili.  -  Zawsze  marzyłem  o  domu  pełnym 

dzieciaków, z kochającą żoną, o takim życiu, jakie wiedli moi rodzice. 

Ale  po  rozstaniu  z  Daphne...  cóż,  nie  byłem  pewien,  czy  jeszcze  w 

ogóle  będę  miał  chęć  spróbować.  -  Zerknął  na  Lizę,  która  nie 

zareagowała na to słowem ani gestem. - Lizo? Nic ci nie jest? 

- Nie - odpowiedziała słabo. - Nie jesteś czasem głodny? Bonnie 

kupiła dzisiaj lody. 

-  Może  za  chwilę.  Chciałabyś  mieć  dzieci?  Myślałaś  o  tym? 

Wiem, że jesteś ode mnie młodsza, ale... 

-  Przestań  tak  mówić!  Nie  jesteś  stary!  -  niemal  krzyknęła  i 

przylgnęła do niego, zachęcając go, by to udowodnił. 

background image

Rozmowa  urwała  się  kompletnie.  Nick  wrócił  jednak  do  tematu 

przy deserze lodowym godzinę później. 

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Myślałaś o dzieciach? 

- Owszem. 

Zmarszczył  brwi.  Nie  słyszał  w  jej  głosie  zachwytu.  Chciał 

dowiedzieć się, o co chodzi, ale Liza go uprzedziła. 

- Rozumiem, że ty chcesz mieć dzieci? 

Z uśmiechem patrzył przed siebie. 

-  O  tak. Moi  rodzice  tak  bardzo  czekali  na  wnuki.  Moja  siostra  i 

jeden  z  braci  doczekali  się  dzieci  przed  śmiercią  rodziców.  Ale, 

oczywiście, dalej tego pragnę. Chciałbym założyć rodzinę, no właśnie, 

i  nie  tylko  to,  chciałbym  nauczyć  mojego  syna  łowić  ryby,  tak  jak 

mnie  uczył  mój  ojciec.  Chciałbym  przytulić  i  prowadzić  na  lekcje 

tańca  córeczkę...  i  zaprowadzić  ją  do  ołtarza,  kiedy  przyjdzie  na  to 

czas.  I niech sobie uważa ten jej przyszły, bo będzie miał ze mną do 

czynienia!  -  dodał  żarliwie,  po  czym  przeniósł  wzrok  na  Lizę,  która 

siedziała z poważnym wyrazem twarzy. - Lizo? 

- Chcesz jeszcze lody? 

Popatrzył niewidzącym wzrokiem na swój pucharek. Był pusty. 

- Nie, chyba nie. 

Wstał  i  zaniósł  naczynie  do  zlewu.  Nie  zamierzał  wszakże 

kończyć na tym dyskusji, miała dla niego zbyt duże znaczenie. 

Liza też podniosła się od stołu i włożyła swój pucharek do zlewu, 

nie zwracając uwagi na to, że był jeszcze pełny. 

background image

-  Chyba  pójdę  na  górę  zrobić  sobie  gorącą  kąpiel.  Nie  czuję  się 

najlepiej. - Pocałowała go przelotnie i odeszła, zanim się zorientował. 

Przez  dwa  minione  dni  nie  dawał  jej  odpocząć,  zwłaszcza 

upewniwszy  się,  że  ich  pragnienia  są  wzajemne.  Teraz  poczuł  się 

winny, że przesadził. Postanowił zatem, że spędzą ten wieczór inaczej, 

może obejrzą film, najlepiej jakąś komedię. Potem porozmawiają. 

Liza leżała w wannie, z jej oczu dwoma strużkami ciekły łzy. Czy 

myślała,  by  mieć  dzieci?  O  tak.  Ale  kiedy,  mając  osiemnaście  lat, 

wybrała  się  do  lekarza  z  prośbą  o  tabletki  antykoncepcyjne,  ten 

oświadczył jej, że nie musi zawracać sobie tym głowy. Przebadawszy 

ją,  stwierdził,  że  operacja,  którą  przeszła  w  dzieciństwie,  w  zasadzie 

uniemożliwia jej zajście w ciążę. 

Wiele  godzin  wtedy  przepłakała.  Dla  pewności  odwiedziła 

drugiego  lekarza,  ale  i  ten  potwierdził  tylko  diagnozę.  Czepiała  się 

słabej nadziei związanej z określeniem „w zasadzie", nigdy nie łykała 

pigułek, wyzywając los. Była jednak bezpłodna. 

Sądziła, że z upływem czasu zaakceptowała tę sytuację. Jakże się 

jednak  oszukiwała!  Gdy  tylko  Nick  napomknął  o  dzieciach,  poczuła 

taki  ból,  jakiego  dotąd  nie  znała.  Fakt,  że  nie  może  dać  mu  dzieci, 

których  on  tak  pragnie,  unicestwiał  jej  nadzieje  na  przyszłość, 

niweczył jej szansę poślubienia Nicka. 

A uważała, że Nick zasługuje na to, by spełniły się jego marzenia. 

Bo  jest  dobrym,  czułym,  troskliwym  człowiekiem,  doskonałym 

materiałem na ojca, takiego, jakiego powinien mieć każdy chłopiec i o 

background image

jakim marzy każda dziewczynka. Liza marzyła właśnie o takim ojcu. 

Opiekuńczym i pełnym miłości.  

Wuj Joe był dla niej dobry, za to rodzony ojciec prawie się nią nie 

interesował. 

Podobnie 

zresztą 

jak 

jej 

bratem 

Jacksonem. 

Dowiedziawszy  się,  że  jej  ojciec  ma  romans  z  Meredith,  tą  nową 

Meredith,  i  przecież  swoją  bratową,  z  którego  narodziło  się  jej 

najmłodsze  dziecko,  do  reszty  straciła  nadzieję  na  to,  że  ojciec 

kiedykolwiek ją zauważy. Straciła też dla niego szacunek. 

Nie zdradziła ojca, ale tylko ze względu na wuja Joego. Ojciec nie 

miał pojęcia, że Liza zna jego sekret. A ona miała po prostu pecha, że 

podsłuchała  kiedyś  przypadkiem  jego  rozmowę  z  Meredith.  Matka 

Lizy  nie  zaliczała  się  co  prawda  do  wzorowych  matek,  ale 

przynajmniej nie posunęła się do tak haniebnego postępku. 

A  Nick?  Tak,  Nick  będzie  ojcem  idealnym  i  ona  nie  ma  prawa 

odbierać mu tej perspektywy. 

- Od początku wiedziałaś, że to nie ma sensu - zbeształa się.  

Tak  właśnie  myślała,  zanim  poczuła  dotyk  jego  dłoni.  Nie 

powiedział  wprawdzie  wprost,  że  ją  kocha,  ale  ona  mocno  w  to 

wierzyła.  Tylko  że  Nick  nie  znał  jej  słabych  stron,  a  zwłaszcza  tej 

najważniejszej z najsłabszych. 

Pukanie do drzwi wyrwało ją z ponurych refleksji. 

-  Nie  utonęłaś  jeszcze?  Siedzisz  tam  już  tak  długo,  że  pewnie 

zdążyłaś się skurczyć. 

- To nowy sposób na utratę wagi! - zawołała, skrzętnie ukrywając 

łzy. 

background image

-  Akurat  tobie  tego  nie  potrzeba.  Masz  ochotę  obejrzeć  film  po 

kąpieli? Myślałem o czymś starym. 

- Świetnie, zaraz przyjdę. 

Nie  ruszyła  się,  póki  nie  usłyszała  jego  oddalających  się 

korytarzem kroków. Wyszorowała potem twarz ciepłą wodą, żeby nie 

zobaczył  jej  zaczerwienionych  oczu. Kiedy  zeszła  na  dół  w  koszuli  i 

szlafroku,  Nick  przeglądał  jakieś  pismo  medyczne,  na  stoliku  przed 

nim  stała  miska  z  prażoną  kukurydzą  i  dwie  szklanki  wody 

mineralnej. Podniósł wzrok. 

- Założę się, że jesteś najczystszym człowiekiem na ziemi. 

- Oczywiście. Z tego właśnie słynę - zapewniła go, zmuszając się 

do uśmiechu. 

- Mogę sprawdzić, żeby docenić w pełni twój wysiłek? 

Nie  wahała  się.  Była  raczej  zdumiona,  kiedy  ograniczył  się  do 

kilku gorących pocałunków. 

-  Puszczę  film,  bo  inaczej  utkniemy  tu  do  rana  -  powiedział, 

oparłszy się wygodnie, i sięgnął po pilota. 

Liza patrzyła na niego zdębiała. Nie mógł przecież domyślić się ni 

stąd,  ni  zowąd,  że  z  nią  jest  coś  nie  tak.  A  może  mu  się  znudziła, 

opatrzyła?  Jeśli  to  prawda,  nie  ma  nawet  prawa  się  poskarżyć, 

położyła więc tylko głowę na jego ramieniu i gapiła się bezmyślnie na 

napisy początkowe płynące przez ekran. 

Przyznała  mu  potem  rację,  film  był  fantastyczny.  Chętnie  też 

zauważyłaby głośno, że bohater był sporo starszy  od bohaterki, która 

background image

musiała  mocno  go  do  siebie  przekonywać,  prawie  tak  samo,  jak  ona 

była zmuszona przekonywać Nicka. 

- Podobało ci się? 

- Bardzo - zapewniła, nie wnikając w szczegóły. 

- Cieszę się. To co, gotowa do łóżka? 

Kiwnęła  głową.  Jednak  nigdy  dotąd nie  musiała  go  prosić,  to  on 

inicjował ich nocne spotkania. Ruszyła do sypialni. Szykowali się do 

snu bez słowa. Liza wśliznęła się pod kołdrę pierwsza. Kiedy dołączył 

do niej Nick, zgasiwszy wpierw światło, przysunęła się do niego. 

- Dobranoc, Lizo - powiedział i odwrócił się do niej plecami. 

Leżała przez chwilę w ciemnościach, ogłupiała, aż postukała go w 

ramię. 

- Chyba o czymś zapomniałeś - stwierdziła chłodno. 

Pogodziła się już, że nie spędzą razem życia, przynajmniej czyniła 

w  tym  kierunku  wysiłki.  Niemniej  jednak  nie  oznaczało  to,  że  ten 

wieczór chce zakończyć na słowie dobranoc. 

- Tak? 

- Nie pocałowałeś mnie na dobranoc. 

- Tak, kochanie, nie mogę. 

Oniemiała. 

- A co, przeziębiłeś się i boisz się mnie zarazić? 

- Nie. 

- Nie pragniesz mnie już? 

Nie  było  rady,  musiał  się  do  niej  odwrócić.  Chwycił  ją  za  rękę  i 

udowodnił, jak bardzo jej pragnie. 

background image

- No to nie rozumiem. Jeśli... 

-  Powiedziałaś,  że  jesteś  zmęczona!  -  wyrzucił  z  siebie  z 

westchnieniem.  -  Nie  jestem  przecież  potworem,  kochanie,  nie  mogę 

cię zamęczać. Staram się zachowywać jak dżentelmen. 

- Nick, miałam tylko ochotę na kąpiel! Nic mi nie jest. Po diabła 

mi dżentelmen, ja chcę ciebie! 

Natychmiast znalazła się w jego objęciach. 

- Hej, twierdzisz, że nie jestem dżentelmenem? 

-  Uważam,  że  jesteś  doskonały  i  mam  wielką  ochotę  na  tę 

doskonałość - oznajmiła. 

Po takim oświadczeniu Nick zapomniał o skrupułach. Kochali się 

żarliwiej niż dotąd, bo teraz  Liza  wiedziała już, że  zbliża się czas jej 

odejścia.  Gdy  Nicka  zmorzył  sen,  spojrzała  w  ciemność,  a  spod  jej 

powiek spadały na poduszkę łzy. 

Siódme niebo z Nickiem nie było jej przeznaczone. Nie mogła mu 

nawet  powiedzieć  dlaczego,  bo  mógłby  wyrzec  się  dla  niej  swoich 

marzeń. Na tyle go już poznała. 

Musi być dzielna i zabierać manatki. Ale jeszcze nie tej nocy. 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Kilka  kolejnych  dni,  w  których  udało  się  Lizie  za  dużo  nie 

myśleć,  składało  się  z  najszczęśliwszych  w  jej  życiu  chwil.  Za  dnia 

pomagała  Bonnie  w  pracach  domowych  i  komponowała.  Wieczory 

wypełniał jej Nick.  

background image

Jedynym  zmartwieniem,  którego  nie  udało  jej  się  pozbyć,  była 

Emily.  Liza  spodziewała  się  telefonu  od  niej  w  niedzielny  poranek  i 

miała  przy  okazji  problem.  Nie  wiedziała,  jak  długo  jeszcze  będzie 

mogła  zostać  u  Nicka.  Czuła,  że  powinna  zacząć przygotowywać  się 

do opuszczenia jego domu.  

Skontaktowała  się  z  inspektorem  Ramseyem,  by  dowiedzieć  się, 

czy są jakieś wiadomości na temat mężczyzny, który włamał się do jej 

mieszkania.  Inspektor zapewnił ją jedynie, że jej mieszkanie jest pod 

stałą  obserwacją,  ale  jak  dotąd  włamywacz  nie  pokazał  się  po  raz 

wtóry. 

Nie mogła się  zdecydować, czy po  wyjeździe  z Saratoga Springs 

udać  się  do  swojego  nowojorskiego  apartamentu.  W  każdym  razie 

musiała być uchwytna pod jakimś telefonem, pod którym mogłaby ją 

znaleźć  kuzynka.  Liza  nie  chciała  też  rozmawiać  z  nią  w  obecności 

Nicka  ani  Bonnie.  Przymierzała  się  więc  w  myślach  do  rozmaitych 

sposobów  rozwiązania  tej  kwestii,  ale  żaden  z  dotychczasowych 

pomysłów jej nie zadowalał. 

Tyle  miała  do  powiedzenia  Emily!  Dzieliły  ze  sobą  zawsze 

najskrytsze  tajemnice,  marzenia  i  nadzieje.  Emily  wiedziała  o 

bezpłodności kuzynki, na pewno wypytywałaby ją, czy Nick jest tego 

świadomy,  gdyby  tylko  Liza  zdradziła  jej  swe  uczucia.  Liza  nie 

wiedziała zatem, w jaki sposób przekazać jej emocje, które budziła w 

niej  bliskość  Nicka,  nie  wchodząc  przy  tym  w  pewne  szczegóły.  A 

potem  pomyślała,  że  lepiej  w  ogóle  nic  nie  mówić,  bo  tak  czy  owak 

jej szczęśliwe dni dobiegają kresu. 

background image

Emily  zadzwoniła  w  niedzielę  o  wpół  do  dwunastej.  Liza  była 

akurat w kuchni, razem z Bonnie szykowały lunch. Bonnie podniosła 

słuchawkę  i  zaraz  przekazała  ją  Lizie,  która  nie  potrafiła  powiedzieć 

gospodyni,  że  odbierze  telefon  w  pokoju,  musiała  zatem  bardzo 

uważać na słowa. 

-  Lizo,  co  u  ciebie?  W  porządku?  -  pytała  Emily  po  pierwszych 

słowach powitania. 

- Oczywiście. 

- Jakoś dziwnie mówisz. Nie jesteś sama? 

- Nie. - Wiedziała, że Emily zrozumie. 

- Ale wszystko dobrze? 

- Tak, na razie tak, ale... wszystko się zmienia. 

- Chcesz powiedzieć, że się przenosisz? Jak cię znajdę? 

- W domu. 

- W Nowym Jorku czy w Kalifornii? 

- To pierwsze - odparła Liza dyplomatycznie. 

-  Czy  to  bezpieczne?  A  co  z  tym  mężczyzną?  Nie  znajdzie  cię 

tam? Nie wracaj do tego mieszkania - prosiła Emily. - Może zamelduj 

się  w  którymś  z  nowojorskich  hoteli  pod  przybranym  nazwiskiem, 

mogłabyś się jakoś zamaskować. 

Liza  kombinowała  tymczasem,  jak  wytłumaczyć  kuzynce  swoje 

trudności. 

- To może ja zadzwonię? 

- Nie wiesz, jaki dać mi numer, tak? Dobrze, dzwoń do Mi-T-Fine 

Cafe  w  Keyhole,  występuję  tu  jako  Emma  Logan.  -  Podała  Lizie 

background image

numer.  -  Znają  mnie  tu  pod  tym  nazwiskiem.  Możesz  zostawić 

wiadomość, oddzwonię po pracy. 

-  Na  pewno  tak  będzie  dobrze?  -  spytała  Liza,  nie  chcąc 

komplikować Emily i tak pełnego problemów życia. 

- Będzie dobrze. 

- Myślałaś o telefonie do Randa? 

- Tak, ale nie jestem jeszcze gotowa. 

- Em, naprawdę uważam... 

- Nie mogę. Po prostu nie mogę. Słyszałaś coś o ojcu? Dobrze się 

czuje? 

-  Chyba  tak,  nie  miałam  nowych  wiadomości.  Nie  sprawdzałam 

swojej  sekretarki,  bo  nie  chciałam,  żeby  został  tam  mój  tutejszy 

numer. 

- Och, nie pomyślałam o tym - rzekła Emily. 

-  Pomyślę,  jak  to  rozwiązać,  zanim  znów  zadzwonisz.  Kiedy  się 

odezwiesz? 

- Mam dzwonić na ten numer, dopóki nie dasz mi nowego? 

- Tak. To w przyszły wtorek? 

- Dobrze, ale o tej porze co dzisiaj. Cały tydzień pracuję na drugą 

zmianę. 

-  Świetnie.  Będę  czekać  i  postaram  się  zebrać  jak  najwięcej 

informacji. Uważaj na siebie, Em. 

-  Ty  też,  zwłaszcza  jeśli  chcesz  się  gdzieś  przeprowadzić.  Na 

pewno nie możesz tam zostać? 

- Nie wiem... 

background image

- Martwisz mnie. Masz jakieś kłopoty z tym lekarzem? Chyba cię 

nie podrywa? 

Liza  o  mały  włos  nie  wybuchnęła  histerycznym  śmiechem.  Jeśli 

już, to ona właśnie go podrywa. A dokładniej - zakochała się w nim i 

dlatego nie może zostać dłużej. 

- Nie, jest w porządku. A jak twój zastępca szeryfa? 

-  Słodki,  ale  nieśmiały.  Przynajmniej  nie  mam  problemu.  No, 

muszę kończyć. Mam kilka spraw do załatwienia przed pracą. Odezwę 

się w środę, pilnuj się. 

-  Ty  też  -  rzekła  Liza,  żałując,  że  dzieli  ją  od  Emily  tak  wielka 

odległość.  Odłożyła  słuchawkę,  smutna  i  trochę  przestraszona.  Nie 

czuła  się  tak,  odkąd  znalazła  się  w  tym  domu.  To  perspektywa 

opuszczenia  go  przypomniała  jej,  że  świat  nie  jest  przyjaznym 

miejscem. 

- Coś się stało? - zaniepokoiła się Bonnie. 

Liza odwróciła się do niej zatroskana. 

- Nie, nic takiego. 

-  Chyba  znam  odpowiedź  na  jeden  z  twoich  problemów.  Nie 

myśl,  że  podsłuchuję,  ale  wspomniałaś,  że  nie  możesz  zadzwonić  na 

swój  numer.  Przecież  Nick  może  zadzwonić  z  gabinetu  i  sprawdzić 

wiadomości. Nikogo nie zdziwi, że twój lekarz się do ciebie odzywa. 

Liza  ucieszyła  się,  że  rozmawiała  w  obecności  gospodyni, 

ponieważ jej rozwiązanie było idealne. 

- Fantastycznie, Bonnie! Poproszę Nicka o to, kiedy tylko wróci z 

kościoła. 

background image

-  Nie  będziesz  musiała  długo  prosić  -  rzekła  gospodyni  z 

uśmiechem.  -  Skoczyłby  bez  namysłu  do  oceanu,  gdybyś  mu  kazała 

go przepłynąć. 

Liza powstrzymała napływające do oczu łzy. 

- Nigdy bym o to nie prosiła - powiedziała. Nie nalegałaby nawet, 

żeby  Nick  się  z  nią  ożenił.  Ale  prośba  o  sprawdzenie  nagrań  na 

sekretarce jak najbardziej wchodziła w rachubę. 

Nick,  oczywiście,  zgodził  się  bez  słowa.  Chciał  nawet  pojechać 

do gabinetu natychmiast po lunchu, i to z  Lizą. Możliwość  wyjścia z 

domu uradowała ją, a jednocześnie wzbudziła pewne obawy. 

- Myślisz, że to bezpieczne? 

-  W  weekendy  nikogo  tam  nie  ma,  będziesz  mogła  sama 

zadzwonić.  Na  wszelki  wypadek  możesz  schować  się  pod  jakimś 

kapeluszem. 

Liza natychmiast zwróciła się do gospodyni: 

- Bonnie, możesz mi pożyczyć kapelusz? 

-  Mam  coś  lepszego,  blond  perukę  -  odparła  na  to  Bonnie  z 

uśmiechem  od  ucha  do  ucha.  -  Miałam  ją  do  kostiumu  na  zabawie, 

lata  temu.  Nie  wiem,  po  co  ją  jeszcze  trzymam,  leży  zapakowana  na 

strychu. 

- Wspaniale. Tak się cieszę, że stąd wyjdę. To znaczy, dobrze mi 

tu  -  dodała  szybko,  widząc,  że  Nick  marszczy  brwi.  -  Ale  w  końcu 

mogę dostać klaustrofobii. 

background image

- No pewnie - przytaknęła Bonnie. - Ja bym tam dostała, jak bym 

nie  mogła  wyskoczyć  do  spożywczego,  już  nie  mówiąc  o  kinie  czy 

innych sklepach. 

- Lizo, nawet o tym nie myśl, jedziemy tylko do biura. 

- Wiem. Dziękuję, Nick, poważnie. 

Godzinę  później  sadowiła  się  na  przednim  siedzeniu  mercedesa, 

w  peruce  Bonnie  na  głowie.  Czuła  się  co  prawda  jak  mała 

dziewczynka,  która  bawi  się  w  przebieranki,  ale  nie  była  to  wysoka 

cena za bezawaryjne dotarcie na miejsce. 

- Co u Emily? - zapytał Nick po drodze. 

- W porządku. Chyba czuje się tam nieźle. 

- Na pewno? Bonnie mówiła, że się zdenerwowałaś. 

Liza nie chciała go okłamywać, ale nie miała wyjścia. 

- Bo jednak się o nią martwię. Co innego ukrywać się kilka dni, a 

co innego tak długo. Boję się ciągle, że ten mężczyzna ją znajdzie. 

- Hm. Inspektor Ramsey mówi, że kompletnie zaginął ślad po tym 

facecie, który był w szpitalu i w twoim mieszkaniu. 

- Tak, ale on sądzi, że tu chodzi jedynie o pieniądze - stwierdziła 

ponuro Liza, bo obie z Emily miały całkiem inne zdanie na ten temat. 

-  Uważasz,  że  on  nie  przestał  szukać  Emily,  chociaż  dostał 

pieniądze? 

- Właśnie. 

Nick  ściągnął  brwi  i  wjechał  na  parking,  podjeżdżając  na  tyły 

budynku, gdzie znajdowało się służbowe wejście. 

background image

-  Zaczekaj,  aż  otworzę  drzwi,  potem  szybciutko  do  środka, 

dobrze? 

Nie  czekał  na  odpowiedź,  zakładając,  że  jest  oczywista.  Liza 

zrobiła, jak prosił. Dyktował warunki, ale w tym wypadku miał rację. 

Kiedy  otworzył  drzwi,  wyskoczyła  z  samochodu,  i  pobiegła  przez 

słoneczną  przestrzeń  prosto  do  ocienionego  korytarza.  Wtedy  Nick 

otworzył swój gabinet. 

Liza  opadła  na  fotel  przy  biurku  i  niezwłocznie  chwyciła  za 

słuchawkę.  Nick  podsunął  jej  notes  i  ołówek,  by  mogła  coś  w  razie 

potrzeby  zapisać.  Drżącą  ręką  wykręciła  numer.  Kontakt  ze  światem 

zewnętrznym,  pozbawionym  oparcia  Nicka,  był  dla  niej  wielkim 

stresem. Czuła lęk przed tym, co mogło ją tam spotkać. 

Pięć  pierwszych  nagrań  stanowiły  telefony  od  jej  matki,  która 

zirytowanym tonem domagała się, żeby Liza do niej zadzwoniła, żeby 

kontynuowała  trasę  koncertową,  żeby  -  generalnie  -  była  jej 

posłuszna.  Wuj  Joe  natomiast  z  troską  dopytywał  się  o  jej 

bezpieczeństwo i o Emily.  

Liza rozpłakała się, Nick wziął ją za rękę. 

- Dobrze się czujesz? 

Przytaknęła.  Kolejna  wiadomość  pochodziła  od  włamywacza, 

groził jej. 

- To on! 

- Kto? - spytał Nick. 

- Ten mężczyzna! Ten, który... 

Nick włączył głośne mówienie. 

background image

-  Znajdę  cię,  suko,  dostaniesz,  na  co  zasługujesz,  ty  i  ta  twoja 

kuzyneczka. Zmów paciorek, bo zbliża się dzień sądu ostatecznego! 

Liza zacisnęła powieki. 

Na sekretarce znalazła jeszcze tylko dwa telefony od matki. Kiedy 

skończyła odsłuchiwanie, Nick czym prędzej przejął słuchawkę. 

- Trzeba zawiadomić Ramseya. 

- Nick, przecież to jasne, że ten człowiek szuka dalej Emily, i że 

tutaj chodzi o morderstwo. 

-  Wiem.  Ramsey  musi  wiedzieć,  co  się  dzieje,  kochanie.  Trzeba 

zadzwonić. 

W  końcu  Liza  zgodziła  się  z  nim.  Nie  wiedziała,  co  zrobi 

inspektor,  ale  Nick  miał  rację,  policja  musi  wiedzieć.  Ramsey  miał 

wolne,  ale  kiedy  Nick  wyjaśnił,  w  jakiej  sprawie  dzwoni, 

recepcjonistka  zobowiązała  się  skontaktować  się  z  inspektorem  pod 

jego  domowym  numerem  i  poprosić  go  o  pilny  telefon  do  gabinetu 

Nicka. 

Liza  wstała  i  podeszła  do  okna,  stając  plecami  do  Nicka.  On  zaś 

odłożył słuchawkę, zbliżył się do niej i objął ją. 

- W porządku? 

- Tak, oczywiście. Ale sam wiesz... 

Dzwonek  telefonu  wybawił  ją  przed  powtórzeniem  znów  tego 

samego.  To  był  Ramsey.  Nick  wyjaśnił, dlaczego  go  niepokoi,  na  co 

inspektor  obiecał  dołączyć  do  nich  w  ciągu  dziesięciu  minut.  Nick 

poprosił go tylko, by wszedł tylnym wejściem. 

background image

W  obecności  inspektora  Liza  jeszcze  raz  sprawdziła  swoją 

sekretarkę  automatyczną,  tym  razem  od  początku  z  włączonym 

głośnym  mówieniem.  Ramsey  poprosił  o  dwukrotne  powtórzenie 

nagrania włamywacza. 

Podniósł potem wzrok na Lizę. 

- Zamierza zabić was obie. Nawet nie wspomina o okupie. 

- Powiedział pan, że już go dostali. 

-  Od  kiedy  wie  pani,  że  chodzi  o  morderstwo,  a  nie  o  porwanie, 

pani  Colton?  Nie  przypominam  sobie,  żeby  wspomniała  pani  o  tym 

wcześniej. 

Wpatrywał  się  w  nią,  marszcząc  czoło.  Nick  stanął  u  jej  boku, 

gotów jej bronić. 

-  Nie  wiedziałam,  nie  byłam  pewna,  ale  jeżeli  bierze  w  tym 

udział...  ktoś  z  rodziny,  porwanie  nie  miałoby  sensu.  Wuj  Joe  jest 

naprawdę bogaty, a przy tym bardzo hojny. 

-  Powinienem  się  był  tego  domyślić  po  zabójstwie  pomocy 

kuchennej. 

Liza spojrzała na niego. 

- Zna pan jakieś szczegóły jej śmierci? 

- Nie, morderca zaatakował ją i uciekł. 

-  Mają  chociaż  opis  samochodu?  Musi  być  na  kogoś 

zarejestrowany. 

-  Pochodzi  z  kradzieży  zgłoszonej  dosłownie  pół  godziny  przed 

wypadkiem.  Porzucono  go  potem  kilka  kilometrów  dalej.  Bez 

background image

żadnych  odcisków  palców  -  dodał,  uprzedzając  ewentualne  pytanie 

Nicka. 

Inspektor zaczął krążyć po gabinecie, Liza siedziała w milczeniu. 

Nick miał jednak kolejne pytanie. 

-  A  przekazany  przez  rodzinę  okup  nie  naprowadził  na  żadne 

ślady? 

- Nie, gość jakby się rozpłynął. - Ramsey skrzywił się. - Od tamtej 

pory  zero  kontaktu.  A  pani  kuzynka  też  zniknęła.  -  Potarł  czoło.  - 

Prawdę  mówiąc  -  wskazał  na  telefon  -  to  pierwszy  znak,  że  może 

wciąż żyje. 

- Czy pieniądze nie zostały w żaden sposób oznaczone? Nikt nimi 

dotąd nie płacił? - pytał dalej Nick. 

- Tak - rzekł Ramsey - są oznakowane. 

- Nie domyślili się tego? - zainteresowała się Liza. 

Inspektor wzruszył ramionami. 

- Zależy, jacy są bystrzy. 

Liza  stuliła  ramiona,  czując  zbierające  się  łzy.  Miała  wielką 

nadzieję,  że  okup  naprowadzi  na  jakiś  trop,  że  wreszcie  skończy  się 

ten koszmar. 

- Nie można przesłuchać Meredith Colton? - spytał Nick. 

- Na podstawie dziwacznej opowieści jej siostrzenicy? - Inspektor 

zwrócił się do Lizy. - Proszę o wybaczenie, nie chciałem pani urazić. 

FBI  nie  chce  robić  sobie  wrogów  z  Coltonów.  Pan  Colton  w  chwili 

obecnej chętnie z nimi współpracuje, ale ta historia mogłaby zmienić 

sytuację.  -  Zrobił  pauzę  i  ponownie  spojrzał  na  Lizę,  tym  razem 

background image

dosłownie  przebijając  ją  wzrokiem.  -  Chyba  że  ma pani  dowód  winy 

swojej ciotki. 

Liza pokręciła głową. 

-  Cóż,  pech,  że  ten  gość  nie  powiedział  przez  telefon  nic 

obciążającego panią Colton. To by wiele zmieniło. 

Nick kiwnął głową, zakładając, że wizyta dobiegła końca. 

- Dziękuję, że pan wpadł, inspektorze. Pomyśleliśmy, że powinien 

pan tego wysłuchać. 

- Słusznie. Pozwoli pani, że skopiuję to nagranie? Gdyby dała mi 

pani numer i kod do odsłuchania wiadomości, zrobiłbym to u siebie w 

biurze. 

Liza nie widziała w tym nic złego, bez zwłoki podała mu żądane 

numery.  Inspektor  wyszedł,  udając  się  do  biura  i  zostawiając  ich 

samych. 

Nick przysiadł obok Lizy. 

-  Przepraszam,  kochanie.  Spodziewałem  się,  że  ta  wiadomość 

dostarczy jakiegoś rozstrzygającego dowodu. 

-  Ja  też  -  wykrztusiła  przez  łzy.  -  Chcę,  żeby  to  się  skończyło. 

Chcę, żeby Emily wróciła do domu... i była bezpieczna. 

-  Tak...  ale  ja  nie  chcę,  żebyś  mnie  opuściła  -  szepnął  i  zaraz  ją 

pocałował. 

Ona także nie chciała wyjeżdżać. Niemniej zrobi to, i wcale nie z 

powodu mężczyzny, który grozi jej przez telefon. Ale Nick nigdy się 

o tym nie dowie. 

 

background image

Meredith nie zdołała zniknąć z oczu Joego ani FBI aż do pewnego 

dnia  późnym  wieczorem,  kiedy  to  rzekomo  udała  się  na  spoczynek. 

Dobrze  chociaż,  że  temu  głupkowi  udało  się  uciec,  pomyślała,  bo 

inaczej zrujnowałby cały jej scenariusz. 

Zaparkowała  przed  podejrzanym  barem,  gdzie  umówiła  się  z 

Silasem.  Nie  od  razu  przyzwyczaiła  wzrok  do  pełnego  dymu  mroku, 

znalazła jednak Silasa dokładnie tam, gdzie kazała mu czekać. Z tyłu 

sali, jak najdalej od jakiegokolwiek światła.  

Nie traciła czasu na grzeczności. 

- Gdzie forsa? 

- W plecaku. - Mężczyzna przesunął po stole ciężki bagaż, patrząc 

nań z żalem, jakby miał się zdematerializować. 

Meredith zrzuciła natychmiast plecak na miejsce obok siebie, przy 

ścianie. Starczył moment, by zorientowała się, że została wrobiona. 

- Banknoty mają kolejne numery. 

- To co? Wydaje się je jak każde inne. 

-  Ty  durniu!  Nie  rozumiesz,  że  ich  nie  można  wydać?  Ta  forsa 

doprowadzi  do  nas  gliny.  -  Rozsadzała  ją  wściekłość,  liczyła 

przynajmniej na finansową korzyść. 

-  Kiedy  ja  mam  plany!  -  protestował  Silas,  podnosząc  głos  ze 

zdenerwowania. 

- Ucisz się, idioto! - zbeształa go Meredith. - Jak się wywiążesz z 

roboty,  może  ci  zapłacę  -  warknęła.  -  Kiedy  zamierzasz  się  jej 

pozbyć? 

background image

-  Suka  dobrze  się  kryje.  Masz  tyle,  zapłać  mi  trochę  więcej.  To 

mnie kosztuje. 

-  Głuchy  jesteś?  Ta  forsa  jest  na  nic.  Mogę  ci  dać  pięć  tysięcy, 

ale...  -  Zawiesiła  głos,  kiedy  wyciągnął  rękę  po  plecak,  jak  gdyby 

zamierzał  wziąć  swoje  od  razu.  -  Zostaw!  Tego  nie  wolno  tknąć, 

muszę zdobyć forsę z innego źródła. Chyba że chcesz od jutra gnić w 

kiciu. 

Szybko cofnął ręce, jakby się poparzył. 

- Potrzebuję więcej pieniędzy - skamlał. 

-  Zdobędę  je,  ale  tych  nie  dam.  Czy  wszystko  musi  mi  się  tak 

rozwalać? - poskarżyła się. 

Nie  należała  wszakże  do  tych,  którzy  się  łatwo  poddają. 

Pozbędzie się Emily, postanowiła, i Lizy, jeśli i to będzie konieczne, 

choćby była to ostatnia rzecz w jej życiu. 

 

W następnym tygodniu Liza kilkakrotnie jeszcze ukrywała się pod 

blond peruką, wychodząc z Bonnie po zakupy. Raz nawet udały się do 

dużego  centrum  handlowego.  Świadomość,  że  jej  kłopoty  szybko  się 

nie  skończą,  nie  pozwalała  Lizie  pogodzić  się  z  koniecznością 

dalszego  ukrywania  się.  Gdy  zdarzało  im  się  spotykać  w  sklepie 

znajomych  Bonnie,  ta  przedstawiała  Lizę  jako  siostrzenicę,  która 

wpadła z wizytą. Nick nie miał pojęcia o ich eskapadach. 

W  środę  zadzwoniła  Emily  i  Liza  poinformowała  ją  o nagraniu i 

rozmowie z inspektorem. Obie były tym bardzo przejęte. Na pytanie, 

jak  długo  zamierza  pozostać  w  domu  doktora,  Liza  nie  udzieliła 

background image

jednoznacznej  odpowiedzi.  Pragnęła  zostać  tam  możliwie  najdłużej. 

Zresztą obojętnie, kiedy wyjedzie, i tak będzie to bolesne. Postanowiła 

zatem  cieszyć  się  każdą  chwilą  spędzoną  z  Nickiem.  Był  wciąż 

kochający i czuły, nie wracał do kwestii dzieci, zdawał się dostosować 

do  Lizy,  która  -  tak  myślał  -  nie  chciała  po  prostu  niczego 

przyspieszać. 

Dla  Lizy  było  to  korzystne  pod  każdym  względem.  Była  tak 

szczęśliwa,  jak  tylko  to  możliwe  w  podobnych  okolicznościach.  Nie 

pozbyła się troski o Emily, ale znajdowała pociechę w miłości Nicka i 

cieszyła  się  spacerami  z  Bonnie.  Najchętniej  nie  zmieniałaby  tej 

sytuacji jeszcze przez jakiś czas. 

W  czwartek,  kiedy  towarzyszyła  Bonnie  w  wyprawie  do 

supermarketu,  wszystko  się  zmieniło.  Znajoma  Bonnie  zatrzymała  ją 

na pogawędkę, a Liza w tym czasie lustrowała okładki magazynów. 

-  Może  znasz  kogoś,  kto  podjąłby  się  czasowej  pracy?  -  spytała 

kobieta. 

- Jakiego rodzaju? 

-  Moja  córka  prowadzi  przedszkole  w  szpitalu,  dla  dzieci 

pracowników.  Połowa  załogi  padła  na  grypę,  jakby  była  jakaś 

epidemia. Jutro trochę jej pomogę, ale i tak brakuje jej rąk do pracy. 

Liza  wyciągnęła  uszy.  Kochała  dzieci,  choć  sama  nie  mogła 

zostać  matką.  Dzień  czy  dwa  pracy  w  szpitalu  wydał  jej  się 

fantastycznym pomysłem. W peruce nikt jej nie rozpozna. 

-  Ciociu,  ja  chętnie  się  tego  podejmę  -  zwróciła  się  nagle  do 

Bonnie. 

background image

- Wykluczone, kochanie! - zawołała gospodyni. - Nickowi by się 

to nie spodobało. 

Znajoma spojrzała na nią zdziwiona. 

-  A  co  ma  do  tego  doktor  Hathaway?  Byłoby  świetnie,  gdyby 

przyszła. Jak ci na imię, moja droga? 

Liza myślała szybko. 

- Liza, Liza Brown. 

-  Nie  wiedziałam,  że  masz  w  rodzinie  Brownów,  Bonnie  - 

zauważyła znajoma. 

- To po mężu, byłam krótko mężatką - wyjaśniła Liza, obawiając 

się, że gospodyni nie wybrnie z kłopotu. 

-  Ach  tak,  to  po  co  zatrzymałaś  nazwisko?  -  rzekła  kobieta  i 

dorzuciła  z  uśmiechem:  -  To  co,  powiem  córce,  że  będziesz  jutro  z 

samego rana? 

- Tak, jeśli można to o dziewiątej. 

- Ale wiesz o tym, że będę cię musiała odebrać o wpół do piątej? - 

Bonnie  szukała  ratunku.  -  Twoja  córka  -  oświadczyła  znajomej  - 

będzie chyba musiała znaleźć kogoś innego, kto może zostać dłużej. 

-  Jest  tak  załamana,  że  zgodzi  się  na  wszystko  -  stwierdziła 

kobieta. - A ty, Bonnie? Nie chciałabyś pomóc? 

- Chyba powinnam - mruknęła Bonnie. 

-  No  to  wspaniale!  Zadzwonię  do  was  dziś  wieczorem  po 

rozmowie  z  córką  -  zakończyła  znajoma  i  pchnęła  swój  wózek  z 

zakupami. 

- Nick nas zabije - szepnęła Bonnie. 

background image

-  Nie  dowie  się.  Ty  możesz  powiedzieć,  że  komuś  pomagasz,  a 

mnie w końcu nie wolno odbierać telefonów. 

- A jeśli ktoś cię pozna? 

-  Nie  jestem  aż  taka  sławna.  Poza  tym  ukrywam  się  przed  kim 

innym,  a  tamci  z  pewnością  nie  będą  mnie  szukali  w  przedszkolu. 

Zobaczysz, będzie dobrze. 

- Mam nadzieję - rzekła Bonnie z westchnieniem. 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Kiedy  Nick  wrócił  do  domu  tego  wieczoru,  natychmiast 

zauważył,  że  obie  kobiety  są  czymś  poruszone.  Bonnie  unikała  jego 

wzroku jak ognia, co wcale nie wróżyło dobrze. 

- O co chodzi? - zapytał, przyglądając się im z obawą. 

Gospodyni skoczyła jak przerażona i skwitowała: 

- Nic. 

Liza  wtuliła  się  w  jego  ramiona.  Bliskość  Lizy  natychmiast 

wytrąciła go z równowagi, zapisał sobie jednak w pamięci, by złapać 

Bonnie na osobności i pociągnąć ją za język. 

-  Kolacja  będzie  za  pół  godziny,  gdybyś  chciał,  no  wiesz, 

odwiedzić Lizę - poinformowała Bonnie, wciąż na niego nie patrząc. 

Postanowił, że później wszystko wyjaśni, na razie Liza przesłoniła 

mu wszystko. 

- Świetnie, Bonnie. - Wziął Lizę za rękę i wyciągnął z kuchni. 

- Zaczekaj - zaprotestowała, ciągnąc go z powrotem. 

Zrobił zdziwioną minę. 

background image

- Nie chcesz... porozmawiać? 

-  Pewnie,  że  chcę  -  przekomarzała  się  -  ale  miło  jest,  kiedy  ktoś 

cię o to pyta, a nie zakłada z góry, że się zgodzisz. Rozbestwiłeś się. 

- Tak myślisz? - Uniósł brwi i przygarnął ją do siebie. 

Musiał jej przyznać rację, rozpuściła go, czekając na jego powrót 

do domu, spędzając z nim wieczory i noce. Przyzwyczaił się do tego i 

miał  nadzieję,  że  tak  już  zostanie.  Liza  nawet  nie  zdawała  sobie 

sprawy,  że  go  przejrzała.  Przez  nią  zmienił  swoją  decyzję,  by  się 

więcej już z nikim nie wiązać. Bez niej nie wyobrażał sobie życia. Po 

raz pierwszy od czterech lat patrzył optymistycznie w przyszłość. 

Prawdę  mówiąc,  nie  wyznał  jeszcze  Lizie  miłości  wprost,  za 

pomocą  słów.  Uznał,  że  to  nie  jest  stosowny  moment,  by 

komplikować  jej  życie,  bo  i  bez  tego  czeka  ją  wiele  istotnych 

rozstrzygnięć.  Miał  jednak  zamiar  to  zrobić,  żeby  ją  zatrzymać. 

Spuścił głowę i szepnął jej do ucha zaproszenie, które wywołało na jej 

twarzy rumieniec. 

Bonnie zaśmiała się, tym razem jej głos brzmiał normalnie. 

- Kochanie, zabierz go stąd, bo się zawstydzę. 

Liza, posłuszna gospodyni, pociągnęła Nicka za rękę. Poszedł  za 

nią jak w dym, w takich chwilach nigdy się nie wahał. Kiedy znaleźli 

się za zamkniętymi drzwiami pokoju, Nick przytulił ją mocno. 

- Czy pocałunek też wymaga pozwolenia? 

Był rozpieszczany i znajdował w tym wielką przyjemność. 

 

 

background image

Następnego ranka Bonnie złapała Nicka, zanim wyszedł do pracy. 

-  Nie  będzie  mnie  dzisiaj  w  domu  cały  dzień,  muszę  pomóc 

koleżance. Nie przejmuj się, gdyby nikt nie podnosił słuchawki. 

Liza  wbiła  wzrok  w  jajecznicę,  w  napięciu  czekając  na  reakcję 

Nicka.  Zastanawiały  się  z  Bonnie,  jak  i  kiedy  poinformować  go,  że 

gospodyni  może  nie  być  w  domu,  i zdecydowały,  że  najlepiej  zrobić 

to w ostatniej chwili. 

-  Jakiej  koleżance?  -  spytał,  zabierając  swoją  teczkę  i  torbę 

lekarską. 

- Marge Joyner. 

Nick stanął jak wryty. 

- Co się stało Marge? 

- Nic - uspokoiła go szybko Bonnie. 

-  Przecież  ona  nie  pracuje,  jej  córka...  -  Urwał  i  spojrzał  na 

Bonnie,  marszcząc  brwi.  -  Słyszałem,  że  w  przedszkolu  potrzebują 

kogoś do pomocy. Czy o to chodzi? 

- Tak. Obiecałam tam zajrzeć. 

Nick obrócił się do Lizy. 

- Dasz sobie sama radę? 

-  Oczywiście  -  odparła  z  niewinną  miną,  zapewniając 

natychmiast: - Nikomu nie otworzę i nie będę odbierać telefonów. 

Wciąż zatroskany, Nick pochylił się i pocałował ją. 

- Tylko bądź ostrożna. 

- Dobrze. 

background image

Liza  i  Bonnie  nie  otworzyły  ust,  dopóki  nie  usłyszały 

oddalającego się samochodu. 

Pierwsza odezwała się gospodyni: 

- Boże ty mój, myślałam, że się złamię i wszystko mu powiem. Za 

stara jestem na takie sztuczki. 

- Przepraszam cię, ale... ale tak marzę o powrocie do normalności. 

Nie sądzę, żebyśmy robiły coś złego, nic mi tam nie grozi. 

- Wiem, kochanie. Nie zgodziłabym się, gdybym myślała inaczej. 

Nasz doktor przesadza z tą ostrożnością. 

- No właśnie. Pójdę teraz na górę, włożę perukę. I zaraz możemy 

iść. Chyba nie zaszkodzi, jak będziemy trochę wcześniej? 

- Mój Boże, nie. Raczej nas przywitają z otwartymi ramionami. 

Bonnie  miała  rację.  Liza  rozglądała  się  po  sali  pełnej  maluchów 

błyszczącym wzrokiem. 

- Och, Bonnie, czy to nie kochane maleństwa? 

-  No  owszem.  Tak  bardzo  chciałabym,  żeby  Nick...  Chcę 

powiedzieć,  że  czułabym  się  babcią,  gdyby  Nick...  Co  tam,  tak, 

słodkie jak nie wiem co. 

Spieszyła ku nim kobieta niewiele starsza od Lizy. 

-  Och,  pani  Allen  i  Liza,  prawda?  Tak  się  cieszę,  mama  też 

przyszła,  ale  musiałam  odesłać  do  domu  kilka  minut  temu  jedyną 

pracownicę, która mi została. Ta grypa mnie zabije! 

-  Proszę  tylko  powiedzieć,  co  mamy  robić.  -  Bonnie  odłożyła 

torebkę na pobliską półkę. Liza zrobiła to samo. 

background image

Po  chwili  obie  siedziały  na  podłodze  ze  starszymi  dziećmi, 

organizując im różne gry i zabawy. Liza czuła się jak ryba w wodzie. 

Na drugie śniadanie były kanapki z masłem orzechowym i konfiturą, 

potem  przyszła  pora  na  leżakowanie.  Pełne  wrażeń  dzieci  zasnęły, 

wszystkie  oprócz  jednej  półtorarocznej  dziewczynki,  która  nie 

przestawała płakać. 

Liza wzięła małą na ręce, żeby nie przeszkadzała innym, usiadła z 

nią  w  fotelu  bujanym  i  kołysała  łagodnie.  Drobna  dziecięca  rączka 

chwyciła  jasny  kosmyk  włosów  Lizy.  Liza  syknęła,  próbowała  się 

uwolnić,  ale  ponieważ  dziewczynka  nie  szarpała  jej  włosów, 

zadowalając  się  trzymaniem  ich  w  dłoni,  Liza  oparta  się  wygodnie  i 

zaczęła cichutko śpiewać. Kierowniczka przedszkola spojrzała na nią 

ukradkiem, Liza szybko przeszła  w  murmurando. Zupełnie wyleciało 

jej z głowy w tym nowym otoczeniu, że jej głos jest rozpoznawalny. 

Kiedy dziecko powoli zasypiało, do sali wpadło dwu mężczyzn z 

lokalnej  stacji  telewizyjnej,  jeden  z  nich  z  kamerą.  Liza  poszukała 

wzrokiem  Bonnie.  Nie  wiedziała,  co  się  dzieje.  W  tym  czasie 

dziewczynka  przebudziła  się  i  uderzyła  w  płacz,  pociągnąwszy  przy 

tym  perukę  Lizy.  Pandemonium  sięgnęło  szczytu,  bo  mężczyźni 

bezbłędnie rozpoznali Lizę. Oko kamery skierowało się w jej stronę, a 

jeden z mężczyzn zarzucił ją pytaniami. 

Liza  starała  się  desperacko  równocześnie  uspokoić  małą  i 

poprawić  perukę,  nie  zwracając  uwagi  na  wścibskiego  reportera. 

Bonnie  rzuciła  się  jej  na  pomoc.  Poleciła  reporterowi  bezwzględnie 

zatrzymać kamerę. Mężczyźni ani trochę się tym nie przejęli. 

background image

-  Bardzo  proszę,  nic  pan  nie  rozumie  -  odezwała  się  Liza.  - 

Denerwuje pan dziecko. 

W  ciągu paru  sekund  reszta  dzieciaków  została  wyrwana  ze  snu, 

niektóre  dołączyły  do  szlochającego  chóru.  Marge,  znajoma  Bonnie, 

wsparła ją własnymi siłami, żeby czym prędzej pozbyć się intruzów. 

-  Pani  Colton  da  nam  wywiad  i  już  nas  nie  ma  -  wykłócał  się 

reporter.  -  Mieliśmy  kręcić  temat  o  epidemii  grypy,  ale  to  jest  dużo 

większa gratka. 

Liza miała ochotę krzyczeć, starała się jednak zachować powagę. 

Stwierdziła z żalem, że chyba nie ma wyboru, jeśli do przedszkola ma 

powrócić  spokój.  Poza tym  to  tylko  lokalna  telewizja, pocieszała  się. 

Wywiadu nie zobaczy nikt, kto chciałby ją skrzywdzić. 

-  Dobrze,  byle  szybko  -  rzekła,  wręczając  Bonnie  zapłakaną 

dziewczynkę. - Przejdźmy do holu, przeszkadzacie tutaj. 

Po kilku minutach wróciła do sali, w której panowała już cisza, i 

przeprosiła szefową za zamieszanie. 

-  Nic  nie  szkodzi,  mam  nadzieję,  że  może  pani  tu  zostać  mimo 

wszystko.  Nie  śmiałabym  prosić,  ale  naprawdę  brak  mi  ludzi,  pani 

Colton. 

- Oczywiście, że zostanę. 

Wywiad nie powinien ukazać się na antenie przed wiadomościami 

o szóstej, pomyślała. 

-  Udało  się?  -  Bonnie  zjawiła  się  natychmiast  u  boku  Lizy.  - 

Obiecali nie mówić nikomu, że tu jesteś? 

background image

-  Nie.  Ale  nie  powiedziałam,  gdzie  mieszkam.  Mamy  mnóstwo 

czasu, żeby uprzedzić Nicka. 

- O mój ty Boże! On nas zabije! 

Liza przekonała się, jak źle oceniła sytuację już o wpół do piątej, 

kiedy razem z Bonnie wychodziły z przedszkola. Liza w blond peruce 

i towarzysząca jej gospodyni wyszły do holu, gdzie czekali na nie ten 

sam reporter i ten sam kamerzysta. 

-  Pani  Colton,  muszę  zadać  pani  jeszcze  kilka  pytań.  Informator 

kulturalny domaga się więcej materiału. 

Liza  wpatrywała  się  w  mężczyznę,  który  podstawił  jej  pod  nos 

mikrofon. 

- Dałam panu wywiad dla lokalnej stacji. 

- No tak, ale nie wiedziałem z góry, że tamci będą zainteresowani. 

Chcą  nam  dobrze  zapłacić  za  informacje,  gdzie  się  pani  ukrywa!  - 

Uśmiechnął  się  z  entuzjazmem,  spodziewając  się  wyraźnie,  że  Liza 

będzie tym zachwycona. 

- Nie - rzuciła stanowczo, próbując odejść. 

-  Pani  Colton,  będziemy  panią  śledzić,  jeśli  nie  chce  pani 

współpracować. 

Prawda tych słów uderzyła Lizę. Znaczyły bowiem tyle, że straci 

swoją  spokojną  przystań.  Jeżeli  wiadomość  o  miejscu  jej  pobytu 

wydostanie się poza Saratoga Springs, dotrze także do niewłaściwych 

osób. Liza pomyślała nawet, że naraża teraz Nicka i Bonnie. A tego na 

pewno nie chciała. Bała się, że jeszcze chwila i rozpłacze się. 

- Porozmawiam z wami, jeżeli pojedziecie ze mną na lotnisko. 

background image

- Ale da nam pani wyłączność - upewniał się kamerzysta. 

- Tak - obiecała, czując, że Bonnie ściska jej ramię. 

- No to sami zawieziemy panią na to lotnisko - przyrzekł reporter. 

Liza  zdała  sobie  sprawę,  że  ci  dwaj  mężczyźni  nie  spuszczą  jej 

teraz z oka, mogła zatem przynajmniej jakoś ich wykorzystać. 

- Dziękuję. Proszę dać mi chwilę czasu, muszę uprzedzić, że jutro 

już tu nie przyjdę. 

Kiwnęli  głowami.  Liza  popchnęła  Bonnie  z  powrotem  do  sali 

przedszkolnej, zamykając drzwi. 

- Chyba nie wyjeżdżasz, złotko? - przeraziła się Bonnie. 

-  Nie  mam  wyboru.  Jak to  się  rozejdzie  po  kraju,  możecie  być  z 

Nickiem w niebezpieczeństwie. Muszę jechać. 

- I nawet się z nim nie pożegnasz? - spytała gospodyni. 

Liza potrząsnęła głową. 

-  Nie  mam  wyboru,  Bonnie.  Powiedz  mu...  że  to  wszystko  moja 

wina. Że próbowałaś mnie przekonać, żebym tu nie przychodziła. I... - 

Tyle  chciała  mu powiedzieć,  ale  nie  mogła.  -  Podziękuj  mu  w  moim 

imieniu. - Uściskała Bonnie i wydawało jej się, jakby rozstawała się z 

kimś równie drogim, jak matka. 

Wybiegła z sali, zostawiając Bonnie w strugach łez.  

 

Nick  wcześnie  wyszedł  z  gabinetu,  w  szpitalu  czekał  na  niego 

pacjent.  Po  drodze  przypomniał  sobie,  że  Bonnie  pomaga  dziś  w 

przedszkolu  i  postanowił  wpaść  tam  i  sprawdzić,  czy  jeszcze  ją 

zastanie.  Uśmiechnął  się  na  myśl,  że  może  Bonnie  odkryje  w  sobie 

background image

miłość  do  dzieci  i  z  tym  większym  zapałem  powita  Lizę  jako  stałą 

mieszkankę ich domu, jego żonę i matkę jego dzieci. 

Zbliżywszy  się  do  sali  przedszkolnej,  zajrzał  do  wnętrza.  Już 

tylko  dwójka  maluchów  czekała  na  swoich  rodziców,  ale  Nick 

natychmiast  dostrzegł  Bonnie.  Siedziała  w  fotelu  bujanym  i  płakała. 

Jakaś kobieta poklepywała ją po ramieniu. 

- Bonnie! Co się stało? 

-  Och,  Nick,  tak  mi  przykro!  Myślałam,  że  będzie  dobrze,  ale 

spadła jej peruka, i zaraz było tu pełno tych wścibskich dziennikarzy. 

Powiedziała, że da sobie radę, że nikt nie zwróci uwagi, ale... ale oni 

sprzedali wywiad jakiejś ogólnokrajowej stacji... i Liza wyjechała! 

Serce Nicka wykonało niebezpieczną woltę. Nie wierzył własnym 

uszom.  Liza  absolutnie  nie  mogła  wyjechać  bez  słowa,  poza  tym 

miała przecież siedzieć w domu. 

- Ona nie wyjechała, Bonnie, jest w domu. 

Bonnie pokręciła smutno głową. 

- Ona... ona tu była? 

Bonnie przytaknęła. 

Wbrew wszystkiemu, Nick dalej protestował. 

-  Nie  wyjechałaby.  Pewnie  chciała  zmylić  ślady.  Jest  w  domu, 

czeka  na  nas.  Chodź,  przekonasz  się.  Pewnie  siedzi  tam  sama 

przestraszona. 

Wziął  Bonnie  za  rękę  i  wyciągnął  ją  z  sali  przedszkolnej  na 

parking i do samochodu. Wsadził ją do środka i nacisnął gaz, modląc 

background image

się  w  duchu,  by  jego  słowa  się  sprawdziły.  Gdyby  tak  się  nie  stało, 

natychmiast by się załamał. 

 

Reporter  był  zawiedziony.  Jedyna  nowa  informacja,  jakiej 

udzieliła mu Liza, dotyczyła jej zadowolenia z hotelowej obsługi. Liza 

uznała,  że  przy  okazji  zrobi  hotelowi  dobrą  reklamę.  Zapłaciła  kartą 

kredytową  za  bilet  do  Nowego  Jorku  i  odmówiła  dalszych 

odpowiedzi.  Potem  zniknęła  w  pomieszczeniu  dla  pasażerów  i 

spędziła tam pozostały do odlotu czas. 

Personel  lotniska  rozmieścił  już  w  samolocie  wszystkich  innych 

pasażerów, kiedy  w  ostatniej chwili dołączyła do nich Liza. Cieszyła 

się,  że  wzięła  ze  sobą  do  przedszkola  przynajmniej  torebkę.  Przez 

chwilę  zastanawiała  się,  nie  spodziewając  się,  by  była  jej  tam 

potrzebna, coś jednak kazało jej chwycić ją tuż przed wyjściem. 

Kiedy  po  krótkim  locie  znalazła  się  w  Nowym  Jorku,  odebrała 

swój  bagaż  z  przechowalni  na  lotnisku,  złapała  taksówkę  i  czym 

prędzej  pojechała  do  siebie,  do  domu.  Przywitała  się  z  portierem, 

wymigując  się  grzecznie  od  wszelkich  pytań.  Dokładnie  obejrzała 

mieszkanie, sprawdziła każdy kąt.  

Wrzuciła  do  torby  trochę  świeżych  ciuchów.  Przebrała  się  i 

włożyła  perukę,  którą  kupiła  jej  matka,  kiedy  Liza  ostrzygła  się  na 

krótko.  Kolor  peruki  nie  odbiegał  od  naturalnego  koloru  jej  włosów, 

fryzura  za  to  była  zdecydowanie  dłuższa.  Liza  zaplotła  włosy  w 

warkocz. Miała nadzieję, że teraz, w dżinsach i koszulce, zmiesza się 

z  tłumem  nowojorskiej  ulicy.  Jej  bank  mieścił  się  zaledwie  kilka 

background image

przystanków od domu. Udało jej się tam dotrzeć przed zamknięciem i 

podjąć większą sumę. 

Następnie  wynajęła  pokój  w  hotelu  średniej  klasy,  występując 

jako  Liza  Bonney.  Kiedy  boy  zaprowadził  ją  do  pokoju,  dała  mu 

napiwek  i  zamknęła  drzwi.  Padła  na  łóżko  i  pozwoliła  płynąć  łzom, 

które  powstrzymywała  od  chwili  opuszczenia  Saratoga  Springs. 

Opłakiwała swój wyjazd, stratę Nicka i Bonnie, utratę wszystkiego, co 

się naprawdę liczy. 

 

Nick  wpadł  w  szał.  Nie  zastał  Lizy  w  domu,  nie  czekała  tam  na 

niego.  Nie  wybiegła  mu  na  powitanie,  nie  objęła  i  nie  pocałowała. 

Bonnie  z  płaczem  przyznała  się  do  wszystkiego.  Nick  nie  miał  serca 

na nią krzyczeć. Zrobiła błąd, ale to Liza podjęła decyzję. On sam nie 

potrafił odmówić niczego Lizie, a Bonnie przecież nie znała dokładnie 

całej sytuacji. Żałował teraz, że jej nic nie powiedział. 

Ale  Liza...  ona  wszystko  wiedziała.  Podjęła  ryzyko,  świadoma 

niebezpieczeństwa.  Zdając  sobie  sprawę,  jak  bardzo  on...  Musiała 

przecież wiedzieć, jak bardzo on ją kocha. I wszystko zniszczyła. 

Po  pewnym  czasie  złość  Nicka  przeszła  w  ból  i  strach.  Chciał 

mieć  pewność,  że  Liza  jest  bezpieczna.  Chciał  wiedzieć,  dokąd  się 

udała.  Zadzwonił  do  jej  mieszkania  i  zostawił  wiadomość,  prosząc  o 

telefon.  

Tej nocy sen do niego nie przychodził. Kiedy Nick wstawał rano 

do  pracy,  miał  przed  oczami  poranki,  kiedy  budził  się  obok  Lizy.  W 

background image

jego  szafie  wciąż  wisiały  jej  ubrania,  w  łazience  stały  jej  przybory 

toaletowe. Jej zapach trwał w pościeli. 

Bonnie unikała jego wzroku jak mogła, tak jak poprzedniego dnia. 

Tylko że teraz nie było już żadnej tajemnicy. 

-  Bonnie,  to  nie  twoja  wina  -  rzekł  wreszcie.  -  Powinienem  był 

powiedzieć ci, że sytuacja jest naprawdę poważna. 

-  I  tak  czułam,  że  nie  będziesz  zadowolony  -  odezwała  się, 

pociągając nosem. 

Nick potrząsnął głową. 

-  Chciałbym...  Może  czasem  za  bardzo  się  rządzę.  Powinienem 

był  powiedzieć  ci  prawdę,  wtedy  wiedziałabyś,  jak  postąpić.  A  ja 

tylko  oczekiwałem  posłuszeństwa.  A  więc  to  i  moja  wina,  nie 

przejmuj się tak. Znajdziemy ją. 

Nie miał apetytu. Wyszedł szybko bez śniadania, ufając, że praca 

oddali  choć  na  moment  myśl  o  Lizie.  Poprzedniego  wieczoru 

zadzwonił  do  inspektora  Ramseya,  który  obiecał  informować  go  na 

bieżąco.  Zjawił  się  w  gabinecie  pół  godziny  wcześniej  niż  zwykle, 

wprawiając w popłoch swoich współpracowników. 

-  Doktorze!  -  wołała  za  nim  pielęgniarka,  usłyszawszy,  że 

przyszedł. - Właśnie przed chwilą dzwoniła pani Colton! 

- Gdzie ona jest? Zostawiła jakiś numer? 

- Nie. Powiedziała tylko, że u niej wszystko w porządku. 

-  Cholera,  Missy,  czemu  nie  wzięłaś  numeru?!  -  krzyczał. 

Zdumiony  wzrok  pielęgniarki  kazał  mu  się  opamiętać.  -  Wybacz, 

Missy. Bardzo... bardzo się o nią niepokoję. 

background image

-  Tak,  doktorze.  Wyobraża  sobie  pan,  że  ona  tu  cały  czas  była? 

Nie  miałam  pojęcia,  nie  wierzę,  że  została  w  hotelu,  nikomu  nic  nie 

mówiąc.  W  gazecie  jest  duży  artykuł,  na  pierwszej  stronie.  Wiedział 

pan? 

Nick  miał  ochotę  wykrzyczeć  jej  w  twarz,  że  tak,  że  wszystko 

wiedział.  Że  Liza  należy  do  niego,  że  była  w  jego  domu,  w  jego 

ramionach,  w  jego  łóżku.  Nie  byłoby  to  jednak  mądre,  musiał  zatem 

milczeć. 

-  No  nie.  Widziałem  ją  jeszcze  w  hotelu,  nie  wiem,  co  się  z  nią 

dalej działo. 

-  Ale historia, co? - Pielęgniarka westchnęła. - No tak, bo gdyby 

została u pana, załatwiłby mi pan ten autograf. Co tam, może jeszcze 

kiedyś przyjedzie. 

-  Mam  nadzieję  -  zapewnił  Nick,  po  czym  wziął  do  ręki  karty 

pacjentów, wierząc, że Missy zrozumie ten gest. 

Po jej wyjściu zadzwonił znów do inspektora Ramseya. 

- Ma pan jakieś wiadomości? - spytał od razu. 

- A pan? 

-  Dzwoniła  do  mnie,  zanim  przyszedłem  do  pracy.  Powiedziała, 

że wszystko w porządku, nie zostawiła jednak żadnego kontaktu. 

-  Policja  w  Nowym  Jorku  była  w  jej  mieszkaniu.  Portier 

poinformował  ich,  że  pokazała  się  tam  na  krótko  i  bardzo  się 

spieszyła. Nie  widział, jak wyjeżdża. Poszedł  z nimi na górę i pukał, 

ale  bez  skutku.  Otworzył  im  przestraszony,  że  coś  się  stało.  Nie 

background image

znaleźli  jej  w  mieszkaniu,  widać  było  tylko,  że  wpadła  i  szybko  się 

przepakowała. 

Nick jęknął sfrustrowany. 

- Sądzi pan, że ten włamywacz znowu się pokaże? 

- Niewykluczone. Policja obserwuje jej dom. 

-  To  dobrze.  Proszę  mnie  o  wszystkim  informować  -  powiedział 

na zakończenie. 

Patrzył  bezmyślnie  przed  siebie.  Nie  pozwoliłby  Lizie  wyjechać, 

gdyby miał na to jakiś wpływ. Uwierzył, że będzie ją chronić, a ona, 

w ułamku sekundy, zniknęła. 

Z ciężkim westchnieniem zadzwonił do Bonnie. Wiedział, że ona 

się tam dręczy i chciał jej powiedzieć o telefonie Lizy. 

-  Czemu  tu  nie  zadzwoniła?  -  spytała  Bonnie  załamującym  się 

głosem. 

-  Bo  nie  chciała,  żebyśmy  wiedzieli,  gdzie  jest  -  przyznał 

niechętnie.  -  Ale  nie  przejmuj  się,  Bonnie, to  mądra  dziewczyna,  nie 

zrobi nic głupiego. 

- Tęsknię za nią - szlochała Bonnie. 

- Tak, ja też - rzekł i odłożył słuchawkę. 

Tęsknota?  Co  za  subtelne  określenie,  kiedy  ma  się  trudności  z 

oddychaniem. Poślubiając Daphne, myślał, że ją kocha. Tamta miłość 

nie  była  nawet  w  połowie  tym,  co  czuł  do  Lizy.  Kiedy  w  jego 

małżeństwie zaczynało się psuć, Daphne już się właściwie nie liczyła. 

Z  Lizą  było  inaczej.  Wiedział,  że  będzie  mu  jej  brak  do  końca 

życia,  bo  przez  kilka  dni  zdążyła  rozpalić  w  nim  marzenie  o 

background image

szczęśliwej  rodzinie.  Dopóki  jej  nie  znajdzie,  marzenie  będzie 

martwe. Nie widział obok siebie nikogo, prócz niej. 

 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Następnego  ranka  Liza  ubrała  się  i  wyszła  do  kawiarenki  w 

pobliżu hotelu. Nauczyła się już, że nie wolno jej opuszczać posiłków, 

zmusiła się więc do jedzenia, ale jej talerz był wciąż w połowie pełen, 

kiedy  płaciła  rachunek i  wymykała  się  na  zewnątrz, by  wmieszać  się 

w uliczny tłum. 

Wskoczyła  do  pierwszego  lepszego  autobusu,  nie  patrząc  nawet, 

dokąd jedzie. Chciała zatelefonować do Bonnie, upewnić się, że Nick 

nie obwinia jej za to, co się stało. Piętnaście przecznic dalej wysiadła i 

znalazła budkę telefoniczną. 

- Bonnie? - odezwała się, słysząc głos gospodyni. 

- Mówi Liza. 

-  Chwała  Najwyższemu,  dziecino,  słyszę  przecież!  Gdzie  jesteś? 

Co tam u ciebie? 

- Wszystko dobrze. Czy Nick... był na ciebie zły? 

-  Nie,  kochanie,  był  słodki,  sam  się  oskarżał,  że  mi  wszystkiego 

nie  powiedział.  Jakie  to  poważne,  znaczy  się.  To  bardzo  dobry 

człowiek. Chciałby z tobą porozmawiać. 

Liza powstrzymała łzy. 

-  Ja...  nie  mogę,  Bonnie.  Rozbeczałabym  się,  a  on  by  się  tylko 

denerwował.  Naprawdę  nic mi nie  jest. Może...  może  jak  złapią tego 

mężczyznę, odwiedzę was. 

background image

-  Zadzwoń,  jak  by  ci  czego  było  trzeba,  słyszysz?  W  każdej 

sprawie. Zawsze. 

- Dobrze. 

Liza  samotnie  ruszyła  do  hotelu.  Odkryła  po  drodze  sklepik  z 

artykułami  biurowymi,  w  którym  kupiła  papier  i  ołówek,  żeby  móc 

dalej  zapisywać  swoją  muzykę.  Jedynie  to  nie  pozwalało  jej 

kompletnie oszaleć. 

 

Kiedy Liza zniknęła, Nick sądził, że nic gorszego nie może go już 

spotkać.  Następnego  ranka  przekonał  się,  jak  bardzo  się  przeliczył. 

Schodząc  na  dół  na  śniadanie,  od  razu  spostrzegł  osobliwą  minę 

Bonnie. 

- O co chodzi? 

Wskazała głową gazetę leżącą obok talerza. Nick usiadł i właśnie 

po nią sięgał, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. 

-  Nie  wstawaj  -  powiedziała  poważnie  Bonnie.  -  Nie  będziemy 

otwierać. 

Nick  zapadł  się  na  krześle,  patrząc  na  swoją  miłą,  przyjazną 

zwykle gospodynię z otwartymi ze zdumienia ustami. 

- Dlaczego? 

Znowu wskazała głową na gazetę. 

- Zobacz. 

Rozłożywszy  gazetę,  Nick  ujrzał  swoją  własną  podobiznę  obok 

zdjęcia Lizy. 

- Już wiesz? - zapytała. 

background image

- Dowiedzieli się, że tu była? 

- Tak, przed domem czeka cała zgraja. 

- Cholera! - Wstał i wyjrzał przez żaluzje. 

Bonnie  mówiła  prawdę.  Kilku  mężczyzn  z  aparatami 

fotograficznymi  gotowymi  do  strzału  stało  wspartych  o  swoje 

samochody. 

Nick ruszył do telefonu i wykręcił numer inspektora Ramseya. 

-  Inspektorze,  na  trawniku  przed  moim  domem  są  jacyś 

dziennikarze. Można coś z tym zrobić? 

-  Tak,  przesunąć  ich na chodnik.  Nic  więcej.  Może  lepiej  z  nimi 

pogadać? Powie im pan, że zatrzymała się u pana, żeby wydobrzeć, a 

potem  wyjechała.  Pan,  oczywiście,  nie  wie  dokąd.  Tym  sposobem 

pozbędzie się pan ich prędzej niż innym. 

Nick  podziękował.  Tłumacząc  Bonnie,  co  ma  zamiar  zrobić, 

poszedł za radą policjanta. Ku jego zdziwieniu po kilku dociekliwych 

pytaniach,  na  które  uparcie  dawał  wciąż  tę  samą  odpowiedź, 

dziennikarze  wynieśli  się.  Patrzył  przez  okno  na  odjeżdżające  wozy. 

Potem usiadł. 

- Śniadanie gotowe? 

- Chcesz coś zjeść? - zdumiała się gospodyni. 

- Oczywiście. 

-  No  to  gotowe  -  rzekła  i  wyjęła  z  piekarnika  pełny  talerz.  -  Nie 

chcesz przeczytać artykułu? 

-  Skoro  tytuł  brzmi:  „Słynna  gwiazda  w  gniazdku  miłości  ze 

swym lekarzem", wątpię, żeby mi to dobrze zrobiło. 

background image

Powoli  żuł  jajecznicę,  zastanawiając  się,  dlaczego  smakuje  jak 

tektura.  Bonnie  siadła  przy  stole  i  także  zabrała  się  do  jedzenia. 

Milczała.  Poprzedniego  wieczoru  powiedziała  mu  o  telefonie  Lizy,  o 

tym,  że  Liza  nie  chce  z  nim  rozmawiać.  Całą  noc  przewracał  się  z 

boku na bok, zdawało mu się, że żołądek ma pełen kwasów. 

Miał  nadzieję,  że  ten  artykuł  nie  dotrze  do  Lizy,  że  gazety 

nowojorskie  mają  ważniejsze  tematy  niż  jakieś  obrzydliwe  plotki. 

Wolałby także, by nie czytali tego jego sąsiedzi. 

Godzinę  później  przekonał  się,  że  wszyscy,  którzy  go  znają, 

czytali  artykuł.  Wszyscy  usiłowali  się  do  niego  dodzwonić.  Nick 

wzdychał  ciężko.  Ostatecznie  może  z  tym  żyć.  W  końcu  gorzej  już 

naprawdę  być  nie  może,  spróbuje  więc  jakoś  to przeczekać.  I  myślał 

tak, dopóki Missy nie pojawiła się na progu jego gabinetu. 

-  Doktorze,  jakaś  pani  dzwoni  i  koniecznie  chce  z  panem 

rozmawiać. 

- Żadnych telefonów, Missy. 

- Ale ona mówi, że jest pana byłą żoną. 

No dobrze, jednak może być gorzej. 

- W porządku, na której linii? 

-  Na  trzeciej,  doktorze  -  powiedziała  Missy  i  wycofała  się, 

zamykając dyskretnie drzwi. 

- Daphne, czego chcesz? - burknął. 

-  Cóż  -  zirytowała  się  Daphne.  -  Ja  też  się  cieszę,  że  cię  słyszę, 

kochanie. 

Pominął jej słowa milczeniem. 

background image

- Nie jesteś zbyt miły - ciągnęła. 

- Daję ci pięć sekund i odkładam słuchawkę. 

- Jeśli chcesz zobaczyć swojego syna, nie zrobisz tego. 

Nick osłupiał. 

- Mojego co? 

- Pamiętasz może nasze ostatnie romantyczne spotkanie? 

Owszem, pamiętał. Przez pół roku spali w oddzielnych pokojach, 

aż  którejś  nocy  Daphne  wśliznęła  się  do  jego  łóżka  i  uwiodła  go. 

Konsekwencje tej nocy mocno ją zaskoczyły. Następnego ranka Nick 

zażądał rozwodu. 

- Pamiętam - przyznał opornie. 

-  No  więc  zrobiliśmy  wtedy  małego  Timmy'ego.  Ma  teraz  trzy 

lata i dwa miesiące. Możesz nam pomóc, kochanie? 

Dziecko?  Skąd  ma  wiedzieć,  że  na  pewno  jest  jego  ojcem?  Nie 

ufał Daphne za grosz, ani przedtem, ani teraz. 

-  Miał  robione  testy?  -  spytał.  -  Zbadam  swoje  DNA  dla 

pewności. 

-  Nie  wierzysz  mi?  -  Była  urażona.  -  Myślisz,  że  kłamałabym  w 

takiej ważnej sprawie? 

- A czemu nie? Całe lata mnie okłamywałaś. 

-  Kochanie,  byłeś  na  mnie  zły.  Chciałam  tylko  przeczekać,  aż  ci 

przejdzie,  ale  nie  spodziewałam  się,  że  sobie  kogoś  znajdziesz.  Tyle 

czas trzymałeś się na uboczu. 

Nagle  Nick  zrozumiał,  skąd  ten niespodziewany  telefon.  Daphne 

wcale nie chciała do niego wrócić, niemniej nie mogła pogodzić się z 

background image

tym, że ktoś zajmie jej miejsce. Nick nie miał zamiaru dawać wiary jej 

słowom. Oszukała go tyle razy w czasie ich małżeństwa, zdradzała go, 

miała  różnych  mężczyzn,  i  to  wielu.  Dlatego  domagał  się  teraz 

dowodu. 

-  Skoro  się  upierasz,  zróbmy  badania,  kochanie,  ale  to  zajmie 

trochę  czasu,  a  ja  już  dzisiaj  rozmawiałam  z  pewnym  czarującym 

reporterem.  Boję  się,  że  mógłbyś  stracić pacjentów,  gdyby  wiedzieli, 

że nie chcesz opiekować się własnym synem. 

- Do diabła, Daphne, zrobię badania. Jeżeli okaże się, że to moje 

dziecko,  będę  na  nie  płacił.  W  każdym  razie  nie  chcę  cię  więcej  w 

moim życiu, w żadnej roli. 

-  Tak  cię  omotała  ta  mała  kuplecistka?  Od  razu  widać,  że  to  dla 

niej  nie  pierwszyzna.  Ma  w  tym  wprawę,  naprawdę  mogłeś  lepiej 

wybrać. 

-  Nie,  nie  mogłem.  Pamiętaj,  Daphne,  jeśli  badania  pokażą,  że 

ojcem  jest  kto  inny,  oskarżę  cię  o  zniesławienie.  Będziesz  miała  do 

czynienia z moim adwokatem - zakończył, rzucając słuchawkę. 

A potem ukrył twarz w dłoniach. 

 

Liza  znalazła  artykuł  na  swój  temat  schowany  na  dziewiątej 

stronie „New York Post". Jej zdjęcie sąsiadowało z podobizną Nicka. 

Chciała  ją  zachować,  zadzwoniła  do  recepcji  z  prośbą  o  nożyczki. 

Czekając na chłopca hotelowego, przeglądała tekst. 

Nagle zabrakło jej tchu. Nick ma syna, o którym nic nie wiedział? 

Jego była żona chce do niego wrócić? 

background image

Słysząc pukanie do drzwi, otworzyła, nie zważając na łzy płynące 

jej po policzkach. 

- Proszę pani, czy coś się stało? - spytał chłopiec. 

-  Nie,  nic  -  odparła  głosem  zdławionym  przez  łzy,  wręczyła  mu 

napiwek, wzięła nożyczki i zamknęła mu drzwi przed nosem. 

Musiała  w  końcu  przyznać  się  przed  sobą,  że  miała  nadzieję 

wrócić  do  Nicka,  kiedy  wszystko  się  uspokoi.  Miała  nadzieję,  że 

zostanie jego żoną, nawet jeśli nie będą mogli mieć dzieci. Może Nick 

zgodziłby  się  na  adopcję.  Przez  cztery  minione  wieczory,  kładąc  się 

do łóżka, kołysała się do snu tą nadzieją. 

Tymczasem okazało się, że Nick ma już dziecko, ma kogoś, kogo 

może nauczyć łowić ryby, z kim może dzielić ważne chwile swojego 

życia. Komu może stworzyć prawdziwy dom, z obojgiem rodziców. Z 

taką wiedzą nie mogła się dłużej oszukiwać. 

Głośne  natarczywe  pukanie  do  drzwi  wyrwało  ją  z  przykrych 

refleksji. 

- Proszę pani? Proszę pani, proszę otworzyć! 

Nie wiedziała, skąd ta panika, otworzyła  zatem, patrząc najpierw 

przez wizjer. Za drzwiami stał dyrektor hotelu. 

- Tak? 

- Proszę pani, nic się pani nie stało? - Mężczyzna lustrował ją od 

stóp do głów, przerażony. 

- Nic mi nie jest - zapewniła, próbując zamknąć drzwi. 

- Proszę pani, czy pani wie, że pani płacze? 

- Oczywiście, że wiem - warknęła. 

background image

- Powiedziała pani, że nic pani nie jest. 

- Bo nie! Niech mnie pan zostawi! 

Po raz kolejny spróbowała zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale 

mężczyzna postawił nogę na progu. 

- Proszę pani, czy potrzebne jeszcze pani nożyczki? 

- To po to pan przyszedł? Mam oddać nożyczki? 

-  Nie,  proszę  pani...  ale  kiedy  ktoś  jest  zdenerwowany...  nie 

wiadomo, co może zrobić. 

Liza patrzyła na niego. W pewnej chwili olśniło ją, zrozumiała, co 

mówi do niej ten mężczyzna. Bał się, że ona popełni samobójstwo za 

pomocą nożyczek! 

- Ja nie... Niech pan sobie zabiera te cholerne nożyczki - żachnęła 

się,  chwytając  nożyczki  i  niemal  rzucając  je  w  jego  ręce.  -  A  teraz 

niech pan sobie idzie! 

-  Bardzo  przepraszam  -  mruknął  pod  nosem  dyrektor  hotelu, 

wycofując się tyłem. 

Liza  huknęła  drzwiami,  tym  razem  z  powodzeniem,  i  runęła  na 

łóżko.  Potem  przeprowadziła  ze  sobą  długą,  poważną  rozmowę, 

przypominając  sobie  o  obietnicy,  którą  złożyła  sobie  kilka  dni 

wcześniej:  że  odejdzie  od  Nicka,  dając  mu  tym  samym  szansę  na 

spełnienie marzeń. 

 

Na  dźwięk  telefonu  Bonnie  przyspieszyła  kroku. Mógł  to  być  co 

prawda jakiś wścibski dziennikarz, którego pozbyłaby się raz dwa, ale 

mogła to też być Liza. 

background image

- Czy mogłabym prosić Lizę? 

To coś nowego, stwierdziła ponuro Bonnie, taki grzeczny ton. 

- Nie ma pani co o nią pytać. Wie pani dobrze, że jej tu nie ma. 

-  Chwileczkę!  Ja  jestem...  Ona  dała  mi  ten  numer.  Kiedy 

wyjechała? 

Bonnie dumała, co robić. Wreszcie powiedziała: 

- A kto mówi? 

W słuchawce zapadła cisza. Bonnie chciała przerwać połączenie, 

kiedy kobiecy głos odezwał się ponownie. 

- Jestem Emma Logan. 

- Jej kuzynka? 

- Tak. Proszę mi powiedzieć, kiedy wyjechała. 

-  Kilka  dni  temu.  Chyba  to  był  piątek.  Dziennikarze  dowiedzieli 

się, że jest u nas i musiała się znowu gdzieś ukryć. A u pani wszystko 

w porządku? 

- Tak. Mówiła, że da mi znać, zanim... jeśli wyjedzie. 

- Dzwoniła tutaj i mówiła, że jest bezpieczna. 

- Jest w Nowym Jorku? 

-  Tak,  ale...  -  Bonnie  usłyszała  otwierające  się  drzwi,  to  Nick 

schodził na dół. - Momencik. - Podała słuchawkę Nickowi. - Kuzynka 

Lizy. 

Nick chwycił słuchawkę. 

- Emily, co u ciebie? 

-  Wszystko  w  porządku,  ale  co  z  Lizą?  Obiecała  do  mnie 

zadzwonić, gdyby musiała gdzieś się przenieść. 

background image

Nick zmartwił się tonem Emily. Było w nim coś szalonego. 

-  Na  pewno  nic  ci  tam  nie  grozi?  Jeśli  potrzebujesz  pomocy,  to 

powiedz. Policja nie zdradzi nikomu, gdzie jesteś. 

-  Nie,  wszystko  dobrze,  chodzi  mi  tylko  o  Lizę.  Nie  powinnam 

dzwonić do jej mieszkania... 

-  I  tak  jej  tam  nie  ma  -  oznajmił  Nick.  -  Już  to  przerabialiśmy. 

Wiemy jedynie, że przebywa w jednym z setek nowojorskich hoteli. 

- Dlaczego wyjechała? 

Nick przełknął głośno. 

-  Stwierdziła,  że  nie  może  dłużej  tu  zostać.  Prasa  znalazła  ją  w 

szpitalu. Nie chciała, żeby dowiedzieli się, że tu była. 

- W szpitalu? Nie wyzdrowiała jeszcze? Myślałam... 

-  Jest  zdrowa.  Opiekowała  się  dziećmi  w  przyszpitalnym 

przedszkolu, na ochotnika, ukrywając się pod peruką. 

- Tą z długimi włosami, którą kupiła jej matka? 

Nick  pomyślał  przez  chwilę,  że  znalazł  może  klucz  do  obecnego 

przebrania Lizy. 

- W jakim jest kolorze? 

-  Prawie  takim  samym  jak  jej naturalne  włosy,  tylko  że  sięga  jej 

chyba do połowy pleców. 

- Nie - odparł spokojnie. - Miała blond perukę. 

-  Gdyby  zadzwoniła  przypadkiem,  proszę  przekazać  jej,  że 

czekam na kontakt. 

-  Oczywiście.  Ja  też  proszę  o  to  samo.  Powie  jej  pani,  żeby 

zadzwoniła? 

background image

- Na pewno jej powiem. 

Nie mógł spodziewać się innej odpowiedzi, Emily nie zdradziłaby 

mu kryjówki Lizy, nawet gdyby ją znała. Nie mógł też uwierzyć, żeby 

Liza  zapomniała  o  swojej  kuzynce,  w  końcu  jej  bezpieczeństwo 

wydawało się dla niej najważniejsze. Tym bardziej zaczął się martwić 

o Lizę. 

 

Emily  wróciła  do  kawiarni,  jej  przerwa  dobiegła  końca.  Nie 

potrafiła  udawać  tym  razem  pogodnej  beztroski.  Toby  Atkins, 

popijając kawę na swoim ulubionym stołku, zapytał natychmiast: 

- Stało się coś? 

Przejmując się Lizą, Emily całkiem o nim zapomniała. 

- Co? Nic, nic się nie stało. 

- Myślałem, że dostałaś jakieś złe wieści z domu. 

Opowiedziała  mu  kiedyś  melodramatyczną  historię  o  śmierci 

swojego  narzeczonego,  która  stała  się  powodem  jej  wyjazdu  z 

rodzinnych stron. 

- Nie. Dzwoniłam do siostry, trochę się przeziębiła. - Ubrała twarz 

w zdawkowy uśmiech. 

Toby kiwnął głową. 

- Aha. - Po czym zaskoczył ją, kładąc swoje ręce na jej dłoniach. - 

Wiesz, że możesz na mnie polegać, Emma? 

Wiedziała.  Początkowo  była  z  tego  zadowolona.  Potem 

uprzytomniła sobie, że zabrnęła za daleko. Toby się  w niej zakochał, 

ona zaś nie czuła w stosunku do niego podobnych uczuć, i nie chciała 

background image

wprowadzać  go  w  błąd.  Nawet  tego  żałowała.  Z  jakiegoś  powodu 

imponowali  jej  dominujący  mężczyźni,  może  dlatego,  że  taki  był  jej 

ojciec.  Joe  Colton  zawsze  przewodził,  zawsze  był  w  pierwszym 

szeregu. 

-  Wiem,  Toby,  doceniam to.  Ale  niczego  mi  nie  trzeba.  Dolać  ci 

kawy? 

Potrząsnął głową. 

- Pójdę lepiej na obchód. 

Wstał,  wsadził  na  głowę  swój  kowbojski  kapelusz,  część  stroju, 

który nosił w pracy. 

- Uważaj na siebie - powiedziała z uśmiechem. 

Modliła się tylko, żeby i Liza była ostrożna.  

 

Po  ostatnich  wydarzeniach  Liza  była  co  prawda  przekonana,  że 

nigdy  nie  stworzy  z  Nickiem  rodziny,  nie  mogła  jednak  zupełnie 

wszystkiego  odpuścić.  Jeździła  po  mieście,  sprawdzając  swoją 

domową sekretarkę automatyczną i telefonując do Bonnie za każdym 

razem z innego aparatu. 

Z  bólem  serca  wysłuchiwała  głosu  Nicka,  który  nagrywał  się  na 

jej  sekretarce  jako  troszczący  się  o  zdrowie  pacjentki  lekarz,  bo  dla 

bezpieczeństwa  nic  innego  nie  mógł  po  prostu  powiedzieć.  Bała  się 

oddzwonić,  a  nawet  zapytać  jego  gospodynię  o  niego  albo  o  jego 

synka... albo o jego byłą żonę. 

Bonnie  przyznała  jej  kiedyś  szczerze,  że  nienawidzi  Daphne,  a  z 

drugiej  strony  rozumiało  się  samo  przez  się,  że  dla  dziecka  Nicka  ta 

background image

poczciwa  kobieta  zniesie  różne  niewygody.  Liza  nie  zdawała  sobie 

nawet  sprawy,  że  dzwoni  codziennie  o  tej  samej  porze,  około 

dziesiątej  rano  kiedy  Nick  jest  w  pracy.  I  nigdy  też  nie  dzwoniła  w 

weekendy. 

Odczekała  pierwszy  długi  sygnał.  Na  myśl,  że  Nick  jest  tam,  po 

drugiej stronie, serce jej przyspieszyło. A gdy  w słuchawce usłyszała 

jego głos, była bliska płaczu. 

- Halo? Halo? Lizo, to ty? 

- Nick - wykrztusiła. 

- Lizo, wróć. Nie potrafię... 

- Nie mogę, Nick, nie chcę was narażać. 

Ucieszyła  się,  że  o  niej  nie  zapomniał  pomimo  wszystko.  Że 

obchodzi go jej los. 

-  Dzwonił  Ramsey.  Tamten  facet  zjawił  się  znowu  w  twoim 

domu, zaczęli go ścigać, uciekał, złapał taksówkę... Liza, on nie żyje. 

- Na pewno? - zapytała. 

Tak  trudno  było  jej  uwierzyć,  że  przynajmniej  część  tego 

koszmaru dobiegła kresu. 

- Na pewno. Pokazali mi zdjęcie, to był on. Wróć, Lizo. 

- Nie mogę.  Są inne... Muszę być ostrożna! - Miała wrażenie, że 

żołądek kompletnie odmówił jej posłuszeństwa. 

Odwiesiła  słuchawkę,  ale  zanim  zdołała  pomyśleć,  dokąd  teraz 

iść,  zgięła  się  wpół  i  zwymiotowała  całe  swoje  poranne  śniadanie. 

Potwornie zażenowana, wyjęła chusteczkę i wytarła twarz. Pocieszała 

się,  że  to  nie  może  być  początek  nowej  fazy  choroby.  Musi  coś 

background image

postanowić. Na pierwszy ogień postanowiła zmienić hotel, na wszelki 

wypadek  wynieść  się  z  miejsca,  gdzie  podejrzewano  ją,  że  chce 

odebrać  sobie  życie  za  pomocą  nożyczek.  Dalsze  plany  zostawiła  na 

później. 

Wyszła  z  hotelu  zadzwonić  do  Emily,  która  miała  o  tej  porze 

przerwę  na  lunch.  Króciutko  zapewniła  ją,  że  u  niej  wszystko  w 

porządku,  a  następnie  zatelefonowała  do  domu  wuja  Joego  w 

Prosperino. Odebrała gosposia. 

- Inez, to ja, Liza. Zastałam wuja? 

-  Dziecko,  wszyscy  tu  umieramy  ze  zgryzoty!  Gdzie  jesteś? 

Nawet twoja matka dzwoniła. 

- Wiem. Jestem w Nowym Jorku. Jest wujek? 

- Chwileczkę, kochanie. Zaraz zobaczę. 

Liza czekała cierpliwie, aż Joe podejdzie do telefonu. 

- Liza? - Gdy niski głos wuja wypełnił jej uszy, westchnęła z ulgą. 

- Dzień dobry, wujku. Jak się czujesz? 

-  Biorąc  pod  uwagę  okoliczności,  chyba  nieźle.  A  co  u  ciebie?  I 

co to za lekarz? 

- Po prostu lekarz, wujku. Nic się nie martw. 

- Jesteś w trasie? 

-  Nie.  Tak  się  denerwuję  Emily,  że  przestałam  myśleć  o  swoich 

sprawach.  Nie  mogłabym  teraz  śpiewać,  i  pewnie  jeszcze  przez  jakiś 

czas  nie  będę  mogła.  -  Zmieniła  temat.  -  Masz  jakieś  wiadomości  o 

tym człowieku, który próbował cię zastrzelić? 

background image

-  Niewiele.  Bardziej  martwię  się  Emily.  Boję  się...  Boję  się,  że 

możemy ją stracić - zakończył łamiącym się głosem. 

Liza  poczuła  się  paskudnie.  Pozwalała  mu  cierpieć,  wiedząc,  że 

Emily jest bezpieczna... przynajmniej w tej chwili. 

- Nie trać nadziei, wujku, znajdziemy ją. 

- Wróć do domu, Lizo. Jeżeli nie koncertujesz, mogłabyś... 

-  Nie,  nie  mogę.  Znasz  mamę.  -  Wiedziała,  że  wuj  zrozumie  tę 

aluzję. Wszyscy wiedzieli, że jej matka jest dla niej bezwzględna. 

- No dobrze, ale zadzwoń do mnie znowu. 

- Zadzwonię. Uważaj na siebie, proszę. 

 

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Minęły  dwa  tygodnie  od  wyjazdu  Lizy,  a  Nick  wciąż  nie  mógł 

zapomnieć  tych  kilku  dni,  kiedy  była  tak  blisko,  bo  świat  był  wtedy 

zupełnie inny, o niebo bardziej przyjazny. 

Teraz  Nick  rzadko  się  uśmiechał.  Tylko  od  czasu  do  czasu,  gdy 

dzwoniła  Liza,  ale  nigdy  nie  wiedział,  kiedy  to  nastąpi.  A  nie  mógł 

przecież  przesiadywać  w  domu  całymi  dniami  po  to,  by  usłyszeć  jej 

głos.  Rozmawiała  zawsze  krótko,  bo  trudno  przecież  ciągnąć 

rozmowę, jeśli nie chce się niczego o sobie powiedzieć. 

Trudno  byłoby  twierdzić  co  prawda,  że  Nick  nudził  się  od 

wyjazdu Lizy. Wyśledził dziennikarza, który zrobił wywiad z Daphne, 

i ostrzegł go, że udzieliła mu fałszywych informacji. Potem zadzwonił 

do  wydawcy  gazety,  któremu  z  kolei  zagroził,  że  jeżeli  wydrukuje 

więcej kłamstw Daphne, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności. 

background image

Adwokat  Nicka  miał  pełne  ręce  roboty...  i  coraz  pełniejsze 

kieszenie.  Nick  poddał  się  też  testowi  na  DNA,  ale,  jak  się 

spodziewał,  Daphne  ulotniła  się,  nie  pozwalając  przeprowadzić 

podobnych  badań  na  dziecku.  Nawet  go  nie  zobaczył.  Wynajął  więc 

prywatnego detektywa, żeby ich odnalazł. 

Chciał też wynająć kogoś, kto odszukałby Lizę, pomyślał jednak, 

że mógłby ją niechcący wystraszyć. Poza tym ona wiedziała przecież, 

gdzie go znaleźć, i bynajmniej nie dążyła do spotkania. A on naiwnie 

spodziewał się, że wiadomość o śmierci jej prześladowcy skłoni ją do 

szybkiego powrotu. 

- Doktorze? 

Nick podniósł wzrok. 

- Tak, Missy? 

- Skończyliśmy. Idzie pan do domu? 

- Tak, już idę. Możesz zamykać. Do jutra. 

Skinęła  głową  i  zakręciła  się  na  pięcie,  zdążył  mimo  to  dostrzec 

zatroskanie w jej oczach. Miłe było,  że personel przejmował się jego 

kłopotami, nikt z nich nie mógł mu jednak pomóc. 

Gdy zadzwonił telefon, chwycił za słuchawkę. 

- Nick, kiedy będziesz w domu? 

- Zaraz, Bonnie. 

- To dobrze, bo Liza będzie w telewizji! 

-  Co...  Co  się  stało?  -  Zdenerwował  się,  że  kryje  się  za  tym  coś 

złego. 

background image

-  Sprawdzałam  program  telewizyjny  na  wieczór  i  przeczytałam, 

że będzie benefis z Carnegie Hall. Piszą, że wystąpi też Liza. - Bonnie 

niemal brakowało tchu, zupełnie jakby przebiegła kawał drogi. 

- To transmisja na żywo? - dopytywał się, licząc szybko, ile czasu 

potrzebowałby na dostanie się do Nowego Jorku. 

- Nie, piszą, że to nagranie. 

Nagranie?  Dość,  by  przyprawić  faceta  o  łzy,  stwierdził  Nick, 

mocno rozczarowany. 

- Będę za kilka minut. 

Kolacja  już  czekała,  lecz  Nick  nie  miał  apetytu.  Włożył  czystą 

kasetę  do  magnetowidu  i  chodził  tam  i  z  powrotem,  czekając  na 

rozpoczęcie  programu.  Usiadł  dopiero,  gdy  na  ekranie  pojawiła  się 

Liza,  emanując  łagodną  urodą  i  wdziękiem.  Śpiewała  piosenkę  ze 

swojego  pierwszego  albumu,  wiedział  to  dzięki  Bonnie,  która  po  jej 

wyjeździe natychmiast kupiła płytę. 

-  Jak  dobrze  ją  znowu  widzieć  -  szepnęła  gospodyni.  Przed 

kolejną  piosenką  Lizy  nastąpiła  przerwa  na  reklamę.  -  Ciekawe,  co 

teraz zaśpiewa? - zadumała się Bonnie. 

Nick nie odpowiedział, było mu wszystko jedno, byle tylko mógł 

patrzeć na Lizę. Lepiej czułby się tylko, biorąc ją w ramiona... i nigdy 

nie wypuszczając.  

 

Meredith  oglądała  koncert  w  towarzystwie  męża.  Rzadko 

przebywali  razem  w  jednym  pokoju,  nie  dzielili  łóżka.  Tak  było  od 

background image

dnia, kiedy Meredith ogłosiła, że jest w ciąży, nie wiedząc, że Joe jest 

bezpłodny. 

Kiedy Liza zeszła ze sceny, Meredith zasugerowała: 

- Powinniśmy zadzwonić do niej z gratulacjami. - Nie wierzyła, że 

Joe nie wie, gdzie przebywa Liza. 

- Nie znam jej adresu - odburknął. - Dzwoniła z Nowego Jorku, to 

wszystko,  co  wiem.  W  każdym  razie  nie  mieszka  w  swoim 

mieszkaniu. 

- Niby dlaczego? 

- A co cię to nagle tak obchodzi, Meredith? 

Spojrzał  na  nią.  Udała,  że  to  nic  ważnego.  Była  lepszą  aktorką 

nawet od Lizy. Meredith sądziła, że będzie zmuszona pozbyć się Lizy 

na  zawsze,  ale  Liza  nie  była  tu  najważniejsza.  Przede  wszystkim 

chodziło o Emily. 

-  Nie  jesteście  już  tak  blisko  jak  kiedyś?  -  Pytanie  Joego  wdarło 

się znienacka do jej uszu. 

Pokręciła  głową.  Miała  zasadę:  zawsze  trzymać  się  możliwie 

najbliżej prawdy. 

- Tak. Tak to jest, kiedy dzieci dorastają, zaczynają swoje własne 

życie. 

Dotyczy  to  także  sióstr,  pomyślała,  bo  została  kiedyś  porzucona 

przez  własną  siostrę.  Prawdziwa  Meredith  poślubiła  Joego,  stając  się 

zamożną  kobietą,  ale  nigdy  nie  zatroszczyła  się  o  swą  siostrę 

bliźniaczkę. Dostała zatem, na co zasłużyła. 

background image

Problem w tym, że ona gdzieś tam jest. Czy po dziewięciu latach 

może jeszcze cierpieć na amnezję? Siedząca teraz obok Joego Coltona 

Meredith  rozpaczliwie  pragnęła  się  tego  dowiedzieć.  Ciekawa  była, 

gdzie  ukrywa  się  ta  prawdziwa  Meredith,  bo  ona  nie  miała  zamiaru 

utracić swojej pozycji... za żadną cenę. 

Tego dnia udała się znowu do miasta i rozmawiała z mężczyzną, 

którego  wynajęła  po  to, by  odnaleźć  siostrę.  Nie  trafił na  żaden ślad. 

Tego  było  już  za  wiele.  Obrzuciła  go  wyzwiskami  i  bezlitośnie 

zwolniła.  Umówiła  się  potem  na  spotkanie  z  najbardziej  znaną  firmą 

detektywistyczną w kraju.  

Pomyślała, że powinna ich zatrudnić także do odnalezienia Emily, 

ale z drugiej strony powstrzymywało ją przed tym bardzo skrupulatne 

śledztwo, którego spodziewała się po... wyeliminowaniu dziewczyny. 

Nie  obawiała  się  natomiast, by  podobne  reperkusje  miały  miejsce  po 

zniknięciu  jej  siostry.  W  końcu  kogo  może  obchodzić  jakaś  chora 

psychicznie, stara kobieta... 

Usiadła  wygodnie  na  kanapie.  Tak,  jeszcze  chwila  i  wszystko 

będzie pod kontrolą. Wiedziała, że Liza nie jest głupia, że po śmierci 

Emily nie piśnie ani słówka. A jeśli piśnie, nikt jej i tak nie uwierzy. 

Z  uśmiechem  zadowolenia  na  twarzy  Meredith  skupiła  się  na 

dalszym ciągu koncertu. 

 

Liza  oglądała  swój  występ  skulona  pod  kołdrą  w  nowym  pokoju 

hotelowym.  Przeniosła  się  tam  poprzedniego  dnia,  zanim  nagrany 

kilka  miesięcy  wcześniej  program  nie  przypomniał  widzom  jej 

background image

twarzy. Jej prześladowca co prawda już nie żył, ale to nie było dla niej 

dostatecznym  argumentem  do  powrotu  do  swojego  mieszkania. 

Jeszcze nie teraz. Była ciekawa, czy Nick ogląda koncert, i oczywiście 

czy za nią tęskni. 

Myślała o mężczyźnie, który ją śledził, i o powrocie do Saratogi, 

wciąż  jednak  odkładała  tę  decyzję.  Czuła  się  ostatnio  potwornie 

wyczerpana,  a  do  tego  męczyły  ją  poranne  nudności.  Stwierdziła,  że 

najpierw  powinna  wydobrzeć.  Słyszała  w  wyobraźni  troskliwy  głos 

Nicka, który napomina ją, żeby na siebie uważała. 

Poruszona  nagle,  zadzwoniła  do  przychodni  przy  pobliskim 

szpitalu i umówiła się na wizytę następnego ranka. Nie było to może 

rozsądne  tuż  po  jej  telewizyjnym  występie,  liczyła  jednak  na  to,  że 

peruka  i  okulary  pomogą  jej  ukryć  tożsamość.  W  żadnym  wypadku 

nie wróci do Nicka znowu chora. Jeśli w ogóle wróci. 

Siedziała na  krześle  w  ciasnym  gabinecie.  Dwie  godziny  czekała 

na tym wyjątkowo niewygodnym siedzeniu na wyniki badań. 

- Pewnie potrzebuję żelaza? - spytała, udając dobry nastrój, choć 

najchętniej weszłaby do łóżka i spała przez kilka dni bez przerwy. 

Lekarz przypatrywał się jej. 

-  To  z  pewnością  jedna  z  rzeczy,  które  pani  zalecę.  Podstawowa 

diagnoza jest jednak inna. 

Wyraz jego twarzy przyprawił ją o lęk. 

- To znaczy... że mam raka? 

Lekarz spojrzał na nią zdumiony. 

background image

- Ależ nie, skąd, pani... - Zerknął w papiery. - Panno Bonney, nie 

o to chodzi. Mam nadzieję, że się pani ucieszy, jest pani w ciąży. 

Liza nie wahała się ani sekundy. 

- Nie, doktorze, proszę wybaczyć. Musiała zajść pomyłka, jestem 

bezpłodna. 

- Czemu pani tak myśli? 

Powiedziała mu o wyroku dwu różnych lekarzy. Spodziewała się, 

że  ten  lekarz  skieruje  ją  na  jakieś  dodatkowe  badania,  ale  on  tylko 

pokręcił głową. 

-  Panno  Bonney,  przecież  oni  nie  twierdzili,  że  to  całkiem 

niemożliwe. W takich wypadkach często zdarzają się cuda. 

Liza  gapiła  się  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami.  Jego  słowa 

zapadały w nią głęboko. 

- To znaczy... że naprawdę jestem w ciąży? - W jej głos wkradała 

się histeria. 

- Proszę się uspokoić. Teraz musi pani być spokojna i szczęśliwa. 

Chcemy przecież, żeby dziecko urodziło się zdrowe. 

- Coś nie tak z moim dzieckiem? - Pochyliła się w stronę lekarza, 

zdenerwowana. Trudno jej było uwierzyć w diagnozę, a co dopiero w 

szczęśliwe zakończenie. 

-  Ależ  z  pani  panikara!  -  Zmarszczył  brwi.  -  Jeśli  będzie  pani 

postępować według zaleceń, nie widzę żadnych kłopotów. 

-  Oczywiście,  że  będę.  Co  mam  robić?  Godzę  się  na  wszystko. 

Ja... Kiedy dziecko się urodzi? 

background image

- Jest pani dopiero w trzecim tygodniu ciąży. Dobrze, że zgłosiła 

się pani tak wcześnie. Dam pani coś do poczytania, zapiszę witaminy 

dla  przyszłych  mam.  Kupi  je  pani  w  naszej  aptece.  Potrzebuje  pani 

pomocy finansowej? 

- Nie, zapłacę - rzekła, myśląc już o czym innym. 

- Mamy też przy szpitalu sklep z darmową, używaną odzieżą dla 

kobiet  w  ciąży.  Na  razie  za  wcześnie  dla  pani  na  takie  rzeczy,  ale 

chcę, żeby pani wiedziała jak możemy pomóc. 

Liza  patrzyła  na  niego.  Ubrania  dla ciężarnych!  Nie  spodziewała 

się,  że  będą  jej  kiedykolwiek  potrzebne.  A  tymczasem  ona  i  Nick... 

ona i Nick będą mieli dziecko. 

W  tym  momencie  coś  sobie  przypomniała.  Nick  jest  już  ojcem. 

Nie  dzwoniła  dawno, nie  miała nic  do  powiedzenia,  a poza  tym  bała 

się  usłyszeć,  że  Nick  i  Daphne  pogodzili  się.  A  zatem  jej  dziecko 

będzie się wychowywało bez ojca. Nikt nie nauczy go łowić ryb. 

Poczuła,  że  zaraz  się  rozpłacze.  Pocieszała  się,  że  ofiaruje 

swojemu dziecku więcej miłości, niż zazwyczaj dają dzieciom matki. 

Ona... 

- Panno Bonney, dobrze się pani czuje? - zaniepokoił się lekarz. - 

Nie chciałem pani zdenerwować. 

-  Nic  mi  nie  jest,  doktorze  -  odparła,  mrugając  powiekami,  żeby 

łzy nie wydostały się spod nich na zewnątrz. 

-  Dobrze,  w  takim  razie  proszę,  to  lektura  dla  pani  i  recepta  na 

witaminy.  Chciałbym  panią  znowu  zobaczyć  u  siebie  za  miesiąc. 

Proszę zapisać się na wizytę przed wyjściem. 

background image

-  Dobrze,  dziękuję.  -  Liza  zabrała  broszurki,  uciekając  przed 

wzrokiem lekarza. 

Przepełniona  sprzecznymi  emocjami,  z  trudem  nad  sobą 

panowała.  Wiadomość  o  dziecku  wprawiła  ją  w  radosną  ekstazę,  a 

jednocześnie kompletnie załamał ją fakt, że Nick się o nim nie dowie. 

Wyszedłszy  ze  szpitala,  przywołała  zaraz  taksówkę.  Chciała  jak 

najszybciej znaleźć się sama. 

- Dokąd, proszę pani? 

Podała  nazwę  ulicy  w  pobliżu  hotelu  i  usiadła  z  tyłu.  przez  jej 

głowę przepływało tysiąc myśli na sekundę. 

- Ale pani podobna do tej piosenkarki! - zawołał kierowca. 

Udała obojętność. 

- Tak, już to słyszałam. Niestety. 

- Nie umie pani śpiewać? - spytał. 

-  Ani  trochę.  Myśli  pan,  że  bywałabym  w  takim  miejscu?  - 

spytała, z ironią wskazując na szpital. 

Taksówkarz zaśmiał się. 

-  Pewnie  nie.  Te  gwiazdy  to  mają  specjalne  pokoje  i  najlepszą 

obsługę.  A  my,  szare  myszy,  ledwo  wiążemy  koniec  z  końcem. 

Pieskie życie. 

- Taa - zgodziła się i wyjrzała przez okno. 

 

Toby  Atkins  wpadł  po  drodze  do  antykwariatu  Annie  Summers. 

Emma  pomagała  jej  czasami,  kiedy  miała  wolne  w  kawiarni.  A  on 

background image

powtarzał  jej,  że  w  takie  dni  powinna  raczej  rozerwać  się  i  zabawić. 

Odpowiadała mu wtedy niezmiennie, że ona kocha starocie. 

Ściągnął  brwi.  Jedna  rzecz  go  w  niej  niepokoiła.  Jak  na  kobietę, 

która rzekomo grzebie swoje smutki, Emma była potwornie nerwowa. 

Za  każdym  razem,  gdy  wspomniał  jej  o  jakimś  obcym  przybyszu  w 

miasteczku,  pozornie  nie  słuchała,  ale  dopóki  nie  zidentyfikował 

osoby, kuliła się w sobie. 

Doszedł  w  końcu  do  wniosku,  że  uciekła  z  domu.  Swoją  drogą, 

uznał to za mniejsze zło, bo podejrzewał także, że Emma może być tą 

ślicznotką,  która  brała  udział  w  kradzieżach  samochodów  w 

okolicznych miastach. Ale kiedy był z nią, podejrzenie to zdawało mu 

się irracjonalne. 

Wszedł  do  sklepu  i  przywitał  Annie  uśmiechem.  Annie  była 

niebrzydka i miła, ale nigdy nie ciągnęło go do niej tak jak do Emmy. 

- Emma pracuje dziś u ciebie? 

-  Cześć,  Toby.  Tak,  poszła  obejrzeć  serwis  pani  Yardley.  Pani 

Yardley  chce  go  sprzedać,  a  Emma  zna  się  na  porcelanie  lepiej  ode 

mnie. 

- Nie dziwi cię to? - zapytał, patrząc na Annie. 

Odwróciła  wzrok,  wycierając  plamę  na  starym  kredensie. 

Wzruszyła ramionami. 

-  Raczej  nie.  Ludzie  często  wiedzą  więcej,  niż  można  by  się 

spodziewać. 

- Kiedy wróci? 

- Powinna już być. Wyszła ze dwie godziny temu. 

background image

W  tym  momencie,  jakby  na  zawołanie,  Emma  otworzyła  drzwi, 

niosąc  mnóstwo  niewielkich  pudełek.  Toby  rzucił  się  ku  niej  z 

pomocą. Przeszłość Emmy przestała być problemem w jednej chwili, 

odsunięta przez radość z jej obecności. 

 

Nick  zaplanował  sobie  cały  miesiąc  wakacji.  Nie  było  to  łatwe, 

zazwyczaj  brał  tydzień  wolnego,  kiedy  czuł  się  wypalony,  a  po 

tygodniu  wracał  do  swych  pacjentów.  Tym  razem  do  wakacji  nie 

zmusiło  go  przemęczenie.  Chciał  odnaleźć  Lizę,  zacząć  budować 

przyszłość z kobietą, którą kocha. 

Zakończył  definitywnie  przykre  sprawy  z  Daphne.  Wynajęty 

przez  niego  detektyw  odnalazł  ją  i  jej  małego  synka.  Sfotografował 

ich.  Zrobił  też  zdjęcie  mężczyzny,  nie  znanego  Nickowi,  który  im 

towarzyszył.  Chłopiec,  mały  Timmy,  był  bardzo  podobny  do 

nieznajomego. Nick nie polegał wszakże wyłącznie na swoich oczach. 

Przez  adwokata  przesłał  Dahpne  papiery,  w  których  domagał  się 

testów  DNA  dziecka.  Wyraziła  zgodę,  prosząc  tylko,  żeby  nie  ciągał 

jej po sądach. 

- Dobrze, chcę tylko zobaczyć wyniki. 

-  Po  co?  Już  wiesz,  że  to  nie  twoje  dziecko.  -  Była  zła.  -  Nie 

potrzebuję kłopotów. 

- Wolisz zatem sąd? Żeby wszyscy dowiedzieli się, co knułaś? 

- Nick, jesteś złośliwy. 

- Tak. To co, dostanę wyniki DNA chłopca? 

- No dobra, dostaniesz! 

background image

Dostał  je  do  rąk  we  wtorek.  Były  negatywne,  zgodnie  z  jego 

przewidywaniami.  Znalazł  więc  zastępstwo  wśród  kolegów  dla 

pacjentów,  których  nie  dało  się  odwołać,  i  nieprzewidzianych 

wypadków,  które  mogły  zdarzyć  się  w  ciągu  następnego  miesiąca. 

Wieczorem miał samolot do Nowego Jorku. 

Przed  wyjazdem  rozmawiał  jeszcze  z  inspektorem  Ramseyem, 

który  niewiele  wzbogacił  jego  wiedzę.  Policja  miała  jego  telefon  na 

podsłuchu,  ale  wszystkie  telefony  od  Lizy  były  z  budek 

telefonicznych  w  mieście.  Ramsey  zasugerował,  żeby  Nick  zostawił 

na  sekretarce  Lizy  wiadomość  o  swoim  przyjeździe  i  prośbę  o 

kontakt.  Nick  przemyśliwał  także  nad  zaangażowaniem  detektywa, 

inspektor zaś polecił mu pewną nowojorską firmę. 

Po  wyjściu  ostatniego  tego  dnia  pacjenta  Nick  pospieszył  do 

domu z rosnącym podnieceniem. Wiedział, że sprawa wymaga czasu i 

cierpliwości, ale wreszcie zaczął działać, robić coś, żeby mieć znowu 

Lizę u swego boku. Jego miłość do niej nie traciła z czasem na sile.  

Wierzył,  że  jest  monogamistą,  a  Liza  jest  właśnie  tą  jedyną 

kobietą jego życia. Zgodził się nawet zrewidować swój obraz idealnej 

przyszłości i nie sprzeciwiać się dalszej karierze Lizy, gdyby miała na 

to ochotę. Byle tylko wracała do niego po koncertach. 

Tylko to się liczyło. 

 

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Liza  nagle  przestała  się  wahać.  Postanowiła  jechać  do  Saratoga 

Springs i powiedzieć Nickowi, że jest z nim w ciąży. Nie chciała o nic 

background image

prosić, chciała tylko, by wiedział. Położyła dłoń na brzuchu, kołysząc 

swój  sekret.  Zaczęła  snuć  plany,  zastanawiać  się,  gdzie  mogłaby 

stworzyć najlepszy dom dla swego dziecka. Na wsi, a może w małym 

miasteczku.  

W miejscu spokojnym, ale nie całkiem odciętym od świata, takim 

jak na przykład Saratoga Springs. Tam jednak nie mogła tego zrobić, 

jeżeli  Nick  ma  inne  plany.  Przyrzekła  sobie  nie  zadręczać  się  tym 

jednak, bo może wszak znaleźć dla siebie inne, podobne małe miasto, 

których przecież nie brak. 

Wyskoczyła  z  łóżka,  lecz  natychmiast  zatoczyła  się  i  upadła  na 

nie  z  powrotem.  Dzieci  bardzo  nie  lubią  gwałtownych  ruchów  mam. 

Kręcąc głową, wstała za drugim razem ostrożnie. Pomyślała, że skoro 

już ma jechać, nie ma na co czekać. Znalazła numer linii lotniczych i 

zarezerwowała  miejsce  w  pierwszej  klasie.  Ubrała  się  w  dżinsy  i 

koszulkę, wrzuciła trochę ciuchów do dużej torby na ramię, zbiegła na 

dół i zawołała taksówkę. Po chwili była już w drodze na lotnisko. 

Wysiadłszy, usłyszała komunikat przez głośniki: 

-  Rejs  numer  48  do  Albany,  Saratoga  Springs  i  Burlington. 

Prosimy pasażerów o zajęcie miejsc.  

Pobiegła  przez  tłum,  a  kiedy  już  siedziała  na  swoim  fotelu, 

uświadomiła sobie, że jej spodnie zrobiły się za ciasne. Była strasznie 

ciekawa, czy Nick od razu się domyśli. Czy odgadnie jej sekret, zanim 

go  pozna?  Na  usta  pchał  jej  się  nerwowy  chichot  spowodowany 

jakimś  śmiesznym  lękiem.  Sama,  patrząc  w  lustro,  nie  zauważała 

background image

jeszcze żadnej widocznej zmiany w swoim ciele. Tak czy owak, przez 

cały krótki lot nie mogła przestać o tym myśleć. 

Kiedy  samolot  wylądował,  Liza  ledwo  panowała  nad  emocjami. 

Nie musiała czekać na bagaż, czym prędzej udała się więc do wyjścia, 

by  złapać  taksówkę.  Spieszyła  się,  ale  automatycznie  przyglądała  się 

mijanym twarzom, od jakiegoś czasu weszło jej to w krew.  

Nagle  stanęła  jak  wryta,  bo  właśnie  minął  ją  pewien  znajomy 

facet z dołkiem na brodzie. 

- Nick! - krzyknęła natychmiast. 

Był tam, kilka metrów dalej, z walizką w ręce. Walizka? Szedł w 

stronę  stanowiska  odpraw  dla  pasażerów.  Wyjeżdża!  Nie,  nie, 

przecież nie może... 

Szedł,  w  zasadzie  nie  zwolnił,  zerkając  przez  ramię  w  bok.  Aż 

zobaczył  Lizę.  I  wtedy  osłupiał.  Sądził,  że  to  halucynacje.  Rozejrzał 

się  szybko  dokoła,  by  sprawdzić,  czy  nie  zwrócili  niepotrzebnie 

niczyjej uwagi. 

Lizę ogarnął smutek. Nie jest dla niego tak ważna, jak jego dobre 

imię. Pomyślała, że te koszmarne plotki w prasie musiały mu narobić 

kłopotów.  Podszedł  do  niej  w  końcu,  ale  nie  przywitał  się  czule, 

wpatrywał się w nią tylko, jakby była złudzeniem. 

- Co ty tu robisz? 

Czekała na jego pocałunek, na dotyk, każdej chwili każdego dnia. 

Teraz  przekonała  się,  że  Nick  za  tym  nie  tęsknił.  Czyżby  naprawdę 

zdążył ją zapomnieć? 

background image

- Przyjechałam odwiedzić Bonnie. Chyba nie masz nic przeciwko 

temu? - odparła drżącym głosem i czekała na odpowiedź. 

Jej rozczarowanie sięgnęło zenitu. Przecież, do diabła, dopiero co 

trzymał ją w ramionach, kochał się z nią tyle razy, że nie zdołałaby się 

doliczyć. 

Zmarszczka na jego czole pogłębiła się. 

- Nie, oczywiście, że nie - wycedził. - Chodź, podwiozę cię. 

-  Zdawało  mi  się,  że  spieszysz  się  na  samolot.  Nie  przejmuj  się 

mną, dam sobie radę - zapewniała z bólem serca. 

Nie odpowiedział, chwycił ją za rękę i pociągnął do wyjścia. 

- Nick! Dam sobie radę! Nie musisz... 

Przepchnął  ją  przez  drzwi  na  chodnik,  wezwał  taksówkę,  cały 

czas  bez  słowa.  W  porządku,  pomyślała.  Ona  też  nie  ma  ochoty  na 

rozmowę, jeśli tak ma wyglądać powitanie. 

 

Nie  mogło  mu  się  pomieścić  w  głowie,  że  znalazł  Lizę,  nie 

wyjeżdżając z miasta. Znalazł ją, by usłyszeć, że przyjechała zobaczyć 

się z Bonnie. To on wariował, nie wiedząc, co się z nią dzieje, tęsknił 

jak szalony za chwilą rozmowy... za tym, żeby ją dotknąć, a ona... 

Gdyby  miał  teraz  posłuchać  swoich  pragnień,  kochałby  się  z  nią 

natychmiast,  na  oczach  Boga  i  ludzi.  Przyzwoitość  przestaje  się 

liczyć, gdy w grę wchodzi pożądanie. Tylko że owo pożądanie w tym 

wypadku  domagało  się  czegoś  więcej  niż  seksu.  Dla  Lizy  sprawa 

przedstawia  się  inaczej,  zauważył.  On  zaś  obiecał  sobie,  że 

background image

zaakceptuje  jej  życie  z  całym  dobrodziejstwem  inwentarza.  Trzymał 

więc ręce przy sobie.  

Siedziała  obok  niego  w  taksówce  z  ramionami  splecionymi  na 

piersi, wpatrzona uparcie w tył głowy kierowcy. 

- Jak lot? - spytał Nick oficjalnie. 

Przeniosła na niego spojrzenie. 

- W porządku, dziękuję. 

Zwilżył wargi. Miał nadzieję, że jakoś zapanuje nad pożądaniem, 

chociaż jazda do domu nigdy jeszcze nie trwała tak długo. 

- Dokąd się wybierałeś? - spytała tym razem ona, patrząc znów na 

taksówkarza. 

Nie  wiedział,  co  powiedzieć.  Nie  chciał  przyznać  się  do  swoich 

tęsknot, na pewno nie w obecności kogoś trzeciego. 

- Mam konsultacje. 

- Konsultacje? Natychmiast każ zawracać. Jeszcze zdążysz. 

Kierowca automatycznie zwolnił, by zawrócić, ale Nick kazał mu 

dalej jechać pod wskazany wcześniej adres. 

- Nick, jesteś lekarzem. Nie wolno ci... 

- Znajdę zastępstwo... 

Tak  bardzo  chciał  być  blisko  niej,  a ona  wciąż  uciekała.  Czyżby 

mu się wszystko pomyliło? Czyżby aż tak źle ocenił sytuację? 

- Powinnam była uprzedzić Bonnie - mruknęła. 

Była  pewna,  że  Bonnie  ucieszy  się  na  jej  widok,  w 

przeciwieństwie do Nicka. 

On tymczasem wyciągnął komórkę. 

background image

- Bonnie? Wracam do domu. - Po przerwie dodał: - Jest ze mną. 

Przyglądała  się  jego  twarzy,  ufając,  że  zajęty  rozmową,  nie 

spostrzeże jej zagubienia. 

- Nie, spotkałem ją na lotnisku. 

Potem  podał  telefon  Lizie,  która  ciepło  przywitała  się  z  Bonnie, 

na co gospodyni zakrzyczała z radości. 

- Przepraszam, że nie dałam ci wcześniej znać - rzekła Liza. 

-  Przecież  wiesz,  że  nie  musisz  tego  robić,  kochanie,  zawsze 

czekam na ciebie z otwartymi ramionami. Daleko jesteście? 

- Kilka przecznic - odparła Liza. - Zaraz się zobaczymy. 

Oddała telefon Nickowi z podziękowaniem. 

- Może będziesz miał następny samolot. 

Nie  wydawał  się  wdzięczny  za  te  słowa.  Spoważniał  jeszcze 

bardziej,  jakby  jej  zapobiegliwość  tylko  go  zdenerwowała.  Cóż, 

niedobrze,  pomyślała.  Wyraźnie  nie  życzył  sobie  jej  obecności. 

Będzie musiała wyjechać przed jego powrotem. 

Taksówka  zatrzymała  się  przed  domem,  tak  jej  bliskim.  Żadne  z 

nich nie miało odwagi wysiąść. Wyprzedziła ich Bonnie, wybiegając z 

otwartymi  ramionami.  Liza  wysiadła,  zadowolona,  że  ktoś  jednak 

cieszy się z jej wizyty, i z miejsca wpadła w ciepły uścisk Bonnie. 

W  krótkim  czasie,  jaki  zajęło  im  przejście  od  samochodu  do 

drzwi,  Bonnie  zapewniała  Lizę  o  swojej  radości,  nadziei,  że  Liza 

zostanie  u  nich  dłużej,  o  tym,  jak  bardzo  brakowało  jej  Lizy.  To 

wszystko Liza spodziewała się usłyszeć od Nicka. 

background image

Nick  zaś  milczał.  Słyszała,  jak  wchodzi  za  nimi  do  domu,  ale 

zignorowała  go.  I  tak  powinien  zaraz  wyjść.  Wypłakałaby  się  wtedy 

na ramieniu Bonnie. 

-  Chodź  do  kuchni,  złotko.  Upiekłam  ciasteczka  dla  Nicka  na 

drogę, ale zobacz, ile ich jeszcze zostało. Pewnie nic nie jadłaś, co? 

Liza pokręciła głową. 

- Ja... ja zdecydowałam się w ostatniej chwili, nie miałam czasu... 

- Zobaczyła przenikliwe spojrzenie Nicka. - To znaczy normalnie jem, 

tylko teraz spieszyłam się... 

-  Nick,  nie  przeszkadzaj  Lizie.  Wróciła  do  domu.  Ugotuję  zaraz 

zupkę, pokroję sałatkę. Co ty na to, kochanie? Zaraz będzie gotowe. 

- Cudowny pomysł, Bonnie. - Liza uśmiechnęła się. - Tak bardzo 

za tobą tęskniłam. 

Bonnie przystanęła, by ją przytulić. 

- Ja też za tobą tęskniłam, kochanie. 

- Przygotuj jej kolację, Bonnie, a my tymczasem porozmawiamy - 

rzekł Nick ni stąd, ni zowąd, biorąc Lizę za rękę. 

Nie miał zachęcającej miny. 

- Przecież musisz wracać na lotnisko - upierała się Liza. 

- Co... - zaczęła Bonnie, ale Nick ją powstrzymał. 

- Później ci wyjaśnię, zajmij się kolacją - polecił i pociągnął Lizę 

za sobą. 

Przypuszczała, że pójdą do pokoju telewizyjnego, ale zaprowadził 

ją prosto na górę. 

- Dlaczego tam? 

background image

Nie otrzymała odpowiedzi. 

-  Chcesz,  żebym  zabrała  swoje  rzeczy?  -  spytała.  -  Chcesz 

wymazać  wszystkie ślady mojego pobytu? Przykro mi, że tak bardzo 

ci przeszkadzam - dorzuciła złośliwie, ale nie musiał w końcu dawać 

jej odczuć, że tak mu zawadza. 

Nick  pchnął  ją  do  swojej  sypialni  i  zamknął  drzwi.  Następnie, 

zaskakując  ją  kompletnie,  objął  ją  mocno  i  pocałował.  Nie 

protestowała.  Przez  chwilę  zapomniała  nawet  o  przykrym  powitaniu, 

tak dobrze było znowu poczuć go blisko. 

Kiedy uniósł głowę, jej złość wróciła. 

- To co z tym twoim samolotem? Nie chcesz go złapać? 

- Nie, do diabła, nie! -  Włożył rękę  do kieszeni i wyciągnął bilet 

lotniczy. - Masz ten cholerny bilet, który cię tak interesuje. 

Niczego nie rozumiejąc, uniosła brwi. 

- Weź go, przeczytaj, dokąd miałem lecieć. 

Posłuchała go wreszcie, wciąż nie mając pojęcia, co Nick chce jej 

zakomunikować. 

- Masz konsultacje w Nowym Jorku? 

-  Nie!  -  Podniósł  głos,  przyciskając  ją  mocniej.  -  Nie  mam 

żadnych konsultacji. Chciałem cię odnaleźć. 

- Naprawdę? - spytała szeptem, bo bała się uwierzyć. 

- Chyba nie masz nic przeciwko temu? 

Jej oczy zrobiły się okrągłe, ze zdumienia. 

- Nie, ale mówiłeś... 

background image

-  Do  diabła  z  tym!  A  co  niby  miałem  mówić?  Oświadczyłaś,  że 

przyjechałaś w odwiedziny do Bonnie, nie do mnie! 

- Przecież wyjeżdżałeś - kłóciła się. 

- Żeby cię szukać - powtórzył. 

Uświadamiając sobie, że się zaplątali, Liza przytuliła policzek do 

jego piersi, mówiąc: 

- Chciałam porozmawiać... o przyszłości. 

Oparł głowę na jej głowie i odezwał się półgłosem: 

- Ty jesteś moją przyszłością. 

- Nick - wzruszyła się. - Jesteś pewny? Znasz mnie tak krótko, i... 

Przerwał jej pocałunkiem, by dodać potem: 

- Lizo, nie zostawiaj mnie. Nie mogę bez ciebie żyć. 

- Chciałabym zostać, na zawsze, ale... co z twoim synem? 

- Czytałaś te kłamstwa? 

- To nie jest twój syn? 

- Nie, Daphne po prostu chciała mi znowu dopiec. Zresztą gdyby 

nawet  było  to  moje  dziecko,  nie  ożeniłbym  się  z  nią  powtórnie.  Nie 

chcę nikogo prócz ciebie. Jesteś mi potrzebna. 

Kolejny  pocałunek  zbliżył  ich  do  łóżka,  Lizę  zaś  pozbawił 

ubrania.  Nie  pozostała  obojętna,  domagając  się,  żeby  Nick  także  się 

rozebrał. 

Zachowywali 

się 

jak 

wygłodniali 

goście 

przy 

obficie 

zastawionym stole, którzy chcą wszystkiego posmakować. 

- Nick, proszę - błagała, przyciągając go coraz bliżej. 

background image

Nie  mógł  przecież  opierać  się  prośbom  ukochanej  osoby. 

Rozpierała  go  radość,  że  będą  odtąd  razem,  co  łącznie  z  satysfakcją, 

którą  odczuwało  jego  ciało,  składało  się  na  niewypowiedziane 

uczucie. Pragnął je jednak zakomunikować swej kobiecie. 

- Kocham cię. Obiecaj, że więcej mnie nie opuścisz. 

Jej milczenie gwałtownie zmiotło całą jego radość. 

- Lizo? 

- Nick, ja... muszę ci coś powiedzieć. 

- Obiecaj, że nie wyjedziesz - powtórzył. 

Nie patrzyła na niego, co jeszcze bardziej go zmartwiło. 

- Obiecaj mi! 

- Jeśli chcesz, zostanę. 

-  Przecież  wiesz,  że  chcę!  Czemu  tak  mówisz,  jakbyś  to  ty  tego 

nie chciała? 

-  Chcę!  -  krzyknęła,  spotykając  się  z  nim  wzrokiem.  -  Chcę 

zostać. Muszę zostać - rzekła. - Ja też cię kocham. Ale... ale jest coś... 

-  Kochanie,  nie  będę  ci  utrudniał  kariery  i  nie  zamknę  cię  w 

czterech ścianach. Zrobię wszystko, żeby ci pomóc. 

- Chcesz, żebym śpiewała? - spytała łamiącym się głosem. 

-  Masz  talent.  Nie  mam  prawa  żądać,  żebyś  przestała  się 

realizować.  Gdybym  mógł,  nie  puściłbym  cię  na  krok,  ale  decyzje 

dotyczące twojej kariery należą do ciebie. 

Liza poczuła ulgę. 

- Myślałam, że... Ludzie lubią sławę, która... 

background image

-  Nie  dbam  o  sławę,  obchodzi  mnie  tylko  twoja  osoba.  To  co? 

Koniec rozmowy? Bo mam coś ciekawszego do roboty. Muszę wiele 

nadrobić. 

- Zaczekaj. To nie wszystko. 

- Co? 

- Pamiętasz pierwszą noc, kiedy kochaliśmy się? 

- O tak! 

- Powiedziałam ciże jestem zabezpieczona. 

- Taak. 

Zaczęło  mu  brakować  tchu.  Czyżby  Liza  zaszła  z  nim  w  ciążę? 

Czyżby spotkało go jednego dnia podwójne szczęście? 

- Powiedziałam tak, bo lekarze mówili mi, że najprawdopodobniej 

nie  będę  mogła  mieć  dzieci.  Z  powodu  jakichś  pooperacyjnych 

komplikacji. 

Nick trzymał ją z całej siły. 

- Przepraszam, kochanie, tak mi przykro. 

Usłyszała w jego głosie żal. Niechętnie ciągnęła: 

-  Powiedzieli  mi  tak,  kiedy  miałam  osiemnaście  lat.  Ale...  ale 

jestem w ciąży, Nick. Mylili się. - Wstrzymała oddech, licząc na to, że 

Nick się ucieszy. 

Zamiast tego, patrzył na nią tylko. 

- Jesteś w ciąży? Ze mną? - zapytał w końcu. 

- A niby z kim? 

Najpierw  zaczął  ją  całować,  a  zaraz  potem  zasypał  ją  gradem 

pytań. 

background image

-  Jak  się  czujesz?  Byłaś  u  lekarza?  Czy  wszystko  w  porządku? 

Mamy  tu  świetnego  ginekologa,  zadzwonię  do  niego  rano,  żeby  cię 

umówić... 

-  Nick!  Nick,  byłam  u  lekarza  i  wszystko  jest  dobrze.  Tylko... 

tylko  nie  wiem,  czy  będę  mogła  mieć  więcej  dzieci.  Przemyśl  to. 

Chcesz mieć dużą rodzinę i... sama nie wiem... 

Usiadł wyprostowany na łóżku i podniósł ją także, wziąwszy ją za 

ramiona. 

-  Tym  się  martwiłaś?  Że  nie  zechcę  z  tobą  być,  bo  nie  dasz  mi 

tuzina dzieciaków? Boże, Lizo! Chodzi o ciebie. To z tobą chcę być, a 

jeśli zdarzy się też dziecko, będę uszczęśliwiony. Ale to bez ciebie nie 

potrafię żyć. 

Pocałował ją, żeby przypieczętować swoje słowa. 

- Tak bardzo chciałam to właśnie od ciebie usłyszeć. Nie zmienisz 

zdania? Bo zrozumiałabym, gdybyś... 

- A ja nie! Bierzemy ślub najszybciej, jak to możliwe. 

-  Chciałabym  zawiadomić  Emily.  I  tak  nie  przyjedzie,  ale  chcę, 

żeby wiedziała. 

-  Oczywiście.  Zawiadomimy  też  moją  rodzinę,  moich  braci  i 

siostrę. Co z twoimi rodzicami? 

Liza  przytuliła  się  do  niego,  w  głowie  jej  się  nie  mieściło,  że 

właśnie planuje swój ślub. 

- Poczekajmy z tym, aż się pobierzemy. Chcę się dobrze bawić na 

weselu. 

Uśmiechnął się. 

background image

-  Zgoda.  Ja  też  chcę,  żeby  to  był  miły  dzień.  Ten  i  wszystkie 

następne, które spędzimy razem. No i z juniorem, oczywiście - dodał 

miękko, dotykając jej brzucha. 

- Ale nie masz nic przeciwko córeczce? 

-  Pewnie,  że  nie,  jeśli  pozwolisz  mi  nauczyć  ją  łowić  ryby  - 

żartował. 

Słysząc  pukanie  do  drzwi,  Liza  podciągnęła  kołdrę  pod  brodę. 

Nick także zadbał o to, żeby nie było go widać zbyt wiele. 

- Tak? 

- Nick, zupa dla Lizy gotowa. 

- Przyniosłaś ją na górę? 

- Tak. 

-  To  wejdź.  -  Domyślał  się,  że  Bonnie  umiera  z  ciekawości,  co 

tam robią tak długo. 

Znalazłszy ich w łóżku, Bonnie wyszczerzyła zęby w uśmiechu. 

- Chyba nie muszę pytać, czy zostaje? 

Nick odpowiedział jej uśmiechem. 

- Powiem ci coś więcej. Pobieramy się. 

-  Alleluja!  -  Bonnie  postawiła  tacę  na  stole  przy  drzwiach  i 

skoczyła, by ich oboje uściskać. 

- Bonnie? - odezwał się Nick, wyzwoliwszy się z uścisku. - Mamy 

jeszcze jedną nowinę. 

- Co znowu? - zapytała. 

Nick spodziewał się, że Bonnie, jak jego rodzona matka, będzie z 

nimi dzielić tę wielką radość. 

background image

- Będziemy mieć dziecko - oznajmił. 

Bonnie krzyknęła z radości i od nowa zaczęło się ściskanie. 

-  Och,  kochanie,  modliłam  się  i  modliłam.  Zostanę  babcią!  - 

Zreflektowała się nagle. - No, taką przyszywaną babcią. 

Liza śmiała się. 

-  Będziesz  najlepszą  babcią  na  świecie,  Bonnie.  Bardzo 

potrzebuję twojej pomocy, niewiele wiem o ciąży ani o dzieciach. 

- Och, kochanie ty moje, pewnie, że ci pomogę. No a teraz musisz 

zjeść kolację i odpocząć. Nick, nie przeszkadzaj jej, niech sobie pośpi 

-  zarządziła,  idąc  do  drzwi.  -  Rano  dostaniesz  świeżutkie  mleko, 

złotko, już my się dobrze zajmiemy maleństwem. 

Przesłała im szeroki uśmiech i wyszła. 

- Uff, zdaje się, że pożałujemy, żeśmy jej powiedzieli tak szybko - 

uznał Nick. - Zamęczy cię. 

- Nie będę żałować - zapewniła. - Będę się cieszyć każdą minutą, 

jakbym  miała  znowu  obok  siebie  ciocię  Meredith,  jakbym  znowu 

miała rodzinę. - Dała mu całusa. - Jest tylko jeden problem. 

- Jaki? - zaniepokoił się. 

- W ogóle nie chce mi się spać. Możesz z tym coś zrobić? 

- A co z kolacją? 

-  Nick,  tak  długo  mnie  nie  było,  później  zjem.  Bonnie  się  nie 

dowie. 

Przygarnął ją do siebie. 

- Chyba mógłbym coś w tej sprawie zrobić...