background image

 

background image

Prolog 

Noc, od której wszystko się zaczęło 
-  Osłaniaj  mnie  -  powiedział  Konstantine,  podając  bratu  butelkę  i 

wskazując na obóz w dolinie. - Idę upolować Cygankę. 

-  Nie  powinniśmy  zadzierać  z  Cyganami  -  powiedział  Oleg  i  pociągnął 

łyk wódki. - Pamiętasz, jak jest napisane? Możemy porywać wszystkie, byle nie 
Cyganki. 

Konstantine uśmiechnął się, ukazując ostre zęby. 
- Ciekawe dlaczego. 
Varinskich  nie  obowiązywały  żadne  zasady.  Mogli  robić,  co  im  się 

podobało:  gwałcić,  rabować,  torturować,  mordować,  i  nikt  nie  był  w  stanie  ich 
powstrzymać. 

Istniała tylko jedna pradawna reguła: nie mogli porywać Cyganek. 
- Cyganki są obrzydliwe. - Oleg splunął w stronę ich obozowiska, a ciepła 

ślina  syknęła,  kiedy  dotknęła  zimnej  ziemi.  Jesień  była  wyjątkowo  chłodna,  a 
zbyt  wczesny  mróz  zniszczył  większość  upraw  i  sprawił,  że  wszystkim  głód 
zaglądał w oczy. - Jeszcze zarazisz się jakąś chorobą. 

- A co  może mi zrobić choroba? Szybciej niż ona, ty możesz mnie zabić, 

bracie. 

-  Nigdy  bym  cię  nie  zabił  -  odpowiedział  pospiesznie  Oleg.  Oleg  był  w 

tym  samym  wieku  co  Konstantine,  i  podobnej  do  niego  budowie  ciała:  dwa 
metry  wzrostu,  umięśniony,  z  silnymi  pięściami.  Oleg  był  doskonałym 
wojownikiem.  Ale bał się bólu.  Kiedy  musiał walczyć, robił to, ale nie  miał do 
tego zamiłowania. 

Za to Konstantine kochał walczyć. Oczywiście wolał wygrywać, ale nade 

wszystko  uwielbiał  wszczynać  awantury.  Kochał  planować  atak,  ustalać,  kogo 
zaatakować,  i  który  z  jego  wrogów  jest  łatwy  do  pokonania,  a  który  wymaga 
większego  wysiłku.  Ból  go  pobudzał,  a  jego  ulubionym  kolorem  był 
krwistoczerwony. 

Konstantine nie miał jeszcze dość wrażeń na dziś. Ocenił, że w cygańskim 

taborze  było  prawdopodobnie  około  czterdziestu  osób:  trzydzieści  osób 
dorosłych w wieku od piętnastu do siedemdziesięciu lat i dziesięcioro dzieci. 

-  Czy  nie  walczyliśmy  zaciekle  dziś  w  nocy?  Na  naszych  rękach  jeszcze 

nie zastygła krew wrogów. 

- Nie byli naszymi wrogami. - Oleg wpatrywał się w ogniska w dolinie. - 

To było po prostu kolejne zlecenie. 

- Jeżeli dostajemy zlecenie zabicia kogoś, staje się on naszym wrogiem. - 

Konstantine  wziął  butelkę  i  pił  z  niej  dotąd,  aż  wódka  rozpaliła  jego 
wnętrzności, potem oddał ją bratu. 

background image

Nie  lekceważył  Cyganów:  bronili  swej  własności,  znali  wartość 

dziewczyny, no i przede wszystkim walczyli nieczysto. Doszedł do wniosku, że, 
przy odrobinie sprytu, wykradnie im dziewczynę sprzed nosa. 

-  Negocjuję  z  terrorystami  w  Indonezji.  Niedługo  pójdziemy  na  wojnę. 

Ale  najpierw...  -  Schodził  z  góry  w  kierunku  obozowiska,  aż  drżąc  na  myśl  o 
czekającym go polowaniu. - Upoluję sobie jakąś cygańską pannę. 

Oleg  rozbił  butelkę  na  głowie  Konstantine'a,  powalił  go  na  ziemię  i 

przycisnął mu łokieć do gardła. 

- Jeśli to zrobisz, będziesz musiał opuścić klan. 
- Kto śmiałby mnie wyrzucić? - Konstantine spojrzał wyzywająco w oczy 

brata. - Chyba nie ty, Oleg? 

-  Nie,  nie  ja.  Ale  może...  tę  zasadę  o  Cyganach  wypowiedział  nie 

pierwszy Konstantine... ale jego stwórca. 

- Jego matka? - Konstantine wydął wargi. - Przecież zabił ją, by jej krwią 

przypieczętować pakt z diabłem. 

-  Nie:  diabeł.  -  Oleg  pociągnął  Konstantine'a  za  włosy.  -  Nigdy  nie 

przyszło  ci  to  do  głowy?  Nie  pomyślałeś,  że  może  to  był  jeden  z  warunków 
paktu? 

- Jasne, że przyszło. Ale zastanawiałeś się, po co? Dlaczego diabeł miałby 

powiedzieć staremu Konstantine'owi, że nie może posiąść Cyganki? 

- Nie wiem. 
-  Widziałeś  tę  Cygankę,  kiedy  była  w  mieście?  -  zapytał  swobodnie 

Konstantine. Oleg nie odpowiadał, więc ponowił pytanie: - No, widziałeś? 

- Tak. - Oleg nie chciał podsycać obsesji Konstantine'a, ale go rozumiał. - 

Jest piękna, ale za mała dla ciebie. 

- Sterczące piersi, wąska talia, wąskie biodra, ciemne włosy... 
- Niedługo wyrosną jej wąsy. 
-  I  co  z  tego?  Przecież  nie  zamierzam  się  z  nią  wiązać.  Zauważyłeś  te 

ciemne,  przenikliwe  oczy,  które  wszystko  widzą?  Wiesz,  dlaczego  ona  tak 
patrzy? Bo widzi przyszłość. 

To wzbudziło czujność Olega. 
- Cyganie kłamią, żeby wyłudzić pieniądze od naiwnych ludzi. 
-  Nie,  słyszałem,  co  mówią  o  niej  Cyganie.  Ta  dziewczyna  nie  wróży. 

Ona ma wizje. Chcę, żeby urodziła mi syna. 

-  Syna?!  Nie  możesz  mieć  z  nią  syna.  To  Cyganka!  Konstantine  złapał 

Olega za nadgarstek. 

-  Tylko  pomyśl,  Oleg.  Wysil  ten  swój  niewielki  mózg.  Wyobraź  sobie 

syna, który ma moje cechy i jej wizje. Byłby potężny, tak potężny, że sam diabeł 
by się go bał. To dlatego Cyganki nie mogą rodzić nam synów. Ponieważ moje 
dziecko mogłoby zająć miejsce diabła jako przywódcy piekła. 

Oleg był przerażony. 
- Czasami zachowujesz się jak opętany, Konstantine. 

background image

Nie  zdążył  powiedzieć  nic  więcej,  bo  brat  zniknął.  W  miejscu,  gdzie 

przed  chwilą  leżał,  na  trawie  pozostała  tylko  sterta  ubrań,  a  obok  niej  stał 
potężny brązowy wilk, w którego zmienił się Konstantine. 

Oleg  szarpnął  rękę,  by  uwolnić  się  od  jego  uścisku,  ale  wilk  złapał  ją 

zębami i ugryzł, aż chrupnęły kości. 

- Ty podły govriosos! - krzyknął Oleg. 
Konstantine  puścił  go.  Czasami  należało  mu  pokazać,  gdzie  jest  jego 

miejsce. 

Zbiegając ze wzgórza, Konstantine znalazł się w obozie Cyganów. 
Prawie  natychmiast  poczuł  zapach  młodego,  świeżego  i  czystego  ciała 

dziewczyny.  Omijał  z  daleka  ludzi,  nie  chcąc  zwracać  na  siebie  uwagi,  dopóki 
zdobycz  nie  znalazła  się  w  zasięgu  jego  wzroku.  I  nikt  nie  zwrócił  na  niego 
uwagi, bo stada wilków i samotne psy nie były tutaj niczym nadzwyczajnym. 

Podążał  za  jej  zapachem  i  w  końcu  ją  zobaczył.  Siedziała  z  innymi 

dziewczętami,  przędła  wełnę,  słuchając  i  rozmawiając,  śmiała  się  z  wygłupów 
innej dziewczyny, która przymierzała czapkę z futra. 

Stał poza zasięgiem  ich  wzroku, patrzył. Jego zamiary były bardzo jasno 

sprecyzowane:  pragnął  syna  zrodzonego  z  kobiety,  która  miała  zdolności 
parapsychologiczne. Wizja  tego czynu była całkiem przyjemna, bo  dziewczyna 
była naprawdę ładna. 

Nagle dziwny chłód przebiegł mu po grzbiecie. Niebezpieczeństwo. 
Rozejrzał się. Mężczyźni pili i nie zauważyli go. 
Oleg nie ważył się więcej wtrącać; pewnie, przeklinając, leczy ranną rękę. 

Więc  gdzie  było  zagrożenie?  Tam  -  w  głębi,  za  ogniskiem  siedziała  stara 
kobieta. 

Blin!  Była  szkaradna,  garbata,  z  brwiami  tak  ciemnymi  i  gęstymi,  że 

widział je z miejsca, w którym stał. Miała kartoflowaty nos, który zwisał nad jej 
pomarszczonymi  ustami.  Ale  pod  zmarszczkami  i  przerzedzonymi  włosami 
zauważył pozostałości  dawnej  urody. Jakby ktoś rzucił  na  nią zły  urok, którym 
była starość. 

Był  pewny,  że  jego  ciemna  sierść  i  bezruch  chroniły  go  przed  ludzkim 

wzrokiem, ale ona patrzyła prosto na niego, a okulary powiększały jej wyblakłe 
oczy. Powoli podniosła rękę i wskazała na niego zakrzywionym palcem. 

Wśród dziewcząt zapadła cisza, wszystkie zwróciły się ku staruszce. 
- Varinski - powiedziała, a słowo to było przekleństwem. 
- Nie bądź niemądra, babciu. Varinscy nas nie ruszają. 
-  Varinski  -  powiedziała  znowu  staruszka.  Skąd  wiedziała?  Jak  go 

rozpoznała? 

Wtedy dziewczyna, którą sobie upatrzył, wstała z wrzecionem w dłoni. 
- Pójdę sprawdzić, babciu. 
To okazało się łatwiejsze, niż myślał. 
Dziewczyna szła w jego kierunku. 
Z wilka przemienił się znowu w człowieka. 

background image

- Nie! - krzyknęła staruszka z niespodziewaną siłą. Dziewczyna odwróciła 

się i szła tyłem w jego stronę. 

- Już dobrze. Idę przynieść więcej wełny. 
Staruszka  zerwała  się  na  równe  nogi,  a  piękna  Cyganka  weszła  prosto  w 

ramiona Konstantine'a. 

Nie  krzyczała,  nie  pozwolił  jej  na  to.  Jedną  ręką  zakrył  jej  usta,  drugą 

chwycił w talii, podniósł ją i wyszedł na skraj obozowiska. 

Potem ta mała suka wbiła mu w bok wrzeciono, które trzymała w ręku. 
Upuścił ją i głośno krzyknął z bólu. 
Wrzasnęła ile sił w płucach i rzuciła się do ucieczki. 
Zauważył grupę zaskoczonych mężczyzn idących w jego kierunku. 
Złapał  ją  za  ramię,  odwrócił  przodem  do  siebie,  a  kiedy  podniosła 

wrzeciono  i  chciała  zadać  mu  kolejny  cios,  wyrwał  je  jej  i  cisnął  w  stronę  jej 
wybawicieli. 

-  Poyesh  govna  pechyonovo!  -  krzyknął  i  roześmiał  się,  wyciągnął 

przywódcę  i  popchnął  go  w  środek  otaczającej  go  grupy.  Przerzucił  sobie 
drobną Cygankę przez ramię i zniknął pośród ciemności. 

Ci  Cyganie  nie  mogli  go  dogonić.  Nie  mieli  szans  z  jego  szybkim 

krokiem, pojemnymi płucami i instynktem. 

Po  kilku  próbach  pozbawienia  go  równowagi  dziewczyna  uspokoiła  się, 

ale nie popełnił błędu i nie pomyślał, że zrezygnowała. Po prostu czekała, aż on 
zatrzyma  się,  a  wtedy  zaatakuje  z  całych  sił.  Rozśmieszyła  go  ta  mała  osóbka, 
która  zraniła  go  kobiecymi  akcesoriami.  Poskromić  ją  to  dopiero  będzie 
przyjemność. 

Pół  godziny  później  zatrzymał  się  w  motelu  poza  Połtawą.  Miał  układ  z 

właścicielem:  on  trzymał  jeden  wolny  domek  dla  Konstantine'a,  w  zamian 
Konstantine darował mu życie. 

Dziewczyna  była  wycieńczona,  drżała  z  zimna  i  ledwie  oddychała,  bo 

przez cały czas wisiała na ramieniu Konstantine'a. Kopnięciem otworzył drzwi i 
wszedł do ciepłego pomieszczenia. 

Powoli  opuścił  ją  i  postawił  na  ziemi.  Kiedy  odzyskała  równowagę, 

przyjrzała mu się uważnie. 

Nie zawracała sobie głowy oglądaniem go od stóp do głów, ale skupiła się 

na  genitaliach  i  przyglądała  się  im  obojętnie.  Większość  kobiet  na  ten  widok 
mdlała lub wydawała pomruk uznania. 

Potem zlustrowała resztę jego ciała. Jej wzrok zatrzymał się na krwawym 

śladzie po ataku wrzecionem. 

- A więc można sprawić ci ból - powiedziała i uśmiechnęła się. 
Nie  bała  się  go.  Była  wściekła  i  gotowa  do  ataku.  Miała  zaledwie  metr 

pięćdziesiąt  wzrostu,  ale  była  harda,  jakby  miała  przynajmniej  dwa  razy  tyle. 
Zmuszenie jej do uległości wymierzeniem policzka raczej by nie poskutkowało. 

Zrobił więc coś zupełnie dla siebie nietypowego - pocałował ją. 

background image

Nie  wiedział,  dlaczego  to  zrobił.  Nigdy  wcześniej  nie  całował  kobiety. 

Stosunek płciowy nie wymagał tego rodzaju intymności. Ale w tej dziewczynie 
było coś, co sprawiało, że pragnął dotykać ustami jej ust, a nie należał do tych, 
którzy pozbawiali się przyjemności. 

To był kiepski pocałunek. 
Przycisnął usta do jej warg. 
Ona wykrzywiła  mocno swoje, żeby go odepchnąć i jednocześnie mocno 

uszczypnęła go w ramię. 

Gdy  poczuł  jej  oddech  na  twarzy,  napełniło  go  dziwne  uczucie,  jakiego 

dotąd nie zaznał. To było jak płomień rozniecony w piecu, który dotąd nie znał 
ognia. Objął ją mocno szukając źródła tego uczucia. 

Przestała  go  szczypać  i  stanęła  nieruchomo.  Potem,  mój  Boże,  jej  wargi 

zmiękły i otworzyły się. Była jak dojrzały owoc, czekający, aż on go skosztuje. I 
zrobił to, najłagodniej jak tylko umiał przygryzł jej miękką dolną wargę. 

Drgnęła,  a  kiedy  polizał  to  miejsce,  drgnęła  znowu.  Ich  języki  spotkały 

się, i niczym pożar lasu, ogień wymknął się spod kontroli. Ich pocałunek stał się 
wymianą  namiętności.  Pochłonął  go,  uczynił  ślepym  na  niebezpieczeństwo  i 
pchnął na skraj szaleństwa. 

Już  nigdy  nie  posiądzie  innej  kobiety.  Pragnął  tej,  jak  żadnej  kobiety 

dotąd. 

Kiedy w końcu rozłączyli się, zdyszani i zdumieni, spojrzał w jej brązowe 

oczy i zobaczył w nich swoje przeznaczenie. Musiał ją  mieć. To dlatego diabeł 
tego zabronił. 

- Na imię mi Zorana - przemówiła silnym, namiętnym głosem. 
- Zorana - powtórzył. 
Bardzo  dobrze  wiedział,  jaka  magia  tkwiła  w  tym  imieniu,  wiedział  też, 

że ofiarowała mu część duszy. 

-  A  ja  mam  na  imię  Konstantine  -  odpowiedział  niczym  dzikie  zwierzę, 

które po raz pierwszy w życiu komuś zaufało. 

-  Konstantine  -  szepnęła  i  pokiwała  głową.  Po  czym  wzięła  go  za  rękę  i 

poprowadziła w stronę łóżka. Konstantine'owi wydawało się, że wszechświat się 
zmienił,  i  stał  się  miejscem,  gdzie  nie  obowiązywały  już  stare  zasady  i  nowa, 
jasna nadzieja, na długo zduszona, teraz obudziła się do życia. 

Miał rację. 
Ale  jeszcze  żaden  zwykły  człowiek  nie  podważył  autorytetu  diabła  bez 

przerażających konsekwencji... 
 

 

background image

Rozdział 1 

- Mam go! - krzyknął Rurik, kiedy udało mu się przejąć ster. Nagle przed 

ich  oczami  wyrosła  góra.  Pocisk  prawie  ich  doganiał.  Rurik  wyprowadził 
samolot do góry i w bok. Nie uda im się. Nie zdołają przed nim uciec... 

-  Proszę  pana,  za  kilka  minut  lądujemy.  Proszę  ustawić  fotel  w  pozycji 

pionowej. 

Rurik  Wilder  nagle  się  obudził.  Jego  serce  waliło  jak  oszalałe,  a  ciało 

oblewał zimny pot. 

Stewardesa posłała  mu sztuczny  uśmiech,  którym  zdawała się  mówić, że 

nie  obchodzi  ją  to,  że  go  obudziła,  bo  siedmio-godzinną  podróż  z  Newark  do 
Edynburga  spędziła  na  nogach  i  on  pewnie  nie  słyszał,  jak  dzieci  szalały  na 
korytarzu,  biegając  tam  i  z  powrotem,  podczas  gdy  ich  rodzice  ucięli  sobie 
drzemkę, a wszyscy inni się skarżyli. 

Wpatrywał się w nią oszołomiony, próbując się odnaleźć. 
- Przepraszam pana, za kilka minut lądujemy. Proszę ustawić... 
-  Jasne!  -  Próbował  przybrać  normalną  minę,  uśmiechnął  się 

przepraszająco i ustawił pionowo oparcie fotela. 

Zrobiła nadąsaną minę i odeszła. 
Stara  kobieta  z  lewej  strony  patrzyła  na  niego  ze  złością 

ciemnobrązowymi, prawie czarnymi oczami. 

Z prawej poczuł na sobie czyjeś spojrzenie, a kiedy zwrócił się w tamtym 

kierunku, młoda Amerykanka odwróciła wzrok. 

Ogarnęła  go  panika.  Dotknął  dłońmi  twarzy.  Nie,  na  szczęście  wyglądał 

jak człowiek. Próbował się uśmiechnąć. 

- Chrapałem? 
- Rzucał się pan na wszystkie strony. To musiał być koszmarny sen. 
Dziewczyna  miała  pewnie  około  dziewiętnastu  lat,  była  naturalnie 

opalona,  miała  duże  jasnobrązowe  oczy  i  piersi,  które  pewnie  niejednemu 
zawróciły w głowie. 

Szkoda,  że  jedyne  piersi,  jakie  go  pociągały,  należały  do  kobiety  z 

wielkimi  niebieskimi  oczami,  o  krótkich,  kręconych  czarnych  włosach,  z 
nieodłączną  lustrzanką  cyfrową  Nikona  uwieszoną  na  szyi  i  skłonnością  do 
znikania,  kiedy  najmniej  się  tego  spodziewał.  Przeklęta  Tasya  Hunnicutt. 
Przeklęta  fascynacja,  która  zawładnęła  nim,  odkąd  spotkał  ją  po  raz  pierwszy. 
Przeklinał ją za jej nieświadomość, a siebie za to, że z każdym dniem pragnął jej 
mocniej. Teraz jeszcze bardziej niż dotychczas. 

Tasya była jego przeznaczeniem i nawet o tym nie wiedziała. 
-  Zawsze  podczas  lotu  mam  ten  sam  koszmar.  Zazwyczaj  nie  śpię,  ale 

wyjechałem  z  Seattle  dwadzieścia  trzy  godziny  temu  i  pomiędzy  przerwami  w 
podróży  i spóźnionym samolotem do Chicago... - Wzruszył ramionami,  udając, 
że sen był tylko efektem zmęczenia i niedogodności podróży samolotem. 

background image

Dziewczyna uwierzyła, kiwając współczująco głową. 
- To pana pierwsza podróż do Szkocji? 
Umiejętnie odróżniał każdy dźwięk, który wydawały silniki odrzutowe. 
- Słucham? Nie. Nie, tak naprawdę jestem tu od dziesięciu miesięcy. 
Ożywiła się. 
-  Super!  Zawsze  chciałam  mieszkać  w  innym  kraju.  Czuję,  że  to 

poszerzyłoby moje horyzonty, rozumie pan? 

-  Tak,  ja  mam  bardzo  szerokie  horyzonty.  I  płaski  tyłek  od  ciągłego 

siedzenia. 

- Co pan tam robi? 
-  Prowadzę  wykopaliska  archeologiczne  na  Orkadach,  na  północ  od 

wybrzeży Szkocji. 

Dziewczyna spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. 
-  Czy  to  nie  zbieg  okoliczności?  Zawsze  chciałam  być  archeologiem! 

Podobnie  jak  każdy,  kto  kiedykolwiek  czytał  o  odkryciu  złota  w  grobowcu 
Tutenchamona. 

- Istotnie. 
- Czego tam szukacie? 
-  Nie  dowiemy  się  na  pewno,  dopóki  tego  nie  odkopiemy  -  powiedział, 

mimo że czuł to w kościach, zawsze to wiedział. 

-  Ale  myślę,  że  to  grobowiec  celtyckiego  władcy.  Wytężał  słuch,  by 

usłyszeć zmiany w skrzydłach przy podchodzeniu do lądowania. 

Był  żałosny.  Minęło  pięć  lat,  odkąd  siedział  w  fotelu  pilota,  pięć  lat  od 

momentu,  gdy przysiągł sobie, że nigdy więcej  nie poleci,  i wciąż  nie  mógł się 
odprężyć i zaufać zawodowym pilotom. Gdyby tylko był w stanie wyjrzeć przez 
okno,  mógłby  łatwiej  ocenić,  co  robią,  ale  Rurik  siedział  na  drugim  fotelu  w 
środkowym rzędzie. 

Kiedy  zadzwonili  do  niego  z  wykopalisk,  złapał  pierwszy  samolot  i 

spotkała  go  kara:  siedzenia  były  zbyt  wąskie  dla  jego  ramion,  kolana  miał  pod 
brodą. Ale przynajmniej wrócił na czas, by otworzyć grobowiec. 

-  Wiem,  kim  pan  jest!  -  Dziewczyna  wyprostowała  się,  jej  oczy 

zaiskrzyły. - Widziałam pana w CNN. 

- Chyba wszyscy widzieli. 
On  też,  na  lotnisku,  widział  skrót  wiadomości,  co  potwierdziło  jego 

najgorsze obawy. 

- Pan Hardwick mówił o panu. 
- Stary, dobry Hardwick. 
To  był  brygadzista  na  wykopaliskach,  jak  się  okazało,  bardzo  żądny 

sławy. 

-  Jest  pan  tym  facetem,  o  którym  wszyscy  myśleli,  że  zwariował,  bo 

zaczął kopać na maleńkiej wyspie i znalazł olbrzymi, ukryty zapas złota. 

Z wrodzoną ostrożnością doświadczonego archeologa powiedział: 

background image

-  Tak  naprawdę  miałem  wsparcie  finansowe  z  Fundacji  Dziedzictwa 

Narodów,  więc  zawsze  miałem  zespół.  Jest  tam  coś,  co  wygląda  jak  złoto, 
wewnątrz czegoś, co przypomina grobowiec, ale zanim nie dostaniemy się tam i 
nie skończymy go otwierać, nie będę wiedział na pewno, co jest w środku. 

Musiał  być  tam  teraz,  by  przekonać  się,  czy  Hardwick  znalazł  skrzynię, 

której szukał Rurik, i czy zawierała ona skarb o wiele cenniejszy niż złoto. 

-  To  niesamowite...  -  wymamrotała  dziewczyna  z  wyrazem  uznania  i 

uwielbienia w oczach. Z szacunkiem podała mu dłoń: - Na imię mi Sarah. 

Uścisnął jej rękę. 
-  Dlaczego  męczą  cię  koszmary?  -  Uśmiechnęła  się  do  niego,  muskając 

palcami jego dłoń. 

-  Bo...  boję  się  latać?  -  bezsensowne  wytłumaczenie,  ale  lepsze  to,  niż 

powiedzieć prawdę. 

- Biedaku. - Znowu się uśmiechnęła. 
Wtedy  zrozumiał,  że  ta  nastolatka  zaleca  się  do  niego.  Wyszarpnął  rękę 

spod  jej  dotyku.  Rozejrzał  się  wkoło,  by  sprawdzić,  czy  ciemnooka  babcia  to 
zauważyła. Oczywiście, że tak. Posłała mu ostre spojrzenie. 

Zmarszczyła gęste, posiwiałe brwi ponad wąskim nosem. 
Sarah nachyliła się nad nim. 
- Mogę być bardzo pomocna przy twoich wykopaliskach. Odwrócił wzrok 

i  w  myślach  zaczął  ponaglać  pilota,  by  w  końcu  posadził  ten  cholerny  samolot 
na ziemi. 

-  Z  przyjemnością  bym  cię  przyjął,  ale  zatrudniamy  tylko 

doświadczonych archeologów. Poza tym, nie spotykasz się z kimś? 

Wzruszyła ramionami. 
- Tylko z grupą modlitewną. 
A  więc  miała  dziewiętnaście  lat,  była  członkinią  grapy  modlitewnej  i 

próbowała  go  uwieść.  Świetnie.  Po  prostu  świetnie.  Dorastał  ze  świadomością, 
że pójdzie do piekła. 

- Grupy modlitewne są ekscytujące. 
-  Ekscytujące?  -  powtórzyła  z  niedowierzaniem.  -  A  należałeś  kiedyś  do 

takiej?  Nie,  nigdy  nie  należał.  Kościoły  nie  przyjmowały  z  otwartymi 
ramionami  rodziny  takiej  jak  jego.  Gdy  koła  dotknęły  pasa  startowego, 
samolotem zatrzęsło. 

-  Wybierasz  się  do  Paryża?  Na  pewno  spodoba  ci  się.  Wielkie  katedry, 

piękne, kameralne kapliczki. 

Nie to, żeby kiedyś w nich był. 
Podniósł się z miejsca, zanim personel pokładowy otworzył drzwi. 
-  No  i  wspaniałe  chóry.  Nie  zapomnij  pojechać  do  Rzymu.  Mają  tam 

Watykan! 

Kolejne miejsce, od którego trzymał się z daleka. 
Podczas gdy Sarah mocowała się ze swoim bagażem, wyjmując go z luku 

nad głową, on złapał swój i przecisnął się obok niej. 

background image

Jego  matka  zabiłaby  go  za  to,  że  zachowywał  się  jak  palant,  a  brat 

umarłby ze śmiechu, słysząc to. 

Ale  na  litość  boską:  niepełnoletni  dzieciak  przystawiający  się  do  niego 

powoduje, że w wieku trzydziestu trzech lat czuje się jak obleśny staruch. 

Pospieszył w kierunku strefy odbioru bagażu. 
Dziewiętnastolatka  obdarzyła  go  względami,  tymczasem  on  nie  mógł 

pozwolić uciec Tasyi Hunnicutt. 

Przyjechał  do  domu  rodziców,  żeby  spędzić  z  nimi  Święto 

Niepodległości,  które  zaczęło  się  wspaniale,  a  skończyło  w  szpitalu  w  Seattle. 
W tym samym czasie natrafili na złoto w skrupulatnie odkopywanym grobowcu. 

Lepiej nie mogło trafić. 
Czekał  go  dzień  ciężkiej  jazdy  wąskimi  drogami,  by  złapać  prom  z  John 

O'Groat na Orkady i miałby szczęście, gdyby nie zerwał się wicher, zatrzymując 
prom w porcie. 

Oczywiście burze się zdarzały, a bez ostrego wiatru i lodowatego deszczu 

w północnej Szkocji nie obyła się żadna zima, ale to przeszkodziło mu w pracy 
tylko  kilka  razy,  a  w  niedziele  zwykle  w  ogóle  nie  pracował.  Gdyby  był 
przesądny,  mógłby  stwierdzić,  że  jego  wykopaliska  służą  jakiemuś  wyższemu 
celowi. Kiedy zaczynał prace, nie był przesądny. 

Teraz tak. 
Zabrał  swoją  walizkę,  podszedł  w  stronę  stoiska  wypożyczalni 

samochodów, odebrał kluczyki do mini coopera, po czym wyszedł na zewnątrz i 
założył okulary przeciwsłoneczne. 

- Jaki piękny dzień. 
Odwrócił  się  i  zobaczył  stojącą  obok  staruszkę  z  samolotu.  Była  niska  i 

zgarbiona, sięgała mu zaledwie do ramienia. 

- To prawda. 
A to w Szkocji było dość niespotykane, nawet w środku lata. 
-  Ale  idzie  zmiana  -  powiedziała  szorstkim  głosem  z  silnym  akcentem... 

Nie pochodziła ze Szkocji. Jej głos brzmiał zupełnie jak głos jego ojca, musiała 
pochodzić z Rosji lub Ukrainy. 

-  Naprawdę?  -  Spojrzał  w  niebo.  -  Zapowiadali  burzę?  To  chyba  nic 

dziwnego, prawda? W końcu jesteśmy w Szkocji. 

- Zmiana w ziemi. 
- Hm? - Spojrzał na nią zdziwiony. 
- Czuję to w kościach. 
Jej ciemne oczy zlustrowały  go od stóp do głów, wzrok przeniknął przez 

jego ubranie i skórę aż do kości i nie ucieszyło jej to, co tam zobaczyła. 

- Źródło wypływa z piekła, a palec sięga z niebios - jej głos zmienił się w 

szept. - A kiedy się zderzą, wszystko będzie inne. 

- Jasne. - Spojrzał na nią z ukosa. - Przede mną długa droga, do widzenia! 
- Z Bogiem - odpowiedziała. 
Szalona staruszka. 

background image

Usiadł za kierownicą i odjechał. 
Dlaczego zawsze przyciągał szaleńców? 
Kiedy spojrzał w lusterko wsteczne, staruszka dalej tam stała i patrzyła na 

niego.  Promień  słońca  oświetlił  siwe  pasmo  w  jej  czarnych  włosach. 
Przypomniała mu o matce i wizji, która zmieniła jego życie. 

Dreszcz przebiegł mu po plecach. 

 

 

background image

Rozdział 2 

Słońce. Temperatura około trzydziestu stopni Celsjusza. Zero wiatru. Ani 

kropli  deszczu  i  niebo  bez  śladu  chmur.  Rurik  stał  w  przedniej  części  promu, 
którego był jedynym pasażerem, i czekał, aż zobaczy wybrzeże wyspy Roi. 

Wczoraj jechał jak wariat przez Równinę  Szkocką, rozległe bezdroża, co 

jakiś  czas  mijając  pola  golfowe,  miasteczka  przemysłowe  i  fabryki  whisky. 
Olbrzymie zmęczenie skłaniało go do zatrzymania się na noc w jednym z hoteli 
w  porcie  Inverness.  Potem  mógłby  wstać  rano  i  jechać  pośród  gór  i  wyżyn 
ojczyzny Walecznego Serca, poprzecinanych jedno- i dwupasmowymi drogami, 
które  wiły  się  i  zakręcały,  i  po  których  musiał  jechać  powoli  i  zwalniać,  żeby 
przepuścić stada owiec. 

Ale w tej sytuacji cenna była każda minuta 
Przed południem dotarł do północnego wybrzeża Szkocji. Miał wrażenie, 

że wszystkie żywioły sprzyjały mu, żeby jak najszybciej dotarł na wykopaliska. 

Źródło  wypływa  z  piekła,  a  palec  sięga  z  niebios,  a  kiedy  się  zderzą, 

wszystko będzie inne. 

Kiedyś jego  matka powiedziała coś takiego, ale w przeciwieństwie do tej 

kobiety,  Zorana  nie  była  dziwna  ani  stara,  ani  nie  mówiła  dziwnych  rzeczy, 
może z wyjątkiem: Włóż naczynia do zmywarki, pacanie - to, że cię urodziłam, 
nie znaczy, że mam ci usługiwać. 

Za sobą usłyszał głos pierwszego oficera promu: 
- Tupanie nic nie pomoże, nie dostaniesz się szybciej na wyspę. 
-  Cześć,  Duncan.  Jak  leci?  -  Rurik  skrzywił  się  i  uścisnął  dłoń  Szkota  o 

ogorzałej  twarzy.  -  Nic  na  to  nie  poradzę.  Nie  powinienem  stamtąd  w  ogóle 
wyjeżdżać. 

- Ha, kiedy kota nie ma, myszy harcują! - Duncan stanął obok niego przy 

barierce  i  patrzył  na  wzburzoną  wodę.  -  Masz  pojęcie,  ilu  turystów 
przewieźliśmy przez ostatnie cztery dni? 

- No ilu? 
-  Nieomal  nam  łódź  zatopili.  -  Duncan  pogardliwie  wykrzywił  usta.  - 

Gdyby ekipa umiała trzymać języki za zębami... 

- Plotki o złocie rozprzestrzeniają się z prędkością światła, przyjacielu. To 

nie zmieniło się przez ostatnie dziesięć tysięcy lat. Złoto przyciąga zachłannych. 

- Nie musieli nawet zwoływać cholernej konferencji prasowej. 
To  stało  ością  w  gardle  Rurikowi:  widok  Kirka  Hardwicka 

rozprawiającego o wspaniałym skarbie złota. 

-  Hardwick  lubi  być  w  centrum  uwagi  i  wykorzystuje  swoje  pięć  minut, 

kiedy ciebie nie ma. 

- Wcale mnie to nie dziwi. 
Na horyzoncie pojawił się stały ląd. Wyspa Roi. 

background image

-  Kiedy  mówię  amerykańskim  turystom,  że  wyspa  ma  tylko  jedenaście 

kilometrów  szerokości  i  nie  ma  na  niej  żadnych  samochodów,  patrzą  na  mnie 
jak na wariata. 

Bystre  oczy  Duncana  spoglądały  na  wyspę,  do  której  się  zbliżali:  była 

płaska z jednej strony i łagodnie wznosiła się aż do wysokiego klifu z drugiej. 

-  A  ci  reporterzy!  Wrzeszczą,  obładowani  aparatami,  a  każdy  usiłował 

przekupić Freckle'a i Eddiego, żeby nieśli ich sprzęt. 

Rurik odwrócił się i rzucił okiem na marynarzy, o których mówił Duncan. 
- I co? Zgarnęli trochę kasy? 
- Lubią pieniądze. Ale nie lubią być traktowani jak wiejskie półgłówki. 
- Ilu reporterów tam jest? 
-  Czterech:  dwóch  z  Edynburga,  jeden  z  Londynu  i  jeden  Niemiec  z 

jakiejś międzynarodowej agencji prasowej. Można pomyśleć, że wystarczająco, 
żeby  napisać  przyzwoitą  historię,  ale  widziałem  jeszcze  kogoś.  -  Duncan 
odwrócił się do Rurika, oparł się o poręcz i skrzyżował  ręce na piersi. - Pewną 
ciemnowłosą, słodką dziewczynę. 

- Kogo? - Rurik udawał głupiego. Ale Duncan nie dał się nabrać. 
- Dobrze wiesz kogo. 
- Tasya tu jest? 
- Nie znam żadnej Tasyi. Mówię o Hunni. 
- Tasya Hunnicutt. 
Wszyscy  nazywali  ją  pieszczotliwie  Hunni,  a  ona  odwzajemniała  te 

czułości,  uśmiechając  się  do  wszystkich,  oczarowując  w  równym  stopniu 
mężczyzn, kobiety i dzieci. 

Rurik  nie  mógł  zmusić  się,  żeby  nazywać  ją  Hunni.  To  go  drażniło,  ona 

go drażniła jak piasek w oku. 

- Tak się naprawdę nazywa? - zapytał Duncan. - Nie wiedziałem. 
Naprawdę nie wiedział. Przejrzał na wylot udawaną obojętność Rurika. 
- A więc jest tutaj. 
Znowu ją zobaczy. Po raz pierwszy od czasu, kiedy w Edynburgu spędzili 

razem noc po misternie uknutej przez niego intrydze. 

-  Płynęła  ze  mną  dziś  rano.  Mówiła,  że  przyjechałaby  wcześniej,  ale 

kończyła zdjęcia do materiału o Egipcie. Prawdziwa z niej podróżniczka. 

Jak  cholera.  Trzeba  by  jej  było  przybić  stopy  do  podłogi,  żeby  utrzymać 

w jednym miejscu. 

- Więc jest tu od niedawna. To dobrze. 
- Ta laska jest niegroźna. 
Niegroźna?  Rurik  aż  za  dobrze  pamiętał,  jaką  krzywdę  mu  wyrządziła. 

Zapach  jej  skóry,  chrapliwy  śmiech,  rozpalone  ciało  dotykające  jego  ciała,  jej 
smak... 

- Dla własnego dobra mogłaby być mniej wścibska. 
- Jest taka urocza; sam mam do niej słabość. - Duncan westchnął i położył 

dłoń na piersi, niczym nastolatek usychający z miłości. 

background image

Rurik trzymał się kurczowo poręczy i ściskał ją z całej siły. Musiał, bo w 

przeciwnym razie udusiłby Duncana. Tymczasem ten mówił dalej: 

-  Nie  ma  na  tej  wyspie  faceta,  włączając  w  to  tego  reportera  geja  z 

Londynu, który jest obojętny na jej wdzięki. 

- Ma kościstą twarz. 
- Ona ma twarz? 
Zdziwienie  Duncana  zaskoczyło  Rurika  i  roześmiał  się.  Oczywiście 

Duncan  miał  rację.  Co  kogo  obchodziła  jej  twarz?  Na  nieszczęście  dla  Rurika, 
nie mógł wymazać z pamięci twarzy Tasyi. 

Jej  krótkie  włosy  były  tak  czarne  i  lśniące,  jak  skrzydła  kruka.  Oczy  w 

kolorze kobaltu otoczone były niewiarygodnie długimi, nieprzyzwoicie gęstymi 
i  czarnymi  jak  sadza  rzęsami.  Kiedy  mrugała  rzęsami,  nieomal  poruszała 
powietrze, a kiedy patrzyła na Rurika, niewiarygodny błękit jej oczu porażał go. 

Tak  naprawdę  jej  twarz  nie  była  wcale  koścista,  „posągowa”  byłoby 

lepszym  określeniem.  Miała  szeroki  podbródek,  który  wyrażał  jej  emocje: 
unosiła  go,  kiedy  chciała  okazać  upór,  odwracała,  kiedy  nie  miała  zamiaru 
słuchać, wskazywała na faceta, kiedy chciała mu coś oświadczyć. 

Jeżeli  chodzi  o  jej  ciało...  no  dobrze,  Rurik  wiedział,  dlaczego  faceci 

wzdychali  na  jej  widok  i  mieli  ochotę  zaciągnąć  ją  w  krzaki.  Przypominała 
filmową boginię z lat pięćdziesiątych, z obfitymi piersiami, cudownie krągłymi 
biodrami i świetnymi nogami. Miała pięknie umięśnione nogi. 

Wszystko  to  mieściło  się  w  jakichś  stu  sześćdziesięciu  pięciu 

centymetrach dynamicznego ciała. 

Gdyby to wszystko  ukryć pod  habitem zakonnicy, wystawiając na widok 

tylko twarz, żaden facet nie zwróciłby na nią uwagi, z wyjątkiem jego. 

-  Te  jej  usta...  przez  nią  człowiek  częściej  ma  grzeszne  myśli.  -  Duncan 

idealnie opisał ponętne usta Tasyi. 

- Ta dziewczyna to istne zatracenie. 
-  O,  tak  -  zgodził  się  żarliwie  Duncan.  -  Ale  nie  używa  swoich  sztuczek 

do niecnych celów, Rurik. Nie zrobiłaby niczego za twoimi plecami. 

Rurik  prawdopodobnie  niesprawiedliwie  oceniał  jej  charakter.  Miał  ku 

temu swoje powody.  Ale kiedy  Tasya  Hunnicutt obserwowała wykopaliska, jej 
oczy  z  niebieskich  zmieniły  się  w  szare  i  skupione,  bynajmniej  nie  z  powodu 
uwielbienia  dla  niego.  Mógłby  przysiąc,  że  chodziło  jej  o  coś  więcej  niż 
upewnienie się, że zrobiła dobre zdjęcia i napisała dobry tekst. 

- Za dużo wie o tym miejscu. 
- To znaczy wie tyle samo co ty - trafnie spostrzegł Duncan. 
Broń Boże. Rurik wpatrywał się w wyspę, do której się zbliżali. 
-  Ona  jest  reporterką,  a  jej  pracodawca  finansuje  te  wykopaliska,  więc 

może do jej obowiązków należy wiedzieć za dużo. - Duncan poklepał Rurika po 
ramieniu.  -  Jeśli  chcesz  znać  moje  zdanie,  powinieneś  złowić  Hunni  i  przestać 
stroić fochy. 

Rurik odwrócił się gwałtownie i zmierzył go wzrokiem. 

background image

- Tylko ty masz na to jakieś szanse. A teraz, wybacz, ale kapitan MacLean 

będzie potrzebował mojej pomocy przy cumowaniu promu - powiedział Duncan 
i z uśmiechem ruszył w stronę mostu. 

Rurik  spojrzał  na  wyspę,  ale  przed  oczami  wciąż  miał  Tasyę  i  swoje 

przeznaczenie. 

Wyspa Roi miała kształt kości przedramienia, ten koniec z łokciem unosił 

się  nad  wodą.  Grobowiec  był  po  wysokiej  stronie,  niedaleko  klifów,  jakieś 
trzydzieści metrów od morza. 

Kiedy  prom  przycumował  do  brzegu,  Rurik  zobaczył  wszystko  z  bliska: 

spaloną słońcem trawę, kilka drzew, pochylonych i uschniętych od wiatru, biały 
piasek  na  plaży  poniżej  klifów.  To  miejsce  było  rajem  dla  morskich  ptaków: 
krążyły  w  powietrzu,  narzekając  na  długie  loty  i  krótkie  lata.  Wysoko  ponad 
nimi unosił się samotny orzeł, polował, zawsze czujny. 

Rurik  podążył  w  tamtym  kierunku,  jego  dusza  rozpaczliwie  pragnęła 

wzlecieć  wysoko,  wznieść  się  aż  do  słońca,  potem  rozłożyć  skrzydła  i 
poszybować w kierunku oceanu, z wiatrem tak szybkim, że napełniał jego płuca 
radością, zapałem i świeżością. 

Mógł  łatwo przekonać samego siebie, że to było konieczne. Gdyby tylko 

chciał, zmieniłby postać i stał się wielkim drapieżnym ptakiem. Miał moc, jakiej 
nie powinni posiadać zwykli ludzie, daną mu przez podpisany dawno temu pakt 
między pierwszym Konstantine'em i diabłem. 

Ojciec  Rurika  twierdził,  że  za  każdym  razem,  kiedy  zmienia  się  w 

zwierzę,  jest  bliżej  piekła,  ale  Rurik  używał  swojej  mocy  tylko  w  słusznych 
celach. 

Tak powiedział sobie pięć lat temu... i przez niego zginął dobry człowiek. 
Nieważne, jak bardzo tęsknił za radością latania, od tamtej pory Rurik nie 

zmieniał postaci. 

Ale  moc  nadal  w  nim  tkwiła.  Była  jak  głód,  który  z  każdym  dniem 

narastał, jak pragnienie we wnętrznościach, które ledwie mógł opanować i które 
było tym bardziej niebezpieczne. 

Teraz bardziej niż kiedykolwiek wzrok jastrzębia wydawał się najlepszym 

sposobem,  by  strzec  jego  najważniejszego  do  tej  pory  przedsięwzięcia.  Jego 
długie szpony, zwinność i szybkość w połączeniu z elementem zaskoczenia były 
najlepszym gwarantem ochrony. 

Co najważniejsze, mógł sobie powiedzieć, że Varinscy go znaleźli... 
Znaleźli już przecież Jashę; wytropienie jego było tylko kwestią czasu. 
Tropienie to było coś, w czym Varinscy byli najlepsi, tak twierdził ojciec. 
Ale tak naprawdę dręczyło go to, co powiedziała matka... zadrżał na samą 

myśl o tym. 

Pojechał do rodzinnego domu w górach Cascade w stanie Waszyngton na 

doroczne spotkanie rodziny Wilderów z okazji Święta Niepodległości. Wtedy po 
raz pierwszy zrobił sobie przerwę w pracy przy wykopaliskach. 

background image

Tej  nocy,  kiedy  impreza  już  się  skończyła,  goście  rozeszli  się,  a  ognisko 

dogasało, jego matkę nawiedziła ta przejmująca wizja. 

Tak,  była  Cyganką,  Rurik  podejrzewał  też,  że  ma  dziwny  wpływ  na 

pogodę. 

Jego  rodzina  też  różniła  się  nieco  od  przeciętnej  amerykańskiej  rodziny: 

rodzice wyemigrowali z Ukrainy do Ameryki i zmienili nazwisko z Varinski na 
Wilder, bo Varinscy byli  nieobliczalnymi  zabójcami  i  nie spodobał  im się  fakt, 
że  jego  rodzice  chcieli  być  razem.  Cygański  klan  matki  też  nie  był  z  tego 
zadowolony. 

Ale  oprócz  incydentu,  kiedy  Rurik  w  wieku  lat  ośmiu  ukradł  w  domu 

towarowym  w  Marysville  figurkę  robota,  a  matka  sprawiła,  że  opróżnił 
kieszenie, zanim wyszedł ze sklepu, nigdy nie doświadczył jej ponadnaturalnych 
zdolności. Aż do pamiętnej nocy czwartego lipca. 

Drobne ciało emanowało mocą, jej zazwyczaj kobiecy i łagodny głos stał 

się  głęboki  i  potężny.  Patrzyła  na  Rurika  tak,  jakby  widziała  plamy  na  jego 
duszy. 

Przeklęła rodzinę swoją przepowiednią... 
Każdy  z  moich  czterech  synów  musi  znaleźć  jedną  z  ikon  rodziny 

Varinskich. 

Tylko ich miłość pomoże odzyskać święte części ikony. 
Dziecko  sprawi,  że  niemożliwe  stanie  się  możliwym.  Umiłowanego 

zniszczy zdrada... i pochłonie ogień. 

Kto nie widzi, odzyska wzrok, a synowie Olega Varinskiego znaleźli nas. 

Nigdy  nie  będziesz  bezpieczny,  a  oni  zrobią  wszystko,  by  cię  zniszczyć  i 
zachować pakt. 

Jeżeli  Wilderowie  nie  zerwą  paktu  z  diabłem  przed  twoją  śmiercią, 

pójdziesz  do  piekła  i  na  zawsze  zostaniesz  rozdzielony  z  twoją  ukochaną 
Zoraną... 

A  ty,  mój  kochany,  nie  będziesz  długo  cieszyć  się  życiem.  Ty  już 

umierasz. 

Słowa te były skierowane do ojca Rurika i kiedy tylko skończyła mówić, 

Konstantine  runął  na  ziemię,  schwytany  w  szpony  rzadkiej  choroby,  która 
trawiła jego serce. 

Konstantine  był  najsilniejszym  i  najbardziej  władczym  człowiekiem, 

jakiego Rurik znał. Kiedy zobaczył go przykutego do łóżka w szpitalu w Seattle, 
z igłami kroplówek wbitymi w ręce i aparatem tlenowym na twarzy, zrozumiał, 
że zmieniło się jego postrzeganie świata. 

Miał bardzo niewiele czasu na odnalezienie ikony, która ocaliłaby życie i 

duszę  jego  ojca.  Jeśli  Rurik  zawiedzie,  zniszczeniu  ulegnie  wszystko,  co  było 
dla niego ważne. Jego rodzina. Jego świat. 

Może nawet cały świat. 
Prom ostro skręcił w lewo, podpływając do brzegu wyspy, gdzie mieściła 

się portowa wioska Dunmarkie, z kilkudziesięcioma domami, knajpą i rynkiem. 

background image

Ulice były puste. 
Rurik wyprostował się. 
Kapitan  sprawnie  przybił  do  przystani,  tak  jak  to  robił  przez  ostatnich 

dwadzieścia  lat.  Załoga  uwijała  się,  przywiązując  cumy  i  ustawiając  trap...  a 
następnie wszyscy stanęli, patrząc niespokojnie na wioskę. 

-  Gdzie  się  wszyscy  podziali?  -  zdziwił  się  Duncan.  Rurik  spojrzał  na 

Duncana. 

-  Coś  się  dzieje  na  wykopaliskach  -  stwierdził.  Rurik  opuścił  wzrok  i 

zaklął. 

Jego  samotne,  smagane  wiatrem  stanowisko,  z  łagodnie  wzniesionym 

grobowcem,  muskane  na  przemian  przez  pieszczotę  morskiej  bryzy  i  brutalne 
sztormy Morza Północnego, zostało zalane przez ludzi. 

Wieśniacy,  rybacy,  fotografowie,  reporterzy:  wszyscy  tam  byli,  deptali 

bladozieloną  trawę  i  delikatne  kwiaty,  przekraczali  jego  pieczołowicie 
wydzielone sekcje, kłębili się, trajkotali i przepychali się. 

Gdzie  była  jego  ekipa?  Kto  nimi  dowodził?  Gdzie  był  jego  nadzorca? 

Gdzie był Hardwick? Rurik ponuro ruszył do przodu. 

Tłum już go dostrzegł i słyszał, jak powtarzano jego nazwisko. 
Zanim  doszedł  do  tłumu,  podeszła  do  niego  Ashley  Sundean.  Była 

studentką archeologii z Wirginii, przyjechała tutaj  na  letnie wykopaliska, a pod 
jej teksańskim akcentem krył się silny charakter i mocna głowa do picia. 

Zatrzymał się i spojrzał jej w oczy. 
- Co tu się dzieje? 
- To... takie okropne... - mówiąc to, pochyliła głowę. 
- Jak cholera. 
Zobaczył wymierzony w siebie obiektyw kamery. 
- Opowiedz mi wszystko od początku. 
W odpowiedzi na jego rozkazujący ton wyprostowała się i spojrzała mu w 

oczy. 

-  Tydzień  po  pana  wyjeździe  odkrywaliśmy  ruiny  w  sekcji  F21,  na 

ścieżce. 

Spojrzał z góry w stronę wykopalisk. Rok temu około sześciu metrów od 

wzgórza znaleźli kamienną ścieżkę prowadzącą do grobowca. 

Od tamtej pory tam skupili swoje prace, przesiewając piasek, przekopując 

ziemię  i  torując  sobie  drogę  w  kierunku,  gdzie,  jak  podejrzewał  Rurik,  było 
wejście  do  grobowca.  Szeroka  ścieżka  zbudowana  z  płaskich  kamieni 
prowadziła  w  dół  prosto  do  chłodnych,  ciemnych  podziemi.  Cztery  metry 
poniżej  poziomu  ziemi  droga  skończyła  się  przed  węgłem  utworzonym  przez 
dwie pionowe ściany, które broniły dostępu do grobowca. 

Ashley mówiła dalej. 
-  Nadeszła  burza.  Założyliśmy  plandekę,  ale  ciągle  zwiewał  ją  wiatr,  i 

woda dalej kapała nam na głowy. 

- Więc tego dnia już nie pracowaliście. 

background image

- Tak. - Pociągnęła nosem i wytarła go rękawem. Zaczęła płakać. 
- Dlaczego? 
- To była koszmarna noc. Deszcz lał, wiatr hulał, ludzie w knajpie mówili, 

że to zjawy zwiastujące śmierć i że nadchodzi koniec świata. 

Drżała, jakby ta groźba naprawdę miała się spełnić. 
Wcale go to nie zdziwiło. Może zjawy były prawdziwe, a on był ostatnim 

człowiekiem, który mógłby zlekceważyć pradawne legendy. 

- Kiedy wróciliśmy następnego dnia, świeciło słońce. Jego blask był jasny 

i  czysty,  a  widoczność  doskonała.  -  Popatrzyła  na  grobowiec,  jakby  próbując 
sobie wszystko przypomnieć. 

- Plandeka zniknęła, a  na ziemi  leżały kamienie, które wykruszyły się ze 

ściany.  Weszliśmy  do  środka,  a  promienie  słońca  po  raz  pierwszy  wpadły  do 
wnętrza grobowca i oświetliły znajdujące się tam złoto. 

- Tak, słyszałem. Mówili o tym we wszystkich wiadomościach. 
Ashley potarła dłonią czoło. 
- Mówiłam mu, że powinien pana zawiadomić i zabezpieczyć wejście... 
- Powiedziałaś tak Hardwickowi? 
- Tak. On nikomu nic nie powiedział, nie wiadomo jak wieść rozniosła się 

po wyspie i później, przysięgam, nie wiem, jakim cudem wymknęła się z wyspy. 
Przecież nikt niczego nie mówił. 

Butem wierciła dziurę w trawie. 
- No i? 
-  Kiedy  pojawili  się  tutaj  dziennikarze,  Hardwick  nie  wytrzymał.  Złamał 

się. Zaczął oprowadzać wycieczki, opowiadać o postępach w pracach, mówił, że 
to  pana  zasługa,  naprawdę.  -  Dotknęła  rękawa  Rurika,  a  ten,  zasmucony, 
pokiwał głową. - Lubił być w centrum uwagi, wszystkim nam się to spodobało, 
w  końcu  mogliśmy  otrzepać  piasek  z  głów,  a  reporterzy  uważnie  słuchali 
wszystkiego, co mówiliśmy. Poczuliśmy się ważni. Ale nie zrobiliśmy nic złego. 

Rurik spojrzał przed siebie, w tłumie dostrzegł reporterów zmierzających 

w ich kierunku. 

-  Rozmawianie  z  mediami  rzeczywiście  mogło  sprawić  wam 

przyjemność, ale nie pomogło wykopaliskom. 

Wstał  i  ruszył  do  przodu,  nie  zwracając  najmniejszej  uwagi  na 

dziennikarzy, turystów i innych ludzi wykrzykujących jego nazwisko. 

Ashley  kurczowo  trzymała  się  jego  rękawa,  kiedy  przedzierali  się  przez 

tłum. 

- Hardwick powiedział, że nie mieliśmy wyjścia. 
- Hardwick to idiota. 
-  Proszę  tak  o  nim  nie  mówić!  -  wrzasnęła  Ashley  głosem  wyższym  o 

dwie oktawy. 

-  Powinien  był  tu  wszystkiego  pilnować.  Dlaczego,  do  cholery,  tego  nie 

zrobił? 

background image

Rurik  przecisnął  się  do  końca  kamiennej  ścieżki.  Kiedy  zobaczył,  co 

dzieje się wewnątrz grobowca, Ashley nie musiała już nic mówić. 

Jedna  ze  ścian  grobowca  została  zburzona.  Na  ziemi  usypany  był  stos 

kamieni.  W  środku  widać  było  kuszący  blask  złota...  i  wystającą  rękojeść 
antycznego, stalowego miecza. 

Ostrze tego miecza wystawało z tyłu czaszki Hardwicka. 
Była  tam  też  Tasya  Hunnicutt,  kobieta,  której  bezmyślna  odwaga 

napełniała go furią i niepokojem. Usiłowała podnieść ciało Hardwicka. 
 

 

background image

Rozdział 3 

Oczy Tasyi Hunnicutt były wilgotne, kiedy usiłowała unieść wiotkie ciało 

Kirka  Hardwicka  i  uwolnić  je  od  tkwiącego  w  nim  ostrza.  Nie  płakała,  ale 
widziała, jak Hardwick sięgał do grobowca po pierwszą sztukę złota i uruchomił 
przy tym tysiącletnią pułapkę,  i ta wizja będzie  nawiedzać ją w koszmarach do 
końca życia. 

W  swoim  zawodzie  była  świadkiem  wielu  ludzkich  nieszczęść,  ale  na 

pewno  nie  spodziewała  się  takiego  widoku  na  wykopaliskach  prowadzonych 
przez opanowanego i stanowczego Rurika Wildera. 

Ale  Rurika  nie  było  w  pobliżu  i  dlatego  Hardwick  popełnił  błąd,  który 

kosztował go życie. Rurik nie pozwoliłby Hardwickowi na odkopanie grobowca 
pod ostrzałem kamer. Dziennikarzom nigdy nie udałoby się nakłonić Rurika do 
przyspieszenia prac. 

Podeszła  do  grobowca,  zobaczyła  Hardwicka  klęczącego  przy  otworze, 

który utworzyły w ścianie osypujące się kamienie, i usłyszała, jak mówił: 

- Ten grobowiec został zbudowany jakieś cztery lub pięć tysięcy lat temu. 

Pan  Wilder  ma  taką  teorię,  że  tysiąc  lat  temu  zajął  go  pewien  średniowieczny 
przywódca,  zwany  Clovus  Beheader  i  ukrył  tam  swój  skarb  w  oczekiwaniu  na 
śmierć. 

-  A  skąd  panu  Wilderowi  przyszło  to  do  głowy?  -  krzyknął  Brandon 

Collins z London Globe. 

-  Prowadził  wnikliwe  badania  nad  Clovusem  i  zniszczeniami,  jakich 

dokonał  na terenach współczesnej  Francji, Anglii  i Szkocji. -  Hardwick  usuwał 
kamienie ze ściany, a z tyłu stali ludzie z ekipy Rurika, marszcząc brwi i patrząc 
uważnie.  -  Pan  Wilder  udokumentował  życie  Clovusa,  jego  przemianę  od 
najbardziej  przerażającego  przywódcy  jego  czasów  do  słabego  człowieka, 
zniszczonego przez chorobę i śledził powolne zamykanie się Clovusa... 

W  tej  chwili  Tasya  wskoczyła  na  kamienną  ścieżkę.  Pracowała  dla 

czasopisma  historycznego  Dziedzictwo  Narodów,  wydawanego  przez  Fundację 
Dziedzictwa  Narodów.  Była  jedyną,  która  miała  okazję  słyszeć,  co  mówił 
Hardwick, zanim zniszczył to miejsce, a potem Rurik zniszczył jego. 

To  dlatego  widziała  wszystko  tak  wyraźnie:  znajdowała  się  w  odległości 

około trzech metrów, kiedy Hardwick przerwał monolog i wykrzyknął radośnie: 

- Oto jest skarb, złocona skrzynia! 
W  tej  chwili  ogarnęła  ją  niewidoczna  fala  przerażającego  zła, 

dobiegającego z wnętrza grobowca. Nie doświadczyła takiego wstrząsu od dnia, 
kiedy w wieku czterech lat jej świat stanął w płomieniach. Ten chłód ją oślepił, 
pozbawił oddechu i sparaliżował. 

Kiedy  mogła  znowu  mówić  i  widzieć,  Hardwick  zdołał  już  wejść  do 

środka. 

I nagle, jakby znikąd, wyskoczył miecz i ugodził go prosto w oko. 

background image

Ostatnią rzeczą, jaką w życiu zobaczył, musiał być mętny blask złota. 
Hardwick  zmarł 

natychmiast,  zawieszony 

na 

mieczu,  niczym 

makabryczne  ostrzeżenie  dla  wszystkich,  którzy  ośmieliliby  się  naruszyć 
świętość skarbu Clovusa. 

Tłum  oniemiał,  wydał  pomruk,  zaczął  wrzeszczeć...  i  cofnął  się  z 

krawędzi przejścia. Jak przez mgłę Tasya widziała błysk fleszy i usłyszała szmer 
kamer;  dziennikarze  i  turyści  usiłowali  uwiecznić  tę  scenę,  aby  przeszła  do 
historii. 

Nikt nie przyszedł jej z pomocą. Wszyscy się bali. 
Tasya  też  się  bała.  Dla  niej  otwarty  grób  emanował  wyraźnie 

wyczuwalnym złem, gęstym i zielonym jak trucizna. Odetchnęła głęboko, chcąc 
jak  najszybciej  pozbyć  się  go  ze  swoich  płuc,  ale  ta  wrogość  była  odwieczna, 
silna i nieskończona. 

Jednak  ktoś  musiał  zdjąć  Hardwicka  z  ostrza  miecza,  położyć  na  ziemi  i 

pozwolić mu spoczywać w pokoju. 

Tasya była silną kobietą, Hardwick był jednak wielki i ciężki i za każdym 

razem, kiedy poruszyła jego ciałem, na dźwięk miecza ocierającego się o ciało i 
kości, chciało jej się wymiotować. 

Potem  usłyszała  głos.  Ten  sam,  który  ostatnio  słyszała  miesiąc  temu,  jak 

namiętnie wymawiał jej imię... 

- Czekaj, Tasya, pomogę ci. 
Podniosła  wzrok  i  zobaczyła  Rurika,  który,  nie  dbając  o  własne 

bezpieczeństwo, wszedł do grobowca. 

Jednocześnie przyszły jej do głowy dwie myśli. 
Mój kochanek. I frajer. Cholerny frajer. 
Kiedy  uwolnili  Hardwicka,  pociągnęła  Rurika,  uderzyła  go  łokciem  w 

brzuch,  powalając  na  ziemię  i  zanim  zdążył  złapać  oddech,  usiadła  na  nim 
okrakiem i spojrzała mu w oczy. 

- Zwariowałeś? Tu jest więcej pułapek. 
- Kto tu zwariował? 
Jego oczy koloru brandy płonęły z rozdrażnienia, był na nią wściekły. 
Zawsze go irytowała tym swoim wymądrzaniem się. 
-  Ja  jestem  ostrożna,  nie  paraduję  po  ścieżce  z  uniesioną  głową, 

domagając się jej ścięcia. 

- Wcześniej już tędy chodziłem. 
-  Tak,  ale  odkąd  pierwszy  kamień  w  tej  ścianie  się  poruszył,  nic  w  tym 

grobowcu  nie  jest  już  takie  samo.  -  Chwyciła  pięściami  poły  koszuli  Rurika  i 
szepnęła cicho, żeby dziennikarze jej nie słyszeli; - Pradawny demon, który jest 
tutaj  zakopany,  chce,  żebyśmy  drogo  zapłacili  za  zawartość  grobowca.  Nic  nie 
jest już bezpieczne. 

- Więc co ty tutaj robisz? - Jego ciało było ciepłe. 
Ona  była  zimna  i  bała  się.  Czuł,  jakby  ją  chronił.  Niedobrze.  Bardzo 

niedobrze. 

background image

-  A  co  twoim  zdaniem  miałam  zrobić?  Zostawić  Hardwicka  na  pastwę 

sępów? 

Naraz  jakby  przestał  oddychać,  jego  powieki  opadły,  oczy  stały  się 

większe... zachmurzone, jakby walczył, żeby ukryć wielką tajemnicę. 

Puściła jego koszulę. 
Nikt  nie  wiedział  lepiej  od  niej,  jak  gładkie  były  jego  ciemnobrązowe 

włosy, kiedy zanurzała w  nie palce. Ciało  ukryte pod roboczym  ubraniem było 
w stanie doprowadzić kobietę do ekstazy, a tatuaż, który miał na piersi, brzuchu 
i ramieniu, musiał być głupim wybrykiem młodości, prawdopodobnie wyrazem 
słabości  do  kobiety.  Wspomnienie  przyjemności,  jaką  razem  przeżywali, 
sprawiło, że zaczęła się rozpływać. 

Ogień  pożądania  i  jego  dążenie  do  zawładnięcia  nią  rozpalały  ją  do 

czerwoności. 

Co  więcej,  czasami,  kiedy  była  blisko  niego,  doświadczała  dziwnego 

ukłucia czegoś... przerażającego. Czegoś, co przypominało jej tamtą noc ognia i 
zniszczenia, strachu i niekończącej się ciemności. 

Odprężyła się i odsunęła. 
Jego oczy znowu patrzyły normalnie i płonęły wściekłością. 
-  Zawsze  musisz  pakować  się  w  największe  piekło?  Może  choć  raz 

pozwoliłabyś  komuś  innemu  napisać  o  masakrze  w  Somalii  albo  epidemii  w 
Indonezji? 

Zachowywał się tak, jakby przerabiali tę kłótnię setki razy, tymczasem on 

dotąd nie wspominał o jej pracy. 

Właściwie  rzadko  ze  sobą  rozmawiali.  Ich  wzajemna  niechęć  nie 

wymagała słów. Ani ich wzajemna namiętność. 

O, nie. Żadnych wspomnień. Nie teraz! 
Podniosła  wzrok  i  spojrzała  na  wpatrzone  w  nich  twarze.  Byli  tu 

mieszkańcy wsi, dziennikarze, ekipa archeologów. 

- To nie jest odpowiedni czas na rozmowę. 
-  A  kiedy  twoim  zdaniem  powinniśmy  porozmawiać?  Może  po  tym,  jak 

kochaliśmy się całą noc? Nie, zaraz. Przecież nie masz w zwyczaju zostawać na 
śniadanie. Wychodzisz bez słowa pożegnania. 

Rurik  dalej  leżał  na  ziemi,  z  wściekłością  malującą  się  na  twarzy  i 

próbował wyglądać na zrelaksowanego. Ale ona nie dała się nabrać. 

Każdy mięsień jego ciała był napięty. 
Może  chciał  ją  chwycić?  Przypomnieć  jej,  że  kiedy  ostatnio  na  niego 

patrzyła, leżała całkiem naga w jego ramionach? 

- Nie teraz - wycedziła przez zęby. 
-  Uwierz  mi,  rozumiem,  że  wolałabyś  zmienić  temat.  -  Powoli  usiadł  i 

oparł ręce na kolanach. - Powiedz mi, co się tu stało. 

Ucieszyła się, kiedy zmienił temat. 

background image

-  Hardwick  niczego  nie  zauważył.  Posunął  się  o  jeden  krok  za  daleko  i 

wtedy,  nie  wiadomo  skąd,  wyskoczył  ten  miecz,  jakby  czekał  na  tę  chwilę  od 
tysiąca lat. 

Rurik bez cienia współczucia spojrzał na Hardwicka. 
- Głupi sukinsyn. 
- Nie zasłużył na to, żeby umrzeć z powodu swojej głupoty. Nikt na to nie 

zasługuje. 

Wzrok Rurika spoczął na niej. 
- To prawda. Nikt na to nie zasługuje. Niestety, zdarza się to dość często. 
- Słuchaj, czy każde słowo, które wypowiadasz, ma szersze znaczenie? 
Usłyszała szmer, rzuciła okiem w górę na wpatrzone w nich twarze i zdała 

sobie sprawę, że mówi podniesionym głosem. 

- Chyba powinniśmy go stąd wydostać. - powiedział Rurik. 
Zachowywał  się  tak,  jakby  jej  niepohamowany  wybuch  zaspokoił  jakąś 

jego perwersyjną potrzebę albo udowodnił mu coś, i to ją rozzłościło. 

- Tylko nie daj uciąć sobie głowy. Może ci się jeszcze kiedyś przydać. 
Podeszła  do  ciała  Hardwicka.  Rurik  podążył  za  nią,  pochylając  się, 

uważając,  nie  chcąc  narażać  się  niewidzialnemu  wrogowi.  Chwycił  Hardwicka 
za ramiona i z łatwością go podniósł. 

Łzy  znowu  napłynęły  jej  do  oczu.  Nie  tylko  dlatego,  że  była  smutna  i 

wstrząśnięta.  Widok  Rurika,  który  trzymał  Hardwicka,  jakby  był  dzieckiem, 
które potrzebowało  ukołysania do snu, spowodował, że ścisnęło jej się serce, a 
to było obce jej naturze. 

Bo jak kobieta taka jak ona mogłaby wzruszać się przy byle okazji? 
To  powodowałoby  tylko  cierpienie,  a  cierpienie  przeszkadzało  jej  w 

pracy. 

Nie była głupia. Wiedziała, że jej praca jest ważna. Jej zdjęcia ukazywały 

bezlitosną  prawdę  o  wojnie  i  ubóstwie,  a  artykuły  były  wyraźnym  zapisem 
zdarzeń  tak  niesprawiedliwych,  że  dla  rządów  wielu  krajów  była  wrogiem 
numer jeden, a dla innych bohaterką. 

Co  ważniejsze,  jeżeli  udałoby  jej  się  wydać  swoją  książkę  w  atmosferze 

rozgłosu,  nie  tylko  świat  stałby  się  lepszy,  ale  też  ona  osiągnęłaby  to,  co 
smakuje  najlepiej:  swoją  osobistą  zemstę.  To,  co  działo  się  tutaj,  mogło 
przyczynić się do umieszczenia jej książki na szczycie bestsellerów. 

Szła  za  Rurikiem,  patrząc  i  nasłuchując,  czy  nie  czyhają  na  nich  kolejne 

pułapki. 

Tłum  zamilkł.  Rurik  położył  ciało  Hardwicka  na  jednym  z  wózków, 

których  jego  ekipa  używała  do  wywożenia  gruzu,  i  zwrócił  się  do  stojących 
wokół ludzi. 

Widać było, że przejął dowodzenie. 
-  Martha  i  Charlie,  weźcie  dwie  osoby  z  ekipy  żeby  pomogły  wam 

przewieźć ciało pana Hardwicka do wioski. 

background image

Martha była właścicielką knajpy  i sklepu  wielobranżowego,  i  najbardziej 

kompetentną 

osobą 

spośród 

dwustu 

rybaków, 

rolników 

starców 

zamieszkujących  wyspę  Roi.  Charlie  był  kimś,  kto  udzielał  porad  duchowych, 
ale  nie  był  duchownym,  tylko  mądrym  człowiekiem  z  głową  na  karku.  Oboje 
skinęli głowami, wzięli Jessicę Miller i Johnny'ego Bodena z ekipy archeologów 
i ruszyli do wioski. 

Kiedy weszli na wzgórze i zniknęli z pola widzenia, dziennikarze zaczęli 

zasypywać Rurika pytaniami. Podniósł rękę, uciszając ich. 

-  Chcemy  okazać  należny  szacunek  panu  Hardwickowi  i  temu  miejscu, 

gdzie  tak  ciężko  pracował.  Hardwick  był  głęboko  przekonany,  że  powinniśmy 
chronić nasze dziedzictwo i szanować historię. Proszę więc, żeby nikt nie zbliżał 
się  do  grobowca,  dopóki  nie  wydobędę  stamtąd  skrzyni  ze  skarbem  i  innych 
kosztowności. Potem postawimy tu straż. 

Tasya  patrzyła,  jak  dziennikarze  wysłuchali  jego  polecenia  i  uważnie 

notowali i nagrywali każde jego słowo. 

Odkąd  spotkała  go  po  raz  pierwszy  była  pewna,  że  był  urodzonym 

przywódcą. Szedł,  nie oglądając się za siebie, żeby sprawdzić, czy ktoś za  nim 
idzie, a ludzie  i tak zawsze za nim podążali  i słuchali  go. Jego ludzie wręcz go 
czcili. Tłumaczyła to sobie tym, że przecież był pilotem Sił Powietrznych USA. 
Wiedziała  to,  bo  nie  mogła  odmówić  sobie  przyjemności  pogrzebania  w  jego 
przeszłości. 

Była na siebie zła, że tak łatwo uległa fascynacji jego osobą, podczas gdy 

on  traktował  ją  jak  mało  znaczącego  szkodnika,  szpiega  przysłanego  przez 
Fundację Dziedzictwa Narodów, by nadzorować efekty jego pracy. 

Potem...  kochali  się  i  poświęcił  jej  wtedy  więcej  uwagi,  niż  mogła 

oczekiwać. 

Mój Boże. Kiedy Rurik Wilder okazywał jej zainteresowanie, kruszyła się 

niczym  mur  z  cegieł.  Kiedy  odkryła,  że  ta  poważna  obojętność,  którą  jej 
okazywał, była tylko pozą, by zbić ją z tropu, zwabić w swoje ramiona... dała się 
zwabić. Przybiegła niczym przestraszone dziecko. 

Ciągle  wierzyła,  że  jej  ucieczka  była  najlepszą,  najmądrzejszą  decyzją, 

jaką mogła podjąć... jeśli nie musiałaby go więcej oglądać. 

A  teraz  stali  razem  przed  grobowcem,  który  mógł  przyczynić  się  do  jej 

sukcesu  i  zemsty.  Patrzyła,  jak  ręcznikiem  zmywał  z  kamienia  resztki  krwi 
Hardwicka  i  ustalał  zmiany  warty  przy  grobowcu.  Jedyne,  o  czym  mogła 
myśleć, to jak bardzo chciała, żeby był bezpieczny. 

Ależ z niej idiotka. Kompletna idiotka. 
Ich spojrzenia spotkały się. Jej serce zadrżało, kiedy skupił się na niej. 
- Panno Hunnicutt - powiedział. - Potrzebuję pani do nadzorowania ludzi, 

kiedy będę otwierał grobowiec... 

W jednej chwili wszystkie jej postanowienia legły w gruzach. 
Jeżeli on odkryje to, co miał nadzieję odkryć - dowód perfidii Varinskich, 

która przetrwała tysiąc lat - ona zostanie przy nim. 

background image

Uśmiechnęła się najbardziej czarującym uśmiechem i powiedziała: 
-  Będziesz  potrzebował  kogoś,  kto  zrobi  zdjęcia,  kiedy  już  odkryjesz 

skarb. Więc zostanę. 
 

 

background image

Rozdział 4 

Rurik  klęczał  przed  wejściem  do  grobowca  i  usuwał  kamienie  jeden  za 

drugim,  zmiatając  pył  z  przed  tysięcy  lat.  Skupił  się  na  pracy...  i  nagle  poczuł 
obecność  Tasyi.  Usłyszał  odgłos  aparatu  fotograficznego  rejestrującego  jego 
ruchy. Z każdym ruchem wsłuchiwał się w ten dźwięk. 

Poczuł żar jej ciała, tak jakby klęczała obok niego. Nie chciał jej tu. 
Każdy  postęp  w  badaniach  nad  Clovusem  Beheaderem  potwierdzał,  że 

wojownik  był  nikim  innym  jak  średniowiecznym  seryjnym  mordercą  - 
kanibalem, dzikusem, tyranem realizującym politykę spalonej ziemi, kroczącym 
ścieżką  zniszczenia  przez  Europę  i  czerpiącym  przyjemność  z  ludzkiego 
cierpienia. We współczesnym świecie zostałby nazwany psychopatą. 

Pułapki?  Tak,  za  wszystkie  swoje  występki  Clovus  na  pewno  smażył  się 

w  piekle,  gdzie  nie  mógł  już  plądrować.  Przynajmniej  był  pewny,  że  nikt  inny 
nie będzie cieszył się z jego łupu. 

Praca  tutaj  była  jak  czekanie  na  kolejny  cios  i  upadek.  Jeśli  Rurik  nie 

będzie ostrożny, Tasya stanie się następną ofiarą. 

Jednocześnie ucieszył się na wieść, że znów pracują razem. 
Przynajmniej  mógł mieć pewność, że ona żyje i zapłaci mu za robienie z 

niego  durnia.  Zapłaci  swoimi  ustami,  ciałem  i  umysłem,  wiele  razy,  aż  nie 
będzie miała siły, żeby znów uciec. 

Gdy  tak  usuwał  kamień  po  kamieniu,  torując  sobie  drogę  do  domu 

zmarłych, skupił uwagę na pracy i starał się trzymać z dala od kamiennej półki 
kryjącej  skrzynię  ze  skarbem.  Chciał  sięgnąć  po  nią,  ale  lekcja  dana  przez 
chciwość  Hardwicka  nie  poszła  na  marne.  Również  miejsce,  w  którym 
znajdowała  się  skrzynia,  było  podejrzane.  Dlaczego  stała  tam,  gdzie  tak  łatwo 
mogła być dostrzeżona przez pierwszego lepszego złodzieja? Po co za skrzynią 
był kamienny mur zasłaniający wnętrze grobowca? 

Skrzynia  pokryta  była  cienką  warstwą  złota,  a  klucz  tkwiący  w 

mosiężnym zamku czekał na przekręcenie. Skrzynia ze skarbem była przynętą i 
Rurik nie miał wątpliwości, że może spodziewać się kolejnych pułapek. 

- Zaczekaj, Rurik. -  Tasya odwróciła się  i  podała  Ashley aparat. - Cofnij 

się,  ostrożnie!  I  zrób  zdjęcie  całości.  Chcę  mieć  w  szerokim  planie  ściany, 
ścieżkę i wszystko, co tu odkryliśmy. 

- Dobrze. - W głosie Ashley dało się słyszeć zadowolenie z tego, że mogła 

się cofnąć, bo była naprawdę przerażona. 

Gdy dotknął kolejnego kamienia, Tasya położyła dłoń na jego ręce i cicho 

szepnęła do ucha: 

- Nie ruszaj tego. 
Odwrócił  się,  by  spojrzeć  w  jej  oczy.  Jasnoniebieskie,  zmieniały  się  w 

szare i ponure. Wiedziała coś, czego on nie wiedział. 

- To nie wygląda dobrze. Cofnij się i pchnij go kijem lub bosakiem. 

background image

To nie wygląda dobrze? Co to, do cholery, miało znaczyć? 
- Dlaczego miałbym cię posłuchać? 
Dlaczego  miałby  słuchać  ostrzeżeń  kobiety  zainteresowanej  wyłącznie 

sobą i swoją karierą? 

Dłoń Tasyi mocniej zacisnęła się na jego dłoni. 
- Nie obchodzi mnie, czy będziesz żył, czy umrzesz. Ale nie mam ochoty 

oglądać  kolejnego  faceta  ociekającego  krwią  z  utkwionym  w  nim  ostrzem 
miecza. 

- Urocze. 
-  Co  masz  do  stracenia?  -  Jej  sarkastyczny  ton  maskował  napięcie 

widoczne na twarzy. Była pewna. Zbyt pewna. 

Już  miał  ją  zlekceważyć,  ale  nagle  zobaczył  matkę  uwięzioną  w 

szczękach  mocy  przepowiedni.  Tego  dnia,  niecałe  dwa  tygodnie  temu,  jego 
życie  legło  w  gruzach...  znowu.  Człowiek  uczy  się  na  błędach.  Rurik  nie 
zignoruje  ostrzeżenia  Tasyi,  ale  skorzysta  z  okazji,  by  dowiedzieć  się  o  niej 
więcej, o przeszłości, o której nigdy nie chciała mówić. 

Ostrożnie zabrał rękę z kamienia. Splótł dłoń z jej dłonią. 
- Chcesz mi coś powiedzieć? 
Tasya wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok. 
- Mam przeczucie - powiedziała cicho. 
- A miałaś przeczucie co do Hardwicka? Blada twarz Tasyi poszarzała. 
Widocznie  nawet  nieustępliwy  reporter  czuł  strach  w  obliczu  sił 

nadprzyrodzonych. 

- Tak, ale nie zdążyłam na czas. 
Uwolniła rękę z uścisku. Unikała jego spojrzenia, nie chcąc dać mu okazji 

do pytania o jej przeczucie w obecności tłumu dziennikarzy, turystów i Ashley, 
która cały czas stała za nimi z aparatem, uwieczniając każdy ruch. 

- Ashley, przynieś bosak - zawołał. 
Gdy pognała do magazynu, uśmiechnął się do Tasyi. 
- Nareszcie sami. 
Ich spojrzenia spotkały się. 
- Przestań. 
Dotknął jej ramienia. Porzuciła go, odeszła bez słowa, nie napisała ani nie 

zadzwoniła. Kiedy obudził się po długiej, namiętnej nocy, zobaczył obok siebie 
puste miejsce w łóżku i ani śladu kobiety, którą tak starannie i zuchwale uwiódł. 

Teraz,  kiedy  zostali  sami,  rozpaczliwie  chciała  uniknąć  intymnej 

dyskusji... i słodkiej zemsty. Pościg zaczynał się od nowa, tylko tym  razem  nie 
zawracał sobie  głowy wstępami  i subtelnością. Tym razem wiedziała, że deptał 
jej po piętach i że był nieźle wkurzony. 

Oczywiście Tasya nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała zapanować nad 

sytuacją. 

-  To  nie  jest  czas  ani  miejsce  na  omawianie  spraw  prywatnych.  Mamy 

robotę. 

background image

- Zgadzam się. Później porozmawiamy o naszych prywatnych sprawach. - 

Wzrokiem przesuwał od jej głowy po czubki zakurzonych butów, nie pomijając 
żadnego ważnego punktu między nimi. Uśmiechnął się jak sułtan, który właśnie 
zaakceptował nowy nabytek. - Tym razem nie będzie ci tak łatwo uciec. 

Zarumieniła się gwałtownie. 
- Wcale nie uciekłam. 
-  Jak  przestraszony  królik  -  mówił,  akcentując  każde  słowo.  -  Spójrz 

prawdzie  w  oczy:  nawet  nie  potrafisz  w  tej  sprawie  kłamać.  -  Roześmiał  się 
groźnie. - Mam zamiar wziąć, co moje. 

Nachyliła się do niego, unosząc podbródek. 
- Nie jestem twoją własnością. Ich potyczkę przerwała Ashley. 
- Przyniosłam bosak - zaświergotała. 
- Dziękuję. - Nie spuszczając wzroku z Tasyi, wziął długi kij. 
- Powinnam była pozwolić, żebyś wpadł w pułapkę - powiedziała Tasya z 

wściekłością. 

- Ciągle  ratujesz świat, a pozwoliłabyś, żebym  trafił do piekła?  - oburzył 

się. 

- Zapewniam cię, że z miejsca, w którym siedzisz, to niedaleko. 
- Ale pamiętaj, Tasyo, że zabiorę cię ze sobą... gdziekolwiek pójdę. 
Długo mierzyli się spojrzeniami. 
- To będą świetne zdjęcia - uznała Ashley. 
Usłyszał  pstryknięcie  migawki.  Zobaczył,  jak  Tasya  odwraca  się  i 

wyrywa aparat z rąk Ashley. Uśmiechnął się i zrelaksował. 

- Masz rację, Ashley. To będą świetne zdjęcia. 
Do czasu, kiedy dwie godziny później skończyli, Rurik uruchomił jeszcze 

trzy pułapki. Z pomocą Ashley Tasya zrobiła dwieście zdjęć. 

Kiedy  całkowicie  oczyścili  wejście,  Rurik  wyszedł,  trzymając  w  rękach 

skrzynię  ze  skarbem.  Wokół  grobowca  zaroiło  się  od  ludzi,  którzy  pojawili  się 
nie wiadomo skąd. Chyba każdy, kto był na wyspie, przyszedł tutaj. 

Potem  zobaczył  helikopter  i  zrozumiał,  że  media  docierały  tutaj 

wszystkimi  możliwymi  sposobami.  Wcześniej  był  zbyt  zajęty,  żeby  to 
zauważyć.  Skupiony  na  pracy,  na  zapewnieniu  Tasyi  bezpieczeństwa  i 
obserwowaniu jej szóstego zmysłu, który tak usilnie próbowała ukryć. 

Ona  była  wyczulona  na...  właściwie  na  co?  Okrutne  zamiary?  Aurę  zła, 

która otaczała od dawna zmarłego Clovusa i wszystkie jego czyny? 

Rurik  nie  wiedział  tego,  ale  widział,  że  jej  wiedza  nie  była  dla  niej 

zaskoczeniem. Była świadoma swoich umiejętności i to go bardzo zastanawiało 
i intrygowało. Kiedy dowiedziała się, że ma taki dar? Jakie wydarzenie do tego 
doprowadziło? 

- Czy w skrzyni jest jakaś pułapka? - zapytał łagodnie. 
- Nie - odpowiedziała, patrząc na niego. - Jestem tego pewna. - Spojrzała 

na grobowiec. - Na razie jesteśmy bezpieczni. Jest ich tam więcej, ale nie są... są 
schowane. Za czymś, tak mi się wydaje. 

background image

- Jasne. 
Słońce  pochylało  się  coraz  niżej  nad  horyzontem.  Z  nabożeństwem 

wyniósł  skrzynię  ze  skarbem  z  cienia  ku  słońcu,  którego  promienie  nadal 
oświetlały kamienną ścieżkę. Postawił skrzynię na ziemi i ukląkł przed nią. 

Jak na zawołanie Tasya uklękła po jednej stronie, a Ashley po drugiej. 
Pomyślał,  że  wyglądali  jak  starożytni  kapłani  składający  hołd  złotemu 

bogu. Kątem oka spojrzał na Tasyę. 

W  skupieniu  pstrykała  zdjęcia,  ale  była  przy  tym  tak  ożywiona,  że 

sprawiała wrażenie, iż robi coś ważnego i pasjonującego. Opanowała swoją rolę 
do perfekcji, pracowała przecież dla Dziedzictwa Narodów. 

Przekręcił  klucz  w  zamku  z  brązu,  nie  oczekując,  że  uda  mu  się  go 

otworzyć. Klucz zgrzytnął. Rurik bez wahania otworzył wieko skrzyni. 

Ashley odetchnęła ciężko. 
Spośród tłumu dał się słyszeć pomruk. 
Tasya robiła zdjęcie za zdjęciem 
Skrzynia  zawierała  coś,  o  czym  marzył  każdy  archeolog.  I  jej  zawartość 

mieniła się i błyszczała. 

Uroczyście wyjął po kolei każdy przedmiot i położył na ziemi. 
Stalowy sztylet ze srebrną rękojeścią wysadzaną szafirami, złotą opaskę w 

kształcie węża z rubinowymi oczami, złote pierścienie i bursztynowe bransolety. 

Za  każdym  razem,  kiedy  wyjmował  ze  skrzyni  kolejny  przedmiot, 

dziennikarze komentowali, robili zdjęcia i nagrywali. 

Kiedy  ujrzał dno cedrowej skrzyni, postukał w  nie, aby  upewnić się, czy 

nie jest podwójne i nie kryje czegoś jeszcze. Rozczarował się. 

- Cholera - szepnął pod nosem. 
Każdy  z  moich  czterech  synów  musi  znaleźć  jedną  z  ikon  rodziny 

Varinskich. 

Rurik  znał  legendę  o  Varinskich.  Ojciec  opowiadał  ją  jemu,  Jashy, 

Adrikowi i Firebird. 

Tysiąc lat temu okrutny wojownik przemierzał rosyjskie stepy. 
Powodowany  żądzą  władzy  pierwszy  Konstantine  Varinski  ubił 

zbrodniczy  interes.  W  zamian  za  zdolność  do  przemiany  w  dzikie  zwierzę, 
obiecał  swoją  duszę  i  dusze  swoich  potomków  diabłu.  Pakt  przypieczętował 
rodzinnymi ikonami Varinskich i krwią własnej matki. 

Każdy  z  moich  czterech  synów  musi  znaleźć  jedną  z  ikon  rodziny 

Varinskich. 

Zorana miała tylko trzech synów. Jeden z nich zaginął gdzieś w Azji. 
Jej przepowiednia była niemożliwa do spełnienia. 
Niespełna  tydzień  po  jej  wizji  w  ich  domu  w  Waszyngtonie  pojawił  się 

Jasha  ze  swoją  kobietą.  Przywieźli  jedną  z  ikon  Varinskich;  było  to  tradycyjne 
rosyjskie przedstawienie Matki Boskiej. Na rękach trzymała Dzieciątko Jezus, a 
po  jej  prawej  stronie  stał  święty  Józef.  Nad  głowami  mieli  aureole  ze  złotych 

background image

liści.  Jej  szaty  były  purpurowe,  tło  złote,  a  oczy  miała  duże,  ciemne  i  pełne 
współczucia. 

Więc  Rurik,  który  szukał  sposobu,  by  złamać  pakt,  musiał  teraz  znaleźć 

kolejną ikonę. 

Był pilotem wojskowym, a wiara w wizje i przepowiednie była sprzeczna 

z jego naturą. 

Ale  podobnie  jak  inni  mężczyźni  w  jego  rodzinie,  codziennie  żył  ze 

świadomością, że ciąży na nim pakt z diabłem. 

Byłby głupcem, gdyby lekceważył siły nadprzyrodzone, ale tak naprawdę 

bardziej  ufał  w  swoje  badania.  Wierzył,  że  udało  mu  się  znaleźć  właściwego 
wojownika i właściwy grobowiec. 

Ale w tej skrzyni nie było ikony. 
- Cholera - szepnęła zrezygnowana Tasya. 
Zmierzył ją groźnym wzrokiem. 
Przecież  to  znalezisko  przyniesie  Dziedzictwu  Narodów  rozgłos,  wiele 

cennych  łupów,  a  jego  dziennikarzom  -  sławę.  Czego  jeszcze  chciała  Tasya? 
Czego szukała? I dlaczego? 
 

 

background image

Rozdział 5 

W lipcu na północy Szkocji słońce wschodzi o czwartej rano. 
Rurik  wstał  jeszcze  wcześniej.  Włożył  koszulkę  i  spodnie  moro  oraz 

wojskowe  buty  i,  jak  co  rano,  wyruszył  pobiegać;  ale  tym  razem  to  nie  był 
zwykły poranny bieg. 

O  tej  porze,  kiedy  wiedział,  że  dziennikarze  spali  kamiennym  snem,  a 

tubylcy odsypiali kaca, wybrał się do grobowca. 

Ostatni wieczór spędził w  miejscowym pubie, pod  niebiosa wychwalając 

Hardwicka,  opowiadając  o  odkryciu  grobowca,  udając  skromność  i  wznosząc 
toasty  z  każdym  członkiem  swojej  ekipy.  Wypił  już  o  jedno  piwo  za  dużo  i 
patrzył, jak Tasya przedziera się przez tłum, wymienia z reporterami informacje 
i  rozmawia  z  archeologami  i  tubylcami.  Aha,  i  całkowicie  go  ignoruje. 
Przychodziło jej to bez najmniejszego trudu. 

Znacznie gorzej byłoby, gdyby traktowała go tak obojętnie jak innych. 
Kiedy kładł się do łóżka, dochodziła północ, obudził się już o trzeciej nad 

ranem, nie mogąc spać i nie mógł się już doczekać, kiedy pójdzie do grobowca. 

Nie  znalazł  jeszcze  ikony  Varinskich.  Wcześniej  mogła  być  w  skrzyni  - 

przynajmniej tak wynikało z badań - ale teraz jej tam nie było. 

Grobowiec  był  duży,  Clovus  okazał  się  sprytniejszy  i  bardziej 

bezwzględny,  niż  Rurik  sobie  wyobrażał,  może  ikona  była  ukryta  gdzieś  w 
środku. 

A może wskazówka co do miejsca jej pobytu znajdowała się w grobowcu. 

Dziś  archeolodzy  i  reporterzy  na  pewno  przybiegną  do  grobowca  w  nadziei  na 
bardziej elektryzujące odkrycia... dlatego chciał tam dotrzeć przed nimi. 

Słońce wschodziło, świeże powietrze wypełniało płuca Rurika. 
Ruszył  pośpiesznie,  długimi  krokami  przemierzając  pagórkowaty  teren 

wyspy.  Kiedy  zbliżał  się  do  wzniesienia,  zobaczył  w  oddali  ludzi  ze  swojej 
ekipy. 

- Co u diabła...? - Zatrzymał się i zaczekał, aż Connell i Tony go dogonili. 
- To chyba nie jest czas zmiany warty. Connell wskazał placem. 
- MacNachtan jest na górze ze strzelbą. 
Ponury  wieśniak,  stojący  na  kopcu  z  kamieni,  z  szacunkiem  pokłonił  się 

Rurikowi. 

- To chyba bez sensu, żebyśmy wszyscy tutaj tkwili. - Włosy z tyłu głowy 

Tony'ego były rozczochrane, prawdopodobnie spał przez całą zmianę. 

- Wszyscy? - zdziwił się Rurik. 
- Hunni powiedziała, że wkrótce do nas dołączysz - powiedział Connell. 
-  Hunni?  -  Rurik  groźnie  wpatrywał  się  w  trawę  falującą  w  oceanicznej 

bryzie i grobowiec. - Tasya Hunnicutt tu jest? 

-  Tak,  mówiła,  że  chciałeś,  żeby  sfotografowała  wejście  -  Tony 

uśmiechnął się  i był  to  uśmiech zadurzonego  mężczyzny,  którego przed chwilą 

background image

uszczęśliwił uśmiech kobiety i kilka zalotnych słów. - Wiesz, szefie, jest świetną 
fotoreporterką. I ma fioła na punkcie tych znalezisk. Mogłaby być archeologiem 
- świetnie się na tym zna. 

- Jest niesamowita. 
Pod  wieloma  względami.  Rurik  patrzył,  jak  jego  współpracownicy 

oddalają się. 

Idioci, dali się nabrać. Nie przyszło im do głowy, że Tasya ich wszystkich 

wykiwała, pewnie miała ukryty motyw. 

Archeolodzy  pilnujący  grobowca  byli  równie  skuteczni  jak  szczenięta 

pilnujące hydrantu przeciwpożarowego. 

Oczywiście  on  też  nie  wpadł  na  to,  że  Tasya  mogła  wstać  wcześniej  niż 

on i przeszukać grobowiec. No i kto dał się wykiwać? 

Schodził w dół  po kamiennej ścieżce do wejścia  grobowca, skradając się 

tak,  by  Tasya  go  nie  słyszała.  Zawsze  uważał,  że  wiedziała  za  dużo,  była  zbyt 
zainteresowana  i  musiała  mieć  jakieś  tajemnicze  powody,  by  tak  pilnie  śledzić 
wykopaliska. 

Dziś miał zamiar ją przesłuchać, rozkoszując się każdą chwilą. Z wnętrza 

grobowca  dostrzegł  światło.  Miała  ze  sobą  jakieś  źródło  światła;  usłyszał  też, 
jak robi zdjęcie po zdjęciu. Starając się nie zdradzić swojej obecności, rozejrzał 
się dokoła. 

Oto i ona, ubrana w koszulkę moro włożoną w piękne, obcisłe dżinsy. 
Bez wątpienia jego koledzy uwierzyli w każde jej słowo. Ta kobieta miała 

tak ponętne kształty, że żaden mężczyzna nie pozostawał wobec niej obojętny. 

Na nogach miała ciężkie czarne buty, a jej plecak leżał obok niej na ziemi. 

Można  było  przypuszczać,  że  ubrała  się  tak,  bo  było  tu  brudno...  ale  wnikliwy 
obserwator stwierdzi, że miała na sobie taki strój z tego samego powodu co on. 
Żeby  łatwiej  wtopić  się  w  tło.  Uklękła  przy  ścianie  za  podwyższeniem,  na 
którym  spoczywała  skrzynia.  Ściany  pokryte  były  płaskorzeźbami,  podeszła 
bardzo blisko, aby obiektyw aparatu uchwycił każdy szczegół. 

Pasjonujące.  Interesował  ją  dokładnie  ten  sam  fragment,  który  on  miał 

zamiar  badać.  Dlaczego  interesowały  ją  ścienne  płaskorzeźby,  kiedy  wnętrze 
grobowca mogło być pełne złota? I klejnotów? 

Czego właściwie szukała? 
W tej chwili go to nie obchodziło. 
Bo  byli  sami.  Tak  jak  jej  wcześniej  obiecał,  była  osaczona  i  nie  miała 

dokąd  uciekać.  Celowo  stanął  przy  wejściu,  zasłaniając  wpadające  promienie 
słońca  oświetlające  ścianę  i  ją.  Odwróciła  się  gwałtownie  i  przykucnęła  w 
bojowej pozycji. 

-  Przestraszyłaś  się.  -  Pochylił  się  i  wszedł  do  środka.  -  Dlaczego?  Masz 

coś na sumieniu? 

- Rurik. Co ty tutaj robisz? - Spojrzała mu w oczy. 
- Od mojej ekipy dowiedziałem się, że tu jesteś. 
- No tak. 

background image

Zawiesiła sobie aparat na szyi i spuściła głowę. Tak, musiała mieć coś na 

sumieniu. 

-  Nie  mogłam  się  doczekać,  by  zobaczyć,  co  jest  w  grobowcu  - 

powiedziała. 

- Ale przecież nie jesteś w środku. Fotografujesz rzeźby na ścianach przy 

wejściu. Dlaczego? 

-  Jestem  fotografem  czasopisma  naukowego.  Muszę  udokumentować 

każdy szczegół tego grobowca. 

Jej  czarne  kręcone  włosy  były  rozczochrane,  jakby  dziś  rano  tylko 

przeczesała je palcami. 

Rurik  wyciągnął  rękę.  Najpierw  próbowała  się  uchylić,  ale  po  chwili 

zastygła w bezruchu. Czyżby próbowała dać mu do zrozumienia, że jego dotyk 
jej nie wzruszał? 

Powodzenia. Założył jej za ucho opadający kosmyk włosów. 
Przygryzła wargi. 
Bystra  dziewczyna.  Powinna  się  go  obawiać.  Przesuwając  dłoń  na  jej 

kark, przyciągnął ją do siebie. 

- Nie waż się. - Zacisnęła pięści. 
- Spróbuj mnie powstrzymać. - Wyszczerzył w uśmiechu zęby. - Chętnie 

się z tobą zmierzę. 

-  Po  co?  Co  chcesz  zrobić?  Zmusić  mnie,  bym  cię  pocałowała?  - 

powiedziała pogardliwym głosem niezależnej kobiety. 

-  Do  niczego  nie  będę  musiał  cię  zmuszać  -  szepnął  jej  do  ucha.  - 

Zamierzam  tak  cię  rozpalić,  że  stopimy  się  w  jedno  i  nie  będziesz  wiedziała, 
gdzie kończysz się ty, a zaczynam ja. 

Sposób, w jaki złapała oddech, przemówił do jego wyobraźni. 
Odwracając głowę, pocałował ją w policzek. 
- Zajmę się tym później. 
Później się z nią zabawi, wyprowadzi z równowagi, będzie groził piekłem 

i obiecywał niebo. Nie mógł sprawić, żeby go pokochała, skłonić jej, żeby z nim 
została, ale jeżeli jeszcze raz spróbuje uciekać, popamięta go. 

Odwrócił się do ściany i tonem, który na pewno ją rozdrażni, powiedział: 
-  Najwyraźniej  Clovus  dostał  dar,  który  wygląda  podobnie  do...  czekaj, 

tak, to sprawia wrażenie bezwartościowego, jak opakowanie po czekoladzie! 

Właściwie kształtem i wielkością przypominało ikonę, ale średniowieczni 

artyści  nie  używali  realistycznej  perspektywy,  a  rzeźbiarze  w  kamieniu  z 
północnej  Szkocji  w  tamtych  czasach  nie  mieli  umiejętności  rzemieślników  z 
południa. Dopóki nie przestudiuje skryptu, nie będzie mógł być pewny, jaki dar 
otrzymał  Clovus,  a  nawet  wtedy  będzie  to  trudne  do  stwierdzenia.  Czas  zatarł 
szczegóły. 

- Nie pleć głupot. - Oczywiście, Tasya mówiła bardzo poważnie. - To jest 

zbyt krótkie i zbyt szerokie, żeby być tabliczką czekolady. Uwierz mi. Znam się 
na czekoladzie. 

background image

Ponownie spojrzała w wizjer aparatu i zrobiła zdjęcia z różnych ujęć. 
Nie wiedział, dlaczego Tasya była tym tak bardzo zainteresowana. Ale w 

końcu,  jakie  to  miało  znaczenie?  Odczytanie  pisma  i  analiza  płaskorzeźb 
wystarczą do znalezienia tego, co go interesowało. 

- Wszystko sfotografowałaś? 
-  Sprawdzam.  Teraz  mam  ujęcia  ze  wszystkich  stron  w  każdym 

możliwym oświetleniu. 

- Świetnie. I nie masz tych swoich przeczuć co do nowych pułapek? 
- Nie mam. Jesteśmy bezpieczni. 
- Cóż. - Wyjął latarkę z kieszeni spodni. - Ja jestem bezpieczny, a ty masz 

wielki problem. 

Przestała robić zdjęcia. 
-  Nie  musisz  być  nieprzyjemny  przy  każdej  nadarzającej  się  okazji  - 

powiedziała zirytowana. 

- Nie jestem nieprzyjemny. Jestem szczery. 
Przeszedł  przez  gruz  na  podłodze  pod  ścianą  i  poświecił  latarką  do 

przedsionka grobowca. 

Ściany były kamienne, zwarte i ciemne, a jego głowa dotykała sklepienia. 

Na podłodze  leżały antyczne  narzędzia  i kości zwierząt, a przed odległą ścianą 
stał kamienny ołtarz, a na nim, na wpół otwarty, kamienny sarkofag. 

Tasya weszła razem z nim do środka. 
- Co tam jest? 
-  Mieszanka  artefaktów  z  epoki  brązu  i  wczesnego  średniowiecza.  To 

potwierdza moje przypuszczenia - grobowiec pochodzi prawdopodobnie z przed 
czterech  tysięcy  lat,  a  Clovus  usunął  pogrzebanego  tu  króla  i  przygotował 
miejsce pochówku dla siebie. 

- I nie bał się? 
- Nie bał się śmierci, nie miał szacunku dla przeszłości. Podejrzewam, że 

w sarkofagu spoczywa pierwszy lokator grobowca. 

- Nie podoba mi się to miejsce. - Zaniepokojona, wzruszyła ramionami. - 

A gdzie spoczywa Clovus? 

-  Komora  grobowa  jest  tam.  -  Rurik  skinął  głową  w  kierunku  ściany  z 

gładkich kamieni. 

- Tak. - Ciarki przeszły jej po plecach. - Czuję to. 
Nic o niej nie wiedział. Kompletnie nic. To była dla niego szansa. 
- Co czujesz?  Skąd wiesz, że to on? Od jak dawna potrafisz powiedzieć, 

że ktoś jest zły? 

Nie  spodziewał  się  odpowiedzi,  ale  odpowiedziała  na  wszystkie  jego 

pytania. 

- Czuję się, jakbym była otoczona przez  mrok. Nie jestem pewna, czy to 

jest  Clovus,  ale  kto  inny  to  może  być?  Po  raz  pierwszy  wyczułam  ich,  gdy 
miałam cztery lata i nigdy nie zapomniałam tego uczucia. 

background image

- Ich? - Skupił na niej całą uwagę. - Kim oni są? Zignorowała go, powoli 

odwróciła głowę w stronę wejścia i patrzyła uważnie. Wyszeptała: 

- To chyba jednak nie jest Clovus, bo... oni tu są. Wtedy  usłyszał  głosy  i 

rozpoznał ich akcent, chełpliwy ton i groźby. 

Varinscy. Skurwysyny. Jego krewni z piekła rodem znaleźli go. 
Varinscy  zostali  wyszkoleni  do  tropienia,  zabijania  swoich  wrogów,  do 

niszczenia wszystkiego, co stało im na drodze. 

Zazwyczaj dokonywali zabójstw i aktów sabotażu na zlecenie tych, którzy 

im płacili. 

Teraz nikt im nie zapłacił. Polowali na Wilderów dla zemsty. 
Najpierw znaleźli Jashę, teraz znaleźli jego. 
Rurik  utknął  tutaj,  pomiędzy  swoim  przeznaczeniem  a  kobietą,  która 

napełniła jego serce bólem, a duszę gniewem. 

Jego  śmierć  położyłaby  kres  nadziejom  rodziny,  ale  będzie  walczył  i  nie 

pozwoli zginąć Tasyi. Nie zasłużyła na śmierć tylko dlatego, że była z nim. 

-  Cofnij  się  -  powiedział.  -  Schowaj  się  za  ołtarz.  Spojrzała  na  aparat  w 

swojej dłoni. 

-  Mój  plecak.  Mój  plecak  jest  tam  przy  wejściu!  Pospiesznie  złapał  jej 

plecak, latarkę i popchnął do tylnej ściany. Razem uklękli za ołtarzem. 

Schował ją za sobą, a ona, wydawszy stłumiony okrzyk strachu, zniknęła 

za ścianą. Krótka płyta z litej skały obróciła się i pochłonęła ją. 

Poszedł za nią i znalazł się w kompletnych ciemnościach. 
Drżącą ręką złapała jego rękę. Usłyszał jej głos. 
- Tu jestem. Znalazłam przejście. 
Tak. Powiew świeżego powietrza dotarł tu wprost od morza. 
Pochylił się. Widoczność była doskonała. Zobaczył  małą kamienną salę i 

tunel skręcający daleko w głąb ziemi. Popchnął w jej kierunku plecak i latarkę. 

- Idź. Chcę usłyszeć, co oni mówią. 
Wczołgał  się  z  powrotem  do  przedsionka  grobowca,  zamknął  ścianę, 

kucnął i czekał. 

Było  ich  czterech,  oczywiście  Varinscy  płodzili  tylko  synów.  Rurik  zdał 

sobie sprawę, że nawet nie podejrzewają, że on tu jest. 

Zdał też sobie sprawę, że  Boris,  głowa rodu Varinskich,  nie wysłał  na tę 

misję  swoich  najlepszych  ludzi.  A  jeżeli  to  zrobił,  ich  potęga  była  mocno 
przereklamowana.  Ci  tutaj  zachowywali  się  głośno,  niestosownie,  nie 
przejmując  się  nikim  i  niczym,  co  mogło  być  ukryte  w  grobowcu.  Szli  przed 
siebie, nie bacząc na nic. 

Jeden  z  nich,  ochrypły  trzydziestolatek,  miał  dużą,  skórzaną  torbę  na 

ramieniu. 

- Czego tu szukamy? - zapytał po rosyjsku. 
-  Właśnie,  dlaczego  musieliśmy  przypłynąć  na  gównianą,  małą  wyspę  w 

Szkocji? - Inny oglądał kamienny filar i ścianę blokującą wejście. 

background image

Miał  na  sobie  kowbojski  kapelusz  i  buty,  wyglądał  jak  Kozak  przebrany 

za Teksańczyka. 

Rurik prześliznął się wokół ołtarza i, pozostając za nim, patrzył. 
Ich przywódca miał około czterdziestki, stał pośrodku grobowca z rękoma 

na biodrach. 

- Widocznie jeden ze starych miał wizję. Nie wiem, o co chodziło, ale to 

wystraszyło Borisa. 

-  Byłem  tam,  kiedy  to  się  stało  -  powiedział  najmłodszy.  Pozostali  trzej 

spojrzeli na niego. 

- Nie było cię tam. - Przywódca najwyraźniej też mu nie wierzył. 
-  Byłem  tam  -  upierał  się  chłopak.  -  Szalony  wujek  Ivan,  ślepiec  z 

bielmem na oczach, zawołał Borisa, złapał go za gardło jakby go widział, i jego 
głos zabrzmiał jak... jak... - Zadrżał. - Zabrzmiał głęboko, mocno i złowieszczo. 

- Wuj Ivan nigdy nie lubił Borisa. - powiedział przywódca. 
- Drażnił go. 
Chłopak nerwowo wzruszył ramionami. 
- Jasne, chciałbym w to wierzyć. 
- Więc co powiedział? - zapytał jeden z pozostałych. 
- Wuj Ivan powiedział Borisowi, że pakt z diabłem wisi na włosku, i jeżeli 

Varinscy nie wezmą się w garść i nie zabiją tego, który poślubił Cygankę... 

- Konstantine'a - powiedział przywódca. 
-  Tak,  Konstantine'a.  Jeśli  Varinscy  nie  zabiją  Konstantine'a,  jego 

szczeniąt  i  tej  dziwki,  z  którą  się  ożenił,  staną  się  pośmiewiskiem,  a  pakt 
zostanie zerwany. To wszystko sprawia, że przechodzą mnie ciarki. 

Po  wysłuchaniu  tej  historii  Rurik  też  miał  ciarki.  Przypuszczał,  że  wizja 

matki była odosobnionym przypadkiem i nie miała znaczenia. 

Wyobrażał  sobie,  że  przemawiała  przez  nią  jakaś  życzliwa  siła.  Wizja 

ostrzegła  jego  rodzinę  przed  kłopotami,  mówiąc,  w  jaki  sposób  zerwać  pakt  z 
diabłem. 

Wyglądało  na  to,  że  jeden  z  Varinskich  miał  podobną  wizję,  nakazującą 

Borisowi, by zniszczył Konstantine'a i jego rodzinę, bo w przeciwnym razie... 

Cholera. 
- A co to miejsce ma z tym wspólnego? - Mężczyzna otworzył torbę. 
Rzucił każdemu metalowy dysk. 
- Wujek Ivan powiedział, że jest jakaś ikona, rzecz święta, którą  musimy 

znaleźć. 

Chłopak przywiązał dysk do kolumny. 
- Myślę, że ikona jest tu, a my zaraz rozsypiemy to w drobny mak. 
Rurik, skupiony na podsłuchiwaniu, zrozumiał, że jego zbrodniczy kuzyni 

mieli zamiar zdemolować to miejsce. 

Nic  dziwnego,  że  nie  obchodziło  ich,  czy  ktoś  tu  był.  Mieli  zamiar 

wysadzić  grobowiec w powietrze i prawdopodobnie zniszczyć ikonę, szansę na 
ocalenie jego ojca i... Boże, czy Tasya przeżyje? 

background image

- Znałeś Konstantine'a, prawda, Kaspar? - zapytał chłopak. 
- Tak, znałem go - odparł przywódca. 
-  Czy  to  prawda,  że  był  największym,  najlepszym  przywódcą,  jakiego 

kiedykolwiek mieliśmy, i że Boris się go bał? 

Trzej podwładni zwrócili się do Kaspara w oczekiwaniu na odpowiedź. 
-  Nie  był  największy,  ale  był  sprytny.  Przebiegły.  Kiedy  walczyliśmy, 

zawsze wygrywał. Był doskonałym strategiem i kiedy nami dowodził, Varinscy 
mieli  największą  władzę  na  świecie.  -  Kaspar  splunął  na  ziemię.  -  Nie  tak,  jak 
teraz. 

Drużyna  w  milczeniu  podkładała  ładunki.  Rurik  nie  ważył  się  poruszyć. 

Ikona i Tasya. Czy straci je obie? 

- A Boris lepiej niech szybko coś zrobi, bo długo nie utrzyma się u władzy 

- powiedział chłopak. 

- To też podsłuchałeś? - przedrzeźniał go Kaspar. 
-  Boris  jest  moim  ojcem,  ale  Vadim  to  mój  brat.  Jestem  wobec  niego 

lojalny  i  mam  nadzieję,  że  będzie  następnym  przywódcą.  -  Uśmiechnął  się  i 
zwrócił głowę w stronę słońca. 

Rurik drgnął. 
Jego usta były intensywnie czerwone, policzki jasne, a oczy skośne. 
Może  malował  się,  żeby  tak  wyglądać,  ale  Rurikowi  wydało  się,  że  ten 

chłopak był prawdziwym wybrykiem natury. 

- Nie bądź głupi - powiedział ostro Kaspar. - Vadim jest za młody. 
Chłopak  syknął  na  Kaspara.  Zakołysał  się  i  Rurik  wyobraził  sobie,  w  co 

mógł  się  zmienić...  jego  źrenice  były  pionowe,  gładka  skóra  lśniła,  jakby 
pokryta  lakierem,  a  zęby  w  tych  czerwonych  ustach  były  ostre  jak  zęby 
wampira... albo grzechotnika. 

Kaspar fuknął: 
- Przestań, Alek! Nie mamy czasu na to gówno. Musimy się z tym uporać, 

zanim ktoś tutaj przyjdzie. 

Alek przestał się kołysać. 
- Jeżeli ktoś nas przyłapie, będzie tu niezły bajzel - dodał Kaspar. 
- Dobra, ale nie śmiej się z mojego brata albo on się z tobą rozprawi. 
Alek wziął swój ładunek i pochylił się, żeby go ustawić. 
Kiedy  Kaspar  upewnił  się,  że  Alek  na  niego  nie  patrzy,  odwrócił  się  i 

chusteczką wytarł czoło. 

Rurik  poczuł,  że  też  powinien  to  zrobić.  Varinscy  zmieniali  się  w 

drapieżne ptaki, wilki albo pantery. Ale nigdy w węże. Nigdy w coś, co pełzało 
po ziemi i pluło jadem. Co się stało? Skąd ta zmiana? 

Kiedy Alek wyprostował się, Kaspar zapytał: 
-  Ładunki  na  miejscach?  Zegary  nastawione?  -  Kiedy  wszyscy 

przytaknęli, powiedział: - To zabierajmy się stąd. 

Varinscy  wybiegli  na  zewnątrz  w  tempie,  które  świadczyło  o  sile 

wybuchu. Rurik rzucił się przez ścianę i tunel w stronę Tasyi. 

background image

- I czego się dowiedziałeś? - szepnęła. 
- Do diabła, co ty tu robisz? Uciekaj! Już! - Popchnął ją. Nie wypytywała 

o szczegóły. Posłuchała i rzuciła się w stronę ciemności. 

Rurik pobiegł za nią, przez cały czas trzymając rękę na jej plecach. 
Światło za nimi przygasło. Tunel stał się węższy i niższy. Biegli teraz po 

piasku i kamieniach, a zapach morza wabił Rurika, żeby szedł dalej. 

Wokół było ciemno. Tasya potknęła się o gruz, który leżał na ziemi. 
Rurik pomógł jej zachować równowagę. 
- Pochyl się, sufit się obniża. Teraz będziemy musieli się czołgać. 
Popchnął  ją  na  kolana  i  puścił  przed  sobą.  Tunel  zwęził  się  jeszcze 

bardziej, ale w oddali, za rogiem, dostrzegł światło. 

- Jesteśmy już prawie na miejscu. 
-  Tu  jest  coraz  ciaśniej.  -  Była  wyczerpana,  ale  przede  wszystkim 

przerażona. 

Klaustrofobia. Nie było lepszej chwili, żeby doświadczyć tego uczucia. 
- Pójdę przodem. Jeżeli ja się przecisnę, ty też. 
- No dobra. 
Ta myśl sprawiła, że poczuła się lepiej. 
Może  to  nie  był  najlepszy  pomysł,  żeby  przestraszyć  ją  jeszcze  bardziej, 

ale znał charakter Tasyi na tyle, by wiedzieć, że stanie na wysokości zadania. 

Przecisnął się obok niej i powiedział: 
- Pospiesz się. Grobowiec zaraz wybuchnie. Posłuchała go. 
Minęli  róg.  Widział  promienie  słońca.  Otwór  był  niewielki,  ale  dadzą 

radę. Czołgali się bardzo szybko. Tunel zwęził się jeszcze bardziej, zamieniając 
się w zwykłą norę, w której Rurik pełzał. 

- Jeszcze tylko kilka metrów! 
Na początku usłyszeli wibracje z głębi ziemi. Zamieniły się w dudnienie. 

Z  tyłu  poczuli  drżenie,  które  ich  doganiało.  Ziemia  zatrzęsła  się  i  uniosła. 
Chwycił dłonią kamień na zewnętrznej ścianie. 

Tasya krzyknęła. 
Trzęsąc się, tunel zawalił się, grzebiąc ich pod ziemią. 

 

 

background image

Rozdział 6 

Tasya nie mogła oddychać. Nie miała czym. Tu nie było powietrza. 
Ciemność. Ziemia przygniotła ją. Była wszędzie: w ustach, płucach. Przez 

całe życie śnił jej się ten koszmar: że została żywcem pogrzebana. 

Miotała się bezradnie, nie wiedząc, z której strony było wyjście. 
Wtedy  coś  ją  złapało  i  pociągnęło  za  ramiona.  Walczyła,  próbowała  się 

wyrwać. 

Uderzyła w coś mocno głową. Poczuła, jak coś prześliznęło się obok niej. 

Złapała metalowy kij i chciała użyć go jako wiosła. Próbowała krzyczeć, ale nie 
mogła oddychać. Boże. Zaraz umrze. W ciemnościach. 

Udusi się w ciemnościach. 
I wtedy nagle jej głowa znalazła się nad ziemią. Na zewnątrz, na otwartej 

przestrzeni. Nic nie widziała, oczy pokryte miała warstwą ziemi. 

Nie  mogła oddychać. Nos i  usta były zapchane ziemią.  Ale przynajmniej 

nic  nie  przygniatało  jej  głowy.  Czuła  powiew  powietrza  i  promienie  słońca  na 
twarzy. 

To coś pociągnęło ją mocniej, wyciągnęło z tunelu, który był jej grobem, i 

rzuciło  na  ziemię.  Jak  szalona  próbowała  oczyścić  twarz,  pluła  ziemią  i  nadal 
nie mogła oddychać. Zaczęło jej szumieć w głowie. 

Umierała. 
- Uspokój się. 
Rurik. Rurik tu jest. 
- Pomogę ci. 
Przyłożył  usta  do  jej  ust,  wdmuchując  powietrze.  Jej  płuca  rozdęły  się. 

Kiedy  się  od  niej  oderwał,  zaczęła  kaszleć.  Kasłała  i  kasłała,  wypluwając 
ziemię, łapiąc spazmatycznie powietrze. Jednak żyła. Czuła się, jakby trafiła do 
piekła, ale żyła. 

Kiedy  otworzyła  oczy,  okazało  się,  że  siedzi  na  wąskiej  półce  na  klifie 

nad  morzem.  Znajdowali  się  jakieś  trzy  metry  nad  ziemią  i  trzydzieści  metrów 
nad poziomem oceanu. 

Rurik  siedział  obok  niej,  z  rękami  opartymi  na  kolanach.  Patrzył  gdzieś 

daleko  w  morze.  Był  cały  oblepiony  ziemią:  jego  włosy,  brwi,  skóra,  nawet  w 
uchu miał ziemię. Rana, którą miał na czole, krwawiła. 

Przyszło jej do głowy, że ona też musiała wyglądać nie najlepiej. 
Nie obchodziło jej to. Ważne, że żyła. 
Oparła głowę o skałę. Powietrze pachniało oceanem i ziemią. Skały kłuły 

ją w plecy, to znak, że żyła. Buty miała pełne ziemi, czuła kamyki, które dostały 
się między palce u stóp. Z tego też się cieszyła. 

- Boisz się wysokości? - zapytał Rurik. 
- Nie. - Gdzieś w oddali fale uderzały o skały. - Tylko ciemności. 
Pokiwał głową. 

background image

- Nie mogę uwierzyć, że udało ci się ocalić plecak. Spojrzała po sobie. 
Kiedy  czekała  na  Rurika  przy  wejściu  do  tunelu,  założyła  sobie  plecak  z 

przodu i przypięła go mocno paskami. 

- Aparat - powiedziała. Zachichotał. 
- Jasne. Ocalał? 
Rozsunęła  zamek,  wyciągnęła  aparat  i  obejrzała  go.  Jej  wodo-  i 

ziemioodporny solidny plecak zdał egzamin. 

- Wygląda na to, że tak. 
-  Dzielna  dziewczynka.  -  Znowu  zachichotał.  Delikatnie  odłożyła  swój 

ukochany aparat. 

Rurik wyjął z kieszeni telefon komórkowy i otworzył  go. W środku  miał 

pełno ziemi. 

- Cholera. 
Ekran był popękany. 
Potrząsnął nim, przyłożył do ucha, próbując zadzwonić. 
- Cholera - powiedział znowu. - Nie jest odporny na zgniatanie. - Schował 

telefon do kieszeni. - A ty, masz telefon? 

- W plecaku - powiedziała od niechcenia. - Ale jest wyłączony. A kto niby 

ma do mnie dzwonić? 

- Nie wiem. Może twoja mama albo ojciec? Wpatrywała się w ocean. 
Cienka,  jasnoszara  linia  ukazała  się  nad  horyzontem,  pochłaniając 

błękitne niebo. 

- Moi rodzice nie żyją. 
- Może twój drugi facet? 
- Jest zajęty - powiedziała obojętnie. 
- Chcesz wzbudzić moją zazdrość? 
- Nie. 
- Nie, jasne, że nie. Musiałoby ci na mnie zależeć. 
Naprawdę  chcesz  o  tym  teraz  rozmawiać?  Ale  nie  spytała  głośno.  On 

zawsze i wszędzie był gotów z nią rozmawiać. Ale ona za wszelką cenę chciała 
uniknąć konfrontacji. Rozpięła zamek plecaka. 

-  Chcesz  zadzwonić  do  swojej  rodziny?  Kiedy  usłyszą  o  eksplozji,  na 

pewno będą się martwić. Wziął ją za rękę. 

-  Nie  będą  się  martwić,  przynajmniej  nie  przez  tych  kilka  dni.  Zawsze 

wychodzę cało z opresji. Lepiej na razie nie włączaj telefonu. 

Wiedziała dlaczego. 
- Coś nam tutaj grozi? - zapytała, wskazując na szczyt klifu. 
-  Nie.  Chłopcy  nie  wiedzieli,  że  byliśmy  w  grobowcu.  I  oczywiście  nie 

mają pojęcia, że udało nam się uciec. 

-  Wiedziałam,  że  ta  legenda  jest  przereklamowana  -  powiedziała  z 

satysfakcją. 

- Jaka legenda? - Spojrzał na nią uważnie. 
- Opowiem ci, jak wyjedziemy z wyspy. 

background image

Zmrużył oczy. Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. 
- Co tam trzymasz? - zapytał w końcu. 
Wiedziała, że to nie było to, o co chciał zapytać. 
Spojrzała  na  swoją  dłoń.  Trzymała  w  niej  brudny,  zardzewiały  kawałek 

metalu w kształcie ostrza o długości około dwudziestu centymetrów. 

-  Nie  wiem.  Chyba  jakiś  nóż.  Przyplątał  się,  kiedy  mnie  stamtąd 

wyciągałeś. 

- Schowaj go. Później mu się przyjrzymy. 
Rozsunęła  kieszeń  w  plecaku,  tę  zewnętrzną,  na  butelkę  z  wodą,  której 

nigdy nie nosiła, i wrzuciła do niej antyczne znalezisko. 

Rurik popatrzył na nią z wyrazem rozczarowania na twarzy. 
- Ten nóż to zapewne jedyna rzecz, jaka ocalała z wykopalisk. 
- Przykro mi - mówiąc to, położyła rękę na jego ramieniu. 
- Wiem, że ten grobowiec wiele dla ciebie znaczył. 
Popatrzył na jej rękę, potem na nią. Jego spojrzenie było okrutne. 
Prawie  przerażające,  płonące  żywym  ogniem.  Wciągnęła  głośno 

powietrze i cofnęła dłoń. 

- Ważne, że ty żyjesz; grobowiec nie ma znaczenia. 
Oczekiwała,  że  rzuci  się  na  nią  i  zacznie  całować.  Ale  nie,  że  powie  coś 

takiego. I to takim poważnym tonem... 

- Bywałam już wcześniej w niebezpieczeństwie. 
- Ale nie w takim. I nie z mojego powodu. 
Potrafił  być  tak  irytujący,  a  jednocześnie  taki  władczy  i  uwodzicielski. 

Teraz  wzmocniła  czujność,  bo  on  sprawił,  że  była  bezpieczna  od  zła,  które 
niesie świat, ale niebezpieczeństwo groziło jej z jego strony. I gdyby mu uległa, 
zaczęła ufać i na nim polegać, byłaby największą idiotką w historii świata. 

- Nie przesadzaj. To ja naraziłam cię na niebezpieczeństwo - powiedziała 

szorstko. 

Najpierw chciał zaprzeczyć. Potem śmiał się cicho. 
-  Jasne.  Nawet  świętego  doprowadziłabyś  do  szału.  Nieważne,  czyja  to 

była wina, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby utrzymać cię przy życiu. 

Wstał i podał jej dłoń. Pozwoliła pomóc sobie wstać. 
Wtedy objął ją w talii, przyciągnął do siebie i oparł czoło na jej czole. 
- Nie umiem przewidywać przyszłości, ale wiem, że właśnie się zaczęła. 
Jego  brązowe  oczy  były  spokojne,  posępne  i  zamyślone,  i  wiedziała,  że 

nie mówił o grobowcu ani o wybuchu, mówił o nich. 

Przerażał ją, kiedy był taki. 
Ale  nie  fizycznie.  Nigdy  nie  przyszło  jej  do  głowy,  że  może  ją 

skrzywdzić. 

Ale był nieustająco przerażający. Pragnął jej i miał zamiar ją zdobyć. 
Może powinna mu wyjaśnić, dlaczego to było niemożliwe. Może powinna 

wyznać 

mu  swoją  przeszłość 

wytłumaczyć,  na  czym  polegało 

niebezpieczeństwo przebywania z nią i w ten sposób go wystraszyć. 

background image

Ale Rurik  nie  wyglądał  na  takiego, którego łatwo  można  przestraszyć. A 

gdyby zaczęła  mówić o  upiorach, które  ją  dręczą, zrozumiałby ją. Wiedział, że 
za  fasadą  nieustraszonej  dziennikarki  kryje  się  przerażona  dziewczynka,  która 
boi się ciemności. 

Oświeciłby  ciemne  zakamarki  jej  duszy  i  zmusiłby  do  stawienia  czoła 

wspomnieniom i lękom. 

Ale jeżeli nie spodoba mu się to, co zobaczy? Jeżeli wyśmieje ją i powie, 

że czas dorosnąć? I użyje jej lęków, żeby nią manipulować? 

A jeżeli odejdzie? 
Nie,  lepiej  zrobi,  trzymając  go  na  dystans.  Co  z  tobą,  Tasya?  Chyba 

niezbyt  dobrze,  bo  on  przyciska  moje  ciało  do  swojego  i  patrzy  mi  w  oczy, 
jakby rozumiał stanowczo za dużo. 

Powoli wyzwoliła się z jego objęć. 
-  Słuchaj,  musimy  wracać,  żebym  mogła  przesłać  do  redakcji  zdjęcia, 

które  zrobiłam  wczoraj  i  dziś.  Nie  chciałabym  nosić  przy  sobie  jedynej  kopii 
twoich odkryć; będą bezpieczniejsze w bazie Dziedzictwa Narodów. 

Rurik nie puszczał jej, dopóki nie odeszła. Może dlatego, że półka skalna, 

na  której  stali,  miała  tylko  metr  szerokości,  a  może  po  prostu  nie  chciał,  żeby 
sobie poszła. 

-  Słyszałem,  co  mówili  ci  mężczyźni,  którzy  wysadzili  grobowiec  w 

powietrze.  Ktoś  polecił  im  pozbyć  się  wszystkich  informacji.  To  dobrze 
opłacani,  zdolni  do  wszystkiego  ludzie,  być  może  ekoterroryści,  a  my,  jako 
świadkowie,  musimy  pozostać  nierozpoznani  do  czasu,  aż  będziemy  mogli 
porozmawiać z władzami. 

Wtedy prawie mu powiedziała. Wiedziała przecież, kim byli ci mężczyźni 

i dlaczego tak naprawdę podłożyli w grobowcu materiały wybuchowe. 

Ale wtedy musiałaby powiedzieć Rurikowi, co ona ma z tym wspólnego i 

dlaczego naraziła go i jego ukochane wykopaliska na niebezpieczeństwo. 

Wyjrzała poza krawędź skalnej półki. 
Urwisko było długie, a ocean nisko pod nimi. 
Później mu powie. 

 

 

background image

Rozdział 7 

Rurik  nie  spuszczał  oka  z  Tasyi,  kiedy  ta  wspinała  się  na  klif.  Nie 

skłamała. Nie miała lęku wysokości. Nie widział, żeby bała się czegoś jeszcze, z 
wyjątkiem  ciemności.  Chciał  dowiedzieć  się  dlaczego,  ale  jeszcze  przyjdzie  na 
to  czas.  Teraz  musieli  uciekać.  Jak  najszybciej  i  najdalej,  i  chronić  zdjęcia, 
obejrzeć je i być może znaleźć sposób, żeby uratować nie tylko życie jego ojca, 
ale także ocalić jego duszę. 

-  Jesteśmy.  -  Rurik  wspiął  się  na  szczyt  klifu.  -  Musimy  wydostać  się  z 

wyspy przez nikogo niezauważeni. Jestem przygotowany na taką ewentualność. 

Wspiąwszy  się  na  klif  ponad  trzydzieści  metrów  nad  oceanem,  Tasya 

zatrzymała  się.  Nie  chwyciła  jego  ręki,  kiedy  chciał  pomóc  jej  się  wspiąć  i 
popatrzyła na niego jak na wariata. 

Nie czekał, aż zapyta. 
- Niedaleko stąd ukryłem zestaw do przetrwania. 
- To do ciebie podobne. - Tasya skończyła się wspinać i opadła na ziemię. 
Przeszli  przez  długi  tunel  i  opuścili  schronienie,  jakie  zapewniał  im 

grobowiec Clovusa. Skalista, pozbawiona roślinności wyspa dawała im niewiele 
możliwości ukrycia się. 

Oczywiście  i  tak  nie  miało  to  większego  znaczenia.  Jeżeli  Varinscy 

zechcą ich znaleźć, zrobią to bez trudu. Przecież  ich znał, w  ich żyłach płynęła 
ta sama krew. 

Niemal  od  urodzenia  ojciec  wpajał  mu,  że  w  każdej  chwili  musi  być 

przygotowany  na  kłopoty.  Powinien  poruszać  się  bezszelestnie  i  słyszeć  każdy 
dźwięk.  Konstantine  przygotował  swoich  synów  i  córkę  na  nieuniknione 
pojawienie się Varinskich. Rurik nie był więc zdziwiony tym, że tu przyjechali, 
ale zastanawiało go, dlaczego znalezienie go zajęło im aż tyle czasu. 

- Nikt nas nie zauważy. - Tasya strzepnęła ziemię z ubrania i przeczesała 

palcami włosy. Ziemia była wszędzie. - Jesteśmy częścią ziemi. 

Zdumiewała go jej naiwność. 
Podniosła wzrok i przyłapała go, jak się w nią wpatrywał. 
- No co? Dlaczego tak na mnie patrzysz? 
- Chodź. 
Oddalali  się  od  grobowca;  prowadził  ją  szybko  przez  wyspę  Roi  w 

nadziei, że uciekną, zanim zostaną zauważeni. Może uda się zarekwirować kuter 
rybacki albo prom? 

-  Zastanawiałam  się,  jak  wydostać  się  z  wyspy.  -  Szła  za  nim  bardzo 

blisko. - Mój ultralight tu jest. 

-  Ultralight?  -  Zatrzymał  się  tak  nagle,  że  nieomal  na  niego  wpadła,  i 

odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. - Jak to, ultralight? 

- No wiesz, stałopłat, taki mały samolot zaprojektowany do latania z małą 

prędkością na krótkich dystansach. 

background image

- Wiem, co to jest ultralight - zirytował się. - Ale dlaczego jest tutaj? 
-  Bo  lubię  latać.  Tutaj  jest  tak  pięknie,  a  niebo  nie  jest  zbyt  zatłoczone  - 

ale mówiąc to, patrzyła w bok. Nie chciała spojrzeć mu w oczy. Dlaczego? 

- Od kiedy tutaj jest? 
- Przyleciałam nim, kiedy cię nie było. 
- Kiedy zaczęłaś latać? 
-  Ostatni  raz  brałam  lekcje,  kiedy  byłam  w  Stanach.  Lekcje.  Ostatni  raz, 

kiedy była w Stanach. Kolejna wiadomość. 

- Gdzie wylądowałaś? 
Ultralight. Ta cholerna  maszyna była znana z niestabilności. Można było 

zginąć... 

- Mam go! - krzyknął Rurik, kiedy udało mu się przejąć ster. Nagle przed 

ich oczami wyrosła góra. 

Pocisk nieomal ich doganiał. 
Rurik wyprowadził samolot do góry i w bok. 
Nie uda im się. 
Nie zdołają przed nim uciec... 
-  Tu  jest  mnóstwo  płaskich  terenów,  które  można  wykorzystać  jako  pas 

startowy. 

Wściekała się. Świetnie. 
- Jeszcze raz: po co przyleciałaś do Szkocji samolotem? 
-  To  ma  być  przesłuchanie?  -  wybuchła.  -  Co  jest  złego  w  posiadaniu 

ultralighta? Mnóstwo ludzi nimi lata. Takie hobby. 

Takie hobby. Wydawało jej się, że latanie to hobby. 
- Owszem, mnóstwo ludzi nimi lata - na niedzielny spacer. Ale na wyspę 

na północnym  Atlantyku?  Na której raczej rzadko bywasz? Gdzie są zdradliwe 
prądy, a przy porządnej burzy ten samolocik pochłonie ocean? 

Rurik wyprowadził samolot do góry i w bok. 
Nie uda im się. 
Nie zdołają przed nim uciec... 
Oddychał ciężko, próbując odgonić powracające wspomnienia. 
-  Cóż  za  zbieg  okoliczności,  że  przyleciałaś  nim  właśnie  teraz,  kiedy 

mógłby się nam przydać. Nie wierzę w zbiegi okoliczności. 

-  No  dobra.  Może  podejrzewałam,  że  mogą  wyniknąć  jakieś  kłopoty  z 

powodu  książki,  którą  napisałam  o  rodzinie  Varinskich,  ze  specjalnym 
naciskiem na bliźniaków Varinskich. 

Rodzina Varinskich. 
Nagle zapomniał o samolocie. Zapomniał o ultralighcie. 
Rodzina Varinskich. 
Poczuł się dokładnie tak jak wtedy, gdy zawalił się tunel. 
Zaszokowany  i  rozdrażniony,  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  ogromu 

katastrofy. 

Stał tak i patrzył na nią z otwartymi ustami. 

background image

- Świetne zęby. Zamknął usta. 
- Opowiedz mi o tym. 
-  Mój  wydawca  nalega,  żebym  powiadomiła  go,  jak  tylko  uda  mi  się 

znaleźć  jakieś  dowody  na  ich  istnienie.  Jestem  prawie  pewna,  że  za  sprawą 
wysadzenia  przez  nich  w  powietrze  tego  grobowca,  który  przypadkiem  ja 
właśnie badałam, zrobi się głośno o mnie i mojej książce. 

-  Jestem  prawie  pewny,  że  masz  rację.  Koniecznie  opowiedz  mi  o 

wszystkim, kiedy już się stąd wydostaniemy. 

Złapał ją za rękę i zaprowadził do swojej kryjówki. 
-  Ale  zaraz,  zaraz:  ty  też  nie  przypadkiem  masz  schowany  na  tej  wyspie 

zestaw  do  przetrwania.  -  Dyszała  ze  zmęczenia,  ale  zawsze  można  było  liczyć 
na jej cięte riposty. 

-  Mój  ojciec  nauczył  nas  przewidywać  każde  zagrożenie,  a  potem  być 

wdzięcznym, jeżeli niebezpieczeństwo się nie pojawiło. 

- Twój tata jest komandosem? 
- Można tak powiedzieć. 
-  To  dlatego  mieszkacie  w  górach  w  stanie  Waszyngton?  Zawsze 

słyszałam, że pełno tam... - przerwała w porę. 

- Różnej maści wariatów? Znam wielu z nich. 
Znał  też  wielu  Varinskich,  tylko  pod  nazwiskiem  Wilder.  Chyba 

żałowała, że o to zapytała. 

- Właściwie, moi rodzice przeprowadzili się tam, żeby uciec przed swoimi 

rodzinami. Ich rodziny nie chciały, żeby się pobrali, więc moi starzy uciekli. 

Tylko nie mów Tasyi prawdy. Przynajmniej nie całej. 
- Małżeństwo z miłości. 
-  W  stu  procentach.  Są  przykładem  na  to,  że  miłość  istnieje.  Tasya 

wyglądała, jakby chciała uciec jak najdalej. 

Tak, kochanie. Potrafię  mówić o  miłości, a to śmiertelnie cię przeraża - i 

zamierzam dowiedzieć się dlaczego. 

Dotarli  do  źródła  rzeki,  która  płynęła  przez  wyspę.  Tutaj  starożytni 

odprawiali  obrzędy  religijne,  układając  wokół  źródła  stosy  kamieni.  Rosło  tu 
samotne  drzewo,  zupełnie  suche,  z  wyjątkiem  jednej  gałęzi,  wypaczonej  przez 
wiatr, który ciągle wiał znad oceanu. 

Rurik zdjął buty i pasek. 
- A twoi rodzice? Mówiłaś, że nie żyją, ale czy pobrali się z miłości? 
-  Raczej  nie.  Wydaje  mi  się,  że  to  małżeństwo  było  zaaranżowane.  - 

Ugryzła się w język. 

-  Zaaranżowane  małżeństwo?  W  dzisiejszych  czasach?  Wyjął  z  kieszeni 

swój zepsuty telefon i wrzucił go do buta. 

- Nie urodzili się w Ameryce. 
Naprawdę  powinna  przystopować  z  ujawnianiem  tak  prywatnych 

informacji o sobie. 

Na szczęście dla siebie, Rurik był dość wścibski. 

background image

- Ale kochali się? Wszedł do strumienia. 
-  Nie  pamiętam.  Zmarli  dawno  temu.  -  Popatrzyła  na  niego,  marszcząc 

brwi. 

Bez wahania zanurzył się w  lodowatej wodzie. Czysta woda spływała po 

nim,  zmywając  brud,  który  dostał  się  do  wszystkich  zakamarków.  Zmywała 
także jego zapach, na wypadek gdyby zuchwała brygada Varinskich okazała się 
wystarczająco sprytna, żeby go wytropić. 

Kiedy  wynurzył  się  na  powierzchnię,  potrząsnął  głową  jak  pies, 

rozchlapując wodę wokół. 

- Po co to zrobiłeś? - zapytała Tasya tonem, który sugerował, że wcześniej 

pytała o to już kilka razy. 

Spojrzał na nią. 
- Bardziej zastanawiające jest, dlaczego ty jeszcze tego nie zrobiłaś? 
Wyszedł na brzeg, ocierając wodę z twarzy i wykręcając mokre ubranie. 
Podniosła oczy i spojrzała w niebo. 
Było  zasnute  szarymi  chmurami,  a  słońce  przygasło.  Bryza  wzbijała  się, 

nie  mieli  zbyt  wiele  czasu,  zanim  szkocka  letnia  burza  zabierze  resztki  ciepła. 
Klękając, zanurzyła dłoń w strumieniu i skrzywiła się z zimna. 

Spojrzała na niego jeszcze raz. 
- Ja już jestem czysty. 
Zdjęła buty, pasek i bardzo ostrożnie odłożyła na bok swój plecak. 
- Teraz kolej na mnie. - Wzięła głęboki oddech i zanurzyła się. 
Była  dokładnie  taka  jak  on.  Plastry  z  ran  pewnie  też  zrywała  szybkim, 

zdecydowanym ruchem. 

Podczas  gdy  ona  zanurzona  w  strumieniu  zwijała  się  z  zimna  niczym 

wyrzucona  na  brzeg  ryba,  on  z  prymitywnego  pomnika  ostrożnie  usunął  dwa 
kamienie i wyjął spod nich zestaw umożliwiający przetrwanie. 

Nie  tylko  Tasya  miała  plecak,  który  był  w  stanie  przetrwać  wybuch 

nuklearny. Rurik miał w nim ubranie na zmianę. Oprócz tego jeden paszport na 
nazwisko  John  Telford,  drugi  na  Cary  Gilroy,  latarkę,  kompas,  lustro  do 
nadawania  sygnału  S.O.S.  Były  tam  też  zapałki  w  wodoszczelnym  pudełku, 
żyłka  wędkarska,  apteczka,  jodyna,  jedzenie  w  proszku,  koc  termoizolacyjny 
oraz trzy noże, niewielki pistolet z zapasem amunicji, okulary przeciwsłoneczne, 
kapelusz i maszynka do golenia. 

Tasya wyszła z wody, trzęsąc się z zimna. 
- Nieźle wyglądasz. 
Strumień wody zmył z niej brud, pozostawiając jej bladą skórę wilgotną i 

promiennie  zaróżowioną.  Jej  krótkie,  kręcone  czarne  włosy  sterczały  we 
wszystkich  kierunkach,  a...  o,  cholera,  przez  mokrą  koszulkę  prześwitywały 
sterczące sutki. 

Nie chciał teraz myśleć o jej piersiach, krągłych biodrach, albo o tym, jak 

się czuł, kiedy w nią wtargnął, a ona wydawała jęki rozkoszy... 

background image

Utkwili  na szkockiej wyspie. Musieli  ją opuścić, zanim  dogonią  ich jego 

kuzyni. Najlepiej za pomocą ultralighta, którego Tasya trzymała tutaj z jakiegoś 
sobie tylko znanego powodu. 

A  przysięgał  sobie  nigdy  więcej  nie  latać.  Przynajmniej  nie  tak,  czując 

wiatr  na twarzy. Dziś znowu otarł się o śmierć: zawalenie tunelu, kiedy nic  nie 
widział  i  nie  słyszał,  czuł  przygniatający  go  ciężar  ziemi  i  przez  kilka 
koszmarnych  minut  myślał,  że  to  już  koniec,  że  oboje  wydali  z  siebie  ostatnie 
tchnienie. Pomyślał wtedy, że Varinscy wygrali. 

Potem,  kiedy  już  się  wydostał,  stał  na  skraju  wąskiej  skalnej  półki, 

strzepując  z  siebie  ziemię,  przed  sobą  mając  głęboką  przepaść,  a  za  sobą 
zasypany tunel. 

Musiał  tam  jednak  wrócić.  Wrócić  do  tej  dusznej  ciemności,  żeby 

uratować Tasyę albo umrzeć razem z nią. 

Pomógł  jej wydostać się  na zewnątrz  i teraz, czy jej się to podobało, czy 

nie, połączyły ich wspólne przeżycia. 

Niemądra kobieta. Nie zrozumiała. 
A on codziennie zmagał się z legendą i żył z piętnem zła. W przepowiedni 

matki dostrzegł ślad Boga. 

Teraz, wciąż czując w nozdrzach zimny odór śmierci, czuł, jak rozdzierają 

go dwa palące pragnienia: latania i zdobycia jej. Oba tak rozgrzały jego krew, że 
lodowce całej ziemi nie byłyby w stanie ich zmyć. 

A Tasya dawała mu to pierwsze, ale odmawiała drugiego. 
Niczego nie rozumiała. 
Podał jej golarkę. 
- Ogol mi głowę. 
- Ogolić ci... 
-  To  najszybszy  sposób,  żebym  zmienił  wygląd.  Muszę  być  nie  do 

poznania. 

Uśmiechnęła się lekko, wkładając kamizelkę ratunkową. 
-  Nie  chcę  cię  rozczarować,  ale  faceta,  który  ma  dwa  metry  wzrostu, 

rozpoznają raczej wszędzie. 

Nie odwzajemnił jej uśmiechu. 
- Złoto  na wykopaliskach zawsze wywołuje sensację. A  wybuch wywoła 

jeszcze  większą.  Dziennikarze  już  tu  są.  Po  naszym  zniknięciu  pojawią  się 
spekulacje,  najpierw,  że  zasypało  nas  w  grobowcu,  a  potem,  kiedy  nie  znajdą 
ciał, że to my go wysadziliśmy. 

Wyglądała na przestraszoną. 
- Do dupy. 
-  Niestety.  Ale  taka  jest  prawda.  Jeżeli  chcesz  dotrzeć  w  bezpieczne 

miejsce i zachować te zdjęcia, ogól mi głowę. 

Spoważniała. 
- Wszyscy będą się na ciebie gapić. 

background image

-  Kochanie,  wszystkim  się  wydaje,  że  wielcy  faceci  to  twardziele,  a  im 

podlej wyglądam, tym  mniej osób zechce na  mnie patrzeć, gadać ze  mną czy o 
mnie myśleć. 

- To prawda. 
Spojrzała na jego mokre, ciemne włosy, potem na golarkę, którą trzymała 

w ręce. 

Tej  nocy,  którą  razem  spędzili,  ciągle  dotykała  jego  włosów, 

przeczesywała je palcami, głaskała. 

W jej oczach zobaczył wspomnienia. 
Było jasne, że nie miała ochoty golić mu głowy. Nerwowo kiwnęła głową 

i wskazała na ziemię. 

Usiadł  po  turecku  i  starał  się  nie  wiercić,  kiedy  ostrożnie  przeciągała 

golarką po skórze. 

- A co z moim wyglądem? 
-  Włożysz  mój  kapelusz  i  okulary  przeciwsłoneczne,  a  jak  tylko 

znajdziemy ci jakieś nowe ciuchy, zmienisz styl. 

- Zawsze myślisz tak szybko? 
Nabierała wprawy w goleniu, poruszając maszynką coraz płynniej. 
- Tak mnie nauczyli. 
- W wojsku? 
Więc  jednak  zadała  sobie  trud.  Znalazła  coś  na  jego  temat.  Ale  nie  było 

sposobu,  żeby  znaleźć  informacje  na  temat  jego  rodziny.  Konstantine  tak 
doskonale  zatarł  ślady,  że  żaden  dziennikarz  nie  był  w  stanie  dowiedzieć  się 
niczego o ich przeszłości. 

-  Wojsko  nauczyło  mnie  niewiele.  To  głównie  zasługa  mojego  ojca 

komandosa. Pamiętasz? 

Opuściła golarkę. 
- Jaja sobie ze mnie robisz? 
Spokojnie patrzył prosto przed siebie. 
- Gdzieżbym śmiał. 
-  Grzeczny  chłopiec.  Już  kończę,  nie  chciałabym,  żeby  przypadkiem 

pośliznęła mi się ręka. 

Po  raz  pierwszy,  odkąd  wczoraj  przyjechał  na  wyspę,  uśmiechnął  się  i 

odprężył.  Cudem  uniknęli  katastrofy,  a  ona  mu  groziła.  Nie  dlatego,  że  nie 
zdawała sobie sprawy z zagrożenia, ale dlatego, że bez względu na okoliczności, 
nie dawała się łatwo przestraszyć. 

Doprowadzała go do szaleństwa, ale nawet gdyby tak nie było, nadal by ją 

uwielbiał. 

- Nie przejmuj się zacięciami. Moje rany szybko się goją. A nawet bardzo 

szybko. 

- Opowiedz mi o tym ultralighcie - dodał. 
Ta cholerna maszyna to był najlepszy i najszybszy sposób, żeby wydostać 

się z wyspy. Sam mógłby stąd uciec niezauważony, ale była jeszcze ona. 

background image

Nie. Miała rację. Będą musieli polecieć. 
-  To  samolot  dwumiejscowy,  odrobinę  cięższy  od  zwykłego  ultralighta. 

Możemy się nim dostać na stały ląd. 

Musiałby  w  tym  celu  złamać  przysięgę,  którą  złożył  nad  martwym, 

udręczonym  ciałem  Jediego,  najbystrzejszego  młodego  pilota,  z  jakim 
kiedykolwiek leciał... 

Potarł klatkę piersiową ponad swoim smutnym sercem. 
Ale  może  to  nie  było  takie  złe.  Codziennie  pragnął  latać,  a  jeśli  odmówi 

sobie  sterowania  samolotem  i  rozkoszy  bycia  pilotem,  być  może  uda  mu  się 
dochować istoty swojej obietnicy. 

-  Skończyłam  -  powiedziała,  strzepując  resztki  włosów  z  jego  ramion. 

Odsunęła  się  i  przyjrzała  mu  się.  -  Całkiem  dobrze  sobie  poradziłam,  chociaż 
wyglądasz trochę jak... - szukała właściwego słowa. 

-  Czubek  penisa?  -  Przejechał  dłonią  po  skórze  głowy,  wzdrygając  się, 

kiedy dotykał zacięć, ale w sumie zadowolony z efektu. 

- Właściwie... tak. - Zadrżała pod wpływem podmuchu wiatru. 
W  oddali  usłyszał  ryk  silnika  samolotu.  Podniósł  wzrok,  to  był  wodolot, 

właśnie  wodował  na  oceanie.  Na  jego  pokładzie  pełno  było  dziennikarzy, 
poszukiwaczy przygód albo policjantów. Wieść o wybuchu już się rozeszła. 

- Przygotuj się, zaraz wyruszamy. 
Włożył suche skarpety, pasek, spakował plecak. Ona zrobiła to samo. 
-  Kiedy  wylądujemy,  będziemy  musieli  poszukać  wypożyczalni 

samochodów... 

-  Nie,  zarezerwowałem  hotel  ze  śniadaniem.  Jest  na  uboczu,  zostaniemy 

tam na noc. 

-  Ale  gdybyśmy  jechali  całą  noc,  rano  możemy  dotrzeć  samochodem  do 

Aberdeen... 

-  Nie  będziemy  jechać  po  nocy.  Na  pustej  drodze  w  nocy  w  środku 

Szkocji  będziemy  tylko  niepotrzebnie  zwracać  uwagę.  Wszyscy  będą  nas 
szukać,  a  pierwsza  osoba,  którą  spotkamy,  albo  nas  zabije,  albo  będzie  nas 
wypytywać. - Kiedy chciała zaprzeczyć, podniósł rękę. - Ty wydostaniesz nas z 
wyspy, ja wydostanę nas żywych ze Szkocji. 

Spojrzała na jego dłoń, na jej twarzy widać było niechęć. Nie chciała być 

z nim dłużej, niż było to konieczne. Ale wiedziała, że miał rację. 

- Trzymam cię za słowo. - Próbowała potraktować to jak interes i uścisnąć 

mu dłoń. 

On  wziął  jej  dłoń,  otworzył  ją  i  przyjrzał  się  jej  wnętrzu.  Na  bladej, 

wrażliwej skórze wyraźnie widać było linie życia i przeznaczenia. 

- Zdajesz sobie sprawę, co się dziś zdarzyło? 
- Co takiego? - Spojrzała na niego podejrzliwie. 
- Ty  i ja odrodziliśmy się  na  nowo z Matki  Ziemi, przeciskając się przez 

kanał rodny do nowego, nieznanego życia. - Rurik spojrzał jej w oczy. - Razem. 

Zauważył, że Tasya dostała gęsiej skórki. 

background image

- Co to znaczy? 
-  Nie  wiem,  ale  ostatnio  nauczyłem  się  czegoś:  nie  należy  lekceważyć 

znaków. -  Delikatnie  podniósł  jej dłoń  do  ust  i pocałował opuszkę jej  kciuka. - 
Podejrzewam, że niedługo dowiemy się, co to oznacza. 
 

 

background image

Rozdział 8 

Kiedy  samolot  wzniósł  się  w  powietrze  nad  oceanem,  Tasya  krzyknęła, 

odwracając się do tyłu: 

- Potem nigdy więcej nie latałeś? 
Rurik  nie  odpowiedział.  Siedział  za  nią  na  maleńkim  siedzeniu  tak 

ciasnym,  że  niemal  mogła  poczuć  jego  ciepło.  Przed  odlotem  i  podczas  startu 
był  zdenerwowany  i  małomówny,  a  ona  bardzo  dobrze  pamiętała,  co  odkryła 
podczas swoich poszukiwań: Rurik zrezygnował z pracy pilota wojskowego po 
tym, jak w katastrofie lotniczej zginął jego drugi pilot. Nie udało jej się poznać 
żadnych  szczegółów,  a  dociekliwość  wzbudziła  podejrzenia  lotnictwa 
wojskowego,  więc  zarzuciła  poszukiwania.  Nie  mogła  pozwolić  sobie  na 
drażnienie  się  z  nimi;  kobieta,  która  przemierzyła  świat,  robiąc  zdjęcia,  nigdy 
nie wiedziała, kiedy może potrzebować pomocy wojska. 

Ale najwyraźniej Rurik miał traumę, bo oprócz korzystania z regularnych 

linii lotniczych od tamtej pory nie latał. 

Mały silnik głośno warczał, ale bryza zagłuszyła dźwięk. Waga ultralighta 

sprawiała, że prowadziło się go w specyficzny sposób. 

Milczenie Rurika sprawiło, że postanowiła pomóc mu zrelaksować się. 
-  Mój  instruktor  powiedział,  że  mam  prawdziwy  zmysł  do  latania  - 

mówiła. - Może wciskał mi kit, ale uwielbiam to. Kocham ten wiatr we włosach 
i uczucie wolności. 

Cisza. 
- Kiedy jestem w górze, marzę, żeby to trwało wiecznie. Chcę sięgnąć aż 

do chmur. Ale to raczej niemożliwe. - Zachichotała. - Czy ja cię stresuję? 

Milczał. 
- Ty też się tak czułeś, kiedy latałeś? Ciągle cisza. 
Nie  wiedziała, czy skamieniał ze strachu,  czy  może  uciął sobie drzemkę. 

Kiedy  znaleźli  się  nad  stałym  lądem  i  wiatr  uspokoił  się  na  tyle,  że  mogła  się 
odwrócić, spojrzała na niego. 

Miał zamknięte oczy. 
Ale nie ze strachu. 
Nie spał. 
Miał  wyraz  twarzy,  jakiego  dotąd  nie  widziała...  z  wyjątkiem  jednego 

razu,  kiedy  trzymała  go  w  ramionach,  w  swoim  ciele  i  czuła,  jak  drży  z 
rozkoszy. 

Znowu popatrzyła przed siebie, zastanawiając się, jaka historia może kryć 

się za jego traumą, i rozpaczliwie pragnęła, by ją to nie obchodziło. 
 

 

background image

Rozdział 9 

Rurik stanął przed drzwiami  niewielkiego  pensjonatu. Ociekał  deszczem, 

który  padał  na  niego  przez  ostatnie  cztery  godziny,  a  pani  Reddenhurst  nie 
chciała  wpuścić  go  dalej  do  ciepłego  pomieszczenia.  Stała  w  progu  z  rękami 
opartymi na obfitych biodrach i niecierpliwie słuchała jego błagań. 

- Proszę, moja żona i ja potrzebujemy pokoju. - Wytarł twarz papierowym 

ręcznikiem,  który  mu  podała.  -  Zdecydowaliśmy  się  spędzić  nasz  miodowy 
miesiąc  w  górach  w  Szkocji.  Bo  wie  pani,  oboje  jesteśmy  fanami  Walecznego 
Serca.  Mieliśmy  dziś  przenocować  w  Cameron  Village,  ale  zaczął  padać 
deszcz... 

-  To  zaledwie  maleńka  mżawka.  -  Pani  Reddenhurst  była  wysoka,  tęga, 

energiczna i mówiła z wyraźnym akcentem. - Typowa dla tego miejsca. 

- Domyśliłem się. Dlatego wzięliśmy ze sobą płaszcze przeciwdeszczowe. 

- Uniósł rąbek swojego poncho i pokazał jej nieprzemakalny płaszcz moro. - Ale 
zabłądziliśmy. Jesteśmy zmarznięci i głodni. Proszę, jeśli ma pani choć odrobinę 
współczucia w sercu... 

To  miejsce  było  idealne.  Niewielki,  prywatny  dom  na  uboczu, 

przyjmujący turystów, ale mało znany. 

- Panie Telford, już mówiłam. Nie mamy wolnych pokoi. 
-  Może  być  szafa  wnękowa  albo  strych.  Gdzieś,  gdzie  moglibyśmy  się 

przespać. Wyruszymy z samego rana. - Wskazał ręką na zewnątrz. - Obiecałem 
Jennifer,  że  pójdę  przodem  i  załatwię  nam  pokój.  Proszę,  jesteśmy  świeżo  po 
ślubie  i  nie  chciałbym,  żeby  domyśliła  się...  -  Zaczął  szurać  stopami.  -  Ona 
myśli,  że  jestem  w  stanie  zrobić  wszystko  i  chciałbym...  -  Ujął  poczerwieniałą 
rękę pani Reddenhurst, patrząc smutno i żałośnie. - Proszę mnie nie pogrążać. 

Udało się. Pani Reddenhurst ciężko westchnęła, ale powiedziała: 
-  Przypomina  mi  pan  mojego  męża.  Niezbyt  rozgarnięty,  więcej  włosów 

niż rozumu. - Cofnęła rękę i wytarła ją o fartuch. 

- Mam tylko strych. 
- Bierzemy. 
- Nazywam go apartamentem dla nowożeńców. 
- Idealnie! 
-  Nazywam  go  tak  dlatego,  że  łóżko  jest  koszmarne,  i  oboje  będziecie 

staczać się do środka. 

- To nawet lepiej. - Nigdy w życiu nie był bardziej szczery. 
- Będziecie  musieli korzystać z  mojej  łazienki. Jest tuż obok schodów ze 

strychu, pierwsze drzwi po lewej. 

- Oto moja karta kredytowa. 
Wyciągnął z plecaka portfel. Kiedy karta kredytowa na nazwisko Telford 

zostanie  obciążona,  Jasha  na  pewno  od  razu  to  zauważy.  To  był  znacznie 

background image

sprytniejszy  i  bezpieczniejszy  sposób  powiadomienia  rodziny,  że  był  żywy  i 
bezpieczny, niż telefon komórkowy. 

- Na kolację  musi wam wystarczyć befsztyk i jajka. Nie  mam łososia ani 

jagnięciny! 

-  Cokolwiek  to  jest,  pachnie  wyśmienicie.  -  Tak  było,  a  on  umierał  z 

głodu. - Chce pani zobaczyć moje dokumenty? 

- Nie zamierzam was obsługiwać. - Pogroziła mu palcem. 
- Będziecie musieli poradzić sobie sami. 
- Damy radę. 
- Kiedy pana żona tutaj dotrze?  - Pani Reddenhurst wyjrzała przez drzwi 

w stronę zasnutych mgłą gór. 

- Zostawiłem ją jakieś dwa kilometry stąd. Teraz pójdę i ją przyprowadzę. 

Nie  widzieliśmy  dziś  nikogo  poza  owcami  i  jest  trochę  zawstydzona  swoim 
wyglądem.  Jeśli  nie  ma  pani  nic  przeciwko  temu,  przyjdzie,  przywita  się  i 
pójdzie na górę na strych - dodał z dobrze udawanym zawstydzeniem. 

-  Ja  zajmę  się  kolacją,  więc  proszę  zabrać  ją  na  górę  i  pozwolić  jej 

doprowadzić się do porządku. 

Oczywiście pani Reddenhurst nie przyszło do głowy, że mógłby kłamać. 
-  Nie  ma  pani  innych  gości?  -  Spojrzał  w  głąb  długiego  korytarza  za  jej 

plecami. Po obu jego stronach były otwarte przestrzenie, domyślał się, że może 
to być salon albo jadalnia. 

- Jedna para  jest w swoim pokoju  i szykuje się do kolacji.  Inni pojechali 

do  Loch  MacIlvernock.  Wy,  Amerykanie,  jesteście  tacy  aktywni!  -  Pokręciła 
głową, jakby tego nie rozumiała. 

Rurik  i  Tasya  pojawili  się  w  idealnym  momencie.  Kiedy  stał  w  progu, 

gospodyni zawołała: 

- Będziecie musieli zjeść w kuchni. 
Pomachał  do  niej  ręką,  zaczekał,  aż  zniknie  z  pola  widzenia,  potem 

poszedł do szopy na podwórku, gdzie pod zadaszeniem stała Tasya, dygocząc z 
zimna, z sinymi ustami. 

Jej  ubranie  zmokło,  kiedy  lecieli  nad  morzem  i  od  czasu,  kiedy 

wylądowali  na  płaskim  lądzie,  drżała  z  zimna.  Potem  górskimi  szlakami 
wyruszyli  w  poszukiwaniu  jakiegoś  miejsca  do  przenocowania,  a  po  godzinie 
zaczął padać deszcz. Oboje mieli na sobie płaszcze przeciwdeszczowe, ale o ile 
Rurika rozgrzała wspinaczka, Tasya porządnie zmarzła. 

W  kółko  narzekała,  wypominając,  że  w  ciągu  godziny  mogli  przecież 

dotrzeć do miasteczka i wynająć samochód, ale mimo to wlokła się za nim noga 
za  nogą.  W  końcu  obiecała,  że  mu  zaufa,  i  nie  złamie  danego  słowa  z  powodu 
beznadziejnej pogody. 

- No, chodź. Możemy  iść prosto do pokoju, więc spróbujmy  nie zwracać 

na siebie uwagi. 

Chwycił ją za rękę i tym razem była zbyt zmęczona i zmarznięta, by z nim 

walczyć. 

background image

Pobiegli w stronę domu, a potem weszli po schodach  na pierwsze piętro. 

Znalazł drzwi prowadzące na strych i kiedy je otworzył, poczuł z góry podmuch 
zimnego powietrza. 

-  Szkoci  i  ich  obsesja  na  punkcie  świeżego  powietrza  mogą  być  dla  nas 

zabójcze - powiedział. 

Tasya zadrżała. 
- Idę do łazienki wziąć prysznic i przebrać się. Zobaczę, co mogę zmienić, 

żeby wyglądać inaczej. - Ściskała swój plecak i próbowała się uśmiechać. - Być 
może ogolenie głowy to najlepsze rozwiązanie. 

Chciał jej tego zabronić. Miał na to wielką ochotę. Ale kiedy popatrzył jej 

w  oczy,  zobaczył  mieszankę  figlarności  i  wyzwania,  postanowił  przyjąć  inną 
strategię.  Rozwiązanie,  które  okazało  się  dobre  dla  niego,  dla  niej  mogło  być 
fatalne  w  skutkach.  Głosem  łagodnym  jak  przystało  na  męża  pantoflarza, 
powiedział: 

- Chodzi tylko o to, żeby zmienić twój wygląd, a nie, żebyś wyglądała jak 

terrorystka. 

Zdawała się zawiedziona, że nie podjął wyzwania. 
- Mam nadzieję, że właścicielka ma jakieś kosmetyki do włosów, których 

mogę użyć. 

Mówiąc to, ruszyła w stronę łazienki. 
-  Tak,  ja  też  -  mruknął  Rurik.  Jednak,  kiedy  przypomniał  sobie  stalowo-

siwe  włosy  i  cienkie  usta  pani  Reddenhurst,  uznał,  że  raczej  nie  warto  na  to 
liczyć. 

Ze  swoją  jasną  skórą,  jasnoniebieskimi  oczami  i  czarnymi  jak  smoła 

włosami, Tasya była zbyt rozpoznawalna, i bardzo pociągająca. 

Rurik  wbiegł  po  schodach  na  górę  i  rozejrzał  się.  Gdyby  Tasya  widziała 

jego  szelmowski  uśmiech,  czym  prędzej  uciekłaby  w  przeciwnym  kierunku,  aż 
za angielską granicę. 

Ile tygodni minęło, odkąd miał do niej pretensję? Przez ile tygodni budził 

się  co  noc  wściekły,  że  go  zostawiła,  i  codziennie  płonął  żywym  ogniem 
pożądania? 

Teraz  Rurik  i  Tasya  spędzą  razem  noc  w  pensjonacie  na  pustkowiu,  na 

zimnym  i  ciasnym  strychu,  przytuleni  do  siebie  w  podwójnym  łóżku  z 
zapadniętym pośrodku materacem. 

Tasya Hunnicutt znalazła się w potrzasku i doskonale o tym wiedziała. 
Pochyliła  się  nad  białą,  wyszczerbioną  porcelanową  umywalką  i 

popatrzyła w lustro na swoje podkrążone oczy. 

Tego  ranka  postanowienie  Rurika,  żeby  zatrzymać  się  w  pensjonacie, 

miało  sens.  Ledwie  uszła  z  życiem  z  wybuchu  w  grobowcu  i  zapadniętego 
tunelu.  Tego  ranka  miał  miejsce  cud  życia  i  Tasya  poczuła,  że  jest  w  stanie 
poradzić sobie ze wszystkim, nawet z bezwzględnością Rurika. 

Teraz  była  zmarznięta,  umierała  z  głodu  i  musiała  zagrać  rolę 

narzeczonej... Frankensteina. 

background image

No dobra, Rurik nie wyglądał jak Frankenstein, ale był na tyle wielki, że 

mógł być potworem. Tamtej nocy, kiedy po raz pierwszy kochali się, kiedy był 
w niej, zastanowiło ją to. 

Jego reakcja  na jej  gwałtowne dyszenie przestraszyła ją bardziej  niż jego 

wielkość.  Leżeli  na  łóżku,  całkiem  nadzy  i  w  czasie,  kiedy  większość  facetów 
ruszyłaby pełną parą naprzód, on zauważył jej lęk. 

Wtedy  powstrzymał  się.  Rozsunął  jej  nogi,  pocałował  usta,  koniuszkami 

palców  musnął  jej  sutki,  potem  brzuch...  Był  mistrzem  w  znajdywaniu  czułych 
punktów na ciele kobiety. Kiedy dotykał jej najintymniejszych miejsc... a potem 
wtargnął do jej wnętrza, poznała, co znaczy wielokrotny orgazm. 

Był  potężny,  stanowczy,  bezwzględny  i  pragnął  jej.  Aha,  Tasya,  i  nie 

zapominaj, że jest wkurzony, bo uciekłaś od niego. 

Uciekła,  bo  dała  z  siebie  stanowczo  zbyt  wiele,  a  tego  Tasya  Hunnicutt 

nie miała w zwyczaju. 

Co gorsza, pragnęła go tak bardzo, że kiedy był w pobliżu, każdy mięsień 

jej ciała był w stanie pogotowia i zalewała ją fala adrenaliny. 

Odkręciła  kran  i  ochlapała  twarz  zimną  wodą.  Wytarła  się  ręcznikiem  i 

jeszcze raz popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. Wciąż wyglądała koszmarnie. 

Niedługo będzie musiała powiedzieć mu prawdę. 
No,  może  nie  całą.  Nigdy  nikomu  nie  powiedziała  całej  prawdy.  Ale 

powie  mu  wystarczająco,  aby  zrozumiał,  że  to  na  jej  barkach  spoczywa 
odpowiedzialność za wybuch i jeżeli ma trochę oleju w głowie, ucieknie od niej 
jak najdalej. 

Dziarsko uniosła podbródek. 
Prawdopodobnie zginie, zanim to wszystko się skończy, ale jeżeli uda jej 

się  zgromadzić  dowody  obciążające  Varinskich,  sprawiedliwości  stanie  się 
zadość. Yerik i Fedor Varinscy mogliby zostać skazani za wymuszenia okupu i 
morderstwa w Sereminii i straceni. 

Tasya  mogła  zginąć,  ale  przynajmniej  umarłaby  ze  świadomością,  że 

Varinscy  zostali  rozbici,  tysiącletnie  rządy  ich  terroru  zakończone  -  a  ona 
dopełniła zemsty. 

Spojrzała na swój plecak. Miała w nim aparat, którym zrobiła zdjęcia. 
Nagle ogarnął ją niepokój. Gdyby tylko  mogła zobaczyć dokładnie, jakie 

dowody udało jej się zgromadzić! 

Spojrzała  w  stronę  drzwi,  zastanawiając  się,  czy  pani  Reddenhurst 

pozwoliłaby  jej  skorzystać  z  komputera.  Cóż  z  tego,  że  miała  te  zdjęcia,  skoro 
nawet nie będzie żyła na tyle długo, żeby wydostać się ze Szkocji? 

Musiała się jakoś ucharakteryzować. 
Tasya otworzyła apteczkę pani Reddenhurst. Niestety, znalazła tam tylko 

pomadkę  ochronną,  maść  na  haluksy  i  na  hemoroidy,  krem  do  rąk,  pincetę  i 
bandaże. Pani Reddenhurst musiała być najnudniejszą kobietą na świecie. 

Wtedy  Tasya  nagle  znalazła  to,  czego  szukała.  Spojrzała  na  zniszczone 

pudełko, datę ważności, która już dawno minęła, i zrozumiała, że to jest idealne. 

background image

Absolutnie  idealne.  Nie  tylko  pozwoli  jej  zmienić  wygląd,  ale  też  była  prawie 
pewna, że  ta jej odmiana  nie spodoba się  Rurikowi.  Znienawidzi ją, będzie  nią 
gardził... i będzie musiał patrzeć na nią do końca tej podróży. 

Rurik  stał  przed  staromodnym  kuchennym  piecykiem,  grzejąc  się  i 

patrząc, jak pani Reddenhurst gotuje. Na kuchennym blacie stał mały telewizor, 
na  którego  ekranie  leciały  powtórki  seriali  komediowych.  Na  kuchni  coś 
gotowało się w garnku, a w piekarniku coś się pięknie rumieniło. 

Przez  cały  czas  pani  Reddenhurst  czule,  i  jednocześnie  złośliwie, 

opowiadała o swoim wielkim, tępym mężu. Było oczywiste, że za nim tęskniła. 
Z  tego,  co  mówiła,  Rurik  wywnioskował,  że  to  z  powodu  straty  jego  dochodu 
zamieniła swój niewielki dom w pensjonat. 

Pani Reddenhurst przypominała mu jego matkę - była twarda na zewnątrz, 

miękka  i  słodka  wewnątrz.  Pani  Reddenhurst  co  prawda  twierdziła,  że  nie 
zamierza  skakać  wokół  swoich  nieoczekiwanych  gości,  ale  w  przeciągu  pół 
godziny  zgodziła  się  udostępnić  Rurikowi  swój  komputer,  żeby  obejrzał  swoje 
zdjęcia z „wakacji”. 

Zaproponowała, że upierze i wysuszy jego ubrania i że przed świtem będą 

gotowe do włożenia. Mogłaby też namówić jedną z par, która zatrzymała się w 
jej  pensjonacie,  żeby  podwieźli  ich  do  Edynburga.  I  co  najważniejsze,  kiedy 
czekał na Tasyę, poczęstowała go świeżymi ciastkami owsianymi. 

To  uchroniło  go  od  śmierci  głodowej,  bo  Tasya  od  ponad  godziny 

siedziała w łazience. 

- Młode damy lubią spędzać dużo czasu w łazience, zwłaszcza kiedy chcą 

zrobić  wrażenie  na  mężczyźnie.  -  Pani  Reddenhurst  odsunęła  Rurika  na  bok  i 
wyjęła  z  piekarnika  pieczeń  jagnięcą.  -  Kiedy  pana  żona  tutaj  wejdzie,  padnie 
pan z wrażenia. 

- Tego się właśnie obawiam - mruknął Rurik. 
Ale co, u diabła, Tasya robiła tyle czasu w łazience pani Reddenhurst? 
Pani Reddenhurst podniosła wzrok znad półmisków i powiedziała: 
- Oto jest młoda dama! 
Rurik  spojrzał  w  kierunku  drzwi  -  przerażony,  musiał  spojrzeć  jeszcze 

raz,  bo  nie  wierzył  własnym  oczom.  Tasya  chyba  znalazła  gdzieś  wodę 
utlenioną,  bo  końcówki  jej  włosów  lśniły  na  biało.  Jakby  tego  było  mało, 
znalazła też żel i z jego pomocą zlikwidowała naturalny skręt włosów. Sztywne 
kolce  sterczały  na  wszystkie  strony.  Przypominała  teraz  przestraszonego, 
podstarzałego jeżozwierza. Miał ochotę ją zabić. 

Zrobił  krok  w  jej  stronę  i  omal  nie  wpadł  na  krzątającą  się  po  kuchni  i 

nakrywającą do stołu panią Reddenhurst. 

- Cóż za śliczności! - Pani Reddenhurst spojrzała z dezaprobatą na Rurika. 

- Nie wiedziałam, że poślubił pan dziecko, panie Telford. 

O Boże, pani Reddenhurst miała rację. Przez te włosy Tasya wyglądała na 

nieletnią. 

Dlaczego to zrobiłaś? - miał ochotę ją zapytać. Dlaczego? Dlaczego? 

background image

Dlaczego? 
Ale  przecież  znał  odpowiedź:  bo  stwierdził,  że  powinna  zmienić  swój 

wygląd, bo znalazła gdzieś rozjaśniacz i dlatego, że uwielbiała się z nim drażnić. 
Tym razem naprawdę jej się udało. 

- Te ubrania są wprost idealne na swobodny wieczór. - Pani Reddenhurst 

spodobały się spodnie khaki, luźna czarna koszulka i dopasowana kurtka khaki, 
które miała na sobie Tasya. 

- Chodź tu i siadaj. Nie wstydź się. 
- Miło panią poznać, pani Reddenhurst. - Tasya zbliżyła się, uśmiechnęła i 

wyciągnęła rękę. - Bardzo dziękuję, że nas pani przyjęła, i mam nadzieję, że nie 
sprawiamy zbyt dużo kłopotów. 

Nie tylko Rurik umiał oczarować swoim wdziękiem. 
- Ależ to żaden problem. - Rozpromieniła się pani Reddenhurst. 
- Pan Telford nas zgubił, ale pani uratowała nam życie. 
Tasya objęła Rurika w pasie i przytuliła go z udawaną czułością. 
Rurik  odwzajemnił  jej  uścisk  trochę  zbyt  mocno  i  trzymał  ją 

wystarczająco blisko, żeby mogła wyczuć jego gniew. 

-  Kochanie,  jeżeli  zamierzasz  opowiedzieć  pani  Reddenhurst  o 

wszystkim, co wyprawialiśmy w jej górach, ktoś tu się zarumieni. 

Jak na zawołanie, policzki Tasyi spłonęły rumieńcem. 
-  Zgaduję,  że  ty.  -  Pochylił  się  i  pocałował  ją  w  usta.  To  był  odwet  za 

wszystkie jej przemądrzałe komentarze. Wciąż była ciepła po niedawnej kąpieli, 
wilgotna  i  świeżo  pachnąca,  jak  afrodyzjak.  Unosząc  głowę,  spojrzał  na  jej 
twarz: przymknięte oczy, nieprzyzwoicie długie rzęsy i usta równie rumiane jak 
teraz były jej policzki... 

Z daleka dał się słyszeć dźwięk dzwonka. 
-  Chyba  inni  też  domagają  się  kolacji.  To  lubię,  nareszcie  robi  się  tu 

gorąco.  -  Pani  Reddenhurst  uśmiechnęła  się  znacząco  i  z  talerzami  w  dłoniach 
podążyła do niewielkiej jadalni, zostawiając ich samych. 

Rurik  pochylił  się,  żeby  znowu  pocałować  Tasyę.  Położyła  dłoń  na  jego 

ustach. 

- Puść mnie. Umieram z głodu. 
Naprawdę go dziś zdenerwowała, ale wciąż jej nie puszczał. 
- Powinienem dać ci klapsa za te włosy. 
-  Kazałeś  mi  zmienić  wygląd  -  powiedziała  zarozumiale,  a  ton  jej  głosu 

zdradził, że zachwyciła ją jego reakcja. 

- Więc dam ci klapsa dla zabawy. Prawie się roześmiała. Prawie. 
Nie  pomyślałby,  że  tego  chciała.  Wyglądała  na  kobietę,  która  traktowała 

wszelkie groźby, nieważne jak bardzo związane z seksem, zbyt poważnie. 

- Myślisz, że nie zrobiłbym tego? Teraz zachichotała. 
- Sądzę, że bardzo by ci się to spodobało. 

background image

-  Tobie  też  się  spodoba.  -  Oparł  się  plecami  o  kuchenny  blat  i  ustawił  ją 

tak, że całym ciałem opierała się o niego. - Zwłaszcza kiedy będę trzymał cię na 
kolanach z głową w dół, rozchylał twoje nogi i robił ci dobrze. 

Tasya przestała się śmiać. 
-  Niedługo  będziesz  mnie  błagać.  Takim  zdyszanym  głosem,  którego 

używasz, kiedy czujesz palącą potrzebę - kontynuował. 

Jej niebieskie oczy stały się ciemnoszare. 
- Słyszałem to wiele razy tamtej nocy w Edynburgu - mówił przeciągle. - 

Pamiętasz tę noc, prawda? 

-  Puść  mnie.  -  Próbowała  mu  się  wywinąć.  Najlepsza  cholerna  tortura, 

jakiej kiedykolwiek doznał. 

- Tej nocy dowiedziałem się o wielu rzeczach, jakie lubisz. Stąd wiem, że 

kiedy  dam  ci  klapsa,  potem  mogę  dotknąć  cię  tutaj.  -  Jego  ręka  wślizgnęła  się 
między ich ciała i nacisnęła najczulsze miejsce. - Potem wsunę w ciebie palec, a 
ty sama wskoczysz mi na kolana. 

Wyswobodziła się z jego objęć. 
Puścił ją i patrzył, jak podchodzi do kuchennego stołu. 
-  A  zanim  wsunąłbym  w  ciebie  drugi  palec,  byłabyś  tak  napalona,  że 

drugą ręką musiałbym cię trzymać, żebyś nie spadła na podłogę. 

- Przestań! - Patrzyła na niego udręczona. 
-  Spróbuj  mnie  powstrzymać.  -  Usiadł  przy  stole  i  położył  dłonie  na 

blacie. 

Tasya stała przed nim, z dłońmi zaciśniętymi w pięści. 
- No dalej, uciekaj, Tasya - szydził. - Będę mógł cię gonić. 
- Nie dam ci tej satysfakcji. 
- Owszem, dasz. Zapewniam cię, że dasz mi dokładnie to, czego zażądam. 
Usłyszeli chrząknięcie, a potem zobaczyli swoją gospodynię. 
-  Chcecie  najpierw  befsztyk  i  jajka  czy  sałatkę?  -  zapytała  pani 

Reddenhurst tonem przerażonym  i zachwyconym jednocześnie. -  A  może  mam 
zaczekać z kolacją, aż dokończycie kłótnię na górze, w swoim pokoju? 
 

 

background image

Rozdział 10 

Boris  Varinski  z  pilotem  w  dłoni  rozłożył  się  na  wielkim  szezlongu 

stojącym 

salonie 

domu 

rodziny 

Varinskich 

na 

Ukrainie. 

Na 

pięćdziesięciuośmiocalowym,  płaskim  ekranie  telewizora  plazmowego  oglądał 
serwis informacyjny CNN. Telewizor ryczał na cały regulator. 

Pozostali  Varinscy  bili  się  nawzajem  pięściami  po  plecach  i  ryczeli  ze 

śmiechu. Ale on się nie śmiał. 

Ucieszył  się,  kiedy  usłyszał  informację  o  wybuchu  na  wykopaliskach  w 

Szkocji  i  chętnie  przyjmował  gratulacje  od  swoich  ludzi.  Pławił  się  w  ich 
odzyskanym szacunku. Reporterzy donosili, że administrator wykopalisk, Rurik 
Wilder,  i  fotografka  czasopisma  Dziedzictwo  Narodów,  Tasya  Hunnicutt, 
zaginęli  i  prawdopodobnie  ponieśli  śmierć  w  wyniku  wybuchu.  Pokazali  ich 
fotografie i Boris już wiedział, że wszystko poszło do diabła, a on był jedynym 
Varinskim, dostatecznie mądrym, by to pojąć. 

Mężczyzna na tej fotografii był pomiotem Konstantine'a. 
Boris spędził jeden cały, długi dzień w Kijowie, zamknięty z szanowanym 

historykiem  Mykhailo  Khelmelnytskym.  Mykhailo  zebrał  informacje  na  temat 
ikon  rodziny  Varinskich  i  miejsc,  gdzie  mogą  być.  Od  czasu  do  czasu  Boris 
ponaglał go, żeby zmobilizować go do pracy: najpierw odciął mu opuszek palca, 
a  później  mały  palec  u  nogi.  W  końcu  Mykhailo  zidentyfikował  grobowiec  w 
Szkocji jako jedno z miejsc ukrycia ikon. Boris posłał tam swoich ludzi, którzy 
wysadzili grobowiec w powietrze, a w trakcie fety, która potem nastąpiła, przez 
chwilę nawet miał nadzieję, że ocalił swój tyłek. 

Ale jeśli to syn Konstantine'a kierował tymi wykopaliskami, Boris gotów 

był się założyć, że chłopak szukał tej samej cholernej ikony, którą  miał znaleźć 
Boris.  Co  gorsza,  raczej  nie  zginął  tak  łatwo,  jak  to  przedstawili  reporterzy,  a 
jeśli ikona jest w jego posiadaniu... 

Boris rozejrzał się wokół. 
Przynajmniej wuja Ivana miał z głowy, pewnie padł gdzieś, znowu pijany, 

i  teraz  leży  w  jakimś  zakamarku  wielkiego  domu.  Wuj  Ivan  wypił  w  życiu 
więcej  wódki,  niż  była  w  stanie  znieść  ludzka  wątroba.  Próbował  leczyć  swój 
smutek,  bo  był  pierwszym  od  tysięcy  lat  Varinskim,  który  oślepł.  Boris  z 
radością posyłał mu kolejne butelki, bo gdy wujek Ivan topił swe smutki, Boris 
wiedział, że jest bezpieczny i będzie mógł nad nim zapanować. 

Przy  odrobinie  szczęścia,  drużyna  Borisa  znajdzie  Rurika,  zrobi  to 

szybko,  wyeliminuje  go,  i  zabierze  ikonę.  Wtedy  Boris  dałby  im  dziewczynę. 
Byłaby dla nich nagrodą, a dla niej to będzie nauczka. 

- Niech ktoś poda mi telefon - powiedział Boris. Nikt nie zwrócił na niego 

uwagi. 

Wstał  na równe  nogi.  Ból promieniował  na jego chore biodro  i czynił  go 

bardziej wojowniczym. 

background image

- Dajcie mi telefon! 
Nagle  przerwano  świętowanie.  Chłopcy  stali  i  patrzyli  na  niego,  a  on  na 

nich. 

Blin!  Połowa  z  nich,  tych  młodszych,  była  idiotami,  ślinili  się,  patrzyli 

tępo, niczego nie rozumieli. Mieli inteligencję szympansów. 

Niektórzy z nich zmieniali się w odrażające bestie - łasice, węże lub sępy. 
Drapieżniki, ale nie szlachetne, tylko polujące na padlinę. 
Był tam też Vadim, syn Borisa. Vadim był mądry, skromny i wielki; miał 

niespełna dwadzieścia lat. 

Odkąd  zaczął  raczkować,  rządził  swoim  pokoleniem.  Ten  mały  gnojek 

patrzył  na  Borisa  tak,  jak  tygrys  patrzy  na  starą  antylopę,  którą  za  chwilę 
upoluje.  Vadim  patrzył  i  czekał,  zadowolony  z  siebie,  przekonany,  że  upadek 
Borisa jest bliski, a on będzie mógł zająć jego miejsce. 

To  były  mrzonki.  Jasne,  po  tym,  jak  Konstantine  ich  porzucił,  Boris 

musiał  walczyć,  by  być  uznanym  za  lidera  klanu  Varinskich.  Utrzymał  władzę 
przez  ponad  trzydzieści  lat.  Był  tym,  który  zdecydował  się  przerwać 
poszukiwania  Konstantine'a  i  jego  żony  dziwki.  Tym,  który  wprowadził 
Varinskich  w  erę  nowożytną  z  urządzeniami  nawigacyjnymi  i  nowoczesnymi 
materiałami  wybuchowymi,  naprawdę  dobrymi  witrynami  internetowymi,  na 
których mogli zamieścić slogan i wielkie logo korporacji. 

Varinski  -  jeśli  oczekujesz  dobrze  wykonanej  pracy  Boris  sam  to 

wymyślił,  ten  slogan  wyrażał  wszystko.  Od  momentu,  gdy  zaczął  się 
reklamować,  biznes  rozkręcił  się.  Varinscy  gromadzili  złoto,  to  był  dobry 
interes.  Gdy  nastawał  dyktator  i  chciał  kogoś  upokorzyć,  płacił  złotem.  Kiedy 
korporacja  naftowa  chciała  rozpętać  małą  wojnę,  płaciła  złotem.  A  gdy  Boris 
szantażował  dyktatora  i  korporację  naftową,  że  ujawni  informacje,  płacili  mu 
górami złota. 

Boris miał doradcę inwestycyjnego, a ten miał motywację, żeby zapewnić 

mu  trafne  inwestycje.  Wiedział,  że  jeśli  takie  nie  będą,  Boris  zabije  go  gołymi 
rękami. 

Kiedy już zdołał podporządkować sobie całą rodzinę Varinskich, stało się 

coś złego. 

Niektórzy z chłopaków zaczęli chorować. 
Varinscy nigdy dotąd nie chorowali. 
Starsi zaczęli umierać w wieku osiemdziesięciu kilku lat. 
Dotąd Varinscy żyli w dobrym zdrowiu przez setki lat. 
Niektóre  z  ofiar  Varinskich  zaczęły  się  ujawniać:  kobiety,  które  zostały 

przez nich zgwałcone, wnosiły przeciwko nim oskarżenia. 

Oczywiście,  nic  nie  wskórały  -  bo  Varinscy  trzymali  w  garści  ukraiński 

wymiar  sprawiedliwości  -  ale  te  kobiety  nie  miały  dla  nich  szacunku,  a  to  nie 
wróżyło nic dobrego przyszłym pokoleniom Varinskich. 

Yerik  i  Fedor  zostali  schwytani  i  czekali  na  proces  za  wymuszenia 

okupów i morderstwo. Nic takiego wcześniej się nie wydarzyło! 

background image

Ale  tym  razem  żadne  działania  Borisa  nie  przyniosły  efektu:  ani  presja 

wywierana  na  rząd  Sereminii,  ani  łapówki,  jakie  proponował,  ani  groźby  pod 
adresem urzędników. Nie udało się ich uwolnić. 

Cały  świat  sprzysiągł  się  przeciwko  Borisowi,  żeby  doprowadzić  go  do 

upadku. 

- Do ciebie, Boris - powiedział jeden z braci z jego pokolenia, wręczając 

mu telefon bezprzewodowy. 

Boris spojrzał na telefon, który kurczowo ściskał w swojej drżącej dłoni, i 

pomyślał,  że  to  nie  jest  odpowiednie  miejsce  na  rozmowę.  Jego  niepokój  już  i 
tak zdradził za dużo. 

- Idę do swojego biura. 
-  Wuju,  zanim  pójdziesz  przeprowadzić  rozmowę  telefoniczną  i 

spróbować ogarnąć ten bałagan, oddaj mi pilota. - Vadim leżał na kanapie, z tym 
swoim kpiącym i budzącym odrazę uśmiechem. 

Boris  popatrzył  na  grupę  złożoną  z  młodych  idiotów  z  wybałuszonymi 

oczami, dojrzałych mężczyzn i niedołężnych starców. 

Rzucił pilota wujowi Shamanowi. 
Vadim pstryknął palcami i Shaman oddał mu pilota. 
Borisa zdradził jego własny wuj! 
Wpatrywał się w niego oskarżycielskim wzrokiem. 
- Dzięki - Vadim zaśmiał się i zmienił kanał. 
Boris  rzucił  się  w  kierunku  Vadima.  Ten  nawet  się  nie  ruszył.  Ale 

pozostali stanęli przed nim, zasłaniając go, jakby gotowi byli poświęcić za niego 
swoje  życie.  Byli  wśród  nich  jego  synowie  i  wujowie!  Wszyscy  go  zdradzili! 
Wszyscy! 

Boris zatrzymał się. 
-  Nie  jesteś  wart  nawet  mojego  splunięcia  -  powiedział,  uśmiechając  się 

szyderczo. 

Odwrócił się, by odejść; w końcu jakie miał wyjście? 
-  Kulejesz,  wuju  -  zawołał  za  nim  Vadim.  -  Może  odprowadzić  cię  do 

biura? 

- Ty mały, tępy gnojku - wymamrotał Boris. 
Po czym, nie utykając, wyszedł z salonu. Kiedy tylko wyszedł, zatrzymał 

się, oparł rękę o ścianę i potrząsnął nogą, próbując przywrócić staw biodrowy do 
wygodniejszej pozycji. 

Potem, kulejąc, podążył w głąb ciemnego korytarza do biura. 
Potwornie bolało go biodro. Ten głupi lekarz powiedział, że to artretyzm. 
Więc  Boris  go  zabił.  Nie  potrzebował  żadnych  świadków  swojej 

ułomności. 

Ale  nie  był  w  stanie  pozbyć  się  świadka,  który  trawił  jego  kości  i  zjadał 

nerwy, w dzień i w nocy, bez przerwy. Tkwiła tam choroba, i było coraz gorzej. 

Musiał  szybko  wziąć  swoje  lekarstwo.  Przyspieszył  kroku,  a  kiedy 

wyszedł  z  ciemności,  coś  złapało  go  za  kostkę.  Potknął  się.  Noga  odmówiła 

background image

posłuszeństwa. Upadł na kolano, podparł się jedną ręką i znalazł się na podłodze 
obok wuja Ivana. 

Jego oczy błyszczały w ciemności na niebiesko, poruszał się z prędkością 

i siłą wykraczającą daleko poza możliwości starego wojownika. 

- Ostrzegałem cię - przemówił głosem głębokim, okrutnym i tak zimnym, 

że był w stanie zamrozić szpik w kościach Borisa. 

To nie był wuj Ivan. To był... to był Diabeł. 
-  To  nie  moja  wina  -  odpowiedział  Boris.  -  Nie  wiedziałem,  że  to 

szczeniak Konstantine'a kierował tymi wykopaliskami. Nie wiedziałem... 

Wuj  Ivan  błyskawicznie  przeniósł  swój  uścisk  z  kostki  Borisa  na  jego 

gardło.  Poskręcana  stare  palce  zacisnęły  się  wokół  jego  tchawicy, 
uniemożliwiając oddychanie. 

- Co? Nie obchodzi mnie, czyja to wina. Interesują mnie tylko wyniki. 
Rozluźnił trochę uścisk, wystarczająco, by Boris mógł mówić. 
- Wiem, ustalę... 
- Kazałem ci znaleźć ikony. 
- Wiem, znalazłem jedną. Próbowałem ją zniszczyć... 
- Nie możesz jej zniszczyć. Żaden człowiek nie jest w stanie. 
- Wybuch... 
-  Nic  nie  zmienił.  Nie  rozumiesz?  -  Ręka  na  gardle  Borisa  zacisnęła  się 

ponownie. - Matka Varinskiego oddała swoje życie, żeby chronić Madonnę. Jej 
krew uczyniła ikony niezniszczalnymi. 

Ostatnia rzecz, jaką Boris zapamiętał, był uścisk niedołężnej ręki. 
Kiedy  Boris  odzyskał  świadomość,  pochylał  się  nad  nim  stary,  zły  i  bez 

skrupułów. Niebieski płomień nadal rozświetlał oczy wuja Ivana. 

- Przynieś mi ikony - szepnął. - Wszystkie ikony. I znajdź kobiety. 
Boris rozpaczliwie chciał zamknąć oczy, ale nie śmiał tego zrobić. 
- Tak. 
- Kobiety, które kochają Wilderowie, są powiązane z ikonami. Znajdź je. 

Znajdź ikony. I oddaj mi. 

- Tak - powiedział Boris zachrypniętym głosem. 
-  Zrobisz  to,  Boris.  -  Oddech  starca  czuć  było  siarką.  -  Zrobisz  to  albo 

będziesz  podziwiał  piekło  w  całej  jego  chwale,  i  to  dużo  szybciej,  niż  ci  się 
wydaje. 
 

 

background image

Rozdział 11 

-  Wszystko  słyszała.  -  Zażenowana  i  wściekła  Tasya  szła  ciemnym 

korytarzem  w  stronę  małej  biblioteki.  -  Pani  Reddenhurst  słyszała  każde  twoje 
słowo! 

- I podobało jej się. - Rurik szedł za Tasyą. - Założę się, że w nocy będzie 

mocno ściskała swoją poduszkę. 

- Jeżeli tylko jej poduszka jest na baterie. - Tasya nigdy w życiu nie była 

tak zawstydzona. 

Oczywiście  on  się  tym  nie  przejmował.  Zwyczajnie  zajadał  z  apetytem 

swój befsztyk z jajkiem. 

To jeszcze bardziej rozwścieczyło Tasyę. 
- To znaczy, nie jestem pruderyjna... 
- Tylko niedoświadczona. 
Zatrzymała  się  i  odwróciła,  prawie  dotykając  nosem  jego  klatki 

piersiowej. 

- Nieprawda! 
- Niedoświadczona i zdenerwowana. 
Obszedł  ją  naokoło  i  przeszedł  przez  salon,  gdzie,  przy  włączonym 

telewizorze,  siedziała  pani  Reddenhurst  w  towarzystwie  dwójki  innych  gości,  i 
udał się do pustej biblioteki. 

Komputer  pani  Reddenhurst  stał  na  biurku,  był  to  kilkuletni  Mac  z 

dwunastocalowym  monitorem.  Odwróciwszy  go,  dokładnie  obejrzał  kable  i 
wyciągnął do niej rękę. 

- Damy radę. Gdzie jest pamięć? 
- Tutaj. - Tasya usiadła na krześle, wyciągnęła z kieszeni przenośny dysk i 

wetknęła go do czytnika. 

Myślała,  że  Rurik  będzie  próbował  zająć  jej  miejsce  przed  komputerem, 

ale przysunął sobie drugie krzesło i usiadł po jej lewej stronie. 

- Zdjęcia się zachowały? 
Zapisała zdjęcia w programie i odetchnęła z ulgą. 
- Wygląda na to, że mają się całkiem dobrze. 
Wczoraj  zrobiła  setki  zdjęć  wykopalisk,  skrzyni  i  jej  zawartości,  ale 

najważniejsze były dla niej te, które zrobiła dziś rano. 

Skrzywiła się, kiedy zobaczyła  ich  ilość, tylko kilkadziesiąt zdjęć tablicy 

metrowej długości, gęsto pokrytej liczbami, symbolami i literami. 

Zmrużyła  oczy.  Na  monitorze  niewiele  było  widać,  wszystko  miało 

zielony odcień, a rozdzielczość była marna. 

- Jak z twoim staroangielskim? - zapytała. 
-  Nie  za  dobrze,  ale  na  szczęście  ta  rzeźba  została  wykonana  parę  lat 

przed  inwazją  normandzką,  więc  bliżej  jej  do  języka  średnioangielskiego.  Do 

background image

tego  mamy  dużo  obrazków.  -  Wskazał  na  pierwsze  zdjęcia.  -  Możesz  to 
powiększyć? 

Zrobiła to i oboje wpatrywali się w zdjęcie ściany. Wskazała na postać po 

lewej stronie. 

-  Clovus  jest  gubernatorem  wojskowym;  ucina  głowy  swoim  wrogom, 

zanim  nie  pozbędzie  się  wszystkich,  a  inni  wojownicy  cofają  się  ze  strachu 
przed nim. 

- Znalazłem na to dowód - zgodził się z nią Rurik. 
-  Sieje  spustoszenie  w  całej  Europie  i  jedynym,  który  może  przeciwko 

niemu wystąpić, jest ten facet. - Wskazała na prymitywnie narysowaną postać z 
jednym okiem, koroną na głowie i rozmytą twarzą. - Ciekawe, któremu królowi 
udało się pokonać Clovusa Beheadera. 

- Pojawiło się wtedy wielu śmiałków. 
Przeszła  do  następnego  zdjęcia  i  uznała,  że  może  będzie  z  tego  więcej 

pożytku,  jeżeli  z  daleka  spojrzy  na  całość,  zamiast  analizować  każdą  linijkę 
osobno. 

-  Clovus  wsiadł  do  łodzi.  -  Wiedziała,  że  to  on,  bo  trzymał  ociekającą 

krwią odciętą głowę. - Więc zgaduję, że przepłynął przez kanał do Anglii. 

Rurik wskazał na jakiś napis. 
- Dokładnie tak jest tutaj napisane. Zmrużyła oczy i spojrzała na monitor. 
-  Naprawdę?  Tak  jest  tu  napisane?  Chyba  powinnam  czytać  więcej 

mitologii. 

- Nareszcie wiem, po co ja ją czytałem. - Rurik położył dłoń na jej karku i 

palcami usiłował rozmasować napięte mięśnie. 

Najrozsądniej  z  jej  strony  byłoby  kazać  mu  przestać.  Ale  używał  rąk  po 

mistrzowsku, a ona miała za sobą cały dzień. Bardzo długi, nerwowy dzień. 

- A więc tym razem CIovus wyciął w pień angielską wioskę, a chwilę po 

tym spotkał... - powiększyła zdjęcie. - Spotkał diabła? 

Było coraz lepiej. 
- Racice, ogon, no tak, to wygląda na diabła - powiedział znudzony Rurik. 
-  Clovus  zadawał  się  z  niewłaściwymi  ludźmi.  -  Usiłowała  kontrolować 

swoje  emocje  i  przeszła  do  następnego  zdjęcia.  -  Diabeł  dał  mu  wspaniały 
prezent. 

-  Tabliczkę  czekolady.  -  Rurik  wskazał  na  kwadratową  tabliczkę,  która 

zmieniała właściciela. - Och, ugryź mnie. 

Ale ona była zbyt skupiona i pochłonięta czerpaniem przyjemności z jego 

masażu, żeby poczuła się urażona tą zniewagą. 

- Jak myślisz, co to jest? 
- Nie mam pojęcia. 
- Widzisz tę poświatę dokoła? Myślę, że to może być sztabka złota. 
- Może masz rację. 
Odwróciła się, by na niego spojrzeć. 
- Coś nie tak? 

background image

- O co ci chodzi? 
- Mówisz to tak... obojętnie. I wyglądasz... 
Wyglądał  na  rozbawionego.  Patrzył  jakoś  tak  znacząco,  pełen 

powstrzymywanego radosnego podniecenia. 

- To ty jesteś archeologiem. Ja jestem tylko amatorką. Może ja odczytuję 

to niewłaściwie? 

- Odczytujesz to dokładnie tak, jak ja bym to zrobił. Może tylko... ja nie 

uważam,  że  to  złoto.  -  Wskazał  na  ekran,  na  przedmiot,  który  diabeł  wręczył 
Clovusowi. 

- A co to jest twoim zdaniem? 
- Myślę, że to jakiś święty przedmiot. 
- Z powodu tej poświaty... - To pasowałoby jak ulał do jej teorii o skarbie 

Varinskich. - Ale co robił diabeł ze świętym przedmiotem? 

- Raczej nic dobrego. 
- Raczej nie. - Stukała palcami o biurko. 
- Jesteś zawiedziona. 
-  Sama  nie  wiem.  -  Rozmyślała  o  szczegółach  mitologii  Varinskich.  - 

Pojawia się tam motyw ikony... 

- Ikony? - Rurik nagle stał się czujny. 
- Nic, ja tylko... właściwie nic. - Nie chciała teraz drążyć tego tematu. 
Odwracając się do monitora, powiedziała: 
- Popatrz, Clovus wymiotuje. 
Kamienna  rzeźba  z  odrażającą  dokładnością  przedstawiała  obraz 

fizjologicznych zaburzeń Clovusa. 

-  I  uznaje,  że  to  wina  tego  przedmiotu,  cokolwiek  to  jest,  i  wysyła  go 

królowi  z  jednym  okiem.  -  Rurik  odchylił  się  na  krześle  i  przycisnął  dłoń  do 
czoła. - To byłoby idealnie! 

-  Co  byłoby  idealnie?  -  Nie  mogła  powstrzymać  zdziwienia.  -  To,  że  w 

Europie też mieli czekoladę Hershey. Dlaczego? 

-  Jeżeli  by  tego  nie  zrobił,  ten  przedmiot  byłby  w  grobowcu  i  zostałby 

wysadzony  w  powietrze  i  nawet  jeśli  nie  zostałby  zniszczony,  przeszukanie 
szczątków i skatalogowanie każdego odłamka zajmie jakieś dziesięć  lat. A kto, 
u diabła, ma tyle czasu? 

-  Racja  -  powiedziała  sarkastycznie.  -  Teraz  tylko  musimy 

wykombinować,  do  którego  jednookiego  sukinsyna,  jedenasto-wiecznego 
europejskiego władcy to wysłał. 

W końcu, po wielu sprzecznych interpretacjach staro angielskiego pisma, 

Rurik rozszyfrował, że jednooki król żył i grabił w Lotaryngii, która obecnie jest 
prowincją na wschodzie Francji. Tam mogliby zacząć. 

Jego  wiedza  imponowała  Tasyi.  To,  w  połączeniu  z  jego  ciepłem,  które 

czuła, bo siedział blisko niej i masował jej kark, powodowało... że spodobało jej 
się siedzenie tu z nim, rozszyfrowywanie rzeźb, omawianie następnych kroków. 

background image

Czuli  się  swobodnie  w  swoim  towarzystwie,  jak  dwoje  ludzi,  którzy  mieli  ze 
sobą wiele wspólnego. Prawie przyjaciele. 

Może  z  wyjątkiem  faktu,  że  nie  była  z  nim  zupełnie  szczera,  poza  tym, 

delikatnie mówiąc, było im bardzo dobrze w łóżku i z tego powodu ona chciała 
uciekać jak najdalej. 

Rurik Wilder  nigdy  nie czułby się zagrożony jej karierą  i  niezależnością. 

Nie  uciekłby.  Bo Rurik Wilder  nie bał się  niczego. On  pragnął związku z  nią  - 
jakiego  rodzaju  i  na  jak  długo,  nawet  nie  ośmieliła  się  zapytać  -  i  to  ją 
przerażało.  Przerażało  z  powodu  ludzi,  którzy  ją  ścigali.  Przerażało,  bo  mogło 
mu się stać coś złego. I nie byłaby w porządku w stosunku do niego. 

Kiedy  wyciągnęła  kartę,  włożyła  ją  z  powrotem  do  aparatu,  a  aparat 

schowała  w  bezpieczne  miejsce,  on  usunął  wszystkie  zdjęcia  z  komputera  pani 
Reddenhurst.  Tasya  wyglądała  na  zadowoloną,  że  dziś  w  nocy  zrobili  kawał 
naprawdę dobrej roboty. Tworzyli zgrany zespół. 

Rurik wyłączył komputer, po czym odwrócił się i tak szybko, że nie miała 

czasu, żeby uciec, złapał ją za rękę. 

-  A  teraz  opowiedz  mi  o  sobie  i  Varinskich.  Sądny  dzień  nadszedł 

szybciej, niż myślała. 
 

 

background image

Rozdział 12 

-  Nie  wiem,  od  czego  zacząć.  -  Tasya  próbowała  przeczesać  palcami 

włosy, ale sztywne kolce  na  głowie przypomniały jej, co zrobiła, żeby zmienić 
swój wygląd, i dlaczego to zrobiła. 

- Najlepiej od początku. - Nogą przysunął krzesło, postawił je przed sobą i 

wskazał  jej.  Nie  spodobało  się  jej  jego  zachowanie,  ale  usiadła.  W  końcu  była 
mu  to  winna.  Wciągnęła  go  w  coś,  co  było  ponad  nim  i  na  co  nie  mógł  nic 
poradzić. 

Chociaż chyba oszukiwała sama siebie. Im dłużej z nim przebywała, tym 

większe  wrażenie  robiły  na  niej  jego  umiejętności.  Pokazał  się  jej  z  jak 
najlepszej  strony:  wyciągnął  ją  z  tunelu,  miał  ukryty  zapas  jedzenia  i  innych 
akcesoriów umożliwiających przetrwanie, załatwił im nocleg w pensjonacie - te 
wszystkie  czyny  ujawniały  jego  charakter.  To  był  mężczyzna,  którego  nie 
zaskakiwało niebezpieczeństwo i był przygotowany na kłopoty. 

A ona sprowadzała kłopoty. 
- Wiesz, kim są bliźniacy Varinscy? - zapytała, pochylając się. 
-  To  dwóch  doświadczonych  zabójców  z  rosyjskiego  -  teraz  właściwie 

ukraińskiego  -  klanu  przestępczego,  których  złapano  w  Sereminii,  jak 
dokonywali  morderstw  na  zlecenie.  Teraz  siedzą  w  więzieniu  i  czekają  na 
proces. 

-  No  właśnie.  Nie  są  pierwszymi  z  tej  rodziny,  którzy  powinni  zostać 

złapani.  Ale  są  pierwszymi,  którzy  nie  zdołali  uciec  i  wkrótce  staną  przed 
sądem. Przez tysiąc lat Varinscy byli najemnikami, popełniali okrutne uczynki i 
nigdy  nie  zostali  skazani  za  choćby  jedno  przestępstwo.  -  Była  coraz  bardziej 
podekscytowana tym, co mówiła. - Wyobrażasz to sobie? Tysiąc lat. 

-  Niewiarygodne.  -  Siedział  nieruchomo,  słuchając  jej,  jakby  była 

najbardziej błyskotliwym mówcą świata. - Skąd tyle o nich wiesz? 

- Mam swoje źródła. 
- Jakie źródła? 
-  Różne.  Biblioteka,  Internet,  pytałam  ludzi.  Oczywiście  nie  powiedziała 

mu  o  wszystkim,  bo  podejrzewała,  że  nie  pochwaliłby  pozostałych  metod  jej 
działania. 

Chyba  i  tak  powiedziała  już  za  dużo.  Ale  nigdy  dotąd  nikomu  o  tym  nie 

mówiła, a już  na pewno  nikomu, kto  nienawidził  Varinskich równie  mocno jak 
ona.  A  opowiadała  o  tym  Rurikowi,  którego  wykopaliska,  dorobek  jego  życia, 
wyleciał w powietrze. On na pewno ją zrozumie. 

-  Udokumentowałam  historię  Varinskich,  legendy  o  nich  i  ich 

przestępstwa. Wiesz, że najstarsza rosyjska wzmianka o nich, do której udało mi 
się  dotrzeć,  ma  prawie  osiemset  lat?  To  rękopis,  który  opowiada  o  cennym 
skarbie,  który  pierwszy  Konstantine  Varinski  ofiarował  diabłu  w  zamian  za 
nadprzyrodzone zdolności. 

background image

-  Jakie  nadprzyrodzone  zdolności?  -  Rurik  usiłował  zachować  spokój, 

jakby myślał, że robiła sobie z niego żarty. 

Tasya nie winiła go za to. 
- Wiem, ja też nie mogę uwierzyć, że wszystkie występki uszły Varinskim 

na sucho. Ponoć ci faceci potrafią przybierać różne postacie i kiedy tylko chcą, 
zmieniają  się  drapieżniki.  Nawet  mnisi  się  ich  bali,  twierdzili,  że  ten  pakt  z 
diabłem  zmienił  Varinskich  w  demony.  Wszystkie  rosyjskie  dokumenty,  do 
których  dotarłam,  podają  to  samo,  twierdzą,  że  właśnie  dlatego  są  tak  dobrymi 
tropicielami i nikt nie jest w stanie im umknąć. Słyszałeś kiedyś, żeby ktoś miał 
lepszy PR? 

-  Zdumiewające.  -  Rurik  odchylił  się  do  tyłu  z  założonymi  rękami,  jego 

twarz znalazła się w cieniu. - A jaka twoim zdaniem jest prawda? 

-  Odkryłam,  że  Konstantine  zapłacił  komuś,  prawdopodobnie  jakiemuś 

potężnemu człowiekowi, może carskiemu namiestnikowi, masę pieniędzy za to, 
żeby na ukraińskich stepach mógł bez przeszkód robić, co mu się podoba. Kiedy 
Konstantine  dostał  na  to  pozwolenie,  zaczął  pracować  nad  swoją  opinią 
brutalnego  wojownika  -  w  porównaniu  z  Konstantine'em  Clovus  wydawał  się 
łagodny  jak  baranek.  Wychował  sobie  godnych  następców,  zastępy  brutalnych 
wojowników, a oni wychowywali kolejnych, aby podtrzymać tradycję rodzinną. 
Byli najemnikami, ścigali i zabijali na zlecenie każdego, kto im płacił. Nie żenili 
się,  gwałcili  kobiety,  a  jeśli  tym  kobietom  życie  było  miłe,  oddawały  im 
spłodzone przez nich dzieci. Podobno Varinscy mieli tylko synów... 

- Możliwe, bo to mężczyzna decyduje o płci - wtrącił Rurik. 
-  Tak,  ale  wydaje  mi  się,  że  oni  po  prostu  zostawiali  dziewczynki  na 

pastwę losu. 

Rurik  chciał  jej  odpowiedzieć,  ale  powstrzymał  się.  Dalej  bacznie  się  jej 

przyglądał. 

- Wszyscy Varinscy są wyszkoleni na okrutnych wojowników. 
- Więc nie wierzysz w ich nadprzyrodzone zdolności? 
- Daj spokój. 
- Nie wierzysz w siły nadprzyrodzone? 
- Nie. Wierzę w to, co widzę, czuję i czego mogę dotknąć. - Nie wierzyła 

nawet w Boga. Zwątpiła tamtej nocy, kiedy straciła rodziców. - Znalazłam coś, 
co moim zdaniem jest częścią rodzinnego skarbu Varinskich... 

-  Skarbu,  który  Konstantine  podarował  diabłu?  -  Twarz  Rurika  była 

ukryta  w  cieniu,  widziała  tylko  jego  oczy,  ożywione  i  wpatrzone  w  nią.  -  A 
diabeł nie powinien go mieć? 

-  Zgodnie  z  legendą,  diabeł  podzielił  skarb  na  cztery  części  i  cisnął  w 

cztery strony świata. 

Rurik potrząsnął głową. 
- Cisnął je na cztery krańce ziemi. 
-  No  tak,  znasz  tę  historię!  -  powiedziała  z  uznaniem.  -  Diabeł  cisnął 

kawałki  na  cztery  krańce  ziemi.  Źródła  nie  są  zgodne  co  do  samego  skarbu: 

background image

jedne  podają,  że  to  było  złoto,  inne,  że  srebro,  jeszcze  inne,  że  była  to  ikona, 
taka,  jaką  rosyjskie  rodziny  stawiają  w  swoich  domach  na  specjalnych 
ołtarzykach. 

Rurik szybko przeniósł wzrok na komputer i pokiwał głową. 
- Pomyślałam, że to musi być złoto, skoro było aż tak cenne, a technika i 

zdobienia,  które  widać  na  zdjęciach  zrobionych  na  kamiennej  ścianie  też  na  to 
wskazują.  -  Poklepała  kartę  pamięci  w  kieszeni  koszuli.  -  I  stąd 
wywnioskowałam,  że  umowa  dająca  Konstantine'owi  zbrodnicze  przywileje, 
musi być wyryta w tym skarbie. 

- To wielki krok naprzód - powiedział Rurik, marszcząc brwi. 
-  A jeżeli  Konstantine Varinski  tak bardzo  niepokoił się o,  hm, tabliczkę 

czekolady, że wymyślił tę historyjkę o diable ciskającym na cztery krańce ziemi, 
to jest w tym coś obciążającego. 

- Jeżeli to, co mówisz, jest prawdą - że legenda Varinskich jest zmyślona, 

a  oni  sami  nie  zmieniają  się  w  drapieżniki,  a  swoją  legendę  wykorzystują 
jedynie do straszenia ludzi - to brzmi logicznie. Ale co, jeżeli... 

- Co, jeżeli oni naprawdę zmieniają się w zwierzęta? - Zaśmiała się lekko. 
Nagle  usiadł  prosto,  a  światło  oświetliło  jego  twarz.  Twarz,  na  której 

widać  było  irytację  i  która  wyglądała,  jakby  zamierzał  zrobić  coś 
nierozważnego, ale Tasya nie potrafiła powiedzieć co. 

Opadł  z  powrotem  na  oparcie,  ale  wyczuła  czujność  i  zniecierpliwienie, 

był jak jastrząb, który czekał, aż mysz wybiegnie ze swojej nory. 

- To naprawdę potężna legenda. Oni nie są wilkołakami, nie działają pod 

wpływem  księżyca,  ani  też  wampirami,  które  mogą  wychodzić  tylko  w  nocy. 
Mogą  iść wszędzie  i o każdej porze, jak  ludzie albo zwierzęta. I  to czyni  ich  o 
wiele bardziej niebezpiecznymi, prawda? - Znowu się zaśmiała. - Skoro mowa o 
PR! 

- Niewiarygodne. - Rurik zdawał się bardzo ostrożnie dobierać słowa. - A, 

jeżeli tabliczka czekolady okaże się ikoną rosyjskiej rodziny, a ty zadałaś sobie 
tyle  trudu,  żeby  znaleźć  ten  skarb  Varinskich  aż  tutaj,  w  grobowcu  Clovusa  na 
wyspie Roi? 

-  Niczego  nie  rozumiesz?  Varinscy  to  nowoczesna  międzynarodowa 

korporacja,  doskonali  tropiciele,  zabójcy  do  wynajęcia.  To  oni  wysadzili 
grobowiec. - Położyła rękę na jego kolanie. - Oni próbują coś ukryć. 

- A więc jesteś przekonana, że to Varinscy wysadzili grobowiec. 
-  Oczywiście.  Jeżeli  się  nad  tym  zastanowisz,  przyznasz  mi  rację.  - 

Uścisnęła  go  mocniej,  po  czym  puściła.  -  Mówiłeś,  że  nie  wierzysz  w  zbiegi 
okoliczności. 

- Więc prawdopodobnie chcieli cię zabić. Nie  lubią  ludzi, którzy węszą  i 

ujawniają ich tajemnice. 

Rurik wiedział o Varinskich więcej, niż mogłoby jej się wydawać. 
- Być może. 
- Bardzo spokojnie przyjmujesz wiadomość o swojej możliwej śmierci. 

background image

Zastanawiała  się,  co  mu  odpowiedzieć,  ale  wszystkie  odpowiedzi  jej 

zdaniem brzmiały zbyt melodramatycznie. 

- Ta skrzynia ze skarbem była wielkim rozczarowaniem. Kiedy opróżniłeś 

ją i okazało się, że tabliczki tam nie ma, prawie się rozpłakałam. 

- A ja chyba za chwilę się rozpłaczę. - Był lekko zarumieniony. - Bardzo 

niechętnie  zadam  ci  to  pytanie,  ale  co  zamierzasz  zrobić  z  tymi  wszystkimi 
informacjami? 

- Napisałam książkę. 
- Napisałaś książkę o Varinskich? - zapytał Rurik podniesionym głosem. 
- Jest dobra! - powiedziała, unosząc brwi. 
- Proszę, zrób coś dla mnie. Lepiej, żeby nie ujrzała światła dziennego. 
- Mój wydawca twierdzi, że jest dobra. 
- Masz już wydawcę? - zapytał przerażony. 
-  Zostanie  wydana  za  dwa  miesiące.  W  twardej  okładce!  -  Użyła  swoich 

zdolności  literackich,  aby  fakty  i  fantazje  ująć  w  przykuwającej  uwagę  formie. 
Była  z  siebie  dumna,  a  on  usiłował  ją  zdołować.  -  Znasz  się  na  biznesie 
wydawniczym? 

-  Wiem,  ze  większość  książek  to  klapy.  Może  twojej  nikt  nie  zauważy  - 

powiedział z nadzieją. 

-  Właściwie,  prognozy  są  doskonałe  -  odparła  z  chłodną  uprzejmością.  - 

Mój wydawca mówi, że trafi na listę bestsellerów New York Timesa. 

- Przecież to tylko liczby. 
Miała  ochotę  zgnieść  go  jak  pluskwę,  jego  i  ten  jego  zupełny  brak 

entuzjazmu. 

- Udokumentowałam moje badania, ale jeżeli mogę uwiecznić prawdziwą 

historię  Varinskich,  którą  zainteresuje  się  prasa,  to  przyniesie  mi  rozgłos, 
którego potrzebuję. Przydałby się też jakiś dowód korupcji Konstantine'a, mogę 
wykraść ikonę, jeżeli to w czymś pomoże. Wszystko, żeby zyskać rozgłos. 

- Wszystko, żeby zyskać rozgłos - powtórzył. - Kiedy zaczynaliśmy o tym 

rozmawiać, prosiłem cię, żebyś zaczęła od początku, ale tego nie zrobiłaś. Kim 
dla ciebie są Varinscy? - Starannie akcentował każde słowo. 

- O co ci chodzi? Myślisz, że są moimi krewnymi? - Jej policzki płonęły. - 

Nie jestem spokrewniona z tymi potworami. Ani nigdy z żadnym nie spałam! 

Na chwilę odwrócił wzrok. 
-  Nie,  nie  o  to  pytam.  Na  świecie  jest  wiele  niesprawiedliwości,  Tasyo 

Hunnicutt.  Wiesz  o  tym,  bo  wiele  widziałaś.  Dlaczego  postanowiłaś  walczyć 
właśnie z tym złem? 

- Bo tak trzeba. - Marny argument. - Bo to moja praca. 
- Nieprawda. Innym złym rzeczom tylko robisz zdjęcia i opisujesz je. To 

jest względnie bezpieczne. Z Varinskimi jest tak, że jeżeli raz opowiesz się jako 
ich  wróg,  już  nigdy  nie  będziesz  bezpieczna.  I  dobrze  o  tym  wiesz.  Więc 
zapytam jeszcze raz: dlaczego Varinscy? 

background image

-  Nie  wiem,  czy  zdajesz  sobie  z  tego  sprawę,  ale  parę  rządów  świata 

nienawidzi mnie za moje artykuły. 

Nie  przyszło  jej  do  głowy,  że  Rurik  będzie  zastanawiał  się  nad  jej 

motywami,  albo  że  będzie  ją  tak  szczegółowo  wypytywał.  Większości 
mężczyzn  nie  interesowało  nic  poza  jedzeniem,  piciem  i  seksem.  Dlaczego 
musiała utknąć tutaj akurat z nim? 

- Wyczuwasz zło. - Popatrzył na nią beznamiętnie. 
Wierciła się na krześle. Wiedziała, do czego zmierzał. 
- Wyczułaś Clovusa i jego pułapki, wiedziałaś, że Varinscy tam byli. 
-  Kiedy  są  blisko,  czuję...  potworny  szum  w  uszach,  krew  uderza  mi  do 

głowy i widzę płomienie. 

Za blisko, Tasya! Za bardzo zbliżasz się do prawdy! 
- Kiedy jeszcze to czujesz? 
Właściwie,  dziwnie  się  czuła,  kiedy  był  obok,  ale  winę  za  to  złożyła  na 

stałe,  umiarkowane  pożądanie,  które  ją  nękało,  i  to,  że  zapominała  oddychać, 
kiedy gapiła się na niego. 

Lubiła  się  na  niego  patrzeć,  wpatrywać  się  w  jego  złoto-brązowe  oczy, 

silną  twarz  o  ostrych  rysach  i  umięśnione  ciało,  które  tak  dobrze  wyglądało  w 
ubraniu - a jeszcze lepiej bez. Uwielbiała jego zapach, i kiedy jej dotykał, czuła, 
jakby to miało trwać wiecznie. 

- Kiedy jeszcze to czujesz? - powtórzył. Nie zamierzał odpuścić. 
A  ona  nie  miała  zamiaru  o  tym  rozmawiać  -  o  tej  nocy  bardzo  dawno 

temu,  o  płomieniach  na  horyzoncie  i  jak  wołała  mamę,  bo  kiedy  ci  okropni 
ludzie byli w pobliżu, było jej źle, bardzo źle. 

-  Przykro  mi,  Rurik.  To  częściowo  moja  wina,  że  oni  wysadzili 

grobowiec,  ale  przysięgam,  nigdy  nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  mogliby  to 
zrobić. 

-  Więc  czułaś  to  wcześniej.  -  Był  wściekły.  -  I  nadal  masz  czelność 

twierdzić, że nie wierzysz w siły nadprzyrodzone. 

Do tej pory starała się panować nad emocjami, ale nie wytrzymała. 
- To nie są siły nadprzyrodzone. To tylko przeczucia! 
- Bardzo przydatne - powiedział wstając. 
- A ty wierzysz w siły nadprzyrodzone? 
- Zdecydowanie tak. 
Nie wiedziała, czy mówił serio czy żartował. 
- Pilot wojskowy, który wierzy w upiory i duchy? 
- Były pilot wojskowy. Może to przez upiory i duchy przestałem nim być. 
Nie rozumiała nic z tego, co mówił. Wstała z krzesła. 
- Co myślisz o tym, co robię? 
- Myślę, że długo nie pożyjesz. 
- Ale jeżeli będzie przez to mniej zła na świecie, to czy nie warto? 
- Nie. Bo nie mógłbym znieść świata bez ciebie. 

background image

Zanim  zdołała  odgadnąć  jego  zamiary,  wziął  ją  w  ramiona  i  mocno 

przytulił.  Był  napięty  i  gorący,  właśnie  taki,  jakim  go  zapamiętała,  ale  o  wiele 
mniej  delikatny...  Miał  ochotę  ją  pocałować  i  nie  zamierzał  dłużej  czekać.  Ten 
pocałunek był agresywny niczym burza, błądził językiem w jej ustach, gryzł jej 
dolną  wargę.  Jedną  ręką  przytrzymywał  jej  plecy,  drugą  wepchnął  z  tyłu  w 
majtki i wsunął tak głęboko, że zadrżała, prawie gotowa mu ulec. Wtedy puścił 
ją. Puścił, cofnął się i wyszedł. 

Opuszkami palców dotknęła opuchniętych ust i przymknęła oczy. 
Pomyślała,  że  gdyby  umarła,  nikt  by  jej  nie  opłakiwał.  A  jednak  Rurik, 

który mógł wydawać się spokojny, skrywał w sobie pokłady namiętności, które 
sprawiały, że gotowała się w niej krew, i bardzo chciała żyć. 

Szybko pobiegła korytarzem z zamiarem dogonienia go. 
Stał  przy  wejściu  do  salonu  i  ponad  głowami  pani  Reddenhurst  i  dwóch 

innych gości patrzył w ekran włączonego telewizora. 

Tasya stanęła obok niego. 
Ne  ekranie  reporterka  stała  w  deszczu  przed  kupą  gruzu  na  wyspie  Roi. 

Za nią widać było ludzi z latarkami w panice przeszukujących gruzowisko. 

- Nie wiemy, kto podłożył ładunek wybuchowy w grobowcu. Podejrzenia 

padają  oczywiście  na  terrorystów,  ale  wiemy,  że  ciągle  trwają  poszukiwania 
dwojga  ludzi,  którzy  prawdopodobnie  nie  żyją.  Jednak,  dopóki  nie  zostaną 
znalezione  ich  ciała,  to  oni  są  głównymi  podejrzanymi  o  spowodowanie 
wybuchu. 

Na ekranie pojawiły się zdjęcia Rurika i Tasyi. 

 

 

background image

Rozdział 13 

Tasya wyglądała, jakby przyznawała się do winy i za chwilę miała rzucić 

się do ucieczki, ale Rurik wiedział, że oboje byli raczej nie do poznania. 

- Pani Reddenhurst, moja żona i ja idziemy do swojego pokoju. 
Kobieta odwróciła się w swoim wysokim fotelu. 
-  Proszę,  wejdźcie.  Poznajcie  tych  miłych  ludzi,  którzy  zgodzili  się  jutro 

podrzucić was swoim samochodem. 

Rurik wziął Tasyę za rękę i wprowadził ją do małego salonu. 
-  To  bardzo  miło  z  państwa  strony,  że  możemy  z  wami  jechać,  panie  i 

pani Kelly. 

-  Serena  i  Hamlin  -  powiedział  pan  Kelly,  wyciągając  rękę.  Był  niski, 

podstarzały, miał białą brodę, a jego okrągły brzuch zwisał nad paskiem. 

Wzrost  i  wymiary  jego  żony  idealnie  do  niego  pasowały.  Oboje 

uśmiechali się promiennie. 

Widocznie  święty  Mikołaj  i  jego  żona  spędzali  wakacje  na  północy 

Szkocji. 

- Cieszę się, że będziemy mieli towarzystwo, zwłaszcza że podzielimy się 

kosztami benzyny - powiedział, przekrzywiając głowę. - Wiem, kim jesteście. 

Jasna cholera. 
-  A  przynajmniej  rozpoznaję  wasz  akcent.  Jesteście  Amerykanami  - 

powiedział. 

-  Jesteśmy  waszymi  północnymi  sąsiadami  -  powiedziała  Serena.  -  Z 

Kanady. Zawsze miło spotkać w podróży kogoś z sąsiedztwa. 

Tasya oparła się o Rurika, jakby potrzebowała jego wsparcia. 
-  Pamiętasz,  jak  na  Florydzie  spotkaliśmy  Freda  i  Carol?  -  zapytał 

Hamlin. - To było niesamowite, prawda? 

-  Fred  i  Carol  Browning  naprawdę  okazali  się  naszymi  sąsiadami, 

mieszkali niedaleko, a nasze dzieci razem dorastały - wyjaśniła Serena. 

- I wyobraźcie sobie, że spotkaliśmy się w lutym na Florydzie. 
-  Wyobrażam  sobie  -  szepnęła  Tasya  słabym  głosem.  Zanim  państwo 

Kelly zdążyli zaczerpnąć powietrza, Rurik powiedział: 

-  Pani  Reddenhurst,  dziękujemy  za  użyczenie  komputera  i  przyjęcie  nas 

pod swój dach. 

- Właśnie, dziękujemy. - Tasya chwyciła ją za rękę. 
-  Proszę  bardzo.  -  Pani  Reddenhurst  wyglądała  na  zadowoloną  z  ich 

uprzejmości. - Idziecie już na górę? 

- Jasne, że idą - powiedział rozbawiony Hamlin. - Przecież to nowożeńcy! 
Serena też się zaśmiała. 
-  Jutro  szyby  w  samochodzie  będą  całe  zaparowane!  To  będzie  bardzo 

długa podróż do Edynburga. Rurik popchnął Tasyę w stronę schodów. 

- Nie rozpoznali nas - wyszeptała. 

background image

-  Więc  mamy  okazję  dostać  się  do  Francji  incognito.  -  Szedł  tuż  za  nią, 

niemal depcząc jej po piętach, kiedy wchodziła na strych. 

Zatrzymała się. 
- Nie musisz jechać ze mną do Francji. 
- Ale to zrobię. 
-  Nie,  naprawdę,  nie  chcę  narażać  cię  na  niebezpieczeństwo.  Zaśmiał  się 

gorzko.  Już  był  w  niebezpieczeństwie,  ale  z  pewnością  ona  dolała  oliwy  do 
ognia. 

-  Mam  lepszy  pomysł.  Może  wyślę  cię  w  bezpieczne  miejsce,  a  sam 

pojadę do Francji po skarb Varinskich? 

- Nie - odpowiedzieli jednocześnie. 
-  Sama  muszę  znaleźć  ten  skarb  -  kiedy  to  mówiła,  wyglądała  bardzo 

poważnie. 

- Bo zrobisz sobie lepszy PR? - nie był w stanie ukryć rozdrażnienia. 
Kiedy  pomyślał  o  jej  planie  napisania  książki  o  Varinskich  i  zrobieniu 

wokół  niej tyle zamieszania,  ile się dało, miał ochotę  na  nią  nakrzyczeć. Tasya 
Hunnicutt,  najbardziej  łebski  obieżyświat,  jakiego  kiedykolwiek  spotkał, 
wyobrażała  sobie,  że  uda  jej  się  stanąć  do  walki  z  najstarszym,  najbardziej 
śmiercionośnym kartelem na świecie, i wygrać. 

Przy Varinskich mafia to ministranci. Dlaczego tak było? 
Bo pierwszy Konstantine zawarł pakt z diabłem, a ten znał swoich ludzi. 
Rurik zamierzał pojechać z nią do Francji, a kiedy znajdą ikonę... zabierze 

ją.  Ponieważ  to  była  ikona,  która  mogła  uratować  życie  jego  ojca  i  co 
ważniejsze - jego duszę. 

Co prawda Tasya mogłaby się zezłościć, ale musiałaby nauczyć się z tym 

żyć, bo Rurik zamierzał zatrzymać ikonę. 

- Powinieneś wrócić na wykopaliska - powiedziała - i pozwolić mi samej 

znaleźć skarb Varinskich. 

Wahał  się  pomiędzy  gwałtownym  niespełnieniem  a  jasno  wytyczonym 

celem. 

-  Nawet  o  tym  nie  myśl  -  powiedział,  kładąc  palec  na  jej  ustach.  -  Nie 

zostawię cię samej na pastwę Varinskich. 

Jej oczy wypełniły się łzami, westchnęła. 
-  Przepraszam  -  szepnęła,  opuszczając  wzrok.  -  Chyba  jestem  bardzo 

zmęczona. 

Pomyślała, że w sumie dobry był z niego człowiek, tylko rozwścieczył go 

jej głupi upór, nie wspominając już o nieuchronnie zbliżającej się konfrontacji. 

-  Oboje  jesteśmy  zmęczeni.  Idę  wziąć  prysznic.  Pani  Reddenhurst 

powiedziała, że pożyczy ci jedną ze swoich koszul nocnych. Nie czekaj na mnie. 

-  Nie  będę  -  powiedziała,  podnosząc  wzrok.  -  Rurik,  naprawdę  mi 

przykro, że to przeze mnie twoje wykopaliska wyleciały w powietrze. 

Myślała, że był wściekły z tego powodu. Czyżby się myliła? 
Nie czekając na odpowiedź, wbiegła po schodach na górę. 

background image

Popatrzył na nią i powiedział łagodnie: 
- Nie martw się. Jeszcze mi za to zapłacisz. 
Tasya  była  tak  zmęczona,  że  spała  bardzo  długo  i  twardo.  Kiedy  się 

zbudziła, zauważyła, że była opatulona w coś ciepłego, tylko jedna stopa, która 
wystawała spod kołdry, była lodowata. 

Ale reszta ciała była ciepła i odprężona. Chyba nigdy dotąd tak dobrze nie 

spała. 

Nagle  Rurik  przewrócił  ją  na  plecy.  Potem  uniósł  jej  śmieszną,  obszerną 

flanelową  koszulę  nocną  należącą  do  pani  Reddenhurst.  Wsunął  jej  palce  w 
majtki, głaszcząc nieco powyżej najczulszego punktu jej ciała, powoli potęgując 
doznania, potem pozwalał jej chwilę odpocząć i znów atakował. 

Chłodne  powietrze  na  strychu  szczypało  ją  w  twarz  i  spierzchnięte 

wargi... a Rurik górował nad nią, duży, ciemny, drapieżny cień w słabym świetle 
mającego  wkrótce  nadejść  poranka.  Chciała,  żeby  dotykał  jej  częściej,  jeszcze 
bliżej, może nawet mocniej... 

Ponętnym  ruchem  bioder  zapraszała,  by  ją  posiadł,  i  przestał  się  z  nią 

drażnić. 

Wybuchnął śmiechem, wsuwając nogę pomiędzy jej nogi. 
- Nie, to nie będzie takie łatwe. 
- Co? - spytała nieprzytomnie. 
Była  zbyt  zdezorientowana,  żeby  zrozumieć,  co  powiedział  i  co  tu  się 

właściwie działo. 

Skoro postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i doprowadzić ją do ekstazy 

-  i  pomimo  że  ona  wiedziała,  że  ma  bardzo  ważne  obiekcje  co  do  tego,  w  tej 
chwili nie sprzeciwiała się decyzji podjętej bez jej udziału. 

Dlaczego ją rozpalił, ale nie posiadł? Dlaczego jeszcze nie dali się ponieść 

fali namiętności? 

Dlaczego, do cholery, jeszcze nie był w niej? 
Wydała  z  siebie  cichy,  nieskładny  pomruk,  który  raczej  nie  brzmiał  jak 

zachęta, a miał nią być. 

Pocałował  ją,  potem  jego  usta  powędrowały  wzdłuż  podbródka  do  ucha. 

Zaczął je ssać, co średnio jej się spodobało, a wtedy je ugryzł. 

Poczuła lekkie ukłucie bólu. 
Wygięła się w łuk. 
Znowu się roześmiał. 
Nie rozumiała, co go tak rozbawiło. 
Dotknął  ręką  jej  gardła,  potem  przesuwał  rękę  do  dekoltu  koszuli  nocnej 

pani Reddenhurst, otulającej Tasyę flaneli o intensywnym zapachu lawendy. Na 
strychu  panował  przejmujący  chłód,  a  koszula  była  tak  ciepła  i  obszerna,  że 
Tasya, nosząc ją, czuła się bezpieczna. 

Rurik  nie  tracił  czasu  i  wiedział,  jak  poradzić  sobie  z  pozbyciem  się  jej. 

Zdążył  już  rozpiąć  jedyne  cztery  guziki,  widać  pani  Reddenhurst  chciała 
zapewnić Rurikowi łatwy dostęp do żony. 

background image

Jego  ręka  wśliznęła  się  do  środka,  wpuszczając  zimne  powietrze,  które 

musnęło  jej  delikatną  skórę.  Odsłonił  pierś  Tasyi  i  położył  na  niej  dłoń.  Potem 
zaczął ją pieścić ustami. 

Tasya poddała się fali namiętności, wydając z siebie przeciągły jęk. 
Minęło tyle czasu... długie tygodnie, odkąd trzymał ją w ramionach. 
Tygodnie  bezowocnego  pragnienia,  budzenia  się  z  erotycznych  snów  z 

ciałem drżącym w porywach spełnienia. 

A teraz on był tutaj z nią, doprowadzając na skraj spełnienia... i zostawiał 

ją drżącą i rozpaloną. 

Głęboko odetchnęła i otworzyła oczy. 
Zobaczyła  że  Rurik  przygląda  się  jej.  Jego  potężne  ramiona  były  nagie, 

każdy mięsień pokrywała napięta skóra. 

Był boski, wielki i niezwykle męski. Pragnęła go. 
- Proszę - wyszeptała. Pokręcił głową. 
- Nie, kochanie. Chcę rozpalić cię do czerwoności. 
- O czym ty mówisz? 
-  Podczas  całej  naszej  podróży  chcę  wiedzieć,  że  mnie  pragniesz.  Chcę, 

aby  twoje  pragnienie  ciągle  nam  towarzyszyło,  cicho  szemrało  w  tle,  kiedy 
będziemy  szukać  skarbu.  I  żebyś  ani  na  chwilę  nie  mogła  o  nim  zapomnieć  - 
mówił niskim, głębokim głosem. 

- Zwariowałeś. - Naprawdę tak myślała. 
- Mam obsesję. - Pochylił się, oddechem  muskając  jej policzek. - I chcę, 

żeby ogarnęła też ciebie. 

Ona  najwyraźniej  też  zwariowała,  bo  cieszyła  się  z  jego  zamiarów,  i 

jednocześnie była wściekła. 

- Nie myśl, że nie umiem sama o siebie zadbać - mówiąc to, zsunęła dłoń 

w dół brzucha. 

Złapał ją za nadgarstki i uniósł je ponad jej głowę. 
- A ja wiem, jak cię powstrzymać. 
Znowu  wsunął  nogę  pomiędzy  jej  nogi,  doprowadzając  ją  go  granic 

spełnienia. 

Usiłowała uwolnić się z jego uścisku. Niestety, był silniejszy. 
Rzucała  się  pod  nim  i  próbowała  wszelkich  znanych  jej  metod 

samoobrony, ale łajdak nie ustępował. W końcu, zmęczona, zrezygnowała. 

Leżała tak, dysząc z wściekłości i niezaspokojenia, a on całował ją długo, 

powoli,  wędrując  ustami  od  czoła,  do  piersi  i  nagiej  skóry  na  brzuchu,  potem 
wreszcie wsunął język w miękkie zagłębienie między jej udami. 

Nie  pamiętała,  ile  razy  kochali  się  podczas  ich  pierwszej  wspólnie 

spędzonej nocy, ale do tego wcześniej się nie posunęli. 

Przyjemnie było odkryć, jak doskonale Rurik znał kobiece ciało. 
Wiedział,  jak  obudzić  w  kobiecie  pragnienie  i  wzmagać  je  w  powolnych 

falach rozkoszy. 

background image

Nie była zaskoczona - emanował od niego ten rodzaj męskiej aury, który 

obiecywał wiele i doprowadzał do omdlewającej rozkoszy. 

Potem, kiedy jej zmysły osiągnęły szczyt, wycofał się. 
Zapomniała o godności i próbowała go zatrzymać, ale wyskoczył z łóżka, 

i stał, zupełnie nagi, dumnie prezentując swoją nabrzmiałą męskość. 

- Musimy się zbierać. 
Wcześniej uważała, że był ekspertem w zaspakajaniu kobiet? 
Owszem, był męski, to trzeba mu przyznać, ale był też wielkim, nadętym 

draniem. 

-  To  było  podłe  -  warknęła,  siadając  na  łóżku.  Zrzuciła  kołdrę,  mając 

nadzieję, że zimne powietrze ochłodzi nieco jej rozszalałe libido. 

Nic  z  tego.  Jakby  robiąc  jej  na  złość,  przeszedł  nago  przez  cały  pokój  w 

poszukiwaniu  swojego  ubrania.  Jego  posągowa  postać,  a  zwłaszcza  pośladki, 
przypominały posąg Dawida Michała Anioła. Tylko żywy. 

-  Jasne.  Prawie  tak  samo  podłe,  jak  spędzenie  ze  mną  cudownej  nocy  i 

odejście bez słowa, jakbym był jakimś potworem. 

Odwrócił  się,  trzymając  koszulkę  w  dłoni.  Przyłapał  ją,  jak  gapiła  się  na 

jego  tatuaż,  który  fascynował  ją  już  wcześniej.  Wił  się  wzdłuż  ramienia  i  w 
poprzek klatki piersiowej, wielki, wspaniały, schodził aż do pasa. 

Prawdopodobnie,  chcąc  dręczyć  ją  jeszcze  bardziej,  powolnym, 

zmysłowym ruchem uniósł ramiona nad głową i włożył koszulkę. 

Na ten widok zaschło jej w ustach. 
- Może byś mi powiedziała, dlaczego stchórzyłaś? - zapytał. 
- Nie stchórzyłam. Po prostu... 
Bała  się.  Bała  się  tego,  że  był  jednym  mężczyzną,  który  mógłby  z  nią 

zostać, i jedynym, którego mogłaby pokochać. Gdyby coś mu się stało... 

Ale przecież  nie  mogła  mu o tym powiedzieć. To odsłoniłoby stanowczo 

za dużo tajemnic duszy okaleczonej przez wielką stratę. 

-  Zawsze  wiedziałam,  że  istnieje  szansa,  że  Varinscy  kiedyś  mnie 

dogonią. Nie chciałam, żeby coś ci się stało. 

-  Cóż  za  szlachetność.  -  Ton  jego  głosu  wskazywał,  że  raczej  tak  nie 

myślał.  -  Bardzo  miło  z  twojej  strony,  że  postanowiłaś  ratować  moje  życie  od 
niechybnej  zguby,  wymykając  się  chyłkiem  niczym  jakaś  zadufana  w  sobie 
fotoreporterka w obawie, że poproszę ją o autograf. 

- Wcale tak nie zrobiłam! 
-  Więc  powiedz  mi,  dlaczego  uciekłaś?  Nie  wierzył  jej.  Jak  mógł  jej  nie 

wierzyć? 

- Bałam się, że coś ci się stanie - powtarzała uparcie. 
Jednym  szybkim  ruchem  znalazł  się  obok  niej.  Próbowała  zrobić  unik, 

uciec,  ale  on  złapał  ją,  zbitą  z  tropu  i  bezbronną.  Trzymając  w  ramionach, 
przyciskając  do  siebie  jej  ciało,  pocałował  ją,  powoli  na  nowo  rozbudzając 
ledwie okiełznane pragnienie. 

background image

Kiedy cały jej opór został stłumiony i oplotła rękami jego szyję, położył ją 

z  powrotem  na  łóżku.  Po  czym  rzeczowo  znowu  zabrał  się  do  ubierania. 
Odgarnęła włosy z wilgotnego czoła. 

- Dlaczego to robisz? 
-  Bo  chcę,  żebyś  z  każdym  oddechem  chciała  czuć  mój  zapach.  Żeby 

żadne twoje słowo nie miało znaczenia, jeżeli nie było wypowiedziane do mnie. 
Żebyś  nie  słyszała  nic  poza  moim  głosem.  Chcę,  żebyś  zapamiętała,  że 
jakiejkolwiek przyjemności odtąd doznasz, ja ci ją dam. - Spojrzał jej w oczy. - 
Chcę, żebyś zaufała mi na tyle, żeby powiedzieć całą prawdę o Tasyi Hunnicutt. 

Zabawne,  jak  nabrał  dystansu  do  kłopotów  z  Varinskimi.  Prawie  dwa 

metry kłopotów stały właśnie przed nią i wkładały spodnie. 
 

 

background image

Rozdział 14 

Tasya  i  Rurik  stali  na  chodniku  przed  stacją  kolejową  w  Edynburgu  i 

patrzyli na odjeżdżających Hamlina i Serenę Kelly. 

- To była najdłuższa podróż w moim życiu - powiedział Rurik. 
-  Skąd  możesz  to  wiedzieć?  Przecież  większość  drogi  przespałeś  - 

mruknęła Tasya. 

Czego  nie  można  było  powiedzieć  o  niej.  Nie  zmrużyła  oka,  słuchając 

nieustannej  paplaniny  Kellych  na  temat  ich  domu,  sąsiadów,  podróży,  życia.  I 
kiedy pomyślała, że za chwilę zabije  ich, jeżeli  nie zmienią tematu, zrobili to  i 
radośnie  wskazali,  że  istotnie,  tak  jak  przypuszczali,  przez  nią  i  Rurika 
zaparowały tylne szyby samochodu. 

Rurik chrapał, a Tasya zastanawiała się, co było w tym tak zabawnego, że 

państwo  Kelly  śmiali  się  z  tego  przez  dłuższy  czas.  Gdyby  przestało  padać, 
Tasya mogłaby przynajmniej opuścić szyby i zimny wiatr rozgoniłby ich głosy. 
Ale nie, mżawka nie słabła, więc była na nich skazana. 

Utknęła 

między 

radośnie 

chrapiącym 

Rurikiem 

dwojgiem 

rozentuzjazmowanych Kanadyjczyków i wspomnieniami minionej nocy. 

Cholerny  Rurik.  To  przez  niego  ledwie  chodziła,  siedziała,  i  cały  czas 

była  podniecona.  Zamienił  ją  znowu  w  napaloną  nastolatkę,  której  wszystkie 
myśli zdominowane były przez jedną rzecz - seks. Z nim. 

Rurik zatrzymał taksówkę. 
- Co robisz? - zapytała. 
- Musimy sprawdzić, kiedy odpływa prom do Belgii. 
- Prom dokąd... ? Przecież powiedzieliśmy pani Reddenhurst i Kellym, że 

pojedziemy pociągiem pod kanałem La Manche. 

- Skłamaliśmy. - Otworzył przed nią drzwi auta. 
Kiedy wsiedli, dał wskazówki taksówkarzowi. Objął ją i szepnął do ucha: 
- Ktoś niepowołany mógłby ich wypytywać. Im mniej wiedzą, tym lepiej. 
- Aha. - Przywykła do bycia ostrożną samotną kobietą, która podróżowała 

do najbardziej niebezpiecznych rejonów świata. Ale w tej podróży czuła się jak 
w filmie „Tożsamość Bourne'a”, tylko z kimś o wiele przystojniejszym niż Matt 
Damon. 

Wyjrzała przez okno. 
Musiała  przestać  myśleć  w  ten  sposób.  Do  tej  pory  uważała  Matta 

Damona  za  najprzystojniejszego  faceta  na  świecie.  Oczywiście,  nie  patrząc  na 
Rurika, mogłaby dalej tak myśleć. 

- Uważasz, że ktoś mógł nas śledzić? 
-  Wszystko  jest  możliwe  -  to  mówiąc,  położył  palce  na  jej  ustach  i 

wskazał na taksówkarza. 

Piętnaście minut później mieli już bilety na prom. Podróż do Zeebrugge w 

Belgii  miała  trwać  osiemnaście  godzin,  w  cenę  biletu  wliczone  były  posiłki  w 

background image

restauracji  i  wejście  do  kasyna.  Za  dwie  godziny  zaczynano  wpuszczać 
pasażerów na pokład. Prom odpływał wczesnym wieczorem. Rurik zdecydował, 
że  mają  dostatecznie  dużo  czasu,  żeby  odwiedzić  pobliski  sklep  z  używaną 
odzieżą. 

Tasya,  w  swoim  luźnym  stroju  khaki  i  z  dziwacznie  ufarbowanymi 

włosami,  wyglądała  jak  skrzyżowanie  robotnika  budowlanego  z  fanką 
gotyckiego rocka. 

Kiedy  wyszli  ze  sklepu,  patrzyła  z  niedowierzaniem  na  swoje  biodra 

przewiązane wielkim szalem z czarnej bawełny  i jaskraworóżową, odsłaniającą 
dekolt koszulkę z wydrukowaną na niej twarzą Marylin Monroe. 

- Myślałam, że próbujemy nie zwracać na siebie uwagi. 
-  Nie.  -  Rurik  miał  na  sobie  długi  skórzany  płaszcz,  który  sięgał  aż  za 

kolana,  spłowiałe  dżinsy  i  zapinaną  na  zatrzaski  koszulę.  Brakowało  mu  tylko 
kowbojskiego  kapelusza  i  mógłby  udawać  Teksańczyka.  -  Chodzi  nam  o  to, 
żeby  odwrócić  uwagę  od  naszych  twarzy.  Z  tymi  włosami  i  w  tym  stroju 
wyglądasz na piętnaście lat. Jeżeli ktoś miałby podać twój rysopis. 

- Ale nikt nigdy nie uwierzy, że jesteś kowbojem - powiedziała. 
-  Wystarczyłoby,  gdybym  wyglądał  na  trochę  mniej  masywnego  - 

powiedział, otwierając przed nią drzwi do kawiarni. - Nie mogę nic poradzić na 
moją posturę. 

Lokal był przestronny, pachniało  tu kawą  i świeżym ciastem. W  każdym 

rogu, wysoko na ścianie zawieszony był telewizor, a wzdłuż tylnej ściany stały 
stoliki z komputerami. Podszedł do lady, kupił im po filiżance kawy i dostęp do 
Internetu, i posadził ją przed jednym z komputerów. 

Usiadł obok, rozejrzał się wokół i powiedział szeptem: 
- Wyślij te zdjęcia swojemu szefowi. 
Dziwne, bo na myśl o tym jej serce zaczęło walić jak oszalałe. 
Przecież  wcześniej  setki  razy  wysyłała  zdjęcia  Kirkowi  Lebreque  z 

Dziedzictwa  Narodów.  Wyobrażała  sobie  już,  jak  dostaje  te  zdjęcia,  ogląda  je, 
wysyła  do  druku  i  rozpowszechnia  po  całym  kraju.  Będzie  wiedział,  że  Tasya 
żyje i ucieszy się, bo bardzo lubił ją jako człowieka, a jako dziennikarkę wręcz 
uwielbiał. 

I  cóż  to  była  za  ulga,  móc  w  końcu  podzielić  się  z  kimś  dowodami 

odkrycia na wykopaliskach. 

Cała operacja zajęła mniej niż piętnaście minut. Odłączyła kartę pamięci i 

schowała ją do plecaka. 

- Możemy już iść - powiedziała, trącając Rurika. 
Ale on siedział nieruchomo, wpatrując się w ekran telewizora. 
Usłyszała znajomy głos. Odwróciła się i spojrzała w ekran. 
To  była  pani  Reddenhurst,  stała  szlochając  przed  swoim  pensjonatem,  a 

raczej tym, co z niego zostało. 

background image

-  Nie  wiem,  dlaczego  to  zrobili.  Ci  mężczyźni  po  prostu  tutaj  weszli  i 

podpalili  mój  dom.  Straciłam  wszystko.  Wszystko  -  powtarzała  łamiącym  się 
głosem. 

Kirk  Lebreque  siedział  w  swoim  biurze,  przeglądając  jedno  po  drugim 

zdjęcia,  które  przysłała  mu  Tasya.  Rozpaczliwie  usiłował  zapamiętać  jak 
najwięcej  szczegółów,  oszacować  rozmiary,  materiały,  wiek.  Kiedy  obejrzał 
ostatnie  zdjęcie,  ostrożnie  umieścił  je  w  osobnym  folderze.  Nagle  zamarł  i 
uniósł rękę nad myszą. 

Zimna lufa rewolweru dotknęła jego szyi. 
- No, dalej - powiedział szorstki głos z rosyjskim akcentem. 
Nerwowo przełykając ślinę, umieścił całą zawartość folderu w koszu. 
- To nie wystarczy. - Pistolet znowu szturchnął Kirka. 
- Wyczyść pamięć komputera. 
Kirk nie wytrzymał. 
- Dlaczego po prostu nie strzelisz w komputer? - warknął. 
-  Próbujesz  mnie  wykiwać.  Myślisz,  że  jestem  głupi?  Ten  komputer  jest 

podłączony  do  sieci.  Dopóki  nie  wyczyścisz  mu  pamięci,  wszystko  da  się 
odtworzyć - powiedział. - Może później rozwalę go dla rozrywki. 

- Ale stowarzyszenie trzyma tutaj ważne informacje! 
- Wyczyść wszystko! 
Kirk  wytarł  w  spodnie  spocone  dłonie,  po  czym  otworzył  folder 

„Narzędzia”. Wybrał polecenie „Usuń”, zaznaczył twardy dysk... 

-  To  przestępstwo.  W  pamięci  tego  komputera  są  rzeczy,  których  nigdy 

nie da się odzyskać. 

- O to właśnie chodzi. 
Kirk  nie  był  w  stanie  dłużej  znieść  widoku  tego  mężczyzny.  Patrzył  na 

niego  przez  sześć  godzin,  początkowo  utrzymywał,  że  Tasya  nie  żyje,  potem 
milczał, żeby uniknąć jego wielkich pięści. 

Nie  znał  jego  imienia.  Wiedział  tylko,  że  był  wielki  i  brzydki.  Coś  było 

nie  tak  z  jego  twarzą:  nos  wyglądał  prawie  jak  nos  szczura  i  prawdopodobnie 
widział w ciemnościach. 

Przyprawiał  Kirka  o  gęsią  skórkę,  a  sposób,  w  jaki  operował  nożem,  a 

później  półautomatycznym  pistoletem...  Kirk  kliknął  „Usuń”  i  patrzył,  jak 
komputer rozpoczyna operację czyszczenia twardego dysku. 

Odwrócił głowę, nie mógł na to patrzeć. Podniósł wzrok na prześladowcę 

i powiedział: 

-  Nie  uda  ci  się  uniknąć  odpowiedzialności,  wiesz  o  tym.  Wszędzie  cię 

rozpoznam. 

Miał  zaledwie  jedną  sekundę,  żeby  zorientować  się,  że  nie  docenił 

przeciwnika. 

Strzał z bliskiej odległości rozbryzgał jego mózg po ścianach pokoju. 
Stanisław Varinski z zadowoleniem popatrzył na tę masakrę. 
- Teraz już raczej nie rozpoznasz. 

 

background image

Rozdział 15 

Rurik dostrzegł go kątem oka, kiedy wchodzili na pokład promu. 
Rzut oka wystarczył i już wiedział, że Varinski go znalazł. 
Zaprowadził  Tasyę  do  części  publicznej,  gdzie  mogli  przyglądać  się 

reszcie pasażerów wsiadających  na pokład. Szeroka, płaskodenna  łódź  mieściła 
ponad  ośmiuset  pasażerów  i  przeszło  sto  samochodów,  a  przynajmniej  tak 
wynikało  z  dokumentacji  armatora.  Nie  dostrzegł  więcej  żadnego  śladu 
morderców.  Ale  na  promie  tej  wielkości  Varinski  mógł  łatwo  ukryć  się  w 
bagażniku samochodu lub udawać członka załogi. 

Nigdzie nie byli bezpieczni przed Varinskimi. 
-  Zajmiemy  swoje  miejsca?  -  zapytała  Tasya.  -  Czy  wolisz  pójść  do 

kasyna lub jednej z restauracji? 

Była sarkastyczna, zmartwiona sytuacją pani Reddenhurst  i  tym, co stało 

się z jej pensjonatem. Wszystkie zapewniania Rurika, że jego rodzina udzieli jej 
pomocy, nie zatarły niechęci i rozpaczy w spojrzeniu Tasyi. 

Traktowała  ich  odpowiedzialność  za  to,  co  się  stało,  bardzo  poważnie  i 

sprawiła,  że  Rurik  przypomniał  sobie,  co  zawsze  mówiła  jego  matka:  ceną  za 
morderstwa  i  grabieże  było  nie  tylko  życie  i  dobytek.  Varinscy  zniszczyli 
wszelkie poczucie bezpieczeństwa i okrywali mrokiem każdy słoneczny dzień. 

- Najpierw znajdźmy swoje miejsca. 
Fotele  lotnicze,  zwrócone  w  jednym  kierunku,  ustawione  były  w  dużym 

pomieszczeniu.  Co  najważniejsze  rozkładały  się,  Rurik  zapłacił  za  bilety 
pierwszej klasy, miał więc dostatecznie dużo miejsca, by wyciągnąć nogi. 

Kabina  była  wypełniona  ludźmi  ustawiającymi  swoje  bagaże,  ale  szybko 

stwierdził, że nie było pośród nich Varinskiego. 

-  Masz  plan  promu?  -  zapytał,  siadając  obok  Tasyi.  Podała  mu  plan  i 

zamknęła oczy. 

Rozłożył  mapę  i  analizował  układ  przestrzeni  publicznej,  pomieszczeń 

załogi, luki bagażowe, każde miejsce, gdzie mógł ukryć się Varinski. 

-  Gdy  dopłyniemy  do  Belgii,  dalej  pojedziemy  pociągiem.  Otworzyła 

szeroko oczy. 

- Nie bądź głupi. Pociąg jedzie za długo. Polecimy do Lorraine. 
- Pociągiem będzie... 
- Wolniej? - Wyprostowała się  na  fotelu. - W tej chwili  mamy przewagę 

nad  Varinskimi.  Nie  wiedzą,  dokąd  jedziemy,  a  przesiadka  w  samolot 
przynajmniej na chwilę by ich zmyliła. 

- Szybko się uczysz. Cholera. 
-  Złapiemy  najbliższy  lot  do  Strasburga  i  po  sprawie.  Przynajmniej  mam 

taką nadzieję. 

Najpierw musieli żywi wysiąść z promu. 

background image

Ponownie  spojrzał  na  plan  statku.  Toalety  były  zawsze  niebezpieczne. 

Każdy musi tam chodzić, ale nikt nie zostaje długo. Szanse na spotkanie twarzą 
w twarz są duże. 

- Varinscy będą obserwować lotniska. 
- A pociągów nie będą? - Jej ton potęgował napięcie. Swobodnie opadła z 

powrotem na siedzenie. - Jechałam tą trasą już wcześniej. Wiem, o czym mówię. 

- Tak, wiem, że wiesz. 
Niższe korytarze, gdzie przebywała załoga, był parking  i  luk bagażowy - 

tam też można było się ukryć. 

Ale Rurik obstawiał pokład. Wciąż padał deszcz, tymczasem nadchodziła 

noc i powietrze stawało się chłodne. Nikogo tam nie było, a przebiegły Varinski 
mógł czaić się, dopóki większość pasażerów nie poszła spać lub grać w kasynie. 
Wszystko,  co  musiał  zrobić,  to  wyczekać,  aż  Rurik  i  Tasya  zostaną  sami,  a 
zadanie im ciosu będzie dziecinnie proste. 

- A więc lecimy samolotem - zawyrokowała. 
Spojrzał  na  nią.  Jeżeli  nie  uda  mu  się  złapać  Varinskiego,  nigdy  nie 

wysiądą z tego promu.  Był  gotów walczyć o ich życie; sprzeczka z Tasyą o to, 
czym  będą  podróżować,  wydawała  się  mniej  istotna.  W  końcu  leciał  już 
ultralightem. Na pewno zniesie też lot nad Francją. 

- Dobrze, już dobrze. 
Patrzyła na niego z niedowierzaniem. 
- Co ci się stało? 
Prom wypłynął z portu, kierując się na Morze Północne. 
- Idę rozprostować nogi. - Wstał. - Ty zostań na miejscu. 
- A jeśli zechce mi się siku? 
- Zaprowadzę cię teraz, jeśli chcesz, ale potem chciałbym, żebyś pozostała 

na miejscu. 

Rozejrzała się uważnie wkoło. 
- Jesteśmy w niebezpieczeństwie? 
- Staram się być przezorny. 
-  Nie  muszę  iść.  -  Wyciągnęła  koc  podróżny  i  otuliła  nim  ramiona.  - 

Zostanę tu. 

Pomiędzy  ludźmi,  i  z  kursującymi  wszędzie  stewardami,  będzie 

bezpieczna. Przynajmniej taką miał nadzieję. 

Otworzył drzwi wyjściowe, a wiatr prawie wydarł mu je z rąk. 
Mżawka  zamieniła  się  w  burzę,  a  chmury  i  zachodzące  słońce  uczyniły 

pokład  ciemnym,  pustym,  ponurym  miejscem.  Zobaczył  wiszące  schody  i 
dzioby  łodzi  ratunkowych,  gdzie  Varinski  mógł  się  ukryć,  zwłaszcza  Varinski 
pod  postacią  zwierzęcia.  Plamy  światła  z  okien  tworzyły  dziwne  cienie.  Rurik 
bezszelestnie przemierzał pokład. Z pochwy owiniętej wokół pasa wyjął nóż. 

Doszedł  do  rufy.  Zatrzymał  się  i  spojrzał  w  kierunku  wzburzonej  fali 

pozostawionej  przez  prom.  Nasłuchiwał  ruchu,  i  coś  usłyszał  -  cichy  łopot 
skrzydeł. 

background image

Tylko ułamek sekundy ostrzeżenia uratował oczy Rurika. 
Sokół  wędrowny  leciał  prosto  na  niego,  ze  szponami  wymierzonymi  w 

jego twarz. Uderzył ptaka ramieniem w bok. 

W  jednej  chwili  sokół  zmienił  się  w  człowieka,  wysokiego  jak  Rurik,  z 

ramionami zgiętymi w pół i zabójczym, skupionym spojrzeniem. 

Rurik  rzucił  się  na  niego  z  nożem,  wrzynając  się  w  ciało  nad  gardłem 

Varinskiego. 

Ten cofnął się zaskoczony. 
Dobrze. Ci dranie nigdy nie doceniali synów Konstantine'a. Rurik zaśmiał 

się. 

- Wysłali tylko ciebie? 
Varinski wytarł dłonią krew cieknącą z gardła. 
-  Tylko  jeden  Varinski  jest  tu  potrzebny.  -  Potężnym  uściskiem  złapał 

dłoń,  w  której  Rurik  trzymał  nóż,  i  uderzył  pięścią  w  jego  klatkę  piersiową.  - 
Ten najlepszy. 

Skierował nóż w stronę Rurika, celując w jego pierś. Rurik skoncentrował 

się, uwolnił dłoń. Nóż uderzył o podłogę. 

Rurik upadł na kolana. Jego ciężar pozbawił Varinskiego równowagi. 
Znalazłszy się pod Varinskim, wykręcił mu rękę, wyrywając ją ze stawu. 
Varinski zawył z bólu. Z całej siły przycisnął rękę Rurika. 
Najwyraźniej ból doprowadził go do szaleństwa. 
Kości Rurika zaczynały pękać i rozchodzić się. Ból był okropny. 
Powoli tracił świadomość. 
Nagle  gdzieś  z  głębi  podświadomości  usłyszał  głos  ojca,  nawołującego, 

by  się  zastanowił.  Słyszał,  jak  jego  bracia  drwią  z  tego,  że  mdleje,  jakby  był 
dziewczyną. 

To była ostatnia sposobność, żeby zaatakować Varinskiego. 
Zaczekał, aż był w stanie uwolnić drugą rękę, i otworzył nóż sprężynowy 

ukryty w rękawie, po czym wbił go pomiędzy żebra napastnika. 

Varinski  zawisł  na  ostrzu  noża  z  szeroko  otwartymi  oczami.  Umarł  w 

potoku krwi. 

Rurik złapał go, kiedy spadał. Sprawdził puls. Nie wyczuł niczego. 
Natychmiast zawlókł go na bok i wyrzucił za burtę. 
Nie zatrzymał się, by nasłuchiwać plusku. Plama krwi zniknie w strugach 

deszczu,  ale  nie  mógł  być  pewny,  czy  pasażerowie  lub  załoga  ich  nie  widzieli. 
Musiał się umyć i ulotnić, zanim ktoś przyjdzie. 

Wyłamał  zamek  do  jednego  ze  schowków  dozorców  i  wytarł  się 

papierowymi ręcznikami. Zdjął płaszcz, wytrzepał go i obejrzał. Był mokry, ale 
nie zakrwawiony. 

Skrzywił  się  na  widok  swojej  klatki  piersiowej.  Sokół  zrobił 

dwudziestocentymetrowe cięcie w poprzek jego koszuli, zadając mu ranę w tors. 
Bolało.  Jego  tatuaż  miał  postrzępione  brzegi.  Rana  zagoi  się  szybko.  Ale 
koszula nie. Wzruszając ramionami, włożył płaszcz. 

background image

Zachowując  ostrożność,  szedł  po  pokładzie,  co  chwila  zatrzymując  się  i 

nasłuchując,  wypatrując  innych  pasażerów.  Zatrzymał  się  przy  sklepie  z 
pamiątkami. Kupił sobie koszulkę z napisem „Promem w siną dal” i przebrał się 
w toalecie. W końcu wrócił na swój fotel. 

Będzie czuwał całą noc, ale wierzył, że on i Tasya są bezpieczni. 
Obudziła się, gdy usiadł obok niej. 
- O, to ty. 
- Tak, to ja. 
I  przypomniał  sobie  coś,  co  wcześniej  nie  miało  znaczenia.  Zgodził  się 

lecieć z nią do Lorraine. 

Pocisk nieomal ich doganiał. 
Rurik wyprowadził samolot do góry i w bok. 
Nie zdołają przed nim uciec... 
- Wszystko w porządku? - zapytała. - Czy Varinscy są na promie? 
Wzruszył ramionami. 
- Ty mi to powiedz. Wyczułaś obecność kogokolwiek z Varinskich? 
Złapał  ją  w  półśnie,  bezbronną.  Przygryzła  dolną  wargę,  rozglądając  się 

wokół. 

- Co? 
Jej  oczywiste  zakłopotanie  zaintrygowało  go  i  ucieszyło.  Zmusiła  go, 

żeby znowu latał, a on skłonił ją do przyznania się do swoich przeczuć. 

Dlaczego teraz była niespokojna? 
-  Nie  wyczuję  Varinskiego,  zanim  nie  będzie  naprawdę  blisko,  bo  kiedy 

jestem z tobą, zawsze wyczuwam coś jakby... - Położyła rękę na jego ramieniu, 
by go uspokoić. - Myślę, że to dlatego, że na swój sposób jesteś niebezpieczny. 

- Rozumiem. 
Jej przeczucia co do niego były trafne. Ale nie do końca. 
Boris  Varinski  usiadł  przed  komputerem  w  swoim  biurze,  szukając  na 

witrynie CNN wiadomości, których potrzebował. 

Nic.  Nawet  słowa  o  morderstwie  na  Ruriku  Wilderze  i  Tasyi  Hunnicutt. 

Dlaczego? 

Duscha  był  jednym  z  synów  Borisa,  wykwalifikowanym  zabójcą, 

obdarzonym długimi ramionami i przytłaczającą masą mięśniową. 

Kochał zabijać, nalegał, by każde zadanie wykonywać ręcznie. 
Boris  i jego  bracia  myśleli, że słabość  Konstantine'a do Cyganki  musiała 

zaowocować słabym potomstwem. 

Jednak  Rurik  Wilder  okazał  się  niemożliwy  do  zabicia,  a  teraz  każda 

minuta, która upływała bez telefonu od Duschy, rozwiewała nadzieje Borisa. 

Drzwi  otworzyły  się  z  hukiem.  Ukazała  się  w  nich  głowa  jednego  z 

młodszych chłopców. 

- Hej, wujku, zagrasz w pokera? 
Boris  uwielbiał  hazard,  ale  ostatnio,  zbyt  często,  rodzina  grała,  nie 

zapraszając  go,  by  się  przyłączył.  Brak  szacunku  dla  niego  był  kolejnym 

background image

sygnałem,  że  jego  pozycja  jako  lidera  słabnie,  a  to  była  okazja,  by  wzmocnić 
kontrolę nad nimi. 

Ale jeśli tej nocy opuści biuro, może przegapić telefon od Duschy. 
Co gorsza, może spotkać wuja Ivana. 
- Czekam na telefon! Nie widzisz? - krzyknął. 
-  Tak,  jasne.  Czekaj  dalej  na  swój  telefon  -  powiedział  chłopak,  z 

trzaskiem zamykając drzwi. 

A Boris dalej wpatrywał się w aparat. 

 

 

background image

Rozdział 16

 

Rurik  siedział  w  środkowym  rzędzie,  przy  przejściu,  patrząc  na  drzwi, 

które  oddzielały  pasażerów  od  pilota,  starając  się  przeniknąć  do  jego 
podświadomości,  by  zbadać,  czy  pilot  był  trzeźwy,  ile  lat  spędził  w  powietrzu, 
czy  mógł  zmienić  się  w  ptaka  i  szybować  w  prądach  powietrznych...  Tasya 
złapała go za rękę. 

- Wszystko w porządku? - Nachyliła się w jego stronę. 
- Nic mi nie jest. 
-  Ostatniej  nocy  chyba  nawet  nie  zmrużyłeś  oka.  -  Ścisnęła  jego  palce.  - 

Dlaczego się nie zdrzemniesz? 

- Nie zasnę, zanim nie wylądujemy. 
- Jasne. - Uśmiechnęła się gorzko. - Spij i nie gadaj. 
- Nie mogę, naprawdę, ja... boję się latać. - To było największe kłamstwo, 

jakie  kiedykolwiek  powiedział,  ale  Amerykanka  w  samolocie  uwierzyła  w  to. 
Dlaczego Tasya miała nie uwierzyć? Bo wiedziała o tym, że był pilotem. 

- Po prostu zamknij oczy. 
Z  zamkniętymi  oczami  mógł  słuchać  brzmienia  samolotu,  analizować 

dźwięk silnika, hałas klap przygotowanych do startu... 

Niebo  nad  Afganistanem,  pięć  lat  temu  XF-155  Blackshadow  przecinał 

bladoniebieskie  niebo,  pozostawiając  za  sobą  białą  smugę  kondensacyjną. 
Poniżej,  na  krawędzi  afgańskiej  równiny,  ziemia  odkształciła  się,  zamieniając 
się z brązowej płaskiej równiny w szczyty gór. 

Przez  cztery  tysiące  łat  równina  i  góry,  upał  i  chłód,  susza  i  wrogowie, 

którzy  czaili  się  niewidzialni  w  jaskiniach  i  na  przełęczach,  czyniły  z 
Afganistanu trudny kraj do prowadzenia wojny. 

Ale  to  nie  było  nic  nowego.  Siły  Powietrzne  Stanów  Zjednoczonych 

nigdy  nie  wahały  się  wysłać  kapitana  Rurika  „Jastrzębia”  Wildera  do 
najgorszego piekła na ziemi. 

Zgodził  się  chętnie,  wdzięczny  za  możliwość  latania  odrzutowcami,  o 

których nie mówiło się w Siłach Powietrznych, które oficjalnie jeszcze nie były 
dopuszczone do lotów i które latały ponad radarami, dosłownie i w przenośni. 

Ze znajdującego się za nim siedzenia drugiego pilota nowicjusz zapytał: 
- Hej, Jastrzębiu, czego szukamy? 
- Nie wiem. - Rurik badał wzrokiem ziemię, szukając... czegoś. 
- Nie dostaliśmy żadnych wskazówek? 
- Wiem tyko, że grube ryby zachowują się jak ostatnie złamasy. 
- Gorzej niż zwykłe? 
- Pomyśl tylko, Jedi. Pilotujemy tajny samolot, o którego  istnieniu żadna 

informacja  nie  wyciekła  do  prasy.  To  mój  trzeci  raz  na  fotelu  pilota,  twój 
pierwszy,  a  jesteś  tu,  ponieważ  o  to  poprosiłem.  I  myślisz,  że  generał  Garcia 
zadzwoni  z  bazy,  poda  nam  współrzędne  i  każe  zrobić  rozpoznanie?  -  Rurik 

background image

zagwizdał lekceważąco. - Zanim nie zrobimy kilkunastu lotów na tym cudeńku, 
oni  nie  będą  przekonani,  czy  może  zostać  w  powietrzu.  -  Jastrząb  dalej 
obserwował teren. 

-  Zapytałem  generała,  czy  gdyby  był  jakikolwiek  system  satelitarny, 

mógłby go nam przekazać. Wiesz, co powiedział? - Nie czekając na odpowiedź 
Jastrząb  mówił  dalej:  -  Powiedział,  że  to  system  satelitarny  spowodował,  że  ta 
misja został przekazana nam. Informacja od nich nie była zbyt przekonująca, ale 
wystarczająca, by wybrać nas do wyścigu. I mówię ci, Jedi, że zbliża się wielkie 
gówno. 

- Czy to oficjalna terminologia Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych? 
- Tak, zupełnie jak ściganie kotów. Jedi zaśmiał się. 
Ściganie  kotów  w  wojsku  było  obowiązkowe  i  Matt  „Jedi”  Clark  był 

takim właśnie kotem. Zakończył trening z instruktorem. To była dziewiąta misja 
operacyjna  Jediego  jako  oficera  Zbrojeniowych  Systemów  Informacyjnych  na 
terytorium nieprzyjaciela, z Jastrzębiem jako pilotem. 

Rurik  Wilder  był  najlepszym  pilotem  w  Siłach  Powietrznych.  Każdy  to 

wiedział. Każdy też wiedział, że Jedi był szczęśliwcem, który miał szansę zająć 
miejsce Rurika w hierarchii wojskowej. 

Jedi  był  dobry.  Naprawdę  dobry.  Odważny,  silny  i  wierny.  To  dlatego 

nazywano go Jedi. 

Chłopak bez wątpienia był Lukiem Skywalkerem. 
Ale  to  Rurik  był  Jastrzębiem.  W  wieku  dwudziestu  ośmiu  lat  odpierał 

najeźdźców  w  służbie  własnego  kraju,  zyskując  szacunek  zarówno  państw 
sojuszniczych,  jak  i  agresorów.  Do  tej  pory  nikt  nie  zbliżył  się  nawet  do 
poziomu  jego  umiejętności.  Żaden  z  tych  chłopców  tego  nie  potrafił,  bo  żaden 
nie był w stanie. 

Spojrzał we wsteczne lusterko, na czaszę spadochronu. 
Z  drugiej  strony,  Jedi  był  od  niego  ładniejszy.  Miał  brązowe  oczy,  rude 

włosy,  wyćwiczone  ciało  i,  jak  wielu  innych  pilotów,  zadzierał  nosa  i  miał 
świadomość własnej atrakcyjności. 

Rurik roześmiał się. 
Dziewczyny uwielbiały Jediego. 
Kobiety uwielbiały Rurika. 
Poza  tym  Jedi  był  szybki,  bystry  i  miał  dryg  do  latania.  Mógł  zajść 

daleko. 

- Daj mi widok na góry - poprosił Jedi. 
Rurik opuścił lewe skrzydło. 
Pod  nimi  drgało  gęste,  gorące  powietrze,  co  poważnie  ograniczało 

Rurikowi  widoczność.  Co  tam  mogło  być?  Teren  był  brązowy  i  płaski,  dalej 
brązowy  i  ostry,  wznosząc  się  szybko  w  kierunku  nieba,  a  powietrze  ciągle 
mocno drgało... Co, do diabła, działo się na dole? 

-  Trzęsienie  ziemi.  -  W  głosie  Jediego  rosło  podniecenie.  -  Trzęsienie 

ziemi! 

background image

Głazy  zsuwały  się  kaskadami  po  stoku  góry.  Powietrze  trzęsło  się  tak 

samo  mocno  jak  ziemia.  Tam,  w  dole,  w  dolinie  pomiędzy  górami,  Rurik 
zobaczył, jak otwiera się ziemia. 

Nie, to nie była ziemia. 
Podniósł osłonę przeciwsłoneczną kasku i spojrzał jeszcze raz. 
Rozrywał  się  materiał,  materiał  maskujący.  To  coś,  czego  szukali,  było 

tam w dole, coś odsłonięte przez podstęp  natury. To było to, po co wysłało  ich 
dowództwo - wroga instalacja zbrojeniowa... 

- Ja pierdolę - wyszeptał Rurik. 
- Co to jest, Jastrzębiu? 
-  A  jak  myślisz?  -  Rurikowi  wydawało  się,  że  wiedział.  Wiedział  też,  że 

musi być absolutnie pewny. 

-  Myślę,  że  to...  Myślę,  że  to  jakiś  rodzaj  bazy  wojskowej  albo...  -  w 

głosie Jediego brzmiało napięcie. 

- Musi przestać się trząść i muszę zobaczyć to z bliska. Możesz podlecieć 

bliżej? 

- Nie mogę. Nie chcemy, by przyjrzeli się lepiej naszemu cudeńku. - Miał 

na myśli samolot, nową zabawkę Sil Powietrznych. 

Zresztą,  Rurik  miał  alternatywę.  Miał  tylko  nadzieję,  że  żółtodziób 

wytrzyma jego szkolenie pod presją. 

- Ja jestem z przodu i będę wszystko widział. Ty przejmij stery. 
- Chcesz, żebym przejął stery Blackshadow? 
- Wykonaj. 
- Tak jest - w głosie Jedi brzmiało kamienne opanowanie. Jastrząb poczuł, 

jak przejmuje drążek sterowy. Dobry chłopak. Rurik wiedział, że nawet gdy on 
pilotował, Jedi musiał panować nad całością - hamulcami, sterami i nad tym, że 
Jastrząb pozwolił mu pilotować nowy samolot... 

- Skup się na prowadzeniu. Trzymaj prosto i stabilnie. 
- Zrozumiałem, Jastrzębiu, wykonam. 
Rurik wciąż czekał, obserwując Jediego we wstecznym lusterku. 
Chłopak naprawdę był tak dobry, za jakiego go uważał. 
Rurik  wziął  głęboki  oddech.  Przez  sekundę  odprężył  się  i  zamknął  oczy. 

Głęboko  w  sobie  poczuł  to.  Zmiana,  pośpiech  połączony  z  radosnym 
podnieceniem... poczucie przewagi. 

Minęło  tyle  czasu,  odkąd  pozwolił  sobie  na  zmianę.  I  zapomniał... 

zapomniał  o  ciszy,  świszczący  szept  w  jego  głowie  podpowiadał  mu,  że  miał 
moc. Mógł zdobyć kobietę. Mógł pomóc dziecku. Mógł zmiażdżyć człowieka. 

Był bogiem. 
Potem, jak klepnięcie, usłyszał w swoim umyśle głębszy, sroższy głos. 
To nie był bóg. To demon. 
Otwierając  oczy,  ponownie  spojrzał  na  Jediego.  Chłopak  patrzył  na 

przyrządy.  Rurik  skupił  wzrok  na  bazie,  daleko  pod  nimi.  Coraz  bliżej  i  bliżej, 

background image

wychwytywał  szczegóły,  których  nie  byłby  w  stanie  zobaczyć  normalny 
człowiek. 

Ciężarówki. Ludzie. 
Cholera. 
Biorąc kolejny głęboki oddech, ponownie wyostrzył wzrok. 
Instalacja  jądrowa.  Głowice  bojowe  -  ile  ich  było?  Skup  się,  policz  je. 

Wystarczająco  dużo,  by  obrócić  wniwecz  Amerykę,  Pakistan  i  cały  półwysep 
indyjski... Wzbierała w nim furia. Ci głupi, małostkowi, mali tyrani. Mogli zabić 
wszystkich. 

Ponownie  świszczący  głos  szeptał  w  jego  głowie.  Miał  władzę,  by  ich 

zniszczyć, w tej chwili... Chciał natychmiast z nimi skończyć... 

Usłyszał  za  sobą  dziwny  hałas,  który  bardziej  niż  pamięć  głębokiego, 

srogiego głosu ojca, ściągnęło go z powrotem z krawędzi. 

Tak.  Ma  robotę  do  zrobienia.  Absolutna  władza  nad  życiem  i  śmiercią 

musiała poczekać. 

- Nie panikuj, Jedi. Dopadniemy ich w swoim czasie. - Sięgnął do guzika 

transmisji w radiu i wtedy usłyszał, jak Jedi odbezpiecza pistolet. 

Spojrzał  do  góry  w  lusterko,  przyjrzał  się  swoim  oczom,  w  podłużnych 

źrenicach płonął czerwony płomień, ślad Obcego. 

Napotkał  spojrzenie  chłopaka.  Oczy  Jediego  były  ludzkie  i  zawzięte,  złe 

i... wystraszone. Jedi był pierwszym pilotem w Siłach Powietrznych, wyjątkowo 
dobrze  wyszkolonym,  by  uporać  się  z  każdą  sytuacją,  jaka  mogła  zaistnieć  w 
wojsku.  Ale  wojsko  nie  było  w  stanie  wyobrazić  sobie  czegoś  takiego,  jak  to. 
Jedi wycelował pistolet w Rurika. 

- Połóż ręce na spadochronie, tak, żebym mógł je widzieć. Rurik usiłował 

mówić  głosem  kojącym,  próbując  przejąć  kontrolę  nad  sytuacją  nie  do 
opanowania. 

- Jedi, Jedi, steruj samolotem. 
- To właśnie robię. A ty rób, co mówię. 
Rurik  powoli  postępował  według  instrukcji.  Położył  dłonie  na 

spadochronie, nie spuszczając wzroku z Jediego w lusterku. 

Policzki Jediego spłonęły rumieńcem. 
Problem  w  tym,  że  chłopak  nie  miał  wystarczającego  doświadczenia,  by 

trzymać  na  muszce Rurika  i zachować całkowitą kontrolę  nad  Blackshadow... i 
opanować swój strach. Strach, który szybko obrócił się w złość. 

- Dlaczego twoje oczy tak wyglądają ? Co ty wziąłeś? - zapytał chłopak z 

wściekłością. 

Cholera.  Rurik  kazał  Jediemu  skoncentrować  się  na  prowadzeniu 

samolotu. Niezastosowanie się do jego wskazówek mogło skończyć się dla nich 
tragicznie. 

- Wziąłem? 
- Nic dziwnego, że taki z ciebie twardziel. Jesteś pod wpływem jakichś... 

background image

Jedi  nacisnął  guzik  mikrofonu.  Puffy,  major  Jerry  Jacobs,  zgłosił  się  po 

drugiej stronie i to utwierdziło Rurika w przekonaniu, jak poważnie traktują ten 
lot i jego obserwację. Puffy miał tak wysoki certyfikat bezpieczeństwa, że fakt, 
że ich wziął, został utajniony. 

- Słucham, Blackshadow. 
- Kapitan Wilder jest pod wpływem narkotyków - zameldował Jedi. 
A to sukinsyn. Teraz dopiero mieli kłopoty. 
-  Żółtodziobie,  czy  ty  aby  wiesz,  co  mówisz?  -  Major  Jacobs  był 

oburzony. 

- Wziął coś dziwnego. Jego oczy błyszczą na czerwono. Jakby był... - Jedi 

urwał.  Przełknął  ślinę.  -  Czerwone  jak  ogień.  Potem  jego  źrenice  zmieniły 
kształt, to była bardzo wyraźna zmiana. 

-  Zdajesz  sobie  sprawę,  jak  poważne  jest  twoje  oskarżenie?  -  zapytał 

stanowczo Jacob. 

- Widziałem to bardzo wyraźnie, majorze - odpowiedział Jedi przerażony, 

ale  w  pełni  przekonany  o  słuszności  swojego  działania.  Był  świadomy  powagi 
swoich  oskarżeń  i  czynów,  ale  przede  wszystkim,  Rurik  przestraszył  go  nie  na 
żarty. - I mam kontrolę. 

Bo  to  nie  były  narkotyki  i  podświadomie  Jedi  o  tym  wiedział.  Był 

przekonany, że zobaczył, jak jakaś część Rurika zmienia się w... jastrzębia. 

Ale  Jedi  był  mężczyzną  nowoczesnym.  Nie  wierzył  w  demony.  Nie 

wierzył też w to, że diabeł chodził po ziemi i zawierał pakty ze śmiertelnikami. 
Nie wierzył w to i nie chciał przyjąć do wiadomości. 

-  Przejąłeś  stery  od  kapitana  Wildera?  -  nieugięty  głos  Jacoba  wymagał 

natychmiastowej  odpowiedzi,  jedynej  właściwej  odpowiedzi  Żaden  pilot  Sił 
Powietrznych nigdy nie przejmował sterów siłą. 

Nigdy. 
-  Oddałem  stery  kapitanowi  Clarkowi,  żeby  skoncentrować  się  na 

rozpoznaniu - odezwał się Rurik. Nie było sensu pogarszać i tak złej sytuacji. 

-  Coś  jeszcze?  -  Jacob  oczekiwał  jeszcze  czegoś  od  Rurika: 

usprawiedliwienia, zaprzeczenia, czegokolwiek. 

- Kiedy wylądujemy, złożę stosowny raport. 
- Dobrze. Clark, ląduj - powiedział Jacob, po czym wyłączył mikrofon. 
Jedi  usiłował  dalej  pilotować  samolot,  ale  jego  ruchy  były 

nieskoordynowane, bo jednym okiem usiłował obserwować Rurika i trzymać go 
na muszce. 

Ale  Jedi  nie  miał  doświadczenia,  a  wokół  było  zbyt  wiele  gór  na  takie 

latanie. 

-  Tylko  spokojnie.  -  Rurik  stopniowo  opuszczał  ręce.  -  Po  prostu 

sprowadź  nas  z  powrotem  do  bazy.  Umiesz  prowadzić  tę  maszynę,  umiesz 
posadzić ją na ziemi. Ja nie zamierzam ci przeszkadzać. 

-  Zamknij  się  -  powiedział  ostro  Jedi.  -  Po  prostu  siedź  cicho  i  trzymaj 

ręce z daleka od sterów. 

background image

Rurik wiedział, że to nie skończy się dobrze dla chłopaka albo dla niego. 

Kiedy  wyładują,  każą  mu  nasikać  do  probówki.  Zbadają  krew,  wątrobę,  skórę. 
Dowiedzą się o migdałkach, które wycięli Rurikowi dwadzieścia dwa lata temu 
w szpitalu w Seattle. 

Żaden test niczego nie wykaże. 
Potem  przebadają  też  Jediego.  A  kiedy  niczego  nie  znajdą,  on  poniesie 

karę.  Wycofają  go  ze  szkolenia  i  wyślą  na  obserwację  psychiatryczną.  On 
oczywiście  będzie  upierał  się,  że  zobaczył  to,  co  zobaczył.  Rurik  postara  się 
powiedzieć  najmniej,  jak  tylko  się  da,  wszyscy  będą  zajmować  w  tej  sprawie 
jakieś stanowiska. Sprawa była spieprzona na całej linii. 

Tymczasem  tam,  na  ziemi,  była  nieznana  dotąd  instalacja  jądrowa,  z 

bandą  obsługujących  ją  szaleńców  i  jeżeli  czegoś  z  tym  nie  zrobi,  w  każdej 
chwili bomba może wybuchnąć... 

Rozległ się dźwięk alarmu ostrzegawczego. Był tak zaprojektowany, żeby 

przyciągać uwagę i był w tym nadzwyczaj skuteczny. Jeden rzut oka i wszystko 
było jasne. Instalacja pod nimi namierzyła ich i wysłała za nimi pocisk. 

- Pozwól mi przejąć stery. - Rurik wyciągnął ręce w kierunku sterów. 
- Nie, kapitanie! 
- Więc przynajmniej odłóż broń i skup się na pilotowaniu tego cholernego 

samolotu! - Rurik podświadomie mówił rozkazującym tonem. 

- Nie, kapitanie! 
-  Musisz  lecieć.  Ten  sukinsyn  leci  prosto  na  nas.  -  Rurik  nie  mógł 

oderwać wzroku od pocisku rakietowego. 

- Przecież lecę! 
Rzeczywiście leciał, ale nie szło mu to najlepiej. Nie na tyle dobrze, żeby 

mógł  ich  uratować.  Nie  umiał  się  skupić,  nie  miał  doświadczenia.  A  najgorsze 
było to, że chłopak bardziej bał się Rurika niż śmierci, od której był o krok. 

Jedi wprowadził Blackshadow w ruch spiralny i zrobił zwrot. 
Rurik poczuł silne przeciążenie na twarzy, ramionach i w żołądku, i  miał 

wrażenie, że za chwilę zemdleje. Pocisk ich doganiał, był coraz bliżej. 

- Nie mamy na to czasu! - Rurik nie miał zamiaru zginąć w eksplozji. 
Wyciągnął rękę i wytrącił pistolet ze spoconej dłoni Jediego. 
Chłopak krzyknął. 
- Mam go! - krzyknął Rurik, kiedy udało mu się przejąć ster. Nagłe przed 

ich oczami wyrosła góra. 

Pocisk nieomal ich doganiał. 
Rurik wyprowadził samolot do góry i w bok. 
Nie zdołają przed nim uciec... 
Udało się. 
Pocisk  uderzył  w  górę  i  eksplodował.  W  tej  samej  chwili  otworzył  się 

spadochron. Co, u diabła? 

Jedi katapultował się. Katapultował się nad terenem nieprzyjaciela. 

background image

Bo  myślał,  że  nie  uda  im  się  uniknąć  zderzenia  z  górą  i  skazani  są  na 

śmierć w płomieniach? Czy może raczej bał się lecieć w samolocie z Rurikiem? 

Zaszokowany  Rurik  patrzył,  jak  spadochron  opada.  Niewiele  myśląc, 

pomknął w kierunku bazy, zdecydowany ratować chłopaka. 

Ale było już za późno. 

 

 

background image

Rozdział 17 

Od tamtego czasu Rurik rozważał wszystkie możliwości, a potem ruszał z 

zawrotną precyzją. Nigdy więcej nie dopuści, żeby było za późno. 

Życie i śmierć, niebo i piekło od tego zależały. 
Teraz stał pośrodku wioski Toul i snuł plany, jak znaleźć ikonę. 
- Oto, co zrobimy: udamy się do tutejszego stowarzyszenia historycznego 

i  zapytamy  ich  o  jednookiego  króla.  Jeśli  tam  niczego  się  nie  dowiemy, 
pójdziemy  do  lokalnej  biblioteki,  może  panie  bibliotekarki  będą  w  stanie  nam 
pomóc, skorzystamy tam z Internetu. 

- Hm. - Tasya rozejrzała się wokół, wygrzewając się w porannym słońcu. 

- Mówisz po francusku? 

- Słabo. Dlaczego pytasz? 
-  Bo  rozmawianie  z  historykami  i  bibliotekarzami  wymaga  pewnej 

biegłości w posługiwaniu się językiem. 

-  Jeżeli  będzie  taka  potrzeba,  zatrudnimy  tłumacza.  A  pewnie  będzie,  bo 

jeżeli  nie  uda  nam  się  znaleźć  żadnych  śladów  jednookiego  króla  i  daru,  jaki 
otrzymał,  będziemy  musieli  wziąć  pod  uwagę  lokalne  towarzystwo 
archeologiczne.  To  przeważnie  amatorzy,  ale  często  znają  otoczenie  lepiej  niż 
ktokolwiek  inny. - Rurik zatarł ręce, jakby  miał  nadzieję, że pójdą właśnie tym 
tropem.  Lokalne towarzystwa archeologiczne zawsze skupiały bliski  mu  rodzaj 
ludzi. 

-  Zostań  tutaj.  Pójdę  do  informacji  turystycznej.  Ruszyła  w  stronę 

największego budynku, który stał przy głównej ulicy. 

Pomyślał, że pewnie chciała pójść do toalety. 
- Po drodze weź mapę - zawołał za nią. Pomachała do niego ręką. 
Co  za  koszmarny  sen  miał  w  samolocie.  Nie,  to  nie  był  sen,  to 

wspomnienia. 

Za każdym razem, kiedy leciał samolotem, dopadały go wspomnienia. 
Ten  biedny  dzieciak.  Kiedy  Rurik  przypomniał  sobie  udręczone  ciało 

Matta  Clarka,  zmasakrowane,  poćwiartowane...  kiedy  przypomniał  sobie,  jak 
pisał list kondolencyjny do jego rodziców... przepełniało go poczucie winy. 

Przysiągł sobie nigdy więcej nie latać. Regularne linie lotnicze - owszem, 

bo tego raczej nie mógł uniknąć. Jednak nie lubił nimi latać. 

Lot  ultralightem  był  niczym  niezmąconą  przyjemnością,  lecąc  tym 

niewielkim samolotem, czuł każdy powiew powietrza, a wiatr podbijał wysoko 
jego skrzydła... 

Nigdy więcej. Nigdy więcej latania. 
Rurik był to winien Jediemu i dotrzyma danej obietnicy. 
Kiedy Rurik czekał na Tasyę, przyglądał się tubylcom, którzy spieszyli do 

pracy,  i  turystom,  przechadzającym  się  po  malowniczych  uliczkach.  Varinscy 

background image

nie  przywykli  do  przegrywania,  a  kiedy  ich  zabójca  nie  podołał  zadaniu, 
wysyłali posiłki, i to szybko. 

Ale nie zauważał żadnych oznak niebezpieczeństwa. 
No,  może  oprócz  Tasyi,  która  poszła  do  informacji  turystycznej.  Ona 

stanowiła zagrożenie dla niego i spokoju jego ducha. 

- Mam. - Kiedy wróciła, pomachała mu broszurą przed nosem. 
- Co to jest? - zapytał. 
-  Wskazówki,  jak  dotrzeć  do  wytwórni  win,  w  której  jest  wystawa 

słynnych gobelinów przedstawiających jednookiego króla. 

Patrzył na nią osłupiały. Wzruszyła ramionami. 
-  Pomyślałam,  że  informacja  turystyczna  to  dobre  miejsce,  żeby  zacząć 

poszukiwania,  przynajmniej  tutaj  ktoś  musi  mówić  po  angielsku.  Chodźmy,  ta 
wytwórnia win jest zaledwie parę ulic stąd. 

Rurik podążył za Tasyą, która przedzierała się przez tłum, uśmiechając się 

do cofających się przed nią i pozwalających jej przejść Francuzów i turystów. 

Tak bardzo chciał ochronić ją przed Varinskimi, że niemal zapomniał, jak 

doświadczonym  była  podróżnikiem,  i  że  jako  reporterka  była  w  stanie  zdobyć 
wszelkie informacje, jakich potrzebowała. 

Wytwórnia win znajdowała się w średniowiecznym budynku, który został 

przebudowany,  aby  pomieścić  ogrom  turystów,  przyjeżdżających  tu  każdego 
roku.  Położony  był  nad  Mozelą.  Kiedy  weszli  do  środka,  Rurik  miał  wrażenie, 
że cofnął się w czasie o pięćset lat. 

Centrum  dystrybucji  mieściło  się  w  ciemnym,  chłodnym  i  niskim 

pomieszczeniu.  Czuć  w  nim  było  zapach  fermentującego  wina  i  słychać  głosy 
grupy przygotowującej się, by za przewodnikiem ruszyć do piwnic winiarni. 

- O, tam - powiedziała Tasya. - Tam jest ten facet, którego szukamy. 
Poszła  w  kierunku  przygarbionego  staruszka,  który  skrzywił  się  z 

dezaprobatą  na  widok  czarno-białych  kolców  na  jej  głowie.  Ale  to  jej  nie 
zraziło,  powitała  go  promiennym  uśmiechem  i  przemówiła  do  niego  łamanym 
francuskim, aż zmiękł i też się uśmiechnął. 

Następnie  wyniosły  Francuz  wprowadził  ich  do  długiej,  pustej  galerii  na 

tyłach  budynku.  Zapalił  światła  i  wskazał  na  ścianę,  po  czym  oddalił  się  do 
centrum dystrybucji, zamykając za sobą drzwi. Rurik wpatrywał się w  gobelin, 
rozciągający się na całej szerokości i wysokości jednej ze ścian pomieszczenia. 

-  Dobry  Boże.  -  Przechadzał  się  wzdłuż  aksamitnego  sznura,  za  którym 

była przestrzeń niedostępna dla turystów. - Co to jest? 

-  To  jest  gobelin  z  dwunastego  wieku,  obrazujący  historię  Lotaryngii. 

Napisy  są  po  łacinie.  Niewiele  wiadomo  na  temat  jego  pochodzenia,  ale 
wykonanie  wygląda  na  tutejsze.  -  Tasya  powoli  szła  przed  nim  z  rękoma 
założonymi na plecach i po kolei analizowała wszystkie sceny przedstawione na 
gobelinie. 

background image

-  W  informacji  turystycznej  powiedzieli,  że  jednooki  król  jest  tutaj?  - 

Rurik  przyglądał  się  scenom  bitew  i  koronacji,  fragmentom  tekstu  i 
przejmującej zawiłości wydarzeń. 

-  Nie  jest  królem  -  poprawiła  go  Tasya.  -  Ma  na  imię  Arnulf  i  jest 

gubernatorem  wojskowym,  jak  Clovus.  Clovus  prawdopodobnie  twierdził,  że 
jest  królem,  żeby  uczynić  swoją  porażkę  w  starciu  z  Arnulfem  mniej 
upokarzającą. 

- Dbał o swój PR. 
- Na pewno. - Miała skupiony wyraz twarzy i co chwila zatrzymywała się, 

żeby  obejrzeć  postacie  wyszyte  na  brązowym,  lnianym  płótnie.  -  To  bardziej 
przypomina  haft  niż  gobelin,  ale  szczegóły  są  zdumiewające.  Tutaj  jest  cała 
historia  Alzacji  i  Lotaryngii,  łącznie  z...  -  zatrzymała  się.  -  Oto  on,  Arnulf 
Jednooki. 

Rurik  stanął  obok  niej.  Kolory  wciąż  były  intensywne,  a  postacie 

wyraźne. 

Najwyraźniej Arnulf nie zapłacił swojemu biografowi, bo część scen była 

identyczna  jak  te,  które  przedstawiały  Clovusa,  gdzie  osiągnięcia  były 
pominięte.  Arnulf  przedstawiony  był  na  stercie  ciał,  ale  zgodnie  z  tym,  co 
przedstawiał  gobelin,  poświęcił  swoje  oko  i  arystokratyczne  pochodzenie  dla 
mocy. Gobelin pokazywał, jak palił i wycinał w pień całe wioski, aż do dnia, w 
którym otrzymał prezent z daleka. 

- Popatrz - wskazała Tasya. 
- Widzę. 
Prezent miał kształt tabliczki czekolady Hershey i otaczała go poświata. 
- Oto on - szepnęła Tasya. 
-  Popatrz.  Arnulf  chętnie  przyjmuje  daninę,  ale  od  tej  pory  opuszcza  go 

szczęście.  Jest  ranny,  leży  w  łóżku.  Wygląda  na  to,  że  wdała  się  gangrena.  Z 
rany  ciekł  czarny  płyn,  a  jego  wrogowie  zebrali  się  wokół  jego  łóżka  w 
postawach pełnych triumfu. 

- Dostał za swoje. - Tasya się uśmiechnęła. - Winą za swoje nieszczęście 

obarczył prezent, odesłał go i kazał ukryć w klasztorze w nadziei, że to pomoże 
mu wyzdrowieć. 

Rurik  widział,  że  gobelin  przedstawia  bogatą  treść,  ale  nie  był  w  stanie 

odczytać tak wielu szczegółów. 

- Gdzie tutaj widzisz wyleczenie? 
-  To  wyczytałam  w  informatorze  turystycznym  -  powiedziała  Tasya, 

pokazując mu broszurę. 

Taka z niej mądrala. 
- Skoro wszystkie informacje są w przewodniku, to co my tutaj robimy? 
- W przewodniku  nie  napisano,  gdzie jest  ten  klasztor.  - Stała, wpatrując 

się w ostatnią scenę z Arnulfem Jednookim. - Miałam nadzieję, że ta informacja 
jest gdzieś na... - jej głos zamierał. 

background image

On  też  popatrzył  na  niewielką  postać  zmarłego  Arnulfa  z  krzyżykami  na 

oczach i kwiatem w dłoni. 

-  Tutaj  jest  napisane  -  wykorzystując  swoją  słabą  znajomość  łaciny, 

przeczytał: - Ale dla Arnulfa było już za późno. Nie mogę odczytać, co dalej jest 
napisane, ale myślę, że to oznacza święty przedmiot. 

- Więc to jest ikona. 
- Tak. - Mógł to jej  powiedzieć, ale przecież by  mu  nie  uwierzyła.  -  Ten 

święty  przedmiot  spoczywa  w  klasztorze  w  królestwie...  Nie  mogę  odczytać 
nazwy.  -  Przysunął  się  bliżej,  próbując  znaleźć  współczesny  odpowiednik 
starożytnej nazwy. - Czekaj, klasztor jest w... 

Tasya zastygła w bezruchu, nie odrywając wzroku od gobelinu. 
- Ruyshvania - powiedziała tak cicho, że ledwie ją słyszał. - Klasztor jest 

w  Ruyshvanii.  -  Podniosła  drżącą  rękę  i  otarła  nią  czoło.  -  Muszę  wrócić  do 
Ruyshvanii. 
 

 

background image

Rozdział 18 

Tasya  wzięła  się  w  garść.  Rurik  chyba  nie  zauważył  jej  małego  ataku 

paniki  przed  gobelinem.  Przynajmniej  nic  nie  powiedział.  Za  to  bezzwłocznie 
ustalił ich plan podróży. 

Wynajmą  samochód  i  pojadą  nim  do  Wiednia.  Dotrą  tam  późnym 

popołudniem. Za cztery  godziny będą  mieli  nocny pociąg z Wiednia do  miasta 
Capraru w Ruyshvanii. W międzyczasie pójdą na zakupy. 

Kiedy  Tasya zajęła  miejsce w ich prywatnym przedziale w pociągu, była 

całkiem  nową  osobą.  Miała  makijaż,  drogą  parę  dżinsów,  czarne  botki,  i  białą 
zapinaną  na  guziki  koszulę  z  paskiem  w  talii.  Cały  jej  wyszukany  strój 
kosztował więcej  niż jej aparat  fotograficzny, a konduktor w pociągu płaszczył 
się przed nimi, prowadząc do ich przedziału. 

A  czego  się  spodziewała?  W  końcu  to  była  Europa.  Europejczycy  znali 

się na modzie. 

Rurik co prawda kupił sobie nową koszulę, ale ciągle ubrany był w długi, 

skórzany płaszcz. Twierdził, że daje mu anonimowość. 

Tasya  przeczuwała,  że  nosił  ten  płaszcz,  bo  może  w  nim  ukryć  różne 

rodzaje broni. 

- Idę zwiedzić pociąg. Przynieść ci coś? - zapytał, kiedy ruszyli z peronu. 
- Zwiedzić pociąg? W poszukiwaniu kłopotów? 
Nie odpowiedział ani też nie zaprosił jej, żeby z nim poszła. 
Zorientowała się, że potrzebował chwili samotności. 
- Przydałby się kieliszek wina - powiedziała. - A może nawet butelka. 
Oparł dłonie o ścianę po obu jej stronach i nachylił się nad nią. 
- Napięcie dochodzi do ciebie dopiero po chwili, prawda? Napięcie? 
To, co właśnie do niej dotarło, to nie było napięcie. 
To było ich przeznaczenie. Nie mogła w to uwierzyć... nie, oczywiście, że 

mogła.  Nikt  nie  wiedział  lepiej  od  niej,  że  okrutny  los  zawsze  domaga  się 
zapłaty. 

Nie  odpowiedziała,  tylko  położyła  mu  dłoń  na  policzku  i  pocałowała  w 

usta. 

- Bądź ostrożny. 
- Jak zawsze. - Oddał pocałunek, po czym wyprostował się. - I zamknij za 

mną drzwi na klucz. 

Tak  zrobiła.  Skorzystała  z  chwili  prywatności  i  wzięła  prysznic  w  ich 

niewielkiej osobistej łazience i z westchnieniem z powrotem włożyła ubranie. 

Zazwyczaj lubiła podróżować i robiła to z niewielkim bagażem. 
Ale  na  każdym  etapie  tej  podróży  wyglądała  inaczej  i  była  inną  osobą. 

Miała ochotę wrócić do Stanów, wylegiwać się przed telewizorem na kanapie w 
swoim  niewielkim  mieszkaniu  z  pilotem  w  dłoni  i  spróbować  przypomnieć 
sobie, kim była. 

background image

Albo raczej - kim nauczyła się być. 
Kiedy wykąpana wyszła z łazienki, Rurik zdążył już wrócić. Obiad czekał 

na miniaturowym rozkładanym stoliku, przykrytym białym obrusem. Obok stała 
otwarta już zamówiona przez nią butelka wina. 

Na  widok  Tasyi  jego  oczy  koloru  brandy  zapłonęły,  jakby  rozgorzał  w 

nich ogień. 

O,  tak.  Ten  mężczyzna  miał  jakieś  zamiary.  Może  chciał  udręczyć  ją 

jeszcze bardziej? Albo uczynić ją najszczęśliwszą kobietą na świecie? 

A co ona na to? 
Nie  wiedziała.  Gdyby  reagował  mniej  emocjonalnie...  Gdyby  ten  pociąg 

jechał gdzieś indziej... Gdyby. 

Tasya swobodnie wygładziła fałdy koszuli pod paskiem i zapytała: 
- Żadnych kłopotów? 
- Ani śladu. Idę się umyć, a potem zjemy. 
- Jasne - szepnęła w stronę zamkniętych już drzwi łazienki. 
- Nie widziałem w pociągu Varinskich - powiedział, kiedy wyszedł. 
Zapinał  guziki  nowej  koszuli,  a  ona  zgłodniałym  wzrokiem  wpatrywała 

się w jego szeroki tors. Musi cały czas trenować, żeby utrzymać takie mięśnie. 

Nagle  zamarła,  jej  uwagę  przykuła  długa  na  jakieś  dwadzieścia 

centymetrów cięta rana  na  jego piersi. Przecinała jego skórę, strzępiąc tatuaż. - 
Myślę, że zgubiliśmy ich w... 

- Co ci się stało? - Wstała i odsunęła jego ręce, odsłaniając ranę. 
Rana wyglądała na świeżą. - Biłeś się z kimś. 
- To nieważne. 
- Z Varinskim. 
Pochylił głowę. Domyśliła się. 
- Wtedy, na promie. Zabiłeś go. 
- Tak. 
- Ale Varinscy podobno są niezniszczalni. 
- Ja jestem w stanie ich zabić. 
- Wiem, to tylko legenda - powiedziała niecierpliwie. - Ale  myślałam, że 

są dobrymi wojownikami. 

- Bo są. Ale jak dotąd  ja jestem  lepszy. Delikatnie dotknęła skóry wokół 

rany. 

- Jestem całkiem niezła w pierwszej pomocy. Może chcesz, żebym... 
- To się zagoi. 
- Rana jest głęboka. Powinna być zszyta. 
- Naprawdę, nic mi nie będzie. Rany goją mi się bardzo szybko. 
-  Mam  nadzieję,  że  jesteś  zaszczepiony  przeciwko  tężcowi.  Chwycił  jej 

rękę i przyłożył do swojego serca. Jego spokojne bicie ogrzało jej dłoń. 

Ale  Tasya  nie  mogła  zlekceważyć  namacalnego  dowodu  na  to,  że  Rurik 

narażał się dla niej na niebezpieczeństwo. 

background image

-  Najpierw  wybuch,  potem  omal  nie  zginąłeś.  Nie  powinnam  cię  w  to 

wciągać. 

-  Usiądź.  -  usadził  ją  na  krześle  przy  stole.  -  Odpręż  się.  -  Napełnił 

kieliszek  czerwonym  winem  i  podał  go  jej.  -  W  nic  mnie  nie  wciągasz.  Nie 
pomyślałaś  o  tym,  że  Varinscy  chcą  zniszczyć  ikonę  i  dlatego  wysadzili  w 
powietrze grobowiec? 

-  To  prawda.  -  Pociągnęła  łyk  wina,  głębia  i  intensywność  jego  bukietu 

ogrzały  ją.  -  Ale  przecież  im  się  udało.  Więc  dlaczego  ciągle  nas  ścigają? 
Powinieneś pozwolić mi dalej jechać samej. 

- Nie ma mowy, nie zostawię cię. 
Jej  serce,  głupie  serce  nagle  podskoczyło  poruszone  tą  zachwycającą 

przyjemnością. 

- To moje wykopaliska i moja ikona - dodał, podnosząc pokrywy talerzy. 

- Steward powiedział, że to szpacie z serem, cokolwiek to znaczy. Ale pachnie 
wyśmienicie. 

Wziął widelec i zaczął jeść. Patrzyła na niego. 
Nie  wierzyła  mu.  Nie  wierzyła,  że  ryzykuje  życie  dla  czegoś,  co  jego 

zdaniem było tabliczką czekolady. Robił to dla niej. Żeby ją chronić. 

Musiała powiedzieć mu prawdę. Była mu to winna. 

 

 

background image

Rozdział 19 

Tasya  zjadła  i  dopiła  wino.  Zaczekała,  aż  on  skończy,  po  czym 

powiedziała: 

- Varinscy zabili moich rodziców. 
Rurik słyszał jej słowa, ale zignorował je. To było niemożliwe. 
Tragedia  zbyt  potworna,  by  ją  sobie  wyobrazić.  Ale  Tasya  wyglądała  na 

nieświadomą  jego  przerażenia.  Spokojnie  opowiedziała  o  wszystkim,  tak  jakby 
czas uleczył jej rany. 

-  Przyszli  nocą.  Matka  wyjęła  mnie  z  łóżka  i  zaniosła  do  pani  Landau, 

mojej  guwernantki.  Pocałowała  mnie  na  pożegnanie.  Widziałam,  jak  ojciec 
wyjmował  broń.  On  również  mnie  pocałował  i  podał  matce  strzelbę.  -  Tasya 
głęboko westchnęła. 

- Wtedy ostatni raz ich widziałam. 
Rurik  miał  wiele  pytań,  ale  najpierw  chciał  wznieść  pięści  ku  niebu  i 

zawyć w furii. 

Teraz  już  rozumiał.  Rozumiał  aż  za  dobrze,  dlaczego  była  tak  silna, 

odporna i godna podziwu we wszystkim, co robiła. 

Teraz zrozumiał, dlaczego nigdy nie mogli być razem. 
-  Varinscy...  oczywiście.  To  byli  Varinscy.  -  Zaśmiał  się  nerwowo.  -  To 

sukinsyny! 

Jaki piekielny los zetknął ich ze sobą? Ta noc, kiedy kochał się z nią, była 

pierwszą od pięciu lat, kiedy był szczęśliwy. 

-  Łajdacy  z  całą  pewnością,  łajdacy  od  pokoleń.  -  Tasya  patrzyła  na 

Rurika zza stołu i z gwałtowną pogardą powiedziała: 

- Mężczyźni, którzy zmieniają się w drapieżniki.  Dobre sobie!  Byłam  na 

Ukrainie i przysięgam, że wszyscy tam w to wierzą. 

- Pojechałaś na Ukrainę? Zwariowałaś? - Nie powinien krzyczeć. Musi się 

uspokoić. - Jeśli odkryją, że przeżyłaś i uciekłaś im... 

- Wiem, wiem. - Lekceważąco machnęła ręką. - Ale wtedy nie zdawałam 

sobie sprawy z niebezpieczeństwa. 

- To by cię nie ocaliło. Mógł nigdy jej nie spotkać. 
- Jestem pewna, że nie wiedzą, że żyję i że panna Landau uciekła ze mną. 
- Masz rację. - Oparł się plecami o siedzenie. - Masz rację. 
-  Na  Ukrainie  nikogo  nie  obchodzi  to,  co  robią  Varinscy,  zabijają, 

porywają,  torturują,  gwałcą.  Nikt  ich  nie  tyka.  Oni  nigdy  nie  idą  do  więzienia. 
Nikt ich nie sądzi. Żyją w zamkniętym obozie - taki męski raj. 

- Pojechałaś do ich obozu. - Zamknął oczy, próbując zatrzymać dla siebie 

przypuszczenia, jak to mogło się skończyć. 

- Przejeżdżałam obok. 
- Jak często? 
- Wystarczająco często, żeby zrobić zdjęcia. 

background image

- Zatrzymywałaś się i robiłaś zdjęcia. - Ledwie mógł uwierzyć w bezmiar 

jej głupoty lub szczęścia. 

-  Jestem  fotografem  -  wyjaśniła,  jakby  to  była  najnormalniejsza  rzecz  na 

świecie. - Samochody, którymi jeżdżą, stoją wokół domu przykryte plandekami, 
a te, które się zepsuły, stoją zardzewiałe.  Trawa  rośnie  i  nikt jej  nie kosi. Dom 
nie  jest  pomalowany.  Kiedy  potrzebują  kolejnego  pokoju,  po  prostu  doklejają 
jakąś bezgustowną przybudówkę. A wiesz, co mają obok bramy? 

-  Miejsce,  gdzie  kobiety  zapłodnione  przez  Varinskich  mogą  zostawić 

niemowlęta,  ich  synów.  Dzwonią  do  drzwi  i  uciekają,  a  Varinscy  zabierają 
dziecko i świętują narodziny nowego demona. 

- Dużo o nich wiesz. 
- Owszem. 
Nie masz pojęcia, jak dużo. 
- Więc mi powiedz, jak udało im się przez tyle lat utrzymać tę atmosferę 

terroru? 

-  Mają  władzę  nad  umysłami  tamtejszej  społeczności.  -  Nie  był  w  stanie 

siedzieć  i  dalej  patrzeć  jej  w  oczy.  Wstał,  zadzwonił  po  stewarda  i  ustawił 
naczynia na tacy. 

-  Oni  są  szantażystami,  mordercami,  porywaczami  -  wybuchnęła.  -  Są 

obrazą cywilizacji i nadszedł czas, by to zmienić. 

-  Zgadzam  się  i  zamierzam  zrobić  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  by  ich 

zatrzymać. - Miał więcej powodów, niż jej się wydawało. - Ale w tej chwili nie 
mogę niczego zrobić i mam wątpliwości. - Zdjął obrus i popchnął stół do ściany. 
-  Varinscy  nie  zabijają  bez  powodu.  Kim  byli  twoi  rodzice?  Kto  chciał  ich 
śmierci? 

- Skąd mam to wiedzieć? Miałam cztery lata. - Wzruszyła ramionami. 
- Jesteś dziennikarką. Widziałaś akta. Co mówi policja? Kto ponosi za to 

winę? 

-  W  raporcie  policyjnym  jest  napisane,  że  to  moi  rodzice  są  winni. 

Twierdzą,  że  to  było  morderstwo  lub  samobójstwo,  a  mój  ojciec,  zanim  się 
zabił, podpalił dom. 

-  Ta  sama  stara  śpiewka.  Varinscy  są  w  tym  dobrzy.  A  co  z  twoją 

guwernantką? Gdzie ona teraz jest? 

- Nie wiem. Wybacz, ale nie jestem zainteresowana odnalezieniem panny 

Landau. - Tasya wstała z miejsca, chcąc zrobić krok, ale zdała sobie sprawę, że 
nie  ma  na  to  wystarczająco  miejsca,  więc  usiadła  z  powrotem.  -  Zabrała  mnie. 
Umieściła  w  rodzinie  zastępczej.  I  zniknęła.  Los  porzuconej  to  gorzkie 
przeżycie. 

Ktoś  zapukał  do  drzwi.  Rurik  spojrzał  przez  wizjer,  po  czym  wpuścił 

stewarda,  który  zabrał  tacę.  Rurik  dał  mu  napiwek,  zamknął  drzwi  na  klucz  i 
wrócił do Tasyi. 

-  Nie  porzuciła  cię.  Oddała  cię,  by  zapewnić  ci  bezpieczeństwo, 

prawdopodobnie ze strachu przed Varinskimi, a może z obawy, że gdybyś z nią 

background image

została,  łatwiej  by  was  wytropili.  Gdyby  zostawiła  cię  pod  twoim  domem  na 
pastwę Varinskich, i miałabyś powód, by żywić urazę. 

-  Spróbuj  wytłumaczyć  czterolatce,  która  straciła  rodziców,  dom, 

opiekunkę,  którą  znała  całe  życie  i  która  została  oddana  ludziom 
wychowującym co najmniej dziesięcioro dzieci naraz, że nie została porzucona. 
Wątpię, czy twoje argumenty trafiłyby do dziecka. 

- Nie jesteś już tym dzieckiem. 
Jej skłonność do pielęgnowania urazy martwiła go... Miała o wiele więcej 

powodów, by nienawidzić właśnie jego. 

- Kiedy ja potrzebują uzasadnienia, by zrobić to, co należy... 
- Twoim zdaniem to oznacza bezmyślne wykańczanie się nerwowo. 
-  Może  i  tak.  Ilekroć  muszę  opanować  strach  lub  gniew,  przypominam 

sobie  moich  rodziców,  Varinskich,  i  planuję  zemstę.  To  dlatego  napisałam 
książkę,  którą  zainteresują  się  ludzie  zafascynowani  religią,  legendami, 
morderstwem  i  uciskiem.  Dlatego  jestem  gotowa  przemierzyć  świat  i  stawić 
czoło  Varinskim,  żeby  zdobyć  ikonę.  Jeśli  uda  mi  się  przywieźć  dowód  do 
Dziedzictwa  Narodów,  a  oni  zbadają  autentyczność  ikony  i  potwierdzą 
prawdziwość  legendy  Varinskich,  to  przyciągnie  uwagę  świata,  skupi  ją  na 
Varinskich, a władze Sereminii będą zmuszone uznać ich za winnych. 

- I co ci to da? 
-  Varinscy  co  roku  zarabiają  miliony,  dokonując  zabójstw.  Wśród 

kryminalistów  na  świecie  mają  legendarną  renomę.  To  będzie  początek  ich 
końca, a ja będę tą, która pociągnęła za spust. - Jej śmiech był symfonią białych 
zębów i satysfakcją z zemsty. 

- Staniesz się ich celem. 
Nie wiedzieć czemu zaprzątał sobie tym głowę. To była Tasya Hunnicutt. 

I  tak  go  nie  posłucha.  Zrobi  to,  co  sama  uważa  za  słuszne.  A  kiedy  dowie  się, 
kim  on  jest...  kim  byli  jego  rodzice  i  jakie  było  ich  nazwisko,  zanim  przybrali 
nazwisko  Wilder...  że  był  Varinskim,  że  każdego  dnia  żyje  z  piętnem  paktu  z 
diabłem,  że  zabierze  jej  ikonę,  by  ratować  swojego  ojca...  nigdy  mu  nie 
wybaczy. Nigdy. 

A  jednak  ją  kochał.  Była  jego  kobietą,  tą  jedyną,  która  miała  znaleźć 

ikonę. 

Wiedział to, a tragizm jego życia polegał na tym, że to, kim był, nigdy się 

nie  zmieni.  A  ona  nigdy  by  go  nie  zaakceptowała...  gdyby  wiedziała.  Ale 
jeszcze o tym nie wiedziała. 

Niektóre z jego myśli musiały się ujawnić na jego twarzy. 
-  Dlaczego  tak  dziwnie  na  mnie  patrzysz?  -  zapytała.  Może  zrobiłby 

dobrze,  mówiąc  jej  prawdę,  pokazując,  jak  się  czuje,  wysłuchałaby  go  i 
zrozumiała, dlaczego zrobi to, co planował. 

-  Wkrótce  steward  przyjdzie  pościelić  łóżko.  -  Wstał.  -  Jesteś  zmęczona. 

Prześpij się. Zbliżamy się do stacji. Potrzebuję paru rzeczy i chcę pomyśleć. 

background image

-  Dobrze  -  powiedziała  powoli.  -  Wszystko  w  porządku?  Dziwnie 

wyglądasz. 

- Wszystko w porządku. 
- Na pewno? Martwisz się swoją raną? - Przycisnęła dłoń do jego piersi i 

tak została. Martwiła się o niego. Ufała mu. 

Zaczęło dręczyć go poczucie winy. 
Nie ufała nikomu i miała ku temu powody. 
Pospiesznie wstał, zanim zdążył się zdradzić. 
- Zamknij za mną drzwi. Mam klucz. 
Czekał pod drzwiami, dopóki nie usłyszał, jak przekręciła klucz, po czym 

przeszedł na koniec wagonu. Czekał, aż pociąg się zatrzyma. 

Wysiadł  i  kupił  wszystko,  czego  potrzebował  od  wędrownych 

sprzedawców handlujących jedzeniem i różnościami. Wrócił do pociągu z pełną 
torbą w ręku. 

Przynajmniej, kiedy się rozstaną, ona nigdy go nie zapomni. 

 

 

background image

Rozdział 20 

Rurik stał w korytarzu przy oknie, patrząc na pasażerów wsiadających do 

pociągu.  Kiedy  pociąg  ruszył,  przeszedł  przez  wagony,  lustrując  każdą  osobę, 
jeszcze raz upewniał się, że on i Tasya byli bezpieczni. 

Tego  wieczoru  chciał  być  pewny,  że  będą  bezpieczni.  Tego  wieczoru 

chciał  zająć  się  Tasyą.  Tylko  Tasyą.  W  końcu,  zadowolony,  wrócił  do  ich 
przedziału.  Tasya  spała  głębokim  snem.  Leżała  z  twarzą  wtuloną  w  kołdrę, 
lekko pochrapując. Uśmiechnął się, widząc ją tak zrelaksowaną. Zamknął drzwi 
na klucz, żeby być pewnym, że nikt, ani wróg, ani nikt z obsługi, nie wejdzie. 

Rolety w oknach były odsłonięte, a światła mijanych miasteczek wpadały 

przez okno i odbijały się na ścianie, błyskając na czerwono, niebiesko i biało. 

Zasłonił je, upewniając się, że nie przeniknie żaden promień. 
Podsunął dywanik, by zasłonić blask bijący spod drzwi. Teraz zapanowała 

całkowita ciemność. Ludzkie oko nie mogło zobaczyć nic... absolutnie nic. 

Rozebrał  ją,  ostrożnie,  by  jej  nie  zbudzić.  Używając  olejku,  który  kupił, 

nasmarował jej plecy, uda i łydki. Robił to z uwagą, nie spiesząc się, korzystał z 
okazji, że może gładzić każdą jej część, uczyć się jej ciała. 

Gdyby się obudziła, nigdy by mu na to nie pozwoliła. Nasmarował płatki 

jej  uszu,  stopy,  nadgarstki.  Pogładził  piersi,  zbadał  pępek,  rozłożył  nogi  i 
przemieszczał się dalej, pobudzając delikatnie, ale nie oczekując odpowiedzi. 

Odpowiedzi  będzie  domagał  się  później.  Wciąż  spała,  ale  pojękiwała  i 

przeciągała się jak dziecko w rękach osoby, której ufa. 

- Tak - zamruczał jej do ucha i ogarnął włosy z twarzy. - Śpij. 
Zdjął  ubranie  i  wdrapał  się  na  łóżko.  Zapach  drzewa  sandałowego  i 

pomarańczy unosił się z jej ciała, pobudzając jego zmysły... jej zmysły. A może 
to były jego dłonie, które masowały jej ciało, i obudziły ją ze snu. 

Usłyszał  jej  przerywany  oddech,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  wokół  jest 

ciemno, ona leży na brzuchu, a nad nią jest jakiś człowiek. 

- Cśś - szepnął. - To ja, Rurik. 
Gwałtownie  próbowała  wstać.  Przytrzymała  ją  jego  masa  spoczywająca 

na jej udach. Przesuwając dłonie wzdłuż jej bioder, wokół talii i w górę ramion, 
złapał ją za nadgarstki i złączył je nad jej głową. 

- Wiedziałaś, że nie będę czekał wiecznie. 
- Przestań! 
- Zaufaj mi - mruknął. Długim, falującym ruchem opadł na nią. 
Kolanami  przywarł  do  jej  nóg.  Piersią  przylgnął  do  jej  pleców,  jego 

nabrzmiała  męskość  ocierała  się  o  jej  pośladki.  Poczuł  żar  jej  skóry, 
rozkwitającego pożądania. Usiłowała wyrwać się z jego uścisku. 

- Nie... - powiedziała błagalnym szeptem. 
Nacierał swoim ciałem na jej ciało, używając olejku, by zmniejszyć tarcie, 

upajając się dotykiem jej skóry na swoim ciele. Jej ciało było stworzone, by go 

background image

gościć  i sprawiać  mu przyjemność. Wśliznął się  pomiędzy jej  uda,  rozkoszując 
się dotykiem ciał. 

- Nie - to był raczej oddech niż słowo. 
-  Wiesz,  co  czuję,  kiedy  jestem  w  tobie?  -  Niczym  taranem  przebijał  się 

przez  bramy  jej  ciała,  a  olej,  którym  nasmarował  swój  oręż  pozwolił  na  jej 
otwarcie. Tylko trochę, ale wystarczająco, by prawie w nią wejść. 

Wciągnęła głęboko powietrze. 
On jęknął. 
- Nie możesz tego zrobić. - Kręciła głową raz w jedną, raz w drugą stronę, 

próbując  zsunąć  się  z  łóżka.  Mimo  że  nie  chciał  jej  skrzywdzić,  upajał  się 
panowaniem nad nią. Miał w tym swój cel. 

-  Zaufaj  mi.  -  Zapach  jej  skóry  był  najsilniejszy  na  karku,  wdychał  go  i 

całował delikatną skórę. - Uwielbiam twój smak. Czy wiesz, że od tamtej nocy, 
gdy  się  kochaliśmy,  najbardziej  na  świecie  pragnąłem  zbliżyć  się  do  ciebie  i 
ponownie poczuć twój smak? 

- Nie możesz. 
Ujął  oba  jej  nadgarstki  w  jedną  dłoń,  a  drugą  powędrował  pomiędzy  jej 

piersi, ściskając je razem. 

- Gdy nacierałem olejkiem twoje sutki, jęknęłaś przez sen. 
-  Wyobrażam  sobie  -  powiedziała  zgryźliwie,  mniej  bezbronnie,  bardziej 

jak Tasya. W tej chwili jej sutki różowiły się w jego dłoni jak korale. Ona może 
tego  nie  chciała  -  ciemności  albo  jego.  Ale  jej  ciało  zdradzało  zarówno  jej 
strach, jak i pożądanie. 

-  Niech  cię  szlag!  Zabieraj  się!  -  Próbowała  się  odwrócić.  Delikatnie 

ścisnął  maleńki  koralik,  potem  jeszcze  raz.  Wolny,  stabilny  rytm  gwarantował 
pobudzenie jej zmysłów. 

Jego starania i nieubłagany rytm zdziałały cuda. Oddychała z trudem, a na 

skórę  wystąpiły  kropelki  potu.  Zapach  jej  ciała  stawał  się  coraz  silniejszy, 
mieszając się z zapachami wonnych olejków. 

Jej  ruchy  pod  nim  uświadomiły  mu  jej  siłę  i  słabość,  dowód  jej 

kobiecości. Widział ją. 

Ciemność nie była dla niego przeszkodą. 
Na  jej  twarzy  dostrzegł  mieszaninę  złości  i  strachu,  narastającą 

namiętność i ogromny wysiłek, z którym powstrzymywała te uczucia. 

Tak. Tylko tyle mogła zrobić. Była bez szans. 
Puścił  ją,  by  założyć  prezerwatywę.  Tasya,  korzystając  z  okazji,  rzuciła 

się do ucieczki. 

Ale złapał ją, położył  i zaczął od początku. Przytrzymywał ją,  masował  i 

stymulował.  Tym  razem  nie  protestowała  już  tak  mocno,  zapominając  na 
dłuższą  chwilę  o  ciemności  i  swoim  buncie.  Kiedy  tak  dotykał  jej  w  coraz  to 
innych  miejscach,  pozwalając  jej  odkryć  zupełnie  nowe  doznania,  znowu  wiła 
się  jak  ryba  pozbawiona  wody.  Ale  jej  opór  stopniowo  słabł,  w  końcu 
zaakceptowała jego pieszczoty i rozluźniona, czekała na kolejne doznania. 

background image

Złączył jej nogi, po czym wsunął swoją nabrzmiałą męskość pomiędzy jej 

uda i wyżej, znajdując wejście do jej ciała i goszcząc się tam. 

Splótł  jej  ręce  ponad  głową,  przycisnął  ją  ciężarem  swego  ciała  i 

zamruczał delikatnie do ucha: 

-  Kiedy jestem  tutaj,  gdzie twoje ciało zaczyna  ulegać, to  tylko początek 

przyjemności, a jednak jest ona tak silna, że mam ochotę krzyczeć. Potem, kiedy 
wchodzę trochę głębiej, ty przyjmujesz mnie, ściskasz i obiecujesz raj. 

- Proszę cię. Jest ciemno. 
- Boisz się ciemności? 
- Nie. Niczego się nie boję. 
Pocałował ją w ucho, przygryzł jego płatek, posmakował skóry. 
- Jestem do połowy w środku, a ty się wyginasz. To tak mnie witasz? 
- To nie jest powitanie. 
- Nie jest? Zaraz cię przekonam. 
Dobrze  naoliwioną  ręką  sięgnął  w  dół  jej  brzucha,  pomiędzy  nogi  i  na 

jednym  palcu  przymocował  mały  wibrator.  Włączył  go,  przynosząc  jej 
natychmiastową, niechcianą ekstazę, w tym czasie cały już był w niej. 

Skuliła  się.  Zaczęła  rozpaczliwie  jęczeć.  Wbiła  paznokcie  w 

prześcieradło. Ściskała go wewnątrz i pieściła, wijąc się w ekstazie. 

-  Kiedy  jestem  w  tobie  tak  głęboko,  że  głębiej  już  wejść  nie  mogę,  ty 

nadal jesteś ciasna. - Powinien  był  rozłożyć jej  nogi, bo ta ekstaza była  niemal 
bolesna.  -  Taka  ciasna  i  gorąca...Twoje  mięśnie  szarpią  mnie,  błagając,  bym 
został. Żebym cię wypełnił... 

Powoli  tracił  zdolność  wypowiadania  słów.  Jej  spazmy  i  ruchy  ciągnęły 

go do  nieba, w którym ona już była, a prymitywna bestia w  nim szamotała się, 
by  uciec.  Poruszał  się  w  niej  coraz  szybciej  i  szybciej,  szaleńczo  dążąc  do 
posiadania, wyzwolenia i pokazania jej, że należała do niego. 

Ich rozkosz osiągnęła punkt kulminacyjny, po czym stopniowo przygasła. 
Wyłączył wibrator, upuścił go na podłogę i słuchał, jak wydawała z siebie 

ostatnie spazmy rozkoszy. 

Była wyczerpana. Leżała pod nim, a całe jej ciało drżało, zmęczone. 
Dobrze. Będzie mu łatwiej dokonać tego, co zaplanował na resztę nocy. 
Podniósł  się,  przewrócił  ją  na  plecy,  nachylił  się  między  jej  nogami  i 

pocałował ją tam. 

Gwałtownie odetchnęła, próbowała uciec. Przycisnął dłonią jej brzuch. 
-  Zapomnij  o  ciemności,  zapomnij,  dokąd  jedziemy,  i  o  tym,  kim  jesteś. 

Chcę tylko, żebyś zapamiętała tę przyjemność i tego, kto ci ją daje. 

Całował  ją,  powoli  rozkoszując  się  smakiem  podnieconej  kobiety  i 

usatysfakcjonowanego mężczyzny. 

Nie  mogła  w  to  uwierzyć:  znowu  chciał  się  z  nią  kochać.  Jakby  przed 

chwilą siłą nie zmusił jej do wielokrotnego szczytowania. 

- Nie możesz... Jeszcze nie, nie tak szybko. 

background image

Jednym  ruchem znalazł się  nad  nią. Chwycił jej rękę  i położył  na swoim 

nabrzmiałym penisie. To było nieprawdopodobne, ale był napalony i twardy jak 
skała. 

Ich pierwszej nocy był mężczyzną niecierpliwym, z ogromnym apetytem, 

który  trzymał  na  wodzy.  Tej  nocy  uwolnił  swoje  pragnienia.  Był  zwierzęciem, 
które nie wiedziało, co to cywilizacja. Z niej też zrobił zwierzę. 

Wciskając jej w dłoń zawiniętą w folię paczuszkę, powiedział: 
- Załóż mi to. 
- Nie! 
Nie  widziała  go.  Nie  widziała  kompletnie  nic,  tylko  ciemność,  która 

zaglądała jej w oczy i przerażała ją. Ale czuła jego zapach, wiedziała, że siedzi 
obok niej, a kiedy mówił, czuła jego oddech na swojej szyi. 

-  Jeżeli  o  mnie  chodzi,  to  bardzo  chciałbym  cię  zapłodnić,  Tasyo. 

Chciałbym patrzeć, jak nosisz w brzuchu mojego syna, i jak później karmisz go 
piersią. Gdybym  mógł,  miałbym z tobą  nawet tuzin synów,  i  miałbym sto razy 
większą przyjemność, gdybym  mógł  napełniać cię  moim  nasieniem, ciągle  i od 
nowa. Więc decyzja należy do ciebie, Tasyo Hunnicutt: prezerwatywa czy nie? 

Ciemności  bała  się  tak  samo  jak  zawsze...  ale  przez  niego  zapomniała  o 

wszystkim, poza nim, swoją furią i zachwytem nad jego wzwodem. 

Trzęsły  jej  się  ręce,  kiedy  rozrywała  foliowe  opakowanie.  Wzięła  mały 

zwitek, nałożyła na czubek jego penisa, i rozwinęła aż do jego nasady. 

Nawet się nie poruszył. Siedział bez ruchu, jakby zamienił się w posąg. 
Kiedy skończyła, nadal  trzymała  go w dłoniach. Próbowała przypomnieć 

sobie  metody  samoobrony,  które  znała.  Wcześniej  używała  ich  bez  wahania. 
Kobieta,  która  samotnie  włóczyła  się  po  świecie,  czasami  znajdywała  się  w 
niebezpiecznych sytuacjach. 

Ale to był Rurik. Nie podawał w wątpliwość opowieści o  mordercach jej 

rodziców i towarzyszył jej na każdym kroku w tej podróży. 

Bez pośpiechu pogładziła jego udo. 
Miała  wrażenie,  że  zauważył  jej  uległość.  Była  pewna,  że  uważał  się  za 

wygranego. Wziął ją w ramiona i uniósł. 

Jęknęła, bo wiedziała, co będzie dalej. - Zaufaj mi - to  mówiąc, wtargnął 

do środka. - Zaufaj mi teraz. I ufaj mi zawsze. 

Kiedy  wreszcie  Rurik  odsłonił  rolety,  było  już  od  dawna  widno  i  Tasya 

nie mogła sobie przypomnieć, jak to było nie mieć go w sobie. 

Całował jej usta, wypełniając je swoim językiem. Zawładnął nią całą. 
Klęczał obok łóżka, trzymał ją na kolanach i wchodził w nią. 
Penetrował ją tyle razy, za każdym razem  był silny  i pełny, większy,  niż 

kiedykolwiek  sobie  wyobrażała,  że  może  być  mężczyzna,  niestrudzony, 
zdeterminowany, miał wyraźny cel. 

Zaufaj mi. 
W kółko to powtarzał. 

background image

Miała  jedną  zasadę:  nigdy  nikomu  nie  ufała.  Ta  zasada  nigdy  jej  nie 

zawiodła. 

Więc  dlaczego  teraz  miała  ochotę  zapomnieć  o  niej?  Dlaczego  nareszcie 

wydawało się możliwe sięgnięcie w głąb duszy i wydobycie uczuć, których, jak 
myślała, się pozbyła? 

Miłość i zaufanie... jak ciepłe i jasne te uczucia wydawały się tego ranka. 
Powoli  usiadła  na  łóżku,  odgarniając  włosy  z  czoła.  Rzuciła  okiem  na 

Rurika,  który  leżał  obok,  wciąż  nagi,  patrzył  na  nią  zgłodniałym  wzrokiem, 
jakby nigdy nie przestawał jej pragnąć. 

Nie  wiedziała,  jak  się  zachować,  co  mówić,  jak  być  kobietą,  którą 

uwielbiał. 

Więc wyjrzała przez okno. 
Dotarli do Ruyshvanii. 
Rozpoznała  te  góry:  surowe,  groźne  i  ciemne.  I  doliny,  pełne  rwących 

rzek, z usytuowanymi gdzieniegdzie wioskami. 

Rozpoznała  ruiny  średniowiecznych  zamków  i  kamienie  z  epoki  brązu, 

które wieńczyły szczyty. 

Poznawała to miejsce, ponieważ po raz pierwszy od dwudziestu pięciu lat 

była w domu. Dom. 

Opuściła  wzrok  i  rozpoznała  też  Rurika.  Rozpoznała  w  nim  towarzysza 

podróży,  z  którym  spędziła  noc,  spleciona  w  namiętnym  uścisku,  podczas  gdy 
pociąg toczył się naprzód. 

Mój  Boże,  teraz  choćby  bardzo  chciała,  nigdy  go  nie  zapomni.  Część  jej 

tego chciała. 

Gdyby tylko... gdyby tylko nie okazało się, że Rurik był gotów ryzykować 

życie za nią i jej misję. 

Zaczynał przybierać postać bohatera. 
Teraz  patrzył  na  nią,  jego  oczy  iskrzyły  się  szczerym  uczuciem...  takim, 

które ją zaniepokoiło. Ujął w dłonie jej twarz i mocno pocałował w usta. 

-  Zaufaj  mi,  Tasyo  -  powiedział  znowu.  -  Zawsze  mi  ufaj.  Nigdy  cię  nie 

zranię. Nigdy cię  nie zdradzę. Przysięgam na  nieśmiertelną duszę  mojego  ojca. 
Zaufaj mi. 
 

 

background image

Rozdział 21 

- Co za urocze miejsce - powiedział Rurik, stając na peronie staromodnej 

stacji kolejowej  i rozglądając się wokół. Czas w  miasteczku Capraru zatrzymał 
się.  Zrujnowane  resztki  średniowiecznych  murów  wiły  się  ulicami.  Nieopodal, 
nad rynkiem, górowała masywna wieża zegarowa. 

Dwu-  i  trzykondygnacyjne  budynki  przyozdobione  były  wolutami  w 

bawarskim stylu, a nawierzchnia wąskich uliczek pokryta była brukiem. 

Niewiele  było  tu  nowych  samochodów,  ale  zauważył  wiele  świetnie 

utrzymanych 

modeli 

lat 

sześćdziesiątych, 

siedemdziesiątych 

osiemdziesiątych, omijających pieszych, których pełno było na ulicach. 

- Do upadku Związku Radzieckiego Ruyshvania żyła pod rządami sierpa i 

młota.  Wtedy  władzę  przejął  Czajkowski,  ich  marionetka,  i  stracił  ją  dopiero 
dziewięć lat temu. Po latach okrutnego panowania został obalony i stracony, i od 
tamtej pory ci ludzie walczą, by dorównać cywilizacji dwudziestego pierwszego 
wieku.  W  końcu  ich  oryginalność  znalazła  amatorów  -  Amerykanie  polubili 
czyste  ulice  i  staromodną  gościnność,  i  turystyka  ma  się  tutaj  dobrze.  -  Tasya 
mówiła  jak  przewodnik,  rzeczowo  i  profesjonalnie,  a  na  jej  twarzy  nie  widać 
było śladu emocji. 

To go zaskoczyło. Za każdym razem, kiedy się zatrzymywali, zachwycała 

się  otoczeniem,  interesowała  się  nim  bez  względu  na  to,  ile  razy  je  wcześniej 
widziała. 

Może  napięcie  wywołane  bezskutecznym  poszukiwaniem  ikony  dało  jej 

się  we  znaki.  A  może  po  ostatniej  nocy  czuła  się  skrępowana,  bo  próbowała 
zgadnąć, czego on właściwie chciał. 

A on tyle razy powtarzał: Zaufaj mi. 
-  Zobaczmy,  czy  uda  nam  się  znaleźć  kogoś,  kto  zaprowadzi  nas  do 

klasztoru - powiedział Rurik, kładąc jej rękę na plecach. 

Tasya założyła plecak, poruszając ramionami, jakby nie mogła dopasować 

odpowiedniej długości szelek. 

Dobrze.  Może  wczorajsza  noc  tak  ją  wyczerpała,  że  teraz  każdy  ruch 

sprawia  jej  ból.  Może  z  każdym  ruchem  protestowały  jej  kości,  mięśnie  i 
ścięgna, i myślała o nim i jego staraniach dla jej przyjemności. Zaufaj mi. 

- Może ja go poniosę. - Sięgnął po plecak. 
- Poradzę sobie. - Odsunęła się na bok. 
A może jego plan przyniósł efekt odwrotny do zamierzonego. 
Ostatniej nocy przylgnęła do niego, poddała mu się, zapomniała o strachu 

i  pozwoliła  porwać  się  namiętności.  Może  teraz  jej  irytująca  i  uporczywa 
niezależność  spowodowała  panikę...  ale  to  nie  szkodzi.  Tym  razem  nie  mogła 
uciec. Musiała przecież znaleźć ikonę. 

-  Podobają  mi  się  tutejsi  ludzie  i  ich  zachowanie.  -  Prawie  wszyscy, 

których  widzieli  na  ulicach,  mieli  ciemne  włosy  i  wyraziste  rysy  twarzy,  i 

background image

poruszali  się  z  taką  determinacją,  jakby  od  lego  zależało  ich  życie.  - 
Przypominają mi moją matkę. 

Lekko westchnęła, jakby ją tym zaskoczył. 
- Mnie też przypominają matkę. 
Mówiła o swojej matce? Może w końcu zdecydowała się mu zaufać. 
Rurik uważnie wsłuchiwał się w miejscowy dialekt. Brzmiał podobnie do 

języka  rosyjskiego,  którego  nauczyli  go  rodzice,  ale  miał  też  wiele  z 
hiszpańskiego  i  portugalskiego...  i  pomimo  że  bardzo  się  starał,  nie  mógł  nic  a 
nic zrozumieć. 

- Znasz tutejszy język? 
- Nie! Niby skąd miałabym go znać? 
- No nie wiem. Słyszałem, jak mówiłaś po francusku... 
- Słabo! 
- ...niemiecku, i japońsku do tych turystów. 
-  Nie  znam  wszystkich  języków  świata,  wiesz?  Jestem  tylko 

fotoreporterką, a nie Wieżą Babel. 

-  Dobrze,  już  dobrze!  Pomyślałem  tylko,  że  może  znasz  kilka  słów  w 

języku Ruyshvanii. 

Rany, ale była opryskliwa. 
Kiedy  jego  matka  i  siostra  zachowywały  się  w  ten  sposób,  on  i  brat 

wiedzieli, 

że 

lepiej 

wtedy 

zejść 

im 

drogi. 

Zespół 

napięcia 

przedmiesiączkowego to nie żarty... jego bracia byli zgodni co do tego, że lepiej 
było na ten czas spakować walizkę i wyprowadzić się z domu. 

Często  też  używali  tej  wymówki,  żeby  wymknąć  się  z  domu.  Rozbijali 

obóz w górach, łowili ryby w strumieniu, i serdecznie współczuli ojcu, który w 
tym czasie przebywał w domu z dwiema naprawdę zrzędliwymi kobietami. 

Ale  Rurik  nie  mógł  uciec  od  Tasyi.  Nie  byłaby  wtedy  bezpieczna,  poza 

tym nie chciał tego. 

Może  z  tego  samego  powodu  ojciec  zostawał  w  domu,  zamiast  razem  z 

synami  oddać  się  miłemu  relaksowi.  Bez  względu  na  nastrój  Zorany,  ciągle 
chciał z nią być. 

Nic dziwnego, że ludzie  mawiali, że  miłość to trzy części chwały  i jedna 

część cierpienia. 

- Może pójdziemy do informacji turystycznej? - zaproponował Rurik. 
Odprężyła się i uśmiechnęła. Przelotnie, ale jednak. 
Znalazł policjanta, który mówił po angielsku, a on skierował ich do hotelu 

na rynku. Kiedy odchodzili, Tasya spojrzała na niego przez ramię. 

Rurik też rzucił okiem. 
Policjant  przyglądał  się  im.  Właściwie,  przyglądał  się  jej.  Stanęła  przed 

wskazanym przez policjanta hotelem i wyglądała na niespokojną. 

- Co się stało? - zdziwił się Rurik. - Jesteś ładną dziewczyną i ludzie przez 

cały czas gapią się na ciebie. Nie zauważyłaś? 

background image

- Jasne, jestem ładną dziewczyną. - Poprawiła szelki plecaka. - To miejsce 

jest po prostu odrażające. 

Rurik rozejrzał się wokół. 
-  Dwadzieścia  tysięcy  mieszkańców,  czysto  i  miło,  całe  mnóstwo 

restauracji. Co w tym odrażającego? 

- Nic. 
Uniósł brwi ze zdziwienia. 
- Naprawdę, nic. 
Otworzył przed nią drzwi do hotelu i wszedł za nią do środka. 
Przyjemne miejsce. Kameralne, czyste. Za kontuarem stała kobieta. 
Była mniej więcej w wieku jego matki, uśmiechnęła się do niego tak, jak 

kobieta uśmiecha się do mężczyzny, który jej się podoba. 

Świetnie. Tak bardzo zabiegał o Tasyę, a ona ciągle  uciekała, że uznanie 

tej kobiety było jak balsam na jego nadszarpnięte ego. 

- Stroszysz piórka - mruknęła Tasya. 
-  I  jestem  w  tym  dobry.  -  Rurik  rzucił  okiem  na  plakietkę  z  imieniem 

kobiety, oparł się o kontuar, uśmiechnął się najbardziej czarująco jak potrafił,  i 
zapytał: - Belo, czy mogę tutaj wynająć przewodnika? 

- Trafił pan pod właściwy adres. - Bela wyjęła formularz, umieściła go na 

twardej podkładce  i wzięła długopis. - Chce pan obejrzeć coś konkretnego, czy 
ma pan ochotę na wycieczkę po naszej uroczej okolicy? 

-  Chcemy  pojechać  do  klasztoru  Najświętszej  Maryi  Panny  -  powiedział 

Rurik. 

Długopisem rozdarła papier. 
-  Do  klasztoru?  Ależ  tam  nie  ma  nic  do  oglądania.  To  nie  jest  właściwe 

miejsce, żeby zacząć tam zwiedzanie, a Czajkowski zabrał stamtąd wszystko, co 
było  wartościowe.  Okolica  też  nie  jest  zbyt  ciekawa.  Już  dawno  nie  ma  tam 
żadnych  świętych  przedmiotów.  Może  zainteresuje  pana  wycieczka  do 
Chorwacji? 

- Nie - nalegał Rurik. - Klasztor. 
Uśmiech Beli przygasł. Odłożyła długopis i oparła się o kontuar. 
- Żaden przewodnik nie zgodzi się tam pójść. 
- Dlaczego? - zapytał Rurik. Podprowadziła ich do okna. 
- Widzi pan to wzgórze? 
Na  oko  Rurika,  wyglądało  bardziej  jak  góra  wyrastająca  nad 

miasteczkiem,  skalista  i  porośnięta  lasem,  wznosząca  się  ku  słońcu,  łapiąca 
płynące smugi chmur. 

-  Ludzie  mówią,  że  to  wzgórze  przynosi  pecha.  Ja  tak  nie  twierdzę, 

oczywiście.  Ale  ludzie  uważają,  że  jest  nawiedzone.  Mówią,  że  lepiej  nie 
chodzić  tam  nocą,  a  droga,  która  tam  prowadzi,  jest  w  tak  kiepskim  stanie,  że 
niemożliwe jest dostać się tam i wrócić jednego dnia. Klasztor jest na tej górze. 
Klasztor i... - Bela zadrżała. - Ta góra to niedobre miejsce. 

- Musimy się tam dostać. - Tasya nie mogła już dłużej wytrzymać. 

background image

Bela wyglądała, jakby dopiero teraz ją zauważyła. Zmierzyła ją wzrokiem 

i pokiwała głową, jakby po raz pierwszy zrozumiała ich determinację. 

-  Jasne.  Te  opowieści  to  tylko  przesądy,  ale  to  Ruyshvania.  Trudno  tutaj 

nie wierzyć w przesądy. Rozumie pani. 

- Tak - powiedziała Tasya. - Rozumiem. 
-  Mogę  zaproponować  wypożyczenie  samochodu  i  dobrą  mapę.  -  Bela 

była  nie  tylko  recepcjonistką,  ale  też  agentem  biura  podróży  i  zajmowała  się 
wypożyczaniem  samochodów.  Wyjęła  kolejny  formularz,  umieściła  go  na 
podkładce  i  podsunęła  Rurikowi.  -  Jest  tam  jeszcze  jedna  zakonnica,  ale 
podobno jest lekko stuknięta. 

- Jedna zakonnica? 
- Siostra Maria Helvig. - Bela potrząsnęła głową. - Za nic nie chce opuścić 

klasztoru  i  zamieszkać  w  mieście.  Cóż,  mieszka  tam,  odkąd  skończyła 
osiemnaście  lat  i  przez  te  wszystkie  lata  patrzyła,  jak  siostry  po  kolei 
odchodziły, albo były, hmm, no cóż, umierały, i teraz jest sama. 

- To wystarczy, żeby zwariować - zgodził się z nią Rurik. 
-  Ona  jest  nieszkodliwa  -  zapewniła  ich  Bela.  -  Jestem  pewna,  że 

podobnie jak góra. 

Kiedy Rurik zwrócił wypełniony formularz, Bela uśmiechnęła się szeroko 

i dostrzegł blask złotego zęba. 

- Przynajmniej nic złego nie spotka cię tam, na górze - dodała Bela. 
To było dziwne, ale mówiła tylko do Tasyi. 

 

 

background image

Rozdział 22 

Godzinę później Rurik i Tasya jechali pod górę stromą, krętą drogą. 
Kiedy  Rurik  obejrzał  się,  zobaczył  jak  miasteczko  Capraru  pojawia  się  i 

znika za ostrymi zakrętami. 

Sprzęgło  było  luźne,  pięciostopniowa  skrzynia  biegów  zgrzytała  za 

każdym razem, kiedy zmieniał bieg, a kierownica była po niewłaściwej stronie. 
Ale Rurik przez całe swoje życie przemierzał górskie drogi, więc nie było to dla 
niego nic nowego. 

Ale  dlaczego  Tasya  wzdrygała  się  za  każdym  razem,  kiedy  pokonywali 

kolejny  zakręt?  Czyżby  tak  ją  przestraszył  podczas  podróży  przez  Niemcy  do 
Wiednia?  Fakt,  że  jechał  wtedy  jak  szalony,  ale  pędził  mercedesem  po 
autostradzie i opony nie ślizgały się po nawierzchni. 

Mógł  na  nią warknąć, tak jak robił jego ojciec, kiedy  matka chwytała się 

deski rozdzielczej, albo mógł spróbować ją czymś rozerwać. 

-  Wygląda  na  to,  że  Ruyshvania  doszła  już  do  siebie  po  panowaniu 

dyktatora - powiedział. 

- Tak - mruknęła i zgrzytnęła zębami, kiedy podskoczyli na wyboju. 
-  Niestety  -  powiedział.  -  Bela  miała  rację.  Ta  droga  jest  marna.  Ale 

miasteczko kwitnie. Ciekawe, dlaczego jej nie naprawią. 

- Boją się przyjść tutaj, na górę. 
Minęli  kolejny  zakręt,  za  którym  droga  rozwidlała  się.  Ta  w  prawo  była 

wybrukowana,  a  w  lewo  żwirowa.  Obie  wyglądały  na  nierówne  i  mało 
uczęszczane. Rurik chciał skręcić na tę brukową. 

- Skręć w lewo - powiedziała Tasya. Zwolnił. 
- Ale Bela powiedziała... 
- Skręć w lewo. 
- Droga w prawo jest wybrukowana. 
- Ale z mapy wynika, że droga w lewo jest krótsza. Spojrzał na nią. 
Wolała  być  wszędzie,  byle  nie  tutaj.  Może  dlatego,  że  ostatniej  nocy 

śmiertelnie  ją  przestraszył  swoimi  obietnicami  lojalności  i  żądaniem  jej 
zaufania. 

A  może  wyczuła  w  tym  miejscu  coś  niedobrego?  Jakąś  zimną  wrogość, 

podobną do tej na wykopaliskach przy kurhanie? 

- Dobrze, zrobimy, jak mówisz. - Położył dłoń na jej kolanie. 
Po chwili wahania położyła swoją dłoń na jego ręce. 
- Tak, proszę, zróbmy tak. 
Może  w  końcu  zaczynała  mięknąć  w  stosunku  do  niego.  Wrzucił  bieg  i 

skręcił w lewo. 

Ku jego zaskoczeniu, Tasya miała rację. Po przejechaniu jakichś piętnastu 

kilometrów  koszmarną  drogą  minęli  zakręt...  i  zajechali  prosto  przed  bramę 
klasztoru Najświętszej Maryi Panny. 

background image

Zaparkował i wysiedli. Klasztor był stary, okazały i przykuwał uwagę. 
A ten widok! Rurik wychował się w górach w Waszyngtonie. 
Podczas  swoich  podróży  jako  pilot  i  archeolog  miał  okazję  podziwiać 

wiele zapierających dech w piersiach widoków. 

Ale w górach Ruyshvanii był jakiś... starożytny duch. Szczyty gór mieniły 

się światłem i cieniem. Szeptem snuły opowieści o zdradzie i poświęceniu. A w 
oddali  kolejne  szczyty  wdzierały  się  w  linię  horyzontu,  za  nimi  inne,  coraz 
bledsze, i następne, aż całkiem bladły, zlewały się i nikły w błękicie nieba. 

Kiedy  w  końcu  zdołał  oderwać  wzrok  od  tego  widoku,  rozejrzał  się 

wokół.  Tutaj  też  pełno  było  kontrastów:  pośród  kłębów  długiej,  szmaragdowej 
trawy  niespokojnie  sterczały  odłamki  skał.  Klify  przecinały  na  pół  zagajniki 
drzew  iglastych.  Urwiste  szczyty  górskie  pokryte  były  gęstymi  zaroślami, 
skrywającymi  pod  swoją  pozornie  miękką  zielenią  twarde  gałęzie  i  długie 
ciernie, które odpierały ataki najeźdźców. 

Odwrócił się w stronę klasztoru. 
Jego kamienne mury przyozdobione były filigranami i rzygaczami. 
Wysoko  ponad  klasztorem  wznosiły  się  krzyże,  przecinając  czyste, 

błękitne niebo. 

Kaplica z  małymi witrażowymi  oknami  i  pięknymi drzwiami,  na których 

wyrzeźbiono postacie świętych, była najstarszym i najmniejszym budynkiem na 
terenie  klasztoru.  Tak  samo  jak  pierwotność  góry,  czuć  tu  było  świętość 
klasztoru. 

To miejsce pełne było sprzeczności i skrywało wiele tajemnic. 
Przed  bramą  klasztoru  stanęła  drobna  kobieta  ubrana  w  czarno-biały 

habit. 

Siostra Maria Helvig. 
Okulary  o  szkłach  grubych  jak  dno  butelki,  które  miała  na  nosie, 

powiększały  jej  bladoniebieskie  oczy  i  jasne  rzęsy.  Na  głowie  miała  kornet, 
ciasno  przylegający  do  podbródka,  a  twarz  o  ostrych  rysach  pokryta  była 
siateczką  drobnych  zmarszczek.  Uśmiech  rozjaśnił  jej  twarz  na  widok  Tasyi. 
Pospieszyła w jej kierunku z wyciągniętymi rękami. 

Tasya była onieśmielona, cofnęła się ruchem tak szybkim, że  uznał to za 

niechęć. Potem jednak uśmiechnęła się i wyszła na powitanie zakonnicy. 

Siostra  Maria  Helvig  wzięła  Tasyę  za  ręce,  ucałowała  je  z  zapałem  i 

powiedziała po angielsku, z silnym akcentem: 

- Czekałam na ciebie. 
Rurik stał, wpatrując się w zakonnicę. Podeszła do niego z wyciągniętymi 

dłońmi, a on założył ręce do tyłu i ukłonił się jej nisko. 

-  To  dla  mnie  zaszczyt,  że  mogę  siostrę  poznać.  Siostra  Maria  Helvig 

zatrzymała się i uśmiechnęła. 

- Oczywiście. Powinnam była cię rozpoznać! Powiedział mi o tobie. 
- Kto siostrze powiedział? - zapytał Rurik ostro. 
Zakonnica wskazała na niebo. 

background image

- On. 
Twarz  Rurika  złagodniała.  Uśmiechnął  się  i  jak  uczeń  katolickiej  szkoły 

pokornie spuścił wzrok. 

- A powiedział siostrze, jak to się skończy? 
- On tego nie wie. Ale ma nadzieję, że podejmiecie słuszne decyzje. 
Rurik podniósł wzrok, ale już się nie uśmiechał. 
- Ja też mam taką nadzieję. 
Siostra Maria Helvig zrobiła nad nim znak krzyża. 
-  Jestem  taka  samotna,  odkąd  siostry  nie  żyją.  Tak  się  cieszę,  że 

przyszliście odwiedzić... macie klucz? 

Tasya wpatrywała się w zakonnicę. 
- Czy mamy klucz? Do czego? 
- Przepraszam. - Siostra wyglądała na zdezorientowaną. - Powiedzieli, że 

ktoś może przyjść po ikonę. 

Rurik i Tasya zastygli w bezruchu i patrzyli na zakonnicę. 
- Po ikonę? Wie siostra, gdzie jest ikona? 
- Nie, ale jest gdzieś tutaj. Tak mówi legenda. 
- Jaka legenda? 
Maria Helvig wsunęła ręce w rękawy. 
-  Prawie  tysiąc  lat  temu  wielki  król  z  zachodu  otrzymał  dar  od 

pokonanego  gubernatora.  Dar  ten  dawał  jego  właścicielowi  niezwykłą  moc, 
przynajmniej  tak  twierdził  gubernator.  Ale  gubernator  nienawidził  króla,  który 
go pokonał, i to był okrutny podstęp. Bo prezentem była ikona, przedstawiająca 
Maryję Dziewicę z synem, a tego, kto był w posiadaniu ikony, a nie miał dobra 
w sercu, odtąd prześladował pech. 

Rurik słuchał tego, co mówiła, a serce zaczęło mu walić jak oszalałe. 
To było to miejsce. Był o tym przekonany. 
Tymczasem siostra Maria Helvig mówiła dalej. 
-  Gubernator  zestarzał  się  i  umarł,  śmiejąc  się  z  podstępu,  jaki  zrobił 

swojemu  panu.  I  niedługo  potęga  króla  miała  się  skończyć.  Stał  się  bezsilny 
wobec  swoich  wrogów  -  a  przyjaciół  nie  miał.  Wtedy  wysłał  nam  ikonę  na 
przechowanie. I od tamtej pory jest tutaj. 

- Jak wygląda? - zapytał Rurik. 
- Nie wiem, nigdy jej nie widziałam - powiedziała słodko siostra. 
- A gdzie jest przechowywana? - zapytała Tasya. 
- Nie wiem. Tego nikt nie wie. 
-  A  więc  siostra  nie  jest  pewna,  czy  ikona  tutaj  jest?  -  Rurik  próbował 

ukryć rozczarowanie. 

Zakonnica  roześmiała  się  lekkim,  dźwięcznym  śmiechem,  który  nie 

pasował do jej wyglądu. 

-  Oczywiście,  że  jest.  Prawda,  siostry?  -  Odwróciła  się  i  nieruchomym 

wzrokiem wpatrywała się w drzwi kościoła. 

background image

Rurik też się odwrócił, spodziewając się, że zobaczy... kogoś. Może nawet 

więcej osób. A nie powietrze. 

Siostra  Maria  Helvig  pokiwała  głową,  jakby  niewidzialne  zakonnice 

zgodziły się z nią. 

-  A  gdzie  indziej  miałaby  być?  To  jest  najświętsze  miejsce  w  całej 

Ruyshvanii, a może nawet w całym cesarstwie. 

- Cesarstwie? - Rurik wytarł dłonią czoło, zdezorientowany. 
- Myślę, że siostra ma na myśli Cesarstwo Rzymskie - powiedziała Tasya. 
- Oczywiście. Chodźcie, coś wam pokażę. - Siostra Maria  Helvig  może  i 

wyglądała staro, ale, niczym młoda kobieta, żwawo poszła pod górę. 

Rurik  i  Tasya  poszli  za  nią  wąską  ścieżką.  Przeszli  przez  niewielki 

zagajnik, a kiedy wyszli na słońce, nagle wyrósł przed nimi klif, dzieląc górę na 
dwie części - a może raczej łącząc dwa szczyty w jeden. 

Jako że nie dbała zbytnio o sprawy ziemskie, siostra Maria Helvig weszła 

na wąską ścieżkę, która wcinała się w poprzek klifu. 

Tasya  zatrzymała  się  przy  urwisku  i  spojrzała  w  dół.  Było  głębokie  na 

jakieś trzydzieści metrów, a w dole leżały ostre głazy. Cofnęła się. 

- Rurik, nie mam lęku wysokości. Lubię latać, wiesz przecież. 
Uśmiechnął się. 
- Wiem. 
- Szkoda, że nie mam przy sobie mojego ultralighta. - Wskazała palcem w 

górę, potem w dół. - Ale jeden niewłaściwy krok na tym klifie i nie polecę, ale 
runę w dół. 

- Masz rację. 
-  Ale  co  mam  zrobić,  skoro  ta  starsza  zakonnica  właśnie  się  tamtędy 

przechadza? Mam jej powiedzieć, że się boję? 

-  Jest  taka  urocza,  jestem  pewien,  że  zrozumiałaby.  Rurik  doskonale 

wiedział, co teraz powie i zrobi Tasya. 

-  Nie  bądź  głupi  -  burknęła  i  zrobiła  pierwszy  krok  na  klif.  Szedł  tuż  za 

nią. 

- Nic na to nie poradzę, to leży w  mojej naturze. Moja mama zawsze tak 

mówi. 

Ścieżka  wyglądała,  jakby  została  wyznaczona  wśród  skał  przez  palec 

boski i kiedyś była gładka i prosta. Lata zamarzania i roztopów, ulewne deszcze 
i zaspy śniegu zniszczyły drogę, strzępiąc ją niczym starą wstążkę. 

Kamienie  kruszyły  się  pod  ich  stopami,  całkowicie  odcięły  im  drogę  i 

musieli skoczyć na następny poziom. 

Przed  nimi  siostra  Maria  Helvig  skakała  po  skałach  jak  kozica  górska, 

posuwając się do przodu i wołając do nich: 

- Pospieszcie się! Wleczecie się tak, że noc nas tam zastanie. 
- Tam, czyli gdzie? - zapytał Rurik. 
Tasya  nic  nie  odpowiedziała.  Przeskoczyła  przez  następną  rozpadlinę  i 

zamarła, kiedy warstwa kamieni stoczyła się ze skały tuż za nią. 

background image

Przyciskając plecy do klifu, spojrzała przerażona na Rurika. 
- Pomożesz mi? 
Skoczył, wylądował obok niej i przyparł ją do skały. 
-  Nie  martw  się  o  mnie.  Jeżeli  będę  musiał,  potrafię  latać.  Nachylił  się, 

przywarł do niej ciałem i pocałował. 

- Nie bój się - szepnął. - Po tym, co przeszliśmy, nie wydaje mi się, żeby 

naszym przeznaczeniem było spaść ze skały. 

Tasya kurczowo zaciskała dłonie  na koszuli Rurika, a jej niebieskie oczy 

patrzyły ciepło, kiedy go trzymała. 

- A może Bóg nie lubi mądrali. 
- Jeśli Bóg mnie nie lubi, to ma ku temu ważniejszy powód - powiedział i 

wziął ją za rękę. - Chodź, poprowadzę cię. 

Musiała  być  skonsternowana,  bo  go  puściła.  Za  każdym  razem,  kiedy 

stawali w miejscu, gdzie ścieżka osuwała się, on podskakiwał, potem chwytał jej 
rękę,  kiedy  ona  skakała,  i  śmiał  się  do  siebie,  czując  się  tak  silnym  i 
opiekuńczym,  podczas  gdy  wiedział,  że  spokojnie  poradziłaby  sobie  bez  jego 
pomocy. 

Kiedy  dotarli  na  drugą  stronę,  zastali  tam  siostrę  Marię  Helvig 

podziwiającą widok zapierający dech w piersiach. Z tej części  góry widać było 
zbieg  dwóch  rzek,  połączenie  dwóch  dróg  i  łańcuch  szczytów  górskich,  które 
zmniejszały się, aż dotknęły horyzontu. 

- Nie miałem pojęcia, że ten kraj jest tak piękny - powiedział zachwycony 

Rurik. 

Zakonnica uśmiechnęła się. 
-  To  miejsce  jest  pierwszym  w  Ruyshvanii,  które  zostało  uznane  za 

święte.  Ale  to  poganie  odprawiali  tutaj  swoje  obrzędy.  -  Wskazała  na  górę,  na 
kamienny  ołtarz  z  rzeźbionego  granitu,  szeroki  na  dwa  i  pół,  głęboki  na  metr. 
Wsparty  był  na  grubych  filarach,  które  unosiły  go  nad  ziemią  i  przedstawiały 
niebu. 

Rurik  rozpoznał  ten  kamień.  Był  podobny  do  stojących  kamiennych 

bloków,  które  występowały  w  Europie  i  Wielkiej  Brytanii.  Leżały  tak  od 
czterech tysięcy lat, lub dłużej, cuda techniki prymitywnego człowieka. 

-  Kościół  dotarł  do  Ruyshvanii  bardzo  wcześnie  -  opowiadała  im  siostra 

Maria Helvig - około trzeciego wieku, ale żadną siła nie mogła ruszyć kamienia. 
Więc  zajęli  drugą  połowę  góry,  gdzie  zbudowali  święty  dom  ku  czci  naszego 
Pana, a tutaj w ciszy można czcić przyrodę, i tak żyjemy tu razem w zgodzie. 

-  Nic  dziwnego,  że  poganie  uznali  to  miejsce  za  święte  -  powiedział 

Rurik. 

-  To  jeszcze  nie  wszystko.  -  Maria  Helvig  pociągnęła  go  za  rękaw,  i 

poprowadziła  do  sterty  ostrych  skał  obok  spalonego  pnia  wielkiego  niegdyś 
drzewa. 

W środku sterty kamieni zobaczył dziurę, czarną i nieprzeniknioną. 
Tasya nie poszła za nimi. 

background image

- Spójrz. Jaskinia! - zawołał do niej Rurik. 
Stała, wpatrując się w szczyt góry i potrząsnęła głową. 
- Wejście do krainy cieni. Mówi się, że to droga do piekła. 
- Siostra zatoczyła się w bok, jakby ktoś ją popchnął. - Już dobrze, siostro 

Tereso!  Opowiem  im  inną  historię.  Po  co  te  nerwy?  -  Zakonnica  westchnęła 
udręczona  i  dodała:  -  Mówi  się  też,  że  to  tajemnicza  droga  ewakuacyjna, 
używana  przez  rodzinę  królewską  Ruyshvanii  w  razie  zagrożenia.  Podobno 
przechodzi pod górą i wychodzi po jej drugiej stronie, na Węgrzech. Ale wersja 
o drodze do piekła z pewnością brzmi ciekawiej, prawda? 

Rurik  polubił  siostrę  Marię  Helvig.  Podobała  mu  się  jej  dziecinna 

bezpośredniość, i to, że nie oceniała i nie potępiała pogan, którzy odprawiali tu 
swoje obrzędy dawno temu. 

- To bardzo pasjonujące, siostro. Gdzie mieszka rodzina królewska? 
-  Cała  rodzina  Dimitru  już  nie  żyje.  Przynajmniej  tak  mówią  ludzie.  A 

mieszkali tam, na górze. - Zakonnica wskazała w kierunku wierzchołka góry. 

W Ruriku obudził się instynkt. 
- Co się z nimi stało? - zapytał. 
- Zostali zamordowani. To było dwadzieścia pięć lat temu, ciemność nocy 

rozświetlał ogień, a ciszę przenikały przeraźliwe krzyki. 

Przyglądał  się  siostrze  Marii  Helvig,  która  mówiła  łagodnie,  jakby 

przypominając sobie tamte wydarzenia. 

Popatrzył na Tasyę. Dalej wpatrywała się w wierzchołek góry, jej zwykle 

ożywiona twarz była bez wyrazu. 

-  Siostry  mówią,  żeby  wam  powiedzieć,  że  drzewo  obok  jaskini  było 

stare,  wysokie  i  zielone,  było  symbolem  rodziny  królewskiej.  Je  też  spalili, 
tamtej  nocy  cała  Ruyshvwania  pogrążyła  się  w  żałobie.  -  Przeżegnała  się,  i 
powiedziała coś bezgłośnie. 

Tasya słyszała, co mówiła. Odwróciła głowę. 
- Lepiej już chodźmy. Rurik musiał się upewnić. 
- Tasya, spójrz na tę jaskinię. Kiedy skończymy, chciałbym sporządzić jej 

mapę. Co ty na to? 

Tasya rzuciła okiem na dziurę, a potem, jak zaczarowana, patrzyła na nią 

bez mrugnięcia okiem. 

-  Ta  jaskinia  prowadzi  do  piekła,  a  ja  nie  wejdę  tam  za  żadne  skarby.  - 

Popatrzyła  na  niego,  hardo  unosząc podbródek, jej oczy były  tak  niebieskie, że 
wyglądały  jak  odłamki  zimowego  nieba.  -  Byłam  już  wcześniej  w  tej  jaskini. 
Jestem  członkinią  rodziny  królewskiej.  Uciekałam  przez  nią.  Jestem  ostatnim 
żyjącym  Dimitru  na  ziemi.  Teraz  już  znasz  wszystkie  moje  tajemnice  i  moje 
życie jest w twoich rękach. 
 

 

background image

Rozdział 23 

-  Siostry  podpowiadają  mi,  że  może  chcielibyście  zwiedzić  opactwo  - 

powiedziała  Maria  Helvig,  stojąc  przed  klasztorem,  radosna  jak  zwykle,  jakby 
cała trójka nie odbyła wycieczki do starych, złych wspomnień. 

-  Oczywiście.  Jeżeli  ikona  gdzieś  tu  jest,  musi  być  sposób,  żeby 

dowiedzieć  się  gdzie.  -  Rurik  był  bardzo  pewny  siebie.  Mówił  jak  człowiek, 
który  prawdopodobnie  nigdy  nie  słyszał  krzyków  mordowanych  ludzi,  ani  nie 
czuł  zapachu  palącego  się  ciała  i  myślał,  że  piekło  związane  jest  z  życiem 
pozagrobowym. 

Zakonnica podniosła rękę i przekrzywiła głowę, jakby nasłuchiwała. 
- Mamy niewiele czasu - powiedziała w końcu. 
Tasya  spojrzała  na  słońce,  które  właśnie  chyliło  się  ku  zachodowi,  a  nie 

chciała być tam, na górze, kiedy się ściemni. 

-  Siostry  sugerują,  żebyś  ty,  młody  człowieku,  rozejrzał  się  wokół 

zabudowań  -  siostra  Maria  Helvig  wzięła  Tasyę  za  rękę  -  a  ta  młoda  dama  i  ja 
poszukamy w kaplicy. 

Rurik  przybrał  dziwny  wyraz  twarzy,  wyglądał,  jakby  poczuł  ulgę  i  nie 

był ani trochę zaskoczony. 

- To dobry plan - uznał. 
Tasya  nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  się  go  pozbędzie.  W  tej  chwili 

żywiła  taką  urazę  do  niego  i  jego  rodziny  w  Waszyngtonie,  do  jego  czystego 
sumienia i pewności siebie, że ledwie mogła na niego patrzeć. 

Zatrzymała  się  w  progu  kaplicy.  Była  wąska  i  wysoka,  miała  witrażowe 

okna  umieszczone  wysoko,  w  środku  ustawione  były  połamane  ławki. 
Pajęczyny  pokrywały  sufit  i  zwisały  z  żyrandola,  ale  ołtarz  był  nieskazitelny  - 
przykryty białym, czystym obrusem haftowanym złotą nitką, starym i cienkim. 

Siostra  Maria  Helvig  zanurzyła  palce  w  święconej  wodzie  i  przeżegnała 

się, po czym znowu zanurzyła je i zrobiła nimi znak krzyża na czole Tasyi. 

- Lepiej to zrobić - powiedziała. - Jesteś zbyt zła na Boga, żeby uczynić to 

sama. 

To była prawda, ale skąd zakonnica o tym wiedziała? 
- Zawsze myślałam, że ikona musi być gdzieś tutaj. - Prowadziła Tasyę w 

kierunku ołtarza. - Zawsze to chłopaki chcą mieć zabawę, a ja myślę, że byłoby 
miło,  gdyby  dla  odmiany  któraś  z  nas,  dziewczyn,  się  zabawiła.  Więc  ty  ją 
znajdziesz. 

- Ma siostra jakiś pomysł, gdzie mam szukać? 
-  Mam  wiele  pomysłów!  -  Zakonnica  klasnęła  w  dłonie.  -  Pomyślałam... 

no co? 

Popatrzyła na jedną z niewidzialnych postaci, które stały obok niej. 
- O co chodzi? - zapytała Tasya. Siostra Maria Helvig ciężko westchnęła. 
- Siostra Catherine nalega, żebym ci nie pomagała. 

background image

Tasya  przygryzła  wargi.  To  nie  było  miejsce  i  czas  na  przeklinanie,  ani 

też siostra Maria Helvig nie była osobą, która na to zasługiwała. 

Ale miała ochotę przeklinać. 
Stara  zakonnica  przyglądała  się  Tasyi,  gdy  ta  podeszła  do  ołtarza  i 

patrzyła na podłogę, ściany i sufit. Przeszła przez jedną boczną nawę do drugiej. 
Kaplica  była zbudowana ze starych kamieni, rozpadającego się drewna  i  nawet 
jeżeli  kiedyś  znajdował  się  gdzieś  tutaj  znak  ze  strzałką  wskazujący,  gdzie  jest 
ikona, od dawna go nie było. 

-  Może  gdybyś  usiadła  i  zastanowiła  się  nad  tym...  -  zasugerowała 

zakonnica. 

Tasya  podejrzewała,  że  jej  sugestia  była  niczym  więcej,  jak  tylko  próbą 

skłonienia  jej  do  religijnej  kontemplacji,  ale  sama  zakonnica  nigdzie  się  nie 
wybierała. Nauka nie poszła w las, Tasya przyklękła, pośliznęła się i uderzyła w 
ławkę w pobliżu ołtarza. 

-  Jeśli  będziesz  mnie  potrzebowała,  zawołaj.  -  Siostra  Maria  Helvig 

oddaliła się w głąb kaplicy, szeleszcząc habitem pośród panującej tam ciszy. 

Tasya  westchnęła  i  rozejrzała  się  wokół.  Była  tutaj  już  wcześniej,  jako 

dziecko patrzyła w górę na zastępy zakonnic... Przymknęła oczy. 

Trwała  w  tym  stanie  między  jawą  a  snem,  kiedy  nic  nie  miało  sensu...  i 

wszystko było  możliwe. Jej umysł  unosił się,  uwolniwszy się z ciała. Spojrzała 
na siebie z góry, wyczerpane biedactwo, skulone w ławce. 

Jej dłonie spoczywały na kolanach. Podbródek miała oparty na piersi. 
Oczy zamknięte. 
Zobaczyła drzewo, jego gałęzie sięgały nieba, a liście szumiały spokojnie 

i  obiecująco.  Usłyszała  męski  głos...  Tasya,  maleńka,  tak  długo,  jak  ty  żyjesz, 
ten dąb nie zginie. 

Ale dąb umarł. Umarł w płomieniach. 
A  ona  żyła.  Żyła  po  to,  żeby  się  zemścić,  ażeby  zemsta  była  pełna, 

potrzebowała ikony. 

Była już blisko. Bardzo blisko. 
Światło  jej  świadomości  rozpraszało  się  na  wszystkie  strony,  szukając 

klucza i zamka, do którego mogłaby go wetknąć. 

Jakaś dziwna siła pchała to światło w kierunku ołtarza. 
To  miało  sens,  ale  Tasya  szukała  po  całej  kaplicy...  a  światło  krążyło  i 

krążyło,  osiadając  na  podłodze  i  w  szczelinach  między  kamieniami,  gdzie 
niegdyś twarda zaprawa pokruszyła się w pył. 

Ktoś był pochowany pod ołtarzem. 
Oczywiście. Przygoda Rurika  i Tasyi zaczęła się w grobowcu w Szkocji. 

Równie dobrze mogła się skończyć w grobie w Ruyshvanii. 

Światło  świadomości  znalazło  skrzynię  ze  skarbem,  podobną  do  tej  w 

Szkocji. Wisiało w powietrzu. Czekało. 

background image

Nie  mam  klucza!  Tasya  unosiła  się  w  powietrzu  z  wyciągniętymi 

ramionami.  Nie  mogę  użyć  czegoś,  czego  nie  mam!  Nagle  otworzyła  oczy  i 
stanęła na nogach. Musiała mieć klucz. 

Po  raz  pierwszy,  odkąd  była  w  podróży,  sięgnęła  do  swojego  plecaka. 

Podniosła  go  z  podłogi  i  położyła  na  ławce.  Rozsunęła  zamek  głównej 
przegródki. Ale nie było tam klucza. 

Nie było go też w przegródce bocznej. Ani w tej głupiej, małej przegródce 

na  telefon  komórkowy,  ani  tej  na  wizytówki  i  zapinanej  na  rzep  kieszeni  na 
długopisy. 

Nie  było  go  też  w  siatce  ze  zmianą  ubrania  ani  w  usztywnionej  kieszeni 

na komputer. 

Poirytowana, odgarnęła włosy z czoła. 
Ktoś go ukradł. 
- Nie - szepnęła. 
Musiał gdzieś tu być. Zawsze coś jej ginęło w plecaku. Obmacywała jego 

dno, boki... i w końcu w kieszeni na butelkę wymacała kształt, którego szukała. 
Długie, zardzewiałe, stalowe ostrze. Ale to nie było stalowe ostrze. 

Podczas długiej podróży przez Europę ten artefakt walał się w tej kieszeni 

na  zewnątrz  plecaka.  Obijał  się  o  ściany  i  futryny,  spadał  na  podłogę,  był 
przechowywany w lukach bagażowych pod stertami bagażu. 

Kiedy  otworzyła  kieszeń,  płaty  rdzy  zgrzytnęły,  a  kiedy  dokopała  się  do 

środka, wyjęła czerwoną od rdzy rękę, w której trzymała klucz. 

Zęby  były  teraz  wyraźnie  widoczne  pod  skorupą,  która  pokryła  go  przez 

ten tysiąc lat, kiedy leżał zakopany w ziemi na wyspie Roi. 

- Znalazłaś go? 
Odwróciła  się  i  zobaczyła  siostrę  Marię  Helvig  siedzącą  w  ławce  za  nią. 

Stara zakonnica jak zwykle uśmiechała się i kiwała głową. 

- Tak. Miałam go od samego początku - powiedziała Tasya, pokazując jej 

klucz. 

- Oczywiście. 
- I wiem, gdzie jest ikona. 
Wzrok zakonnicy powędrował w stronę kamiennej podłogi na ołtarzu. 
A więc dobra siostra od początku wiedziała, gdzie jest ikona. 
- Zabierzesz ikonę? - zapytała. 
- Tak. Po to tutaj przyjechałam. - Tasya wyślizgnęła się z ławki. 
- Chcesz się zemścić? Tasya zatrzymała się. 
- Skąd siostra to wie? 
- Widzę tutaj wokół moje siostry. Czekają, aż do nich dołączę. 
Powiedziała  to  z  taką  pewnością,  że  Tasya  odwróciła  się  i  niemal 

spodziewała  się  zobaczyć  siedzące  w  ławkach  zakonnice  ubrane  w  czarnobiałe 
habity. 

-  Ale  ja  nie  zwariowałam.  -  Siostra  Maria  Helvig  odwróciła  się  i 

przemówiła do... pustych ławek: - A może jednak? 

background image

Może  wcale  nie  była  wariatką  i  nie  miała  sklerozy.  Może  po  prostu 

widziała  rzeczy,  których  nikt  inny  nie  widział,  a  one  istniały.  Może  wiedziała 
rzeczy, których inni nie wiedzieli... Tasya podeszła do ławki, w której siedziała 
siostra. 

- Uda mi się? - zapytała. 
Zakonnica poprawiła okulary na nosie i uroczyście spojrzała na Tasyę. 
- Niczego nie rozumiesz. Bierzesz udział w potężnej walce dobra ze złem. 

Dobro i zło ważą się na szali i czyny każdej osoby, nawet te najmniejsze, mają 
wielkie znaczenie. 

Tasya czekała na więcej wyjaśnień, szczegółów, cokolwiek. 
Ale zakonnica wsunęła ręce w rękawy i opuściła głowę, a Tasya nie była 

w stanie powiedzieć, czy zaczęła się modlić, czy zasnęła. 

-  No  dobrze.  -  Tasya  podeszła  do  ołtarza.  Ostrożnie  położyła  klucz  na 

balustradzie i uklękła na granitowej posadzce. 

Tak, jak widziała w swojej wizji, od dawna nie było tam fugi. 
Kamienie ruszały się. Były to wielkie kamienie, o długości i szerokości jej 

przedramienia, równo ucięte przez kamieniarza i wydeptane przez wiele pokoleń 
wiernych. Palcami podważyła pierwszy kamień. Ziemia... i kości. 

Kości wytrawione przez czas. 
Szukała we właściwym miejscu. 
Podważyła  drugi  kamień,  potem  kolejny.  Złamała  sobie  paznokieć,  ale 

powstrzymała się od przeklinania. Nie tutaj. I nie przy siostrze Marii Helvig. 

Kości  były  stare,  przykryte  strzępami  wełnianego  całunu  pogrzebowego, 

który przez długi kontakt z ziemią przybrał kolor brązowy. 

Gdyby  ten  człowiek,  który  tu  leżał,  żył,  byłby  wysoki  i  barczysty.  Jego 

kość  udowa  była  długa  i  gruba,  kości  miednicy  solidne.  Ktoś  skrzyżował  mu 
ręce  na  klatce  piersiowej.  Kości  jego  palców  były  porozrzucane  wokół,  na 
jednym z nich wciąż znajdował się złoty pierścień. 

Tasya  przerwała,  rozczarowana  i  zasapana.  Spodziewała  się,  że  będzie 

trzymał skrzynię ze skarbem. 

-  Szukaj  dalej  -  głos  siostry  Marii  Helvig  był  ledwie  słyszalny.  Potem 

Tasya usłyszała jeszcze coś: - Nie ma już czasu. 

Tasya rozejrzała się wokół. 
- Na co nie ma czasu? 
Zakonnica nie odpowiedziała, dalej siedziała ze spuszczoną głową. 
Kamień,  który  przykrywał  głowę  króla,  był  gruby  na  kilkanaście 

centymetrów, długi jak połowa wzrostu Tasyi i ważył pewnie z pół tony. 

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  wezwać  Rurika  na  pomoc,  ale 

widziała jego niechęć przed wejściem do kaplicy. 

Więc  go  nie  zawoła,  ani  też  nie  będzie  modlić  się  o  pomoc  do  Boga,  w 

którego wiarę straciła wiele lat temu. Zamiast tego zrobi to, co zwykle w takich 
sytuacjach i poradzi sobie sama. 

background image

- Uwaga, siostro, będzie głośno - powiedziała i mocno zaparła się stopami 

o  kamienie  z  jednej  strony  grobowca.  Wsunęła  dłonie  pod  krawędź  wielkiego 
kamienia nad głową króla i mozolnie zdołała podnieść jeden jego koniec. Drugi 
został  mocno  podparty  na  ziemi.  Mięśnie  jej  ramion  i  brzucha  ledwie 
wytrzymywały  to  obciążenie,  ale  mimo  to  powoli  unosiła  gigantyczny  kamień. 
Jeszcze trochę... jeszcze trochę. Nie da rady, musi go upuścić. 

Spojrzała na ciało, w nadziei, że zobaczy skrzynię ze skarbem. 
Zamiast tego uśmiechała się do niej czaszka króla, kpiąc z jej wysiłków. 
W nagłym przypływie furii upuściła ciężką płytę. 
Z  ogromnym  trzaskiem  runęła  na  gładką  powierzchnię  granitowej 

posadzkę i złamała się na pół. 

Tasya stała tak zdyszana, patrząc z góry z wyższością na czaszkę. 
- Wypchaj się - powiedziała. 
Nad  jego  głową  w  koronie  zobaczyła  coś  kwadratowego  i  błyszczącego. 

Skrzynia. 

-  Jest  tutaj  -  zawołała.  -  Siostro,  skrzynia  jest  tutaj!  Ostrożnie,  żeby  nie 

ruszać  kości,  uklękła  i  zmiotła  ze  skrzyni  ziemię.  Tak.  Wieko  skrzyni  było 
podobne  do  wieka  tej  ze  Szkocji.  Wydawało  się  to  niemożliwe,  ale  jakimś 
cudem  ta  skrzynia  przyjechała  z  wyspy,  przez  morze,  przez  kontynent,  żeby  w 
końcu trafić tutaj, do królewskiego grobu w starym klasztorze. 

Rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś do kopania, ale na ołtarzu niczego 

nie  było.  Chociaż  nie  mogła  wybaczyć  Bogu,  że  pozwolił  zginąć  jej  rodzicom, 
nie znaczyło to, że miała zamiar użyć jakiegoś świętego przedmiotu jako szufli. 

- Czy jest siostra pewna, że ikona jest w środku? Siostra Maria Helvig nie 

odpowiedziała, ale to nie było dla Tasyi zaskoczeniem. 

Zakonnica  mówiła  zagadkowo.  Dlaczego  teraz  miałaby  udzielić  Tasyi 

odpowiedzi, których oczekiwała? 

Z zapałem, który nie miał czasu na strach i drobiazgowość, Tasya zaczęła 

palcami odkopywać skrzynię. 

Raz po raz tęsknie rzucała okiem na klucz leżący na balustradzie... ale nie. 

Nie ośmieliła się użyć go do kopania twardej ziemi. Gdyby rdza wykruszyła się 
i klucz by się złamał... tysiąc  lat, a  Tasya  Hunnicutt zaprzepaściłaby  wszystko, 
łamiąc klucz, którym usiłowała odkopać skrzynię. Na samą myśl o tym przeszył 
ją dreszcz. 

W końcu udało jej się ruszyć skrzynię, chwycić ją, powoli unieść w górę i 

wyjąć z grobowca. Trzymała ją w dłoniach, zadowolona z siebie. 

Chciała  potrząsnąć  skrzynią,  jak  dziecko,  kiedy  dostaje  urodzinowy 

prezent i po dźwięku próbuje odgadnąć, czy jego marzenia zostały spełnione. 

Objęła  ją  ramionami  i  zastanawiała  się,  co  jest  w  środku.  Na  chwilę 

zamknęła  oczy  i  kurczowo  ścisnęła  zardzewiałą,  kutą  złotą  skrzynię.  Czy  w 
środku  była  ikona?  Czy  w  końcu  znalazła  swój  dowód?  Czy  była  zaledwie  o 
jedno przekręcenie klucza od zemsty? 

background image

Sięgnęła  po  klucz.  Upuściła  go.  Upadając,  zadźwięczał  na  kamiennej 

posadzce. 

Jej serce mocno łomotało. 
Nie  śmiała  na  niego  spojrzeć.  Kiedy  się  odważyła,  zobaczyła  małe 

kawałki rdzy rozrzucone po podłodze. Ale klucz był cały. 

- Wszystko w porządku, siostro - zawołała. - Jest cały. 
Polerowała  klucz  za  pomocą  poły  koszuli,  czyściła  zęby,  wiedząc,  że  do 

zamka  na  pewno  dostała  się  ziemia,  a  to  w  połączeniu  ze  skorodowanym 
kluczem  mogło  spowodować,  że  do  otwarcia  skrzyni  potrzebna  była  grupa 
ekspertów - oczywiście pod warunkiem, że miała rację i klucz pasuje do zamka. 
Nie miała gwarancji, że tak jest, ale musiała spróbować. 

Postawiła skrzynię na podłodze i włożyła klucz do zamka. 
Natychmiast utknął. Wyjęła go, przetarła jeszcze raz. Nie wyglądał przez 

to lepiej, ale chętnie poświęciłaby swoją koszulę. Spróbowała jeszcze raz. 

Dalej nic. 
Podniosła skrzynię, i ustawiła zamkiem w stronę podłogi. Wzięła głęboki 

oddech. Nie wiedziała, czy dobrze robi, ale delikatnie uderzyła skrzynię dłonią. 
Mały,  nierówny  kamyk  wypadł,  stukając  o  podłogę.  Tym  razem  klucz  bez 
oporów wszedł do zamka. Przekręciła go. Usłyszała kliknięcie. 

Serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi. Dyszała, jakby biegła. 
Otworzyła wieko skrzyni. 
Po  raz  pierwszy  od  prawie  tysiąca  lat  ludzkie  oko  ujrzało  ikonę  Maryi 

Dziewicy. 

A Maryja Dziewica patrzyła na człowieka. 
Wiśniowy  kolor  jej  peleryny  był  tak  intensywny  i  błyszczący,  że 

rozświetlał półmrok kaplicy, podobnie jak złota aureola wokół jej głowy. 

Jej twarz była blada, duże ciemne oczy były pełne bólu, a łza spływała jej 

po policzku. Na kolanach Madonna trzymała ukrzyżowanego Jezusa. 

Łzy napłynęły do oczu Tasyi i jedna z nich spadła na ikonę. 
Pospiesznie  ją  wytarła  i  próbowała  wmówić  sobie,  że  płakała,  bo  ten 

moment triumfu tak wiele dla niej znaczył. 

Ale nie była w stanie przekonać nawet siebie. 
Smutne  i  pełne  bólu  oczy  Madonny  snuły  jej  opowieść.  Była  kobietą, 

która  straciła  swoje  dziecko.  Kobietą,  która  przewidziała  nieopisane  cierpienie. 
W jej twarzy Tasya dostrzegła swoją własną matkę. 

Tasya  przypomniała  sobie  płomienie  skaczące  do  góry,  pożerające 

zasłony i ściany. Przypomniała sobie pełne przerażenia krzyki służących. 

Zobaczyła  na  nowo  cierpienie  matki,  kiedy  pocałowała  córkę  na 

pożegnanie i odesłała ją. 

Tasya oczywiście krzyczała i płakała, ale nic z tego nie rozumiała. 
Teraz zrozumiała, a jej ból pogłębił się. 

background image

Jej  matka ją odesłała, bo nie była pewna, czy jej córka przeżyje, ale była 

pewna, że jej własny czas nadszedł... i że prawdopodobnie nigdy więcej się nie 
zobaczą. 

Ból tej chwili, kiedy więź między matką i córką została brutalnie zerwana, 

nigdy nie został uśmierzony. 

Tasya  zaszlochała,  głośny,  brutalny  dźwięk  odbił  się  echem  od  ścian 

kaplicy. 

Stłumiła szlochanie, płacz uwiązł jej w gardle. 
Nie  mogła  pozwolić  sobie  na  płacz.  Nigdy  nie  mogła.  Nie  miała  na  to 

czasu. 

Siostra Maria  Helvig powiedziała, że czas się kończy,  i  Tasya wiedziała, 

że  miała  rację.  Im  dłużej  ona  i  Rurik  pozostawali  w  jednym  miejscu,  tym 
większa  szansa,  że  Varinscy  ich  znajdą.  Jeżeli  chciała  dostarczyć  tę  ikonę  do 
Dziedzictwa  Narodów,  musieli  wyruszyć,  zanim  się  ściemni,  bo  wtedy  zdążą 
pokonać wyboistą drogę do Capraru i tam złapać pociąg. 

Stała i otrzepywała ubranie. 
-  Mam  ją,  siostro.  Była  tutaj  przez  cały  czas.  Promienie  słońca  wpadły 

przez  zachodnie  okna  kaplicy  i  oświetliły  nieruchomą  postać  siostry  Marii 
Helvig. 

-  Chce  siostra  ją  zobaczyć?  -  Tasya  podeszła  do  niej.  -  Jest  taka  piękna, 

siostro.  Stara  i  smutna.  Ten  artysta  był  mistrzem...  -  Zatrzymała  się,  wpatrując 
się w zakonnicę. - Siostro? 

Siostra Maria Helvig osunęła się w swojej ławce. 
-  Siostro!  -  krzyknęła  Tasya,  wsuwając  ikonę  do  przedniej  kieszeni 

dżinsów. Uklękła obok starej kobiety i spojrzała na jej twarz. 

Miała zamknięte oczy  i pogodny wyraz twarzy. Siostra Maria  Helvig  nie 

żyła. 
 

 

background image

Rozdział 24 

Rurik  stanął  przed  drzwiami  kaplicy.  Zdjął  plecak.  Rozpiął  płaszcz  i 

upewnił  się,  że  przy  jednym  boku  ma  pistolet,  przy  drugim  nóż,  a  w  rękawie 
ukryty nóż sprężynowy. 

Spojrzał na zegarek: była trzecia popołudniu. Czekał tak długo, jak mógł. 

Przeczesał  cały  teren,  przeszukał  budynki  gospodarcze,  cmentarz,  nawet 
budynek  klasztoru,  ale  nie  znalazł  śladu  ikony.  Skoro  nigdzie  jej  nie  było, 
musiała znajdować się w kaplicy. 

Czy to był przypadek? Jedyne miejsce, do którego nie ośmielił się wejść. 
Nie widział ani śladu Tasyi i siostry Marii Helvig. Jego niepokój narastał. 

On  i  Tasya,  a  także  zakonnica,  jeśli  zdołałby  ją  przekonać,  musieli  odnaleźć 
ikonę i opuścić teren klasztoru. Już i tak za długo tutaj byli. 

Kiedy  przekraczał  próg  kaplicy,  wyczuł  zapach  śmierci.  W  jednej  chwili 

pojął, co się dzieje. Maria  Helvig  leżała w ławce, a  Tasya  klęczała w przejściu 
obok niej z pochyloną głową. 

- Tasya - powiedział Rurik, nie ruszając się z miejsca. Nie śmiał wejść do 

środka. Podniosła głowę i spojrzała na niego. Spodziewał się, że będzie płakała. 

Ale jej  twarz była blada  i spokojna, bez śladu  łez, a ból,  który wyrażała, 

kazał mu do niej podejść. 

Uszedł trzy kroki i uderzyła go cisza. Kaplica czekała na decyzję. 
Tasya podniosła się i też czekała. 
Ale nic się nie wydarzyło. Powietrze nie wypaliło mu płuc, jego nogi nie 

zapaliły się od podłogi. Nie zamienił się w ogień. Znowu zaczął iść w jej stronę. 

- Ona nie żyje. - Tasya położyła rękę siostry Marii Helvig na jej kolanach. 

-  Powinniśmy  ją  gdzieś  przenieść  i  wezwać  zakład  pogrzebowy,  żeby  się  nią 
zajęli. 

-  Na  pewno  powinniśmy  zawiadomić  zakład  pogrzebowy,  ale  ona  była 

przygotowana na śmierć. Byłem na cmentarzu, jej grób jest wykopany. Trumna 
już czeka. I musimy pochować ją teraz. 

Ostrożnie dotknął dłoni zakonnicy. Nic. Ani drgnęła. 
- Nie miała ostatniego namaszczenia. Trzeba umyć jej ciało. Należy jej się 

odpowiednia ceremonia! 

-  Potem  mogą  ją  ekshumować  i  zrobić,  co  należy,  ale  nie  możemy 

zostawić jej ciała na pastwę dzikich zwierząt. 

- O czym ty mówisz? 
Podniósł z ławki ciało zakonnicy i skierował się do wyjścia. 
- Varinscy depczą nam po piętach. Musimy stąd uciekać. 
Musiał zdobyć uznanie Tasyi. Nie pytała, skąd wiedział. Nie kłóciła się z 

nim.  Po  prostu  wyszła  za  nim  z  kaplicy.  Kiedy  wyszli  z  kaplicy,  skręcili  w 
prawo,  potem  znowu  w  prawo,  aż  doszli  do  cmentarza,  który  znajdował  się  za 
kaplicą w cieniu wielkiego, starego drzewa. 

background image

Rurik złożył ciało zakonnicy w prostej drewnianej trumnie, która tutaj na 

nią  czekała.  Tasya  ułożyła  jej  ręce  na  piersi,  wygładziła  fałdy  habitu,  a  na  jej 
sercu położyła krucyfiks. 

Grób był świeżo wykopany, trumna, czysta i sucha, spoczywała na linach. 

Łopata  czekała  oparta  o  drzewo.  Siostra  Maria  Helvig  znała  godzinę  swojej 
śmierci. Rurik podejrzewał też, że wiedziała, kim on był, i co ich teraz czekało. 
Z  tego  też  powodu  chciał  ją  pochować.  W  przeciwnym  razie  Varinscy,  gdyby 
tylko mogli, na pewno sprofanowaliby jej ciało. 

- Gotowe. - Tasya odsunęła się i pomogła mu zamknąć wieko trumny. 
Razem  chwycili  za  liny.  Trumna  była  ciężka,  ale  Tasya  znowu 

zaimponowała Rurikowi swoją siłą  i determinacją w robieniu tego, co  należało 
zrobić.  Zaparła  się  nogami  i  pomogła  mu  powoli  spuścić  trumnę  siostry  Marii 
Helvig do ziemi. 

Rurik wziął do ręki łopatę. 
Tasya stała z opuszczoną głową, zasapana, oparłszy dłonie na biodrach. 
-  Odmów  modlitwy,  jakie  chcesz  odmówić.  Kiedy  skończę,  możemy 

wyruszyć. 

Tasya opuściła głowę. 
On szuflował i patrzył na nią. 
Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi.  Promienie  zabarwiały  jej  rozjaśnione 

włosy  na  złoto  i  utworzyły  aureolę  wokół  głowy.  Jej  skóra  lśniła  jak 
najwspanialsza  porcelana,  oczy  były  zamknięte,  a  ciemne  rzęsy  sięgały  niemal 
do  połowy  policzków.  Oczywiście,  to  było  złudzenie,  Tasya  nie  była  żadnym 
aniołem.  Ale  była  dobrą  kobietą,  która  próbowała  robić,  co  w  jej  mocy,  by 
pomóc tym, którzy tego potrzebowali. 

Nie  zasługiwał  na  nią.  Ale  pragnął  jej  i  męczyło  go  to,  że  zbliżał  się 

koniec. 

Rozejrzał się. Zbliżał się wielkimi krokami. 
Skończył usypywać kopiec na grobie. Tasya popatrzyła w górę. 
Jeden z kamiennych krzyży na cmentarnym ogrodzeniu złamał się i spadł 

na ziemię. 

- Postaw go na jej grobie. - Wskazał na krzyż. 
Tasya  podniosła  go. Był ciężki  i zimny.  Wbiła  go w ziemię  usypaną  nad 

grobem siostry Marii Helvig. 

- Świetnie. Chodźmy już. - Podniósł swój plecak i wziął Tasyę za rękę. 
Poszła chętnie. Poczuła przytłaczający zapach niebezpieczeństwa. 
Udzieliło  jej  się  jego  napięcie  albo  może  wyczuwała  w  pobliżu 

Varinskiego. Czy byli gdzieś blisko? Byli tutaj? 

Ikona  wciąż  tkwiła  w  kieszeni  jej  spodni.  Musiała  umieścić  ją  w 

bezpiecznym miejscu. 

- Widziałeś ich ślady? - Jej niepokój wzrastał. 

background image

-  Nie.  -  Podniósł  głowę  i  spojrzał  na  drzewa.  Nasłuchiwał.  -  Nie.  Ale 

tropienie  ludzi  to  ich  specjalność,  zaskoczenie  to  ich  mocna  strona,  a  my 
zabawiliśmy tutaj stanowczo za długo. 

Mocno  trzymał  ją  za  rękę  i  szedł  długim,  zamaszystym  krokiem,  nie 

zwracając uwagi na jej niewygodę. 

Jej serce zaczęło  mocniej bić,  nie tylko z powodu tempa, ale też dlatego, 

że on wyglądał ponuro i niespokojnie, kiedy przechodzili obok kaplicy, a kiedy 
wyszli za jej róg, zobaczyli trzech ludzi przy ich samochodzie. 

Jeden  stał  oparty  o  maskę,  podrzucając  pęk  kluczy.  Drugi  wylegiwał  się 

na pniu. Odwrócił teraz głowę i patrzył na nich. 

Trzeci stał uśmiechnięty z rękami opartymi o dach samochodu. 
West Side Story w wydaniu kozackim. 
Wszędzie by ich rozpoznała. Oglądała ich zdjęcia. Widziała na podwórku 

obok  ich  domu.  Zapamiętała  to  dławiące,  okropne  uczucie  w  żołądku,  jakiego 
doznawała na ich widok. 

Varinscy. 
Dwaj mieli czarne włosy. Jeden z nich był mocnej budowy ciała. 
Obydwaj byli nieokrzesanymi młodzieńcami o ponurych twarzach. 
Ten  z  kluczami  był  blondynem,  był  starszy,  miał  około  czterdziestu, 

pięćdziesięciu lat i najwyraźniej tutaj dowodził. 

Ale  wszyscy  byli  wysocy,  mocno  zbudowani,  mieli  szerokie  twarze, 

wydatne kości policzkowe i mocno zarysowane podbródki. 

Właściwie wszyscy wyglądali jak Rurik. 
Wstrzymała oddech. Patrzyła raz na nich, raz na człowieka, który trzymał 

ją za rękę. Człowieka, który doprowadzał ją do ekstazy. 

Człowieka, któremu ufała. 
Rurik... Rurik był jednym z nich. 
Rurik był Varinskim. 

 

 

background image

Rozdział 25 

Rurik  nawet się nie zatrzymał. Pchnął  Tasyę do przodu, w stronę swoich 

krewnych.  W  stronę  Varinskich.  Zaskoczona,  potknęła  się  i  upadła  rękoma  i 
kolanami na ziemię. Pomimo głośnego brzęczenia w uszach, wstrząsu i bólu, od 
którego nieomal mdlała, usłyszała, jak Rurik mówi: 

- To ona. Ta, która wam uciekła. 
Wzięła  głęboki  oddech  i  spojrzała  na  bandytów.  Ten  z  kluczami  przestał 

się nimi bawić. Wyprostował się. 

- O czym ty, do kurwy nędzy, mówisz? 
- Czy nazwisko Dimitru coś wam mówi, wy tępe kupy gówna? 
Tasya zamknęła oczy. Schyliła głowę. 
Walczyła z bólem, ale przed sobą nie mogła ukryć prawdy. 
Rurik zawiódł jej zaufanie. Nie tylko to, złamał też jej serce. 
- Pracowałem przy sprawie Dimitru - powiedział facet z kluczami. 
Rurik zalecał się do niej. Zabiegał o jej względy każdym słodkim słowem 

i szarmanckim zachowaniem. Pracował, i to ciężko, by przekonać ją do czegoś, 
w co już  nie była w stanie  uwierzyć - że on jest człowiekiem,  na którym  może 
polegać. I udało mu się. 

-  To  coś  na  ziemi  -  głos  Rurika  brzmiał  chłodno  i  obojętnie  -  to  jest 

dziecko Dimitru. 

Zdradziła  mu  swój  największy  sekret.  Nigdy  nikomu  innemu  nie 

powiedziała  o  swojej  rodzinie.  Zaufała  Rurikowi.  Otworzyła  przed  nim  serce. 
Po to, żeby zdradził ją dla swoich krewnych za... no właśnie: za co? 

- Niemożliwe - powiedział facet od kluczy. - Zabiliśmy wszystkie dzieci. 

Spaliliśmy dom. 

- Wyniosła ją guwernantka - poinformował ich Rurik. 
-  On  kłamie  -  powiedział  jeden  z  nieznajomych,  a  w  jego  głosie,  w 

przeciwieństwie  do  głosu  faceta  od  kluczy,  dało  się  słyszeć  wyraźny  rosyjski 
akcent. 

-  Kobieta  i  czteroletnia  dziewczynka  uciekły  wielkim  i  złym  Varinskim. 

Wyobrażam sobie, jak wszyscy śmieliby się, gdyby się dowiedzieli. 

Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  Rurik  potrafi  tak  szydzić.  Prawie 

współczuła  temu  od  kluczy.  Do  czasu,  aż  podszedł  i  złapał  ją  za  podbródek. 
Wyrwała się. 

Złapał  ją  za  włosy  i  przytrzymał.  Przyglądał  się  jej  twarzy,  a  ona 

przyglądała się jego. Jeżeli brał udział w ataku na rodzinę Dimitru, musiał teraz 
mieć  około  pięćdziesiątki,  ale  był  energiczny  i  pełny  życia,  o  włosach  tak 
jasnych, że aż srebrnych i oczach w kolorze zupy z zielonego groszku. 

Bezlitośnie  szarpał  ją  za  włosy.  Spojrzał  jej  prosto  w  oczy.  Po  czym 

przechylił  jej  głowę  na  bok  i  zbliżył  do  jej  gardła.  Obwąchał  jej  skórę  i 

background image

przesunął  językiem  długim  ruchem  po  jej  szyi,  rozpoczynając  od  tchawicy  a 
kończąc za uchem. Wstał i cofnął się. 

- Mówi prawdę -  powiedział obojętnie. -  Ona jest z Dimitru. Z wyrazem 

obrzydzenia wytarła jego ślinę. 

Roześmiał  się  głośno  i  wystawił  język,  jak  pies  oszalały  z  wścieklizny. 

Miała to gdzieś. I tak umrze. 

- Niedługo mnie polubisz - obiecał i zwrócił się do Rurika: - Co jesteśmy 

ci winni za dostarczenie jej? Chcesz pieniędzy?  Klejnotów?  -  Znów zabrzęczał 
kluczami. - A może po prostu pozwolimy ci żyć. 

Podniosła się  i wstała. Musiała  uważnie słuchać. Musiała wiedzieć, jakie 

są ich plany w stosunku do niej, a jeśli Rurik nie przekona ich, by ją natychmiast 
zabili, musiała znaleźć drogę ucieczki. 

-  Nie  zabijesz  mnie  -  powiedział  Rurik.  -  Mam  informacje,  których 

potrzebujesz. Pamiętasz? 

-  Jakie  informacje  do  diabła?  -  zapytał  chłopak  o  czarnych  włosach  i 

bladej skórze. 

Rurik uniósł brwi i spojrzał znacząco na faceta z kluczami. Ten potrząsnął 

głową. 

-  Co?  -  zapytał  chłopak.  -  Ukrywasz  coś  przed  nami?  Facet  z  kluczami 

odwrócił  się  do  chłopaka,  a  Tasya  mogła  przysiąc,  że  warczał  jak  prawdziwy 
pies. Niezły trik. Facet z kluczami powiedział: 

- Nie wkurwiaj mnie, Ilja, bo zatrzymam kicię dla siebie. 
- Ona jest  moja -  powiedział Rurik. -  I zatrzymam ją do czasu, aż  mi się 

nie znudzi. 

- To zdobycz Varinskich - powiedział Ilja. 
- Nie jestem Varinskim - odpowiedział Rurik. 
-  A  zachowujesz  się  tak,  jak  byś  był.  Szukasz  skarbu.  Przyprowadziłeś 

kobietę, by ją wymienić na naszą życzliwość i dla swojej przyjemności. A poza 
tym - facet z kluczami obejrzał ją - nie powiedziałeś jej, kim jesteś. Ona tam stoi 
i wciąż nie wie, co o tym myśleć. Czy tak nie jest? 

- Ona bardzo dobrze wie, co myśleć. 
Tasya  wcale  nie  chciała  wiedzieć.  W  tej  chwili  niewiedza  rzeczywiście 

byłaby błogosławieństwem. 

-  Więc  co  z  nią?  -  W  głosie  chłopaka  z  ciemnobrązowymi  włosami 

słychać było niedowierzanie. - Nie powiedziałeś jej, że jesteś jednym z nas? 

Wszyscy trzej Varinscy roześmiali się; bandyci i mordercy. 
-  Nie  skłamałem.  Mówiłem  już,  nie  jestem  jednym  z  was  -  powiedział 

spokojnie Rurik. 

Tasya nie cofnęła się, gdy do niej podszedł. 
- Zatrzymam kobietę, dopóki z nią nie skończę, zatrzymam też skarb, gdy 

go znajdę. 

Mówiąc  „skarb”,  miał  na  myśli  ikonę.  Tę  ikonę,  którą  ciągle  miała  w 

kieszeni, a on nawet nie wiedział, że ją znalazła. 

background image

Chwycił ją za nadgarstek. 
- Mdli mnie na twój widok. - Wyrwała rękę z jego uścisku. 
On odwrócił się i ruszył. 
Pociągnął  ją  za  sobą,  większy  od  niej,  obojętny  na  jej  protesty.  Nagle 

odepchnął ją na bok. Znowu się potknęła. Usłyszała trzy tępe uderzenia, a kiedy 
się obejrzała, Rurik trzymał jednego z napastników z wykręconą za plecy ręką i 
przyciśniętą do ziemi twarzą. 

Uświadomiła sobie... Oczywiście, dobrze wiedziała, że Rurik jest w stanie 

wygrać walkę. Jaka była  głupia. Od  niego zależało jej bezpieczeństwo.  Ale  nie 
zdawała sobie sprawy z tego jak bardzo. 

Pracowała razem z nim, walczyła z nim, podróżowała z nim, spała i wcale 

nie znała Rurika Wildera. 

Ostrożnie  dotknęła  ręką  przedniej  kieszeni  dżinsów.  Ikona  wciąż  tam 

była. Dzięki Bogu. 

Dzięki  Bogu  i  siostrze  Marii  Helvig,  Tasya  nie  powiedziała  mu,  że 

znalazła ikonę. 

Teraz  musiała  wykombinować,  jak  ją  ukryć,  a  przynajmniej  schować  w 

miejscu trochę mniej oczywistym. 

Rurik trzymał swój but na plecach chłopaka. 
- Jak masz na imię? 
- Siergiej. 
Tasya rozejrzała się wokół. Wszyscy uważnie przyglądali się Rurikowi. 
- Czy ktokolwiek uczył cię chwytu na frajera? - zapytał Rurik. 
- No. 
Rurik mocniej wykręcił mu rękę. 
- Jak do mnie powiedziałeś? 
- Tak jest. Varinscy są nauczeni chwytu na frajera. Tasya zdjęła plecak. 
-  A  na  czym  polega  chwyt  na  frajera?  -  warknął  Rurik  jak  instruktor 

musztry. 

Siergiej odpowiedział jak karny rekrut: 
- To jest wtedy, kiedy ktoś odwraca się, by sprowokować cię do ataku, ale 

kiedy to robisz, on jest w pogotowiu i powala cię na ziemię. 

Tak  cicho,  jak  tylko  mogła,  Tasya  powoli  rozsunęła  zamek  głównej 

kieszeni plecaka. 

-  Jak  według  szkoły  Varinskich  należy  obronić  się  przed  chwytem  na 

frajera? - Rurik najwyraźniej znał odpowiedź. 

-  To  zależy,  kto  ma  być  zwycięzcą  -  odpowiedział  Siergiej  po  długim 

namyśle. 

Tasya  wyciągnęła  ikonę  z  kieszeni  spodni,  wepchnęła  ją  głęboko  do 

plecaka i owinęła ubraniami jak kokonem. 

- Mój ojciec mawiał, że należy skracać cierpienia frajerom - Rurik drażnił 

się  z  chłopakiem.  -  Pytanie  jest  takie:  czy  powinienem  zabić  cię  od  razu,  czy 
może dać ci drugą szansę? 

background image

Tasya  zasunęła  zamek  plecaka.  To  nie  było  dobre,  ale  w  tej  chwili 

najlepsze, co mogła zrobić. 

- Drugą szansę - powiedział Siergiej. 
-  Co?  -  Rurik  wykręcił  rękę  Siergieja  tak  mocno,  że  Tasya  usłyszała 

trzaśnięcie. Wzdrygnęła się. Chciało jej się wymiotować. 

-  Proszę  o  drugą  szansę  -  jęknął  Siergiej.  -  Proszę.  Rurik  puścił  go  i 

odszedł. 

-  Albo  mój  ojciec  kłamie,  albo  poziom  szkolenia  obniżył  się  od  jego 

czasów. 

Blondyn  nawet  nie  drgnął.  Patrzył  na  całe  zajście  bez  większego 

zainteresowania. 

- Jest w trakcie szkolenia. 
- Dopiero? W wieku osiemnastu lat? 
- Mam dwadzieścia lat. - Siergiej usiadł i krzywiąc się z bólu trzymał się 

za nadgarstek. 

Dobrze  słyszała?  Rurik  złamał  mu  kość?  A  może  ci  faceci  byli  tak 

przyzwyczajeni do bólu, że byli na to obojętni? 

- Ptak, prawda? - Rurik zgadł. 
- Sowa - odpowiedział dumnie Siergiej. - Wzięli mnie, żebym polował na 

ciebie w nocy. 

Ten z kluczami zaklął pod nosem po rosyjsku. 
-  Więc  w  ciągu  dnia  niezbyt  dobrze  widzisz.  Dzięki  za  podpowiedz.  - 

Rurik z dezaprobatą pokręcił głową. - Musisz trochę nad sobą popracować albo 
niedługo zginiesz. 

- Poyesh govna pechyonovo - odpowiedział niegrzecznie Siergiej. 
Facet z kluczami i Ilja przechadzali się w różnych kierunkach. 
- Tak, jest młody, głupi i za dużo gada - powiedział ten z kluczami. - Ale 

ty, mądralo od Wildera, też pokazałeś zbyt wiele. 

Tasya  zrozumiała,  że  obaj  mają  zamiar  zaatakować  Rurika.  Dwaj 

wyszkoleni  zabójcy  zamierzali  go  zabić,  a  ona  bała  się  o  niego.  Bała  się,  bo 
myślała,  że  on  przynajmniej  trochę  będzie  ją  chronił...  ale  też  dlatego,  że  jej 
zależało. Cholera, niechętnie się do tego przyznawała, ale tak było. 

Rurik stał swobodnie, czekając, aż go okrążą. 
Obserwowała  go  z  zapartym  tchem,  czekała  na  pierwszy  cios.  Ale  stało 

się inaczej. Ilja zniknął, pozostawiając swoje ubrania na ziemi, a na jego miejscu 
w kłębowisku piór ukazał się wielki czarno-biały ptak. Z łopotem rozpostarł swe 
trzymetrowe skrzydła. Orzeł wzbił się w powietrze. 

Tasya nie wiedziała, co ma zrobić: krzyczeć czy modlić się. 
Teraz  i  Rurik  eksplodował  wybuchem  piór  i  wzniósł  się  w  powietrze  na 

skrzydłach jastrzębia. 

- Nie - wyszeptała. - Nie! 
Była świadkiem czegoś niewiarygodnego. Ktoś złapał ją od tyłu. 

background image

-  Tak  -  szepnął  jej  do  ucha  Siergiej.  -  To  się  dzieje  naprawdę.  Spełniają 

się twoje najgorsze koszmary. 

Później  już  nie  wiedziała,  co  się  z  nią  działo.  Pamiętała  swoje  ruchy: 

łokciem  w  brzuch,  obcasem  w  stopę,  skręcić  ten  zraniony  nadgarstek.  On  był 
Varinskim, ale ona musiała coś zrobić, bo on stał za nią, na ziemi. 

Może nie był całkowicie odporny na ból. 
Patrzyła  na  stertę  ubrań  i  broń  należące  do  Rurika,  porzucone  na  ziemi. 

Spojrzała  w  niebo  w  chwili,  gdy  dwa  ogromne  drapieżne  ptaki  krążyły  i 
rozpędzały się. 

Ich  szpony  były  jak  żyletki.  Jastrząb  był  mniejszy,  szybszy,  zbliżał  się, 

atakował i oddalał się. 

Ale  każdy  cios  orła  dotkliwie  ranił  jastrzębia.  Przeciął  skrzydło,  klatkę 

piersiową... Jastrząb szybko opadał ruchem spiralnym. 

Tasya chciała krzyczeć. 
Orzeł  szybował  w  dół,  prosto  do  swojego  celu,  lecz  zanim  oba  ptaki 

uderzyły  w  ziemię,  jastrząb  stał  się  człowiekiem,  złapał  orła  i  powalił  go  na 
ziemię całym ciężarem ludzkiej postaci Rurika, i znalazł się na nim. 

Orzeł przez chwilę jeszcze trzepotał skrzydłami. 
Rurik wygrał, ale nie wyszedł z tej potyczki bez szwanku. 
Oddychał ciężko. Był nagi i bezbronny. 
Oczy blondyna, gdy na to patrzył, zapłonęły żywym ogniem. Zdjął swoje 

ubranie.  Mój  Boże,  był  większy  i  potężniej  zbudowany,  niż  jej  się  wydawało. 
Tasya zobaczyła, jak zaczyna się przemieniać. 

Wilk.  Zmieniał  się  w  wilka.  Urósł  mu  duży  pysk,  zęby  wydłużyły  się, 

jasne włosy przykryły jego twarz, szyję i plecy. 

Przybrał postać orła, żeby osłabić Rurika. Teraz zamierzał go wykończyć. 
Tasya zdjęła plecak  i  uderzyła  go prosto  w pysk. Musiał dostać butami z 

solidną  podeszwą,  przywiązanymi  do  plecaka.  A  może  to  była  do  połowy 
wypełniona wodą menażka. Upadł na ziemię i przez kilka sekund nie ruszał się. 

Kiedy  się  poruszył,  Rurik  już  stał  nad  nim.  Kolorowy  tatuaż  na  jego 

ramieniu i klatce piersiowej zdawał się świecić ostrzegawczo. 

-  Zbliża  się  wieczór.  Gdzie  jest  obozowisko?  Mam  nadzieję,  że  masz  na 

tyle zdrowego rozsądku, by trzymać się z dala świętej ziemi. 

Mężczyzna na ziemi jęknął i odwrócił głowę. 
- Tędy - wskazał Siergiej, a w jego głosie brzmiał szacunek, jakiego dotąd 

nie słyszała. - Ścieżką w dół, dalej w prawo pod górę, do głazów. 

Rurik zebrał swoje ubrania, noże, pistolety i podał je Tasyi. 
-  Trzymaj  to.  -  Spojrzała  na  nie,  potem  na  niego,  chcąc  zobaczyć  jego 

reakcję, kiedy rzuci na ziemię to, co jej dał. 

Wtedy powiedział: 
- Chyba że chcesz, bym pozostał nagi. 
Nie  chciała  na  niego  patrzeć,  ale  jego  słowa  były  wyzwaniem,  a  teraz 

mogła  robić  tylko  to.  Zachodzące  słońce  połyskiwało  na  mięśniach  jego  klatki 

background image

piersiowej, wciąż falujących od wysiłku, i na ranie; teraz zdała sobie sprawę, że 
nie od noża, a od pazura lub zęba. Z ran, które zadał mu orzeł, sączyła się krew. 
Był  napakowany;  „kaloryfer”  na  jego  brzuchu  i  masywne  uda  niezbicie 
świadczyły o regularnych ćwiczeniach fizycznych i bieganiu na długie dystanse, 
ciągłej gotowości do walki, która mogła być konieczna. I teraz była. 

Kiedy tak mu się przypatrywała, jego genitalia pobudziły się. 
Oczywiście. 
Przecież był Varinskim. 
- Nienawidzę cię - syknęła. Nigdy nie mówiła bardziej poważnie. 
- Ale poniesiesz moje ubranie. 
-  Tak.  Wygrałby  każdą  bitwę,  każdą  podstępną  taktyką  znaną 

człowiekowi. 

A ona dała się na to nabrać. 
Rurik  wziął  w  jedną  rękę  swój  plecak,  a  w  drugą  jej  dłoń  i  ruszył  do 

obozu. 

Blondyn, który już nie był wilkiem, chwiał się na nogach. 
- Trzeba dać tej suce nauczkę. 
Rurik spojrzał mu w twarz. 
- Jak ci na imię? 
- Na imię mam Kassian. 
-  A  więc  posłuchaj  mnie,  Kassian,  moim  zdaniem  nauczyła  się  jednego. 

Nie  może  zabić  Varinskiego,  ale  może  pozbawić  go  przytomności  szybkim 
ciosem w głowę. - Rurik odwrócił się i poprowadził ją w dół wzgórza. 

Nauczyła  się  czegoś  jeszcze:  że  potwory  chodzą  po  ziemi,  a  ona  przez 

swoją głupotę stała się ich ofiarą. 
 

 

background image

Rozdział 26 

-  Puść  moją  rękę.  -  Tasya  maszerowała  ciężko  obok  Rurika,  który 

schodził ze wzgórza w kierunku obozu. 

-  Chciałem  ci  o  czymś  powiedzieć,  ale  nie  miałem  czasu.  Próbowała 

uwolnić dłoń. Ścisnął ją mocniej. 

- Nie oddalaj się. Ich zadaniem jest cię zabić. Jeśli oddalisz się ode mnie, 

dokończą pracę. 

- Jaki cudowny wybór mi dajesz. 
- Nie rób mi na złość. 
-  Jestem  głupia,  ale  nie  aż  tak.  -  Spojrzała  na  niego,  próbując  zobaczyć 

człowieka, którego znała tak dobrze. 

Varinski.  Mój  Boże.  Człowiek,  z  którym  pracowała,  z  którym  sypiała, 

któremu  ufała, był Varinskim. Widziała, jak zmienia się w jastrzębia. Widziała 
to! Wciąż nie mogła tego pojąć i nie mogła milczeć. 

- Ale jednego możesz być pewny: udowodniłeś mi, że jestem głupia. Pod 

każdym względem. Nieźle mnie wkręciłeś. 

Szarpnął ją, by się zatrzymała. 
- No dobra. Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, nie wiedziałem, że masz 

na  pieńku  z  Varinskimi.  Więc  jesteś  w  błędzie,  twierdząc,  że  świadomie  cię 
oszukiwałem.  To  wręcz  śmieszne.  Nie  mówiłem  ci  prawdy,  bo  cię  pragnąłem. 
Wciąż  cię  pragnę  i  zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  by  mieć  pewność,  że 
wyjdziesz z tego żywa. 

- Tak, jasne. - Przyprawiał ją o zawrót głowy, gdy na nią patrzył i mówił z 

taką  stanowczością.  Prawie  mu  uwierzyła.  -  To  dlaczego  powiedziałeś  im,  kim 
jestem? - Jej ręka zacisnęła się na plecaku. 

Musiała  się  skupić.  Miała  ikonę.  On  o  tym  nie  wiedział.  I  zależało  jej, 

żeby tak zostało. 

- Użyłem cię jako karty przetargowej, więc zaakceptowali mnie. - Ruszył 

do  przodu,  ciągnąc  ją  za  sobą.  -  Jakbyś  jeszcze  nie  zauważyła,  dodam,  że 
istnieje  pewne  napięcie  pomiędzy  rosyjskimi  Varinskimi  a  amerykańskimi 
Wilderami, a martwy nie mógłbym ci pomóc. 

- Nigdy mi nie powiedziałeś, że jesteś Varinskim. 
-  Bo  nie  jestem.  Jestem  Wilder.  Jestem  synem  swojego  ojca.  Synem 

swojej  matki.  -  Pociągnął  ją,  by  się  zatrzymała  w  trawiastej  dolinie  obok  stosu 
worków  podróżnych  Varinskich,  strzelb  i  pistoletów  półautomatycznych. 
Zlustrował teren, po czym położył swój plecak obok sterty głazów. 

Wziął od niej koszulkę i wciągnął ją przez głowę. 
- A kiedy opowiedziałeś mi o sobie, już uciekaliśmy. 
- Nie musiałaś ze mną zostawać. 
Patrzyła jak naciąga bieliznę, pas na noże, wkłada spodnie. 

background image

-  Całe  to  pieprzenie  „zaufaj  mi,  Tasya,  nie  zdradzę  cię.  Przysięgam  na 

duszę  mojego  ojca”.  Dusza  twojego  ojca  musi  być  tak  splamiona  twoimi 
obietnicami, że pójdzie prosto do piekła. 

Rurik  spojrzał  na  nią.  Po  prostu  spojrzał  i  przez  chwilę  zobaczyła,  jak 

bardzo żałował. 

Rozpoznała ten żal. Żyła z poczuciem tego żalu. 
Nagle zesztywniała. 
Nie współczuła mu. Był Varinskim. 
Rzuciła pozostałe części jego ubrania i buty na trawę. 
- Dlaczego ja to za ciebie niosę? 
Oparł  się  o  skałę,  włożył  skarpety  i  buty,  po  czym  wziął  ze  stosu  broni 

Varinskich pistolet półautomatyczny. Załadował magazynek. 

- Chodźmy stąd. 
- Podoba  mi się ten pomysł. - Schyliła się, by wziąć pistolet. Złapał ją za 

rękę. 

- Umiesz strzelać? 
- Byłam szkolona. 
- Dobrze więc - powiedział rozbawiony.  -  O ile świadomość, że jesteś w 

stanie  sama  obronić  się  przed  Varinskimi,  bardzo  by  mnie  ucieszyła,  o  tyle 
chyba będę musiał bardzo na siebie uważać. 

Był nieufny. To dobrze. 
- Jeśli chodzi o was, Varinskich, to nie mogę was zabić. 
- To prawda. Ale jeśli mnie postrzelisz, na pewno mnie powalisz. 
- Dobrze wiedzieć - mówiąc to, patrzyła mu prosto w oczy. 
- Powal  mnie  na ziemię  i rozwściecz. - On też  na  nią patrzył. - Co ty  na 

to? Najpierw ci to wyjaśnię, a później dam pistolet. 

- Brzmi to jak umowa. - Nie chciała spuścić wzroku, ale sposób, w jaki na 

nią patrzył, tak znaczący i stanowczy, sprawił, że odwróciła wzrok. 

Pomyślał, że jeżeli raz mu się udało ją uwieść - właściwie więcej niż raz - 

może jeszcze raz da się zwieść jego słodkim słówkom. 

Dlaczego nie? Była przecież taka naiwna. 
- No, chodź. - Próbował wziąć jej plecak. 
Ale  ona  mocno  go  trzymała.  Zacisnęła  palce  na  uchwycie,  a  serce  nagle 

zaczęło jej łomotać. 

On miał nadprzyrodzone zdolności. Czy wyczuł ikonę w środku? 
- Co robisz? 
- Zostawimy tutaj rzeczy, żeby wiedzieli, że wrócimy. - Znowu szarpnął. - 

Tam, dokąd idziemy, nie będziesz potrzebować swojego plecaka. 

Nie. Jednak nie wiedział o ikonie. 
Spójrz  prawdzie  w  oczy,  Tasya,  gdyby  wiedział  o  ikonie,  wziąłby  ją  i 

uciekł - nie uciekł, ale odleciał - zostawiając cię samą z Varinskimi. 

Gorycz  prawdy  sprawiła,  że  uniosła  podbródek  i  spojrzała  mu  prosto  w 

oczy. 

background image

- Nie zostawię go. W środku jest mój aparat fotograficzny. Spojrzał na nią 

ze złością. Tak jakby miał do tego prawo! 

-  No  dobra.  -  Zdjął  skórzany  płaszcz  i  położył  go  obok  swoich  rzeczy  i 

znów wziął ją za rękę. 

Odepchnęła go. 
- Umiem sama chodzić. 
-  Świetnie.  -  Puścił  jej  rękę  i  ruszył  w  stronę  wzgórza.  Wzięła  plecak  i, 

napędzana złością, przyspieszyła, żeby go dogonić. 

- Dokąd idziemy? 
- Na drugą stronę góry, gdzie będziemy mogli spokojnie rozmawiać. 
Co  oznaczało  wąską,  skalną  ścieżkę  przecinającą  w  poprzek  klif.  To  nie 

była trasa spacerowa, którą chciałaby pokonywać dwa razy dziennie. 

Ani nawet raz. 
-  Jak  to  sobie  wyobrażasz?  Przynajmniej  jeden  z  nich  jest  ptakiem.  Jeśli 

zechcą, mogą przylecieć i nasrać na nas. To są Varinscy. Mogą zrobić wszystko, 
co im się spodoba. - Wzruszyła ramionami. - W sumie ty też możesz. 

- Nie, nie mogę. 
- Widziałam cię. 
-  Widziałaś,  jak  przemieniam  się  w  jastrzębia  po  raz  pierwszy  od  pięciu 

lat. Złamałem przyrzeczenie, ponieważ... - Zaczerpnął powietrza i zebrał myśli. 
-  Dwóch  młodych  Varinskich  jest  rannych.  Potrzebują  trochę  czasu,  żeby 
wyzdrowieć,  a  stanie  się  to  szybko,  bo  to  jest  część  paktu  z  diabłem. 
Upokorzyłaś  Kassiana,  będzie  potrzebował  więcej  czasu,  ponieważ  będzie 
musiał  odzyskać  władzę  nad  tymi  dwoma  dzieciakami.  Mamy  kilka  godzin, 
zanim zaczną nas znowu szukać. 

-  Oni  wiedzą,  że  teraz,  kiedy  nas  znaleźli,  nie  możemy  stąd  uciec.  - 

Wydawało jej się, jakby ikona sprawiła, że plecak ważył więcej. 

- O to dokładnie mi chodziło. 
- A może oni wcale nas nie znaleźli. Może przyprowadziłeś mnie tu po to, 

żeby mnie im przekazać - mówienie takich słów bolało. 

-  Gdyby  to  była  prawda,  po  co  zadawałbym  sobie  trud  i  opowiadał  ci  te 

wszystkie kłamstwa? 

Miał czelność na nią krzyczeć! Kipiała ze złości. 
-  Nie  wiem.  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego  to  wszystko  robisz,  kopiesz  na 

wyspie Roi, jeździsz ze mną po Europie. 

- Robię to dla mojej rodziny. Robię to dla mojego ojca. 
-  Czy  to  nie  wzruszające?  Ja  też  to  robię  dla  mojej  rodziny!  Tylko  że  ja 

chcę  oddać  ikonę  Fundacji  Dziedzictwa  Narodów,  a  ty  chcesz  ją  oddać...?  - 
Zmarszczyła brwi, patrząc na niego pytająco. 

- Moim rodzicom w stanie Waszyngton -  dokończył z  goryczą. - Ale  nie 

dzielmy skóry na niedźwiedziu. Nie znaleźliśmy ikony. 

Potknęła  się.  Złapał  ją  za  ramię.  Prawie  się  wygadała,  że  znalazła  ikonę, 

że ma ją w plecaku i że, jeśli zechce, może ją wyjąć. 

background image

- Więc to wszystko, te wykopaliska, pogoń przez całą Europę za tabliczką 

czekolady, wszystko to robiłeś dla rodziny i ojca? 

-  Legenda  jest  prawdziwa.  Diabeł  rozdzielił  ikonę  na  cztery.  Cisnął  ją  w 

cztery  strony  świata.  -  Rurik  zamachnął  się,  jakby  był  diabłem,  i  w  tej  chwili 
Tasyi  wydało  się  to  nawet  wiarygodne.  -  Moja  rodzina  chce  je  połączyć,  by 
zerwać pakt z diabłem. 

- Poruszające. 
Doszli do występu skalnego przytwierdzonego niepewnie do klifu. 
Podał jej rękę, by jej pomóc. 
- Chcesz o tym usłyszeć czy nie? 
Chciała. Potrzebowała wyjaśnień. 
- Oczywiście. Umieram z ciekawości. 
Nie bojąc się, szła do przodu. Jak  mogła bać się, że spadnie, gdy sypiała 

ze swoim największym wrogiem? 

Rurik  szedł  tuż  za  nią  po  kamiennej  ścieżce.  Nie  mogła  sobie  tego 

odmówić, nie chciała powstrzymać sarkazmu, który ją rozpierał. 

- Zaraz, zaraz. Zapomniałam. Ty jesteś Varinski. 
Złapał  ją  za  rękę  i  zatrzymał  na  tej  wąskiej  ścieżce.  Nie  robił  nic.  Po 

prostu czekał. 

Nie mogła spojrzeć w dół. Nie mogła spojrzeć w dół. Nie mogła... 
Spojrzała.  Drogę  w  dół  kończyły  poszarpane  kamienie.  Gwałtownie 

odwróciła wzrok, znów patrzyła na Rurika. 

Cóż,  ten  sukinsyn  mógł  tam  stać  przez  cały  dzień.  Tak,  bo  gdyby  spadł, 

mógł lecieć. Poddała się. 

- Proszę, opowiedz mi swoją historię. Zamieniam się w słuch. - Dość już. 

Wystarczy pogardy. - Po prostu mów. 

Puścił ją i poszedł za nią. Tym razem szła ostrożniej. 
-  Mój  ojciec  jest  jednym  z  potomków  pierwszego  Konstantine'a,  liderem 

swego pokolenia Varinskich i pierwszym Varinskim, który się zakochał. 

- W twojej matce? 
-  Tak.  Kiedy  uciekli,  by  się  pobrać,  jego  rodzina  i  jej  plemię  ścigali  ich. 

Delikatnie  ujmując,  nie  zostali  zaakceptowani  przez  żadną  z  rodzin.  W  walce 
Konstantine  zabił  swojego  brata.  Varinscy  nigdy  mu  tego  nie  wybaczyli,  więc 
Konstantine i Zorana uciekli do Stanów Zjednoczonych, zmieniając nazwisko na 
Wilder  i  zamieszkali  w  górach  w  stanie  Waszyngton.  Mieli  trzech  synów.  -  W 
jego  głosie  brzmiał  szacunek.  -  A  potem  zdarzył  się  cud.  Moja  matka,  po  raz 
pierwszy od tysiąca lat, urodziła dziewczynkę. - Rurik uwielbiał swoją siostrę i 
niestety jego uczucie obudziło w Tasyi sentymenty. 

- Mam wrażenie, że ktoś obsadził mnie w operze mydlanej - powiedziała, 

gdy doszli do końca ścieżki i zeszli na bezpieczne podłoże. 

Czuła, że mija jej złość. 
O  to  właśnie  Rurikowi  chodziło,  który  szedł  obok  niej  długim  krokiem, 

pewny i zrelaksowany. 

background image

-  Moi  rodzice  mieli  nadzieję,  że  pakt  został  zerwany,  ale  kiedy  Jasha 

przeszedł okres dojrzewania, zmienił się w wilka, Adrik w panterę. A Firebird... 
no tak, moja siostra, nie zmienia się w zwierzę, ale jest silna, sprytna i kochana 
przez nas wszystkich. 

-  A  ty  jesteś  jastrzębiem.  -  Tasya  nie  chciała  zbliżać  się  do  wejścia  do 

jaskini, więc zmierzała do wierzchołka wzgórza. 

Rurik dołączył do niej. 
-  Kiedy  my,  chłopcy,  byliśmy  nastolatkami,  było  super.  Oczywiście  nie 

mogliśmy  pozwolić,  by  ktokolwiek  się  o  nas  dowiedział,  ale  kiedy  mogliśmy, 
wymykaliśmy  się,  biegaliśmy  i  lataliśmy  i  wydawało  nam  się,  że  jesteśmy 
najgorętszymi  chłopakami  w  mieście.  Jestem  jedynym  synem,  który  może 
panować  nad  przemianą.  Mój  ojciec  mówił,  że  jestem  jedynym  mężczyzną, 
który  potrafi  to  robić.  Mogę  na  przykład  zmienić  ramię  w  skrzydło,  stopę  w 
szpon,  albo  mogę  widzieć  z  taką  ostrością  i  na  taką  odległość  jak  polujący 
jastrząb. 

- Wywyższasz się. 
To  była  prawda.  Czuł  dumę,  kiedy  przypominał  sobie  dzieciństwo  i 

wczesną młodość przepełnioną wolnością i mocą, jakiej Tasya nie była w stanie 
nawet sobie wyobrazić. 

-  Tak.  Czułem  się  taki  ważny.  Mój  ojciec  twierdził,  że  każda  przemiana 

zbliża nas do bram piekła, ale byłem przekonany, że przemiana może działać na 
moją  korzyść.  -  Kiedy  to  mówił,  jego  sposób  chodzenia  zmienił  się  -  drobił 
kroczki. - Zdarzyło się nieszczęście. Kiedy Adrik miał siedemnaście lat, popadł 
w  kłopoty  i  po  prostu...  zniknął.  Wpadliśmy  na  jego  trop  w  Azji,  ale...  nic.  I 
dalej  wydawało  mi  się,  że  mogę  bezkarnie  zmieniać  się  w  jastrzębia.  Latanie 
było takie cudowne! 

Patrzyła na niego i wiedziała, że te wspomnienia były słodko gorzkie. 
- Więc zostałeś pilotem. 
-  Wszyscy  wiedzieli,  że  byłem  najlepszym  pilotem  w  Siłach 

Powietrznych,  tym,  który  może  latać  eksperymentalnymi  samolotami  i  szkolić 
najlepszych rekrutów. 

W  jego  głosie  usłyszała  tęsknotę.  Tłumaczyła  sobie,  że  nic  ją  to  nie 

obchodzi. Jednak zapytała: 

- I co się stało? 
- Użyłem wzroku jastrzębia podczas lotu rozpoznawczego i wystraszyłem 

mojego ucznia tak bardzo, że katapultował się na terenie wroga. Zanim po niego 
wróciliśmy, wróg złapał go i wykończył torturami. 

Mówił  cicho,  z  wielkim  przejęciem,  a  ona  wpatrywała  się  w  niego 

uważnie. Wina wisiała  na  nim jak żałobne ubranie. Żal zacisnął się wokół jego 
szyi jak pętla. Ona... prawie mu współczuła. 

- Mój ojciec miał rację. Diabelski dar nie może służyć do czynienia dobra. 

Lekcja, którą dostałem, kosztowała życie dobrego człowieka. Więc przysiągłem 
sobie nigdy więcej się nie przemieniać. 

background image

Nie  chciała  mu  współczuć  i  czuć  się  zobowiązana  z  powodu  tego,  że 

złamał swoją przysięgę, by ocalić jej życie. 

- Czy ten lot przyniósł cokolwiek dobrego? 

Potwierdziłem 

istnienie 

wrogich 

instalacji 

nuklearnych 

zlikwidowaliśmy je. 

Był tak głupi, że nie mogła sobie tego nawet wyobrazić. 
-  Więc  ile  istnień  ludzkich  uratowałeś?  Nie  pomyślałeś,  że  diabeł 

manipuluje  okolicznościami  tak,  by  powstrzymać  cię  przed  użyciem  twojego 
daru  do  czynienia  dobra?  -  powiedziała  ostro.  -  Rurik,  nie  bądź  idiotą.  Jeśli 
zamierzasz  pokonać  demony  z  piekła  rodem,  będziesz  potrzebował  w  swoim 
arsenale każdego rodzaju broni. Po prostu bądź ostrożny i nie zmieniaj się, gdy 
jesteś w towarzystwie idiotów. To wszystko. 

- Matt Clark nie był idiotą. 
-  Facet,  który  bez  żadnego  powodu  katapultował  się  z  doskonałego 

samolotu na terytorium wroga, jest idiotą. 

Wybuchnął krótkim, gwałtownym śmiechem. 
- To samo powiedziała moja siostra, kiedy to się zdarzyło. 
- A ty nie chciałeś jej słuchać? 
- Ona miała siedemnaście lat, a ja byłem załamany. - Potarł czoło. - Może 

miała  rację.  -  Może  i  tak  -  Tasya  zatrzymała  się  obok  kamiennego  ołtarza  i 
rozejrzała wkoło, patrząc na kraj w oddali. Jej kraj. Teraz chciała zobaczyć góry 
i doliny, patrzeć tak daleko, jak tylko można. 

Czegoś tu nie rozumiała. 
- Ty masz umiejętność zamiany w jastrzębia. Możesz lecieć kiedykolwiek 

i gdziekolwiek sobie życzysz. Twoi bracia mogą zmieniać się w zwierzęta. Więc 
dlaczego chcecie zerwać pakt? 

-  Jeśli  tego  nie  zrobię,  jeśli  my  tego  nie  zrobimy,  mój  ojciec  będzie  na 

wieki płonął w piekle. 

On też spojrzał w dal. 
- Możesz w tej chwili wyostrzyć wzrok? - zapytała. 
-  Nie.  Kiedy  się  zmieniam,  moje  oczy  wyglądają  inaczej.  Wyraźnie 

inaczej. - Odwrócił się w jej stronę, a jego oczy wyglądały jak oczy Rurika. Jak 
oczy człowieka, którego kochała. 

Jak  mogła?  Jak  mogła  kochać  Varinskiego?  Jak  mogła,  stojąc  na  ziemi 

przodków,  zdradzać  ojca  i  matkę,  zapominać  o  ich  śmierci  i  rezygnować  z 
zemsty? 

Nie. Nie mogła. Zaszła już zbyt daleko, by zmienić kurs. 
Wiedza  o  ikonie  zaprzątała  jej  głowę.  Jeśli  jakimś  cudem  zdołałaby 

przeżyć  spotkanie  z  Varinskimi,  mogła  pokrzyżować  plany  Rurika.  Ale...  jeśli 
historia, którą opowiedział, była prawdziwa... 

Jej myśli kłębiły się, zanim przybrały formę pytania. 
- Kto ci powiedział, że połączenie ikon zerwie pakt z diabłem? 
- Moja matka miała wizję. 

background image

-  Twoja  matka  miała  wizję  -  powtórzyła  śmiertelnie  poważnie.  -  I 

wierzysz w to, ponieważ... 

-  Ponieważ  tam  byłem.  Ponieważ  coś  przez  nią  przemawiało,  a  ja  to 

widziałem. I słyszałem. 

-  Często  to  robi?  -  zapytała  tonem  spikera  telewizyjnego,  który  po  raz 

setny musiał wyjaśnić coś prostego. 

W odpowiedzi oczy Rurika zalśniły czerwonym płomieniem. 
Obraziła jego matkę i wkurzyła go. Dobrze. 
- Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby miała wizję. Pierwsze dwie części 

jej  przepowiedni  ziściły  się  natychmiast.  Mój  ojciec  padł  powalony  jak  ścięty 
dąb, a kobieta mojego brata znalazła pierwszą część ikony. 

To nią wstrząsnęło, ale ukryła to, drwiąc: 
- Musiało cię rozczarować, że zwykła kobieta znalazła jedną z ikon. 
Zignorował jej słowa. 
-  Moja  matka  powiedziała:  Tylko  ich  miłość  pomoże  odzyskać  święte 

części ikony. 

- Co to, do cholery, znaczy? 
-  Prawdopodobnie  to  ja  znajdę  ikonę,  ale  dzięki  tobie  trafi  do  mojej 

rodziny, tak myślę. 

Poczuła panikę, jej serce zaczęło bić zbyt szybko. 
- Nie jestem twoją miłością! 
Gorzki uśmiech pojawił się na jego ustach. 
Później przyszło rozczarowanie, to był cios poniżej pasa. 
-  Jeśli  jednak  myślisz,  że  jestem,  to  na  pewno  wyjaśnia,  dlaczego 

uczepiłeś się mnie, zamiast szukać ikony samemu. 

Dzięki  Bogu  ją  znalazła.  Dzięki  Bogu  ją  miała.  A  jeśli  jego  opowieść 

miała  ją  przekonać,  ten  mały  szczegół  utwierdził  ją  w  przekonaniu,  że  podjęła 
dobrą decyzję. 

-  Szukasz  problemów  tam,  gdzie  ich  nie  ma.  Jeśli  przepowiednia  jest 

prawdziwa, jeśli jakaś wyższa siła przemawia przez  moją  matkę dla dobra, czy 
wierzysz,  że  ta  siła  dałaby  się  nabrać,  że  udaję  miłość  do  ciebie?  -  Spojrzał  na 
nią, oczekując zrozumienia, podczas gdy ona wolała stary, znajomy gniew. 

Gniew był łatwiejszy. O wiele łatwiejszy. 
- Nie wiem. Nie wiem, dlaczego miałabym ci wierzyć. Wierzę tylko w to, 

co  widzę,  słyszę  i  czuję  -  podsumowała.  -  Mój  ojciec  zwykle  zabierał  mnie  i 
prowadził  do  drzewa  w  dolinie,  symbolu  rodziny  Dimitru.  Wspinaliśmy  się  na 
najwyższe gałęzie. Pokazywał mi widok na kraj, prawie ten sam, jaki widzimy z 
tego miejsca, i mówił: „To drzewo rośnie w naszych górach od zarania dziejów. 
Symbolizuje królewską krew Dimitru, tak długo jak drzewo rośnie i wypuszcza 
liście, tak długo będzie trwał ród Dimitru”. 

Rurik próbował ją objąć. Odepchnęła go. 
-  Wiesz,  co  się  stało?  Dyktator  Czajkowski  wynajął  Varinskich,  żeby 

zabili  moją  rodzinę,  zamordowali  nas  wszystkich,  i  wydał  specjalne  polecenie, 

background image

by  spalić  to  drzewo,  tak  by  wszyscy  w  Ruyshvanii  wiedzieli,  że  ich  królewska 
rodzina nigdy nie powróci. 

Rurik wziął ją w ramiona, przytulił, mimo że się opierała. 
- Tasya, kochana, dlaczego płaczesz? 
-  A  jak  myślisz?  -  Nienawidziła  tego.  Nie  chciała  czuć  tego  potwornego 

rozdzierania  wnętrzności  i  wolałaby,  żeby  na  nią  wtedy  nie  patrzył.  -  Wciąż 
słyszę  krzyki.  Ciągle  widzę  płomienie.  Śnią  mi  się  rodzice  płonący  w  mękach, 
widzę, jak torturują mojego ojca, i tych ludzi, którzy zginęli za nas, i moje serce 
krwawi na myśl o mieszkańcach Ruyshvanii, którzy stracili rodziców lub dzieci. 
Oni przeklinają nasze imię, wiem to i chcę zrobić coś, by ukoić ich ból. Pragnę 
zniszczyć Varinskich dla nich. 

Chciała być tak silna, jak udawała, a nie tym słabym dzieckiem, które nie 

ośmieliło się patrzeć na szczątki jej życia ze strachu, że się rozpadnie. 

Gorzej, nie wiedziała dlaczego, ale jego dotyk uspokajał ją. 
I  to  była  kolejna  zdrada  jej  rodziców,  zdrada  o  wiele  bardziej  bolesna. 

Wściekła i pełna bólu, powiedziała: 

-  Twoja  rodzina  może  nazywać  się  Wilder,  jeśli  chce,  ale  w  głębi  i  tak 

jesteście  Varinscy.  Zawsze  wiedziałeś,  czego  szukałam,  ale  ukrywałeś  przede 
mną  prawdę.  Nigdy  ci  nie  wybaczę,  że  mnie  okłamywałeś.  Że  mnie 
wykorzystałeś. Nigdy ci tego nie wybaczę. 
 

 

background image

Rozdział 27 

Rurik  długo  patrzył  na  Tasyę.  Kości  jego  twarzy  wyglądały  jak 

wyrzeźbione w granicie. Brązowe oczy wciąż płonęły czerwonymi płomieniami. 
Miał okrutny wyraz twarzy. Jego ciało było zwarte i silne jak ciało drapieżnika, 
czekającego,  by  zadać  śmiertelny  cios.  Tasya  coś  sobie  uświadomiła  -  do  tej 
pory  tak  naprawdę  nie  bała  się  go.  Zaczęła  się  bać  dopiero  teraz.  Głosem 
zimnym jak arktyczny lód zapytał: 

-  Czym  jest  ta  twoja  mała  zemsta  w  porównaniu  do  złamania  paktu  z 

diabłem? 

Ledwie mogła złapać oddech ze wzburzenia i... strachu. 
- Mała zemsta? 
-  Jeśli  uda  ci  się  znaleźć  ikonę  i  oddać  ją  Dziedzictwu  Narodów,  i  jeśli 

uda  im  się  udowodnić,  że  twoja  teoria  o  Varinskich  jest  prawdziwa,  wtedy 
pokażą  cię  w  porannych  wiadomościach  i  zyskasz  rozgłos.  Będziesz  mogła 
wydać  książkę,  a  może  nawet,  jeśli  zdołasz  skupić  na  sobie  uwagę  świata  na 
dłużej niż piętnaście minut i jeśli Varinscy nie zastraszą lub nie przekupią ławy 
przysięgłych, Yerik i Fedor Varinscy pójdą do więzienia. - Rurik powoli położył 
dłonie na jej ramionach, pochylił się i spojrzał w oczy tak twardo, że nie śmiała 
mrugnąć.  -  Gdzie  będą  żyć  jak  królowie,  a  po  sześciu  miesiącach  wyjdą  za 
dobre sprawowanie. 

- A zła opinia? 
- Co pomoże zła opinia? Dostaną trochę po tyłku w środowisku zabójców 

i  ściągną  na  siebie  uwagę  świata,  który  na  pewno  będzie  zafascynowany  ich 
złem.  -  Gestem  wskazał  wschód  -  Ukrainę  i  dom  Varinskich.  -  Największe 
gazety  będą  chciały  przeprowadzać  wywiady  z  Borisem.  Wydawnictwo,  z 
którym  wiążesz  swe  nadzieje,  szybko  podpisze  nimi  kontrakt  i  przydzieli 
pisarza, który spisze ich opowieść i zrobi z niej sensację. Zanim się zorientujesz, 
nakręcą o nich film i mini serial telewizyjny. Ale dla ciebie to nie ma znaczenia. 

- Dlaczego? - oburzyła się. 
- Bo nie będziesz żyć na tyle długo, by się o tym przekonać. 
- Nie boję się śmierci. 
- W takim razie jesteś głupia, bo Varinscy są jak szczeniaki z najbardziej 

znanego  w  historii  gangu.  Oni  nie  mają  sumienia.  Uwielbiają  męczyć 
bezbronnych. Będą cię bić i gwałcić, aż powoli umrzesz w męczarniach. 

- Tak jak moja matka? - Jeszcze protestowała, ale wiedziała, że traci grunt 

pod nogami. 

-  Tak  jak  twoja  matka  -  potwierdził.  -  Ale  porozmawiajmy  o  wadach 

twojego  planu.  Dziedzictwo  Narodów  nie  ma  odpowiedniej  ochrony,  by  strzec 
ikonę. 

- Ma! 

background image

-  Dowody  znikną,  zanim  zdążą  ocenić  je  eksperci.  Więc  pozostała  część 

planu już jest klapą. Z wyjątkiem tej części o twojej śmierci. Oni cię zabiją. 

Uniosła podbródek. 
-  I  tak  zamierzali  mnie  zabić.  Jestem  Dimitru,  wymknęłam  się  im,  a 

Varinscy nie oszczędzają nikogo. 

-  To  prawda.  -  Rurik  wyprostował  się.  -  Ale  jeśli  zwrócisz  się  do  mojej 

rodziny w Waszyngtonie, ochronią cię. 

- Jak mam się tam dostać, nie sprowadzając za sobą Varinskich? 
- Powiem ci, jak się tam dostać, i odciągnę ich uwagę. 
- Jasne! Ciekawe jak? 
-  Wyczerpaliśmy  możliwości.  Jedno  z  nas  musi  ujść  z  życiem,  żeby 

znaleźć ikonę. 

- Tylko ty masz szansę przeżyć. 
-  Tylko  ja  mogę  pokonać  Varinskich.  A  teraz  posłuchaj  mnie.  Jeśli 

znajdziesz  ikonę  i  oddasz  ją  mojej  rodzinie,  będziemy  mieli  szansę  pokonać 
diabła.  -  Ujął  jej  ramiona  i  lekko  potrząsnął.  -  Pomyśl  o  tym.  Jeśli  położymy 
kres  paktowi,  Varinscy  będą  zaledwie  bandą  żałosnych  ludzi,  którzy  nie  będą 
mieli pojęcia, jak funkcjonować w prawdziwym świecie. Już nikt nie będzie się 
ich  bał.  Będzie  można  wnieść  przeciwko  nim  oskarżenie.  Stracą  wszystko. 
Wyobraź to sobie, Tasya! To jest twoja zemsta! 

Zapędził ją w kozi róg i, co gorsza, sprawił, że spojrzała prawdzie w oczy. 

Jej plan nie miał szans powodzenia. Przynajmniej jedno z nich by zginęło. A to 
by była ostateczna porażka. 

Ogarniała ją frustracja. 
- Nie chcę tu być. Nie chcę być w sytuacji bez wyjścia. Chcę... 
- Czego chcesz? 
Ciebie,  Rurik  -  pomyślała.  I  powrotu  do  naiwnego  przekonania,  że  jeśli 

uda jej się dostać w swoje ręce dowód, mogłaby pokonać Varinskich i pogodzić 
się ze śmiercią rodziców. 

Rurika i uczucia pocieszenia, które dał jej w pociągu. Rurika i niejasnego 

poczucia, że był mężczyzną, którego mogła kochać. 

Ale  widziała,  jak  on  zmienia  się  w  drapieżnika...  Na  własne  oczy 

zobaczyła dowód na istnienie diabła i jego działanie. 

Każde  marzenie  kiedyś  pryska...  i  teraz  Rurik  to  sprawił.  Warknęła  pod 

nosem i zdjęła plecak, a wraz z nim ciężar ikony i rzuciła go pod ołtarz. 

Podeszła do Rurika i pchnęła. Popchnęła go z całej siły. 
Prawie tego nie odczuł. 
Był  niewzruszony:  silny,  wysoki  i  dobry.  Wspaniale  było  go  popychać, 

więc znowu to zrobiła. I jeszcze raz. 

A  on,  który  stał  tam  jak  ostoja  rozsądku  i  spokoju,  schwycił  ją, 

przyciągnął do siebie i pocałował. 

background image

To  nie  był  taki  pocałunek,  jak  w  pociągu.  Nie  delikatne,  powolne, 

uwodzicielskie  muskanie  ustami  o  usta,  ale  gorący,  szalony  i  niezaspokojony 
pocałunek. 

Zmiażdżył  ustami  jej  wargi,  otworzył  je  swoim  językiem,  nie  pytając  o 

pozwolenie.  Pragnęła  tego.  Przez  kilka  cennych  chwil  chciała,  żeby  ogień 
pomiędzy nimi spalił bolesną rzeczywistość i dał jej zapomnienie. 

Odpowiedziała  mu  takim  samym  ognistym  pożądaniem,  chwytając  jego 

głowę w dłonie, ssąc jego język i wywołując jego pomruk. 

Położył  dłonie  na  jej  pośladkach  i  uniósł  ją  tak,  że  oplotła  go  nogami  i 

mogła poczuć nabrzmiałą męskość. 

Przerwała  pocałunek.  Wygięła  plecy,  bo  przepłynęła  przez  jej  ciało 

szybka, nieoczekiwana fala spełnienia. 

Trzymał  ją  w  ramionach,  napierając  na  nią,  przedłużając  jej  rozkosz,  a 

kiedy  fala  zaczęła  opadać,  odwrócił  się,  przycisnął  ją  do  ołtarza  i  przez  głowę 
ściągnął koszulę. 

Jedną ręką rozpiął biustonosz, a drugą pasek. 
- Ty sukinsynu. 
Myślał, że może ot tak po prostu rozebrać ją do naga i wykorzystać? 
Nie, zanim sam się nie rozbierze. 
Wyciągnęła jego pasek i rozpięła dżinsy tak gwałtownie, że wymamrotał: 
- Ostrożnie! 
Ściągnął jej spodnie do kostek. 
Zdjęła buty, zrzuciła wszystko, po czym ruchem pełnym gracji zdjęła jego 

spodenki i uklękła przed nim. 

- Ostrożnie! - to brzmiało jak chrząknięcie. Nie musiała uważać. 
Dobrze wiedziała, co robi. 
Wzięła  go  w  usta  długim,  powolnym  ruchem.  Poczuła  koniuszek 

delikatny  jak  rozgrzany  aksamit,  delektowała  się  pierwszą  kroplą  tryskającego 
nasienia napełniającego ją jego smakiem. 

Podczas  ich  wspólnych  nocy  to  on  jej  dogadzał  i  zaspokajał.  Teraz,  w 

końcu i nareszcie, to ona nad nim panowała. 

Pieściła  go  powoli.  Jego  biodra  drgały,  jakby  nie  mógł  stać  spokojnie. 

Zadrżał w jej ustach. Zaklął, mamrocząc długą wiązankę rozpaczliwych słów w 
nieznanych językach. 

Boże, zemsta jest słodka. 
Musiał  widzieć  jej  uśmiech.  Albo  go  wyczuł,  bo  zdjął  koszulę  i  dżinsy, 

schylił się  i podniósł ją. Położył ją  na ołtarzu  i przykrył swym  ciałem.  Kamień 
pod jej plecami był szorstki i ciepły. 

- Nie - powiedziała rozpaczliwie. 
Zastygł  w  bezruchu.  Jego  ramiona  drżały,  oczy  były  rozżarzonymi 

węglami, w głębi których płonął czerwony ogień. 

- Nie? 
Czy przestanie, kiedy mu każe? Prawdopodobnie. Chwyciła go za ręce. 

background image

- Złaź ze mnie. 
Głęboko  odetchnął  i  zacisnął  zęby.  Patrzył  w  dół  wzgórza  w  kierunku 

Varinskich, po czym spojrzał na nią. 

- Kobieto, posuwasz się za daleko. Ale zrobił, co kazała. Zszedł z niej. 
-  Doskonale  -  Usiadła  na  nim  okrakiem.  Tu,  ze  szczytu  ołtarza,  mogła 

podziwiać  panoramę  doliny,  patrzeć  w  górę  na  odległy  łańcuch  górski,  i  przez 
horyzont do wieczności. Byli tutaj, na szczycie świata, a ona górowała nad nim. 

Wiatr był na tyle chłodny, by sprawić, że jej sutki stwardniały... a może to 

jego spojrzenie ją podnieciło. 

Kontury  jego  szerokiej  klatki  piersiowej  i  ramion  lśniły  w  słońcu,  a 

światło  przenikające  przez  ciemne  włosy  podkreślało  zarys  każdego  mięśnia. 
Jego tatuaż pysznił się na skórze jasnym, archaicznym wzorem. 

Opuścił wzrok, a powieki zakryły mu oczy, ale ona zobaczyła prawdę. 
Głęboko w jego źrenicach mocniej zapłonął czerwony ogień. 
Był drapieżnikiem. Był dziki. Był barbarzyńcą. 
Ale  teraz  to  ona  przejęła  kontrolę.  Oplotła  dłonie  wokół  głowy,  śmiejąc 

się w nikczemnym wybuchu triumfu. Wyciągnął do niej ręce. 

Złapała go za nadgarstki. Przez moment opierał się, po czym pozwolił jej 

założyć ręce wokół swojej głowy. Wyciągnęła się na nim. Włosy na jego klatce 
piersiowej ocierały o jej piersi. Roześmiała mu się prosto w twarz. 

- Nie boję się ciebie. 
- A powinnaś. 
Znów się roześmiała i wsunęła język w jego usta. 
Pozwoli jej się uwieść, o tak, z rozkoszą. 
Jednak poruszał się między jej udami, zwiększając jej podniecenie, kusząc 

ją.  Ale  ona  była  nieugięta.  Nie  wpuściła  go  do  środka.  Zamiast  tego  delikatnie 
poruszała  się,  czując  jego  wzwód,  zaspokajając  siebie,  ale  nie  dając  mu  tego, 
czego  oczekiwał.  Może  z  wyjątkiem  satysfakcji  ze  świadomości,  że 
wspomnienie  i  pamięć  jego  w  jej  ciele,  dotykającego  najintymniejszych 
zakamarków,  mogła  sprawić,  że  go  zapragnie.  Chciała  doprowadzić  go  do 
szaleństwa. 

Ale  do  tanga  trzeba  dwojga,  podczas  gdy  ona  go  prowokowała,  on 

wywoływał  w  niej  silne  doznania.  Masował  dłońmi  jej  piersi,  drażnił  jej  sutki 
szorstkimi  włosami  na  swojej  klatce  piersiowej.  Jego  usta  ześlizgiwały  się 
daleko  od  jej  ust,  całując  szyję  za  uchem  i  podbródek  w  powolnej,  wilgotnej 
pieszczocie. Wzmagał się rytm uderzeń jej serca. 

Nigdy w życiu bardziej  nie czuła, że żyje -  może dlatego, że śmierć była 

tak blisko. 

Drżąc z pożądania, odsunęła się o uzależniającej mocy jego ust. 
Znowu  usiadła,  ale  tym  razem  się  nie  śmiała.  Ślepa  z  pożądania,  po 

omacku  sięgnęła  między  ich  ciała.  Złapała  w  dłoń  jego  nabrzmiałą  męskość, 
wiedząc,  że  jednym  ruchem  dłoni  może  dokończyć  dzieła,  próbując  przekonać 
sama siebie, że mogła żyć bez niego w sobie. 

background image

Ale nie mogła. To mógł być, i prawdopodobnie był, ostatni raz, kiedy się 

kochali. Nawet jeśli obojgu uda się przeżyć, czy mogła sypiać z wrogiem? 

Nie. To był ostatni raz. 
-  Zrób  to.  -  Patrzył  na  nią,  rysy  jego  twarzy  wyostrzyła  żądza  i  mogłaby 

przysiąc,  że  znał  każdą  myśl  w  jej  głowie.  -  Wystarczająco  mnie  wymęczyłaś. 
Zrób to teraz. 

Umieściła go u wejścia do swojego ciała i opadła w dół, wprowadzając go 

do  środka.  Była  bardzo  podniecona,  ale  jej  ciało  poddawało  się  powoli, 
zaciskając się wokół niego. Zajęczał jak w agonii. 

Tak.  Jeśli  seks,  ta  przyjemność  złamała  jej  silną  wolę  i  pozbawiła 

oddechu, powinna być to broń obosieczna. 

Tej  nocy  w  pociągu  wydawało  się,  że  był  w  niej  na  każdy  możliwy 

sposób, i odkryli każdy zmysł, każde odczucie. 

Ale tym razem to było coś nowego, innego. Ona nad nim panowała. 
Nadawała  tempo  i  trzymała  rytm.  Wznosiła  się  i  opadała,  a  kamienie 

ocierały  jej  kolana.  Słońce  oświetlało  jej  głowę  i  ramiona.  Zapach  pinii, 
świeżego  powietrza  i  Rurika  wypełniał  jej  płuca.  Patrzyła  na  Rurika, 
wspaniałego, umięśnionego, wilgotnego od potu, leżącego pod nią. 

Wyprostował się, jego surową twarz zmieniły promienie słońca i mroczna 

obsesja. W oczach miał dziką namiętność. Trzymał dłonie na jej udach, masując 
palcami,  unosił  ją,  pieścił,  jak  gdyby  nie  mógł  nasycić  się  jej  dotykiem. 
Widziała,  jak  się  opanowywał  -  był  o  jeden  oddech  od  przejęcia  nad  nią 
kontroli. 

Posiadał ogromną moc, a kiedy ją powstrzymywał, ona jeszcze rosła. 
Jego  biodra  nacierały  na  nią.  Ich  ruchy  spotykały  się.  Razem  przebyli 

drogę tak pradawną, jak kamień pod nimi i tak nową jak nadchodzący świt. 

Dyszała ciężko. 
Fala  rozkoszy  narastała  w  niej.  Potężna,  gorąca,  czekała,  żeby  uderzyć. 

Straciła poczucie miejsca i czasu. Był tylko Rurik i Tasya, połączeni w ekstazie, 
jeden byt. 

Rozkosz nadeszła w pojedynczym długim spazmie radości, dręczącym jej 

ciało.  Kiedy  pradawne  upojenie  rozbrzmiało  w  jej  uszach,  wbiła  paznokcie  w 
jego ramiona. 

Kiedy  fala  rozkoszy  stała  się  i  jego  udziałem,  Tasya  objęła  go  mocno,  i 

przeżyła  tę  chwilę  intensywnie  jak  nigdy  wcześniej  i  nigdy  więcej.  Żądza  ich 
porwała. 

Wykrzyczała swoją rozkosz pod niebiosa. 
Rurik jęknął, pogrążony w rozkoszy. 
Z ziemi  wydobył się piorun  i  uderzył przez kamienny ołtarz, przez niego 

w  nią.  To  był  ogień  i  wstrząs,  jakiego  Tasya  nie  zaznała  nigdy  wcześniej. 
Krzyczała  z  bólu  i  zachwytu.  Równocześnie  wstrząsnął  nimi  przypływ 
ostatecznej  rozkoszy  i zawiódł  ich  na krańce świata,  łącząc ich w  jeden wielki, 
błogi spazm. 

background image

-  Co...?  -  Oparła  się  o  jego  klatkę  piersiową  i  spojrzała  na  niego, 

wyczerpanego, zaspokojonego, tak przystojnego, że doprowadzał ją do łez. 

- Co to było? 
Uśmiechnął się bezlitośnie. 
- Połączenie. 
Ubrali  się  w  milczeniu,  ale  Tasya  zauważyła,  że  Rurik  spogląda  na  nią 

ukradkiem. 

Udała, że tego nie zauważyła. Lepiej nie rozmyślać o tym, co zdarzyło się 

na  pogańskim  kamiennym  ołtarzu  w  jej  własnej  ojczyźnie,  ze  słońcem 
oświetlającym ich niczym błogosławieństwo. 

Sznurowała buty, kiedy Rurik podsunął jej coś pod nos. 
Półautomatyczny pistolet. Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. 
- Weź go. Może ci się przydać. 
Szybko  i  ze  szczegółami  opowiedział  jej,  jak  ma  dotrzeć  do  jego 

rodziców. 

Wzięła pistolet do ręki. 
- Nie chcę... 
- To, czego ty chcesz  i ja także,  nie  jest w tej chwili ważne. Jedno  z  nas 

musi  pokonać  diabła,  ale  przynajmniej  zafundowaliśmy  sobie  długie 
pożegnanie, moja droga. 

Spojrzała na niego. 
Uśmiechnął  się  do  niej  tak,  że  pomyślała,  że  to  był  mężczyzna,  któremu 

mogła zaufać. 

-  Uwierz  mi,  Tasyo,  to  marzenie  każdego  mężczyzny,  tak  wspaniale 

kochać się z kobietą, którą kocha, przed tym jak ma zginąć w walce. 

- Z kobietą, którą on... ty...? 
Wcześniej już to mówił, ale mu nie uwierzyła. A teraz miała to zrobić? 
-  Oczywiście,  że  cię  kocham.  -  Uklęknął  przed  nią  i  pomógł  jej 

zasznurować but. 

- Nieprawda. 
-  Tasyo,  mam  trzydzieści  trzy  lata.  Może  nigdy  wcześniej  nie  kochałem, 

ale wiem, co to miłość. 

Nie wiedziała, co powiedzieć i jak. Sprawił, że mu zaufała, zniweczył jej 

marzenia o zemście brutalną dawką prawdy, a potem zaoferował, że odda za nią 
życie. A przecież był Varinskim. Jej wrogiem, do cholery! 

Ale to słowo nagle straciło znaczenie. 
- W porządku. - Pomógł jej wstać i zamocować pistolet na pasku. - Wiem, 

że ty mnie nie kochasz. Ale z czasem mógłbym sprawić, że zmienisz zdanie, i ta 
perspektywa mnie cieszy. 

- Może - mruknęła. - Jasne. 
Sięgnęła pod ołtarz i podniosła plecak. Pomógł jej wyregulować szelki. 
Plecak wydawał jej się ciężki, jakby z każdą deklaracją Rurika o  miłości 

do niej ikona ważyła coraz więcej. 

background image

Ikona była po prostu świętą rzeczą. Nie miała żadnych preferencji, dokąd 

miała  jechać  i  komu  służyć.  Tasya  musiała  wziąć  się  w  garść  i  to  szybko,  w 
przeciwnym  razie  zaraz  wyśpiewa  Rurikowi  całą  prawdę...  a  może  to  właśnie 
powinna teraz zrobić. 

- Chodźmy. - Wyskoczyła jak z procy, byle dalej od tego pomysłu. 
Poszedł za nią, potem ją wyprzedził i ruszył w stronę wejścia do jaskini. 
Zatrzymał się obok złowieszczej, czarnej dziury w ziemi. 
- Co? 
Jednak wiedziała. 
- Chcę, żebyś przeszła drogą przez jaskinię. 
- Nie. 
- Przecież robiłaś to już wcześniej. Znajdziesz wyjście. 
- Nie! 
-  Dwaj  z  Varinskich  są  ptakami.  Nie  wlecą  do  jaskini.  Jeżeli  uda  mi  się 

wyeliminować Kassiana, zdołasz uciec. 

- Słuchaj, nie mam zamiaru znowu tam wchodzić. - Odetchnęła głęboko. - 

Nie zostawię cię tutaj na pewną śmierć. Zostaję z tobą. 

Rurik  zastanawiał  się,  co  powodowało  nią  bardziej  -  Jej  strach  przed 

ciemnością  i  jaskinią  czy  niestosowna  odwaga.  Ale  nie  mógł  wepchnąć  jej  siłą 
do jaskini, a gdyby nie miała tej odwagi, nie byłaby tą Tasyą, którą kochał. 

Powiedział więc: 
- No dobra, chodźmy. 
Rurik  bezzwłocznie  ruszył  w  drogę,  słuchając,  jak  Tasya  za  nim  dyszy 

ciężko. Przyglądał się okolicy, szukając drogi ucieczki. 

Tego nauczył go ojciec. 
Obszedł wokół zbocze góry, a potem wspiął się na szczyt. 
Mógł walczyć z chłopakami i ich pokonać. 
Kassian  to  coś  zupełnie  innego.  Był  doświadczony,  i  już  udowodnił,  że 

gotów był poświęcić w walce obu towarzyszy, żeby osłabić Rurika. 

Był pod każdym względem doskonałym Varinskim. 
Minęli  niewielki  zagajnik,  znaleźli  się  na  polanie  usianej  głazami  i 

skierowali się ku kolejnemu zagajnikowi. 

Usłyszał dźwięk, na który czekał. Łopot skrzydeł. Cichy odgłos łap wilka. 

Kassian musiał szybko powrócić do władzy. 

- Nadchodzą - w głosie Tasyi brzmiał strach i oczekiwanie. Rurik zwolnił 

kroku. Teraz nie było potrzeby się spieszyć. Stanął przed Tasyą i powiedział: 

-  Pamiętaj,  bądź  ostrożna.  Nie  wchodź  im  w  drogę.  Zaatakuję  przy 

najbliższej  okazji,  a  wtedy  uciekaj,  ile  sił  w  nogach.  Nie  zatrzymuj  się,  i  staraj 
się za wszelką cenę ujść z życiem. 

- Słuchaj, muszę ci coś wyznać - powiedziała, patrząc na Rurika. 
Spojrzał na nią przelotnie. 
- Nie mamy czasu! - Odsunął ją z drogi. 

background image

W  tej  samej  chwili  powietrze  przeciął  szary  ptak  z  rozpostartymi 

szponami. To Siergiej. Wzbił się w górę, usiadł na wysokim głazie i zmienił się 
w człowieka. Spojrzał  na  nich z góry  i roześmiał się, wielka, głupia, doskonała 
kompozycja mięśni i złośliwości. 

Z zagajnika szedł w ich kierunku uśmiechnięty Ilja. Kassian przyszedł od 

tyłu,  zmieniając  się  z  wilka  w  człowieka.  Jego  zęby  skracały  się,  pysk  zwężał, 
ale  nadal  miał  pianę  wokół  warg.  Kassianowi  nie  było  do  śmiechu.  Był 
wściekły. 

Tak, to będzie długa, ciężka walka. 
Ilja i Kassian zbliżali się do nich. Siergiej jednym susem znalazł się obok 

Tasyi i złapał ją. Wykręciła się, ugodziła go łokciem w żebra, a on zatrzymał w 
rękach  jej  plecak.  Skoczyła  na  Siergieja,  uczepiła  się  jego  pleców  i  chwyciła 
plecak. 

- Oddaj mi to! 
Rurik powinien był sam ją zabić. 
Powinna  był  uciekać.  Tymczasem  ona  dąsała  się  niczym  przyłapana  na 

gorącym  uczynku  uczennica  i  zachowywała  się  jak  matołek.  Siergiej  zachował 
się z całą dojrzałością,  na jaką było  go stać. Odepchnął ją  na ziemię. Wziął jej 
plecak, wywrócił go do góry nogami i zakręcił nim w kółko. 

- Nie! Przestań! - Tasya znowu się na niego rzuciła. 
Zawartość  plecaka  rozsypała  się  wokół.  Pudełko  z  jej  soczewkami 

kontaktowymi  roztrzaskało  się  o  kamień.  Sreberka  batoników  musli  lśniły  w 
słońcu.  Ubrania  były  rozrzucone  na  ziemi,  zapasowa  koszulka  poszybowała  z 
wiatrem.  Coś  kwadratowego,  błyszczącego  jak  stare  złoto  wystrzeliło  w 
powietrze  i  z  charakterystycznym  dźwiękiem  wypalanej  ceramiki  upadło  na 
ziemię pośród kamieni. Ikona. 

Tasya znalazła ikonę. 

 

 

background image

Rozdział 28 

Tasya poślizgnęła się i zatrzymała. Jedno spojrzenie na jej pełną poczucia 

winy twarz powiedziało Rurikowi wszystko, co chciał wiedzieć. 

Wcale nie zapomniała powiedzieć mu o ikonie. Postanowiła zatrzymać tę 

wiadomość  dla  siebie,  po  to,  żeby  zdobyć  rozgłos,  wydać  książkę,  pomścić 
śmierć rodziców i sprowadzić na siebie zemstę Varinskich. 

Był wściekły i zawiedziony. Poczuł się dotknięty. I kochał ją. 
Wyznał  jej swoje  najgłębsze tajemnice, zdając się  na jej  łaskę  i  niełaskę, 

błagając o zrozumienie. Kochał ją. A ona go okłamała. Mógł zrobić tylko jedno. 

- Niech cię wszyscy diabli! - wrzasnął. Złapał ją za ramiona i popchnął na 

kamień.  -  Zdradziłaś  mnie,  ty  mała  dziwko!  -  A  kiedy  cofnął  pięści,  szepnął:  - 
Pochyl się mocno. 

Dostrzegł w jej oczach błysk zrozumienia. 
Zamachnął się pięścią. 
Pozwoliła mu się uderzyć w policzek. 
Odskoczyła  i  przewróciła  się  na  ziemię.  Kiedy  ją  złapał  i  postawił  z 

powrotem na nogi, zaczęła płakać, jakby miała zostać zamordowana. 

- To  rozumiem -  usłyszał  głos  Kassiana. -  Tak, złamasie, ty  wiedziałbyś, 

jak przyłożyć kobiecie, prawda? 

- Bierzcie ikonę - krzyknął do swoich kuzynów z piekła rodem. 
Potrząsnął Tasyą. 
Zwisała bezwładnie jak szmaciana lalka, a jej głowa latała na boki. 
Tak,  to  była  jego  Tasya.  Taka  z  niej  aktorka.  Nabrała  go.  Nie  miał 

pojęcia,  że  znalazła  ikonę.  Na  jego  twarzy  musiała  dostrzec  prawdziwą 
wściekłość, bo wzdrygnęła się, a w jej oczach dostrzegł coś jakby - żal? 

Trochę było na to za późno. 
Odwrócił  się  i  zobaczył,  jak  Siergiej  z  tym  swoim  głupim  zachłannym 

uśmiechem  na  twarzy  pochyla  się  i  podnosi  ikonę.  I  nagle  wytrzeszcza  oczy, 
przestraszony i zdziwiony. Z krzykiem rzucił ikonę w powietrze. Wylądowała w 
trawie. 

Siergiej znowu krzyknął. 
- Co z nim jest, do diabła? - zapytał Rurik z pretensją w głosie. Jakby nie 

wiedział. Żaden Varinski nie mógł trzymać ikony. Madonna nie mogła pozwolić 
na to, żeby znaleźć się w posiadaniu demona. 

- Ucisz go - powiedział Rurik. - Co za mięczak. 
-  Zamknij  się,  kretynie.  -  Kassian  popchnął  Siergieja.  Siergiej  krzyczał, 

dopóki Ilja nie uderzył go w sam środek klatki piersiowej. 

Osunął się na kolana i zajęczał. 
- No, teraz lepiej. 
Rurik  złapał  Tasyę  za  włosy,  szarpnął  jej  głowę  tam  i  z  powrotem  i 

mocno ją pocałował. Pocałował na pożegnanie. 

background image

Na  początku  się  opierała.  Potem  jednak  złapała  go  za  szyję  i 

odwzajemniła pocałunek. 

Kiedy się cofnął, powiedział: 
- Nie próbuj mnie ratować. Nie próbuj ratować nikogo. Sama się ratuj. 
Może  w  głowie  nadal  toczyła  walkę  z  nieuniknionym,  ale  jej  pocałunek 

powiedział mu prawdę. Wiedziała, co ma robić. 

- Tak jakbym kiedyś pozwoliła, żeby ktoś za mnie zginął. 
-  Mamy  dwa  wyjścia.  Możemy  oboje  zginąć  w  walce  z  nimi  albo  ty 

bierzesz ikonę i uciekasz. 

- Nie uciekam. 
-  W  takim  razie  giniesz,  ikona  znowu  trafia  w  ręce  diabła  i  Varinscy 

wygrywają. 

Potrząsnęła głową. 
- Tak będzie, Tasyo. Powoli skinęła głową. 
Stając między nią a Varinskimi, powiedział: 
- Postaraj się, żeby to dobrze wyglądało. 
- Postaram się. 
- Zaufaj mi. 
- Ufam. 
Przyglądał się jej. 
Jej niebieskie oczy płonęły groźnie. 
- Ufam ci. 
- To nie to samo, co miłość, ale też nieźle. 
Tym razem, kiedy ją uderzył, wzdrygnęła się, zaczęła płakać i szlochać. 
- Przestań, proszę cię, przestań! 
Oboje postarali się, żeby to brzmiało jak odgłos uderzenia. Za nimi Sergej 

nadal jęczał i narzekał. Zmęczony tym Rurik odwrócił się do pozostałych. 

- Jasna cholera, podnieście tę przeklętą ikonę! Tym razem nie patrzył, ale 

wrócił do bicia Tasyi. 

Kiedy usłyszał krzyk kolejnego Varinskiego, uśmiechnął się. 
Tasya też się uśmiechnęła, jej twarz była czerwona z wysiłku. 
Odwrócił  się  do  swoich  kuzynów.  Ikona  znowu  leżała  na  ziemi,  a  tym 

razem  Ilja  trzymał  się  za  rękę,  przyglądając  się  ranie,  krzyczał  i  znowu 
spoglądał na ranę. 

Kassian był z nich najsprytniejszy. Rozumiał, co się działo. 
- Nie możemy trzymać tego cholerstwa - powiedział i wskazał na Tasyę. - 

Niech ona to trzyma dla nas. 

-  Nareszcie  na  to  wpadliście  -  powiedział  Rurik  i  popchnął  Tasyę  w 

kierunku ikony. 

Złapała go za nadgarstek i szepnęła: 
- Muszę mieć krew na twarzy, no i siniaki. 
Rurik  zamarł.  Przez  lata  spędzone  w  wojsku  miewał  bójki  w  barach  i 

starcia z braćmi, ale nigdy w życiu nie uderzył kobiety. Byłoby to jak uderzenie 

background image

matki, jego siostry, Firebird, przyjaciółki jego rodziców, Meadow Szarvas, albo 
swojej emerytowanej nauczycielki, panny Joyce. 

-  No,  dalej  -  powiedziała  Tasya.  -  Dorastałam  w  rodzinach  zastępczych, 

większość była w porządku, ale zdarzały się też kiepskie. Byłam już bita. 

Podniósł rękę, ale po chwili ją opuścił. 
Jej oczy były groźne i jasne jak rozżarzone węgle. 
-  Jeżeli  ty  tego  nie  zrobisz,  będę  musiała  uderzyć  się  o  skały  i  wtedy 

naprawdę zrobię sobie krzywdę. 

-  Jasne.  Zrobię  to.  -  Musiał  się  przygotować.  Zamknął  oczy  i  wyobraził 

sobie,  że  ona  jest  jednym  z  jego  braci.  Uderzył  ją  dostatecznie  mocno,  żeby 
rozciąć jej wargę i zostawić siniak na policzku. 

-  Cholera,  to  boli!  -  Uniosła  pięść,  żeby  mu  oddać,  ale  po  chwili  ją 

opuściła. 

Nawet  teraz  jej  instynktowną  reakcją  była  obrona.  Chwycił  ją  za  ramię, 

popchnął w stronę ikony i głośno krzyknął: 

- Podnieś ją i włóż do plecaka. Będziesz ją niosła! 
Upadła  na  ziemię.  Doczołgała  się  do  ikony.  Podniosła  ją  z  wyrazem 

boleści na twarzy, a wtedy złocona aureola Madonny zalśniła w słońcu. 

Rurik  miała  nadzieję,  że  to  był  znak  z  nieba,  że  jego  poświęcenie  nie 

pójdzie na marne. 

Włożyła ikonę do plecaka, a potem pozbierała z ziemi ubrania, batoniki i 

opakowanie  z  soczewkami  kontaktowymi.  Poruszała  się  powoli,  klęcząc  na 
ziemi jak stara kobieta, która zbiera cenne dla niej rzeczy. 

Wzbudziła tym podejrzenia Kassiana. 
Podszedł do niej i kopnął ją w żebra. 
Stoczyła  się  z  góry,  kurczowo  przyciskając  plecak  do  brzucha  i  uderzyła 

w głaz. 

Kassian  był  potężnym  mężczyzną,  barczystym,  niebezpiecznym  i 

szybkim. 

Rurika  to  nie  wzruszało.  Tego  właśnie  chciał.  Zbliżył  się  do  Kassiana, 

złapał go za gardło i spojrzał prosto w jego ogniste oczy Varinskich. 

- Nie mówiłem, żebyś ją kopał. 
- Nie ty tutaj dowodzisz. - Gorący oddech Kassiana czuć było czosnkiem i 

siarką. 

- Teraz już tak! - Rurik kopnął go między nogi. Kassian zgiął się w pół i 

tyłem głowy uderzył w brzuch Rurika. 

Ten  upadł  na  plecy,  podniósł  nogę  i  zanim  Kassian  wyprostował  się, 

kopnął go pod brodę. 

Kassian potknął się i upadł. 
Siergiej i Ilja natychmiast rzucili się na Rurika. 
Tasya  zdołała  złapać  oddech,  próbując  rozpędzić  ciemną  mgłę,  którą 

miała przed oczami. 

background image

Jedną  ręką  chwyciła  się  głazu,  na  którym  się  zatrzymała,  drugą  nadal 

kurczowo ściskała plecak i, chwiejąc się, zdołała stanąć na nogach. 

Musiała się skupić. Musiała się stąd wydostać. 
Ale oni właśnie zabijali Rurika. 
Najpierw  zaatakowali  go  Siergiej  i  Ilja,  i  był  bity  przez  nich  na  zmianę. 

Rurik  mówił  jej, że  umie się bić  i teraz  to udowodnił: kopał  i  uderzał,  unosząc 
się w powietrzu, poruszał się przy tym tak szybko, że ledwie  mogła nadążyć za 
jego ruchami. 

To było jak film „Przyczajony tygrys, ukryty smok”, tyle że bez napisów. 
Jej  wzrok  zatrzymał  się  na  błyszczącym  metalu.  Przyjrzała  się:  to  był 

arsenał  Varinskich.  Karabiny.  Półautomatyczne  pistolety.  Wiatrówki.  I 
amunicja. 

Nic  nie  było  w  stanie  uleczyć  jej  prawdopodobnie  złamanego  żebra  tak 

szybko, jak odkrycie niezabezpieczonego składu broni Varinskich. 

Wzięła  pistolet  i  wiatrówkę.  Sprawdziła,  czy  karabin  jest  naładowany. 

Był, więc wzięła go pod rękę. Rozrzuciła amunicję na ziemi. 

Spojrzała na walczących mężczyzn i zobaczyła, że Kassian przyłączył się 

znowu do walki. 

Rurik  został  obezwładniony,  ale  nie  przestawał  machać  pięściami  i 

nogami, dostawał jednak coraz więcej ciosów w twarz, klatkę piersiową i nogi. 

Wtedy to się stało. 
Wszystko potoczyło się tak szybko, że ledwie zdążyła zauważyć. 
Rurik  zniknął,  a  w  jego  miejsce  pojawił  się  jastrząb  i  poleciał  prosto  w 

górę. 

To był Rurik. 
W  geście  zwycięstwa  Tasya  uniosła  pięść.  Bardzo  dobrze!  Zobaczyła 

błysk  jego  oczu,  kiedy  na  nią  spojrzał.  Chciał  dać  jej  fory.  I  chciał,  żeby  to 
wykorzystała. 

Zarzuciła  plecak  na  jedno  ramię  i  pobiegła  pod  górę  w  stronę  klasztoru. 

Kopniak,  który  zadał  jej  Kassian,  nie  ułatwiał  ucieczki,  miała  trudności  ze 
złapaniem oddechu. Nieporęczna strzelba ciążyła jej na ramieniu. Ale nie miała 
zamiaru się jej pozbywać - mogła się przydać. 

Ciągle  oglądała  się  za  siebie,  rozpaczliwie  chcąc  zobaczyć  Rurika  w 

walce. 

Wielki czarno-biały orzeł gonił jastrzębia. 
Ilja. 
Biegła dalej, oglądając się co chwila. 
Ptaki spotkały się w powietrznej walce, zderzając się i wydając krzykliwe 

odgłosy. Ilja uderzał Rurika skrzydłami, ale ten był szybszy i mniejszy, i rzucał 
się na orła z dziobem i szponami. 

Pojedynek był piękny i śmiertelny. 
- Dasz radę, Rurik - szeptała. - Dasz radę, możesz wygrać tę walkę. 

background image

Po raz pierwszy, odkąd wyszła z kaplicy  i dostała się w ręce Varinskich, 

nadzieja napełniła jej serce. Może oboje przeżyją ten atak. 

Może  nawet  on  wybaczy  jej,  że  ukrywała  przed  nim  ikonę.  Może  nawet 

mogła żyć z Varinskim, o ile miał na imię Rurik. A może to wszystko było bez 
znaczenia. W tej sytuacji liczyło się tylko, żeby przeżyć. 

Zatrzymała się i odwróciła. 
Była wysoko na górze, patrzyła w dół na stertę kamieni i zagajniki drzew, 

które  składały  się  na  tutejszy  krajobraz.  Dwa  drapieżne  ptaki  nadal  krążyły  i 
kłębiły się w walce, ale orzeł był wyraźnie zmęczony i opadał. 

Nie widziała Siergieja, był poza zasięgiem jej wzroku. 
Ale dostrzegła Kassiana, stał na kamieniu, a w ręku trzymał łuk i strzałę. I 

celował w Rurika. 
 

 

background image

Rozdział 29 

Strzała  poleciała,  nie  w  zwolnionym  tempie  jak  na  filmach,  ale  bardzo 

szybko,  tak,  że  Tasya  nie  miała  nawet  czasu  krzyknąć.  Ugodziła  jastrzębia  w 
powietrzu,  przecinając  tor  jego  lotu.  Przez  przerażający  ułamek  sekundy 
widziała czerwony płomień w jego oczach. Potem płomień zgasł. 

Ptak gwałtownie opadł w kierunku ziemi i zniknął w zagajniku. 
Krzyczała,  wkładając  całą  energię,  całe  cierpienie,  wszystkie  swoje 

uczucia,  w  protest  przeciw  życiu,  które  zaprowadziło  ku  nieubłaganemu 
przeznaczeniu. 

Usłyszał ją Kassian Varinski. Odwrócił się, by na nią spojrzeć. Śmiał się, 

a  jego  zęby  lśniły.  Ściągnął  usta  w  pocałunku,  który  był  zapowiedzią 
upokorzenia, gwałtu, śmierci. 

Owładnęła nią dawna, doskonale znana wściekłość wobec przeznaczenia. 

Zrobiła jeden krok w jego kierunku. 

Ale nie. Jeśli rzuciłaby się na ratunek Rurikowi, wtedy wszystko - ikona, 

rodzina Rurika, i sama ludzkość - byłyby stracone. 

Nie mogła go ocalić. Zobaczyła, jak jego życie zniknęło w mgnieniu oka. 
Teraz  to  wiedziała.  Była  idiotką,  goniąc  za  marzeniem,  które  nie  mogło 

się  spełnić.  Gorzkim  marzeniem.  Zemsta  za  jej  rodzinę,  nawet  jeśli  byłaby 
możliwa, byłaby tylko częściowym zwycięstwem. 

Ale  mogła  ocalić  Wilderów,  rodzinę  Rurika,  ludzi,  którzy  wydali  go  na 

świat, ukształtowali, wychowali na mężczyznę, który poświęcił swoje życie dla 
ratowania jej życia i ikony. 

Jego poświęcenie nie pójdzie na marne. 
Będzie  postępowała  zgodnie  ze  wskazówkami  Rurika.  Nieważne,  jak 

trudna będzie droga, zawiezie ikonę do Waszyngtonu. 

W  tej  chwili  nie  mogła  zabić  Varinskiego,  ale  wiedziała,  że  może  go 

zranić. Dotkliwie. Bez skrupułów i żalu przyłożyła strzelbę do ramienia. 

Kassian  spojrzał  na  jej  nieruchomą  rękę  i  pobiegł  w  dół  wzgórza  w 

kierunku miejsca, gdzie wylądował Rurik. 

Strzeliła i chybiła. 
Zniknął jej z pola widzenia. 
- Ty, tchórzu! Ty cholerny tchórzu! - Chciała go zabić. Bardzo chciała go 

zabić. 

Orzeł wydał triumfalny skrzek, złożył skrzydła i zanurkował w dół... 
Jej piekielna furia zniknęła i ustąpiła miejsca chłodnej nienawiści. 
Tym  razem precyzyjnie wycelowała  i strzeliła.  Kula trafiła orła prosto w 

korpus. Ptak wybuchł burzą białych i czarnych piór, a lot nurkowy zmienił się w 
swobodne spadanie. 

- Zapchaj się tym, dupku. 

background image

Nie  mogła  zbyt  długo  świętować  zwycięstwa.  Zostało  niewiele  czasu  na 

ucieczkę. Rurik miał rację. Miała tylko jedną drogę ucieczki. 

Wróciła  drogą,  którą  przyszli,  i  zobaczyła  szczątki  drzewa,  czarne  i 

spalone, które oznaczało wejście do jaskini. 

Stanęła przed nim. 
Spuściła  plecak  i  strzelbę  do  małego  pęknięcia  w  ziemi.  Łatwo  się  przez 

nią przecisnęła i opuściła w dół, machając nogami. W jej głowie wyklarował się 
dalszy plan działania. Uciec tunelem. Dostarczyć ikonę w bezpieczne miejsce. 

Wszystko, co musiała zrobić, to iść przed siebie i zniknąć w niekończącej 

się ciemności, gdzie nie było żadnego życia ani nawet powiewu powietrza... 

Ale w końcu, jakie znaczenie miały teraz jej dawne lęki? Najgorsza rzecz, 

jaka mogła się zdarzyć, już się zdarzyła. Rurik nie żył. 

A ona musiała iść do przodu. 
Wylądowała  na  miękkim,  ziemistym  podłożu,  wdychając  chłodne, 

wilgotne powietrze. Promień słoneczny z góry dotknął jej głowy. Tunel otwierał 
się przed nią, prowadząc w ciemność tak czarną, że bolały ją oczy. Wiedziała, że 
na jego końcu czeka ją bezpieczeństwo, inny kraj... inne życie. 

Już raz odrodziła się na nowo, przechodząc przez ten tunel. Teraz musiała 

jeszcze raz przejść przez ten proces. 

Ale tym razem nie była dzieckiem. To był jej wybór. 
Podniosła  plecak  i  wygrzebała  z  niego  latarkę.  Plastikowa  obudowa  była 

połamana. Oczywiście, w tej podróży światło nie było jej wcale niezbędne. 

Położyła palce na małej krawędzi skalnej i ruszyła do przodu. 
Gdyby tylko nie była sama... 
Stłumiła tę myśl, zanim opanowała jej umysł. 
Nie będzie myśleć o Ruriku, o gasnącym płomieniu jego życia. 
Skoncentruje  się  na  ucieczce.  Co  prawda,  postrzeliła  jednego  z 

Varinskich, ale pozostałych dwóch żyje i prawdopodobnie ma się świetnie. Czy 
natychmiast rzucą się w pościg za nią? Miała nadzieję, że nie. Musieli zająć się 
bratem i ciałem Rurika... 

To, co zrobią z jego ciałem, nie  miało już znaczenia. W tej chwili liczyła 

się ucieczka, więc pospieszyła w niekończącą się noc. 

Robiło się coraz ciemniej. Światła, które dochodziło z wejścia do jaskini, 

było coraz mniej i każdy krok stawał się krokiem w nieznane. 

Nie, nie w nieznane, raczej krokiem w przeszłość. 
Była  mała, taka mała i wściekła, że rozłączono ją z matką. Wyrywała się 

guwernantce,  próbowała  uciec,  wrócić,  pomóc  ugasić  ogień  i  sprawić,  żeby  ta 
kobieta  przestała  krzyczeć.  Ale  panna  Landau  nie  ustępowała  i  ciągnęła  ją  za 
sobą. W końcu nieustępliwość guwernantki przyniosła pożądany rezultat i udało 
jej  się  opanować  opór  Tasyi.  Panna  Landau  zawsze  wymagała  odpowiedniego 
zachowania,  bez  względu  na  okoliczności,  a  Tasya  zachowywała  się 
niewłaściwie. 

background image

Gdy  tylko  dziewczynka  opanowała  wściekłość  i  rozejrzała  się  wokół, 

dostrzegła ciemność. Zauważyła też inne rzeczy: zapach ziemi, powolne kapanie 
wody, kamienie pod palcami, i to, że niewzruszona panna Landau drży. 

Ale ciemność zalewała wszystko. Tasya i jej guwernantka szły. 
Tasya wlokła się noga za nogą, dzięki temu wiedziała, że się porusza. Ale 

wydawało jej się, że nie rusza się z miejsca. 

Jak  każdy  człowiek,  mała  Tasya  zwykle  mierzyła  swoje  postępy  tym,  co 

widziała i czuła, ale tam w dole nic się nie zmieniało. 

Nic nie zmieniło się przez kilometry... i wieki. 
Teraz  Tasya  była  wyższa,  a  jej  kroki  dłuższe.  Życie  przeobraziło  ją  z 

królewskiego  dziecka  w  kogoś,  kto  wierzył,  że  może  wszystko  rozwiązać  za 
pomocą aparatu fotograficznego, reportaży, a jeśli to konieczne, nawet pięści. 

Podążając w głąb tunelu, utrzymując stałą prędkość, zastanawiała się, kim 

będzie, jeśli tym razem uda jej się uciec. 

Szła  godzinami,  zatrzymując  się  tylko  po  to,  by  włączyć  światełko  w 

zegarku i spojrzeć, która godzina. 

Dwie godziny. 
Cztery. 
Osiem. 
Czasami  czuła  podmuch  powietrza,  gdy  jaskinia  łączyła  się  z  głównym 

tunelem.  Przez  większą  część  drogi  powietrze  było  chłodne  i  czyste,  ale  raz 
wydało jej się jakby zatrute i przez chwilę oczami wyobraźni ujrzała człowieka 
obładowanego złotem. Załamał się pod jego ciężarem i zmarł tutaj w zakamarku 
jaskini. 

Nie uciekła, chociaż miała ochotę być jak najdalej od pustych oczodołów 

czaszki, które patrzyły na nią z rozbawieniem. Oszalała? 

Bolały  ją  stopy  i  oczy.  Chciała  płakać  z  samotności,  od  myśli,  które 

krążyły w jej mózgu jak jastrząb, że już raz straciła kogoś, kto ją kochał, a teraz 
stało  się  to  po  raz  kolejny.  Stanęła  samotna  w  obliczu  ponurej  wieczności,  a 
może i wiecznej ciemności, bo z tej jaskini nie było wyjścia. 

Ta myśl spowodowała, że się zatrzymała. 
Tak.  Było  więcej  przejść,  nie  tylko  to  jedno.  Gdyby  zabłądziła,  mogłaby 

się zgubić i błąkać aż do śmierci. 

Zdjęła  plecak  i  przewiesiła  go  przez  jedno  ramię.  Oparła  się  plecami  o 

ścianę  i,  osunąwszy  się  po  niej,  usiadła.  Szła  bez  jedzenia  i  wody  tak  długo  i 
szybko, że zaczęła mieć halucynacje. Nie miała żadnego powodu, by wyobrażać 
sobie śmierć w tej jaskini albo rozpaczać z powodu ucieczki, gdy wszystko szło 
doskonale.  Była  tutaj  ta  półka  skalna,  wąska  i  wygodna,  która  ją  prowadziła  i 
świadomość, że wcześniej już tędy szła. 

Nieważne,  ile to zajmie czasu,  ucieknie jaskiniom  i ciemności,  i powróci 

do  realnego  świata.  Nikt  nie  wiedział  lepiej  niż  Tasya  Hunnicutt,  jak 
niezauważonym przedostać się z kraju do kraju. 

No, może Rurik wiedział lepiej. Po chłodnym policzku spłynęła łza. 

background image

Otarła ją. Nie miała na to czasu. 
Wyciągnęła  manierkę  i  pociągnęła  z  niej  głęboki  łyk.  Znalazła  baton 

musli i zjadła jeden z pokruszonych kawałków. 

Ta jaskinia była po prostu jaskinią i częścią świata realnego. Ona nie była 

Lukiem  Skywalkerem,  posłanym  do  miejsca  poza  czasem,  gdzie  halucynacje 
wystawiały na próbę jej wytrzymałość i przekonania. 

Dwadzieścia pięć  lat temu  przeszła przez tę jaskinię  i  nie doznała żadnej 

krzywdy, żadnego objawienia, nie dowiedziała się niczego poza tym, że jej stare 
życie właśnie się skończyło, a zaczęło nowe. 

Teraz było lepiej niż wcześniej. Dwadzieścia pięć lat temu panna Landau 

poganiała  ją  całą  drogę,  a  kiedy  czteroletnia  Tasya  nie  dała  rady  dłużej  iść, 
niosła ją. Kiedy  nareszcie zbliżyły się do wyjścia, panna  Landau bała się, co je 
tam czeka. 

Dzisiaj Tasya również się bała. 
Jednak po ponad ośmiu  godzinach  marszu wiedziała, że pościg jest  mało 

prawdopodobny,  a  jeśli  Varinscy  nie  odkryli  wylotu  jaskini  za  pierwszym 
razem, na pewno nie znajdą go i teraz. 

Więc  musiała  tylko  nie  tracić  głowy,  zjeść  coś,  napić  się  i  ruszać  dalej. 

Wytrząsnęła  resztki  batonu  z  opakowania  wprost  do  ust,  pociągnęła  łyk  wody, 
wstała i strząsnęła okruchy ze spodni. 

Jak długo jeszcze? 
Nie  wiedziała.  Dzień?  Dwa?  Tasya  jako  dziecko  nie  miała  poczucia 

czasu,  wyglądało  to  tak,  jakby  ta  ciężka  próba  nie  miała  końca.  Ale  skończyła 
się, a teraz ponownie wróciła. 

Po  omacku  dotykała  ściany,  aż  znalazła  swoją  półkę,  wciąż  na  poziomie 

talii i ruszyła do przodu. Słyszała szum wody, potem plusk. 

Uświadomiła  sobie,  że  idzie  obok  strumienia.  Powietrze  nagle  stało  się 

świeższe,  jakby  gdzieś  blisko  było  wyjście  na  zewnątrz.  Serce  jej  mocniej 
zabiło,  po  raz  pierwszy  potknęła  się  o  kamienie  na  ścieżce.  Upadła  do  przodu, 
podpierając się na dłoniach. Otarła ręce i upadając uderzyła piszczelami o stertę 
kamieni. Gdy krzyknęła, dźwięk odbił się echem. 

Zamarła  i  nasłuchiwała. Gdzieś tam blisko kapała woda. Wysoko  nad jej 

głową cicho piszczały nietoperze. Czuć tu było wilgoć. 

W  jakiś  sposób  udało  jej  się  dotrzeć  do  wielkiej  groty  i  może  nawet  do 

jeziora lub strumienia. Nie pamiętała tego miejsca. Ostrożnie wstała. Po omacku 
szukała ściany, która ją tutaj przyprowadziła. Znalazła półkę i powoli ruszyła do 
przodu,  prześlizgując  się  wokół  kamieni  blokujących  ścieżkę.  Nagle 
niespodziewanie ściana zniknęła. 

Odetchnęła głęboko, przestraszona. 
Jej  oddech  odbijał  się  echem  w  jaskini  i  stawał  się  głośniejszy,  w  miarę 

jak  wypełniał  pustą  przestrzeń.  Cofnęła  się,  znowu  znalazła  ścianę  i  półkę,  i 
jeszcze raz ruszyła do przodu. 

Pod jej dotknięciem ściana rozpadła się w gruzy. 

background image

Nie  mogła  w  to  uwierzyć.  To  było  niemożliwe.  Przeszła  kilometry  pod 

ziemią  - jeśli policzyć, że szła średnio pięć kilometrów  na  godzinę przez około 
osiem godzin, wychodziło jej, że przeszła jakieś czterdzieści kilometrów pod tą 
cholerną górą, dążąc ku wolności - to dokąd doszła? 

Stała tak z ręką wyciągniętą do pustki? To niemożliwe! 
Nie mogła zawrócić. Varinscy może i nie weszli za nią do jaskini, ale była 

pewna, że nie pozwoliliby jej tak po prostu spokojnie wrócić do Ruyshvanii. 

Nie mogła iść do przodu, bo... nie wiedziała, dokąd ma iść. 
Wyciągnęła  ręce  przed  siebie,  pomachała  nimi,  próbując  znaleźć 

wskazówki, których potrzebowała, a piasek pod jej stopami osunął się. 

Spadła. Przez chwilę trzymała się na nogach, ześlizgując się w dół, jakby 

jechała  na  nartach.  Potem  grunt  całkowicie  usunął  jej  się  spod  nóg  i  wpadła  w 
ciemność. 

Boris  siedział  przy  biurku,  wpatrując  się  w  telefon  i  czekając,  aż 

zadzwoni.  Czekał,  aż  jego  chłopcy  powiedzą  mu,  że  zgładzili  Rurika  Wildera, 
że mają kobietę - i ikonę. 

Boris posłuchał Obcego. 
Dowiedział się wszystkiego o kobiecie, która była z Runkiem Wilderem, 

tej Tasyi Hunnicutt. 

Teraz Boris wiedział, że naprawdę ma kłopoty. 
Bo  w  Nowym  Jorku  właśnie  miała  zostać  wydana  książka.  Książka  o 

Varinskich. 

Jeszcze  sto  lat  temu,  a  może  nawet  pięćdziesiąt,  Varinscy  trzymali  w 

garści przemysł wydawniczy Nowego Jorku. Precyzyjnie pociągali za sznurki, a 
także, dla bezpieczeństwa, kupili dusze redaktorów. 

W  ciągu  ostatnich  trzydziestu  lat  kobiety  wyszły  z  cienia,  zaczęły 

obejmować  stanowiska  redaktorów  i  wydawców.  Te  kobiety  nosiły  spodnie  i 
miały kolczyki w brwiach. Niektóre z nich były nawet młode i ładne. 

Borisowi nie przyszło do głowy, że może to mieć jakieś znaczenie. 
Co  zmieniłaby  książka?  Nikt  i  tak  nie  uwierzy  w  historię  o  Varinskich. 

Ale ta autorka zebrała wszystkie informacje o nich. 

Napisała  książkę,  spisała  ich  historię,  ich  legendę,  długoletnią  dominację 

wśród  płatnych  zabójców  oraz  o  tym,  jak  tropili  i  zabijali  za  pieniądze  i  jak 
rządy różnych krajów wynajmowały ich do brudnej roboty. 

Miała  do  opowiedzenia  ciekawą  historię,  redaktor  powiedział,  że  ma 

szanse  stać  się  bestsellerem.  A  wydawca  uśmiechnął  się  i  nazwał  autorkę 
„drugim Danem Brownem”. 

Ponieważ oczy całego świata skierowały się na proces Varinskich, wśród 

księgarzy i dziennikarzy ich historia urosła do rangi mitu. 

Narastające  zamieszanie  wokół  bliźniaków  Varinskich  powodowało,  że 

Boris  powoli  pogłębiał  popularność  Varinskich  jako  niezwyciężonych, 
nietykalnych morderców. 

A autorką książki była Tasya Hunnicutt. 

background image

Tasya  Hunnicutt,  towarzyszka  Rurika,  która  pracowała  dla  Fundacji 

Dziedzictwa  Narodów.  I  nie  była  to  jakaś  stara  kobieta  z  brodą.  To  ta  sama, 
która zaginęła z Rurikiem Wilderem po wybuchu grobowca w Szkocji. 

Obiecała  swojemu  wydawcy,  że  zanim  wydadzą  jej  książkę,  dostarczy 

sensacyjnych  szczegółów  na  temat  Varinskich,  a  to,  co  nastąpiło  później  - 
odkrycie  złota,  wybuch  w  grobowcu  i  jej  tajemnicze  zniknięcie  -  wywołało 
skandal, który przeszedł jej najśmielsze oczekiwania. 

Natychmiast  wszystkie  amerykańskie  programy  poranne  zaczęły 

licytować się, który z nich zaprosi ją do swojego studia, kiedy tylko wróci. 

Kiedy  Obcy  dowie  się  o  tej  Hunnicutt,  jak  prowadziła  badania  nad 

Varinskimi, że posunęła się  nawet do  podróży  na Ukrainę  i zrobienia zdjęć  ich 
domowi...  kiedy  odkryje,  że  Boris  nie  był  czujny  i  nie  ochronił  ich 
prywatności...  kiedy  Obcy  uświadomi  sobie,  że  Borisowi  nie  udało  się 
wstrzymać publikacji książki... Boris za to zapłaci. 

A kiedy Obcy zapyta, co zostało zrobione, żeby odzyskać kobietę i ikonę, 

a Boris powie mu, że szczeniak Konstantine'a i zwykła kobieta pokonali potęgę 
Varinskich... Boris zginie. 

Zginie, pójdzie do piekła i zostanie skazany na wieczne potępienie. 
Wiedział o tym. Już czuł, jak dosięga go piekielny ogień. 

 

 

background image

Rozdział 30 

Tasyę bolała głowa. Policzki miała lodowate. Nie wiedziała, gdzie jest, a 

kiedy otworzyła oczy, była jeszcze bardziej zdezorientowana. 

Czyżby znowu  miała cztery  lata? Czy całe jej życie było  iluzją?  A  może 

umarła  i  po  śmierci  trafiła  do  wielkiej,  ciemnej  jaskini?  Podniosła  się 
gwałtownie i usiadła. Zobaczyła ścieżkę w ciemności. 

Ta  ściana,  która  zniknęła.  Jaskinia.  Zawaliła  się.  Teraz  już  sobie 

przypomniała, ale wiele jej to nie pomogło. Było ciemno, choć oko wykol. 

Nie wiedziała, skąd przyszła, ani dokąd  ma iść. Utknęła, w tej górze pod 

jej ojczyzną, i tutaj zapewne umrze. 

Tutaj  ślad  po  niej  zaginie,  a  ikona,  która  miała  pomóc  unicestwić  pakt  z 

diabłem,  pomścić  jej  rodziców,  sprawić,  że  dusza  Rurika  spoczywałaby  w 
pokoju - też zaginie i nikt nigdy jej nie znajdzie. 

Diabeł wygrał. A ona przegrała. 
Po  raz  pierwszy,  odkąd  miała  cztery  lata,  Tasya  pochyliła  głowę,  ukryła 

twarz w dłoniach i zaczęła płakać. 

Zapłakała nad swoimi rodzicami, nad straconym dzieciństwem. 
Zapłakała  nad  wszystkimi  widokami  bólu  i  bestialstwa,  które  uwieczniła 

na  zdjęciach.  Płakała,  bo  umarły  nadzieje  Rurika.  Ale  przede  wszystkim 
zapłakała nad Rurikiem. 

Został pokonany, kiedy za nią walczył. 
Mógł  przecież  wziąć  ikonę  i  uciec.  Zrobiłby  to  dla  bezpieczeństwa  i 

zabrałby ją do swojej rodziny, a oni chroniliby ją i czekali na następny fragment 
układanki przeznaczenia. 

Ale  nie.  Rurik  wierzył,  że  ona  jest  nieodłącznym  elementem  planu,  i  nie 

zostawił jej. 

To  nie  zmieniało  faktu,  że  go  kochała.  Po  raz  pierwszy  odkąd  była 

czteroletnią dziewczynką, śmiała kogoś pokochać. 

Jednak  była  idiotką.  Co  dobrego  przyniosło  ukrywanie  uczuć?  Rurik  nie 

żył,  i  nigdy  nie  dowiedział  się,  że  byłaby  w  stanie  zrobić  dla  niego  wszystko: 
zawiozłaby  ikonę  jego  rodzicom,  poświęciłaby  swoją  szansę  na  zemstę,  bo  go 
kochała. 

Podnosząc głowę ku niebu, którego nie widziała, powiedziała: 
-  Boże,  nie  modliłam  się  do  ciebie  od  lat.  Nie  wierzyłam  w  ciebie.  Jak 

mogłam?  Nie  widziałam  dowodów  twojego  istnienia.  Ale  teraz  zobaczyłam 
dowód na to, że istnieje diabeł. Więc ty też musisz istnieć, a teraz błagam cię... 
Rurik Wilder nie żyje. Był częścią paktu z diabłem, ale nie zawarł tego paktu, i 
jest...  był  dobrym  człowiekiem.  Jeżeli  jesteś  największym  dobrem,  proszę, 
błagam cię, zabierz go do siebie. Pozwól mu wejść... do twojego domu. 

Więcej nie mogła mówić. Żal i cierpienie rozdzierały jej serce. 

background image

Zwinęła  się  w  kłębek.  Szloch  dręczył  ją,  szarpał  jej  płuca,  bolała  ją  od 

niego głowa. Odbijał się echem po jaskini i przez szczeliny w skałach unosił do 
nieba. 

Nie wiedziała, jak długo płakała -  godzinę, a  może dłużej. Jednak, kiedy 

w końcu podniosła głowę, czuła się lepiej, lżej i pewniej. 

Całe  jej  dotychczasowe  życie  dogorywało,  a  ona  zmierzała  do  krainy 

umarłych  i  wiedziała,  że  spotka  tam  Rurika.  W  tej  ciemnej  i  wilgotnej  jaskini 
przysięgła sobie, że pierwsze słowa, jakie od niej usłyszy, to „kocham cię”. 

A teraz - nieważne jak beznadziejna wydawała się jej sytuacja - spróbuje 

znaleźć  wyjście  z  tego  labiryntu  jaskiń.  Musiała  oddać  ikonę  rodzinie  Rurika 
albo przynajmniej spróbować. 

Nagle w oddali pojawiło się jakby światło. No może niezupełnie światło, 

ale blask... 

Przetarła  oczy,  myślała,  że  jej  się  przywidziało,  ale  ten  blask  nadal  tam 

był. Właściwie, dwa blaski... 

Rozejrzała  się  wokół,  zastanawiając  się,  czy  jakimś  cudem  dostało  się 

tutaj słońce. Ale nie,  musiała być noc. Więc  może księżyc?  Albo  fosforyzująca 
ryba w jeziorze, albo świecący w ciemności stalaktyt? 

Zaśmiała się cicho. 
Może po prostu zwariowała, bo to wyglądało jak dwoje ludzi stojących po 

drugiej stronie jeziora, które wypełniało jaskinię, a wokół nie było przejścia. 

Ale  ci  ludzie  -  to  była  kobieta  i  mężczyzna  -  gestem  pokazali  jej,  że  ma 

wspinać się z powrotem tą samą drogą, którą przyszła. 

Tasya oniemiała. Wstała, wlepiając w nich wzrok. Kim byli? 
Byli ludźmi? Czy może wytworem jej wyobraźni? 
Czy Tasya śniła? Była nieprzytomna? 
Dlaczego ta kobieta i ten mężczyzna byli z nią tutaj, pod ziemią? 
Chwyciła  plecak  i  ruszyła  przez  stertę  kamieni  z  powrotem  w  stronę 

ściany,  spod  której  wyruszyła.  Widziała  całą  ścieżkę,  wszystko  wokół  skąpane 
było  w  tym  słabym,  bladym  świetle.  To  było  dziwne  uczucie  zobaczyć  coś,  co 
wcześniej  było  ukryte.  Sterta  kamieni  była  ogromna;  znaczna  część  ściany  i 
sufitu  zawaliła  się,  zasypując  gładką  ścieżkę  pośród  skał  i  strumień,  tworząc 
jezioro. 

Kiedy  dotarła  na  szczyt,  zobaczyła  drogę,  którą  przyszła,  i  kamienną 

dróżkę biegnącą wzdłuż ściany. 

Bardzo  wąską  kamienną  dróżkę.  Tak  wąską,  że  gdyby  powoli  przeszła 

dookoła,  podążając  za  nawołującymi  ją  głosami  tych  rozsiewających  blask 
nieznajomych,  było  całkiem  prawdopodobne,  że  poślizgnęłaby  się  i  spadła,  i 
tym razem nie przeżyła. 

Ale  ci  ludzie  na  nią  czekali  i  wiedziała,  że  musi  do  nich  iść.  Miała 

nieodparte wrażenie, że jeżeli tego nie zrobi, będzie zgubiona na wieki. 

Ale kim oni byli? Dokąd by ją zaprowadzili? 
Wyglądali znajomo. 

background image

Z  utkwionym  w  nich  wzrokiem,  oparła  się  plecami  o  ścianę  i  bokiem 

ruszyła wzdłuż skalnej półki. Ciągle patrzyła  na  nieznajomych,  i  nagle spuściła 
wzrok. 

Zamarła. 
Palce jej stóp zwisały z krawędzi półki, a pod nimi klif opadał pionowo w 

dół  jeziora.  Kilometry  w  dół,  a  głazy  wystawały  z  jeziora  jak  zęby.  Gdyby 
spadła... Odwróciła głowę, kiedy usłyszała cichy szept: 

- Chodź, kochanie, chodź - to był głos jej matki. Matki! 
Z  oczami  szeroko  otwartymi  i  wpatrzonymi  w  świetliste  postaci,  Tasya 

dalej szła po wąskiej, solidnej skalnej półce wokół brzegu jeziora. 

Jej  matka.  Rodzice.  Modliła  się,  a  jej  rodzice  przyszli  zabrać  ją  ze  sobą. 

Albo pomóc jej wyjść z jaskini. Nie wiedziała. W tej chwili było jej to obojętne. 
Po  raz  pierwszy  od  dwudziestu  pięciu  lat  mogła  zobaczyć  twarz  matki,  jej 
jasnoniebieskie oczy, tak podobne do jej własnych. 

Widziała twarz ojca, jego mocno zarysowaną szczękę. Taką samą szczękę 

co rano oglądała, patrząc w lustro. 

To była najpiękniejsza chwila w jej życiu. 
W tym momencie zrozumiała, jak wiele straciła. I jak wiele miała. 
- Mamo - szepnęła, powoli posuwając się do przodu. - Tęsknię za tobą. 
Matka uśmiechnęła się. Wiem. 
Tasya jej nie słyszała. Te słowa były niczym oddech w jej głowie. 
- Tato... 
Wiem. 
Półka skalna, po której szła, stała się szersza. Poruszała się teraz bardziej 

pewnie. 

- Czy on tam z wami jest? 
Ale jej nie odpowiedzieli. 
Zaczęła iść szybciej, próbując zobaczyć ich wyraźniej. 
- Proszę. Rurik. Kochałam go. Mogę go zobaczyć? 
Kiedy podchodziła  bliżej, rodzice oddalali się od  niej. Otaczało  ją ciepło 

ich miłości, prowadząc ją do przodu. Uśmiechnęli się, uradowani. 

Półka  skalna  stawała  się  coraz  szersza,  aż  zamieniła  się  w  ścieżkę,  a 

Tasya szła coraz szybciej i szybciej, w końcu zaczęła biec. 

Ale oni nie odpowiadali. 
- Proszę, bardzo proszę... - Blask stawał się coraz jaśniejszy i silniejszy. - 

Gdybym mogła go zobaczyć jeszcze jeden raz... 

Kiedy  wybiegła  za  róg,  oślepił  ją  blask  słońca.  Zasłoniła  dłońmi  oczy  i 

cofnęła się. 

- Mamo? 
Ale  ich  już  nie  było,  rozpłynęli  się  w  świetle  dnia.  Zaprowadzili  ją  ku 

wolności. Ku życiu. Znowu była sama. 

Poczucie straty zabolało ją jak uderzenie. 
Ale nie mogła się zachwiać. Nie mogła upaść. 

background image

Znalazła  się  tutaj,  w  tej  jaskini,  żeby  się  czegoś  nauczyć,  i  tak  się  stało. 

Będzie iść do przodu i zrobi to, co należy. 

Jeżeli  jej  rodzice  byli  tak  blisko,  zaczęła  wierzyć,  że  kiedyś  znowu 

zobaczy Rurika. 

Kiedyś znowu będą razem. 

 

 

background image

Rozdział 31 

Konstantine popchnął swój balkonik, opierając się ciężko o kraty. 
Właśnie skończył jedno z trzech okrążeń wokół domu. Ubranie wisiało na 

nim, jakby był starcem, a  nie sześćdziesięciusześciolatkiem, do tego Varinskim 
w kwiecie wieku, liderem swojego pokolenia. W nosie miał jakąś głupią rurkę i 
był słaby. Bardzo słaby. 

Mimo  to  z  każdym  dniem  chodził  trochę  więcej  i  zmuszał  się,  by  iść 

odrobinę  szybciej.  Codziennie  Zorana  robiła  wokół  tego  zamieszanie  i  złościła 
się.  Chodziła  z  nim  i  ciągnęła  za  nim  butlę  z  tlenem  na  kółkach  i  przenośną 
kroplówkę, ale nie lubiła tego i jasno dawała temu wyraz. 

Jego żona niewiele się zmieniła w ciągu trzydziestu pięciu lat. Wciąż była 

drobna, metr pięćdziesiąt wzrostu, ciemne włosy i oczy, które jako pierwsze go 
zafascynowały. Jej skóra była  gładka  i opalona,  lekko zwisająca  na podbródku. 
Ale który mężczyzna zwraca uwagę na podbródek kobiety? 

Jej usta wciąż były odurzające. To one zmieniły  jego świat. Tysiące razy 

widział  już  to  jej  spojrzenie,  kiedy  dzieci  źle  się  zachowywały.  Ze  szczęką 
wysuniętą  do  przodu  i  skrzyżowanymi  na  piersi  rękoma  wyglądała,  jakby  go 
prześladowała, a nie z nim szła. 

Nie była z nim szczęśliwa. 
Zazwyczaj spełniał jej zachcianki. 
Ale  nie  tym  razem.  Nie  spędzi  ostatnich  dni  swojego  życia  jak  inwalida 

przykuty do wózka. Spróbuje odzyskać przynajmniej część swojej dawnej siły. 

Musiał to zrobić. Czy Zoranie się to podobało, czy nie, zapowiadało się na 

bitwę. 

Więc szedł teraz i odwracał jej uwagę, rozprawiając o głupotach. 
-  Lubię  ten  dom.  Nie  jest  za  duży,  jak  te  Kalifornijczyków,  którzy 

sprowadzają  się  tutaj,  budują  olbrzymie  rezydencje  na  wierzchołku  góry  i 
mówią sobie, że są królami. Świnia w drogim ubraniu wciąż jest świnią. Mamy 
trzy sypialnie i to nam wystarczy. I dwie łazienki. - Zatrzymał się, podniósł dwa 
palce  i  skorzystał  z  okazji,  by  złapać  oddech.  -  W  Starym  Kraju  dwie  łazienki 
były rzeczą niezwykłą. Każdy by pomyślał, że jesteśmy bogaci. 

Zorana milczała. 
-  Oczywiście  moglibyśmy  przebudować  dom  i  dodać  łazienkę  tylko  dla 

nas. To byłoby świetne rozwiązanie, gdybyśmy  mieli wnuki. Droga do łazienki 
zimą jest daleka, a ty się starzejesz. Ale nie chcesz rozmawiać o planie łazienki. 

Tak  naprawdę  nudziła  go  o  tę  łazienkę  od  lat.  To  pokazywało,  jak  była 

wściekła,  że  postanowiła  nie  odzywać  się,  kiedy  on  po  raz  pierwszy  uznał  jej 
pomysł za dobry. 

Martwił  się  o  Zoranę.  Jego  żona  musiała  być  dzielna  każdego  dnia,  od 

czasu, gdy Adrik zniknął wiele lat temu. Teraz zniknął Rurik. Jasha powiedział, 

background image

że Rurik skorzystał ze swojej karty kredytowej, tej na fałszywe nazwisko, ale to 
było wiele dni temu. Martwili się. 

Niewypowiedziany, ale prawdziwy niepokój gnębił ich dniem i nocą. 
- To jest dobry rok dla winogron, szczególnie dla odmiany Pinot. - Rzędy 

winorośli,  pokrytych  warstwą  zielonych  liści  i  dojrzewających  winogron, 
porastały  ich dolinę jak okiem sięgnąć  i zdejmowały ciężar z jego serca. - Jeśli 
to zbierzemy, skopiemy dupy tym hodowcom z Oregonu. 

Zorana  nie  patrzyła  na  niego.  Nie  odpowiedziała.  Byli  małżeństwem  od 

wielu lat. Znał swoją żonę, w tej bitwie on wygra. 

- W sadzie w tym roku też mamy urodzaj. Nie chcę, żebyś sama zbierała 

owoce. To zbyt dużo pracy dla kobiety w twoim wieku. 

Fuknęła. Udał, że nie słyszy. 
- Zatrudnimy jednego z tych dzieciaków, które pracują  u Szarvasów. Jak 

ta dziewczyna ma na imię? - Udał, że nie pamięta. - Ta, która zrobi wszystko, by 
mieć pieniądze na farby? 

- Michele. 
Ha! Zorana musiała powiedzieć choć słowo. Jak tak dalej pójdzie, będzie 

musiała dać upust tłumionej furii, która w niej wzbierała. 

- No właśnie. Kiedy ona będzie pracować, przyciągnie kupujących. 
Zorana stanęła w miejscu. 
- Co masz na myśli? On szedł dalej. 
- Chodzi o to, że będą się zatrzymywać, by popatrzeć na jej ładną twarz. 
Złość i frustracja Zorany wezbrały, pospiesznie dołączyła do niego. 
- Teraz chcesz decydować o sadzie? O sadzie, który założyłam bez żadnej 

pomocy z twojej strony? O sadzie, który uważałeś za głupi pomysł? I wydaje ci 
się, że jestem za stara, by sama dać sobie z nim radę? 

Pozwolił  jej  przez  chwilę  ponarzekać,  z  zadowoleniem  obserwując 

rumieńce  na  jej  policzkach,  które  ostatnio  zbyt  często  były  blade  i  mizerne  od 
zmartwień. Kiedy w końcu trochę się uspokoiła, powiedział: 

-  Po  prostu  uważam,  że  jesteś  zbyt  piękna,  i  boję  się,  że  jakiś  młody 

byczek przyjdzie i odbierze mi ciebie. 

Parsknęła. 
-  Następnym  razem,  kiedy  pójdziemy  do  tego  lekarza  w  Seattle, 

powinniśmy zbadać ci wzrok. 

- Nie ma takiej potrzeby. Widziałem, jak on na ciebie patrzy. Ma na ciebie 

ochotę. - Konstantine lekko uderzył się pięścią w pierś. - Ale ja nie pozwolę na 
to. Jesteś moja. Na zawsze. 

Jej  oczy  natychmiast  wypełniły  się  łzami.  Przypomniała  sobie  swoją 

wizję: widziała go skutego łańcuchami w piekle na całą wieczność... bez niej. 

- Na zawsze. - upierał się. - A teraz daj mi buziaka. Pocałowała go. 
Jej  pocałunek  był  wyrazem  miłości  do  niego  i  buntu  przeciw  okrutnemu 

przeznaczeniu.  Objął  ją  i  przeklął  tę  chorobę,  która  wyniszczyła  jego  serce  i 
sprawiła, że nie był w stanie przynieść jej pocieszenia, którego oboje pragnęli. 

background image

Mając na uwadze stan jego zdrowia, puściła go i położyła jego drugą rękę 

na poręczy balkoniku. 

- Przejdźmy jeszcze raz wokół domu - poprosił. Próbowała protestować, a 

wtedy on puścił jej dłoń. Zaczął nasłuchiwać. 

- Słyszę samochód, nadjeżdża drogą. 
Nie podawała w wątpliwość jego twierdzenia. Jego wilczy słuch nigdy go 

nie zawiódł. 

- Rozpoznajesz go? - zapytała. 
Pokręcił  głową, a kiedy tak szybko, jak tylko  mógł, zmierzał w  kierunku 

frontu domu,  nie próbowała  go powstrzymywać. Minęli róg domu, kiedy przed 
dom  zajechała  toyota  camry.  W  środku  siedziała  kobieta  i  przyglądała  się 
domowi. Potem patrzyła, jak idą w jej kierunku. 

- To jest... ta dziewczyna, ta, z którą  był,  kiedy zniknął. Rozpoznaję ją z 

telewizji - wyszeptała Zorana. - To jest Tasya z czarno-białymi włosami. 

-  Widzę.  -  On  również  zobaczył  mieszane  uczucia  na  twarzy  Tasyi: 

mocne  postanowienie,  które  ją  tutaj  przywiodło,  nagle  zniknęło,  ustępując 
miejsca  napływającym  do  oczu  łzom  i  rozpaczliwej  niechęci  do  obowiązku, 
który przyszła wypełnić. 

- Myślisz, że jest ranny? Albo wróci do domu później? - głos Zorany był 

pełen nadziei. 

Z  oczywistą  niechęcią  Tasya  otworzyła  drzwi  i  wysiadła  z  samochodu. 

Nie. Twarz Tasyi i jej ruchy zdradzały, że nie ma już żadnej nadziei. 

Jego  syn,  dziecko,  które  kołysał,  chłopiec,  którego  uczył  polować,  i  że 

należy być ostrożnym i kontrolować swoją dzikość, mężczyzna, który wyrósł na 
pilota, a potem został archeologiem... nie żył. 

Dziewczyna szła ku nim, próbując uśmiechać się drżącymi wargami. 
Konstantine  zatrzymał  się  i  wziął  pod  ramię  Zoranę,  która  przyspieszyła 

kroku. 

Tasya zatrzymała się przed nimi, grzebiąc w kieszeni. Jej duże, niebieskie 

oczy błagały o zrozumienie i współczucie. 

W  tej  chwili  nie  miał  takich  uczuć  dla  nikogo  innego  poza  sobą  i  swoją 

żoną. 

Tasya wyjęła mały kwadrat owinięty w papier i rozpakowała go. 
Wyciągnęła rękę w ich kierunku. Druga ikona. 
Konstantine chciał na nią splunąć. Cena była zbyt wysoka. 
Zorana  drżącymi  dłońmi  wzięła  ikonę  i  spojrzała  na  twarz  Maryi 

Dziewicy,  ukrzyżowanego  Jezusa,  na  blask  złota  i  połysk  sprzed  ponad  tysiąca 
lat. Spojrzała na Tasyę. 

- Rurik? - jęknęła. 
Tasya potrząsnęła głową. 
Zorana  upuściła  ikonę  na  ziemię,  jakby  była  zbyt  ciężka.  Konstantine 

sięgnął po nią, nieomal się przewracając. Tasya podbiegła do Zorany i objęła ją 

background image

mocno.  Dwie  kobiety  płakały  w  swoich  objęciach.  Kiedy  Konstantine  na  nie 
patrzył, w jego oczach zbierały się łzy i spływały po policzkach. 

Wszystko jasne. Ta Tasya kochała jego syna. Teraz pomogła jego żonie. 
Więc Konstantine przyjmie ją do rodziny i wszyscy ją pokochają. 
Tasya  usiadła  przy  starym  biurku  Rurika  w  małej  sypialni  domu  jego 

rodziców. 

Skopiowała  fotografie do jego starego komputera  i pokazała im po kolei, 

przeglądając to, co utrwaliła na miejscu, wykopaliska, znaleziska... 

Tak  bardzo  pragnęła  wysłać  zdjęcia  do  Dziedzictwa  Narodów,  do 

swojego wydawcy, do gazet, które już czekały na nową sensację. 

Zemsta na Varinskich była jej celem tak długo, że nie mogła o niej tak po 

prostu  zapomnieć.  Z  dowodami,  które  miała,  mogła  zadać  tej  rodzinie 
morderców cios, po którym mogli się już nie podnieść. 

Mimo  że  cała  rodzina  Rurika  zmieniła  nazwisko  na  Wilder,  nadal  byli 

Varinskimi, tak jak on. Konstantine i Zorana byli dla niej mili, jak tylko  mogli, 
zabierając  ją  do  ich  domu,  traktując  z  szacunkiem,  na  jaki  zasługiwał  ktoś,  kto 
znalazł ikonę - i z miłością należną wybrance Rurika. 

Siostra Rurika, Firebird, otwarcie rozpaczała po bracie. Potem, jak zwykle 

praktyczna,  pożyczała  Tasyi  ubrania  ze  swej  szafy  i  była  zadowolona  z 
obecności w domu kogoś w zbliżonym do niej wieku. 

Opowiadała  o  swoim  dziecku.  Z  badania  USG  wynikało,  że  urodzi 

chłopca.  Nie  zdecydowała  jeszcze,  jak  będzie  miał  na  imię.  Miała  nadzieję,  że 
nie będzie zbyt duży. Wszyscy  jej bracia  przy  urodzeniu ważyli ponad cztery  i 
pół kilograma. 

Jak dotąd Firebird nigdy nie mówiła o ojcu dziecka. Kimkolwiek był, nie 

odgrywał żadnej roli w jej życiu. 

Tasya  pomyślałaby,  że  był  tylko  przelotną  miłostką,  ale  kiedy  Firebird 

myślała,  że  nikt  na  nią  patrzy,  wyglądała  przez  okno  i  głaskała  brzuch,  a  jej 
twarz wyrażała... wściekłość, ból, samotność... tak, z różnych powodów Tasya i 
Firebird miały ze sobą wiele wspólnego. 

Czy  Tasya  mogła  opublikować  zdjęcia,  nie  zaprzepaszczając  szans  na 

wieczne  zerwanie  paktu?  Rurik  tak  bardzo  pragnął  dać  ojcu  szansę  na 
zbawienie. 

Czy Tasyę to obchodziło? 
Zanim go poznała, nie przejmowała się tym wcale. 
Ale  teraz,  kiedy  przybyła  do  tego  domu  i  zdała  sobie  sprawę,  że 

Konstantine jest jednym z Varinskich, patrzyła nieufnie. Nie miało znaczenia to, 
że był bardzo chory i spędzał większość czasu na wózku inwalidzkim, a w nocy 
oddychał z pomocą aparatu tlenowego. 

Był  ulepiony  z  tej  samej  gliny,  co  pozostali  Varinscy,  sukinsyny,  którzy 

próbowali zabić Rurika i w końcu im się udało. Wiedziała, dlaczego przechodzą 
ją  ciarki,  kiedy  Konstantine  jest  blisko.  Mordował,  gwałcił,  rabował.  Teraz 
żałował tych grzechów ciążących na jego duszy. 

background image

Przepowiednia Zorany mówiła, że jeśli on i jego synowie nie zerwą paktu 

z diabłem, Konstantine będzie się smażył w piekle. 

Kiedy  Varinscy  zabili  jej  rodziców,  Konstantine  już  dawno  odszedł  z 

rodziny,  mimo  to  nie  mogła  przestać  myśleć  o  tym,  że  dopuszczał  się  równie 
potwornych czynów. 

Nie  mogła  zapomnieć,  że  spłodził  Rurika,  wychował  go  na  mężczyznę, 

którego  podziwiała  i  kochała.  Nie  wiedziała,  czy  ma  kochać  Konstantine'a, 
nienawidzić go, a może płakać nad jego losem. 

Wyciągnęła rękę i przesunęła palcem wzdłuż krawędzi ikony. 
Umieściła  Madonnę  na  honorowym  miejscu.  Za  każdym  razem,  kiedy 

odwracała  wzrok  od  monitora,  widziała  mądre,  smutne  oczy  Dziewicy  i 
wiedziała,  że  w  walce  pomiędzy  dobrem  i  złem  poniesiono  też  inne  straty  i 
poświęcenia. 

Już widzenie duchów rodziców uświadomiło Tasyi bardzo ważny fakt - że 

ich cierpienie się skończyło, a ich miłość do niej nigdy nie zawiodła. Ich czułość 
przyćmiła minioną śmierć i pozwoliła im powrócić i ocalić jej życie. 

Mimo  że  ci  zabójcy,  ci  ukraińscy  mordercy,  Varinscy,  nie  byliby 

zadowoleni z tego, że w jakiś sposób pomogli dziecku, które im się wymknęło, 
mieli  swój  niezaprzeczalny  udział  w  tym,  że  przeszła  przez  podziemny  tunel, 
pokonała strach przed ciemnością i uwolniła się od dojmującego cierpienia. 

Teraz  musiała  tylko  uważnie  przejrzeć  setki  zdjęć  z  wykopalisk  na 

szkockiej  wyspie  Roi.  Potrzebowała  fotograficznego  dowodu  tego,  co  ona  i 
Rurik  tam  znaleźli.  Zatrzyma  go  do  czasu,  aż  pakt  zostanie  zerwany,  a  ona 
będzie  mogła  powrócić  do  normalnego  życia...  o  ile  jej  życie  bez  Rurika 
kiedykolwiek znów będzie normalne. 

Przeglądając  zdjęcia,  zapisywała  w  notesie  to,  co  przypomniała  sobie  o 

każdym zdjęciu, aż dotarła do punktu, w którym oddała Ashley aparat, by móc z 
Rurikiem pracować przy otwarciu grobowca. 

Pierwsze  zdjęcie,  które  zrobiła  Ashley,  ukazuje  Tasyę  i  Rurika  od  tyłu, 

sztywnych  i  powściągliwych.  Na  kolejnych  kilkunastu  zdjęciach  było  to  samo, 
tylko  otwór  w  grobowcu  stawał  się  coraz  większy,  a  Tasya  i  Rurik  dalej  byli 
skupieni na swoich zadaniach. Nagle ujęcie zmieniło się. 

Tasya  trzyma  dłoń  nad  ręką  Rurika  i  patrzą  na  siebie.  Pomiędzy  nimi 

Tasya  dostrzegła  pragnienie  i  oburzenie,  złość  i  strach,  napięcie  seksualne  tak 
wielkie, że zdjęcie rozmazywało się na monitorze. 

Tasya otarła łzy. 
Te  uczucia  między  nimi,  które  widać  było  na  zdjęciu,  narodziły  się 

wcześniej,  niż  zrobiono  te  zdjęcia;  zanim  trafili  na  minę  pułapkę,  skrzynię  ze 
skarbem, rzeźby ścienne i wybuch grobowca. Zanim ich życie się zmieniło. 

Czy to było aż tak oczywiste? Czy wszyscy wokół widzieli te uczucia? 
Od  tej  chwili  w  jaskini,  kiedy  Tasya  zrozumiała,  że  umrze  i 

prawdopodobnie  spędzi  wieczność  bez  Rurika,  nie  płakała.  Płacz  nie  był 
nawykiem, który chciała utrwalać. 

background image

Jeszcze raz musiała otrzeć łzy z oczu i z gardła wyrwał jej się szloch. 
Zasłoniła usta. Gorące, zbuntowane łzy parzyły jej policzki. 
Dlaczego, do cholery, on nie żył? Jak śmiał? Jaka nieludzka siła sprawiła, 

że  wręczył  jej  ikonę  i  zmusił  ją,  by  przywiozła  ją  tu,  żeby  pakt  mógł  zostać 
zerwany...  a  ona  mogła  żyć?  Jej  całe  życie  było  jednym  wielkim  pasmem 
samotności,  a  przez  tych  kilka  krótkich  dni  nareszcie  poczuła,  że  żyje.  Nie 
zawsze szczęśliwa i bezpieczna, ale żyła. 

Teraz  roztaczała  się  przed  nią  wizja  kolejnych  ponurych  lat  pełnych 

samotności. 

Na dole usłyszała ryk Konstantine'a. Zaśmiała się i zaszlochała znowu. 
Była  tu  od  dziesięciu  dni  i  odkryła,  że  Konstantine  częściej  ryczy,  niż 

mówi. Słuchanie go przynosiło jej ulgę. Był żywy, chory, ale wciąż żywy. 

Walczył. Ten stary człowiek był inspiracją... i miał Zoranę. 
Ta myśl spowodowała kolejny wybuch płaczu. 
Mój Boże, kiedy tak się zmieniła? 
Odpowiedź jest prosta - kiedy się zakochała. 
Kątem  oka  dostrzegła  ruch  i  instynktownie  odwróciła  się,  podniosła 

pięści, gotowa bić się. Zobaczyła ducha. 

Stał  tam  Rurik  z  marynarką  przewieszoną  przez  ramię.  Gapiła  się  na 

niego z otwartymi ustami. 

Jej rodzice go przysłali? Rzucił na łóżko marynarkę. Zdziwiona, patrzyła, 

jak  zmarszczyła  kołdrę.  To  wyglądało  całkiem  realnie.  On  wyglądał  realnie. 
Zerwała  się,  popychając  do  tylu  krzesło.  Uderzyło  o  podłogę  wystarczająco 
głośno, by ją obudzić i wystraszyć ducha. 

Jednak nie spała. 
Duch  nie  poruszył  się.  Za  to  uśmiechał  się,  a  raczej  krzywił  się  w 

drwiącym uśmiechu, który zatrzymał jej serce. 

- Żaden mężczyzna nie jest wart tylu łez. 
- Rurik? - wyszeptała. - Rurik! 
Był opalony i chudy, miał podbite oko, pod którym żółkł siniak, i smutny 

wyraz twarzy. Wyciągnęła rękę niepewnie - i dotknęła ciepłego ciała. 

Ujął  jej  rękę,  podniósł  do  ust  i  pocałował,  a  jego  oddech  dotknął  jej 

skóry... 

Rzuciła się na niego. Złapał ją i wziął w ramiona. Nagle usłyszała szloch 

dochodzący od drzwi. Jego rodzice tam stali. Siostra patrzyła. 

Tasya  nie  dbała  o  to.  Zacisnęła  ręce  wokół  jego  szyi,  nogami  oplotła 

biodra. 

Pocałowała  go,  wciągając  jego  oddech  do  płuc.  Przypomniała  sobie,  co 

przysięgała w tunelu. Wzięła jego głowę w dłonie. Spojrzała mu w oczy. 

- Kocham cię. Kocham cię. Kocham. 
Był kolejnym cudem w życiu naznaczonym cudami. 
Był żywy. 
Rurik żył. 

 

background image

Rozdział 32 

Firebird  stała  przy  otwartym  oknie  sypialni,  którą  dzieliła  z  Tasyą,  i 

wpatrywała się w nocne niebo. 

- Spójrz na ten księżyc. 
- Cudowny. 
Tasya  siedziała  ubrana  w  piżamę,  gapiąc  się  w  ekran  komputera, 

skoncentrowana do granic możliwości. Musiała stłumić ogień, który płonął w jej 
ciele.  Krew  jej  wrzała,  a  nogi  drżały  z  pożądania.  I  siedziała  tutaj,  układając 
pasjansa. 

-  Gwiazdy  też  są  zachwycające.  Noc  jest  tak  jasna  i  przejrzysta.  Widzę 

wyraźnie  wszystko,  aż  do  stajni.  -  W  ustach  Firebird  te  słowa  brzmiały,  jakby 
były  bardzo  ważne.  -  Kiedy  miałam  dziesięć  lat,  bardzo  chciałam  mieć  konia, 
ale  tata  się  nie  zgadzał.  Stwierdził,  że  kupienie  i  utrzymanie  konia  za  dużo 
kosztuje.  A  my  byliśmy  biednymi  emigrantami,  było  nam  ciężko  i  nie  stać  nas 
było na takie fanaberie. Czułam się zdruzgotana. 

- To musiał być koszmar. 
Rurik był w pokoju obok, a Tasya nie mogła do niego pójść. 
Ponieważ  zasady  panujące  w  tym  domu  nie  pozwalały  na  spanie  razem 

bez  ślubu.  Przez  cały  obiad  trzymali  się  za  ręce.  Patrzyli  sobie  w  oczy, 
uśmiechając się. Potem pocałowali się na dobranoc - wielokrotnie - i rozeszli się 
do swoich pokoi. 

Tasya  nie  mogła  w  to  uwierzyć.  Miała  dwadzieścia  dziewięć  lat  i  była 

zmuszana  do  zachowywania  czystości  przez  dziewiętnastowieczne  zasady, 
stosowane przez dawnego Varinskiego. 

-  Słowo  taty  jest  święte,  więc  nie  narzekałam.  Ale  na  moje  jedenaste 

urodziny tata kupił konia. - Firebird uśmiechnęła się lekko. - Powiedział, że koń 
nam się tutaj przyda. 

Wciągnięta w tę opowieść, Tasya zapytała wbrew swojej woli: 
- Do czego się przyda? 
- Miałam czym jeździć i opiekować się. 
- To miłe. 
-  Tata  czasami  bywa  łaskawy.  Moja  stara,  słodka  klacz  nadal  mieszka  w 

tej stajni, więc  na strychu tata trzyma siano.  - Po długiej chwili ciszy dodała:  - 
Wiesz,  moi  bracia  zrobili  z  tej  stajni  własny  użytek  i  sprowadzali  tam 
dziewczyny. 

Tasya spojrzała na nią. Tym razem Firebird ją zainteresowała. 
- Bo, wiesz, jak na faceta, który kiedyś nie miał żadnych norm moralnych, 

tata  jest  bardzo  surowy  jeżeli  chodzi  o  zasadę  „Żadnego  seksu  pod  jego 
dachem”. 

- Zauważyłam. 

background image

-  Tata  to  prawdziwy  tradycjonalista.  A  tradycyjnie  kochankowie  muszą 

się wymknąć, żeby się ze sobą przespać. 

Tasya powoli odsunęła swoje krzesło. 
- Co ty próbujesz mi powiedzieć, Firebird? 
-  Dlaczego  uważasz,  że  próbuję  ci  coś  powiedzieć?  -  Firebird  wychyliła 

się przez okno. - Popatrz, jaki wielki ptak. To jastrząb! 

Tasya  podbiegła  do  okna  i  zobaczyła,  jak  olbrzymi  jastrząb  w  świetle 

księżyca poszybował w kierunku stajni. 

- Rurik - szepnęła. 
- Tata ma słuch wilka - powiedziała Firebird, wzięła swojego iPoda i bez 

wahania włączyła głośniki. - Lepiej wyjdź przez okno. 

Zorana  usłyszała  muzykę  grającą  nad  jej  głową.  Sięgnęła  pod  kołdrę  i 

poklepała Konstantine'a po ramieniu. 

-  Tasya  właśnie  wyszła  przez  okno  -  powiedziała.  Konstantine 

odchrząknął i chwycił ją za rękę. 

-  Niczego  nie  słyszałem.  A  teraz  bądź  cicho,  kobieto.  Próbuję 

odpoczywać. 

Tasya zeskoczyła na trawnik i pobiegła ścieżką pod drzewami, do stajni. 
Ręką  popchnęła  drzwi.  Otworzyły  się,  skrzypiąc.  W  stajni  pachniało 

świeżym sianem, skórą i koniem. Przez otwarte okna wpadało światło księżyca. 
Rurik stał obok zagrody. Klacz z uwielbieniem położyła mu głowę na ramieniu, 
a on gładził jej pysk. 

Nie było na świecie kobiety, która by mu się oparła. 
Uśmiechnął się do Tasyi. 
Wciąż nie mogła w to uwierzyć - on żył. 
-  Musiałam  zrobić  coś  naprawdę  dobrego  w  moim  poprzednim  życiu,  że 

zasłużyłam  na  ciebie  -  powiedziała,  a  jej  głos  drżał,  kiedy  z  trudem 
powstrzymywała łzy. 

Taka dziewczyna. 
-  Zrobiłaś  coś  naprawdę  dobrego  w  tym  życiu.  -  Ostatni  raz  poklepał 

konia po pysku i podszedł do Tasyi. - To ja nigdy nie śmiałem nawet marzyć, że 
jeszcze kiedyś cię zobaczę. 

Miała  ochotę  rzucić się  na  niego tak, jak zrobiła  to dziś po południu, ale 

po  tej  pierwszej  instynktownej  reakcji  przypomniała  sobie  jego  walkę  z 
Varinskimi, ogień, który płonął wtedy w jego oczach. Myślała, że został zabity. 
A  przynajmniej  potwornie  zraniony  i  pomyślała,  że  nawet  nadprzyrodzone 
zdolności wyzdrowienia mogą nie poradzić sobie ze strzałą, która przeszyła jego 
pierś. 

-  Ty  naprawdę  żyjesz  czy  to  tylko  kolejny  sen?  -  Wyciągnęła  ku  niemu 

rękę, bladą w świetle księżyca. 

Podszedł  bliżej  i  położył  jej  dłoń  na  swoim  sercu.  Biło  mocno;  to  ją 

uspokoiło. 

background image

-  Jak  udało  ci  się  przez  to  wszystko  przejść?  -  wyszeptała.  Wziął  ją  za 

rękę. 

- Chodź, opowiem ci. - Zaprowadził ją do drabiny. 
-  Twoja  siostra  powiedziała  mi,  że  sprowadzaliście  tutaj  dziewczyny  na 

potajemne schadzki - odezwała się Tasya. 

- Jasne. Moi bracia tak, ale nie ja. Ja jestem prawiczkiem. 
Spojrzała na niego. 
- Kłamca. 
- Naprawdę. 
Spojrzał  w  górę,  a  ona  bardzo  dobrze  wiedziała,  że  cienka  bawełniana 

piżama odsłaniała bardzo dużo, kiedy wspinała się po drabinie. 

Miała tę rozkoszną świadomość, że on na nią patrzył i jej pragnął. 
Wczołgała  się  na  górę,  na  podłogę  pokrytą  sianem,  odwróciła  w  stronę 

drabiny i patrzyła, jak on wchodzi za nią. 

- Może będę mogła coś na to poradzić. 
- Marzę o tym. 
Blask  księżyca  wpadał  przez  okno  i  oświetlał  każde  źdźbło  siana,  a 

wszystkie  krokwie,  bale  i  widły  rzucały  głębokie  cienie.  Tu,  na  górze,  było 
ciepło, pod dachem nagrzanym promieniami sierpniowego słońca. 

Tasya przyszła tutaj kompletnie nieprzygotowana do uwodzenia. 
Końcówki jej włosów nadal były białe i sterczały we wszystkie strony. 
Ubrana  była  w  piżamę  z  materiału  ozdobionego  gwiazdami,  spodnie 

zwisały luźno na biodrach. 

-  Jesteś  najpiękniejszym  zjawiskiem,  jakie  w  życiu  widziałem  - 

powiedział i podszedł do koca rozłożonego na posłaniu z siana, wyciągnął się na 
nim  i  założył  ramiona  za  głowę.  Był  żywym,  oddychającym  zaproszeniem  do 
grzechu. 

Tyle razy, ile byli razem, uwodzili się nawzajem, okłamywali, atakowali, 

pożądali. 

Dziś w nocy było inaczej. Dziś ona będzie się go uczyła. 
Uklękła obok niego, świeże siano trzeszczało pod jej kolanami. 
Rozpięła  mu  koszulę,  rozchyliła  jej  poły,  badając  powierzchnię  skóry  na 

klatce piersiowej. Znalazła poszarpany  fragment,  gdzie  utkwiła strzała, tuż pod 
lewym barkiem. Miał  też  inną ranę,  na ramieniu, dużo większą  i poważniejszą, 
gdzie skóra nie przykryła mięśni, a brzegi rany lśniły na czerwono. 

- Rurik - powiedziała, patrząc mu w oczy. 
- Już po wszystkim. 
To  oznaczało,  że  cierpiał  tak  bardzo,  że  żaden  zwykły  człowiek  by  tego 

nie zniósł. 

Rozpięła klamrę paska, zdjęła  mu spodnie  i zobaczyła, że z prawego uda 

ma wyrwany kawałek ciała, a z biodra wybity kawałek kości. 

Delikatnie  całowała  każdą  ranę,  głęboko  wdychając  zapach  jego  ciała, 

upajając się jego życiem i cierpiąc z powodu jego bólu. 

background image

Dłońmi objął ją za szyję, podniósł jej twarz do swojej i pocałował ją. 
- Już dobrze. Ty żyjesz, ja żyję. Tylko to się liczy. 
- Nie, nie tylko to się liczy. Ci dranie omal cię nie zabili. Myślałam, że nie 

żyjesz. Mam nadzieję, że smażą się w piekle. 

- Myślę, że możesz być o to spokojna. - Znowu ją pocałował. 
- Zabiłeś ich wszystkich? 
- Tak. 
Spojrzała mu w oczy, odgarnęła włosy z czoła. 
- Rurik - poprosiła. - Opowiedz mi wszystko. Westchnął i odchylił głowę 

do tyłu. 

-  Ale  muszę  trzymać  cię  w  ramionach,  wtedy  wszystko  sobie 

przypomnę... 

Tasya położyła się obok, objęła go w pasie i oparła głowę o jego pierś. 
- Jest ci ciepło? Nie zadaję ci bólu? Przytulił ją mocno. 
-  Przez  ostatnie  trzy  tygodnie  nie  czułem  się  lepiej.  Słuchała,  jak 

oddychał, nawet teraz nie mogąc uwierzyć, że żyje i jest tutaj z nią. 

- Jesteś cudem - powiedziała. 
- Ja nie jestem cudem. Są na tym świecie inne cuda -  i inne koszmary. Z 

paroma z nich się w swoim życiu zetknąłem. 

- Widziałam cię. Walczyłeś z Ilją w powietrzu. 
- Rozdarłem go na strzępy szponami, dokopałem mu... 
- Widziałam cię. Już go miałeś, a wtedy... 
-  Wtedy  Kassian  trafił  mnie  strzałą.  -  Rurik  dotknął  miejsca,  gdzie 

ugodziła go strzała. - Varinscy to ofiary losu. 

Tasya ze strachem przełknęła ślinę. 
- To też widziałam. Myślałam, że cię zabili. 
- Niewiele brakowało. Naprawdę niewiele. - Delikatnie pogładził jej nagie 

ramię, jakby bardzo chciał dotknąć czegoś ciepłego i żywego. - Wiedziałem, że 
już po mnie. Odniosłem zbyt duże rany jak na niewielkie ciało jastrzębia... 

-  Zaraz,  zaraz.  -  Tasya  podniosła  się  i  usiadła.  -  Twierdzisz,  że  strzała 

zabiłaby cię jako jastrzębia, ale nie jako człowieka? 

- Niezupełnie. - Próbował jej to jakoś prosto wytłumaczyć: 
-  Nie  wiedziałem,  czy  mógłbym  też  przeżyć  w  ludzkiej  postaci;  strzała 

przeszła  przez  płuco  i  miałem  większe  szanse  jako  człowiek.  Niestety,  byłem 
wysoko  w  górze,  a  jako  człowiek  nie  potrafię  latać.  Odniosłem  zbyt  dużo 
obrażeń, a ze strzałą w ciele nie byłem w stanie lecieć i utrzymywać równowagi 
i  za  szybko  opadłem  na  ziemię.  Wtedy  cię  zauważyłem.  -  Wziął  ją  za  rękę  i 
ucałował palce. - Widziałem, jak odwracasz się i odchodzisz. 

-  Nie  masz  pojęcia,  z  jakim  trudem  mi  to  przyszło.  -  Przytuliła  się  do 

niego. 

- Myślisz, że o tym nie wiedziałem? Wiedziałem też, że jeżeli ktokolwiek 

mógłby przynieść tutaj ikonę, to będziesz ty. - Ujął w dłonie jej twarz i spojrzał 
prosto w oczy. - Tylko ty, Tasyo. Tylko ty. 

background image

- Bo tak mówi przepowiednia? 
- Nie. Dlatego, że ty nie poddasz się, bez względu na wszystko. 
Uśmiechnęła się lekko, kiedy wyznał, jak bardzo w nią wierzył. 
-  Chciałem  dać  ci  czas  na  ucieczkę.  Uznałem,  że  nie  mam  wielkiego 

wyboru.  Mogłem  umrzeć  wskutek  odniesionych  obrażeń  albo  zaryzykować, 
wzbijać się w górę i w ostatniej chwili zmienić się w człowieka, mając nadzieję, 
że nie złamię karku. - Rurik miął materiał jej piżamy. - I nie złamałem karku. 

Wiedziała, co miał na myśli. 
- A co złamałeś? 
- Parę żeber, i z  moim obojczykiem stało  się coś złego.  - Rurik wzruszył 

ramionami  i  wyglądało  to  bardziej  jak  badanie  sprawności  obojczyka  niż  gest 
niefrasobliwości. - Ale to, co stało się później, nie ma już znaczenia. 

Pogłaskała go, uspokajając się i pocieszając. 
Ale zrozumiała, że nie ma czasu na współczucie. Rurik i jego rodzina byli 

zamieszani w walkę do samej śmierci, i jeszcze po niej. 

A Rurik... Rurik chciał tylko wygrywać. Pragnął sprawiedliwości. 
-  Kiedy  Kassian  i  Siergiej  odwrócili  się,  wyjąłem  strzałę,  którą  ugodził 

mnie Kassian, i wbiłem ją prosto w gardło Siergieja - mówił dalej. 

- Świetnie - powiedziała Tasya. 
-  Krwiożercza  dziewczyna.  -  Mocno  pocałował  ją  w  czoło.  -  Ale  ten 

podstęp  ze  strzałą  naprawdę  wkurzył  Kassiana.  Wziął  swoją  laskę  -  mój  ojciec 
ma  rację,  twierdząc,  że  oni  potrafią  użyć  wszystkiego  jako  broni  -  i  jej  ostrym 
końcem ugodził mnie w ramię. Przygwoździł mnie do ziemi. 

Tasya  wzdrygnęła  się,  zasłoniła  dłońmi  oczy,  próbując  nie  dopuścić  do 

siebie tej strasznej wizji. 

-  Popatrzyłem  w  górę,  nade  mną  spadał  Ilja,  leciał  wprost  na  mnie  z 

rozczapierzonymi szponami, a wtedy nagle wybuch rozdarł ptaka i posypały się 
czarno-białe pióra. 

Tasya odkryła twarz. 
- Wzięłam ich strzelbę i zastrzeliłam go. 
-  Zuch  dziewczyna!  -  zachichotał  Rurik.  -  Tak  myślałem,  że  to  musiałaś 

być ty. 

- Wiedziałam, że nie mogę go zabić, ale to nieważne. Miałam nadzieję, że 

zrobię mu krzywdę. Mała, nędzna łasica. 

-  To  był  orzeł,  kochanie.  -  Sięgnął  pod  piżamę  i  pogładził  miękką  skórę 

wokół jej talii. - Nie łasica, ale orzeł. 

- Potrafię rozpoznać łasicę - upierała się Tasya. 
- No dobra - poddał się Rurik. - Łasica. 
- Kontynuuj. 
Ręką  zawędrował  pod  pasek  jej  spodni  od  piżamy.  Złapała  go  za 

nadgarstek. 

- Nie to miałam na myśli. Mów dalej. 
Jęknął. 

background image

- Później możemy pogadać. 
Spojrzała  w  dół  jego  ciała  i  już  wiedziała,  dlaczego  stracił 

zainteresowanie  opowiadaniem  swej  historii.  Kiedy  lekko  gładził  skórę  na  jej 
pośladkach, jej ciekawość też wyraźnie zmalała. 

Jednak  zbyt  wiele  pytań  nadal  pozostawało  bez  odpowiedzi,  a  ten 

powolny rozkwit namiętności mógł zostać powstrzymany chwilę dłużej. 

Chciała znać na nie odpowiedź, i sama też miała coś do powiedzenia. 
- Spadł na ciebie? 
Rurik westchnął, gotów jej dotykać. 
- Upadł o włos ode mnie, i bardzo dobrze, bo i tak byłem wtedy na wpół 

martwy. Mógł mnie zadusić, a ja nie byłbym w stanie go odepchnąć. Ten dupek, 
Kassian, wściekł się. Pochylił się nade mną, złapał mnie za gardło i powiedział: 
„Teraz cię wykończę. Potem wytropię tę kobietę i sprawię, że będzie cierpiała”. 
-  Rurik  zaśmiał  się,  ale  to  nie  był  radosny  śmiech.  Sprawił,  że  Tasya  była 
zadowolona,  że  nie  była  Kassianem.  -  Pamiętasz  tę  sztuczkę,  o  której  ci 
opowiadałem,  że  mogę  sprawić,  aby  zmieniła  się  tylko  jedna  część  mojego 
ciała? 

- Tak - nie była pewna, czy chciała o tym słuchać. 
- Zmieniłem ręce w szpony i rozszarpałem nimi jego gardło. - Rurik żywo 

gestykulował wolną ręką. - Potem wyłupiłem mu oczy. Potem... Tasyo? 

Tasyi  szumiało  w  głowie,  widziała  niewyraźnie.  Ale  to  nie  z  powodu 

obrzydzenia,  jakie  czuła,  słysząc  obrazowe  opowieści  Rurika.  Oczami 
wyobraźni widziała go leżącego na ziemi i walczącego życie swoje - i jej. 

- Zabiłeś go - powiedziała. 
- Tak, zabiłem. 
Usiadł i pochylił się nad nią. Jego ciało było dla niej ochroną, a jego twarz 

była tajemnicza. 

-  Przez  cały  czas,  kiedy  walczyłem,  pragnąłem  tylko  tego,  żeby  udało  ci 

się  uciec. Nie płacz nade  mną. I nie czuj się winna, że uciekłaś. Zrobiłaś to, co 
należy. Przywiozłaś ikonę tutaj, i nigdy nie zapomnę, że... zaufałaś mi. 

- Zaufałam  i  nadal ci  ufam. Przykro  mi z  powodu  ikony. -  Pogładziła  go 

dłonią po policzku. - Powinnam była ci powiedzieć, że ją znalazłam. 

-  Kiedy  wracałem  do  zdrowia,  miałem  dużo  czasu  na  rozmyślanie.  - 

Zbliżył czoło do jej czoła. - Znalazłaś ją w kaplicy, prawda? 

-  Kiedy  po  raz  pierwszy  wszedłeś  do  kaplicy,  trzymałam  dłoń  siostry 

Marii Helvig. Była nadal ciepła... 

Tasya  czuła  wstrząs,  pomieszany  z  żalem,  ale  równocześnie  cieszyła  się, 

że siostra Maria Helvig odeszła i teraz jest ze swoimi siostrami. 

-  A  co  mogłaś  powiedzieć?  -  zapytał  pospiesznie.  -  Na  przykład: 

„Zakonnica nie żyje, ale wiesz, co? Znalazłam ikonę”. 

-  To  prawda.  Nie  pomyślałam,  żeby  powiedzieć  ci  o  ikonie.  Potem 

pogrzebaliśmy zakonnicę, następnie pojawili się Varinscy, a potem... 

background image

- Potem nie chciałaś mnie znać. - Pochylił się nad nią, wdychając zapach 

jej włosów. 

- Nie, wciąż cię kochałam, i byłam za to wściekła na siebie. 
-  Kochałaś  mnie  -  powtórzył  powoli  niskim  głosem.  -  Powiedz  mi  to 

jeszcze raz. 

- Kocham cię. 
Pocałował  ją.  Jego  oddech  zmieszał  się  z  jej  oddechem,  językiem  badał 

wnętrze  jej  ust,  przytłaczając  ją  swoim  ciepłem.  Każdy  ruch  pełny  był  ciepła  i 
życia, a kiedy jego ręka wśliznęła się pod jej koszulę, dotknęła brzucha, a potem 
piersi,  chciała  umrzeć  z  rozkoszy  i  resztę  życia  spędzić  w  jego  ramionach. 
Położyła mu dłonie na ramionach. 

- Opowiesz mi resztę historii? 
Rozwiązał tasiemkę spodni. 
- Jutro. Opowiem ci jutro. 

 

 

background image

Rozdział 33 

Zorana uroczyście postawiła ogromną pieczeń wieprzową polaną sosem z 

rozmarynu  i  musztardy  na  stole  w  kuchni  Wilderów,  cofnęła  się  o  krok  i 
uśmiechnęła, podczas gdy jej dzieci i mąż chwalili i klaskali. 

Tasya  przyłączyła  się.  Zaletą  lat  spędzonych  w  rodzinach  zastępczych 

była zdolność obserwowania tradycji rodzinnych, szybkiego ich przyswajania,  i 
gładkiego dostosowywania się do nich. 

Czasami należało wtopić się w tłum, nie rzucać się w oczy. 
Tu, u Wilderów, nareszcie czuła się jak w domu. Ta rodzina przyjęła ją na 

swoje  łono  bezwarunkowo,  tak  jak  Rurik  obiecał.  Konstantine  i  Zorana 
otworzyli  przed  nią  swój  dom,  nie  dlatego,  że  przyniosła  ikonę,  ale  dlatego,  że 
kochała  ich  syna.  Podczas  tych  mrocznych  dni,  kiedy  myśleli,  że  nie  żyje, 
rodzice rozmawiali o nim, pytali ją o jego ostatnie dni, pokazywali jego zdjęcia 
z dzieciństwa, płakali razem z nią. 

Teraz, kiedy wrócił, nie należał już tylko do nich. Za to oddawali jej hołd, 

sadzając na honorowym miejscu przy kuchennym stole. 

Rurik usiadł na ławce obok, ubrany w luźny czarny podkoszulek i dżinsy, 

na  nogach  miał stare  buty do  biegania. Upewniając się, że Tasya  ma  na swoim 
talerzu wszystko,na co miała ochotę, zabrał się do swojego powitalnego obiadu. 

Firebird  wzięła  wolny  wieczór  w  pracy  w  szkole  artystycznej  państwa 

Szarvas.  Usiadła  obok  Rurika.  Jej  skóra  promieniała  tym  dziwnym  blaskiem, 
który miały tylko kobiety w ciąży. 

Jasha i jego narzeczona Ann przylecieli na to spotkanie z Napa. 
Siedzieli  przy  stole  naprzeciw  Rurika,  otwierając  ciągle  nowe  butelki 

wina z winnicy Wilderów i pilnując, by kieliszki były pełne. 

-  Mamo,  jedzenie  jest  już  na  stole.  Czy  teraz  Rurik  może  opowiedzieć 

nam, co się wydarzyło? 

Jasha  patrzył  zniecierpliwiony  i  zdenerwowany,  jak  tylko  najstarszy  syn 

mógł patrzeć, kiedy odmawiano mu jego przywilejów. 

Zorana spojrzała na syna. 
- Rurik powinien jeść. Wciąż jest słaby. 
- Słaby od czego? Jakim ciężkim próbom został poddany? - Jasha wskazał 

na brata. - Jeszcze nie słyszałem tej historii. 

-  Jestem  taki  słaby  -  dramatycznie  wyszeptał  Rurik.  Matka  poklepała  go 

po ramieniu i nałożyła ostatni kawałek pieczeni. 

- Jesteś taki przemęczony - w głosie Jashy słychać było irytację, ale jego 

widelec zabrał się do pracy przy pełnym talerzu i nie zwalniał. 

- Czekanie irytuje Jashę - szepnęła Ann do Tasyi. - Jeśli zależałoby to od 

niego,  wszystkie  ikony  byłyby  dawno  znalezione,  pakt  zostałby  zerwany  i 
moglibyśmy nareszcie wrócić do uprawy winogron i produkcji win. 

- A ty i ja mielibyśmy czas na miesiąc miodowy - dodał Jasha. 

background image

- Jeszcze nie zgodziłam się wyjść za ciebie za mąż - wypaliła Ann. 
Jasha objął ją mocno. 
- Ale się zgodzisz. 
Ann dumnie odwróciła głowę, jak kobieta pewna swojego mężczyzny. 
- Może. 
- Bez ciebie umrę. 
Znów  odwróciła  się  w  jego  stronę,  dotykając  gojących  się  blizn  na  jego 

gardle. 

- Omal przeze mnie nie zginąłeś. To wystarczy. 
Przez  otwarte  kuchenne  drzwi  wpadało  ciepłe,  pachnące  letnim 

wieczorem  powietrze.  Zorana  serwowała  wieprzowinę  z  pieczonymi 
czerwonymi ziemniakami i marchewkami polanymi oliwą z oliwek, i olbrzymią 
grecką sałatką. 

Wszystko  w  domu  Wilderów  wydawało  się  takie  normalne...  ale  Tasya 

nie zapominała, że jadła obiad przy stole swojego wroga. 

Jakkolwiek to wydawało się normalne. 
Konstantine siedział w swoim wózku inwalidzkim u szczytu stołu. 
Kroplówka dyndała na haku. Wypił już tyle wódki, że mógł nią wypełnić 

Morze Czarne. 

Jasha  był  tak  podobny  do  Rurika,  że  Tasya  mogła  domyślić  się,  że  są 

braćmi,  jednak  byli  zupełnie  różni.  Rurik  miał  brązowe  włosy  i  piwne  oczy. 
Włosy Jashy były czarne, a jego oczy miały osobliwy kolor, jak starożytne złote 
monety. 

Ann  była  bardzo  wysoka  i  szczupła,  powściągliwa,  trzymała  wszystkich 

na  dystans,  dopóki  się  nie  uśmiechnęła.  Wtedy  wszystkich  natychmiast 
oczarowywała. Oczywiście Jasha  uwielbiał ją, traktował, jakby była królową, a 
on jej najbardziej oddanym dworzaninem. 

Tasya nachyliła się do Rurika. 
- Podoba mi się sposób, w jaki Jasha odnosi się do Ann - szepnęła mu do 

ucha. 

Rurik włożył do ust kawałek ziemniaka, przeżuł i przełknął. 
- Pantoflarz z niego - powiedział, a Tasya spojrzała na niego groźnie. 
- Nie ma nic złego w byciu pantoflarzem - dodał pospiesznie. 
Tasya wzięła oliwkę z talerza z przystawkami. Gryzła ją, aż trafiła zębami 

na  pestkę,  językiem  oddzieliła  miąższ  oliwki  od  pestki  i  wysunęła  z  ust  samą 
pestkę. 

Rurik zaczerwienił się, w jego oczach zapłonął znajomy ogień. 
Nachylił się do niej. 
- Później mi za to zapłacisz. 
-  Ale  przecież  jesteś  osłabiony  z  powodu  odniesionych  ran...  i  naszego 

spotkania ostatniej nocy - mruknęła. - Powinieneś odpocząć. 

- Nic mi nie jest - warknął. Uśmiechnęła się. 
- W takim razie, liczę na to. 

background image

- Mamo, Rurik powiedział, że dobrze się czuje. - Jasha uśmiechnął się do 

swojego pyskatego brata. - Może więc opowiedzieć nam, co się stało. 

Zorana pogroziła palcem starszemu synowi, ale Konstantine rzekł: 
- Prawie skończył jeść, ja też chciałbym wiedzieć, jak Rurik przeżył atak 

Varinskich. 

Rurik odłożył widelec i nóż. Przy stole zapadła cisza. Zaczął mówić. 
-  Tasya  powiedziała  wam,  że  widziała  mnie  walczącego  w  powietrzu  z 

Ilją... 

Podobnie, jak ubiegłej nocy, historia ta znowu wstrząsnęła Tasyą. 
Rurik był tak bliski śmierci, a kiedy opowiadał, jak pokonał Ilję, ze strzałą 

utkwioną  w  piersi,  zmieniając  się  w  człowieka,  by  ocalić  życie  spadając  na 
ziemię, na przemian wzdrygiwała się i klaskała. Wciąż ledwie mogła pojąć, kim, 
lub czym był, i jakim cudem umknął śmierci. 

Kiedy  doszedł  do  tej  części  opowieści,  w  której  Tasya  strzela  do  Ilji, 

Konstantine nalał sobie wódki i podał butelkę dalej. 

- A teraz wszyscy wznieśmy toast. Za naszą nową córkę, Tasyę! 
Wszyscy  podnieśli  kieliszki  i  wypili.  Z  wyjątkiem  Firebird,  która  piła 

wodę. 

- Za nasze trzy córki. - Zorana przechyliła kieliszek najpierw do Firebird, 

później do Ann i Tasyi. - One są w naszych sercach. 

Wszyscy znowu wypili. 
- Za Rurika! - powiedział Jasha. 
- Za Rurika! - powtórzyli wszyscy chórem. 
- Oby udało mu się opowiedzieć swoją historię w całości! - Jasha spojrzał 

wymownie. 

Wszyscy się śmiali, pili i wysłuchali historii jeszcze raz. 
- Czy Ilja zginął od uderzenia? - zapytał Konstantine. 
- Nie, zatoczył się i chwycił pistolet Kassiana. Kopnięciem podciąłem mu 

nogi. - Rurik wybuchnął śmiechem. - A ten idiota sam się zastrzelił. 

Przy stole zapadła cisza. 
- Domyślam się... że to był śmiertelny strzał... bo zadany przez demona? - 

zapytał Jasha. 

- Bardziej śmiertelny niż piekło - potwierdził Rurik. 
- Varinski strzelił do siebie? Sam się zabił? - Konstantine siedział i patrzył 

w dal, zmrużył oczy i zacierał ręce. - Niesłychane, niemożliwe. 

Ciekawe, o co chodziło. 
- Pakt zaczyna się sypać - powiedziała rzeczowo Zorana. 
-  Jeśli  będziemy  mieli  szczęście,  pozabijają  się  nawzajem,  zanim  nas 

znajdą. 

- Pomarzyć dobra rzecz, mamo. 
Zaledwie  miesiąc  wcześniej  Jasha  i  Ann  też  mieli  przejścia  z  klanem 

Varinskich i pomimo że Jasha został wyleczony, wciąż ma blizny. 

- Więc oni wszyscy byli martwi. Ty leżałeś na ziemi. I...? 

background image

Firebird  machała  rękoma,  próbując  nakłonić  Rurika,  żeby  skończył 

opowieść. 

-  Zwyciężyłem,  ale  byłem  wyczerpany.  Byłem  postrzelony.  Straciłem 

mnóstwo  krwi.  Byłem  odwodniony,  cały  obolały  i  nie  mogłem  uwolnić  się  od 
tej laski, która przybijała mnie do ziemi, ani wezwać pomocy. 

- Nie - powiedziała Tasya drżącym głosem. 
-  Było  ciemno  i  zimno,  a  ja  majaczyłem  bez  świadomości.  Był  już  świt, 

kiedy w końcu się uwolniłem i wiedziałem, że umieram. 

Zorana  zacisnęła  pięść  nad  sercem.  Ann  otarła  oczy  chusteczką,  a  Jasha 

objął ją ramieniem. Firebird pogładziła ręką swój zaokrąglony brzuch. 

- Bardzo cierpiałem i cieszyłem się, że to już koniec... - Rurik spojrzał na 

Tasyę. - Wtedy pojawiło się przy mnie dwoje ludzi. 

- Ktoś przyszedł ci z pomocą? - Błękitne oczy Tasyi wypełniły się łzami. 

Patrzyła  na  Rurika  z  wyrazem,  który  łamał  mu  serce,  i  z  zainteresowaniem.  - 
Niech Bóg im błogosławi. 

Podobała  mu  się  ta  nowa  Tasya,  delikatna  i  czuła,  zmieniona  przez 

miłość.  Dotykała  go  przy  każdej  sposobności,  przyglądała  mu  się,  kiedy 
wydawało jej się, że spał, troszczyła się o niego. 

Wiedział, że to nie będzie trwało wiecznie. Miłość, tak, będzie trwała, ale 

Tasya  nie  będzie  tak  ciągle  w  niego  wpatrzona.  Kobieta,  taka  jak  Tasya, 
potrzebowała konkretnego zajęcia, i trzeba będzie o czymś takim pomyśleć, i to 
szybko, ale... mężczyzna łatwo przyzwyczajał się do takiego traktowania. 

-  Za  nimi  świeciło  słońce,  więc  nie  widziałem  ich  twarzy.  -  Rurik  chciał 

jak  najszybciej  mieć  to  za  sobą,  ale  jednocześnie  chciał,  żeby  ktoś  mu 
wytłumaczył, co właściwie się stało. - Oni wyglądali, jakby świecili. 

Podbródek  Tasyi  przestał  drżeć.  Usiadła  wyprostowana  i  patrzyła  na 

niego. 

-  Kobieta  dała  mi  coś  do  picia,  chyba  wodę.  To  była  naprawdę  dobra, 

czysta  woda.  Nigdy  nie  piłem  tak  dobrej  wody.  -  Na  samo  wspomnienie  Rurik 
poczuł  się  lepiej.  -  A  mężczyzna...  jakby  ze  mną  rozmawiał.  A  przynajmniej 
słyszałem  jego  głos  w  swojej  głowie.  Powiedział,  że  nigdy  nie  uda  mi  się 
wyrwać tej  laski z ziemi, ale  gdyby  udało  mi się podciągnąć pod siebie stopy  i 
ręką chwycić laskę, mógłbym się podnieść. 

- Dlaczego on sam nie wyciągnął jej z twojego ramienia? - zapytał Jasha, 

który nadal nie rozumiał. Cóż, Jasha nie był zbyt domyślny. 

Firebird patrzyła na niego oburzona. 
- Bo to był duch, kretynie - powiedziała. 
-  Daj  spokój  -  Jasha  dobitnie  wyraził  niedowierzanie.  -  Miałeś 

halucynacje. 

Tasya zaciskała pięść na papierowej serwetce. 
-  Pamiętam  tylko,  że  bolało  jak  cholera,  kiedy  w  końcu  udało  mi  się 

wyswobodzić.  -  Na  to  wspomnienie  Rurik  potarł  ramię.  Miał  nadwerężone 
ścięgna, naderwane mięśnie i świadomość, że musiał złamać łopatkę. - Ci ludzie 

background image

zaprowadzili  mnie  do  strumienia,  który  wypływał  ze  zbocza  góry.  Zanurzyłem 
się  w  tej  lodowatej  wodzie,  pozwoliłem  jej  obmyć  rany  i  napiłem  się. 
Zemdlałem, a kiedy odzyskałem przytomność wschodziło słońce. 

- Na pewno miałeś halucynacje - uznał Jasha. 
Tasya  popatrzyła  najpierw  na  Jashę,  potem  na  Rurika.  Chciała  coś 

powiedzieć, ale zrezygnowała. 

- Miałeś szczęście, że nie utonąłeś w strumieniu - powiedziała Ann. 
- Z tego, co mówią mieszkańcy Capraru, strumień wysechł, kiedy rodzina 

Dimitru została wymordowana. 

To zrobiło wrażenie nawet na Jashy. Firebird zadrżała. 
- To lepsza historia o duchach, niż te, które słyszałam na obozach. 
- Może i miałem halucynacje i wydawało mi się, że widziałem tych ludzi i 

strumień,  ale  moje  rany  naprawdę  się  zabliźniły,  byłem  przytomny  i  mogłem 
stanąć o własnych siłach, a po tej parze ludzi nie został żaden ślad ani zapach. - 
Rurik patrzył na swoją rodzinę, wszyscy byli bardzo przejęci jego opowieścią. 

- A laska nadal tkwiła w ziemi. 
Tasya przełknęła ślinę i odezwała się słabym głosem: 
-  Wiem,  kim  oni  byli.  -  Oczy  wszystkich  zwróciły  się  na  nią.  -  To  byli 

moi rodzice. 

Zorana pokiwała głową, jakby tego właśnie się spodziewała. 
-  Najpierw  uratowali  mnie.  -  Tasya  delikatnie  pogładziła  Rurika  po 

ramieniu. - Później ciebie. 

Rurik ujął jej dłonie i pocałował. 
- Możemy spokojnie uznać, że dali nam swoje błogosławieństwo. 

 

 

background image

Rozdział 34 

- My też. Zorana i ja dajemy wam nasze błogosławieństwo. - Konstantine 

uderzył  otwartą  dłonią  w  stół.  -  Jeszcze  jeden  toast!  Za  rodziców  Tasyi,  za 
Dimitru! 

- Antaia i Jennicę - uzupełniła Tasya. 
-  Antaia  i  Jennicę  Dimitru!  -  Konstantine  spojrzał  na  kieliszek  z  czystą 

wódką. - Pahzhalstah, moi przyjaciele. Dziękuję. 

Jeszcze  raz  wszyscy  wypili.  Konstantine  z  szacunkiem  podniósł  trunek, 

jakby oddając honor rodzinie Dimitru za ocalenie syna. 

Zorana  szepnęła  coś  mężowi  do  ucha,  po  czym  wstała  i  zaczęła  sprzątać 

ze  stołu.  Tasya  i  Ann  próbowały  się  podnieść  i  pomóc,  ale  Zorana  je 
powstrzymała, kładąc dłoń na ramionach obu dziewcząt. 

- Kuchnia jest mała. Pozwólcie, że sama to zrobię. 
- A więc, Rurik. - Konstantine z hukiem postawił swoją szklankę na stole. 

-  Miałeś  dzidę  w  ramieniu.  Zostałeś  trafiony  strzałą.  A  twoje  palce...  były 
złamane? 

Tasya zmarszczyła brwi, zmieszana. 
- Jego palce są w porządku. 
Rurik pokiwał głową. Wiedział, do czego zmierza ojciec. 
-  Bo  widzisz,  ja  mieszkałem  tu,  w  tym  domu,  przez  tydzień,  z  trzema 

płaczącymi  kobietami.  Wszystko  załatwiłaby  jedna  krótka  rozmowa 
telefoniczna.  -  Konstantine  podniósł  głos.  -  Jeden  telefon,  Rurik!  Mogłeś 
dzwonić na koszt rozmówcy! 

Zorana zabrzęczała naczyniami, zgadzając się z jego słowami. 
Jasha rozluźnił się i uśmiechnął. 
Rurik uśmiechnął się szeroko i powiedział: 
- No nie wiem, tato. Jesteś dość surowy, jeżeli chodzi o trwonienie twoich 

pieniędzy na rozmowy międzynarodowe. 

Tasya uderzyła Rurika pięścią. 
-  Twój  ojciec  ma  rację.  Dlaczego  nie  zadzwoniłeś?  Kiedy  spojrzał  na  jej 

wściekłą twarz, natychmiast spoważniał. 

-  Słuchajcie.  Udało  mi  się  dostać  do  klasztoru.  To  zajęło  mi  cały  dzień, 

chodzenia  i  czołgania  się.  Tam  było  jedzenie  i  woda,  zostałem  tam  osiem  lub 
dziewięć  dni.  Już  nie  umierałem,  chociaż  bardzo  chciałem.  Czułem  się  jak 
gówno i nie mogłem o własnych siłach zejść do miasteczka Capraru. 

Jasha zmarszczył brew. 
- Przebywanie w klasztorze nie spaliło cię na popiół? 
-  Nie  wchodziłem  do  kaplicy.  Nie  dotykałem  żadnego  ze  świętych 

przedmiotów.  Ale  mówię  ci,  to  nie  było  zabawne.  -  Rurik  zadrżał  na 
wspomnienie  chłodnego  klasztoru,  twardej,  wąskiej  pryczy,  koszmarów 
spowodowanych  gorączką  i  bólem.  -  Nie  tylko  dlatego,  że  jestem  związany 

background image

paktem  z  diabłem.  Każdy  mężczyzna  czułby  się  co  najmniej  dziwnie,  śpiąc  w 
łóżku  zakonnicy.  Na  szczęście  dla  mnie  byłem  tak  cholernie  chory,  że  ledwie 
mogłem podnieść głowę. 

- Wybacz, stary. - Jasha potrząsnął głową. 
-  W  końcu  pojawiła  się  tam  kobieta  z  Capraru.  Okazało  się,  że  pani 

Gulyas przychodziła tutaj raz w miesiącu, żeby sprawdzić, jak się miewa siostra 
Maria Helvig. 

- Musiałeś wyglądać koszmarnie. - Firebird złapała gorącą, mokrą ścierkę, 

którą rzuciła jej matka, i wytarła stół. 

-  Byłem  cały  posiniaczony,  ubranie  miałem  w  strzępach,  rany  na  całym 

ciele,  zaschnięta  krew...  a  kiedy  pani  Gulyas  krzyknęła  na  mój  widok, 
obawiałem się, że wystraszyłem ją na śmierć. - Na to wspomnienie Rurik wytarł 
twarz serwetką.- Potem zrozumiała, że zakonnica nie żyje. 

- Mój Boże. - Tasya zakryła dłonią usta 
- Nie znałem języka... 
- Mój Boże - powtórzyła Tasya. 
-  Nie  pomyślałbym,  że  kobieta  takiej  tuszy  mogła  uciekać  tak  szybko.  - 

Rozpostarł ramiona, by pokazać jej rozmiar. 

-  Prędko  pobiegła  z  powrotem  do  swojego  samochodu,  nie  mogłem  jej 

dogonić. Wiedziałem, że wróci... 

- Z glinami? - zgadła Ann. 
-  Zaciągnęli  mnie  do  miejscowego  więzienia.  Wrócili  do  klasztoru, 

ekshumowali  siostrę  Marię  Helvig  i  stwierdzili,  że  jej  nie  zamordowałem. 
Znaleźli  Varinskich.  Byli  całkiem  zadowoleni,  że  ich  zabiłem  -  mieszkańcy 
Ruyshvanii  nie  są  wielbicielami  Varinskich.  -  Rurik  uśmiechnął  się  na 
wspomnienie doskonałego, wystawnego posiłku, który właśnie skończyli jeść. - 
Kiedy  ktoś  w  końcu  przypomniał  sobie,  że  widział  mnie  z  tobą,  Tasyo,  chcieli 
wiedzieć, gdzie jesteś. Powiedziałem im, że uciekłaś przez tunel... Nie uwierzyli 
mi,  ale  poszli  tam  i  sprawdzili.  Znaleźli  twoje  ślady.  Zrobili  wielkie  święto,  a 
później wypuścili mnie. 

Tasya  pociągnęła  duży  łyk  wódki.  Gdyby  nie  czułość,  jaką  ją  darzył, 

pewnie  by  się  roześmiał.  Była  taka  bohaterska,  kiedy  musiała  się  zmagać  z 
fizycznymi  wyzwaniami,  i  tak  tchórzliwa,  jeśli  chodzi  o  uczucia  innych,  a 
szczególnie  jej  własne.  Ale  nauczy  się.  W  rodzinie  tak  wylewnej,  jak  jego,  po 
prostu będzie musiała. 

- Tasya, nie chciałabyś wiedzieć, dlaczego cieszyli się z tego, że udało ci 

się wyjść z tego cało? - zapytał. 

- Nie - odparła. 
- Tasya - powiedział z wyrzutem. 
- Dlaczego? - poddała się. 
- Bo rozpoznali w tobie księżniczkę Dimitru. 
-  Nie  mogli.  I  nie  rozpoznali  -  mówiła  szybko  Tasya.  -  Nic  o  tym  nie 

wiem. Kto mnie rozpoznał? 

background image

- Kiedy mnie wypuszczali, przyszła pani Gulyas. Miała ze sobą miniaturę 

średniowiecznego obrazu. Przedstawiał królową Dimitru. Tasyo, ona wyglądała 
zupełnie  jak  ty.  Czarne  włosy  i  piękne,  niebieskie  oczy.  W  twojej  rodzinie  są 
silne geny. 

-  Nie.  Nie  mogli  mnie  rozpoznać.  Dlaczego  nikt  nic  nie  powiedział?  - 

Tasya  odgarnęła  włosy  z  czoła.  Tak  naprawdę  nie  wiedziała,  czy  ma  być 
zadowolona, czy przerażona. 

-  Rozpoznali  cię.  Ale  chcieli  uszanować  twoje  życzenie  anonimowości. 

Potem...  kiedy  pojawili  się  Varinscy,  rozpoznali  też  ich.  Opowiadali  straszne 
historie o tej nocy, kiedy twoi rodzice zostali zamordowani. 

Tasya rozejrzała się wokół. 
W  jej  oczach  widział  jej  myśli.  Ostatniej  nocy  spała  z  urodzonym 

drapieżnikiem. Dziś jadła obiad ze swoimi wrogami. Niedowierzanie walczyło z 
akceptacją. 

Wziął ją za rękę i lekko uścisnął. 
-  Mieszkańcy  Ruyshvanii  to  bardzo  mili  ludzie.  Bardzo  cierpieli  pod 

rządami  Czajkowskiego.  Są  rozważni,  ale  nie  okrutni.  Mają  długą  pamięć,  i  są 
szczęśliwi, że żyjesz. Bardzo szczęśliwi. - Pochylił się nad nią, objął ją za szyję i 
pocałował. - Ja też jestem szczęśliwy. 

Zatrzepotała rzęsami i lekko się uśmiechnęła. 
- I dlatego jesteśmy sobie przeznaczeni. 
Jak mógłby się jej oprzeć? Znowu ją pocałował. 
- Kocham cię. 
- Ja też cię kocham - szepnęła. 
- Idźcie na górę - powiedział Jasha tonem oburzonego starszego brata. 
- Cśśś. To takie słodkie - wtrąciła Zorana. Rurik nadal trzymał jedną rękę 

na ramieniu Tasyi. 

-  W  każdym  razie,  tato,  kiedy  wsadzili  mnie  do  samolotu,  uznałem,  że 

kolejne  dwadzieścia  cztery  godziny  nie  zrobią  wielkiej  różnicy,  więc  zrobiłem 
wam niespodziankę i pojawiłem się osobiście. 

-  No  dobra.  -  Konstantine  pokiwał  głową.  -  Niech  ci  będzie.  A  teraz  - 

jesteśmy rodziną. Obaj moi synowie zdobyli serca godnych ich kobiet... 

- I jeżeli będą ciężko nad sobą pracować, może za czterdzieści lat będą ich 

warci - przerwała mu Zorana. 

Konstantine spojrzał na żonę, potem na Tasyę siedzącą po drugiej stronie 

stołu. 

- Ona tak mówi, bo jesteśmy razem zaledwie od trzydziestu pięciu lat. 
- Więc niewiele ci już brakuje, tato - powiedział radośnie Rurik. 
-  Wtedy  zaczniemy  liczyć  od  początku  -  Zorana  uśmiechnęła  się,  ale  jej 

usta  drżały.  Z  tego,  co  mówili  lekarze,  Konstantine'owi  raczej  nie  będzie  dane 
przeżyć z Zoraną kolejnych pięciu lat, a wtedy... Rurik nie mógł znieść myśli, co 
mogłoby  się  stać,  gdyby  Konstantine  umarł  z  brzemieniem  wszystkich  swoich 
grzechów. 

background image

- Usiądź, mamo - powiedziała Firebird. - Ja włożę naczynia do zmywarki. 
- Dobrze, ale najpierw!... - Zorana wyciągnęła z lodówki talerz z deserem 

i postawiła na stole. - Pierogi z wiśniami! 

Jeszcze  kilka  minut  temu  Rurikowi  wydawało  się,  że  nie  jest  w  stanie 

zjeść niczego więcej. Teraz, kiedy patrzył na swój ulubiony deser, powiedział: 

- Moja kochana mamo, uwielbiam cię. 
-  I  powinieneś.  -  Zorana  nałożyła  porcję  Konstantine'owi  i  usiadła,  a  ten 

odkroił kawałek i nakarmił ją. 

-  Obaj  moi  synowie  znaleźli  godne  siebie  kobiety  -  powtórzył 

Konstantine.  -  I  wiem,  że  kobiety,  które  wybrały  moich  synów,  poślubią  ich  i 
razem spłodzą dużo dzieci. Całe mnóstwo dzieci. 

Rurik przerwał karmienie Tasyi pierogami. 
- Zaraz, zaraz, tato... 
- Panie Wilder, nie chciałabym dyskutować... - Oczy Tasyi rozbłysły. 
- Tato, szukasz dziury w całym... - powiedział Jasha. 
Firebird  z  hukiem  zatrzasnęła  drzwi  zmywarki.  Dźwięk  rozszedł  się 

echem w małej kuchni, wszyscy zamilkli. Po chwili ciszy Firebird zapytała: 

- Rurik, co teraz zamierzacie zrobić? 
-  Nie  wiem  -  przyznał.  -  Chcę  wrócić  na  wykopaliska  w  Szkocji  i 

uporządkować je. Tasya chce podróżować w różne dzikie miejsca na świecie w 
poszukiwaniu materiałów do artykułów. 

- Ja tego nie powiedziałam! - zaprotestowała Tasya. 
- Nie musiałaś. 
Teraz  doskonale  ją  rozumiał.  Rozumiał  jej  słabości  i  mocne  strony,  jej 

potrzebę ciągłego udowadniania sobie czegoś i pomagania tym, którzy nie mogli 
sami sobie pomóc. 

-  Kłopot  w  tym,  że  nasze  zawody  stawiają  nas  na  drodze  Varinskich, 

którzy  teraz  wiedzą,  kim  jest  Tasya  i  że  jako  jedynej  udało  jej  się  przed  nimi 
uciec. Nie spoczną, dopóki ona żyje. Oprócz tego wiedzą, gdzie teraz mieszkają 
Jasha i Ann. Nikt nie jest bezpieczny. To jakiś obłęd. - Rurik spojrzał na Jashę. 

-  Myślisz,  że  możemy  sprawić  Varinskim  tyle  kłopotów,  że  będą  bardzo 

zajęci, a my będziemy mogli spokojnie pracować? 

-  Nie  będziecie  musieli  -  powiedziała  Firebird  dziwnym,  podniosłym 

głosem, jakby przepowiadała przyszłość. 

Rurik aż podskoczył i wpatrywał się w swoją małą siostrę. Cholera, tylko 

nie ona. 

-  A  co  ty  możesz  wiedzieć,  dziecino?  -  zapytał  Jasha.  -  Boris  nie  żyje, 

został  zamordowany  przez  własną  rodzinę  -  powiedziała  Firebird  tajemniczo.  - 
Przywództwo w rodzinie jest teraz do wzięcia. 

- Miałaś wizję? - zapytał cicho Jasha. 
-  Nie.  Przeczytałam  w  Internecie!  -  Firebird  wybuchła  śmiechem,  zgięła 

się w pół i chwyciła za brzuch. - Rany, wy, faceci, jesteście tacy naiwni! 

background image

Ann  też  się  roześmiała,  potem  Tasya,  a  w  końcu  Zorana.  A  mężczyźni 

byli solidarni w swojej dezaprobacie. 

- To nie jest śmieszne - powiedział Rurik. 
- Myślałam, że jest - uśmiechnęła się Tasya. 
-  No  dobrze,  córko.  -  Konstantine  spojrzał  karcącym  wzrokiem  na 

Firebird. - Zażartowałaś sobie z nas. A teraz opowiedz nam szczegóły. 

-  Jego  ciało  zostało  znalezione  na  wysypisku  śmieci  na  peryferiach 

Kijowa,  wyglądało  jak  poturbowane  przez  -  Firebird  palcami  pokazała 
cudzysłów  -  dzikie  zwierzęta.  Międzynarodowa  prasa  spekuluje,  że  Varinscy 
zabili go, ponieważ nie udało mu się przerwać procesu bliźniaków Varinskich  i 
utrzymać  całej  sprawy  w  tajemnicy  przed  mediami.  Jeden  z  Varinskich  wydał 
oświadczenie,  w  którym  powiedział,  że  Boris  był  najsłabszym  przywódcą  w 
historii  i  zostanie  zastąpiony  przez  kogoś, kto  ma  wystarczająco  dużo  siły,  aby 
przywrócić rodzinie Varinskich dawną świetność. 

- Kto to powiedział? Kto jest ich nowym przywódcą? - Ann wyprostowała 

się na krześle. 

- Nie przedstawił się. 
-  Oni  walczą  między  sobą  na  rozkaz  -  Konstantine  pogładził  brodę.  - 

Zastanawiam się, kto to może być. 

-  Jest  kilku  kandydatów,  chociaż  żaden  z  nich  nie  ma  wystarczających 

zdolności  organizacyjnych  i  bezwzględności,  żeby  zapanować  nad  tymi 
chłopakami  -  odpowiedziała  Ann.  Wszyscy  wpatrywali  się  w  nią  z 
niedowierzaniem,  a  ta  pokręciła  głową.  -  Nie  jestem  jasnowidzem,  ale  w  ciągu 
kilku ostatnich tygodni wiele się dowiedziałam. 

- Jeśli w sieci była jakkolwiek wzmianka o Varinskich, Ann ją znalazła - 

powiedział z dumą Jasha. 

-  W  Internecie  można  znaleźć  dużo  śladów  działalności  młodszych 

Varinskich. Grają w gry w sieci, oglądają strony pornograficzne, niektórzy mają 
nawet  profile  na  portalach  społecznościowych.  -  Ann  uśmiechnęła  się  z 
satysfakcją kogoś, kto odkrył słabe ogniwo. 

Konstantine podrapał się w szyję. 
- Co za amatorszczyzna - westchnął. 
-  Ciekawe,  jakie  jeszcze  informacje  można  by  było  od  nich  wyciągnąć  - 

zastanawiała  się  Tasya  i  zmrużyła  oczy.  Rurik  od  razu  domyślił  się,  o  czym 
myślała, więc wydał pierwsze polecenie swojej kobiecie. 

- Nie  będziesz  igrała z bandą  młodych,  napalonych Varinskich, żebyśmy 

mogli dowiedzieć się, co dzieje się w organizacji. 

Tasya  nie  zwracała  na  niego  najmniejszej  uwagi.  Rurik  złapał  ją  za 

ubranie i postawił na nogi. Wtedy na niego spojrzała. 

-  Obiecaj  mi,  że  nie  będziesz  wchodziła  im  w  drogę.  Teraz  oni  wiedzą, 

kim  jesteś.  Wiedzą,  że  jesteś  niedokończonym  zleceniem,  będą  chcieli 
udowodnić swoją skuteczność, tu chodzi o ich renomę. Nie kontaktuj się z nimi. 

background image

-  Potrząsnął  nią  lekko.  -  Jesteś  to  winna  swoim  rodzicom,  którzy  wrócili  z 
zaświatów, żeby uratować twoje życie i moje. 

- Obiecuję, Rurik - powiedziała Tasya i pogłaskała  go po policzku. - Nie 

martw się tak. 

Nie martw się? 
Rurik powoli osunął się na krzesło. 
Kobieta,  która  miała  w  zwyczaju  najpierw  działać,  a  dopiero  potem 

myśleć, mówiła mu, by się o nią nie martwił. 

Tasya  dała  mu  wszystko.  Powiedziała  prawdę  o  sobie  i  prawdę  o  nim. 

Sprawiła,  że  opanował  dziką  część  siebie.  Przyniosła  ikonę  jego  rodzicom  i 
udowodniła, że znaczył dla niej o wiele więcej niż jej własne ambicje i zemsta. 

Teraz musiał ją chronić - przed Varinskimi i przed samym sobą. 
- Naprawdę, Rurik. Obiecuję, że nie skontaktuję się z nimi przez Internet. 

Uspokój  się  -  powiedziała  Tasya  i  włożyła  mu  widelec  w  dłoń.  -  Lepiej  zjedz 
swoje pierogi. 

-  Dzień  dobry!  Czy  jest  tu  ktoś?  -  przez  otwarte  okno  dał  się  słyszeć 

słodki, wysoki kobiecy głos. Wszyscy naraz gwałtownie podskoczyli i odwrócili 
się. 

To  była  panna  Mabel  Joyce,  zaglądała  przez  okno.  Była  wysoka,  mocno 

zbudowana  i  tylko  lekko  zgarbiona.  Odkąd  Rurik  pamiętał,  jej  włosy  zawsze 
miały  kolor  srebrnoszary.  Kiedyś  jej  oczy  mogły  mieć  kolor  orzechowy,  ale 
teraz  wyblakły  i  były  bladoszare.  Jej  szczęki  opadały,  skóra  na  policzkach  i 
podbródku zwisała, a cała twarz była wyrazem łagodnej natury staruszki. Ale na 
jej  skórze  nie  było  śladu  znamion,  Rurik  nigdy  nie  widział  jej  na  słońcu  bez 
kapelusza. 

Teraz też trzymała w ręku kapelusz: słomkowy, z szerokim rondem, który 

wyglądał jak z meksykańskiej plaży. 

- Proszę wejść! - Konstantine przyjaznym gestem zaprosił ją do środka. 
Zorana  podeszła  do  drzwi  i  otworzyła,  wpuszczając  do  środka  pannę 

Joyce. 

- Kto to jest? - szepnęła Tasya do Rurika, patrząc na staruszkę. 
-  To  emerytowana  nauczycielka  z  Blythe.  Uczyła  nas  wszystkich  w 

liceum. - Rurik dostrzegł nieufny wyraz twarzy Tasyi. 

- To niesamowita starsza pani. I dopiero od niedawna chodzi o lasce. 
- Jak to się stało, że nikt z was nie usłyszał, jak nadchodzi? - zapytała. 
- Ona jest zupełnie zadziwiająca. - Rurik pamiętał, że nieraz panna Joyce 

podglądała ich, kiedy grali w podejrzane gry lub walczyli. 

Tasya zaczęła wiercić się na krześle. 
- Myślisz, że nas słyszała? Słyszała, o czym rozmawialiśmy? 
- Nie. Aż tak długo tutaj nie stała. 
Wstał i zaproponował pannie Joyce swoje miejsce. Ta machnęła ręką. 

background image

-  Wpadłam  tylko  na  chwilę.  Milburnowie  byli  w  mieście,  więc  zabrałam 

się  z  nimi.  Chcieli  skrzynkę  malin  ze  straganu.  Robią  z  nich  dżem,  i  niech  ich 
Bóg błogosławi, dzielą się nim ze mną. Mam coś dla was, więc przyjechałam. 

Zorana podała jej szklankę mrożonej herbaty i staruszka ją wypiła. 
Panna Joyce nie piła alkoholu. 
- Dziękuję. Uff! - Powachlowała się kapeluszem. - Cóż za upalne lato! 
Poszperała w torebce i wyciągnęła podłużną kopertę. 
Rurik  zauważył  na  niej  zagraniczne  znaczki,  poplamiony  papier, 

zamaszysty charakter pisma, którym na kopercie napisano ich adres. 

-  Przyniesiono  mi  to  przez  pomyłkę,  ten  nowy  listonosz  z  Burlington  to 

idiota! - Panna Joyce zmarszczyła brwi. - Poczta powinna  lepiej dobierać sobie 
pracowników.  Jednak  kiedy  zobaczyłam,  skąd  jest  list,  pomyślałam,  że  może 
mieć coś wspólnego z..., hm... 

- Adrikiem - dopowiedziała przerażona Zorana. Jasha powoli wstał. 
Rurik też. 
To jasne. Adrik. 
Rurik  był  wściekły  na  swojego  młodszego  brata,  że  przez  tyle  czasu  nie 

dawał  rodzicom  znaku  życia,  ale  jednak...  płynęła  w  nich  ta  sama  krew.  Serce 
Rurika zaczęło bić powoli i mocno. 

Zorana wyrwała kopertę z rąk panny Joyce. Otworzyła ją  łatwo, była tak 

poszarpana,  że  list  ledwie  się  w  niej  trzymał.  Porzuciwszy  kopertę  na  podłogę, 
rozłożyła cienki arkusz papieru. 

Panna Joyce pochyliła się i podniosła kopertę. 
- Przeczytaj nam, Zorano. Niech wszyscy usłyszą tę wiadomość - w głosie 

Konstantine'a słychać było optymizm, ale i strach. 

-  Amerykański  konsul  w  Nepalu  z  przykrością  przesyła  tak  złą 

wiadomość,  ale  Adrik...  ciało  Adrika  w  stanie  poważnego  rozkładu  zostało 
znalezione  i  zidentyfikowane.  Został  poddany  kremacji  -  jej  głos  przez  chwilę 
drżał, ale opanowała się. - Jego prochy zostaną nam przekazane. 

- O, nie - szepnęła Ann. 
Firebird wydała z siebie stłumiony szloch. 
-  Moi  kochani,  stało  się  to,  czego  się  obawialiśmy.  Tak  mi  przykro!  - 

Panna Joyce pogłaskała Zoranę po plecach. 

Tasya przytuliła Rurika, a on oparł się na jej ramieniu. 
- Tak, jak podejrzewaliśmy - powiedział  Konstantine, który jeszcze klika 

minut temu był szczęśliwy, teraz wyglądał mizernie i blado. - Nasz syn i brat nie 
żyje. 

Poza  żalem  rodziny  była  jeszcze  jedna  potworna  sprawa  -  nie  było  już 

nadziei. 

Bez  Adrika,  bez  kobiety,  którą  kochał,  i  bez  ikony,  którą  miał  znaleźć, 

pakt nigdy nie zostanie zerwany. 

Konstantine był skazany na piekło. 
Wszyscy oni byli potępieni... na wieki.  

background image