background image

R

R

 

 

O

O

 

 

Z

Z

 

 

D

D

 

 

Z

Z

 

 

I

I

 

 

A

A

 

 

Ł

Ł

 

 

 

 

 

 

 

 

S

S

 

 

Z

Z

 

 

Ó

Ó

 

 

S

S

 

 

T

T

 

 

Y

Y

 

 

F

F

E

E

L

L

I

I

Z

Z

 

 

N

N

A

A

V

V

I

I

D

D

A

A

D

D

 

 

armen  z  przykrością  stwierdziła,  że  autorka  fragmentu  tekstu  w  szkolnej 
gazecie  Carpe,  już  dawno  wyjechała  do  domu  na  święta.  Cordoba 
przełknąwszy tę gorzką pigułkę, wsiadła do czarnego mercedesa ojca, który 

w tym momencie był prowadzony przez zaufanego Rahula i pomknęli do rodzinnej rezydencji 
w Walencji. 

W domu poczuła charakterystyczny zapach lawendy. Był to ulubiony kwiat jej matki. 

Ellen Penn nie mogła przejść obojętnie w sklepie obok porcelanowej zastawy z narysowanym 
fioletowym  kwiatem,  nie  umiała  znaleźć  jakiegoś  kontrargumentu  mówiącego  o  tym,  że 
dziesiąta  zapachowa  świeczka  do  ogrodu  nie  jest  jej  potrzebna,  albo  ten  sztuczny  stroik  na 
stół  też  nie.  Ani  pościel,  ani  ramka  na  zdjęcia,  ani  nawet  serwetki  do  wycierania  ust  po 
ptysiach,  jak  się  każdy  domyśla,  w  kolorze  fioletowym,  też  nie  są  jej  potrzebne,  bo 
podobnych rzeczy u niej dostatek. Wszystko trzyma w specjalnej szafie, która można by rzec, 
aż ocieka tą całą lawendowością.  

Mimo wszystko, Carmen wolała lawendę niż zaduch, stęchliznę czy czym tam jeszcze 

dom  może  pachnieć.  Każdy  dom  czymś  pachnie.  Raz  to  jest  pozytywny  zapach,  a  raz 
niekoniecznie. Na ten przykład u Miramontes unosi się woń morskiej bryzy, albo cytrusowej 
świeżości.  Jakby  wsadziła  do  kontaktu  Brise  Mini  Spray  i  zmieniała  zapach  co  cztery 
godziny.  Carmen  nie  ocenia  i  nie  sugeruje.  Carmen  tylko  mówi,  jak  Franciscowy  dom 
pachnie. 

-  Chcesz  coś  zjeść?  –  zapytała  troskliwie  matka,  gdy  tylko  młoda  Cordoba 

przekroczyła próg wejściowych drzwi. 

-  Nie  mam  apetytu  –  odparła  szczerze.  –  Kupiłaś  sok  pomarańczowy?  –  tym  jednak 

nie pogardzi. 

-  Jest  w  lodówce  –  powiedziała  Ellen.  –  Panienko…  -  krzyknęła  za  nią  matka 

wskazując na Devdasa. - Zanieś najpierw to zwierzę do swojego pokoju, albo zamknij u ojca 
w  gabinecie.  Tak…  do  gabinetu.  To  jego  pomysł  z  psem  więc  niech  cierpi  –  rzekła  dość 
sadystycznie. 

-  Papa jest?  – odpowiedziała  zdziwiona Carmen.  –  Dobra, zaraz go zaniosę  –  dodała 

pospiesznie widząc wzrok matki, która generalnie nie trawiła zwierząt w domu. 

- Gdzieś po ogrodzie z wujkiem się kręci. 
Młoda Cordoba weszła do stylowej jadalni w której znajdował się wielki dębowy stół i 

dziesięć  wygodnych  krzeseł.  Teraz  stół  był  jeszcze  nie  nakryty,  ale  wieczorem  Ellen  z 
teściową przykrywały go białym obrusem i rozkładały lawendową zastawę oczywiście. 

Teraz  w  pokoju  była  tylko  jedna  osóbka.  Mała  dziewczynka  z  dwoma  czarnymi 

kucykami  na  głowie  ubrana  w  białe  rajstopki  i  różową  sukienkę,  która  wyraźnie 
przeszkadzała jej w zabawie, z uśmiechem na ustach robiła kilka rzeczy na raz. Olaya – córka 
Alfredo Cordoba, miała cztery lata i niespotykaną radość z życia. Interesowała się wszystkim 
i  koniecznie  musiała  uczestniczyć  w  życiu  dorosłych.  Prawdopodobnie  Ellen,  aby  mieć 
chwilę na rozmowę z matką dziewczynki – Mercedes, zleciła jej bojowe zadanie jakim było 

C

C

 

 

background image

zbudowanie Bożonarodzeniowej szopki na stole, bo z widocznym zacięciem na twarzy  Olaya 
ustawiała nowe figurki zwierząt. A w tle leciała bajka o typowo świątecznym tytule Barbie i 
Trzy Muszkieterki

-  Dzień dobry, co tam robisz?  – zapytała Carmen, na co dziewczynka odpowiedziała 

mocnym uściskiem. 

-  Dzień  dobly.  Ciocia  kaziała  mi zbudować  siopkę  –  odparła.  –  O  Tyglysek…  mogę 

się z nim pobawić? 

Carmen spojrzała na swojego psa, którego przyzwyczaiła nawoływać jako Devdas, a 

nie Tygrysek. Nawiasem mówiąc, nowo ochrzczony Tygrysek nie wyglądał na zachwyconego 
prośbą dziewczynki. Mimo wszystko Carmen postawiła go delikatnie na podłodze.  

- Tylko uważaj by cię nie ugryzł i nie zadrapał – poinformowała młoda Cordoba.  
Co ona będzie jej bronić bawić się z psem. 
-  Calmen,  a  my  wcolaj  byliśmy  na  Wielkiej  Loterii

1

  –  pochwaliła  się  najmłodsza  z 

rodu,  która  uważała  za  stosowne  poinformować  siostrę  cioteczną  co  działo  się  pod  jej 
nieobecność. 

- I jak, wygraliście coś? – zapytała Carmen kontrolując zabawę dziecka z psem. 
-  Papa  to  nić,  ale  wujek  dwie  licby  tlafił  –  odparła.  –  Powiedział,  że  jakby  tlafił  tsi 

cyfly to by kupił butelke wina i wsyscy by się upili. 

Jak  zwykle  dorośli  nie  myślą  co  mówią  w  obecności  dzieci,  a  później  te  małolaty 

wszystko powtarzają. Jak papugi. 

Po chwili pies przestał być nowością i dziewczynka wróciła do poprzedniej czynności. 

Wgramoliła  się  na  jasne  krzesło  po  czym  obserwowała  swoją  różową  bohaterkę  na  ekranie 
telewizora zajadając przy tym maliny. 

-  Dobre  maliny?  –  zapytała  Carmen  jednocześnie  spoglądając  na  ekran  swojego 

telefonu sprawdzając godzinę. 

- Mhm – odparła dziewczynka, po czym w błyskawicznym tempie przeanalizowała to 

co siostra cioteczna trzyma w dłoni. – A pokaś mi te zjęcia – poprosiła, bo dobrze pamiętała, 
że gdzieś tam w pamięci tego małego urządzenia, zapisane są zdjęcia na których Olaya pozuje 
w starych strojach mamy. 

- Dobrze, zaraz ci pokarzę – odparła. 
- A kiedy? 
- Za… trzy minutki. 
-  Jak  będzie  tsi…  będzie  raz  dwa  tsi…  raz  dwa  tsiii…  raz  dwa  tsi  –  mówiła  tonem 

jakby odkrywała coś nowego. – Raz… raz dwa tsi. Ooo.. zoba – wskazała na swoją małą dłoń 
w  której  odkryła  cztery  palce.  –  Raz  dwa  tsi  czteeely  –  wskazywała  nosem  na  konkretne 
palce. 

- Mhm – mruknęła Cordoba. 
- On tes jest muśkietelem – poinformowała Olaya wskazując na jakiegoś chłopaka w 

bajce. 

- Tak? – zdziwiła się Carmen wiedząc bardzo dobrze, że nic takiego nie ma miejsca. – 

Skąd wiesz? 

                                                           

1

  Wielka  Loteria  –  dnia  22  grudnia  zaraz  z  rana  odbywa  się  w  Madrycie  losowanie  popularnej  Loterii.  Prawie 

wszyscy  kupują  losy,  a  by  wziąć  w  niej  udział.  Można  wygrać  sporo  pieniędzy.  Wygrywające  numery  są 
wyśpiewywane przez dzieci z madryckiej szkoły dla sierot San Ildefonso

background image

- Bo jus to oglądałam – odparła lakonicznie dziewczynka.  
Gdy  na  ekranie  pojawił  się  biały,  dostojny  rumak  zwany  Alexandrem,  Olaya  uznała, 

że  Carmen  jest  mało  poinformowana  w  tej  bajce  (bądź  co  bądź,  oglądała  ją  raptem 
codziennie, przez miesiąc, gdy karmiła tego małego niejadka) i zaczęła swój wywód. 

- Są konie biale, zielone, pomalańciowe, niebieśkie, zióte, zielone i… luziowe. 
- Tak? – dziwiła się Cordoba z uśmiechem. 
- I niebieśkie jeście. 
-  W  tej  bajce  są  takie  konie?  –  zechciała  się  upewnić  Carmen,  czy  aby  nadąża  za 

tokiem rozumowanie tej czterolatki. 

- Mhm – przytaknęła. – Gdzieś tam zaa… niewypuściają ich. – Bajka dalej się toczy i 

nastała scena gdy Barbie walczy z muszkieterem. – W budzie, obok tej budy cio oni walcią. 

- To tam są te konie, tak? 
- Mhm. 
- Oni nie chcą ich wypuścić bo wsystkich poglyzą. 
- To takie niebezpieczne te konie. 
Wtedy  do  jadalni  weszła  niska  o  szczupłej  budowie  ciała,  młoda  Mia  Cordoba  – 

siostra  Stefano.  Najmłodsza  z  rodzeństwa,  z  którą  Carmen  miała  najlepszy  kontakt.  Kiedyś 
zwierzała  się  jej  i  prosiła  o  rady.  Teraz,  gdy  Mia  znalazła  sobie  ukochanego  i  wszystko 
wygląda na to, że to ten ostatni, młoda Cordoba jakby się w sobie zamknęła.  

- Olaya, nie męcz Carmen. Ona jest świeżo po podróży, musi odpocząć – powiedziała 

witając  się  z  dwiema  bratanicami.  Później  córka  Alfredo  wskoczyła  na  ręce  Mia  i  niewiele 
myśląc, wpięła w ciociowe krótkie, kręcone włosy kolorową spinkę w kształcie motylka. 

Carmen w tym czasie poszła przywitać się z Mercedes oraz dziadkami. Po wszystkim, 

delikatnie  usunęła  się  w  cień  i  uciekła  do  swojego  pokoju  aby  trochę  odpocząć.  Nie  miała 
zielonego pojęcia jak długo leżała w bezruchu, ale ręka przez ten czas zdążyła jej porządnie 
zasinieć.  A  później  poczuła  jakby  mrówki  chodziły  jej  po  całym  ciele.  Cieszyła  się,  że 
wreszcie jest w domu. Może się na święta zamknąć w tych czterech ścianach i przed nikim 
nie udawać, że ten cały bal to ją nie obchodzi, a Felipe szczerze nienawidzi. W tych czterech 
ścianach, jeśli miałaby ochotę, mogłaby być smutna, zdenerwowana czy wkurwiona do woli. 

Na korytarzu usłyszała kroki. Po głosach domyśliła się, że rodzina po kolacji przyszła 

na górę do salonu, aby obejrzeć jakiś fajny film w miłym gronie.  

- Olaya! Nie noś go – krzyknął Stefano wskazując na psiaka. 
Devdas zaczął się wić i lekko gryźć rączkę dziewczynki. Ta niewiele myśląc rzuciła 

nim o podłogę, a później wymierzyła soczystego klapa w psi zadek. 

- I nie bij… - mruknął Stefano, ale tym razem bardziej jakby do siebie. 
Pies  chwilę  później  już  był  przy  Carmen,  wtulony  do  granic  możliwości  w  jej 

bezwładne, miękkie ciało. 

Jeszcze przed północą wszyscy znaleźli się we własnych łóżka. Następnego dnia miała 

być  Wigilia.  Zanim  zasiądą  do  syto  zastawionego  stołu,  najpierw  trzeba  wszystko  rano 
przygotować. 

Spał  każdy.  I  Olaya  ułożona  równo  między  rodzicami,  i  Mia  z  Conrado.  Nawet 

dziadek  Fernando  spał  tak,  że  jego  chrapanie  słychać  było  na  całym  piętrze.  Nikt  nie 
przeczuwał tego co miało się zaraz wydarzyć. 

background image

Pokój  oświetlał  tylko  blask  księżyca,  który  i  tak  chował  się  za  wielkim,  masywnym 

drzewem posadzonym tuż przed oknem dziewczyny. Mały pies Devdas ułożony na krawędzi 
łóżka,  bacznie  obserwował  swoją  panią.  Jakby  bał  się,  że  zaraz  mu  gdzieś  ucieknie. 
Bezszelestnie  zeskoczył  z  łóżka.  Każdy  uważałby  za  logiczne  fakt,  że  za  chwilę  zza  łóżka 
wyłoni  się  zwierzęca  mordka.  Tak  się  jednak  nie  stało.  Z  podłogi  podniósł  się  młody 
mężczyzna ubrany w luźne ubrania. Odwrócił się w kierunku śpiącej dziewczyny. Pogładził a 
potem  pocałował  jej  policzek.  Jeszcze  przez  chwilę  na  nią  popatrzył  po  czym  otulił  ją  w 
ciepły koc i wyniósł z pokoju. 

Udało mu się dojść aż do drzwi wyjściowych. Gdy miał nacisnąć klamkę aby uciec z 

dziewczyną, usłyszał za sobą męski głos. 

- Co ty robisz? 
Felipe  Cortés  –  bo  tym  młodzieńcem  okazał  się  włamywacz,  spojrzał  prosto  w  oczy 

Stefano Cordoba, a zaraz potem dostrzegł pozostałą część rodziny z wyciągniętymi ku niemu 
dłońmi, gotowymi do rzucenia zaklęcia. 

- Ja je nie porywam – zaczął siląc się na spokojny ton. – Tylko tak… pożyczam. 
-  Nie  wkurwiaj  mnie  –  warknął  Stefano.  –  Postaw  ją  na  ziemi.  I  nie  próbuj  żadnych 

głupich ruchów. 

Chłopak spojrzał na drżącą dłoń Fernando Cordoba – dziadka Carmen. Nie wiadomo 

czy to strach, czy oznaka podeszłego wieku, a może pierwsze objawy Parkinsona. Jedno było 
pewne. Ten starszy mężczyzna o siwych włosach i kruczoczarnej brodzie zrobiłby wszystko 
aby  zapewnić  bezpieczeństwo  swojej  wnuczce.  Tak  automatycznie.  Nauczyli  go  tego  w 
hiszpańskiej  Armii.  Walcz o swoich – powtarzał  generał  zawsze przed walką. Gdyby nie to 
motto, pięćdziesiąt lat temu, Fernando wykrwawił by się na śmierć w tym starym, ceglanym 
budynku  podczas  walki  z  hitlerowskimi  wojskami.  Mario  Vando  wrócił.  Po  niego.  Po 
swojego.  

Dopiero wtedy Cordoba zrozumiał, jak ważne jest chronienie własnego oddziału.  
-  Co  ty  tu  robisz?  –  powiedziała  po  chwili  Carmen,  lekko  zaspanym  głosem,  gdy 

zobaczyła swojego kolegę ze szkoły. 

Gwałtownie wyrwała się z jego objęć i odeszła w kierunku matki, nie bardzo wiedząc 

co się dzieje w jej domu. 

Felipe  nie  musiał  długo  czekać  na  reakcję  Stefano.  Dorosły  Hiszpan  z  szczerą 

wrogością  rzucił  w  kierunku  Cortésa  niebieską  kulę  mocy.  Młodzieniec  całkowicie 
zaskoczony, bezwładnie upadł na pobliską szafkę z butami, silnie uderzając się w kręgosłup. 
Zanim zdążył  wstać, ojciec Carmen posłał  kolejny cios. Chłopak z Barcelony obrócił się w 
powietrzu rozbijając lustro wiszące na ścianie. Odłamkami szkła głęboko poranił sobie dłonie 
i kostkę u nogi. Cienka strużka krwi, zaczęła spływać z jego nosa. 

Dziewczyna nie mogła dłużej  na to  patrzeć. Nie  była przecież z kamienia. Mimo,  że 

wielokrotnie krzyczała do Giulii, że zabije tego skurwysyna – Felipe, to w głębi serca nigdy 
by tego nie zrobiła. I nikomu na to nie pozwoli! 

- Papa, przestań! – krzyknęła łapiąc ojca za ręce. Później podbiegła do chłopaka. 
-  Carmen,  chodź  tu  –  warknął  Stefano  jak  do  nieposłusznego  psa.  –  On  może  być 

niebezpieczny… 

-  Na  litość  boską!  –  krzyknęła  młoda  Cordoba,  której  jakoś  perspektywa 

niebezpiecznego Felipe wydawała się zabawna. – Chodzę z nim do szkoły. 

background image

- Znasz go? – zapytał Stefano. 
- Mamá, przynieś mi apteczkę – poprosiła Carmen pomagając Felipe wstać.  
W tej chwili dla tej młodej dziewczyny liczyło się tylko opatrzenie jego ran. Mógł się 

przecież wykrwawić, albo dostać jakiegoś zakażenia. Jednak to, że się o niego troszczyła, nie 
oznaczało, że nie była na niego zła. 

Bo była. 
I to bardzo. 
Ale miała też dobre serce. Po prostu czuła, że tak musi zrobić, bo inaczej nie wybaczy 

sobie tego do końca życia. 

Stefano nie spuszczał z intruza wzroku. Zrobił szybki wywiad u Alfredo. Ten niestety 

nie  uczył  młodego  Cortésa  i  nie  potrafił  usatysfakcjonować  odpowiedziami  swojego  brata. 
Zanim zeszła się cała rodzina z babcią na czele, ojciec Carmen gwałtownie szarpnął Felipe za 
obolałą rękę i zaprowadził do swojego gabinetu, gdzie zamierzał zadać parę pytań. 

- Kim ty kurwa jesteś? – zaczął Stefano. 
Matka chciała go nazwać Antonio, dziadek uparł się na Marco II. Mimo wszystko to 

ojciec  go  rejestrował.  Zapomniał  jakie imię wybrała matka i  w  odpowiednią rubrykę wpisał 
te,  które  pierwsze  zobaczył  w  Wielkiej  Książce  Imion  -  czyli  Felipe.  Młody  chłopak, 
osobiście  uważał,  że  Antonio  dawało  by  mu  większą  szansę  na  poryw  wśród  wschodnich 
dziewczyn, dla których to imię kojarzy się z gorącym kochankiem. Ale Felipe też może być. 

Młodzieniec  z  Barcelony  przez  chwilę  zastanawiał  się  czy  nie  uraczyć  Stefano  tą 

historią.  Po  pewnym  czasie  doszedł  do  wniosku,  ze  ojciec  Carmen  wziął  by  go  za  idiotę  i 
zrezygnował. 

- Felipe Navarro Cortés – odpowiedział zwięźle.  
- Jesteś synem Marco Cortés z Barcelony? – zastanowił się Stefano. 
- Si – odpowiedział zaskoczony chłopak. 
Cordoba  przyjrzał  się  ponownie  czarnowłosemu  młodzieńcowi  siedzącemu  w  jego 

gabinecie.  Cordoba  wiedział  kim  jest  rodzina  Cortés.  Znał  też  te  wielkie,  przebiegłe  oczy, 
które chłopak odziedziczył po ojcu. Widział jej już w Akademii.  

Wspomnienia ożyły.  
Nawet aż za dobrze. 
- Ja naprawdę… - powiedział Felipe wyrywając Stefano z gniewnych rozmyślań. 
-  Zaraz,  zaraz…  zasady  są  takie,  że  ja  pytam  a  ty  odpowiadasz  tylko  i  wyłącznie  na 

pytania  –  poinformował  Stefano  opierając  dłonie  o  dębowe  biurko.  –  Usiądź  –  wskazał  na 
ozdobne krzesło przed sobą. Chłopak skorzystał z propozycji. 

- Chciałeś ją porwać? 
- Nie – odpowiedział zaskoczony. 
- Nie pieprz. Chciałeś ją porwać. 
Felipe zaczynał się lekko wnerwiać za to, że ktoś inny lepiej wie, co chciał robić. Żeby 

to  jeszcze  była  prawda.  Ale  Stefano  bredził  jak  dziecko  w  gorączce.  Cortés  jedyne  czego 
chciał to zabrać Carmen w jakieś odosobnione miejsce, skąd mu nie ucieknie i wysłucha od 
początku  do  końca  jego  wyjaśnień  na  temat  balu.  Później  zamiarował  zwrócić  ją  rodzicom 
jeszcze przed wschodem słońca. 

I tyle. 
- Już powiedziałem, że nie – rzekł Cortés siląc się na spokojny ton. 

background image

- To w takim razie, jak wytłumaczysz to co wydarzyło się w holu? 
-  Fatalne  nieporozumienie  –  powiedział  automatycznie.  –  Ja  tylko  chciałem 

porozmawiać. Ostatnio między nami… nasze relacje uległy pogorszeniu i wiem, że zrobiłaby 
wszystko,  aby  ode  mnie  uciec  –  westchnął.  –  Chciałem  tylko  zabrać  ją  w  miejsce,  gdzie 
musiała by mnie wysłuchać. 

- Czyli jednak porwanie – podsumował Stefano. 
- Odwal się pan od tego pierdolonego porwania! – krzyknął Felipe.  
- Nie tym tonem gówniarzu.  
- Gdybym chciał ją porwać zrobiłbym to w Akademii, a nie tu – kontynuował Cortés. 
Stefano gwałtownie wstał i stanął nad chłopakiem w taki sposób, aby tamten patrzył 

mu prosto w oczy i czuł jego zimny oddech. 

- Wpadasz do mojego domu. W nocy. W jednej ręce trzymasz moją córkę, a w drugiej 

klamkę od drzwi – oparł się o podłokietniki tak, że nosem prawie dotykał twarzy chłopaka. - 
Być może nie jestem tak inteligentny jak ty i nie nadążam za tokiem twojego rozumowania, 
ale w archaicznym znaczeniu słowa rozmowy rozumiano werbalny przekaz pomiędzy dwiema 
osobami. 

-  Ah,  no  tak.  Ma  pan  rację  –  powiedział  ironicznie  Felipe.  –  Pomyliłem  wyrazy. 

Chodziło mi o gwałt. Dio, zawsze mi się myli rozmowa z gwałceniem – uderzył się teatralnie 
palcem w głowę. – To takie podobne słowa – spojrzał z politowaniem na mężczyznę. 

Cordoba  nic  nie  odpowiedział.  Wrócił  do  swojego  biurka  i  chwycił  za  słuchawkę 

stacjonarnego telefonu. 

- Dzwonię na policję – poinformował łaskawie. – Może w więzieniu… 
Cortés  położył  dłoń  na  aparacie  telefonicznym.  Sprawy  zaczynały  iść  za  daleko. 

Takiego obrotu wydarzeń się nie spodziewał. 

- Ale po co te nerwy – zaczął dyplomatycznie. – Na pewno jest coś co mogę dla pana 

zrobić. 

Stefano zmierzył wzrokiem chłopaka. Nie miał najmniejszej ochoty współpracować z 

takim skurwysynem jak Felipe. Z drugiej strony. Gdyby przyjechała policja i przeprowadziła 
wywiad wśród domowników, Cordoba nie miał pewności, czy aby Carmen na pewno zezna 
na  niekorzyść  Felipe.  Ojciec  zauważył  w  oczach  córki  coś  niezwykłego  gdy  tamten  leżał 
wśród potłuczonego szkła. Jeśli dziewczyna powiedziałaby, że zna tego młodzieńca i nie jest 
on  jakiś  zagrożeniem,  Stefano  wyszedł  by  na  idiotę.  Felipe  jednak  o  tym  nie  wiedział.  Co 
więcej. Przestraszył się determinacji ojca Carmen.  

Cordoba spojrzał jeszcze raz na chłopaka i przypomniał sobie jak opisywał jego córkę. 

Zrobi wszystko aby ode mnie uciec. Dokładnie w takiej samej sytuacji był Stefano. Może nie 
chodziło tu o ucieczkę od jego konkretnej osoby, ale od ludzi, których wynajął aby zapewnili 
jej bezpieczeństwo. 

- Co zrobiłeś, że byłeś blisko niej, a ona o tym nie wiedziała? – zapytał. 
- To jest panu potrzebne do pełni szczęścia? 
Stefano  zaczął  machać  słuchawką  przed  oczami  chłopaka,  przywracając  go  do 

odpowiedniego porządku. 

-  Potrzebuję  kogoś,  kto  mógłby  ją  chronić.  Te  listy  z  pogróżkami…  boję  się,  że  w 

końcu może jej się coś stać – wyjaśnił dorosły Hiszpan. – Oczywiście pieniądze nie grają roli. 

background image

Chcę  tylko  abyś  był  przy  niej  cały  czas  i  w  przypadku  niebezpieczeństwa  obronił  i  mnie 
zawiadomił. 

Cordoba to dziwny człowiek. W jednej chwili jest gotowy zbić jakiegoś chłopaka, by 

zaraz później zaproponować mu pracę z wysokim wynagrodzeniem.  

- Nie – odpowiedział jasno Felipe. – Nie jestem niczyją niańką. 
Na  tym  temat  się  skończył  bo  do  gabinetu  wpadła  babcia  wyraźnie  pozytywnie 

nastawiona  do  niespodziewanego  gościa.  Nie  wiadomo  czy  to  ze  względu  na  to,  co 
opowiedziała  jej  Carmen,  czy  po  prostu  uznała,  że  w  Wigilię,  nie  wypada  się  nad  nikim 
znęcać. 

Oznajmiła zebranym, że koniec przesłuchania i poprosiła, aby Felipe dołączył do jej 

wnuczki w kuchni, a sama została w gabinecie aby podzielić się spostrzeżeniami z własnym 
synem.  Albo  po  prostu  chciała  przypomnieć  mu  na  jakiego  człowieka  starała  się  go 
wychować. Mniejsze o to. 

Cortés niepewnym krokiem wyszedł na korytarz. Szedł na oślep. Intuicyjnie. Przecież 

mu nikt nie powiedział gdzie jest kuchnia. Zanim do niej trafił podsłuchał rozmowę Ellen i 
Mia w jakiejś bibliotece. Właśnie w tamtej chwili zrozumiał co on właściwie zrobił i biegiem 
wpadł  do  pomieszczenia,  które  później  okazało  się  być  kuchnią.  Felipe  bezszelestnie  zajął 
miejsce  przy  wielkim  kwadratowym  blacie  umieszczonym  na  samym  środku  pokoju.  W 
kącie, obok srebrnej lodówki krzątała się Carmen. Robiła cappuccino w automacie do kawy 
włoskiej  firmy  Saeco.  Nalała  prawdziwego  espresso  z  idealnie  orzechową  cremą.  Później 
dodała spienione mleko tworząc finezyjne wzorki. 

- Ja też mogę poprosić kawy? – przerwał ciszę Felipe. 
Cordoba  odwróciła  się  delikatnie,  a  później  zmierzyła  wzorkiem  chłopaka.  W 

milczeniu  zaparzyła  drugie  espresso.  Postawiła  drugą  filiżankę  z  przygotowanym  napojem 
przed  młodzieńcem  dość  agresywnie.  Cortés  układał  w  głowie  wszystkie  ewentualne 
odpowiedzi na pytania dziewczyny. Czuł się tak jakby miał zaraz stoczyć jakąś ważną bitwę z 
kimś  kogo  w  gruncie  rzeczy  nie  chce  skrzywdzić,  a  wie,  że  ta  druga  strona  nie  będzie 
oszczędzała ciosów. 

Milczeli  tak  może  z  kwadrans,  zanim  Felipe  postanowił  przerwać  tą  krępującą 

sytuację.  Naprawdę,  ze  wszystkich  sił  chciał,  aby  wszystko  było  tak  jak  dawniej.  Żeby  ta 
ciemnowłosa  osóbka,  która  w  tej  chwili  wpatrywała  się  w  swoje  espresso,  przestała  się  na 
niego gniewać. Żeby znowu do niego podeszła z uroczym uśmiechem, zarażając wszystkich 
dookoła dobrą energią.  

Spojrzał na nią ukradkiem. Nie będzie łatwo. 
- Chciałem z tobą porozmawiać – oznajmił łagodnym tonem. 
- I to jest powód aby terroryzować całą moją rodzinę? – warknęła.  
I się zaczęło. 
- Niby nie… ale nie chciałaś ze mną rozmawiać – odpowiedział powstrzymując się od 

wypowiedzenia jakiegoś ironicznego kontrargumentu. 

- No coś ty – wzruszyła ramionami. 
- Chciałem ci to wszystko wytłumaczyć… 
- Czy ty uważasz, że jesteś pępkiem tego świata i wszystko musi być tak jak chcesz? 

Za  wszelką  cenę?  –  zapytała.  –  Normalni  ludzie,  gdy  widzą,  że  ktoś  nie  chce  z  nimi 

background image

rozmawiać, odczekują jakiś czas i potem znowu proszą o spotkanie – wytłumaczyła logicznie. 
– Ale ty oczywiście jesteś mądrzejszy. 

-  To  nie  tak!  –  próbował  się  bronić.  –  Całe  to  zamieszanie  z  Carpe…  to  wszystko 

kłamstwo. A ty najwyraźniej bardziej wierzysz Capoor niż mi. 

- A mam kurwa powody by ci ufać? – warknęła waląc dłonią w blat stołu. – Po cholerę 

tu przyjechałeś?! 

- Czy jakby ktoś nazwał cię dziwką, to nie chciałabyś się bronić? 
- Wiesz, mogłeś darować sobie takie porównania – pokręciła głową oburzona. 
- Carmen! – warknął. 
-  Genug!

2

  –  krzyknęła.  –  Przez  to  twoje  ego  wielkości  Mont  Everestu,  moja  matka 

zasypywała  mnie  pytaniami  czy  jesteś  moim  chłopakiem,  a  czemu  to  ja  jeszcze  nie  mam 
chłopaka,  a  że  by  się  przydał,  że  dziewczyna  taka  jak  ja  powinna  mieć  jakiegoś  chłopca

pytała się kim jesteś dla mnie. Rozmawiałeś kiedyś z matką na takie tematy? Wiesz jakie to 
jest żenujące? – świdrowała go wzrokiem, aż dostał gęsiej skórki. – Mówiła, że… a po chuj ci 
do wiadomości co moja matka mówiła – spojrzała zła w okno. 

Ale chłopak słyszał rozmowę Ellen i Mia kilka minut temu, więc wie jakie zdanie ma 

matka  Carmen  na  jego  temat.  Zdawał  sobie  też  sprawę  z  tego,  co  musiała  przeżyć  młoda 
Cordoba,  która  zazwyczaj  jest  skrytą  osobą,  a  swoje  największe  i  najbardziej  krępujące 
tajemnice zostawia dla siebie.  

Felipe schylił głowę. 
- Perdóname

3

 – szepnął cicho. 

- Nie – odpowiedziała Carmen i wyszła z kuchni. 
Cortés został sam na sam ze swoimi myślami. Miał ochotę wybiec za nią i ją zmusić, 

aby mu przebaczyła. Tylko z drugiej strony to nic by nie dało. Nadal, w głębi serca byłaby na 
niego zła. Nie rozumiał kobiecej logiki. W pamiętniku wyraźnie napisała, że go kocha. Jeśli 
się kogoś kocha to mu się wybacza. Bez względu na wszystko. To czemu ona nawet nie daje 
mu szansy wyjaśnień? 

Siedział tak może z godzinę, a może dwie. Czas dla niego się zatrzymał. Przestało go 

obchodzić, czy Stefano  zadzwoni na policję, jak wielką awanturę będzie miał  w domu. Nie 
dbał już nawet o to, że dziadek Carmen najchętniej to by go zabił i zakopał w ogródku. Ale 
nie dlatego, że tak wtargnął do domu jak największy złodziej, tylko za to, że przez Felipe jego 
wnuczka jest nieszczęśliwa.  

Plan  Cortésa  zawiódł.  Nie  udało  się.  Porażka.  Totalne  dno.  To  całe  przedstawienie 

było takim fałszywym krokiem, który zamiast przybliżyć do celu, jeszcze bardziej go oddalił. 
Po tym całym wybryku młoda Cordoba jeszcze bardziej będzie go nienawidzić. 

Trudno. Odczeka z miesiąc i znowu uderzy. 
Do  kuchni  znowu  weszła  Carmen  w  towarzystwie  swojej  babci.  Dziewczyna  nie 

wyglądała na zachwyconą. Za to matka jej ojca uśmiechała się od ucha do ucha. 

- To ja was zostawię – powiedziała i wyszła zatrzaskując za sobą drzwi. 

                                                           

2

 Genug! – (hiszp.) Wystarczy! 

3

 Perdóname – (hiszp.) Wybacz mi.

 

background image

Carmen stała tak z pięć minut wpatrując się w wypolerowaną podłogę, zanim podeszła 

do  wiklinowego  koszyczka,  stojącego  na  blacie  stołu.  Wzięła  kawałek  chałwy  po  czym 
usiadła na stołku obok Felipe. Wyciągnęła przysmak ku niemu. 

- Un feliz y próspero Año Nuevo

4

 – szepnęła unikając jego wzroku. 

- Już się na mnie nie gniewasz? – zapytał najdelikatniej jak umiał. 
-  Jest  Wigilia  –  odparła  jakby  to  miało  wytłumaczyć  wszystko.  –  W  tym  dniu, 

każdemu  powinno  być  dane  przebaczenie  jeśli  o  nie  prosi  –  dodała  bez  przekonania. 
Najwyraźniej powtarzała słowa babci, która nie znosiła niezgody. 

Felipe  gwałtownie  chwycił  ją  za  brodę  i  zmusił  by  na  niego  patrzyła  kiedy  do  niej 

mówi. 

- Nie jestem taką świnią za jaką mnie uważasz. Nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobił 

– oznajmił niskim tonem, marszcząc brwi nad oczami. 

Chciał  ją  pocałować  w  policzek,  jednak  ona  się  odsunęła.  Zawiedziony  chłopak 

ułamał  kawałek  turronu,  który  dziewczyna  trzymała  w  ręce.  Później  ona  ułamała  kawałek 
przysmaku. 

- Wszystkiego najlepszego – powiedział. Wstał i wyszedł przed dom, gdzie czekała na 

niego taksówka. 

A Carmen się popłakała.  

 

 

 

Felipe  jechał  do  Barcelony.  Dotarł  do  domu  jeszcze  przed  szóstą  rano.  Gdy  tylko 

taksówka pojawiła się na podjeździe państwa Cortés, przed budynek wyszedł ojciec chłopaka. 
Zapłacił za podróż syna i zaprosił pierworodnego do środka. Ten wysoki, potężny mężczyzna 
wyglądał  na  opanowanego.  Wszyscy  jednak  wiedzieli,  że  we  wnętrz  kipi  ze  złości.  Kilka 
godzin  wcześniej,  zadzwonił  Stefano  Cordoba  z  informacją,  że  Felipe  włamał  się  do  jego 
domu.  Co  Marco  Cortés  mógł  sobie  pomyśleć?  Pochodzą  z  bogatej  rodziny.  Jego  syn  jest 
błyskotliwy, przystojny, może kupić sobie co tylko zapragnie. Po co włamuje się do cudzych 
domów i kradnie?! 

-  Narkotyki?!  –  krzyknęła  matka  Felipe,  gdy  tylko  zobaczyła  syna  na  korytarzu.  – 

Czyś ty do reszty zgłupiał? 

- Ja nie… - znowu próbował się tłumaczyć. 
-  W  dupie  ci  się  poprzewracało  –  warknął  ojciec  cytując  ulubiony  fragment  z  Sali 

Samobójców.  

Kobieta o imieniu Rosa ubrana w zielony szlafrok, która do tej pory dumnie nazywała 

siebie matką tego chłopaka, usiadła na skórzanej kanapie. Szybko wzięła leki na arytmię serca 
z ozdobnego kuferka stojącego na stole. 

- Chcesz mnie do grobu wpędzić? – zapytała. 
- Miękkie czy już twarde? – zapytał rzeczowo Marco. 
- Padre, ja nie biorę żadnych narkotyków.  

                                                           

4

 Un feliz y próspero Año Nuevo – (hiszp.) Szczęśliwego i pomyślnego Roku. 

background image

- Jak się w gazecie dowiedzą, że syn właściciela MarCar bierze narkotyki, to ty nas z 

torbami puścisz – pogroził mężczyzna. 

- To od jak dawna już bierzesz skoro ci pieniędzy nie starcza i musisz kraść – zapytała 

łamiącym głosem Rosa. 

-  Ja nic nie kradnę  –  powiedział Felipe. Przecież o nie chciał ani  ukraść, ani  porwać 

Carmen.  

- Tylko co? 
-  Pożyczam  –  mruknął  a  zaraz  potem  chciał  uderzyć  głową  w  ścianę  zdając  sobie 

sprawę jaki strategiczny błąd popełnił. 

- Pożyczasz? – odezwała się matka. – Synu, miej no litość! 
-  Za  parę  godzin  będzie  tu  lekarz  –  poinformował  Marco.  –  Zrobi  test  na  obecność 

narkotyków.  

 

 

 

Po całym zamieszaniu dom Cordoby, ponownie zagłębił się w ciszy i spokoju. Jednak 

tym  razem  Stefano i  Fernando czuwali na zmianę przed drzwiami do rezydencji. Do końca 
dnia nikt już nie przyszedł. 

Około  południa  babcia  Carmen,  matka  i  Mia  zaczęły  przygotowywać  wieczerzę. 

Mercedes pilnowała Olayii, a młoda Cordoba nakrywała i przystrajała wigilijny stół. Starała 
się aby było kolorowo i elegancko. Serwetki poskładała w finezyjne baranki. Na stole, przez 
sam  środek  położyła  czerwony  materiał  a  na  nim  półmiski  z  potrawami.  Gdzieniegdzie 
rozsypała złote gwiazdki i trochę brokatu. Zapaliła świece i zaczęła znosić to co przygotowała 
babcia z mamą. Na dwóch końcach stołów ustawiła owoce, później różnego rodzaju słodycze 
jak: migdały i  owoce w cukrze, marcepany i  oczywiście coś bez czego prawdziwy Hiszpan 
nie wyobraża sobie Bożego Narodzenia. 

- Olaya, przynieś Turrón – poprosiła Carmen. 
Mała  dziewczynka  przyniosła  koszyczek  wypełniony  dwoma  rodzajami  przysmaku. 

Jednym z nich był turrón de Alicante bardzo twardy z całymi migdałami obłożony opłatkiem, 
który uwielbiał dziadek Fernando. Natomiast drugi to turrón de Jijona – miękki z mielonych 
migdałów i miodu, przypominający chałwę. O ten rodzaj zawsze prosiła Olaya. 

Każdy  łamał  sobie  odrobinę  przysmaku,  aby  później  złożyć  rodzinie  życzenia. 

Podobnie jak w Polsce, kiedy to ludzie mieszkający w tym kraju, przed zaczęciem wieczerzy, 
dzielą się wzajemnie białym opłatkiem. 

-  Zawołaj  wszystkich na kolację  –  powiedziała  Mercedes do  córki,  a sama postawiła 

na  stole  hiszpańskie  wino  i  szampana.  Babcia  przyniosła  owoce  morza,  a  matka  Carmen 
kalafiora w sosie vinagrette.  

Po  paru  minutach  wszyscy  zasiedli  do  stołu.  Zapomnieli  o  nerwowej  nocy  i 

rozmawiali na przyjemne tematy, aby te święta minęły w przyjaznej atmosferze. Nikt nie lubił 
kiedy  ktoś  wprowadzał  jakąś  panikę  do  konwersacji.  Nie  lubili  też  plotkować.  Oczywiście 
zdarzało  się im rozmawiać o innych, ale to  musiało  być naprawdę wielkie wydarzenie. Nie 
lubili kiedy ktoś interesował się ich prywatnymi sprawami, wiec starali się nie ingerować w 
życie innych. 

background image

Nagle  na  krzesełku  stanęła  Olaya.  Alfredo  poprosił  o  ciszę,  a  ona  z  lekką  tremą 

zaczęła śpiewać kolędę Pero Mira Cómo Beben.  

 

La Virgen se está peinando 

Entre cortina y cortina 

Los cabellos son de oro 

Y el peine de plata fina 

 

Najświętsza Panna się czesze 

Między dwiema zasłonami 

Grzebień z czystego ma srebra 

Błyska złotymi włosami 

 

Pero mira cómo beben 

Los peces en el río 

Pero mira cómo beben 

Por ver a Dios nacido 

 

Ale patrz jak rybki piją 

Jak piją rybki w rzece 

Ale patrz jak rybki piją 

Chcąc ujrzeć Boskie Dziecię 

 

Nagle dziewczynka zamilkła i panicznym wzrokiem spojrzała na matkę. Zapomniała 

co było dalej. Tyle czasu ćwiczyła tę kolędę, a teraz nie potrafiła przypomnieć sobie następnej 
zwrotki. Już była bliska płaczu. Przecież nikt nie lubi jak mu się coś nie udaje. 

Dziadek Fernando z uśmiechem na ustach zaczął nucić: 
 

Beben y beben 

Y vuelven a beber 

Los peces en el río 

Por ver a Dios nacer 

 

Piją i piją 

I piją rybki w wodzie 

Tak piją bo chcą ujrzeć 

Że nam się Bóg narodził 

 

- Fernando, ja nie widziałam, że z ciebie taki śpiewak – zaśmiała się babcia Carmen. 
W pewnym momencie zegar zaczął wybijać godzinę jedenastą. Stefano z uśmiechem 

oznajmił  rodzinie,  że  powinni  zacząć  się  ubierać,  jeśli  chcą  zająć  miejsca  siedzące  na 
pasterce.  

Jako pierwsza od stołu wstała Olaya, która pobiegła po swój nowy różowy płaszczyk, 

który chciała założyć już od dwóch tygodni. Panowie podnieśli się jako ostatni. Założyli tylko 
marynarki od garniturów i z czystym sumieniem zaczęli krzyczeć na kobiety, że się przez nie 
wszyscy spóźnią. 

background image

Po  piętnastu  minutach,  zaczęły  schodzić  z  pierwszego  piętra  przedstawicielki  płci 

pięknej.  Fernando  z  uśmiechem  na  ustach  zaczął  machać  ręką  i  pojedynczo  wypuszczać 
kobiety przez drzwi wejściowe. 

-  Jedna,  druga,  trzecia…  czwarta,  piąta  no  i  szósta.  Dobra,  wszystkie  –  krzyknął 

Fernando.  

Drogę  do  kościoła  pokonali  pieszo.  Carmen  widziała  inne  rodziny  wychodzące  z 

domów. Wszyscy byli radośni i lekko zmęczeni.  

W  końcu  młoda  Cordoba  dotarła  do  docelowego  miejsca  i  usiadła  na  ławce  pod 

bokiem.  Tradycyjnie  po  mszy,  odbyło  się  przedstawienie  Narodzin  Jezusa.  Olaya  już 
zapowiedziała, że w przyszłym roku, też chce brać udział i musi być Gwiazdką, bo Gwiazdki 
mają fajne błyszczące sukienki z nalepionymi złotymi gwiazdkami. Carmen jak była mała, też 
występowała.  Była  Maryją,  Gwiazdką  i  kiedyś  Pastuszkiem.  Raz  prawie  Owieczką,  ale 
kobieta, która organizowała przedstawienie, rozmyśliła się.  

Żadne z dzieci nie pomyliło swojej roli i sztuka zakończyła się owacjami na stojąco. 
W drodze powrotnej dziewczyna widziała wiele osób, które składały sobie życzenia i 

śpiewały  kolędy.  W  powietrzu  unosiła  się  magiczna  atmosfera,  która  w  gruncie  rzeczy 
napędzała samą siebie. 

Gdy  rodzina  Cordoba  dotarła  do  domu,  wszyscy  zasiedli  w  salonie  wokół  kominka, 

aby  się  ogrzać.  Jak  tradycja  nakazuje,  rozmawiali  przy  Whisky,  hiszpańskim  winie  czy 
francuskim szampanie. Najciekawszym tematem do rozmów był ślub Mia i Conrado. Nikt nie 
mógł się doczekać tego wydarzenia, a najwidoczniej narzeczonym nigdzie się nie spieszyło. 
Gdy  babcia  Carmen  wyciągnęła  stary  album  ze  zdjęciami,  aby  powspominać  stare  czasy  i 
opowiedzieć kilka anegdot, młoda Cordoba wymknęła się ukradkiem do swojego pokoju. 

Gdy  znalazła  się  naprzeciwko  swojego  łóżka  gotowa  bezwładnie  upaść  na  pościel, 

zatrzymała się na chwilę. Poczuła ogarniające ją  ciepło na całym  ciele. Serce przyspieszyło 
swój rytm. Odruchowo spojrzała w stronę okna. Zamknięte. Nikt nie powinien tu być, a mimo 
wszystko miała wrażenie, że ją ktoś obserwuje. Spojrzała na drzwi. Nikogo. Wszyscy są na 
dole  i  wesoło  dyskutują.  Objęła  się  rękoma  jakby  to  miało  uchronić  ją  przed 
niebezpieczeństwem.  

- Popadam w jakąś paranoję – powiedziała cicho gdy kładła się do łóżka. 
Gdy spokojnie leżała owinięta ciasno kocem, gdzieś w oddali usłyszała jak ktoś gra na 

fortepianie.  To  dziwne,  bo  w  jej  domu  nie  ma  fortepianu.  Wstała  i  zaczęła  nasłuchiwać. 
Odruchowo  przywołała  moc  w  dłoni  po  czym  wyszła  z  pokoju.  Szła  za  głosem  melodii. 
Chciała raz na zawsze skończyć to przedstawienie, bo za nic w świecie nie podobało jej się, 
że co jakiś czas boi się zasnąć. Kogoś to straszenie najwidoczniej bawiło. 

Doszła  do  końca  korytarza.  Tam  otworzyła  drzwi  na  balkon.  Wyszła  na  zewnątrz. 

Muzyka  a  ni  nie  była  głośniejsza,  a  ni  bardziej  cicha.  Carmen  szła  przed  siebie.  Próbowała 
wypatrzeć kogoś ukrytego w drzewach, który robi jej takie głupie dowcipy. 

- Carmen? – zapytała Mia stojąca w drzwiach. – Co robisz? 
Dziewczyna spojrzała na swoje dłonie i jedną nogę, która była już za barierką. 
-  Bo  wygląda  to  tak  jakbyś  chciała  skoczyć  –  powiedziała  lekko  przerażona  siostra 

Stefano. 

Co  za  bzdury.  Ona  po  prostu  chciała  lepiej  sprawdzić  czy  ktoś  nie  kryje  się  na 

drzewie. Chyba. 

background image

 

 

 

Carmen  leżała  na  swoim  łóżku  i  czarowała  małe,  różowe  kuleczki,  które  pękały  po 

kilku  sekundach.  Myślała  nad  sylwestrem.  Jakiś  czas  temu  zadzwoniła  do  niej  Giulia. 
Postawiła  sprawę  jasno:  nie  wyobraża  sobie  sylwestra  bez  Nico.  Resztę  dopowiedziała 
Cordoba  sobie  sama.  Nico  nie  zrezygnuje  z  Felipe,  a  to  będzie  oznaczać,  że  albo  Carmen 
spędzi  sylwestra  w  domu,  albo  w  towarzystwie  przyjaciółek  i  Cortésa.  Gdyby  została  w 
domu,  matka  zaraz  będzie  się  dopytywać  a  czemu  to  nie  poszła  na  jakąś  imprezę,  a  tego 
młoda Cordoba chciała uniknąć. Z drugiej strony Felipe nie jest tego wart. Ale chyba może 
przeżyć te parę godzin w jego towarzystwie dla świętego spokoju?  

Nagle  coś  w  jej  komputerze  zaczęło  pikać.  Zerknęła  na  monitor.  Leniwie  wstała  i 

przeczytała komunikat: 

 

Czy chcesz dołączyć do konferencji? 

 
Odruchowo kliknęła OK, zanim przeczytała kto na tej konferencji będzie. Na ekranie 

pojawiły się cztery okna. Automatycznie zerknęła na siebie czy aby dobrze wygląda. Dopiero 
później zobaczyła Nicolása, Giulię i Felipe, który rozmawiał z komputera Javiera. Tak przy 
okazji to Casillas chyba leżał na łóżku w tle. Wyglądał tak jakby miał pilnować czy Cortés 
słucha i nie ucieka sprzed monitora. 

Wszyscy milczeli przez kilka sekund, aż w końcu odezwał się Felipe. 
- Sylwester jest u mnie o osiemnastej – powiedział jednym tchem.  
- Ach czemuż to zawdzięczam zaproszenie? – odparła Carmen.  
- Basta! – krzyknęła Giulia. – Czy wy nie możecie się tolerować? Czy to takie trudne?  
Carmen i Felipe zmierzyli ją groźnym spojrzeniem.   
-  Jesteśmy  przyjaciółmi  i  czy  wam  się  to  podoba  czy  nie,  będziemy  się  wszyscy 

widywać – wtrącił Torres. – Często. Im szybciej to zrozumiecie tym lepiej. 

- Nie wtrącaj się do tego co jest między mną a Carmen – warknął Felipe. 
- Może i bym się nie wtrącał gdybyście nie mieli jakiś chorych oczekiwać w stosunku 

do nas – odpowiedział Torres nerwowo gestykulując.  

-  Bo  wy  myślicie,  że  jak  się  pokłóciliście  to  my  nie  możemy  już  się  spotykać  – 

wtrąciła  się  nagle  do  dyskusji  Materazzi.  -  A  jak  się  spotkamy    to,  to  jest  brak  lojalności 
wobec was. Ja nie mam zamiaru znowu tego przeżywać.  

- Córuchna, co robisz? – odezwał się głos który dochodził niewiadomo skąd. 
Giulia  spojrzała  w  róg  swojego  komputera  z  groźną  miną.  Po  czym  lekko  się 

zarumieniła.  Wszyscy  chwilowo  przestali  myśleć  o  konflikcie  w  paczce  przyjaciół  i  z 
zaciekawieniem obserwowali Materazzi, która próbuje wyprosić swojego ojca z pokoju. 

- Ach, rozmawiasz? – jęknął głos. – Dobrze, to sobie nie przeszkadzaj. Sam to zrobię. 

Nie,  nie,  nie,  nie  masz  po  co  zaglądać  do  kuchni.  Wszystko  jest  w  porządku.  Tak  tylko 
chciałem zobaczyć co u mojej córuchny słychać. 

- Co zrobiłeś? – zaniepokoiła się Giulia. 
- Co miałem zrobić? – odparł.  

background image

- Papa…- jęknęła dziewczyna. 
-  To  nie  moja  wina  –  krzyknął  mężczyzna  jakby  ktoś  zmusił  go  to  tego  wyznania 

wkładając jego stopy do rozżarzonego węgla. 

Giulia na moment wybiegła z pokoju. 
Paczka przyjaciół została sama. Tylko od czasu do czasu, gdzieś w tle słychać było jak 

młoda Włoszka lamentuje z bliżej niewiadomego powodu.  

- Więc umowa stoi? – zapytał Nico. 
- Jak Carmen chce to niech sobie przyjdzie na sylwestra – odparł Felipe. 
Sobie? – warknęła dziewczyna. – Ty dupku! 
- To ty robisz z niczego problemy – odparł Cortés. – Ty i tak zawsze wiesz lepiej. Nic 

nie jest w stanie zmienić twojego poglądu na daną sprawę. Wytyczyłaś sobie jakąś ścieżkę i 
idziesz nią jak ślepy wół bez względu na to czy to dobra droga, czy też nie. 

-  Oh,  przepraszam  najmocniej,  że  się  tak  źle  zachowałam  –  krzyknęła  Carmen.  – 

Najwidoczniej  wtargnięcie  do  mojego  domu  mylnie  odebrałam  jako  atak  na  moją  personę  i 
nieposzanowanie moich decyzji. 

- Jaki znowu kurwa atak?! – warknął Felipe. 
- Papa, od tego się nie umiera… - powiedział ktoś w oddali. 
-  Nie  chciałam  cię  widzieć,  a  tym  bardziej  z  tobą  rozmawiać  i  powinieneś  to  debilu 

uszanować! 

Torres zauważył, że jego przyjaciele ponownie zaczynają sprzeczkę bez argumentów. 

To  jest  wykrzykiwanie  jakiś  wyrwanych  z  kontekstu  zdań  opisujących  jakieś  tam  sytuacje. 
Nico rozumiał z tego coraz mniej. Nie wiedział bowiem o wizycie Cortésa w domu Carmen. 
Postanowił przerwać konferencję i sprawy zostawić losowi. Z tą parą młodych ludzi nie da się 
normalnie dyskutować. Traci tylko czas i nerwy. 

- Zamknijcie się do jasnej cholery! – krzyknął Nicolás. 
Carmen zaniemówiła z tego wszystkiego. Felipe też nie wyglądał na osobę, która ma 

ochotę kłócić się z przyjacielem. Torres był nadzwyczaj zły i było to widać z odległości kilku 
kilometrów… albo pikseli komputera. 

- To tyle chciałem powiedzieć – oznajmił Nico. - Przemyślcie sobie tam wszystko w 

waszych głowach i mam nadzieję, że dojdziecie do poprawnych wniosków. Ciao! 

Rozłączył  się.  Carmen  też  nie  czekała  długo.  Po  kilku  sekundach  zamknęła  laptopa. 

Takiego obrotu sprawy się nie spodziewała.  

Skuliła  się  na  łóżku.  Po  co  zaraz  ta  agresja.  Zamknęła  oczy  i  chyba  zasnęła  bo 

obudził ją dźwięk dzwoniącej komórki. To Felipe. Odebrała zaspana. 

- Si? – odezwała się. 
- Mam twojego psa – powiedział. 
- To szantaż? – zapytała jeszcze zaspana. 
-  Tylko  powód  dla  którego  powinnaś  przyjść  do  mnie  na  sylwestra  –  oznajmił  i 

odłożył słuchawkę. 

Jeśli ktoś jeszcze raz rozłączy się bez uprzedzenia, cholera Carmen weźmie.  

 

 

 

background image

W  końcu  nastał  sylwester.  Od  samego  rana  Cordobę  ściskało  w  żołądku.  Była 

całkowicie opętana nerwami. Szlajała się po domu jak cykająca bomba zegarowa, która szuka 
czegoś co może ją odbezpieczyć. Bomba nie potrzebowała czegoś specjalnego. Wystarczyło 
lekkie sok pomarańczowy się już skończył ale mamy jeszcze multiwitaminę.  

Tak. W takich dniach jak ten, dziewczyna była nie do zniesienia. 
Po popołudniowej  drzemce jakby się jej poprawiło.  Zjadła trochę  czekolady  Kinder, 

umalowała  się  w  stylu,  który  uznała  za  profesjonalny,  a  później  założyła  nowe  legginsy  i 
wygodną  tunikę.  Carmen  poinformowała  rodziców,  że  sylwestra  spędzi  w  Madrycie  z 
przyjaciółmi. Nie mogła powiedzieć, że będzie u Felipe, bo padre dostałby szału. Rozważała 
też  myśl,  aby  wymyślić  bajeczkę  o  imprezie  u  którejś  z  przyjaciółek,  ale  wtedy  Stefano 
mógłby zadzwonić do kogoś z rodziców… tak, miałaby przejebane

Sama nie wiedziała jak wpadła na taki debilny pomysł, ale o siedemnastej szła przez 

dworzec autobusowy na swój peron. Ona – córka bogatego biznesmena, będzie musiała tłuc 
się taki kawał drogi, z Walencji do Barcelony, pospolitym autobusem, który połowę siedzeń 
ma ozdobionych przez markerowe penisy i  teksty w  stylu  Ivy kocha Andrea. Oczywiście na 
stacji  była  minimalna  ilość  osób,  bo  kto  jest  na  tyle  pojebany  aby  jeździć  autobusem  w 
Sylwestra? 

Ach no tak. Carmen jest.  
W połowie drogi znowu zaczęła mieć to nieprzyjemne wrażenie, że ktoś ją obserwuje. 

Mało tego, chyba słyszała jakieś kroki. Dyskretnie starała się wykorzystać jakiś trik z filmów 
i w odbiciu szyb próbowała dostrzec to, co za nią idzie. Zdało się to na nic, bo wszystko było 
jakby zamazane i za szybko się zmieniało. Dziewczyna musiałaby przystanąć i się porządnie 
zastanowić co widzi w odbiciu. Po kilkunastu minutach przyspieszonego kroku zaczęła biec, 
żeby nie powiedzieć, że wpadła w panikę. Przestała myśleć i pędziła przed siebie, a jej ruchy 
przypominały metalową kaczkę na strzelnicy. Dodatkowo dźwigała ze sobą ciężką torbę i całą 
brytfankę ciasta. Nic więc dziwnego, że po pięciu minutach ktoś szarpnął ją za rękę. 

- To ja – odezwał się męski głos. 
Dziewczyna spojrzała na niego w przerażeniu, a potem zmarszczyła brwi. 
- Rahul? Chcesz żebym dostała zawału?! – warknęła, a po chwili dodała – szpiegujesz 

mnie?  Jeśli  padre  dowie  się,  gdzie  naprawdę  jadę,  przysięgam  otruję  cię  tak,  że  nikt  nie 
będzie wiedział co tak szybko wygryzło twoje wnętrzności. 

Hindus zamiast się przestraszyć, uśmiechnął się lekko.  
- Chciałem tylko pomóc z tymi bagażami – wskazał na ciemną torbę. 
Dziewczyna oddała mu pakunek, a sama usiadła na ławce. Mężczyzna poszedł w jej 

ślady. 

- Jedzie señorita do tego chłopaka co to był u nas w nocy? – zapytał jakby oczekiwał, 

że Carmen zacznie opowiadać historię swojego życia. 

- Si – mruknęła. 
-  A  on  w  Barcelonie  mieszka,  prawda  señorita?  –  drążył  dalej.  –  Zatrzyma  się 

panienka u niego na noc? 

- Na to wygląda. 
- Señorita, a kto będzie tam? – zapytał. 

background image

- No ja, Felipe, Giulia, Javier, Nico i Francesca – wstała i wsiadła do autobusu, który 

teraz podjechał. Hindus podał jej walizkę gdy stała na schodkach. – Pamiętaj, zabiję jak się 
ojciec dowie – przypomniała z groźną miną i weszła do środka pojazdu.  

Podróż  minęła  w  dość  sennej  atmosferze.  Gdy  Carmen  pojawiła  się  na  dworcu  w 

Barcelonie, bardziej się jej chciało spać, niż imprezować.  

Zamówiła  pierwszą  lepszą  taksówkę  i  pojechała  pod  dom  chłopaka.  Gdy  się  tam 

znalazła,  przez  pierwsze  kilka  minut  miała  obawy  czy  wejść  na  teren  posiadłości.  Zdawała 
sobie  sprawę,  że    jest  tak  samo  niepożądanym  gościem,  jak  Felipe  u  niej  w  domu.  Gdyby 
spotkała rodzinę Cortésa mogłoby się to źle skończyć. 

W końcu odważyła się i szybkim krokiem podeszła do drzwi wejściowych. Nacisnęła 

dzwonek i czekała. Drzwi otworzył jej Javier. 

-  Hej  – powiedziała cicho, zaraz potem zauważyła, że Casillas nie może przestać się 

śmiać i zaprosił ją tylko ruchem ręki do środka.  

Gdzieś w tle słyszała muzykę o typowo latynoskim zabarwieniu. Nogi aż same chciały 

tańczyć  salsę  czy  tam  mambo.  La  Mano  Arriba.  Cintura  Sola.  Da  Media  Vuelta.  Danza 
Kuduro. No Te Canses Ahora. Que Esto Sólo Empieza. Mueve La Cabeza. Danza Kuduro!

5

 

Carmen, dla bezpieczeństwa, zostawiła torbę przy wyjściu. Chwyciła ciasto i poszła za 

chłopakiem  szerokim  korytarzem.  Na  końcu  tego  podłużnego  holu  znajdowała  się  jadalnia. 
Dziewczyna  widziała  ją  już  jak  weszła  do  domu.  Rzuciły  jej  się  w  oczy  zielone,  różowe, 
fioletowe  i  żółte  świece  na  samym  środku  stołu.  Gdy  podeszła  bliżej  zauważyła,  że  całe 
nakrycie  jest  utrzymane  w  radosnych,  a  zarazem  eleganckich  barwach.  Ładnie  nakrył  – 
pochwaliła  w  myślach.  Ale  pewnie  Miramontes  mu  pomagała.  To  ona  ma  tę  smykałkę 
designerską.  

- Gdzie Felipe? – zapytała. 
Wtedy Casillas chwycił ją za biodra i obrócił o sto osiemdziesiąt stopni. Okazało się, 

że tak jakby z boku we wnęce jest kuchnia z rozsuwanymi dębowymi drzwiami. Tam też stał 
Felipe z nadąsaną miną, oraz pozostali przyjaciela z uśmiechami na twarzy.  

-  Carmeena  –  powiedziała  Francisca  ubrana  jak  zawsze  w  zwiewną  sukienkę.  – 

Powiedz, że to co masz w ręce to pyszne ciasto kremowe. Pliiiiis! 

Quien  Puede  Domar  La  Fuerza  Del  Mal  Que  Se  Mete  Por  Tus  Venas  –  dobiegały 

dźwięki z salonu. 

Cordoba nadal mało rozumiała. Czyżby Felipe nie wpadł na pomysł, że na stole trzeba 

też umieścić jakieś potrawy, a nie tylko porcelanę w kwiatki? 

-  Co  się  stało?  –  zapytała  Carmen  gdy  podeszła  do  barku,  przy  którym  siedziała 

paczka przyjaciół, na samym środku pomieszczenia. 

- Nic się nie stało – odparł Felipe krzyżując ramiona na torsie. – Nie wiem o co cała 

ta… 

- Mała podpowiedź – powiedział Nico uspokajając się na chwilę. – Jest duże, okrągłe 

z serem i kiełbasą. 

- Pizza? – zaryzykowała dziewczyna. 
Wszyscy wybuchli śmiechem. 
- Nie, błąd. Podręczny granat bojowy na psy – poinformował. 

                                                           

5

 La Mano Arriba. Cintura Sola (…) - Danca Kuduro Don Omar feat. Lucenzo   

background image

Carmen  uniosła  jedną  brew  do  góry  a  później  coś  z  hukiem  spadło  na  metalową 

kuchnię. Wyglądało jak surowe ciasto do pizzy. 

- Człowieku, czegoś ty tam dodał?! – dotknęła.  
Skała. 
- Chyba za dużo mąki, bo mu lekko twardawe wyszło, no nie? – rzekł Javier siląc się 

na poważny ton.  

Wszyscy wybuchli śmiechem. 
W zlewie leżał podręczny granat na psy, który wyglądał od dołu jak frizbi, tyle, że z 

całą pewnością można tym zabić, albo przynajmniej porządnie ogłuszyć, kulturystę. Czyżby 
Felipe zaczynał wchodzić na czarny rynek produkując elementy przydatne do samoobrony?  

- Jak nas nie lubisz to trzeba było powiedzieć – oznajmił Torres do przyjaciela lekko 

się uśmiechając. – Po co od razu takie niehumanitarne czyny. Stary, nie musisz nas truć, sami 
możemy wyjść. 

- Dlaczego to jest takie twarde jakbyś robił rzeźby z masy solnej? – zapytała Carmen 

rozbawiona skruszoną miną Felipe. 

- Ja nie mam zielonego pojęcia – oburzył się chłopak. – Ja robiłem wszystko tak jak w 

przepisie. 

-  W  przepisie  powiadasz…  -  rzekła  dziewczyna  rozglądając  się  po  kuchni,  w  której 

obecnie panował lekki bałagan. Jej uwagę przykuła puszka z jakimś białym proszkiem.  

Podeszła do blatu i chwyciła naczynie. 
- Czy to jest ta mąka, której użyłeś? – zapytała uprzejmie. 
- No tak – odpowiedział Cortés nie bardzo wiedząc do czego zmierza ta rozmowa. 
Dziewczyna podała puszkę Javierowi, a później poprosiła aby chłopak powiedział co 

to jest. Casillas obserwował biały proszek przez kilka sekund, a później ogłosił werdykt. 

-  Wysokiej  jakości  gips…  zapewne  sprowadzany  z  Wenezueli.  Mogę  się  mylić,  bo 

ktoś go pomieszał z krupczatką.  

-  Felipe  –  jęknęła  Carmen,  której  w  tym  momencie  zrobiło  się  żal  chłopaka.  –  Nie 

przejmuj się. Zaraz coś wykombinujemy. 

- Carmabelle, tylko uważaj jak będziesz chodzić po domu  – poinformowała Giulia. – 

Gdzieś tu kryje się zabójca. 

Wszyscy się ponownie roześmiali. 
- Homar Killer! – krzyknął Nico.  
- Homar? – powtórzyła z niedowierzaniem Cordoba. 
- Mi się wydawało, że go ostatni raz widziałem w salonie – rzekł z przejęciem Javier. 
- To on spadł z balkonu, jak go tam Felipe wrzucił? – spytał Torres. 
- Wrzuciłeś homara na balkon? – powiedziała Carmen zwracając się do Cortésa. 
-  Si  –  rzekł  Javier  zanim  przyjaciel  zdążył  cokolwiek  odpowiedzieć.  –  W  amoku  – 

porozumiewawczo uniósł brwi. 

Carmen ukryła twarz w dłoniach. 
- Bo mnie ugryzł – warknął Felipe. – Czy ty rozumiesz, że ludzie tak reagują jak ich 

coś gryzie? 

- To musiałeś go kopać? – odezwał się Casillas. 
- A co, miałem pogłaskać po łbie i czekać aż się wykrwawię? – jęknął Cortés. 

background image

 Cordoba  postanowiła  przerwać  tę  torturę,  ale  musiała  przyznać,  że  odczuwała  lekką 

satysfakcję  z  nieporadności  Felipe.  Do  tego  wyglądał  zabawnie  kiedy  obrażał  się  na 
wszystkich za to, że się z niego śmieją.  

Wyprosiła wszystkich i rozkazała aby zajęli się włączeniem jakiegoś filmu kiedy ona z 

Cortésem będą próbować uratować kolację. 

Y Ese Fuego Que Quema Por Dentro Y Lento, Te Convierte En Fiera – słyszała w tle, 

a w tym momencie Casillas jeszcze bardziej pogłośnił muzykę. 

-  Posprzątaj  ten  blat  –  poleciła  wskazując  miejsce  w  kuchni.  –  Zrobię  pizzę  z  tych 

drożdży co zostały. Gdzie mój pies? – zapytała wracając ponownie do obojętnego tonu. 

- Zamknięty w moim pokoju. Zapewne śpi – odparł trochę zawiedziony bo już myślał, 

że ich stosunki jakby się ociepliły. Mimo wszystko był i na taką ewentualność przygotowany. 
Ze spożywczej szafki wyciągnął pakunek w ozdobnym papierze.  

Carmen zaczęła go bacznie obserwować. Tamten bez większych ceregieli wręczył jej 

paczkę. 

- To dla mnie? – zapytała. 
Już jej miał odpowiedzieć, że nie, potrzymaj sobie tylko, ale w porę ugryzł się w język. 
- To na przeprosiny. 
- Ale ja nic nie mam dla ciebie – odparła.  
- Uznamy, że jako prezent dasz mi szansę na to abym wszystko wytłumaczył. 
Dziewczyna spochmurniała.  
- Dobra, wybaczam ci, ale nigdy więcej nie chcę słyszeć o tym co się stało na balu  – 

powiedziała stanowczo. – Zrozumiałeś? 

- Otwórz – ponaglił. 
To co dostała Carmen było ciężkie, twarde i grube. Pofatygowała się o stwierdzenie, 

że  może  to  być  książka  kucharska,  ale  Felipe  w  żaden  sposób  tego  nie  skomentował.  Gdy 
zdarła czerwony papier jej oczom faktycznie ukazała się książka. Akurat trafiła na tył okładki. 
Przeczytała tylko pierwsze zdanie Gdy pochłania się w błyskawicznym tempie to miksturowe 
arcydzieło trudno nie zastanowić się na czym właściwie polega fenomen (…).
 Nie doczytała. 
Od razu przewróciła na  stronę tytułową  Awangarda w Laboratorium. James Evans. Gdy to 
zobaczyła o mało co nie upadła z wrażenia. Serce łopotało jej w piersi tak szybko jakby przed 
chwilą przebiegła sprintem kilometr. Nie potrafiła nic powiedzieć. Spontanicznie rzuciła się w 
ramiona  ukochanego,  a  tamten  widząc  szczerą  radość  dziewczyny  z  uśmiechem  na  ustach 
przytulił ją do siebie.  

-  Czekałam  na  nią  odkąd  dowiedziałam  się  kim  jest  James  Evans  –  szepnęła  mu  do 

ucha. – To przez niego zaczęłam bawić się mikstury. Pokazywał, że nie ma utartych szlaków. 
Ulepszył wiele przepisów. Trochę dodał własnych… - kartkowała książkę. - Uznał, że można 
się  tym  wszystkim  bawić.  Boże,  Felipe,  jak  ją  zdobyłeś?  Oficjalna  premiera  miała  być 
dopiero za miesiąc. 

-  Wczoraj  zadzwonił  do  naszego  salonu  samochodowego  –  zaczął  historię.  – 

Powiedział,  że  pilnie  potrzebuje  auta,  więc  pojechałem  i  mu  pokazałem  parę  modeli. 
Wspomniał o jakiejś konferencji, a później od słowa do słowa wyjawił po co przyjechał do 
Barcelony  i  kim  jest.  Później  przyszło  mi  do  głowy,  że  mogłabyś  być  zainteresowana  taką 
książką. Zacząłem z nim negocjować. Dzięki mojej charyzmie zgodził się odstąpić ci swoją 
własną. 

background image

Dziewczyna  jeszcze  mocniej  wtuliła  się  w  ramiona  chłopaka,  a  tamten  milczał  jak 

grób na temat pieniędzy, które musiał opuścić z ceny samochodu, aby tę książkę zdobyć. 

- Zobacz, jest nawet dedykacja – powiedział. 
Dla  Carmen,  najzdolniejszej  dziewczyny  w  dziedzinie  mikstur  o  jakiej  kiedykolwiek 

słyszałem. James Evans 

- Dyktowałeś mu? – zapytała rzeczowo Cordoba. 
- Tak – przyznał otwarcie Felipe przypominając sobie, że za tyle pieniędzy Evans był 

skłonny to jakoś ozdobić w serduszka, gwiazdki czy coś. 

- Gracias – szepnęła Carmen i ucałowała radośnie Cortésa w policzek. 
Zaraz potem do kuchni ponownie wszedł Torres z Javierem. Ten drugi trzymał w ręku 

martwe czerwone zwierzę.  

- Mamy skubańca – krzyknął Nico.  
-  Giulii  odgryzł  rękę,  a  Francisca  leży  martwa  w  holu  –  poinformował  teatralnym 

tonem Casillas. - Mówię wam, krew się lała tak, że się o mało co nie zabiłem jak się na niej 
poślizgnąłem. 

- Serio? – zapytała Carmen. 
-  Nie  –  odpowiedział  Nico.  –  Ja  się  tylko  skaleczyłem  o  lusterko  w  łazience,  ale 

sytuacja opanowana. Myślałem, że Giulia będzie mi amputować palca, ale jednak nie. 

Po chwili Cordoba wróciła do pracy przy pizzy i starannie instruowała Felipe, co ma 

robić.  W  gruncie  rzeczy  wszystko  ograniczyło  się  do  tego,  że  sprzątał  swój  bałagan,  ale  w 
jego mniemaniu wykonywał najcięższą pracę. 

W tym samym czasie, w pokoju obok pozostali przyjaciele starali znaleźć sobie jakieś 

zajęcie. Javier i Nicolás przesunęli mały stolik w salonie tak, aby przed telewizorem powstała 
wolna  przestrzeń.  Później  Casillas  zaczął  skrupulatnie  podłączać  nowy  sprzęt  PSP3  do 
telewizora. W tak zwanym  międzyczasie,  Torres  uzgadniał z dziewczynami w co będą  grać. 
Wybór  padł  na  hit  japońskich  sal  do  gier,  który  doczekał  się  nawet  odpowiedniej  wersji  z 
Hannah Montana. Casillas starannie rozłożył matę do tańca przed telewizorem. 

- Zasady są proste – oznajmił, - wykonujecie takie ruchy jak na ekranie. Kto zaczyna? 
-  Ja!  –  zgłosiła  się  Francisca,  która  uwielbiała  próbować  czegoś  nowego,  a  Dance 

Factory było właśnie tym nowym czymś

Teraz trzeba było wybrać ścieżkę dźwiękową. Było dziesięć zestawów. Ktoś wpadł na 

pomysł,  że  będzie  jeszcze  fajniej  gdy  zestaw  wciśnie  się  całkowicie  przypadkiem.  Javier 
trzymał palec na strzałce, a Miramontes w którymś momencie krzyknęła Stop! 

- Świetny wybór – pochwalił Torres. - 2NE1. Będzie ci się do tego dobrze tańczyło. 
Na wielkim ekranie telewizora pojawiło się kolorowe okno użytkownika. W nagłówku 

była  nazwa  Francisca,  a  pod  spodem  tytuł  utworu  i  artysta.  Z  lewej  strony  wyświetlił  się 
teledysk, a z prawej już nadjeżdżały strzałki, które trzeba nacisnąć. 

- Stepmania yahooooo! – krzyknął Miramontes nieco podekscytowana. 
Muzyka,  o  zabarwieniu  techno-azjatyckim  popłynęła  z  głośników.  Na  początku  gra 

przebiegała dosyć drętwo, ale później Francisca nabrała pewnej wprawy. Znajdowała nawet 
czas na tak zwane kocie ruchy. Grę zakończyła na poziomie 345 punktów. Zaraz po niej był 
Torres, Casillas, a na końcu Materazzi, która przez ostatnie kilka minut zastanawiała się, jak 
to  wszystko  działa  i  że  naciskanie  czterech  strzałek  w  tym  samym  czasie  jest  logicznie 
niemożliwe. 

background image

- Wisienko, teraz ty – poinformował łaskawie Nicolás. 
W tym samym momencie w kuchni, atmosfera jakby się ociepliła. Trzeba przyznać, że 

Felipe dbał o to ze wszystkich sił. W końcu udało mi się zmusić Cordobę do jakiejś rozmowy. 
Wprawdzie była ona bezsensowna, ale to zawsze coś. 

-  Co  byś  zrobił  –  zaczęła  swoje  pytanie  Carmen,  -  gdyby  twoja  narzeczona  z  którą 

jesteś już bardzo długo, tydzień przed ślubem oznajmiła ci, że przez półtora roku pracowała w 
klubie ze striptizem. 

Felipe  uśmiechnął  się  pod  nosem.  Dobrze  wiedział,  że  to  ulubiona  gra  kobiet. 

Egzaminowanie. Albo odpowiesz tak jak one chcą i dostaniesz punkt, albo masz przejebane.  

-  Wiem.  Widziałem  cię  –  odpowiedział  Cortés.  –  Ale  wybrałem  tą  twoją  znajomą… 

pamiętasz?  Ta  ładna  co  tańczyła  obok  ciebie…  tak  ona…  aaah,  to  była  twoja  najlepsza 
przyjaciółka? OK. Ale nie martw się, kocham cię tak samo. 

Carmen  nie  mogła  powstrzymać  śmiechu.  Sama  nic  lepszego  by  nie  wymyśliła. 

Oczywiście oczekiwała poważnej odpowiedzi w stylu nie będzie ślubu, bo mi nie ufała… czy 
takie  inne  pierdoły.  W  zamian  za  to  dostała  odpowiedź  z  żartem.  Co  w  gruncie  rzeczy 
bardziej jej się podobało. 

- Pobierzemy się wkrótce – dodał Felipe. 
- Okej – odpowiedziała Carmen dziękując za wyczerpującą odpowiedź na pytanie. 
Dopiero później dotarło do niej, że te dwa zdania wyrwane z kontekstu wyglądały jak 

oświadczyny, które ona notabene przyjęła.  

Czyżby to miały być jakieś prorocze słowa?  
Ciekawe czy Felipe zrobił to specjalnie.  
Tak zwana Wisienka wkroczyła na matę z kolorowymi strzałkami. Niby nic trudnego. 

Skakać, podrygiwać w rytm  melodii i  naciskać jak najwięcej  poprawnych strzałek. Muzyka 
zaczęła  grać.  Dziewczynom  z  teledysku  wszystko  wychodziło  zgrabnie.  Giulia  natomiast 
poruszała  się  dość  sztywno  z  dodatkiem  paniki  w  nogach.  Torres  stwierdził  pod  nosem,  że 
wcześniej  trzeba  było  dać  jej  jakiegoś  mocniejszego  alkoholu,  by  się  najzwyczajniej  w 
świecie wyluzowała. 

Po  minucie  Materazzi  zaczęła  rozumieć,  że  nie  musi  skakać  kilka  metrów  do  góry, 

wystarczy,  że  lekko  się  uniesie.  Wtedy  szybciej  może  nacisnąć  dwie  strzałki.  I  zaczęło  się. 
Kiedy  dziewczyna  to  pojęła,  zebranie  jak  największej  liczby  punktów  postawiła  sobie  za 
życiowy  cel.  Tak  się  wczuła  w  rolę  japońskiej  nastolatki,  że  niechcący  poślizgnęła  się  na 
macie.  Z  wciąż  wyprostowaną  nogą  wylądowała  w  plazmowym  telewizorze.  Wszyscy 
oniemieli. W ten głębokiej ciszy, wielki odbiornik telewizji kablowej spadł na ziemie raniąc 
nogę Giulii. 

-  Co  to  było?  –  zapytała  Carmen  patrząc  na  Felipe.  Nie  czekając  na  odpowiedź 

wybiegła z kuchni. – O Dios Mio! Giulia, nic ci nie jest? 

Cordoba chwyciła swoją torbę, po czym otworzyła apteczkę z własnymi miksturami. 

Kawałkami  gazy  próbowała  zatrzymać  cieknącą  krew  po  nodze  przyjaciółki.  Poprosiła  aby 
ktoś włączył dobre światło, a sama zabrała się za oglądanie szkód. 

Materazzi znosiła to wszystko z miną, która sugerowała, że przeprasza każdą osobę na 

świecie za zamieszanie i zniszczony telewizor. Mimo wszystko była przytomna i widziała, że 
w jej kostkę wbiło się kilka dużych odłamków od ekranu telewizora. Każdy ruch powodował 
ból i istniało ryzyko, że może uszkodzić jakiś mięsień lub zwyczajnie przeciąć żyłę. 

background image

- Nie masz przypadkiem Sycylijskiego Ziela? – zapytała z nadzieją w głosie Materazzi. 
Carmen jej nie słuchała. Wyraźnie się z czymś gryzła. 
Ale tak, Sycylijskie Ziele dobre na wszystko. 
-  Wezwijmy  karetkę  –  polecił  Torres,  który  siedział  za  plecami  swojej  dziewczyny 

podtrzymując cały jej ciężar, aby się nie nadwyrężała. 

-  To  głupi  pomysł  –  zauważyła  sama  zainteresowana.  –  Wszystko  się  wyda.  Będzie 

więcej szkody niż pożytku. Dajcie mi tylko Sycylijskie Ziele i wszystko się ułoży. 

Cordoba wiedziała, że to zioło nie wystarczy. Rana była za duża, za szybko krwawiła, 

a do tego  w środku pływały małe odpryski  po  ekranie telewizora. Dziewczyna spojrzała na 
małą buteleczkę, którą trzymała w ręce. 

- Gio, masz na coś uczulenie? – zapytała na wszelki wypadek. 
- Nie – odpowiedziała nieco zaskoczona Materazzi. 
Ciemnowłosa nie czekała na odpowiedź i  czym  prędzej  polała ranę wywarem,  który 

nie  do  końca  był  przetestowany.  Po  chwili  raczyła  poinformować  przyjaciółkę,  że  może 
trochę  szczypać,  gdy  tamta  zaczęła  krzyczeć  co  jej  zrobiła?!  Mimo  wszystko  wywar 
poskutkował. Z rany wypłynął każdy odprysk szkła. I przestała krwawić.  

Cordoba zgrabnie zaczęła bandażować ranę. 
-  Felipe,  ja  cię  przepraszam  –  jęknęła  Materazzi  widząc  Cortésa  bacznie 

obserwującego całe zajście. 

- Spokojnie – odpowiedział wycierając mokre ręce o ścierkę. – Zwalę winę na Lisbeth. 
- Na kogo? – zainteresowała się Carmen robiąc ładną kokardkę na kostce Giulii. 
- Na Lisbeth – odpowiedział. – Stoi za tobą. 
Dziewczyna nic nie podejrzewając spojrzała cóż to za Lisbeth stoi za jej plecami. Gdy 

tylko  spostrzegła  wielkie  ciemne  ślepia  wpatrujące  się  w  nią  wrogo,  czym  prędzej  wstała  i 
pobiegła przed siebie. Nawet nie zauważyła, że skaleczyła się w palec o kawałki telewizora. 
Nie wiele myśląc wskoczyła na blat w kuchni i zaczęła krzyczeć. 

- Co to jest?! – wrzasnęła, gdy czarna pantera średniego wzrostu starała się wskoczyć 

na blat. 

- Carmen, zejdź proszę – powiedział łagodnie Felipe wyciągając ku niej rękę.  
- Nie! Zabierz to zanim mnie zje. 
-  Tak,  bo  karmimy  ją  ludźmi  –  rzekł  chłopak  głaszcząc  ciemnego  kota  po  łbie.  –  A 

myślisz, że po co cię do siebie zaprosiłem?  

Dziewczyna posłała mu przerażone spojrzenie. 
- Tylko żartowałem – od razu sprostował. – Taki żarcik. Cami… na litość boską! Ty 

masz psa, a ja mam kota. Co w tym złego? 

-  Kota?  Kota?!  –  wrzasnęła  zestresowana  Cordoba.  –  Ja  miałam  kota.  Ja  wiem  jak 

wygląda kot. A to kotem nie jest. To jest jakaś maszyna do zabijania z pazurami i zębami! 

- Cami, zejdź – poprosił ponownie. 
- Nie – warknęła. – Zamknij to gdzieś, to wtedy zejdę. 
- Ona się chce z tobą tylko bawić – powiedział niewinnie Felipe spoglądając na nogi 

Carmen. – Nic ci nie zrobi. 

- Zamknij to i koniec. 
Chłopak  próbował  się  nie  roześmiać.  Cordoba  była  naprawdę  przerażona,  co  tylko 

dodawało całej sytuacji komizmu i niewinności. Felipe podejrzewał, że w danym momencie 

background image

zgodziłaby się na wszystko  byle tylko  trzymać zwierze daleko od niej. Chłopak postanowił 
wykorzystać to innym razem.  

Poszedł zamknąć panterę do sypialni rodziców – pokój który jako jedyny miał klucz 

pod  ręką.  Oczywiście  wiedział  czym  grozi  zamknięcie  Lisbeth  w  małym  pomieszczeniu  z 
dużą ilością miękkich materiałów, ale w obecnym czasie nie chciał o tym myśleć. 

Kiedy  wrócił  na  dół  Giulia  i  Francisca  siedziały  przy  stole,  a  Casillas  z  Torresem 

zajmowali się sprzątaniem resztek po telewizorze. Carmen zapewne była w kuchni. Tam też 
poszedł Cortés. 

-  Nie  zdziwiłbym  się  jakby  nie  wyszła  –  powiedział  chłopak  widząc  jak  dziewczyna 

pochyla się nad piekarnikiem. – Do tej pory mamy same problemy. 

- Nie przesadzaj – odpowiedziała stawiając pachnącą pizzę na środek blatu. – Prezent 

dla  mnie  wyszedł  ci  w  stu  procentach  –  uśmiechnęła  się  delikatnie.  Odkroiła  kawałek 
włoskiego przysmaku, polała czerwonym sosem i podała wprost do ust Felipe. 

- Chyba jednak wyszła – skwitował zadowolony. 
Przy  kolacji  zaczęli  omawiać  jakie  kluby  odwiedzą  dzisiejszego  wieczora  i  że  jest 

stanowczo  za  wcześnie  aby  wychodzić  z  domu.  Oni  muszą  się  nastroić.  Cordoba 
poinformowała  jednak  łaskawie,  że  wcześniej  niż  za  półtorej  godziny  nie  wyjdą,  bo  Giulia 
wymaga lekkiego leczenia. Dziewczyny ustaliły, że podadzą miksturę, która znieczula nogę 
(niczym  na  boisku  piłkarskim  kiedy  ktoś  w  perfidny  sposób  kopie  piłkarza  w  kostkę). 
Wymaga to jednak trochę czasu. 

Usiedli  w  salonie  myśląc  co  mogą  robić  bez  telewizora  jeszcze  półtorej  godziny. 

Nagle  ktoś  krzyknął  napiszmy  na  małych  kartkach  pytania,  a  później  losujmy  trzy  i 
odpowiedzmy  na  to  co  wylosowaliśmy.
  Ktoś  inny  dodał  pytania  powinny  być  osobno  dla 
chłopaków i  osobno dla  dziewczyn.  
Po burzliwej  dyskusji  ustalili, że będzie zabawniej  jeśli 
wypiją serum prawdy. 

-  Zaczynaj  –  powiedział  Casillas  stawiając  przed  Felipe  przezroczystą  kulę  z 

pytaniami. 

- Czemu ja? 
-  Bo  jesteś  gospodarzem?  –  odpowiedział  pytaniem  Torres,  co  Cortés  uznał  za 

sensowne wytłumaczenie i sięgnął po pierwsze pytanie.  

 

pytanie dla chłopaka:  

 

całowanie z dziewczyna czy ogladanie finału Champions League? 

 

Rozpoznał charakterystyczne pismo Materazzi. Pytanie zapewne było pisane z myślą 

o Torresie. Niestety padło na Felipe.  

Wiedział jaka jest najwyżej punktowana odpowiedź, nie był jednak do końca pewny 

co odpowie. Chyba sam do końca nie znał swojego zdania. 

- Na zdrowie – powiedział po czym wypił serum. – Chwilę pomilczał po czym zebrał 

się  na  odpowiedź.  Całowanie!  Skoro  całuję  jakąś  osobę  to  musi  by  być  dla  mnie  bardzo 
ważna. Ważniejsza niż mecz. 

 

background image

Pytanie dla chłopaka: 

Ogladanie nagiej dziewczyny przyjaciela w Playboyu czy ogladanie przez 

przyjaciela twojej nagiej dziewczyny w Playboyu. 

 
To było pytanie od Javiera. I charakter pisma się zgadzał, i tematyka zagadnienia.  
Chłopak  zmarszczył  brwi.  Wkurwiało  go  gdy  ktoś  ładował  się  do  jego  życia 

prywatnego  w  zabłoconych  buciorach.  Nie  widział  sensu  w  tym,  aby  jego  dziewczyna 
występowała  w  rozbieranej  sesji  zdjęciowej.  Gdyby  coś  takiego  zrobiła  pewnie  by  z  nią 
zerwał.  Chodziło  o  zasady.  Z  drugiej  jednak  strony,  jakby  w  gazecie  ukazała  się  ukochana 
takiego weźmy Casillasa, Cortés nie miałby nic przeciwko aby zerknąć na to i owo. 

 

pytanie dla chłopaka: 

byłbyś mile zaskoczony gdyby twoja dziewczyna znała taniec brzucha? 

 
Chłopak  uśmiechnął  się.  Carmen  zawsze  potrafiła  wymyślić  oryginalne  pytanie. 

Spojrzał na nią ukradkiem, na co dziewczyna zareagowała delikatnym rumieńcem. Carmen. 
Carmen. Carmen i taniec brzucha. Może chce zacząć się go uczyć? To wybitnie głupi pomysł. 
A  co  będzie  jak  jakiś  chłopak  zauważy  przypadkiem  jak  Cordoba  tańczy  w  swoim  pokoju. 
Przed Lustrem. W samej bieliźnie. Felipe załamał ręce.  

A co, jak ten chłopak wejdzie do tego pokoju i się jeszcze spodoba Cordobie?  
I, o zgrozo, tym ów chłopakiem nie będzie Felipe. 
Cortés  zmarszczył  brwi.  To  jego  piaskownica  i  nikt  nie  będzie  mu  podpierdalał 

zabawek.  Musi  dbać  o  swoje  interesy.  Tym  bardziej,  że  jego  zabawki  bywają  czasami 
złośliwe  i  lubią  robić  mu  na  złość.  Przez  te  kilka  sekund  zdążył  znienawidził  tego 
wyimaginowanego  chłopaka  i  poprzysiągł,  że  lepiej  jeśli  się  nie  spotkają.  W  przeciwnym 
razie tamten zapamięta to rendezvous do końca swojego podłego i nędznego życia. 

- Nie – odpowiedział siląc się na naturalny ton – To nic nie zmienia. 
- Co ty pierdolisz? – aż podskoczył Javier słysząc odpowiedź przyjaciela. 
-  Naprawdę  nie  lubisz  tańca  brzucha?  –  zapytała  Carmen  z  mieszanymi  uczuciami, 

gdyż sądziła, że Felipe krzyknie jedno długie oh siiii

- Mogę lubić – zaczął Cortés, - ale nic więcej. Dziewczyna, która to zna, wcale nie jest 

bardziej atrakcyjna dla faceta. 

- To jest twoja opinia – powiedziała Carmen może odrobinę za ostrym tonem. 
- Może – rzekł tajemniczo. 
- Może – powtórzyła Cordoba.  
Nagle  nie  wiadomo  skąd,  jakaś  wielka  czarna  masa  pojawiła  się  na  stole  niszcząc 

wszystko dookoła. Włącznie z zapasami serum prawdy. Carmen nie bardzo wiedziała co się 
tam działo, bo tylko jak zobaczyła tą kupę żywego mięsa z ostrymi zębami, uciekła do kuchni 
na  blat.  Felipe  chwycił  panterę  na  ręce  zanosząc  ją  do  jakiegoś  pokoju  w  którym  może  ją 
zamknąć.  Zapewne  Lisbeth  uciekła  z  ostatniego  miejsca  pobytu  gdy  usłyszała  fajerwerki, 
które puszczał sąsiad ku uciesze wnucząt. Chłopak wcale by się nie zdziwił gdyby wyważyła 
drzwi, albo przynajmniej zrobiła dziurę w ścianie. 

Zabawa z pytaniami skończyła się automatycznie. Było zbyt dużo czasu by tracić go 

na jakieś rozmowy. Casillas postanowił wyślizgnąć się do swojego domu, w którym posiadał 

background image

projektor. Wystarczyło podłączyć odpowiednie kabelki do notebooka, wpisać takie a owakie 
hasło  i  bez  większych  przeszkód  mogli  podglądać  największe  imprezy  świata  lub  zobaczyć 
jakiś film.  

Kiedy  Javier  próbował  skołować  jakąś  namiastkę  cywilizacji,  Felipe  poszedł  do 

kuchni. Carmen wpatrywała się w drzwi takim wzrokiem jakby spodziewała się nagłego ataku 
niebieskich istot z Avatara. Na szczęście zobaczyła Felipe. W kolorze jasny brąz.  

- Już ją zamknąłem – poinformował i pomógł dziewczynie zejść na ziemię. 
- Tak samo jak poprzednio?  
Odpowiedział jej uśmiechem. 
-  Javier  poszedł  do  siebie  po  parę  rzeczy  –  poinformował.  –  Ustalamy  właśnie  jaki 

film będziemy oglądać. Masz jakieś propozycje? 

-  Aktualnie  nic  nie  przychodzi  mi  do  głowy  –  odpowiedziała  ciągnąc  go  za  sobą  do 

salonu. 

-  Carmen,  proponuję  obejrzeć  Dumę  i  Uprzedzenia  –  rzekła  Giulia  gdy  tylko 

zobaczyła przyjaciółkę w drzwiach.  

-  Nie!  –  odpowiedzieli  natychmiast  Nicolás  i  Felipe  jakby  się  bali,  że  lekkie 

opóźnienie w wykrzyczeniu tego słowa może mieć dramatyczne skutki w dalszym przebiegu 
prywatki. 

- Dio, jacy wy jesteście oporni na prawdziwą sztukę – warknęła. 
- Wisienko, nie przeginaj – podsumował Torres siadając obok niej na kanapie. 
- Obejrzymy Piłę – zaproponował Felipe. 
- Nie – odpowiedziały tym razem zgodnie Carmen i Giulia. 
Cordoba nie lubiła horrorów. Niby  wszystko  jest fikcją. Niby o  tym  wie, a i  tak jak 

kładzie się spać to wyobraża sobie jakiś psychopatów z piłą mechaniczną wskakujących do jej 
pokoju.  Oczywiście  nie  specjalnie.  Takie  myśli  jakoś  same  przychodzą.  Czy  kiedykolwiek 
ktoś pomyślał o tym, że może znaleźć się w takiej sytuacji jak z horroru? Że pewnego ranka 
obudzi  się  w  ciemnym  podejrzanym  pomieszczeniu,  a  kukła  z  telewizora  poinformuje  go 
łaskawie, że w brzuchu ma kwas i jak czegoś tam nie zrobi to go kwas wyżre od środka. Albo 
jakiś inny psychopata powiesi cię na haku bo spodobała się mu twoja twarz i uznał, że będzie 
świetnie w niej wyglądał. Albo oczy. Jak masz ładne oczy to też jesteś w niebezpieczeństwie.  

Nie ma to jak o poranku wyrwać komuś oczy z oczodołów.  W filmie były brązowe. 

Carmen miała brązowe. 

- No to co będziemy oglądać? – zapytał Felipe krzyżując ręce. 
- Kac Vegas – wtrąciła nagle Miramontes, która niosła jakieś pudła od Casillasa. 
Wszyscy spojrzeli na nią zdumionym wzrokiem. 
- No co? – zapytała blondynka. – Ponoć fajny film, jeszcze nie oglądałam, ale mam na 

penie. 

-  Ja  nie  toleruję  sprzeciwu  –  powiedział  Javier  podłączając  małe  urządzenie  do 

projektora. – Chcę to obejrzeć i basta. 

Carmen  wzruszyła  ramionami.  Grunt,  że  to  nie  horror.  Poszła  do  kuchni  po  jakieś 

ciasteczka, cukierki i napoje.  

- Gdzie idziesz? – zaciekawił się Cortés. 
- Po coś do jedzenia – odpowiedziała nawet się nie odwracając. 

background image

Chłopak poszedł za nią. Kiedy dziewczyna była zajęta wykładaniem smakołyków na 

posrebrzaną tacę Felipe spojrzał ukradkiem na Carmen, a tamta w najmniejszym stopniu nie 
spodziewała się, że padnie ofiarą gry słów. Wysoki ciemnowłosy chłopak nachylił się ku niej. 

- Chcesz całusa? – zapytał figlarnie. 
Dziewczyna  nie  wiedziała  co  odpowiedzieć.  Najpierw  jej  twarz  przybrała  wyraz 

gorączkowej  rozpaczy.  Chciała  krzyczeć  Co  ty  do  mnie  mówisz?  Jednak  po  chwili,  jak  to 
później  Cortés  opisywał  Torresowi,  jej  usta  wykrzywiły  się  w  grymasie  jednego  ciągłego 
hmm

Chłopak wyciągnął ku niej ciemną czekoladę, która nosiła podstępną nazwę całus
- O tym mówię – odpowiedział z szerokim uśmiechem. – A ty o czym myślałaś? 
Dziewczyna  w  panice  zaczęła  ukrywać  swoje  czerwone  policzki  za  dłońmi.  To  był 

perfidny  kawał  i  nie  podobał  się  jej  ani  trochę.  Myśli  kłębiły  się  w  jej  głowie.  Miała  tyle 
odzywek na tę okoliczność, że z tego wszystkiego nic nie powiedziała i wyszła do salonu ze 
słodyczami.  

Kiedy wróciła Casillas był w trakcie ustawiania ostrości obrazu na kremowej ścianie. 

Fajnie to wszystko wyszło. Można było poczuć się jak w mini kinie. Każdy powinien mieć coś 
takiego w domu. 

Film  był  całkiem  znośny.  Co  Cordoba  zapamiętała  z  projekcji?  Niskawego,  nagiego 

Chińczyka  (jeśli  to  był  Chińczyk)  wyskakującego  ze  starego  auta.  Wystrzelił  z  niego  jak 
torpeda.  Dziewczyna  przez  dłuższą  chwilę  zastanawiała  się  jak  to  jest  możliwe,  że  z 
bagażnika  można  skoczyć  na  cudze  barki.  Jakąś  wyrzutnię  tam  zbudowali  czy  może 
Chińczycy z reguły są tacy skoczni?  

Dziewczyna  oczywiście  zapamiętała  inne  sceny.  Czy  tam  osoby.  Ten  niski,  gruby 

przyjaciel z dzieckiem był naprawdę zabawny. Taka perełka w filmie. 

- Co robimy? – zapytał Javier przeglądając programy telewizyjne w Internecie. 
- O zostaw – krzyknęła Giulia, kiedy zobaczyła Króla Hiszpanii na ścianie. 
Orędzie  Juana  Carlosa  do  narodu  z  życzeniami  na  nowy  rok,  zostało  punktualnie 

wyświetlone o godzinie dwudziestej drugiej. Starszy człowiek ubrany w granatowy garnitur, z 
czerwonym krawatem i białą koszulą monotonnym tonem wspominał o tym aby następny rok 
był  lepszy  od  poprzedniego  i  mówił  również  o  innych  dyrdymałach,  które  się  nigdy  nie 
spełnią. 

- Chyba mu się trochę schudło? – rzucił hasło Torres. 
-  Ty  też  byś  schudł  jakby  jacyś  zamaskowani  terroryści  oznajmili  w  Internecie,  że 

zamierzają cię odwiedzić – odparł Casillas. 

Carmen nie słuchała. Patrzyła ciągle na starszego mężczyznę starając się zapamiętać 

każdy  szczegół.  Lubiła  go  i  była  dumna,  że  Hiszpania  ma  króla.  W  końcu  w  dzisiejszych 
czasach wszyscy mają prezydenta, a jak mają króla to nikt o tym nie wie, poza mieszkańcami 
kraju.    Weźmy  taką  Danię  albo  Holandię.  Monarcha  przybywa  na  pogrzeb  jakiegoś 
prezydenta,  w  telewizji  komentatorzy  przedstawiają  poszczególnych  gości,  a  później  takie 
zdziwienie  to  oni  mają  króla?!    A  no  mają.  Ale  nikt  ich  nie  zna.  A  króla  Hiszpanii  znają 
wszyscy. 

-  Carmen,  prawda?  –  zapytała  Materazzi  wskazując  na  przyjaciółkę  i  wyraźnie 

oczekując jakiejś odpowiedzi. 

- Ale co? 

background image

- Mamy projekt do napisania z AA – poinformowała Giulia. 
-  Si,  si  –  odpowiedziała  dziewczyna  bez  większego  entuzjazmu,  po  czym  wyszła  do 

kuchni. 

Felipe  nie  tracąc  chwili  znowu  udał  się  za  Cordobą.  Carmen  usiadła  na  wysokim 

stołku,  a  obok  niej  wysoki  ciemnowłosy  chłopak.  Cortés  uśmiechnął  się  figlarnie  aby 
rozładować  napięci.  Odnosił  wrażenie,  że  Cordobę  coś  gryzie.  W  rzeczywistości  Carmen 
zdała  sobie  sprawę,  że  z  okaleczoną  Materazzi  nigdzie  nie  wyjdą  na  imprezę.  A  ona  tak 
bardzo chciała potańczyć. Nie była w klubie od wieków.  

Felipe postawił przed nią szklankę z coca-colą. 
-  W  szklanej  altanie  jest  basen  –  poinformował  czarnowłosy.  –  Moglibyśmy  się  tam 

przenieść z imprezą. 

Uśmiechnęła  się  szeroko.  Lubiła  pływać.  To  było  takie  relaksujące  zajęcie 

poprawiające sylwetkę i samopoczucie.  

- Co byś zrobił jakbym cię popchnęła do basenu? – zapytała zadziornie. 
- Nie masz tyle siły – odparł automatycznie poklepując ją przyjaźnie po plecach. 
- Nie potrzebuję siły. Wystarczy mi mózg. 
Spojrzał na nią z ukosa. 
- Ale twój mózg nie jest taki jak mój – stwierdził. 
No  nie  da  się  ukryć,  że  mózg  kobiety  różni  się  od  mózgu  mężczyzny.  Ponoć  męski 

mózg jest większy. Naukowcy z Wielkiej Brytanii ustalili nawet, że w tej dodatkowej części 
mózgu  u  facetów  znajduje  się  rozumienie  zasady  spalonego  w  piłce  nożnej.  To  wyjaśnia 
czemu kobiety mają problemy z przyswojeniem reguł panujących na boisku. 

-  Ej  no,  możesz  rozmawiać  z  Javierem,  a  ja  w  tym  czasie  wykorzystam  efekt 

zaskoczenia i cię popchnę. 

Roześmiał się w głos. 
- Moja siła jest ponad to wszystko. 
Carmen  zaczęła  się  niecierpliwić.  Znowu  postanowiła  przedstawić  swoje  racjonalne 

argumenty. 

-  Ale  będziesz  zaskoczony.  Nie  przygotowany  na  tego  typu  atak.  Dio,  wpadniesz  do 

tej wody jak truskawka do kompotu! 

- Nie sądzę – odpowiedział dość sennie. 
Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Za wszelką cenę chciała aby jej przyznał rację. 
-  Będziesz  rozmawiał  z  Javierem  –  zaczęła  znowu  od  początku.  -  I  ja  wbiegnę  na 

ciebie  jak  byk  na  corridzie.  I  wpadniesz  do  wody.  Bo  ty  mnie  nie  widzisz,  więc  się  nie 
przygotujesz. No i takim sposobem będziesz już w wodzie. 

- Nie powinnaś mi mówić – udzielił dobrej rady. – Teraz znam wszystkie twoje plany. 
-  Oh  weź  przestań  –  odparła.  –  Znasz  mnie.  Wystarczy  minuta  i  w  głowie  mam  sto 

innych nowych pomysłów – uśmiechnęła się pokazując swoje białe zęby. – No więc co byś 
powiedział jakbym cię wrzuciła do wody? – dodała po chwili. 

- Nic. 
- Byłbyś zły? – drążyła. 
- Niee. 
- Byłbyś szczęśliwy? 
- Siiii. 

background image

- Super – odparła trochę nie przygotowana na taką odpowiedź Felipe. - Dobra, to jak 

będziemy  na  basenie  to  cię  uszczęśliwię  –  klasnęła  wesoło  w  dłonie.  –  Ale  chciałabym 
wiedzieć, czy przykładowo ty mówisz Carmen, daj mi rękę, ja ci daję, a ty mnie w tym czasie 
pociągasz do wody? 

- Tak, popchnę cię do basenu gdzie nie ma wody – odparł z rozbawieniem. 
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł aby mnie tam popchnąć? 
- Si. 
- Jest o wiele więcej, lepszych miejsc, gdzie mnie możesz popychać. 
Carmen dopiero po chwili zorientowała się co powiedziała. Miała nadzieję, że Cortés 

nie zauważył tej dwuznaczności słów.  

Spojrzała na niego. Chłopak uśmiechał się szeroko pokazując dołeczki w policzkach. 

Ciężko było wyczuć jak odebrał  jej ostatnie słowa. Mógł  się śmiać z tego jakie niemoralne 
propozycje mu składa, albo po prostu z tego, że się z nią droczy. 

- Chodźmy może do nich – odpowiedziała chcąc zmienić temat. 
Kiedy wrócili do salonu wszyscy wesoło rozmawiali jak to było podczas pierwszego 

dnia  w  Akademii.  Wspominali  najbardziej  śmieszne  sytuacje  z  ostatnich  lat.  Cordoba 
przypomniała  historię,  kiedy  to  pani  Zwierzchnik  wymyśliła  sobie  koncert.  Nie  było 
pieniędzy  na  sprowadzenie  profesjonalnej  orkiestry,  więc  zabrała  wszystkich  studentów  w 
jedno miejsce i muzykę klasyczną puszczała z odtwarzacza. Wszystko przebiegało zgodnie z 
planem  do  chwili  kiedy  coś  się  zacięło.  Wszyscy  z  trudem  powstrzymywali  się  wtedy  od 
wybuchnięcia śmiechem. Z głośników popłynął wysoki śpiew kobiety, która w tamtym czasie 
miała głos jak Smerfy z francuskiej bajki. 

 Nie  trzeba  było  aż  tak  daleko  sięgać  pamięcią  aby  się  pośmiać.  Wystarczyło 

opowiedzieć  sytuację,  kiedy  to  podczas  przesłuchania  do  roli  Julii,  Giulia  spadła  ze  sceny. 
Dobrze, że dziewczyna miała do siebie dystans, bo co niektóre to by się załamały. 

W  takiej  przyjaznej  atmosferze  minął  czas  aż  do  północy.  W  chwili,  kiedy  to  zaraz 

miał  się  rozpocząć  kolejny  rok,  każde  z  przyjaciół  trzymało  miseczkę  z  dwunastoma 
winogronami i kieliszek szampana. Javier ustalił transmisję z Madrytu, aby równo o północy, 
w takt uderzeń zegara, połknąć wszystkie winogrona i wypić szampana. Jedno uderzenie to 
jedno  winogrono  i  jedno  życzenie.  Ważne  aby  ze  wszystkim  się  wyrobić,  dlatego  też  w 
niektórych rejonach Hiszpanii, połyka się rodzynki, albo bardzo małe winogrona. Wszystko 
po to aby pomyślane życzenia, w trakcie jedzenia, spełniły się. 

- No to teraz do klubu – powiedział Felipe zacierając dłonie. 
- Ja nigdzie nie idę – odparła Carmen. – Nie zostawię Giulii samej. 
- Idźcie, idźcie – powiedział Torres, z dwuznacznym uśmiechem. – Ja się nią zajmę. 
- Tak, idźcie – potwierdziła Materazzi spoglądając na swojego chłopaka. 
Cordoba  miała  opory,  ale  po  kilkunastu  minutach  dała  się  przekonać,  że  wyjście  do 

klubu to żadna zdrada i Giulia będzie się lepiej bawiła z Nicolásem niż z Nicolásem i Carmen. 
Może coś w tym było, ale mimo wszystko Cordoba czuła się trochę winna. 

Do  Madrytu  dostali  się  przez  obraz  ukazujący  plac  Puerta  del  Sol

6

.  Wystarczyło 

przejść  przez  ramę,  aby  znaleźć  się  kilkadziesiąt  kilometrów  od  Barcelony.  Carmen  wraz  z 

                                                           

6

  Puerta  del  Sol  –  jest  jednym  z  najważniejszych  placów  w  Madrycie.  Obecnie  leży  w  samym  centrum,  ale 

w XV w.  był  jednym  z  wjazdów  do  miasta  położonym  w  jego  wschodniej  części  murów  (stąd 
nazwa: hiszp. Puerta  del  Sol –  Brama  Słońca).  Plac  ten  jest  uważany  za  centrum  Madrytu  i  Hiszpanii,  przed 

background image

przyjaciółmi, podążała za Felipe, który pełnił rolę przewodnika. Kilka dni wcześniej umówił 
się  ze  starym  przyjacielem,  że  parę  minut  po  północy  spotkają  się  obok  fontanny.  Ów 
przyjaciel  miał  mieć  dla  nich  VIP-owskie  wejściówki,  co  oszczędziłoby  im  stania  w 
kilometrowych kolejkach.  

 

 

 

Torres  wygodnie  rozsiadł  się  na  cortésowej  kanapie.  Materazzi  zaraz  obok  z  nogą 

opartą o podnóżek. Chłopak wyciągnął telefon i zaczął grać w popularną grę Angry Birds. W 
tle słychać było dzikie odgłosy spadających małp i przewalających się drzew. Giulia spojrzała 
na niego z ukosa. 

- Będziesz cały wieczór grać? – zapytała. 
- O przepraszam – wyciągnął ku niej telefon. – Reflektuje señorita? 
- Nico – jęknęła. -  Nie chcę grać. 
Zapauzował grę. 
- Dobra – odłożył telefon. – Co chcesz robić? 
- Nie wiem – powiedziała. – Jaki byłby twój idealny sylwester z dziewczyną? 
Nicolás  spochmurniał.  Nie  lubił  tych  kobiecych  gierek  z  prawidłowymi 

odpowiedziami. A ostatnio Giulia zasypywało go takimi testami cały czas. 

Milczał  przez  chwilę.  Materazzi  uznała  to  za  oznakę  wstydliwości.  Uśmiechnęła  się 

podstępnie w duchu. Jakby była istotą magiczną, to w tej chwili pokazałyby się rogi pod jej 
włosami, a spod ubrań wystawałby zgrabny, długi ogon. Postanowiła wyciągnąć z niego to co 
chciała usłyszeć.  

- Będziesz z nią rozmawiał całą noc? – zapytała delikatnie. 
- Tak – odpowiedział. – Czego chcieć więcej? – wyszczerzył swoje ząbki w uśmiechu. 
Dziewczyna roześmiała się w głos. 
-  Certo  –  mruknęła  wykrzywiając  ironicznie  usta.  –  Mężczyźni  potrzebują  tylko 

konwersacji. 

Spojrzał  w  sufit.  Nastała  wymowna  cisza.  Wyglądało  na  to,  że  temat  perfekcyjnego 

sylwestra umarł śmiercią naturalną. Giulia ponownie zapytała. 

- Byłby to jakiś romantyczny wieczór? 
- Nie, nie jestem romantykiem – odparł. 
Dziewczyna  przewróciła  oczami.  Miała  inne  zdanie  co  do  tego  czy  Torres  był 

romantykiem.  Oczywiście,  może  nie  był  jakimś  obłąkańcem  na  ten  temat,  ale  z  całą 
pewnością lubił  te wszystkie romantyczne pierdoły.  W szczególności  gdy  te pierdoły robiła 
jego dziewczyna dla niego.  Gdyby sytuację odwrócić, nie było już tak wesoło. Wychodził z 
założenia,  że  takie  strojenie  pokoju  w  romantyczne  serduszka,  rysowanie  w  jedzeniu 
miłosnych  motywów  zabierało  jego  męskość.  Ale  czy  potrafiłby  zrobić  jakąś  miłą 
niespodziankę dla swojej ukochanej z okazji walentynek? To wiedział tylko on  sam. Torres 

                                                                                                                                                                                     

budynkiem  Urzędu  Pocztowego  położony  jest  tzw. kilometr  zerowy,  punkt  od  którego  zaczyna  się  mierzyć 
odległości na drogach wychodzących z Madrytu w kierunku innych hiszpańskich miast. 

background image

nigdy  nie  był  przewidywalny.  Mówił  jedno,  a  później  zaskakiwał,  bo  robił  coś  całkowicie 
innego. Coś co nikt by się po nim nie spodziewał. Taki już był jego tajemniczy charakter. 

Dziewczyna w końcu nie wytrzymała i wypaliła: 
- Będziesz coś z nią robić, ale nie chcesz mi o tym powiedzieć? 
- Nie – odparł rozbawiony. Zrozumiał, że Giulia próbuję od niego wydusić deklarację 

gorącej nocy w sypialni. Postanowił się jeszcze z nią trochę podroczyć. 

- Całować jej też nie będziesz? – dodała już trochę odrobinę zła. 
- A to sama pomyśl – odpowiedział z perfidnym uśmieszkiem i wrócił do Angry Birds
Giulia skrzyżowała ręce na piersi. Nie wydusi z niego to co chce. Mało tego, będą tu 

tak siedzieć do końca nocy i nawet nic nie obejrzą, bo nie ma telewizora. 

Spojrzała na swoją nogę. 
- A może mógłbyś zrobić jej masaż? – zapytała z nadzieją w głosie. – Co sądzisz? 
Chłopak spojrzał zza telefonu. 
- Nogi? – zechciał się upewnić. Materazzi energicznie pokiwała głową. – Boję się, że 

mógłbym zrobić jej krzywdę. 

- To może pleców? – zaproponowała. 
- Tak, to mógłbym zrobić – odparł, ale nadal grał. 
Materazzi  siedziała  z  miną  mówiącą  i  na  co  ty  jeszcze  czekasz?  Nie  doczekała  się. 

Chłopak  siedział  twardo  obok  niej  i  nawet  palcem  nie  kiwnął.  Całkiem  dobrze  się  bawił 
doprowadzając Giulię do białej gorączki. Tamta zrezygnowała. Wtuliła się w kanapę. 

- A masz jakieś pytania do mnie? – zapytała, bo nie lubiła tej ciszy między nimi. 
- Tak – odparł, co szczerze zdziwiło dziewczynę. Zazwyczaj Torres nie bawił się w te 

pytania i odpowiedzi. – Jak wyglądałby twój idealny dzień z chłopakiem. Czego chcesz? Co 
chłopak ma zrobić dla ciebie? 

Materazzi  zastanowiła  się.  Po  kilku  sekundach  doszła  do  wniosku,  że  to  naprawdę 

trudne pytanie, bo sama nie wiedziała co odpowiedzieć.  Niby pomysłów nie brakowało, ale 
nie  chciała  by  ten  dzień  wyglądał  sztucznie.  Robienie  kilku  rzeczy  po  kolei  wcale  nie  jest 
romantyczne. O zobacz teraz zjemy kolację. A teraz czas na masarz. A teraz włączę film. Dużo 
lepiej jeśli cały dzień wygląda całkowicie spontanicznie. 

Materazzi miała całą gamę pomysłów co do miejsca randki, ale nie wiedziała czego by 

chciała od chłopaka. Całkowita pustka w tej dziedzinie. 

-  Widzisz?  A  ty  zawsze  pytasz  się  mnie  o  takie  rzeczy  –  jęknął  Torres.  –  Ale  daj  tą 

nogę. Masarz to ci serio mogę zrobić.  

 

 

 

Carmen  usiadła  na  brzegu  fontanny  leniwie  dotykając  tafli  wody.  Czekali.  Jak  na 

Hiszpana przystało, oczywiście przyjaciel Cortésa się spóźniał. 

- To on – powiedział po chwili Felipe wskazując jakąś postać na horyzoncie. 
-  ¡Hola  amigos!

7

  –  przywitał  się  nowoprzybyły,  bardzo  wysoki  chłopak.  Chyba 

mierzył aż dwa metry. 

                                                           

7

 Hola amigos – (hiszp.) Witajcie przyjaciele. 

background image

- To jest Mario – przedstawił wszystkim Felipe przyjaciela. 
Carmen  i  Francisca  uścisnęły  mu  dłoń  jednocześnie  się  przedstawiają.  Paczka 

przyjaciół nie tracąc ani chwili dłużej poszła do klubu. Miramontes tylko skomentowała całą 
sytuację  słowami,  że  jeśli  będą  się  tak  obijać,  to  zaczną  tańczyć  wtedy  gdy  wszyscy  będą 
wychodzić. Na co Javier odpowiedział jej, że to jeszcze lepiej bo będzie luźno. 

Miejsce, w którym przyszło się im bawić, okazało się nowoczesnym klubem z muzyką 

w stylu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. W środku bawiło się już sporo ludzi, ale z 
racji  tego,  że  mieli  wejściówki  VIP-owskie,  stolik  również  był  VIP-owski.  Taki  ładny  z 
fioletowymi fotelami, ciemnym stołem, i złotym murem wkoło, tak by inni nie widzieli co oni 
tam robią. W sumie jakby się uprzeć, działało to jak falochrony. Można tak było normalnie 
porozmawiać nie drąc się drugiej osobie do ucha. Ciekawe czy projektant to przewidział, czy 
wyszło tak przez przypadek? 

Francisca  od  razu  zgarnęła  jakiegoś  przyjaciela  Mario  i  zaczęła  tańczyć  z  nim  na 

parkiecie.  Carmen  postanowiła  pozostać  przynajmniej  na  kilka  minut  by  zapoznać  się  z 
ludźmi,  z  którymi  spędzi  resztę  nocy.  Od  razu  w  oko  wpadła  jej  ładna  dziewczyna.  Nie  to 
żeby  ją  pociągała.  Nie  o  to  chodzi.  Raczej  wyczuwała  zgorzenie  i  była  tak  zwyczajnie 
zazdrosna.  Jeszcze  tym  bardziej,  że  Felipe  siedział  obok  niej  i  cały  czas  z  nią  dyskutował. 
Tańczył  i  dyskutował.  Dyskutował  i  tańczył.  Trochę  tańczył,  a  trochę  dyskutował.  Dopiero 
kilka  godzin  później  dowiedziała  się,  że  to  była  dziewczyna  Cortésa.  Tak  na  dobrą  sprawę 
Cordoba nie miała czasu o tym myśleć. Cały czas tańczyła z Mario. Nie to żeby robiła to na 
złość Felipe. Po prostu tamten cały czas prosił ją do zabawy, a ona nie grzeszy asertywnością 
i robiła co tamten chciał. To znaczy robiła to, bo nie chciała go urazić. Ale gdyby przekroczył 
pewną granicę, to potrafiłaby mu ostro przywalić i opierdolić. Przynajmniej tak myślała. 

Po  kilku  drinkach  chłopak  stał  się  bardziej  pewny  siebie.  Cordoba  wyraźnie 

wyczuwała, że na nią leci. Chciała dać mu delikatnie do zrozumienia, że nic z tego, jednak nie 
miała  pomysłu  jak  to  zrobić.  Dla  niej  świat  był  czarno-biały.  Albo  się  kogoś  kocha,  albo 
nienawidzi.  Dlatego  też,  wszystkie  słowa  jakie  przychodziły  jej  do  głowy,  prowadziły  do 
definitywnego końca znajomości z Mario. 

Stary  przyjaciel  Cortésa  był    bardzo  zabawny,  doskonale  potrafił  śmiać  się  z  siebie. 

Był tak pewny siebie, że momentami nawet chamski. W ciągu tej nocy, Carmen zrozumiała, 
że  Mario  nie  lubi,  jak  ktoś  krytykuje  jego  decyzje,  albo  się  z  nim  nie  zgadza.  Nie  potrafił 
przyznać komuś racji. Mimo wszystko potrafił ją bardzo rozbawić. I lubił tańczyć. Niektórzy 
chłopcy nie lubią. Gdy on nie lubił, to Cordoba nie miała zielonego pojęcia, co by robiła przez 
resztę nocy.  

 

 

 

Wszyscy  wrócili  gdzieś  około  piątej  nad  ranem.  Głównie  z  tego  względu,  że  byli 

zmęczeni  i  lekko  podpici.  Na  przykład  Carmen,  na  tą  okoliczność  zrobiła  sobie  również 
odciski  na  piętach.  Gdy  zdjęła  swoje  szpilki  uznała,  że  znalazła  się  w  niebie.  Było  jej  tak 
cudownie, że mogła tylko położyć się pod ścianą, na płytkach, w holu i zasnąć. Felipe jednak 
przewidział dla niej pokój. Gdy tamta leżała w łóżku, odwiedził ją gospodarz domu. 

- Nie śpisz? – zapytał Felipe. 

background image

- Co robisz? – odpowiedziała Cordoba zerkając na niego jednym okiem spod kołdry. 
- Czekam aż Torres zwolni łazienkę – oznajmił wesołym tonem kładąc się obok niej i 

zaplatając palce na karku. – Co za noc. 

-  Tak,  widziałam,  że  się  dobrze  bawiłeś  z  Titi  –  odpowiedziała  wtulając  twarz  w 

poduszkę. 

-  Nie  o  to  chodzi  –  zawiesił  głos  na  dłuższą  chwilę.  Nie  usłyszawszy  żadnej  reakcji 

postanowił kontynuować swoją wypowiedź. – Cieszę się, że między nami jest spoko. Tak, że 
jest spoko. Spoooko. Spoko już jest. 

Chyba za dużo wypił.  
-  Bo  jest  spoko?  Widzisz  Carmen,  bo  Torres  to  rzucił  takie  stwierdzenie,  że  my  im 

niszczymy  związek.  Ja  tam  w  życiu  nikomu  związku  nie  zniszczyłem.  Co  najwyżej 
pomogłem zrozumieć, że ów związek nie ma sensu. Bo związku muszą mieć sens. Bez sensu 
właśnie się rozpadają. Jak się z kimś jest to trzeba poszukać najpierw tego sensu – zamilkł na 
chwilę. – Idę spać – odparł po namyśle, jednak odpowiedziała mu cisza. – Carmen, śpisz? – 
zerknął na jej zamknięte oczy. - Dio… - mruknął z uśmiechem, bo cała sytuacja wydała mu 
się nagle bardzo zabawna. – Śpisz? – zapytał ponownie chcąc upewnić się.  

Odpowiedziała  mu  cisza.  Postanowił  przykryć  dziewczynę  kołdrą  i  iść  się  umyć.  W 

końcu.  

Gdy próbował wyrwać róg pościeli z rąk dziewczyny, tamta przebudziła się lekko,  z 

ciągle  zamkniętymi  oczami,  przewróciła  się  na  drugi  bok  i  przytuliła  do  Cortésa.  Tamten 
zastygł w bezruchu. Ogarnęło go przyjemne ciepło, ale końca nie wiedział co ma robić. Objął 
ją jakoś tak… automatycznie

Carmen  biegła  przez  ciemny,  ciepły  las.  Ktoś  był  obok  niej.  Mężczyzna.  Ale  nie 

widziała jego twarzy. Biegli razem. Uciekali. Gonili ich jacyś ludzie. Biegła przed siebie. Z 
każdą  chwilą  słyszała  coraz  wyraźniej  jak  ktoś  gra  na  fortepianie.  Odniosła  wrażenie,  że 
biegnie wprost na tego wirtuoza. I to nie był dobry pomysł. Ostro skręciła w lewo, a tam na 
śniegu stał czarny fortepian.  I jakaś postać, która siedziała do niej tyłem. Mężczyzna, który 
biegł razem z nią, którego postrzegała za przyjaciela, chwycił ją w ramiona i mocno popchnął 
wprost na czarny fortepian. A ktoś później zaczął się śmiać. 

Obudziła się gwałtownie nie bardzo wiedząc co się dzieje. Spostrzegła, że obejmuje ją 

Cortés, ale w ogóle się tym nie zainteresowała. Jak to człowiek wyrwany ze snu, pomimo, że 
miała  otwarte  oczy,  to  nadal  niewiele  do  niech  docierało.  Może  dlatego,  że  jeszcze  nie 
potrafiła odróżnić czy to sen, czy już rzeczywistość.  

Później i tak nie będzie pamiętać tej całej sytuacji. 
Felipe  ponownie  zastygł  w  bezruchu,  gdy  tylko  Carmen  spojrzała  na  niego 

przerażonymi oczami. Minę miał jak małe dziecko przyłapane na gorącym uczynku, umazane 
całe w słodkiej nutelli, chcące powiedzieć ale cóż to się stało?  

- Zły sen? – zaryzykował chcąc odwrócić jej uwagę. 
Cordoba usiadła na łóżku i złapała się za głowę. To był tylko zły sen. Nic specjalnego. 

Najzwyczajniejszy w świecie koszmar. Ludzie czasem mają takie sny i nie musi to oznaczać, 
ze  stanie  się  coś  niedobrego.  Opadłą  bezwładnie  na  poduszkę  po  czym  się  w  nią  mocno 
wtuliła. 

- Był bardzo realistyczny – powiedziała. 

background image

Felipe wzruszył ramionami. Poinformował, że jest kompletnie wykończony i wyszedł 

z pokoju. Cordoba została sama. Miała jednak problemy z zaśnięciem. Rozejrzała się leniwie 
po  pokoju.  Okna  były  szczelnie  zamknięte,  zasłonka  lekko  falowała  od  ciepłego  grzejnika. 
Nic nie wskazywało  na  to,  że jakaś nieznana osoba jest w domu.  Coś upadło  na korytarzu, 
przez co Carmen zerwała się na równe nogi. To tylko moja chora wyobraźnia – powtarzała w 
myślach. Mimo wszystko ciężko było w to uwierzyć. Postanowiła schować się za komodą i 
czekać. A nie jak każda gwiazda horroru, wychodzić na korytarz i krzyczeć hej, ty co chcesz 
mnie  zabić/zgwałcić/wydłubać  mi  oczy,  tu  jestem!
  Z  bijącym  sercem  czekała  na  bieg 
wydarzeń.  Po  kilku  minutach  drzwi  się  uchyliły.  Widziała,  światło  z  korytarza  padające  na 
podłogę.  Przez  chwilę  myślała,  że  to  Felipe  znowu  przyszedł  pofilozofować,  ale  kiedy 
zobaczyła  kształt  na  ziemi  przypominający  pistolet,  przestała  mieć  złudzenia.  Żałowała,  że 
nie  wzięła  czegoś  do  ręki.  Jakieś  flakony  perfum.  Cokolwiek.  Tyle  żeby  było  ciężkie  i 
wygodne  do  rzucania.  Intruz  zaczął  wchodzić  do  pokoju,  a  Carmen  przywarła  do  ściany. 
Wstrzymała  oddech.  Plan  był  taki:  wstaje,  rzuca  w  niego  tym  wazonem  co  stoi  na  szafce  i 
wybiega ile sił w nogach.  

Mężczyzna  cicho  zaczął  wchodzić  na  środek  pokoju.  Carmen  z  obawy,  że  zaraz  się 

obróci i ją zobaczy, gwałtownie stała i momentalnie rzuciła w jego głowę jakimś wazonem. 
Później wybiegła z pokoju. Chyba nie było to silne uderzenie, bo intruz wybiegł zaraz za nią. 

- Gdzie uciekasz kurwo! – krzyknął.  
Dziewczyna nie wiedziała co robić. Wpadła w panikę. Nie znała tego domu, więc nie 

wiedziała  gdzie  się  najlepiej  ukryć.  Nie  chciała  krzyczeć  by  tamten  jej  nie  znalazł.  Przez 
przypadek znalazła się w salonie. Schowała się za kominkiem i znowu czekała. Nie wiadomo 
na co. 

Napastnik  zbliżał  się.  Wiedziała  o  tym,  bo  mężczyzna  zaczął  wygwizdywać  jakąś 

melodię. Chyba z westernu. Słyszała go. 

-  Carmen  – powiedział łagodnym  głosem.  –  Nic  ci  przecież nie zrobię. Kotku  chodź 

do mnie – wszedł do salonu. – Carmen… 

Cordoba zamarła. Przestała mieć nadzieję. Jak ją znajdzie to po prostu będzie uciekać 

do  tego  momentu  aż  ją  zastrzeli  jak  dziką  kaczkę.  Albo  rzuci  w  niego  zaklęciem  i  dopiero 
później  umrze.  Tak.  Dobry  pomysł.  Przywołała  moc  i  wyskoczyła  zza  kominka  tak  szybko 
jakby się bała, że zrezygnuje z tego ryzykownego pomysłu. 

Stał  pod  ścianą.  W  prawdzie  odwrócił  się  w  jej  stronę,  ale  nie  zdążył  zareagować. 

Upadł za kanapę. Dziewczyna zaczęła biec do wyjścia, a później coś ją popchnęło i upadła. 
Szybko  się  jednak  podniosła,  jednak  przez  upadek  straciła  orientację  i  biegła  jakimś 
korytarzem nie wiadomo dokąd.  

- Ty pierdolona suko! – krzyknął idąc za nią. – Zarżnę cię jak świnie. 
A ona biegła aż do chwili gdy ktoś ścisnął ją za ramię i rzucił nią o ścianę. 
Wtedy się obudziła. 
Felipe znalazł ją przed kominkiem. Lunatykowała. 
- Co się stało? – zapytał troskliwie. 
Usiadła na podłodze i ponownie miała ten lekko obłąkany wzrok. 
- On tu jest – stwierdziła rozglądając się po ścianach. 
- Ale kto? 
- Felipe, on tu jest – jęknęła przerażona. 

background image

- Nikogo tu nie ma – odpowiedział. – Znowu miałaś jakiś dziwny sen. 
- Skąd wiesz, że nie ma? – warknęła gwałtownie wstając, a potem się zachwiała. 
- Alarm by się włączył – wyjaśnił rzeczowo.  
Dziewczyna zaczęła mamrotać coś pod nosem tamten jednak nie mógł jej zrozumieć. 

Sam nie wiedział co zrobić. Normalni ludzie jak mają koszmar to przyjmują do wiadomości, 
że to tylko zły sen i idą dalej spać. Tym razem było inaczej. Carmen zatrzymała się w pół-
kroku. Znowu ktoś gwizdał. To była ta sama melodia co poprzednio. Dziewczyna odwróciła 
się w stronę Felipe i przywołała moc w dłoni. 

-  Zadzwońmy  po  policję  –  zaproponowała  szeptem  rozglądając  się  po  pokoju  jak 

surykatka. – On tu jest – powiedział z taką miną jakby była obłąkana. 

Felipe się roześmiał, ale przestał, gdy Carmen zasłoniła mu usta ręką i wyjaśniła, że 

intruz nie może ich znaleźć. Chłopak przewrócił tylko oczami. Przez dłuższą chwilę bawił się 
całkiem  dobrze,  ale  było  już  bardzo  późno.  Chciał  iść  spać.  Nie  był  pewien,  czy  Cordoba 
pozwoli  mu  wrócić  do  łóżka  i  zostawić  ją  z  koszmarem  sam  na  sam.  Zaryzykował 
stwierdzeniem, że nie. 

- Masz tu jakąś kryjówkę? – zapytała z nadzieją w głosie. 
Tamten uśmiechnął się dwuznacznie.  
Oczywiście,  że  miał.  Może  nie  tyle  kryjówkę,  co  swój  pokój  gdzie  nikt  bez 

zaproszenia nie mógł wejść. Zastanowił się chwilę. Naprawdę był bardzo zmęczony, nogi go 
bolały,  głowa  pękała.  Był  w  stanie  zrobić  wszystko  aby  Carmen  zostawiła  go  w  spokoju  i 
pozwoliła iść spać. 

Podjął spontaniczną decyzję. 
- Szybciej – ponaglała Carmen nerwowo patrząc w głąb korytarza. Gwizdy stawały się 

coraz wyraźniejsze. 

Cortés  chwycił  ją  za  dłoń  i  obszedł  trzy  razy  kanapę  dookoła.  Potem  podszedł  do 

ściany  i  napisał  coś  palcem  pomiędzy  obrazem  maków,  a  portretem  matki.  Ukazała  się 
szczelina. Przycisnął Carmen mocno do siebie i szepcząc do ucha, zaprosił do środka. Weszli 
razem  do  pokoju.  Szczelina  zniknęła  za  plecami  dziewczyny,  a  westernowa  melodia  znikła 
gdzieś daleko.  

Rozejrzała się po pomieszczeniu. Panował tu taki bałagan jaki jeszcze nigdy w życiu 

nie widziała. Kartki z gazet, zeszytów, bloków rysunkowych, książek były porozrzucane na 
podłodze, jakieś stare butelki po różnego rodzaju napojach walały się obok łóżka. Ubrania bez 
większego  ładu,  leżały  na  kanapie.  Na  podłodze  był  materac,  który  służył  jako  łóżko. 
Wskazywał na to koc i poduszka. A na ścianie wisiał wielki zegar. Możliwe, że miał nawet 
metr średnicy. Kiepsko widziała w tych ciemnościach. Pomieszczenie oświetlała tylko mała 
lampka zostawiona obok łóżka. 

Chłopak wskazał jej materac i poinformował, że będzie tam spała tej nocy, a on sam 

zajmie  miejsce  na  sofie.  Oczywiście  wcześniej  starał  się  wynegocjować  zgodę  na  wspólne 
spanie. Carmen tupnęła nogą, a on nie miał ochoty na dalsze rozmowy. Gdyby był w lepszej 
formie z całą pewnością by tak łatwo nie odpuścił. Jednakże w tej sytuacji i kanapa wyglądała 
zachęcająco.  

Nie czekając, aż Cordoba dojdzie do tego co Felipe nazywał  łóżkiem, chłopak upadł 

bezwładnie na kanapę. I do rana nie zmienił pozycji. 

background image

Carmen natomiast z pewną dozą ostrożności podeszła do materaca. Położyła się pod 

kocem. Miejsce jeszcze było ciepłe. Zapewne kilka minut temu, Felipe spał w tym miejscu. 
Czuła jego zapach.  

Zasnęła może w przeciągu kilku minut i już do końca nie obudziła się ani razu. 

 

 

 

Cortés  wstał  wcześniej  od  dziewczyny.  Z  początku  był  zaskoczony  tym,  że  Carmen 

śpi  w  jego  łóżku.  Później  przypomniał  sobie,  że  sam  ją  tutaj  przyprowadził.  Co  też  było 
dziwne. Nikt oprócz jego, nigdy nie był w tym pokoju. To jego samotnia. Zawsze gdy chciał 
uciec  od  problemów,  przychodził  tutaj.  A  teraz?  Czuł  się  dziwnie  bezbronny.  Tak  jakby 
Cordoba była jego wrogiem i opanowała całe jego państwo. Teraz to już nigdzie przed nią nie 
ucieknie. 

Wyjął  z  szafki  karmę  dla  psów  i  nasypał  trochę  jedzenia  do  miski  Devdasa.  Piesek 

wygramolił się w ramion dziewczyny i podleciał do Felipe. Od razu zaczął łapczywie jeść.  

Cortés  spojrzał  na  Cordobę.  Oglądał  ją  wnikliwie  od  góry  do  dołu,  z  dołu  do  góry. 

Całkowicie bezkarnie. Wiedział, że ona ciągle śpi i chłopak mógł patrzeć na to co chciał i jak 
długo  chciał.  Po  pięciu  minutach  poszedł  wziąć  prysznic,  a  później  obudził  Carmen  i 
poinformował by za piętnaście minut przyszła do jadalni. 

W  kuchni  czekał  już  na  niego  Javier.  Casillas  gdy  tylko  spojrzał  na  przyjaciela, 

zauważył,  że  tamten  jest  przybity  i  wyraźnie  ma  jakiś  problem.  Postanowił  przystąpić  do 
przesłuchania. W ciągu kilku minut dowiedział się o wszystkim co zdarzyło się zeszłej nocy, 
a  także  to  tym,  że  Carmen  dostała  się  do  pokoju  Felipe,  do  którego  to  ów  pomieszczenia 
nawet  Torres  i  Casillas  nie  mają  uprawnień.  Javier  zaszczepił  pewną  ideę  w  sercu  Cortésa. 
Zasugerował,  że  dziewczyna  mogła  dać  chłopakowi  eliksir.  Mógł  by  to  być  np.  eliksir 
posłuszeństwa, który daje kontrolę nad ofiarą. Nie od dziś wiadomo, że Carmen zakochała się 
w Felipe. Może ta ślepa miłość w końcu zasłoniła jej oczy i postanowiła siłą wziąć to co jej 
się należało? 

Cortés  początkowo  nie  chciał  w  to  wierzyć,  ale  Casillas  mówił  swoje  argumenty 

bardzo przekonywująco. I to Javier podsunął pomysł aby wykorzystać wtargnięcie do umysłu 
Cordoby w celu dowiedzenia się prawdy. 

Wtedy do kuchni  weszła Carmen w towarzystwie Giulii.  Zatrzymała się  gwałtownie 

widząc jak Felipe wycelował w nią swoją rękę z przywołaną mocą. Cortés dobrze wiedział, że 
nienawidziła jak jej wujo siłą wyciągał z niej odpowiedzi na pytania. Chłopak spojrzał w jej 
przestraszone oczy. Jeden ruch ręką i mógł się dowiedzieć czy coś mu dosypała do jedzenia. 
Tylko, co to da?  

- Coś się stało? – zapytała niepewnie Cordoba. 
Cortés spontanicznie machnął ręką zasuwając drzwi do kuchni. 
- Nie zamknęłaś – poinformował. Nie potrafił być aż tak okrutny i siłą wyciągać z niej 

informacje. Przynajmniej nie w tej chwili, kiedy głowa pękała mu wpół. 

- Dobrze się czujesz? – powiedziała Carmen widząc lekko nieobecną twarz Felipe. 
-  A  co?  Nie  powinienem?  –  warknął  posądzając  ją  o  troskę  na  temat  skutków 

ubocznych mikstury. 

background image

- O co ci chodzi? – odpowiedziała agresywnie. 
Spojrzał na nią spod oka. Nie potrafił zrozumieć czemu dziewczyna udaje, że nic się 

nie stało. Taka pierdolona aktoreczka się z niej zrobiła.  

Sama nie lubiła jak ktoś wtrącał się do jej życia, albo jak ktoś ją zmuszał do pewnych 

rzeczy.  A  teraz?  Stworzyła  miksturę  by  w  końcu  znaleźć  odwzajemnioną  miłość?  Cortés 
wiedział, że zakochana kobieta jest zdolna do wszystkiego, ale żeby aż tak? 

- Z ciebie to jest dobra… - urwał. 
-  Kurwa? –  dokończyła  wściekła Cordoba, a  Felipe milczał.  –  Ty  skurwysynie, co ty 

sobie myślisz? 

- A weź się odpierdol ode mnie! – walnął pięścią w blat stołu kuchennego. 
-  Ej,  uspokójcie  się  –  powiedziała  Giulia  wyciągając  ręce  przed  siebie  w  geście 

pokoju.  Przyjaciele  odpowiedzieli  jej  groźnym  spojrzeniem,  więc  poszła  do  Torresa,  by 
tamten coś zrobił. 

Cordoba  zaczęła  się  zastanawiać  po  co  właściwie  tutaj  przyjechała.  Przecież  dobrze 

wiedziała, że Felipe z przymusu ją tutaj zaprosił. Że tak naprawdę to tego nie  chciał. Na co 
ona liczyła? Przecież on jest skończonym dupkiem i nic tego nie zmieni.  

Torres  podszedł  do  Carmen  i  zaproponował,  że  odwiezie  ją  na  przystanek 

autobusowy. Dziewczyna rzuciła ciche hola do wszystkich po czym wyszła z kuchni. Zabrała 
swoją torbę wraz z psem i wróciła do domu.