background image
background image

Prolog 

Podczas śnieżnej zimy, na zamarzniętych, pustych stepach Ukrainy, kiedy 

noc nastaje tak jak nieproszony gość, moja babka siada przy kuchence olejowej, 
rozgrzewając stare kości i przytula mnie mocno. Gdy błagam ją, ona opowiada 
mi stare rosyjskie legendy: o pięknej szwaczce Maryushka jak bóg nieśmiertelny 
Kashei zmienia ją w feniksa, albo o muzyku Sadko jak poślubił królewnę 
morską. Gdy jest już bardzo późno i wiatr szarpie oknami swoimi lodowatymi 
palcami, błagam o inną historię - jedną z tych przerażających i nawiedzających 
mnie. 

Większości ona odmawia. Ale czasami, niechętnie opowiada legendę o 

Ciemności, o Konstantine Varinskim i jego cyrografie... jej głos drży. 

To zdarzyło się przeszło tysiąc lat temu, jej opowieści często różnią się, 

ale zawsze główne fakty nie zmieniają się.... 

Konstantine Varinski był wysoki, z szerokimi ramionami i nogami jak 

długie pnie, miał sprawne ręce, które przy użycia noża mogły wypatroszyć 
mężczyznę. W trakcie gorącego lata i mroźnych zim, przechadzał się w 
pojedynkę, polując na bezsilnych, kradł, gwałcił i mordował, do czasu gdy jego 
sława dotarła aż do samego diabła. 

Konstantine był nie tylko tak brutalny jak wilk, ale również przebiegły jak 

lis. Zaoferował diabłu pakt: on i jego potomkowie zostaliby oddanymi 
służącymi szatana, a w zamian, diabeł przyznałby im umiejętność zmiany w 
zwierzęta. 

Jego propozycja była tak śmiała, aż diabeł zajrzał w głąb duszy 

Konstantina. To co zobaczył zadowoliło go i zdumiało: Konstantine był zły do 
szpiku kości, obrzydliwym i użytecznym narzędziem. 

Ale Konstantine nie poprzestał ze swoimi żądaniami. 
On i jego potomkowie byliby niezwyciężeni, nigdy nie mogli by polec na 

polu walki chyba że zostali by zabici przez innego demona. Każdy Varinski 
byłby długowieczny i najważniejszy - mieli by jedynie synów. Wszędzie gdzie 
by poszli, wnieśliby ciemność. Byliby Ciemnością. 

Aby przypieczętować pakt, Konstantine obiecał dostarczyć  świętą ikonę 

rodzinną, jeden obraz podzielił na cztery wizerunki Madonny. 

Tak jak moja babka, matka Konstantine była dobrą kobietą. Odmówiła 

żądaniom Konstantina. Chroniła ikonę, serce jej domu, jej życiem... więc 
Konstantine użył noża i swoich rąk by zamordować ją. 

Gdy jej czerwona krew rozlała się na biały śnieg, przyciągnęła go blisko i 

wyszeptała mi do ucha. 

Konstantine, chcesz być prawą ręką szatana, zatem tak będzie - do dnia, 

gdy mój największy wnuk się urodzi. On będzie tak przesiąknięty złem jak Ty 
kiedykolwiek mogłeś zapragnąć, odpowiedni spadkobierca twojej spuścizny... 

background image

już przewiduję jego upadek. Jego upadkiem jest kobieta i w dniu gdy on 
zakocha się, podstawa paktu z diabłem pęknie. 

Ona będzie kochać mojego wnuka, ich miłość będzie silna, silna z mocą 

Madonny, w dniu gdy ich czwarty syn urodzi się, twój mistrz stanie w obliczu 
porażki. 

Pewny siebie z tryumfem, Konstantine zaśmiał się. 
Jego matka przycisnęła ikonę do piersi i popatrzała głęboko do tamtego 

świata. 

Gdy synowie dorosną, twoi potomkowie zjednoczą się przeciwko diabłu. 

Pomimo wszystkich przeciwności, oni będą walczyć a kiedy oni wygrają 
najwyższą bitwę dobra przeciwko złu, szatan pozbawi Cię swoich łask. 

Konstantine odpowiedziało: W takim razie będę musiał upewnić się, że 

oni nie wygrają. 

Zagłębiał nóż bardziej w jej klatce piersiowej. 
Zanim wyzionęła ducha, powiedziała, przeklinam cię, mój synu. Spalisz 

się w najbardziej palącym ogniu piekła. 

Nie zwrócił  żadnej uwagi jej przepowiedni ani jej przekleństwu. Była, 

przecież, tylko kobietą. 

Nie sądził, że jej ostatnie słowa mają władzę by zmienić przyszłość - i co 

ważniejsze, nic nie mogło narazić na szwank jego paktu ze Złem. 

Pomimo że Konstantine nie wierzył, w przepowiednie jego matki, szatan 

wiedział, że Konstantine jest kłamcą i oszustem. Więc by zagwarantować, że 
wiecznie zachowa Varinskich i ich usługi, potajemnie usunął maleńki fragment 
z ikony i podarował biednemu plemieniu wędrowców, obiecując, że to 
przyniesie im szczęście. 

Gdy Konstantine pił aby uczcić umowę, diabeł podzielił Madonne na 

cztery części i rzucił je w cztery kąty ziemi. 

To zdarzyło się tysiąc lata temu... ale moja babka pamięta. 
Ona chciała by zapomnieć. 
Dokładnie w miejscu gdzie Konstantine Varinski zamordował swoją 

matkę, przez lata powstał dom przepełniony mężczyznami z szerokimi 
ramionami i nogami jak pnie, oraz ze sprawnymi rękoma. 

Oni są potomkami Konstantina... i czasami zastanawiam się czy moja 

babka została zgwałcona przez jednego z tych złych mężczyzn i oddała mu 
syna, jak wiele niewinnych kobiet zrobiło to przez lata. 

Cyrograf kosztował Konstantina niewiele, tylko jego duszę i dusze jego 

dzieci i dzieci jego dzieci, na wieki wieków. 

Ale diabeł nie ma takiej władzy by dotrzymać obietnicy wiecznie i jeden 

moment może zmieniać równowagę między dobrem i złem.... 

Ten moment przyszedł trzydzieści siedem lata temu, na stepach 

współczesnej Rosji, gdzie nowy Konstantin Varinski przemierzał i walczył. 

Był godnym następcą pierwszego Konstantine, wojownik, przywódca... 

wilk. Pod jego kierownictwem,  Ciemność pracowała dla  dyktatorów, 

background image

przemysłowców, każdy płacił im złotem. Z powodu ich sprawności w bitwie, 
wytrzymałości i stanowczości, doszli do bogactwa, szanowano ich i bano w 
Azji, Europie i jeszcze dalej. Tropili niewinnych, walczyli w okrutnych 
wojnach. Zyskali bogactwo i moc do czasu gdy pewnego dnia nowy Konstantin 
nie spotkał cygańskiej dziewczyny... i zakochał się. 

Taka mała rzecz, miłość i taka prosta dla wielu osób. Ale to była miłość 

na wieczność, gwałtowna, namiętna i trwała. Konstantina i Zoranę, miłość 
zżerała. Nic nie mogło ich rozdzielić. Wbrew wszystkim pragnieniom i 
tradycjom, oni pobrali się. 

Varinscy poprzysięgli zabić dziewczynę i ocalić ich przywódcę od jego 

obłędu i jej czarów. 

Cyganie gonili kochanków, wściekli, że Varinski ukradł dziewczynę, 

która była ich jasnowidzem. 

W tajemnicy Konstantine i Zorana uciekli do Stanów Zjednoczonych. 

Zmienili nazwisko na Wilder i osiedli w Górach w stanie Waszyngton. Tam 
posadzili winogrona, owoce, warzywa, mieli też trzech synów, Jasha, Rurik, i 
Adrik, wszyscy przystojni i silni zgodnie z paktem diabła. 

Tak jak jego ojciec, Jasha miał umiejętność przemienienia się w wilka. 
Rurik zmieniał się w jastrzębia i leciał na skrzydłach nocy. 
Ponura dusza Adrika dostosowała się do przemiany w czarną panterę. 
Następnie, po raz pierwszy od tysiąca lat, urodziło się dziecko. Nie syn, 

ale córka. 

Konstantine sądził, że narodziny są cudem i znakiem, że pakt został 

złamany. 

I może tak by było... jednak diabeł uprawia hazard z duszą człowieka, on 

dąży do zwycięstwa. 

background image

Rozdział 1 

Wiosna, prawie trzy lata temu. 
Brown Uniwersytet, opatrzność, Rhode Island. 
W swoim pokoju w akademiku, Firebird Wilder usiadła z długopisem w 

ręce, ignorując pęd rozradowanych studentów i wpatrywała się w kartkę na 
dzień ojca na jej biurku. 

Zgadnij co zrobiliśmy? 
Zbyt wstydliwe. 
Niespodzianka! 
Zbyt lekceważące. 
Jesteśmy w tym razem! 
Zbyt poufałe. 
W końcu, wzięła test ciążowy, umieściła go w kartce, wsunęła do koperty 

i zapieczętowała bez napisania ani jednego słowa. Nie było żadnych słów które 
mogły wyjaśnić... to. 

- Hej, Firebird! - Jacob Pilcher wsunął głowę w otwarte drzwi - Czemu 

tak siedzisz? Już koniec. Bawmy się! 

Uśmiechnęła się do niego, honorowy student noszący bejsbolówkę 

przekrzywioną w bok, koszulkę bawełnianą, która miała napis: Ostrzeżenie, 
Wyposażenie pod presją i głupi uśmiech - Czekam na Douglasa. 

- Oh. Wspaniały glina z kampusu. - Jacob poruszył swoimi palcami tak 

jak magik i wyrzucił sarkazm ze swojego głosu - I to on zabiera cię do Bruna? 

Wsunęła kopertę do swojego portfela - Taki jest plan. 
- Ok. On jest w porządku. - Jacob podniósł kciuk w górę - Ale zgaduję, że 

to oznacza że nie pijesz, hę? 

- I tak nie pije. Mam dopiero dwadzieścia lat. 
- Wiem, wiem ale można to obejść? 
W dole korytarza słychać okrzyki - No chodź człowieku! Idziemy bez 

ciebie, człowieku! 

- Muszę iść! - Jacob pomachał - Zobaczymy się na miejscu! - zatrzymał 

się by spojrzeć na nią - Świetnie wyglądasz. - bez czekania by mu 
podziękowała, obrócił się i wybiegł z pokoju - Zaczekaj. Czekać, ty głupku! 

Jacob był miłym dzieckiem. Dzieckiem, chociaż był starszy od niej o rok i 

zakochany w niej od momentu gdy wprowadziła się do akademika. Był 
zdruzgotany gdy spotkała Douglasa, ale kontynuował uśmiechanie się. 

Podeszła do lustra i uśmiechnęła się. 
Jej róż był brzoskwiniowo złoty, jej rzęsy powłóczyste i czarne, jej blond 

włosy zostały upięte z tyłu głowy ale Jacob miał rację - świetnie wyglądała. 

- Jesteś piękna, jak zawsze - usłyszała głos od drzwi. 
Obróciła się z uśmiechem. - Douglas. Jesteś wcześniej! 

background image

- Nie mogłem się już doczekać. - wszedł, jego blond włosy były rozwiane 

przez wiatr, w jednym ręku trzymał bukiet czerwonych i żółtych róż, a w drugiej 
dużego złotego wypchanego psa. 

Pobiegła do niego. 
Upuścił psa i uściskał ją. 
Opierając głowę o jego ramię, zamknęła oczy. Był ciepły i silny, solidny i 

muskularny. Dla niej, wszystko w nim oznaczało bezpieczeństwo i miłość - 
wieczną, tak jak jej rodziców. 

Niespodziewane łzy napłynęły jej do oczu, trzymała go coraz mocniej, 

mając nadzieję, że nie zauważy. 

Oczywiście zauważył. Douglas zauważał wszystko. - Hej, co jest? Coś nie 

tak z twoimi ocenami końcowymi? 

Westchnęła. Zauważał wszystko ale nie był zbyt wnikliwy - Wszystko 

poszło dobrze, nawet lepiej. 

Spojrzał w kierunku drzwi - Ten facet Jacob zmartwił cię? 
- Nie, kochanie! Po prostu jestem szczęśliwa. 
Douglas starł jedną z łez kciukiem - Masz dziwny sposób okazywania 

tego. 

Douglas nie mówił o sobie ani o swojej przeszłości, jak dotąd, Firebird 

pozwoliła mu unikać odpowiedzi na jej pytań ponieważ coś nałożyło zbyt wiele 
cynizm do jego ciemnych oczu. 

Coś jeszcze - ona dawała mu radość, a kiedy przyłapała, jak patrzył na 

nią, to widziała to wrażenie szczęścia na jego twarzy, a ona nie chciała tego 
popsuć. 

Kiedyś nakłoni go do opowiedzenia jego historii życia. 
- Przyniosłem Ci kwiaty - puścił ją i podał jej bukiet róż. Pochylając się, 

podniósł psa - I milusińskiego kumpla. I gratuluję kochanie, za pięć tygodni, 
będziesz maszerować po scenie i dostaniesz twój dyplom. 

- Dziękuję - uśmiechnęła się, była zachwycona i odczuwała ulgę, że 

przerobiła cztery lata w trzy i skończyła je z wyróżnieniem - Dziękuję. 

- Są śliczne. Zapamiętałeś jaki rodzaj kwiatów lubię! 
- Pamiętam wszystko co dotyczy Ciebie - przyjrzał się jej, jak napełniła 

wazon wodą i ustawiała kwiaty na biurku - Rozpoznałbym Cię w tłumie w 
kasynie w Las Vegas. 

Śmiała się, nie wierząc w te słowa - Spójrzmy na tego faceta - przerzuciła 

wypchane zwierzę i popatrzyła ze zdziwieniem - Myślałam, że to jest pies, ale to 
jest kot! 

-  Pies?  Nie  dałbym  ci  psa.  -  Douglas  zabrzmiał  jak  by  się  obraził  -  To  

puma. 

- Tak, zgadza się. - duża, kędzierzawa puma z białym brzuchem i 

ciemnymi szklanymi oczami, które patrzyły wprost w jej duszę. 

Objęła pluszaka, przytuliła go i ukryła twarz w pluszowym futrze. Miał 

zapach Douglasa: jak szampon i odświeżacz, jak kwiaty, które przyniósł i tak 

background image

jak bogaty, upajający zapach jej pierwszego i jedynego kochanka - To 
maleństwo prześpi się ze mną w łóżku. 

- To jest dokładnie tam gdzie on chce być. - Douglas patrzył na nią tym 

wzrokiem, który mówił jej, że uważa ją za cud. 

To dlatego pozwoliła mu się uwieść. 
Dla Wildersów, zawsze była cudem, pierwszą kobietą urodzoną w 

rodzinie od tysiąca lat. Ale była bystrą dziewczyną. 

Jej ojciec i matka imigrowali do Stanów Zjednoczonych, uciekając przed 

jego rodziną, znaną jako Varińscy. Jej ojciec był ich przywódcą, ale nie 
wiedziała co zrobił aby na to zasłużyć, ale jakiekolwiek przestępstwa planował i 
wykonywał, żałował ich teraz. Mimo to choćby nie wiem gdzie był, w starym 
domu na Ukrainie albo w jego winnicy w Waszyngtonie, wciąż miał zdolność 
do zmiany w wilka. 

To był cud. 
Przekazał te zdolności swoim synom. 
Tak jak jego ojciec, jej najstarszy brat, Jasha, przebiegał las jako wilk. Jej 

drugi brat, Rurik, przemierzał powietrze jako jastrząb. Jej trzeci brat, Adrik, 
zniknąć gdy był siedemnastolatkiem, ale był dziki i buntowniczy, czarna 
pantera, która polowała na swoją ofiarę bez skrupułów. 

Ona była inteligentna, ciężko pracowała mimo to nie odziedziczyła ani 

jednej małej kropli nadprzyrodzonych zdolności. Reszta świata uważała ją za 
całkiem normalną, zatem ona tak się zachowywała. 

Ale Douglas, glina z kampusu, facet którego spotkała cztery miesiące 

temu... zmusił ją do czucia się specjalną. 

Upuściła pumę i wróciła w ramiona Douglasa. Włożyła całe swoje serce, 

całą swoją miłość w pocałunek którym go obdarzyła i odwróciła go w kierunku 
łóżka. 

Zebrał siły by się przeciwstawić - Nie. To jest twoją noc by świętować. 
Otarła się o niego - Ja chcę świętować po swojemu. 
- Chcesz świętować ze swoimi przyjaciółmi, z ludźmi których widujesz 

codziennie na zajęciach. - nigdy nie wydawał się zwracać uwagi że nie był 
jednym z jej znajomych. 

Trzymał się z dala, ale patrzył, zawsze patrzył - Twoi przyjaciele piją u 

Bruna. 

- Nie mogę pić. Jestem niepełnoletnia. I spotykam się z gliną z kampusu, 

więc nie mogę mieć fałszywego dowodu. 

- Obiecuję nie wyrzucić cię pod warunkiem, że wypijesz tylko napoje 

bezalkoholowe. - przyłożył swoje czoło do jej - Powiem Ci mój sekret. 

- Tak? 
- Jestem w tym samym wieku co Ty. 
Odsunęła się - Nie żartuj. Jak zdobyłeś pracę? 
- Mam fałszywy dowód. - nie uśmiechnął się ale jego oczy migotały. 
- Nabijasz się - mówił poważnie? 

background image

- Nie. Ale nie mów nikomu bo stracę pracę - puścił ją i poszedł do szafy 

wnękowej - No chodź idziemy. 

Pomógł założyć jej marynarkę - Powiedziałeś, że jesteś gliną od czterech 

lat. 

- Tak, zgadza się. 
- Zacząłeś jak miałeś szesnaście lat? To niemożliwe. - nawet nie ukończył 

liceum? 

- Jestem dobry w tym co robię, więc departament policji ignoruje 

rozbieżności w mojej historii dotyczącej pracy. 

- To w czym jesteś takim specjalistą? 
- Tropię ludzi. Znajduję przestępców oraz zaginionych. 
Wpatrywała się w niego, była nieufna po raz pierwszy odkąd go poznała - 

Jak? 

Wzruszył ramionami - To dar. Jesteś gotowa? 
- Muszę wziąć torebkę - z kartą w środku. 
Wyszli na zewnątrz w majowy wieczór. 
Kampus był stary i uroczy. Masywne drzewa rosły wzdłuż alejki, ich 

liście były jaskrawozielone. Wiosna spowodowała, że kwiaty zakwitły wzdłuż 
dróg i zwabiały kochanków na zewnątrz aby spacerowali trzymając się za ręce. 
Nikt nie zauważył kiedy Douglas wziął ją za rękę i pocałował jej palce. 

- Tropienie to dość dziwny talent - powiedziała. To był talent, który 

sprowadził Varinskich na drogę niesławy i bogactwa. 

- Dorastałem w dość twardych warunkach. Przesiadywałem na ulicach. - 

uśmiechnął się gorzko - Mam kontakty z większością glin. 

Firebird zaczęła ciężko oddychać. 
Nareszcie, coś o jego przeszłości. 
- Zgaduję, że twoi rodzice byli biedni? - zapytała. 
- Biedni to nie jest zbyt trafne określenie - zaprowadził ją z dala od 

studentów będących na spacerze i śpiewających operę po włosku. Wskazał na 
nich - To nie jest coś co oglądasz w większości kampusów na collegu. 

Ale ona nie dała się rozproszyć - Dlaczego nie lubisz rozmawiać o swoich 

rodzicach? 

- Moi rodzice nie byli przyjemnymi ludźmi. Wolałbym porozmawiać o 

twojej rodzinie. Gdy mówisz o nich, twoja twarz jaśnieje - objął ją ramieniem - 
Lubisz ich. Wiesz jakie to rzadkie? 

- Nie, to nie jest rzadkie. Mnóstwo ludzi lubi swoje rodziny. 
- Mnóstwo ludzi nie lubi swoich rodzin. - prowadził ją w kierunku 

Bruno’s Bar and Grill - Kupię dla ciebie befsztyk. 

Wprowadził ją trochę do swojej przeszłości, a teraz proponuje befsztyk, 

żeby ją rozproszyć. 

Nie ma mowy. Nie pozwoli mu osiągać swój cel. Zatrzymała się na 

środku chodnika. Stanęła naprzeciw niego i wzięła go za ręce - Masz dopiero 

background image

dwadzieścia lat. Twoja przeszłość jest tak haniebna, że nie możesz o tym 
rozmawiać? 

- Nie haniebna. Ale to nie jest temat do rozmowy tu i teraz. - wskazał na 

śmiejących się i wykrzykujących studentów zmierzających do Bruna. 

- W takim razie porozmawiamy o tym później. 
Spuścił wzrok na ich złączone ręce, następnie spojrzał na jej twarz - Dziś 

wieczorem, powiem ci wszystko. Mam tylko nadzieję, że ty… - zatrzymał się, 
jego twarz pokryła się grymasem. 

- Że ja co? 
- Czasami wolałbym żeby to nigdy się nie zaczęło. 
Zaniepokojona, spojrzała na zbliżających się studentów, wtedy odwróciła 

się do Douglasa - O czym Ty musisz? 

Studenci otoczyli  ich.  Jej  przyjaciele,  rozradowani,  wyczerpani, 

świętujący. 

- Hej, Firebird, to już koniec! 
- Hej, Doug, zabawmy się! 
Popchnęli Douglasa i Firebird, ciągnęli ich wzdłuż drogi, rozdzielili ich. 

Firebird śmiała się i rozmawiała z nimi ale miała cały czas Douglasa w polu 
widzenia - i on patrzył na nią. 

Przyglądał się jej jakby naprawdę była cudem. 
Złapał ją gdy weszli Bruna - Wieczorem porozmawiamy. Dobrze? 
- Dobrze - Przypomniała sobie o kartce w swojej torebce - Bardzo dobrze. 
Miejsce szczelnie wypełniło się rozradowanymi studentami z kampusu. 

Douglas trzymał ją u swego boku, próbował zamówić jej befsztyk ale ona 
upierała się przy hamburgerze i butelce wody. Faceci w barze próbowali 
namówić ją na piwo, a ona cieszyła się, że może używać Douglasa jako 
wymówki by powiedzieć nie. 

Pozowała do zdjęcia z trzema jej najlepszymi przyjaciółmi kiedy dwóch 

facetów, zbyt pijanych żeby iść, zaczęło kołysać się do siebie. Walka rozpoczęła 
się lotem błyskawicy i Douglas zabrał się do roboty, rozdzielając walczących i 
dokonując aresztowania. Zanim policja i EMTs przybyli, zrobił wrażenie na 
Firebird swoją cierpliwością i siłą. 

Podbiegł do niej - Muszę tu zostać i pomóc. Zaczekaj na mnie. 
- Nie mogę. Padam ze zmęczenia. - w obecnym stanie męczyła się bardzo 

szybko - Wrócę do domu na piechotę z dziewczynami. 

Obejrzał się na bałagan w barze - Będziesz cały czas ze swoimi 

przyjaciółmi? Będziesz uważać? 

- Będę ostrożna. Wpadniesz później? 
- Nie wiem czy dam radę. To będzie ciężka noc. 
- W takim razie zobaczymy się rano. I będziemy rozmawiać. 
- Tak. Rano, będziemy rozmawiać. 
Pozostałe dziewczyny mieszkały pięć minut drogi od akademika Firebird. 

Meghan miała specjalne lody, które jej matka przysłała jej z Teksasu. 

background image

Oczywiście Firebird musiała wstąpić aby spróbować domowej roboty Wanilii z 
sosem czekoladowym i na szybkie plotki. Od wesołego nastroju przeszły szybko 
do stanu refleksji, ponieważ zdały sobie sprawę, że ich wspólne lata dobiegają 
końca. Firebird uznała, że lepiej jak wróci do akademika bo inaczej zaśnie na 
krześle. 

Główna droga kampusu wciąż była zapełniona bawiącymi się studentami, 

ale tłum przerzedzał się szybko, a kiedy skręciła w kierunku swojego 
akademika, było ciemno i cicho. 

Nie zwracała na to uwagi. Douglas powiedział jej, że kampus nie jest 

bezpieczny, ale jej ojciec nauczył ją samoobrony. 

Wieczór nie ułożył się tak jak chciała. Douglas wspomniał coś o swojej 

przeszłości, obiecał  że powie więcej, ale jego praca uniemożliwiła mu to. 
Obiecał, że porozmawiają rano ale widziała wyraz jego twarzy - nie chciał tego. 

Jakie tajemnice ukrywał? Ma tylko dwadzieścia lat. Jest policjantem. Jak 

zła może być jego przeszłość? 

Gdy przechodziła wzdłuż wysadzanego drzewami chodnika, początkowo 

nie dosłyszała dźwięków za nią. Nasłuchiwała kroków, a nie szelestu liści i 
skrzypnięcia gałęzi. Ale gdy usłyszała je, wiedziała co wróżą. 

Ktoś ją  śledził, skradając się wzdłuż przez drzewa i ten ktoś nie był 

człowiekiem. 

Varinscy. 
Jakoś, Varinscy znaleźli ją. 
Nie obejrzała się, nie mogła okazać, że wie, że jest śledzona. Jej serce 

waliło jak oszalałe. 

Nie biegnij mała Firebird, słyszała głos Konstantina w swojej głowie. 

Bieganie powoduje pragnienie łowów u myśliwego, a nie możesz wyprzedzić 
wilka albo pantery. Nie możesz odlecieć jak jastrząb. Ale możesz ich 
przechytrzyć i możesz im uciec. 

Gdy Varinski ruszał się od drzewa do drzewa, słuchała dźwięków, 

próbując zrozumieć co za istota ją tropiła. Ptak czy może kot skakał między 
gałęziami. 

Jej akademik wyłonił się z ciemności. Światła rozświetlały około połowę 

okien. Ludzie nie spali. Mogła krzyczeć o pomoc. 

Ale przecież ktoś odniósłby obrażenia. 
Otworzyła swoją torebkę, wyciągając telefon komórkowy, zastanawiała 

się czy nie zadzwonić do Douglasa. Pomógł by jej - ale, nie byłby zadowolony, 
że spacerowała samotnie. 

Po za tym jak podniesie telefon do ucha, to może zostać zaatakowana. 
Jak ją zlokalizował? Czego chce? 
Jak zbliżała się do akademika, dźwięk za nią stawał się wyraźniejszy. 

Wyszperała swoje klucze i włożyła między palce tak aby jeden klucz wystawał 
między palcami. Wyjęła telefon i wykręciła dziewięć-jeden - nie mogła trafić w 
ostatni guzik, w tym momencie drzwi do akademika otworzyły się gwałtownie. 

background image

Ośmiu facetów wyszło z budynku, Jacob był wśród nich, mając na sobie tylko 
bejsbolówkę, farbę do ciała i buty do biegania. Gwizdali gdy ją mijali. 
Pomachała do nich i wsunęła się do środka zanim drzwi się zamknęły. 

Wtedy pobiegła. Wbiegła na piętro do swojej sypialni. Nie włączyła 

światła, ale skradała się do okna. Uważała aby pozostać w cieniu. 

Był tam, przykucnął przy olbrzymim dębie, wielki złoty kot. Światło 

księżyca sączyło się przez liście i oświetlało jego sylwetkę, nawet stąd mogła 
zobaczyć, jak jego ciemne oczy patrzyły w jej okno, jego ogon drgał wolno 
jakby strata ofiary rozdrażniła go. 

Co  on  planował  jej  zrobić?  Był  to  samotny  Varinski,  zabawiający  się  w  

tropienie i zabicie córki Konstantina Wildera? Albo miał zamiar ją porwać i 
trzymać jako pionek w ich grze, która miała na celu zniszczenie jej rodziny? 

Musiała uciekać. Musiała wyjechać. Nie mogła czekać do zakończenia 

roku, musiała odejść od razu - i nie mogła powiedzieć Douglasowi dlaczego. 

Nigdy by je nie uwierzył. 
- O, moja miłości - co ona sobie myślała, żeby związać się z normalnym 

facetem? Nie zrozumiałby o cyrografie i specjalnych talentach jej rodziny. Czy 
on mógł? To było całkowicie obłąkane. 

Gorzej, jako jej chłopak, byłby w niebezpieczeństwie, takim samym 

niebezpieczeństwie, które śledziło ją. 

Ale... pogłaskała swój brzuch. Nie miała wyboru. Musi spróbować. To 

dziecko zasłużyło na ojca, a Douglas zasłużył na swoje dziecko. 

Za oknem, wielki kot zszedł w końcu z drzewa. Stanął i rozciągnął się. 
Przyjrzała się mu. 
Puma. To była puma. 
Zmarszczyła brwi. Jej serce zatrzymało się. Popatrzyła w kierunku łóżka 

gdzie duże, miękkie wypchane zwierzę leżało sobie. 

Puma? 
Gdy kot zaczął przemieniać się, jej serce zaczęło walić jak oszalałe. 
Pazury schowały się. Kości przybrały nowy kształt: łapy stały się rękami, 

nogi wydłużyły się i wyprostowały, ramiona stały się szersze. 

Twarz zmieniła, stając się twarzą człowieka, twarzą dobrze znanego 

człowieka... twarzą człowieka, którego kochała. 

Wpatrywała się. Wpatrywała się tak mocno, aż rozbolały ją oczy. 
Douglas. Douglas był Varinskim. 
Przybył do Brown, odszukał ją, zalecał się do niej, uwiódł ją, sprawił, że 

ona zaufała mu, namówił ją by zwierzyła się mu.... ze wstydu ukryła twarz w 
dłoniach. 

Powiedziała mu, że jest z Waszyngtonu. Powiedziała mu, że ma trzech 

braci, że jeden z nich jest producentem win, że jej ojciec uprawia winogrona a 
jej matka rządzi rodziną. 

Powiedziała mu nazwę swojego miasta? 
Nie. 

background image

Dała mu coś, co umożliwiłoby mu określenie z maksymalną dokładnością 

jej lokalizacji? 

Nie. 
Nie. Proszę, nie. 
Stanął tam, nagi w świetle księżyca, miał tatuaż, który wyglądał jak 

wielki pazur rozrywający skórę po jego lewej stronie. 

Nie widział tego wcześniej. Dbał o to by nie zdejmować koszuli za dnia. 
Bystry facet, ponieważ to zdradziło by go. Jej bracia mieli tatuaże, które 

były właśnie tak żywe, tak charakterystyczne, pojawiły się ona gdy pierwszy raz 
stali się bestiami. 

W ogóle nie był skrępowany swoją nagością - niby dlaczego miałby być 

skrępowany? 

Połowa facetów na kampusie chodziła naga - Douglas odwrócił się i 

pobiegł. 

Na pewno jest zadowolony z siebie. Przecież dała się mu przelecieć, ale 

nie złapał jej. Nie zabił jej. 

I nie zamierzała dać mu tej szansy. 
Podeszła do łóżka, podniosła miękką, pluszową wypchaną pumę. Jej 

ciemne, intensywne oczy wyśmiewały się z niej, gdy szła do zsypu na śmieci. 
Pozbyła się tej cholernej rzeczy, zrzucając ją w dół do kontenera. 

Wróciła do pokoju, zadzwoniła do linii lotniczych i zarezerwowała 

pierwszy najbliższy lot w kierunku wschodniego wybrzeża. Było to do Los 
Angeles, ale to i tak było dobre wyjście. 

Mogła zatrzymać się tam na chwilę, żeby ludzie pomyśleli że mieszka 

tam, wtedy wybrała by się do Napa do wytwórni win Jasha, a stamtąd do 
Waszyngtonu. 

Spakowała większość swoich ubrań. 
Wyszła z akademika, skierowała się do przystanku autobusowego, 

zajrzała do torebki, wyciągnęła kartkę na dzień ojca z testem ciążowym w 
środku i wrzuciła do śmieci. 

Jakkolwiek mocno będzie próbował, nigdy nie zapomni Douglasa Blacka. 
Dał jej pamiątkę, która będzie jej o nim wiecznie przypominać. 

background image

Rozdział 2 

Stan Waszyngton. 
Obecnie. 
Variński stał w ciemnym lesie i przyglądał się, jak młoda kobieta 

podjechała do małego dwupiętrowego domu i wysiadła z samochodu. Oparła się 
o niego, popatrzyła w górę na gwiaździste niebo, a ból przemknął przez jej 
twarz. 

W tym momencie poczuł prawie współczucie dla niej. Prawie. 
Ale litość walczyła z żądzą, a żądza walczyła z urazą. 
Ponieważ ona była tym co go dręczyło. 
Przykryte zielenią góry, pierwotna puszcza która otaczała tę dolinę. 

Winorośle pokrywające płaskie tereny, staromodny dom, napełniony światłem, 
ciepłem i rodziną. Większość ludzi nazwałaby to sielskim miejscem, z dala od 
niespokojnych świateł wielkiego miasta, dwie godziny do Seattle. 

Co ważniejsze, miała rodzinę w środku, czekającą na nią. 
Firebird Wilder może użalać się nad sobą, ale to ona ma to wszystko. 
Z ciężkim oddechem skierowała się do domu. Kładąc rękę na klamce, 

zatrzymała się. 

Wyprostowała ramiona. 
Drzwi otworzyły się. Na je powitanie wyszedł jakiś mężczyzna. 

Mężczyzna trzymający w ramionach dwuletniego chłopca. 

Varinski wzdrygnął się. 
Wtedy pomyślał... nie. Mężczyzna wyglądał jak Variński. Więc to był jej 

brat, a dziecko musi być jej bratankiem. 

Nie chciał poczuć ulgi... ale poczuł. 
Weszła do środka i drzwi zamknęły się za nią. 
Wzburzony przez gniew, potrzebę i cel, który miał osiągnąć, Varinski 

chodził pośród drzew. 

Przypatrywał się domowi, z jego szerokim, serdecznym gankiem z przodu 

domu i jego oknami rozsypującymi światło na trawnik. 

To miejsce było słabe. Jeden człowiek mógł zaatakować dom i mógł 

wyrządzić szkodę - znaczącą szkodę. Stu ludzi mogło zetrzeć całą dolinę i 
mogło zniszczyć każdą żywą istotę. 

Konstantine Varinski zapomniał o swojej przeszłości, a jego nieuwaga 

ściągała na niego i na członków jego rodziny ryzyko. 

Wrócił do przodu, wszedł na schody i chodził cicho od jednego końca 

ganku do drugiego. 

Spojrzał w okno, do pokoju dziennego w którym było tyle życia, ciepła o 

miłości. 

Pomimo że Konstantine zmienił się, stał się przedwcześnie stary i 

beznadziejnie chory, Varinski rozpoznał go. Siedział na leżance, z butlą tlenową 

background image

przy nim. On musi mieć prawie siedemdziesiąt lat, ale jest strasznie chudy, 
mimo to ma takie samo silne ramię i włosy jak na zdjęciach zrobionych 
czterdzieści lat temu. 

Jego żona usiadła przy nim. Varinski rozpoznał ją ze starych zdjęć, 

niewiele się zmieniła. Jej ciemne włosy błyszczały a oczy były pełne życia. 

Gdy tak chodził od okna do okna, widział ich wszystkich. Trzech synów, 

którzy bardzo byli podobni do ojca. Trzy kobiety, które ich synowie oczywiście 
uwielbiali. Jeden samotny starszy mężczyzna. 

Każdy wpatrywał się w Firebird. Siadła na podłodze przy drzwiach. 

Brzdąc siedział na jej kolanach. 

Jej twarz była twarda i oskarżycielska, mówiła szybko, przytuliła 

chłopaczka jakby był jej pocieszeniem. 

Gdy Varinski przyglądał się im w furii, zaczął zmianę. Jego ręce 

rozwinęły się w łapy, łapy z długimi, ostrymi pazurami, które mogły rozedrzeć 
człowieka na strzępy. Jego twarz wydłużyła się, jego zęby ukształtowały się w 
kły, jego szczęka stała się duża i dostatecznie mocna aby zmiażdżyć szyję 
człowieka. 

Jednym skokiem, cicho zeskoczył z ganku i wbiegł w dolinę, poszukując 

schronienia w okolicznym lesie. 

Firebird była w szpitalu w Seattle. Z informacji jakie zebrał - a był dobry 

w gromadzeniu informacji - dzieci Konstantina jeździły tam by oddawać krew 
do testów, ponieważ lekarze szukali metody leczenia jego wyjątkowej i 
zagrażającej życiu choroby. 

Varinski skoczył na drzewo i znalazł szeroką gałąź, z której mógł 

obserwować dom i wąską drogę, która wiła się do doliny. 

Wtedy zaczął zastanawiać się, co odkryła? 
Co spowodowało, że była tak zrozpaczona? 
Jak mógłby odwrócić sytuację na swoją korzyść... i zniszczyć rodzinę? 
Ponieważ nie był naprawdę Varinskim. 
Był rzeczą, o którą nawet Varinscy nie upomnieli się. 
Firebird nigdy nie zapomni tego dnia. 
Dnia, w którym odkryła, że jej rodzina skłamała. 
Dzień, w którym poznała prawdę. 
Teraz, gdy znajdowała się w bezpiecznym, znajomym miejscu, które 

zawsze nazywała domem, przytuliła swoje dziecko, jej Aleksandra i 
opanowanym głosem, który na pewno należał do nieznajomego, zapytała - 
Dlaczego nie powiedziałaś mi, że jestem adoptowana? Że nie jestem twoim 
dzieckiem? Że nie jestem związana z żadnym z was? - popatrzała na kobietę, 
którą zawsze uważała za swoją matkę. Na Zoranę - Dlaczego nie powiedziałaś 
mi, że nie jestem twoim dzieckiem? 

Jej ojciec spojrzał zadziwiony. 
Jej bracia wymienili szybkie spojrzenia, które mówiły „Ona musiała 

oszaleć”. 

background image

Pozostali w maleńkim salonie - jej bracia ich kobiety, obcy mężczyzna, 

którego widzi pierwszy raz - wyglądali na ludzi, którzy wpadli w sam środek 
emocjonalnej walki i nie wiedzą jak mają się zachować. 

Ale jej matka... o, tak. Jej matka usiadła blada, zmartwiona, z 

wybałuszonymi oczami... winna. 

Jasha przemówił jako pierwszy, używając tonu rozsądnego starszego 

brata, który sprawiał, że chciało się jej krzyczeć - Firebird, myślisz, że zostałaś 
zmieniona w szpitalu? Przecież urodziłaś się w domu. Pamiętasz tę historię? 
Wszyscy pamiętamy, tę noc, i opowiedzieliśmy ci tę historię przynajmniej 
dziesiątki razy. 

Jego żona, Anna, dotknęła jego ramienia ale spojrzał na nią i potrząsnął 

głową. 

- Co? - zdenerwował się - Ja tylko stwierdzam fakty. 
Firebird podniosła głos - A ja mówię tylko to co lekarz mi powiedział. 

Nie jestem spokrewniona z żadnym z was. 

Każdy w Szpitalu w Seattle mówił rodzinie, że Dr. Mitchell jest najlepszy 

w dziedzinie chorób genetycznych. Sama doświadczyła, że jest najlepszy w 
dziedzinie arogancji i ostatni w dziedzinie taktu. 

- Dlaczego twoi rodzice zmuszają mnie do marnowania mojego czasu? 

Jesteś adoptowana. Szukam genetycznej mutacji powodującej chorobę twojego 
ojca. Jesteś dla nas bezużyteczna. 

Odwrócił się. 
- Ktoś tu oszalał i to nie są moi rodzice. - Wściekły na go, Firebird 

chwyciła go za ramię - Nie jestem adoptowana. 

Spojrzał na nią jak by była robakiem - Oh, na Boga. Nie mam czasu 

bawić się w to. Nie mam czasu zajmować się twoim wstrząsem i gniewem. 
Laboratorium przebadało krew trzy razy. Nie rozumiesz, że do Konstantine i 
Zorana Wilder oraz ich synowie są inni niż ty. - cisnął wykres pod jej nos - 
Spójrz na to! 

Spojrzała. Przeglądała wyniki wiele razy. To nigdy nie zmieniło się. 
Konstantin wyprostował się w swojej leżance i powiedział - Ten osioł 

lekarz popełnił błąd. 

- Nie. Tato ty masz grupę krwi A. Mamo, ty masz AB. To oznacza, że 

wszystkie dzieci muszą mieć grupę krwi A, B, albo AB. Laboratorium szpitalne 
zaszufladkowało mnie jako O-. 

- Więc oni są w błędzie. - Rurik był drugim synem, dawny pilot 

wojskowy - Jasha ma rację. Pamiętam tę noc, padało tak mocno - nie było mowy 
żeby ktoś zamienił dzieci. 

Adrik był najmłodszym synem. Wyjechał i zniknął na siedemnaście lat 

robiąc niewiadomo co. Wrócił zmieniony ze śmiejącego się nastolatka w 
człowieka ze srogą twarzą. Uklęknął obok Firebird i mówił  łagodnie, 
przekonany, że ma rację - Ja przypominam sobie jak widziałem cię następnego 
ranka. Pomyślałem, że jesteś najbrzydszą rzeczą jaką kiedykolwiek widziałem, 

background image

byłaś pomarszczona, czerwona i brzydka. Byłaś na pewno nowonarodzonym 
dzieckiem. Szpital musiał się pomylić. 

- Sprawdziłam swoją kartę z Czerwonego Krzyża. Jestem O minus. To nie 

wymaga zaawansowanej wiedzy o genetyce, żeby widzieć, że ktoś z moją grupą 
krwi nie może być dzieckiem dwóch ludzi, którzy mają zupełnie inną grupę 
krwi. 

Wszyscy wymienili szybkie spojrzenia. 
- Może to jest jakiś rodzaj genetycznej mutacji? - Ann zapytała. 
Firebird popatrzyła wprost na Zoranę - Nie wiem. Mamo, jak sądzisz? 
- Boże - Zorana zbladła z przerażenia - Boże. 
Adrik podszedł do niej - Mamo? 
- Zorana? - Konstantin pochyliło się do przodu - Co się stało? 
Łzy zebrały się w oczach Zorany. Przycisnęła dłoń do ust i potrząsnęła 

głową w agresywnych dreszczach. 

Wzrok skruszonej twarzy jej matki uspokoił niepokój Firebird. 
Najgorsze skończyło się. Miała swoje potwierdzenie. 
To była prawda Zorana wiedziała, że to jest prawda. 
Firebird nie była jej córką. 
Firebird powiedziała - Mamo, może powiesz nam wszystkiego, co możesz 

pamiętać o tej nocy gdy urodziłaś... twoje dziecko. 

Zorana kiwnęła głową w nieszczęsnej zgodzie i zaczęła historię, którą 

Firebird znała ze słyszenia. Ale tym razem, Zorana powiedziała im szczegóły, 
które trzymała w ukryciu przez tyle lat... 

background image

Rozdział 3 

Dwadzieścia trzy lata temu... 
Niebo przecięła błyskawica, a następnie było słychać grzmot. 
- Przyj, Zorana, przyj! 
Deszcz spływał w wiadra, już od godziny, uderzał o okna domu 

Wildersów. 

Z powodu bólu, Zorana Wilder straciła kontrolę nad pogodą. 
- Przyj, Zorana, przyj! 
Zorana warknęła na lekarza - Odejdź ode mnie. 
- Odejść od ciebie? - Dr. Lewis zachwiał się na nogach, a jego zapach 

oznaczał, że wypił mnóstwo whisky i znalazł się w tym miejscu przez burzę - 
Jeśli nie odbiorę porodu to kto to zrobi? Ta stara nauczycielka? - ryczał ze 
śmiechu. 

Panna Joyce, chodziła tam i z powrotem w głównej sypialni Wildersów, z 

niepokoju, strachu, albo może ze strachu rumieniec pokrywał jej policzki. 
Przybyła z lekarzem, ubrana w jej zwykły uniform. Z ostrożnością w głosie, 
wyjaśniła że była z nim gdy zadzwonił telefon i pomyślał, że powinna 
przyjechać z nim aby pomóc. 

Zorana ledwie powstrzymała się przed powiedzeniem, że najlepszą 

pomocą Panny Joyce było by utrzymanie go w trzeźwości. 

Jednak pewne sprawy były poza władzą Panny Joyce. 
Gdyby tylko Konstantin był tutaj. Zawsze, gdy Zorana rodziła, trzymał ją 

za rękę i uspokajał swoim głosem. Minęło dziesięć lat odkąd Zorana rodziła 
ostatnio. Teraz było inaczej. Ten syn był większy. Zaczęło się szybko, zbyt 
szybko aby mogła dostać się do szpitala, musi rodzić w jej własnym łóżku, przy 
świetle dwóch lampek nocnych, w towarzystwie pijaka i sześćdziesięcioletniej 
dziewicy. 

Konstantine Wilder odpowie mi za to. 
-  Gdzie  on  jest?  -  Zorana  wysapała  -  Gdzie  jest  ten  łajdak,  który  

doprowadził mnie do tego stanu? 

Panna Joyce zeszła jej z widoku, wahała się, jej twarz zniekształciła się. 
- Do cholery, Doktorze - Zorana wycedziła przez zęby - Jakie leki mi 

podałeś? 

Dr Lewis spojrzał na nią ze zdumieniem - Prosiłaś o nie. Pamiętasz? 

Powiedziałaś nauczycielce? 

- Nie, ja nie mówiłam! - Zorana wykrzyknęła - Żadnych leków. Mówiłam 

ci... żadnych leków! 

Panna Joyce wytarła czoło Zorany szmatką - Ona nie pamięta - Zorana 

usłyszała, jak powiedziała lekarzowi. 

Gdyby Zorana miała choć trochę energii, zeskoczyłaby z łóżka i 

trzepnęłaby ich obydwoje. 

background image

- Przyj, Zorana, przyj! - panna Joyce powiedziała. 
Zorana chwyciła swoje kolana, nabrał tchu i zaczęła przeć. 
Ciśnienie wewnątrz było silne. Dziecko już prawie wyszło. 
- Gdzie jest Konstantin? - zapłakała w panice. 
- Tama nad zatoką puściła i on ratuje winorośle przed zalaniem. - Panna 

Joyce powachlowała się swoją ręką. 

- Nie obchodzą mnie winorośle. Niech je zmyje. - Zorana poczuła kolejny 

skurcz - Przyprowadź Konstantina. Jego syn przychodzi na świat. 

Dr Lewis śmiał się - Myślisz, że to jest kolejny syn? 
Oczywiście, że to jest syn. Przez tysiąc lat, Varinscy, a teraz Wildersi, 

mają jedynie synów. 

Miała trzech synów, silnych synów, psotnych synów, pięknych synów...? 

- Przyprowadź Konstantina natychmiast! 

Panna Joyce poprawiła je poduszkę i powiedziała - Jeśli on nie opanuje 

powodzi, dom i my razem z nim popłyniemy daleko. 

Zorana spojrzała za okno. Wszędzie była czarna noc. Wtedy jasna 

błyskawica rozdzieliła niebo. 

Jęczała. Łzy bólu i strachu popłynęły z jej oczu, a niepokój rozrastał w jej 

umyśle. Jej chłopcy - Jasha, Rurik, i Adrik - powinni leżeć w łóżku pogrążeni 
we śnie, ale nikt nie mógł przespać tę gwałtowną burzę. A Konstantin jest tam 
gdzieś, w deszczu i szalejącym wietrze, narażając swoje życie... ponieważ ból i 
leki zwiększyły jej moc... burza uderzała w nich z jeszcze większą siłą - 
Konstantin... - wołała łagodnie. 

Lekarz pociągnął  łyk z butelki, zawinął rękawy i powiedział tuż przy jej 

twarzy- Już nie długo. 

Zorana wrzasnęła - Trzymaj się z dala ode mnie! 
- Nie bądź głupia, kobieto. Jestem lekarzem. Potrzebujesz mnie. - Dr. 

Lewis uśmiechnął się idiotycznie i nachylił się nad nią. 

- Nie! - kopnęła go. 
Wprawiła go w osłupienie, poleciał do tyłu, machając ramionami i trafił 

na toaletkę tak mocno aż lustro zatrzęsło się w ramie - Co Ty robisz? - 
zabrzmiał jakby walczył aby stanąć na nogi. 

Panna Joyce pochyliła się do niego. 
Zorana usłyszała głuchy odgłos, jak dźwięk dojrzałego melona kiedy się 

go upuści. 

Panna Joyce wstała, jej niebieskie oczy jaśniała w radosnym podnieceniu 

- Zemdlał. 

- To głupiec - Zorana była wściekła. 
- I tak go nie chciałaś. 
- Oczekiwałem, że będzie świadomy! 
- Nie martw się. - Miss Joyce podwinęła rękawy i zastąpiła go - Ja mogę 

odbierać poród. 

background image

Zorana nie miała żadnych wątpliwości że mogła. Krążyły pogłoski, że 

Miss Joyce jest z Houston, że uczyła w szkole zdominowanej przez chuliganów, 
że brutalnie została zaatakowana przez studentów z nożami i spędziła pół roku 
w szpitalu. Jeśli kiedykolwiek cierpiała z powodu tkwiącego głęboko bólu albo 
niepokoju egzystencjalnego, w żaden sposób nie okazała tego. Panna Joyce 
sprowadziła się do tej małej miejscowości w górach wkrótce po narodzinach 
chłopców Zorany i uczy w miejscowej szkole od tamtego czasu, zdobywając 
reputację niewzruszonej. Żaden uczeń nigdy nie zadzierał z nią. 

Panna Joyce pochyliła się - Przyj, Zorana. Przyj! 
Zorana parła, stękała z wysiłku rodzenia syna. Już prawie był. Już 

prawie.... 

Błyskawica błysnęła tak jaskrawo, co spowodowano utratę wzroku u 

Zorany. 

Światła zgasły. 
- Byłam na to przygotowana. - Panna Joyce włączyła światło błyskowe, 

opierając je o stolik nocny - Jest nieźle. - uśmiechnęła się do Zorany. 

Jakieś maleńkie zawodzenie przedziurawiło powietrze. 
Ten dźwięk. W panice, wsparła się na łokcie - Już słyszę płacz mojego 

maleństwa. 

- To lekarz - Panna Joyce poprawiła ją - Jest żałosny. 
- Nie to noworodek. 
- To przez leki. Masz halucynacje. Teraz skup się! - Panna Joyce 

pochyliła się nad Zoraną. 

Zorana zaparła się. Parła tak mocno, aż poczuła że dziecko wyszło z niej. 
Opadła na poduszki, rozpłynęła się z wysiłku, zapociła. 
Dziecko krzyczało, jego płuca były silne. 
Zorana uśmiechnęła się jak tylko usłyszała je. 
Wtedy jej uśmiech przygasł. 
Dwa płacze...? Dwoje dzieci? 
Dostawała szału. 
Podniosła głowę i zobaczyła, jak Panna Joyce trzyma w ramionach 

niemowlę całe we krwi. 

Zorana mrugnęła, walcząc ze skutkami leków, które zmuszały ją aby 

opadła. Musiała zobaczyć swojego syna zanim zaśnie, upewnić się, że jest w 
porządku. 

Panna Joyce podeszła w kierunku światła i jakoś przemknęła na zewnątrz. 
W panice, Zorana walczyła by czuwać - Możesz go umyć? Możesz 

owinąć go? Nie pozwól mu marznąć! 

- Zajmę się tym. 
Jedna błyskawica rozświetliła każdy zakątek świata i Zorana zobaczyła jej 

syna, jego pomarszczona twarz, jego długie ciało. 

Był piękny. Zdrowy. Doskonały. Jej syn. Kolejny syn Konstantina. 

background image

- W porządku - mamrotała - W porządku - jej wola ustąpiła miejsca lekom 

i wyczerpaniu. 

Spała. 
- Niech pomyślę. Niech pomyślę! 
Wysoki, młody głos Adrika obudził Zoranę, ale trzymała oczy zamknięte 

i uśmiechała się ponieważ słyszała pozostałych chłopców i Konstantina, który 
energicznie uciszał ich. 

Adrik był najmłodszy i na pewno nie zwrócił żadnej uwagi żądaniom ojca 

- Jeszcze chwileczkę! - nalegał. 

- To jest nie to, głupi. To jest dziecko. - to był Rurik, bardziej 

doświadczone drugie dziecko. 

- Bardzo specjalne dziecko. - głęboki głos Konstantina podgrzał Zorany 

duszę. 

Zerknęła pod swoimi rzęsami. 
To był poranek. Słońce świeciło przez okna. Było czysto. Nie było 

żadnych śladów porodu. 

Jej trzej chłopcy zebrali się wokół łóżeczka dla noworodka, wpatrując się 

w ich mały cud. 

Ale Konstantin wpatrywał się w nią. Wpatrywał się w nią z taką miłością, 

aż jej serce chciało wybuchnąć z radości. 

Cicho pochylił się nad nią. Odsunął jej włosy z czoła. I cicho tak, żeby 

tylko ona słyszała powiedział - Dziękuję, liubov maya, za ten wielki dar. 

Miał  łzy w oczach, ten jej duży barbarzyńca - Dziękuję moja miłości, za 

wszystko co mi dałaś. 

Starł swoje łzy, wtedy odwrócił się do jego synów - Chłopcy, mama już 

nie śpi. Pozwolimy jej potrzymać dziecko w ramionach? 

- Mama! - Adrik skoczył na łóżko. 
Konstantin zdjął go z materaca i postawił na podłodze - Ostrożnie, mój 

chłopcze. - podszedł do łóżeczka. 

Jasha objął ramieniem młodszego brata - Jesteś już duży. Tak jak ja i 

Rurik. - rzucił znaczące spojrzenie w kierunku Rurik. 

Rurik objął ich obydwu. 
Adrik nie był głupi. Wiedział, że się z niego nabijają, ale bycie jednym z 

dużych chłopców było zbyt pociągające. Uśmiechnął się z wyższością. 

Konstantin wymienił uśmiech z Zoraną i podał jej noworodka. 
Ostrożnie objęła swoje dziecko, patrzyła na czerwoną, pomarszczoną 

twarz, zastanawiając się jak takie maleństwo może spowodować taką mękę - 
Jest dużo mniejszy niż pozostali chłopcy. 

- Cóż, oczywiście. Myślałem o imieniu. - Konstantin naprężył pierś - To 

musi być imię, które będzie coś znaczyło. Sądzę, że to powinno być Firebird. 

- Jak samochód, Tata? Jak Pontiac? - Jasha wyglądał jakby jego ojciec 

oszalał. 

background image

Konstantin  śmiał  się  -  Jak  rosyjska  legenda.  Firebird  Maryushka.  To  jest  

doskonałe. 

Zorana mrugnęła - Ale... to imię dla dziewczynki. 
- Dokładnie. Firebird symbolizuje zmianę i światło. Maryushka to imię 

szwaczki, która została odmieniona przez firebird, więc to jest dobre imię dla 
tego dziecka. Prawda? 

Paplał. On musi paplać - Dlaczego chcesz nazwać swojego syna jak ptaka 

i kobietę? 

- Naszego syna? - Konstantin roześmiał się - Nikt Ci nie powiedział? To 

nie jest syn. To jest córka! - położył swoje ramię pod nią, obejmując zarówno ją 
jak i noworodka - To jest nasza córka! 

- To niemożliwe. 
- Gdy lekarz powiedział mi to, powiedziałem to samo. Żadna dziewczyna 

nie urodziła się przez tysiąc lat. Ale to jest dziewczyna. Nasza córka. - przytulił 
Zoranę mocniej - To jest cud! 

- Nie - odsunęła się i wpatrywała w Konstantina - Ja widziałam go. 

Widziałam naszego syna. 

- Podano Ci leki... Miałaś przywidzenia. Śniłaś. - Konstantin zmienił 

dziecku pieluszkę jak by robił to od zawsze - Jak wróciłem wczoraj wieczorem, 
spałaś tak mocno, że nie mogłem Cię obudzić abyś nakarmiła dziecko. 
Musiałem dać jej butelkę. 

- Tak, podali mi środek usypiający, ale widziałam go. Urodziłam syna. 
Konstantin zmarszczył brwi z niepokojem - To jest córka. 
Zorana odepchnęła Konstantina. Odwinęła dziecko z koca, którym było 

opatulone, zrzuciła pieluszkę. 

Chłopcy spojrzeli z jednego boku materaca. Konstantin spojrzał z 

drugiego. 

Adrik zabrzmiał ponuro - To z całą pewnością dziewczynka, Mamo. 
- To jest jedyne dziecko, jakie mamy, Mamo. - Jasha spróbował ją 

uspokoić, ale to było oczywiste, że matka była zmartwiona - Widzisz. Ona jest 
ładna. 

Rurik stanął ramię w ramię z Jasha - I kochamy ją. 
- Gdzie panna Joyce? - Zorana zapytała - Ona powiedziała, że to był 

chłopiec! 

- Gdy tylko woda opadła, wyszła - Konstantine powiedział - Ale 

pogratulowała mi córki. 

Panika wzrosła w gardle Zorany - Co z lekarzem? 
- Panna Joyce zabrała go ze sobą - Jasha powiedziała - Uderzył się w 

głowę. Miał duże stłuczenie na czole. 

- Urodziłam syna - jej pewność nieco opadała. 
Konstantin wyglądał na wystraszonego - Dostałaś wiele leków - nalegał. 
Zorana spojrzała na dziecko. 

background image

Bączek otworzył oczy. Dzieci nie widziały. Nie mogły zobaczyć niczego 

tylko zatarte obrazy. 

Ale to dziecko patrzało na Zoranę - i zobaczyło ją. 
Była taka maleńka. Taka doskonała. Jej palce... jej miękka, słodko 

pachnąca skóra... malutka czupryna... 

Zorana dostała leki. Może miała halucynacje. 
Dziecko wydało z siebie popiskujący hałas, a następnie otworzyło buzię i 

wrzeszczało. 

Wrzeszczało tak głośno jak żaden z chłopców Zorany kiedykolwiek 

wrzeszczał. 

- Wow - jej synowie wpatrywali się, z wybałuszonymi oczami na 

niemowlę i cofnęli się. 

- Podaliśmy jej mleko w proszku - Konstantin zawsze był pewny siebie, 

ale teraz zawahał się. 

- Mogę ją nakarmić... jeśli Ty nie chcesz. 
Krzyki dziecka spowodowały, że piersi Zorany stały się pełne i twarde i 

cierpiały z powodu napięcia. 

- Mam - twarz Adrika przekręciła się z przerażeniem gdy dziecko 

wrzasnęło - Zrób coś! Zrób coś teraz! 

Konstantin wyglądał na nieszczęśliwego. 
- W porządku! - Zorana rozpięła swoją koszulę nocną - Już dobrze, 

nakarmię Cię - przyłożyła dziecko do swojej piersi. 

Niemowlę nie potrzebowało żadnej perswazji. Nacisnęło na sutek i 

zaczęło szybko jeść. 

Adrik wpatrywał się z wybałuszonymi oczami, przerażony - Co Ty 

robisz? 

- Karmi ją. - Jasha wpatrywał się przy ścianie ponad głową Zorany. 
- Fuj. To ohyda! - Adrik powiedział. 
- Tak. - Rurik popchnął młodszego brata w kierunku korytarza - Ale tak to 

się robi, więc przywyknij do tego. 

Próbując szybko wyjść, dwóch chłopców zablokowało się w drzwiach, 

wtedy Jasha dogonił ich i wypchnął na zewnątrz. 

Zorana zaśmiała się łagodnie. 
Konstantin zamknął drzwi za nimi i wróciło do niej - Czy to dobrze, że 

mamy córkę? 

Zorana spojrzała na dziecko. 
Nie przypomniała sobie rodzenia tej maleńkiej istoty. 
Ale nie było żadnego innego dziecka, a ona przycisnęła swoją maleńką 

pięść do piersi Zorany i ssała z taką siłą, że miłość wezbrała w niej jak rzeka. - 
Firebird Maryushka, powiedziałeś? 

- Podoba Ci się takie imię? - Konstantin usiadł na materacu przy niej. 
- Bardzo mi się podoba. 

background image

Rozdział 4 

Wrogość, ból, i gorycz zmieszały się jak trucizna w duszy Firebird - Więc 

to naprawdę się wydarzyło? 

Uśmiech Zorany przygasł i odwróciła się wpatrując się daleko. 
- Firebird! Nie rozmawiaj z Mamą w ten sposób - Jasha udzieliła nagany. 
Ale nie był jej starszym bratem i nie musiała go słuchać - Dlaczego nie? - 

popatrzała wprost na niego - Okłamała mnie wcześniej. Zawsze opowiadała mi 
tą dramatyczną historię o burzy i pijanym lekarzu i one Pannie Joyce, która 
uratowała sytuację i odebrała poród.... Teraz to brzmi jakby Panna Joyce w 
ogóle nie pomogła mi przyjść na świat. 

- Przepraszam - Zorana stanęła, uciekła w kierunku łazienki i zamknęła 

drzwi na klucz. 

Cisza, która nastąpiła gnębiłaby Firebird... jeśli ona była by częścią tej 

rodziny. Ale nie była. 

- Jeśli chcesz kogoś obwiniać, to obwiniaj mnie. Twoja matka 

powiedziała mi prawdę. Nie uwierzyłem jej. Sądziłem, że to przez leki. - głos 
Konstantina był niski i opanowany, całkiem niepodobny do jego zwykłego 
wrzeszczenia. 

To informowało Firebird jak naprawdę był zły. To i jego zaciśnięte pięści. 

Lecz także niepokoił się o swoją żonę i o Firebird, która cierpiała. 

- W porządku - wymamrotała - Jestem idiotką. 
- Z całą pewnością - Rurik powiedział. 
Może ci ludzie nie byli jej rodziną ale kochała ich. Kochała Zoranę. 
Duża, gorąca łza popłynęła po jej policzku. 
Konstantine, Jasha, Adrik, i obcy facet wszyscy spiorunowali wzrokiem 

Rurika. 

- Dobra robota - Adrik zagrzmiał. 
- Tak jak byście wszyscy nie myśleli tak samo - Rurik wyglądał na 

zdenerwowanego. 

- Tak, ale jesteśmy wystarczająco bystrzy by tego nie powiedzieć - Jasha 

powiedział. 

- Nie wiedziałem, że się popłacze - Rurik powiedział. 
- Ona zawsze płacze - Adrik powiedział. 
- Skąd możesz to wiedzieć? Nie było Cię przez siedemnaście lat. Nie 

robię tak! - Firebird próbowała się uspokoić. 

Aleksandr klepał ją po policzku i spiorunował wzrokiem pokój - Stop. Źli 

chłopcy! 

- Dość - Konstantin skinął na Ann i Tasya. 
Jej bratowe uklękły obok Firebird. 
- Nie zwracaj uwagi na tego idiotę mojego męża - Tasya podając Firebird 

chusteczkę, powiedziała - Trzymaj, wydmuchaj nos. 

background image

Firebird dmuchnęła - Krzyczałam na Mamę. 
- Leki... i ci ludzie... Zorana nie wiedziała, na pewno nie... - Ann zawahała 

się. 

- Zaakceptowała mnie jako jej córkę? Przestała poszukiwać swojego 

prawdziwego dziecka? - nie mogła zatrzymać łez. Przytuliła Aleksandra. 

Odsunął się i zaprotestował - Mama, nie płacz! 
- Mama przeprasza - Firebird krzyknęła na Zoranę, sprawiła ból synowi, 

wszystko dlatego, że dowiedziała się prawdy i nie potrafiła się z tym pogodzić . 

- Aleksander - kobieta na kanapie poklepała miejsce przy niej - Przynieś 

swoją książkę i usiądź przy mnie. 

Aleksander spojrzał na swoją matkę - Mogę usiąść koło Karen? 
Ann odpowiedziała na jej pytanie zanim zdążyła zapytać - To jest żona 

Adrika. Wzięli ślub w zeszłym tygodniu. 

Tasya wskazała starszego mężczyznę o szorstkim wyglądzie, który stanął 

obok drzwi do kuchni - To jest ojciec Karen. Pomógł w bitwie z Varińskimi. 

- Nie było mnie tylko jeden dzień - Firebird wpatrywała się w swojego 

zaginionego brata, w jego nową  żonę. Gdyby wszystko było normalne, 
spędziłaby wieczór pytając o jego życie, słuchając jego historii, spotykając się z 
ludźmi, którzy przyjechali z nim - jego nową żoną i nowym teściem. 

Trochę, wstydziła się ze zrujnowania powrotu do domu Adrika. Ale dziś... 

dziś pomyślała, nic już nigdy więcej nie będzie normalnie. 

- Mama! - Aleksander szarpnął za jej koszulę - Chcę iść do Karen. 
- Idź - popchnęła go i popatrzyła na niego gdy wpadł do pokoju - 

Raczkował jak miał pół roku. - mruczała - Chodził jak miał dziesięć miesięcy. 
Rozmawiał wcześnie. Składa układanki. On buduje z klocków. On jest taki 
bystry.... 

- Wszyscy go kochamy. - Tasya powiedziała - On jest wciąż jedynym 

dzieckiem w rodzinie. 

Firebird śmiała się, krótkim, trochę histerycznym śmiechem. 
Drzwi łazienki otworzyły się i Zorana wyszła, jej oczy były czerwone i 

wilgotne. 

Firebird stanęła niezgrabnie - Mamo, współczuję Ci. 
Zorana pośpieszyła do niej. 
Spotkały się pośrodku salonu. 
- Wiem. Ja też przepraszam. - Zorana przytuliła Firebird. 
Firebird wtuliła się w nią i uświadomiła sobie jak bardzo się różniły. 
Zorana była oryginalna, metr pięćdziesiąt, z szorstkimi czarnymi włosami 

i ciemne oczy. Jej skóra była piękna, czysto brązowa, odporna na słońce i 
dowód jej romskiego pochodzenia. 

Firebird była wysoka, jasnowłosa i niebieskooka, z jasną skórą. Jej 

pochodzenie było prawdopodobnie irlandzkie albo angielskie albo niemieckie. 
Nie rosyjskie i nie romskie. 

background image

Zorana powiedziała gwałtownie - Kiedy pierwszy spojrzałaś na mnie, 

podbiłaś moje serce i nie troszczę się co ten głupi lekarz z Seattle powiedział. 
Jesteś moja. Moje dziecko. Wiecznie. 

Rozejrzała się po salonie, rodzina Firebird siedziała albo stała, sili się na 

uśmiech albo piorunowali wzrokiem w bezsilnej furii ponieważ zdali sobie 
sprawę jak zostali zdradzeni przez ludzi, którym zaufali. Trzej bracia Firebird, 
Jasha, Rurik i Adrik. Jej trzy bratowe, Ann, Tasya, i Karen. Ojciec Karen. I 
rodzice Firebird. O, Boże, jej rodzice. Kochała ich wszystkich tak bardzo - a ona 
nie była jedną z nich. 

Tylko jej syn był z jej krwi. Tylko Aleksander, który usiadł przy Karen, 

ufny ponieważ nigdy nie spotkał nikogo, kto źle mu życzył. 

- Jesteś najlepszą matką, jaką ktoś kiedykolwiek mógł mieć - Firebird 

powiedziała Zoranie, a na świecie pełnym nagłych niepewności, to przynajmniej 
było prawdziwe. 

- Szkoda tylko, że nazwała Cię jak samochód - Mimo, że Adrika długo nie 

było nie zapomniał żartu rodzinnego. 

- Nie, ty zuchwały chłopcze. Nazwaliśmy ją na cześć legendy o ptaku z 

takim błyszczącym upierzeniem. Wiedzieliśmy, że nasza córka będzie taka jak 
ten ptak. 

Zorana wzięła rękę Firebird i poszła do niego. 
- Jesteś naszą dziewczynką - powiedział - Dumą mojego serca, a teraz 

bardziej specjalna dla mnie niż kiedykolwiek. 

Firebird wiedziała co to oznacza i - o Boże - jak teraz tego potrzebowała! 
Położyła głowę na jego ramieniu i zamknęła oczy, na moment pozwalając 

sobie pogrążyć się w znajomym bezpieczeństwie jej rodziców. 

W końcu podniosła się i uśmiechnęła i udawała, że nic się nie zmieniło, 

gdy tak naprawdę jej cały świat wywrócił się do góry nogami - Wystarczy tego 
wszystkiego jak na dzisiaj. To jest pora do spania dla Aleksandra. 

- Nie! - Aleksander zaprotestował. 
Jakkolwiek zmęczony był, zawsze protestował. Chciał być z jego rodziną, 

grać, śpiewać, układać klocki. Wszyscy go rozpieszczali. 

Firebird podniosła go i niosła wokół więc mógł pocałować każdego. 

Każda ciotka, każdy wuj, okazał sympatię dziecku, a także jej. Konstantin 
podniósł w górę swoje ramiona do Aleksandra i objął go - Przysiągłbym, że 
będziesz wilkiem - mruczał. 

Sentyment pchnął jak nóż Firebird w serce. 
Zorana pocałowała Aleksandra i przytuliła go jakby mogła go upuścić. 

Firebird wiedziała, że to jest więcej niż zwykły sentyment, Zorana myślała o 
synu, którego jej ukradziono. 

Firebird zaniosła go na górę do sypialni, którą dzieliła ze swoim synem. 
Dom był mały i stary i bardzo akustyczny to pozwalało słyszeć wszystko. 
Więc Firebird stanęła w drzwiach, poczekała i słuchała jak Zorana płacze 

- Gdzie jest moje dziecko? Co zrobili z moim dzieckiem? 

background image

Rozdział 5 

Żałosne pytanie Zorany dręczyło Firebird, ale jak tylko ubrała swojego 

syna w piżamę, owinęła w jego koc i umieściła na Bernim, miękkiej żółtej 
kaczce z jasnym rachunkiem, zrozumiała. 

Jak mogła by nie? Gdy Aleksander urodził się, przyjrzała się mu. 

Pomyślała, że jest chudy, z długimi palcami i szerokimi ramionami, co sprawiło 
jej kłopot podczas porodu, ale to był jej syn i od razu poczuła przypływ uczuć 
macierzyńskich. W tym momencie wiedziała, że jest gotowa zabić aby go 
ochronić.  

Jak tylko Zorana odkryła, że dziecko, które powiła dwadzieścia trzy lata i 

osiem miesięcy temu, zostało ukradzione, to musiała dowiedzieć się gdzie jest. 

Jak Firebird patrzyła na syna, śpiącego z ręką pod policzkiem, wiedziała, 

że czuła by tak samo. 

Kłopot w tym, że odrzucenie nie było wcale mniej bolesne. 
Pomyślała,  powinna  zastanawiać  się  nad  swoimi  biologicznymi 

rodzicami, ale natychmiast, przestał myśleć o ludziach, których nigdy nie 
spotkała. Troszczyła się tylko o rodzinę, którą znała, o bitwie przeciwko złu jaką 
musieli stoczyć, czy mogła im pomóc... albo czy była nieistotna, zbyteczna, czy 
była ciężarem. 

Nie mogła wrócić na dół. Była zmęczona, użalaniem się nad sobą i 

wprawiona w zakłopotanie dlatego, że to robiła. Powinna iść spać, ale 
zmartwienia brzęczały w tej umyśle jak rój pszczół. Więc przebrała się w 
wygodny, ciepły strój - dżinsy, bluza sportowa, kurtka i buty. Podeszła do okna, 
otworzyła je, wychyliła się i złapała gałąź olbrzymiego drzewa, które rosło tak 
blisko. 

W jej życiu, wymykała się tak dziesiątki razy - na serię przez las, albo do 

kina, albo całować się z chłopakiem. Ale nie ostatnio. Jej macierzyństwo 
trzymało ją w domu. Jej rodzina myślała, że brała na poważnie 
odpowiedzialność wobec swojego syna i to była prawda. 

Również obawiała się, że gdyby przechadzała się zbyt daleko, ojciec 

Aleksandra znalazłby ją. 

Znalazł ich. A konsekwencje tego były by zbyt straszne by to nawet 

rozważyć. 

Nawet teraz... rozważała te konsekwencje. 
Drzewo było twarde, zamarznięte. Kora była lodowata pod jej nagimi 

rękami. Upadła na nogi i wzięła długi, głęboki wdech, jej pierwszy od momentu, 
gdy lekarz przekazał jej wiadomości. 

Ktoś zamienił dziecko Wilderów dla nią. Niemowlę odmieńca, na dziecko 

od Boga. 

Firebird obeszła wokół dom, zamarznięta trawa skrzypiała pod jej butami. 

Cicho, otworzyła pierwszą bramkę i poszła w dół drogi w kierunku winorośli. 

background image

Droga ciągnęła się długo i wąsko między dwoma górami, płodną równiną, 

którą jej ojciec i matka znaleźli i kupili, gdy tutejsi rolnicy próbowali hodować 
kwiaty i warzywa bez skutku. 

Gleba była żyzna ale pogoda była ciągle pochmurna i deszczowa, ze zbyt 

małą ilością słońca. 

Ludzie w pobliskiej przemoczonej wiosce Blythe podśmiewali się z 

niemądrych rosyjskich imigrantów. 

Już się nie podśmiewali. 
Konstantin zasadził winogrona. Zorana zasadziła warzywniak i mały sad. 

I jakby przynieśli ze sobą słońce, pogoda tak bardzo się zmieniła. Dolina i całe 
Blythe - wydawały się być chronione przez czysty pęcherzyk, który 
przepuszczał słońce i zatrzymał deszcz. 

Do czasu gdy Firebird urodziła się, Wildersowie zaaklimatyzowali się w 

społeczności. Całe jej życie, ta dolina była jej do domem a kiedy zaszła w ciążę, 
to stała się jej schronieniem. 

Teraz przejrzyste, chłodne powietrze uświadomiło jej, że powinna unikać 

swojej rodziny. 

Musi wyjechać. 
Fakt ten tak mocno ją dotknął, aż jej całe ciało zacisnęło się. Po raz 

pierwszy od dwóch i pół roku, pozwoliła sobie przypomnieć o Douglasie 
Blacku. 

Właśnie nadeszła wiosna i całe miasteczko studenckie zaczęło się 

zakochiwać. Wszyscy z wyjątkiem Firebird. Była zbyt zajęta szybszym 
uzyskaniem dyplomu i nie miała czasu na miłość. 

Gdy jednak seksowny nowy policjant przechadzał się po kampusie, 

odkryła, że ma trochę czasu aby spojrzeć na niego. Było coś w facetach w 
mundurze, a może akurat w tym facecie w mundurze było coś. Nosił wysoko 
głowę, miał potężne ramiona, zwężające się do wąskiego pasa i ruszał się bardzo 
płynnie, jego buty nigdy nie wydawały dźwięku. Miał twardą, wyrzeźbioną 
twarz, co kontrastowało z jego oczywistą młodością. Jego blond włosy 
odróżniały się od jego opalonej skóry i te oczy, które zwróciły jej uwagę, oczy 
skupione na niej... oczy ciemne, Cygańsko brązowe. 

Zanim odeszła, odwróciła się by popatrzeć na jeszcze raz na niego i 

złapała go na tym, jak robił to samo. To wprawiło ją w zakłopotanie, odwróciła 
się i odeszła szybciej, schowała głowę w książki i zachichotała. 

To jest bolesne pamiętać jak nieobyta była, ale miała dopiero dwadzieścia 

lat, chroniona córka rosyjskiej rodziny z surową moralnością. Żyła z ojcem i 
braćmi więc wiedziała dużo o ludziach, ale nie to co robić gdy ktoś się nią 
interesował. Niewielu chłopców w Blythe interesowało się nią po tym jak jej 
ojciec albo bracia rozmawiali z nimi. Nic co powiedziała nie zmieniło tego, że 
jej rodzina nie widział  żadnego powodu aby mogła się umawiać. Jeśli to 
zależało by od jej ojca, Firebird umarłby jako dziewica. 

background image

Firebird myślała, że nigdy już nie zobaczy przystojnego funkcjonariusza 

policji, ale nie miała jeszcze świadomości kim on był. To spostrzeżenie przyszło 
później po tym jak została uwiedziona i zauroczona.... 

Schowała twarz w swoich rękach, próbowała odepchnąć wspomnienia, 

które wciąż miały taką władzę nad jej bólem i upokorzeniem. 

Jaka była głupia. 
Podniosła swoją głowę. 
Jaka głupia była teraz, stojąc tutaj sama. 
Od czasu, gdy była niemowlęciem, Konstantin chodziło z nią przez las, 

uczył słuchać, czego wyczekiwać, kiedy ratować się ucieczką, a kiedy stać i 
walczyć. Nauczył ją, że świat jest pełny niebezpieczeństw, a jedynie głupcy są 
nieprzygotowani. 

Teraz, stojąc tu zostawiała daleko bezpieczeństwo domu, przechadzając 

się w nocy, dumając i nie zwracając uwagi na otoczenie, a wszystko gdyż 
myślała, że jej dom jest bezpieczny. 

Ale las milczał. 
Coś patrzyło na nią. 
Coś wrogiego. 
Coś niebezpiecznego. 
Ojciec nakrzyczał by na nią za nieostrożność, ale najpierw powiedziałby 

jej: Wracaj bezpiecznie, Firebird. Wróć teraz. 

Jak dostać się do domu bez powiadamiania tej rzeczy tam, że wie o jej 

istnieniu? 

Zadrżała i poprawiła zauszniki. Zawróciła w kierunku frontowego ganku, 

szła dziarsko. 

Wsunęła ręce do kieszeni kurtki, w jednej miała niewielki nóż 

sprężynowy, który ukryła w dłoni, następnie wyjęła go i trzymała blisko klatki 
piersiowej. Drugą rękę wyjęła i zakołysała nią w trakcie chodzenia, gotowy by 
użyć jej do obrony. 

Gdyby krzyknęła, jej rodzina wyszła by z domu, ale byłoby lepiej gdyby 

mogli złapać tę rzecz nieświadomą i przesłuchać ją. Przypuszczając oczywiście, 
że to jest człowiek. Człowiek... i coś jeszcze. 

Gdyby zaczęła krzyczeć wiedzieliby, że wyszła w pojedynkę i została 

zaatakowana przez tę rzecz, i nie potrafiła sama się tym zająć. 

Nie zniosła by gdy jej bracia musieli zająć się tym za nią. Oni nigdy nie 

dadzą jej o tym zapomnieć. 

Za sobą, wyczuła ruch - coś schodzącego z konarów drzewa na ziemię i 

ruszyło w jej kierunku. Kroki były prawie niezauważalne a mimo to włosy 
zjeżyły się na karku Firebird. 

Ktokolwiek lub cokolwiek to było, to był drapieżnik i był bardzo zły. 
Ruszyła się szybciej kierując się stronę oświetlonego ganku. 
Za nią pościg nasilił się. 
Jej serce zamarło. 

background image

Otworzyła usta do krzyku 

background image

Rozdział 6 

Adrik otworzył drzwi - Hey, Firebird, ty tutaj? 
Drapieżnik za nią skręcił gwałtownie. 
Wydała stłumiony okrzyk ulgi - Jestem tutaj - przebiegła resztę drogi do 

ganku. Wbiegła na schody do Adrika. Przysunęła się blisko niego i szepnęła - 
Tam coś jest. 

Adrik spojrzał na nóż sprężynowy w jej drżącej ręce. Włożył głowę z 

powrotem do środka, powiedział łagodnie do swoich braci, następnie wyszedł na 
ganek. Wziął ostrożnie scyzoryk, zamknął, zwrócił to jej i sprawdził teren - 
Czuję jego zapach - szepnął - Był na ganku. 

Kolejny dowód na to, że Firebird nie była jedną z tej rodziny. 

Konstantine, Jasha, i Adrik dostali wzmożone zmysły węchu. Rurik wzrok 
jastrzębia. Mogli wytropić wszędzie i każdego. 

Firebird włożyła nóż do swojej kieszeni. 
Od  momentu  gdy zrozumiała szczególne  dary swojej  rodziny, 

pozazdrościła im tego, chciała być taka jak oni. 

Za to, zawsze była całkowicie normalna, tak normalna, że nudziła nawet 

siebie. 

Więc stawiała sobie cele do osiągnięcia: w szkole, w sportach, 

szczególnie w gimnastyce. 

Gdy robiła ćwiczenia na poręczach, to wyglądało prawie jak by latała. 
W końcu ćwiczyła tak mocno i tak wytrwale, upadła na ziemię i 

roztrzaskała sobie nogę. 

Nawet teraz, chłód wzmagał ból kostki gdzie szpilki spięły kości. 
- Czy to... czy to jest Varinski? - zapytała cicho. 
- Nie. Przynajmniej, nie pachnie jak któryś z tych, co miałem możliwość 

poczuć ich zapach. 

Wchodząc do środka, Adrik złapał płaszcz. Wyszedł i zamknął drzwi za 

sobą  -  Jeśli  to  jest  Varinski,  to  taki  który  wziął  kąpiel,  a  to  jest  prawie  
niemożliwe. 

Śmiała się, mimo że wciąż była zmartwiona - Ktokolwiek to był chciał 

mnie skrzywdzić. Mogłam to poczuć. 

Powiedział spokojnie - Oni wszyscy chcą nas skrzywdzić. Nie zapominaj 

o tym. Oni planują zabić nas. Musisz być bardzo ostrożna, moja mała 
siostrzyczko. Bardzo ostrożna. 

- Wiem. Jestem. - ale czy to było rozsądne czy nie, ta sytuacja wymagała 

trochę odwagi. 

- Czuję trochę  świeżego powietrza - Adrik powiedział - Chcesz zostać 

jeszcze parę minut? Mieć oko na okolice - Chętnie - odpowiedziała. 

background image

Obydwoje wiedzieli, że Jasha i Rurik zmienili się i pozwolili sobie na 

wyjście. Jasha skoczył na zewnątrz przemieniając się w czarnego wilka. Rurik 
wzlatywał jako lśniący jastrząb. 

Cokolwiek tam jest, znajdą przynajmniej jego ślad. 
W miarę swobodni, Adrik i Firebird podeszli do krawędzi ganku, oparli 

ręce o ogrodzenie i odwrócili wzrok ku dolinie. 

Jastrząb poszybował wysoko w górę. Wilk sadził susami wzdłuż równiny. 
Adrik popatrzył na nich zazdrośnie - Tęskniłem za tym miejscem. Przez 

wszystkie długie lata, odkąd odszedłem, śniłem o tym, marzyłem i czułem do 
siebie odrazę, że jestem niegodny by wrócić. 

Firebird nie miała jeszcze okazji by porozmawiać z jej zaginionym 

bratem, przyjrzała mu się uważnie. 

Jak Jasha i Rurik, był wysoki i dobrze zbudowany, z siłą wielkiego kota. 

Pantera - A teraz wróciłeś? 

- Karen kocha mnie, a ja ocaliłem jej życie. Więc ona pokazała mi, raczej 

sarkastycznie, że jeśli ona jest coś warta, więc ja też muszę być. - Adrik obejrzał 
granicę lasu, czujny, gotowy by walczyć i zabić, w miarę potrzeby - Ona dała mi 
odwagę na powrót oraz aby spojrzeć ojcu w twarz. Zawsze myślałem, że nie 
będzie chciał mnie widzieć, a on... on przywitał mnie. 

- Oczywiście że tak. - Firebird zarzuciła mu ręce na ramiona i przytuliła 

go - Jaki z Ciebie głupiec skoro myślałeś, że mogło by być inaczej. On jest jak 
duży słodziaczek. 

- Dla ciebie. Jesteś jego ukochaną córeczką. 
Już nie. 
- Ja byłem zawsze synem marnotrawnym i on zawsze trzymał mnie 

mocną ręką. Zawsze suszył mi głowę. - Adrik naśladował dudnienie Ojca, i jego 
rosyjski  akcent  -  Nie  pij,  Adrik.  Nie  pal.  Nie  zmieniaj  się  w  panterę,  to  kusi  i  
przybliża cię do zła i wpadniesz do piekła. 

- Miał rację? 
- Oczywiście, że miał. Spadłem na sam dół piekła. 
Firebird chciała zapytać co jak żył, co zdarzyło się... ale nie teraz. Nie gdy 

jej własne piekło zionęło przed nią. Nie gdy podejrzewała, że ze strachu i w 
gniewie, zostawiła człowieka, którego uwielbiała, aby spalił się w jego własnym 
piekle. 

Mógł mi się zwierzyć. Mógł powiedzieć mi kim jest. 
Tak, a Ty mogłaś zostać wystarczająco długo aby mógł wyjaśnić. To nie 

jest tak, że on nie miał okazji by porozmawiać o tym. I to jest całkiem dobry 
zakład, że człowiek, który daje dużą, milusieńką wypchaną pumę jako prezent z 
okazji ukończenia studiów i daje ci pierwsze aluzje co do jego przeszłości 
przygotowuje się do zwierzenia się ze swojego sekretu.  

Nieświadomy z jej wewnętrznego konfliktu, Adrik kontynuował - Gdy 

wróciłem, Ojciec nie nakrzyczał na mnie albo nie powiedział „A nie mówiłem” 

background image

po prostu rozłożył swoje ramiona i przytulił mnie, tak jakbym były jego 
ulubieńcem - wzruszenie odebrało mu głos. 

Nie mogła pozwolić swojemu potężnemu, silnemu bratu upokorzyć się i 

rozpłakać więc uśmiechnęła się i powiedziała - Przypominasz mi o Ojca. 
Zrobiłeś okropne rzeczy ale zapłaciłeś za nie wielką cenę. Teraz jesteś tak jak on 
duży słodki cukiereczek. 

Adrik spojrzał na nią z ukosa i powiedział - Jesteś bardzo mądra 

siostrzyczko. 

Jej dobry humor prysł i z brutalną uczciwością, powiedziała - Jeżeli to 

była by prawda, nie byłbym w samym środku tego cholernego bałaganu. 

Zaniepokoił się - Jakiego bałaganu? 
Niestety powiedziała zbyt wiele i jej spostrzegawczy brat zauważył to - 

Jakiego? To nie dość, że odkryłam, że nie jestem spokrewniona z rodziną? Czy 
musi być coś więcej? 

- Chyba nie, ale tak sobie pomyślałem, że twoje kłopoty są poważniejsze 

niż to. 

- Wychodzenie na zewnątrz przez okno i przyciąganie w lesie czegoś, co 

mnie śledziło też jest dość okropne. - poczuła się jakby kluczyła przez pole 
minowe prawdy - Ja nigdy nie czułam się tutaj zagrożona. Co się dzieje? Jak 
wszystko może zmienić się w jednej chwili? 

Adrik wziął ją za rękę - To zdarza się częściej niż myślisz, ale to nie 

zawsze jest złe. Czasami zmiana jest dobra, pomimo że w danej chwili nie 
uświadamiasz sobie tego. - spojrzał do środka gdzie Karen leżała na kanapie, 
dochodząc do siebie po wypadku. 

- Gdy patrzysz na nią, wyglądasz tak czule jak Jasha i Rurik, gdy patrzą 

na swoje żony. W tej chwili serce Firebird ścisnęło się z zazdrości. 

- Nie miałaś okazji porozmawiać z Karen, gdy już to zrobisz, zobaczysz 

jaka cudowna ona jest. - Adrik przyłożył swoją rękę do serca - Ona uratowała 
mnie od Ciemności. 

W tej rodzinie, gdy rozmawiano o Ciemności, nie mieli na myśli braku 

światła. Rozmawiali o złu, piekle i diable, wszystkie te pojęcia są bardzo 
rzeczywiste w ich życiu. 

- W takim razie kocham Karen, tak samo jak Ty. - Firebird przytuliła go. 
- Znalazła trzecią ikonę. - wyszeptał każde słowo w ciszy i delikatnością 

człowieka dostarczającego cenną tajemnicę. 

Firebird zapomniała o Jasha i Rurik  poszukujących drapieżnika. 

Zapomniała o zimnie. 

Zapomniała, że nie jest częścią tej rodziny. Zapamiętała tylko że 

troszczyła się o nich - Trzecia ikona - jej głos był tak cichy jak jego - 
Oczywiście. Jaki głuptas ze mnie. 

Zapomniałam o ikonie. 
- Jak mogłaś? Byłaś tu gdy Mama miała swoją wizję. 

background image

- Tak. Byłam tu. - Firebird chciała by być gdzie indziej. Ale potem byłaby 

jak Adrik, zdesperowana by usłyszeć każdy detal. 

- Powiedz mi wszystko. Muszę wiedzieć. - jego oczy lśniły. 
- To było... to było okropne. Wiem, że Ojciec zawsze mówił, że Mama 

była wyrocznią swojego plemienia, ale ona nigdy nie widziała przyszłości - 
Firebird zrobiła cudzysłów swoimi palcami - W każdym razie nigdy tego nie 
widziałam. Myślałam, że jest cygańskim wróżem. Dwa i pół roku temu, na 
czwartego lipca, zmieniłam moją opinię o niej. Mieliśmy swoje zwykłe 
przyjęcie ze wszystkimi sąsiadami. - zapamiętała upał tego dnia, jedzenie, 
napoje, fajerwerki... tajemnicę, którą nosiła pod swoim sercem - To było świetne 
przyjęcie, oprócz jednego momentu. Przypominasz sobie Szarvases? 

- Hipisowscy artyści mieszkający w dole drogi? - uśmiechnął się - 

Pamiętam. Sharon i Rivera. Mieli córkę, tak? Byłyście najlepszymi 
przyjaciółkami? Ona ma na imię Dewdrop? 

- Ona ma na imię Meadow - Firebird powiedziała by zakończyć dyskusję 

- Słuchasz, czy zamierzasz dokuczać? 

Uspokoił się - Słucham. 
- Szarvases organizuje kolonie sztuki i oni uczą malarstwa, rzeźbiarstwa i 

cokolwiek chcesz. Sprzedają to w internecie i to przynosi im niezłe zyski... - 
odwróciła się do Adrika, tak aby jej głos był słyszalny tylko dla niego - Tego 
dnia, zabrali swoją grupkę artystów będących na praktyce u nich, w tym chłopca 
z collegu który... był bardzo cichy. 

- Cichy seryjny zabójca? - Adrik zyskał popularność szybki. 
- Dokładnie. Zrobił posąg z gliny, przedstawiający mnie i to była 

najosobliwsza rzecz jaką kiedykolwiek zobaczyłam. To wyglądało dokładnie jak 
ja i to naprawdę zmartwiło Mamę. Wszyscy goście wyszli, a rodzina stała 
naokoło ogniska. Mama zobaczyła posąg na stole i rozbiła to pięściami. Gdy 
dotknęła gliny, coś w niej pękło. Gdy odwróciła się do ognia, nie była Mamą. - 
Firebird poczuł się niedobrze ponieważ zapamiętała to dokładnie - Nawet jej 
głos nie zabrzmiał na ludzki. 

- Jak zabrzmiał? 
- Był głęboki. Gładki. Dudniący. Jakby ona mówiła z daleka. 
- Pamiętasz co powiedziała? 
- Chciała bym móc zapomnieć. - Firebird pomasowała się po czole - Ona 

powiedziała, że każdy z jej czterech synów musi znaleźć jedną z Varinskich 
ikon. Wtedy, to było niemożliwe. Nie dostaliśmy wiadomość od ciebie przez 
wiele lat i myśleliśmy, że jestem... myśleliśmy, że jestem czwartym dzieckiem. 

Adrik przytulił ją, ale niestety nie wiedział jak ją pocieszyć. 
- Mama powiedziała, że tylko ich miłości mogą odwieźć do domu święte 

kawałki. Dziecko dokona niemożliwego. I ukochana rodzina zostanie ocalona 
przed zdradą... i skokiem do ognia. 

- Rozumiem część, że nasza miłość odwiezie do domu święte kawałki. 

Ale co reszta oznacza? 

background image

- Wyglądam jak wyrocznia? - Firebird zdenerwowała się. 
- Czy ona wie co to oznacza? 
- Nie. Najwyraźniej to nie działa w ten sposób. 
Adrik rozważył jej słowa - Jak ona wyglądała? 
- Tak jak ktoś w transie. Nie wiem jak jeszcze to można opisać. Wierz mi, 

rozpoznałbyś to gdybyś zobaczył. - Firebird zadrżała - Ona powiedziała „ślepiec 
może widzieć, a synowie Olega Varinskiego znaleźli nas”. 

-  Z  całą  pewnością  oni  znaleźli.  -  Oleg  i  Konstantin  byli  braćmi  a  kiedy  

Konstantin poślubił Zoranę, Oleg wytropił ich, przysięgając zabić ją i odzyskać 
Konstantina. Za to, Konstantin zabił Olega, a jego synowie ślubowali zemstę. 

- Mama powiedziała „Nigdy nie możesz czuć się bezpieczny, oni zrobią 

wszystko by zniszczyć cię i zachować pakt nietknięty”, wtedy wycelowała w 
Ojca i powiedziała, „Jeśli Wildersowie nie rozbiją paktu diabła przed twoją 
śmiercią, pójdziesz do piekła i wiecznie będziesz rozdzielony z twoją ukochaną 
Zoraną, i ty, moja miłości, ty nie będziesz długo na tej ziemi. Ty już umierasz. - 
dłonie Firebird miała spocone - Wtedy Papa upadł na ziemię. Od tamtego czasu, 
czeka na śmierć. 

Adrik uderzył w ogrodzenie, ściszył głos jeszcze bardziej i powiedział jej 

- W ubiegłym roku, gdy próbowałem dowiedzieć się co się dzieje między 
Varinskimi i Wildersami, pojechałem na Ukrainę do domu Varinskich. 

Varinskich domostwo było znane Wildersom. Znaleźli w Internecie 

zdjęcia - ono było pełne zakamarków, rozpadające się i brudne, zamieszkałe 
przez dużą liczbę pijących drapieżników bez jakichkolwiek morałów - Jak to 
zrobiłeś, że wkradłeś się tam? - zapytała. 

- Wierz mi lub nie, ale po prostu wszedłem. - przy jej niedowierzaniu, 

wzruszył ramionami. - Tam jest tylu ich, a wszyscy wyglądają podobnie. 

- I ty wyglądasz jak oni. - co ważniejsze, jesteś kompetentny, bystry, i 

przerażając w po waszemu. 

Czasami zapominała, że jej ojciec i bracia są Varinskimi - Varinskimi ze 

zmienionym nazwiskiem, ale pomimo to Varinskimi. 

Adrik  kontynuował  -  Był  tam  stary  facet,  wuj  Ivan  i  on  jest  tak  

złowieszczy jak nic, co kiedykolwiek zobaczyłem. On pije jak szewc, jest słaby 
i niewidomy, z białkiem na jego oczach. Varinskich chłopcy mówili, że wuj 
Ivan od czasu do czasu ma jego własne transy. 

Czy coś w tym stylu. Jeden z chłopców powiedział „On mówi językiem 

diabła”.  

- Co to oznacza? 
- Nie mogłem zapytać. Próbowałem nie rzucać się w oczy. Ale wiem, że 

powiedział Varinskim, że muszą mieć oko na kobiety, które mężczyźni 
Wildersów kochają, ponieważ to kobiety są kluczem do zachowania paktu. 

- Och, nie. - Firebird była zimna, i stawała się coraz to zimniejsza. 

background image

- Wiedział też o wizji Mamy. Właśnie tam najpierw o tym usłyszałem. - 

Adrik przeszukał las jeszcze raz - Mogę powiedzieć, że mamy coś wspólnego z 
Varinskimi. 

- Tak, co? 
- Oni chcą się wymknąć wizji wujka Ivana. Nie popełnią żadnego błędu - 

oni mają zamiar zetrzeć nas z powierzchni ziemi. 

Jastrząb leciał wobec nich, zanurzony blisko ganku, wtedy przeleciał nad 

dachem. 

- Jest Rurik - Adrik powiedział - Jasha nie może być daleko z tyłu. 
Firebird popatrzyła zazdrośnie. 
- To jest dobra rzecz, że to prawie koniec - Adrik powiedział w niskim 

tonie. 

- Jeśli przeżyjemy bitwę! 
Adrik uśmiechnął się - Lekarz mógł udowodnić, że nie jesteś powiązana z 

nami przez krew ale brzmisz dokładnie jak Mama. 

- Rozsądnie? - Firebird zapytała cierpko. 
- Tak przypuszczam. Ale nie lepiej jest dojść do siebie po tej bitwie, a 

wtedy możemy być normalni, tak jak inni ludzie? 

Firebird zaśmiała się - Ty, kochany braciszku, nigdy nie będziesz 

normalnym człowiekiem. Ani Ojciec. Ani Jasha. Ani Rurik. Jesteście i zawsze 
będziecie istotami traktowanymi z wielkim szacunkiem. 

Wilk, którym był Jasha wpadł na trawnik, dał im znak kiwnięciem głowy 

i pobiegł na tył domu. 

- Wejdziemy i zobaczymy co mają do powiedzenia? 
Adrik zaoferował swoje ramię - Jakieś przypuszczenia? 
- Coś było tam ale uciekło zanim znaleźli je, bo jeśli by kogoś znaleźli to, 

wzięliby to na tyły domu i przesłuchali. 

- Jesteś całkiem bystra siostrzyczko. 
- Przecież to jest cecha rodzinna - to było niezłą ironią w ich dyskusji. 
Słońce przedzierało się na wschodnim niebie gdy Firebird usiadła na 

łóżeczku dziecinnym gdzie spał jej syn i odgarnęła mu włosy z czoła. 

Był przystojny i bystry, miniatura jego ojca z twarzy i sylwetki z 

wyjątkiem włosów, które były ciemne i proste. 

Łza z jej policzka spłynęła na Aleksandra i Firebird wytarła to swoją 

wilgotną twarz. 

Przez ponad dwa i pół roku, nie pozwoliła sobie myśleć o Douglasie i ich 

sprawie. 

Aleksander otworzył swoje oczy, obudzony tak jak tylko brzdąc mógł 

być, zupełnie świadomy i bez krztyny senności - Mama! - wyciągnął swoje 
ramiona. 

Podniosła go i objęła - Aleksander, Mama musi wyjść. 
Jego wargi zadrżały - Nie! 

background image

- Tak. Ale słuchaj. - położyła swoją rękę na jego twarzyczce - Słuchaj! 

Mama jak wróci przyniesie ci coś. 

- Co? - Bunt wciąż był widoczny w jego brązowych oczach. 
- Coś co bardzo co się spodoba. 
Aleksander patrzył na nią podejrzliwie - Co? 
- Coś bardzo specjalnego. 
- Co? - jego ramiona wzniosły się do góry w irytacji. 
Położyła go, ułożyła jego koc wokół niego i podała mu Berniego - Jeśli 

chcesz tej bardzo specjalnej, bardzo cudownej rzeczy, musisz być dobry dla 
Dziadziusia i Babci. Myj zęby. Śpij ładnie. Opiekuj się Bernim. - pogłaskała go 
po główce - Zrobisz tak? 

- Tak! 
- W takim razie pójdę już i przyprowadzę twojego tatusia. 
Ponieważ Douglas  był prawdziwym potomstwem Wildersów,  ich 

czwartym synem, ich ostatnią deską ratunku... a jedynie Firebird, jego zbiegła 
kochanka, mogła przekonać go do pomocy. 

background image

Rozdział 7 

- Babciu? 
Zorana na wpół obudzona brzmieniem cienkiego głosu - Hm? 
- Aleksander i Bernie są tutaj z tobą i Dziadkiem. 
Zorana zmusiła Konstantina, aby się odwrócił. Strasznie narzekając, 

ruszył się. 

Podnosząc nakrycie, zawołała Aleksandra i Berniego do łóżka. Przytuliła 

Aleksandra mocno, to jej wnuk i kolejny kawałek jej pękniętego serca. 

Cholerny lekarz. Cholerna panna Joyce. Przede wszystkim - Zorana 

wiedziała kogo obwinić cholerny diabeł i jego machinacje. 

- Babciu, zgadnij? - Aleksandr wił się jak ryba. 
Mniejsza o to że to był ledwie świt. Nie spał, i nie zamierzał już zasnąć 

przed swoją popołudniową drzemką - Co? 

- Mama obiecała mi zdobyć prezent. 
- Naprawdę? - Zorana uśmiechnęła się - Co takiego Ci da? 
- Mojego tatusia! 
Zorana usiadła, zrywając Konstantina z jednej strony i Aleksandra z 

drugiej - Co? 

- Mój tatuś. Mój tatuś! Mama zdobędzie mojego tatusia! - jego głos 

przybierał na sile z każdym powtórzeniem. 

Zorana siedziała spokojnie, jej umysł szalał ponieważ próbowała zebrać 

do kupy kawałki tej układanki - Skąd ona weźmie twojego tatusia? 

- Costco - Aleksander powiedział z nienaganną dziecięcą logiką. 
Konstantin nie brzmiał już śpiąco - Kupujesz tatusiów przy Costco? 
- Tak. I nową układankę dla Berniego. - Aleksandr zachichotał. 
- Aleksander, zostań tu. Babcia pójdzie porozmawiać z Twoją mamą. - 

Zorana zaczęła wspinać się przez chłopaczka. 

Konstantin zatrzymał ją - Firebird zostawiła go pół godziny temu. 
Zorana szarpnęła go - Słyszałeś, jak wyszła? I nie zrobiłeś niczego? 
W bladym świcie, był szeroką bryłą pod nakryciami. Światło błysnęło na 

jego zbiorniku tlenowym i mgliście mogła zobaczyć rurki, które biegły do jego 
nosa i ramienia. Mimo że choroba zjadała ciało, jego oczy były wciąż bystre i 
jasne - Zorana. Liubov maya. Wszyscy przeżyliśmy okropny wstrząs. Ale nikt z 
nas nie cierpiał tak jak Firebird. Gdy poczuła, że musi wyjść bez mówienia 
komukolwiek… 

- Aleksander! - Aleksandr powiedział uprzejmie. 
- Bez mówienia komukolwiek z wyjątkiem Aleksandra, - Konstantin 

zgodził się - w takim razie wiem dobrze, że nie powinniśmy stawać jej na 
drodze. 

- Ale gdzie ona poszła? - Zorana pytała. 
- Costco - Aleksandr powiedział - Po tatusia Aleksandra. 

background image

- To brzmi rozsądnie - Konstantin szarpnął Zoranę z powrotem na łóżko i 

objął ramieniem ją i Aleksandra. 

Zorana nigdy nie była mniej śpiąca - Przez ten cały czas, nigdy nie 

powiedziała nam kim jest ojciec Aleksandra. Dlaczego poszła do niego teraz? 

- Wczoraj wieczorem, dla Firebird, wszystko się zmieniło. - Konstantin 

stuknął w swoje czoło. 

Serce Zorany było rozdarte. Kochała dziecko, które było jej córką i 

tęskniła za dzieckiem, które jej odebrano. 

Łzy napłynęły jej do oczu. Łzy dla niej, łzy dla Firebird, i, przede 

wszystkim, łzy dla jej syna. 

Gdzie jest jej dziecko? Zaadoptowane przez inną rodzinę? Zabite? 
Walczyła by nie spać - Zadzwonię do Firebird. Powiem jej żeby uważała 

na siebie. 

- Nie. Nie zrobisz tego. - Konstantin przytrzymał ją w miejscu - Jeśli 

chciałaby Ci powiedzieć gdzie jedzie to obudziłaby cię zanim wyszła. Co do 
bycia ostrożnym... nauczyliśmy ją jak być bystrą i być bezpieczną. Ona jest 
dorosłą kobietą. Zostaw ją w spokoju, ona musi zrobić to co musi być zrobione. 

Zorana zrelaksowana oparła głowę na ramieniu Konstantina - Jeśli kiedyś 

wiedziałabym to co wiem teraz, nie miałbym nigdy dzieci. 

Jego śmiech zagrzmiał - Owszem miała byś. 
- Nie, nie miała bym. 
- Tak, miała byś. Nie miałaś wyboru. W tamtych czasach, przez cały czas, 

bzykaliśmy się jak króliczki. 

- Konstantin! - Zorana przykryła uszy Aleksandra. 
- Bzykaliśmy się jak króliczki - Aleksander powtórzył w zamyślonym 

tonie. 

- Aleksander! - Zorana spiorunowała wzrokiem swojego męża. 
Konstantin rozciągnął się i uśmiechnął się do niej, wyglądając młodo i 

beztrosko po raz pierwszy w tym miesiącu - To były dawne dobre czasy. 

Zachwycony Aleksander powtórzył - Dawne dobre czasy. Bzykaliśmy się 

jak króliczki. 

- Zorana, żyliśmy tu prawie czterdzieści lat. Twoje plemię przysięgło 

zabrać Cię ode mnie. Varinscy przysięgli, że jestem szalony kochając ciebie i że 
zabiorą mnie. Nikt z nich nie znalazł nas. - Konstantin zabrzmiał mniej tak jak 
życzliwy mąż Zorany a bardziej jak przygotowany do bitwy - Nigdy nie 
zapytałem cię dlaczego. 

Jej kręcące się myśli ucichły. 
- Ale wczoraj wieczorem, nieznajomy wszedł do naszej doliny. Nasi 

bardzo utalentowani synowie poszukiwali go, ale pomimo ich największych 
wysiłków, nie mogli znaleźć, a kiedy zostaliśmy sami, powiedzieli mi, że 
wyczuli zapach dużego kota. 

- Wielki kot - Aleksandr powtórzył zapobiegliwie. 

background image

- Tak, mój chłopcze. - Konstantin pogłaskał włosy Aleksandra - pantera, 

jak  Adrik,  albo  tygrys,  lew  lub  puma.  Więc  nieznajomym  był  Varinski,  wróg.  
Myślę że przez czterdzieści lat chroniłeś nas przed wścibskimi oczami i myślę, 
że może coś zmieniło się. Heh? 

Jak Zorana mogła myśleć, że Konstantin nie domyśli się? Konstantin, 

który znał tak gruntownie siły nadprzyrodzone... i ją? - Ja nigdy o tym nie 
mówiłam. Nie rozumiem jak to działa. Ale jestem jasnowidzem. Przepowiadam 
przyszłość... ale nie mam żadnej kontroli na tym kiedy i gdzie to się dzieje. 
Chciała bym mieć taką możliwość. Dwa i pół roku temu, dokonałam 
przepowiedni i nasz cały świat zamienił się w piekło. Gdybym mogła 
wykorzystać moją moc jeszcze raz... 

Konstantin przytulił ją, uciszając ją - Dziękuję Bogu, za każdy rodzaj 

wiedzy jaki nam daje. 

- Tak. Oczywiście, że tak. - nie miała zamiaru skarżyć się. Czuwając, 

zawinęła swoje ramiona wokół swoich kolan - Mam też inny talent. Moim 
umysłem, mogę robić pęcherzyk, jak balon, ponad miejscem gdzie jestem. To 
odstrasza zło. A także burze, które popsuły by winogrona albo wiśnie. Ludzi, 
którzy źle nam życzą. 

- Rozumiem - Konstantin zrozumiał - Więc jak jeden z nich znalazł się w 

tym miejscu wczoraj wieczorem? 

- Może wszedł za Firebird. Myślę, że to może być to. Albo może ja... 

Ostatnio zastanawiałam się... 

- Zastanawiałaś się? - zachęcał. 
- Gdy wzięliśmy ślub, linia między dobrem i złem zamazała się. Są 

mężczyźni, kobiety, bestie, którzy poświęcili siebie diabłu. I są mężczyźni, 
kobiety i bestie, którzy są całkowicie istotami Bożymi. Ale większość ludzi 
walczy by dobrze wybrać i osiągają cel albo zawodzą. 

Ty, ja i nasze dzieci... mieścimy się w tej grupie. I może ktokolwiek to był 

wczoraj wieczorem - może on też mieści się w tej grupie. - Zorana spojrzała na 
Konstantina - On był jednym z nas. 

- Tak. Masz rację. Stare zasady nie liczą się już. Cały świat się zmienia. 

Zbliża się czas walki z piekłem. I musimy zaplanować swój atak. 

- Nie wiemy kiedy albo gdzie bitwa będzie mieć miejsce. 
- Nie zaczekamy na nich by podjęli tę decyzję. - Konstantin zabrzmiał 

silniej niż był przez ostatnie miesiące - My decydujemy gdzie. 

- Tu? 
- Z pewnością tu. I kiedy. Musimy zaplanować swoją strategię, a pierwszą 

rzeczą jaką musimy zrobić... jest przemówienie do naszych znanych wrogów. 

- Wrogowie - Aleksandr powiedział wesoło. 
- Tak, mój chłopcze. - Konstantin pogłaskał Aleksandra po głowie - 

Mamy wrogów. 

Zorana nawet nie musiała myśleć - I dokładnie wiem kto najpierw. 

background image

Rozdział 8  

Zorana patrzyła jak jej synowie, demony, podchodzili do furgonetki. W 

ostatniej sekundzie, wszyscy zrobili sprint w kierunku siedzenia kierowcy. 
Adrik zdobył je przez prostą strategię otwarcia tylnych drzwi i przeskakiwania 
miejsc.  

Głupie dzieci. Nie zmienili się ani trochę.  
Gdy Jasha i Rurik stanęli na zewnątrz i wpatrywały się ze złością, Adrik 

powiedział - Jak za dawnych czasów.  

- Tak, jesteś takim samym wrzodem na dupie, jak zawsze byłeś - Jasha 

powiedział.  

- Ja z przodu - Rurik zawołał.  
Zorana zeszła po schodach za nimi - Ja z przodu - korzystając z ich 

przerażenia, skoczyła do frontu obok Adrika - Wy chłopcy z tyłu - gdy żaden z 
nich nie ruszył się, wyśmiewała się - Chyba nie myśleliście, że puszczę was 
samych?  

Jasha jako najstarszy powiedział - Mama, nie wiem czy to jest dobry 

pomysł. To prawdopodobnie nie będzie miłe.  

- Nie troszczę się o to czy będzie miłe. Chcę wiedzieć. - kątem oka, 

zobaczyła jak Rurik kiwa głową.  

- Masz rację, Mama. - Adrik przekręcił kluczyk - Chłopcy wskakujcie, 

albo będziecie nas gonić do Miss Joyce.  

Jak tylko wsiedli, Adrik zapytał - Czy kiedykolwiek ktoś z was 

podejrzewał Miss Joyce?  

- Ani trochę - Jasha odpowiedział - Ale powinniśmy byli. Zawsze kręciła 

się koło nas, patrząc na nas, wtykając nos w nasze sprawy.  

- Gwoli sprawiedliwości, ona wtyka swój nos w sprawy wszystkich. - 

Rurik stuknął w ramię swojej matki - Lepiej zapnij pas Mama. Adrik jeździ jak 
wariat.  

Zorana zapięła swój pas bezpieczeństwa - A to coś nowego? Wszyscy 

zawsze tak robiliście.  

- Adrik jest doświadczony w tej kwestii - Rurik powiedział.  
Panna Joyce mieszkała w domu zbudowanym w latach dwudziestych, 

odpowiednim dla nauczyciela bez rodziny - jedna sypialnia, jedna łazienka, 
pokój dzienny, maleńka kuchnia i maleńki trawnik otoczony przez biały parkan. 
Miejsce to było nie daleko od skraju miasta, już odizolowane przez obszar łąki, 
a mieszkańcy miasta szanowali prywatność panny Joyce. 

Zorana pociągnęła drzwi z siatką przeciw owadom i zapukała. 

Prywatność. Tak. Panna Joyce chciałaby by prywatność ukryła prawdę o niej 
przed jej uczniami, jej sąsiadami... i resztą ludzkości. Była potworem. Potwór.  

Cisza była przenikliwa. Zimowe słońce świeciło na jaskrawoniebieskim 

niebie, rzucając nagłe cienie ale nie roztaczając wokół siebie żadnego ciepła.  

background image

Zorana poczekała kilka chwil, wtedy spojrzała z powrotem na swoich 

synów, którzy stali wspólnie przy furgonetce zaparkowanej na poboczu drogi.  

Jasha wyglądał na stałego i rzeczowego, a nic w jego wyglądzie nic nie 

wskazywało na namiętną duszę, która zdobyła Ann.  

Rurik zachował odrobinę pragmatyzmu pilota wojskowego i jednego z 

czołowych archeologów świata.  

Adrik... Adrik wciąż leczył kość roztrzaskaną w walce, w której prawie 

stracił jego Karen. Zagłębił się w dnie zła i ledwie uciekł z tego. Był twardszy 
niż dwaj pozostali, rozbity i odbudowany jako inny człowiek, a Zorana nie była 
tam dla żadnej ze swoich rozpraw.  

- Za to co mi zrobiła, sprawię, że będzie bardzo żałowała - Zorana 

ślubowała cicho.  

Podniosła swoją rękę pukając jeszcze raz. Wtedy usłyszała to: 

powłóczenie nogami po drewnianej podłodze. Zasłona na oknie drgnęła.  

Wolno, zamki zaskrzypiały, drzwi otworzyły się na kilka cali i Panna 

Joyce przyjrzała się jej.  

Panna Joyce wyglądała na zadziwiająco niską. Prawie... skurczoną.  
- Zorana, jak się cieszę, że znowu cię widzę. Szkoda, że nie zadzwoniłaś... 

Jestem w trakcie czegoś ważnego.... - machnęła niejasno ręką do domu.  

- Mam niespodziankę dla ciebie. - Zorana położyła swoją rękę na 

drzwiach i otworzyła - Wiadomości o jednym z twoich uczniów. Zawsze 
uwielbiasz słyszeć wiadomości o twoich uczniach.  

- Powiedz mi - Miss Joyce powiedziała płaczliwie.  
- Pozwól, że Ci pokażę.  
- To bardzo miło, kochana - jej głos drżał jak starej kobiety którą była, ale 

zawsze pokazywała niewiele oznak wieku - Ale niezbyt dobrze się czuję....  

- Nie przyjmę odmowy do wiadomości. - Zorana uśmiechnęła się ale była 

nieprzejednana.  

Panna Joyce popatrzała we wszystkie strony, badając drogę ucieczki.  
Zdała sobie sprawę, że czas oceny nadszedł - Wezmę mój płaszcz i 

kapelusz.  

- Poczekam w środku. - Zorana otworzyła drzwi.  
Uderzył w nią straszny smród.  
Panna Joyce, która zawsze utrzymywała wzorowy dom teraz mieszkała w 

brudzie, z gazetami ułożonymi w stos na podłodze, kurzem na wszystkich 
powierzchniach i... gdzieś, coś gniło tu.  

- Wybacz mi ten bałagan. Nie miałem okazji posprzątać. - Panna Joyce 

chwyciła swój płaszcz, wciągnęła rękawiczki i złapała duży kapelusz z półki 
przy drzwiach. Wypychając Zoranę na zewnątrz, wyszła za nią.  

Zorana stanęła wstrząśnięta. Światło słoneczne pokazało, wszystkie 

zmiany, które zaszły w nauczycielce.  

Zawsze była dumna. Była wysoka i wyprostowana. Teraz wszystko było 

zmienione: jej wydatny nos był małą kroplą, jej uparta broda oddaliła się, jej 

background image

kości wygięły się i zakrzywiły - była teraz mniej więcej wysokości Zorany. I ten 
zapach. Zapach jej domu.  

Coś gniło w niej.  
- Nie wyglądasz dobrze - Zorana powiedziała łagodnie.  
Panna Joyce przestała się uśmiechać i wymamrotała - To bardzo długa 

zima. - przywdziała swój kapelusz i obejrzała się - O co chodzi z tym uczniem?  

Zorana wskazała w kierunku podjazdu.  
Panna Joyce uchwyciła się poręczy i bardzo powoli zaczęła schodzić.  
Zorana nie dotknęła jej. Nie pomogła jej. Głęboko zakorzeniona odraza 

nie pozwoliła jej zbliżyć się do niej. Kiedy panna Joyce doszła na dół i Zorana 
wiedziała, że łatwo nie wróci domu, zawołała - Chłopcy!  

Jasha, Rurik, i Adrik wyszli zza furgonetki i podeszli do nich.  
Panna Joyce poprawiła swoje okulary na nosie i wpatrywała się w nich - 

Tak, tak, to są twoi trzej chłopcy. Widzę to. Podobieństwo rodzinne - zatrzymała 
się, wysapała - Demony Wildersów. Wszyscy trzej.  

Adrik zatrzymał się przed nią - Tak. To jest prawda, Panno Joyce. Ja żyję.  
- Miło - Panna Joyce zrobiło krok do tyłu - Miło.  
- Miło? - z prędkością jastrzębia, Rurik przeszedł za nią i odciął 

jakiejkolwiek drogę ucieczki - To wszystko co możesz powiedzieć o powrocie 
Adrika zza grobu?  

Jasha podszedł do niej z innej strony. - Ty jesteś tą która przyniosła nam 

wiadomość, że został zabity. Pamiętasz? Podeszłaś do naszych drzwi z kopertą i 
powiedziałeś nam, że poczta dostarczyła ci to przez pomyłkę.  

- Jakie to dogodne że to właśnie Tobie ze wszystkich ludzi zostało 

dostarczone - Zorana powiedziała.  

- Znałaś nas. - Rurik cicho przesunął się między Pannę Joyce a jej dom - 

Wiedziałaś gdzie dostarczyć wiadomości.  

- Szczęście - panna Joyce chrypiała.  
- A koperta była otwarta. - Jasha dołączył do Rurika, przemierzając 

odległość z ostrożnością wilka.  

- Śmiałaś się gdy czytałaś wiadomość? - Zorana zapytała.  
- Nie... nie! To straszne! Nie, oczywiście, że nie. Nie śmiałabym się ze 

śmierci jednego ze swoich ulubieńców... jednego z moich uczniów. - Panna 
Joyce obejrzało się po kręgu nieprzyjaznych oczu - Ja muszę usiąść.  

- Oczywiście. Jak niegrzecznie z naszej strony, że nie wzięliśmy pod 

uwagę twojej choroby. Jasha skoczył na równe nogi na ganek, złapał drewniane 
krzesło i umieścił za nią - Siadaj.  

- Wolałabym w środku. Albo na ganku. - Panna Joyce popatrzyła na 

jaskrawoniebieskie niebo - Mam chorobę skórną.  

Zorana nie wierzyła w to ani przez moment - To dlatego nigdy nie 

widzieliśmy, jak obnażasz się do słońca?  

Adrik pochylił się i wyrwał jej kapelusz z szerokim rondem.  

background image

Panna Joyce przykryła swoje oczy, zachwiała się do tyłu i przylgnęła do 

oparcia krzesła. Stopniowo opuściła ręce.  

Światło słoneczne wyjawiło to co próbowała zamaskować pod 

kapeluszem. Jej skóra była pokryta siateczką bladych blizn, które natychmiast 
zaczerwieniły się na słońcu.  

- Więc pogłoski są prawdziwe - Zorana powiedziała - Zostałaś 

zaatakowana przez twoich uczniów. 

- Drobni łajdacy… oni pocięli mnie swoimi nożami. Rozbili moje kości 

żelazem. Śmiali się... - Panna Joyce spiorunowało wzrokiem synów Zorany - 
Oni wykręcili się od kary. Zostali potraktowani jako małoletni, dostali 
minimalną karę. Nienawidzę... Nienawidzę...  

- To nie byli moi chłopcy, którzy zadali Ci ból - Zorana wskazała.  
-  Oni  wszyscy  są  tacy  sami.  Mężczyźni...  szkodniki...  -  Panna  Joyce  

objęła się. Skurczyła się w sobie i popiskiwała - Myślałam, wiem ale światło 
słoneczne szkodzi mojej skórze i nic nie widzę.  

Łata jej włosów odpadła, ukazując świecącą różową skórę głowy.  
- Czy to dlatego zawarłaś z nim umowę? - Adrik zapytał.  
- Nie wiem kogo masz na myśli, kochany. 
- Z diabłem. Czy to dlatego zawarłaś z nim umowę? Zielono-złote oczy 

Adrika patrzyły na Pannę Joyce bez współczucia. - Dla zemsty?  

- Nie! - Panna Joyce szarpnęła się jakby zaskoczona własnymi słowami.  
- Więc dlaczego? - Rurik zapytał.  
Obejrzała się po pułapce, którą zastawili na nią. Rozejrzała się i 

dostrzegła ich nieugiętość i zawodziła jak dziecko. - To z bólu. Nie wiesz co 
znaczy mieć wszystkie twoje stawy rozbite, zostać spalonym i pociętym. Byłam 
atrakcyjną kobietą, silną i oddaną. Wydałam ich ponieważ ich gang był złem, 
czystym złem, kradzież, gwałcenie, zabijanie i co dostałem w nagrodę? Prawie 
zostałam zabita. Okaleczona. Lekarze powiedzieli mi, że nigdy nie będę 
chodzić. Powiedzieli, że będę przyjmować leki przez resztę swojego życia. A 
kiedy chciałam umrzeć, powiedzieli mi nie, żyłabym długie życie. Chciałbyś 
tego? Chciał?  

- Kiedy więc diabeł przyszedł do ciebie, zgodziłaś się na jego transakcję. 

Złagodził ból i przeniosłaś się tutaj i wykonywałaś jego polecenia. - Adrik 
wydawał się rozumieć zbyt dobrze.  

- Tak - panna Joyce wysyczała.  
- Dlaczego diabeł nie zniszczył nas samodzielnie? - Jasha zapytał.  
Panna Joyce wykręcała swoje ręce i za każdym razem gdy to zrobiła, 

kości wewnątrz rękawiczek wydawały się wypaczyć trochę bardziej - To nie 
działa w ten sposób. On nie może mieszać się bezpośrednio. On może tylko tyle 
że udziela trochę pchnięcia i szturchnięcia i zatrudnia ludzi by pracowali dla 
niego. On nie zarządza, wiesz o tym. Proszę. Rurik. Mówiłeś bardzo mało. 
Oczywiście  nie pochwalasz prześladowania twojego  ulubionego starego 
nauczyciela. Daj mi mój kapelusz.  

background image

- Źle to rozumiesz, Panno Joyce - Rurik powiedział płynnie - My nie 

prześladujemy cię. Prosimy o prawdę. Czyżbyśmy zbyt wiele oczekiwali?  

Wszyscy trzej chłopcy obeszli ją dokoła podczas gdy Zorana stanęła 

spokojnie przed nią, ze krzyżowanymi ramionami na piersi.  

- Zorana... - Panna Joyce osłabła - Ja zawsze byłam twoją przyjaciółką...  
- Odebrałaś mi dziecko.  
- Tak. Gdy ten głupi lekarz zemdlał i nie mógł tego zrobić - Panna Joyce 

nie mogło spojrzeć Zoranie w oczy.  

- Powracam myślami i pamiętam - był pijany gdy przybył. Dał mi leki, 

których nie chciałam. I potem przewrócił się, słyszałem głuchy odgłos. 
Znokautowałaś go?  

- Dlaczego miała bym to zrobić?  
- Żeby wymienić mojego syna na dziewczynkę.  
Panna Joyce oddychała z trudem - Dlaczego tak myślicie?  
- Nie myślimy. Wiemy to. - Zorana zrobiła krok w przód i uklęknęła 

przed Panną Joyce. Wpatrywała się w jej oczy - Czy wyobrażasz sobie co 
poczułam gdy zdałam sobie sprawę, że mój syn został mi odebrany? Nie, 
oczywiście ty nie możesz. Nigdy nie myślisz o innych. Myślisz tylko o sobie.  

Panna Joyce śmiała się, długo i głośno i na ich oczach pozbyła się swojej 

udawanej opiekuńczości i dobroci - Biedna Zorana! Biedna mała imigrantka z 
jej przystojnym mężem i jej silnymi synami i jej szczególnymi darami, zawsze 
otaczana przez miłość i wsparcie. Powinnam Ci współczuć ponieważ wzięłam 
jedno z twoich dzieci? Tak i co? Zostawiłam ci inne w jego miejsce. I byłaś 
dumna z niej. Znalazł ją i przyniósł do mnie i powiedział mi co robić. Może nie 
cieszyłam się z powodu robienia tego ale przypomniał mi co byłam mu winna. 
Nie straciłaś niczego przez to co zrobiłam. - uśmiechnęła się z wyższością, 
sparaliżowana jej własnym przyznaniem się - Z wyjątkiem tego, że nigdy nie 
rozbijesz paktu ponieważ nie masz czterech synów przy sobie.  

- Wiesz o pakcie? On wie o przepowiedni?  
- On wie wszystko. On widzi wszystko.  
Adrik prychnął drwiąco - I co, powiedział ci?  
- On jest diabłem. On nie mógł…  
- Okłamać Cię? - Zorana skończyła łagodnie.  
Panna Joyce uświadomiła sobie jak głupio zabrzmiała. Jaka głupia była. 

Od razu jej ramiona gwałtownie spadły ze słyszalnym pęknięciem. Wzdrygnęła 
się, łapała oddech i walczyła by mówić - Masz rację. Okłamał mnie. Powiedział 
mi, że złagodzi mój ból i pozwoli mi żyć pod warunkiem, że zrobię co zechce. 
Gdy jednak twoje dzieci dorosły i wygłosiłaś swoją cholerną przepowiednię, nie 
chciał mnie już. - zaczęła nagle zawodzić - Jestem pogrążona w bólu. Przez cały 
czas w bólu i choćby nie wiem co robię, on nie wróci do mnie. Składam się mu 
w ofierze mu. Gnijąc podczas życia.  

- To wygląda jakby słońce przyspieszało ten proces. - Rurik popatrzył 

jako blizna na jej policzku otwarła się do szpiku kości.  

background image

Panna Joyce rzuciła mu spojrzenie pełne jadu, cofnął się.  
- Co zrobiłaś z moim dzieckiem? - Zorana wstała ponad nią - Co zrobiłaś 

z moim synem?  

Panna Joyce obróciła się wstydząc - Co zrobisz dla mnie jeśli ci powiem?  
- Jak bardzo chcesz przeżyć? - Zorana zapytała łagodnie.  
Panna Joyce podniosła swoją zniekształconą rękę aby ocienić oczy i 

wpatrywała się w Zoranę - Zmusisz swoich synów do zabicia mnie?  

- Zabiję cię własnoręcznie.  
Panna Joyce wpatrywała się w oczy Zorany i zobaczyła w nich prawdę. 

Zorana nie tylko mogła ją zabić - ona tego chciała.  

- Umieściłam to w samochodzie i zawiozłem do Nevady. Krzyczał całe 

osiem godzin. - w tonie dumy, powiedziała - I wystawiłam to w nocy, na pustyni 
i ruszyłam z miejsca. Ale nie zamordowałam tego. To sprawiłoby, że stała bym 
się taka jak chłopcy, którzy zaatakowali mnie. Ślina spieniła się na kącikach jej 
ust. Stara kobieta umierała na skutek szaleństwa.  

Zorana wolno cofnęła się od niej - Moje dziecko nie było rzeczą. Było 

chłopcem.  

- Jeszcze lepszy powód by zabić przed tym zanim mógł urosnąć tak jak 

oni. - Panna Joyce machnęła swoją zdeformowaną ręką na synów Zorany.  

Zorana zacisnęła swoje pięści i zrobiła krok do przodu.  
Panna Joyce skuliła się, z ramionami nad jej głową.  
Rurik chwycił ramię Zorany - Nie, Mama - szepnął.  
- Jestem starą kobietą, która została porzucona przez jej mistrza i 

zostawiona na pewną  śmierć w bólu - Panna Joyce szepnęła ochryple - To jest 
dostateczną karą.  

Chłopcy popatrzyli po sobie z odrazą wymalowaną na ich twarzach.  
Rurik podał Pannie Joyce jej kapelusz.  
Gdy założyła go na swoją głowę, Zorana złapała go, błysk tryumfu skrzył 

się w jej oczach.  

Wyrywając kapelusz, Zorana spiorunowała wzrokiem swoich synów - 

Nie. Nie, nie, nie!  

- Mama, jesteś pewna? - Adrik objął ją ramieniem - Nie rób nic, czego 

później pożałujesz.  

- Podjęła pracę nauczyciela, opiekuna i nauczyła nas ufać jej podczas gdy 

używała swojej władzy by zniszczyć nas. Adrik, ona powiedziała nam, że nie 
żyjesz. Firebird uciekła z powodu zdrady tej kobiety. - szlochając złapała 
oddech, Zorana szepnęła - A najgorsze z tego wszystkiego, że wyrwała mojego 
syna z moich ramion. Pozbawiła cię brata. Przez nią, nigdy nie możemy rozbić 
paktu, a twój ojciec będzie smażyć się w piekle przez całą wieczność. Zostawiła 
na pewną śmierć moje dziecko - na śmierć głodową i odwodnienie, albo śmierć 
od mrozu pod obojętnymi gwiazdami, albo zjedzenie przez zwierzęta. - zgniotła 
brzeg kapelusza między swoimi pięściami - Ona nie może znieść słońca 

background image

ponieważ zawarła umowę z diabłem. Jeśli zdąży z powrotem do domu, ona 
będzie żyć.  

- To nie w porządku! - Panna Joyce powiedziała.  
Zorana spojrzała ostatni raz na trędowatą Pannę Joyce - Będzie jak Bóg 

zechce. I tak masz większą szansą niż ty dałaś mojemu dziecku.  

- Masz rację, Mama. - biorąc kapelusz, Adrik rzucił go na gałęzie 

wysokiej sosny.  

Zorana podeszła do furgonetki - Chodźcie moi synowie. Wracajmy do 

domu.  

background image

Rozdział 9  

Doug Black był pierwszy na miejscu, wszystko co wiedział to że matka i 

jej dwoje dzieci zginęli przejeżdżając Shoalwater State Park ich SUV-em.  

Gdy podjechał, zauważył późny-model Denali GMC w połowie ukryty w 

lesie. Gałęzie i mech zostały porozrzucane wszędzie, rododendrony poszły w 
strzępy, a poszycie było zaorane w dół za igłami do brudu.  

Tak, potoczyli to, w porządku.  
Świadek wypadku, biała kobieta w średnim wieku, podbiegła do jego 

samochodu jak tylko zaparkował przy lesie. Otworzył drzwi i pochwycił  ślad 
krwi w zimnym powietrzu.  

Ktoś był ciężko ranny.  
Świadek zaczął mówić bardzo szybko - Kupiłam pączka i kawę w Rocky 

Cliffs i zatrzymałam się na parkingu na śniadanie. On jest pusty o tej porze roku. 
Cichy. Przyjrzałam się, jak wjechała na drogę. Przyspieszyła. Była na haju. 
Prowadziła bardzo szybko.  

Gdy Doug wyciągnął swój awaryjny komplet ze swojego bagażnika, 

ocenił swojego świadka. Była w szoku, blada i spocona, utrzymywała się w 
pozycji pionowej tylko przez potrzebę poinformowania o tym co zobaczyła.  

- Znam ją. To Ashley Applebaum. Biedactwo. Zobaczyłam, jak obejrzała 

się. Spadła, potoczyła się trzy razy. Mój Boże, to było okropne. Nigdy nie 
widziałam czegoś takiego. Nie w rzeczywistości. - świadek trząsł się z chłodu i 
ze strachu.  

- Jesteś panią Shaw? Wezwałaś nas? - wyszedł zamaszystym krokiem z 

parkingu do lasu.  

Pani Shaw poszła za nim, wciąż rozmawiając szybko - Tak, tak, ja 

zadzwoniłam od razu, wtedy poszłam pomóc. Z Ashley... naprawdę źle.  

Nagle pani Shaw nie szłam za nim.  
Spojrzał za siebie.  
Oparła jedną rękę o drzewo i zwymiotowała.  
Przeskoczył przez jakieś kamienie, zobaczył rozbity pojazd i ocenił 

wprawnym okiem. Wszystkie okna były rozbite. Metal zgnieciony jak folia 
aluminiowa.  

Tak. Mieliby szczęście gdyby nikt nie został zabity.  
Wtedy pani Shaw znowu pojawiła się za nim - Ashley kazała mi wyjąć 

dzieci. Spróbowałam, ale nie dałam rady. Przepraszam. Jestem taka żałosna! - 
Zaczęła szlochać tak bardzo, że współczuł by jej gdyby nie był tak skupiony na 
swojej pracy.  

- Wszystko w porządku, pani Shaw. Zrobię to. - dzięki Bogu dzieci 

zostały przypięte, bo nigdy nie przeżyliby w tej pogniecionej skorupie pojazdu.  

- To wybuchnie? Myślisz, że to wybuchnie?  
- Możliwe - z całą pewnością wybuchnie pożar.  

background image

- Nie zniosła bym jeśli..  
Przerwał jej - Z dziećmi wszystko w porządku?  
- Tak myślę. 
- W jakim są wieku?  
- Chłopiec ma siedem lat, tak myślę. Maleństwo trzy miesiące. Cały czas 

płacze, ale oprócz małych cięć, ona wygląda nieźle. Chłopaczek jest w bardziej 
kiepskim stanie. Myślę, że może jego ręka jest złamana ale… - Pani Shaw 
przerwała i zaczęła całą historię jeszcze raz - Ona jechała bardzo szybko. 
Zobaczyłam, jak obejrzała się. Obejrzała się. Dlaczego obejrzała się?  

- Pewnie rozmawiała z dziećmi. - zatrzymał panią Shaw w miejscu 

osłoniętym od wiatru w drzewach - Zostań tu. Przyniosę Ci ich.  

Pani Shaw nie przerywała mówienia nawet gdy oddalał się - Myślę, że nie 

rozmawiała z dziećmi... to wyglądało inaczej. To przypominało jak by się bała, 
patrzyła na drogę za nią.  

Otworzył tylne drzwi. Zapach krwi natężał się. Oparł się.  
- Nawet nie wiedziałam, że ona potrafi prowadzić - Pani Shaw zawołała.  
Dziecko zostało przypięte w fotelu samochodowym i płakało.  
Czarnowłosy chłopiec milczał, układając ostrożnie swoje ramię i 

oglądając wszystko z szerokimi, ciemnymi oczami.  

Pani Shaw miała rację. Nie byli ciężko ranni.  
Na przednim siedzeniu, matka wpatrywała się przed siebie, jej głowa 

przechylona pod dziwnym kątem, jej ramiona wciągnięte w bólu - Wszystko w 
porządku, kochanie. Wszystko w porządku, dziecino. Nie zapłacz. - mówiła 
łagodnie, wskazując to samo w kółko.  

To Ona była źródłem krwi. Krew ochlapała w poprzek sufit i jej ciemne 

włosy.  

- Pani Applebaum, jestem patrolowy Doug Black - powiedział.  
Przestała mówić.  
- Wyjmę twoje dzieci teraz.  
- Pośpiesz się - powiedziała.  
- Dobrze - jak tylko odpiął fotelik samochodowy zawołał do chłopca - 

Hey, tam. - odwrócił się by umieścić go na ziemi, a Pani Shaw była tam, wzięła 
dziecko od niego.  

Przerażona na śmierć a mimo to robiła co powinna. Dzięki Bogu za takich 

ludzi jak ona.  

Odchylił się do tyłu samochodu i uśmiechnął się do chłopca - jestem 

Oficer Doug. Chcę Ci pomóc. - zmarszczył brwi z powodu pasa bezpieczeństwa. 
Uderzenie rozwaliło drzwi i wybuchła poduszka, która teraz przykryła 
połączenie. Nic dziwnego, że Pani Shaw nie mogła go wyjąć go - Jak masz na 
imię? - Doug zapytał.  

- Andrew.  
- Andrew, muszę uwolnić cię. - Doug otworzył swój awaryjny komplet i 

wyciągnął nóż.  

background image

Andrew wzdrygnął się, obracając się tak blady że jego ciemne oczy 

wyglądały jak dwie czarne dziury na białym śniegu, patrząc na błyszczące ostrze 
- Ja nie płakałem. Nie zapłakałem wcale. Przepraszam za mój nadgarstek. 
Proszę nie.  

-  Nie  zadaj  mu  bólu!  -  głos  Ashley  Applebaum  wzrósł  -  Ty  łajdaku,  nie  

zadawaj mu bólu!  

Doug wsunął nóż pod pasek i uwolnił Andrew - Nie sprawiłem mu bólu, 

Pani Applebaum. Odrzucił ostrze na ziemię, i zaoferował swoją rękę - Chodź na 
zewnątrz, Andrew. Potrzebuję cię do pomocy u Pani Shaw z dzieckiem.  

Andrew popatrzał na szeroką dłoń Douga i długie palce i pomalutku 

przeszedł przez otwarte drzwi.  

Doug cofnął się i pozwolił mu wyjść. Lepiej tak niż próbować walczyć w 

zapasach z przerażonym dzieckiem.  

Gdy Andrew stanął obok samochodu, Doug zaprowadził go do Pani Shaw 

na górę i klęknął obok fotelika - To jest Pani Shaw. Możesz iść pomagać 
opiekować się twoją siostrą?  

Chłopiec popatrzał na niego. 
- Wracam po twoją matkę - Doug powiedział.  
- Czy ona będzie żyć? - Andrew był zbyt poważny, zbyt mądry.  
- Dam znać ci gdy tylko sprawdzę co z nią. Biegnij, szybko. Zapytaj panią 

o Shaw o szynę dla twojego nadgarstka.  

Andrew poszedł od razu.  
Doug spróbował otworzyć drzwi pasażera ale to nie mógł, więc pełzał 

ponad krwawiącym przednim siedzeniem do Ashley Applebaum. 

Kolumna kierownicy przebiła ją pod żebrami i nadziała jej wątrobę i 

jelita. Szkło rozerwało twarz już i tak wychudłą i zmartwioną. Była umierająca. 
Nieubłaganie, była umierająca.  

-  Wyjąłem  dzieci.  Z  nimi  wszystko  w  porządku.  -  wziął  chustkę  z  jego  

kieszeni - Zamierzam zawiązać to na twoim czole aby zatrzymać krwawienie. - 
zrobił to i zapytał - Tak lepiej?  

- To wcale tak bardzo nie bolało - brała głębokie wdechy zakłócone przez 

krwawienie wewnętrzne - Słuchaj. Choćby nie wiem co się stało, nie pozwól ich 
ojcu zabrać moje dzieci.  

Wiedział dlaczego żebrała tak wzruszająco. Usłyszał, jak Pani Shaw 

nazwała ją „Biedna Ashley” zobaczył jak Andrew skulił się na widok jego noża, 
usłyszał, jak chłopiec żebrał jakby bał się o swoje życie.  

Ich ojciec znęcał się nad nimi. Sprawiał im ból.  
- Gdzie jest ich ojciec? - zapytał.  
- W domu. Uderzyłam go. On jest nieprzytomny... - Ashley Applebaum 

wysapała jak zdychające zwierzę. Wtedy chwyciła nadgarstek Douga. - Nie 
ścigaj go. On sprzedaje bomby.  

- Cholera - Doug wyciągnął swój telefon i zadzwonił do szefa, Yamashita, 

i podał mu wszystkie informacje.  

background image

Ashley kontynuowała - Bill sprzedaje bomby białym mężczyznom, którzy 

nienawidzą Żydów, czarnych i Meksykanów. A ja... ustawiłam to tak, że kiedy 
wstanie z podłogi, wszystkie bomby wybuchną.  

- Gdzie mieszkasz? - poczekał ze swoim telefonem w ręce, gotowy by 

wypowiedzieć informacje do Yamashita.  

- Przy autostradzie sześć. - straciła przytomność.  
Podał Yamashitowi swój raport a kiedy skończył, Ashley była ledwie 

przytomna.  

- Napiętnował ją. Właśnie tak jak napiętnował mnie.  
- Oznakował cię?  
- Swoim pierścieniem. On podgrzewa go i... to boli tak bardzo. - drgnęła i 

zadrżała w bolesnej pamięci.  

Doug poczuł, jak znajome, bezsilne przerażenie naprężyło jego mięśnie 

ale wycofał mokrą chusteczkę odświeżającą i łagodnie wytarł jej twarz - 
Wszystko porządku - powiedział, to w takim samym uspokajającym tonie jaki 
użyła wobec swoich dzieci.  

- Mógł zrobić to mi. Byłem nic nie warta... ale nie jej. Ona jest jeszcze 

dzieckiem... - Ashley Applebaum oddychała nieregularnie - Nie pozwól mu 
zabrać ją. Ona jest taka słodka... i Andrew... on nie wie czym jest prawdziwe 
życie... - jakby mogła zobaczyć go, obróciła swoją twarz wobec Douga - Nie 
pozwól mu mieć ich.  

Chciał obiecać jej, że spełni jej prośbę.  
Sądy nie troszczą się o takie sprawy. Utrzymali by tą rodzinę nietkniętą. 

Oddaliby dzieci ojcu.  

Wiedziała jaka jest rzeczywistość. Przewróciła głowę wobec niego, jej 

oczy prawie niewidome - Jeśli Bóg jest sprawiedliwy, Bill wysadzi się w 
powietrze i nikt go nie ocali.  

Doug już wiedział, że sprawiedliwość nie jest tak czysta - Jeśli on zginie 

dzieci pójdą do sierocińca, do rodziny zastępczej.  

- To będzie lepsze od zostawania z nim. - Łzy popłynęły z jej oczu.  
- Nie wiesz o czym mówisz. - nigdy nie był niczego tak bardzo pewien w 

swoim życiu.  

- Nie wiesz o czym mówisz. - każdy oddech odbiegał od przyjętych norm, 

ból w jej klatce piersiowej - Módl się żebym go zabiła. Módl się...  

Stłumiony wybuch wysadził powietrze. Ziemia zadrżała, szarpiąc SUV- a.  
Uśmiechnęła się - To jest to. To jest to. Tylko jedno zrobiłam dobrze w 

swoim życiu i to jest to. Odszedł.  

Ashley Applebaum umarła na oczach Douga.  
Zamknął jej oczy swoją dłonią. 
Wtedy przechylił się przez siedzenie i wyłamał drzwi. Pobiegł pod górę, z 

dala od nieuchronnego ognia w kierunku grupki - dziecko, chłopiec, Pani Shaw - 
skupili się na wzgórzu.  

background image

Słyszał syreny w dali. Szeryf, policja, EMTs - wszyscy byli w drodze. 

Klęknął przy Andrew.  

- Moja mama...? - Andrew zobaczył odpowiedź w twarzy Douga. Wydał z 

siebie szloch - Moja mama...  

Doug trzymał w ramionach chłopca gdy ten płakał.  
Pani Shaw popatrzyła w górę ponuro - Zobacz co Andrew pokazał mi. - 

odkryła ramię dziewczynki. Brutalne czerwone oparzenie wyglądało jak paszcza 
lwa na gładkiej, czystej bladej skóry - Ten łajdak Applebaum napiętnował 
dziecko tak samo jak zrobił to z Ashley w ich noc poślubną.  

- Ten wybuch… - Doug popatrzył znacząco na panią Shaw - To go 

wykończyło.  

- To nie mogło zdarzyć się milszemu facetowi - Pani Shaw docięła 

złośliwie.  

Ambulans i szeryf okręgowy wbili się na parking.  
Andrew  złapał  ramię  Douga  i  wbił  swoje  palce  w  jego  ciało  -  

Dziewczynki nie liczą się, prawda? Dziewczyny są własnościami. Tylko 
własnościami. Musimy im pokazać kto je posiada. - chłopiec powtórzył kredo 
swojego ojca jakby to była ewangelia, ale zapłakał, duże, dziecięce łzy w 
niezgodzie z jego wielkimi sentymentami.  

Doug zajrzał mu w oczy - Dziewczyny są ludźmi. One powinni być 

hołubione. Nigdy nie powinno się im sprawiać bólu. Tak nie można. Tak nie 
można nigdy.  

- Naprawdę? - Andrew spojrzał na Douga i zapadł się z ulgą - Ty tak 

myślisz?  

- Żaden mężczyzna nie ma prawa zadać ból kobiecie. Nigdy. Nigdy. - 

Doug nigdy nie był niczego tak bardzo pewien w swoim życiu.  

Patrząc w górę na gałęzie kołyszące się we wczesno porannym świetle, 

zapamiętał swoje pierwsze spotkanie z Firebird, potem następne. Użył zapisów z 
archiwum żeby ją tropić aż do Szarvas Artist Studio, gdzie pracowała. Czekał na 
zewnątrz i mówił sobie, że to nie będzie miało znaczenia jeśli będzie tak ładna 
jak zapamiętał.  

I nie była.  
Była piękna i spowodowała że wstrzymał oddech.  
Dojrzałość dała jej głębokość i blask, którego żadne kosmetyki nie mogły 

wytworzyć. Wtedy próbował jechać za nią do jej domu i nie mógł, utknął w 
kapryśnej górskiej mgle, która otoczyła ją jak więzienie.  

Więc wrócił następnego dnia, mając zamiar stanąć twarzą w twarz z nią, 

ale jeden z jej dużych, potężnych braci odwiózł ją, odprowadził do drzwi i 
wszedł za nią jakby nie mogła pójść sama. Następnie, Doug obserwował i 
rozpoznał znaki - despotyczni ludzie, matka, której nigdy nie widział, siostra, 
która nigdzie nie wychodzi tylko do pracy i z powrotem, a przez większość 
czasu to brat ją zawozi....  

background image

Wesoła, otwarta dziewczyna którą zapamiętał teraz była przetrzymywana 

jako więzień przez rodzinę, która była bardzo ostrożna.  

To wyjaśniło tak dużo - dlaczego nie zaufała mu, dlaczego porzuciła go i 

sprawiła mu ból.  

EMTs i szeryf okrążyli go, potrzebowali aby złożył raport. Skończył 

swoją pracę, przez cały czas przygotowywany i zdeterminowany.  

Nie ważne że cierpiał z powodu odrzucenia przez Firebird, przez jej brak 

zaufania do niego, musiał obronić Firebird przed rodziną, która ją 
przetrzymywała.  

Kiedyś podziękuje mu za to.  
Kiedyś.  

background image

Rozdział 10  

O dziewiątej rano, Firebird jechała nadbrzeżem Pacific Coast Highway, 

gdzie zauważyła policję i pogotowie na parkingu i w końcu skręciła w 
malowniczą przełęcz ku miastu.  

Klify sformułowały zatokę w wersji półksiężyca. Stare miasto umościło 

się nad wodą, jednak po przyjrzeniu się okolicy można zauważyć, że stare i 
nowe domy ciągną się wzdłuż okolicznych wzgórz. Internet wskazał, że Rocky 
Cliffs szczyci się tysiącem stałych mieszkańców i że liczba ta wzrasta 
pięciokrotnie podczas letniego sezonu turystycznego.  

Prowadziła  wolno wzdłuż  uroczej  ulicy głównej,  ze  sklepami 

odzieżowymi, kawiarniami i hotelami.  

Rocky Cliffs nie wyglądało jak miejsce w którym Douglas mógłby cuć się 

dobrze.  

Jej samochód zaskoczył ją zawracając przy When You Are Wicked Diner. 

Gdy tylko weszła i usiadła przy jednym ze stolików, zrugała siebie. Wiedziała 
co Douglas robi tutaj i gdzie mieszka. Jadąc tutaj była przygotowana na 
konfrontację. To dlaczego teraz postanowiła zaczekać?  

Ponieważ zamierzała być zła, a to było zgodne z prawdą. Gdyby 

uświadomiła sobie... jednak było już za późno dla wzajemnych oskarżeń.  

- Co mogę pani podać? - kelnerka w średnim wieku stanęła przy niej.  
- Bekon, czips, Denver omlet, tost pszenny, duży sok pomarańczowy, 

duża czarna kawa i jedną z tych słynnych na cały świat napoleonek.  

Kelnerka uśmiechnęła się i nagryzmoliła zamówienie - Zaszufladkowałam 

cię jako jedną z tych kobiet, które jedzą tylko niewyszukany jogurt i piją herbatę 
ziołową. To mnie nauczy, że pozory czasami mylą.  

- Lubię jeść - Firebird zapewnił ją - Po za tym jestem w drodze przez 

cztery godziny.  

Gloria zniknęła przygotować zamówienie i wróciła z kubkiem kawy - 

Skąd pochodzisz?  

- Na północ od Seattle. - zanim Gloria mogła naciskać celem uzyskania 

dodatkowych informacji, Firebird wyszperała adres w swoim portfelu - Szukam 
tego adresu 323 Seaview Road.  

Oczy Gloria naostrzyły ponieważ nalewała kawę - To stare miejsce 

Quackenbush.  

- Quackenbush? Naprawdę? - Firebird uśmiechnęła się - Nie słyszałam o 

tym. Szukam Douglas Black. On i ja przyjaźnimy się. - to było małe 
niedopowiedzenie.  

-  Doug  Black?  On  jest  tu  dopiero  od  kilku  miesięcy.  -  Gloria  obejrzała  

Firebird ostro - Zaczynaliśmy się zastanawiać czy on miał jakichkolwiek 
przyjaciół.  

background image

- On potrzebuje trochę czasu aby dać się poznać i polubić, ale jeśli raz to 

robi, on jest naprawdę bardzo zabawny i miły. - niespodziewany rumieniec 
rozgrzał policzki Firebird.  

- Jak pierwszy raz zobaczyłem go, pomyślałam o sobie - Gloria 

powiedziała ze sprośnym humorkiem.  

- Nie to miałam na myśli.  
- On jest zbudowany jak marmurowy posąg. Nigdy nie zobaczyłam go 

choćby z jednym guzikiem niezapiętym. On jest młody, ale ma wszystko, czego 
oczekujesz ze strony policjanta stanowego. Z całą pewnością nie nazwałbym go 
duszą towarzystwa. - Gloria odeszła ale zaraz wróciła z zamówieniem Firebird - 
Czy on spodziewa się ciebie?  

Firebird obejrzała swój talerz - Wygląda świetnie! Nie, sądzę, że Douglas 

nie wie, że mieszkam niedaleko. - a może wie. Odkrycie, że żył tak blisko 
spowodowało u Firebird ściśnięcie serca. Był, przecież, myśliwym i mało 
prawdopodobne by zapomniał, że ofiara, którą miał, uszła mu.  

Gloria kiwnęła głową - Quackenbush to miejsce wygląda jakby specjalnie 

dla niego. Konieczne jest tam kilka napraw.  

- Douglas dobrze sobie radzi z takimi pracami. - Firebird zarumieniła się 

jeszcze raz, tym razem mocniej. Ukrywała się w domu tak długo, że nawet nie 
mogła przeprowadzić normalnej rozmowy?  

- Podejrzewałam to w nim, również - Gloria zgodziła się, a jej oczy 

migotały - Jest milczkiem, lub coś w tym stylu tak słyszałam.  

- On nie mówi dużo - ponieważ był zajęty ukrywaniem tajemnic.  
- Zrobił już dużo prac: wymienił całą instalację elektryczną i instalacja 

wodno-kanalizacyjną. Zaczął remont wnętrze. Pomalował podłogi i ściany. To 
jest gigantyczny wysiłek, niewarty moim zdaniem - ale nie zainteresował się 
moim zdaniem.  

- Nie wiem czy on kiedykolwiek słucha kogoś.  
- Nie zmienia to faktu, że on musi być bardzo bogaty skoro pozwolił sobie 

na kupienie tego miejsca - lokalizacja jest główną nieruchomością - i odnawiać 
to. - twarz Glori rozgrzała się z ciekawością, i pochyliła do przodu, gotowy by 
wysłuchać jakichkolwiek zwierzeń Firebird może jej udzielić.  

- Nie wiem o jego finansach. Nie jesteśmy tak bliskimi przyjaciółmi.  
Twarz Gloria posmutniała. Dzwonek zadzwonił przy drzwiach i oddaliła 

się do czterech podróżnych.  

Gloria wróciła gdy Firebird spałaszował większą część jedzenia na talerzu 

i rozgrzała się filiżankę kawy - Wyglądasz jak byś już nie mogła.  

- Będę musiała przyznać się do porażki, ale faceci nie żartują. To jest 

najlepsza napoleonka na świecie. - Firebird westchnęła z przyjemnością.  

-  Jestem  żyjącym  świadectwem.  -  Gloria  klepała  swoją  pulchną  talię  -  

Słuchaj, myślę że nie ma go w domu.  

- Douglasa?  

background image

- Wcześnie rano, zobaczyłam, jak jechał w kierunku drogi 101. 

Prawdopodobnie tam łapie ludzi za przekroczenie prędkości. Zatrzymał mnie 
raz. Zrobił mi wykład jak ważna jestem dla społeczności i jak przekroczenie 
prędkości mogło mnie zabić, a wszystko to podczas gdy patrzył na mnie tymi 
ciemno brązowymi oczami - Gloria zadrżała - Wystraszył mnie piekielnie, 
powiem ci.  

- Nie przyśpieszasz już?  
- Robię to ale patrzę w lusterka dużo uważniej. - Gloria przekazała 

rachunek.  

Firebird śmiała się i wyciągnęła portfel. Gloria spojrzała na jej prawo 

jazdy ale Firebird trzymała zakryte imię. Nie potrzebowała aby Gloria, która 
oczywiście znała całą społeczność Rocky Cliffs, rozmawiała o młodej kobiecie 
o dziwnym imieniu, która szukała ich miejscowego gliniarza.  

- Wskazać ci kierunek do Quackenbush? - Gloria zapytała.  
- Mam mapę - Firebird złapała za nadgarstek Glorii - Mam nadzieję 

zaskoczyć go.  

Gloria patrzyła na rękę Firebird, wtedy przyjrzała się jej twarzy -

Wyglądasz jak była żona z urazą albo międzynarodowy terrorysta. Więc mogę 
trzymać język za zębami do czasu aż go znajdziesz.  

- Dziękuję. - Firebird zostawiła spory napiwek i skierowała się do 

samochodu. 

Dwóch facetów przy barze dokładnie przyjrzała się jej.  
Idioci  
Nie żeby źle wyglądała. Ubrała się ostrożnie na to spotkanie, chcąc 

wyglądać swobodnie i beztrosko, profesjonalnie i odpowiedzialnie, młodzieńczo 
ale też dojrzale. W końcu zdecydowała się na wygodną i ciepłą parę ciemnych 
dżinsów, zielony golf kaszmirowa i czarne buty do kostek na niskim obcasie.  

Zatrzymała się w drzwiach i przywdziała płaszcz.  
Faceci przy barze zagwizdali.  
Douglas mógł nauczyć ich niejednego o okazywaniu subtelnej uwagi 

atrakcyjnej kobiecie. 

Była już na zewnątrz.  
Gdy skierowała się w kierunku starego Quackenbush dom, wiedziała, że 

ma problem. Tak łatwo uwiódł ją wcześniej. Sprawił, że ona kochała go. A po 
tym jak go zostawiła, jakkolwiek mógłby być zły i zdradzony poczuła, że wciąż 
pragnie go. Kocha go.  

Teraz, może... może cały ból i niepokój były na darmo.  
Teraz miała coś zupełnie innego na głowie.  
Zeszła z ulicy główną na Sutterman Drive, wąska, kręta drogą, która pięła 

się na klif przy dalekim krańcu miasta. Tuż zanim doszła do szczytu, wiedziała, 
że znalazła, droga dojazdowa zaprowadziła ją do samotnego domu na ulicy, 
osadzonego na samej górze z klifu. Dom Douglasa. Objęła to jednym 

background image

spojrzeniem - To jest Quackenbush? - mamrotała - Wygląda bardziej jak dom 
rodzinny Addamsów.  

Dom był w wiktoriańskim stylu, wysoki i wąski, z wieloma gankami, 

balkonami i bibelotami. Powiedzieć, że to potrzebowało farby było bardzo 
miłym stwierdzeniem. W niektórych miejscach, woda słona zniszczyła deski, 
nie zostawiła na nich żadnej farby.  

Douglas nigdy nie wydawał się typem domatora. Ciekawe co myślał 

kupując tego Behemota?  

Ciągle śledziła podjazd z boku domu. Był tam walący się garaż z jednym 

samochodem z X5 BMW zaparkowanym po środka. X5 BMW był 
wymarzonym samochodem Douglasa. To nie mógł być zbieg okoliczności.  

Zaparkowała na obszarze parkingowym i wyszła. Gdy szła do schodów, 

wiatr i sól smagały jej wrażliwą skórę policzków, a daleko poniżej, u podnóża 
klifu, mogła słyszeć, jak fale uderzały o kamienie. Szła ostrożnie po chwiejnych 
deskach na ganku do drzwi. Zadzwoniła i zapukała w tym samym czasie ale nikt 
nie odpowiedział.  

Gloria nie ostrzegła jej, że jeździ swoim policyjnym wozem patrolowym?  
Firebird nie chciał wyjechać i postanowiła poczekać. Obawiała się, że 

jeśli zrobiłaby to, straciłaby swoją determinację.  

Przekręciła gałkę. Drzwi były zamknięte na klucz, ale cały zamek 

zagrzechotał jakby był źle osadzony w ramie.  

Wzięła jedną ze swoich kart kredytowych i już była w środku. Zamknęła 

drzwi za sobą i odprężyła się, rozkoszując się ciepłem.  

Po lewej były wyblakłe pozostałości biblioteki. Na prawo smutne, 

wyblakłe pozostałości dużego pokoju dziennego. Prosto przed pozostałości 
wspaniałych schodów. Gdy Firebird ruszała się przez dom, widział tylko smutne 
ruiny do czasu gdy stanęła w masywnej kuchni.  

Kuchnia całkowicie została wykończona, z czarną podłogą  łupkową, 

szafki w czystym, cudownym czerwonym kolorze, czarny blat kuchenny z 
bazaltu i złote toskańskie ściany. Długi stół pośrodku wyglądał na zabytkowy, 
solidna dębowa deska opierała się na solidnych nogach.  

Kolory powinny być odrzucające. Za to pokój był ciepły, zapraszający.  
Zawiesiła swój płaszcz na krześle, przechadzała się i zauważyła szerokie 

okna... i nareszcie zrozumiała dlaczego Douglas zakupił ten dom.  

Za domem był ogród z obfitością oceanicznej roślinności. Krawędź klifu 

miała pięćdziesiąt stóp, a rząd z głazów chronił jakiegokolwiek idiotę, który 
mógłby próbować wjechać do oceanu.  

Ponadto, czarnozielone morze pomarszczyło się i odetchnęło. Łaty 

wodorostów morskich kołysały się tam i z powrotem. Lwy morskie 
rozkoszowały się na ciepłej, płaskiej, kamienistej skale, a mewy poszybowały w 
górę w chmury szarego i jaskrawoniebieskiego nieba. I dalej... widok rozciągał 
się do dalekiego horyzontu i stamtąd do wieczności.  

background image

Na zewnątrz, to miejsce wyglądało jak uosobienie cywilizacji ale tak 

naprawdę to było pełne dzikości i wspaniałości natury.  

Dom był dokładki taki jak Douglas.  
Wyrzuciła gumę do kosza na śmieci i wybrała się na piętro. Koniec 

schodów był wytarty ale drewniane stopnie i poręcz pozostały solidne. Na 
podeście, obróciła się i obejrzała. Tak, dom był zakurzony. Wszystko było 
wyblakłe. Ale mimo to dostrzegła dawną wspaniałość domu i to jaki mógłby by 
jeszcze.  

 Gloria miała rację. Jak Douglas mógł z pensji policjanta opłacać ten 

remont?  

Góra pasowała do parteru, wyblakła i obdarta, z sypialnią za sypialnią w 

bałaganie i jedną  łazienką z białymi odłupanymi kafelkami i zabytkowymi 
stałymi elementami wyposażenia. Dwoje drzwi było zamkniętych: jedne pod 
koniec korytarza i szerokie podwójne drzwi na końcu z lewej.  

Doszła do nich i czuła się tak jak żona Sinobrodego, otworzyła drzwi po 

lewej.  

Pokój był niewielki, częściowo zreorganizowany i zawierał biurko, 

krzesło biurowe, segregator i laptop podłączony do klawiatury i drukarki.  

Jego biuro.  
Ruszając się prędko, weszła i dotknęła klawiatury. Monitor zaczął 

pracować.  

Poczuła się jakby zakłócała prywatność Douglasa, ale to musiało zostać 

zrobione. Dostała się do przeglądarki internetowej i napisała szybką wiadomość 
do jej matki.  

Dojechałam.  Odnalazłam  ojca  Aleksandra.  Przekaże  najświeższe 

informacje kiedy to tylko będzie możliwe. Serdeczne pozdrowienia dla 
wszystkich. Ucałuj Aleksandra.  

Wtedy szybko wyłączyła komputer i wycofała się.  
Idąc do drzwi dwuskrzydłowych w końcu korytarza, otworzyła je i 

znalazła główną sypialnię, całkowicie odnowioną, oaza spokoju z ciepłym 
szarym dywanem i dopasowanymi do niego ścianami. Na jednej ścianie był 
kominek z szarych łupków a przy nim dwa wyściełane granatowe krzesła z 
niewielkim okrągłym stołem dla kogoś - Douglasa i przyjaciela. Po obu stronach 
z niskiego łóżka były szerokie okna z widokiem na ocean, a nad łóżkiem... 
Wstrzymała oddech. Nad łóżkiem był obraz olejny, cudowna plama pomarańczy 
i czerwonego, jedno otwarcie oryginała kwiatu do świata.  

Podeszła do obrazu, uklękła na materacu, pochylona do przodu czytała 

gryzmoły podpisu: f. Wilder.  

W college'u, była skłonna do ciśnięcia farbą na płótno w dzikiej 

żywiołowości, aby pokazać  światu w najżywszy sposób z możliwych że była 
zakochana. Nie tylko zakochana - głupia z miłości. Głupia, ponieważ wiedziała 
jakie były tego skutki.  

background image

Podniosła swoje palce i łagodnie pogłaskała podniesione grzbiety żółtego 

pręcika  -  a  za  nią  ktoś  zapytał  -  Co  robisz  w  moim  domu?  Co  robisz  w  mojej  
sypialni?  

background image

Rozdział 11  

Nie skoczyła. Firebird zawsze miała nerwy ze stali, a teraz odwróciła się 

lekko by stanąć naprzeciw niego, udowodniła, że te nerwy są nieskazitelne.  

- Cześć, Douglas. Jak się masz?  
Douglas. Spróbował zapomnieć o niej, mówił sobie, że nigdy nie była 

warta jego splunięcia, że zmieniła się i że nie lubi jej już. Wtedy nazwała go 
Douglas - nie Doug, jak każdy inny - i stare wspomnienia powróciły.  

- Co tu robisz? - powtórzył - Dlaczego włamałaś się do mojego domu?  
- Na ganku było zimno.  
- Więc powinnaś odejść.  
- Przejechałam długą drogę żeby się z Tobą zobaczyć - spojrzała do tyłu 

na obraz, który zostawiła gdy wyjeżdżała z Brown University - Wciąż go masz.  

- A dlaczego nie? - próbował ale nie mógł pozbyć się tego.  
- Pomyślałem, że możesz mieć mętlik w głowie gdy wyjechałam bez 

powiadomienia cię gdzie jestem. - usiadła na łóżku.  

Wyglądała tak samo, a jednak... nosiła swoje długie blond włosy 

swobodnie, albo zapinała z tyłu głowy klamerką. Teraz miała zrobione cięcie w 
stylu retro lat dwudziestych.  

Nie lubił tego.  
Wciąż wyglądała na wyższą niż był w rzeczywistości, ale nie była już 

straszliwie chuda. Zaokrągliła się: była chuda w pasie, jednak miała bardzo 
uwodzicielskie biodra i piersi.  

Wcześniej, była dziewczyną.  
Teraz jest kobietą.  
Ale przecież, wiedział o tym. Obserwował ją.  
Podszedł do niej, nie uśmiechając się - Włamanie jest przestępstwem.  
Gdy tylko staną nad nią, przestała uśmiechać się, przestała udawać, że 

wszystko jest normalne - Znalazłam Cię w Internecie.  

- Nie trudno mnie znaleźć.  
- Nie - jej niebieskie oczy były ostre jak brzytwa pstryknęły w górę na 

niego - Byłam zaskoczona, że to okazało się takie proste. 

- Ty natomiast jesteś niezwykle trudna do znalezienia. Po tym jak 

uciekłaś... - przerwał, czekając by zobaczyć czy zaprzeczy temu.  

Nie zrobiła tego.  
- Po tym jak uciekłaś, zrobiłem wszystko, co w mojej mocy aby Cię 

odnaleźć. Nie mogłem niestety. Chociaż jestem w tym dobry. 

- Ponieważ jesteś gliną.  
- Gliną, która używa wszystkich dostępnych zasobów. - nauczył się tego 

dla bardzo wystarczających powodów - Ale wyparowałaś.  

- Powiedziałam ci, że mieszkam w Waszyngtonie.  

background image

Powiedziała. Była ostrożna z informacjami o sobie ale raz zdecydowała 

się ufać mu, udzieliła takiej informacji. Jak się okazało, nie dała mu dość 
informacji ponieważ przeszukał góry i przepadła bez śladu.  

- Mój najstarszy brat ma bzika na punkcie prywatności. - udało się jej 

brzmieć całkowicie otwarcie i szczerze - On upewnił się, że moja rodzina nie 
jest zamartwiana przez… 

- Niepożądane elementy takie jak ja? - jego nastrój pogorszył się.  
Byłoby lepiej dla Firebird gdyby nie przyszła teraz, podczas gdy wciąż 

jest wstrząśnięty przez śmierć Ashley Applebaum. Nadal był zły z powodu 
okrucieństwa z którego Applebaum czerpał radość. Wiedział, zrozumiał jak 
ludzie tacy jak Applebaum wykorzystywali swoją siłę i chytrość do 
prześladowania ich żon i rodzin.  

Ale to dziecko wiecznie będzie nosiło ten rodzaj spalonej skóry. 

Rozpoznał oznaki znęcania się nad obojgiem dzieci. I chciał wiedzieć dlaczego, 
dlaczego Ashley nie uciekła wcześniej.  

I nie mógł znieść  że Firebird uciekła od niego, który zawsze mógł ją 

obronić i lubił ją, z powrotem w ramiona jej nadzorującej rodziny.  

- Zamierzałam powiedzieć, że Jasha upewnił się, że moja rodzina nie jest 

zamartwina przez tony katalogów w poczcie i sprzedawców dzwoniących 
podczas obiadu. - co więcej, Firebird pokazała mu jaka twarda jest - Ale w 
końcu odnalazłeś mnie.  

Mógł być tak nastawiony jak ona była - Co masz na myśli?  
- Byłeś u mnie wczoraj wieczorem.  
Spojrzał jej w oczy - Jeśli dlatego jesteś tu, to popełniłeś błąd.  
Wpatrywała się w niego przeszukując jego twarz w poszukiwaniu prawdy 

- Czy Ty twierdzisz, że nie byłeś u mnie wczoraj wieczorem? Nie byłeś terenie 
posiadłości Wildersów nigdy?  

- Nie byłem.  
Spojrzała na niego ze wstrętem.  
- Masz prześladowcę? - zapytał - Dlatego przyszedłeś tu? Ponieważ 

jestem policjantem patrolujący ulice i mogę rozpatrzeć sprawę?  

- Nie. Mój ojciec i bracia załatwią to.  
- Twój ojciec i bracia mogą mieć kłopoty jeśli wyzwą intruza. Oni mogą 

odnieść obrażenia. Przypatrzył się jej, chcąc zobaczyć jak się poczuła. Jego 
podejrzenia były słuszne? Bała się o ojca i braci? Dlatego w końcu go 
odnalazła?  

Popatrzała trochę rozśmieszona i trochę lekko zdziwiona - To mało 

prawdopodobne. Oni są bardzo zdolnymi ludźmi. Intruz ma większe szanse by 
żałować swojej decyzji, że się nam narzuca.  

- To może skończyć się procesem. Mogą trafić do więzienia.  
- Ludzie w mojej rodzinie opiekują się sobą.  
Tak, ale kto opiekuje się tobą?  

background image

- Nie martw się, Douglas. To nie jest Twój problem. Jeszcze nie. - wstając 

chwyciła jego rękę.  

Jej chwyt nie zmienił się. Trzymała w ramionach człowieka mocno jakby 

nie chciała nigdy puszczać go.  

- Siadaj. Muszę Ci coś powiedzieć. Coś ważnego.  
- W takim razie może powinienem stać.  
- Siadaj - szarpnęła mocno.  
Usiadł.  
Była zdenerwowana. Jeśli on nie był by urzędnikiem państwowym, nigdy 

by tego nie zauważył, ale został wytrenowany aby obserwować widome znaki: 
oddychanie ostrożnie kontrolowane, zimne palce, rumieniec na jej szyi i klatce 
piersiowej.  

Od pierwszej chwili gdy alarm powiadomił go że ma intruza w swoim 

domu, zastanawiał się czy przyszła tu ponieważ wiedziała o nim, czy z innego 
powodu, jednego nie przewidział - Jeśli nie przyszłaś po moją pomoc...? - 
podniósł swoje brwi, jeszcze raz chcąc zapewnienia.  

Potrząsnęła swoją głową.  
- W takim razie co za doniosłe wydarzenie przyniosło Firebird Wilder, 

moją dawną kochankę, z jej domu do mojego?  

-  Nie  bądź  dupkiem.  Nie  jesteś  jednym  z  moich  braci.  -  wzięła  krótki  

oddech - Ale jesteś ojcem mojego syna.  

Dobrze wyglądał. Starszy, dojrzalszy niż ostatnim razem gdy go widziała, 

ale silny, noszący mundur policjanta państwa waszyngtońskiego. 

Na jej oczach stał się odległy, lodowaty.  
- Twój... syn? - dwa słowa opuściły jego usta jak kostki lodu.  
- Twój syn. Douglas, ja... - cała drogę tutaj, ćwiczyła co powiedzieć, a 

teraz w obliczu tego nieprzejednanego bezruchu, słowa uciekły jej i zostało 
czekanie, wiedząc, że niedługo jego wściekłość wzrośnie jak roztopiona lawa 
wokół niej i wypalił ją na rozżarzonym węgielku - Ja nie prosząc cię o nic. Nie 
musisz robić nic. Po prostu pomyślałam, że powinieneś wiedzieć.  

- Ile ma lat...?  
- Aleksander.  
- Ile Aleksander ma lat?  
- Skończył dwa pierwszego listopada.  
Zmarszczył brwi ponieważ obliczał miesiące - Więc wiedziałaś, że jesteś 

w ciąży gdy zostawiłaś mnie.  

Pamiętając test ciążowy i kartkę na dzień ojca, którą wyrzuciła tylko 

mogła kiwnąć głową.  

- On jest powodem, dla którego zostawiłaś mnie bez słowa, bez 

jakiegokolwiek wyjaśnienia?  

Nie bawiła ją okłamywanie go. Łatwiej udać panikę z powodu odkrycia, 

że była w ciąży, niż powiedzieć prawdę.  

background image

Ale on pojął też szybko - To nie może być to. Skoro twoje dziecko 

urodziło się w listopadzie, wiedziałaś, że jesteś w ciąży miesiącami zanim 
odeszłaś.  

- Nie miesiące. Uważaliśmy. Nie pomyślałam, że to jest możliwe. Nie 

szukałem przejawów. - zatrzymała potok słów - W rzeczywistości, nie miałam 
objawów.  

- Co masz na myśli, że nie miałaś objawów? - zabrzmiał pogardliwie, jak 

tylko nieświadomy człowiek mógł zabrzmieć.  

Była przychylna  mu jednak  nie kryjąc swojego rozdrażnienia, 

przedstawiła fakty i nie zważała na jego uczucia - To znaczy, że miałem okres w 
pierwszym miesiącu, nigdy nie miałam porannych nudności i czułam się 
świetnie. Dlaczego miałbym myśleć, że jestem w ciąży? Użyliśmy 
prezerwatywy za każdym razem.  

Odchylił się do tyłu - Więc dlaczego miałbym Ci wierzyć?  
- Że mamy syna?  
- Że jestem ojcem twojego syna. Ponieważ właśnie przypomniałaś nam 

obydwojgu, zawsze używaliśmy prezerwatywy.  

Douglas zadał jej ból. Potraktował ją chłodno. Rozmyślnie. Wiedział, że 

Aleksander jest jego, pierwszy raz kochali się, a ona była dziewicą i płakała z 
radości.  

- Prezerwatywy nie dają stuprocentowej skuteczności. - szczególnie jeśli 

facet jest podobny do Supermena. Włożyła rękę do kieszeni i w opanowanym 
głosem powiedziała - Przyszło mi do głowy, że możesz mieć... podejrzenia.  

To nigdy nie przyszło jej do głowy.  
Chwycił jej rękę - Co zamierzasz zrobić? - jego oczy były ciemnobrązowe 

i krzemieniste jak kamień.  

- Chce zrobić test DNA - dzięki temu otrzyma materiał potrzebny aby 

udowodnić, że jest synem Konstantina i Zorany. Jeśli jednak pomyśli, że to ma 
udowodnić, że jest ojcem swojego dziecka, tym lepiej - Jeśli pozwolisz mi 
pobrać próbkę z twoich ust...  

Wolno wycofała rękę ze swojej kieszeni i przekręciła do góry.  
Otwierając palce, pokazała mu probówkę - Jest zapieczętowane. To jest 

jałowe. Wewnątrz jest rurka z wacikiem. Jedyne co musimy zrobić to pobrać 
próbkę z twoich ust, zapieczętować to w rurze i wysłać do Seattle. Laboratorium 
sprawdzi DNA i da ci znać jeśli Aleksander jest Twoim synem.  

Doug puścił jej rękę.  
- Jeśli mi nie ufasz możesz pójść do laboratorium z Aleksandrem… 
- Bardzo proszę - otworzył usta.  
Był taki nieufny. Siedział na swoim miejscu, brnąc w ocean niepewności, 

już nie wiedział o co jej chodzi i jaki jest tak naprawdę cel jej wizyty.  

Zamknął usta. Wziął jej brodę w palce, obrócił jej twarz w kierunku 

światła - Dlaczego tak wyglądasz?  

- Jak? - słyszała zaczepność w jej własnym głosie.  

background image

- Tak jakby ktoś sprawił Ci ból.  
- Takie jest życie, nieprawdaż? Nawet jeśli jesteś w najbezpieczniejszym 

miejscu wciąż możesz odnieść obrażenia. - to była ironia. Od tamtego czasu gdy 
poznała prawdę o Douglasie, od tamtego czasu jak zobaczyła jego przemianę z 
pantery w człowieka, trzymała się blisko domu. Wychodziła tylko wtedy jak 
musiała. Żyła w strachu, że znajdzie ją i zabierze ich syna aby wychować na 
podobieństwo Varinskich. Uwierzyła że w domu, kłopoty nigdy nie znajdą jej. 

- Jestem funkcjonariuszem policji. Mogę Ci pomóc. - Douglas wciąż 

trzymał jej brodę, wciąż przyglądał się dobrze jej twarzy i po raz pierwszy 
zabrzmiał prawie miło.  

Tak naprawdę, zabrzmiał jakby współczuł jej.  
Wyszarpnęła siebie - Nie ma nic co możesz robić aby mi pomóc przy tym 

problemie. - w pewnym sensie, to Ty jesteś problemem. Ale nie mogła tego 
powiedzieć. Nie była gotowa powiedzieć mu, że należy mu się miejsce w jej 
rodzinie. Nie mogła do czasu aż będzie miała wyniki tej analizy DNA  

background image

Rozdział 12 

Firebird otworzyła paczkę i wyciągnęła wacik - Otwórz.  
Doug złapał jej nadgarstek i przytrzymał ją - Te wyniki zamierzają 

dowieść, że jestem Aleksandra ojcem, tak?  

-  A  z  jakiego  innego  powodu  przywiozła  bym  test  DNA  w  swojej  

kieszeni? - jej oczy były rozgrzane i złe.  

Miał syna. Chłopca, którego nigdy nie spotkał, nigdy nie zobaczył, nigdy 

nie przytulił, nigdy nie trzymał w ramionach.  

I teraz, ta kobieta siedzi tu, zła ponieważ musiała przyjść do niego i 

powiedzieć mu, że ma syna.  

Miała odwagę.  
- Nadal nie powiedziałaś mi dlaczego - głos ugrzązł mu gardle.  
- Dlaczego co? - spróbowała uwolnić swój nadgarstek.  
Zacieśnił swój chwyt - Dlaczego nie powiedziałaś mi przed trzema laty. 

Dlaczego mówisz mi teraz?  

Przestała patrzeć na niego - To długa historia. To jest skomplikowane. Jak 

dostanę wyniki tego testu to wtedy… 

- Zdajesz sobie sprawę co zrobiłaś? Że zaprzeczyłaś sama sobie? - Czy 

zdawała sobie sprawę co miał na myśli? Czy przyszła do niego ponieważ go 
potrzebowała? Puścił jej nadgarstek zanim zadał jej ból - Mam syna. Syna, a nie 
wiedziałem nic na jego temat. Nie widziałem jego narodzin. Nie zobaczyłem 
jego pierwszego uśmiechu. Nie słyszałem jego pierwszych słów ani jego 
pierwszych kroków. Nigdy nie ukołysałem go do snu ani nie trzymałem. Nie 
oklaskiwałem gdy zdmuchnął swoją pierwszą urodzinową świeczkę. Opuściłem 
te wszystkie rzeczy i nie mogę tego cofnąć.  

Poderwała się w kierunku swojej torebki - Mam zdjęcia. 
- Zdjęcia. Czy ja jestem, taki brzdąc jak Aleksander, że mogę być 

rozproszony przez błyszczącą zabawkę? Zdjęcia są płaskie. One nie śmieją się. 
Nie płaczą. One nie przytulają. One nie... - wstał i przeszedł do drzwi, już 
prawie wychodził.  

Ale nie mógł teraz wyjść i mógł pozwolić Firebird by kolejny raz uciekła. 

Przeszedł z powrotem do niej - Przez całe życie, przysięgałem sobie, że jak będę 
miał dziecko, to cały czas będę przy nim. Sprawiłaś, że złamałem swoje śluby. 
Zrobiłaś to właśnie Ty.  

- Przepraszam.  
- Odebrałaś mi mój czas z moim dzieckiem, ale gorzej, zabrałaś 

Aleksandrowi ojca. - to był jego koszmar. Żył w swoim koszmarze.  

- Nigdy nie wybaczę sobie tego.  
Jej cichy głos sprawił, że spojrzał na nią, wpatrywał się w nią uważnie.  
Brzmiała tak jak zapamiętał. Wyglądała tak jak zapamiętał ją.  

background image

- Dlaczego zachowujesz się w ten sposób? Tak jakbyś troszczyła się  że 

opuściłem... Och, zaczekaj - ale w końcu do niego dotarła prawda - To nie 
chodzi o mnie, prawda?  

- Nie - uznała, że powie prawdę otwarcie - Chodzi o Aleksandra. Masz 

rację. Pozbawiła go ojca i on nigdy nie będzie taki sam z tego powodu.  

Ok. Doug zgadzał się z tym. Firebird stawiała swojego syna na pierwszym 

miejscu i tak powinno być. Sądziła, że chłopcu będzie brakowało czegoś przez 
to, że Douga nie będzie w jego życiu.  

Ale wciąż nie zrozumiał dlaczego - Dlaczego uciekłaś ode mnie? 

Pomyślałaś, że zadam Ci ból?  

Nie odpowiedziała natychmiast. Nie odpowiedziała natychmiast.  
Nadal myślała, że zada jej ból - O mój Boże, co zrobiłem że pomyślałaś 

tak o mnie? Że będę wściekły ponieważ urodzisz moje dziecko?  

- To nie tak jak myślisz.  
- Co myślę?  
- Po prostu pozwól mi robić to po mojemu. Możesz? Pozwolisz mi... - 

podniosła głos ale zaraz zagryzła swoją wargę aby nie poddać się swojej 
frustracji - Wiem, że jesteś zły. Nie obwiniam cię. Na twoim miejscu też była 
bym zła. Wściekła. Ale to jest bardziej skomplikowane. To nie jest łatwe, 
Douglas. Nie jestem jakąś suką, która zabrała twojego syna przez złośliwość. 
Były powody i to całkiem poważne, że mogłam pomylić się co do ciebie.  

- Jaki powód mógł być dość dobry?  
- Siadaj.  
Nie usiadł i wpatrywał się złowrogo na nią - Odpowiedz mi na to cholerne 

pytanie. 

- Wyjaśnię kiedy będę miała pewność. A teraz… - stanęła, otworzyła mu 

usta i potarła wacikiem o jego policzek. Opieczętowała to w małej rurce, 
włożyła w kopertę aby wysłać do laboratorium i zaoferowała mu - Chcesz to 
wysłać, żeby mieć pewność że to nie jest oszustwo?  

Wyzywała go, robiąc wyrzuty jego sceptycyzmowi, a gdy to robiła, 

powietrze między nimi stało się gorące, sprawiając ból jego płucom - A co 
gdybym zmienił zdanie?  

- Wtedy nie pozwolę abyś miał coś wspólnego z Aleksandrem - 

popatrzyła mu prosto w oczy, nieuśmiechnięty i gwałtowny gdy powiedziała o 
Aleksandrze.  

I uświadomił sobie jak zadowolony był że to ona urodziła jego syna. Była 

silna. Była inteligentna. Zrobiła... zrobiła to co uważała za słuszne. Po prostu nie 
rozumiał jak mogła pomyśleć, że wyłączanie go z życia Aleksandra to dobry 
pomysł.  

Ale obiecała wyjaśnić to.  
Nie patrząc na kopertę, wziął ją, pochylił się do przodu... i wsunął jej do 

kieszeni.  

Ich twarze prawie się stykały.  

background image

Jej oczy rozszerzyły się gdy patrzyła na niego.  
Gdy pocałował ją... nie odsunęła się. Nie odwzajemniła mu pocałunku, jej 

wargi były chłodne, ale zamknęła oczy i pozwoliła mu poczuć jej smak.  

Smakowała tak samo jak Firebird z jego wspomnień.  
To wszystko bardzo go zaciekawiło.  
Dlaczego przyszła... teraz? Urodziła syna. Jego syn. Ale wiedziała o 

dziecku w chwili gdy go zostawiła. Więc... dlaczego dziś?  

Wtedy wsunęła swój język do jego ust, wszystkie jego pytania zostały 

rozmyte przez podmuch czystej, gwałtownej żądzy.  

Wsunął  jedną  rękę  w  jej  włosy  -  miękkie  włosy  -  a  drugą  rękę  pod  jej  

sweter - miękki sweter - a następnie wokół jej pasa - miękkiej skóry. 
Przyciągnął ją do siebie, przytulił do swojej piersi i zatracił się w jej mocnym 
zapachu lawendy. Chciał lizać ją, ssać, zawładnąć nią pod każdym możliwym 
względem, do czasu gdy mu ulegnie, gdy go rozpozna jego głos, jego smak, 
jego zapach, do czasu gdy zatęskni za nim gdy go nie będzie w niej.  

To było to co zawsze chciał. Te wszystkie rzeczy chciał zrobić aby ją 

uwieść na kampusie Brown.  

Instynktownie prześlizną ręką w górę kręgosłupa aż do stanika, który 

gładko rozpiął. Wtedy druga ręka powędrowała do jej piersi, odsuwając 
miseczki na bok by sięgnąć po skarb ukryty pod nimi. Trzymając w ręku miękki 
kaszmir, tarł materiałem wokół jej sutków, zataczał koła i przyglądał się jak jej 
oczy otwierają się szeroko.  

Zobaczył moment, w którym uświadomiła sobie jak zręcznie doprowadził 

ją do takiego stanu - i jak łatwo mógł by doprowadzić to do końca. Położyła ręce 
na jego ramiona - popchnęła go.  

Nawet się nie zachwiał.  
Nie miała szans przeciwko niemu. Nie teraz. Czekał prawie trzy lata na 

ten moment. Wyobrażał sobie to, planował, uśmiechał się na samą myśl o tym 
jak sprawia, że ona dochodzi i dochodzi i tak w kółko...  

Jego tęsknota była jego słabością.  
Ale ona nie musi o tym wiedzieć.  
Łapiąc inny kawałek bogatego, ciepłego i miękkiego kaszmiru, tą samą 

czynność powtórzył z drugim sutkiem.  

Z każdym kółkiem, czuł jej uległość.  
- Douglas. Nie. Nie porozmawialiśmy. Musimy omówić... omówić...  
Przesunął ją dalej na łóżko. Jej nogi zwisały z materaca a ich rozłożenie 

bardzo kusiło. Usiadł na niej okrakiem, podniósł sweter ponad piersi i rozpiął 
dżinsy.  

Zawsze miała najładniejszy brzuch, płaski i silny, a ten pieprzyk obok 

pępka doprowadzał go do szaleństwa. Jej brzuch był wciąż płaski i silny, ale 
teraz były na nim blade białe linie, które były dowodem, że nosiła ich dziecko... 
wykrzywił usta w grymasie. Wyobraził ją sobie w ciąży, powiększającą się z 
dnia na dzień w miarę jak ich syn rósł.... Popatrzył w górę.  

background image

Wpatrywała się w niego targana przez niepokój.  
- Piękna - szepnął.  
Zamknęła oczy z ulgą.  
Martwiła się, że będzie tak płytki aby potępić jej ciało zmienione przez 

poród? Przez narodziny jego syna? Niemądra kobieta. Wcale go nie znała.  

Upewnił się aby tak było.  
Gdy spotkał ją na kampusie, już wiedział kim jest. To dlatego podjął tam 

pracę. Dlatego odszukał ją. Miał zamiar wykorzystać ją dla swoich własnych 
celów.  

Za to, ona zrobiła z niego durnia.  
Co za błąd zrobiła wracając do niego teraz.  
Gdy ściągnął dżinsy z jej bioder, jej oczy gwałtownie otworzyły się - 

Proszę, Douglas. Tyle muszę Ci powiedzieć i nie możemy zacząć tak gdzie 
ostatnio skończyliśmy - czyli w łóżku.  

- Nie zaczniemy tak gdzie skończyliśmy. Tym razem będzie więcej. Dużo 

więcej.  

Nosiła parę prostych białych majtek dla miłośników rzeczy modnych i 

eleganckich.  

Pomyślała, że to go pohamuje? Mogła nosić majtki babci, a jego kogucik 

wciąż mógłby naśladować jedną z tych iglic morski.  

Używając tasiemek od jej swetra, potarł nimi po jej brzuchu aż 

westchnęła. Wtedy przerażona swoją słabością, podniosła się na łokciach i 
powiedziała srogo - Wystarczy, Douglas.  

- Stosujesz ten srogi ton w rozmowach z synem?  
Jej twarz złagodniała przy wzmiance o Aleksandrze - Jest skuteczny.  
- Nie. Nie ze mną. - bardzo szybko wykorzystał jej słabość. Wziął ją w 

ramiona, opuścił z powrotem na łóżko i pocałował ją. Pocałował z całą 
stłumioną namiętnością, która szalała w nim od dawna.  

Gdy objęła go za szyję a jej oddech dopasował się do jego oddechu, jego 

długie palce powędrowały na jej brzuch.  

Jej skóra była jak aksamit, a gdy ją pogłaskał jej nogi poruszyły się 

niespokojnie.  

Zawsze była taka, pragnąca go z rozpaczą, która zabierała go poza jego 

czarno-białą sferę mądrości i rozwagi aż do świata ochlapanego intensywnym 
kolorem. Cała jej namiętność była dla niego. Nigdy nie wątpił w to.  

Teraz kolejny raz będzie mógł posiąść jej ciało, usłyszeć jej krzyk w jego 

uszach, wiedzieć że ta kobieta należy…  

Wibrowanie przy jego pasku zatrzymało go na miejscu.  
Jego pager. Jego pager zadzwonił.  
Jak kubeł lodowatej wody, rozmowa telefoniczna o obowiązkach 

oderwała go z jego śpiączki wywołanej przez namiętność do świata realnego 
gdzie wszystko było czarno-białe.  

background image

Rozdział 13 

Douglas wstał. Popatrzył na pager przy jego pasku. Powiedział - Muszę 

iść - poprawił swój krawat i wyszedł.  

Po prostu wyszedł.  
Firebird leżała tu, rozłożona na jego łóżku, jej dżinsach wokół jej kostek, 

jej stanik wokół jej szyi, jej sweter nad piersiami - a on poprawił swój krawat?  

Wstała tak szybko, że potknęła się przypadkiem o swoje dżinsy.  
Poprawił swój krawat. To było wszystko, czego potrzebował aby 

wyglądać jak wcześniej zanim pocałował ją, zanim błądził rękami po jej ciele, 
zanim zdjął jej stanik i użył jej swetra aby... Zadrżała ponieważ przypomniała 
sobie dotyk kaszmiru na jej sutkach.  

Wtedy jego pager bipnął, wstał, opanował się, poprawił krawat i zostawił 

ją tu wyglądającą jak zdzira.  

Podciągnęła swoje spodnie. Zapięła stanik. Poprawiła sweter.  
To łajdak.  
Musi stąd wyjść. Musi stąd wyjść teraz.  
Maszerowała na dół i wyszarpnęła płaszcz z krzesła kuchennego.  
Pojedzie prosto do Blythe, do jej rodziny, do jej syna. Będą rozczarowani 

gdy wróci bez rozwiązania. Aleksander będzie zmartwiony gdy nie zobaczy 
swojego tatusia. Ale na pewno ucieszą się, że zobaczyć ją. Ona nie należy do ich 
rodziny, ale kochają ją. Tak kochają.  

Wyszła przez drzwi frontowe. Wiatr owiał jej twarz. Pobiegła do 

samochodu i trzasnęła drzwiami tak mocno jak mogła - i chciała by móc zrobić 
to jeszcze raz. Odjechała z podjazdu Douglasa - jej opony zapiszczały.  

Gdy  wjechała  do  Rocky  Cliffs  w  poszukiwaniu  poczty,  jej  telefon  

komórkowy zadzwonił. Nie odebrała. Mówiła sobie, że to dlatego że prowadzi, 
ale prawda była taka, że nie chciała rozmawiać z jej matką albo braćmi albo 
szwagierkami. Nie chciała wyjaśniać co robi ani dlaczego, albo zapewniać ich, 
że dobrze się czuje i nie muszą się martwić. Chciała zrobić to co musi zrobić i 
powiedzieć im o tym później.  

I zachowywała się trochę dziecinnie, ale chciała by martwili się trochę o 

nią.  

Sygnał nagranej wiadomości na poczcie głosowej zmusił ją do 

zatrzymania się na parkingu przy poczcie i wysłuchania jej. 

- Cześć, Firebird, tu Ann. Jasha chciał zadzwonić, ale wiedziałam, że 

będzie Ci suszył głowę abyś wracała do domu, więc nie pozwoliłam mu. Ale 
pomyśleliśmy, że powinnaś wiedzieć, że chłopcy i twoja mama poszli odwiedzić 
Pannę Joyce dziś rano. Przyznała się do zamieniania dzieci. Ona, dokładnie nie 
powiedziała skąd cię wzięła. Powiedziała tylko, że jesteś jedną z tych 
„porzuconych” współczuję, że nie mogę powiedzieć ci więcej. 

Jedną z porzuconych... Co dokładnie to mogło znaczyć?  

background image

Ale  Ann kontynuowała - Powiedziała również, że zabrała  nowo 

narodzonego chłopca i pojechała do Nevady i zostawiła go na pustyni. Bardzo 
biblijnie.  

Było tego więcej. Jakieś czułe komentarze, raport co Aleksander zjadł na 

śniadania, kilka dyskretnych pytań o tatusia Aleksandra i Ann skończyła.  

Pierdoły.  
Firebird walnęła w swoją kierownicę.  
Nie chciała tego. Nie potrzebowała tego. Była niezależną kobietą. Jedyną 

zaletą odkrycia, że nie jest jedną z Wildersów, to tylko to że nie jest związana 
paktem.  

Tak naprawdę to co się zmieniło? Douglas jest wściekły na nią. Była 

niechętna. Jej duma została obalona. Wiara w moc jej własnej wola słusznie 
została zachwiana.  

Wciąż był ojcem jej dziecka.  
Wyjęła analizę DNA ze swojej kieszeni i patrzyła na kopertę. Uczelniane 

laboratorium w Seattle, Szpital gdzie znali rodzinę Wilderów i obiecali 
przyspieszyć postępowanie.  

Wrzuciła do skrzynki pocztowej i wróciła z powrotem na ulicę.  
Jej osobiste uczucia nie liczyły się. Nie teraz. Nie mogła pozwolić sobie 

aby odstraszyło ją kilka surowych słów, wątpliwości Douglasa co do niej. Los 
jej rodziny, jedynej rodziny jaką kiedykolwiek miała, spoczywał w rękach 
Douglasa.  

Co ważniejsze, Ann przypomniała Firebird bardzo ważną rzecz - dom był 

niewielki - i osoba, która żyła z nimi nie miała żadnej prywatności. Firebird 
zatęskniła za swoim dzieckiem ale nie chciała jeszcze wracać do domu.  

Zawróciła w kierunku domu Douglasa. Wzięła głęboki, uspokajający 

oddech.  

Nie spała przez trzydzieści sześć godzin, a przez te trzydzieści sześć 

godzin, stanęła przed większą ilością problemów niż jakakolwiek osoba. Padała 
ze zmęczenia. Może reagowała zbyt mocno. Jej gniew przeminął, wiedziała, że 
wraca do jaskini lwa. Ale wróci do starego Quackenbush. Zamierza położyć się 
w łóżku Douglasa i zdrzemnąć się. Być może on jest zimnym, bez serca 
łajdakiem, który kochał się z kobietą, a następnie stanął, poprawił krawat i 
wyszedł, ale przynajmniej nigdy nie zadawał pytań o jej uczucia. Jak pamiętała, 
nie troszczył się o jej uczucia, a w tym momencie to jej odpowiadało.  

Wjechała na podjazd z boku domu, zaparkowała i wysiadła.  
Douglas Black troszczył się tylko o jedno - o siebie.  
Gdy Doug zatrzymał się z przodu swojego domu i zaparkował jego 

policyjny wóz patrolowy mówił sobie, że było by dużo spokojniej gdyby 
Firebird wyszła już. I tak zrobiła. Spaliła gumę wyjeżdżając z jego podjazdu. 
Zgadywał, że nie pragnęła go jako ojca dla swojego syna.  

Trzasnął drzwiami samochodowymi i przeszedł do domu.  

background image

Był zły. Nie mogła powstrzymać go teraz. Wiedział o dziecku i potępił by 

sam siebie gdyby pozwolić aby jego syn dorastając, zawsze zastanawiał się kim 
jego rodzice byli, co zrobił że nienawidzili go tak bardzo.  

Rozejrzał się po kuchni. Było pusto.  
I potępił by siebie gdyby pozwolił tym braciom, których uwielbiała tak 

bardzo by go zastępowali. Powinna przywyknąć do pomysłu, że Doug Black 
będzie w jej życiu na dobre.  

Wdrapał się na schody, jego buty waliły mocno na każdym kroku.  
Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale będzie go potrzebować kiedy…  
Z dołu złapał jej zapach, zostawiony uparcie.  
Będzie potrzebowała go gdy jego plany zostaną zrealizowane. To będzie 

zaraz...  

Stał w drzwiach sypialni i wpatrywał się.  
Bryła w kształcie kobiety leżała pod jego pościelą.  
Podszedł ze spóźnioną ostrożnością do boku łóżka i spojrzał w dół.  
Jej blond włosy były porozrzucane po poduszce. Jeden bok jej twarzy był 

różowy i miała odciśnięte wzory z poduszki. Jej oczy były otwarte i podniosła 
wzrok na niego ze wstrętem - Głośniej już nie można?  

- Myślałem, że uciekłaś.  
- Uciekłam? - rozciągnęła się - Przed czym?  
Ok. Robiła dobrą robotę pokazując mu gdzie jego miejsce.  
Jakiekolwiek miejsce to było. Dorywczy kochanek? Ojciec Aleksandra?  
Co by ona powiedziała kiedy zostanie jej wybawcą?  
- Co robimy na obiad? - spuściła nogi z łóżka.  
Była całkowicie ubrana.  
Cholera - Możemy zjeść tutaj.  
- Twoja lodówka jest pusta. - zabrzmiała jak dziewczyna którą znał, która 

uwielbia gotować i jeść, dziewczyna dla której zbudował...  

Gdyby wiedział, kupiłby artykuły spożywcze.  Ale  nie  wiedział. 

Oczekiwał, że ona wyjdzie. Za to, była tu, zachowując się praktycznie i 
normalnie jakby nie walczyli, jakby nic się nie stało.  

- Więc co robimy na obiad? - powtórzyła.  
- Jest pewne miejsce w górze na klifie, podają tam owoce morza. Całkiem 

dobre.  

Niecierpliwie, zapytała - A co jest najlepsze?  
- Pizza Mario w starym domu jakieś trzy ulice dalej - nachylił się ku niej. 

Nie dotknął jej. Było by to zbyt kuszące. Ale przechylił się.  

Nie zauważyła tego. Za to postanowiła - Więc tam idziemy. Możemy 

pojechać twoim policyjnym wozem. Nigdy nie byłam w policyjnym wozie. - 
uśmiechnęła się przyjaźnie.  

Czy mu się to podobało czy nie - a nie podobało - jej propozycja 

spowodowała, że jego serce podskoczyło. Ale nie odwzajemnił uśmiechu.  

background image

Czasami, myślał, że zapomniał już jak to się robi - On jest tylko do spraw 

służbowych.  

Jej twarz posmutniała.  
- Weźmiemy Beamera - powiedział - Jest milszy. 
- Chcesz popisać się swoim Beemerem. - dokuczała. Podeszła do lustra, 

poprawiła swoje włosy, złapała się za policzki i potrząsnęła głową - Muszę się 
odświeżyć - szła wolnym krokiem do łazienki z taką pewnością siebie jakby to 
miejsce należało także do niej.  

Wpatrywał się w zamknięte drzwi, z uczuciem zadowolenia  i 

zdegustowania w tym samym czasie i z lekka zainteresowany że poczuł 
cokolwiek. Ostatnim razem pozwolił sobie mieć nadzieję, że skończy w 
pojedynkę, zły i roztrzaskany i poprzysiągł sobie, że nikt nigdy nie pokona 
znowu jego barier.  

Teraz, zagrała każdy akord w jego duszy tak jak jakiś mistrzowski 

pianista na niskiej jakości instrumencie.  

Nie. Nie pozwoli jej złamać go jeszcze raz. Tym razem, zamierzała 

współpracować. Nie miała wyboru. Wiedział gdzie mieszka. Wiedział o jej synu 
- i czy jej się to podoba czy nie - będzie dzielił opiekę nad chłopcem - opiekę 
nad Aleksandrem... do czasu gdy inne postanowienia będą mogły być zrobione.  

Jego spojrzenie powędrowało do jej torebki, leżącej na stoliku przy łóżku.  
Bez skrupułów, otworzył ją i przejrzał jej zawartość. Był tam jej portfel z 

około stoma dolarami, tanie okulary przeciwsłoneczne, mały organizator z 
notatkami, koperta pełna zdjęć, szminka, puder i jej telefon komórkowy.  

Otworzył go gwałtownie zauważył, że ostatnia rozmowa telefoniczna 

przyszła dziś po południu ze stanu waszyngtońskiego. Przejrzał menu i 
stwierdził, że to jest od niej z domu. Znalazł inne numery do J Wilder, R Wilder, 
Wilder, i T Wilder, numer Seattle Swedish Hospital i biznesowe numery 
zapisane pod Szarvas Sztuka Studio.  

Skopiował te wszystkie numery do swojego notebooka.  
Nie ucieknie od niego znowu.  
Jak już odłożył wszystko, powiedziała z otworu drzwiowego - Co robisz?  
Mimochodem, spojrzał w jej kierunku.  
Wyglądała tak samo - miała trochę wilgoci wokół linii włosów, ale jednak 

pięknie. Jej niebieskie oczy były lodowate, jej hojne wargi naprężyły się i 
tupnęła swoją stopą.  

Odłożył jej torebkę na miejsce - Przewróciła się.  
- Myślałam, że sprawdzałeś czy nie przyniosłam ukrytej broni.  
- Nie. - wrócił do miejsca pośrodku pokoju.  
Weszła do pokoju, obserwując go z każdej strony.  
Firebird jakoś dowiedziała się co robił?  
A jeśli tak, to co zrobi dla niego aby utrzymać w tajemnicy te numery 

telefonów?  

background image

Rozdział 14  

- Ładny samochód - Firebird przejrzała guziki. Ogrzała swoje siedzenie, 

obniżyła temperaturę po jej stronie samochodu, przełączyła z płyty na radio, 
otworzyła szyberdach, a kiedy zadrżała, zamknęła go - Jak może glina na pensji 
pozwolić sobie na BMW X5? To jest Samochód warty 60 000 dolarów.  

Ton był niedbały. To nie było pytanie.  
Chciała sprawdzić historię GPS-u.  
Złapał jej ręka i odsunął od pulpitu - Oszczędzałem.  
- Zakupiłeś też dom. Widać jesteś bardzo oszczędny.  
- Uprawiam hazard.  
- Naprawdę? - rozparła się na swoim miejscu i przyglądała się mu przy 

blasku tablicy przyrządów - Od tego uzależniasz swój byt?  

Zajechał na parking Mario, wyłączył silnik i spojrzał na nią, jego objęło 

siedzenie - Wątpisz w to?  

Przyjrzała się mu, rozważała co wiedziała o nim, badała co teraz mogła 

zobaczyć - Nie. Myślę, że masz bardzo pokerową twarz, a kiedy uprawiasz 
hazard, wygrywasz.  

- Dokładnie - wyszedł i pomógł wyjść jej z pojazdu - Całe życie jest grą, 

więc gram żeby zwyciężyć. 

Gdy  zbliżyli  się  do  drzwi,  Mario  rozsunął  je  energicznie  -  Witamy!  

Witamy! Chłodny dziś wieczór, prawda? Zbiera się na burzę! Proszę za mną! - 
jego włoski akcent był bardzo pozerski tak samo jak jego rozrzutne wąsy, ale 
jego pizzeria była ciepła, z ogniem w palenisku i zapachem pizzy. Pomimo że 
było już późno i prawie żadnych turystów w mieście, restauracja była więcej niż 
w połowie pełna - Mario naprawdę podaje najlepsze posiłki w mieście.  

Gdy Mario towarzyszył im do stołu, Doug przytakiwał ludziom, których 

znał. Jedno kiwnięcie głową, oznaczające że zauważył ich, ale nie prosił o 
sympatię.  

Uważał za  łatwiejsze zachowywanie dystans  niż próbowanie się 

zaprzyjaźnić.  Przyjaciele  oczekiwali by, że będzie  rozmawiał,  będzie 
towarzyski, będzie pamiętał ich imiona, imiona ich dzieci i psów. Chcieliby by 
dzielił się z nimi swoimi doświadczeniami. Dla człowieka takiego jak on, 
przyjaciele za bardzo przeszkadzali.  

- Proszę. Narożnik! Mój najlepszy stół! - Mario przytrzymał krzesło 

Firebird - Ty, kochasiu jako policjant patrolujący ulice, możesz usiąść tyłem do 
ściany. Wiem, że gliny lubią mieć ścianę za plecami. A twoja ładna pani może 
siedzieć przy oknie wychodzącym na dolinę i ocean. Doskonale, prawda?  

- Wspaniale - Firebird klepała rękę Mario - Dziękuję. Jesteś wspaniałym 

gospodarzem.  

Doug przyjrzał się wyraźnie, jak Firebird odprężył się ponieważ uważała 

ponad szalejącym oceanem, ciemne chmury podzieliły przez odpryski 

background image

umieszczania słońca, i światła, które nadchodziły poniżej, jeden po drugim, jak 
stałe świetliki.  

I uśmiechnął się. Krótko, boleśnie, ale zrobił uśmiech.  
-  Taka  ładna  pani!  -  Mario  użył  swoich  rąk  by  obramować  jej  twarz  dla  

Douga - Ale Ty wiesz, o tym heh? Dla ciebie, dziś wieczorem, oddaje swojego 
najlepszego kelnera, Quentina. I pozwolę sobie własnoręcznie przygotować 
posiłek twojego życia! - poruszył palcami ponad stołem i oddalił się tanecznym 
krokiem w kierunku kuchni.  

Firebird popatrzył na niego z pełnym niedowierzania uśmiechem - Co za 

miły człowiek. 

- Ten akcent... on nie jest Włochem bardziej niż Ty.  
Wzdrygnęła się jakby Doug dźgnął ją nożem - Nigdy nie wiadomo. 

Mogła bym być. - zanim zdążył mrugnąć przeszła do ataku - A Ty jesteś 
ostatnią osobą, która mogła by się spierać czy on jest tym za kogo się podaje. 

- Co masz na myśli?  
- Jest dużo rzeczy, których mi nie powiedziałeś o sobie.  
Tak. I dużo więcej nie miał zamiaru powiedzieć jej.  
- Nie mamy tutaj rozmawiać o mnie. Mamy rozmawiać o naszym synu, 

zdecydować jak załatwimy sprawę przedstawiania mnie mu.  

- Nie martw się o to. On spodziewa się ciebie. Powiedziałam mu, że 

zamierzam sprowadzić jego tatusia.  

Doug zesztywniał. Był tak urażony o opuszczanie pierwszych lat 

Aleksandra, że nie rozważał rzeczywistego spotykania z dzieckiem. Czego 
Aleksander oczekiwał? Będzie rozczarowany? Doug miał już dotyczenie z 
dziećmi, gdy dorastał musiał opiekować się innymi, a jako funkcjonariusz 
policji, miał doczynienie z przerażonymi albo skrzywdzonymi dziećmi.  

Ale teraz... teraz było inaczej. To był jego syn.  
- Co powiedział?  
- On pragnie tatusia. Zawsze chciał tylko tego. - uśmiechnęła się 

ponieważ widziała jak walczy z tremą - Ty jesteś jego najbardziej kochaną 
fantazją.  

- Nigdy wcześniej nie byłem niczyją najbardziej kochana fantazja.  
- Nie powiedziałbym - szepnęła.  
Brzoskwiniowe miękkie krągłości jej policzka, jej uśmiech przypomniał 

mu o tych wczesnych dniach zalotów do niej, gdy patrzała na niego jakby był jej 
rycerzem w świecącej zbroi.  

A teraz siedzą tu prawie trzy lata później, z goryczą między nimi, której 

nie łatwo się pozbyć - Uciekłaś.  

Gdy tak wpatrywała się w niego, jej całe ciepło uciekło, zostawiając 

kobietę, która umiała rozpoznać kłopoty gdy tylko je zobaczyła - Czasami 
fantazja jest innym określeniem dla koszmaru.  

- Co zrobiłem, że to sprawiło, że pomyślałaś o mnie jak o koszmarze?  
- Zmieniłeś się.  

background image

Odsunął się. Co miała na myśli?  
Zamknęła oczy ukrywając swoje myśli. Wyjęła kopertę ze swojej torebki, 

wyjęła pierwsze zdjęcie i położyła na stole - To Aleksander czytający książkę.  

Zmieniała temat z wielkim zapałem. On powinien kontynuować, ale 

powiedziała, że zmienił się. Po raz pierwszy odłożył na bok swój gniew i urazę i 
zastanawiał się, Czy to rozdzielenie się było jakoś jego winą? 

Wtedy zobaczył, jak mocnej budowy brzdąc siedział w olbrzymiej 

leżance, marszcząc brwi nad jakimś rodzajem romansu dla kobiet. Dziecko 
trzymało książkę do góry nogami, a nieumiejący powstrzymać się, Doug sięgnął 
po zdjęcie, podniósł je i zalała go czułość. Odchrząknął i przestudiował zdjęcie, 
odchrząknął jeszcze raz i zapytał - Czy on nie jest trochę za młody na taki rodzaj 
książek?  

- Nigdy nie jest się za młodym na romans. - umieściła kolejne zdjęcie na 

stole - To Aleksander bawiący się na śniegu. W zeszłym tygodniu spadło osiem 
cali w jedną noc. - zdała sobie sprawę co powiedziała i wtedy zaczęła mówić 
szybciej jakby miała nadzieję, że nie pojął - To Aleksander układający puzzle.  

Chłopiec miał brązowe oczy, które Doug widział co poranek w lustrze.  
- Oto Aleksander z jego wujami - powiedziała.  
Dwaj wysocy i mocno zbudowani mężczyźni, bardzo do siebie podobni 

stali w kuchni. Wyciągnęli swoje ręce a Aleksander stał na nich utrzymując 
równowagę. Trzy identyczne psotne uśmiechy widniały na zdjęciu.  

- Nie było mnie tam gdy robili to zdjęcie - Firebird potrząsnęła głową - 

Moi bracia myślą, że Aleksander jest ich zabawką, a jeśli pozwoliła bym na to, 
spędzałby cały swój czas chodzeniu po drzewach i uczeniu się strzelać.  

- Strzelać - Doug podniósł swoje brwi - Mając dwa i pół roku?  
- Kosze. Moi bracia są zwariowani na punkcie koszykówki.  
- Umhm. - Doug nie sądził, że to jest co miała na myśli.  
- Oto moja mama nosząca Aleksandra żeby go uśpić - twarz Firebird 

złagodniała i uśmiechnęła się do zdjęcia - On jest już prawie większy od niej, 
ale ona nie postawi go. Ona mówi, że on śpi lepiej gdy się nosi.  

Kobieta była drobna. Chłopiec był mocnej budowy. Sympatia, z którą 

trzymała w ramionach dziecko była oczywista - Jest uparta - Doug powiedział.  

- Ona jest Romką. Cyganką. Najbardziej kochająca kobieta na całym 

świecie, ale ma także swoją złą stronę. Potrafi wyrwać serce łyżeczką - Firebird 
wyjęła ostatnie zdjęcie z koperty i umieściła przed nim - To jest Aleksander z 
jego dziadziusiem.  

Doug obejrzał zdjęcie, na którym chłopiec dumnie siedział na kolanach 

starca - Twój ojciec jest chory.  

- Tak.  
- Co mu jest?  
Siliła się na uśmiech - Cierpi z powodu połączenia dawnych grzechów, 

dobrego małżeństwa i paktu z… 

Kelner pojawił się i podał im wino teatralnym gestem - Sir?  

background image

Przeklęty wybrał najgorszy moment na świecie. Doug mógł kopnąć go, aż 

przeleciał by w poprzek restauracji.  

Quentin wiedział o tym - Mogę wrócić później - powiedział pośpiesznie.  
Doug spojrzał na Firebird. Trzymała głowę pochyloną w dół ponieważ 

zbierała zdjęcia do koperty. 

- Nie - ta chwila odeszła.  
Spojrzała na etykietę na butelce - Niech pani spróbuje. - jej rodzina miała 

interes winiarski: jej tata uprawiał winogrona, jej brat posiadał winnicę, a Doug 
zawsze był zdumiony jej wiedzą o tym.  

Podczas gdy Quentin nalewał małą ilość wina do szkła, Firebird 

popchnęła zdjęcia w kierunku Douga - Ja przyniosłam je dla ciebie. 
Pomyślałam, że będziesz chciał mieć je aby spoglądać podczas gdy ty 
będziesz... myślał. - poczuła smak wina i kiwnęła głową - Bardzo dobre. 
Douglas, zamówiłbyś dla nas?  

Nie była tak ufna wcześniej. Albo może nie była tak skłonna na 

pozwalanie mu brać sprawy w swoje ręce - Poproszę sałatki domowe i średnią 
pizzę z kurczakiem i czosnkiem. - odprawił kelnera - Jeśli obydwoje zjemy 
czosnek, wciąż będę mógł cię całować później.  

Zignorowała to - Czosnek i kurczak? Pizza brzmi zdrowo.  
- Nie. Zbyt dużo sera. - włożył kopertę do swojej kieszeni w koszuli.  
Drzwi otworzyły się i przyjrzał się, jak dwóch dużych, o szorstkim 

wyglądzie facetów wkroczyło do środka. Nie widział ich w mieście wcześniej i 
jednym spojrzeniem, skatalogował wszystko o nich. Jeden brązowe włosy, drugi 
włosy blond. Kwadratowe brody. Tendencyjne, prawie azjatyckie oczy. 
Nieporęczne ramiona i klatki piersiowe. Prawdopodobnie bracia. Z pewnością 
kłopoty.  

- Co? - spojrzała do tyłu, ale natychmiast odwróciła się powrotem - Oh.  
- Co to oznacza? - Doug zapytał.  
Mario posadził ich niedaleko łazienek.  
- To są dwaj budowlańcy z baru gdzie jadłam śniadanie dziś rano.  
Doug skupiony na Firebird, dostrzegł grymas na jej twarzy - Co oni 

zrobili?  

- Zagwizdali i obejrzeli mnie od stup do głowy.  
- Nie mogę ich winić za dobry gust - sączył wino i czuł smak pieprzu i 

czeremchy, przyprawy i słodkości i myślał jak bardzo to wino przypomina 
Firebird, skomplikowane i bogate... i uzależniające.  

- Dziękuję, ale jest oglądanie i jest oglądanie, jeśli wiesz co mam na 

myśli. Ci faceci mogli by nauczyć się kilku rzeczy o byciu uprzejmym od King 
Konga.  

Doug kiwnął głową - Popytam o nich. Miasta nie jest duże. Ktoś powinien 

wiedzieć jeśli sprawiają jakieś problemy.  

background image

- Nie próbuję ściągnąć na nich kłopotów - głos Firebird był niski i mocny 

- Nie powiedziałam, że jest z nimi coś nie tak. Powiedziałam tylko, że są 
wstrętni.  

- Ufam twoim instynktom.  
- Naprawdę? Dlaczego?  
Ponieważ wiedziałeś, że ze mną jest coś nie tak i uciekłaś. Ale teraz nie 

był odpowiedni czas żeby przyznać się do tego. Nie gdy była tu z nim, dzieląc 
jego posiłek i jego wino, pokazując mu jej zdjęcia... dając mu jego syna.  

Jego syn. Ze wszystkich możliwych rzeczy, o których myślał kiedy 

odeszła, nigdy nie wyobraził sobie, że odchodzi ponieważ stworzyli dziecko. 
Pomysł bycia ojcem... to napełniało go dumą i strachem. Co człowiek taki jak 
on wiedział o odpowiedzialności i wychowaniu dziecka? Kierując się swoimi 
wątpliwościami, zapytał - Dlaczego uciekłaś ode mnie? Pomyślałaś, że będę 
złym ojcem?  

- Nie pomyślałam o tym. Nie wiedziałam tego. Jak mogła bym?  
- Co masz na myśli?  
- Nie wiedziałam niczego o tobie. Mówiłam ci o moim ojcu, mojej matce i 

moich braciach. Mówiłam ci o moim najlepszym przyjacielu. Mówiłam ci o 
wypadku na gimnastyce, wszystkich operacjach, dzięki którym moja noga 
wróciła do sprawności. - odchyliła się - A Ty powiedziałeś mi dokładnie... nic.  

- Nie ma nic do powiedzenia.  
- Bardzo pomocne - wyśmiewała się - Przecież musisz mieć jakieś 

wspomnienia, którymi możesz się podzielić. Przecież, nie urodziłeś się w dniu 
kiedy Cię spotkałam.  

Był obecny twardy, wyprostowany i wpatrywał się w nią.  
Chciała wiedzieć o nim? Wszystko o nim? Wątpił w to. Wątpił w to 

bardzo.  

Ale na Boga, zapytała. Więc niech się dowie komu pozwoliła wejść do 

swojego życia.  

- Nie. Urodziłem się dwadzieścia trzy lata temu. Jakoś około czwartego 

lipca. Oni nie są pewni dokładnie w jakim dniu się urodziłem, ponieważ moi 
rodzice pozbyli się mnie, nagiego na pustyni Nevada i ruszył z miejsca nie 
oglądając się za siebie. 

background image

Rozdział 15  

Firebird wyglądał dziwnie. Z miną jakby ugryzła cytrynę. I w 

rzeczywistości położyła swoją rękę na swoim sercu jakby jej zaszkodziła - Ja 
również urodziłam się na czwarty lipca. Jak przeżyłeś? - jej oczy wyglądały na 
duże, niebieskie i smutne.  

- Jakiś ranczer miał kłopoty z kojotami atakującymi jego owcę, i 

obserwował stado i wtedy zaczął strzelać. Wszyscy uciekli z wyjątkiem jednego.  

- Samicy - ostrożnie, Firebird podniósł swoje wino i wypił łyk.  
- Tak. Skąd wiedziałaś?  
- Rozumiem zachowanie stada lepiej niż większość ludzi.  
- Nie wątpię, że tak jest - spotkali swoje spojrzenia i przez dłuższą chwilę 

patrzyli w ciszy ponieważ zmuszał ją siłą woli do ufania mu, powiedzenia mu… 

- Co zrobiła samica? - Firebird zapytała.  
Doug musiał pamiętać, że - Firebird nie ufa mu. To było nazbyt oczywiste 

- Ona leżała na czymś. Nie poruszyła się. Ranczer był gotowy zastrzelić ją. Ale 
usłyszał, jak coś zapłakało, pomyślał, że to zabrzmiało jak dziecko i podszedł 
żeby sprawdzić. Boże pobłogosław bestię. - większość czasu Doug tak właśnie 
myślał, ale czasami... czasami myślał, że było by lepiej gdyby umarł.  

- To byłeś Ty. Mama kojot ogrzewała Cię. - Firebird śmiała się jąkającym 

śmiech. Wtedy, jakby odpowiadała sobie, powiedziała - Ależ oczywiście że tak 
było. Nie mam racji?  

- Ranczer również tak powiedział. Owinął mnie swoim płaszczem i zabrał 

do jego samochodu, wyciągnął mamkę dla owiec i nakarmił mnie owczym 
mlekiem. - Doug popatrzył na nią, spodziewając się wstrząsu, że został 
porzucony, może współczucia, może źle niepokoju, że ojciec jej syna pochodzi z 
takiej mało wartościowej rodziny. - On wezwał opiekę społeczną. Zabrali mnie i 
wzywali moich rodziców do ujawnienia się.  

- Czy to był jakiś duży temat w wiadomościach? - popatrzyła jakby 

chciała wchłonąć każde jego słowo.  

- Nie. Kilka ogłoszeń w lokalnej prasie. A dlaczego pytasz?  
- Wydaje się że dziennikarze lubią takie historie chwytające za serce?  
- To byłaby chwytająca za serce historia, gdyby moi rodzic zgłosili się po 

mnie. Ale oni nie pojawili się a ja byłem prawie martwy - oparzenia drugiego 
stopnia od słońca, niedożywiony, i odwodniony. Najwyraźniej przepłakałem 
swój pierwszy rok życia. 

- Nie byłeś potencjalnym kandydatem na adopcję.  
- Nie. Mój nauczyciel z pierwszej klasy powiedział mi, że urodziłem się z 

odłamkiem w swoim ramieniu i że gdybym nie wyprostował się, to szybko 
poszedł bym do piekła. - Zabawne. Nie pamiętał o tym aż do dzisiaj.  

Firebird posmutniała - To nie coś co można powiedzieć pierwszoklasiście.  

background image

- Moimi pierwszymi wspomnieniami było jak wyrównywałem rachunku - 

uśmiechnął się złośliwie - Nie martw się. Dokopałem jej.  

Zaskoczył Firebird i zaśmiała się - Pobiłeś dziewczynę?  
- Miałem cztery lata. Ona miała szesnaście, była jedną z wolontariuszek w 

Ośrodku Pomocy Społecznej. Chciała opiekować się dziećmi, nie gromadką 
zasmarkanych krasnali, więc szykanowała małą dziewczynkę, która nosiła 
okulary jak denka od butelek i jąkała się.  

Uśmiech Firebird przygasł.  
Wyobraził sobie szesnastolatkę przekonaną o swojej nieomylności, 

zadowolona z siebie i słyszał jej krzyki gdy uderzył ją w jej miękki, obwisły 
brzuch - Boże, nienawidzę łobuzów.  

- Czy to dlatego zostałeś policjantem? - jak zawsze, Firebird zobaczyła 

więcej niż większość ludzi.  

- Nie, zrobiłem to ponieważ pomyślałem, że jest to najłatwiejszy sposób 

aby wytropić moją rodzinę bez ujawniania się i dodatkowych opłat. - niech ona 
zrobi z tym co chce.  

- I dlatego, że nie lubisz łobuzów. - uśmiechnęła się do niego.  
Chciał wyprowadzić ją z błędu, wtedy pomyślał, że skoro ona chce 

myśleć o nim jak najlepiej to kim on jest aby ją powstrzymywać? - Pewnie. W 
każdym razie, nikt nie wybrał mnie do adopcji i żyłem w sierocińcu i w 
rodzinach zastępczych do czasu gdy... Uciekłem.  

Firebird wzięła go za rękę, którą zacisnął w pięść na stole - Czy wszystko 

było tak okropne? - zapytała.  

- Nie wszystko.  
- Tak myślałam - oparła się i pozwoliła kelnerowi postawić sałatkę przed 

nią.  

- Co masz na myśli?  
Podniosła swój widelec - Ktoś nauczył cię być dobrym.  
Tak, kochanie możesz sobie tak myśleć. 
Ale to był zawsze kłopoty z Firebird. Lubiła ludzi. Nie była głupia, 

ostrożnie obchodziła się z nieznajomymi i wiedziała jak się obronić. Ale po 
pierwszym wrażeniu, myślała dobrze o każdym, a kiedy Doug podszedł do niej 
przy kampusie, natychmiast umieściła go na swojej liście bohaterów 
pozytywnych.  

Rzecz w tym, że jak był z nią, próbował  żyć tak aby spełnić jej 

oczekiwania. Co on do diabła sobie myślał, nigdy nie wiedział... No cóż 
wiedział. Myślał, że będzie grał swoją rolę aby znaleźć się między jej nogami. 

Proste. Wyraźne.  
Kłopot w tym, że siedząc tutaj myślał o tym samym.  
- Dobra sałatka! - powiedziała - Umieram z głodu. 
- Zawsze jesteś głodna - miał o niej takie zdanie.  
- Tak - zgodziła się wesoło - Nie mogę doczekać się na pizzę.  

background image

Gdy pomyślał sobie jak blisko dziś po południu był tego aby się z nią 

kochać, chciał krzyczeć na kierowcę który stoczył się z drogi. Ale wzrok rannej 
kobiety skłonił go do zmiany zdania. Za to pomógł pracownikom medycznym 
załadować ją do ambulansu, kierował gruntownym sprzątaniem i ochoczo ruszył 
z powrotem do domu jak szczenię na smyczy czy, której drugi koniec trzymała 
Firebird.  

Nawet gorzej, zrobił tak myśląc, że wyjechała.  
Zjadł swoją sałatkę szybko - glina zjadła tak szybko jak może, ponieważ 

nigdy nie wie kiedy będzie miał czas na następny posiłek - i mówił dalej - Kiedy 
miałem osiem lat, wpakowałem się w kłopoty w Carson City. Organizowanie 
gangu do kradzieży sklepowych.  

Firebird zamarła w widelcem w połowie drogi do ust.  
- Zostałem osądzony i zdecydowali się wysłać mnie do Las Vegas.  
- Las Vegas? Genialnie - mamrotała i odłożyła widelec.  
- Podsunęli diabłu… 
Skrzywiła się.  
- pomysł, który był znakomity. Na szczęście była tam Pani Fuller. Brała 

beznadziejne przypadki takie jak ja i reformowała nas.  

Oczy Firebird błysnęły - Jak?  
- Nie robiła nic. Po prostu żyła w bogactwie i pozwoliła nam dzieciom 

żyć razem z nią. - nie mówił o Pani Fuller od dnia, w którym uciekł ale 
zapamiętał, jej ciepłą, okrągłą, pomarszczoną twarz i nigdy jej nie zapomni - 
Ona była chrześcijanką. Prawdziwą chrześcijanką, nie jedną z tych które są 
religijne w niedzielę a przez resztę tygodnia nie możesz znaleźć w ich czynach 
w ogóle dobroci.  

- Rozumiem - Firebird zrelaksowała się - Jak wiele dzieci ona miała?  
- Zawsze trzymała trójkę, a w nagłych wypadkach takich jak ja, 

dostawiała łóżeczko dziecinne.  

Kelner przyniósł pizzę i teatralnym gestem umieścił ją na stole. Zapach 

czosnku doskonale komponował się z pełną życia skórką. Kurczak umościł się 
w miękkim serze.  

Doug zauważył jak Firebird wciągnęła powietrze i zamknęła oczy z 

zachwytu. Później, zamierzał doprowadzić ją do takiej samej ekstazy na 
twarzy...  

Spojrzał w górę, zobaczył jak Quentin patrzy na nią z taką samą 

fascynacją i tęsknotą.  

Łajdak.  
Doug złapał rękę Quentina i ścisnął. Mocno.  
Quentin skoczył. Jego pełne skruchy spojrzenie przesłał do Douga.  
Doug spiorunował go wzrokiem.  
Quentin zmieszał się, nalał więcej wina, zapytał czy może przynieść im 

coś jeszcze i prysnął stamtąd.  

Firebird popatrzyła zdziwiona - Co mu się stało?  

background image

- Prawdopodobnie miał inne ważne zamówienie - Doug podniósł widelec 

i położył kawałek pizzy na jej talerz - Smacznego.  

Ugryzła kawałek. Jej silne, białe zęby przebiły się przez ser, przez skórkę 

aż westchnęła - Bajeczna. W Blythe, mamy kawiarnię, która podaje śniadanie i 
lunch i to wszystko.  

-  Mieszkasz  w  Blythe?  -  zapytał  płynnie  -  Czy  to  nie  jest  to  małe  

miasteczko w Cascades?  

Patrzała na niego, patrzyła twardo, wtedy zrelaksowała się, jakby podjęła 

decyzję co do niego - Blythe jest tak małe, jak zaokrąglone plecy myszy.  

Jego usta uniosły się w jednym kącie.  
- Mieszkam poza miastem na sześciuset czterdziestu akrach ziemi.  
- To... dużo. - zjadł kęs pizzy, upewnił się, że ma kolejny kawałek gdyż 

skończyła pierwszy. 

- Mamy dolinę zasadzoną przeważnie winogronami i wieloma drzewami 

wokół nas. Mój tata i mama kupili tę ziemię tanio ponieważ nikt jej nie chciał. 
Teraz to jest ich główna własność. - uśmiechnęła się dumnie - Oni dobrze sobie 
poradzili jak na imigrantów, którzy przybyli do tego kraju z niczym.  

- Gdy ich poznam wiem, że ich polubię.  
- Tak. Oni Ciebie również polubią. - w oczach Firebird pojawiły się łzy.  
Nie mógł wyobrazić sobie dlaczego, ale wizja płaczącej Firebird 

przeraziła go. Co zrobiłby? Siedział tam jak kłoda? Poklepał po plecach? 
Pocałował ją i...?  

- Ta pani Fuller - jak długo pracowała nad tobą zanim zostałeś 

zreformowany?  

Cholera. Firebird opanowała się szybko, a kiedy chciała informacji, była 

jak pocisk kierowany za pomocą termo lokalizacji.  

Na szczęście dla niego, był rozgrzany - Pierwszy rok był ciężki.  
- Co uzdrowiło sytuację?  
- Zanim trafiłem do Pani Fuller, nie  miałem zamiaru zostać 

utemperowany. Żyłem na ulicy, kradłem i załatwiałem sprawy dla facetów, 
którzy posiadali kasyna. Mówiła mi, że widzi we mnie potencjał. Opowiedziała 
mi o wielkich ludziach którzy mieli podobne początki. Kazała mi korzystać z 
mojej głowy, dobrze zastanowić się nad przyszłością, studiować i zrobić coś dla 
siebie. Być szefem, nie gońcem. Powiedziała, że jeśli dalej będę postępował jak 
wtedy, to przed dwudziestką będę martwy. - skończył ostatni kawałek pizzy i 
usadowił się wygodnie w swoim krześle - A najważniejsze, powiedziała mi, że 
mogę porozmawiać z nią o wszystkim, a ona zrozumie mnie.  

- Ona wydaje się cudowna.  
- Taka była ale nie słuchałem jej. Przysięgałem, że nie posłuchałam. 

Myślałem, że wiem lepiej niż starsza pani w bogatym domu. Boże, nie 
cierpiałem tych zadowolonych z siebie, twarzy, takich słodkich i niewinnych. 
Nie miałem nawet jednej cholernej rzeczy wspólnej z nimi. Wtedy... 

background image

Wylądowałem  w  niewłaściwym  miejscu,  wykonując  polecenie  dla 
niewłaściwego faceta i niemal zostałem zgwałcony.  

- Och, Douglas. - Firebird sięgnęła przez stół i chwyciła go za rękę.  
Nie potrzebował pocieszenia. To było wiele lat temu i z czasem 

przerażenie i bezsilność przeminęły. Ale pozwolił jej trzymać go nadal, 
obracając swoją rękę aby dopasować się do jej - Na szczęście dla mnie byłem 
dużym dzieckiem i byłem zły i waleczny. Wyrwałem się, nie byłem zbyt 
rozsądny i nie powiedziałem nikomu.  

- Szczególnie pani Fuller.  
Firebird była jedną z tych bystrych kobiet - Szczególnie nie jej, ponieważ 

wiedziałem, że powie „A nie mówiłam”.  

Quentin pojawił się, ostrożnie nie patrząc na Firebird i zapytał - Deser? 

Nasze tiramisu jest słynne na całym świecie.  

- Jest wiele jedzenia słynnego na cały świat tu w Rocky Cliffs. Ale nie 

mogła bym zjeść niczego więcej - Firebird powiedziała z żalem.  

- Może kawa? - kelner zapytał.  
- Kawa bezkofeinowa, proszę - Firebird odpowiedziała.  
-  Dla  mnie  zwykła  -  Doug  wypił  jeden  kieliszek  wina  mimo  to  butelka  

była pusta. Zastanawiał się czy Firebird zdała sobie sprawę, że jest wstawiona, 
że jej gesty są wolniejsze, jej oczy cieplejsze, a jej głos nieznacznie markotny. 
Zastanawiał się czy czułby się winny jakby wykorzystał kobietę pod wpływem 
alkoholu. Podejrzewał, że nie. Nie troszczył się jak albo dlaczego pod 
warunkiem, że wpadła by mu w ramiona.  

Quentin postawił jedną zwykłą i jedną bezkofeinową kawę na stole, 

śmietanką i słodzik i odszedł.  

Doug przyjrzał się, jak Firebird wlała połowę  śmietanki do swojej 

filiżanki, dodawała trzy saszetki cukru i zamieszała energicznie. Zaoferowała 
mu dzbanek ze śmietanką ale potrząsnął swoją głową - Ja wolę czarną.  

- Oczywiście, że tak - powiedziała - Więc jak Pani Fuller dowiedziała się?  
- Ograniczyłem swoją działalność uliczną - bałem się, że człowiek, ten 

który molestował nieletnich znajdzie mnie. Zachowywałem się jak model 
obywatela. - kawa była gorąca i orzeźwiająca, dokładnie taka jakiej potrzebował 
dzisiejszego dnia - Myślałem, że byłem dyskretny po całym tym incydencie.  

- Założę się. 
Podniósł swoje brwi przy jej sceptycznym tonie.  
- Dokładnie wiem jak dyskretny może być głupi chłopiec - wyjaśniła - 

Pamiętaj, mam trzech braci. Prawdopodobnie mogłeś równie dobrze wystrzelić 
fajerwerki.  

- Tak. Pani Fuller kazała mi usiąść, dała mi filiżankę herbaty, jakieś 

ciasteczka, osłabiła mnie... - nigdy nie pomyślał o tym wcześniej ale Pani Fuller 
zrobiłaby wielką karierę jako śledczy policyjny - Wtedy, bam! Zapytała mnie co 
zdarzyło się i pękłem. Zrobiłem z siebie całkowitego głupca. Zacząłem szlochać 

background image

na jej kolanach. Powiedziałem jej wszystko, właśnie tak jak mi wcześniej 
powiedziała, że mogę zrobić. Byłem tak zawstydzony.  

- Wtedy Cię zreformowała?  
- Nie musiała. Po tym, ja sam się zreformowałem.  
- Chodziłeś do szkoły, stałeś się bystry i zrezygnowałeś z życia drobnego 

przestępcy?  

- Przeważnie.  
- A co z facetem, który próbował Cię zgwałcić? Wciąż musiałeś ukrywać 

się przed nim?  

- Interesująca rzecz jeśli chodzi o niego. - oczy Douga zwęziły się - Pani 

Fuller poszła do kasyn i następnego dnia... zniknął z Las Vegas, nigdy go już nie 
zobaczyłem.  

- Cudownie. Pani Fuller miała znajomości. - Firebird drążyła temat - 

Założę się, że wychowuje mnóstwo dzieci, które uciekły z kasyna.  

- Prawdopodobnie - spojrzał nad swoją kawą - Mieszkałem z nią przez 

cztery lata.  

- Cztery lata? Dlaczego tylko cztery lata? - Firebird wpatrywała się w 

niego ponad swoją filiżanką.  

- Musiałem odejść - wspomnienia wciąż bolały.  
- Odejść? Ale musiałeś mieć... ile? Dwanaście lat? Dlaczego odszedłeś?  
On powinien powiedzieć jej? Zrozumiałaby, to co większość kobiet nigdy 

nie mogła by zrozumieć. Ale Firebird była bystra, zbyt bystra. Gdyby 
powiedział jej, zdałaby sobie sprawę, że ich pierwsze spotkanie nie było żadnym 
zbiegiem okoliczności. Wiedziałaby, że śledził ją, i ona na pewno odgadła by 
dlaczego.  

Był całkiem pewny, że nie chce podjąć tej rozmowy publicznie ponieważ 

był całkiem pewny, że ona wścieknie się. Podczas gdy dał znak kelnerowi, 
powiedział jej - Okazało się, że nie mogę mówić jej wszystkiego. Pewnych 
rzeczy Pani Fuller nie była gotowa usłyszeć.  

- Jakich?  
- To nie jest temat do rozmowy w miejscu publicznym - Doug powiedział. 

- Powiem ci... później.  

background image

Rozdział 16 

Później.  
Firebird przyjrzała się Douglasowi, zaczynając od jego zmierzwionej 

blond głowy, idąc przez jego szerokie ramiona a zatrzymując się na jego twarzy 
niezdradzającej żadnych emocji.  

Pozbawiona wyrazu. Kiedy ten człowiek nabył  umiejętność  nie 

pokazywania żadnych uczuć? Nie był taki wcześniej. Dużo częściej się 
uśmiechał i ruszał się bardziej po męsku a mniej jak sztuczna osoba.  

Sprawiał również wrażenie bardzo kompetentnego i całkowicie pewnego 

siebie. Tak jak teraz, zachowywał się jakby wiedział, bez wątpienia, że wróci z 
nim do jego domu.  

Gdyby tak zrobiła, co się wydarzy? Musi to przemyśleć bardzo ostrożnie 

zanim się zgodzi ponieważ ma tylko jedno łóżko, a on na pewno nie ma zamiaru 
spać na krześle. Tak naprawdę, podejrzewała że nie ma zamiaru spać w ogóle.  

Wtedy powiedział to. To zagwarantowało, że pozbyła się niepokoju o 

swoją cnotę - Teraz moja kolej zadawać pytania.  

- Dobrze - odstawiła swoją filiżankę, a jej ręka zadrżała - Zaczynaj.  
- Nigdy nie zapytałaś mnie wcześniej o moją przeszłość. Nie byłaś 

ciekawa. Dlaczego troszczysz się o to teraz?  

- Ze względu na Aleksandra.  
- Chcesz wiedzieć kim tak naprawdę jest jego ojciec. 
- Tak.  
- Dlaczego po tak długim czasie, zdecydowałaś się powiedzieć mi o nim?  
Zaufała Douglasowi aby przejść prosto do sedna sprawy - Chcesz 

prawdy?  

- To byłaby miła odmiana.  
- Ok, powiem ci. - uśmiechnęła się - Ale powiem ci... później.  
Prawie udało się jej go rozśmieszyć - Później, zamierza być jednym 

długim, niezwykłym doświadczeniem.  

Zaripostowała - Później będzie zawierało dużo rozmawiania i mało…  
Mario pojawił się obok stołu - Smakował obiad?  
- Był cudowny. Wszystko było cudowne, ale ciasto! - Firebird pocałował 

swoje palce i uświadomiła sobie, że wypiła zbyt wiele wina - Co za cudowny 
smak. Idealny zaczyn. Moja matka zabiłaby dla twojego przepisu.  

Mario uśmiechnął się promiennie i machał ręką - Nie, nie. To jest 

rodzinna tajemnica mojej starej poczciwej babki na Sycylii. Ale przyprowadź 
swoją matkę i wtedy porozmawiamy.  

-  Bardzo  bym  chciała.  Musimy  załatwić  kilka  spraw  ale  po  tym  

wszystkim będą należały cię jej wakacje. - Firebird wciąż uśmiechnął się, ale 
trochę cierpko.  

background image

W tym śmiertelnie poważnym głosie poczuła, że chce rozprawić się z 

tym, Douglas powiedział - Poproszę rachunek.  

- Dziś wieczorem, na koszt firmy. - Kiedy Douglas zaprotestował, Mario 

stanowczo potrząsnął głową - Ty co tydzień razem z twoimi przyjaciółmi z 
policji albo samemu jadasz u mnie i płacisz. Ale dziś wieczorem, jesteś z 
piękną, młodą damą i byłbym bardzo nie pocieszony gdybym nie postawił jej 
obiadu.  

Zanim Douglas zdołał szorstko odmówić, Firebird podziękowała mu - 

Mario. Jesteś kochany!  

- Wiem. I jeśli ten duży niedojda nie nosił by broni, odbił bym Cię mu. 

Ale niestety. - Mario położył obie ręce na swoim sercu - Muszę cierpieć, albo 
umrzeć.  

- Tak, gdyż twoja żona zabiłaby cię - Douglas powiedział.  
- Ona jest zazdrosną kobietą. Ale mogę jej obwiniać? Teraz - Mario 

wskazał na Quentina, który przyniósł pudełko i dłużą papierową torbę 
papierową  -  Przyjmijcie  dwa  tiramisus  i  butelkę  wina.  -  pochylił  się  nad  
Douglasem i powiedział mu do ucha, ale dość głośno by Firebird usłyszała - Dla 
miłej zabawy, potem. - poklepał go po ramieniu, następnie przytrzymał płaszcz 
Firebird, gdy go zakładała.  

Gdy przeszli przez  restaurację,  Firebird była bardzo świadoma 

romantycznego wyznania Mario, dwóch robotników budowlanych patrzących na 
nią i rozmawiających ze sobą, a przede wszystkim, Douglasa idącego za nią... 
nie, popychającego ją w kierunku drzwi.  

Gdy Douglas otworzył drzwi, wiatr powiał gwałtownie.  
Mario cofnął się szybko - Będzie burza.  
Firebird wciągnęła swoje rękawiczki i zawiązała swój szal mocno wokół 

głowy. Wzięła pudełko.  

- To jest wiatr z nad zatoki. Przez ten wiatr, temperatura spada do minus 

dwudziestu  pięciu  stopni.  -  Doug  nie  chciał  by  zamarzła  zanim  weźmie  ją  do  
łóżka.  

Kiwnęła głową, i zapamiętał - że to on nalegał by to był czas na 

wyznania.  

Miała zamiar rozmawiać. Pierdoły. Kiedy stała się taka zachłanna na 

prawdę?  

- Pośpieszymy się - powiedział do Mario i zabrał butelkę wina i schować 

w jego pojemnej kieszeni płaszcza.  

Wyszli.  
Usłyszał gwałtowny wdech Firebird. Automatycznie wziął jej rękę i 

włożył ją pod jego ramię. Poddała się mu i automatycznie oparła głowę o jego 
ramię.  

Wsadził ją do samochodu i przeszedł na druga stronę samochodu.  
Drzwi restauracji otworzyły się i zamknęły.  

background image

Spojrzał w tamtym kierunku, ale było ciemno. Ktokolwiek to był zniknął 

w ciemnościach, prawdopodobnie wracając na piechotę w kierunku jednego z 
domów na wzgórzu, albo do miasta w kierunku jednego z hoteli.  

Musi zawieść Firebird do swojego domu. Tam będą bezpieczni, 

zabezpieczeni przed wtrącaniem się. Jak tylko tam się dostaną tam, nikt nie 
będzie mógł ich dotknąć.  

Będą mogli rozmawiać.  
Skrzywił się. Tak, obiecał jej, że powie prawdę. Ale Ona także obiecała 

mówić prawdę, więc nie mógł już się doczekać tego.  

Prowadził w kierunku jego domu, domu, który kupił... dla niej. 

Zaparkował w swoim mało ekskluzywnym garażu, który był następny na jego 
liście do remontu i obszedł samochód aby pomóc jej wysiąść. Obrócił ją w 
kierunku drzwi głównych.  

Sprzeciwiła się, ciągnąć w kierunku wybrzeża. Chciała stać i patrzeć na 

szalejącą burzę, a on wiedział dlaczego. Kochała szaloną burzę, szalejące fale, 
gwałtowne podmuchy. To karmiło jej duszą tak samo jak jego.  

Mieli to wspólnie. Zawsze łączyły ich szalone natury.  
Doszli do krawędzi klifu i spojrzeli uważanie w kierunku horyzontu, 

czarnego, niekończącego się... czekając.  

Wiatr zahuczał. Fale huknęły. Słyszał ją wyraźnie zanim odwróciła się do 

niego - Ta rzecz, która Cię zmieniła, ta która sprawiła, że zostawiłeś Panią 
Fuller. Ja rozumiem. Ja wiem. Muszę powiedzieć ci - zatrzymała się. 
Zesztywniała.  

Jakiś dźwięk, bardzo złowieszczy, doszedł do jego ucha.  
Prymitywny, zadowolony zdławiony chichot, dźwięk ludzi, którzy tropili 

ich i złapali w pułapkę ich ofiarę.  

Doug obrócił się.  
Jego wzrok, zawsze był dobry w nocy, zobaczył ich. Bestie z restauracji, 

Ci dwaj, którzy obrazili Firebird dziś rano. Za nimi, czterech kolejnych, 
zbierający się jak sępy na ucztę.  

Varinscy.  
Varinscy.  
- Jaka ładna dziewczyna - jeden z nich powiedział. Mówił z wyraźnym 

rosyjskim akcentem i seplenił. Nie, nie seplenił. Syczał - Ona jest głupia, tak jak 
wszystkie kobiety, ale jak słodko że zabrałeś ją tutaj gdzie łatwo pozbyć się ciał.  

Doug powinien zdać sobie sprawę, że za nimi pojechali. Gdyby nie został 

rozproszony przez zapach Firebird, przez możliwość jej miłości, zauważył by to.  

Żadne usprawiedliwienie. Nie ma żadnego usprawiedliwienia.  
Ale miał swój pistolet służbowy. Odbezpieczył go. 
Za sobą, usłyszał jak Firebird oceniała wagę pudełka.  
Miał tylko moment na zmarszczenia brwi i zastanowienie się co ona do 

cholery robi, gdy pudło przeleciało obok jego ucha i wybuchnęło na twarzy 
Varińskiego.  

background image

Ta miękka, ładna młoda kobieta została nauczona jak użyć każdego 

możliwego zasobu, jako broni.  

Księżyc wybrał ten moment aby wydostać się zza chmury, rozjaśniając 

jasną  śmietankę i serek mascarpone, który rozmazał się na twarzy faceta. 
Wrzeszczał z furią i wytarł biszkopty z jego oczu.  

Inny Varinski śmiał się.  
Doug śmiał się także. Nie mógł nic na to poradzić. To była walka w stylu 

Charlie Chaplina ale kończąca się prawdziwą śmiercią w krwi i rozpaczy.  

Wziął to na siebie. To było jego winą, że Firebird jest zagrożona.  
Postrzelił sukinsyna prosto w serce.  
Varinski upadł jak kamień. Mieli by może jakieś szanse, jeśli pozostali 

Varinscy byli by normalnej wielkości, zamiast ogromnych potworów, ciemnych 
plam w świetle księżyca, no i jeśli Firebird była by mężczyzną zamiast miękkiej, 
ładnej młodej kobiety - młoda kobieta, która wyciągnęła nóż sprężynowy z 
kieszeni płaszcza. Trzymała go balansując na stopach jak bokser uliczny.  

Miękka? Ładna? To było prawdziwe. Firebird posiadała obie z tych 

rzeczy. Ale walczyłaby i będzie walczyć do końca.  

A koniec był bliski. Stanęli przed pewnym ubojem.  
Varinski, który miał na twarzy tiramisu wyciągnął swój pistolet i 

wymierzył w Douga.  

Firebird rzuciła nóż, przekłuwając jego gardło.  
Varinski wyszarpnął ostrze i spróbował mówić ale nie mógł wydobyć nic 

więcej niż pisk. Przedziurawiła jego krtań. Gdy jego krew biła z jego gardła, on 
podniósł pistolet jeszcze raz.  

Obracając się szybko, Doug podniósł Firebird i skryli się za jednym z 

głazów na krawędzi klifu. Przykucnęli nisko przy ziemi. Strzał zagwizdał ponad 
ich głowami.  

Położył ręce na głazie, przeskoczył w górę i uderzył Varinskiego w 

żołądek. Przeniósł go ponad sobą i ponad klifem.  

Varinski krzyczał z przerażenia do czasu gdy nie wpadł na skały... z 

głuchym chrzęstem słyszalny nawet ponad odgłosami wiatru i fal.  

Pozostali Varinscy okrążyli ich, a gdy to robili, zmienili się... w drapieżne 

bestie. Byli stadem wilków, śmiertelnymi drapieżnikami, zasadzenie na ich 
ofiarę. Głęboki pomruk wydobył się z wielkich gardeł wilków.  

To nie było takie zakończenie wieczoru jakie Doug zaplanował.  
Jeden z nich, który nadal był w ludzkiej postaci ostrzegał - Nie 

skrzywdźcie ładnej dziewczyny za bardzo. Chcemy, żeby cierpiała i każdy chce 
mieć swoją kolej, prawda?  

On był przywódcą. On musi zginąć.  
Doug szukał po omacku swojego pistoletu.  
Nie było go. Musiał go zgubić.  
- Mamy tylko jedyną szansę - Firebird powiedziała. Stanęła przy nim - 

Musimy skoczyć. 

background image

- Nie możemy. Ta woda jest lodowata - wiedział o tym. W swojej pracy, 

widział nie jedną osobę, jak po wejściu do tej wody po alkoholu już nie 
wychodziła żywa - Będziemy mieli może trzydzieści minut zanim dopadnie nas 
hipotermia. Wtedy utopimy się.  

- Przeżyjemy - wyciągając butelkę winna z kieszeni Douga, rozbiła ją na 

pysku wilka.  

Wino chlapnęło. Krew biła.  
Rozpacz i przerażenie zawirowały w umyśle Douga.  
Wilk odzyskał siły bardzo szybko i z jękiem a następnie warknięciem 

skoczył do jej gardła.  

Z siłą rosyjskiego ciężarowca, Doug cisnął jednym z głazów i rzucił w 

stronę wilka.  

Bestia skierowała się w jego stronę, a wtedy inny skorzystał z okazji by 

zbliżyć się do niej.  

Ruszając się z lekkością i biegłością matadora, odsunęła się na bok i 

przeciągnęła ostrym, poszarpanym kawałkiem szklanej butelki przez twarz 
wilka, wbijając je w jego oko.  

Co za kobieta.  
Zbliżyła się do Douga - Wolę raczej ocean niż ich.  
- Umiesz pływać? - zapytał.  
Spojrzała na niego niedowierzająco - A jaka to różnica? Będziemy mieli 

szczęście, jeśli przeżyjemy skok.  

- Zgadza się - będą mieli szczęście, jeżeli uderzą w wodę zamiast 

kamieni, a gdy uderzą w wodę, będą mieli szczęście jak przeżyją przypływ.  

Wilki przesunęły się do przodu jeszcze bardziej, warcząc. 
Za nimi, syczał jeden powtarzając w kółko - Bądźcie ostrożni z ładną 

dziewczyną. Ona jest naszym deserem.  

Doug i Firebird nie mieli wyboru.  
Łapiąc jej rękę, powiedział - Biegnij i skacz tak mocno jak tylko możesz.  
- Ok. - pocałowała go w usta.  
Razem, obrócili się.  
Razem, nabrali tchu.  
Razem, pognali do krawędzi klifu - i skoczyli w ciemność.  

background image

Rozdział 17  

Wiatr zagwizdał w uszach Douga. Ocean pod nimi był bardzo wzburzony, 

fale przetaczały się przy świetle księżyca. Doug i Firebird mknęli w powietrzu, 
w kierunku morza i kamieni, które wystawały z wody jak silne, olbrzymie 
czarne zęby.  

Chciał uderzyć prosto, a nie odbić się i żyć kolejne dziesięć minut w 

agonii. Ale...  

Proszę, Boże, niech ona przeżyje.  
Zanim uderzyli, Firebird uścisnęła go za rękę. Słona woda wydobyła się 

przez jego nozdrza. Chłód wyszorował skórę jak papier ścierny. Ciśnienie 
wyrwało jej rękę daleko od jego.  

Proszę, Boże, niech ona przeżyje.  
Był coraz niżej, zagłębiając się w dół nie wiedział, w którym kierunku 

powinien płynąć. Rozpaczliwie się szarpał, chciał pomóc Firebird wydostać się 
na powierzchnię.  

Zniknęła. Rozpłynęła się w czarnym morzu.  
Proszę, Boże, niech ona przeżyje.  
Szukał po omacku, młócąc rękoma, próbował chwycić jej rękę, stopę, 

kosmyk włosów... i złapał ją! Odepchnął się mocno w kierunku powierzchni, 
ciągnąc ją za sobą. Wybił się na powietrze, które w porównaniu z oziębłym 
morzem wydawało się bardzo ciepłe i wziął głęboki wdech. Odwrócił się 
przodem do jej.  

Trzymał w garści pęk wodorostów.  
Fale unosiły go na swojej powierzchni. Księżyc świecił nad czarną wodą.  
Firebird nie było nigdzie w zasięgu wzroku.  
Zaczerpnął powietrza, zanurkował i pływał zrozpaczony, szukał jej w 

ciemnej otchłani.... Trzymał ją za rękę do czasu gdy woda nie rozdzieliła ich. 
Nie mogła być daleko.  

Tracił powietrze. Konieczność wysłała go na powierzchnię. Kolejny raz, 

zaczerpnął powietrza, przeszukiwał wodę rozglądając się za jasnowłosą głową z 
promiennym uśmiechem.  

Nic. Nie ma jej tu.  
Coś ukłuło go w ramię nad obojczykiem.  
Fale poniosły go, spojrzał w dół. Coś go zraniło, rozerwało skórę.  
Coś wpadło do wody obok niego, tworząc mały gejzer, aż w końcu 

uświadomił sobie... To Varinscy, Ci łajdacy w górze strzelali do niego.  

Zanurkował jeszcze raz, pływał w kółko i tym razem, zobaczył blask. Coś 

białego i jasnego w wodzie, jakby światełko świeciło w dali. Popłynął w 
kierunku tego, wyciągnął rękę i coś przesłoniło to.  

Las krasnorostów morskich, splątany, żywy. W jego środku, ta rzecz 

świeciła, jak latarnia o trzech calach kwadratowym.  

background image

Co to jest? Skąd to pochodzi? Czy to jakaś obca żywa istota morska?  
Zagłębił swoją rękę w galaretowate łodygi i zapiaszczone ostrza i złapał 

to światło.  

Płaska, twarda opalizująca dachówka zmieściła się w jego rękę - i 

oparzyła jego skórę.  

Ale przez jego palce przebijało światło, więc zaczekał, szukał po omacku, 

znalazł ciało Firebird kilka metrów dalej. Złapał za jej pasek i spróbował 
wyciągnąć ją do góry.  

Ledwie drgnęła - jej światło życia prawie zgasło, przez przejmujący chłód 

i brak powietrza.  

Działając na ślepo, przebijał się rękoma aż dotarł do jej głowy. Wodorosty 

oraz olbrzymie krasnorosty morskie owinęły się wokół niej, więziły ją, kradły 
jej życie. Lepkie ostrze zagnieździło się w jej włosach. Gumowaty kosmyk 
chwycił ją wokół szyi. Tam przy jej gardle, dziwny blask pulsował, wtedy 
przygasnął, tak jakby jakiś wskaźnik jej sił witalnych.  

Nie. Nie pozwoli jej odejść.  
Jak oszalały, rozdarł wodorosty morskie, walczył z prądem, z zimnem.  
Olbrzymia fala wyrzuciła go ponad wodę.  
Krasnorosty morskie trzymały w ją w ramionach bez litości, nieugięte.  
Trzymał wodorosty, zaczerpnął powietrza i zanurkował jeszcze raz, 

szarpiąc się z nożem, który trzymał przy swoim pasku. Jego palce były 
nieforemne, miał spaloną skórę, jego nerwy były zamarznięte.  

Nie poszedłby pod górę bez niej. Gdyby nie mógł uwolnić jej, umarłby 

razem z nią.  

Rozpaczliwie, wyciął wodorosty przy jej włosach oraz gardle Firebird.  
Kolejna fala złapała go. Trzymał ją mocno - i pod natężeniem tego 

ogromnego prądu, była wolna.  

Zawieszając ją na ramieniu, wystrzelił do powierzchni.  
Sapiąc, przycisnął ją do swojego ciała i zrobił masaż serca.  
Nic.  
Zrobił to jeszcze raz. Proszę, księżniczko. Proszę!  
Ocknęła się. Kasłała. Zwymiotowała wodę.  
Kula wpadła do wody obok nich.  
W ułamku sekundy, fala gniewu podgrzała go. Spojrzał w górę. Varinscy 

wciąż strzelali, ale kule spadały nie robiąc im krzywdy, ponieważ porywało je 
pełne morze.  

Zostali skazani na śmierć.  

background image

Rozdział 18  

Dom Varinskich 
Ukraina  
- Wychodźcie z domu. Wychodźcie teraz. - Vadim Varinski mówił 

łagodnie ale z taką intensywnością  żeby dotarło do każdego z jego kuzynów i 
braci - Nadszedł czas.  

Oczywiście, niektórzy z nich nie zwracali uwagi, nie słyszeli, nie 

zrozumieli.  

Nie troszczył się o to. Ci którzy byli zbyt pijani albo zbyt głupi, byli 

bezużyteczni dla niego 

 - Wychodźcie na zewnątrz - powtórzył ale jego głos stał się bardziej 

cichy.  

-  Pozwól  mi  pomóc  ci.  -  Georgly  stanął  przy  nim,  wyższy  niż  Vadim,  

szerszy niż Vadim, inteligentny, przedsiębiorczy i najważniejsze, całkowicie i 
ślepo lojalny wobec Vadima. 

- Możesz skończyć dwa razy szybciej jeśli Ci pomogę.  
Vadim pomyślał przez moment, wtedy kiwnąć głową - Ty weź tyły. 

Upewnij się, że wyjścia są zabezpieczone - Vadim skonsultował się ze swoim 
wachtowym - trzy minuty.  

- Dobrze - Georgly popchnął Michaiła - Idź do autobusu.  
Michaił był duży, rosyjski człowiek niedźwiedź, nie jasny, nie przystojny, 

nawet  nie  całkowicie  ludzki  -  czarne  włosy  pokrywały  jego  ciało  w  dół  jego  
szyi, jego ramiona, oraz ręce. Zlekceważył poniewieranie Georgly i uśmiechnął 
się promiennie - Nigdy wcześniej nie leciałem samolotem. Nie mogę się 
doczekać.  

- Ja też nie mogę się doczekać - Vadim powiedział. Im szybciej wykona 

zadanie, tym lepiej.  

Przez parę ostatnich tygodni, powoli wykwaterowywał swoich ludzi z 

domu, wywoził z kraju i rozstawiał ich na pozycjach w związku napaścią na 
Wildersów. Dziś, ostatni samolot wyczarterowany czekał na lądowisku. Żaden z 
tych wszystkich Varinskich nie był  świadomy, że gdy wejdzie na pokład i 
odlecieli, nigdy już nie wróci do ojczystego kraju. Vadim postanowił, że to już 
czas ruszyć na przód. Wyeliminował starych wujów - jedynie około czterdziestu 
Varinskich pozostawił przy życiu. Dokonał cesji ich majątku na szwajcarski 
bank, popilnował aby tylko on znał kody do tego konta. Zakupił olbrzymi stary 
dom w Wyoming, który Varinscy teraz będą nazywali domem.  

Sam miał apartamentowiec w Nowym Jorku.  
Został tylko jeden szczegół do załatwienia.  
Wylewając benzynę z karnistra, wyszedł z domu.  
Varinskich dom był całkowicie z drewna. Wszystko było stare. Rozpadało 

się. Gniło.  

background image

Opary benzyny unosiły się w górze, ponieważ dokładnie oblał deski 

podłogowe.  

Pośpieszył się, ta czynność musiała zostać skończona szybko, ale i bardzo 

dokładnie. Ponieważ, Wuj Ivan leżał twarzą do dołu w legowisku, chrapiąc 
głośno, a jedyna rzecz jaka mogła by go obudzić - to gdyby ktoś spróbował 
usunąć butelkę wódki z jego pięści.  

Vadim nie miał żadnego zamiaru robić tego.  
Tylko przed sobą Vadim mógł przyznać się jak bardzo Wuj Ivan, z jego 

sękatymi stawami i wpatrującymi się bladymi oczami, przyprawia go o 
dreszcze. Oczywiście, to nie był naprawdę Wuj Ivan który przeszkadzał mu. To 
była rzecz, która siedziała wewnątrz Wuja Ivana, oglądająca działania 
Varinskich przez te niewidome oczy. Tylko raz od tej pory, gdy Vadim przejął 
obowiązki lidera miał okazję widzieć jak bestia przejęła w posiadanie ciało 
Wuja Ivana. Tylko raz Vadim zobaczył blade, niebieskie, pozbawione blasku 
oczy Wuja Ivana.  

To był diabeł. Diabeł, który myślał, że skoro zawarł pakt z pierwszym 

Konstantinem, miał prawo być przeciwnym planom Vadima.  

Vadim miał gdzieś ten nieudolny stary pakt. Pakt rozpadał się na jego 

oczach. Varinskich chłopcy dorastali do bycia drapieżnikami, takimi jak: łasice, 
węże, szczury... Kto zamierzał wynająć przerażającego borsuka jako zabójcę?  

Nikt.  
Gorzej, połowa chłopców była śliniącymi się idiotami, nieporadnymi 

nawet do drapania ich własnych dup.  

Oni zostali w domu, zostaną spaleni i nigdy nie będzie się już o nich 

martwił.  

Jeśli Zły wyobrażał sobie, że ze względu na stary pakt Konstantina, mógł 

wyegzekwować od Vadima bezgraniczną lojalność, był w błędzie. Vadim 
przestudiował amerykańskie społeczeństwo oraz przestępczość zorganizowaną, 
która tam prosperowała i wciągnął rodzinę do legalnej korupcji.  

Nie potrzebował już Lucyfera.  
Gdy szedł w kierunku drzwi głównych, rzucił okiem na legowisko.  
Wpadające przez kwadratowe okna, wychodzące na wschód światło, 

rozświetliło Wuja Ivana, wciąż nieświadomego, nieświadomego losu, który 
czekał na niego. Vadim przypuszczał, że to jest wstyd, gdy stary facet tak 
cierpiał podczas gdy diabeł był w jego ciele.  

Vadim polał próg obficie benzyną.  
Wuj Ivan sapnął. Podniósł swoją głowę - Kto tam jest? - warczał.  
Vadim zamarł.  
Stary facet rozglądał się po pokoju jakby mógł widzieć i na moment, 

Vadim pomyślał, że jego spojrzenie spoczęło na nim i na kanistrze. Gdy jednak 
nikt nie odpowiedział, Wuj Ivan pociągnął duży łyk wódki. Beknął, położył 
swoją głowę z powrotem na posłaniu, i spał nadal.  

background image

Wolno, ostrożnie, Vadim cofnął się z legowiska. Gdy doszedł na ganek, 

pozbył się ostatniej kropli benzyny przy zewnętrznej części legowiska, pod 
oknami i w dół na chwiejących się schodach. Wuj Ivan nie ujdzie żywy z tego 
pożaru.  

Oddalając się, Vadim cisnął zapaloną zapałkę na wilgotne drewno.  
Dom zapalił się ze świstem. Łakome, płomienie zjadały wszystko po 

kolei. Ogień zatańczył pod oknami, do otwartych drzwi głównych, w dół 
korytarza.  

Vadim słyszał pierwszy okrzyk i Georgly wybiegł zza rogu, jego twarz 

pociemniała od sadzy, jego brwi spaliły się - Powiedziałeś trzy minuty. - 
potrząsnął swoim zegarkiem w stronę Vadima - A nie dwie minuty i czterdzieści 
sekund. Co do diabła jest z tobą nie tak? Prawie mnie zabiłeś!  

- Ojej - Vadim wzruszył ramionami udając niewinność - Mój błąd.  
Georgly warknął, było to gardłowe warknięcie rozjuszonego tygrysa.  
Vadim obrócił swoją głowę i patrzył na Georgly. Tylko popatrzył.  
Ale Georgly wymknął się tyłem.  
Vadim nigdy nie zmienił się w drapieżnika, jakim był dzięki paktowi. Nie 

pozwolił diabłu panować nad nim, mimo to miał swój dar. Wzbudzał strach w 
ludziach. Zawsze tak było. I to była jego moc.  

- Jeśli idziesz ze mną, wsiadaj do autobusu - Vadim powiedział.  
- Oczywiście, że idę z tobą. Jestem twoją prawą ręką. Jakbym miał zostać 

bez ciebie! - Georgly zaprotestował.  

- Myślałem, że będziesz przeciwny takiemu rozwiązaniu. - Vadim 

machnął ręką w kierunku domu Varinskich pochłoniętego w płomieniach - 
Ponieważ z tego nic nie zostanie?  

Ryki i wrzaski dochodziły z domu. Varinskich idioci palili się.  
Wszystkie okna w autobusie były opuszczone. Jego ludzie patrzyli i nawet 

stąd Vadim mógł słyszeć ich pomruki, mógł wyczuć ich zmieszanie. 
Natychmiast poczuł strach, że jakiś z nich zastanawia się nad buntem przeciwko 
człowiekowi, który pali ich dom i ich braci.  

- Wsiadaj do autobusu - Vadim powiedział do Georgly - Mniej ludzi pod 

kontrolą.  

Georgly pośpieszył się by zrobić tak jak Vadim go poinstruował - Kiedy 

przyjdziesz?  

- Przyjdę gdy będę miał pewność, że wszystko zostało dobrze załatwione. 

- Vadim uśmiechnął się na zapach spalenizny, śmiał się gdy płomienie sięgnęły 
do jednego z kanistrów schowanego i eksplozja wstrząsnęła terenem. Gdy 
gorąco stało się już nie do zniesienia, cofnął się.  

W końcu zobaczył to czego szukał. W oknie, płonąca samcza forma 

brykała i kręciła się, krzycząc, próbując ujść płomieniom.  

Wuj Ivan.  
Wuj Ivan próbował otworzyć okno. Szyba wybuchła, a on krzyczał 

jeszcze głośniej.  

background image

Kierowca autobusu, służący, którego Vadim zatrudnił by zawiózł ich na 

lądowisko, skoczył w dół i zwymiotował.  

Ogień wspiął się na kolejne piętra, liżąc pod dachem ganku, przedzierał 

się przez drewniane półki. Samochody, które były zaparkowane wokół domu 
dostały pęcherzy na swojej farbie, a Volvo zaczęło palić się złowrogo.  

Zza domu, zabrzmiał gwałtowny wrzask i ludzki płomień uciekł w 

kierunku zatoki, zapalając po drodze trawę.  

Wciąż w legowisku, Wuj Ivan biegał od jednego okna do inny, krzycząc. 

Nie był już człowiekiem, jedynie kulą ognia.  

Zaspokojony załatwieniem sprawy, Vadim odwrócił się i podszedł do 

autobusu. Przechodząc przez autobus, przyjrzał się twarzom, jedne inteligentne, 
inne znudzone głupotą... wszystkie patrzące na niego z przerażeniem i 
respektem.  

Dobrze. Osiągnął dwa cele - pozbył się Wuja Ivan i jego diabła i umocnił 

swoją pozycję jako lidera.  

Zawołał gestem Georgly na przednie siedzenie.  
Georgly chętnie poszedł.  
Do kierowcy autobusu, Vadim powiedział - Skończ z rzyganiem i jazda, 

albo podrzucę cię na stos.  

Człowiek z ziemistą twarzą zrobił jak mu powiedziano, a gdy ruszyli z 

miejsca, Vadim rzucił okiem ostatni raz na dawny dom.  

Wuj Ivan jakoś wydostał się z domu. Teraz kołysał się na ganku gdy dach 

zwalił się wokół niego. W ogóle nie był rozpoznawalny. Zupełnie - tyle że, 
nawet z tej odległości, Vadim mógł zobaczyć wynaturzony niebieski blask w 
głębi jego oczu.  

- Brać to - mamrotał i pozdrowił ironicznie. Wtedy, wyciągnął swoją 

torbę spod siedzenia, włożył swoje słuchawki, włączył iPoda, zamknął oczy i 
zaczął słuchać swojej książki.  

Vadim nie zauważył, daleko w głębi z autobusu, wynaturzonego 

niebieskiego blasku, który pojawił się w dwóch brązowych oczach.  

background image

Rozdział 19  

Na pewno umrą. Firebird wiedziała to. Klify malały w dali. Prąd ruszał się 

coraz bardziej. Wiatr smagał ich, a fale targały nimi jak dryfującym drewnem.  

Ale ona i tak się śmiała.  
Cierpiała na hipotermię. Wiedziała o tym również. Ponieważ w innym 

wypadku nie chichotałaby jak wariatka.  

Owinęła swoje ramiona wokół szyi Douglasa i machała stopami by 

pomóc mu utrzymać równowagę - Czy wiesz, że ludzie cierpiący na hipotermię 
są często... są często... - zadrżała z chłodu i próbowała zapamiętać co mówiła - 
Czy wiesz, że ludzie cierpiący na hipotermię są często irracjonalni i 
nieskoordynowani?  

Fale wzmagały się i opadały, olbrzymia fala, które wydobyła ich na 

powierzchnie, teraz pogrążyła ich pod wodą.  

Douglas próbował utrzymać swoją głowę na powierzchni, ale ona śmiała 

się gdy lodowata woda uderzyła ją w twarz - Ja to wiem. 

- Co wiesz?  
- Że ludzie cierpiący na hipotermię są irracjonalni. - nie śmiał się. W 

białym świetle księżyca, jego twarz wyglądała tak samo ponuro i kamiennie jak 
klify.  

- Uśmiechnij się, kochanie. Będziemy niedługo w Chinach. - zadrżała 

jeszcze raz, jej zęby szczękały tak mocno, aż brzękały w jej ustach. Gdy 
wstrząsy złagodziły się, pocałowała go i zaśpiewała - Zamierzam zabrać cię na 
powolnej łodzi do Chin....  

Kolejna fala przetoczyła się pod nimi, podnosząc ich wysoko, a następnie 

pogrążając ich na dnie.  

Wytarła swoją twarz i zaśpiewała głośniej - ...Mieć cię, um, w moich 

ramionach wiecznie. Żyć, um, czekając... - przerwała - Nie mogę przypomnieć 
sobie słów. Znasz słowa?  

- Nie - oparł się swoim czołem o jej - Firebird, przepraszam.  
- Za co? - uśmiechnęła się do niego.  
- To moja wina, że umrzesz.  
- Nie. Wierz mi, wiem kogo obarczyć odpowiedzialnością. To jest 

Varinskich wina. - podniosła swoją pięść i wykrzyknęła - Wy bezwzględne 
chuje, mam nadzieję, że wszyscy jecie gówno! 

Morze wciągnęło ją w dół do dna. Jej mięśnie hamowały, jej kości 

trzeszczały pod wpływem stałego, wstrząsającego chłodu. Była kotwicą 
przymocowaną do Douglasa, ale on trzymał ją kurczowo z całą swoją siłą.  

Tym razem zabrało jej dłużej wyjście na powierzchnię, a kiedy to zrobiła, 

miała tylko jedyną myśl w jej umyśle - Myślisz, że żreć gówno jest zbyt 
prymitywne?  

- Nie. Żreć gówno jest odpowiednie.  

background image

Poczuła się jak pijana. Poczuła się głupio. Ale nie czuła teraz zimna. Tak 

naprawdę, było jej ciepło.  

Głupio czuć się cieplej, ale nie troszczyła się o to - Musisz mnie zostawić, 

ale zanim to zrobisz, mam coś bardzo ważnego do powiedzenia ci. - zawinęła 
swoje ramiona wokół jego szyi i spojrzała z marsową miną na niego - To 
dotyczy tego kim jesteś. Bo jeśli nie powiem ci i umrę, nigdy nie będziesz 
wiedział.  

- Nigdy Cię nie zostawię. Umrzemy razem.  
- Nie. - musiała skoncentrować się ponieważ przegrywała walkę o 

przytomność - Słuchaj. O twojej rodzinie. Słuchaj...  

Światło ześliznęło się przez wodę.  
- Hej! - pomachał ręką i krzyknął jeszcze raz - Hej!  
Przyjrzała się, jak światło prześliznęło się wobec nich - Zgaduje, że to jest 

to. Światło z nieba. Ale... może nie. Czy ja się kwalifikuje do nieba?  

Nie  zwrócił  na  to jakiejkolwiek  uwagi. Właśnie  kontynuował 

wykrzykiwanie - Hej! - i machał ramieniem.  

- Jestem niespecjalnie Wilder, więc kwalifikuję się. Tyle że nie żyłam 

zbyt przykładnym życiem, więc może nie. To zależy o jak surowych zasadach 
jest anioł Gabriel jest....  

Kolejne światło połączyło się z pierwszym. Dwa światełka stały się 

jaskrawsze.  

Anioły zaczęły wykrzykiwać.  
Popatrzyła w górę ponieważ złapali ją pod ramionami i wciągnęli na łódź, 

a ona zaśpiewała - Śniłam wczoraj wieczorem, że jestem w łodzi do nieba, i 
wielgachna fala nadeszła i zmyła mnie z pokładu za burtę...  

Światło świeciło prosto w jej twarz.  
Douglas mówił, owijając ją w koc. Nie mogła czuć tego - była zbyt 

zziębnięta - a kiedy spróbował rozmawiać z nią, zaśpiewała głośniej, wtedy 
przerwała i powiedziała - Założę się, że nie wiesz, że grałam główną rolę w 
Facetach i Lalkach w liceum.  

- Nie wiem - przyznał się.  
- Nie mogę śpiewać. - jej głowa opadła na bok.  
- Wiem o tym.  
Poczuła niejasne oburzenie ale potem zaczęło się drżenie, dręcząc jej 

kości.  

Zasłużyła na ból - Powinnam powiedzieć ci.... Słuchaj mnie, Douglas. 

Powinnam powiedzieć ci. Prawie straciłam szansę na to. Prawie umarliśmy i 
nigdy nie dowiedział byś się....  

Nie zwracał uwagi na nią. Słuchał aniołów, słuchał z niepokojem i 

gniewem.  

Anioły rozmawiały między sobą bardzo cicho a ona wykrzyknęła - 

Trochę głośniej chłopcy, nie mogę rozumieć was.  

background image

Douglas stanął ze swoimi rękami na biodrach. Wciąż nosił swój uniform, 

ociekał - Przystojny jak grzech - powiedziała. Byli wystarczająco hałaśliwi ale 
to wciąż brzmiało jak jazgotanie.  

Albo - przechyliła swoją głowę - to był rosyjski - Jej rodzice są 

Rosjanami. Mówiła trochę po rosyjsku - Zdravstvuite - powiedziała.  

Anioły zamilkły. Anioły wpatrywały się w nią. Wpatrywały się 

wyłupiastymi oczami.  

Łódź zatrzęsła się.  
Wiatr zagwizdał.  
Jeden anioł próbował złapać ją za gardło.  
Douglas chwycił jego rękę i mówił coś ostro.  
Nagle, anioły pognały zajmować się  żaglami. Kapitan podniósł głos. 

Wykrzyknął polecenia. Wtedy łódź zaczęła żyć swoim własnym rytmem, łapiąc 
wiatr, fale, przypływ i zaczęła mknąć w kierunku jakiego nie mogła sobie 
wyobrazić.  

Na moment wróciła jej świadomość. Żyła. Nie była w łodzi do nieba. 

Wiedziała jak blisko była śmierci, że śmierć jest wciąż blisko - i zdała sobie 
sprawę, że Douglas musi być w takim samym stanie jak ona, mimo to stał nad 
nią, chroniąc ją.  

- Douglas, proszę. - podniosła krawędź koca - Chodź do łóżka ze mną. 

Wiesz, że tego chcesz. 

Zdenerwowany męski śmiech zabrzmiał na łodzi.  
Była za głośno. Nie miała żadnej kontroli.  
Łzy napłynęły jej do oczu.  
Douglas uklęknął przy niej - Nie martw się. Mam większą masę ciała, 

wypiłem mniej wina, a chłód mnie mniej dotknął. - dotknął swoją rękę jej czoła 
- Idź spać. Będę opiekował się tobą.  

- Ale kto będzie opiekował się tobą? - podniosła silnie trzęsącą się rękę i 

dotknęła jego twarzy - Obiecuje... obiecuje przeżyć abym mogła zabierać cię... 
do twojej matki.  

background image

Rozdział 20  

Firebird obudziła się.  
Był poranek.  
Albo coś tam.  
Widziała światło przez zamknięte powieki. Ale jej gałki oczne bolały ją, 

więc nie otworzyła oczu.  

Jej kostka bolała, również. Wszystko ją bolało, ale jej kostka szczególnie. 

Ona była przekrzywiona w bok. I nie mogła przenieść jej. Kiedy bowiem 
próbowała, to naprawdę bolało. W końcu, z głębokim rozdrażnieniem, 
wyciągnęła rękę, żeby podnieść jej nogę i znalazła coś na drodze. Koce.  

Rozdrażnienie przeszło we wściekłość. Brutalnie odrzuciła przykrycia na 

bok. Co sprawiło, że jej skręcona kostka wyprostowała się. To z kolei zadało jej 
tyle bólu, że wykrzyknęła - Jasna cholera - i nareszcie, otworzyła oczy.  

Była w sypialni Douglasa. Stanął nad nią. Na moment, wspomnienia 

wróciły, obiad w Mario nigdy nie wydarzył się, a ona stawała naprzeciw 
Douglasa jeszcze raz po raz pierwszy po gorącym antrakcie na tym samym 
łóżku.  

Wtedy zobaczyła jak wygląda, jak mężczyzna który był w piekle i wrócił, 

a wtedy wieczór u Mario i ocean, ze wszystkimi wyznaniami, wrócił na miejsce.  

- Już Ci lepiej. - pociągnął wszystkie nakrycia aż do nóg łóżka.  
Nosiła staromodną koszulę nocną z flaneli, z długim rękawem i zapinaną 

na guziki aż pod samą szyje.  

Skąd to się wzięło?  
- Jak się domyśliłeś? - jej głos miał dziwne brzmienie jakby to zostało 

potarte papierem ściernym.  

- Klniesz - jego włosy blond opadły w bezczelnych lokach na jego czole - 

Dobrze to słyszeć.  

- Jesteś niesamowity. 
Pochylił się, wziął ją w ramiona i łagodnie podniósł w górę na stos 

poduszek.  

Jęknęła. Jej bolące kolano. Jej boląca kostka. Każdy staw w jej ciele bolał. 

Jej skóra bolała jakby była obtarta. Jej głowa pękała z bólu.  

Zaoferował jej otwartą butelkę wody ze słomką wbitą do środka i dwie 

białe tabletki tkwiące w jego dłoni - Ból jak u zmiennika miotacza - powiedział - 
Ibuprofen. Na ból głowy.  

Skąd wiedział?  
Oczywiście - ona musi wyglądać piekielnie. Wzięła tabletki i popiła 

napojem, który nie przestała pic do czasu gdy butelka nie była w połowie pusta. 
Odprężając się z powrotem na łóżku, przebiegła palcami po włosach i usiadła 
wyprostowana - Co się stało z moimi włosami?  

- Musiałem odciąć je swoim nożem. - zebrał siły jakby oczekiwał ataku.  

background image

Był bystrym człowiekiem.  
- Daj mi lustro.  
- Nie mam żadnego.  
Chciała nazwać go kłamcą. Ale był boso. Stanął tam w dżinsach 

opuszczonych nisko na jego biodrach i starej, wąskiej koszulce bawełnianej, 
która była mocno powyciągana w poprzek jego ramion. Miał długą rysę na 
jednym policzku i bandaż na jednym ramieniu nad obojczykiem. Gazą zawinął 
swoją prawą rękę, a nowe zmarszczki pojawiły się przy jego ustach.  

Jej spojrzenie błądziło wokół jego sypialni. Przyciągnął jedno ze swoich 

wygodnych krzeseł do łóżka i umieścił je tak by mógł patrzeć na nią. Taca z w 
połowie zjedzonym posiłkiem stała obok krzesła, które stało przodem do 
telewizora. Tam Kanał meteorologiczny pokazywał, że kolejna zimowa burza 
gotowa jest by uderzyć w wybrzeże waszyngtońskie.  

Na stoliku nocnym, jeden żółty pąk róży pływał w czystej misce.  
Cała scena przypominała miejsce czuwania przy umierającym.  
To przypomniało jej sprawy których unikała: podzielone wspomnienia o 

niej - Ostatnia rzecz, którą pamiętam to skok. Później ten wkurzający zimny 
ocean i cieszenie się, że to była woda a nie kamienie. Złapałam na czegoś. - 
spociła się ze zmęczenia - Walczyłam do czasu gdy zemdlałam.  

Złapał myjkę z niskiego stolika i wytarł jej czoło i dłonie. Myjka była 

miękka i wilgotna. Jego głos był spokojny i kojący - Byłaś zaplątana w 
krasnorostach morskich. Prawie znalazłem cię za późno. Na szczęście, zimna 
woda spowolniła metabolizm, pozwalając mózgowi wytrzymać bez tlenu o 
wiele dłużej. Przeważnie to przytrafia się dzieciom, ale... tak więc, śpiewałaś.  

- Śpiewałam? To  głupie. Dlaczego  miałabym... - Wspomnienie 

gwałtownie dotarło do niej - Przypływ wydobył nas na powierzchnie.  

Odrzucił myjkę i pochylił się do przodu, jego dłonie leżały płasko na 

materacu - Powiedz mi co pamiętasz.  

- Pamiętam fale dźwigające nas tam i z powrotem, a ty próbowałeś 

trzymać moją głowę nad wodą.  

- Połknęłaś dość wody z oceanu.  
- Byliśmy w drodze do Chin.  
- Powtarzałaś żeby się nie martwić, że wszystko będzie dobrze.  
- Myślałam, że umrzemy na hipotermie zanim się tam dostaniemy - 

powiedziała. Hm. Była wciąż trochę napastliwa - Jak tutaj wróciliśmy?  

- Była  łódź koło kanadyjskiej  granicy,  wypełniona  rosyjskimi 

imigrantami. Zamierzam zabrać cię na powolnej łodzi do Chin... Och, nie. 
Śpiewałam.  

- Wciągnęli nas na pokład i nie ucieszyli się gdy zobaczyli uniform 

policjanta stanowego. 

- Jestem zaskoczona, że nie wyrzucili nas za burtę.  
- Myśleli o tym.  
- Rozmawiali o tym przy tobie?  

background image

- Po rosyjsku. Sądzili, że nie mogę rozumieć ich języka.  
- Mówisz po rosyjsku? - Naprawdę? - Dlaczego?  
- Mówię także po hiszpańsku i trochę po japońsku. Pamiętaj, mieszkałem 

w Las Vegas i jestem funkcjonariuszem policji więc powinienem znać kilka 
języków. 

Nie była usatysfakcjonowana.  
Kontynuował - Wtedy mówiłaś po rosyjsku do nich i zobaczyli...  
- Zobaczyli co?  
- Jak piękna jesteś - spojrzał w bok, speszony i wyglądał zupełnie jak 

Aleksander gdy kłamał - Jak już zobaczyli jak piękna jesteś, postanowili, że 
zostawią nas.  

- Byłam piękna? Cierpiąc na hipotermię i pokryta krasnorostami morskimi 

i byłam piękna? - musiał popracować nad swoimi kłamstwami trochę bardziej.  

- Zgaduję, że byli tam przez dłuższą chwilę. - wydawał się uświadomić 

sobie jak nietaktowne to było, szczególnie w stosunku do kobiety z włosami 
wyciętymi w połowie i dodał pośpiesznie - Ty zawsze jesteś piękna.  

- To brzmi prawie jakbym naprawdę była ładnymi zwłokami - coś 

martwiło ją w tej historii. Coś ważnego. Jeśli byłby cicho przez moment, 
mogłaby się skoncentrować...  

Ale wyglądał na nieświadomego, mówiąc szybko, opowiadając jej detale - 

Kazałem im zabrać nas do zatoki gdzie mieszka Pani Burchett.  

- Pani Burchett? - jeśli próbował rozproszyć ją, robił dobrą robotę. 

Firebird wyobraziła sobie wdowę ze słodką twarzą, która zaprosiła do środka 
nowego policjanta na filiżankę kawy i na ciepłe przytulanie w zimny dzień - 
Pani Burchett? - zapytała chłodno.  

- Mamy pewne sprawy - powiedział, z twarzą kamienną jak zwykle.  
- Nie wątpię - Firebird skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej.  
Douglas spojrzał na nią i uśmiechnął się - Pani Burchett ma 

dziewięćdziesiąt cztery lat. Ona żyje samotnie w następnej zatoczce, w tym 
samym domu gdzie wzięła ślub siedemdziesiąt pięć lata temu. Od czasu do 
czasu ona upada. Ona wtedy dzwoni do mnie i ja idę tam i pomagam jej.  

- Och - Firebird poczuła się niemądrze, podejrzliwie... i była zaskoczona. 

Jakoś, nigdy nie wyobrażała sobie Douglasa jako życzliwego funkcjonariusza, 
który pomaga starszym paniom - Jak się tam dostaliśmy?  

- Rybacy wprowadzili nas do zatoczki, umieścili nas w ich pontonie, a 

fale dostarczyły nas do plaży. - Douglas ześlizgał się z krzesła jakby pozycja ta 
kosztowała go zbyt dużo wysiłku - Byłaś nieprzytomna. Byłem... Moje siły 
wyczerpywały się. Wyprowadziłem nas z plaży do podnóża klifu, gdzie padłem 
z nóg.  

- Jak daleko to było od Pani Burchett's?  
- Jakieś trzydzieści kroków - prosto w górę klifu.  

background image

Jakkolwiek Firebird przeszukiwała swoją pamięć, nie mogła znaleźć 

kosmyka z pamięci, który przywiązałby ją do tego momentu - Co zrobiłeś, że się 
tam dostaliśmy?  

- Przede wszystkim to dlatego, że rządziłaś mną do czasu gdy nie wstałem 

i nie zaniosłem w górę stoku.  

- Byłam świadoma?  
- Tak i nie. Suszyłaś mi głowę jak byłaś  świadoma. Drżałaś w pozycji 

płodowej gdy odpływałaś. Ale byłaś dzielna. Zawsze dzielna, zawsze walcząca. 
- jego pochwała podgrzała ją - Nawet przez moment próbowałaś ciągnąć mnie.  

Jej oczy zwęziły się w jej umyśle, zobaczyła jego podatne ciało i zdała 

sobie sprawę, że gdyby nie zrobiła czegoś, zginąłby. Złapała jego ramiona 
podniosła go, ale był wyższy od niej i całe sto funtów cięższy, a hipotermia 
osuszyła jej siłę. Był mokry, był wiotki i nie mogła nakłonić go do zmiany 
pozycji.  

Więc suszyła mu głowę.  
Najwyraźniej, zareagował na to.  
- Tylko pamiętam... fragmenty, jak DVD z zadrapaniem. - nie cierpiała 

tego. Chciała wiedzieć co zdarzyło się, wiedzieć z jej punktu widzenia, nie przez 
jakiś zwiewny filtr, który użył dla wygody.  

- Zdążyliśmy ale to było jedno wielkie piekło, ta wspinaczka. - jego twarz 

zrobiła się ponura - Pani Burchett leżała w łóżku. Wystraszyłem jej na śmierć 
waląc w drzwi, ale pozwoliła nam wejść do środka, była wspaniała. Uratowała 
nasze życia.  

- Niech Bóg błogosławi Pani Burchett. - Firebird rozglądała się po pokoju, 

zauważyła światło przenikające przez okna wychodzące na zachód - Jak długo 
byłam nieprzytomna?  

- Doszliśmy do Pani Burchett przed północą. Przyszliśmy do domu po 

tym jak się ściemniało wczoraj wieczorem, około ósmej. Teraz jest piąta rano.  

Tak około trzydzieści godzin. Trzydzieści godzin od tej pory, gdy wyszła 

z restauracji i uderzyła w wodę. Trzydzieści godzin, których nie zapamiętała. 
Trzydzieści godzin bez skontaktowania się z jej rodziną... Nigdy nie miała 
zamiaru ignorować ich tak długo. Nie teraz. Nie w tych niebezpiecznych 
czasach - Kto wie, że żyjemy?  

- Pani Burchett wie, że żyjesz. Mój szef wie, że ja żyję. Większa część 

miasta prawdopodobnie myśli, że wyszliśmy by romansować. Jedyni ludzie, 
którzy wiedzą, że zaginęliśmy to Varinscy i o ile mi wiadomo, wyjechali z 
miasta.  

- Skąd wiesz?  
- Wyszedłem i rozejrzałem się.  
- Ok. To dobrze. Tak zasadniczo, żyjemy ponieważ Varinscy sądzą, że nie 

żyjemy.  

background image

- Tak, zgadza się. - walczył, jakby decydując się jak dużo powiedzieć - 

Według mojego systemu alarmowego, podczas gdy wyjechaliśmy, Varinscy 
przeszukali dom.  

Zatroskana o niego, oraz ten dom, który z taką miłością zreorganizował, 

podniosła się na jednym łokciu - Co te świnie zrobiły?  

 - Nic.  
- Nic? Nic nie zrobili? Varinscy? - jej niedowierzanie rosło z każdym 

pytaniem.  

- Pewne rzeczy zostały przeszukane, szczególnie w moim biurze.  
- Czego szukali? - musiała zadać pytanie, pomimo że bała się odpowiedzi. 

Gdyby przyszli tu dla ikony, to oznacza, że rozwinęli swoje poszukiwania na 
każde miejsce, gdzie Wildersi byli albo będą.  

Wyłączył telewizję - Nie wiem.  
Nie, oczywiście że nie. Mimo to wiedział dużo więcej, niż powiedział. To 

był czas na mówienie, ponieważ w tym przypadku, co nieznane mogło sprawić 
mu ból.  

Usunęła pilota z jego pięści mocno zaciśniętej i szarpnęła go - Chodź i 

siadaj ze mną.  

Zrobił to, siadając na materac z taką ostrożnością, jakby obawiał się, że 

rozbije ją.  

- Musimy porozmawiać o Varinskich - powiedziała.  
Był on człowiekiem, który świetnie opanował sztukę ukrywania swoich 

uczuć,  ale  teraz  dostrzegła  połysk  wilgoci  na  jego  czole  -  Ja  już  dużo  wiem  o  
Varinskich.  

- Zdaję sobie z tego sprawę i wiem dlaczego.  
- Naprawdę - to nie było pytanie. Bardziej jak niedowierzanie.  
- Wiesz to, ponieważ również jesteś Varinski.  

background image

Rozdział 21 

Serce Douga zabiło gwałtownie ale zmusił się do spokoju - Dlaczego 

mówisz, że jestem Varinski?  

- Ponieważ widziałam cię. Gdy szedłeś za mną. Na uniwersytecie.  
Wszystko zrozumiał, wszystko co myślał przez ostatnie dwa i pół roku, w 

tym momencie przestało mieć znaczenie - Widziałaś mnie.  

- Wiedziałam, że jestem śledzona. Wiedziałam, że to Varinski. 

Zobaczyłam pumę. Złotą pumę. - słowa Firebird były nerwowe - I po prostu nie 
zdawałam sobie sprawy, że to jesteś ty. Byłam pewna, że Varinscy poszukiwali 
mnie, aby mnie uprowadzić, więc zrobiłam to czego nauczył mnie mój ojciec.  

- A to było...?  
- Znalazłam się w bezpiecznym miejscu i patrzyłam. Zobaczyłam, jak 

zmieniłeś się z powrotem... - machnęła swoją ręką po jego ciele - I zdałam sobie 
sprawę, że jesteś jednym z nich. Zdałam sobie sprawę, że to nie jest zbieg 
okoliczności, że spotkałam ciebie. Zdałam sobie sprawę, że zdobyłeś mnie nie 
ze względu na to, że zakochałeś się od pierwszego wejrzenia, ale dlatego, że 
chciałeś czegoś ode mnie.  

Wiedziała kim był. Czym był. I to, że od pierwszej chwili okłamywał ją.  
Nic dziwnego, że uciekła - Co myślałaś, że chciałem od Ciebie? - zapytał 

ostrożnie.  

- Miejsce pobytu moich rodziców. Varinscy mają na celu zabicie ich i 

każdego w mojej rodzinie. Pomyślałam, że jesteś jednym z Varinskich, który w 
końcu wytropił nas - albo raczej, mnie. Pomyślałam, że uwiodłeś mnie i 
sprawiłeś, że zakochałam się w tobie, dla żartu. - jej głos był bardzo ostry, Ale 
na moment zachwiała się - Myślałam, że wyśmiewałeś się ze mnie.  

- Więc odeszłaś - i zniweczyła jego ostatnią nadzieję.  
- Ale teraz zdaję sobie sprawę, że nie byłeś jednym z Varinskich, albo 

człowiekiem pracującym dla Varinskich. Szukałeś swojej rodziny.  

Poczuł jakby balansował na ostrym brzegu żyletki, a złe słowo pokroiłoby 

go na pół - Co skłoniło Cię do takiego przypuszczenia?  

- Ja rozumem przemianę jaką przechodzisz. Naprawdę. Jestem jedną z 

nielicznych kobiet, które w rzeczywistości mogą to zrozumieć. - uśmiechnęła się 
do niego ale jej palce gniotły koszulę Pani Burchett - Nie zapytałeś mnie 
dlaczego wiem o Varinskich, albo dlaczego oni ścigają moją rodzinę.  

- Powiedz mi.  
- Ponieważ mój ojciec jest - albo raczej - był jednym z Varinskich. 

Zmienił nazwisko.  

To Doug już wiedział. 
- Był przywódcą Varinskich do czasu gdy spotkał moją matkę, zakochał 

się i wziął  ślub. Dla tego, Ojciec musiał wyemigrować. Mieli trzech synów 

background image

jeden za drugim. - uśmiechnęła się kostycznie jakby ugryzła ziarnko pieprzu - 
Wtedy, po dziesięciu latach, urodziła się im córka.  

- Ty.  
Przerwała jakby zbierając siły - Przez całe życie tak myślałam. Ale 

najwyraźniej byłam w błędzie. W rzeczywistości, Varinscy mogą mieć jedynie 
synów, a dziecko, które moja matka urodziła, to nie byłam ja. To był chłopiec.  

Dougowi dzwoniło w uszach. Czerwone plamy pojawiły się mu przed 

oczami. Uświadomił sobie, że wstrzymywał oddech.  

- Kobieta, która odebrała poród zamieniła mnie z tym dzieckiem. Wtedy 

panna Joyce - ten Judasz, ta suka - zabrał go na pustynię Nevada i zostawiła tego 
malutkiego chłopca aby umarł.  

Nareszcie Doug mógł oddychać. Mógł oddychać ponieważ... wszystkie 

jego dziecięce pragnienia właśnie zostały spełnione.  

Miał matkę. Miał ojca. Miał braci. Miał syna, a matka jego syna siedziała 

tu, jej szerokie niebieskie oczy wpatrywały się w niego, czekając by powiedział 
coś, co wyraziło by jego uczucia.  

A jego dominującym uczuciem było... przerażenie.  
Był niewyobrażalnie głupi i jak na człowieka, który szczycił się swoim 

logicznym myśleniem i zdecydowanym działaniem, żałośnie niedojrzały.  

Był łasicą, wężem, Judaszem jak nazwała Pannę Joyce.  
Wstał na nogi. Oddalił się od niej.  
Ale nie musiał przyznawać się do niczego. Jeśli będzie sprytny i jeśli 

zabierze się prędko do naprawienia swojego błędu, jego nowa rodzina nigdy nie 
dowie się.  

Firebird nigdy nie dowie się.  
Może naprawić to co zrobił. Musi to zrobić.  
Wrócił i usiadł.  
- Rozumiesz co mówię? - chwyciła go za rękę i ścisnęła jego palce trochę 

za mocno - Ty byłeś tym malutkim chłopcem.  

- Rozumiem. - musiał znać odpowiedź na jedno pytanie zanim postanowi, 

to zrobić - Czy oni są dobrzy do ciebie?  

- Kto?  
- Twoja... rodzina. Wildersowie. Czy oni są dobrzy dla ciebie?  
- Chcesz wiedzieć, czy byli źli na mnie ponieważ nie byłam naprawdę ich 

córką? - stawała się poirytowana - Nie byli. Wiem, że nie znasz ich, ale nie są 
takim rodzajem ludzi.  

Poirytowana czy nie, musiał wiedzieć - Czy byli dobrymi rodzicami i 

dobrze się Tobą opiekowali przez całe życie?  

- Martwisz się jak Cię przyjmą? Oni są naprawdę dobrymi ludźmi. Cała 

rodzina. Gwarantuję ci to. Kocham ich bardzo i oni kochają mnie i chciała 
bym… - zatrzymała się.  

- Co byś chciała?  

background image

- Chciała bym być wciąż ich dzieckiem. Nie wiesz - zatrzymała się 

jeszcze raz.  

- Czego nie wiem?  
- Jeśli nie chcesz ich, to ja tak. - podniosła się wyżej - Ja wiem, że miałeś 

ciężkie życie. Nie mogę wyobrazić sobie jak trudne to było dla ciebie, przejście 
przez Twoją pierwszą zmianę i brak wiedzy o tym co zdarzyło się, musiałeś 
dorastać w sierocińcu i na ulicach, poszedłeś do pracy w policji gdy byłeś tak 
młody, aby móc znaleźć swoich rodziców. To musiało być okropne. Nawet nie 
próbuję o tym dyskutować.  

- To nie było takie złe. - nie wiedział co jeszcze powiedzieć, jak 

załagodzić jej zwiększający się niepokój. Nawet nie rozumiał czym była tak 
poruszona.  

- Ale nareszcie, twój sen spełnia się. Znalazłeś swoją rodzinę. Ojciec i 

Mama, Jasha, Rurik, i Adrik.  

- I Aleksander - przypomniał jej.  
- I Aleksander. Jak mogłabym zapomnieć Aleksandrze? - jej ręce drżały. 

Jej głos wzrastał - Wejdziesz na to należne Ci miejsce, a wiesz dlaczego? Bo dla 
Ciebie, ja muszę stamtąd wyjść. Całe swoje życie, byłam cudownym dzieckiem, 
dziewczynką. Byłam dzieckiem. Zostałam rozpieszczona. Teraz jest ty. I tak jak 
powiedziałam, wiem, że miałeś do tego prawo bardziej niż ja, wiem, że jestem 
samolubna ale to jest to co czuję i mam prawo do swoich uczuć.  

- Wow. Nic dziwnego, że byłaś zła na mnie, że byłem wściekły o 

Aleksandra.  

- Masz również prawo do swoich uczuć. - ale mówiła szybko i bez krzty 

szczerości - Po prostu nie zachowuj się jakby to była oferta pracy i nie jesteś 
pewny, że chcesz to stanowisko. Przyjmiesz to i będziesz wdzięcznym, a ja 
stanę na zewnątrz i spróbuję być uprzejma.  

Dobrze się zastanawiał, żeby powiedzieć właściwą rzecz. Za to 

powiedział - Więc, tak naprawdę po to była ta analiza DNA.  

- Tak, ale test jest już zbędny. Jak tylko poinformowałeś mnie o tym, że 

zostałeś znaleziony w Nevadzie, wiedziałam, że jesteś tym dzieckiem. - łza 
spływała po jej policzku - Kiedy odkryłam, że moi rodzice nie są moimi 
biologicznymi rodzicami, wtedy zrozumiałam związek pomiędzy złotą pumą, 
która śledziła mnie i dzieckiem, które moi rodzice zgubili. Jesteś synem moich 
rodziców.  

Musiał wyrwać się z tego, wziąć się w garść, zanim wygada co zrobił. 

Zbierając swój w połowie zjedzony posiłek, powiedział - Jesteś pewnie głodna. 
Przygotuję zupę.  

Firebird przyjrzała się, jak wyszedł zamaszystym krokiem z pokoju i 

ścisnęło ją w żołądku.  

Byłaby szczęśliwsza gdyby krzyknął na nią. Za to popatrzył dokładnie jak 

piętnaście minut temu - beznamiętnie i nieruchomo, jak staw czekający na 
kamień, który będzie wrzucony na jego dno.  

background image

Gdy spotkała go na studiach, nie był taki. Był intensywny, przepełniony 

uczuciami, które buzowały pod powierzchnią, ukrytym ogniem, który chciał 
dotknąć płomieniami jej serca. W tamtych czasach, pomysł igrania z ogniem był 
bardzo atrakcyjny i podjęła to wyzwanie.  

Co za dziecko była.  
Z westchnieniem, wyśliznęła się z łóżka i pokuśtykała do łazienki. Była 

ona urządzona w chłodnych odcieniach niebieskiego i ciepłych odcieniach złota, 
był tam duży szklany prysznic, dwa zlewy miedziane i toaleta ukryta we wnęce. 
Jak korzystała z toalety, uśmiechnęła się do stojaka na magazyny. Typowy facet, 
skoro pomyślał o tym.  

Gdy myła ręce, zwróciła swoją uwagę na kran, który wyglądał jak 

staromodna pompa. Bardzo modny, nie był to rodzaj rzeczy, o które 
podejrzewałaby Douglasa, dopóki tak wpatrywała się w kran, nie musiała 
patrzeć w brązowo oprawione lustro ponad zlewem.  

Jeszcze nie miała dość siły by obejrzeć jej odbicie i jej biedną, w połowie 

ostrzyżoną głowę.  

Usłyszała go w sypialni i poznała go w drzwiach łazienki.  
- Wszystko w porządku? - jego spojrzenie omiotło ją od stóp do głów, a 

podczas gdy jego niepokój podgrzał ją, nie było skrawka namiętności w jego 
oczach.  

Nie mógłby zobaczyć jej pod koszulą nocną z flaneli?  
Widocznie nie.  
- Mam się dobrze. - wróciła do łóżka. Ruszała się  łatwiej. Już nie miała 

wrażenie, że jej kostka zaraz pęknie. Ból w jej stawach zelżał.  

- Żadne krwawienie? Żadne urazy…? 
- Mam się dobrze - podniosła nakrycie i położyła się i spojrzała na niego.  
Zaoferował zaizolowany plastikowy kubek - Zupa pomidorowa z bazylią. 

Mam nadzieję, że lubisz.  

- Lubię bardzo. - podniosła się i wypiła łyk. Szybko przeniknęło ją ciepło 

i poczuła doskonały smak aż westchnęła z radością - Cudowna.  

- To dobrze. - siedział na swoim krześle i wpatrywał się w nią.  
- Wszystko w porządku? - siorbnęła trochę. Wprawiał ją w zakłopotanie, 

ale miał rację: naprawdę była głodna.  

- Tak.  
- Jesteś zły na mnie, że nie powiedziałam ci o moich rodzicach... twoich 

rodzicach wcześniej?  

- Nie.  
Wzięła łyk zupy z dużym kawałkiem mięsa, przeżuła i połknęła, wtedy 

delikatnie zapytała - W takim razie co myślisz?  

- Że prawie przeze mnie umarłaś.  
- Powiedziałeś to już wcześniej, tak myślę. - spróbowała przypomnieć 

sobie ten moment i miała wrażenie rozlewania fal - w oceanie.  

- To jest prawdziwsze niż kiedykolwiek.  

background image

- Nie, to jest tak. Varinscy poszukują mnie. Oni nie wiedzą o tobie. Nie 

mogą wiedzieć.  

Zmieszał. Wstał. Podszedł do okna i oparł się o ramę. Poranne światło 

objęło go, plątało się w jego blond włosach. Jego wyrzeźbiona szczęka 
wysunęła się do przodu, jego czoło zmarszczyło się...  

- Jesteś zły.  
-  Nie  na  ciebie.  -  odwrócił  się  przodem  do  niej  -  Byłem  -  wściekły  że  

zostawiłaś mnie bez słowa. Przez prawie trzy lata, byłem wściekły, że porzuciłaś 
mnie tak jak moi rodzice. Nigdy nie podejrzewałem, że widziałaś mnie jako 
pumę. Gdy przyszłaś tu i poinformowałaś mnie o Aleksandrze, byłem wściekły, 
że urodziłaś mojego syna i nie powiedziałaś mi. Ale teraz rozumiem. Rozumiem 
wszystko i nigdy nie możesz czuć się winna, nie powiedziałaś mi moich... o 
Konstantinie i Zoranie. - podszedł do łóżka, usiadł i pochylił się do niej - Przed 
trzema laty, zraniłem Cię  że nie zaufałem Ci i nie poprosiłem o twoją pomoc, 
ale nawet przez minutę nie wierz w to, że gdy mówiłem ci, że Cię kochałam to 
kłamałem. Mówiłem poważnie.  

- Kochałeś mnie? - mówił prawdę, czy to co chciała słyszeć?  
- Zanim cię spotkałem, przeszukałem twoje akta ale znalazłem 

pomieszane informacje. To mogła być usterka komputerowa, albo błąd 
operatora, ale nie wierzyłem w to.  

Kąciki jej ust uniosły się z satysfakcji - Żona mojego brata, Ann... ona 

dobrze sobie radzi z komputerami i doskonali się przez cały czas. Tylko ona 
mogła pomieszać te informacje. To uniemożliwia znalezienie jakiekolwiek 
detali o Wildersach.  

- Gdy szedłem do liceum wiedziałem co chce robić - zostać 

funkcjonariuszem policji. Ponieważ człowiek, który może zmieniać się w pumę, 
która może tropić wszystkich przestępców może dostać pracę gdziekolwiek w 
USA i gliny mają dostęp do różnych danych. - kontynuował przypatrując się jej 
- A także dlatego, tak jak powiedziałaś, chciałem znaleźć swoje korzenie.  

- Gdybyś przeszukał wszystko, znalazł byś Varinskich. - odłożyła pusty 

kubek - Oni są w internecie, zarówno jako legenda jak i ich działalność.  

- Znalazłem ich. Było to jak miałem trzynaście lat. Napisałem do nich 

maila. Powiedziałem im, że jestem taki jak oni. - Douglas wspomniał swoje 
młodzieńcze lata z drwiącym uśmiechem - Nigdy nie odpowiedzieli. Patrząc 
wstecz, zdałem sobie sprawę, że oni muszą dostawać sto e-mailów dziennie od 
dzieci, które myślą, że to byłoby super zmieniać się w zwierzęta.  

- Od dzieci, które czytają zbyt dużo Harry'ego Pottera. - gdy pomyślała o 

Varinskich otrzymującym e-maile od niewinnych dzieci, gdy pomyślała o nich 
dostających wiadomość od Douglasa, chciała drżeć ze strachu. Gdy zdała sobie 
sprawę, że Aleksander zrobi rzecz równie głupią, tak samo niebezpieczną, 
chciała przytulić go i bronić go przed demonami, które postrzegały ludzi jako 
ofiarę - i od ludzi, którzy zobaczyli te dzieci jako cele.  

background image

- Nawet wcześniej zanim ukończyłem liceum, zająłem się ochroną 

porządku publicznego. Zdobyłem swoją reputację natychmiast. - coś w jego 
zachowaniu sprawiło, że ona zauważyła, że był dumny z tego co zrobił w swojej 
pracy - Użyłem tej reputacji by szukać tropów o mojej przeszłości. Moją 
najlepszą teorią było, że mój ojciec był Varinskim, może podróżującym, który 
znalazł kobietę i zgwałcił ją. Myślałem, że to jest najprawdopodobniejsze 
wyjaśnienie, biorąc pod uwagę, że zostałem porzucony przez swoją matkę.  

Firebird kiwnęła głową. To było logiczne - Varinscy nigdy nie parzyli się, 

nigdy nie brali ślubu. Ich synowie rodzili się z szybkich, brutalnych napaści. 
Faktycznie, Varinscy początkowo byli oburzeni, że jej ojciec wziął ślub. Później 
dostali kolejny powód i przysięgli sobie w duchu zemstę: gdy gonili 
nowożeńców, chroniąc jego żonę, Konstantin zabił swojego brata.  

Douglas kontynuował - Później znalazłem blog napisany przez jednego z 

młodych Varinskich. Zrobił to gdy ich stary przywódca, Konstantine, uciekł do 
Ameryki ze swoją żoną, klan utracił silną pozycję i potrzebował jakiejś odmiany 
w przywództwie.  

Firebird śmiała się drwiąco - Nie mogę uwierzyć, że był wystarczająco 

głupi by umieścić to w internecie.  

- Widziałaś, jakie rzeczy ludzie tam umieszczają? Pierwsza rzecz jaką 

robi oficer policji kiedy rozwiązuje jakieś przestępstwo to wchodzi na 
Facebooka i widzi czy ktoś przechwalał się na ten temat albo przyznał się to 
czegoś. To oszczędza dużo kłopotów.  

- Pomyślałem, że historia Konstantina była warta, aby się jej lepiej 

przyjrzeć - Douglas powiedział - ale w Stanach Zjednoczonych, nie był 
Varinskim i nie mogłem go znaleźć. Więc poszukałem rosyjskich imigrantów, a 
dokładniej  rosyjskich  imigrantów w  Nevadzie  i zachodnich Stanach 
Zjednoczonych.  

- Jest takich mnóstwo w Stanie Waszyngton.  
- Rozmawiałem z nimi. Wszyscy znali historie o Varinskich, historie 

które opowiadali swoim dzieciom aby wystraszyć ich i zmusić do dobrego 
zachowywania się. Nawet dowiedzieli się o Konstantine który porzucił rodzinę 
by poślubić Cygankę i jak klan poprzysiągł zemstę. Ale nie wiedzieli gdzie jest, 
ani nawet czy to jest prawda.  

- Ponieważ Konstantin i Zorana byli bardzo ostrożni - objęła kolana 

ramionami - Wielu Rosjan rozpoznałoby Varinskiego gdyby zobaczyli jednego.  

- Tak. Wypełniasz mi luki - satysfakcja złagodziła naprężenie ze jego 

twarzy - Mając opowieść o Konstantinie w głowie, zbadałem rejestry 
imigracyjne i znalazłem rosyjską parę imigrantów, która przybyła mniej więcej 
w tym czasie i która miała bardzo niezwykłe nazwisko - Wilder.  

- To nie jest niezwykłe nazwisko - powiedziała cierpko.  
- Jest dla rosyjskiego imigranta. Więc poszukałem obecnej lokalizacji 

Wildersów, ale nie mogłem jej znaleźć. Ale znalazłem Wytwórnię Win w Napa 
Valley, i Jasha Wilder, urodzonego w USA z bardzo rosyjskim imieniem, który 

background image

przechwalał się przed jego pracownikami swoją siostrą, która dostała pełne 
stypendium na Brown University w Rhode Island.  

Douglas wprawił ją w zakłopotanie - był zbyt mądry.  
- Więc odnalazłem cię, a Ty myślałaś, że jesteś tak rozsądna, tak 

przebiegła, że nie podawałaś informacji o twojej rodzinie.  

- Byłam!  
- Byłaś dzieckiem. - rozbawienie przemknęło przez jego chłodną twarz - 

Przymilałem się do Ciebie aby uzyskać informacje, ale uwodzenie cię było 
moim błędem. Spędziłem tak dużo czasu na rozmawianiu z tobą, dowiadywaniu 
się, że ty mówisz w języku rosyjskim, że znałaś swoją drogę wokół sztuki 
ponieważ twój najlepszy przyjaciel był artystą, że malowałaś dla żartu ale 
nauczyłaś się oprogramowania softwarowego i japońskiego więc mogłaś 
pracować dla wytwórni win, że lubiłaś żółte róże i czerwone goździki...  

Jej spojrzenie powędrowało jeszcze raz na żółtą różę pływającą w misce 

obok łóżka.  

- Odkryłem tysiące szczegółów o tobie, ale zapomniałem o tym z powodu, 

którego Cię odszukałem - kim jest twój ojciec i gdzie mieszka twoja rodzina - a 
wszystko przez to, że zostałem zafascynowany przez tę cudowną twarz. - jego 
koniuszki palca wisiały w powietrzu tuż nad jej policzkiem - Kiedy uśmiechałaś 
się do mnie, twoja cała twarz rozjaśniała się, a mi było... tak ciężko.  

Może uwierzy, że kochał ją. Niby, dlaczego kłamałby - Kiedy odeszłam, 

źle to przyjąłeś?  

- Tak.  
- Dobrze. - miała wrażenie, że wielki ciężar został zdjęty z jej piersi i 

wzięła swój pierwszy swobodny oddech odkąd zobaczyła, jak zmienił się z 
pumy w człowieka - Bo ja byłam załamana.  

- Tak, ale ty nie...  
- Nie co?  
Jego palce w końcu dotknęły jej twarzy i tym jednym dotknięciem, 

przytrzymał ją w miejscu aby ją pocałować. Otworzył jej wargi i wśliznął się w 
głąb swoim językiem.  

Zamknęła oczy. Poddała się uczuciu, zadowolona ponieważ powiedziała 

mu o jego nowo odkrytej rodzinie. Zadowolona że wyjaśnił jej, dlaczego 
odszukał ją na uniwersytecie i dlaczego uwiódł ją.  

Kochał ją. Czy Kocha ją teraz?  
Nie, nie powiedział tego, ale może mógłby kolejny raz spróbować.  
A jeśli nie... trudno. Była sama już od dłuższego czasu. Na teraz, musi 

zadowolić się tym.  

background image

Rozdział 22  

Firebird owinęła swoje ręce wokół ramion Douga i przyciągnęła go do 

siebie, a kiedy jego klatka piersiowa znalazła się blisko jej i jego serce zbiło 
takim samym rytmem, odprężył się po raz pierwszy w swoim życiu.  

- Jesteś głodna? - usiłował brzmieć swobodnie.  
Potrząsnęła głową.  
- Spragniona? Zmęczona? Może potrzebujesz skorzystać z łazienki?  
Jeszcze raz potrząsnęła głową.  
- W takim razie bardzo chciałbym kochać się z tobą. - wstrzymał oddech, 

czekając na najważniejsze potwierdzenie w jego życiu.  

Uśmiechnęła się tym swoim cudownym i wielkim uśmiechem, tym który 

roziskrza jej oczy i ukazuje głębie jej duszy... tym który uwiódł go. - Ja także 
bardzo tego pragnę.  

Krew odpłynęła z jego mózgu i popędziła prosto do jego chuja i 

podejrzewał - obawiał się - był pewien, że ma dość uciekania ten jeden jedyny 
raz.  

Dosięgając ponad nią, dotknął włączników na stoliku nocnym.  
Kominek zaczął płonąć. Niska, erotyczna, jazzowa muzyka zaczęła grać.  
- To miało zrobić wrażenie na mnie? - zapytała.  
- A zrobiło?  
Biorąc jego wyciągniętą rękę, przyciągnęła to swojej twarzy i ucałowała 

jego palce mówiąc - Sprytnie zaplanowane. Ręka stabilna jak skała. Spokojne 
ruchy. Ogólnie rzecz biorąc, dobrze wykonana robota.  

Czy poznała że z każdym pocałunkiem, stawał się mniej układny i 

brutalniejszy?  

Pogłaskał jej twarz, rozkładał jej włosy na poduszce, dotknął ostrzyżonej 

strony i zamruczał - Przepraszam.  

Uśmiechnęła się do niego - Więc napraw to. 
Co noc od tej pory gdy zniknęła, śnił o trzymaniu jej w ramionach pod 

sobą i każda noc była podporządkowana jej i rzeczom tego rodzaju, których 
nigdy nie spróbowałby ze słodką, nieśmiałą dziewczyną jaką była Firebird. Ile 
razy wyobraził sobie, że ją odnajduje, była sama i tak się składało, że 
przypadkiem była ubrana w koronkową bieliznę z pasem do pończoch, albo 
obcisły skórzany top bez ramiączek, albo, najlepiej ze wszystkich, prosty strój 
domowy bez niczego pod spodem. Ale choćby nie wiem co z nią robił - w 
swoich snach był silny, wspaniale seksualny - zawsze krzyczała w momencie 
kulminacyjnym i trzymała go w ramionach, a potem płakała i żebrała o jego 
przebaczenie...  

- Cholera - pragnienie uderzyło w niego jak milion woltów elektryczności.  
Podniosła swoją głowę z poduszki - Co się stało?  
- Nic - chrypiał.  

background image

Nie mógł zrobić  żadnej z tych rzeczy, o których śnił i wyobrażał sobie, 

ponieważ to była jego wina, że uciekła. Wszystkie te scenariusze już 
zagnieździły się w jego umyśle, poddając w wątpliwość jego kontrolę, 
sprawiając, że chce wziąć ją szybko, a później jeszcze raz, czuć jej smak między 
nogami i wziąć ją jeszcze raz. Nieważne, że była nieświadoma wykroczenia: 
demon szepnął w jego umyśle, żeby uwięzić ją i zaspokoić siebie.  

Nawet ubrana w koszulę nocną z flaneli Pani Burchett, próbowała swojej 

kontroli.  

- Jesteś nieśmiały? - przewróciła go na plecy i rozłożyła się na jego klatce 

piersiowej - Czy minęło aż tyle czasu, że zapomniałeś podstaw? Pozwól, że 
pokaże Ci parę rzeczy - rozpięła pierwsze cztery guziki swojej koszuli nocnej.  

Nie ruszył się, przybity przez jej szyję, przez gładką skórę jej klatki 

piersiowej.  

Śmiała się z niego i oskarżyła - Chcesz bym wykonała całą pracę!  
- Nie. To nie to - obawiał się, że jeśli zauważy jej pierś, rozpiąłby i - 

Cholera. On nie powinien mieć nawet myśl o jej piersi. Teraz jego chuj 
próbował wydrapać wyjście z jego dżinsów.  

- W takim razie niech pokażę ci podstawy. Najpierw zdejmujesz swoją 

koszulę. - nakłoniła go by usiadł i odrzucił ją daleko.  

Jego tatuaż  świecił tak jak technikolor film w latach pięćdziesiątych. 

Czerwień była prawdziwa, niebieski był zimny, żółty był gorący, wszystko 
razem ciągnęło się od jego ramienia aż do pasa, jakby pociągnięcie pazura 
pumy.  

Nie troszczył się o to.  
Jedyne co go żenowało to było drobne czarne oparzenie przy podstawie 

jego gardła. Oparzenie, które miało kształt krzyża.  

Zobaczyła to wszystko. Nie wydawała się troszczyć o to, albo nawet 

szczególnie zauważać - Teraz zdejmę moją koszulę nocną. - uniosła się na 
swoich kolanach i zdjęła ją.  

Miała na sobie majtki. Dzięki Bogu!  
Ale  piersi,  których  bał  się  były  tam,  małe  i  doskonałe,  z  sutkami  

wycelowanymi w jego usta i błagały by się nimi zająć. Zamknął oczy i po 
omacku sięgnął w jej stronę, szarpnął do przodu, i w ogóle nie patrząc, wziął jej 
pierś do ust.  

Smakowała jak bita śmietana i cynamon i seks, a on umierał z głodu. 

Okrążał swoim językiem wokół sutka, a gdy zaczął go ssać, wtedy stwardniał w 
jego ustach od tej pieszczoty. Zainspirowany, przykrył ręką drugą pierś, złapał 
sutek między kciukiem a palcem wskazującym i szarpał łagodnie.  

Zadrżała. Wsunęła palce w jego włosy i przytrzymała jego głowę w 

miejscu i zadrżała jeszcze raz.  

Podniósł swoje kolano między jej nogami i potarł raz, potem drugi a kiedy 

zabiegała o ten nacisk, uwolnił jej pierś i rzucił ją na plecy. Ukląkł nad nią i 
kolejny raz wśliznął się swoim kolanem między jej nogi. Ale tym razem 

background image

zastosował ciągłe zapieranie i pocałował jej usta. Jej czoło, policzki, oczy, 
ucho... Próbowała złapać jego pocałunek, obracając swoją głowę za nim, ale nie 
pozwolił jej na to.  

Ponieważ w tej chwili, jego dyscyplina jeszcze trzymała.  
A gdyby pocałował ją tak jak tego chciał, gdyby wepchnął jego język do 

jej ust, przypomniał by sobie swoje marzenie całowania i pieprzenia się z nią w 
tym samym czasie, swoje fantazje jego twardych, agresywnych ruchów, które 
wyryłby go w jej…  

Musiał myśleć o czymś innym.  
Trącił nosem jej szyję, musnął jej miękką skórę przy gardle, następnie 

powiódł przez obojczyk, najpierw w jedną stronę, później w drugą.  

Przez ten cały czas, bestia w nim mówiła mu: Weź ją. Weź ją teraz. Weź 

ją ostro. Uczyń ją twoją.  

- Drżysz - pogłaskała jego czoło - Zapomniałam, przecież także byłeś w 

wodzie. Miałeś hipotermię. Jesteś zdolny do - podniósł swoją głowę tak szybko, 
aż jego szyja trzeszczała - Nie mogę zatrzymywać się.  

Nie mogła go o to poprosić.  
- Ale sprawisz sobie ból jeśli ty...  
Opuścił głowę prawie do jej mostka, dokładnie na jej serce, dmuchnął na 

nią jak mężczyzna na zamarznięte okno. Umieścił całe gorąco swojej duszy w 
tym oddechu, jego żądzę i rozpacz prosto na jej skórę, jej tkanki i do jej bijącego 
serca.  

Uciszyła się. Zamknęła oczy do połowy. Wydawała się być zasłuchana i 

wchłaniająca jego istotę i jego ochotę.  

Wtedy, nie zdając sobie sprawy z tego co robi, spełniła jeden z jego 

niecnych snów.  

Wyciągając jej ramiona nad głową, chwyciła rogi swojej poduszki - Jeśli 

pozostanę nieruchomo i pozwolę ci robić wszystko co chcesz, obiecujesz 
uważać na siebie?  

Słyszał słowa ale nie mógł ich zrozumieć przez ryczenie w jego uszach. 

Jego spojrzenie omiotło jej ciało, wyłożone jak bachiczna uczta. Poczuł zapach 
pobudzenia, który sączył się jak afrodyzjak z jej skóry. Słyszał pęd powietrza 
przez jej płuca, pośpieszny oddech, który sprawił, że on zdawał sobie sprawę, że 
ona przewidziała przyjemność.  

Jego język wysunął się gwałtownie i spróbował wyjątkowego smaku 

Firebird, a następnie poczuł również smak strachu.  

Ich poprzednie stosunki były krótkie i intensywne. Nigdy nie dzielili 

swobody starych kochanków.  

I teraz... nie znała go dobrze ale wiedziała, że był zły na nią. Martwiła się, 

że jest wciąż zły na nią.  

To złagodziło, uspokoiło rozpacz.  
- Douglas?  

background image

Spotkał jej niespokojne spojrzenie - Nie obiecuje niczego, z wyjątkiem 

tego, że gdy skończę z tobą, będziesz bardzo - pocałował jej brzuch - bardzo - 
rozłożył jej nogi i pocałował ją tam - szczęśliwa.  

background image

Rozdział 23  

Firebird wykończył  ostatni niepohamowany,  bajeczny orgazm  i 

rozluźniona opadła z powrotem na łóżko.  

Prawie nie mogła się ruszać. Każda kość i mięsień były przećwiczone, 

pocałowane, wymasowane i zaspokojone. Douglas nakarmił jej zadowolenie - 
dostosował się do niej i jej fantazji. Teraz, wyczerpana przekręciła swoją głowę 
na poduszce i patrzyła na Douglasa.  

Wyglądał na... zadowolonego.  
Poczuła się... niewiarygodnie.  
I wyglądał na... zadowolonego.  
Gdy kochali się wcześniej, to było starcie dwóch strasznie żywych istot, 

które pomacały, zobaczyły, poczuły zapach i dotknęły ze wszystkimi 
cudownymi uczuciami ich dusz. Ona spaliła się dla niego i wiedziała, że on 
spalił się dla niej.  

Teraz, seks z nią zadowolił go.  
Zwęziła swoje oczy do czasu gdy nie patrzała na niego tylko przez szparę, 

próbując prześwietlić go, przez jego skóra do jego myśli.  

Nie. Kontrolowany seks z nią zadowolił go.  
Jego głos wystraszył ją. Bardzo spokojnie powiedział - Muszę powiedzieć 

ci dlaczego nie zostałem z Panią Fuller.  

- Oczywiście - te słowa, każda kobieta chciała usłyszeć od jej kochanka 

po wielkim seksie.  

- Większość chłopców staje się mężczyznami około dwunastego roku, 

gdy mają swoją pierwszą niekontrolowaną erekcję to ich zdumiewa, wstrząsa, 
ale także napawa dumą. - wciąż brzmiał spokojnie i cywilizowanie, ale potarł 
swoje czoło jakby zwykła rozmowa sprawiała mu ból - I tak było ze mną, z 
wyjątkiem... Wiedziałem, że to nie jest zwykła rzecz, zmienianie się w pumę. 
Nawet w wieku dwunastu lat miałem odrobinkę logiki.  

Firebird zaczęła odrywać myśli od sobie. Zaczęła domyślać się dlaczego 

Douglas omawiał swój okres dojrzewania płciowego gdy ona wciąż cieszyła się 
spełnieniem - Jak się dowiedziała?  

- Oprócz tego wszystkiego - pierwsza erekcja, włosy łonowe, ryzykowne 

zachowanie - pojawił się ten tatuaż na mojej klatce piersiowej.  

- Tak to jest jedna z tych rzeczy, które identyfikują cię jako jednego z 

Varinskich. - Firebird wiedziała to na pewno.  

- Więc zebrałem się w sobie. Ale w tym czasie, wszystko, co wiedziałem 

to że moje ciało zdradzało mnie pod każdym możliwym względem. Mój chuj 
chłostał się wokół jak igła na kompasie. Gdy patrzyłem w lustro, czasami 
wyglądałem... - potrząsnął głową - Jak puma. Złota puma. I nocą, miałem ten 
tatuaż na mojej klatce piersiowej. Był duży, był śmiały i kolorowy. Starałem się 
go ukrywać, ale Pani Fuller miała tylko dwie łazienki i ta, którą my chłopcy 

background image

używaliśmy nie była zbyt prywatnym miejscem. Zamek był wyłamany; zawsze 
robiliśmy sobie kawały z wodą z lodem... Mały gówniarz, który spał w łóżku 
piętrowym nade mną zobaczył tatuaż i powiedział pani Fullera.  

- Nie uwierzyła w tatuaże.  
- Wezwała mnie do swojego salonu i urządziła mi piekło. - cofnął się do 

przeszłości i wszystko to powiedziało jej, że jest ogarnięty bolesnymi 
wspomnieniami - Nie wiedziała gdzie dostałem pieniądze na tatuaż i obawiała 
się,  że  znowu  kradnę.  Pomyślała,  że  wstąpiłem  do  szajki,  a  to  było  powodem  
tatuażu. I... chciała mi uświadomić, że choćby nie wiem co, wciąż kocha mnie i 
mogę jej wszystko powiedzieć.  

- Więc powiedziałeś jej?  
- Tak. Ale nie uwierzyła mi.  
- Więc pokazałeś jej?  
- Tak - ucichł co złamało jej serce - Więc zobaczyła, jak się zmieniłem. 

Zobaczyła pumę.  

- O Boże. - Wildersi zawsze zachowywali tajemnicę, ponieważ 

Konstantin nauczył ich, że - uczy każdego z nich - nikt tego nie zrozumie. Nikt 
nie uwierzy.  

- Tak jak mówiłem ci, Pani Fuller była chrześcijańską kobietą z dobrym 

sercem. I kochała mnie. Kiedyś w to wątpiłem, ale teraz to wiem, ponieważ 
wzięła jej własny krzyż, który zawsze nosiła na szyi i zawiesiła wokół mojej 
szyi.  

- Dlatego masz ten krzyż wypalony na twojej skórze przy podstawie 

gardła. - Firebird widziała to. Zastanawiała się nad tym. Teraz wiedziała.  

- Właśnie dlatego. - jego klatka piersiowa unosiła się gwałtownie - Ból 

był straszliwy, ale nie tak straszliwy jak ten gdy dostrzegłem wyraz twarzy Pani 
Fuller, gdy zdała sobie sprawę, że niebo odrzuca mnie tak całkowicie.  

- Co zrobiła? - koniuszkiem palca, Firebird obrysowała wokół blizny 

kółko.  

- Płakała. Płakała.  
W tym momencie, Firebird nienawidziła chrześcijańskiej Pani Fuller - Co 

wtedy zrobiłeś?  

- Uciekłem. Po raz ostatni, uciekłem. - potarł przy swoim sercu ręką - Ale 

Pani Fuller przekonała mnie, że jestem zbyt bystry by pozwolić komukolwiek 
kontrolować mój los. Więc przeprowadziłem się do Kolorado i skończyłem tam 
liceum. Skończyłem je wcześniej.  

- I zająłeś się ochroną porządku publicznego.  
- Tak.  
- I używałeś twoich mocy kiedykolwiek musiałeś utrzymać się w grze.  
- Tak.  
Ok. Teraz zrozumiała - dużo rzeczy. Jej ojciec... Konstantin... zawsze 

kazał swoim synom uważać, nie zmieniać się jeśli to nie było niezbędne. 
Powiedział, że za każdym razem dogadzając swojej radości podczas latania i 

background image

biegania, przybliżali się do zła. Przybliżali się do twórcy paktu. Przybliżali się 
do piekła, do diabła.  

Douglas używał swojego prezentu w poszukiwaniu mocy i prawdy.  
Był bardzo bliziutko do zgubienia jego duszy. I w głębi serca, wiedział o 

tym.  

Firebird zrozumiała teraz. Kochali się i był zadowolony. Oczywiście, że 

był zadowolony.  

Udało mu się sprawić jej przyjemność przezwyciężając jego dziką część. 

W całym jego życiu, namiętność dowiodła, że jest błędem. Zawsze błędem. Gdy 
chodziło o nią, nie ośmielił się pozwolić sobie na namiętność, ponieważ nie 
chciał by namiętność poniosła go.  

Nie chciał zadać jej bólu.  
Bardzo dobrze. To było świetne. Dobrze, że nauczył się takiej 

powściągliwości. Ludzie w jej rodzinie wszyscy robili wrażenie swoją 
powściągliwością. Nigdy w życiu nie martwiła się, że będą wściekli i że 
zmiażdżą ją.  

Co ważniejsze, powierzyła im życie jej dziecka.  
Ale również budzili grozę w swoich namiętnościach. Każdy mężczyzna 

kochał swoją kobietę całym jego sercem, jego duszą, każdym włóknem - 
wszystko razem z namiętnością - jego ciała. To był rodzaj miłości, której ona 
chciała. To był rodzaj miłości, którą mogła by mieć.  

Wyśliznęła się z łóżka, poza zasięg Douglasa.  
Od razu, jego głowa odwróciła się do niej.  
Rozciągnęła się, wolno, w kocich ruchach, z jej rękami ponad głową. 

Wtedy wolno powiodła dłońmi w dół boków jej piersi i w dół jej żeber i ponad 
jej biodrami - Mmmm - westchnęła - Idę wziąć prysznic. - spacerowała w 
kierunku łazienki. Stanęła w drzwiach i obejrzała się na niego - Przyjdziesz?  

background image

Rozdział 24  

Stopy Douglasa uderzały mocno o podłogę.  
Firebird zaśmiała się cicho. Przechadzała się w kierunku próżności.  
Przestała śmiać się gdy zobaczyła swoje odbicie. Miała stłuczenia wokół 

szyi, które wyglądało jakby była duszona.  

Krasnorosty morskie, przypuszczała. Więcej stłuczeń na jej ramionach, 

wyglądało jakby było zrobione przez rękę człowieka.  

Domyśliła się, że Douglas zrobił je podczas rozpaczliwej walki aby ją 

uwolnić.  

I jej włosy... Dorastając w rodzinie gdzie przeważały ciemne włosy, 

zawsze pyszniła się swoją jasnowłosą pogodnością i kochała to cięcie. Lubiła je. 
Sprawiały, że ona wyglądała wyrafinowanie, bezczelnie i nie jak matka 
Aleksandra, ale jak seksualna, pociągająca młoda kobieta.  

To była niegroźna fantazja, jedna z tych, które nie zmieniały faktów... a 

teraz jedna strona jej fryzury była wycięta aż do skóry głowy.  

Trzeba było coś zrobić. Otworzyła szufladą i znalazła nożyce o trzech 

calach długości, które były używane do przycinania wąsów.  

Stał patrząc na nią w drzwiach, ramiona miał złożone na klatce 

piersiowej. Jego twarz była wciąż sroga, beznamiętna ale podejrzewała, że to 
jest fasada.  

Nie. Wiedziała, że to jest fasada. Ponieważ jakkolwiek on chciał się 

kontrolować, jedna część jego ciała mówiła prawdę, a prawda była taka, że był 
napalony.  

Postanowiła dowieść tego.  
Z niewielkim uśmiechem, przechyliła się przez zlew, w kierunku lustra. 

Biorąc dłuższy kosmyk włosów w rękę i ścięła go.  

- Nie - wciąż opierał się o futrynę drzwiową, ręce nadal miał skrzyżowane 

na piersi, ale teraz zacisnął pięści - Zaczekaj do rana. Pójdziemy do salonu.  

- Albo do fryzjera męskiego. - obcięła kolejny kosmyk. - Mogę to 

naprawić, a po za tym chciałam mieć nową fryzurę. - kłamała.  

Ale wyglądał na tak winnego. Wzdrygał się z każdym nacięciem nożyc i 

nie mógł zatrzymać spojrzenia na jej głowie. To zmusiło go do w dół i... w dół 
do miejsca, które mógł zobaczyć kiedy pochylała się do przodu.  

Biedny facet. To musi być niewygodne być tak rozproszonym.  
- Douglas, mógłbyś obciąć mi z tyłu? - obróciła się i podała nożyce - Nic 

nie widzę, żeby zrobić to sama.  

- Naprawdę powinniśmy zaczekać. - spojrzał na jej piersi, na jej brzuch, 

na pas blond włosów między jej nogami i zwilżył swoje wargi - Ja nie wiem nic 
o obcinaniu włosów.  

background image

- Ja też nie, ale wiem, że nie będę chodziła wyglądając w ten sposób. - 

rozsiadła się, a jej oczy rozmyślnie były szerokie i błagalne - Chodź kochanie, 
musisz mi to zrobić albo zrobię to sama.  

- Co? - rumienieć wypłynął na jego policzki.  
- Zrobić mi - powtórzyła - Obciąć moje włosy.  
- No dobrze. - przeszedł do przodu zachowując kontrolę.  
Zbyt niezdrowo dla niego, że miał ten barometr, który wskazywał 

nasilenie sztormowe.  

Podała mu nożyce, wtedy odwróciła się i pochyliła, nogi ustawiła trochę 

osobno. Patrzyła na niego w lustrze.  

Wpatrywał się, nie w tył jej głowy, ale w szczelinę między jej 

pośladkami.  

Gdy w końcu oderwał swoje spojrzenie i popatrzył jej w oczy w lustrze, 

powiedziała - Po prostu wrzucaj włosy do zlewu.  

Patrzył na nożyce w swojej ręce jakby nie wiedział do czego służą. 

Pomyślała przez chwilę  że już rozbiła go - dobra robota, Firebird - wtedy 
wyraźnie dyscyplinował się i zabrał się do pracy.  

Udowodnił jak bardzo ma się na baczności. Najpierw obciął długie 

pasma, a następnie wziął je między swoje palce i podciął jeszcze raz. Za każdym 
razem gdy przebiegał swoimi palcami przez skórę jej głowy, przesunęła się - 
przypadkowo - napierając na niego swoimi biodrami - Uwielbiam obcinać 
włosy. A kiedy ktoś głaszcze moją głowę, roztapiam się. A ty?  

- Nie - trzymał spojrzenie surowo na swojej pracy.  
- Ludzie. Jesteś nieustępliwy i surowy, nigdy nie poświęcasz czasu na 

cieszenie się małymi przyjemnościami w życiu. Gdy wejdziemy pod prysznic, 
umyję cię i zobaczymy jak Ci się to podoba.  

- Nie zamierzam brać z tobą prysznica.  
Wykonał już dość cięcia.  
Nowe cięcie sprawiło, że ona wyglądała na chudszą, młodszą, bardziej 

nieustępliwą, ale to nie wyglądały źle.  

Ostrożnie odepchnęła jego ręce od swojej głowy. Obróciła się i stanęła 

naprzeciw niego. Kładąc jej palce na jego klatce piersiowej, popatrzyła w górę 
na jego twarzy - W takim razie po co tu przyszedłeś?  

- Siku.  
Rozmyślnie prowokował. Próbował przepędzić ją.  
Niedoczekanie przecież miała braci.  
Wpatrywała się w dół jego ciała w jego naprężony członek - Dobrze. Ale 

wysiusiasz się na suficie.  

Prześliznęła się obok niego i przeszła w kierunku kabiny prysznicowej, 

która była zbudowana z naturalnego kamienia. Otworzyła szklane drzwi, 
odkręciła kran i podczas gdy czekała aż woda się podgrzeje, rzuciła okiem z 
powrotem na niego.  

background image

Wciąż stał tyłem do niej ale popatrzył na nią w lustrze, nożyce trzymał 

kurczowo w ręce, jego spojrzenie było gorące i głodne.  

- Chodź kochanie - skłaniała - Możesz usiąść na miejscu, a ja wykąpię 

cię... calutkiego.  

Dostrzegła blask sił nadprzyrodzonych czerwony w jego oczach.  
Obrócił się i skoczył do niej, wtedy zatrzymał się i wpatrywał się w 

nożyce, zapomniane w jego ręce.  

Zachichotała i wśliznęła się do kabiny.  
To z pewnością zostało zbudowane dla dwojga, z mnóstwem strumieni 

wody, imponującym prysznicem, półka wypełniona była mydłami, szamponami 
i pieniącymi się  żelami i gładkim kamiennym miejscem zbudowanym na 
jednym końcu.  

Spojrzała na Douglasa i uświadomiła sobie, że wciąż stoi nieruchomo 

pośrodku podłogi, trzymany tam przez zwykłą siłę jego woli i nożyc trzymanych 
kurczowo.  

Przejrzała butelki - Masz mój ulubiony zapach.  
Jakby nie mógł powstrzymać się, patrzył w górę na nią, wpatrując się 

przez szklaną przegrodę.  

Napełniła dłoń szamponem, podniosła ramiona i wyszorowała jej biedną, 

ostrzyżoną głowę. Włosy myła niedługo. Więc powiodła dłońmi w dół swojego 
ciała, podburzając go, przypominając mu o jej piersiach, jej brzuchu, jej udach i 
jej własnej zmysłowości - Kocham zapach mięty. Skąd wiedziałeś?  

- Pachnie jak słońce - wymamrotał - Jak ty.  
- Co powiedziałeś? - odwróciła się by ukryć jej uśmiech, zatem mógł 

zobaczyć, jak jej mydlane ręce prześliznęły się pod jej brzuchem.  

- Powiedziałem, że zgadywałem, że będę brał prysznic z tobą. Więc jest 

dużo miejsca. - przeszedł z powrotem do umywalki, tak zupełnie kontrolując się, 
odwróciła się w podszedł do prysznica.  

Pośpiesznie spłukała siebie, złapała szampon i cofnęła się aby mógł 

wejść.  

To był duży prysznic.  
On był dużym mężczyzną.  
Ale wtłoczyła go do kąta, a kiedy tyły jego kolan uderzyły o miejsce, 

usiadł.  

Napełniła swoją dłoń szamponem, wtedy wrzucił butelkę w jego ręce - 

Potrzymaj.  

- Mogę sam umyć swoje włosy.  
- Pozwól mi. - masowała swoimi palcami jego głowę, zrobiła dużo piany, 

masowała jego skórę głowy. Ruszała się powolni, pozwalając każdemu 
kółeczku masować skórę od jego czoła w kierunku tyłu głowy.  

Ale nie odprężał się. Wpatrywał się, zahipnotyzowany... w jej piersi.  
Zadrżały mięśnie na jego twarzy ponieważ zakołysała się z rytmem 

swojego masażu.  

background image

Kto by zgadnął, że zostanie przyciągnięty przez jej piersi, które tak 

niedawno całował i pieścił?  

Dobrze... ona wiedziała.  
Okazało się, że zgadła.  
- Czy tak nie jest cudownie? - potarła go za uszami, wtedy przesunęła ręce 

w tył jego szyi.  

Rozciągnął się jakby wyciągnęła nić przez czubek jego głowy - Jest 

dobrze. - przerwał, walcząc o słowa - Podoba mi się to.  

Cóż. Nigdy nie był kochankiem jasno wysławiającym się - faktycznie, w 

tej chwili, brzmiał jak Tarzan - ale ona przypuszczała, że gdyby chciała 
elokwencji, zawsze mogła iść oglądać te głupie reklamy masła.  

Ruszając się szybko, nie dając mu czasu odzyskać panowanie nad sobą, 

złapała żel pod prysznic i zabrała się do roboty, zaczynając od jego ramion a 
następnie klatki piersiowej. Myjka, którą wzięła była nowa, nigdy nie używana, 
z tekstury ocierającej jego zakończenia nerwowe, gdy przeciągnęła ją w kółko 
jego sutków.  

Gdy zrobiła to, podniósł ręce w jej kierunku - wtedy opadały i chwycił za 

skraj miejsca na którym siedział.  

- Masz naprawdę cudowne ciało. Kocham twoje mięśnie brzucha. - 

pogłaskała go najpierw myjką, a następnie jej nagą ręką - Lubię tę kępkę 
włosów na twojej klatce piersiowej która wije się w dół... - przejechała swoim 
palcem podążając za swoim spojrzeniem w kierunku jego pachwiny i jego 
naprężonego członka. Powstrzymała się jednak.  

Nie miała zamiaru dotykać go tam. Przynajmniej do czasu, aż nie 

doprowadzi go na skraj szaleństwa. 

Ale jej ciało miało inne pomysły.  
- Wstań - powiedziała, ciągnąc go. Gdy zrobił to, przekręciła go aby stał 

przodem do ściany - Podnieś twoje ramiona w górę i pochyl się do przodu. I 
rozstaw nogi proszę pana.  

- Zamierzasz mnie obszukać? - zapytał, a jego głos zabrzmiał o oktawę 

głębiej niż normalnie.  

- Każdy cal ciebie. - jego plecy, jego wytworną, ciasną dupę, między jego 

pośladkami, tył jego dobrze skonstruowanych ud i... nawet podniosła jego stopy 
i wyszorowała podeszwy.  

Nie poruszył się. Stanął tak stanowczo jak jeden ze stogów 

przytrzymujących morskie fale. 

Ale ocean zawsze wygrywał - ostatecznie.  
Z rękami na jego biodrach, odwróciła go i jeszcze raz umyła jego 

ramiona, zwracając szczególną uwagę na jego dłonie, później jego klatkę 
piersiową i brzuch, przód jego ud i łydki... a skoro była na swoich kolanach 
przed nim, została tylko jedna rzecz, która musiała być umyta.  

background image

Namydliła myjkę a wtedy ostrożnie, o, tak bardzo ostrożnie, pośliznęła się 

myjką między jego nogami, a następnie od nasady jego penisa do jedwabistej 
główki - Jak Ci się to podoba?  

- Jest... szorstko. - ledwie mógł burknąć.  
- Nie chcę być szorstka. - upuszczając myjkę, użyła swoich rąk, powiodła 

wokół jego jąder, badając dwie nabrzmiałe piłeczki wewnątrz jego worka.  

Cały czas czekała, wykonała ślizg jej ręki po długości jego penisa. A 

kiedy dotknęła go, wiedziała, że dzieją się czary.  

Każda żyła zabarwiła się na niebiesko pod bladą skórą, a w odróżnieniu 

od jego jąder, skóra tutaj była gładka, jak jedwab pod jej palcami. Główka była 
różowa, a gdy lekko potarła go, cały organ stał się większy i sztywniejszy.  

Tak. Czary.  
Mydło spieniło się na biało, wtedy spłukała je wodę i schyliła swoją 

głowę aby wziąć go do ust.  

W końcu, jęknął. Długi, niski, cichy jęk.  
Wirowała językiem, ssała łagodnie, następnie mocniej, wtedy znów 

delikatnie. I z każdym ruchem, stała się bardziej świadoma swoich sutków 
zaciskających się przewidując ból między jej nogami, oraz wody spływającej w 
dół między jej pośladkami. Była w potrzebie, a gdyby nie skapitulował 
niedługo, zamierzała zaatakować.  

Trzymał swoje ramiona prosto, a ręce na ścianach, zbierając siły jakby 

chciał rzucić się na nią.  

Spóźnione ostrzeżenie sprawiło, że wstrzymała oddech. Mimo tego, to 

szaleństwo było tym czego pragnęła, natychmiast, zastanawiała się czy ujdzie z 
tego cało.  

Przecież, on jest Varinskim.  
Stanął na nogi. Spojrzał w dół na nią. Jego oczy świeciły na czerwono, 

stały, gwałtowny, groźny blask.  

Jego ogromna kontrola skończyła się w końcu.  
Była, uświadomiła sobie, kobietą która złapała się w pułapkę przez jej 

własne podstępy.  

Pomimo ostrzeżenia, gwałtownie  naparła na  niego, z zamiarem 

przewrócenia go, zdominowania go, pokazania mu raz na zawsze, że nie budzi 
w niej grozy.  

background image

Rozdział 25  

Douglas złapał Firebird wokół pasa. Przycisnął ją do zimnej podłogi. 

Wyszeptał do ucha - Nigdy więcej tego nie rób. Słyszysz mnie?  

Wpatrywała się w złotą posadzkę pod swoim policzkiem, obserwowała, 

jak woda wpływa do odpływu, poczuła jego erekcję na swoich pośladkach.  

- Słyszysz mnie? - powtórzył.  
- Nigdy  nie przestanę.  -  nieprzydatne,  ale jakże prawdziwe 

nieposłuszeństwo. 

- W takim razie będę musiał Cię wycieńczyć - przesunął swoją rękę w dół 

jej kręgosłupa, a następnie między nogi. Otworzył ją na swoje poszukiwania i to 
co tam znalazł wywołało zdławiony chichot - Prawie gotowa. Prawie.  

Prawie? Jego palce ledwie otarły się o nią. Otworzył ją nieznacznie. A 

ona już sromotnie, kręciła się na krawędzi punktu kulminacyjnego.  

Przesunął w górę, a następnie w dół.  
Uniosła się w górę pod jego dotykiem, ale położył ją swoją dłonią z 

powrotem - Nie ruszaj się. Zrobiłaś już wystarczająco dużo.  

Została złapana w sidła własnej namiętności, ale to ona miała być tą która 

kusi. Teraz przyjdzie jej za to zapłacić.  

Jego palce odnalazły ją jeszcze raz i tym razem osiągnęły cel. Otworzył 

ją, pieścił, wchodził w nią... a kiedy to robił, uderzyło w nią gorąco.  

Używał jakiegoś olejku, czegoś, co zmusiło ją leżeć pod jego rękoma na 

podłodze.  

- Co się stało? - jego głos był gardłowy.  
- To zbyt wiele.  
Podniósł jej biodra swoimi rękoma - Ledwie zaczęliśmy.  
Jego penis wśliznął się w nią i uderzył całą długością, bez zatrzymywania 

się.  

Zbyt pełno. Zbyt duży. Zbyt gorący.  
Zatrzymał go w środku, nieruchomo, czekając na... coś.  
Zbyt wiele... Boże, dlaczego nie rusza się?  
Mimowolnie jej wewnętrzne mięśnie prężyły się wzdłuż twardej długości.  
I jakby dała mu sygnał, wyładował swoją namiętność na niej.  
Wtargnął w nią dziarsko, z okrucieństwem. Nie było sensu stawiać mu 

opór, nie miała żadnej okazji by wziąć sprawy w swoje ręce. Musiała poruszać 
się tak jak nią kierował, pogodzić się z jego dominacją... z każdym pchnięciem, 
była bliższa dojścia, aż w końcu nadeszła fala gwałtownego spełnienia i 
potrzeba wzbudziła się na nowo.  

Woda spływała po nich. Spływała po ich ramionach i skapywała z jej 

brody, śpiewając swoim własnym słodkim, ciepłym rytmem.  

Jęczała, naprężając się, zaciskając wszystkie swoje mięśnie gdy wchodził 

w  nią  z  rytmem  morza,  wiatru  i  ziemi.  Wsparła  się  na  ręce  i  wygięła  w  łuk  do  

background image

tyłu, próbowała wyrwać się, starała się dostać więcej. Przyjemność była 
nieznośna a kiedy jego ręka wśliznęła się między jej nogi i nacisnął na 
łechtaczkę - krzyczała.  

Światła wybuchnęły pod jej zamkniętymi powiekami.  
Gwałtownie, zagłębił się w niej, wypełniając ją swoją spermą - i żadne z 

nich nie przejmowało się konsekwencjami.  

Wczoraj, stanęli przed śmiercią.  
Dziś, stanęli naprzeciw siebie.  
Pozostała na swoich rękach i kolanach, dyszała, wyczerpana i 

zaspokojona.  

Uśmiechnęła się.  
Stopniowo cofnął się, drażnił każdy jej nerw i wewnętrzne tkanki.  
Jęknęła.  
Podniósł ją, odwrócić i położył. Wyglądał jak rekin gotowy by ugryźć 

kawałek ze swojej ofiary - Teraz moja kolej by cię umyć.  

I uświadomiła sobie - właśnie doszedł dwa razy, a wciąż był twardy.  
Przez cały czas gdy używał prysznica by ją spłukać, była tylko wiotką 

szmatką w jego ramionach.  

I to był właśnie stan, do którego chciał ją doprowadzić.  
Obwiniaj ją o rozdarcie jego kontroli. Zasłużyła na demona, którego 

stworzyła.  

Zawsze planował znaleźć ją i odciągnąć do kryjówki, którą zbudował dla 

niej, ale nigdy nie wyobrażał sobie, że będzie musiał tak rozpaczliwie zgłaszać 
swoje pretensje do niej, pod każdym możliwym względem.  

Teraz, gdy ją wycierał, przykładając się do każdego zakamarka, 

wzdrygnął się na jej stłuczenia, żałował włosów, chciał by spędzili więcej czasu 
ze sobą. Bo wtedy, zabrałby ją do łóżka jeszcze raz i pokazał jak wiele razy 
zagłodzona puma może zadowolić siebie... i ją.  

Podniósł ją i zaniósł do sypialni.  
Ale nie mógł kochać się z nią jeszcze raz. Miał inne zadanie, obowiązek 

by ustalić co zrobił źle.  

Ułożył ją na łóżku, okrył pocałował w czoło. Jej poważne oczy popatrzyły 

na niego - Wszystko w porządku? 

Znała go zbyt dobrze, dostrzegła niepokój, który tak bardzo chciał ukryć.  
- To pytanie powinienem ja zadać Tobie - powiedział - Wszystko w 

porządku?  

Śpiący, erotyczny uśmiech pojawił się na jej wargach - Jest mi cudownie.  
- Tak jesteś cudowna.  
Na zewnątrz, deszcz lizał okna, a wiatr zawodził wokół parapetów.  
Następna burza nadchodziła. Noc skradała się przez ziemię. Wyczerpanie 

przejęło kontrolę nad jej umysłem i sercem.  

Zamknął  jej  oczy  swoimi  palcami  -  Idź  spać.  Mam  kilka  spraw  do  

załatwienia.  

background image

Jej oczy otworzyły się. Odepchnęła jego rękę - Służbowe? 
- Służbowe - zgodził się. Tak do końca to nie kłamał. Musiał zameldować 

się u swojego sierżanta. Zniszczył swój pager w oceanie. Zgubił telefon 
komórkowy, a także jego pistolet służbowy. Yamashita nie ucieszy się z tego 
powodu, ale Doug powie mu swoją wersję prawdy - że zanurzył się w oceanie 
za krnąbrnym psem - i Yamashita zostanie uspokojony. Dał Dougowi wolne, ale 
w pracy policjanta było całkiem duże prawdopodobieństwo wezwania. Gdyby 
zdarzył się wypadek i każdy inny byłby zajęty, zadzwoniliby do niego, a on 
poszedłby bez wahania.  

- Wróć niedługo - Firebird popatrzyła na niego tym łamiącym serce 

wzrokiem z tym uczesaniem na punka i tym trwożliwym uśmiechem - Chcę Cię 
zabrać do domu. Do Twojej matki. Ona będzie taka zadowolona.  

Gdyby Firebird tylko wiedziała...  
- Pojedziemy, ale najpierw, mam robotę do zrobienia.  
Czy chciała czy nie, jej oczy zamknęły się - Bądź ostrożny.  
Gdy tak obserwował jej sen, zamruczał - Trochę na to za późno.  
Okrył ją dokładnie i poszedł do swojego biura po sąsiedzku.  
Tam monitorował swój najnowocześniejszy system bezpieczeństwa. Tam 

trzymał swój komputer i wszystkie jego zapisy.  

Kochał swoje biuro. Kochał swój dom. I obawiał się, że nie będzie tego 

miał zbyt długo.  

No cóż. 
Gdyby musiał zapłacić za to co zrobił, to nie tylko na to zasłużył.  
Teraz jednak musi się upewnić, że jego rodzina nie zapłaci za to, ani 

Aleksander nie zapłaci, ani Firebird nie zapłaci.  

Przeszukał rupiecie w swoim biurku,  znalazł wizytówkę, której 

potrzebował, podniósł telefon i wykręcił numer. Telefon dzwonił i dzwonił i 
nikt nie odbierał przez cholernie długi czas.  

Gdzie on jest? Gdzie jest ten łajdak Vadim?  
Doug był gotowy odłożyć słuchawkę gdy nareszcie ktoś odpowiedział.  
Muzyka grała w tle. Głosy rozlegały się. Kobiety śmiały się. I jakiś facet z 

wyraźnym rosyjskim akcentem krzyknął - Co?  

Przyjęcie. To małe ścierwo zrobiło przyjęcie.  
- Vadim - Doug powiedział zwięźle - Teraz.  
- Kto chce z nim rozmawiać? - facet wykrzyknął.  
- Facet, którego próbował zabić.  
Telefon upadł ciężko na podłogę.  
Doug czekał, niepewny czy dziecko, które odebrało telefon w 

rzeczywistości przekaże wiadomość.  

Ale Vadim odpowiedział prawie od razu i zabrzmiał na napiętego - Który 

facet, którego próbowałem zabić?  

- Doug Black. 
- Ooo - Vadim zrelaksował się i zachichotał - Ty.  

background image

Doug rozmawiał z tym facetem, powiedział mu swoją historię, przekonał 

go, że jest samotnym Varinskim. Sprzedał się Vadimowi, a jednak nigdy nie 
gardził Vadimem bardziej niż w tej chwili. Gardził Vadimem - i sobą - 
Wykonałem dla ciebie robotę. Dałem ci współrzędne domu Wildersów.  

- Zapłaciłem ci za to - Vadim przypomniał mu miło.  
- I aby pokazać mi swoje uznanie, wysłałeś swoich matołów za mną. - 

Doug pozwolił całkowicie jego wściekłości i frustracji wziąć górę. Wściekłość 
na Vadima. Frustracja z powodu bycia tak głupim. 

Vadim nie był pod wrażeniem. Śmiał się - Nie wysłałem ich za tobą.  
- Kłamca.  
- Wysłałem ich za dziewczyną Wilderów. Wszedłeś im w drogę.  
Jeszcze gorzej - Miałem szczęście. 
- Tak, przepraszam. Moi ludzie mieli polecone wykonać zadanie 

skutecznie i szybko. - Vadima głos stał się ściszony i zamyślony - I powiedzieli 
mi, że ją wykonali. Powiedzieli, że obydwoje poszliście na dno oceanu i nie 
wyszliście.  

Doug musiał być ostrożny, bardzo ostrożny, z tym co następnym razem 

powiedział do Vadima - Obydwoje skoczyliśmy do oceanu by uciec od twoich 
zabójców. Dziewczyna Wildersów wylądowała w krasnorostach morskich. 
Jedna z łodyg zawinęła się wokół jej szyi jak pętla. Nie miała szans wydostać 
się na powierzchnię.  

- Widziałeś ciało?  
- Znalazłem ją - Doug rozluźnił rękę, którą trzymała telefon. Igła na jego 

barometrze odpadała, podmuchy wiatru wzmagały się. Z całą pewnością on nie 
powinien pozwalać Vadimowi wkurzyć go tak bardzo, że byłby w stanie rozbić 
telefon swoim chwytem.  

- To dobrze - Vadim wydawał się na zadowolonego - Wyciągnąłeś 

dziewczynę do brzegu?  

- Zwariowałeś? Miałem szczęście, że sam wyszedłem. To jest pieprzony 

zimny ocean. - Doug mówił z zaciśniętymi zębami - Miałem hipotermię.  

- Też mi coś.  
- Jestem pewny, że twój facet wąż jest wciąż zapłakany.  
- Foka - Vadim zachichotał - Przerażający facet, nie sądzisz?  
- On jest tym, który będzie się zajmował problem Wildersów? - Doug 

zapytał z wymuszonym brakiem niepokoju.  

- Problemem Wilderów będę zajmował się osobiście. Sytuacja jest zbyt 

delikatna by zostawić ją podwładnym.  

- Co to było, co powiedziałeś mi, że zamierzasz zrobić? Coś o 

poinformowaniu urzędu imigracyjnego kim naprawdę jest Konstantin i o 
wszystkich jego  przestępstwach,  które  popełnił  i dopilnowaniu aby 
wyeksmitowano go z kraju z jego śliczną żoną?  

- To był  moim pierwotny plan. - Doug mógł słyszeć śmiech w Vadima - 

teraz nastąpiło kilka zmian.  

background image

- Jaki jest twój plan teraz? - Dougowi było niedobrze - Teraz zamierzasz 

wykończyć ich również finansowo?  

- Może coś trochę bardziej niż to. Właśnie przystępuję do wyciągnięcia 

ich na zewnątrz.  

Doug chciał uderzyć w biurko. Jak mógł być tak głupi żeby wierzyć 

Vadimowi w to co mówił Wildersach? Jak mógł wierzyć w cokolwiek? Jak 
mógł sprzedać siebie i swoje talenty Vadimowi?  

Vadim obniżył swój głos - Co z ikoną? Znalazłeś ją?  
- Ikona? Jak ikona?  
- Pamiętasz. Rozmawialiśmy o tym.  
Faktycznie. Vadim bardzo jej chciał - Nie poznał bym ikony gdyby nawet 

ugryzła mnie w dupę.  

Głośny wrzask kobiety przerwał hałas przyjęcia i chaos ucichł.  
- Zaczekaj - Vadim mamrotał.  
Dźwięki stały się cichsze. Doug słyszał zamykanie drzwi i było cicho.  
Vadim mówił  łagodnie jakby bał się, że przypadkiem zostanie 

usłyszanym - Tą rozpoznasz. To jest niewielka biała bryłka, może trzy na trzy, 
antyk, z portretem Maryi Dziewicy.  

Doug zaśmiał się - Wielki Varinski, przywódca zbiera religijną sztukę?  
- Znajdź to, a zapłacę dwadzieścia milionów.  
Doug odgrywał niemowę. Studiował historię Varinskich organizacji oraz 

legendy o nich. Wiedział której ikony Vadim szuka. To musiała być jedna z 
czterech ikon rodzinnych, które Konstantin dostarczył diabłu do scementowania 
umowy.  

Ale te ikony zniknęły. Dlaczego Vadim szukał ich teraz? Dlaczego ta 

szczególna ikona była tak ważna że zapłaciłby taką wyśrubowaną sumę za to? 
Jak Doug mógłby użyć tego na swoją korzyść? - Musi być więcej niż jedna 
rosyjska ikona. Jak wiedziałbym czy znalazłem tę właściwą ikonę?  

- Podnieś ją, a ona wypali cię do szpiku kości.  
Doug poruszył swoją ręką - Co ta ikona ma przeciwko mnie?  
- Nie tylko przeciwko Tobie. To spali jakiegokolwiek Varinskiego. - 

akcent Vadima był prawie niezauważalny. Brzmiał jak młody Amerykanin, i nie 
jak bezwzględny zabójca, ale Doug znał prawdę. Facet był nieustępliwy w 
pościgu i zrobił swoje w poszukiwaniu ikony. 

- Więc każdy członek twojej organizacji szuka tej głupiej ikony? To 

znaczy... każdy kto nie jest na przyjęciu z tobą?  

Prawie mógł słyszeć, jak Vadim decydował się jak dużo powiedzieć - 

Moje źródła informują, że Firebird Wilder może ją mieć.  

- Pieprzyć to, jeśli wejdę do wody jeszcze raz by przeszukać jej ciało - 

Doug powiedział przeciągając samogłoski - Już przeszukałem jej rzeczy, które 
tu zostawiła. Nie było niczego co by wyglądało jak ikona, którą mi opisałeś.  

- Wyślij mi wszystko.  

background image

- Zwariowałeś? Rzuciłem to do oceanu. Gdy zorientują się, że zniknęła i 

byłem ostatni, z którym ją widziano, to będę miał przesrane. Będę potrzebował 
alibi i powiem, że była załamana ponieważ nie chciałem jej i popełniła 
samobójstwo. - ze wstrętem w jego głosie, Doug powiedział - Naprawdę 
spieprzyłeś to dla mnie, ty dupku.  

- Dwadzieścia milionów za ikonę powinno załagodzić twoje zranione 

uczucia.  

- W porządku. Popatrzę. Ale wiesz co, przemyślę to. Ostatnim razem 

przekazałem ci informacje, zapłaciłeś mi i wtedy próbowałeś mnie zabić.  

- Mówiłem ci to nie Ty byłeś celem. Ponadto, nadal żyjesz, więc skończ 

marudzić. Dwadzieścia milionów za ikonę.  

Doug nie zwrócił na to uwagi - Obejrzę każde miejsce gdzie była Firebird. 

Wiem gdzie ukryłem jej samochód. Jeśli miała ikonę, znajdę ją, a kiedy zrobię 
to, pobiorę opłatę dość, a kiedy twoi matoły przyjdą po mnie, będę miał 
ochronę. Więc sprzedam to - zrobił efektowną pauzę - za sto milionów.  

- Sto... Ty... głupi... Amerykanie! - Vadim wyjąkał zdziwiony - Nie 

zapłacę tyle!  

- W takim razie wystawię ją na licytację. Ktoś zapłaci.  
- Ty... ty... Czy znajdujesz ikonę czy nie, zamierzam zabić cię! - teraz 

Doug mógł słyszeć jego akcent, wyraźnie.  

- Oh. Drżę ze strachu - Doug wyśmiewał się.  
- Prowokujesz mnie!  
- Po prostu się Ciebie nie boję - z dużym zadowoleniem, Doug odłożył 

słuchawkę.  

Miał informacje, rozproszył i rozwścieczył Vadima i przekonał go, że 

Firebird nie żyje.  

Teraz wszystko co miał do roboty to czekać na rozmowę telefoniczną, 

która na pewno będzie miała miejsce.  

Otwierając szufladę swojego biurka, spojrzał na zwój wodorostów 

morskich wewnątrz niej - zwój, który złapał w pułapkę Firebird w oceanie, zwój 
który nosiła jak naszyjnik wokół swojej szyi.  

Złapał główną  łodygę. Bardzo ostrożnie, podniósł krasnorosty morskie. 

Wpatrywał się w mały, kwadratowy biały kwadracik zaplątany w liściach 
pierzastych - i ciemnooką Dziewicę Maryję, wpatrywała się z wyrzutem na 
niego.  

Vadim nie uświadamiał sobie tego ale Doug trzymał wszystkie atuty w 

ręku.  

background image

Rozdział 26  

Adrik przekroczył drzwi do kuchni, gdy tylko Zorana wyciągnęła dwa 

bochenki świeżutkiego chleba z piekarnika.  

Jej synowie zawsze mieli zwyczaj przybywać gdy wszystko było już 

zrobione a jedzenie gotowe. 

Zdejmując płaszcz, otrzepał z niego krople deszczu, powiesił na haku, 

wtedy pocałował ją w policzek - Mama, ten chleb pachnie świetnie. - następnie 
pocałował swoją żonę, kładąc dłuższy pocałunek na ustach Karen.  

- Jesteś wilgotny. - odsunęła jego ciemne włosy z jego twarzy.  
- Zaczęła się burza. - zasiadając przy długim drewnianym stole z 

pozostałymi członkami rodziny, popatrzył poważnie na Konstantina, na ojca 
Karen, na Jasha i Rurika. Gdy mówił, nie wstydził się obejmować swojej 
kobiety - Ale nic nie zostało uszkodzone. Wszystko jest wciąż na miejscu, 
gotowe by skopać dupy Varinskim.  

- Potrzebujemy więcej - Konstantin powiedział.  
- Zrobimy tyle ile damy radę Ojcze. Po prostu nie wiemy ile mamy czasu. 

- Jasha miał przed sobą listę i pióro w jego ręce - Z tym co mamy teraz jesteśmy 
w stanie, więcej niż paru z nich, pokazać jak bardzo będą  żałowali, że 
kiedykolwiek spróbowali zabić Wildersa.  

- Obecnie jest wielu nieznajomych w lasach - Adrik powiedział.  
Zorana wyjęła bochenki z foremek i położyła na kratkach pod gorące 

naczynia.  

Jasha skoczył na równe nogi, złapał jeden i usiadł na swoim miejscu -

Żaden z nich to nie obozowicz. 

- Jest zbyt zimno na to. - Jackson Sonnet był bardzo bezpośredni, 

sportowiec, miłośnik sportów na wolnym powietrzu i hotelarz. Według niego, 
obozowanie zimą nie było popularną działalnością.  

Rurik wstał i wyjął masło z lodówki - Podaj mi kawałek chleba.  
- Hej, Mama zrobiła to dla mnie! - Adrik powiedział.  
- Już skończyła z witaniem cię do domu, ty duża niezdaro. - Jasha rozdarł 

bochenek, uwalniając wybuch pary i ukazując bladą faktura wnętrza - Ona już 
ma ciebie dosyć, tak samo jak reszta nas. 

Adrik trzasnął go w tył głowy.  
Jasha oddał mu uderzenie i stracił bochenek w wyniku szybkiego, 

zdradzieckiego ataku Rurika - Hey!  

Rurik skrzywił się ponieważ brązowa skórka poparzyła jego rękę. 

Przekładał bochenek od strony do strony gdy darł go mniejsze kawałki. Położył 
jeden na talerzu, a resztę podał swojemu ojcu - Więc, Tato, Varinscy zaczęli 
zbierać się na bitwę. Ale są również inni ludzie, którzy patrzą na nas - i na nich.  

- Może Varinscy mają służących. - Konstantin siedział na swoim wózku 

inwalidzkim, a jego butla z tlenem była przypięta z tyłu. Od czasu do czasu 

background image

przykładał maskę do twarzy i brał długi oddech. On może był słaby ale był w 
swoim żywiole.  

- Albo pomyśleli, że jesteś tak bezsilny, że zatrudnili kogoś by wykurzyć 

Cię - Jackson powiedział.  

Wildersi wymienili pełne  niedowierzania spojrzenia i jednogłośnie 

oświadczyli - Nie. 

- Skoro tak mówicie. - Jackson zjadł chleb z masłem i z otwartymi ustami 

powiedział - Świetny, Zorana. Naprawdę świetny.  

Kobiety - Zorana, Ann, Tasya, i Karen - oparły się o ścianę kuchenną, 

patrzyły na mężczyzn jak w rekordowym tempie pochłonęli bochenek chleba. 

- To jest jak karmienie dzikich zwierząt - Ann mruczała do innych kobiet 

- My dokładamy jedzenie. Oni warczą na siebie, rozrywają, opierdalają i 
wracają do swoich planów.  

- Nie to, żeby Rurik był domatorem, ale nigdy nie widziałam, żeby 

zachowywał się jak jaskiniowiec. - Tasya uczyniła swój głos głęboki i groźny - 
Skombinuj mi jakieś jedzenie. Daj mi jakiegoś seksu. I na Boga, kobieto, 
cokolwiek robisz, nic nie mów.  

Zorana spojrzała na ukochanego wnuka, który siedział na swoim wysokim 

krzesełku obok Konstantina, obgryzał skórki i paplał z jego wujami i dziadkiem 
- Aleksander jest taki sam jak oni. 

- Firebird odeszła w odpowiednim czasie. - Tasya chwyciła ramię Zorany 

- Nie miałam zamiaru martwić cię.  

- Wszystko w porządku. Ona jest bystrą dziewczyną. Wiem, że ona jest 

bezpieczna. - Zorana wierzyła, że to jest prawda - Ale masz rację. Jej nie będzie 
przykro, że przegapiła to. Mówię ci, to jest genetyczne. To jest ich żywioł. 
Posłuchaj ich.  

- Zawsze rowerzyści i wędrowcy są w lasach - Rurik powiedział - Więc 

miny lądowe muszą być wyeliminowane.  

- Zero dobrych wybuchów. - Adrik potrząsnął swoją głową smutno.  
-  Staromodna  broń  będzie  odpowiednia.  Pułapki.  Niespodzianki. 

Zobaczysz. Oni nie będą wiedzieć co ich uderzyło. - Konstantin uśmiechnął się 
po chłopięcemu, któremu dano upominek.  

- Wy panowie wystaraliście się o dobre pomysły. Nie mówię, że nie i 

wiem, że Varinscy mogą być zabici tylko przez innego demona, ale 
potrzebujecie lepszej broni. - Jackson pochylił się do przodu, jego oczy lśniły 
radosnym podnieceniem i przyjemnością. Ojciec Karen nie był jak Konstantin 
albo jak jej synowie; Jackson nie wydawał się na człowieka, który trzyma w 
ramionach kobietę z szacunku, nie jest jak Aleksander albo jakiekolwiek 
dziecko i nie okazuje Zoranie spontanicznej sympatii, a jego wielka miłością jest 
polowanie, rybołówstwo i obozowanie. Już pokazał swoją prawdziwą siłę 
charakteru gdy walczył z bandą Varinskich o życie swojej córki. - Strzały z M16 
są w stanie oderwać nogę, a jednonogi Varinski nie dogoni nawet ciebie 
Konstantin. Wykorzystałem pieniądze i kontakty by mieć broń szybko.  

background image

- W porządku. Jakiś arsenał może być pomocny. Ale nie poczekam na 

ciebie aż wrócisz, by zacząć bitwę - Konstantin powiedział.  

- Zaufaj mi, Konstantine. - Jackson oparł swoją rękę o ramię Konstantina 

- Wyjdę później w ciągu dnia i wrócę zanim się zacznie. Nie opuściłbym tej 
walki za nic na świecie!  

- Jak możesz rozmawiać o wojnie z taką radością? - Ann była najbardziej 

ujmująca z synowych Wildersów, jedna z najmilszych ludzi, jakich Zorana 
kiedykolwiek spotkała i niepokoiła się szczerze o ten pokaz męskiej ostrości.  

Mężczyźni wymienili zdezorientowane spojrzenia.  
- Nie szukaliśmy tej walki, ale skoro to jest nieuniknione, my możemy to 

lubić - Jackson powiedział.  

Tasya chwyciła ramię Zorany i potrząsnęła nim - On nie jest z rodziny, a 

myśli tak jak oni.  

Ann walczyła jeszcze by przemówić im do rozumu - A co będzie potem? 

Jest bardzo prawdopodobne, że ktoś z nas - któryś z was - umrze, pozostawiając 
kogoś bliskiego w rozpaczy. 

- To zdarza się na wojnie - Konstantin powiedziało wprost.  
- Kiedy będzie po wszystkim, my pozbieramy kawałki waszych istnień - 

sam pomysł przemocy wniósł ból do niebieskich oczu Ann.  

- Rozumiemy to, kochanie - Jasha powiedział cierpliwie - Ale nie 

szukaliśmy tej walki, a skoro to jest nieuniknione, my możemy to lubić.  

- To jest dokładnie to co powiedział Pan Sonet - Zorana powiedziała.  
- No... tak. Kiedy masz rację, to masz rację. - Jasha przybił piątkę z 

Jacksonem.  

Mężczyźni roześmiali się.  
Błyskawicznie, łzy Ann wyschły, a jej oczy błysnęły z irytacją - Jasha 

Wilder, gdy to się skończy i jeśli przeżyjesz, sprawię, że będziesz żałował że tak 
się stało.  

Usta Jasha otworzyły się, jakby nie mógł uwierzyć w słowa żony - Teraz 

kochanie...  

- Chodźcie dziewczyny. - Tasya dotknęła ramienia Zorany - Chodźmy na 

spacer. Wszystkie szalejemy z niepokoju.  

Jasha potrząsnął głową - Nie możecie iść na spacer.  
Ann pociągała go - Dlaczego nie?  
Z przesadną cierpliwością, Jasha powiedział - Ponieważ w lesie są 

nieznajomi.  

Zorana stwierdziła, że jej otwarta ręka mimowolnie unosi się w kierunku 

syna.  

Ann złapała ją zanim go dosięgła.  
Karen, którą do tego momentu była cicho, teraz mówiła czystym, 

wolnym, donośnym głosem - Słuchajcie panowie. My kobiety musimy wyjść z 
domu. Musimy wyjść teraz.  

Wszyscy mężczyźni, nawet Aleksander, spojrzeli ze zdziwieniem.  

background image

Adrik od razu staną na nogi - Oczywiście. Zabiorę cię.  
- Pantoflarz - Rurik szepnął.  
Adrik zignorował swojego brata - Gdzie chcecie pójść? Centrum 

handlowe?  

Kobiety popatrzyły gniewnie na niego, na innych mężczyzn, którzy 

siedzieli tam kiwając głowami jakby jego propozycja miała sens.  

- Co do cholery będziemy robić w centrum handlowym? Kupować 

sweter? - Tasya darła już i tak krótkie ciemne włosy - Wy faceci jesteście…  

Karen położyła swoją rękę na ramieniu Tasya.  
Tasya odwróciła się - Idioci - mamrotała.  
Rurik odsunął ławkę - Może chcecie pójść do kina?  
- Na jakiś ckliwy film - Jackson powiedział bardzo cicho.  
- Dobry pomysł - Konstantin zawtórował - Wrócą wszystkie miękkie i 

płaczliwe, zrobią dla nas obiad, wtedy obejrzą jeden z tych programów o 
dekorowaniu domów. Potem…  

- Zdajesz sobie sprawę, że Cię teraz słyszymy? - Tasya zapytała.  
Faceci zrobili miny jakby mówili: No i? 
- Chcemy porozmawiać. Tylko kobiety. - głos Ann rósł z każdym 

słowem. - Jest gdzieś jakieś miejsce, gdzie możemy mieć jakąś prywatność?  

- Masz pewnie dosyć gotowania dla nas - Jasha powiedział - Może 

mogliśmy wszyscy zjeść coś na mieście? 

- Może pójdziemy do Taco Time? - Adrik zapytał z zapałem - Nie byłem 

w Taco Time od tej pory co uciekłem.  

- Jasne. Czterech rosłych facetów, mały chłopiec, jeden mały dom i 

nieograniczona ilość odsmażanej fasoli. - głos Tasya ociekał sarkazmem - Nie 
sądzę!  

Zorana nie myślała tak samo - Ułatwimy wam to. Nawet nie opuścimy 

doliny. Pójdziemy do stajni. Wypijemy butelkę wina i zjemy jakiś chleb i ser. 
Aleksander może pobawić się w słomie. My kobiety możemy porozmawiać 
inteligentnie z daleka od mężczyzn, którzy regularnie zmieniają się w bestie. - 
słabo, zdała sobie sprawę, że także uniosła głos.  

Faceci wpatrywali się z nie ze zmarszczonymi czołami.  
Karen powiedziała jeszcze raz, wolno i wyraźnie - Chcemy iść do stajni. 

Bez was. Czy to jest bezpieczne?  

- Oczywiście, że to jest bezpieczne. Tam przechowujemy wszystkie nasze 

uzbrojenie i - Rurik urwał - Zanim wyjdziecie, my sprawdzimy stajnię i okolicę.  

- Wtedy tam... pójdziemy. - Karen odwróciła się do innych kobiet - Kiedy 

rozmawiasz z nimi i jeśli chcesz by pojęli, musisz używać krótkich słów i 
mówić wolniutko.  

W ciszy która nastąpiła, Aleksander ogłosił wyraźnie - Pieprzyć się jak 

króliczki.  

Konstantine zaśmiał się.  
Aleksandr śmiał się również i powtórzył - Pieprzyć się jak króliczki.  

background image

- Gdzie on się tego nauczył? - Ann zastanawiała się.  
Gdy Zorana spiorunowała wzrokiem Konstantina, zmienił swój śmiech w 

kaszel.  

Tasya i Ann zapełniły kosz innym bochenkiem chleba, dobrym serem i 

wytwornym winem. Karen przyniosła narzutę z kanapy. 

Rurik i Jasha byli już na zewnątrz przeprowadzając inspekcję stajni i 

okolicy.  

Ponieważ Zorana zabrała swojego wnuka ze jego wysokiego krzesełka i 

owinęła w koc, Konstantin sprzeciwił się - Nie rozpieszczaj chłopca.  

- Nie martwić się one, nie zamienią go w cykora, Ojciec. - Adrik 

pozbierał ich płaszcze przeciwdeszczowe - Aleksander jest już wojownikiem. 
Nic, co te kobiety zrobią nie może zmieniać tego.  

Karen wściekła się wreszcie - Adrik moje nerwy są już napięte, a Ty 

przeciągasz strunę.  

Adrik przyniósł marynarkę i pomógł jej założyć, wtedy wziął ją pod rękę - 

Kocham Cię skarbie. Teraz... jest znacznie lepiej, ale wciąż kulejesz i wiem, że 
te żebra sprawiają ci ból. Zaprowadzę cię do stajni. 

Sprzeciwiła się na moment, ale szybko oparła się o niego.  
- Każdy musi wziąć swój telefon komórkowy - Adrik powiedział - Więc 

będziecie mogły zadzwonić w razie kłopotów.  

- Cieszę się, że mi to powiedziałeś, O rozsądny. Z tobą u boku, nigdy nie 

muszę nadwyrężać swojej pięknej główki. - Karen wyciągnęła swój telefon z 
kieszeni i pokazała mu.  

- Zrzędzenie jest jej ulubionym zajęciem - Adrik wyjaśnił swojemu ojcu.  
- Mam torbę z pieluchami. - Tasya podniosła ją i sprawdziła zawartość - 

Jesteśmy gotowe?  

- Babciu - Aleksander wziął twarz Zorany i przekręcił w swoją stronę. Z 

uśmiechem pokazującym wszystkie zęby, który zawsze zmiękczał serce, zapytał 
- Aleksander chcieć bawić się twoimi skarbami.  

- Co mówisz? - Zorana zapytała.  
- Proszę. - przeciągnął słowo, stając się głośniejszy i głośniejszy, do czasu 

gdy zgodziła się.  

Ann poszła do barku i wyjęła pomalowane i zniszczone drewniane pudło, 

wystarczająco duże by trzymać najbardziej ważne wspomnienia z pierwszego 
życia Zorany, ale już wystarczająco małe dla niej by trzymać skarby z nowego 
życia.  

-  Prawie  mnie  zabito,  gdy  kradłem  to  pudło  z  twojego  romskiego  

plemienia, Zorana. - Konstantin podniósł maskę do twarzy i wziął długi oddech 
- Ale zrobiłem to dla ciebie ponieważ odczuwałaś brak tego i ponieważ Cię 
kocham.  

- Nie nabierzesz mnie z tym pełnym współczucia wspomnieniem - 

powiedziała.  

- Nie wiem co masz na myśli.  

background image

- I niewinna mina nie poskutkuje także.  
Był  w  swoim  żywiole,  ponieważ  uknuł  ich  obronę.  Tu  w  Stanach  

Zjednoczonych, on może udawał spokojnego hodowcę winogron, ale na 
Ukrainie, był Konstantinem, przywódcą Varinskich. Jego strategie uczyniły ich 
najbogatszą i najbardziej groźną rodziną w świecie kryminalnym, a jego 
bezlitosne czyny skazały go na piekło.  

Zorana wiedziała, że bez względu na to czy będzie bitwa albo nie, czas 

jego śmierci nadchodził - chyba, że jakoś zgromadzą cztery ikony Varinskich i 
rozbiją cyrograf. Podeszła do męża, pocałowała go w policzek i wyszeptała - W 
istocie, pieprzyć się jak króliczki. 

- Przypuszczasz, że gdzie Aleksander nauczył się takiego zwrotu? - 

Konstantin zapytał niewinnie.  

Gdy już wychodziła, Zorana spojrzała jeszcze raz na swojego męża.  
Puścił do niej oko.  
Wysoka stodoła została zbudowana gdy Konstantin dostosował się do 

żądań Firebird, aby mieć konia. Konia już nie ma, ale stodoła pozostała.  

Wiatr dmuchał na nich jak szli do stajni, a zimny deszcz spadł jak tylko 

weszli do środka, a tam poczuli ciepło i spokój. Pachniało tam sianem, skórą i 
dobrym koniem. Zorana wyczuwała te szepty miłości i przypomniała sobie 
momenty z przeszłości gdy ona i Konstantin wymykali się tutaj aby uciec od 
hałaśliwych chłopców i ich młodszej siostry.  

Przez ciepłe spojrzenia jej synowych które patrzyły w kierunku drabiny, 

Zorana podejrzewała, że cieszą się podobnymi wspomnieniami.  

- Tu jest bezpiecznie - Rurik zapewnił ich.  
- Sprawdziliśmy - Jasha powiedział.  
Parter został zagracony straganami, polanami na ognisko z okazji 

czwartego lipca oraz wielką kupą rzeczy przykrytych przez derki.  

- Zastanawiam się co jest pod kocami - Tasya dumała.  
- Nie wiem. Co to może być? - Ann podeszła i zaczęła kopać.  
Jasha ruszył się z prędkością  światła, blokując jej stopę - Nie... kop... 

detonatorów.  

- Nigdy nie miałam takiego zamiaru - Ann powiedziała mile - Po prostu 

chciał się trochę odpłacić za ten śmierdzący testosteron, który ostatnio tak 
rozprzestrzeniacie.  

Potarł swoją bladą twarz - Bardzo zabawne. Chcecie bym wniósł kosz na 

górę?  

- Możemy zrobić to same. Właśnie - Ann pchnęła go - wychodzisz.  
- Adrik zostanie tutaj i spatroluje obszar - Rurik powiedział - Podczas gdy 

mężczyźni zaplanują bitwę.  

- Tylko najwytworniejszy wojownik zostanie aby chronić największe 

skarby Wildersów - Adrik uśmiechnął się zadowolony z siebie przy Jasha.  

Zorana klepała policzek swojego drugiego syna - Tylko mędrzec 

dostrzega porażkę kiedy jej doświadczy. - zamknęła drzwi przed ich nosami.  

background image

Tasya i Ann już pomagały Karen wspiąć się po drabinie na piętro. Gdy 

doszli do szczytu, Zorana podała im Aleksandra i sama wdrapała się na drabinę.  

Kobiety zrzuciły swoje żakiety i ulokowały Aleksandra.  
- Mężczyźni nie będą mogli podsłuchać nas tu na górze. - Ann rozłożyła 

obrus na podłodze i zmusiła do ułożenia się na bok sterty siana aby spełnić rolę 
krzeseł - A ja mam coś do powiedzenia co im się nie spodoba.  

- W takim razie - Tasya wyładowała zapasy z kosza - proszę powiedz 

nam. W tej chwili mogę się doczekać uczynienia ich nieszczęśliwymi.  

- Gdy Jasha i ja pierwszy raz byliśmy ze sobą... - Ann zarumieniła się - To 

znaczy, gdy zdałam sobie sprawę, że jest częścią paktu, Jasha został postrzelony 
strzałą i musiałam ją wyjąć.  

- Euw. - Karen zmarszczyła swój nos.  
- Wiem - Ann przycisnęła swoją rękę do brzucha - Gorzej, podczas gdy 

miałam swoją rękę wewnątrz jego ramienia, zraniłam się w dłoń i jego krew 
połączyła się z moją. To zmieniło mnie. Od tamtego czasu, poczułam się 
silniejsza, bardziej nieustępliwa. - pochyliła się do przodu i potrząsnęła palcem - 
Ale co ważniejsze - gdy stanęłam twarzą w twarz z Varinskim, rozwinęłam 
pazury. Tak w okamgnieniu! A to uratowało moje życie.  

- Tak! - Karen podskoczyła na swoim miejscu i zabrała się za krojenie 

kawałów brie - Kiedy poczułam smak krwi Adrika, byłam gwałtowniejsza i 
wiem, że wyglądam na słabą, ale mniej niż miesiąc temu, cierpiałam z powodu 
tuzina złamanych kości, a moje obrażenia wewnętrzne powinny były mnie 
zabić. Lekarze mówią, że wyleczyłam się w zadziwiającym tempie. Pomyślałam 
od samego początku, że to krew Adrika przywróciła mi moje zdrowie.  

Tasya patrzyła na Zoranę - Ja nie dzieliłam krwi z Rurikiem, jeśli jednak 

mogła bym być lepszym wojownikiem i pomóc w bitwie... Chcę tego.  

-  Nie  dzieliłam  krwi  z  Konstantinem  także.  -  napięcie  Zorany,  które  

trwało od czasu tej okropnej wizji opadło i wzięła swój pierwszy pełny oddech 
od dwóch lat - Ale mam taki zamiar. Oczywiście, dla mnie, korzyści przeważają 
wady.  

- Jakie mogą być wady Mama? - Tasya otworzyła butelkę wina i napełniła 

ich szklanki.  

Ann była najbardziej roztropną dziewczyną i odpowiedziała natychmiast - 

Jeśli dzielimy więź krwi ze swoimi mężami, możemy podzielić taki sam los - 
jeśli pakt nie zostanie rozbity i zostaniemy zabite, możemy być skazane na 
piekło jak demony.  

- Pfft! - Tasya machnęła tym argumentem - Ja wybieram piekło ponad 

wieczność w samotności.  

- Tak - Zorana siadła na podłodze, usadowiła Aleksandra na jej kolanach - 

Ja raczej spalę się z Konstantinem, niż będę się dobrze bawić na wszystkich 
cudach nieba.  

- Ja również - Karen powiedziała.  
- I ja - Ann zgodziła się.  

background image

Zorana wyciągnęła swoją rękę ponad obrusem. Ręka Ann przykryła jej. 

Tasya była następna a Karen ostatnia. Kobiety spojrzały sobie w oczy i kiwnęły 
głową jednomyślnie.  

-  Nasz  własny  pakt  -  Zorana  powiedziała  -  Dobry  pakt,  by  walczyć  ze  

złem, które co noc skrada się bliżej.  

- Babciu - Aleksander szarpnął za jej rękaw - Skarby!  
Kobiety przerwały swój uścisk dłoni, podniosły szklanki i wzniosły toast 

za siebie.  

Wtedy Ann podała Zoranie drewniane pudło i dziewczyny przysunęły się 

bliższej, gdy je otworzyła.  

- Czym są twoje skarby? - Karen nie była w rodzinie wystarczająco długo 

by wiedzieć.  

- Pamiątki z mojego dawnego życia z moim cygańskim plemieniem i 

jedyna majętność jaką przyniosłam gdy wyemigrowałam z Ukrainy - najpierw 
Zorana wyciągnęła kulkę przędzy - To jest wełna, którą odwirowałam jako 
dziewczyna. - dała to Aleksandrowi, który najpierw potarł to na jego twarzy a 
następnie, jak koszykarz, rzucił tym do kosza.  

Tasya oklaskiwała - Dwa punkty!  
- Juhu! - Aleksander podniósł swoje piąstki.  
- To jest wrzeciono, którego używałam by kręcić przędzą. - Zorana 

uśmiechnęła się ponieważ coś sobie przypomniała - To jest również wrzeciono, 
którego użyłam do dźgnięcia Konstantina gdy mnie uprowadził.  

Karen śmiała się - Naprawdę? Pchnęłaś go nożem?  
- Zasłużył na to. - Zorana podała to Karen.  
- Nie mam co do tego wątpliwości - Karen powiedziała żarliwie. 
- Oto mój kapelusz, część cygańskiego stroju. - Zorana nałożyła kolorowo 

wyhaftowaną czapkę na głowę Aleksandra - Moja babka zrobiła ją dla mnie. 
Była bardzo rozsądna. Powiedzieli mi, że pierwszy raz, jak mnie zobaczyła po 
narodzinach, oświadczyła, że mam dar jasnowidzenia.  

Aleksander zdjął czapkę, przeszedł przez obrus i położył ją na głowie Ann 

- Ładnie! - powiedział.  

- Dziękuję, Aleksander. - Ann pozowała mu.  
- Ale to są po prostu symbole mojego życia. - podniosłym tonem, Zorana 

przygotowała się by pokazać prawdziwy spadek - Teraz pokaże ci skarb.  

- Skarb! - Aleksander śpieszył się z powrotem do Zorany i oparł o jej 

ramię.  

Wzięła zwykły brązowy worek skórzany z pudła, Zorana poluzowała 

tasiemki i cztery kamienie wypadły na obrus przed nią. Jeden był kawałkiem 
turkusa. Drugi był błyszczącym, ostrym, czarnym plastrem obsydianu, trzeci był 
dużym, nieoszlifowanym czerwonym kryształem. Ostatni był zdeformowanym 
białym kamieniem - Przez tysiąc lat, ta kolekcja kamieni była przekazywana 
jasnowidzowi, który rodził się w każdej generacji.  

background image

- Jeśli ja była bym wciąż reporterem - Tasya powiedziała do Karen - 

Zrobiła bym historię o tym.  

Zorana potarła turkus swoim kciukiem - To jest kawałek nieba. - 

następnie dotknęła obsydianu - To jest oknem nocy.  

Karen przesunęła swoim koniuszkiem palca po ostrzu kamienia - Och! - 

powstrzymała się i zbadała skórę - Skaleczył mnie!  

- Obsydian jest wulkaniczną szklanką i brzeg może być tak ostry jak 

skalpel chirurga - Ann powiedziała jej.  

- To jest zamrożony płomień. - Zorana podała Karen szkarłatny kamień.  
Karen trzymała to pod światło i w głębi jego serca, kamień świecił krwistą 

czerwienią z niebieskimi pasmami. Wysapała w respekcie - To jest rubin?  

- Największy jaki kiedykolwiek widziałam - Tasya powiedziała.  
Zorana ułożyła ostrożnie biały, zdeformowany odprysk kamienia na 

swojej dłoni - Ten jest najcudowniejszy ze wszystkich. To jest czystość.  

- Z czego to jest? - Karen zapytała.  
- Czystości - Aleksander odpowiedział ze zniecierpliwieniem brzdąca. 

Zebrał cztery kamienie - niebieskie niebo, czarna noc, czerwony płomień i białą 
czystość - i położył je w rzędzie przed nim. Wtedy, jeden po drugim, nazwał je i 
położył w dłoniach Zorany.  

Kiedy czwarty kamień, biały kamień, dotknął jej skóry, ziemia przechyliła 

się na swojej osi, a w jej mózgu, słyszała echa jej własnej przepowiedni...  

Dziecko dokona niemożliwego. I ukochana rodzina zostanie rozbita przez 

zdradę... i skok do ognia.  

Zadrżała.  
Gdy była świadkiem wizji, nikt nie wiedział co to oznaczało, teraz jeden 

po drugim, kawałki wpadły na swoje miejsce. Co więcej słyszała głos w swoim 
umyśle...  

Dziecko dokona niemożliwego. I ukochana rodzina zostanie rozbita przez 

zdradę... i skok do ognia.  

Nie wiedziała co to oznacza - czy Aleksander jest tym dzieckiem? I kto 

jest ukochanym? Ale niedługo, będzie wiedziała. Może tylko pomodlić się, że 
nikt nie umrze przed rozbiciem paktu, a jeśli ktoś musi, to lepiej ona niż 
Konstantin. Lepiej ona niż, które z jej dzieci. Chętnie poświęciłaby się dla 
swoich dzieci, dla ich żon, dla Aleksandra i dla Konstantina.  

- Babciu - Aleksander potrząsnął nią - Aleksandr chcieć skarbów.  
Nie zdając sobie sprawy co robi, trzymała kurczowo kamienie mocno w 

swoich pięściach.  

Rozejrzała się.  
Jej synowe miały spokojne miny, dzieliły jedzenie i nie zauważyły 

niczego. To dobrze. One powinni mieć jedną godzinę nie zacienione przez pakt, 
przez wojnę, przez niepokój.  

Zorana skubała swoje jedzeniu i sączyła wino i zauważyła Aleksandra, 

który wyjaśniał Karen, po raz trzeci, czym były kamienie i co oznaczały. 

background image

Wspominała - On przypomina mi o Adrika w tym wieku, był bardzo skupiony i 
intensywny.  

Jej synowe wymieniły szybkie spojrzenia.  
Łagodnie, Tasya powiedziała - Aleksander jest synem Firebird i wszyscy 

kochamy go bardzo. Ale on nie jest powiązany z Adrikiem, albo Jasha, albo 
Rurikiem.  

Zorana wpatrywała się w Tasya. Na Aleksandra. Na kamienie. Słuchała 

jego głosu, takiego jak jej synowie.  

I znalazła się szybko na nogach - To nie prawda. Aleksander jest moim 

wnukiem.  

- Mama? - Ann również wstała - Myślisz...  
- Ojciec Aleksandra jest moim synem. - to co sobie uświadomiła złamało 

jej serce Zorana i dało nadzieję - I Firebird poszła po niego.  

background image

Rozdział 27  

Około trzy godziny po rozmowie Douga z Vadimem, zadzwonił jego 

telefon komórkowy.  

- Doug? Tu Gloria. Słuchaj, nie cierpię zawracać Ci głowy o tej porze, ale 

jacyś dziwni faceci kręcą się po śródmieściu dziś wieczorem. Alarm się włączył 
przy restauracji i szeryf zadzwonił i poprosił mnie bym to sprawdziła. On jest 
zajęty karambolem samochodowym. Jestem zaskoczona, że to nie Ty się tym 
zajmujesz. - Wścibska jak zawsze, to była Gloria.  

Ale był wdzięczny - Co z alarmem?  
- Wiatr spowodował naderwanie się deski przy oknie i pękło, nie mogę 

spać więc zeszłam by pomóc sprzątać. Tych dwóch facetów przechadzało się w 
trakcie burzy, a jeden z nich, gdy rozmawiał, to jakby syczał.  

- Jak wąż?  
- Tak! Znasz go?  
- Myślałem, że wyjechał z miasta. 
- Tak jak powiedziałam, dziwne. Myślę, że oni muszą zażywać narkotyki. 

- Gloria nie była kobietą, którą  łatwo wstrząsnąć, ale teraz zabrzmiała 
niespokojnie.  

- Widziałaś może w którą stronę poszli?  
- Wsiedli do samochodu i rozglądali się. Pomyślałam, że oni mogą 

wywoływać zamieszki.  

- Dzięki Gloria. Pójdę to sprawdzić.  
- Hej, Doug? Możesz poprosisz o wsparcie. Oni naprawdę są facetami o 

strasznym wyglądzie.  

- Nie martw się. Zajmę się tym.  
Uśmiechnął się zadowolony. Vadim zrobił dokładnie to czego Doug 

spodziewał się: zorganizował zasadzkę.  

Teraz, wszystko co Doug musi zrobić to sam musi wpaść im w łapy, by 

dowiedzieć się szczegółów o ataku na Wildersów i przy odrobinie szczęścia 
trzymać Vadima zabójców z dala od Firebird, wystarczająco długo by wróciła 
do swojej rodziny i ostrzegła ich.  

Oni byli jej rodziną. Nie byli jego - nie pragnęli go wcześniej i teraz oni 

nigdy nie będą go chcieli.  

Kto pragnąłby faceta, który sprzedał jego własną rodzinę bandzie 

bezwzględnych morderców?  

Światło z łazienki obudziło Firebird. Wsparła się na łokieć i osłoniła oczy.  
Douglas był wyłaniającą się sylwetką w drzwiach - Przepraszam, że Cię 

obudziłem.  

Było ciemno na zewnątrz. Zegar wskazywał czwartą rano, ale był ubrany 

w swój mundur policyjny. 

- Co jest?  

background image

- Mój szef zadzwonił do mnie. - podszedł do niej - Ktoś wzywał do 

wypadku na autostradzie.  

Nauczyła się budzić się szybko, gdy musiała wstawać do dziecka. Jak 

tylko obudziła się całkowicie, poprawiła poduszkę za plecami i skupiła się.  

- Burza zerwała elektryczność powiedział.  
Słyszała, jak wiatr bił przez drzewa.  
Kontynuował - Ja mam generator. Telefony nie działają. Nie mogę z tym 

nic zrobić. Ale jest już po burzy, a ponieważ jestem gliną, firma telefoniczna 
zawsze naprawia moje linie jako pierwsze więc to powinno nastąpić niedługo.  

- Jeśli nie działają telefony, to jak dowiedziałeś się o wypadku?  
-  Mam  telefon  komórkowy  we  wsparciu.  W  moim  zawodzie,  nie  mogę 

być złapany bez niego. - wyciągnął to ze swojej kieszeni w koszuli i wpatrywał 
się niezdecydowanie - Powinienem zostawiać go Tobie.  

- Nie. Potrzebujesz tego bardziej niż ja. Ale wiesz co? - wzięła go od 

niego i zaprogramowała w nim numer to Wildersów - Jeśli wpadniesz w 
jakikolwiek rodzaj kłopotów, możesz zadzwonić do domu i ktoś przyjdzie Cię 
ocalić. Zapisałam ich pod czwórką, jak czterech braci. - zwróciła mu komórkę z 
uśmiechem.  

Nie odwzajemnił uśmiechu - Dziękuję. Dobry pomysł. Mam nadzieję, że 

nigdy nie będę miał tego rodzaju kłopotów.  

- Ja również, ale rodzina po to jest. - nie wiedział tego jeszcze. To 

prawdopodobnie potrwa lata zanim zda sobie sprawę jak całkowicie może 
polegać na jego braciach, jego ojcu i matce... i jej. Ale nauczy się. Ona tego 
dopilnuje.  

- Wyszedłem i rozglądałem się - powiedział - Nie czułem Varinskich, ale 

system bezpieczeństwa powiadomi mnie o jakichkolwiek intruzach, ten pokój 
służy jako solidna forteca i system odeprze napastników. Będziesz bezpieczna 
podczas gdy będziesz spać, jeśli jednak nie wrócę przed tym jak wstaniesz i 
będziesz chciała jeść, musisz wpisać kod. - umieścił kawałek papieru z 
nagryzmolonymi liczbami na stoliku nocnym - Nie zapomnij.  

- Nie zapomnę.  
Umieścił Glocka obok papieru - Wiesz jak tego użyć?  
Podniosła, sprawdziła - Mogła bym zastrzelić moich braci.  
- Nigdy nie wątpiłem w to. - Douglas uśmiechnął się.  
Dobrze, nie uśmiechnął się. Ale wyglądał na zadowolonego. Dobrze, nie 

zadowolony... ale pomyślała, że zaczyna rozumieć go lepiej i to ją zadowoliło.  

- Pistolet jest naładowany - powiedział - Jeśli wychodzisz z 

jakiegokolwiek powodu…  

- Wezmę to.  
- Nie wyszedłbym gdybym myślał, że grozi Ci niebezpieczeństwo.  
- Wiem.  

background image

Wyciągnął rękę i jego palce wisiały w powietrzu cal od jej policzka - 

Bądź ostrożna. Zostań tu. Wrócę gdy tylko będę mógł, a następnie my... wtedy 
możesz zawieść mnie do swojej matki.  

- Twojej matki.  
Jego ręka odpadła - Mojej matki.  
Ponieważ odwrócił się, złapała go za mankiet - Nie powiedziałam ci 

wszystkiego. Nie dla tego, że rozmyślnie to pomijałam, ale dlatego że mieliśmy 
tyle innych rzeczy na głowie...  

Stanął jak puma przewidująca atak - Co pominęłaś?  
Nie było żadnego sposobu by powiedzieć to taktownie - My sądzimy, że 

prędzej czy później - prawdopodobnie prędzej - Varinscy wprowadzą w życie 
swój plan zaatakowania mojej rodziny i wymordowania ich.  

- A więc zgaduję, że jak skończę swoją pracę dziś wieczorem to mogę 

pomóc przy walce. - zabrzmiał tak mało porywająco, jakby bitwa rodziny była 
czymś naturalnym. Wtedy pocałował ją.  

Czuł jej smak, oddychał z nią a kiedy skończył, objął ją i wdychał zapach 

jej włosów. To było jakby on mówiły żegnaj... wiecznie.  

Położył ją na poduszkach i podszedł do drzwi; wtedy, jakby sobie coś 

przypomniał - Powiedz mi - dlaczego Varinscy chcą ikony?  

Krew odpłynęła z jej twarzy - Jaka... ikona?  
- Oni proponują nagrodę za rosyjską ikonę. Myślałem, że wiesz coś o tym. 
Tego Wildersi nie przewidzieli - Varinscy otwarcie polują na ikonę. Nie 

zdali sobie sprawy, że każdy drań na świecie szuka ikony i szanse znalezienia jej 
zostały zmniejszone. 

Ale do tej pory, odkrycie każdej ikony było niewiarygodne. Musiała ufać 

że cuda nie zawiodą ich i teraz.  

Jak sprawnie wyjaśniać sytuację Douglasowi? - Są cztery ikony. 

Posiadamy trzy. Gdy znajdziemy czwartą, gdy zbierzemy je razem, rozbijemy 
cyrograf.  

- Więc ikona jest bardzo cenna.  
- Ona jest bezcenna. Varinscy nie chcą pozwolić nam zdobyć ją. Słuchaj, 

Douglas. - chwyciła go za rękę - Moja matka miała widzenie i w jej wizji, każdy 
z czterech synów Wildersów znajdzie ikonę. Varinscy nie zdają sobie sprawy, 
że jesteś czwartym synem, ale... uważaj tam.  

- Zawsze uważam - tym razem, ponieważ przyjrzała się jego twarzy, 

pomyślała, że wygląda na zmartwionego. Ale pochylił się, pocałować ją 
ciepłymi wargami. 

Wtedy wyszedł.  
Źle osądziła go. Był bohaterem pozytywnym. Dobrze zrobiła przychodząc 

tu po niego.  

Osunęła się niżej pod nakryciami i spróbowała wrócić do snu ale była już 

całkowicie obudzona i zmartwiona.  

background image

Varinscy szukają czwartej ikony. Proponując nagrodę. czy Wildersi 

wiedzieli?  

Firebird odsłuchała wiadomości od Ann na jej telefonie komórkowym, ale 

nie rozmawiała ze swoją matką od tej pory jak zostawiła ich trzy dni temu. Nie 
wiedziała czy próbowali odnaleźć ją - jej telefonem został zniszczony w 
oceanie.  

Ale oczywiście odpowiedzieli na jej e-mail.  
Wstała, owinęła koc wokół ramion i użyła kodu by zresetować system 

bezpieczeństwa.  

Wtedy przeszła korytarzem do biura Douglasa.  
Drzwi zostały zamknięte na klucz.  
Wpatrywała się niedowierzająco, wtedy spróbowała jeszcze raz.  
Z pewnością zamknął na klucz.  
Jej twarz poczerwieniała z gwałtownego wstydu.  
Wiedział, że weszła do jego biura i użyła jego komputera. Dzięki 

systemowi bezpieczeństwa znał każdy pokój, który odwiedziła.  

Walnęła drzwi ręką.  
Nie zaufał jej?  
Nie. Wygląda na to, że nie 
Miała gulę w głębi z swojego gardła, na to uczucie składało się z 

zawstydzenie i zdrada.  

Ale nie zdradził jej, niespecjalnie. On właśnie... nie miał takiej samej 

wiary w nią jak ona w niego.  

Jakiś głos wewnątrz jej głowy nasunął jej wątpliwości: co miał do 

ukrycia?  

Ale zignorowała tę obawę.  
Wciąż musiała porozumieć się ze swoją rodziną.  
Ok. Żaden e-mail. Telefon domowy był wyłączony. Ale Douglas miał 

nowe BMW w garażu. Trzymał przynajmniej jeden dodatkowy telefon 
komórkowy. Czy był tam?  

Łapiąc jej torbę, poszła do łazienki. Gdy wyszła, miała na sobie dżinsy i 

ubrudzoną brązową, dopasowaną koszulkę bawełnianą. Miała nóż przypięty do 
jej nadgarstka. Spoczęła w fotelu i zasznurowała buty. Włożyła pistolet za pasek 
i poszła przejrzeć płaszcze aby jakiś założyć - jej zniknął gdzieś w oceanie.  

Znalazła brązową kurtkę ze skóry w szafie wnękowej, która to musiała 

pasować Douglasowi jak rękawiczka. Skóra była miękka. Sprawdziła firmę - ta 
rzecz musiała kosztować majątek.  

I kolejny raz wątpliwość pojawiły się w jej głowie. 
Gdzie Douglas dostał pieniądze za tę kurtkę? Na przeprojektowanie tego 

domu? Na BMW?  

Powiedział hazard, jeśli jednak to było prawdą, dlaczego zamknął na 

klucz swoje biuro?  

background image

Znalazła klucze do BMW natychmiast; wisiały na haczyku wewnątrz 

spiżarni gdzie Douglas mógł złapać ich po drodze na zewnątrz.  

Nastawiła alarm, wyłączyła światła, wyciągnęła pistolet, otworzyła tylne 

drzwi.  

I słuchała.  
Chmury ukryły księżyc. Noc była ciemna, bez oznaki nieuchronnego 

świtu. Wiatr powiał, szarpiąc luźnymi deskami na ganku, wprawiając w drganie 
metalowe rynny wyżej. Fale przetoczyły się do brzegu.  

Ale nie słyszała żadnego ukradkowego ruchu, nie wyczuła żadnych 

drapieżników w oczekiwaniu.  

Ruszyła się ostrożnie w dół ganku, przystawała i słuchała, ale stawała się 

pewniejsza siebie z każdym krokiem.  

Jeśli jej ojciec miał rację - a zawsze miał - Varinscy sądzili, że gdy poszła 

na dno oceanu, z powodzeniem zakończyli swoją misję. Gdyby myśleli inaczej, 
zaatakowaliby przy domu Pani Burchett, albo tutaj. Była przekonana, że była 
sama i bezpieczna.  

Ale nie położyła pistoletu.  
X5 BMW Douglasa zostało zaparkowane na żwirowym miejscu do 

parkowania.  

Na miejscu jej samochodu. Douglas umieścił go w garażu? Nie traciła 

czasu na dowiedzenie się tego. Jej zawstydzenie co do nieufności do Douglasa 
zmieniło się w niepokój.  

Coś było nie tak.  
Otworzyła samochód i usiadła na siedzeniu dla kierowcy, zamknęła na 

klucz drzwi za nią i umieściła pistolet przy sobie. Włożyła kluczyki do stacyjki, 
gdyby musiała uciekać, wtedy, za pomocą jej światła błyskowego, przedostała 
się przez konsolę między miejscami a schowkiem. Zbadała kieszenie drzwi z 
przodu i z tyłu. Pomacała pod siedzeniami i nad przednią szybą.  

Żadnego telefonu komórkowego.  
Ale ten samochód miał gałki wszędzie. Były gałki na suficie do 

szyberdachu i gałki między miejscami na konsoli. Były gałki na kolumnie 
kierownicy, na sprincie. BMW Douglasa miało wszystko - zdolność widzenia w 
ciemnościach, wyregulowanie miejsca, czujnik parkowania. Gdzieś tam musi 
być pewnego rodzaju urządzenie komunikacyjne. 

Szturchała i szturchała, znaleziony czujnik parkowania... Jakoś, przeszła 

do funkcji historii w systemie nawigacji. Próbowała przejść do następnej 
funkcji, ale za to przeniosła się jeden poziom głębiej i znalazła listę odbywanych 
tras.  

Nie miała zamiaru sprawdzać.  
Ale dwa słowa przyciągnęły jej uwagę.  
Blythe, Waszyngton.  
Ostatnim razem, gdy prowadził ten samochód, był w małej miejscowości 

w Górach.  

background image

Jej usta były suche, jej oczy naprężyły się gdy sprawdzała trasę... zaczął w 

Seattle, przy Szpitalu, prowadził prawie do jej domu i zrobił to tej samej nocy, 
której wróciła z Seattle z dowodem, że nie jest córką Wildersów.  

Pojechał za nią.  
Był tym który patrzył na nią tej nocy. Udał się na zwiad lokalizacja 

Wildersów domu.  

Gdy zapytała go czy był tam, skłamał jej.  
Dlaczego? Dlaczego kłamał?  
Odpowiedź była zbyt oczywista.  
Już wszystko zrozumiała, obejrzała się po lśniącym chromie, skórzanych 

siedzeniach, supernowoczesnych technologicznych rozwiązaniach.  

A kiedy już miał współrzędne, złożył propozycję Varinskim. Zapewnił 

ich, że może dostarczyć namiary na Wildersów i zapłacili mu zaliczkę. To był 
dowód na to jak dwudziestotrzyletnia sierota pozwoliła sobie na BMW, majątek 
i kurtkę ze skóry.  

Zdradził swoją rodzinę, jego syna... i jego dziwkę.  
Ponieważ była tylko tym dla niego.  
Biorąc klucze, światło błyskowe i pistolet, wysiadła z samochodu. 

Wróciła na piechotę do domu, przyczajona w ciemności, nasłuchująca kłopotów. 
Wściekłość nie sprawiła, że ona wyzbyła się swojej ostrożności.  

Wprowadziła kod zabezpieczający i poszła na górze do jego biura.  
Udzieliła informacji Douglasowi o rodzinie i ich słabościach. Powiedziała 

mu że oni muszą mieć go po swojej stronie by wygrać ich bitwę z Varinskimi. 
Zaufała mu kiedy ona nie powinna, zdradzając tym samym rodzinę, która 
wychowała ją i dała jej wszystko, skazując na śmierć jej własnego syna. 
Najważniejsze, że bez czwartej ikony, cyrograf nie mógł być rozbity. Konstantin 
i ludzie, których traktowała jak braci i również jej kochany Aleksander, został 
skazany na wieczność w piekle.  

Ale te zamknięte na klucz drzwi do biurowa Douglasa, świadczyły, że 

ukrywa coś. Niewiele myśląc, podniosła pistolet i błyskawicznie strzeliła do 
zamka w drzwiach.  

Pozwoli zarejestrować to jego systemowi bezpieczeństwa.  
Podeszła do jego biurka i była rozczarowana odkryciem, że było otwarte. 

Była bardzo chętna do odstrzelenia więcej zamków.  

Grzebała w szufladach i w trzeciej szufladzie od dołu było to czego 

szukała.  

Czwarta ikona, zaplątana w wodorostach morskich, które próbowały 

udusić ją i utopić.  

Każdy z moich czterech synów musi znaleźć jedną z ikon Varinskich. 

Tylko ich miłość może odnieść do domu święte kawałki.  

To była wizja Zorany.  

background image

Ale to było gówniane. Firebird nie była miłością Douglasa Blacka. 

Ponieważ okantował ją. Powiedział jej, że ją kocha ją. Obnażył jego serce i 
duszę.  

Ale to wszystko było kłamstwami.  

background image

Rozdział 28  

Doug wolno jechał stromą, ciemną, krętą drogą, a jego potężny reflektor 

punktowy omiatał od strony do strony ponieważ miał się na baczności przed 
pułapką, która została zastawiona na niego.  

W pewnej części jego umysłu, martwił się. Martwił się o zostawianie 

Firebird w jego domu. Martwił się co Vadima Varinski zaplanował. Martwił się 
o swojego syna, Aleksandra. Jeszcze nigdy nie miał nikogo, o kogo mógł by się 
martwić, teraz odkrył, że posiadanie rodziny ma swoją cenę.  

Przypominając sobie o telefonie komórkowym w jego kieszeni i numerze, 

który Firebird zaprogramowała, zmienił swoje myśli. Posiadanie rodziny miało 
swoją ceną - i schronienie. Całe swoje życie, nie miał nikogo za swoimi 
plecami. Teraz, jaka dziwna myśl, że jeśli on byłby w tarapatach, ktoś 
przyszedłby mu z pomocą. Albo, przynajmniej, Firebird myślała, że ktoś 
przyjdzie mu z pomocą.  

Jego reflektor punktowy wykrył wrak. Trzasnął po swoich hamulcach.  
Skierował reflektor w kierunku skraju drogi. I tam to było, samochód 

niedaleko krawędzi nasypu z jego przodem na chodniku.  

Może to nie sztuczny wypadek. Może Varinscy mieli trochę zbyt wiele 

zabawy.  

Doug śmiał się z jego własnego humoru, wyregulował reflektor i zbadał 

samochód od strony kierowcy i pasażerów. Nie mógł zobaczyć nikogo.  

Gdzie byli?  
Wyciągnął swój pistolet służbowy i ukrył w dłoni jego nóż, wtedy 

wyszedł z wozu policyjnego. Smród Varinskich zachwiał nim jak uderzenie.  

Tam musi być co najmniej pięciu albo sześciu z nich.  
Foka naprawdę przecenił umiejętności Douga. Albo może to była kwestia 

dumy. Może tym razem Foka chciał upewnić się, że zabił go.  

Jak tylko Doug oddalił się od samochodu, potężny wilk wyskoczył z 

ciemności. Obrócił się w bok i ranił go nożem, ponieważ bestia popchnęła go na 
chodnik.  

Varinski wydał okrzyk bólu. Doug złapał jego pysk, owinął ramię wokół 

gardła, skręcił szyję pod jego ramieniem i tak mocno jak mógł, ugryzł go w 
ucho. Dla jego ogromnej satysfakcji, krew napełniła się jego usta. Przekręcił 
mocniej, poczuł, jak nogi kopnęły, pazury drapią... trzask szyi.  

Jeden w mniej.  
Kątem oka, zobaczył innych. Trzy wilki i dwóch ludzi, jeden niewielki i 

wąski, drugi masywny, James Bond ciemny charakter.  

Użył zwłok by tamować jego ruch, złapał pistolet i strzelił. Duży facet 

zabulgotał i umarł.  

Wtedy, od tyłu, ktoś kopnął Douga w żebra.  

background image

Jego następny strzał chybił. Kasłał. Strzelił jeszcze raz, wysyłając jednego 

z wilków do lasu skamlącego jak szczenię.  

Facet za nim zdzielił Douga i usunął pistolet z jego ręki. Kładąc jego 

masywną stopę na szyi Douga, odwrócił go twarzą do chodnika i trzymał go tak.  

Sześciu z nich. Siedmiu liczące zmarłego wilka. To gówno Vadim sądził, 

że Doug ma ikonę i wysłał siedmiu ze swoich matołów by odzyskać ją.  

Doug spojrzał w górę i zobaczył bliźniaka faceta, którego zastrzelił.  
Świetnie. Dobry sposób by przysporzyć sobie przyjaciół. Zabij jego 

bliźniaka.  

Chudy Varinski mówił cicho do swoich ludzi - Wilki są tu bezużyteczne. 

Chcę ludzi.  

Dwa pozostałe wilki patrzały na siebie wątpliwie.  
- Zmiana teraz - chudy powiedział. Nie podniósł swojego głosu ale Doug 

zobaczył, jak wilki cofnęły się i zaczęły zmianę - Tak lepiej - zrobił krok w 
przód, do reflektora Douga.  

Brzydki. Cholera, ten facet był brzydki. Wąskie czoło, spiczasty ryj, ostre 

zęby, szeroka szyja - przypominał olbrzymią, zmutowaną jaszczurkę. I Doug 
rozpoznał głos. Ten facet był odpowiedzialny za atak na klifach.  

- Foka - powiedział.  
- Jakie pochlebiające. Znasz moje imię. - język Foka wysunął się 

gwałtownie dotknął jego warg - Będziesz je wykrzykiwał niedługo.  

- Czego chcesz? - Doug zapytał.  
- Goga, wyjaśnij naszemu amerykańskiemu kuzynowi czego chcemy - 

Foka powiedział.  

Goga złapał jedną ręką włosy Douga i podniósł go do poziom swojej 

twarzy. Z podmuchem czosnku, wykrzyknął - Gdzie jest czwarta ikona?  

- Gdzie moje sto milionów dolarów? - Doug zapytał.  
- Nie jesteś na pozycji do negocjowania - Foka powiedział - czwarta 

ikona. Mów nam teraz, natychmiast. Chyba, że chcesz cierpieć.  

Doug miał swoje stopy pod nim. Chwycił rękę, która trzymała jego 

gardło. Użyć jego innej ręki do ściśnięcia tchawicy Goga. Ponieważ Goga 
zwolnił uścisk Douglas kopnął w górę i na zewnątrz.  

Jego stopa odbiła się od ramienia Goga.  
Goga zawinął swój łokieć wokół kolana Douga i przekręciła.  
Doug poczuł pęknięcie kolana.  
Ból. Ból jak żaden, jaki kiedykolwiek czuł wcześniej. Pozostali dwaj 

Varinscy warknęli i postąpili naprzód.  

Doug nie poświęcił im żadnej uwagi. Za to zrobił szybki ruch i wcisnął 

czwórkę na swoim telefonie.  

Za nim, Goga wrzeszczał ze śmiechu.  
Foka zachichotał i zapytał - Co zamierzasz zrobić? Wezwiesz wsparcie?  
- Nie, dupku, podaję informacje swojej rodzinie o tobie i o tym co chcesz. 

Wysyłam ich by ocalić Firebird, i może... ocalić mnie. I zabić ciebie.  

background image

Jeden z wilków usunął telefon z jego ręki, a gdy jego palce złamały się, 

usłyszał, jak kobieta odpowiedziała - Hello?  

background image

Rozdział 29  

- Halo? Halo? - Zorana usiadła na łóżku.  
- Pomyłka? - ale Konstantin nie uwierzył temu tak łatwo. Nie teraz, gdy 

wyczuwał smród Varinskich w swoich nozdrzach  

- Nie sądzę. Musisz posłuchać tego. - włączyła światło i włączyła na 

system głośnomówiący. 

- Pewnie - przez planowanie bitwy on i tak nie zaśnie. On równie dobrze 

może odbyć rozmowę z… 

- Gdzie czwarta ikona? - niski głos wrzeszczał, ale w pewnej odległości - 

Oddaj nam ikonę!  

- Sprzedałem ją Wildersom. - głos, który wykrzyknął odpowiedź brzmiał 

znajomo.  

Teraz usłyszeli dźwięk łamania kości.  
- Naucz się lepiej kłamać - głos był cichy ale groźba roznosiła się 

wyraźnie po ich sypialni.  

-  Co  Cie  to  obchodzi?  -  ten  prawie  znajomy  głos  wykrzyknął  -  Vadim  

mówi, że zaatakujesz ich przed upływem miesiąca. Gdy to zrobisz, odzyskasz 
ją.  

- Ty głupcze. Atakujemy dziś jak tylko Vadim przybędzie. To jest dość 

czasu dla nich aby połączyć ikony i… - ten cichy, okropny, syczący głos 
przerwał - Muszę zadzwonić do Vadima. Goga, Dimitri, Grigori, Lyov - 
upewnijcie się, że nasz drobny kuzyn nie kłamie.  

Zorana stłumiła dźwięk telefonu - Co to jest? Kto to jest?  
- Ktoś próbuje wystrychnąć Varinskich i zgaduję - Konstantin patrzył na 

swoją żonę, tak bladą, tak dzielną - zgaduję że to jest nasz syn.  

Zorana nacisnęła alarm ostrzegawczy obok łóżka.  
- Co robisz? - Konstantin zapytał. Jakby nie wiedział.  
- Wyślę kogoś by go uratować.  
Adrik przybył jako pierwszy, rozbudzony i w ubraniu. Wszedł do pokoju 

wolno, słuchając powtarzających się  żądań czwartej ikony - ktoś próbuje 
wyciągnąć informacje z niego. 

- To twój brat. - przy tym pierwszym znaku od jej zaginionego syna, 

Zorana przycisnęła rękę do swojego serca ale jej głos był opanowany.  

- Tak też myślałem - Adrik pomasował swoje ramię - Zastanawiam się 

czy mogę mieć dostęp do GPS-u w tym telefonie.  

- Ja mogę. - Ann stała w drzwiach. Nosiła piżamę i szlafrok, ale jej oczy 

były tak czujne jak Adrika - Trzymaj to w zawieszeniu. Wezmę to do pokoju 
dziennego do komputera.  

- Super! - Adrik był już na zewnątrz.  
Jasha stanął za nią - Co mogę zrobić by pomóc, kochanie?  

background image

Obróciła się w kierunku swojego komputera w pokoju dziennym - Zrób 

kawę.  

Jasha wyszedł za nią skarżąc się - Zrób mi kawę. Napisz moje listy. Goń 

mnie wokół mojego biurka. „Traktujesz mnie jak swoją sekretarkę” - ale zanim 
wyszedł, ponuro obejrzał się na swojego ojca i jego wiadomość była jasna.  

Miał do przekazania  informacje, których dowiedział się wczoraj 

wieczorem na swoim wypadzie do lasu.  

Konstantine kiwnął głową. Porozmawiają później.  
- Zrobię śniadanie - Tasya powiedziała.  
- Pomogę. - Karen pojechała razem z Tasya w kierunku kuchni.  
Konstantin został pobłogosławiony w jego dzieciach i ich żonach.  
Rurik przybył, ziewając - Co opuściłem?  
- Ty, leniwy synu, ty możesz mi pomóc się podnieść. - Konstantin 

przeklął słabość, która przywiązała go do wózka inwalidzkiego.  

Ale przez całą noc, knuł inną taktykę... Poczekał do czasu gdy Zorana 

weszła do łazienki i zapytał cicho - Jak wiele detonatorów nam zostało?  

- Kilka - Rurik pomógł mu przejść z łóżka do wózka inwalidzkiego - 

Dlaczego pytasz?  

- Varinscy zbierają się tam po co? Nie ruszamy się z domu. Czemu nie? 

Wydajemy się praktycznie bezbronni. Cztery kobiety, trzech mężczyzn w pełni 
sił, ale tylko trzech i ja, inwalida na wózku inwalidzkim.  

- I Aleksander - Rurik powiedział.  
- I Aleksander - Konstantin zgodził się.  
- Ojcze, nie powinniśmy odesłać małego? - Rurik sprawdził wskaźnik w 

butli tlenowej, która zwisała z oparcia krzesła.  

Konstantin poklepał zmartwioną twarz Rurika - Mój synu, nie ma 

żadnego bezpiecznego miejsca. Nawet tu nie jest bezpiecznie, ale on powinien 
zostać z nami, z ludźmi których kocha, niż iść do nieznajomych i tam umrzeć. 
Oni będą poszukiwać go. Oni zabiją go. Varinscy są bardzo dokładni.  

- Wiem, Ojcze.  
- Twój brat - Konstantin wskazał gestem w kierunku telefonu - twój 

zaginiony brat właśnie podał nam informacje, które musimy wykorzystać. 
Varinscy chcą zaatakować nas dziś. - przyłożył maskę tlenową do twarzy i wziął 
długi oddech. Zachowywał swoją siłę, do czasu aż nadejdzie czas by zbić 
Varinskich.  

Nie miał wyboru.  
- Oni czekają tylko na swojego przywódcę i może na wsparcie.  
- Myślisz, że nie powinniśmy czekać - Rurik domyślał się.  
- Niespodzianka jest zawsze dobrym elementem w bitwie. - Konstantin 

był pochylony ku swojemu synowi i szepnął - Jeśli przyniesiesz mi detonator, 
obiecuję, że mogę zaskoczyć ich.  

Powiedział Rurikowi swój plan, a gdy jego syn zachichotał, Konstantin 

poczuł dumę. Oczywiście, jeszcze nie stracił starego daru na dobrą strategię.  

background image

Ich druga linia zadzwoniła.  
Rurik i Konstantin wymienili szybkie spojrzenia. Więcej złych wieści?  
Zorana wyszła z łazienki, z ręcznikiem na głowie - Kto to? 
Rurik spojrzał na ich aparat - Czy jesteś Nikczemnym Gościem? - 

nacisnął guzik i włączył na głośnomówiący.  

Kobieta w telefonie powiedziała - Tu Firebird.  
Konstantin wzdrygnął się. Nie słyszał tego bólu w głosie jego córki od 

czasu gdy przesłuchiwał ją o ojcu Aleksandra.  

Zorana szybko przeszła w kierunku telefonu, gotowy by objąć dowództwo 

rozmowy.  

Konstantin nakazał jej ciszę - Co jest nie w porządku, bączek?  
- Tato - Firebird wzięła długi oddech - Tata. Wszystko dobrze. Nie dzieje 

się nic złego. Aleksander ma się dobrze?  

- Bardzo dobrze Konstantin powiedział.  
- Moje dziecko... - Firebird wzięła kolejny oddech - Przypuszczam, że 

prawdopodobnie domyśliłeś się tego, ale wyjechałam aby znaleźć ojca 
Aleksandra. Zrobiłam to. On nazywa się Douglas Black i jest również twoim 
zaginionym synem. Nie uświadomiłam sobie tego wcześniej, oczywiście 
myślałam, że jest Varinskim, który wytropił mnie i uwiódł w celu uzyskania 
wiadomości o mojej rodzinie. O Wildersach.  

Konstantin wykręcał swoje knykcie i zaplanował pierwszą lekcję, której 

udzieli swojemu nowo odkrytemu synowi - gdy przeżyje bicie Varinskich, które 
teraz wymierzają mu.  

Firebird kontynuowała - To okazało się, że wtedy miałam rację. 

Douglas... Douglas Black sprzedał nas Varinskim.  

- Nie! - Zorana zrobiła krok w kierunku telefonu.  
- Zanim się tego dowiedziałam, udzieliłam mu informacji. O nas. 

Przepraszam tato - głos Firebird łamał się - Przepraszam.  

Konstantinowi było przykro. Przykro, że jeden z jego własnych synów 

zdradził jego rodzinę. Przykro, że ona cierpi przez to.  

- Może ma coś na swoje usprawiedliwienie - Rurik mruczał.  
- Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla niemoralności - Konstantin 

powiedział chłodno.  

Zanim mógł powiedzieć Firebird prawdę - że ten smarkach Douglas został 

wykorzystany przez swoich niegdysiejszych sojuszników - dodała - Ale słuchaj. 
To jest ważna część. Wracam do domu.  

- Nie - Konstantin powiedział ostrzegawczo - Zostań gdzie jesteś. 

Zaczynamy bitwę dziś rano.  

- Muszę wrócić do domu, Ojcze. Mam czwartą ikonę.  
Konstantin chciał krzyczeć z radości. Chciał płakać z przerażenia.  
Jego córka, dziecko, które trzymał na swoim kolanie, ma w swoim 

posiadaniu czwartą ikonę. Czwarta ikona! Ikona, która zjednoczy pozostałe i 
rozbije cyrograf.  

background image

- Wiem, że przynieść ją powinna osoba, którą twój syn kocha, ale Douglas 

nie kocha nikogo, więc przypuszczam, że jest to jedna z tych rzeczy, którą twój 
syn spieprzył. - Firebird wyrzuciła z siebie słowa - Więc przepowiednia jest 
poprawna w swojej drodze.  

Nie zastanawiał się nad tym ze względu na gorycz. Konstantin powiedział 

- Firebird, masz rację. Nie ma żadnego wyboru. Musisz wrócić do domu. - była 
teraz w większym niebezpieczeństwie niż ktokolwiek z nich.  

Rurik przeszedł blisko telefonu - Gdzie jesteś?  
- W Rocky Klif - gdy przekazywała wiadomość, pociągała nosem.  
Gdy Rurik odezwał się, wykorzystał swoją siłę kapitan lotniczego - 

Firebird, jest tam gdzieś jakieś miejsce gdzie możesz spotykać się ze mną? 
Jakieś mieszkanie?  

- Um. Tak. Tak! - zabrzmiała na zaskoczoną - Jedź w kierunku 

Shoalwater State Park. Jest tam parking.  

- Doskonale. Będę tam w mniej niż godzinę.  
- W mniej niż godzinę? - zabrzmiała na zdezorientowaną - Ale…  
- Wyjdź stamtąd teraz, zanim oni wytropią cię - Konstantin dodał.  
Słyszeli stuk ponieważ odłożyła na miejsce telefon.  
Zorana złapała ramię Rurika - Przyprowadź ją do domu. Jakoś, odwieź ją 

do domu.  

- Dobrze, Mama. - Rurik poklepał jej rękę, wtedy obrócił się w kierunku 

drzwi.  

Adrik dotarł, uśmiechając się brutalnie - Ann znalazła go. Wiem gdzie 

nasz zaginiony brat jest i jadę po niego.  

- Upewnij się, że żaden z Varinskich nie jedzie za tobą - Konstantin 

powiedział - I upewnij się, że oni nie wrócą!  

- Dobrze Ojcze - chłopcy powiedzieli chórem.  
Rurik objął Adrika za szyję - Chodź ze mną.  
- Iść z tobą? - Adrik prychnął - Ja prowadzę. Jestem szybszy.  
- Tak, możesz zawieźć nas na lotnisko - Rurik odpowiedział.  
Adrik zatrzymał się ostrożnie - Co zamierzamy robić na lotnisku?  
Rurik powiedział słowa, które zagwarantują dumę w sercu ojca - 

Ukradniemy helikopter.  

background image

Rozdział 30  

Doug nie wiedział jak długo Varinscy znęcali się nad nim. To wyglądało 

jak dni. To było prawdopodobnie nie więcej niż godzina ponieważ słońce wciąż 
nie przekroczyło horyzontu. Jednak musiał powiedzieć jedno dobrze sobie 
radzili, to były świetne tortury. Ocenili jego ciężar podnosząc w górę za kaptur 
wyjęli scyzoryki i przystąpili do pracy. Pocięli jego koszulę i odcięli jeden z 
jego sutków. Grzebali między jego żebrami. I nawet nie chciał zastanawiać się 
co zrobili z jego rękami.  

Krew, zanim zaschnie jest bardzo lepka. I Doug zastanawiał się jak powie 

Yamashita o dużej czerwonej plamie w samochodzie. Enzymy w krwi 
zniszczyły farbę?  

Foka przysunął swoją twarz blisko Douga i w jego bardzo akcentowanym 

głosie powiedział - Jestem znudzony tobą. Jestem znudzony twoim oporem.  

- Nie sprzeciwiam się. Mówiłem ci. Sprzedałem ikonę Wildersom.  
Bezczynnie, Doug zastanawiał się ile kości mu złamali. Jego kolano, jego 

żebra i jego ręka, po za tym czuł się całkiem dobrze. Oczywiście, to może być z 
powodu upływu krwi, która wyłączyła jego mózg...  

- Vadim nie wierzy ci. Powiedział, że jesteś  łakomy. Powiedział, że są 

inni licytanci który mogli zapłacić więcej. On mówi, że nie miałeś czasu dostać 
tej oferty. - Foka oparł jego groźną twarz blisko - Tu są inne części ciała, które 
Goga może odcinać.  

Goga uśmiechnął się i kiwał głową.  
- Jeden z nich, może zrobić krzywdę małym palcem. Czy wiesz czym oni 

są? - Foka zapytał.  

Doug wiedział dokładnie czym byli. Podniósł swoją głowę z przedniej 

szyby. Uśmiechnął się bezczelnie - Jesteś jeden z tych facetów? Który uwielbia 
bawić się klejnotami rodzinnymi innego faceta?  

- Koshka - Foka wysyczał, a kiedy to zrobił, źrenice w jego oczach 

zmieniły się w wąskie szpary.  

- Jestem kawałkiem gówna? To od faceta, który nie tylko lubi grać 

klejnotami innego faceta, ale naprawdę lubi kiedy one są klejnotami faceta z 
rodziny.  

Foka dał znak Goga.  
Goga trzasnął swoją pięścią do brzucha Douga.  
Super. Trochę uszkodzenia w miękkich tkankach.  
Gdy skończył go kneblować, pomyślał, że ryczenie w jego uszach 

ucichnie. Ale nie. To stało się głośniejsze i głośniejsze. Wtedy trąba powietrzna 
dotknęła ziemi, napełniając powietrze brudem i cedrem i światełko tak jaskrawe 
jak słońce oślepiło go.  

To nie była jego wyobraźnia, albo początek śmierci. Varinscy ochraniali 

swoje oczy i wykrzykiwali z niepokojem.  

background image

Bóg przybył egzekwować swoją zemstę na nich wszystkich.  
Wtedy głos przy krawędzi światła odezwał się i Doug wiedział, że to nie 

jest Bóg.  

Ten głos powiedział - Wy gówna na pewno przeprosicie, za szykanowanie 

mojego brata.  

Doug nie mógł uwierzyć w to. Jego rodzina przybyła i to helikopterem.  
Pantera, czarna jako noc, skoczyła na dwa wilki, rozcinając jednego 

wzdłuż twarzy, rozdzierając drugiemu szyję jednym ugryzieniem.  

Doug spadł z samochodu razem z Foką i wyciągnął pistolet zza paska 

Foka i rozprawił się z nim ostro.  

Pomyślał, że ma pięć strzałów i gdy tylko schował się za samochodem, 

wysypał każdy wystrzał do swoich dręczycieli. 

 
- Szybciej. Szybciej! - Firebird przemierzyła obok samochodu. Z każdym 

krokiem, była świadoma ikony włożonej pod jej stanikiem wprost na jej sercu.  

Jak tylko znalazła ją, była gotowa uciec z tego domu przy maksymalnej 

prędkości. Nie zawahała się wziąć Glocka albo samochód Douglasa. 
Potrzebowała wszystkiego, gdyż zamierzała zabrać tę ikonę do domu bez 
ingerencji Douglasa i jego Varinskich. Przerwa w Rocky Cliffs była krótka, 
wystarczająca aby zadzwonić do domu, a jazda do Shoalwater State Park była 
denerwująca.  

Rozejrzała się jeszcze raz - Szybciej, Rurik.  
Nie chciała zatrzymać się na pustym parkingu wypełnionym stertą 

przemoczonych liści i wyblakłych białych linii położonych na warstwie 
czarnego asfaltu. Chciała kontynuować jazdę, aby znaleźć się jak najdalej od 
Douglasa jak tylko mogła. Nie chciała stanąć twarzą w twarz z nim i nie tylko 
dlatego, że pewnie zamordowałby ją, pomimo że to był wystarczający powód. 
Nie, nie mogła przyglądać się, jak uśmiecha się z wyższością po zdradzie jej 
rodziny. 

Gdzie jest Rurik? Co on robi? Mogła dojechać Beemerem Douga do 

domu za cztery godziny, albo pięć gdyby nie było dużego ruchu ulicznego i pod 
warunkiem, że nie była by zatrzymana zbyt wiele razy przez patrol policyjny i 
pod warunkiem, że Doug nie poinformował o kradzieży swojego samochodu.  

Zawszony sukinsyn.  
Prawdopodobnie to zrobił. Prawdopodobnie domagał się żeby ona została 

aresztowana.  

Chop-chop-chop, śmigła helikoptera przerwały jej zadumę. To nachodziło 

szybko, przybierając na sile przez moment. Odwróciła się na północ wzdłuż 
brzegu i tam to było, podchodził szybko, odkurzając wierzchołki drzewa, 
stwarzając wir szczątków. Samolot wisiał w powietrzu nad parkingiem, wtedy 
łagodnie zatrzymał się na asfalcie. Drzwi pasażera otworzyły się i ujrzała Rurika 
wołającego ją. Pobiegła z głową pochyloną do dołu, śmigła przecinały 
powietrze, rozprawiając się ostro z nią do czasu gdy osiadła na miejscu. Zanim 

background image

nawet zapięła pasy podniósł się w górę w powietrze i jak tylko była 
zabezpieczona, skierował się w stronę domu lecąc szybko.  

Założyła słuchawki.  
Mówił do mikrofonu, jego głos rozbrzmiewał w jej uszach - Co do 

cholery stało się z twoimi włosami? To wygląda jakbyś wpadła pod kosiarkę do 
trawnika.  

- Nie, to zostało ścięte nożem.  
Prawie mogła słyszeć, jak szukał po omacku dobrej odpowiedzi. Po 

trzydziestu sekundach, powiedział - Super helikopter, hę?  

- Super - mamrotała. Ale to był świetny helikopter, ze skomplikowanymi 

wskaźnikami i bogatymi skórzanymi siedzeniami.  

- To jest Bell 206B3 JetRanger III, miejsca na pięć osób, robi dwieście 

dwadzieścia kilometrów na godzinę...  

Spiorunowała go wzrokiem z miażdżącą pogardą.  
- Albo, dla ciebie szczura lądowego, sto trzydzieści sześć mil na godzinę. 

W domu będziemy w ciągu pięćdziesięciu minut - spojrzał na nią - Masz to?  

- Ikona? - ścisnęła swoją rękę na małym, twardym kwadracie ukrytym na 

jej ciele - Jest w bezpiecznym miejscu.  

- Niebo nie jest mi przychylne, ale modliłem się, aby czwarta ikona 

odnalazła się - z typową braterską szczerością, powiedział - Ty to znalazłaś? 
Jesteś pewna, że nie jesteś prawdziwą miłością naszego brata?  

- Skąd masz helikopter? - zapytała.  
- Oh Firebird. Powiedz mi jaki on jest.  
- On jest wstrętną, kłamliwą łasicą.  
- Naprawdę? - Rurik najwyraźniej był wstrząśnięty - łasica?  
W tej rodzinie, nawet nie mogła użyć metafory - Nie. Jest pumą. Ale to 

nie zmienia faktów. On powinien być łasicą.  

Rurik musiał słyszeć drżenie w jej głosie i musiał bać się ataku łez, bo 

powiedział - Pożyczyłem to od przyjaciela.  

- Co?  
- Helikopter.  
Miała dziwne przeczucie - A on wiedział, że pożyczyłeś to?  
- On nie będzie zwracał na to uwagi. On jest byłym pilotem wojskowym, 

facetem z talentem do zarabiania. - Rurik skoncentrował się bardzo mocno na 
wskaźnikach i horyzoncie.  

Wyszarpnęła podkładkę do pisania i rzuciła okiem - Był używany tylko 

dwa razy.  

- Tak, wdrażam go do pracy.  
- Nie wiedziałam, że możesz latać helikopterem.  
- Pewnie, że mogę. Pamiętaj, gdy zmieniam się, jestem jastrzębiem. Mogę 

latać wszystkim.  

- Pewnie - obróciła się do niego - Powiedz mi ile helikopterów 

pilotowałeś?  

background image

- Spędziłem dużo godzin w symulatorze helikoptera. 
Wyrosła w tej rodzinie śmiałków - To jest twój pierwszy raz przy 

kontrolkach?  

- Nie wrzeszcz w ten sposób! - stuknął w swój kask ponad swoim uchem - 

To jedynie mój pierwszy raz w powietrzu. I miałbym ochotę zwrócić uwagę, że 
prowadziłaś miły Beemer.  

-  Pożyczyłam  od  przyjaciela.  -  Firebird  obnażyła  swoje  zęby  w  dzikim  

uśmiechu - On nie będzie zwracał na to uwagi.  

Radio zatrzeszczało - Rurik, ty łajdak, co robisz z moim JetRangerem?  
- Po prostu wziąłem go na przejażdżkę, Ethan. Po prostu wziąłem go na 

przejażdżkę. 

 - Właśnie dałem w rozliczeniu stary za tą piękność, a jeśli zrobisz 

chociaż jedną rysę na jego nieskazitelnie czystej farbie…  

- Ojej! To była gęś uderzająca przy dwustu dwudziestu kilometrach na 

godzinę - Rurik wykrzyknął.  

- Jedno zadrapanie - Ethan odkrzyknął - i będę miał cię aresztowanego i 

zamkniętego w celi więziennej tak głęboko, że jedyną rozrywką będzie walenie 
konia! 

Po raz pierwszy od tej pory, gdy znalazła ikonę, napięcie opadło z 

Firebird i uśmiechnęła się.  

Rurik dotknął swojego policzka swoim palcem. Wciąż z tą oburzającą 

niewinnością w jego głosie, powiedział - Cóż, Ethan, jesteś strasznie surowy. To 
nie jest tak, że ja nawet nie wiem jak latać helikopterem.  

Firebird usadowiła się na swoim miejscu i pozwoliła kłótni tych dwóch 

ludzi oderwać ją od jej niepokojów, od jej smutku, od okropnej prawdy. 

Trzymała czwartą ikonę. Teraz wszystko zależało od niej i ona sama 

zjednoczy to z pozostałymi trzema i zakończy cyrograf.  

background image

Rozdział 31  

Doug obudził się gwałtownie spadając z miejsca dla pasażera jego 

policyjnego wozu jadącego w dół autostrady, na sygnale. Wpatrywał się w 
prędkościomierz, który zachwiał się przy przeraźliwej prędkości i głosem, który 
był niczym więcej niż rechotem, zapytał - Co ty do cholery robisz?  

- Wiozę nas do domu w pośpiechu. - ręka pojawiła się przed twarzą 

Douga - Jestem twoim bratem Adrikiem.  

- Na miłości boską, połóż rękę na kierownicy - Doug powiedział.  
Ręka zniknęła - Za bardzo się przejmujesz.  
- Jestem gliną. Moim obowiązkiem jest się martwić. - Doug potoczył 

swoją głowę w kierunku kierowcy.  

Oprócz ciemnych włosów i zielonych oczu, ten facet wyglądał jak Doug, 

którego widywał w lustrze co ranek - wysoki, z szerokimi ramionami.  

Wow. Naprawdę miał brata.  
Brat, który mógłby ocalić Firebird - Ktoś musi…  
- Iść po Firebird? - Adrik skończył - Ktoś poszedł.  
- Przyrzekasz? 
- Nie kłamię.  
- Dzięki Bogu! - Doug wymamrotał.  
Na ile był w stanie stwierdzić, każda część jego ciała została zmiażdżona, 

rozdarta, rozbita, i porąbana. Podczas gdy torturowali go, krzyczał trochę jak 
dziewczyna ale miał swoją zemstę - zabił człowieka, który wyglądał jak 
jaszczurka i widział z zadowoleniem jak Adrik, jego brat pantera, wyczyścił 
drogę z ostatnich z nich.  

Doug powinien być wrakiem, fizycznie i emocjonalnie, ale za to, gdy zdał 

sobie sprawę, że jego rodzina wysłała kogoś by ratował jego dupę, dobrze się z 
tym czuł - Jestem twoim bratem Douglasem - powiedział.  

- Muszę Ci pogratulować.  
- Że przeżyłem tortury?  
- Nie. Dlatego, że posiadasz normalne imię. - Adrik uśmiechnął się - My 

Wildersowie żyjemy po to by być torturowanymi.  

- Jestem zadowolony, że zachowałem tradycję rodzinną.  
- Masz. To jest dla ciebie. - Adrik podał mu butelkę wody - Wypij to 

wszystko. Jesteś Wilderem - szybko się uzdrawiamy, ale jesteś w gównianym 
stanie, a będziemy Cię potrzebowali w bitwie. Jest też kanapka dla ciebie na 
podłodze - woda ugasiła okropne pragnienie, a zwykła wzmianka o kanapce 
sprawiła, że gruczoły ślinowe Douga zaczęły pracować. Dał nura w brązową 
torbę i wyjął kanapkę z tuńczykiem.  

- Uczynisz naszą matkę bardzo szczęśliwą - Adrik powiedział niejasno.  

background image

Doug otworzył pojemnik z kanapką i zastanawiał się dlaczego zwykła 

wzmianka o jego matce sprawiła, że jego dłonie pocą się. Gdy zastanowił się 
nad tym musiał przyznać...  

- Mimo wszystko, szkoda twojego palca. Po tym jak zabiliśmy 

Varinskich, rozejrzałem się za nim, ale nie miałem szczęścia.  

Doug podniósł swoją prawą rękę i trzymał ją przed oczami. Tylko 

pokrwawiony kikut pozostał gdzie powinien być jego mały palec - Nie mogłeś 
tego znaleźć. Ścięli to w innym miejscu. 

- Zrobili też coś z twoją drugą ręką.  
Doug podniósł swoją lewę ręka i wpatrywał się w głębokie rozcięcie w 

jego dłoni - Oh, tak. Pamiętam. Chcieli wziąć mój kciuk ale używali scyzoryka i 
kość była zbyt mocna. Więc machnęli ręką i odcięli mały palec.  

- Do dupy - Adrik zabrzmiał jakby wiedział dokładnie jak to było bardzo 

do dupy, a także wiedział, że Doug przeżyje by walczyć jeszcze raz. Szybko.  

Jesli nie zostaną zabici przez jego prowadzenie. Adrik sięgnął do chipsów 

jedną ręką i użył drugiej by odsunąć jego ciemne włosy z jego oczu.  

- Co kierujesz swoim ptakiem? Naprawdę, człowieku - Doug powiedział - 

Zwolnij. 

- Byłem młodocianym przestępcą, wiesz. Prowadzenie policyjnego wozu 

patrolowego było moim marzeniem. - Adrik zabrzmiał pogodnie - Po za tym 
mamy wojnę do wygrania. 

- Później - Doug zjadł kęs kanapki i garści chipsów 
- Tata wszystko zaplanował. Rurik i ja zaprowadziliśmy czterech 

Varinskich na szukanie wiatru w polu po drodze na lotnisko, a kiedy złapaliśmy 
ich w pułapkę, wyeliminowaliśmy ich. To pomoże, ale nie dostatecznie, 
ponieważ bitwa właśnie się zaczęła - Adrik rzucił okiem na swój nadgarstek, 
gdzie nosił zegarek - Teraz.  

Doug docenił brata za poczucie humoru. Nie był tak szczęśliwy jak Adrik 

- Prędkościomierz tylko idzie do stu dwudziestu.  

- Chcemy wyprzedzić Rurika - Adrik zaśmiał się głośno - Ale nie mamy 

szans bo helikopter potrzebuje tylko pięćdziesięciu minut. Ale kocham 
prędkość.  

- Dlaczego chcemy go wyprzedzić?  
- Ponieważ on jest tym który ma Firebird.  
- On ma ją bezpieczną? Doug chciał paść z nóg - Wiesz to na pewno?  
- Wiem to na pewno. - przyjazny ton Adrik zniknął - I również wiem, że 

powiedziała, że zdradzasz nas do Varinskich. 

Tortury, które Doug cierpiał były niczym w porównaniu do bólu jaki 

odczuł, że Firebird dowiedziała się co zrobił - Ona wie?  

Adrik był tak przyjazny jak jaszczurka, która odcięła palec Douga - 

Wszyscy w rodzinie wiedzą.  

background image

- Pieprzę każdego w rodzinie. Nie troszczę się o rodzinę. Nie znam 

rodziny. - Doug wiedział, że zranił człowieka, który ocalił go od pewnej śmierci 
- Ale lubię Firebird i schrzaniłem wszystko... Kocham ją a ona mnie nienawidzi.  

- To jest milsza wersja tego co powiedziała. 
Gdyby Doug myślał, zauważyłby, że Adrik zabrzmiał znowu przyjaźnie, 

tak jakby pochwalił faceta, który lubi jego siostrę nade wszystko.  

- Nie wiem co zrobić, żeby jej to wynagrodzić.  
- Mała sugestia - gdybym był tobą, ocaliłbym jej życie.  
- O czym Ty mówisz?  
- Firebird ma czwartą ikonę.  
- Cholera co Ty mówisz. - jak znalazła ikonę? Gdy Doug wyszedł, 

zamknął na klucz swoje drzwi od biura. Co zrobiła by się tam dostać? I 
dlaczego?  

Adrik kontynuował - Varinscy już otoczyli dolinę, więcej ich przychodzi 

przez cały czas i zrobią wszystko by zabić tego, kto przyniesie ikonę.  

Nagle, wszystkie dolegliwości, wszystkie pytania i wina, która zadręczała 

Douga opadły - Jedź szybciej - powiedział.  

background image

Rozdział 32  

- Jak wiesz, czwarta ikona jest w drodze. Pozostałe trzy są na górze w 

pokoju czekając na szansę zjednoczenia - Konstantin usiadł przy stole 
kuchennym, kierując operacją w tym spokojnym, pewnym siebie sposobie - Ann 
odkryła dla nas na swoim komputerze, że młody dowódca Varinskich, Vadim, 
za godzinę wyląduje na ziemi w Everett prywatnym odrzutowcem. Wynajął dla 
siebie limuzynę by zabrała go tu. On przywiezie ze sobą tuzin ludzi. Oni są 
najlepszymi wojownikami i strategami Varinskich. Wojsko, które oblega nas... 
nie jest takie. - wskazał kołem w kierunku domu - Potrzebujemy przewidzieć 
zakłócenia jakie mogą spotkać Rurika i Firebird. Potrzebujemy czasu dla Zorany 
by zebrała ikony i rozbiła pakt. I oczywiście musimy zgotować młodemu 
Vadimowi taką scenę chaosu, że kiedy on przybędzie zapłacze jak niemowlę. Ze 
względu na te wszystkie powody, zdecydowałem się podjąć inicjatywę i 
wszcząć bitwę. Wiem, że jest nas niewiele. 

Zrozumiał sens niedopowiedzenia, szczególnie teraz, kiedy sześcioro 

ludzi usiadło naprzeciw niego - cztery kobiety, jeden mężczyzna i dziecko.  

Tak, szanse były bardzo niewyrównane.  
Zorana, Ann, Tasya, i Karen były gwałtowne w ich determinacji i obronie 

ich ukochanych. Dobrze zostali nauczeni samoobrony. Ale były miękkie jak to 
kobiety. Nie cierpiały zadawania jakiegokolwiek bólu.  

Jego synowe były ubrane jak żołnierze i nosiły broń osobistą, ale nie 

mogły nabrać zawodowego wojownika. Miały piersi i biodra. Pachniały 
kwiatami i przyprawą. Były kobietami.  

Jasha również został ubrany w moro i miał broń.  
Konstantin uczył Jashe walki od dnia narodzin i prawdopodobnie był 

twardszy niż jego inni synowie, Jasha był jego najstarszym.  

Aleksandr był diamentem rodziny, czysty, silny i musiał być chroniony. 

Zajmował miejsce przy Karen, układał swoją układankę i patrzył w górę od 
czasu do czasu by dodać słowo albo dwa, zazwyczaj było to - Nie! - albo - 
Pieprzyć się jak króliczki! - A czasami - Źli Varinscy!  

Konstantin kontynuował swoją przemowę zagrzewającą do wysiłku - Ale 

mamy sporą przewagę nad Varinskimi. Widziałem jak ich ludzie zbierają się w 
lesie otaczającym dolinę.  

Jeszcze lepiej, wczoraj wieczorem, wysłałem swoich synów wśród nich 

jako szpiegów. Czemu nie? Bestie na zewnątrz nie znają każdego kuzyna i po 
ciemku, moi synowie wyglądali i brzmieli jak Varinscy.  

- Od dnia gdy dowodziłem Varinskimi, organizacja stała się byle jaka. 

Wielu z tych młokosów nie ma doświadczenia. Przyszli bez zapasów albo 
zaopatrzenia. Oni są głodni i jest im zimno. Oni nie mogą ruszyć się do czasu 
gdy ich przywódca nie znajdzie się w tym miejscu. Najlepsze ze wszystkiego 
jest to, że - uśmiechnął się - oni sądzą, że jesteśmy słabi.  

background image

- Jakie są nasze wady, Ojcze? - Karen siedziała naprzeciwko, jej ręce 

złożyła przed sobą. 

Odpowiedział szczerze, jaki miał inny wybór - Varinscy są najlepszym 

wojskiem diabła i jest tam co najmniej stu ludzi. Ludzi ze złym płynącym w ich 
żyłach. Ludzi, którzy lubią zabijać, którzy lubią tortury. Oni rozerwą nas na 
strzępy.  

Tasya podniosła swoją brodę - Mam taką samą łaskę dla Varinskich, jaką 

oni mieli dla mnie w kopalni.  

- To jest rozsądne - Konstantin powiedział - Największą wadą, którą 

mamy jest to, że oni walczą by być specjalnymi, zmieniać się w ptaki drapieżne 
i lecieć na skrzydłach w burzy, albo stać się wilkami i biec przez las, albo stać 
się wielkimi kotami i skakać od drzewa do drzewa. Doświadczyłem radości tych 
wolności - one są uzależniające i za każdym razem gdy oddałem się 
przyjemnościom, stawałem się bardziej bezwzględny i mniej ludzki. - spuścił 
wzrok na swoje ręce.  

Patrząc w górę, zauważył podobny smutek na twarzy Jasha.  
Tak, Jasha wiedział. On i jego syn byli wilkami, a dzikość w ich duszach 

nie chciała być zamknięta w klatce.  

Konstantin przyznał się - Także ja jestem wadą. Dla ciebie. Dla 

wszystkich z was. Zażywam swoje leki, oddycham za pomocą maski tlenowej. 
Boję się, że w decydującym momencie, zawiodę was.  

Jasha śmiał się długo i głośno - Tato, nie jesteś  żadną wadą. Bez ciebie, 

nie mielibyśmy żadnego planu bitwy. Przede wszystkim, zabijemy ich 
wszystkich i rozbijemy pakt tak abyś mógł  żyć długo! A kiedy przejdziesz na 
tamten świat, będziemy wiedzieć, że gdy nadejdzie nasza kolej, zobaczymy się 
w niebie.  

Jego syn był dobry. Dobry. Dotknięty, Konstantin powiedział - Ja też 

mam taką nadzieję. Padnę w walce. To, przynajmniej mogę obiecać.  

Ann wyciągnęła swoje ręce, Jasha i Karen i jeden po drugim każdy przy 

stole dołączył swoje ręce - To są Varinscy - powiedziała - Oni są Ciemnością. 
Walczymy z nimi więc to robi z nas Światło.  

Aleksander podszedł do stołu i także położył swoje ręce.  
Serce Konstantina napełniło się z dumą - Jak na kobietę, Ann wygłosiłaś 

dobre przemówienie.  

Ku jego zaskoczeniu, Ann westchnęła.  
- Możesz wyjąć człowieka z kraju rodzinnego ale nie możesz usunąć kraju 

rodzinnego z człowieka - Jasha poradziła jej.  

Konstantin nie zrozumiał co powiedział  źle, ale czasami, to było tylko 

wiadome dla kobiet, więc nie chciał nawet próbować. Założył okulary na nosie, 
podniósł papier, który leżał przed nim - Jasha, zabierz Ann i jej komputer. 
Spowoduje to oczywiście że oni pomyślą, że wyjechałeś. Ktoś na pewno 
pojedzie za tobą, ponieważ pojechali za Rurikiem i Adrikiem. Gdy odciągniesz 

background image

ich daleko, pozbyć się ich, zabierz Ann tam gdzie będzie miała połączenie z 
Internetem i pozwól jej pracować. Ann wiesz, co zrobić.  

- Przelać wszystkie pieniądze Varinskich z kont jakie tylko znajdę na 

rzecz organizacji charytatywnych - anemiczna cera Ann płonęła w oczekiwaniu 
- Daj mi dwie godziny a wszystko wyczyszczę. 

- Wiem, że będę tu i będę walczyć dobrą walką - Tasya powiedziała - Ale 

jestem dumna z ciebie Ann. Nie wiem czy będziemy mogli zniszczyć pakt… 

Jasha przerwał jej - czwarta ikona jest w drodze. Rurik i Firebird nie 

zawiodą nas.  

Tasya kiwnęła głową - Tak, ale choćby nie wiem co, bieda naprawdę 

zaboli Varinskich.  

Ann uśmiechnęła się promiennie - Nie mogę się doczekać.  
- Jasha, wracaj szybko jak tylko będziesz mógł. - Konstantin patrzył na 

Ann ponad swoimi okularami - Nie podoba mi się, że zostawimy cię samą, 
ale… 

- Tato - Ann wzięła go za rękę - Zwyciężyłam Varinskich już wcześniej. 

Chcę to zrobić jeszcze raz. - popatrzyła znacząco na Jasha - Zwyciężyłam 
Varinskich, zdobyłam i utemperowałam Wildera.  

- Tak samo ja. - Tasya uśmiechnęła się po szelmowsku.  
- I ja - Karen powiedziała - Jak to zrobiłaś?  
- Wzięłam krew od niego? Ugryzłam go - Tasya zwierzyła się - On lubił 

to.  

- Tak jak ja. Tak jak on - Ann uśmiechnęła się do Jasha - Jesteśmy 

jednością.  

Jasha zmarszczył brwi niezmiernie - Ja nie chcę byś podzieliła mój los.  
- To jest moja decyzja, moja miłości - Ann odpowiedziała.  
Konstantin posłał Zoranie zaskoczone spojrzenie.  
Uśmiechnęła się pogodnie.  
On, również, został ugryziony w nocy. On, również, lubił to, albo 

przynajmniej lubił sprawy, które towarzyszyły temu - Jaki jest tego cel?  

- Wasza krew daje nam siłę - Zorana powiedziała.  
- I one będą smażyć się w piekle z nami przez dzielenie tej więzi - Jasha 

powiedział swojemu ojcu.  

Konstantin wpatrywał się w swoją żonę: drobna, kochająca, gwałtowna - 

Tylko ja jestem pewny cierpień w piekle jeśli umrę przed rozbiciem paktu. Ale 
gdy myślę, że dobrowolnie podzieliłabyś ten los...  

Zorana wstała i podeszła do niego, chwyciła go za rękę i uklękła - Nigdy 

nie było wątpliwością co do mojej miłości. Ani czas ani odległość nie mogą 
rozdzielić nas. Jesteś wszystkim dla mnie.  

Łzy napłynęły do jego oczu. Zarzucił ręce wokół jej szyi. Przyciągnął ją 

blisko, przycisnął swoje wargi do jej czoła i wyszeptał - Wiele... lat temu, 
Zorana, uratowałaś mnie przed samym sobą. Choćby nie wiem gdzie mój los 

background image

zaprowadzi mnie, będę kochał cię na wieczność, w ziemskim padole albo 
następnym.  

Gdy nareszcie podniósł swoją głowę, Ann stała ze swoją twarzą ukrytą na 

klatce piersiowej Jasha, a Tasya i Karen wycierały ich wilgotne oczy w ręczniki 
papierowe.  

Konstantin wyraził gestem, aby dały mu jeden z ręczników papierowych i 

wydmuchał nos - Teraz, musimy śpieszyć się. Ten Vadim, ten przywódca, 
będzie tu w ciągu dwóch godzin. Tak, Ann i Jasha, wychodzicie teraz - gdy Ann 
zawahała się, powiedział - Już się pożegnałaś. Teraz!  

Jasha owinął ją w płaszcz i wziął ją za rękę.  
Konstantin nasłuchiwał ich samochodu, a kiedy go usłyszał, machnął do 

Tasya aby podeszła do okna. Była reporterką; zaufał jej osądowi.  

- Prowadzi Ann. Cofa się. Jadą do przodu. Cofają się, jadą do przodu. Nie 

to zawracanie na trzy. Zawrócili i wyjeżdżają. Jest jeden pojazd Varinskich na 
ich ogonie. - Tasya odwróciła się do pokoju i prawie uśmiechnęła się, ale nie 
całkiem - Oni pociągnęli przynajmniej pięciu Varinskich za sobą. Mam 
nadzieję, że jak trzeba będzie się nimi zając to ona sobie poradzi. 

- Ann jest bardzo inteligentna. Jeśli ona postanowi, że powinna uczyć się 

czegoś, ona jest jak bibliotekarz. Prowadzi badania i uczestniczy w zajęciach. - 
Konstantin podniosło papier jeszcze raz - Zanim została kobietą Jasha, brała 
lekcje jazdy. Ona uczyła się jak powstrzymać porywacza, jak prowadzić szybko, 
jak do wpaść w poślizg kontrolowany i zahamować. Moja córka Ann - ona nie 
jest ani tak słodka ani tak bezsilna jak wygląda.  

Konstantin szarpnął papierem - Tasya, zajmiesz miejsce Rurika w 

planowaniu. Karen, zajmiesz miejsce Adrika. Wszyscy wiecie, co zrobić?  

Każdy kiwnął głową.  
- W takim razie zaczniemy w ciągu dziewiętnastu minut, dokładnie o 

dziesiątej - uśmiechnął się. Przewidywał ten moment od bardzo dawna - 
Zorana? Czy pomożesz mi w moich przygotowaniach?  

background image

Rozdział 33  

Zorana wypchnęła Konstantina na frontowy ganek - Nie podoba mi się to 

- mamrotała - Musi być inny sposób.  

- Jest sto różnych możliwości, ale to jest najlepsza droga od samego 

początku. - skupił swoją uwagę na tłumie Varinskich, którzy stanęli za 
parkanem wokół jego trawnika. Popatrzyli na niego, dwa tuziny silnych i 
rosłych mężczyzn, którzy już dłużej nie słuchali rozkazów Vadima by pozostać 
w ukryciu. Ubrany w swoją piżamę i szlafrok, osunął się w swoim wózku 
inwalidzkim. 

- Idź zagraj swoją rolę - powiedział do Zorany - I spróbuj wyglądać słabo.  
Podeszła do ogrodzenia i zamachała do Varinskich.  
Nie odmachali.  
- Mój mąż, wielki Konstantin, wie kim jesteście i że patrzycie na nas - 

krzyczała.  

Konstantin krzyknął do niej - Głośniej.  
- Kazałeś wyglądać na słabą więc nie chciałam wrzeszczeć. Nie myśl 

sobie, że nie wiem jak - warczała nerwowo - Mimo wszystko, byłam Twoją 
żoną przez trzydzieści siedem lat.  

- Jesteś niezłą komediantką - ale nie powiedział tego głośno; była i tak już 

narażona na stres.  

- Mój mąż, wielki Konstantin, wie kim jesteście i że patrzycie na nas. - 

Zorana rzeczywiście wiedziała jak ryknąć. Dowiodła tego teraz - Zapewne 
dzięki twoim wielkim umiejętnościom obserwacji, wiesz, że nasi synowie 
zostawili nas. Więc mój mąż chce zaproponować ci interes.  

Nikt nie poderwał się w kierunku ganku. Nikt nie wyciągnął pistoletu.  
Teoria Konstantina była prawdziwa - czekali na instrukcje od ich 

przywódcy.  

- Mój mąż, wielki Konstantin, chce zaproponować sibie jako poświęcenie 

dla jego rodziny. - Zorana odgrywała swoją rolę - Zabierzecie go i zróbicie z 
nim co tylko chcecie a w zamian, pozwolicie nam odejść w spokoju!  

Rozbawienie przemknęło po zebranym tłumie.  
Wtedy ktoś uciszył ich - Zgadzamy się na transakcję.  
- Zabierzesz go stąd i pozwolisz nam odejść? - głos Zorany przedarł się 

przez kłótnie, które uciekły przez mówiącego.  

Ten sam głos odpowiedział - Jaka szkoda mogła by to być? - wtedy 

powiedział głośniej - Zgadzam się.  

Zorana przeszła z powrotem do Konstantina. Przykryła go kocem, a cała 

jej rozpacz, ból, i miłość odzwierciedliły w jej oczach.  

- Nie martw się, liubov Maya - powiedział - Uwierz we mnie. W tym, 

jestem specjalistą.  

background image

Pocałowała go tęsknie - Byłabym szczęśliwsza gdybyś się tak przy tym 

dobrze nie bawił. 

 - Wcale się dobrze nie bawię - zaprotestował.  
- Kłamca.  
Ukrył swój uśmiech za swoją maską tlenową. Osunął się w swoim 

krześle, podjechał do szczytu zjazdu, który zbudowali jego synowie i ze 
staranną kontrolą, stoczył się na frontową drogę. Gdy dojechał do bramy, 
podniósł swoją maskę tlenową i wyraził gestem na jednego młodzieńca z 
piórami wyrastającymi z jego głowy - Otwórz to, synek. Wyraź jakiś szacunek 
dla wielkiego Konstantina. 

Dziecko podeszło do przodu, otworzył bramę i trzymał ją szeroko podczas 

gdy, drżącymi rękami, Konstantin odłożył na miejsce maskę, położył jego 
żylaste ręce na kołach i wyjechał całkowicie. Konstantin usłyszał, jak mamrotał 
- To ten wielki Konstantin?  

Konstantin posuwał się do przodu do tłumu, pozwalając im oblegać go. 
- Jesteś Konstantin, które doprowadził naszą rodzinę do jego złotego 

wieku?  

- Uczyniłeś nas wielkimi i cudownymi i groźnymi?  
- Jesteś stary.  
- Jesteś chory.  
- Jesteś nikim. Nikim!  
Byli stadem śliniących się psów bez inteligencji.  
Byli głupcami.  
Popatrzył w kierunku ganku.  
Zorana nie poszła do środka, zgodnie z instrukcją. Weszła na ganek i 

obejrzała się, a kiedy zobaczyła, jak spiorunował ją wzrokiem, podniosła swoją 
brodę.  

Tłum Varinskich zwiększył się do trzydziestu, później czterdziestu, 

ponieważ wychodzili grupkami ze wzgórza i przyszli obejrzeć widowisko. 
Wciskali, obmacywali go, szarpali jego ubranie. Jeden rozdarł jego twarz 
pazurem.  

Błyskawicznie, Konstantin zrobił to samo. Nie mógł pozwolić aby zabrali 

mu maskę. 

Młodzieniec wyrwał swoją krwawiącą rękę.  
Tłum cofnął się do tyłu tłum, zaskoczony jego atakiem furii.  
Gdy on także się odsunął, parli do przodu, był zły na siebie z powodu tego 

krótkiego strachu przed nimi.  

Usłyszał głos z tyłu - Przepuście mnie do niego. Zawarłem umowę; niech 

będę miał jakąś zabawę z tego. 

Cichszy głos oznajmił - Tak przepuście Afonosa. Niech on zobaczy co 

zrobił, że Vadim zabije go za to.  

- Ucisz się Kolya. Vadim nie zabije mnie. Nie teraz gdy zabił tak wielu 

innych. On nie może pozwolić sobie na stratę żadnego człowieka.  

background image

Interesujące, Konstantin pomyślał. Ten Vadim zabijał jego własnych 

braci?  

Z drugiej strony - Konstantin popatrzył zapobiegliwie na Varinskich - 

wielu z nich nie było ludźmi ani bestiami. Byli dziwnymi i okropnymi 
kombinacjami, tak jak facet z piórami wychodzącymi z jego głowy. Cyrograf z 
diabłem zaczął się rozpadać a to wywołało osłabienie ciała Konstantina.  

Krzepki trzydziestolatek przeszedł przed wózkiem inwalidzkim. Kładąc 

swoje ręce na biodrach, Afonos wpatrywał się pogardliwie w pomięty szlafrok, 
zniszczone pantofle domowe, maskę tlenową i na Konstantina, który zadrżał i 
przysunął wełniany koc do jego szyi - Wielki Konstantin, rzeczywiście. Nie 
pamiętasz kim jesteśmy? Jesteśmy Varinscy. Jesteśmy Ciemnością. Nie 
dotrzymujemy umów sporządzonych z niemądrym starcem, który proponuje 
siebie jako poświęcenie.  

- Nie? - szukał po omacku pod kocem, znalazł swoją broń i uzbroił się.  
Afonos kontynuował - Złapiemy twoją rodzinę. Zgwałcimy twoją  żonę i 

twoje córki. I - 

- Zamknij się. - Konstantin wstał z wózka inwalidzkiego. Trzymał koc 

jedną ręką, a drugą pociągnął swoją maskę. Trzymał kurczowo ją w pięści, 
wyszarpnął rurki ze zbiornika  tlenowego,  uruchamiając  minutnik  na 
detonatorze. Raz. Stanął twarzą w twarz z Afonoso. Poshyol ty.  

Podczas gdy Afonos wpatrywał się w zniewagę, Konstantin wyciągnął 

pistolet z kieszeni swojego szlafroka i strzelił Afonosowi prosto w serce. Tym 
strzałem postrzelił człowieka za Afonoso i jeszcze jednego za nim. Dwa. Trzy. 
Odrzucając koc, wyciągnął maczetę ze swojej pochwy na nodze. Pobiegł drogą, 
zrzucając jego pantofle domowe, ukazując swoje buty do biegania, w wszystko 
to gdy w swojej głowie liczył, Cztery. Pięć. Sześć. Siedem. Osiem.  

Upadł na ziemię. 
Bomba przypięta do wózka inwalidzkiego zdetonowała się. Jego butla 

tlenowa wyleciała w powietrze. Szrapnel wysadził na wszystkie strony.  

Varinscy krzyczeli, z bólu, z furii. Pozostali nie wydali żadnego dźwięku.  
Konstantin obejrzał się, oceniając szkody. Około dwudziestu zmarło i 

było rannych. Ale wielu uniknęło uszkodzenia. Stanęli ogłuszeni, pełni 
niedowierzania, wtedy to wszystko przerodziło się we wściekłość. Wszystko 
razem podczas gdy, więcej Varinskich wychodziło spośród drzew.  

Drżenie z powodu zmęczenia dotarło do jego stóp. Schował do pochwy 

swoją maczetę i włożył pistolet do kabury przy jego pasku.  

Pomruk, który wydali Varinscy był dźwiękiem, zjednoczenia bestii.  
Gdy  Konstantin  planował  to,  obawiał  się,  że  padnie  z  nóg  w  złym  

momencie.  

Widząc, jak te twarze zmieniały się od ludzkich do zwierzęcych, od 

brutalnej furii do wściekłego szaleństwa, dało mu to bodziec, którego 
potrzebował aby stanąć na nogi. Podrzucając maczetę, pobiegł sprintem w 
kierunku stromego wąwozu, w kierunku tamy zbudowanej aby nawodnić jego 

background image

winogrona. Musiał dotrzeć tam na czas - to było jeszcze trudniejsze niż bomba 
w wózku inwalidzkim - jeśli jednak Tasya wykonała swoje zadanie, on może 
będzie żył wystarczająco długo by zobaczyć zachód słońca.  

Tasya była błyskotliwą młodą damą aby nie wysadzić ziemi pod jego 

stopami.  

Na wzgórzu nad nim, kawały betonu poleciały w powietrze.  
Tasya spowodowała rozerwanie tamy.  
Spoglądając na głęboki wąwóz, zobaczył, że zielona ściana pędzi w dół, 

niszczy drzewa, toczy głazy w jego kierunku - i w kierunku Varinskich, którzy 
siedzą mu na ogonie.  

W samą porę, gwałtownie skręcił w górę zbocza wąwozu, skoczył i złapał 

konar drzewa. Zamierzył się na Varinskiego, który był za nim, zaskakując go i 
popychając na innych. Oni padali jak kostki domina do potoku. Wtedy 
podciągnął się ponieważ lodowata woda dosięgnęła do jego stóp, ściągając go z 
powrotem do doliny, topiąc go, miażdżąc i zakopując w błocie.  

Ale w końcu jego chore ciało zbuntowało się. Wysapał. Szukał po 

omacku jego leków.  

Leki. Były blisko. Tak blisko. W jego kieszeni...  
Drżącymi palcami, wyjął butelkę, spróbował otworzyć... upuścił.  
Ciemność otoczyła go. Walczył - musiał bo zrobił zbyt wiele by teraz 

zawieść.  

Już nie miał o co walczyć.  
Co Varinscy nie mogli zrobić, to zrobiła ta nędzna choroba.  
Już po wszystkim.  
Umrze tu w brudzie.  

background image

Rozdział 34 

Jego synowa miała inny pomysł.  
Głos kobiety: zdecydowany, energiczny - Tata, wstawaj teraz. Zabieram 

cię do domu. Tato. Teraz!  

Konstantin otworzył oczy.  
Tasya popatrzyła na niego swoimi niebieskimi oczami skrzącymi się 

determinacją.  

- Biegnij - powiedział słabo - Zostaw mnie.  
Uklękła przy nim. Podniosła butelkę i zmarszczyła brwi, włożyła tabletkę 

do jego ust i powiedziała - Połknij. Teraz! Szybko!  

Połknął - Nie ma dla mnie ratunku - szepnął - Ratuj siebie.  
- Ratować się? - zawinęła swoje ramiona wokół niego i spróbowała go 

podnieść go - Żeby Mama zabiła mnie gdy wrócę bez ciebie? Myślisz że 
zwariowałam?  

Głupia dziewczyna. Był za ciężki dla niej.  
Więc podniósł się na swoje kolana.  
Ból przeszył całe jego ciało.  
Stanął.  
- Lepszy umrzeć na nogach i walcząc, prawda tato? - Tasya złapała go za 

ramię i pomogła powoli zejść ze stoku.  

Zatrzymał się i z trudem łapał oddech. Niepewnie, zapytał - Gdzie 

zamierzasz mnie zabrać? Myślisz, że Varinscy pozwolą nam wracać na piechotę 
do domu jakbyśmy byli na przechadzce?  

- Nie - Tasya rzuciła okiem na swój zegarek - Ale jeśli dostaniemy się na 

dół na czas, stawiam, że Karen zapewni nam jakieś schronienie.  

- Ahhh. - Konstantine przypomniał sobie i może to było dzięki lekom, ale 

raczej to była prawdopodobnie przyjemność wyobrażania sobie jak następnym 
razem zwali się na Varinskich - niczego niepodejrzewające głowy.  

Dotarli do niczym nieprzesłoniętego punktu jego doliny.  
Ściana wody wypłynęła z wąwozu, spuszczając Varinskich jak balasty w 

dół kanału ściekowego. Woda wydarła jego winogrona a szlam rozprzestrzenił 
się na pnie drzew. Woda osiągnęła swoją granicę tuż niedaleko domu, a parkan 
wyglądał jak tama zabezpieczająca przed powodzią. Wszędzie leżeli zmarli 
Varinscy. Kto wciąż żył walczył by stać w zimnym, śliskim błocie. Sprawdzali 
swoją zrujnowane broń.  

Wildersi nie wyeliminowali wszystkich Varinskich - coraz więcej 

przybywało ich w dół doliny - ale przerzedzili ich liczbę i doprowadzili do 
szału.  

Tuzin wciąż  suchych,  wciąż  bez  szwanku,  wciąż  ludzkich, 

przygotowywało się by zniszczyć dom wyrzutnią rakietową.  

Zorana i Aleksandr byli tam.  

background image

Pozostali Varinscy skradali się przez dolinę w ich zwierzęcej formie, 

rycząc i warcząc, poszukiwali swoich ofiar. Szukali Wildersów.  

Jego synowa była tą ofiarą.  
- Nie - Konstantin zrobił nieroztropny krok - Nie!  
Tasya złapała go i przytrzymała w miejscu go - Zaczekaj tato. Poczekaj! 

Słuchaj!  

Wysoko nad innym zboczem doliny, usłyszeli detonację.  
Varinskich wojownicy zatrzymali się. Popatrzyli w górę.  
Kłody, olbrzymie kłody ważące tony, sunęły w dół, toczyły się i odbijały, 

nabierały prędkości, zmierzały do obszaru przed domem, w kierunku ludzi, 
którzy chcieli zniszczyć dom Konstantina, jego żonę i jego wnuka.  

Sławił siłę polan. Popatrzył na nie bojąc się błędu w obliczeniach, że 

jedna z nich może porozrywać ściany domu.  

Ale nie. Wyrzutnia rakietowa runęła na całą swoją długość. Ludzie, 

którzy strzeliliby z tego zniknęli w błocie albo zostali rzuceni jak kukiełki. 
Kłody spowodowały śmierć i zniszczenia na polu bitwy, zabijając i okaleczając 
tuziny Varinskich, zostawiając paru, tylko paru, nienaruszonych.  

Zadowolenie ogarnęło Konstantina - Oglądałem Disney Channel z 

Aleksandrem, widziałem Swiss Family Robinson i nauczyłem się jak walczyć. 
Widzisz? Nie ma żadnej nowoczesnej bomby, która mogłaby objąć tak duży 
teren i która mogłaby spowodować takie zniszczenie. Na wiosnę to zakwitnie 
jeszcze raz.  

Tasya patrzyła z podziwem - Wykorzystanie tych drzew to świetny 

pomysł. Ekologiczna broń.  

Konstantin uniósł swoją dłoń.  
Ona przybiła mu piątkę - Zwycięstwo. Teraz możemy ich wymazać. 

Wygraliśmy!  

- Nie całkiem. - bystre oczy Konstantina dojrzały limuzynę jak jechała w 

górę wijącą się drogą dojazdową, usłyszał mruczenie jej silnika.  

Nie, nie tylko jedna limuzyna. Dwie. Gdy samochód wiodący wypadł z 

ostatniego zakrętu, kierowca ostro zahamował. Drugi zatrzymał się z piskiem 
opon tuż za nim.  

- Co do cholery! - Vadim wpatrywał się w zniszczenie przed nim - 

zniszczenia poczynione jego wojsku przez rodzinę rolników. Wpatrywał się w 
swoich ludzi leżących w błocie, na porozrzucane kłody, na Varinskich ciała 
porzucone wśród nich... w staromodny, w amerykańskim stylu dom, wciąż 
nieskazitelny pośród tych zniszczeń, symbol Wildersów i ich sukcesu.  

Jego ludzie, jego ochroniarze, poczuli respekt.  
Konstantin zrobiło to. Z kiepską bronią dzierżoną przez jego synów i ich 

kobiety, wielki Konstantin zwiększył legendę o nim - i zrobił z Vadima durnia.  

- Wow - słaby i nieświadomy amerykański kierowca wyciągnął swoją 

szyję aby zobaczyć, wtedy podnieść swój telefon - Muszę to zgłosić. Ktoś tu 
nieźle skopał im tyłki.  

background image

Chłodna furia ogarnęła Vadima. Wyciągając jego pistolet, postrzelił 

kierowcę.  

Jego głowa wybuchła. Przednia szyba roztrzaskała się. Krew obryzgała 

szkło, koła, sufit.  

Vadim odwrócił się do swoich ludzi.  
Miękkim tonem, który zadziałał na nich jak aksamitny bat, powiedział - 

Zabijcie ich wszystkich. Zetrzyjcie dolinę. Spalcie dom. Wypalcie las. Nie 
zostawcie ani jednej istoty żywej. 

Czterech ludzi, wysokich, dobrze zbudowanych, ubranych w ciemne 

garnitury, wyskoczyło z zakrwawionej limuzyny. Kolejnych sześciu wyszło z 
drugiej limuzyny.  

Jeden człowiek, młodszy niż inni, wybił się do przodu. Jego wściekłość 

była wyraźna - i nawet przez dolinę, budził grozę.  

Ten młodzieniec miał moc. Konstantin mógł poczuć to.  
- Vadim! - wołanie to pochodziło z nadal ludzkich Varinskich, którzy 

wciąż stali na nogach. Biegli do niego, przeskakiwali polana i błoto. Wilki 
wydały pomruki, a wielkie ptaki drapieżne zanurkowały i krzyczały.  

Vadim uniósł swoją rękę.  
Zatrzymali się.  
Powiedział, jedno słowo, niesłyszalne przy takiej odległości.  
Varinscy cofnęli się.  
Powiedział jeszcze raz, a oni przyjęli to wiwatami.  
Konstantin wiedział o co chodziło.  
Ludzie Vadima mienili się w słońcu; wtedy, jeden po drugim, zmieniali 

się. Sześciu stało się tygrysami, dużymi, bezwzględnymi z bezwzględną 
miłością do polowania. 

Skradali się do przodu przez pole bitwy w kierunku domu Wildersów.  
Tam jego żona i wnuk czekają z trzema ikonami.  
Vadim, Varinscy i sam diabeł miał zamiar wykończyć ich.  
Dwaj ludzie Vadima wznieśli się w powietrze jako orły. Wznieśli 

wysoko, ich oczy szukały ofiary - szukały jego, Tasya i Karen będącej na 
tamtym brzegu z doliny.  

- Chodź - Konstantin szarpnął Tasya - Zajmijmy pozycję.  
Nieważne jak silna była jego wola, nie był w stanie przyspieszyć. 

Ponieważ potknął się na granicy lasu, musiał na każdym kroku patrzeć pod nogi, 
każdy krok był wyzwaniem. 

Tasya pomagała mu, zachęcała go, ale ich marsz przeciągał się w 

nieskończoność.  

- Musisz pójść dalej beze mnie. Musisz kontynuować walkę - pociągnął ją 

za ramię.  

- Obiecaj mi, że będziesz szedł dalej. - jej nieustępliwość przypomniała 

mu buldoga, tutaj w lesie, z wysokimi drzewami oblegającymi ich i 

background image

niebezpieczeństwem czyhającym wszędzie, wyglądała na taką kruchą, taką 
młodą.  

- Obiecuję. - odepchnął ją od siebie.  
Wysoko nad nimi, słyszał krzyk orła.  
Spojrzał na dwu ludzi przy limuzynie.  
Jeden podszedł do otwartych drzwi i wyjął strzelbę, zanim drugi zrobił to 

samo.  

Vadim podniósł strzelbę i wskazał to w kierunku Konstantina.  
- Padnij! - rzucił się w kierunku Tasya.  
Słyszał strzał.  
Tasya krzyknęła, zakręciła się i padła na ziemię. Trzymała swoje udo i 

wiła się w mękach. Krew pulsowała spomiędzy jej palców.  

- Nie! - powinni go zabić. Czołgał się w jej kierunku - Nie, córko. Nie! - 

oderwał skrawek ze swojego szlafroka i przewiązał go ponad raną, spróbował 
podnieść ją i iść w kierunku domu.  

Nie. Nie! To nie mogło się tak skończyć, jego niepowodzeniem w 

ratowaniu życia Tasya.  

Jakby na sygnał, siedmiu ludzi wyszło z lasu, z farbą maskującą na ich 

twarzach i otoczyli Tasya i Konstantina. Trzymali swoje strzelby skierowane na 
Konstantina i Tasya z chłodnymi, ciemnymi oczami.  

Varinscy. Więcej Varinskich. Cholera.  
Wykończą Tasya. Zabiją go. Zamknął swoje oczy, przygotował się na 

kulę, która położyłaby kres jego życiu. Wziął swój ostatni oddech... i poczuł 
subtelny zapach ich ciał.  

Jego oczy otworzyły się gwałtownie - Jesteście Romami. Cyganie!  
Przywódca był młody, silny, ciemnowłosy, samcza wersja Zorany w jej 

młodości, z oczami w kolorze czarnej stali - Bardzo dobrze, Konstantin. - podał 
rękę Konstantinowi, pomógł wstać mu na nogi i - Jestem Prokhor.  

- Co tu robisz? - Konstantin zapytał.  
Odwracając się do jednego ze swoich żołnierzy, Prochor powiedział - 

Zatamujcie Tasya krwawienie, wtedy zaprowadźmy ich do domu.  

- Skąd znasz jej imię? - Konstantin zapytał.  
- Obserwowaliśmy Cie od dłuższego czasu. Znamy każdego w twojej 

rodzinie - Prochor powiedział.  

Lekarz ukląkł na kolana obok Tasya. Dał jej morfinę, a podczas gdy 

czyścił jej ranę, Konstantin zapytał Prochora - Dlaczego nas znasz?  

- Dopóki ikony nie będą zjednoczone, chronimy cię.  
- Dlaczego? - gdy Konstantin wykradł Zoranę, jej plemię poprzysięgło 

zemstę. Co się zmieniło?  

Prochor obnażył swoje silne, białe zęby - My nie zaznamy żadnego 

szczęścia, nie będziemy cieszyć się  żadnym dobrobytem, do czasu gdy nie 
spełnimy swojego przeznaczenia. A tym przeznaczeniem jest ochrona Ciebie i 
twojej rodziny do czasu aż zjednoczysz te ikony!  

background image

- Skąd wiesz o swoim przeznaczeniu?  
- Mieliśmy ogólne zgromadzenie Romów i poprosiliśmy o informacje. - 

Prochor zadrżał.  

Konstantin zadrżał, również. Widział diabła w pracy na świecie. Widział, 

jak jego ukochana żona ma wizje. Nauczył się bać wszystkiego co jest z nie tego 
świata. Przypuszczał, że to jest oznaką starzenia się, ale... chciał pokoju. Chciał 
zajmować się swoimi uprawami, swoją żoną, trzymać wnuki na kolanach, radzić 
jego synom, denerwować jego córki.  

Pogłaskał spocone czoło Tasya. Była cicha, morfina zrobiła swoje, a 

lekarz prawie skończył opatrywanie rany.  

Prochor położył strzelbę na swoim ramieniu, skierował przez dolinę i 

strzelił.  

To była odległość więcej niż pół mili, wtedy Vadim zakręcił się i upadł. 

Czołgał się w kierunku limuzyny.  

- Spudłowałem - przywódca powiedział lakonicznie.  
Ale Konstantin rozpoznało dobrego strzelca wyborowego w pracy - 

Sprawiłeś mu ból.  

Inny strzał powalił ochroniarza Vadima na samochód - pochodził z 

drugiego zbocza doliny.  

- Mamy trzech ludzi na tamtym brzegu. - Prochor podniósł swój 

radiotelefon i posłuchał raportu - Mają Karen bezpieczną.  

Konstantin odetchnął z ulgą.  
- Szybko - jeden z pozostałych ludzi powiedział lekarzowi - Vadima 

ochroniarze są w drodze.  

Tygrysy skoczyły do biegu, sadząc susami przez dolinę. Nad nimi, orły 

obeszły dokoła i wykrzyknęły zachętę. Inny Varinski przyłączył się do 
polowania, zmieniając się w wilka, w okropniejszą bestię jaka chodziła po 
ziemi.  

Jeden Rom podniósł Tasya na ręce. Inny barczysty młodzieniec podniósł 

Konstantina. Cała grupa pobiegła sprintem do przodu.  

Gałęzie uderzały w nich. Gwałtownie skręcili i uchylili się, przeskoczyli 

powoli zatokę, pośliznęli się na lodowatej łacie głęboko w cieniu.  

Konstantin odbił się od twardych ramion swego wybawcy, walczył by 

złapać oddech, spojrzał w co się dzieje w dole. 

Tygrysy biegły skośnie, mając zamiar odciąć im drogę do domu.  
- Musimy zejść do doliny. To jest jedyna szansa dla nas. Będziemy ich 

nieść - Prochor wykrzyknął, on i dwóch z jego ludzi upadli na jedno kolano i 
podnieśli swoje strzelby. 

Inni byli pochłonięci, obieraniem nowej drogi i łatwiejszego kursu.  
Za nimi, Prochor pociągnął za spust i tygrys zawył z bólu. Strzały 

powrotne przeleciały przez drzewa.  

Konstantin usłyszał śmiertelne stęknięcie. Podnosząc głowę, obejrzał się i 

zauważył Romów przedzierających się przez poległych.  

background image

Biegacze rozprzestrzenili się pośród drzew.  
Tygrysy były wystarczająco blisko Konstantina by mógł zobaczyć ich 

wąsy i ich uśmiechnięte, ostre zęby. Orzeł spadał lotem nurkowym ze szponami 
na zewnątrz i otwartym dziobem - Postaw mnie - Konstantin powiedział - 
Musimy walczyć!  

Rom wpadł w poślizg, zatrzymał się i pozwolił Konstantinowi zjechać z 

jego ramienia.  

-  Biegnij  -  Konstantin  krzyknął  na  człowieka,  który  trzymał  Tasya  -  

Zabierz ją stąd.  

Jej tragarz popędził w kierunku domu, za nim dwaj Romowie.  
Dwa tygrysy skierowały się za nimi.  
Dwóch bardzo  wściekłych,  ubrudzonych błotem, wciąż  ludzkich 

Varinskich włączyło się do pościgu. Jeden podniósł swoją broń i strzelił. 

Tygrys odwrócił się od niego i warknął.  
- Co się zdarzyło? - jeden z Romów zapytał gdy usadawiał strzelbę na 

ramieniu.  

- Varinscy lubią bezpośrednie zabijanie. - Konstantin wyciągnął swój 

pistolet i wycelował w tygrysa biegnącego wobec nich - Szczególnie teraz, 
kiedy oni stoją w obliczu porażki. Oni chcą rozedrzeć jej kończynę po 
kończynie, gryźć ją i wykorzystywać jej przerażenie do sparaliżowania nas.  

Trzech Romów przesunęło się z dala od Konstantina. Pamiętali kim - i 

czym - był.  

Jeden Rom nacisnął spust, wyrywając dziurę między uszami tygrysa.  
Tygrys zatrzymał się, potrząsnął głową, wtedy utkwił jego żółte oczy na 

nich i warknął.  

- Strzelajcie - Konstantin rozkazał - Nie przestawajcie.  
Ci Romowie umrą. On umrze. Ale może Tasya będzie żyła. Może.  
Wtedy eksplozja wstrząsnęła terenem.  
Bitwa skończyła się.  
Konstantin popatrzył na czas by zobaczyć, jak leciały pozostałości 

pierwszej limuzyny, wtedy zobaczył, jak druga unosi się i rozpada na milion 
kawałków.  

Z tyłu, na drodze, Jackson Sonnet siedział na motocyklu, machając ręką 

na znak zwycięstwa.  

Trzy wilki, które biegły by dołączyć do pościgu za Tasya rzuciły się i 

pobiegły sprintem wobec niego.  

Strzelił do jednego ze sztucera. Wilk walczył by wstać ale jego noga była 

rozwalona. Jackson zwiększył obroty motocykla i pomknął w dół drogi.  

Tygrysy wróciły do ataku na Konstantina i Romów, a ich oczy świeciły 

czerwoną furią.  

Wtedy, jak lecący cud, czarno-biały helikopter zanurkował ponad górą, ze 

stoku i do doliny.  

Odsiecz przybyła.  

background image

Rozdział 35  

- Popatrz na to. - Rurik przekręcił helikopter w bok i przeleciał przez 

dolinę, ruszał się jak olbrzymia kosa, wysyłając tygrysy i Varinskich na ich 
twarze.  

- Czyżby? - Firebird obserwowała orły spadające lotem nurkowym i 

wirujące na niebie - Podleć do jednego z tych ptaków. - dolecieli do innego 
końca doliny, Rurik pociągnął ostro w górę, zwolnił prędkość lotu do zera. 
Firebird złapała podkładkę do pisania, otworzyła drzwi i rzuciła tym jak frisbee.  

Metalowy zacisk wrzynał się w skrzydło orła, tąpnęło ptakiem w bok, 

wtedy nurkowanie wymknęło się mu spod kontroli.  

Rurik poklepał ją po ramieniu - Zawsze byłaś najlepsza w ruchomych 

celach.  

Strzał spod zagwizdał jej przy uchu i pocisk utkwił w suficie.  
- Ty sukinsynu, nauczę cię, że nie wolno strzelać do mojej siostry. - Rurik 

obrócił się, a jej drzwi zatrzasnęły się. Skierował nos w kierunku spluwy. 
Uczucie było jak zejście z pierwszego wzgórza na kolejce górskiej. Nie miała 
mogła złapać oddechu, jej serce biło gwałtownie. Okrutna twarz Varinskiego 
stawała się bliższa i bliższa, jego oczy zwęziły się wpatrując się w Rurika. W 
samą porę, Rurik szarpnął helikopterem i przekręcił się tak szybko, że uderzył 
Varinskiego w klatkę piersiową, powalając go twarzą na ziemię i wysyłając 
strzelbę w błoto.  

Rurik okrążył helikopterem dolinę zapoznając się z sytuacją bitwy - Tam 

jest tata. Varinscy mają go okrążonego.  

- Jacyś mężczyźni są z nim. Chronią go. - popatrzyła na wojowników w 

kamuflażu, zobaczyła jak nieustraszenie walczą - Kim oni są?  

- Nie wiem, ale patrz na to. - Rurik pomknął w dół na napastników.  
- Żołnierze podnieśli Ojca. Oni biegną w kierunku domu. - serce Firebird 

waliło. Nigdy nie widziała Rurika w swoim prawdziwym żywiole - lecący 
mocno, ryzykowanie, udowadniając raz na zawsze, że jest wielkim pilotem, za 
którego się uważał.  

Bliżej domu, zobaczyła, jak inna grupa toczyła rozpaczliwą bitwę podczas 

gdy jeden człowiek trzymał się z dala, trzymał... O Boże, trzymał w ramionach 
kobietę, a kobieta była ranna. Firebird dotknęła ramienia Rurika - Czy to Tasya?  

Już zobaczył ją - Tak.  
Tasya walczyła, próbując stać.  
- Ona żyje - Firebird powiedziała.  
- I tak zostanie. - Rurik wykonał nurkujący manewr tak szybko i tak ostro, 

że po raz pierwszy, Firebird zamknęła oczy.  

Ale oni nie rozbili się i otworzyła oczy gdy Rurik powiedział - To 

zatrzyma tych łajdaków do czasu gdy wejdziesz do środka. - poleciał 
helikopterem w dół, wokół domu - Jest ich garstka. Oblecimy jeszcze raz, 

background image

zatrzymam się na tyłach i przechylę twoją stronę w dół. Skocz. Ruszaj się 
szybko. Bądź jak najbliżej ziemi. Firebird - utrzymaj się przy życiu.  

- Ty również. - pozbyła się swojego kasku, rozpięła klamrę pasa 

bezpieczeństwa i złapała jedną ręką siedzenie, a drugą rękę na drzwiach - Jestem 
gotowa.  

Był naprzeciwko domu i zatrzymał się. Jak tylko przechylił helikopter, 

poleciała w kierunku drzwi. Otworzyła je, wysunęła się jak omlet z garnka.  

Pacnęła mocno na ziemię.  
Nad nią, helikopter ryczał jak grzmot i chłostał wokół powietrze, 

powodując tornado olbrzymim śmigłem, w końcu zniknął ponad domem.  

Trzymała się nisko i pobiegła w kierunku ganku, do tylnych drzwi. 

Uderzyła to mocno.  

Były zamknięte na klucz.  
Oczywiście. To byłoby głupie zostawić drzwi otwarte, jak zaproszenie dla 

grasujących Varinskich. Zaczęła przeszukiwać kieszenie, aby znaleźć klucz.  

Kula uderzyła obok drzwi.  
Odskoczyła do tyłu.  
Kolejny strzał zdewastował drewnianą framugę blisko jej głowy.  
Cofnęła się jeszcze raz i poszukała schronienia.  
Nic. Wildersi opróżnili meble z ganku.  
Inna kula uderzyła blisko jej stóp i skoczyła.  
Na zewnątrz przy stajni, usłyszała męski śmiech i bardzo zaakcentowany 

głos wykrzyknął - Widzieliście chłopcy? Mówiłem wam, że umie tańczyć.  

Zabrzmiał kolejny wystrzał - strzelono ale tym razem nie w nią.  
Varinski wypadł z ukrycia, uderzył w ziemię i nie ruszył się.  
Jasha wyszedł z lasu. Był wyposażony w półautomatyczną strzelbę - Idź 

Firebird, będę cię osłaniał. - strzelił w kierunku stajni.  

Skoczyła z powrotem do drzwi do kuchni. Klucz wpadł w poślizg i trafił 

w zamek. Otworzyła je, weszła do kuchni, spojrzała wstecz na Jasha - i 
zauważyła nurkujacego sokoła z bezchmurnego nieba, który szponami dążył do 
jego głowy.  

- Jasha - wrzasnęła. Wyciągając Glocka zza jej paska, strzeliła w 

powietrze.  

Z wnętrza stodoły, zabrzmiała salwa strzałów. Zachwiał się na nogach, 

krew popłynęła w dół jego twarzy - Idź - krzyknął - Pospiesz się!  

Trzasnęła drzwiami, zamknęła je na klucz za sobą i upadła na podłogę.  
Kule zdewastowały drzwi.  
Nisko pełza przez kuchnię, przez pokój dzienny, podczas gdy obrazy 

przemykały jej przez głowę.  

Jasha. Arogancki, starszy brat Jasha, walczący z niewielką szansą... i 

umierający?  

Rurik, wracający do Tasya. Firebird wiedziała, że z radością umrze za 

swoją żonę.  

background image

Adrik... gdzie jest Adrik? Co zrobił by chronić Karen i jego rodzinę?  
I Ojciec...  
Wszyscy umrą?  
Nie pozwoli na to.  
Wpadła do swojej sypialni - Mama! - wykrzyknęła - Mamo, to ja! - łapiąc 

jedną z zabawek Aleksandra, podążyła do klapy w suficie - Mamo!  

Klapa otworzyła się. Zorana spojrzała na jej twarz białą i napiętą. Rzuciła 

drabinkę do rąk Firebird.  

Firebird wspięła się szybko. Kule przebijały drewno i szyby dość  łatwo, 

Varinscy posyłali stały grad kul i jakikolwiek przypadkowy strzał może trafić w 
nią. A ona chciała żyć.  

Ona może być podrzutkiem, przyniesionym tej rodzinie przez machinacje 

diabła. Mogła sypiać z Douglasem Black, podłym zdrajcą i pomóc mu 
udzielając informacji, które doprowadziły do tej napaści.  

Ale miała czwartą ikonę w swoim posiadaniu.  
Zakończy ten pakt. Zakończy go teraz. Była to winna jej rodzinie za ich 

miłość i dobroć.  

Była to również winna diabłu. Była mu winna jego upadek, za 

zrujnowanie jej życia.  

Rzuciła się na podłogę strychu.  
Zorana zamknęła klapę i przekręciła klucz.  
Strych był duszny, sufit niski. Konstantin pogrubił  ściany, więc kule nie 

mogły się przebić. Schował tu jedzenie i wodę, dość aby przetrwać krótki pobyt. 
Było łóżko i łóżeczko dziecinne, krzesło i biały malowany stół. Pudło ze 
skarbami Zorany było na podłodze otwarte, a Aleksander siedział wśród 
kamieni. 

Może Zorana ułożyła kamienie wokół niego w nadziei, że go uchronią 

przed złem. A może... to był jego instynkt.  

Był, przecież, wnukiem Zorany dzięki jej najmłodszemu chłopcu, 

Douglasowi.  

Okrągła twarz Aleksandra rozpromieniła się gdy zobaczył Firebird i 

skoczył do jej stóp - Mama! Mama, Aleksander zatęsknił za tobą!  

- Ja też tęskniła za Tobą, Kochanie. - Firebird złapała go w swoje ramiona 

- Moje maleństwo.  

- Moje maleństwo - Zorana usiadła i porwała Firebird i Aleksandra w 

ramiona.  

Mniejsza o to, że Firebird nie była rodzoną córką Zorany, najważniejsze, 

że tu z Zoraną była bezpieczna, była kochana... i Aleksander poszerzył ich 
zaklęty krąg.  

Zorana wiedziała... jakoś wiedziała co było w umyśle Firebird, albo może 

to było w jej umyśle, bo powiedziała - To nie krew buduje więzy miłości. To są 
godziny spędzone w środku nocy z moją chorą córeczką, godziny wioząc ją na 
gimnastykę, duma gdy dostaje stypendium, radość przyglądania się, jak mój 

background image

pierwszy wnuk przyszedł na świat, wspólne łzy gdy oglądałyśmy It’s a 
Wonderful Life. 

Firebird płakała - Nie zapominaj o Ghost.  
- I Titanicu - Zorana płakała, również.  
- Podczas gdy faceci wyśmiewali się.  
- Dałaś mi tak dużo i chcę - Zorana zatrzymała się i mrugnęła - Skarbie, 

co stało się z twoimi włosami?  

Łzy Firebird przeszły w śmiech - To długa historia.  
Aleksander szarpnął za szyję Firebird i wskazał na okno - Mama, Babcia 

patrzcie.  

Dwie kobiety nasłuchiwały. Helikopter ryknął w górze, kule latały, a pod 

odgłosami współczesnej bitwy, słyszały warknięcia bestii i zwycięskie wrzaski 
polowania na ptaki.  

Zorana wzięła Firebird za ramiona i potrząsnęła nią - Ikona.  
- Tak. - Firebird wyciągnęła ją spomiędzy swoich piersi.  
- Moja dziewczynka. Doskonałe miejsce. - Zorana wskazała na stół po 

środku pokoju. Położyła na nim czerwoną tkaninę, bo czerwony był  świętym 
kolorem Rosjan. Na tkaninie położyła trzy ikony.  

Ann znalazła pierwszą. Na niej, Maryja Dziewica trzymała w ramionach 

dzieciątko Jezus podczas gdy Joseph stał przy jej prawej ręce.  

Na ikonie, którą znalazła Tasya, twarz Madonny była blada i nieruchoma, 

jej ciemne oczy były duże i smutne, a łza płynęła po jej policzku. Ta Madonna 
na swoich kolanach trzymała ukrzyżowanego Jezusa.  

Na ikonie Karen, malarz przedstawił Marię jako pannę, dziewczynę, która 

przewidziała los swojego syna. Jej smutne, ciemne, znaczące oczy wpatrywały 
się w nich, przypominając im, że poświęciła jej syna by oszczędzić świat.  

Firebird umieściła czwartą ikonę, wtedy podniosła Aleksandra w górę na 

jej biodro.  

We troje wpatrywali się z respektem w ciemne oczy Madonny. Ikona była 

stara, obraz mimo to świecił kolorami jakby był nowy. Tym razem, artysta 
namalował jej wędrówkę do nieba.  

Oczywiście. Czwarta ikona była najświętsza ze wszystkich.  
Były to cztery wizje Maryi Dziewicy. Tysiąc lat temu, każda z nich była 

częścią jednej ikony, ikony rodziny  Varinskich. Pierwszy Konstantin 
zamordował swoją matkę przez nią. Diabeł sam rozciął ją swoim płonącym 
mieczem i rzucił Madonnę do czterech kątów ziemi.  

Teraz ikony czekały by ponownie został połączone.  
- Zrób to, Mamo - Firebird szepnęła - Pośpiesz się.  
Zorana połączyła ikony razem - i oni czekali aby zdarzył się cud.  

background image

Rozdział 36  

Vadim schował się za kupą polan na krawędzi pola bitwy, próbując 

wytrzymać piekło bólu głowy.  

Strzał, który uderzył go przeciął skórę głowy. Jeśli nie był by Varinskim, 

już by nie żył. A skoro nim był, rana szybko się leczyła, Varinskich krew była 
mocna i pełna złych czarów.  

Mógł czuć bulgotanie krwi z wściekłości, która ogrzała go.  
Jego ludzie nie posłuchali go, polecieli na jakiejkolwiek przynętę, którą 

Konstantin wymachiwał im przed nosem i ruszyli do walki wcześniej. Wielu nie 
żyło teraz, zabitych przez prymitywną broń, a Vadim, który zostawił na 
Ukrainie nadmiar Varinskich został teraz na łasce niewielu.  

Gorzej, kiedy wiadomości o tym fiasku, rozprzestrzenią się wśród 

zabójców, będzie skończony. Wysłał stu czternastu mężczyzn przeciwko rodowi 
trzech braci, jednego starego i schorowanego ojca, pięciu głupich kobiet i 
dwulatka i stracił co najmniej siedemdziesięciu mężczyzn. Do tej pory. Nie ma 
szans żeby zachować to w tajemnicy... chyba żeby mu się udało zabić każdego 
Wildersa. Chciał tego. Zanim nastał ten dzień, starłby te szkodnik z powierzchni 
ziemi.  

Nie miał żadnego wyboru. Te eksplozje zniszczyły jego piękne limuzyny 

- i zatrzymały go tu, gdy on powinien być w drodze do nowego życia 
wybrukowanego złotem Varinskich.  

Przynajmniej, taki był jego awaryjny plan, gdyby coś wzięło w łeb dziś.  
Po prostu nie przewidział, że będzie bez transportu.  
Cichy jęk blisko zwrócił jego uwagę.  
Georgly. Vadima najlepszy przyboczny, jego brat i jego najlepszy 

przyjaciel, został postrzelony przez strzelca wyborowego, wtedy połowa jego 
twarzy rozpadła się przez eksplozje, która zniszczyła limuzyny. 

Bezwartościowy. Georgly nie był już przydatny.  
I to dalsze jego pojękiwanie działało Vadimowi na nerwy.  
Wziął Glocka z kabury i wycelował.  
Głowa Georgly obróciła się w kierunku dźwięku. Jego jedno oko 

powiększyło się. Wyciągnął ręce przed siebie, jakby to mogła uchronić go przed 
kulą - Nie proszę Vadim, nie!  

Vadim postrzelił go w serce.  
Głos rozległ się tak blisko, że skoczył na nogi i machnął jego pistoletem.  
- Dlaczego to zrobiłeś? - Michaił zapytał. Nie był najbystrzejszy spośród 

ludzi Vadima, ale był  żywy i zdolny do walki - i podkradł się do Vadima, 
pomimo że Vadim nie rozumiał jak mu się to udało.  

- Nienawidzę jęczy dusz. - Vadim trzymał pistolet wycelowany w 

Michaiła.  

background image

Michaił wyglądał inaczej, trochę szczuplej niż normalnie, a jego głos 

brzmiał... zabawnie. Może inni wysłali go by zabił Vadima. Nie wątpiłby w to 
nawet przez minutę.  

To było coś co zrobiłby sam.  
- Potrzebujesz żyjących ludzi. Straciłeś wielu z mojego wojska.  
- Twoje wojsko? - Vadim uśmiechnął się z wyższością - Kim jesteś? 

Nikim, o to kim jesteś.  

- Jesteś dobry w podkładaniu ognia. - ton Michaiła był zdecydowany. Ta 

niezdara naprawdę ośmieliła się wyzwać Vadima? - Tak. Oczywiście, że jesteś. 
Dałeś Wujowi Ivanowi dość wódki by mógł w niej pływać, aby zamienić jego 
krew w bombę zapalającą, wtedy rozlałeś benzynę po całym domu i zapaliłeś 
zapałkę. Co za widowisko to było. - głos Michaiła naprawdę zrobił się zabawny, 
zyskujący coraz więcej basu, jakby nagle mógł zaśpiewać operę barytonową - 
Słuchaj mnie uważnie. Przestań użalać się nad przegraną bitwą. Znajdź benzynę. 
Znajdź zapałkę. Spal dom. Teraz. On jest stary i suchy. To będzie paliło się jak 
podpałka i zabije kobiety, które siedzą na strychu.  

- Dobry pomysł. Rozkażę ludziom zbombardować to miejsce. - Vadim 

chciał uciec od tego faceta. Coś w nim było nie tak.  

Gdy jednak próbował odejść, Michaił złapał go i trzymał za ramiona - 

Nie. Nie bomba. Chcę ognia. Przepadam za ogniem. To jest bolesne i długie 
umieranie i to daje przedsmak męczarń, które nadejdą. Kobiety wyobrażają 
sobie, że mogą zjednoczyć ikony i zniszczyć pakt. One nie mogą - nic nie może 
zjednoczyć ikon - ale one zasługują by cierpieć za to próbowały, a ich 
mężczyźni zasługują by cierpieć z miłości zanim oni umrą także.  

- Nie możesz mówić mi co mam robić. - ten głos. Ten głos. Gdzie Vadim 

słyszał ten głos?  

- Nie mogę?  
- Za kogo ty się uważasz?  
- Wiem kim jestem. A Ty? - Michaił przypatrzył się mu, niewielki 

uśmiech na jego szerokich wargach - a w głębi jego oczu, niebieski płomień 
zaświecił.  

Vadim cofnął się do tyłu osłupiały.  
Wiedział. Rozpoznał ten głos. Barwa była trochę inna, ton trochę 

młodszy, ale...  

- Widzę, że już się domyśliłeś. Jesteś bystrym chłopcem Vadim; zawsze 

tak mówiłem.  

-  Ale  ja  podpaliłem...  Podpaliłem  dom.  Podpaliłem  Wuja  Ivana  -  Vadim  

krzyczał. Słyszał siebie ale nie mógł się powstrzymać - Widziałem na własne 
oczy jak się palił. 

- Zniszczyłeś jedno z moich najlepszych narzędzi. Za to i za myślenie, że 

możesz mnie usunąć, zapłacisz. - diabeł  śmiał się, - Naprawdę myślałeś, że 
kiedykolwiek mogłeś pozbyć się mnie?  

background image

Rozdział 37  

Firebird wpatrywała się w ikony na czerwonej tkaninie, wpatrywała się 

tak mocno, aż rozbolały ją oczy.  

Nic się nie stało.  
Zorana rzuciła się do okna i rozglądała się.  
- Zrobiłaś to? - Firebird zapytała - Jakoś, oczekiwałam...  
Zorana odwróciła się, jej oczy były ciemne i udręczone jak u Madonny - 

Varinscy wciąż tam są. Wciąż jako zwierzęta. Wciąż atakując.  

- To nie możliwe - Firebird przełożyła ikony - To musi zadziałać. 
- Mama, Aleksander ułoży puzzle.  
Umieściła Aleksandra na podłodze - Nie kochanie, Mama ułoży puzzle. - 

zamieniła je jeszcze raz. Ale choćby nie wiem co zrobiła, nic się nie stało. 
Ponieważ... wskazała w przerażeniu - Zobacz tutaj. Nie ma wszystkiego. 

Zorana w pośpiechu wróciła do stołu obok Firebird - O czym Ty mówisz?  
- Tu brakuje kawałka - krawędzie każdej ikony zostały pokręcone, 

nierówne, spalone, jakby diabeł pociął je mieczem płomienia. Ale one łączyły 
się wszędzie - ale nie pośrodku.  

Tam brakowało kawałka z każdej ikony. Nie dużego kawałka, o wielkości 

czubka małego palca Firebird. Tego nie było widać gdy ikony były oddzielnie. 
Ale zgubiony kawałek uniemożliwił ponowne ich połączenie.  

Firebird przełknęła ślinę - Nie mogę w to wierzyć. Przepowiednia mówiła 

- Czterej synowie, cztery miłość, cztery ikony. Nie było mowy o dodatkowym 
kawałku.  

- Nie widziałam tego. W moim transie, nie widziałam tego. - Zorana 

pochyliła się nad stołem i spróbowała docisnąć je razem.  

Na zewnątrz, Firebird słyszała wycie syreny policyjnej. Douglas. W 

głębiach jej umysłu, czekała na niego.  

Douglas przybył by pomóc jego krewnym.  
Pytanie było - którym krewnym?  
Podeszła do okna.  
Policyjny wóz patrolowy gwałtownie skręcił omijając rozbite limuzyny i 

wjechał na podjazd z chrapliwym rykiem silnika na pełnym gazie. Jeden 
Varinski w garniturze biegł w kierunku tyłu domu; prawie starli go na miazgę.  

Wóz policyjny przejechał przez stado warczących wilków śpieszących się 

by zaatakować grupę chroniącą Tasya.  

Wilki poleciały w powietrze, wtedy spadały na ziemię w ludzkiej formie.  
Douglas opowiedział się po ich stronie. Walczył z Wildersami.  
Samochód był na czele w kierunku tłumu atakującego Konstantina. 

Varinski podniósł broń automatyczną i dwa strzały wpadły do samochodu.  

- Nie! - Firebird wychylała się - Douglas!  

background image

Przednia szyba wypadła. Opony wpadły w błoto. Samochód wpadł w 

poślizg i przekoziołkował.  

Dwie grupy chroniące Tasya i Konstantina połączyły się, zostały 

otoczone. Gdy kobiety spojrzały na nich, jeden z tygrysów skoczył i powalił 
jednego z walczących, złamał mu kark, rozerwał brzuch - i zaczął ucztę.  

Firebird i Zorana odwróciły się, płacząc z przerażenia, a kiedy spojrzały 

znowu było już po wszystkim.  

Ale Zorana zachłysnęła się, jej oczy otworzyły się szeroko z przerażenia. 

Łamiącym się głosem, powiedziała - Oh, nie moja miłości. Nie, błagam cię. Nie.  

Pierwszy raz w życiu, Firebird zobaczył zmianę swojego ojca - zmiana od 

wycieńczonego starca do olbrzymiego, dzikiego wilka ze spiczastym ryjem z 
silnymi zębami i jarzącymi się czerwienią oczyma. Zmiana pokonała 
przekleństwo jego choroby i zaatakował tygrysy z inteligencją i ostrością, 
dowodząc dlaczego był legendarnym dowódcą Varinskich.  

- On się zmienił ponieważ wie, że nie ma wyboru - Zorana powiedziała 

łagodnie - On widzi, że oni nie mają szans więc on pójdzie do piekła walcząc... 
dla nas. On poświęca swoją duszę... dla nas. - popatrzyła na ikony na stole, 
straciła nadzieję uwolnienia Konstantina z rąk szatana. Celowo podeszła do 
klapy.  

Firebird skoczyła i złapał jej ramię - Nie.  
- Jeśli ikony nie będą mogły rozbić paktu, w takim razie umrę przy twoim 

ojcu. - Zorana wyszarpnęła się wolno. Podeszła do Aleksandra i przytuliła go 
gwałtownie, determinacja i ból świeciły w jej oczach - Ocal go. Jeśli możesz, 
uratuj go.  

Otwierając klapę, opuściła drabinkę i zniknęła w dziurze.  
Więc zostało to na głowie Firebird. Musi ocalić ojca, jej rodzinę, jej 

syna... jej kochanka. Nie mogła machnąć na to ręką.  

Na stole, ułożyła w stos ikony i poprzekładała je jeszcze raz.  
Aleksander przyciągnął krzesło do stołu, wspiął się na nie i potrząsnął 

jego głową z dezaprobatą - Nie, Mama. Skarby. Babci skarby.  

Na zewnątrz, wstrząs szarpnął oknami i wstrząsnął domem.  
Jak szybko mogła, Firebird wróciła do okna.  
Nic nie zostało z winnicy, helikopter leżał w ruinach. Drzwi pasażera 

otworzyły się i brązowy jastrząb - Rurik - poleciał w górę i wzrósł nad 
nasilającą się bitwą wokoło Tasya i Konstantina.  

Płomienie wydostawały się spod maski wozu policyjnego. Niedługo, 

zbiornik paliwa wybuchnie a w środka nikt nie przeżyje - Douglas...  

Zorana pobiegła sprintem przez  podwórze i przeskoczyła przez 

ogrodzenie.  

Czterech Varinskich pobiegło by zatrzymać ją.  
Zza domu, olbrzymi wilk pobiegł by jej pomóc. Jasha. Jasha walczył u 

boku jego matki.  

- Mama skarby - Aleksander nalegał.  

background image

- Weź je i pobaw się nimi, bączek - powiedziała. Trzymała kurczowo 

parapet, tak mocno aż jej palce pobielały, Firebird obejrzała wszystkiego, co 
kochała było zniszczone. Pięć minut temu, była pewna, że czwarta ikona 
odwróci bieg tego wszystkiego. Teraz... Wildersi przegrywają bitwę.  

Wtedy... Douglas wypełznął z samochodu, pokryty krwią i stłuczony, ale 

żywy - Odejdź z dala od samochodu - szepnęła - Odejdź daleko zanim 
wybuchnie.  

Obrócił się i wpełzł z powrotem.  
Zwariował. Szalony.  
Firebird wytarła łzy ze swoich oczu, szybko jak tylko mogła, ponieważ 

była zdesperowana by obejrzeć każdy ruch tam na zewnątrz.  

Wycofał się tyłem, ciągnąc nieprzytomnego Adrika za sobą.  
Trzymała kurczowo ręce na swojej piersi. Douglas uratował Adrika. 

Uratował jej brata.  

Wtedy wilki przybyły warcząc brutalnie.  
Douglas zastrzelił pierwsze trzy. Rzucali się, szarpali aż w końcu zastygli 

w bezruchu.  

Kolejni wychodzili z lasu, kręcili się wokół dwóch ludzi jakby polowali 

na smakowity kęs.  

Firebird nie mogła znieść patrzenia na to.  
Obróciła się w stronę pokoju.  
Aleksander stanął na krześle jeszcze raz, zmieniając ikony.  
Nie mogła powstrzymać się od patrzenia i przekręciła się z powrotem do 

okna.  

W twarzy Douglasa, zobaczyła ponurą furię. On może był wycieńczony 

ale nie mógł myśleć jak człowiek - a walczyć jak puma. Zdjął spodnie i buty. 
Jego kości stopiły się w kości wielkiego kota. Złote włosy przykryły jego skórę. 
Jego zęby świeciły a jego pazury rozcięły palce.  

Za nim, Adrik osłupiały stanął na nogi, potrząsnął głową i błyskawicznie, 

jego ubranie opadło i zmienił się w wielką czarną panterę. Dwóch ludzi, jej brat 
i jej kochanek, walczyli z Varinskimi: pazurami, kłami, brutalnymi mięśniami i 
wściekłą determinacją.  

Pod stopami Firebird, podłoga zadrżała mocno, raz po raz.  
Zebrała siły - Co to ma być?  
Varinski musiał rzucić granatem przez okno.  
Ale nie. Trzęsienie nasiliło się, szarpiąc futrynami, krokwiami, meblami.  
Na zewnątrz każda walka nagle zatrzymała się. Intensywność wstrząsów 

zwiększyła się. Drzewa zakołysały się silnie, jakby dmuchnął w nie potężny 
wiatr. Gonty spadły z dachu, a szyby w oknach roztrzaskały się.  

- Trzęsienie ziemi. - Firebird trzymała kurczowo ścianę - Trzęsienie 

ziemi!  

Ptaki spadały z nieba. Ptaki... jak spadały, zamieniali się w ludzi, ludzi, 

którzy krzyczeli z przerażenia i spadały na ziemię z druzgocącą siłą.  

background image

Podbiegła w kierunku Aleksandra, porwała go w ramiona by go chronić.  
Stał na krześle obok czerwono przystrojonego stołu, jego ciemne brązowe 

oczy były szeroko otwarte - Mama, Aleksander ułożył puzzle.  

- Co? To... nie... - Niemożliwe. Przeszła po drżącej podłodze w kierunku 

stołu i zbliżyła się do ikon. To tak jakby trzęsienie ziemi pochodziło od ikon, a 
ikony ochroniły Aleksandra.  

Stał, a jego szeroki, uśmiech małego chłopięca promieniał - Patrz. 

Aleksander ułożył puzzle. 

To była prawda. Aleksander zjednoczył ikony. Cztery wizje Madonny 

wyglądały tak cudownie, jak nowe, jak w dniu gdy zostały stworzone.  

background image

Rozdział 38  

Firebird upadła na swoje kolana obok stołu i oparła czoło o czerwony 

obrus. Łzy wdzięczności zebrały się w jej oczach i szepnęła - Dziękuję. 
Dziękuję.  

- Mama? - Aleksander klepał jej głowę zwróconą w dół - Widzisz puzzle?  
Wzięła długi oddech i podniosła głowę. Uśmiechnęła się do swojego 

cudownego, błyskotliwego, kochanego chłopca - Widzę. Tak jest dobrze. Mama 
jest dumna! - wzięła go w ramiona, przytuliła go z całą miłością i radością w jej 
sercu.  

Przytulił ją także i położył duży, byle jaki pocałunek na jej policzku.  
Stojąc, odsunęła go na krześle - Powiedz Mamie co zrobiłeś.  
- Aleksander użył skarbu babci. - kasłał i potarł swoje oczy.  
Firebird spojrzała na skarby jej matki, które zostały umieszczone tak 

ostrożnie przy każdej ikonie. Trzy kamienie, czerwony, niebiesko i czarny, 
szarpały się wraz z potrząsaniem ziemi. Biały kamień, który był czystością... 
zniknął.  

Nareszcie zrozumiała.  
Od dnia, w którym pakt został zawarty, diabeł obawiał się, że ktoś, gdzieś, 

poskłada z powrotem ikony i okradnie go z jego najbardziej nikczemnych 
służących, Varinskich bestie. Więc wcześniej podzielił ikonę na cztery, odkroił 
z ich centrum i oddał plemieniu wędrowców - plemieniu Zorany.  

To dlatego jasnowidz plemienia miał kamień nazwany czystość.  
To dlatego plemię miało jasnowidza. Nawet najbardziej maleńki kawałek 

czterech ikon przyniósł wielki dar - umiejętność zobaczenia przyszłości. 
Przyszłości bez paktu diabła.  

Firebird trzymała swojego syna w ramionach. I przypomniała sobie 

przepowiednię jej matki.  

Dziecko dokona niemożliwego.  
Aleksander oszczędził im tego wszystkiego.  
Trzymając Aleksandra w swoich ramionach podeszła do okna.  
Tygrysy, wilki, psy, ptaki drapieżne zniknęły. Ludzie, goli, stali na ich 

miejscu. Zwykli ludzie.  

Douglas był znowu człowiekiem. Adrik, Rurik, Jasha byli znowu ludźmi.  
Konstantin był znowu człowiekiem.  
I uśmiechali się.  
Varinscy prosperowali tylko dzięki mocy danej im przez szatana. Skoro 

byli nikim, nie wiedzieli teraz jak być zwykłymi śmiertelnikami.  

Teraz byli ofiarami Wildersów.  
- Chodź mały chłopczyku. Już czas iść. - podeszła do klapy, jej syn w jej 

ramionach, wolny od piętna, które zniewoliłoby życie ich wszystkich.  

Dym wyciekał z otwarcia jakby to były kominem.  

background image

Aleksandr zakasłał jeszcze raz - Mama, nie mogę oddychać.  
Spojrzała do swojej sypialni. Ogień czołgał się po podłodze i szedł w górę 

ścian.  

Jej serce łomotało. 
Zatrzasnęła klapę i pobiegła do okna od ulicy. Płomienie skoczyły zza 

szkła i gorąco odepchnęło ją z powrotem.  

- Mama? - Łzy napełniły oczy Aleksandra. Kasłał i chował swoją głowę w 

jej koszuli.  

Podeszła do okno od podwórza. Stajnia paliła się z całym wigorem 

suchego drzewa i siana. Olbrzymie drzewo, które rosło przy jej sypialni płonęło.  

To nie był  żaden normalny ogień. Piekło pochłonęło dom zbyt szybko i 

zewsząd. Ktoś? Jakiś Varinski - spowodował wybuch.  

Jej rodzina będzie żyła i prosperowała.  
- Mama? - jej dziecko było ciężkie w jej ramionach.  
Ona i Aleksander umrą.  
- Wszystko porządku - podeszła do łóżeczka dziecinnego i wzięła jego 

koc i Berniego, miękką żółtą kaczkę. Otworzyła butelkę wody, zmoczyła koc i 
przerzuciła go przez głowę Aleksandra.  

Rozpalona gorąca, czerwona tkanina pod ikonami była cała w ogniu i 

farba na stole zaszeleściła i syczała. Ogień zjadał brzegi klapy, a zawiasy 
świeciły na czerwono. Podłoga stała się gorąca pod jej stopami. Deski kopciły 
się i wypaczyły.  

Wszystko porządku. Wciąż mogę oddychać. Aleksander wciąż  żyje. 

Mamy jeszcze szansę.  

Nie mieli szansy. Wiedziała to.  
Ale otworzyła kolejną butelkę wody i rozlała na podłodze. To zagotowało 

się i wyparowało.  

Klapa wpadła do ognia poniżej. Z rykiem, ściana za nią stanęła w 

płomieniach. Deski podłogowe przechyliły się w kierunku otwartego wyłomu w 
podłodze. Kąt nachylenia stał się tak duży, że już nie mogła stać i z krzykiem, 
pośliznęła się prosto do serca piekła.  

Wylądowała na podłodze w swojej sypialni. Wszędzie, płomienie 

dewastowały dom, ale jakoś, wylądowała w jedynym miejscy gdzie ogień nie 
dosięgał.  

Co za szczęście, pomyślała. Wciąż mogę oddychać.  
- Mama! - Aleksandr wyzierał spod koca - Chodźmy.  
- Tak. - nie zamierzała siedzieć tu i czekać aż dom zawali się wokół niej. 

Nie wiedziała jak. Ale musiała spróbować ucieczki. Musiała spróbować - 
Wychodzimy stąd. 

background image

Rozdział 39  

Douglas stał zwrócony plecami do swojego brata Adrika i śmiał się 

głośno. Był poturbowany, posiniaczony, pobity aż do bólu. Śmiał się ponieważ 
miał rodzinę, brata, który walczył za niego i był wolny od kontroli diabła.  

I dlatego, że jakoś uczyni Firebird swoją kobietą.  
To nie będzie łatwe. Wiedział o tym. Wiedział, że mu łatwo nie wybaczy. 

Może nie zasługiwał by mu wybaczono. Jeśli jednak doszli aż dotąd, przetrwali 
gwałtowny skok do oceanu, zjednoczyli ikony i rozbili pakt, walczyli przeciwko 
wrogom nie do pokonania i wygrali - mógł znaleźć jakiś sposób by sprawić, że 
ona go pokocha jeszcze raz.  

Adrik śmiał się, również. Miał olbrzymiego guza na głowie, krwawił z 

dziesiątek niewielkich cięć spowodowanych przez rozbitą przednią szybę a 
mimo to śmiał się.  

Tu i tam, przez pole bitwy, Doug słyszał inny śmiech.  
Jego rodzina, jego rodzina śmiała się. Śmiali się z radości, dumy z ulgi. 

Stali na własnej ziemi w ich własnej dolinie, wśród zniszczenia i śmierci, ale 
wiedzieli, że wygrali najważniejszą bitwę ze wszystkich.  

Varinskis nie śmiali się.  
Stali ogłuszeni, zwolnieni z paktu diabła... ludzcy. Wszyscy ludzcy. 

Wszyscy byli bez ubrania, bez strzelb, noży i ich pistoletów, które odrzucili 
podczas zmiany. Teraz każdy Varinski i Wilder na polu bitwy był nagi, ich 
jedyną bronią były ich pięści i ich umiejętności walki.  

- To będzie jedna wielka burda - Adrik powiedział.  
- Masz rację. - Doug wskoczył w środek bitwy, rozbijał czaszki, łamał 

ramiona, nogi i żebra.  

Odpowiedział na atak Varinskich. Jeden zajęczał. Jeden płakał.  
Nigdy nie pomyśleli, że ten moment może nadejść? Nie wyobrazili sobie, 

że kiedyś będą musieli walczyć uczciwie?  

Trzydziestu Varinskich - albo było ich czterdziestu - walczyło na polu 

bitwy przeciwko reprezentacji Wildersów i ich sojuszników.  

Doug zaatakował, wykonał manewr mylący, uchylił się. Varinscy otoczyli 

go, ale Adrik, tworząc zespół ze swoimi dwoma braćmi ochraniali dom i rodzinę 
i zaatakowali z entuzjazmem Varinskich. Doug zadawał ciosy pięścią w jednego 
z Varinskich, uderzał go w kółko z największą siłą jaką Doug kiedykolwiek 
miał, a wtedy ten facet zatrzymał się. Właśnie zatrzymał się. I wpatrywał się 
ponad ramieniem Douga, jego oczy stawały się szersze i szersze.  

Doug roznosił w puch jego twarz.  
Wprawił go tym w osłupienie, a mimo to wpatrywał się.  
Z  tyłu  Douga,  Adrik  szarpnął  się  jakby  dostał  śmiertelny  cios  -  Ogień  -  

jego głos stał się głośniejszy - Ogień!  

- Pożar! - Varinski powiedział.  

background image

Ogień? Doug słyszał skwierczenie suchego drzewa.  
Dom Wildersów palił się.  
Przez pole bitwy, Zorana krzyczała - Moje dzieci!  
Jej dzieci? Kto tam był?  
Używała swoich noży, torując sobie przejście przez tłum Varinskich, 

którzy otoczyli Konstantina i Tasya.  

Doug nie widział już co zrobiła, ale Varinscy leżeli, martwi albo 

umierający, a ona biegła w kierunku domu.  

- Mama, nie! - Adrik uderzył w napastników by przechwycić jego matkę - 

ich matkę - zanim wpadnie w piekło.  

W momencie nieuwagi Adrika, Varinski chciał zaatakować go od tyłu.  
Doug wygrzebał nóż z ziemi i rzucił nim prosto między łopatki tego 

faceta, zatrzymując go tam gdzie stał.  

Wtedy Doug także pobiegł, strach zwijał się jak żmija w jego żołądku.  
Adrik złapał w ją ramiona, zanim Zorana sięgnęła do ogrodzenia - Nie 

możesz tam wchodzić! - wykrzyknął.  

Walczyła z nim - Firebird! Aleksander!  
Nie.  
Doug nie mógł oddychać.  
Nie, to nie możliwe.  
Nie mógł nic zobaczyć, przez czerwień która zasłaniała jego widok.  
Firebird i Aleksander... byli tam? W ogniu?  
Poczuł kłujący ból w swoim ramieniu, spuścił wzrok i zobaczył, jak nóż 

wystaje z jego bicepsa. Popatrzył w górę. Jeden Varinski zbierał nóż i rzucił 
nim. Teraz on i inny Varinski zapłacili za to.  

Potem, Doug nie wiedział jak to się stało, ale jeden Varinski był na ziemi 

ze swoim gardłem rozciętym, a drugi umykał w kierunku lasu. Wtedy Doug 
minął Adrika i Zoranę pędząc w kierunku domu.  

Żar był tak wielki, parkan na około podwórza palił się. Przeskoczył go 

bez przystawania. Powietrze było tak gorące, że nie mógł oddychać. Płomienie 
lizały go, wysuszały jego skórę. Poczuł, jak jego brwi zniknęły, jego włosy 
płonęły. Ale nie mógł pozwolić swojej miłości umrzeć tam. Nie mógł pozwolić 
swojemu synowi umrzeć zanim w ogóle zaczął żyć.  

Olbrzymi ciężar uderzył go z jednej strony, przewrócił na ziemię i 

potoczył po niej. Ktoś, jakiś człowiek, krzyczał na niego - Jesteś cały w ogniu.  

Doug spróbował złapać oddech. Kasłał. Walczył, ale ktoś jeszcze złapał 

go pod pachami i ciągnął. Ludzie rozmawiali, krzyczeli na niego, podczas gdy 
on walczył. Nareszcie usłyszał głos Adrika, rozpoznał głos Adrika.  

- Douglas, słuchaj mnie. Ty nie możesz tam wejść. Słuchaj mnie. Ogień 

jest zbyt gorący. Dom zaraz się zawali. Douglas, oni już nie żyją. - głos Adrika 
łamał się - Firebird i Aleksander już nie żyją.  

Mgliście, Doug słuchał krzyku kobiet. A może nie. Może to był ogień, 

który huczał w jego uszach.  

background image

Spojrzał w górę w brudne, posiniaczone, sine twarze.  
Jasha. Rurik. Adrik. Zorana. Konstantina. Dwie synowe... nie mógł 

przypomnieć sobie ich imion.  

Każdy walczył dzielnie.  
Każdy płakał teraz.  
Odepchnął ich.  
Jeden po drugim, cofnęli się.  
Stanął. Patrzył na dom, w płomieniach sięgających do nieba. Próbował to 

pojąć, odczuwać smutek. Wiedział, że tam jest śmierć, czekał aby skoczyć, ale 
teraz, czuł się nikim.  

Wtedy, w jego szaleństwie, słyszał śmiech.  
Popatrzył i zobaczył grupę sześciu Varinskich zebranych wokół jednego 

człowieka. Klepali go po plecach z szacunkiem.  

- Vadim - powiedzieli - Vadim to zrobił. On jest naszym bohaterem!  
Doug zrobił krok w kierunku grupy. Później kolejny i kolejny. W końcu 

zaczął biec w ich kierunku. Wpadł w nich, odrzucając ich jak wyrwane zęby, by 
dojść do człowieka po środku.  

Vadim. W eleganckim, najmodniejszym garniturze. Uśmiechający się z 

wyższością do niego. Szydząc z niego - Co się stało Douglas? - Vadim 
powiedział jego doskonałą angielszczyzną - Jesteś nieszczęśliwy że twoja 
kobieta jest w końcu, naprawdę martwa?  

Doug uderzył go w twarz, otwartą dłonią, przez co głowa Vadima 

przekręciła się w bok.  

Zdziwiony, Vadim obrócił swoją głowę i patrzył na Douga - Jak śmiesz.  
Doug trzepnął go w drugi policzek. Dźwięk ten odbił się echem jak 

wystrzał przez pole bitwy.  

Vadim złapał nadgarstek Douga i przekręcił go.  
Ból był natychmiastowy i nie do wytrzymania. Doug upadł na kolana.  
- Zabiję cię - Vadim powiedział - Zabiję twoją całą rodzinę. Twoja 

dziwka jest dopiero początkiem.  

Dolina zamilkła.  
Gniew Douga zaczął wolno, wzrastać z jego koniuszków palców, 

wdrapując się w jego ramiona i nogi, napełniając jego brzuch, jego klatkę 
piersiową, jego mózg. Zabijająca gorączka narastała, eksplodując kolorami 
wewnątrz jego czaszki. Czerwony i żółty, fioletowy i szkarłatny. Zacisnął swoje 
drżące pięści aż jego paznokcie wbiły się w jego dłonie.  

Wszędzie, Doug słyszał warknięcia rozwścieczonych mężczyzn, okrzyki 

mściwych kobiet.  

Do bitwy dołączono jeszcze raz.  
Wildersi zabijali Varinskich. Wściekłość berserka napadła  na nich 

wszystkich.  

Doug uderzył swoją stopą z tyłu w kolano Vadima.  
Vadim wrzasnął i upadł do przodu.  

background image

Doug był wolny.  
Wściekły, wyszarpnął nóż zza paska Vadima i rozciął, otwierając cienką 

linię wszerz gardła Vadima.  

Vadim wyciągnął pistolet i wycelował.  
Ale nie. Noże i pistolety były zbyt bezosobowe. Doug chciał czuć 

pękającą twarz Vadima pod jego pięściami, czuć krew Vadima na jego skórze.  

Chciał zemsty.  
Chciał sprawiedliwości.  
Vadim wystrzelił zanim Doug wytrącił mu broń z rąk.  
Kula utkwiła w biodrze Douga.  
Nie troszczył się o to.  
Vadim zadał cios w jego gardło i słabo, Doug uświadomił sobie ile 

uszkodzenia zrobił podstęp Vadima. Ale wściekłość rozgromiła ból, przysunął 
się bliżej, jego pięści roztrzaskały nos i szczękę Vadima, jego pięści połamały 
żebra Vadima.  

Vadim złapał ramiona pod udami Douga i chciał go przewrócić.  
Doug podniósł się i uderzył głową w mostek Vadima.  
Vadim leciał w powietrzu, jego ramiona machały się jak u szmacianej 

lalki. Z brzękiem, wylądował na starym metalowym kanistrze i Doug 
uświadomił sobie... właśnie tak to zrobił. 

Vadim użył benzyny ukradzionej Wildersom by rozpalić ogień, który 

spalił ich dom, który zabił ich córkę i wnuka.  

Firebird i Aleksander nigdy nie mieli szansy.  
- Umrzesz. - Doug zaczął iść do przodu.  
Vadim spojrzał na Douga, na obłęd, który zapowiadał zemstę. Wstał na 

nogi i próbował biec.  

Potknął się o kanister. Benzyna ochlapała go.  
Doug podniósł go za kołnierzyk i jego pasek, podniósł go nad swoją 

głowę i niósł w kierunku palącego się domu.  

Vadim krzyczał i krzyczał, walczył z chwytem Douga, ale jego ramiona i 

nogi młóciły w powietrzu, wszystko co Doug musiał zrobić to przekręcać jego 
kołnierzyk jedną ręką i jego pasek drugą i Vadim wrzasnął z bólu.  

- Złamane żebra bolą jak cholera, prawda? - Doug powiedział. Wiedział 

to. Ostatecznie, czuł jego własne złamane żebra, kulę w biodrze, miejsca gdzie 
były jego palce.  

Ale teraz, wszystko, co mógł poczuć, to była potrzeba zemsty.  
Poczuł w pobliżu wybuch. 
Południowa ściana zawaliła się z hukiem. Dach obwisał. Niedługo, 

paliwo, które podsycało płomienie zniknie, a wszystko to będzie popiołem.  

Ale Doug miał jeszcze jedną rzecz do podsycenia ognia.  
Z potężnym okrzykiem, rzucił Vadima jak kłodę, przez brakującą  ścianę 

do pokoju płonącego z meblami, z elektroniką, która wybuchnęła i instalacją 
elektryczną, która zaskwierczała.  

background image

Vadim skoczył na równe nogi, krzyczał i próbował biec.  
Doug wziął kanister, który podał mu Adrik i z absolutną dokładnością 

rzucił nim. Czerwony metal uderzył pod stopami Vadima, wtedy wybuchnął 
kulą ognistego ognia, która sprawiła, że Doug i człowiek przy nim zrobili unik.  

Vadim wciąż krzyczał ale Doug nie troszczył się już o to.  
Zawrócił i oddalał się. Spojrzał przed siebie. Zobaczył, jak ludzie patrzyli 

na niego.  

Jego rodzina i zamieszani wśród nich, faceci w wojskowej odzieży.  
I Varinscy. Wciąż więcej Varinskich do zabicia.  
Jeden olbrzymi, wlokący się człowiek z jarzącymi się niebieskimi oczami 

i głębokim, niskim głosem, powiedział - Ja naprawdę przepadam za ogniem. To 
jest bolesna i długa śmierć, która daje przedsmak męczarń, które nadejdą.  

Doug skierował się wobec niego.  
Duży człowiek dostrzegł wyraz twarzy Douga. Niebieski blask opadł. 

Wycofał się - i pobiegł. Inni wzięli z niego przykład, rzucili się po polu, gnając 
do lasów, upadając, podnosząc się po upadku i biegnąc jeszcze raz.  

Przywódca militarnej jednostki położył swoją rękę na ramieniu Douga - 

Zajmiemy się nimi. - odezwał się do innych Wildersów - Sprzątniemy zabitych. 
Wyślemy ci karetkę i transport. Nie martw się. Załatwimy wszystko.  

Doug podjął jeszcze parę kroków - i zatrzymał się.  
Za nim, słyszał kolejny wybuch.  
Ściana frontowa domu zawaliła się i w środku, płomienie huknęły i 

zatańczyły.  

Tańczyły z duchem Firebird.  
Doug zgasł i umarł w środku. Przez dolinę kobieta kulała w ich kierunku, 

eskortowana przez militarnych mężczyzn.  

Adrik wydał krzyk ulgi - Karen! - pobiegł do niej, podniósł ją, pocałował 

ją jakby ona była jego życiem....  

Każdy cios pięścią, każda rana kłuta, każda złamana kość Douga 

przyprawiała go o męki. 

Albo po prostu czuł swoje złamane serce?  
Jego nogi zawiodły go. Zatopił się w ziemię. Chciał płakać, przeklinał 

niebo, żebrał o litość. Tylko nie Firebird. Tylko nie Aleksander. Oni byli 
niewinni. On był tym który zdradził rodzinę. On był tym który zasłużył na 
śmierć.  

Wokół niego, Wildersi upadli razem z nim na kolana. Zapłakali. Płakali 

jako rodzina.  

Adrik pomógł Karen iść, i jak już stała bliżej, Doug mógł słyszeć jej 

szlochy - Z góry na widziałam początek ognia. Ale zostałam zraniona przez 
jedno z polan i moi strażnicy nie pozwolili mi schodzić. Próbowałam dzwonić 
ale walczyłeś o swoje życie i... Och, Adrik!  

background image

Po raz pierwszy od tej pory, gdy jako chłopiec siedział w salonie Pani 

Fuller, łzy napełniły oczy Douga. Wydał z siebie szloch, który sprawił, że on 
krwawi wewnątrz.  

Zorana objęła go ramieniem - Douglas. Douglas, nie. To nie jest twoja 

wina.  

Spojrzał w twarz swojej matki, a ona obejrzała się.  
- To jest moja wina. To jest moja wina. Wszystko to moja wina. Powinnaś 

splunąć na mnie. - obejrzał się na Adrika, na jego pozostałych braci, na Tasya, 
bladą z bólu... na jego ojca - Ja sprowadziłem tę bitwę na was. Sprzedałem was 
Varinskim. Ty powinnaś splunąć na mnie. Powinnaś rzucić mnie w ogniem, 
bym umarł tak jak Vadim.  

Konstantine wciąż stał ale teraz uklęknął przy swojej żonie i potarł ją po 

plecach - Wszyscy mieli swój udział w tej grze, aby wypełnić przepowiednię - 
westchnął ciężko - Twoja część była najtrudniejsza do udźwignięcia.  

- To jest moja wina, że nie nalegałam, w tym dniu dwadzieścia trzy lata 

temu, że urodziłam syna. - Łzy płynęły z oczu Zorany i spływały jej po 
policzkach - Jeśli nie stracilibyśmy cię, nie byłbyś... zaginiony.  

- Jest mnóstwo rzeczy za które możemy się obwiniać - jeden z braci 

powiedział - Ale co to nam da? Teraz, musimy sprzątnąć.  

- Na miłość Boską, Jasha! - Adrik powiedział.  
- Znajdziemy czas na rozpaczanie. - głos Jasha dławił się, ale stał się silny 

- Ale to jest zima. Jest zimno. Jesteśmy ranni - wskazał gestem wokół na ludzi - 
Jesteśmy nadzy. Tasya potrzebuje opieki lekarskiej. Wszyscy jej potrzebujemy. 
Musimy odejść z tego miejsca teraz, znaleźć miejsce do spania dziś wieczorem.  

- Jasha ma rację. - Rurik mówił teraz - Zamarznięcie na śmierć nie 

przywróci Firebird. Nasze cierpienie nie przywróci Aleksandra do życia. 
Musimy iść. 

- Nie - Zorana położyła palce na ramieniu Douga - Nie.  
Konstantin objął ją, pomógł jej wstać - Tak, ruyshka. Nasi synowie mają 

rację. Najpierw musimy przeżyć. Wtedy będziemy rozpaczać.  

- Dom niedługo się zawali, a kiedy to się stanie... to nie będzie tu 

bezpiecznie. - Tasya zachwiała się.  

Rurik podniósł ją i oddalał się.  
Jeden po drugim, rodzina stanęła na nogi.  
Doug nie ruszył się. Wpatrywał się w palący się dom, jego oczy były 

suche. To zajmie więcej niż minutę aby pogodzić się z jego żalem. To zajmie 
całe życie.  

Taki smutek był zbyt głęboki dla łez.  
I czasami, gdy człowiek chce czegoś tak bardzo, widzi coś co nie może 

być prawdziwe.  

Zachrypniętym głosem, Doug powiedział - Ktoś wychodzi z domu.  

background image

Rozdział 40  

W związku z zaniepokojeniem w głosie Douga, każda głowa obróciła się.  
Kobieta. Kobieta niosła pakunek, o wielkości chłopca, na swoim ramieniu 

i przeszła przez ogień.  

Nie, to nie tak - ogień objął ją.  
Płomienie rozdzielały się gdy przez nie przechodziła, wtedy zwierały się 

za nią. Ściany za nią zawaliły się, mimo to szła w kierunku miejsca gdzie były 
główne drzwi, które zniknęły, gdy rozpętało się to piekło.  

- Czy to Firebird? - Zorana zapytała drżącym głosem.  
- Niemożliwe - Rurik powiedział.  
- Nie niemożliwe. Wszyscy widzimy ją. - Doug pobiegł w kierunku 

domu.  

Adrik złapał go - To podstęp diabła.  
Doug obrócił swoją głowę i zajrzał w oczy Adrik - Jeśli to była by twoja 

miłość, nie poszedłbyś do niej?  

Chwyt Adrik rozluźnił się.  
Doug poszedł do przodu, w kierunku iluzji - jeśli to była iluzja - jak 

wyszła z jednej burzy ognia w domu i do innego na ganku.  

Zorana próbowała zstąpić mu drogę, ale Konstantin powstrzymał ją - 

Zostaw go. To prawda że on ryzykuje, ale jeśli to jest... jeśli to jest nasz 
Firebird, to on powinien być tam pierwszy.  

Zorana kurczowo ścisnęła ubranie Konstantina - Tak. Masz rację. - ale 

drżała z potrzeby by pójść do jej córki, do jej wnuka i cichym głosem, wyliczyła 
koniec wizji - Miłość rodziny zostanie złamana przez zdradę... i skok do ognia. - 
popatrzyła w górę na Konstantina - To jest zdrada Douglasa, o której 
przepowiednia mówi.  

- Wtedy jego postępowanie będzie słuszne - Konstantin powiedział.  
Gorąco z ognia uczerniło zimowy trawnik. Doug czuł, chrzęst pod swoimi 

stopami. Słyszał ogień jak łakomie liże drewnianą strukturę. Ruszył w kierunku 
postaci w płomieniach, przechodząc do przodu przez ogień jakby to on nie był 
okrutny i śmiertelny.  

Postać uniosła swoją rękę by go zatrzymać.  
Zatrzymał się, przytrzymany w miejscu przez jej życzenie.  
I Firebird wyszła z ganku i do świata.  
Płomienie wciąż ogarniały ją.  
Popędził w jej kierunku, gotowy by je ugasić.  
Znowu wyraziła gestem by się zatrzymał i to był jakby uderzył w ścianę.  
Ekstremalnie powolnymi ruchami, strzepała płomienie z jednej ręki. 

Później z drugiej.  

Spadły na trawę, zaskwierczały i zniknęły.  

background image

Ugasiła płomienie z ramienia; wtedy, bardzo ostrożnie, podniosła koc i 

otrząsnęła z niego ogień. Wytarła swoją twarz, włosy... Stopniowo, Firebird 
wyszła z płomieni, cała i czysta, cudowna i piękna. Podeszła do niego.  

Paczka na jej ramieniu poruszyła się, odrzuciła koc, podniosła głowę...  
Doug nie mógł stać już spokojnie. Pobiegł do przodu, złapał ich w 

ramiona, trzymał w ramionach tak mocno jak tylko mógł. Nie zniknęli, przytulił 
ich - Czy Ty jesteś rzeczywista? Bo jeśli nie, to nie ważne. Myślałem, że nie 
żyjesz, a ja nie mogę żyć na świecie bez ciebie.  

Odepchnęła go i spojrzała z marsową miną na niego - Oczywiście, że 

jestem rzeczywista. - obejrzała go - Wyglądasz trochę na wyczerpanego. Co oni 
ci zrobili?  

Zignorował jej troskę - Naprawdę jesteś rzeczywista?  
- Dostałeś cios w głowę? Ponieważ jesteś dziwny.  
Ok. Zabrzmiała rzeczywiście. Zabrzmiała na zirytowaną.  
Wziął głęboki, przynoszący ulgę oddech i poczuł jak ciężki, okropny 

ciężar strachu i bólu z opadł z jego duszy.  

Firebird żyła. Przeszła przez ogień, którego zwykły człowiek nie mógł 

przeżyć. Tak, to było niemożliwe, ale nawet teraz, mógł poczuć to iskrzenie 
wokół nich, które ochroniło ich.  

Chłopaczek miał dość bycia ignorowanym - Czy Ty jesteś mój tatuś? - 

domagał się odpowiedzi.  

- Tak. Jestem twoim tatusiem. - Doug podniósł ich obydwoje, trzymał w 

ramionach - I zabieram cię.  

-  Tatuś  -  Aleksandr  wycelował  palcem  w  Wildersów,  gdzie  skupili  się 

razem - Aleksander iść tam!  

- Dobrze - Doug podszedł do nich. W kierunku kobiet, wycierających łzy 

z ich policzków, w kierunku mężczyzn, naprężających się jakby ledwie mogli 
stać spokojnie i czekać.  

Skierował się do ogrodzenia, przeszedł przez bramę - i to było jakby 

obręcz, która spinała dom. W tej chwili struktura ta rozpadła się z rykiem, 
potężny pożar strawił jego ostatni cel.  

Doug nie martwił się, nie biegł.  
Ale upadek domu złamał wolę rodziny. Popędzili do przodu do Douglas, 

Firebird, i Aleksandra.  

- Pospieszcie się! - Jasha zgromadził ich z dala od niebezpieczeństwa.  
- Jesteś bezpieczna. - Zorana wzięła rękę Firebird, pogłaskała Aleksandra 

po głowie i wykrzyknęła radośnie - Jesteście bezpieczni.  

- J… Jak? Adrik wyjąkał - Mała siostrzyczko, jak to zrobiłaś?  
Adrik nie wyglądał na faceta, który by sie jąkał.  
- Nie wiem jak to zrobiłam - Firebird pocałowała głowę swojego syna.  
Konstantin trzymał drugą rękę Zorany i zaprowadził ją, zaprowadził ich 

wszystkich, w dół drogi.  

background image

- Musisz powiedzieć nam więcej niż to. - głos Zorany wibrował uczuciem, 

ale był zachrypnięty z powodu dymu.  

- Byłam w panice. - Firebird wzruszyła ramionami - Oczywiście. Byłam 

pewna, że Aleksander i ja na pewno umrzemy. Pomyślałam o wyskoczeniu 
przez okno - pomyślałam, że możemy przeżyć, a jeśli nie, to byłby to lepszy 
sposób by odejść.  

Doug napiął swoje ramiona wokół niej, jego klatka piersiowa ścisnęła się 

strachem i bólem.  

Na moment, tylko moment, Firebird oparła swoją głowę na jego piersi. 

Wtedy szybko wyprostowała się - Trzymałam Aleksandra gdy wpadłam przez 
podłogę. Tak naprawdę, deski jakby przechyliły mnie jak huśtawka i 
wylądowałam cichutko w sam środek ognia. Płomienie paliły wszystko tyle że 
wokół mnie. Więc powiedziałem Aleksandrowi, że wyjdziemy stamtąd. 
Pomyślałam, że nie żyjemy, że nie mieliśmy szansy, ale gdy ruszyliśmy, kokon 
ognia ruszył się z nami. To było ciepłe ale nie paliło nas. Aleksander nie 
przerywał mówienia do mnie spod koca więc wiedziałam, że jest w porządku. I 
kontynuowałam wychodzenie. - zamilkła jakby, nawet teraz, nie była całkowicie 
na ziemskim padole.  

Doug nie mógł się powstrzymać. Potrząsnął nią trochę jakby chciał 

przypomnieć jej, że on tam jest.  

Spojrzała w górę, skupiona na jego twarzy i uśmiechnęła się jakby jego 

wzrok przywołał ją na ziemię.  

- Kontynuuj - Konstantin zachęcał.  
- Tak, Tato. Nie chciałbym zostawić moich braci zirytowanych, ponieważ 

nie znają całej historii. - posłała zabawne spojrzenie od brata do brata.  

- Więc się pospiesz - Jasha powiedział.  
Złapała kilka szybkich oddechów, jakby wciąż zaskoczona że może to 

zrobić - Ogień wydawał się robić to co bym chciała, utrzymywał dom w całości 
do czasu gdy mogłam wyjść. Więc kontynuowałam wychodzenie. Z mojej 
sypialni, do salonu, w dół po schodach... Nie obawiałam się. Płomienie pieściły 
mnie. Ogień był... jest... moim przyjacielem. To nigdy nie zaszkodziło mi.  

- Ogień chronił cię przed czymś gorszym - Doug powiedział nagle.  
- Tak, zgadza się - powiedziała ze zdziwieniem. - Skąd wiesz? 
- To utrzymało Cię przy życiu i z daleka od rąk diabła. - Doug wpatrywał 

się z trudem w kierunku drzew. Zapamiętał, człowieka z niebiesko świecącymi 
oczami i miał nadzieję, że facet pobiegł daleko, ponieważ... ponieważ Doug nie 
chciał nigdy więcej go zobaczyć. Nawet nie chciał wiedzieć kim on był.  

Ponieważ minęli zakręt, który ukrył dolinę przed ich oczami, spróbowała 

obrócić się i popatrzeć - Nie, ruyshka. Nie patrzmy na koniec. Patrzmy w 
przyszłość.  

Położyła swoją głowę na jego klatce piersiowej i pozwoliła mu prowadzić 

się.  

background image

Starzec był rozsądny. Nikt nie obejrzał się. Nikt nie chciał zostać i 

przyglądać się, jak dom odwrócił się w rozżarzone węgielki, wchodzić na 
zrujnowane winorośle, widzieć ciała Varinskich i szczątki romskich żołnierzy 
poległych w bitwie.  

Gdy skręcili za rogiem i dolina była niewidoczna, zatrzymali się.  
Rurik położył Tasya na polanie i usiadł przy niej, trzymając ją w 

ramionach, ponieważ liczyła na niego - Romowie wyślą ambulans - powiedział 
jej.  

Kiwnęła głową, jej usta zacisnęły się z bólu.  
- Z Ann wszystko w porządku? - Karen zapytała.  
Jasha odciągnął telefon od swojego ucha i wojownik z ponurą twarzą stał 

się czułym mężem - Wszystko w porządku. Żadnych problemów, żadnych 
Varinskich i zrobiła to! Przeniosła fundusze z ich kont na konta fundacji 
charytatywnych, zarządzanych przez... nią.  

Firebird powiedziała Douglasowi - Kiedy spotykasz ją, nigdy nie będziesz 

sądził, że Ann jest naszym stałym hakerem.  

Doug nie chciał puścić Firebird, ale ból jego żeber narastał, jego biodro 

drżało i krwawiło i mimo, że stracił tylko jego mały palec, ból był ogromny. 
Więc opuścił ją na nogi i obejmował do czasu gdy był pewien, że stała - Jesteś 
zmęczona? Chcesz bym trzymał Aleksandra? - zapytał.  

Obejrzała go, jej spojrzenie zatrzymało się nie na jego nagości, jak by 

chciał, ale na ranie na jego biodrze - Myślę, że lepiej potrzymam go sama.  

Konstantin powiedział - Mam ubrania dla wszystkich z nas ukryte w 

lasach. Jasha! Adrik! Chodźmy po nie zanim nadejdzie pomoc i będzie zadawać 
pytania, na które nie będziemy w stanie odpowiedzieć. 

Zaskoczony, Doug popatrzył na Firebird.  
- To prawda - powiedziała - Tata zawsze mówił, że powinniśmy być 

przygotowani na każdą ewentualność. Jest więcej rzeczy niż ubranie ukryte w 
tych lasach.  

Minęło mniej niż pięć minut, gdy Konstantin i dwóch braci wrócili, ubrani 

i niosący ubranie dla Rurika i Douga - ubranie, które dostał Doug, odkrył  że 
pasowało na niego bardzo dobrze.  

- On jest zbudowany tak jak Wilder - Konstantin powiedział z 

zadowoleniem.  

Karen zbadała rany na twarzy Adrika, wtedy sprawiła, że on usiadł u jej 

stóp, podczas gdy ona usuwała odłamki szklany. Uskarżał się niezmiernie.  

Doug popatrzył znacząco na Konstantina. Daj mi chwilę z Firebird. 

Pozwól mi się oświadczyć. 

- Chodź tu, chłopak. - Konstantin zabrał Aleksandra z ramion Firebird.  
Aleksander uśmiechnął się - Dziadek jest silny.  
Konstantin także uśmiechnął się do chłopaczka przytulonego do jego 

klatki piersiowej - Tak mój chłopcze, ja w końcu mogą trzymać cię w 
ramionach.  

background image

Firebird obejrzał swojego ojca, jego srogą twarz, jego szerokie ramiona, 

jego klatkę piersiową - Oh, Tato - uścisnęła jego ręce - Jesteś wyleczony.  

To była prawda. Chory człowiek, którego Douglas szpiegował przez okno 

zniknął, a w jego miejscu stał potężny wojownik.  

- Pakt jest rozbity. Będę żył do starości, wystarczająco długo by zobaczyć, 

jak ten bączek urośnie i może będę miał więcej wnuków? - Konstantin spojrzał 
na swoje dzieci z błyskiem w oczach - A kiedy umrę, modlę się że zadowoliłem 
niebo by tam pójść aby czekać na waszą matkę.  

Firebird, Tasya, i Karen wybuchnęły płaczem.  
Zorana przykryła swoje usta by powstrzymać szlochy.  
Jasha mamrotał - Głupie kobiety.  
- One są tak strasznie sentymentalne - Rurik powiedział.  
Adrik kasłał - Yeah, to wprawia w zakłopotanie.  
Bracia odwrócili się i potarli swoje oczy.  
Dla tej rodziny, to było jakby ten cud wśród nich wszystkich był 

fantastyczny.  

Doug pozazdrościł im tego - tej bliskości ich ojca, tej sympatii między 

sobą. On nie miał tego. Ale z czasem, chciał to mieć.  

W tej chwili był sfrustrowany, potrzebował rozstrzygnąć sprawy z 

Firebird, teraz.  

W dali, syrena zabrzmiała. Ambulans? Policja? Kto wiedział?  
Bez wątpienia, ktoś słyszał strzelaninę.  
Doug obejrzał się na Firebird i zobaczył, jak Zorana przytula ją. Nie miał 

dużo czasu zanim władze przybędą, nie wiedział jak rozdzielić matkę i jej córkę.  

Konstantin popatrzył znacząco na Douga i wskazał w kierunku dwóch 

kobiet. Do dzieła.  

Doug  wzruszył  ramionami  bezradnie.  Gdy  chodziło  o  coś 

sentymentalnego, czegoś rodzinnego, nie wiedział co powiedzieć albo jak 
działać.  

- Zorana, podejdź tu - Konstantin powiedział głosem polecenia.  
- Oczywiście, mężu. - Zorana zawinęła swoje ramię wokół pasa Firebird i 

doprowadziła ją do Konstantina. Podając jej ramię Dougowi, zaprosiła go do 
swojego uścisku - Tak się cieszę. Jestem tak szczęśliwa! Moje dzieci spotkały 
swoje idealne połówki. Jesteśmy wszyscy żywi, pomimo że znosimy swoje 
rany. - dotknęła pokrwawionego kikuta palca Douga i rzuciła zmartwione 
spojrzenie na Tasya - Rozbiliśmy cyrograf, spełniliśmy przepowiednie, a moi 
krewni już nie sprzeciwiają się naszemu małżeństwu.  

- Jakby w ogóle mnie to interesowało - Konstantin przewrócił oczami.  
Zorana uśmiechnęła się do niego, ujmującym uśmiechem - Kiedy ja 

jestem zadowolona, to i Ty jesteś zadowolony. Tak?  

Jego sroga, szeroka twarz złagodniała - W większości na pewno tak. - 

popatrzył na swoją  żonę szczęśliwą, na Douga, niepewny jak postąpić, na 
Firebird, żywą...  

background image

Syreny stawały się bliższe i bliższe.  
Doug prawie mógł zobaczyć, kiedy Konstantin podjął decyzję.  
Konstantin naprężył swoją pierś, wyprostował ramiona i donośnym 

głosem wygłosił przemowę - Jesteśmy rodziną zjednoczoną przez ból i smutek, 
zwycięstwo i radość.  

- Ojciec naprawdę czuje się lepiej. - Jasha zjechał w dół pnia i na ziemię - 

Będzie wygłaszał przemówienie.  

Rurik i Adrik uśmiechnęli się i jęknęli.  
Konstantin ciągnął dalej bez zwracania uwagi na jego nieokazujących 

szacunku dzieci - Doświadczyliśmy bólu, rozdzielenia i rozpaczy. Ale teraz... 
świętujemy! Nasi synowie są wszyscy razem, a nasze córki są płodne. 
Odbudujemy nasz dom w tych cudownych Stanach Zjednoczonych i będziemy 
żyć w dobrobycie!  

- Płodne? - Karen mrugnęła w zdumieniu - Płodne?  
Tasya zaczęła chichotać i nie przestawała.  
Doug podejrzewał, że morfina wciąż na nią działała.  
- Teraz Zorana i ja jesteśmy szczęśliwi, że możemy ogłosić, że nasza 

córka Firebird, wyjdzie za mąż za naszego syna Douglasa.  

Tasya zachichotała głośniej - On pominął jedno słowo - jeśli.  
- I oni będą żyć długo i szczęśliwie. - popatrzył od Douga, przerażonego i 

nieruchomego, do Firebird, cichej i tajemniczej - Mam rację, prawda?  

Firebird mierzyła wzrokiem Douga przez długi moment. Wtedy kiwnęła 

głową - Oczywiście, Tato. Będzie jak sobie życzysz. Douglas i ja weźmiemy 
ślub i damy Aleksandrowi mamę i tatę, na którego on zasługuje.  

background image

Rozdział 41 

- Widzieliście, że jedyna gazeta, która dobrze opisała historię to National 

Enquirer? - Adrik grzebał w stosie gazet na stole w kuchni w domu Konstantina, 
który wynajęli.  

- Myślałem, że napisali, że zostaliśmy atakowani przez cudzoziemców. - 

Karen popatrzyła na Seattle Examiner. 

- Nie, to była Star - Rurik poprawił ją - National Enquirer pisał, że 

byliśmy zaatakowani przez Varinskich, słynnych i starożytnych zabójców, 
którzy chcieli nas zabić ponieważ próbowaliśmy zniszczyć kontrolę diabła nad 
ich przywódcą.  

Adrik uśmiechnął się z wyższością - Również napisali, że rzecz, która 

sprawiła, że stawiliśmy opór Varinscym, było zatrudnienie obcych by zapłodnili 
Jasha.  

Wolno, Jasha odwrócił się od lady i kanapek z pastrami, które gromadził.  
- Jak by to nas interesowało, gdyby obcy zapłodnili Jasha - Adrik 

skończył.  

Śmiech w kuchni powoli stawał się głośniejszy.  
Jasha chwycił Adrika.  
Obydwaj trafili na podłogę, walcząc w zapasach tak jak dwóch idiotów.  
Aleksander usiadł na wysokim krzesełku i walnął w tacę z radością.  
- Minęło kawał czasu odkąd Adrik zniknął i kiedy wrócił, wszystko 

obróciło się całkiem szybko. - dziś był pierwszy dzień Douglasa odkąd został 
wypisany ze szpitala i Firebird próbowała zapoznać z jego nową rodziną - 
dawała mu wskazówki co do ich charakterów, mówiła mu trochę o tym jak 
dorastali, wskazywała ich dziwactwa i ich zalety - Oni walczą, ale to nie jest na 
poważnie. Oni jedynie wyładowują się.  

Douglas kiwnął głową.  
Konstantin odsunął swoje krzesło z dala od jego walczących synów, 

ignorując ich jakby byli dwoma rozentuzjazmowanymi szczeniętami - W 
wiadomościach powiedzieli, że byliśmy zaatakowani przez grupę zabójców, 
ponieważ byliśmy odnoszącymi sukcesy rosyjskimi imigrantami.  

Jackson Sonet wydął swoją pierś - Ja podsunąłem im ten pomysł.  
- Dobrze, Tato. - Karen uniosła kciuk do góry - Dezinformacja jest 

najwiarygodniejsza.  

- Czyżby? Czekanie na dziecko Jasha. - Rurik zrobił unik gdy Jasha 

rzuciła nożem do masła i przewrócił jego filiżankę do kawy.  

- Spokój! - Zorana rzuciła ręcznikiem kuchennym w Rurika - Wytrzyj to! 

Jasha, Adrik dość tego!  

Rurik mył podłogę. Jasha i Adrik czuwali.  
-  Nasi  sąsiedzi  ofiarowali  albo  pożyczyli  nam  wszystko  co  jest  w  tym  

domu, i nie wolno wam chłopcy rozbijać tych rzeczy. - wskazała - Adrik i Jasha 

background image

przestańcie się zachowywać jak chuligani. Douglas - podeszła i pocałowała go 
w czoło - siadaj tu i bądź dobrym przykładem dla twoich braci. - wróciła do 
gromadzenia składników na shchi 

- Frajer - Jasha powiedział kącikiem swoich ust.  
- Pieprz się - Douglas odpowiedział.  
Ten dom był dwa razy większy od ich domu rodzinnego w dolinie ale w 

kuchni była wesoła atmosfera.  

Więc to nie dom tworzył atmosferę. To byli ludzie i Firebird chciała by 

Douglas kochał ich tak samo jak ona.  

Ale od tej pory, gdy odwieźli go do domu go ze szpitala, Douglas był 

cichy. W szpitalu był też cichy, ale złożyła to na ból, leki i zajmowanie się jego 
naprawdę urżniętym kierownikiem i wyjaśnianie my przyczyny rozbitego wozu 
policyjnego. Teraz zdała sobie sprawę, że Douglas był nierozmowny od tamtego 
czasu, gdy jej ojciec ogłosił ich ślub.  

Może małżeństwo nie był tym co Douglas planował.  
Adrik westchnął niezmiernie - Przyznaję, jestem załatwiony. Nawet 

gdybym wyrzekł się zmieniania się w panterę, to było takie fajne wiedzieć, że 
mogę.  

- Jesteś  żonaty - Karen powiedziała po łobuzersku - Nie potrzebujesz 

biegać w koło ganiając za spódniczkami. 

Faceci jęknęli.  
- A Rurik nie musi latać w tym celu - Tasya uśmiechnęła się z wyższością 

do swojego męża, dawnego jastrzębia.  

- Jasha nie musi biegać z wilczycami. - Ann zaczęła chichotać i nie mogła 

powstrzymać się.  

Każdy odwrócił się by popatrzeć na Firebird. Westchnęła ciężko - 

Dobrze. Powiem to. Ponieważ on ma teraz mnie, Douglas nie ma żadnego 
powodu by wychodzić i ganiać kotki. - rzuciła okiem by zobaczyć czy 
rozśmieszyła Douglasa.  

 Nie rozśmieszyła.  
Nawet jeśli miał poczucie humoru, ukrył to dobrze.  
- Co? Każdy myśli, że jestem tak stary, że nie jestem w stanie zmienić się 

w wilka i gonić za kobietami? - Konstantin popatrzył z wyrzutem na Zoranę.  

- Nie, Konstantin. - poklepała go czule - Ale każdy wie, że trzymam Cię 

krótko.  

-  Chodź  tu,  kobieto.  -  złapał  ją  w  pasie  i  przyciągnął  do  siebie  -  Za  te  

słowa musisz zapłacić. - pociągnął ją na swoje kolana i pocałował ją podczas 
gdy walczyła... ale nie zbyt mocno.  

- Moglibyście przestać się całować? Przynajmniej przy nas? - Rurik 

zakrył swoje oczy.  

- Nigdy nie widziałeś, jak twój ojciec całuje twoją mamę? - Konstantin 

posadził Zoranę.  

background image

- Tak, ale nie przez cały czas - Jasha powiedział - Robicie nam krzywdę 

na całe życie!  

- Pieprzyć się jak króliczki - Aleksander powiedział uprzejmie.  
Rodzina roześmiała się.  
- Gdzie on się tego nauczył? - Firebird zapytała.  
- Nie wiem. - Konstantin wzruszył ramionami - Dzieci. One uczą się 

najdziwniejszych zwrotów.  

- Jesteś okropny, Konstantin. - Zorana wróciła do kuchenki.  
- Nie to mówiłaś ostatniej nocy - odpowiedział.  
- Nie, Tato nie! - Adrik przykrył swoje uszy - Błagam cię, przestań!  
- Nawet gdy Ojciec był chory, gonił Mamę wokół kuchni, ciągnąc swój 

zbiornik tlenowy - Firebird powiedziała Douglasowi łagodnie - On uwielbia ją.  

Douglas kiwnął głową.  
- Chciała bym wiedzieć skąd Star wiedziało, że Firebird była w domu, 

gdy zaczął się ogień. - Tasya usiadła ze swoją nogą zabandażowaną i 
wyprostowała ją na ławce - Kto widział to? Kto wcisnął im tę historię?  

- Jeden z Varinskich nie był tak martwy jakbyśmy chcieli. Albo ktoś z 

miasta usłyszał hałas i podpatrzył. - Ann popatrzała od jednego do drugiego - 
Rozgromiliśmy jeden batalion wojska diabła. Nie sądźmy, że rozgromiliśmy 
samego diabła.  

Radosna kuchnia stała się cicha i ponura.  
Wtedy Jasha powiedział - Kiedy ona ma rację, to ma rację. I ona mówi 

mi, że ona ma rację przez cały czas. - skulił się gdy próbował uderzyć go w 
ramię, wtedy skradł jej całusa.  

- Jedno co mi się podobało to komunikat o Pannie Joyce. - Rurik 

odburknął, wyjmując jeden z papierów i umieścił go na stole - Według National 
Enquirer, ona jest pierwszym przypadkiem do udowodnienia ludzkiego 
spontanicznego samozapalenia się.  

- Oni mówią, że zdążyła z powrotem do domu więc formalnie rzecz 

biorąc nie zabiłam jej przez zostawianie jej na słońcu. Szkoda. - Zorana 
trzasnęła szufladami kuchennymi - Wiem, że Sharon przyniosła mi łyżkę 
durszlakową. Gdzie ona może być?  

Karen wstała by pomóc jej szukać - Najwyraźniej to nie było słońce, które 

usmażyło Panne Joyce. To była piekielna patelnia.  

- Zasłużyła na to - Ann powiedziała.  
Każdy popatrzył na Ann w konsternacji.  
- Ona jest zazwyczaj miła - Firebird wyjaśniła Douglasowi - Ale ona ceni 

sobie sprawiedliwość. 

- Gdy pomyślę, że ukradła niemowlę i zostawiła go na pewną śmierć... - 

Ann zacisnęła swoje pięści.  

- Ann była sierotą, również, porzuconą po urodzeniu - Firebird 

powiedziała Douglasowi - Myślę, że wy dwoje macie ze sobą wiele wspólnego.  

- Ty także - powiedziała.  

background image

- Tak. Masz rację. - Firebird nie chciała myśleć o tym, ale gdzieś tam, 

miała rodziców. Teraz musiała zdecydować - szukać jej biologicznych 
rodziców, albo pozwolić im odejść. Spojrzała po kuchni na rodzinę, którą tu 
miała i przypomniała sobie, że jej rodzice porzucili ją. Postanowiła, że nie 
będzie fatygowała się by ich odszukać.  

- Panna Joyce mogła użyć sposobu naszej Firebird by wyjść z płomieni - 

Zorana zapomniała o łyżce i spojrzała na Firebird - Nadal nie rozumiem jak to 
zrobiłaś, ale dziękuję Bogu, że zrobiłeś to.  

Po pięciu dniach od czasu bitwy, rodzina stanęła przed wieloma 

wyzwaniami: reporterzy, oficerowie śledczy policyjni, lekarze, szpitale... a 
nawet teraz, Firebird czuła się dziwny ze swoim cudownym ocaleniem z ognia.  

Całe swoje życie, była oszałamiająca, aż dech zapierało w rodzinie 

niezwykłych ludzi. Gdy wyszła z ognia, wszyscy wpatrywali się w nią jakby 
była cudem.  

- Panna Joyce nazwała cię jedną z porzuconych. - patelnia zwisała w ręce 

Zorany - Myślałam, że miała na myśli porzucone niemowlę. Zastanawiam się 
czy jest coś więcej niż to?  

- Tak jest z Ann - Jasha powiedział - Nikt nie wie jak, ale ona ma znamię 

na plecach i w tych okolicznościach, ona ma moce.  

- Nie mogę ich w żaden sposób kontrolować. - Ann potrząsnęła swoją 

głową na Jasha.  

Firebird potarła miejsce na swoim karku, który wypaliło się, wciąż paliło, 

wtedy spostrzegła Douglasa. Patrzył na nią z intensywnością i uczuciem, 
którego nie mogła odczytać. Pośpiesznie chwyciła go za rękę i wpatrywała się w 
niego, chcąc wiedzieć co myślał, co planował.  

- Muszę się położyć - Douglas stanął i wyszedł z kuchni.  
Firebird przeprosiła i poszła za nim.  
Jackson westchnął niezmiernie - Ciężko mi to mówić. Miałem więcej 

zabawy przez ostatnie parę tygodni z wami niż w przez całe moje życie. Ale 
mam wiele spraw do załatwienia. Po śniadaniu, muszę wyjechać.  

- Przykro nam, że wyjeżdżasz - Konstantin uścisnął Jacksonowi dłoń - 

Ale rozumiemy.  

- Wróć i odwiedź nas - Zorana powiedziała - Co rok świętujemy czwarty 

lipca i urodziny Firebird, a teraz i Douglasa, urządzamy piknik z wieloma 
przyjaciółmi. Zawsze jesteś mile widziany. 

- Nie opuściłbym tego nigdy w życiu. - Jackson uśmiechnął się miło.  
Westchnienie Jasha pasowało do tego wydanego przez Jacksona - Ann i ja 

jesteśmy jak Jackson. Ponieważ kryzys skończył się, Ann i ja musimy wrócić do 
wytwórni win.  

- Tasya i ja mamy archeologiczne wyzwanie, które nam złożono. - Rurik 

potarł swoje ręce z radości - Oni chcą byśmy zrobili te wykopaliska i teraz... 
teraz weźmiemy to.  

- Dobrze będzie wrócić do wykopalisk - Tasya powiedziała.  

background image

- Kiedy poczujesz się lepiej, - Zorana powiedziała ostrzegawczo.  
- Już czuję się lepiej - uśmiech Tasya rozświetlił jej twarz - Myślę, że 

dostaliśmy jeden prezent po wygraniu bitwy. Krew Wildersów wciąż leczy.  

- Też o tym myślałem. - Adrik odwrócił się do swoich rodziców - Mam 

swoją grę wideo na rynku i myślę, że Karen chciała by wrócić do swojego 
uzdrowiska i sprawdzić ile uszkodzeń Varinscy tam zrobili. Więc...  

Konstantine odwrócił się do Zorany - Jak myślisz, moja miłości? 

Będziemy w stanie żyć samotnie?  

- Pozwól mi pomyśleć. - przyłożyła palec do swojego policzka i 

uśmiechnęła się - Tak!  

Jasha popatrzył w kierunku sypialni - Jak myślicie co się stanie z 

Douglasem i Firebird?  

- Poszła za nim więc będą mogli porozmawiać - Ann odpowiedziała.  
- Biedny sukinsyn. - Aleksander potrząsnął swoją głową smutno.  
Każdy wpatrywał się w chłopaczka na wysokim krzesełku.  
- Dość tego - Zorana popatrzyła spode łba wokół kuchni na jej dzieci - 

Nie będzie już więcej przekleństw w tym domu. A ty! - cisnęła swoją rękę na 
ramię Konstantina - Ty - nie możesz mówić wcale!  

background image

Rozdział 42  

Firebird podążyła za Douglasem do jego sypialni.  
Zaścielił łóżko.  
Oparła się o futrynę, mając nadzieję, że wygląda swobodnie a nie na 

zgubioną - Douglas, co jest?  

- Muszę wrócić do pracy. Mój szef nie lubi ludzi którzy przez fałszywą 

chorobę biorą wolne. - wszedł do łazienki wziął jego szczoteczkę do zębów.  

- Wyszedłeś dziś ze szpitala. Nawet twój szef nie powiedziałby, że to 

fałszywa choroba.  

Otworzył szuflady i wyjął ubrania, które mu kupiła i cisnął je do worka 

marynarskiego, który również kupiła w hipermarkecie w Burlington.  

- Pakujesz się - nabrała tchu i powiedziała to co musiało zostać 

powiedziane - Więc zgaduje, że tak naprawdę nie chcesz mnie poślubić.  

- Nie powiedziałem tego.  
- Nie, nie powiedziałeś. Tak naprawdę, nigdy nie powiedziałeś, że chcesz 

mnie poślubić. Mój ojciec to powiedział. Po prostu stałeś tam i przypuszczałam, 
że  Ojciec  mówi  w  twoim  imieniu  więc  zgodziłam  się.  -  to  sprawiło  jej  ból,  a  
warga zadrżała jej, była tak speszona, że chciała uciec. Ale musiała zostać, by 
zakończyć to teraz - Ale zachowujesz się tak, że zgaduję że byłam w błędzie.  

- Ja chcę cię poślubić - Douglas spuścił wzrok na jego worek marynarski 

jakby on przechowywał mapę do skarbu pirata - Ale nie dla tego... że chcę 
uszczęśliwić twojego ojca.  

- Uszczęśliwić mojego ojca? - Zażenowanie przeszło w oburzenie i 

wyprostowała się przy futrynie - Co do cholery masz na myśli mówiąc, że 
chcesz uszczęśliwić mojego ojca? Myślisz, że wezmę  ślub ponieważ on chce 
tego?  

- I dla Aleksandra.  
- Ponieważ jestem niezdecydowana? Tak myślisz? - płomienie zapłonęły 

jeszcze raz w niej i tym razem, ktoś zostanie spalony.  

- Nie myślę, że jesteś niezdecydowana, ale nie wiem dlaczego poślubiłbyś 

mnie. - popatrzył w górę na nią, jego spojrzenie było stałe i nieruchome - Jestem 
facetem, który sprzedał twoją rodzinę Varinskim.  

- Twoją rodzinę. Oni są twoją rodziną - nabrała tchu i próbowała nie 

wrzasnąć na niego. Albo raczej, nie wrzasnąć na niego bardziej - Przysięgam, 
jeśli powiesz mi, że myślisz że jednym z powodów, ze względu na który 
zgodziłam się poślubiać cię - była możliwość zostania w rodzinie - będziesz 
żałował, że Varinscy nie wykończyli cię.  

Nie powiedział nic. Ale nie musiał. Ale zrobił minę, która powiedziała jej, 

że wierzył w to, albo przynajmniej pomyślał o tym.  

- Naprawdę sądzisz, że potrzebuję cię by być częścią tej rodziny? Oni 

kochają mnie. Oni kochają mnie choćby nie wiem co. I wiesz co? - przeszła do 

background image

przodu i spojrzała mu w twarz - Oni kochają Aleksandra. Kochają Aleksandra 
nawet gdyby jego ojciec pisał książki o odchudzaniu i był gospodarzem 
programu z udziałem radiosłuchaczy! Więc nie myśl, że robisz mi jakąkolwiek 
przysługę poślubiając mnie, ponieważ nie potrzebuję twojej pomocy. Ta rodzina 
wychowała mnie od dnia moich narodzin. Myślisz, że jacy oni są?  

- Tak naprawdę, wydawałaś się trochę martwi, że oni nie będą Cię 

kochali.  

Nabrała tchu by zripostować - i przypomniała sobie, że faktycznie 

martwiła się - Byłam w błędzie - potarła swoją głowę - Mama ma rację. Każdy z 
was mężczyzn z rodziny Wildersów jest śmiertelnie głupi. Nie wiem jak 
funkcjonowałeś do tej pory beze mnie.  

- Nie funkcjonowałem. Byłem nieszczęśliwy. - usiadł na skraju łóżka -

Kiedy zniknęłaś z Brown i nie mogłem cię znaleźć, czy wiesz co wyobraziłem 
sobie? Pomyślałem, że jesteś gdzieś więziona.  

- Co za głupota? 
- Widziałaś tych Varinskich na polu bitwy? Oni byli moimi krewnymi.  
- Oh. - osłabła - Oni.  
- Raz jak dowiedziałem się, że jesteś gdzieś w Blythe, wyczekiwałem cię. 

- Doug był trzeźwy, intensywny - Nigdy nie zapomnę pierwszego razu, kiedy 
zauważyłem Cię po tak długim czasie. Pracowałeś w Szarvas Sztuka Studio. 
Byłaś wciąż blondynką, wciąż uśmiechnięta, tak pogodna jak zawsze byłaś, ale 
wyglądałaś mniej jak dziewczyna a bardziej jak kobieta. Zobaczyłem, że 
cierpisz z powodu żalu i bólu i wiedziałem, że byłaś sama, beze mnie abym 
mógł opiekować się tobą. To wkurzyło mnie. Byłem tak wściekły na ciebie za 
ucieczkę, ale gdy zobaczyłem cię, zmartwiłem się, że zostałaś zabrana wbrew 
swojej woli.  

- Przez kogo? Czekaj. Pomyślałeś, że moja rodzina porwała mnie?  
- Mogłem zobaczyć, że byłaś zdrowa ale nie miałaś żadnego życia. Tylko 

chodziłaś do pracy a następnie do domu, a kiedy próbowałem jechać za tobą, ja 
nie mogłem. Za każdym razem gubiłem cię na drodze.  

- Gubiłeś mnie?  
- Mgła gęstniała i nie mogłem jechać według twoich tylnych świateł.  
- To możliwe - dobrze się zastanowiła nad tym - Mama zawsze miała 

dobre podejście do pogody, odpierała burze... jestem pewna, że zrobiła to, aby 
żaden wróg nie mógł znaleźć nas bez zaproszenia.  

- Naprawdę masz straszną rodzinę.  
- Nie. To Ty masz naprawdę straszną rodzinę. I wiem, że gdy 

studiowałem, mówiłam ci, że kochałam swoją rodzinę.  

- Tak. Mówiłaś. Ale spójrzmy prawdzie w oczy - molestowane żony 

kochają swoich mężów. W collegu, zakochałem się w tobie ponieważ byłeś 
najjaśniejszą, najdowcipniejszą, najprzyjaźniejszą, otwartą dziewczyną.  

- Myślałam, że zakochałeś się we mnie ponieważ byłeś napalony. - 

usiadła przy nim na łóżku.  

background image

- Łatwo mógłbym znaleźć inną dziewczynę skłonną do zajęcia się tym 

problemem. - zaczerwienił się - Nie byłaś  łatwa i skomplikowałaś tym moje 
plany.  

Pamiętając jak intensywnie zalecał się do niej i jak mocno opierała się mu 

powiedziała - Zapamiętaj kiedy Ci uległam.  

- Nigdy nie zapomnę tego.  
Usiedli cicho, dwoje ludzi niewygodnie siedzących na krawędzi materaca 

i przykrych wydarzeń z przeszłości. 

Gdy spojrzała na jego profil, wyglądał tak samo jak zawsze: stateczny, 

opanowany, beznamiętny... i samotny. Był najsamotniejszym człowiekiem 
jakiego kiedykolwiek spotkała.  

Patrzył na swoje ręce - Tuż przed tym jak... włamałaś się do mojego 

domu, zostałem wezwany do wypadku samochodu, w którym była matka i 
dwójka jej dzieci. Uciekała od swojego grubiańskiego męża. Okazało się, że nie 
ma prawa jazdy. Nie pozwolił jej mieć prawa jazdy. Zjechała z autostrady i nie 
przeżyła wypadku.  

Firebird czuła ból rodziny, ale więcej niż to, poczuła ból Douglasa - A 

dzieci? Są całe?  

- Mieli się dobrze. Kilka cięć i stłuczenia. Mieli kilka blizn, które 

spowodował ich ojciec. Ciotka ich matki zabrała je i mi mówią, że ona i jej mąż 
są dobrymi ludźmi. - zajrzał jej w oczy - I widzę takie gówno przez cały czas. 
Wiem do jakiego okrucieństwa ludzie są zdolni, więc pomyślałem, że ty... Nie 
pomyślałem, że zobaczyłaś, jak się zmieniłem, więc nie mogłem zrozumieć 
dlaczego mnie zostawiłaś w ten sposób.  

Łagodnie, powiedziała - Nie odeszłam ponieważ obawiałam się o siebie, 

bałam się że poznasz prawdę o Aleksandrze i zabierzesz go.  

-  Wiem  to  teraz,  ale  wtedy  odkryłem,  że  twoja  rodzina  -  rodzina  która  

była, przecież, początkowo Varinskimi - trzymała cię praktycznie w 
zamkniętym więzieniu. Nie wiedziałem, co zrobić by Cię uwolnić. W 
rzeczywistości planowałem porwanie na mój własny sposób.  

- Super! - zbyt wiele powiedziała - To znaczy... tak więc dogadałeś się z 

Varinskimi?  

- Osiem miesięcy temu, Varinski skontaktował się ze mną. Szukali 

Wildersów. Odkryli, że jestem jak oni.  

- Drapieżnik?  
- Dokładnie. Vadim wykonał trochę badań i odkrył list, który napisałem 

tak dawno temu mówiąc im, że jestem Varinski. Skontaktował się ze mną, z 
ofertą pieniężną w zamian za odkrycie, dokładnie gdzie Wildersi żyją. Zajęło mi 
wiele prób, zanim pojechałem za wami wszystkimi i twoimi braćmi…  

- Twoimi braćmi - przypomniała mu.  
-  I  Jasha  i  Rurik  prawie  złapali  mnie.  -  Douglas  spuścił  wzrok  na  swoje  

ręce - Byłem głupi. Vadim powiedział, że chce zemsty; chciał uderzyć na 
twojego ojca... mojego ojca aby mu zaszkodzić. Zamierzał zdemaskować go 

background image

jako przestępcę i doprowadzić do jego eksmisji na Ukrainę i zrujnować jego 
fortunę, którą twoja rodzina nabyła. Pomyślałem, że przyczynię się do Twojego 
uwolnienia od więzienia, w którym Cię trzymali i zabiorę cię do mojemu domu, 
domu który kupiłem za pieniądze, które Varinski zapłacił mi i będziesz mi 
wdzięczna i będziesz kochać mnie wiecznie. - ponieważ powiedział jej swoje 
sny, zawstydził się - Głupie nie?  

Wzięła go za ręce - To jest słodkie.  
- Wierz mi, nigdy nie śniłem, że oni rozpętają wojnę. Pomyśl! To nie jest 

jakaś dyktatura, albo kraj trzeciego świata. Przecież jest jakieś prawo!  

- Zdemaskowałeś Vadima, na jego nieszczęście.  
-  Popełniłem  tyle  błędów.  Powinienem  zaufać  ci,  gdy  pierwszy  raz  cię 

spotkałem i powiedzieć ci kim i czym byłem. Powinienem zaufać ci gdy 
przyszłaś do mnie jeszcze raz i powiedzieć ci co zrobiłem. Przede wszystkim, 
nigdy nie powinienem ulec złu swojej duszy i nie powinienem dołączyć do 
Varinskich - Zapytał niepewnie - Nie możesz mi tego wybaczyć.  

Odpowiedziała sfrustrowana - Błagam cię, nie mów mi co mogę robić a 

czego nie mogę robić. To jest zły początek dla naszego pożycia małżeńskiego.  

- Poważnie. Nie chcę byś poślubiła mnie dla spokoju ducha twojego ojca 

albo naszego syna. Chcę byś poślubiła mnie dla takiego samego powodu, dla 
jakiego ja chcę poślubić ciebie.  

Sposób w jaki mówił, sposób w jaki patrzył... zaczynała być pełna nadziei 

- A jaki jest twój powód, by poślubić mnie?  

- Kocham cię całym sobą.  
Objęła go ramionami wokół szyi i pocałowała go. Pocałowała jego 

policzki, pocałowała jego oczy, pocałować jego brodę, pocałować jego wargi - 
To jest dokładnie powód, dla którego chcę cię poślubić.  

Patrzył na nią, przeszukując jej twarz jakby chciał zobaczyć dowód dla 

tych słów. Wtedy wstał i pogrzebał w jego rzeczach.  

Patrzyła, czując trochę głupio, jak kobieta, która właśnie oddała jej całą 

duszę na przetrzymanie - temu mężczyźnie, który pozornie przypomniał sobie, 
że on musi spakować swoją czystą bieliznę.  

Ale wyjął małe aksamitne pudełeczko - pudełko na pierścionek - i ukląkł 

na kolano obok łóżka - Firebird Wilder, jesteś jedyną szansą na moje szczęście. 
Wyjdziesz za mnie? - otworzył pokrywę.  

Pierścionek wewnątrz był platyną z diamentem. Albo, przynajmniej, 

myślała, że to jest diament. Trudno było to stwierdzić.  

- Kupiłem go gdy spotkałem cię pierwszy raz. Zamierzałem dać ci go tej 

nocy, gdy skończyłaś swoje egzaminy dyplomowe i powiedzieć ci kim byłem - 
puma była moją subtelną małą aluzją - i prosić cię byś poślubiła mnie. - 
zaczerwienił się gdy to powiedział - Kupiłem ten pierścionek z pensji policjanta, 
tak więc jest mniejszy niż bym miał ochotę, ale nosiłem go ze sobą od tamtego 
czasu i pomyślałem, że możemy kupić ci większy później, ale…  

- Nigdy!  

background image

Mrugnął ze zdziwieniem.  
- Nie zamierzam przyjąć większego nigdy. - Firebird śmiała się i płakała. 

Pozwoliła mu włożyć go na jej palec. Popatrzyła na niego z każdej strony - To 
jest dokładnie pierścionek, którego chcę. Jest doskonały. - Pocałowała go i 
pocałowała go jeszcze raz - On jest całkowicie doskonały.  

 
Konstantin i Zorana pomachali na pożegnanie Douglasowi i Firebird 

przed wyjazdem do Las Vegas na ich pierwszy ślub. Ale Zorana zanim puściła 
ich, sprawiła, że oni obiecali świętować ich drugi ślub z rodziną, i mimo 
psioczenia Konstantina, on także cieszył się z tego - wtedy stojąc na ganku ich 
wynajętego domu powiedział - Słuchaj tej ciszy. Czy my kiedykolwiek nie 
mieliśmy dziecka mieszkającego w domu?  

- Przez krótką chwilę - Zorana kiwnęła głową - Słabo to pamiętam. 

Myślisz, że Jasha i Ann będą wiedzieli, co zrobić z Aleksandrem?  

- Jeśli nie, lepiej żeby się nauczyli - biorąc rękę Zorany, powiedział - 

Chodźmy na spacer.  

- Teraz? Chciałam złożyć zamówienie na jakieś dobre przybory kuchenne 

w Internecie. Te używane garnki są nic nie warte. - ale poszła za nim.  

Ulica w Blythe była wąska i porośnięta drzewami, ale to była ulica, z 

sąsiadami i hałasem samochodowym. Konstantin zatęsknił za swoim domem. 
Opuścił sosny, winogrona, jego leżanka, jego toaleta i jego własne łóżko.  

- Gdzie idziemy? - zapytała.  
Ale wiedziała gdzie.  
Zabrało godzinę dojście do ich doliny.  
Gdy skręcili za rogiem, zatrzymali się i popatrzyli, Zorana krzyknęła 

widząc ruinę minionych trzydziestu pięciu lat, a Konstantin westchnął jeszcze 
raz.  

Wtedy obydwoje wyprostowali swoje ramiona.  
- Ne jest tak źle - Konstantin powiedział - Winnice i sady są zalane i 

spalone, ale Romowie zrobili to co obiecali - ciała są odciągnięte daleko. Twoi 
krewni - gdy odbudujemy to wszystko, powinni przyjechać i odwiedzić nas.  

- Powiem im.  
Zaskoczyła go - Wiesz jak skontaktować się z nimi?  
Drobna czarownica popatrzyła w bok u niego - Mam swoje sposoby.  
Podeszli do domu. W końcu, nawet ogrodzenie zapaliło się i spaliło.  
- Spalony - powiedział - Całkowita strata.  
- Tak, ale patrz! - pośpieszyła przez wypaloną trawę, do uczernionego 

kwadratu gdzie ich dom stał.  

- Uważaj - popatrzył na nią z niepokojem ponieważ stracił ją z oczu - Co 

jest tak ważne, że musisz wejść tam teraz? - mamrotał cicho.  

Usłyszała go, oczywiście. Jej głowa pojawiła się - Nic takiego - zaczęła 

wracać do niego - Tylko twój spadek. - stanęła u jego boku. Trzymywała płaską, 
kwadratową dachówkę przykrytą popiołem.  

background image

Ikona jego rodziny.  
Zebrał siły by poczuć ból i wolno wyciągnął rękę obejmując ją w 

posiadanie. Zawinął swoje palce wokół brzegów... To nie spaliło go. Potarł 
swoją dłonią po powierzchni, przez cztery Madonny. Każde oblicze wskazywało 
Maryję Dziewicę w innym aspekcie: radość, smutek, ból i chwała.  

Jego przodek, Konstantin, zabił dla tych ikon.  
Matka Konstantina umarła za te ikony.  
Diabeł został zwyciężony przez te ikony. Nie wiecznie. Nie na wszystkich 

frontach. Gdy jednak ikony ponownie zostały połączone, zwolnił swoich 
najbardziej kochanych służących i dla tego Konstantin przekazał swoje 
podziękowania.  

Spojrzał na swoją ziemię, wciąż bogatą, wciąż płodną. Patrzył na niebo, 

niebieskie i ciepłe tętniące wiosną, odetchnął powietrzem wolności i zaznał 
radości życia odrodzonego - Musimy sadzić jeszcze raz.  

- I odbudować dom, większy tym razem.  
Spojrzał na Zoranę - Kobieto to będzie kosztowało majątek. Nie mamy 

pieniędzy na większy dom.  

- Mamy ubezpieczenie i pożyczymy od naszych synów.  
- Nie powinniśmy pożyczać od swoich synów.  
- Bardzo dobrze, pożyczę od ich żon.  
- Ty... nie ośmielisz się! Kobieto! - przewyższał ją.  
Wstała do niego. Jak zawsze, wstała do niego - Konstantin, kłopoty już się 

skończyły. O tej samej porze za rok, będziemy mieli czterech nowych wnuków. 
Gdy oni odwiedzą nas, gdzie wyślesz ich? Potrzebujemy większego domu!  

Prawie uśmiechnął się gdy usłyszał, jak robiła swoje plany. Prawie, ale 

trzymał swoją twarz poważną - Przewidziała wnuków? Nie jeden, nie dwa, nie 
trzy, ale cztery? - pokazał jej cztery palce i podniósł brwi - Miałaś wizję?  

- Cudowną wizję Konstantin. - położyła swoją rękę na ikonie - O mnie i o 

Tobie w domu z Madonną  świecącą w kącie, położoną na czerwonym obrusie. 
Tu na naszej ziemi, zmuszoną siłą woli by obrodziła winogrona i z mnóstwem 
dzieci i mnóstwem szczęścia.  

- Hm!?. - opuścił swoje palce - W takim razie ja też muszę być 

jasnowidzem, bo także dostrzegam taką wizję.  

I obydwoje mieli rację.