background image

R

R

 

 

O

O

 

 

Z

Z

 

 

D

D

 

 

Z

Z

 

 

I

I

 

 

A

A

 

 

Ł

Ł

 

 

 

 

 

 

 

 

C

C

 

 

Z

Z

 

 

W

W

 

 

A

A

 

 

R

R

 

 

T

T

 

 

Y

Y

 

 

S

S

Z

Z

P

P

A

A

D

D

A

A

 

 

jciec  Carmen  siedział  naprzeciw  zwierzchnika  Akademii.  Z  wrogą  miną 
podpisywał czek na pokrycie strat materialnych, które poniosła placówka po 
haniebnym  czynie  młodej  Cordoby
.  Kto  by  pomyślał,  że  drzwi  tutaj  są  tak 

cenne. No cóż, ponoć sprowadzane z Japonii.  

Gdzieś  z  tyłu  stała  Carmen,  w  mundurku,  ze  skruszoną  miną.  Modliła  się  o  rychłe 

zakończenie  całego  posiedzenia.  Nawet  fakt,  że  urwała  się  z  języka  hiszpańskiego  nie 
poprawiał jej humoru.  

Stefano spojrzał na nią groźnie. 
- Si, ma pani rację – przyznał wstając z fotela. 
-  No  to  panienka  przez  dwa  tygodnie  będzie  pracować  w  kuchni  –  oznajmiła 

zwierzchniczka Akademii. – Ustalone. 

I Najwyższa rada uchwaliła! Jacy oni wspaniałomyślni.  
-  Idziemy  – rzucił Cordoba otwierając córce drzwi. – Hasta Luego!

1

 – powiedział na 

odchodne.  

Szli  w  milczeniu  przez  korytarz.  Carmen  minimalnie  z  tyłu.  Obserwowała  tylko 

wysoką, szczupłą sylwetkę swojego ojca, która od czasu do czasu spoglądała ukradkiem na 
dziewczynę. Ten mężczyzna ją przerażał. A szczególnie w chwilach gdy ich brązowe oczy się 
spotykały.  On  miał  coś  dziwnego  i  tajemniczego  w  swoim  wzroku.  Nigdy  nie  lubiła  kiedy 
milczał  przed  wygłoszeniem  monologu  na  temat  moralności  oraz  prawości.  On  wolał 
budować  napięcie.  Chciał,  aby  Carmen  oszalała  od  nadmiaru  spekulacji.  Aby  czuła  jak  jej 
serce zaraz wyskoczy z piersi i ucieknie z krzykiem. Tak. Jemu to pasowało. 

Ciemnowłosa dziewczyna nie miała odwagi zapytać się dokąd idą. Zresztą, domyślała 

się, że do wuja. Po chwili wyszło na jaw, że się nie pomyliła.  

Stanęła  z  boku,  a  za  plecami  przywołała  moc  do  dłoni.  To  tak  na  wszelki  wypadek 

jakby  komuś  przyszło  do  głowy  ingerować  w  jej  wolną  wolę.  Natomiast  dwaj  bracia 
przywitali  się  serdecznie  i  zaczęli  coś  szeptać.  Ciemnowłosa  zmrużyła  oczy.  Wiedziała,  że 
rozmawiali na jej temat, bo co chwila padało jej imię. Niestety nie przykładała się do nauki 
języka swoich przodków, co najwidoczniej postanowili wykorzystać dwaj  starsi  mężczyźni. 
Cordoba nie dawała za wygraną. Starała się zapamiętać jak najwięcej słów.  

Nagle wuj spostrzegł, że im się uważnie przysłuchuje. 
- Na lekcje – rozkazał. – Masz chyba… - wrócił do biurka aby odnaleźć odpowiednią 

kartkę. 

- Ja wiem co mam za zajęcia – powiedziała Carmen odrobinę agresywniej niż chciała. 
Nie czekając na konsekwencje wyszła z pomieszczenia. Szybko wyciągnęła komórkę i 

napisała do Giulii. Po chwili dowiedziała się, że jej przyjaciółki są na plaży na Florale. Nie 
pozostało jej nic innego jak tam najzwyczajniej w świecie iść. 

                                                           

1

 Hasta luego – (hiszp.) dowidzenia.  

O

O

 

 

background image

Przez  cały  czas  zapisywała  w  telefonie  słowa,  które  usłyszała  w  gabinecie.  Miała 

nadzieje, że po zajęciach odnajdzie ich znaczenie w słowniku.  

Zaraz za trzema wielkimi skałami siedziała grupka uczniów, a promotorka żywo coś 

objaśniała. Cordoba zaczęła się skradać. Na wpół zgięta dobiegła do krzaka. Gdy tylko starsza 
kobieta  odwróciła  wzrok,  dziewczyna  nie  tracąc  czasu  podeszła  do  przyjaciółek.  Tamte 
przywitały ją zaskoczonymi minami.  

Francisca wzięła telefon Carmen do ręki. 
- Co to? – zapytała. 
- Nic – burknęła ciemnowłosa. – Oddaj… 
-  To  wygląda  na  jakiś  język  hiszpański  –  poinformowała  Giulia  spoglądając  w  mały 

monitorek. – Baskijski? Ale ty pewna jesteś, że to tak się pisze?  – spojrzała podejrzliwie na 
przyjaciółkę. 

- Dobrze wiesz, że to nigdy nie było moją mocną stroną – odpowiedziała Carmen.  
-  Uważacie,  że  to  dobry  pomysł,  aby  każdy  region  miał  swój  osobny  język?  – 

zaciekawiła się Miramontes. 

- Nie wiem – odpowiedziała Cordoba. 
- Daje im to poczucie odrębności i wyjątkowości – poinformowała Giulia. 
- No, ale trzeba się tych wszystkich języków nauczyć – rzekła Francisca. 
- Mi wystarcza, że znam jeden – powiedziała Materazzi – ten oficjalny.  
Dziewczyny  zamilkły  widząc  promotorkę,  która  ich  obserwuje.  Zaczęły  udawać,  że 

coś zauważyły na trawie. Jako profesjonalistki mazały podobiznę czegoś w notatniku. Kobieta 
dała im spokój.  

- No właśnie – przytaknęła Carmen. 
-  A  kto  ostatnio  narzekał,  że  jak  pojechał  do  San  Sebastian  to  nie  szło  się  z  facetem 

dogadać? – zapytała Miramontes. – Zaraz, czekaj… jak się ona nazywała  – udawała, że się 
zastanawia. 

-  Ten  dziadek,  był  ogólnie  jakiś  dziwny  –  poinformowała  Cordoba.  –  On  to  robił 

specjalnie! – doszła do wniosku.  

-  Nie  no,  oczywiście  –  rzekła  Francisca.  –  A  weźmy  ten  twój  walencki.  Wcale  nie 

lepszy. 

Ciemnowłosa spojrzała groźnie na przyjaciółkę. Upewniła się, że promotorka ich nie 

pilnuje i powiedziała: 

- Co masz do walenckiego? 
-  Nic  –  rzekła  automatycznie  blondynka.  –  Chcę  tylko  powiedzieć,  że  Walencja  to 

dziwny region. Niedługo ogłosicie swojego króla, nie uważasz to za głupie?  

- Nie moja wina, że poniektórzy uważają się za inną grupę społeczną – poinformowała 

Carmen. – Ja tam lubię moją Walencję. Tam się ciągle coś dzieje, a to wyścigi formuły 1, a to 
święto La Tomatina

2

. Mamy też przystojną drużynę piłkarską – dodała.  

- La Tomatina wywodzi się z Buñol – poprawiła Miramontes. – Wiem, bo czytałam o 

tym. 

                                                           

2

  La  Tomatina  -  święto  obchodzone  w  miejscowości  Buñol,  położonej  w  prowincji  Walencji  (Hiszpania), 

podczas  którego  uczestnicy  obrzucają  się  nawzajem  tonami  pomidorów.  Bitwa  na  pomidory  odbywa  się  w 
ostatnią  środę  sierpnia,  stanowiąc  główny  punkt  trwającej  cały  tydzień fiesty,  która  co  roku  przyciąga  tysiące 
turystów z całego świata. 

background image

- To raptem parę kilometrów. Co się czepiasz – powiedziała Carmen. 
- Lilenko – rozgrzmiał głos. 
Przyjaciółki wyprostowały się momentalnie po czym zamarły w bezruchu. Promotorka 

profesor  Inès  Ramos,  niczym  duch,  bezszelestnie  przemknęła  między  innymi  uczniami. 
Przystanęła obok Materazzi. Carmen i Francisca modliły się jedynie, aby nie przyszło nikomu 
do głowy, odpytywanie kogoś na ocenę. Już dość miały problemów. 

- Znalazłyście coś ciekawego? – zaciekawiła się starsza kobieta. 
Materazzi zaczęła się nerwowo rozglądać. Czemu zawsze ją pyta. Czy Giulia wygląda 

jak jakaś wyrocznia? Nie - więc niech się od niej odwali.  

Wtedy  zauważyła  długi  kwiatek  z  żółtym  środkiem  oraz  białymi  płatkami  rosnący 

obok jej nogi. 

- To rumianek – błysnęła inteligencją Cordoba. 
-  Właśnie  tłumaczyłam  Carmen  dlaczego  to  nie  jest  rumianek  –  poinformowała 

Materazzi ignorując zaskoczoną minę przyjaciółki. 

Starsza kobieta westchnęła głośno. 
-  Nie  martw  się,  to  taki  gatunek.  Łatwo  się  pomylić  –  pocieszała.  –  Skąd  mogłaś 

wiedzieć, że jej mózg odrzuca każdą widomość jaka do niej dotrze? 

- Że niby do mnie? – szepnęła Cordoba.  
- Lilenko, mam dla ciebie ciekawą książkę – oznajmiła profesor Ramos. – Wpadnij do 

mnie po zajęciach. Musisz koniecznie ją przeczytać. 

Dziewczyna tylko się uśmiechnęła.

  

 

 

 

Wysoki  młodzieniec  o  brązowych  oczach  zanurzał  swoją  dłoń  w  ciemnych  włosach 

Cordoby. Czuła jego oddech na policzku. Wiedziała, że zaraz delikatnie muśnie jej usta, aby 
rozbudzić zmysły. Później pocałuje ją bardziej namiętnie… 

- Wstawaj! – ktoś krzyknął. 
Czar prysł. Zamiast ciepłych ust Felipe, czuła szorstką poduszkę. Nie lubiła jak ktoś 

przeszkadzał jej w spaniu. Tym bardziej, że śniła o królewiczu i jeszcze ten sen pamiętała! No 
jak tak można? W dzisiejszych czasach ludzie są niewrażliwi! 

- Wstawaj, zaraz zaczynasz szlaban – odezwała się Giulia, która kręciła się po pokoju. 
- A która godzina? – zapytała Cordoba przekręcając ciało na drugi bok. 
- Piąta trzydzieści. 
Ciemnowłosa cmoknęła z niezadowolenia.  
- Toż to środek nocy – mruknęła. 
-  Nie  przesadzasz?  –  zainteresowała  się  Giulia.  –  Za  godzinę  zaczynasz  szlaban. 

Szykuj się. 

Carmen  jęknęła  żałośnie.  Kolejną  rzeczą,  której  nie  lubiła,  było  wstawanie  z  łóżka 

zaraz  po  przebudzeniu.  A  ona  tak  kochała  wylegiwać  się  w  ciepłej  pościeli  przynajmniej 
godzinkę.  Mogłaby  nawet  i  wcześniej  się  obudzić,  ale  mieć  czas  na  beztroskie  leżenie  pod 
kołdrą. Bez tego dzień był spisany na straty. 

Dziewczyna usiadła na materacu, po czym spojrzała na łóżko przyjaciółki. 

background image

- Gdzie Francisca? – zapytała. 
-  Nie  wróciła  na  noc  –  odpowiedziała  Materazzi  malując  usta  pomadką.  –  Nie  znasz 

jej? 

Ciemnowłosa w milczeniu pokiwała głową. 
- A ty idziesz biegać z Nico? 
-  Jeśli  jeszcze  się  nie  wkurzył  i  sobie  nie  poszedł,  bo  zaspałam  –  uśmiechnęła  się 

figlarnie. 

-  Ojej,  ty  się tak nie przejmuj –  mruknęła sarkastycznie  Cordoba.  – Boże, nie śpiesz 

się tak, bo sobie nogę złamiesz.  

- Dobra, idę. Ciao! 
Zza  drzwi  dało  się  słyszeć  głos  Torresa,  który  zaczął  zasypywać  dziewczynę 

milionami  pytań,  a  później  wygłosił  wykład  na  temat  rujnowania  grafiku  dnia.  Mimo 
wszystko Materazzi go udobruchała i oboje w dobrych humorach, wyszli z budynku pobiegać 
na plaży.  

Carmen uśmiechnęła się do siebie. Z wielkim trudem zwlekła się z łóżka, aby wziąć 

prysznic.    Cieszyła  się,  że  jest  sama  w  pokoju.  Nikt  jej  nie  mówił  umyj  oczy  wodą,  to  się 
roześpisz.
 Kto to wymyślił? Gówno prawda. Była tak samo zaspana jak przed umyciem, a do 
tego  lekko  wkurzona,  bo  z  całego  serca  miała  ochotę  zabić  osobę,  która  te  słowa 
wypowiadała.  

Założyła krótkie spodenki w kremową kratkę, staranie zapięła białą koszulę i zabrała 

się do poszukiwań czerwonego krawatu. 

Nagle  usłyszała  jakieś  kroki  w  salonie.  Uznała,  że  to  Francisca  wracająca  z  nocnej 

imprezy.  Pomyliła  się.  Ktoś  z  impetem  uderzył  się  o  zamknięte  drzwi  do  sypialni.  Zaklnął 
cicho i powtórzył próbę wejścia z większą siłą. Udało się. Cortés zadowolony z siebie wstał z 
podłogi, po czym zaczął rozmasowywać sobie ramię. 

- Jest Nico? – zapytał jak gdyby nigdy nic. 
Wygładził dżinsy i koszulę w kratkę. Rozejrzał się po pokoju. 
- Aha, nie ma. No to narka! 
-  Hola, hola! –  krzyknęła Carmen zastawiając mu wyjście.  –  Gdzie? Naprawiaj  to  w 

tej chwili. Za twoją ostatnią głupotę dostałam karę. 

- Oj Cami, no weź… 
-  To  ty  weź…  napraw  te  drzwi  –  powiedziała  Cordoba.  –  Wyszczerbiłeś  futrynę  – 

zauważyła pokazując palcem. 

-  To  było  zamierzone  –  odpowiedział.  –  Jest  lepsza  wentylacja.  Nie  musisz  się  już 

martwić, że zatrzaśniesz się w pokoju.  

- Nie wkurzaj mnie – warknęła wracając do szukania swojego krawatu.  
- Jesteś niemożliwa – poinformował Felipe pisząc krótką wiadomość do Javiera. 
Oparł się o ścianę. Zauważył, że szafa jest lekko uchylona. Nie omieszkał zajrzeć do 

wnętrza tego jakże tajemniczego mebla. W końcu tyle słyszał o damskiej garderobie. 

- Zazwyczaj jak drzwi są zamknięte to ta osoba co jest w środku nie życzy sobie, aby 

ktoś jej przeszkadzał – rzekła Cordoba podchodząc do lustra. 

- Chyba, że się zatrzasnęła – wyszczerzył ząbki w szerokim uśmiechu. 
-  To  nie  by…  co  ty  robisz  w  mojej  szafie?  –  zdziwiła  się  dziewczyna  odwracając 

głowę. 

background image

- Zastanawiało mnie zawsze – wyciągnął krótką spódniczkę mini w kremową kratkę, - 

dlaczego  dziewczyny,  które  mają  zgrabne  nogi  nie  noszą  takich  ubrań,  a  kobiety,  które  nie 
powinny to na przekór mają milion miniówek.  

- I to cię tak trapi? – skrzyżowała ręce na piersi. 
-  Może  nie  wiesz,  ale  my  –  mężczyźni,  też  mamy  coś  takiego  jak  poczucie  estetyki. 

Dlaczego to wisi w szafie? 

- Bo spodnie są wygodniejsze – poinformowała. – I nie muszę się martwić, że pokarzę 

za dużo

Chłopak ciężko westchnął po czym ponownie włożył spódniczkę do szafy. 
-  I tu właśnie jest pies pogrzebany  – podszedł do Cordoby i siłą wyrwał jej krawat z 

ręki. – Daj, widzę przecież, że nie umiesz. 

-  Jakoś  wcześniej  dawałam  sobie  radę  –  oznajmiła.  –  Moja  szyja,  mój  krawat,  moje 

wiązanie. 

-  Zgadzam  się  z  tobą  całkowicie.  Dobrze,  że  sama  przyznałaś,  że  to  moje  wiązanie. 

Weź te palce – rozkazał, gdy zaczęła mu umyślnie przeszkadzać. – O! Czy to nie David Villa 
za oknem? 

Dziewczyna  odruchowo  spojrzała  w  tamtym  kierunku.  Wszystkiego  mogła  się 

spodziewać  po  tym  zaślepionym  miłością  człowieku,  ale  takie  podglądanie  z  rana  byłoby 
lekką przesadą.  

- To było wredne – powiedziała, gdy spostrzegła, że za oknem nikogo nie ma. 
Wzruszył ramionami. 
- Chwyt marketingowy – oznajmił. – Gotowe.

  

 

 

 

Carmen oparła się o wewnętrzną ścianę okrągłej windy. Zamknęła oczy, aby zyskać 

choćby sekundę snu. Niestety, dotarła na miejsce szybciej niż by tego chciała. Z wrogą miną 
wyszła  na  korytarz  i  schodami  powędrowała  na  peron.  Tam  znalazła  szerokie  drzwi  dla 
pracowników. Nacisnęła guzik po czym uśmiechnęła się szeroko do kamery.  

- Słucham? – odezwał się ktoś przez mikrofon. 
- Carmen Cordoba, miałam się zgłosić do pomocy w kuchni – oznajmiła. 
- Jesteś spóźniona – usłyszała w odpowiedzi. 
Zdziwionym wzrokiem spojrzała na zegarek. Bzdury, była punkt szósta trzydzieści i to 

w języku normalnych ludzi nazywało się punktualnością

Po chwili drzwi otworzyła gruba kobieta w białym, lekko utłuszczonym, fartuchu. Nie 

czekając  na  reakcję  dziewczyny,  pociągnęła  ją  do  środka  i  wręczyła  odzież  roboczą  oraz 
prześwitujący czepek na głowę.  

Carmen zadrżała o swoją fryzurę.  
Pomieszczenie było ogromne. Równo ustawione w rządki kuchnie i blaty, zajmowały 

całą  powierzchnię.  W  strategicznych  punktach  umiejscowione  zostały  drzwi  do  chłodni. 
Cordoba naprawdę nie mogła pojąć jak to wszystko funkcjonowało. Słyszała odgłos gotującej 
się  wody,  skwar  smażonego  mięsa,  warkot  miksera,  wyjący  minutnik.  Co  chwila  ktoś 
krzyczał  Co  to  jest?!  To  ma  być  omlet?  To  jakaś  żółta  guma  do  walenia  niemotowatych 

background image

pracowników,  którzy  nie  potrafią  ubitego  białka  z  żółtkiem  połączyć!  albo  Ja  cię  kurwa 
gotować nie będę uczył
.  

Kierowniczka  posadziła  Carmen  przy  wielkim  szklanym  blacie.  Cordoba  dokładnie 

zaczęła  przyglądać  się  ścianie,  która  całkowicie  zastawiona  została  książkami,  po  chwili 
spojrzała pytającym wzrokiem na kobietę. 

- Gdy zapali się czerwone światło przy nazwisku  naciskasz na nie, potem  prześlij do 

stanowiska a jak przy posiłku pojawi się czerwona lampka klikasz wyślij. Pies z kulawą nogą 
by zrozumiał, więc powinnaś sobie poradzić – podsumowała. – I nie włączał żadnych innych 
funkcji, których nie znasz! 

Cordoba  spojrzała  na  tablicę  wielkości  stołu.  W  górnym  rogu  był  wielki  analogowy 

zegar.  Nie  upłynęła  minuta  a  pojawiła  się  pierwsza  czerwona  kropka.  Carmen  zgodnie  z 
poleceniem, dotknęła ekranu. Z boku wysunęło się okienko. Wielkie zdjęcie uśmiechniętego 
chłopaczka o imieniu Jose spoglądało wprost w oczy dziewczyny. Cordoba zauważyła wielki 
zielony napis Zestaw XXI wyślij do stanowiska numer 48. Nacisnęła. Pojawiła się klepsydra. 
W  tym  momencie  zaświeciły  się  inne  kropki.  Sprawnym  ruchem  ręki  postąpiła  zgodnie  z 
zaleceniami  szefowej.  Wtedy  zauważyła,  że  napis  Jose  na  górze  ekranu  przyjął  barwę 
czerwoną.  Położyła  tam  palec.  Zestaw  XXI  –  status:  gotowe  do  wysłania.  Wyślij.  No  to 
wysłała. 

- Nawet proste – mruknęła do siebie.  
W  wolnych  chwilach  zauważyła,  że  na  półpiętrze  były  jeszcze  3  podobne  tablice 

obsługiwane  przez  wykwalifikowanych  pracowników,  którzy  robili  kilka  rzeczy  na  raz.  Ich 
podopieczni  pewnie  nie  musieli  długo  czekać  na  dania.  Ale  z  drugiej  strony,  komu  się  tak 
spieszy? Lepiej robić coś powoli a dokładnie (powiedział to ten co trzeci raz powtarzał klasę). 

Nagle  zauważyła  czerwone  światełko  przy  znajomym  imieniu  i  nazwisku.  Felipe 

Cortés  -  tak  głosił  napis.  Nacisnęła.  Wyskoczyło  okno  z  jego  zdjęciem  oraz  dostępnymi 
funkcjami. Zestaw II wyślij do stanowiska 12. Tym razem, nie potrafiła powstrzymać się od 
położenia palca na tajemniczym napisie Zestawy. Rozejrzała się czy ktoś jej nie obserwuje? 
Szefowa  wydzierała  się  na  jakiegoś  nowego  ucznia.  Droga  wolna.  Rozwinęła  się  lista 
ulubionych  dań  chłopaka.  Nacisnęła  Zestaw  XIII  –  Naleśniki  z  czekoladą  i  truskawkami
Zanim  zdążyła  zrobić  cokolwiek  pojawiło  się:  Zestaw  zmieniono.  Wysłane  do  najbliższego 
wolnego stanowiska
.  

- O cholera. Ta gruba baba mnie zabije. 

 

 

 

 

-  Wracasz  na  niedzielę?  –  zapytała  Francisca  zjadając  kolejne  łyżki  kremowego 

jogurtu z kubeczka. 

Powroty do domów na jeden dzień były dopuszczalne w Akademii, jednak nikt ich nie 

praktykował (oczywiście nie licząc osób silnie związanych pępowiną – oni wracali zawsze). 
Więcej czasu traciło się na podróż, niż spędzało z rodziną. Z drugiej strony nie można nikomu 
zabronić kontaktów mamą. A może naszykowała swojemu syneczkowi przepyszną zupę? Jak 
tu w takiej sytuacji odmówić? 

background image

-  Zapomniałam  kilku  książek  z  domu  –  odpowiedziała  Carmen,  po  czym  zamknęła 

swoją  torbę.  –  A  padre  wspominał  coś  o  poważnej  rozmowie.  Wiesz…  obecność 
obowiązkowa. 

Przyjaciółka pokiwała głową z uznaniem. 
- A ty co będziesz robić?  
-  Szykuje  się  impreza  w  Cesárze,  to  wiesz,  ten  budynek  obok  –  wyjaśniła.  –  Będzie 

Julian… może wreszcie coś się stanie. Mam na myśli… 

- Ja wiem o czym mówisz – przerwała Cordoba. 
Oczywiście, że wie. A posługując się językiem z lekcji Numero Numerus: nie istnieje 

taka osoba w szkole, która by nie wiedziała, albo nieprawdą jest, że związek señora Fariasa z 
Miramontes jest tajemnicą
. Te ich zejścia oraz rozejścia doczekały się miliona spekulacji.  

Większość spływała po Francisce jak po kaczce. I dobrze. Co się dziewczyna będzie 

przejmować. Ona wiedziała jaka była prawda, a to jej w stanowczości wystarczało. 

Nagle  do  pokoju  wpadła  Giulia.  Sprężystym  skokiem  stanęła  na  swoim  łóżku.  Była 

widocznie z czegoś zadowolona. Oczy jej się błyszczały, a oddech miała przyspieszony. 

- Coś się stało? – odezwała się Carmen. 
Nie odpowiedziała od razu. Budowała napięcie. 
- Ojciec kupił mi zwierzątko – oznajmiła. 
Cordoba przełknęła głośno ślinę.  
Zwierzątko? 
Na samą myśl o zwierzątku dostawała ataku paniki. Bała się wszystkiego co się rusza. 

To  nie  jej  wina.  Po  prostu  miała  taki  charakter.  Być  może,  w  dzieciństwie  jakiś  futrzak  ją 
śmiertelnie wystraszył i trauma pozostała. Ale tego w obecnym czasie nie mogła potwierdzić. 

- Gdzie ono jest? 
- W salonie – wskazała palcem. 
Cordoba  zamaszyście  otworzyła  drzwi.  Zanim  zdążyła  się  rozejrzeć,  coś  zielonego 

przemknęło jej między nogami. Jęknęła przeraźliwie po czym zaczęła wciskać swoje ciało w 
kąt pokoju skrupulatnie zasłaniając się drzwiczkami od szafy. 

- Zabierz to! – krzyczała. 
- Carmabelle, uspokój się – mruknęła Giulia podchodząc bliżej przyjaciółki. – Zobacz 

jaki on słodki. 

-  Weź  to  gdzieś  zamknij  –  warczała  Cordoba  zdolna  do  unicestwienia  zielonego 

stwora. – Nie dotykaj tego do mnie! 

- No wiesz co! – oburzyła się brązowowłosa. – Tego biednego kameleona? – spojrzała 

na zwierzaka, po czym pogłaskała go po główce. – Nazwę go Napoleon. 

- Przysięgam, kiedyś się doigrasz i cię zabiję – ostrzegła Cordoba. 
- Nie krzycz! Bo go stresujesz…

 

 

 

 

Cordoba  od  kilku  dni  walczyła  ze  swoim  lękiem  przed  zwierzętami.  Niestety 

nieskutecznie. Ten wyczyn przerastał jej wątłe możliwości. 

background image

Siedziała  z  podkurczonymi  nogami  na  swoim  łóżku.  Co  chwila  sprawdzała  gdzie 

znajduje się kameleon. Bawił się na podłodze, a zaraz potem się na niej położył. 

- Napoleon – wołała Materazzi i rzuciła kawałki jedzenia tuż przed zwierzaka. – Jedz 

skarbie. 

Cordoba nie spuszczała z niego wzroku. Miała wrażenie, że zaraz stwór wynurzy swój 

długi język i uderzy w ciało dziewczyny. Zamarła z przerażenia. 

- To coś się na mnie patrzy – poinformowała właścicielkę. 
- Zawsze tak patrzy jak je – odpowiedziała Giulia wracając do lektury książki. 
Ciemnowłosa  spróbowała  wrócić  do  rozwiązywania  zadań.  Tak  się  biedaczka 

zestresowała, że nie mogła się na niczym skupić. Ciągle myślała o kameleonie.  

- Ja tak nie mogę! – wrzasnęła w końcu. 
-  No i  masz! Zestresowałaś go!  Nie chce jeść…  a tych  czerwonych ciasteczek nigdy 

nie odmawia…

 

 

 

 

Dni  mijały,  a  Iberyjskie  słońce  nadal  prażyło  niemiłosiernie.  Jakby  pisało  pracę 

doktorską  na  temat  wpływu  gorącej  pogodny  na  funkcjonowanie  człowieka.  A  kto  wie. 
Przecież nikt nie zbadał całego wszechświata. Może gdzieś tam wysoko, małe słoneczniątka, 
chodzą sobie po mlecznej drodze wesoło wymachując ognistymi tornistrami. 

Pewnie meteoryty spadające na ziemie to coś w rodzaju niezjedzonych kanapek, które 

małe słoneczniątka próbują ukryć przed słonecznymi mamami. 

- Carmen – zagadnęła Francisca, - idziesz z nami pograć w siatkę? 
Ciemnowłosa dziewczyna ocknęła się na moment. Spojrzała podejrzliwym wzrokiem 

na przyjaciółkę po czym wstała z zimnego piasku i oparła się o pobliską skałę. 

- A od kiedy interesujesz się siatkówką? – zapytała. 
-  Odkąd  faceci  chodzą  w  samych  spodenkach  pokazując  to  i  owo  –  uśmiechnęła  się 

szeroko. 

- To i owo – powtórzyła Cordoba. 
- Tak – potwierdziła Miramontes – To i owo. 
- A to i owo ma jakieś imię? 
Blondynka  zamyśliła  się  jakby  chciała  sprawdzić  czy  to  nie  jest  jakiś  podstęp.  Po 

chwili rzekła cicho: 

- Fabio. 
- Ooo… Italiano – zauważyła Cordoba zbierając koc i gazety do kolorowej, słomianej 

torby. – Z wymiany? – zapytała. 

- Tak, a co? Chcesz go dyskryminować przez jego narodowość?  
-  Nie  no,  jakbym  śmiała  –  powiedziała  Carmen  z  dwuznacznym  uśmiechem.  – 

Chciałam  tylko  wiedzieć  do  kogo  startujesz.  Ale  spokojnie.  Machniesz  mu  przed  oczami 
kępką blond włosów i już po chwili padnie ci do stóp uznając za prawnuczkę greckiej bogini. 
Tacy już są. 

- Słyszałaś? – zapytała Cordoba, której wydawało się, że ktoś ich obserwuje zza skały. 

background image

Miramontes  założyła  ciemne  okulary  i  pociągnęła  brązowooką  na  wzgórze  gdzie 

znajdował  się  wielki  ośrodek  sportowy.  Akademia  przykładała  wielką  uwagę  do  tego  aby 
zapewnić  wysoki  poziom  nauczania.  Być  może  było  to  spowodowane  tym,  iż  walczyło  o 
królewską dotację z kilkoma innymi placówkami.  

Z  jednej  strony  to  głupie,  bo  bogata  akademia  dostaje  jeszcze  więcej  pieniędzy,  a 

gorsza  nadal  jest  w  opłakanej  kondycji.  A  co  roku  ten  stan  się  pogarsza.  Ale  drugą  stroną 
medalu  jest  to,  że  królewska  dotacja  jest  czymś  na  kształt  nagrody.  Gdyby  nie  było  żadnej 
premii, zwierzchnik akademii w życiu nie dbałaby o to, czy jego uczniowie dobrze spędzają 
wolny czas czy też chlają do upadłego szerząc patologię. 

- Mogę wiedzieć po co mnie zmuszasz do wysiłku fizycznego? – zapytała Carmen gdy 

Francisca otwierała główne drzwi. 

- Potrzebuję sztucznego tłumu – oznajmiła. – Masz kartę? 
- Mam – odpowiedziała Cordoba i sięgnęła po portfel gdzie trzymała mały, plastikowy 

kartonik. – To mało ci ludzi do sztucznego tłumu? – rozejrzała się po korytarzu. 

-  Ale  ja  muszę  mieć  kogoś  po  swojej  stronie  –  mruknęła  Miramontes  i  zwinnym 

ruchem położyła swoją kartę na metalowym urządzeniu. 

Usłyszały ciche brzdąknięcie po czym zapaliła się zielona lampka. Francisca przeszła 

pewnym  krokiem  przez  blaszaną  bramkę  podobną  do  tych  w  super  markecie.  Tak  samo 
zrobiła Cordoba i obydwie pobiegły schodami na drugie piętro, na którym znajdowały się ich 
szafki ze strojami sportowymi.  

Miramontes  ledwo  przyszła,  a  już  była  przebrana  oraz  gotowa  do  walki.  Nic 

dziwnego,  w  końcu  bikini,  w  którym  obecnie  paradowała,  miała  założone  pod  normalne 
ubrania.  

- Carmeena, co ty tle robisz? 
- Zabezpieczam się. 
- Co robisz? – zapytała ponownie Francisca jakby niedosłyszała. 
- Zabezpieczam się przed tym, aby mi stanik nie spadł w trakcie gry. 
Blondynka wzruszyła ramionami. No w sumie było to logiczne wytłumaczenie, ale i 

tak myślała o czymś innym. 

- A o czym myślałaś? – zapytała Cordoba wychodząc z przebieralni. 
- Chodź bo zaczną bez nas  – odpowiedziała wymijająco i pociągnęła przyjaciółkę na 

korytarz. 

Tam  spotykały  ludzi  idących  na  basen  lub  wracających  z  koszykówki  z 

klimatyzowanej  hali.  Z  zimnej,  zacienionej  hali.  Dlaczego  one  nie  mogły  grać  w  takich 
warunkach? Czemu Francisca tak się uparła na tę piłkę plażową?  

Cordoba wyszła na zewnątrz. Uderzyła ją fala gorącego powietrza. Prawie słyszała jak 

jej  skóra  skwierczała  niczym  przysmażana  kiełbaska  na  patelni.  Najwidoczniej  dziewczyna 
była bezlitosna dla swojego ciała.  

A co tam! 
Niech żyje poparzenie słoneczne! Hip hip… hura!   
Dyskretnie  wygładziła  turkusowy  materiał  na  pośladkach.  No  pięknie,  przecież  ja  tu 

prędzej upadnę, niż dotrwam do końca gry – pomyślała. 

Francisca  od  razu  podeszła  do  chłopaków,  rozciągających  mięśnie,  którzy  stali  tuż 

przy  drewnianych  ławkach.  Cordoba  wzruszyła  ramionami  i  spięła  włosy  do  góry.  Później 

background image

założyła okulary przeciw słoneczne i wplotła je w kosmyki tak, aby za żadne skarby świata, 
nie spadły. 

Nagle dostrzegła, że za cienką, zieloną siatką Giulia Materazzi wyjmuje lśniącą rakietę 

do tenisa. Brązowooka czym prędzej podbiegła do ogrodzenia i zawołała do przyjaciółki. 

- Jakaś partyjka z Nico? – zapytała Carmen, gdy Włoszka znalazła się trochę bliżej. 
- Będziemy grać przeciwko Javierowi i Felipe – poinformowała. 
- Felipe tu będzie? Po co? 
- Dokładnie to nie wiem – zastanowiła się, - ale jest to coś na kształt odciągnięcia ich 

od PlayStation. A ty co robisz? 

- Wyszłam na podryw – oznajmiła Cordoba. 
- Felipe przestał ci się podobać? – zdziwiła się Giulia. – Co takiego zrobił? 
Carmen uśmiechnęła się delikatnie. Ostatnio Cortés przeskrobał wiele rzeczy, jednak 

nie  były  one  na  tyle  poważne,  aby  skreślić  go  z  listy  najbardziej  perfekcyjnych  facetów  na 
świecie.  

Naprawdę. Cordoba miała taką listę.  
- To Francesca podbija. Ja robię sztuczny tłum jednoosobowy.  
- Lila! – zawołał Nicolás z drugiego końca kortu. 
- Zaraz – odkrzyknęła dziewczyna. 
Spojrzała w jego stronę, tamten wyciągając rakietę mamrotał coś pod nosem. Giulia 

wyglądała  tak  jakby  za  chwilę  miała  do  niego  podejść  i  powiedzieć  kilka  mocnych  słów. 
Powstrzymała się. 

- A co należy do twoich obowiązków? – zapytała. 
- W gruncie rzeczy to nie wiem – oznajmiła Carmen. 
Przyjaciółki  uśmiechnęły  się  serdecznie  i  każda  poszła  do  swojej  grupy.  Cordoba 

zauważyła  mocno  opalonego  chłopaka  o  ciemnych  oczach.  Uśmiechał  się  niewinnie  do 
Francisci. 

To  Fabio.  Przystojny  i  elegancki.  Typowy  Rzymianin  machający  rękoma  dookoła  i 

krzyczący przy byle okazji swoje mamma mia

Cordoba  spojrzała  na  kolegów  chłopaka.  Hiszpanie  to  są  dopiero  ciacha!  Nie  bez 

przyczyny  zajmują  pierwsze  miejsce  w  rankingu  Najprzystojniejszych  Europejczyków.  W 
gruncie  rzeczy  to  nie  powinno  nikogo  dziwić.  Rodacy  Carmen  mają  ciemne  oczy,  gęste 
czarne  włosy  i  wiecznie  zdrowo  wyglądającą  opaleniznę.  A  gdy  przypadkiem  natura  nie 
obdarzyła  ich  urodą,  nadrabiają  wdziękiem,  manierami  oraz  ognistym  temperamentem. 
Prawdziwy  Hiszpan  potrafi  zadbać  o  swoją  señoritę,  a  przy  tym  stworzyć  niebiańską  aurę, 
której nie zapomni do końca życia.  

Czy  Włosi  to  potrafią?  Raczej  nie,  a  to  z  jednej  prostej  przyczyny.  Ich  kraj  stał  się 

kolejną wielką europejską metropolią, gdzie każdy biega nie patrząc na to co dzieje się wkoło. 
Owszem,  mają  tradycje,  historię  oraz  wielką  obsesję  na  temat  jedzenia.  Chwała  im  za  to, 
jednak  to  w  Hiszpanii  człowiek  może  zatrzymać  się  na  chwilę,  odpocząć  podczas  sjesty.  I 
nikogo nie obchodzi czy spóźnisz się do pracy, czy też nie. 

- Carmen, grasz? – zapytał ktoś z piaskowego boiska.  
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko po czym stanęła niedaleko przyjaciółki.  
Piłka poszybowała w górę, a każdy maksymalnie skoncentrowany śledził jej tor lotu, 

aby  w  każdej  chwili  być  przygotowanym  na  ewentualny  strzał.  Po  piętnastominutowym 

background image

badaniu przeciwnika zaczęła się prawdziwa gra. Nikt nikogo nie oszczędzał. Znajomi biegali 
po  całej  dostępnej  przestrzeni,  aby  opanować  podkręcone  piłki.  Zdyszani  i  zakurzeni, 
zdecydowali się na krótką przerwę. 

Cordoba chwyciła swoją butelkę z wodą. Odruchowo spojrzała na zieloną siateczkę, 

na graczy a później na tablicę wyników.  

Felipe wyraźnie przygrywał. Carmen rozbawiona tym faktem, zaczęła go obserwować. 

Po chwili, chłopak zaczął rzucać piłkami tenisowymi w Torresa. Tamten sprytnie bronił się 
rakietą, co jeszcze bardziej denerwowało Hiszpana. Po pewnym czasie zaczęli biegać dookoła 
kortu zwracając na siebie uwagę innych osób znajdujących się w pobliżu. Giulia uznała, to za 
koniec  gry  i  spakowała  rakietę  w  torbę  po  czym  poszła  do  szatni.  Javier  przez  czystą 
ciekawość został.  

Nagle Cordoba poczuła mocne uderzenie w tył głowy, a zaraz potem zobaczyła biało-

żółtą piłkę która spadła kilka metrów od niej. 

- Grasz? – zapytał Fabio rozkładając ręce.

  

 

 

 

Następnego  dnia,  zaraz  po  śniadaniu,  Francisca,  Giulia  oraz  Carmen  udały  się  do 

tablicy  przy  sali  do  karate  aby  sprawdzić  obsadę  sztuki.  Cordoba  przez  całą  drogę  błagała 
Boga, żeby nie dali jej żadnej roli. Jak na złość Miramontes snuła wizje wspólnego występu i 
wielkiego sukcesu. Cordobie to nie było do szczęścia nigdy potrzebne.  

W  końcu  dotarły  na  miejsce.  Przy  tablicy  tłoczyło  się  chyba  z  dwadzieścia  osób. 

Niewiele  myśląc  zaczęły  przeciskać  się  między  ludźmi.  Po  paru  minutach  znalazły  się 
wystarczająco blisko, aby cokolwiek odczytać. Ciemnowłosa zaczęła szybko szukać swojego 
imienia.  

Jest!  
Boże, jest! Obok roli opiekunki Julii. Serce dziewczyny zamarło  w przerażeniu.  Nie 

wiedziała co powiedzieć. Dlaczego ona w ogóle poszła na to przesłuchanie!  

Nagle Miramontes zaczęła skakać do góry i krzyczeć jak małe dziecko, które dostało 

nową lalkę Barbie. Na początku trudno było zrozumieć co się stało. Carmen wiedziała, że jej 
bardzo zależało na dostaniu jakiejkolwiek roli. Chyba się udało. 

- Będę Julią! – krzyknęła w końcu. 
Przynajmniej jedna była zadowolona.  
- Ja nic nie dostałam – powiedziała Giulia stając obok Cordoby. – W sumie to nawet 

lepiej. 

No świetnie! Teraz już są dwie zadowolone.  
Carmen była w trakcie przeklinania swojej głupoty gdy jakiś głos w jej głowie kazał 

sprawdzić nazwisko. Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Nie zgadzało się! 

- Ja też nic – powiedziała radośnie.

  

 

 

 

background image

Javier wszedł do dużego okrągłego pomieszczenia z dużą ilością drewnianych stołów. 

Na  każdym  z  nich  były  ustawione  szklane  flakoniki  wraz  z  kartką  papieru  z  napisanym 
zadaniem. Torres, Casillas oraz Cortés zajęli tradycyjne swoje miejsca gdzieś z tyłu. Nicolás 
chwycił treść zadania. Zaczął głośno czytać. Chłopcy pomruczeli przez chwilę, poudawali, że 
coś robią, po czym Felipe postanowił się wykazać. Czym prędzej chwycił niebieską fiolkę i 
dolał odrobinę zielonej mikstury.  

Nagle  z  substancji  zaczął  wydobywać  się  wątły  opar.  Nie  wiedzieć  czemu, 

wytworzyła  się  różowa  piana,  która  w  błyskawicznym  tempie  się  unosiła.  Felipe  próbując 
zachować  spokój  przykrył  szklane  naczynie  ścierką.  To  był  strategiczny  błąd.  Coś  głośno  i 
groźnie zabulgotało, po czym z hukiem wybuchło odrzucając chłopaka kilka metrów dalej. 

Casillas, zgodnie z poleceniem na kartce, czym prędzej chwycił długopis i zanotował 

zaistniałą sytuację. 

 
Obserwacje:  Po  zmieszaniu  niebieskiej  substancji  z  zieloną,  w 

dłoni  kolegi  nastąpił  nieoczekiwany  wybuch.  Brak  oznak  życia. 
Oznacza  to,  że  substancja  nie  zyskała  dodatkowych  zdolności 
intelektualnych oraz nie stwarza zagrożenia dla ludzkiego gatunku.  

 
- Hmm… smakuje jak dżem truskawkowy – stwierdził Felipe oblizując swoje usta. 
 

 

 

 

Carmen,  zła  jak  osa  siedziała  na  środku  wielkiej  hali.  Nie  wierzyła  jak  dała  znowu 

omotać  się  Miramontes.  Francisca  wymyśliła,  że  skoro  Materazzi  oraz Cordoba  nie  dostały 
żadnej  roli,  to  mogą  zgłosić  się  do  robienia  dekoracji.  Jakimś  cudem  dziewczyny  na  to 
przystały. Teraz, Carmen sądzi,  że musiała być  pod wpływem  narkotyków albo  zwyczajnie 
pijana.  

- Co mi strzeliło do łba? – mamrotała wściekła, wycinając papierowe kwiatki. 
- ¡Hola Cami! – odezwał się znajomy głos. 
Dziewczyna  obejrzała  się.  Za  nią  stał  wysoki  chłopak  z  uśmiechem  na  ustach  i 

dołeczkami  w  policzkach.    Pochwaliła  w  myślach  dobór  czerwonej  koszuli  do  ciemnych 
spodni. Wyciągnął do niej dłoń, na której miał zawiązany brązowy rzemyk. Pomógł jej wstać. 

- Co tu robisz? – zapytała. 
- A wiesz, znam się trochę na projektowaniu – zaczął tłumaczyć. – A oni w ogóle nie 

wiedzą jak budować scenografię. Trzeba pomóc – stwierdził altruistycznie.  

-  Mam wyrzynarkę! – krzyknął wesoło Javier podchodząc do przyjaciela trzymawszy 

coś czarnego w dłoni.  

- Gdzie ona była? W Afryce?  
- Nie, w Japonii. Masz płytę? – zapytał przybyły. 

background image

Cortés  wskazał  dłonią  na  leżącą  sklejkę  z  której  prawdopodobnie  chcieli  wycinać 

jakieś ściany budynku. 

- Javier, ty też postanowiłeś pomagać? – zdziwiła się Cordoba. 
Casillas  spojrzał  podejrzliwym  wzrokiem  na    Felipe,  a  później  na  Carmen.  Przez 

chwilę sprawiał wrażenie człowieka, który nie bardzo wie co się właściwie stało.  

Może coś go ominęło? 
-  Co  ty  jej  powiedziałeś?  –  zapytał  chłopak.  –  My  tutaj  jesteśmy  bo  ostatnio  na  AA 

ktoś zechciał przetestować połączenie nowych substancji nie licząc się z konsekwencjami.  

- To wy zrobiliście ten wychucha w sali czterdzieści osiem? – zapytała rozbawiona. 
- Nie my, nie my! Ja z tym nie mam nic wspólnego  – zaprzeczył Casillas. – To on – 

wskazał  na  Felipe.  –  Nasz  nowy  Mistrz  AA,  poznajcie  się.  Carmen,  to  Mistrz,  Mistrzu,  to 
Carmen.  

 

 

 

Dziewczyny  siedziały  w  wielkim  zadaszonym  tarasie,  na  skórzanych  kanapach. 

Cordoba  kończyła  swoje  drugie  śniadanie,  Giulia  łaskotała  Napoleona,  a  Francisca 
zaczytywała się w szkolnym Carpe.  

Nagle  na  horyzoncie  pojawił  się  chłopak,  który  dla  Carmen  był  uosobieniem 

wszystkiego tego czego nie lubiła u płci przeciwnej.  

I dlaczego to coś przyczepiło się do tej Hiszpanki?  
- Carmen kupiłem ci batonika – zaczął Villa pokazując coś kolorowego w ręku. 
Giulia nachyliła się nad uchem przyjaciółki. 
- Uważaj, bo to wygląda jakby chciał cię utuczyć, a potem zjeść. 
Dziewczyny zaczęły się głośno śmiać. 
- Kupić coś jeszcze? – pytał zatroskanym tonem. 
-  Odwal  się  ode  mnie  –  rzekła  Carmen.  –  Zostaw  mnie  w  spokoju.  Ile  ci  to  można 

mówić?! 

- Ja nie rozumiem – jękną David. – Wszystkie dziewczyny w akademii na mnie lecą.  
- Chyba jak się potkną – stwierdziła rozbawiona Giulia.  
-  Przynieś  mi  wodę  o  smaku  porzeczki  –  powiedziała  Carmen  z  uśmiechem  na  co 

chłopak w błyskawicznym tempie pobiegł do windy. 

Cordoba ciężko westchnęła. Nie miała już siły do tego upierdliwca.  
Nagle Francisca wrzasnęła przeraźliwie. Jak się później okazało znalazła wzmiankę o 

swojej osobie w gazecie. W prawdzie to nie pierwszy raz, bo kilka dni po ogłoszeniu obsady, 
Carpe przybliżyło krótką biografię Miramontes, ale tym razem nie była ona pozytywna. 

Na  samym  środku  strony  było  zamieszczone  jej  zdjęcie  z  imprezy  w  Cesárze.  I 

komentarz. 

 

Klapa.  Ta  obcis

ła,  dłuższa  bluzka  zamiast  podkreślać  figurę  Franciscii 

Miramontes, optycznie skróci

ła nogi i spłaszczyła biust. A nawet, kwiecisty wzór 

poszerzy

ł ją w okolicach talii.  

 

background image

Carmen  kiedyś  lubiła  tę  kolumnę.  Póki  sama  się  w  niej  nie  znalazła.  Redaktorki 

skrytykowały jej sukienkę w morskie pasy. Stwierdziły, że wygląda jak córka marynarza.   

- A spróbuj teraz przytyć, to się dopiero naczytasz – powiedziała Giulia. 
-  Chodźmy,  bo  zaraz  David  wróci  –  zarządziła  Cordoba  wstając  i  zabierając  swoją 

brązową torbę oraz żakiet.  

 

 

 

 

Kilka  dni  temu  Carmen  poprosiła  Nicolása  aby  podpowiedział  jej  jak  obejść  zakaz 

wychodzenia  z  pokoju  po  określonej  godzinie.  Torres,  uprzejmym  tonem  wyjaśnił,  że 
najlepsze jest zaklęcie.  

Którejś nocy, dziewczyna postanowiła wykorzystać nabytą wiedzę. Zamierzała iść na 

plac aby poćwiczyć zaklęcia zadane przez promotorów. Włożyła książkę do torby, przywołała 
moc, szepnęła zaklęcie i po chichu wymknęła się z budynku. 

Serce  waliło  jej  jak  opętane.  Wiedziała,  że  jeśli  ją  złapią,  dostanie  kolejny  szlaban. 

Mimo  wszystko  ta  adrenalina  nie  pozwalała  na  odwrót.  Szła  dalej,  póki  nie  usłyszała  jakiś 
głosów. Zwinnym susem ukryła się za skałami. Na placu znajdowało się trzech przyjaciół.  

- Ćwiczyłeś – stwierdził Felipe ocierając pot z czoła. 
- Starałem się – odparł. 
W  świetle  księżyca  i  pobliskich  lamp  lśniła  szpada  Cortésa.  Był  zakochany  w 

szermierce. Każdą wolną chwilę poświęcał  na doskonalenie swoich zdolności.  Od pewnego 
czasu towarzyszą mu jego przyjaciele.  

Chłopcy,  pochłonięci  walką,  coraz  bardziej  przysuwali  się  do  kryjówki  Cordoby. 

Dziewczyna  w  lekkiej  panice  zaczęła  przechodzić  na  drugą  stronę  skał.  Nagle  przez 
przypadek, nadepnęła na jakiś patyk. Felipe, który stał najbliżej, odwrócił się błyskawicznie. 
A Casillas nie zdążył zmienić toru lotu swojej szpady, i natrafił na gładką skórę przyjaciela. 
Carmen zasłoniła sobie usta po czym podbiegła do ciała Cortésa.  

Spojrzała w jego martwe, ciemne oczy. 
Zemdlała.