background image

R

R

 

 

O

O

 

 

Z

Z

 

 

D

D

 

 

Z

Z

 

 

I

I

 

 

A

A

 

 

Ł

Ł

 

 

 

 

 

 

 

 

P

P

 

 

I

I

 

 

Ą

Ą

 

 

T

T

 

 

Y

Y

 

 

C

C

O

O

R

R

T

T

É

É

S

S

 

 

V

V

S

S

 

 

C

C

O

O

R

R

D

D

O

O

B

B

A

A

 

 

 

 

ziewczyna  z  całego  serca  chciała  kopnąć  w  głowę  osobę,  która  bezczelnie 
budziła ją ze snu. Przez dłuższą chwilę zastanawiała się komu to przeszkadza, 
że  ucięła  sobie  niewinną  drzemkę.  A  było  to  zanim  zauważyła,  że  leży  w 

kałuży wody zmieszanej z krwią. 

- Zemdlałam? – zapytała na wpół przytomnie.  
- Wyciągnąć mu to? – zapytał Javier klęcząc nad Felipe. 
-  Nie!  –  krzyknęła  całkowicie  pobudzona  Cordoba.  –  Płuco  mu  się  zapadnie.  Nie 

dotykaj go.  

Casillas posłusznie odszedł na bok. Zachowywał się naturalnie i spokojnie. Jak gdyby 

to co się przed chwilą stało, wcale do niego nie docierało. To nie zabawa. To nie teatr. Felipe 
w każdej chwili mógł umrzeć. A on opanowany do granic możliwości mierzył jego puls.  

Carmen  nie  wiele  myśląc  zdjęła  z  siebie  zieloną  tunikę  i  ciasno  obwiązała  Felipe 

wokół rany. Aby materiał się nie zsuwał przewlekła przez niego metalowe wsuwki, które na 
koniec skręciła, niczym loczek młodej dziewczynki. 

Torres czym prędzej podbiegł do drewnianej ławki. Ze wszystkich sił zaczął ją kopać, 

aż w końcu połamała się całkowicie. Chwycił pokaźną deskę i przybiegł do przyjaciół.  

- Na tym go położymy – oznajmił. 
-  Delikatnie  –  upomniała  Carmen,  która  w  głowie  starała  sobie  przypomnieć  zasady 

udzielania pierwszej pomocy. – Zadzwonię do Giulii, żeby wszystko przygotowała. 

-  Nie!  –  krzyknął  Torres.  –  Nie  załatwiaj  nic  przez  telefon,  później  mogą  to 

sprawdzać. 

- O czym ty mówisz? 
Carmen  po  chwili  zamilkła.  Zdała  sobie  sprawę,  że  w  tym  momencie  są  ważniejsze 

sprawy  niż  dopytywanie  się  o  jakiś  obawy  Nicolása.  W  tempie  błyskawicznym,  przenieśli 
przyjaciela  do  kwatery  dziewczyn.  Cordoba  wpadła  do  sypialni  jak  opętana  i  na  kolanach 
błagała Giulię, żeby jej pomogła. 

-  Co  się  stało?  –  krzyknęła  Materazzi  podbiegając  do  czarnowłosego  chłopaka,  aby 

sprawdzić jego puls. 

- Nie widzisz? – warknął Torres.  
Giulia pobiegła do sypiali po swoją torbę. 
- Trzeba wezwać karetkę – poinformowała.  
-  Nie,  będziemy  go  operować  –  zakomunikowała  Cordoba.  –  Byłyśmy  na  kursie  w 

zeszłym roku. Chyba coś pamiętasz. 

Przyjaciółka spojrzała z przerażenie. Nic nie odpowiedziała. W końcu nie było czasu 

na jakiekolwiek dyskusje. Z drugiej strony była całkowicie świadoma, że Felipe do przyjazdu 
karetki może nie przeżyć.  

Przywołała  moc  w  dłoni.  Chciała  zapewnić  przynajmniej  namiastkę  sterylnych 

warunków  dla  przyjaciela.  Wokół  nich  pojawiła  się  cienka,  przezroczysta  błona.  Rzuciła  w 
Carmen mydełkiem, a później rękawiczkami. 

D

D

 

 

background image

-  Wyciągniesz  szpadę,  a  ja  założę  opatrunek  wentylowy  –  zarządziła  Materazzi.  – 

Później, ty wdechy, a ja uciski. I tak do skutku. Raz, dwa… trzy! 

Carmen  ze  wszystkich  sił  starała  się,  aby  cała  akcja  przebiegła  bez  zarzutu.  Nawet 

przez  myśl  jej  nie  przeszło,  że  cokolwiek  może  pójść  nie  tak.  Z  góry  założyła,  że  Felipe 
przeżyje.  Po  pięciu  minutach  wyczerpującego  wysiłku  i  opadającej  nadziei,  pojawił  się, 
krótki, płytki oddech. Cordoba, bez konsultacji z przyjaciółką wlała miksturę do ust chłopaka.  

- Co to jest? 
- W teorii powinno zadziałać jak antybiotyk kiedy jesteś chora.  
Po chwili namysłu dodała jeszcze kilka kropel na opatrunek. Tak dla pewności. Krew 

z  gazy  powoli  zaczęła  znikać,  a  skóra  Felipe  z  sino  białej,  zmieniła  się  na  lekko  różową. 
Cordoba ucieszyła się, że jej wynalazek zaczął działać.  

- I tak będzie musiał obejrzeć go jakiś lekarz. 
Materazzi wstała i podeszła do komody, na której ustawione były zdjęcia z ostatniej 

podróży  dziewczyn  do  Włoch.  Odsunęła  szufladę  i  wyciągnęła  jakieś  zioła.  Podała  je 
Torresowi.  

- Zaparzysz je Javierowi, jest cały przerażony.  
- Będzie dobrze, bo jak dla mnie to on wygląda lepiej? 
-  Zadzwonię  do  lekarza  mojej  rodziny  –  powiedziała  Giulia.  –  Czyli  za  takie  cztery 

godziny będzie wiadomo na sto procent co i jak. A teraz przynieś ten materac ze swojej szafy, 
jakieś poduszki, pościel. Lepiej, żeby Felipe został tutaj. 

 

 

 

Paczka przyjaciół stała w kółeczku na szkolnym korytarzu. Dyskretnym ruchem ręki, 

Materazzi przekazała Torresowi małą karteczkę. Tamten schował ją między zeszyty.  

- To jest zwolnienie. Trzeba wsadzić je jakoś do papierów Diaza – poradziła. 
- Prawdziwe? – zaciekawił się Nicolás. 
- A jak sądzisz? – zapytała dość retorycznie Giulia. 
- Ja się tym zajmę – odpowiedział Casillas przerywając dyskusję. – Jak się czuje? 
-  To  co  Carmen  mu  podała,  owszem  pomogło,  ale  zniszczyło  mu  połowę  flory 

bakteryjnej i jest bardzo osłabiony. 

- Mówił coś? – dopytywał się Javier. 
- Żebyś się o niego nie przejmował. Zresztą jak Umberto powiedział, że wyzdrowieje, 

to jestem pewna, że wyzdrowieje. W końcu nie z takich opresji wyciągał mojego ojca.  

 

 

 

Z dnia na dzień, stan chłopaka był coraz lepszy. Dziewczyny znalazły mu starą laskę, 

aby miał się czym podeprzeć w drodze do łazienki. Cordoba dokładała wszelkich starań, aby 
wrócił do dawnej formy, choć wiedziała, że to będzie długa podróż. 

- O, idzie moja prywatna masażystka – powiedział wesoło, kiedy Carmen w przerwie 

między zajęciami, przyszła zmienić mu opatrunek.  

background image

- Jak się czujesz? – zapytała. – Ogoliłeś się – zauważyła.  
-  Czułem się taki zaniedbany  –  odpowiedział niewinnie.  –  Ale nie uwierzysz. Spójrz 

mi w oczy. Widzisz? Lewe jest trochę zielone. 

Dziewczyna  pobladła.  To  pewnie  sprawka  jej  wynalazku.  Może  przesadził z  dawką, 

może miał uczulenie. 

- Masz na coś uczulenie? – zapytała. 
- Na kurz – odpowiedział.  
Nie. Takie się nie liczy. A jak jutro będzie mieć całe oko zielone? Przecież tego się nie 

da  odkręcić.  Musiała  by  wymyślić  eliksir  na  zmianę  tęczówki,  ale  zawsze  to  drugie  oko 
będzie innego koloru.  

- Teraz jestem bardziej oryginalny niż byłem – powiedział z samouwielbieniem. 
Dziewczyna uniosła jedną brew w geście zaskoczenia. 
- Odwróć się – poprosiła. 
Z  ogromną  precyzją  rozsmarowała  fioletową  maść  przepisaną  przez  Umberto,  na 

plecach  Felipe.  Po  chwili  chwyciła  bandaż,  którym  dokładnie  obwiązała  klatkę  piersiową 
chłopaka.  

- Carmen! – zawołała Materazzi. – Pomożesz mi z tymi gazetami? 
- Idę! – krzyknęła. – Będę później.  
-  Jakoś  mi  się  nigdzie  nie  spieszy  –  powiedział  do  siebie  Felipe  wyciągając  spod 

poduszki zeszyt w czerwonej okładce. Z lekkimi rumieńcami na twarzy zaczął czytać pochyłe 
pismo. 

 

 

 

Czas bardzo się dłużył. Cortés, aby nie robić sobie zaległości, codziennie, kilka godzin 

poświęcał nad nadrabianie materiału z zajęć. Oczywiście uczył się tyle, na ile pozwalało mu 
zdrowie. Czasami rana,  boleśnie dawała o sobie  znać i  priorytetem  stawało  się uśmierzenie 
bólu.  

W trakcie leczenia miał dużo czasu na przemyślenia. Nie żywił urazy do Casillasa, bo 

wiedział,  że  nie  zrobił  tego  specjalnie.  Kiedy  z  nim  o  tym  rozmawiał,  Javier  wyglądał  na 
bardziej przerażonego niż on sam. Mimo wszystko wielokrotnie zastanawiał się co właściwie 
wydarzyło się tamten nocy. I nie mógł znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi.  

 

 

 

W  końcu  po  kilku  tygodniach  Felipe  wrócił  do  zdrowia  na  tyle,  aby  myśleć  o 

powrocie  do  Akademii.  Przyjaciele  siedzieli  w  salonie  dziewczyn,  gdzie  degustowali  nowy 
wynalazek  Cordoby  pod  postacią  pachnących,  czekoladowych  ciasteczek.  Kiedy  Carmen 
wnosiła  kolejną  porcję  słodyczy,  na  ekranie  telewizora  pojawił  się  wielki,  niebieski 
wykrzyknik. 

- Wciśnij program – poprosiła Carmen. 

background image

Javier, który trzymał w ręce pilota, mrużąc oczy, znalazł właściwy guzik. Na ekranie 

pojawił się zwierzchnik  Akademii. Kobieta o azjatyckiej urodzie, swoim cieniutkim głosem 
zakomunikowała,  że  dwudziestego  drugiego  grudnia  odbędzie  się  Wigilia.  Na  tą  okazję 
obowiązują stroje wieczorowe. Dodała również parę innych wiadomości, jednak nie były one 
na tyle istotne aby ktokolwiek się nimi interesował. 

Dla  Carmen  temat  przyjęcia,  był  tematem  drażliwym.  Pragnęła  iść  z  Felipe,  ale  nie 

chciała  wychodzić  z  inicjatywą.  Uważała,  że  to  mężczyzna  powinien  zrobić  ten  pierwszy 
krok.  Może  była  staroświecka,  a  może  po  prostu  to  kwestia  wychowania.  Fakt,  faktem, 
straciłaby do siebie szacunek gdyby miała poprosić o towarzystwo na przyjęciu. 

Zwinnym susem, ukryła się w sypialni, aby uniknąć kłopotliwych pytań przyjaciół. 
- Co tak uciekłaś? – zapytał Felipe wchodząc za nią do drugiego pokoju. 
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie.  
- Przez to całe zamieszanie z moimi wypadkiem, w ogóle zapomniałem o poszukaniu 

partnerki. Idziesz z kimś? 

Carmen  podeszła  do  niego.  Nie  wierzyła  własnym  uszom.  Tak  długo  marzyła  o  ich 

wspólnym  wieczorze,  a  on,  jak  gdyby  nigdy  nic,  wchodzi  do  jej  sypiali  i  sam  zaczyna  ten 
temat. To było jak sen. 

-  Jesteś  dla  mnie  jak  siostra  i  nie  chciałbym  aby  Carpe  zjechało  cię  za  brak 

odpowiedniego partnera – zaczął. – Moglibyśmy iść razem na Wigilię.  

Carmen uśmiechnęła się ironicznie. Że niby on jest tym odpowiednim partnerem? Już 

miała coś obrócić w żart, gdy dotarł do niej cały przekaz Felipe.  

Jak to siostra?! 
Zaraz, bo ona czegoś nie rozumie. Jak to rodzeństwo
- Que? – zapytała zaskoczona Carmen.  
Serce  pękło  jej  na  milion  kawałeczków.  Straciła  nadzieję,  że  mogą  tworzyć  w 

przyszłości idealną parę. Chłopak nie powinien tak mówić do dziewczyny. To jasny przekaz, 
że zostajemy przyjaciółmi i się tak na mnie nie napalaj bo nic z tego nie wyjdzie.  

Sama nie wiedziała co myśleć. Z jednej strony wysyłał jej sygnały, dawał nadzieję na 

coś więcej, a z drugiej ucina temat mówiąc, że jest dla niego jak siostra! 

Przecież to nielogiczne. Jakby ją normalnie kochał to by takich rzeczy nie mówił. 
-  Pójdziemy  razem  –  powiedział  z  figlarnym  uśmiechem  ukazując  dołeczki  w 

policzkach. 

Nie.  Nie  pójdą  razem!  On  nie  zaprasza  jej,  bo  są  rodzeństwem.  On  się  obudził  w 

czarnej dupie i nie ma z kim iść. Ot co! 

Cordoba nie miała zamiaru spędzać z nim wieczoru tylko dlatego, aby miał wrażenie, 

że zrobił dla niej tyle samo ile ona dla niego. 

- Nie – szepnęła. 
- Jak to nie? – Zdziwił się. – Powiedziałem, że idziesz – co zabrzmiało jak groźba. 
- Nie, nie, nie. Ty mnie z łaski swej poprosiłeś – zauważyła Cordoba celując w niego 

palcem. – A ja ci odmówiłam – wytłumaczyła.  

- To z kim o wielka señorita Cordoba ma zamiar pójść. 
- Już ty się kurwa o mnie nie martw – warknęła pokazując wyjście. 
Kiedy  przekroczył  próg  salonu,  trzasnęła  za  nim  drzwiami.  Słyszała  jak  warknął  do 

swoich  przyjaciół,  że  mają  wyjść.  Z  pojękiwaniem,  ale  w  końcu  wyszli.  Później  nastąpiła 

background image

krótka  wymiana  zadań  pomiędzy  Franciscą  i  Giulią.  Carmen  policzyła  do  trzech,  a  w 
drzwiach pojawiła się Miramontes.  

- Co się stało? – zapytała. 
- Czy wyglądam na osobę, która ma ochotę na zwierzenia?! – warknęła. 
Blondynka  widząc  podły  nastrój  przyjaciółki,  postanowiła  zostawić  ją  samą,  a 

Cordoba nie wiedziała jak wyładować swoją złość. Chwyciła ciężki posąg konia i cisnęła nim 
w drzwi od łazienki wybijając małą szybkę.  

Cham zaprosił ją tylko  dlatego, że tak wypadało. Z litości, albo ze strachu o własny 

interes.  Jak  on  mógł  jej  powiedzieć  to  prosto  w  twarz.  Nie  dość,  że  cham,  to  jeszcze 
bezczelny.  

Rozkleiła się na dobre. Każde jej marzenie umarło. Wszystko umarło. W ciągu kilku 

minut  Cortés  roztrzaskał  jej  serce  na  milion  kawałeczków  rozsypując  po  świecie,  mając  to 
najwyraźniej w dupie. 

Cholera, wcześniej mogła się oszukiwać, że czuje coś do niej, a teraz ewidentnie było 

widać, ze mu na niej nie zależy. Cordoba nie mogła tego znieść.  

 

 

 

Carmen  długo  rozmyślała  nad  Felipe  –  przynajmniej  trzy  godziny.  Po  dłuższym 

zastanowieniu  doszła  do  wniosku,  że  Cortés  nie  ma  żadnych  pozytywnych  cech.  Te  jego 
wady są tak ogromne, że przykrywają wszystko inne. Tak przykładowo – ta jego wyniosłość. 
Ma  jakąś  obsesję  na  punkcie  własnego  ego.  Uważa,  że  tylko  on  może  o  czymkolwiek 
decydować, bo pan cudowny jest nieomylny. 

Cordoba  poczerwieniała  ze  złości.  Jak  ona  mogła  być  tak  głupia!  Rozejrzała  się  po 

pokoju. Czym prędzej chwyciła kartkę papieru i długopis. Nie miała najmniejszego zamiaru 
pozostawić na nim suchej nitki. Wszystko mu wypomni. Absolutnie wszystko! A napisze list, 
bo  tak  będzie  łatwiej.  W  normalnej  rozmowie  mógłby  jej  przerwać,  wyjść,  zamknąć  usta 
pocałunkiem… Nie! Co ona wygaduje. Znowu zaczyna… Carmen, zapomnij! 

 
Felipe, 
Ja  zawsze  wiedziałam,  że  masz  dużo  obowiązków,  że  drużyna  i  nauka,  a  czasami 

jakieś imprezy są trudne do połączenia. Powinnam być ci wdzięczna, że o Pan Tego  Świata 
znalazł dla mnie czas i chce porozmawiać. Tylko co to za rozmowa? Kiedy rozmawiam z Tobą 
na  przerwach  to  się  tylko  uśmiechasz,  a  jak  rozmawiam  przez  Internet  to  wysyłasz  mi 
jakieś  durnowate  emoticony.  Nie  potrzebuję  tych  Twoich  uśmieszków  i  nie  lubię  pisać 
długich monologów! 

W  ogóle  to  Ty  mnie  nie  słuchasz.  Wysyłasz co  popadnie  tylko  po  to  bym  się  od 

ciebie  odwaliła.  Co  Ty  tam  takiego  robisz?  Nie  możesz  mi  poświęcić  dziesięciu  minut  na 
wyłączność, albo lepiej radził sobie z podzielnością uwagi? Jesteś beznadziejny. Ignorujesz mnie 
gdy chcę się czegoś o Tobie dowiedzieć. Tak bezczelnie olewasz. Nie jestem jakimś dodatkiem 
do youtube, tylko normalną, żyjącą istotą, która może Ci nakopać przy byle okazji. 

Kiedyś  potrafiłeś  się  ze  mną  dogadać.  Potrafiłeś  znaleźć  wspólny  język.  A  teraz? 

Zbywasz  mnie  byle  czym.  Stałeś  się  takim  egoistycznym,  typowym  mężczyzną,  który  dba 

background image

tylko o swój interes i myśli, że wszystko wie najlepiej. Nigdy nie starałeś się zainteresować 
się  tym  co  ja  lubię.  Zawsze  to  ja  musiałam  zgłębiać  wiedzę  na  temat  Twoich  ulubionych 
dyscyplin. Skończyła mi się już cierpliwość.  

I nie pieprz, że to są tylko jakieś moje fanaberie. Zmieniłeś się i to bardzo! 
 
Twoja suka Carmen 
 
Dumna  z  siebie  zakleiła  list  w  kopercie  i  poszła  pod  drzwi  pokoju  chłopaków. 

Zgrabnym ruchem ręki, wsunęła papier pod futrynę.  

A teraz tylko wystarczyło poczekać na jego reakcję. Cordoba od wszystkiego innego, 

uwielbiała  słodką  zemstę,  w  której  uderzała  w  najczulszy  punkt  przeciwnika.  W  tym 
przypadku,  za  cel  obrała  sobie  dumę  Cortésa.  Kochała  doprowadzać  do  szału  inne  osoby. 
Lubiła kłótnie i sprzeczki. Czasami poprawiało jej to dość znacznie humor. Oczywiście jeśli 
wygrywała te małe wojny.  

-  Carmen,  ty  tutaj?  –  zdziwił  się  Torres,  spotykając  przyjaciółkę  swojej  dziewczyny 

pod drzwiami.  

- Przechodziłam akurat… - wymigała się. – Muszę lecieć na zajęcia! – I uciekła.  

 

 

 

Ciemnowłosa  dziewczyna  cały  dzień  myślała  jaka  była  reakcja  Felipe  na  jej  ostre 

słowa.  Od  dłuższego  czasu  zbierała  się,  na  to  aby  powiedzieć  mu  to  co  naprawdę  myśli. 
Zawsze  jednak,  znajdowała  niepodważalny  argument,  że  nie  powinna  urządzać  burzy  w 
szklance  wody.  Rozmowa  o  balu  przelała  czarę  goryczy  i  uruchomiła  od  dawna  cykającą 
bombę.  Carmen  nie  miała  zamiaru  ustąpić,  a  co  więcej,  zamierzała  stoczyć  bitwę  z 
chłopakiem.  

W gruncie rzeczy, należało mu się. 
Drzwi  od  sypialni  z  hukiem  zostały  otworzone,  przez  wysportowane  ramiona. 

Cordoba leżąca na łóżku, leniwie spojrzała na postać w wejściu. To był on. Grzywka, którą 
zazwyczaj starannie poprawiał, tym razem niedbale przykryła mu zbarczone brwi. Groźnym 
wzrokiem  spoglądał  na  dziewczynę  dysząc  przy  tym  cicho.  Czyżby  bieg?  O…  jakież  to 
urocze. 

Carmen uśmiechnęła się dumnie.

 

-  Możesz  mi  wytłumaczyć  te  wszystkie  piękne  słowa,  które  do  mnie  napisałaś?  – 

zapytał dość agresywnie. 

- A którego to słowa nie zrozumiałeś? – zapytała Cordoba.  
- Ja jestem egoistą? – warknął - Spójrz na siebie… Ty cała ociekasz tym egoizmem. 
- Skończ te kiczowate porównania – odpowiedziała Cordoba wracając lekceważąco do 

czytania książki. 

Felipe otworzył usta ze zdziwienia.  
- O co ci kobieto chodzi? 
- O to, że mnie się nie traktuje jak szmatę – odpowiedziała.  

background image

-  Chciałem  być  miły  i  zaprosić  cię  na  przyjęcie  –  rzekł  rozkładając  ręce,  -  to  jakieś 

przestępstwo? 

- Nie, oczywiście, że nie – warknęła. – TY zawsze jesteś bez winy.  
- A, już rozumiem. Powinienem paść ci do kolan i krzyknąć, że jesteś najwspanialszą 

osobą na ziemi i od zawszę marzę by iść z tobą na wigilię! – krzyknął. 

Carmen  zatrzymała  wzrok  na  jakimś  beznadziejnym  wyrazie  w  książce.  To  ją 

zabolało. I to bardzo. W gniewie, przygryzła wargę. Myślała tylko o tym, jakie słowo może 
go najbardziej ugodzić. 

- Jak masz mi się tu tak wytrząsać, to wyjdź z mojego pokoju – rozkazała Cordoba. – 

Nie mam zamiaru rozmawiać z takim prostakiem, który nie ma… 

- Ty uważaj co mówisz – pogroził palcem. 
-  Rozkazywać  to  ty  sobie  możesz  swoim  lalom,  które  skaczą  i  piszczą,  gdy  tylko 

dotkniesz  piłki  na  boisku  –  warknęła.  –  Ale  nie  mi!  Żałuję  wszystkiego  co  dla  ciebie 
zrobiłam. Nie zasługiwałeś nawet na to bym ci powiedziała z jakiej książki możesz napisać 
referat na AA! 

- Ja żałuję tylko tego, że uważałem cię za inną osobę. 
O nie. Tak to się bawić nie będą. Nie będzie wplątywał jej w jakieś wyrzuty sumienia. 

To on zachował się jak ostatni sukinsyn zapraszając ją na wigilię z poczucia obowiązku. 

- Może gdybyś widział coś więcej poza czubkiem swojego nosa… 
-  Odezwała  się  ta,  co  dba  o  innych  –  warknął.  –  Skupiasz  się  tylko  na  tym  czy 

wszystko układa się po twojej myśli. Jeśli nie, to obwiniasz cały świat za swoją krzywdę…. 
tylko nie siebie! Otwórz oczy dziewczyno. Nie jesteś idealna. 

- Ale kurwa, mam swój honor – gwałtownie wstała z łóżka. – Jeśli ci się wydaje, że z 

ciebie taki super chłopak, z którym każda dziewczyna chciałaby spędzić wieczór, to jesteś w 
błędzie. Ja bym nie chciała. 

Felipe obdarzył Cordobę drwiącym uśmieszkiem.  
- I żadna nie będzie chciała, kiedy dowiedzą się jaki z ciebie egoistyczny narcyz.  
Roześmiał się jej w twarz, co doprowadzało ją do furii. A tak bardzo chciała, by było 

odwrotnie. Ona nie potrafiła zachować takiego opanowania. Zawsze pod koniec kłótni emocje 
brały górę i nic nie mogła na to poradzić. 

-  Myślę,  że  nie  mamy  sobie  nic  innego  do  powiedzenia  –  poinformowała  Cordoba 

patrząc mu prosto w ciemne oczy.  

- No bo z tobą nie da się normalnie porozmawiać – warknął. 
- Ostoja spokoju się znalazła! – odgryzła się Carmen. 
Spojrzała na niego wrogo. Przez ten wszystek czas, tylko ona zabiegała o to by mieli o 

czym  rozmawiać,  by  te  konwersacje  przypominały  normalną  wymianę  zdań  między 
przyjaciółmi,  aby  w  pewnym  momencie  brakowało  im  czasu  na  dokończenie  słów,  by  nie 
mogli się sobą nacieszyć. Ale ona nie może w nieskończoność się starać. On też musi coś od 
siebie dać.  

Tylko i wyłącznie o to chodziło.  
Że mu nie zależy.  
A powinno.  
- Wynoś się – warknęła. – Nie jesteś tu mile widziany – krzyknęła mu na odchodne.  

 

background image

 

 

Giulia  wtulona  w  silne  opalone  ramiona  swojego  chłopaka,  uważnie  przysłuchiwała 

się relacją Javiera z ostatniego tygodnia, który dla nikogo nie był łatwy. Otóż Carmen i Felipe 
idealnie  potrafili  przenieść  swój  konflikt  na  przyjaciół.  Nie  chodziło  tu  o  to,  że  ktoś  więcej 
miał się pokłócić. O nie! Po prostu paczka znajomych nie mogła się normalnie spotykać, bo 
gdy tylko pojawili się na drodze Cordoby czy Cortésa, zaczynało się wypominanie, kto z kim 
trzyma, i kto wobec kogo jest lojalny.  

Materazzi  poprawiła  koc  leżący  na  drewnianej  kłodzie,  a  później  pogładziła  biały, 

plażowy piasek.  

Na  terenie  całej  Akademii  znaleźli  tylko  jedno  miejsce,  gdzie  byli  pewni,  że  ani 

Carmen,  ani  Felipe,  nie  nakryją  ich  na  nocnych  schadzkach.  Za  kryjówkę  obrali  sobie  tył 
starszego boiska do piłki nożnej, tuż za trybunami. Nikt tu nie zaglądał, bo wszelkie atrakcje, 
jak wypożyczalnia desek, centrum sportowe czy inne pierdoły, znajdowały się całkowicie w 
przeciwnym  kierunku.  Mimo  wszystko  Nicolás  od  czasu  do  czasu  wypatrywał  wysokiej, 
szczupłej  sylwetki  przyjaciela  z  lekko  pochyloną  klatką  piersiową  do  przodu  i  zaciśniętymi 
pięściami.  

Całe  to  zamieszanie  przypominało  jedną,  wielką  hiszpańską  corridę.  Cortés  był 

czarnym,  silnym  bykiem,  który  bez  większego  powodu  pragnął  przeszyć  jakieś  wątłe  ciało 
swoimi rogami, a po drugiej stronie piaszczystej areny, stała ona – Carmen Cordoba, ubrana 
w błyszczący, tradycyjny strój z jaskrawą płachta i cienką szpadą, z zamiarem bezbłędnego 
posłania broni w kark zwierzęcia.  

-  On  mi  ostatnio  zarzucił,  że  ja  w  ogóle  olewam  to,  że  ma  jakieś  problemy  –  jęknął 

Casillas. – No ale co ja mam zrobić. Położyć się na torach i czekać, aż mnie coś przejedzie? 

Miramontes  przeczesała  palcami  swoje  blond  włosy,  po  czym  usiadła  z 

wyprostowanymi  nogami.  Ona  podchodziła  do  wszystkiego  z  większą  rezerwą.  Nie 
przejmowała  się  każdym  słowem  jakie  wykrzyczała  jej  Carmen.  Wiedziała,  że  mówiła  to 
tylko  po  to,  aby  odreagować  stres  związany  z  Felipe.  Inna  sprawa,  że  dziewczyna  często 
plotła bez sensu i czepiała się o każdą drobnostkę. 

Pewnie z Cortésem było tak samo. 
-  Co  ja  bym  zrobił  bez  Felipe  –  powiedział  Javier.  –  Przecież  bez  niego  nie 

wiedziałbym  ile  mam  naprawdę  problemów  –  przysiadł  na  pobliskim  pieńku.  –  Coś  trzeba 
zrobić. 

-  Ta,  pewnie!  To  może  od  razu  dajmy  im  bomby  atomowe  do  zabawy?  –  zawył 

Torres.  

- E tam… każdy niech żyje swoim życiem – wtrącił Francisca po czym zastanowiła się 

przez  chwilę.  –  Ale  dobrze  jakby  się  oboje  mocno  przejechali  na  własnych  złośliwości  – 
rzekła a w jej oczach pojawiły się małe iskierki.  

- Nie, nie, nie! To głupi pomysł… - zauważył Torres. – Obydwoje są tak samo uparci i 

honorowi. Najgorsze co możemy zrobić to wtrącić swoje trzy słowa.  

- Ale oni się pozabijają – poinformował Casillas bezradnie rozkładając ręce. 
- No to trudno – odezwała się Francisca.  

 

background image

 

 

Ach! Cóż to będzie za bal – takie hasło powtarzała zwierzchniczka akademii przy byle 

okazji.  Strzelała  nim  jak  weteran  na  wojnie,  a  młodzi  uczniowie,  niczym  tubylcy  z 
napadniętej wioski, próbowali kryć się przed kobietą o azjatyckiej urodzie.  

Wszyscy dobrze wiedzieli, że ta Wigilia będzie taka sama jak rok czy dwa lata temu – 

czyli  nic  nadzwyczajnego.  Oczywiście  całą  sytuację  bardziej  przeżywały  dziewczyny,  gdyż 
wiązało się to z zakupem nowej sukni, która kategorycznie nie mogła być taka sama jak innej 
dziewoi z Akademii. Przecież to takie francuskie faux pas!

1

  

Jedyne co ich pocieszało, to perspektywa tańców do białego, śnieżnego poranka. 
Carmen  właśnie  zjeżdżała  szklaną  windą  na  parter,  aby  udać  się  na  kolejne  zajęcia, 

gdy zobaczyła Felipe w towarzystwie jakiejś obcej dziewczyny. Radośnie rozmawiali, siedząc 
na przybocznej kanapie. Cordoba skwitowała całą sytuację cichym cmoknięciem, jak to miała 
w zwyczaju i schowała się za filarem. Wyciągnęła z torby pierwszą lepszą książkę. Próbowała 
pokazać, że wcale nie jest spóźniona, że jej tak wygodnie czytać podręcznik do góry nogami, 
i uwielbia gdy w plecy wbija jej się kant piaskowego zdobienia. Czy ona musiała iść do sali 
przy której siedział Cortés? Nie. Oczywiście, że nie! Ale w ogóle skąd takie pytanie? 

- Carmabelle! – krzyknęła z wyczuciem czasu Materazzi. – Co ty tam robisz?! Mamy 

przecież hiszpański! 

No  i  wszystko  diabli  wzięli.  Już  oczyma  wyobraźni  widziała  ten  lekko  drwiący 

uśmieszek chłopaka, który miał wyrażać politowanie nad amatorszyzną Cordoby. Taa, znalazł 
się  wielki,  znany  aktor  z  kilkoma  Oscarami  na  koncie…  A  właśnie!  Może  on  siedział  z  tą 
dziewczyną tylko po to  by Carmen zdenerwować i wyprowadzić z równowagi? Ha! Chytry 
plan, ale Cordoba go przejrzała. 

Dumnym  krokiem  podeszła  do  przyjaciółki.  Nagle  poczuła  lekkie  szarpnięcie  za 

ramię.  

- Poczekaj – powiedział męski głos. 
Odwróciła  się  całkowicie  zaskoczona.  Za  rękę  trzymał  ją  wysoki  chłopak,  który 

przynajmniej  miał  dwa  metry  wzrostu.  Z  takimi  centymetrami,  z  powodzeniem  mógłby 
zdobywać  trofea  w  koszykówce,  siatkówce,  futbolu  amerykańskim…  w  gruncie  rzeczy,  we 
wszystkich dyscyplinach sportowych. Włosy miał ciemne, lekko asymetrycznie wystrzyżone. 
Oczy zielone, a rzęsy długie jak u kobiety. Delikatnie uśmiechnął się. 

- Jestem Jose Hierro, z ósmego oddziału – zagadał. 
- Wiesz, spieszę się – próbowała wyrwać się z jego ramion bezskutecznie.  
- W takim razie będę się streszczał. Byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś wybrała się 

ze mną na Wigilię – zapytał uprzejmie. 

Cordoba uśmiechnęła się promiennie. Lepszego momentu sama by nie wymyśliła. Za 

jej plecami siedział Felipe, który uważał siebie za ósmy cud świata, a tu przychodzi sobie taki 
chłopak ze starszych oddziałów i zaprasza Carmen na bal.  

Szkoda, że nie mogła się odwrócić i zobaczyć w tym momencie miny Cortésa. 
- Z przyjemnością – odpowiedziała dziewczyna, po czym weszła z przyjaciółką do sali 

lekcyjnej.  

                                                           

1

 Faux pas – (fr. fałszywy krok). Oznacza nietakt, pogwałcenie niepisanych reguł danej społeczności.  

background image

Och Si! Felipe leży na deskach po nokaucie zamaskowanego Zorro, płacząc i kwicząc 

z bólu. Tak, tak señor Cortés - zero jeden dla Cordoby!  

 

 

 

Gdy  skończyły  się  zajęcia  z  Ars  Non  Magica  prowadzone  przez  starszą  kobietę  z 

własną ideą nauczania, Carmen od razu pobiegła do Conrado. Cieszyła się, że promotorkę o 
haczykowatym nosie zobaczy dopiero po świętach. W gruncie rzeczy nie tylko ona skakała z 
radości  na  samą  myśl  o  tym  fakcie.  Każdy  w  Akademii,  kto  miał  do  czynienia  z  tą  istotą 
ludzką, przerwę świąteczną traktował jak przejaw miłosierdzia bożego. 

Cordoba  wbiegła  do  swojej  sypiali  i  prawie  wpadła  na  wielkie,  tekturowe  pudełko. 

Nieznana  bliżej  paczka  posiadała  ogromną  ilość  naklejek,  znaczków,  adresów.  Były  też 
dziury niedbale wycięte nożem.  

Przystała na chwilę, lekko przechylając głowę. 
- Giulia! – krzyknęła. – Co to jest? 
Włoszka  wyszła  z  łazienki  owinięta  ciasno  różowym  ręcznikiem  z  maseczką  na 

włosach. Wzruszyła tylko ramionami. 

-  Przywieźli  podczas  sjesty  –  poinformowała.  –  Jakbyś  się  tak  nie  zajmowała 

śledzeniem Felipe to byś wcześniej wiedziała… 

Cordoba podeszła do tajemniczego pudełka. Z notatki dowiedziała się, że to przesyłka 

od  ojca.  Ciekawe  tylko  po  jaką  cholerę  potrzebne  jej  to  zwierzę.  Bo  tego,  że  dostała  coś 
żywego, była pewna bardziej niż podatku od dochodu. Otworzyła pudełko, a w nim zastała 
śpiącego,  małego  pieska  typu  York.  Był  cały  czarny  a  na  bródce  znajdowało  się  kilka 
miedzianych pasemek.  

Nagle,  na  pudełko  skoczył  legwan,  który  wydawał  z  siebie  jakieś  dziwne  dźwięki  i 

trzepotał czymś na kształt wachlarzu. Carmen zaczęła krzyczeć i wskoczyła na łóżko. Piesek, 
trochę  większy  od  męskiej  dłoni,  wskoczył  na  kark  Napoleona,  po  czym  wydostał  się  z 
pudełka. Nie czekając na reakcję wybiegł z pokoju, za nim legwan. 

Materazzi  wiedziała,  że  legwan  zaraz  wróci.  Bieganie  nie  było  jego  dobrą  stroną. 

Zaraz  się  zmęczy,  przystanie,  wysunie  język  w  geście  pogardy  i  wróci  na  swoje  miękkie 
posłanie przy gorącej lampie. 

 - Biegnij za nim – powiedziała Giulia. 
- Po co? – zdziwiła się Cordoba. 
- To twój zwierzak. 
- Kto tak powiedział? – zastanowiła się Carmen. 
Powolnym  krokiem  zeszła  z  łóżka  i  wyszła  do  salonu.  Tam  zauważyła,  że  drzwi  na 

korytarz  są  otwarte.  Przeklęła,  a  zaraz  potem  Giulia  krzyknęła  zza  drzwi  by  nie  używała 
wulgaryzmów  w  jej  obecności.  Posłała  jej  mordercze  spojrzenie  i  wybiegła  na  korytarz. 
Przecież będzie mieć kłopoty jak ta mała kulka coś pogryzie czy popsuje.  

Biegała  przez  korytarz  jak  opętana.  Co  chwila  zaczepiała  jakiś  ludzi  pytając  czy 

widzieli psa. Z ich relacji wynikało, że był w kilku miejscach na raz. Gdzieś w oddali słyszała 
jakby popiskiwanie, ale niczego nie była pewna. Zbiegła prawie na sam dół do recepcji. Tam 

background image

zauważyła  ciemną  kulkę.  Już  miała  po  nią  biec,  gdy  zobaczyła,  że  jej  własny  pies  wpada 
wprost w ramiona Felipe. Odwróciła się na pięcie i schowała za rogiem. 

-  Hola  mały  –  odezwał  się  chłopak  łaskocząc  szczeniaka  pod  brodą  i  chowając  za 

koszulą. 

- A niech go zeżre – machnęła ręką po czym poszła do pokoju.  

 

 

 

W końcu nadszedł upragniony dzień. Jeszcze tylko Wigilia i wszyscy mogli jechać do 

domu,  na  długie  leniuchowanie.  Zanim  jednak  to  nastąpiło,  Carmen  musiała  przeżyć 
uroczystą kolację. Cały dzień spędziła na relaksowaniu i odprężaniu własnego ciała. Przecież 
musiała być wypoczęta!  

Sukienkę  kupiła  dużo  wcześniej.  Była  długa,  balowa.  Krwisto  czerwona.  Cordobie 

najbardziej  podobały  się  maksymalnie  odsłonięte  plecy  i  zasłonięty  dekolt.  Widziała  taką 
sukienkę w jakimś filmie i od razu ją pokochała. 

Upinała włosy przed lustrem. Materazzi nalewała wody do miski Napoleona, a Devdas 

–  tak  Stefano  nazwał  szczeniaka,  droczył  się  z  legwanem.  Wczoraj,  pies  wrócił  do 
właścicielki  w  dość  zabawnych  okolicznościach.  Każda  ze  stron  wysłała  swojego 
przedstawiciela na neutralny teren w postaci ciemnego korytarza, tam doszło do przekazania 
szczeniaka. Giulia posłusznie odebrała towar, a Nicolás zgodnie z obietnicą udał się prosto do 
sypialni chłopaków z Barcelony. 

- Wiesz co? – Zaczęła Carmen.  
- Nie wiem – odpowiedziała automatycznie Giulia. 
-  Kiedyś  prosiłam  Boga  by  mi  dał  chłopaka  z  syndromem  Piotrusia  Pana  - 

poinformowała. - Ale Felipe jest już przesadą! To jest jakiś rozpieszczony bachor, a nie facet. 

-  Słyszałam,  że  jak  Bóg  chce  kogoś  pokarać,  to  mu  daje  to  o  co  prosi  –  odparła 

Włoszka wygładzając swoją niebieską suknię.  

- No to świetnie – mruknęła Carmen. – Właśnie tego potrzebowałam.  
- Trzymaj się – poklepała Materazzi przyjaciółkę po plecach. – Ja to już lecę. Ciao! 
- Ciao! – kiwnęła głową Cordoba.  
Równo o osiemnastej trzydzieści cztery, do pokoju wpadła Miramontes. Wyglądała na 

lekko zdenerwowaną. W gruncie rzeczy nikt nie powinien być zdziwiony. Na samym środku 
szafirowej  sukni,  która  z  przodu  była  krótsza  a  z  tyłu  dłuższa,  pojawiła  się  wielka  ciemna 
plama. 

- Co się stało? – zapytała Carmen odwracając się w stronę przyjaciółki. 
-  Ziomek  wylał  na  mnie  sok  porzeczkowy  –  odpowiedziała  chwytając  jakąś  mokrą 

szmatkę.  

- Który?  
- Jak to który? Esteban – mruknęła. – Bardzo widać?  
Cordoba podeszła do swojej magicznej skrzynki i wyjęła jakąś białą kulkę. Zaczęła ją 

ugniatać  w  palcach,  aby  nabrała  więcej  plastycznych  właściwości.  Musiała  pomóc 
przyjaciółce. Nie mogła pozwolić by Francisca chodziła z jakąś plamą na sukience. Kodeks 
przyjaźni na to nie pozwalał. 

background image

- Co to jest? – zapytała Francisca. 
- Mia przysłała mi z Włoch. To taka łata, która wykorzystuje właściwości kameleona 

– wyjaśniała Carmen.  – Trzeba uformować z niej kształt plamy i  przykleić. Ponoć Włoszki 
oszalały na punkcie tego – po chwili porzeczkowy kolor zaczął znikać. – Gotowe, ale po balu 
oddaj ją do pralni.  

Miramontes uśmiechnęła się szeroko i odgarnęła pofalowane blond włosy.  
- A ty kiedy idziesz na wigilię? – zapytała. 
- Jose powinien zaraz tu być – odpowiedziała Cordoba. 
Francisca pokiwała głową na znak zrozumienia. 
- To do zobaczenia na parkiecie – machnęła ręką i wyszła. 
Carmen zdążyła pomalować usta czerwoną pomadką, gdy rozległo się ciche pukanie. 

O  godzinie  osiemnastej  czterdzieści  pięć  w  salonie  dziewczyn  pojawił  się  wysoki, 
ciemnowłosy chłopak, ubrany w eleganci garnitur. Cordoba uśmiechnęła się delikatnie. 

- Ładnie dobrałaś sobie sukienkę – pochwalił. 
- Aha... to fajnie – odpowiedziała z lekkim zakłopotaniem. – Możemy iść? 
Wigilia  miała  zacząć  się  punktualnie  o  dziewiętnastej.  Na  korytarzu  Conrado

spotykało  się  jeszcze  kilka  par  odświętnie  ubranych.  Wszyscy  szli  na  wielki,  szkolny  plac 
pomiędzy Akademią a domami dla uczniów. To właśnie tam miał odbyć się bal.  

Nastał  wieczór,  a  ścieżki  oświetlały  latające  w  powietrzu  czerwono-żółte  lampiony. 

Miejsce  Wigilii  zostało  udekorowane  świątecznymi  ozdobami.  Jeszcze  trwały  ostatnie 
poprawki, kiedy Carmen i Jose weszli na świeżo ułożony parkiet do tańca. Podeszli do grupki 
promotorów, bo takie polecenie Cordoba otrzymała w zaproszeniu.  

-  Jesteście!  –  krzyknął  Iker  Díez,  który  chodził  z  kartką  papieru  i  odhaczał 

zrealizowane zadania.  

Carmen  widziała  jak  mężczyźni  ubrani  w  białe  koszule,  przepasani  ciemnymi 

fartuchami, rozkładali srebrne sztućce na stołach zaraz obok talerzy ze smoczym nadrukiem. 

W tym samym  czasie na placu zjawiła się Giulia. Gdy tylko zauważyła przyjaciółkę 

ukryła  się  za  akwarium  stojącym  blisko  wejścia.  Nie  chciała  aby  Cordoba  zobaczyła  ją  w 
towarzystwie  Torresa.  Carmen  mogłaby  to  odebrać  za  brak  lojalności.  Co  oczywiście  było 
jakimś idiotyzmem, ale na wściekłą przyjaciółkę z miłosnymi problemami nie ma rady. 

Spostrzegła, że ludzie zaczynają się je dziwnie przyglądać. Nie wiele myśląc udawała, 

że zaczęła obserwować ryby. Po pewnym czasie, naprawdę zaczęła ich śledzić. Było w tych 
stworzeniach coś intrygującego. Fioletowe wodniki ganiały, inne buntowniki o błyszczących 
łuskach. Przypominało to polowanie lwa na zabłąkaną zebrę wśród afrykańskiego wodopoju. 
A  gdzieś  w  oddali,  małe,  zielone  spotki  pływały  wokół  miniatury  zamku  z  San  Sebastian. 
Giulia znajdowała coraz to nowsze gatunki. Jednak rybka wydała się jej wyjątkowo zabawna. 
Był to benito o ciemnozielonym kolorze łuski z czarnym piórkiem na boku. 

Nagle zauważyła, że jest obserwowana przez duże brązowe oczy, rozmywające się w 

wodnej tafli. 

- Chodź tu! – powiedziała szarpiąc Nicolása za rękaw garnituru aby się ukrył. 
-  Baby,  wieczór  się  dopiero  zaczął  a  ty  już  mnie  ciągniesz  w  jakieś  zakamarki?  – 

zażartował. 

- Tam stoi Carmen, może nas zauważyć.  
- Wygląda na zdenerwowaną – oświadczył Torres krzyżując ręce na piersi.  

background image

Młody  Hiszpan  miał  rację.  Dziewczyna  miała  poważny  problem.  W  tajemniczych 

okolicznościach,  Jose  zniknął.  Stał  obok  Cordoby,  a  gdy  był  potrzebny  rozpłynął  się  w 
powietrzu. Punktualnie o dziewiętnastej Carmen z pozostałymi osobami, którzy brali udział w 
konkursach,  miała  zatańczyć  tradycyjny  taniec  Bolero

2

.  Jak  ma  to  zrobić,  gdy  jej  partner 

gdzieś uciekł?! 

Kobieta  o  azjatyckiej  urodzie,  ubrana  w  śnieżnobiałą  sukienkę  z  futerkowym 

kołnierzem,  zaczęła  witać  przybyłych  gości.  Wykonywała  przy  tym  z  tylko  sobie  znanym 
wdziękiem, dzikie ruchy ręką. Gdy wytłumaczyła wszystkim, po co tam się znaleźli, bo być 
może nie każdy wiedział, że jest Wigilia w Akademii i to taka tradycja, wyczytała nazwiska 
osób, które uczestniczą w konkursach.  

Nagle  wielkie  akwarium  runęła  na  ziemię  z  wielkim  hukiem.  O  dziwo,  kobieta  o 

azjatyckiej  urodzie  zignorowała  ten  fakt  i  nadal  prowadziła  długi  monolog  przerywany 
aplauzem  gości.  Promotorka  AA,  która  jednocześnie  była  opiekunem  oddziału  Carmen, 
jęknęła przeraźliwie i podbiegła do miejsca zdarzenia aby uprzątnąć szkody. Później zaczęła 
wydzierać się na przystojnego winowajcę o ciemnych włosach, że jest pierdoła, i że zawsze są 
z nim jakieś kłopoty. Dopiero po chwili Cordoba zauważyła twarz Cortésa, który próbował 
się jakoś wytłumaczyć.  

- Zaczynamy! – Krzyknęła radośnie zwierzchniczka Akademii.  
-  Na  parkiet  –  zarządzał  Díez  jak  prawdziwy  kowboj  stadem  bydła.  –  Gdzie Jose?  – 

zapytał Carmen. 

- Nie wiem – jęknęła. 
Mężczyzna  wiedząc,  że  nie  mają  za  dużo  czasu,  wzrokiem  zaczął  szukać  partnera 

zastępczego. W pierwszej chwili spojrzał na Felipe, który głośno dyskutował nad tym, że to 
akwarium samo się przewróciło i on nie miał z tym nic wspólnego. 

Iker pokiwał głową zadowolony ze swojego wyboru. 
- Cortés, chodź tu! – krzyknął machając do niego. – Zatańczysz z nią bolero. Umiesz? 
- Umiem, ale z nią… - jęknął. – Po co? 
- Bo Jose gdzieś zniknął – odpowiedział promotor. 
- Co za ironia – skomentował sarkastycznie Felipe.  
Młoda para ustawiła się do tańca. Carmen nie wiedziała, czy go kopnąć czy pozwolić 

tańczyć.  Miała  niepowtarzalną  szansę  wpakowania  jego  osoby  w  taką  aferę,  która  by  go 
prześladowała do końca życia. Niestety nie potrafiła wymyślić, jak to wszystko zrobić aby i 
siebie nie pogrążyć. 

Szesnaście  par  ustawionych  w  kółeczku  zaczęło  tańczyć  przy  wolnej,  dość 

romantycznej  muzyce.  Bolero  podobne  jest  do  wicia  się  węża  w  zwolnionym  tempie. 
Partnerzy ocierają się o siebie, odchodzą a potem znowu wracają. I to wszystko na ugiętych 
nogach.  Trzeba  przyznać,  że  bez  muzyki  wygląda  to  dość  śmiesznie.  Carmen  dziwiła  się 
tylko,  jakim  cudem  Felipe  uczęszczał  na  nieobowiązkowe  zajęcia  z  historii  i  kultury 
hiszpańskiej. 

Dziewczyna  miała  tylko  nadzieję,  że  chłopak  nie  zauważy  momentów  w  których 

dostaje  gęsiej  skórki  na  sam  dotyk  jego  silnych  dłoni.  Chciała  aby  całe  to  przedstawienie 

                                                           

2

 Bolero – hiszpański taniec ludowy pochodzący z Kastylii i Andaluzji z okresu XVIII w. Wykonywany jest w 

tempie  umiarkowanym,  metrum  ¾,  solo  lub  parami,  przy  wtórze  instrumentów  perkusyjnych,  takich  jak 
kastaniety lub tamburyn, a także gitary. 

background image

skończyło  się  jak  najszybciej.  Obawiała  się,  że  po  tym  tańcu  znowu  chłopak  zawróci  jej  w 
głowie, a kolejnego rozczarowania nie przeżyje. 

Muzyka  ucichła.  Felipe  podziękował  za  taniec  delikatnym  pocałunkiem  w  dłoń,  a 

Cordoba jak najszybciej uciekła z parkietu.  Usiadła przy stole gdzie znalazła swój bilecik z 
nazwiskiem i cierpliwie czekała na Jose. Wpatrywała się cały czas w leżący płatek róży obok 
jej talerza, bo nie chciała spotkać wzroku Felipe. 

Po chwili znalazł się i Hierro. Wyrósł spod ziemi, jak teściowa na walentynki. 
Nawet  specjalnie  nie  tłumaczył  dlaczego  go  nie  było.  Skwitował  to  tylko  małym  bo 

musiałem. 

-  Chodźmy  zaczerpnąć  świeżego  powietrza  –  zaproponował  zaraz  po  tym  jak  zjedli 

kolację. 

Cordoba w mig zauważyła dziwne miny jego kolegów z którymi siedzieli przy stole. 

Jeden  ironicznie  się  uśmiechał,  drugi  szeptał  coś  innemu  na  ucho  i  wybuchali  głośnym 
śmiechem a potem wymownie patrzyli się na Jose.  

Para poszła na plażę. Przy blasku księżyca chodzili brzegiem morza, mocząc przy tym 

stopy.  Carmen  czuła  się  spięta  i  zdenerwowana.  Jak  za  chwilę  miało  się  okazać,  miała  ku 
temu duże podstawy.  

- Ładna noc – zaczął. – Coś nie tak? – zapytał gdy dziewczyna milczała. 
- Wszystko w porządku – mruknęła. 
- Masz chłopaka? – zapytał konkretnie. – Może jakiś wolny związek. 
- Jestem singielką – odparła czując, że grunt pali jej się pod nogami i wpada w jakieś 

wielkie bagno. 

Uśmiechnął się sam do siebie. Później chwycił ją mocno za rękę otaczając przez swoje 

silne ramiona 

- Jesteś dziewicą? 
Otworzyła usta ze zdumienia. Co to za pytanie?  
-  Czy  ta  informacja  jest  ci  koniecznie  do  szczęścia  potrzebna?  –  zapytała  dość 

drżącym głosem. 

- Czyli nie – odpowiedział zadziornie. 
Nie.  Jak  on  do  takiego  wniosku  w  ogóle  doszedł?  Użył  dedukcji  czy  po  prostu 

odpowiedź losował w głowie?  

Przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej. 
-  Robiłaś  to  na  plaży?  –  zapytał  Jose  siląc  się  na  uwodzicielski  ton.  –  Lubię 

dziewczyny, które są otwarte. 

- Hierro? – ktoś krzyknął w oddali. – Jakaś paczka do ciebie przyszła. Jest w Vido.  
- Zostań tu Carmen, zaraz wracam – pocałował ją w policzek. – Chyba, że chcesz się 

w coś pobawić, ale ostrzegam, znajdę cię – powiedział wesoło i poszedł za jakimś małolatem. 

Cordoba czuła niepokój. Nie wiedziała co zrobić. To znaczy, wiedziała, że ucieknie, 

ale nie miała jeszcze pomysłu jak. Budynek Vido był dość blisko, więc musiała się spieszyć z 
decyzjami.  Wzięła  głęboki  oddech,  chwyciła  sukienkę  w  dłonie  i  zaczęła  biec  ile  sił  w 
nogach,  brzegiem  plaży,  aby  ślady  zmyła  woda.  Nie  wiedziała  co  znajduje  się  po  tamtej 
stronie  wybrzeża,  więc  ponosiła  jakieś  ryzyko,  że  spotka  morskiego  stwora,  który  będzie 
chciał ją zabić, jednak w tej sytuacji uznała to za lepsze wyjście. 

background image

Gdy biegła, rozmyślała, że padła ofiarą jakiegoś durnego, męskiego zakładu i za tym 

wszystkim stali jego koledzy co się tak głupio uśmiechali podczas wieczoru. Miała ochotę im 
solidnie przywalić. Później. Jak już będzie czuła się bezpieczniejsza. 

Nagle, jak spod ziemi, wyrósł przed Cordobą Hierro. 
- Jose! – krzyknęła przeraźliwie. – Jak ty… tak szybko… 
-  Widziałem,  że  biegniesz  w  tą  stronę  to  postanowiłem  wyjść  ci  naprzeciw  – 

odpowiedział z uśmiechem wyciągając do niej dłoń. 

- Nie. 
- Nie? – zdziwił się. – Jak to nie? 
-  Posłuchaj.  Ja mam pieniądze. Jak chcesz to  mogę  ci  zapłacić, cena nie gra roli,  ale 

daj mi spokój. Nie rób mi krzywdy – mówiła w czasie słowotoku. – Nie dotykaj mnie!  

- Ale ja ci nic nie… - próbował jakoś wytłumaczyć. 
- Po prostu odejdź. Zostaw mnie! – odsuwała się od niego.  
-  Carmen  –  zaczął  delikatnie,  -  nie  mogę  cię  tu  zostawić.  Wybrałaś  sobie  dość 

podejrzane  miejsce  na  kryjówkę  –  zażartował,  ale  w  mig  spoważniał  widząc,  że  ją  to  nie 
bawi. 

Podszedł  do  niej,  jak  się  podchodzi  do  dzikiego  konia.  Wolnym  krokiem,  bez 

zbędnych krzyków, cichym i delikatnym tonem mówił jej, że nie ma najmniejszego zamiaru 
zrobić czegoś złego. Patrzył głęboko w oczy, przekonując o swojej dobrej woli.  

W końcu się udało.  
W końcu ją przytulił. 
- Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytał. 
- Pomilczmy – zaproponowała.  
Chłopak kiwnął głową i przytulił ją jeszcze mocniej. 

 

 

 

W tym samym czasie, jakieś pół kilometra dalej, chłopak zwany Javierem Casillasem, 

ciągnął za sobą ciało nieprzytomnej osoby. Hiszpan nie wyglądał na zbyt przejętego faktem, 
że jego ofiara jest poobijana i od kilku minut zostawia za sobą strużkę krwi lecącej z nosa. 
Zmęczony pchaniem prawie stu kilogramów żywego ciała, postanowił odpocząć. Z impetem 
rzucił wielkie, nieprzytomne nogi na bordowy dywan w holu. 

-  Hej  mała! –  krzyknął  do dziewczyny przechodzącej  obok z szerokim  uśmiechem.  I 

całkowicie  zignorował  fakt,  że  brunetka  patrzyła  się  na  zawiniątko  w  ciemnym,  czarnym 
worku, a nie na niego. 

Gdy  odprowadził  zgrabną  Hiszpankę  wzrokiem,  zebrał  się  w  sobie  i  znowu  zaczął 

ciągnąć  za  sobą  ofiarę.  Po  paru  minutach  dotarł  do  własnego  salonu.  Tam  znalazł  Giulię  i 
Nicolása leżących na kanapie.  

- Co robicie? – zapytał Javier tonem niczym Izabela w kreskówce Fineasz i Ferb
-  Nic,  co  by  mogło  w  przyszłości  wrzeszczeć  i  kopać  –  odpowiedział  automatycznie 

Torres.  

Casillas uśmiechnął się blado. 
- Możecie mi tego popilnować? – zapytał wskazując na coś w worku.  

background image

- A ty gdzie idziesz? – powiedział Torres. – Co to jest? To się rusza… 
-  To  zdziel  to  –  jęknął  Casillas  biorąc  do  ręki  patelnię,  na  której  Giulia  przyniosła 

ciepłe grzanki. Sprawnym ruchem ręki przywalił w koniec zawiniątka.  

Usłyszeli ciche jęknięcie. 
- Widziałem to w filmie – skomentował. 
- Co ty robisz?! – krzyknęła Materazzi.  
-  Nie  udawaj  niewiniątka  –  warknął.  –  Ja  wiem  do  czego  wam  –  kobietom,  służy 

patelnia. Niño, ich to się od małego tego uczy… to jest cała feministyczna propaganda! 

Torres uniósł lekko jedną brew i skrzyżował ręce na piersi. 
-  Si,  si,  jutro  pokarzę  ci  z  samego  rana  film  –  oznajmił  Casillas,  po  czym  wyszedł 

czym prędzej. Tak na wszelki wypadek, gdyby nie chcieli popilnować jego ofiary. 

- Co to jest? – zapytała Giulia gdy chłopak zaglądał co jest w środku. 
- Wygląda na to, że Jose Hierro – oznajmił spokojnym tonem w ogóle nie zważając na 

to,  że Materazzi  otworzyła usta ze zdziwienia. – Wiesz o czym  on mówił?  O tej patelni?  – 
Zaciekawił się. – Bo ty ją dość często przynosisz do mnie… - uśmiechnął się niepewnie.  

 

 

 

Carmen  usłyszała  trzask  i  zaczęła  nasłuchiwać.  Dźwięk  dochodził  zza  jej  pleców. 

Odwróciła się, ale nikogo ani niczego nie było. Egipskie ciemności. A może nie dowidziała? 
Odczekała chwilę. Tak dla pewności. Nic jednak się nie zmieniło.  

Od  kilkunastu  tygodni  miała  wrażenie,  że  ktoś  ją  śledzi.  Dziwne  trzaski,  szmery. 

Czasami sądziła, że zostawiła w innym ładzie porozrzucane papiery na biurku, czy kosmetyki 
w szafce. Oczywiście musiała brać pod uwagę fakt, że może to Giulia albo Francisca ruszały 
jej rzeczy, a teraz popadała w lekką paranoję. 

- Coś nie tak? – Zaciekawił się Jose siedząc na białym piasku obok Cordoby cały czas 

ją obejmując. 

- Nic. Zdawało mi się – odpowiedziała. – Co mówiłeś?  
-  Mówiłem,  że  powinnaś  napisać  książkę  o  ważeniu  mikstur  –  powtórzył.  –  Masz 

talent i nie możesz go zmarnować. Kto wie, może w przyszłości nasze dzieci będą uczyć się z 
twoich podręczników. 

- Nasze? – zapytała dość podejrzliwie. 
- Hiszpanii, miałem na myśli – dodał pospiesznie widząc, że zrozumiała go na opak. – 

Chciałem… yyy… mówiłem w imieniu wszystkich rodziców. 

Przysunęła  kolana  bliżej  brody,  chcąc  ukryć  zarumienienie  na  policzkach.  Znowu 

próbowała  doszukiwać  się  czegoś,  czego  nie  ma.  Upiła  łyk  czerwonego  wina,  które  Jose 
przyniósł jakieś półtorej godziny temu. 

-  Byłaby  z  ciebie  cudowna  promotorka  –  szepnął  jej  na  ucho.  –  Gdybym  był  twoim 

uczniem z przyjemnością zostawałbym po zajęciach. – stwierdził zadziornie. 

Nagle Carmen posmutniała przypominając sobie kłótnię z ojcem na ten temat. 
- Z pisania książek nic nie ma. Nie wyżywię rodziny – powtórzyła słowa Stefano jak 

dyktafon.  –  Ja  mam  jasno  określoną  przyszłość.  Gdy  skończę  szkołę,  pójdę  na  studia 

background image

związane  z  ekonomią,  a  później  będę  pomagać  ojcu  w  jego  firmie.  Któregoś  tam  dnia,  w 
końcu ją odziedziczę.  

Stuknęła się z nim kieliszkami.  
- Jak będę stara i garbata, to napiszę książkę. Nie martw się – powiedziała radośnie. – 

Zadedykuję ci ją! – wypiła wino do dna. 

 

 

 

- Jak tam moje zawiniątko? – zapytał Javier zaraz po tym jak wszedł do salonu. Zapiął 

białą koszulę, którą miał  na sobie, a później sprawdził w lustrze, czy  gdzieś nie został ślad 
czerwonej szminki. 

- Udany wieczór? – odezwał się Torres. 
-  Jeszcze  się  nie  skończył  –  odpowiedział  wymijając,  a  po  chwili  ściągnął  koszulę 

ukazując idealnie wyrzeźbiony, opalony tors. Kołnierzyk – ubrudzony. 

- Jedna ci nie starczy? 
- Daj mi jeszcze dziesięć minut – powiedział Casillas ignorując pytanie. Skroplił ciało 

wodą toaletową Bossa i przeczesał ręką ciemne włosy. 

-  A  koszula?!  –  krzyknął  Nicolás  widząc  jak  przyjaciel  wychodzi  w  samych 

spodniach. 

- Oj tam, oj tam – machnął ręką i wyszedł.  

 

 

 

Carmen rozluźniona, rozmawiała z Jose na tematy, które bardzo często dotyczyły jej 

prywatnych spraw. Hierro zadawał  pytania, a Cordoba odpowiadała kończąc zawsze głośną 
salwą  śmiechu.  Nie  sądziła,  że  jakieś  treści  powinna  zachować  dla  siebie.  Uznała  go  za 
swojego przyjaciela, który powinien wiedzieć wszystko.  

Nie miała żadnych oporów. W pewnym momencie, pijąc słodkie wino, wpatrywała się 

w jego oczy. 

- Ty, wieszzz? Śmiesza spawa – powiedziała mocno wstawiona wytykając go palcem. 

–  Masz  edno  oko  pine,  a  druge  szielone  –  roześmiała  się  jakby  to  była  ogromna  skaza.  – 
Normalnie ak elipe. 

Nagle  ucichła  i  spoważniała.  Mimo,  że  była  zamroczona  alkoholem,  wykrzesała  z 

siebie resztki sił aby wystosować odpowiednie oskarżenie. 

-  Ty  skuwysynie!  Ukrałeś  mój  elisir  co  pszy…  pszy…  pszemiena  w  gogo  chceszz  – 

mówiła marszcząc brwi. Wstała i poszła w kierunku wody. – Ale pan oés pszeapił edno. Tagi 
gafcio sie obił. Eszcze nie szoczyam i misura nie szmienia penych ciesi ciaa… 

Nigdy  nie  piła  tyle  alkoholu  na  raz.  Zachwiała  się  nad  brzegiem  wody.  Szukała 

jakiegoś  wsparcia.  Natrafiła  na  silne  ramiona,  które  z  definicji  powinny  ją  utrzymać,  bo  są 
silnymi, męskimi  ramionami. A w  gruncie rzecz, po chwili, przewróciła i siebie i  Felipe do 
wody.  

- A woa zmya elisir – poinformowała, kiedy kolejna fala uderzyła ją w plecy. 

background image

Nagle  skóra  chłopaka  zaczęła  pękać  i  odpadać  jak  słabej  jakości  maska.  Z  ponad 

dwumetrowego  mężczyzny  zrobił  się  nagle,  stu  osiemdziesięciu-siedmio  centymetrowy 
młodzieniec.  Uśmiechnął  się  niewinnie  pokazując  dołeczki  w  policzkach,  ale  to  już  nic  nie 
dało. 

Nagle,  zza  krzaków  wyskoczyła  jakaś  dziewczyna  o  brązowych  lokach  i  ciemnych 

ubraniu.  W  ręku  trzymała  mały  sześcian  z  ogromnym  obiektywem  marki  Sony.  Lampa 
błysnęła,  co  na  chwilę  oślepiło  Cordobę.  Zanim  wróciła  do  siebie,  światło  mignęło  po  raz 
drugi.  Cała  mokra  zaczęła  beztrosko  chlupać  się  w  wodzie.  Spojrzała  ukradkiem  na  Felipe. 
Tamten  zajmował  się  rozwiązywaniem  muchy  i  rozpinaniem  koszuli,  która  nieprzyzwoicie 
przykleiła mu się do ciała. 

- Wreszcie! – krzyknęła nieznana dziewczyna i pobiegła w stronę tańczących ludzi. – 

Capoor się ucieszy. 

Cordoba może i była pijana, ale zdawała sobie sprawę, że to zdjęcie, które ukarze się 

w  gazecie,  będzie  początkiem  wielkich  kłopotów.  Zaraz  później  skojarzyła,  że  Felipe 
wszystko ukartował tylko po to, by znaleźć się na okładce. Takie pieprzone parcie na szkło. 
Albo  to  rodzaj  jakiejś  zemsty?  Za  to,  że  z  nim  nie  chciała  przyjść.  Specjalnie  ją  upił  i 
wyprowadził na to odludzie. Dał cynk szkolnej dziennikarce by zrobiła odpowiednie zdjęcia. 
Jutro cała Akademia dowie się, jaką szmatą była Carmen.  

Wstała bez słowa i chwiejnym krokiem zaczęła iść w kierunku swojego pokoju. Tak 

mniej więcej. 

- Carmen, czekaj – krzyknął za nią Felipe. – Cami…  
Dziewczyna szła niewzruszona. Z każdą chwilą posądzała chłopaka o najgorsze myśli. 

Przez długie pół  godziny  podążała do miejsca  gdzie stały budynki  mieszkalne dla uczniów. 
Następne piętnaście minut próbowała dostać się do swojego pokoju. Gdy jej się to w końcu 
udało, on wszedł za nią. 

-  Daj  mi  wytłumaczyć  –  powiedział  gdy  tylko  stanął  w  sypialni.  –  Źle  to  wszystko 

odebrałaś. 

Mały  York  kiedy  zobaczył  jakieś  nowe  osoby  w  pokoju,  od  razu  zaczął  szczekać, 

biegać  i  merdać  ogonem.  Ciemnowłosy  chłopak  przykucnął  i  podrapał  psiaka  pod 
miedzianymi pasemkami.  

- Idź stąd bo cię nim poszczuję – warknęła Cordoba już bardziej przytomnie. 
- Że niby nim? – zdziwił się podnosząc Devdasa za obrożę. – Przecież, jak on otworzy 

mordkę to nie zmieści mu się tam moja ręka, a co dopiero nogi – zakpił Felipe.  

- Zostaw mnie – powiedziała Cordoba, - już wystarczająco namieszałeś w moim życiu. 
- Cami, daj mi tylko wytłumaczyć o to co się tak wściekłaś – poprosił. 
W  odpowiedzi  otworzyła  mu  drzwi  i  prawie  siłą  wypchnęła  z  pokoju.  Chłopak 

głęboko westchnął po czym poszedł do swojej sypialni. Gdy przekroczył próg swoich kątów, 
nawet  nie  zwrócił  uwagi  na  siedzącą  na  kanapie  Giulię  w  ramionach  Torresa,  ani  na 
nieprzytomnego Jose w czarnej folii, ani nawet na Javiera, który dopiero co wrócił z nocnych 
schadzek i miał nadzieję dowiedzieć się jak poszło z Cordobą. Felipe zignorował wszystko co 
mógł. Zdjął mokre ubrania, poczym nagi położył się pod cienką pościelą. Długo myślał nad 
tym  co  poszło  nie  tak.  Chciał  z  Carmen  zawrzeć  pokój.  Dziś.  Nie  miał  żadnych  złych 
zamiarów. To nie był jakiś podstęp. Po prostu lubił kiedy uśmiechała się do niego, a jej oczy 
powiększały się do granic możliwości, opętane… miłością? 

background image

Czuł,  ze coś stracił i  nie wiedział  jak to  odzyskać.  Zamknął oczy.  Leżał  tak może z 

kilka godzin. Javier i Nicolás zdążyli dawno pójść spać. Jednak nie on. Felipe nadal próbował 
wymyślić jakiś sensowny plan, który dałby mu szansę na wyjaśnienie Carmen, że w gruncie 
rzeczy nie jest taką ostatnią świnią za jakiego go uważała.  

 

 

 

Dziewczynę  obudził  wyjący,  jak  syrena  alarmowa,  budzik.  Nigdy  wcześniej    życiu 

głowa tak potwornie jej nie bolała. Jakby ktoś za nią stał z siekierą walił ją w środek czaszki 
uznając, że to piñata

3

 z cukierkami. Odruchowo obejrzała się za siebie, co wydało jej się po 

chwili, głupie.  

Z  marszu  postanowiła,  że  nigdy  nie  tknie  alkoholu  do  ust.  Nawet  piwa 

bezalkoholowego,  w  którym  jak  większość  informatyków  określa,  znak  modulo  (czyli 
procentu) jest tak czy siak. 

Po  chwili  wyczuła  pod  ręką  coś  miękkiego.  To  Devdas.  W  czasie  nocy  musiał  się 

wdrapać  na  łóżko.  Może  faktycznie  był  jeszcze  za  mały  aby  odrywać  go  od  matki.  Może 
potrzebował ciepła innego ciała? Leżał blisko jej piersi. 

Pogłaskała delikatnie pupilka. Tamten w podziękowaniu polizał ją w dłoń.  
- Giulia? – zapytała Cordoba, ale odpowiedziała jej tylko cisza. 
Spojrzała  na  miejsce,  gdzie  zazwyczaj  leżał  Napoleon.  Jego  też  nie  było.  Czyżby 

przyjaciółka odjechała bez pożegnania na Korsykę? W gruncie rzeczy przed nią długa podróż, 
ale nigdy nie znikała bez słowa. Carmen chciała jej tylko powiedzieć by nie myślała, że to co 
napisali w gazecie jest prawdą. 

Leniwie zwlokła się z łóżka. Wzięła na ręce Devdasa i poszła do salonu. Na kanapie 

siedziała Francisca pochłaniając kanapkę z serem. Gdy zobaczyła przyjaciółkę, uśmiechnęła 
się do niej delikatnie.  

Cordoba  przyłożyła  rękę  do  ściany,  wpisała  kod  na  klawiaturze,  usłyszała  lekkie 

piknięcie i mogła już wejść do ukrytej kuchni.  

Może kuchnia to za dużo powiedziane.  
Aneks kuchenny. Już lepiej. 
Carmen chwyciła karmę dla psów i nasypała trochę do niebieskiej, plastikowej miski. 

Postawiła Devdasa na podłodze, umyła ręce, chwyciła butelkę wody gazowanej i usiadła obok 
przyjaciółki. 

-  Mogę  przeczytać?  –  zapytała  uprzejmie  wskazując  na  Carpe  leżące  obok 

Miramontes. 

- Nie – odpowiedziała rzeczowo blondynka. – Jeszcze czytam. 
- Przecież leży obok ciebie. Nawet jej nie otworzyłaś – zauważyła błyskotliwie. 
- To moja gazeta – poinformowała Francisca. – Mogę robić co chcę. 
Cordoba westchnęła raczej w przypływie poirytowania niż bezsilności. 
- Idę kupić swoją. 

                                                           

3

 Piñata - to ludowy zwyczaj w krajach latynoskich osadzony w tradycji bożonarodzeniowej. Zabawa polega na 

strąceniu  specjalnie  przygotowanej  kuli  wypełnionej  przeważnie  słodyczami,  których  uczestnicy  starają  się 
zebrać jak najwięcej. 

background image

- Już nie ma – odparła blondynka popijając kanapki colą. 
Carmen  spojrzała  na  nią  z  ukosa.  Wyraźnie  coś  kombinowała  i  ciemnowłosej  ani 

trochę  się  to  nie  podobało.  Szybkim  zwinnym  ruchem,  zabrała  gazetę  przyjaciółki,  zanim 
tamta zdążyła cokolwiek zrobić. 

- Zostaw! – krzyknęła rozpaczliwie Miramontes. 
-  Spadaj  –  odpowiedziała  Carmen  wertując  kartki.  W  końcu  znalazła  oczekiwany 

artykuł.  Były  to  cztery  strony  dużego  formatu,  zapełnione  po  brzegi  zdjęciami  z  Wigilii. 
Torresowi przypięto łatę Wielkiego Nieobecnego (w gruncie rzeczy większość czasu spędził z 
Giulią w salonie), w przypadku Javiera podjęto się spekulacji ile mógł poderwać dziewczyn 
tamtego  dnia.  Jedną  kobietę  okrzyknięto  Najlepiej  Ubraną,  inną  jako  Największa 
Metamorfoza
. Obok kolejnego zdjęcia był biały dymek, a w środku  

 

Podczas  gdy  wszyscy  dobrze  się  bawili  Carmen  Cordoba  (17  lat), 
wyraźnie zapomniała o pewnych granicach.  

 
I to zdjęcie ukazujące ją całą przemoczoną, mówiącą coś z zamkniętymi oczami. Usta 

wykrzywiła  w  tak  nienaturalny  sposób,  że  gdyby  nie  zdjęcie  to  by  nie  uwierzyła,  że  tak 
potrafi. Spojrzała na suknię i gratulowała sobie wytrwałości w decyzji zakładając stanik, a nie 
tak  jak  jej  Giulia  radziła  zostawiła  go  w  spokoju.  Gdyby  nie  to,  Carmen  w  tym  momencie 
wisiałaby w rubryce coś w stylu obnażone biusty czy pokazały więcej. Wszystko zależało od 
kreatywności  dziennikarza.  Zazwyczaj  nie  grzeszyli  inteligencją,  więc  wielce 
prawdopodobne, że tytuł głosił by jakoś nasze cycoliny.  

Krytycznie spojrzała na zdjęcie, które optycznie ją pogrubiało i uznała, ze wyglądała 

jak  wariatka  lub  napalona  szesnastolatka  chcąca  zaimponować  rówieśnikom  czymś  co  w 
gruncie  rzeczy  jest  żałosne.  A  w  oddali  Felipe  z  zadowoloną  miną  przyglądał  się  całej 
sytuacji.  

Powiedzenie 

nie widziała dupa słońca

, w tym przypadku można  by było 

zamienić na 

nie widziała dupa wina

. Najwidoczniej to był kolejny pomysł, 

przebiegłego  Felipe  Cortésa  (17  lat),  którego,  tak  nawiasem  mówiąc,  
postaram się namówić do opowiedzenia tego, co wydarzyło się tamtego 
wieczoru. To wszystko w następnym numerze! 

 
- Awrr… nienawidzę kurwy! – warknęła Carmen. 
- Kogo? – zapytała Giulia, która w tym momencie weszła do salonu. Prawdopodobnie 

była u Torresa poinformować go, że tym razem święta spędzi na Korsyce, a nie w Madrycie 
jak to wstępnie było ustalone. 

- Anne Capoor – poinformowała Cordoba. – Zabiję dziwkę! – krzyknęła wymachując 

gazetą i wyszła z salonu. 

Rozległ  się  dźwięk  przychodzącej  wiadomości.  To  był  telefon  Carmen  leżący  na  jej 

łóżku w sypialni. Dostała krótką wiadomość tekstową od nieznanego autora. 

 

OD: Nieznany 
Karmelku, 

proszę 

cię, odezwij się. 

   

background image

To  nie  pierwszy  raz  kiedy  ktoś  napisał  jej  tego  typu  wiadomości.  Ostatnim  razem, 

przez  kilka  tygodni  zastanawiała  się  kto  jest  autorem.  Nadaremnie.  Nic  nie  udało  jej  się 
ustalić.  Żadna  osoba  w  Akademii,  nie  miała  tego  numeru  w  swojej  komórce.  Carmen 
sprawdzała osobiście! 

Tym razem nawet nie odczytała tekstu. Po powrocie od Capoor, u której pocałowała 

klamkę, była tak wściekła, że nawet nie zauważyła, że ktoś do niej napisał. 

- Popamięta mnie ta suka – warknęła nadal pobudzona krótką wzmianką w gazecie na 

jej temat. – I ten skurwysyn też – a tu miała na myśli Felipe.