background image

Geopolityka Wielkiego Bliskiego Wschodu 
Nasz Dziennik, 2011-03-13 

Podczas zamieszek w Tunezji relacjonująca te 
wydarzenia stacja telewizyjna CNN postawiła 
pytanie: "Czyżby realizowało się marzenie 
George´a W. Busha?". Nawiązywano tym samym 
do łączonej z jego nazwiskiem inicjatywy 
bliskowschodniej określanej jako "Greater Middle 
East Initiative" (GMEI).
 
 
Geneza owej inicjatywy sięga listopada 2003 roku, 

kiedy prezydent George W. Bush wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że "przez 60 
lat narody Zachodu usprawiedliwiały i godziły się z brakiem wolności na Bliskim 
Wschodzie". Ta postawa zawiodła, ponieważ nie zapobiegła zagrożeniom bezpieczeństwa 
światowego wypływającym z tego regionu. Dlatego też zapowiedział, że Stany Zjednoczone 
przyjęły nową "strategię wolności dla Bliskiego Wschodu". Planiści amerykańscy 
naszkicowali więc kontury nowego planu określanego jako "Inicjatywa Wielkiego Bliskiego 
Wschodu" (Greater Middle East Initiative). Celem planu było spowodowanie politycznych i 
ekonomicznych reform w regionie przy współdziałaniu i pomocy ze strony G8, grupującej 
osiem najwyżej gospodarczo rozwiniętych państw świata, łącznie z Rosją, a także NATO i 
UE. Imponująco przedstawia się także mapa krajów objętych owym projektem. Rozciąga się 
ona od wybrzeży Atlantyku (Maroko) na zachodzie po Pakistan na wschodzie, od wybrzeży 
Morza Czarnego (Turcja) na północy po Jemen na południu. GMEI obejmuje swoim 
zasięgiem także dawne republiki sowieckie w Azji Centralnej (Kazachstan, Uzbekistan, 
Turkmenistan, Kirgistan, Tadżykistan) oraz region Kaukazu. 
 
Trzy deficyty świata arabskiego 
Jednym z impulsów, które legły u podstaw powyższej inicjatywy, była pożałowania godna 
sytuacja świata arabskiego. Opracowany pod egidą ONZ w latach 2002-2003 Arab Human 
Development Report (AHDP) mówił o "trzech deficytach" występujących w tych krajach. 
Były to: deficyt wolności, deficyt wiedzy i deficyt równouprawnienia kobiet. Według AHDP, 
22 kraje tego regionu posiadały łączny PKB mniejszy niż Hiszpania. Równocześnie 85 tys. 
najzamożniejszych rodzin saudyjskich miało w zachodnich bankach lokaty w wysokości 700 
mld dolarów. Z kolei 40 proc. dorosłej populacji arabskiej, czyli 61 mln było analfabetami. 
Wśród kobiet analfabetyzm sięgał 2/3. Tylko 1,6 mln osób miało dostęp do internetu i był to 
najniższy wskaźnik w skali całego świata. Kobiety zajmowały tylko 3,5 proc. miejsc w 
parlamentach swych krajów - nawet w czarnej, subsaharyjskiej Afryce ten wskaźnik wynosił 
8,4 procent. Społeczeństwa arabskie to społeczeństwa młode. 38 proc. ich populacji miało 
mniej niż 14 lat. Żeby zapewnić przyszłość młodemu pokoleniu, należało tworzyć 1,6 mln 
nowych miejsc pracy rocznie. Ponieważ nic takiego nie następowało, młodzież masowo, bo 
aż w 51 proc., wyrażała chęć wyemigrowania ze swoich krajów do USA lub Europy. Niska 
była wydajność pracy, niższa niż w subsaharyjskiej Afryce. Planiści amerykańscy byli zdania, 
że sytuacja taka prowadzi do ekstremizmu, terroryzmu, międzynarodowej przestępczości i 
nielegalnej imigracji do Europy i w inne regiony. 
 
Amerykański projekt reform 
Ideologiczną, neokonserwatywną perspektywę przemian w obrębie Wielkiego Bliskiego 
Wschodu nakreślił Victor Davis Hanson na łamach "Weekly Standard". Jego zdaniem, 
należało uświadomić Amerykanom, że w regionie tym istnieją dwa typy reżimów, oprócz 

background image

Izraela, który zaliczył do demokracji. Pierwszy typ to "sponsorzy terroryzmu": Afganistan, 
Algieria, Iran, Irak, Libia, Syria i Jemen. Drugi typ stanowią "umiarkowane dyktatury", takie 
jak: Egipt, Maroko, Tunezja, Jordania, Arabia Saudyjska i państwa Zatoki Perskiej. Uważał 
także, że po ataku na World Trade Center z 11 września 2001 roku różnice między nimi się 
zacierają. Rządy tych państw starają się przetrwać dzięki korupcji, represjom i cenzurze, 
zwalając przy tym winę za zły stan rzeczy na Izrael i Amerykę. Nie ma tam wolnych 
wyborów, wolności słowa, brak przejrzystości w publicznych finansach. Hanson wychodził z 
założenia, że arabskie masy bardziej nienawidzą rządów swoich krajów niż Ameryki. 
GMEI nabrała kształtów w końcu 2003 roku. Jej szkic został rozesłany innym uczestnikom 
G8 w nadziei, że stanie się on podstawą wspólnej inicjatywy całej grupy. Projekt zakładał 
demokratyzację regionu poprzez podnoszenie praw człowieka, praw kobiet i ich uczestnictwo 
w sprawowaniu władzy, wolność mediów i swobodę działania organizacji pozarządowych 
(NGO). Celem dyplomacji państw grupy G8 miały być starania o zniesienie restrykcji 
dotyczących wolności i zachęcanie rządów regionu do tolerowania rozwoju organizacji 
społecznych i niestawianie przeszkód ich działalności. 
W lutym 2004 roku, zaraz po tym, gdy administracja Busha rozesłała projekt członkom G8, 
doszło do znamiennej niedyskrecji. Wychodzący w Londynie arabski dziennik "Al-Hayat" 
opublikował kopię dokumentu otrzymaną prawdopodobnie od Niemców. Publikacja 
wywołała oburzenie arabskich rządów. Prezydent Egiptu Hosni Mubarak oświadczył, że "jeśli 
ktokolwiek wyobraża sobie, że można jakiemukolwiek społeczeństwu lub regionowi narzucać 
reformy zza granicy, ten jest w błędzie". W marcu Mubarak w towarzystwie króla Jordanii 
Abdullaha udał się do Europy, aby wyperswadować europejskim uczestnikom grupy G8 
popieranie amerykańskiego projektu. 
Na szczycie G8 w Sea Island przyjęto dwa dokumenty rozszerzające, a równocześnie 
rozmywające amerykańską inicjatywę, która teraz została określona jako Broader Middle East 
and North Africa Initiative (BMENAI). Rezultat tego był taki, że jak zauważył Thomas 
Friedmann na łamach "New York Timesa", nikt nie poświęcił im uwagi. Była wszelako 
pewna różnica. O ile GMEI wskazywała jedynie konieczne do rozwiązania problemy 
dotyczące politycznego i ekonomicznego niedorozwoju regionu, o tyle BMENAI zakładała, 
że poparcie G8 dla reform w regionie winno iść ręka w rękę z poparciem dla słusznego, 
kompleksowego i trwałego uregulowania konfliktu arabsko-izraelskiego. Podkreślono także 
rolę Partnerstwa Euro-Śródziemnomorskiego, datującego się od deklaracji z Barcelony z 1995 
roku. Niektórzy określili to nawet jako swoisty podział "stref wpływów". 
 
Zadania geopolityczne projektu 
W amerykańskich planach wobec Wielkiego Bliskiego Wschodu można dopatrzyć się 
realizacji trzech konkretnych zadań geopolitycznych. 
Po pierwsze, opanować "naftowy heartland". Francuski geopolityk Pierre-Marie Gallois 
proponował swego czasu zrewidowanie słynnej maksymy Halforda J. Mackindera: "Kto 
kontroluje wnętrze Eurazji [tzw. heartland], ten kontroluje świat" - na bardziej odpowiadającą 
realiom świata współczesnego maksymę: "Kto kontroluje energię, ten kontroluje świat". 
Kraje objęte zasięgiem GMEI, zwłaszcza Zatoka Perska i region Morza Kaspijskiego, 
stanowią najważniejszy obszar występowania złóż ropy naftowej, swoisty "naftowy 
heartland", jak to określił francuski geopolityk Gerard Dussouy, lub - jak to ujęła Natalia 
Narocznickaja - stanowią "energetyczną elipsę". 
Same Stany Zjednoczone w niewielkim stopniu korzystają z zasobów tego regionu. Od 
dostaw bliskowschodniej ropy zależne są przede wszystkim Europa Zachodnia i Japonia. 
Jednak jak stwierdza turecki politolog Mehmet Perinczek, USA, kontrolując dostawy ropy z 
tego regionu, zapewniają sobie pozycję globalnego hegemona. Sytuacja taka w dalszej 
perspektywie może się okazać niekorzystna dla świata.  

background image

Po drugie, projekt amerykański stara się ubiec tendencje zjednoczeniowe w świecie islamu 
określane często jako Nowy Wielki Kalifat. Daniel Pipes w lipcu 2005 roku stawiał w tytule 
swojego artykułu pytanie: "Czego chcą terroryści?". I odpowiadał: "kalifatu". Problem ten 
przedstawiali także przed opinią publiczną prominentni przedstawiciele administracji 
prezydenta Busha. Sekretarz obrony Donald H. Rumsfeld oświadczył, że "Irak mógłby służyć 
jako baza dla nowego islamskiego kalifatu rozciągającego się na cały Bliski Wschód i który 
mógłby zagrozić prawowitym rządom w Europie, Afryce i Azji". Wiceprezydent Dick 
Cheney powiedział we wrześniu 2004 roku, że Osama bin Laden i jego zwolennicy "mówią o 
swojej woli odnowienia czegoś na kształt VII-wiecznego kalifatu", który "byłby rządzony na 
podstawie prawa szariatu, najbardziej rygorystycznej wykładni Koranu". Podobne poglądy 
wygłaszał gen. John Abizaid (arabskiego pochodzenia, w latach 2003-2007 
głównodowodzący amerykańskich sił zbrojnych). Opinie swoje opierali oni na 
wypowiedziach pochodzących z kół arabskich. We wrześniu 2005 roku Al-Kaida uruchomiła 
radiostację noszącą nazwę "Głos Kalifatu". Nie brakuje jednak analityków, którzy 
powątpiewają albo w istnienie takich zamiarów, albo w możliwość ich realizacji. Wzmianki 
na temat restytucji kalifatu Robert Dreyfuss określił jako "idiotyczne", bo opierające się na 
wypowiedziach pochodzących ze skrajnych kół muzułmańskich. 
Zwróćmy jednak uwagę na sondaże arabskiej opinii publicznej. Badania przeprowadzone w 
grudniu 2005 roku w sześciu krajach Bliskiego Wschodu wykazały, że 69 proc. 
ankietowanych uważało, iż demokratyzacja nie jest prawdziwym celem polityki USA. W 
Egipcie tego zdania było 78 proc., a w Maroku 77 proc. respondentów. Tylko 6 proc. 
uważało, że rozszerzanie demokracji jest ważną sprawą i może spowodować odmianę losu 
tego regionu. 16 proc. wyrażało opinię, że pogłębianie demokracji jest ważnym celem, ale 
Stany Zjednoczone robią to w niewłaściwy sposób. 
Z kolei badania przeprowadzone na przełomie 2006 i 2007 roku przez uniwersytet w 
Maryland na grupie 4384 muzułmanów z Maroka, Egiptu, Pakistanu i Indonezji wykazały, że 
65,2 proc. ankietowanych życzy sobie zjednoczenia wszystkich islamskich krajów w jedno 
islamskie państwo albo kalifat. Opowiada się za tym nawet 49 proc. umiarkowanych 
muzułmanów z Indonezji. Niemal tyle samo, bo 65,5 proc. chce wprowadzenia w ich krajach 
ścisłego prawa szariatu.  
Trzecim wreszcie celem, którym mogą kierować się amerykańscy autorzy projektu GMEI, 
może być chęć stworzenia swoistej otuliny geopolitycznej dla Izraela. Zwraca jednak uwagę 
wstrzemięźliwa reakcja kół izraelskich na to, co się dzieje wokół ich kraju. Można to 
zrozumieć jako lęk przed nieznanym. Dotychczasowe reżimy bliskowschodnie, jakkolwiek 
niedemokratyczne i wrogie państwu żydowskiemu, były jednak przewidywalne. Przyszłe - są 
zagadką. Jewgienij Satanowski (politolog, członek władz kongresu Żydów rosyjskich) jest 
zdania, że jedynie kwestią czasu jest dojście do władzy w Egipcie radykalnego "Bractwa 
Muzułmańskiego". Przywołuje się także przykład Iranu, gdzie po odsunięciu od władzy 
szacha, czemu sprzyjały Stany Zjednoczone, ustanowiona została nie demokracja, ale oparta 
na fundamentalizmie islamskim autokracja ajatollaha Chomeiniego. 
 
Gdzie jeszcze powieje wiatr przemian? 
Rozgrywające się na Bliskim Wschodzie wydarzenia ciągle niosą ze sobą wiele 
niewiadomych. Podstawową z nich jest kwestia, czy ambitny plan demokratyzacji tego 
regionu powiedzie się i na ile uzdrowi sytuację międzynarodową. Druga kwestia brzmi - przy 
założeniu, że proces demokratyzacji zakończy się pełnym sukcesem, to czy nie pojawią się 
trudne obecnie do przewidzenia skutki uboczne tego procesu. W wypadku Europy będzie to 
na pewno problem inwazji demograficznej idącej na nią z południa. Nie wiemy też, czy 
wydarzenia podobne do tych, które rozgrywają się w krajach arabskich, nie wystąpią w 

background image

innych regionach świata. 
  

Prof. Tadeusz Marczak 

  

Autor jest kierownikiem Zakładu Studiów nad Geopolityką Uniwersytetu Wrocławskiego.