background image

Christina Dodd 

Szafirowe kłopoty 

 

Kiedy Brandi Michaels odkrywa, że jej narzeczony właśnie leci do Vegas, by poślubić swą 
przyjaciółkę, zastawia pierścionek 
zaręczynowy, pieniądze wydaje na wspaniałe ubrania i spędza upojną noc w ramionach 
przypadkiem poznanego, niezwykle 
przystojnego Włocha - Roberto Bartoliniego. Kiedy nieoczekiwanie zaczyna zagrażać jej 
śmierć z rąk zabójcy, może zwrócić się 
jedynie do Roberta - mężczyzny, który może przynieść wybawienie albo stać się przyczyną 
jej klęski. Jedno jest jednak pewne: Brandi 
nie podda się bez walki... 

 

 

Rozdział 1 

Nashville, Tennessee Czternaście lat temu 

Jedenastoletnia Brandi siedziała na progu swojej sypialni. Tuż za nią stało wspaniałe łóżko z 
baldachimem, 
przysłonięte zasłonami, na których w różnych pozach zastygły śliczne księżniczki. Brandi 
słuchała histerycznego 
krzyku matki: 

- Ale ja nawet nie wiem, jak wypisuje się czek! 

- Najwyższy czas, byś się nauczyła - ton głosu ojca nie mógł wyrażać więcej kpiny. 

- To ty zawsze wypisywałeś wszystkie czeki! 

- To prawda. - Ojciec tupnął nogą, nie przerywając pakowania. - Wracałem po ciężkim dniu 
pracy w biurze, by zaraz 
ponownie siąść i opłacać rachunki, czynsze, karty kredytowe i wszystko inne. Dokonywałem 
wszelkich rezerwacji, 
kiedy wybieraliśmy się w podróż, musiałem nawet zamawiać kogoś do koszenia trawnika. 
Opiekowanie się wami 
naprawdę dało mi w kość. 

- Ale przecież sam tego chciałeś! 

Ojciec najwyraźniej uznał to stwierdzenie za prawdziwe, bo jego następne zdanie zabrzmiało 
już łagodniej: 

background image

- To nie jest trudne, Tiffany - powiedział, ale zaraz ponownie się zniecierpliwił: - Na Boga, 
nawet moja sekretarka to 
potrafi. 

Christina Dodd 

Szafirowe kłopoty 

background image

- To ona, prawda? - Głos matki drżał. - Zostawiasz mnie dla tej małej dziwki. 

- Nie jest dziwką - sapnął, po czym zaczerpnął głęboko powietrza. - Zostawiam was, 
ponieważ nie potrafisz robić 
niczego poza... czesaniem się. 

Brandi wyobrażała sobie, jak ojciec, wypowiadając te słowa, wymachuje rękoma w stronę jej 
matki - szczupłej 
kobiety, o wspaniałej fryzurze i nienagannym manicure. 

- A czego byś chciał? Przecież mogę robić wszystko, co zechcesz! - Jej głos drżał od paniki. 

Brandi też była nie na żarty wystraszona. 

- Nie potrafisz podtrzymać inteligentnej konwersacji ani dyskutować o sprawach 
biznesowych. Nie wiesz nic o tym, 
co się dzieje na świecie i to dlatego właśnie tobie powierzają obowiązek ławnika — parsknął 
zniecierpliwiony. — 
Mężczyzna taki jak ja potrzebuje intelektualnego wyzwania, a nie starzejącej się kury 
domowej! 

Brandi wiedziała, co za chwilę zdarzy się w życiu rodziców, a przez to i w życiu jej samej. 

- Mam trzydzieści dwa lata — załkała matka. 

- O tym właśnie mówię. 

Dlaczego był tak bezwzględny? Tiffany była przecież piękna. A przynajmniej wszyscy tak 
mówili. Przyjaciółki 
Brandi ze szkoły baletowej zazdrościły jej matki, która wyglądała jak prawdziwa gwiazda 
filmowa. Choć nie 
uważała za specjalnie przyjemne, że wszyscy przez cały czas mówili o Tiffany, a rozmowy z 
Brandi ograniczali do 
pytania, czy nie jest dumna z tak pięknej mamy, ale i tak zawsze się uśmiechała i potakiwała 
grzecznie. Zresztą na 
koniec dodawali: „A ty będziesz równie piękna, gdy dorośniesz". 

- Nigdy nie chciałeś rozmawiać ze mną o interesach! - Obcasy matki stukały, gdy krok w krok 
postępowała za ojcem 
wokół sypialni. - Powiedziałeś, że zostawiłeś dla mnie Jane, 

Christina Dodd 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

bo ona zawsze właśnie o tym gadała, podczas gdy ty pragnąłeś jedynie spokojnego domu, 
gdzie mógłbyś się 
zrelaksować. Ojciec burknął tylko coś niezrozumiale. 

- Rozejrzyj się. Konsultowałam się ze specjalistami od feng shui i ściągnęłam najlepszych 
dekoratorów, żeby 
uczynić ten dom czymś, z czego mógłbyś być dumny. 

- Tak! A ja musiałem wyłożyć ze swojej krwawicy na pokrycie kosztów tego głupiego 
Japończyka... 

- Indonezyjczyka! 

- I jeszcze płacić jakiemuś idiocie za to, że zmieniał zasłony w moim biurze cztery razy w 
roku - w głosie ojca 
pobrzmiewała wrogość. 

- Draperie! To są draperie. Przyjmujesz klientów w tym biurze, Gary, i wiesz, że należało o 
nie zadbać! 

Brandi podobało się, że Tiffany zawsze potrafiła się postawić, kiedy w grę wchodziły sprawy, 
do których naprawdę 
przykładała wagę. 

- A poza tym nasz dom został wyróżniony w katalogu Piękna Fasada. 

Wzmianka w katalogu była powodem matczynej dumy i sławy oraz sprawiła, że była na 
ustach wszystkich 
przyjaciół. 

- Musisz przyznać, że ten fakt przysporzył ci wielu klientów. Dostałeś sprawę morderstwa 
Dugerena... - głos matki 
załamał się niebezpiecznie. - Tę sprawę rozwodową z wyższych sfer... 

Ponieważ miała zupełną rację, ojciec postanowił zaatakować z innej strony. 

- Myślisz, że nie widzę rachunków od dermatologów i chirurgów plastycznych? Myślisz, że 
nie wiem o dyskretnych 
wizytach u tych krwiopijców, o drobnych zabiegach, oczyszczeniach i peelingach? 

- A cóż w tym złego? - Matka była szczerze zdumiona. - Nie chcesz, bym była piękna? 

Christina Dodd 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Chcę czegoś więcej, niż pustej lalki, która rozprawia jedynie o tym, że Vicky z zajęć tenisa 
musi zrobić coś z 
cellulitisem na udach. A twoja córka jest dokładnie taka sama! 

Brandi chciała zakryć uszy, by nie słyszeć, jak własny ojciec wyrzeka się jej, mówiąc o niej 
„twoja córka", ale 
kłótnia i wyzwiska przykuwały jej uwagę niczym pisk hamulców pędzącego ku katastrofie 
samochodu. Zastanawiała 
się przez chwilę, czy można zginąć w kłótni, niczym w wypadku. 

- Dziewczyna nie robi nic, poza... 

- Brandi - matka ciężko zaczerpnęła powietrza, a dziewczynka wyobraziła sobie, jak matka 
krzyżuje ręce na piersi. - 
Ma na imię Brandi. 

- Brandi nie robi nic, poza uczęszczaniem na zajęcia z baletu, gimnastykę oraz na kurs dla 
cheerleaderek. Jest 
miniwer-sją ciebie. Dlaczego nie może być taka jak Kimberley? 

Kim była jego córką z pierwszego małżeństwa. 

- Kimberley gra w softball, i to wspaniale - w jego głosie brzmiała duma. - Ma otrzymać 
sportowe stypendium 
uniwersytetu w Teksasie. Zostanie inżynierem i wyjdzie na ludzi. Zupełne przeciwieństwo 
twojego dzieciaka. 
Brandi jest głupia. 

Głupia. Ojciec uważał, że jest głupia. Brandi zamknęła oczy, by stłumić rozdzierający ból, a 
kiedy to nie pomogło, 
wcisnęła małą piąstkę w usta, by stłumić skowyt. 

Wcale nie była głupia. To on był głupi! Chciała zejść do sypialni rodziców, tupnąć nogą i 
nakrzyczeć na ojca za to, że 
wyrzucał je ze swojego życia, jakby były stertą śmieci. 

Ale Brandi nie robiła scen. Postępowała zawsze zgodnie z zasadami, jakby w nadziei, że 
grzeczne zachowanie 
sprawi, że wszystko świetnie się ułoży. 

Ale nic jakoś nie chciało się świetnie ułożyć. Może jeśli bardziej by się starała... 

Christina Dodd 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

- Nie jest głupia! - zaprotestowała matka. 

- A skąd ty masz to wiedzieć? 

Brandi westchnęła. Jak mógł być tak okrutny wobec mamy? 

- Jest twoją córką, tak samo jak Kimberly. Jest równie mądra. W szkole ma same piątki, 
nawet z matematyki. - Mama 
wydawała się nie zauważać zniewag pod swoim adresem i zamiast tego z całą stanowczością 
postanowiła bronić 
Brandi. 

Oczywiście sprzeczka nie była jej najmocniejszą stroną. Była o wiele lepsza w upiększaniu 
domu oraz wiedziała, co 
na siebie włożyć i jak uśmiechnąć się do mężczyzny, by ten zaczął się czerwienić i jąkać. 

- Brandi pewnie zostanie doktorem literatury angielskiej oraz obciążeniem dla mojej kieszeni 
przez resztę życia - 
jego słowa zabrzmiały tak, jakby było coś złego w specjalizowaniu się w literaturze 
angielskiej. 

- Jest najlepsza w klasie w gimnastyce i balecie. 

- Stado chudych, małych podlotków w obcisłych rajstopach! 

Brandi zazgrzytała zębami. Nie była ani chuda, ani mała. Miała już prawie dorosłą figurę, a 
przy swoim metrze 
siedemdziesięciu pięciu centymetrach była nieco wyższa od mamy i o głowę przewyższała 
dziewczyny w klasie. Ale 
w domu ojciec praktycznie nie poświęcał jej nawet odrobiny uwagi i ani razu nie raczył 
przyjść na przedstawienia, w 
których brała udział. 

- Kimberly uprawia prawdziwy sport - odrzekł. - Sport, w którym chodzi o 
współzawodnictwo. 

- Według mnie Kimberly jest lesbijką - głos mamy nabrał nagle oficjalnego brzmienia. 

Z cichym jękiem Brandi przycisnęła czoło do ściany, przy której siedziała. Mama powiedziała 
prawdę. Oczywistą 
prawdę! Kim sama przyznała się siostrze. Ojciec był homofobem 

Christina Dodd 

11 

Szafirowe kłopoty 

background image

i z pewnością nie chciał przyjąć do wiadomości, że jego wspaniała córka jest lesbijką. Mama 
mogła straszliwie 
namie-szać, wyjawiając mu to. Ojciec wrzeszczał: 

- Co? Ty mała, zazdrosna... Tiffany krzyknęła ostrzegawczo. Chciał uderzyć mamę! 

Brandi zerwała się na równe nogi i chwyciła ulubionego glinianego smoka, który teraz miał 
posłużyć za broń. 

Usłyszała dźwięk tłuczonego szkła. 

Serce niemal wyskakiwało jej z piersi, gdy gnała do pokoju na dole z uniesionym w dłoni 
smokiem. 

- Na rany Boga, Tiffany, nie bądź głupia - głos ojca brzmiał nienaturalnie. 

- Nie jestem głupia - matka tupnęła nogą. - Po prostu myślę, że rzeczy takie jak maniery i 
drobne przyjemności są 
istotne i że nie powinieneś zbić tej wazy. 

Brandi zahamowała gwałtownie. 

- Miesiącami szukałam czegoś, co pasowałoby do tego stołu - kontynuowała matka. 

Brandi powoli opuściła smoka. Na paluszkach zaczęła cofać się w stronę swojego pokoju. 
Gdyby wiedzieli, że 
podsłuchiwała, kazaliby jej zamknąć drzwi do pokoju, więc wolała pozostać w ukryciu. 
Pragnęła zapamiętać 
moment, w którym ojciec zdecydował się zniszczyć ich życie. 

- To jest właśnie twój problem - powiedział. - Zawsze bardziej interesowały cię piękne wazy i 
maniery niż idee, 
ciężka praca i ja sam. 

- To nieprawda! - matka pisnęła jak kopnięty szczeniak. To była prawda, ale Brandi 
wydawało się zawsze, że matka 

robiła dokładnie to, czego wymagał od niej ojciec. On sam zresztą dopiero rok temu stał się 
nagle niespokojny i pełen 
pogardy. 

Christina Dodd 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

Ciche łkanie mamy musiało sprawić, że poczuł się nieswojo, bo zaczął łagodnie ją uspokajać. 

- Och, Tiff. Wszystko będzie dobrze. Przecież Jane ma się świetnie beze mnie. 

- Ale Jane podpisała z tobą umowę przedmałżeńską. A mnie na to nie pozwoliłeś. 

- To był twój błąd. 

Brandi rozpoznała znajomą nutę w głosie ojca. Poczucie winy zaczynało mu doskwierać i 
postanowił obarczyć nim 
mamę. 

- Obiecałeś, że zawsze będziesz się mną opiekował. 

- Do jasnej cholery, przestaniesz w końcu biadolić? To beznadziejne - z trzaskiem zamknął 
walizkę. - Mój prawnik 
skontaktuje się z twoim adwokatem. 

- Nie mam adwokata! 

- Więc znajdź sobie jakiegoś. 

Buty ojca stukały na wypolerowanym drewnie, kiedy zmierzał w kierunku drzwi 
wyjściowych. 

Brandi oczekiwała w napięciu, czy zatrzyma się, by chociaż ją przytulić. 

Wyszedł, nawet nie spojrzawszy w jej stronę. 

Przełknęła rozczarowanie. Wiedziała jak. Przecież robiła to od lat. 

Matka przebiegła koło niej w pogoni za mężem. 

- Nie mam pracy! Jak chcesz, bym utrzymała Brandi? Będziemy głodować! - Złapała go za 
ramię i wpiła się w nie 
kurczowo. 

Brandi wiedziała, że dramat sięgnął zenitu. Cicho zamknęła za sobą drzwi swojej sypialni, nie 
chcąc widzieć 
ostatniego aktu. 

Bolał ją żołądek nadmiernie wzburzony przeżyciami. Bezmyślnie masowała się po brzuchu, 
by ukoić ból i 
równocześnie rozglądała się po pokoju. Mama umeblowała go biało-złotymi 

Christina Dodd 

13 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

meblami wykończonymi różowo-złotymi obiciami. Kiedy była młodsza, wyobrażała sobie, że 
mieszka w domku 
Barbie, i szczerze to uwielbiała. 

Teraz, kiedy była starsza, wiedziała, że mieszka w domku Barbie i chciała, żeby to się 
zmieniło. Ale nie chciała 
zranić matki, więc tylko dodała parę rzeczy od siebie. Okno z kolorowego szkła mieniące się 
odcieniami błękitu 
wyglądało jak jej ulubiona ilustracja z Tolkienowskiego „Hobbita". Smok spoglądający 
oczami ze szlachetnych 
kamieni. Trzy czarno-białe plakaty angielskiego zespołu Hadrien Boys. Ale wszystko to nie 
koiło bólu w piersi. 
Serce Brandi płakało. 

Otworzyła okno i spojrzała na miękkie, otwierające się pąki ukwieconych drzew. Nashville 
wyglądało cudownie 
wiosną. Ich wielki ogród został wybornie zaprojektowany i zwykle jego widok napełniał 
Brandi poczuciem 
bezpieczeństwa i spokoju. Ale dzisiaj to nie działało. Dzisiaj nic nie działało. 

Drzwi na dole trzasnęły z takim hukiem, że zadrżały szyby w domu. 

Drapało ją w gardle i nabierała powietrza wielkimi haustami zdecydowana powstrzymać... 
nie, nie łzy. Nie 
zamierzała płakać. 

Musiała to wszystko naprawić. Musiała wymyślić coś, co sprawi, że wszystko znowu będzie 
wspaniale grało. 

Podeszła do biurka i wyciągnęła przybory do pisania. Na górze strony napisała: Rzeczy, 
których muszę się nauczyć. 
Słowa podkreśliła grubą linią i ponumerowała kilka linii pod spodem. 

Jak zatroszczyć się o matkę: 

1. Nauczyć się wypisywać czeki. 

2. Dowiedzieć się, co to jest czynsz. 

3. Dowiedzieć się, jak robi się opłaty za dom. 

Christina Dodd 

14 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Odłożyła listę na bok, a u góry nowej kartki napisała: Jak zatroszczyć się o siebie. 

1. Nauczyć się wypisywać czeki 

2. Wystarać się o stypendium, żeby móc zacząć studia. 

3. Grać w baseball. 

Zmarszczyła czoło po napisaniu ostatnich słów i przygryzła długopis. Nie, to nie wystarczy. 
Nie była dobra w grze w 
baseball. Ku rozdrażnieniu Kim zawsze kuliła się, gdy piłka nadlatywała w jej kierunku. 
Wykreśliła Grać w baseball 
i napisała: Zostać prawnikiem. 

Nie wiedziała za bardzo, czym zajmuje się prawnik - w ogóle o świecie wiedziała 
zatrważająco mało, zwłaszcza że 
ojciec nigdy nie rozmawiał z nią o pracy. Wiedziała tylko, że zarabiał dużo pieniędzy. I 
zawsze chciał, żeby z mamą 
wyglądały pięknie i czarująco, gdy odwiedzali ich państwo McGrath. A pan Charles McGrath 
był ważnym 
prawnikiem z Chicago. 

Oto czego pragnęła. Stać się kimś ważnym. Chciała władzy, żeby nauczyć ojca moresu, a 
matce dać umowę 
przedmałżeńską. 

Czymkolwiek taka umowa była. 

4. Nauczyć się tworzyć umowy przedmałżeńskie. 

background image

Rozdział 2 

Chicago. 

Czternaście lat później. 

Gdyby w telefonie Brandi działała identyfikacja rozmówcy, nigdy by nie odebrała tego 
połączenia. 

Tyle że identyfikacja nie działała, Brandi odebrała, a to dopełniło czary goryczy. Bo nawet 
bez tego telefonu to był 
diabelski tydzień. 

W zasadzie mogła się tego spodziewać. Każdy człowiek nie do końca pozbawiony rozsądku 
mógł przewidzieć, że 
przeprowadzka z Nashville do Chicago w środku zimy będzie niełatwa, a Brandi miała się za 
osobę bardzo rozsądną. 

Była to najzimniejsza zima stulecia. Woda w rurach jej mieszkania zamarzła. Nie tylko nie 
mogła nic zaoferować 
tragarzom do picia, ale spłuczka w toalecie nie działała, co nie powstrzymywało ich wcale 
przed korzystaniem z niej. 
Korzystali zaś z takim męskim lekceważeniem, że sama nie usiadłaby na niej nawet w 
najtrudniejszych 
okolicznościach. Przy tym jeden z mężczyzn przyłapał ją na tym, jak mówi do siebie 
czyszcząc deskę za pomocą 
chusteczek i jeszcze sukinsyn miał czelność odskoczyć, jak gdyby miał do czynienia z 
wariatką. 

Nie myślała zbyt wiele o mężczyznach, a ociągający się pracownicy firmy odpowiedzialnej za 
przeprowadzkę tym 
bardziej działali jej na nerwy. 

Christina Dodd 

16 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

Nie znała nikogo w mieście poza Alanem i panem McGrath 

- ochrzczonym już przed wielu laty „wujkiem Charlesem" 

- ale gdzie się podziewali teraz, gdy właśnie starała się skompresować swoje życie w 
jednopokojowym mieszkaniu. 

Złośliwy los sprawił, że ciężarówka wioząca jej rzeczy wypadła z oblodzonej drogi i uderzyła 
w kamienny podjazd 
lodziarni „Marmurowe gałki". Dostawca mocował się z jej rzeczami w windzie w sposób 
absolutnie bezwzględny, 
beztrosko stawiając meble na tych kantach, na których nigdy nie powinny stać. Brandi 
modliła się z zamkniętymi 
oczami do pradawnych bogów przeprowadzki. 

Jej prośby musiały zostać wysłuchane, bo oto tragarze przesuwali sofę i fotel w stronę 
nagrzewanego gazem ko-
minka, wciskali między nie otomanę i szukali miejsca na stół. 

Los musiał się w końcu do niej uśmiechnąć. Sofa nie była uszkodzona. Kolory i materiał były 
takie, jak zamówiła. 
Będzie wspaniale pasowała do nowego mieszkania, kiedy w końcu wprowadzą się do niego z 
Alanem po ślubie. 
Dużo później, kiedy kończyła rozpakowywanie i usiadła na fotelu, uważnie przyglądając się 
meblom, zdała sobie 
sprawę, że sofa jest prawie o pół metra za krótka. 

Otrzymała mniejszą wersję, pomimo że zamawiała peł-nowymiarowy mebel. Całą noc 
przewracała się na 
pośpiesznie złożonym łóżku, myśląc o tym, że musi jutro zadzwonić do Amy - osoby z działu 
sprzedaży w sklepie 
meblowym Samuela. 

Na szczęście rozmowa poszła gładko. Amy przepraszała i wyrażała niemal szczere 
ubolewanie, tak jak Brandi mogła 
tego oczekiwać. I tylko fakt, że będzie musiała czekać przez kolejnych sześć tygodni na 
realizację zamówienia, 
wydawał się gwoździem do trumny tego straszliwego, niekończącego się tygodnia. 

Tak było do momentu, w którym zadzwonił telefon. Miała 

Christina Dodd 

11 

Szafirowe kłopoty 

background image

nadzieję, że to Alan dzwoni, by powiedzieć, kiedy wreszcie się zjawi. 

Zamiast tego usłyszała w słuchawce głos matki. 

- Jak poszła przeprowadzka? - głos Tiffany niezmiennie brzmiał jak głos cheerleaderki 
zagrzewającej swoją drużynę 
do zwycięstwa w ważnym meczu. 

Brandi rozejrzała się po piętrzących się górach pudeł. Pudła, pudła, zdecydowanie za dużo 
pudeł, zwłaszcza tych 
nie-otwartych i oznaczonych markerem jeszcze przy poprzednich dwóch przeprowadzkach. 
Żyła w krainie pudeł, 
nie mogąc odnaleźć wieży stereo i mając w perspektywie kolejną pizzę na obiad. 

- Cóż, staram się od wczoraj rozpakować. Od tego czasu nie widziałam się z Alanem. 

- Och, kochanie, jestem pewna, że jest bardzo zajęty. Przecież jest lekarzem - południowy 
akcent matki brzmiał 
łagodnie i miękko. 

Brandi nie wiedziała, dlaczego się uskarżała. To pewnie wyczerpanie i samotność sprawiły, 
że irytacja wzięła w niej 
górę i że właśnie matce chciała poskarżyć się na swojego narzeczonego. 

- Nie jest lekarzem, jest stażystą. 

- Och, biedny chłopiec. Sama widziałam w Ostrym dyżurze jak bezwzględnie działa szpitalna 
administracja. Każą 
początkującym pracować po dziewięćdziesiąt sześć godzin bez przerwy. Ale przecież 
mówiłaś, że jest genialny, 
pamiętasz? Mówiłaś, że był najlepszy w swojej grupie i że oczy wszystkich profesorów były 
na niego zwrócone. 

Brandi pragnęła, żeby matka choć raz wzięła jej stronę. W jakiejkolwiek sprawie. 

- Nie dzwonił. Może wysłał email, ale nie będę podłączona do Internetu aż do przyszłego 
tygodnia. 

- Mam nadzieję, że do niego nie dzwoniłaś. Naprzykrzają- 

Christina Dodd 

18 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

ca się kobieta to wstrętne stworzenie. - Tiffany była uosobieniem kobiecości w rozumieniu 
amerykańskiego 
Południa lat pięćdziesiątych. 

- Tak, mamo, wiem. Chociaż gdyby pamiętał o mnie, tak jak obiecał, nie ulegałabym wcale 
pragnieniu naprzykrzania 
się. 

Brandi przejechała paznokciami po obiciu otomany i przyglądała się pozostawionym 
głębokim śladom i 
zastanawiała się kogo podrapałaby chętniej - matkę czy narzeczonego. 

- Chcę tylko powiedzieć, że oto jestem młodą adeptką prawa, która została wyrwana z 
pięknego, ciepłego 
miasteczka, by być bliżej swojego narzeczonego. Mam niebawem zacząć pracę na pełen etat 
w dużej korporacji 
prawnej i pewnie będę bardzo, ale to bardzo zapracowana. A on mógłby przynajmniej 
zadzwonić i upewnić się, czy 
nie zamarzłam podczas tej przeprowadzki. 

Głos matki nabrał tego kaznodziejskiego tonu, który sprawiał, że Brandi od razu chciało się 
wyć: 

- Kobieta powinna dać z siebie sto dziesięć procent swych możliwości, by zatrzymać przy 
sobie mężczyznę. 

- Ciekawe, jak to się sprawdziło w twoim przypadku. 

Świst gwałtownie wciąganego przez matkę powietrza przywrócił Brandi zdrowy rozsądek. 
Kochała przecież 
Tiffany, naprawdę. Matka w małżeństwie z jej ojcem pełniła funkcję ozdobną, a on zostawił 
ją i ciężko 
doświadczoną jedenastoletnią Brandi dla dwudziestotrzyletniej sekretarki i nowo 
narodzonego dziecka. Syn miał 
być gwarancją spełnionych marzeń - ubraną w strój do amerykańskiego futbolu młodszą 
wersją ojca. 

Tylko że trzynastoletni teraz przyrodni brat Brandi wykazywał graniczący z alergią brak 
zainteresowania sportem. 
Zamiast tego, Quentin zdawał się wyrosnąć na wybitnego programistę komputerowego. 

Christina Dodd 

13 

Szafirowe kłopoty 

background image

Brandi współczuła Quentinowi. Dobrze wiedziała, jak to jest - mieć matkę panikującą z 
powodu więdnącej 
młodzieńczej urody i ojca, który pewnie nawet nie próbował ukryć rozczarowania kolejnym 
dzieckiem. 
Wielokrotnie powtarzany obraz rozpadającego się małżeństwa. 

- Wybacz, mamo. Gadam, jakbym wstała z łóżka lewąnogą. 

- Nie, wcale nie. 

- Jestem całkowicie pewna, że tak, - Brandi nie uważała zresztą, by zachowanie takie było do 
końca złe. - Spójrzmy 
na fakty. Tata ponownie udowodnił, że zupełnie nie ma pojęcia, czego chce. A jeśli już chce 
czegokolwiek, to nie 
potrafi odnaleźć tego ani w żonie ani w swoich dzieciach. 

- Twój ojciec jest dobrym człowiekiem. 

Brandi uśmiechnęła się gorzko i pogłaskała zimne łuski na grzbiecie swojego ukochanego 
smoka. Nieważne jak 
dalece ojciec zniszczył życie Tiffany - nigdy nie powiedziała o nim złego słowa. Kiedy 
Brandi była nastolatką, matce 
zdarzało się odrobinę narzekać na byłego męża, ale te dni najwyraźniej już odeszły w 
niepamięć. 

Ojciec nie był dobrym człowiekiem. Był egocentryczny, wykorzystywał bliźnich, 
manipulował nimi i nikt nie 
wiedział o tym lepiej od Brandi. 

- Kiedy skończysz ze mną rozmawiać, zadzwoń do niego. Na pewno będzie chciał wiedzieć, 
że dotarłaś na miejsce 
bezpiecznie. 

- Mamo, on nawet nie pamięta, że się przeprowadziłam. 

- Jutro są jego urodziny. 

- Zapomniałam - wymsknęło się Brandi. On pewnie też zapomniał. Tiffany jednak wolała 
podtrzymywać mit, że 
Gary prowadził zwykłe życie, w którym było miejsce na celebrowanie zwykłych, rodzinnych 
świąt. 
Prawdopodobnie po to, by zmusić córkę do wykonywania telefonów do ojca w regularnych 
odstępach czasu. 

Christina Dodd 

20 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

background image

Kiedy dziewczyna myślała o rozmowie z nim, skręcał się w niej żołądek. Ich konwersacje 
kończyły się nierzadko po-
krzykiwaniami ojca i udzielaniem jej groźnym tonem „praktycznych", życiowych porad. 
Jeszcze gorsze było to, 
kiedy od razu zaznaczał, że nie ma czasu z nią rozmawiać. Zawsze wolała odłożyć te telefony 
na ostatnią chwilę. 

Dlatego zresztą zaręczyła się z Alanem. Może nie był on mężczyzną pasji i ognistej 
namiętności, ale był stały w 
uczuciach i można na nim polegać - albo raczej można było, bo właśnie zawodził na całej 
linii. 

Matka prawdopodobnie miała rację w jego sprawie. Musiał trzymać w zanadrzu co najmniej 
genialne 
usprawiedliwienie swojego postępowania. Ale Brandi zdołała dziś złamać paznokieć przy 
samej opuszce, skończył 
jej się dezodorant, była odwodniona, bo ze względu na zupełny brak wody w domu nie 
ważyła się zużyć resztek 
mineralnej i zdecydowanie nie miała ochoty niczego na ten temat słuchać. 

- Alan na pewno wkrótce się zjawi - matka starała z całej siły pokrzepić córkę. - Być może 
nawet zabierze cię gdzieś 
na kolację. 

- Nie chcę, żeby zabierał mnie na kolację. Chcę, żeby pomógł mi się rozpakować. - Nastrój 
Brandi z pewnością 
dałoby się określić jako „nieprzysiadalny", a przez to zupełnie niepraktyczny w restauracji. 

- Powinnaś wychodzić jak najczęściej. Ciesz się życiem teraz, kiedy jesteś młoda. - W tej 
kwestii Tiffany nie znosiła 
żadnych sprzeciwów. 

Słowa zawsze sprawiały, że Brandi skręcała się z poczucia winy. Przyczyna, dla której 
Tiffany nie spędzała dużo 
czasu na eskapadach, była prozaiczna. Próbowała - właśnie tak, próbowała, bo nie do końca 
odnosiła na tym polu 
sukcesy - zarobić na utrzymanie córki. 

- Mamo, nie jesteś stara. Nie masz nawet pięćdziesięciu 

Christina Dodd 

15 

Szafirowe kłopoty 

background image

lat. Z całą pewnością sama powinnaś częściej wychodzić i miło spędzać czas. 

- Mężczyźni w moim wieku pragną kobiet w twoim wieku. A mężczyźni, którzy pragną 
kobiet w moim wieku, są 
zbyt starzy, by można było mówić o czasie spędzonym miło - w głosie Tiffany brzmiała 
gorzka ironia. - Chociaż 
ostatnio myślałam o... 

- O czym? Tiffany zawahała się. 

- O czym? - powtórzyła Brandi. Ukrywanie czegoś pod pozorami nieśmiałości zupełnie nie 
było w stylu jej matki. 
Wręcz przeciwnie. 

- Bardzo chciałabym tam być z tobą - powiedziała wreszcie Tiffany. - Bardzo się za tobą 
stęskniłam. 

Brandi gotowa była przysiąc, że nie to miała na myśli Tiffany. Ale była zbyt zmęczona, 
brudna i nieuczesana, by 
starać się dociec prawdy. 

- Nie mieszkam z tobą od siedmiu lat. Nie tęsknisz chyba za mną aż tak przeraźliwie. 

- Wiem, ale teraz wszystko jest inaczej, kiedy wyprowadziłaś się tak daleko. Do tego czasu po 
prostu mieszkałaś po 
drugiej stronie miasta i kiedy wydawało mi się, że możesz mnie potrzebować - zaraz mogłam 
się przy tobie zjawić. A 
teraz... 

- Wszystko u mnie dobrze, Tiffany. Potrafię o siebie zadbać - powiedziała łagodnie. O wiele 
lepiej niż ty potrafisz 
zadbać o siebie, dodała w myślach. 

- Wiem, wiem. Można na tobie polegać. Jestem z ciebie bardzo dumna - w głosie Tiffany 
pobrzmiewał mimo wszyst-
ko niepokój. - Wolałabym jednak, żeby Alan już tam był. Jest zawsze taki zaradny... 

Z wyjątkiem dzisiejszego dnia, pomyślała Brandi. 

- Jutro zabiera mnie na przyjęcie do wujka Charlesa - po- 

Christina Dodd 

22 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

wiedziała zamiast tego. A jeśli nie pojawi się do tego czasu, Brandi nie będzie obchodziła już 
żadna wymówka. Po 
prostu postara się go w miarę boleśnie uśmiercić. 

- Kolacja? - Tiffany była podekscytowana. - U Charlesa? Och, będzie można wspaniale się 
pokazać! Niedawno 
odnowił foyer w swoim domu. Czy wiesz, że kiedy zdarli farbę na klatce schodowej, okazało 
się, że całe partie ścian 
wykonane są z mahoniu? Wyobrażasz sobie? Naprawdę chciałabym to zobaczyć. Lubisz 
Charlesa? 

Nagły przeskok z jednego tematu na drugi sprawił, że chwilę trwało, nim Brandi zebrała 
myśli. 

- Jasne. Lubię wujka Charlesa, odkąd zmusił ojca do zapłaty należnych nam alimentów. 

- Och, twój ojciec był omotany przez tę kobietę, którą poślubił. 

- Aha, więc ojciec okazał się jedynie pantoflarzem, a nie pozbawionym skrupułów moralnym 
zerem? 

- Nie mów tak, Brandi. To brzmi gorzko, a gorycz nie czyni młodej kobiety piękniejszą. 

- Dobrze, mamo - w niewytłumaczalny sposób Brandi czuła się pewniej, kiedy Tiffany 
udzielała jej matczynych rad. 

- Powiedz mi więcej o przyjęciu. 

- To bal charytatywny. Mają zbierać pieniądze na muzeum. Będzie organizowana cicha 
aukcja, a jednym z gości 
będzie Elton John. Mam miejsce przy stole z prawnikami z firmy McGrath i Lindoberth. - 
Miejsce jej się należało, 
myślała Brandi. Może i była nowicjuszką, ale na dyplomie Uniwersytetu Vanderbilt nie 
widniały żadne oceny poza 
piątkami, a już sam ten fakt czynił należne wrażenie. Nawet bez pomocy wujka Charlesa 
zostałaby zaproszona na 
rozmowę do firmy. Zdobyła tę pracę własnymi siłami i uporem. Była dobra i wiedziała o tym. 

- Co zamierzasz włożyć? - zapytała Tiffany. 

Christina Dodd 

17 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Tę czarną sukienkę, którą kupiłam na studenckie przyjęcia. 

Tiffany nie powiedziała „och, ale kupiłaś ją przecież u Anny Taylor" ani „przecież to było 
dwa lata temu", lecz 
wyraziła się subtelniej. 

- Czerń, kochanie? To takie nowojorskie. Pokaż tym prawnikom z Chicago, jak może 
wyglądać piękna dziewczyna z 
Południa. 

- Wyglądam okropnie w różach - Brandi poruszyła się niespokojnie, starając się znaleźć 
wygodniejszą pozycję na 
sofie. 

- Włóż czerwoną. Mężczyźni ubóstwiają czerwień. 

- Nie interesuje mnie, co też ubóstwiają mężczyźni - parsknęła Brandi i głęboko westchnęła. 
Tiffany nigdy się nie 
zmieni. Ostatnie czternaście lat jej życia nie należały do przyjemnych i kolorowych a mimo to 
wciąż uważała, że 
najlepszym przyjacielem kobiety jest mężczyzna. No i oczywiście podarki, które może od 
tego mężczyzny otrzymać. 

- Ale ta czarna sukienka nie podkreśla twojej figury. 

- Dzięki Bogu. Czy wiesz, jak trudno jest ubrać się elegancko z biustem takim jak mój? 

- Mnóstwo kobiet wydaje olbrzymie pieniądze, by mieć biust taki jak twój. Marilyn Monroe 
dzięki swojemu zdobyła 
sławę i pieniądze. Również dzięki figurze podobnej do twojej -Tiffany zaśmiała się figlarnie; 
była w tym śmiechu 
dogłębna wiedza o tym, co i jakie wrażenie wywiera na mężczyznach. 

Mimo woli Brandi też się uśmiechnęła. To wszystko prawda. Gdyby nie została prawnikiem, 
z pewnością mogłaby 
tańczyć w Las Vegas. Jej figura przypominała klepsydrę. Podczas rozmów o pracę czyniła 
wszystko, by maskować 
nieco powabne kształty, tak by kobiety nie nienawidziły jej od pierwszego wejrzenia, a 
mężczyźni mogli spokojnie 
patrzeć jej w twarz. 

Christina Dodd 

18 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Nie stać mnie teraz na nową sukienkę. Przeprowadzka kosztowała fortunę. 

- Myślałam, że Charles zapłacił za przeprowadzkę. 

- Firma zapłaciła, owszem. Ale kupiłam meble - w nieodpowiednim rozmiarze, pomyślała ze 
złością - oraz opłaciłam 
czynsz i kaucję za mieszkanie. A od tego miesiąca muszę zacząć oddawać ojcu pożyczkę 
studencką. 

- Jestem pewna, że ojciec chciałby, żebyś miała nową sukienkę. 

O mój Boże, Tiffany była czasami monotematyczna. Nigdy nie odpuszczała. 

- Twojemu ojcu podoba się, kiedy młoda dziewczyna może się pięknie ubrać. 

- Tylko kiedy ta młoda dziewczyna to jego sekretarka i może bezkarnie ją pieprzyć - wypaliła 
Brandi i zanim jej 
zaskoczona matka zdążyła zaoponować, dodała szybko: 

- Poza tym, w towarzystwie Alana nie mam co zabiegać o względy innych mężczyzn. 

- Tak, ale chcesz, by nie odrywał od ciebie wzroku przez cały wieczór i by nawet na chwilę 
cię nie opuszczał w 
obawie, że inny sprzątnie mu taką piękność sprzed nosa. 

Brandi zaśmiała się nieco ironicznie. 

- Alan jest niezwykle stały i rzetelny. Jest profesjonalistą. Wie, że może na mnie polegać. Jest 
zupełnie nowym, 
antyzaz-drosnym typem narzeczonego. 

- Odpowiednim zachowaniem można wzbudzić zazdrość w każdym. 

Kłótnia na ten temat była pozbawiona sensu. Tiffany wiedziała zbyt wiele o mężczyznach 
każdego typu i wszelkiej 
maści. 

- Ale ja nie chcę zazdrośnika. Małżeństwo jest dla mnie ścisłym związkiem równości i 
partnerstwa. Oazą spokoju w 
zawierusze nowoczesności - Brandi niemal recytowała 

Christina Dodd 

25 

Szafirowe kłopoty 

background image

swoje przekonania o życiu, którego podstawami były zdrowy rozsądek, umiarkowanie we 
wszystkim i podbudowane 
logicznie postępowanie ku jasno nakreślonym celom: nie być jak matka, udowodnić ojcu, że 
się myli, spłacić długi i 
być przykładnym obywatelem. 

Najbardziej nie chciała, by przypadł jej w udziale los bohaterek serialu „Gotowe na 
wszystko". 

- Mój Boże, nie chcesz chyba powiedzieć, że nie układa wam się w łóżku? 

- Przestań dramatyzować - powiedziała Brandi. Co prawda odkąd Alan podjął studia 
medyczne, stał się mniej 
namiętny, a ostatnio, podczas nieczęstych wizyt w weekendy - zbyt zmęczony, by dokonać 
czegokolwiek w ogóle. 

- Mamy ciekawe momenty, ale żadnych wrzasków i wielkich tragedii. 

- I chociaż tak się na niego wkurzyłaś, nie zamierzasz na niego wrzasnąć. 

- Ile razy widziałaś mnie wrzeszczącą? 

- Ani razu - ton głosu matki zdradzał pewne zagubienie. - Zawsze byłaś nad wyraz spokojna, 
nawet jako dziecko. 

To dlatego, że moi rodzice sami postanowili odegrać wielkie role, pomyślała. 

- Kiedy go zobaczę, powiem, że musi być bardziej wyczulony na moje potrzeby - Brandi 
postarała się, by jej głos 
brzmiał trochę weselej. - Nie możesz mieć w życiu wszystkiego, Tiffany. Nie potrafię 
przecież być wystarczająco 
wyrozumiała, by zaakceptować fakt, że mój narzeczony jest zbyt zajęty, by pamiętać o mojej 
przeprowadzce i 
równocześnie pałać tak rozbuchaną namiętnością, że każda chwila rozłąki byłaby dla mnie 
cierpieniem. 

- No... myślę, że nie. Tylko że... przez pierwsze lata mojego związku z twoim ojcem 
spalaliśmy się w łóżku ogniem 
pożądania. 

Christina Dodd 

20 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

Brandi odsunęła słuchawkę od ucha. 

- Uuu... Mamo, nie mów mi takich rzeczy. 

- Po prostu wydaje mi się, że trochę za wcześnie na seksualne zobojętnienie w twoim związku 
- głos Tiffany nabrał 
ponownie radosnego brzmienia. - Dlatego właśnie potrzebujesz nowej sukienki! 

Dziewczyna westchnęła. 

- Pomyślę o tym. 

Przez jakieś trzy sekundy, dodała w myślach. 

- Rozjaśnij sobie też włosy, kochanie. Stały się ostatnio trochę mysioszare. 

- Nazywam to blond ze zmywarki - Brandi obracała w palcach rozdwojone końcówki. Tiffany 
zareagowałaby 
pewnie spazmami. 

- Blond ze zmywarki jest tak atrakcyjny, jak wskazuje na to jego nazwa. Rozjaśnij włosy i 
koniec. 

Telefon odezwał się krótkim, wysokim sygnałem. Ktoś próbował się do niej dodzwonić. 

- Tiffany, muszę odebrać drugi telefon - powiedziała, naciskając odpowiedni przycisk na 
słuchawce. 

- Halo. 

- Brandi? Tu Alan. 

- Wiem, wyobraź sobie, że poznałam twój głos - powiedziała ironicznie. - Poczekaj, muszę 
pożegnać się z matką. 
Obiecaj, że się nie rozłączysz - dodała już nieco łagodniej. 

- Nie rozłączę się - odparł ponuro. 

Świetnie. Będzie miała okazję odbyć jedną z tych wspaniałych rozmów, w której z pewnością 
nie będą w stanie 
osiągnąć porozumienia. Ale nie mogła pozwolić sobie na to, by rozłączył się z nią i po raz 
kolejny zwalił to na karb 
niezwykle nagłego wypadku w szpitalu. Robił tak już wcześniej, a tym razem naprawdę 
musiała z nim porozmawiać. 

Przełączyła się do Tiffany. 

Christina Dodd 

background image

27 

Szafirowe kłopoty 

background image

- O wilku mowa. Właśnie zadzwonił. Muszę z nim pogadać, zadzwonię później. 

Na przykład gdy nie będę tak zmęczona i gdy w końcu przejdzie mi zirytowanie. Rozłączyła 
się z Tiffany w połowie 
jej szczebiotliwych pożegnań. 

- Gdzieś się podziewał? Martwiłam się o ciebie - brzmiało to nieco lepiej niż „byłam strasznie 
na ciebie wkurzona". 

- Jestem w Las Vegas - jego spokojny akcent z Massachusetts wibrował jakąś nieznaną, silną 
emocją. 

- Las Vegas? - Była tak naiwna, wciąż niczego nie podejrzewała. - Ktoś zachorował, jesteś w 
szpitalu? 

- Ktoś zachorował? Na nic lepszego nie mogłaś wpaść? - To było na tyle, jeśli chodzi o 
spokojną konwersację. Alan 
prawie wrzeszczał. 

- Aleja... 

- Moja dziewczyna zaszła w ciążę. Właśnie wziąłem z nią ślub. A wszytko przez ciebie! 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 3 

Brandi stała na wpół zamroczona, zaciskając dłonie na telefonie, ogarniając wzrokiem 
mieszkanie, za wynajęcie 
którego przepłaciła tylko po to, by być bliżej centrum medycznego i Alana i starała się 
zrozumieć to, co właśnie 
usłyszała. 

Była mądrą kobietą. Prawnikiem. Słowa były jej bronią, język - narzędziem pracy. Ale tym 
razem nie mogła nic 
pojąć. Tu zdecydowanie musiała zajść jakaś pomyłka. 

- Alan, czy ty jesteś pijany? 

- Odrobinę. Potrzebowałem czegoś dla kurażu, zanim zadzwoniłem. Nie możesz mnie winić. 

Winić? Najwyraźniej nawet go do końca nie znała. 

- Nie rozumiem, jak możesz mieć dziewczynę. 

- Właściwie to nie mam dziewczyny. To teraz moja żona. Mówię ci, żadna z tych rzeczy by 
się nie przydarzyła, 
gdybyś przeprowadziła się do Chicago w tym samym momencie, co ja. - Dla Brandi te słowa 
były jeszcze bardziej 
pozbawione sensu niż wszystkie, które do tej pory wypowiedział. 

- Ale zostałam przyjęta na Vanderbilt, a ty na Uniwersytet w Chicago. Nie mogłam się z tobą 
przeprowadzić i równo-
cześnie studiować. 

- Przecież będę doktorem, do cholery. Myślisz, że nie byłbym w stanie cię utrzymać? 

- Nie sądzę, żeby to miało na tym polegać. Chciałam 

Christina Dodd 

29 

Szafirowe kłopoty 

background image

spełnić się w pracy. Mówiłeś, że rozumiesz - otępienie powoli ustępowało. Alan był żonaty. 
Żonaty! 

- Bla, bla, bla. 

- Spałeś z kimś na boku! - Żonaty i do tego z dzieckiem w drodze. Alan. Alan, który używał 
prezerwatywy i nalegał 
na równoczesne użycie globulek antykoncepcyjnych. 

- Z boku, z przodu, z tyłu... - zniżył głos, jakby nie chciał, by ktoś go usłyszał. - Słuchaj, 
mówiąc szczerze, wcale tego 
nie chciałem, ale zaszła w ciążę i teraz byłbym ostatnim sukinsynem, gdybym się z nią nie 
ożenił. 

- Akurat tu ci się nie udało. 

Jej ton najwyraźniej nie przypadł mu do gustu. Jego głos stał się ostrzejszy i odruchowo 
zaczął się bronić. 

- Zaręczam, że gdybyś była trochę mniej zimna, to może nie byłoby mnie tak łatwo poderwać. 

- Pieprzysz. Nie możesz obwiniać mnie za to, że nie potrafiłeś powstrzymać się od zdrady. 

- Ależ właśnie cię obwiniam. 

- Wyrażę się inaczej: nie poczuwam się do winy! - Zacisnęła ręce na słuchawce, jakby to była 
szyja Alana. 

- Aalannn!!! - Brandi usłyszała w słuchawce wysoki usatysfakcjonowany ton kobiety, której 
udało się postawić na 
swoim. Wymawiała imię męża w specyficzny sposób, przeciągając ostatnią głoskę. 

- Czy to ona? 

- Tak, to Fawn - ton Alana niewiele był szczęśliwszy od tonu Brandi, ale dziewczyna nie 
potrafiła czerpać z tego 
pociechy. 

- Alannn, nie zapomnij... - Musiał przykryć słuchawkę, bo Brandi słyszała przez chwilę 
jedynie niski pomruk 
dialogu. 

I wtedy Alan znowu zaczął mówić. Tym razem nie udawał pokrzywdzonego całą sytuacją - 
mówił normalnie, tak jak 
zwykł mówić do Brandi, to znaczy tonem profesjonalnego 

Christina Dodd 

30 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

background image

lekarza instruującego pacjentkę na okoliczność dźwigania ciężarów. 

Dlaczego wcześniej nie potrafiła zdać sobie z tego sprawy? Dlaczego nie widziała, że był 
zmęczony tym związkiem, 
że był nieusatysfakcjonowany... i że poszukiwał tej satysfakcji w ramionach innej? 

- Brandi, potrzebuję mojego pierścionka! 

- Twojego pierścionka? - Brandi znowu przestawała cokolwiek pojmować. 

- Jestem tylko stażystą, nie mogę sobie pozwolić na kolejny brylant, więc musisz mi oddać 
pierścionek - powiedział 
Alan. Dziewczyna nie odpowiadała, więc zniecierpliwiony dorzucił: - Mój pierścionek 
zaręczynowy. 

Brandi spojrzała na dłoń. Zdążyła zdjąć go z ręki, by nie zniszczyć drogiego prezentu podczas 
rozpakowywania 
rzeczy. Był przecież dla niej taki ważny. Był symbolem właściwych decyzji w życiu, 
planowania, prawdziwej 
miłości i wszystkich podobnych bzdur... 

- Alannn - powiedziała chłodno, bezbłędnie naśladując sposób mówienia Fawn - to nie jest 
twój pierścionek. To jest 
mój pierścionek. I pozwól jeszcze, że udzielę ci małej porady prawnej. W sytuacji takiej jak ta 
posiadanie 
jednoznacznie wskazuje na właściciela. 

Rozłączyła się, nie zdradzając nawet odrobiny tych emocji, które właśnie spalały jej 
wnętrzności na popiół. Wciąż 
ściskając w ręku słuchawkę, udała się do łazienki. Telefon znowu zaczął dzwonić. Po chwili 
jeszcze raz. I znowu. 
Musiała znaleźć i podłączyć automatyczną sekretarkę. Alan zdecydowanie chciał z kimś 
pogadać. 

Otworzyła apteczkę i przyjrzała się brylantowi spoczywającemu w czarnym pudełeczku. 
Dobrze chroniony, będący 
dotąd przyczyną jej naiwnej radości. Znała się na brylantach. Kiedy ma się taką matkę, jak 
ona, wiedza o biżuterii 
przy 

Christina Dodd 

25 

Szafirowe kłopoty 

background image

chodzi naturalnie - a w tym wypadku miała do czynienia ze wspaniałym kamieniem. Alan 
wziął pożyczkę, by kupić 
jej drogi kamień we właściwej oprawie. Cięcie marąuise, jeden karat, czysty biały diament 
błyszczący starożytnym 
błękitem nieba i młodą, delikatną żółcią słońca. Platynowa oprawa podkreślała piękno jego 
prostoty. Niegdyś miała 
wrażenie, że brylant był odpowiedzią na jej pragnienia. Dziś zastanawiała się, czy nie miał po 
prostu symbolizować 
dobrego smaku Alana. Z pewnością nie symbolizował jego zdrowego rozsądku. 

Zdenerwowana ciągłym dzwonkiem telefonu, podniosła słuchawkę tylko po to, by ją po 
chwili odłożyć. Odłączyła 
telefon, ale po chwili podłączyła go znowu. Na moment jej palec zawisł nad numerem 
Tiffany. 

Powiedzieć jej wszystko to trochę jak przyznać jej we wszystkim rację. Tiffany podkreślała, 
że żaden mężczyzna nie 
będzie zainteresowany przezorną, inteligentną kobietą, nie daj Boże, prawnikiem, która 
będzie niezależna 
finansowo, a do tego spełniona w pracy. Tiffany twierdziła z przekonaniem, że każdy 
mężczyzna pragnie pięknej 
żony, która byłaby całkowicie od niego zależna. Innymi słowy każdy chciałby mieć za żonę 
Marilyn Monroe w sukni 
z czerwonego jedwabiu. 

Wybrała zapisany w pamięci telefonu numer. Liczyła dzwonki, by w końcu usłyszeć, jak jej 
siostra mówi: „Nie 
mogę teraz podejść do telefonu...". Jasne, że nie może. Był przecież czwartek. Kim była 
trenerem, a we czwartki jej 
drużyna zawsze rozgrywała mecz baseballu, footballu czy też softballu, Brandi nigdy nie 
chciało się dokładnie tego 
zapamiętać. 

- Proszę, Kim, zadzwoń do mnie, gdy tylko będziesz mogła - zawahała się niepewna, co 
jeszcze może powiedzieć. - 
Chyba cię potrzebuję - dodała w końcu i odłożyła słuchawkę. 

Czy jej głos trząsł się? Miała nadzieję, że nie. Kim gotowa 

Christina Dodd 

26 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

pomyśleć, że płakała a ona przecież nigdy nie była dalsza od płaczu. Palące emocje były 
połączeniem gniewu, 
upokorzenia i jeszcze raz upokorzenia. Porwała pierścionek i rzuciła go do toalety. Nie trafiła 
i odbity potoczył się po 
posadzce łazienki. Była szalona, ale chyba nie na tyle, by wyrzucać nieskazitelny brylant do 
ubikacji. Zresztą gdyby 
nawet trafiła, nie mogłaby spuścić wody. Rury były zamarznięte. Schyliła się i podniosła 
migoczący symbol swojej 
naiwności spoczywający przy wannie. Zacisnęła na nim dłoń... i uśmiechnęła się uśmiechem 
godnym 
Machiavellego. Gdyby Alan ją zobaczył, zupełnie nie byłoby mu do śmiechu. 

O nie. Nie pozbędzie się go tak łatwo - o wiele lepiej będzie, jeśli użyje pierścionka w taki 
sposób, by siebie uczynić 
szczęśliwą. 

* * * 

Kiedy kroczyła wolno ulicami Chicago, trzymając się blisko budynków dających namiastkę 
schronienia przed 
przeszywającymi porywami zimowego wiatru, rozdzwonił się jej telefon komórkowy. 
Pierwszą myślą było 
zignorowanie dzwonka. Odbieranie komórki w taką pogodę wiązało się ze ściąganiem 
wełnianych rękawiczek, 
zanurzeniem się w przepastne kieszenie zimowego płaszcza i ściąganiem czapki, by mogła 
przyłożyć telefon do ucha 
- wszystkie te czynności gwarantowały, że na wpół przemarznięte ciało dokona całkowitej 
przemiany w sopel lodu. 

Ale to był dzwonek przypisany w jej telefonie Kim i po bezsennej nocy spędzonej na 
gniewnym rozpamiętywaniu 
Brandi potrzebowała kogoś, z kim mogłaby pogadać. Szamotanie się z różnymi częściami 
garderoby zabrało jej 
niemal minutę, ale w końcu udało się jej odebrać. 

Christina Dodd 

33 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Co się stało? - głęboki głos Kim domagał się natychmiastowej odpowiedzi. 

- Poczekaj chwilę, muszę wejść do środka - Brandi otworzyła drzwi lombardu Uczciwy Opat, 
jak informował szyld 
zawieszony nad nimi. Najuczciwszego, jeśli wierzyć słowom właściciela jej mieszkania. 

W jej sine uszy uderzyła fala ciepła i Brandi westchnęła rozkosznie. 

- Dlaczego wydajesz takie odgłosy? - głos Kim stawał się coraz bardziej stanowczy. 

- Na zewnątrz jest straszliwie zimno, a w środku ciepło - dwanaście ostatnich godzin 
przyniosło sporą porcję cier-
pienia, zakłopotania i gniewu i właśnie nadszedł ten moment, kiedy Brandi cieszyła się 
prawie na myśl, że będzie 
mogła podzielić się z kimś wszystkimi nowinami. 

- Zastawiam w lombardzie mój pierścionek zaręczynowy. 

- Dlaczego? 

- Alan mnie zostawił. 

- Chrzanisz! - Kim krzyknęła do słuchawki. - Niemożliwe! 

Sklep był mały i sprawiał wrażenie zagraconego. Większe przedmioty stały przy ścianie, 
drobiazgi umieszczone 
były pod szklaną ladą. Wszystkie towary były zaopatrzone w metkę z wyrysowaną markerem 
ceną. Brandi 
uśmiechnęła się do Azjaty stojącego przy kasie i dwóch młodych mężczyzn stojących przy 
ladzie. 

W innych okolicznościach mogło być niemal zabawnie. Niestety, wybierała się dziś na bal 
dobroczynny zupełnie 
samotnie. Ale przynajmniej miała plan. To znaczy tego akurat nie była pewna. 

- Pan Nguyen? - zwróciła się do niskiego mężczyzny. Tak. - Właściciel miał niesamowicie 
ciemne oczy, kruczo-
czarne włosy i piękną skórę, na której nie znać było wieku. 

Christina Dodd 

34 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Położyła pudełeczko na ladzie. 

- Eric Lerner, właściciel budynku, w którym wynajmuję apartament, powiedział, że zaoferuje 
mi pan uczciwą sumę. 

- Doceniam to. Proszę pozdrowić Erica - odpowiedział Nguyen. 

- A więc ile za to dostanę? 

Popchnęła pudełko w stronę sprzedawcy i ponownie przyłożyła telefon do ucha. 

- Dziewczyna Alana zaszła w ciążę i musiał ją szybko poślubić. Wiesz, błyskawiczna 
ceremonia ślubna w Las 
Vegas. 

- Może sam Elvis udzielał im ślubu? 

- Nie wiem, może. 

- Czekaj, czekaj - ten bezkrwisty, mały nudziarz Alan jest żonaty i będzie miał dziecko? 

Brandi była zaskoczona. 

- Nie wiedziałam, że go nie lubiłaś. 

- Kojarzysz ten ton lekarzy, nieznoszący sprzeciwu, sprawiający, że z rozdziawionymi ustami 
musisz słuchać 
każdego słowa? 

- Jasne. 

- Alan pewnie byłby dobrym księgowym. Brandi roześmiała się głośno. 

Pan Nguyen nie był bardzo stary, ale jego wiek zdradzała choroba powodująca drżenie rąk, 
gdy sięgał po lupę, by 
lepiej przyjrzeć się brylantowi. 

- Wcale nie robisz wrażenia osoby, której serce krwawi - stwierdziła ostrożnie Kim. 

- Och, serce dopiero zacznie krwawić. Póki co jestem po prostu wściekła. Myślę, że to 
właśnie dlatego zastawiam 
pierścionek z nadzieją, że Alan będzie musiał się srogo napocić, by wykupić go z zastawu. 

- Bardzo dobrze. W pełni popieram. 

Christina Dodd 

29 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

Brandi poczuła, że Kim dokonała pewnego osądu, treści którego nie była pewna, ale też 
specjalnie na to nie zważała. 
W tym momencie liczyła się jedynie jej zemsta. Nieważne, co profesorowie starali się jej 
wbić do głowy podczas 
zajęć z etyki - smak zemsty był wyborny. 

- Wspaniały brylant w klasycznej oprawie - powiedział pan Nguyen. 

- Będzie go mógł pan łatwo sprzedać - przytaknęła Brandi. 

- Co powiedziała Tiffany na temat Alana i jego nowej żony? - usłyszała w słuchawce głos 
Kim. 

- Jeszcze jej nie powiedziałam. 

- Nie powiedziałaś własnej matce? - zapytała Kim z niedowierzaniem. 

- Nie mogę. Właściwie to wiem, co od niej usłyszę: A nie mówiłam, że powinnaś spełniać 
zachcianki mężczyzn? A 
nie mówiłam, że nie możesz pokazywać, że twoja kariera jest równie istotna, jak jego? A nie 
mówiłam, żebyś została 
kurą domową? - Brandi przedrzeźniała głos matki. 

- Myślę, że jesteś trochę niesprawiedliwa - Kim zawsze była chłodna i zrównoważona, gdy 
dyskutowały o Tiffany. 

- Wczoraj, kiedy skarżyłam się na to, że do mnie nie dzwoni, zdecydowanie go broniła. 

O ile poprzedniej nocy wydawało się to jedynie irytujące, o tyle dziś sprawiało, że w Brandi 
wzbierała wściekłość. 

- Wczoraj miałaś zamiar go poślubić a ona chciała bardzo, by wasze małżeństwo było bez 
skazy i dlatego chciała cię 
pocieszyć, najlepiej jak potrafiła. 

- Być może... - przyznała z namysłem Brandi. Rzeczywiście to, co mówiła Kim, nie było 
pozbawione sensu. Ale 
Brandi nie była w nastroju do przyznawania komuś racji. 

- A może rozmawiałaś z ojcem? - Kim zawsze mówiła o nim z nieskrywanym sarkazmem. 

Christina Dodd 

36 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

- O Alanie? - sarkazm udzielił się również Brandi. - Może innym razem. 

- Nawet nie o Alanie. Mówię o urodzinach. 

- Cholera, znowu zapomniałam. - A przecież Tiffany przypominała mi wczoraj. 

- Nie martw się za bardzo. Ja zebrałam się w sobie i wykonałam telefon, ale sukinsyn nie 
raczył nawet odebrać. 
Zostawiłam wiadomość. 

- Szczęściara. 

- Tak o sobie właśnie myślę. 

Pan Nguyen wpatrywał się w brylant, pocierając w zadumie brodę. 

- Mam wszystkie papiery - powiedziała Brandi. Pół nocy spędziła na poszukiwaniu świstków 
stwierdzających 
nieskazitelność drogiego kamienia. Ledwo co na nie spojrzał. 

- OK. Daję za niego osiem tysięcy. 

- Dolarów? - Dziewczyna była zaskoczona. Alan zapłacił przecież dziesięć tysięcy. 
Zaaranżował to tak, że rachunek 
sam się jej napatoczył. Chyba chciał, żeby podziwiała jego szczodrość. 

Dupek. 

Ponieważ musiały niegdyś sprzedać znaczną część biżuterii należącej do Tiffany, Brandi 
nauczyła się wiele o 
właścicielach lombardów. Po pierwsze, nigdy nie płacili więcej niż dwadzieścia pięć procent 
rzeczywistej wartości, 
a po drugie, nawet wówczas zachowywali się, jakby wyświadczali ci nie wiadomo jak wielką 
przysługę. A po 
trzecie, nigdy, ale to przenigdy nie mylili się w wycenie biżuterii. 

Targowanie się w lombardzie zyskiwało rangę sztuki i Brandi była na to przygotowana. Być 
może brylanty nagle 
nabrały wartości, gdy ona zagrzebana w książkach, zdobywała wiedzę na studiach. 

- Osiem tysięcy. Umowa stoi - powiedziała pośpiesznie. 

Christina Dodd 

31 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Nieźle - mruknęła Kim z uznaniem. 

Pan Nguyen umieścił pierścionek w pudełeczku i zamknął w kasetce. 

- Piękna dziewczyna, jak pani, potrzebuje biżuterii, by podkreślić piękno szyi i uszu. Wczoraj 
dostałem brylantowe 
kolczyki... 

- Nie dbam o brylanty, mogę ich już nie oglądać do końca życia - Brandi chyba jeszcze 
niczego nie powiedziała w 
życiu równie serio. 

- Coś ty zrobił mojej siostrze, człowieku - westchnęła Kim z udawaną troską. 

- Przestań, proszę - mruknęła Brandi. 

- A może szafiry? Pasowałyby do koloru pani pięknych oczu - pan Nguyen uśmiechnął się 
uprzejmie, Brandi do-
strzegła białe linie wokół jego ust i znamię na policzku... albo siniaka. 

Zerknęła niespokojnie na dwóch mężczyzn stojących przed kolorową wystawą IPodów. Nie 
patrzyli w jej stronę i nie 
wydawali się przejmować transakcją, której dokonywała, ale szaliki mieli zawiązane 
niepokojąco wysoko, tak że 
przykrywały ich usta i nosy. Brandi poczuła, jak po plecach przemknął jej dreszcz niepokoju. 
Sprawiali przecież 
wrażenie, jakby chcieli ukryć swoje twarze. 

- Kim, poczekaj chwilę. - Przechyliła się przez ladę. 

- Szafiry wydają się wyśmienite - powiedziała, by zaraz dodać ciszej: - Nie potrzebuje pan 
pomocy? 

- Co się tam dzieje? - zapytała ostrożnie Kim. 

Pan Nguyen uśmiechnął się jeszcze szerzej, kładąc na ladzie małe, białe pudełeczko. 

- Och, nie. Nikogo nie zatrudniam. Jest za zimno i biznes nie idzie zbyt dobrze. 

- Co się tam dzieje? - powtórzyła z naciskiem Kim. 

- Nic. Chyba... - Brandi położyła dłoń na pudełeczku. 

Christina Dodd 

38 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Czy ci dwaj nie wydają się panu podejrzani? 

- Och nie, to chłopaki z sąsiedztwa. Wpadli, by się ogrzać i zobaczyć co mam z elektroniki - 
wzruszył ramionami. - 
To hakerzy. 

- Hakerzy? - To nie zabrzmiało zbyt uspokajająco. 

- Może źle się wyraziłem. To komputerowi fascynaci. - Pan Nguyen oparł się łokciami o ladę 
i otworzył małe 
pudełeczko. 

Widok odebrał Brandi mowę, na śnieżnej poduszeczce błyszczały wspaniałym błękitem 
szafiry. 

- Och - dziewczyna nie była w stanie wydusić z siebie więcej. Co najmniej karatowe kamienie 
cudownie osadzone w 
złocie wysokiej próby. Brandi momentalnie zapomniała, na czym polega targowanie się i jak 
być nieugiętym w 
transakcjach finansowych. Jeszcze chwila a zaczęłaby się ślinić. - Są cudowne. 

- Przysięgam na Boga, Brandi, jeśli nie zaczniesz ze mną rozmawiać... - Kim była wyraźnie 
rozdrażniona. 

- Przepraszam. Trochę się rozkojarzyłam. To przez te szafiry. 

- Ładne? - Kim lubiła biżuterię i była pilną uczennicą, gdy Tiffany instruowała je, jak 
odróżnić prawdziwy kamień od 
podróbki. - O nie! Nie dam się zbyć tak łatwo. Czy coś się stało tam, gdzie jesteś? 

Brandi zerknęła ponownie na klientów. Wyglądali młodo i beztrosko. Pokazywali sobie 
palcami antyczną tiarę i 
głośno komentowali. Jeden roześmiał się tak głośno, że zaczął kaszleć. Brzmiało to jak 
poważne zapalenie płuc i 
jego przyjaciel kilkakrotnie musiał mu pomóc uderzeniem w plecy. Szaliki nosili chyba ze 
względu na chorobę i 
zimno na zewnątrz. Nie widziała zresztą powodu, dla którego pan Nguyen nie powiedziałby 
jej, gdyby był w 
niebezpieczeństwie. 

Szafiry przyciągały jej wzrok niemal magicznie. 

Christina Dodd 

33 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Wszystko w porządku. Pozwól, że przyjrzę się bliżej tym kamieniom - powiedziała i z 
uśmiechem przyjęła ofe-
rowaną przez sprzedawcę lupę. Wytarła ją ostrożnie i przyłożyła do oka. 

- Wspaniałe, żółto-błękitne. 

- Z Kaszmiru - powiedział pan Nguyen. 

- Z Kaszmiru - niczym echo powtórzyła Brandi. - Najlepsze. Jeden z inkluzją, częściowo 
zakrytą. Drugi ma delikatną 
skazę. Myślę, że są prawdziwe. 

- Są prawdziwe! Nikogo nie oszukuję, proszę popytać o moją reputację! - pan Nguyen był 
najwyraźniej oburzony. - 
Tysiąc dolarów. 

- Za każdy? - Brandi nie mogła uwierzyć swojemu szczęściu. 

- Za parę. 

Szafiry niewątpliwie były autentyczne. Zawierały skazy właściwe tylko prawdziwym 
kamieniom. Błyszczały 
najbardziej poszukiwanym odcieniem błękitu. Sprzedawca chciał tylko tysiąc dolarów, a 
właściciele lombardów byli 
znani nie tylko z tego, że płacili mało, ale i z tego, że żądali wiele. 

- Dlaczego tysiąc za parę? - dopytywała się niespokojna Kim. 

- Dziś są moje urodziny, a wietnamska tradycja nakazuje potraktować pierwszego gościa z 
należnymi honorami tego 
dnia - Pan Nguyen, który dotychczas mówił z chicagowskim akcentem i zachowywał się 
jakby całe życie spędził w 
Ameryce, skłonił się na wschodnią modłę. 

- Jestem więc pani winien siedem tysięcy dolarów - powiedział po chwili rzeczowo. - Osiem 
za pierścionek minus 
tysiąc za parę kolczyków. Wypiszę czek i zapakuję szafiry. 

- Tak, tak... bardzo dziękuję - odrzekła rozpromieniona Brandi i dodała ciszej do telefonu: - 
Może los się w końcu do 
mnie uśmiechnął. 

Christina Dodd 

34 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

background image

- Niewątpliwie! - wykrzyknęła Kim. Jej entuzjazm wydawał się wręcz zaraźliwy. - Jaka jest 
dalsza część twojego 
planu? 

- Z czego wnosisz, że mam jakiś plan? 

- Jesteś prawnikiem kochanie. Nie postępujesz tak, jak teraz właśnie, bez planu. 

- Ojej, to nieprawda. Czasem mogę być przecież spontaniczna. Wiesz, raz na jakiś czas. 
Okazyjnie. 

- Jasne, jasne. Ty i twoje listy celów ogólnych, zadań na dany dzień, te twoje dzienniki i 
palmtopy. 

- Ależ ty się czepiasz! 

- A ty jesteś antytezą spontaniczności - W tonie Kim pobrzmiewała jedynie wesołość i kpina. 

Po rozwodzie rodziców Kim okazała się wspaniałą starszą siostrą. Pomogła Brandi wyjść z 
traumy po stracie ojca, 
podtrzymywała ją na duchu, gdy Tiffany zupełnie nie potrafiła się pozbierać, czego 
rezultatem była strata domu i 
powolne, nieuchronne staczanie się w finansową ruinę. Kim nauczyła Brandi odważnie 
spoglądać w przyszłość i 
przekonała ją, że któregoś dnia sama będzie w stanie decydować o swoim życiu, bez względu 
na okoliczności. 

Brandi przyglądała się uważnie, może zbyt uważnie, gdy pan Nguyen wkładał kolczyki do 
pudełeczka i zatrzaskiwał 
mechanizm wieczka. Dostrzegł jej spojrzenie i uśmiechnął się. 

- Czy chciałaby pani od razu je założyć? - zapytał, wyciągając zachęcająco rękę. 

Chciała. Były niesamowicie piękne, a poza tym mówiono, że szafiry przynoszą szczęście. 
Albo pecha - sama nie 
pamiętała dokładnie, ale w tym momencie nie stanowiło to żadnego zmartwienia. Przeżyje i 
będzie miała się 
wyśmienicie. Sprawi, że Alan jeszcze wszystkiego gorzko pożałuje. 

Zbliżyła twarz do lustra i w nabożnym skupieniu założyła kolczyki. 

Christina Dodd 

41 

Szafirowe kłopoty 

background image

- O mój Boże, Kim, one są przepiękne. 

Były identycznego koloru, jak jej oczy. Śmiejąc się szeroko do swojego odbicia w lustrze, w 
półświadomym geście 
podała panu Nguyen pudełeczko. Usłyszała cichy klik zamknięcia i udało jej się oderwać na 
chwilę od wspaniałego 
obrazu jej uszu ozdobionych klejnotami. Wyprostowała się, odebrała opakowanie i wsunęła je 
niedbale do kieszeni. 

- Na kogo wypisać czek? - zapytał cicho sprzedawca. 

- Brandi Lynn Michaels. B-R-A-N-D-I L-Y-N-N... 

- powoli przeliterowała. 

- Teraz w końcu powiedz, jaki masz plan - stanowczym głosem zażądała Kim. 

- Nie mam w domu bieżącej wody. Jestem brudna i zmęczona siusianiem do zamarzniętej 
toalety. Zamierzam zreali-
zować czek i wynająć pokój w pięciogwiazdkowym hotelu. 

- OK. W to mogę uwierzyć - powiedziała spokojnie Kim, ale brzmiała tak, jakby usłyszała w 
głosie Brandi pewne 
wahanie. 

- Wynajmę sobie naprawdę drogi pokój z concierge. Wezmę kąpiel w olbrzymiej wannie i 
pójdę na zakupy do galerii 
Miracle Mile. I kupię sobie najdroższą sukienkę. Czerwoną! Taką, która głęboko odsłoni mój 
dekolt. 

- Gdybym miała twój dekolt, odsłaniałabym go cały czas. 

- Z niebieskimi elementami, żebym mogła założyć do niej moje szafiry - Brandi śmiała się na 
samą myśl o swoich 
kolejnych posunięciach. - Kupię też sobie wspaniałą bieliznę 

- koronkowe majtki i stanik, który sprawi, że pomniki zaczną się ślinić. 

Klienci sklepu przestali przyglądać się elektronicznym gadżetom i teraz bez słowa gapili się 
na Brandi. Gapili się, 
jakby może chcieli zapamiętać jej figurę. Najwyraźniej mówiła odrobinę za głośno. Nie dbała 
o to. 

Christina Oodd 

42 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

- I jeszcze buty. Na najwyższych na świecie obcasach, najbardziej niepraktyczne buty 
wołające „przeleć mnie". 

Odebrała od pana Nguyen podpisany czek. Opiewał na uzgodnioną wcześniej kwotę. 
Zamachała nim radośnie i 
wykrzyknęła: 

- Jeszcze tu wrócę! 

- Proszę już iść. - Machnął dłonią, jakby wypraszał ją ze sklepu. Jego ręce trzęsły się dwa 
razy mocniej. 

- Czy jest pan chory? - zapytała Brandi uprzejmie. 

- Tak, chory, tak. Proszę iść. 

- Dziękuję, to prawdziwa przyjemność robić z panem interesy. - Dziewczyna ruszyła raźno w 
stronę drzwi. 

- Coś mi się wydaje, że nie spodoba mi się dalsza część planu, mam rację? 

- Zawsze mi powtarzałaś, że jestem nad podziw dojrzała. 

- Teraz już jestem pewna, że mi się nie spodoba. Brandi wyszła na zewnątrz. Podmuch 
przenikliwego zimna 

wydawał się obdzierać twarz ze skóry. 

- Zawsze mówiłaś, że powinnam zrobić coś szalonego, póki jestem młoda. 

- Rozumiem, że zaczęłaś mnie słuchać. 

- Zrobię sobie masaż, pedicure i manicure i wystroję się od stóp do głów najlepiej, jak 
potrafię. - Brandi szczelnie 
owijała uszy szalikiem. - I pójdę na prestiżowy bal dobroczynny do domu Charlesa 
McGratha. 

- Nie rób tego - wyszeptała starsza siostra. 

- Poderwę mężczyznę.. 

- To nie brzmi dobrze - powiedziała zrezygnowana Kim. 

- I zrealizuję z nim swoje najwymyślniejsze erotyczne fantazje, by zapamiętać tę noc na całe 
życie. 

background image

Rozdział 4 

Kiedy siedziała na tylnym siedzeniu taksówki przemierzającej ulice dzielnicy Kenilworth, 
dopadło ją coś na kształt 
wyrzutów sumienia. Zabytkowe latarnie, wysokie drzewa ogrodów kryjące wspaniałe domy 
podkreślały wyjątkowy 
klimat miejsca. Wiekowe rezydencje zdradzały fortuny i pozycję społeczną właścicieli. 

- Och, mamie bardzo by się tu spodobało - mruknęła. 

- Co? - Od kiedy wsiadła do taksówki przy West Erie, kierowca nie przestawał zerkać w tylne 
lusterko. W końcu 
postanowił zupełnie zlekceważyć wszelkie zasady bezpieczeństwa na drodze i gapił się 
nieprzerwanie. 

Najlepszy dowód na to, że zarówno fryzjer, jak i kosmetyczka wspięli się na wyżyny swoich 
umiejętności, co nie 
zmieniało jednak faktu, że nie miała ochoty drałować do wujka Charlesa na piechotę. Nie na 
wysokich obcasach. 

- Uważaj! - powiedziała głośno. 

Odwrócił głowę i przebił wzrokiem szarość zapadającego wieczoru. 

- Co się stało? 

- Nic, myślałam, że zobaczyłam psa - kłamstwo, ale przynajmniej kierowca patrzył na drogę. 

- Psa! - Kierowca przyhamował gwałtownie, teraz nie dość, że prowadził źle i niespokojnie, 
to jeszcze na dodatek 
wolno. - Ci ludzie są tak bogaci i wpływowi, że za przeje- 

Christina Dodd 

44 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

chanie psa gotowi odebrać ci prawo jazdy. Wyobrażasz sobie? 

Tak, to mogła sobie wyobrazić bardzo łatwo. By oderwać umysł od niebezpieczeństw 
każdego branego gwałtownie 
zakrętu, wyjęła z torebki telefon i obróciła go kilkakrotnie w dłoni. Wciąż nie zadzwoniła do 
ojca. A przecież 
musiała. A gdyby zrobiła to teraz, ojciec najprawdopodobniej będzie na obiedzie i nie 
odbierze. A jeśli przypadkiem 
odbierze, będzie mogła z nim rozmawiać tylko do momentu, gdy dojadą na przyjęcie. 
Dzwonienie do ojca zawsze 
wiązało się ze skomplikowanym planem, wykrętami i liczeniem na to, że będzie można 
zostawić wiadomość. 

- Jest pani ciepło? - Taksówkarz wyciągnął rękę w kierunku przycisku regulującego 
temperaturę w samochodzie. 

- Akurat. - Cienkie złote nici owijały się wokół jej łydek i kostek a nagie palce stóp z 
pomalowanymi na czerwono 
paznokciami posłużyły jako wymówka, gdy żądała w taksówce najwyższej temperatury. 
Zakutana w zimowy 
płaszcz, czuła się wybornie ale nie chciała na ten temat dyskutować. Ogrzewanie w 
samochodzie miało tylko dwie 
funkcje opisane jako „włączone" i „wyłączone" a kiedy przełącznik znajdował się w tej 
ostatniej, okna w 
samochodzie pokrywały się w mgnieniu oka szronem i nic nie można było przez nie 
zobaczyć. Nie żeby to specjalnie 
martwiło to kierowcę. 

Wzięła kilka głębokich oddechów i wybrała numer ojca. Odebrał. Pechowy początek 
wieczoru. 

- Tatusiu, tu Brandi - chciała by zabrzmiało to jak najbardziej pogodnie i ciepło, choć od 
środka ugniatał ją zimny, 
rosnący szybko sopel lodu. 

- Och, Brandi. Czego ci trzeba? 

Oczywiście przerwała mu w czymś ważnym. Jego ton dawał to bardzo, ale to bardzo 
wyraźnie do zrozumienia. 

Christina Dodd 

39 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Niczego mi nie trzeba, tatusiu. Zadzwoniłam, by życzyć ci stul lat z okazji urodzin. 

- Jasne, dzięki. 

Podtrzymaj rozmowę, pomyślała rozpaczliwie. 

- Co robisz z tej okazji? 

- Pracuję. 

- Aha, oczywiście - co za niespodzianka. Kiedy była dzieckiem, częściej opuszczał rodzinne 
imprezy, niż się na nich 
zjawiał. - Dotarłam do Chicago szczęśliwie. 

- Aha - usłyszała, jak przekłada papiery. - Jak tam praca? 

- Jeszcze nie zaczęłam. Idę do pracy dopiero w poniedziałek. 

Ojciec zamruczał coś pogardliwie. 

- To ci dopiero będzie historia. Założę się, że primabalerina jeszcze w kancelarii McGrath i 
Lindoberth nie 
pracowała. 

- Nie tańczę w balecie, od kiedy skończyłam trzynaście lat - było to prawdą. Kiedy pieniądze 
z alimentów 
niebezpiecznie stopniały, stanęły z Tiffany przed dylematem: taniec albo jedzenie. 

- Bzdura. Cały czas tańczyłaś w szkole średniej. Co za głupota. Nie wiem, dlaczego nie 
zajęłaś się sportem. Sport 
nauczyłby cię rywalizacji, dał punkt oparcia. 

- Taniec nie jest głupotą, tatusiu. - Oczywiście nie chodziło o taniec. To ona była głupia w 
oczach ojca, a on starał się 
jej o tym przypomnieć przy każdej okazji. 

Nie wiedziała tylko, dlaczego wciąż sama się tym przejmuje. Była na ogół pewna siebie i 
przekonana, że ojciec nie 
ma co do niej racji. Ale kiedy przybierał ten zimny, zjadliwy ton, od razu przenosiła się we 
wspomnieniach do owego 
dnia, czternaście lat temu, kiedy to bezlitośnie porzucał rodzinę. Przypominała sobie w 
jednym momencie cały żal i 
rozpacz odrzuconego dziecka. Zatrzęsła się, chociaż w samochodzie było ciepło. 

Christina Dodd 

40 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

background image

- Jasne, jasne. Jak tam się miewa McGrath. 

- Zobaczę się z nim wieczorem. Czy mam go pozdrowić? 

- Pewnie, że tak. Stary nie przepada za mną, ale co tam. Zawsze dobrze jest podtrzymać 
znajomości - ktoś odezwał 
się do ojca, gdy wypowiadał ostatnie słowa. Kobieta. Sekretarka albo najnowsza kochanka. 
Być może osoba pełniąca 
obie te funkcje. - Słuchaj, Brandi - dodał szybko. - To nie najlepszy moment. Zadzwoń do 
mnie, gdy już zaczniesz 
pracę i daj znać, czy robisz użytek z tych pieniędzy, które zainwestowałem w twoją edukację 
prawniczą. 

Musiał to dodać. Czasami miała ochotę ukręcić mu głowę. 

- Tatusiu, przypominam, że sam mnie przekonałeś, bym pożyczyła pieniądze od ciebie, a nie 
z banku. Powiedziałeś, 
że tak się bardziej opłaca, bo nie będziesz naliczał odsetek. 

- To nie znaczy, że nie będę chciał odebrać pożyczki. 

- Oddam ci wszystko - zapewniła. 

- Och, na pewno. 

- Czy mam skręcić tutaj - odezwał się kierowca. Odwrócił się przy tym tak gwałtownie, że 
Brandi niemal 
podskoczyła. 

- Mam nadzieję, na Boga! - odpowiedziała Brandi z pasją. Naprawdę chciała już wysiąść z tej 
taksówki. I chciała 
skończyć rozmowę z ojcem. Niekoniecznie w tej kolejności. 

- Tatusiu, nie mogę dłużej rozmawiać. Zadzwonię kiedy indziej - powiedziała do słuchawki, 
ale odpowiedziała jej 
cisza. Zdążył się już rozłączyć. 

Taksówka minęła wielką kutą bramę posesji i mknęła słabo oświetlonym podjazdem z 
prędkością pięćdziesięciu 
kilometrów na godzinę. 

Brandi wściekle cisnęła telefon do torebki. Czuła, jak palą ją policzki. Przeklęty ojciec. 
Zawsze musiał sprawić, by 
czuła się niemal jak czołgający się na kolanach żebrak. Nigdy by nie pożyczyła od niego tych 
pieniędzy na studia. 
Nawet gdy to zrobiła, czuła, że nie był to najlepszy pomysł. Była przekona 

Christina Dodd 

background image

47 

Szafirowe kłopoty 

background image

na, że ojciec wyszedł z tak hojną propozycją tylko po to, by móc nią tym lepiej manipulować. 
Ale przyznawała przed 
sobą, że na samym początku miała nadzieję, że uczynił to z dobrego serca i ze szczerej 
ojcowskiej troski. Sukinsyn. 

Kierowca nacisnął z piskiem hamulec minąwszy o dobre pięć metrów schody prowadzące do 
frontowych drzwi. 

- Trzydzieści siedem, dwadzieścia pięć - powiedział wskazując palcem taksometr. 

- Z powrotem do drzwi - dziewczyna artykułowała słowa tak wyraźnie, że rozbrzmiały 
niczym zimny kryształ. Nie 
miała nastroju na dyskusje z jakimkolwiek mężczyzną, a już na pewno nie z kierowcą 
taksówki, który próbował ją 
oszukać, nadkładając drogi, oraz zabić przez kompletny brak ostrożności. 

Najpierw chciał się kłócić, ale zerknął jeszcze raz w lusterko i gniew bijący z jej oczu musiał 
ostudzić jego zapędy. 
Wrzucił wsteczny i podjechał do schodów. 

Mężczyzna w długim czarnym płaszczu i kapeluszu z herbem wydawał się czekać na 
przyjeżdżających. Czy 
możliwe, żeby był to służący? 

Otworzył drzwi. 

Zimne powietrze uderzyło ją w twarz. Wyciągnął przed siebie rękę w grubej rękawicy. 

- Witam, panno...? 

- Michaels. Brandi Michaels. Zasalutował do herbu na kapeluszu. 

- Panno Michaels, pan McGrath poprosił, bym przywitał panią szczególnie serdecznie. Nie 
może się pani doczekać. 

- Dziękuję. - Och tak, Tiffany naprawdę by się tu podobało. Brandi wręczyła mu nabytą 
niedawno torbę od Louisa 
Vuittona i od niechcenia podała taksówkarzowi dwie dwudziestki. 

Christina Dodd 

48 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

- Reszta dla ciebie. 

- Tylko tyle? Naprawdę się spieszyłem, to był błyskawiczny kurs! 

- Tak? A ja, wyobraź sobie, chciałam się elegancko spóźnić. - Ujęła mocno dłoń służącego i 
wydostała się z ciepłej 
taksówki w mroźny chicagowski wieczór. W nowych butach miała ponad sto osiemdziesiąt 
centymetrów wzrostu. 
Przynajmniej piętnaście więcej niż służący i pięć więcej niż Alan. Nie żeby teraz za bardzo ją 
to obchodziło, ale po 
raz pierwszy od czterech lat nie musiała się przejmować zranieniem męskiego ego. 

Spojrzała w górę na jasno oświetlone wejście do wspaniałego domu w angielskim stylu 
Tudorów. Budynek sięgał 
masywnymi skrzydłami daleko w obu kierunkach. Stożkowe wieże miały po cztery piętra, a 
przeplatane drewnem 
kamienie ścian wydawały się układać we wspaniałe fantasmagoryczne wzory podtrzymujące 
nieregularne, cieszące 
oko kształty dachów. 

Znała historię wujka Charlesa. Kupił dom dla żony. Zakupem sprawił jej wielką radość i 
oboje z zapałem zabrali się 
za jego urządzanie. Śmierć cioci, ponad dziesięć lat temu, była dla Charlesa prawdziwym 
ciosem i długo nie potrafił 
jej odżałować. Dzwonił do Tiffany przy różnych okazjach - chyba przypuszczał, że matka 
Brandi potrafi zrozumieć 
jego żal, i Brandi sądziła, że tak właśnie było. W końcu śmierć bliskich wywołuje w nas 
straszne poczucie 
opuszczenia. 

- Proszę na górę, panno Michaels - usłyszała głos służącego. - Jest przynajmniej minus 
trzydzieści, a wiatr tylko 
pogarsza sprawę. 

Słowa sprawiły, że poczuła zimno tym dotkliwiej. Wbiegła po schodach. Wysoki mężczyzna 
o ogolonej głowie i 
mroź-noniebieskich oczach otoczonych jasnymi rzęsami przytrzymywał otwarte drzwi. 
Westchnęła z radością, gdy 
otuliło ją ciepło foyer. 

Christina Dodd 

43 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Czy mogę zobaczyć pani zaproszenie? 

Brandi zerknęła na jego identyfikator. Jerry. Ochrona. Był wszystkim, co powinien 
reprezentować sobą ochroniarz. 
Umięśniony jak niedźwiedź, garnitur jak smoła, koszula jak śnieg, krawat szary. Obok stało 
dwóch czarnych 
mężczyzn i jedna kobieta azjatyckiej urody. Wszyscy ubrani identycznie i o podobnych 
spojrzeniach wyrażających 
kompletny brak emocji czekali w foyer, by witać przybywających. Ich obecność była 
znacząca i powiedziała Brandi, 
jak wiele ważnych osobistości pojawi się na charytatywnym przyjęciu i zbiórce pieniędzy na 
Instytut Sztuki w 
Chicago. Wujek Charles nie chciał najwyraźniej żadnych przypadkowych gości i żadnych 
niezaplanowanych 
wydarzeń, które mogłyby zakłócać spokój jego wielce szanownym gościom. Brandi stała 
spokojnie, gdy Jerry 
lustrował jej zaproszenie, następnie listę gości, oraz uważnie przyglądał się jej twarzy. Tuż za 
nią weszło do budynku 
starsze małżeństwo, najprawdopodobniej z Meksyku, i również zostało poddane skrupulatnej 
procedurze. 

- Panno Michaels, czy miałaby pani coś przeciwko przejrzeniu pani... hm... rzeczy 
osobistych? - Jerry wyciągnął rękę 
w kierunki jej torebki. 

- Proszę bardzo - Brandi podała mu ją. 

Para za nią, zdjąwszy płaszcze, zerkała ciekawie na ochroniarza, który położył torebkę na 
stoliku w stylu królowej 
Anny i przeglądał rzeczy Brandi. 

Miejsce było przepiękne. Wszystko sprawiało niesamowite wrażenie wielkości i bogactwa - 
błyszczący parkiet, 
portrety przywiezione ze Starego Kontynentu ukazujące zastygłe w powadze twarze 
arystokratów, bogate boazerie. 
Kiedy przyglądała się niedawno odkrytemu mahoniowi klatki schodowej, kryształowemu 
żyrandolowi wiszącemu 
dwa piętra ponad nią i wspaniale tkanym chińskim dywanom, ogarnęła ją 

Christina Dodd 

50 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

radość. Dom był dokładnie tak cudowny, jak wyobrażała to sobie Tiffany. Robiła w pamięci 
notatki, by móc 
wszystko dokładnie opowiedzieć matce - matce, której jeszcze nie powiedziała o zerwanych 
zaręczynach. 

I o tym jak spędziła dzień na kąpielach, masażach, manicure, pedicure i solarium, oraz jak 
odwiedziła fryzjera i 
stylist-kę, no i jak oddała się największemu na świecie szaleństwu zakupów... Zastanawiające, 
jak szybko można 
wydać siedem tysięcy dolarów, gdy naprawdę się tego pragnie. No i dużo przegadała z Kim o 
sposobie wykonania 
swojego planu. Z Kim, która stawała się zadziwiająco nudnawa i nieinspirują-ca, jeśli 
chodziło o dobre prowadzenie 
się jej młodszej siostry. Któż znalazłby czas, by dzwonić teraz do Tiffany? Głębokie 
westchnięcie oderwało ją od 
rozmyślań i skierowało uwagę ku ochroniarzowi. Szerokie ramiona nagle zesztywniały. 
Ciemny rumieniec rozlewał 
się powoli od szyi po bladej twarzy aż po linię włosów. Dobrze. Miała nadzieję, że był 
poważnie zakłopotany. 
Rozumiała oczywiście, że musiał przeszukać jej torebkę, ale nie musiało się jej to podobać. 
Przełknął głośno ślinę, 
gdy wyciągnął delikatny, skąpy pasek jedwabiu, który tak erotycznie potrafił przykryć jej 
biust. Wiedziała, bo 
przymierzyła go w sklepie. To i jeszcze kilka zwiewnych błahostek i różnych części 
hedonistycznej bielizny. 
Próbował na nią nie patrzeć, ale szybko przegrał bitwę z samym sobą. Jego spojrzenie 
prześlizgnęło się po jej 
biuście. Nie zobaczył nic poza młodą kobietą opatuloną grubym zimowym płaszczem. 
Nieważne jak bardzo chciała 
ukazać się w światu w odzieniu zwiewnym i przezroczystym - chicagowski mróz zmusił ją do 
sięgnięcia po 
najcięższy i najcieplejszy płaszcz. I nawet ten ledwo wytrzymywał próbę pogody. Wyciągnął 
rękę z torebki, jakby 
znalazł tam przynajmniej gniazdo szerszeni. 

- W porządku - powiedział. - Czy chce pani oddać torebkę. To znaczy, oddać na 
przechowanie, oczywiście... hm, tak 

Christina Dodd 

45 

Szafirowe kłopoty 

background image

żeby nie musiała jej pani nosić. Dostanie pani numerek, i odbierze ją pani przy wyjściu. 

- Byłoby wspaniale. - Utrzymała głos w tym tonie, w którym utrzymywała go jej matka, 
ilekroć pragnęła, by jakiś 
mężczyzna coś dla nie zrobił. 

- Czy będziesz tak miły, Jerry, i weźmiesz ją dla mnie? 

- Oczywiście. - Jerry rozluźnił kołnierzyk okalający jego szyję, której nie powstydziłby się 
zawodowy zapaśnik. 

- I mój płaszcz? - Zamrugała rzęsami, ciemnymi od mas-cary, co do której kosmetyczka 
przekonywała, że 
czarniejsza jest nawet od sadzy. 

- O tak - powiedział. 

Pokasływania i chrząknięcia pozostałych pracowników ochrony dały mu jasno do 
zrozumienia, że jest obiektem 
wdzięcznej manipulacji. Przybierając ponownie poważny wyraz twarzy, odrzekł: 

- Szatnia jest w tamtą stronę. 

Brandi uśmiechnęła się słodko. Jerry odpowiedział surowym spojrzeniem, ale zaraz spasował. 

- Nieważne, proszę mi to dać. 

Odwiązała pasek płaszcza. Odpięła guziki. Nabrawszy powietrza jednym pewnym ruchem 
zsunęła go z ramion. W 
foyer zapadła głęboka cisza. 

Dziewczyna rozejrzała się wokół. Usta Jerry'ego były szeroko otwarte. Jeden ochroniarz oparł 
się ręką o ścianę, 
drugi wydawał się chcieć zrobić krok do przodu i do tyłu naraz. Ich partnerka śmiała się, 
jakby ukazali się jej święci 
pańscy - strażniczka była lesbijką, to było oczywiste. Meksykanin wyglądał na niesamowicie 
szczęśliwego, 
natomiast jego żonę w ułamku sekundy opanowała nieopanowana wściekłość. 

Matka miała rację. Czerwona sukienka działa. 

Długa i czerwona, z najwspanialszego jedwabiu oraz, jak się wyraził sprzedawca, Arturo, z 
dwoma wspaniałymi roz- 

Christina Dodd 

52 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

wiązaniami krawieckimi, które niezwykle wymownie podkreślają górną część jej figury. 

Oczywiście miała na sobie również bieliznę - stringi, oraz wspaniałe szpilki, bransoletę z 
niebieskiego kryształu, no 
i cudowne szafirowe kolczyki. 

Do momentu, w którym zdjęła płaszcz, nie była do końca pewna, czy osiągnęła zamierzony 
efekt. 

Na szczęście okazało się, że sukienka skrywająca wspaniałe ciało i buty na obcasie wywierają 
wrażenie na ludziach 
wszystkich ras, płci i warstw społecznych. Brandi nazywała to sukcesem totalnym. Niestety, 
żaden z obecnych 
mężczyzn nie pasował do jej planu. Spisała przecież listę swoich wymagań. Chciała 
mężczyzny przystojnego, 
bogatego, dyskretnego i przede wszystkim z innego miasta. W ten sposób, przy odrobinie 
szczęścia, już nigdy go nie 
spotka. A nawet gdyby tak się stało, obiecała sobie, że nie będzie o to dbała. Dziś nikt już nie 
dbał o honor i reputację 
- dla przykładu Alan - więc ona z pewnością nie będzie zaprzątała sobie nimi głowy. 

Szeroki korytarz prowadził do wielkiej sali, już z daleka słyszała echo rozmów i brzęk 
kieliszków. Leniwym 
krokiem, nie spiesząc się, zmierzała na spotkanie pozostałych gości. Olbrzymi, pełen ludzi 
pokój miał ściany w 
kremowym kolorze, przy jednej z nich po sam sufit wznosiła się półka z książkami. Ogień 
trzaskał wesoło w 
masywnym, kamiennym kominku. Wielkie, złocone ramy okalały lustra, w których odbijali 
się dostojni, rozbawieni 
goście. Rozmawiali głośno, raz po raz wznosząc wypełnione szampanem kieliszki i 
ustawiając się do zdjęć. 
Mężczyźni ubrani byli w smokingi, kobiety w czerń, czasami wpadającą w odcień granatu. 
Była jedyną osobą 
odzianą w szkarłat. Wspaniale. Niechże ją zauważą. Niech wszyscy ją zauważą. 

Kiedy stanęła w drzwiach, gwar rozmów przycichł, naj- 

Christina Dodd 

47 

Szafirowe kłopoty 

background image

pierw tylko wokół niej, ale zaraz po chwili fala ciszy rozlała się szerzej, podczas gdy Brandi 
znalazła się w jej 
epicentrum. 

Powoli zaczerpnęła głęboko tchu, sprawiając, że jej biust ukazał się tym wyraźniej znad 
głębokiego dekoltu. Jedna 
chwila wystarczyła, żeby zrozumiała, że oto stała samotnie, podczas gdy powinna się 
wspierać na ramieniu swojego 
narzeczonego. Samotnie, ponieważ była głupia i wierzyła, że może sobie napisać listę 
pożądanych cech mężczyzny 
niczym listę zakupów i wyjąć go z grona sympatycznych, pięknych mężczyzn, jakby był 
szklarniowym ogórkiem. 
Jeszcze raz odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się. Uśmiech, który skrzył się i zachęcał, 
uśmiech, który miała 
nadzieję, ukryje cały jej gniew oraz wyśle promienie seksualnej gotowości ku wszystkim 
zebranym 
przedstawicielom męskiej płci. 

Zadziałało, bo naraz przynajmniej tuzin odzianych w smokingi mężczyzn wystartował w jej 
kierunku, by nagle za-
trzymać się, gdy z tłumu wyszedł jej naprzeciw wujek Charles, szeroko rozkładając ramiona. 
Jej uśmiech stał się 
szczery i serdeczny. Brandi z radością uścisnęła jego ręce. 

Charles McGrath był zażywnym siedemdziesięciolatkiem o błyszczącej, łysej głowie, 
rumianych policzkach i 
cudownym uśmiechu. Lata zajmowania się prawem karnym nie umniejszyły jego entuzjazmu 
dla życia, a naturalna 
żywotność widoczna w sposobie poruszania się i szczere umiłowanie piękna przysparzały mu 
wielu przyjaciół, 
zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Było w nim nieco z szowinisty - był zdumiony wspaniałymi 
wynikami Brandi w 
szkole oraz faktem, że miała zamiar pracować nawet po zamążpójściu. Ale powściągnął 
umiejętnie swoje męskie, 
opiekuńcze instynkty i przydzielił ją do grupy Vivian Pelikan - jednej z najlepszych i 
najbardziej bezwzględnych w 
kraju karnistów. 

Teraz rozłożył szeroko ramiona i patrzył na nią z żywą iskrą w brązowych oczach. 

Christina Dodd 

48 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

background image

- Wyglądasz nadzwyczajnie. Wybacz, że to powiem wiem, że żadna młoda kobieta nie 
powinna być porównywana 
do innej - ale pozwól staremu, doświadczonemu mężczyźnie na odrobinę wspomnień. 

- Oczywiście - już wiedziała, co zamierza powiedzieć. 

- Przypominasz mi dzień, w którym po raz pierwszy ujrzałem twoją matkę. Miała osiemnaście 
lat i była najwspanial-
szym stworzeniem boskim, jakim kiedykolwiek cieszyłem oczy. Zakochałbym się 
momentalnie, ale byłem wówczas 
żonaty, a głowę miałem wypełnioną staromodnymi głupotami o wierności. 

- Na szczęście - powiedziała Brandi. Musiało to zabrzmieć nieco zbyt ostro, bo wujek 
wyglądał, jakby stracił rezon. 
Postąpiła do przodu i przycisnęła policzek do jego policzka. 

- Mam na myśli tylko to, że to dziś niezwykle rzadkie 

- dodała ciszej. 

Nie zrozumiał. Nie mógł. Nie wiedział przecież o Alanie. 

- Twój ojciec jest głupcem. Żeby zostawić taki skarb, jak Tiffany dla innej kobiety! - 
powiedział poważnie Charles. 

- Ale dziś wieczorem nie mówimy o tym. Naprawdę wyglądasz zniewalająco. Kto by 
pomyślał, że z małego 
podrostka ćwiczącego w biurze taty piruety wyrośnie tak przepiękna księżniczka? 

- O tak, balerina Brandi - wspomnienia, które byłe tak miłe wujkowi, ją napełniały szczerym 
zakłopotaniem. - 
Tańczyłam tylko do momentu, w którym chłopcy zaczęli narzekać, że nie mogą mnie 
podnieść, bo jestem za wysoka. 

Nie była to do końca prawda, ale też czas nie był odpowiedni ku temu, by wyciągać 
wspomnienia prawdziwsze i 
bardziej gorzkie. Charles odchylił głowę do tyłu i roześmiał się głośno. 

- Oto czas twojej zemsty. Mam nadzieję, że ta sukienka nie zsunie się przypadkiem przy 
gwałtownym ruchu? 

Christina Dodd 

55 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Twoje przyjęcie stałoby się bardzo interesujące. 

- Nie ruszaj się gwałtownie - poradził. - Jestem za stary, by zostać stratowanym we własnym 
domu. Gdzie podziewa 
się twój narzeczony? 

Udzieliła odpowiedzi, którą ćwiczyła wielokrotnie, choć przez krótki czas. 

- Wiesz, że jest lekarzem. 

- Będzie żałował, że nie ujrzał cię tak wspaniałej. 

- Już żałuje - odpowiedziała z uśmiechem. Żałosny, zdradliwy sukinsyn, dodała w myślach. - 
Tylko jeszcze 

o tym nie wie. - Był najwyższy czas, by zmienić temat. - Wujku, nigdy nie byłam u ciebie. 
Twój dom zapiera dech w 
piersiach. 

- Dziękuję. - Charles McGrath ujął jej dłoń i poprowadził ją w tłum. - Cały czas nad nim 
pracuję. Jest za duży. 
Najczęściej tułam się po nim samotnie i pragnę, by była w nim jakaś wspaniała osoba. 

- Przykro mi - powiedziała szybko. Zawahała się przez chwilę, ale przeświadczenie o 
rodzinnej przyjaźni wzięło 
górę i dodała szybko: - Być może już czas, byś kogoś znalazł? 

- Zapewne masz rację. Powiedz jednak, czy wiedziałaś o mojej niespodziance? - Uśmiechnął 
się szeroko i wskazał 
dłonią przeciwległą ścianę pokoju. 

Wzrok wielu gości ogniskował się na jakiejś wystawowej gablocie. 

- Co to takiego? - zapytała. 

- Zobaczysz. - Wujek Charles ruszył dziarsko w stronę wystawy, ciągnąc za sobą Brandi. 

- Przepraszam. - Rówieśniczka Charlesa dotknęła jego ramienia i zatrzymała na chwilę. - Jest 
wspaniały. 

- Dzięki, Mel. Do ostatniej chwili nie byłem pewien, czy uda mi się go dostać. 

- Och. To naprawdę wyśmienite. Wspaniała robota, panie 

Christina Dodd 

56 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

background image

McGrath. - Młoda kobieta z radością uścisnęła i potrząsnęła dłonią Charlesa, po czym ruszyła 
w stronę baru. 
Popatrzył za nią z uśmiechem, kręcąc głową. 

- Nie mam pojęcia, kto to był. 

Tłum zagęszczał się coraz bardziej, pochlebne komentarze sypały się z każdej strony. 

- Kapitalna wystawa, Charles. 

- Wspaniałe móc zobaczyć go z tak bliska. 

W końcu Brandi udało się przepchnąć na sam początek. Purpurowa szarfa powstrzymywała 
gości przed wykonaną z 
grubego szkła gablotą otoczoną kilkoma punktowymi lampami. W gablocie znajdował się 
naszyjnik, który każdą 
kobietę o zdrowych zmysłach przyprawiłby o zawrót głowy. 

Brandi była zdecydowanie zdrowa, a ziemia zawirowała niebezpiecznie i niemal ustąpiła spod 
jej stóp. 

Osadzony w wiekowej platynie i otoczony brylantami, z których każdy musiał być warty 
fortunę, prezentował się 
najwspanialszy, błyszczący niebiesko kamień, jaki dane jej było ujrzeć w życiu. 

- Wygląda nieziemsko - powiedziała w zachwycie. - Co to takiego? 

- Och, jest zupełnie ziemskiego pochodzenia - odpowiedział Charles. - To największy 
niebieski brylant w rosyjskiej 
kolekcji klejnotów koronnych. To, moje dziecko, jest Płomień Romanowów. 

background image

Rozdział 5 

- Płomień Romanowów jest ozdobą i głównym punktem objazdowej wystawy, obecnie 
znajdującej się w Muzeum 
Chicago - powiedział do zachwyconej Brandi Charles. - Został podarowany imperatorowej 
Aleksandrze przez cara 
Mikołaja, kiedy ta oznajmiła mu, że jest w ciąży i niebawem da mu piąte dziecko. Uważa się 
niestety, że diament jest 
przeklęty i przynosi pecha. Rzeczywiście, gdy siedem miesięcy później przyszedł na świat 
następca tronu - książę 
Aleksy, okazało się, że cierpi na hemofilię. 

- Która przyczyniła się do upadku carskiego rodu - szepnęła Brandi. 

Wszyscy mówili ściszonymi głosami, jak gdyby znajdowali się w kościele, a sama obecność 
czegoś tak wspaniałego 
wymagała nabożnego szacunku. 

Zimna cudowność klejnotu zachwycała i zapierała dech w piersiach. 

Czterech potężnych mężczyzn przypominających Jerry'ego stało w każdym rogu sali 
wystawowej i Brandi była 
pewna, że gdyby ona sama, albo ktokolwiek inny uczynił najmniejszy podejrzany gest - zaraz 
rozpętałoby się piekło. 

- Jest absolutnie cudowny. - Kobieta w średnim wieku, w eleganckim kostiumie i sama 
błyszcząca biżuterią nie po-
trafiła oderwać oczu od Płomienia Romanowów. - Ileż on może być wart? 

Christina Dodd 

52 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Wujek Charles delikatnie unosił i opuszczał kciukami poły marynarki. 

- Ależ, Colleen, w obecnej formie, przy tej wadze i z całą otaczającą go aurą jest właściwie 
bezcenny. Ale 
wyobrażam sobie, że gdyby ktoś go ukradł i pociął na mniejsze kamienie, dostałby za nie 
łącznie jakieś 40 milionów. 
To oczywiście jedynie ostrożna estymacja. 

- Och, nikt przecież by nie pociął tak wspaniałego diamentu! - wykrzyknęła Colleen. 

- Nie mógłby być sprzedany w tej postaci chyba że bogatemu kolekcjonerowi. Ale ryzyko z 
tym związane byłoby 
niezmierne. Jeśli byłby pocięty - stałby się o wiele trudniejszy do zidentyfikowania, a rynek 
na kamienie tej czystości 
jest ogromny popyt. 

Brandi była pod wrażeniem - wujek Charles znał się na rzeczy. Odwrócił się powoli do 
dziewczyny i zniżył glos. 

- Zapewnienie właściwej ochrony było niezmiernie trudne, dopiero w ostatniej chwili udało 
mi się znaleźć ludzi, 
którzy usatysfakcjonowali i Rosjan, i muzeum. A nawet wówczas musiałem przekonywać 
władze placówki, że 
wystawa podwoi wpływy do muzealnej kasy. Oczywista, że ci ludzie o tym wiedzą. Nie 
wiem, co w nich wstąpiło, że 
zaczęli rozmowy od kategorycznej odmowy. 

Lekkie skrzywienie wujowych ust powiedziało Brandi lepiej niż jakiekolwiek słowa, jak 
ciężko było mu zetknąć się 
z odmową. Obawiała się, że musiał użyć najcięższych argumentów, by ich przekonać, łącznie 
z tym, że zupełnie 
wycofa swoje finansowe wsparcie dla muzeum. To była ciemna, nieznana strona wujka 
Charlesa, która jednak 
musiała gdzieś tam istnieć. 

Wujek niemal magicznie przyciągał gości. Zarząd muzeum i Rosjanie ugięli się pod naporem 
jego żądań. Był 
przecież niezwykle wpływowym człowiekiem i przywykł do chadzania wyznaczonymi przez 
siebie ścieżkami. 

Christina Dodd 

59 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Chyba powinniśmy umożliwić zwiedzanie również innym - powiedział, ujmując Brandi pod 
ramię i 
wyprowadzając ją z tłumu. Zamachał ręką w stronę mężczyzny, którego twarz wydała się 
Brandi dziwnie znajoma. - 
Brandi, czy poznałaś już pana Mela Colvina - jednego z naszych głównych partnerów? 

- Nie, jak dotąd nie udało nam się poznać - powiedziała Brandi. - Ale podziwiałam jego 
ekspertyzę w procesie Nolan 
przeciwko Chiklas. 

- Och, jakże to miło z twojej strony - Mel uśmiechnął się szeroko i ujął ją za rękę. - Charlie, 
stary hultaju, czy to o tej 
właśnie młodej damie zdążyłeś mi tyle opowiedzieć? 

- Nie! Zatrudniliśmy Brandi, by pracowała w departamencie prawa karnego. - Charles patrzył 
Melowi prosto w oczy. 

- To wspaniale. Niezmiernie miło cię poznać - powiedział szybko Mel i jak gdyby nagle 
stracił zupełnie 
zainteresowanie całą sytuacją. Zdołał jeszcze tylko w grzecznym geście delikatnie uścisnąć 
palce zaskoczonej tą 
nagłą zmianą nastroju Brandi. - A czy tamta pani zjawi się dzisiaj? - zwrócił się ponownie do 
Charlesa. 

- Obawiam się, że to niemożliwe - ten odpowiedział szybko i pociągnął Brandi w stronę 
innego gościa - filigranowej, 
bardzo atrakcyjnej kobiety ubranej we wspaniałą, długą suknię będącą wcale udaną imitacją 
Very Wang. 

- Przedstawiam ci Shawnę Miller - główną recepcjonistkę w kancelarii MacGrtah i 
Lindoberth. 

Shawna uścisnęła wyciągniętą rękę, ale chłód jej skóry konkurował z lodowatym do szpiku 
kości spojrzeniem. 
Brandi zdecydowanie nie przypadła jej do gustu. 

- Twoja sukienka wypadłaby wspaniale na gali wręczenia Oscarów - powiedziała Shawna. 

Oczywiście miała na myśli jedynie to, że sukienka zupełnie nie pasowała do charytatywnego 
przyjęcia wydawanego 
przez 

Christina Dodd 

60 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

kancelarię prawną. Ale Tiffany zdołała przekazać córce mnóstwo praktycznych nauk i 
mądrości, łącznie z tą jak 
sobie radzić z niskimi, nastawionymi wrogo kobietami. Brandi pochyliła się i szepnęła do 
ucha Shawny: 

- Następnym razem wypróbuj sieć ABC. Robią wyśmienite podróbki za niewygórowaną cenę. 

Wujek Charles wykazał się niebywałą przytomnością umysłu i taktem. Widząc nadchodzącą 
burzę, zdołał 
interweniować, zanim jeszcze piękna recepcjonistka dała upust pęczniejącej w niej złości. 

- Napij się szampana, proszę - rzekł do Brandi wręczając jej kieliszek, który porwał z 
niesionej przez kelnera tacy. 
Zręcznie pociągnął dziewczynę w stronę kolejnej osoby. Starszej, czarnej kobiety o 
spokojnym i miłym wyrazie 
twarzy. 

- Vivien Pelikan z pewnością znasz. 

- Oczywiście. Pani Pelikan, to zaszczyt poznać panią osobiście. 

Vivien Pelikan była jedną z pierwszych czarnych kobiet, którym udało się przebić przez 
niewidzialny szklany sufit i 
objąć stanowisko głównego partnera w korporacji prawnej, a sukces zawdzięczała jedynie 
własnej błyskotliwości i 
motywacji. Włosy miała przycięte krótko, a jej żywe oczy zdawały się migotać wesoło, z 
pewnością słyszała 
wymianę zdań pomiędzy Brandi a Shawną. Uścisnęła serdecznie wyciągniętą dłoń. 

- Przybyła pani do nas w jak najodpowiedniejszym czasie, panno Michaels. Zaczynamy w 
poniedziałek nową sprawę 
i postanowiłam, że znajdzie się pani w naszym zespole. 

- Nie mogę się doczekać - odparła Brandi - praca z panią to prawdziwe wyróżnienie. 

- Pozwolisz, że przedstawię cię mojemu mężowi - jest architektem w firmie Humphreys and 
Harper. 

- Bardzo mi miło pana poznać, panie Pelikan. 

Christina Dodd 

55 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Nazywam się Harper - poprawił ją z uśmiechem, po czym przedstawił ją panu 
Humphreysowi, który, jak wydawało 
się Brandi, posiadałby wszelkie cechy idealnego kochanka, gdyby nie dwie przywary: a) 
miejsce zamieszkania w 
Chicago, b) żabi wytrzeszcz oczu. 

Brandi była przekonana, że jej płomienny romans mógłby nabrać kolorów jedynie w 
rozświetlonej jasno sypialni, a 
do tego potrzebowała mężczyzny o wspaniałej szerokiej piersi, który dbał o muskuły i 
którego opaloną skórę 
okrywał miękki, czarny puch i jeszcze... Lista cech była właściwie dość długa. Więc na razie 
uśmiechała się tylko i 
pozwalała wujkowi Charlesowi, by wspominał jej narzeczonego, a kiedy oddalił się witać 
kolejnych gości - 
odpłynęła w gąszcz smokingów i metroseksualnych mężczyzn. Rozpoznawała twarze ludzi z 
korporacji. Tip Joel, 
Glenn SiWerstein, Sanjin Patel. Sanjin był dla niej bardzo miły, dopóki nie dała mu do 
zrozumienia, że nie jest 
zainteresowana romansem w pracy. Spojrzenia Tipa i Glenna wyraźnie mówiły, iż sądzili, że 
Brandi dostała pracę w 
McGrath i Lindoberth dzięki ponętnej figurze albo dzięki rodzinnym znajomościom. 
Możliwe, że za sprawą obu tych 
rzeczy. Kiedy zacznie w końcu pracę, obaj zrozumieją. Byli w końcu mężczyznami. 
Mężczyznami jak Alan. 
Rozgniecie ich obcasem niczym robaki. 

Dała się ponieść przepływającym gościom i znalazła się tym sposobem w sąsiednim 
pomieszczeniu, przestronnym 
holu recepcji, gdzie wynajęta firma cateringowa przygotowała bufet. W olbrzymich 
naściennych lustrach odbijały 
się wspaniała porcelana, srebrne refleksy zastawy i taneczne ruchy kelnerów. Ci ostatni w 
przedziwnym, acz 
zręcznym walcu lawirowali pomiędzy gośćmi, oferując przystawki. W każdym z rogów sali 
ustawiony był bar i 
Brandi ruszyła w stronę jednego z nich w poszukiwaniu „Mężczyzny". 

Christina Dodd 

62 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

 

 

background image

Spotkała już całe multum prawników i biznesmenów, którzy zjechali z miasta i jego okolic. 
Ale z każdym było coś 
nie lak. Zdecydowana większość była mało atrakcyjna, a jeśli już zdarzył się jakiś przystojny 
- z pewnością był 
żonaty. 

Tak naprawdę większość była żonata, co oczywiście nie przeszkadzało im w otwartym 
wyrażaniu chęci przespania 
się z atrakcyjną panią prawnik. 

Po dwóch godzinach poszukiwań, Brandi opierała się zrezygnowana łokciem o bar, sącząc 
wolno drugą lampkę 
szampana i prowadziła nieśpieszną rozmowę ze stażystką Gwynne Durant, której mąż miał 
tego dnia dyżur w 
szpitalu i odbierał właśnie porody. Gwynne była święcie przekonana, że Brandi przyszła sama 
z tego samego 
powodu i szczerze jej współczuła. 

Brandi postanawiała jej nie uświadamiać. Gwynne już niedługo dowie się sama. Wszyscy 
dowiedzą się o tym, że 
Fawn zaszła z Alanem w ciążę i została jego żoną, i to w czasie, gdy był oficjalnym 
narzeczonym Brandi. 
Dziewczyna wręcz nie mogła się doczekać tych ukradkowych spojrzeń, szeptów i chichotów 
za plecami. 

Lekko zakręciło jej się w głowie. Odstawiła kieliszek i przyglądała się bąbelkom złocistej 
cieczy odrywającym się od 
ścian kieliszka i szybującym ku górze. Stopy bolały ją niemiłosiernie, ale co najgorsze, 
zupełnie na darmo - wśród 
najbogatszych, najlepiej wykształconych i najprzystojniejszych rzekomo mężczyzn w 
Chicago nie potrafiła znaleźć 
ani jednego, który pomógłby jej zapomnieć o Alanie. O jego kłamstwach, upokorzeniach, 
jakich od niego doznała, i 
o straszliwym rozczarowaniu. 

Uśmiechała się gorzko, słuchając szczebiotliwych komentarzy Gwynne na temat małżeństwa 
z lekarzem i 
związanych z tym nieodzownych poświęceń. Zdała sobie też sprawę, że jej przyrodnia siostra 
Kim doznałaby 
jedynie ulgi, gdyby dowie- 

Christina Dodd 

57 

Szafirowe kłopoty 

background image

działa się, że Brandi spędzi tę noc zupełnie sama, zwinięta w kłębek pod nieskazitelną bielą 
pościeli w jednej z 
sypialni w posiadłości wuja Charlesa. 

- Zaczynają serwować główne dania - powiedziała Gwynne. - Miałam nadzieję, że Stan dotrze 
tu wystarczająco 
wcześnie, by chociaż załapać się na obiad. Wiem, że to nieistotne, ale dobrze jest, kiedy 
można się oprzeć na 
ramieniu mężczyzny. Przynajmniej nie sprawia się wtedy wrażenia życiowej ciamajdy. O mój 
Boże. Przecież to 
hrabia!!! 

Ton Gwynne sprawił, że Brandi aż wyprostowała się przy barze. 

- Hrabia? 

- Roberto Bartolini. Jest włoskim hrabią! 

- Super. To jak ten hrabia Czekoladula reklamujący płatki śniadaniowe? Wiesz, hrabia 
Czekoladula - zanuciła. 

- Na Boga! Jak możesz myśleć o kukurydzianych płatkach, patrząc na takiego mężczyznę, ja 
od razu wyobrażam 
sobie jego silne dłonie i gorący oddech. 

Brandi doznała tego wieczoru już tylu zawodów i rozczarowań, że tym razem nawet nie 
zadała sobie trudu, by 
odwrócić głowę. Wzruszyła jedynie ramionami i ponownie zamoczyła usta w szampanie. 

Ale Gwynne nie miała zamiaru przestać trajkotać. 

- Widziałam go w wiadomościach. Ma głos jak Sean Con-nery, tylko jakby z Włoch. Wiesz, 
ledwo wyczuwalny 
akcent. - Gwynne zademonstrowała kciukiem i palcem wskazującym jak słabo wyczuwalny 
był ten akcent. - Tyle że 
od razu domyślasz się, że nie jest Amerykaninem z powodu słów, którymi się posługuje. 

- Włoskich słów? - zapytała sarkastycznie Brandi. 

- Och nie, angielskich, ale wiesz, takich długich... 

- Jak na przykład „spaghetti"? - sarkazm już zdecydowanie zdominował nastrój i ton Brandi. 

Christina Dodd 

58 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

background image

- Nie. Słów, których na co dzień nie słyszysz, takich jak „majestatyczny" albo 
„postmodernizm" i jeszcze, bo ja 
wiem... „subwersja". Używa słów tak jak malarz używa swoich pędzli. 

- Jasne, jasne - znudzonym tonem odrzekła dziewczyna, ale na twarzy Gwynne malowała się 
taka ekstaza zmieszana 
z podziwem i szczerym pożądaniem, że wydawała się nie słyszeć złośliwości. Brandi leniwie 
okręciła się na obcasie, 
zerknęła przez ramię i nagle zastygła w bezruchu. 

Tłum rozstąpił się właśnie i oto dziewczyna ujrzała uosobienie seksu w garniturze od 
Armaniego. Roberto Bartolini 
był wysoki, musiał mieć przynajmniej sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Szerokie 
bary przywodziły 
dziewczynie na myśl tylko jeden rodzaj obrazów - wyobraziła sobie siebie jako balerinę 
unoszoną lekko w górę i 
wirującą w objęciach silnych ramion... 

- A widzisz, nie mówiłam? - Gwynne dała Brandi odrobinę za mocnego kuksańca na 
potwierdzenie swych słów. 

Wyglądał niemal jak Johnny Depp, tyle że bez podkreślonych tuszem rzęs. Miał w sobie coś z 
dumnego pirata 
spoglądającego z rozbawieniem, ale bez zdziwienia na ożywienie, które sam powodował. 
Wspaniałe, długie do 
ramion włosy zaczesane do tyłu odsłaniały opaleniznę cudownej twarzy - dumnej i silnej 
niczym wykutej w 
kamieniu. Szerokie usta i pełne, delikatne wargi dopełniały wspaniałego obrazu i 
przyprawiały Brandi oraz 
wszystkie kobiety w pomieszczeniu o pełne wyczekiwania drżenie. Przy tym nosił się z tą 
stanowczością, będącą 
cechą ludzi znających swoją wartość i pewnych siebie. Stało za tym coś nieuchwytnego - 
więcej niż tylko pieniądze, 
dobry wygląd czy pochodzenie. 

Emanowała z niego charyzma. I moc. 

- Czy jest żonaty? - zadała zdecydowane pytanie Brandi. 

- Nie jest, ale jakie ma to znaczenie? Ty jesteś zaręczona, 

Christina Dodd 

65 

Szafirowe kłopoty 

background image

a ja zamężna. Możemy co najwyżej patrzeć na menu, ale zamówić nic z niego nie zdołamy. 

Tak ci się tylko wydaje, pomyślała Brandi. 

- Nie żebym się specjalnie uskarżała. Stan to dobry chłopak, bez wątpienia, ale z Roberto 
Bartolinim nie mógłby 
konkurować. Tylko spójrz na niego. Jest bogaty. Jest obcokrajowcem. Jest wspaniałym 
podróżnikiem i na dodatek 
właśnie przyjechał z Włoch. 

Wujek Charles zmierzał pewnie w stronę Roberta z wyciągniętą ręką - wydawał się czerpać 
przyjemność z każdego 
kroku. Z delikatnym uśmiechem Roberto uścisnął wyciągniętą dłoń, a Brandi z zapartym 
tchem napawała się 
słodyczą tego uśmiechu. Gwynne przysunęła się bliżej i zniżyła głos, jakby chciała właśnie 
przekazać najistotniejsze 
informacje o księciu. 

- A teraz posłuchaj tego... 

- Ciii - Brandi uciszyła koleżankę, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Nie gadaj przez chwilę i daj 
mi się rozkoszować tym, 
co widzę. 

Oraz tym, że los choć raz postanowił zagrać ze mną fair, dodała w myślach. 

Oto on. On był wybrańcem. Wspaniałą górą zwieńczoną szczytem, który ona zdobędzie. 

Odstawiła kieliszek i stanęła w pozycji, której nauczyła się w szkole baletowej. Ramiona 
delikatnie wygięte, plecy 
proste, piersi do przodu. Jej szkarłatna suknia lśniła niczym klejnot wśród czarnych kreacji. 
Sama Brandi też zdawała 
się wysyłać gniewne błyski. Spojrzała na Roberta. Przywołała go. Nakazała mu, by 
odpowiedział spojrzeniem. 

Odwrócił głowę, jakby usłyszał jej wezwania. Wydawał się szukać jej w tłumie. 

Była pewna, że ją zobaczy. 

W momencie, w którym ją ujrzał, poczuła, jak wzdłuż jej kręgosłupa przeleciał silny, 
niezwykle przyjemny impuls. 

Christina Dodd 

66 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

Najpierw błyskawicznie przebiegł po niej oczyma, ale zaraz zatrzymał się i powoli, jeszcze 
raz przesunął wzrokiem 
po całej jej sylwetce. 

Wreszcie spojrzał jej prosto w oczy. 

Brandi stopniowo przestawała słyszeć paplaninę Gwynne. Zaczerpnęła powietrza. Serce jej 
waliło, jakby chciało 
wyskoczyć z piersi. Po raz pierwszy w życiu czuła, że właśnie staje się istotą nagiego 
instynktu, a wszystkie jej 
działania koncentrują się wokół jednej tylko rzeczy - seksualnej, cielesnej satysfakcji. A ten 
mężczyzna 
promieniujący zmysłowością niósł w oczach niemą obietnicę spełnienia wszystkich jej 
pragnień. 

Wuj Charles nie wydawał się niczego zauważyć. Stanął na linii ich spojrzeń i skierował dłoń 
w stronę gabloty 
wystawowej z brylantem. 

Roberto odpowiadał uprzejmie na jego pytania, ale zaraz przesunął się zwinnie o kilka 
kroków, by nie stracić dziew-
czyny z pola widzenia. Uśmiechnęła się do niego. 

- Kochaj i rzuć. Jeśli chodzi o tę część z kochaniem, to otoczona jest niemal legendą - do 
Brandi docierały jedynie 
strzępy tego, co mówiła niezmordowana Gwynne. 

- Tak. - Brandi wypuściła powietrze z płuc. - Dobrze wiem. 

W pełni świadoma powolności swych ruchów, odwróciła się i powoli ruszyła w stronę 
korytarza prowadzącego do 
prywatnych apartamentów. Zatrzymała się jeszcze na chwilę w drzwiach wyjściowych. 
Ciekawe, ile czasu zajmie 
mu odnalezienie jej, przebiegła przez jej głowę niespokojna myśl. 

background image

Rozdział 6 

Roberto zastanawiał się, czego też chciała ta kobieta. 

I czy potrafiłby spełnić jej oczekiwania. 

Jeśli to było to, o czym myślał, to miał nadzieję, że jej nie zawiedzie. Któż mógłby oprzeć się 
stworzeniu o tak 
boskich kształtach? Jej włosy zebrane w luźny kok z tyłu głowy, niesforne kosmyki 
wymykały się, by pieścić cudne 
policzki i igrać z różanymi wargami. Czerwień sukni wybijała ją ponad czarną elegancję 
pozostałych. Jej ciało 
sprawiło, że wstrzymał oddech - długie, bardzo długie nogi, krągłe biodra, wąska talia oraz 
piersi, które Botticelliego 
przyprawiłyby o łzy szczęścia. Z tej odległości nie potrafił określić koloru jej oczu, ale czuł, 
że palił się w nich 
uwodzicielski ogień wyzwania. 

- Dziękuję za wizytę, Roberto. 

Spojrzał w stronę Charlesa McGratha, szefa dużej firmy prawniczej. 

- Twoja obecność nada niezwykle ciekawy rys całości przedsięwzięcia. - W oczach Charlesa 
migotały niebezpieczne 
ogniki. 

- Och, to ja dziękuję. Nie wszyscy ważyliby się na zaproszenie takiej chodzącej i gadającej 
sławy. 

Charles zaśmiał się z żartu. 

- Obietnica spotkania takiej sławy przyciągnęła tu niejednego gościa i otworzyła sporo 
portfeli. 

- Zawsze gotów jestem poświęcić się w imię tak godnego 

Christina Dodd 

68 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

przedsięwzięcia. - Roberto lubił starszego pana. Charles McGrath był niezwykłą kombinacją 
uprzejmości i jej braku, 
zachowywał dystans, a równocześnie był niezwykle gościnny. No i z pewnością wiedział, jak 
przyciągnąć na swoje 
przyjęcia najwspanialsze kobiety. 

- Chcesz, żebym ją do ciebie dopuścił? - zapytał Charles. Przez krótką chwilę Roberto myślał, 
że Charles miał na 

myśli dziewczynę w czerwieni. Ale nie, kilka kroków od nich zatrzymała się 
trzydziestoparoletnia kobieta 
wpatrująca się leraz w niego wzrokiem wygłodniałego krokodyla. 

- Oczywiście, przecież przyszedłem, by poznać twoich gości. - Roberto zerknął jeszcze raz w 
stronę czerwonej 
sukienki i chłodno się zastanowił. 

Los nie był z reguły aż tak łaskawy, by bez żadnych haczyków oferować mu na tacy piękno 
tego rzędu. A więc coś 
musiało się za tym ukrywać. Coś niewidzialnego, trudnego do jednoznacznego uchwycenia. 

- Wspominałeś, że powinienem wystrzegać się reporterów. Jak ich rozpoznam? 

- Wszyscy noszą identyfikatory prasowe - odrzekł Charles. 

- Ach - mruknął Roberto. Dziewczyna w czerwieni szczęśliwie nie miała identyfikatora. 

- Identyfikatory są duże, białe i widoczne. Sam tego doglądałem. Dałem też jasno do 
zrozumienia, jakie mogą być 
konsekwencje prawne poniesione przez korporacje medialne, jeśli ich pracownicy zapomną o 
ich noszeniu. Kobiety 
nie są oczywiście najszczęśliwsze - twierdzą, że cierpi na tym krój ich wieczorowych kreacji, 
ale ja mówię, że to 
cena, jaką płacisz za wykonywanie zawodu. - Charles zniżył głos do szeptu: - Wiem, że 
gadam jak stary pryk, ale 
podobały mi się dni, kiedy to mężczyźni wykonywali ciężkie prace, a rola kobiet była, 
powiedzmy, nieco bardziej 
dekoracyjna. 

Christina Dodd 

63 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Och, chyba nam wszystkim to się bardziej podobało. Dziś tyle z nich pragnie używać mózgu 
do celów innych niż 
uprzyjemnianie życia mężczyznom. Całkowita niegodziwość. 

- Roberto aż zakrztusił się rozbawiony własnym, chwilowym szowinizmem. 

Ale Charles się nie śmiał. Skłonił jedynie głowę. Był jak jego ojciec we Włoszech. Mąż 
minionego pokolenia. 

- Ale proszę też o wybaczenie, być może będę musiał się udać wcześnie na odpoczynek. 
Jestem zmęczony po 
podróży samolotem. 

- Oczywiście, godzina uprzejmej rozmowy w zupełności wystarczy. 

- Mam nadzieję, że to będzie miła godzina. - Roberto i Charles wymienili uśmiechy. Włoch 
zerknął w stronę kobiety 
w czerwieni znikającej za drzwiami korytarza i bez namysłu ruszył w ślad za nią. 

A wtedy cała elita Chicago zaatakowała go ze wszystkich stron. Delikatnie - nie jak 
paparazzi, ale z klasą i 
wdziękiem 

- mimo wszystko czuł się zaatakowany. Charles przedstawił go Amandzie Potter - jednej z 
najbardziej 
prominentnych architektów miasta. Pokazała mu w uśmiechu wszystkie zęby i taką część 
piersi, na jaką tylko 
pozwalała wieczorowa konwencja. 

- Panie Bartolini, jestem zaszczycona. Nigdy nie miałam przyjemności poznać prawdziwego... 
włoskiego hrabiego. 

Kobieta była zbyt wiekowa, by docenić wszystkie uroki tej znajomości, ale Roberto skłonił 
się wytwornie nad 
wyciągniętą ręką - ozdobioną wspaniałym szmaragdem osadzonym w białym złocie 
pierścienia. 

- Cóż za cudowny kamień. - Musnął go lekko. - Kolumbijski, jak mniemam, oczywiście dwa i 
jeden karata. 

Kobieta aż westchnęła z przejęcia. 

- Dokładnie, dokładnie tak! 

Christina Dodd 

64 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

Kiedy tłum w cichym pomruku dawał wyraz uznania, Roberto pozwolił, by jego wzrok 
poszybował po twarzach i 
klejnotach gości. Kilka osób cofnęło się o krok, większość parła jednak naprzód. 

Prosta sztuczka z przyjęć. Nie zrobił nic ponadto, ale i tak wywarł na nich wrażenie. Ale to 
było właśnie jego 
zadaniem i kiedy zostanie wykonane, będzie w końcu mógł udać się za dziewczyną w 
czerwieni. Coraz więcej kobiet 
kierowało w jego stronę pochlebstwa, coraz filuterniej trzepotały rzęsy. Mężczyźni raźnie 
ściskali jego dłoń, 
wyrażając podziw i uznanie. Następna była prasa, rzesze fotoreporterów. Każdy chciał mieć z 
nim zdjęcie. 

Charles dbał o to, by Roberto poruszał się we właściwym kierunku. Poznał burmistrza 
Chicago, dwóch senatorów 
oraz znaną dyktatorkę mody prowadzącą program telewizyjny, w którym doradzała 
amerykańskim kobietom w 
kwestiach dobrego smaku. 

Nie podobała się mu. Otwarcie pogardzała swoją widownią. Była niegrzeczna i bezczelna. 
Ale on oczywiście 
podobał się jej. Przysunęła się do niego nachalnie, pozwalając sobie z miejsca na pewną 
poufałość: 

- Panie Bartolini, wygląda pan cudownie w tym garniturze, to Armani, prawda? 

Była przeszkodą w jego poszukiwaniach dziewczyny w czerwieni. 

- Nie wiem, nie zwracam uwagi na metki. To nadzwyczaj drobnomieszczańskie, nieprawdaż? 
- Zaśmiał się jej prosto 
w oczy, kpiąc z jej pretensjonalnego sposobu bycia. 

Odsunęła się. Być może przedobrzył. Na pewno przestała go lubić. Zaatakowała niczym 
bestia. Była bestią. 

- Panie Bartolini... a może powinnam tytułować pana hrabią? 

- Panie Bartolini wystarczy. 

Christina Dodd 

71 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Zamierza pan przyjrzeć się Płomieniowi Romanowów? 

- Płomieniowi czego? - rzucił wokół przesadnie zaskoczone spojrzenie. 

Tak, jak oczekiwał, przez tłum przetoczyła się fala śmiechu. Odszedł szybko w stronę gabloty 
wystawowej, byle 
dalej od tej upiornej baby i poczuł, że wzrasta w nim chęć ujrzenia tego opiewanego przez 
wszystkich i otoczonego 
złą sławą brylantu. Zauważył, jak wzrosło napięcie strażników, gdy zbliżył się do gabloty. 
Omiótł wzrokiem 
zabezpieczenia. Odpowiedzialna osoba bez dwóch zdań zasługiwała na uznanie. Lasery i 
pady dotykowe, nie 
wspominając nawet wielkich ochroniarzy o lodowatych spojrzeniach. Roberto kiwnął 
poważnie głową w ich stronę - 
dziadek nauczył go wyrażać uznanie tym, którym powierzono beznadziejne zadania. 

Również skłonili głowy, olbrzymy wydające się czekać jedynie na pretekst do ataku. 

I oto był przed nim, błyszczący pod światłem skierowanych na niego lamp - Płomień 
Romanowów. Rozsiewał wokół 
siebie niemal hipnotyczny blask i na moment Roberto zapomniał o tym, gdzie jest. Stał jak 
wmurowany i uśmiechał 
się w szczerej radości z oglądania takiego dzieła sztuki. 

Ale gdy tak podziwiał je z wszystkich stron, zdał sobie sprawę, że patrzy na coś zimnego i 
twardego... przeciwień-
stwo wspaniałej istoty, którą dane mu było ujrzeć chwilę temu. Wiedział, że brylant nie może 
równać się z 
dziewczyną w czerwieni. 

Podarował już Charlesowi i jego gościom cały kwadrans. Piętnaście minut czarującej 
kurtuazji i europejskiej 
tajemniczości. Wszystko, czego chcieli i oczekiwali. 

Na poczekaniu wymyślił jakiś pretekst i teraz przemierzał rozległy hol w ślad za swoją 
szkarłatną tajemnicą o 
czarującym uśmiechu. Zerkał za otwarte drzwi poszczególnych po- 

Christina Dodd 

72 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

 

 

 

background image

mieszczeń, aż w końcu dojrzał ją, błyszczącą niczym rubin w półmroku biblioteki McGratha. 
Stała przy kominku, 
wpatrując się w płomienie, na ustach igrał delikatny półuśmiech. Napawał przez chwilę 
wzrok jej pięknem. W 
świetle płomienia jej blada skóra wydawała się jaśnieć delikatnie. Zdjęła buty, ale wciąż 
wydawała się wysoka - 
dziewczyna, z którą mógłby tańczyć - między innymi tańczyć - i wciąż patrzyć jej w twarz. 
Jej dłoń spoczywała na 
rzeźbieniu okalającym kominek, a podniesione ramię wskazywało, że poważnie podchodzi do 
treningów - ramiona 
nosiły ślady pracowitych ćwiczeń nad utrzymaniem wspaniałej sylwetki. Jedwabny materiał 
opinał jej ciało, 
podkreślając miłe oku wypukłości piersi i pośladków. 

Wzrok go nie zmylił. Miał przed sobą kobietę wspaniałą. 

Odwróciwszy głowę, obserwowała go ze szczerym rozbawieniem. Było oczywiste, że stała 
tam tylko dla niego. 1 
najwyraźniej pod sukienką miała na sobie jedynie stringi albo, jeśli dopisywało mu szczęście, 
żadnej bielizny. 
Jedno-karatowe szafiry zdobiły jej uszy, ale oczy spoglądały barwą wielokroć cieplejszą niż 
jakikolwiek zimny 
kamień. 

- Cudowna - powiedział. 

- Dziękuję - odpowiedziała bez fałszywej skromności. Dobrze wiedziała, co miał na myśli. 

Wchodząc do biblioteki, zamknął za sobą drzwi. 

- Myślę, że chciałaś ze mną porozmawiać. 

Zerknęła na podłogę, jakby szukała właściwych słów. W końcu wyprostowała ramiona, 
uniosła brodę i spojrzała mu 
prosto w oczy. 

Nagle przestała wyglądać jak ulotna senna zjawa i niespodziewanie nabrała profesjonalnych 
cech. Jak wykładowca 
albo prawnik. 

A może jak agentka FBI? 

Oczywiście. Szpicel FBI. Zmysłowa przyjemność ze spot- 

Christina Dodd 

67 

Szafirowe kłopoty 

background image
background image

kania pękła niczym bańka mydlana. Wsunął dłoń do kieszeni marynarki i postanowił czekać 
na jej gest. 

- Dzisiejszą noc pragnę spędzić z tobą - powiedziała. 

W kieszeni marynarki dłoń Roberto zacisnęła się w pięść. Ogniki podniecenia znowu 
zapłonęły w jego oczach. Nie, 
to nie FBI. Chyba że radykalnie zmienili metody operacyjne. 

- Mam swoje powody. Nie oczekuję, że będziesz chciał je zgłębić. Ale potrzebuję... 
mężczyzny... mężczyzny na 
jedną noc właśnie... Potrzebuję ciebie. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, więc nie musisz się 
martwić, że będziesz 
jedynie kolejnym numerem w dzienniku moich podbojów. Nie musisz obawiać się żadnej 
pułapki. Celem jest moja 
czysta przyjemność. I mam nadzieję, że również twoja - oczekiwała na odpowiedź z napiętym 
wyrazem twarzy. 

Na pewno nie FBI. Może jakaś fanka? Może. 

Pierwszy szpieg włoskich służb specjalnych? Teoria warta zapamiętania. 

A może była darem mającym odwrócić niepomyślny los. Była coraz bardziej zakłopotana 
jego milczeniem. Spojrza-
ła w dół i powoli wsunęła stopy w buty. 

- Ale zanim przejdę do rzeczy, być może powinnam zapytać, czy jesteś zainteresowany? 

- Zainteresowany? - W Chicago nie było tego wieczoru ani jednego heteroseksualnego 
mężczyzny, który nie dałby 
sobie obciąć ręki, by zamienić się z Robertem miejscami. Trzaskające płomienie i odgłos 
przyśpieszonego oddechu 
dziewczyny przełamywały ciszę w bibliotece. Zbliżył się do niej. Uniosła głowę i strząsnęła 
kosmyk opadający do 
oczu, za co nagrodził ją pełnym czaru uśmiechem. Wyciągnął ramię i pozwolił, by jego dłoń 
zatrzymała się o cal od 
jej brody. 

- Mogę? 

Christina Dodd 

68 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Myślał, że to ją rozluźni, ale dziewczyna stała się jeszcze bardziej spięta i poważna. Skłoniła 
głowę niczym 
bezwzględny belfer przyzwalający na coś uczniakowi. 

Dziewczyna bez doświadczenia. Żadna tam fanka. 

Pachniała wspaniale, jak kwiat, który postanowił zakwitnąć lego wieczoru. Jak kobieta pełna 
tajemnic. Powoli 
wsunął palce pod jej podbródek i przesunął w stronę prawego ucha, czerpiąc przyjemność z 
tego pierwszego 
kontaktu z jedwabiem jej skóry. Był ciepły, delikatniejszy od prawdziwego jedwabiu. I )
otknął jej kolczyka, 
wyśmienitego szafiru, by przenieść palce na płatek jej ucha i dalej na szyję. Mruknęła jak kot 
i przytuliła się 
policzkiem do jego ręki. 

Zmysłowa istota lubiąca pieszczoty. 

Patrzyła na niego najcudowniejsza para błękitnych oczu. Wyraz twarzy miała skupiony, jakby 
był nauczycielem, a 
ona pilną studentką. Miała w sobie coś, co mile głaskało jego ego 

- o którym jego matka twierdziła, że akurat głaskania potrzebowało najmniej ze wszystkich 
rzeczy. 

Pochylił się i pocałował ją delikatnie, ledwie musnął wargami. Pragnął jedynie cienia jej 
smaku, chciał wiedzieć, czy 
i jak bardzo do siebie będą pasowali... i po chwili pragnął o wiele więcej. 

- Nie obawiasz się, że rozmaże ci się pomadka? 

- Kosmetyczka zapewniła, że nawet jak cała reszta mnie obróci się w popiół, pomadka i tusz 
do rzęs pozostaną. 

Uśmiechnął się. Była zabawna. 

Ale na jej twarzy gościła jedynie powaga. Podawała po prostu fakt do wiadomości. 
Przycisnęła rękę do jego piersi 

- delikatnie, ale stanowczo. 

- Chcę pocałunku. Prawdziwego pocałunku. Chcę wiedzieć, czy dzisiejsza noc będzie tak 
miła, jak myślę, czy też 
może dobry seks jest jedynie mitem stworzonym przez media i podsycanym przez uczucie 
samotności. 

Christina Dodd 

75 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

Świadome wyzwanie? Być może. A może naprawdę była nieświadoma. Na pewno miłość 
doświadczyła ją bo-
leśnie... 

Uśmiechał się szeroko, gdy pochylał się nad nią i dawał, o co prosiła. Wargi rozchylone, 
języki wychodzące 
naprzeciw siebie, zmagające się... po raz pierwszy od wielu lat zwykły pocałunek sprawił, że 
zatrzęsła się ziemia. 
Zamknął oczy, by tym lepiej doświadczać jej smaku, poczuł najpierw szampana - a później, w 
miarę trwania 
pocałunku - jej własny smak. 

Była jak wino klasy grand cm z najlepszych winnic Bordeaux. 

Zapomniał o wyrachowaniu. Zapomniał o wszelkich więzach. Przyciągnął ją do siebie, 
gniotąc delikatny materiał jej 
sukni, przywierając blisko do rozpalonego ciała. Drugą rękę wsunął pod włosy i położył na jej 
karku, by przytrzymać 
jej głowę w miejscu. Niemal zawisła odchylona na jego silnych ramionach, a on doświadczał 
jej każdym zmysłem. 
Czuł jej rozkoszny zapach i ciepło ręki, którą go obejmowała. 

Czuł też, jak pierwotna żądza zaczęła dochodzić w nim do głosu, przedzierać się, wydobywać 
z zapomnienia. 
Nakazywała mu rzucić ją na ziemię, zadrzeć suknię do góry i posiąść szybko z całą 
gwałtownością pożądania 
buzującego w żyłach. 

Ale ta część jaźni, która niegdyś była dżentelmenem, stanowczo się temu sprzeciwiła. Kazała 
mu wyprostować się i 
wypuścić dziewczynę z objęć. Kazała mu podeprzeć ją delikatnie i zwrócić się do niej 
uprzejmie: 

- Czy to odpowiada na twoje pytanie? 

Patrzyła na niego, niebieskie oczy otwarte szeroko, palce przyciśnięte do warg. 

- A więc to nie mit - wyszeptała. 

- Nie. - Chciało mu się śmiać, ale ten sam impuls, który kazał mu ją wypuścić, kazał teraz do 
końca wytrwać w rycer-
skiej konwencji. Nie odważył się drwić. - Zaręczam, że dobry 

Christina Dodd 

76 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

background image

seks to nie iluzja, ale to, co wytwarza się pomiędzy nami, to nie jest dobry seks. To coś o 
wiele więcej. Jakby siła 
natury czy żywioł... albo jakiś żart przeznaczenia. 

- To śmieszne. Przeznaczenie. O tym samym pomyślałam, gdy cię ujrzałam. 

- A więc zgoda co do tego. Przeznaczenie - jakże zachwycony byłby jego dziadek, gdyby 
widział, jak Roberto 
udowadnia, że płynie w nim prawdziwa krew Continich. Dzikich, nieobliczalnych i 
rozwiązłych. 

- Tak więc noc spędzimy razem. Nie musisz mi mówić dlaczego. Nie chciałbym udawać, że 
cię kocham. A rankiem 
rozstaniemy się, by nigdy już się nie zobaczyć. - Nie miał w zwyczaju tego robić. Dlaczego 
teraz tak go to pociągało? 

Znał odpowiedź. Dlatego, że jego życie nagle zboczyło z obranego kursu, a wszystko, co było 
mu znajome, wszystko 
wyraźne i określone, przestało takim być. 

- W porządku. Umowa stoi. - Wyciągnęła rękę i ujęła jego dłoń. 

Poczuł, że drży. Miał nadzieję, że nie z nerwów, a z tłumionego pożądania. Uniósł jej dłoń do 
ust i odcisnął na niej 
pocałunek, by po chwili zamknąć w tym pocałunku jej palce, jakby w nadziei, że przetrwa 
ogrzany ciepłem skóry. 

- Ale nie chcę, żeby widziano, jak razem wychodzimy - jak na kobietę, która z takim 
zapamiętaniem oddawała się 
pocałunkom, okazywała sporo zdrowego rozsądku. 

W tej akurat kwestii w pełni się z nią zgadzał. 

- Muszę zostać dłużej. Nie chciałbym okazać się niewdzięcznikiem wobec pana McGratha. 
Zadzwonię po mojego 
kierowcę. Będzie czekał przed domem. Powiem mojemu concierge, żeby przygotował się na 
twoje przybycie. - 
Sięgnął do kieszeni i podał jej kartę magnetyczną. 

Spojrzała na trzymany kawałek plastiku. 

Christina Dodd 

71 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Nie obawiasz się, że coś ukradnę? 

- To ostatnia rzecz, której się obawiam. 

- Jakoś nie potrafię uwierzyć, że taka z ciebie ufna istota. A z ciebie istota ze skłonnością do 
drwiny, przebiegło mu 

przez myśl. 

- Tobie zaufam dziś w nocy. 

Pochyliła głowę nie dlatego, że mu uwierzyła, ale dlatego, że akceptowała jego prawo do 
wykrętnych odpowiedzi. 
Powoli odeszła w stronę drzwi, a każdy ruch jej spowitego w czerwony jedwab ciała kusił i 
nęcił. 

- Nie zmieniaj ubrania - poprosił. Odwróciła się zaskoczona. 

- Kupiłam najwspanialszą bieliznę świata. Podejrzenie - ktoś może nazwałby to zdrowym 
rozsądkiem 

- ponownie się w nim odezwało. 

- Dla mnie? 

- Tak, właściwie... - Wzruszyła ramionami. - Dla mężczyzny, którego spotkam dziś w nocy. 
Szczęśliwie jesteś to ty. 
Bielizna jest z kremowego jedwabiu z koronkowymi wstawkami... 

- Chcę zdjąć z ciebie tę suknię - wyszeptał gardłowo. Pożądanie uderzyło go mocno na 
dźwięk własnych słów. Sama 
myśl o szukaniu zamka tej uwodzicielskiej sukni, zdejmowania jej z ramion, patrzenia na to, 
co znajduje się pod 
nią... Postąpił krok w jej stronę. 

Dostrzegała w pełni jego pożądanie. Niemal uderzyło ją w twarz falą gorąca. Zachichotała, 
przyłożywszy rękę do 
ust. 

- Pamiętaj, Roberto, musisz zostać na przyjęciu przez kolejną godzinę. 

Musiał. Był w Chicago w konkretnym celu. Niestety, żadna kobieta, nawet najbardziej 
atrakcyjna, nie mogła tego 
zmienić. 

Christina Dodd 

78 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

background image

- Tylko o północy nie zamień się w dynię. - Ponownie ruszyła w stronę drzwi. 

Przypomniał sobie, że nie zadał jeszcze jednego istotnego pytania: 

- Jak masz na imię? 

Oparła się o framugę drzwi, ciało wygięte w kuszącej pozie. 

- Brandi. Nazywam się Brandi. 

- Brandi? 

- Tak. 

- Uderzasz do głowy. 

Gwynne i jakiś niewiarygodnie zmęczony mężczyzna w pogniecionym garniturze zajmowali 
Charlesa rozmową. To 
musiał być jej mąż. Gwynne opierała się o niego, nie wypuszczając jego dłoni, bezpieczna, że 
oto pojawił się i był z 
nią. Brandi sunęła ku nim z wdziękiem. 

Gwynne i Stan odwrócili głowy, gdy zbliżyła się do nich. Gwynne chciała coś powiedzieć, ale 
Stan pociągnął ją w 
stronę bufetu i zdołała jedynie rzucić jej dziwne spojrzenie oraz uśmiechnąć się współczująco. 

Brandi myślała o Robercie, więc kiedy Gwynne popatrzyła na nią z żalem i współczuciem, 
nie wiedziała, co sobie 
myśleć. Żal? Wobec niej, kobiety, która spędzi noc z Roberto Bar-tolinim? Wzruszyła 
ramionami. 

- Wujku, wybacz, ale muszę już uciekać. Wiem, że planowałam zostać, ale... mam strasznie 
dużo do zrobienia przed 
poniedziałkiem... - Chciała sprawiać wrażenie zmęczonej i przepracowanej. Na pewno nie 
chciała wyglądać na 
kogoś, kto właśnie doświadczył pocałunku życia. Kiedy myślała o tym pocałunku i 
mężczyźnie, który ją nim 
obdarzył, serce zaczynało bić niebezpiecznie szybko. Miała ochotę położyć rękę na piersi, by 
poczuć, że żyje. 

Ku jej zaskoczeniu, Charles nie oponował. 

- Odprowadzę cię do foyer. 

Christina Dodd 

73 

Szafirowe kłopoty 

background image
background image

Odczuła z tego powodu taką ulgę, że nie zauważyła nawet całego smutku i powagi jego 
spojrzenia. Zabrała rzeczy z 
szatni. Odezwał się dopiero, gdy pomagał jej wkładać płaszcz: 

- Rozmawiałem ze Stanem Durantem. Wiesz, tym, który pracuje w szpitalu uniwersyteckim. 

- Tak, wiem. - Zapinała płaszcz i żałowała, że Roberto po prostu nie wychodzi razem z nią. 
Oczywiście było to 
niemożliwe. Z drugiej strony samotna podróż na miejsce schadzki również nie przychodziła 
jej całkowicie 
naturalnie. 

- Stan mówi, że plotki krążą po szpitalu. Plotki o twoim narzeczonym... o tym, że Alan... 

Charles w końcu przyciągnął uwagę Brandi. 

- ...poślubił jakąś dziewczynę w szybko zaaranżowanej ceremonii ślubnej w Vegas. 

Och, nie! A więc wiedzą już wszystko. Została zdemaskowana. Za chwilę wujek Charles 
będzie wiedział, z jakiego 
powodu opuszcza przyjęcie. Musiała mieć teraz winę wypisaną na twarzy. 

- Nie chciałam zaprzątać ci głowy... 

- Moja droga. - Poprawił jej kołnierz. - Jesteś taka dzielna, że przyszłaś tu wieczorem, choć 
twoje serce krwawi. 

- Krwawi... Tak - Może wyraz winy przypominał wyraz cierpienia. Jedno było pewne: nie 
czuła krwawienia. Czuła 
się, jakby nie mogła się doczekać uprawiania miłości z mężczyzną, którego właśnie poznała. 

- Pozwolę ci odejść, nie będę wypytywał. - Wujek Charles ujął jej dłoń. - Ale obiecaj, że 
przyjdziesz do mnie, jeśli 
będę mógł zrobić cokolwiek, by złagodzić twój ból. 

- Jeśli coś takiego przyjdzie mi do głowy, dowiesz się w pierwszej kolejności - obiecała. Albo 
i nie, dodała w myś-
lach. Postanowiła, że wujek Charles akurat nie musi być zamieszany w żaden ze sposobów, w 
jaki zamierzała ułago-
dzić swój gniew. 

Christina Dodd 

74 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Pozwól, że użyczę ci samochodu. 

- Nie! - krzyknęła, by zaraz nakryć ręką usta. - To znaczy... już zdążyłam się zatroszczyć o 
samochód. Ale to nader 
miłe z twojej strony. Byłeś niesłychanie pomocny. 

Przytrzymał ją za ramię i spojrzał w oczy. 

- Obiecaj, że nie będziesz jak twoja matka i nie pozwolisz, by jedno zgniłe jabłko zniszczyło 
cały zbiór. Ta wspaniała 
kobieta powinna wyjść za mąż lata temu, ale nie chce zaufać innemu mężczyźnie. 

Porównywał jej sytuację do sytuacji jej matki. Było to nieuniknione, jak przypuszczała, ale 
chwilowo wcale jej się to 
nie podobało. 

- Nie martw się o mnie, wujku. Wszystko będzie dobrze. - Ucałowała suchą skórę jego 
policzka i podniosła torebkę. 

- Pani samochód już czeka, panno Michaels. - Jerry otworzył drzwi. 

Podmuch wiatru zaparł jej dech w piesiach. Westchnęła i szybko zbiegła po schodach. Długa, 
czarna limuzyna stała 
przy podjeździe. Kierowca wysiadł, by otworzyć drzwi. Musiało mu być niesamowicie 
zimno. Kiedy zajęła miejsce, 
dotknął lekko daszka czapki, po czym zamknął drzwi. Wnętrze samochodu wyściełane było 
skórą i lakierowanym 
drewnem. Uderzył ją zapach świeżości. Usiadła głębiej i pozwoliła, by podgrzewane 
siedzenia rozlały w jej ciele 
przyjemną falę ciepła. 

- Nazywam się Newby, proszę pani. Zawiozę panią na miejsce w przeciągu około trzydziestu 
minut. - Kierowca miał 
angielski akcent, i jak na filmach nosił śmieszną czapkę szofera. - Czy chciałaby pani czegoś, 
zanim ruszymy? Drin-
ka? Coś do czytania? Telefon albo komputer? Mamy połączenie satelitarne, jeśli chciałaby 
pani sprawdzić pocztę 
albo skorzystać w inny sposób z Internetu. 

Była pod wrażeniem. Jasne, że najchętniej chciałaby wszystkie te rzeczy. 

Christina Dodd 

81 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Nie, dziękuję. Po prostu posiedzę sobie spokojnie. 

- Jeśli życzy sobie pani czegoś podczas jazdy, proszę mi powiedzieć. 

- Tak zrobię, dziękuję. 

- Tu jest guzik, który może pani nacisnąć, kiedy będzie pani potrzebowała mojej pomocy. 

Oddzielił się wysuwaną szybą z przydymionego szkła, po czym płynnie ruszył. Zupełnie 
inaczej, niż kierowca 
taksówki. 

Ogarnęło ją wrażenie luksusu i sennej nierealności. Miała randkę z wymarzonym mężczyzną, 
randkę, którą sama za-
aranżowała. Być może w tej dziedzinie mogła spodziewać się świetlanej kariery. Dobiła 
wspaniałego targu. 

Z tą różnicą, że gdy Roberto całował jej dłoń, odczuła, że to jednak coś więcej niż tylko 
zwykłe dobijanie targu. 

Los dał jej dokładnie to, o co prosiła. 

Dlaczego myśl, że los zechce w swoim czasie zapłaty za swoje dary, nie dawała jej spokoju? 

Rozdział 7 

Concierge w hotelu nawet nie drgnęła powieka, gdy Brandi zażądała do pokoju schłodzonego 
szampana, misy 
owoców i trzech tuzinów białych świeczek. Zapytał tylko: 

- Zapachowych czy zwykłych? W słojach, czy na świecznikach? 

- Niezapachowych. Kilka w słojach, ale większość na zwykłych podkładkach. Proszę je 
przynieść i odpowiednio 
rozmieścić. 

Ogarnęła wzrokiem ekskluzywne pomieszczenie. Roberto zajmował narożny apartament na 
najwyższym piętrze 
hotelu Resolution na Michigan Avenue. 

Wysokość nie przypadła jej do gustu. Dostawała od wysokości zawrotów głowy. Na 
szczęście, dopóki nie patrzyła 
przez okna, dopóty wszystko było w porządku. Nawet lepiej niż w porządku. Wielopokojowy 
apartament obejmował 
dwa piętra, a świetliki w suficie ukazywały rozgwieżdżone, nocne niebo. Gazowy kominek 
kąpał ściany w 
migotliwych, złotych rozbłyskach. 

background image

Laptop Roberta - cud technologii, wraz z wykonaną na zamówienie teczką leżał na 
antycznym biurku. Całe umeb-
lowanie składało się z antyków i tylko fotele były nowoczesne i wygodne. Wspaniałe 
wrażenie robiła też sofa bez 
oparcia, obita najdroższą satyną i stojąca na misternie wygiętych, metalowych nogach. 

Christina Dodd 

83 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Proszę umieścić świeczki tam, na stole - wskazała ręką. 

- Za kanapą? - upewnił się concierge. 

- Będę potrzebowała ich w przeciągu pół godziny. 

- Oczywiście. - Skłonił się przy wyjściu. 

Brandi zaczekała, aż zamknął za sobą drzwi, wzięła torebkę i pewnie ruszyła do łazienki. 
Wszystko dokładnie 
zaplanowała i w niecałe czterdzieści pięć minut zdążyła wziąć prysznic, umyć włosy, włożyć 
na powrót czerwoną 
sukienkę i buty. Wysuszyła włosy i spięła je na czubku głowy. Skropiła szyję i nadgarstki 
perfumami z sandałowego 
drzewa i pomarańczy. Zapaliła świeczki i ułożyła się wygodnie na sofie podpierając głowę 
ręką. Płomienie kominka 
oblewały jej ciało miłymi, łagodnymi falami ciepła. Była przekonana, że uczyniła wszystko, 
by teraz oddać się 
zmysłowym przyjemnościom z naj-seksowniejszym mężczyzną w Chicago - mężczyzną, 
którego sama wybrała. 

I wtedy wszedł Roberto, zdała sobie sprawę, że była w stanie zapanować nad wszystkim z 
wyjątkiem jego samego. 
W jej misternie utkanym planie zemsty Roberto był elementem nieopisanym. 

Zatrzymał się na jej widok. Zacisnął dłonie. Jego źrenice zwęziły się. 

Pirat. 

Wyglądał jak pirat. 

Postąpił kilka kroków, zdejmując marynarkę, kamizelkę i krawat. Jego ruchy miały niemalże 
arogancki charakter. I 
wyglądał na przepełnionego żądzą. 

Nagle poczuła się nie jak uwodzicielka, a raczej jak niewinna dziewica przed mającym 
nastąpić gwałtem. 

- Czy podoba ci się apartament? - Jego głos był miły i łagodny. 

- Jeszcze w życiu nie widziałam czegoś równie wspaniałego. Widok... - wykonała 
nieokreślony gest ręką w stronę 

Christina Dodd 

84 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

olbrzymich okien, za którymi iskrzyła się nocna panorama Chicago niczym świeczki w torcie. 
Jezioro Michigan 
odcinało się od nich wyraźną, czarniejszą od zimowej nocy plamą. 

- Dobrze - jego głęboki głos zabrzmiał jeszcze głębiej. - Chciałbym, byś czuła się szczęśliwa. 

- Jestem szczęśliwa. - Wyprostowała się na sofie. - Bardzo szczęśliwa. Łazienka jest 
przykładem dekadencji. Mogła-
bym wykonać solowy taniec z Jeziora łabędziego między wanną a stolikiem. - Czuła, że 
wylewa potok słów, 
wszystko dlatego, że jej serce wpadło nagle w szalony rytm. 

A przecież było to wyłącznie zwieńczenie jej pragnień. Możliwość kochania się z mężczyzną, 
o którym marzyła 
każda kobieta. Wszystko to prawda, ale Brandi nie wzięła pod uwagę, że kobiety marzyły 
nierzadko o 
niebezpiecznych mężczyznach. Oczywiście włoski hrabia, z reputacją wspaniałego kochanka, 
jaka go otaczała, nie 
był niebezpieczny, ale w tym momencie, w tym tajemniczym półmroku przesyconym 
oczekiwaniem na 
zjednoczenie się ich ciał - taki się właśnie wydawał. 

W rzeczywistości, kiedy się nad tym zastanowiła, musiała przyznać, że aura ryzyka otaczała 
Włocha już podczas 
przyjęcia, tylko że zamroczona własnym gniewem nie potrafiła właściwie tego ocenić. 

Teraz, rozdarta między przestrachem a szybko rosnącym podziwem, przygryzała wargę i 
przyglądała się, jak rozpina 
koszulę. 

Ubrany robił wrażenie dość szczupłego, ale smoking ukrywał tylko przepiękną rzeźbę mięśni 
żeber i brzucha oraz 
szerokie ramiona. Ten mężczyzna musiał uczynić z ćwiczeń swoistą sztukę i mocno ją to 
zaskoczyło. Większość 
mężczyzn, którzy do tego stopnia pracowali nad muskulaturą, zapatrzona była w siebie i nie 
potrafiła znaleźć czasu 
ani chęci na podziwianie kobiecego piękna. 

Christina Dodd 

78 

Szafirowe kłopoty 

background image

Roberto zaś skupił na niej całą uwagę. Było to niepokojące a zarazem ekscytujące. 

- Jadąc tutaj, przekonałem sam siebie, że oczy mnie zwiodły. Ze to niemożliwe, byś była tak 
wspaniała, jak cię 
zapamiętałem. Ale ty... z tą burzą włosów i w pieszczącym twe cudowne wdzięki jedwabiu - 
uśmiechnął się, 
ukazując wesołe dołeczki - i tymi frywolnymi złotymi sandałami wyglądasz jak 
najwspanialsza rzymska bogini. 

- Naprawdę? - zapytała Brandi naiwnie, dziwiąc się, że stopy istotnie mogą rozgrzać się pod 
wpływem 
promieniejącego ciepłem spojrzenia. 

Sprawił, że wróciła wspomnieniami do momentu, gdy miała osiemnaście lat i była uczennicą 
szkoły średniej i 
dopiero zdobywała wiedzę o tym, jakie wrażenie może sprawić jej seksapil. Tiffany 
tłumaczyła jej, że młodość jest 
najwspanialszym z afrodyzjaków, ale zanim dziewczyna na własne oczy nie ujrzała, jak 
chłopcy ze starszych klas 
tabunami starają się do niej zbliżyć i prześcigają się w wymyślaniu, jak by jej zaimponować, 
nie potrafiła tego pojąć. 

Wtedy poznała Alana, swój wybór uznała za roztropny, a po nim następowały kolejne 
roztropne wybory. 
Zaakceptowała jego prośbę o rękę. Była z nim przez długie cztery lata i w tym czasie 
świadomość, że jednym 
uśmiechem potrafi uczynić z mężczyzny niewolnika, rozpłynęła się w prozie codziennego 
życia. 

A teraz Roberto pieścił ją głębokim głosem i nazywał ją cudowną, a ona wierzyła każdemu 
jego słowu. 

Przywołując pozę uwodzicielki, przeciągnęła się na kanapie i wyciągnęła ramiona nad głową 
w zmysłowym łuku, jej 
biust niemal wydobył się z wiążącego go jedwabiu. 

Jego gardłowe westchnięcie było dla Brandi jak anielski śpiew. 

Odpięła spinkę trzymającą włosy i potrząsnęła głową, po- 

Christina Oodd 

79 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

zwalając by złote fale rozlały się rozkosznie wokół jej twarzy i ramion. 

Nie widziała, jak się poruszył, zobaczyła tylko, że w następnej sekundzie klęczał już u jej 
stóp. 

- Jesteś rzymską boginią, a ja muszę być gladiatorem starającym się o twe względy - ciepły 
ton jego głosu uległ 
zmianie. Brzmiał gardłowo i czuć było w nim niesamowite napięcie. I pożądanie. Ujął jej 
głowę w dłonie i 
przytrzymał do pocałunku. 

Gdzie nauczył się tak całować, gdzie nauczył się tego wspaniałego nacisku warg i delikatnych 
pieszczot językiem, 
tak zmysłowych, że czuła, jak między jej udami rodzi się fala gorąca? Oderwał na chwilę 
usta, a ona ścisnęła mocno 
nogi, podświadomie starając się zatrzymać niebiańskie uczucie. 

Ale Roberto już zaczął całować jej powieki, by po chwili pieścić delikatne płatki uszu i w 
końcu delikatnieje ugryźć. 
To sprawiło, że westchnęła i zesztywniała na chwilę. 

- Czy to bolało? - zamruczał. Kiedy nie odpowiadała, przesunął palcem po języku i dotknął 
nim jej dolnej wargi. 

- Kochanie, musisz mnie instruować. Nie chciałbym cię skrzywdzić. Drażnić, podniecać i 
sprawiać, byś krzyczała z 
rozkoszy - tak. Ale skrzywdzić - nigdy. 

- Nie, nie, to wcale nie bolało - ale nagłe przejście od delikatnie łagodnej beztroski do ostrej 
krawędzi zębów przy-
pomniało o konieczności zachowania ostrożności. Nie znała tego mężczyzny. Był wielki, 
dużo wyższy i 
potężniejszy, niż się na początku wydawał. I sposób, w jaki na nią patrzył -jakby był 
drapieżnikiem a ona ofiarą... 

Ale jego głos nie przestawał jej zmysłowo pieścić. 

- Chciałbym pokazać ci samą krawędź szaleństwa przyjemności. 

Stwierdziła, że może mu powierzyć zarówno ciało, jak i uczucia bardziej, niż kiedy 
powierzała je Alanowi przez 

Christina Dodd 

87 

Szafirowe kłopoty 

background image

długie lata. I zdała sobie również sprawę, że sam głos Roberta, jego słowa, sposób ich 
wypowiadania wystarczały, by 
wszelkie niewidzialne bariery pękły jedna po drugiej. 

Złapała go za ramiona i przyciągnęła do siebie w pocałunku. W pocałunku, jakim nigdy nie 
potrafiła, a może nie 
chciała, obdarzyć Alana. 

- Czy o tę właśnie krawędź chodzi? 

Roberto rozerwał nierozpiętą do końca koszulę. Jej guziki potoczyły się po podłodze. 
Wskazał je wymownie ręką. 

- Czynisz ze mnie bestię! 

- O tak, nieprawdaż? - jakże przyjemna wydała jej się w tym momencie ta myśl. 

Odrzucił koszulę a dłonie zacisnął na jej nagich ramionach. 

- Dotykanie cię to jak smakowanie jedwabiu. Spojrzała na niego, na twarz, na szeroką pierś. 

- Jesteś taki piękny - wyszeptała. 

- Piękny? Ja? - zaśmiał się krótko, rozbawiony. - Mężczyźni nie są piękni. 

- Jesteś piękny niczym pomnik, jak antyczna rzeźba albo jak... - Spojrzała w górę na świetlik 
w suficie. - Jak gwiazdy 
na nocnym niebie. Jesteś wspanialszy, niż oczekiwałam, ale też dziś na pewno na to 
zasługuję. 

- Podoba mi się, że masz jasne oczekiwania. I że je spełniam. Większość Amerykanek nie 
potrafi powiedzieć, czego 
właściwie pragnie - jego włoski akcent stał się silniejszy ale zarazem bardziej pieszczotliwy. - 
Brakuje im słów albo 
może są zbyt nieśmiałe, by ich użyć właściwie. Zawsze było mi ich z tego powodu szkoda. 
Ale ty... ty tylko mówisz 
do mnie, a ja płonę szaleńczym pożądaniem. Czy chcesz oddać się szaleńcowi? 

- Chcę ciebie. - Brandi leniwym gestem przejechała palcem po linii swojego dekoltu. - I chcę, 
żebyś mnie rozebrał. 

Nie zdawała sobie sprawy, że zaczęła mruczeć jak kotka. 

Christina Dodd 

88 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

background image

- Wiem co nieco o rozbieraniu kobiet i mam wrażenie, że gdzieś w tej sukni powinien 
znajdować się zamek. - Starał 
się ogarnąć ją całą jednym spojrzeniem, ale dziewczyna wiedziała, że nie przyglądał się wcale 
sukni. Przyglądał się 
jej. 

- Gdzieś tam z pewnością jest. - Przeciągnęła palcem po jego piersi, w dół do brzucha. 

Jego pożądanie rozsadzało spodnie, Roberto wciągnął powietrze i zastygł w oczekiwaniu. 

Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie. Uśmiechnęła się uśmiechem Mony Lisy i tym samym 
palcem dotknęła jego warg. 

- Jesteś przepiękną pokusą. Mam nadzieję, że przetrwam tę noc. A jeśli nie... cóż, czy można 
wyobrazić sobie 
piękniejszą śmierć? 

- Mężczyzna z poczuciem humoru. Więcej - mężczyzna z poczuciem humoru na temat seksu. 
- Przekrzywiając 
głowę, zaśmiała się szczerze rozbawiona. - Nie wiedziałam, że takie zjawisko jest możliwe. 

- Jakie zjawiska dane było ci poznać? 

O nie. To nie był najlepszy moment na dyskusję akurat o tym. 

- Zamek - przypomniała mu. 

- Zamek - powtórzył jak urzeczony. Sięgnął palcami jej pleców w poszukiwaniu zapięcia. - 
Nie ma go tu. 
Oczywiście. Jestem zdesperowany, a przeklęty zamek się ukrył. - Ujął obrzeża czerwonej 
sukni i pociągnął lekko. - 
Nie chciałbym tego porwać. 

- To nie ma znaczenia. Nie zamierzam więcej jej nosić. - Nigdy jeszcze równie mocno nie 
wierzyła w swoje słowa. 
Ucieszyła się, że oto potrafi wyrzucić Alana z życia jednym, drogim i znaczącym gestem. 

- Uśmiechasz się niczym kot, któremu z pyszczka właśnie wypada piórko kanarka. - Uniósł 
jej podbródek i zmusił, 
by spojrzała mu w oczy. - O kim to myślisz? 

Christina Dodd 

82 

Szafirowe kłopoty 

background image

W końcu musiała mu coś zdradzić. 

- Moim eks narzeczonym. 

- Och, to wiele wyjaśnia - promieniował z niego uwodzicielski czar zabarwiony pożądaniem. 
- Myśl raczej o mnie. 

- To akurat nie będzie trudne. - Poddała się ciekawości i jej dłoń opadła na jego pasek. 
Odpięła go i szarpnięciem 
wyciągnęła ze szlufek. Rozpięła rozporek spodni. Gorąco wyczuwała przez dwie warstwy 
materiału. 

Kiedy ich ciała się pierwszy raz zetknęły, czuła się żywa jak nigdy dotąd... Jak będzie 
doświadczyć tego gorąca w 
niej samej? Pełne pożądania wyczekiwanie było niemal bolesne, każdym calem ciała 
zdradzała nerwowe napięcie i... 
żądzę. 

Obserwował ją spod półprzymkniętych powiek i ponownie owładnęło nią uczucie 
niebezpieczeństwa. Pragnął jej tak 
bardzo. Jego klatka piersiowa unosiła się w nierównych oddechach. Żar bił z jego twarzy a 
dłoń zaciskała się na jej 
dłoni, jakby chciał porwać ją w objęcia i zmusić do posłuszeństwa. Ale wciąż czekał. Potężny 
mężczyzna, gotów jej 
służyć. 

Flirt z niebezpieczeństwem, jak odkryła, dodawał wszystkiemu atrakcyjności. Zsunęła nieco 
jego spodenki i wsunęła 
rękę za gładką gumkę szortów. Zwinne palce zsuwały się coraz niżej, ale nie szukając 
niczego, a jedynie zadając 
torturę oczekiwania. Kiedy w końcu dotknęła jego męskości, oparł się o sofę i zamknął oczy. 

Ten widok bezgranicznej kapitulacji pod wpływem jej pieszczot zadziałał na Brandi jak 
afrodyzjak. 

- Myślę, że powinieneś szybko znaleźć mój zamek, inaczej sama będę musiała rozerwać 
sukienkę - wysapała. 

- Myślałem, że już o to nie poprosisz. - Przebiegł palcami po jej szyi, ledwo dotykając skóry, 
wywołując niezwykle 
przyjemny dreszcz. Znalazł zamek z boku sukni i delikatnie odpiął. 

Była tak przepełniona podnieceniem, tak napięta niewy- 

Christina Dodd 

90 

Szafirowe ktopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

słowioną euforią, że delikatny jedwab wydawał się drażnić jej skórę. Bolały ją sutki i ledwo 
mogła oddychać. 

Zsunął materiał z jej piersi gestem mężczyzny odkrywającego najbardziej pożądany 
bożonarodzeniowy prezent. 
Poczuła na piersiach zimne powietrze. Z napięciem przyglądała się jego wyrazowi twarzy. 
Alanowi przecież nie 
podobały się jej piersi. Były zbyt pełne, miały za duże sutki, nazbyt różowe i zbyt wrażliwe... 

Roberto wydał głośny pomruk i nachylił głowę, by pocałować ją, jak gdyby ukazała mu 
nieskazitelne brylanty 
osadzone w czystym złocie. 

Jego język - gwałtowny i doświadczony, pobudzał ją tak znakomicie i dostarczał takich 
sensacji, że przycisnęła jego 
głowę z całych sił do piersi. W końcu ujęła w dłonie jego twarz i skierowała ku swojej. Jego 
skóra wydawała się 
płonąć pod jej spojrzeniem. 

Płonąć gorączką, którą sama mu ofiarowywała. 

Była młoda, piękna. Była obdarzona darami, dla których mężczyźni gotowi byli zabić. Dla 
których Roberto gotów 
był zabić. Ucałował jej palce i tym prostym gestem wygnał z niej do końca zimno, którym 
doświadczało ją Chicago 
od momentu, kiedy się tu zjawiła. Sprawił, że jej serce tańczyło, a krew wrzała. Jego 
wspaniałe ciało było 
uosobieniem mocy, a ona kontrolowała tę moc. 

- Patrz! - nieomal wykrzyknęła, przejęta zmysłowym uniesieniem. 

Oparłszy ręce na biodrach, wysunęła się z szeleszczącego jedwabiu. 

Patrzył, wargi rozchylone, ukazywała mu się w całej okazałości. 

Kopnęła sukienkę w kąt. 

- Bella, bella - zakrzyknął. - Jesteś... przepiękna, po prostu przepiękna. 

Christina Dodd 

84 

Szafirowe kłopoty 

background image

Była naga, jeśli nie liczyć skąpego paska stringów i szpilek, naga bardziej niż kiedykolwiek. 
Chciała przez moment 
zasłonić się rękoma, ale jakże nie na miejscu by się to wydało. Kości zostały już przecież 
rzucone. 

Stał bez ruchu. Jego szeroki uśmiech ukazywał białe, równe zęby. Zsunął zręcznie spodnie i 
wyprostował się przed 
nią. Czekała, powstrzymując oddech. Przed oczami przeskakiwały jej obrazy z chwili, gdy 
zobaczyła go po raz 
pierwszy na przyjęciu. Czy za chwilę będzie równie urzeczona? 

Zsunął spodenki. Odpowiedź w jednej chwili wydała się prosta, dosadna... i z pewnością nie 
krótka. Był wielki i 
doskonały. Na brzuchu wyraźnie rysowały się mięśnie, biodra były wąskie, uda mocne i 
niczym wyrzeźbione w 
marmurze, promieniowała z niego potęga i Brandi zastanowiła się, czy wytrzyma całą tę 
nieujarzmioną moc. 

Albo czy wytrzyma, jeśli Roberto za chwilę nie zechce tej mocy na nią przelać. 

- Powiedz mi, cara, powiedz mi, czy cię zadowalam. Jego potężny głos i egzotyczny akcent 
zamaskowały na 

chwilę znaczenie słów. Dziewczyna dopiero po chwili domyśliła się, że Roberto prosi ją o 
wyraz uznania. Okazał się 
cudowny. Czekał cierpliwie na wyraz aprobaty bądź odrzucenie i niesamowitość tej chwili 
sprawiła, że Brandi 
niemal się zachłysnęła. 

Zwilżyła palec wskazujący i przesunęła nim po wewnętrznej stronie jego uda. 

- Zadowalasz mnie wyśmienicie. 

Bez zastanowienia i zbędnych ceregieli ściągnął skarpetki. Następnie zsunął jej majteczki, nie 
zahaczywszy nawet o 
buty i przytrzymał je w ręku z uśmiechem, w którym była zarówno kpina, jak i uwielbienie 
dla ich zwiewności. 

Upuszczając je, wysunął kolano i zatrzymał je między jej nogami, wygiął się, dotknął jej 
gardła, by zsunąć palce 
niżej, 

Christina Dodd 

85 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

pomiędzy piersiami aż do brzucha. Przesunął kciukiem wokół jej pępka, ucałował go, a 
następnie wsunął do niego 
język. 

Doznanie było niczym iskra przebiegająca całe jej ciało i Brandi wygięła się z westchnieniem. 

Kiedy zaśmiał się miękko, gotowa była przysiąc, że śmiał się po włosku. 

Ujął jej nogi silnymi rękoma i zbliżył do niej usta. 

Pierwsze bezwstydne dotknięcie jego języka sprawiło, że zesztywniała i niemal zapragnęła się 
wyzwolić. Nie była 
przyzwyczajona do takiej intymności albo... do gwałtownej l ali podniecenia, która rozpłynęła 
się po jej ciele z 
prędkością i mocą błyskawicy. 

Ale on nie przejął się wcale jej gwałtownymi ruchami, trzymając ją mocno i na kolanach 
oddając hołd jej pięknu, aż 
miotała się nie po to, by się wyzwolić, ale tym pełniej poddać kolejnym falom uniesienia. 
Jego język rozrywał na 
strzępy resztki pozorów opanowania, pozbawiał jej maski, pozostawiał bezbronną, chwiejącą 
się nad granicą 
przepaści zupełnego zapamiętania. Nacisnął raz jeszcze i przeszył ją skurcz cudownego 
orgazmu. 

Wiła się jęcząc, a on nie przestawał. Poddała się w końcu i poszybowała daleko poza wszelkie 
narzucone 
ograniczenia, wolna świadomością, że jej radość rozpalała go tak dogłębnie. 

Kiedy ochłonęła, zobaczyła, że leży teraz na niej. Pozwolił, by poczuła jego ciężar, a ona bez 
trudu odnajdowała w 
tym przyjemność. Wszystko było inaczej niż z Alanem. Alan wkurzał się, gdy czyniła jakieś 
sugestie, cofał się przed 
wszystkim, co uznawał za nazbyt fry wolne, a co najczęściej dawało jej najwięcej 
przyjemności. 

Roberto był większy, szerszy, wyższy, twardszy... nie martwiła się o to, czy zada mu ból. Nie 
mogła uczynić nic, 
powiedzieć nic, co zraniłoby jego ego, był przecież tak pewny siebie... 

Christina Dodd 

93 

Szafirowe kłopoty 

background image

Chciała mieć podobną pewność siebie. 

Ujmując jego ramiona, spojrzała mu prosto w oczy. 

- Chcę być na górze - powiedziała najbardziej rozkazującym tonem, na jaki potrafiła się 
zdobyć. 

Zaśmiał się, szczerze rozbawiony. Wsunął pod nią ręce i wykonał polecenie. 

Nagle znalazła się na górze, dumna i dominująca nad mężczyzną, który poddawał się tej 
dominacji z najwyższą 
chęcią. Uniosła się nad nim i spojrzała na niego z góry, by zobaczyć, jak on sam się jej 
przygląda spod 
półprzymkniętych powiek. Uśmiechnął się, w uśmiechu była namiastka wyzwania, a ona 
odpowiedziała całą chęcią 
sprostania temu wyzwaniu. Powoli wygięła nogę i postawiła jedną szpilkę na ziemi by zaraz 
dostawić do niej drugą. 

- Nie zrób sobie czegoś złego - powiedział. To była prowokacja, wyzwanie. 

- Nie martw się. Ćwiczyłam balet i gimnastykę. Jestem bardzo... elastyczna. 

Zamknął oczy, jakby wsłuchiwał się w brzmienie tych słów. Jakby absorbował je umysłem i 
ciałem. Kiedy w końcu 
je otworzył, dostrzegła w nich bolesne wyczekiwanie na ruch z jej strony. Ruszyła więc, by 
pokazać mu te stronę 
siebie, o której sama nie wiedziała, że istnieje. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 8 

Komórka Brandi rozdzwoniła się naiwną, wesołą melodyjką, budząc Roberta z nadzwyczaj 
przyjemnego snu prosto 
w objęcia jasnego poranka. Późnego poranka, jeśli sądzić po ciepłych promieniach słońca 
wpadających przez 
świetliki w suficie. 

Podniosła głowę z jego ramienia i spojrzała na swoją torebkę z półprzytomnym od snu 
rozdrażnieniem. Dotknęła po-
liczka Roberta. 

- Muszę odebrać, wybacz. - Wyślizgnęła się gładko z pościeli, chwyciła telefon i otworzyła 
klapkę. 

- Cześć, Tiffany, tak, wiem. Powinnam była zadzwonić i zdać ci raport z przyjęcia - mówiła 
szybko, tłumacząc się 
przed kimś, kto najwyraźniej miał prawo pytać. 

Tiffany, Tiffany... na pewno nie wspominała o żadnej Tiffany- 

Cóż, nie rozmawiali zbyt wiele. 

Roberto uniósł się na łokciu, zainteresowany przebiegiem rozmowy. 

Brandi stała naga i nieświadoma swojego piękna. Pukle złotych włosów opadały jej na 
ramiona. Jej piersi wyglądały 
wspaniale z pełnymi, różowymi sutkami, które wydawały się ożywać pod magią jego dotyku. 
Była wysoka, piękna. 
Wciąż pamiętał uścisk jej silnych nóg na biodrach, gdy domagała się więcej należnej miłości. 

Christina Dodd 

95 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Tak, bardzo dobrze dla Charlesa - powiedziała Brandi. - Tak, było wspaniale. Ważni ludzie, 
całe mnóstwo repor-
terów, nieziemskie ubrania. Warto było przeprowadzić się do Chicago dla tego jednego 
wieczoru, bez względu na 
zamarznięte rury i brak Internetu. 

Uniósł brwi. Czyżby dopiero przybyła do miasta? 

- Żałuję, że nie mogłaś przyjść, spodobało by ci się - przerwała i słuchała chwilę. 

- Naprawdę? W takim razie ma rację. A skoro nawet ja tak mówię, to rzeczywiście musiałam 
wyglądać wspaniale. 

Roberto uniósł kciuk w jednoznacznym geście. Uśmiechnęła się do niego szeroko. O ile 
ostatniej nocy nie była w 
pełni świadoma swej seksualności, dziś nie miała wątpliwości. 

I on to sprawił. 

- Nie, Alan był zajęty. - Brandi odwróciła się do okna. 

Alan. Eks narzeczony. Roberto nie wiedział, na co dokładnie cierpiał Alan, skoro miał 
problemy ze zdaniem sobie 
sprawy, jaki skarb przypadł mu w udziale. Roberto właściwie czuł do Alana wdzięczność, ale 
miał go też za idiotę. 
W każdym razie, gdyby nie Alan, nie doświadczyłby dekadenckich przyjemności w 
ramionach Brandi. 

Spojrzał na jej lewą dłoń trzymającą telefon. Na palcu wciąż widniał blady ślad po noszonym 
pierścionku. A więc 
narzeczeństwo skończyło się niedawno. Być może wczoraj? To by wiele wyjaśniało. 

Spojrzała w dal, za jezioro Michigan, a następnie opuściła wzrok. Pięćdziesiąt osiem pięter. 
Wyglądała przez 
moment jak zauroczona, po czym nagle zbladła i zatoczyła się do tyłu. 

Roberto rozpoznał objawy. Jego matka miała to samo. Nie, żeby bała się wysokości, po 
prostu nie mogła patrzeć w 
dół. Weszła na krzywą wieżę w Pizie, ale przez cały czas trzymała jedną rękę na sercu, a oczy 
uniosła ku górze. 

Brandi otworzyła torebkę. 

Christina Dodd 

96 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

- Nie zostałam u wujka Charlesa. Byłam zmęczona i wyszłam wcześnie. 

Kimkolwiek więc była Tiffany, Brandi miała przed nią tajemnice. Nie powiedziała jej o 
wydarzeniach ostatniej 
nocy. 

- Ale chciałabym, byś mogła zobaczyć Płomień Romanowów. Jest olbrzymi, nikt nie 
powiedział mi dokładnie, ale na 
oko ma z pięćdziesiąt karatów! 

Dziewczyna miała dobre oko. Czterdzieści osiem koma osiem karata. 

- Z iskrą i czystością, która rozdarłaby ci serce swym pięknem. Wspaniały kolor, niemal 
fioletowy, i ten ogień w jego 
głębi... 

Z torebki wyciągnęła cienki, długi pasek materiału w kolorze najczerwieńszej z róż. 

- Nic dziwnego, że nazywają go płomieniem. Zręcznie przełożyła najpierw jedno, a potem 
drugie ramię. Roberto 
zdał sobie sprawę, że nakłada na siebie sukienkę... 

o ile ta na poły przezroczysta rzecz mogła zasługiwać na takie miano. Zimowe słońce padało 
na nią ze świetlików, 
przenikając materiał, załamując się na krawędziach i nadając jej ciału różowy odcień. A może 
róż był wspomnieniem 
po upojnej nocy? 

- Wujek Charles ma wspaniały dom. Foyer zapiera dech w piersi. - Przeszła do salonu i 
obniżyła głos. 

Roberto miał jednak wspaniały słuch i naprawdę chciał wiedzieć, jak też skończy się ta 
konwersacja. 

- Mamo, czy wujek Charles coś wspominał na mój temat? Matka? No tak, musiała odebrać 
ten telefon. Ale dlaczego, 

do licha, zwracała się do niej po imieniu? 

- Nie? - głos Brandi nie zmienił pogodnego brzmienia. - To nic, po prostu chciałam wiedzieć, 
co sądzi na temat 
zatrudnienia mnie w swojej firmie. 

Zatrudnienia? Roberto podniósł się z łóżka i podszedł do 

Christina Dodd 

90 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

drzwi. Kobieta, która wyglądała jak modelka, pracowała dla Charlesa McGratha? 

Jako sekretarka, niech to będzie sekretarka. 

- O tak, niektórzy z pracowników wydawali się odnosić do mnie niechętnie. 

Kolejna pauza, stanęła za biurkiem i wskazującym palcem o nienagannym manicure wodziła 
po jego laptopie. 

- Bo myślą, że dostałam pracę dlatego, że jest znajomym rodziny albo dlatego, że wyglądam, 
jak wyglądam, albo dla 
obu tych powodów. - Wiem, mamo. Wcale nie. - Chwila ciszy. - Dobrze znam swoją wartość 
- w jej głosie pojawiła 
się ostrość, która go zaskoczyła. 

Gdyby kiedykolwiek rozmawiał z matką takim tonem, niewątpliwie walnęłaby go w głowę. 

- Ukończenie studiów prawniczych na Vanderbilt z wyróżnieniem wystarczało, bym dostała 
pracę w każdej z 
czołowych firm - powiedziała Brandi. - Ale inni pracownicy wcale nie muszą być 
sympatyczni od samego początku. 
Zwłaszcza, jeśli jeszcze nie mieli okazji mnie poznać. 

Była adwokatem. Dopiero co zatrudnionym adwokatem, który z wyróżnieniem ukończył 
jeden z najlepszych 
uniwersytetów prawniczych w całych Stanach Zjednoczonych. 

Ale jej szafiry były wielkie i prawdziwe, a suknia zdecydowanie w stylu couture. 
Powiedziała, że już nigdy nie 
będzie jej nosić. Tego rodzaju pogarda dla drogich rzeczy z reguły znamionowała duże 
pieniądze w rodzinie. 

Nie, żeby bogactwo miało przeszkadzać w osiąganiu sukcesów, ale fortuna w połączeniu z 
tym, jak wyglądała, 
powinny sprawić, by nie zaprzątała sobie głowy wyścigiem szczurów. Jakże zarozumiałym 
osłem się okazał. 

Sam miał przywilej wysokiego pochodzenia, piękną twarz, trzydzieści dwa lata i czynił sobie 
życie przyjemnym. 
Bardzo przyjemnym! 

Christina Dodd 

91 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

A kiedy owo życie przyniosło niespodziewane zawirowanie, uczynił, co musiał uczynić, by 
znaleźć się znowu na 
prostej. 

Brandi pracowała w kancelarii McGrath i Lindoberth. 

Odwrócił wzrok. Musiał wszystko przemyśleć, a było to niemożliwe, gdy oto na tle okna 
prezentowała swą wspania-
łą sylwetkę przepiękna dziewczyna, a wszystkie jej krągło-ści i zagłębienia wydawały się do 
niego wołać wabiącym 
głosem. 

Czy wiedziała kim był, gdy wykonała przyzywający gest w jego stronę. Znała jego imię. 
Oczywiście musiała znać 
powody jego sławy. Jego zdjęcie było w większości gazet. 

Ale przecież dopiero co przeprowadziła się do Chicago. Jeszcze się nie rozpakowała; mówiła 
coś o braku wody w 
mieszkaniu; jeśli nie ma podłączenia do Internetu, możliwe, że wcale o nim nie słyszała. Być 
może plotka podczas 
przyjęcia nie dotarła do jej uszu. Zakładając, że wszystko to było prawdą, i że zależało jej na 
pracy w McGrath i 
Lindoberth, ostatnia noc była straszliwie źle obliczona i mogła mieć niefortunne 
konsekwencje dla obu stron. 

Czy powinien jej powiedzieć? 

Co dobrego by z tego wynikło? 

Nieszczęście już się wydarzyło. 

Co się stało, to się nie odstanie. 

Dlaczego więc nie oddać się dalej przyjemnościom, a gdy przyjdzie czas, ponieść wszelkie 
tego konsekwencje? 

Czy jego decyzja podyktowana była logiką czy pożądaniem? Kiedy powiedziała „do 
widzenia" i zamknęła telefon, 
powoli do niej podszedł. Nic nie miało znaczenia. Nic się teraz nie liczyło. Gdyby tylko mógł 
posiąść ją raz jeszcze... 

Objął ją, stając za jej plecami. 

- Chciałbym rozszerzyć moje zaproszenie i poprosić cię, byś została na weekend. 

Christina Dodd 

99 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

Poczuł, jak sztywnieje. Miała zamiar odmówić. 

Ale on miał moce, które wykraczały poza jej wyobrażenie. 

Przesunął pewnie ręką w dół jej brzucha. 

Wstrzymała gwałtownie oddech. 

Zginając kolana, przylgnął do niej i powiedział: 

- Nie pokazałem ci jeszcze wszystkiego, co potrafię uczynić językiem. 

- Ależ tak... - odpowiedziała, odchrząknąwszy. - Przecież pokazałeś. 

- Och, jest tego o wiele więcej. - Przesunął językiem wzdłuż muszli jej ucha. - O wiele, wiele 
więcej. 

Nie była łatwa. Myślała gorączkowo o postanowieniu. O darowaniu sobie tylko jednej, 
jedynej nocy. 

- Muszę się rozpakować - zaprotestowała cicho. 

- Rozumiem, że musisz iść do swojego zimnego apartamentu z zamarzniętymi rurami i 
skończyć rozpakowywanie - 
wszystko to, co możesz zrobić w przyszłym tygodniu? A alternatywą jest spędzenie tego 
czasu ze mną, tutaj, gdzie 
będzie ci ciepło, gdzie weźmiesz wspaniałą kąpiel i gdzie będziesz pieszczona i... uwielbiana. 

Mogę pokazać ci przyjemności, o których nawet nie marzyłaś. Zapamiętasz się w radości. Nie 
przestaniesz się 
uśmiechać. Chodź, cara, bądź moją przez jeszcze jeden dzień. 

Jej telefon zadzwonił ponownie, seria krótkich dźwięków. Trzymała go w dłoni, ale sprawiała 
wrażenie, jakby nie 
wiedziała, co właściwie ma zrobić. W końcu potrząsnęła głową, jakby wydobywała się z 
głębokiego snu i przyłożyła 
go do ucha. 

Accidenti. Nieomal ją zdobył! 

- Cześć, Kim. Wszystko dobrze. Tak, zrobiłam. - Słuchała przez chwilę. - Wiem, że nie, ale 
nie miałaś racji. Było tak, 
jak sobie życzyłam. 

Christina Dodd 

93 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

background image

Przerwała i rzuciła mu powłóczyste spojrzenie przez ramię. Spojrzenie, które prowokowało i 
dawało coś do 
zrozumienia. 

- Zadzwonię do ciebie dopiero w poniedziałek, bo zamierzam spędzić z nim resztę weekendu. 

Gdy Brandi kroczyła holem w stronę swojego nowego apartamentu, nie mogła przestać się 
uśmiechać. Była 
niedziela wieczór. Spędziła cały weekend w ramionach mężczyzny, który sprawił, że 
zapomniała o... już sama nie 
pamiętała, o kim. Roberto był wszystkim, o czym mogła marzyć kobieta - cudowna 
zmysłowość, seksowny akcent, 
piękne kości policzkowe, muskularne ciało - a co w nim najlepsze, już nigdy więcej go nie 
zobaczy. 

Jej uśmiech zwiądł. 

Nie zobaczy go już nigdy. 

Ale tego przecież chciała. 

Westchnęła smutno, bo to on przecież ukazał jej całą gamę nieprzyzwoitych przyjemności, o 
których miała blade, 
jeśli w ogóle jakiejkolwiek pojęcie. Będzie tęskniła za jego głodnym spojrzeniem, gdy 
przechadzała się nago po jego 
sypialni i salonie. 

Zatrzymała się i spróbowała włożyć klucz do zamka. Ubrany był przepiękny, nagi był... 

Nim przekręciła klucz, drzwi otworzyły się na całą szerokość. Przez moment stała 
nieruchomo, zastanawiając się 
nad fenomenem. Z pewnością zamknęła drzwi. Była tego pewna na sto procent. Przyjrzała się 
zamkowi. Wyłamany. 

Ktoś włamał się do jej mieszkania. 

Oniemiała pchnęła drzwi. Ręce załamały się na widok, który roztoczył się przed jej oczami. 
Poduszki na jej nowej 
sofie były w strzępach. Papiery walały się wszędzie. Pudełka, które zostawiła, były 
rozerwane, a ich zawartość 
rozsypana po podłodze. Kredens stał otwarty, a przed nim leżały rozbite 

Christina Dodd 

101 

Szafirowe kłopoty 

background image

szklanki. Na kremowej ścianie ktoś wypisał wielkimi literami wiadomość: UMRZESZ 
ZDZIRO. 

A jej smok... z łkaniem wbiegła do pokoju. Uklękła przy roztrzaskanych zielonych kawałkach 
i dotykała ich 
delikatnie palcami. Przez wszystkie te lata smok był dla niej drogim symbolem. Dbała o 
niego, jakby był żywy. 
Przywiozła go z domu, gdzie mieszkała z rodzicami, i towarzyszył jej w każdym nowym 
mieszkaniu, w internacie i 
podczas studiów. Teraz leżał rozbity na posadzce. 

Patrzyła na bałagan roztaczający się wokół z niedowierzaniem. Ktoś ją obrabował. 

Jakże głupie było pozostawanie w środku. Przecież złodziej cały czas mógł tu być. 

Wybiegła z powrotem do holu i zadzwoniła pod 911. 

 

 

 

Rozdział 9 

- Powinnam podkreślić, panno Michaels, że spóźnianie się do pracy pierwszego dnia nie jest 
najlepszym pomysłem. 
- Pani Pelikan stała przy stole konferencyjnym, otoczona współpracownikami i udzielała 
Brandi ostrej reprymendy. 
Zaczęła bez ogródek, gdy dziewczyna wcisnęła się nieśmiało przez drzwi. 

- Nie najgorszy, jeśli jest się bliskim przyjacielem pana McGrath. - Sanjin Patel uśmiechnął 
się drwiąco. 

Brandi pomyślała przez chwilę, jak miły był w piątek wieczór, gdy miał nadzieję na 
zaciągnięcie jej do łóżka. 
Siarczysty policzek byłby w tym momencie zupełnie, ale to zupełnie na miejscu. 

- Przepraszam, pani Pelikan. Ktoś włamał się do mojego mieszkania. Policja wyszła około 
północy, ślusarz o 
pierwszej, a sama sprzątałam do trzeciej nad ranem, by dostać się do łóżka. Dzisiaj rano 
dzwoniłam i zostawiłam 
wiadomość. 

Wiadomość odebrała Shawna Miller i Brandi właściwie byłaby zdziwiona, gdyby okazało się, 
że przekazała ją 
komukolwiek. 

- Mogłaś wysłać email. 

background image

- Zniszczyli mój laptop. Podkreślam, nie ukradli, tylko zniszczyli. 

- Przykro mi - głos pani Pelikan brzmiał szczerze. - Nie najlepsze powitanie w naszym 
pięknym mieście. 

Christina Dodd 

103 

Szafirowe kłopoty 

background image

Waszym pięknym, zimnym jak jasna cholera mieście. 

- Co powiedziała policja? 

- Stwierdzili, że ochrona budynku jest właściwie bardzo dobra. Kierownik apartamentowca 
bardzo przepraszał - był 
na tyle skruszony, że sam zajął się sprowadzeniem agenta ubezpieczeniowego w celu 
sfotografowania zniszczeń i 
płacił za sprzątanie z własnej kieszeni. Erie nie chciał, by inni lokatorzy mieli powody do 
zmartwień. 

Przekazał policji kasety z kamer przemysłowych przy drzwiach wejściowych. Przestudiują je, 
by zobaczyć, czy ktoś 
się włamywał, ale przy tego typu sprawach to najczęściej któryś z mieszkańców okazuje się 
na tyle miły, by wpuścić 
dzwoniącego do środka. 

- Co ukradziono? 

- Wydaje się, że nic. Wszystko wygląda na akt czystego wandalizmu - to właściwie czyniło 
sytuację o wiele gorszą. 
Ktoś, kto bez wyraźnego powodu pociął jej niewymiarową sofę, wywrócił do góry nogami 
szuflady i pudełka, 
których nie zdążyła nawet rozpakować, wydawał się żywić do niej osobistą i bardzo poważną 
urazę. 

Po tym jak wszyscy wyszli ostatniej nocy, Brandi chciała iść spać, ale za każdym razem, gdy 
odpływała w 
niespokojny sen, budziła się wystraszona z głośnym westchnieniem. W końcu leżała tylko w 
ciemności z oczami 
szeroko otwartymi, nasłuchując cichych kroków i wypatrując ciemnych sylwetek 
przesuwających się przed oknem. 

- Mogła pani zostać w domu, panno Michaels. - Pani Pelikan zmarszczyła czoło i przyglądała 
się dziewczynie 
uważnie. - Być może byłoby nawet lepiej, gdyby poszła pani do domu teraz. 

Mimo starań Brandi nie udało się zamaskować ciemnych obwódek wokół oczu. 

- Dziękuję bardzo, pani Pelikan, ale bardzo czekałam na 

Christina Dodd 

104 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

możliwość pracy z panią i pani współpracownikami. I nie chciałabym, żeby uciekła mi sprzed 
nosa szansa 
zapoznania się z tą fascynującą nową sprawą. - Stała teraz, ściskając w spoconych dłoniach 
teczkę i mając nadzieję, 
że jej wygląd nosi choćby znamiona profesjonalizmu, bo to, co mówiła, z pewnością nie 
miało sensu. 

Nie mogłaby tylko znieść, gdyby od pierwszego dnia każdy uśmiechał się niedwuznacznie na 
jej widok, plotkował 
za jej plecami o jej zachowaniu na przyjęciu i nie opuszczał okazji, by uczynić jakiś 
komentarz w sprawie jej 
znajomości z wujkiem Charlesem. Dlatego zebrała się do kupy, wcisnęła na siebie najlepiej 
maskujący piersi stanik, 
włożyła najmniej wygnieciony, najbardziej konserwatywny żakiet, oraz zamówiła taksówkę, 
by tak szybko, jak to 
tylko możliwe znaleźć się w kancelarii McGrath i Lindoberth. Przynajmniej teraz Sanjin mógł 
czynić swoje 
głupkowate uwagi prosto w twarz. 

- W porządku - pani Pelikan na powrót stała się rzeczowa. - Jak sądzę znasz tutaj wszystkich. 
Tip Joel, Glenn 
SiWerstein, Diana Klim... 

Brandi zapragnęła znaleźć się na powrót w przytulnym apartamencie hotelowym, gdzie czuła 
się bezpieczna i ko-
chana. 

Może nie do końca kochana, ale z pewnością uwielbiana. Chociaż Roberto nie dopytywał się 
o jej nazwisko ani 
adres. Pozwolił na to, by opuściła jego życie na zawsze... i było to z pewnością najwłaściwsze 
rozwiązanie. 
Dokładnie tego chciała. I to obojętne przyzwolenie Roberta powstrzymało ją przed 
wykonywaniem rozpaczliwych 
telefonów do niego po tym, jak odkryła włamanie do swojego mieszkania. Dzięki Bogu, na 
pewno zachowała 
przynajmniej godność. 

Zamiast przytulnego ciepła, miała przed sobą pokój wypełniony współpracownikami 
wpatrzonymi w swoje 
dzienniki, notebooki i palmtopy. Wydawali się czynić wszystko, by 

Christina Dodd 

97 

Szafirowe kłopoty 

background image

uniknąć patrzenia jej w oczy i wymiany uprzejmości typowych przy poznaniu. 

Być może w ten sposób witało się nowo przybyłych w Chicago, ale Brandi była z Nashville. 
A tam dobre maniery 
należały do codziennego życia i nie zamierzała pozwolić sobie na gwałtowne wyzbycie się 
tego, z czego była dumna. 

Zdecydowanie podeszła do Tipa. 

- W piątek chyba brała cię grypa? Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej. 

Tip był starym prawnikiem, być może nie wybitnym, bo przekroczył już sześćdziesiątkę, a 
wciąż nie uzyskał statusu 
partnera w firmie, z pewnością wiedział jednak, na czym polega jego praca. Potrząsnął jej 
ręką. 

- Już mi lepiej. Dzięki. 

- Jakże miło cię znowu zobaczyć, Diano - powiedziała Brandi. - Mam nadzieję, że dasz mi 
numer telefonu swojego 
fryzjera. Człowiek, który strzygł moje włosy, z pewnością nie zasługiwał na to miano. 

Tak naprawdę to człowiek ten był artystą. Diana zaś miała trzydzieści kilka lat, była mężatką, 
a o jej fryzurę dbali 
najprawdopodobniej uczniowie szkoły fryzjerskiej, i to niezbyt dobrze, bo uczesanie 
podkreślało jej pucułowate 
policzki. Małe pochlebstwo z pewnością nie zostanie puszczone mimo uszu. Nie zostało. 
Oczy Diany zaświeciły się 
radośnie i odpowiedziała: 

- Jasne, nie ma sprawy. Glenn znacząco chrząknął. 

- Oczywiście przy innej okazji - dodała szybko Diana. 

- Sanjin. - Brandi wyciągnęła rękę, ale nie sądziła, by południowy czar mógł wiele zdziałać w 
jego wypadku. Był 
kawalerem, bardzo inteligentnym, z pochodzenia Hindusem i z pewnością nie podobało mu 
się, że Brandi nie 
wyraziła 

Christina Dodd 

98 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

zainteresowania mężczyzną, który zajmował ważne stanowisko w jej pracy. 

W dotknięciu jego ręki i w ledwo czytelnym ruchu głową było tyle chłodu, że dziewczyna 
zrozumiała, że 
najprawdopodobniej uczyniła z niego swego pierwszego wroga. 

- Panno Michaels, mam nadzieję, że skończyła pani towarzyskie rozmówki? - głos pani 
Pelikan brzmiał surowo, 
sprawiała wrażenie, jakby wiedziała dokładnie, co robi jej nowa pracownica. - Glenn 
przewodzi grupie zajmującej 
się nową sprawą, tak więc będzie pani bezpośrednim przełożonym. 

Brandi ujrzała, jak Glenn od niechcenia skłonił głowę, i domyśliła się, że nie czeka jej łatwe 
życie. Miał 
przynajmniej pięćdziesiąt lat, łysiał i walczył z tą przypadłością, nieudolnie zaczesując 
rzadkie włosy. W piątek, po 
tym jak po kilku kieliszkach wina stał się nachalny, Brandi zręcznie mu umknęła, a później 
jeszcze przez dobre 
dziesięć minut żartowała z jego żoną na temat starych pryków. Być może nie było to 
najmądrzejsze, ale wyznawała 
opinię, że mężczyzna, który zdradzał żonę, powinien zostać uśpiony i wykastrowany. 
Niekoniecznie w tej 
kolejności. 

- Glenn, proszę, byś przedstawił Brandi najważniejsze punkty sprawy. - Pani Pelikan usiadła 
sztywno, splatając 
ramiona na piersi. 

Brandi otworzyła notatnik i ujęła pióro w dłoń. 

- Postaram się ukazać wszystko dość zwięźle, reszta zespołu jest zapoznana ze szczegółami, a 
nasz klient zapewne 
zjawi się wkrótce - Glenn podniósł się i mówił bezpośrednio do Brandi, cała reszta miała 
wypisana na twarzach 
zniecierpliwienie i znudzenie. 

- Ma podwójne obywatelstwo, amerykańskie i włoskie. FBI twierdzi, że jest złodziejem 
klejnotów. Utrzymują, że 
specjalizuje się w brylantach, dużych brylantach, które kradł zarówno z muzeów, jak i 
prywatnych kolekcji w 
Nowym 

Christina Dodd 

107 

Szafirowe kłopoty 

background image

Jorku, San Francisco i Houston. Przygląda mu się nawet CIA. Ci dla odmiany uważają, że 
kradł w Rzymie, Bombaju 
i Londynie. Ale federalni byli szybsi. Brandi skłoniła głowę. 

- Czy zechciałaby pani notować, panno Michaels? - Glenn wskazał wymownie białą 
niezapisaną zupełnie stronę 
notatnika dziewczyny. 

I tak już wszyscy jej nienawidzili, więc zdecydowała się powiedzieć im prawdę. 

- Mam pamięć fotograficzną, panie SiWerstein, ale z pewnością zanotuję wszystko, co uznam 
za niezbędne do 
zweryfikowania szczegółów. 

Glenn głośno westchnął, jakby chciał w ten sposób wyrazić wątpliwość co do umiejętności 
Brandi. 

- FBI ma filmy z kamer przemysłowych pokazujące naszego klienta w miejscach, w których 
dokonano wkrótce 
potem przestępstwa, oraz, co najgorsze, nagranie audio, na którym rozmawia z właścicielem 
brylantu na mniej niż 
godzinę przed dokonaniem kradzieży. Znany jest z licznych romansów z kobietami, którym 
kradnie ich najdroższe 
skarby. 

- Najdroższe skarby - parsknął Tip. 

Brandi również starała się za wszelką cenę nie uśmiechnąć. 

- Jest jeszcze ta kobieta, pani Vandermere. Mówi, że widziała, jak kradł jej naszyjnik z 
ośmiokaratowym diamentem, 
zanim opuścił jej dom. FBI prowadzi sprawę na podstawie poszlak i zeznania tej jednej 
kobiety. - Glenn wykonał 
nieokreślony gest, niczym kobra przygotowująca się do ataku. - Mogliby zmontować z tego 
całkiem niezłą linię 
oskarżenia, gdyby nasz klient był biedny. Ale nie jest. Może sobie pozwolić na najlepszych 
obrońców, a to właśnie 
my. 

- Oczywiście - potwierdziła Brandi. 

- Jest bardzo bogatym i poważanym biznesmenem - Diana 

Christina Dodd 

108 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

uśmiechnęła się jak rozmarzona nastolatka. - A to, że jest włoskim hrabią, dodaje mu jeszcze 
więcej uroku. 

Brandi poczuła, jak włoski na karku stają jej dęba. Wbiła pióro w pierwszą stronę, nie 
zauważywszy, że przebiła ją 
na wylot. Biegła spojrzeniem od jednej do drugiej twarzy otaczających ją prawników. 

- Jak ma na imię? 

- Czy zdarza ci się czytać gazety? - zapytał Sanjin z przekąsem. 

- Jak się nazywa?! - Brandi uniosła głos, kurczowo zaciskając palce na stole. 

Jej gwałtowność sprawiła, że nawet Glenn cofnął się o krok. 

- Bartolini - powiedział. - Roberto Bartolini. 

background image

Rozdział 10 

- Z pewnością zapamiętałaś pana Bartoliniego. - Pani Pelikan przyglądała się uważnie Brandi, 
której twarz wyrażała 
przerażenie. - Był na przyjęciu u pana McGratha. 

- Wyszła wcześnie. Zapisała nas tylko w odpowiednich zbiorach swojej fotograficznej 
pamięci - głos Sanjina ociekał 
jadem. 

Drzwi otworzyły się. Sekretarka pani Pelikan weszła do środka i wyrzuciła z siebie krótkie: 

- Już jest. 

Zanim Brandi mogła jako tako się opanować albo zamknąć otwarte z zaskoczenia usta, 
Roberto zwinnie wsunął się 
do środka. 

Wyglądał wspaniale, nawet w kompletnym stroju. 

Nic dziwnego, że nie pytał o jej nazwisko. Powiedziałaby mu pewnie przy okazji, gdzie i dla 
kogo pracuje. 

Czarne, jedwabiste włosy, którymi tak uwielbiała się bawić, były przycięte w poważną, 
przystojącą biznesmenowi 
fryzurę. 

Wiedział, że będzie przydzielona do jego sprawy. Wiedział, że spotkają znowu. 

Przenosił spojrzenie z twarzy na twarz, by zatrzymać się dłużej na Dianie. 

Musiała wycofać się ze sprawy ze względu na brak obiektywizmu. 

O Boże, tylko nie to. Musiała wycofać się ze sprawy i... powiedzieć im, dlaczego to robi. 

Christina Dodd 

110 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Przeniósł wzrok na panią Pelikan i na Glenna. Brandi chciała zsunąć się z krzesła i schować 
się pod siołem. 

Dobry Boże. Zaraz zostanie zwolniona z pierwszej pracy. Ojciec będzie miał powody do 
narzekań na to, że nigdy nie 
spłaci mu studenckiej pożyczki. A może nie zostanie zwolniona? Mimo, że popełniła 
kardynalny grzech? Mimo 
romansowania z klientem? Niemożliwe. 

Głos pani Pelikan dobiegał jakby z oddali: 

- Panie Bartolini, wydaje mi się, że wszystkich już pan poznał. Przypominam, że ma pan 
przed sobą Glenna, Sanjina, 
Dianę, Tipa... 

Wstawali w miarę tego, jak wymieniano ich imiona. Roberto z uśmiechem uściskał dłoń 
każdego z osobna. 

- Nie poznał pan chyba tylko Brandi Michaels? - zapytała pani Pelikan. 

- Panno Michaels. - Uśmiech, który jej posłał, był grzeczny i wyrażał podziw dla piękna i 
wdzięku nowo poznanej 
atrakcyjnej kobiety. - Niezmiernie miło mi panią poznać. 

Poczuła się obrażona. Po ich wspólnym weekendzie udawał, że jej nie zna. 

Nie, właściwie to nawet lepiej, bo oto mogła przez chwilę zastanowić się nad tym, co 
powinna zrobić. Wycofać się 
ze sprawy, rzecz oczywista. Na uniwersytecie uczęszczała na zajęcia z etyki prawa. Musi się 
wycofać. 

Ktoś klepnął ją w ramię. Glenn. Jego spojrzenie wyraźnie mówiło, że powinna wstać. 

Powoli podniosła się z krzesła. 

- Panie Bartolini, będzie mi niezmiernie miło z panem pracować. 

Skąd wzięły się te słowa? Nie musiała wiedzieć. Wcale nie chciała z nim pracować. Miała 
przecież zamiar wycofać 
się. Nie miało znaczenia, że byłaby to najprawdopodobniej totalna 

Christina Dodd 

103 

Szafirowe kłopoty 

background image

porażka zawodowa i koniec jej kariery, i że będzie musiała pracować w McDonaldzie do 
końca życia, serwując 
powiększone zestawy Happy Meal. 

Interesujące, że dawał jej wybór utrzymania ich relacji w tajemnicy. Czyżby się jej wstydził? 

Nie, to nie to. Nie wiedział, że była prawnikiem w tej firmie, aż do momentu, w którym mu o 
tym powiedziała. 
Pamiętała,' jak na nią spojrzał - jakby zupełnie nie wiedział, co o tym myśleć. 

Ktoś znowu poklepał ją po ramieniu. Znowu Glenn. Wszyscy już zdążyli zająć miejsca. 

Roberto usiadł u szczytu stołu, tuż koło pani Pelikan, słuchając uważnie jej słów, gdy 
rysowała przed nim linię 
obrony. 

Brandi osunęła się na krzesło i gorączkowo zastanawiała się nad tym, co robić. Nawet jeśli 
Roberto nie chciał 
wyjawiać prawdy, sama musiała się na to zdobyć. Jeśli ktoś dowie się o ich relacjach, może to 
mieć fatalny wpływ na 
całą obronę. Z drugiej strony nie musiała zaraz przystępować do publicznej spowiedzi. Gdy 
skończy się spotkanie, 
musi porozmawiać z panią Pelikan w cztery oczy. 

Głos Sanjina sprowadził ją na ziemię. Wsłuchała się w jego słowa. 

- Myślę, że powinniśmy wysłać Brandi. I tak musi poznać sędziów w mieście, a jej brak 
doświadczenia nie ma tu 
większego znaczenia bo na takim spotkaniu niewiele można zepsuć. 

Zamęt w jej głowie sprawił, że umknęło jej coś bardzo ważnego. 

- Postaram się zrobić wszystko jak najlepiej - wyrzuciła z siebie szybko niezobowiązujące 
zdanie. 

- Bardzo dobrze - powiedziała pani Pelikan. - Tip i ty, Diano, zobaczycie, co jeszcze da się 
wyciągnąć ze źródeł FBI. 
Sanjin - skompletujesz i porównasz dane. 

Christina Dodd 

104 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Twarz Hindusa zachmurzyła się. Dobrze tak tej żmii, pomyślała Brandi złośliwie. 

- Glenn pracuje ze mną, Brandi - ty idziesz z panem Bartolinim poznać sędziego Knighta. Ma 
wyraźną słabość do 
pięknych twarzy, więc wybór jest oczywisty. - Wstała i skłoniła lekko głowę. Pozostali zrobili 
to samo. Brandi 
starała się naśladować swoich kolegów w tej prawniczej etykiecie, ale zaraz, zaraz... chyba 
miała iść z Robertem, by 
poznać sędziego. Jak to się mogło stać? 

Tak gorączkowo zastanawiała się nad zakończeniem swej kariery, że wszelkie decyzje 
zapadły bez jej udziału. 

Wszyscy wydawali się czekać, aż ruszy ku drzwiom, więc uczyniła to, Roberto postępował 
krok w krok za nią. Jej 
koledzy pewnie rozeszli się do własnych biur. 

Brandi ruszyła zaraz za panią Pelikan. 

Roberto chwycił ją za ramię. 

- Gdzie się wybierasz? 

- Żeby jej powiedzieć. 

- Możesz zrobić to później. Nic się nie stanie, jeśli wybierzesz się ze mną na spotkanie z 
sędzią. Słyszałaś, co powie-
działa pani Pelikan. Będzie miał do ciebie słabość, a ponieważ z pewnością nie okaże tej 
słabości mnie, będziesz dla 
mnie wybawieniem. 

Spojrzała na jego rękę. Ostatni raz, kiedy jej tak dotykał, całował ją na pożegnanie. I 
pocałunek ten skończył się na 
podłodze hotelowego pokoju, między kominkiem a łóżkiem. Spojrzała na jego twarz. Ostatni 
raz, gdy znajdował się 
tak blisko, złożyła głowę na jego piersi, wdychając jego czysty, świeży zapach, jakby był to 
najwspanialszy 
afrodyzjak świata. 

Teraz znów czuła jego zapach i wahała się pomiędzy rzuceniem mu się w ramiona a ucieczką. 

Ale Roberto wydawał się nieczuły na jej rozterki. Puścił ją i zapytał uprzejmie: 

Christina Dodd 

113 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Gdzie jest twój płaszcz? 

- W moim boksie. 

- Będziesz go potrzebowała. Jest raczej chłodno. 

- Naprawdę? - zapytała sarkastycznie. Ale nie podjęła tematu rozmowy z panią Pelikan. Była 
zbyt przestraszona, a 
Roberto prawdopodobnie miał rację. Wizyta u sędziego wrażliwego na kobiecy wdzięk nie 
wyrządzi nikomu 
krzywdy. 

Pozwoliła, by pomógł jej włożyć płaszcz. Rękawiczki naciągała już w windzie. Nie patrzyła 
ani na niego, ani na 
ludzi, którzy wsiedli z nimi do windy. Nie martwiła się nawet kobietą, która przez całą drogę 
nie mogła oderwać 
oczu od Roberta. 

Myślała tylko, że szczęśliwym wydarzeniem byłoby, gdyby winda urwała się i poleciała 
czterdzieści pięter w dół, 
kończąc w ten sposób jej wszelkie rozterki, rozgrzeszając ją z tchórzostwa oraz uśmiercając tę 
zdzirę, która właśnie 
ośmieliła się do niego mrugnąć. 

Limuzyna Roberta stała zaparkowana w miejscu, w którym obowiązywał zakaz 
zatrzymywania się, kołami na 
chodniku. Na ich widok Newby wyskoczył zza kierownicy i uprzejmie otworzył drzwi, 
uchylając szarmancko 
czapki. 

Świadek. Newby był jednym z tych, którzy wiedzieli o ich romansie. Concierge w hotelu był 
kolejnym. Tak jak i 
wszyscy, którzy widzieli, jak wchodzi do tego hotelu. Oraz Jeny, ochroniarz na przyjęciu, 
widział przecież 
samochód, do którego wsiadała. Nerwowo przyłożyła rękę do czoła, wyobrażając sobie ich 
zeznania i komplikacje 
jakie mogą z tego wszystkiego wyniknąć. 

- Wszystko będzie dobrze. - Roberto wziął ją za rękę i pociągnął w stronę samochodu. - 
Zaręczam, że wszystko 
wyolbrzymiasz. 

- Nie sądzę. 

Niemal wcisnął ją na tylne siedzenie limuzyny. 

Christina Dodd 

114 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

- Wszystko jest nadzwyczaj proste, a ja jestem tchórzem. Ujął ją za ramiona i przysunął twarz 
do jej twarzy. 

- Nie jesteś tchórzem. Z wszystkich rzeczy, których się o tobie dowiedziałem w przeciągu 
ostatnich dni, ta jedna jest 
pewna - nie jesteś! Uczyń mi tę przysługę i przestań się tak nisko oceniać. 

Zdążyła zapomnieć. Przez ten weekend pełen zmysłowej, niekontrolowanej i bajecznej 
miłości stwierdziła, że 
nadzwyczaj polubiła Roberta. Postarała się odzyskać spokój. 

- Dziękuję. Ale jesteś złodziejem biżuterii, więc co z ciebie za znawca charakterów? 

- Po pierwsze, nie jestem złodziejem do momentu, w którym zostanę skazany prawomocnym 
wyrokiem 
niezależnego sądu. 

O czym, jako jego osobisty prawnik, wiedziała. 

- Po drugie, złodziej biżuterii musi być wybitnym i niekwestionowanym znawcą charakterów. 

Skuliła się, odsuwając się od jego ciepła, zapachu i nacisku wspaniałego ciała. Zapiął jej pas. 

- To nawet ważniejsze niż umiejętność balansowania na gzymsie, na wysokości piątego 
piętra. 

Samochód ruszył, a ona popatrzyła na niego z mieszaniną strachu i fascynacji. 

- Na wysokości piątego piętra? Mogłeś się przecież zabić! - Skrzywiła się na samą myśl o 
wspaniałym ciele Roberta 
uderzającym głucho o cementowy chodnik. 

Nieproszone myśli wtargnęły jej do głowy. Roberto rozpinający koszulę, ukazujący wspaniałe 
bicepsy, szeroką 
pierś... Nic dziwnego, że mięśnie tak grały na całym jego ciele. Balansowanie na gzymsach 
wymagało rzetelnego 
treningu i praktyki... Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale coś powiedziało jej w środku, 
że należało go ostro 
upomnieć: 

- Właśnie przyznałeś się do tego, że jesteś złodziejem. Nigdy, ale to nigdy nie powtarzaj tego 
błędu. Nigdy. 

Christina Dodd 

107 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Cóż takiego uczyniłem, słodka Brandi, byś zaczęła przypuszczać, że jestem nie złodziejem, 
a pospolitym 
głupkiem? 

- Jego głos rozbrzmiewał całym bogactwem zmysłowych tonów, nigdy tak do niej nie 
mówił... z wyjątkiem 
momentów, w których się kochali. Wtedy w jego głosie było ciepło słonecznej Italii i kiedy 
poruszał się w niej, 
zapominała o Chicago, zimnie, niedopasowanych meblach, rozkojarzonej wiecznie matce, 
narzekającym ojcu i tym 
sukinsynu, który czas narze-czeństwa poświęcał miłosnym uściskom z inną kobietą. Ostatni 
weekend był 
najlepszym w jej życiu, podczas gdy poniedziałek miał się okazać najgorszym z 
poniedziałków. 

- Nie sądzę, że jesteś pospolitym głupkiem. - To była akurat ostatnia rzecz, którą by o nim 
pomyślała. - Ale sądzę, że 
jesteś niemoralny. Dlaczego nie powiedziałeś mi, czym się zajmujesz. 

- A jak sądziłaś, czym się zajmuję? 

- Nie wiem, do cholery, jesteś włoskim hrabią. Wydął usta. 

- Bycie hrabią nie jest tak dobrze płatne jak niegdyś. 

- Rzeczywiście, nie sądziłam, że dodają do tego pensję 

- Brandi nie wiedziała, co dokładnie sądziła. 

- Wiedziałaś, jak się nazywam. Nie sprawiałaś wrażenia kogoś znającego szczegóły mojej 
sprawy, ale nie 
przypuszczałem, by w jakikolwiek sposób miało to nam przeszkodzić. 

Jasne, był zupełnie taki, jak Alan. Winę chciał zwalać na nią. 

Nie zwracając uwagi na jej wyraz twarzy, kontynuował: 

- Nie zdawałem sobie sprawy, że dokonaliśmy wykroczenia, aż do momentu, w którym 
rozmawiałaś przez telefon ze 
swoją matką. 

A więc nie zwalał na nią winy. Po prostu nie obwiniał nikogo. Co za ulga. 

- A wtedy było już za późno. 

Christina Dodd 

108 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

- Właśnie. 

- Czekaj, to był sobotni poranek. - Pamiętała rozmowę z Tiffany, pamiętała dokładnie, jak w 
chwilę po skończeniu 
tej rozmowy znalazł się przy niej i umiejętnie przekonał ją do pozostania z nim, a ona oddała 
mu się bez żadnych 
oporów. 

Uśmiechnął się do niej, jego ciemne oczy wyrażały żywe rozbawienie, usta wygięły się w 
wyrazie oczekiwania, 
jakby miał nadzieję, że oto Brandi dojdzie do wniosków, które starał się jej zasugerować. 

- OK, więc gdy najgorsze mieliśmy już za sobą, nie mogłeś mi po prostu powiedzieć? - 
zapytała nadąsana. 

- I sprawić, byś zadzwoniła do Charlesa McGratha i powiedziała mu, że rzucasz pracę? W 
żadnym wypadku. A poza 
tym... - Nachylił się nad nią. - Bardzo chciałem kochać się z tobą. 

Jego głos brzmiał dokładnie tak, jak wtedy, gdy uprawiali seks. O nie. Spojrzała w dół, splotła 
palce w grubych ręka-
wiczkach. Musiała się skoncentrować. Nie mogła sobie pozwolić na rozkojarzenie. 

- Słuchaj, nie potrafiłam powiedzieć pani Pelikan prawdy od razu - jej głos zadrżał. Musiała 
się uspokoić. - Nie 
zamierzam jednak przyczyniać się do katastrofy tej sprawy. Kiedy wrócimy, przyznam się do 
wszystkiego, wycofam 
się z prowadzenia i... poniosę konsekwencje. 

Dla własnego spokoju duszy postanowiła nie patrzeć mu w twarz, wypowiadając te słowa. 

- A teraz powiedz mi, dlaczego właściwe jedziemy do tego sędziego? 

- Nie uważałaś na spotkaniu? 

Brandi tym razem spojrzała mu prosto w oczy. 

- Dobrze, już dobrze. - Uniósł ręce, jakby broniąc się przed uderzeniem. - Sędzia Knight 
pragnie mnie poznać. Został 
przydzielony do mojej sprawy. Dostałem polecenia, by być 

Christina Dodd 

117 

Szafirowe kłopoty 

background image

poważnym, uprzejmym, przypomnieć mu o swojej reputacji międzynarodowego biznesmena 
oraz o silnych 
powiązaniach z Chicago. 

Jego głos stwardniał. 

- A także, by poczynić wszelkie niezbędne kroki, które mogłyby pomóc sędziemu w 
wykonywaniu jego pracy. 

- Powinno nam pójść jak z płatka. Jesteś czarujący a i mnie nie brakuje czaru. - Posłała mu 
wspaniały, wyuczony 
uśmiech dziewczyny z Południa. - Nie zabawimy u niego dłużej niż pół godziny. 

 

 

 

Rozdział 11 

- Jak mogłeś powiedzieć takie rzeczy w twarz sędziemu? - Brandi podążała nerwowym 
krokiem przez szeroki 
korytarz budynku sądu w stronę wyjścia. 

- Jest nazbyt wrażliwy. - Roberto szedł szybko u jej boku, ręce w kieszeniach, kołnierzyk 
rozpięty, krawat odrobinę 
więcej niż poluzowany. 

- Amerykański system sprawiedliwości nazwałeś farsą. Powiedziałeś, że FBI nie potrafi 
zawiązać sobie sznurówek 
bez czytania instrukcji. Dałeś do zrozumienia, że właściwie powinni cię byli złapać już wiele 
lat temu, więc niejako 
przyznałeś się do winy. I że złapaliby cię, gdyby takie CIA na przykład miało bardziej 
kompetentnych pracowników 
- wysyczała Brandi. Wiedziała, że przemawiał przez nią gniew. Ale nie mogła przestać. - 
Zafundowałeś mi trzy 
najgorsze godziny życia. 

- Ale przynajmniej zostaliśmy razem dłużej - odpowiedział. 

Zbliżali się do drzwi wyjściowych. 

Brandi z trudem zaczęła wkładać ciężki zimowy płaszcz. 

Zaraz znalazł się przy niej, by pomóc. 

- Co powie pani Pelikan, gdy dowie się, że jako oskarżony zostałeś oddelegowany pod moją 
opiekę prawną? 

background image

Zapewne mnie zwolni. Nie muszę się martwić o wycofywanie się ze sprawy - syk Brandi 
przeszedł w krzyk - bo i tak 
będę bezrobotna! 

Christina Dodd 

119 

Szafirowe kłopoty 

background image

Mijający ich ludzie przyglądali się im uważnie. 

Roberto wzruszył ramionami na widok pytającej miny oficera policji chroniącego budynek, 
zupełnie jakby chciał 
powiedzieć, że nie zna przyczyn wzburzenia swojej towarzyszki. 

- No widzisz, nie chciałaś podawać przyczyn wycofania się ze sprawy, a teraz nawet nie 
musisz. Wszystko wyszło na 
dobre. 

- Na dobre? Spieprzyłam pierwsze zadanie, które otrzymałam... Czekaj! - nagła nuta 
podejrzenia zabrzmiała w głosie 
dziewczyny i Brandi zatrzymała się gwałtownie. 

Roberto zdecydowanie odciągnął ją na bok, by nie tarasowała przejścia. 

- Co powiedziałeś? - zapytała. 

- Powiedziałem, że wszystko wyszło na dobre - odpowiedział, dopinając swój płaszcz. 

- Nie, nie to. Przedtem. Powiedziałeś: przynajmniej zostaliśmy razem na dłużej - w jej głosie 
znowu wzbierała złość. 
- Ośmieliłeś się zrobić to celowo? 

- Cara. - Zbliżył się do niej. Położył dłonie na jej ramionach. - Ty naprawdę masz mnie za 
głupca. Uwielbiam cię, ale 
nie zaryzykowałbym wyroku skazującego na dożywocie dla kilku tygodni twojej opieki 
prawnej. To nie ma sensu. 

- Nie, nie ma - uspokoiła się. - Ale to, co zrobiłeś tam, również było bez sensu. - Wskazała 
ręką w stronę biura 
sędziego Knighta. 

- Jest amerykańskim sędzią, a ja włoskim hrabią. - Oparł się niedbale o ścianę. - Powinien 
znać swoje miejsce. 

Otwarty snobizm Roberta przypomniał jej nazbyt wyraźnie, że niewiele mieli ze sobą 
wspólnego. Właściwie tyle co 
nic. 

- Z pewnością. Kiedy wyszedłeś do toalety, sędzia Knight powiedział mi, że dzieciństwo 
spędził na ulicach Chicago, 

Christina Dodd 

120 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

a nie przeszkodziło mu to w zostaniu jednym z najbardziej respektowanych obywateli miasta. 

- Przesadzał, by zaimponować pięknej dziewczynie. - Roberto machnął z lekceważeniem 
ręką. 

Zacisnęła pasek tak mocno, że ledwo mogła oddychać. A może to gniew zapierał jej dech w 
piersi. 

- Uważa, że ma pełne prawo do tego, by przesłuchiwać na dowolną okoliczność człowieka 
twojego stanu, który 
zszedł na złą ścieżkę. 

- Nie, nie ma takiego prawa - Roberto nie żartował. 

I pomyśleć, że jeszcze niedawno podziwiała w mężczyznach arogancję. 

Kiedy wyciągała rękawiczki z kieszeni, wypadła biała kasetka na kolczyki, która potoczyła 
się po ziemi. 

Podniósł ją i wręczył Brandi. 

- Mam nadzieję, że w środku nie ma nic wartościowego. 

- Nie, kolczyki mam na sobie. - Wrzuciła ją z powrotem do kieszeni, włożyła rękawiczki i 
czapkę i nie oglądając się 
wyszła na zewnątrz. 

Ruszył za nią. 

Kiedy znaleźli się przed budynkiem, uderzyła ich fala mroźnego wiatru. Brandi zdecydowanie 
ruszyła w stronę 
limuzyny. 

Roberto nie wykonał nawet kroku. Zatrzymał się na szczycie schodów i uważnie mierzył 
ulicę wzrokiem. Jego 
spojrzenie zatrzymało się na dłużej na dwóch postaciach stojących ramię w ramię przy 
wielkim pomniku - 
podarunku dla miasta od samego Picassa. 

Chociaż przypominali ubiorem polarników w swoich czapach, grubych rękawicach, solidnych 
butach i szalikach 
przykrywających twarze, to zimno wyraźnie dało się im we znaki. 

A wtedy Roberto powiedział jedną z najgłupszych chyba kwestii w życiu: 

Christina Dodd 

112 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

- Przespacerujmy się. 

- Prze co? - Jej usta już zdrętwiały z zimna. - Zwariowałeś? 

- I tak odnosisz takie właśnie wrażenie. Przynajmniej potwierdzam twoją diagnozę. - 
Zawiązywał już swój kaszmiro-
wy szalik wokół jej szyi i uszu, uśmiechając się szelmowsko na widok jej rosnącej irytacji. 

- Chodź, powiemy kierowcy. Będzie za nami jechał w samochodzie. 

- Ale biuro jest o kilka mil stąd. - Miękki szalik napełnił ją ciepłem, zapachem i pewnością 
siebie Roberta. 

- Nie idziemy do biura. Idziemy do restauracji. Jeszcze nie zdążyłem nic zjeść. 

Patrzyła na niego osłupiała. 

- To niedaleko. Tylko kilka ulic. 

Bardzo, ale to bardzo chciała mu powiedzieć, że będzie przyglądała mu się z okna 
samochodu, ale sędzia Knight był 
wściekły za sposób, w jaki został potraktowany, a jego gniew rozlał się na całą kancelarię 
McGrath i Lindoberth, nie 
wykluczając Brandi. Bardzo dokładnie przedstawił, co stanie się z nią i jej raczkującą 
prawniczą karierą, jeśli nie 
wywiąże się ze swojej roli prawnego opiekuna i nie dopilnuje podejrzanego. I teraz Brandi nie 
miała odwagi 
zostawiać Roberta samo-pas, a przynajmniej nie przed samym budynkiem sądu. Nie 
wcześniej, niż kiedy sprawa 
będzie w końcu zakończona. 

- Dobrze, przespacerujmy się - powiedziała z rezygnacją. Roberto i Newby zamienili kilka 
słów przy samochodzie, 

po czym ten pierwszy dołączył do Brandi, by ruszyć żwawym krokiem w dół ulicy. 

Dziewczyna wtulała głowę w kołnierz, chcąc wydobyć z niego maksimum ciepła. 

- Nienawidzę tego. To nie jest zima. Zima to ciepła czekolada i grzane wino. Zima to płatki 
śniegu i jeżdżenie na 

Christina Dodd 

122 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

sankach. A tu jest za zimno nawet na śnieg. Czuję się jak na cholernym lodowcu i jedyne, 
czego mogę się 
spodziewać, to zamarznięcie na śmierć. 

- Bardzo proszę, pozwól, że cię ogrzeję. - Roberto objął ją ramieniem. 

Wyrwała się rozdrażniona. 

Nie wyglądał na obrażonego. Co gorsza, nie sprawiał wrażenia, by było mu zimno. 

Jedynie kilka osób wydawało się dorównywać im odwagą i zdecydowało zmierzyć się z 
przejmującym chłodem. 
Większość mieszkańców miasta czekała w swych mieszkaniach na gorące lato - nawet tych 
dwóch sprzed pomnika 
miało najwyraźniej dość, bo opuścili plac przed sądem i ruszyli śpiesz-nie w tę samą co i oni 
stronę, kilkadziesiąt 
metrów za nimi. Jeden z nich kaszlał. Z pewnością łatwo było o przeziębienie. 

- Dlaczego się tu przeniosłaś, skoro tak nienawidzisz zimna? - zapytał Roberto. - Chicago nie 
ukrywa swojej 
reputacji. To przecież „Miasto Wiatrów". 

- Narzeczony - Brandi wciąż była nadąsana. Nie powinien myśleć, że jej przeszło, po tym co 
wyczyniał w sądzie. 
Gniew wydawał się jedyną rzeczą, która podtrzymywała temperaturę jej ciała. 

- Przeprowadziłaś się, żeby go nie widzieć? 

- Przeprowadziłam się, ponieważ tu mieszka. - Wiedziała, dokąd zmierza ta rozmowa, i nie 
chciała wyznawać 
prawdy. Znalezienie wspaniałego włoskiego kochanka ulżyło jej w cierpieniu zadanym przez 
Alana. Odkrycie, że 
wspaniały włoski kochanek był złodziejem, znacznie rozszerzyło skalę jej upokorzenia. 

- Daleko jeszcze do restauracji? 

- Kilka ulic. - Spojrzał na samochód, a potem obejrzał się za siebie. - Newby jest zaraz za 
nami. Możesz wsiąść do 
samochodu. 

Christina Dodd 

114 

Szafirowe kłopoty 

background image

Brandi odwróciła głowę. Newby jechał powoli, dostosowując prędkość do ich tempa, 
blokując tym samym ruch na 
ulicy i niespecjalnie przejmując się tym, co myślą na ten temat inni kierowcy. 

- Nie, bo gdy tylko odwrócę się na chwilę, zaraz znikniesz. Roberto roześmiał się. Właściwie 
to śmiał się z niej. 

- Gdybym naprawdę chciał zniknąć, jak mnie powstrzymasz? Złapiesz mnie za kostki? 

- Zdziwisz się - powiedziała ponuro. Balerina Brandi bez wysiłku mogłaby go kopnąć w tył 
głowy, ale tego akurat 
nie musiał wiedzieć. Może kiedyś przyjdzie jej uciec się do tej metody? W każdym razie 
może nabrać na to ochoty. 

- Gdzie jest ta restauracja? - Jedynym miejscem, jakie rzuciło jej się w oczy, był stary, dobry i 
niewątpliwie tani bar 
z krzykliwym szyldem reklamującym piwa Budweiser i Old Milwaukee. 

- To tutaj - powiedział Roberto. - „Wypchany Pies". Bar, niewątpliwie, do tego noszący 
straszliwie podłą 

nazwę. 

- Nie wygląda na miejsce, w którym byś zbyt często jadał. Zdecydowanie nie sprawiało 
wrażenia miejsca, w którym 

stołowałby się nadzwyczaj pewny siebie włoski hrabia. 

- Będziesz zaskoczona... więc przeprowadziłaś się tutaj w zeszłym tygodniu, a w tym już nie 
jesteś zaręczona? 

O rany! Był jak bumerang ze swoimi pytaniami, odlatywał na chwilę, by zaraz powrócić 
dokładnie w to samo 
miejsce. 

- Właśnie tak. 

- Kto zerwał? 

Nie odpowiedziała od razu i Roberto otwierał już przed nią drzwi, gdy w końcu otworzyła 
usta. 

- Jego żona. 

Podłoga była wyłożona czarno-białym linoleum, przy stolikach stały tandetne krzesła, a 
całości dopełniały 
wypchane 

Christina Dodd 

background image

124 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

zwierzęta-pudle, chow-choy, niemieckie owczarki, spaniele i labradory - wiszące na ścianach 
i opakowane w folię. 
Wy-slrój sprawiał wrażenie nieco przypadkowego, nogi stołów wykonane były z metalu, 
blaty z laminowanego 
drewna, lada była odrapana, ale w powietrzu unosił się boski aromat. 

Brandi nie jadła od ostatniego wieczoru, gdy opuściła Roberta. Nagła fala smakowitych 
zapachów przyprawiła ją o 
zawrót głowy, a głośne burczenie w brzuchu musiało przywołać kelnerkę o posiwiałych 
włosach. 

- Usiądź, kochanie, zanim upadniesz. - Starsza pani machnęła ręką w kierunku stolika, po 
czym przeniosła wzrok na 
Roberta i stanęła jak wryta - Zaraz, zaraz. Czy to nie ty jesteś lym młodzieńcem, o którym 
tyle w gazetach? Tym, 
który nakradł tyle kosztowności paniom z towarzystwa? - zapytała. 

Był w gazetach? Czy każdy już o nim wiedział? 

- Kosztowności dostałem w prezencie. - uśmiechnął się szeroko do tęgiej, zmęczonej pracą 
kelnerki. 

Położyła rękę na piersi i zaczerwieniła się. Prawdopodobnie po raz pierwszy od jakichś 
czterdziestu lat. 
Odpowiedziała gorącym uśmiechem. 

- Łatwo w to uwierzyć. 

Tak, jego uśmiech rozświetlił restaurację. Oto kobieta nosząca ortopedyczne buty, z 
poparzeniem na lewym 
ramieniu i wyrazem twarzy, który mówił, że niejedno, a właściwie to wszystko już w życiu 
widziała - zachowywała 
się jak kokietka. Bogatsza z pewnością obsypałaby go klejnotami. 

Roberto spojrzał na przeciwległy koniec sali, gdzie przy długim stole siedziało kilku 
mężczyzn, pochylonych nad 
talerzami. Mężczyźni jedli, głośno rozmawiali i palili papierosy. Inni klienci trzymali się od 
nich z daleka. 

Najprawdopodobniej z powodu dymu, pomyślała Brandi. 

- Widzę tam kilku przyjaciół - odezwał się Roberto. - Przyłączymy się do nich. 

Christina Dodd 

116 

Szafirowe kłopoty 

background image

Kelnerka zaczęła protestować, ale umilkła w pół słowa i zmierzyła Roberta poważnym 
wzrokiem. 

- To będzie twój pogrzeb. 

Brandi znowu zrozumiała, że oto nie grano z nią fair. Przyszło to dość łatwo, ostatnio co 
chwila bywała wystrych-
nięta na dudka. 

- Czy to właśnie ze względu na nich chciałeś się tu znaleźć? 

- Serwują tu przepyszne hot-dogi. To nie była odpowiedź. 

- O jakiego rodzaju przyjaciołach mówisz? 

- Starych przyjaciołach rodziny. 

Już ich zauważono. Na widok Roberta i Brandi zmierzających w ich stronę, mężczyźni 
zaczęli powoli wstawać z 
miejsc. Zauważyła, że była jedyną kobietą w towarzystwie. A sposób, w jaki na nią patrzyli, 
zupełnie jakby miała 
wypisaną na twarzy podejrzaną profesję, sprawił, że poczuła się bardzo nieswojo. 

Jeden z mężczyzn, na oko pięćdziesięcioparoletni, o szerokich ramionach i wydatnym 
brzuchu, odsunął talerz, na 
którym obok dwóch hot-dogów piętrzyła się góra frytek. Ruszył w stronę nowo przybyłych z 
otwartymi ramionami. 

- Bobby! Bobby Bartolini. Jak dobrze cię widzieć. Proszę, proszę! Jak wyrosłeś - jego włoski 
akcent był o wiele 
wyraźniejszy niż Roberta, a głos rozbrzmiewał tubalnie. 

Brwi Brandi uniosły się ze zdziwieniem. Jeśli ośmielał się zwracać do Roberta per Bobby, 
rzeczywiście miała do 
czynienia ze starymi przyjaciółmi. Ale wszyscy z wyjątkiem niego i jeszcze jednego 
mężczyzny stojącego po jego 
prawej, byli w wieku Roberta. Około trzydziestki, różnego wzrostu, ale tryskający zdrowiem, 
o muskularnych 
ramionach wyglądających spod zawiniętych rękawów koszul. 

- Mossimo Fossera, co za wspaniała niespodzianka. - Ro- 

Christina Dodd 

117 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

 

berto uściskał go serdecznie. - Któż by pomyślał, że cię tu zastanę. 

Jasne. Jedynym powodem, dla którego tu się znaleźli, byli właśnie ci ludzie. 

- My, Fosserowie, kręcimy się tu i tam - odpowiedział Mossimo. 

Roberto poklepał go po brzuchu. 

- Widzę, że jest i Greg. - Uścisnął rękę mężczyzny niemal tak przystojnego jak on sam. 

- Dante, hej. Wciąż uganiasz się za tą wspaniałą dziewczyną, Florenzą? 

- Już nie. Przestałem się za nią uganiać... po tym, jak się z nią ożeniłem. 

Mężczyźni zaśmiali się wesoło. 

Dante i Roberto wymienili przyjacielskie kuksańce. 

- Fico, hej, cera w końcu ci się poprawiła. Ricky, gdzieżeś zgubił włosy, co? Jest i Danny. 
Niezły tatuaż. Musiało 
boleć jak cholera. 

Roberto stracił swój włoski akcent. Mówił jak normalny Amerykanin. Nawet zachowywał się 
jak normalny 
Amerykanin, czyli sztucznie i bezsensownie - choć być może to Alan uczulił ją wcześniej na 
taki typ zachowań. 

- Co to jest? - Mossimo wskazał Brandi brodą. 

- Brandi, pozwól, że pomogę ci zdjąć płaszcz - powiedział śpiesznie Roberto, odplątując już 
swój szalik. 

- Heeej! - Fico krzyknął w wyrazie uznania. 

Roberto zsunął jej zimowy płaszcz z ramion i powiesił na wieszaku. 

Mężczyźni gapili się na nią bez cienia zażenowania. Brandi szybko zdała sobie sprawę z tego, 
że jej maskujący piersi 
stanik i konserwatywny ubiór nie skrywał jej figury tak dobrze, jak pragnęła. 

Roberto objął ją w talii i przyciągnął blisko do siebie. 

Christina Dodd 

127 

Szafirowe kłopoty 

background image
background image

- Przedstawiam wam Brandi Michaels - mojego adwokata. Zebrani odpowiedzieli chichotem i 
trącaniem się 
łokciami. 

- Jasne, prawnik! 

- Tak się to dziś nazywa... adwokat. 

- Roberto ma fantazję. 

Zupełnie otwarcie poniżali Brandi i śmiali się, jakby jej tam nie było. Jak gdyby była jakąś 
głupiutką blondynką. 
Jakby była swoją matką. 

Z całej siły rąbnęła Roberto łokciem w żebra, aż stracił dech w piersiach i wydał z siebie 
głośne „uff. Postąpiła krok 
do przodu i wyciągnęła rękę do Mossima. 

- Nazywam się Brandi Michaels, pracuję dla McGrath i Lindoberth. Nie tylko jestem 
adwokatem Roberta, ale rów-
nież prawnym opiekunem albo, jeśli pan woli, strażnikiem. 

Młodsi przestali się uśmiechać i patrzyli niepewnie jeden na drugiego, jakby nie do końca 
wiedzieli, jak zareagować. 
Mossimo ukłonił się grzecznie. 

- Powinienem spodziewać się po Bobbym, że będzie miał najśliczniejszego prawnika w 
branży. 

Mówił trochę jak Popeye z kreskówek, kątem ust. Niemal czekała na to, jak zje puszkę 
szpinaku i napręży bicepsy. 

- Proszę usiąść, panno Michaels. Danny przystawił krzesło. 

Usiadła, a Roberto zaraz zajął miejsce u jej boku. Bardzo blisko, niemal jakby chciał ją objąć, 
zupełnie jak 
mężczyzna broniący swojego terytorium. Przez moment ponownie chciała użyć łokcia, ale 
właśnie nadeszła 
kelnerka, niedbale podała im obojgu menu i otworzyła notes z zamówieniami. 

Brandi zerknęła na nie i od razy wiedziała, co chce zamówić. 

- Czosnkowa kiełbasa i cola. - Czosnek był skuteczny przy odpędzaniu wampirów... i 
włoskich kochanków. 

- Ze smażoną cebulą i kiszoną kapustą? 

Christina Dodd 

background image

128 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

- O tak - Brandi uśmiechnęła się słodko do Roberta. - I frytki, masę frytek. 

- Wezmę to samo. 

Sposób, w jaki na nią patrzył, sugerował, że nie zważałby na nic, nawet gdyby cała pachniała 
jak czosnek zmieszany 
z kiszoną kapustą. Co utrudniało plan utrzymania należnego dystansu, a równocześnie było 
bardzo pochlebne. 

- Jak tam twój dziadek, Bobby? - Mossimo promieniał uśmiechem, choć jego uśmiech, tak jak 
i sposób mówienia 
wydawał się pojawiać jedynie w kącie ust. - Sergio nie wychodzi chyba za wiele, dawno go 
nie widziałem. 

- Jak na kogoś, kto ma osiemdziesiąt jeden lat, trzyma się nieźle. Kilka dolegliwości tu i 
ówdzie. Przy zmianie 
pogody dokucza mu ręka. - Roberto klepnął się w czoło. - Ale tu, wszystko w porządku. 
Umysł nadzwyczaj sprawny. 

- Dobrze, dobrze. Co do ręki, to rzeczywiście nie najszczęśliwsza historia, ale co musiało być 
zrobione - było 
zrobione. 

Konwersacja zamarła nagle, mężczyźni popatrzyli na siebie, a potem skierowali spojrzenia na 
nią. 

Wyglądali, jakby jedzenie z kobietą przy jednym stole stanowiło dla nich swoiste novum. 

- Jest pani z Chicago, panno Michaels? - zapytał Mossimo. 

- Nie, właśnie niedawno się przeprowadziłam. - Nikt nic nie powiedział. - Zimno tu - dodała 
po chwili niezręcznego 
milczenia. 

Słyszała, jak Fosserowie szurają nogami pod stołem. Roberto odchylił się na swoim krześle, 
całkowicie rozluźniony, 
z kciukami w kieszeniach spodni i najwyraźniej niezainteresowany podtrzymywaniem 
konwersacji. 

Dlaczego tak bardzo chciał przysiąść się do tych ludzi, skoro teraz nic nie mówi? 

Ale Tiffany wpoiła córce do głowy ustalony porządek zachowania. 

Christina Dodd 

120 

Szafirowe kłopoty 

background image

- A pan, mieszka, pan tutaj całe życie, panie Fossera? 

- Urodziłem się we Włoszech, ale przyjechałem tutaj z moim bratem Rickym, gdy miałem 
dziewięć lat. A te 
dzieciaki - ruchem brody wskazał pozostałych - urodziły się już tutaj. 

Zamilkł niemal w pół słowa, zupełnie jakby wyjawiał tajemnice niezmiernej wagi. 

Podtrzymywanie konwersacji z tymi ludźmi było jednym z cięższych zadań, jakich się 
podjęła i kiedy zadzwonił jej 
telefon, była wdzięczna zrządzeniu losu. Szybko wyciągnęła go z torebki, spojrzała na numer 
i jej wdzięczność 
momentalnie rozwiała się tak szybko, jak przyszła. 

- Proszę wybaczyć, muszę odebrać. To z kancelarii McGrath i Lindoberth. - Odsunęła krzesło 
i odeszła od stołu. 
Słyszała, jak rozmowa przy stole odradza się błyskawicznie i nabiera tempa w miarę, jak się 
oddalała, ale to, co ci 
ludzie mieli do powiedzenia na jej temat, nie było nawet w połowie tak istotne, jak to, co 
chcieli przekazać jej 
szefowie. Wzięła głęboki oddech i odebrała. 

To był Glenn, a ton jego głosu mroził bardziej niż pogoda na zewnątrz. 

- Co się stało? 

- Miałam zamiar do pana dzwonić. Mieliśmy nieco kłopotów z sędzią Knightem - mówiąc 
oględnie, dodała w 
myślach. 

Brandi powinna była to przewidzieć. Być może przewidziałaby, gdyby nie musiała 
przyglądać się kolejnym 
transformacjom Roberta. Od czarującego księcia do złodzieja klejnotów. Od arystokraty do 
pospolitego przestępcy. 
Gdzieś po drodze, przy kolejnej inkarnacji trochę się pogubiła. 

- Sędziemu nie spodobało się kilka rzeczy, które powiedział pan Bartolini. 

- Panno Michaels, widząc pani brak doświadczenia, przydzieliłem panią do najłatwiejszego 
zadania, mianowicie, by 
zapoznała pani naszego klienta z sędzią Knightem w taki 

Christina Dodd 

130 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

sposób, by ten ostatni był do nas przychylnie nastawiony. Zawiodła nas pani. Łysiejący, stary 
pryk. 

Oczywiście zasłużyła na naganę za przespanie się z kimś zupełnie obcym, może nie na 
naganę z ust Glenna. Z 
pewnością jednak nie będzie się wstydzić za Roberta. 

- Panie SiWerstein, nie mogę odpowiadać za słowa, które nasz klient wypowiada w swoich 
rozmowach. Jeśli zaś 
sędzia Knight powiedział panu wszystko, wspomniał zapewne o tym, że uchroniłam pana 
Bartoliniego przed 
natychmiastowym zatrzymaniem w areszcie. 

- Tylko po to, by zostać jego opiekunem prawnym. Wszystkie kobiety w kancelarii zdolne by 
były do morderstwa, 
byle tylko znaleźć się w pani skórze - głos Glenna stawał się coraz bliższy histerii. - Czy ma 
mnie pani za idiotę, 
panno Michaels? 

Wolała, żeby nie zadawał pytań, na które odpowiedź sama cisnęła się na usta. Zwłaszcza 
kiedy była tak zmęczona, 
głodna i zirytowana zachowaniem mężczyzn, w szczególności Roberta. 

- Panie SiWerstein, niech pan pozwoli, że coś panu powiem. Jem właśnie lunch w barze, na 
drodze do którego 
odmroziłam sobie tyłek, tylko dlatego, że pan Bartolini miał ochotę na spacer. Siedzę więc z 
jego przyjaciółmi, 
chociaż powinnam być w domu i likwidować bałagan w moim mieszkaniu po dokonanych w 
nim aktach 
wandalizmu. A na wypadek, gdyby dotarła do pana plotka, to mój narzeczony właśnie 
poślubił inną kobietę. 

- Tak, słyszałem. Ale to żadne wytłumaczenie. - Glenn spuścił jednak z tonu, 
prawdopodobnie był jednym z tych 
mężczyzn, którzy nienawidzą, gdy kobieta płacze. 

Gdyby tylko wiedział, jak daleka była od łez. Telefon zamrugał wyświetlaczem. Sprawdziła 
numer i powiedziała 
szybko: 

Christina Dodd 

122 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Przepraszam, panie Silverstein, muszę odebrać drugie połączenie. To gospodarz domu, mam 
nadzieję, że złapali 
człowieka, który zniszczył mi mieszkanie. 

Nie czekając na odpowiedź, przełączyła Glenna w tryb oczekiwania. 

- Panna Michaels? - głos Eryka był rześki i pełen werwy. 

- Ludzie od ubezpieczenia już byli i zdążyli się wynieść. Wszystko sfotografowali. Była też 
firma sprzątająca. Sam ją 
nadzorowałem. Wszystkie pani rzeczy, te niezniszczone, zostały oddzielone i ułożone. Być 
może nie dokładnie na 
miejscu, ale przynajmniej tak, że po powrocie nie musi pani zaraz przystępować do 
rozpakowywania. Wszystko, co 
będzie chciała pani ułożyć sama, kazałem włożyć do pudełek. Pudełka są przy ścianie 
pomiędzy sypialnią a salonem. 
Firma wyczyściła też wszystkie wykładziny. 

- Wykładziny? A co było nie tak z wykładzinami? 

- Przede wszystkim zapach. Ustaliliśmy, że wandale... 

- Wandale. Było ich więcej niż jeden? - Brandi nerwowo pocierała czoło. 

- Na nagraniu widać dwóch mężczyzn. Mieli na sobie szaliki i nasunięte czapki, więc są 
problemy z ustaleniem 
tożsamości. 

- Jak dostali się do środka? 

- Wygląda na to, że jakoś udało im się włamać. Odetchnęła głęboko, na nowo wszystkim 
zdenerwowana. 

- Ale prawdopodobnie ktoś po prostu otworzył im drzwi. Poprawiamy systemy zabezpieczeń 
przy wejściu. Bardzo 
mi przykro, panno Michaels. Nigdy nam się to nie przydarzyło i mogę obiecać, że nigdy już 
nie przydarzy się 
powtórnie 

- Eryk naprawdę czuł się winny. 

Brandi miała nadzieję, że któregoś dnia znowu poczuje się w domu bezpiecznie. 

- Doceniam wszystko i dziękuję. Co z tą wykładziną? 

Christina Dodd 

123 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

- Nasikali w salonie, więc wszystkie wykładziny trzeba było poddać czyszczeniu. 

Zmieniła zdanie. Nigdy już nie poczuje się tam bezpiecznie. I na pewno nie będzie chodziła 
po mieszkaniu boso. 
Eryk kontynuował, niezrażony: 

- Malarze zamalowali wszystkie napisy na ścianach. Ubrania już wróciły z pralni. Miejsce 
wygląda jak nowe. 
Pozwoliłem sobie też na wymianę pani materaca. Ta sama marka, ten sam styl, a sprzątaczki 
zmieniły pościel i 
posłały łóżko. Może pani beztrosko spać - naprawdę się starał, najwyraźniej obawiał się, że 
Brandi wystąpi przeciw 
niemu albo jego pracodawcom na drodze sądowej. 

Gdyby wiedział, jakiego miała ostatnio pecha, sam by pewnie ją pozwał do sądu. Choćby za 
to, że się wprowadziła. 
I za to, że przynosi pecha. 

Spojrzała na długi stół, przy którym siedział Roberto otoczony mężczyznami, którzy z 
pewnością nie sprawiali 
wrażenia szanujących prawo obywateli. Byli nachyleni ku sobie, ale ich głosy stawały się 
coraz głośniejsze. I tak nie 
mogła rozróżnić słów, rozmawiali przecież po włosku. 

- Oczywiście zrozumiem, jeśli będzie chciała się pani wyprowadzić. Proszę nie martwić się o 
umowę najmu - jego 
głos brzmiał tak przekonująco, że Brandi zaczęła zastanawiać się, czy naprawdę nie 
podejrzewa jej o przynoszenie 
złej passy. 

- Dziękuję. - Zerknęła na ekran telefonu. Ku jej zdumieniu, Glenn wciąż czekał na drugiej 
linii. A taką miała 
nadzieję, że się rozłączy. Przełączyła ponownie telefon. 

- Dowiedziałam się, że trzeba było wyczyścić dywany, bo wandale nasikali na nie. Policja nie 
ma pojęcia, kim byli. 
A gospodarz doradza mi przeprowadzkę. Jak pan sądzi, panie SiWerstein, czy naprawdę 
myślę tylko o tym, jak dać 
się uwieść włoskiemu podrywaczowi o lepkich palcach i bez żadnych zasad? I nadal będzie 
pan oskarżał 
pracownika, 

Christina Dodd 

124 

Szafirowe kłopoty 

background image

zwłaszcza pracownika-homoseksualistę o niewywiązanie się z obowiązków służbowych, 
tylko dlatego, że uchronił 
klienta przed więzieniem? - linia obrony przyszła jej na myśl w samą porę. 

- Panno Michaels, nie miałem na myśli... 

- Nie, proszę nie przerywać. Proszę tylko pamiętać, że sprawa o dyskryminację na tle płci i 
orientacji seksualnej jest 
trudna do obrony. - Miała nadzieję, że jej udzielona miłym głosem reprymenda sprawi, że 
usta Glenna pokryją się 
pianą wściekłości. - Jestem zmuszona na nowo rozkładać rzeczy w moim apartamencie przez 
cały dzisiejszy 
wieczór. Czy mogę panu powierzyć rolę niańki pana Bartoliniego? Płacę dziesięć dolarów za 
godzinę. 

 

 

 

 

Rozdział 12 

Przy stole mężczyźni słyszeli, że głos Brandi stał się ostry i stanowczy. 

- Ta mała jest dzika. Nie ma co. Musi przysparzać kłopotów. - Mossimo przeniósł ciężkie 
spojrzenie na Roberta i 
przeszedł na włoski. - Po co ją przyprowadzałeś? 

- Nie miałem wyjścia. Jest moim adwokatem. Mieliśmy problemy w sądzie - odrzekł. A poza 
tym jest cudowna, 
olśniewająco piękna i czarująca. Przykuwa uwagę mężczyzn i popsuła wam dziś szyki, bo ani 
chybi chcieliście 
przycisnąć mnie do ściany, pomyślał. 

Z pewnością Mossimo i tak zechce zrobić wszystko po swojemu, ale Robertowi podobało się 
wykolejanie jego 
planu. Nawet jeśli w niewielkim tylko stopniu. 

- To dlatego się spóźniasz? - Jakby miał prawo żądać od niego punktualności. 

- Wiedziałem, że poczekacie. - Roberto przestał bujać się na krześle i odpowiedział twardym 
spojrzeniem. Chciał 
zobaczyć, czy Mossimo zareaguje na prowokację i podejmie rękawicę. 

Mossimo wykrzywił twarz w grymasie, który od biedy mógł ujść za pojednawczy uśmiech. 

background image

- Mieliśmy duży problem z naszym człowiekiem. Federalni złapali go na przekrętach z 
podatkiem dochodowym. 

- Typowe dla ich metod. Rozumiem, że nie był wystarczająco sprytny... Nie, zgaduję, że nie 
był. 

Christina Dodd 

135 

Szafirowe kłopoty 

background image

Robertowi chciało się śmiać z frustracji Mossima. Człowiekiem, o którym mówił, był 
przecież jego własny syn - 
Mark, a fakt, że Roberto go obrażał, mógł mieć nie najszczęśliwsze konsekwencje. 

O tak, Mossimo zdecydowanie zareaguje na prowokację. 

- Masz przecież innych ludzi. - Roberto machnął ręką wskazując na ludzi siedzących przy 
stole. 

- Oczywiście. Tyle że nie tego kalibru. - Mossimo mrugnął dwuznacznie, starając się 
przyoblec twarz maską 
poufałości. Zupełnie mu to nie wyszło. Zniżył głos niemal do szeptu. - Nie do takiej roboty, 
jak ta. 

- Opowiedz mi o niej. - Roberto nie oczekiwał, że dowie się czegoś tak od razu. Nie od 
Fosserów. Nie wcześniej, niż 
po omówieniu wstępnych warunków. 

Mossimo zapalił papierosa. Na jego małym palcu błysnął sygnet. Tym razem przybrał 
prowokująco szczery i 
poczciwy wyraz twarzy 

- W muzeum jest brylancik, pięćdziesiąt karatów. Nie-bieskawo-czerwonawy. Bardzo znany. 
Trzeba go wyswo-
bodzić. 

- Płomień Romanowów. - Roberto zerknął na Brandi. Wciąż rozmawiała, mniej było jednak 
w niej gniewu, a więcej 
stanowczej determinacji, która wcale nie wróżyła dobrze jej rozmówcy. Nie wydawała się 
przestraszona. No i 
dobrze. Nie mógł przejrzeć gry Mossima. Dlaczego tak szybko przeszedł do rzeczy? Jakiego 
asa wciąż trzyma w 
rękawie? 

- Wiesz o nim? 

- Każdy zainteresowany tematem słyszał o Płomieniu Romanowów. To jeden z dziesięciu 
najwspanialszych 
brylantów na świecie. - Roberto wiedział, że Mossimo nigdy w życiu nie słyszał o klejnocie 
przed jego przybyciem 
do Chicago. Dostrzegł go dopiero, gdy nadarzyła się okazja zarobienia niezłej 

Christina Dodd 

136 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

sumki. Nonno nazywał Mossima rabusiem, chłopem, którego umysł z rzeczy większych i 
bardziej wyrafinowanych 
nie potrafi pojąć zbyt wiele. 

Mossimo również to wiedział. Na swój sposób. I dlatego tak bardzo nienawidził Nonna. 
Zawsze czuł się gorszy. I był 
gorszy. 

Roberto jątrzył tę ranę dalej, przypominając Mossimowi, że sam obracał się w najwyższych 
warstwach społecznych. 

- Widziałem brylant w sobotę wieczorem na przyjęciu charytatywnym w domu McGratha. Z 
pewnością, jeśli kamień 
ma ulecieć, najlepiej by było, gdyby uleciał na drodze z prywatnego domu do muzeum. 

- A jeszcze lepiej na noc przed tym, jak będzie wyjeżdżał do innego miasta. Spakowany 
łatwiej będzie przewieźć. 

- Bardzo dobrze. Bardzo mądrze - pochwalił Roberto. Należało oddać sprawiedliwość 
rabusiowi i przyznać, że spry-
tu nigdy mu nie brakowało. 

- Ale jaki to ma związek ze mną? 

- Jesteś naszym człowiekiem wewnątrz. 

- Chyba nie zostałem jeszcze przyjęty. 

- Techniczna drobnostka. - Mossimo zaśmiał się, zakaszlał i zgasił papierosa na talerzu. - 
Twój dziadek był najlepszy 
w biznesie. 

- Zanim go z biznesu brutalnie nie wywaliłeś - powiedział Roberto bez gniewu w głosie. Nie 
musiał się denerwować. 
Nie teraz, kiedy zemsta była w jego zasięgu. 

- Był czas na zmiany, wierz mi. Nie chciałem go wypychać. Był stary, stawał się miękki. Ktoś 
musiał to zrobić. I tak 
sobie myślę - Mossimo wycelował palec w Roberta - że stary nauczył cię wszystkiego, co 
sam umiał. 

Roberto zerknął na Brandi. Słyszał, jak przekazywała fakty Glennowi SiWersteinowi i ostrym 
tonem domagała się 
odpowiedzi. 

Christina Dodd 

127 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

- Mój prawnik nie będzie wiecznie zajęty. Przejdź do konkretów. 

- Dla tego zadania chciałbym, żebyś został naszym człowiekiem. 

Roberto zaśmiał się tak głośno, że nawet Brandi przerwała na chwilę rozmowę i przyjrzała 
mu się. 

Mossimo, niezmieszany w najmniejszym stopniu, kontynuował: 

- Fajnie byłoby położyć łapy na czymś takim, co? 

- Nie potrzebuję pieniędzy. - Roberto kątem oka obserwował dziewczynę. 

Jej policzki poczerwieniały, w oczach pojawił się ogień, a do telefonu rzucała krótkie 
komendy. 

- Jesteś hrabią, ważnym panem we Włoszech. 

- Nie tylko we Włoszech - Roberto zdał sobie sprawę, że rozmawianie w ten sposób sprawia 
mu frajdę. 

- Tak, nie tylko we Włoszech. - Mossimo wyszczerzył pożółkłe od nikotyny zęby w parodii 
uśmiechu. - Pieniędzy 
nigdy nie potrzebujesz, ale kradniesz brylanty od wszystkich w całej Europie i Azji. Dla 
gościa, jak ty - to wyzwanie. 
Dreszcz emocji. Pomyśl też o tym, że zagrasz na nosie ważnemu muzeum. Będziesz znany 
wśród swoich. 

Roberto zastanawiał się przez moment, czy nie dać do zrozumienia, że „swoi" Mossima i jego 
nie mają ze sobą nic 
wspólnego. Ale nie chciał, by stary stracił nad sobą panowanie. Już widział tego rezultaty. 

- Będę trupem. Ochrona tego brylantu jest fenomenalna. Usmażą mnie, jeśli podejdę o krok za 
blisko. 

- Przejrzałeś to? 

Roberto wzruszył ramionami. 

- No więc mamy robotę, która z tobą, czy bez ciebie, będzie zrobiona - Mossimo mówił 
szybciej, bo Brandi wyda-
wała się kończyć rozmowę. 

Christina Dodd 

128 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

- Beze mnie. Jestem oskarżony i mam sprawę w sądzie. Tylko głupiec podejmowałby się 
kolejnej roboty w takim 
momencie. 

- Głupiec przywiązany do dziadka. 

- Aha, pogrywamy ostro, tak? - Czy Mossimo naprawdę myśli, że Roberto nie zadba o 
bezpieczeństwo dziadka? 

Ale Mossimo jakby przejrzał jego myśli. 

- Jest stary, ma przyzwyczajenia. Nie opuszcza sąsiedztwa i nie sądzę, żeby pozwolił ci na to, 
byś otoczył go 
ochroną. Jeśli nie będziesz współpracował, dorwiemy go wcześniej czy później. 

Kelnerka zmierzała w ich stronę z parającym jedzeniem. 

- W końcu ktoś się naprawdę wkurzy twoimi metodami, Mossimo, i wyjmie cię z biznesu - 
zdanie zabrzmiało tak 
groźnie, że reszta Fosserów przez kilka chwil patrzyła na rozmówcę z niedowierzaniem. 

Ricky i Danny zerwali się na równe nogi tak gwałtownie, że ich krzesła wywróciły się na 
podłogę. 

Kelnerka wykonała w tył zwrot i zdążyła chwycić za ramię zmierzającą w stronę stolika 
Brandi. 

- Spokój. Spokój. - Mossimo gestem nakazał ponownie usiąść swoim towarzyszom. - Nie ma 
powodów do gróźb. 
Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi i znajdziemy rozwiązanie. 

Metoda kija i marchewki. Wspaniała robota wyślizgiwała się staremu gangsterowi z rąk i 
najwyraźniej był gotów na 
wiele nawet najbardziej ryzykowanych posunięć, by nie ponieść straty. Dokładnie tak, jak 
Roberto przewidywał. 

- Mamy długą wspólną historię rodzinną. W Berninie Fos-serowie i Contini przez całe wieki 
razem rabowali. - 
Mossimo splótł ręce w wymownym geście przed Roberta. - Nasz związek wynika z tradycji. 

- Niezupełnie. - Roberto położył dłoń na stole. - Fos-serowie gówno wiedzą o sprawowaniu 
władzy. 

Christina Dodd 

139 

Szafirowe kłopoty 

background image

Ricky i Danny podnieśli się ponownie. Roberto wstał razem z nimi. Położył drugą dłoń na 
stole i nachylił się nad 
Mossimem. 

- Robią głupoty, na przykład nasyłają na mnie dwóch swoich, by mnie śledzili. Chcę, żeby to 
się nie powtórzyło. 

- Nie mam nikogo na twoim ogonie. - Mossimo wykrzywił się w udawanym najpewniej 
zdziwieniu. 

Zanim ktokolwiek spostrzegł ruch, Roberto złapał nadgarstek gangstera i mocno wykręcił. 

- Zdejmij ze mnie swoich ludzi. 

Reszta siedzących przy stole ryknęła. Roberto poczuł na szyi zimno metalu. 

Pod uściskiem palców wyczuwał sygnet, który zdobił mały palec gangstera. To był bardzo 
stary pierścień. Tak stary, 
że wzór w złocie był kompletnie zatarty. Kamień w nim osadzony błyszczał głęboką zielenią 
szmaragdu, nie ciętego, 
a jedynie szlifowanego i polerowanego. Ten pierścień... 

Nie chciał, żeby od razu myśleli, że tak bardzo chce podjąć się tej pracy. Nie oczekiwał tylko, 
że wzbiorą w nim 
emocje na widok pierścienia należącego do jego dziadka. Miał ochotę skręcić Mossimowi 
kark, ale zamiast tego 
sięgnął za nadgarstek. 

- Powiedz temu sukinsynowi, żeby schował pistolet, bo lekarz będzie musiał wycinać 
pierścień z twoich połamanych 
paluchów. Byłoby to zresztą sprawiedliwe, nieprawdaż? 

Okrągła twarz Mossima stała się czerwona i nabrzmiała. Po czole spływały kropelki potu. 

- Schowaj broń, diavolo, Danny. Schowaj, zanim ktoś cię zobaczy i zaalarmuje gliny. Nie 
potrzebujemy reklamy. 

Kątem oka Roberto widział, jak Danny niezdecydowanie wsuwa pistolet za koszulę. Dobrze. 

- A teraz, Mossimo, zabierz ludzi z mojego ogona, rozumiemy się? 

Christina Dodd 

140 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

- Nie mam nikogo, powtarzam. Chcesz, żebym sprzątnął tych, co za tobą łażą? Nie ma 
sprawy, to też mogę zrobić. - 
Ręka musiała go boleć, więc być może tym razem nie kłamał. 

A może robił to tak dobrze, że sam już nie potrafił odróżnić prawdy od kłamstwa. 

Roberto spojrzał w jego małe, przebiegłe oczka. Wyzywająco. Dając jasno do zrozumienia, że 
jest przeciwnikiem, 
który zasługuje na należny respekt. 

- Bardzo mi przykro z powodu oskarżenia. Powinienem był wiedzieć, że ty, stary przyjaciel 
rodziny, nigdy nie 
uciekłbyś się do tak haniebnych metod. - Puścił jego rękę. - Zajmę się tymi dwoma. 

- Mogę pomóc - zaoferował się gangster. 

- Nie trzeba - Roberto uśmiechnął się, ukazując wszystkie zęby i odwrócił się do Brandi. 

Najwyraźniej skończyła rozmowę już dobrą chwilę temu, bo teraz wpatrywała się w niego 
wielkimi, szeroko 
otwartymi oczami. 

Oczywiście, przecież miała go prawie za księcia. Włoski hrabia o delikatnych rączkach. Nie 
sądziła, że tymi 
rączkami potrafi wyrządzać krzywdę, i to w niezbyt elegancki sposób. 

Porwał z wieszaka jej płaszcz. 

- Włóż to - zakomenderował. Posłusznie poddała się rozkazowi. Z trudem zapinała 
roztrzęsionymi rękoma guziki. 

Roberto odwrócił się, podał kelnerce banknot i powiedział: 

- Zapakuj te kiełbasy - Dzięki za wspólny lunch - te słowa skierował do Mossima. 

- A jak z robotą? - Gangster rozcierał nadgarstek, wyparowała z niego cała sztuczna 
jowialność, z jaką ich witał. W 
końcu wyglądał jak ktoś, kim naprawdę był - mały, zawistny złodziejaszek bez finezji i 
polotu. 

- Skontaktuję się z wami. 

Christina Dodd 

131 

Szafirowe kłopoty 

background image

Rozdział 13 

Roberto ujął ramię Brandi delikatnie, choć stanowczo i pociągnął ją w stronę drzwi. 

Czuła się rozdarta. Chciała wyrazić sprzeciw i oznajmić, że nienawidzi gdy się ją popycha. 
Ale równocześnie 
pragnęła jak najszybciej znaleźć się poza restauracją, w której za chwilę ktoś mógł zostać 
ranny. Na przykład ona. 
Albo Roberto. 

- O co poszło? - wyszeptała. 

- Niezgoda co do tego, kto płaci za jedzenie. - Roberto wziął torby z ręki kelnerki. 

- Czy momentom niezgody zawsze towarzyszy wyciąganie pistoletów? - Obejrzała się za 
siebie. Wszyscy przy stole 
Fosserów stali i spod półprzymkniętych powiek przyglądali się, jak para zmierza w stronę 
drzwi. 

Spojrzała tęsknie w stronę tych drzwi. Dziwnie swędziała ją skóra pomiędzy łopatkami. 
Najprawdopodobniej z 
powodu potu, który wąską strużką ściekał jej po plecach. 

- Jak poszła rozmowa z firmą? - zapytał Roberto beztrosko. 

- Rozmowa z... aha, z Glennem Silversteinem. - Jak on mógł swobodnie zadawać takie 
pytania, kiedy za nimi stali 
uzbrojeni ludzie? - Chce, żebym zdawała raport co dwie godziny. 

Wydostali się w końcu na zewnątrz. 

- Naprawdę? A co w ten sposób zamierza osiągnąć? 

Christina Dodd 

132 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

- To, że uprzykrzy mi życie. A uprzykrzanie mi życia, jak zakładam, jest jednym z jego 
celów. 

Zimne powietrze przyniosło nagłe odświeżenie po dusznej atmosferze wewnątrz. I ulgę. 
Brandi głęboko odetchnęła. 
Nigdzie nie było samochodu. 

- Dokąd przespacerujemy się teraz? - zapytała sarkastycznie. 

Roberto już wybierał numer w telefonie. 

- Newby? Czekamy. 

Odsunęła się od okien restauracji. Pistolety! Ci ludzie mieli broń palną. Jej ojciec miał 
myśliwską strzelbę. Poza tym 
jej doświadczenia z bronią ograniczały się do oglądania filmów Alana ze Stephenem 
Seagalem, i to bardzo 
niechętnie. Była świadoma tego, że jeszcze niewiele w życiu widziała, ale z pewnością nie 
chciała być świadkiem 
scen, w których używano pistoletów do zastraszenia kogoś. Kogoś, kogo znała. 

Zerknęła na niego kątem oka. 

Sprawiał wrażenie nad wyraz spokojnego. Zdała sobie sprawę, że ci ludzie mogli go pobić, 
nawet zabić, ale to on 
wydawał się nieustannie kontrolować sytuację. 

Kim on był? Złodziejem biżuterii? Gangsterem? A może tylko dumnym hrabią? 

Znaleźli się przy wejściu do sąsiedniego budynku. Przyparł ją do ściany i wsunął do rąk torby 
z jedzeniem. 

- Zostań tu - powiedział i zaczął biec. Biegł, jak zawodowi sprinterzy, a nie jak noszący 
drogie garnitury włoscy 
hrabiowie/złodzieje klejnotów. 

Dwóch mężczyzn, którzy do tej pory śledzili ich od budynku sądu, zatrzymało się na rogu i 
przestępowało z nogi na 
nogę. Kiedy zobaczyli, jak nadciąga w ich stronę, też zaczęli biec. Biegli, jakby mieli coś na 
sumieniu. 

Roberto skręcił za rogiem. 

Straciła go z oczu. 

Christina Dodd 

143 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

Cholera, oczywiście nie potrafiła go upilnować. 

Brandi również ruszyła biegiem. Wiatr zapierał jej dech w piersiach. Serce pulsowało 
zimnem, zmęczeniem i stra-
chem, że oto jej podopieczny uciekł spod jej kurateli. 

Dobiegła do rogu. Ani Roberta, ani dwóch uciekających nigdzie nie było widać. Rozglądała 
się bezradnie, czując się 
głupio i... obawiając się o jego bezpieczeństwo. 

Dlaczego? Dlaczego martwiła się o niego? Powinna martwić się o siebie, o to, że będzie 
musiała spotkać się z sędzią 
Knightem i oznajmić mu, że Roberto Bartolini już nie znajduje się w jej prawnej pieczy. 
Panowie McGrath i 
Lindoberth również nie będą zachwyceni. 

Ale martwiła się, że Roberto ma poważne kłopoty. Coraz większe. I że coś poważnego w 
końcu mu się stanie. 

Była taka naiwna. Nie miała pojęcia o tym, co wyczynia Alan. Nie miała pojęcia, o co poszło 
w restauracji. A sam 
Roberto? Za każdym razem, kiedy wydawało jej się, że odkrywa jego prawdziwą osobowość, 
natychmiast 
pokazywał inną twarz. 

A najgorsze ze wszystkiego było to, że cały dzisiejszy stres zdawał się jedynie powiększać jej 
apetyt, a czosnkowa 
kiełbasa pachniała nad wyraz smakowicie. 

Jak mogła myśleć w tym momencie o jedzeniu? 

Oczywiście jedzenie wydawało jej się jedyną rzeczą, w której była naprawdę dobra. 

I jeszcze seks. O tym przekonała się niedawno. W ostatni weekend sprawiła nawet, że 
Roberto błagał ją o więcej. 

Szła dalej ulicą, rozglądając się na lewo i prawo i mając nadzieję... 

Roberto wyskoczył zza rogu. 

- Co ty tu robisz? - Złapał ją za ramię i zepchnął na bok chodnika. Obok zatrzymywała się już 
limuzyna. Pociągnął ją 
w stronę samochodu. 

Christina Dodd 

144 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Przestaniesz mną targać? - Próbowała wyrwać się z jego uścisku. 

- Nie targam, prowadzę cię tylko. - Nie czekał na Newby'ego i sam otworzył drzwi, po czym 
„wprowadził" Brandi do 
środka. Wskoczył za nią i zatrzasnął drzwi a Newby ruszył gwałtownie. Wszystko nie zajęło 
więcej niż kilka sekund. 

- Cholera, Brandi, mówiłem ci, żebyś się stamtąd nie ruszała. 

- Słabo mi ostatnio idzie wykonywanie poleceń - odpowiedziała. I mam zdecydowanie dość 
rozkazów, bycia popy-
chaną i robienia ze mnie idiotki, pomyślała żałośnie. 

Musiało być w wyrazie jej twarzy coś, co ostrzegło go o niebezpieczeństwie i 
konsekwencjach dalszego upominania. 
Powiedział tylko: 

- W porządku. Postaram się zapamiętać. Wyjął z jej rąk plastikowe torby. 

- Dobra dziewczynka. Nie zgubiłaś jedzenia. 

- Cieszę się, że okazałam się aż tak pomocna. Nie mogę sama chodzić, dostałam reprymendę 
od Glenna za 
nieumiejętność utrzymania cię „pod kontrolą" - palcami wykonała cudzysłów. - Twoi znajomi 
nie do końca wierzyli, 
że jestem prawnikiem, a na dodatek przespałam się z... 

Umilkła rozdrażniona. Jest chyba za bardzo zmęczona. Już prawie zaczęła mówić o ich 
ostatnim weekendzie, a tego 
akurat tematu nie miała ochoty w tym momencie poruszać. 

- Stajesz się zgryźliwa, gdy jesteś głodna - zauważył. 

- Wcale nie. 

Zapach kiełbasek, cebulki i kiszonej kapusty był nieznośnie przyjemny. A w połączeniu z 
ulgą znalezienia się w 
samochodzie sprawił, że głośno zaburczało jej w brzuchu. 

Wyciągnął tacę z ukrytego schowka w limuzynie i umieścił na jej kolanach. Otworzył torbę i 
podał jej ciepłą, 
zawiniętą kiełbaskę. 

Christina Dodd 

135 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Proszę bardzo, jedz. 

- Musisz powiedzieć mi, o co w tym wszystkim chodzi. - Wciąż drżącymi palcami 
odpakowywała jedzenie. - Kim 
byli ci mężczyźni? 

- Ci w restauracji czy ci, za którymi goniłem? 

- Ci, za którymi goniłeś. 

- Nie wiem. Chciałbym z nimi pogadać, żeby ustalić, dlaczego zawsze pojawiają się w tych 
samych miejscach, co i 
my. 

Podziwiała jego umiejętności udzielania wykrętnych odpowiedzi. Z pewnością nie wyjawiał 
więcej, niż było trzeba. 

- Też mają broń? 

Ugryzła kiełbaskę i niemal zapomniała, o czym przed chwilą mówiła. 

- Ależ to jest dobre - powiedziała z pełnymi ustami. 

Uśmiechnął się. Zupełnie w ten sam sposób, w jaki uśmiechał się tej nocy dwa dni temu, jak 
gdyby była 
najwspanialszą kobietą na świecie. 

Na poły świadoma, wyciągnęła dłoń i napotkała niemal od razu jego troskliwą rękę, w której 
trzymał kilka 
papierowych serwetek. 

Dlaczego jedzenie kiełbasek sprawia, że myśli o seksie? No cóż, chyba wiele rzeczy to 
sprawia. 

- Kto chciałby cię śledzić? 

- Chyba każdy. - Zdążył już ugryźć swoją porcję i żuł teraz z zapamiętaniem. - FBI, policja, 
reporterzy. Myślałem, że 
to Fosserowie, ale Mossimo zaprzecza. Oczywiście istnieje możliwość, że łże jak pies. 

Więc mogli mieć broń. Wiedziała, że nie spodoba jej się odpowiedź, ale zaryzykowała 
pytanie: 

- Dlaczego Fosserowie mieliby cię śledzić? 

- Profesjonalna ciekawość. 

Prawie się zatrzęsła, gdy dotarło do niej znaczenie tych słów. 

background image

Christina Dodd 

136 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

- Też są złodziejami biżuterii? 

- Powiedzmy, że Mossimo przewodzi dużej organizacji prosto ze swojego domu w Chicago. 

- Mogłabym mieć kłopoty za to, że pozwoliłam ci spotkać się z kryminalistami. Do tego 
noszącymi broń! - Brandi aż 
pobladła na wspomnienie tego, czego niedawno była świadkiem. 

- Myślę, że sędzia Knight raczej by się ucieszył, zwłaszcza gdyby mnie zastrzelili - Roberto 
uśmiechnął się pogod-
nie. - Po dzisiejszym poranku pewnie nie może się tego doczekać. 

- Niemal złamałeś temu mężczyźnie rękę! Wyciągnęli broń. To chyba nie był dla ciebie 
typowy, sympatyczny lunch? 

- Sympatyczny z pewnością nie był dla ciebie. Nie martw się, cara, nie pozwolę, by 
przydarzały ci się jakieś 
brzydkie rzeczy. - Otworzył colę i podał jej puszkę. 

- Dlaczego zaraz muszą przydarzać się jakieś „brzydkie rzeczy" - Niemal czuła, jak cukier 
coli rozpływa się w niej 
łagodną i przyjemną falą. 

- Z Fosterami już tak po prostu jest. - Ugryzł kolejny kęs. - Powinienem poprosić o zwykłą 
musztardę. 

Nie brał poważnie jej pytań. 

- Zostałeś powierzony mojej pieczy prawnej. Jeśli przypomnisz sobie słowa sędziego, to 
będziesz wiedział, co ci 
grozi za złamanie surowych warunków tej opieki. Oraz co grozi mnie. Wolałabym... 

- Jeśli odpowiem na twoje pytania, to czy ty odpowiesz na moje? 

Roberto podał jej torbę z frytkami. Od razu poczuła się niepewnie. 

- Na jakie pytania? 

Frytki były niedosmażone i w smaku przypominały tekturę. Brandi zrezygnowała i odsunęła 
od siebie torebkę. 

Christina Dodd 

147 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Twój narzeczony ma żonę? Jak bardzo zależało jej na poznaniu sekretów Roberta? 

- Na szczęście tylko jedną. Nie zaśmiał się. 

Czy naprawdę miało znaczenie to, czy dowie się teraz, czy później? Każdy przecież w końcu 
się dowie. Nawet ten 
sukinsyn Sanjin - być może zresztą już wie, usłyszał o tym pewnie od swojego śliskiego 
kolegi Glenna. O tak, gdyby 
nie wiązała jej umowa o najem, i gdyby nie myślała o tym, jak fatalnie wyglądałoby w jej 
curriculum vitae 
zwolnienie z pierwszej pracy, no i jeszcze gdyby tylko nie była opiekunką prawną Roberta - 
zaraz pożegnałaby 
Chicago i udała się do Nashville. Uścisk Tiffany, ciepłe matczyne słowa i kilka gestów 
wystarczyłyby w zupełności, 
żeby Brandi poczuła się jak w niebie. 

Jej ręka odruchowo wyciągnęła się w stronę torebki, w której trzymała telefon komórkowy. 

Ale nie. Nie mogła rozmawiać z matką. Nie tu i nie teraz. Nie przy Robercie patrzącym na nią 
w oczekiwaniu na od-
powiedź. 

- Dziewczyna Alana zaszła w ciążę, więc się z nią ożenił. - Wytarła ręce w papierową 
serwetkę. 

- Aha. - Roberto, w przeciwieństwie do większości mężczyzn, nie wydawał się zaskoczony. 

Mężczyźni. Dranie. 

Roberto przyglądał się jej uważnie, wydawał się ważyć ostrożnie odpowiedź na to, co właśnie 
dzięki jej szczerości 
usłyszał. W końcu odezwał się: 

- Przynajmniej go nie kochałaś. 

- Właśnie, że kochałam! 

- Nie , nie kochałaś. Nie jesteś załamana, jesteś zirytowana. 

- Bo jesteś irytujący. 

I bezczelny, dodała w myślach. 

- Nie myślałaś o swoim eks narzeczonym od rana, nie- 

Christina Dodd 

148 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

prawdaż? A kobieta, której złamano serce, nie potrafi myśleć o niczym innym. 

- A któż to uczynił cię ekspertem od spraw miłosnych? To, że namiętnie i z chęcią mu się 
oddawała, nie uprawniało 

go do ferowania wyroków, jakby wszystko o niej wiedział, nawet to, czego ona sama nie 
wiedziała. 

- Czy masz pytania, które chcesz mi zadać, czy może chcesz się bić? 

- Nie biję się. 

Uśmiechnął się enigmatycznie. 

Tak było. Była przecież arcyracjonalna i kierowała się zawsze zdrowym rozsądkiem. Złapała 
się rozpaczliwie tej 
myśli i powściągnęła emocje. 

- Mam pytania. W sprawie Fosserów. Dlaczego do nich poszedłeś? 

- Poprosili, bym się z nimi spotkał. - Nie wydawał się przejmować faktem, że frytki były 
niedosmażone, i zjadł je ze 
smakiem. 

- W jakim celu? Dlaczego zachowałeś się tak głupio i postanowiłeś spotkać się z tymi ludźmi 
w przeddzień procesu 
w sądzie? 

- Nikt nie odmawia Mossimowi. 

Jego zimny ton sprawił, że dreszcz przebiegł jej po plecach. 

- Jest niebezpieczny? 

- Bardzo. 

- To dlaczego nie wydasz go policji? 

- Z kilku przyczyn. Po pierwsze, policja nie potraktuje niczego, co zeznam, nazbyt poważnie. 
Jeśli pamiętasz, to 
jestem oskarżony o kradzieże, więc uznają moje zeznania za pułapkę albo za chęć odegrania 
się, lub za obie te 
rzeczy. A jeśli mnie zabije, ucieszą się, że mają o jeden problem mniej. Po drugie, nikt nigdy 
nie złapał go za rękę i 
nie ma świadków nawet na jego drobne wykroczenia. Gdyby ktoś 

Christina Dodd 

139 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

zaczął przeciwko niemu bruździć, sam doszedłby do tego kogoś i wysłał go na tamten świat. - 
Pochylił się nad nią, 
patrząc jej intensywnie w oczy. Jego oczy były ciemne i poważne. 

- Nie wiem, czy zrozumiałaś. Nic nie powiesz policji o Mossimie i rodzinie Fossera. Nie będą 
zwracali uwagi na to, 
że jesteś kobietą, że jesteś piękna i młoda - po prostu cię zabiją. 

Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie wiedziała, co myśleć. To wszystko, o czym mówił... Kim 
on właściwie jest? 
Wspaniałym kochankiem? Czarującym złodziejem biżuterii? Władczym arystokratą? A może 
ponurym 
rzezimieszkiem, któremu zdecydowanie za łatwo przychodziło mówienie o zabijaniu... 

Nienawidziła swojej ignorancji w tej materii. Jakoś musiała dowiedzieć się o nim więcej. 
Gdyby tylko miała swój 
laptop. Rozejrzała się po samochodzie. 

- Gdzie jest komputer? 

- Jaki komputer? 

- Newby powiedział, że w samochodzie jest komputer. 

- Chcesz napisać email do chicagowskiej policji? 

W głosie Roberta z trudem można było dosłuchać się kpiny. 

- Nie, ale... - Nie mogła mu przecież powiedzieć do czego potrzebny był jej komputer. 

- Email niekoniecznie musiałby dojść do właściwych władz. 

Pewnie miał rację. 

Od momentu, gdy zostawiła go w hotelu, dwadzieścia godzin temu, jej życie zamieniło się w 
chaos. A na dodatek 
czuła, że znajduje się w niebezpieczeństwie. Nie wiedziała tylko, z której strony najbardziej 
jej zagraża - ze strony 
Fosserów czy jego? 

- Muszę zrobić to, co uważam za słuszne. 

- Proszę pamiętać, panno Michaels, że jesteś moim praw- 

Christina Dodd 

140 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

background image

nikiem i wszystkie informacje dotyczące tego, gdzie przebywam i co robię, uważam za 
poufne. 

- Wątpię, żeby sędzia Knight patrzył na to podobnie - odpowiedziała. Właściwie było to 
całkiem możliwe. Sędziowie 
rozumieli bardzo dobrze istotę poufałości pomiędzy prawnikami i ich klientami. 

- W takim razie, to dobrze, że przebywam pod twoją opieką, przynajmniej będę mógł mieć na 
ciebie oko - głos 
Roberto był ciepły i przyjazny. 

Po plecach przebiegł jej dreszcz. Nie straszył jej, raczej za mocno wydawał rozkoszować się 
myślą o spędzanym 
razem czasie. 

- Czego chciała rodzina Fossera? 

- Mojej głowy na talerzu. 

- Co by z tego mieli? 

- Szybko się uczysz - powiedział i denerwująco powolnym gestem ponownie sięgnął do torby 
z frytkami. 

- Chcą, żebyś dla nich pracował, prawda? Rzeczywiście łapała wszystko w mig. Położyła rękę 
na jego 

ramieniu i ścisnęła lekko. 

- Roberto, oni chcą, żebyś coś dla nich ukradł. A wiesz, że jeśli tym razem zostaniesz złapany, 
możesz spędzić resztę 
życia w więzieniu i najbardziej utalentowani prawnicy nie będą w stanie tego zmienić. - 
Brandi sama bała się swych 
słów. 

- Przysięgam, że nie zrobię niczego, by twoja kariera prawnicza znalazła się w 
niebezpieczeństwie. I nie zamierzam 
wykonywać dla Fosserów żadnej roboty - jego głęboki głos wibrował szczerością, a oczy 
wyrażały uczucia jeszcze 
cieplejsze. 

- Polegam na twoim słowie ponieważ... Czekaj! - Limuzyna powoli manewrowała w 
labiryncie uliczek i starych 
domów. - Dokąd mnie zabierasz? 

Christina Dodd 

151 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

I dlaczego serce w niej podskoczyło na myśl, że Roberto znowu zabiera ją do swojego 
przybytku rozpusty, by 
jeszcze raz posiąść ją na tysiąc sposobów? 

- Pomyślałem, że zechcesz poznać mojego dziadka. 

- Och - wyjąkała Brandi. Jaka szkoda, przebiegło jej przez myśl. Nie zabiera jej jednak do 
przybytku rozpusty. 

Z drugiej strony - jakże to miłe i schlebiające. Przecież chce, żeby poznała jego rodzinę. Ale 
nie chodziło w końcu 

o poznanie rodziny. Nie chodziło nawet o trzymanie się zaleceń sędziego dotyczących opieki 
prawnej. Chodziło 
tylko i wyłącznie o jego wygodę. Nie chciało mu się jej odwozić w dogodne dla niej miejsce. 
Była tak mało istotna, 
że po prostu ciągał ją ze sobą jak dodatkowy ciężar. 

Zjadła resztę kiełbaski. Przynajmniej była dobra. Cholernie dobra. 

- Spodoba ci się mój dziadek. Nonno to dobry człowiek. Nieco ekscentryczny, ale jeśli w jego 
wieku nie możesz być 
ekscentryczny - jaki inny może być cel życia? - Roberto też dokończył swoją porcję kiełbaski 
i wcisnął sobie do ust 
pozostałe frytki. 

- I? - Czekała na pointę. 

- Jest oczywiście złodziejem biżuterii. Jasne. Kimże innym mógłby, do diabła, być? 

- Dlaczego więc sądzisz, że mi się spodoba? Lubię uczciwych ludzi. Ludzi znających ciężar 
moralnego obowiązku. 
Nie takich, którzy kradną rzeczy dla zabawy - chciała, by jej głos brzmiał lekceważąco i 
obraźliwie. 

Ale Roberto tylko uśmiechnął się szeroko. 

- Nie robi tego dla zabawy. To rodzinny interes. Rodzina Continich... 

- Continich? 

- Moja matka jest z domu Contini. Okradali bogatych od wielu pokoleń. Pochodzimy z 
północnych Włoch, z gór. 
Okra- 

Christina Dodd 

152 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

daliśmy podróżnych na przełęczach i trudno dostępnych górskich ścieżkach, gdy schodzili 
zmęczeni po 
wyczerpujących przeprawach. 

- Jakże heroiczne! - mruknęła sarkastycznie. 

- Bieda uczy cię brać, co jest do wzięcia. 

Nie mogła się z tym sprzeczać. Wiedziała aż za dobrze, co bieda może uczynić z 
człowiekiem. Sprawiała, że ambicja 
stawała się niezaprzeczalnym nakazem i obowiązkiem, a nie jedną z życiowych opcji. 

- Nonno jest legendą. Jego ręce są szybsze, niż możesz sobie wyobrazić. Najpierw ostrzeże 
cię, że zamierza to zrobić, 
a potem zabierze ci portfel, zegarek, kolczyki, chusteczkę i klucze. Widziałem jak wyciągnął 
kobiecie z zapinanej na 
zamek torebki prawo jazdy po czym ten zamek zapiął. 

- Jest złodziejem kieszonkowym. 

- Nie, to by było dla niego za łatwe. Absolutny brak wyzwań. 

Roberto uśmiechnął się dumnie. 

- Jest międzynarodowym złodziejem klejnotów. Kiedy był młodszy, był tak zwanym 
„wewnętrznym", tym, który 
wchodzi i dokonuje właściwej kradzieży. Na rozłączaniu alarmów znał się lepiej niż ci, którzy 
je projektowali. 
Chodził po podłogach z czujnikami i nigdy na żaden nie nadepnął. Był duchem, człowiekiem 
najmowanym do 
najtrudniejszych kradzieży, a po latach tym, który sam takie kradzieże planował. 

Nie chciała zapytać wprost, ale wiedziała, że to pytanie musi paść. 

- Czy ty zajmujesz się tym samym? 

- Nie chciałbym sprzeniewierzać się rodzinnej tradycji - odpowiedział pogodnie. 

Spojrzała na jego dłonie - zgrabne, mocne, z łatwością przywodzące kobietę do ekstazy... 

- Jesteś dobry w odbieraniu rzeczy. 

Christina Dodd 

143 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Tak, jestem, ale słuchaj, Brandi... - jego poważny ton sprawił, że spojrzała mu w oczy. 

Zaraz zresztą tego pożałowała. Po raz pierwszy od pamiętnych nocy w hotelu jego spojrzenie 
paliło zmysłowością. 

- Nigdy nie wziąłem od ciebie niczego, czego sama nie chciałaś dać. 

- Jeśli dobrze pamiętam, to ja byłam tą, która złożyła ofertę - mówiła spokojnie, ale jej twarz 
zalała się 
jasnoczerwonym rumieńcem. 

Nie wierzyła, że zdążył już zapomnieć o weekendzie. Tylko że nie wykonywał w jej stronę 
żadnych ruchów. Do tego 
momentu nie powiedział nic, co wskazywałoby na stopień ich zażyłości. Wydawało się 
wręcz, jakby chciał dać do 
zrozumienia, że ich znajomość ma odtąd tylko i wyłącznie profesjonalny charakter. Była 
nieco rozdrażniona, jak 
łatwo przeszedł do porządku dziennego nad tym, co im się przydarzyło. Z drugiej strony była 
wdzięczna. Sama 
unikała tego tematu, nie wiedziałaby nawet, co i jak powiedzieć. 

W jej głowie panował mętlik. 

Ale chciała oczyścić atmosferę: 

- Słuchaj, wszystko już wiesz i rozumiesz. Byłam zła na Alana. Chciałam zemsty i dokonałam 
jej z tobą. Być może 
czujesz się wykorzystany. Jest mi przykro. Wiem, że nie powinnam była tego robić, ale wiele 
dla niego poświęciłam, 
a on... on tylko obwiniał mnie za to, że nie uczyniłam wystarczająco wiele. Byłam wkurzona. 
Czy to jasne? Seks z 
tobą miał na celu zemstę, prostą zemstę. 

Roberto ujął jej dłoń, uniósł do warg i ucałował, zupełnie jakby jej ręka nie pachniała cała 
kiełbasą, cebulą i kiszoną 
kapustą, jakby ten zapach nie miał znaczenia, dopóki był zmieszany z zapachem jej skóry. 

- Moja cudowna istoto, możesz mnie używać do swej zemsty tak często, jak przyjdzie ci na to 
ochota. 

Christina Dodd 

144 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 14 

Kiedy Roberto ujął jej dłoń i nazwał „cudowną istotą" na ten swój romantyczny włoski 
sposób, gotowa była obsypać 
go wszystkimi kwiatami świata i podarować... co jeszcze lubili mężczyźni? Gotowa była mu 
ofiarować krążownik 
szos chevy nomad z 56 roku, który, tak słyszała, miał wspaniałe udogodnienie, mianowicie 
rozkładane, wielkie tylne 
siedzenie. 

Ucałował jeszcze raz jej dłoń i powiedział: 

- Oto jesteśmy. 

Kiedy pomagał jej wysiąść z samochodu, Brandi rozejrzała się wokół. Byli w ubogiej, 
przemysłowej dzielnicy 
dwupiętrowych bloków stojących o wiele za blisko ulicy. Schody prowadziły z chodnika 
prosto do drzwi. Za jednym 
z okien dojrzała starszą kobietę przypatrującą się zza tanich zasłon limuzynie i nowo 
przybyłym. 

- To pani Charlton. - Roberto pomachał w jej stronę, ujmując równocześnie Brandi za ramię. 
Pomógł jej wdrapywać 
się na górę. 

- Nie poślizgnij się, schody są oblodzone. 

Starszy mężczyzna, który otworzył im drzwi, wyglądał jak sympatyczna karykatura 
wszystkich włoskich dziadków 
ze starych fotografii. Na czole i policzkach znaczyły się głębokie zmarszczki. Jego cienkie 
białe włosy stawały dęba 
i powiewały wesoło na wietrze, brązowe oczy zdawały się migotać. Był 

Christina Dodd 

155 

Szafirowe kłopoty 

background image

niewysoki i w przeciwieństwie do Roberta raczej szczupłej i delikatnej budowy. 

- Szybciej. Pośpieszcie się. Na zewnątrz musi być zimno jak diabli. 

Zamknął za nimi drzwi i znaleźli się w ciemnym, wąskim korytarzu, z którego prowadziły 
drzwi do innych 
pomieszczeń, oraz schody wiodące na górę. Rzucił ich płaszcze na krzesło. Z szerokim 
uśmiechem, który odsłonił 
silne, białe zęby, objął szczupłymi ramionami i wyściskał z całych sił wnuka. 

Roberto odwzajemnił uścisk. Mężczyźni ucałowali się w policzki z czułością, która wydała 
się Brandi niemal nie-
zwykła. 

Chyba powinna zadzwonić do mamy. Czuła potrzebę familijnego ciepła. 

- Kimże jest ta wspaniała istota? - Dziadek Roberta uśmiechał się do niej szeroko. 

„Wspaniała istota" ponownie wypowiedziana z wspaniałym włoskim akcentem. Mogłaby się 
szybko do tego przy-
zwyczaić. 

- To jest panna Brandi Michaels, mój adwokat - oznajmił z dumą Roberto. 

Do tego też mogła się przyzwyczaić. 

- Brandi, to jest mój nonno, Sergio Contini. 

- Brandi, cóż za ekscytujące imię. - Stary Contini porwał bezceremonialnie Brandi w ramiona 
i ucałował w oba po-
liczki. -Jakaż piękna z ciebie kobieta. I jakże wysoka. Witam w moim domu. 

- Dziękuję panu, panie Contini. - Pachniał mydłem i dobrym winem, był pełen wigoru i siły, a 
jego akcent w stu 
procentach przypominał akcent Roberta. Kobiety musiały niegdyś za nim szaleć. 

- Mów do mnie Nonno. 

Nagle rozdzwonił się telefon w przedpokoju. Nonno zig- 

Christina Dodd 

156 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

background image

norował dzwonienie, ujął ją pod ramię i poprowadził do udekorowanego draperiami, pełnego 
czarno-białych 
fotografii i koronkowych serwetek salonu. 

- Opowiedz w takim razie, jak poznałaś mojego Roberta. 

- Poznaliśmy się na przyjęciu. - Brakowało w tym stwierdzeniu nieco ścisłości, pomyślała. - 
Ale teraz pracujemy 
razem nad jego sprawą. 

Spojrzała na bezprzewodowy telefon leżący na stoliku za wygodnym fotelem o pozłacanych 
poręczach. Wciąż 
dzwonił. A Nonno wciąż go ignorował. 

- Tak, tak. Powiedział, że jesteś jego adwokatem. 

- Tylko jednym z wielu adwokatów - sprostowała szybko. - Pracuje dla niego cała, bardzo 
zdolna grupa prawników z 
kancelarii McGrath i Lindoberth. 

Telefon wciąż rozbrzmiewał kolejnymi dzwonkami. 

- Och, mój chłopiec jest w kłopotach. - Nonno spojrzał poważnie na Roberta ale zaraz 
uśmiechnął się szeroko. - Jest 
w kłopotach, ale na pewno jakoś sobie poradzi. 

- Nonno - w głosie Roberto zabrzmiało coś na kształt ostrzeżenia. 

- Nie, nie. Nic nie mówię. Znany jestem z dyskrecji. Telefon nie przestawał dzwonić. W 
końcu Roberto dał za 

wygraną. 

- Nonno, nie zamierzasz odebrać? 

- To z pewnością pani Charlton, wścibstwo wydaje się rosnąć proporcjonalnie do jej wieku. 
Jeszcze pięć dzwonków 
i przestanie. Na szczęście jest bardzo zimno i nie zechce jej się wychodzić z domu, by poznać 
naszą wspaniałą, 
przepiękną panią adwokat. - Nonno obdarował Brandi kolejnym uśmiechem. - Usiądź, proszę. 

Silnymi nad podziw dłońmi nacisnął na jej ramiona, zmuszając do nieco gwałtownego zajęcia 
pozycji na sofie, która 
niespodziewanie mocno się pod nią ugięła. 

Christina Dodd 

147 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

Najwyraźniej wszyscy mężczyźni w tym rodzie mieli w zwyczaju „prowadzić" kobiety. 

- Wina? - zapytał, i nie czekając na odpowiedź, zaczął napełniać trzy kieliszki z kryształowej 
karafki. 

Wszędzie wokół widziała ślady bogactwa przemieszane ze zużyciem i lekkim bałaganem. 
Kryształowa karafka i wy-
służona sofa. Na półce piękne woluminy w skórzanych oprawach, a w rogu pokoju 
dogorywający grzejnik 
elektryczny. Obraz olejny autorstwa Marca Chagalla, prawdopodobnie oryginalne, na 
podłodze stary, wyświechtany 
zielony dywan. Pokój był wygodny, ale zaniedbany, jak zaniedbane bywają mieszkania, 
których właściciele 
naprawdę je kochają. 

Roberto rozłożył się wygodnie na sofie i przeciągnął z westchnieniem, zupełnie jakby po raz 
pierwszy, od kiedy go 
poznała, mógł się naprawdę zrelaksować. 

Nonno podał jej kieliszek z winem i wtedy zauważyła jego rękę. Skóra była naznaczona 
bliznami, a palce sztywne, 
zupełnie jakby nie mógł ich zgiąć. Wypadek? Czy to dlatego przeszedł na emeryturę? 

Nonno poczekał, aż upiła łyk. 

- Smakuje ci? 

- Jest wspaniałe. - Było wspaniałe. Czerwone, ciężkie, gładkie, rozgrzewające przyjemnie od 
środka i 
pozostawiające na języku smak jeżyn. Lepiej, żeby więcej go nie piła, bo jeszcze łyk, a podda 
się zmęczeniu i 
zapadnie w sen na tej starej, wytartej, zapadającej się sofie. Wygoda i ciepło miały na nią taki 
sam wpływ jak na 
Roberta - błogo relaksowały. 

- Weź ciasteczko. - Nonno podał jej tacę. 

Wzięła jedno przez grzeczność i ugryzła. Uderzył ją zapach wanilii, a maślany smak 
migdałów wypełnił głowę, 
niemal fizycznie podniecając jej zmysły całą skalą smaku, słodyczy, chrupkości i perfekcji. 
Miała ochotę zabrać mu 
tacę i wsypać sobie wszystkie do ust. 

Christina Dodd 

148 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

- To jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie przydarzyło mi się jeść w życiu. Kto je upiekł? 

- Ja sam. Jestem wdowcem na emeryturze, muszę jakoś zająć sobie czas, - Nonno pokraśniały 
z zadowolenia podał 
kieliszek wnukowi i zajął miejsce w fotelu. Nie zdejmując butów, podciągnął kolana pod 
brodę i uśmiechnął się 
szeroko. 

- Mój chłopak. Będzie wyśmienity w interesie. Dobrze się porusza i ma sprawne dłonie. - 
Przebierał przez moment 
palcami zdrowej ręki, po czym posłał Brandi łobuzerskie spojrzenie. 

- Wiesz chyba, o czym mówię? Dziewczyna oblała się rumieńcem. 

- Nonno! - Roberto spojrzał na dziadka z naganą. Nonno, niezbity wcale z tropu, dalej się 
uśmiechał. 

- Roberto jest za wysoki i za szeroki, by być naprawdę wspaniałym złodziejem klejnotów. 
My, profesjonaliści, po-
winniśmy umieć wcisnąć się w każde miejsce, wślizgnąć się i wyślizgnąć niezauważeni z 
każdej sypialni. Ale jego 
matka nie słuchała moich porad, gdy była zakochana, nieprawdaż? 

- Czy hrabia też jest taki wysoki? - Rozbawiona odwróciła się w stronę Roberta. 

Siedział zupełnie bez ruchu, jego oczy były zimne i utkwione w dziadku ze stanowczością, 
która wydawała się 
wysysać powietrze z niewielkiego pokoju. 

Nonno wysunął rękę, jakby chciał obronić się przed niewidzialnym ciosem. 

- Roberto, Roberto. Powiedziałem ci, że nie mam pojęcia. Roberto nawet nie mrugnął. 

A Nonno nie przestawał mówić. 

- Nie wiem. Jesteś moim ukochanym wnukiem. Gdybym wiedział, z pewnością bym ci 
powiedział. 

Roberto skinął gwałtownie głową. 

- W porządku, wierzę ci. 

Christina Dodd 

159 

Szafirowe kłopoty 

background image

Co się właściwie stało? Co takiego powiedziała albo raczej... co powiedział Nonno? 

Roberto rozluźnił się w mgnieniu oka i ponownie zapadł w sofę. 

- Wpadliśmy na Fosserów, Mossimo przesyła pozdrowienia. 

- Niech zgnije w piekle. - Nonno uniósł swą szklankę, a Roberto odpowiedział na toast. 

Staruszek pochylił się nagle w stronę Brandi. Spojrzała na niego zaskoczona. Tym razem 
patrzył na nią bardzo 
poważnie. 

- Widziałaś pierścień? 

- Nosi go na małym palcu. 

- Ośmiela się! - Usta dziadka skrzywiły się jeszcze bardziej. 

Dziewczyna zapamiętała dobrze ten pierścień - był mały, ze starego złota, ale kolor 
szmaragdu był niesamowity. 
Najwyraźniej był obiektem poważnego sporu i poczuła się niezręcznie, mówiąc o nim. 
Zupełnie jak wtedy kiedy 
musiała stawać pomiędzy swoimi kłócącymi się rodzicami. Nie było to najprzyjemniejsze 
uczucie. 

- Ostentacyjnie się z nim przede mną obnosił - Roberto uśmiechnął się zjadliwie. - Musiałem 
go nauczyć nieco 
moresu. 

- Gdzie się tego nauczyłeś? - zapytała. - Mam na myśli wykręcanie nadgarstków. 

- Hrabia jest niezwykle zamożny, a mój dziadek zajmował się kradzieżą klejnotów. - Upił 
nieco wina z kieliszka. - 
Komuś przyszedł do głowy pomysł, bym nauczył się podstawowych zasad samoobrony. 

Wiedziała już co nieco o jego charakterze. Dlatego zadała kolejne pytanie: 

- Jak podstawowych? 

- Mądra dziewczynka. - Nonno skłonił głowę w jej stronę. - Ma czwarty stopień mistrzowski 
w jujitsu i drugi w 
karate. 

Christina Dodd 

160 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

Brandi westchnęła zdumiona. 

- Ale ty, Roberto, postanowiłeś postawić się Mossimo. - Nonno podłożył sobie poduszkę pod 
głowę i spojrzał na 
wnuka, jego ciemne oczy błyszczały spod na wpół przymkniętych powiek. - Myślałem, że 
chcesz odgrywać rolę 
spolegliwego tchórza. 

- Stwierdziłem, że ta rola przestała mi się podobać. Nonno wybuchnął śmiechem. 

- Uczyniłeś swoje zadanie o wiele trudniejszym. 

- Czymże jest życie, jeśli nie serią piętrzących się trudności, które należy pokonywać. - 
Roberto wykonał ręką gest 
tak południowoeuropejski, że Brandi przez moment czuła się, jakby znaleźli się w Sycylii. 

- A więc jednak. - Nonno uśmiechał się cały czas do Roberta. - Na sofie koło ciebie siedzi 
mój jedyny wnuk. Jedyne 
dziecko mojego jedynego dziecka. My, Contini. kradniemy, to prawda, ale tylko od bogatych. 

Nie mogła powstrzymać uśmiechu na te naiwne słowa. 

- Ale to prawda! Jesteśmy włoskimi Robin Hoodami. Pomagamy biednym, szanujemy 
sprawiedliwość, i od wieków 
znani jesteśmy z naszej pasji, z zamiłowania do życia, nagłych decyzji, tańca, picia, odwagi 
i... miłości. 

Uniósł szklankę w toaście na cześć przodków. 

- Ale Roberto był takim małym, trzeźwo myślącym i odpowiedzialnym chłopcem. Byłem z 
niego dumny, 
oczywiście, że byłem. Ale myślałem też, że krew Continich w końcu poddała się 
cywilizacyjnym wpływom. Ale nie. 
Okazało się, że to była tylko kwestia czasu, że gotowała się tylko cichutko w jego żyłach, by 
wybuchnąć w końcu i 
zamienić go w jeszcze bardziej porywczego i dzikiego niż sam założyciel rodu - stary Cirrico. 

Brandi czuła się zmęczona i wyczerpana tą porywczością. Dlatego pewnie zapomniała o 
resztkach taktu i dobrego 
wychowania. 

Christina Dodd 

151 

Szafirowe kłopoty 

background image

- A więc jest trzeźwo myślącym i odpowiedzialnym złodziejem? Nie sądzę - i ugryzła się w 
język. Nieistotne, co 
zrobił jej Roberto. Nie miała prawa wylewać swoich żalów na wesołego, przesympatycznego 
staruszka, który kochał 
wnuka, a ją częstował winem i ciasteczkami. 

- Złamiesz mojemu dziadkowi serce, mówiąc w ten sposób o rodzinnym powołaniu. 

Roberto zaśmiał się i delikatnie dotknął płatka jej uszu jednym palcem. Potrząsnęła głową. 

- Najwyraźniej nie jesteś najlepszy w rodzinnym powołaniu, gdybyś był, nie oczekiwałbyś 
teraz na proces. 

Nonno zachichotał i trzepnął się ręką w kolano. 

- Tu cię ma. 

Oczywiście nie czuł się w żaden sposób obrażony, więc Brandi śmiało brnęła dalej. 

- Powinieneś pozostawić nielegalną działalność osobnikom takim jak Mossimo. 

Nonno przestał się śmiać. 

- Roberto, czy nie ostrzegłeś przed nim naszej pani adwokat? - W jego tonie brzmiała nagana. 

- Ostrzegłem - powiedziała, że zrobi to, co uzna za słuszne. 

Obaj spojrzeli na nią w taki sposób, jakby nie grzeszyła mądrością. 

- Nonno, miałem nadzieję, że pokażesz Brandi kilka swoich sztuczek. 

Nonno zadumał się na chwilę, po czym rzekł: 

- Tak, oczywiście. - Trzęsę się nieco i nie jestem już tak zwinny, jak kiedyś. Mam nadzieję, że 
wybaczysz starcowi 
niezdarność? 

Brandi wiedziała, że nie było w tym słowa prawdy, ale cóż było robić, musiała wziąć udział w 
zabawie. 

Christina Dodd 

152 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Co muszę robić? 

- Na początek wstań. - Nonno też zerwał się na nogi, położył jej ręce na ramionach i 
podprowadził do okna. - Tu 
masz najlepsze światło, więc możesz mnie obserwować. Powinnaś też włożyć ten zegarek. - 
Podał jej zeszłoroczny 
model Timexa ze skórzaną bransoletką. 

Spojrzała na niego. Wyglądał zupełnie jak jej. Był jej. 

- Włóż go - powiedział Nonno. 

- Ale przecież był włożony! - Zdjął go jej z ręki, prowadząc w stronę okna. - Jesteś dobry. 

- Miło mi, ale nie za bardzo masz mnie z kim porównać, prawda? - Podał jej pierścionek, 
który matka dała jej w dniu 
ukończenia studiów. 

- Jak to zrobiłeś? - Musiał go przecież zsunąć z jej palca. 

- Uważaj na zegarek - poradził Roberto. Zerknęła na nadgarstek. Po zegarku nie było śladu. 
Nonno podał go jej 
ponownie. 

- Łatwo się ześlizgują - powiedział pogodnie. - Tu, prószę, nie zgub kluczy. 

Były w kieszeni jej płaszcza. 

- I twój telefon. Druga kieszeń płaszcza. 

- Uważaj na zegarek - powiedział znowu Roberto. Zegarka nie było. Znowu. Zakręciło jej się 
w głowie. 

- Jak to robisz? - zapytała. Włożyła klucze i telefon do torebki i zapięła zegarek, nie mając 
nadziei na to, że zbyt 
długo tam pozostanie. 

- To jeszcze nic. Szkoda, że nie widziałaś mnie wcześniej. 

- Wcześniej? 

- Zanim wydarzyło się to. - Nonno podniósł niesprawną rękę i obrócił przed jej oczyma. - To 
moja prawa ręka, a ja 
jestem praworęczny. 

Christina Dodd 

163 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

- Co się stało? - zapytała. 

Uśmiech Nonna zniknął i zastąpiła go powaga. 

- Przydarzył mi się Mossimo. 

- Jako to przydarzył się Mossimo? - Wyciągnęła w jego stronę dłoń. Była przestraszona i 
niepewna. Pamiętała, jak 
Roberto wykręcał nadgarstek Mossima, nie rozumiejąc jeszcze wtedy, jak taki ruch może 
spowodować tyle bólu. - 
Nie rozumiem... 

Roberto powiedział wtedy coś, czego nie chciała wiedzieć. 

- Mossimo połamał młotkiem wszystkie kości dłoni Nonna. 

 

 

Rozdział 15 

Brandi starała się za wszelką cenę odsunąć od siebie straszliwy obraz. Młotek, metalowe tępe 
narzędzie uderzające 
raz po raz w delikatne kości męskiej dłoni... 

- Chciał przejąć mój interes - kontynuował Nonno. - Wcale nie zamierzałem mu go oddawać. 
Ale człowiek w 
szpitalu nie może dłużej przewodzić grupie, a mistrz fachu przestaje być mistrzem z taką ręką 
i nie może już wrócić 
do pracy. 

- Jego ludzie płakali, gdy zobaczyli, co się stało. W tym l achu nigdy nie było nikogo nawet 
podobnie dobrego. I pew-
nie nigdy nie będzie. Był artystą. Połamać mu ręce to jak rozbić Płomień Romanowów. - 
Roberto patrzył na Brandi, 
łokcie oparł na kolanach, a dłońmi podpierał twarz. 

Wiedziała, dlaczego to wszystko zaczął. To nie był tylko pokaz umiejętności Nonna. To był 
najlepszy sposób, by 
zilustrować, jak niebezpieczna może być rodzina Fossera. Nie dość, że zabójcy, to jeszcze 
zabójcy lubiący swoją 
pracę. Poddała się, zrobiła coś, czego obaj mężczyźni oczekiwali. 

- W porządku, nie pójdę na policję, żeby złożyć doniesienie. 

- Obiecujesz? - Nonno podał jej ponownie zegarek, pierścionek, kluczyki i komórkę. 

background image

- Obiecuję. Już rozumiem. - Opadła na sofę, kolana niemal się pod nią ugięły na myśl o 
okrucieństwie i bólu. - Nie 
jestem głupia! 

Christina Dodd 

165 

Szafirowe kłopoty 

background image

Wzdrygnęła się nerwowo. Czy jej ojciec miał rację? A może była głupia? Właśnie znalazła 
się w niecodziennej 
życiowej sytuacji. Dwóch złodziei, o Boże, złodziei! - miała za sprzymierzeńców, a grupa 
nieco gorszych złodziei 
prawdopodobnie stanowiła zagrożenie dla jej życia. Nie mogła liczyć na współpracowników z 
kancelarii, chyba że 
chciałaby powiększyć gromadkę bezpośrednich wrogów, a jeden z najbardziej prominentnych 
sędziów w Chicago 
już nie pałał do niej miłością tylko dlatego, że reprezentowała kogoś, kim najwyraźniej 
pogardzał. Gorączkowo 
masowała czoło w nadziei, że nagły ból głowy minie szybko, jak się pojawił i starała się 
zignorować echo 
lekceważącego głosu jej ojca, który uporczywie rozbrzmiewał w głowie: „Brandi jest głupia." 

Nie jest. Wiedziała, że nie jest. W szkole odnosiła same sukcesy, a jej przyjaciele poważali ją 
za zdrowy rozsądek. 

Ale w takich momentach, kiedy była roztrzęsiona i zmęczona, niemal wierzyła słowom ojca. 

Czuła się zdecydowanie nie najlepiej. Do bólu głowy dołączyło uczucie skrętu wnętrzności i 
Brandi przypisała je 
ogólnej trosce wynikającej z sytuacji, w jakiej się znalazła. 

- Roberto, co się stanie, jeśli nie będziesz pracował dla Mossima? Też weźmie młotek? 

- Nie martw się o niego, poradzi sobie. Nie jest złodziejem tak dobrym jak ja, ale poza tym 
jest sto razy sprytniejszy. 
- Nonno poklepał się znacząco po czole i puścił do Brandi oko. - No, może nie sto, ale sprytny 
jest na pewno. 

Roberto zaśmiał się. 

- Powiedz, Nonno, czy wciąż umawiasz się z Carmine? 

- O nie, wyobraź sobie, że stała się zaborcza. - Nonno z niesmakiem obrócił się w fotelu. - 
Kiedy wziąłem Teresę na 
pole golfowe, zupełnie jej odbiło. Nie mam na to czasu. 

Kiedy zmienili temat rozmowy, Brandi wiedziała, że byli 

Christina Dodd 

166 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

background image

ukontentowani jej decyzją. Oparła głowę na jednej z poduszek i starała się nie myśleć za 
bardzo o młotku 
gruchoczącym rękę starszego pana ani o pistoletach, brutalnych porachunkach i o tym, że jej 
mieszkanie zostało 
zdemolowane, ani nawet o zagrożonej pozycji w pracy. 

- Mama mówi, że powinieneś się ponownie ożenić - powiedział Roberto. 

- Twoja mama powinna pilnować swoich spraw - odpowiedział dziadek. 

- Powiedziała, że zacznie, kiedy ty będziesz pilnował swoich. 

Głos Roberta rozbrzmiewał jak z oddali. Odwróciła głowę i spojrzała na niego. Był 
niesamowicie przystojny. Nawet 
jego profil był wspaniały. Sprawiał, że serce zaczynało bić szybciej, a na ramieniu pojawiała 
się gęsia skórka... a 
kiedy tylko pomyślała o tym, jak wspaniale się kochali... Wyprostowała się. Ze wszystkich 
rzeczy, o których nie 
powinna teraz myśleć, ta powinna znaleźć się na samym początku listy. Nigdy, ale to nigdy 
nie będzie rozmyślać o 
tej nocy... o całym weekendzie. 

O czym oni mówili? Nie mogła zrozumieć ani słowa. Uśmiechnęła się. Po prostu rozmawiali 
po włosku. 

Było jej ciepło i dobrze, a przy tym była straszliwie niewyspana... Znalazła się AV tarapatach 
i wiedziała o tym, ale z 
tymi mężczyznami czuła się nad wyraz bezpiecznie. Tiffany nie spodobałoby się, że zasypia 
podczas wizyty, ale 
zamknie oczy tylko na kilka minut, parę chwil... 

Nonno pokiwał głową i uśmiechnął się. 

- Odpłynęła. 

- Wiedziałem, że zaraz zaśnie. - Roberto wstał i patrzył na śpiącą dziewczynę, skuloną z 
podbródkiem złożonym na 
piersi. Delikatnie ją przesunął, by leżało jej się wygodniej. Nonno wsunął jej pod głowę 
poduszkę, a Roberto 
rozprostował jej 

Christina Dodd 

156 

Szafirowe kłopoty 

background image

nogi na sofie. Zamruczała coś, zmarszczyła czoło, i skrzywiła nos, jakby sen nie był zbyt 
przyjemny. 

Oczywiście, że nie był. Jak mogła śnić o czymś słodkim po tak brzemiennym w straszliwe 
wydarzenia dniu? 

- Weź jej telefon komórkowy, Nonno, nie chcemy, żeby ktoś ją obudził. 

Nonno jednym zwinnym ruchem wyjął telefon z kieszeni Brandi. 

Roberto delikatnie przykrył ją grubym, wełnianym kocem, który podał mu dziadek. Podobał 
mu się widok dziew-
czyny śpiącej w domu jego najbliższej rodziny, włosy rozlane złocistą falą na ciemnej 
poduszce sofy. Odsunął jeden 
z kosmyków z czoła za ucho, po czym odwrócił się, by wyjść. 

Nonno przyglądał mu się z rękoma opartymi na biodrach, sprawiał wrażenie, jakby zastygł w 
tej pozie. 

- Wyglądasz jak żona włoskiego rybaka - szepnął Roberto, patrząc na dziadka. 

- Jasne, jasne. - Nonno wziął ze stołu butelkę wina, po czym obaj mężczyźni przeszli do 
kuchni. 

Roberto zamknął za nimi drzwi. Usiedli przy starym stole. 

- Kim ona jest? - zapytał Nonno. 

- Dziewczyną, którą poznałem. 

- Ładna. Co z nią robisz? 

Nonno zadawał pytania bez ogródek, kiedy tylko miał na to ochotę. 

- Poderwała mnie. Pozwoliłem jej na to. A następnie dowiedziałem się, że reprezentuje mnie 
w sądzie. Cóż miałem 
robić? - Roberto rozłożył ręce w typowym włoskim geście rezygnacji. 

- Jesteś szalony, ciągnąc ją ze sobą na robotę. 

- Nie wykonuję jeszcze żadnej roboty. Powinieneś był zobaczyć miny Fosserów, kiedy ją 
przedstawiłem. Zapomnieli 

Christina Dodd 

168 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

 

background image

języka w gębie. - Roberto zaśmiał się i nalał wina po brzegi. Wznieśli toast, stukając się 
kieliszkami. 

- Nie wiedzieli nawet, czy wierzyć w to, że jest adwokatem. Nie mogli od niej oczu oderwać. 
Nie narażę jej na 
niebezpieczeństwo, ale użyję jej jako zasłony dymnej. Nie będą wiedzieli, co się właściwie 
dzieje. 

- A co się właściwie dzieje? 

- Dowiemy się niebawem. Zaręczam. - Zerknął na drzwi do kuchni, a następnie na zegarek. 
Zegarek zniknął. 

- Oddaj mi go. - Wyciągnął rękę, oferując dziadkowi garść monet. Staruszek sięgnął do 
kieszeni i rozpromienił się. 

- Hej, mój chłopcze. Stajesz się niezły. Nie poczułem, jak to zrobiłeś. 

- Trenowałem. 

- Bardzo dobrze. - Nonno podał wnukowi zegarek. - Do takiej roboty musisz być najlepszy. 
Wytłumacz mi tylko 
jeszcze raz, dlaczego dziewczyna jest w to zamieszana? 

Roberto wziął głęboki oddech, czuł, jak wypełniają mu się płuca, jak pulsuje krew w żyłach, 
jak doświadcza dziwnej 
ekscytacji, której nie czuł nigdy wcześniej. 

- Chcę, żeby ta robota poszła perfekcyjnie. Pragnę zemsty za twoją rękę. Chcę pokazać 
światu, co umiem. I chcę, 
żeby ci idioci, którzy chcą usmażyć mi tyłek, wiedzieli, z kim mają do czynienia. I chcę, żeby 
była ze mną. Chcę jej 
po mojej stronie. 

Nonno pokiwał głową ze zrozumieniem. 

- Chłopcze, przez wiele lat nie dawałeś duchom Continich dojść do głosu. Ale teraz widzę 
jaka w tobie płynie krew. 
Jesteś dokładnie tak szalony jak reszta z nas. 

- Nie lubię, jak przyciskają mnie do muru. 

- Podoba mi się ta dziewczyna. - Nonno rzucił poważne spojrzenie Roberta. - Masz pewność, 
że jest tym, za kogo się 
podaje. 

- Nie mam, nic nie wiem na pewno. Może być podstawką 

Christina Dodd 

background image

158 

Szafirowe kłopoty 

background image

od Fosserów, albo bardziej prawdopodobnie prezentem od FBI. - Wszystko jest możliwe, 
pomyślał. 

- Tak, plotka niesie, że Mossimo ma kłopoty. 

- Jakie kłopoty? 

- Nic nie potrafi. Jedyne, do czego się nadawał, to planowanie i zmuszanie ludzi, by 
wykonywali za niego brudną 
robotę. Ale już od dłuższego czasu nie płaci dobrze. Gadają, że młodsi zaczynają się 
wyłamywać i działają na własną 
rękę. Idą za tym problemy - na ulicach walki i rozboje. Duża rodzina, duże kłopoty. Nikogo 
jeszcze nie złapali, ale 
pewnie wielu idzie o zakład, kto zwolni starego Mossima. 

- Świetnie. - Roberto pomyślał o mężczyznach siedzących dziś przy stole Fosserów. - Kto 
zajmie jego pozycję? 
Dante? Greg? 

Albo żaden z nich, pomyślał zaraz. Fico. Ten z bliznami po trądziku i o bardziej 
inteligentnym spojrzeniu. 
Obserwował dziś całe zajście pomiędzy Robertem i Mossimem bez emocji, jak gdyby 
zupełnie go nie obchodziło, 
kto zwycięży w starciu. 

- Mossimo musi cię mieć i musi wykonać tę robotę, w innym wypadku może zacząć 
rozmyślać o emeryturze. Podoba 
mu się to, czy nie - powiedział Nonno. - Uważaj na dziewczynę. Stary jest przyparty do muru, 
a przyciśnięty dziki 
zwierz jest bardzo niebezpieczny. 

- Nie pozwolę, żeby cokolwiek stało się Brandi. - Roberto związałby ją raczej, niż pozwolił, 
by zbliżyła się do praw-
dziwego niebezpieczeństwa. I zabiłby każdego, kto chciałby wyrządzić jej krzywdę. - 
Powinienem wiedzieć coś 
jeszcze? 

Nonno uśmiechnął się szeroko. 

- Mam plany muzeum. 

- Nigdy w to nie wątpiłem. 

- Ale były drogie jak cholera. - Z zielonego, porysowanego ceramicznego pudełka wyciągnął 
pachnące nowością 
rolki planów. 

Christina Dodd 

background image

170 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

- Pokryję koszty. - Kiedy Nonno rozwijał plany, Roberto postawił szklankę z winem na 
jednym z rogów. Nonno 
postawił swoją na drugim. 

- Ha, ha. To najlepsza zabawa, jaką miałem od czasu, gdy wyszedłem ze szpitala po wypadku 
z ręką. 

Ich głowy niemal dotykały się, gdy pochyleni nad stołem, dyskutowali o dostaniu się do 
środka, wymieniali uwagi na 
temat ochrony i starali się przewidzieć pułapki, których przewidzieć do końca się nie da, oraz 
zastanawiali się, jak 
przechytrzyć Fosserów. To była narada wojenna, na której brakowało jednego z generałów. 

Ktoś zapukał do drzwi. 

Roberto porwał ze stołu plany i wrzucił do spiżarni. Otworzył pudełko na chleb i wyciągnął z 
niego rewolwer, ukryty 
tam przez dziadka. 

Nonno przeszedł szybko przez przedpokój i upewnił się, że Brandi śpi. Kiwnął głową do 
wnuka i zamknął drzwi do 
salonu. 

Roberto zerknął przez judasza na dwóch mężczyzn stojących przed drzwiami. Ich kołnierze 
były podniesione, czapki 
naciągnięte głęboko na oczy, ale twarze mieli odsłonięte. Wiedzieli, że muszą zostać 
zidentyfikowani, zanim zostaną 
wpuszczeni. 

Wyłączył alarm, otworzył zamek i uchylił drzwi. Przybysze weszli do środka. 

Nonno stał za stołem, usta miał wygięte w nieskrywanej pogardzie. 

Roberto zamknął za nimi drzwi i włączył alarm. 

- Ktoś was widział, jak wchodziliście? 

- Nie, obserwują dom, ale nas nie widzieli. - Starszy z mężczyzn zdejmował czapkę i płaszcz. 

Młodszy taksował Roberta wzrokiem. Wyglądał na kryminalistę i najprawdopodobniej nim 
był. 

Christina Dodd 

160 

Szafirowe kłopoty 

background image

Nikt nie wymienił uścisków dłoni. 

Starszy usiadł przy stole i skinął na młodszego. 

- Chcemy zobaczyć plany muzeum. Siadaj. 

Młodszy przyjął zaproszenie niechętnie. Z torby wyciągnął laptopa i po chwili na ekranie 
pojawiły się plany 
Instytutu Sztuk. Wyglądały prawie identycznie jak te, które zdobył Nonno. Prawie. 

Roberto pochylił się nad laptopem i momentalnie zidentyfikował różnice. Interesujące, i 
jeszcze trudniejsze, niż się 
to wydawało na początku. 

- Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi pracować z takimi jak wy - powiedział Nonno. 

Starszy spojrzał na niego. 

- A ja dla odmiany jestem podekscytowany. A teraz bierzmy się do pracy. Mamy do 
zaplanowania poważną 
kradzież. 

Rozdział 16 

Brandi otworzyła oczy. Nie wiedziała, gdzie jest. Poderwała się z westchnieniem. 

W krótkiej chwili zdołała sobie przypomnieć niemal wszystko. 

Roberto. To było przecież mieszkanie jego dziadka - mieszkanie Nonna. Miły starszy pan 
straszliwie okaleczony 
przez mężczyzn, których dziś poznała. I nawet nie poszła z tym na policję! 

Jej własne mieszkanie zostało zdemolowane. Ukochany smok rozbity na kawałki. 

Pierwszy dzień pracy przypominał koszmar. 

Miasto było zdecydowanie nieprzyjazne. Nie miała do kogo zwrócić się o pomoc. Do nikogo 
z wyjątkiem Roberta. A 
ten był złodziejem klejnotów - albo może czymś jeszcze gorszym. 

Powoli podniosła się i rozejrzała wokół. W salonie była sama. W rogu pokoju paliła się słaba 
lampa, zasłony były 
zasunięte, ktoś zadał sobie trud przykrycia jej kocem. Zasnęła. 

Czy usłyszała w kuchni męskie głosy? 

Gdzie był Roberto? 

background image

Podniosła się z sofy tak szybko, że zakręciło jej się w głowie. Niemal przebiegła przez 
przedpokój i otworzyła 
szeroko drzwi do kuchni. Zatrzymała się i oparła się ręką o ścianę, wciąż jeszcze nie do końca 
rozbudzona. 

Christina Dodd 

173 

Szafirowe kłopoty 

background image

Roberto stał przy piekarniku. Rękawy koszuli podwinął do łokci, przywdział biały fartuch i 
mieszał w garnku 
drewnianą łyżką. Nonno zaglądał do garnka i wykłócał się z wnukiem o jakieś przyprawy. 

Znowu zawirowało jej w głowie. Za szybko wstała. Za szybko też ujrzała Roberta. Obie 
rzeczy powodowały zawroty 
głowy. 

Obawiała się tylko, że zawroty głowy wywołane przez Roberta mogą nie zniknąć. 

Obaj spojrzeli na nią zaskoczeni jej nagłym pojawieniem się. 

- Wszystko w porządku? - Roberto odłożył ociekającą łyżkę na kuchenny blat i zrobił krok w 
jej stronę. 

O nie, nie chciała, żeby jej dotknął. Stoczyłaby się chyba ponownie w słodkie omdlenie. 

- Tak. - Przesunęła po nim wzrokiem. - Fajny fartuch. 

- Mojej babci. - Mrugnął do niej i powrócił do mieszania. Z garnka wydobywały się kłęby 
pary unosząc ze sobą 
smakowity zapach czosnku, cebuli, oliwy i bazylii. 

- Och, śpiąca królewna się obudziła. - Nonno zbliżył się do niej tanecznym krokiem, 
uśmiechnięty i rozpromieniony. 
Najwyraźniej lekko pijany. Dotknął jej policzka okaleczoną dłonią. 

- Szykujemy ci obiad, cara - powiedział. 

- Dzięki, Nonno. - Roberto gotuje? Kto by pomyślał. - Pachnie wspaniale. 

- To stary rodzinny przepis na sos, dodajemy do niego polentę domowego wyrobu i anioły w 
niebie śpiewają z rado-
ści. - Ucałował koniuszki palców z głośnym cmoknięciem. 

Miała ochotę złapać ten pocałunek, ale chyba już wystarczająco wiele razy uczyniła z siebie 
tego dnia idiotkę. 
Zamiast tego rozejrzała się po wąskiej, urządzonej w starym stylu kuchni. Na środku stał stół 
przykryty serwetą w 
biało-czer- 

Christina Dodd 

174 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

woną kratę, na którym ktoś starannie rozstawił talerze i rozłożył sztućce. Środkową część 
zajmowała ogromna, 
drewniana miska z sałatką. Nakryto dla trzech osób. Naszło ją jakieś niepewne, zamglone 
snem wspomnienie. 

- Czy jest tu ktoś jeszcze? 

- Ktoś jeszcze? - Nonno uniósł brwi, na jego twarzy malował się wyraz zdziwienia. 

- Kiedy spałam, wydawało mi się, że słyszę rozmowy. 

- Rozmawialiśmy przecież - Roberto wykonał gest pomiędzy sobą a dziadkiem. - Nie 
widzieliśmy się od miesięcy. 
Mieliśmy wiele do obgadania. 

- Jasne. To pewnie to. - Chociaż wydawało jej się, że słyszała też obce głosy... musiało jej się 
przyśnić. Odgarnęła 
włosy z twarzy. - Która godzina? 

- Siódma. Spałaś cztery godziny. 

- O nie. - Sięgnęła do kieszeni. - Nie zadzwoniłam z raportem do kancelarii. 

- Ja to zrobiłem. Twój telefon leży przy twoim nakryciu - wskazał na komórkę leżącą na stole. 
- Lubisz grzyby? Bo 
my uwielbiamy grzyby i jeśli ich nie lubisz, będziesz musiała zadowolić się marinarą z 
butelki. 

- Uwielbiam grzyby - Brandi odpowiedziała automatycznie. - Z kim rozmawiałeś? 

Roberto uśmiechnął się kwaśno. 

- Z Glennem i pozwoliłem sobie wyjaśnić mu parę rzeczy. Zupełnie nie rozumiał, kto 
właściwie ma większe prawo 
wymagać czegokolwiek w układzie klient - dostawca usługi. 

- O nie! - Osunęła się powoli na krzesło. Glenn jej tego nie wybaczy. 

- Zapewniam cię, cara, że wytłumaczyłem mu głównie to, czego sam od niego oczekuję. Nie 
miało to nic wspólnego 
z tobą. 

Christina Dodd 

175 

Szafirowe kłopoty 

background image

Roberto zajmował się nazbyt wieloma rzeczami naraz. 

- Nie będzie na to zważał. Wyżyje się po prostu na pracownikach. - Ukryła twarz w dłoniach. 

- Nie będziesz go przecież widywała. 

- Jak to? - Uniosła głowę. 

- Nie będę przecież spędzał dni w waszych biurach, bez względu na to, jak są wygodne. - 
Spróbował sosu i dał 
odrobinę dziadkowi. - Więcej pietruszki? 

- I jeszcze szczyptę soli. 

- Jesteśmy związani przez sędziego Knighta - zwrócił się do Brandi. - Pamiętasz? Cały czas 
musimy być razem. 
Dzień i noc. Noc i dzień. 

Nakaz sędziego jakoś jej umknął. Była chyba nazbyt wyczerpana i wycierpiała zbyt wiele jak 
na jeden dzień, by 
pamiętać teraz wszystkie konsekwencje tego, co się jej przydarzyło. Na szczęście jej umysł 
zaczął się rozgrzewać. 
Powoli co prawda, ale z każdą sekundą nabierał mocy. 

- Muszę iść do biura. Właśnie zaczęłam pracę. 

- Też mam pracę - powiedział. - Jestem przewodniczącym rady w wielkiej korporacji. 

- Jesteś złodziejem klejnotów. 

- To tylko uboczna działalność. 

- Chrzanić to. - Rąbnęła ręką w stół, że aż podskoczyły naczynia. - Kim ty właściwie jesteś? 

- Dokładnie tym, kim sobie wyobrażasz, że jestem - odpowiedział. 

- Nie sądzę, żebyś był aż tak zły - jej głos nabierał mocy. 

- Uwaga, robię polentę! - Nonno nalał oliwy na patelnię i podpalił gaz. 

- Gdzie będziemy spali? - zapytała. - Myślałeś o tym? 

- Zamierzam spać w moim hotelu - Roberto miał czelność oznajmiać to swobodnie. 

- Nie chcę spać w twoim hotelu. Muszę iść do mojego 

Christina Dodd 

176 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

mieszkania. Właśnie się wprowadziłam, mam bardzo dużo do zrobienia - wykrzyczała. 

Zwłaszcza muszę dokończyć sprzątanie po ostatnim włamaniu, pomyślała. Po włamaniu, 
które być może by się nie 
przytrafiło, gdyby siedziała w domu zamiast spędzać czas na pławieniu się w 
przyjemnościach w przerwach 
pomiędzy uprawianiem miłości z Robertem. 

- Nie ma sprawy. Ty śpisz w swoim mieszkaniu, a ja w hotelu. 

- Uciekniesz, a ja poniosę tego konsekwencje. 

- Dałem ci już słowo, że nie uczynię nic, co by mogło zaszkodzić twojej karierze - tym razem 
miał czelność niemal 
się obrazić. 

- Moja Brandi, przynieś talerze - poprosił Nonno. Zebrała je i postawiła na kuchennym blacie. 

- Nie mogę uwierzyć, że musimy razem spać. O czym myślał ten sędzia Knight? 

Mężczyźni wymienili spojrzenia. Wyciągnęła oskarżycielsko palec. 

- Nie tak, jak myślicie. Nie prześpię się z Robertem. Już nigdy! 

- Aha! - Nonno klepnął Roberto w głowę. - Coś ty narobił? Brandi to dobra dziewczyna. 

Cholera. Nie mogła nawet winić niewyspania za zbyt długi język. Przecież właśnie spała 
przez cztery godziny. To 
bliskość tego mężczyzny przepalała obwody w mózgu. Nie popełniała przecież zwykle takich 
pomyłek. 

- To miła dziewczyna, a będzie jeszcze milsza, gdy ją nakarmimy. - Roberto spojrzał 
wymownie na dziadka. - Zaufaj 
mi. Wiem coś o tym. 

- Ma temperament jak Nonna. - Dziadek pokiwał głową ze zrozumieniem. - Droga Brandi, 
czy nałożysz na talerze 
sałatki? 

Christina Dodd 

177 

Szafirowe kłopoty 

background image

Wzburzenie zwęziło jej oczy i już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale zapach polenty 
zmieszany z aromatem 
sosu sprawił, że poczuła, jak bardzo jest głodna. Zamieszała szklanką z oliwą i winnym 
octem, wylała na sałatkę i 
dokładnie wymieszała za pomocą plastikowej łyżki. Nonno rozstawił talerze na stole, po 
czym usiadł przy jego 
końcu. Roberto zdjął fartuch i zajął miejsce po jednej stronie, Brandi usiadła po drugiej. 
Nonno wyciągnął do obojga 
ręce. 

Ujęła jego dłoń, po czym spojrzała na dłoń Roberta wyciągniętą nad stołem. 

Nie chciała go dotykać. Tylko nie to. Pod żadnym pozorem. Już słuchanie jego niskiego 
ciepłego głosu było trudne 
do zniesienia, ale gdy jej dotykał, zapominała o wszystkich kłopotach, jakie ściągnął na jej 
głowę, o jego wątpliwej 
szczerości i szemranej profesji, a za to przypominała sobie, jak to było mieć go blisko, bardzo 
blisko siebie. 
Dotykanie go wyzwalało w niej straszliwe pragnienie, i wcale nie była pewna, czy potrafi mu 
się oprzeć. 

Roberto nie był mężczyzną dla kobiety twardo stąpającej po ziemi. Nie był mężczyzną dla 
niej. 

Ale oni wciąż czekali, żeby zamknęła krąg, więc niechętnie i z ociąganiem ujęła wyciągniętą 
do niej dłoń. 

Już. Nie jest najgorzej. Jakoś sobie z tym poradzi... 

Nonno wypowiedział krótką modlitwę i zakończył ją słowami: 

- Dobry Boże, bardzo prosimy cię o pomoc w realizacji naszych niezmiernie ważnych 
przedsięwzięć. Amen. 

Nonno i Roberto uścisnęli jej dłoń. 

- Amen - mruknęła Brandi nieco zaskoczona ostatnimi słowami modlitwy. 

Po pierwszym kęsie ledwo powstrzymała się od okrzyku radości. To nie było jedzenie, to była 
ambrozja. Wzięła 
kolej- 

Christina Dodd 

178 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

ny kęs, spojrzała w górę i zdała sobie sprawę, że mężczyźni przypatrują jej się z uwagą. 

- Bardzo dobre - powiedziała z pełnymi ustami. Uśmiechnęli się i przystąpili do jedzenia. 

Brandi skończyła pierwszą porcję polenty, gdy Roberto przetarł usta serwetką i oznajmił: 

- Rozmawiałem też z twoją siostrą. Brandi odłożyła widelec. 

- Rozmawiałeś z Kim? 

- Dzwoniła, więc odebrałem telefon. 

- Dlaczego mnie nie zawołałeś? 

- Twardo spałaś. Nie martw się, bardzo miło nam się rozmawiało. 

- Jasne. 

Co jeszcze mogło dopełnić katastrofy dzisiejszego dnia? 

- Co jej powiedziałeś? 

- Że będę się tobą starannie opiekował. 

- O nie. - Brandi wyobraziła sobie, co Kim mogła na to odpowiedzieć. Jej siostra nie należała 
do kobiet, które 
uwierzyłyby jakimkolwiek męskim obietnicom. Właściwie to Brandi też do nich nie należała. 

- Prosiła, żebyś do niej oddzwoniła. - Chwycił jej dłoń, gdy zaczęła zbierać się do odejścia od 
stołu. - Proszę, okaż 
trochę szacunku dla naszej sztuki kulinarnej. Nic się nie stanie, jeśli zadzwonisz do niej po 
obiedzie. 

Brandi usiadła i powróciła do jedzenia. Coś jej się przypomniało. 

- Wcale nie jestem zła, gdy jestem głodna - wypaliła zirytowana. 

- Wcale nie - głos Nonna był nad wyraz spokojny. Brandi posłała mu wściekłe spojrzenie. 

- Wybacz, przez minutę zachowywałaś się jak moja żona. Roberto pochylił głowę, by ukryć 
uśmiech. 

Christina Dodd 

179 

Szafirowe kłopoty 

background image

Nie udało mu się. 

- Myślę, że oboje powinniście spędzić noc właśnie tutaj - zasugerował Nonno. 

Potrzebowała czasu i samotności, by zrozumieć, jak to się stało, że wszystkie jej życiowe 
plany jeden po drugim 
brały w łeb. Uśmiechnęła się i poklepała go po ręku. 

- Dzięki, Nonno, ale nie mam tu żadnych ubrań. Nie mam też szczoteczki do zębów, a po 
wszystkich dzisiejszych 
posiłkach naprawdę jej potrzebuję. 

- Wciąż mam szuflady pełne ubrań Mariabelli w jej starej sypialni. Mariabella to moja córka. 
Matka Roberta. Nie 
miałaby nic przeciwko temu, żebyś ich użyła. - Nonno uśmiechnął się zachęcająco. - Pościelę 
łóżko, a Roberto 
skoczy do sklepu za rogiem po szczoteczkę do zębów. 

Brandi była zachwycona widokiem miny malującej się na twarzy wnuka. 

- O nie. Na zewnątrz jest naprawdę zimno. 

- Mięczak - jedno słowo dziadka wystarczyło, by uciąć dyskusję na ten temat. 

- Masz przecież kierowcę - powiedziała Brandi. 

- Nie zadzwonię po Newby'ego, żeby podwiózł mnie taki kawałek. 

Roberto odłożył sztućce. 

Uśmiechnęła się. To będzie nauczka za zmuszanie jej do wałęsania się po Chicago w tym 
upiornym mrozie. 

- Zemsta jest słodka. 

- Więc zostajesz - stwierdził Nonno. 

Nie chciała. Nie zamierzała zostać. Ale z drugiej strony jej łóżko stanowił nowy materac, 
który zakupił gospodarz 
aparta-mentowca. Nie miała ochoty wdychać zapachu świeżej farby, rozmyślać nad 
okropnymi wyzwiskami 
wypisanymi na ścianie, patrzeć na sofę bez poduszek i zastanawiać się, czy ekipa czyszcząca 
wystarczająco 
skrupulatnie umyła wykładziny. 

Christina Dodd 

180 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

Nie miała ochoty wracać, nawet gdyby miał towarzyszyć jej Roberto. 

Kiedy się wahała, Nonno westchnął głośno. 

- Jestem starym, samotnym jak palec człowiekiem. Kompania młodych ludzi sprawiłaby mi 
przyjemność. 
Oczywiście wy, młodzi, pewnie nie macie ochoty zabawiać starego, przygłuchego dziadka... 

- Nonno, grasz na moich emocjach. 

- Jasne, że gram. - Jego oczy zamigotały łobuzersko. - Dzięki, że zauważyłaś. 

Nie potrafiła mu się oprzeć. 

- Będzie mi bardzo miło zostać u ciebie. 

Roberto wstał ze zrezygnowanym wyrazem twarz i sięgnął po swój płaszcz. 

- Tylko na dzisiejszą noc! - dodała stanowczo. 

- Oczywiście, moja Brandi. - Nonno ujął jej rękę. - Roberto, kup proszę kilka jajek na jutro 
rano. 

- Dobrze, Nonno. - Nakładał skórzane rękawiczki. - Coś jeszcze? 

- Mleko - dodał Nonno. - I jakieś herbatniki. 

- Dobrze, Nonno. - Naciągnął na uszy robioną na drutach czapkę. 

Ta powinna nadać mu wygląd nieporadnego maminsynka, ale sprawiła, że wyglądał 
chłopięco i seksownie, a Brandi 
zapragnęła zawiązać mu na szyi szalik, ucałować go w policzki i powiedzieć, żeby nie kazał 
długo na siebie czekać. 

- Co do szczoteczki, miękkie i długie włókna - powiedziała. 

Spojrzał na nią. Nie uśmiechnął się, ale w jego oczach była radość. Zupełnie jakby sam jej 
widok siedzącej u boku 
jego dziadka sprawiał mu przyjemność. 

- Miękkie i długie włókna - powtórzył i odwrócił się na pięcie. 

Christina Dodd 

169 

Szafirowe kłopoty 

background image

Usłyszeli jeszcze, jak cicho otworzył i zamknął drzwi. Wymienili uśmiechy. 

- Dobry z niego chłopak, tylko straszliwie rozpuszczony. - Nonno pokiwał poważnie głową. 

- Z pewnością. - Rozpuszczony i zapierający dech w piersi, pomyślała. Kiedy przeszywał ją 
spojrzeniem zapominała 

o wszelkich jego występkach i rozpływała się we wspomnieniach miłych chwil. 

- To dziewczęta takie jak ty są temu winne. Nie powinniście spędzać nocy tylko we dwoje. 
Różne rzeczy się przy-
darzają. 

Różne rzeczy się przydarzają? Rzeczywiście, z Robertem nie było to nazbyt trudne. 

- Wiem, wiem. Młodzi ludzie sypiają teraz ze wszystkimi i myślicie sobie, że starcy, tacy jak 
ja, są nieżyciowi. Ale 
powiem ci, że moja córka przekonała się na własnej skórze o konsekwencjach związków z 
mężczyznami, którzy 
odpowiedzialność traktują nazbyt lekko. - W głosie Nonna zabrzmiały powaga i zaduma, a 
oczy błysnęły gniewem. 
- Musiałem wysłać Mariabellę do Włoch, żeby tam cieszyła się macierzyństwem. 

- Roberto? - Brandi była przekonana, że jest synem hrabiego. 

- Tak, Roberto. Rodzice chłopca nie byli związani małżeństwem. Ale poślubiła hrabiego i 
wszystko się jakoś 
poukładało. 

- Och - była skonfundowana i poirytowana. - Ale hrabia jest jego ojcem? 

- Pod każdym względem - zapewnił Nonno. - Zostań tu i napij się odrobinę wina. Ja pościelę 
łóżka. 

- Czy jest tu jakiś komputer. Chciałabym z niego skorzystać. 

- Oczywiście. Roberto kupił mi nowy sprzęt na urodziny. Chodź, pokażę ci. 

Christina Oodd 

170 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

* * * 

Roberto przemierzał ciemną ulicę z głową wtuloną w kołnierz chroniący przed podmuchami 
wiatru tak zimnego i 
nieprzyjemnego, jak tylko wyobrażała to sobie Brandi. Latarnie rzucały blade światło, 
gwiazdy migotały daleko na 
czarnym niebie. 

Mimo to uśmiechał się szeroko - przecież Brandi była naprawdę zachwycona pomysłem 
wysłania go na ten mróz. 
Nie była kobietą, z której mężczyzna mógłby beztrosko pokpiwać. Była inteligenta, bystra i 
pełna pasji - no i 
najwyraźniej mściwa. Ta ostatnia cecha być może nie była najważniejsza, ale skoro ten 
głupek - były narzeczony nie 
potrafił jej docenić i odrzucił ofiarowywane dary najwspanialszej kobiecości - miała powody, 
by szukać zemsty na 
całym męskim rodzaju. 

Roberto rozumiał. Miał tylko nadzieję, że ona też rozumie, że gdy nadejdzie właściwy czas, 
oboje znów wylądują w 
łóżku. 

Chociaż to może lepiej, żeby nie rozumiała. Nie brakło jej silnej woli, a jeśli przeniknie jego 
plany, może z tym 
większym uporem trzymać się postanowienia seksualnej abstynencji. Podobało mu się, że ją 
prowadził. Że wspierał 
ją w nowej pracy, równocześnie rozpalając w niej namiętność. Kiedy w końcu problemy się 
skończą - pomoże i so-
bie, i jej. 

Pięści zacisnęły się same w kieszeniach płaszcza. 

Ale oczekiwanie mogło być trudniejsze, niż się spodziewał. Jej widok śpiącej na sofie 
dziadka, zupełnie bezbronnej, 
poruszył w nim czułą strunę. I rozbudził pożądanie. Wcześniej nie rozumiał, jak można 
pragnąć kobiety, którą sycił 
się nie dalej jak noc wcześniej. 

Chciał kontrolować te żądze. W końcu Nonno nie mylił się 

Christina Dodd 

183 

Szafirowe kłopoty 

background image

mówiąc, że w całej rodzinie to Roberto był tym trzeźwo myślącym, odpowiedzialnym i... 

Usłyszał za sobą stłumione kaszlnięcie. Jakby kaszlał ktoś, kto bardzo nie chce, aby 
usłyszano, jak kaszle. 

Nie zwolnił kroku. Niczym nie zdradził, że cokolwiek usłyszał. Spokojnie doszedł do 
najciemniejszego miejsca 
ulicy i odskoczył w bok, kryjąc się za pojemnikami śmieci. 

Człowiek idący za nim zbliżał się niepewnie, nie przestając kaszleć. 

Musiał być naprawdę chory. 

Kiedy kopnięciem przewracał go na chodnik, musiał uważać, żeby nie wyrządzić mu 
krzywdy. 

Chłopak, bo nawet nie mężczyzna, rozpaczliwie starał się wyzwolić. 

Roberto usiadł na jego piersi, przyciskając go do lodowatego betonu chodnika. 

- Co robisz? Dlaczego mnie śledzisz? Jego oddech świszczał coraz bardziej. 

- Wcale nie śledzę. 

- Tak, właśnie że śledzisz. Ty i drugi koleś. Co jest? Podzieliliście się obowiązkami? 

- Musiałem. - Chłopak zaczął znowu kaszleć. 

Roberto jeszcze niedawno założyłby się, że to FBI doczepiło mu ogon. Ale FBI nie wysyłało 
w teren dzieciaków 
chorych na zapalenie płuc. 

- Pracujesz dla rodziny Fossera! 

- Nie! - Chłopak nie przestawał się szamotać. Roberto nachylił się nad nim. 

- Bzdury. 

Per Diana! Chciał zacisnąć ręce na jego szyi i porządnie go przesłuchać, ale dzieciak i tak 
wydawał się ledwo łapać 
oddech. Powinien uważać, żeby mu tu nie umarł. Wstając, sięgnął po telefon. 

Christina Dodd 

184 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Leż tu, zadzwonię po ambulans. 

- Nie! - Chłopak jakimś cudem podniósł się na nogi i zachwiał się, ale nie upadł. Odwrócił się 
i bez słowa zaczął biec, 
zataczając się co kilka kroków. 

Roberto patrzył za nim, kręcąc głową. Nie stanowił niebezpieczeństwa. Będzie miał 
szczęście, jeśli przeżyje noc. 

Kto wysłał chorego dzieciaka, by go śledził? Nie Mossimo i nie FBI. 

Więc kto? 

background image

Rozdział 17 

Brandi siedziała przy malutkim biurku Nonna i ze zdumieniem przyglądała się fotografii 
Roberta wyświetlonej na 
szerokim, płaskim ekranie. 

Roberto Bartolini, przewodniczący zarządu Bartolini Importers, informuje akcjonariuszy o 
siedmioprocentowym 
zysku netto... Oczekuje się, że przejęcie waszyngtońskiej kompanii Squirre Run Winery może 
rozszerzyć możliwości 
dobrze rokującej, innowacyjnej firmy... 

Przeskoczyła z wiadomości biznesowych do innej strony. 

Hrabia Roberto Bartolini, szanowany włosko-amerykański biznesmen i spadkobierca rodowej 
fortuny z Toskanii, 
towarzyszy laureatce Nagrody Nobla - Ninie Johnsten na balu wydanym na jej cześć. 

Dumny i szczęśliwy, stał na drugim planie pozwalając, by zebrani kłaniali się Ninie Johnsten. 
Uśmiechał się przy 
tym, jakby towarzyszyła mu supermodelka z okładki Vogue'a, a nie dziewięćdziesięcioletnia 
staruszka sięgająca mu 
do pasa. 

Brandi odsunęła włosy z czoła i zaczęła poszukiwania mniej chwalebnych artykułów. 

Christina Dodd 

186 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

background image

Hrabia Roberto Bartolini, znany z licznych romansów z przedstawicielkami wyższych sfer, 
jak również ze stanowczo-
ści, z jaką odmawia dyskusji na temat kobiet, tym razem z Sarą Wong - aktorką chińskiego 
pochodzenia. 

- O rany. - Brandi przyglądała się fotografii Roberta z wysoką, ciemnowłosą Azjatką. Byli 
najwspanialszą parą, jaką 
widziała w życiu... oczywiście poza Roberto i Brownie Bru-bank z brytyjskiej rodziny 
królewskiej. Oni też byli 
najwspanialszą parą, jaką widziała w życiu. No i Roberto z niemiecką śpiewaczką operową 
Leah Camberg. Oni też 
byli najwspanialszą parą, jaką widziała w życiu. Roberto miał zdumiewającą zdolność 
czynienia piękniejszymi 
towarzyszących mu kobiet. 

Brandi spojrzała w dół, na swój pognieciony strój. Prawdopodobnie z wyjątkiem niej samej. 
Dzisiejszy dzień 
sprawił, że miała wrażenie, że na zdjęciu obok Roberta nie wyszłaby za dobrze. 

Nie pozwoliła sobie na przeglądanie fotografii kolejnych kochanek, choć było to bardzo 
interesujące. Nonno ścielił 
łóżko i zaraz miał po nią przyjść, więc trzeba było szybko się dowiedzieć, w którym 
momencie w życiu Roberta 
nastąpił zakręt. 

Znalazła szczegóły w najnowszych wydaniach gazet. 

Hrabia Bartolini, szanowany międzynarodowy biznesmen, został oskarżony o kradzież 
biżuterii należącej, do jego 
ukochanej... Gloria Wandermere utrzymuje, że po spędzeniu nocy w jej posiadłości ulotnił się 
z ośmiokaratowym 
diamentem... Plotka głosi, że okradziona mówiła: „Jest dobry, ale nie tak dobry jak 
ośmiokaratowy diament". 
Zapytany o incydent, pan Bartolini powiedział: „Jestem biznesmenem, a nie żigolakiem" i 
odmówił komentarzy na 
temat związków łączących go z panią Yandermere. Matka hrabiego pochodzi z rodziny 

Christina Dodd 

175 

Szafirowe kłopoty 

background image

amerykańskich Włochów, a jego dziadek, Sergio Contini był rzekomo jednym z 
najznaczniejszych złodziei klejnotów 
w Chicago. Nigdy wcześniej jednak oskarżenia nie kładły się cieniem na imieniu hrabiego. 

Brandi wykasowała historię przeglądarki, wyłączyła komputer. Jej poszukiwanie wydawały 
się pogmatwać 
wszystko jeszcze bardziej. 

Roberto nigdy wcześniej nie był oskarżony o przestępstwo. Był bogaty, respektowany, był 
biznesmenem... i 
wspaniałym kochankiem. Czyżby ukrywał swoje hobby aż do wpadki, nad którą teraz 
pracowała jej kancelaria? Czy 
to jakaś aberracja w charakterze? A może pani Vandermere była niewdzięczną, porzuconą 
kochanką? 

Nonno zapukał do drzwi. 

- Hej, moja Brandi. Twój pokój jest gotowy. 

Wstała błyskawicznie na nogi i ruszyła w stronę Nonna. Nie mogła o tym wszystkim za 
bardzo teraz myśleć. 
Przynajmniej dowiedziała się, co wyobrażał sobie na temat Roberta świat. I wcale nie 
zmniejszyło to mętliku w jej 
głowie. 

Nonno poprowadził ją korytarzem i otworzył drzwi do pokoju Mariabelli. 

- Proszę bardzo. Włączyłem grzejniki ale wciąż jest trochę chłodnawo. - Wskazał ręką 
klonową komodę. - Piżamę 
znajdziesz w dolnej szufladzie. Ubrania są w szafie. Nie krępuj się zupełnie. Mariabella to 
słodka dziewczyna i 
wszystkim najchętniej by się podzieliła. 

- Dzięki, Nonno. 

- Łazienka na końcu korytarza. Możesz tam siedzieć tyle czasu, na ile masz ochotę. 
Mariabella zawsze tak robiła. 
Przesiadywała godzinami - zachichotał, jakby opowiedział właśnie jakąś starą, rodzinną 
anegdotę. 

Brandi pod wpływem impulsu pocałowała go w policzek. 

Christina Dodd 

176 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Delikatnie poklepał ją po jej własnym. 

- Bardzo podobało mi się goszczenie pięknej dziewczyny, mimo, że zawitała tutaj z tym 
łobuzem - moim wnukiem. 

Na dole otworzyły się i trzasnęły drzwi. 

- W końcu się zjawił. - Nonno ruszył w stronę schodów. - Przyniosę twoją szczoteczkę do 
zębów. 

- Dzięki, Nonno. - Brandi weszła do sypialni i od razu poczuła się, jakby magicznie 
przeniosła się w czasie do lat 
siedemdziesiątych. Wykładzina miała kolor kwitnącej lawendy. Narzuta łóżka i tapety 
upstrzona były lawendowymi 
kwiatami. Pożółkły plakat Genesis z młodym Philem Collinsem, którego włosy, choć rzadkie 
jak zawsze, były wów-
czas długie, wisiał na suficie. Grzejnik wydawał wesołe odgłosy. Pomimo panującego chłodu 
pokój przywitał ją 
całym ciepłem córki Nonna i mamy Roberta. Brandi bez wahania otworzyła szuflady w 
poszukiwaniu piżamy. 
Znalazła je szybko i skrzywiła się. Mariabella była oczywiście niższa niż Brandi. I to 
przynajmniej o piętnaście 
centymetrów. Nonno po prostu o tym nie pomyślał, a Brandi nie zamierzała go martwić tak 
trywialnymi problemami. 
Pogrzebała w szufladzie jeszcze trochę i znalazła długą, flanelową koszulę nocną. Wciągnęła 
ją bez wahania przez 
głowę. Sięgała mniej więcej do połowy uda. 

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Jej ramiona rozpychały nocny strój. Koszula opinała ją 
śmiesznie. Wyglądała 
trochę jak dorastająca za szybko żyrafa, a czuła się jak Alicja w Krainie Czarów spadająca do 
czarnej dziury. 
Wszystkie jej zmysły wydawały się po dzisiejszym dniu otępiałe, wykręcone i przyćmione. 

Wyjęła palmtopa i otworzyła plik z listą cech wymaganych u idealnego mężczyzny. 
Przeczytała je wszystkie na głos. 
Uczciwy, trzeźwo myślący, skoncentrowany na osiągnięciu celu... 

Christina Dodd 

189 

Szafirowe kłopoty 

background image

Roberto zupełnie nie pasował do opisu. 

To nie miało znaczenia. A raczej nie powinno mieć znaczenia, bo przecież Roberto nie był jej 
mężczyzną. I nie 
powinna nawet chcieć, by tak było. 

Chociaż gdyby... zatrzymała rysik nad przyciskiem WYCZYŚĆ WSZYSTKO 

Zadzwoniła komórka. To była Kim i Brandi z ulgą odłożyła palmtopa, by sięgnąć po telefon. 

- Co ty wyprawiasz? - głos jej siostry rozbrzmiał ostro w słuchawce. - Twoja matka wciąż do 
mnie wydzwania i 
próbuje wyciągnąć ode mnie różne rzeczy. Udaję, że nic nie wiem, a wiesz, że odgrywanie ról 
niewiniątek nie 
wychodzi mi najlepiej. Na szczęście sama nie wiem, co się z tobą dzieje. Kiedy dzwoniłam 
wcześniej, rozmawiałam 
z jakimś mężczyzną. 

- Myślałaś pewnie, że to Alan. - Brandi dopinała guziki nocnej koszuli. 

- Nie, nie sądziłam, że to Alan. Ten facet nie brzmiał jak mięczak zdenerwowany tym, że 
musi rozmawiać z lesbijką, 
więc od razu wiedziałam, że to ten nowy. Nowy chłopak! Brandi, przecież to miało trwać 
jedną noc, później tylko 
przez weekend, a teraz co? O co w tym chodzi? - Głos Kim stawał się coraz głośniejszy. - 
Oszalałaś? 

- Nie, nie oszalałam. - Brandi podeszła do okna i wyjrzała przez nie w nadziei zobaczenia 
nocnego rozgwieżdżonego 
nieba, księżyca i... Boga. - Ale wszystko jakoś się tak układa. Zupełnie jakby ktoś to dla mnie 
zaplanował... 

- Głupie tłumaczenia... 

- Przestań - Brandi odpowiedziała nieobecnym głosem. - Moje mieszkanie padło ofiarą 
wandali. 

- Co takiego? Kiedy? - Jedną z rzeczy, których Brandi zawsze mogła być pewna, było to, że 
Kim poważnie się 
wkurza, kiedy coś nieprzyjemnego przydarza się jej młodszej siostrzyczce. 

Christina Dodd 

190 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Ostatniej nocy. A następnego dnia udałam się do pracy, a mój włoski kochanek okazał się 
pierwszym klientem w 
sprawie, którą prowadzę. 

- Facet, z którym rozmawiałam? 

- Ten sam. - Brandi wyciągnęła spinki z włosów. - A później sędzia ustanowił moją kuratelę 
prawną nad nim. Teraz 
jestem u jego dziadka, gdzie przenocuję. Poza tym kłócimy się co do tego, gdzie spędzimy 
resztę nocy, zanim sprawa 
w sądzie nie dobiegnie końca. 

- On chce spędzić je w twoim łóżku, tak? 

- Nie. - Brandi wyciągnęła z torebki szczotkę do włosów. 

- Teraz ty przestań. Musiałby być ślepy i głupi, żeby chcieć czegoś innego. 

- Alan nie był ani ślepy, ani głupi, a zainteresowany nie był. - Brandi spokojnie rozczesywała 
włosy. 

- Nie, był po prostu egocentrycznym sukinsynem, który chciał, żeby wszyscy faceci 
zazdrościli mu dziewczyny, z 
którą się spotyka, a równocześnie nienawidził cię za to, że byłaś od niego wyższa, mądrzejsza 
i nieskończenie 
bardziej interesująca. 

- Dzięki, Kim. - Jej starsza siostra była twardą osobą i komplementowanie innych nie leżało w 
jej naturze, dlatego 
Brandi doceniała wszelkie przejawy siostrzanej miłości. 

- Stosował przemoc - powiedziała Kim stanowczo. 

- Nigdy mnie nie uderzył. - Brandi odłożyła szczotkę do włosów na bok. 

- Nie musiał. Sprawiał, że czułaś się źle. A teraz znalazłaś innego, który dostał, czego chciał, i 
gotów identycznie cię 
odsunąć. 

Brandi pomyślała o tym, jak Roberto patrzył na nią, gdy sądził, że tego nie widzi. 

- To nie do końca tak. 

- Aha - Kim krzyknęła triumfalnie. - Mam cię. Wiedzia- 

Christina Dodd 

179 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

łam, że coś zmyślasz. Facet, który odebrał telefon, miał głos kochanka. 

Rozbawiona Brandi zapytała od razu: 

- Cóż, moja droga siostro, lesbijko, możesz wiedzieć o głosie mężczyzny-kochanka? 

- Nie jesteś jedyną, która miała przygodę tego wieczoru. - Brandi wyczuła ekscytację w głosie 
siostry, choć musiała 
przyznać, że dobrze skrywaną pod jej zwykłym, poważnym tonem. 

- Czekaj - Brandi chciała mieć pewną jasność. - Chcesz powiedzieć, że kogoś znalazłaś? 

- To nie jest wykluczone. 

- Wykluczone, jeśli ktoś tak nieznośnie jak ty czepia się szczegółów - wypaliła Brandi. 

Kim roześmiała się głośno niskim szczerym śmiechem. 

- O tak, ona jest wyjątkowa. 

- Jak ma na imię? 

- Rozmawiamy o tobie. 

- Jak ma na imię? 

- Więc mówisz, że ten gość jest tobą zainteresowany. 

- Powiem ci, jeśli najpierw zdradzisz mi jej imię. - Brandi uśmiechnęła się, gdy w słuchawce 
zapanowała cisza. Kim 
potrafiła być uparta. Ale nie tak uparta jak Brandi. 

- Ma na imię Sara. 

- Pani wicedyrektor, o której myślałaś, że cię nie znosi? 

- Odpowiedziałam na twoje pytanie, teraz ty odpowiedz na moje - odrzekła Kim, wybuchając 
śmiechem. 

Sprawiała wrażenie tak szczęśliwej, że serce Brandi wypełniło się ciepłem. O Boże, gdyby 
nie Kim, to wydarzenia 
ostatnich czternastu lat prawdopodobnie mogłyby srodze przygnębić Brandi. Ale Kim 
występowała ostro przeciwko 
uprzedzeniom wobec lesbijek, nie poddawała się wiecznie narzekającemu ojcu i dopięła 
swego. Została świetną 
trenerką 

Christina Dodd 

background image

180 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

a jej przykład niejednokrotnie był natchnieniem dla młodszej siostry uczącej się, jak osiągać 
cele. Bardzo wiele jej 
zawdzięczała. 

- Jakie było pytanie? 

- Wszystko będzie z tobą dobrze, tak? 

- Jasne, co się może stać? 

- No cóż... 

Dwa proste słowa sprawiły, że Brandi zaczęła odczuwać niepokój. 

- Co się stało, Kim? 

- Lepiej, żebyś wiedziała... Powiedziałam twojej matce chyba nieco więcej, niż powinna 
usłyszeć. 

- Co? - O nie, tylko nie to. - Co masz na myśli, mówiąc „nieco więcej"? 

- Przepytywała mnie. Sama się pogubiłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc zaczęła 
zgadywać i... o rany... 
Turniej zaczyna się dzisiaj i muszę tam być. 

- Nie rozłączaj się, Kim! Nie... - ale połączenie już zostało przerwane. 

- Cholera! - wykrzyknęła do słuchawki. 

Teraz nie miała innego wyjścia, jak tylko zadzwonić do Tiffany. Przynajmniej nie była tak 
rozdrażniona jak ostatnio, 
gdy z nią rozmawiała. 

Mogła przecież zadzwonić wcześniej. Dobrze o tym wiedziała. Nie było sensu winić Kim, 
przecież starała się kryć 
młodszą siostrę i po prostu jej się nie udało. Wszystko stało się takie skomplikowane i trudne 
do wytłumaczenia. 
Gdyby chodziło tylko i wyłącznie o Alana, ale nie chodziło. Tiffany będzie roztrzęsiona, nie 
tylko faktem, że 
zraniono jej córkę, ale tym, że nie pobiegła do niej po pomoc i ukojenie. 

Ale upłynęły już długie lata od czasu, gdy Brandi posądziłaby Tiffany, że ta ostatnia jest w 
stanie jej coś dać, 
zwłaszcza ukojenie. 

Christina Dodd 

193 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

Nastawienie dziewczyny nie pomagało w tym związku, ale cóż miała robić? Próbowała trochę 
udawać, ale wszystko 
co w zamian otrzymywała, to zranione matczyne spojrzenia. 

Biorąc głęboki oddech, wykręciła domowy numer matki. Dzwonił i dzwonił, w końcu 
usłyszała w słuchawce jej 
głos: „Przykro mi, ale nie ma mnie w domu...". Brandi zadzwoniła na komórkę. Po kilku 
długich sygnałach usłyszała 
ponownie wiadomość powitalną: „Wybacz, ale nie mogę teraz odebrać..." 

Gdzie ona się podziewała? W kinie? Gdzieś, gdzie nie słyszała dzwonka komórki? 

Spróbowała jeszcze raz zadzwonić do Kim, oczywiście bez rezultatu. 

Nonno zapukał do drzwi. 

Brandi schowała telefon do torebki. Narzuciła na siebie krótki, brązowy szlafrok frotte 
ukazujący koronkową 
falbankę nocnej koszuli. Podeszła do drzwi i uchyliła je lekko i wyjrzała na zewnątrz. 

To nie Nonno popchnął drzwi, aż stanęły otworem. To był Roberto. Wziął ją za ramiona i 
przytrzymał na odległość 
ramienia, żeby lepiej się jej przyjrzeć. Na twarzy wykwitł mu szeroki uśmiech. 

Do cholery. Nie wyglądał na rozbawionego. Wyglądał... zupełnie tak jak wtedy, gdy założyła 
jedwabny stanik w 
hotelu i zalotnie przed nim paradowała. Jego włosy były w nieładzie, jakby dopiero co zdjął 
czapkę. Jeden kosmyk 
opadał niesfornie na czoło i Brandi poczuła, że bardzo chciałaby ten kosmyk odgarnąć. W 
jego brązowych oczach tlił 
się płomień, a jego wargi... Jego wargi były tak zmysłowe... 

Nie był to najlepszy moment, by o tym myśleć. 

Zrobiła krok do tyłu. 

Postąpił za nią. 

Sprawdziła, czy zapięła guziki pod szyją w nocnej koszuli. Wszystkie były zapięte. Przełknęła 
głośno ślinę. 

Christina Dodd 

194 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Szczoteczka? 

- Proszę bardzo. - Wyciągnął plastikowe opakowanie /. kieszeni koszuli i wręczył jej. - 
Ryzykowałem życie i zdro-
wie, by ją zdobyć. Zasługuję na nagrodę. 

- Ja ryzykowałam życie i zdrowie idąc z tobą na lunch. Więc możemy uznać, że jesteśmy 
kwita. - Podrzuciła szczote-
czkę w górę. 

- Raczej, że oboje zasługujemy na nagrodę. 

- Żadne takie! - Wdzięcznym, tanecznym krokiem zaczęła wycofywać się w głąb pokoju, ale 
nagle okazało się, że też 
musiał być dobrym tancerzem, bo zanim się obejrzała, już tkwiła w jego ramionach. Wciąż w 
tanecznym rytmie 
pociągnął ją, zawirował, aż w radosnym szoku poczuła gorąco jego ciała i chłód ściany na 
plecach. 

Ukrył twarz w jej włosach i wdychał jak urzeczony jej zapach. 

- Twojemu dziadkowi chyba by się to nie spodobało. - Jej natomiast tak. I to bardzo. 

- Nie robię nic poza trzymaniem cię w ramionach - odparł niskim głosem. 

- I wąchaniem moich włosów. - Jej ciało wygięło się, chcąc dopasować się do jego ciała. 

Zaśmiał się, poczuła falę ciepłego oddechu na czole. 

- Bardzo podoba mi się twój zapach. Nonno by zrozumiał. Zamknęła oczy i odetchnęła 
powoli głęboko, tak żeby nie 

zauważył. Pachniał jak świeże powietrze i czysta namiętność, ale czegoś brakowało... już 
wiedziała - jej zapachu na 
jego skórze. 

- Poza tym też podoba ci się mój zapach. Do licha. Jednak zauważył. 

- Nonno ostrzegał mnie przed takimi jak ty. 

- Naprawdę? - Musnął jej policzek wargami. - Powinien wiedzieć. Przecież sam jest taki jak 
ja. Jak sądzisz, kto mnie 
wysłał z tą szczoteczką na górę? 

Christina Dodd 

183 

Szafirowe kłopoty 

background image
background image

Uniosła głowę, marszcząc czoło. 

- Po co miałby to robić? 

- Podobasz mu się. Chce, żebym się ustatkował. 

- Ustatkował? Masz na myśli małżeństwo? - Wstrzymała oddech. 

- Jego największym marzeniem jest przed śmiercią wziąć na ręce prawnuka. 

- Jak możesz mówić o tym tak spokojnie? 

Roberto wciąż ją trzymał, tak że ich ciała stykały się ze sobą na całej długości. 

O mój Boże, małżeństwo. Za kogo Nonno ją miał? A właściwie, to za kogo uważał ją 
Roberto? 

- Nonno wie, że szanujemy go za bardzo, by pozwolić sobie na zbyt wiele w jego domu - 
mówiąc to, wsunął kolano 
pomiędzy jej uda i sprawił, że zadrżała. 

Nienawidziła się za ten dreszcz, który rozlał się po jej ciele. 

- Każdy specjalista od kojarzenia par powie ci, że podstawą udanego związku jest 
płaszczyzna porozumienia wyni-
kającą z dorastania w podobnych warunkach. 

- Taka, jaką miałaś z Alanem? 

- Jak możesz? - Wbiła paznokcie w jego ramiona. - Powiedziałam ci to w zaufaniu, nie po to, 
żebyś kpił sobie z 
moich porażek. 

- To nie była twoja porażka - Roberto uśmiechnął się. - Byłaby to porażka, gdybyś go 
kochała. 

Rozwścieczył ją bardziej, niż to się kiedykolwiek udało Alanowi. 

- Ale nie kocham cię, ty nie kochasz mnie, a poza tym nie wyjdę za złodzieja klejnotów. 

- Nie prosiłem cię, jak dotąd - powiedział Roberto i pocałował ją. 

Jej gniew roztopił się pod zmysłowością jego warg, zapamiętania i ognia jej pożądania. 

Christina Dodd 

184 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

background image

Jak to się stało? Jak to wyglądało w obliczu wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej? 
Zachowywali się przecież 
rozsądnie przez cały dzień. Nie naciskał, ona nie mówiła za wiele. Była na tyle głupia, by 
uwierzyć, że mogą dojść do 
porozumienia bez kłótni i emocji. Ale teraz znała prawdę. Nieważne, czy chciała to dostrzec, 
czy nie, namiętność 
pomiędzy nimi tliła się powoli, by przy najmniejszej okazji wybuchnąć jasnym płomieniem. 
Balansowała na granicy 
orgazmu... Gdyby tylko przestał poruszać kolanem, a ona mogła powstrzymać się przed 
przekroczeniem 
niewidzialnej linii... 

Nie przestał. A ona nie mogła. 

Tłumił jej westchnienia, przyciskając jej twarz do swojej piersi. Trzymał ją mocno, gdy 
opadła bezwładnie. Puścił 
dopiero, gdy wiedział, że nogi jej nie zawiodą. Pochylił się i podniósł coś z podłogi. Otworzył 
jej dłoń i wsunął w nią 
niewielkie opakowanie. Jego atłasowy głos zabrzmiał przy jej policzku. 

- Dobranoc, cara. 

Patrzyła na niego półprzytomnie, gdy otwierał drzwi i wychodził. Spojrzała w dół i 
zobaczyła, że trzyma w ręku 
szczoteczkę do zębów ze śladami paznokci odciśniętymi na plastikowym opakowaniu. 

background image

Rozdział 18 

Brandi prowadziła Roberta szerokim korytarzem, a on szedł pewnie za nią i zastanawiał się, 
czy dziewczyna czuje 
żar bijący od niego. 

- Mam straszny bałagan. - Brzęczała kluczami w takt kroków. - Dopiero co się 
wprowadziłam. 

Przyoblekła maskę energicznej pani prawnik i udawała, że wczorajszy wieczór w ogóle nie 
miał miejsca. 

Jak śmiała?! Dlaczego nie obdarzała go pełnym uwielbienia spojrzeniem? Dlaczego nie 
chciała objąć nogami jego 
bioder i oddać się odwiecznemu rytmowi, który spaliłby ich na popiół? 

- Pod jakim numerem mieszkasz? - zapytał. Trzysta jedenaście, trzysta dwanaście... 

- Trzysta dziewiętnaście. Czemu pytasz? 

Bo czytam numery na drzwiach, nie mogąc się doczekać twojego, pomyślał. A kiedy 
będziemy w środku przycisnę 
cię do ściany i zacznę całować tak, że znowu rozpuścisz mi się w dłoniach. A wtedy położę 
cię na ziemi i będę się z 
tobą kochał, aż zaspokoję wszystkie swoje żądze. 

Musiała czytać w jego myślach, bo jej głos zadrżał lekko. 

- Nie było mnie w domu przez ostatni weekend, a wtedy przyszli ci mężczyźni... 

- Ach, tak. Ostatni weekend... 

- Co? - Obejrzała się i aż podskoczyła, widząc, jak postępuje niemal krok w krok za nią. 

Christina Dodd 

198 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

- Rozumiem, że weekend nie jest już tematem tabu i możemy o nim rozmawiać. - Trzysta 
piętnaście, trzysta szesnaś-
cie... Jeszcze trzy mieszkania... 

- Nie, nie możemy. Pamiętasz? Wczoraj zgodziliśmy się, że jeśli nasza relacja adwokat - 
klient ma poprawnie 
funkcjonować, musimy... hm... - Odwróciła się i ruszyła tyłem, jakby w jakiś sposób miało to 
zapobiec jego 
bliskości. - Musimy skoncentrować się na profesjonalnym aspekcie naszej pracy. 

- Nie pamiętam, żebym na cokolwiek takiego się zgadzał - pamiętał za to jej słodki jęk, gdy 
szczytowała. 

Pamięć tej sceny długo nie pozwoliła mu zasnąć. I sprawiła, że podniecenie rysowało się pod 
jego kołdrą przez 
znaczną część nocy, jak wtedy gdy miał trzynaście lat. Był przekonany, że mógł ją 
sprowokować do podobnych 
zachowań i wiedział, że tam, gdzie Brandi trzymały niewidzialne więzy, on nie miał żadnych 
zahamowań. Pragnął 
jej tak mocno, jak chciał, żeby ona pragnęła jego. 

Tylko dlaczego dzisiaj nie wydawała się chcieć tego samego co on? Spojrzała mu w oczy. 

- A właśnie, że tak. 

- Co: tak? 

- Zgodziłeś się, że powinniśmy działać jak profesjonaliści. Nie był w nastroju sprzyjającym 
rozsądnemu myśleniu. 

- Próbujesz mnie sprowokować? 

- Próbuję zachowywać się jak racjonalna osoba. 

- Być może ja chcę, byś mnie prowokowała? Sprawiło mu przyjemność, kiedy nic nie 
odpowiedziała. 

Chwycił ją za ramię i poprowadził w stronę apartamentu. 

- Czemu wy, mężczyźni, nieustannie mnie popychacie? Wykręciła się zwinnie z jego chwytu. 

Mężczyźni? Zazdrość złapała go za gardło. Nabrał głęboko powietrza. 

Christina Dodd 

187 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Jacy mężczyźni? 

- Ty i twój dziadek. 

- Ach. - Poczuł niezmierną ulgę, zupełnie nieproporcjonalną do sytuacji. Zdał sobie sprawę, 
jak kruchy jest pozór 
jego samokontroli. Wyjął klucze z jej dłoni i włożył do zamka. 

Ktoś go uprzedził po drugiej stronie i drzwi się otworzyły. 

Brandi krzyknęła i odskoczyła w bok, uderzając go łokciem i na ułamek sekundy pozbawiając 
oddechu. 

W drzwiach stanęła wysoka blondynka, która wyglądała jak odrobinę tylko starsza wersja 
Brandi. 

Od razu ją poznał. Tiffany. 

- Mama! - Brandi cały czas się trzęsła, choć już opadły z niej emocje. 

- Kochanie, czy wszystko w porządku? - Tiffany wyciągnęła ramiona. 

Brandi podeszła do matki i złożyła jej głowę na ramieniu. Pragnienie seksualnej satysfakcji 
umarło śmiercią natural-
ną. To nie był czas ku temu. 

- Dlaczego nie zadzwoniłaś? - Tiffany odstąpiła krok, wciąż trzymając córkę za ramiona. 
Gestem zaprosiła Roberta 
do środka. 

Roberto zamknął za sobą drzwi, zafascynowany tym, jak Brandi potrafiła okazać słabość w 
uścisku matki. 

- Wiedziałam, że coś było nie tak. Matczyna intuicja, jak sądzę. Nie krzycz na Kim, ale 
męczyłam ją do tego czasu, 
aż mi powiedziała, o co chodzi - Tiffany masowała plecy wolnymi, uspokajającymi ruchami. 
- Alan jest głupi, 
kochanie, zasługujesz na coś lepszego. 

Brandi uniosła głowę. W oczach miała łzy. Wytarła niezdarnie nos ręką. 

- Nie płaczę z jego powodu. To po prostu był bardzo emocjonalny tydzień. 

- Dobrze, ale nie martw się już o nic - głos Tiffany 

Christina Dodd 

188 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

był spokojny, miękki i zdawał się wibrować w pomieszczeniu. Pobrzmiewała w nim nuta 
południowego akcentu 
oraz solidna doza seksapilu. - Przyjechałam, żeby się o ciebie zatroszczyć. 

- Aha. - Zupełnie jakby słowa Tiffany wywierały magiczny efekt, bo oto Brandi 
wyprostowała się nagle i odsunęła 
od matki na krok. - Jasne. 

Pomimo, że Roberto sam mówił lekceważąco o całej sytuacji, wiedział, że postępek Alana 
musiał bardzo zranić 
Brandi. Dano jej do zrozumienia, że nie była wystarczająco dobra. 1 o ile był dumny z tego, 
że przywraca 
dziewczynie należnie wysoką samoocenę, to równocześnie zdawał sobie sprawę, że w takich 
wypadkach pomoc 
matki jest nieoceniona. A Brandi przecież kochała matkę. Dlaczego więc podchodzi z rezerwą 
do jej propozycji? 

Odtrącenie musiało zaboleć Tiffany. Opuściła ręce, by unieść je ku drżącym ze 
zdenerwowania wargom. Przez se-
kundę była uosobieniem zranionej istoty. 

Ale szybko się pozbierała. Przeniosła wzrok na Roberta, uśmiechnęła się i wyciągnęła ku 
niemu dłoń. 

- Jestem mamą Brandi, nazywam się Tiffany Michaels. Zamknął jej dłoń w obu swoich, 
całym sobą chciał wyrazić 

radość z poznania i szacunek. Pochylił się, by ucałować jej palce. 

- Niezmiernie mi miło panią poznać, pani Michaels. 

- Tiffany w zupełności wystarczy. - Bladość jej policzków ponownie ustąpiła żywemu 
kolorowi na pierwsze oznaki 
męskiego uwielbienia. 

- Proszę mówić do mnie Roberto. 

- Mamo, to jest Roberto Bartolini. Jest moim klientem u McGratha i Lindobertha. 

Brandi wypowiedziała te słowa suchym tonem i posłała im zdegustowane spojrzenie, po czym 
ruszyła w stronę 
kuchni. 

Christina Dodd 

201 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Jest mi bardzo miło pana poznać, Roberto. Tiffany uścisnęła jego palce. 

Z bliska zobaczył delikatne linie okalające jej usta i oczy. Na skórze rąk malowały się drobne 
plamki. Musiała mieć 
czterdzieści kilka lat, ale wciąż była piękną, pełną wigoru kobietą, która rozumiała sztukę 
flirtu lepiej niż większość 
Amerykanek. I podobał się jej. 

Obserwował, jak Brandi porusza się po kuchni. Chwyciła chusteczkę higieniczną i 
wydmuchała nos, po czym 
zatrzymała się niezdecydowana. W przebłysku determinacji otworzyła kosz na śmieci, cisnęła 
z całej siły chusteczkę 
do środka i zatrzasnęła jego wieko. Było w tym o wiele za dużo złości jak na tak mały, 
zupełnie niewinny kawałek 
papieru. 

Spojrzał na Tiffany, która też przyglądała się Brandi. Dwie bruzdy pomiędzy jej perfekcyjnie 
utrzymanymi brwiami 
sugerowały, że troszczy się o córkę bardziej, niż można byłoby się spodziewać, zważywszy 
na to, jak rozsądną osobą 
jest Brandi. 

- Roberto, czy opiekujesz się dobrze moją małą Brandi? 

- zapytała Tiffany. 

- Nie, mamo. On jest moim klientem w kancelarii. 

- Opiekuję się najlepiej, jak potrafię. - Zignorował błysk wściekłości w szafirowoniebieskich 
oczach dziewczyny. 

- A ona opiekuje się mną. 

Wzrok Tiffany stał się nieco chłodniejszy. Cofnęła rękę i postąpiła krok do tyłu. 

- Musi to być prawdą, skoro spędziliście razem noc. - Była troskliwą matką domagającą się 
wyjaśnień, które, jak 
sądziła, w pełni jej się należały. 

- Tiffany! - Zdenerwowana córka weszła do salonu. - Co ty wyprawiasz? 

- Ciii... - Roberto podszedł do niej i uciszył ją gestem. 

- To twoja matka. Ma prawo wiedzieć, gdzie oraz z kim spędzasz noce. 

Christina Dodd 

202 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

Mimo spokojnych słów jego wzrok wydawał się mówić zgoła co innego: Nie musimy zaraz 
opowiadać jej wszyst-
kiego. 

- Tiffany, spędziliśmy noc u mojego dziadka. 

- U twojego dziadka? Naprawdę? No, to chyba wszystko w porządku. - Tiffany rozpromieniła 
się. - Bo widzisz, 
dziewczętom przydarzają się głupie wypadki po tym, jak ktoś je rzuci, i mają w zwyczaju 
zaangażować się od razu 
ponownie. Nie zniosłabym myśli, że jesteś takim głupim wypadkiem Brandi. 

Gdyby Tiffany spojrzała na Brandi, od razu zdałaby sobie sprawę z prawdziwego stanu 
rzeczy. Pobladłe policzki i 
przerażenie w oczach zdradzały wszystko. Roberto błyskawicznie zajął miejsce pomiędzy 
dwiema kobietami, dając 
dziewczynie chwilę na powściągnięcie emocji. 

- Nie sądzę, żeby Brandi mogła zachować się w głupi sposób. Pani córka jest niezmiernie 
utalentowanym praw-
nikiem. 

- Wiem. Czy to nie wspaniale? - Tiffany promieniała rodzicielską dumą. - Czy wiesz, że 
powiedziała swoje pierwsze 
słowo w wieku sześciu miesięcy? Kot. Nie wymówiła tego prawidłowo, tylko coś w rodzaju 
„koo", ale i tak 
wiedziała, co to znaczy. Moja matka poważnie się o nią martwiła. Twierdziła, że tak 
utalentowana dziewczynka nie 
ma szans w dorosłym życiu, ale Brandi udowodniła jej, że się myliła. Udowodniła nam 
wszystkim! 

Brandi postanowiła przerwać tę opowieść. 

- Usiądźmy. - Gestem zachęciła ich do zajęcia miejsc na krzesłach. 

Roberto usiadł, ale nie zamierzał odbiegać od interesującego tematu. 

- Brandi miała więc wiele do udowodnienia? 

- O, tak. - Tiffany wzięła córkę pod ramię. - Jak tylko 

Christina Dodd 

191 

Szafirowe kłopoty 

background image

nauczyła się chodzić, zaraz umiała też tańczyć. Była wyśmienita w gimnastyce i balecie. Mój 
mąż zauważał tylko to. 
Nawet nie zwracał uwagi na fakt, że w szkole ma od góry do dołu same piątki. Kiedy 
skończyła studia z 
wyróżnieniem, aż usiadł z wrażenia! 

- Chodź, mamo. Usiądźmy na mojej nowej sofie. Mam nadzieję, że dobrze dobrałam kolor, 
jak sądzisz? 

Tiffany, wybita z rytmu, niepewnie zatonęła w miękkości mebla. 

- Dobrałaś dobrze, ale czy jedna z poduszek nie jest rozcięta? 

Brandi przespała się z nim co prawda, ale wcale nie chciała, by zbyt wiele o niej wiedział. Nie 
chciała, by słuchał 
historii z jej przeszłości. Dlatego, że był złodziejem? Czy może dlatego, że nieustannie 
przywdziewała maski i miała 
sekrety, których nie chciała wyjawiać nikomu? 

- Tak, tak. Już zajęłam się poduszką - Brandi przygryzła wargę, jak gdyby chciała coś dodać, 
ale nie wiedziała, jak 
zacząć. - Jak się tu dostałaś, mamo? 

- Wzięłam taksówkę. 

- Z Nashville? - sarkazm w jej głosie zaskoczył Roberta. 

- Z lotniska, kierowca był bardzo miły, pokazywał mi ciekawe miejsca, które mijaliśmy, i 
wziął tylko połowę sumy 
wskazanej przez licznik. Czy to nie słodkie? 

Roberto ani przez chwilę nie wątpił, że gdyby Tiffany chciała, mogłaby sprawić, że 
najbardziej niesympatyczny i 
wredny taksówkarz w całym Chicago z przyjemnością sięgnąłby do własnej kieszeni, by 
pokryć koszty jej 
transportu. 

- A co z... twoją pracą w biurze nieruchomości? 

- Odeszłam z pracy. 

- Och, mamo - głos Brandi był zmęczony, jakby słyszała to już zbyt wiele razy. 

- Ten obrzydliwy typ chciał się ze mną przespać. - Wspa- 

Christina Dodd 

204 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

niałe, wykrojone w kształt serduszka wargi Tiffany zadrżały. - Byłam miła dla jego klientów, 
a on myślał, że daję im 
do zrozumienia, jak chętnie bym się im oddała. 

- W porządku, mamo, już dobrze. - Brandi niezgrabnie klepała mamę po ramieniu. - Wiem, że 
to się zdarza. Tylko 
spójrz na siebie. Jak mogłoby być inaczej? 

- Nie pytam o to. 

- Nie twierdzę, że pytasz. 

- Twój ojciec powiedział... 

- Mój ojciec to gruby, wielki palant! 

Wymiana zdań powiedziała Robertowi więcej o dynamice i stosunkach panujących w tej 
rodzinie niż jakakolwiek 
historia z przeszłości. Podniósł się z krzesła. 

- Nie pogardziłbym szklanką wody. 

Kiedy Brandi zerwała się ze swojego miejsca, powstrzymał ją gestem. 

- Sam wezmę, macie sobie przecież wiele do opowiedzenia. 

Kiedy wyszedł do maleńkiej kuchni, Brandi zaczęła przygotowywać się na niemiłą część 
konwersacji. Była niemal 
w stanie dokładnie przewidzieć słowa, które zaraz padną z ust matki. Była nawet pewna co do 
tonu, w którym 
zostaną wypowiedziane. 

- Kochanie, co do Alana... - o dziwo, matce trudno przychodziły słowa pocieszenia w tej 
sytuacji. 

Brandi poczuła się lekko winna. 

- Wybacz, powinnam była zadzwonić, gdy to się stało, ale... 

- Nie chciałaś o tym rozmawiać, rozumiem. Naprawdę rozumiała? Niemożliwe. Kiedy 
odszedł ojciec 

Brandi, Tiffany praktycznie nie przestawała o tym gadać. Z przyjaciółmi, matką i nawet 
obcymi ludźmi, jeśli tylko 
słuchali. Brandi nienawidziła faktu, że wszyscy znają szcze- 

Christina Dodd 

193 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

góły z życia jej rodziny; że wszyscy się nad nimi litują. Nienawidziła tego, że przyjaciele 
odsuwają się od niej, jakby 
nie chcieli, żeby im przypominano, że w każdej chwili podobna rzecz może się przytrafić 
również im. 

Ale to nie usprawiedliwiało jeszcze jej chłodu. Czułaby się właściwie lepiej, gdyby Tiffany na 
nią wrzeszczała. 

Roberto upuścił szklankę na podłogę. Rozprysła się na tysiąc kawałków. 

Brandi podskoczyła. 

- Przepraszam! - krzyczał. - Nie martwcie się. Już znalazłem miotłę! 

- To wspaniały mężczyzna - wymruczała Tiffany, podnosząc się i idąc w stronę szafy. - Skąd 
jest jego akcent? Z 
Włoch? 

- Tak, z Włoch. - Brandi postanowiła zdławić tę wzajemną admirację. - Jest złodziejem 
klejnotów. 

- Jakież to romantyczne. 

No tak, mogła się tego spodziewać. 

- Nie, mamo, to nie jest romantyczne. Jest kryminalistą i istnieje prawdopodobieństwo, 
bardzo wysokie zresztą, że 
następnych dwadzieścia lat spędzi za kratami. 

- Nie wygląda mi na żadnego tam kryminalistę, a widziałam już kilku. Musi być bogaty, jego 
garnitur jest od Ar-
maniego. 

Usłyszały odgłos zmiatanego szkła i podnoszoną pokrywę od kosza na śmieci. 

- A co więcej, potrafi poradzić sobie w kuchni! 

Coś nieuchwytnego w Tiffany prowokowało w Brandi najgorsze cechy. Niemal pragnęła, by 
matka potwierdzała na 
każdym kroku płytkość swojego charakteru. 

- Jest włoskim hrabią - dodała. 

- Słodziutki - Tiffany przeciągnęła słowo z południowym akcentem kleistym jak karmelowa 
polewa. 

Christina Dodd 

206 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

background image

- Jest słodziutki, bo jest hrabią? 

- Nie, jest słodziutki, bo jest seksowny, bogaty i przystojny. Tytuł jest tylko jak czekoladowa 
polewa na kokosowym 
ciasteczku. Jakże wspaniały materiał na męża! 

- Męża? - Brandi spojrzała podejrzliwie na matkę. - Skąd ci to przyszło do głowy? 

Wielkie niebieskie oczy Tiffany spoglądały niewinnie. 

- Po prostu myślę sobie na głos. 

- Jego dziadek też tak myślał. 

Co jest grane? Przecież Nonno i Tiffany nawet się nie znali. Dzieliła ich też różnica pokoleń i 
tysiące kilometrów. Co 
nie przeszkadzało im najwyraźniej w dochodzeniu do podobnych wniosków. 

- Nie szukam męża. Już z jednym próbowałam i sama najlepiej wiesz, czym to się dla mnie 
skończyło. 

- Roberto zdecydowanie nie odpowiada wymogom, które umieściłaś na swojej liście. 

Brandi wzdrygnęła się. Alan właściwie pasował do wszystkich wymogów i... Czy Tiffany 
chciała być sarkastyczna? 
Nie, to raczej niemożliwe. Sarkazm wymagał tego poziomu subtelności, na który matce nigdy 
nie udałoby się 
wspiąć. 

Poza tym, Tiffany wcale na nią nie patrzyła. Wpatrywała się w Roberta. 

- Nie ma w nim nic rozsądnego, nieprawdaż? 

Brandi popełniła błąd i zerknęła w stronę kuchni. Roberto wstawał właśnie i sięgał po kilka 
papierowych chusteczek. 
Zaschło jej w gardle. Mąż? Nawet nie chciała o nim myśleć w tych kategoriach. Zupełnie 
jakby miał być pierwszym 
lepszym do wzięcia od zaraz. Udało się jej go posmakować; wiedziała, że i on rozsmakował 
się w niej. Ale nie 
oznaczało to, że musi myśleć o spędzeniu z nim życia. Już czyniąc rozważania na ten temat, 
czuła się idiotycznie. A 
robienie z siebie idiotki ostatnio przydarzało jej się za często. 

Christina Dodd 

195 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Małżeńskie wizyty w więzieniach niewątpliwie dostarczają radości. 

- Kochanie, przecież wiesz, że on nie pójdzie do więzienia. - Tiffany brzmiała jak wiekowa 
wyrocznia. - Bogaci 
nigdy nie idą do więzienia. 

Brandi chciała jej cierpko odpowiedzieć, ale zdała sobie sprawę, że nie zna szczegółów jego 
sprawy. Póki co, udało 
jej się spędzić w biurze około godziny. Dziś rano zadzwoniła do Glenna, ale to pani Pelikan 
odebrała telefon. Brandi 
wciąż słyszała w głowie jej suchy i profesjonalny ton: „Na polecenie pana McGratha 
dokonaliśmy zmian w naszym 
zespole. Od tego momentu składa pani raporty bezpośrednio na moje ręce. Pani zadanie 
polega na monitorowaniu 
działań pana Bartoliniego. Proszę nie spuszczać go z oka". 

„Czy sądzi pani, że zamierza wyjechać z kraju?" 

„Proszę nie spuszczać go z oka". Pani Pelikan nie miała obowiązku tłumaczyć się ze swoich 
decyzji ani niczego wy-
jaśniać. I nie zrobiła tego. 

Brandi spojrzała na Roberta. Proszę nie spuszczać go z oka. Bała się przyznać, że zadanie, 
jakie przed nią 
postawiono, sprawiało jej niewymowną przyjemność. 

- Mamo, nie mogę wiązać się z mężczyzną oskarżonym o liczne kradzieże. Tego z pewnością 
nie ma na żadnej z 
moich list. 

Tiffany patrzyła, jak Roberto napełniał szklanki. 

- Był twoim głupim wypadkiem, prawda? 

Nikt nie mógł zaprzeczyć, że matka miała niesamowity instynkt, jeśli chodziło o sprawy 
damsko-męskie. 

- Jest pod moją opieką prawną - to nie była do końca odpowiedź na jej pytanie. - To dlatego 
zostałam na noc u jego 
dziadka. I dlatego kłóciliśmy się co do tego, gdzie spędzimy dzisiejszą noc. Ja chciałam 
zostać tutaj. - Rozejrzała się 

i spłynęło na nią olśnienie. Nie mogli tutaj zostać. Mieli do 

Christina Dodd 

208 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

background image

dyspozycji jedno łóżko i jedną sofę, do tego z pociętymi poduszkami. Planowała, że odda mu 
łóżko - nie zmieściłby 
się przecież na sofie. Ona co prawda też nie, ale zdolna była do poświęceń, byleby wszystko 
poszło po jej myśli. Po 
przyjeździe Tiffany jej plan tracił rację bytu. 

- Drogie panie... - Roberto z czarującym uśmiechem wręczył kobietom szklanki. - Myślę, że 
czas udać się do mojego 
hotelu. 

- Ja zostanę tutaj, ale... czy mogę zaufać wam dwojgu sam na sam? 

- Mamo, nie możesz zostać tu sama. - Brandi wciąż wyczuwała zapach detergentu użytego do 
czyszczenia wykładzin 
i świeżą farbę kryjącą bazgroły na ścianach. Ta ostatnia miała zresztą odcień inny od reszty 
ścian. Od początku nie 
podobało jej się to miejsce, miało być tymczasowe i służyć jej jedynie do momentu, w którym 
poślubi Alana. 

A teraz jeszcze sprawiało, że ciarki jej szły po plecach. Nie zostawi matki w mieszkaniu, 
które kilka dni temu padło 
ofiarą wandali. Nie ma mowy. Jeśli cokolwiek przydarzyłoby się Tiffany, nigdy by sobie tego 
nie wybaczyła. Poza 
tym skazałaby matkę na izolację. 

O mój Boże. Wyobraziła sobie przez moment tragiczny koniec rodzicielki i swą mowę 
obronną na Sądzie 
Ostatecznym. Jak nic poszłaby do piekła. 

Ale za wszelką cenę pragnęła trzymać się z dala od wspaniałego, przeładowanego 
wspomnieniami apartamentu 
Roberta. 

- Och, Tiffany przecież pojedzie z nami do hotelu - oznajmił Roberto. 

- To bardzo, bardzo zły pomysł - zaprotestowała Brandi. Nie chciała matki w miejscu, które 
kojarzyło jej się tylko i 
wyłącznie z uprawianiem miłości. To byłoby po prostu... dziwne. 

Christina Dodd 

209 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Jest tam mnóstwo miejsca, dwie łazienki i dwie sypialnie. 

- Dwie sypialnie? - Brandi nie chciała mu się sprzeciwiać. Nie chciała, by jej matka miała 
wrażenie, że Brandi 
kiedykolwiek postawiła tam stopę. W umyśle dziewczyny wytworzył się jednak obraz, który 
kazał jej myśleć o 
apartamencie Roberta jak o jednej wielkiej sypialni. 

- Tak, dwie - potwierdził. - Już zadzwoniłem i poczyniłem odpowiednie przygotowania. 
Zamierzam przeprowadzić 
się do czegoś nieco bardziej odpowiedniego dla rodziny. Newby już pakuje moje rzeczy. 
Będziemy na czwartym 
piętrze, również z uwagi na twój lęk wysokości, Brandi. 

- Nie mam lęku wysokości. - Skąd, do cholery, to wiedział. - Po prostu nie czuję się najlepiej, 
gdy... 

- Ja też nie. Wielkie dzięki, Roberto, że pozwalasz nam ze sobą mieszkać. - Tiffany dotknęła 
jego ramienia. - To 
bardzo słodkie. 

- To wcale nie jest słodkie - zaprotestowała Brandi. - To bardzo zły pomysł. 

- Masz lepszy? - zapytał. Oczywiście, że nie miała. 

Więc pozostała dwójka zignorowała ją bez słowa. 

- Na szczęście nie zdążyłam się rozpakować. Brandi, czy chcesz, żebym pomogła ci się 
pakować? - szczebiotała 
Tiffany. 

Spiskowali przeciwko niej. 

- Poradzę sobie - warknęła. 

- Nie zapomnij o zabraniu sukien. - Wykonał nieokreślony gest ręką wokół ciała. - Dostaję 
bardzo wiele zaproszeń. 
Mnóstwo ludzi najwyraźniej pragnie poznać rzekomego złodzieja klejnotów i byłbym 
zaszczycony twoim 
towarzystwem. 

- Jedyna suknia - Brandi powtórzyła sarkastycznie jego gest - którą posiadam, jest stara i 
czarna, więc obawiam się, 
że wszystkie zaproszenia będziemy musieli odrzucić. 

Christina Dodd 

210 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

- O nie! - Tiffany podskoczyła na sofie. - Nosimy przecież ten sam rozmiar, a ja przywiozłam 
wszystkie swoje 
suknie. 

Brandi z niedowierzaniem odwróciła głowę. 

- Przywiozłaś wszystkie suknie? 

- Charles zaprosił mnie na przyjęcie, powiedział, że to wspaniale zgra się z moją wizytą. - 
Tiffany przeciągnęła ręką 
po opalonych nogach. - Nie mogłabym przecież pójść w jakimś starym worku. 

- To miło ze strony wujka Charlesa, ale przecież będziesz potrzebowała jednej sukienki. 

- Kiedy wyjeżdżałam z Nashville, kochanie, zupełnie nie wiedziałam, w której będę 
wyglądała najlepiej. 

Brandi zaczęła się obawiać. Matka zachowywała się nadzwyczaj logicznie i udzielała ciętych 
odpowiedzi. Czy to 
oznaczało, że ona sama straciła gdzieś po drodze zdrowy rozsądek i zachowanie Tiffany 
zaczęła dostrzegać w innym 
świetle? A może ferowała wyroki pochopnie? Może nie potrafiła odróżnić zachowań 
logicznych od nielogicznych? 
Kiedy Tiffany i Roberto ruszyli w stronę drugiego pokoju, żywo rozprawiając o życiu 
towarzyskim, Brandi doszła 
do wniosku, że matka i kochanek mają zdecydowanie za wiele wspólnego. 

Jeśli połączą siły, z pewnością mogą razem doprowadzić Brandi do popełnienia czynu jeszcze 
mniej rozsądnego niż 
wszystkie pozostałe razem wzięte. 

Bez względu jednak na to, co miało się wydarzyć, nie miała najmniejszego zamiaru wybierać 
się u boku Roberta na 
żadne przyjęcie. Obracał się w nieco zbyt szemranym jak dla niej towarzystwie. Miała zamiar 
oznajmić mu, że nie 
wyściubi nosa z hotelu, i będą czekać w ukryciu do chwili, aż w końcu dostarczy go na 
sądową rozprawę. 

background image

Rozdział 19 

Kiedy Tiffany otworzyła sypialnię i Brandi stanęła w drzwiach, Roberto westchnął głośno w 
wyrazie głębokiego, 
męskiego zachwytu. 

Profesjonalny makijaż i czerwona sukienka krzycząca „bierz mnie", którą Brandi miała na 
sobie w ostatni weekend, 
była uosobieniem zmysłowego piękna. 

Ale kochające dłonie matki najwyraźniej malowały lepiej, a we wspaniałej niebieskiej sukni, 
wyciętej na 
średniowieczną modłę, Brandi wyglądała seksownie, elegancko, krucho i... zupełnie tak, 
jakby potrzebowała jedynie 
jego ramienia, by się na nim wesprzeć, chociaż to może zarozumiałe męskie ego 
podpowiedziało tę ostatnią część. 

Nic nie potrafiło powstrzymać go przed zamknięciem jej dłoni w swoich i uniesieniem jej do 
ust. 

- Cara, cara. Radujesz moje zmysły bardziej niż ktokolwiek, kogo do tej pory widziałem. 

- Jasne, dzięki. - Oczy Brandi rzucały te same zimne błyski, co szafirowe kolczyki w jej 
uszach. 

Wyrwała rękę i odstąpiła dwa kroki do tyłu. Miała na sobie złote buty, które sprawiały, że jej 
nogi wydawały się 
długie na milę, oraz złoty pasek, osunięty nisko, ale trzymający się na ponętnej linii bioder. 

- Zaczynajmy ten cyrk - sapnęła rozdrażniona. Spojrzał przelotnie na Tiffany i uniósł brwi. Jej 
spojrzenie 

było czytelne: „moja córka dramatyzuje!". 

Christina Dodd 

212 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

No cóż, przypuszczał, że dziewczyna miała do tego prawo. Przynajmniej przez pewien czas. 
Przegrała w końcu 
bitwę o to, czy zostaną w hotelu dziś wieczorem. Gdyby mógł, poszedłby jej na rękę, ale nie 
miał wyjścia. Wszystko 
zostało ustalone, zanim ją poznał. Szukał informacji o swojej przeszłości i dzisiejszy wieczór 
mógł mu w tym 
niewymownie pomóc. 

Stała teraz przed otwartą szafą z pytającym wyrazem twarzy. 

- No dobra, gdzie jest mój płaszcz? Aha. Trudniejsza część. 

Wymienił z Tiffany spojrzenia. Matka wzięła z krzesła ciepły, podszyty puchem, śnieżnobiały 
zimowy płaszcz od 
Gucciego i ruszyła w stronę Brandi. 

- Proszę bardzo, kochanie, włóż to. 

- Co to ma być? - Dziewczyna zachmurzyła się, egzaminując najcieplejszy płaszcz, jaki 
Roberto był w stanie 
znaleźć. 

- Jest mój - powiedziała Tiffany. - Wiedziałam, że będzie tu zimno, więc kupiłam go przed 
samym lotem. 

W oczach Brandi zalśniły błyskawice. 

- Przecież nie stać cię na taki wydatek! 

- Akurat tak się złożyło, że miałam bony na zakupy z linii lotniczej Bluefly.com - odparła 
Tiffany lekko. 

- Mamo, z bonami czy bez nich, nie stać cię na niego. A poza tym jest biały. Czy potrafiłabyś 
kupić coś jeszcze mniej 
praktycznego? 

Tiffany rzuciła Roberta przepraszające spojrzenie. 

- Ale sama musisz przyznać, że jest piękny, prawda? 

- Nie stać cię przecież ani na tę sukienkę, ani na pozostałe. Nie możesz po raz kolejny 
zbankrutować. - Brandi była 
rozdrażniona nie na żarty. - Nie wolno ci zaciągać nowych kredytów. 

Od kiedy role matki i córki całkowicie się odwróciły? 

Christina Dodd 

201 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

Roberto sądził, że ich relacja musiała odbiegać o normy od dłuższego już czasu. 

Ale w tym wypadku to on kupił Brandi płaszcz i nie chciał, by Tiffany cierpiała za 
podejmowane przez niego 
decyzje. Nie mógł już znieść widoku dziewczyny trzęsącej się z zimna w starym płaszczu. 
Przerwał wywód Brandi w 
pół słowa: 

- Podziękuj matce za jej szczodrość, pozwoliła ci przecież skorzystać ze swojej wspaniałej 
garderoby. 

Brandi odwróciła się do niego tak gwałtownie, że suknia zafalowała. Ale gdy natknęła się na 
stal jego spojrzenia, w 
którym nie było nic poza upomnieniem, dobre maniery wzięły w niej górę. 

- Dziękuję, Tiffany. - Wygładziła materiał sukni. - Będę się nim opiekować. 

- Wiem, że będziesz, kochanie. Tak się cieszę, że wychodzisz dziś wieczór. Tyle czasu mięło, 
od kiedy naprawdę 
dobrze się bawiłaś. - Tiffany promieniała szczerą, matczyną radością. 

Była miłą i kochającą kobietą. Roberto nie mógł zrozumieć, dlaczego nie zajmuje miejsca u 
boku jakiegoś bogatego 
i statecznego mężczyzny. 

Kiedy Roberto pomagał jej wkładać płaszcz, Brandi zwróciła się do matki: 

- Co będziesz tu robiła sama, mamo? 

- Nic. Pooglądam trochę telewizję. Poczytam może. Zaczęłam w samolocie niezłą książkę. - 
Tiffany ziewnęła wymo-
wnie, przykrywając usta ręką. - Jestem trochę zmęczona podróżą, o której chcecie wrócić? 

- Nie czekaj na nas. - Roberto narzucił płaszcz i zawiązywał szalik. - Musimy wstąpić na trzy 
przyjęcia. 

- Trzy! - Brandi wciągnęła rękawiczki i ucałowała matkę w policzek. - Nie mogę się wprost 
doczekać. 

Musnął ją palcem po policzku. 

Christina Dodd 

202 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

- Mała, sarkastyczna wiedźma. 

Wyszli z pokoju, kłócąc się zawzięcie. 

Tiffany podeszła do okna i patrzyła, jak Roberto pomaga wsiąść Brandi do limuzyny. Patrzyła 
za nimi, jak 
odjeżdżają, a potem jeszcze przez chwilę nie ruszała się z miejsca. 

W końcu odwróciła się i zdecydowanie ruszyła w stronę łazienki. Otworzyła szafkę z 
przyborami do makijażu i 
uważnym wzrokiem zmierzyła gotową do włożenia szmaragdo-wo-zieloną sukienkę. 

Zanim przed wejściem do hotelu zatrzymał się samochód, by ją zabrać, wyglądała niemal tak 
zachwycająco jak jej 
córka. Zerknęła w lusterko i doszła do wniosku, że być może, zważywszy na to, że 
promieniała niezmąconą radością, 
wyglądała nawet lepiej. Bo też naprawdę była szczęśliwa, i to pierwszy raz od bardzo 
długiego czasu. 

* * * 

Światła Chicago rzucały na tylne okno samochodu wielokolorowe, przesuwające się smugi. 
Ale nawet bez sztucz-
nych iluminacji Brandi była przepiękna. Przepiękna i obrażona. Wyglądała przez okno, nie 
patrząc na swojego to-
warzysza, podbródek uniesiony wysoko, długa szyja wygięta w ponętny łuk. 

Ale nie mogła ignorować go przez całą noc. Nie pozwoliłby na to. Jego dłoń znalazła w 
ciemności jej palce. 

- Pozwól, że powiem ci, czym będziemy zajmować się dziś w nocy. 

Powoli odwróciła głowę, piękna, zimna i obojętna. Spojrzała mu śmiało w twarz. 

- Jako że nie mam w tej kwestii wyjścia, naprawdę mnie to nie obchodzi. 

- Pozwól się w tej materii oświecić. - Ściągnął jej rękawi- 

Christina Dodd 

215 

Szafirowe kłopoty 

background image

czkę i ucałował palce. - Najpierw pojedziemy na obiad do Howarda Pattersona. Jest dobrze 
znany z najlepszych 
kucharzy na świecie, a zapewniał mnie, że dziś wieczorem przygotował najwspanialsze dania 
francuskiej domowej 
kuchni. 

- Świetny pomysł. Najpierw mnie nakarm. To rzekomo poprawia mi humor. 

- To prawda, ale myślę, że szampan również ma takie działanie. Poprawia wszystkim humor. 
- Przycisnął usta do jej 
otwartej dłoni. 

Odchyliła głowę. 

- Jakie to łaskawe z twojej strony. 

Potrafiła ukąsić jak żmija, a równocześnie nie opuszczał jej kpiący humor. Kombinacja 
sprawiała, że raz chciało mu 
się śmiać i przekomarzać, a po chwili dochodził do wniosku, że może lepiej jej nie drażnić. 
Zwłaszcza że wiedział o 
tym, co jeszcze skrywa pod maską zimnego spokoju. Trudno było ją opisać. Była przecież 
nieumiarkowaną 
hedonistką, a zarazem wrażliwą kobietą, która skończyła prawo, by uczynić świat lepszym 
miejscem. 

Bóg jeden wie, że pracowała bardzo ciężko, by uczynić z niego uczciwego obywatela, a o ile 
pamiętał, żadna z wielu 
kobiet, które przewinęły się przez jego życie, nie starała się ratować jego grzesznej duszy. 

- Po tym, jak zjemy co nieco i poprawimy sobie humor, wyruszamy na bal wydany przez 
Mossima - Roberto gładził 
palcami wewnętrzną część jej dłoni. 

- Bal typu EnZetPe? - Udawała obojętność, ale czuła, że jej serce nagle zaczęło bić dwa razy 
szybciej. 

- EnZetPe? - Roberto zdumiał się, znajomość angielskiego zawodziła go niezmiernie rzadko. - 
Cóż to takiego? 

- Nie Zapomnij Pistoletu. 

- Aha - zachichotał. - Nie wątpię, że będzie tam wystar- 

Christina Dodd 

216 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

czająco dużo broni i amunicji, by zacząć operację wojenną. Ja jednak pozostanę nieuzbrojony. 
Jej dłoń drgnęła. 

- Nie wiem, czy to mnie napełnia spokojem. 

- Zaufaj mi, obronię cię. 

- Wiem, bardziej obawiałam się, że coś głupiego przydarzy się tobie. 

Mówiła obraźliwym tonem, ale równocześnie w jej głosie, pod warstwą kpiny, dało się 
wyczuć pewną dozę 
pewności siebie, po tym jak zapewnił ją o swej opiece. Napełniło go to niewytłumaczalnie 
wielką dumą. 

- Przypuszczam, że całowanie cię jest zabronione pod groźbą rozmazania pomadki? 

- Prędzej stopią się wszystkie lodowce, niż rozpuści się którykolwiek z elementów mojego 
makijażu. 

Pochylił się w jej stronę. I natknął się na jej wyciągniętą, otwartą dłoń. 

- Jest jednak inna przyczyna, dla której całowanie mnie jest zabronione - mówiła wolno i 
dobitnie, ważyła wyraźnie 
każde słowo. - Nie chcę, żebyś mnie całował. 

- Szampan - mruknął, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo ją to rozzłości. - Dużo, dużo 
szampana. 

Uniosła dumne, nadęte gniewem, błyszczące usta w wyrazie pogardy. 

- Jaka jest reszta planu po tym, jak dotrzemy do Mossima? 

- A tak, muszę się tam pojawić, ale obiecałem, że nie zabawimy tam zbyt długo. 

- Nie, żebym nie mogła się doczekać. 

Gdyby Mossimo był mądrzejszy, przestałby troszczyć się o Roberta i zainteresowałby się 
dziewczyną. Włoch 
przypuszczał, że potrafiłaby zgasić go kilkoma odpowiednio dobranymi zwrotami w obliczu 
całej rodziny Fossera. 

- Najlepsze zostawiłem na koniec. 

Christina Dodd 

217 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Domyślam się. 

Drwiła jawnie, ale nie wyjęła swojej dłoni z jego. 

- Każdego roku pani John C. Tobias wydaje dobroczynny bal, a do tańca będzie przygrywała 
prawdziwie wielka 
orkiestra. To noc wdzięku i piękna, twoja noc, Brandi, i nie mogę się doczekać, kiedy wezmę 
cię w ramiona, by 
poprowadzić na parkiet. 

Jeśli jego słowa wywarły na niej jakiekolwiek wrażenie - umiała ukryć to pod maską mroźnej 
obojętności. 

- A później wrócimy i będzie tak, jak sama to zaplanowałaś. 

- Jak co zaplanowałam? 

- Nudne spędzanie wieczoru w hotelowym pokoju - powiedział z udawaną rezygnacją. 

Spojrzała na niego gniewnie, by po chwili śmiać się długo i serdecznie. 

Patrzył na nią, zachwycony, że potrafi śmiać się z siebie bez żadnych zahamowań. 

- A jutro znowu robimy wszystko według ciebie? 

- Wydaje mi się, że to fair. Ja ustalam plany na wieczór, a ty na noc. 

- Jesteś prawdziwym przypadkiem, Roberto. 

- Przypadkiem czego? 

- Powiem ci, gdy sama to ustalę. - Zabrała dłoń. - Jesteśmy na miejscu. 

Limuzyna zatrzymała się przed kolumnowym portalem wielkiego budynku w stylu Nowej 
Anglii. Odźwierny 
zaprosił ich od razu do środka. Chwilę później poznała Howarda i Joni Pattersonów. Joni 
nalegała, by Roberto 
wycenił najnowszy nabytek Howarda - spinkę do krawatów ozdobioną dwukara-towym 
brylantem z 1920 roku. 

Roberto przyjrzał się kamieniowi i orzekł, że kamień może być wart jakieś trzydzieści sześć 
tysięcy dolarów, 
oczywiście 

Christina Dodd 

218 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

background image

nie licząc samej spinki, która znacznie podwyższała jego wartość. Howard był zachwycony. 
W przeciągu niecałych 
dwóch godzin Roberto i Brandi zjedli, oczarowali połowę obecnej u Howarda chicagowskiej 
elity i uprzejmie 
przeprosili, że wychodzą tak wcześnie. 

- Muszę iść, nie pozwolę, by szansa zatańczenia z Brandi przeszła mi koło nosa. Byłaby to 
zbrodnia przeciwko 
naturze - powiedział do Joni Patterson. 

- Niech licho weźmie panią Tobias. Dlaczego musi wydawać przyjęcia w ten sam dzień co ja, 
pozostanie dla mnie 
tajemnicą. Ale rozumiem. Jesteście stworzeni, by ze sobą tańczyć. 

- Stajemy się szeroko znaną parą - powiedział Roberto, kiedy schodzili wielkimi schodami. 

- Poczekaj na proces - odrzekła Brandi. - Kiedy powiemy wszystkim, że towarzyszyłam ci 
wszędzie z powodu sądo-
wych nakazów. 

- Ciekawe, kto w to uwierzy? 

- Wszyscy. Dołożę starań, by tak się stało. 

Obiad nie poprawił jej humoru tak, jak się tego spodziewał. 

- Zauważyłam, że nie powiedziałeś Howardowi, że opuszczamy jego wspaniałe przyjęcie, by 
zobaczyć się z twoimi 
przyjaciółmi Fosserami? 

- Czasami wykazuję zaskakującą tendencję do kłamstwa. 

- Tak podejrzewałam. 

- Ale nie wobec ciebie, Brandi. - Pochylił się nad jej uchem. - Nigdy wobec ciebie - dodał 
szeptem. 

Ucieszył się, widząc, że zawahała się, zanim ponownie zaczęła z niego drwić: 

- Jasne. Wobec mnie jesteś wzorem wszelakich cnót. Jednak chciała mu wierzyć. 

Kiedy samochód zatrzymał się przed budynkiem Bractwa Rycerzy Kolumba, Brandi 
wytrzeszczyła oczy ze 
zdumienia. 

Christina Dodd 

207 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

- O co chodzi? Fosserów nie stać na ładne miejsca, by urządzać przyjęcia? 

- Ależ stać. - Roberto patrzył, jak Newby uważnie parkuje limuzynę w sposób, by bardzo 
szybko można było nią od-
jechać. - Jeśli uważają, że zachodzi taka potrzeba. Ale ładne miejsca są dla ich żon. 

- Chcesz mi powiedzieć, że to męskie przyjęcie? 

- Wcale nie, ale nie sądzę, byśmy mieli tu poznać dziś wieczór zbyt wiele prawowitych 
małżonek. 

- Bawią się z prostytutkami? A my wchodzimy tu sobie jakby nigdy nic? 

- Nie bądź śmieszna. Nie naraziłbym cię na kontakty z prostytutkami. - Pomógł jej wysiąść z 
samochodu. - Przyszli 
tu ze swoimi kochankami. 

 

 

 

Rozdział 20 

Wielka sala była profesjonalnie przygotowana, a wykwintnym daniom nie można było nic 
zarzucić. Grający muzycy 
czuliby się równie pewnie w najdroższych klubach miasta. Ale Fosserowie z jakichś 
względów wybrali tanią salę 
bractwa, w której mimo cygarowego dymu dało się wyczuć zapach przepoconych 
gimnastycznych ubrań. 

Roberto rachował członków rodziny stojących przy barze. Dwudziestu dwóch. Nie przeoczył 
też żadnego z 
możliwych wyjść z sali, nie wyłączając okien. Zwrócił nawet uwagę na grupę kobiet 
stojących w jednym z rogów 
sali, w okolicy parkietu, chichoczących przeraźliwie i popijających bez umiaru wszystko, co 
wpadło im w ręce, od 
tequili po wielokolorowe drinki przybrane parasolkami. 

- O rany! - Oczy Brandi otworzyły się w szczerym zdziwieniu i podnieceniu. - Nie 
wiedziałam o konkursie - dodała, 
podając szatniarce swój płaszcz. 

- Jakim konkursie? - Roberto uśmiechał się przemiło do dziewczyny, która odebrała od nich 
płaszcze. Miał nadzieję, 
że jeśli przyjdzie im opuścić salę szybko, będzie pamiętała, które ubrania należały do nich. 

background image

- O tym, w którym wygrywa kobieta, która najbardziej strojem i makijażem przypomina 
dziwkę. Czy któraś z tych 
dziewcząt ukończyła dwadzieścia lat? 

Mossimo zauważył ich i ruszył w ich stronę uśmiechnięty, z wyciągniętą dłonią. 

Christina Dodd 

221 

Szafirowe kłopoty 

background image

Brandi zniżyła głos: 

- A kto przegra, musi spać z nim. 

- Mówią na ulicy, że żona wysyła go do kochanki z wyraźną ulgą. 

- Nie dziwię się. - Kiedy Mossimo zbliżył się, uśmiechnęła się. - Witam, panie Fossera. Jakże 
miło pana ponownie 
zobaczyć. 

- Hej, oto i nasz prawnik - powiedział Mossimo. - Whiskey, tak? 

- Słucham? - zapytała zakłopotana. 

- Masz na imię Whiskey, tak? 

- Nie, mam na imię Tequila. 

Drwiła z Mossima Fossery, mężczyzny bez poczucia humoru i wrażliwego na punkcie swojej 
godności. Roberto 
miał ochotę dać jej burę. Ale zamiast tego uśmiechnął się tylko. 

- Teąuilę to ona piła. Cały wieczór. - Klepnął ją w tyłek. 

- Biegnij i zapoznaj się z dziewczętami, a kiedy skończę, obiecuję zabrać cię do domu, 
kochanie, i dać ci to, na co 
zasługujesz. 

- Ale o wiele lepiej czuję się z tobą, kochanie - powiedziała, podkreślając ostatnie słowo i 
patrząc na niego z 
udawanym uwielbieniem. 

- Jak sobie życzysz. - Ujął jej palce do ust i ucałował. 

- Uwielbia mnie i koniecznie chce zostać - dodał po włosku. 

- Widzę - odpowiedział również w tym języku Mossimo, taksując Brandi nieprzychylnym 
spojrzeniem. - Ale kobiety 
powinny szukać własnego towarzystwa, mam rację? 

- A więc dobrze - Brandi wtrąciła się tonem niezadowolonej pięciolatki. - Skoro chcecie być 
niegrzeczni i rozmawiać 
całą noc po włosku, idę po drinka. 

- Pamiętaj o specjalnych właściwościach szampana. Rzucając mu gniewne spojrzenie 
zapowiadające późniejszą 

reprymendę, ruszyła w stronę skąpo ubranych kobiet. 

background image

Christina Dodd 

222 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

- Całkiem ognista - powiedział Mossimo. - Jeśli będziesz chciał czegoś, co ją pohamuje... 

- Lubię dzikie kotki. 

- Twój dziadek był taki sam, ale to niedobrze, gdy kobieta owinie cię wokół palca. 

- Och, ale nie wiesz, co Brandi potrafi wyczyniać palcami 

- uśmiechnął się Roberto. - Dziękuję za zaproszenie na dzisiejsze przyjęcie. Doceniam 
zwłaszcza delikatną sugestię, 
żebym przybył koniecznie. 

- Hej, spotykam moich przyjaciół, wtedy, gdy chcę ich zobaczyć. - Mossimo objął Roberta 
ramieniem i poprowadził 
w stronę mężczyzn stojących przy barze. - Więc jak tam, przemyślałeś moją propozycję? 

- Ukradzenia Płomienia Romanowów? 

- Ciii! - Mossimo zerknął na przechodzącego obok kelnera. - Nie bądź bezmyślny. 

- Mów do mikrofonu, tak? - Roberto przygładził kwiatek w butonierce Mossima. 

- Tak, mów do mikrofonu - Mossimo zaśmiał się sztucznie. 

Fosserowie stali przy barze z drinkami w dłoniach, patrząc to na Mossima, to na Roberta, 
milcząc groźnie i czekając. 

- Ricky, chłopie, dobrze cię znów ujrzeć. - Roberto uścisnął jego rękę. - Danny, Greg. - 
Obrzucił spojrzeniem 
pozostałych. - A gdzie podziewa się Fico. 

- Gdzieś się kręci - powiedział Ricky. 

- Wyszedł zapalić - dodał Greg. 

- Mam nadzieję, że go ujrzę. - Ciekawe, że postanowił zniknąć właśnie teraz, pomyślał. - Ale 
tych nie znam. Kto to? 

- zapytał, wskazując dwóch mężczyzn wyglądających na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. 

Nie zachowywali się uprzejmie. Jeden nawet odwrócił się plecami na widok Roberta. 

Christina Dodd 

210 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Po prostu chłopaki. Nieistotne. - Mossimo gestem nakazał im odejść. - Idźcie potańczyć ze 
swoimi dziewczynami. 

Roberto patrzył za nimi, gdy odchodzili, ewidentnie niezadowoleni. Mruczeli coś nawet pod 
nosem pod adresem 
szefa. Nic dziwnego, że Mossimo tracił kontrolę nad rodziną i interesem. Młodzież gnana 
testosteronem 
najwyraźniej sprawiała kłopoty. Brandi, żywo gestykulując, rozmawiała z dziewczynami. 
Zdążył zobaczyć, jak jej 
oczy otwierają się szeroko ze zdumienia, gdy dwaj mężczyźni bez jednego słowa chwycili 
swoje dziewczęta za ręce 
i powlekli w stronę parkietu. 

Kilka kobiet zostało z Brandi. Były to kochanki Mossima, Grega, Ricky'ego i Fico. Brandi 
raczej nie mogła znaleźć 
wspólnego tematu do rozmowy z nimi. Obawiał się nawet, że jeśli zacznie go szukać, gotowa 
jest zacząć je 
podburzać przeciwko gangsterom, z którymi się zadają. A to oznaczałoby komplikacje. 
Poważne komplikacje. 

Musieli się stąd szybko wydostać, więc chciał jak najszybciej przejść do sedna sprawy. 

- Mossimo, to twoje słowa. Ukraść Płomień z muzeum to nie lada wyzwanie. 

Fosserowie stanęli wokół nich, zasłaniając ich przed przypadkowymi słuchaczami. Dla dobra 
tych ostatnich. Mów 
do mikrofonu, przemknęło mu przez myśl. 

- Boisz się - naigrywał się Greg. 

- Jasne, że się boję. Tylko głupiec staje twarzą w twarz ze śmiercią bez strachu - 
odpowiedział. Ale nie okazywał 
strachu teraz, tylko uprzejme zainteresowanie propozycją. 

- Może nie potrafisz tego zrobić? - drwił Mossimo. Roberto tylko pstryknął palcami, bez słów 
dając do zrozumienia, 
co o tym sądzi. 

- Czy twoi chłopcy wprowadzą mnie do środka? 

Christina Dodd 

224 

Szafirowe ktopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Wprowadzą. 

- W takim razie mogę ukraść brylant. Mam już plan, nie wiem tylko, dlaczego powinienem 
zrobić to dla ciebie. 

Zanim pomyślał, co jeszcze może dodać, otrzymał potworne uderzenie w brzuch, które 
przygniotło go do ściany, 
ramię Mossima przyciskało jego gardło, a pistolet był wycelowany w czoło. 

Jasne, Mossimo może nie potrafiłby ukraść kamienia sam, ale wciąż był jeszcze niezły w 
numerze z pistoletem. 

- Nawet nie myśl o zdradzie - wysapał i przejechał lufą po policzku Roberta. - Zabiję ciebie, 
twojego dziadka i 
przepiękną panią prawnik, a nawet pojadę do Włoch, i zabiję tę dziwkę - twoją matkę. 

Roberto napiął mięśnie, gotów zaatakować. 

Ale kiedy wszedł tutaj, jednoznacznie zgodził się na umowę. Dał do zrozumienia, że 
Mossimo jest szefem. Nie miał 
prawa się wycofywać. Nie dlatego, że ten bezwartościowy pies hańbił imię jego matki, groził 
śmiercią Brandi i 
Nonno, ale dlatego, że w tej operacji synchronizacja czasowa była najbardziej istotna. 

Mossimo trzymał go pod ścianą przez moment, przydusza-jąc dla podkreślenia realności 
wszystkich gróźb, zanim 
schował pistolet i cofnął się o krok. 

Roberto wciągnął powietrze i starał się uspokoić wirowanie w głowie. Kątem oka dostrzegł 
Brandi idącą w jego 
stronę. Potrząsnął głową. Nie! 

Zatrzymała się. 

Nie, nie staraj się mi pomagać. Tylko wszystko skomplikujesz. 

Odwróciła głowę i odeszła w stronę kobiet przyglądających się scenie z szeroko otwartymi 
oczami. Dała mu do 
zrozumienia, że czyni to nad wyraz niechętnie. 

Dobrą chwilę zajęło Robertowi odzyskanie głosu. 

Christina Dodd 

212 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Nie zrozumiałeś mnie, Mossimo - powiedział. - O ile jesteś znany z wielu rzeczy, niewiele 
się słyszy o twojej 
szczodrości. Pytam tylko, co z tego będę miał? I nie mów mi, że to będzie prestiż. Prestiżu nie 
ulokuję w banku. 

Straszliwy grymas na twarzy starego Włocha powoli się wygładzał. Chciwość... tak, chciwość 
potrafił zrozumieć. 

- Jesteś słynnym złodziejem klejnotów. Pracować z tobą to zaszczyt. Wiem o tym. Czego 
chcesz za pracę dla mnie? 

- Jadłem dziś obiad u państwa Patterson. U Howarda i Joni. Pani domu miała złoty naszyjnik 
z rubinem. Rubin miał 
przynajmniej cztery koma trzy karata. 

- Wiem o nim. - Mossimo spuścił głowę, jakby ze wstydu. 

- Ale nie mogę go wyrwać. Ich ochrona jest za dobra. 

- Zwykle tak. - Roberto oglądał z zainteresowaniem swoje paznokcie. 

- Co masz na myśli? - zapytał Mossimo. 

- Nie wiedzieć czemu, system alarmowy w części domu został wyłączony dziś wieczór. 

- Nie wiedzieć czemu? - Mossimo zaczął się uśmiechać. 

- Hej, Ricky, dawaj tu naszemu przyjacielowi Robertowi szklankę wina! 

- Wody. - Roberto potarł znacząco posiniałe gardło. 

- Wody! - Mossimo podsunął mu krzesło, sam siadając na drugim i nadstawiając uważnie 
ucha. 

Kiedy Roberto się podnosił, wszystko było ustalone. Dobito targu. 

- Uczciwy biznes - powiedział Mossimo. - Przynosisz diament do „Wypchanego Psa", a ja 
daję ci rubin 
Patter-sonów. 

- Dobrze. - Roberto poklepał Mossima po brzuchu. - Pamiętaj, kto wyświadcza ci tę 
przysługę, i okaż mi i mojemu 
Nonno respekt, na jaki zasługujemy. 

- Jasna sprawa. - Mossimo objął Roberta i ucałował go 

Christina Dodd 

213 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

w oba policzki. - To bardzo dobry interes, dochodowy dla nas obu. Zabijesz też nudę w 
oczekiwaniu na proces, 
nieprawdaż? 

Roberto kiwał głową, nie przestając się uśmiechać. Jakże łatwo przyszło Mossimowi 
obdarować go pocałunkiem 
zdrady. Sam Judasz byłby zachwycony. 

Wstał i ruszył w stronę baru. Delikatnie kiwnął palcem w stronę Brandi. Ku jego zdziwieniu 
bez protestów 
pospieszyła w jego stronę. Ujęła go za ramię i ruszyli do szatni. 

- Gratulacje, odkryłeś najlepszy sposób na to, bym wykonywała twoje polecenia. Zrobiłabym 
wszystko, byle 
wyrwać się od tych bab. 

Roberto zachichotał, wziął ich płaszcze i wręczył dziewczynie za ladą szczodry napiwek. 

- Straszne, prawda? 

- „Straszne" opisuje je w bardzo niewielkim stopniu. - Brandi pozwoliła, by owinął jej szyję 
szalikiem. - Czy 
wiedziałeś, że można przez ponad dwadzieścia minut gadać o brazylijskiej depilacji? 

- O Boże, nie. Tak naprawdę to nie chciałbym o tym myśleć przez dłużej niż minutę. - Włożył 
płaszcz i wyszli z 
budynku. 

Nie zdążyli zejść po schodach, gdy uderzył go zapach palonego tytoniu. Zatrzymał się. 

- Woskowanie jako temat lokuje się pomiędzy akrylowymi tipsami a kwasowym peelingiem... 
- Obróciła się przez 
ramię. - Co się stało. 

Fico wyszedł z cienia, z niedbale trzymanego papierosa unosiła się stróżka dymu. 

- Roberto, dobrze cię widzieć. I ciebie - skinął głową w stronę Brandi. - Trochę tu za zimno, 
żeby taka chudzina, jak 
ty, miała sterczeć na mrozie. 

- Brandi. - Roberto wskazał kciukiem limuzynę. 

Christina Dodd 

227 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Niestety, zaczynam się do tego przyzwyczajać. - Brandi zrezygnowana ruszyła dalej. 

Mężczyźni patrzyli, jak podchodzi do samochodu, jak New-by otwiera drzwi i pomaga jej 
wsiąść. Fico odezwał się 
pierwszy: 

- No to jak. Wysłuchałeś oferty Mossima? 

- Owszem - odpowiedział powoli. Co planował Fico? Oto jest pytanie. 

- Wiesz, że nic nie musisz robić? Interesujące. 

- Muszę. Bardzo lubię swojego dziadka. Fico podszedł krok bliżej. 

- Twojego dziadka mogę spokojnie ochronić. 

- Spektakularna propozycja, zważywszy na reputację Mossima. 

- Dla Mossima zawsze mam szacunek. Zawsze. 

Niby żadnych odpowiedzi, a wszystkie, których potrzebował Roberto, zostały udzielone. 

- Jako zapłatę, Mossimo obiecał mi kamień. 

- Martwi nie odbierają wypłat. 

- Planuje moją śmierć po tym, jak zdobędę brylant? Roberto oczywiście domyślał się takiego 
rozwiązania, ale 

Fico potwierdził jego podejrzenia. Fico chciał zająć miejsce Mossima. Zrobi wszystko, by 
zapobiec tej kradzieży i 
umocnieniu się pozycji starego. 

- Mówię ci, że tę robotę powinieneś sobie darować. 

To było trudne. Trudniejsze, niż się spodziewał, bo tę robotę akurat chciał wykonać. 

- Ależ, Fico, taka świadomość grożącej śmierci dodaje ekscytacji. 

Fico cisnął papierosa na żwir alejki. 

- Rób, co chcesz, ale nie mów, że cię nie ostrzegałem. 

- Na pewno nic nie powiem na temat twoich ostrzeżeń. Nie 

Christina Dodd 

228 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

powiem, że cię dziś widziałem, Fico. Szkoda, że nie trafiliśmy na siebie. - Roberto ściągnął 
rękawiczkę i wyciągnął 
dłoń. 

Fico spojrzał na dłoń Roberto, po czym chwycił jego ramię na wysokości łokcia. Roberto 
odwzajemnił uścisk. 
Mężczyźni potrząsnęli ramionami mocno. 

Z jakichś niezrozumiałych dla siebie powodów zawsze lubił Fica, który chciał władzy, ale nie 
dla radości jej samej 
ani dla sprawiania bólu. Fico chodziło zawsze tylko i wyłącznie o profity. 

Wykorzystując okazję, pochylił się do jego ucha. 

- Zaufaj mi, Fico, zaufaj. Fico przyjrzał mu się nieufnie. 

- Co z tego będę miał? 

- Dokładnie to, czego chcesz. 

- Tylko głupiec ufa komukolwiek poza sobą. 

- Bądź więc głupcem. 

Fico patrzyła na Roberta przez długą chwilę. 

- Pomyślę. 

- Pomyśl. 

Roberto ruszył w stronę samochodu, nie oglądając się i modląc w duchu, by instynkt i tym 
razem go nie zawiódł. 

background image

Rozdział 21 

Zimny wiatr wdarł się do samochodu wraz z wsiadającym Robertem i przejął kości Brandi 
chłodem jeszcze gorszym 
niż ten, którego doświadczała przez ostatnią godzinę. Kiedy Mos-simo cisnął Roberta na 
ścianę i przyłożył mu do 
głowy pistolet, gotowa była krzyczeć. Na szczęście jedna z dziewcząt, niewyglądająca na 
więcej niż szesnaście lat, w 
ostatniej chwili zdążyła jej nakryć ręką usta. 

- Nie wrzeszcz, bo zabiją go na pewno. 

Brandi przez cały czas miała wielką ochotę opuścić ponury budynek, ale nie mogła się 
przemóc. Z pewnością nikt by 
jej nie zatrzymywał, ale nie potrafiła nawet myśleć o porzuceniu Roberta w ten sposób. 

Co się stało z jej życiem, że nagle stała się odpowiedzialna za poczynania złodzieja, który 
miał zwyczaj pakowania 
się w kłopoty. 

I kiedy Roberto wsiadł w końcu do samochodu i limuzyna zgrabnie zjechała z alejki 
podjazdowej na ulicę, Brandi 
nie wytrzymała: 

- Przecież jesteś mistrzem karate i superbohaterem. Nie mogłeś skopać mu tyłka? 

Roberto spojrzał na nią tak, jakby żałował, że się w ogóle poznali. Oddychając gwałtownie, 
odpowiedział: 

- Już rozumiem, dlaczego Fosserowie gustują w głupiutkich blondyneczkach. W takich 
momentach dociera do mnie, 
że mądre kobiety to kłopot. 

Christina Dodd 

230 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

- Tak myślałam. Mogłeś mu przywalić, dlaczego tego nie zrobiłeś? - Złapała go za nadgarstki, 
wyczuwając grube 
ścięgna i węzły mięśni. 

- Zauważyłaś ilość mężczyzn ubranych w dresowe bluzy? A może policzyłaś kabury 
wyzierające spod tych bluz? 

- Wiem, wiem. - Ale mimo, że wiedziała, nie potrafiła tego zrozumieć. Ten wspaniały 
mężczyzna pozwolił, by stary, 
gruby brutal miotał nim, gdzie popadło. Poszedł tam, chociaż najpewniej wiedział, jak będzie 
zachowywał się 
Mossimo. Poddał się bez walki. 

Oczywiście wiedziała też, że nie zna wszystkich faktów. 

Roberto nie zwierzał się jej, i zapewne powinna być z tego powodu zadowolona. W ten 
sposób, pozwana jako 
świadek, mogłaby bez wyrzutów sumienia zeznać, że nic nie wie. 

Opadła z powrotem na siedzenie. 

- Co się stało po tym, jak przestał do ciebie celować? 

- Zobaczyłem, jak zmierzasz w moją stronę, i nieomal dostałem ataku serca. Zwariowałaś? - 
łagodny zwykle ton 
Roberta tym razem stał się nerwowy i nieprzyjemny. - Czy wiesz, do czego zdolni są ci 
ludzie? 

Jego agresywne zachowanie zaskoczyło ją i przestraszyło. 

- Mogę sobie wyobrazić. Dlaczego więc w ogóle tam poszliśmy? 

- Jeśli kiedykolwiek zobaczysz, że mam kłopoty, niech ci nie przyjdzie do głowy pomysł 
ratowania mnie, dobrze? 

- Myślisz, że będę stała z boku i przyglądała się, jak ktoś do ciebie strzela? - jej głos również 
uniósł się gniewem. 

Newby zerknął w tylną szybę, musiał ich usłyszeć przez szkło. 

- Sądzisz, że jeśli również dasz się zabić, to twoje poświęcenie coś zmieni. 

- Przynajmniej nie będę musiała dożywać swoich dni, rozmyślając o tym, jaki to ze mnie 
tchórz. 

Christina Dodd 

218 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

Przeklęta kobieta. Roberto chwycił ją w ramiona, jak gdyby nie mógł już wytrzymać braku jej 
bezpośredniej 
bliskości. 

- Boję się o ciebie. Nie wiesz, że świat jest pełen nienawistnych nikczemników i podłych 
sukinsynów? 

- Wiem. Jeden z nich pozostaje pod moją opieką prawną. Pocałował ją. 

Czekała na to, od kiedy opuściła jego apartament w niedzielę wieczorem. Każda minuta, którą 
z nim spędzała, słu-
chanie jego głosu, wymienianie spojrzeń, wdychanie jego zapachu sprawiały, że chciała 
poczuć jego smak. A teraz 
czerpała przyjemność z bijącego od niego żaru, z jego podniecenia, nawet z ruchu 
samochodu, który niósł ich ku 
miejscu, w którym czekało spełnienie. 

Kiedy w końcu uniósł głowę, siedziała mu na kolanach i mocno obejmowała go za szyję. 

- Nie przestawaj - wymruczała. 

- Muszę przestać. - Jego słowa nie wydały się Brandi do końca zrozumiałe, niewiele mogła 
zresztą pojąć w stanie 
uniesienia. - Jesteśmy na miejscu. 

- Gdzie? 

- Na miejscu. Na balu. 

Uniosła się i spojrzała mu w oczy, jej twarz była kontrastem cieni i świateł. 

- Co? 

- Na balu. U pani Tobias. Przyjechaliśmy potańczyć, pamiętasz? 

- Teraz? - Zatraciła się z nim w głębokiej ciemności i nie chciała z niej wracać. - Teraz chcesz 
tańczyć? 

Zaśmiał się. 

- Tak, chcę. Zwłaszcza że twoja mama jest w naszym pokoju hotelowym. 

- Tiffany. Zapomniała o niej. 

- Moglibyśmy... - co by mogli właściwie, wślizgnąć się do 

Christina Dodd 

219 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

pokoju Roberta, wykorzystując jej nieuwagę albo sen? Oddać się dzikiej miłości, gdy jej 
matka pochrapywałaby za 
ścianą? Świetny pomysł. Brandi nie próbowała tego nawet jako nastolatka. 

- OK - Zaczęła zrezygnowana poprawiać włosy. - Chodźmy tańczyć. 

Powiew chłodu błyskawicznie pomógł ostudzić pożądanie. 

Jednak gdy tylko przekroczyła próg rezydencji w stylu kalifornijskim, poczuła, jak jej serce 
ponownie napełnia się 
ciepłem i wiosną. Sprawiły to stylowe wnętrza skąpane świetliście w kolorach ziemi i gliny, 
ściany oplecione 
roślinnością i wysokie klatki, w których śpiewały ptaki. 

Słyszała muzykę. Zdała sobie sprawę, że nie tańczyła od miesięcy. A jeśli już, to głównie w 
zatłoczonych pubach, z 
kolegami ze studiów... i Alanem. A tam przeważała Zasada Studentów Dobrych Wydziałów 
Prawa. Ci, którzy byli 
wystarczająco dobrzy, by się na nie dostać, nie posiadali żadnej wrażliwości towarzyskiej i za 
grosz wyczucia rytmu. 

Szybko zdała sobie też sprawę, że zasada odnosiła się również do studentów akademii 
medycznych, a Alan bynaj-
mniej nie stanowił wyjątku. 

A teraz, kiedy światowej klasy orkiestra przygrywała walca, budziła się w Brandi balerina. 
Przeciągnęła się i 
wyprostowała nogi. 

- Nie jest tak źle, prawda? - Roberto uśmiechnął się, widząc wzbierającą w niej 
niecierpliwość. 

- Jest bardzo dobrze, a alternatywa rzeczywiście byłaby... - No, na pewno nie „gorsza". Nigdy 
nie użyłaby tego 
określenia dla opisania fizycznej miłości pomiędzy nimi. - Niemądra - dokończyła. 

- Zdecydowanie niemądra. 

Nie musiał się tak zaraz zgadzać. 

Smukła, starsza pani średniego wzrostu z ufarbowanymi na 

Christina Dodd 

233 

Szafirowe kłopoty 

background image

brązowo włosami i jasnymi, brązowymi oczami ruszyła zdecydowanie w ich kierunku. 

- Roberto, jak wspaniale, że udało ci się przyjść. Jesteś łobuzem, który może pomóc uczynić 
mi z tego przyjęcia 
towarzyski sukces. - Wyciągnęła rękę i pozwoliła, by ucałował jej dłoń, po czym sama 
wspięła się na palce i 
cmoknęła go w oba policzki. Odwróciła się do Brandi. 

- Ach, ta młoda dama musi być słynną Brandi Michaels. 

- Tak - odpowiedziała zaskoczona dziewczyna. - Proszę wybaczyć, czy miałyśmy 
przyjemność się poznać? 

- Nie, ale gdy kobieta osiąga pewien wiek, musi sobie znaleźć jakieś hobby, a moim jest 
towarzyska plotka. 

Brandi zrobiła błyskawiczny rachunek sumienia, w którym nie zabrakło pocałunków w 
samochodzie, hotelowego 
romansu i wszystkich tych zauroczeń, które doprowadzały jej zmysły do słodkich chwil 
beztroskiego zapomnienia. 
Wiedziała, że ludzie zaczną gadać, i oczywiście nie pomyliła się. 

Ale pani Tobias już chwyciła Brandi pod ramię i poprowadziła w stronę, z której dobiegała 
muzyka. 

- Najpierw umyka twój narzeczony i poślubia jakąś lafi-ryndę, a ty pokazujesz światu, jak 
mało cię to obchodzi i 
stajesz się prawną opiekunką naszego Roberta. 

Co za wspaniałe wytłumaczenie. Brandi musiała przyznać, że bardzo jej się podobało. 

- Szczęściara. Gdybym wyglądała jak ty, złodzieje klejnotów byliby powierzani mojej pieczy. 
Można założyć, że 
szczęście nie ma tu wiele do rzeczy, prawda? 

Odrzuciwszy głowę do tyłu, pani Tobias roześmiała się starczym śmiechem. 

- Czy to wszystkie plotki? - Brandi przerwała jej radosny wywód. 

Roberto dotknął jej ramienia. 

- Uważaj, Brandi, nie wpadnij. 

Christina Dodd 

234 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

- A masz więcej? - W oczach pani Tobias błysnęła nieokiełznana ciekawość. 

- Nie, ale pod moją opieką pozostaje na razie tylko jeden ze złodziei klejnotów. 

- Póki co, póki co, moje dziecko. - Starsza pani prowadziła ich przez jasne, otwarte pokoje, a 
muzyka stawała się 
coraz głośniejsza. - Jestem pewna, że wkrótce wszyscy będą pukali do twych drzwi. Piękni 
prawnicy - czy 
powiedziałam „piękni" - chciałam powiedzieć „znośnie wyglądający" prawnicy to rzadkie 
znalezisko. A na takiego, 
który potrafi iść i żuć gumę jednocześnie, bardzo trudno się natknąć. Tam! - Weszli na balkon 
nad salą balową. Pani 
Tobias wykonała dumny gest ręką. 

- Czy to nie bajeczne? Miejsce służy grze w tenisa przez większą część roku, ale dziś jest 
wieczór, dla którego w 
pocie czoła wszystko to budowałam. 

W istocie było bajeczne. Wielka sala miała podłogę z błyszczącego, twardego drewna, złote 
ściany i zdobne podwyż-
szenie dla dwudziestoosobowej orkiestry. Jakaś setka ludzi krążyła na dole w małych 
grupach, mężczyźni urzekali 
szykownym zestawieniem czerni i bieli - kobiety elegancją i błyskiem klejnotów. Parkiet 
zajmował pół sali i pary 
kręciły się na nim cudownie w takt kończącego się walca. 

- Jest wielka, - Brandi chwyciła barierkę i patrzyła w dół zachwycona zapierającym dech w 
piersiach widokiem. Zdą-
żyła już zacząć marzyć o tancerzu. - Nigdy nie widziałam czegoś tak wspaniałego. 

- Nie przyszłaś tu patrzeć, moje dziecko. Przyszłaś się bawić. - Pani Tobias ujęła jej dłoń i 
umieściła na ramieniu 
Roberta. - Chłopcze, zaproś tę dziewczynę do tańca. 

- Z przyjemnością. 

Balerina Brandi uwielbiała występować, ruszać się w takt muzyki, jednoczyć się z jej 
wdziękiem i płynnością. Kiedy 

Christina Dodd 

222 

Szafirowe kłopoty 

background image

zstępowali ze schodów, zaczęto grać tango i dziewczyna zaśmiała się perliście. 

- Umiesz tańczyć tango? 

- Jasne, matka zmusiła mnie do nauki. 

Kiedy tylko znaleźli się na parkiecie, objął ją i od razu wiedziała, że trafiła w dziesiątkę. 
Umiał tańczyć. I to wy-
śmienicie. Odebrał wspaniałe wykształcenie, ale to było więcej niż tylko to. Niemal 
odczuwała zmysłowość tańca, 
wiekowy przekaz tanga, w którym partnerzy byli razem, ale wciąż oddzieleni. 

Gwałtowny rytm porwał ich, przemierzali salę tanecznym krokiem. 

Inni usuwali się grzecznie, schodzili z drogi, aż doszło do tego, że tańczyli w kole 
zachwyconych widzów. 

Ciemne spojrzenie Roberta ani na chwilę nie oderwało się od jej oczu. 

Brandi była skoncentrowana na nim i tylko na nim. Instynktownie wyczuwała każdy następny 
ruch. Sala balowa 
zmniejszyła się, byli w niej już tylko oni oboje i był taniec, dziki, nieokiełznany, przesycony 
upojną zmysłowością. 
Rytmiczny ruch ich ciał zdawał się wypełniać całą salę. 

Wtedy kątem oka ujrzała znajomą twarz w tłumie. Wyrażała ona taką pogardę, że Brandi 
zgubiła rytm i potknęła się. 
Roberto przyciągnął ją do siebie i bez wysiłku podtrzymał, ale wyczuł, że coś było nie tak, bo 
zaczął sam prowadzić, 
wprowadzać ją w nowe figury, żeby zdążyła się pozbierać. 

Gdy muzyka przestała grać, zdołała opanować się na tyle, że uśmiechnęła się zachęcająco do 
Roberta i zaczęła 
klaskać w wyrazie uprzejmego podziwu. 

Ukłonił się również głęboko i zaklaskał delikatnie, ale równocześnie nachylił się nad jej 
uchem. 

- O co chodzi. Kto cię zdenerwował? 

- To nic - powiedziała, ale zaraz wydało jej się to głupie. 

Christina Dodd 

236 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Przecież i tak zaraz się dowie. - Tam, po lewej. To właśnie jest Alan. 

Roberto przyglądał się gościom, aż w końcu jego spojrzenie zatrzymało się na przystojnym 
mężczyźnie o brązowych 
włosach, niebieskich oczach i bladej, piegowatej skórze. 

- Widzę go. Wybitnie głupi narzeczony powrócił. Roberto sprawił, że się uśmiechnęła. 

- Nie wygląda tak, jak go sobie wyobrażałem - mówił nieco zaskoczony. - Myślałem, że 
będzie... może niekoniecznie 
piękny, ale przynajmniej będzie się prezentował należycie. Słyszałem przecież, że przed nim 
świetlana przyszłość. A 
zamiast tego, on jest po prostu... niski. 

- Nie jest niski. Ma sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. 

- Jest niższy od ciebie. 

- Tylko wtedy, gdy noszę buty na obcasie. Roberto parsknął. 

- A kiedy nie nosisz? Nie odpowiedziała. 

- Nie, nie mów mi, że dla głaskania jego kruchego ego nosiłaś buty na płaskim obcasie! - 
Roberto ruszył w stronę 
Alana. - Muszę poznać mężczyznę, który tłamsił moją cudowną partnerkę do tańca. 

Chwyciła go za ramię, nim zdążył odejść. 

- Nie tłamsił mojego indywidualizmu. Spojrzał na nią poważnie. 

- Dobrze. Niech będzie, że przytemperował go nieco. No, chodź. 

Przybrała zrelaksowany wyraz twarzy i ruszyła nieśpiesz-nie w stronę, gdzie na krawędzi 
parkietu stał Alan z małą, 
przyjemnie zaokrągloną rudą kobietą. 

Była świadoma wszystkich spekulacji obiegających tłum lotem błyskawicy. Śmietanka 
towarzyska Chicago znała ją 
już 

Christina Dodd 

224 

Szafirowe kłopoty 

background image

całkiem nieźle, wiedzieli nawet, jak postąpił z nią Alan, oraz że stała się towarzyszką 
Bartoliniego. Oczekiwali 
sensacji, ale Brandi miała nadzieję, że wszystko przebiegnie spokojnie. Przecież Alan dał jej 
wyraźnie do 
zrozumienia, że o nią nie dbał, a ona... no cóż, szafirowe kolczyki uleczyły jej złamane serce. 
Kolczyki i Roberto. 

- Alan. - Wyciągnęła rękę. - Jakże miło cię widzieć. Widzę, że wróciliście z miesiąca 
miodowego w Vegas. 

Nie odpowiedział. Nie uścisnął jej ręki. Patrzył tylko na nią - w butach na obcasach była 
przynajmniej o pięć 
centymetrów wyższa od niego. Pokręcił głową z niedowierzaniem. 

Chłód upokorzenia zaczął dawać się we znaki. Ale Brandi nie poddała się łatwo. Alan chciał 
ją znowu kontrolować 
pogardą i... Tak, Kim miała rację. Przez subtelny rodzaj psychicznej przemocy. Opuściła rękę 
i uśmiechnęła się 
sztucznie. 

- Przestań, Alan, wpadłeś na mnie przez przypadek i to wszystko. Możesz zachowywać się 
bardziej rozsądnie. 

Alan popatrzył na nią, jakby była kłującą go osą. 

- Nie bądź głupia, Brandi. Nie stoimy tu, by obciążać się winą co do tego, kto wpadł na kogo. 

- Nie jestem głupia, Alan - odpowiedziała szybko. Alan uśmiechnął się krzywo. 

- Poza tym, mam nadzieję, że nie sądzisz, że martwi mnie to, że się spotkaliśmy. Uważam 
tylko, że mógłbyś okazać 
nieco dobrych manier. - Czuła, jak zaciska pięści i jak przewraca się jej żołądek. 

Za plecami usłyszała chrząknięcie Roberta. Ujął jej dłoń i uniósł do ust. 

- Brandi, kochanie, podziwiam twą umiejętność dostosowania tonu rozmowy do okazji. 

Roberto odwrócił jej uwagę od kwaśnej i obrażonej twarzy Alana. Ku ciepłemu podziwowi, 
szacunkowi i 
należytemu wzrostowi. 

Christina Dodd 

225 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Niezmiernie zależy mi na poznaniu tych ludzi. - Uśmiechnął się szeroko, ukazując biel 
wszystkich zębów. - Jestem 
pewien, że to będzie wielka przyjemność. 

Spojrzała mu uważnie w oczy. Oczywiście nie spodziewał się, że będzie to przyjemność, ale 
chciał ją wesprzeć. 

- Oczywiście, Roberto. 

Kiedy przedstawiła ich sobie, Alan szybko potrząsnął wyciągniętą prawicą Roberta by jeszcze 
szybciej wyrwać swą 
dłoń z uścisku. 

Oczywiście najchętniej by go zignorował, tylko że Roberta nie było łatwo zignorować. Był 
zbyt ważny i zbyt... duży. 
A przy tym w jego oczach czaiły się groźne błyski. 

Fawn patrzyła na Brandi z bezsilnym zdumieniem dziecka, które pierwszy raz w życiu ujrzało 
żyrafę. 

- Alan. Alannnn. Czy ona ma brylant? Bo bardzo chciałabym go mieć. 

- Nie mam już brylantu - powiedziała Brandi łagodnie. - Zastawiłam go. 

- O nie! - Fawn odwróciła się do Alana. - Jest bogatym prawnikiem. Możemy ją pozwać. 

Alan zignorował żonę. 

- Brandi, nie rozumiem, jak mogłaś zrobić coś tak głupiego. Roberto wysunął się do przodu. 

Powstrzymała go uściśnięciem ramienia. 

Alan już drugi raz nazwał ją głupią. 

Jak mógł uzurpować sobie prawo do zachowywania się w ten sposób? Nawet teraz, kiedy ich 
zaręczyny zostały ze-
rwane? Czyżby okazywała słabość aż tak wyraźnie? Czy była jak jej matka? 

A jeśli tak, to kim to czyniło Alana? 

Oczywiście jej ojcem. 

Przyjrzała mu się uważnie. Fizycznie nie przypominał w niczym jej ojca, ale był 
manipulatorem zdolnym do 
psychicznej 

Christina Dodd 

239 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

przemocy. Właściwie oddał jej wielką przysługę, rzucając ja.- 

Tak jak Roberto uczynił kolejną, pokazując jej, jak mężczyzna powinien traktować kobietę. 
Obrzuciła go 
spojrzeniem. 

Roberto był spokojny, wzrok utkwił w Alanie. Być może czekał na jakiś znak z jej strony. 

Ale ona potrafiła poradzić sobie sama z byłym narzeczonym. Odwróciła się w stronę tego 
niskiego, chudego, nie-
szczęśliwego mężczyzny, do którego nie czuła już nic. 

- Nie rozumiesz, jak mogłam uczynić coś tak głupiego jak zastawienie pierścionka? Jak 
wydanie pieniędzy na jeden 
dzień w spa, niezłą kieckę i buty na obcasie z napisem „pieprz mnie"? - Jej dźwięczny głos 
niósł się szeroko po 
parkiecie. 

Wokół zaczęły pojawiać się twarze ciekawe dalszego biegu wydarzeń. 

- A może nie rozumiesz, jak mogłam się przeprowadzić, zacząć pracę i zapomnieć o tobie w 
przeciągu tygodnia? 
Mój Boże, Alan, kiedy Fawn zaszła w ciążę, nie miałeś nawet jaj, żeby zadzwonić i 
powiedzieć mi, żebym nie 
przeprowadzała się do Chicago. Wywróciłam dla ciebie moje życie do góry nogami, ale ty 
wolałeś polecieć do Vegas 
i upić się, zanim postanowiłeś wziąć słuchawkę i przyznać się do tego, jaką jesteś żmiją. 
Jestem od ciebie mądrzejsza 
i na dodatek nie jestem tchórzem. Więc nie waż się insynuować czegokolwiek innego! 

Głos Alana również był donośny i zaskakująco czysty. 

- Nie, Brandi. Jeśli przeszłaś nade mną do porządku dziennego tak łatwo i szybko - 
najwyraźniej dobrze zrobiłem, 
poślubiając kogoś innego. Nie rozumiem tylko jak możesz tańczyć w tej wspaniałej sali, u 
wieszając się ramienia 
tego mężczyzny jak tania dziwka. 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

Rozdział 22 

Ubrana w najbardziej jaskrawoczerwoną bluzkę, najlepszy, wyjątkowo konserwatywny 
czarny kostium oraz 
najwyższe szpilki, jakie miała, Brandi maszerowała korytarzem na spotkanie z wujkiem 
Charlesem, w jego 
gabinecie na ostatnim piętrze trzydziestodziewięciopiętrowego biurowca należącego do firmy 
McGrath i 
Lindoberth. 

Za nią, sprężystym, acz nad wyraz zrelaksowanym krokiem, sunął Roberto Bartolini. 

Pokój sekretarki wujka Charlesa był dwa razy większy niż boks należący do Brandi. 
Podwójne drzwi prowadzące do 
jego gabinetu wykonane były z czarnego orzecha i bez zbędnych tabliczek z nazwiskami 
podkreślały znaczenie 
osoby urzędującej za nimi. 

Chwilowo Brandi nie przejmowała się niczyim znaczeniem. Rzuciła ciepły płaszcz od 
Gucciego na krzesło. Oparła 
dłonie na biurku sekretarki i zażądała: 

- Powiedz panu McGrath, że jest tu Brandi Michaels i chce się z nim widzieć. 

Sekretarka, drobna kobieta o twarzy sprawiającej wrażenie wykutej z lodu, siedziała za 
biurkiem z tabliczką 
MELISSA BECKIN. Melissa Beckin nie była zachwycona zachowaniem Brandi. 

- Pan McGrath jest niezmiernie zajęty, ale z chęcią przekażę mu pani wiadomość. 

Christina Dodd 

241 

Szafirowe kłopoty 

background image

Brandi rozpoznała falę ciepła, zwiastującą nadchodzącego za nią Roberta. Wiedziała, że 
spojrzał na Melissę, bo jej 
lodowa maska stopiła się tak szybko, że należało oczekiwać powodzi. Po chwili usłyszała 
głos, którego ton zupełnie 
jej się nie spodobał. 

- Brandi i ja musimy zobaczyć pana McGratha. Pilnie. Czy istnieje choć cień szansy, że uda ci 
się nam pomóc? 

- Kogo mam zapowiedzieć? - Melissa sprawiała wrażenie ptaka trzepoczącego rozpaczliwie 
skrzydłami, po tym jak 
trafiła go strzała Amora. 

- Roberto Bartolini - jego włoski akcent wyraźnie się pogłębił. - Hrabia Roberto Bartolini. 

Brandi nigdy nie słyszała, żeby używał tytułu. Wydawało jej się, że jest to wyraz jego 
skromności. No tak, o 
skromności z pewnością nie mógł wiedzieć zbyt wiele. 

- Chwileczkę, porozmawiam z nim. - Melissa odsunęła krzesło nieco zbyt gwałtownie i 
nieomal sama się wywróciła. 

- Ojej, przepraszam. Jaka ze mnie niezdara... - Wstała i tanecznym krokiem podążyła w stronę 
drzwi. - Zaraz 
sprawdzę i... proszę chwilę zaczekać... proszę nie wychodzić... 

- Zostanę tu i poczekam... na panią - zapewnił ją Roberto. Znalazła w końcu trzęsącymi się 
dłońmi klamkę i wsunęła 

się gładko do gabinetu Charlesa. Wszystko bez oderwania nawet na chwilę spojrzenia od 
twarzy Roberta. 

Gdy tylko zamknęły się drzwi, Brandi zaatakowała go z furią: 

- I po co to zrobiłeś? Pozbawiłeś ją wszelkiej koordynacji 

- Zdała sobie sprawę, że za bardzo już jej to nie obchodzi. 

- Próbowałeś coś mi udowodnić? 

- Ranisz mnie, Brandi. - Jak na kogoś, kto przetańczył pół nocy, sprawiał wrażenie nad wyraz 
świeżego i rześkiego. 

- Wydawało mi się, że naprawdę bardzo chcesz porozmawiać z Charlesem, więc właśnie ci to 
umożliwiam. 

Christina Dodd 

242 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

 

background image

- Dziękuję serdecznie, ale proszę, nie wyświadczaj mi już więcej przysług, nie stać mnie na 
nie. 

- Jak sobie życzysz. - Złożył swe ręce na piersi i ukłonił się lekko. 

Europejski typ czaru i pewności siebie. Szalony, zły i niebezpieczny. Był w tym wszystkim 
naraz i jeśli Brandi nie 
będzie wystarczająco ostrożna, padnie jego ofiarą jak nic. Przecież wydawał jej się nie mniej 
pociągający niż biednej 
Melissie. 

Ale niemało się nauczyła i słowo „pociągający" nie znaczyło już tak wiele w jej języku. 
Chciała szacunku, i 
zamierzała szacunek otrzymać, nawet gdyby miała zdobyć go, walcząc gołymi rękoma. 

Melissa otworzyła drzwi i od razu utkwiła słodkie spojrzenie w Robercie. 

- Pan McGrath spotka się z panem już teraz. 

- Wielki dzięki. - Ruszył w jej stronę. 

Brandi przyglądała się temu bez słowa, pewna jego intencji i czekająca na dobrą okazję. 

- Signorina, była pani taka pomocna. - Wziął jej dłoń i pochylił się nad nią. Melissa dygotała 
jak ptaszyna ukąszona 
przez węża. 

Przez Roberta - najbardziej zdradzieckiego ze wszystkich węży. 

Brandi powolutku ruszyła w stronę drzwi. Uniósł dłoń Melissy do ust. 

- Grazie molto. 

Kiedy wpatrywał się w oczy sekretarki, Brandi śmignęła za jej plecami wprost do gabinetu 
wuja Charlesa. Melissa 
błyskawicznie odwróciła się na pięcie. Roberto uniósł głowę. 

Oboje patrzyli zaskoczeni na uśmiechniętą szeroko Brandi, która zamykała właśnie za sobą 
drzwi. Przekręciła klucz 
w zamku i odwróciła się, by spojrzeć wujkowi w oczy. 

Christina Dodd 

230 

Szafirowe kłopoty 

background image

Staruszek wyglądał na mniejszego niż w rzeczywistości. Efekt potęgowany był przez 
olbrzymi, skórzany fotel i 
szerokie, drewniane biurko. 

- Tak się cieszę, że cię widzę. Wchodź, wchodź, droga Brandi. Nie żałuj całusa w policzek 
staremu wujkowi. - Char-
les uniósł głowę, jego oczy pojaśniały. - Jak się miała twoja mama dziś rano? Piękna jak 
zwykle? 

- Nie wiem. Nie wstała przed moim wyjściem. - Tiffany spała jak kłoda, kiedy Brandi wróciła 
wczoraj w nocy i dziś 
rano, kiedy wychodziła do pracy. Nie ucałowała jej na pożegnanie. Nawet specjalnie jej za to 
nie winiła. Matka z 
porannych ruchów Brandi mogła wnioskować o jej wściekłym nastroju, a nigdy nie szukała 
okazji do konfrontacji. 

- Aha - wujek Charles uśmiechnął się. - W takim razie, czemu zawdzięczam zaszczyt? 

- Przyszłam w sprawie tego mężczyzny. - Wskazała palcem w stronę drzwi. - Czy wiesz, co 
zrobił? 

Charles odchylił się w fotelu i zaplótł palce. 

- Masz dziesięć minut, by mi powiedzieć - jego głos brzmiał rzeczowo. Już nie był miłym 
wujkiem, ale szefem 
wielkiej korporacji prawniczej. 

- Ostatniej nocy zabrał mnie na trzy różne przyjęcia, traktując mnie jak ozdobę noszoną na 
ramieniu. - Podeszła do 
biurka. - Chwalił się mną przed śmietanką towarzyską Chicago jako swym „prawnikiem". - 
Palcami wykonała 
cudzysłowów, wypowiadając ostatnie słowo. 

- Co jeszcze? 

- Zabrał mnie na przyjęcie z włoskimi gangsterami i ich kochankami, poklepał mnie po tyłku i 
kazał iść i porozma-
wiać z innymi dziewczynami, bo on sam ma interes do omówienia. 

- I co zrobiłaś? 

- Co zrobiłam? Najpierw powiedziałam nie. Mossimo Fos- 

Christina Dodd 

231 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

sera pewnie czekał na to, że zostanę ukarana albo... Zamiast tego zaczął po prostu mówić po 
włosku. 

Wujek Charles spojrzał w dół. Jeśli starał się ukryć uśmiech, to szło mu słabo. 

- Więc poszłam i rozmawiałam z dziewczętami. Które nie za dobrze posługiwały się ludzką 
mową, chyba że chodziło 
o spreje do włosów i środki antykoncepcyjne. - Położyła dłonie na biurku Charlesa i milcząco 
domagała się, by na 
nią spojrzał. Kiedy w końcu to uczynił, powiedziała: 

- Posłuchaj, wujku. Mossimo Fossera pragnie, by Roberto coś ukradł dla niego. Jestem 
pewna, że grozi też 
dziadkowi Roberta. Co zrobimy? 

- Zrobimy? Nic nie zrobimy. Jeśli Roberto Bartolini postanowi coś uczynić dla Mossima 
Fossery, nie możemy zrobić 
w tej sprawie zupełnie nic. - Charles uniósł dłoń, nie pozwalając, by Brandi przerwała jego 
wywód. - Pamiętaj, kim 
jesteśmy. Nie jesteśmy policją ani agentami FBI. Nie jesteśmy superbohaterami. Jesteśmy 
prawnikami, a nasza praca 
dotyczy sądu i kończy się na sądzie. 

- Ale Roberto został oddany pod moją opiekę i sędzia Knight mnie uzna za 
współodpowiedzialną, jeśli Roberto coś 
ukradnie. 

- Tak, jeśli sędzia Knight uzna, że jesteś współodpowiedzialna przestępstw popełnionych 
przez pana Bartoliniego, 
może to skomplikować nam życie w przyszłości. Proszę, trzymaj się blisko pana Bartoliniego, 
żeby Knight nie mógł 
wątpić w twoją skrupulatność. 

- Tracę wiarygodność i reputację dobrego prawnika, zanim nawet zaczęłam pracę. 

- Panno Michaels, jeśli pani w to wierzy, podważa pani dobre imię tej kancelarii. 

Panno Michaels. Zdenerwowała go. 

- Przepraszam, ale czy wiesz, jak to jest walczyć całe życie 

Christina Dodd 

245 

Szafirowe kłopoty 

background image

o to, by ludzie brali cię serio, i patrzeć na to, jak ktoś niweczy twoje wysiłki w przeciągu 
jednego wieczora? 

- Nie wiem. - Charles wstał, obszedł biurko i ujął jej ramię. - Ale zaręczam ci, że inne młode 
pracownice zazdroszczą 
ci szczerze i z całego serca. Wystarczy posłuchać plotek. 

Odprowadził ją w stronę wyjścia. 

- No, Brandi, czas już na ciebie. Ubierz się jakoś ładnie dla pana Bartoliniego. Wiem, że 
widok pięknej kobiety 
cieszy go tak bardzo jak i mnie. W każdym razie zawsze sądziłem, że pracujesz zbyt ciężko. 
Kiedy to się skończy i 
zakopiesz się w zakurzonych aktach, będziesz myślała o tym wszystkim jak o wspaniałej 
przygodzie. Sama nie 
będziesz wiedziała, na co się właściwie uskarżasz. - Otworzył drzwi. - Jeśli masz wątpliwości 
co do ubrań... 

- Nie o to chodzi! 

- Zapytaj Melissę o sklepy, w których mamy otwarte firmowe konta. Możesz brać, co ci się 
żywnie podoba, na rachu-
nek McGrath i Lindoberth. - Poklepał ją po policzku. - Będzie niezła zabawa, prawda? 

Spokojnie wypchnął ją na zewnątrz, po czym zamknął drzwi przed Brandi, która jeszcze nie 
mogła uwierzyć w to, co 
właśnie usłyszała. 

- Ubierz się jakoś ładnie dla pana Bartoliniego - powtórzyła jak echo do litego drewna 
orzechowych drzwi. - Cieszy 
go widok pięknej kobiety? 

Słodki Boże, wujek Charles okazał się dinozaurem. Szowinistycznym, zupełnie 
niedzisiejszym dinozaurem. 

- Skończyłaś? - zapytał Roberto. 

Powoli odwróciła się do niego. Wyglądał czarująco jak zwykle, ale dostrzegła na jego obliczu 
delikatną nutę sa-
tysfakcji. 

Osioł. 

- Pewnie, że skończyłam - powiedziała, sarkastycznie 

Christina Dodd 

246 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

background image

przeciągając głoski. - Masz trzymać się blisko mnie, nie chciałabym cię zgubić w tłumie. 

Minęła Melissę gapiącą się na nią z otwartymi ustami, otworzyła drzwi i wyszła na korytarz. 
Nacisnęła guzik windy. 

Roberto szedł w ślad za nią, niosąc ich płaszcze przerzucone przez ramię. Szatańsko 
elegancki w kolejnym z nie-
zliczonych garniturów od Armaniego. Miał na sobie białą koszulę, czerwony krawat i 
perfekcyjnie wypastowane 
czarne buty... tylko jego włosy były w nieładzie, zupełnie jakby spędził noc na uprawianiu 
dzikiej miłości. 

Tyle że nie z nią. 

Już więcej nie ulegnie, nie podda się zauroczeniu tylko po to, by doznać satysfakcji, której 
przecież równie dobrze 
dostarczały niektóre urządzenia na baterie. Nie po tym, co powiedział wujek Charles. A 
zwłaszcza nie po ostatniej 
nocy. 

- Co cię ugryzło? - zapytał. 

- Byłam zdenerwowana, zanim do niego weszłam. 

- Tak, ale byłaś wściekła na mnie. A teraz wydajesz się wkurzona na nas obu. 

- Wyjaśnił mi, na czym polega moja funkcja w kancelarii. Chciałby, żebym kupowała 
wieczorowe suknie na konto 
firmy i żebym wyglądała lepiej dla... - Prędzej by się zadławiła, niż dokończyła to zdanie. 

- Dla mnie. Jasne. Rozumiem, że może się to wydawać irytujące. 

Drzwi windy otworzyły się i Roberto przytrzymał je, gdy Brandi wchodziła do środka. 

- Jakby cię to obchodziło. 

- Jasne, że mnie to obchodzi. 

- Nie, nie obchodzi! Gdyby obchodziło, nie kazałbyś mi iść na te przyjęcia. 

Nacisnęła przycisk parteru. 

- Nie każę ci. Po prostu idę, a ty idziesz ze mną. 

Christina Dodd 

234 

Szafirowe kłopoty 

background image
background image

Ujął jej rękę, gdy drzwi się zasunęły. 

- Tańczenie z tobą to niezapomniane przeżycie. Wspaniale było trzymać cię w ramionach. 

- Tak, mi też się podobało, do momentu, w którym Alan i jego ruda żona nas ujrzeli. 

- Cóż innego mogłem zrobić? - Usta Roberta zacisnęły się. - Miałem pozwolić, by cię tak 
znieważał. 

- Nie oczekiwałam, że rąbniesz go w twarz. 

- Nazwał cię dziwką. 

To prawda, nazwał. Nie spodobało jej się to, ale była osobą, która raczej wolała strząsnąć z 
siebie publiczną obrazę i 
puścić ją mimo uszu, niż używać przemocy i robić prawdziwą scenę. 

- Złamałeś mu nos. 

- Być może następnym razem, gdy ujrzy piękną kobietę, pomyśli dwa razy zanim ją obrazi. - 
Nieważne, co mówiła. 
Roberto nie zamierzał przepraszać. Jego brązowe oczy były zimne i groźne. 

Ale pociągnie to za sobą konsekwencje - spojrzenie Alana obiecywało kłopoty. 

- Widziałam flesze aparatów. Ktoś robił zdjęcia. 

- Zdarza się. Winda ruszyła na dół. 

- Być może tobie, ale ja nie jestem sławnym włoskim hrabią. Poza tym pozostajesz pod moją 
kuratelą i powinnam cię 
trzymać z dala od kłopotów. Tymczasem, jeśli Alan pozwie cię... 

- Ciii - Roberto gestem nakazał jej milczenie. 

- Co ma oznaczać to „ciii". Po prostu mówię, że... Wtedy zdała sobie sprawę, czego słuchał. 
Winda brzmiała... 

dziwnie. Jak gdyby ześlizgiwała się nieregularnie. Poza tym jechali za szybko. 

- Roberto! - krzyknęła i przywarła do niego. 

Christina Dodd 

235 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

Trzydzieści trzy, trzydzieści dwa, trzydzieści jeden... piętra zdawały się przelatywać. Winda 
spadała, a oni spadali 
razem z nią. 

Roberto rzucił się w stronę guzików, przeklinając i ciągnąc za dźwignię bezpieczeństwa. 

Lot w dół zakończył się tak gwałtownie, jak i zaczął. 

Brandi poczuła, że upadek był mocny. 

Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła, że dotyka policzkiem podłogi. Gapiła się przez moment na 
brązowozielony dywa-
nik, drewnianą, wypolerowaną podłogę i na Roberta rozciągniętego koło niej. 

Wyciągnął rękę i delikatnie dotknął jej brody. Jego ręce trzęsły się wyraźnie. 

- Wszystko w porządku? 

- Nie wiem. Jak blisko ziemi jesteśmy? Podniósł głowę. 

- Zatrzymaliśmy się na dwudziestym czwartym. 

- Niedobrze mi - powiedziała. Głos jej drżał. Bała się potwornie. 

- Mogła zacząć spadać zaraz po tym, jak weszliśmy do środka. 

To było straszne. Nie mogła się powstrzymać. 

- Jasne. Różnica jest chyba taka, że jeśli rąbniemy o ziemię, spadając z dwudziestego 
czwartego piętra, zidentyfikują 
nasze zwłoki, natomiast przy upadku z trzydziestego dziewiątego, będą musieli nas najpierw 
pozdrapywać szufelką. 

- Najpewniej z sufitu. Nie uśmiechnęła się. Przybrał uspokajający ton. 

- Windy z reguły mają wiele zabezpieczeń. 

- Właśnie lecieliśmy przez dziesięć pięter - mimo przerażenia dostrzegała oczywistość 
faktów. 

Christina Dodd 

249 

Szafirowe kłopoty 

background image

- I zatrzymaliśmy się. - Pogładził ją po policzku. - Póki co jeszcze nic się nie stało. Muszą być 
jakieś zabezpieczenia, 
które zwalniają spadającą windę, hamulce elektryczne i... 

- ...bardzo twarda powierzchnia ziemi, jeśli żadne z tych nie zadziała. 

- Wykonawca z pewnością gwarantuje bezpieczeństwo. Poza tym na dole muszą być jakieś 
poduszki łagodzące siłę 
uderzenia. 

- Jeśli gwarantuje bezpieczeństwo, to po co umieszczał te poduszki na dole? 

- W porządku. Stałaś się zgryźliwa. Co oznacza, że czujesz się lepiej. - Pomógł jej usiąść. - 
Zaczekaj chwilę. 
Zobaczę, czy uda mi się kogoś zawołać. 

Nagle w głośnikach zabrzmiał kobiecy głos: 

- Tu policja, mówi oficer Rabeck. Czy ktoś tam jest? Halo! 

- Tak. Tak! Jest tu nas dwoje - jego włoski akcent stał się wyjątkowo wyraźny, co znaczyło, 
że upadek bardzo nim 
wstrząsnął. - Co się stało? 

- Nie wiemy, ale nie martwcie się, zaraz was z tego wyciągniemy. 

- Co to znaczy „nie wiemy"? Na pewno coś wiecie - głos Roberta był coraz bardziej 
zdenerwowany. 

- Wydaje się, że komputer popełnił jakieś błędy - odpowiedziała niechętnie policjantka. 

- Błędy? Jak to możliwe? - Wstał i krzyczał prosto do głośnika, jakby oficer Rabeck 
znajdowała się przed nim. 

- Mamy hakera w systemie. Kamery w windach nie działają, systemy zabezpieczeń ledwo się 
trzymają... 

Brandi też się podniosła. 

- Ktoś to zrobił naumyślnie? - zawołała. 

- Tak właśnie sądzimy, ale spokojnie. Nasi najlepsi ludzie już nad tym pracują... - Oficer 
Rabeck odwróciła się od 

Christina Dodd 

250 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

mikrofonu. Jej następne słowa z pewnością nie były przeznaczone dla nich, ale i tak usłyszeli 
przytłumiony głos: - 
Jak to odcinają połączenie głosowe? Sekundę później głośniki zamilkły. 

Roberto przywarł do ściany, jego szczęka poruszała się nerwowo, w oczach czaiła się 
wściekłość. 

- Wybacz, cara, to wszystko moja wina. 

- Twoja wina? Wiem, że masz rozbuchane ego, ale jaka, do cholery, jest w tym wina twoja? 

- To Fosserowie. W mieście trwa walka o wpływy. 

- A ty jesteś w to zaangażowany... Jak? 

- Mossimo ledwo trzyma swoją pozycję. Zaplanował robotę. Chce Płomienia Romanowów. 

Rewelacyjna wiadomość zaparła jej dech w piersiach. 

- Celuj wysoko, zawsze to powtarzam. 

- Jestem niezbędny do wykonania tej roboty. 

- Więc zgodziłeś się na jej wykonanie? 

- Tak, ale jeśli Mossimo nie dostanie brylantu... 

- Spadnie w otchłań, a ktoś inny przejmie stery. - Kolana ją zawiodły i osunęła się w dół po 
ścianie. - Chcą cię zabić. 

- Na sprzedaży kradzionej biżuterii można się nieźle dorobić. A kto stoi na górze syndykatu, 
nie narzeka na wpływy. 

Jakby na potwierdzenie winda drgnęła i zjechała dalszych kilka centymetrów. Brandi zawyła. 

- Spokojnie. - Usiadł obok niej i objął ją ramieniem. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. 

- O mój Boże, umrzemy, naprawdę zaraz umrzemy. Pieścił palcami jej kark. 

- Czy mówiłem ci już, jak seksownie wyglądasz w czerni połączonej z czerwienią? 

Christina Dodd 

238 

Szafirowe kłopoty 

background image

Spojrzała na niego zaskoczona. 

- Jak możesz okazywać taki spokój? 

Uśmiechnął się, kosmyk opadł mu na czoło. W jego oczach były ciepło i podziw. 

- Cara, nie ma osoby, z którą bardziej niż z tobą chciałbym przeżyć ostatnie chwile. 

Za chwilę miała umrzeć, ale za to w ramionach najprzystojniejszego, najseksowniejszego i 
najszlachetniejszego 
człowieka, jakiego znała. Nie miało znaczenia nawet to, że był złodziejem klejnotów, że 
paradował po Chicago, 
obnosząc się z nią, jakby była ozdobą, ani nawet to, że chciał ukraść Płomień Romanowów i 
pewnie by ukradł, 
gdyby dane było mu żyć. Był wspaniałym kochankiem, który doprowadzał ją do ekstazy. 
Zaopiekował się jej matką 
bez słowa wyrzutu. I musiała przyznać, że pomimo, że zawzięcie protestowała, to widok 
Alana, rozciągniętego na 
ziemi i starającego się powstrzymać ręką krwawienie z nosa, sprawił jej perfidną radość. Dał 
jej smak prawdziwej 
zemsty, tylko dlatego, że nie mógł znieść, jak chudy, małostkowy, zadufany w sobie gnojek 
publicznie ją obraża. 

Winda osunęła się kolejnych kilka centymetrów. 

Tym razem nie krzyknęła. 

Zaatakowała go. 

Chwytając jego twarz w obie ręce, wpiła się w jego usta. Chciała pokazać mu w tym 
pocałunku, jak bardzo go 
pragnie. 

Odpowiedział z równą namiętnością, wsuwając język między jej wargi, jak gdyby od jej 
smaku zależało jego prze-
trwanie. Jego palce przejechały po pończochach i zatrzymały się na elastycznych 
podwiązkach. 

Zamknęła oczy, gdy wsunął rękę pomiędzy jej uda, smakowała czystą przyjemność a 
niebezpieczeństwo jedynie 
wyostrzało jej zmysły. 

Rzucił ją na ziemię i wysoko podciągnął spódnicę. Mały 

Christina Dodd 

239 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

nóż pojawił się w jego ręku. Jego oczy zwęziły się, pojawiło się w nich prawie okrucieństwo. 
Wyglądał groźnie, jak 
pirat. Przeciął jej majtki. 

Już to wystarczyłoby, żeby doprowadzić ją nad krawędź ekstazy. 

Jedna myśl wydostała się na powierzchnię jej świadomości owładniętej burzą chaosu i 
uniesień. 

Jeśli miała umrzeć, chciała, żeby wyglądało to właśnie tak. Wtulona w jego ramiona. 

Oddana bezgranicznej miłości do Roberta. 

Christina Dodd 

253 

Szafirowe kłopoty 

background image

Rozdział 23 

- Udało się! - głos policjantki zabrzmiał triumfalnie w głośnikach. - Odzyskaliśmy kontrolę 
nad windą. Wszystko z 
wami w porządku? 

W porządku? Brandi jeszcze nigdy nie czuła się równie dobrze. 

Ale jeśli głośniki działały, kamery też powinny zaraz się włączyć. 

Roberto musnął wargami jej usta i wycofał się szybko. Poprawił na niej spódnicę i pomógł 
usiąść. 

- Wszystko świetnie - odpowiedział. 

Jego głos nabrał głębokiego, niskiego brzmienia. Rozpoznawała ten ton. Roberto mówił w ten 
sposób tylko w 
chwilach całkowitej, seksualnej satysfakcji. 

Winda drgnęła. 

Brandi westchnęła i przytuliła się do niego. Winda powoli ruszyła w górę. 

- Wieziemy was na dwudzieste piąte piętro - usłyszeli w głośnikach. 

- Czeka na was grupa ratunkowa - kontynuowała Rabeck. Opierając się o ścianę, Roberto 
dźwigał się na równe nogi. 
Brandi pozbawiła go sił, ale jakże była z tego dumna. 

I szczęśliwa, że żyje. Nawet nie wiedziała, jak nazwać pozostałe targające nią emocje. Podał 
jej dłoń. 

Christina Dodd 

254 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Ujęła go mocno i podniosła się na nogi. Była żywa. Była zakochana. Była taka głupia. 

- Porozmawiajcie spokojnie z grupą ratunkową. Rozumieją, że przeżyliście traumę - 
powiedziała Rabeck. - 
Doradzam wizytę w szpitalu. Dobrze by było, gdybyście mogli przedyskutować wasze 
samopoczucie z lekarzami. 

Kiedy drzwi zaczęły się otwierać, Roberto pochylił się, podniósł z ziemi czerwony pasek 
materiału i włożył do kie-
szeni. 

Jej stringi. W samą porę. 

Grupa ludzi przyglądała im się w napięciu. Personel medyczny i ratunkowy, ochrona, wujek 
Charles i jego sek-
retarka. 

Roberto ujął Brandi za ramię i pomógł jej wyjść. 

Ledwo powstrzymała się przed chęcią padnięcia na kolana i ucałowania wykładziny w holu. 

Wujek Charles chwycił ją i potrząsnął jak rodzic obawiający się straty dziecka. 

- Czy wszystko w porządku? 

- Tak, wszystko dobrze. Trochę kręci mi się w głowie. - Nie chciała, żeby jej teraz dotykał, 
żeby ktokolwiek jej 
dotykał. Wciąż trzęsła się po gwałtownym, wielokrotnym orgaźmie. - Chciałabym pójść do 
toalety. 

Ucałował ją w czoło i wypuścił z uścisku. 

- Naturalnie. Melisso, czy pójdziesz z Brandi? 

- Oczywiście. - Sekretarka zajęła miejsce przy dziewczynie. 

Ale zanim jeszcze postawiła pierwszy krok, Roberto otoczył ją ramieniem. 

- Musimy porozmawiać, cara - powiedział szeptem przeznaczonym jedynie dla jej uszu. 

Christina Dodd 

242 

Szafirowe kłopoty 

background image

Pokiwała głową. Melissa wzięła ją za ramię, ktoś podparł ją też z drugiej strony i ruszyli 
powoli w dół korytarza. 
Roberto patrzył, jak się oddalała. 

- Proszę. - Charles podał mu czystą, białą chusteczkę. - Zetrzyj tę pomadkę z twarzy. 

Roberto gapił się przez chwilę na chustkę, a potem w stare, doświadczone oczy prawnika. 

- Nie martw się, gdybym był w windzie z piękną dziewczyną i sądził, że za chwilę umrę, nie 
zawahałbym się jej 
pocałować. 

Gdybyś tylko wiedział... Roberto przyłożył chusteczkę do czoła, jakby chciał zetrzeć z niego 
pot, po czym szybko 
przetarł wargi. Wsunął chusteczkę do kieszeni i zapiął marynarkę, by ukryć ewentualne 
pozostałe dowody tego, co 
zaszło w windzie. Do licha, jeszcze nigdy nie ubierał się tak szybko. Nie zdziwiłby się, gdyby 
biała koszula 
wystawała mu z rozporka. 

Podeszła do niego policjantka o brązowych włosach, przyprószonych pasmami siwizny. Jej 
szare oczy patrzyły 
poważnie, gdy podawała mu dłoń. 

- Nazywam się Rabeck. 

- Oficer Rabeck. - Roberto uśmiechnął się czarująco, ale jego oczy zapowiadały, że nie 
przyjmie żadnych 
wykrętnych odpowiedzi. - Proszę powiedzieć, co właściwie zaszło? 

Zanim ochrona wypuściła ich z budynku, była piętnasta trzydzieści. Temperatura spadła 
poniżej minus dwudziestu 
stopni i zerwał się porywisty wiatr. Brandi i Roberto niemal podbiegli do zaparkowanej na 
krawężniku limuzyny i 
wsunęli się do jej ciepłego wnętrza. 

Personel medyczny miał najlepsze intencje i po zadaniu kilku standardowych pytań gorąco 
zalecał środki zaradcze 
stosowane w wypadku traumy. Proponowali szpital i psychiat- 

Christina Dodd 

243 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

background image

rę, ale Brandi chciała tylko wydostać się z budynku. Nie miała ochoty rozmawiać z nikim o 
swojej traumie mocno 
przytłumionej przez ekstazę. 

Ponury wyraz twarzy Roberta mógł oznaczać, że być może żałuje momentu słabości i 
szaleństwa w windzie. 

Ona też powinna żałować. Była o tym przeświadczona, ale chociaż powtarzała to sobie, 
okazywała się głucha na 
własne argumenty. Jej trzeźwiejący umysł zupełnie nie wyrażał aprobaty dla ostatnich 
wydarzeń, ale ciało wciąż 
wysławiało nowe doznania. Kiedy Newby włączył się do ruchu, odwróciła się do Roberta. 

- Powiedziałeś, że musimy porozmawiać - powiedziała bezceremonialnie. 

- Tak, rozmawiałem z oficer Rabeck. 

- Oficer Rabeck? - O nie, pewnie kamery zaczęły działać, kiedy jeszcze leżeli w objęciach. 

- Powiedziała, że mają na taśmie tych dwóch hakerów, którzy włamali się do systemu 
zabezpieczeń budynku. 

- Naprawdę? - zapytała, zastanawiając się dlaczego to takie ważne akurat w tym momencie. 

- Weszli za nami do budynku i włamali się do sieci bezprzewodowej, a przez nią do 
komputerów systemu bezpie-
czeństwa. Najwyraźniej przeglądali obraz z kamer aż do momentu, gdy zobaczyli, jak 
wchodzimy do windy. 

Dlatego to tak ważne. To przez tych dwóch omal nie zginęła. 

Ale doświadczyła również najdzikszego, wyzbytego wszelkich barier seksu z 
najcudowniejszym mężczyzną. Było to 
najcudowniejsze cielesne doznanie w jej życiu. 

- Musimy się skupić. 

Tylko że nie na tym, na czym bym chciała, przemknęło jej przez myśl. Na tej dwójce. 

Otarła czoło ręką. Przeżyła wszystko niebywale mocno i dogłębnie. O tak, bardzo dogłębnie. 

Christina Dodd 

257 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Wiem. - Twarz Roberta była przecięta zmarszczkami skupienia, a w słabym świetle 
wydawała się niemal ponura. 
Wargi, które całowały z taką pasją, zacisnęły się teraz w wąską linię. 

Miała ochotę znowu je ucałować. 

- Musimy się dowiedzieć, kim są ci dwaj - kontynuował. - Bo to są ci sami ludzie, którzy 
śledzili nas wcześniej. Pani 
Rabeck pokazała mi film z kamer monitoringu. Mieli wysoko zawiązane szaliki, ale 
rozpoznałem tego od 
komputera. Kaszel go zdradza. 

Coś w tym opisie wydało się Brandi dziwnie znajome i przykuło jej rozpraszającą się co 
chwila uwagę. 

- Kaszel? 

- Cierpi na zapalenie płuc albo oskrzeli. Nie wiem. Dorwałem go raz, kiedy szedłem po twoją 
szczoteczkę do zębów. 

Brandi otworzyła usta ze zdumienia. 

- Szedł za mną, złapałem go, owszem, ale potem wypuściłem, jak ostatni idiota. Nigdy nas nie 
zaatakowali, więc 
przypuszczałem, że dostali instrukcje, by nas śledzić. Wiedziałem, jak wygląda, i myślałem, 
że skoro dali się 
rozpoznać, nie będą już tak chętnie wchodzić nam w drogę. - Zmarszczki wokół ust Roberta 
pogłębiły się. - Moja 
beztroska niemal nas zabiła. 

- Dwóch młodych mężczyzn. Dwóch hakerów komputerowych. Jeden z przeraźliwym 
kaszlem? - Coś usiłowało się 
przebić przez pokłady pamięci Brandi. Opierała się o skórzany fotel samochodu i starała 
skoncentrować. Coś... coś 
takiego już widziała, w ostatni piątek... gdzie? 

- Zastanawiam się, czy to ci sami, których widziałam w lombardzie. 

- W lombardzie? 

- Zastawiałam mój pierścionek zaręczynowy, było tam dwóch młodych facetów. Nie 
widziałam ich dobrze, 
zasłaniali 

Christina Dodd 

258 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

background image

twarze szalikami i czapkami - jeden przeraźliwie kaszlał. Właściciel sklepu, powiedział, że to 
hakerzy. Byłam 
przerażona, ale określił ich mianem komputerowych fascynatów. - Gadała przez telefon z 
Kim i nie zwracała na nic 
uwagi. Zapamiętała tylko kilka szczegółów. 

- Wydawał się przestraszony więc zapytałam, czy wszystko z nim w porządku. 

- I? 

- Odpowiedział, że w jak najlepszym. 

- Myśl, Brandi, myśl, dlaczego postanowili cię śledzić. Dlaczego? 

- Nie wiem, zastawiłam brylant. Kupiłam szafirowe kolczyki. Dostałam czek na resztę 
pieniędzy. Chyba nie sądzą, 
że wciąż mam ten czek... chociaż... Moje mieszkanie było zdemolowane, kiedy wróciłam w 
niedzielę wieczorem, 
więc... 

Roberto chwycił ją za ramiona i obrócił w swoją stronę. Jego oczy były wielkie jak spodki. 

- Twoje mieszkanie zostało zdemolowane? Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? 

- Ten ton nie za bardzo mi się podoba - powiedziała spokojnie. W słowach Roberta było zbyt 
wiele wyrzutu, zbyt 
wiele pretensji. - Nie powiedziałam ci, bo zgodziliśmy się, że nigdy więcej już się nie 
zobaczymy, chociaż ty 
specjalnie nie przejąłeś się obietnicą. 

- OK. A dlaczego nie powiedziałaś mi później? 

- Kiedy, Roberto? Kiedy, do cholery? W sądzie, kiedy pyskowałeś do sędziego Knighta? W 
„Wypchanym Psie", 
kiedy celowali do ciebie z pistoletów ludzie Mossimo? U twojego dziadka? - Nie podobały jej 
się te wyrzuty. - 
Zamierzałam powiedzieć ci wczoraj z samego rana, ale Tiffany przyjechała i nie chciałam jej 
straszyć. Więc 
siedziałam cicho. Później przeprowadziliśmy się do hotelu i zabrałeś mnie na przyjęcia, na 
koniec pobiłeś Alana. 
Dzisiaj byliśmy w firmie, 

Christina Dodd 

246 

Szafirowe kłopoty 

background image

gdzie mogłam powrzeszczeć na wujka Charlesa, choć nie przyniosło to spodziewanych 
efektów. A później 
wylądowaliśmy w morderczej windzie. Teraz jesteśmy tu i mówię ci przecież... 

- Buono. - Roberto uniósł pokojowo dłonie. - Rzeczywiście byliśmy zajęci. Masz rację. 

- Zajęci? Jedno cholerne przeżycie po drugim. Ani chwili spokoju! 

- Podejrzewasz, że mężczyźni, którzy uwięzili nas w windzie, to ci sami, którzy byli wtedy w 
lombardzie? A może to 
również ci sami, którzy zdemolowali ci mieszkanie? 

- Tak, kamery na klatce schodowej uchwyciły na nagraniu również dwóch mężczyzn. 

- Ukradli coś? 

- Nie, tylko wszystko zniszczyli. Wywalili zawartość wszystkich pudeł. 

- Więc może czegoś szukali? 

- Może, ale byli wyjątkowo złośliwi. Pomazali sprayami ściany, nasikali mi na wykładziny, 
rozbili mojego smoka... 
- Głos Brandi załamał się lekko. 

Roberto zauważył. Oczywiście, nikt inny nie potrafił jej słuchać z wytężoną uwagą. W 
każdym razie żaden inny 
mężczyzna. 

- Twój smok? Był wyjątkowy? 

- Kupiłam go, jeszcze zanim moi rodzice się rozstali. Wszędzie mi towarzyszył. Był 
wyjątkowy. 

- Moja mała Brandi, śledzili cię, nieomal udało im się cię zabić. - Obrysował palcem w 
skórzanej rękawiczce linię jej 
ust. - Nie potrzebujesz smoka, potrzebujesz rycerza w świetlistej zbroi. 

- Ale chcę smoka - i chciała Roberta. 

- Kiedy to się skończy, wyszukam dla ciebie najwspanialszego smoka. - Pochylił się, chcąc ją 
pocałować. 

Christina Dodd 

247 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

Ale pożądanie już rozpłynęło się w gonitwie myśli. W ich życie wkraczała zimna logika. 
Musieli ustalić, kto i 
dlaczego chciał ich zabić. Pomysł, że to ona mogłaby być celem, nie dawał jej spokoju. 
Odsunęła się od niego. 

- Nie bądź niepoważny. Smok nie ma żadnego znaczenia. Musimy się dowiedzieć, po co 
właściwie to zrobili. 

Roberto wyprostował się. 

- Masz zupełną rację, cara, ale wkrótce i tak musimy porozmawiać o nas. - Sięgnął do 
kieszeni i wyciągnął małe, 
czarne metalowe pudełko wielkości dłoni. Przejechał dłonią po miniaturowej klawiaturze i na 
pudełku ukazał się 
mały, kolorowy ekran. 

- Co to? - Zerknęła przez jego ramię i patrzyła, jak kciukami wpisuje kod. - To twój 
komputer? Wygląda znakomicie. 

- Lubisz technologiczne nowinki? 

- Uwielbiam. Używałam w czasie studiów komputera ojca, udało mi się zwalczyć w nim parę 
wirusów i poradzić 
sobie z naprawieniem twardego dysku. Ci wandale rozbili go, nie, żeby zasługiwał na lepszy 
los, ale z drugiej strony 
straciłam wiele rzeczy, bo nie robiłam zapasowych kopii. Kiedy dostanę pierwszy czek, kupię 
sobie najlepszy, 
najnowszy... 

- Jak nazywał się ten lombard? - kciuki Roberto zawisły nad klawiaturą. 

- „Uczciwy Opat". Na Brooker Street. Roberto pisał już coś zawzięcie. Brandi kontynuowała: 

- Właściciel nazywał się... 

- Nguyen? - zapytał Roberto. 

Patrzyła na fotografię starszego Azjaty umieszczoną pod tytułem artykułu: „Właściciel 
lombardu zamordowany". 

- Był takim miłym człowiekiem - wyszeptała. Nie mogła zrozumieć, że jej życie wymknęło 
się zupełnie spod 
kontroli, że ni stąd, ni zowąd wkroczyła na ścieżkę oznaczoną wielkim 

Christina Dodd 

261 

Szafirowe kłopoty 

background image
background image

znakiem „uwaga niebezpieczeństwo!". Odgarnęła włosy ze spoconego czoła. 

- Tu nie chodzi o ciebie? Ktoś próbuje zabić mnie? 

- Zadzwoń do matki. Brandi już wykręcała numer. 

- Niech się spakuje, chcę, żeby opuściła hotel i udała się w jakieś bezpieczne miejsce. 

Odbierz mamo, proszę cię, odbierz. 

- Halo? - głos Tiffany brzmiał pogodnie. 

- Wszystko w porządku? - zapytała Brandi. 

- Jasne, dlaczego pytasz? 

Dziewczyna wypuściła głośno powietrze z ulgą. Pokiwała uspokajająco głową w stronę 
Roberta. 

- Słuchaj, mamo, mamy tu pewien problem, nie mam czasu na udzielanie wyjaśnień. Chcę, 
żebyś udała się do domu 
Charlesa McGratha. 

- Hmm, kochanie, to będzie trudne, bo właśnie tu jestem... 

- To dobrze. - Brandi oparła plecy na skórzanym oparciu. Głos Tiffany stracił całe swe 
pogodne brzmienie. 

- Co się stało, kochanie? Wiem, że coś się stało, poznaję po twoim głosie. Powiedz mi, jesteś 
w niebezpieczeństwie? 

Brandi przełknęła ślinę i odchrząknęła. 

- Na razie wszystko w porządku, ale wydaje mi się, że gdy zastawiałam pierścionek Alana, 
wpakowałam się w 
kłopoty. 

- Czy Alan ci grozi? Bo mogę z nim porozmawiać... - Słodka Tiffany naprawdę chciała, żeby 
zabrzmiało to groźnie. 

- Nie, na Boga, nie! Nie rób tego. On nie ma z tym nic wspólnego... - Brandi czyniła w 
pamięci rachunek sumienia, 
próbując wychwycić moment, od którego zaczęły się jej kłopoty, ale nie potrafiła. 

- Właściwie, mamo, kiedy moje rury w mieszkaniu zamarzły i gdybym je polizała, 
przymarzła do nich językiem, i 
nie 

Christina Dodd 

background image

262 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

wychodziła przez tydzień z mieszkania, byłabym dzisiaj niewątpliwie zdrowsza psychicznie i 
bardziej spokojna. 

Roberto zachichotał za jej plecami, nie przerywając pisania emaila. Jego kciuki migały nad 
miniaturową klawiaturą. 
Dziewczyna chciała zerknąć ponad jego ramieniem na ekran, ale nacisnął WYŚLIJ, zanim 
zdążyła cokolwiek 
odczytać. 

- Czy to Roberto siedzi koło ciebie? 

- Tak, mamo. 

- W takim razie, skoro jesteś pod jego opieką, wiem, że będziesz bezpieczna. 

Kiedy jej matka mówiła takie rzeczy, Brandi musiała oponować. 

- Jest tylko zwykłym mężczyzną. 

- Jutro postaram ci się załatwić wizytę u okulisty, skoro tak twierdzisz. 

Brandi zerknęła na swojego towarzysza oświetlonego przyćmionym światłem. Jej matka 
wiedziała, o czym mówi. 

- Brandi Lynn, masz mi dać znać, co się dzieje, nie zapomnij tym razem - zażądała Tiffany. 

- Oczywiście, nie zapomnę. Ty też bądź ostrożna. - Brandi rozłączyła się. - Już jest u wujka 
Charlesa. 

- Jego ochrona jest wyśmienita. - Roberto trzymał w dłoni kość pamięci. - Jeśli pokażę ci 
nagranie wideo z budynku, 
myślisz, że będziesz mogła ich rozpoznać? 

- Prawdopodobnie. Przynajmniej będę mogła ich wykluczyć, jeśli wiek i wzrost by się nie 
zgadzały. 

Wsunął kartę do komputera. 

- Pani Rabeck była na tyle uprzejma, że powiększyła niektóre ujęcia, tu jesteśmy my, a tu oni 
- wskazywał drzwi, 
przez które najpierw weszli oni sami, a kilka minut po nich dwóch hakerów. 

Kamera filmowała pomieszczenie pod dużym kątem. Mężczyźni mieli wysoko postawione 
kołnierze sportowych 
kurtek 

Christina Dodd 

250 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

i dresowe spodnie. Szaliki mieli zawiązane bardzo wysoko, ale nie sprawili najwyraźniej 
złego wrażenia na ochronie 
budynku, bo oto gdy jeden z nich tłumaczył coś strażnikowi, gestykulując żywo, wskazując 
na przyjaciela i trzęsąc 
się wymownie, ten wskazał tylko kanapę w galerii wejściowej. 

- Kiedy byłaś w toalecie, ja zdążyłem porozmawiać z tym strażnikiem. - Roberto poklepał 
ekran palcem. - Mówił, że 
chłopak, tak się o nim wyraził, powiedział mu, że czekali w samochodzie na Jake'a 
Jasinsky'ego, żeby zabrać go na 
pogrzeb któregoś z rodziców. Jake miał rzekomo zadzwonić i powiedzieć, że się spóźni, a oni 
chcieliby w tym czasie 
ogrzać się nieco w holu. 

- Co na to Jake Jasinsky? - Patrzyła, jak mężczyźni zajmują miejsce na kanapie. 

- Powiedział mi, że jest sierotą. Nigdy nie znał rodziców. 

- Jasne. - Zaczerpnęła powietrza w płuca, nie czuła się najlepiej. - To z pewnością mogą być 
ci sami mężczyźni, 
których widziałam w lombardzie. Nie mogę być pewna w stu procentach, ale... 

- Inne dowody mogą na to wskazywać. 

- Ale dlaczego zabili pana Nguyena? - Ujęła Roberta za nadgarstek i spojrzała mu w oczy. - 
Do czego potrzebują 
mnie? 

- Powiedziałaś, że pan Nguyen zachowywał się dziwnie. Być może nawet wiedział, że zechcą 
go skrzywdzić, a 
nawet zabić? - Roberto ujął jej dłoń. 

- Dlaczego nie powiedział mi, że coś jest nie tak, gdy pytałam? 

- Może miał nadzieję, że wszystko uda mu się wyjaśnić. Może był dobrym człowiekiem, 
który nie chciał, by 
cokolwiek ci się stało. - Jego palce splotły się z palcami jej dłoni. - W każdym razie z jakiejś 
przyczyny ścigają teraz 
ciebie. Prawdopodobnie dał ci coś, czego tamci bardzo chcą. 

Christina Dodd 

251 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

Dotknęła kolczyków. 

- Patrzyłam na nie przez lupę, to wspaniałe kamienie, ale oni nie szukają mnie z powodu 
szafirów. Mogli mi je zabrać 
już w sklepie. 

- Więc to nie szafiry. A co z opakowaniem? Czy dał ci je w jakiejś torebce albo pudełku? 

- Założyłam kolczyki jeszcze w lombardzie. Dał mi jakieś opakowanie, ale to było zwykła 
jubilerska kasetka. 

- Gdzie jest ta kasetka? 

- W kieszeni mojego płaszcza, to właśnie dlatego go nie znaleźli, kiedy przeszukiwali mój 
apartament. W taką 
pogodę nie rozstaję się z płaszczem. 

- No... - uśmiechnął się delikatnie. - Czasami się rozstajesz. 

Na przypomnienie gorącego incydentu w windzie, przebiegła przez nią fala gorąca. 

Musiała zachowywać się rozsądnie. Ale w obecności Roberta pożądanie nigdy do końca jej 
nie opuszczało. 

Zmieniła się, od kiedy go poznała. Czy on też się zmienił? A może jego życie przypominało 
jeden lot kamikaze za 
drugim? Czy naprawdę zakochała się we współczesnym piracie? 

Oczywiście, że się zakochała, mimo że chciał ukraść Płomień Romanowów. 

Ten mężczyzna, ten kryminalista, nie powinien mieć miejsca w jej życiu. Gdy zdała sobie z 
tego sprawę, odczuła 
niemal fizyczny ból. Kiedy tylko znajdzie czas, musi usiąść i się wypłakać. 

W tym momencie miała kryminalną sprawę do rozwiązania. 

- Myślałam, że odbywamy poważną i istotną dyskusję. 

- Oczywiście, że odbywamy. Chociaż wolałbym odbyć z tobą coś innego - westchnął 
szczerze, jak gdyby żałował 
każdego momentu spędzonego poza jej ramionami. Spojrzał 

Christina Dodd 

265 

Szafirowe kłopoty 

background image

na dziewczynę okutaną w biały zimowy płaszcz od Gucciego i powiedział: 

- Masz na sobie nie ten płaszcz co trzeba, prawda? 

- Nie, ten, którego potrzebujemy, wisi w szafie w hotelu. Roberto, czy ci dranie nie udali się 
przypadkiem do hotelu 
i nie przeszukują w tym momencie naszych rzeczy? 

- Nie, właśnie wysłałem email do FBI i dałem im do zrozumienia, że coś się szykuje. 

- Powiedziałeś FBI? - była przerażona. - A nie powinieneś się raczej z niczym nie wychylać? 

- W mojej profesji pewne znajomości są nieuniknione. Poznałem wielu niezłych agentów przy 
okazji przesłuchań, 
którym byłem poddawany w sprawie tego ośmiokaratowego brylantu pani Vandermere. Jeśli 
nie mogę się zwrócić 
do FBI w tej sytuacji, to jaki z nich pożytek? 

- Ale obiecałeś Mossimowi, że ukradniesz brylant. A jeśli teraz FBI zacznie się nam bacznie 
przyglądać... 

- Moja mała Brandi. - Roberto ponownie przesunął dłonią w rękawiczce po jej policzku. - 
Przysięgam ci, że 
wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi. 

Kiedy to powiedział, chciała umrzeć z radości, że tak się o nią troszczył, i z żalu, że mimo 
wszystko zaufać mu nie 
potrafi i nigdy się nie odważy. 

- Roberto, naprawdę chcę ci zaufać. Tylko... 

Palmtop Włocha wydał niski dźwięk. Zerknął na wiadomość. 

- FBI jest w hotelu. Czuwają nad naszym pokojem. A nasi znajomi chyba wiedzą, że ich plan 
się nie powiódł, bo 
kręcą się po głównym holu. 

Newby zaparkował przed wejściem. Roberto skłonił głowę odźwiernemu stojącemu pod 
dachem osłaniającym 
wejście do hotelu. 

- Jest i nasze FBI. 

Christina Dodd 

266 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Skąd wiesz? Przecież wygląda jak boy hotelowy. 

- Poznaję ich wszędzie. 

- Rozumiem. Powiedz mi tylko, dlaczego nie wejdzie do środka i nie aresztuje tych dwóch? 

Przez moment Roberto sprawiał wrażenie poważnie zakłopotanego. 

- Chodzi o to, że... nie, nie tak. Po prostu nie mogą tego zrobić, dopóki nie będą wiedzieli, dla 
kogo pracują nasi przy-
jaciele. 

- Co? A próba zabicia nas to nie wystarczająco dobry powód, by wysłać kogoś do więzienia? 
- Newby pomógł jej 
wysiąść z samochodu. - Pamiętasz, co powiedziałeś sędziemu Knightowi? 

Roberto szedł za nią do hotelu. 

- Pamiętam, a co? - zapytał ostrożnie. 

- Uznałam, że masz rację - powiedziała głośno, gdy mijali fałszywego odźwiernego. - FBI to 
naprawdę banda 
kretynów. 

background image

Rozdział 24 

Brandi wiedziała, że Roberto ma ukraść Płomień Romanowów. Nie wiedziała tylko kiedy. 
Roberto znał dokładny 
czas i miejsce. Dziś w nocy. 

Za kilka godzin miał się znaleźć w chicagowskim Instytucie Sztuk, w samym sercu budynku, 
i zabrać kamień z 
wystawy. Zaraz po tym, w towarzystwie Fosserów, miał udać się do „Wypchanego Psa" i 
doręczyć kamień 
Mossimowi, a wtedy plama na honorze rodziny Continich zostanie zmazana, a Roberto 
otrzyma odpowiedzi na 
pytania, które nurtowały go przez ostatnie lata. 

Ale zanim ukradnie kamień, musi ustalić, kim są bandyci, którzy usiłują zabić Brandi. Musiał 
to wiedzieć, bo miał 
zostawić ją samą, a nie chciał drżeć o jej bezpieczeństwo. 

O tej porze w hotelowej recepcji roiło się od gości. Concierge przywitał go uprzejmie. 
Recepcjonista pamiętał jego 
imię. Jakaś kobieta poprosiła go o autograf. 

Brandi spokojnie obserwowała tę paradę pochlebców. 

- Wszyscy cię podziwiają. 

- Oczywiście. Jestem rozpoznawalną postacią medialną. Czy nie śmieszy cię, że moją sławę 
umocnił proces, a oskar-
żenie wysunięte przez władze stanu zapewnia mi szacunek i bogactwo? 

Kiedy się zachmurzyła, uśmiechnął się wesoło. Jego mała Brandi była przewidywalna. 

- A teraz wybacz, muszę zamienić z kimś słowo. 

Christina Dodd 

268 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

Podszedł do menedżera boyów hotelowych i pochylił się nad nim. 

- Widzisz tych dwóch? Tam, przy donicach z kwiatami? 

- Tak, panie Bartolini. 

- Z pewnością tu nie mieszkają. Wyrzuć ich. 

- Oczywiście. - Kierownik zasalutował. 

Roberto dołączył do Brandi, zadowolony, że śledzącym ich ludziom będzie znowu zimno i 
nieprzyjemnie. Na razie 
nie mógł zrobić nic więcej. 

Brandi czekała przy windzie i Roberto zauważył wahanie w jej ruchach, gdy wchodziła do 
środka. 

- Możemy użyć schodów - zasugerował. - Każdy by się bał po naszej ostatniej przejażdżce. 

- Jeśli ty możesz jeździć windą, to ja też - odpowiedziała. Jednak gdy winda ruszyła, 
przycisnęła się do ściany i 
skrzyżowała ramiona na piersiach. - Poza tym mieszkamy tylko na czwartym piętrze. 

Winda stanęła nagle. 

Brandi podskoczyła. 

Drzwi rozsunęły się na boki. 

Roberto opiekuńczo objął ją ramieniem. 

- Chodź, przekonamy się, co takiego kryje twój płaszcz. Jego dotyk wydawał się ją 
paraliżować i ekscytować zara-
zem. Wysunęła się spod jego dłoni i odstąpiła na krok. 

Nie ufała mu. 

Bardzo starała się zachowywać i działać rozsądnie, ale Roberto nie podobał się wyraz 
niepewności w jej oczach. 
Jego własne zachowania były podyktowane instynktownymi nakazami poszukiwacza 
przygód, ale chciał, żeby 
widziała też to, co skrywa głębiej, na dnie serca. Żeby dostrzegała, jakim jest człowiekiem. 
Chciał, żeby polegała na 
nim, zaufała mu i wierzyła w niego, a miał tylko dwa narzędzia, by ją ku temu przekonać - 
słowa i dotyk. 

Christina Dodd 

269 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

Jeśli nie podda się jego zabiegom, nie pozostanie mu nic, by ją do siebie przekonać. 

W pokoju Brandi podeszła do szafy z ubraniami i wyciągnęła z niej swój stary płaszcz. 
Sięgnęła bez namysłu do 
kieszeni i wydobyła z niej niewielkie białe pudełko na biżuterię. 

Przypomniał sobie, że wypadło jej z kieszeni w sądzie. Podniósł je i podał jej, a ona wsunęła 
je z powrotem do 
płaszcza. Dzięki Bogu, że zostało w nim aż do tego momentu. 

Otworzyła wieczko i wysunęła szufladkę na kolczyki. Mała karta wideo upadła u jej stóp. 

- O mój Boże - powiedziała, podniósłszy z ziemi kartę i spojrzała na Roberta. - Naprawdę coś 
tu jest. 

Wyjął jej z dłoni kartę i podszedł do biurka. Przesunął palcami po identyfikatorze swojego 
laptopa i pokrywa powoli 
się uniosła. 

- Masz same fajne gadżety - powiedziała. 

W jej głosie było tyle szczerego uznania, że obiecał sobie, że gdy tylko to wszystko się 
skończy, zaraz kupi jej naj-
wspanialszy i najlepiej wyposażony laptop na rynku. 

- Zobaczmy, co to jest - powiedział, wsuwając kartę do czytnika. 

Po chwili ujrzeli na ekranie nagranie z kamery w małym, osiedlowym lombardzie. 

Najpierw ujrzeli ladę z elektroniczną kasą. Usłyszeli, jak otwierają się drzwi i ktoś wstukuje 
kod alarmowy. 

- Gdzieś tam musi być druga kamera ustawiona na drzwi wejściowe - powiedział Roberto. 

- Pewnie tak. 

- Ktoś musiał mu grozić już wcześniej, bo nagrania z kamer przemysłowych są nieme, a to 
bardziej zaawansowany 
system z dźwiękiem. 

- Pewnie tak - powtórzyła jak echo. 

Widzieli, jak pan Nguyen podszedł do kasy i przekłada do niej pieniądze z bankowej torby. 

Christina Dodd 

270 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

Brandi westchnęła cicho. Roberto rozumiał. 

- Widok kogoś, o kim się wie, że nie żyje, wprawia z reguły w szok. 

- Ale ja ledwo co go poznałam. 

- Śmierć zawsze sprawia niespodziankę - odpowiedział. - O której byłaś w sklepie? 

- Wcześnie, około dziesiątej trzydzieści. 

Roberto zaczął przewijać film do przodu w przyśpieszonym tempie. Widzieli, jak siada za 
ladą i przegląda 
czasopismo. Zwolnił, gdy sprzedawca zareagował na trzaśnięcie drzwiami. Musiał obawiać 
się tych odwiedzin, stał 
się bardzo spięty. Mimo to zawołał: 

- Joseph i Tyler Fossera. Co tu robicie? Mówiłem, żebyście tu nie przychodzili. 

Dwaj młodzi ludzie podeszli pewnym krokiem do lady. Odezwał się starszy z nich: 

- Jesteś tylko starym, żółtym piernikiem. Akurat ciebie nie musimy słuchać. 

- O tak, stary z ciebie piernik - drugi z chłopaków zaśmiał się. I zakaszlał. 

- To ten - powiedział Roberto. - Ten, którego złapałem, gdy mnie śledził. 

- To oni - wykrzyknęła niemal w tym samym momencie Brandi. 

Na filmie jeden z nich pytał: 

- Jak tam, skorzystasz z naszej oferty? 

- Sprawdziłem w sąsiedztwie - odpowiedział pan Nguyen. - Wasza władza tu nie sięga. 
Głową rodziny jest wasz 
wujek i nie spodobałoby mu się, gdyby wiedział, że próbujecie sami rozpracowywać lokalne 
biznesy. 

Starszy bez słowa podbiegł i uderzył pana Nguyena w twarz. Głowa Azjaty odskoczyła do 
tyłu. Upadł, uderzając o 
ścianę. Spadło z niej na podłogę kilka obrazów. 

Christina Dodd 

258 

Szafirowe kłopoty 

background image

Młodszy trzymał się za głowę. 

- Joseph! - wykrzyknął. 

- Zamknij się, Tyler. - Nazwany Josephem stał spokojnie, patrząc, jak pan Nguyen podnosi 
się z ziemi. 

- Możemy cię ochronić przed nami samymi. Co ty na to? - powiedział, lekceważąco 
zadzierając brodę. 

Pan Nguyen przyłożył dłonie do szczęki i delikatnie poruszał nią w lewo i w prawo. 

- Widziałam tego siniaka na jego twarzy - powiedziała Brandi. Nie mogła oderwać oczu od 
ekranu. 

Roberto przysunął w jej stronę krzesło i pomógł usiąść, podejrzewając, że za chwilę może 
osunąć się na ziemię. 

- Zabijemy cię, jeśli nie zaczniesz płacić - powiedział Joseph. 

Pan Nguyen potrząsnął głową z niedowierzaniem i spojrzał na Tylera. 

- A ty, co robisz? Jesteś mądrym chłopakiem, znasz się na programowaniu komputerów. Nie 
musisz być 
kryminalistą. 

- Jest ze mną. - Joseph chwycił młodszego chłopaka za szyję. - Czy nie tak, stary? 

- Tak, jestem z nim - przyznał Tyler, ale nie wyglądał na szczęśliwego. - Musisz zacząć 
płacić. Ustawiamy swój 
własny interes i wszyscy muszą płacić. 

- Tyler, zapytaj wujka, co o tym sądzi - zaproponował pan Nguyen. 

Joseph odepchnął młodszego kolegę i spojrzał na sprzedawcę. 

- Mój wujo jest stary, stracił ikrę. Każdy to powtarza. Ktoś musi zająć jego miejsce. To będę 
ja. 

- I ja - dodał Tyler. 

- Nic dziwnego, że chcą odzyskać ten film - skomentowała Brandi. - Tu jest wystarczająco 
dużo, żeby ich skazać. 

- O ile Mossimo nie dorwie ich pierwszy. 

Christina Dodd 

272 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

 

background image

- Zabiłby ich? 

- Za kwestionowanie jego władzy? Za podważanie pozycji w rodzinie? Zgadnij. 

Na filmie Joseph sięgnął pod kurtkę i wydobył pistolet. 

- Tak, Tyler jest drugi w kolejności. Teraz płacisz albo giniesz, żółtku. Ja nie żartuję! 
Wyślemy cię na tamten świat. 

- Jego ręka nawet nie zadrżała gdy celował w głowę starego człowieka. Uśmiechał się przy 
tym, jak gdyby 
odbieranie pieniędzy przychodziło mu równie łatwo co pozbawienie ludzi życia. 

Powoli pan Nguyen odstąpił na krok i podniósł ręce. Tyler wił się jak piskorz. 

- Nie, o Boże, nie! Nie zabijaj go, będziemy mieli kłopoty. 

- Słabe ogniwo - mruknął Roberto. 

- O Jezu, Tyler, straszliwy z ciebie tchórz - warknął Joseph z pogardą. 

- Nie, wcale nie - zaoponował Tyler i zaraz dodał: - ktoś tu idzie. Cholera to jakaś 
dziewczyna! 

Wszystkie głowy odwróciły się w stronę wejścia. 

- Nie zamknąłeś drzwi? Głupek, co się z tobą dzieje? 

- Joseph schował pistolet do kieszeni kurtki. Naciągnął niżej czapkę, a szalikiem zakrył twarz. 
Spojrzał na pana 
Nguyena. 

- Wszystko zależy od ciebie, powiesz jedno słowo, a zabijemy i ją, i ciebie. Zrozumiałeś? 
Mam nadzieję, że zro-
zumiałeś. 

Pan Nguyen przytaknął powoli. 

Chłopcy odeszli w stronę gabloty. 

Drzwi otworzyły się i Brandi usłyszała swój własny głos. 

- Na zewnątrz jest straszliwie zimno, a w środku ciepło 

- mówiła do Kim. Chwilę później znalazła się w zasięgu kamery. 

Oglądali, jak zastawiała pierścionek i kupowała kolczyki. Widzieli, jak pan Nguyen wyciąga 
białe pudełeczko, a 
później 

background image

Christina Dodd 

260 

Szafirowe kłopoty 

background image

odwraca się do kamery. Spojrzał na obiektyw i wyraz jego twarzy powiedział im wszystko. 
Obawiał się śmierci, ale 
nikogo ze sobą nie chciał zabrać. A równocześnie wiedział, że oto preparuje żelazny dowód 
przeciwko młodym 
gangsterom. 

Sięgnął w stronę kamery i obraz urwał się w tym momencie. Roberto i Brandi nawet nie 
drgnęli. W końcu 
dziewczyna się podniosła. 

- Bękarty! Podłe bękarty! - krzyknęła. 

Roberto skulił się. Nazwała ich bękartami. Czy gdyby znała prawdę o nim, używałaby tego 
słowa tak swobodnie? 

- To nie bękarty. To Fosserowie. Zdradę i łajdactwo przejmują z mlekiem matek. Pozwól, że 
to skopiuję i wyślę do 
właściwych władz. 

Zajął miejsce na krześle i napisał kilka słów w emailu, po czym dołączył do niego plik wideo. 
FBI będzie wiedziało, 
co z tym zrobić. 

Podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. 

- Widzę ich stąd - wyglądają jak para niewinnych chłopców trzęsących się z zimna. Ale zabili 
pana Nguyena. 

Nie odrywała od nich wzroku. 

- Mam nadzieję, że dostaną odmrożeń. 

- Dostaną więcej, niż tylko odmrożeń. - Wysłał email i odwrócił się do niej. - Ale zanim ich 
zamkną, są groźnymi 
bandytami. Wiesz, jak posługiwać się bronią? 

- Nie, ale potrafię wykonać salto na równoważni. 

- Też się może przydać - powiedział, podchodząc do ukrytego w szafie sejfu. Wstukał kod, 
otworzył ciężkie drzwi i 
wyciągnął niewielki pistolet. Sprawdził, czy jest naładowany. 

- Tu jest bezpiecznik, kiedy chcesz kogoś zastrzelić, przesuń go w to położenie. Celuj zawsze 
w największą część 
napastnika, najlepiej tułów - spokojnie wydawał instrukcje. 

Christina Dodd 

261 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

- To nie jest sztuka. To nie jest nauka. Chodzi tylko i wyłącznie o twoje bezpieczeństwo. Nie 
ryzykuj, nie kuś losu. 
Jeśli będziesz musiała wyjść, zanim FBI aresztuje tych ludzi - nie ruszaj się bez pistoletu. 

Nie kłóciła się z nim. Ujęła pistolet w dłoń, by zapoznać się z jego wagą i kształtem. 
Odbezpieczyła i zabezpieczyła 
kilkakrotnie. 

Uśmiechnęła się smutno. 

- Być może nie będę musiała do nich strzelać, ale jeśli już, to przynajmniej będę miała z 
czego. Gdzie mam to 
trzymać? 

- Gdzieś, gdzie łatwo będzie po to sięgnąć. - Otworzył górną szufladę biurka. 

Odłożyła pistolet i uśmiechnęła się do niego niepewnie. 

- Co będzie teraz? 

Tego akurat nie mógł jej powiedzieć - nawet gdyby był do końca pewien, co może się 
niebawem zdarzyć. Element 
ryzyka zawsze pozostawał. Nawet pomimo całej ciężkiej pracy, jaką on i jego dziadek 
wykonali, planując ten skok. 
Każda kradzież była niebezpieczna, a ta, zważywszy na jej rangę i ilość kręcących się 
wszędzie nieprzyjaciół, mogła 
okazać się śmiertelnym doświadczeniem. 

A poza tym Brandi naprawdę będzie wściekła, gdy dowie się, co zrobił. Powrót do jej łask 
może zająć mu kilka dni, 
a nie chciał czekać. Pragnął jej tak samo jak dzisiaj w windzie, jak pragnął jej przez cały 
weekend. 

- Brandi, musimy porozmawiać. 

Na te słowa wstrzymała oddech. Policzki przykryły się rumieńcem, spuściła oczy jak 
nieśmiały podlotek, by zaraz je 
podnieść. 

- Tak, musimy. Wiesz, do czego doszłam w tej spadającej windzie? 

- Do czego? 

- Że się w tobie zakochałam. 

Christina Dodd 

275 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

Zacisnął ręce tak mocno na poręczy krzesła, że rozległ się trzask. 

- Nie powinnam. - Nie jesteś dla mnie właściwym mężczyzną. Nie spełniasz moich wymagań. 
Jesteś niestały, uwiel-
biasz przygody. Jesteś niemoralny. Nie przestrzegasz prawa. Ale nic na to nie poradzę. 
Uwielbiam cię i już. 

- Tak jak ja uwielbiam ciebie, Brandi - odpowiedział. Zachwyciła go swoją odwagą. Tak się 
bał, że miała o nim 

jak najgorsze zdanie. Ale czy nie było jej tym trudniej otworzyć przed nim serce? Przed kimś, 
o kim wiedziała, że 
szczerość wobec tej osoby może mieć najprzeróżniejsze konsekwencje? 

Żądza, nigdy niegasnąca żądza znowu wybuchła całym żarem upalnego włoskiego lata. 
Znalazł się u jej boku, 
trzymał jej głowę w dłoniach i zasypywał ją pocałunkami. 

Odpowiedziała. Uniesienie z windy było niczym przy rodzącym się teraz na nowo pożądaniu. 
Wsunął ręce pod jej 
marynarkę, cieszył się smukłą linią bioder, uniósł ręce do jej piersi i czuł, jak pod cienkim 
materiałem bielizny 
naprężające się jej sutki. 

Zsunęła swoją marynarkę i sięgnęła pewnie, by zdjąć również jego. 

Co tak niesamowitego było w tej kobiecie? Znał przed nią inne piękne kobiety, ale to ona 
właśnie zawsze smakowała 
świeżo i cudownie. A do tego najwspanialej na świecie okazała radość z tego, jak zareagował 
na jej upajające 
wyznanie. 

Całowali się, nie wypuszczając się ani na chwilę z ramion i chwiejnie, potykając się, 
zmierzali w stronę sypialni. 

Pomiędzy jednym pocałunkiem a drugim zdołał wyszeptać kilka słów: 

- Brandi, obiecuję, będę wszystkim, czego pragniesz. Będę uczciwy... przyrzekam być 
uczciwy... 

Christina Dodd 

276 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

Ukryła twarz w jego piersi, chcąc nacieszyć się tą obietnicą. Po chwili uniosła głowę. 

- Nie składaj obietnic, których nie potrafisz dotrzymać. Nigdy mnie nie okłamałeś. Wiem, 
kim jesteś. Nie mogłabym 
znieść, gdyby okazało się że jesteś kimś innym niż rycerzem w świetlistej zbroi, w którego 
wierzę. 

Ale przecież ją okłamywał. Nigdy nie mówił do końca prawdy. Jeśli nie uda mu się jej teraz 
do siebie przekonać, 
Brandi może mu tego już nigdy nie wybaczyć. 

- Nie jestem rycerzem w świetlistej zbroi. Jestem tym, kogo pragniesz - smokiem. 

Zaśmiała się radośnie, pamiętał wszystko, co mówiła. 

Objął ją i zaniósł do łóżka. Delikatnie złożył ją na jedwabnej narzucie. Przyłożył czoło do jej 
czoła i wyszeptał: 

- Przyrzekam być tym, kim sądziłaś na początku, że jestem. Przyrzekam. 

Z trudem obróciła głowę. Nie chciała paść ofiarą zauroczenia. 

- Brandi, wysłuchaj mnie. Daję ci moje serce. 

- Serce? - Znowu patrzyła mu prosto w oczy. 

- Moje serce należy do ciebie. Chyba nie jesteś zaskoczona? 

- Dlaczego? Ale... czy ty... 

Jej niepewność zaszokowała go. 

- Czy cię kocham? Czy sądzisz, że zabieram każdą napotkaną kobietę do mojego pokoju? Czy 
robię wszystko, żeby 
ją przy sobie zatrzymać? Wymyślam sędziom sądu stanowego? 

Brandi wysunęła się z jego objęć i usiadła. 

- Zrobiłeś to celowo! 

- Ależ oczywiście. Zrobiłbym dla ciebie wszystko. Tylko dla ciebie. - Uśmiechnął się, widząc 
jej naburmuszenie. - 
Chciałem być z tobą. Chciałem zobaczyć, czy oto uśmiech- 

Christina Dodd 

264 

Szafirowe kłopoty 

background image
background image

nąl się do mnie los i wynagrodził mnie kobietą, której zawsze pożądałem. Inteligentną, 
piękną, pełną wdzięku. 

Patrzyła na niego z mieszanką uwielbienia i przerażenia. 

- Nigdy nie spotkałam kogoś takiego, jak ty. 

- Mam nadzieję. - Przycisnął ją do łóżka. - Nie chciałbym ci nikogo przypominać. Kiedy 
myślisz o miłości, chcę być 
jedynym mężczyzną, którego z tą miłością kojarzysz. Obiecałem ci moje serce. Czy w zamian 
mogę liczyć na twoje 
zaufanie? 

Poddała się. W końcu się poddała. 

- Ufam ci, Roberto. Nieważne, co się wydarzy. Po prostu ci ufam. 

Rozdział 25 

Przeciągły dźwięk dzwonka wyrwał Brandi z głębokiego i błogiego snu. 

- Roberto? - Przeciągnęła się rozkosznie i sięgnęła dłonią w stronę kochanka, ale ze 
zdziwieniem odkryła, że była 
sama w łóżku. 

Dzwonek stawał się coraz bardziej natarczywy. 

Komórka. Po omacku szukała telefonu na nocnym stoliku. Na szczęście migał czerwonym 
światełkiem. Ze 
zdziwieniem stwierdziła, że wyświetlacz pokazywał północ. Północ, o Boże. Kto dzwonił o 
tej porze? Przyjrzała się 
wyświetlaczowi - ojciec. 

Nigdy nie dzwonił w ciągu dnia. 

W ułamku sekundy przeleciały jej przed oczami wszystkie ponure możliwości. Atak serca? 
Wypadek 
samochodowy? A może desperacka potrzeba, by w końcu porozmawiać ze swoim dzieckiem, 
i to w środku nocy? 
Odebrała. 

- Tato, co się stało? - wymamrotała niepewnym głosem. 

- Co się stało? - Jego gniewny głos drażnił bębenki jej uszu. - Moja córka została zawodową 
panienką do 
towarzystwa. Oto co się stało! 

- Co? - Odgarnęła włosy z czoła, starając się zrozumieć, o czym mówił. - Kto? 

background image

- Myślałaś pewnie, że nie zobaczę zdjęć, prawda? Twoja macocha aż się trzęsła z radości, 
pokazując mi artykuły. 
Moja 

Christina Dodd 

279 

Szafirowe kłopoty 

background image

cudowna córeczka, którą zawsze stawiam za przykład temu nieudacznikowi - jej synowi! 
Moja córeczka szlaja się ze 
złodziejem klejnotów! Aha, mówił o niej. 

- Całuje się z gangsterami, ubrana jak tania prostytutka. Wyprostowała się w łóżku. 

- Jakie zdjęcia? - Nie chciała, żeby nazywał ją prostytutką. 

- W gazecie! Na pierwszej stronie sekcji towarzyskiej. Chicago Tribune łaziło wszędzie za 
tym ugłaskanym lalusiem 
z Włoch, od kiedy pokazał się w mieście. Wiedziałem, że McGrath i Lindoberth prowadzą 
sprawę, ale nie 
wiedziałem, że pogrążyłaś karierę prawniczą, żeby się z nim przespać. 

Czuła niemiły ucisk w żołądku. Towarzyszył wszystkim rozmowom z ojcem. 

- Niczego nie pogrążyłam. 

- Lepiej, żeby tak było. Jesteś mi winna za studia. Uniwersytet Vanderbilt nie był tani! 

Miała jeszcze nadzieję, że może jej się to wszystko śni. Ale po tym, jak wypomniał jej 
pieniądze, wiedziała, że 
wszystko dzieje się na jawie. 

- Poszłam do jednej z najlepszych szkół, bo byłam jedną z najlepszych studentek prawa w 
kraju - powiedziała ostro. 

- Nie mów do mnie takim tonem. Jesteś głupia, jak twoja matka. 

Słyszała to zbyt wiele razy. 

- Nie jestem głupia! I moja matka też nie jest. 

- Kogo chcesz przekonać? Twoja matka nie potrafi dodać dwa i dwóch, żeby wyszło cztery. A 
ty sypiasz z klientem! 
Czy w Vanderbilt uczyłaś się czegokolwiek na temat etyki? 

- Tyle, ile ty sam mnie nauczyłeś, tatusiu. 

Z satysfakcją odnotowała, że zaniemówił na chwilę. Satysfakcja nie trwała jednak długo. 
Sapnął groźnie. 

Christina Dodd 

280 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

- Dobrze. Jutro chcę widzieć czek na całą sumę za twoją edukację. Za wszystkie lata. Jeśli go 
nie ujrzę, wyciągnę od 
was pieniądze, które wydałem na lekcje baletu. 

Jego gniew był zaraźliwy. Stanęła na materacu i niemal podskoczyła ze złości. 

- Dostaniesz swoje pieniądze. Mam dobrą pracę. Pójdę do banku i wezmę pożyczkę, żeby cię 
spłacić, i żeby nigdy 
więcej z tobą nie rozmawiać. Jesteś wielką świnią, która chce nad wszystkim panować. Na 
pewno nie będę ci już 
ulegać. 

Musiała przyznać, że nieźle ją rozszyfrował. Wiedział, co robiła, i przez to tym bardziej miała 
go dość. Ale on 
jeszcze nie skończył. Zaatakował jeszcze zjadliwiej: 

- Nie jesteś ani trochę lepsza niż twoja matka. Przeklęta, głupia balerina bez charakteru. 
Warta tyle co nic. Kiedy 
umrę, nie będziesz nawet miała tyle odwagi, by przyjść na mój pogrzeb i napluć na moją 
trumnę. 

- Masz rację, nie przyjdę na twój pogrzeb, by pluć na trumnę. Nie lubię stać w długich 
kolejkach. I jeszcze jedno: 
Jesteś ostatnią osobą, która może oskarżać innych o rozwalenie czyjegoś życia. Więc 
następnym razem, gdy 
będziesz chciał się na kogoś powydzierać, nie dzwoń do mnie. - Chciała zamknąć telefon. 

Ale w ostatniej chwili podniosła go do ucha. 

- I nie dzwoń też do mojej matki. I rozłączyła się. 

To ona się rozłączyła. 

Stała, masując brzuch i oczekując tego nieprzyjemnego ucisku, który przychodził zawsze po 
niemiłych rozmowach z 
ojcem. 

Ale tym razem na nic takiego się nie zapowiadało. 

Była zła, o tak. Wściekła na niego za to, że myślał, że zapewnienie jej pieniędzy na studia 
dawało mu prawo do tego, 
by na nią wrzeszczeć przy byle okazji. Była zła na siebie, że 

Christina Dodd 

267 

Szafirowe kłopoty 

background image

okazała się na tyle głupia, by wpaść w jego pułapkę, zamiast, jak wszyscy, wziąć studencką 
pożyczkę. 

Ale przede wszystkim czuła się wolna. Jak gdyby jej nieobliczalny wybuch gniewu uwolnił ją 
od przekleństwa 
strachu, który rzucił na nią w dniu, kiedy spakował swoje rzeczy i porzucił ją i matkę na 
pastwę losu. Nie miało 
znaczenia, czy nazwał ją głupią. Nie miało znaczenia, czy ją podziwiał, czy może nią 
pogardzał. Skończyła z nim. 
Była dorosła. Ani on, ani jego zdradliwe i okrutne słowa i przesycone zawiścią uwagi nie 
miały już mocy rażenia. 
Stała się odporna na jego ciosy. 

Powoli zaczerpnęła powietrza i równie powoli je wypuściła. 

Wciąż była jednak osoba, na której ciosy odporna nie była. Roberto. 

Gdzie był? Dlaczego nie wrócił do łóżka, by zobaczyć, co się dzieje? Chciała, by wziął ją w 
ramiona i przemawiał do 
niej łagodnie. Chciała wiedzieć, że było pomiędzy nimi coś więcej niż tylko dobry seks. 

Ale pokój był pusty. Pusty i cichy. 

Wyskoczyła z łóżka, naciągnęła na siebie sukienkę i przeszła do salonu. Nikogo. 

Sprawdziła w drugiej sypialni. Nawet pod łóżkiem. Ani żywego ducha. 

Stała pośrodku pokoju i oddychała powoli. To niemożliwe. To nie powinno się zdarzać. 
Musiało być jakieś inne wy-
jaśnienie, poza tym, że Roberto wykorzystał chwilę jej nieuwagi, wymknął się 
niepostrzeżenie i kradł teraz Płomień 
Romanowów. 

Porwała telefon hotelowy i zadzwoniła do concierge'a. Najbardziej czarującym głosem, jaki 
potrafiła przybrać, po-
wiedziała: 

Christina Dodd 

268 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

- Tu Brandi Michaels w pokoju... O mój Boże, nie pamiętam w którym jestem pokoju! 

- Jest pani w pokoju czterysta trzy, panno Michaels - głos concierge'a brzmiał męsko i ciepło. 

Męsko. Choć przez moment los jej sprzyjał. 

- Dziękuję. Nigdy nie mogę zapamiętać liczb. Czy rozmawiam może z zawsze pomocnym i 
niezmiernie przystojnym 
panem Birchem? 

- Owszem, zgadła pani bezbłędnie, panno Michaels. 

- Nie zgadywałam, pamiętam pana doskonale, panie Birch. 

Naprawdę pamiętała. Był starszym mężczyzną, bardzo eleganckim, kapitalnie wykonywał 
swoją pracę i zawsze 
chętnie pomagał. Concierge nigdy nie powinien ujawniać informacji dotyczących gości, ale 
pan Birch lubił piękne 
kobiety, a ją chyba w szczególności. Jeśli tylko uderzy we właściwy ton, nie zawiedzie się. 

- Jestem taka zapominalska. Zapomniałam poprosić pana Bartoliniego, żeby przy okazji 
wyjścia kupił mi buteleczkę 
ulubionego lakieru do paznokci, błyszczącego różowego z L'Oreal. Po prostu go uwielbiam. 
Czy może uda się panu 
go złapać, zanim wyjdzie? 

- Chwileczkę. - Pan Birch odłożył na chwilę słuchawkę. W zdenerwowaniu stukała palcami 
po stole. Była zła, że 

musiała uciekać się do takich głupiutkich sztuczek. Zaglądać pod łóżko. Grać przed 
pracownikiem hotelu naiwną 
blondynkę rozkochaną w luksusach i przyjemnościach. Ale nie mogła ścierpieć, że nie wie, co 
się dzieje. 

Musiała wiedzieć, czy Roberto opuścił hotel. Musiała wiedzieć, czy ją okłamał. 

Usłyszała ponownie głos w słuchawce. Pan Birch wydawał się stracić coś ze swojej pewności 
siebie. 

- Nie wiemy, czy wyszedł. Był na dole jakiś mężczyzna, 

Christina Dodd 

283 

Szafirowe kłopoty 

background image

ale szalik miał zawiązany bardzo wysoko. Wyszedł przez kuchnię. 

- Chciał coś przekąsić. Powiedziałam mu, żeby zamówił coś do pokoju. Prawdopodobnie 
oczarował jakąś niewinną 
kucharkę. - Zniżyła głos i dodała poufnym tonem: - To nie fair, przysięgam, panie Birch, że 
pan Bartolini aż tyle je, 
a cały czas jest taki chudy! 

- Tak, to prawda - głos pana Bircha znowu był zrelaksowany. 

- Nie ma go tu, a ja nie potrafię znaleźć numeru jego komórki... 

- Spotkał się z trzema mężczyznami za hotelem. 

- Tak, wyszedł, żeby się napić. - Gdyby życie było uczciwe, Brandi otrzymałaby Oscara za 
Najbardziej Słodką i Cza-
rującą rolę żeńską, i to w momencie, gdy była Najbardziej Wściekła i Rozgoryczona. 

- Z Włochami, prawda? 

- Nie chciałbym zgadywać - pan Birch wciąż sprawiał wrażenie wesołego. 

- Ciemne włosy i ciemne oczy? Wszyscy mówiący po włosku? 

- Tak mi się wydawało. 

- Świetnie, mam numer telefonu do Grega. Zadzwonię do niego i złapię Roberta w ten 
sposób. Dziękuję panu 
niezmiernie, panie Birch. - Rozłączyła się i cisnęła słuchawką w drugi koniec pokoju. 
Uderzyła w ścianę, odbiła się 
od stolika i ze złamaną antenką wylądowała na podłodze. Mały akt przemocy nie pomógł. 
Brandi miała ochotę 
rozgnieść ją na miazgę. 

Roberto przysiągł, że nie ukradnie Płomienia Romanowów. Obiecał, że już niczego nie 
ukradnie, że stanie się 
praworządnym obywatelem. Dla niej. Powiedział, że zrobi to dla niej. 

A zamiast tego przeleciał ją i poczekał, aż zaśnie słodko wyczerpana. I poszedł zrobić 
dokładnie to, czego przyrzekł 
nie robić. 

Christina Dodd 

284 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

background image

Ojciec nazwał ją prostytutką i powiedział, że się szlaja. Było jeszcze gorzej. Była głupia, tak 
jak ojciec podkreślał to 
przy lada okazji - choćby dlatego, że mając u boku mężczyzn takich jak Alan i on sam, takich, 
którzy reprezentowali 
to, czym powinien być mężczyzna, wciąż wolała zaufać komuś takiemu jak Roberto. 

Przyłożyła ręce do czoła. 

Czy mogła okazać się jeszcze głupsza? Wiedziała, że Roberto był międzynarodowym 
złodziejem klejnotów i 
magnesem na kobiety. Wiedziała, że potrafił oczarować i uwieść swym wspaniałym włoskim 
akcentem, któremu 
żadna nie potrafiła się oprzeć. Dlaczego była zaskoczona, że najpierw wślizgnął się do jej 
życia, by teraz szybciutko 
się z niego ulotnić? 

Brzuch jej nie bolał, ale serce krwawiło. 

Nienawidziła Roberta. Nienawidziła go. 

Ale zgodnie z nakazem sądowym i tym, co mówili jej szefowie, była za niego 
odpowiedzialna. Jej praca polegała na 
kontrolowaniu jego poczynań i jeśli musiała spłacić ojca, a wiedziała, że musi - bardzo 
potrzebowała pracy w 
McGrath i Lindoberth. 

Ale jak go znaleźć? 

Spostrzegła jego laptop. Podeszła do biurka. Zrobi to jak profesjonalista. 

Dotknięcie klawiatury spowodowało rozruch uśpionego komputera. Ale na ekranie nie 
wyświetliło się wcale nic 
opatrzonego nagłówkiem: PLAN RABUNKU. Nie na darmo jednak przewalczyła całe studia 
na starym laptopie, 
który co chwila łapał jakiegoś wirusa. Znała kilka sekretów informatycznych. 

Spędziła kilka długich kwadransów, przebijając się przez różnorakie zabezpieczenia i czytając 
otworzone pliki. W 
końcu znalazła to, czego szukała. Chłonęła wzrokiem szczegóły skomplikowanej operacji. 

Christina Dodd 

271 

Szafirowe kłopoty 

background image

Nie miała czasu, żeby cokolwiek przygotować ani coś poważnie zaplanować. 

Jeśli wszystko szło zgodnie z wyliczeniami, Roberto był właśnie w Instytucie Sztuk, omijał 
tysięczne pułapki oraz 
blokował systemy alarmowe, by wyjąć z gabloty Płomień Romanowów. 

A jeśli coś nie poszło zgodnie z wyliczeniami... był martwy. 

Siedziała prosto ze zdrętwiałymi rękoma, od samego wyobrażenia zrobiło jej się chłodno. 

W tym momencie Roberto mógł leżeć w kałuży krwi, otoczony przez strażników i policj ę. 
Przez ludzi 
zadowolonych, że oto dorwali go, zanim jeszcze położył ręce na ich skarbie. Mógł być sam, 
wśród obcych, którzy 
nie znali jego głosu, uśmiechu, jego wspaniałego ciałai umysłu. Zadzwoniliby tylko po 
lekarza sądowego, by 
spakował zwłoki do czarnej torby. 

Brandi zerwała się na równe nogi. 

Nie mogła tego znieść. Nie mogła znieść myśli, że już nigdy go nie zobaczy, że Roberto 
zastrzelony przez policję 
odejdzie z tego świata jako notoryczny złodziej i bandyta. 

Może go nienawidziła, ale też kochała. 

- Do cholery - wyszeptała zdrętwiałymi wargami. Przestudiowała resztę planu wyświetlonego 
na ekranie komputera. 

Miał dostarczyć brylant Mossimowi, który będzie czekał w „Wypchanym Psie" za godzinę i 
czterdzieści pięć minut. 
Jeśli udałoby się jej złapać go po drodze, miałaby szansę. Może namówiłaby go, żeby odniósł 
kamień na policję. Mu-
siałby się przyznać, ale sąd byłby łaskawy, gdyby zadośćuczynił przestępstwu w ten sposób. 

Musi go przekonać do swoich racji, ba, przekona go, nawet gdyby miała go postrzelić. 
Otworzyła szufladę i 
wyciągnęła z niej pistolet. 

Celuj zawsze w największą część napastnika. Dobrze. Będzie celowała w jego głupi łeb. 

Christina Dodd 

272 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

background image

Nie miała wiele czasu. Podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. Młodzi Fosserowie wciąż tam 
byli. Jakby na nią czekali. 
Co gorsza, agent FBI również nie ruszył się z miejsca i cały czas wydawał się ich spokojnie 
obserwować. Chyba 
udałoby się jej wywieść w pole tę dwójkę, ale co zrobić z profesjonalnym agentem? 

Wyjęła telefon i zadzwoniła do jedynej osoby, na której zawsze mogła polegać. 

- Tiffany? - Słyszała w tle muzykę i śmiechy. 

- Hej, kochanie. Jak się miewasz? - Tiffany była chyba trochę zdezorientowana. 

- Niezbyt dobrze. - Łzy zakręciły się dziewczynie w oczach. 

- Co się stało? - głos Tiffany w jednej sekundzie stał się poważny i skupiony. 

- Potrzebuję pomocy, mamusiu. 

background image

Rozdział 26 

- Kochanie? - Tiffany przemknęła przez drzwi pokoju, ubrana w długi, ciemny płaszcz i 
słoneczne okulary. Starannie 
zebrane włosy ukryte były pod grubą, wełnianą czapką. - Wciąż nie mogę uwierzyć, że 
Roberto ci to zrobił. To woła 
o pomstę do nieba! 

Brandi padła w jej chłodne chicagowską zimą objęcia. 

- Już ja mu pokażę - powiedziała groźnie Tiffany. 

W telewizorze leciał dwudziestoczterogodzinny program nadający lokalne wiadomości. 
Czekała na raport z 
muzeum. 

Ale na razie, nic nie wskazywało na to, żeby jakiś miał się pojawić. 

Roberto wciąż był wśród żywych. Z tego powodu też nie będzie taki szczęśliwy. Wskazała na 
walizkę na kółkach, 
którą przyciągnęła ze sobą jej matka. 

- Wzięłaś wszystko, co potrzeba? 

Tiffany przyglądała się córce poważnym wzrokiem. 

- Tak, a ty wykonałaś świetną robotę z makijażem i włosami. To bardzo sprytny plan i cieszę 
się, że jestem jego 
częścią. 

- Nikt poza tobą by tego nie zrozumiał - powiedziała Brandi, przewracając oczami, ale nie 
była pewna, czy Tiffany ją 
dobrze widziała. 

Przecież wciąż miała na nosie słoneczne okulary. Dziwne, bo jej matka miała wyraźną i 
niezbyt pochlebną 

Christina Dodd 

288 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

 

 

 

background image

opinię o osobach, które zapominały dopełnić obowiązku zdjęcia okularów albo kapelusza w 
towarzystwie, 
zwłaszcza w zamkniętym pomieszczeniu. Oczywiście tym razem okulary dopełniały jej 
przebrania, ale była noc i już 
ich nie potrzebowała. 

Tiffany ściągnęła z siebie płaszcz i rzuciła go na krzesło. Uklękła przy walizce otwierając 
zamki. 

- Wiem, że chciałaś jakiegoś maskującego stroju, ale wybierając się do Chicago, myślałam 
raczej o eleganckich 
rzeczach. 

- Nie martw się, mamo. Cokolwiek przywiozłaś, na pewno się przyda. - Brandi uklękła za 
matką. 

Tiffany wyciągała rzeczy z walizki - parę czekoladowo-brązowych wełnianych obcisłych 
spodni od Calvina Kleina, 
dobrany kolorem kaszmirowy sweterek i krzykliwe szpilki z kolekcji Jimmy'ego Choo 
ozdobione pomarańczowym 
kwiatem przy palcach. 

- Nie mogłam znaleźć nic lepszego. Buty są, niestety, z zeszłego sezonu, ale to moje ulubione, 
prawda, że śliczne? 

- W porządku, mamo. Być może nie będę mogła w nich biegać, ale też nie o bieganie przecież 
chodzi. Nie jestem 
najlepsza w bieganiu - o wiele lepiej wychodzi mi chodzenie i uśmiechanie się do mężczyzn 
tak, że zapominają o 
bożym świecie. A potrzebuję w mojej misji wszystkiego, co może mi się przydać w 
uniknięciu więzienia. - Brandi 
uśmiechnęła się, oczekując, że jej matka doceni jej wisielczy humor. 

- Wierzę, że potrafisz dokonać, czego tylko zapragniesz - powiedziała poważnie Tiffany, ale 
jej wargi trzęsły się 
lekko. 

- Czy złamałaś paznokieć na zamku walizki, mamo? 

- Nie, skąd ci to przyszło do głowy? - Tiffany westchnęła, a jej ręce drżały wyraźnie, gdy 
odgarniała włosy z czoła. 

- Mamo. - Brandi ostrożnie ściągnęła z niej okulary. - Co się stało? 

Christina Dodd 

289 

Szafirowe kłopoty 

background image
background image

- Nic. Zupełnie nic. Jestem zdenerwowana tobą. - Jej oczy wyglądały, jakby płakała. 

Mając w pamięci swoje własne doświadczenia, Brandi doszła szybko do logicznej, jak jej się 
wydawało, konkluzji. 

- Czy wujek Charles był wobec ciebie niedobry? 

- Charles? Nie, na Boga. Jest najlepszym człowiekiem na świecie. - Tiffany zachłysnęła się 
powietrzem. - To ty... ty 
właśnie... 

- Ja? - Brandi odsunęła się od matki i przyjrzała się jej uważnie. - Co ja takiego zrobiłam? 

- Nie zrobiłaś niczego. Po prostu... od rozwodu zawsze mówiłaś do mnie „Tiffany" albo 
„mamo" lub „matko"... 

- Bo jesteś moją matką - odpowiedziała zaskoczona Brandi. 

- Tak. ale dziś poprosiłaś o pomoc. Och, kochanie, nie prosiłaś o pomoc, odkąd ojciec 
oznajmił, że chce się ze mną 
rozwieść. - Tiffany pociągnęła nosem. - Od tego czasu zawsze traktowałaś mnie jak kogoś 
niezbyt rozgarniętego. 

- Nie uważam, że jesteś nierozgarnięta - odparła szybko, ale unikała jej spojrzenia. Naprawdę 
tak nie myślała. Po 
prostu Tiffany nigdy nie wydawała się dobra w niczym poza relacjami z mężczyznami i 
dekorowaniem domu. 

- A dziś, kiedy zadzwoniłaś, powiedziałaś do mnie „mamusiu". 

Brandi przysiadła na piętach. Matka czy mamusia? Odcienie szarości. Kwestia na pozór 
nieistotna. Przynajmniej tak 
jej się wydawało. Ale pod pozorem ukryły się prawdziwe znaczenia. „Mamusia" było 
wołaniem małego, 
kochającego, niewinnego dziecka. W słowie „matka" zawierał się krytycyzm rozeźlonej 
nastolatki. 

- Nie zdawałam sobie sprawy, że ma to dla ciebie znaczenie. 

- Wiem, że nie zdawałaś sobie z tego sprawy, kochanie - powiedziała śpiesznie Tiffany. - 
Wiem, że nie sprawdziłam 

Christina Dodd 

290 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

się jako głowa rodziny. Ale czasami marzyłam o tych dniach, gdy miałaś dziesięć lat i biegłaś 
do mnie ze swoimi 
problemami jak gdybym potrafiła zaradzić wszystkiemu. Byłaś takim słodkim dzieckiem. 

- Ale już nie tak słodką nastolatką, prawda? - Brandi pamiętała jej rozczarowania, gdy matka 
przechodziła z jednej 
pracy do drugiej, a ich dochody wydawały się topnieć w oczach. Pamiętała też, jak zgryźliwe 
uwagi rzucała na ten 
temat. O tak, zgryźliwie wyrażała się wówczas na każdy praktycznie temat. 

- Stała praca najwyraźniej nie była mi przeznaczona. Wiedziałam o tym, ale chciałam, żebyś 
była ze mnie dumna, 
próbowałam i miałam nadzieję, że któregoś dnia znowu powiesz do mnie „mamusiu". 

- O mój Boże. - Kiedy Brandi dostrzegła z całą wyrazistością smutek matki, poczuła się, 
jakby dostała obuchem w tył 
głowy. - Zamieniam się w mojego ojca. 

W pewnym sensie zdołała się nawet zaręczyć ze swoim ojcem. Z jego młodszą wersją. Oto 
mężczyzna, którego 
nienawidziła, a mimo to podświadomie naśladowała. Dlaczego? 

Ponieważ nie miał uczuć. Nie można było go zranić. 

- Ależ nie! Nie to miałam na myśli. Ojej, wiedziałam, że nie powinnam tego zaczynać, bo 
zaraz wszystko pokręcę. 

- Niczego nie pokręciłaś. - Brandi położyła uspokajająco rękę na plecach matki ale zaraz ją 
cofnęła. Przez długi czas 
nie było między nimi fizycznego kontaktu. Ściana dzielących ich różnic była zbyt wysoka, by 
łatwo się nad nią 
przedostać. 

Ale ojciec taki właśnie był. Nikogo nie dotykał. Nie miał z nikim kontaktu. 

Brandi nie mogła sobie pozwolić na zostanie kimś podobnym. 

Odetchnęła głęboko i objęła Tiffany ramieniem. 

- Ale ja pokręciłam o wiele więcej. 

Christina Dodd 

277 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Nie, wcale nie. - Tiffany dotknęła policzka córki. - Jesteś po prostu piękną dziewczyną, 
która stara się znaleźć 
swoje miejsce w okrutnym świecie, który uważa, że piękne dziewczyny są głupie jak ja. 
Jestem z ciebie bardzo 
dumna. Jesteś mądra jak twój ojciec, ale jesteś dobrą osobą i tylko czekałam długo na twoją 
akceptację. 

- Nie jesteś głupia i do niczego nie jest ci potrzebna moja akceptacja - odpowiedziała Brandi 
stanowczo. - Jesteś 
wspaniała taka, jaka jesteś. To ja byłam słabą córką. 

Tiffany uśmiechnęła się lekko. 

- Być może czasami. Ale nieważne, jak się zachowywałaś - zawsze bardzo cię kochałam. 

- Też cię kocham, mamusiu. Zawsze cię kochałam. Uścisnęły się mocno, mocniej niż 
kiedykolwiek od dnia, 

w którym zostały same. 

- Teraz będziesz mi mówić, kiedy powiem coś nie na miejscu i zupełnie od rzeczy, zgoda? - 
zapytała Tiffany. 

- Masz na myśli zdania jak: „Jak długo jesteś pod jego opieką, wiem, że będziesz 
bezpieczna". 

- A co w tym złego? 

- Brzmi to tak, jakbyś nie wierzyła, że potrafię o siebie zadbać. 

- Kochanie. - Tiffany ujęła w dłonie twarz córki i spojrzała jej w oczy. - Jesteś najbardziej 
odpowiedzialną osobą, 
jaką znam. Oczywiście, że potrafisz o siebie zadbać. Tylko że co dwie głowy, to niejedna i... 

- Co? 

- Nie chcę, żebyś spędziła życie samotnie. Dobrze jest mieć u boku mężczyznę, albo w 
przypadku Kim kobietę. 
Dobrze jest, gdy masz do kogo wrócić do domu. Zły związek jest straszny, ale brak związku 
sprawia, że człowiek 
jest taki samotny. 

Wyraz twarzy Tiffany świadczył o nieokreślonej tęsknocie i samotności właśnie. 

Christina Dodd 

278 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

- Potrzebujesz kogoś. 

- Znalazłam kogoś. 

Brandi zamrugała. Wiedziała, że jej matka odmawiała kolejnym napotkanym mężczyznom, 
gdy Brandi była w 
szkole średniej i koledżu. Wszystkim, którzy pragnęli żony albo jeszcze lepiej - kochanki na 
pokaz. Była z niej 
dumna, kiedy widziała, że niełatwo ją zdobyć. 

Teraz najwyraźniej Tiffany znalazła partnera i kochanka. 

- Kto to? 

- Charles McGrath 

- Wujek Charles? - krzyknęła Brandi. Tiffany uśmiechnęła się niepewnie. 

Brandi przyglądała się jej z niedowierzaniem. Dodała zaraz nieco ciszej: 

- Ale on... jest stary. 

- I bogaty. I bardzo miły. I nie zdradza żony - wymieniła jednym tchem Tiffany. - Chce mnie 
poślubić i obsypać pięk-
nymi ubraniami i klejnotami, a ja chcę poślubić jego. 

- Ale. - Brandi pokręciła głową. - Będziesz musiała z nim sypiać. 

- Miłość we wszystkim może pomóc. 

- Kochasz go? 

- Być może. To całkiem możliwe. - Tiffany machnęła ręką. - Ale chodzi o to, że to on mnie 
kocha. Wprost uwielbia. 
A poza tym, kiedy Roberto będzie stary i brzydki, to nie będziesz chciała koło niego 
zasypiać? 

- Roberto? Więc wiesz? 

- Co wiem? Że go kochasz? Kochanie, gdybym dziś nie przyszła, nigdy nie udałoby ci się 
wymknąć niepostrzeżenie 
z hotelu. Ty jaśniejesz miłością. 

- Ale mamo - Brandi wzięła głęboki oddech - co się stanie, jeśli Roberto zginie dziś w nocy? 

- Roberto? Zginie? Ktoś go zabije? - Tiffany zaśmiała się 

Christina Dodd 

background image

293 

Szafirowe kłopoty 

background image

głośno. - Znam się na mężczyznach i wiem, że akurat ten, nawet jeśli go zrzucisz z 
dwudziestego piętra, zawsze 
spadnie na cztery łapy, zupełnie jak kot. 

- Z dwudziestego czwartego piętra. Brandi pomyślała o nieszczęsnej windzie. 

- Kochanie, Roberto nie da się ani złapać, ani zabić. O to się nie martw. Skoncentruj się na 
sobie. Proszę cię, nie 
pozwól, żeby stało ci się coś złego dziś wieczorem. 

- Będę ostrożna - obiecała Brandi. 

Zapewnienia Tiffany sprawiły, że poczuła się lepiej. Jej matka miała rację: Roberto zawsze 
wychodził z kłopotów 
bez szwanku. 

- Zabierajmy się więc do pracy. Musimy się przygotować, a nie mamy zbyt wiele czasu. - 
Tiffany wzięła torebkę z 
kosmetykami i ruszyła w stronę łazienki. 

- Sukienka wisi na wieszaku - zawołała Brandi. - Każdy mnie w niej wiedział. Podobno 
zdjęcia były nawet w 
gazetach. 

- O tak, jesteś znana! 

- Jak zły szeląg - mruknęła Brandi pod nosem. Nakładała na siebie szybko skąpe stringi i 
obcisłe spodnie. Piersi 
zapakowała w najbardziej podkreślający jej krągłe kształty stanik. Obcisły beżowy sweterek 
dopełnił reszty. 
Zerknęła na siebie z uśmiechem i ruszyła do łazienki. 

- Hej, mamusiu, zobacz, jak się prezentuję. 

- Och! - Tiffany odłożyła tusz do rzęs i wpatrywała się w córkę. - O mój Boże! 

Brandi przejrzała się w lustrze. 

- Dostaną zawrotów głowy od patrzenia na mnie. Tiffany zachichotała. 

- Albo oślepną. 

- W zależności od potrzeby. - Brandi usiadła na toalecie, by naciągnąć skarpetki i szpilki od 
Jimmy'ego Choo. W 
końcu wstała i przeciągnęła się zmysłowo. - Gotowa do akcji. 

Christina Dodd 

294 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

- Niezupełnie. - Tiffany wyciągnęła skądś olbrzymią, zło-to-białą broszę ozdobioną górskimi 
kryształami i przypięła 
ją na prawym ramieniu córki. - Proszę bardzo. 

- Dzięki, mamusiu. Jest idealna. Jest tak jasna, że niemal oślepia. - Zupełnie nie w stylu 
matki, pomyślała. - Skąd ją 
masz? 

- Od wujka Charlesa - odpowiedziały obie jednocześnie. 

- Pracuję nad jego smakiem, jeśli chodzi o biżuterię. - Tiffany kończyła układać fryzurę. - Co 
myślisz? 

Brandi odwróciła Tiffany i stanęła koło niej, by obie mogły przejrzeć się w lustrze. 

Tiffany wyglądała jak jej córka, a Brandi jak... właściwie nadal jak Brandi, tyle że jeśli 
wszystko pójdzie zgodnie z 
planem, chłopcy Fosserów będą całe mile od hotelu, zanim właściwa Brandi z niego wyjdzie. 

Dziewczyna podała matce ciepły zimowy płaszcz, który miała na sobie ostatniej nocy. 
Wręczyła jej też kartę pamięci 
z zapisanym filmem, którą ukrył w pudełku na kolczyki pan Nguyen. 

- Pamiętaj: poproś taksówkarza, żeby zawiózł cię na komisariat, ale wybierz jakąś okrężną 
drogę. Kiedy będziesz w 
środku, będziesz bezpieczna, ale jeśli Fosserowie zdecydują się wejść za tobą, przekaż kartę 
oficerom policji - to 
powinno załatwić sprawę. Powiedz im, że to oni właśnie zabili właściciela lombardu. To ich 
pogrąży. 

- Nie zapomnę - powiedziała Tiffany. - Może być z tego niezła zabawa. 

Brandi podniosła z podłogi i włożyła długi, ciemny płaszcz, w którym przyszła Tiffany. Nie 
zapomniała też o jej 
czapce i przeciwsłonecznych okularach. Sprawdziła bezpiecznik pistoletu i ulokowała go w 
kieszeni płaszcza. 
Zerknęła na matkę. 

- Chodźmy. 

Christina Dodd 

281 

Szafirowe kłopoty 

background image

Trzymając się za ręce, zjechały windą. Tiffany próbowała się uśmiechnąć. 

- Jesteś najmądrzejszą i najpiękniejszą dziewczynką na świecie i wierzę, że podjęłaś same 
właściwe decyzje. 

I na tym właśnie polegała różnica pomiędzy Tiffany a resztą matek. Nie powiedziała niczego 
w rodzaju „martwię się 
o ciebie, bądź ostrożna". Zamiast tego powiedziała „na pewno się uda." Kiedy Brandi 
rozmyślała teraz nad tym, 
doszła do wniosku, że sukcesy w życiu zawdzięczała nie odziedziczonej po ojcu inteligencji, 
ale matce, która nigdy 
nie wątpiła w jej umiejętności i poczynania. 

Nieważne, jak bardzo zadrwił sobie z niej Roberto - wiedziała, że jej ojciec nie ma racji. Nie 
była głupia, była 
błyskotliwie mądra, zdecydowana na wszystko i zamierzała wyjść z całej sytuacji obronną 
ręką. 

I sprawić, żeby Robertowi udała się ta sama sztuczka. 

- Dzięki, na pewno wszystko dobrze się skończy. - Przytuliła się z całej siły do matki i dodała: 
- Jesteś najmądrzejszą 
i najpiękniejszą matką na całym świecie. Joseph i Tyler Fosserowie nie mają z tobą szans. 

Gdy drzwi się otworzyły, Tiffany wyszła śmiało, plecy wyprostowane, sukienka opięta na 
ponętnych kształtach. Z 
narzuconym niedbale na ramiona białym płaszczem była obrazem wyrafinowanej obojętności 
i dekadencji. 
Uśmiechnęła się do boya hotelowego, recepcjonisty i spóźnionych gości. 

Kiedy zbliżyła się do drzwi, odźwierny otworzył je szeroko i pochylił się w uprzejmym 
ukłonie. Wyszła w mroźną 
chicagowską noc otulona w ołaszcz od Gucciego. 

Wezwana taksówka powiozła ją w siną dal. 

Fosserowie ruszyli w ślad za nią w następnej taksówce. 

Agent FBI wystartował służbowym samochodem kilka sekund po nich. 

Christina Dodd 

282 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

Brandi uśmiechnęła się. Dywersyjny plan zadziałał. 

Ale jej radość szybko się rozwiała. Narażała przecież matkę na niebezpieczeństwo. 

- Bądź ostrożna, mamusiu - wyszeptała z rękoma złożonymi jak do modlitwy. - Proszę cię, 
uważaj na siebie. 

background image

Rozdział 27 

Z opuszczoną głową Brandi zmierzała do wyjścia. Nikt nawet nie odwrócił głowy w jej 
stronę. Przeszła szybko w dół 
Michigan Avenue do następnego hotelu i stamtąd wzięła taksówkę. 

- Do „Wypchanego Psa" proszę - rzuciła. - Pośpiesz się, będę skłonna dorzucić niezły 
napiwek. 

- Oczywiście, proszę pani - odpowiedział taksówkarz, wciskając mocno pedał gazu. Trafiła 
dobrze, gdyby taksówka 
miała bardziej aerodynamiczny kształt - prawdopodobnie wzbiliby się w powietrze podczas 
tej szalonej jazdy. 

Zapłaciła na tyle dużo, że w jego podziękowaniu usłyszała nutę nieskrywanej szczerości i 
zadowolenia. Wysiadła i 
poczuła na policzkach mroźne szczypanie. 

Była prawie druga w nocy. Na zimnym, bezchmurnym niebie migotały gwiazdy niczym 
zmarznięte płatki śniegu. 
Para i szron kryły częściowo okna „Wypchanego Psa". W środku Brandi ujrzała jednak 
pozbawioną wigoru kelnerkę 
siedzącą na krześle przy barze i dwóch niezbyt świeżo wyglądających klientów pochylonych 
nad kubkami z kawą. 

Mossimo Fossera siedział tyłem do ściany, w kącie sali znacznie oddalonym od wejścia. 
Przed nim na stole stał pusty 
talerz oraz leżały brudne, odsunięte na bok sztućce. Gangster wpatrywał się w ekran 
srebrnego laptopa, oglądając 
film. 

Christina Dodd 

298 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Brandi wiedziała, że nie był to jakiś tam sobie film, ale przesyłane przez Fosserów na bieżąco 
nagranie z Instytutu 
Sztuk, do którego włamał się Roberto. Mossimo siedział tak że nie widziała obrazu, ale wiele 
mogła wyczytać ze 
sposobu, w jaki się zachowywał. Przypominał mężczyznę oglądającego w telewizji mecz. 
Kulił się, robił uniki, raz 
nawet wstał i zaciskał pięści, by po chwili usiąść. Brandi wiedziała, że wszystko idzie zgodnie 
z planem. Inaczej 
Mossima by tu nie było. Ale ze zdenerwowania gangstera i zaciśniętych nerwowo warg 
mogła wnioskować, że 
Roberto nie miał łatwego zadania. 

Mogła wyczytać też inne rzeczy. Nieważne jak sprytnym i bezwzględnym był draniem - teraz 
wyraźnie odbijały się 
na jego twarzy zazdrość i chciwość. Nie mógł się przecież poszczycić żadną z umiejętności 
Roberta. 

Zatrzęsła się, gdy wiatr wdarł się pod jej płaszcz. Zerknęła na zegarek. Jeśli wszystko pójdzie 
dobrze, Roberto będzie 
tu za dwadzieścia minut. Przez ten czas musi pochodzić. Inaczej zamieni się w sopel lodu, a w 
tej postaci będzie jej 
niesamowicie trudno pomóc ocalić go przed więzieniem bądź wiecznością. 

Ruszyła w dół ulicy, by po paru minutach zatrzymać się i wrócić do punktu wyjścia. Zerknęła 
przez okno. 

Mossimo stał wyprostowany, szeroko uśmiechnięty i trzymał zaciśnięte ręce nad głową w 
wyraźnie radosnego 
uniesienia. 

Roberto ukradł Płomień Romanowów. 

Spadł na cztery łapy. Wciąż był żywy. 

Ruszyła ponownie w dół ulicy. Żwawy spacer sprawiał, że krew krążyła nieco szybciej i 
Brandi zrobiło się cieplej. 
Jej szpilki stukały miarowo po zamarzniętym chodniku. 

Kiedy doszła do najbliższej przecznicy, usłyszała nadjeżdżający samochód. Odwróciła głowę. 
Brązowe Infiniti 45 

Christina Dodd 

284 

Szafirowe kłopoty 

background image

zatrzymało się z piskiem opon przy restauracji i dwóch mężczyzn w długich płaszczach, o 
twarzach zakrytych 
szalikami, wyskoczyło ze środka i zniknęło w restauracji. 

Podbiegła do okna. Zdążyła zobaczyć, jak zdejmują czapki. Poznała ich. Najbliżsi ludzie 
Mossima. Podali 
gangsterowi małe pudełeczko. Otworzył je, zerknął do środka, pokiwał głową i włożył je do 
kieszeni marynarki. 
Mężczyźni zajęli miejsca obok szefa. Ten szybko coś referował, wskazując ekran komputera i 
gestykulując żywo. 
Wszyscy co chwila zerkali na drzwi, oczekując najwyraźniej rychłego przybycia pozostałych. 

Niski kobiecy głos odezwał się za plecami Brandi. 

- Nie wiedziałam, że nadają mecze w telewizji o tej porze. Brandi momentalnie odwróciła się 
na pięcie. 

Na początku nie mogła dostrzec niczego, poza powiewającymi na wietrze szmatami, które 
sprawiały wrażenie 
wyjątkowo przypadkowo dobranych. W końcu ujrzała jednak iskierki wesołych oczu i 
uśmiechnięte usta. 

- Pewnie powtórka - powiedziała Brandi. - Jest strasznie późno i cholernie zimno. 

A Roberto i pozostali Fosserowie mieli dopiero się zjawić z brylantem. Wtedy zaś zaczną się 
kłopoty i lepiej dla tej 
kobiety, by znalazła się gdzie indziej. Najlepiej jak najdalej od „Wypchanego Psa". 

- Masz dokąd pójść? - zapytała Brandi. 

- A ty? - Śmiesznie ubrana kobieta musiała być od dziewczyny o dobre trzydzieści 
centymetrów niższa. Zalatywało 
od niej whiski i śmieciami. I najwyraźniej chciała, żeby to Brandi stąd zniknęła. 

- Czekam na mojego chłopaka, zabierze mnie stąd już niedługo. - To nawet nie było 
kłamstwo. Kiedy ją zobaczy, z 
pewnością będzie chciał ją porwać i jak najszybciej oddalić się stąd. 

Christina Dodd 

300 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Przynajmniej taką miała nadzieję. 

- Widzisz, to nie jest najlepszy pomysł. - Głos kobiety nabrał rzeczowości i powagi. - To 
bardzo nieprzyjemna okoli-
ca i w nocy coś złego może przydarzyć się tak pięknej dziewczynie. Może zamówię ci 
taksówkę i odeślę z powrotem 
do hotelu? 

- Co? - zapytała Brandi, patrząc z niedowierzaniem. Skąd ona mogła wiedzieć o hotelu? 

- Zadzwonię po taksówkę - powtórzyła niska kobieta i podskoczyła nagle, jak użądlona. 
Przycisnęła palce do ucha. - 
Cholera. Dobrze. Zaraz zajmę pozycję. 

Brandi patrzyła, jak jej rozmówczyni poczłapała w stronę wejścia do „Wypchanego Psa". 

Czy głosy w jej głowie mówiły jej, dokąd ma iść? 

Samochód podjechał na parking restauracji. Brandi podeszła bliżej, by zobaczyć, czy się 
zatrzyma. Zatrzymał się. 

Roberto wysiadł pierwszy, zaraz dołączyli do niego Ricky, Dante i Greg Fossera. 

Brandi ruszyła w ślad za nimi. 

Nikt nie zwracał na nią uwagi. Inni członkowie rodziny, którzy wcześniej siedzieli z 
Mossimem, wstali, by przywitać 
nowo przybyłych. Wszyscy poklepywali się po plecach i zachowywali się jak grupa świeżo 
upieczonych ojców 
radośnie gratulujących sobie nawzajem. 

Roberto stał pośrodku, uśmiechając się i przyjmując gratulacje, jakby mu się należały. 

Głupi, kłamliwy, egoistyczny sukinsyn. 

Starsza pani w łachmanach nie wydawała się specjalnie zainteresowana całym zamieszaniem. 
Tak zresztą jak i 
dwóch klientów pochylonych nad kawą. Byli albo zbyt pijani, albo wystarczająco przezorni, 
żeby nie włączać się do 
rozmowy gangsterów. 

Brandi chciałaby odczuwać podobną obojętność. 

Christina Dodd 

286 

Szafirowe kłopoty 

background image

Mossimo siedział przy stole, przyglądając się scenie i uśmiechając się półgębkiem. Wyglądał 
jak stara ropucha. 

Brandi przysunęła się bliżej baru, skąd miała lepszy widok na mężczyzn. Czekała na swoją 
szansę i zastanawiała się, 
czy rzeczywiście starczy jej odwagi, by w razie potrzeby do kogoś strzelić, zwłaszcza do 
Roberta. 

Mossimo włożył palce do ust i zagwizdał przeciągle. 

Mężczyźni przycichli, choć szerokie uśmiechy nie zniknęły z ich twarzy. 

- Gdzie jest Fico? - zapytał Mossimo. 

- Nie pokazał się - odpowiedział Ricky. Fosserowie wymienili znaczące spojrzenia. 

- Jeśli ktoś zobaczy Fica, niech wpakuje mu kulę - zarządził Mossimo. 

W restauracji nagle zrobiło się bardzo cicho i bardzo chłodno. Klienci jakby przygarbili się 
jeszcze bardziej na 
swoich krzesłach. Kobieta w łachmanach schowała się za ladą. 

Brandi powoli sięgnęła do kieszeni i zacisnęła dłoń na rękojeści broni. 

- Nie potrzebowaliśmy go - powiedział Dante. - Był jeden alarm, którego nie 
przewidzieliśmy, ale Gregowi udało się 
go rozpracować... 

- I rozbroiłem go. - Greg wysunął się do przodu. Dante kontynuował: 

- Wtedy wkroczył Roberto. Prawdziwy artysta. Jak Boga kocham, mówię ci. Nikt nie wie, że 
Płomień Romanowów 
został skradziony. I nie będą wiedzieli, bo fałszywy kamień, który zostawiliśmy w tym 
miejscu, jest naprawdę 
świetny. 

- O tak! Poszło idealnie gładko. Jesteśmy czyści i mamy kamień! 

- Zdobyliśmy go - potwierdził Roberto. 

- A więc gdzie on jest? - Mossimo pstryknął palcami i wskazał pustą dłoń. 

Christina Dodd 

287 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

Ricky wskazał Roberta, a Dante i Greg z uznaniem skłonili się w jego stronę. 

Wyciągnął z kieszeni torebkę wielkości pięści i poluzował ściągający ją sznurek. 

Głupi, kłamliwy drań. Brandi miała nadzieję, że kiedy wszystko się skończy, umieszczą ją w 
celi sąsiadującej z celą 
Roberta, tak żeby mogła mu przypominać, co o nim myśli, przez następne dwadzieścia pięć 
lat. 

Wyciągnął rękę do Mossima. 

Brandi z bijącym jak oszalałe sercem wyciągnęła pistolet z kieszeni. 

Roberto postąpił krok do tyłu. 

- Ale najpierw, Mossimo, pokaż mi mój rubin. Obiecałeś mi rubin Pattersonów w zamian za 
moje usługi. 

Brandi schowała pistolet. 

Mossimo wyjął z kieszeni niewielkie pudełko i wyciągnął w stronę Roberta. 

- Pozwól, że zobaczę. 

- Och, ani krztyny zaufania, prawda? - zapytał gangster nagannym tonem, ale otworzył 
kasetkę. 

Wyszlifowane klasycznie fasety wydawały się migotać mieszaniną ognistych i krwawych 
błysków. Roberto kiwnął 
głową i uśmiechnął się. 

- Bella. - Odebrał kasetkę, zamknął je i wsunął do kieszeni. Następnie triumfalnie wydobył 
brylant i ucałował go. 
Brandi tak bardzo chciała do niego strzelić, że jej dłoń 

trzymająca pistolet zaczęła się nagle trząść. 

Roberto uczynił ruch w stronę Mossima a Brandi wyciągnęła z ukrycia pistolet i wycelowała. 

- Roberto! - wrzasnęła. 

Roberto zawirował w miejscu. Ujrzał ją i na jego twarzy odmalowało się przerażenie. 

- Oddaj mi brylant - powiedziała rozkazującym tonem. 

background image

Rozdział 28 

Pistolety pojawiły się naraz w dłoniach wszystkich Fos-serów. Wszystkie celowały w Roberta 
i Brandi. Mossimo 
wyrwał brylant z zaciśniętej ręki Włocha. 

- Zabić ją! 

- Nie strzelać - krzyczał Roberto. - Na miłość boską, nie strzelać. 

Ruszył w jej stronę odrzucając na boki krzesła. 

Pierwsze krzesło powaliło Grega. 

Jego pistolet wypalił i z sufitu odpadł kawałek tynku. 

Kolejne krzesło uderzyło Ricky'ego. 

Z rozłożonymi ramionami poleciał na stół. 

W dłoniach Roberta krzesła stawały się bronią. 

Szybko przemierzał restaurację, by znaleźć się jak najbliżej Brandi. Jeden z klientów w 
panice rzucił mu się pod 
nogi, upadł, wywalając stoły i krzesła, jak klocki domina. 

- Zabić ich wszystkich - krzyczał Mossimo. 

Nie zostawił Brandi wyboru. Wymierzyła w starego gangstera. 

Z tyłu ktoś złapał ją za włosy. 

Ból sprawił, że łzy napłynęły jej do oczu. Uklękła na jedno kolano. 

- Mam ją - wrzasnął mężczyzna za nią. Czapka zjechała jej na oczy. Odrzuciła ją. 

Joseph. To był Joseph. Zabójca pana Nguyena. Skąd się 

Christina Dodd 

304 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

 

 

 

background image

tutaj wziął? Mały gnojek, który wcześniej próbował ich zabić. Jak się tu dostał? Gdzie był 
Tyler? Co zrobili jej 
matce? 

Z całej siły nastąpiła obcasem na jego but. Z rykiem bólu wypuścił ją z chwytu. 

- Brandi, padnij! - krzyczał Roberto. - Na podłogę! Żeby Joseph skopał ją na śmierć? Nie ma 
mowy. 

- Dziwko, tym razem cię zabiję! - Joseph wyciągnął ku niej ręce. Balerina Brandi wykonała 
grand jęte, którego nie 
powstydziłyby się największe sławy baletu. Co więcej, wykonała je na szpilkach. Joseph 
dostał jedną z nich prosto w 
pierś. Upadł na ziemię z rozłożonymi ramionami. 

Brandi straciła równowagę i rąbnęła o twardą ladę. Pozbierała się jakoś, ale gdy chciała 
stanąć prosto, poczuła, jak 
ucieka jej stopa. 

Zerknęła na dół. Ulubione buty jej matki. Kopiąc napastnika, złamała jeden obcas. Wściekła 
odwróciła się ponownie 
w stronę Josepha. 

W „Wypchanym Psie" rozpętało się istne pandemonium. Kolejne krzesło przeleciało, 
uderzając w ścianę. Pięści 
poszły w ruch. 

Brandi ujrzała, jak przekrwiony wzrok Josepha zatrzymał się na Robercie. Uniósł nóż i 
wycelował. Znać było w tym 
znawstwo i profesjonalizm. 

Bez namysłu, nie unosząc nawet dobrze broni, strzeliła do niego. 

Odrzut sprawił, że znowu rąbnęła o ladę. Od huku nieomal popękały jej bębenki. 

Nóż przeleciał tak blisko, że odciął odrobinę jej wspaniale rozjaśnionych włosów. 

Joseph ryczał z bólu. Krzyczał jak dziewczyna. Wił się na ziemi, trzymając się za udo. Krew 
sączyła się przez dżinsy 
i zbierała na podłodze rosnącą kałużą. 

Christina Dodd 

290 

Szafirowe kłopoty 

background image

Rozpłomieniona, z uniesionym i gotowym do strzału pistoletem, odwróciła się w stronę sali. 

Sytuacja zdążyła się diametralnie zmienić. 

Kobieta w łachmanach celowała właśnie do Mossimo Fos-sery z pistoletu. O wiele większego 
niż pistolet Brandi. 
Kelnerka trzymała w ręku strzelbę. Dwaj pozostali klienci trzymali rewolwery wymierzone w 
młodszych Fosserów, 
którzy spokojnie i bez gwałtownych ruchów odkładali właśnie broń na ziemię. Agenci 
wpadali do restauracji ze 
wszystkich stron. Wszyscy byli uzbrojeni w pistolety, rewolwery, strzelby oraz... hm, jakąś 
bardziej wymyślną broń 
palną. 

Roberto opierał się o stół i potrząsał w powietrzu ręką, jakby bardzo go bolała. Patrzył na 
Dantego, który leżał na 
podłodze z rozkwaszonym nosem. 

Brandi była mądrą osobą, ale tu nie trzeba było specjalnego intelektu, by domyślić się, że 
Robertowi ani przez 
moment nie groziło niebezpieczeństwo. Nie byłby bezpieczniejszy nawet wówczas, gdyby 
zamiast do „Wypchanego 
Psa" wybrał się, dla przykładu, do kościoła. 

Agent, który stał przed hotelem, ten sam, którego w pole wywiodła Tiffany, wszedł do 
środka. Przyjrzał się Brandi z 
nieskrywaną niechęcią. 

- Ty i twoja matka. Panie mądralińskie. 

Te słowa wystarczyły, żeby uznać, że wszystko było w porządku z Tiffany. Dzięki Bogu. 

Roberto przyglądał się jej przez chwilę. Wydawał się oddychać z ulgą. Po chwili jednak 
zmarszczył brwi, a w 
ciemnych oczach zamigotały niebezpieczne ogniki. 

O tak, musiał być wściekły. Jej pojawienie się musiało zepsuć całą misternie zaplanowaną 
bohaterską operację. 

Szkoda. Nie byłoby tak, gdyby jej zaufał. Gdyby okazał jej odrobinę tego, o co sam cały czas 
się dopraszał. 

- Podły drań 

Christina Dodd 

291 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

background image

W hałasie panującym w restauracji raczej nie mógł jej usłyszeć, ale być może wyczytał coś z 
ruchu warg. Ruszył ku 
niej zdecydowanie. 

- Zdrajca! - krzyczał Mossimo, przyciskając brylant do piersi. - Ty bękarci synu włoskiej 
dziwki! Zdradziłeś mnie! 

Roberto zatrzymał się i odwrócił w stronę Mossima. Ruchem tak szybkim, że Brandi ledwie 
go dostrzegła, podciął 
gangstera z lewej strony. Podłoga w restauracji zatrzęsła się, gdy Mossimo runął na plecy. 

Roberto pochylił się nad świszczącym, stękającym z gniewu i bezsilności gangsterem. 

- Mili panowie z FBI zabiorą cię teraz ze sobą. Pewnie nie będziesz szczęśliwy, idąc do 
więzienia na dwieście lat z 
okładem, za to wiem przynajmniej o jednej osobie o nazwisku Fossera, która uraduje się, 
widząc cię za kratami. 

- Fico, ten dwulicowy drań - wysapał Mossimo. 

- Nie - odpowiedział Roberto. - Miałem na myśli twoją żonę. 

Agenci FBI wybuchnęli śmiechem. Brandi nie było do śmiechu. 

- A kamień, który tak ściskasz, to szlifowana cyrkonia. Prawdziwy Płomień Romanowów 
wyjechał z kraju trzy dni 
temu. 

Mossimo wyjął kamień z torebki i spojrzał na niego pod światło. Fasetki wydawały się rzucać 
kpiące refleksy 
świetlne na jego twarz. 

Brandi miała wrażenie, że kpina jest skierowana również przeciwko niej. 

Mossimo z całej siły cisnął fałszywy brylant w stronę Roberta. 

Ten złapał go bez trudu i w triumfalnym geście podrzucił w górę. Wylądował na jego 
wyciągniętej dłoni. 
Uśmiechając się szeroko, zamknął na nim palce. 

Christina Dodd 

307 

Szafirowe kłopoty 

background image

Celebracja zwycięstwa. Jasne. Każdy by świętował, gdyby za jednym zamachem, 
inscenizując kradzież fałszywego 
brylantu udało mu się posłać do więzienia całą rodzinę bandytów. I przy okazji wyrównać 
rodzinne porachunki w 
imieniu swoim i dziadka. 

Przez cały czas, od kiedy go poznała, pracował dla FBI. Pracował nad wsadzeniem Fosserów 
do więzienia i nad tym, 
by wpadli zaraz po kradzieży, w momencie otrzymywanie skradzionego łupu wielkiej 
wartości. 

A ona po prostu dała się nabrać, jak cała reszta, która nie wiedziała o podstępie FBI i Roberta. 

Na dodatek jej troska o pozycję w pracy, niechciane wyjścia na przyjęcia, tolerowanie jego 
arogancji, wyrzuty 
sumienia z powodu nieetycznego związku z klientem, cała ta obawa o niego i wynikły z tej 
obawy nocny rajd z 
bronią palną przez Chicago, by uratować kochanka przed nieistniejącym zagrożeniem i nawet 
złamanie obcasa u 
buta jej matki - wszystko to okazało się niewiele warte. Właściwie całkowicie bez znaczenia. 

Przeklęty brylant, dla którego postanowiła zaryzykować swoje życie, nawet nie był 
prawdziwy! 

Kiedy obudziła się tej nocy i myślała, że Roberto złamał daną niewiele wcześniej obietnicę, 
czuła się wystrychnięta 
na dudka. 

Wszystko stawało się jasne. Jego przyrzeczenia, od których nie tak dawno szczerze radowało 
się jej serce - 
przyrzeczenia, że już niczego nie ukradnie i będzie przestrzegał prawa - brzmiały teraz pusto i 
przypominały 
fałszywy kamień - tę cyrkonię, którą teraz ściskał w dłoni. 

Bo jakże mógłby ukraść brylant z Instytutu Sztuk, skoro od trzech dni nie było go w kraju? 

Powoli odłożyła pistolet na ladę. Obawiała się, że nie oprze się chęci, by strzelić kochankowi 
prosto w pierś, tam 
gdzie 

Christina Dodd 

308 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

powinno znajdować się jego kamienne serce. Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia. 

Bardziej usłyszała, niż zobaczyła, podnoszącego się z podłogi Josepha. 

- Dla ciebie, Mossimo! - krzyknął, celując w jej głowę. Roberto zareagował błyskawicznie. 
Kamień śmignął przez 

pół sali i trafił Josepha dokładnie między oczy. Upadł na podłogę, tracąc przytomność, wielki 
krwawy guz wyrastał 
na jego czole. 

Jeden z agentów podniósł z ziemi i zabezpieczył pistolet. Patrzyła na leżące ciało. 

Była szczęśliwa, że go postrzeliła. Oczywiście, był jedynie namiastką osoby, do której 
naprawdę pragnęłaby strzelić 
- jej byłego kochanka. 

Roberto ponownie ruszył w jej stronę. Wyglądał groźnie. Musiał być wściekły. Wyglądał 
dokładnie jak ktoś, kto 
zdolny byłby ukryć przed nią każdą prawdę i każde kłamstwo. 

Wysunęła przed siebie dłoń. Odkaszlnęła i powiedziała pozbawionym emocji głosem: 

- Idę do domu, nie zobaczymy się więcej. Życzę ci wszystkiego najlepszego, ale żywię 
nadzieję, że będziesz miał 
pecha i trafi cię w głowę meteoryt. Byłaby to odpowiednia nagroda za wszystko, czego przez 
ciebie doświadczyłam. 

Roberto nie zatrzymał się ani na chwilę. Utykając na prawą nogę, wyszła przez drzwi. Ruszył 
za nią. Uderzył go 
silny powiew wiatru. Pachniał deszczem i był niemal ciepły. 

Nadchodziło przedwiośnie. 

Agent Aiden złapał Roberta za ramię. 

Odwrócił się wściekły, że ktoś ośmiela się go zatrzymywać. 

- Pozwól jej odejść. Jest wkurzona i nie możesz jej za to winić. 

Aiden był wysokim, mocno zbudowanym mężczyzną 

Christina Dodd 

294 

Szafirowe kłopoty 

background image

w średnim wieku o krótkich, jasnych włosach i orzechowych oczach. To on był głównym 
kontaktem Roberta w FBI 
i współtwórcą całego planu. 

Znali się od lat, a kiedy Roberto usłyszał pogłoskę, że Mossimo planuje ukraść Płomień 
Romanowów, powiadomił 

0 tym Aidena. Aiden miał na tyle duże wpływy, że dobił z Robertem targu. Roberto zaś znał 
się na rzeczy i miał 
dojścia, których nie miał Aiden. Byli wyśmienitą parą współpracowników. Aż do teraz. 

- Nie może łazić po Chicago o drugiej trzydzieści nad ranem w poszukiwaniu taksówki - 
odpowiedział niecierpliwie. 

- Już jeden z moich ludzi wiezie ją do hotelu... nie, czekaj. - Aiden przycisnął rękę do 
słuchawki w uchu. - 
Postanowiła jechać do rezydencji Charlesa McGratha. Będzie tam zupełnie bezpieczna. 
Nawet więcej niż bez-
pieczna. 

- Zabezpieczy się przede mną - mruknął. 

Wiedział doskonale, że Aiden ma rację. Miał rację ale wcale mu się to nie podobało. Brandi 
domyśliła się, jak 
przebiegła cała operacja, i teraz go nienawidziła. I żadne wyjaśnienia tego nie zmienią. 
Wszystko zależało już tylko 

1 wyłącznie od jej zdrowego rozsądku. Roberto wierzył, że właśnie ten zdrowy rozsądek 
przemówi do 
przepełnionego chwilowo negatywnymi emocjami serca dziewczyny. 

Brandi była wyjątkową kobietą. Taką, która posługiwała się logiką w codziennym życiu. 
Kiedy to wszystko 
przemyśli, być może dojdzie do wniosku, że nie miał innego wyjścia i musiał postąpić 
właśnie w ten sposób. 
Zrozumie nawet, że jej obecność na przyjęciach miała go uwiarygodnić jako 
międzynarodowego złodzieja brylantów 
i bawidamka. 

Hm. Może lepiej, żeby wziął kwiaty, gdy pójdzie to wyjaśniać. 

Christina Dodd 

295 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

 

 

background image

Agenci podnieśli skutego Mossimo Fosserę. Niska kobieta w łachmanach popchnęła go, by 
ruszył przed siebie. 

- To jest jakaś zasadzka, niczego nie ukradłem! 

- Przyjąłeś kradzione dobra - odpowiedziała. - Rubin Pattersonów i brylant. 

- To nie był brylant - wrzeszczał Mossimo. 

- Ja bym się dała nabrać - uśmiechnęła się agentka. 

- Domagam się mojego prawnika - Mossimo nie przestawał krzyczeć. - Chcę prawnika. 

- Zamknij się - warknął Roberto. Mossimo odwrócił się w jego stronę. 

- Dla nas jesteś trupem. Zdradziłeś i żaden złodziej nie poda ci ręki. Przeklęty sługus FBI! 

- Och, hrabia Bartolini z pewnością bardzo się tym przejmuje - powiedziała kobieta w 
łachmanach. 

- Hrabia? Jaki hrabia? Zaraz pęknę! - Mossimo zaśmiał się szyderczo. - Każdy myśli, że on 
jest taki cwany, bogaty i 
europejski. A w rzeczywistości jest bękartem. Bękartem tej dziwki, którą stary Sergio ma za 
swoją córkę. 

- Zabierzcie go stąd - powiedział Aiden. Poganiany przez agentów, Mossimo opuścił 
restaurację. 

- Nienawidzę tego człowieka - powiedział Aiden. 

- Tak, ale mam dokładnie to, czego chciałem. 

- Zemstę za to, co się przydarzyło dziadkowi? 

- To też - powiedział, dotykając kieszeni. 

W pomieszczeniu zjawiali się nowi agenci z aparatami fotograficznymi i taśmami do 
pomiarów. Musieli zebrać 
dokumentację przestępstwa. 

Aiden sam wszystkiego doglądał. 

- Powiem ci tylko, Roberto, że naprawdę nie wiedzieliśmy co robić, gdy agent, któremu 
wydawało się, że śledzi 
Brandi, uświadomił sobie, że jedzie za jej matką na komisariat policji, a sama Brandi czeka 
sobie w najlepsze pod 
restauracją. Wszy- 

Christina Dodd 

background image

311 

Szafirowe kłopoty 

background image

scy darli się do mnie, jakbym wyciągał świetne pomysły na zawołanie z rękawa. A sam byłem 
przecież zajęty 
śledzeniem waszego samochodu. 

- Nie mogli jej stąd po prostu zabrać? - Przynajmniej by nie musiała oglądać tego 
zakończenia, pomyślał. 

- Mogliby, gdyby mieli dodatkowe pięć minut. Ale nie mieli. Byliśmy zabezpieczeni na każdą 
ewentualność, z 
wyjątkiem tej jednej. 

- Nie tylko wy... 

Przedziwnie na niego patrzyła. Zła i zdenerwowana. Tak, tego oczekiwał. Ale na jej obliczu 
rysował się też ból. 
Jakby doznała najsroższego na świecie zawodu. 

- Muszę po nią iść. 

- Nie teraz. Jest tu ktoś, kogo chciałbyś poznać. - Aiden kiwnął głową w stronę wysokiego, 
chudego mężczyzny, 
który przyszedł z drugą grupą agentów. 

- Kto to? 

- Gość z informacjami, o które się starałeś. Dla których to wszystko zrobiłeś. 

Roberto pobladł nagle. 

- Rozumiem, że on wie, kim jestem. 

- Wie to wszystko. - Aiden pokręcił głową. - Biedny sukinsyn. 

- Jest tu, by mi wszystko powiedzieć? - Roberto rozejrzał się wokół. Fluorescencyjne lampy 
rzucały mdłe światło na 
powywalane stoły i połamane krzesła. Agenci przemieszczali się żwawo, krzątali, bez 
przerwy głośno mówiąc oraz 
robiąc zdjęcia. 

Krew plamiła podłogę. Kiedy zaczynał swoją misję, nie przypuszczał, że jej koniec nastąpi o 
drugiej trzydzieści nad 
ranem w „Wypchanym Psie". 

Aiden najwyraźniej nie widział nic niewłaściwego w całej sytuacji. 

Christina Dodd 

312 

background image

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

background image

- Umówiliśmy się, nieprawdaż? Odwaliłeś swoją robotę, więc myślałem, że będziesz chciał 
się dowiedzieć od razu? 

- Chcę - odpowiedział, ale nie czuł się do końca gotowy. Nie wiedział, czy kiedykolwiek 
będzie gotowy, by poznać 
prawdę o człowieku, który był jego ojcem. 

Chicagowski policjant wszedł przez otwarte drzwi do pełnej ludzi restauracji. 

- Co tu się dzieje? - krzyknął. 

- To scena przestępstwa zabezpieczana przez FBI. Restauracja jest zamknięta - odpowiedział 
mu Aiden. 

- Właśnie widzę, że jest. Co tu się stało? 

Aiden ruszył w stronę policjanta bez słowa, zostawiając Roberto samego. 

Cóż, najwyraźniej sam musiał się przedstawić. 

Młody mężczyzna miał około dwudziestu trzech lat. Choć chudy, ramiona miał szerokie. Jego 
włosy były ciemne, 
jak włosy Roberta. Oczy błyszczały inteligentnie. Patrzył na Roberta zmierzającego w jego 
stronę i na przenikliwe 
spojrzenie odpowiedział podobnym, równie przenikliwym. 

- Jestem Roberto Bartolini. - Włoch wyciągnął dłoń na przywitanie. 

Młody mężczyzna uścisnął ją serdecznie. Patrzył na twarz Roberta, jakby próbował się czegoś 
w niej doszukać. 
Odezwał się w końcu, a w jego głosie wyraźnie brzmiał akcent arystokratów ze wschodniego 
wybrzeża. 

- Nazywam się Carrick Manly. Jestem twoim przyrodnim bratem. 

background image

Rozdział 29 

Następnego dnia ani Tiffany, ani Brandi nie odbierały telefonów Roberta. Musiał udać się 
osobiście do rezydencji 
McGratha, gdzie uzyskał jedynie informację, że obie panie przeprowadziły się na powrót do 
apartamentu Brandi. 

Charles McGrath również nie wydawał się zachwycony obrotem całej sprawy. 

- Kiedy ofiarowywałem pomoc tobie i FBI, chłopcze, nie przypuszczałem, że zgadzam się na 
to, by stracić moją 
narzeczoną, i to z powodu napięć pomiędzy tobą a jej córką. Tiffany mieszkała już ze mną, 
chciała zostać. Pomagała 
mi wykańczać mieszkanie, chodziliśmy razem na przyjęcia. Byliśmy całkiem szczęśliwą parą. 
Aż do momentu, gdy 
do domu wpadła zapłakana Brandi, a Tiffany dowiedziała się, że byłem zamieszany w to 
wszystko i wiedziałem o 
twojej roli. Teraz żadna z nich się do mnie nie odzywa. Bardzo dziękuję. 

Roberto musiał zapakować kwiaty i prezenty z powrotem do bmw - Newby był agentem FBI i 
po skończonej 
operacji Roberto musiał prowadzić samochód sam. Bez namysłu ruszył do mieszkania Brandi. 

Kiedy zadzwonił do drzwi, otworzyła Tiffany. 

- Jakie piękne kwiaty! - krzyknęła i uwolniła go od bukietu złotych słoneczników i 
purpurowych astrów. - A to, jak 
podejrzewam, są prezenty dla Brandi? 

Spokojnie odebrała od niego torby. 

Christina Dodd 

314 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

- Niestety, nie sądzę, by to miało zadziałać - powiedziała w końcu. - Będziesz musiał postarać 
się o wiele bardziej - 
dodała i zamknęła mu drzwi przed nosem. 

Stał przez chwilę, pewien, że zaraz otworzy drzwi i powie, że to był niefortunny żart. Nie 
otworzyła. 

Regularnie nagrywał się na jej automatyczną sekretarkę. Pierwsze wiadomości były spokojne, 
następnego dnia już 
przesycone irytacją, a trzeciego wrzeszczał do telefonu. Wszystkie łączyła jedna cecha - nie 
odnosiły żadnego 
skutku. W końcu postanowił szukać porady eksperta i zadzwonił do hrabiego Giorgio 
Bartoliniego który przez ponad 
trzydzieści lat był mężem jego niezwykle pełnej temperamentu matki. 

Kiedy hrabia usłyszał historię, westchnął głęboko. 

- Przez wszystkie lata niczego się nie nauczyłeś. Ta młoda kobieta, Brandi - twierdzisz, że 
podziwiasz jej inteligencję 
i że jesteś zachwycony jej niezależnością i umiejętnością podejmowania decyzji - a jednak 
postanowiłeś ją wyko-
rzystać. 

Roberto był wściekły. Ostatnią rzeczą, jakiej oczekiwał, było to, że ojciec weźmie stronę 
Brandi. 

- To wcale nie tak, papo. 

- Oczywiście, że tak. Jest dumną osobą, a ty zrobiłeś z niej idiotkę - Roberto widział oczami 
wyobraźni, jak ojciec 
kręci gniewnie głową. - Miłość, która potrafi przetrwać trudy i wszelkie cierpienia, nie 
wytrwa w obliczu kpiny. 

- Nie kpiłem z niej. - Roberto zaczął myśleć, że telefon był pomyłką. - Zadzwoniłem, 
żebyśmy mogli spokojnie 
przemyśleć strategię, która pomogłaby mi w odzyskaniu dziewczyny. Zamiast tego 
uświadamiasz mi, że wina leży 
po mojej stronie. 

Ojciec milczał przez długą minutę. 

- Gdybyś stał tutaj, koło mnie, najpewniej bym cię spolicz-kował. Oczywiście, że wina leży 
po twojej stronie. Kiedy 

Christina Dodd 

300 

Szafirowe kłopoty 

background image
background image

obcujesz z kobietą, nie troszczysz się o to, co sensowne i logiczne. Kiedy obcujesz z kobietą, 
nawet jeśli to nie jest 
twoja wina - to i tak jest twoja wina. Na tym polega bycie mężczyzną. 

- Jestem mężczyzną, papo, ale żadna kobieta nigdy nie obarczała mnie bezsensownie winą. 

- Żadna nie uratowała również twojego niewiele wartego życia. 

Roberto poczuł się przyciśnięty do ściany. 

- Również uratowałem jej życie. To była uczciwa wymiana. 

- Każdy mężczyzna by to zrobił. Kochasz tę Brandi? 

- Tak, ale... 

- Więc znajdź sposób na to, by cię wysłuchała. Przyznaj się, że nie miałeś racji i popełniłeś 
błąd, a jeśli będziesz miał 
nieco szczęścia - Brandi ci wybaczy. 

- Roberto Bartolini nie korzy się przed kobietami! 

* * * 

- Do zobaczenia, kochanie. Zobaczysz, wszyscy będą cię uwielbiać. - Tiffany ucałowała 
córkę, jakby ta właśnie 
wybierała się na rozpoczęcie roku szkolnego. 

Ale Brandi szła zmierzyć się z pracownikami kancelarii McGrath i Lindoberth, którzy z 
pewnością nie mieli 
najlepszego zdania na temat sposobu, w jaki Brandi traktowała etykę zawodową. 

- Wystarczy, że okażą się w miarę tolerancyjni. 

- Wiem, że nie będzie przyjemnie, ale musisz iść. Musisz przecież spłacić jakoś tę pożyczkę, 
którą wzięłaś w banku. 

Jasne. Pożyczka zaciągnięta, by spłacić ojca. Pożyczka, której żyrantem został sam wujek 
Charles. 

- Mam trzy lata na to, by ją spłacić. Trzy lata z ludźmi, 

Christina Dodd 

301 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

którzy będą chcieli uczynić z mojego życia piekło. - Brandi odetchnęła głęboko. - W końcu 
trzy lata to nie tak wiele. 

- Oto myślenie pozytywne - zaszczebiotała zachwycona Tiffany. Jej natura cheerleaderki 
zawsze brała górę w takich 
momentach. - Nie zapomnij, że wyglądasz świetnie. 

Brandi rzeczywiście wyglądała świetnie w kostiumie Dolce & Gabbana, białym swetrze o 
luźnym kołnierzu i 
eleganckich butach z kolekcji Donalda Plinera. Tiffany użyła kart kredytowych otrzymanych 
od wujka Charlesa i 
przekonała Brandi, że stary prawnik błagał ją, by poddały się „terapii zakupowej". Brandi z 
pewnością by odmówiła 
- wiedziała przecież, że wujek Charles był w zmowie z Robertem i nie napawało jej to 
radością - ale musiała coś 
zrobić z fryzurą. Nóż Josepha wyciął jej zdecydowanie za wiele włosów i potrzebowała 
profesjonalisty. 

Obie więc wybrały się do spa. Fryzjer był najpierw przerażony, by po chwili oddać się 
natchnieniu i kreatywnej 
pracy, która zaowocowała cudownie asymetryczną fryzurą i sprawiła, że Brandi wyglądała 
jak elegancka 
bywalczyni francuskich salonów mody. Manicure i zakupy poprawiły nieco humory obu 
kobietom zepsute w 
przeciągu ostatnich dni tragicznymi losami ich związków z mężczyznami. Rozmowa z Kim 
nie okazała się pomocna. 
Siostra była śmiertelnie zakochana i choć próbowała w jakiś sposób wyrazić współczucie - 
jasne było, że nic nie 
może odciągnąć jej myśli od osobistego szczęścia. 

Ale Brandi i Tiffany miały przynajmniej niezłą zabawę. I chociaż Brandi targana emocjami i 
złością starała się przy-
kryć napływające do oczu łzy, to nie kierowała zgryźliwych uwag pod adresem matki. 

A teraz, gdy weszła do budynku korporacji, strażnik machał już do niej z daleka. Nie chciał 
też sprawdzać jej 
identyfikatora, po który sięgnęła do torebki. 

Christina Dodd 

317 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Proszę się nie martwić, panno Michaels. Pamiętam panią bardzo dobrze! 

Odpowiedziała uśmiechem, tłumacząc to sobie w ten sposób, że po wypadku na dwudziestym 
czwartym piętrze 
każdy strażnik w budynku zna jej personalia. 

Zamknęła oczy, gdy winda wiozła ją tym razem na dwudzieste siódme piętro, i starała się nie 
myśleć o spadaniu. 
Najgorsze było jednak to, że myślała o leżeniu na podłodze windy z Robertem i o spazmach 
cudownego orgazmu, 
jakie nią wtedy wstrząsały. I o momencie, w którym zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo go 
kocha. 

Ale cóż z miłości, gdy mężczyzna, którego nią obdarzyła, okazał się zdradliwym, kłamliwym 
draniem? 

Kiedy zadała to pytanie matce - ta tylko machnęła ręką w kierunku prezentów i kwiatów. 

- Może i jest kłamliwym draniem, ale za to ma wspaniały gust i wyczucie piękna. 

Brandi patrzyła na otwarte pudełka, pełne biżuterii, szklanych ozdób i książek wybranych 
specjalnie z myślą o niej. 

- Nie przyjmiemy tego wszystkiego. Trzeba to odesłać. Odpowiedź Tiffany zaparła jej córce 
na moment dech 

w piersiach. 

- Ależ, kochanie, nie powinnyśmy pozwolić, by fakt, że nie lubimy Roberta, popsuł nam 
przyjemność z posiadania 
tych rzeczy. Chcemy, by to on poczuł się niemile dotknięty, a nie któraś z nas. 

Brandi wciąż nie mogła znaleźć dobrego argumentu, który przekonałby matkę, że nie ma 
racji. 

Kiedy drzwi windy rozsunęły się cicho, usłyszała, jak ktoś woła: 

- Jest! Jest tutaj! 

Otworzyła oczy i ujrzała przed sobą tłum ludzi zebrany na korytarzu. Byli tam wszyscy - 
prawnicy, adepci, 
pracownicy 

Christina Dodd 

318 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

 

 

background image

biurowi, młodzi asystenci i sekretarki. Przygotowywała się do bardzo poważnej rozmowy, 
zamiast tego usłyszała 
coś, czego spodziewała się tego dnia najmniej - aplauz. 

Pewnie żartowali sobie z niej w ten sposób. Może to jakiś biurowy zwyczaj? 

Wyszła powoli z windy i ruszyła korytarzem, mijając uśmiechniętych ludzi. 

Diana Klim nie tylko klaskała, ale podskakiwała z radości. 

Tip Joel wymachiwał radośnie rękoma. 

Nawet Sanjin się uśmiechał. Chłodno, co prawda, ale zawsze. Na dodatek klaskał. 

Kiedy Glenn zawołał: 

- Dobra robota, Brandi! - dziewczyna doszła do wniosku, że winda urwała się i spadła na sam 
dół, a ona umarła i 
poszła do... chyba do czyśćca. 

Dopiero widok Shawny Miller podziałał trzeźwiąco i sprawił, że zeszła na ziemię. Przecież 
Shawna jej nienawidziła. 
Powiedziałaby jej wszystko bez owijania w bawełnę. 

- Co się stało? - zapytała Brandi. 

- Widzieliśmy zdjęcia - odpowiedziała Shawna. - Czytaliśmy też artykuły. O mój Boże, 
musiałaś być przerażona, ale 
na zdjęciach robisz wrażenie zupełnie opanowanej. 

Brandi patrzyła z niedowierzaniem na koleżankę z pracy. 

- Jakie zdjęcia i historia? 

- Dostaliśmy streszczenie jeszcze wczoraj wieczorem, a historia pojawiła się w na stronach 
Chicago Tribune dziś 
rano. - Pociągnęła Brandi w stronę swojego komputera. - Jesteś w gazecie! 

Brandi rzeczywiście była przedstawiona na kilku zdjęciach. Na pierwszym tańczyła tango z 
Robertem, ubrana w 
elegancką suknię, na drugim, z bardzo poważnym wyrazem twarzy, celowała z pistoletu do 
Josepha. 

Christina Dodd 

319 

Szafirowe kłopoty 

background image

Brandi pobladła i osunęła się na krzesło. Zaczęła czytać, przeskakując po kilka linijek, byle 
wyłowić sens artykułu. 

Brandi Michaels... nowy prawnik w kancelarii McGrath i Lindoberth... zgodziła się asystować 
międzynarodowemu 
biznesmenowi, hrabiemu Roberto Bartoliniemu w sekretnej operacji wymierzonej przeciwko 
grupie bandytów 
usiłujących ukraść Płomień Romanowów... Okryty złą sławą król podziemia - Mossimo 
Fossera - został 
aresztowany... „Pani Michaels działała z narażeniem własnego życia; udało jej się dwukrotnie 
uratować naszą 
operację, gdy najpierw kopnęła jednego z napastników, następnie, gdy wciąż stanowił realne 
zagrożenie, użyła 
przeciwko niemu broni palnej... Zachowała przy tym wielki spokój" powiedział Agent FBI 
Aiden Tuchman. 

- Nie mogę w to uwierzyć. 

Nagle ze słodkiej idiotki została awansowana do roli lokalnej heroiny. 

- Na zdjęciu, na którym strzelasz do tego faceta, wyglądasz wspaniale. Jesteś moją nową, 
ulubioną bohaterką. 

- Dzięki, to bardzo miłe - odpowiedziała. 

Zdjęcie zostało pewnie wzięte z kamer monitoringu. A może to agenci nagrywali całe zajście? 
Brandi nie wiedziała 
dokładnie, jak to działało, bo nikt nie raczył nigdy jej wtajemniczyć w ten plan. Bez 
znaczenia, co donosiła Chicago 
Tribune - Roberto boleśnie i bezwzględnie z niej zakpił. Ale jeśli miało to pomóc jej w życiu 
zawodowym - a 
najwyraźniej pomagało - nie miała na co się uskarżać. 

- Też byś chciała pomóc w całej operacji, gdyby uczestniczył w niej Roberto Bartolini. Nie 
było w tym zbyt wiele 
poświęcenia z mojej strony - powiedziała Brandi, wstając. 

- O tak, chodzenie z nim na przyjęcia z pewnością jest 

Christina Dodd 

320 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

 

 

 

 

 

background image

przyjemne, ale gdybym wiedziała, że do moich obowiązków należy również strzelanie - nie 
ma mowy! Nie jest wart, 
żeby dać się przez niego zabić. 

- Nie, nie jest - wyjąkała Brandi. Wcale nie była tego do końca pewna. 

Kiedy przechodziła koło biura pani Pelikan, ta wyjrzała na chwilę z pokoju. 

- Panno Michaels, pozwoli pani na moment. 

W głosie pani Pelikan nie pobrzmiewała nawet cząstka tego zachwytu, którą wyrażały reszta 
personelu kancelarii. 
Spokojnie przeglądała papiery, gdy Brandi weszła do środka. 

- Wydaje mi się, że musimy panią przydzielić do innej sprawy. - Popatrzyła na Brandi spod 
okularów, jej oczy były 
zimne. - Jako że ta ostatnia była jedynie przykrywką dla poczynań pani, pana Bartoliniego i 
FBI. Cała nasza praca 
była całkowicie bezużyteczna. 

Daleko, z głębi korytarza, Brandi usłyszała dobiegający hałas. Co to było? Kłótnia? Śmiechy? 

- Tak, pani Pelikan. Bardzo mi przykro. - Brandi współczuła kobiecie, która najwyraźniej 
nienawidziła, gdy ktoś ją 
okłamywał. W pełni, a w każdym razie lepiej niż ktokolwiek inny, rozumiała jej sytuację. 

Hałasy się nasiliły. Towarzyszył im głośny śmiech. Głos pani Pelikan zabrzmiał łagodniej: 

- Wiem, że nie mogła mi pani powiedzieć, ale nie czuję się dobrze, tracąc czas w ten sposób. 

Gwar z każdą chwilą był potęgowany przez kolejne, przyłączające się do niego głosy. 
Najwyraźniej coś, lub raczej 
ktoś, zbliżał się do biura pani Pelikan. 

- Bardzo przepraszam, obiecuję nie brać już żadnych ekscytujących spraw. 

Pani Pelikan popatrzyła ponad ramieniem Brandi. Starała się powstrzymać uśmiech, ale w 
końcu się poddała. 

Christina Dodd 

306 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Nie wiem, czy tak szybko podpisałabym się pod takim oświadczeniem. 

Roberto zaczął mówić, zanim jeszcze przekroczył próg biura: 

- Brandi, bardzo chciałbym z tobą porozmawiać. Dziewczyna zesztywniała. Powoli, powoli 
odwróciła się 

w jego stronę. 

Zaparło jej dech w piersiach. Bo oto miała przed sobą wysokiego na dwa metry zielonego 
smoka. 

 

 

 

 

 

Rozdział 30 

Smok był szmaragdowozielony. Przynajmniej w większej części. Miał małe, zielone łuski na 
pysku, i większe, 
twarde na plecach. Jak każdy smok kończył się ogonem. Zielonym rzecz jasna. Ogon był 
pokaźny, miał ponad metr 
długości. Śmiesznie malutkie skrzydła wyrastające z ramion też były zielone. Tylko białe 
zęby sterczały groźnie ze 
smoczego pyska, a oczy przypominały dwa węgle i wydawały się łypać czujnie na lewo i 
prawo. Ale prawdziwe 
zdumienie Brandi wzbudził klejnot osadzony na środku czoła. 

To był fałszywy Płomień Romanowów, który kolorowymi refleksami i naturalnym pięknem 
nie ustępował 
oryginałowi. 

Roberto wyglądał... groteskowo. 

- Brandi, czy możemy porozmawiać? - To z pewnością jego głos dochodził z wnętrza bestii. 

- Nie rozmawiam z mitycznymi stworzeniami zionącymi ogniem - odpowiedziała, ale 
zasłoniła usta, by ukryć 
szeroki uśmiech. 

Wszyscy pracownicy przebywający na dwudziestym siódmym piętrze biurowca zjawili się, 
by oglądać widowisko. 
Mężczyźni trącali się łokciami. Kobiety chichotały. 

background image

- Musisz ze mną porozmawiać. Jestem smokiem. Jej rozbawienie rozwiało się nagle. 

- Mój smok został zniszczony. 

Christina Dodd 

323 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Wiem. Przykro mi. Nie potrafię go zreperować, ale jeśli mi pozwolisz, naprawię rzeczy, 
które sam zniszczyłem. 

- Nie mamy o czym rozmawiać. 

Brandi została ostatnio emocjonalnie rozgnieciona przez zbyt wielu mężczyzn. Nie musiała 
dawać Robertowi 
kolejnych sposobności ku temu. Zwłaszcza że był jedynym mężczyzną, który się dla niej 
liczył. 

- Co zniszczyłeś? - zapytała Shawna. 

- Jej zaufanie. 

Brandi parsknęła oburzona. Nie tylko, pomyślała. Zniszczyłeś wszystko. 

- Ale gdyby posłuchała mnie choćby przez kilka minut... 

- kontynuował Roberto. 

- Brandi, musisz być miła dla smoka - powiedziała Diana. 

- Nie chcemy, żeby zaczął ziać ogniem. Tu jest bardzo dużo papierów... 

Kilka osób zaśmiało się głośno. 

To nie było uczciwe. Jak mu się udało przeciągnąć całe biuro na swoją stronę? 

- Podaj jeden powód, dla którego powinnam cię wysłuchać. 

Roberto odpiął zamek błyskawiczny i spojrzał na nią, po raz pierwszy nie kryjąc twarzy za 
przebraniem. 

- Powinnaś, ponieważ cię kocham. 

Fala westchnień przetoczyła się wśród widzów. Energia bijąca z jego oczu i otwarta, 
nieskrępowana deklaracja 
uczuć sprawiła, że Brandi cofnęła się o dwa kroki. 

- Dlaczego miałabym się tym przejmować? 

Ruszył w jej stronę, rozkładając zakończone pazurami ramiona. 

- Daj mi sposobność ku temu, a powiem ci. - Zatrzymał się nagle, bo jego korpus był zbyt 
wielki, by mógł przecisnąć 
się swobodnie przez drzwi. 

Christina Dodd 

background image

324 

Szafirowe kłopoty 

 

 

background image

- To wszystko jest bardzo wzruszające, ale mamy wiele pracy. Wszyscy! - Pani Pelikan 
zmierzyła spojrzeniem ludzi 
cały czas gromadzących się w korytarzu. - Sanjin, użyczysz im na chwilę swojego biura. 
Zaprowadź do niego tę 
dwójkę. 

Sanjin stał przez chwilę bez ruchu, jego twarz zbladła w wyrazie zaskoczenia. 

- Ale ja też mam dużo pracy... - wyjąkał, ale ktoś ze stojących obok dał mu kuksańca w bok. 
Sanjin przestał się jąkać. 
- Chodźcie za mną - dodał zrezygnowanym głosem. 

Roberto wycofał się powoli, po czym gestem poprosił Brandi, by szła przed nim. Szła powoli 
korytarzem, 
przyciskając do piersi swoją teczkę, boleśnie świadoma kroczącego za nią wielkiego, 
zielonego gada. 

Przeklęty Roberto. Chciało jej się śmiać i płakać. Oczarował ją i odczuła na nowo, że choć 
tak, jak ją potraktował - 
wciąż go kochała. 

Do licha z nim. 

Sanjin otworzył drzwi swojego biura i wpuścił ich do środka. Biurko, krzesło i szafa składały 
się na umeblowanie 
jego miejsca pracy. Sanjin mógł też cieszyć oczy niezłym widokiem. Miejsca nie było jednak 
nazbyt wiele, 
zwłaszcza kiedy lwią jego część zajmował smok. Ten ostatni musiał mocno zagiąć ogon na 
bok, żeby Sanjin mógł 
zamknąć drzwi bez przeszkód. 

Chociaż Roberto w tym momencie składał się w największej części z kostiumu, Brandi 
cofnęła się, by zająć miejsce 
przy drugim końcu biurka i nie czuć jego bliskości. 

- Powiedz mi wreszcie, dlaczego tak się przebrałeś. 

- Chciałem zwrócić twoją uwagę. - Znowu rozsunął zamek kostiumu, by widziała jego twarz. 
- Mój ojciec powie-
dział, żebym czołgał się u twoich stóp. Powiedziałem mu, że żadna kobieta nie jest tego 
warta, a on powiedział coś, 
czego nie wypada mi powtórzyć. - Skrzywił się, jakby wspomnienie 

Christina Dodd 

325 

Szafirowe kłopoty 

background image

rozmowy z ojcem wciąż go paliło. - Jest jednak mężczyzną, którego zdanie bardzo sobie 
cenię, i poszedłem za jego 
radą. 

- Ponieważ go szanujesz. 

- Nie - pokręcił wielką smoczą głową. - Zrobiłem to, bo każda minuta spędzona bez ciebie 
sprawia, że moje serce 
krwawi. 

- Niezłe, poetyckie. Nie jestem pod wrażeniem - powiedziała Brandi, chociaż była pod 
wrażeniem. Nie musiał od 
razu wiedzieć, że każdy liryczny wers wypowiedziany tym niskim głosem z włoskim 
akcentem potrafiłby kobietę 
zamienić w oblubienicę smoka. 

- Gdy cię nie było, chciałem się o tobie wszystkiego dowiedzieć. Wybłagałem Charlesa, żeby 
pokazał mi stare 
zdjęcia i opowiedział wszystkie historie o tobie. Widziałem balerinę Brandi podczas 
pierwszego występu. - 
Zamachał śmiesznie pazurami. - Słyszałem też o twoim ojcu. 

Otworzyła teczkę i zaczęła porządkować w niej perfekcyjnie już wcześniej uporządkowane 
przedmioty: notes, pióro 
i ołówek, palmtop i lśniący nowością laptop. 

- Jak miło, że wujek Charles zdradza rodzinne sekrety. 

- Ale ja nie jestem jak twój ojciec. 

- Nie, nie ma między wami podobieństwa. 

- Nie jestem też synem hrabiego Bartolini. 

Przerwała i spojrzała na niego. Zamknęła teczkę. Położyła ją na biurku i usiadła tuż obok. 

- W porządku, wygrałeś. Jest tak, jak chciałeś - masz moją pełną uwagę. 

- Dwa lata temu u mojej matki wykryto guza piersi. 

- Przykro mi - odpowiedziała. Dlaczego jej to mówił? 

- Była bardzo chora i sądziła, właściwie to wszyscy sądziliśmy, że niebawem umrze. 
Zawołała mnie więc do siebie i 
wyjawiła sekret mojego przyjścia na świat. 

Roberto zaplótł pazury na pokrytej łuską piersi. 

Christina Dodd 

background image

326 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Mojego ojca poznała podczas studiów. Zostawił ją, gdy była w ciąży. Nonno wysłał ją do 
swojej rodziny we 
Włoszech. Zanim mnie urodziła, zdążyła poznać hrabiego i wyjść za niego za mąż. Byłem 
wychowywany w 
przekonaniu, że jest moim prawdziwym ojcem. 

- Nikt ci nie powiedział? - Brandi aż trudno było w to uwierzyć. 

- Poza moją matką i hrabią nikt nie znał prawdy. Wszyscy myśleli, że mieli romans podczas 
jednej z wizyt hrabiego 
w Stanach. Plotka głosiła, że pokłócili się i on wrócił do Włoch, nie wiedząc o tym, że moja 
matka jest w ciąży, a 
kilka miesięcy później doszli do porozumienia i pobrali się. 

- Nie chcę się z tobą kłócić, ale Mossimo... przecież zawsze drwił z twojej matki. Obrażał ją. 

- Mossimo podejrzewał prawdę. Na pewno istniały też inne plotki. Z drugiej strony nikt nie 
wierzy temu strasznemu 
gadowi sączącemu jad. 

- Nie, nigdy nie wsłuchiwałam się zanadto w to, co mówi. - Wyprostowała się. - Co to ma 
jednak wspólnego z tobą i 
mną. 

- Moja matka nie powiedziała mi, kim był mój ojciec. 

- Aha. 

To musiało boleć Roberta i nie dawać mu spokoju. Był kimś, kto musiał się dowiedzieć. 

- Powiedziała, że zgrzeszyła i że wstydzi się tego. Tym bardziej, że mój biologiczny ojciec 
nie był dobrym, 
uczciwym człowiekiem. Chciałem zrobić scenę, ale powstrzymałem się ze względu na jej 
chorobę. Na szczęście jest 
w remisji. Czuje się coraz lepiej i mam nadzieję, że z tego wyjdzie. 

- A co z twoją rodziną? Mam na myśli hrabiego. 

- Pod każdym względem jest znakomitym ojcem. - Roberto ponownie pokręcił wielką smoczą 
głową. - Nie mogłem 
mu powiedzieć, że muszę, że odczuwam potrzebę zobaczenia 

311 

Szafirowe kłopoty 

background image

tego mężczyzny, który mnie porzucił. Zarazem chciałem wiedzieć, czego bała się w nim moja 
matka. Dlaczego 
chciała uciec. 

Brandi powoli zaczęła układać w logiczną całość wydarzenia ostatniego tygodnia. 

- Chciałeś się dowiedzieć i szukałeś na własną rękę. 

- I dowiedziałem się. Nie jestem złodziejem klejnotów. Przynajmniej z reguły. Znam jednak 
ten biznes i orientuję się 
w kontaktach rodziny Contini. Nonno zadzwonił któregoś dnia i powiedział, że Mossimo 
Fossera planuje kradzież 
Płomienia Romanowów. Najpierw skontaktowałem się z kilkoma złodziejami. Później 
poszedłem też do biura FBI i 
powiedziałem Aidenowi Tuchmanowi, że jeśli dowie się, kim jest mój ojciec - ja podam mu 
na tacy Mossima i całą 
rodzinę Fossera. -Roberto wzruszył szerokimi, zielonymi ramionami. - Resztę już znasz. 

- Tak, znam. Ale to wcale nie takie proste. Popełniłam życiową pomyłkę. Ujrzałam cię na 
przyjęciu u wujka Charlesa 
i myślałam, że to przeznaczenie. 

- To nie była pomyłka. To było przeznaczenie. Gdy tylko cię zobaczyłem, gdy pierwszy raz 
się z tobą kochałem, 
zapragnąłem cię mieć na zawsze. Kiedy dowiedziałem się, że będziesz moim prawnikiem, 
myślałem, że los 
podarował mi moją wyśnioną kobietę. - Przycisnął pazury do piersi. - Myliłem się jednak. 

- Więc nie jestem twoją wyśnioną kobietą? - zapytała. Jak mógł coś takiego powiedzieć. On, 
który tak umiejętnie 
operował słowem. 

- Zdecydowanie jesteś, ale nie, żeby los mi cię zaraz podarował. 

- To już lepiej. 

- Muszę na ciebie zasłużyć. Muszę... - urwał nagle i opuścił głowę. 

Christina Dodd 

312 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

- Au! - krzyknęła Brandi. Roberto niechcący przywalił jej smoczym pyskiem w głowę. 

- Och, cara, wybacz, nie chciałem. - Chciał podejść bliżej i niezdarnie utknął pomiędzy 
biurkiem a ścianą. - 
Wszystko w porządku? 

Pomasowała się po głowie. Zielony pyłek sypał się z jej włosów. 

- Ze mną tak, ale chyba zmiażdżyłeś smokowi nos. Roberto z trudem wysunął głowę z 
kostiumu i przyjrzał się 

wgniecionemu pyskowi. 

- Teraz, kiedy będę ział ogniem, sam się poparzę - powiedział grobowym tonem. 

- Jesteś beznadziejny. 

Znowu jej się chciało śmiać, ale nie poddała się łatwo. Musiał się jeszcze bardziej postarać. 
Jej śmiech pokazałby, jak 
bardzo mięknie jej serce, a jedna z nauk Tiffany głosiła, że mężczyzna powinien się natrudzić, 
by zdobyć kobietę, a 
później trudzić się jeszcze trochę. Poza tym wciąż mogła go kochać. Mogła go pragnąć. 
Mimo, że kłamał... 
Przynajmniej w końcu wiedziała, co stało za tymi kłamstwami. 

Pośpiesznie, zanim jej marzenia nie poszybowały jeszcze zbyt daleko, wróciła do tematu 
rozmowy. 

- Udało ci się zastawić pułapkę na Mossima. Jak odwdzięczył się Aiden? 

- Zadbał o wszystko. Tej nocy, w barze, kiedy wybiegłaś jak poparzona i nie chciałaś ze mną 
rozmawiać, poznałem 
mojego przyrodniego brata. 

Pochyliła się do przodu, nie skrywając szczerego zainteresowania. 

- Dziecko twego ojca z inną kobietą? 

- Carrick Manly. Jest jedynym prawowitym synem miliardera i potentata przemysłowego 
Nathana Manly. 

Brandi zmarszczyła czoło, przeczesując pamięć. 

Christina Dodd 

329 

Szafirowe kłopoty 

background image

- Nathan Manly. Czy to nie ten sam, który ukradł cały kapitał upadającego przedsiębiorstwa i 
uciekł do Ameryki 
Południowej? 

- Tak mówi plotka. Myślałem, że po matce byłem spadkobiercą wielowiekowej tradycji 
grabienia bogatych bliźnich. 
Okazało się jednak, że na dodatek jestem synem człowieka, który okradł bez mrugnięcia 
okiem swoich pracowników 
i akcjonariuszy. - Roberto zaśmiał się gorzko. - Zanim opuścił kraj, najwyraźniej postanowił 
rozsiać wszędzie swoje 
nasienie. Niejedną kobietę uczynił brzemienną. Jestem tylko jednym z nie wiedzieć jak wielu 
jego synów. Bo wydaje 
się, że zostawiał po sobie tylko synów. 

- A więc masz całą rodzinę w różnych zakątkach kraju i nawet jej nie znasz? - wyszeptała 
Brandi. W głowie niemal 
słyszała głos swej matki wołającej: „Ani mi się waż mu współczuć, Brandi! Ani się waż. Dziś 
jeszcze nie podarował 
ci żadnego prezentu". 

To była prawda. Ale był taki rozczulający. Był przecież mężczyzną, który znał swoje miejsce 
na ziemi. Aż do dnia, 
gdy jego tożsamość została podważona, zdeptana i zastąpiona niepewnością. A będąc sobą, 
Roberto nie mógł 
uskarżać się i narzekać. Podjął właściwą akcję, ale tajemnica, którą pragnął odsłonić, 
pogłębiła się tylko. 

- Carrick wyszukuje moich braci. Chce zdobyć wszystkie informacje na temat swojego ojca. 

Brandi zwróciła uwagę, że Roberto nie nazwał Nathana swoim ojcem. Jego ojcem był hrabia. 

- Matka Carricka była oskarżona przez rząd o współpracę z Nathanem i kradzież pieniędzy. 
Carrick twierdzi, że była 
niewinna. Z pewnością nie ma żadnych pieniędzy. Sam nie wiem, czy zrobiłem dobrze, ale 
powiedziałem, że 
pomogę mu odnaleźć naszych braci. To powinno mu pomóc. I mnie rów- 

Christina Dodd 

330 

Szafirowe kłopoty 

 

 

 

background image

 

 

 

 

background image

nież. - Roberto spróbował się przecisnąć, by znaleźć się bliżej Brandi. - Nikt o tym wszystkim 
nie wie poza mną i 
tobą. 

Patrzyła na niego, starając nie poddać się chwili zauroczenia mężczyzną, który pokazał z całą 
wyrazistością, że 
uważa ją za godną zaufania. 

- Powiedz mi, czy zaprzepaściłem szansę kochania cię, tak jak na to zasługujesz? 

Nie pozwól, żeby cię uwiódł zielonymi łuskami i białymi zębami z plastiku. 

- Zdejmij ten głupi strój! 

- Przysiągłem, że będę go nosił tak długo, aż zgodzisz się zostać moją żoną. - Położył łapę na 
sercu. 

- Nigdy nie słyszałam czegoś równie głupiego - odparła. Ani nic równie romantycznego. 

- Więc zgódź się zostać moją panną młodą. 

- Podaj jeden powód, dla którego powinnam cię poślubić, Roberto? - Och, niecierpliwość ją 
zgubiła i dała poznać po 
sobie, jak bardzo ją oczarował. 

Też to dostrzegł. 

- Mam dwie przyczyny, jedna jest taka, że cię kocham. Poza tym, kiedy byłem w kłopotach, 
przyszłaś mnie 
uratować. Jeszcze żadna kobieta tego dla mnie nie zrobiła. 

- Zachowałam się jak idiotka. - Tak było w istocie. Ruszyła z odsieczą na pomoc komuś, kto 
ratunku nie 
potrzebował. 

- Wcale nie. Byłaś zakochaną kobietą - w jego głosie znowu pobrzmiewał ten sam ciepły ton, 
który pojawiał się, gdy 
się kochali. 

- Tak, jak powiedziałam, byłam idiotką. - Przeszedł ją dreszcz na samą myśl o upokorzeniu, 
które czuła, gdy do 
restauracji zaczęli wbiegać ci wszyscy agenci FBI. Mogłaby wręcz... znowu zacząć strzelać. - 
Ale idiotką już nie 
jestem. Zrobiłeś ze mnie głupią i nie ufam ci. 

Christina Dodd 

315 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

- Jak możesz? Przecież powiedziałem ci już wszystko, co mogłem. W pełni ci zaufałem. 

Kiedy ruszył w jej stronę, wielkie zielone stopy zakończone pazurami przewróciły kosz na 
śmieci. Zgniecione 
papiery potoczyły się po podłodze. 

- Może zaufanie przyjdzie z czasem? Poświęcę swoje życie uszczęśliwianiu cię. - Ujął jej 
dłoń w wielką, zieloną łapę 
i uniósł do pyska. - Błagam, Brandi, wyjdź za mnie. 

Spojrzała na swoje paznokcie. Posypał się na nie zielony, błyszczący proszek. Podniosła 
wzrok. Był nieczułym 
draniem, który sądził, że może bezkarnie wciągać ją w wir swoich przygód. Ale schlebiało jej 
to, bo oznaczało, że nie 
był w stanie bez niej się obejść. 

I był na tyle czuły, że domyślił się, jak ważny był smok w jej życiu... 

- Zaczekaj chwilkę - powiedziała. Otworzyła walizkę i wyciągnęła palmtop. Szybko 
przeciągała rysikiem po ekranie 
w poszukiwaniu odpowiedniego folderu zawierającego listę pożądanych cech u mężczyzny. 

1. Uczciwy. 

2. Trzeźwo myślący. 

3. Skoncentrowany na osiągnięciu celu 

4. Rzetelny 

Wybrała opcję WYCZYŚĆ WSZYSTKO. Lista zniknęła na zawsze. Odłożyła palmtopa do 
teczki, zamknęła ją 
powoli i odwróciła się ponownie do Roberta. 

- Zdejmij kostium, a porozmawiamy o możliwości zamąż-pójścia. 

Uniósł ręce i krzyknął triumfalnie. 

O Boże, był irytujący. Przecież powiedziała „porozmawiamy". 

- Mam dla ciebie prezent. 

Christina Dodd 

316 

Szafirowe kłopoty 

 

background image

 

 

 

 

background image

Irytujący, ale za to pełen czaru. 

- Jaki znowu prezent? 

- Widzisz ten zamek nad talią? - Odwrócił się do niej bokiem. 

- Tak, co dla mnie masz? - zapytała, otwierając zamek. 

- Pierścionek. 

- Ostatni pierścionek z brylantem chciałam wyrzucić do toalety. - Miała nadzieję, że wiedział, 
co takie słowa mogą 
znaczyć w ustach córki Tiffany. 

- To nie brylant. Otwórz ten zamek szerzej. Widzisz moją kieszeń? 

- Tak. - Dostrzegła też, że miał na sobie podkoszulek i obcisłe dżinsy. 

- Wyciągnij pierścionek. 

Teraz musiała go obmacywać. Był bez wątpienia świetnym strategiem. Powoli włożyła rękę 
do jego kieszeni. 
Wyczuła ręką twardy kształt bioder. Kuszący i ciepły. Przysunęła się do niego bliżej, oczy 
zamknęły się same. 
Cieszyła się na myśl o tym, że znowu go dotknie. 

Była taka łatwa. 

- Nie możesz go znaleźć? - zapytał. W jego głosie brzmiała szczera radość. 

- Tak... nie... O, już go mam. - Udało jej się wsunąć rękę na samo dno kieszeni i wyczuła 
palcami małe, gładkie 
kółeczko. 

Wyciągnęła pierścionek i przyjrzała się mu zaskoczona. Patrzyła na delikatną kompozycję 
żółtego złota ze 
wspaniałym szmaragdem. Już go widziała. Miał go Mossimo. 

- To pierścionek Mossimo - powiedziała niepewnie. 

- Nie. - Dotknął jej policzka pazurem. - To jest pierścionek Continich. Ukradziony przez 
moich przodków całe wieki 
temu. Tak dawno, że jego pochodzenie ginie w mrokach legend. Głowa rodziny Continich 
nosi pierścionek. Mój 
dziadek nosił go aż do ślubu, gdy podarował go babce wraz ze swą 

Christina Dodd 

333 

background image

Szafirowe kłopoty 

background image

miłością i szacunkiem. Nosiła go do śmierci. Wtedy Nonno ponownie założył go na palec. I 
pierścień powinien tam 
zostać do momentu, w którym scedowałby na kogoś swoje obowiązki głowy rodziny. 

- Jak go stracił? - wyrwało się Brandi, choć odpowiedź była już oczywista. 

- Gdy Mossimo zmiażdżył mu rękę, zabrał przy okazji klejnot. 

Kiedy pomyślała, jak we dwójkę przyczynili się do upadku bestii i jaką odwagą potrafiła się 
wykazać, stając 
naprzeciwko Mossima, zrobiło jej się mdło ze strachu ale równocześnie mało co nie 
wykręciła piruetu z radości. 

- Jak go odzyskałeś? 

Roberto uśmiechnął się szeroko spod białych plastikowych zębów. 

- Zsunąłem go Mossimowi z palca w „Wypchanym Psie". Chwilę po tym, jak go 
wywróciłem. 

Wyglądał na tak łobuzersko zadowolonego i dumnego z siebie, że nie mogła już wytrzymać. 
Wybuchnęła głośnym 
śmiechem. 

- Ależ z ciebie łotr! 

- Nonno powiedział, bym pierścień dał tobie. - Roberto otoczył ją łuskowatym ramieniem. - 
Będę dumny, jeśli 
zdecydujesz się go nosić i jeśli dodasz do swojego nazwiska moje. 

Powoli umieściła pierścionek na biurku. Położyła głowę na zielonej piersi. 

- Lubię smoki, ale bardziej lubię Roberta. 

W ułamku sekundy oboje zaczęli gwałtownie się poruszać w rozpaczliwych próbach 
uwolnienia go z kostiumu. Wy-
wracając przy okazji biuro Sanjina do góry nogami. 

- Tu musi być jeszcze jeden zamek. 

- Nie pamiętasz, jak w to wszedłeś? 

- Ubrała mnie asystentka w dziale z przebraniami, a nie 

Christina Dodd 

334 

Szafirowe kłopoty 

background image

 

 

 

 

 

background image

wiedziałem, czy zdecydujesz się mnie uwolnić z tego stroju. 

Gdy próbowali oswobodzić jego głowę, ogon regularnie uderzał o drzwi. 

- Kłamca. Wiedziałeś, że wszystko, czego potrzeba, to skierować te słodkie orzechowe oczy 
na mnie. Wiedziałeś, że 
zaraz zmięknę. - Znalazła wreszcie zamek. 

- To nieprawda - powiedział stanowczo, zaczepiając nogą o jakąś część kostiumu i chwiejąc 
się niebezpiecznie. 
Złapała go. Przez moment oboje się chwiali. 

- Prawda. Po prostu nie chcesz się przyznać, zanim nie wydobędę cię z tego smoka. 

- Nie cieszysz się, że poślubiasz sprytnego człowieka? Szarpnęła za smoczy kark, uwalniając 
wreszcie jego głowę. 

W końcu opadła z niego łuska, odsłaniając cudowny kark i ramiona Roberta. Przestała się 
siłować z kostiumem. 
Patrzyła tylko na jego urodziwą twarz i myślała o tym, jak bardzo go kocha. 

- Daj mi pierścionek - powiedział chrapliwym głosem. Wyciągnęła ku niemu dłoń ze 
szmaragdem. 

Ujął jej lewą dłoń i z nabożnym skupieniem nasunął pierścień na serdeczny palec. 

Popatrzyła na zielony, gładki kamień i pomyślała, że oto trzymała w ręku historię Roberta i 
całej jego rodziny. 
Powoli powiedziała: 

- Nie ma znaczenia, kto jest twoim ojcem, dziadkiem albo matką. Bardzo cenię sobie ich 
wszystkich, ale tylko 
dlatego, że przynieśli cię na ten świat. Dla mnie. Tylko dla mnie. 

- Tak, jestem cały twój. A ty jesteś cała moja. 

Wciąż ubrany do pasa w strój smoka chwycił jej ramię i ucałował. 

- A pierścień... czy wiesz, jak nazywają pierścień Continich? 

Christina Dodd 

335 

Szafirowe kłopoty 

background image

Odpowiedziała pocałunkiem. 

- Nie wiem, jak? 

- Smocza Łuska. 

Zaśmiała się, a on dołączył do jej radości. Przeznaczenie miało ciekawe poczucie humoru. 
Kolejne pocałunki 
przywiodły ich na jedyny dostępny skrawek podłogi. 

W korytarzu na zewnątrz Sanjin usłyszał najpierw radość Brandi, a po chwili do wyrazów jej 
szczęścia dołączyło ryt-
miczne uderzanie ogona w drzwi biura. Westchnął głęboko, po czym powoli ruszył 
korytarzem, z niedowierzaniem 
kręcąc głową. 

background image