background image

Michael Hesemann 

Pius XII 

wobec Hitlera 

Przełożył 

Ryszard Zajączkowski 

Wydawnictwo SALWATOR 

Kraków 

background image

Tytuł oryginału 

Der Papst, der Hitler trotzte. Die Wahrheit über Pius XII 

Redakcja 

Marta Stęplewska 

Korekta 

Joanna Waszkiewicz 

Redakcja techniczna 

i przygotowanie do druku 

Artur Falkowski 

Projekt okładki 

Artur Falkowski 

Imprimi potest 

ks. Piotr Filas SDS, prowincjał 

l.dz. 142/P/2010 

Kraków, 8 kwietnia 2010 

© 2008 by Sankt Ulrich Verlag  G m b H , Augsburg 

© for the Polish Edition 

2010 Wydawnictwo SALWATOR 

ISBN 978-83-7580-182-8 

Wydawnictwo SALWATOR 

ul. św. Jacka 16, 30-364 Kraków 

tel. (12) 260-60-80, faks (12) 269-17-32 

e-mail:

 wydawnictwo@salwator.com 

www.salwator.com 

WPROWADZENIE 

Gdy w dniu 9 października 1958 roku w Castel Gandolfo pod Rzy­
mem Pius XII zasnął na zawsze, cały świat był jednomyślny co do tego, 

że stracił wielkiego papieża. 

Półtora miliona ludzi towarzyszyło Ojcu Świętemu w ostatniej dro­

dze, kiedy jego zwłoki przenoszono z tradycyjnej letniej rezydencji 
papieży najpierw do Bazyliki na Lateranie, a następnie do Bazyliki 
św. Piotra. Niektórzy komentatorzy mieli wrażenie, że uczestniczą 

w triumfalnym pochodzie z czasów starożytności lub w uroczystościach 
pogrzebowych cezara. Podczas kolejnych dni, kiedy ciało wystawiono 

na widok publiczny w Bazylice św. Piotra na czarnym drewnianym 
katafalku, wierni cierpliwie stali godzinami w kolejce, aby pożegnać się 
z człowiekiem, którego mieszkańcy Rzymu czcili jako defensor civitatis, 

jako zbawcę i obrońcę ich miasta, zaś reszta ludzkości jako  p a p i e ż a 
p o k o j u lub  a n i e l s k i e g o  p a s t e r z a {pastor angelicus). Do­
piero po śmierci Jana Pawła II, niemal pół wieku później, przybyło do 

Rzymu więcej żałobników, ale przecież podróżowanie było już wtedy 
dużo łatwiejsze. 

Komentatorzy prasy światowej, a także składające kondolencje gło­

wy państw byli wyjątkowo jednomyślni w pochwałach dla osiągnięć 

Eugenia Pacellego. Według nich potrafił on stawić czoła systemom 
totalitarnym swoich czasów, komunizmowi oraz narodowemu socja­
lizmowi, uratował setki tysięcy ludzi przed nędzą i prześladowaniami 
oraz w decydujący sposób przyczynił się do zbudowania nowego poko­

jowego porządku w Europie i na świecie. 

- 5 -

background image

„Papież Pius XII uczynił więcej na rzecz pokoju na świecie niż ja­

kikolwiek inny przywódca", stwierdził przewodniczący Zgromadzenia 
O N Z Charles Malik. 

„Zawsze był zdeklarowanym wrogiem tyranii oraz przyjacielem 

i dobroczyńcą uciśnionych", wychwalał go prezydent Stanów Zjedno­
czonych Dwight D. Eisenhower. 

„Naród francuski zawsze będzie miał w pamięci przesłanie Piusa XII, 

którego szczerość wzbudziła podziw wszystkich, dążących do ideałów 
pokoju oraz sprawiedliwości", stwierdził prezydent Francji René Coty. 

„Śmierć Jego Świątobliwości poruszyła dusze wszystkich ludzi, 

niezależnie od tego, do jakiej kościelnej wspólnoty należą, mających 
świadomość religijnej, społeczno-charytatywnej, moralno-politycznej 
działalności tego czcigodnego człowieka. Dzięki zmysłowi zwróconemu 

wyłącznie na wzrost dobra w człowieku, dzięki nieustającemu poczu­
ciu obowiązku wobec wymagań, jakie stawiał przed nim jego wysoki 

urząd, dzięki cudownej mieszance przenikliwej mądrości i serdecznie 
prostodusznej dobroci wyrósł on ponad swoje pokolenie do rangi hi­

storycznego fenomenu o szczególnej godności", wychwalał go liberalny 
niemiecki prezydent Theodor Heuss. 

„Pius XII służył swoim życiem nie tylko Kościołowi, lecz również 

naszemu narodowi, również całej ludzkości, i nie powinniśmy o tym 

zapominać", chwalił go ewangelicki biskup Martin Niemòller, który 
swój opór przeciwko

 reżimowi narodowych socjalistów przypłacił po­

bytem w obozie koncentracyjnym. 

„Gdy nasz naród doznawał strasznego męczeństwa, głos Papieża 

podniósł się w obronie ofiar. Nasze czasy stały się bogatsze dzięki temu 
głosowi, mówiącemu donośnie o wielkich prawdach moralnych ponad 
zgiełkiem toczącego się konfliktu", stwierdziła minister spraw zagra­
nicznych Izraela i późniejsza premier Golda Meir. 

Wyłącznie kwestią czasu wydawało się ogłoszenie Piusa XII błogo­

sławionym, a następnie świętym, niektórzy komentatorzy już przyznali 
mu tytuł  W i e l k i . 

Jednak wszystko potoczyło się inaczej. 

- 6 -

Już sześć lat później miało się wrażenie, że świat zapomniał o całym 

dobru, jakiego dokonał ten papież. O Piusie  W i e l k i m ,  a n i e l s k i m 
p a s t e r z u i  p a p i e ż u  p o k o j u nikt nie chciał słyszeć. Stał się on 

n a m i e s t n i k i e m — papieżem, który milczał w obliczu mordu do­
konanego przez narodowych socjalistów. 

To sztuka teatralna dokonała zwrotu w historii. Co ciekawe, Rolf 

Hochhuth, autor sztuki Namiestnik {Stellvertreter), której prapremiera 
odbyła się 20 lutego 1963 roku w lewicowym teatrze Freie Volksbühne 

w Berlinie, był wcześniej całkowicie nieznany. Były członek Hitlerju­

gend po wojnie pracował najpierw jako księgarz, następnie jako lektor 
w wydawnictwie Bertelsmann, a w roku 1959 na trzy miesiące wyjechał 
do Rzymu. Tam, jak później twierdził, rozmawiał ze świadkami, któ­
rych informacje wykorzystał przy pisaniu dramatu. 

Dzisiaj wiemy, kim byli ci informatorzy. Jednym z nich był niemiec­

ki duchowny, pracujący w watykańskim Sekretariacie Stanu, Bruno 
Wüstenberg, który pragnął się zemścić, ponieważ Pius XII nigdy nie 
awansował go ze względu na jego świecki tryb życia. Kolejny, biskup 
Alois Hudal, nazywany  b r u n a t n y m  b i s k u p e m , musiał w roku 

1952 na polecenie papieża ustąpić ze stanowiska rektora kolegium 

kapłańskiego Santa Maria deH'Anima, ponieważ utrzymywał kontakty 
z byłymi nazistami i wielu z nich pomógł uciec do Ameryki Połud­
niowej. 

Postać Piusa XII, którą Hochhuth wprowadził na scenę, jest znie­

kształconym obrazem, karykaturą: zimny, świętoszkowaty biurokrata, 
którego bardziej interesują pakiety akcji Watykanu niż śmierć milio­
nów Żydów i który nie chce szorstko potraktować Hitlera, ponieważ 
potrzebuje go w charakterze wału ochronnego przed bolszewizmem. 
Przypisywane mu atrybuty, takie jak „uśmiechająca się, arystokratycz­
na oziębłość", „ukryty za złotymi oprawkami okularów lodowaty żar 

jego oczu", „chłód i surowość jego twarzy... niemal osiągnęły punkt 
zamarznięcia", pozbawiają Hochhuthowskiego papieża wszelkich cech 

ludzkich. Jednak bohater sztuki, jezuita Riccardo, przyszywa sobie 
do stroju gwiazdę Dawida i daje się wywieźć do Auschwitz, aby tam 

- 7 -

background image

dokonać aktu męczeństwa, nie omieszkawszy przedtem stwierdzić — są 
to kluczowe słowa dramatu: „Namiestnik Chrystusa, który wie o tym, 
a jednak milczy... taki papież... jest zbrodniarzem". 

Nie był to nawet szczególnie dobry dramat. Erwin Piscator z teatru 

Freie Volksbühne, zagorzały komunista i mentor Hochhutha, musiał 
najpierw dokonać radykalnych skrótów, zanim można było wystawić 
sztukę na scenie. W oryginale trwałaby ona bowiem osiem godzin 
i dlatego zupełnie nie nadawała się do teatru. Również kolejne dzieła 
Hochhutha uważane są za słabe, ale stanowią doskonałe źródło skan­
dali. Jego dramat o Churchillu doprowadził do zakazu jego publikacji 
w Anglii oraz do licznych procesów. Zarzuty autora wobec byłego 
premiera Badenii-Wirtembergii Hansa Filbingera okazały się fałszywe 
i częściowo zmyślone. Po upadku muru berlińskiego wyszło na jaw, że 
Hochhuth korzystał ze źródeł lansowanych przez wschodnioniemieckie 
Stasi. Jego stwierdzenie, jakoby Alfred Herrhausen miał zostać zamor­
dowany nie przez RAF, lecz przez Amerykanów, jest niemal absurdalne. 
Ostatnia sztuka teatralna Hochhutha, Heil Hitler, była tak słaba, że 
wystawiono ją tylko raz. Jego lewicowych zwolenników zaszokowała 
z kolei wiadomość o zażyłej przyjaźni z brytyjskim rewizjonistą holo­
caustu Davidem Irvingiem; w rezultacie Hochhuth przeprosił za to, 
twierdząc, jakoby nic nie wiedział o prawicowych poglądach Irvinga, 
i nadal odważnie prowadził nagonkę na Piusa XII. Kiedy w roku 2006 
wyszło na jaw, że za sztuką Hochhutha stała kampania dezinformacyjna 
prowadzona przez sowieckie tajne służby KGB, autor nawet nie podjął 
żadnych wysiłków w celu odparcia zarzutów. Zamiast tego, w jednym 
z wywiadów udzielonych tygodnikowi „Der Spiegel", określił papieża 
Pacellego jako „człowieka złego z natury", a nawet jako „satanistycz­
nego tchórza". Rok wcześniej osobiście promował w operze mydlanej 
RTL Gute Zeiten, schlechte Zeiten (Dobre czasy, złe czasy) swoją nową 
sztukę Familienbande [Więzi rodzinne), która pomimo tego nie od­
niosła sukcesu. I tak nawet nieszkodliwa encyklopedia internetowa 

wikipedia.de

 lakonicznie stwierdza: „Krytycy zarzucają Hochhuthowi, 

że spadek zainteresowania publiczności dla jego twórczości dramatycz-

- 8 -

nej kompensuje sobie przez wykorzystywanie skutecznych efektów 
skandalu". Paul Spiegel, nieżyjący przewodniczący Centralnej Rady 
Żydów w Niemczech, nazwał go w dużo bardziej bezpośredni sposób 
„intelektualnym podpalaczem". A jednak skandalizującemu drama-
topisarzowi Hochhuthowi udało się radykalnie zmienić obraz Piusa 

w oczach niemieckiej i międzynarodowej opinii publicznej. Bądź co 

bądź były członek Hitlerjugend dostarczył doskonałego alibi, moralne­
go rozgrzeszenia dla pokolenia zwolenników nazizmu. Odtąd mogło 
ono zasłaniać się tym, że nawet papież, najwyższy moralny autorytet 
na świecie, pozostał bierny - podobnie jak oni sami - w obliczu terroru 
nazistów. 

Możliwe, że na tym by się skończyło, gdyby brytyjski dziennikarz 

John Cornwell w roku 1999 nie dodał do starych zarzutów kilku no­

wych. W swojej biografii Piusa, która w oryginale nosi równie drapież­
ny, co perfidny tytuł Hitlers Pope (Papież Plitlera), ukazuje on Pacellego 

jako notorycznego antysemitę, który w walce przeciwko znienawidzo­

nemu bolszewizmowi postawił na nazistów. W roku 2002 lewicowy 
reżyser pochodzenia grecko-francuskiego Constantin Costa-Gavras 

wykorzystał materiał Namiestnika w swoim filmie Amen, który jednak 

nie zyskał uznania w oczach krytyków. Rok później Amerykanin Da­
niel Jonah Goldhagen w książce Kościół katolicki a Holocaust ogłosił 
rzekomy antysemityzm Kościoła główną przyczyną ludobójstwa. Rów­
nież on wykorzystał debatę wokół Piusa XII jako punkt zaczepienia 

dla własnych tez. Wreszcie w roku 2007 doszło do sensacji, kiedy to 
papieski nuncjusz w Izraelu, arcybiskup Antonio Franco, odmówił 
złożenia wizyty w miejscu pamięci ofiar holocaustu Yad Vashem. Na 
tablicy umieszczonej obok zdjęcia papieża napisano bowiem, że Pacelli 
milczał w obliczu zbrodni nazistowskich, aby móc zachować neutral­
ność w czasie wojny. 

Jednak wbrew tej międzynarodowej kampanii zniesławienia w Wa­

tykanie ze stoickim spokojem trwają przygotowania do ogłoszenia Piu­
sa XII błogosławionym, o co zabiegał Jan Paweł II. Uroczyście otwarty 

w roku 1965 przez Pawła VI (i to jakby na przekór Hochhuthowi 

- 9 -

background image

w dwa lata po premierze jego dramatu) proces ten powoli zbliża się 

ku końcowi. Sześciotomowe Positio, dokumentacja życia Piusa XII 
oraz uzasadnienie jego „wyniesienia na ołtarze", obejmuje 3500 stron, 
opierając się na setkach dokumentów oraz wywiadów z naocznymi 
świadkami, częściowo z najbliższego otoczenia Pacellego. Powstało 
ono wprawdzie we współpracy z historykami z całego świata, jednak 
w pierwszym rzędzie stanowi dzieło pewnego Niemca. Ojciec dr Peter 

Gumpel SJ wykładał dogmatykę i historię na słynnym uniwersytecie 
Gregorianum, zanim całkowicie poświęcił się swojemu ostatniemu 
wielkiemu zadaniu. Ten drobnej budowy, kościsty i prosty jak świeca 
zakonnik, mówiący łagodnym głosem, jest arystokratą w każdym calu. 

Patrząc na niego, trudno sobie wyobrazić, że skończył już 84 lata; zbyt 
dużo blasku jest w jego ciepłych, przenikliwych niebieskich oczach 
pod wysokim czołem oraz gęstymi, siwymi brwiami. Kiedy wyjechał 
do Rzymu, zmienił nazwisko, aby definitywnie skończyć ze swoim do­

tychczasowym życiem osoby politycznie prześladowanej. Wychowywał 
się w Berlinie i Hanowerze. Jego dziadek zginął z rąk nazistów, matka 
przebywała jakiś czas w areszcie, jego samego zaś rodzina wysłała naj­
pierw do Francji, a następnie do Holandii, obawiając się, że wkrótce 
może nadejść jego kolej, by znaleźć się na „czarnej liście". Tym więcej 
goryczy można wyczuć w jego głosie, kiedy opowiada, jak amerykań­
scy przeciwnicy Piusa wymyślali mu, nazywając „nazistą" oraz „byłym 
członkiem Hitlerjugend". Zupełnie jak gdyby wszyscy Niemcy, niejako 
automatycznie, musieli być narodowymi socjalistami. Może właśnie 
z tego powodu przyjął funkcję rektora (sędziego śledczego) w procesie 
beatyfikacyjnym, ponieważ doskonale rozumie, co znaczy doświadczyć 

niesprawiedliwości. 

Sześciotomowe Positio było w pierwszej kolejności przedmiotem 

badań historyków, następnie komisji złożonej z teologów, a wreszcie, 
w trzeciej i ostatniej instancji, kardynałów i biskupów zasiadających 
w gremium Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. W dniu 8 maja 2007 

roku jednogłośnie uchwalili oni dekret potwierdzający  h e r o i c z n e 
c n o t y wojennego papieża. Aktualnie na dokumencie brakuje wyłącz-

-  1 0 -

nie podpisu obecnego Ojca Świętego, by Pius XII mógł zostać ogłoszo­
ny błogosławionym. 

Jednakże Benedykt XVI wciąż zwleka. A przecież już dawno kar­

ta odwróciła się ponownie na korzyść papieża Pacellego, od czasów 

Jana Pawła II, który w 2003 roku w odpowiedzi na falę krytyki wo­

bec planowanej beatyfikacji nakazał udostępnić historykom archiwa 

Watykanu. Od tej chwili eksperci mają nieograniczony dostęp do 
wszystkich akt dotyczących Niemiec z okresu między 12 lutego 1922 
roku a 10 lutego 1939 roku. Dotyczy to zarówno centralnego Tajnego 
Archiwum Papieskiego, jak i archiwów watykańskiego Sekretariatu Sta­
nu oraz Kongregacji Nauki Wiary. Historycy z Uniwersytetu w Mun­
ster znaleźli się wśród pierwszych naukowców, którym zezwolono na 
przejrzenie i wykorzystanie tego obszernego materiału. Pół roku później 

prof, dr Thomas Brechenmacher zmuszony był przyznać, że „tezy wiel­
kich upraszczaczy", jak nazywa Hochhutha, Cornwella i Goldhagena, 
mówiące o winie milczenia czy nawet o szatańskim pakcie z Hitlerem, 
można „odeprzeć z jeszcze większym przekonaniem niż dotychczas". 
Fakty wskazują na coś przeciwnego: „lodowaty dystans" Watykanu 

wobec brunatnego reżimu był niemalże jaskrawy. 

Jednakże było coś jeszcze, co potwierdzał wgląd w materiał zgro­

madzony w aktach: Cornwell i Goldhagen dopuścili się bezwstydnej 
manipulacji i selekcji danych bez skrupułów, kiedy chodziło o to, by 

poprzeć własne tezy. Wszystkie „wskazówki" mówiące o domniema­
nym antysemityzmie Pacellego opierały się wyłącznie na nieprawidło­

wych przekładach. Istotny, uwalniający od zarzutów materiał, który 

jednoznacznie odparłby ich tezy, został bezceremonialnie zatajony. 

Wiedza ta, ale również odkrycia związane z kulisami powstania Na­

miestnika

 jako operacji propagandowej KGB, zmuszają coraz większą 

liczbę historyków do zrewidowania poglądów na temat Piusa. Nawet 
ktoś tak znaczący jak rabin David Dalin, praktykujący Żyd, wykłada­

jący na Uniwersytecie Naples na Florydzie historię i nauki polityczne, 

żądał nadania Piusowi XII tytułu Sprawiedliwego wśród Narodów 
Świata, czyli przyjaciela i wybawcy narodu żydowskiego. 

- 11 -

background image

Ten całkowicie nowy, opierający się na faktach, nie zaś na żądnych 

sensacji sztukach teatralnych, obraz Piusa XII jest tematem niniejszej 
książki. Podczas mojej pracy historyka nieustannie natykałem się na 

postać papieża Pacellego, na przykład pisząc o tajemnicy fatimskiej oraz 
odkryciu grobu św. Piotra pod Bazyliką św. Piotra, gdy starałem się zgłę­
bić tajniki antychrześcijańskiej religii Hitlera, lub też w swojej książce 
Die Dunkelmänner (Obskuranci),

 kiedy zajmowałem się  m r o c z n y m i 

l e g e n d a m i związanymi z historią Kościoła. Wrażenie, jakie odnio­
słem na temat Piusa XII w trakcie moich poszukiwań, wyraźnie róż­

niło się od karykatur stworzonych przez Hochhutha, Cornwella czy 
Goldhagena. A zatem również moim życzeniem było przyczynić się do 
tego, by ten wielki papież wreszcie doczekał się sprawiedliwej oceny. 

Pragnę podziękować wszystkim, którzy otworzyli mi drzwi archi­

wów, a szczególnie ojcu Peterowi Gumpelowi SJ, który umożliwił mi 
wgląd w liczne dokumenty i przedstawił istotne aspekty pontyfikatu 

Piusa XII. Kiedy piszę te słowa, w Rzymie trwają przygotowania do 
wielkiej wystawy oraz dwóch naukowych sympozjów na uniwersytecie 
Gregorianum oraz na uniwersytecie Laterańskim z okazji 50. roczni­
cy śmierci papieża Pacellego. W dniu 18 czerwca 2008 roku Bene­

dykt XVI przyjął na audiencji grupę Żydów, którzy przeżyli holocaust 
i zostali uratowani przed nazistami dzięki bezpośredniej interwencji 
Kościoła. Żydowska fundacja w USA pracuje w tej chwili nad tym, 
by w pierwszym rzędzie jak najpełniej udokumentować rozmiary pa­
pieskiej pomocy. W tym samym czasie setki historyków i dziennikarzy 
w założonym przez siebie Komitecie Obrony Piusa XII (comitatopa-

pappacelli@gmail.com

) żądają rehabilitacji „jednego z największych pa­

pieży w historii". I tylko kwestią czasu jest, kiedy kolejna  m r o c z n a 
l e g e n d a będzie musiała skapitulować przed prawdą historyczną. 

Bowiem Pius XII nie był w żadnym razie, jak twierdzi Cornwell, 

„papieżem, który milczał", a w jeszcze mniejszym stopniu  p a p i e ­
ż e m H i 11 e r a. Był on papieżem, który sprzeciwił się Hitlerowi. Był 
światłem, które nie zgasło, choć Europę ogarnął nieznany dotychczas 

mrok. 

BURZA NA HORYZONCIE 

Burza słów przetoczyła się nad Monachium. 

Coraz bliższe stawało się to, co w pierwszej chwili brzmiało jak 

uderzenie gromu, potem zaś jak krzyki i wrzaski szaleńca. Wysoki nun­

cjusz, którego limuzyna jechała przez pogrążające się w wieczornym 
mroku miasto, ze zdumieniem patrzył na ozdobione flagami zgroma­
dzenie, z którego wnętrza zdawał się dochodzić hałas. „To on, Hitler, 

ekscelencjo", pospieszył zaraz z wyjaśnieniami jego bawarski kierowca. 
Szczupły watykański dyplomata z odrazą zarejestrował demoniczny 
zgiełk, by ponownie skryć za okładką brewiarza swoje ogromne oczy 
otoczone okrągłymi oprawkami okularów. 

Możliwe, że skończyło się na tym jednym pobieżnym spotkaniu ze 

złem. Ale istnieje też ewentualność, że tego rzymianina wkrótce zaczę­

ła męczyć ciekawość, pragnienie spojrzenia w twarz ucieleśnionemu 
złu. W każdym razie Konstanty książę Bawarii, jeden z najlepszych 
znawców tego okresu, cytując akta policji monachijskiej, stwierdza: 
„Członkowie NSDAP zgodnie zeznają, że nuncjusz Pacelli dwu- lub 
trzykrotnie uczestniczył w zgromadzeniach NSDAP, aby uzyskać oso­
bisty pogląd na temat partii pana Hitlera. Na podstawie akt można 

potwierdzić udział w zgromadzeniu NSDAP w roku 1922". 

Pewne jest jedno: nigdy nie byli tak blisko siebie jak podczas tych 

dni w Monachium, kiedy wzrost pozycji Adolfa Hitlera był podejrzli­

wie obserwowany przez człowieka, który przeczuwał, jak się to wszystko 

- 1 3 -

background image

skończy: przez papieskiego nuncjusza Eugenia Pacellego, późniejszego 

papieża Piusa XII. 

Do tego czasu Pacelli, inaczej niż Hitler, zdążył udowodnić, co 

potrafi. Cieszył się zaufaniem papieża, został niezwykle pieczołowicie 
wybrany i przygotowany do trudnej misji, jaka czekała go w Bawarii. 

Służbę na rzecz Stolicy Apostolskiej miał niejako we krwi. Od 

trzech pokoleń rodzina Pacellich zaliczała się do tak zwanej  c z a r n e j 
szlachty, czyli włoskich rodzin tradycyjnie znajdujących się na służbie 

Kościoła. Jego dziadek, Marcantonio Pacelli (1804-1890), pochodził 

z liczącego ledwie tysiąc dusz miasteczka Onano w pobliżu Viterbo. 
Ta miejscowość leżąca na granicy pomiędzy Lacjum a Toskanią jest 

często omijana, jednakże całkowicie niezasłużenie. Jej korzenie sięgają 

aż epoki Etrusków. To tutaj miały miejsce zaciekłe konflikty, najpierw 
między gwelfami i gibelinami, a następnie wielkimi rodami szlachec­
kimi Monaldeschi, Sforza i Farnese. Nad miasteczkiem góruje potężny 
zamek książąt Onano, obecnie pełniący funkcję ratusza. W XIX wieku 
jedno z jego skrzydeł należało do rodziny Pacellich, która wywiodła 

swoje nazwisko od włoskiego słowa pace oznaczającego p o k ó j i dlatego 

ma w herbie gołębia pokoju. Już podczas chrztu okazało się, że Mar­
cantonio przeznaczony był do wyższych celów. Jego imię, nadane na 

pamiątkę mściciela Cezara, Marka Antoniusza, było zgodnie z tradycją 
zarezerwowane wyłącznie dla rzymskich patrycjuszy. Już wkrótce miał 
on spełnić wiązane z nim oczekiwania. W roku 1819 wuj ze strony 
matki, późniejszy kardynał Caterini, sprowadził go do Rzymu, gdzie 
chłopiec zaczął studiować prawo kanoniczne. W roku 1824 ukończył 
studia z wyróżnieniem, dziesięć lat później był adwokatem w Sacra 

Rota, papieskim trybunale. Podczas gdy obecnie Rota prowadzi niemal 

wyłącznie sprawy rozwodowe, w tamtych czasach była ona najwyższym 

trybunałem apelacyjnym państwa kościelnego, które na północy grani­
czyło z Veneto, a na południu z Kampanią i tym samym obejmowało 

niemal całe środkowe Włochy. Jednak zbliżał się okres burzy. 

W roku 1846 na tron Piotrowy wstąpił syn hrabiowskiego rodu, 

Giovanni Maria Mastai Ferretti, przyjmując imię Pius IX. Jego ponty-

- 1 4 -

fikat przypadł na czas walki o niepodległość Włoch, którą początkowo 
akceptował, jednak z upływem czasu traktował coraz bardziej krytycz­
nie. Kiedy w należącej wówczas do Austrii Lombardii wybuchła rewo­

lucja, ogłosił neutralność, by uniknąć konieczności przeciwstawienia się 
katolickiemu narodowi. Od tej pory przez włoskich rewolucjonistów 

walczących o niepodległość uważany był za zdrajcę. Kiedy doszło do 
powstania w samym Rzymie, papież musiał uciekać w przebraniu zwy­
kłego księdza. Jego celem była Gaeta na granicy z królestwem Neapolu. 
W skład niewielkiego orszaku wchodził adwokat Sacra Rota, Marcan­
tonio Pacelli. Król Neapolu Ferdynand przyjął uciekinierów z otwar­
tymi ramionami. W tym samym czasie w Rzymie letnia rezydencja 

papieży, Kwirynał, została splądrowana i proklamowano republikę. 

Pius IX stał się od tej pory człowiekiem głęboko rozczarowanym, 

nieufnym. Jego zdaniem ruch republikański ukazał swoje prawdziwe, 
antychrześcijańskie oblicze. Przyjął zatem pomoc Francji, która na 
Kongresie Wiedeńskim pragnęła przywrócić dawny porządek. Kiedy 

po trwających całe miesiące walkach oddziały przywódcy republikanów 
Giuseppe Garibaldiego zostały wreszcie pokonane, armia pod wo­
dzą Ludwika Napoleona (Napoleona III) przywróciła władzę papieską 

w Rzymie. Jednak w zamian za to trzeba było zrezygnować z większej 
części włości państwa kościelnego, Romanii, Marche i Umbrii. Pius IX 
mógł wrócić do Wiecznego Miasta i obrał wówczas konserwatywny, 
antyliberalny kurs. 

Ponoć decydującą rolę odegrał w tym Marcantonio Pacelli. Uhono­

rowany przez papieża za swe zasługi tytułem margrabiego Aquapenden-
te i Sant Angelo in Vado, był on członkiem dziesięcioosobowej komisji, 

której zadaniem było ściganie rebeliantów. Nawet przeciwnicy Pacelle­

go zaświadczali o jego wyjątkowo właściwym postępowaniu, wolnym 
od wszelkiej chęci zemsty. Wreszcie w roku 1852 na wniosek kardynała 

Antonellego został mianowany sekretarzem papieskiego ministra spraw 
wewnętrznych. 

W pełnych napięć czasach, które zaraz potem nadeszły, to właś­

nie Pacelli wpadł na pomysł, w jaki sposób można przeciwstawić się 

- 1 5 -

background image

republikańskiej propagandzie. I tak w roku 1860 stworzył dziennik, 
który nazwał „Przyjaciel Prawdy". Kilka tygodni później markiz Augu­
sto Baviera, znajomy papieża, przekonał go do zmiany nazwy gazety na 

«L'Osservatore Romano" („Rzymski Obserwator"). Pierwsze wydanie, 
które ukazało się w dniu 1 lipca 1861 roku, otrzymało wybrany przez 
Pacellego podtytuł Dziennik polityczno-moralny, który wkrótce został 
zastąpiony przez do dziś jeszcze używany Unicuique suum - non prae-

valebunt

 (Każdemu to, co mu należne - one go nie przemogą; patrz 

Mt 16,18). I tak oto dziadek Piusa XII miał wejść do historii jako za­
łożyciel dziennika watykańskiego, ukazującego się dzisiaj w dziesięciu 
językach jako oficjalny organ rzymskiej Kurii. 

W tym samym, czyli w 1861 roku Wiktor Emanuel II ogłosił się 

królem Włoch. Premier jego rządu, hrabia Cavour, próbował zmusić 
papieża do uznania nowego państwa i rezygnacji z Rzymu; w zamian 
za to zapewnił, że jego suwerenność zostanie uznana, oraz obiecał licz­

ne przywileje. Pius IX odrzucił tę propozycję. Nie mógł i nie chciał 
uzależnić się od władzy, która zachowała się wobec niego tak wrogo. 

Kiedy w roku 1870 doszło do wybuchu wojny niemiecko-francuskiej 
i Francja została zmuszona do wycofania swoich wojsk z Włoch, Rzym 
zaatakowali Piemontczycy i po krótkim ostrzale udało im się zdobyć 
Wieczne Miasto. Protest papieża pozostał bez echa, zignorowano rów­

nież groźbę ekskomuniki wszystkich, którzy brali udział w zdobyciu 
miasta. W czerwcu 1871 roku Rzym ogłoszono nową stolicą Królestwa 
Włoch, zaś pałac papieski na Kwirynale stał się odtąd królewską rezy­
dencją. Tym samym dobiegł końca trwający jedenaście stuleci rozdział 
historii Kościoła, okres papieży-królów, ziemskiej władzy następców 
św. Piotra. Pius IX zaszył się w swojej otoczonej grubymi murami re­
zydencji położonej obok Bazyliki św. Piotra i nazwał siebie „więźniem 
Watykanu". Nie chciał również przyjąć odszkodowania proponowa­

nego przez włoski rząd; wystarczały mu dary miłości składane przez 

wiernych. 

Wtedy postanowił uczynić z trudnego położenia cnotę. Ponieważ 

Kościół (a wraz z nim papiestwo) w wyniku procesu sekularyzacji utra-

-  1 6 -

cił swoje ziemskie dobra nie tylko we Włoszech, ale również w całej 
Europie, należało teraz zjednoczyć jego duchowe siły, wewnętrznie go 
umocnić. 

Najpierw papież oddał go zatem pod opiekę Maryi. Jeszcze podczas 

pobytu w Gaecie, w roku 1849, w okólniku skierowanym do bisku­
pów Kościoła na świecie zaproponował ogłoszenie nowego dogmatu 
maryjnego - co spotkało się z pełnym zachwytu przyjęciem ogromnej 

większości adresatów. I tak 8 grudnia 1854 roku, w obecności dwustu 
biskupów, uroczyście ogłoszono dogmat o Niepokalanym Poczęciu 
Maryi: Matka Boża została poczęta i urodzona przez swą matkę jako 

wolna od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego. Kiedy w roku 1858 

Maryja ukazała się we francuskim Lourdes wiejskiej dziewczynce Ber­
nadetcie Soubirous i zapytana o swoje imię odpowiedziała: „Jestem 
Niepokalane Poczęcie", słowa te zostały potraktowane przez ogół jako 
„niebiańskie potwierdzenie" nowego dogmatu. 

W roku 1864 Pius IX opublikował bodaj najbardziej kontrower­

syjny dokument swojego pontyfikatu, Syllabus błędów, czyli katalog 
poglądów i opinii, które jego zdaniem były sprzeczne z nauką Kościoła. 

Jego celem było wewnętrzne odgrodzenie się od wszelkich przejawów 

politycznego totalitaryzmu oraz duchowego nihilizmu, od komunizmu 
i nacjonalizmu, co w XX wieku wydawało się tym bardziej aktualne... 

W tym samym roku Pius IX planował również zwołanie soboru, 

który miał wyznaczyć drogę Kościołowi w zbliżającym się XX stuleciu, 

jednak stał się największą próbą rozłamu Kościoła w XIX wieku. Jego 

najważniejszym i najbardziej kontrowersyjnym rezultatem było zdefi­
niowanie dogmatu o nieomylności papieża: w rzadkich przypadkach, 

kiedy papież przemawia ex cathedra, a jego decyzja dotyczy kwestii 
wiary, powinna być ona niepodważalna. 

Sobór zakończył się kompletnym chaosem, bowiem doszło do wy­

buchu wojny między Niemcami a Francją, z powodu której wielu 
biskupów pospiesznie wyjechało. 

Najwyraźniej Marcantonio Pacelli cieszył się doskonałą opinią rów­

nież wśród swoich przeciwników, skoro w roku 1870 został zaproszony 

-  1 7 -

background image

do zasiadania w Radzie Państwa nowej włoskiej monarchii. Podzię­
kował i propozycję odrzucił, wolał bowiem nadal służyć „swojemu" 
papieżowi na wygnaniu za murami Watykanu. 

W tym czasie był już ojcem dziesięciorga dzieci. Drugi z jego sied­

miu synów, Filippo, urodził się w roku 1837, kiedy Rzym nawiedziła 
epidemia cholery. Tak wczesne spotkanie z widmem śmierci naznaczyło 

jego późniejszą pobożność. Jako młody człowiek z ogromnym zapa­
łem rozprowadzał broszury Prawd wiecznych autorstwa św. Alfonsa 

Liguoriego, których rdzeniem jest konfrontacja ze śmiercią. To właśnie 
z inicjatywy świętego powróciła na cmentarze Rzymu doroczna proce­
sja pokutna, w której przez całe życie uczestniczył. 

Podobnie jak ojciec, również Filippo Pacelli studiował prawo ka­

noniczne i został adwokatem Sacra Rota. W roku 1896 awansował 
na stanowisko adwokata w konsystorzu, przez jakiś czas był nawet 

jego dziekanem. W roku 1903 Pius X mianował go świeckim doradcą 
prawnym kongregacji kardynałów Bazyliki św. Piotra, trzy lata później 

powołał do komisji zajmującej się kodyfikacją prawa kanonicznego. 
Dodatkowo Filippo Pacelli działał też jako radny miejski z ramienia 
katolickiej partii Unione Romana, która uchodziła za „polityczną gar­
dę Watykanu". Fotografie ukazują go jako obwieszonego orderami 
dżentelmena z imponującymi wąsiskami. W roku 1871, w wieku 34 
lat, ożenił się z młodą, liczącą wtedy 27 lat rzymską szlachcianką Vir­
ginia Graziosi, piękną jak madonna kobietą o łagodnym usposobieniu 
i ogromnych, ciepłych, wyrażających oddanie oczach. Również ona 
pochodziła z rodziny o surowych zasadach wiary. Z jej liczącego dwa­
naścioro dzieci rodzeństwa dwaj bracia zostali księżmi, zaś dwie siostry 

wstąpiły do klasztoru. 

Młoda rodzina żyła skromnie. Podczas gdy prawnicy znajdujący 

się na służbie państwowej zarówno niegdyś jak i dziś zarabiają całkiem 
nieźle, Watykan płacił swoim współpracownikom raczej umiarkowanie, 
co do tej pory się nie zmieniło. I tak młoda para dzieliła z ojcem Mar-
cantoniem wynajmowane mieszkanie na trzecim piętrze historycznego 
Palazzo Pediconi na via degli Orsini 34 (wtedy via di Monte Giordano) 

-  1 8 -

w dzielnicy Ponte. Tam też, jako trzecie z czwórki dzieci (obok Giu-
seppiny, ur. 1872, Francesca, ur. 1874 i Elisabetty, ur. 1880), w dniu 

2 marca 1876 roku przyszedł na świat Eugenio Pacelli. Jego droga była 
niejako z góry przesądzona. Ponte stanowi zachodnią część Centro stori-
co,

 czyli rzymskiego starego miasta. Tutaj Tyber tworzy zakole, po jego 

drugiej stronie leży Watykan. Tę malowniczą dzielnicę przecina via dei 
Coronai, stara trasa pielgrzymek do Bazyliki św. Piotra, dzisiaj znana ze 
swoich sklepów z antykami. Kończy się ona mostem św. Anioła, bodaj 
najpiękniejszym mostem świata, wzniesionym niegdyś przez cesarza 
Hadriana, a ozdobionym następnie przez Berniniego wykonanymi 

w stylu barokowym wspaniałymi posągami dziesięciu aniołów trzyma­
jących w rękach atrybuty męki Chrystusa. Na drugim brzegu Tybru 
wznosi się Zamek św. Anioła, tradycyjne miejsce ucieczki papieży, 
z górującym nad nim posągiem Archanioła Michała, który jak głosi 
legenda, chronił Rzym przed zarazą. Aż do początku XX wieku była to 

jedyna droga prowadząca do Watykanu. W dwie minuty można było 

dojść z Palazzo Pacellich do mostu św. Anioła, w dziesięć minut na plac 
św. Piotra. Wydaje się, że kopuły wzniesione przez Michała Anioła oraz 
posąg Archanioła czuwały nad dzieciństwem małego Eugenia i nadały 
kierunek jego życiu. 

background image

II 

DECYDUJĄCE LATA 

sobotni ranek, 4 marca 1976 roku, który jak na rzymskie warunki 

był niemal przeraźliwie zimny, Palazzo Pediconi opuściła niewielka pro­

cesja. Na przedzie kroczył dumny ojciec, Filippo Pacelli, papieski ad­
wokat. Z okazji uroczystości założył swój najlepszy, czarny surdut oraz 
cylinder, przypiął ordery, zaś sztywny kołnierz koszuli zapiął jeszcze 
mocniej niż zwykle. Próbował starannie ukryć zdenerwowanie, jednak 

zdradzało go to, że mimowolnie chwytał za końce ogromnych wąsisk, 
by następnie władczym gestem podkręcić je ku górze. Za nim kroczyła 
niosąca nowo narodzonego chłopca niania, tęga, krzepka rzymianka 
o wielkiej dobroduszności. Wśród jej bujnych kształtów maleństwo 
trudno było niemal dostrzec. Dziecko ubrane zostało w najkosztow­

niejszy becik należący do rodziny, uszyty z białej koronki, ozdobiony 

złotymi galonami, na który narzucono szeroką mantylkę. 

Za nim dreptała dwójka rodzeństwa, mały Francesco trzymał za rękę 

swoją prawie czteroletnią siostrę. Następnie szła dalsza rodzina, prowa­
dzona przez dziadka Marcantonia, wzbudzającą ogromny respekt po­

stać w cylindrze na głowie, trzymającą w dłoni laskę z masywną rączką, 
z piersią strojną w papieskie ordery. Ta niewielka procesja była również 
swego rodzaju demonstracją. Rodzina nie była wprawdzie bogata, ale 
dostojna i wierna Kościołowi - o czym należało przypomnieć liberal­
nym sąsiadom. Zdążała ona do niewielkiego barokowego kościółka 

SS. Celso e Giuliano przy via di Banco S. Spirito, oddalonego tylko kil­
kadziesiąt metrów od mostu św. Anioła, wybudowanego niegdyś przez 

- 2 0 -

papieża Klemensa XII. To tutaj nowo narodzony chłopiec miał zo­
stać ochrzczony przez swojego wuja, księdza Don Giuseppe Pacellego, 
imionami Eugenio Maria Giuseppe Giovanni. Rodzicami chrzestnymi 
byli Filippo Graziosi, brat jego matki, oraz ciotka Teresa Pacelli. Tylko 
matka chłopca była jeszcze zbyt słaba, by wziąć udział w uroczystości 
chrztu. Lekarz rodziny poradził jej, by o siebie dbała. Zatem tylko na 
krótką chwilę ukazała się w oknie ich mieszkania, z uderzająco bladą 

twarzą w obramowaniu ciemnych loków oraz kryzy sięgającej wysoko 
bluzki. Kiedy uśmiechnęła się do Don Filippa, ten pełnym respektu 
gestem uchylił kapelusza. Jednak po chrzcie nie potrafiła odmówić so­
bie przyjemności, by osobiście powitać gości i poczęstować ich likierem 
oraz domowej roboty wypiekami. Świeżo ochrzczony chłopiec poda­
wany był z rąk do rąk. 

Kiedy w roku 1880 na świat przyszła kolejna siostra Eugenia - FJisa-

betta, mieszkanie Pacellich stało się dla nich zbyt małe. Przeprowadzili 
się zaledwie ulicę dalej, na via delia Vetrina 19, w pobliże niemieckiego 
kościoła narodowego S. Maria dellAnima oraz kolegium Anima. Tam, 
w otoczonej kolumnami niszy, odnajdziemy zapisane słowa proroka 
Izajasza: Elit opus iustitiaepax („Dziełem sprawiedliwości będzie pokój"; 
Iz 32,17). Musiały one wywrzeć ogromny wpływ na Eugenia, skoro po 
wyborze na papieża uczynił je swoją dewizą. 

Dom, w którym mieściło się nowe mieszkanie, był jednak dużo 

mniej światowy niż Palazzo Pediconi. Na trzecie piętro, gdzie miesz­
kali Pacelli, prowadziły wąskie schody. Jeszcze jako papież Eugenio 

wspominał, jak wspinał się po nich jego dziadek, żeby złożyć wizytę 
swoim wnukom i przynieść im słodycze: ostrożnie stąpając, stopień 

po stopniu, jednak pomimo wieku wciąż wyprostowany. Rodzina nie 
była bogata, dom nie miał centralnego ogrzewania i zimą rodzice wraz 
z dziećmi musieli rozgrzewać się przy niewielkim piecyku. Jednak po­
siadali antyczne meble i wartościowe dzieła sztuki, srebrne sztućce 
i kosztowną porcelanę, a przede wszystkim doskonale wyposażoną bi­
bliotekę. Pacelli urządzili niewielki „pokój zabaw" dla dzieci, ponieważ 
nie chcieli, by bawiły się na ulicy, mogli pozwolić sobie na zatrudnienie 

- 2 1 -

background image

służącej, regularnie bywali w operze, a kiedy pogoda była piękna, oj­
ciec Filippo wynajmował powóz, aby urządzić rodzinną przejażdżkę 

na wieś. Gorące lato spędzali nad morzem lub w majątku rodzinnym 

w Onano. 

Prawdziwa rodzinna idylla, chociaż nie wolno nam zapominać, 

w jakich niespokojnych czasach przyszło im żyć. Kiedy w lutym 1878 

roku zmarł Pius IX, wierni z całego świata uczcili go jak świętego, 
zaś republikanie okazali swoją zaciętą nienawiść. Chociaż od czasu 
przejęcia władzy przez  K r ó l e w s k i c h Ojciec Święty nie opuszczał 
murów Watykanu, to jednak pragnął być pochowany, niejako w cha­
rakterze pośmiertnej rekompensaty, na przeciwległym krańcu mia­
sta, w prastarej Bazylice św. Wawrzyńca za Murami, jednym z pięciu 
kościołów papieskich w Rzymie. Gdy uroczysta procesja pogrzebowa 
przechodziła przez most św. Anioła, niedaleko domu Pacellich, nastąpił 
atak antyklerykalnego pospólstwa. Gdyby straż papieska nie stawiła 

mu oporu, niewiele brakowało, a zwłoki papieża zostałyby wrzucone 

w wody Tybru. 

Również podczas pełnienia urzędu przez jego następcę, Leona XIII, 

stosunki między Kościołem a państwem były wciąż sztywne. Ojco­
wie młodej republiki nie cofali się przed niczym, by sprowokować 
papieża i pokazać, że to oni są nowymi panami Rzymu. Na wzgórzu 

Kapitolu, tuż obok otaczanego czcią kościoła S. Maria in Aracoeli, 

wzniesiono bombastyczny monument na cześć króla Wiktora Ema­

nuela II, Ołtarz Ojczyzny, który mieszkańcy Rzymu szyderczo nazy­

wali najpierw  t o r t e m  w e s e l n y m , a następnie  m a s z y n ą do 
p i s a n i a . Na wzgórzu Gianicolo, które góruje nad Watykanem od 

południa, postawiono gigantyczny pomnik Garibaldiego na koniu. 
Na Campo di Fiori, rynku kwiatowym, republikanie i wolnomularze 

wznieśli pomnik z brązu na cześć kacerza Giordana Bruna, magika 

i szarlatana okresu baroku, który niegdyś właśnie w tym miejscu raczej 
niezasłużenie spłonął na stosie inkwizycji. Dzięki patetycznej inskrypcji 
„Dla Bruna: Stulecie, które uznało jego wskazujące przyszłość idee za 
słuszne, wystawiło mu ten pomnik", miał on zostać wyniesiony do ran­

gi męczennika oświecenia i koronnego świadka przeciwko rzekomemu 
zacofaniu papiestwa. 

Jeśli w tych latach Eugenio Pacelli nauczył się czegoś od swojej ro­

dziny, to z pewnością była to przekora wobec ducha czasu. Wierność 
wobec namiestnika Chrystusa była mu droższa niż powaby i pokusy 
„nowej epoki", która z szybkością wiatru zmieniła stary, ociężały, wiecz­
ny Rzym w pulsującą życiem, nowoczesną metropolię. Jego rodzice 

wiedli skromne życie, ofiarowując swą pomoc również biedakom z są­
siedztwa, któremu to zadaniu z wielkim oddaniem poświęciła się matka 
przyszłego papieża. Gotowość do niesienia pomocy, miłość bliźniego, 
honor i godność, przede wszystkim jednak głęboka wiara były wartoś­
ciami, które Pacelli przekazywali swoim dzieciom. 

W wieku czterech lat Eugenio poszedł do przedszkola, rok później 

do szkoły podstawowej Sióstr Opatrzności Bożej mieszczącej się przy 
dzisiejszej via Zanardelli. To tutaj nauczał ojciec Giuseppe Lais z zakonu 
oratorian św. Filippa Neri, patrona Rzymu, którego grób znajdował się 
niedaleko mieszkania Pacellich w Chiesa Nova. Podobnie jak przed nim 

jego brat Francesco, tak też Eugenio uczył się u ojców czytania, pisania 

i francuskiego. Ostatnią klasę ukończył w Instituto Marchi, niewielkiej 
katolickiej szkole podstawowej, do którego grona nauczycielskiego 
należeli właściwie tylko prof. Giuseppe Marchi, jego żona i brat, jeden 

duchowny oraz jeden nauczyciel spoza grona rodziny. „Budynek" szko­

ły stanowiły dwa niewielkie pokoje z górującą zbyt wielkich rozmiarów 
katedrą, zaś na ścianie wisiał skromny obraz Madonny. Tutaj nauczał 
surowy prof. Giuseppe Marchi, którego potężna broda czyniła podob­
nym do Mojżesza i do Garibaldiego, pobudzając wyobraźnię biografów 
Piusa. Jednak gdy jeden z nich, reprezentujący kwiecisto-patetyczny 
styl Włoch Nazareno Padellaro, przywołał obraz Mojżesza i porów­
nał niezwykły pulpit nauczyciela do góry Synaj, „na którą codziennie 

wstępował, nie po to by grzmieć na Żydów o zatwardziałych sercach, 
lecz na upartych chłopców", u innych zwykły nauczyciel przeistoczył 
się w fanatycznego antysemitę, który oczywiście wychowywał swoich 
uczniów na ludzi pełnych nienawiści wobec Żydów. Wskazując jednym 

background image

przypisem na Padellara (i o czym warto wspomnieć, nie podając innych 
źródeł) John Cornwell dopowiedział sobie resztę: „Instytut ten stwo­
rzony był z myślą o upodobaniach jego założyciela i dyrektora, Pana 

Giuseppe Marchiego, który z wysokości swojej katedry miał w zwy­
czaju wygłaszać wykłady na temat »Żydów o zatwardziałych sercach«". 
Brytyjczyk przynajmniej nie utrzymywał dodatkowo, że prześladowany 
nawet po śmierci przez metafory nauczyciel uwielbiał wspinaczkę gór­
ską. Niestety absurdy autorstwa Comwella wykorzystał w biografii Piu­
sa, opublikowanej w roku 2008, również Hanspeter Oschwald, który 
stwierdza: „Stosując regularne aluzje mówiące o zatwardziałych Żydach 
wbija do głowy małych uczniów antysemityzm. Wrażenia z tych scen 

pozostaną żywe w umyśle Pacellego przez całe życie". Możemy cieszyć 
się z tego, że w rzeczywistości zostały mu one oszczędzone. 

Tak naprawdę odnosimy całkowicie inne wrażenie: ten przecież 

tak surowy nauczyciel z wielką czułością i oddaniem w maju, miesiącu 
poświęconym Maryi, przystrajał obraz Madonny kwiatami i świecami. 

Również rodzina Eugenia oddawała cześć Matce Bożej, której obraz 

wisiał nad łóżkiem, w którym przyszły papież przyszedł na świat. Co 
wieczór przed kolacją odmawiano różaniec, zaś po skończonych lek­

cjach Eugenia wciąż ciągnęło do kaplicy Madonna della Strada w ko­
ściele jezuitów II Gesù w centrum Rzymu, gdzie poszukiwał możliwości 
rozmowy z Matką Bożą. Już w wieku pięciu lat, jak to wówczas było 
w zwyczaju, przyjął sakrament bierzmowania i odbył swoją pierwszą 
spowiedź, aby wkrótce potem wraz ze swoim bratem przyłączyć się do 
kościelnej grupy młodzieży prowadzonej przez swego nauczyciela, ojca 
oratorianina Lais'go, i służyć jako ministrant w Chiesa Nova. W tam­
tych czasach przyjęło się dawać chłopcom w prezencie miniaturowe 
ołtarze, aby poprzez zabawę zainteresować ich możliwością wyboru 
kapłaństwa jako drogi życia. Również synowie Pacellich posiadali taki 
ołtarzyk. Przy nim odgrywali te sceny, w których wolno im było uczest­

niczyć jako ministrantom. Dopiero w wieku 10 lat - także to było 

w całkowitej zgodzie z ówczesnymi zwyczajami - Eugenio przystąpił 

do Pierwszej Komunii Św. 

- 2 4 -

Kiedyś chłopiec usłyszał, jak członkowie jego rodziny rozmawiają 

o pewnym wuju, który jako misjonarz wyjechał do Brazylii, i martwili 
się, że mógłby tam umrzeć śmiercią męczeńską. „Kto to jest męczen­
nik?", zapytał nieustannie żądny wiedzy Eugenio. Jego ojciec opisał 
mu los świadka wiary na przykładzie św. Piotra, który poniósł śmierć 
męczeńską w Rzymie, powieszony na krzyżu głową w dół. „Ja też 

chciałbym być kiedyś męczennikiem, ale bez gwoździ", zadeklarował 
uroczyście swojej rodzinie pięciolatek. 

Był niezwykłym dzieckiem. Pewna fotografia, wykonana kiedy miał 

sześć lat, ukazuje go jako dziecko niemal apatyczne. Najwyraźniej cała 
ta długotrwała procedura robienia zdjęcia, w której nie był w stanie 
odnaleźć żadnego sensu, po prostu go znudziła. W rzeczywistości był 
inteligentny i ciekawy, szybko się uczył i czytał niezliczone ilości ksią­
żek. Niemal codziennie wstawał już o czwartej, aby przed pójściem do 

szkoły jeszcze poczytać, zaś wieczorem kontynuował lekturę. Nie było 
jeszcze wtedy światła elektrycznego, nawet oświetlenia gazowego, uży­
wano lamp naftowych. Ponieważ ojciec martwił się, że jego syn mógłby 
zepsuć sobie wzrok, skonstruował specjalną lampę, która dawała nieco 

jaśniejsze światło. O północy przychodził do pokoju syna, aby ją zgasić. 
Jednak zaraz po jego wyjściu Eugenio zapalał ją ponownie, używając do 

tego schowanych wcześniej zapałek, i czytał dalej. Właściwie dostrzegał 
on sens jedynie w dwóch rzeczach: w studiowaniu oraz w modlitwie. 

To, że inni ludzie potrafili cieszyć się lekką rozrywką lub słodkim leniu­
chowaniem, było dla niego przez całe życie czymś niepojętym. Nawet 
własnym siostrom ten nad wiek mądry i dojrzały chłopiec wydawał się 
być „zbyt męczący". 

Jesienią roku 1885 Eugenio Pacelli opuścił klerykalne środowisko, 

w którym spędził swoje beztroskie dzieciństwo. Miał się sprawdzić 
w „kraju wroga". Jego ojciec zadecydował, że dość już nauki w ko­
ścielnych instytutach i wysłał go - podobnie jak rok wcześniej jego 
brata - do najbardziej renomowanego w mieście państwowego gimna­

zjum, Ginnasio-Liceo Ennio Quirinio Visconti, które zajęło pomiesz­
czenia należące niegdyś do jezuickiego Collegio Romano. Podlegało 

- 2 5 -

background image

ono bezpośrednio królowi i według powszechnej opinii uczyli w nim 
najlepsi włoscy nauczyciele. Dla członka  c z a r n e j  s z l a c h t y pań­
stwowe gimnazjum, w którym panował antyklerykalny, oświeceniowy 
duch, stanowiło próbę charakteru najwyższej rangi. To właśnie dlatego 

Filippo Pacelli wybrał tę szkołę dla swoich synów. Poza tym pragnął, 
aby mieli udział w klasyczno-humanistycznym kształceniu, z którego 
słynęło gimnazjum Visconti. 

Eugenio przeszedł sprawdzian brawurowo. Chociaż początkowo 

koledzy szydzili z niego, nazywając go Czarnym, to już wkrótce dzięki 
swej niezależności i umiejętnościom zyskał sobie ich szacunek. Dzie­
więć lat później zdał egzamin dojrzałości z najwyższą oceną. 

Pewnego dnia, jak wspominała jego starsza siostra Giuseppina, 

uczniowie otrzymali zadanie napisania „o jednym z największych bu­
downiczych w dziejach". Eugenio wybrał postać Ojca Kościoła, Św. Au­
gustyna. Kiedy następnego dnia na polecenie nauczyciela odczytał 
swoje zadanie domowe, został wyśmiany przez kolegów. Określenie 
świętego Kościoła jako „budowniczego dziejów" wydawało się im ab­
surdalnym dowodem dewocji. Jednak nie bacząc na ich drwiny, Eu­

genio obronił postawioną przez siebie tezę, co wywarło duże wrażenie 
na jego nauczycielu, prof. Hildebrandzie Della Giovanna. „Nic nie 

rozumiecie!", skarcił swoich uczniów, którzy nagle zamilkli. Od tego 
dnia Della Giovanna został ulubionym nauczycielem Eugenia. 

Niestety wypracowanie to nie zachowało się. Jednakże mimo to Ilse-

-Lore Konopatzki, germanistce i romanistce z Uniwersytetu w Essen, 
udało się odnaleźć kilka znajdujących w posiadaniu rodziny Pacellich 
zeszytów z wypracowaniami, które są w stanie dać przynajmniej pe­
wien wgląd w okres nauki przyszłego papieża w gimnazjum. Niemal 
przekornie umieścił on na pierwszej stronie swoich zeszytów do prac 
pisemnych inicjały „A.M.D.G.": Admaiorem Dei gloriam („Dla więk­
szej chwały Bożej"), motto św. Ignacego- Loyoli, założyciela zakonu 
jezuitów. Pasują do niego jego własne słowa, zapisane podczas nauki 
w czwartej klasie gimnazjum: 

- 2 6 -

Nie wolno nam w żadnym razie ukrywać tego, co czujemy w swoim 
sercu, bowiem jest to sprzeczne z cnotą; raczej powinniśmy to szczerze 

wyznać. Kto pokazuje siebie takim, jakim naprawdę jest, kto dobro­
wolnie mówi o swoich uczuciach, ma wielką duszę i prawdziwie dziel­
ną odwagę; kto jednak, czy to ze strachu przed karą, czy dla zdobycia 
przychylności innych, ukrywa swoją naturę, kto skrywa swoje poglądy 
pod zasłoną obłudy, ach! pozwólcie mi powiedzieć: ten jest tchórzem. 

Ta maksyma miała być wyznacznikiem całego życia Eugenia Pa-

cellego. 

Kolejnym bardzo osobistym świadectwem okazała się być jego pra­

ca domowa // mio ritratto (Mój portret), którą miał przedstawić jako 
uczeń czwartej klasy. Była to pozbawiona próżności, realistyczna ocena 
samego siebie - co w jego wieku raczej niezwykłe - świadcząca o pod­
świadomym poczuciu humoru oraz autoironii. Nie spodobało się to 

jednak kilku biografom Piusa XII do tego stopnia, że wolą raczej cyto­
wać  a p o k r y f i c z n ą (czytaj: sfałszowaną) wersję, w której Eugenio 
chwali się swoimi pięknymi dłońmi i pełen miłości własnej stwierdza: 

„Podobam się sobie, podobam się również innym". Jednak ja przytoczę 
tekst oryginalny, który opublikowała prof. Konopatzki: 

Mam trzynaście lat, i jak na ten wiek, jak łatwo dostrzec, nie jestem ani 
zbyt wysoki, ani też zbyt niski. Mam szczupłą figurę, brązową skórę, 
choć nieco bladą twarz; moje włosy są kasztanowe i delikatne, moje oczy 

czarne, a nos po szlachecku wygięty. O swojej klatce piersiowej nie chcę 
dalej mówić, bowiem, prawdę mówiąc, nie jest ona zbyt szeroka. No 
i wreszcie mam parę cienkich, długich nóg i dwie stopy w dość pokaź­
nym rozmiarze. Na podstawie tego wszystkiego łatwo sobie wyobrazić, 

że pod względem fizycznym jestem przeciętnym młodym człowiekiem. 

Jednak przeciętny był wyłącznie jego wygląd zewnętrzny: 

W odniesieniu do moich skłonności mogę powiedzieć, że niekiedy do­
znaję nieco inspiracji ze strony czcigodnych muz; poza tym odczuwam 
silny pociąg do klasyków, a szczególnie studiowanie języka łacińskiego, 

- 2 7 -

background image

stanowi dla  m n i e największą przyjemność. Ponieważ  o d c z u w a m żar­
liwą miłość do muzyki, w wolnych chwilach i w czasie wakacji wielką 

radość sprawia mi gra na jakimś instrumencie muzycznym.  M ó j cha­
rakter jest dość niecierpliwy i  g w a ł t o w n y . . . 

„Najlepszym przyjacielem jest dobra książka", zdradza w swoim ko­

lejnym wypracowaniu, które osiąga punkt kulminacyjny w westchnie­
niu: „Ach! Jakże lepiej spędza się czas z etycznie wartościową lekturą 
niż z niektórymi przyjaciółmi, którzy zamiast uczyć kolegów miłości do 
cnoty, niszczą ich niewinność!". 

Niezależnie od tego, jak dziwacznie i niedorzecznie może to brzmieć 

według dzisiejszych miar, koledzy szkolni Eugenia w wiarygodny spo­
sób zapewniali jego późniejszych biografów, że w żadnym razie nie był 
on postrzegany jako  k a r i e r o w i c z , tym bardziej że nigdy nie demon­
strował nadmiernej ambicji. Podziwiano jego szybki, żywy umysł oraz 

doskonałą pamięć i wysoko ceniono jego powściągliwość, a także go­
towość niesienia pomocy. Tym, co zapewniło mu dodatkowy respekt, 
były jego zdolności sportowe. Eugenio był wytrwałym wioślarzem, 
pływał na długich dystansach i uchodził za wyśmienitego jeźdźca. 

Jego najlepszym przyjacielem był akurat drugi najlepszy (po nim 

samym) uczeń w klasie, Giulio Mantovani. Talenty obu uczniów zwią­
zane były z innymi dziedzinami, dzięki czemu mogli wymieniać się 

wiedzą i wiele się od siebie nauczyć. Jednak tym, co jeszcze bardziej 
zbliżyło do siebie chłopców, była ich wiara katolicka. Giulio pochodził 
ze zubożałej mieszczańskiej rodziny i mieszkał w papieskim internacie. 

Był skromny i wykształcony, siostry Eugenia uwielbiały jego poczucie 
humoru i zwariowane pomysły. Jednak mimo tego, że chłopcy potra­
fili całymi godzinami dyskutować o historii, filozofii i muzyce, mło­
dy Pacelli nigdy nie zwierzył się przyjacielowi ze swoich uczuć. I tak 
Mantovani nie miał pojęcia, że jego szkolny kolega nosi się z zamiarem 
zostania księdzem. On sam studiował prawo, wybrał zawód adwokata, 
a później się ożenił. Jeszcze długo po tym, jak Eugenio został papieżem, 
regularnie się spotykali. 

- 2 8 -

Kolejnym z jego przyjaciół szkolnych był Guido Mendes, syn pro-

minenckiego klanu lekarzy pochodzenia żydowskiego. Eugenio często 

zapraszał go do swojego domu, a i on sam był chętnie widzianym 
gościem w domu Mendesów, gdzie pozwalano mu nawet uczestniczyć 
w wieczornej uroczystości szabatu. Kiedy w odwiedziny przychodzi­
li członkowie gminy żydowskiej, prowadził z nimi długie rozmowy. 
Wciąż pożyczał z biblioteki Mendesów dzieła traktujące o judaizmie, 

wśród nich Apologetica oraz Dogmatica słynnego włoskiego rabbiego 

Elijaha ben Hamozega. Okazywał ogromny respekt, a nawet podziw 

dla żydowskiej kultury i religii oraz mówił, że kiedyś chciałby nauczyć 
się języka hebrajskiego, aby móc w oryginale przeczytać pisma żydow­
skie. Również ta przyjaźń - która oczywiście nie pasuje do karykatu-
ralnego obrazu Piusa XII jako antysemity i dlatego przez niektórych 
biografów została pominięta - trwała przez całe życie. Kiedy w 1938 
roku we Włoszech uchwalono antysemickie przepisy rasowe, ówczesny 

kardynał i sekretarz stanu Pacelli pomógł swojemu szkolnemu koledze 

wyjechać przez Szwajcarię do Palestyny. Również po wojnie kilka­

krotnie się spotykali. Mendes został w tym czasie w Izraelu uznanym 
specjalistą w zakresie chorób płuc, zaś Pius XII dyskutował z nim na 
temat przyszłości Jerozolimy. Później dopiero w osobie Jana Pawła II 
mieliśmy do czynienia z papieżem, który już jako młody człowiek tak 
blisko przyjaźnił się z wyznawcami judaizmu. 

Czy w okresie młodości pojawiła się w życiu Eugenia jakaś dziew­

czyna? Jego krewni z Onano wspominają młodzieńczą miłość trzyna­
stolatka, jaką przeżył w okresie letnich wakacji. To o niej prawdopo­
dobnie myślał, kiedy tego lata napisał wiersz Do młodej dziewczyny, 
który jednakże kończy się proklamacją, że jego autor poświęci swe 

życie Bogu. Młodzieńcza miłość nie miała wystarczająco dużo siły, by 
odwieść go od tej decyzji. 

Rok później, latem roku 1890, Eugenio przeżył duchowy kryzys. 

Rósł tak szybko, że jego zdrowie doznało poważnego uszczerbku, leka­
rze radzili mu nawet, by na rok przerwał naukę. Rezultatem tego była 

głęboka depresja, której towarzyszyły wątpliwości związane z wiarą. 

- 2 9 -

background image

Również z tego okresu zachowało się poruszające literackie świadectwo. 
Pacelli miał na myśli samego siebie, kiedy pisał: 

Człowiek ten ma w duszy piekło; i podczas gdy wcześniej znał wyłącz­
nie radość, teraz w jego wnętrzu mieszkał wyłącznie ból, ból był jego 
pokojem, sam ból był jego nadzieją. Pełnym smutku wzrokiem patrzył 
na tych, którzy klęcząc w kościołach zanosili swoje pobożne modlitwy 
do Boga, spoglądał na nich, a słodkie wspomnienia minionych lat, 

które mogą nigdy nie powrócić, budzą się w jego duszy, kiedy prze­
pełniony wiarą, był zjednoczony ze szczęśliwą rzeszą tych wierzących, 
kiedy Bóg wypełniał jego serce niewysłowioną radością... i płacze! 
Nieszczęsny! Gdzie znajdzie pocieszenie? (...) Czy powróci do modli­

twy, do jedynej pociechy śmiertelnika? Biada! Bowiem kiedy próbuje 

wznieść swą duszę do Boga, z tym większą siłą ogarnia go zwątpienie: 

„A jeśli Boga nie ma?". Ale to już za wiele, to szczyt bólu: nieszczęsny 
nie jest w stanie już tego wytrzymać, jego oddech staje się ciężki, głos 
więźnie mu w gardle, dłońmi mierzwi sobie włosy, zamyka oczy (...). 
Mój Boże, oświeć go! 

Kiedy w dniu 17 sierpnia 1891 roku Pacelli pisał te słowa, jego głę­

boki kryzys wiary był już najwyraźniej przezwyciężony. Także egzamin 
wstępny do wyższych klas gimnazjalnych, które w tamtych czasach 
określano mianem liceo, zdał z łatwością. Teraz już wiedział, że wszystko 
się ułoży. I ponownie miał przed sobą wyraźnie wytyczony cel. 

Ledwie w maju 1894 roku z najlepszą oceną ad honorem zdał matu­

rę, dodatkowo zdobywając złoty medal w konkursie z zakresu historii 
nowożytnej, a już powrócił na łono Kościoła. Po dłuższym pobycie 

w majątku Pacellich w Onano udał się z okazji uroczystości Wniebo­
wzięcia Maryi Panny na dziesięć dni do klasztoru Sant'Agnese fuori le 

Mura, aby odbyć tam ćwiczenia duchowne i uzyskać jasność odnośnie 
do swego powołania. Po tym czasie jego decyzja była już niewzruszona: 
pragnął zostać księdzem. Rodzina Pacellich nie była tym szczególnie 
zdumiona. „W naszych oczach urodził się księdzem", wyjaśniła jego 

młodsza siostra Elisabetta. 

III 

WYSOKIE LOTY 

Rzymska Bazylika Laterańska uważana jest za  M a t k ę  w s z y s t ­

k i c h  k o ś c i o ł ó w . Jest ona właściwie „domowym kościołem pa­
pieża", od czasu gdy zaraz po zdobyciu Rzymu w roku 313 cesarz 
Konstantyn Wielki rozkazał wznieść ją na planie krzyża, a następnie 

przekazał papieżowi Milcjadesowi. Co roku w sobotę wielkanocną, 
podczas uroczystej ceremonii, wyświęcano tutaj na księży absolwentów 

znanych rzymskich seminariów. Uroczyste nabożeństwo, celebrowane 
przez papieskiego wikariusza, trwało od trzech do czterech godzin; 
prawdziwie święte widowisko, które pozostawało w pamięci wszystkich 
uczestników na całe życie. 

Jednakże kiedy w Wielką Sobotę, dnia 1 kwietnia 1899 roku, do 

rzeszy wyświęconych przyjmowano absolwentów najbardziej szacow­
nych rzymskich seminariów, jednego z nich zabrakło: Eugenia Pacel-
lego. Otrzymał święcenia dzień później, w Wielką Niedzielę, w trakcie 
uroczystości o niemal prywatnym, chociaż bardzo wyjątkowym cha­

rakterze. Udzielił mu ich bowiem długoletni przyjaciel rodziny, arcybi­

skup Francesco di Paola Cassetta (1841-1919), papieski wicewikariusz 
Rzymu, patriarcha Antiochii oraz późniejszy kardynał, w prywatnej 

kaplicy jego Palazzo na Eskwilinie. Do grona nielicznych zaproszonych 
gości należał również kardynał Vincenzo Vannutelli (1836-1930), ty­
tularny arcybiskup Sardes (ten tytuł miał w przyszłości odziedziczyć po 
nim Pacelli), który podówczas uchodził za papabile, czyli kandydata 

na kolejnego papieża. Następnego dnia, w poniedziałek wielkanocny, 

- 3 1 -

background image

FAigenio celebrował swoją prymicję (pierwszą mszę Św.) w Capella 
Borghese papieskiej Bazyliki Matki Bożej Większej, przed najsłynniej­
szym i najpowszechniej czczonym wizerunkiem Maryi w Wiecznym 

Mieście, ikoną Salus Populi Romani (Zbawienie Ludu Rzymskiego), 
która według legendy miała być dziełem św. Łukasza Ewangelisty. Na 
swoich obrazkach prymicyjnych, niewielkich karteczkach z modlitwą, 
które rozdaje się jako pamiątki po pierwszej mszy św. odprawianej 

przez nowo wyświęconego kapłana, prosi on „dostojną Matkę Pana" 
o wsparcie. Od tej pory miał być już przez całe życie głęboko związany 
z Madonną. 

Dopiero swoją drugą mszę św. celebrował w dobrze znanym miej­

scu: niedaleko domu, w którym przyszedł na świat, w kościele św. 

Filippa Neri, w którym służył do mszy jako ministrant. Zamieszkujący 
tam ojciec Lais, oratorianin, jego nauczyciel i duszpasterz z okresu dzie­
ciństwa, już od dawna był duchowym ojcem i osobistym przyjacielem 

młodego Pacellego. Ponieważ był również wybitnym astronomem, 

zawsze ciekawy świata Eugenio towarzyszył mu w roku 1896 w specja­

listycznym kongresie - dla dwudziestoletniego wtedy młodzieńca była 
to pierwsza zagraniczna podróż. 

Jednakże to nie szczególne talenty Pacellego ani też dobre kontakty 

jego rodziny z hierarchią Kościoła, lecz jego słabe zdrowie było powo­

dem niezwykłych święceń kapłańskich. Niemalże cudem przetrwał 
bowiem trudny, pełen wyrzeczeń okres pobytu w seminarium. Jednak 

na koniec jego wola okazała się silniejsza niż tracące siły ciało. 

Jesienią 1894 roku, kiedy był już pewien swego powołania, Eugenio 

złożył podanie o przyjęcie do szacownego seminarium duchownego 

Capranica, które do dnia dzisiejszego wciąż mieści się w rdzawoczer-
wonym renesansowym pałacu niedaleko Panteonu. Założone w 1457 
roku seminarium cieszyło się, i nadal się cieszy, wspaniałą opinią kuźni 
kadr Kościoła katolickiego. Ledwie dwie dekady wcześniej zasiadał 

tutaj w szkolnej ławie młody hrabia Giacomo delia Chiesa, który obec­
nie pełnił służbę w watykańskim Sekretariacie Stanu; w roku 1914 
miał on wstąpić na tron św. Piotra jako papież Benedykt XV. Zanim 

- 3 2 -

jednak Filippo Pacelli mógł wpisać swojego syna na listę studentów, 

musiał zgodnie z panującym zwyczajem zwrócić się do proboszcza Piera 
Montiego o list polecający i przedłożyć go Kardynałowi Wikariuszowi 
Rzymu. W liście tym zaświadczano, że Eugenio „jest synem pobożnych 

i szanowanych rodziców, został wychowany w jak najlepszy sposób pod 
każdym względem i zawsze świecił przykładem zarówno pod względem 
pobożności, jak i życia religijnego". Oczywiście został natychmiast do 

seminarium przyjęty. 

Jednak to nie pobożność przysparzała Eugeniowi kłopotów, lecz 

jego niestabilny stan zdrowia. Po prostu nie był on w stanie sprostać 

trudom życia w seminarium, które pragnęło wychować kapłanów do 

życia w modlitwie i ascezie, z dala od wszelkich ziemskich udogodnień. 
Sypialnie były nieogrzewane. Seminarzystów budzono każdego ranka 
0 5:30 (latem nawet o 5:00). Następnie przychodził czas na poranną 
mszę, modlitwy poranne (laudes), Anioł Pański oraz różaniec, zanim 

w absolutnej ciszy można było spożyć skromny posiłek. 

Jednocześnie Pacelli zapisał się na uniwersytet jezuicki Gregoria-

num, kolejną kuźnię kadr Kościoła, aby studiować filozofię, teologię po 

grecku, retorykę oraz - pielęgnowaną całe życie pasję - chrześcijańską 
archeologię. Już w drugim semestrze brylował tak bardzo, że został 
wybrany na uczestnika prowadzonej po łacinie dysputy filozoficznej. 

Jego oponentem był akurat młody niemiecki seminarzysta Carl Son­

nenschein z Dusseldorfu, który później został pierwszym katolickim 
politykiem społecznym, pełnym zaangażowania duszpasterzem studen­

tów oraz ojcem katolickiej oświaty ludowej. Trzy dekady później obaj 
mieli ponownie spotkać się w Berlinie. 

Kiedy dobiegł końca drugi semestr, Pacelli z większości przedmio­

tów uzyskał oceny z wyróżnieniem. Był prymusem swojego rocznika. 

A przy tym czuł się bardzo źle. 

Surowa dyscyplina, stres spowodowany tym, że nigdy nie mógł 

być sam, przede wszystkim jednak niezwykła dla niego, tłusta kuchnia 

w Capranica dały mu się poważnie we znaki. Wyglądał strasznie, skóra 
1 kości, ważył 52 kg przy wzroście 182 cm. Nieustannie dokuczały mu 

- 3 3 -

background image

skurcze żołądka. Nie pomagało nawet to, że jego rodzina w każdą nie­
dzielę przynosiła domowe jedzenie. Wciąż sprawiał wrażenie spiętego, 
brakowało mu równowagi, ruchu, spokoju i odosobnienia. Zgodnie 
z zaleceniem lekarza opuścił seminarium i na kilka tygodni wyjechał 

do majątku swojej rodziny do Onano. 

Dla każdego innego seminarzysty byłoby to równoznaczne z po­

żegnaniem się z marzeniem o kapłaństwie. Również próba wstąpienia 
do zakonu jezuitów spełzła na niczym z powodu słabowitego zdrowia. 

Jednakże Pacelli trwał przy swoim powołaniu; nic, nawet wrażliwe 

ciało, nie mogło mu w tym przeszkodzić. Jego ojcu udało się uzy­
skać dla niego wyjątkowe pozwolenie na studia eksternistyczne. Kiedy 
Eugenio otrzymał wiadomość z Rzymu, tak bardzo zależało mu na 
pośpiechu, że aby dostać się na dworzec kolejowy napoił konia swoich 

krewnych całym wiadrem wina, aby ten szybciej ciągnął powóz. Jako 
student eksternistyczny uczęszczał od tej pory do Papieskiego Ateneum 
SantApollinare. Jednocześnie kontynuował swoje studia na Grego-
rianum i dodatkowo chodził na wykłady z zakresu literatury greckiej, 
łacińskiej i włoskiej, jak również historii starożytnej na państwowym 

uniwersytecie La Sapienza. 

Możliwe, że jego święcenia kapłańskie rzeczywiście miały tak bardzo 

prywatny charakter ze względu na słabe zdrowie, które nie pozwalało 
mu na wielogodzinny post, możliwe też, że chciano zaoszczędzić mu 
spotkania z absolwentami jego roku z seminarium Capranica. W każ­
dym razie słabe zdrowie w żaden sposób nie zaszkodziło jego dobrej 
opinii. I tak, będąc młodym księdzem, mógł mieszkać w domu swoich 
rodziców, w kolejnych latach poświęcając się szczególnie studiowaniu 
prawa kanonicznego. Była to, tak kiedyś jak i dziś, najlepsza droga do 
kariery w rzymskiej Kurii. Istnieją świadectwa na to, że w tym okresie 
przyszły papież nie ułatwiał sobie życia. Każdej nocy spał nie dłużej 
niż cztery godziny; jeszcze przed pierwszym wykładem celebrował po­

ranną mszę w Chiesa Nova; po południu często całe godziny spędzał 

w konfesjonale. Dodatkowo głosił kazania i uczył w Cenacolo, insty­

tucie Sióstr Szkolnych, do którego uczęszczały głównie córki rzymskiej 

- 3 4 -

szlachty, następnie na via de'Lucchcesi, gdzie zakonnice opiekowały 
się młodymi robotnicami i wreszcie w klasztorze Assunzione na tyłach 
Villa Borghese, gdzie wraz z francuskimi zakonnicami w ich ojczystym 
języku wyjaśniał kwestie teologiczne. Mimo tak licznych zajęć w lipcu 

1902 roku obronił pracę doktorską z zakresu obu praw (świeckiego 

i kanonicznego) z wynikiem summa cum laude. Temat jego pracy miał 
nadać kierunek całemu jego życiu - chodziło o relacje między Kościo­
łem a państwem. Ateneum SantAppolinare natychmiast zaoferowało 
mu katedrę i Pacelli przyjął tę propozycję, przynajmniej tymczasowo. 

Dużo wcześniej otworzyła się przed nim bowiem inna droga. Pew­

nego ponurego styczniowego wieczoru w roku 1901, kiedy muzyko­

wał ze swoją młodszą siostrą, ktoś zapukał do drzwi mieszkania jego 

rodziców. Późnym gościem, którego wpuściła służąca, nie był nikt 
inny jak sam arcybiskup Piętro Gasparri, który właśnie został mia­
nowany przez papieża Leona XIII na stanowisko sekretarza Kurii do 

spraw Relacji z Państwami, czyli nowego papieskiego ministra spraw 
zagranicznych. Jego Kongregacja (odpowiednik ministerstwa) pod­
legała bezpośrednio Sekretariatowi Stanu. Eugenio był bardziej niż 
zaskoczony i nieco zakłopotany wizytą tak szacownego gościa, który 
całkowicie niespodziewanie zakłócił jego rodzinną idyllę. Jednakże 
Gasparri, wtedy czterdziestoośmioletni, potraktował to z humorem. 
Niski, okrągły Monsignore pochodził ze wsi i obiema nogami stał na 
ziemi. Był człowiekiem czynu, nie lubił długo czekać. Jego rustykalna 
dewiza brzmiała: „Chwytać byka za rogi". W tej chwili szukał zdolnego 
współpracownika, a każdy, kogo pytał, mówił mu o Pacellim: zarówno 
profesorowie z Gregorianum, jak i dumny wuj Ernesto Pacelli, doradca 
finansowy papieża i współzałożyciel Banco di Roma. „Pacelli, słyszy się 
o tobie same dobre rzeczy", zwięźle i dobitnie przedstawił arcybiskup 
swoją sprawę. „Czy zastanawiałeś się nad tym, by wstąpić do służby dy­
plomatycznej Kościoła?". Eugenio przełknął ślinę. To przecież właśnie 
ten Gasparri, który stał teraz w jego salonie, był w ostatnich latach jego 
największym idolem. Poza tym znany był jako wybitny znawca prawa 
kanonicznego; przez osiemnaście lat wykładał w Institute Catholique 

- 3 5 -

background image

w Paryżu, zaś Pacelli znał każdą z jego prac. Wciąż się wahał. Czyż 

dopiero co nie odnalazł radości w pełnieniu służby duszpasterskiej 
oraz na dobrze opłacanej posadzie profesora? „Służba w Kościele jest 
zawsze i wszędzie duszpasterstwem", odparł na to Gasparri. „Kongre­

gacja do spraw Relacji z Państwami ma nie tylko za zadanie drogami 
dyplomatycznymi zapewnić zewnętrzne istnienie Kościoła, lecz ma 

również obowiązek uświadamiania wszystkim narodom wzoru prawa 
ustanowionego z woli Boga". Eugenio nie mógł się z tym nie zgodzić. 
W dniu 2 lutego 1901 toku podjął swoje obowiązki w ciasnych i ciem­

nych pomieszczeniach watykańskiego Sekretariatu Stanu, najpierw jako 
apprendista

 (pracownik niewykwalifikowany), a następnie, począwszy 

od 1 października 1903 roku, jako minutante (rzeczoznawca). 

W dniu 20 lipca 1903 roku, podczas panującej w Wiecznym Mie­

ście fali upałów, zmarł papież. 4 sierpnia, po trwającym cztery dni 

konklawe, na jego następcę wybrano Giuseppe'a Melchiorre'a Sarto, 
patriarchę Wenecji. Przyjął on imię Piusa X i okazał się być człowie­
kiem o swoistej pobożności, „papieżem maluczkich, ubogich i probosz­
czów" (jak nazwał go francuski pisarz Jacques Maritain). Syn listonosza 

i szwaczki z Riese pod Treviso w północnych Włoszech zaczął swoją 
karierę jako wiejski proboszcz. Teraz zaś nadał swojemu pontyfikatowi 
motto „Wszystko odnowić w Chrystusie". Wzywał do tego, by uczynić 
ze studiowania katechizmu stały element życia wspólnoty katolickiej 

i obniżył wiek przyjmowania Pierwszej Komunii Św. z dziesięciu na 
siedem lat. Zachęcał wszystkich wiernych do regularnego przyjmowa­
nia komunii, co do tej pory było raczej niezwykłe. Pacelli był tak za­
chwycony inicjatywą nowego papieża, że w wolnych chwilach udzielał 
dorosłym i dzieciom lekcji katechizmu. 

Ale Pius X pragnął również na nowo zorganizować Kościół. Podob­

nie jak wcześniej uczynił to Leon XIII, tak teraz i on jednoznacznie wy­

rzekł się wszelkiej władzy świeckiej. Pojmował siebie jako „ojca wszyst­
kich wierzących", który miał pełnić swój urząd niezależnie od innych 
państw i partykularnych interesów poszczególnych narodów. Jednakże 

jego najważniejszym celem była kodyfikacja prawa kanonicznego, która 

pozwoliłaby na uczynienie z Kościoła światowego jednego globalnego 
ciała prawnego, kierującego się własnymi prawami. Podobne próby 
podejmowano po raz ostatni w roku 1314, kiedy papież Klemens V 

(1305-1314) wydał Clementinae. Od tego czasu nagromadziło się mnó­

stwo papieskich dekretów, zarządzeń i decyzji sądowych, które nigdy 
nie zostały ujęte w jednolitym kodeksie prawa. Zatem w roku 1904 
Pius X powołał sześcioosobową komisję kardynałów, którzy, korzystając 
z rad najwybitniejszych znawców prawa kanonicznego z całego świata, 
mieli za zadanie stworzyć nowy kodeks prawa kościelnego, Codex Iuris 

Canonici

 (CIC). Ich sekretarzem (czyli koordynatorem) został miano­

wany arcybiskup Gasparri. Ten z kolei powierzył najważniejsze „dro­
biazgowe prace" „jednemu ze swoich najlepszych ludzi w Sekretariacie 
Stanu, człowiekowi, do którego miał „szczególne zaufanie": Eugeniowi 
Pacellemu. Miał on pełnić tę ważną funkcję przez trzynaście lat, aż do 
promulgacji CIC w roku 1917-

Tymczasem jednak pojawił się nowy kryzys, wymagający ingeren­

cji watykańskiego „Ministerstwa Spraw Zagranicznych". W Wielki 
Piątek 1904 roku francuski premier Emile Combes, były seminarzysta 

i zadeklarowały wróg Kościoła, nakazał usunięcie krzyży ze wszystkich 

szkół i sądów w całym kraju. W dniu 30 lipca, po sporze związanym 
z mianowaniem biskupa, zerwał wszelkie stosunki dyplomatyczne ze 
Stolicą Apostolską, we wrześniu zaś zamknął wszystkie katolickie szkoły 

we Francji. Rok później unieważnił konkordat, zawarty przez Watykan 
w 1801 roku z cesarzem Napoleonem Bonaparte. Kościół katolicki 
we Francji utracił równocześnie wszystkie swoje nieruchomości, które 
ocalały z rewolucji francuskiej. Pius X powierzył Gasparriemu zadanie 
rozwiązania „francuskiego problemu". Ten zabrał swojego „najlepszego 
człowieka" Pacellego oraz walizkę pełną dokumentów i zaszył się na pięć 

dni w swej rodzinnej wiosce, po czym przedłożył obszerne sprawozda­
nie, Białą Księgę. Stała się ona podstawą papieskich encyklik Vehementer 
nos

 (11 lutego 1906 roku) oraz Gravissimo officii munere (10 sierpnia 

1906 roku), w których papież wypowiada się przeciwko uchwalonemu 

przez Francję rozdziałowi państwa i Kościoła. Według niego to państwo 

- 3 7 -

- 3 6 -

background image

francuskie jednostronnie zerwało konkordat, przy użyciu przemocy 
obrabowało Kościół i utrudniało wiernym swobodne praktyki religijne. 
Ojciec Święty odrzucał jednak kompromis, według niego „lepiej być 
wolnym i biednym niż bogatym, ale zniewolonym". Najwyższe dobro 

Kościoła ma przecież pierwszeństwo przed jego dobrami: „Nienawiści 
przeciwstawimy miłość, błędnemu myśleniu prawdę, obelgom i obra­
zom przebaczenie, i będziemy prosić Boga, by wrogowie religii przestali 

ją prześladować". Apel papieża spotkał się z reakcją. Ustawa z dnia 

2 stycznia 1907 roku zwracała kapłanom i zakonnikom ich kościoły 
i klasztory, jednak z prawną klauzulą stwierdzającą, że są „właścicielami 
bez tytułu prawnego". 

Jeszcze w tym samym roku Gasparri, przede wszystkim z powodu 

swoich zasług w pracach nad CIC, został wyniesiony do rangi kardy­

nała. Eugenio Pacelli, który w tym czasie awansował na prywatnego 
sekretarza Gasparriego, został w marcu 1911 roku mianowany podse­
kretarzem stanu Kongregacji do spraw Relacji z Państwami. 

Ku swojemu wielkiemu ubolewaniu Pacelli nie miał już wkrótce 

czasu na pełnienie obowiązków duszpasterskich, które dawały mu tak 
wiele radości. Kiedy jego liczna rodzina przeprowadziła się w roku 

1908 na via Boezio 19, znajdującą się w eleganckiej dzielnicy Prati na 

lewym brzegu Tybru, urządził sobie tam prywatną kaplicę i otrzymał 
zezwolenie na codzienne celebrowanie w niej mszy św. Przy tej okazji 
najczęściej służył do nabożeństwa jako ministrant jego siostrzeniec 
Giulio, który jeszcze po wielu latach opowiadał o tym, z jaką rozpro­
mienioną twarzą wuj celebrował konsekrację. Na poranną mszę Pacelli 
poświęcał godzinę. Niezależnie od tego, jak wiele zadań i obowiązków 

na nim ciążyło, w pierwszej kolejności zawsze był kapłanem. Na obiad 
przychodził do domu, przy czym jadł „jak wróbelek". Z wielką czułoś­

cią troszczył się o swoje siostrzenice i siostrzeńców. Następnie udawał 
się na swój codzienny godzinny spacer wspomagający trawienie, było to 
przyzwyczajenie, do którego pielęgnowania namawiali go lekarze i któ­

re towarzyszyło mu przez całe życie. Poza pracą w Sekretariacie Stanu 
uczył również w Papieskiej Akademii kształcącej przyszłych dyploma­

n ­

tów Kościoła. Wieczorem przynosił do domu całe góry akt i książek, 
aby przygotować się do kolejnego dnia pracy. Kładł się spać dopiero 
około 2:00 w nocy, a już o 6:00 jego budzik znowu dzwonił. 

Jednak zaangażowanie w pracę opłaciło się i już wkrótce mógł zano­

tować na swym koncie ważne dyplomatyczne sukcesy. W roku 1910, 
kiedy w Anglii miała odbyć się koronacja króla Jerzego V, udało mu 

się doprowadzić do tego, że po raz pierwszy od roku 1607 podczas za­
przysiężenia zrezygnowano z antykatolickiego tekstu przysięgi. Pacelli 
wyjechał na uroczystości koronacyjne do Londynu jako jeden z człon­
ków watykańskiej delegacji - było to wydarzenie, które wspominał 
z rozrzewnieniem przez całe życie. Aby być doskonale przygotowanym, 
kazał nawet wydrukować wizytówki w języku francuskim, języku dy­
plomacji. 

W trakcie pracy nad nowym kodeksem prawa kanonicznego uwaga 

Pacellego skierowana była głównie na relacje pomiędzy państwami 
a Kościołem, które należało prawnie uregulować. W dniu 9 listopada 

1903 roku nowy papież zażądał, aby „nawiązać stosunki z władcami 

państw i przywódcami republik, ponieważ w przypadku braku takich 
stosunków papież nie miałby możliwości zagwarantować bezpieczeń­
stwa i wolności katolikom na całym świecie". Jego celem był silny, 
niezależny Kościół, którego nie byłby w stanie zinstrumentalizować 

żaden reżim, a który służyłby wyłącznie interesom Stolicy Apostol­
skiej. Umowy państwowe, czyli tak zwane konkordaty, miały stanowić 
zabezpieczenie prawne. Idealny konkordat, zdaniem Pacellego, gwa­
rantuje wolność wyznania i reguluje prawny status kleru, zabezpiecza 

stan posiadania Kościoła oraz rolę zakonów, pozwala na istnienie szkół 
wyznaniowych, a także potwierdza przywilej papieża, mówiący o pra­
wie do mianowania i odwoływania biskupów. 

Wkrótce, w roku 1913, do Watykanu zwróciło się Królestwo Serbii 

i zaproponowało podpisanie konkordatu. Wniosek był politycznie 
drażliwy, ponieważ Austro-Węgry wciąż uważały się za jedynego obroń­
cę katolickiej mniejszości na Bałkanach. Biskupi i kapłani na tych tere­

nach wywodzili się z Austrii, w kościołach modlono się za cesarza i jego 

- 3 9 -

background image

rodzinę. Jednakże polityczna rzeczywistość uległa drastycznej zmianie 

od czasu, kiedy Serbia podczas pierwszej wojny bałkańskiej przeciwko 
Turcji zdobyła Macedonię i północną Albanię. Tym samym liczba 

katolików w królestwie wzrosła z około siedmiu do ponad czterdziestu 
tysięcy. Dodatkowo bezpośrednia umowa z Watykanem oznaczałaby 
dla Serbii pewien krok ku większej autonomii i uwolnienie się od ku­
rateli Austrii. 

Pacelli zdawał sobie sprawę, jak drażliwa była ta sprawa. Z jednej 

strony musiał brać pod uwagę sytuację panującą w Wiedniu, z drugiej 
zaś konkordat ten był szansą na zapewnienie praw katolickiej mniej­
szości w prawosławnym królestwie. Serbia wyraziła gotowość zagwa­
rantowania katolikom w kraju pełnej wolności religijnej i wyznanio­
wej, wypłacania wynagrodzenia biskupom i klerowi oraz umożliwienia 

kształcenia duchownych. O ile wcześniej zmiana wyznania była zabro­
niona, teraz wydano wyraźnie zgodę na przechodzenie na katolicyzm. 
Dodatkowo pojawiła się szansa przezwyciężenia istniejącej niemal ty­
siąc lat przepaści dzielącej katolicyzm od prawosławia. Pacelli nie mógł 
z niej nie skorzystać. Odrzucenie tej propozycji mogłoby zupełnie 
niepotrzebnie pogorszyć sytuację katolików. 

Sekretarz stanu kardynał Merry del Val, któremu Pacelli przedłożył 

serbski wniosek, całkowicie się z nim zgodził. Nie można było zostawić 
serbskich katolików w potrzebie wyłącznie w imię przestarzałego au­
striackiego przywileju. Przy tym przyszły papież nie pozostawił żadnych 
złudzeń co do tego, że za tą próbą stoją pewne cele związane z polityką 
zagraniczną. „Jednak kiedy stwierdzimy, że nie możemy zaufać Serbom, 
tym bardziej mamy powody, by związać ich przy pomocy konkordatu", 
tymi słowami zakończył swoją poradę. I tak w dniu 24 lipca w Watyka­
nie uroczyście podpisano konkordat obejmujący 22 artykuły. 

Niektóre socjalistyczne gazety w Austrii pisały o „klęsce" oraz 

o „strasznym ciosie zadanym naszemu znaczeniu". Jednak austriacki 

rząd pospieszył natychmiast z protestem, wyjaśniając, że „pełen dobrej 

woli" śledził rokowania. Jego zdaniem konkordat miał być „wyjątkową 
okazją do właściwego uregulowania sytuacji katolików w Serbii". 

- 4 0 -

Mimo to cztery dni później doszło do katastrofy: w Sarajewie z rąk 

bośniacko-serbskiego fanatyka zginęli austriacki następca tronu arcy-
książę Franciszek Ferdynand wraz z małżonką. Jednak wyłącznie John 
Cornwell ma czelność przypisywać Eugeniowi Pacellemu część winy 
za „prekatastrofę XX stulecia". „To właśnie konkordat przyczynił się 
do napięć, które skłoniły rząd Austrii do nadmiernego rozdrażnienia 
całej sytuacji", stwierdza brytyjski dziennikarz w swojej biografii Piusa, 

jak gdyby ten zamach miał być tylko pretekstem lub jak gdyby zapro­
ponowany przez Serbię konkordat był jego przyczyną. Cornwell zdaje 
się nie zauważać faktu, że już w roku 1908 po aneksji Bośni niemalże 

doszło do wybuchu wojny pomiędzy Serbią a Austro-Węgrami i że 
od tego czasu Bałkany były prawdziwą beczką prochu. Gdyby było 
więcej czasu, konkordat z pewnością doprowadziłby do złagodzenia 
sytuacji oraz rozwiązania konfliktów. W żadnym z obszernych studiów 
poświęconych przyczynom pierwszej wojny światowej opublikowa­
nych w ciągu kilku ostatnich dekad przez znamienitych historyków nie 
ma nawet śladu jakiegokolwiek związku pomiędzy wybuchem wojny 
a konkordatem Stolicy Apostolskiej z Serbią. 

Najpierw pojawiły się groźby, następnie ultimatum. Wiedeń zażądał 

od Serbii nie tylko likwidacji wszelkich organizacji walczących prze­
ciwko Austrii, lecz jednocześnie chciał sam prowadzić dochodzenia. 
Serbia potraktowała to jako atak na swoją suwerenność. Wiedeń zerwał 

z nią wszelkie stosunki dyplomatyczne i w dniu 28 lipca wypowiedział 

Belgradowi wojnę. Rosja, jako sprzymierzeniec Serbii, natychmiast 

ogłosiła powszechną mobilizację. W odpowiedzi na to Niemcy, sprzy­
mierzeniec Austrii, 1 sierpnia wypowiedziały wojnę Rosji. 

Papież Pius X przeczuwał, co może spotkać Europę, i wpadł w głę­

boką depresję. „Chcę umierać za żołnierzy na polach bitwy", oświadczył 
swoim najbliższym współpracownikom. Kiedy w dniu 20 sierpnia 

1914 roku, w obliczu śmierci, jeszcze raz poprosili go o błogosławień­

stwo dla świata, powiedział tylko: „Błogosławię pokój, a nie wojnę" 

— i na zawsze zamknął oczy. 

- 4 1 -

background image

Już dwa tygodnie później, w dniu 3 września 1914 roku, w dziesią­

tej turze głosowania kardynałowie wybrali na nowego papieża - niskie­
go, dynamicznego syna hrabiowskiego rodu - Giacomo delia Chiesa 
z Genui. Przyjął on imię Benedykt XV, a jego pierwszą urzędową de­
cyzją była rezygnacja z uroczystości koronacyjnych z powodu wojny. 

Zamiast tego nałożono mu tiarę w Kaplicy Sykstyńskiej, skąd również 
skierował swoje słowa do świata. W przesłaniu Ubi primum wezwał 
państwa prowadzące działania wojenne do zaprzestania przelewu krwi, 
a kapłanów, by nigdy nie wygłaszali kazań w języku nienawiści i pogar­

dy, lecz wyłącznie pokoju i chrześcijańskiej miłości. 

Niemiecka armia zdążyła w tym czasie naruszyć neutralność Belgii, 

napadła na Francję i dotarła aż nad Marne. To z kolei skłoniło Anglię 
do włączenia się w działania wojenne. Do Prus Wschodnich wkroczy­
ła armia rosyjska licząca 200 tysięcy żołnierzy. Generał Hindenburg, 

mimo że dysponował znacznie mniejszymi siłami, zdołał ją oskrzydlić 
i zadać sromotną klęskę. Jednak decydujący przełom w wojnie nastąpił, 
gdy Francuzi podjęli kontrofensywę i zatrzymali szybki marsz Niem­
ców. I tak wojna dynamiczna zmieniła się w wojnę pozycyjną - zacie­

kłe, bezlitosne wyrzynanie się nawzajem w okopach, które miało trwać 
jeszcze przez cztery lata. 

Nowy papież nie cofał się przed niczym, by pokazać Europie bezsens 

tej masakry. Również w swojej pierwszej encyklice Ad beatissimi Apo-

stolorum Principis

 z listopada 1914 roku wzywał do pokoju na świecie 

i żądał zakończenia wojny, nienawiści oraz pogardy wobec ludzi. Potę­
piał nacjonalistyczny egoizm, nienawiść rasową, walkę klas oraz upa­
dek wartości chrześcijańskich w społeczeństwie - jednak nadaremno. 

Podczas tajnego konsystorza ustalił wraz z kardynałami wytyczne dla 
swojego dalszego postępowania: absolutną neutralność oraz podejmo­

wanie wszelkiego typu prób łagodzenia następstw wojny, pomocy dla 
jej ofiar, a także zastosowanie wszelkich dostępnych środków w celu jak 

najszybszego zakończenia działań wojennych. Jego neutralność sięgała 
tak daleko, że strony biorące udział w wojnie uważały go za rzecznika 
strony przeciwnej. Kiedy w styczniu 1915 roku papież zaprotestował 

- 4 2 -

przeciwko wkroczeniu niemieckich wojsk do neutralnej Belgii, nie­
miecka prasa szydziła z niego, nazywając go „papieżem Francuzów". 

Jego apele nie odniosły skutku. Nie powiodła się także próba uzgod­

nienia zawieszenia broni w okresie Bożego Narodzenia. Kiedy w lutym 

1915 roku papież wezwał świat do uczczenia dnia modlitwy o pokój, 

pozostało mu wyłącznie błagać Boga słowami: „Oddal od nas tę strasz­
liwą plagę! Zmiłuj się". Znowu papiestwo okazało się bezsilne. Głos ze 

stolicy św. Piotra został zagłuszony przez huk wystrzałów, miłość uległa 
nienawiści, rozsądek szaleństwu. 

Już w pierwszych tygodniach swojego pontyfikatu Benedykt XV na 

nowo obsadził najważniejsze stanowiska w rzymskiej Kurii. Jego dłu­

goletni przyjaciel Piętro Gasparri został nowym sekretarzem stanu, zaś 
Eugenio Pacelli sekretarzem Sekcji do spraw Relacji z Zagranicą, czyli 
ministrem spraw zagranicznych. 

Na tym stanowisku przypadło mu zadanie poprowadzenia papie­

skiej akcji pomocy jeńcom wojennym wszystkich walczących stron. 
Była to praca doskonale odpowiadająca jego charakterowi, wykazał się 
również przy tej okazji wyśmienitym talentem organizacyjnym. W ten 

sposób powstała międzynarodowa sieć miłości bliźniego. W każdej 
diecezji, w której istniały obozy jenieckie, wyznaczano do pracy kapła­
nów znających odpowiednie języki, aby pomagali nawiązać kontakty 

pomiędzy jeńcami a ich rodzinami, które często żyły w niepewności 
co do losu swoich bliskich, oraz umożliwiali im korespondencję. Gro­
madzono i przekazywano także informacje na temat osób zaginionych 

i zmarłych - pod koniec wojny było to ponad 170 tysięcy przypad­
ków. We współpracy z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem oraz 

rządem Szwajcarii Pacelli prowadził rokowania w sprawie wymiany 
rannych jeńców wojennych. Dzięki temu jeszcze przed zakończeniem 

wojny do ojczyzny mogło powrócić ponad 65 tysięcy mężczyzn. Wresz­
cie Stolica Apostolska ptzeznaczyła znaczne środki finansowe na zakup 
leków i żywności, które były rozdzielane przez kapłanów w obozach 

jenieckich. Aby poradzić sobie z tak ogromnym zadaniem, przez cały 

ten czas Pacelli nie pozwolił sobie nawet na jeden wolny dzień. 

- 4 3 -

background image

Z polecenia papieża wyjechał do Rzymu, aby przedstawić cesarzowi 

Franciszkowi Józefowi propozycję, która mogłaby powstrzymać Włochy 
przed włączeniem się do wojny. Jednakże Austriacy nie chcieli o tym sły­
szeć, ponieważ Włosi żądali odstąpienia części terytoriów. Dopiero rok 
później, już po śmierci Franciszka Józefa, kiedy sprawy rządowe przejął 

nowy cesarz Karol V, znowu pojawiła się nadzieja. Ten głęboko wierzący 

Habsburg również pragnął szybkiego zakończenia walk i poparł inicja­
tywę papieża. Plany zaprowadzenia pokoju nie powiodły się wyłącznie 

z powodu oporu ze strony niemieckich sprzymierzeńców, szczególnie 

generałów Hindenburga i Ludendorffa, którzy mogli zaakceptować wy­
łącznie pokój na warunkach zwycięzców. „Straszliwa rzeź" (jak określił 
tę wojnę Benedykt XV) miała potrwać jeszcze przez dwa lata. 

W każdym razie papież wiedział teraz, co należy uczynić. Coraz 

wyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, że to Niemcy dzierżą w ręku 

klucz do przyszłości FLuropy. Jednakże zdominowana przez protestanc­
kie Prusy niemiecka Rzesza już tradycyjnie była dla Kościoła trudnym 
terenem działań. Wciąż jeszcze odczuwano następstwa Kulturkamp fu, 
walki, jaką kiedyś toczył Bismarck przeciwko Kościołowi katolickiemu. 

Punktem zapalnym stał się Sobór Watykański I. Nowy dogmat 

0 nieomylności papieża odnoszący się do nauczania ex cathedra spo­
tkał się z bardzo ostrym sprzeciwem ze strony teologów niemieckich. 
W ramach protestu doszło do powstania ruchu, z którego narodził się 

Kościół starokatolicki. Niemiecki kanclerz Rzeszy Otto von Bismarck, 

dla którego wierność katolików wobec Rzymu oraz ich polityczne 
wpływy zawsze były cierniem w oku, dostrzegł w tym pewną szansę. 

Jego zdaniem z ruchu  s t a r o k a t o l i k ó w miał powstać niemiecki 

Kościół narodowy, którego głową nie byłby już papież, lecz wyłącznie 
cesarz. Kościół rzymskokatolicki miał zostać uciszony poprzez szereg 
uregulowań prawnych. 

Kiedy Rzym zaprotestował, bez wahania zerwano wszelkie stosunki 

dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską. Z konstytucji Prus bezpowrotnie 
zniknął artykuł mówiący o Kościele, gwarantujący jego niezależność 
1 równouprawnienie wszystkich wyznań. 

- 4 4 -

Następnie rozpoczęło się szykanowanie. Katolickie stowarzysze­

nia oraz działalność kościelna poddane zostały ścisłemu nadzorowi. 

Księży, a nawet biskupów, oskarżano z byle powodu, skazywano na 

kary pieniężne lub pozbawienie wolności albo poddawano przymu­

sowemu postępowaniu egzekucyjnemu. Na porządku dziennym były 
przeszukania w domach. W roku 1878 swój urząd sprawowało wy­
łącznie trzech z dwunastu biskupów Prus, jedna czwarta parafii była 
nieobsadzona. 

Jednak rachuby Bismarcka zawiodły. Wierni solidaryzowali się ze 

swoim klerem i tłumnie przyłączali się do katolickich stowarzyszeń. Ka­
tolicka Partia Centrum, pogardzana przez Bismarcka, w trakcie wybo­
rów do Reichstagu stała się drugą co do wielkości frakcją parlamentar­
ną. Żelazny kanclerz „poparzył sobie palce święconą wodą" - wkrótce 

stało się to popularnym powiedzeniem. Teraz Centrum było mu po­
trzebne do przeforsowania jego własnej polityki ceł zaporowych oraz do 

zwalczania nowego „ulubionego wroga", partii socjaldemokratycznej. 

Nastąpił zatem gwałtowny zwrot. Do 1883 roku trzy  u s t a w y 

ł a g o d z ą c e pozbawiły państwo większości instrumentów kontroli 

nad Kościołem, dodatkowo ułaskawiono 280 wydalonych duchow­
nych. Dwie ustawy pokojowe (Friedensgesetze) z lat 1886 i 1887 całko­

wicie zakończyły tę walkę. Papież mógł z radością ogłosić, że przywró­
cono pokój pomiędzy państwem niemieckim a Kościołem. 

Mimo to przez kolejne trzy dekady nie istniały jeszcze dyplomatycz­

ne stosunki ze Stolicą Apostolską. Jedyna nuncjatura na niemieckiej 

ziemi znajdowała się w Monachium; był to relikt z czasów, kiedy Bawa­
ria była jeszcze niezależnym królestwem. Tylko po człowieku formatu 
Pacellego papież Benedykt XV mógł oczekiwać, że sprawdzi się „w jas­
kini lwa" i utworzy przedstawicielstwo papieskie w Berlinie. W końcu 

jego „minister spraw zagranicznych" uchodził za jedną z „najbardziej 

tęgich głów papieskiej dyplomacji". Miał zdolności językowe, dyspo­
nował solidnym wykształceniem prawniczym i znał sprawy Stolicy 

Apostolskiej jak nikt inny. Kiedy wreszcie na początku roku 1917 prace 

nad CIC zostały zakończone, Gasparriemu zabrakło już argumentów 

- 4 5 -

background image

sprzeciwu wobec życzenia papieża. „Odcięto mi prawą rękę", miał po­
dobno zakrzyknąć przed wyjazdem Pacellego. 

Przedtem doszło jednak do pewnego spotkania, które okazało się pro­

rocze. Do Rzymu przybył Nahum Sokołów, jeden z przywódców Świato­

wego Kongresu Syjonistycznego, by szukać poparcia dla planu powstania 

państwa żydowskiego w Palestynie. Fakt, że Benedykt XV rok wcześniej 
stanowczo potępił antysemityzm, wydawał mu się dobrą wróżbą. Sekre­
tarz stanu kardynał Gasparri skierował go do Pacellego, który życzliwie 
przyjął Sokołowa i poświęcił czas, aby go wysłuchać. Później w swoim 
sprawozdaniu dla komitetu wykonawczego syjonistów Sokołów chwalił 

się serdecznością, z jaką został przyjęty przez Monsignore. Poza tym przy­
znał, że Pacelli całkowicie go zaskoczył: miał go życzliwie zapytać, czy ten 
nie zechciałby przedstawić swoich planów papieżowi. Sokołów nigdy nie 
przypuszczał, że Żyd mógłby uczynić coś takiego. Jednak 6 maja Bene­

dykt XV udzielił mu trwającej czterdzieści pięć minut audiencji, dłuższej 
niż te, których udzielano niektórym głowom państw. 

„Nie jestem skłonny do łatwowierności ani przesady", zapewniał 

później ten syjonistyczny działacz w swoim sprawozdaniu dla komitetu 
wykonawczego, 

(...) mimo to nie mogę się powstrzymać od wyjaśnienia, że było to 

okazanie mi niezwykłej wręcz przyjaźni: tak szybkie pozwolenie Żydo­
wi i syjoniście na odbycie prywatnej audiencji, która trwała tak długo 
i przebiegała w atmosferze takiej serdeczności i wyrazów sympatii, 
zarówno wobec Żydów w ogóle, jak i dla syjonizmu w szczególności, 
to wszystko świadczy przynajmniej o tym, że ze strony Watykanu 

nie powinniśmy się spodziewać żadnych trudności niemożliwych do 
pokonania. 

Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, by tego tak nieoczekiwanie 

życzliwego, gotowego do pomocy i najwyraźniej tak mu przychylnego 

Pacellego posądzić o jakieś antysemickie skłonności. 

Z całkowitą swobodą Benedykt XV zwrócił się do Sokołowa z proś­

bą o przedstawienie mu programu syjonistów, by następnie potwier-

- 4 6 -

dzić, że jest to „wyznaczone przez Opatrzność" oraz „całkowicie zgodne 
z wolą Bożą". Również jeśli chodzi o chrześcijańskie miejsca święte 

w Palestynie, papież nie miał żadnych wątpliwości: „Nie wątpię w to, 
że dojdzie do osiągnięcia zadowalającego kompromisu". Podczas gdy 
Sokołów dotarł już do celu swoich marzeń, Benedykt XV pożegnał go, 
powtarzając kilkakrotnie, jakby dla wzmocnienia, słowa: „Tak, wierzę, 

że będziemy dobrymi sąsiadami". 

Oczywiście epizod ten został przemilczany przez Johna Cornwella, 

Daniela Jonaha Goldhagena i innych, którzy, całkowicie przeinaczając 

prawdę, oskarżają Piusa XII o antysemityzm. Jednak w dniu 6 maja 

1917 roku to właśnie on położył podwaliny pod utworzenie państwa 

Izrael. Dopiero w roku 1921, kiedy ruch syjonistyczny zaczął wyraźnie 

dryfować ku politycznej lewicy, zaś z Palestyny zaczęły napływać do 
papieża skargi na żydowskich osadników, Benedykt XV wyraźnie odciął 
się od syjonizmu; ale wtedy Pacelli piastował już inne stanowisko. 

W tydzień po spotkaniu z działaczem syjonistów wybiła ważna dla 

Eugenia Pacellego godzina. W dniu 13 maja 1917 roku w Kaplicy 
Sykstyńskiej papież Benedykt XV wyświęcił go na arcybiskupa Sardes. 

To starożytne miasto w dzisiejszej zachodniej Turcji jest jedną z dwóch 

tysięcy diecezji, które zostały zniszczone w wyniku najazdu muzuł­
manów. Tego typu „tytuł wygnańczy" nadawano noszącemu godność 

biskupią, nie wiążąc go tym samym z obowiązkami opiekuna aktywnej 
diecezji, co jest regułą w przypadku wysokiej rangi urzędników Kurii, 

nuncjuszy oraz sufraganów. 

Na zakończenie uroczystej ceremonii Benedykt XV wręczył no­

wemu arcybiskupowi wspaniały pektorał z wizerunkiem Maryi oto­
czonym brylantami i rubinami. Jego matka, która ze łzami w oczach 
uczestniczyła w tym wydarzeniu, podarowała mu kosztowny pierścień 
biskupi, wykonany z jej ulubionej biżuterii. Z pewnością z wielkim 

trudem przyszło jej pożegnać się z ukochanym synem, po tym jak 
kilka miesięcy wcześniej straciła męża. Jednak przyjęła to z wielkim 

spokojem, mówiąc: „Nikt nie będzie mógł powiedzieć, że sprzeciwiam 
się woli Boga". Wśród dostojnych gości uczestniczących w udzieleniu 

- 4 7 -

background image

sakry, poza zagranicznymi dyplomatami oraz przedstawicielami rzym­
skiej szlachty, był oczywiście kardynał Gasparri, a także bliski przyja­
ciel Eugenia Pacellego: watykański bibliotekarz i dyplomata Achille 

Ratti, który dwa lata później miał zostać nuncjuszem w Polsce, cztery 
lata później kardynałem, zaś po upływie kolejnego roku papieżem 
Piusem XI. 

Dokładnie o tej samej porze, kiedy Pacelli przyjmował z rąk papieża 

mitrę i pastorał, otwarło się niebo. W Fatimie, niewielkiej górskiej wio­
sce w północnej Portugalii, trójce małych pasterzy ukazała się Matka 
Boża i zapowiedziała swoje pięciokrotne przyjście. Dwa miesiące póź­
niej, w dniu 13 lipca, objawiła dzieciom przyszłość Europy. Według jej 
słów wojna miała wkrótce dobiec końca, lecz jeśli ludzie nie przestaną 

nadal obrażać Boga, może dojść do kolejnej, jeszcze straszliwszej, która 
przyniesie z sobą prześladowania Kościoła i papieża. Następnie Rosja 
będzie zarażać świat „swoimi błędami" i niszczyć całe narody. Dopiero 
kiedy papież ofiaruje Rosję Maryi, kraj ten nawróci się i na świecie na 

jakiś czas zapanuje pokój. Kilka miesięcy później, podczas ostatniego 

objawienia w dniu 13 października, do Fatimy przybyło ponad 70 ty­
sięcy ludzi. Mimo że padał wtedy ulewny deszcz, stali się oni świadkami 

niewiarygodnej sceny. Słońce przybiło się przez chmury i zdawało się, 

że gwałtownie wirując, zbliża się ku ziemi. Chociaż ludzie byli całkowi­
cie przemoczeni przez ulewę, ich ubrania w jednej chwili wyschły. „Ta­

niec słońca", „słoneczny cud Fatimy" zrobił ogromne wrażenie nawet 
na wysłannikach sceptycznych i antyklerykalnych dzienników, którzy 
przybyli do tej górskiej wioski właściwie tylko po to, by naigrawać się 
z „naiwnych wiernych". Trzynaście lat później objawienia maryjne z Fa­
timy zostały oficjalnie uznane przez Kościół. Pius XII, wielki czciciel 
Maryi, uważał je za przesłanie z nieba dla jego pontyfikatu. Kiedy pew­
nego razu pobożni pielgrzymi z Fatimy powitali go słowami: „Niech 
żyje papież z Fatimy!", odpowiedział im z dumą: „To ja!". 

IV 

MISJA POKOJOWA 

Człowiek, który powiadomił Benedykta XV o niezwykłym zachowa­
niu nowo mianowanego biskupa, miał ciemnorudą czuprynę. 

Był to baron Carlo Monti, reprezentujący Włochy przy Stolicy Apo­

stolskiej. Twierdził, że aby sprostać ekstrawaganckim wymaganiom 
nowego nuncjusza i umożliwić mu przeprowadzkę do Monachium, 
musiał włączyć do pracy ni mniej ni więcej tylko aż czterech ministrów 

włoskiego rządu. Pacelli nie tylko miał prosić o własny przedział na 
czas podróży pociągiem, ale dodatkowo o zaplombowany wagon, aby 
przetransportować w nim sześćdziesiąt skrzyń z żywnością, której po­

trzebował po to, by jego wrażliwy żołądek nie ucierpiał w warunkach 
niemieckich. Na wywóz z terytorium Włoch takiej wielkiej ilości pro­

duktów żywnościowych podlegających embargu specjalne zezwolenie 
musiało wydać samo Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Wszystko to 
miało kosztować 8 tysięcy lirów, jest to rachunek, o którego uregulowa­
nie ma się zatroszczyć Stolica Apostolska. 

Papież ukrywał uśmiech, przysłuchując się relacji Montiego. Gdyby to 

on sam wybierał się do Monachium, odpowiedział, wolałby żyć jak prze­
ciętny mieszkaniec Bawarii. „Oto zwykły ksiądz, żyjący bez przepychu 
i wymagań", zapisał wieczorem w swoim dzienniku baron, aby następnie 
podsumować: „Nawet jeżeli papież ma o nim [Pacellim] dobre zdanie, 
to niekoniecznie pochwala jego metody, a przede wszystkim jego styl". 

Jednak Benedykt XV znał prawdę. Przecież skromnego Pacellego 

nie mogło tak nagle ponieść, ani też nie opadła go żadna żarłoczność; 

- 4 9 -

background image

nadal jadł „jak ptaszek", jak napisała kiedyś jedna z jego kuzynek. Nie 
był ani fircykowatym prałatem, jak przedstawił go John Cornwell, ani 
rozpieszczonym maminsynkiem, który obawiał się, że w Bawarii nie 
będzie mógł dostać spaghetti. Już od dawna historycy wiedzą o tym, że 
żywność ta nie była wcale przeznaczona dla niego samego, lecz dla nun­
cjatury w Wiedniu, która miała rozdać ją cierpiącym biedę mieszkań­
com Austrii. Chodziło zatem o potajemny manewr umożliwiający tym 
darom bezproblemowe przekroczenie granicy Włoch, które znajdowały 
się w stanie wojny z Austrią. Już tylko z tego powodu Benedykt XV 
musiał pozostawić skargę Włocha bez odpowiedzi, nie spodziewając 
się z pewnością, że pewnego dnia Cornwell zapragnie wykorzystać ten 
epizod, aby ukazać Pacellego w złym świetle. 

Dużo lepiej oceniał nuncjusza bawarski wysłannik przy Stolicy Apo­

stolskiej, Otto von Ritter zu Groenesteyn, znający go już od ośmiu lat. 
Według jego opinii Pacelli miał „otwarty i prosty charakter, był czło­
wiekiem honoru w każdym calu, pobożnym kapłanem, zasługującym 

na całkowite zaufanie i nie znoszącym żadnych wykrętów, (...) a przy 
tym skromnym. Jego zachowanie jest bez zatzutu, choć może niekiedy 
przypominać zachowanie mnicha", napisał do bawarskiego premiera 
hrabiego Georga von Hertlinga, kiedy dowiedział się o powołaniu 
Pacellego do Monachium. 

We wczesnych godzinach tannych, dnia 20 maja 1917 roku, nowo 

wyświęcony arcybiskup opuścił Rzym. Wieczorem tego samego dnia 
spotkał się w Lugano w Szwajcarii ze znajdującymi się na wygnaniu dy­
plomatami, następnie odwiedził klasztor Maria Einsiedeln, aby przed 
słynnym cudownym wizerunkiem Matki Bożej modlić się o wspomo­
żenie dla swej misji. Wreszcie w dniu 25 maja przybył do Monachium 
i wraz ze swoim asystentem Monsignore Schioppą wprowadził się do 
nuncjatury mieszczącej się przy Brienner Sttasse, we wspaniałym klasy-
cystycznym budynku. Cztety dni później został formalnie przedstawio­

ny bawarskiemu królowi Ludwikowi III (1845-1921), któremu przeka­

zał papieskie pisma uwierzytelniające. Stary król, noszący wzbudzającą 
szacunek białą brodę, zgotował mu zaszczytne przyjęcie i cierpliwie 

- 5 0 -

przysłuchiwał się, kiedy wysłannik papieża w dość łamanej niemczyźnie 
przedstawiał swoje pokojowe przesłanie. Na szczęście wcześniej przeka­
zano królowi tekst spisany na papierze. 

Konieczność  p o n o w n e g o zbudowania ludzkiej społeczności na pewnej 
podstawie chrześcijańskiej mądrości oraz fakt, że sprawiedliwy i trwały 
pokój może zaistnieć wyłącznie w oparciu o powszechne prawo chrze­

ścijańskie, nigdy jeszcze nie były tak bardzo oczywiste, jak w tej ciężkiej 
od trosk godzinie. To właśnie  m o i m wątłym siłom powierzono misję 
współuczestniczenia w  t y m pokojowym dziele w tej godzinie, która 
może nie mieć sobie równych w dziejach. 

W taki właśnie sposób nowy nuncjusz zdefiniował swoje zadanie. 

Nawet jeśli jego przesłanie miało sporo potknięć, to jednak zosta­

ło dobrze przyjęte. „Papież przysłał nam nie tylko nuncjusza - ten 

Pacelli jest wart więcej niż cała armia!", stwierdził z podziwem hrabia 
Hertling. 

Cztery tygodnie później, dnia 25 czerwca 1917 roku, arcybiskup 

Pacelli siedział w pociągu jadącym do Berlina, udając się oficjalnie 
„z prywatną wizytą" do stolicy, w tzeczywistości jednak po to, by spo­
tkać się z wysokiej rangi członkami rządu. Poseł Partii Centrum Ma­
thias Erzberger, wierzący katolik, gotów do poparcia porozumienia 

pokojowego w Reichstagu, odebrał go z berlińskiego dworca Anhalter. 
Dwa tygodnie wcześniej Watykan zwrócił się z oficjalną prośbą do 
niemieckiego rządu, by ten przedstawił swoje propozycje i warun­
ki dla rokowań pokojowych; jednak prośba pozostała bez odpowie­
dzi. Teraz nuncjusz został przyjęty przez kanclerza Rzeszy Theobalda 

von Bethmanna-Hollwega, który przynajmniej dał mu jakąś nadzieję. 

Kanclerz wyjaśnił, że również Niemcy życzą sobie „zakończenia tej 

straszliwej wojny, której nie wywołali". Jednak wyraził obawę, że go­
towość do rokowań mogłaby zostać opacznie zrozumiana przez prze­
ciwników w wojnie jako „oznaka słabości", chociaż faktem jest, „że 
mocarstwa centralne są nie do pobicia przy użyciu sił militarnych". 

- 5 1 -

background image

Jednak zasadniczo Rzesza byłaby gotowa do rozbrojenia. Gdyby inni 

uczynili tak samo, mogłaby również zwrócić Belgii suwerenność, jeśli 
kraj ten nie znalazłby się w sferze wpływów Anglii lub Francji, oraz 
poddać jurysdykcji międzynarodowego sądu polubownego sprawę spo­
rów granicznych w Alzacji-Lotaryngii i w południowym Tyrolu. Pacelli 
nie miał pojęcia, że żadne z tych ustępstw nie zostało wcześniej ustalone 
z Najwyższym Sztabem. Kanclerz Rzeszy, który cztery tygodnie później 
zmuszony został do dymisji, nie przedstawił nuncjuszowi stanowiska 

Niemiec, lecz wyłącznie swoje osobiste poglądy. 

Jednak dzięki temu pokojowy cel choć na chwilę znalazł się w zasię­

gu teki. Pełen ufności Pacelli wsiadł 28 czerwca do „wspaniałego specjal­

nego wagonu kolei Rzeszy", który miał zabrać go do Bad Kreuzenach 
niedaleko Bingen, gdzie w jednym z uzdrowisk założył kwaterę główną 

Wilhelm II. Po zaszczytnym przyjęciu nuncjusz został wprowadzony do 
gabinetu cesarza, któremu przekazał przesłanie papieża. Po francusku 
- jego niemiecki podobnie jak wcześniej pozostawiał wiele do życzenia 
- wspomniał o „głębokiej trosce" Ojca Świętego związanej z „długo 

trwającą wojną" oraz rosnącymi zniszczeniami kontynentu, które moż­
na porównać z „samobójstwem europejskiej cywilizacji". Mówił też, że 
Benedykt XV nie ma wątpliwości co do tego, że niemiecki cesarz zechce 
dopomóc mu w jego wysiłkach, by jak najszybciej zakończyć wojnę. 
Dlatego żywi cichą nadzieję, że w imię pokoju Niemcy będą gotowe 
zrezygnować z części zdobytych obszarów. 

Wilhelm II, który do tej pory przysłuchiwał się z szacunkiem i uwa­

gą jego słowom, nagle się wyprostował. W jego oczach pojawiły się 
groźne błyski. Nastąpił potok słów, któremu towarzyszyły mimika 
i gesty, które później nuncjusz scharakteryzował w swoim liście do 
sekretarza stanu kardynała Gasparriego jako „nieprzystające i niezu­
pełnie normalne". Jak mówił cesarz, Niemcy nie pragnęły tej wojny, 
zostały zmuszone do wzięcia w niej udziału. Jedynym ich zadaniem 
jest „obrona przeciwko destrukcyjnym celom Anglii, której machina 
wojenna musi zostać zniszczona". Wilhelm wzniósł nagle pięść w górę, 
jak gdyby chciał uderzyć niewidocznego wroga. To przecież właśnie 

- 5 2 -

Niemcy były krajem, który w grudniu ubiegłego roku zaproponował 

zawarcie pokoju, papież musiał o tym zapomnieć! 

Pacelli odpowiedział uprzejmie, że zaraz po tym amerykański pre­

zydent Woodrow Wilson wezwał walczące strony do określenia swoich 
celów wojennych. Podczas gdy kraje Ententy udzieliły precyzyjnej 
odpowiedzi, Niemcy zadowoliły się jedynie wysunięciem propozycji 
spotkania w strefie neutralnej. Jednak papież ma nadzieję, że Niemcy 
podejmą decyzję o rezygnacji z zajętych obszarów, a przede wszystkim 
przywrócą suwerenność Belgii. 

Nuncjusz zauważył, że cesarz rozpoczął obszerny wywód, aby kwie­

cistą mową zamaskować brak konkretnej odpowiedzi. Stwierdził on, że 
to nienawiść jest trucizną zatruwającą serca. Na nią trzeba wylać balsam 
modlitwy. Dlatego papież powinien wezwać swoich duchownych do 
tego, by wygnali z ludzkich umysłów nienawiść, która jest największą 
przeszkodą dla pokoju. 

Kiedy cesarz był już przekonany, że Pacelli stoi po jego stronie, zmie­

nił ton z pełnego patosu na ironiczny. Powiedział, że przecież Włochy 
i Austria to narody katolickie. Dlaczego zatem papieżowi nie udało się 
skłonić przynajmniej tych państw do wzięcia udziału w rokowaniach? 
Bardzo dobrze wiedział, że „kwestia rzymska" pozostaje nadal nieroz­

wiązana, zaś rząd Włoch jest antyklerykalny. Propozycja wysunięta 
przez Stolicę Apostolską zostałaby automatycznie odrzucona i mogłaby 
zostać ponownie użyta jako pretekst, by podjudzić tłum przeciwko pa­
pieżowi, wtrącił asystent Pacellego, Monsignore Schioppa. W tej chwili 
nie ma jeszcze państwa watykańskiego, nie ma ono autonomii. 

Pacelli zorientował się, że były to tylko wykręty. Cesarz nie był go­

tów na zrobienie pierwszego kroku w kierunku pokoju. Wciąż jeszcze 

wierzył w zwycięstwo. Jeszcze tego samego dnia nuncjusz wyjechał do 

Monachium, aby dzień później spotkać się z cesarzem Austrii Karo­
lem I i wysondować jego cele wojenne. 

Jednak cesarz był przekonany, że udało mu się owinąć sobie papie­

skiego nuncjusza wokół palca. Kiedy pięć lat później, przebywając na 

wygnaniu w Holandii, spisywał swoje pamiętniki, bardzo dokładnie 

- 5 3 -

background image

pamiętał arcybiskupa, któremu wystawił następujące świadectwo: „Pa­
celli jest dystyngowaną, sympatyczną i niezwykle inteligentną oso­
bistością, o manierach bez zarzutu, krótko mówiąc idealny katolicki 
książę Kościoła". Według jego słów, Pacelli opanował język niemiecki 

na tyle dobtze, by „móc śledzić rozmowę prowadzoną po niemiecku", 

jednak nie „posługiwał się nim swobodnie", chociaż „niekiedy stoso­
wał pojedyncze niemieckie wyrażenia". Zdaniem Wilhelma, nuncjusz 

był nim zafascynowany i z entuzjazmem przyznawał mu rację. Jednak 
relacja Pacellego przeznaczona dla Gasparriego pokazuje, że również 

w tym względzie cesarz padł ofiarą własnej próżności. Watykan zmu­

szony został do tego, by oficjalnie, w dniu 19 października 1922 roku 
na łamach „L'Osservatore Romano", zdementować nieporozumienie 
spowodowane cesarską zarozumiałością. 

Papież podjął ostatnią próbę, kiedy załamał się front wschodni 

Ententy. W sierpniu 1917 roku przesłał on głowom państw toczących 

wojnę swój plan pokojowy, który był niezwykle konkretny. Działania 
wojenne miały zostać wsttzymane, miejsce broni miało zająć prawo, 

miejsce armii zaś międzynarodowy sąd rozjemczy. Wszystkie państwa 
miały jednocześnie rozbroić się zgodnie z ustalonymi wcześniej zasa­
dami. Zamiast odszkodowania za koszty oraz szkody wojenne nale­
żało uzgodnić wielostronną rezygnację z zajętych krajów. Aby usunąć 
przeszkody na drogach transportowych, plan przewidywał, by w przy­
szłości traktować morza jako wspólne bogactwo wszystkich państw 
i narodów. 

Inicjatywa papieża była dosłownie ostatnią szansą dla Europy. Gdy­

by walczące państwa zaakceptowały jego propozycję, Europie zaoszczę­
dzony byłby upokarzający traktat wersalski, a Rosji krwawa rewolucja. 
Nie byłoby ani narodowego socjalizmu, ani sowieckiego komunizmu, 
nie byłoby ani Hitlera, ani Stalina. Narody uniknęłby drugiej wojny 
światowej, a wraz z nią holocaustu. Dzięki swojemu mądremu i spra­
wiedliwemu planowi Benedykt XV mógłby uratować życie ponad 

100 milionów ludzi oraz oszczędzić narodom nieopisanego cierpienia 

- gdyby tylko rządzący go posłuchali. Jednak zamiast tego, jak pisze 

- 5 4 -

berliński historyk Michael Feldkamp, zareagowali „z podejrzliwością, 
odrzuceniem, złością i oburzeniem". 

Już dnia 24 lipca Pacelli ponownie udał się do Berlina, aby wyson­

dować reakcję rządu Rzeszy na papieskie propozycje. Wielka Brytania 
zasygnalizowała, że porozumienie byłoby możliwe, gdyby Rzesza na 
znak dobrej woli przywróciła suwerenność Belgii. Jednakże kanclerz 
Georg Michaelis wzbraniał się przed pójściem na ustępstwa w sprawie 
Belgii. Twierdził, że zajęty kraj jest czymś w rodzaju „zastawu", którego 
nie można oddać tak po prostu na drodze zwykłej deklaracji. Kiedy 
Pacelli odpowiedział na to, że tym samym rokowania pokojowe z góry 

skazane są na niepowodzenie, jego słowa pozostały bez echa. Oficjalna 
odpowiedź kanclerza Rzeszy na propozycję papieża, datowana na dzień 
24 września 1917 roku, była tak rozmyta i niejasna, że przez papieski 
sekretariat musiała zostać potraktowana jako odmowa. Jeśli chodzi 
o sprawę Belgii, napisano w niej, najpierw ttzeba by „uzyskać pewność", 
aby „w niezbyt odległej przyszłości (...) móc udzielić bliższych informa­
cji". Najwyraźniej w Berlinie wciąż jeszcze wierzono w zwycięstwo i nie 
ufano Benedyktowi XV. Pruski protestantyzm doprowadził do reani­
macji „efektu antyrzymskiego": w jubileuszowym roku reformacji nie 
chciano „papieskiego pokoju". Generał Ludendorff zarzucił publicznie 
Ojcu Świętemu, że ten reprezentuje interesy Ententy i ponownie nazwał 

go pogardliwie „francuskim papieżem". 

Jeśli chodzi o państwa Ententy, sprawy nie wyglądały wcale lepiej. 

Wielka Brytania poza przywróceniem suwerenności Belgii żądała rów­
nież reparacji wojennych ze strony Niemiec. Francja obawiała się, że 
papieska nota pokojowa mogłaby sptzyjać wyłącznie rozpowszechnie­
niu się pacyfizmu na świecie. Ameryka zaś, która właśnie przystąpiła do 

wojny, obwieściła zniesienie europejskich monarchii w związku z woj­
ną, przez co wszelkie negocjacje z koronowanymi głowami były bezsku­
teczne. Rosja milczała w oczekiwaniu na wspólną odpowiedź Ententy, 
Włochy zaś automatycznie zabroniły Stolicy Apostolskiej mieszania się 
do rokowań. Wreszcie tylko Austria była gotowa zaakceptować propozy­
cje i zasiąść do stołu rokowań, jednak była w tym całkiem osamotniona. 

- 5 5 -

background image

Papieska próba pokojowa poniosła porażkę, wojna toczyła się nadal 

„aż do gorzkiego końca", jak z rezygnacją stwietdził sekretarz stanu 
kardynał Gasparri. Pacelli miał łzy w oczach, kiedy zwierzał się posłowi 
Partii Centrum Matthiasowi Erzbegerowi: „Wszystko stracone - rów­
nież Pańska nieszczęsna ojczyzna!". Obiecujący młody arcybiskup, 

który został wysłany do „jaskini lwa" jako „tajna broń papieża", musiał 
z godnością znieść swoją pierwszą osobistą porażkę. Mimo to papież 

nie myślał o tym, by go teraz odwołać; tak czy inaczej rola Niemiec 
była zbyt istotna dla przyszłości Europy. Poza tym było jeszcze wiele do 
zrobienia, Berlin nie posiadał własnej nuncjatury, a konkordat z Rzeszą 

Niemiecką byłby bardzo pożądany. 

Kiedy wszelkie nadzieje na osiągnięcie szybkiego pokoju runęły, 

należało spróbować zmniejszyć cierpienia ofiar wojennych. Nuncjatura 

w Monachium stała się nowym centrum papieskiej akcji pomocy więź­

niom, która prowadzona była przez Pacellego przed jego odwołaniem 
z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Sekretariatu Stanu. Stworzył on 
specjalne biuro, by przekazywać informacje na temat jeńców wojen­

nych, internowanych cywilów oraz uciekinierów, a także by rozpro­

wadzać żywność i leki. Benedykt XV wysyłał wagony kolejowe pełne 

żywności i ubrań. Pozwalano im na przekraczanie granic Włoch, po­
nieważ były przeznaczone między innymi również dla włoskich jeńców 
wojennych. Nawet berlińskie Ministerstwo Wojny było pod tak dużym 
wrażeniem, że przydzieliło Pacellemu do pomocy dwóch oficerów. 

Jednakże nuncjusz nie ograniczał się wyłącznie do pracy biurowej, lecz 

pragnął sam pomagać. I tak złożył wizyty w obozach jenieckich w Hal­
le, Celle, Ellwangen, Lechfeld, Ingolstadt, Minden, Monachium, Puch-
heim, Ratyzbonie i Hamburgu, w których przebywali głównie interno­
wani Włosi i Francuzi, a także Rosjanie i Anglicy. Wypowiadając ciepłe 
słowa w ich ojczystych językach, starał się pocieszyć zrozpaczonych 

i chorych z tęsknoty za krajem, dodać im odwagi w imieniu papieża 
oraz dać nadzieję. Następnie błogosławił ich i każdemu wręczał paczkę 
z herbem papieskim, zawierającą 200 gramów czekolady, opakowa­
nie ciasteczek, sześć paczek amerykańskich papierosów, 125 gramów 

- 5 6 -

mydła, puszkę kakao, 100 gramów herbaty oraz 200 gramów cukru, 
co w tamtych czasach uchodziło niemal za skarb. Poza tym ciężarówka 
nuncjatury przywoziła również nowe mundury dla jeńców. Wreszcie 

sam arcybiskup Pacelli szedł wzdłuż szeregów zmarzniętych, okrytych 

łachmanami postaci, rozmawiał z niektórymi, przeprowadzał inspekcję 

ich baraków oraz kuchni. Zanim ponownie wsiadał do swojego samo­
chodu, składał wizytę na cmentarzu każdego z obozów, aby zmówić 
modlitwę nad grobami zmarłych. Pewien francuski oficer, z przekona­

nia socjalista i wróg Kościoła, w swoim liście do kolegi katolika napisał 
o Pacellim następujące słowa: „Jest to nie tylko wielki człowiek, ale 

jest to ktoś taki, którego wy zwykliście nazywać świętym. Ja osobiście 
powiedziałbym, że jest to człowiek pełen ludzkich uczuć, niesamowicie 
mądry, delikatny, pełen dobroci, przed którym socjaliści mojego rodza­

ju mogą i powinni głęboko się pokłonić". Arcybiskup wzruszył i zdobył 
sobie serca wielu z tych, którzy właśnie przeżywali najbardziej mroczne 
dni swego życia, ponieważ pokazał im, że nie zostali zapomniani. 

Ale również w innych sytuacjach starał się nieść pomoc wszędzie 

tam, gdzie tylko mógł, niezależnie od tego, jakiego wyznania czy religii 
byli proszący. Nawet w trakcie rokowań związanych z papieskim planem 
pokojowym statał się poświęcać czas potrzebującym. Dotyczyło to też, 

a nawet w szczególny sposób, Żydów. W dniu 4 września 1917 roku 
odwiedził go monachijski rabin prof. dr Werner. Miał on do papieskie­
go nuncjusza wyjątkowo trudną sprawę. 1 października rozpoczęło się 

żydowskie Święto Namiotów (Sukkot). W tym celu Żydom potrzebne 
były gałązki palmowe, które w normalnych okolicznościach przywożono 
z Włoch. Jednak teraz włoski rząd zatrzymał transport na granicy ze 
Szwajcarią. Czy papież nie mógłby zainterweniować w tej sprawie? 

Pacelli wiedział, że prośba dra Wernera była niemożliwa do speł­

nienia, ponieważ włoskie władze nie chciały słuchać tego, co papież 
miał do powiedzenia. Jednak słowa odmowy wobec rabina po prostu 

nie potrafiły przejść mu przez gardło. Wcześniej chciał przynajmniej 
spróbować wszystkiego, co było w ludzkiej mocy. I tak w liście do sekre­
tarza stanu kardynała Gasparriego wyjaśniał motywy swojego działania: 

- 5 7 -

background image

„Miałem wrażenie, że gdybym nie oparł się prośbie, oznaczałoby to, że 

w szczególny sposób pomagam Żydom, i to nie na płaszczyźnie prak­

tycznych, czysto obywatelskich i naturalnych praw, które przysługują 
wszystkim ludziom, lecz poprzez pozytywne i bezpośrednie udzielanie 
im wsparcia w praktykowaniu ich religii". Mimo to Gasparri również 

musiał skapitulować; Pacelli miał w jak najbardziej taktowny sposób 
wytłumaczyć rabinowi, że Stolica Apostolska nie utrzymuje żadnych 
dyplomatycznych stosunków z włoskim rządem. W rezultacie także 
rabin Werner zrozumiał, że nie istniała żadna szansa na zmianę decyzji 
włoskich urzędników i „gorąco podziękował" Pacellemu „za wszystko", 
co „uczynił w jego sprawie", jak później sam nuncjusz zapisał w swoim 
sprawozdaniu. 

O ile jego starania były tak wzruszające, o tyle niezrozumiały wydaje 

się fakt, że właśnie ten epizod został ukazany przez Cornwella w taki 
sposób, jak gdyby późniejszy papież „wzbraniał się przed udzieleniem 
pomocy niemieckim Żydom". Jak twierdzi autor, nasuwa się tu „przy­

puszczenie, że nie odczuwał sympatii dla żydowskiej religii". Jednak 
rzecz miała się zupełnie inaczej. Pacelli, zamiast wzbraniać się przed 
udzieleniem Żydom pomocy, nie pominął żadnej możliwości, jaką 

można było wykorzystać, aby mimo wszystko uczynić niemożliwe 
możliwym, chociaż niestety bez skutku. 

Kolejnym Żydem, który zwrócił się do Pacellego o pomoc, był dyry­

gent Bruno Walter. Został on właśnie zatrudniony przez Monachijską 
Operę Narodową. Walter był protegowanym Gustawa Mahlera, któ­
rego muzykę Pacelli uwielbiał. Podobnie jak Mahler, również Walter 
przeszedł później na katolicyzm, w czym prawdopodobnie miał swój 
udział przyszły papież. 

W swojej autobiografii Thema und Variationen (Temat i wariacje) 

Walter opowiada, jak nuncjusz dopomógł mu w uwolnieniu jednego 
z przyjaciół z więzienia. Muzyk żydowskiego pochodzenia Ossip Gabri-
lowitsch został niesłusznie oskarżony o szpiegostwo i aresztowany. Walter 
pisze: „Udaliśmy się do nuncjusza Pacellego, o którego szlachetności sły­
szałem równie dużo, co o jego umiłowaniu muzyki. Nuncjusz wysłuchał 

- 5 8 -

nas ze współczuciem, obiecał swoją pomoc, a następnego dnia Ossip 
był już wolny. Pozwolono mu zamieszkać w hotelu Cztery Pory Roku, 
gdzie odnalazł żonę i dziecko". Z pomocą Pacellego mógł wraz z rodziną 

wyjechać do Szwajcarii, a następnie wyemigrował do Ameryki. Tam był 
jednym z założycieli słynnej Detroit Symphony Orchestra. Oczywiście 
szukanie jego nazwiska w większości biografii Piusa XII będzie daremne. 

Kolejny raz Pacelli mógł przyjść z pomocą, kiedy gmina żydowska 

w Szwajcarii poprosiła papieża, by ten zabrał głos w sprawie zachowa­
nia miejsc świętych oraz obrony ludności żydowskiej w Jerozolimie. 
Sekretarz stanu przekazał tę sprawę Pacellemu, będąc przekonany, że 
tym samym znalazła się w dobrych rękach. 

Troska Żydów była jak najbardziej uzasadniona, bowiem Turcja 

występowała jako sojusznik państw centralnych. Brytyjczycy sprowo­
kowali arabskie powstanie, by zmusić ją tym samym do walki na dwóch 
frontach, Turcy zaś podejrzewali Żydów o kolaborację z Brytyjczykami. 
Po ludobójstwie dokonanym przez Turków na Ormianach, których 
uważali za sprzymierzeńców Rosjan, wypędzeniu Żydów z Tel Awiwu 

wiosną 1917 roku oraz po umyślnym zniszczeniu wiosek, ogrodów 

i pól w Palestynie należało spodziewać się najgorszego. Głównodowo­
dzący sił tureckich Dżemal Pasza miał już plany dotyczące wypędzenia 
ludności, zniszczenia ich domów oraz spalenia zasiewów. 

Pacelli złożył swój wniosek w tej sprawie najpierw ministrowi spraw 

zagranicznych Bawarii, którego usilnie prosił, by ten poparł sprawę 
interwencji cesarskich władz. Jego zdaniem wyłącznie Niemcy, jako 
najsilniejszy sprzymierzeniec Turcji, były w stanie odwieść ją od planu 
masakry. I rzeczywiście Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Berlinie 

podjęło działania. Jedenaście dni później Istambuł złożył zapewnienie, 
że „Święte Miasto zostanie oszczędzone", a Żydzi nie muszą „obawiać 
się żadnych wyjątkowych zasad traktowania". Nuncjusz Pacelli przy­
czynił się do tego, że „Żydzi jerozolimscy, jak też święte miejsca, zostali 
uratowani przed niemal pewną zagładą", jak podsumował to zdarzenie 

żydowski dyplomata i historyk Pinchas Lapide. Jednak również o tym 
nie znajdziemy żadnej wzmianki u Cornwella i innych autorów. 

background image

REWOLUCJA 

Od czasu do czasu nuncjusz musiał jednak zająć się również własnymi 
sprawami. Odziedziczony po poprzedniku personel nuncjatury nie­
ustannie skarżył się na „przeciążenie", które wiązało się z akcją pomocy 

prowadzoną przez nowego szefa. Wreszcie arcybiskup Monachium 
Michael von Faulhaber poradził Pacellemu, aby ten zwolnił wszystkich 
współpracowników z dobtą odprawą i zatrudnił nowych. Do momen­

tu znalezienia odpowiedniego personelu zaproponował pomoc trzech 
młodych zakonnic, Sióstr Szkolnych od Krzyża Świętego, w charakte­

rze gospodyń. Przełożona zakonu, któty ma swój klasztor w Menzin-

gen, otrzymała polecenie wybrania trzech energicznych sióstr. Wtedy 
jeszcze nikt nie przypuszczał, że jedna z nich, Pascalina Lehnert, będzie 

od tej pory towarzyszyła papieżowi przez całe jego życie. 

Pod koniec marca 1918 roku, kiedy Pacelli gościł w Rzymie z okazji 

Świąt Wielkanocnych, zjawiły się w monachijskiej nuncjaturze trzy 
siostry w białych habitach. Natychmiast zaczęły doprowadzanie tego 

ogromnego starego domu do porządku. Dwudziestoczteroletnia Pas-
calina, która wcześniej dała się poznać jako energiczna nauczycielka 

prac ręcznych, natychmiast ujawniła swój talent organizacyjny oraz 
empatię. Poleciła siostrze kucharce, by ta znalazła przepisy na włoskie 
dania, bo przecież zarówno sam nuncjusz jak i jego asystent oraz sekre­

tarz byli Włochami. „Szczęść Boże, drogie siostry!", powitał je nuncjusz 
po niemiecku, kiedy osiem dni później wrócił z Rzymu i zdumiał się 
na widok świeżo wysprzątanego domu. Cztery tygodnie wystarczyły, 

- 6 0 -

by całkowicie zdobył sobie ich serca. „Co mam powiedzieć na temat 
tego spotkania?", pisała siostra Pascalina pół wieku później w swoich 

wspomnieniach Ich durfte ihm dienen {Mogłam mu służyć): „Było tak, że 
człowiek mimowolnie zastygał w miejscu, zanim ujął jego wąską dłoń, 
by ucałować pierścień. I było czymś całkowicie oczywistym, że przed 
taką osobistością trzeba było uklęknąć. I wcale nie dlatego, że Eugenio 
Pacelli miałby być autorytarny - nie ma nic bardziej nierozsądnego niż 
takie stwierdzenie — lecz po prostu dlatego, że budził głęboki respekt. 
Nigdy nie spotkałam tak pełnej godności dobroci". 

Pascalina poznała obie strony Eugenia Pacellego: pełnego oddania 

kapłana oraz sumiennego aż do pedantyzmu pracownika. Już w trakcie 
pierwszej mszy Św., którą celebrował w swojej skromnej domowej ka­
plicy w nuncjaturze, zdumiewała się jego „pełnymi godności a jednak 

oszczędnymi" gestami, była „przejęta i uszczęśliwiona" i „wiedziała, że 

nie może istnieć żadna inna prawda". Pewnego razu arcybiskup Faul-

haber przyznał, że u Pacellego „uczestniczył w najbardziej poruszającej 
mszy w swoim życiu". „Tak potrafią celebrować mszę wyłącznie święci", 

zgodziła się z nim całym sercem. 

„Drugi" Pacelli pracował precyzyjnie jak mechanizm zegara. Był 

„dokładny we wszystkim i wszędzie" — punktualnie pojawiał się na 
mszy św, punktualnie rozpoczynał pracę oraz audiencje, punktualnie 

zasiadał do stołu, punktualnie wychodził na spacer: „Marnowanie czasu 
oraz lenistwo były wstrętne jego duszy". Już wkrótce siostra Pascalina 
podziwiała „jego żelazną pilność oraz jego wspaniałą pamięć", jego 

zapał do pracy aż do późnej nocy. Również Pacelli wysoko cenił swoją 
gospodynię, która przypominała mu nieco matkę, nieco nianię z okresu 
dzieciństwa i która odtąd miała służyć mu pomocą w wielu praktycz­
nych problemach codziennego życia, o których nie miał zupełnie po­

jęcia. Wkrótce nie mógł i nie chciał już się bez niej obyć. Wielokrotnie 
zwracał się z prośbą do jej przeoryszy, by zgodziła się zostawić ją do 

jego dyspozycji, by pozwoliła Pascalinie wyjechać najpierw do Berlina, 
a następnie do Rzymu, ponieważ stała się dla niego niezastąpiona. 
Uwalniała go od wszystkiego, co nie należało bezpośrednio do jego 

- 6 1 -

background image

obowiązków, dodatkowo była pobożną damą do towarzystwa oraz 
„sekretarką szefa". Później złośliwi ludzie nazywali ją Papessa („Papieży-
ca"), uważając za sekretną panią na Watykanie. Jednak jest to całkowita 

niedorzeczność - przez całe życie pozostała wierna Pacellemu, czciła go 
bezgranicznie, ale nigdy nim nie rządziła. 

Pół roku później na Niemcami zawisły ciemne chmury. W lipcu 

1918 roku Francuzom i Amerykanom udało się przerwać zachodni 

front. Ponieważ brakowało już żołnierzy, generałowi Ludendorffowi 
nie pozostało nic innego, jak tylko rozkazać zakończenie wszelkich 

manewrów zaczepnych; teraz przyszedł czas na rozpaczliwą próbę 
utrzymania pozycji. 8 sierpnia okazał się „czarnym dniem" dla nie­
mieckiej armii, która po prostu została wzięta szturmem przez wojska 

Ententy. Wśród żołnierzy szerzyły się zmęczenie wojną oraz rozpacz; 
nikt już nie wierzył w zwycięstwo. Nawet sam cesarz zrozumiał teraz, 
że dni jego władzy są policzone. Aby spełnić warunek postawiony przez 
Amerykanów i umożliwić negocjacje pokojowe, oficjalnie wprowadził 
w Rzeszy ustrój demokratyczny. W dniu 4 października najwyższe do­

wództwo, przedstawiając przewodniczącym Reichstagu swe sprawoz­

danie z sytuacji na froncie, złożyło przed nim publiczną przysięgę. We­
dług dowódców militarna klęska była nieuchronna i bliska, zaś każdy 
kolejny dzień pociągnąłby za sobą całkowicie niepotrzebną ofiarę życia 

kolejnych ludzi. Kiedy mimo wszystko planowano ponowne wysłanie 

wojsk do boju, na początku listopada doszło do buntu marynarzy floty 

oceanicznej. Kilka dni później w wielu niemieckich miastach wybu­
chła rewolucja. Władzę przejęli żołnierze i robotnicy, podczas gdy 

królowie Bawarii, Saksonii oraz Wirtembergii, jak również wszyscy 
rządzący książęta zrzekli się swoich tronów i uciekli. Wreszcie także 
cesarz Wilhelm II ogłosił abdykację. Dwa dni później, 11 listopa­
da 1918 roku, niemiecka delegacja pod przewodnictwem Matthiasa 

Erzbergera, posła Partii Centrum i zaufanego człowieka Pacellego, 
w wagonie kolejowym ustawionym w lesie niedaleko Compiegne pod­
pisała traktat rozejmowy na warunkach podyktowanych przez swoich 
przeciwników. 

- 6 2 -

Jednakże w całych Niemczech pojawiła się groźba rewolucji podob­

nej do sowieckiej. W Monachium socjalista Kurt Eisner proklamował 
utworzenie  W o l n e j  R e p u b l i k i  B a w a r i i . Monachijska Rada 
Robotnicza i Żołnierska wybrała go na pierwszego premiera nowego 

państwa. Jego gabinet rządowy składał się z członków SPD oraz socjali­

stycznej USPD. Sam Eisner obrał ściśle antyklerykalny kurs. Arcybiskup 

Faulhaber poradził Pacellemu, by ten na jakiś czas opuścił Bawarię i po­

czekał na dalszy rozwój wypadków w Szwajcarii. Jako miejsce „emigracji" 
zalecił mu dom zakonny Sióstr od Krzyża Świętego w Rohrschach nad 

Jeziorem Bodeńskim. Jego obecność mogłaby być bowiem opacznie zro­

zumiana jako uznanie bawarskiej Republiki Rad. Dopiero dnia 31 stycz­
nia 1919 roku Pacelli wrócił do Monachium, aby w Rzymie nie odnie­

siono wrażenia, że uchyla się przed pełnieniem swoich obowiązków. 

Jednak scena polityczna była wciąż pogrążona w chaosie. Po za­

mordowaniu Eisnera przez prawicowego ekstremistę hrabiego Antona 

Arco-Valleya walki pomiędzy demokratami a socjalistami jeszcze bar­

dziej się zaostrzyły. Zdominowany przez SPD Landtag musiał uciekać 
z Monachium, kiedy najpierw przejęli władzę intelektualni anarchiści 

z organizacji Schwabinger Sowjets, a następnie radykalni Spartakiści 
pod wodzą trzech rosyjskich Żydów: Maksa Leviena, Eugena Levinego 
orazTowii Axelroda. Ich celem była dyktatura proletariatu zgodna z so­

wieckim wzorcem. Rozpoczęło się panowanie terroru. W celu wywarcia 
presji Spartakiści brali zakładników z kręgów potencjalnych przeciwni­
ków i umieszczali ich w więzieniu Stadelheim. Zamykali szkoły, wpro­

wadzili cenzurę oraz konfiskowali mieszkania i majątek. Członkom 
mieszczańskich rodzin odmawiano dostępu do żywności. Rewolucjo­
niści nie respektowali nawet eksterytorialności zagranicznych ambasad 
i konsulatów. Również do nich wkraczała ich „Czerwona Gwardia", 

konfiskując żywność, meble oraz samochody. Dyplomatów, którzy usi­

łowali się temu przeciwstawić, bez wahania aresztowano. Jednak i tym 
razem Pacelli wytrwał na posterunku. 

Tylko kwestią czasu było przypuszczenie ataku na nuncjaturę. W tej 

sytuacji przedstawiciel papieża zdecydował, by zapobiegawczo wymóc 

- 6 3 -

background image

na Levienie gwarancję bezpieczeństwa. Ale aby nie sprawić wrażenia, 

jakoby uznawał radę rewolucyjną, wysłał swojego asystenta {uditore) 

Monsignore

 Schioppę do rezydencji, w której komuniści założyli swoją 

główną kwaterę. To, co po wizycie zrelacjonował mu Schioppa, prze­

kazał dalej do Sekretariatu Stanu: 

Widok, jaki dane mu było ujrzeć w rezydencji, był nie do opisania. 

Chaotyczny nieład, wszędzie budzący wstręt brud; żołnierze i uzbroje­
ni pracownicy przychodzili i odchodzili; w budynku, niegdyś rezyden­
cji królów Bawarii, rozlegały się krzyki, bezwstydne słowa, prawdziwe 
piekło. Armia urzędników biegała tam i z powrotem, wydawała rozka­
zy, wymachiwała papierami, zaś w centrum tego wszystkiego znajdował 
się tłum młodych kobiet o budzącym wątpliwości wyglądzie, również 

Żydówek, które w prowokujących pozach oraz z wiele mówiącym 
uśmiechem włóczyły się po wszystkich biurach. Szefową tej grupy 
kobiet była kochanka Leviena, młoda rosyjska Żydówka, rozwódka, 

to ona tu rządziła. I to jej nuncjatura miała złożyć uszanowanie, by 
uzyskać zezwolenie na wstęp! 

Ten Levien to młody człowiek, również rosyjski Żyd, w wieku około 

30-35 lat. Blady, niechlujny, o pustym spojrzeniu, zachrypniętym gło­
sie, wulgarny: naprawdę odrażający typ, a jednak z fizjonomią świad­
czącą o inteligencji i sprycie. Zniżył się do tego stopnia, że przyjął mon­
signore Uditore

 w korytarzu, w otoczeniu swojej uzbrojonej eskorty, 

między innymi uzbrojonego garbusa, wiernego obrońcy. W kapeluszu 
na głowie, paląc papierosa, wysłuchał tego, co miał do powiedzenia 
monsignore

 Schioppa, przez cały czas zapewniając, że się spieszy i ma 

pilniejsze sprawy do załatwienia. 

Ten list datowany na 18 kwietnia 1919 roku stanowi corpus delieti 

dla wszystkich tych, którzy oskarżają Eugenia Pacellego, późniejszego 
Piusa XII, o antysemityzm. Na przykład dla Cornwella uwaga doty­
cząca żydowskiego pochodzenia rewolucjonistów w kontekście tego 

niezbyt przychylnego opisu pozostawia „silne wrażenie stereotypowej 
rasistowskiej pogardy". Daniel Jonah Goldhagen, uznający cały Kościół 
katolicki za współwinny holocaustu, idzie jeszcze dalej. Pisze on, że całe 

- 6 4 -

sprawozdanie nuncjusza przypomina „huraganowy ogień antysemic­

kich stereotypów i zarzutów, (...) w którym pobrzmiewają demonizu­
jące poglądy na temat Żydów, które w tamtym okresie były powszechne 

w Niemczech, w całej Europie oraz w samym Kościele katolickim. (...) 

Klementy antysemickiego kolażu Pacellego bardzo przypominają te, 

jakie niemieckiej opinii publicznej miał wkrótce przedstawiać Julius 
Streicher w każdym z numerów okrytego złą sławą dziennika narodo­
wych socjalistów »Der Stiirmer«". Kto po przeczytaniu tych słów wciąż 

jeszcze nie pojął, dlaczego Cornwell i Goldhagen nie są poważnie trak­
towani przez rzetelnych historyków, zrozumie to z pewnością wtedy, 
gdy porówna ich „przekład" sprawozdania z naszym. 

Bowiem u obu, Cornwella i Goldhagena, można przeczytać rzeczy, 

których na próżno szukać w oryginalnym dokumencie sporządzonym 
po włosku. I tak na przykład z schiera di giovani donne (tłum młodych 
kobiet) nagle robi się „banda", zaś z gruppo feminile (grupy kobiet) 
nawet „kobiece szumowiny", z occhi scalhi (znużone oczy, puste spojrze­
nie) „oczy naznaczone nadużywaniem narkotyków". Nawet z jedynego 

komplementu wobec Leviena, eppure con una fisionomia intelligente 
e furba

 (a mimo to z fizjonomią świadczącą o inteligencji i sprycie) obaj 

fałszerze zrobili „twarz, która robi wrażenie jednocześnie inteligentnej 
i chytrej". Czyż Goldhagen nie powinien raczej zaopatrzyć się w tekst 

oryginalny, zanim zabrnął w swoje absurdalne porównania rodem ze 
„Stiirmera"? Czy ani razu nie przyszło mu do głowy, że antypatia wią­

zała się raczej z faktem, że Levien był zwierzchnikiem komunistycznej 
bandy buntowników, niż z jego niewątpliwym rosyjsko-żydowskim 
pochodzeniem? Taki pogląd wyraziła również na swoich łamach amery­
kańska gazeta „New York Review of Books", którą z pewnością trudno 

posądzić o antysemityzm: „Większość przywódców bawarskiej Re­
publiki Rad było rzeczywiście Żydami (odstępcami od swojej wiary) 
i konserwatywni niemieccy Żydzi uważali tych raczej dziecinnych, 
a mimo to często brutalnych młodych intelektualistów za równie odra­

żających". Tym bardziej rażące jest „przeprowadzanie dowodu", kiedy 
czyta się, że opis sytuacji w głównej kwaterze Spartakistów nie może 

- 6 5 -

background image

pochodzić od samego Pacellego, który nigdy tam nie był, lecz jest jed­
noznacznie dziełem wysłanego tam Schioppy. O tym, że Monsignore 
nie przesadzał, świadczy porównanie z innymi, neutralnymi opisami 
szefa rewolucjonistów. „Snuł się wokół w pogniecionym mundurze, 

nie wylewał za kołnierz i od czasu do czasu wynajmował swoją kobietę 
do świadczenia miłosnych usług", tak opisał go na przykład David 
Clay Large w swoim świetnym i z pewnością niemogącym uchodzić za 
antysemicki szkicu historycznym Monachium Hitlera. 

W każdym razie najwyraźniej przepracowany Levien odesłał Monsi­

gnore

 Schioppę do  t o w a r z y s z a Dietricha, który w pierwszej chwili 

zagroził, że „wtrąci nuncjusza do więzienia", jeśli ten będzie zamie­
rzał uczynić coś wbrew interesom Republiki Rad. Jednak w końcu 
przyrzekł, że uszanuje eksterytotialność nuncjatury, i był nawet gotów 
potwierdzić to na piśmie. Pacelli skomentował, że prawdopodobnie 
dokument ten nie jest wart papieru, na którym został spisany - i jak 
się później okazało, miał całkowitą rację. 

Dziesięć dni później przed jego drzwiami stanęło trzynastu ludzi 

z Czerwonej Gwardii, którzy, dobijając się, domagali się, by ich wpuś­
cić. Siostry zakonne, które pospieszyły ku wejściu, w pierwszej chwili 

nie chciały im otworzyć, jednak drzwi zostały po prostu wyłamane. 
Czerwony motłoch uzbrojony był w karabiny, pistolety i ręczne gra­
naty. Ich dowódca, mężczyzna nazwiskiem Seiler, z krzykiem domagał 
się wydania samochodu, który znajdował się w posiadaniu nuncjatury. 
Siostra Pascalina, która dokładnie opisuje to zdarzenie w swojej książce, 
odpowiedziała, że jego eminencji nuncjusza nie ma w domu, sekretarze 
również wyszli, ona zaś nie ma prawa dysponować czymś, co nie jest jej 
własnością. Poza tym nie ma nawet klucza do garażu. Nawet gdy po­
spiesznie przybyły pracownik nuncjatury z lękiem wskazał jej rewolwer 
w dłoni Seilera, rezolutna zakonnica pozostała niezłomna. 

W tym momencie po schodach zszedł Pacelli. Chorował na grypę, 

której towarzyszyła wysoka gorączka, położył się zatem do łóżka, kie­
dy ze swej sypialni usłyszał hałasy. Spokojnym głosem przypomniał 
intruzom o eksterytorialności domu, którą potwierdził mu na piśmie 

- 6 6 -

towarzysz Dietrich, i stanowczo domagał się jego opuszczenia. Wtedy 

jeden z mężczyzn przystawił mu do piersi pistolet, podczas gdy Seiler 

rozkazał swoim ludziom, by trzymali w pogotowiu ręczne granaty: 
„Odejdziemy tylko z samochodem!". W międzyczasie siostra Pasca­

lina wyślizgnęła się po cichu i zadzwoniła do Dietricha. Jednak ten, 

zamiast interweniować, tylko na nią nawrzeszczał: „Jeśli samochód nie 
zostanie natychmiast wydany, postawię całą waszą bandę pod ścianą!". 
Szybko pobiegła z powrotem do Pacellego, do któtego wciąż celowano 
z broni, i wyszeptała mu do ucha to, co właśnie usłyszała. Nuncjuszowi 
nie pozostało nic innego, jak otworzyć garaż. Na szczęście, mądrze 
przewidując rozwój wypadków, dwa dni wcześniej kazał swojemu kie­
rowcy uczynić samochód niezdolnym do jazdy. Kiedy mężczyznom nie 
powiodła się próba uruchomienia go, musieli odejść z pustymi rękami. 

„W nuncjaturze znowu zapanował spokój - napisał Pacelli w swoim 

sprawozdaniu - ale nie na długo". 

Następnego ranka o godzinie 9:00 przed drzwiami znowu pojawiła 

się ta sama grupa. Jednak tym razem Seiler przedstawił oficjalny nakaz 
konfiskaty, podpisany przez Rudolfa Egelhofera, komendanta naczel­
nego Czerwonej Gwardii. Pacelli był nieobecny; jego stan zdrowia tak 
bardzo pogorszył się w ciągu ubiegłej nocy, że wczesnym rankiem trzeba 
było odwieźć go do szpitala. Nawet pełniący właśnie służbę Monsignore 
Schioppa nie był w stanie zapobiec temu, że mężczyźni odholowali 

samochód ptzy użyciu innego pojazdu do warsztatu. 

Dopiero po długich negocjacjach z tewolucyjną Radą Wykonawczą 

oraz po bezpośredniej interwencji włoskiej misji militarnej w Berlinie -

w końcu Pacelli był przecież obywatelem Włoch - Schioppie udało 
się uzyskać odwołanie nakazu konfiskaty. Seiler i jego ludzie oddali 
samochód wśród głośnych przekleństw, nie obyło się też bez gróźb, że 
„cała banda nuncjatury trafi za kratki". W tym momencie ze szpitala 

wrócił Pacelli, a wraz z nim przybył również włoski attache wojskowy 
pułkownik de Luca, którego nuncjusz poprosił o odwiezienie jego sa­
mochodem. Kiedy mężczyźni ujrzeli Pacellego, stanowczo zażądali, aby 
opuścił nuncjaturę i wyjechał z Monachium. „Zostanę tutaj i żadna 

- 6 7 -

background image

ziemska siła mnie stąd nie przegoni", brzmiała jego odpowiedź. „Od­

niósł zwycięstwo - zapisał później w swoim sprawozdaniu pułkownik 
de Luca - bowiem przed tym nieustraszonym człowiekiem płaszczyła 
się nawet broń". Spartakiści wynieśli się zbici z tropu. Ale jeszcze tego 
samego dnia pokazali, do czego byli zdolni, kiedy po południu roz­
strzelali dziesięciu zakładników, których przetrzymywali w jednej ze 
szkół. Wśród ofiar był Gustaw książę von Thum und Taxis, a także 

pewien żydowski malarz, który w formie protestu zerwał plakat Spar-
takistów. 

Zamordowanie zakładników wzbudziło przerażenie w całym Mo­

nachium. Teraz nawet ostatni sympatycy odwrócili się od rewolucjo­
nistów. Dni Bawarskiej Republiki Rad były policzone. Już następnego 
dnia, 1 maja 1919 roku, prezydent Rzeszy Friedrich Ebert wydał rozkaz 
szturmu na miasto. Na stolicę Bawarii zgodnie ruszyły wojska Rzeszy 
oraz jednostki paramilitarne złożone ze zdemobilizowanych żołnierzy, 

tak zwane Freikorps. Te ostatnie stworzono, szkolono i finansowano ze 
środków państwowych i narodowych. Jako znak rozpoznawczy nosiły 
one na stalowych hełmach symbol swastyki ludowego ruchu Thule-Ge-
sellschaft. Wraz z nimi w miejsce lewicowego terroru przyszedł terror 

prawicowy. Trwało to dwa tygodnie, aż nieposzlakowani obywatele 
Monachium odważyli się wyjść na ulice. 

Nawet nuncjatura przeżyła ostrzał żołnierzy wojsk Rzeszy, ponieważ 

sądzono, że ukrywają się w niej snajperzy. 

Jednakże niezależnie od tego, jak trudny był okres Republiki Rad, 

okazał się on dla Pacellego mniej traumatyczny, niż insynuują to nie­

którzy biografowie. Faktycznie sytuację związaną z samochodem „trak­
tował zawsze jako bagatelę" (jak napisał historyk Michael Feldkamp). 

W końcu cała ta akcja nie miała podłoża antyreligijnego, ponieważ 

skonfiskowano również pojazdy należące do innych ambasad. Dużo 
bardziej negatywne wrażenie zrobiło na nim wkroczenie do miasta sił 

Freikorps. Te bowiem w dniu 6 maja zaatakowały grupę katolickiego 
St.-Josephs-Gesellschaft. Od ran postrzałowych, pchnięć bagnetem 
oraz kopniaków zmarło wtedy dwudziestu jeden młodych ludzi, którzy 

- 6 8 -

błędnie zostali wzięci za Spartakistów. Dopiero teraz Pacelli zdecydował 

się na opuszczenie miasta. Do dnia 8 sierpnia przeniósł swoją rezyden­
cję do znanego mu już domu zakonnego w szwajcarskim Rohrschach. 

Jednak zanim to uczynił, pomógł ujść z życiem tym Spartakistom, 

którzy kilka dni wcześniej grozili mu śmiercią. Generał Epp, komen­

dant jednego z Freikorps, dowiedział się później, kto ich krył. Opo­
wiedział o tym wypadku generałowi Ludendorffowi jako o przykładzie 
prawdziwie chrześcijańskiego postępowania. Dawny dowódca z okresu 
pierwszej wojny światowej, w równym stopniu antyklerykał jak antyse­
mita, nie wykazał w tej kwestii zrozumienia. „Nie jest to postępowanie 

chrześcijańskie, to po prostu świństwo", zirytował się. Najwyraźniej 

zdążył już zapomnieć, że wyłącznie interwencji papieża zawdzięczał 
to, iż wraz z Hindenburgiem i cesarzem nie został przekazany w ręce 
francuskiego sądu wojennego. 

Mimo to wypadek ten bardzo dużo mówi o charakterze Pacellego. 

Kiedy grożono mu rewolwerem, nie zareagował lękliwie, lecz niemal 

przekornie. Był prawnikiem i wiedział, że układy i umowy mogą być 
przydatne nawet wtedy, gdy po partnerze nie można oczekiwać bezpie­
czeństwa prawnego. Bowiem złamanie układu stanowiło negatywnie 
punktowany przez opinię publiczną argument i nierzadko odnosi­

ło skutek również u strony przeciwnej. Dlatego w takich drażliwych 
sprawach Pacelli nie powoływał się na Boga, etykę i moralność, lecz 
na eksterytorialność nuncjatury oraz zapewnienie na piśmie otrzy­
mane z czerwonej centrali. Był całym sercem zarówno kapłanem, jak 
i prawnikiem, mistykiem, jak i biurokratą. Zaś w tym dniu prawnik 

był w nim silniejszy. 

O tym, jak w niewielkim stopniu Pacelli cierpiał na „traumę komu­

nizmu", świadczą choćby jego nieustające próby nawiązania rozmów 

z przywódcami sowietów. Już w pierwszych latach po wojnie papieska 
akcja pomocy miała swój udział w udzielaniu wsparcia cierpiącej nędzę 
ludności Rosji. W dniu 12 marca 1922 roku przedstawiciele Związku 
Radzieckiego i Stolicy Apostolskiej podpisali tajne porozumienie, które 
miało umożliwić nawiązanie stosunków dyplomatycznych. Głównym 

- 6 9 -

background image

motorem działań była w tym przypadku nuncjatura Pacellego. Począw­
szy od roku 1925, nuncjusz prowadził pertraktacje z sowieckim amba­
sadorem. We wrześniu tego roku spotkał się w Berlinie z sowieckim ko­
misarzem spraw zagranicznych (czyli ministrem spraw zagranicznych) 
Georgijem Cicerinem, kolejne spotkanie odbyło się dwa lata później. 

Jednak przejęcie władzy przez Józefa Stalina oraz prześladowania kato­

lickich księży w Rosji nagle położyły kres początkowemu optymizmo­
wi. Kiedy Związek Radziecki nie wyraził nawet gotowości spełnienia 
minimalnych żądań, nuncjusz zmuszony był skapitulować. Zrozumiał 
bowiem, że podpisanie konkordatu było niemożliwe. Oczywiście ani 

nie aprobował sowieckiego terroru, ani też nigdy nie przekonał się do 
ateistycznego komunizmu, jednak nie było sposobu, jakiego by nie 

wykorzystał, by pomóc uciśnionym katolikom w Rosji. 

Zupełnie inaczej sytuacja wyglądała w Niemczech, które zdawały 

się powoli przezwyciężać powojenne trudy, i gdzie wszystko, jak nigdy 

przedtem, sprzyjało podpisaniu konkordatu. W Rzeszy powoli uświa­
damiano sobie, że odrzucenie propozycji pokojowej papieża z 1917 
roku było ogromnym błędem. W weimarskiej konstytuancie doszło do 
ożywionej debaty, kiedy to poseł Partii Centrum Matthias Erzberger 
obciążył odpowiedzialnością za wynik wojny najwyższe dowództwo 
armii. Zarzucał on ówczesnemu niemieckiemu rządowi, że ten całko­
wicie wyłączył z rokowań Stolicę Apostolską, a zamiast tego powierzył 

nawiązanie kontaktów z Wielką Brytanią pewnemu hiszpańskiemu 
dyplomacie. Poprzez takie postępowanie bardzo lekkomyślnie sttacił 

szansę na porozumienie pokojowe i powinien ponieść odpowiedzial­
ność za tragiczną sytuację, w której znalazł się wtedy niemiecki naród. 
Wreszcie zgromadzenie narodowe powołało komisję dochodzeniową, 
która miała sprawdzić prawdziwość zarzutów Erzbergera. Trzy lata 
później komisja ta publicznie przyznała, że rząd Rzeszy w roku 1917 

„popełnił błąd". Jednak do tego czasu Erzberger za swoje umiłowanie 
pokoju zdążył już zapłacić własnym życiem. W dniu 26 sierpnia 1921 
roku został zamordowany przez dwóch byłych oficerów marynarki 
w kręgu prawicowo-ekstremistycznego Thule-Gesellschaft. 

- 7 0 -

Również po wojnie papież Benedykt XV żądał sprawiedliwości dla 

zwyciężonych. Czynił statania o pojednanie pomiędzy przeciwnikami 
w wojnie, wezwał zwycięzców do powściągliwości. Mimo to - lub może 
właśnie dlatego - Francja i Włochy uniemożliwiły wszelki wpływ Stoli­
cy Apostolskiej na uchwały traktatu wersalskiego, który narzucił Rzeszy 

Niemieckiej upokarzające i rujnujące warunki pokojowe. Sekretarz 

stanu kardynał Gasparri określił go mianem „mściwego dyktatu", zaś 
papież potępił go w swojej encyklice Pacem Dei munus, opublikowanej 
w maju 1920 roku. 

Wreszcie w Niemczech zrozumiano, że Benedykt XV zswszz postę­

pował uczciwie. Nigdy bardziej niż wówczas kraj ten nie potrzebował 
przyjaciół i sprzymierzeńców posiadających moralne wpływy. Tym, 
który zapoczątkował dialog, był socjaldemokrata Friedrich Ebert. Zaraz 

po swoim wyborze na prezydenta Rzeszy w lutym 1919 roku napisał 
do papieża i zaproponował Stolicy Apostolskiej nawiązanie stosunków 
dyplomatycznych. Benedykt XV we własnoręcznie sporządzonym liś­
cie odpowiedział, że z radością powita ten krok. Gwarancja wolności 
religijnej w konstytucji weimarskiej z sierpnia 1919 roku stworzyła 
niezbędny grunt; po raz pierwszy od pół wieku Kościół katolicki nie 
był już w defensywie, a katolicy mogli czuć się równorzędnymi obywa­
telami Rzeszy. 

Nuncjatura jeszcze na dobre nie podjęła swojej działalności, a już 

Ebert wyruszył do Monachium, by spotkać się z Pacellim. Poprosił go 
o wsparcie moralne i polityczne. Czy Kościół byłby gotów wesprzeć 
budowę nowych, demokratycznych Niemiec? Nic nie stoi temu na 

przeszkodzie, odpowiedział nuncjusz. Już miesiąc później Komisja 
Spraw Zagranicznych Zgromadzenia Narodowego podała do wiado­
mości, że przy Stolicy Apostolskiej zostanie akredytowany ambasador. 

Wybór padł na byłego pruskiego posła Diega von Bergena. Tym samym 
nic nie stało już na przeszkodzie ustanowieniu nuncjatury w Berlinie. 
W dniu 30 czerwca 1920 roku Eugenio Pacelli otrzymał od Eberta 
swoje uwierzytelnienie jako nuncjusza apostolskiego w Niemczech. 
Odpowiedział, że jego misją jest odbudowa i pokój. „Wraz z Panem 

background image

myślę o czekającym nas zadaniu, by uregulować stosunki pomiędzy 
Kościołem a państwem niemieckim", zapewnił go prezydent Rzeszy. 
Mimo to musiały minąć jeszcze cztery lata, zanim arcybiskup mógł 
ostatecznie przenieść się do Berlina. 

Powodem tego było to, że wciąż tkwił w samym środku rokowań 

konkordatowych z Bawarią. To tu, w wolnym państwie, chciał zawrzeć 
konkordat będący wzorcem dla całych Niemiec. Federalna struktura 
Republiki Weimarskiej stworzyła konieczność uregulowania większo­
ści kwestii w pierwszym rzędzie na płaszczyźnie krajów związkowych. 

Rozmowy rozpoczęły się bezpośrednio po powrocie arcybiskupa do 
Monachium, kiedy również premier Hoffmann formalnie przeprosił go 
za „krzywdy wyrządzone mu przez bandę Republiki Rad". Po tym jak 

Landtag wyraził zgodę na rozpoczęcie rokowań konkordatowych i Pacel­
li uzgodnił swój plan z bawarskimi biskupami, w lutym 1920 roku został 
przesłany do Hoffmanna pierwszy projekt. Jednak pertraktacje trwały 
dłużej, niż planowano, z powodu politycznych zawirowań w tym okre­
sie. Dochodziło do puczów i prób puczu, na jakiś czas ogłoszono stan 
wyjątkowy w całym kraju, często dokonywały się też zmiany rządów. 

Konkordat bawarski został podpisany dopiero dnia 19 marca 1924 roku 
i dziesięć miesięcy później zatwierdzony przez Landtag. Zawierał tylko 

16 krótkich artykułów, które sformułowano w tak jasny i prosty sposób, 

że od tej pory uchodzą w watykańskiej dyplomacji za chętnie kopiowane 
arcydzieło. W sierpniu 1924 roku Pacelli mógł wreszcie przeprowadzić 
się do Berlina, gdzie czekały na niego nowe zadania. 

W tym czasie wiele się wydarzyło. W lutym 1920 roku Pacelli otrzy­

mał telegram od brata, w którym ten zawiadamiał go, że ich matka jest 
umierająca. Mimo że Eugenio wsiadł do najbliższego pociągu jadącego 
do Rzymu, nie było dane się z nią pożegnać. Pociąg miał tak duże 
opóźnienie, że zjawił się dopiero wtedy, gdy kondukt żałobny był już 
w drodze na cmentarz. Nuncjusz został w Wiecznym Mieście przez 

miesiąc, aby zatroszczyć się o sprawy osobiste. 

Dwa lata później, w pewien zimny styczniowy dzień, na zapalenie 

płuc zmarł papież Benedykt XV. Kilka dni wcześniej, mroźnego ranka, 

- 7 2 -

chciał odprawić mszę poranną w towarzystwie sióstr z hospicjum Santa 
Maria. Przeziębił się, ponieważ zaspany furtian kazał mu zbyt długo 
czekać na mrozie. Ostatnie słowa Ojca Świętego brzmiały: „Chętnie 

ofiarujemy swe życie za pokój na świecie". Jednak mimo że świat nazy­
wał go papieżem pokoju, popadł w niemal całkowite zapomnienie, aż 
do chwili, kiedy papież Benedykt XVI, już przez sam wybór swojego 
imienia, ponownie o nim przypomniał. 

W trakcie konklawe pierwsze głosy padły od razu na dwóch wcześ­

niejszych sekretarzy stanu, Pietra Gasparriego oraz Merry'ego del Val, 

jego poprzednika. Kiedy Gasparri zrozumiał, że nie ma szans na zwy­
cięstwo, polecił kardynałom lepszego kandydata: Achille Rattiego, 
byłego watykańskiego bibliotekarza i nuncjusza w Warszawie, który 
właśnie w ubiegłym roku został arcybiskupem Mediolanu i kardyna­

łem. Czwartego dnia konklawe, w czternastej turze wyborów, otrzymał 
on niezbędną większość dwóch trzecich głosów. Przyjął imię Piusa XI. 

Kiedy został koronowany w dniu 12 lutego 1922 roku, jako pierwszy 

papież od roku 1870 ponownie wkroczył na loggię Bazyliki św. Piotra, 
aby udzielić błogosławieństwa miastu Rzym i światu, czyli Urbi et orbi. 
Był to znak dla świata, szczególnie zaś dla państwa włoskiego, że okres 
izolacji papieży z ich własnego wyboru dobiegł końca. Swój program 
Pius XI ogłosił w pierwszej encyklice Pax Christi in regno Christi: prag­

nął stworzyć miłujący pokój ład społeczny w oparciu o wiarę. Gasparri 
został zatwierdzony na stanowisku sekretarza stanu, również dla Pacel­

lego wybór nowego papieża okazał się szczęśliwy: już od dawna zaliczał 
się on przecież do jego najbliższych przyjaciół. 

Jednak rok 1922 był kluczowy dla Włoch również pod innym 

względem. Po zaciętej walce z lewicą, która jeszcze w lutym sparali­
żowała kraj strajkiem generalnym, jesienią przejął władzę przywódca 
faszystów Benito Mussolini i w swoim Marszu na Rzym zaprezentował 

się wraz ze 40 tysiącami swoich zwolenników jako nowy zbawca Wiecz­
nego Miasta.