background image

STAR WARS                                                                                             lata 

Michael Reaves Darth Maul - łowca z mroku   

- 32 

Terry Brooks Część I. Mroczne widmo - 

- 32 

Greg Bear Planeta życia  

- 29 

R.A. Salvatore Część II. Atak klonów  

- 21,5 

A.C. Crispin Rajska pułapka  

- 10...0 

A.C. Crispin Gambit Hunów  

- 10...0 

A.C. Crispin Świt Rebelii  

- 10...0 

L. Neil Smith Lando Carlissian i Myśloharfa Sharów  

- 4 

L. Neil Smith Lando Carlissian i Ogniowicher Oseona  

- 3 

L. Neil Smith Lando Carlfssian i Gwiazdogrota Thon Boka  

- 3 

Brian Daley Przygody Hana Solo  

- 2 

George Lucas Nowa nadzieja  

Kevin Andersen Opowieści z kantyny Mos

 

Eisley  

0...3 

Peter Schweighofer (red.) Opowieści z Imperium  

0...3 

Peter Schweighofer, Craig Carey (red.) Opowieści z Nowej Republiki  

0...3 

Alan Dean Foster Spotkanie na Mimban  

Donald F. Glut Imperium kontratakuje  

Kevin Andersen Opowieści łowców nagród  

Steve Perry Cienie Imperium  

3, 5 

K.W. Jeter Mandaloriańska zbroja  

K.W. Jeter Spisek Xizora  

K.W. Jeter Polowanie na łowcę  

James Kahan Powrót Jedi 

Kathy Tyers Pakt na Bakurze  

Michael Stackpole X-wingi. Eskadra Łotrów  

6,5...7 

Dave Wolverton Ślub księżniczki Lei  

Timothy Zahn Dziedzic Imperium 

Timothy Zahn Ciemna Strona Mocy  

Timothy Zahn Ostatni rozkaz  

Kevin J. Anderson W poszukiwaniu Jedi  

11 

Kevin J. Anderson Liczeń Ciemnej Strony  

11 

Kevin J. Anderson Władcy Mocy  

11 

background image

Michael Stackpole Ja, Jedi 

11 

Barbara Hambly Dzieci Jedi  

12 

Kevin J. Anderson Miecz Ciemności  

12 

Barbara Hambly Planeta zmierzchu  

13 

Vonda N. Mclntyre Kryształowa Gwiazda  

14 

Michael P. Kube-McDowell Przed burzą  

16 

Michael P. Kube-McDowell Tarcza kłamstw  

16 

Michael P. Kube-McDowell Próba tyrana  

17 

Kristine Kathryn Rusch Nowa Rebelia  

17 

Roger MacBride Allen Zasadzka na Korelii  

18 

Roger MacBride Allen Napaść na Selonif  

18 

Roger MacBride Allen Zwycięstwo na Centerpoint  

18 

Timothy Zahn Widmo przeszłości  

19 

Timothy Zahn Wizja przyszłości  

19 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Spadkobiercy Mocy  

23 

Kevin J. Andersen, R. Moesta Akademia Ciemnej Strony  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Zagubieni  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Miecze świetlne  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Najciemniejszy rycerz  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Oblężenie Akademii Jedi  

23 

 

NOWA ERA JEDI 

R.A. Salvatore Wektor pierwszy  

25 

Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm  

25 

Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja  

25 

James Luceno Agenci chaosu I: Próba bohatera  

25 

James Luceno Agenci chaosu II: Zmierzch Jedi  

25 

Troy Denning Gwiazda po gwieździe  

25 

Kathy Tyers Punkt równowagi  

26 

Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój  

26 

Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II

:

 Odrodzenie  

26 

 

 

background image

ALBUMY, ENCYKLOPEDIE, PRZEWODNIKI 

Jonathan Bresman Gwiezdne Wojny: Część I. Mroczne widmo - album 

Lauren  Bouzereau,  Jody  Duncan  Gwiezdne  Wojny:  Część  I.  Mroczne  widmo  - jak 

powstawał film 

Pod redakcją Deborah Cali Gwiezdne Wojny: Imperium kontratakuje - album 

Pod redakcją Carol Titelman Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja - album 

Lawrence Kasdan, George Lucas Gwiezdne Wojny: Powrót Jedi - album 

Bill Slavicsek Gwiezdne Wojny - przewodnik encyklopedyczny 

Bill Smith Ilustrowany przewodnik po broniach i technice Gwiezdnych Wojen 

Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po chronologii Gwiezdnych Wojen 

Daniel Wallace Ilustrowany przewodnik po planetach i księżycach 

Gwiezdnych Wojen 

Andy Mangels Ilustrowany przewodnik po postaciach Gwiezdnych Wojen 

Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po robotach i androidach Gwiezdnych Wojen 

Bill  Smith  Ilustrowany  przewodnik  po  statkach,  okrętach  i  pojazdach Gwiezdnych 

Wojen 

Kevin J. Anderson Ilustrowany wszechświat Gwiezdnych Wojen 

Ann  Margaret  Lewis  Ilustrowany  przewodnik  po  rasach  obcych  istot  wszechświata 

Gwiezdnych Wojen 

Mark Cotta Vaz Gwiezdne Wojny: Cześć II. Atak klonów - album 

background image

KEVIN J. ANDERSON 

REBECCA MOESTA 

 

 

 

OBLĘŻENIE AKADEMII 

JEDI 

(Przełożył Andrzej Syrzycki) 

background image

44 lata przed Nową nadzieją 

UCZEŃ JEDI 

33 lata przed Nową nadzieją 

Maska kłamstw 

Darth Maul: łowca z mroku 

32 lata przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny 

Część I Mroczne widmo 

29 lat przed Nową nadzieją 

Planeta życia 

Nadciągająca burza 

22 lata przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny 

Część II. Atak klonów 

20 lat przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny Część III 

10-8 lat przed Nową nadzieją 

TRYLOGIA HANA SOLO 

Rajska pułapka 

Gambit Huttów 

Świt Rebelii 

5-2 lata przed Nową nadzieją 

PRZYGODY LANDA CALRISSIANA 

Lando Calrissian i Myśloharfa Sharów 

Lando Calrissian i Ogniowicher Oseona 

Lando Calrissian i Gwiazdogrota Thon Boka 

PRZYGODY HANA SOLO 

Han Solo na Krańcu Gwiazd 

Zemsta Hana Solo 

background image

Han Solo i utracona fortuna 

Rok 0 Gwiezdne Wojny, 

Część IV. Nowa nadzieja 

Gwiezdne Wojny 

Część IV. Nowa nadzieja 

0-3 lata po Nowej nadziei 

Opowieść z kantyny Mos Eisley 

Spotkanie na Mimban 

3 lata po Nowej nadziei 

Gwiezdne Wojny 

Część V. Imperium kontratakuje 

Opowieści łowców nagród 

3,5 roku po Nowej nadziei 

Cienie Imperium 

4 lata po Nowej nadziei 

Gwiezdne Wojny 

Część VI. Powrót Jedi 

Pakt na Bakurze 

Opowieści z pałacu Hutta Jabby 

WOJNY ŁOWCÓW NAGRÓD 

Mandaloriańska zbroja 

Spisek Xizora 

Polowanie na łowcę 

6,5-7,5 roku po Nowej nadziei 

X-WINGI 

Eskadra Łotrów 

Ryzyko Wedge'a 

Pułapka z Krytos 

Wojna o Bactę 

background image

Eskadra Widm 

Żelazna Pięść 

Dowódca Solo 

8 lat po Nowej nadziei 

Ślub księżniczki Leii 

9 lat po Nowej nadziei 

X-WINGI: Zemsta Isard 

TRYLOGIA THRAWNA 

Dziedzic Imperium Ciemna Strona Mocy 

Ostatni rozkaz 

11 lat po Nowej nadziei 

Ja, Jedi 

TRYLOGIA AKADEMIA JEDI 

W poszukiwaniu Jedi 

Uczeń Ciemnej Strony 

Władcy Mocy 

12-13 lat po Nowej nadziei 

Dzieci Jedi 

Miecz Ciemności 

Planeta zmierzchu 

X-WINGI: 

Gwiezdne myśliwce z Adumara 

14 lat po Nowej nadziei 

Kryształowa Gwiazda 

16-17 lat po Nowej nadziei 

Trylogia KRYZYS CZARNEJ FLOTY 

Przed burzą 

Tarcza kłamstw 

Próba tyrana 

background image

17 lat po Nowej nadziei 

Nowa Rebelia 

18 lat po Nowej nadziei 

TRYLOGIA KORELIAŃSKA 

Zasadzka na Korelii 

Napaść na Selonii 

Zwycięstwo na Centerpoint 

19 lat po Nowej nadziei 

Duologia RĘKA THRAWNA 

Widmo przeszłości 

Wizja przyszłości 

22 lata po Nowej nadziei 

NAJMŁODSI RYCERZE JEDI 

Złota kula 

Świat Lyric 

Obietnice 

Wyprawa Anakina 

Forteca Vadera 

Ostrze Kenobiego 

23-24 lata po Nowej nadziei 

MŁODZI RYCERZE JEDI 

Spadkobiercy Mocy 

Akademia Ciemnej Strony 

Zagubieni 

Miecze świetlne 

Najciemniejszy rycerz 

Oblężenie Akademii Jedi 

Okruchy Alderaana 

Sojusz Różnorodności 

background image

Mania wielkości 

Nagroda Jedi 

Zaraza Imperatora 

Powrotna Ord Mantell 

Tarapaty w Mieście w Chmurach 

Kryzys w Crystal Reef 

25-30 lat po Nowej nadziei 

NOWA ERA JEDI 

Wektor pierwszy 

Mroczny przypływ I: Szturm 

Mroczny przypływ II: Inwazja 

Agenci chaosu I: Próba bohatera 

Agenci chaosu II: Porażka Jedi 

Punkt równowagi 

Ostrze zwycięstwa I: Podbój 

Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie 

Gwiazda po gwieździe 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

W  niepewnym  świetle  budzącego  się  poranka  Jaina  obserwowała,  jak  jej  wuj,  Luke 

Skywalker,  powoli  manewruje  „Ścigaczem  Cieni”.  Przyglądała  się,  jak  przelatuje  przez 

otwarte wrota hangaru mieszczącego lądowisko, urządzone na najniższym poziomie wielkiej 

świątyni. Młodzi rycerze Jedi powrócili z rodzimej planety Wookiech, Kashyyyku, ale ojciec 

dziewczyny,  Han  Solo,  i  jego  przyjaciel  Chewbacca,  nie  zabawili  na  Yavinie  Cztery 

wystarczająco długo, by mieć czas na ukrycie statku. 

Wiedzieli,  że  Akademia  Ciemnej  Strony  sposobi  się  do  walki,  i  nie  mogli  pozwolić 

sobie na marnowanie czasu. 

Jaina niemal nie mogła uwierzyć, że zaledwie przed dwoma dniami Kashyyyk został 

zaatakowany  przez  oddział  imperialnych  żołnierzy.  Dowodził  nimi  jej  przyjaciel  Zekk, 

służący  obecnie  Drugiemu  Imperium  i  będący  Ciemnym  Jedi.  Kiedy  w  ciemnościach, 

panujących  wśród  gęstego  poszycia  dżungli,  stanęła  oko  w  oko  z  ciemnowłosym 

młodzieńcem,  ten  ostrzegł  ją,  żeby  nie  wracała  na  Yavin  Cztery,  ponieważ  księżyc  zostanie 

niebawem zaatakowany przez wojska Akademii Ciemnej Strony. 

Jaina  musiała  uznać  to  ostrzeżenie  za  dowód,  że  chłopaka  nadal  obchodzi  los,  jaki 

może spotkać ją i jej brata bliźniaka, Jacena. 

Wszyscy  wylądowali  na  Yavinie  Cztery  zaledwie  przed  kilkunastoma  minutami. 

Dokonanie  skoku  przed  nadprzestrzeń  zabrało  tak  niewiele  czasu,  że  nawet  nie  zdążyli  się 

porządnie  wyspać,  tym  bardziej  że  po  stoczonej  walce  w  ich  krwi  wciąż  jeszcze  nie  opadł 

poziom  adrenaliny.  Jaina  miała  wrażenie,  że  wybuchnie,  jeżeli  szybko  czegoś  nie  zrobi. 

Wiedziała, że tyle rzeczy czeka na zaplanowanie i przygotowanie. 

Jacen,  stojący  obok  niej  przy  otwartych  wrotach  hangaru  kryjącego  lądowisko, 

szturchnął  siostrę  pod  żebro.  Kiedy  Jaina  odwróciła  się  ku  niemu,  spojrzała  prosto  w 

bursztynowe oczy, mające odcień koreliańskiej brandy. 

-  Nie  martw  się,  wszystko  będzie  w  porządku  -  odezwał  się  chłopiec.  -  Wujek  Luke 

dobrze wie, co robić. Wiele razy musiał odpierać ataki imperialnych oddziałów. 

-  Pewnie,  już  czuję  się  o  wiele  spokojniejsza  -  odparła  Jaina,  ani  przez  sekundę  nie 

wierząc w to, co mówi. 

Jak zwykle, Jacen postanowił uciec się do jednego z ulubionych sposobów, mających 

skierować myśli siostry na inny temat, nie związany z niemal pewną walką. 

- Hej, opowiedzieć ci jakiś dowcip? - zapytał. 

background image

- Owszem,  Jacenie - odezwała się Tenel Ka, która podeszła i stanęła obok bliźniąt. - 

Uważam, że trochę humoru może nam się przydać. 

Na  ciele  młodej  wojowniczki  z  Dathomiry  połyskiwała  warstewka  potu,  jaka 

utworzyła  się  w  ciągu  ostatnich  dziesięciu  minut  szybkiego  biegu,  mającego  rzekomo 

„rozprostować mięśnie”, a w rzeczywistości przestawić myśli na inne tory. 

-  W  porządku,  Jacenie.  Możesz strzelać -  powiedziała Jaina udając, że  przygotowuje 

się na najgorsze. 

Tenel  Ka  odgarnęła  jedną  ręką  długie,  zaplecione  w  warkocze  złocistorude  włosy. 

Dziewczyna  straciła  drugą  rękę  w  następstwie  nieszczęśliwego  wypadku,  jakiemu  uległa 

podczas ćwiczeń w posługiwaniu się świetlnym mieczem, ale nie zgodziła się na zastąpienie 

jej syntetyczną protezą. Kiwnęła głową i spojrzała na Ja-cena. 

- Możesz zacząć opowiadać ten dowcip. 

-  Dobrze.  Jaka  to  będzie  pora,  kiedy  imperialny  robot  kroczący  nadepnie  na  twój 

chronometr?  -  Jacen  uniósł  brwi  i  przez  chwilę  milczał,  jakby  czekał  na  odpowiedź.  - 

Najwyższa, żeby sprawić sobie nowy! 

Na czas, potrzebny na jedno uderzenie serca, zapadła śmiertelna cisza, po czym Tenel 

Ka kiwnęła głową i odezwała się poważnym tonem: 

- Dziękuję ci, Jacenie. Twój dowcip był... jak najbardziej na miejscu. 

Młoda wojowniczka nigdy się nie uśmiechała, ale Jainie się wydało, że tym razem w 

jej  szarych  jak  granit  oczach  zauważyła  iskierki  rozbawienia.  Siostra  Jacena  wciąż  jeszcze 

jęczała, udając udrękę, kiedy z pokładu „Ścigacza Cieni” zszedł wujek Luke w towarzystwie 

młodego Wookiego, Lowbaccy. 

Doszedłszy do wniosku, że nie ma ani chwili do stracenia, Jaina pospieszyła ku nim. 

Widocznie  mistrz  Jedi  musiał  czuć  to  samo,  ponieważ  kiedy  Jacen  i  Tenel  Ka  podążyli 

śladami Jainy, zwrócił się do wszystkich młodych Jedi bez jakiegokolwiek wstępu. 

-  Drugie  Imperium  musi  poświęcić trochę  czasu  na  zainstalowanie  nowych  urządzeń 

komputerowych, które ukradło z fabryki na Kashyyyku - powiedział. - Możliwe, że zajmie to 

kilka dni, ale nie chcę niepotrzebnie ryzykować. Tionna i Raynar wyprawili się do świątyni 

nad  jeziorem,  gdzie  zajmują  się  ćwiczeniami.  Chciałbym,  Lowie,  żebyś  poleciał  tam  swoim 

T-23  i  powiedział  im,  żeby  z  tobą  wrócili.  Musimy  wszyscy  się  zająć  opracowaniem  planu 

walki. 

Lowbacca zaryczał na znak, że się zgadza, i pospieszył do niewielkiego skoczka, który 

dostał  kiedyś  w  prezencie  od  swojego  wuja,  Chewbaccy.  Przyczepiony  do  pasa  młodego 

Wookiego zminiaturyzowany android-tłumacz Em Teedee natychmiast powiedział: 

background image

- Ależ oczywiście, proszę pana. Pan Lowbacca z prawdziwą przyjemnością zajmie się 

wykonaniem pańskiego polecenia. Proszę uważać tę sprawę za załatwioną. 

Lowie  poufałym  warknięciem  zganił  małego  androida  za  to,  że  pozwolił  sobie  na 

upiększenie jego wypowiedzi, po czym wspiął się do kabiny skoczka i zamknął owiewkę. 

Mistrz Jedi odwrócił się w stronę młodej wojowniczki z Dathomiry. 

-  Tenel  Ka,  postaraj  się  zebrać  tylu  uczniów,  ilu  zdołasz,  i  zorganizuj  im 

przyspieszony  kurs  obrony  przed  atakami  terrorystów.  Nie  jestem  pewien,  do  jakiej  taktyki 

walki  przeciwko  nam  zechce  uciec  się  Akademia  Ciemnej  Strony,  ale  nie  znam  nikogo,  kto 

mógłby lepiej niż ty nauczyć nas zasad partyzanckiej walki. 

-  Ta-a,  była  wspaniała,  kiedy  walczyła  ze  skrytobójcami  Bartokkami,  którzy 

zaatakowali nas na Hapes - przypomniał Jacen. 

Jaina  ze  zdumieniem  zauważyła,  że  Tenel  Ka  się  zarumieniła.  Później  dygnęła  i 

odeszła, żeby zająć się wykonaniem otrzymanego zadania. 

-  A  co  z  Jacenem  i  ze  mną,  wujku?  -  zapytała,  nie  potrafiąc  opanować 

zniecierpliwienia. - Co my mamy robić? Także chcielibyśmy się na coś przydać. 

- Teraz,  kiedy  odleciał „Sokół  Tysiąclecia”,  musimy  zainstalować  i  uruchomić  nowe 

generatory  pól  siłowych,  żeby  chroniły  nas  przed  atakami  z  powietrza  -  odezwał  się.  mistrz 

Jedi. - Chodźcie ze mną. 

 

Najważniejsze  urządzenia,  wytwarzające  nowe  ochronne  pola  akademii  Jedi,  zostały 

umieszczone  na  skraju  dżungli  porastającej  przeciwległy  brzeg  rzeki.  Mimo  to  o  zasięgu  i 

natężeniu  pól  można  było  decydować,  przebywając  w  ośrodku  łączności.  Generatory,  które 

niedawno  przetransportował  z  Coruscant  Han  Solo,  miały  stanowić  doraźny  środek 

bezpieczeństwa,  zapewniający  ochronę  do  czasu,  aż  Nowa  Republika  wymyśli  skuteczny 

sposób obrony przed spodziewanym atakiem oddziałów Akademii Ciemnej Strony. 

-  Hej,  czy  nie  powinienem  wysłać  wiadomości  mamie?  -  zapytał  Jacen,  zajmując 

miejsce za pulpitem konsolety. 

-  Na  razie  nie,  dopóki  nie  dowiemy  się  czegoś  więcej  -  odparł  Luke.  -  Twój  tata  i 

Chewbacca  obiecali  przed  odlotem,  że  się  z  nią  skontaktują,  kiedy  znajdą  się  w 

przestworzach. Leia jest teraz bardzo zajęta mobilizowaniem żołnierzy, którzy założą tu stałą 

bazę i będą chronili naszą akademię. Na razie jednak powinniśmy sami zrobić wszystko, co 

możemy, żeby jej strzec i bronić. 

Jeżeli chcesz pomóc, Jacenie, zajmij się sprawdzaniem kanałów telekomunikacyjnych 

o wszystkich możliwych pasmach częstotliwości. Możliwe, że uda ci się zarejestrować jakieś 

background image

niezwykłe sygnały, które okażą się później zaszyfrowanymi imperialnymi meldunkami. A ty, 

Jaino, włącz generatory i upewnij się, że wszystko funkcjonuje prawidłowo. 

-  Właśnie  się  tym  zajmuję,  wujku  Luke’u  -  odparła  dziewczyna,  szczerząc  zęby  w 

uśmiechu,  ale  nie  odchodząc  od  stanowiska  kontrolnego.  -  Pola  siłowe  mają  największe 

możliwe  natężenie.  Chyba  powinnam  teraz  sprawdzić,  czy  wszystko  działa,  jak  należy, 

choćby po to, by wiedzieć, czy nasza obrona nie ma jakichś luk. 

Jacen  nałożył  słuchawki  i  zaczął  przeszukiwać  kanały  należące  do  różnych  pasm 

częstotliwości.  Ledwie  zaczął,  usłyszał  głośny  trzask,  po  którym  w  słuchawkach  rozległ  się 

dobrze znany głos: 

-  ...proszę  o  zgodę  na  lądowanie  i  tak  dalej  -  to,  co  zwykle.  Tu  „Piorunochron”.  Za 

chwilę ląduję. 

-  Hej,  zaczekaj!  -  krzyknął  Jacen  do  mikrofonu,  omal  nie  wpadając  w  panikę.  -  Nie 

możesz  lądować...  To  znaczy,  musimy  wyłączyć  najpierw  ochronne  pola.  Daj  mi  tylko 

minutę, Peckhumie, dobrze? 

-  Ochronne  pola?  Jakie  pola?  -  rozległ  się  głos  starego  pilota.  -Ja  i  „Piorunochron” 

zaopatrujemy  Yavin  Cztery  od  wielu  lat,  ale  nigdy  przedtem  nie  musieliśmy  się  martwić  o 

żadne pola. 

- Wytłumaczę ci wszystko, kiedy spotkamy się na lądowisku -odparł Jacen. - Na razie 

zaczekaj z lądowaniem. 

-  Czy  będę  musiał  podać  jakiś  kod,  żeby  wylądować?  -  zaniepokoił  się  Peckhum.  - 

Kiedy odlatywałem z Coruscant, nikt nie powiedział mi niczego na temat żadnego kodu. Nikt 

nie poinformował, że macie tu jakieś pola. 

Jacen uniósł głowę i popatrzył na Luke’a. 

- To stary Peckhum - powiedział. - Przyleciał „Piorunochronem”. Czy musi znać jakiś 

kod, żeby wylądować? 

Mistrz Jedi pokręcił głową, po czym gestem polecił Jainie, żeby wyłączyła generatory 

siłowego pola. Dziewczyna przygryzła dolną wargę i pochyliła się nad pulpitem konsolety. Po 

minucie oznajmiła: 

- To powinno załatwić całą sprawę. Wyłączyłam generatory ochronnego pola. 

Teraz,  kiedy  pole  zanikło,  z  jakiegoś  powodu  Jacen  poczuł,  że  świerzbi  go  skóra 

pleców. Miał wrażenie, że jest całkowicie bezbronny. 

- W porządku, Peckhumie - oświadczył. - Teraz możesz lądować. Tylko pospiesz się, 

żebyśmy mogli ponownie włączyć zasilanie generatorów. 

 

background image

Kiedy 

weteran 

przestworzy 

końcu 

zszedł 

pokładu 

wysłużonego, 

pokiereszowanego  towarowego  transportowca,  Jacen  stwierdził,  że  stary  pilot  wygląda 

dokładnie tak samo jak wówczas, kiedy widział go ostatnio. Chłopiec zwrócił uwagę na bladą 

cerę,  długie  proste  włosy,  pooraną  siecią  zmarszczek  twarz  i  wymięty,  zniszczony  lotniczy 

kombinezon. 

- Witaj, Peckhumie - powiedział. - Pomogę ci wnieść towary do środka. Musimy się 

pospieszyć, bo inaczej nie zdążymy, zanim zaatakują nas imperialni żołnierze. 

- Imperialni żołnierze? - Siwowłosy mężczyzna podrapał się po głowie. - Czy właśnie 

dlatego otoczyliście akademię siłowymi polami? Jesteśmy atakowani? 

- Na razie wszystko w porządku - uspokoił go Jacen, chociaż trochę się niecierpliwił, 

pragnąc jak najszybciej rozładować „Piorunochron”. - Pola zostały znów włączone. Po prostu 

ich nie widzisz. 

Stary  pilot  uniósł  głowę  i  wyciągnął  szyję,  usiłując  przeniknąć  spojrzeniem  warstwę 

białawej mgiełki, unoszącej się nad porośniętym dżunglą księżycem. 

- Kto chce was zaatakować? - zapytał po chwili. 

- No cóż, słyszeliśmy pogłoski... pochodzące z wiarygodnego źródła - zaczął chłopiec, 

ale  urwał,  jakby  się  zawahał.  -  Dowiedzieliśmy  się  o  tym  od  Zekka.  To  on  dowodził  grupą 

szturmowców,  którzy  napadli  na  Kashyyyk...  na  fabrykę,  gdzie  wytwarzano  komputerowe 

podzespoły.  Później  ostrzegł  Jainę,  że  naszą  uczelnię  zamierza  zaatakować  Akademia 

Ciemnej Strony. Lepiej wejdźmy do środka. 

Stary  Peckhum,  wyraźnie  zaniepokojony,  popatrzył  na  Jacena.  Mężczyzna  traktował 

kilkunastoletniego  Zekka  jak  własnego  syna.  Obaj  mieszkali  przez  pewien  czas  razem  w 

jednym  z  opuszczonych  lokali,  znajdującym  się  kilka  poziomów  pod  powierzchnią 

Coruscant... dopóki Zekk nie został porwany przez funkcjonariuszy imperialnej uczelni. 

Jacen  ponownie  poczuł,  że  po  jego  plecach  przebiegły  dobrze  znane  dreszcze.  W  tej 

samej sekundzie Peckhum szepnął: 

- Za późno. - Uniósł rękę i skierował palec w niebo. - Już przylecieli. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  Brakiss,  mistrz  wszystkich  nowych  Ciemnych 

Jedi, stał na stanowisku obserwacyjnym, urządzonym w najwyższej iglicy gwiezdnej stacji, i 

spoglądał  w  dół,  na  niepozorną  szmaragdowozieloną  plamkę  księżyca  porośniętego  gęstą 

dżunglą. Niedługo miał stoczyć decydującą bitwę, w trakcie której Yavin Cztery i znajdująca 

się na nim akademia Jedi zostaną zmiażdżone przez potęgę Drugiego Imperium. 

A przynajmniej powinno tak się stać. 

Krętymi korytarzami imperialnej uczelni spieszyli szturmowcy, aby zająć wyznaczone 

stanowiska  bojowe.  Niedawno  przeszkoleni  piloci  myśliwców  typu  TIE  sprawdzali  stan 

maszyn, a gorliwi uczniowie, marzący o tym, aby zostać Ciemnymi Jedi, przygotowywali się 

do walki, która musiała się zakończyć pierwszym wielkim sukcesem. 

Rozstrzygająca  bitwa  miała  się  rozpocząć  równoczesnym  atakiem  dwóch  oddziałów, 

dowodzonych przez Tamith Kai, najpotężniejszą wiedźmę, należącą do nowego zakonu Sióstr 

Nocy, i ulubieńca Brakissa, ciemnowłosego Zekka. Entuzjazm, jaki wykazywał młodzieniec, 

pragnący zapewnić sobie lepszą przyszłość, pomógł funkcjonariuszom Akademii namówić go 

do przejścia na ciemną stronę. 

Mistrz  Ciemnych  Jedi  zamknął  oczy  i  głęboko  zaciągnął  się  regenerowanym 

powietrzem,  które  z  cichym  szumem  wpadało  przez  otwory  wentylacyjne.  Czuł,  jak  za 

plecami powiewają fałdy jego srebrzystego płaszcza. 

Chociaż był sam, uświadamiał sobie, że gorączka przygotowań udziela się wszystkim 

osobom, przebywającym w naszpikowanej iglicami gwiezdnej stacji. Wyczuwał, jak narasta 

podniecenie,  a  wraz  z  nim  ochota  do  walki.  Odbierał  strzępki  krzyżujących  się  myśli  i 

orientował  się,  jakimi  uczuciami  darzą  imperialni  żołnierze  wielkiego  wodza,  Imperatora 

Palpatine’a. Uzmysłowił sobie, że i oni czują pewien niepokój, kiedy myślą o zbliżającej się 

chwili  ataku,  ale  na  myśl  o  tym  lekko  się  uśmiechnął.  Lęk  powinien  sprawić,  że  staną  do 

walki  silniejsi  i  zręczniejsi,  ale  także  ostrożniejsi...  chociaż  nie  do  takiego  stopnia,  aby 

sparaliżowała ich trwoga. 

Brakiss od dawna marzył o pokonaniu Luke’a Skywalkera. Kiedyś, przed wielu laty, 

przeniknął do akademii Jedi jako imperialny szpieg, zamierzający poznać tajniki stosowanych 

przez  Nową  Republikę  metod  nauczania.  Później  miał  poinformować  o  nich  garstkę  ludzi, 

wciąż jeszcze dochowujących wierności pokonanemu Imperium. Nie zdołał jednak wywieść 

w  pole  mistrza  Jedi.  Luke  Skywalker,  który  od  razu  zorientował  się,  co  knuje  nowy  uczeń, 

background image

usiłował  zawrócić  go  ze  szlaku,  wiodącego  ku  ciemnej  stronie,  i  podkopać  wiarę,  jaką 

pokładał  Brakiss  w  Drugim  Imperium.  Starał  się  go  „nawrócić” -  naczelnik  Akademii 

Ciemnej  Strony  uśmiechał  się  pogardliwie,  ilekroć  przypominał  sobie  tamte  chwile  -  ale 

osiągnął tylko tyle, że jego nowy uczeń uciekł. 

Ponieważ jednak tak ochoczo zapuszczał się na manowce ciemnej strony, nauczył się 

przez  te  wszystkie  lata  tyle,  że  mógł  powołać  do  życia  własną  uczelnię,  w  której  kształcił 

Ciemnych Jedi. 

A teraz wszystko zmierzało ku ostatecznej, rozstrzygającej konfrontacji. 

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  nagle  wyczuł,  że  powietrze  obok  niego 

zamigotało i zalśniło. Otworzył łagodne, anielsko piękne oczy i stwierdził, że iskry, na jakie 

spogląda, są zakłóceniami transmisji sygnału holograficznego. Po kilku sekundach pojawił się 

w  tym  miejscu  wizerunek  oblicza  Imperatora.  Głowa  tajemniczego  wielkiego  wodza 

Drugiego  Imperium  unosiła  się  przed  Brakissem  w  postaci  gigantycznego  hologramu. 

Osłonięta  kapturem  twarz  Palpatine’a  miała  wysokość  prawie  dwóch  metrów,  a  w  mistrza 

Ciemnych  Jedi  wpatrywały  się  połyskujące  żółte  oczy,  otoczone  gęstą  siecią  głębokich, 

mrocznych zmarszczek. 

- Niecierpliwie oczekuję chwili, kiedy będę mógł ponownie objąć władzę, Brakissie - 

odezwał się Imperator. 

-  A  ja  równie  niecierpliwie  czekam, kiedy  będę  mógł  przekazać  jaw twoje ręce, mój 

panie - odparł mężczyzna, pochylając głowę. 

Pamiętał,  że  niedawno  Palpatine,  któremu  towarzyszyło  czterech  groźnych 

imperialnych  strażników,  przyleciał  specjalnym  opancerzonym  wahadłowcem  do  jego 

gwiezdnej stacji i zamieszkał w najokazalszej komnacie. Budzący grozę strażnicy, odziani w 

szkarłatne szaty, nie pozwolili jednak nikomu nawet spojrzeć na Imperatora, który przez cały 

czas pozostawał zamknięty w nieprzezroczystej izolacyjnej komorze. Ani razu nie ukazał się 

nikomu  spośród  wiernych  poddanych,  pełniących  służbę  w  Akademii  Ciemnej  Strony.  Nie 

zechciał przyjąć na audiencji nawet jej naczelnika. Ilekroć przemawiał, zawsze pojawiał się w 

postaci hologramu. 

-  Jesteśmy  gotowi  do  ataku,  mój  panie  -  ciągnął  tymczasem  Brakiss.  Odważył  się 

unieść  głowę  i  zerknąć  na  budzące  strach  oblicze  wielkiego  wodza.  -  Moi  Ciemni  Jedi 

gwarantują, że walka zakończy się zwycięstwem. 

-  To  dobrze,  ponieważ  nie  mam  ochoty  dłużej  czekać  -  odezwał  się  wizerunek 

Imperatora.  -  Pozostałe  zmodernizowane  okręty  mojej  floty  wprawdzie  jeszcze  nie 

przyleciały, ale spodziewam się, że zjawią się w ciągu kilku najbliższych godzin. Właśnie w 

background image

tej  chwili  technicy  instalują na  ich  pokładach  nowe  systemy  komputerowe,  które  udało  się 

nam zdobyć w trakcie ataku na Kashyyyk. Moi strażnicy meldują, że większość statków jest 

gotowa do walki, a kilka ostatnich osiągnie pełną gotowość bojową już niedługo. 

Brakiss znów się pokłonił, a potem złączył palce jak do modlitwy. 

- Rozumiem,  mój  panie  -  powiedział.  -  Może  jednak  wykorzystajmy  potęgę  floty 

szturmowej  do  zaatakowania  następnego  celu,  jakim  z  pewnością  będą  o  wiele  lepiej 

strzeżone  światy,  należące  do  Sojuszu  Rebeliantów.  Na  Yavinie  Cztery  spotkamy  się  z 

oporem  najwyżej  kilku  słabeuszy  uważających  się  za  rycerzy  Jedi.  Moi  władający  Mocą 

żołnierze rozprawią się z nimi bez trudu. 

Ukryta w cieniu kaptura twarz Imperatora przybrała sceptyczny wyraz. 

-  Nie  pozwól,  Brakissie,  żeby  zgubiła  cię  zbytnia  pewność  siebie  -  przestrzegł 

Imperator. 

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony odpowiedział, wkładając w słowa jeszcze więcej 

zapału niż poprzednio. Pragnąc przekonać wielkiego wodza o słuszności własnych poglądów, 

pozwolił nawet ponieść się emocjom. 

- Kiedy atak na akademię Jedi zakończy się sukcesem, Drugie Imperium zacznie być 

uważane  za  coś  więcej  niż  tylko  garstkę  piratów,  napadających  na  bezbronne  światy  i 

kradnących niezbędne urządzenia - zaczął. - Naszym celem, mój panie, jest podbój galaktyki. 

Walka,  którą  niedługo  stoczymy,  będzie  starciem  dwóch  filozofii  życia;  zmaganiem  się  sił 

woli.  Filozofii  życia  Rebeliantów  przeciwstawimy  filozofię  Imperium  i  dlatego  moi 

uczniowie muszą stanąć do walki z uczniami Skywalkera. Rycerze Jedi stoczą bój z innymi 

rycerzami Jedi. Jeżeli się zgodzisz, mój panie, dojdzie do konfrontacji sił ciemności z siłami 

światłości.  Oczywiście,  nie  zamierzamy  rezygnować  z  nękania  przeciwników  strzałami 

myśliwców  typu  TIE,  atakujących  ich  z  powietrza,  ale  najważniejsze  zmagania  będą  miały 

charakter bezpośredni i osobisty - ponieważ tak być musi! Nie możemy się ograniczyć tylko 

do  przełamania  obrony! Musimy  wydrzeć  z  tych  wrażych  serc  przekonanie  o  wyższości  ich 

stylu życia. 

Brakiss  przerwał  i  uśmiechnął  się,  uniósł  głowę  i  spojrzał  w  iskrzące  się  żółte  oczy 

Imperatora. 

-  A  kiedy,  posługując  się  siłami  ciemnej  strony,  odniesiemy  nad  nimi  całkowite 

zwycięstwo, Rebelianci, którzy ocaleją, rozproszą się i ukryją, aby odtąd drżeć na samą myśl 

o dotychczasowym życiu. My zaś odzyskamy to, co nam się prawnie należało. 

Widoczne  na  gigantycznym  hologramie  oblicze  Palpatine’a  uczyniło  nagle  coś 

zatrważająco niezwykłego. Spękane, okolone głębokimi zmarszczkami wargi rozciągnęły się 

background image

w pełnym satysfakcji uśmiechu. 

-  Bardzo  dobrze,  Brakissie  -  odezwał  się  Imperator.  -  A  zatem  niech  się  stanie,  jak 

mówisz. Możesz zaczynać atak, kiedy uznasz, że jesteś gotów. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Technicy  Akademii  Ciemnej  Strony  wyłączyli  generatory  maskującego  pola  i 

imperialna  uczelnia  przestała  być  niewidzialna.  Kiedy  najeżona  spiczastymi  iglicami 

obserwacyjnych wież gwiezdna stacja zbliżyła się do Yavina Cztery, z jej hangaru wyleciały 

dwa  specjalnie  wyposażone  myśliwce  typu  TIE.  Nie  oddalając  się  od  siebie,  cichaczem 

pogrążyły się w mgiełce atmosfery księżyca. 

Kadłuby maszyn pokryto specjalną substancją maskującą, uniemożliwiającą wykrycie 

za pomocą skanerów, a potężne bliźniacze silniki jonowe zostały wyciszone. Pilotom zależało 

na wykonaniu tajnego zadania, a nie na demonstracji siły. 

Na  czele  leciał  komandor  Orvak,  a  drugi  myśliwiec  typu  TIE,  pilotowany  przez 

Dareba,  osłaniał  skrzydło  i  ogon  maszyny  dowódcy.  Obaj  piloci  zatoczyli  krąg  wokół 

niewielkiego  księżyca  i  zagłębili  się  w  warstwy  atmosfery.  Następnie,  lecąc  po  spirali, 

skierowali się nad równik. Starali się wypatrzyć ruiny prastarej świątyni, w której Skywalker 

urządził akademię Jedi. 

Orvak  leciał  pierwszy,  ściskając  drążek  sterowniczy  dłońmi,  ukrytymi  w  czarnych 

rękawiczkach. Wyczuwał delikatne drżenie silników imperialnej maszyny i odnosił wrażenie, 

że  siedzi  na  grzbiecie  jakiegoś  nie  ujarzmionego  pociągowego  zwierzęcia.  Leciał  niezwykle 

skupiony,  raz  po  raz  czując,  jak  maszyna  zbacza  z  kursu  pod  wpływem  podmuchów  wiatru 

czy unoszących się znad dżungli prądów ciepłego powietrza. 

- Wyrównaj lot - mruknął do siebie w pewnej chwili. 

Wykonanie  zadania  wymagało  wyjątkowej  precyzji  i  opanowania  sztuki  pilotażu. 

Kiedy  Akademia  Ciemnej  Strony  zbliżała się  w  rejon  Yavina,  Orvak  i  inni  niedawno 

przeszkoleni piloci maszyn typu TIE, starannie wybrani z grona młodocianych szturmowców, 

wielokrotnie ćwiczyli wszystkie szczegóły na specjalnych symulatorach. 

Tym  razem  nie  chodziło  jednak  o  ćwiczenia.  Imperator  liczył  na  to,  że  ich  akcja 

zakończy się sukcesem. 

Gęstwina  liści  gigantycznych  drzew  Massassów  w  dole  wyglądała  jak  splątany 

zielony  kobierzec.  Powyginane  gałęzie  wystawały  nad  powierzchnię  oceanu  zieleni  niczym 

koszmarne  szpony.  Orvak  obniżył  lot  maszyny  i  przez  chwilę  obserwował,  jak  podmuch 

gorących gazów wydechowych, wydobywających się z potężnych silników myśliwca, płoszy 

mieszkające pośród gałęzi drzew niewielkie stworzenia. 

Jego  towarzysz  włączył  nadajnik  komunikatora,  umożliwiającego  wysłanie 

background image

kierunkowego  sygnału  w  niezwykle  wąskim  paśmie  częstotliwości.  Słowa  pilota  były 

następnie  dekodowane  i  pozbawiane  zniekształceń  przez  specjalny  system  deszyfrujący, 

zainstalowany na pokładzie maszyny Orvaka. 

-  Moje  czujniki  dalekiego  zasięgu  wykrywają  obecność  energetycznego  ochronnego 

pola  -  zameldował  Dareb.  -  Generatory,  wytwarzające  to  pole,  znajdują  się  dokładnie  tam, 

gdzie nam powiedziano. 

-  Potwierdzam  współrzędne  celu  -  odezwał  się  Orvak,  kierując  usta  w  stronę 

mikrofonu umieszczonego w hełmie pilota. - Lord Brakiss, który spędził tu trochę czasu, miał 

okazję zapoznać się z rozmieszczeniem różnych urządzeń akademii. Miejmy nadzieję, że od 

tamtych czasów Rebelianci niczego nie przenieśli w inne miejsce. 

-  Dlaczego  mieliby  to  zrobić?  -  zapytał  Dareb.  -  Są  zadowoleni  z  siebie  i  zaślepieni 

wiarą we własne siły, a my niedługo obnażymy ich głupotę. 

- Uważaj tylko, żebyś nie obnażył własnej głupoty - skarcił go Orvak. - A teraz dosyć 

paplaniny. Kieruj się ku celowi. 

Niewidzialne  pole  siłowe  osłaniało  niczym  czasza  ochronnego  parasola  sektor 

dżungli,  obejmujący  odcinek  rzeki  i  polanę,  na  której  wznosiła  się  majestatyczna  prastara 

piramida. W skrytości ducha Orvak liczył na to, że zanim ten dzień dobiegnie końca, wielki 

ziggurat zamieni się w dymiący stos kamieni. 

Zanim jednak Akademia Ciemnej Strony będzie mogła przystąpić do głównego ataku, 

Orvak  i  Dareb  muszą  wykonać  tajne  zadanie.  Powinni  uszkodzić  generatory  wytwarzające 

ochronne pole i w ten sposób umożliwić dokonanie dzieła zniszczenia. 

Komandor  sprawdził  wskazania  pokładowych  aparatów.  Posługując  się  czujnikami 

wrażliwymi  na  podczerwień  i  inne  zakresy  widma  częstotliwości,  widział  śmiercionośne 

zmarszczki  unoszącej  się  siłowej  kopuły,  jaka  miała  chronić  akademię  Jedi  przed  atakami  z 

powietrza. Mimo to, zapewne z powodu wysokich drzew Massassów, pole nie zaczynało się 

przy  samej  ziemi,  ale  na  poziomie  jakichś  pięciu  metrów  ponad  wierzchołkiem  gałęzi. 

Zaledwie pięć metrów dzieliło listowie od granicy warstwy śmiercionośnej energii, ale te pięć 

metrów  stanowiło  wystarczającą  szczelinę,  przez  którą  mógł  przelecieć  doświadczony  pilot. 

Tu i ówdzie zwęglone, sczerniałe kikuty wystających konarów dowodziły, że czasami jednak 

stykały się one z krawędziami energetycznej kopuły. 

- Będzie ciasno - odezwał się Orvak, przerywając ciszę. - Jesteś gotów? 

-  Czuję  się  tak,  że  mógłbym  sam  stawić  czoło  całemu  Sojuszowi  Rebeliantów  - 

oświadczył Dareb. 

Jego dowódca postanowił nie reagować na ten przejaw zbytniej pewności siebie. 

background image

- Zaczynamy - powiedział. 

Jeszcze  bardziej  obniżył  lot  swojego  niewrażliwego  na  sygnały  skanerów  myśliwca 

TIE,  tak  że  kadłub  niemal  muskał  gałęzie  najwyższych  drzew.  Słyszał  szmer  i  szelest  liści, 

ocierających się o siebie i o skrzydła maszyny. W pewnej chwili wydało mu się, że powietrze 

przed  dziobem  migocze,  i  uznał  to  za  znak,  że  zbliża  się  do  granicy  siłowego  pola.  Miał 

nadzieję, że jego czujniki się nie mylą. 

-  Skup  się  na  wykonaniu  zadania  -  rozkazał  podwładnemu.  - Właściwa  praca 

rozpocznie się dopiero wówczas, gdy znajdziemy się pod kopułą. 

Kiedy  obie  maszyny  prześlizgiwały  się  pod  krawędzią  śmiercionośnego  pola,  Dareb 

raptownie skręcił, starając się uniknąć zderzenia z wystającą zaledwie metr ponad baldachim 

liści  omszałą  gałęzią,  która  niespodziewanie  ukazała  się  przed  dziobem  jego  statku.  Młody 

pilot zboczył jednak za bardzo z kursu i zawadził skrajem sześciokątnego panelu skrzydła o 

inną gałąź, wskutek czego jego myśliwiec zaczął koziołkować. 

-  Nie  potrafię  go  opanować!  -  krzyknął  do  mikrofonu  komunikatora.  -  Straciłem 

kontrolę nad sterami! 

Nie  przestając  wirować  w  locie,  maszyna  Dareba  wbiła  się  w  powierzchnią 

śmiercionośnego  siłowego  pola  i  eksplodowała,  po  czym  zamieniła  się  w  ognistą  kulę. 

Tymczasem  Orvak,  zdecydowany  wykonać  powierzone  zadanie,  leciał  dalej.  Obejrzał  się 

tylko raz, aby zerknąć przez rufowy iluminator na płonące szczątki maszyny Dareba, powoli 

znikające między konarami ogromnych drzew Massassów. 

Później zacisnął zęby i korzystając z ukrytej w hermie aparatury tlenowej, zaczerpnął 

głęboki haust powietrza. 

-  Wszyscy  jesteśmy  tylko  pionkami  -  powiedział,  jakby  zamierzał  przekonać  o  tym 

samego siebie. - Tylko pionkami. Najważniejsze jest zadanie. Muszę teraz skupić się na tym, 

żeby je wykonać. Sam. 

Z  wysiłkiem  przełknął  ślinę,  uświadomiwszy  sobie,  że  w  tej  chwili  Rebelianci  już 

wiedzą o jego obecności. 

Nie wahając się ani chwili, skierował się ku ustronnej polanie, na której umieszczono 

generatory wytwarzające siłowe pole. Urządzenia przypominały zbiór ogromnych talerzy, do 

połowy  zanurzonych  w  gęstym  poszyciu  dżungli  i  umieszczonych  pośrodku  pozbawionej 

roślinności  przestrzeni,  na  której  mógł  osiąść  małym  imperialnym  myśliwcem.  W  oddali 

majaczyła wielka piramida mieszcząca akademię Skywalkera. 

Orvak  wyłączył  wyciszone  bliźniacze  silniki  jonowe,  otworzył  drzwiczki  kabiny  i 

zeskoczył  na  ziemię.  Sięgnął  do  schowka,  umieszczonego  pod  fotelem  pilota,  i  wyciągnął 

background image

plecak,  wypełniony  urządzeniami  i  ładunkami  wybuchowymi,  które  miały  zapewnić  mu 

zajęcie na resztę dnia... 

Później  oddalił  się  od  maszyny,  ostrożnie  stawiając  nogi  na  gąbczastej,  porośniętej 

grubą warstwą mchu ziemi. Wydawało mu się, że dzika i przerażająca dżungla osacza go ze 

wszystkich stron naraz. Gdzieś z góry dolatywał skwierczący pomruk energetycznego pola, w 

którym stracił życie jego kolega. 

W porównaniu ze sterylnie odkażonymi pomieszczeniami Akademii Ciemnej Strony, 

Yavin Cztery sprawiał wrażenie miejsca obrzydliwie tętniącego życiem. Na księżycu roiło się 

od robaków, gadów i roślin wciskających się we wszystkie kąty, a także niewielkich gryzoni, 

owadów  i  dziwnych  kąsających  stworzeń,  które  widział  dosłownie  na  każdym  kroku  -kryły 

się chyba we wszystkich zakamarkach. 

Orvak  tęsknił  za  idealnie  czystymi,  symetrycznie  biegnącymi  korytarzami  Akademii 

Ciemnej Strony, gdzie jego podkute buty mogły donośnie dźwięczeć, kiedy stąpał po zimnych 

metalowych  płytach.  Tęsknił  za  wonią  wpadającego  przez  otwory  wentylacyjne 

regenerowanego  powietrza.  Tęsknił  za  pomieszczeniami,  w  których  wszystkie  starannie 

ułożone  przedmioty  znajdowały  się  na  wyznaczonych  miejscach...  Podobny  ład  zapanuje  w 

Imperium, kiedy wreszcie odniesie ono zwycięstwo w walce z Rebeliantami. Cieszył się, że 

ma  na  dłoniach  solidne  skórzane  rękawice,  a  na  głowie  herm,  dzięki  czemu  może  się  nie 

obawiać zarazków, roznoszonych przez zwierzęta i owady żyjące na tym zacofanym świecie. 

Podniósł plecak, kryjący  materiały wybuchowe, a potem puścił się biegiem  w stronę 

pomrukujących  generatorów  ochronnego  pola.  Wznosiły  się  nad  nim  -  potężne,  ale  nie 

chronione. Skazane na zagładę. 

Mimo  iż  same  generatory  sprawiały  wrażenie  zupełnie  nowych,  w  pobliżu  rósł 

prawdziwy gąszcz przeplatających się łodyg dzikiej winorośli, gałęzi kolczastych krzewów i 

paproci.  W  miejscach,  gdzie  ktoś  wycinał  roślinność,  pragnąc  uzyskać  dostęp  do  płyty,  na 

której zainstalował generatory, Orvak dostrzegł połamane końce gałęzi i obcięte pędy. Mimo 

to  niepokonana  dżungla  nie  zamierzała  się  wycofywać  z  odebranego  jej  obszaru.  Orvak 

pokręcił głową, nie mogąc się pogodzić z głupotą Rebeliantów. 

Kiedy dotarł do pulsujących i pomrukujących urządzeń, kucnął i rozejrzał się na boki. 

Spodziewał  się,  że  w  każdej  chwili  może  ujrzeć  grupę  rebelianckich  obrońców.  Otworzył 

plecak  i  wyjął  dwa  spośród  sześciu  potężnych  termicznych  detonatorów,  stanowiących 

ładunki  wybuchowe.  Zamierzał  umieścić  je  pod  ogniwami  energetycznymi,  zasilającymi 

generatory.  Dwa  takie  urządzenia  powinny  wystarczyć,  aby  unieszkodliwić  siłowe  pola 

chroniące akademię Skywalkera. 

background image

Pozostałe  ładunki  wybuchowe  będą  mu  potrzebne  do  wykonania  drugiej  części 

zadania. 

Orvak  uruchomił  i  zsynchronizował  umieszczone  na  obudowach  detonatorów 

urządzenia odmierzające upływ czasu. Później zdjął z przegubu przeprogramowany kompas i 

popatrzył  na  współrzędne,  które  wpisał  do  pamięci,  zanim  wystartował.  Zanurkował  i 

przedzierając się przez gąszcz roślinności, skierował się w stronę następnego celu. Znajdował 

się  on  w  pewnej  odległości  od  niego,  na  drugim  brzegu  rzeki,  również  opanowanym  przez 

dziewiczą dżunglę. 

Była nim wielka świątynia. 

Przystanął  tylko  na  krótką  chwilę,  żeby  przyciemnić  szkła  ochronnych  gogli,  zanim 

czasomierze detonatorów pokażą same zera. Po kilku sekundach usłyszał grzmot eksplozji. 

Łoskot  niemal  poraził  jego  uszy,  a  w  niebo  uniósł  się  słup  ognia  i  dymu.  Powoli 

przedzierał się przez gałęzie potężnych drzew Massassów. Zadowolony, Orvak pogratulował 

sobie  pomyślnego  wykonania  pierwszej  części  zadania.  Eksplozja  okazała  się  naprawdę 

wspaniała. Bardzo widowiskowa. 

Wiedział  wszakże,  że  teraz  musi  wywołać  drugą,  która  powinna  wyglądać  jeszcze 

efektowniej. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Lowie  pilotował  skoczka  typu  T-23,  mając  za  pasażerów  Tionnę  i  Raynara, 

wciśniętego  w  kąt  za  fotelami.  Leciał  w  stronę  akademii  Jedi  z  największą  szybkością. 

Niewielka  maszyna  niemal  ocierała  się  o  wierzchołki  drzew,  a  tymczasem  Lowbacca  z 

pomocą Em Teedee wyjaśniał sytuację, jak najlepiej potrafił. 

-  ...i  właśnie  dlatego  pan  Skywalker  poprosił  pana  Lowbaccę  o  to,  żeby 

przetransportował was w takim pośpiechu - dokończył miniaturowy android. 

- Proszę,  proszę  -  odezwał  się  cierpko  Raynar.  -  Przypuszczam,  że  teraz,  kiedy 

wróciliście, będziecie się uważali za bohaterów i zbawców akademii Jedi. Jestem pewien, że 

poradziłbym  sobie  równie  dobrze,  nawet  wówczas,  gdybyście  nie  zechcieli  nam  pomóc. 

Podczas gdy wy odlecieliście, by się bawić, ja intensywnie ćwiczyłem pod okiem Tionny. 

Słysząc kpiący ton głosu jasnowłosego chłopaka, Lowie mógł się domyślić, że Raynar 

nie jest zachwycony faktem, iż bezceremonialnie wepchnięto go do rufowej części skoczka, w 

której  nie  miał  dość  miejsca  na  rozprostowanie  fałd  krzykliwego,  różnobarwnego  ubrania. 

Rodzice chłopca byli kiedyś członkami królewskiego rodu, władającego Alderaanem, ale po 

unicestwieniu  planety  przez  Gwiazdę  Śmierci  zostali  bogatymi  kupcami.  Chłopiec  nie 

przywykł do tego, aby komukolwiek ustępować najlepsze miejsce. 

-  Nie  masz  racji,  Raynarze  -  zganiła  go  Tionna.  Srebrzystowłosa  instruktorka  Jedi 

zamrugała powiekami perłowych oczu. - Nikt nie poradzi sobie z przeciwnikiem, kiedy staje 

do  walki  sam, a  jeżeli  zamierzamy  się  odpowiednio  przygotować,  wszystkich  czeka  jeszcze 

mnóstwo pracy. A bez tych przygotowań możemy przegrać walkę. 

Raynar prychnął pogardliwie, starając się rozprostować fałdy szaty. 

- Walki? - zapytał. - Nawet nie wiemy, czy dojdzie do jakiejkolwiek walki. Dlaczego 

mielibyśmy  dawać  wiarę  słowom,  wypowiedzianym  przez  jakiegoś  młodocianego opryszka, 

który  zdradził  nas  i  przeszedł  na  ciemną  stronę?  Może  skłamał,  tylko  w  tym  celu,  żebyśmy 

przestali ćwiczyć i zajęli się przygotowaniami? W tej chwili zapewne się z nas wyśmiewa. 

Gniewne warknięcie Lowiego zagłuszyło nawet warkot silnika maszyny. 

- Pan Lowbacca pragnie zauważyć - pospieszył z tłumaczeniem Em Teedee - że przez 

wiele lat Zekk był bliskim przyjacielem pana Jacena i pani Jainy. 

Raynar wydął wargi. 

-  W  takim  razie  Jacen  i  Jaina  Solo  powinni  bardziej  uważać,  z  kim  się  przyjaźnią - 

burknął. 

background image

-  Różnica  miedzy  przyjacielem  a  wrogiem  nie  zawsze  jest  taka  duża,  jak  uważasz  - 

odezwała się stanowczo Tionna. - Czasami pomoc nadchodzi z najmniej oczekiwanej strony. 

Lowie  nie  wiedział,  dlaczego,  ale  nagle  wszystkie  zmysły  nakazały  mu,  żeby  leciał 

jeszcze szybciej. Mały skoczek zadygotał i przyspieszył, kiedy pilot obciążył silniki do granic 

możliwości, a nawet jeszcze bardziej. Prześlizgnął się między konarami drzew pod krawędzią 

śmiercionośnej  energetycznej  kopuły,  która  chroniła  akademię  Jedi  przed  atakami  z 

przestworzy. 

-  Hej,  uważaj  na  tę  wielką  gałąź!  -  krzyknął  Raynar  w  tej  samej  sekundzie,  kiedy 

Lowie  zmienił  kierunek  lotu.  -  Zachowaj  odwagę  na  czas,  kiedy  pojawi  się  Akademia 

Ciemnej Strony... o ile w ogóle się pojawi. 

Lowie  z  zadowoleniem  się  zorientował,  że  Tionna  nie  tylko  zachowała  spokój,  ale 

nawet aprobowała sposób, w jaki pilotował małego skoczka. 

Popatrzył  w  niebo  i  dopiero  wówczas  zrozumiał,  dlaczego  poczuł  coś, co  kazało  mu 

przyspieszyć.  Głośno  szczeknął,  po  czym  wyciągnął  rękę  i  pokazał  najeżony  lufami  dział 

złowieszczy pierścień, niewyraźnie majaczący na niebie za mgiełką warstw atmosfery. 

- Pan Lowbacca mówi... - zaczął Em Teedee. - O rety! Wygląda na to, że Akademia 

Ciemnej Strony już przyleciała! 

Raynar  zamilkł,  nie  mając  żadnego  innego  powodu,  by  krytykować  styl  pilotażu 

Lowiego. Wkrótce ciszę rozdarł donośny huk, po którym rozległy się odgłosy kilku eksplozji. 

Czujniki  skoczka  wskazywały,  że  migoczące  pole  siłowe  nagle  osłabło  i  zanikło.  Lowie 

warknął, zamierzając podzielić się tą informacją z pozostałymi. 

Nie czekając, aż usłyszy tłumaczenie miniaturowego androida, Tionna powiedziała: 

-  Nadal  myślę,  że  musimy  wrócić  do  naszej  akademii,  ale  powinniśmy  zostawić 

skoczek w dżungli, na skraju polany. Coś mi mówi, że nie możemy osadzać go na lądowisku 

obok  świątyni  ani  ukrywać  w  hangarze.  Oba  miejsca  mogą  wkrótce  zostać  zaatakowane.  - 

Instruktorka Jedi wyprostowała się na fotelu. - A zresztą, spójrzcie, atak już się zaczął. 

 

Wielka  świątynia  Massassów  przetrwała  w  niemal  nie  zmienionym  stanie  całe 

tysiąclecia.  Masywne  kamienne  bloki,  jakich  u-żyto  do  budowy  jej  ścian  i  pomieszczeń, 

wyglądały  równie  solidnie  jak  w  dniu,  kiedy  je  ustawiono.  Mimo  to  Jaina,  przebywająca  w 

ośrodku łączności akademii Jedi, wyczuwała, że posadzkę przenika dziwne drżenie. Nagle na 

konsolecie generatora zasilającego ochronne pole rozjarzyły się alarmowe światła. 

- Coś się stało, wujku Luke’u - powiedziała. - Z dżungli doleciał odgłos eksplozji... O, 

nie! Nasza energetyczna osłona zanikła! 

background image

Luke  stał  obok  telekomunikacyjnej  konsolety  za  krzesłem,  na  którym  siedział  Jacen. 

Kiwnął głową i ponuro się uśmiechnąwszy, zwrócił się do Jainy: 

- Czy możesz pobudzić pole do działania, posługując się aparaturą swojej konsolety? - 

zapytał. 

Starając  się  spełnić  tę  prośbę,  dziewczyna  gorączkowo  przestawiła  kilka 

przełączników  i  sprawdziła  poprawność  paru  połączeń.  Nie  rezygnując  z  przyciskania 

umieszczonych  na  pulpicie  guzików,  przyjrzała  się  odczytom  urządzeń  diagnostycznych  i 

informacjom, wyświetlanym na ekranach monitorów. 

-  Chyba  nie  -  odezwała  się  w  końcu.  -  Awaria  zasilania.  Wygląda  na  to,  że  mogły 

przestać funkcjonować wszystkie generatory. 

Jej brat ze świstem wypuścił powietrze i odepchnął krzesło od konsolety. 

-  Nie  podoba  mi  się  to  wszystko  -  powiedział,  przeczesując  palcami  kędziory 

zmierzwionych brązowych włosów. - Jestem pełen najgorszych przeczuć. Założę się, że ktoś 

dopuścił się sabotażu. 

Luke  pochwycił  spojrzenie  Jainy,  a  po  chwili  popatrzył  na  jej  brata,  po  czym 

powiedział, jakby nagle podjął jakąś decyzję: 

-  Za  pięć  minut  zwołuję  zebranie  wszystkich  członków  akademii.  Możliwe,  że 

będziemy  musieli  opuścić  mury  wielkiej  świątyni  i  ukryć  się  gdzieś  w  dżungli,  skąd  lepiej 

zdołamy obronić się przed atakiem. Jacenie, wyślij wiadomość mamie, że właśnie zostaliśmy 

zaatakowani  i  potrzebujemy  tych  posiłków  teraz.  A  później  spotkamy  się  w  wielkiej  sali 

audiencyjnej świątyni. 

Przerażony  chłopiec  popatrzył  na  siostrę.  Jego  spojrzenie  dowodziło,  że  walczy  z 

paniką. 

- Moje zwierzęta... - powiedział. - Nie mogę zostawić ich w klatkach, jeżeli akademii 

Jedi grozi jakieś niebezpieczeństwo. Myślę, że będą miały większą szansę przeżycia, kiedy je 

uwolnię. A jeżeli wujek Luke zamierza ewakuować wszystkich uczniów... 

-  No  dobrze,  idź  -  przerwała  Jaina,  zamaszystym  gestem  wypraszając  brata  z 

pomieszczenia. - Zajmij się swoimi ulubieńcami. Ja wyślę tę wiadomość mamie. 

Chłopiec, który już biegł ku drzwiom, tylko obejrzał się i rzucił przez ramię: 

- Dziękuję! 

Jaina  opadła  na  zwolnione  przez  brata  krzesło,  ustawione  przed  konsoletą 

komunikatora.  Wybrała  odpowiednią  częstotliwość  i  u-siłowała  nawiązać  łączność  z 

Coruscant.  Nie  usłyszała  jednak  odpowiedzi,  tylko  same  trzaski  i  szumy  zakłóceń. 

Rozgoryczona  niepewnym  stanem  przestarzałych  urządzeń  telekomunikacyjnych  akademii, 

background image

westchnęła i spróbowała uzyskać połączenie, korzystając z innej częstotliwości. 

Bezskutecznie. 

Pomyślała,  że  to  dziwne.  Czy  możliwe,  by  uszkodzeniu  uległ  główny  ekran 

holograficznego projektora? Nałożyła słuchawki i wybrała jeszcze inną częstotliwość. 

Szumy i trzaski. 

Przełączyła  nadajnik  na  następny  kanał,  ale  usłyszała  jeszcze  głośniejsze  szumy, 

zupełnie jakby coś niweczyło jej rozpaczliwe próby wysłania sygnału. Wkrótce trzaski stały 

się tak przeraźliwe, że Jaina zaczęła się obawiać, iż wypadną jej zęby. Zerwała słuchawki z 

głowy, wzdrygnęła się i odrzuciła je na bok. 

- Nasze sygnały są zakłócane! 

Pragnąc  się  upewnić,  sprawdziła  wskazania  przyrządów,  umieszczonych  na  pulpicie 

telekomunikacyjnej 

konsolety. 

Rzeczywiście, 

wysyłanie 

dalekosiężnych 

sygnałów 

uniemożliwiały urządzenia, umieszczone na pokładzie Akademii Ciemnej Strony. 

Musiała jak najszybciej powiadomić o tym wujka Luke’a. 

 

Kiedy  Jacen  dotarł  do  swojej  komnaty,  znajdującej  się  na  jednym  z  poziomów 

wielkiej  świątyni,  pospiesznie  uniósł  zapadki  i  pootwierał  drzwiczki  wszystkich  klatek, 

kryjących menażerię niezwykłych zwierząt. Doszedł do wniosku, że w tym czasie, kiedy on 

przebywał  na  Kashyyyku,  Tionna  nie  żałowała  im  pożywienia.  Niemal  niewidzialny 

kryształowy wąż, którego ciało pokrywały opalizujące tęczowo łuski, tylko błysnął i zniknął, 

wyraźnie  zadowolony,  ale  tworzące  rodzinę  purpurowe  skaczące  pająki,  umieszczone  w 

sąsiedniej klatce, zaczęły niespokojnie skakać po okratowanym pojemniku. 

- Nie bójcie się. - Jacen zapuścił do ich mózgów wici własnych myśli. - Zachowajcie 

spokój. Będziecie bezpieczne, jeżeli znajdziecie się w dżungli. Po prostu postarajcie się trafić 

do dżungli. 

Któraś klatka zatrzeszczała, kiedy wszczęły walkę dwa umieszczone w niej stintarile - 

mieszkające  na  drzewach  gryzonie,  mające  wyłupiaste  oczy  i  wystające  szczęki,  pełne 

spiczastych zębów.  W innej klatce, pogrążone w wilgotnym szlamie,  przebywały niewielkie 

pływające kraby. Z pojemnika, wypełnionego mętną wodą, wypełzły różowe, pokryte śluzem 

salamandry,  które  dopiero  po  kilkunastu  sekundach  zaczęły  przybierać  specyficzne  kształty. 

W innej klatce roiły się opalizujące niebieskie piraniożuki, obijając się o pręty i próbując je 

przegryźć, w nadziei, że w ten sposób wydostaną się na wolność. 

Jacen uwalniał po kolei wszystkie stworzenia, zanosząc klatki do okna tak ostrożnie, 

jak  potrafił,  ale  wykonując  wszelkie  ruchy  z  kontrolowaną  szybkością  i  precyzją.  Właśnie 

background image

wypuścił  ostatnich  ulubieńców  -  pieńkowe  jaszczurki  -  kiedy  usłyszał  donośny  ryk 

Wookiego, po którym odezwał się piskliwy głosik miniaturowego androida-tłumacza. 

- Och, dzięki niech będą niebiosom; mimo wszystko nie jesteśmy sami w tej wielkiej 

świątyni! 

Chłopiec odwrócił się i ujrzał Lowiego, Tionnę i Raynara, stojących w drzwiach jego 

komnaty. Em Teedee wisiał, jak zwykle, przyczepiony do pasa młodego Wookiego. 

-  Wszyscy  udali  się  do  wielkiej  komnaty  audiencyjnej  -  odparł  Jacen.  -  My  także 

powinniśmy  znaleźć  się  tam  jak  najszybciej.  Zanim  dojdzie  do  walki,  mistrz  Skywalker 

pragnie udzielić nam kilku ostatnich wskazówek. 

Cała grupa opuściła kabinę turbowindy i znalazła się w wielkiej sali. Wówczas Jacen 

zobaczył,  że  jego  siostra  rozmawia  półgłosem  z  wujkiem  Lukiem  i  Tenel  Ka,  a  pozostali 

uczniowie siedzą w milczeniu, jakby sparaliżowało ich przerażenie. 

Kiedy Skywalker uświadomił sobie, że Lowie wykonał powierzone zadanie i powrócił 

szczęśliwie,  głęboko  odetchnął,  a  na  jego  twarzy  ukazał  się  wyraz  prawdziwej  ulgi.  Tionna 

podeszła do niego, wyciągając rękę, którą Luke przez chwilę ściskał na powitanie. 

- Jestem rad, że ci się nic nie stało - oświadczył, uśmiechając się ciepło. 

- Co powiedziała mama? - zainteresował się Jacen, zwracając się do siostry. 

Jaina przygryzła dolną wargę, a tymczasem Tenel Ka odpowiedziała: 

-  Akademia  Ciemnej  Strony  zakłóca  wysyłane  sygnały.  Nie  możemy  zawiadomić 

nikogo ani wołać o ratunek. 

Jacen  poczuł,  że  krew  odpłynęła  z  jego  twarzy.  Nie  miał  pojęcia,  ile  czasu  może 

potrwać,  zanim  ktokolwiek  pospieszy  na  odsiecz,  skoro  nawet  nie  mogli  wysłać  sygnału 

alarmowego. 

Luke wstąpił na podwyższenie i zwracając się do wszystkich zgromadzonych uczniów 

Jedi, powiedział głośno: 

- Nie możemy liczyć na to, że ktokolwiek przyleci, by nam pomóc. Musimy toczyć tę 

walkę,  zdani  wyłącznie  na  własne  siły.  Przypuszczam,  że  pierwszym  celem  ataku  stanie  się 

wielka  świątynia.  Tenel  Ka  zdążyła  zapoznać  was  z  zasadami  partyzanckiej  walki,  więc 

uważam, że powinniśmy stoczyć ją w dżungli, gdzie dla żołnierzy Akademii Ciemnej Strony 

wszystko  będzie  nowe  i  obce,  a  dla  nas  dobrze  znane.  Nasza  walka  będzie  zatem  miała 

charakter pojedynków. 

Przedtem jednak musimy natychmiast zarządzić ewakuację całej akademii Jedi. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Zekk przebywał w zatłoczonym hangarze Akademii Ciemnej Strony, gdzie przyglądał 

się  ostatnim  przygotowaniom  do  ataku.  Odnosił  wrażenie,  że  udziela  mu  się  nastrój 

podniecenia,  jaki  ogarnął  żołnierzy,  pałających  gniewem  i  chęcią  wyrządzenia  jak 

największych zniszczeń. Wydawało mu się, że wszystkie linie skupiającej się w nim ciemnej 

Mocy płoną oślepiającym blaskiem. 

Nad środkiem lądowiska unosiła się ogromna taktyczna platforma szturmowa, wokół 

której krzątało się najwięcej osób. Najeżona lufami dział i zajmująca największą przestrzeń, 

została  skonstruowana  specjalnie  z  myślą  o  stoczeniu  z  Sojuszem  Rebeliantów  decydującej 

bitwy. Na pokrytych pancernymi płytami pokładach przebywali szturmowcy przygotowujący 

platformę do startu. Latające urządzenie, dowodzone przez złowieszczą Siostrę Nocy Tamith 

Kai, miało stanowić pomost, z którego będą wyruszali Ciemni Jedi, żeby toczyć pojedynki z 

uczniami Skywalkera. 

Tamith  Kai,  stojąca  za  sterami  bojowej  platformy,  również  pałała  żądzą  zemsty. 

Ilekroć  się  poruszała,  jej  długa,  fałdzista  peleryna  ocierała  się  o  materiał  kombinezonu  i 

syczała  niczym  jadowity  wąż,  szykujący  się  do  ataku.  Z  naramienników  wystawały  ostre, 

długie  kolce,  sporządzone  z  pancerza  gigantycznego  śmiercionośnego  żuka.  Głowę  kobiety 

okalały podobne do hebanowych sprężyn czarne włosy, raz po raz zwijające się i skwierczące 

od nadmiaru zgromadzonej energii Mocy. Każdy sprawiał wrażenie, że żyje własnym życiem 

i okazuje wrogość pozostałym. 

Fioletowe  oczy  Tamith  Kai  zapłonęły,  kiedy  kobieta  skupiła  w  sobie  jeszcze  więcej 

Mocy  i  wydała  wszystkim  żołnierzom  rozkaz  przygotowania  platformy  do  startu. 

Sporządzony z onyksowych łusek pancerz idealnie przylegał do jej silnie umięśnionego ciała. 

Każdy  ruch  i  gest  Siostry  Nocy  dowodził  pewności  siebie,  wiary  we  własne  siły  -  a  przede 

wszystkim niepohamowanej żądzy zniszczenia placówki wroga. 

Tymczasem  Zekk  zajmował  się  własnymi  sprawami.  Pamiętał o  tym,  że  sam  bywał 

często  obiektem  podejrzeń  złowieszczej  wiedźmy.  Tamith  Kai  nie  darzyła  go  zaufaniem. 

Uważała,  że  nie  zaprzedał  się  bez  reszty  ciemnej  stronie.  Podejrzewała,  że  nadal 

zaślepiającego resztki przyjaźni, jaką żywił kiedyś wobec bliźniąt Jedi, Jacena i Jainy Solo. 

Zekk był ulubionym uczniem samego naczelnika Akademii Ciemnej Strony, Brakissa, 

a później, tocząc walkę na śmierć i życie, zwyciężył w pojedynku z ulubieńcem Tamith Kai, 

Vilasem.  Dzięki  temu  zwycięstwu  uzyskał  prawo  do  tytułu  Najciemniejszego  Rycerza. 

background image

Tymczasem Siostra Nocy, która zapewne nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią ulubieńca, a 

może  wyczuwała  tlące  się  w  duszy  Zekka  iskierki  wątpliwości,  prawie  nie  spuszczała 

młodzieńca z oczu. 

Mimo  to  Brakiss  powierzył  właśnie  jemu  dowództwo  oddziału  władających  Mocą 

młodych  adeptów,  którzy  wyruszali  do  pierwszej  walki  o  odzyskanie  władzy  w  galaktyce. 

Najciemniejszy  Rycerz  miał  stanąć  na  czele  grupy  szturmowej  składającej  się  z  Ciemnych 

Jedi,  którzy  powinni  spaść  z  nieba  jak  śmiercionośne  duchy i  pokonać  uczniów  mistrza 

Skywalkera. 

Młodzieniec głęboko odetchnął, czując w chłodnym powietrzu upajającą woń smarów 

i  rozpuszczalników.  Słyszał  dudnienie  pomp  tłoczących  chłodziwo,  pomruk  uruchamianych 

silników  i  chrzęst  pancerzy  szturmowców  zajmujących  wyznaczone  miejsca.  Wszystkie 

oznaki  wskazywały  na  to,  że  przygotowania  dobiegły  końca.  Szturmowa  platforma  była 

gotowa do startu. 

Zekk  odwrócił  się  w  stronę  swojej  grupy  wojowników  władających  Mocą.  Miał  na 

sobie, jak zwykle, skórzany pancerz, osłonięty czarną peleryną, której krawędzie wykończono 

szkarłatną  lamówką.  U  pasa  wisiał  przypięty  miecz  świetlny,  jakby  czekał  na  chwilę,  kiedy 

właściciel zdecyduje się nim posłużyć. Młodzieniec związał długie, czarne włosy w schludny 

koński  ogon.  Kiedy  popatrzył  na  cierpliwie  czekających  wojowników,  w  jego 

szmaragdowozielonych oczach ukazały się błyski. 

- Poczujcie, jak Moc przepływa przez wasze ciała - powiedział. 

Spojrzał  po  kolei  w  oczy  każdego  podwładnego.  Wszyscy  stali  na  baczność, 

zacisnąwszy zęby, i tylko ogień płonący w ich oczach świadczył o tym, że rwą się do walki. 

Od dawna przygotowywali się, czekając na tę chwilę. 

Zekk gestem pokazał im unoszącą się platformę i Ciemni Jedi natychmiast wskoczyli 

jak groźna fala na pokład opancerzonego statku. 

- Musimy zaatakować akademię Jedi znienacka - odezwał się Najciemniejszy Rycerz. 

- W przeciwnym razie stracimy przewagę, jaką daje zaskoczenie. 

 

Hełm pilota myśliwca typu TIE idealnie odpowiadał kształtom jego posiwiałej głowy. 

Resztę  ekwipunku  stanowiła  maska  umożliwiająca  oddychanie,  ochronne  gogle,  czarny 

lotniczy  kombinezon,  wyściełane  rękawice  i  ciężkie,  podkute  buty.  Kiedy  Qorl  założył 

wszystkie  części  stroju,  wydało  mu  się,  że  przeniósł  się  w  inne  czasy,  kiedy  miał  o  wiele 

mniej  lat...  i  kiedy  również  latał  jako  pilot  myśliwca  TIE,  pełniący  służbę  w  pierwszym 

Imperium. 

background image

Przed  wielu  laty  jego  maszyna  była  jednym  z  myśliwców  należących  do  skrzydła, 

które  wyleciało  z  hangarów  Gwiazdy  Śmierci,  aby  wziąć  udział  w  walce  przeciwko 

ogarniętym rozpaczą pilotom rebelianckich X-skrzydłowców. Myśliwiec Qorla został jednak 

trafiony i uszkodzony, po czym, koziołkując i zataczając kręgi, zaczął się rozpadać, ale zdołał 

wylądować  w  porastającej  powierzchnię  Yavina  Cztery  gęstej  dżungli.  Kiedy  ranny  pilot 

wydostał  się  z  rozbitej  maszyny  i  skierował  spojrzenie  w  niebo,  z  niedowierzaniem  i 

przerażeniem  stwierdził,  że  niezwyciężona  Gwiazda  Śmierci  eksploduje,  skazując  go  na 

nędzną wegetację w dzikich ostępach leśnych niewielkiego księżyca. 

Qorl powrócił do pełni sił, ale żył jak pustelnik przez następne dwadzieścia kilka lat, 

dopóki jego kryjówki nie odnaleźli przypadkiem młodzi uczniowie Jedi... Zapoczątkowało to 

całą serię wydarzeń, które w końcu przywiodły go na łono Drugiego Imperium. 

A  teraz  miał  wsiąść  do  kabiny  innego  myśliwca  typu  TIE  i  wystartować  z  pokładu 

innej  bojowej  stacji  -  po  to,  aby  raz  jeszcze  zmierzyć  się  z  siłami  Rebeliantów.  Tym  razem 

był jednak przekonany, że Imperium nie pozwoli sobie na popełnienie jakiegoś błędu. 

Stał  przed  frontem  pilotów  swojego  skrzydła,  w  którego  skład wchodziło  dwanaście 

maszyn  typu  TIE.  Stłoczone  pod  ścianą ogromnego  lądowiska  niewielkie  myśliwce  miały 

wystartować  w  chwili,  kiedy  szturmowa  platforma  wyleci  z  hangaru  Akademii  Ciemnej 

Strony.  Siwowłosy  pilot  odwrócił  się  w  stronę  szeregu  podwładnych;  spośród  nich  żaden 

jeszcze  nie  brał  udziału  w  prawdziwej  walce.  Wszyscy  zostali  wybrani  z  grona  najbardziej 

ambitnych młodych kandydatów, którzy szkolili się, pragnąc zostać szturmowcami. Wszyscy 

byli  jednak  niedoświadczonymi  pilotami.  Spędzili  wiele  godzin,  ćwicząc  na  rozmaitych 

symulatorach, i Qorl wiedział, że palą się do walki. Z niecierpliwością oczekują chwili, kiedy 

przejdą  chrzest  bojowy.  Stali  teraz  przed  swoimi  myśliwcami,  ubrani  w  takie  same  czarne 

hełmy i kombinezony. 

Zwłaszcza jeden młodociany pilot nerwowo przestępował z nogi na nogę i raz po raz 

spoglądał  na  swoją  maszynę.  Omiatał  spojrzeniem  wieżyczki  laserowych  działek,  jakby  już 

teraz pragnął znaleźć się w kabinie i zrobić z nich użytek. W końcu zdjął hełm i przycisnął go 

do torsu. Qorl spojrzał na nalaną, młodą twarz pilota, mimo iż już przedtem zorientował się, 

że  owym  niecierpliwym  młodzieńcem  jest  barczysty  Norys,  były  przywódca  gangu 

Zagubionych. 

-  Przepraszam  pana,  ale  mam  pewną  propozycję  -  odezwał  się  osiłek.  -  Ponieważ  w 

trakcie  ćwiczeń  radziłem  sobie  bardzo  dobrze,  o  wiele  lepiej  niż  pozostali  kandydaci, 

pomyślałem, że może powinienem zostać mianowany dowódcą tego skrzydła myśliwców. 

Qorl zdusił w sobie gniew i odparł: 

background image

-  Ja...  rozumiem  pobudki,  jakimi  się  kierujesz,  Norysie.  Rzeczywiście,  w  trakcie 

wszechstronnego  szkolenia,  jakie  przeszedłeś,  zamierzając  zostać  najpierw  szturmowcem,  a 

później  pilotem  myśliwca  typu  TIE,  spisywałeś  się  doskonale.  Jesteś  chętny  do  nauki  i,  jak 

przypuszczam, do służenia Drugiemu Imperium. Niestety, tym razem nie mogę spełnić twojej 

prośby. 

- Z jakiego powodu? 

Czując wyzwanie, kryjące się w tonie głosu niesfornego młodzieńca, Qorl postanowił 

odpowiedzieć krótko i rzeczowo. 

- Ponieważ Brakiss mianował mnie dowódcą tej wyprawy. Jeżeli jednak uważasz, że 

nie musisz podporządkować się temu rozkazowi... 

Wzruszył  ramionami,  pozwalając,  żeby  wszelkie  możliwe  konsekwencje  tego 

stwierdzenia pozostały nie dopowiedziane. 

Młodzieniec 

był 

szorstki 

obejściu, 

źle 

wychowany 

tak 

bardzo 

niezdyscyplinowany, że gdyby nie wykazywał dużych zdolności we władaniu bronią i sztuce 

walki, Qorl z pewnością zostawiłby go na pokładzie Akademii Ciemnej Strony. Stawka w tej 

grze była zbyt wysoka, by pozwolić rwącemu się do walki osiłkowi wszystko spartaczyć. 

Norys się zarumienił. 

- Wydaje mi się, że strach cię oblatuje, staruszku - powiedział. - Jesteś stary i od wielu 

lat nie siedziałeś za sterami prawdziwego myśliwca. Zamierzasz dowodzić tym skrzydłem w 

taki  sposób,  żebyśmy  trzymali  się  z  daleka  od  pola  walki.  Chcesz  w  ten  sposób 

usprawiedliwić własny brak odwagi. 

- To byłoby wszystko, pilocie - odezwał się spokojnie Qorl, ale w jego cichym głosie 

kryła  się  taka  siła,  że  chyba  powietrze  zaskwierczało  od  nagromadzonej  w  nim  energii.  - 

Pozwalam  ci  dokonać  wyboru.  Jeżeli  powiesz  choćby  słowo,  pozostawię  cię  na  tym 

lądowisku, a jeżeli udowodnisz, że umiesz trzymać język za zębami, pozwolę ci walczyć ku 

większej chwale twojego Imperatora. 

W  tej  chwili  Qorl  naprawdę  nie  dbał  o  to,  co  postanowi  zrobić  krzepki  młodzik.  Z 

przyjemnością dowodziłby nieco mniejszym skrzydłem, byle tylko mieć pewność, że wszyscy 

piloci zechcą słuchać jego rozkazów. 

Pieniąc  się  w  bezsilnej  złości,  Norys  uczynił  wysiłek,  by  nie  odpowiedzieć.  Uniósł 

hełm i z wściekłością wcisnął na głowę. 

Stary  pilot  odezwał  się  znów,  tym  razem  raczej  pragnąc  rozładować  napięcie  niż  z 

jakiegokolwiek innego powodu: 

-  Odnieśliśmy  sukces,  gdyż  udało  się  nam  zakłócić  wszystkie  sygnały,  wysyłane  z 

background image

ośrodka  łączności  akademii  Jedi.  Nasi  wrogowie  nie  mogą  więc  liczyć  na  to,  że  z  pomocą 

przybędą jakiekolwiek posiłki. A ponieważ ci głupi rycerze Jedi nie widzą na orbicie żadnych 

wojennych  okrętów,  musieli  dojść  do  przekonania,  że  do  odparcia  ataku  wystarczy  ich 

mizerne siłowe pole i wiara we własne umiejętności. 

Systemy  śledzące,  jakimi  dysponujemy,  wskazują,  że  atak  pierwszego  oddziału 

imperialnych  komandosów  zakończył  się  powodzeniem,  dzięki  czemu  siłowe  pole  przestało 

funkcjonować.  Akademia  Jedi,  pozbawiona  energetycznej  osłony,  jest  teraz  zdana  na  naszą 

łaskę i niełaskę. 

Kiedy Tamith Kai wystartuje na pokładzie bojowej platformy, by dowodzić oddziałem 

żołnierzy biorących udział w akcji, Zekk i grupa jego Ciemnych Jedi zaczną toczyć pojedynki 

z rycerzami, wyszkolonymi przez Skywalkera. W tym czasie myśliwce, tworzące to skrzydło, 

rozpoczną  nękanie  akademii  Jedi  atakami  z  powietrza.  Mimo  iż  naszym  celem  jest 

wyrządzenie jak największych szkód, powinniśmy jedynie wspierać siły lądowe Imperium, a 

nie brać udziału w bezpośredniej walce. Czy to zrozumiałe? 

Piloci  mruknęli  na  znak,  że  rozumieją  zadanie.  Qorl  nie  był  jednak  pewien,  czy  do 

chóru pomruków przyłączył się głos Norysa. 

- To bardzo dobrze - powiedział. - W takim razie... Do maszyn! 

Piloci wskoczyli do kabin. Qorl poszedł w ich ślady i po chwili siedział za pulpitem 

sterowniczym  swojego  myśliwca  typu  TIE,  który  miał  lecieć  na  czele  całego  skrzydła. 

Wciągnął głęboki haust powietrza, które przedostawało się przez otwory w filtracyjnej masce. 

Mimo to poczuł dobrze znaną, rozkoszną woń odczynników chemicznych, umieszczonych we 

wnętrzach pochłaniaczy. 

Uśmiechnął  się  do  swoich  myśli.  Czuł  się  doskonale,  mogąc  jeszcze  raz  zasiąść  za 

sterami maszyny i polecieć w przestworza. 

 

Nie odchodząc od urządzeń sterowniczych taktycznej bojowej platformy, Tamith Kai 

zawołała: 

- Startujemy! I zanim ten dzień dobiegnie końca, powrócimy jako zwycięzcy! 

Ogromne wrota hangaru gwiezdnej stacji się otworzyły, ukazując mroki przestworzy i 

niewielki  szmaragdowy  księżyc.  Majaczył  za  nim  gigantyczny  pomarańczowy  kocioł 

kipiących  gazów,  tworzących  planetę  Yavin.  Niewielki  księżyc,  widziany  na  tle  panoramy 

wszechświata,  wyglądał  niepozornie,  ale  to  właśnie  on  był  najważniejszym  celem  ataku 

szturmowców  Akademii  Ciemnej  Strony.  Wkrótce  na  j  ego  powierzchni  miała  rozegrać  się 

bitwa, która z pewnością zakończy się zwycięstwem sił Drugiego Imperium. 

background image

Tamith Kai wydała odpowiedni rozkaz. Natychmiast silniki repulsorów zagrały pełną 

mocą i bojowa platforma zaczęła oddalać się od gwiezdnej stacji. Wojskowa jednostka miała 

kształt  wielkiej,  płaskiej  i  zaokrąglonej  na  rogach  dwupoziomowej  barki.  Ponad  wyższy 

poziom  wystawała  mieszcząca  stanowisko  dowodzenia  nadbudówka,  która  miała  zostać 

rozhermetyzowana i otworzona, kiedy statek znajdzie się w atmosferze. Na górnym poziomie 

czekali  szturmowcy  i  żołnierze  stanowiący  grupę  operacyjną.  Dolny zajmował  Zekk  z 

oddziałem Ciemnych Jedi, czekających obok opancerzonej klapy zapadni na właściwą chwilę. 

Pokonując  odległość  dzielącą  ją  od  celu,  szturmowa  platforma  szybowała  w 

przestworzach.  Przygotowywała  się  do  pogrążenia  w  otaczających zielony  księżyc,  cienkich 

jak  paznokieć  warstwach  atmosfery.  Niecierpliwie  licząc  upływające  minuty,  Zekk 

przechadzał  się  tam  i  z  powrotem  po  dolnym  pokładzie.  Wyglądając  przez  iluminator, 

zauważył, że przypominająca kolczasty pierścień imperialna placówka, zajmująca dotychczas 

całą wolną przestrzeń, coraz szybciej maleje, w miarę jak platforma przyspiesza, kierując się 

ku Yavinowi Cztery. 

- Plecaki gotowe? - zapytał, zwracając się w stronę podwładnych. 

Sprawdził  własny  ekwipunek,  przytroczony  do  pleców  pasami  krzyżującymi  się  na 

piersiach  i  na  plecach.  Sam  plecak  skrywała  czarna  peleryna,  której  szkarłatna  lamówka 

błysnęła, kiedy się obrócił. Członkowie oddziału Ciemnych Jedi zaczęli sprawdzać wiszące u 

pasów  identyczne  świetlne  miecze,  sporządzone  w  warsztatach  Akademii  Ciemnej  Strony. 

Wszyscy  zwrócili  uwagę  także  na  mocowanie  przytroczonych  do  pleców  pojemników, 

kryjących indywidualne repulsory. Jeden po drugim meldowali gotowość do walki. 

Kiedy bojowa platforma zagłębiła się w górne warstwy atmosfery, w  widocznych za 

iluminatorami  mrokach  przestworzy  pojawiły  się  pierwsze  nieśmiałe  pasma  białej  mgiełki. 

Zekk  wyczuwał  jednak  coraz  silniejszy  opór,  wywołany  tarciem  ochronnego  pancerza  o 

cząsteczki atmosfery. 

W  miarę  jak  kadłub  imperialnej  barki  zaczynał  się  nagrzewać,  młodzieniec  odnosił 

wrażenie,  że  słyszy  świst  powietrza  rozcinanego  przez  platformę.  Mimo  to  Tamith  Kai 

pilotowała  ją,  jak  osoba  doświadczona,  pewną  ręką.  Ani  przez  chwilę  się  nie  wahając, 

zmierzała prosto do wytkniętego celu. 

Nagle w odbiorniku interkomu rozległ się głęboki, chrapliwy głos Siostry Nocy: 

-  Niedługo  osiągniemy  odpowiednią  wysokość  i  znajdziemy  się  bezpośrednio  nad 

celem.  Zekku,  przygotuj  do  skoku  swoich  Ciemnych  Jedi.  Klapa  zapadni  otworzy  się 

dokładnie za standardową minutę. 

Zekk  klasnął  w  chronione  rękawicami  dłonie,  nakazując  członkom  grupy,  żeby 

background image

ustawili się w dwuszeregu. 

-  Silniki  repulsorowe  pomogą wam  utrzymać  siew  powietrzu  - powiedział  -  ale 

posługujcie się Mocą, żeby panować nad szybkością opadania i kierunkiem lotu. Pamiętajcie 

o  tym,  że  musimy  zadać  bezpośredni  cios.  Tam,  w  dole,  czekają  wasi  zawzięci  wrogowie  - 

rycerze  Jedi,  wyszkoleni  przez  mistrza  Skywalkera.  Od  tego,  czy  w  dzisiejszej  walce 

odniesiecie zwycięstwo, zależy los całej galaktyki. 

Zekk  skierował  przenikliwe  spojrzenie  po  kolei  na  każdego  z  podopiecznych,  jakby 

pragnął  w  ten  sposób  przekazać  wszystkim  chociaż  cząstkę  własnego  zdecydowania.  Był 

pewien,  że  wszyscy  są  dzielnymi  wojownikami,  i  pamiętał  o  tym,  że  przysięgali,  iż  nie 

spoczną, dopóki nie zwyciężą. 

Mimo  to  Najciemniejszy  Rycerz  nie  zdołał  jeszcze  uporać  się  z  burzą,  szalejącą  w 

jego  piersi.  W  skrytości  ducha  nie  wątpił,  że  niejasne  podejrzenia  Tamith  Kai  co  do  jego 

lojalności  nie  są  całkowicie  bezzasadne.  Rzeczywiście,  z  rozrzewnieniem  wspominał 

serdeczną przyjaźń, jaką darzył kiedyś dobrą koleżankę Jainę Solo i jej brata Jacena. 

Pamiętał,  że  kiedy  przebywał  w  gęstwinach  dżungli  Kashyyyku,  ostrzegł  Jainę,  aby 

trzymała  się  jak  najdalej  od  akademii  Jedi.  Nie  chciał,  żeby  dziewczyna  uczestniczyła  w 

walce,  jaka  wkrótce  miała  się  rozpocząć.  Nie  chciał,  żeby  koleżance  przydarzyło  się  coś 

złego. 

Wiedział jednak z taką samą pewnością, że Jaina Solo, którą znał i na której mu tak 

zależało,  nigdy  nie  cofnie  się  przed  walką,  aby  ocalić  własne  życie,  podobnie  jak  nigdy  nie 

opuści  przyjaciół,  znajdujących  się  w  niebezpieczeństwie.  Wzdrygnął  się  na  myśl  o  tym,  że 

może właśnie w tej chwili Jaina przebywa gdzieś na terenie akademii Jedi, gotowa stanąć do 

walki z nim, Zekkiem. 

Kiedy  usłyszał  szczęk  zwalnianego  zamka,  był  wdzięczny  losowi  za  to,  że  nie  musi 

dłużej  zastanawiać  się  nad  tym  problemem.  Klapa  zapadni  odchyliła  się  z  głośnym 

skrzypnięciem. Pod stopami oddziału Ciemnych Jedi ukazała się przypominająca rozchylone 

bezzębne  usta  wąska  świetlista  szczelina,  która po  chwili  zamieniła  się w  jasny  kwadrat.  W 

otworze majaczyły wierzchołki ogromnych drzew. Spomiędzy nich sterczały kamienne wieże 

prastarych świątyń, wzniesionych przed tysiącami lat przez tajemniczych Massassów. 

-  No,  dobrze,  moi  Ciemni  Jedi!  -  zawołał  Zekk,  starając  się  przekrzyczeć  świst 

wichury. -Nadeszła nasza godzina. Skaczemy! 

Postanowił  udowodnić,  że  dowódca  się  nie  boi,  i  wyskoczył  pierwszy.  Szybując, 

włączył  silnik  repulsorowego  plecaka,  po  czym  koziołkując  w  powietrzu,  skierował  się  w 

stronę bezbronnej akademii Jedi. 

background image

Naśladując  Najciemniejszego  Rycerza,  wszyscy  Ciemni  Jedi  podążyli  w  jego  ślady. 

Jeden po drugim odrywali się od platformy i szybowali w powietrzu niczym niosące śmierć 

drapieżne ptaki. 

Tymczasem  Zekk  wyrównał  lot  i  wysunął  energetyczną  klingę  świetlnego  miecza,  a 

później  wyciągnął  ją przed  siebie  w  taki  sposób,  że  przypominała  płonące  ramię 

drogowskazu.  Kiedy  obejrzał  się  za  siebie,  zobaczył,  że  pozostali  członkowie  jego 

szturmowego  oddziału,  naśladując  we  wszystkim  dowódcę,  również  wyciągnęli  świetliste 

ostrza. Lecieli za nim, a wiatr rozwiewał fałdy ich czarnych peleryn. 

Ciemni Jedi zaczęli opadać z nieba niczym krople upiornego deszczu. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Świdrujący  w  uszach  skowyt  bliźniaczych  silników  jonowych  zakłócił  względną 

ciszę,  panującą  w  wielkiej  sali  audiencyjnej  świątyni.  Tenel  Ka  zareagowała  odruchowo, 

jeszcze  zanim  uświadomiła  sobie,  co  może  być  źródłem  dźwięku.  Podbiegła  i  kucnęła  przy 

najbliższej szczelinie, wyciętej w kamiennym murze i pełniącej funkcję okna. Po chwili za jej 

plecami znaleźli się Jacen, Jaina i Lowbacca. Przez szczelinę było widać nurkujące myśliwce 

typu TIE, kierujące się prosto ku akademii Jedi! 

-  Mistrzu  Skywalkerze,  jesteśmy  atakowani!  -  krzyknęła  młoda  wojowniczka  z 

Dathomiry. 

Luke  podniósł  głos,  pragnąc,  by  usłyszeli  go  wszyscy  uczniowie  przebywający  w 

wielkiej komnacie. 

-  Uwaga!  Powinniście  pozostać  w  dżungli,  dopóki  bitwa  nie  dobiegnie  końca. 

Walczcie  tak,  jak  pozwalają  na  to  wasze  talenty  i  możliwości.  Pamiętajcie  o  tym,  co 

ćwiczyliście i czego się nauczyliście... I niech Moc będzie z wami. 

Jego  słowa  raz  po  raz  przerywał  głuchy  odgłos  eksplozji.  W  pewnej  chwili  w 

ogromnym pomieszczeniu rozległ się głośny huk, podobny do ogłuszającego trzasku. Okazało 

się, że w ziemię u podnóża świątyni trafiła jakaś bomba protonowa i spowodowała powstanie 

głębokiego krateru w glebie, tuż obok wielkiej piramidy. 

Tenel  Ka  odwróciła  się,  ale  nie  odeszła  od  szczeliny  w  murze,  obok  której  stała. 

Przyglądając  się  pozostałym  uczniom  Jedi,  stwierdziła,  że  ich  reakcja  na  słowa  i  polecenia 

mistrza  Skywalkera  jest  doprawdy  godna  pochwały.  Kilkoro  zaskoczonych  kandydatów 

zachłysnęło  się  powietrzem.  Dziewczyna  wyczuła  płynącą od  nich  falę  sprzecznych  emocji. 

Dominowały  pośród  nich  nerwowe  oczekiwanie,  tęsknota  za  rodzinnym  światem,  wiara  w 

potęgę  Mocy  i  trwoga  na  myśl  o  tym,  że  może  będą  musieli  odebrać  komuś  życie. 

Wojowniczka  nie  wyczuwała  jednak  ani  śladu  niepewności,  paniki  czy  zamiaru  wypierania 

się własnej tożsamości. 

Nie  czekając  na  dalsze  wskazówki,  uczniowie  Jedi,  jeden  po  drugim,  zaczęli 

wychodzić z wielkiej sali. Luke Skywalker pospieszył do okna, przy którym stała Tenel Ka z 

przyjaciółmi,  po  czym  gestem  nakazał  Peckhumowi,  by  się  do  nich  przyłączył.  Stary  pilot 

zanurkował, kiedy po kolejnym trafieniu posypały się na jego posiwiałą głowę drobiny kurzu 

i okruchy kamieni, odrywające się od sklepienia. 

Mistrz  Jedi  natychmiast  zaczął  wydawać  polecenia.  Tenel  Ka  nie  mogła  wyjść  z 

background image

podziwu, ujrzawszy, że zachował spokój pomimo panującego zamieszania. 

-  Jacenie,  weź  „Ścigacz  Cieni”  i  poleć  na  orbitę.  Jeżeli  uda  ci  się  przedostać  przez 

strefę  zakłócającą  nasze  sygnały,  wyślij  mamie  wiadomość,  że  jesteśmy  atakowani.  Artoo-

Detoo  powinien  w  tej  chwili  znajdować  się  w  hangarze,  na  lądowisku  w  pobliżu  statku. 

Nigdzie nie znajdziesz lepszego drugiego pilota. 

Jaina, która uwielbiała latać statkami, właśnie zamierzała zaprotestować, kiedy wujek 

Luke nagle odwrócił się w jej stronę. 

-  Chciałbym,  Jaino,  żebyś  przeprawiła  się  na  drugi  brzeg  rzeki  i  sprawdziła,  czy  nie 

uda ci się naprawić uszkodzonych generatorów. Przekonaj się, czy zdołasz ponownie włączyć 

energetyczne pole. Lowie, ty i Tenel Ka... 

Z  przyczepionego  do  pasa  Luke’a  miniaturowego  komunikatora  rozległ  się  pisk, 

świadczący o pojawieniu się bardzo ważnej informacji. 

Kolejny potężny wybuch wstrząsnął murami wielkiej świątyni. Tym razem eksplozja 

musiała mieć miejsce bliżej niż poprzednie. Zaledwie Luke zdążył włączyć urządzenie, kiedy 

w  głośniku  rozległa  się  długa  seria  pełnych  podniecenia  elektronicznych  pisków  i 

świergotów. 

- Co się stało, Artoo? - zapytał Skywalker. - Uspokój się i powiedz, o co chodzi. 

- Jeżeli wolno, panie Skywalkerze - odezwał się Em Teedee - zdołałem rozszyfrować 

słowa pańskiego astronawigacyjnego robota, dzięki czemu mogę teraz służyć tłumaczeniem. 

Jak pan zapewne wie, potrafię płynnie posługiwać się ponad sześcioma formami komunik... 

-  Dziękuję  ci,  Em  Teedee  -  odparł  Luke  Skywalker,  przerywając  paplaninę 

miniaturowego androida. - Będę wdzięczny, jeżeli zechcesz mi pomóc. 

-  Artoo-Detoo  melduje...  o  rety!...  że  jakaś  bomba  eksplodowała  tuż  przed  wrotami 

hangaru. Płyty zostały zasypane przez lawinę odłamków kamieni. Żaden statek nie zdoła teraz 

wlecieć ani wylecieć. Oznacza to, że „Ścigacz Cieni” jest uwięziony w hangarze! 

- Hej! - zawołał Jacen po chwili, którą poświęcił na zastanawianie się nad sytuacją. - 

Peckhumie, a co z „Piorunochronem”? Nie został wprowadzony do hangaru. 

Tenel  Ka  poczuła,  że  jej  czoło  przecięła  głęboka  zmarszczka.  Jakoś  nie  potrafiła 

wyobrazić  sobie  Jacena,  lecącego  rozklekotanym,  pokiereszowanym  towarowym 

transportowcem  i  toczącego  walkę  ze  znacznie  szybszymi  i  zwrotniejszymi  imperialnymi 

myśliwcami. 

- „Piorunochron” nie ma kwantowego pancerza, jakim pokryty jest kadłub „Ścigacza 

Cieni” - przypomniał Skywalker. 

- To zbyt niebezpieczne - dodała Jaina. 

background image

- Wszyscy narażamy się tu na niebezpieczeństwa - odparł Jacen półgłosem, ale bardzo 

stanowczo. - A musimy znaleźć jakiś sposób, żeby przesłać tę wiadomość. 

- Czemu nie, to mogłoby się udać - poparł go stary pilot. - Przed wielu laty nauczyłem 

się  wykonywać  kilka  doskonałych  uników.  Przypuszczam,  że  wystarczą,  żebyśmy  dolecieli 

na orbitę i nie dali się trafić. 

W tej samej chwili Lowbacca ostrzegawczo zawył i wyciągnął rękę, pokazując coś, co 

zobaczył  za  wąskim  oknem.  W  oddali  wisiała  nad  dżunglą  złowieszczo  wyglądająca 

konstrukcja, podobna do najeżonej lufami laserowych dział taktycznej platformy. Wyglądała 

jak śmiercionośna tratwa, obsadzona przez oddziały imperialnych żołnierzy. 

Tenel Ka poczuła nagle, że przenikają znajome uczucie. 

- Przyleciała Tamith Kai - rzekła. - Wyraźnie wyczuwam jej obecność. 

- Wygląda na to, że przebywa na pokładzie tej platformy i dowodzi stamtąd ruchami 

naziemnych oddziałów szturmowych -stwierdził Luke. 

-  A  zatem  musimy  unieszkodliwić  tę  platformę  -  odparła  bez  chwili  wahania 

wojowniczka z Dathomiry. - Zgłaszam się na ochotnika. Chcę stoczyć pojedynek z tą Siostrą 

Nocy. 

Młody Wookie warknął, pragnąc podzielić się ze wszystkimi pewną informacją. 

- Pan Lowbacca chciałby przypomnieć, że jego mały skoczek typu T-23 znajduje się 

nadal na skraju polany stanowiącej lądowisko - przetłumaczył usłużnie Em Teedee. - Gdyby 

otrzymał  zgodę  na  posłużenie  się  skoczkiem,  on  i  pani  Tenel  Ka  mogliby  znaleźć  się  w 

pobliżu platformy w ciągu kilku minut. 

Luke kiwnął głową. 

- A zatem wszyscy mamy do wykonania jakieś zadania -powiedział. - Ja przeszukam 

pomieszczenia  akademii  Jedi,  by  upewnić  się,  że  nie  pozostał  w  nich  żaden  uczeń.  Później 

spotkamy się w dżungli; tam, gdzie się umówiliśmy. 

Schodząc szybko po wewnętrznych schodach wielkiej świątyni, Tenel Ka czuła, że jej 

myśli wybiegaj ą w przyszłość i skupiają się wokół czekającej ją walki. W żyłach dziewczyny 

płynęła  krew,  wzbogacona  dodatkową  porcją  adrenaliny,  dzięki  czemu  myśli  wojowniczki 

gnały jak nigdy przedtem. Tenel Ka od najmłodszych lat była wychowywana i kształcona w 

taki sposób, żeby wyrosła na dzielną wojowniczkę. 

I chociaż posługiwanie się tylko jedną ręką stanowiło dla niej jeszcze jedno wyzwanie, 

dziewczyna  nie  czuła  ani  strachu,  ani  przesadnej  pewności  siebie.  Była  po  prostu  gotowa 

stanąć  do  tej  walki.  Wiedziała,  że  rycerz  Jedi  musi  być  zawsze  gotów.  Mistrz  Skywalker  i 

Tionna  także  zadbali  o  to,  aby  rozwijała  swoje  umiejętności.  Tenel  Ka  miała  swój  świetlny 

background image

miecz  i  potrafiła  posługiwać  się  Mocą.  Była  przekonana,  że  jedno  i  drugie  wystarczy,  żeby 

zwyciężyć w walce z każdym przeciwnikiem. 

Kiedy wszyscy wybiegli na polanę pełniącą funkcję lądowiska, Jaina odłączyła się od 

reszty  grupy.  Wskoczyła  w  nurty  rzeki  i  zaczęła  płynąć  na  drugi  brzeg,  kierując  się  ku 

uszkodzonym  generatorom  ochronnego  pola.  Tenel  Ka  ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że  stary 

Peckhum dotrzymuje kroku Jacenowi, biegnącemu przez polanę w stronę pokiereszowanego 

towarowego transportowca. 

Tenel  Ka  i  Lowbacca  musieli  uskakiwać  przed  świetlistymi  sztychami  laserowych 

błyskawic, jakie raz po raz wyskakiwały z luf działek myśliwców TIE. Mimo to wspięli się do 

kabiny skoczka typu T-23 niemal w tej samej chwili, kiedy siwowłosy pilot i Jacen wpadli na 

pokład „Piorunochronu”. 

Przyglądając  się,  jak  chłopiec  wbiega  po  rampie  i  znika  w  otworze  włazu  statku 

Peckhuma,  Tenel  Ka  poczuła  w  sercu  ukłucie,  którego  nie  potrafiłaby  wytłumaczyć,  nawet 

przed sobą. Zauważyła jednak, że Jacen pojawił się znów w otworze. Przez sekundę spoglądał 

na nią z poważnym wyrazem twarzy, a później wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. 

-  Kiedy  wrócę,  opowiem  ci  nowy  dowcip!  -  zawołał  chcąc,  by  go  usłyszała.  -  Tym 

razem naprawdę śmieszny. 

Potem znów zniknął w mrocznym prostokącie włazu. 

Słysząc,  że  Lowie  uruchamia  silniki  repulsorowe  skoczka,  Tenel  Ka  odpowiedziała, 

chociaż była pewna, że chłopiec nie może jej usłyszeć: 

-  Tak,  mój  przyjacielu  Jacenie,  bardzo  chętnie  wysłucham  twojego  dowcipu.  Kiedy 

wszyscy powrócimy. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Silniki  „Piorunochronu” zaskowyczały i statek,  pokonując siłę  przyciągania, oderwał 

się od lądowiska. W chwilę później pokiereszowany kadłub wzdrygnął się, jakby przeniknięty 

lodowatym dreszczem. W głowie Jacena natychmiast rozdźwięczały się sygnały alarmowe. 

-  Zostaliśmy  trafieni!  -  zawołał,  nawet  nie  zadając  sobie  trudu  sprawdzenia  wskazań 

mierników. 

- Nie-e - odparł spokojnie stary Peckhum. - „Piorunochron” zachowuje się tak zawsze, 

od czasu, kiedy wyłączyłem ogranicznik dopływu energii do rufowych repulsorów. Możliwe, 

że któregoś dnia ponownie rzucę okiem na to urządzenie. 

Chłopiec stwierdził, że węzeł, jaki pod wpływem paniki zasupłał się w j ego żołądku, 

stopniowo przestał się zaciskać... ale tylko do pewnego stopnia. 

- Może Jaina pomoże panu naprawić je trochę później - odezwał się po chwili. 

Powietrze  za  iluminatorem  przecięła  jaskrawa  błyskawica  i  w  następnej  sekundzie, 

głośno wyjąc, śmignął jakiś myśliwiec typu TIE nurkujący w stronę akademii Jedi. 

- Hej, przeleciał bardzo blisko! - zauważył chłopiec. 

- Zbyt blisko - zgodził się z nim siwowłosy pilot. - A teraz trzymaj się, młody Solo. Za 

chwilę zaczniemy robić uniki. 

 

Lowie  skupił  swą  uwagę  na  pilotowaniu  skoczka  typu  T-23  w  taki  sposób,  by 

maszyna  przez  cały  czas  znajdowała  się  pod osłoną.  Przez  umieszczone  w  dolnej  części 

kadłuba szyby widział innych uczniów Jedi, starających się ukryć w dżungli. Wszyscy biegli 

zygzakami,  usiłując  nie  dać  się  trafić  przez  laserowe  błyskawice,  jakimi  raziły  polanę 

imperialne  myśliwce.  Kiedy  rycerze  Jedi  zaczęli  znikać  w  lesie,  młody  Wookie  szarpnął 

dźwignię i poderwał maszynę. 

Gęstwina  splecionych  gałęzi  porośniętych  prawdziwym  gąszczem  liści  zawsze 

kojarzyła mu się z bezpieczeństwem i spokojem. Lowbacca bardzo chciałby spędzić chociaż 

kilka  takich  spokojnych  chwil,  siedząc  i  medytując  na  wierzchołku  jakiegoś  drzewa.  Na 

najwyższych  poziomach  nie  czekały  jednak  na  niego  i  Tenel  Ka  ani  bezpieczeństwo,  ani 

spokój. A przynajmniej nie w tej chwili. 

Lowie  zacisnął  dłonie  na  rękojeściach  dźwigni  sterowniczych  i  leciał  zygzakami, 

starając się prześlizgiwać między konarami i pniami gigantycznych drzew. Spodziewał się, że 

w ten sposób zgubi prześladowców, którzy mogli puścić się w pogoń  za małym skoczkiem. 

background image

Wiedział,  że  tym  razem  niebezpieczeństwo  grozi  z  góry,  gdzie  krążyły  nieprzyjacielskie 

myśliwce  TIE,  a  więc  nie  mógł  lecieć  ponad  baldachimem  liści.  Liczył na  to,  że  pozostanie 

nie zauważony, jeżeli będzie nadal przemykał między drzewami. 

Nagle  tuż  obok  kadłuba  skoczka  błysnęła  jakaś  ognista  nitka.  Wbiła  się  w  miękką 

glebę i zwęgliła kilka zeschłych liści, z których uniósł się obłoczek dymu. 

-  Pozwól,  żeby  ruchami  twoich  dłoni  kierowała  Moc,  Lowbacco,  mój  przyjacielu  - 

odezwała się Tenel Ka, siedząca na ustawionym nieco z tyłu fotelu dla pasażera. 

W  odpowiedzi  Lowie  wymruczał  coś  na  znak,  że  się  zgadza,  a  później,  pragnąc  się 

odprężyć,  nabrał  głęboki  haust  powietrza.  Leciał  dalej,  ale  odtąd  pozwalał,  żeby  Moc 

decydowała  o  tym,  kiedy  powinien  wykonać  unik  albo  skręcić.  Kierował  maszynę  w  stronę 

leniwie toczącej zielonkawobrązowe wody rzeki, za którą on i Tenel Ka widzieli złowieszczą 

szturmową platformę Siostry Nocy. Mimo iż dzieliło ich od niej prawie pół kilometra, oboje 

młodzi rycerze Jedi widzieli sztychy laserowych strzałów, które raz po raz wyskakiwały z luf 

działek opancerzonej jednostki i spopielały drzewa porastające brzegi rzeki. 

Nagle zdumiona Tenel Ka zawołała: 

- Popatrz! O, tam! 

Z nieba zaczęły opadać jakieś dziwne obiekty. Były podobne do drapieżnych ptaków, 

ale miały ludzkie kształty. Dopiero po kilku chwilach młoda wojowniczka uświadomiła sobie, 

że  spogląda  na  rozpraszającą  się  w  locie  grupę  Ciemnych  Jedi.  Wojownicy  ciemnej  strony 

zapalili  świetlne  miecze  i  kontrolowali  kierunek  lotu  za  pomocą  ukrytych  w  plecakach 

indywidualnych silników repulsorowych. 

W  tej  samej  chwili,  kiedy  uwagę  Lowbaccy  zaprzątnęło  obserwowanie  lecących 

napastników,  w  kabinie  rozległ  się  brzęczyk  czujnika  zbliżeniowego,  a  w  kadłub  trafiła 

laserowa  błyskawica  wystrzelona  z  pokładu  przelatującego  myśliwca  TIE.  Z  rufowych 

silników  skoczka  typu  T-23  strzeliła  fontanna  iskier,  a  po  sekundzie  zaczęły  się  z  nich 

wydobywać  kłęby  dymu.  Kadłub  małej  maszyny  przebiegło  dziwne  drżenie,  po  którym 

skoczek zboczył z kursu. W następnej chwili rozległ się głośny trzask rozdzieranego metalu i 

oderwała się jedna płetwa umożliwiająca sterowanie. 

-  O  rety  -  rozległo  się  kwilenie  miniaturowego  androida-tłumacza.  -  Nie  mogę  na  to 

patrzeć. 

Lowie  zareagował  dzięki  odruchom,  wyszkolonym  w  trakcie  wykonywania  ćwiczeń 

Jedi.  Nie  przestawał  zmagać  się  ze  sterami.  Pomagając  sobie  Mocą,  przebierał  po  pulpicie 

sterowniczym zakończonymi ostrymi pazurami palcami jednej dłoni, a drugą pociągał raz za 

tę,  a  raz  za  inną  dźwignię.  Powoli  wnętrze  kabiny  wypełniało  się  gryzącym  dymem.  Silniki 

background image

skoczka  krztusiły  się  i  przerywały.  Niezupełnie  uświadamiając  sobie,  jak  to  zrobił,  Lowie 

odciął  dopływ  energii  do  silników  rufowych  i  wykorzystał  resztkę  siły  ciągu,  by  poderwać 

maszynę  nad  baldachim  liści.  Później  skierował  ją  w  stronę  grupy  rosnących  obok  siebie 

drzew  i  postanowił  obniżyć  wysokość  lotu.  Przesłał  energię  do  repulsorów  i  pozwolił,  żeby 

jeszcze przez chwilę pracowały, licząc na to, że zwolnią szybkość opadania. Miał nadzieję, że 

to wystarczy. 

Rozległ się głośny trzask i skoczek typu T-23 bezwładnie runął w gęstwinę splątanych 

gałęzi i konarów. 

 

Każdy  haust  wdychanego  powietrza  sprawiał,  że  Tenel  Ka  czuła  w  płucach  żywy 

ogień. Dziewczyna słyszała dolatujące z bliska jęki i warknięcia Wookiego, ale nie potrafiła 

zrozumieć ani słowa. Niczego nie widziała. 

-  Pani  Tenel  Ka!  -  Przez  mgiełkę  oszołomienia  przedarł  się  donośny,  piskliwy 

syntetyzowany  głosik  miniaturowego  androida.  -  Pan  Lowbacca  usilnie  nalega,  żeby 

zechciała pani pospieszyć z pomocą! 

Wojowniczka  spróbowała  się  rozejrzeć.  Otworzyła  oczy,  ale  widziała  tylko  wirujące 

różnobarwne  plamy,  składające  się  na  przemian  ze  światła  i  cienia.  Szybko  zmieniające  się 

kształty sprawiały ból jej oczom, więc dziewczyna po chwili je zamknęła. 

Nagle  tuż  obok  jej  ucha  rozległ  się  tak  głośny  pisk,  że  zapewne  mógłby  wyrwać 

mistrza Jedi z kojącego transu. 

- Och, niech licho porwie moje ospałe procesory! Spóźniłem się. Ona nie żyje. 

Lowbacca  zaryczał  głośno  na  znak,  że  nie  podziela  tej  opinii.  W  tej  samej  chwili 

Tenel Ka poczuła, że coś wyciągnęło się i szturchnęło ją pod żebro. 

- Nie - zaskrzeczała, z wysiłkiem wymawiając słowa. - Jeszcze żyję. 

Lowbacca wydał kilka urywanych szczęknięć i tym razem dziewczyna zrozumiała od 

razu, o co chodzi. Zareagowała, nie czekając, aż usłyszy tłumaczenie Em Teedee: 

- Pan Lowbacca prosi, żeby użyła pani całej siły i wypchnęła owiewkę, równocześnie 

kierując tę siłę w stroną bakburty... wie pani, to znaczy w lewo. 

Tenel  Ka  wiedziała.  Wyciągnęła  rękę  i  pchnęła,  a  później  uczyniła  to  samo  jeszcze 

kilka  razy.  Mimo  iż  się  krztusiła,  nie  mogąc  oddychać  powietrzem  przesyconym  kłębami 

gryzącego dymu, starała się zachować spokój i pozwalała, by przepływała przez nią energia 

Mocy. 

Miała zamknięte powieki, ale zorientowała się, że z czujników optycznych Em Teedee 

strzeliły nagle snopy jaskrawożółtego światła. Dzięki nim w kabinie małego skoczka stało się 

background image

trochę jaśniej. 

-  Wygląda  na  to  -  ciągnął  tymczasem  miniaturowy  android  - że  owiewka  śmigacza 

zaklinowała się pomiędzy konarem a pniem drzewa. Och, jesteśmy zgubieni! 

W  tej  samej  chwili  jednak,  kiedy  Em  Teedee  skończył  biadolić,  coś  trzasnęło  i 

owiewka kabiny odskoczyła. Tenel Ka i Lowbacca wyplątali się z ochronnych sieci, a później 

wygramolili  się  z  kabiny.  Kiedy  łapczywie  zachłystując  się  powietrzem  i  czekając,  aż  oczy 

przyzwyczają  się  do  blasku,  oddalali  się  od  płonącej  maszyny,  wojowniczka  z  Dathomiry 

odruchowo  sięgnęła  do  pasa,  by  upewnić  się,  że  rękojeść  świetlnego  miecza  jest  na  swoim 

miejscu. Nadal była. 

-  O  rety!  -  zabrzmiał  piskliwy,  metaliczny  okrzyk  androida.  - Teraz 

najprawdopodobniej  zabłądzimy  w  tej  dżungli  i  zostaniemy pochwyceni  przez 

wełnolamandry. Proszę zachować najwyższą ostrożność, panie Lowbacco. Na myśl o tym, co 

zrobiłbym,  gdybym  musiał  ponownie  przeżywać  takie  straszne  chwile,  ogarnia  mnie 

przerażenie. 

Stojąc na konarze obok Tenel Ka i usiłując utrzymać równowagę, Lowbacca odwrócił 

się, by popatrzeć na uszkodzony gwiezdny skoczek typu T-23. Z gardła młodego Wookiego 

wydobył  się  przeciągły,  żałosny  jęk.  Wojowniczka  rozumiała  jednak,  że  jej  przyjaciel 

rozpacza  nie  z  powodu  żyjących  w  dżungli  stworzeń,  które  mogły  ucierpieć  podczas 

katastrofy, ale z powodu straty ukochanej maszyny. 

Tenel  Ka  dobrze  uświadamiała  sobie,  co  oznacza  dla  niego  ta  strata.  Wyciągnęła 

jedyną  rękę,  na  chwilę  dotknęła  ramienia  Wookiego  i  pozwoliła,  żeby  przepływająca  przez 

oboje  Moc  przyniosła  mu  chociaż  trochę  ukojenia.  Później  młodzi  Jedi  odwrócili  się,  aby 

sprawdzić,  co  stało  się  z  celem  ich  wyprawy:  gigantyczną  bojową  platformą,  dowodzoną 

przez złowieszczą Siostrę Nocy. 

Z prawdziwą ulgą Tenel Ka stwierdziła, że Lowiemu udało się wylądować w gąszczu 

gałęzi  w  odległości  zaledwie  dwustu  metrów  od  miejsca,  gdzie  nad  konarami  drzew 

Massassów  unosiła  się  imperialna  barka.  Zanim  jednak  zdążyła  powiedzieć  choć  słowo,  jej 

przyjaciel Wookie ostrzegawczo szczeknął i pokazał na dół, na znak, że powinni się ukryć. 

Młoda wojowniczka natychmiast zorientowała się, o co chodzi, i zanurkowała między 

gałęzie  i  liście,  by  się  przyczaić.  Jeżeli  ona  i  Lowbacca  widzieli  gigantyczne  szturmowe 

urządzenie  Akademii  Ciemnej  Strony,  mogli  sami  zostać  zauważeni.  Musieli  zatem  podejść 

do  platformy,  przeskakując  po  gałęziach  niższych  pięter,  porośniętych  zielonymi, 

szeleszczącymi  liśćmi.  Musieli  postępować  jak  nurkowie,  którym  często  zdarza  się  płynąć 

pod powierzchnią wody. 

background image

Dysponując  tylko  jedną  ręką,  która  pozwalała  chwytać  gałęzie  i  utrzymywać 

równowagę,  Tenel  Ka  pomagała  sobie  Mocą,  jeżeli  chciała,  by  po  wykonaniu  następnego 

skoku jej stopy bezpiecznie lądowały na śliskim konarze. Z wdzięcznością przyjmowała także 

pomoc  ze  strony  Lowiego,  który  proponował  wsparcie,  ilekroć  skakali  po  próchniejących 

gałęziach albo pokonywali większe odległości. 

Tenel Ka nie wiedziała, dlaczego, ale coś zmuszało ją do mówienia. Możliwe, że był 

to bezgraniczny smutek, jaki zaczynał ogarniać jej przyjaciela Wookiego. 

- Przekonasz się, że spędzimy razem jeszcze wiele radosnych chwil, naprawiając twój 

skoczek  -  powiedziała,  zamierzając  pocieszyć  przyjaciela.  -  Ty,  Jacen,  Jaina  i  ja.  Kiedy  ta 

bitwa dobiegnie końca. 

Lowie  przystanął.  Przez  chwilę  mierzył  dziewczynę  kpiącym  spojrzeniem,  a  później 

zaczął  sapać,  co  u  Wookiech  jest  odpowiednikiem  śmiechu.  Wydał  całą  serię  szczęknięć, 

natychmiast przetłumaczonych przez Em Teedee: 

-  Pan  Lowbacca  oświadcza,  że  pan  Jacen  z  pewnością  się  ucieszy,  mając  tak  duże 

grono wdzięcznych słuchaczy, które będzie mógł zabawiać opowiadaniem dowcipów. 

Tenel  Ka  miała  wrażenie,  że  na  myśl  o  tym  i  jej  nastrój  uległ  wyraźnej  poprawie. 

Mogła  dzięki  temu  szybciej  i  pewniej  przeskakiwać  z  gałęzi  na  gałąź.  Uznała  jednak,  że 

powinna  skupić  całą  uwagę  na  osiągnięciu  zamierzonego  celu,  jakim  było  pokonanie 

Drugiego Imperium. Raz na zawsze. 

Nagle poczuła, że w górę jej kręgosłupa powędrowały zimne ciarki. 

- Stop! - rozkazała. 

Nisko  nad  baldachimem  liści  śmignął  myśliwiec  typu  TIE.  Po  zielonej  powierzchni 

leśnego oceanu przemknęły fale, wzbudzone przez strumień gorących gazów wydechowych. 

Zapewne  pilot  imperialnej  maszyny  leciał,  aby  rzucić  okiem  na  płonący  wrak  gwiezdnego 

skoczka.  Lowbacca  warknął,  ale  Tenel  Ka  chwyciła  go  za  kosmatą  rękę,  by  przyjaciel, 

kierując  się  impulsem  chwili,  nie  uczynił  czegoś  nierozważnego.  Tymczasem  skowyczący 

myśliwiec zatoczył ciasny krąg nad szczątkami, jakby pilot zamierzał się upewnić, że nikt nie 

przeżył katastrofy. Młoda wojowniczka w skrytości ducha liczyła na to, że lotnik nie zechce 

dokończyć  dzieła  zniszczenia  i  nie  pośle  laserowych  błyskawic  w  unieruchomiony  kadłub. 

Wiedziała,  że  wówczas  maszyna  zamieniłaby  się  w  bezkształtną  masę  stopionych 

metalowych  płyt  i  zwęglonych  mechanizmów.  Po  kilku  chwilach  czekania  w  napięciu 

przekonała się jednak, że nieprzyjacielska maszyna oddaliła się, żeby poszukać innej ofiary. 

Pociągnęła towarzysza za rękę i oboje ruszyli w dalszą drogę. Przeskakując z konaru 

na  konar,  ale  przez  cały  czas  kryjąc  się  pod  baldachimem  liści,  zmierzali  w  stronę  miejsca, 

background image

gdzie czekało imperialne urządzenie. 

Wydało im się, że minęła zaledwie chwila, kiedy ponownie usłyszeli piskliwy głosik 

miniaturowego androida-tłumacza: 

-  Jeśli  podczas  katastrofy  moje  czujniki  nie  uległy  całkowitemu  rozkalibrowaniu, 

właśnie  w  tej  chwili  powinniśmy  znajdować  się  dokładnie  pod  czołową  krawędzią 

szturmowej platformy. 

Lowbacca  uniósł  rękę,  nakazując  Tenel  Ka,  by  stanęła.  Później  wspiął  się  po  kilku 

gałęziach i ostrożnie wystawił głowę ponad liście, żeby sprawdzić, gdzie się znajdują. Wydał 

ciche  triumfujące  szczeknięcie,  po  którym  wojowniczka  z  Dathomiry  wspięła  się  śladami 

przyjaciela  i  także  wynurzyła  głowę  z  falującego  i  szeleszczącego  zielonego  oceanu. 

Zobaczyła unoszącą się jakieś dziesięć metrów nad nimi gigantyczną bojową stację. Zwróciła 

szczególną  uwagę  na  opancerzony  spód  i  wystające  ze  wszystkich  stron  lufy  szerzących 

śmierć laserowych działek. 

-  Zniszczenie  jej  nie  powinno  być  trudne  -  szepnęła,  zwracając  się  do  młodego 

Wookiego. 

Z  wysoka  dolatywały  odgłosy  wykrzykiwanych  rozkazów  i  łomot  podkutych  butów 

żołnierzy  biegnących  po  metalowych  płytach  pokładu.  Lowbacca  uniósł  rękę  i  pokazał 

platformę, a potem wzruszył ramionami, jakby chciał zapytać: „I co teraz?” Platforma wisiała 

nad  wierzchołkami  drzew  zbyt  wysoko,  by  mogli  skoczyć,  a  nie  mieli  repulsorowych 

silników, dzięki którym dostaliby się na pokład. Tenel Ka sięgnęła jednak do jakiejś kieszeni 

u  pasa  i  wyciągnęła  z  niej  cienką,  ale  bardzo  wytrzymałą  linkę,  zakończoną  niewielką 

rozkładaną kotwiczką. 

- Musimy wspiąć się po lince - oświadczyła. 

Szturmowa  platforma  unosiła  się  na  trochę  większej  wysokości  niż  ta,  na  jaką 

zazwyczaj dziewczyna zarzucała kotwiczkę z przyczepioną linką, i dlatego durastalowe zęby 

zaczepiły  się  o  opancerzoną  krawędź  dopiero  za  drugim  razem.  Tenel  Ka  kilkakrotnie 

szarpnęła  linką,  a  później  na  próbę  powierzyła  jej  ciężar  własnego  ciała.  Przekonała  się,  że 

zęby kotwiczki nawet się nie przesunęły. Potem owinęła nogi i rękę i zaczęła się podciągać. 

Ilekroć  miała  wrażenie, że  do  wspinaczki  nie  wystarczy  siła  mięśni  jedynej  ręki,  pozwalała, 

żeby Moc pomagała unosić jej ciało. 

Wiedziała,  że  kiedy  znajdzie  się  na  pokładzie  imperialnego  statku,  może  spotkać  się 

ze  szturmowcami,  potężnym  uzbrojeniem  i  złowieszczą  Siostrą  Nocy,  która,  podobnie  jak 

ona, pochodziła z Dathomiry. 

Tenel  Ka  z  wysiłkiem  przełknęła  ślinę.  Wiedziała,  że  Moc  jest  z  nimi,  ale 

background image

uświadamiała sobie również, że szansę zwycięstwa są doprawdy znikome. 

background image

ROZDZIAŁ 

 

Szeroka  i  głęboka  rzeka,  której  zielonkawobrązowe  wody  leniwie  płynęły  przez 

dziewiczą  dżunglę,  sprawiała  wrażenie  cichej  i  spokojnej.  Łagodny  prąd  nawet  w 

najmniejszym  stopniu  nie  odzwierciedlał  tytanicznych  zmagań  dobra  ze  złem,  jakie  toczyły 

się na powierzchni Yavina Cztery. 

Rzeka  była  ostoją  wielu  form  życia:  niewidzialnego  planktonu  i  drapieżnych 

pierwotniaków,  ale  także  wodnych  roślin  i  potężnych  drzew,  których  poskręcane  korzenie 

tkwiły  głęboko  w  mulistym  dnie.  Żyły  w  niej  również  doskonale  zamaskowane  drapieżniki; 

widząc je można było pomyśleć, że stanowią niewinne elementy krajobrazu. 

W  miarę  jak  ciszę  dżungli  zaczęły  mącić  odgłosy  laserowych  strzałów,  a  buczenie 

świetlnych  mieczy  dotarło  do  leśnych  ostępów,  pod  rozłożystymi  gałęziami  rosnących  nad 

rzeką  drzew  i  w  samej  wodzie  zaczęły  szukać  schronienia  inne  stworzenia...  stworzenia 

umiejące świetnie władać Mocą. 

Spod  spokojnej  powierzchni  mętnej  wody  wynurzyły  się  zaokrąglone  pyski  istot 

przypominających gady. Rozchyliły szczeliny oddechowe i rozszerzyły nozdrza, żeby nabrać 

nową  porcję  świeżego,  ożywczego  tlenu.  Trzy  stworzenia,  zanurzywszy  pokryte  łuskami 

ciała,  płynęły  tak  powoli,  że  tylko  delikatne  zmarszczki  na  powierzchni  i  szmer  wody 

świadczyły  o  tym,  że  w  ogóle  się  poruszają.  Dotarły  na  wyznaczone  miejsca  i  zakopały  się 

głęboko  w  rzecznym  mule.  Przez  chwilę  węszyły,  po  czym  znieruchomiały  przy  samym 

brzegu w miejscu, gdzie przebiegała wąska ścieżka. 

Ich wrogowie wkrótce mieli się pojawić. 

Rozglądając  się  we  wszystkie  strony,  trzech  Ciemnych  Jedi,  uczniów  Akademii 

Ciemnej Strony, stąpało bardzo ostrożnie, ale pewnie. Wszyscy trzej pokładali bezgraniczną 

wiarę  we  własne  siły  i  umiejętności.  Torowali  sobie  drogę  przez  gęste  poszycie,  tnąc  pędy 

dzikiej  winorośli  i  kolczaste  gałęzie  krzewów  ostrzami  świetlnych  mieczy,  którymi 

posługiwali się jak maczetami. Kiedy dotarli do brzegu rzeki, przystanęli. Zamierzali naradzić 

się, dokąd pójść, żeby jak najszybciej znaleźć przeciwników. 

- Uczniowie Skywalkera to sami tchórze - odezwał się jeden. - Dlaczego nie wychylą 

nosów  z  kryjówek  i  nie  staną  do  walki?  Pochowali  się  przed  nami  w  dżungli  niczym 

przestraszone gryzonie. 

-  Mają  powody,  żeby  się  nas  obawiać  -  poparł  go  drugi  adept  imperialnej  uczelni.  - 

Dobrze znają potęgę ciemnej strony. 

background image

Tymczasem  trzej  uczniowie  Luke’a  Skywalkera,  będący  inteligentnymi  gadami  rasy 

Cha’a,  porozumieli  się  po  cichu,  wypuszczając  umowną  liczbę  bąbelków  powietrza.  W 

pewnej  chwili  wszyscy  unieśli  pyski  nad  powierzchnię  i  plunęli  strugami  wody  na  zupełnie 

zaskoczonych  przeciwników.  Wykorzystując  energię  Mocy,  zwiększyli  ciśnienie  i  nadali 

strumieniom  siłę  młotów.  Kolumny  sprężonej  wody  uniosły  się  jak  węże,  a  potem 

rozprysnęły  się  i  spłynęły  na  ziemię.  Jarzące  się  klingi  trzymanych  przez  uczniów  Brakissa 

świetlnych mieczy zaskwierczały, przygasły i otoczyły się kłębami pary. Wszyscy trzej Cha’a 

radośnie zasyczeli i wybuchnęli perlistym rechotem, po czym nabrali w pyski następne porcje 

mętnej wody, a później zaczerpnęli jeszcze więcej. 

Zmoczeni  do  suchej  nitki  Ciemni  Jedi  zaczęli  rozpaczliwie  parskać,  prychać, 

wypluwać  wodę  i  bełkotać.  Bezskutecznie  usiłowali  przywołać  na  pomoc  energię  ciemnej 

strony, za pomocą której mogliby odeprzeć atak podobnych do gadów podstępnych uczniów 

Skywalkera. 

W tej samej chwili z bezpiecznych grzęd, ukrytych głęboko w gąszczu gałęzi drzew, 

rosnących w pobliżu tamtego miejsca, zeskoczyły i zanurkowały trzy inne istoty, z wyglądu 

przypominające ptaki. Wydały przenikliwy drżący pisk, będący okrzykiem bojowym, z jakim 

zawsze wyruszały do walki. 

Ciemni  Jedi  przez  chwilę  nie  mieli  pojęcia,  co  robić.  Kiedy  uświadomili  sobie,  że 

muszą  toczyć  walkę  na  dwa  fronty,  nie  potrafili  skupić  myśli.  W  następnej  sekundzie  ptaki 

wylądowały  na  ich  głowach  z  takim  impetem,  że  obaliły  wojowników  Akademii  Ciemnej 

Strony  na  ziemię.  Uderzenie  miało  taką  siłę,  że  ich  ofiary zemdlały.  Ptaki  zaświergotały  i 

triumfalnie zaskrzeczały, a wówczas trzej Cha’a wyszli na brzeg i ociekając strugami wody, 

poczłapali w stronę trójki leżących nieruchomo napastników. 

Pracując razem, nie będący istotami ludzkimi uczniowie mistrza Skywalkera oderwali 

kawałki  podobnych  do  rzemieni  pędów  winorośli  i  związali  ręce  i  nogi  nieprzytomnych 

więźniów.  Któryś  Cha’a  pozbierał  wszystkie  trzy  wykonane  w  warsztatach  Akademii 

Ciemnej  Strony  świetlne  miecze,  porzucone  przez Ciemnych Jedi na murawie. Przez  chwilę 

się  im  przyglądał,  z  niesmakiem  zwracając  uwagę  na  kiepską  konstrukcję  i  niedbałe 

wykończenie. Później wrzucił je do wody jeden po drugim. Plusnęły i zniknęły w mętnej toni, 

nie pozostawiając żadnego śladu. 

Tymczasem podobne do ptaków istoty pochyliły się nad leżącymi bez czucia ofiarami. 

Posługując się Mocą, zaczęły penetrować ich umysły. Do każdego wysłały wzmocnione przez 

Moc sugestie, dzięki którym pokonani przeciwnicy mieli nieprędko się obudzić... 

 

background image

Tionna szarpnęła głową i odrzuciła do tyłu długie, srebrzystosiwe włosy. Nie chciała, 

by  przeszkadzały  jej  w  patrzeniu.  Nie  mogła  dopuścić,  aby  rozpraszały  uwagę  i  zakłócały 

skupienie. 

Zamrugała powiekami błyszczących oczu perłowej barwy i popatrzyła na pozostałych 

uczniów  Jedi.  Mistrz  Skywalker  dosyć  często  powierzał  jej  wykonywanie  ćwiczeń  z  tymi 

kandydatami, a teraz instruktorka miała poprowadzić ich do walki. Mieszcząca się na Yavinie 

Cztery  akademia  Jedi  bywała  celem  ataków  sił  zła  i  ciemności,  ale  szlachetni  rycerze  Jedi 

zawsze dotąd potrafili je odpierać i zwyciężali. Tionna nie miała najmniejszych wątpliwości, 

że i teraz walka zakończy się takim samym rezultatem. 

Instruktorka  i  jej  uczniowie  stali  na  zarośniętej  polanie  wokół  płaskiej  marmurowej 

płyty  otoczonej  zrujnowanymi  kamiennymi  kolumnami.  Zanim  polanę  opanowała 

wszechobecna,  zachłanna  dżungla,  znajdowała  się  tu  jedna  z  urządzonych  na  wolnym 

powietrzu  świątyń  Massassów.  Tionna  zdecydowała,  że  właśnie  w  tym  miejscu  cała  grupa 

młodych rycerzy Jedi stawi czoło napastnikom. 

-  Czy  wszyscy  jesteście  gotowi?  -  zapytała.  -  Pamiętajcie  o  tym,  czego  się 

nauczyliście. Prób nie ma. Musimy pokonać wojowników ciemnej strony. 

Uczniowie  wznieśli  okrzyki  na  znak,  że  zgadzają  się  z  jej  słowami.  Skierowali  na 

swoją nauczycielkę  spojrzenia,  w  których  kryła  się  wiara  we  własne  możliwości  i 

przeświadczenie o słuszności obmyślonego przez nią planu. Jedna z młodych kobiet kiwnęła 

głową  instruktorce  i  głęboko  odetchnęła,  a  później  pobiegła  wiodącą  w  głąb  lasu  wąską 

ścieżyną,  aby  odnaleźć  chociaż  kilku  przeczesujących  gąszcze  i  ostępy  Ciemnych  Jedi. 

Zaledwie po kilkunastu sekundach od chwili, kiedy zniknęła w dżungli, krzyknęła, po czym 

uczyniła to jeszcze kilka razy, rzucając w ten sposób wyzwanie adeptom Akademii Ciemnej 

Strony. 

Nagle do uszu Tionny i uczniów, czekających w zaroślach na skraju polany, doleciał 

odgłos  skwierczenia  klingi  świetlnego  miecza...  Po  kilku  chwilach  rozległ  się  tupot  stóp 

osoby biegnącej wąską ścieżką, a po nim trzask gałęzi łamanych przez kogoś, kto przedzierał 

się  przez  gąszcz  zarośli.  Młoda  kobieta  wracała  w  pośpiechu  na  polanę,  gdzie  pozostali 

młodzi  rycerze  Jedi  urządzili  zasadzkę.  Nie  mówiąc  ani  słowa,  Tionna  gestem  dała  znak 

pozostałym członkom grupy, żeby przygotowali się do akcji. 

-  Wracaj  tu,  ty  tchórzliwa  pluskwo!  -  krzyknął  w  ślad  za  młodą  kobietą  jeden  z 

napastników, którego zasłaniały splątane gałęzie ciernistych krzewów. 

Czterej Ciemni Jedi przedarli się przez ostatnie krzaki i wpadli na zarośniętą polanę. 

Ujrzeli  zadyszaną  młodą  kobietę,  stojącą  po  drugiej  stronie,  za  ciężką,  marmurową  płaską 

background image

płytą,  unoszącą  się  nad  ich  głowami.  Uciekinierka  udawała,  że  jest  strwożona  i  całkowicie 

bezbronna. 

Napastnicy ochoczo ruszyli w jej stronę. 

- Zmiażdżymy twój umysł, kiedy posłużymy się siłami ciemnej strony! - odezwał się 

jeden z wojowników Brakissa. 

- Teraz! - zawołała instruktorka Jedi. 

Czterej  najlepsi  uczniowie  Tionny,  ukryci  za  krzakami  porastającymi  skraj  polany, 

posłużyli się Mocą. Szybkim jak błyskawica, niemożliwym do przewidzenia ruchem wyrwali 

rękojeści świetlnych mieczy z dłoni napastników. Zaskoczeni i zdezorientowani Ciemni Jedi 

krzyknęli,  kiedy  uświadomili  sobie,  że  są  bezbronni.  Tionna  i  jej  uczniowie  wyłonili  się 

spomiędzy  krzaków  i  otoczyli  kręgiem  czwórkę  uczniów  Akademii  Ciemnej  Strony  tak,  by 

uniemożliwić im ucieczkę. 

- Nie potrzebujemy świetlnych mieczy, żeby was pokonać. Potrafimy was zgnieść jak 

robaki  za  pomocą  samej  naszej  siły!  -  krzyknął  jeden  napastnik,  pewniejszy  siebie  niż 

pozostali. - Siły ciemnej strony! 

Wszyscy  czterej  Ciemni  Jedi  stanęli  obok  siebie,  stykając  się  plecami.  Zaczęli  się 

skupiać i wyciągnęli ręce w stronę uczniów Tionny. 

-  Nie  robiłabym  tego,  gdybym  była  na  waszym  miejscu  -  odezwała  się  spokojnie 

instruktorka, pozwalając, by na jej bladych ustach zagościł lekki uśmiech. - Z pewnością nie 

chcielibyście  zakłócać  skupienia  moich  uczniów.  Rozumiecie  chyba,  że  jakiekolwiek, 

chociażby najlżejsze odwrócenie ich uwagi może zakończyć się waszą miażdżącą klęską. 

Dopiero  wówczas  Ciemni  Jedi  unieśli  głowy.  Z  niedowierzaniem  i  przerażeniem 

przekonali  się,  że  marmurowy  blok,  który  dotychczas  uważali  za  sklepienie  zrujnowanej 

świątyni,  wcale  nie  jest  podtrzymywany  przez  rozsypujące  się  kolumny.  Stwierdzili,  że 

masywna  płyta,  z  pewnością  ważąca  wiele  ton,  wisi  nad  ich  głowami,  nie  opierając  się  na 

niczym.  Unosi  się  jak  piórko,  utrzymywana  w  stanie  równowagi  jedynie  za  pośrednictwem 

energii Mocy. Uświadomili sobie także, że uczniowie Tionny wpatrują się w ciężki monolit, 

nie przestając skupiać na nim myśli. 

Czterej osłupiali wojownicy Akademii Ciemnej Strony z wysiłkiem przełknęli ślinę. 

-  Możecie  próbować  uciec,  jeżeli  chcecie  -  ciągnęła  Tionna.  - Możliwe,  iż 

dysponujecie tak dużymi zasobami energii ciemnej strony, że zdołacie nas pokonać i jeszcze 

wystarczy  wam  jej  na  to,  aby  pochwycić  tę  płytę,  zanim  spadnie  na  wasze  głowy.  To 

możliwe.  -  Instruktorka  wzruszyła  ramionami.  -  Oczywiście,  wybór  należy  do  was. 

Uczynicie, co zechcecie. Muszę jednak oświadczyć, że nie ryzykowałabym, gdybym znalazła 

background image

się w waszej sytuacji. 

Czterej Ciemni Jedi spojrzeli po sobie, niezdolni wykrztusić choćby słowo. W końcu, 

jeden po drugim, opuścili ręce i rozprostowali palce, dotychczas zaciśnięte w pięści, a później 

poddali się uczniom akademii Jedi. 

Z piersi Tionny wyrwało się ledwo słyszalne, ale głębokie westchnienie ulgi. 

 

W  głębi  dżungli  rosło  dziwne  drzewo,  niskie  i  karłowate,  ale  mające  gruby  pień  i 

długie korzenie. Wyciągało na boki gałęzie w taki sposób, że gdyby ktoś zechciał spojrzeć na 

nie  z  właściwej  strony,  przekonałby  się,  że  przypominają  ludzkie  ręce.  Drzewo  należało  do 

grona  uczniów  Jedi,  studiujących  w  akademii  mistrza  Skywalkera.  Było  inteligentną  istotą, 

poruszającą się powoli i wykazującą wiele innych cech charakterystycznych dla świata roślin. 

Istota często zapuszczała się w ostępy dżungli, gdzie całymi godzinami pławiła się w 

promieniach  słońca.  Dzięki  zjawisku  fotosyntezy  przyswajała  unoszący  się  w  powietrzu 

dwutlenek węgla, ale pochłaniała także minerały z gleby i wodę z rzeki. 

Czasami  spędzała  wiele  dni  bez  przerwy,  zajęta  kontemplowaniem  Mocy  i 

zastanawianiem się nad własnym miejscem we wszechświecie. Drzewa żyły zazwyczaj wiele 

lat  i  nie  spieszyły  się  z  podejmowaniem  decyzji.  Jeżeli  nie  przemyślały  wszystkiego,  nie 

wkraczały  do  akcji.  Mimo  to  w  razie  potrzeby  albo  w  chwili  zagrożenia  istota  potrafiła 

poruszać  się  wystarczająco  szybko.  Doskonale  rozumiała  potrzebę  obrony  akademii  Jedi 

przed atakami tych, którym zależało na jej zniszczeniu. 

Postanowiła podjąć naukę i oddawała się ćwiczeniom, pragnąc dowiedzieć się czegoś 

więcej na temat Mocy. Złożyła przysięgę, że będzie broniła jasnej, świetlistej strony... a teraz 

znalazła  się  w  samym  środku  walki,  jaką jej  koleżanki  i  koledzy  wydali  uczniom  Akademii 

Ciemnej  Strony.  Żywiący  nieprzyjazne  zamiary  Ciemni  Jedi  przemierzali  wzdłuż  i  wszerz 

ostępy dżungli w poszukiwaniu ofiar, ale mistrz Skywalker dobrze wyszkolił swoich uczniów. 

Adepci jasnej strony stawią opór i zwyciężą w tej walce. 

Podobny  do  drzewa  rycerz  Jedi  stał  nieruchomo,  ale  rozglądał  się,  pragnąc 

zaobserwować, co dzieje się w dżungli... Istota wiedziała, że wcześniej czy później spotka się 

z  nieprzyjaciółmi.  Musiała  tylko  uzbroić  się  w  cierpliwość  i  czekać.  Zapuściła  głębiej 

korzenie  w  bogatą,  żyzną  glebę,  a  później  pobrała  z  niej  dodatkową  porcję  ożywczych  soli 

mineralnych, zwiększających zasoby Mocy. Czuła, jak energia przenika jej tkankę i pulsuje, 

niemal  gotuje  siew  żyłach.  Wiedziała,  że  dzięki  temu  osiągnie  większą  prędkość  i  precyzję, 

niezbędne podczas tej jedynej akcji... Przynajmniej taką miała nadzieję. 

Starannie  wybrała  najodpowiedniejsze  miejsce.  Znalazła  się  w  pobliżu  starego, 

background image

próchniejącego  drzewa  Massassów,  wyjątkowo  wysokiego.  Z  jego  pnia  wyrastało  wiele 

grubych rosochatych konarów. Sam pień był porośnięty pędami dzikiej winorośli, koloniami 

gnijących grzybów i pasożytującą hubą, która czerpała soki z głębi rdzenia, powoli skazując 

ogromne drzewo na nieuchronny koniec. 

Podobny  do  drzewa  rycerz  Jedi  zorientował  się,  że  rosnący  obok  niego  staruszek 

przeżył  wiele  wieków,  a  może  nawet  całe  tysiąclecie...  Uświadomił  sobie,  że  chylące  się 

drzewo Massassów czeka los podobny do tego, jaki spotyka wszystkie inne sędziwe rośliny. 

Zgodnie  z  odwiecznym  cyklem  rozwoju  rośliny  kiełkowały,  dojrzewały  i  owocowały,  by 

doczekać się potomstwa. Później powoli starzały się i rozkładały, żeby w końcu przemienić 

się  w  próchnicę  -  wartościową  substancję  organiczną,  niezbędną  dla  rozwoju  następnych 

pokoleń.  Istota  widziała,  jak  gigantyczne  drzewo  Massassów  coraz  bardziej  się  pochyla... 

obserwowała otaczającą je dżunglę... i nadal czekała. 

W pewnej chwili zaczęła niespiesznie, delikatnie skupiać w sobie wici Mocy. Starała 

się  czynić  to  tak  powoli,  żeby  nawet  najlepsi  adepci  Akademii  Ciemnej  Strony  nie 

zorientowali  się,  że  ktokolwiek  manipuluje  ich  umysłami.  Chodźcie  tutaj  -  myślała, 

powtarzając  te  słowa  bez  końca.  Spodziewała  się,  że  przynajmniej  jeden  uczeń  Braki  ssą 

usłyszy  ją  i  przybędzie  na  wezwanie.  Możliwe,  że  dojdzie  do  przekonania,  iż  odbiera  myśli 

jakiegoś  nieprzyjaciela  władającego  jasną  stroną  Mocy.  Miała  nadzieję,  że  w  jego  głowie 

nawet  nie  zaświta  myśl,  iż  w  rzeczywistości  wzywa  go  rycerz  Jedi,  przypominający 

niskopienne, karłowate drzewo. 

Po upływie trudnej do określenia części dnia istota, która nie miała zwyczaju mierzyć 

szybkości  upływu  czasu  za  pomocą  krótkich,  ściśle  określonych  odcinków,  wyczuła 

niewielkie,  nie  mające  określonego  kształtu  zakłócenie  Mocy.  Wkrótce  się  przekonała,  że 

jego  źródłem  jest  dwóch  napastników,  przybyłych  z  Akademii  Ciemnej  Strony.  Intruzi 

przedzierali  się  przez  zarośla,  łamiąc  gałązki  krzewów,  zupełnie  jakby  wrażliwy,  delikatny 

ekosystem dżungli był dla nich co najwyżej uprzykrzonym, ale nieuniknionym złem, które z 

pewnością by wyplenili, gdyby mogli. 

Tymczasem  rycerz  Jedi  cierpliwie  czekał.  Podobna  do  drzewa  istota  musiała  się 

skoncentrować, aby wkroczyć do akcji w odpowiedniej chwili. Wiedziała, że kiedy ta chwila 

nadejdzie,  nie  będzie  mogła  pozwolić  sobie  na  myślenie,  gdyż  w  przeciwnym  razie  okazja 

przepadnie i może nigdy się nie powtórzyć. 

W  zagłębieniu  jednej  z  poskręcanych  gałęzi,  zakończonej  podobnymi  do  palców 

wyrostkami,  spoczywała  sękata  rękojeść  świetlnego  miecza,  ukształtowana  tak,  żeby  mogła 

być pochwycona przez drewniane palce. 

background image

Na skraju polany ukazali się dwaj Ciemni Jedi. Przystanęli i zaczęli się rozglądać. 

-  Niczego  tu  nie  widzę.  Przynosisz  wstyd  lordowi  Brakissowi  -  stwierdził  jeden, 

zwracając się do towarzysza. - Lord Zekk powinien zabronić ci noszenia świetlnego miecza. 

Po prostu marnujesz energię ciemnej strony. 

- Mówię ci, że coś poczułem - upierał się drugi wojownik Akademii Ciemnej Strony. 

Rozglądając  się  na  prawo  i  lewo,  ruszył  przez  polanę.  Wsłuchiwał  się  w  odgłosy 

napływające  z  cichej  dżungli.  Drugi  Ciemny  Jedi  ruszył  jego  śladem,  ale  każdym  gestem  i 

ruchem ciała dawał do zrozumienia, że ma za złe koledze, iż go tu przyprowadził. 

W  tej  samej  chwili  rycerz  Skywalkera  wykorzystał  wszystkie  zgromadzone  zasoby 

energii  jasnej  strony  i  przystąpił  do  działania.  Wysunął  ogniste  ostrze  świetlnego  miecza  i 

wyciągnąwszy  podobną  do  gałęzi  rękę,  machnął  klingą.  Zwinięta  dotąd  gałąź  świsnęła, 

przecinając powietrze niczym młody pęd, pragnący się wyprostować. 

- Strasznie mi przykro, dziadku - szepnęła istota. 

Poczuła,  że  świetlista  klinga  zagłębia  się  w  próchniejącą  tkankę  drzewa  Massassów, 

przecina  pień  blisko  korzeni  i  pozwala,  żeby  reszty  dzieła  dokończyła  siła  przyciągania. 

Rozłożysta  korona  jeszcze  bardziej  się  przechyliła,  a  gigantyczny  starzec,  przeraźliwie 

trzeszcząc,  zwalił  się  na  niczego  nie  przeczuwających  intruzów.  Obaj  mieli  czas  jedynie 

spojrzeć  w  górę.  Wydali  zduszone  okrzyki  przerażenia  i  w  następnej  sekundzie  zniknęli, 

pogrzebani pod gąszczem łamanych gałęzi i rwących się pędów winorośli. 

Rycerz Jedi wyłączył świetlny miecz. Miał wrażenie, że jego drewniane ciało drży. W 

jednej chwili wyczerpał niemal całe zasoby energii, na których gromadzenie poświęcił wiele 

długich miesięcy. Istota, dobywając resztek siły, rozprostowała wszystkie gałęzie. Skierowała 

je  w  górę,  ku  słońcu,  a  potem  jeszcze  głębiej  zapuściła  korzenie  w  miękką,  przesyconą 

minerałami glebę. 

Wiedziała, że musi upłynąć wiele, wiele dni, zanim przyjdzie do siebie po dzisiejszej 

akcji. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Jaina przepłynęła rzekę i zaczęła przedzierać się przez ostępy dżungli. Kierując się. w 

stronę  polany,  gdzie  znajdowała  się  stacja  generatorów  ochronnego  pola,  wybierała  drogę 

wśród  najdzikszych  chaszczy,  licząc  na  to,  że  może  ukryje  się  w  nich  przed  spojrzeniami 

innych  napastników.  Wiedziała,  iż  w  tej  chwili  gąszcz  zarośli  jest  jej  sprzymierzeńcem,  i 

postanowiła  ten  fakt  jak  najlepiej  wykorzystać.  Rzecz  jasna,  nie  obawiała  się  stoczyć 

pojedynku z jakimś Ciemnym Jedi, ale pamiętała o zadaniu, jakie jej powierzono... zadaniu, 

które o wiele bardziej ją pociągało. 

Uświadamiała sobie, że dopóki siłowe ochronne pole pozostaje wyłączone w wyniku 

uszkodzenia  generatorów,  cała  okolica  akademii  Jedi  jest  narażona  na  nieustające  ataki  z 

powietrza.  Nie  wątpiła,  że  uczniowie  wujka  Luke’a  potrafią  się  obronić,  ale  gdyby  zdołała 

jakoś  naprawić  te  generatory  i  sprawić,  że  energetyczna  kopuła  na  nowo  osłoni  wielką 

świątynię  i  jej  okolice,  rycerze  Jedi  o  wiele  łatwiej  poradzą  sobie  z  bezczelnymi 

przeciwnikami i znacznie szybciej ich pokonają, jednego po drugim. 

Dziewczyna  dotarła  w  końcu  na  skraj  polany,  na  której  niedawno  jej  ojciec  i 

Chewbacca  zainstalowali  przetransportowane  z  Coruscant  nowe  generatory  siłowego  pola. 

Niestety, już pierwszy rzut oka pozwolił jej na wyciągnięcie wniosku, że mimo wrodzonych 

zdolności  do  naprawiania  zepsutych  mechanizmów,  nie  zdoła  przywrócić  sprawności 

zniszczonym urządzeniom. 

Zazwyczaj  wystarczało  coś  przełączyć,  wymienić  uszkodzony  panel  albo  dokonać 

prowizorycznej  naprawy,  by  urządzenie  przynajmniej  przez  pewien  czas  funkcjonowało 

prawidłowo.  Tym  razem  jednak  sytuacja  wyglądała  o  wiele  poważniej.  Imperialny 

sabotażysta posłużył się termicznymi detonatorami, za pomocą których wysadził w powietrze 

zasilacze  generatorów  i  w  ten  sposób  zniszczył  całą  stację  dostarczającą  energii  siłowemu 

polu.  Wszystko  zamieniło  się  w  stos  stopionego  metalu  i  dymiących  szczątków.  Żadna 

prowizoryczna naprawa nie mogła zmusić urządzeń do ponownej pracy. 

Jaina spoglądała na generatory wszakże tylko przez krótką chwilę. Spostrzegła coś, co 

zaparło jej dech w piersi. 

Na  polanie  spoczywał  imperialny  myśliwiec  typu  TIE.  Maszyna  sprawiała  wrażenie 

nie uszkodzonej. 

Od  czasu,  kiedy  Chewbacca  podarował  Lowiemu  mały  śmigacz  typu  T-23  zwany 

gwiezdnym skoczkiem, Jaina marzyła o tym, aby także latać własnym powietrznym statkiem. 

background image

Chęć spełnienia tego marzenia stanowiła zresztą główny bodziec, skłaniający ją do działania. 

To  właśnie  dlatego  postanowiła  naprawić  pogruchotaną  maszynę  typu  TIE,  którą  młodzi 

rycerze Jedi znaleźli kiedyś w ostępach dżungli... Myśliwiec, należący do Qorla. 

Dziewczyna  stała  jak  sparaliżowana,  ogarnięta  zachwytem  i  podnieceniem.  Nie 

słyszała niczego, jeżeli nie liczyć stłumionych odgłosów walki toczącej się w głębi dżungli, a 

także odległych okrzyków i grzmotów blasterowych strzałów, dolatujących z okolic wielkiej 

świątyni. 

Odpięła  rękojeść  świetlnego  miecza  i  przycisnęła  guzik,  żeby  włączyć  zasilanie.  Z 

cylindrycznej obudowy wysunęła się świetlista klinga, płonąca jaskrawofioletowym blaskiem. 

Dziewczyna zaczęła się skradać w stronę nieruchomej maszyny. Była gotowa stanąć w każdej 

chwili do walki, gdyby z zarośli wyszedł nagle pilot myśliwca typu TIE, uzbrojony w blaster. 

Jaina  nie  wyczuwała  jednak  w  gąszczach  niczyjej  obecności.  Żadne  dźwięki  nie świadczyły 

również o tym, by ktokolwiek przebywał w kabinie maszyny. 

- Halo? - zawołała. - Lepiej się poddaj, jeżeli jesteś imperialnym pilotem! - Odczekała 

chwilę, a później, nie bardzo wiedząc, co robić, dodała: - Hej, czy jest tam ktoś w środku? 

Jedyną  odpowiedzią,  jaką  usłyszała,  był  szmer  liści  drzew  i  krzewów  rosnących  w 

dżungli. 

Skradając  się  przez  cały  czas  w  stronę  maszyny,  dziewczyna  w  końcu  pozwoliła,  by 

górę  nad  ostrożnością  wzięła  chęć  obejrzenia  znaleziska.  Podbiegła  do  opuszczonego 

myśliwca,  który z  bliska  wyglądał  groźnie  i  ponuro.  Zwróciła  uwagę  na  kabinę  zawieszoną 

między  dwoma  sześciokątnymi  płaskimi  panelami  ogniw  energetycznych,  bliźniacze  silniki 

jonowe,  stanowiące  napęd  maszyny  typu  TIE  podczas  lotów  w  przestworzach,  i  gniazda 

śmiercionośnych laserowych działek. 

Przez  głowę  Jainy  przelatywały  z  szybkością  błyskawicy  różne  myśli.  Dziewczyna 

zastanawiała  się  nad  tym,  co  mogłaby  zrobić,  gdyby  znalazła  się  za  sterami.  Jeśliby 

wystartowała  i  przyłączyła  się  do  innych  krążących  nad  wielką  świątynią  i  okolicą 

imperialnych  maszyn,  zapewne  ani  jeden  pilot  Akademii  Ciemnej  Strony  nie  powziąłby 

najmniejszych  podejrzeń  ani  nawet  nie  zwrócił  na  nią  uwagi.  Mogłaby  przeniknąć  do  ich 

szyku,  a  żaden  nie  zorientowałby  się,  że  w  rzeczywistości  jest  wrogiem...  dopóki  nie 

zaczęłaby strzelać. 

Dziewczyna  wyłączyła  świetlny  miecz,  otworzyła  zamek  owiewki  i  cichaczem 

wspięła się do kabiny. Poznała, jak funkcjonują urządzenia sterownicze myśliwca typu TIE, 

kiedy  przy  pomocy  przyjaciół  naprawiała  należącą  do  pilota  Qorla  uszkodzoną  imperialną 

maszynę. Wiedziała, do czego służą umieszczone na pulpicie sterowniczym guziki, i potrafiła 

background image

włączyć  zasilanie  wszystkich  podsystemów  i  podzespołów.  I  mimo  iż  skazany  na 

zapomnienie stary pilot odleciał, zanim miała szansę wystartować i odbyć chociażby próbny 

lot, Jaina była przekonana, że da sobie radę z pilotowaniem. 

Usadowiła  się  w  fotelu  pilota,  mimochodem  zwracając  uwagę  na  unoszącą  się  w 

kabinie  kwaśną  woń  potu  i  odór  zastarzałych  smarów.  Przypomniała  sobie,  że  Imperium 

nigdy nie troszczyło się o usuwanie nieprzyjemnych zapachów. Obok niewielkiej konsolety, 

zawierającej  urządzenia  do  regenerowania  powietrza,  wisiała  rezerwowa  maska  tlenowa. 

Kiedy Jaina zatrzasnęła owiewkę kabiny, poczuła się, jakby siedziała zamknięta w ochronnej 

muszli.  Nie  bardzo  mogła  się  poruszyć,  ale  za  to  miała  wszystkie  urządzenia  kontrolne  i 

sterujące  w  zasięgu  palców.  Przez  segmentowany  transpastalowy  iluminator  mogła 

obserwować, co dzieje się na zewnątrz maszyny. 

Znalazła  włącznik  zasilania  i  nie  wahając  się  ani  chwili,  przestawiła  dźwigienkę. 

Poczuła,  jak  silniki  pomrukując  obudziły  się  do  życia.  Baterie  zaczęły  się  ładować,  a 

urządzenia,  jedno  po  drugim,  zgłaszały  gotowość  do  pracy.  Na  otaczających  dziewczynę 

pulpitach  kontrolnych  i  tablicach  rozjarzyły  się  i  zamrugały  setki różnobarwnych  lampek. 

Jaina  zaczerpnęła  głęboki  haust  powietrza,  zapięła  sprzączki  pasów  bezpieczeństwa  i 

chwyciła dźwignie sterownicze. 

-  Wszystkie  systemy  gotowe  do  startu  -  szepnęła  do  siebie,  lekko  się  uśmiechając. 

Spojrzała  w  niebo,  starając  się  dostrzec  na  nim  czarne  punkciki  innych  nieprzyjacielskich 

maszyn. - No, dobrze, piloci imperialnych myśliwców typu TIE - dodała. - Przygotujcie się, 

bo już niedługo będziecie mieli towarzystwo! 

Pociągnęła za dźwignię i maszyna łagodnie oderwała się od ziemi. Kiedy znalazła się 

na  wysokości  wierzchołków  drzew,  Jaina  poczuła,  że  ogarnia  ją uniesienie.  Cieszyła  się,  że 

leci. Odnosiła jednak wrażenie, że we wnętrzu kabiny panuje niewiarygodna cisza, dopóki nie 

uświadomiła  sobie,  że  bardziej  hałaśliwe  silniki  startowe  umilkły  po  wykonaniu  zadania. 

Zorientowała się także, że jej maszyna typu TIE leci tak cicho, ponieważ silniki wykorzystują 

jedynie  ułamek  mocy.  A  więc  to  dlatego  nieprzyjacielski  pilot  mógł  prześlizgnąć  się  pod 

krawędzią  ochronnego  pola,  nie  zauważony  przez  nikogo!  Jaina  nie  miała  najmniejszych 

wątpliwości,  że  wszystkie  urządzenia  i  podzespoły  myśliwca  funkcjonują  prawidłowo,  a 

komandos  Akademii  Ciemnej  Strony  przeleciał  cichaczem,  ponieważ  bliźniacze  silniki 

jonowe jego maszyny nie wydawały charakterystycznego skowytu. 

No,  dobrze  -  pomyślała  Jaina.  Ona  także  potrafi  zachowywać  się  cicho  i  śmiertelnie 

skutecznie.  Wzleciała  jeszcze  wyżej,  po  czym  rozejrzała  się  po  najbliższej  okolicy, 

wypatrując celów. Później wystrzeliła w przestrzeń jak wyrzucona z katapulty, nie przestając 

background image

zachwycać się faktem, że leci. Dziewicza dżungla w dole zamieniła się w rozmazaną zieloną 

plamę, upstrzoną brązowymi cętkami gałęzi i konarów. 

W  górze  ujrzała  sześć  imperialnych  maszyn  typu  TIE,  lecących  w  luźnym  szyku  i 

ostrzeliwujących  drzewa  w  dżungli,  pozostałości  świątyń,  a  nawet  miejsca,  które  nigdy  nie 

były  wykorzystywane  w  procesie  kształcenia  młodych  rycerzy  Jedi.  Na  przykład  Pałac 

Wełnolamandrów  -  ogromna  świątynia,  po  której  pozostały  same  ruiny  -  był  raz  po  raz 

smagany sztychami oślepiająco jasnych błyskawic, wyskakujących z luf laserowych działek, 

mimo  iż  Jaina  nie  pamiętała,  aby  pośród  rumowisk  przebywali  kiedykolwiek  jacyś  młodzi 

rycerze. 

Włączyła  odbiornik  komunikatora  i  zaczęła  się  wsłuchiwać  w  chrapliwe  głosy 

imperialnych  pilotów.  Napastnicy,  nie  zaprzątając  sobie  głów  koniecznością  zachowywania 

ciszy w eterze, rozmawiali na temat szczegółów planu ataku albo wskazywali kolegom nowe 

cele.  Czasami  także  wymieniali  uwagi  na  temat  biegnących  uczniów  Jedi,  usiłujących  się 

ukryć pod rozłożystymi gałęziami ogromnych drzew Massassów. 

Jaina  nie  włączała  jednak  zasilania  mikrofonu  własnego  nadajnika.  Dołączyła  do 

szyku  innych  myśliwców  typu  TIE,  ale  trzymała  się  na  samym  końcu.  W  pewnej  chwili 

usłyszała,  że  piloci  meldują  dowódcy  grupy,  iż  ją  zauważyli.  Nie  zamierzała  wzbudzać  ich 

podejrzeń,  jakie  z  pewnością  by  powzięli,  gdyby  usłyszeli  w  głośnikach  dziewczęcy  głosik. 

Jedynie  kilkakrotnym  włączeniem  i  wyłączeniem  mikrofonu  potwierdziła  fakt,  że  usłyszała 

ich meldunek. 

A później przesłała energię do systemów uzbrojenia. 

Usłyszała, że jeden z imperialnych pilotów powiedział: 

-  Wystarczy  dzisiaj  celów  dla  wszystkich.  Spróbujmy  narobić  jak  najwięcej 

zamieszania. 

Przygryzła dolną wargę i kiwnęła głową. 

- Tak - mruknęła do siebie. - Spróbujmy narobić jak najwięcej zamieszania. 

Przymknęła  oczy  i  skupiła  się,  pragnąc  poczuć  energię  przepływającej  przez  nią 

Mocy.  Mimo  iż  miała  do  dyspozycji  wiele  czujników  i  przyrządów  zainstalowanych  na 

pokładzie  myśliwca  TIE,  nic  nie  mogło  dorównać  wyostrzonym  zmysłom  Jedi.  Dziewczyna 

chciała  posłużyć  się  nimi,  by  zwiększyć  szybkość  i  precyzję  swoich  ruchów.  Musiała 

błyskawicznie  mierzyć  do  celu  i  strzelać,  i  znów  mierzyć,  i  znów  strzelać...  Miała  tylko  tę 

jedną szansę, jaką dawało zaskoczenie napastników, i zamierzała ją jak najlepiej wykorzystać. 

Chwyciła dźwignię spustową broni i skupiła spojrzenie na mechanizmie celowniczym. 

Wyrównała lot maszyny i leciała w pewnej odległości za imperialnymi myśliwcami. Musiała 

background image

unieszkodliwiać je za pomocą jednego strzału. Nie mogła ryzykować kilkakrotnego mierzenia 

do  tego  samego  celu,  ponieważ  kiedy  otworzy  ogień  do  niczego  nie  podejrzewających 

imperialnych pilotów, ich koledzy nie będą tym zachwyceni. 

Postanowiła  brać  na  cel  najbardziej  wrażliwe  miejsca  każdej  maszyny:  silniki  i 

wsporniki,  które  łączyły  je  z  zawierającymi  energetyczne  ogniwa  płaskimi  panelami. 

Spodziewała się, że kiedy zacznie strzelać, pozostałe imperialne myśliwce złamią szyk i pójdą 

w rozsypkę, po czym ukażą jej płaszczyzny ogniw. Wówczas zacznie mierzyć do ogromnych 

sześciokątnych płyt... dużych celów, do jakich z pewnością nie chybi. 

Zaczęła  odliczać  w  myślach,  kierując  lufy  laserowych  działek  ku  najbliższej 

maszynie. Na co jeszcze czekam? - zapytała siebie. 

Zacisnęła  zęby,  aż  zgrzytnęły,  a  później  wypuściła  krótką  błyskawicę.  W  następnej 

sekundzie obróciła lufę działka chyba tak szybko, jak leci gwiezdny statek w nadprzestrzeni, 

żeby wziąć na cel drugą maszynę TIE. Zanim następna ognista nitka trafiła w przytwierdzony 

do  kabiny  cienki  wspornik  i  oderwała  płaski  panel  z  ogniwami,  pierwszy  myśliwiec  TIE 

zanurkował i koziołkując w locie, zaczął opadać ku zielonemu baldachimowi liści. 

Jaina  posłała  następną  błyskawicę,  mierząc  w  rufowy  wspornik  drugiej  maszyny. 

Nieprzyjacielski myśliwiec TIE eksplodował tuż przed transpastalowym iluminatorem statku 

Jainy.  Dziewczyna  była  pewna,  że  zostałaby  oślepiona,  gdyby  w  tym  samym  ułamku 

sekundy,  jakby  przeczuwając,  że  imperialny  myśliwiec  zamieni  się  w  ognistą  kulę,  nie 

odwróciła  spojrzenia  w  inną  stronę.  Po  krótkiej  chwili,  kiedy  skierowała  lufy  działek  ku 

trzeciemu  celowi,  usłyszała  w  odbiorniku  komunikatora  krzyki  ogarniętych  paniką, 

przerażonych  i  zdezorientowanych  imperialnych  pilotów.  Jak  przewidywała,  pozostałe 

maszyny złamały szyk i poleciały w różne strony. 

Zrozumiała, że nie ma ani chwili do stracenia. 

Trzeci  myśliwiec  typu TIE,  zataczając  szeroki  łuk,  zwrócił się  bokiem  do  niej. Jaina 

wykorzystała  nadarzającą  się  okazję  i  przejechała  ognistą  nitką  po  powierzchni  panelu. 

Sześciokątna  płyta  oderwała  się  i  zahaczyła  krawędzią  o  segment  iluminatora.  Trzecia 

imperialna maszyna wpadła w korkociąg i roztrzaskała się o konary drzew rosnących w dole, 

ale tymczasem trzy pozostałe myśliwce zawróciły i skierowały się ku statkowi Jainy. 

Dziewczyna  zamrugała,  oślepiona  blaskiem  laserowych  błyskawic,  jakie  wyskoczyły 

z luf ich działek i przeleciały obok kabiny. Wprowadziła swój myśliwiec TIE w kontrolowany 

korkociąg.  Posługując  się  Mocą,  przeczuwała,  którędy  mogą  przelecieć  następne  nitki. 

Pamiętała,  że  w  podobny  sposób  postępował  wujek  Luke,  ustawiając  ostrze  świetlnego 

miecza tak, aby odbijać na boki nadlatujące blasterowe błyskawice. Jaina kierowała maszynę 

background image

raz w lewo, raz w prawo. Czasami wyrównywała lot, by po sekundzie znów zanurkować. W 

pewnej  chwili  nadała  myśliwcowi  największą  możliwą  prędkość  i  zaczęła  oddalać  się  od 

miejsca walki. 

Piloci trzech pozostałych imperialnych myśliwców puścili się jednak w pogoń niczym 

psy gończe za ofiarą. Nieustannie zasypywali maszynę. Jainy seriami laserowych błyskawic. 

Postanowili  zignorować  różne  naziemne  cele,  dotychczas  nękane  przez  nich  strzałami  z 

laserowych  działek.  Skupili  uwagę  na  pojedynczym  celu,  zdrajcy,  który  w  tajemniczych 

okolicznościach przeniknął do ich eskadry. 

Jaina  wymykała  się im,  jak  umiała, i  pragnąc  uniknąć trafienia, raz  po  raz zmieniała 

kierunek  lotu.  Już  dawno  opuściło  ją  uniesienie,  jakie  odczuwała  na  początku  walki. 

Dziewczyna  żałowała,  że  kierując  się  impulsem  chwili,  postanowiła  zaatakować  imperialne 

maszyny. Śmigała nad falującym oceanem liści, starając się uciec zaciekłym prześladowcom. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

W  otaczającej  wielką  świątynię  cienistej  dżungli  Luke  Skywalker  i  niemal  wszyscy 

jego  uczniowie  Jedi  czuli  się  jak  w  domu.  Mimo  szalejącej  wokół  nich  bitwy,  toczonej 

między siłami światłości i ciemności - a może właśnie z powodu tej bitwy - na myśl o tym, że 

przebywa  w  leśnej  głuszy,  mistrza  Jedi  ogarnął  wielki  spokój.  Dziewicza  dżungla  stanowiła 

ostoję milionów żyjących zwierząt i roślin, a zatem była przesycona energią Mocy, wiążącą 

wszystko, co żyło we wszechświecie. 

Luke  Skywalker  sięgnął  ręką  do  pasa,  by  przekonać  się,  czy  nie  zgubił  świetlnego 

miecza.  Kiedy  stwierdził,  że  rękojeść  jest  nadal  przyczepiona,  jak  zwykle,  obok 

miniaturowego komunikatora, postanowił zaczerpnąć energii Mocy. Skupił ją i pozwolił, żeby 

przepłynęła  przez  jego  ciało  i  powiadomiła  go  o  wszystkich  walkach,  jakie  toczyły  się  w 

otaczającej dżungli. 

Uświadomił  sobie,  że  odbiera  emocje  swoich  uczniów.  Zaczął  wysyłać  wici  Mocy, 

żeby  pokrzepić  jednego  na  duchu  i  umocnić  wiarę  w  jego  umiejętności,  ostrzec  drugiego 

przed  grożącym  mu  niebezpieczeństwem  związanym  z  niespodziewanym  atakiem,  czy 

zachęcić do dalszej walki trzeciego, którego z wolna zaczynało ogarniać zniechęcenie. 

Nagle  jakaś  laserowa  błyskawica,  wystrzelona  z  lufy  działka  śmigającego  nad 

drzewami  myśliwca  typu  TIE,  przeleciała  między  gałęziami  pobliskich  drzew  i  wznieciła 

mały  pożar,  zapalając  zeschnięte  krzaki.  Luke  musiał  ukryć  się  w  zaroślach,  żeby  nie  za-

krztusić się gryzącym siwym dymem, buchającym z płonących roślin. 

Uwolnił  myśli,  starając  się  dotrzeć  nimi  do  punktu,  gdzie  toczyły  się  najbardziej 

zacięte  walki.  Chciał  odnaleźć  miejsce,  w  którym  jego  pomoc  mogłaby  się  najbardziej 

przydać.  Przed  dwudziestu  kilku  laty,  kiedy  Gwiazda  Śmierci  majaczyła  nad  porośniętym 

dżunglą małym księżycem, doskonale wiedział, co ma robić. Superlaser imperialnej bojowej 

stacji  mógł  zamieniać  całe  planety  w  ruiny  i  zgliszcza.  Młody  Luke  nie  miał  wówczas 

najmniejszych wątpliwości, że potężna broń Imperium musi zostać zniszczona. Mając Moc za 

sprzymierzeńca, dokonał tej sztuki. 

Obecna  bitwa  różniła  się  jednak  od  tamtej  pod  tym  względem,  że  nie  miał  na  czym 

skupić  myśli.  Tym  razem  Akademia  Ciemnej  Strony  nie  dysponowała  żadną  śmiercionośną 

superbronią, którą powinien unieszkodliwić. Wysyłane w przestworza sygnały akademii Jedi 

były  zakłócane,  a  imperialny  sabotażysta  zniszczył  generatory  ochronnego  siłowego  pola. 

Artoo-Detoo  i  „Ścigacz  Cieni”  zostali  uwięzieni  w  hangarze  wielkiej  świątyni,  a  więc  Luke 

background image

nie  mógł  nawet  polecieć  na  orbitę,  aby  stoczyć  walkę  na  pokładzie  imperialnej  gwiezdnej 

stacji. 

Szturmem  oddziałów  lądowych  kierowała  Tamith  Kai,  złowieszcza  Siostra  Nocy. 

Wiedźma  przebywała  na  pokładzie  gigantycznej  szturmowej  platformy,  unoszącej  się  nad 

wierzchołkami  drzew  w  odległości  zaledwie  kilku  kilometrów  od  ogromnej  piramidy.  Luke 

wyczuwał jednak, że atak oddziałów naziemnych i myśliwców Akademii Ciemnej Strony ma 

na celu jedynie nękanie garstki jego uczniów. 

Piloci  maszyn  typu  TIE  skupiali  się  na  atakowaniu  wielkiej  świątyni,  ale  oddziały 

lądowe  i  Ciemni  Jedi  zostali  wysłani  do  walki  przeciwko  uczniom  Luke’a  z  zadaniem 

toczenia  z  nimi  pojedynków.  Możliwe,  że  gdyby  dowódcy  Akademii  Ciemnej  Strony 

zdecydowali  się  zastosować  inną  taktykę  walki,  pokonaliby  przeciwników  o  wiele  łatwiej  i 

szybciej.  Uważny  obserwator  mógłby  nawet  odnieść  wrażenie,  że  Brakiss  chce,  żeby 

zwycięstwo przyszło z wielkim trudem. 

Luke  wiedział,  że  właśnie  w  tym  musi  kryć  się  odpowiedź  na  pytanie,  jak  pokonać 

wojowników mistrza Ciemnych Jedi. 

Nagle z głośnika miniaturowego komunikatora wydobył się donośny pisk, świadczący 

zazwyczaj o pojawieniu się ważnej wiadomości. Mistrz Jedi poczuł, że ogarnia go zdumienie. 

Uczniowie  jego  akademii  rzadko  posługiwali  się  komunikatorami,  ale  Skywalker  nie 

rozstawał  się  z  urządzeniem.  Pragnął,  żeby  zwłaszcza teraz,  kiedy  młodzi  rycerze  Jedi 

przeżywali  trudne  chwile,  mogli  porozumieć  się  z  nim  jak  najszybciej,  gdyby  musieli 

przekazać  jakąś  ważną  informację.  Mimo  iż  łącznościowcy  Akademii  Ciemnej  Strony 

zagłuszali  wysyłane  z  terenu  wielkiej  świątyni  dalekosiężne  sygnały,  Artoo-Detoo  mógł 

porozumiewać się z mistrzem Jedi bez trudu. 

Luke przycisnął guzik i włączył urządzenie. 

-  Pozostań  tam,  gdzie  jesteś,  Artoo  -  powiedział.  -  Uwolnimy  cię,  kiedy  tylko  bitwa 

dobiegnie końca. 

Zanim  jednak  zdołał  dodać  coś  więcej,  w  odbiorniku  miniaturowego  urządzenia 

rozległ się głęboki głos jakiegoś mężczyzny. 

- ...znaczona dla Luke’a Skywalkera. Powtarzam: ta wiadomość jest przeznaczona dla 

Luke’a Skywalkera. Jeżeli ktoś mnie słyszy, proszę natychmiast o odpowiedź. 

Luke przez chwilę wpatrywał się w małe pudełko, jakby nie mógł uwierzyć własnym 

uszom. Dopiero po chwili ocknął się i zapytał: 

- Kto mówi? 

Zanim  poznał  odpowiedź  na  to  pytanie,  zmysły  Jedi  pozwoliły  mu  zorientować  się, 

background image

kim jest jego rozmówca. 

-  Możesz  nazywać  mnie  mistrzem  Brakissem  -  odezwał  się  mężczyzna.  -  Powiedz 

swojemu  nauczycielowi,  że  przekazuję  tę  wiadomość  na  wszystkich  kanałach.  Z  pewnością 

zechce ze mną porozmawiać. 

-  Tu  mówi  Luke  Skywalker - odpowiedział mistrz Jedi. - Jeżeli masz dla mnie  jakąś 

wiadomość, możesz j ą przekazać. 

Czuł  ból  serca,  które  chyba  zaczęło  obijać  się  o  żebra.  Uświadomił  sobie  jednak,  że 

przenika je zdumienie, a nie trwoga. 

W odbiorniku komunikatora zabrzmiał szczery, chociaż cichy chichot. 

-  No  cóż,  mój  stary  nauczycielu...  -  zaczął  Brakiss.  -  Kiedyś  nazywałem  ciebie 

mistrzem. Naprawdę cieszę się, że cię znów słyszę. 

- Czego chcesz ode mnie, Brakissie? - zapytał rzeczowo Skywalker. 

- Spotkać się z tobą - odparł równie rzeczowo naczelnik Akademii Ciemnej Strony. - 

Tylko z tobą. Sam na sam.  Na neutralnym terenie. Jak równy z równym. Kiedy ostatnio się 

widzieliśmy,  przybyłeś  do  mojej  uczelni,  by  uwolnić  trójkę  smarkaczy  Jedi.  Nie  mieliśmy 

wówczas okazji dokończenia naszej... rozmowy. 

Luke przez chwilę milczał, zastanawiając się nad otrzymaną propozycją. Spotkanie z 

Brakissem?  Może  właśnie  w  tym  krył  się  klucz  do  rozwiązania  problemu,  nad  którym  tak 

długo się głowił. Mimo wszystko, cóż mogło mieć istotniejsze znaczenie dla przebiegu walki 

niż spotkanie z naczelnikiem Akademii Ciemnej Strony? Gdyby Luke potrafił przemówić mu 

do  rozumu  i  przekonać,  aby  przestał  kroczyć  ścieżkami  ciemnej  strony,  może  zdołałby 

wygrać tę walkę, zanim zginie zbyt wiele istot ludzkich. 

- Gdzie, Brakissie? - zapytał. - O jakim neutralnym miejscu myślałeś, kiedy składałeś 

mi tę propozycję? 

-  Przypuszczam,  że  w  tej  chwili  nie  może  być  mowy  ani  o  mojej,  ani  o  twojej 

akademii - odparł Brakiss. 

- Zgadzam się z tobą. 

- A zatem niech to będzie miejsce, znajdujące się z daleka od terenu walki. Może na 

przeciwległym  brzegu  rzeki,  w  Świątyni  Niebieskiego  Liścia?  Pamiętaj  jednak  o  tym,  że 

musisz przybyć sam. 

-  A  ty  przybędziesz  sam?  -  zapytał  Skywalker.  Brakiss  wybuchnął  serdecznym 

śmiechem. 

-  Oczywiście.  Nie  potrzebuję,  by  ktokolwiek  wspierał  mnie  albo  bronił.  Mam 

nadzieję, że dotrzymasz danego słowa. 

background image

Luke odczekał chwilę, by upewnić się, że naprawdę Moc kieruje jego poczynaniami. I 

on, i Brakiss potrafili tak precyzyjnie władać Mocą, że każdy z nich wyczułby, gdyby drugi 

żywił jakieś niecne zamiary. 

- Niech będzie, jak chcesz, Brakissie - odezwał się w końcu. - Spotkam się tam z tobą. 

Przyjdę sam, a wówczas załatwimy nasze sprawy. Raz na zawsze. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

- Hej, to wcale nie było takie trudne - odezwał się uradowany Jacen. 

Pochylił się do przodu, ale nie wstał z fotela drugiego pilota. Krzesło zaskrzypiało, a 

w  niezliczonych  pęknięciach  i  szczelinach  oparcia  ukazała  się  wyściółka.  Silniki 

„Piorunochronu”  mruczały,  jęczały  i  krztusiły  się,  ale  w  końcu  towarowy  transportowiec 

wyskoczył ponad warstwy atmosfery. 

-  Musiałeś  to  wykrakać,  prawda,  chłopcze?  -  zapytał  Peckhum,  słysząc  pisk 

alarmowych  sygnałów,  wydobywający  się  z  pulpitu  kontrolnego.  Zbliżały  się 

nieprzyjacielskie  maszyny.  Następne.  - Nadlatują  cztery  imperialne  myśliwce  typu  TIE. 

Wygląda na to, że dopiero wystartowały z hangarów Akademii Ciemnej Strony. 

Jacen  przełknął  ślinę,  przyglądając  się  lecącym  jednostkom  i  zastanawiając  się  nad 

tym, dokąd się skierują. Pokręcił głową. 

-  Och,  blasterowe  błyskawice! -  mruknął.  -  Lepiej  będzie,  jeżeli  wyślemy  ten  sygnał 

alarmowy, zanim zaczną nas ostrzeliwać. W przeciwnym razie pomoc dla akademii Jedi może 

przyjść za późno. 

Peckhum  obdarzył  go  ponurym  spojrzeniem.  Podkrążone,  przekrwione  oczy  starego 

pilota zdradzały, że sytuacja nie wygląda najlepiej. 

- Musisz sam zająć się wysłaniem tego sygnału, Jacenie - powiedział. - Będę bardzo 

zajęty wykonywaniem różnych manewrów i uników. Mam nadzieję, że statek to wytrzyma. - 

Poklepał pulpit kontrolnej konsolety. - Przykro mi, że ci to robię, staruszku, ale nie na darmo 

nazwałem cię „Piorunochronem”. Pokażemy tym imperialnym pilotom, co potrafimy. 

Jacen zaczął oglądać pokrętła i przełączniki przestarzałego, nieznanego komunikatora. 

Nie  miał  pojęcia,  jak  nastawić  odpowiednią  częstotliwość.  Czuł  się  zagubiony.  Żałował,  że 

nie ma przy nim Jainy. To ona była ekspertem, jeżeli chodziło o obsługiwanie i naprawianie 

urządzeń  i  systemów.  Wiedziałaby,  jak  wysłać  sygnał,  żeby  przedarł  się  przez  trzaski  i 

zakłócenia, trajkotanie imperialnych pilotów i warstwę ekranującą, utrudniającą nadawanie. 

Chłopiec  postanowił  w  końcu  wysłać  sygnał,  korzystając  ze  wszystkich  możliwych 

częstotliwości nadajnika i największej mocy, jaką dysponował komunikator. Miał nadzieję, że 

jej pobór nie okaże się na tyle duży, by osłabić energetyczne pola chroniące „Piorunochron” 

przed strzałami nieprzyjacielskich maszyn. 

-  Tu  mówi  Jacen  Solo  -  zaczął,  a  później  kilka  razy  chrząknął.  Nie  miał  pojęcia,  co 

powiedzieć,  ale  doszedł  do  wniosku,  że  szczegóły  i  tak  nie  mają  większego  znaczenia.  - 

background image

Uwaga,  uwaga!  Wzywam  Nową  Republikę.  Znaleźliśmy  się  w  krytycznej  sytuacji.  Mówi 

Jacen  Solo  z  Yavina  Cztery.  Potrzebujemy  natychmiastowej  pomocy.  Jesteśmy  atakowani 

przez myśliwce i żołnierzy Akademii Ciemnej Strony! 

Powtarzam:  imperialne  myśliwce  atakują  akademię  Jedi.  Prosimy  o  natychmiastową 

pomoc.  Nasze  generatory  pól  siłowych  zostały  zniszczone.  W  tej  chwili  toczą  się  walki  na 

lądzie,  a  z  powietrza  atakują  myśliwce  typu  TIE.  Sytuacja  jest  groźna.  Prosimy o 

natychmiastową pomoc.  -  Wyłączył  mikrofon  i  popatrzył  na  Peckhuma.  -  Jak  mi  poszło?  - 

zapytał. 

- Doskonale, chłopcze - odparł stary pilot. 

W  następnej  sekundzie  zmienił  kurs,  a  po  chwili  zanurkował, i  lecąc  po  spirali 

skierował  się  znów  ku  powierzchni  Yavina  Cztery.  W  pobliżu  „Piorunochronu”  śmignęły 

cztery  myśliwce  typu  TIE,  plując  ogniem  z  luf  wszystkich  laserowych  działek.  Jeden  strzał 

rozprysnął  się  na  dolnym  polu  ochronnym  transportowca,  ale  pozostałe  przeleciały  przez 

miejsce,  w  którym  statek  znajdował  się  jeszcze  przed  chwilą.  Poszybowały  w  mroki 

przestworzy, nie powodując żadnych zniszczeń. 

-  Kiedyś,  bardzo  dawno,  byłem  całkiem  niezłym  pilotem  -odezwał  się  Peckhum.  - 

Możliwe, że nadal jestem... Przynajmniej tak uważam. 

Jeden myśliwiec typu TIE odłączył się od pozostałej trójki i zatoczył ciasny łuk. Jego 

pilot zaczął strzelać, nie zawracając sobie głowy celowaniem, wskutek czego w przestworza 

poszybowały następne ogniste błyskawice. 

Peckhum  obniżył  lot  i  wszedł  w  górne  warstwy  atmosfery,  na  skutek  czego  dolna 

część  kadłuba  zaczęła  się  rozgrzewać.  Później  ponownie  wystrzelił  świecą  w  górę,  a  kiedy 

znalazł się nad imperialną maszyną, zatoczył łuk i zawrócił. Tymczasem pilot myśliwca typu 

TIE  nie  dawał  za  wygraną  i  strzelał  bez  przerwy,  powtarzając  każdy  manewr  statku 

Peckhuma.  W  pewnej  chwili  z  pulpitu  sterowniczego  pokiereszowanego  transportowca 

strzeliły snopy iskier. Na konsoletach aparatury diagnostycznej zamrugały czerwone lampki. 

- Hmmm... Peckhumie? - zapytał Jacen. - Co oznaczają te alarmowe światełka? 

- Oznaczają, że nasze ochronne pola słabną. 

Chłopiec  rozejrzał  się  po  sterowni.  Szukał  jakiegoś  komputera  celowniczego  albo 

dźwigni spustowej. 

- Czy twój statek nie jest uzbrojony? 

Peckhum  chrząknął  i  ponownie  skierował  transportowiec  ku  powierzchni  Yavina 

Cztery. 

- To jednostka przystosowana do transportu towarów, chłopcze - przypomniał cicho. - 

background image

Pamiętaj  także  o  tym,  że  najlepsze  dni  ma  już  za  sobą.  Nie  spodziewałem  się,  że  zostanę 

zmuszony  do  wzięcia  udziału  w  walce.  Do  licha,  cieszę  się,  że  przynajmniej  urządzenie 

przyrządzające posiłki w ogóle jeszcze funkcjonuje. 

Pozostałe  trzy  jednostki  imperialnej  eskadry  odleciały,  by  zająć  się  ostrzeliwaniem 

akademii Jedi, ale pilot czwartego myśliwca typu TIE pozostał, ogarnięty tylko jedną myślą. 

Tym  razem  urządzenia  celownicze  jego  maszyny  zdołały  namierzyć  statek  i  większość 

laserowych błyskawic trafiała w kadłub bezbronnego „Piorunochronu”. 

- Ten gość naprawdę chce nas wykończyć - stwierdził ponuro Jacen. 

Peckhum  przyspieszył  jeszcze  bardziej,  przeciążając  silniki  poza  granice 

bezpieczeństwa.  Wysłużony  transportowiec  stęknął  i  zatrzeszczał,  po  czym,  raz  po  raz 

miotany na boki podmuchami wiatru, zaczął pogrążać się w atmosferze. 

Jacen  zachwiał  się  i  omal  nie  spadł  z  siedzenia.  Ponownie  chwycił  mikrofon 

komunikatora. 

-  Tu  mówi  Jacen  Solo.  Znaleźliśmy  się  w  rozpaczliwym  położeniu.  Wzywamy 

pomocy.  Jakiś  myśliwiec  usiłuje  zestrzelić  nasz  transportowiec.  Proszę...  czy  ktoś  nie 

zechciałby nam pomóc? 

Nie przestając manewrować statkiem, Peckhum spojrzał na Jacena kątem oka. 

- Nikt nie przyleci tu tak szybko, żeby zdążyć, chłopcze - powiedział. 

Jacen przypomniał sobie podobnie beznadziejną sytuacje., w jakiej znalazł się kiedyś 

jego wujek. Luke Skywalker leciał wówczas wąskim korytarzem, starając się trafić protonową 

torpedą w niewielki otwór wentylacyjnego szybu Gwiazdy Śmierci. Jego X-skrzydłowiec był 

namierzany  przez  aparaturę  celowniczą  maszyny  Dartha  Vadera,  a  Luke  nie  potrafił  zgubić 

ścigających  go  myśliwców  typu  TIE  i  maszyn  przechwytujących.  Wówczas  także  sytuacja 

wyglądała niewesoło... a jednak ojciec Jacena, Han Solo, pojawił się jakby znikąd i pomógł 

wujowi wykonać zadanie. 

Tym  razem  Jacen  wiedział  jednak,  że  ojca  nie  ma  nigdzie  w  pobliżu,  a  nie  potrafił 

sobie  wyobrazić,  by  ktoś  nieoczekiwany  wyskoczył  z  nadprzestrzeni,  żeby  wziąć  udział  w 

walce i zatroszczyć się o nieprzyjacielską maszynę. Nie mógł liczyć na to, że będzie miał tyle 

szczęścia. 

W odbiorniku komunikatora rozległy się szumy i trzaski zakłóceń, po których odezwał 

się czyjś triumfujący, gburowaty głos. Niestety, nie należał do osoby spieszącej na ratunek. 

-  Proszę,  proszę...  Jacen  Solo!  Jeden  z  tych  nieznośnych  smarkaczy  Jedi,  na  których 

natknęliśmy się na najniższych poziomach Coruscant! Pamiętasz mnie? Nazywam się Norys. 

Byłem 

niegdyś 

przywódcą 

gangu 

Zagubionych. 

Kiedyś 

ukradłeś 

nam 

jajo 

background image

jastrzębionietoperza. Najwyższy czas, żebyśmy wyrównali nasze porachunki. Ha! 

Jacen  poczuł  zimny  dreszcz,  jaki  przewędrował  wzdłuż  kręgosłupa.  Rzeczywiście, 

pamiętał  barczystego  zawadiakę,  który  uwielbiał  niszczyć  wszystko,  czego  dotknął. 

Tymczasem Norys ciągnął: 

-  Twój  kolega,  ten  mały  śmieciarz  Zekk,  postanowił  przejść  na  służbę  Drugiego 

Imperium,  ale  ty  dokonałeś  niewłaściwego  wyboru.  Chciałem  tylko,  żebyś  wiedział,  kto  za 

chwilę zamieni twoją balię w bryłę żużlu. 

-  No  cóż,  dobrze,  że  znalazł  trochę  czasu,  aby  z  nami  pogawędzić  -  odezwał  się 

Peckhum. Mimo iż nie przestawał zmagać się ze sterowniczymi dźwigniami, nie był w stanie 

manewrować transportowcem w taki sposób, by unikać strzałów Norysa. Wykorzystywał cały 

talent,  żeby  zapobiec  wpadnięciu  „Piorunochronu” w  nie  kontrolowany  lot  nurkowy,  który 

zakończyłby  się  roztrzaskaniem  o  powierzchnię  księżyca.  -  Nie  sądzę,  by  zostało  nam  dużo 

czasu,  ale  jestem  pewien,  że  ten  chłopak  nie  darowałby  sobie  do  końca  życia,  gdyby 

unicestwił mój statek, zanim powie kilka słów na pożegnanie. 

Z  silników  „Piorunochronu”  zaczęły  się  wydobywać  kłęby  dymu.  Na  kontrolnych 

pulpitach  rozjarzyły  się  następne  alarmowe  lampki.  Tymczasem  pilotowany  przez  Norysa 

myśliwiec typu TIE nie przestawał pluć świetlistymi nitkami. Laserowe błyskawice raz po raz 

trafiały w powgniatany kadłub, jakby starały się rozerwać go na strzępy. 

Jacen  popatrzył  na  komunikator,  ale  doszedł  do  wniosku,  że  wysyłanie  kolejnego 

sygnału alarmowego chyba na nic by się nie zdało. 

Wierzchołki rosnących w dżungli drzew śmigały pod kadłubem transportowca. Jacen, 

nie potrafiąc opanować ogarniającej go paniki, rozejrzał się w prawo i w lewo. 

- Chyba to nie jest właściwa chwila, żeby opowiedzieć jakiś dowcip? - zapytał. 

Peckhum pokręcił głową. 

- Nie bardzo mi teraz do śmiechu, chłopcze - odparł cicho. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Grube konary i gałęzie drzew rosnących w wilgotnym, cienistym lesie otaczały Zekka 

ze wszystkich stron; niemal go przytłaczały. Przypominały mu mroczne podziemia Coruscant, 

w których spędził kiedyś tyle czasu. Powoli zaczynał się czuć jak w domu. 

Posługując  się  repulsorowymi  plecakami,  Najciemniejszy  Rycerz  i  grupa  Ciemnych 

Jedi  opadli  z  nieba.  Po  kilku  chwilach  odpoczynku,  jakie  spędzili  na  wierzchołkach  drzew, 

utorowali sobie drogę na najniższy poziom. Kiedy pierwsi wojownicy Brakissa znaleźli się na 

ziemi,  rozproszyli  się  po  dżungli,  by  odnaleźć  i  otoczyć  uciekających  uczniów  Jedi.  Chcieli 

pokonać  przeciwników,  których  mistrz  Skywalker  indoktrynował  tak  długo,  aż  przyswoili 

sobie filozofię życia, wyznawaną przez Rebeliantów. 

Zekk  nie  bardzo  znał  się  na  polityce.  Orientował  się  tylko,  kim  są  jego  przyjaciele  i 

podwładni.  Wiedział  także,  kogo  powinien  uważać  za  zdrajcę.  Miał  tu  na  myśli  przede 

wszystkim  Jacena  i  Jainę...  a  zwłaszcza  Jainę.  Kiedyś  myślał,  że  może  traktować  ją  jak 

przyjaciółkę.  Niczego  przed  nianie  ukrywał.  Dopiero  później,  kiedy  Brakiss  wszystko  mu 

wyjaśnił,  Zekk  zrozumiał,  co  naprawdę  myśli  o  nim  Jaina.  Dziewczyna  zbyt  pochopnie 

osądziła, że nie dysponuje on żadnym talentem Jedi i nie może się równać ani z nią, ani z jej 

szlachetnie urodzonym braciszkiem, Jacenem. Młodzieniec wykazał jednak, że jest wrażliwy 

na  oddziaływanie  Mocy.  Udowodnił,  że  potrafi  się  nią  posługiwać  może  nie  gorzej  niż 

którekolwiek z bliźniąt. 

Mimo  to  miał  nadzieję,  że  żadne  nie  zechce  stanąć  z  nim  do  walki.  W  przeciwnym 

razie  musiałby  zademonstrować  im  własną potęgę  i  udowodnić,  że  dochowuje  lojalności 

Drugiemu Imperium. Pamiętał pierwszą poważną próbę, jaką przeszedł, walcząc z ulubionym 

uczniem Tamith Kai, Vilasem. Próbę, którą zarozumiały młody mężczyzna przypłacił życiem. 

Uniósł głowę i przekonał się, że jeden z jego Ciemnych Jedi zaplątał się w gałęzie na 

wierzchołku jakiegoś drzewa. Przyglądał się, jak jego podwładny wyciągnął świetlny miecz i 

machając nim w prawo i w lewo, odciął konary uniemożliwiające zejście na niższy poziom. 

Nagle  względną  ciszę  dżungli  zakłócił  piekielny  skowyt.  Nad  głowami  całej  grupy 

przeleciała  eskadra  myśliwców  typu  TIE,  zawzięcie  ostrzeliwująca  jakieś  naziemne  cele. 

Większość  Ciemnych  Jedi  rozproszyła  się  i  zaczęła  przeszukiwać  chaszcze.  Zekk  przywołał 

trzech  wojowników  ciemnej  strony,  którzy  znajdowali  się  najbliżej.  Wszyscy  czterej,  z 

głośnym  trzaskiem  przedzierając  się  przez  gąszcze  zarośli,  zaczęli  przeczesywać  dziewiczą 

dżunglę. 

background image

Po  jakimś  czasie  dotarli  do  brzegu  szerokiej  rzeki,  powoli  toczącej  brązowozielone 

wody. Drobne fale pluskały, omywając brzeg i poruszając łodygami częściowo zanurzonych 

paproci. W dole rzeki, trochę bliżej ruin wysokiej świątyni Massassów, unosiła się szturmowa 

platforma, dowodzona przez złowrogą Siostrę Nocy. 

Zekk przystanął na brzegu rzeki obok trójki podkomendnych. Ciemni Jedi wymienili 

spojrzenia i wymownie  popatrzyli w niebo. Dobrze wiedząc, o czym  myślą, Najciemniejszy 

Rycerz kiwnął głową. 

-  Tak  -  powiedział.  -  Wywołajmy  burzę.  Spowodujmy,  że  zerwie  się  wichura,  która 

powali wszystkie drzewa i wykurzy z kryjówek tych tchórzliwych Jedi. 

Zerknął  na  bezchmurne  błękitne  niebo,  po  czym  zajrzał  w  otchłań  własnego  serca. 

Znalazł drzemiący w nim cień gniewu, odzwierciedlającego cały ból i wszystkie upokorzenia 

i  krzywdy,  jakich  doznał  w  życiu.  Wiedział,  jak  posługiwać  się  gniewem,  aby  stał  się  jego 

narzędziem  albo  bronią.  Zaczął  się  skupiać  i  ściągać  ku  sobie  masy  powietrza.  Wyczuł,  że 

stojący  za jego  plecami  inni  rycerze  ciemnej  strony  czynią  to  samo.  Po  chwili  zauważył,  że 

nad  horyzontem  zaczynają  pojawiać  się  kłębiaste  chmury.  Obserwował,  jak  gromadzą  się, 

ciemnieją, gęstnieją, zaczynają sunąć po niebie w jego stronę... 

Zerwała  się  wichura,  a  powietrze  się  ochłodziło.  Rozległy  się  pierwsze  trzaski 

wyładowań,  spowodowanych  istnieniem  statycznych  ładunków  elektrycznych.  Fałdy 

obrzeżonej szkarłatną lamówką peleryny Zekka załopotały za jego plecami. Wiatr wyszarpnął 

pasemka starannie związanych w koński ogon ciemnych włosów, które zaczęły smagać twarz 

młodzieńca.  Między  piętrzącymi  się  coraz  wyżej  burzowymi  chmurami  zaczynały 

przeskakiwać  ogniste  błyskawice.  Przeciągłe  grzmoty  zagłuszały  nawet  wycie  silników 

myśliwców typu TIE, raz po raz przecinających niebo nad ich głowami. 

Zekk się uśmiechnął. Tak, nadciągała potężna, zwycięska burza. 

Obserwując, jak chmury ciemnieją i nabrzmiewają, gotowe do uwolnienia niszczącej 

mocy  sił  przyrody,  usłyszał  nagle  przerywane  odgłosy  laserowych  strzałów.  Popatrzył  w 

niebo, na którym toczyła się dziwna bitwa. Zobaczył ciągnący za sobą warkocz dymu statek, 

ścigany przez samotny myśliwiec TIE, który bezlitośnie ostrzeliwując ofiarę, raz po raz raził 

ją sztychami laserowych błyskawic. 

Nie ukrywając zdumienia, rozpoznał toporną, nieforemną sylwetkę „Piorunochronu” - 

wysłużonego  towarowego  transportowca.  Statek  należał  do  starego  Peckhuma,  z  którym 

mieszkał przez wiele lat, kiedy przebywał na Coruscant. 

Peckhum!  Mimo  tylu  różnic,  które  ich  dzieliły,  Zekk  i  siwowłosy  pilot  byli  bardzo 

dobrymi  przyjaciółmi.  Poniewczasie  młodzieniec  przypomniał  sobie,  że  stary  mężczyzna, 

background image

pragnąc  zarobić  kilka  dodatkowych  kredytów,  od  czasu  do  czasu  zaopatrywał  akademię 

Skywalkera  w  żywność  i  najpotrzebniejsze  urządzenia.  Czy  możliwe,  że  przebywał  na 

porośniętym  dżunglą  księżycu  tego  ranka,  kiedy  rozpoczął  się  atak  oddziałów  Akademii 

Ciemnej Strony? 

Zekk  poczuł  ukłucie  w  sercu,  a  jego  żołądek  sparaliżowało  przerażenie.  Przestał  się 

koncentrować i stracił władzę, jaką sprawował nad nawałnicą. 

Masy powietrza, dotychczas ściągane w stronę grupy Ciemnych Jedi, poszybowały w 

przeciwnym  kierunku.  Wichura  szarpnęła  gałęziami  sąsiednich  drzew,  mimo  iż  pozostali 

wojownicy Brakissa czynili wszystko, co w ich mocy, by podtrzymać rozpraszającą się burzę. 

-  Nie,  Peckhumie!  -  szepnął  Zekk,  wspominając  chwile  spędzone  ze  starym 

mężczyzną. 

Zadarł  głowę  i  obserwował,  jak  myśliwiec  typu  TIE  razi  smugami  laserowych 

strzałów kadłub nieszczęsnego „Piorunochronu”. Błysk niewielkiej eksplozji, który dostrzegł 

w  pewnej  chwili,  uświadomił  mu,  że  pokiereszowany  towarowy  transportowiec  właśnie 

stracił ostatnie ochronne pole. 

„Piorunochron” obniżał lot, a on nie mógł zrobić nic, by zapobiec katastrofie. 

Usłyszał  za  plecami  zdumione  okrzyki  i  zrozumiał,  że  pozostali  Ciemni  Jedi  stracili 

całkowicie władzę nad nadciągającą burzą. Wichura wprawdzie nie przestawała łamać gałęzi i 

wyrywać  z  korzeniami  młodych  drzewek,  ale w  miarę  jak  wojownicy  ciemnej  strony,  jeden 

po  drugim,  rezygnowali  z  manipulowania  siłami  przyrody,  nawałnica  traciła  coraz  szybciej 

impet, a chmury się rozpraszały. 

Tymczasem  podwładni  Zekka  zauważyli  w  gąszczu  zarośli  młodego  ucznia  Jedi. 

Doszli  do  wniosku,  że  chłopiec  albo  usiłował  ich  zaskoczyć,  albo  po  prostu  ukrywał  się  w 

obawie, że go zauważą. 

Uczeń  wstał  i  wyszedł  z  kępy  chwastów.  Odgarnął  z  czoła  kosmyk  blond  włosów, 

którymi wiatr smagał jego zaróżowione policzki. Był ubrany w szatę tak nieprawdopodobnie 

krzykliwą  -  jaskrawopurpurowo-złoto-zielono-czerwoną -  że  Zekk  zaczął  się  obawiać,  iż 

dostanie  oczopląsu.  Jakim  cudem  chłopiec  mógł  chociaż  przez  chwilę  sądzić,  że  zdoła  się 

ukryć, mając na sobie takie ubranie? 

Sprawiał  wrażenie  przerażonego,  ale  zdecydowanego.  Wysunął  dolną  wargę,  stanął 

prosto  i  ujął  się  pod  boki.  Fałdy  jego  krzykliwego  tęczowego  stroju  łopotały,  tarmoszone 

przez ostatnie podmuchy gniewnej wichury. 

- No cóż, nie pozostawiacie mi wyboru - odezwał cię chłopiec, po czym chrząknął. - 

Nazywam  się  Raynar  i  jestem  rycerzem  Jedi...  uhm,  kandydatem  na  rycerza.  Albo 

background image

natychmiast się poddacie, albo będę musiał was zaatakować. 

Dwaj  towarzysze  Zekka  ryknęli  serdecznym  śmiechem,  a  potem,  krok  po  kroku, 

zaczęli się zbliżać do jasnowłosego chłopca. Raynar cofał się tak długo, aż uderzył plecami o 

pień  drzewa.  Zacisnął  powieki  i  zaczął  się  skupiać.  Wstrzymał  oddech,  a  jego  twarz 

poczerwieniała, a później okryła się purpurą. 

Zekk  poczuł  delikatne,  niewidzialne  pchnięcie,  i  zrozumiał,  że  uczeń  Skywalkera, 

nieporadnie  posługując  się  Mocą,  usiłuje  ich  powstrzymać.  Dwaj  rycerze  ciemnej  strony, 

którzy wyciągnęli zapalone świetlne miecze, chyba nawet tego nie zauważyli. 

Najciemniejszy Rycerz stwierdził jednak, że nie mógłby stać bezczynnie i przyglądać 

się, jak jego towarzysze mordują z zimną krwią bezbronną ofiarę. Chłopiec sprawiał wrażenie 

dumnego i zuchwałego, ale Zekk dostrzegał w nim coś jeszcze... Jakąś niewinność? 

Zdecydował się błyskawicznie, zanim jego podopieczni zdążyli zrobić użytek z broni 

rycerzy Jedi. Uwolnił część własnej energii Mocy, pochwycił chłopca za połę różnobarwnej 

szaty,  szarpnął  w  górę  i  uniósł  w  powietrze.  Błyskawicznie  przerzucił  go  nad  głowami 

Ciemnych Jedi i cisnął w nurty rzeki. Raynar krzyknął, szybując w powietrzu, ale po chwili 

zanurzył się w mętnej, mulistej wodzie. 

Dwaj towarzysze Zekka odwrócili się jak użądleni i nie ukrywając gniewu, popatrzyli 

na dowódcę. Tymczasem Raynar, oblepiony szlamem i mułem, dopłynął na płyciznę i zaczął 

czyścić z błota poplamioną odzież. 

-  Czasami  ważniejsze  jest  całkowite  poniżenie  przeciwnika  niż  zwykłe  zabicie  - 

odezwał  się  Najciemniejszy  Rycerz.  -  A  my  poniżyliśmy  tego  Jedi  w  sposób,  którego  nie 

zapomni do końca życia. 

Stojący  przed  nim  wojownicy  zachichotali,  uznając  trafność  tej  uwagi.  Zekk 

zrozumiał, że ich rozbroił... Przynajmniej na razie. 

Ponownie  skierował  tęskne  spojrzenie  w  niebo.  Wypatrywał  śladu  „Piorunochronu”, 

ale dostrzegł tylko rozwiewającą się smugę dymu. Żałował, że nie mógł jakoś pomóc staremu 

przyjacielowi.  Zastanawiał  się,  czy  będzie  musiał  wliczyć  śmierć  Peckhuma  w  koszty 

zwycięstwa nad uczniami akademii Jedi. 

Uszkodzony transportowiec zniknął z widoku, zapewne kierując się ku miejscu, gdzie 

miały rozstrzygnąć się z góry przesądzone losy bitwy. Najciemniejszy Rycerz był pewien, że 

już nigdy nie dane mu będzie oglądać ani „Piorunochronu”, ani Peckhuma. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Pilotowany  przez  Qorla  myśliwiec  typu  TIE  leciał  nisko  nad  zielonym,  falującym 

oceanem  liści.  Pilot  wypatrywał  celów,  które  mógłby  wskazywać  żołnierzom  Drugiego 

Imperium,  przeczesującym  gęstą  dżunglę.  Pozostali  piloci  myśliwskiego  skrzydła 

wykonywali  inne  zadania.  Zapewne  krążyli  nad  dżunglą  i  ostrzeliwali  wielką  świątynię 

mieszczącą akademię Jedi mistrza Skywalkera. 

Qorl  wątpił  jednak,  by  jego  uczeń  Norys  pamiętał  o  wykonywaniu  rozkazów. 

Zwłaszcza teraz, kiedy rozpętała się bitwa, a w powietrzu zaczęły się krzyżować błyskawice 

laserowych strzałów. Obawiał się, że gburowaty osiłek zechce wybierać cele na oślep, przez 

co  upodobni  się  do  wściekłego  gundarka.  Prawdopodobnie  zniszczy  w  ten  sposób  sporo 

rebelianckich urządzeń, ale może też pokrzyżować wiele planów. 

Stary pilot czuł w sercu chłód, który z wolna przemieniał się w bryłę twardego lodu. 

Na myśl o tym, że znów uczestniczy w powietrznej bitwie, powinien odczuwać podniecenie i 

uniesienie.  Powinien  być  wdzięczny,  że  może  raz  jeszcze  siedzieć  za  sterami  i  walczyć, 

pilotując własny myśliwiec typu TIE, powierzony mu przez Drugie Imperium. 

Zamiast  tego  żywił  zastrzeżenia.  Ogarniały  go  wątpliwości.  Wzdragał  się  na  myśl  o 

tym, że może dokonał niewłaściwego wyboru. Obawiał się, że Drugie Imperium może zostać 

zmuszone do zapłacenia słonej ceny za bitwę, którą właśnie rozpoczęło. 

Szczególne rozczarowanie przeżywał, kiedy myślał o Norysie. Zastanawiając się nad 

tym,  czy  go  wybrać,  wiedział,  że  krzepki  chłopak  przeżył  wiele  lat  w  trudnych  warunkach, 

walcząc z innymi o przetrwanie. Pamiętał też, że Norys był przywódcą gangu Zagubionych, 

roszczących  sobie  prawa  do  części  podziemi  na  Coruscant.  Wszystko  to  uczyniło  z  niego 

brutalnego,  bezwzględnego  zabijakę.  Barczysty  młodzieniec  palił  się  jednak  do  nauki. 

Poprzysiągł  sobie,  że  zostanie  imperialnym  żołnierzem.  Wydawało  mu  się,  że  w  ten  sposób 

może  nadal  sprawować  władzę,  nie  bojąc  się  nikogo  i  niczego.  Miał  wszystkie  cechy 

charakteru, których tak bardzo poszukiwało Drugie Imperium. 

Qorl  wiedział  wszakże,  że  lojalny  żołnierz  powinien  bez  wahania  wykonywać 

wszelkie rozkazy. Imperium nie mogło pozwolić sobie na to, aby jego słudzy zachowywali się 

jak  wolni  strzelcy.  Nie  mogło  dopuścić,  aby  kierowali  się  własnymi  zachciankami,  a  nie 

rozkazami, otrzymywanymi od zwierzchników. W miarę jednak, jak Norys przyzwyczajał się 

do zmienionej sytuacji życiowej, stawał się coraz bardziej arogancki i zarozumiały, a czasami 

nawet nieposłuszny. 

background image

Chłopak  był  żądnym  krwi  zabijaką.  Wszystko,  co  robił,  miało  służyć  niszczeniu, 

zadawaniu  bólu,  odnoszeniu  zwycięstwa  za  wszelką  cenę  i  utwierdzaniu  siebie  w 

przekonaniu, że sprawuje nad wszystkim władzę. Nie walczył, kierując się chwałą Drugiego 

Imperium  ani  potrzebą  przywrócenia  Nowego  Ładu  w  galaktyce,  ani  jakimkolwiek  innym 

politycznym celem. Walczył jedynie po to, aby walczyć. Bez względu na to, po czyjej stronie 

stawał, w takim postępowaniu mogło kryć się śmiertelne zagrożenie. 

Qorl zatoczył krąg nad miejscem w dżungli, w którym szalał pożar, wzniecony przez 

jeden  z  bombowców  typu  TIE.  Później  zaczął  lecieć  wzdłuż  brzegu  rzeki.  Kierował  się  ku 

ruinom świątyni, w pobliżu której unosiła się nad koronami drzew dowodzona przez Tamith 

Kai  bojowa  platforma.  Nagle  usłyszał  w  odbiorniku  komunikatora  czyjś  wyraźny, 

zrozpaczony  głos,  rozbrzmiewający  we  wszystkich  możliwych  pasmach  częstotliwości. 

Rozpoznał go bez trudu. 

-  Uwaga,  uwaga!  Wzywani  Nową  Republikę.  Znaleźliśmy  się  w  krytycznej  sytuacji. 

Mówi  Jacen  Solo  z  Yavina  Cztery.  Potrzebujemy  natychmiastowej  pomocy.  Jesteśmy 

atakowani przez myśliwce i żołnierzy Akademii Ciemnej Strony! 

Qorl  wyprostował  się,  poprawił  czarny  hełm  i  wyrównał  lot  maszyny.  Przypominał 

sobie kilkunastoletnie bliźnięta, które pomogły naprawić jego poprzedni myśliwiec typu TIE, 

uszkodzony podczas lądowania na Yavinie Cztery. Pamiętał brata i siostrę, których uwięził i z 

którymi  później  siedział  przy  ognisku  płonącym  obok  kryjówki  w  dżungli.  Oboje 

zaproponowali  wówczas,  że  zostaną  jego  przyjaciółmi,  i  starali  się  go  namówić,  żeby 

zawrócił ze złej drogi i przestał być lojalnym sługą Imperium. Przypomniał sobie, że wtedy 

oparł się pokusie. Górę wzięły przekonania, jakie wpojono mu podczas nauki w imperialnej 

wojskowej akademii. 

Poddanie się oznacza zdradę. 

Qorl odleciał z Yavina Cztery i został przyjęty na służbę w Akademii Ciemnej Strony. 

Przyglądał  się  później,  jak  porwane  bliźnięta  są  poddawane  rygorystycznym  ćwiczeniom, 

prowadzonym pod nadzorem pałającej żądzą mordu Tamith Kai i bezlitosnego Brakissa. Qorl 

był do głębi serca wstrząśnięty postępowaniem i uwagami, czynionymi przez Siostrę Nocy i 

naczelnika imperialnej uczelni. Uświadomił sobie, że oboje mają za nic życie bliźniąt Jedi. 

Nikt nigdy się nie dowiedział, że to Qorl pomógł młodym rycerzom uciec z Akademii 

Ciemnej Strony. Później, starając się chociaż wobec samego siebie odpokutować za tę chwilę 

słabości,  czynił  wszystko,  co  mógł,  by  tym  wierniej  służyć  Drugiemu  Imperium.  To  on 

dowodził atakiem na rebeliancki krążownik, z którego ładowni ukradziono rdzenie jednostek 

napędu  nadświetlnego  i  baterie  do  turbolaserów.  To  on  harował  w  pocie  czoła,  aby  Norys  i 

background image

inni  członkowie  gangu  Zagubionych  przemienili  się  w  sprawnych,  pełnowartościowych 

szturmowców. 

Nagle  ujrzał  przelatujący  nad  głową  statek,  poznaczony  bliznami  blasterowych 

strzałów  wysłużony  towarowy  transportowiec.  Maszyna  ciągnęła  za  sobą  warkocz  dymu. 

Qorl rozpoznał jej sylwetkę i przekonał się, że widzi nie uzbrojoną jednostkę o przestarzałej 

konstrukcji.  Silniki  statku  nie  dysponowały  dużą  mocą,  a  ochronne  pola  siłowe  nie  zostały 

zaprojektowane z myślą o braniu udziału w jakiejkolwiek walce. 

Stary  pilot  zauważył  po  chwili,  że  transportowiec  jest  ścigany  przez  pojedynczy 

myśliwiec typu TIE. 

Czując  niesmak  i  wstyd  stwierdził,  że  pilot  imperialnej  maszyny,  marnując  jeden 

strzał  po  drugim,  czasami,  przez  najzwyklejszy  przypadek,  trafia  w  powgniatany  kadłub 

ofiary.  Zorientował  się,  że  jedynie  kwestią  czasu  pozostaje,  kiedy  statek  rozleci  się  na 

kawałki. 

Nastawił  częstotliwość  nadajnika  komunikatora  w  taki  sposób,  by  porozumieć  się 

bezpośrednio z pilotem imperialnej maszyny. 

- Pilocie myśliwca typu TIE, zamelduj się - rozkazał zwięźle. 

Gburowaty  głos,  który  po  chwili  rozległ  się  w  słuchawkach  hełmu,  wcale  go  nie 

zdumiał. 

- Tu Norys, staruszku. Nie zawracaj mi głowy. Jestem zajęty strzelaniem do celu. 

Qorl przełknął ślinę, ale mimo to poczuł, że jego gardło pozostało suche. 

-  Norysie,  zdołałeś  już  unieszkodliwić  swój  cel  -  oznajmił.  - Ten  transportowiec  nie 

jest najważniejszym obiektem, jaki mamy zniszczyć w trakcie tej bitwy. Otrzymałeś rozkaz, 

żeby atakować akademię Jedi. Ten statek już nie zdoła wyrządzić Drugiemu Imperium żadnej 

krzywdy. 

- Odczep się ode mnie, staruszku - odparł Norys. - To mój łup i nie zamierzam z niego 

rezygnować. 

Qorl zmusił się, by zachować spokój. 

- Nie jesteśmy tu po to, żeby zbierać trofea, Norysie. Pamiętaj o tym, że walczysz ku 

chwale Drugiego Imperium, a nie po to, żeby stać się bohaterem. 

- Możesz kazać się wypchać - warknął Norys. - Nie pozwolę, żeby jakiś stary tchórz 

mówił mi, co mam robić. 

Gburowaty  zabijaka  wyłączył  komunikator  i  puścił  się  w  dalszą  pogoń  za  płonącym 

transportowcem. Zupełnie nie mierząc, raz po raz posyłał w jego stronę laserowe błyskawice. 

Rozczarowanie,  jakie  dotąd  ogarniało  Qorla,  zamieniło  się  we  wściekłość. 

background image

Postępowanie  młodocianego  osiłka  stało  w  jaskrawej  sprzeczności  ze  wszystkim,  czym 

chlubiło się Imperium. Stary pilot przypomniał sobie czasy własnego szkolenia. Wówczas on 

i  inni  kandydaci  współdziałali  jak  elementy  precyzyjnej  maszyny.  Musieli  być 

zdyscyplinowani,  dobrze  wychowani  i  skłonni  do  wykonywania  rozkazów.  Swoim 

postępowaniem pomagali szerzyć Nowy Ład, który Imperator zamierzał wprowadzić w całej 

galaktyce. Warto było walczyć o takie ideały. 

Tymczasem Norys kpił w żywe oczy z takiej filozofii życia. Nie dbał, o co walczy. 

Z  odbiornika  komunikatora  rozległ  się  ten  sam  głos,  zajmujący  wszystkie  pasma 

częstotliwości: 

-  Tu  mówi  Jacen  Solo.  Znaleźliśmy  się  w  rozpaczliwym  położeniu.  Wzywamy 

pomocy.  Jakiś  myśliwiec  usiłuje  zestrzelić  nasz  transportowiec.  Proszę...  czy  ktoś  nie 

zechciałby nam pomóc? 

Dręczony  niepokojem  Qorl  obniżył  lot  maszyny,  tak  że  leciała  teraz  tuż  nad 

wierzchołkami  drzew.  Jacen  Solo  należał  do  szlachetnych  przeciwników.  Był  uczciwy  i 

odważny,  mimo  iż  związał  swój  los  z  grupką  Rebeliantów,  a  nie  z  Drugim  Imperium.  Czy 

jednak  mógł  ponosić  za  to  winę?  Przecież  jego  matka  sprawowała  funkcję  przewodniczącej 

rządu Rebeliantów. 

W  przeciwieństwie  do  niego  Norys  mógł  dokonać  wyboru.  Rozrośnięty  w  barach 

wyrostek wiedział, w jakim celu jest szkolony. Z ochotą przywdział imperialny mundur i robił 

wszystko, żeby zostać pilotem, a mimo to nie postępował zgodnie z regułami. Był właściwie 

tylko bezdusznym, bezlitosnym, żądnym krwi zabijaką. 

Jego  myśliwiec  typu  TIE  nie  przestawał  lecieć  w  strumieniu  gazów  wydechowych, 

ciągnących  się  za  uszkodzonym,  niezdolnym  do  walki  transportowcem.  Spod  wsporników 

silników  statku  wydobywały  się  kłęby  dymu.  W  pewnej  chwili  Qorl  zauważył,  że  zanikło 

ostatnie pole siłowe, chroniące dotąd kadłub jednostki. 

Ujrzawszy  to,  Norys  dał  ognia  z  luf  laserowych  działek.  Pokrył  płyty  poszycia 

nowymi czarnymi bliznami. 

Qorl  pstryknął  przełącznikiem  i  przesłał  energię  do  systemów  uzbrojenia,  a  potem 

włączył  urządzenie  celownicze.  Uświadamiał  sobie,  że  rażony  nie  ustającymi  strzałami 

Norysa „Piorunochron” może za kilka sekund eksplodować. Nie zdziwiłoby go, gdyby nawet 

wówczas  zabijaka  nie  przestał  strzelać  do  płonących  szczątków,  by  upewnić  się,  że  nikt  nie 

przeżyje katastrofy. 

Poczuł,  że  wzbiera  w  nim  obrzydzenie.  Wyłączył  zasilanie  obwodu  mikrofonu 

komunikatora i mruknął do siebie: 

background image

-  Czy  stracę  godność,  jeżeli  zabiję  kogoś,  kto  swoim  postępowaniem  udowodnił,  że 

nie wie, czym jest honor? 

Kiedy  odbywał  szkolenie  w  imperialnej  akademii,  szczegółowo  zapoznał  się  z 

podzespołami  i  urządzeniami  myśliwca  typu  TIE.  Dobrze  znał  wszystkie  jego  słabe  punkty. 

Wiedział, co robić, by je zniszczyć. 

Wziął na cel dysze wylotowe reaktorów maszyny Norysa. 

Tymczasem  młodociany  zabijaka,  całkowicie  ignorując  uwagi  instruktora,  nie 

przestawał  zasypywać  kadłuba  „Piorunochronu”  lawiną  laserowych  błyskawic.  Jedyną 

różnicę  stanowiło  to,  że  teraz  czekał  dłużej  przed  oddaniem  następnego  strzału,  zupełnie 

jakby napawał się ostatnimi chwilami lotu starego transportowca. 

„Piorunochron”  zakołysał  siew  locie.  Zapewne  jego  piloci  podjęli  ostatnią  próbę 

uniknięcia trafienia. 

Qorl namierzył myśliwiec Norysa. 

Przycisnął guzik spustowy i wystrzelił. 

Maszyna  Norysa  eksplodowała  w  locie.  Zamieniła  się  w  ognistą  kulę  i  zniknęła  tak 

szybko, że młodociany zabijaka chyba nawet nie miał czasu krzyknąć ze zdumienia. 

Zawstydzony faktem, że jego postępowanie jest zdradą interesów Drugiego Imperium, 

Qorl nawet nie usiłował porozumieć się z pilotami „Piorunochronu”. Po prostu zmienił kurs i 

skierował się w stronę głównego pola walki. Tymczasem uszkodzony transportowiec poleciał 

dalej, z trudem utrzymując siew powietrzu. Prawdopodobnie piloci walczyli, aby wylądować, 

nie rozbijając się o gałęzie i konary. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

W powietrzu nad akademią Jedi i w otaczającej wielką świątynię dżungli toczyły się 

zacięte  walki.  Tymczasem  imperialny  dywersant  Orvak  czołgał  się  metr  po  metrze  coraz 

dalej, nie rezygnując z wykonania drugiej części starannie opracowanego planu. 

Pozostawił  myśliwiec  typu  TIE  na  polanie,  w  pobliżu  generatorów  siłowego  pola. 

Zniszczył  je,  wysadzając  w  powietrze  urządzenia  zasilające,  ale  zamierzał  tam  powrócić, 

kiedy  upora  się  z  trudniejszym  zadaniem.  Nie  zauważony  przez  nikogo,  od  kilku  godzin 

przedzierał się przez najdziksze ostępy, zmierzając w kierunku ogromnej świątyni. 

W pobliżu płonęło kilka drzew, wysyłając ku niebu kłęby siwego cuchnącego dymu. Z 

oddali  dolatywały  odgłosy  blasterowych  strzałów,  a  od  czasu  do  czasu  także  buczenie 

świetlnych mieczy. Imperialny komandos nie przestawał się czołgać, starając się zachowywać 

jak  najciszej.  Nie  mógł  ryzykować,  że  przypadkowy  odgłos  ujawni  miejsce,  w  którym  się 

znajduje. 

Szkoleni  przez  Skywalkera  uczniowie  Jedi  opuścili  w  popłochu  wielką  świątynię  i 

rozbiegli się po dżungli, żeby toczyć pojedynki z wojownikami mistrza Brakissa. Pozostawili 

obiekt bez ochrony, ułatwiając mu pracę. 

Skradając się w stronę prastarej budowli, wciąż jeszcze otoczonej przez gęstą dżunglę, 

Orvak dostrzegł na omszałych ze starości kamiennych blokach całkiem świeże czarne smugi, 

osmalone miejsca, w które trafiły laserowe strzały i protonowe ładunki wybuchowe, zrzucane 

z  powietrza  przez  pilotów  bombowców  typu  TIE.  Wszędobylskie  pędy  winorośli,  jeszcze 

niedawno oplatające boki kamiennej piramidy, pod wpływem płomieni sczerniały, poskręcały 

się  i  zeschły.  Oderwały  się  od  kamiennych  bloków  i  spoczęły  jedne  na  drugich  u  stóp 

zigguratu.  Jeden  ładunek  wybuchowy,  który  eksplodował  szczególnie  blisko  świątyni, 

zniszczył wrota hangaru, wskutek czego obronna flota Skywalkera nie mogła poderwać się do 

lotu. 

Orvak  z  radością  pomyślał,  że  wreszcie  gigantyczna  budowla,  która  przetrwała  w 

niemal nie naruszonym kształcie całe tysiąclecia, została nadwerężona. Uszkodzenia nie były 

jednak zbyt duże. Musi zatem dokończyć dzieła zniszczenia. 

Poruszając  się  bardzo  ostrożnie  i  raz  po  raz  kryjąc  w  zaroślach  osłoniętą  hełmem 

głowę,  imperialny  sabotażysta  pełznął  dalej.  Szarpał  pędy  dzikiej  winorośli  i  wyrywał  z 

korzeniami paprocie, aż w końcu znalazł się na skraju dżungli, dochodzącej niemal do samej 

tylnej ściany wielkiej budowli. 

background image

Po  niebie  nie  przestawały  śmigać  myśliwce  typu  TIE,  podobne  do  złowieszczych 

drapieżnych ptaków. Orvak popatrzył w górę. W skrytości ducha życzył pilotom powodzenia. 

Z  boku  wielkiej  piramidy  zobaczył  przestronny  dziedziniec,  zapewne  niedawno 

wybrukowany albo tylko oczyszczony z porastających go krzaków i chwastów. Przeciwległy 

koniec placu przylegał do murów kamiennej budowli, w których dostrzegł mroczny prostokąt 

drzwi.  Wyobrażając  sobie,  jakie  ćwiczenia  musieli  wykonywać  tu  uczniowie  Jedi,  Orvak 

ostrożnie stanął na skraju dziedzińca. 

Przekonał  się,  że  między  kamieniami  i  płytami  zaczęły  na  nowo  wyrastać  pierwsze 

chwasty.  Niewątpliwie  po kilku  następnych miesiącach od chwili, kiedy zniszczy świątynię, 

dżungla triumfalnie powróci, żeby upomnieć się o to, co jej odebrano. Pomyślał, że dopiero to 

będzie  oznaczało  ostateczny  koniec  akademii  Jedi.  Miał  nadzieję,  że  do  tego  czasu  zdąży 

wrócić na pokład Akademii Ciemnej Strony. Może nawet zostanie awansowany na oficera i 

obejmie  służbę  na  którymś  gwiezdnym  niszczycielu...  Wszystko  zależało  od  tego,  czy 

pomyślnie wykona drugą część zadania. 

Kiedy  strzelanina  się  nasiliła,  a  w  dżungli  niedaleko  świątyni  eksplodowało  kilka 

bomb  protonowych,  Orvak  zdecydował  się  rozpocząć  akcję.  Nisko  pochylony,  przebiegł 

przez  wybrukowany  kamieniami  dziedziniec.  Zdążał  ku  ciemnemu  otworowi  drzwi 

wiodących do zagadkowej świątyni Rebeliantów. 

Kiedy  znalazł  się  na  progu,  na  chwilę  przystanął.  Cieszył  się,  że  aparatura  hełmu 

przefiltruje  wszystkie  trujące  wyziewy,  jakie  mogły  wydostawać  się  z  wnętrza.  Któż  mógł 

wiedzieć, jakie straszliwe pułapki pozakładali czarownicy Jedi? 

Posłużył się umieszczonymi w hełmie czujnikami, aby stwierdzić, w jakich miejscach 

mogły  zostać  ukryte  owe  urządzenia.  Żadnych  jednak  nie  odnalazł...  Nie  zdziwił  się, 

ponieważ  atak  oddziałów  Akademii  Ciemnej  Strony  nastąpił  tak  nieoczekiwanie,  że  z 

pewnością rycerze Jedi nie mieli czasu przygotować się do obrony. 

Poprawił pakunek na plecach i wszedł do wielkiej świątyni Massassów. Mimo iż nie 

znał rozkładu pomieszczeń, pobiegł korytarzem. Mijał komnaty mieszkalne, wielkie jadalnie, 

ale nie zauważył niczego ciekawego, co warto byłoby wysadzić w powietrze. 

Dotarł  do  szybu  turbowindy  i  zjechał  na  najniższy  poziom,  na  którym  mieścił  się 

zamknięty  hangar  z  lądowiskiem.  Liczył  na  to,  że  może  właśnie  tam  wykorzysta  najlepiej 

pozostałe  ładunki  wybuchowe.  Spodziewał  się,  że  ich  eksplozje  zniszczą  całą  flotę 

rebelianckich gwiezdnych statków. Kiedy jednak wyskoczył z kabiny turbowindy, niemal nie 

mógł  uwierzyć  własnym  oczom.  Mimo  półmroku  panującego  w  wielkim  pomieszczeniu, 

zorientował się, że na płycie lądowiska znajduje się tylko jeden mały statek. Zwrócił uwagę 

background image

na  dziwne  opływowe  kształty  i  kadłub,  pokryty  lśniącym  pancerzem.  Nie  zauważył  niczego 

więcej.  Żadnej  floty  gwiezdnych  statków,  żadnych  silnych  systemów  uzbrojenia.  Parsknął 

pogardliwie, nie umiejąc ukryć rozczarowania. 

Nagle  w  hangarze  rozjęczały  się  sygnały  alarmowe.  Czerwone  mrugające  światła 

poraziły  oczy  imperialnego  dywersanta.  W  jego  kierunku,  przeraźliwie  gwiżdżąc  i  piszcząc, 

zaczął  sunąć  niewielki  baryłkowaty  robot.  Z  końcówki  spawalniczej,  wystającej  z 

cylindrycznego korpusu automatu, tryskały snopy błękitnych wyładowań elektrycznych. 

Ogarnięty  paniką  Orvak  wpadł  do  kabiny  turbowindy  i  przycisnął  guzik  kontrolny, 

aby  zamknąć  drzwi  klatki.  Czy  możliwe,  by  podstępni  rycerze  Jedi  wykorzystali  do  obrony 

hangaru cały zastęp androidów-morderców? Śmiercionośnych, silnie uzbrojonych automatów, 

słynących z tego, że nigdy, przenigdy nie chybiały? 

Zanim  skrzydła  drzwi  się  zamknęły,  a  klatka  zaczęła  sunąć  na  wyższe  poziomy, 

przerażony sabotażysta po raz ostatni rzucił okiem na płytę lądowiska. Uświadomił sobie, że 

napastnik był tylko samotnym astronawigacyjnym robotem, który tocząc się po metalowych 

płytach,  wydawał  standardowe  alarmowe  dźwięki,  jakie  konstruktorzy  zapisali  w  pamięci 

jego komputera. Wszystko wskazywało na to, że w hangarze nie przebywał nikt, kto mógłby 

je usłyszeć. 

Komandor 

Orvak, 

wyraźnie 

odprężony, 

nerwowo 

zachichotał. 

Samotny 

astronawigacyjny  robot!  Zawsze  zdumiewał  się,  ilekroć  widział  najzwyklejsze  automaty, 

mające  o  sobie  zbyt  wysokie  mniemanie.  Natychmiast  przestał  się  bać,  że  może  wpaść  w 

pułapkę. 

Tak  czy  inaczej,  musiał  znaleźć  inne  miejsce,  które  nadawałoby  się  do  jego  celu. 

Mające większe znaczenie. 

W końcu znalazł to, czego szukał. Na najwyższym poziomie ogromnej piramidy. 

Wjechał  turbowindąna  samą  górę,  a  potem  wyszedł  z  kabiny.  Trzymając  blaster 

gotowy  do  strzału,  aby móc  trafić  każdego,  kto wyłoniłby  się  z  mrocznego  kąta,  imperialny 

komandos ostrożnie wkroczył do wielkiej komnaty audiencyjnej. 

Jej  ściany  wyłożono  polerowanymi  płytami  i  ozdobiono  różnobarwnymi  kamykami. 

W  przeciwległym  krańcu  wznosiło  się  podwyższenie.  Orvak  wyobraził  sobie,  że  to  właśnie 

stamtąd instruktorzy Rebeliantów wygłaszali przemówienia do uczniów. Prawdopodobnie na 

tym samym podwyższeniu dekorowali jedni drugich medalami za zwycięstwa, odniesione w 

trakcie  walk  przeciwko  prawowitym  władcom  galaktyki.  Możliwe  też,  że  właśnie  tam 

odprawiali swoje ohydne czary. 

Tak - pomyślał. - To miejsce nadaje się doskonale. 

background image

Zrzucił  z  barków  plecak  i  przystąpił  do  wykonania  zadania.  Poruszał  się  szybko, 

czując przyspieszone uderzenia serca. Cieszył się na myśl o tym, że niedługo zakończy akcję, 

w  której  stracił  życie  jego  towarzysz,  Dareb.  Ściągnął  z  głowy  czarny  hełm,  żeby  lepiej 

widzieć  w  niepewnym  blasku  promieni  słonecznych,  które  wpadały  przez  umieszczone  w 

sklepieniu świetliki. 

W powietrzu nad dżunglą snuły się chmury dymu, podobne do ciemnej wodnej farby, 

którą jakiś malarz usiłował zamazać błękit nieba. W wielkiej komnacie rozbrzmiewało echo 

strzałów  bitew,  toczących  się  w  leśnej  głuszy.  Orvak  nie  słyszał  jednak  żadnych  dźwięków 

dobiegających  z  wnętrza  świątyni.  Nie  widział  także,  by  cokolwiek  się  w  niej  poruszało. 

Doszedł  do  przekonania,  że  wielka  piramida  jest  całkowicie  wyludniona.  Nie  musiał  się 

spieszyć. Mógł poświęcić trochę więcej czasu, by jak najlepiej wykonać zadanie. 

Ruszył w stronę podwyższenia, nie przejmując się tym, że jego podkute buty głośno 

dźwięczą  w  zetknięciu  z  kamiennymi  płytami  posadzki.  Odszukał  umieszczone  pośrodku 

wielkiej sali najlepsze miejsce. Pomyślał, że to właśnie stąd siła potwornej eksplozji powinna 

skierować  się  we  wszystkie  strony.  Ściągnął  grube  skórzane  rękawice,  żeby  móc  szybciej 

posługiwać się precyzyjnymi elektronicznymi podzespołami. 

Pracując  szybko,  ale  uważnie,  wyjął  cztery  ostatnie  termiczne  detonatory,  jakie  mu 

pozostały,  po  czym  sprzągł  wszystkie  ze  sobą.  Później  dołączył  je  do  jednego  urządzenia 

odmierzającego  upływ  czasu,  a  następnie  umieścił  w  czterech  punktach  komnaty,  mniej 

więcej  w  takich  samych  odległościach  od  centralnego  czasomierza.  Leżące  na  posadzce 

rozciągnięte przewody kojarzyły mu się ze szprychami ogromnego koła. 

Tak, eksplozja będzie naprawdę wspaniała. 

W  idealnym  przypadku,  kiedy  wszystkie  detonatory  eksplodują  równocześnie,  siła 

wybuchu  powinna  unieść  w  powietrze  sklepienie  świątyni  jak  ogromny  głaz,  wyrzucony  z 

czeluści  czynnego  wulkanu.  Fala  uderzeniowa  wyrwie  w  posadzce  komnaty  audiencyjnej 

wielką  dziurę  i  przeniknie  na  niższe  poziomy,  na  których  rozsadzi  mury  prastarej  budowli. 

Cała  piramida  runie  i  legnie  w  gruzach.  Osiągnie  stan,  w  jakim  powinna  znajdować  się  od 

dawna. 

Orvak  skończył  rozkładać  detonatory  i  powrócił  do  centralnego  czasomierza. 

Uklęknął na wypolerowanej posadzce i zaczął nastawiać pokrętła mechanizmu zegarowego. Z 

przewrotną  satysfakcją  pomyślał,  że  w  tej  sali  już  nigdy  nie  wysłuchają  wykładów  żadni 

Rebelianci. Ani jeden z przyszłych rycerzy Jedi nie nauczy się tu rebelianckiej filozofii życia. 

W  wielkiej  komnacie  nie  odbędzie  się  więcej  żadna  ceremonia  dekorowania  medalami  czy 

świętowania odniesionego zwycięstwa. 

background image

Wkrótce cała świątynia zamieni się w ruinę. 

Klęcząc  na  posadzce,  Orvak  wystukał  na  klawiaturze  kombinację  będącą  kodem 

uzbrajającym ładunki wybuchowe. Na obudowach wszystkich detonatorów, rozmieszczonych 

w czterech punktach ogromnej sali, zaczęły mrugać zielone lampki. Sygnalizowały gotowość 

do pracy i zarazem żądanie wydania ostatecznego rozkazu. 

Rzuciwszy  okiem  na  wszystkie  ładunki  wybuchowe,  imperialny  komandos 

uśmiechnął  się  do  siebie,  po  czym  wcisnął  guzik, oznaczony:  AKTYWACJA.

 

Dopiero  z  tą 

chwilą  czasomierz  zaczął  odliczać  upływ  czasu.  Orvak  musiał  teraz  jak  najszybciej  opuścić 

mury akademii Jedi. 

Poruszył  się  i  chciał  wstać  z  posadzki.  Oparł  dłoń  na  wypolerowanej  kamiennej 

płycie, ale kątem oka dostrzegł, że pod ścianą poruszyło się coś błyszczącego, opalizującego i 

odbijającego rozproszone światło... coś niemal przezroczystego. Zalśniło tęczowym blaskiem, 

jakby rozszczepiło jakiś promień słońca, który wpadł przez jeden ze świetlików. 

Orvak wyciągnął blaster i nie wstając z posadzki, zamarł w obronnym przysiadzie. 

- Kto tam? - zapytał, starając się nadać głosowi jak najgroźniejsze brzmienie. 

Po  chwili  znów  ujrzał  taki  sam  błysk.  Wydało  mu  się,  że  dostrzega  opalizujący 

podłużny  kształt,  wijący  się  i  pełznący  ku  niemu  po  płytach  posadzki.  Po  chwili  jednak 

ponownie stracił go z oczu. 

Kilkakrotnie  wystrzelił  z  blastera,  mierząc  w  miejsce,  w  którym  ostatnio  dostrzegł 

tęczowe  błyski.  W  kamiennych  płytach  utworzyły  się  sczerniałe  wgłębienia.  Śmiercionośne 

błyskawice odskoczyły od gładkiej płyty i poszybowały we wszystkie strony, aby ponownie 

odbić  się  od  kamiennych  ścian  i  powrócić  ku  środkowi  komnaty.  Widząc  to,  Orvak 

rozpłaszczył się na posadzce. Obawiał się, że w każdej chwili może zostać zaatakowany przez 

ukrytych obrońców świątyni. Stracił z widoku dziwną, opalizującą rzecz, ale nie przestał się 

zastanawiać nad tym, co właściwie widział. Doszedł do wniosku, że niewątpliwie musiała to 

być  jakaś  podstępna  sztuczka,  do  jakiej  uciekli  się  czarownicy  Jedi,  żeby  odwrócić  jego 

uwagę.  Nie  powinien  wyciągać  blastera  i  strzelać,  ale  nie  zamierzał  dać  się  pochwycić 

jakiemuś rycerzowi Jedi. 

W tej samej chwili poczuł, że coś ukłuło go w dłoń, wspierającą się o kamienną płytę. 

Spojrzał  tam  i  zobaczył,  że  w  dwóch  nakłutych  miejscach  pojawiły  się  kropelki  krwi. 

Zauważył także trójkątny łeb jakiegoś gada - szklistego, kryształowego węża! 

- Hej! - krzyknął, nie wiedząc, co ma o tym sądzić. 

Zanim zdążył wstać z posadzki, kryształowy gad rozwarł szczęki, a później opadł na 

posadzkę  i  wijąc  się  zaczął  pełznąć  w  kierunku  szczeliny,  widocznej  w  pobliskiej  ścianie. 

background image

Orvak zauważył jeszcze błysk światła, po czym dziwaczny wąż zniknął, jakby nigdy go nie 

było. 

Imperialny  dywersant  stwierdził  jednak,  że  i  tak  nie  bardzo  się  tym  przejmuje.  Z 

wolna ogarniała go przemożna chęć ułożenia się do snu. Wywołany ukąszeniem ból zaczynał 

przemieniać się w nieszkodliwe mrowienie. Ogarnięty sennością Orvak pomyślał, że kiedy się 

obudzi, z pewnością poczuje się o wiele lepiej. 

Wyciągnął się na kamiennych płytach i zapadł w głęboki sen, nie przejmując się tym, 

że leży tuż obok odliczającego upływ czasu urządzenia. 

Tymczasem  cyferki  na  miniaturowej  tarczy  nie  przestawały  przeskakiwać, 

nieubłaganie dążąc do osiągnięcia stanu, kiedy pokażą same zera. 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Tenel  Ka  stała  na  krawędzi  szturmowej  platformy.  Napinała  mięśnie,  przygotowując 

ciało i zmysły Jedi do walki. 

Zwinęła cienką linkę i złożyła ramiona kotwiczki, a potem umieściła jedno i drugie w 

kieszeni  u  pasa.  Następnie  wyciągnęła  silnie  umięśnioną  rękę  i  pochwyciła  sporządzoną  z 

zęba rankora rękojeść świetlnego miecza. Uniosła ją i wysunęła energetyczną klingę. Tuż za 

dziewczyną  stał  o  wiele  wyższy  od  niej  Lowbacca.  Najeżył  wszystkie  kłaki  rudobrązowej 

sierści i cofnął ciemne wargi, by obnażyć groźne kły. Trzymał oburącz podobną do potężnej 

pałki rękojeść, z której wystawało ostrze barwy roztopionego brązu. 

Przebywający  na  wyższym  pokładzie  bojowej  platformy  szturmowcy,  zdumieni 

pojawieniem  się  nieoczekiwanych  gości,  natychmiast  ruszyli  w  ich  stronę.  Wyciągnęli 

blastery. Ani przez sekundę nie wątpili, że za chwilę ich pokonają. 

- O rety, panie Lowbacco - odezwał się na ich widok Em Teedee. - Może powinniśmy 

zaplanować tę akcję chociaż odrobinę staranniej? 

Lowie  warknął,  ale  Tenel  Ka  się  wyprostowała.  Nie  straciła  wiary  we  własne 

umiejętności. 

- Moc jest z nami - oznajmiła. - I to jest fakt. 

Nad głowami obojga młodych rycerzy Jedi przeleciał samotny bombowiec typu TIE. 

Jego pilot właśnie zrzucił kilka protonowych ładunków wybuchowych w różnych miejscach 

dżungli. Zewsząd dobiegały odgłosy blasterowych strzałów. 

Nad  pokładem  szturmowej  platformy  wznosiła  się  nadbudówka  mieszcząca 

stanowisko  dowodzenia.  Stała  na  nim  odziana w  czarną  pelerynę  Siostra  Nocy  Tamith  Kai, 

podobna  do  ogromnego  drapieżnego  ptaka.  Odwróciła  się  w  stronę  dwojga  intruzów,  a 

wówczas  jej  szkarłatnowiśniowe  wargi  cofnęły  się,  ukazując  zęby.  Tymczasem  Tenel  Ka  i 

młody Wookie postąpili trzy kroki w kierunku czekających szturmowców. 

Jeden  z  zakutych  w  białe  pancerze  żołnierzy,  widocznie  bardziej  zdenerwowany 

widokiem  młodych  Jedi  niż  pozostali,  uniósł  blaster  i  strzelił.  Wojowniczka  z  Dathomiry 

machnęła świetlistym ostrzem i bez trudu odbiła wiązkę energii, która poszybowała ku niebu. 

Później, jakby ona i Lowie ustalili to zawczasu, oboje głośno krzyknęli i skoczyli ku 

szturmowcom. Wymachiwali tak szybko klingami świetlnych mieczy, że imperialni żołnierze, 

chociaż  raz  po  raz  strzelali  z  blasterów,  wpadli  w  panikę.  Młody  Wookie  i  wojowniczka  z 

Dathomiry przedarli się przez ich szeregi jak tornado. 

background image

Stojąca  nieco  wyżej  na  stanowisku  dowodzenia  Tamith  Kai  oparła  ręce  o  poręcz 

pomostu i w milczeniu przyglądała się walce. 

- Dziewczyna należy do mnie - odezwała się w pewnej chwili. - Za chwilę osobiście 

zmiażdżę jej serce. 

Tenel  Ka  raz  jeszcze  machnęła  świetlistą  klingą  i  wyeliminowała  z  dalszej  walki 

następnego  szturmowca.  Odwróciła  się,  kiedy  usłyszała  głos  Siostry  Nocy.  Czuła 

przyspieszone uderzenia serca, które biło w jej piersi niczym młot, ale oddychała spokojnie, 

miarowo.  Przygotowała  się  do  tej  walki  i  pokładała  zaufanie  we  własnej  sile  i  fizycznej 

sprawności. Wierzyła, że odniesie zwycięstwo. 

- To oznacza, że musisz odtąd sam radzić sobie z pozostałymi szturmowcami, Lowie - 

powiedziała. 

Jednym  skokiem  znalazła  się  na  pomoście  dowodzenia,  gotowa  stoczyć  pojedynek  z 

groźną przeciwniczką. 

Młody Wookie zaryczał na znak, że potrafi sprostać wyzwaniu, ale przypięty do jego 

pasa miniaturowy android-tłumacz nie wyglądał na przekonanego. 

- Proszę, niech pan uważa, panie Lowbacco - zapiszczał, wyraźnie przerażony. - Nie 

byłoby rozsądnie, gdyby dał się pan opanować manii wielkości. 

Szturmowcy  widząc,  że  mogą  walczyć  teraz  tylko  z  jednym  intruzem,  rzucili  się  na 

młodego Wookiego. Lowbacca wcale jednak nie uważał, że szala zwycięstwa przechyliła się 

na jego niekorzyść. 

Tymczasem  Tenel  Ka  stała  przed  Siostrą  Nocy  dumnie  wyprostowana,  nie  okazując 

ani  cienia trwogi.  Uniosła  turkusowe  ostrze  świetlnego  miecza.  Pamiętała,  że  kiedy  ostatnio 

walczyła  z  groźną  wiedźmą,  zaskoczyła  ją  niespodziewanym  atakiem  i  omal  jej  nie 

obezwładniła. 

- Jak tam twoje kolano, Tamith Kai? - zapytała. 

W fioletowych oczach Siostry Nocy pojawiły się złowieszcze błyski. Wiedźma kpiąco 

pokręciła głową. 

-  Powinnaś  natychmiast  się  poddać,  słabełuszko  -  powiedziała.  -  Nie  jesteś  na  tyle 

godną  przeciwniczką,  żebym  miała  pokazywać  ci  próbkę  moich  umiejętności.  Coś  takiego! 

Jednoręka dziewczyna śmie sądzić, że może stanowić dla mnie jakieś zagrożenie! 

- Zbyt dużo mówisz - odparła młoda wojowniczka. - A może przypuszczasz, że smród 

twojego oddechu może być dobrą bronią podczas walki ze mną? 

-  Spędziłaś  za  dużo  czasu,  wałęsając  się  z  tymi  smarkaczami  Jedi  -  odezwała  się 

Tamith Kai. - Zapomniałaś o szacunku, jaki powinnaś okazywać zwierzchnikom. 

background image

Wiedźma dźgnęła powietrze zagiętymi palcami. Posłała w kierunku dziewczyny dwie 

niebiesko-czarne wiązki energii ciemnej strony. 

-  Nie  widzę  tu  nikogo,  kogo  miałabym  uważać  za  zwierzchnika  -  odparła  dumnie 

Tenel Ka. 

Odbiła  krzaczaste  błyskawice  ostrzem  miecza.  W  następnej  chwili  posłużyła  się 

Mocą, aby wspomóc własne szlachetne myśli i uczucia. Otoczyła się nimi jak siłowym polem. 

Siostra Nocy, wyraźnie zaskoczona, cofnęła się o dwa kroki. 

Tymczasem  walczący  nieco  niżej  Lowbacca  nie  przestawał  wymachiwać  klingą 

świetlnego  miecza,  trzymanego  w  jednej  dłoni.  W  pewnej  chwili  wyciągnął  drugą  rękę  i 

pochwycił  zakutego  w  biały  pancerz  szturmowca,  który  miał  nieszczęście  znaleźć  się 

najbliżej.  Popchnął  go  na  trzech  innych  imperialnych  żołnierzy.  Wszyscy  czterej  zwalili  się 

na  płyty  pokładu.  Pozostali  szturmowcy  palili  się  do  walki  z  samotnym  przeciwnikiem,  ale 

zbytnio  się  tłoczyli  i  nie  mogli  zrobić  właściwego  użytku  z  blasterów.  Wyglądało  na  to,  że 

uwierzyli,  iż  potrafią  pokonać  rozzłoszczonego  Wookiego  jedynie  dysponując  nad  nim 

przewagą liczebną. 

Popełniali w ten sposób poważny błąd. 

Stojąca na pomoście dowodzenia Siostra Nocy przeszła w inny róg, ale nie odrywała 

rozbawionego spojrzenia od młodej wojowniczki z Dathomiry. Tymczasem Tenel Ka pewnie 

trzymała  rękojeść  świetlnego  miecza.  Ona  także  wpijała  szare  jak  granit  oczy  w  fioletowe 

źrenice niebezpiecznej przeciwniczki. 

Nad  głowami  obu  kobiet  krążyło  teraz  co  najmniej  kilka  bombowców  typu  TIE. 

Wszystko przemawiało jednak za tym, że pilotów bardziej interesuje przebieg toczącej się na 

platformie walki niż bombardowanie celów ukrytych w gąszczach dżungli. 

Siostra  Nocy  zgięła  ręce.  W  każdej  dłoni  zaczęła  się  tworzyć  kula  oślepiającego 

błękitnego  światła.  Raz  po  raz  rozbłyskiwała  jeszcze  jaśniejszymi  krzaczastymi 

błyskawicami.  Rosła,  nabierała  mocy,  potężniała...  Tenel  Ka  zrozumiała,  że  musi 

wykorzystać fakt, iż Tamith Kai poświęca całą uwagę przygotowaniom do następnego ataku, 

i zaskoczyć j ą czymś niespodziewanym. 

Wiedźma  stała  w  pobliżu  krawędzi  pomostu  dowodzenia.  Kierowała  spojrzenie  na 

własne dłonie, a nie na położony nieco poniżej poziom, gdzie w najlepsze toczył się zacięty 

bój  między  Lowbacca  a  szturmowcami.  W  pewnej  chwili  wyprostowała  i  uniosła  ręce. 

Między czubkami palców przeskakiwały iskry energii złej Mocy, czekającej na chwilę, kiedy 

zostanie uwolniona. 

Tenel  Ka  zamarkowała  cios  turkusową  klingą  świetlnego  miecza,  po  czym  bez 

background image

ostrzeżenia posłużyła się energią jasnej Mocy. Skierowała ją przed siebie niczym wyciągniętą 

rękę,  wymierzoną  prosto  w  Siostrę  Nocy.  Pchnęła  wiedźmę  na  tyle  silnie,  że  złowieszcza 

kobieta  zatoczyła  się  i  oparła  o  barierkę,  która  jednak  nie  wytrzymała  impetu  pchnięcia  i 

pękła.  Tamith  Kai  rozpaczliwie  zaskrzeczała  i  przewinęła  się  nad  poręczą.  Ogniste 

błyskawice  poszybowały  ku  niebu,  nie  robiąc  nikomu  krzywdy,  ale  o  włos  chybiły 

opancerzony  kadłub  bombowca  typu  TIE,  który  właśnie  przelatywał  nad  szturmową 

platformą. 

Siostra Nocy spadła na niższy poziom, gdzie Lowbacca zmagał się ze szturmowcami. 

Młody  Wookie  groźnie  warknął,  odwracając  głowę  w  stronę  wiedźmy.  W  tej  samej  chwili 

imperialni żołnierze, zamierzając w końcu obezwładnić przeciwnika, rzucili się do kolejnego 

ataku, ale Tamith Kai, zapewne rada, że ma na kim wyładować wściekłość, rozrzuciła ich we 

wszystkie strony. 

Stojąca  na  pomoście  dowodzenia  Tenel  Ka  usłyszała  nagle  narastający  skowyt 

silników  jakiejś  maszyny.  Uniosła  głowę  i  ujrzała  bombowiec  typu  TIE,  zbliżający  się 

koszącym  lotem  i  kierujący  na  nią  lufy  laserowych  działek!  Obserwowała,  jak  wyskakują z 

nich jaskrawe błyskawice i topią metalowe płyty pomostu pod jej stopami. 

Zaczęła  dziwny  taniec,  raz  po  raz  przeskakując  z  nogi  na  nogę.  Wykorzystując 

zespolenie  własnego  organizmu  z  Mocą,  starała  się  przewidywać,  w  które  miejsce  trafi 

następna błyskawica. Laserowe strzały niosły zbyt duże ilości energii, żeby mogła odbijać je 

klingą  miecza.  Stała  samotna,  nie  chroniona  przez  żaden  pancerz,  nie  mając  wielkich  szans 

podczas takiej walki. 

Poczuła  się  nieswojo,  kiedy  uświadomiła  sobie  tę  prawdę.  Ponuro  się  uśmiechnęła  i 

postanowiła,  że  podejmie  to  wyzwanie.  Ryk  silników  nieprzyjacielskiej  maszyny  narastał  i 

dziewczyna  wiedziała,  że  za  chwilę  bombowiec  przeleci  nad  jej  głową.  Zablokowała  klingę 

świetlnego miecza tak, że pozostawała ona przez cały czas włączona, po czym postarała się 

przewidzieć  trajektorię  lotu  imperialnej  maszyny.  Nagłym  ruchem  nadgarstka  wyrzuciła  w 

powietrze wykonaną z zęba rankora rękojeść broni. 

Kiedy  wykonywała  ćwiczenia  Jedi,  wiele  czasu  poświęciła  na  rzucanie  do  celu. 

Posługiwała  się  włóczniami  i  nożami  tak  długo  i  doszła  do  takiej  wprawy,  że  trafiała  za 

każdym razem. Teraz jednak nie starczało czasu na przygotowania, a poza tym jej broń miała 

do  pokonania  o  wiele  większą  odległość  niż  zazwyczaj.  Mimo  to  dzielna  dziewczyna  ani 

przez chwilę nie zwątpiła we własne umiejętności. 

Zauważyła,  że  pilot  bombowca  typu  TIE  zaczyna  zataczać  łuk  i  podrywa  maszynę. 

Zapewne zamierzał zawrócić i przystąpić do następnej próby. 

background image

Tymczasem świetlny miecz, nie przestając wirować w locie, unosił się coraz wyżej i 

wyżej.  W  pewnej  chwili,  kiedy  trafił  w  kadłub  maszyny,  rozbłysnął  oślepiającym 

turkusowym blaskiem. Tenel Ka stwierdziła, że wbrew jej oczekiwaniom nie odciął żadnego 

panelu  bocznego  dostarczającego  energię  różnym  podzespołom.  Mimo  to  świetlista  klinga 

odłupała  stabilizator  lotu  i  wyszarpała  sporą  dziurę  w  kadłubie.  Przecięła  go  i  przeszła  na 

drugą stronę, po czym, nie przestając koziołkować w locie, zaczęła opadać w stronę zielonego 

morza drzew rosnących w pobliżu brzegu rzeki. 

Niezdolna wymówić choćby słowa, Siostra Nocy wściekle zawyła. Odbiła się od płyty 

pokładu  i  jednym  skokiem  znalazła  się  na  pomoście  dowodzenia.  Jej  czarna  peleryna 

zatrzepotała  jak  skrzydła  kruka  rzucającego  się  na  ofiarę.  Z  oczu  Tamith  Kai  strzelały 

fioletowe błyskawice. 

Ujrzawszy  samotną  jednoręką  dziewczynę,  nie  uzbrojoną  nawet  w  świetlny  miecz, 

Siostra  Nocy  wybuchnęła  głośnym  śmiechem.  W  jej  gardłowym,  chrapliwym,  kpiącym 

rechocie kryło się szyderstwo. 

- Teraz  nie  tylko  jesteś  okaleczona,  ale  także  zostałaś  rozbrojona  -  parsknęła, 

krztusząc  się  i  spoglądając  wymownie  na  kikut  ręki  Tenel  Ka.  -  Marnujesz  mój  czas  i 

nadużywasz  mojej  cierpliwości,  dziecko.  Oszczędź  sobie  i  mnie  kłopotów.  Połóż  się  na 

pokładzie i pogódź ze śmiercią. 

Tenel  Ka  spiorunowała  Siostrę  Nocy  lodowatym  spojrzeniem.  Nie  wahając  się, 

postąpiła krok w jej stronę. 

- Możliwe, że zostałam rozbrojona - powiedziała - ale nigdy nie jestem bezbronna. 

Podeszła  jeszcze  bliżej.  Niespodziewanym  ruchem  uniosła  lewą  nogę  i  obróciwszy 

stopę w stawie skokowym, zaczepiła czubek buta tuż za kostką nogi wiedźmy. Równocześnie 

pchnęła rozczapierzoną dłonią Siostrę Nocy i przewróciła ją na metalowe płyty pomostu. 

Usłyszała głośne okrzyki przerażonych i ogarniętych paniką szturmowców. Po chwili 

dołączył się do nich narastający jazgot silników uszkodzonego bombowca typu TIE. Tenel Ka 

uniosła  głowę  i  zaryzykowała  spojrzenie  w  niebo.  Zareagowała  niemal  odruchowo,  jeszcze 

zanim uświadomiła sobie, co się dzieje. 

Bombowiec typu TIE, który trafiła klingą świetlnego miecza, zdołał jednak utrzymać 

się w powietrzu, a nawet zawrócił. Leciał dalej,  mimo iż cała rufowa część kadłuba stała w 

płomieniach. Pozbawiona zdolności manewrowania imperialna maszyna kołysała się w locie 

z  boku  na  bok  i  leciała  raz  wyżej,  a  raz  niżej.  Ogarnięty  paniką  pilot  kierował  ją  ku 

szturmowej platformie. 

Tenel Ka wyczuwała jego przerażenie. Lotnik Akademii Ciemnej Strony nie wiedział, 

background image

co  robić,  i  doszedł  do  wniosku,  że  platforma  może  być  ostatnią  szansą  ratunku.  Zapewne 

zamierzał  na  niej  wylądować,  licząc  na  to,  że  w  ten  sposób  uchroni  bombowiec  od  niemal 

pewnej katastrofy. Tenel Ka w mgnieniu oka zorientowała się jednak, że maszyna nie słucha 

sterów i leci zbyt szybko, żeby mogła bezpiecznie osiąść na pokładzie platformy. 

Siostra Nocy, zaślepiona wściekłością i nienawiścią, nie zwracała uwagi na to, co się 

dzieje.  Wyciągnęła  rękę  i  usiłowała  pochwycić  kostkę  Tenel  Ka  zagiętymi  palcami,  które 

były zakończone przypominającymi szpony paznokciami. Wiedźma nie przeczuwała, że i jej, 

i wszystkim innym grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. 

Młoda  wojowniczka  nie  zamierzała  tracić  cennego  czasu  na  dalszą  walkę,. 

Szarpnąwszy nogę, uwolniła but z palców Siostry Nocy Przeskoczyła nad odzianą w czarne 

szaty  wiedźmą  i  wylądowała  na  niższym  poziomie,  pośród  szturmowców  walczących  z 

Lowbaccą. 

Imperialni  żołnierze,  którzy  pierwsi  zauważyli  nadlatujący  bombowiec,  rozbiegli  się 

we wszystkie strony, aby pilot miał gdzie wylądować. 

-  Lowbacco,  musimy  stąd  uciekać.  -  Tenel  Ka  schwyciła  kosmatą  rękę  młodego 

Wookiego. 

Lowie  zaryczał.  W  następnej  sekundzie  rozległ  się  piskliwy  głos  miniaturowego 

androida. 

- Nareszcie. Uważam, że to jak najbardziej sensowna propozycja. 

Młoda wojowniczka i Lowbaccą pospieszyli do krawędzi platformy, unoszącej się nad 

falującym oceanem liści. Popatrzyli na leniwie płynącą w dole rzekę i gęstwinę gałęzi drzew, 

rosnących na brzegach. 

Tamith  Kai,  która  pozostała  na  pomoście  dowodzenia,  w  końcu  zorientowała  się,  że 

jej  życie  jest  zagrożone.  Skowyt  silników  nadlatującego  bombowca  typu  TIE  zmienił  się  w 

ryk, a później niemal w łoskot. Siostra Nocy krzyknęła, nakazując pełniącym służbę w środku 

platformy pilotom, by zwiększyli moc silników repulsorowych i przelecieli w inne miejsce. 

Doskonale wiedziała jednak, że nie zdążą wykonać rozkazu. 

Lowie  i  Tenel  Ka,  nie  zastanawiając  się  dłużej,  odbili  się  od  krawędzi  i  skoczyli. 

Liczyli na to, że znajdą bezpieczne miejsce, w którym będą mogli wylądować. 

Jeszcze  szybowali  w  powietrzu,  posługując  się  Mocą,  by  kontrolować  prędkość 

opadania,  kiedy  uszkodzony  bombowiec  typu  TIE  rozbił  się  o  górny  pokład  szturmowej 

platformy  Akademii  Ciemnej  Strony  i  natychmiast  eksplodował.  Siłę  eksplozji  silników 

zwielokrotniły  ładunki  wybuchowe,  których  pilot  albo  nie  zdążył  zrzucić,  albo  o  nich 

zapomniał.  Maszyna  przeleciała  na  wylot  przez  oba  opancerzone  pokłady,  po  czym 

background image

roztrzaskała się o drzewa. 

Pancerne  płyty  platformy,  wirując  w  powietrzu  jak  płatki  śniegu,  pofrunęły  we 

wszystkie  strony.  W  niebo  strzelił  słup  ognia  przedzierającego  się  przez  kłęby  czarnego 

dymu,  a  niezgrabna  konstrukcja  runęła,  rozrywana  siłami  eksplozji  zgromadzonych  na 

pokładach ładunków wybuchowych. 

Nieforemna  bryła  niemożliwych  do  rozpoznania  szczątków  eksplodowała  jeszcze 

kilka razy, po czym pogrążyła się w nurtach rzeki... 

background image

ROZDZIAŁ 16 

 

Laserowe  błyskawice,  wystrzeliwane  z  luf  działek  myśliwców  typu  TIE  ścigających 

Jainę,  raz  po  raz  przelatywały  koło  porwanej  maszyny.  Jedna  ognista  nitka  musnęła  skraj 

sześciokątnego panelu z ogniwami energetycznymi. Przysmażyła go, zaskwierczała, po czym 

odbiła się w postaci snopu oślepiających iskier. 

Pilotowany  przez  Jainę  myśliwiec  zaczął  koziołkować.  Dziewczyna  starała  się 

odzyskać  panowanie  nad  sterami,  ale  zorientowała  się,  że  jej  maszyna  straciła  część  mocy. 

Mimo  to  leciała  dalej,  napędzana  przez  wyciszone  silniki,  zaprojektowane  z  myślą  o 

dokonywaniu  zaplanowanego  sabotażu,  a  nie  lataniu  z  dużymi  prędkościami.  Piloci 

ścigających  Jainę  nieprzyjacielskich  myśliwców  natychmiast  wykorzystali  to  i  jeszcze 

bardziej przyspieszyli. 

Dziewczyna robiła rozpaczliwe uniki, to podrywając maszynę, to nurkując. Jakiś czas 

leciała  tuż  nad  wierzchołkami  drzew,  aby  później  wznieść  się  niemal  pionową  świecą  w 

niebo. Liczyła na to, że któryś imperialny pilot popełni błąd i zawadzi o konar drzewa, zderzy 

się z myśliwcem kolegi albo wykona jakiś inny manewr, powodujący eksplozję maszyny. 

Niestety, jej nadzieje się nie spełniły. 

Tymczasem  trzej  prześladowcy  zbliżyli  się  tak  bardzo,  że  mogli  trafić  myśliwiec 

Jainy,  nie  uciekając  się  do  pomocy  urządzeń  celowniczych.  Dziewczyna  zrozumiała,  że  nie 

umknie,  jeżeli  szybko  nie  posłuży  się  jakąś  sztuczką.  Wykorzystując  umiejętności,  nabyte 

podczas  wykonywania  przez  wiele  tygodni  ćwiczeń  Jedi,  zwiększyła  szybkość  myśli  i 

precyzję  ruchów.  Pociągnęła  za  dźwignię  sterowniczą  i  wprawiła  maszynę  w  ruch  wirowy, 

zataczając równocześnie tak ciasny łuk, że po chwili leciała w kierunku trójki nieprzyjaciół. 

W  mgnieniu  oka  przebyła  odległość  dzielącą  ją  od  prześladowców.  Miała  czas  na  oddanie 

tylko jednego strzału. 

Nie zmarnowała okazji. 

Jej laserowa błyskawica rozszarpała podbrzusze nieprzyjacielskiej maszyny typu TIE. 

Pozbawiła ją zdolności manewrowania i rozhermetyzowała kabinę. Pilot wypadł przez otwór i 

koziołkując w locie, zniknął w gąszczu liści. 

Jaina  przemknęła  między  dwoma  pozostałymi  imperialnymi  myśliwcami.  Z 

maksymalną  szybkością  poleciała  w  przeciwnym  kierunku.  Kiedy  piloci  Akademii  Ciemnej 

Strony zorientowali się, co zrobiła, zatoczyli obszerne łuki i zawrócili. Mimo to po kilkunastu 

sekundach znów zaczęli zmniejszać odległość dzielącą ich od ofiary. 

background image

Dziewczyna przeniosła spojrzenie na pulpit sterowniczy. Usiłowała wypatrzyć pośród 

rozmieszczonych  na  nim  przyrządów,  wskaźników  i  przełączników  taki,  który  mógłby  w 

czymś  pomóc.  Miała  nadzieję,  że  może  uda  się  jej  znaleźć  tajemniczą  broń,  w  jaką  został 

wyposażony ten egzemplarz imperialnego statku. W głębi ducha wątpiła jednak, czy znajdzie 

coś, co pozwoliłoby umknąć prześladowcom. 

Nagle  jej  spojrzenie  spoczęło  na  niewielkim  guziku,  obok  którego  widniał  napis: 

TŁUMIK

 

ZASILANIA

 

SILNIKÓW

 

JONOWYCH.

 

Jaina uświadomiła sobie, że przyciśnięcie 

guzika spowodowałoby przesłanie dodatkowej porcji energii do silników, które pracowały tak 

cicho, ponieważ wykorzystywały zaledwie ułamek dostępnej mocy. 

Nie wahając się ani sekundy, przycisnęła guzik i włączyła tłumiki zasilania. Usłyszała 

nasilający  się  charakterystyczny  skowyt  i  poczuła,  że  maszyna  śmignęła  jak  wyrzucona  z 

procy. Przyspieszenie docisnęło plecy dziewczyny do oparcia fotela i wywołało na jej twarzy 

dziwny  grymas.  Myśliwiec  zaczął  lecieć  o  wiele  szybciej  niż  jakakolwiek  inna  jednostka, 

którą Jaina miała dotąd okazję pilotować. 

Dziewczyna pomyślała, że gdyby jeszcze bardziej przyspieszyła, może prześladowcy 

straciliby ją z pola widzenia. Mogłaby wówczas skierować maszynę ku orbicie i zatoczyć łuk 

wysoko nad księżycem, tak by nie zauważył jej żaden inny imperialny pilot. Później na jakiś 

czas  zmniejszyłaby  dopływ  energii  i  korzystając  z  tego,  że  silniki  pracując  wiele  ciszej, 

poszybowałaby  w  przestworza.  Wykorzystałaby  fakt,  że  kadłub  jej  maszyny  został  pokryty 

ochronną  warstwą,  dzięki  której  myśliwiec  typu  TIE  nie  mógł  być  wykryty  przez  sygnały 

skanerów... Może w taki sposób zdołałaby ocalić życie. 

Zwiększone  przyspieszenie  sprawiało,  że  z  trudem  poruszała  rękami.  Mimo  to 

wystrzeliła  świecą  w  górę,  zamierzając  jak  najszybciej  przelecieć  przez  atmosferę  i  znaleźć 

się na orbicie. 

Para  ścigających  ją  imperialnych  pilotów  powtórzyła  ten  manewr.  Jaina  nie  miała 

pojęcia, czy przyspieszenie, jakie osiągnęła maszyna, pozwoli jej lecieć z większą prędkością 

niż  ta,  jaką  osiągają  normalne  myśliwce  typu  TIE,  ale  wiedziała,  że  powinna  zostawić 

prześladowców jak najdalej za sobą, a później postarać się ich przechytrzyć. 

Atmosfera  stawała  się  coraz  rzadsza.  Przestworza  zmieniły  kolor  najpierw  na 

ciemnopurpurowy,  aby  w  końcu  przybrać  barwę  nieprzeniknionej  czerni.  Ku  swojemu 

rozczarowaniu Jaina zobaczyła jednak, że dwa ścigające ją myśliwce typu TIE znów zaczęły 

się  zbliżać.  Ich  sylwetki  powiększały  się  może  nie  tak  szybko  jak  poprzednio,  ale  wciąż 

goniły  za  nią,  zamiast  maleć  i  niknąć.  Dziewczyna  zrozumiała,  że  jej  plan  nie  ma  szans  na 

spełnienie...  Nie  zdoła  umknąć  prześladowcom  i  rozpłynąć  się  w  mrokach  przestworzy.  Nie 

background image

wykorzysta przewagi, jaką daj e ochronna powłoka jej maszyny. 

Zastanawiała  się,  czy  mogłaby  powtórzyć  poprzedni  manewr,  którym  już  raz 

zaskoczyła  imperialnych  pilotów.  Czy  zdołałaby  zawrócić  i  stawić  czoło  jednemu,  tak  by 

drugi  jej  nie  trafił?  Istniała  niewielka  szansa,  że  zestrzeliłaby  obie  maszyny,  zanim  zbici  z 

tropu  piloci  zdążą  przestawić  celowniki.  Jaina  nie  bardzo  jednak  wierzyła,  że  po  raz  drugi 

udałaby się jej taka sztuczka. 

Sytuacja zaczynała być beznadziejna. 

Już miała poddać się zniechęceniu i rozpaczy, kiedy stwierdziła, że przestworza przed 

dziobem  jej  myśliwca  połyskują i  falują.  Ujrzała  statki  wyłaniające  się  z  nadprzestrzeni...  i 

zrozumiała,  że  oto  przybywają  posiłki!  Okręty  wojenne,  zmobilizowane  przez  rząd  Nowej 

Republiki!  Serce  dziewczyny  skoczyło  i  zaczęło  bić  jak  szalone.  Flota  nie  była  liczna,  ale 

doskonale  uzbrojona  i  gotowa  stanąć  do  walki  przeciwko  Akademii  Ciemnej  Strony. 

Widocznie alarmowy sygnał, jaki miał wysłać Jacen, jednak dotarł do Coruscant. 

Jaina wydała radosny okrzyk, po czym zmieniła kurs i lecąc jak pocisk, skierowała się 

prosto  ku  gromadzie  koreliańskich  korwet  i  kanonierek.  Domyśliła  się,  że  władze  Nowej 

Republiki zdążyły przygotować tylko takie jednostki do walki w obronie akademii Jedi. 

Porwany  myśliwiec  typu  TIE  zadrżał,  kiedy  Jaina,  przekraczając  czerwone  kreski, 

oznaczające  granice  bezpieczeństwa,  popchnęła  dźwignię  przyspieszenia  do  oporu. 

Uszkodzony  wskutek  poprzedniego  trafienia  sześciokątny  panel  nadal  nie  dostarczał 

wystarczających ilości energii. 

- Szybciej, szybciej - powtarzała dziewczyna, raz po raz przygryzając dolną wargę. 

Uświadomiła sobie, że jej maszyna musi wytrzymać jeszcze tylko kilka chwil. Jeszcze 

tylko kilka sekund. 

Tymczasem  kadłub  lecącej  na  czele  floty  koreliańskiej  korwety  zaczynał  olbrzymieć 

przed dziobem myśliwca. Mimo to dwaj ścigający dziewczynę imperialni piloci nie dawali za 

wygraną.  Trzymali  się  w  tej  samej  odległości,  ale  nie  przestawali  zasypywać  jej  seriami 

laserowych strzałów. 

Jaina starała się czynić uniki, by uniknąć trafienia, dopóki nie znajdzie się w zasięgu 

dział  kilku  najbliższych  jednostek  republikańskiej  floty.  W  pewnej  chwili  zauważyła,  że 

otworzyły  ogień.  Jaskrawe  smugi  niosących  potężną  energię  turbolaserowych  strzałów 

przemknęły jednak tak blisko myśliwca dziewczyny, że skwierczące błyskawice omal jej nie 

oślepiły. 

Jaina  dopiero  po  kilku  sekundach  uzmysłowiła  sobie,  że  artylerzyści  statków  Nowej 

Republiki strzelają do niej! 

background image

Natychmiast  zrozumiała,  czego  nie  wzięła  pod  uwagę  w  swoich  obliczeniach. 

Pilotując  imperialny  myśliwiec,  leciała  jak  pocisk  w  stronę  przybywającej  z  odsieczą  floty. 

Była ścigana przez dwie inne imperialne maszyny, które zasypywały ją lawinami laserowych 

strzałów,  ale  nie  robiły  jej  żadnej  krzywdy.  Dowódcy  korwet  musieli  dojść  do  wniosku,  że 

wszystkie  trzy  jednostki  są  pilotowane  przez  samobójców,  gotowych  poświęcić  życie,  byle 

tylko unicestwić ich statki. 

Jaina  schwyciła  mikrofon,  nastawiła  komunikator  na  nadawanie  w  szerokim  paśmie 

częstotliwości i wykorzystując całą moc, krzyknęła: 

-  Wzywam  flotę  Nowej  Republiki!  Nie  strzelajcie,  nie  strzelajcie!  Mówi  Jaina  Solo. 

Lecę porwanym imperialnym myśliwcem! 

Ujrzała, że z boku pojawiają się następne statki, stanowiące przypadkową zbieraninę, 

ale mające na kadłubach namalowany znak orbitalnej stacji wydobywczej Landa Calrissiana. 

Jaina  pamiętała,  że  ciemnoskóry  mężczyzna  zapuszczał  się  w  głąb  kłębowiska  gazów 

otaczających jądro Yavina, poszukując w nich drogocennych klejnotów corusca. 

-  Jaina  Solo?  -  W  odbiorniku  komunikatora  myśliwca  rozległ  się  głos  zdumionego 

Calrissiana. - Młoda damo, co właściwie tu robisz? 

-  Zamieniam  się  w  gwiezdny  pył,  jeżeli  zaraz  nie  zajmiecie  się  tymi  dwiema 

maszynami, które siedzą na moim ogonie! 

Do rozmowy włączył się admirał Ackbar. 

- Przestawiamy celowniki - powiedział. - Niczego się nie obawiaj, Jaino Solo. 

- Lecę pierwszą maszyną - przypomniała zdenerwowana dziewczyna. - Nie zestrzelcie 

niewłaściwego myśliwca! No, na co jeszcze czekacie? 

W  pobliżu  jednostki  Jainy  przemknęło  chyba  kilkadziesiąt  turbolaserowych 

błyskawic. Leciały tak blisko siebie, że przestworza zamieniły się w utkaną z ognistych nitek 

śmiercionośną  pajęczynę.  Kolejne  kilkanaście  błyskawic  wyleciało  z  luf  dział  koreliańskich 

kanonierek  i  statków  należących  do  osobistej  floty  Landa  Calrissiana.  Po  sekundzie  oba 

myśliwce  typu  TIE  zamieniły  się  w  ogniste  kule.  Dopiero  wówczas  Jaina  odetchnęła  z 

prawdziwą ulgą. 

Admirał  Ackbar,  przebywający  na  stanowisku  dowodzenia  korwety  lecącej  na  czele 

szyku,  rozkazał  otworzyć  wrota  hangaru  i  poinformował  o  tym  dziewczynę,  wysyłając 

specjalny sygnał. 

-  Zapraszamy  na  pokład,  Jaino  Solo  -  powiedział.  -  Zaopiekujemy  się  tobą  do  czasu 

zakończenia  walki  z  Akademią  Ciemnej  Strony.  Uważam,  że  w  taki  sposób  najlepiej 

przyczynimy się do zapewnienia bezpieczeństwa personelowi akademii Jedi. 

background image

-  Przypuszczam,  że  to  rzeczywiście  najlepszy  sposób  -  zgodziła  się  dziewczyna.  - 

Chciałabym  jednak  zaraz  po  tym,  kiedy  skończycie,  znaleźć  się  na  księżycu,  żeby  wziąć 

udział w walce u boku brata i przyjaciół. 

- Jeżeli zwyciężymy - zauważył Ackbar - możesz nie mieć z kim walczyć. 

Kiedy porwany myśliwiec typu TIE osiadł na płycie lądowiska w hangarze korwety, 

Jaina  wygramoliła  się  z  kabiny.  Jej  czoło  pokrywały  ciężkie  krople  potu,  ale  uśmiech  na 

twarzy  dowodził,  że  dziewczyna  cieszy  się,  iż  nie  musi  dłużej  walczyć  z  imperialnymi 

pilotami.  Zapewne  nie  odczuwała  również  potrzeby  ujęcia  w  dłonie  sterów  jakiejkolwiek 

innej  nieprzyjacielskiej  maszyny.  Co  prawda,  pierwsza  próba  okazała  się  podniecającym 

doświadczeniem,  ale  niekoniecznie  takiego  rodzaju,  żeby  Jaina  chciała  przystępować  do 

następnej. 

Przywitała  się  z  kilkoma  żołnierzami  Nowej  Republiki,  pospiesznie  przeczesała 

palcami  długie,  proste  brązowe  włosy,  a  później  pobiegła  do  szybu  turbowindy.  Kiedy 

znalazła  się  na  mostku,  zajęła  miejsce  u  boku  admirała  Ackbara.  Stamtąd  najlepiej  mogła 

obserwować, jak jego flota przygotowuje się do ataku na przypominającą kolczasty pierścień 

złowieszczą imperialną stację. 

Okręty Nowej Republiki zaczęły ostrzeliwać ośrodek szkolący Ciemnych Jedi, jeszcze 

zanim  zbliżyły  się  do  powierzchni  Yavina  Cztery.  Osłaniające  Akademię  Ciemnej  Strony 

potężne  siłowe  pola  przejmowały  energię  ognistych  błyskawic,  ale  można  było  się 

zorientować, że słabną pod wpływem nieustającego ostrzału. 

W pobliżu imperialnej gwiezdnej stacji znieruchomiały także statki Landa Calrissiana. 

One również zaczęły bombardować ją laserowymi błyskawicami. Jaina doszła do wniosku, że 

atakowana  lawinami  ognistych  sztychów  imperialna  uczelnia  z  pewnością  już  wkrótce 

zostanie unicestwiona. 

Ackbar przycisnął guzik włączający zasilanie mikrofonu komunikatora. 

- Wzywam Akademię Ciemnej Strony - powiedział. - Poddajcie się i przygotujcie na 

przyjęcie oddziału abordażowego. 

Jaina  nie  miała  jednak  czasu,  by  się  odprężyć.  Nikt  spośród  personelu 

nieprzyjacielskiej gwiezdnej stacji nie odpowiedział na wezwanie, a jeden z przebywających 

na mostku korwety oficerów taktyków nagle zawołał: 

-  Panie  admirale!  W  pobliżu  sterburty  wykryliśmy  gwałtowny  skok  ciśnienia 

nadprzestrzeni! Wygląda na to, że cała... 

Jaina  spojrzała  na  iluminator  i  stwierdziła,  że  z  nadprzestrzeni  wyłania  się  grupa 

budzących  przerażenie  imperialnych  jednostek.  Gwiezdne  niszczyciele  sprawiały  wrażenie 

background image

pospiesznie  skonstruowanych  albo  tylko  zmodernizowanych;  dziewczyna  zauważyła  jednak, 

że ich nowoczesne turbolaserowe działa są gotowe do strzału. 

- A oni skąd się tutaj wzięli? - usłyszała jęk Calrissiana, który wydobył się z głośnika 

komunikatora. 

Tymczasem  w  przestworzach  nie  przestawały  pojawiać  się  kolejne  statki.  Wszystkie 

należały  do  świetnie  uzbrojonej  floty,  dochowującej  wierności  Drugiemu  Imperium.  Nie 

czekając,  aż  nawigatorzy  ustalą  namiary,  imperialni  artylerzyści  rozpoczynali  ostrzeliwanie 

jednostek floty Nowej Republiki. 

- Włączyć ochronne pola! - rozkazał natychmiast Ackbar. Odwrócił się w stronę Jainy 

i  popatrzył  na  nią  wielkimi,  okrągłymi,  przerażonymi,  podobnymi  do  rybich  oczami.  - 

Wygląda na to, że mimo wszystko możemy mieć kłopoty - dodał cicho. 

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

Luke Skywalker stanął przed ruinami prastarej budowli Massassów, zwanej Świątynią 

Błękitnego  Liścia,  wzniesionej  na  przeciwległym  brzegu  rzeki.  Konstrukcja  miała  kiedyś 

kształt  wysmukłej  piramidy,  ale  jeżeli  nie  liczyć  wspierającego  się  na  cylindrycznych 

kamiennych  kolumnach  frontonu,  pozostał  z  niej  jedynie  stos  strzaskanych  bloków.  Mistrz 

Jedi przybył sam, po raz kolejny licząc na to, że uda mu się przekonać Brakissa. Mimo to był 

przygotowany do walki. 

To właśnie te ruiny wybrał naczelnik Akademii Ciemnej Strony na miejsce spotkania, 

konfrontacji...  a  możliwe,  że  nawet  pojedynku,  gdyby  osiągnięcie  porozumienia  okazało  się 

niemożliwe. 

Luke  przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy napływające od strony dżungli. Słyszał 

skrzeczenie  stworzeń,  przemykających  w  gęstym  poszyciu,  śpiew  ptaków,  gnieżdżących  się 

nad  jego  głową  pośród  pędów  winorośli,  i  kanonadę  wystrzałów  laserowych  działek 

imperialnych  myśliwców,  bezustannie  krążących  po  niebie  w  poszukiwaniu  nowych  celów. 

Skręcał  się  na  myśl  o  tym,  że  musi  być  sam  i  czekać  bezczynnie,  aż  pojawi  się  Brakiss. 

Tymczasem  powinien  przebywać  razem  z  uczniami  i  walczyć  wraz  z  nimi  przeciwko 

oddziałom, wysłanym przez dowódców Akademii Ciemnej Strony. 

Miał jednak do wykonania inne zadanie - o wiele pilniejsze, ważniejsze i trudniejsze. 

Musiał powstrzymać przywódcę Ciemnych Jedi... Mężczyznę, który był kiedyś jego uczniem. 

Spostrzegł  nagle,  że  rozchyliły  się  gałęzie  gęstych  krzaków  rosnących  na  skraju 

polany,  w  pobliżu  ozdobionej  płaskorzeźbami kamiennej  kolumny.  Z  zarośli  wyłonił  się 

młody  mężczyzna.  Stąpał  lekko  i  z  wdziękiem,  jakby  bez  wysiłku,  ale  każdy  ruch 

znamionował pewność siebie. Na nieskazitelnie gładkiej, posągowo pięknej twarzy ukazał się 

szeroki uśmiech. 

-  Witaj,  Luke’u  Skywalkerze,  mój  były  mistrzu  Jedi  -  odezwał  się  Brakiss.  - 

Przybyłeś, żeby mi się poddać, jak sądzę? Żeby w pokorze przyznać, że przewyższam cię pod 

względem umiejętności? 

Luke nie odwzajemnił jego uśmiechu. 

- Zjawiłem się, żeby z tobą porozmawiać - odparł. - Tak, jak sobie życzyłeś. 

- Obawiam się, że sama rozmowa nie wystarczy - oświadczył Brakiss. - Czy widzisz 

tam, na niebie, moją Akademię Ciemnej Strony? Właśnie w tej chwili pojawiają się obok niej 

okręty  Drugiego  Imperium.  Mimo  tych  mizernych  posiłków,  jakie  przyleciały  na  odsiecz 

background image

twojej uczelni, nie możesz się spodziewać, że zwyciężysz. Przyłącz się do nas, gdyż tylko w 

ten sposób zapobiegniesz dalszemu przelewowi krwi. Dobrze wiem, że gdybyś tylko zechciał 

zapoznać się z siłami, o których dotychczas nie chciałeś nic wiedzieć, także mógłbyś stać się 

potężnym mistrzem Jedi, Skywalkerze. 

Luke pokręcił głową. 

- Daj spokój, Brakissie - powiedział. - Twoje słowa i kuszenie potęgą ciemnej strony 

nie robią na mnie najmniejszego wrażenia. To prawda, byłeś kiedyś moim uczniem. Ujrzałeś 

światłość jasnej strony i uświadomiłeś sobie, że możesz czynić dobro, a jednak stchórzyłeś i 

uciekłeś.  Mimo  to  jeszcze  nie  jest  za  późno.  Zaufaj  mi  i  przyłącz  się  do  mnie.  Poszukamy 

razem i odnajdziemy resztki światłości, jakie jeszcze drzemią w twoim sercu. 

- W moim sercu nie znajdziesz ani odrobiny światłości - oznajmił naczelnik Akademii 

Ciemnej  Strony.  -  Nie  przybyłem  tu,  żeby  się  z  tobą  przekomarzać.  Jeżeli  nie  okażesz  się 

rozsądny i natychmiast się nie poddasz, będę musiał cię pokonać, a potem wziąć szturmem to, 

co jeszcze pozostanie z twojej akademii Jedi. 

Jednym  płynnym  ruchem  wyciągnął  rękojeść  świetlnego  miecza,  ukrytą  dotąd  w 

rękawie srebrzystego płaszcza. Kiedy nacisnął guzik, ukazało się świetliste ostrze. W miejscu 

zetknięcia  z  obudową  miało  kilka  sterczących  we  wszystkie  strony  ognistych  kolców, 

podobnych do pazurów. Mistrz Ciemnych Jedi ciężko westchnął. 

- To będzie doprawdy bezsensowna strata - powiedział. 

- Nie pragnę walki z tobą - odezwał się Skywalker. 

Mężczyzna wzruszył ramionami. 

- Uczynisz, co zechcesz. A ja oszczędzę sobie kłopotów i rozetnę cię na połowy tam, 

gdzie stoisz. 

Unosząc świetliste ostrze, ruszył w stronę przeciwnika. 

Odruchy  mistrza  Jedi  pozwoliły  mu  zareagować  dosłownie  w  ostatniej  chwili.  Luke 

odskoczył,  pomagając  sobie  odrobiną  Mocy,  żeby  zwiększyć  sprężystość  i  długość  skoku. 

Wylądował na rozstawionych i ugiętych nogach, po czym pochylił się i odpiął zawieszoną na 

biodrze rękojeść własnego miecza. 

- Będę się bronił, Brakissie - powiedział - ale jest jeszcze tyle rzeczy, jakich mógłbyś 

się nauczyć, gdybyś zechciał powrócić do akademii Jedi. 

Naczelnik imperialnej uczelni głośno się roześmiał. 

- A kto miałby być moim nauczycielem? Może ty? - zadrwił. - Przestałem uważać cię 

za mistrza, Skywalkerze. Istnieje o wiele więcej rzeczy, o których nie masz pojęcia. Uważasz, 

że  jestem  słaby,  ponieważ  opuściłem  mury  twojej  uczelni,  zanim  ukończyłem  naukę?  Kim 

background image

jesteś,  żebyś  miał  prawo  tak  uważać?  Sam  zapoznałeś  się  tylko  z  cząstką  wiedzy.  Przez 

pewien  czas  szkoliłeś  się  pod  kierunkiem  Obi-Wana  Kenobiego,  dopóki  nie  zabił  go  Darth 

Vader.  Następnie  przebywałeś  jeszcze  krócej  u  mistrza  Yody,  ale  później  i  jego  opuściłeś... 

Kiedy służyłeś wskrzeszonemu Imperatorowi, miałeś okazję wspiąć się na wyżyny własnych 

umiejętności,  ale  nie  wykorzystałeś  jej  i  zrezygnowałeś.  Prawdę  mówiąc,  nigdy  nie 

doprowadzałeś do końca niczego, co zaczynałeś. 

- Nie zamierzam zaprzeczać - odezwał się Luke, unosząc ostrze miecza w obronnym 

geście. 

Brakiss  zaatakował  i  obie  klingi,  głośno  skwiercząc,  przez  chwilę  się  stykały.  Na 

twarzy  mistrza  Ciemnych  Jedi  pojawił  się  grymas.  Mężczyzna  wykrzywił  wargi  i  ukazując 

zęby ruszył do drugiego ataku, ale Luke zasłonił się klingą własnego miecza. 

-  Nauczałeś  nas,  że  proces  stawania  się  rycerzem  Jedi  jest  wyprawą  mającą  na  celu 

odkrycie samego siebie - przypomniał Brakiss. - Od czasu, kiedy opuściłem twoją akademię, 

nie  przestawałem  tego  robić  ani  na  chwilę.  Odrzuciłem  twoje  nauki,  ale  dowiedziałem  się 

więcej... o wiele więcej. Moje poznanie własnych możliwości okazało się o całe niebo głębsze 

5 wszechstronniejsze niż twoje, Skywalkerze, ponieważ ty zamknąłeś przed sobą wiele drzwi 

wiodących do prawdziwej wiedzy. - Uniósł brwi, a w jego oczach błysnęło wyzwanie. - A ja 

otworzyłem te drzwi i dowiedziałem się, jakie kryją się za nimi skarby. 

- Osoba,  która  świadomie  naraża  się  na  śmiertelne  niebezpieczeństwo,  nie  jest 

odważna, ale po prostu głupia - stwierdził Luke. 

- A zatem właśnie ty jesteś takim głupcem - odciął się Brakiss. 

Pochylił się i machnął poziomo świetlistą klingą, zamierzając przeciąć nogi Luke’a na 

wysokości  kolan.  Mistrz  Skywalker  obrócił  dłoń  w  nadgarstku,  skierował  ostrze  broni  ku 

ziemi i odparował cios przeciwnika. Nie przestając się bronić, bezustannie podstawiał klingę 

pod ostrze miecza Brakissa i zmuszał go do cofania. Fałdy srebrzystego płaszcza naczelnika 

Akademii Ciemnej Strony łopotały za jego plecami niczym skrzydła wielkiego kruka. 

- Nie uda ci się wygrać - zauważył w pewnej chwili Skywalker. 

- Jeszcze się o tym przekonamy - odparł mistrz Ciemnych Jedi. 

Otworzył się na przepływ energii ciemnej strony. Wzbudził w sobie jeszcze większy 

gniew i zaatakował ze zdwojoną siłą. Zadając cios za ciosem, usiłował podsycić rozpalający 

się w nim płomień nienawiści. 

Mimo  jego  wysiłków  mistrz  Skywalker,  zachowując  absolutną  pogodę  ducha,  wciąż 

się bronił. Przez cały czas uważnie obserwował przeciwnika. 

- Pozwól, żeby ogarnął cię spokój, Brakissie - odezwał się w pewnej chwili. - Odpręż 

background image

się i przestań denerwować... Spraw, aby łagodność uśmierzyła twój gniew; aby cię ukoiła. 

Brakiss  tylko  się  roześmiał.  Jego  nienagannie  ułożone  blond  włosy  były  teraz 

zmierzwione. Przylepiły się do czoła, na które wystąpiły krople potu. 

-  Skywalkerze,  ile  razy  będziesz  próbował  mnie  nawrócić?  -zapytał.  -  Ścigałeś  mnie 

zawsze, ilekroć uciekałem od ciebie i twoich nauk. Czy naprawdę nie potrafisz pogodzić się z 

przegraną? 

-  Pamiętam,  jak  spotkaliśmy  się  w  tamtej  fabryce  na  Telti,  gdzie  zajmowałeś  się 

produkcją  androidów  -  odparł  Luke.  - Namawiałem  cię  wówczas,  żebyś  się  do  mnie 

przyłączył. Teraz także masz okazję. 

Brakiss parsknął, po czym lekceważąco machnął ręką. 

- Tamta fabryka nic dla mnie nie znaczyła - powiedział. - Musiałem się czymś zająć, 

do  czasu,  aż  odkryłem  w  sobie  prawdziwe  powołanie.  Porzuciłem  ją,  żeby  stworzyć 

Akademię Ciemnej Strony. 

- Może powinieneś rozejrzeć się za innym powołaniem - zauważył Skywalker. 

Machnął ostrzem miecza, żeby odbić kolejny cios, który zadał mistrz Ciemnych Jedi. 

Widząc, że w ten sposób nie zdoła pokonać przeciwnika, Brakiss postanowił uciec się 

do  innej  taktyki.  Zamiast  zaatakować  Skywalkera,  machnął  mieczem,  zamierzając  przeciąć 

jedną  z  wysokich  kolumn  podtrzymujących  część  frontonu  świątyni.  Filar  był 

wyszczerbionym  marmurowym  słupem,  na  którego  powierzchni  wyryto  symbole 

starożytnych  Sithów  i  litery  pisma  Massassów.  Kiedy  świetliste  ostrze  miecza  Brakissa 

zagłębiło  się  w  kamieniu,  trysnęły  fontanny  oślepiających  iskier.  Klinga  przeszła  na  drugą 

stronę.  Pod  wpływem  siły  ciężkości,  porastających  kolumnę  pędów  winorośli  i  masy 

podtrzymywanych kamiennych bloków, filar zachwiał się i zakołysał. 

Widząc, że kamienna kolumna dzieli się na dwie części, Luke rzucił się w bok, by go 

nie  zmiażdżyła.  Razem  z  filarem  runął  fragment  frontowego  nadproża  Świątyni  Błękitnego 

Liścia. Oplatane pędami winorośli kamienie, z trzaskiem zderzając się o siebie, rozleciały się 

we wszystkie strony, by potoczyć się po miękkiej murawie. Luke uskakiwał przed nimi raz w 

tę, raz w inną stronę, tak że żaden nie wyrządził mu krzywdy. 

-  Wygląda  na  to,  że  potrafisz  poruszać  się  jak  baletnica,  Skywalkerze  -  zakpił 

naczelnik imperialnej akademii. 

- Wygląda  na  to,  że  potrafisz  odnosić  się  do  starożytnych  budowli  bez  należytego 

szacunku  -  odparł  mistrz  Jedi.  Kaszląc,  aby  pozbyć  się  z  gardła  drobin  kurzu,  przeskoczył 

przez  kilka  kamiennych  bloków  i  znów  stanął  przed  Brakissem.  -  Może  powinieneś 

sprawdzić,  jak  radzą  sobie  twoi  Ciemni  Jedi.  Od  jakiegoś  czasu  moi  uczniowie  odnoszą  w 

background image

walkach z nimi same zwycięstwa. 

Słyszał odgłosy toczonych w dżungli pojedynków i z utęsknieniem oczekiwał chwili, 

kiedy  będzie  mógł  tam  wrócić  i  pomagać  młodym  rycerzom  Jedi.  Spotkanie  z  byłym 

uczniem,  który  wkroczył  na  złą  drogę,  odwracało  jego  uwagę  od  ważniejszych  spraw  i 

prowadziło donikąd. 

-  Myślę,  że  poświęciłem  ci  wystarczająco  dużo  czasu  -  odezwał  się  po  chwili.  - 

Możesz  albo  się  poddać,  albo  pokonam  cię podczas  walki.  Muszę  wracać  do  swoich  zajęć. 

Powinienem pomóc bronić akademii Jedi. 

Kiedy po raz pierwszy ruszył do ataku, zamierzając jak najszybciej zakończyć walkę, 

w  zazwyczaj  pogodnych  i  spokojnych  oczach  Brakissa  pojawił  się  ledwo  zauważalny  cień 

niepewności.  Mistrz  Jedi  nacierał  coraz  śmielej,  ani  na  chwilę  nie  tracąc  jednak  skupienia  i 

pogody  ducha.  Zmienił  kierunek  ruchu  własnego  miecza  w  taki  sposób,  aby  ostrze  nie 

zetknęło się z ognistą klingą broni przeciwnika. Mógłby nadać ciosowi większą siłę i odciąć 

dłoń  byłego  ucznia -  podobnie,  jak  Vader  odciął  kiedyś  jego  rękę  -  ale  nie  zamierzał 

okaleczać Brakissa w taki sposób. Pragnął tylko uszkodzić jego miecz świetlny. 

Energetyczna klinga broni Skywalkera przeszła przez koniec rękojeści miecza mistrza 

Ciemnych  Jedi  pomiędzy  czubkami  zaciśniętych  palców  a  miejscem,  skąd  wyłaniało  się 

świetliste  ostrze.  Końcowe  dwa  centymetry  ciemnego  cylindra,  gdzie  wystawały  ogniste 

pazury, odłączyły się od reszty obudowy i topiąc się w bezkształtną masę, legły na murawie. 

Brakiss  zaskrzeczał  i  wypuścił  kikut  rękojeści  świetlnego  miecza,  z  którego  nie 

przestawały  tryskać  fontanny  iskier.  Nie  nadająca  się  do  użytku  obudowa  dymiąc  i  płonąc 

spoczęła  na  trawie.  Powoli  zamieniała  się  w  zbieraninę  elektronicznych  i  optycznych 

podzespołów, z których żaden nie działał prawidłowo. 

Władca Akademii Ciemnej Strony uniósł ręce nad głowę i wycofał się na skraj polany. 

- Nie zabijaj mnie, Skywalkerze! - krzyknął. - Proszę, daruj mi życie! 

Na jego twarzy odmalowało się przerażenie nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do 

istniejącego  zagrożenia.  Mistrz  Ciemnych  Jedi  musiał  z  pewnością  wiedzieć,  że  Luke 

Skywalker  nie  miał  nigdy  zwyczaju  zabijania  z  zimną  krwią  bezbronnych  przeciwników. 

Zdrętwiały  z  przerażenia,  Brakiss  zaczął  gorączkowo  przebierać  palcami  przy  zapince 

utrzymującej na ramionach srebrzystą szatę. 

Mistrz Jedi ruszył ku niemu, ale na wszelki wypadek nie opuszczał ostrza świetlnego 

miecza. 

- Jesteś teraz moim jeńcem, Brakissie - oznajmił surowo. - Nadszedł czas, by położyć 

kres tej bitwie. Wydaj rozkaz swoim Ciemnym Jedi, żeby się poddali. 

background image

Tymczasem  jego  przeciwnik  odrzucił  srebrzysty  płaszcz  na  murawę.  Miał  pod  nim 

obcisły kombinezon, a na plecach niewielki pakunek mieszczący repulsorowy silnik. 

- Nie. Muszę teraz zająć się innymi sprawami - odparł, włączając zapłon urządzenia. 

Osłupiały Luke spoglądał, jak mężczyzna startuje i po chwili szybuje w powietrzu nad 

jego głową. Zrozumiał, że nauczyciel Ciemnych Jedi musiał wylądować gdzieś w pobliżu, a 

teraz  bez  wątpienia  zamierza  wrócić  na  pokład  swojej  jednostki  i  odlecieć  nią  prosto  do 

Akademii Ciemnej Strony. 

Z  niedowierzaniem  obserwował,  jak  były  uczeń  po  raz  kolejny  ucieka,  wprawdzie 

pokonany, ale nadal zdolny walczyć, niszczyć i przysparzać cierpień. 

Miał  wrażenie,  że  uczucie  straty  przepełnia  jego  umysł  takim  samym  bólem,  jaki 

odczuwał wówczas, kiedy mężczyzna po raz pierwszy opuścił mury akademii Jedi. 

- Brakissie, znów nie udało mi się ciebie uratować - jęknął cicho. 

Jego  nieprzyjaciel  zamienił  się  w  ciemny  punkcik  i  po  chwili  rozpłynął  się  na  tle 

błękitu nieba. 

background image

ROZDZIAŁ 18 

 

Tymczasem  wyłaniające  się  jakby  znikąd  statki  floty  Drugiego  Imperium 

rozpoczynały ostrzeliwanie jednostek Nowej Republiki. 

-  Uwaga,  wszyscy  członkowie  personelu!  -  krzyknął  admirał  Ackbar  do  mikrofonu 

komunikatora,  machając  przypominającymi  płetwy  rękami.  -  Wzmocnić  ochronne  pola! 

Przygotować się do otwarcia ognia! 

Dwa  imperialne  zmodyfikowane  niszczyciele,  które  pierwsze  wyskoczyły  z 

nadprzestrzeni, uruchomiły potężne baterie turbolaserowych dział. W przestworzach pojawiły 

się jaskrawozielone smugi energii, szybujące w stronę flagowego statku Ackbara. 

Stojąc  na  mostku  obok  Kalamarianina,  Jaina  zacisnęła  powieki  na  ułamek  sekundy, 

zanim oślepiające błyskawice rozprysnęły się na dziobowych osłonach energetycznych. 

- Drugie Imperium musiało budować statki swojej floty w tajemnicy - oświadczyła. - 

Te okręty sprawiają wrażenie, że konstruowano je w wielkim pośpiechu. 

- Mimo to stanowią śmiertelne zagrożenie - odparł Ackbar, poważnie kiwając głową. - 

Teraz wiadomo, co się stało z tymi rdzeniami jednostek napędu nadświetlnego i bateriami do 

turbolaserów, które ukradli z ładowni „Diamentu”. 

Odwrócił się w stronę mikrofonu komunikatora i zaczął wydawać rozkazy dowódcom 

pozostałych statków floty Nowej Republiki. 

-  Wstrzymać  ostrzał  Akademii  Ciemnej  Strony  i  podać  komputerom  urządzeń 

namiarowych  inne  cele.  Gwiezdna  stacja  przedstawia  w  tej  chwili  o  wiele  mniejsze 

zagrożenie niż okręty tej floty. Wziąć na cel imperialne gwiezdne niszczyciele. 

Nagle pełniący służbę na mostku oficer taktyk krzyknął, wyraźnie przerażony: 

-  Panie  admirale!  Nasze  systemy celownicze odmawiają namierzania tych jednostek! 

Imperialne niszczyciele nadaj ą sygnały, z których wynika, że są przyjaciółmi, a nie wrogami! 

Nie jesteśmy w stanie oddać ani jednego strzału! 

- Co takiego? - zapytał Ackbar. - Przecież wszyscy widzimy te okręty! 

- Wiem o tym, panie admirale! - krzyknął zrozpaczony mężczyzna. - Ale komputery 

celownicze  nie  pozwalają  bateriom  dział  przystąpić  do  ostrzału.  Doszły  do  przekonania,  że 

mają do czynienia ze statkami Nowej Republiki. Ich oprogramowanie nie pozwala atakować 

przyjaciół! 

Jaina, która w lot zrozumiała, o co chodzi, odwróciła się w stronę Kalamarianina. 

- Pamięta pan? Kiedy napadli na Kashyyyk, ukradli komputerowe systemy taktyczne i 

background image

moduły  umożliwiające  naprowadzanie  na  cel!  -  krzyknęła.  -  Imperialni  technicy  musieli 

zainstalować  je  na  pokładach  swoich  jednostek,  w  tym  celu,  aby  wprowadzić  w  błąd 

komputery  naszych  systemów  celowniczych.  Powinniśmy  albo  podać  im  inne  cele,  albo  jak 

najszybciej  znaleźć  jakieś  rozwiązanie,  gdyż  w  przeciwnym  razie  nie  zdołamy  oddać  ani 

strzału. Uniemożliwią to nasze moduły odróżniające wrogów od przyjaciół. 

Lando  Calrissian  usłyszał  jej  słowa  dzięki  temu,  że  admirał  Ackbar  nie  wyłączył 

mikrofonu komunikatora. W odbiorniku rozległ się jego donośny głos: 

-  Ponieważ  statki  floty  mojej  orbitalnej  stacji  wydobywczej  korzystają  z  pomocy 

innych komputerów, przypuszczam, że to ja powinienem mieć pierwsze słowo. 

Przypadkowa  zbieranina  jednostek  należących  do  ciemnoskórego  mężczyzny,  która 

tymczasem  zdążyła  oskrzydlić  statki  floty  Drugiego  Imperium,  natychmiast  włączyła  się  do 

akcji. Artylerzyści wystrzelili mnóstwo protonowych torped, mierząc w najbardziej wrażliwe 

punkty  gwiezdnych  niszczycieli.  Zamierzali  osłabić  natężenie  siłowych  pól  chroniących 

imperialne jednostki. 

- To  stara  sztuczka,  której  kiedyś  się  nauczyłem  -  wyjaśnił  przez  komunikator 

Calrissian,  podczas  gdy  stojąca  obok  Ackbara  Jaina  obserwowała,  co  dzieje  się  w 

przestworzach.  -  To  wszystko przypomina  mi  zresztą  sytuację,  jaka  miała  miejsce  podczas 

bitwy o Tanaab. 

Po  chwili,  kiedy  następne  serie  protonowych  torped  dotarły  w  tym  samym  czasie  do 

celów i eksplodowały, wydał okrzyk triumfu. Zauważył, że dwie przeniknęły przez ochronne 

pole  i  ozdobiły  burtę  jednego  gwiezdnego  niszczyciela  łańcuchem  oślepiająco  białych 

płomieni.  Jednostki  floty  Calrissiana  nie  przerywały  ostrzału,  ale  artylerzyści  imperialnych 

okrętów  zaczynali  brać  na  cel  niewielkie  statki,  chwilowo  zostawiać  w  spokoju  fregaty  i 

kanonierki Ackbara. 

- Panie admirale - odezwała się niespodziewanie Jaina. - Jeżeli Drugie Imperium jest 

takie  przebiegłe,  że  wykorzystuje  przeciwko  nam  nasze  systemy  komputerowe,  czy  nie 

powinniśmy odpłacić im pięknym za nadobne? Czy nie moglibyśmy wykorzystać przeciwko 

nim naszych komputerów? 

Kalamarianin obrócił na nią okrągłe, wielkie oczy. 

- Co właściwie masz na myśli, Jaino Solo? - zapytał. 

Dziewczyna  przygryzła dolną  wargę,  po  czym  głęboko  odetchnęła.  Pomysł  wydawał 

się niedorzeczny, ale... 

-  Jest  pan  naczelnym  dowódcą  wszystkich  flot  Nowej  Republiki  -  zaczęła.  -  Czy 

programy komputerów nie zawierają jakiegoś rozkazu, nakazującego im honorowanie czegoś 

background image

w  rodzaju  sygnału  o  najwyższym  priorytecie,  który  może  pan  wydać  w  nadzwyczajnych 

sytuacjach podobnych do tej, z jaką mamy teraz do czynienia? 

Admirał  spoglądał  na  nią  przez  chwilę,  nie  mówiąc  ani  słowa.  Otworzył  usta,  jakby 

chciał napić się łyk wody, a może zaczerpnąć głęboki haust wilgotnego powietrza. 

- Na Moc, masz rację, Jaino Solo! 

- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała dziewczyna, pocierając dłonie. - Zajmijmy 

się dokonywaniem zmian w tym oprogramowaniu! 

 

Po  zniszczeniu  myśliwca,  pilotowanego  przez  ucznia  Akademii  Ciemnej  Strony, 

Norysa, a także ocaleniu Jacena Solo, Qorl czuł, że coś w jego sercu zamarło. Miał wrażenie, 

że  podobnie  jak  sztuczna  ręka,  również  inne  części  ciała  funkcjonuj  ą  jak  mechanizmy 

androida. 

Zdradził  Drugie  Imperium  mimo  tylu  lat  szkolenia  i  wiernej  służby.  Zdradził! 

Dopuścił,  żeby  o  jego  postępowaniu  decydowały porywy  serca.  Zapomniał,  że  powinien 

kierować się ślepym posłuszeństwem i niepohamowaną ambicją. 

Pamiętał  jednak  o  tym,  że  młody  Jacen  Solo  zawsze  był  dla  niego  miły  i  uprzejmy. 

Pomógł go uratować i starał się zostać jego przyjacielem, mimo iż Qorl nie uczynił nic, aby 

na to zasłużyć. 

Wręcz przeciwnie, uwięził chłopca i jego siostrę bliźniaczkę. Groził, że oboje zabije, i 

zmusił do ukończenia naprawy uszkodzonego myśliwca typu TIE, by móc powrócić na służbę 

Imperium.  Co  prawda,  od  tamtego  czasu  usiłował  potajemnie  odwdzięczyć  się  za  okazaną 

życzliwość. To on, korzystając z tego, że nikt nie widzi, pomógł bliźniętom uciec z Akademii 

Ciemnej Strony. Ale żeby zabijać własnego ucznia, aby ich chronić... 

Qorl uzmysłowił sobie, że popełnił poważny błąd, ponieważ sam zadecydował o tym, 

co  robić.  Tymczasem  powinien  był  uczynić  wszystko,  by  do  tego  nie  dopuścić.  Nie  miał 

prawa  podejmowania  żadnych  decyzji.  Jako  pilot  myśliwca  typu  TIE  służył  Drugiemu 

Imperium.  Jego  zadanie  polegało  na  szkoleniu  innych  pilotów  i  szturmowców.  Powinien 

dochowywać wierności Imperatorowi i członkom jego rządu. Zdyscyplinowani żołnierze nie 

mogli  pozwalać  sobie  na  luksus  samodzielnego  decydowania  o  tym,  które  rozkazy 

wykonywać, a które lekceważyć. 

Czując  w  głowie  zamęt,  Qorl  skierował  dziób  myśliwca  w  górę  i  wystrzelił  świecą, 

kierując się ku orbicie. Większość maszyn tworzących jego eskadrę została albo zniszczona, 

albo  latała,  nie  zachowując  szyku,  atakowana  przez  nieznane  systemy  broni,  jakimi 

dysponowali  obrońcy  Yavina  Cztery.  Stary  pilot  uświadamiał  sobie,  że  powinien  wrócić  do 

background image

bazy  i  zameldować  o  wszystkim  przełożonym.  Najpierw  jednak  musi  zdecydować,  czy  się 

poddać, czy powrócić i przyznać się do swojego czynu, a później dzielnie stawić czoło karze, 

jaką zechce wymierzyć lord Brakiss. 

Zacisnął  zęby.  Poddanie  się  oznacza  zdradę.  Jak  mógł  w  ogóle  o  czymś  takim 

pomyśleć?  Usłyszał,  że  silniki  jego  maszyny  zaskowyczały,  kiedy  myśliwiec,  kierując  się 

prosto  ku  majaczącemu  w  górze  kolczastemu  pierścieniowi  Akademii  Ciemnej  Strony, 

pokonywał górne warstwy atmosfery. 

W  pewnej  chwili  Qorl  zorientował  się,  że  wleciał  w  sam  środek  gromady  statków, 

biorących udział w powietrznej bitwie. 

Z  nadprzestrzeni  wyłoniły  się  statki  floty  Nowej  Republiki,  które  natychmiast 

przystąpiły  do  bezlitosnego  ostrzału  imperialnej  stacji.  Kilka  chwil  później  pojawiła  się 

jednak  flota  Drugiego  Imperium,  składająca  się  z  naprędce  skonstruowanych  gwiezdnych 

niszczycieli  i  szturmowych  krążowników,  zmontowanych  z  części,  jakie  znaleziono  w 

niedawno  odzyskanych  stoczniach.  Dochowująca  wierności  Imperatorowi  nowa  flota 

dysponowała  komputerowymi  systemami,  rdzeniami  jednostek  napędu  nadświetlnego  i 

bateriami do turbolaserów, które on sam, Qorl, pomógł zdobyć. 

Na  widok  statków  floty  Drugiego  Imperium  stary  pilot  poczuł  jednak,  że  ogarnia  go 

rozczarowanie.  Jednostki  nie  wyglądały  okazale  i  nie  sprawiały  takiego  wrażenia,  jak  statki 

tworzące  poprzednią  armadę.  Qorl  uświadamiał  sobie  ten  fakt,  ponieważ  służył  kiedyś  na 

pokładzie  Gwiazdy  Śmierci  i  był  członkiem  personelu  dowodzonej  przez  wielkiego  moffa 

Tarkina imperialnej Gwiezdnej Floty. 

Tymczasem  wchodzące  w  skład  nowej  siły  bojowej  okręty  sprawiały  cokolwiek... 

żenujące wrażenie. Wyglądały, jakby dowódcom, którzy rzucili je w wir walki, brakowało sił 

i środków, koniecznych do realizacji własnych marzeń. 

Qorl  dostrzegł,  że  okręty  Drugiego  Imperium  zaczynają  ostrzeliwać  statki 

rebelianckiej  floty,  które  przybyły  z  odsieczą  akademii  Jedi.  Po  kilku  chwilach  stwierdził 

jednak,  że  szale  bitwy  przechylają  się  na  drugą  stronę.  Do  walki  przyłączyła  się  zbieranina 

trudnych  do  opisania  statków,  wyłaniających  się  z  nadprzestrzeni  i  znienacka  atakujących 

gwiezdne niszczyciele. 

Nagle ujrzał, że ochronne pola okrętów Drugiego Imperium osłabły i zanikły. Stało się 

to tak szybko, jakby zostały wyłączone przez pokładowe systemy komputerowe, a dowódcy 

statków zamierzali się poddać! 

Rebelianckie  jednostki  natychmiast  dały  ognia  ze  wszystkich  baterii.  Kolejne  salwy 

wyrządzały  coraz  większe  spustoszenia.  W  kadłubach  gwiezdnych  niszczycieli  zaczęły 

background image

pojawiać się ogromne dziury. O co w tym wszystkim mogło chodzić? Dlaczego jego koledzy, 

walczący  na  pokładach  tych  okrętów,  nie  robili  niczego,  by  ponownie  włączyć  ochronne 

pola? 

Lecąc ku nim i gorączkowo zastanawiając się nad tym, co robić, by im pomóc, Qorl 

dostrzegł  nagle,  że  z  otwartych  wrót  hangarów  gwiezdnych  niszczycieli  wylatują  eskadry 

nowych  myśliwców  typu  TIE,  które  dotąd  nie  uczestniczyły  w  walce.  Mimo  iż  niewielkie 

maszyny wyglądały jak mikroskopijne komary w porównaniu z ogromnymi jednostkami floty 

admirała  Ackbara,  ich piloci  zaczęli  zasypywać  rebelianckie  okręty  lawinami  laserowych 

błyskawic. 

Qorl  dostrzegł  nagle  szansę  odkupienia  własnych  grzechów.  Pamiętał  o  tym,  że  w 

przeszłości  zawiódł  najpierw  młodocianych  przyjaciół,  którzy  pomogli  mu  w  potrzebie,  a 

później  zdradził  mocodawców  z  Akademii  Ciemnej  Strony.  A  zatem  zostanie  wyklęty,  bez 

względu  na  to,  po  czyjej  stronie  teraz  się  opowie.  Już  nigdy  nie  będzie  mógł  żyć  z 

podniesionym czołem, mając świadomość jednej i drugiej zdrady. 

Pomyślał,  że  będzie  najlepiej,  jeżeli  przyłączy  się  do  walki  po  stronie  Drugiego 

Imperium, i współdziałając z pilotami innych myśliwców typu TIE, postara się wyrządzić jak 

najwięcej  zniszczeń.  Możliwe,  że  nawet  zginie  w  ogniu  bitwy  i  w  ten  sposób  odkupi  swoje 

winy.  Był  pilotem.  Od  dawna  ćwiczył,  przygotowując  się  do  takiej  walki.  Przed  wielu  laty 

wystartował  z  pokładu  Gwiazdy  Śmierci,  aby  wykonać  podobne  zadanie.  Tym  razem  nie 

dopuści, by cokolwiek mu w tym przeszkodziło. 

Przesłał  energię  do  laserowych  działek,  użytych  przez  niego  ostatnio  dla 

powstrzymania  morderczego  szału,  w  jaki  wpadł  jego  uczeń,  gburowaty  Norys.  Teraz 

zamierzał jednak wykorzystać je przeciwko celom, z  myślą o których zostały zainstalowane 

na pokładzie maszyny... Przeciwko Sojuszowi Rebeliantów. 

Qorl spadł jak grom z jasnego nieba i natychmiast przyłączył się do walki. Przelatując 

obok jednej z koreliańskich korwet, ostrzelał jej kadłub, wskutek czego na burcie pojawiły się 

zwęglone,  dymiące  kratery.  Piloci  pozostałych  myśliwców  TIE,  którzy  to  zauważyli, 

błyskawicznie  powtórzyli  jego  manewr.  Lecieli  nieforemnym  szykiem,  jedynie  w  teorii 

przypominającym  szturmowy.  Było  jasne,  że  nie  mieli  żadnego  doświadczenia.  Nie  tylko 

nigdy  przedtem  nie  brali  udziału  w  prawdziwej  walce,  ale  nawet  nie  spędzili  wystarczająco 

dużo czasu, ćwicząc na symulatorach. Mimo to, wykorzystując panujący chaos, radzili sobie 

całkiem nieźle. Wprawdzie raz po raz przelatywali przed dziobami maszyn swoich kolegów, 

ale  nie  przestawali  ostrzeliwać  rebelianckich  jednostek,  mając  na  uwadze  tylko  jeden  cel: 

wyrządzić jak najwięcej zniszczeń. 

background image

Rebeliancka  flota  odpowiadała  oślepiającymi  sztychami  turbolaserowych  strzałów, 

przecinających we wszystkie strony mroki przestworzy. Nagle ciemności rozjaśnił oślepiający 

błysk,  który  pojawił  się  w  miejscu,  gdzie  jeszcze  przed  chwilą  znajdowała  się wieżyczka 

dowodzenia jednego z gwiezdnych niszczycieli. Drugi imperialny okręt zawirował wokół osi 

i zaczął dryfować, po czym zawrócił i lecąc powoli, umknął z pola walki. Natychmiast rzuciły 

się  za  nim  w  pościg  rebelianckie  statki,  nie  przestając  razić  go  turbolaserowymi 

błyskawicami. 

Wszystko  świadczyło  o  tym,  że  flota  Drugiego  Imperium  przegrywała  tę  bitwę. 

Przegrywała! 

Qorl postanowił polecieć śladami umykających gwiezdnych niszczycieli. Widział, że 

piloci  niektórych  myśliwców  typu  TIE  kierują  się  ku  otwartym  przestworzom,  chociaż  nie 

miał  pojęcia,  dokąd  zamierzają  lecieć.  Ich  macierzyste  jednostki  zostały  zniszczone,  a 

Akademia Ciemnej Strony była znów ostrzeliwana. Czyżby zamierzali się poddać? 

- Poddanie się oznacza zdradę - mruknął do siebie, po czym zanurkował i przypuścił 

atak na flagowy okręt Rebeliantów. 

Nie  zmienił  kursu,  mimo  iż  tuż  koło  kabiny  przemknęły  oślepiające  błyskawice 

turbolaserowych strzałów. Raz po raz robił użytek z laserowych działek i leciał dalej, chociaż 

odnosił  wrażenie,  że  pogrąża  się  w  gardziel  bestii.  Nigdy,  przenigdy  się  nie  podda!  Raczej 

zginie w oślepiającym błysku światła, który będzie oznaczał jego ostateczne zwycięstwo. 

Rebelianci  musieli  lepiej  ustawić  celowniki  albo  wzięli  go  w  krzyżowy  ogień, 

ponieważ  jeden  ze  strzałów  nagle  trafił  w  jego  myśliwiec.  Qorl  zamknął  oczy,  osłonięte 

czarnym  imperialnym  hełmem.  Spodziewał  się,  że  zniknie  w  jaskrawym  rozbłysku  jak 

świeca, zapalona na cześć Imperatora. 

Okazało  się  jednak,  że  nieprzyjacielski  strzał  tylko  musnął  jeden  silnik  i  uszkodził 

część sześciokątnego panelu z energetycznymi ogniwami. 

Pilotowany  przez  Qorla  myśliwiec  typu  TIE  zawirował,  a  później  zaczął  oddalać  się 

od miejsca bitwy. Mimo iż posiwiały pilot był oplatany ochronną siecią, raz po raz obijał się o 

ścianki  małej  kabiny.  Wstrzymał  oddech,  oczekując,  że  jego  maszyna  może  zaraz 

eksplodować, ale bezustannie koziołkując, nie przestawał oddalać się od rejonu przestworzy, 

gdzie nadal wrzała zacięta bitwa. 

W pewnej chwili poczuł, że pochwyciły go szpony siły przyciągania. Widocznie jego 

maszyna,  pozbawiona  możliwości  sterowania,  miała  znów  się  roztrzaskać.  Nieuchronnie 

opadała ku porośniętemu gęstą dżunglą czwartemu księżycowi Yavina... 

background image

ROZDZIAŁ 19 

 

Brakiss  leciał  szybkim,  zwrotnym  jednoosobowym  promem.  Wystartował  z  Yavina 

Cztery i kierował się ku Akademii Ciemnej Strony. Kiedy się zbliżył, wysłał skomplikowany 

zakodowany sygnał. Sterowane automatycznym mechanizmem wrota hangaru otworzyły się, 

umożliwiając lądowanie w bezpiecznym wnętrzu imperialnej placówki szkoleniowej. 

Mistrz Ciemnych Jedi nie zwracał najmniejszej uwagi na bitwę toczącą się w pobliżu 

jego  gwiezdnej  stacji.  Zmagania  flot  Nowej  Republiki  i  Drugiego  Imperium  były  tylko 

jeszcze jednym wydarzeniem, którego wynik okazywał się nie taki, jak zaplanowano. 

Wciąż jeszcze czuł przyspieszone bicie serca, spowodowane pojedynkiem na świetlne 

miecze, jaki stoczył z Lukiem Skywalkerem w  pobliżu ruin świątyni. Czuł w głowie zamęt, 

wywołany echem, wzbudzonym przez słowa byłego nauczyciela. Gniew i rozpacz walczyły w 

umyśle  mistrza  Ciemnych  Jedi  niczym  nie  dające  się  opanować  nawałnice.  Starały  się 

zawładnąć jego myślami i uczuciami. 

Wszystkie  metody,  jakie  dotąd  stosował,  nie  przywracały  mu  spokoju  i  ciszy, 

niezbędnych,  aby  mógł  bez  przeszkód  czerpać  energię  ciemnej  strony.  Brakiss  próbował 

uciekać  się  nawet  do  znienawidzonych  technik  relaksacyjnych,  których  nauczył  się  od 

Skywalkera,  kiedy  kształcił  się  w  jego  akademii,  w  rzeczywistości  będąc  imperialnym 

szpiegiem. Na próżno. 

Cały świat wokół niego walił się w gruzy. Zawodziły starannie układane plany, grupy 

wszechstronnie  wyszkolonych  Ciemnych Jedi,  oddziały  żołnierzy  Drugiego  Imperium... 

Wszystko  jakby  sprzysięgło  się,  by  pozbawić  go  szansy  odniesienia  najważniejszego 

zwycięstwa,  zadania  miażdżącego  ciosu,  który  wstrząsnąłby  całą  galaktyką.  A  przecież 

zniszczenie akademii Jedi wydawało się takie łatwe. 

Brakiss  wiedział,  że  wielki  wódz  zabije  go  za  to,  iż  zawiódł.  W  tej  chwili  potrafił 

jednak myśleć tylko o tym, że Imperator pozostał jego ostatnią nadzieją. Jedyną nadzieją. Był 

gotów przyjąć w pokorze wyznaczoną karę, ale później, kiedy już uczyni wszystko, co może, 

byle przechylić szalę zwycięstwa na stronę Drugiego Imperium. 

Osadził  prom  na  niemal  całkowicie  opustoszałym  lądowisku  Akademii  Ciemnej 

Strony,  gdzie  jeszcze  niedawno  stały  rzędy  myśliwców  i  bombowców  typu  TIE, 

przygotowywanych do walki. To właśnie stąd wystartowała w przestworza dowodzona przez 

Siostrę  Nocy  Tamith  Kai  opancerzona  bojowa  platforma,  na  której  pokładach  lecieli 

szturmowcy  i  oddział  Ciemnych  Jedi  pod  dowództwem  Zekka.  Wszyscy  byli  tacy  dumni, 

background image

pewni siebie i ufni we własne siły. Nie wątpili, że z łatwością pokonają wyszkolonych przez 

Skywalkera uczniów jasnej strony. 

Brakiss  z  trudem  wygramolił  się  z  ciasnego  wnętrza  jednoosobowego  promu. 

Starannie  wygładził  zmarszczki  srebrzystego  kombinezonu,  bezskutecznie  usiłując odzyskać 

chociaż część godności. Nie chcąc, by ktokolwiek widział go bez broni rycerza Jedi, sięgnął 

więc  po  jeden  z  wielu  masowo  produkowanych  świetlnych  mieczy,  jakich  jeszcze  kilka 

zostało w niszy, wykonanej w metalowej ścianie hangaru. 

Ale  w  jaki  sposób  miał  przemienić  klęskę  w  zwycięstwo?  Widział,  jak  dowodzona 

przez  Tamith  Kai  szturmowa  platforma  zamienia  siew  płonące  szczątki.  Przyglądał  się,  jak 

bezkształtna,  stopiona  konstrukcja  znika  w  nurtach  rzeki.  Oddani  pod  opiekę  Zekka  Ciemni 

Jedi przegrywali jeden pojedynek po drugim. Eskadry myśliwców TIE były dziesiątkowane... 

A teraz ogarnięty bezsilną złością władca imperialnej uczelni obserwował, jak potężna nowa 

flota Drugiego Imperium ginie pod ciosami rebelianckich okrętów, które pojawiły się znikąd i 

w tajemniczy sposób pozbawiły gwiezdne niszczyciele ochronnych pól siłowych! 

Brakiss  opuścił  lądowisko  i  znalazł  się  na  korytarzu  niemal  wyludnionej  Akademii 

Ciemnej Strony. Wszyscy zdolni do walki żołnierze zostali wysłani na powierzchnię Yavina 

Cztery.  Na  pokładach  imperialnej  stacji  pozostało  tylko  kilka  grup  dowodzenia,  których 

personel miał troszczyć się ojej bezpieczeństwo. 

Sterylnie czyste, łukowato wygięte korytarze powinny rozbrzmiewać echem okrzyków 

zwycięstwa.  Zamiast  tego  sprawiały  wrażenie,  jakby  cała  uczelnia  stała  się  grobowcem, 

porzuconym  wrakiem.  Idąc  korytarzem,  Brakiss  powtarzał  sobie,  że  Imperator  musi  zrobić 

coś,  by  ocalić  podwładnych.  Musi  przechylić  szalę  zwycięstwa  tak,  by  pomimo  wszystkich 

niepowodzeń,  jego  Drugie  Imperium  mogło  w  końcu  zatriumfować  i  zapanować  nad  całą 

galaktyką. 

Mimo wszystko, Palpatine oszukał własną śmierć, i to nie raz, lecz dwa razy. Po raz 

pierwszy  zginął  podczas  eksplozji jaka  w  trakcie  bitwy  o  Endor  unicestwiła  drugą  Gwiazdę 

Śmierci.  Odrodził  się  jednak  dzięki  ukrytym  klonom  i  w  ten  sposób  przedłużył  życie.  I 

chociaż  można  było  przypuszczać,  że  wszystkie  klony  uległy  zniszczeniu,  po  następnych 

trzynastu latach został na nowo wskrzeszony, chociaż tym razem nikt nie miał pojęcia, w jaki 

sposób. 

Każdy człowiek, zdolny odradzać się bez końca, powinien chyba umieć zwyciężyć w 

walce z garstką kryminalistów i Rebeliantów, prawda? 

Brakiss  uniósł  dumnie  głowę  i  szedł  wyprostowany,  starając  się,  aby  każdy  krok 

zdradzał  wiarę  w  wielkiego  wodza  i  zaufanie  do  jego  umiejętności.  Usiłując  stąpać 

background image

bezszelestnie niczym duch, kierował się w stronę odosobnionej części gwiezdnej stacji. Tym 

razem  musi  się  zobaczyć  z  Imperatorem.  Nie  pozwoli,  by  ktokolwiek  miał  mu  w  tym 

przeszkodzić. Od następnych kilku chwil będzie zależał los tej bitwy, która zmieni przyszłość 

całej galaktyki! 

Na  zewnątrz  zamkniętych  na  głucho  drzwi  stało  dwóch  imperialnych  strażników, 

odzianych  w  szkarłatne  płaszcze.  Obaj  mieli  na  głowach  złowieszczo  wyglądające 

opancerzone hełmy. Nakrycia głów przypominały błyszczące pociski i zostały zaopatrzone w 

wąskie, czarne prostokątne szczeliny, przez które strażnicy widzieli wszystko, co dzieje się na 

korytarzu.  Na  jego  widok  wyprężyli  się  na  baczność,  ale  skrzyżowali  paraliżujące  włócznie 

na znak, że wzbraniają dostępu. Brakiss jednak nie wahał się i podszedł do nich. 

- Odsuńcie się - rozkazał. - Muszę natychmiast porozmawiać z Imperatorem. 

-  Imperator  życzy  sobie,  żeby  nikt  mu  nie  przeszkadzał  -  odezwał  się  jeden  z 

czerwonych strażników. 

-  Nie  przeszkadzał?  -  rzekł  Brakiss,  zdumiony  faktem,  iż  usłyszał  to  słowo.  - 

Zdziesiątkowana  flota  ponosi  klęskę.  Ciemni  Jedi  są  brani  do  niewoli.  Myśliwce  TIE  są 

zestrzeliwane.  Tamith  Kai  nie  żyje.  Najwyższy  czas,  żeby  Imperatorowi  ktoś  przeszkodził. 

Odsuńcie się. Muszę z nim porozmawiać. 

- Imperator z nikim nie rozmawia. 

Strażnicy  postąpili  krok  w  stronę  Brakissa  i  wyciągnęli  ku  niemu  paraliżujące 

włócznie. 

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  poczuł,  że  w  jego  piersi  wzbiera  nowa  fala 

gniewu. Wiedział, że daje mu większą siłę. Krążąca w jego żyłach Moc pozwalała połączyć 

się  bezpośrednio  z  energią  ciemnej  strony.  Brakiss  pamiętał  o  tym,  że  to  uczucie  sprawiało 

Siostrze  Nocy  Tamith  Kai  taką  radość  i  tak  ją  podniecało,  iż  kobieta  zawsze  starała  się 

wzbudzać w sobie z trudem hamowaną wściekłość. 

Mistrz  Ciemnych  Jedi  nie  miał  czasu  na  to,  żeby  dłużej  wdawać  się  w  rozmowę  z 

odzianymi  na  czerwono,  wścibskimi  mężczyznami.  Doszedł  do  przekonania,  że  obaj  są 

zdrajcami Drugiego Imperium... i zareagował, uwalniając całą nagromadzoną energię ciemnej 

Mocy. 

Rękojeść  świetlnego  miecza  wysunęła  się  z  rękawa  srebrzystego  kombinezonu  i 

spoczęła  pewnie  w  zaciśniętej  dłoni.  Jeden  palec  przycisnął  guzik  włączający  zasilanie.  Z 

czarnego cylindra wyskoczyła drżąca i bucząca klinga, której Brakiss nie zamierzał traktować 

jako  ostrzeżenia.  Stracił  cierpliwość  do  gróźb,  słownych  pojedynków  i  wszystkiego,  co 

hamowało  postęp  i  kierowało  uwagę  na  inne  tory.  Dał  upust  gniewowi  i  pozwolił  płynąć 

background image

ciemnej Mocy. 

- Mam tego dosyć! - krzyknął. 

Płonąc  gniewem,  machnął  ognistym  ostrzem  w  lewo  i  w  prawo.  Złość  sprawiła,  że 

widział  przed  sobą  tylko  mroczny  tunel,  raz  po  raz  rozjaśniany  błękitnymi  błyskawicami 

statycznej elektryczności i obejmujący oba cele, które nieporadnie usiłowały powstrzymać go 

za  pomocą  włóczni.  Brakiss  był  jednak  wielkim  Jedi.  Umiał  posługiwać  się  siłami  ciemnej 

strony. Czerwoni imperialni strażnicy nie mieli podczas walki z nim najmniejszej szansy. 

Nim upłynęła sekunda, rozprawił się najpierw z pierwszym, a następnie z drugim. 

Włączył  mechanizm  odblokowujący  drzwi  apartamentu,  który  kiedyś  przydzielił 

Imperatorowi.  Kod  umożliwiający  otwarcie zamka,  jaki  podał,  okazał  się  nieprawidłowy, 

więc  posłużył  się  Mocą  i  zamienił  obwody  elektroniczne  mechanizmu  w  bezkształtną, 

dymiącą  masę.  Gołymi  rękami  wyrwał  drzwi  z  zawiasów  i  odrzucił  na  bok,  po  czym 

wkroczył do osobistych komnat Palpatine’a. 

- Imperatorze,  musisz  nam  pomóc!  -  zawołał.  Poczuł,  że  w  oświetlonej  niepewnym 

czerwonym blaskiem komnacie jest niezwykle gorąco. Zamrugał, kiedy uświadomił sobie, że 

z  trudem  rozróżnia  szczegóły:  nie  zauważył  jednak  nikogo.  -  Imperatorze  Palpatine!  - 

krzyknął,  jak  umiał  najgłośniej.  -  Szale  bitwy  przechylają  się  na  stronę  Rebeliantów.  Nasze 

oddziały ponoszą klęskę za klęską. Musisz coś zrobić, by nam pomóc! 

Usłyszał  tylko  słabe  echo  własnych  słów.  Nic  więcej.  Nikt  się  nie  poruszył;  nikt  nie 

odpowiedział.  Brakiss  wbiegł  do  następnego  pomieszczenia,  ale  ujrzał  w  nim  jedynie 

ogromną  izolacyjną  komorę  o  połyskujących  czarnych  ścianach.  Opancerzone  drzwi  były 

zamknięte  na  głucho,  a  w  bocznych  płaszczyznach  błyszczały  łby  ogromnych  nitów.  To 

właśnie tej zamkniętej komory strzegli czterej odziani w szkarłatne płaszcze strażnicy, kiedy 

Imperator  opuszczał  pokład  osobistego  trój  skrzydłowego  wahadłowca.  Sam  pojemnik 

dźwigały wówczas dwa potężne, przysadziste robocze androidy, które wyniosły go z ładowni 

i  przetransportowały  korytarzami  do  komnat,  wskazanych  przez  naczelnika  Akademii 

Ciemnej Strony. 

Brakiss  wiedział  o  tym,  że  Imperator  zamknął  się  w  środku  komory.  Może  szukał 

odosobnienia,  a  może  chciał  w  ten  sposób  ochronić  swój  organizm  przed  wpływem 

czynników  zewnętrznych.  Mistrz  Ciemnych  Jedi  obawiał  się  nawet,  że  stan  zdrowia 

Imperatora  uległ  pogorszeniu,  a  Palpatine,  jeżeli  chciał  żyć,  musiał  dysponować  specjalną 

aparaturą medyczną i indywidualnie dobieranymi lekarstwami. 

W tej chwili jednak niewiele go to wszystko obchodziło. Miał dosyć drzwi, które się 

przed  nim  zamykały.  On,  władca  Akademii  Ciemnej  Strony,  jeden  z  najważniejszych 

background image

przywódców Drugiego Imperium, nie powinien być odtrącany jak pierwszy lepszy urzędnik. 

Zaczął walić pięścią w opancerzoną płytę. 

-  Imperatorze,  domagam  się,  żebyś  zechciał  udzielić  mi  audiencji!  Nie  możesz 

dopuścić, by nasze oddziały nadal przegrywały. Musisz posłużyć się własnymi siłami i pomóc 

nam wydrzeć zwycięstwo z rąk nieprzyjaciół! 

Nie  usłyszał  żadnej  odpowiedzi.  W  miarę  upływu  czasu  odgłosy  uderzeń  pięścią 

stawały  się  coraz  rzadsze  i  cichsze,  aż  w  końcu zupełnie  wsiąkły  w  czerwonawy  krwisty 

półmrok, jaki panował także i w tej komnacie. Brakiss poczuł, że jego serce zamieniło się w 

bryłę lodu, upodobniło się do zagubionej komety, przelatującej raz na wiele lat przez obrzeża 

jakiegoś systemu słonecznego. 

Jeżeli Imperator ich opuścił, wszystko przepadło. Bitwa zakończy się sromotną klęską 

Drugiego Imperium... Brakiss nie miał zatem nic więcej do stracenia. 

Ponownie  włączył  świetlny  miecz,  uniósł  buczące  ostrze  i  zadał  cios.  Energetyczna 

klinga rozjarzyła się i  zaskwierczała,  ale  przecięła  grubą  płytę  pancerza  drzwi  komory.  Nic, 

nawet  mandaloriańska  zbroja  czy  chroniąca  przed  strzałami  blasterów  warstwa  durastali  nie 

mogły się oprzeć atakowi świetlnego miecza rycerza Jedi. 

Brakiss  przeciął  również  zawiasy.  Topiony  metal  zadymił  i  spłynął  srebrzystymi 

strumykami  po  krawędzi  płyty.  Mistrz  Ciemnych  Jedi  zadawał  cios  za  ciosem,  wyrąbując 

otwór  w  grubej  metalowej  płycie,  podobnie  jak  robotnik-android  rozbija  ciężką  skrzynię, 

służącą do transportu towarów. Uskoczył w bok na ułamek sekundy przedtem, zanim ciężka 

opancerzona tafla runęła z ogłuszającym hukiem na podłogę komnaty. 

Zamarł i stał jak sparaliżowany, nie bardzo wiedząc, co ma robić. Czekał, aż rozwieją 

się  kłęby  dymu.  Kiedy  znów  mógł  cokolwiek  widzieć,  uniósł  klingę  świetlnego  miecza  i 

wkroczył do komory. 

Rozglądał się, nie wierząc własnym oczom. Nie ujrzał Imperatora. Nigdzie nie widział 

także  luksusowych  mebli  ani  specjalistycznych  medycznych  aparatów,  które  miały 

utrzymywać sędziwego władcę przy życiu. 

Zamiast tego dostrzegł coś, co wprawiło go w osłupienie. 

W  kącie  komory  zauważył  trzeciego  czerwonego  strażnika.  Mężczyzna  siedział  na 

skomplikowanym  zautomatyzowanym  fotelu,  otoczony  z  trzech  stron  komputerowymi 

monitorami  i  kontrolnymi  pulpitami.  Na  ekranie  jednego  monitora  Brakiss  ujrzał  bogaty 

wykaz  holograficznych  wizerunków,  sporządzonych  w  trakcie  całego  życia  Imperatora. 

Biblioteka zawierała wideohologramy z czasów, kiedy Palpatine był jeszcze senatorem, kiedy 

usiłował wprowadzić Nowy Ład i podejmował starania, mające na celu zmiażdżenie Rebelii... 

background image

Były tu nagrane przemówienia, wydawane rozkazy i polecenia, a także wszystkie słowa, jakie 

wypowiedział  czy  to  podczas  wystąpień  publicznych,  czy  zwracając  się  do  zaufanych 

współpracowników.  Potężne  generatory  hologramów  składały  później  fragmenty  w  żądaną 

całość,  tak,  by  stworzyć  wrażenie,  że  żyjący  Imperator  wygłasza  całkiem  nowe 

przemówienia. 

Zdrętwiały z przerażenia Brakiss zaczynał z wolna uświadamiać sobie, co to wszystko 

znaczy. 

Ujrzawszy  go,  czerwony  strażnik  zerwał  się  na  równe  nogi.  Fałdy  szkarłatnego 

płaszcza zawirowały i zaszeleściły za jego plecami. 

- Nie wolno ci tutaj wchodzić - powiedział. 

-  Gdzie  jest  Imperator?  -  zapytał  Brakiss,  mimo  iż  zdążył  się  rozejrzeć  po 

pomieszczeniu  i  znał  odpowiedź.  - Nie  istnieje  żaden  Imperator,  prawda?  To  wszystko  jest 

oszustwem, pożałowania godną próbą przejęcia władzy? 

-  Tak  -  przyznał  po  chwili  wahania  czerwony  strażnik.  -  Muszę  jednak  przyznać,  że 

dobrze  odegrałeś  swoją  rolę.  Imperator  rzeczywiście  zginął  przed  wielu  laty,  kiedy  został 

zniszczony  ostatni  z  jego  klonów,  ale  Drugie  Imperium  musiało  mieć  jakiegoś  przywódcę. 

Dlatego  my,  czterej  najbardziej  lojalni  strażnicy  Palpatine’a,  postanowiliśmy  uczynić 

wszystko, żeby miało swojego wodza. 

Dysponowaliśmy  tekstami  wszystkich  porywających  przemówień,  jakie  wygłosił  w 

ciągu  całego  życia.  Mieliśmy  nagrania,  jakich  dokonywał.  Znaliśmy  jego  myśli. 

Wiedzieliśmy,  co  zamierza  i  jakimi  środkami  chce  się  posługiwać  dla  osiągania  celów. 

Posiadaliśmy  wszystko,  co  potrzebne,  aby  powołać  do  życia  Drugie  Imperium,  ale  zarazem 

uświadamialiśmy sobie, że nie przetrwałoby ani dnia, gdyby któryś z nas został jego wodzem. 

Musieliśmy dać ludziom to, czego pragną, a ludzie pragnęli, żeby wrócił Imperator. Ty także 

sobie  tego  życzyłeś.  Dałeś  się  łatwo  oszukać,  ponieważ  sam  chciałeś  zostać  oszukany  - 

zakończył czerwony strażnik, kiwnąwszy głową Brakissowi. 

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  postąpił  dwa  kroki  w  kierunku  czerwonego 

strażnika.  Uniósł  jeszcze  wyżej  miecz  świetlny,  który  zapłonął  zimnym,  bezlitosnym, 

śmiercionośnym blaskiem. 

-  Nabraliście  nas  -  powiedział,  wciąż  jeszcze  nie  umiejąc  się  otrząsnąć  z  przeżytego 

wstrząsu.  - Wprowadziliście  mnie  w  błąd.  Mnie!  Byłem  jednym  z  najbardziej  oddanych, 

najwierniejszych sług Imperatora, a okazuje się, że służyłem czemuś, co nie istniało. Drugie 

Imperium  nigdy  nie  miało  najmniejszej  szansy,  a  teraz  moi  podwładni  ponoszą  klęskę, 

ponieważ ty i twoi kamraci uciekliście się do mistyfikacji. Nie umieliście niczego porządnie 

background image

zaplanować. Wasze Drugie Imperium było tworem, pozbawionym mrocznego serca. 

Zaślepiony  gniewem,  Brakiss  w  kilku  skokach  pokonał  odległość  dzielącą  go  od 

odzianego  w  szkarłatny  płaszcz  mężczyzny.  Wydawało  się.,  że  przeleciał  przez  komorę 

niczym  anioł  śmierci,  wysoko  unosząc  klingę  świetlnego  miecza.  Ujrzawszy  to,  czerwony 

strażnik  odepchnął  automatyczny  fotel  od  pulpitów  sterowniczych.  Usiłował  wstać, 

równocześnie  sięgając  między  fałdy  jaskrawoczerwonej  szaty,  by  wyciągnąć  jakąś  broń,  ale 

Brakiss nie dał mu szansy. 

Rozpłatał  trzeciego  strażnika;  obie  połowy  dymiąc  runęły  na  klawiatury  i  kontrolne 

urządzenia,  za  pomocą  których  mężczyzna  stworzył  wizerunek  nie  istniejącego  Imperatora. 

Pojawiające się. hologramy wprowadziły w błąd Brakissa, jego Ciemnych Jedi i pozostałych 

członków personelu imperialnej placówki szkoleniowej... Wszystkich, uznających odrodzenie 

Imperium za cel życia. 

- Dopiero teraz Imperium upadło na dobre - mruknął chrapliwie Brakiss. 

Powiódł nieprzytomnym spojrzeniem po całym pomieszczeniu. Nie był już posągowo 

urodziwym,  opanowanym  mężczyzną.  W  niczym  nie  przypominał  władczego  i  dumnego 

naczelnika Akademii Ciemnej Strony. 

Usłyszał  nagle  jakiś  szelest,  dolatujący  spoza  zmasakrowanych  pancernych  drzwi 

komory.  Odwrócił  się  jak  użądlony  i  dostrzegł  krwistoczerwony  błysk...  płaszcza, 

okrywającego  ciało  czwartego  i  ostatniego  członka  grupy  perfidnych  szarlatanów. 

Zniechęcony  i  zrozpaczony  Brakiss  poruszał  się  jak  we  śnie.  Każdy  ruch  sprawiał  mu 

trudności,  a  w  odrętwiałych  mięśniach  pulsowały  ogniska  bólu.  Mimo  to  mistrz  Ciemnych 

Jedi nie mógł pozwolić uciec czwartemu strażnikowi. Honor wymagał, aby wszyscy oszuści 

ponieśli zasłużoną karę. Mobilizując resztkę energii, puścił się za uciekinierem. 

Czerwony  strażnik  zauważył  jednak  dwóch  kolegów,  leżących  bez  życia  przed 

drzwiami  apartamentu  Palpatine’a.  Jeden  rzut  oka  do  wnętrza  komory  uświadomił  mu,  że 

naczelnik Akademii Ciemnej Strony widział służące do wytwarzania hologramów urządzenia 

kontrolne  i  sterujące,  jakie  znajdowały  się  w  odizolowanym  pomieszczeniu.  Czwarty 

mężczyzna, nie wahając się ani sekundy, rzucił się do ucieczki. 

Dopiero wówczas Brakiss uzmysłowił sobie z absolutną pewnością, że jego marzenia 

o  potężnym,  odrodzonym  Imperium  runęły  w  gruzy.  Ciemni  Jedi,  toczący  walki  na 

powierzchni  Yavina  Cztery,  przegrywali  i  byli  brani  do  niewoli.  Imperialne  myśliwce 

dziesiątkowano i strącano... Ale on, władca Akademii Ciemnej Strony, nie dopuści, żeby ten 

oszust i zdrajca uciekł i ocalił życie. Tylko wówczas, jeżeli go zabije, będzie mógł uznać, że 

do końca zaspokoił żądzę zemsty. 

background image

Sadząc długimi krokami, puścił się w pościg za mężczyzną. Czerwony strażnik biegł 

jednak  zdumiewająco  szybko,  jakby  sił  dodawało  mu  przerażenie.  Kiedy  wypadł  z 

odosobnionej części gwiezdnej stacji, popędził opustoszałymi korytarzami Akademii Ciemnej 

Strony. Brakiss biegł za nim, ale odziany w szkarłatny płaszcz uciekinier doskonale wiedział, 

dokąd zmierza. Doskonale. 

Ostatni  pozostający  przy  życiu  imperialny  strażnik  wpadł  do  hangaru  i  natychmiast 

pobiegł w kierunku pozostawionego przez Brakissa szybkiego jednomiejscowego promu. 

Tymczasem mistrz Ciemnych Jedi docierał dopiero do drzwi wiodących na lądowisko. 

- Stój! - krzyknął widząc, jak czwarty strażnik znika w kabinie niewielkiej jednostki. 

Uniósł do góry buczące ostrze świetlnego miecza, żałując, że nie może zmobilizować 

wystarczających  ilości  Mocy,  aby  mężczyzna  zamarł  jak  sparaliżowany.  Widział  jednak,  że 

szarlatan nawet się nie zawahał. Zatrzasnął osłonę kabiny promu i uruchomił repulsory. Przez 

chwilę unosił się nieruchomo nad płytą lądowiska, po czym wydał polecenie zlikwidowania 

energetycznego pola, strzegącego wrót hangaru i nie dopuszczającego do ucieczki atmosfery. 

Brakiss  zakipiał  z  wściekłości.  Zastanawiał  się,  czy  zdążyłby  dotrzeć  w  porę  do 

któregoś  ze  stanowisk  artylerii,  by  zamienić  szarlatana  w  kryształki  lodu  i  rozproszyć  je  po 

pustkowiach przestworzy. Wiedział jednak, że jest na to już za późno. 

Miał wrażenie, że w Akademii Ciemnej Strony nie ma nikogo oprócz niego. Czuł, że 

poniósł  sromotną  klęskę.  Wszystko,  czego  próbował,  obracało  się  przeciwko  niemu.  A  na 

koniec doznał najgorszej zniewagi. Został zdradzony i oszukany... i to przez byle strażnika. 

Nagle w jego głowie zaświtała jakaś spontaniczna myśl. Brakiss przypomniał sobie, że 

kiedy  powstawała  Akademia  Ciemnej Strony,  rzekomo  na  rozkaz  samego  Imperatora 

Palpatine’a,  we  wnętrzu  konstrukcji  gwiezdnej  stacji  zainstalowano  setki,  a  może  nawet 

tysiące  połączonych  ze  sobą  potężnych  ładunków  wybuchowych,  mających  stanowić  coś  w 

rodzaju zaworu bezpieczeństwa. Gdyby Palpatine kiedykolwiek powziął podejrzenie, że nowa 

grupa potężnych Ciemnych Jedi staje się dla niego zagrożeniem, mógłby wysłać zakodowany 

sygnał, który wyzwoliłby detonatory i w ten sposób zniszczyłby Akademię Ciemnej Strony, 

bez względu na to, w którym punkcie przestworzy by się znajdowała. 

Brakiss  stał  na  progu  drzwi  wiodących  na  lądowisko  i  przyglądał  się,  jak  niewielki 

prom coraz bardziej oddala się od jego gwiezdnej stacji. Nagle uzmysłowił sobie, że przecież 

nie  istniał  żaden  wskrzeszony  Imperator.  A  zatem  jedynymi  osobami,  znającymi  tajemnicę 

śmiercionośnego kodu, byli czterej czerwoni imperialni strażnicy... 

 

Niewielki  statek  oddalał  się  od  systemu  Yavina  i  kolczastego  pierścienia  Akademii 

background image

Ciemnej Strony. Ostatni pozostający przy życiu strażnik coraz wyraźniej uświadamiał sobie, 

że  siły  wojskowe,  które  pozostawiał  za  sobą,  są  skazane  na  nieuchronną  zagładę.  Możliwe 

nawet, że kiedy kontratak floty Rebeliantów zakończy się powodzeniem, do końca bitwy nie 

dożyje ani jeden imperialny żołnierz. 

Mężczyzna był pewien, że wszystko, co zdarzyło się w przestworzach wokół Yavina 

Cztery,  powinno  stać  się  absolutną  tajemnicą.  On  sam  musi  pozostać  jedynym  świadkiem 

tego,  co  się  wydarzyło.  Musi  za  wszelką  cenę  podtrzymywać  złudzenie,  które  on  i  jego 

towarzysze z  takim  trudem  stworzyli.  Tylko  w ten  sposób  będzie  mógł  kiedyś  znów  wspiąć 

się na wyżyny władzy. Oznaczało to jednak, że nie może pozwolić sobie na to, aby Akademia 

Ciemnej  Strony  nadal  istniała.  Musi  uczynić  wszystko,  co  w  jego  mocy,  żeby  jak 

najdokładniej  pozacierać  za  sobą  wszystkie  ślady.  Jeżeli  będzie  miał  szczęście,  może  stanie 

się  kimś  znaczącym  i  poważanym.  Możliwe  nawet,  że  zostanie  przywódcą  którejś  z 

przestępczych  grup  czy  organizacji,  jakich  wiele  prowadziło  działalność  na  obrzeżach 

przestworzy, opanowanych przez Nową Republikę. 

Czerwony  strażnik  nadał  krótki  sygnał,  obdarzony  niezwykle  skomplikowanym 

kodem.  Wysłał  w  przestworza  przerażającą  sekwencję  impulsów,  którą  nigdy  przedtem  nie 

zamierzał się posługiwać. 

Zniszczyć! 

I  kiedy  jego  niewielki  prom  zapuszczał  się  coraz  dalej  w  głąb  bezkresnej  czerni 

przestworzy, najeżony lufami dział pierścień Akademii Ciemnej Strony rozkwitł jak ognisty 

kwiat.  Po  chwili  jego  płatki,  rozchyliwszy  się  we  wszystkie  strony,  zamieniły  się  w 

oślepiająco jasną kulę płonących gazów i metalowych szczątków. 

background image

ROZDZIAŁ 20 

 

Z  trudem  idąc  coraz  dalej,  Zekk  przedzierał  się  przez  nieznaną  dżunglę  porastającą 

powierzchnię Yavina Cztery. W panującym półmroku widział tylko to, co znajdowało się w 

odległości  dwóch  metrów  przed  nim.  Kolczaste  gałęzie  krzewów  zahaczały  raz  po  raz  to  o 

włosy,  to  o  fałdy  peleryny.  Młodzieniec  z  wysiłkiem  oddychał  duszącym,  wilgotnym 

powietrzem.  Koński  ogon  już  dawno  się  rozwiązał,  ale  mimo  to  Zekk,  potykając  się  o 

korzenie,  brnął  dalej.  Od  czasu  do  czasu  oglądał  się  przez  ramię,  by  zobaczyć,  czy  nie  jest 

ścigany przez któregoś z wyszkolonych przez Skywalkera uczniów jasnej strony. Co prawda, 

nie  wyczuwał,  by  ktokolwiek  podążał  jego  śladami,  ale  nie  był  tego  pewien.  Kto  wie?  - 

pomyślał, trochę jednak zaniepokojony. Może jasna strona pozwalała uciekać się do sztuczek, 

o których nigdy mu się nie śniło? Może istniały sposoby, dzięki którym nie potrafił wyczuwać 

obecności ścigających go prześladowców? 

Tego  dnia  widział  takie  rzeczy,  że  nawet  nie  miał  pojęcia,  iż  mogą  istnieć.  Dziwne 

rzeczy. Straszliwe rzeczy. Nie zwracał uwagi na to, że wąska i kręta ścieżka, którą szedł, raz 

po raz znika w gąszczu kolczastych zarośli. I tak nie wiedziałby, dokąd idzie. Widocznie jego 

umysł został częściowo sparaliżowany, ponieważ oczy widziały coś, czego nie oglądały nigdy 

przedtem. Były świadkami zniszczeń, terroru, klęski... i śmierci. 

Nagle stopa młodzieńca poślizgnęła się na stosie pleśniejących wilgotnych liści. Zekk 

potknął  się  i  przyklęknął  na  jedno  kolano.  Pochwycił  jakąś  nisko  zwieszającą  się  gałąź  i 

dźwignął ciało, po czym jakby zbudzony z głębokiego snu, rozejrzał się po napierających ze 

wszystkich stron gąszczach. 

W którą stronę właściwie szedł? Wiedział, że zmierza do jakiegoś celu, ale nie bardzo 

potrafił  przypomnieć  sobie,  do  jakiego.  W  końcu  podsunęła  mu  to  chyba  podświadomość, 

ponieważ młodzieniec wyprostował się i poszedł dalej. 

Nagle,  tuż  przed  nim,  z  plątaniny  zarośli  wyskoczył  jakiś  duży  gryzoń,  sięgający 

mniej więcej kolan. Wysunął pazury i rzucił się na Zekka, jednak w tej samej chwili władzę 

nad mięśniami Najciemniejszego Rycerza przejęły doskonale wyćwiczone odruchy Jedi. 

Jednym płynnym ruchem Zekk sięgnął po rękojeść świetlnego miecza i odskoczył w 

krzaki, aby zwierzę nie rozorało go pazurami. Skóra na policzku pękła, kiedy zetknęła się z 

chropowatą purpurowobrązową korą potężnego pnia drzewa Massassów. Zanim Zekk zdążył 

mrugnąć  powiekami  czy  zaczerpnąć  następny  łyk  powietrza,  z  rękojeści  wystrzeliło 

szkarłatnoczerwone  ostrze...  Przecięło  ciało  gryzonia  na  dwie  części,  kiedy  zwierzę  jeszcze 

background image

szybowało  w  powietrzu.  Gryzoń  zaskrzeczał,  ale  dziwny  odgłos  trwał  tylko  chwilę.  Później 

obie parujące połówki opadły na wilgotną ziemię, pokrytą warstwą butwiejących liści. 

Zekk  przypomniał  sobie,  że  w  podobny  sposób  zabił  ulubionego  ucznia  Tamith  Kai, 

Yilasa,  kiedy  walczył  z  nim  w  pozbawionym  ciążenia  pomieszczeniu  Akademii  Ciemnej 

Strony. Wspomnienie nie należało jednak do takich, które przyniosłyby mu ukojenie. 

Z rozciętej skóry na policzku spływała strużka krwi, ale ból był zbyt nikły, żeby Zekk 

mógł go odczuwać. Na razie chroniła młodzieńca umiejętność władania Mocą... Czy nie był, 

mimo  wszystko,  Ciemnym  Jedi?  Ale  co  mogło  się  stać  z  jego  kolegami,  którzy  także 

wyruszyli  do  walki  ku  chwale  Drugiego  Imperium?  Co  stało  się  z  ich  umiejętnościami? 

Dlaczego nic nie układało się tak, jak przewidywały plany? Tego dnia Zekk był świadkiem, 

jak jego Ciemni Jedi, jeden po drugim, przegrywają pojedynki albo są brani do niewoli przez 

uczniów Skywalkera. 

Miał straszliwe przeczucie, że spośród wszystkich tylko on nie został dotąd pokonany. 

Och,  wojownicy  ciemnej  strony  odnieśli  kilka  spektakularnych  zwycięstw. 

Dywersantowi  Orvakowi  udało  się  wysadzić  w  powietrze  generatory  siłowego  pola 

ochraniającego  wielką  świątynię  przed  atakami  z  powietrza.  Bez  wątpienia  imperialny 

komandos  nie  spoczął  na  laurach  i  po  odniesieniu  tego  sukcesu  natychmiast przystąpił  do 

wykonywania  drugiej  części  zadania.  W  ciągu  dnia  wydarzyło  się  także  wiele  innych 

przyjemnych rzeczy. Kilka razy Zekk miał świadomość, że adepci Akademii Ciemnej Strony 

zwyciężają. Zawsze jednak okazywało się, że ich sukcesy były krótkotrwałe. 

A  przecież  Brakiss,  Tamith  Kai,  on  i  jego  podopieczni  byli  tacy  pewni  tego,  że 

odniosą szybkie, łatwe i zdecydowane zwycięstwo. Tak dobrze panowali nad siłami ciemnej 

strony, że nie powinni mieć z tym  żadnych problemów. Przynajmniej Zekk zawsze to sobie 

powtarzał. Tego nauczał go zawsze mistrz Brakiss. 

Po kilku następnych minutach przedzierania się przez zarośla młodzieniec wyłonił się 

z  ciemności,  panujących  w  leśnych  ostępach,  i  wkroczył  na  dużą  polanę.  Jej  skrajem,  wijąc 

się między drzewami, leniwie toczyła wody szeroka rzeka. Czując, że jej widok podnosi go na 

duchu, Zekk stanął na brzegu i pochylił się, by zaspokoić pragnienie. 

Mimo  iż  woda  miała  zielonkawą  barwę,  widział  swoje  odbicie  całkiem  wyraźnie.  Z 

mąconej  przez  niewielkie  fale  powierzchni  spoglądały  na  młodzieńca  zapadnięte 

szmaragdowozielone  źrenice,  otoczone  ciemniejszymi  obwódkami.  Na  obliczu  malował  się 

jednak  tylko  mizerny  cień  dawnej  pewności  siebie,  z  jaką  przystępował  do  walki.  Zlepione 

błotem kosmyki czarnych włosów okalały bladą twarz, podobną do księżyca krążącego wokół 

rodzimej  planety,  Ennth.  Z  rozcięcia  skóry  na  policzku  nie  przestawały  sączyć  się  krople 

background image

krwi.  Radośnie  kontrastowały  z  purpurowofioletowymi  sińcami,  które  otaczały  ranę.  Ich 

widok sprawił, że Zekk zaczął myśleć o Brakissie i jego posągowo pięknej twarzy. 

Ogarnęła  go  taka  rozpacz,  że  poczuł  w  głowie  absolutną  pustkę.  Jęknął  i  opadł  na 

czworaki, nie bacząc na to, że dłonie i kolana zagłębiły się w warstwę przybrzeżnego mułu. 

Nie uświadamiaj ąc sobie tego, co robi, przycisnął do uszu ubrudzone mułem dłonie. 

- Brakissie! - krzyknął, jakby właśnie j ego obarczał całą winą za poniesioną klęskę. - 

Co się stało? Co potoczyło się nie po twojej myśli? 

Nadal  nie  rozumiejąc,  co  się  dzieje,  uniósł  głowę  ku  niebu.  Przez  ułamek  sekundy 

spoglądał  na  majaczący  w  górze  kolczasty  pierścień  Akademii  Ciemnej  Strony,  wiszący  na 

orbicie nad porośniętym dżunglą księżycem... 

Osłupiały  obserwował,  jak  bez  widocznego  powodu  gwiezdna  stacja  zamienia  się  w 

ognistą kulę rozpryskujących się we wszystkie strony szczątków. Ze zdumienia otworzył usta. 

Dotychczas nie przypuszczał, że mógłby odczuwać jeszcze większy ból. 

Okazało się, że był w błędzie. 

Brakiss. To nazwisko nie przestawało powtarzać się w jego myślach. Zekk wiedział, 

że kiedy Akademia Ciemnej Strony eksplodowała, jej naczelnik przebywał na pokładzie. Czuł 

to. Odbierał rozpacz promieniującą z umysłu nauczyciela. 

Odziany  w  srebrzyste  szaty  młody,  urodziwy  mężczyzna  przyjął  do  siebie  Zekka, 

mimo  iż  młodzieniec  nie  miał  żadnych  perspektyw  na  lepszą  przyszłość.  Później  naczelnik 

imperialnej  uczelni  uleczył  go  z  depresji,  nauczał  i  wskazał  dalszą  drogę.  Nadał  nowy  sens 

jego  życiu.  Przekazał  umiejętności,  z  których  chłopak  mógł  być  dumny.  Kiedy  Zekk 

przebywał  w  Akademii  Ciemnej  Strony,  czuł  się  jak  w  domu.  Otrzymał  nawet  tytuł 

Najciemniejszego Rycerza. 

A teraz? Co z tego pozostało? Całą tę naukę i marzenia diabli wzięli. Duma, koledzy, 

świetlana  przyszłość...  wszystko  się  rozwiało.  W  myślach  Zekka  nie  krył  się  nawet  cień 

wątpliwości,  że  Drugie  Imperium  właśnie  tego  dnia  poniosło  druzgocącą,  nieodwracalną, 

sromotną klęskę. A teraz zginął jego nauczyciel i najlepszy przyjaciel, wychowawca i doradca 

- jedyny człowiek, który kiedykolwiek pokładał w nim nadzieję. 

Nie.  Brakiss  nie  był  jedynym  mężczyzną,  ufającym  Zekkowi.  Kiedy  młodzieniec 

uświadomił  sobie  tę  prawdę,  ogarnęła  go  jeszcze  większa  udręka.  Drugą  osobą,  która  także 

zawsze  w  niego  wierzyła,  był  stary  Peckhum.  Zekk  obiecał  kiedyś,  że  nigdy  nie  uczyni 

niczego, co mogłoby sprawić ból albo zawód siwowłosemu gwiezdnemu pilotowi. Tego dnia 

Zekk walczył jednak po stronie nieprzyjaciół Peckhuma. Pomimo wszystkich innych wad, do 

których  czasami  się  przyznawał,  młodzieniec  jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  okłamał  starego 

background image

przyjaciela. 

Stwierdził, że w jego piersi wzbiera kolejna fala gniewu, tym razem na siebie i na to, 

że dał się zmusić do walki przeciwko wiernemu druhowi. Poczuł obrzydzenie na myśl o tym, 

że musiał dokonywać takich strasznych wyborów. Napiął mięśnie, aż poczuł ból, który wydał 

mu  się  niemożliwy  do  zniesienia.  Trawiony  rozpaczą,  jeszcze  głębiej  wbił  palce  w  warstwę 

przybrzeżnego  mułu.  Muł  był  ciemny,  wilgotny,  śliski  i  zdradliwy.  Możliwe,  że  właśnie 

dzięki tym cechom doskonale wyrażał to wszystko, co młodzieniec wybrał: ciemność. 

Tego  dnia  stał  bezczynnie  i  przyglądał  się,  jak  jego  koledzy  zestrzeliwują 

„Piorunochron”.  Nie  wiedział  tego  na  pewno,  ale  wszystko  wskazywało  na  to,  że  jedyny 

człowiek,  który  kiedykolwiek  obdarzył  go  bezinteresowną  przyjaźnią  i  zaufaniem,  nie  żył. 

Nie mogąc dłużej znieść udręki, Zekk zacisnął palce. Wyszarpnął dwie garście wilgotnej mazi 

i rozsmarował po całej twarzy. Muł wniknął pod rozciętą skórę i wreszcie sprawił mu trochę 

fizycznego bólu. Chłopak uświadomił sobie, że dopiero teraz naprawdę go odczuwa. Niewiele 

go to obchodziło. Zasłużył sobie na ból i cierpienia. 

Zawiódł  wszystkich:  Brakissa,  pozostałych  wojowników  ciemnej  strony,  starego 

Peckhuma...  samego  siebie.  Z  oczu  Zekka  popłynęły  łzy,  ale  chłopak  nawet  tego  nie 

zauważył.  Nabrał  następne  dwie  pełne  garście  mułu  i  rozprowadził  miękką  glinę  po 

ramionach,  przedramionach  i  szyi.  Każdą  odsłoniętą  część  ciała  pokrył  grubą  warstwą 

ciemnej mazi. 

To... właśnie t o oddawało najtrafniej stan jego ducha. Ciemność. Sam ją wybrał i sam 

się w niej pogrążył. Był zbrukany przez ciemność. 

Mimo to nie miał wyjścia. Nie mógł zawrócić z obranej drogi. Dokonał wyboru i teraz 

musiał  ponieść  wszelkie  konsekwencje.  Był,  kim  był.  Ciemnym  Jedi.  Nic  nie  mogło  teraz 

zmienić  tego  faktu.  I  chociaż  lord  Brakiss  poniósł  śmierć  na  pokładzie  Akademii  Ciemnej 

Strony, a jego podwładni zostali pokonani albo wtrąceni do więzienia, Zekk do końca życia 

nie zdoła uporać się z wyrzutami sumienia, bez względu na to, ile dni miałby przeżyć. 

Nawet Jacen i Jaina, o ile jeszcze żyją, nie będą mogli mu przebaczyć wszystkiego, co 

uczynił. Jeżeli wziąć pod uwagę toczącą siew przestworzach bitwę, unicestwienie Akademii 

Ciemnej Strony i walki na powierzchni Yavina Cztery, Zekk był osobiście odpowiedzialny za 

śmierć setki albo więcej ludzi. Może także za śmierć Peckhuma. Bliźnięta nigdy mu tego nie 

wybaczą.  Nie  rozumiały,  że  decyzja,  jaką  podjął,  kiedy  postanowił  rozpocząć  naukę  w 

imperialnym  ośrodku  szkoleniowym,  wydawała  mu  się  wówczas  słuszna  i  jedyna.  W  ogóle 

nie wierzyły, że mógłby w przyszłości stać się kimś cenionym i poważanym. 

Zekk dokonał jednak wyboru, a później starał się, jak umiał najlepiej. Kiedy wyprawił 

background image

się  na  Kashyyyk  i  spotkał  z  Jainą,  ostrzegł  ją,  aby  nie  powracała  na  Yavin  Cztery.  Miał 

nadzieję, że dzięki temu ostrzeżeniu uchroni ją przed niebezpieczeństwami, jakie niósł udział 

w zaciętej walce. W głębi duszy wątpił jednak, by dziewczyna usłuchała. 

Z wysiłkiem wstał i jeszcze raz spojrzał na swoje odbicie, jakie ukazywały mu leniwie 

płynące wody rzeki. Obrzeżona szkarłatną lamówką czarna peleryna, która kiedyś stanowiła 

przedmiot  największej  dumy,  zwisała  teraz  smętnie  z  ramion,  w  wielu  miejscach 

podziurawiona  i  rozdarta,  a  z  lamówki  pozostały  tylko  strzępy.  Jego  skórę  pokrywała  gruba 

warstwa  błota,  a  w  zapadniętych  szmaragdowych  oczach  malowało  się  przygnębienie  i 

zniechęcenie. 

Zekk  wiedział  jednak,  że  to  jeszcze  nie  koniec.  Możliwe,  że  nikogo  już  nie 

obchodziło,  co  postanowi  i  co  zrobi,  ale  nadal  mógł  dokonywać  wyborów.  Jeszcze  pokaże 

bliźniętom,  co  potrafi.  Odwrócił  się  i  ruszył  wzdłuż  brzegu  rzeki.  Kierował  się  ku  wielkiej 

świątyni. 

Miał w zanadrzu jeszcze jeden atut, który musiał wykorzystać. 

background image

ROZDZIAŁ 21 

 

- Tam, w dole - odezwała się Jaina, pokazując niewielką polanę, którą Luke wybrał na 

miejsce zbiórki wszystkich uczniów akademii Jedi. 

Lando Calrissian, siedzący za sterami własnego wahadłowca, wyszczerzył w szerokim 

uśmiechu olśniewająco białe piękne zęby. 

- Wszystko jasne, młoda damo - powiedział. - Wygląda na to, że się nas spodziewają. 

Widocznie walki musiały już się skończyć. 

Kiedy  ciemnoskóry  mężczyzna  zaczął  podchodzić  do  lądowania,  Jaina  postanowiła 

posłużyć  się  technikami  relaksacyjnymi  Jedi,  aby  chociaż  trochę  się  odprężyć.  Stwierdziła 

jednak,  że  nie  przyniosło  jej  to  żadnej  ulgi.  Mięśnie  pozostawały  tak  samo  zdrętwiałe  i 

napięte jak wówczas, kiedy kuląc się w ciasnej kabinie myśliwca typu TIE uciekała, by ocalić 

życie.  Z  jakiegoś  powodu  nie  potrafiła  zapomnieć  o  tamtych  chwilach.  Tego  dnia  po  raz 

pierwszy  w  życiu  walczyła  jak  prawdziwy  rycerz  Jedi.  Jej  przeciwnikiem  był  inny  Jedi, 

posługujący się siłami ciemnej strony. 

Przecież właśnie temu celowi miało służyć całe dotychczasowe szkolenie. 

Kiedy wahadłowiec Calrissiana w końcu znieruchomiał na lądowisku, dziewczyna nie 

traciła czasu na zbędne formalności. Opuściła szybko pokład, podbiegła do wuja i rzuciła się 

w jego objęcia. 

- Udało ci się! Żyjesz! - krzyknęła, czując uniesienie i wielką ulgę. 

- Witaj, Luke’u, stary kumplu - odezwał się Lando. - Przyleciałem, żeby choć trochę 

pomóc, ale widzę, że doskonale sobie radzisz i panujesz nad całą sytuacją. 

- Mimo to przyda mi się twoja pomoc, Lando - odparł Skywalker. Odwzajemnił uścisk 

Jainy. - Obawiam się, że niektórzy z nas nie mieli tyle szczęścia - dodał poważnie. 

Dopiero  wówczas  Jaina  uświadomiła  sobie,  że  nie  ma  pojęcia,  jak  układały  się  losy 

bitwy  na  powierzchni  księżyca.  Przygryzła  dolną  wargę  i  potoczyła  wokoło  nieprzytomnym 

spojrzeniem. Miała nadzieję, że dostrzeże gdzieś Jacena, Tenel Ka i młodego Wookiego. 

Na  widok  tego,  co  zobaczyła,  ogarnęło  ją  przerażenie.  Spostrzegła,  że  żaden  uczeń 

akademii  Jedi  nie  uniknął  ran  albo  obrażeń.  Kilkoro  młodych  rycerzy  Jedi  utykało.  Prawa 

ręka  Tionny  zwisała  na  temblaku,  a  srebrzystosiwe  włosy  instruktorki  były  osmalone. 

Niektórzy uczniowie mieli tylko zadrapania i siniaki, ale inni odnieśli poważniejsze rany. 

Jaina  zdumiała  się,  kiedy  zauważyła  Raynara.  Twarz  chłopca  pokrywało  błoto,  a 

krzykliwa  szata  rozdarta  i  poplamiona  chyba  rzecznym  szlamem.  Chodząc  między  rannymi 

background image

kolegami  i  koleżankami,  młody  uczeń  opatrywał  rany  i  pomagał,  jak  umiał.  Sprawiał 

wrażenie smutnego i przygnębionego. 

Kiedy dziewczyna zwróciła uwagę na pacjentkę, którą właśnie się zajmował, zbladła i 

rzuciła  się  ku  niej.  Tenel  Ka  leżała,  chyba  trawiona  wysoką  gorączką.  Wyglądało  na  to,  że 

straciła  sporo  krwi.  Miała  głęboką  ranę  ciętą,  biegnącą  przez  czoło  i  zaczynającą  się  nad 

jednym szarym okiem. Inna rana cięta, trochę płytsza, szpeciła niemal całe udo i kończyła się 

tuż powyżej kolana. 

Raynar klęczał u boku dziewczyny i darł na paski materiał stosunkowo czystej szaty 

spodniej.  Jaina  zrobiła  z  resztek  coś  w  rodzaju  tamponu.  Zamierzając  powstrzymać  dalszy 

upływ krwi, przyłożyła go do rany na czole. Tymczasem Raynar zaczął bandażować ranę na 

nodze. 

Jaina rozejrzała się po polanie, wypatrując Jacena. Dopiero teraz zauważyła, że kilka 

metrów dalej, cicho jęcząc i trzymając się za bok, leży w trawie Lowie. 

W różnych miejscach na skraju polany Tionna, Luke i Lando pomagali innym rannym 

uczniom, leżącym albo siedzącym na murawie. Nigdzie jednak nie było widać Jacena. 

- Lowie, jak się czujesz? - zapytała Jaina. 

Młody Wookie mruknął coś zdawkowo i machnął ręką, jakby chciał powiedzieć, żeby 

dziewczyna skończyła najpierw opatrywać rany wojowniczki z Dathomiry. 

-  Och,  pani  Jaino!  Dzięki  niech  będą  niebiosom,  że  wreszcie  pani  się  zjawiła!  - 

krzyknął  Em  Teedee.  Piskliwy  głosik  miniaturowego  androida-tłumacza  zabrzmiał  jednak 

bardzo  dziwnie,  inaczej  niż  zazwyczaj.  Jaina  zauważyła,  że  kratka  osłaniająca  niewielki 

głośnik  jest  wgnieciona.  -  Po  prostu  nie  może  pani  mieć  pojęcia,  przez  co  przeszliśmy 

wszyscy troje. Pan Lowbacca i pani Tenel Ka musieli skakać z bojowej platformy, ponieważ 

nie zamierzali stracić życia w wyniku eksplozji. Mieli szczęście, gdyż platforma kilka chwil 

później i tak zniknęła w odmętach rzeki. 

Kiedy  lądowaliśmy  na  drzewie,  pan  Lowbacca  zdołał  uchwycić  się  jakiegoś  konaru, 

ale pani Tenel Ka uderzyła głową o wystającą gałąź. Obijając się o pień, zaczęła spadać coraz 

niżej,  ale  pan  Lowbacca  natychmiast  zanurkował,  pragnąc  ją  ocalić.  Pochwycił  jej  rękę  i 

zapobiegł  katastrofie  w  ten  sposób,  że  wylądował  brzuchem  na  szerokim  konarze. 

Zapewniam,  pani  Jaino,  że  zachował  się  jak  bohater.  Rzecz  jasna,  nie  jestem  medycznym 

androidem,  ale obawiam się, że pan Lowbacca  ma złamaną i przemieszczoną kość ramienia 

oraz pęknięte co najmniej trzy żebra. 

Raynar  zmienił  opatrunek  na  głowie  Tenel  Ka,  a  potem,  pragnąc  go  unieruchomić, 

zaczął owijać bandażem. 

background image

-  Możesz  iść  -  odezwał  się  do  Jainy,  kiwając  zarazem  głową  w  stronę  Lowbaccy.  - 

Sam skończę. 

Kiedy  na  polanę  weszło  dwóch  innych  rannych  uczniów  Jedi,  Jaina  popatrzyła  na 

nich, w nadziei, że może ujrzy brata. Żaden jednak nie był nawet podobny do Jacena. 

-  Czy  nie  widziałeś  gdzieś  mojego  brata?  -  zwróciła  się  do  Raynara.  Podeszła  do 

Lowiego,  zamierzając  obejrzeć  jego  obrażenia.  -  On  i  stary  Peckhum  polecieli 

„Piorunochronem”, żeby wysłać sygnał alarmowy i wezwać posiłki. Powinien był już dawno 

wrócić. 

Chłopiec zmarszczył brwi i pokręcił głową. 

-  No  cóż...  -  powiedział,  jakby  starając  się  przypomnieć  sobie,  co  się  wydarzyło.  - 

Widziałem  towarowy  transportowiec...  „Piorunochron” -  dodał  po  chwili.  -  Chyba  został 

zestrzelony przez jakiś myśliwiec typu TIE. 

Jaina zachłysnęła się powietrzem. 

- Czy widziałeś, że eksplodował w powietrzu albo roztrzaskał się podczas lądowania? 

- zapytała, kiedy przyszła do siebie. 

Raynar odwrócił głowę i popatrzył w inną stronę. 

-  Nie  widziałem  -  odparł  cicho.  -  Wyglądało  na  to,  że  statek  jest  uszkodzony  i  ma 

spore  kłopoty  z  utrzymaniem  się  w  powietrzu...  -  Wzruszył  ramionami,  jakby  czuł  się 

skrępowany. - Tak czy owak, to wszystko miało miejsce dawno, na początku bitwy. 

Jaina przygryzła dolną wargę i zamknęła oczy. Starając się odnaleźć Jacena, wysłała 

wici Mocy. 

- Nie umarł - stwierdziła w końcu. - Nie jestem jednak w stanie powiedzieć nic więcej. 

Nie  wyczuwam  natomiast  obecności  starego  Peckhuma.  Nie  umiem  nawiązać  z  nim  takiej 

więzi jak z Jacenem. Wiem tylko tyle, że mój brat przebywa gdzieś tam... z daleka od polany. 

Na pyzatej, ale dziwnie poważnej twarzy Raynara pojawił się szczery uśmiech. 

- To dobrze - oznajmił chłopiec. - Bardzo dobrze. 

- To chyba już ostatni, jak mi się zdaje - odezwał się Lando, klękając obok Jainy. - Jak 

się miewasz, Lowbacco, stary kumplu? Wyglądasz, jakbyś brał udział w najbardziej zaciętych 

walkach. 

Lowie cicho warknął, przyznając mu rację. 

- Myślę, że na polanę zdążyli dotrzeć wszyscy, którzy znajdowali się w pobliżu - rzekł 

Calrissian. 

- Znaleźliśmy jeszcze jednego - powiedział Luke, przyłączając się do nich. 

Pokazał na skraj polany, gdzie Tionna opatrywała podobnego do drzewa rycerza Jedi. 

background image

Jakaś eksplozja złamała mu jedną gałąź. 

Jaina uniosła głowę i spojrzała na wuja. 

- A co z Jacenem? - zapytała. 

- Żyje... - odrzekł po chwili Luke. - Na razie nie potrafię powiedzieć nic więcej. 

- To wiem - zgodziła się dziewczyna. - Ale gdzie przebywa? Czy nie powinniśmy go 

poszukać? 

-  Przede  wszystkim  musimy  przenieść  rannych  do  środka  wielkiej  świątyni  - 

oświadczył  Skywalker.  -  Jeżeli  staremu  Peckhumowi  i  Jacenowi  udało  się  utrzymać 

„Piorunochron”  w  powietrzu,  bez  wątpienia  skierowali  się  ku  głównemu  lądowisku.  Nie 

zdołaliby wylądować nigdzie indziej, a z pewnością nie na takiej małej polanie. 

Jaina poczuła, że w jej serce wstępuje nowa otucha. Wuj mówił prawdę. Popatrzyła na 

Lowiego. 

- Możesz chodzić? - zapytała. 

Młody Wookie warknął coś, co chyba miało oznaczać potwierdzenie. 

-  Pan  Lowbacca  jest  gotów  wyruszyć  na  przechadzkę,  jeżeli  ktoś  zechciałby  mu 

chociaż trochę pomóc - pospieszył z tłumaczeniem miniaturowy android. 

- Dobrze - rzekła dziewczyna. - Wracajmy do akademii Jedi. Niecierpliwie oczekiwała 

chwili, kiedy znów będzie mogła ujrzeć brata. Niepokoiła się, czy nie przydarzyło mu się coś 

złego. 

Mniej  więcej  po  godzinie  grupa  rannych,  utykających  uczniów  Jedi  wyłoniła  się  z 

ostępów dżungli i stanęła obok wielkiej świątyni na skraju polany, zamienionej na lądowisko. 

Rozczarowana Jaina stwierdziła jednak, że na wielkiej, oczyszczonej z roślinności przestrzeni 

nie spoczywa żaden gwiezdny statek. 

- Nie martw się, młoda damo - pocieszył ją Lando. - Pomogę ci ich szukać. 

Dziewczyna  ciężko  westchnęła  i  kiwnęła  głową.  Chociaż  wiedziała,  że  Jacen  żyje, 

miała wrażenie, że wydarzy się coś złego. Przeczuwała, że nadciąga niebezpieczeństwo. 

-  W  porządku  -  odezwała  się  w  końcu.  -  Wprowadzimy  najpierw  do  świątyni 

wszystkich  rannych.  W  środku  będą  bezpieczni.  Musimy  jednak  wnieść  ich  przez  drzwi 

wiodące na dziedziniec. Wrota hangaru są wciąż zablokowane. 

Przejście  przez  lądowisko  na  wybrukowany  kamiennymi  płytami  dziedziniec  zajęło 

więcej  czasu  niż  Jaina  się  spodziewała,  ale  wreszcie  znalazła  się  w  odległości  dziesięciu 

metrów od ciemnego prostokątnego otworu. Widząc, że do przejścia pozostało zaledwie kilka 

kroków, uśmiechnęła się i przyspieszyła. 

Nagle z mrocznego wnętrza wy skoczył jakiś odziany w łachmany młody mężczyzna. 

background image

Jego posiniaczoną i zakrwawioną twarz pokrywała gruba warstwa schnącego rzecznego mułu, 

ale Jaina rozpoznałaby j ą wszędzie, gdziekolwiek by ją ujrzała. 

Zekk uniósł dumnie głowę i stanął, zagradzając przejście własnym ciałem. 

- Nikt nie wejdzie do świątyni - oświadczył stanowczo. 

background image

ROZDZIAŁ 22 

 

Jaina  stała  znów  twarzą  w  twarz  z  przyjacielem  z  dawnych  czasów,  Zekkiem,  ale 

zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. Miała wrażenie, że nie może oddychać. Pomyślała, iż 

zapewne powietrze w jej płucach zamieniło się w bryłę lodu. Czuła tylko przyspieszone bicie 

serca. 

Tymczasem Zekk nie uczynił żadnego ruchu. 

Luke  podszedł  do  Jainy  i  stanął  u  jej  boku.  Lowbacca,  który  wspierał  się  o  ramię 

dziewczyny z drugiej strony, cicho warknął. W tej samej sekundzie Jaina uświadomiła sobie, 

że  wyczuwa  obecność  wszystkich  innych  uczniów  Jedi,  stojących  na  skraju  dziedzińca... 

Koledzy i koleżanki z akademii ujrzeli Zekka po raz pierwszy dopiero tego dnia, kiedy objął 

dowództwo  oddziału  wojowników  Akademii  Ciemnej  Strony.  Widzieli  w  nim  tylko  wroga. 

Nawet nie podejrzewali, że w przeszłości mógł być kimś zupełnie innym. 

Jaina utkwiła spojrzenie w pokrytej warstwą schnącego mułu twarzy Zekka. 

- Sama się z tym uporam, wujku Luke’u - powiedziała. - Nie chcę, by ktokolwiek mi 

pomagał. 

Luke  wahał  się  przez  chwilę.  Jaina  zorientowała  się,  że  spełnienie  jej  prośby 

przychodzi mu z wielkim trudem. Kiedy odezwał się, w jego głosie zabrzmiał niepokój: 

-  To  coś  innego  niż  rozbieranie  i  naprawianie  uszkodzonych  mechanizmów,  Jaino  - 

ostrzegł. 

-  Wiem -  odparła  cicho  dziewczyna. -  Nie  mam  pojęcia, czy Zekk mnie usłucha, ale 

jestem pewna, że nie usłucha nikogo innego. 

-  Pamiętam,  że  przed  wielu  laty  też  tak  sądziłem  -  oznajmił  Luke.  -  Kiedy 

postanowiłem  nawrócić  Dartha  Vadera  na  jasną  stronę.  Taka  próba  to  coś  bardzo 

niebezpiecznego, a prawdopodobieństwo powodzenia jest niezwykle małe. 

Westchnął, jakby wciąż zastanawiał się, czy Jaina sobie poradzi. 

Dziewczyna  oderwała  spojrzenie  od  twarzy  Zekka.  Z  wysiłkiem  odwróciła  głowę  i 

popatrzyła na wuja. 

- Proszę, pozwól mi spróbować - powiedziała. 

Luke przez dłuższą chwilę przyglądał się jej w milczeniu, wreszcie kiwnął głową. 

Jaina znów zwróciła oczy na twarz Zekka. Skupiła się wewnętrznie, myśląc o tym, co 

powie.  Tymczasem  Luke  Skywalker  ujął  Lowiego  pod  rękę  i  odprowadził  na  skraj  polany. 

Dziewczyna zaczerpnęła jeszcze więcej energii Mocy, ale nadal nie miała pojęcia, jak zacząć 

background image

rozmowę ze stojącym przed nią młodzieńcem, dowódcą wszystkich Ciemnych Jedi. 

To przecież Zekk, pomyślała. Był kiedyś moim przyjacielem. 

Postąpiła krok w jego stronę i odezwała się na tyle głośno, żeby mógł ją usłyszeć. 

-  Bitwa  dobiegła  końca,  Zekku.  Musimy  wejść  do  wielkiej  świątyni,  żeby  zająć  się 

opatrywaniem rannych. 

Zekk wzdrygnął się, jakby przeniknięty wewnętrznym dreszczem.  Cofnął się o krok, 

ale rozłożył ręce w taki sposób, że zablokował całe wrota. 

-  Nie  -  odparł.  -  Jeżeli  to  uczynisz,  będziesz  musiała  opatrywać  jeszcze  więcej  ran  i 

obrażeń. 

Jaina  nie  przejęła  się  tą  pogróżką.  Postanowiła  podejść  do  rozwiązania  problemu  z 

innej strony. 

Zwróciła  uwagę  na  to,  że  chłopak  wodzi  niespokojnym  spojrzeniem  po  skraju 

dziedzińca,  jakby  oceniał  siłę  i  liczbę  uczniów  mistrza  Skywalkera.  Zapewne  usiłował  się 

zorientować,  jak  poważnie  są  ranni,  aby  stwierdzić,  ilu  zdoła  zabić,  zanim  obezwładnią  go 

pozostali. 

-  Chciałabym  nadal  być  twoją  przyjaciółką,  Zekku  -  zaczęła.  Zauważyła,  że 

młodzieniec zamrugał i szarpnął się, jakby go uderzyła. - Wyrzeknij się ciemnej strony i wróć 

na  jasną.  Czy  pamiętasz,  jak  kiedyś  znalazłeś  stary  moduł  komputerowy  umożliwiający 

buszowanie w innych systemach? Pamiętasz, jak za pomocą niego przeniknęliśmy do systemu 

komputerowego holograficznego zoo? 

Zekk kiwnął niepewnie głową. 

- Przeprogramowaliśmy wówczas hologramy wszystkich zwierząt w taki sposób, żeby 

wyśpiewywały koreliańskie pijackie piosenki - ciągnęła dziewczyna. 

Na wspomnienie tamtych chwil kąciki jej ust uniosły się w tęsknym uśmiechu. 

-  Przyłapano  nas  -  przypomniał  cicho  Zekk.  -  A  technicy  ogrodu  usunęli  wszystkie 

zmiany, jakich dokonaliśmy w oprogramowaniu. 

- To prawda, ale wielu zwiedzającym gościom tak się to podobało, że kilka miesięcy 

później dyrekcja wydzieliła na ich prośbę część ogrodu i umieściła w niej hologramy naszych 

śpiewających zwierząt. 

Jaina  odniosła  wrażenie,  że  ujrzała  w  szmaragdowych  źrenicach  Zekka  przebłyski 

uznania.  Oglądała  je  jednak  tylko  przez  krótką  chwilę,  gdyż  później  oczy  młodzieńca 

zamieniły się znów w twarde okruchy zielonego marmuru. 

- Już nie jesteśmy dziećmi, Jaino - odezwał się Najciemniejszy Rycerz. - Nie możemy 

wrócić do tamtych czasów. Wygląda na to, że tego nie rozumiesz, prawda? 

background image

Ponownie powiódł spojrzeniem po skraju dziedzińca. Później uniósł rękę i przeciągnął 

palcami po czole, jakby chciał rozsmarować jeszcze więcej błota. 

- Istotnie, nie rozumiem - rzekła Jaina. - Nie chciałbyś mi tego wytłumaczyć? 

Zekk  głęboko  odetchnął  i  zaczął  spacerować  przed  wrotami  świątyni.  Wyglądał  jak 

dzikie zwierzę, zamknięte w niewidocznej klatce. 

-  Miejsce,  które  mógłbym  nazwać  własnym domem,  już nie istnieje - zaczął cicho. - 

Takim  domem  stała  się  dla  mnie  Akademia  Ciemnej  Strony.  Przestała  jednak  istnieć... 

zamieniła się w ognistą kulę. Co mam teraz zrobić? Dokąd pójść? Ciemna strona owładnęła 

całym moim życiem. 

-  To  nieprawda,  Zekku  -  odezwała  się  dziewczyna.  -  Możesz  zerwać  z  przeszłością. 

Jeżeli chcesz, pomogę ci wrócić na jasną stronę. 

Zekk roześmiał się, ale w jego śmiechu zabrzmiało coś pośredniego między gniewem 

a  rozpaczą.  Przesunął  zakrzywionymi  palcami  po  policzku,  po  czym  wyciągnął  dłoń  ku 

Jainie,  aby  mogła  zobaczyć  muł,  który  usunął  z  twarzy.  Z  rozdrapanej  rany  popłynęła  na 

nowo strużka krwi, ale chłopak chyba nawet tego nie zauważył. 

- Ciemna strona w niczym nie przypomina tej mazi, Jaino - powiedział. - Nie możesz 

ubrudzić się nią tylko na chwilę, a później zmyć albo zdrapać z twarzy. Nie możesz postąpić 

jak dziecko, które wykąpało się zaraz po tym, kiedy przestało się taplać w błocie. 

Zekk opuścił rękę, a potem otarł dłoń o podartą, ubrudzoną pelerynę. 

-  Jestem  teraz  kimś  innym  niż  tamten  niedouczony  ulicznik,  którego  znałaś  na 

Coruscant - ciągnął. - Nie ma dla mnie miejsca w twoim świecie. Nie wiem, dokąd mógłbym 

pójść.  Zostałem  wyszkolony  w  taki  sposób,  że  stałem  się  Ciemnym  Jedi.  -  Na  jego  twarzy 

odmalował  się  bezbrzeżny  smutek.  -  A  teraz  zginął  także  mój  nauczyciel.  Kształcił  mnie  i 

wierzył we mnie. Nadał nowy sens mojemu życiu. 

- Peckhum również wierzył w ciebie, Zekku - wtrąciła cicho Jaina. 

Młodzieniec  przeczesał  ubłoconymi  palcami  zmierzwione  włosy.  Powiódł  dzikim 

spojrzeniem po skraju dżungli. 

- On także zginął, Jaino - powiedział. - Widziałem, jak uszkodzony „Piorunochron” z 

trudem utrzymywał się w powietrzu. 

Jaina poczuła się, jakby w brzuch ubodła ją jakaś rozwścieczona rogata bestia. Czyżby 

„Piorunochron” się roztrzaskał? Jacen musiał zatem być ciężko ranny. 

-  Zawiodłem  swojego  nauczyciela,  a  teraz  on  nie  żyje  -  mruknął  Zekk.  Mówiąc,  nie 

przestawał  gestykulować.  -  Powiodłem  do  walki  wojowników  Akademii  Ciemnej  Strony,  i 

wszyscy moi koledzy albo zostali zabici, albo dostali się do niewoli. Jeżeli Peckhum poniósł 

background image

śmierć, to także moja wina. 

Oczy  młodzieńca  stały  się  szkliste,  jakby  Zekk  był  trawiony  gorączką.  Raz  po  raz 

chwytał płytkie hausty powietrza. 

Jaina zacisnęła zęby. Uparła się i postanowiła, że dopnie celu. 

-  No  cóż,  Zekku  -  powiedziała.  -  Nie  widzę  powodu,  by  przez  ciebie  miało  zginąć 

jeszcze więcej ludzi. Wpuść nas do świątyni, żebyśmy mogli zatroszczyć się o rannych. 

Zekk przestał spacerować. Odwrócił się jak użądlony i popatrzył na dziewczynę. 

- Nie! Nie wolno wam tam wchodzić! 

Jaina podeszła jeszcze o krok bliżej. 

- Zekku, przestało istnieć wszystko, o co można by dalej walczyć - rzekła. - Co chcesz 

zyskać przez to, że nie wpuścisz nas do środka? 

Młodzieniec pokręcił głową. 

-  Nigdy  nie  chciałaś  słuchać  moich  rad  -  stwierdził  oschle.  - Zawsze  uważałaś,  że 

wiesz lepiej. 

Był  wyraźnie  wstrząśnięty,  ale  poruszał  się  niesamowicie  szybko.  Jednym  płynnym 

ruchem odpiął od pasa rękojeść świetlnego miecza. Rozległ się syczący trzask i z ciemnego 

cylindra wyskoczyło krwistoczerwone świetliste ostrze. 

Niemal  w  tej samej  chwili  -  tak szybko, że ułamek sekundy  później Jaina nie mogła 

przypomnieć sobie, kiedy to zrobiła - ujrzała, że trzyma w wyciągniętej dłoni własny miecz 

świetlny. W pomrukującej błękitnofioletowej klindze pulsowała nagromadzona energia. 

Na twarzy Zekka pojawił się drapieżny uśmiech, zupełnie jakby młodzieniec ucieszył 

się, że w końcu dochodzi do walki. 

- Widzisz, Jaino - powiedział, podchodząc do niej i kołysząc świetlistą klingą z boku 

na  bok  -  kiedy  chociaż  raz  pozwolisz  ciemnej  stronie,  żeby  nad  tobą  zapanowała,  owładnie 

tobą  jak  choroba,  na  którą  nie  wynaleziono  leku.  Nie  sposób  się  jej  pozbyć.  -  Skoczył  ku 

dziewczynie. Klingi obu mieczy zetknęły się i zaskwierczały, a we wszystkie strony trysnęły 

fontanny czerwonych i fioletowych iskier. - A jedynym sposobem pozbycia się tej choroby -

Zekk natarł po raz drugi, trzeci i czwarty, ale Jaina bez trudu odpierała wszystkie pchnięcia -

jest zacięta walka! 

Jaina  uwijała  się  jak  w  ukropie,  podstawiając  własną  klingę  pod  ostrze  miecza 

przeciwnika.  Umiejętnie  się  broniła,  nie  spuszczając  spojrzenia  z  twarzy  Zekka.  Starała  się 

przewidywać,  co  chłopak  uczyni  w  następnej  chwili.  Kątem  oka  zauważyła,  że  stojący  na 

skraju  dziedzińca  Luke,  który  uważnie  przyglądał  się  pojedynkowi,  pochwala  jej  sposób 

walki. 

background image

Dopiero  kiedy  pochwyciła  spojrzenie  wuja,  uświadomiła  sobie,  że  przez  cały  czas 

starała się siłą nawrócić Zekka na jasną stronę. Usiłowała go zmusić, by podporządkował się 

jej woli. Nie potrafiła. Zrozumiała, że Zekk musi sam dokonać wyboru. Głęboko odetchnęła. 

Otworzyła umysł na przepływ Mocy, a później odskoczyła od młodzieńca. 

- Nie będę z tobą więcej walczyła, Zekku - oświadczyła. Wyłączyła buczące ostrze i 

rzuciła rękojeść na ziemię. - Przypuszczam, że w twoim sercu kryje się dobro, ale sam musisz 

zdecydować,  w  którą  stronę  pragniesz  się  zwrócić.  Możesz  zacząć  zastanawiać  się  nad  tym 

już w tej chwili. Ponieważ musisz dokonać tego wyboru, upewnij się, że weźmiesz wszystko 

pod uwagę, żebyś później nie żałował. 

Na twarzy Zekka odmalowały się po kolei: zdumienie, gniew i niepokój. 

- Skąd wiesz, że po prostu cię nie zabiję? 

Jaina  zauważyła  kątem  oka,  że  Lowbacca  ruszył  w  jej  stronę,  jakby  na  odsiecz,  ale 

Luke położył dłoń na ramieniu młodego Wookiego i pokręcił głową. 

Jaina wzruszyła ramionami. 

- Nie wiem tego - przyznała. - Mimo to nie będę walczyła z tobą. A teraz wybieraj. 

Uniosła rękę i wsunęła za ucho kosmyk prostych brązowych włosów, który w trakcie 

walki  wysunął  się  i  przesłaniał  twarz.  Uniosła  głowę  i  spojrzała  w  oczy  Zekka.  W  jej 

spokojnym  spojrzeniu  kryła  się  niezachwiana  pewność...  nie  tego,  że  chłopak  jej  nie  zabije, 

ale tego, że postąpiła tak, jak powinna. 

- Na co jeszcze czekasz? - szepnęła. 

Poruszając się jak we śnie, Zekk uniósł świetliste ostrze i powoli zaczął kierować je w 

stronę głowy Jainy. 

background image

ROZDZIAŁ 23 

 

Imperialny komandos Orvak w końcu się przebudził, ale nadal czuł zawroty głowy i 

nudności.  Wciąż  jeszcze  nie  mógł  przyjść  do  siebie  po  koszmarach,  które  mu  się  śniły.  Jak 

przez mgłę przypominał sobie jadowite węże, szczerzące długie kły i pełznące w jego stronę, 

a  także  gromady  niewidzialnych  drapieżników,  wyłaniających  się  ze  szczelin  między 

kamiennymi  blokami.  Kiedy  potrząsnął  głową,  poczuł,  że  zaczyna  go  ogarniać  nowa  fala 

mdłości i senności. 

Nie przypominał sobie, gdzie się znajduje i co robi. Czuł tylko, że jego ciało spoczywa 

na  zimnych,  twardych  kamieniach  posadzki.  Widocznie  ułożył  się  w  niewygodnej  pozycji, 

zasnął  i  spędził  w  ten  sposób  nie  wiadomo  ile  czasu.  Kiedy  uświadomił  sobie,  że  czuje  w 

dłoni  pulsujący  ból,  uniósł  ją  do  oczu  i  ujrzał  dwie  niewielkie  rany  podobne  do  ukłuć.  W 

następnej chwili stracił ostrość spojrzenia i poczuł, że znów robi mu się niedobrze. 

Nie  przypominał  sobie,  kiedy  i  w  jakim  celu  zdjął  hełm  i  rękawice.  Co  właściwie 

robił? I gdzie przebywał? 

Nie  słyszał  żadnych  odgłosów  bitwy,  toczącej  się  w  sąsiedztwie  akademii  Jedi.  Co 

mogło się wydarzyć? 

Nagle Orvak przypomniał sobie, że wbiegł do wnętrza prastarej świątyni, by wykonać 

drugą część zadania. Miał przyczynić się do zwycięstwa Drugiego Imperium... Pamiętał także 

niewidzialnego  połyskującego  gada,  który  ukąsił  go  w  dłoń  i  zniknął.  Zapewne  stracił 

przytomność w wyniku działania jadu, jaki dostał się do organizmu. 

Ponownie  uniósł  dłoń  do  twarzy,  ale  wciąż  jeszcze  nie  odzyskał  ostrości  spojrzenia. 

Bez  wątpienia  jad...  Jego  organizm  uległ  zatruciu,  a  teraz  powoli  przezwyciężał  działanie 

trucizny. Czyżby na tym miała polegać jakaś przewrotna sztuczka czarowników Jedi? 

Orvak  z  wysiłkiem  wsparł  się  na  dłoniach  i  usiadł;  podczas  tego  ruchu  cały 

wszechświat  zawirował  w  jego  głowie.  Obawiając  się,  że  mógłby  upaść,  przez  pewien  czas 

nie  odrywał  dłoni  od  chłodnych,  wyślizganych  płyt  posadzki.  Wkradł  się  do  świątyni,  by 

umieścić ładunki wybuchowe, których eksplozje miały rozerwać na kawałki wielką kamienną 

piramidę.  Wszyscy  przekonaliby  się  wówczas,  jak  bezsilni  są  Rebelianci  i  chroniący  ich 

rycerze Jedi. Zrezygnowaliby z dalszego oporu i zrobili miejsce dla Drugiego Imperium. 

Coś widocznie potoczyło się nie tak, jak planowano. 

Dopiero  teraz  Orvak  uświadomił  sobie,  że  jednak  coś  słyszy.  Ciche  tykanie. 

Potrząsnął  głową  i  zwrócił  ją  w  kierunku,  skąd  napływały  dziwne  dźwięki.  Wydawało  je 

background image

umieszczone pośrodku ogromnej sali urządzenie, odmierzające upływ czasu... 

Urządzenie, odmierzające upływ czasu! 

Zamrugał i w końcu odzyskał ostrość spojrzenia. Czuł, że pieką go oczy, ale mimo to 

zauważył cyferki, zmieniające się na miniaturowym wyświetlaczu czasomierza. 

Dwanaście... jedenaście... dziesięć... 

Zerwał się na równe nogi, ale uczynił to zbyt szybko. Poczuł, że ogarnia go nowa fala 

senności, a kamienna posadzka usuwa się spod jego stóp. Stracił przytomność i upadł. 

Dziewięć... osiem... 

background image

ROZDZIAŁ 24 

 

Kiedy Zekk powoli opuszczał ostrze świetlnego miecza, coraz bardziej zbliżając je do 

głowy Jainy, dziewczyna nie słyszała nic oprócz coraz głośniejszego buczenia. 

-  Nigdy  tego  nie  rozumiałaś,  Jaino  -  odezwał  się  jej  były  przyjaciel.  -  Nie  potrafiłaś 

zrozumieć.  Zawsze  ktoś  się  tobą  opiekował;  ktoś  cię  chronił.  Nigdy  nie  zapuściłaś  się  na 

ciemną stronę. A ciemna strona jest czymś, co pozostawia ślady na duszy. 

Spojrzenie młodzieńca wpiło się w oczy dziewczyny. Ręka Zekka znieruchomiała, ale 

palce  trzymały  pewnie  rękojeść  broni.  Następne  słowa,  które  wypowiedział,  zabrzmiały  tak 

cicho, że Jaina z trudem je usłyszała. 

- W przeciwieństwie do ran na ciele, te rany nie mogą się zabliźnić. Można starać się 

udawać, że ich nie ma - ostrze miecza zabuczało trochę głośniej - ale one istnieją, chociaż są 

niewidoczne. 

Jainie wydało się, że nagle koło jej ucha przeleciał rój gniewnie brzęczących owadów, 

ale to była tylko klinga świetlnego miecza. Już nie wisiała nad głową dziewczyny. Powoli, ale 

nieubłaganie kierowała się ku szyi. 

Nagle  Jaina  usłyszała  inny  dźwięk,  dolatujący  z  większej  odległości.  Przez  buczenie 

świetlnego miecza przebiły się trzaski i szumy zakłóceń, zastąpione po chwili przez donośny 

męski głos, wydobywający się z odbiornika komunikatora: 

-  Tu  „Piorunochron”.  Wzywam  kogokolwiek,  kto  mógłby  mnie  usłyszeć.  Lepiej 

zabierzcie  wszystkich  z  głównego  lądowiska.  I  to  szybko.  Nadlatujemy.  Aha,  i  jeżeli 

zdążyliście  do  tej  pory  ponownie  włączyć  choćby  część  ochronnych  pól,  jak  najszybciej  je 

wyłączcie. I bez tego mieliśmy dzisiaj wystarczająco dużo wrażeń. Mam złamaną rękę, więc 

pilotuje  młody  Jacen  Solo,  ale  statek  ma  uszkodzone  stery  i  podziurawione  skrzydła. 

Naprawdę nie wiem, czy nie rozpadnie się podczas lądowania. 

W  tej  samej  chwili,  przepełnionej  zdumieniem  i  niedowierzaniem,  Jaina  poczuła,  że 

trzymana  przez  Zekka  świetlista  klinga  miecza  zadrżała  i  oddaliła  się  od  jej  głowy.  Uwagę 

dziewczyny  przyciągało  jednak  narastające  brzęczenie.  Jaina  obejrzała  się  przez  ramię  i 

ujrzała,  że  nad  wierzchołkami  drzew  ukazuje  się  „Piorunochron”,  wysłużony  towarowy 

transportowiec. 

Kołysał się w powietrzu jak pijany, ale leciał dalej, mimo iż z kaszlących silników nie 

przestawały wydobywać się kłęby dymu. 

-  Halo,  „Piorunochron”.  Witamy  w  domu  -  rozległ  się  głos  Luke’a,  który  wyciągnął 

background image

własny miniaturowy komunikator. - Możesz lądować bez obaw. 

Zekk ze zdumieniem spoglądał na pokiereszowany kadłub starego statku, który mimo 

uszkodzeń  zdołał  jakoś  dolecieć  do  wielkiej  świątyni.  Potrząsnął  głową,  jakby  zbudzony  z 

głębokiego snu. Wyciągnął do dziewczyny rękę, w której nie trzymał już rękojeści świetlnego 

miecza. 

- Jaino, wcale nie chciałem... 

Nagle  rozległ  się  basowy  grzmot  potężnej  eksplozji,  który  zagłuszył  wszystkie  inne 

dźwięki.  Jaina  poczuła,  że  grunt  pod  jej  nogami  zadrżał,  wstrząśnięty  siłą  wybuchu  i 

rozprzestrzeniającymi się falami uderzeniowymi. 

- Padnij! - zawołał Zekk. 

Jaina  rzuciła  się  pod  mur  opasujący  brukowany  dziedziniec.  Upadła  na  ziemię  i 

zachłysnęła  się  powietrzem  wskutek  bólu  przenikającego  jej  ciało.  Kiedy  odwróciła  się  na 

plecy  i  spojrzała  w  górę,  zobaczyła  kłęby  gęstego  dymu.  Wydobywały  się  z  krateru,  jaki 

powstał  w  miejscu,  gdzie  jeszcze  przed  sekundą  znajdował  się  wierzchołek  prastarej 

piramidy.  Rozsadzone  siłą  eksplozji  kamienne  bloki  i  odłamki  skał  spadały  na  ziemię  jak 

ulewa. 

Zekk odwrócił się i próbował się ukryć, ale lawiny kamieni opadały tak szybko, że nie 

zdążył  uciec.  Jakiś  duży  skalny  odłamek  trafił  go  w  głowę,  a  wiele  mniejszych  kamieni 

wylądowało  na  plecach  i  ramionach.  Obserwując,  jak  ciemnowłosy  młodzieniec  pada  na 

ziemię, Jaina uświadomiła sobie w jednej chwili, że Zekk wiedział. 

Wiedział, iż lada chwila murami wielkiej świątyni wstrząśnie potworna eksplozja. 

I uczynił wszystko, co mógł, by ocalić ich życie. 

background image

ROZDZIAŁ 25 

 

W  niezbadanych  ostępach  dżungli porastającej  powierzchnię  Yavina  Cztery  -  ale  nie 

na tej samej półkuli, na której Luke Skywalker zorganizował akademię Jedi - dopalał się wrak 

imperialnego myśliwca typu TIE. 

W pewnej chwili szczęknął zamek owiewki kabiny i ze środka, krztusząc się i kaszląc, 

zaczął  gramolić  się  pilot  Qorl.  Chwycił  zdrową  ręką  za  metalową  krawędź,  obrócił  ciało  i 

wyplątał  nogi  z  objęć  ochronnej  sieci.  Przypominająca  kończynę  androida  sztuczna  ręka, 

uszkodzona podczas lądowania, skwierczała, dymiła i iskrzyła. 

Qorl  nie  odczuwał  jednak  żadnego  bólu.  W  jego  żyłach  wciąż  jeszcze  krążyła 

zwiększona dawka adrenaliny. Z wysiłkiem wydostał się z kabiny. Na szczęście nie połamał 

nóg  podczas  katastrofy,  chociaż  uświadamiał  sobie,  że  są  zdrętwiałe  i  obolałe.  Ostrożnie 

stanął  na  ziemi,  a  później,  zataczając  się  i  utykając,  schronił  pod  drzewami,  na  wszelki 

wypadek, aby nie odnieść dodatkowych obrażeń, gdyby jego maszyna nagle eksplodowała. 

Nie  widział  nikogo  w  pobliżu,  ale  stał  i  przez  dłuższy  czas  przyglądał  się,  jak  z 

płonących  szczątków  unoszą  się  w  niebo  kłęby  dymu.  Obawiał  się,  że  może  wybuchnąć 

któryś z silników. Czekał, aż wrak przestanie dymić i wyda ostatnie tchnienie. 

Wiedział,  że  w  wyniku  katastrofy  jego  myśliwiec  został  poważnie  uszkodzony.  W 

wielu  miejscach  kadłub  przedziurawiły  twarde  jak  stal  gałęzie  drzew  Massassów.  Dwa 

płaskie sześciokątne panele z ogniwami energetycznymi się oderwały, a jeden nawet rozłamał 

się na kilka części. 

Qorl  przypomniał  sobie,  że  kiedy  leciał,  ostrzeliwany  przez  statki  Rebeliantów, 

próbował  unikać  turbolaserowych  błyskawic.  W  końcu  jednak  został  trafiony  i  stracił 

panowanie nad sterami. Chociaż jego maszyna wpadła w coś na kształt korkociągu, widział, 

jak  gwiezdne  niszczyciele,  jedno  po  drugim,  są  unicestwiane.  Kiedy  zmagał  się  ze  sterami, 

pragnąc  wyrównać  lot  myśliwca,  dostrzegł  również,  że  w  przestworzach  eksplodował 

mroczny pierścień Akademii Ciemnej Strony. 

Zrozumiał, że w ten sposób zgasła wszelka nadzieja, iż Drugie Imperium odrodzi się i 

zapanuje  nad  galaktyką.  Przecież  na  pokładzie  gwiezdnej  stacji  przebywał  nie  tylko  lord 

Brakiss,  ale  nawet  sam  Imperator.  Bez  wątpienia  ci  spośród  Ciemnych  Jedi,  którzy  wciąż 

jeszcze  toczyli  walki  na  powierzchni  Yavina  Cztery,  wcześniej  czy  później  zostaną 

pochwyceni i wtrąceni do rebelianckich lochów. 

Qorl czuł, że ma na sumieniu kilka grzechów. Zamiast pozwolić, żeby zginęło jedno z 

background image

bliźniąt Solo, zdecydował poświęcić życie owładniętego żądzą zabijania ucznia, Norysa. Jego 

postępek  równał  się  zdradzie.  Stary  pilot  trochę  wstydził  się  tego,  co  uczynił.  Ale  czyż 

poddanie się również nie oznaczało zdrady? 

Qorl jednak nigdy się nie poddał. 

Stwierdził, że znów znalazł się sam w dżungli. Tym razem jego myśliwiec został tak 

poważnie uszkodzony, że nie nadawał się do naprawy. Drugie Imperium poniosło druzgocącą 

klęskę. Qorl nie miał dokąd iść, ale nie musiał wykonywać niczyich rozkazów… Nie miał do 

roboty nic poza poszukiwaniem nowej kryjówki. 

Może i lepiej, że koleje jego losu potoczyły się właśnie w taki sposób. 

Wiedział, że potrafi znaleźć miejsce, które zapewniłoby mu schronienie i spokój. Znał 

tę  dżunglę  i  wiedział,  jakie  owoce  nadają  się  do  jedzenia  i  które  zwierzęta  najłatwiej 

upolować.  Uświadomił  sobie  także,  iż  mimo  uniesienia,  jakie  czuł,  kiedy  służył  Drugiemu 

Imperium i walczył ku chwale Imperatora, z radością wspomina wszystkie lata, które przeżył 

samotnie w zaciszu ostępów dżungli. 

Doszedł nawet do przekonania, że mimo wszystko, los okazał się dla niego łaskawy. 

Odwrócił się i utykając ruszył w głąb lasu, żeby znaleźć nową kryjówkę. Tym razem 

zamierzał spędzić w niej resztę życia. 

background image

ROZDZIAŁ 26 

 

Poranek  następnego  dnia,  który  nastał  po  zaciętej  bitwie,  jaka  rozegrała  się  na 

powierzchni i w przestworzach wokół Yavina Cztery, okazał się rześki i pogodny. Dopiero po 

kilku  godzinach  jaskrawe  promienie  słońca  rozproszyły  snujące  się  strzępy  mlecznobiałej 

mgły, aż dotąd skrywające podnóże wielkiej świątyni, brukowany dziedziniec i skraj dżungli. 

Wisząca nad głowami młodych uczniów Jedi pomarańczowa kula gazowego giganta, Yavina, 

zajmowała spora część nieba. 

Stojąc obok Lowiego i Jacena na lądowisku, Jaina nie mogła się nadziwić, jaki wpływ 

na  samopoczucie  może  wywierać  mocny  sen,  wypoczynek  i  dobry  posiłek.  Jeszcze 

poprzedniego  wieczoru  Luke,  Tionna,  Lando  i  grupa  inżynierów  z  orbitalnej  stacji 

wydobywczej stwierdzili, że eksplozja właściwie nie naruszyła dwóch najniższych poziomów 

prastarej  świątyni.  Pozostali  uczniowie  i  pracownicy  akademii  Jedi  uprzątnęli  zatem  leżące 

przed  wejściem  kamienie  i  odłamki  skał  i  weszli  do  środka,  po  czym  uwolnili  nie 

posiadającego się z zachwytu Aorto-Detoo, który spędził cały dzień, zamknięty w hangarze. 

Admirał  Ackbar  przyjął  na  pokład  swoich  transportowców  najciężej  rannych  uczniów,  by 

przewieźć  ich  na  Coruscant.  W  tym  czasie  pozostali,  którzy  odnieśli  tylko  lekkie  rany  albo 

obrażenia,  zostali  opatrzeni  i  wrócili  do  własnych  komnat  znajdujących  się  na  najniższych 

piętrach wielkiej piramidy. 

Jaina  czuła  wyrzuty  sumienia  na  myśl  o  tym,  że  dopisało  jej  wielkie  szczęście  i  w 

trakcie  walk  nie  odniosła  niemal  żadnych  obrażeń.  Miała  wprawdzie  kilka  ran  ciętych  i 

siniaków w miejscach gdzie trafiły ją rozrzucone siłą eksplozji odłamki kamieni, ale nie było 

to nic poważnego. 

Dziewczyna spojrzał z aprobatą na Lowbaccę. Młody Wookie miał nastawione ramię, 

a  rękę  unieruchamiał  szeroki  pas  materiału.  Także  klatkę  piersiową  ciasno  obandażowano, 

aby  uniemożliwić  przemieszczanie  się  pękniętych  żeber.  Zazwyczaj  Lowie  miał  na  sobie 

tylko  pas,  spleciony  z  połyskujących  włókien  syreniowca;  temblak  i  opasujące  tors  bandaże 

sprawiały więc bardzo dziwne wrażenie. 

Jaina usłyszała nagle jakiś świergoty i piski. Odwróciła się i ujrzała, że przez pełniącą 

funkcję  lądowiska  polanę  kroczy  wujek  Luke  w  towarzystwie  Aorto-Detoo.  Wprawdzie  na 

twarzy  mistrza  Jedi  malowały  się  zdecydowanie  i  powaga,  ale  w  oczach  błyszczały  iskierki 

rozbawienia. 

-  Wydaje  mi się - zaczął Luke bez jakiegokolwiek wstępu - że nawet ja wyglądałem 

background image

gorzej  po  tamtej  przygodzie,  jaką  przeżyłem  na  Hoth,  kiedy  spotkałem  się  z  lodowym 

stworzeniem, wampą. 

- Lowie wygląda dziś o wiele lepiej - powiedziała Jaina. 

Luke zachichotał. 

- Miałem na myśli to, że wyglądałem gorzej niż ta świątynia - oświadczył. 

Jaina odwróciła się, żeby spojrzeć na wzniesioną przez Massassów prastarą piramidę. 

Najwyższy  poziom,  na  którym  eksplodowały  detonatory,  praktycznie  przestał  istnieć. 

Fragmenty kamiennych murów, stanowiących ściany wielkiej komnaty audiencyjnej, zapadły 

się  do  środka.  Nierówne  i  wyszczerbione,  przypominały  teraz  blanki,  wieńczące  obronne 

mury starożytnej fortecy. 

-  Z  początku  sądziłem,  że  może  będziemy  musieli  przenieść  akademię  Jedi  do  innej 

świątyni - ciągnął Skywalker - ale teraz… Nie jestem pewien, czy okaże się to konieczne. 

-  Uważasz,  że  zdołamy  ją  odbudować? -  jęknął Jacen. -  Wspaniale… Jeszcze więcej 

ćwiczeń Jedi, unoszenie kamiennych bloków i dźwigania belek. 

Aorto-Detoo  zaświergotał  i  zapikał,  jakby  uznał  to  za  doskonały  pomysł.  Lowie 

zaryczał na znak, że chciałby jeszcze zastanowić się nad tą propozycją, ale w następnej chwili 

złapał się za bok i jęknął z bólu. 

-  Tak  -  odparł  Luke.  -  My  wszyscy,  którzy  zetknęliśmy  się  z  ciemną  stroną, 

odnieśliśmy takie albo inne obrażenia. Uważam, że odbudowa wielkiej świątyni może stać się 

częścią procesu zabliźniania naszych ran, zwłaszcza duchowych. 

- To dotyczy także Zekka - mruknęła Jaina, czując w sercu bolesny skurcz na myśl o 

ciemnowłosym  młodzieńcu.  -  Myślę,  że  w  jego  sytuacji  proces  leczenia  będzie  szczególnie 

trudny i długotrwały. 

- Przypomniałem sobie, wujku, że chciałem zapytać cię o jedna sprawę - odezwał się 

Jacen. - Co stanie się z pochwyconymi przez nas Ciemnymi Jedi? 

-  Tionna  i  ja  będziemy  musieli  nad  nimi  popracować.  Uczynimy  wszystko,  co 

zdołamy,  by  nawrócić  ich  na  jasną  stronę,  ale  jeżeli  okaże  się  to  niemożliwe…  -  Rozłożył 

ręce. - Zapewne porozmawiam na ten temat z Leią, a później… 

- Och, panie Lowbacco, niech pan spojrzy! - odezwał się Em Teedee, przyczepiony do 

pasa młodego Wookiego. 

Jaina  zauważyła,  że  kratka,  osłaniająca  głośnik  miniaturowego  androida,  została 

wyprostowana i pieczołowicie wypolerowana. 

- Hej, wrócili! - zawołał Jacen. 

Wahadłowiec  Calrissiana,  holując  uszkodzony  skoczek  typu  T-23,  skierował  się  w 

background image

stronę skraju lądowiska, aby osiąść z daleka od poznaczonego bliznami laserowych strzałów 

kadłuba „Piorunochronu”. 

Lowie  radośnie  zawył  i  pragnąc  okazać  wdzięczność,  poklepał  Em  Teedee  po 

srebrzystej obudowie. 

-  Na  co  więc  jeszcze  czekamy?  -  zapytała  Jaina,  kiedy  wahadłowiec  i  mały  skoczek 

znieruchomiały na murawie lądowiska. 

Bliźnięta  i  Lowie  pospieszyli  na  skraj  polany.  Zanim  tam  dotarli,  z  wahadłowca 

wysunęła  się  rampa.  Zszedł  po  niej  Lando  Calrissian,  prowadzący  pod  rękę  Tenel  Ka. 

Peleryna  ciemnoskórego  mężczyzny  zaszeleściła  i  zawirowała  za  jego  plecami,  kiedy 

obdarzał pozostałych młodych Jedi najbardziej czarującym ze wszystkich uśmiechów. 

-  Wasza  przyjaciółka  jest  najwytrzymalszą  młodą  damą,  jaką  kiedykolwiek  miałem 

przyjemność poznać - powiedział, spoglądając na nią z aprobatą. 

- To fakt - przyznała dziewczyna, ale nawet się nie uśmiechnęła. 

-  Mogłem  ci  to  sam  powiedzieć  -  rzekł  Jacen.  -  Czy  znalazłaś  to,  czego  szukałaś?  - 

dodał, zwracając się do młodej wojowniczki z Dathomiry. 

Tanel Ka kiwnęła głową, a na jej twarzy odmalowało się zadowolenie. Uwolniła rękę i 

wyjęła jakiś przedmiot z kieszeni u pasa, po czym uniosła go, by pokazać Jacenowi. Okazało 

się,  że  trzyma  sporządzoną  z  zęba  rankora  rękojeść  świetlnego  miecza,  który  pomógł  jej 

zniszczyć  imperialny  bombowiec  typu  TIE,  na  krótko  przedtem,  zanim  szturmowa  platforma 

runęła w nurty rzeki. 

-Nie miałam aż tak dużych kłopotów ze znalezieniem jej, jak się obawiałam - powiedziała. 

- Wyczułam ją i odnalazłam bez trudu, zapewne dlatego, że znałam rankora, do którego należał ten 

ząb. 

Tenel Ka wyglądała o wiele lepiej. Z pewnością już nie gorączkowała. Jaina zauważyła z 

rozbawieniem, że dziewczyna starannie zaplotła długie, złocistorude włosy w warkocze. Okalały 

jej  głowę  i  sprawiały,  że  bandaż  na  czole  przypominał  prymitywną  przepaskę,  jaką  czasem 

przewiązywały włosy stające do walki wojowniczki. 

- Zaprosiłem  Tenel  Ka,  żeby  odwiedziła  moją  orbitalną  stację wydobywczą,  ponieważ 

poprzednio nie skorzystała z okazji - odezwał się Lando. - Mam na pokładzie kilka zbiorników z 

płynem bacta,  który  zabliźni  ranę  na  jej  czole,  nim  dziewczyna  się  spostrzeże.  Lowbacco, 

wygląda na to, że i tobie przydałoby się spędzenie kilku dni w jednym z takich pojemników. 

Lowie szczeknął na znak, że z wdzięcznością przyjmuje propozycję i dziękuje. 

- Och, to naprawdę wyjątkowo miło z pańskiej strony, panie Calrissianie - zapiszczał Em 

Teedee. - Pan Lowbacca czeka z nie cierpliwością, kiedy wreszcie jego obrażenia się zagoją i 

background image

będzie mógł przystąpić do naprawiania statku. 

- Jego mały skoczek nie jest jedynym pojazdem, który został uszkodzony. 

Jaina aż podskoczyła, kiedy za jej plecami rozległ się donośny głos Peckhuma. 

- Z drugiej strony, doskonale wiem, co czuje - ciągnął weteran prze stworzy. - Chłopiec i ja także 

nie możemy doczekać się chwili, kiedy przystąpimy do naprawiania „Piorunochronu”. Uważam poza 

tym, że Zekk musi tu spędzić trochę czasu, aby całkowicie wyzdrowieć. 

Peckhum stał w towarzystwie ciemnowłosego młodzieńca obok kadłuba uszkodzonego 

towarowego transportowca. Trzymał jedną rękę na ramieniu Zekka, a drugą, obandażowaną, na 

temblaku.  Na  twarzy  Zekka  malowała  się  bladość  podobna  do  koloru  bandaża,  którym 

owinięto ranę na czubku głowy. Z oczu wyzierała dziwna pustka. Młodzieniec nie odwzajemnił 

spojrzenia Jainy. 

- Myślę, że masz jeszcze dwoje innych kandydatów, którzy powinni trochę posiedzieć 

w twoich zbiornikach bacta, Lando - rzekła Jaina. - Wujku Luke’u, czyja i Jacen moglibyśmy 

polecieć z Tenel Ka i Lowbacca? 

Artoo-Detoo zaszczebiotał. 

- Och, doprawdy! To doskonały pomysł! - zapiszczał miniaturowy android. 

- Obiecuję,  że  tym  razem  nie  pozwolimy  się  nikomu  porwać  - dodał  Jacen,  obdarzając 

wszystkich charakterystycznym przekornym uśmiechem rodziny Solo. 

Luke zachichotał. 

- No dobrze, myślę, że to wam wszystkim dobrze zrobi - odparł w końcu. - Wy, młodzi 

rycerze Jedi, stajecie się silniejsi, kiedy przebywacie razem. Spędzicie trochę czasu, lecząc rany i 

obrażenia,  ale  później  wrócicie,  gotowi  zacząć  wszystko  od  nowa i  pomóc  nam  w 

odbudowie. 

- Dziękujemy, wujku Luke’u - powiedziała Jaina. 

- Jacenie,  mój  przyjacielu  -  odezwała  się  Tenel  Ka.  -  Może  lepiej  nie  zwlekajmy  z 

odlotem.  Nie  chcemy  przecież,  żeby  polecieli  z  nami  wszyscy  inni  ranni  uczniowie.  Nie 

możemy dopuścić, aby mistrz Skywalker został sam. 

Jacen obdarzył młodą wojowniczkę spojrzeniem, w którym zdumienie walczyło o lepsze 

z niedowierzaniem. 

- Co właściwie masz na myśli? - zapytał. - Dlaczego mieli byśmy się o to martwić? 

- Ponieważ - odparła poważnie Tenel Ka - Jedi musi mieć pacjentów. 

Jacen  zamrugał.  Wciąż  jeszcze  nie  był  pewien,  co  o  tym  sądzić.  Nagle  ujrzał,  że  na 

twarzy  Tenel  Ka  ukazuje  się  szelmowski  uśmiech.  Po  raz  pierwszy  widział,  żeby  młoda 

wojowniczka uśmiechała się tak szeroko. 

background image

- Nie wierzę własnym uszom... - zaczął. 

Jaina także pokręciła głową. Nie mogła ochłonąć ze zdumienia. 

- Wygląda  na  to,  że  właśnie  opowiedziała  ci  dobry  dowcip  - rzekła,  zwracając  się  do 

brata. 

- To fakt - stwierdził Jacen. 

Lowie sapnął, parskając wesoło. Jaina zachichotała. 

Po chwili cała polana rozbrzmiewała radosnym, zaraźliwym śmiechem. 

background image