background image

 

 

 
 
 

 

 

ELIZABETH BEVARLY 

Jeszcze jedna szansa 

background image

 

 

 

PROLOG 

-  Mój drogi Simonie. Rób, co ci każe ukochana ciocia, 

a wszystko będzie w porządku. 

Sylvie  Venner  podniosła  wzrok,  popatrzyła  na  siostrzeńca, 

zachęcająco  skinęła  głową  i  zaraz  potem  szybko  wysunęła  ły-
żeczkę  pełną  przetartej  marchewki  w  stronę  buźki  ośmiomie-
sięcznego  malca.  Odgarnęła  długi  kosmyk  jasnych  włosów 
opadających na czoło i nagle pod palcami wyczuła coś lepkie-
go. Dłoń miała pokrytą pomarańczową mazią. 

Z krzywym uśmiechem odłożyła łyżeczkę do miseczki z je-

dzeniem Simona i sięgnęła po serwetkę, żeby zetrzeć marchew 
z włosów. 

-  Pięknie załatwiłeś dziś ukochaną ciocię Sylvie, mój 

mały kowboju - odezwała się O1ivia McGuane, matka 
dziarskiego niemowlaka. 

Usłyszawszy głos rodzicielki, Simon uśmiechnął się od ucha 

do ucha. Z radości aż podrygiwał na swym  wysokim, dziecin-
nym krześle. 

-  Uprzedzałam cię, że niebezpiecznie jest go karmić 

- przypomniała swej młodszej siostrze O1ivia. - Zwłasz 
cza kiedy jesteś gotowa do wyjścia. No cóż, jak zwykle 
zbagatelizowałaś moje ostrzeżenie. Nie potrafiłaś odmówić 
s.obie przyjemności nakarmienia uwielbianego siostrzeńca. 
Mam rację? 

Zoey Holland, koleżanka z pracy O1ivii i jej najlepsza 

R

 S

background image

 

przyjaciółka, która brała udział w niedzielnym wczesnym lun-
chu, roześmiała się głośno. 

-  A  taki  ładny  włożyłaś  sweter  -  oznajmiła,  spoglądając  z 

żalem na gruby jaskrawoczerwony kardigan, który miała na so-
bie młodsza z sióstr. - Wygląda na to, że kosztował majątek. 

Sylvie z westchnieniem obrzuciła wzrokiem swój ubiór. Nie 

tylko  sweter,  lecz  także  śnieżnobiała  bluzka  z  barwnym  je-
dwabnym kołnierzykiem i czarne spodnie - jej urzędowy  strój 
barmanki  -  były  upstrzone  dziesiątkami  plam  o  przeróżnych 
kształtach i kolorach. Czerwonymi od buraczków, zielonymi od 
groszku, białymi od kaszki, żółtymi od... Nieważne. W każdym 
razie menu Simona było bardzo urozmaicone. 

Karmiąc  niemowlaka,  ciocia  Sylvie  była  przekonana,  że 

każda z serwowanych przez nią potraw przypadnie do gustu ma-
łemu siostrzeńcowi. Nic podobnego. Wszystko, co znajdowało 
się na łyżeczce wysuniętej w jego stronę, okazywało się nieprzy-
jacielem i dzięki refleksowi Simona lądowało błyskawicznie na 
pięknym służbowym stroju dobrej cioci. 

-  Swetra mi nie żal - powiedziała. - Kupiłam go na 

wyprzedaży. A zresztą, nic się nie stało. Jedzenie dla dzieci 
jest pochodzenia organicznego, więc z tymi plamami 
w pralni bez problemu dadzą sobie radę. Mam rację, Livy? 

-  zwróciła się do siostry. 
Z  miny  O1ivii  można  było  wnioskować,  że  nie  potwierdza 

przypuszczeń beztroskiej Sylvie. 

-  Prawdę powiedziawszy - odparła po chwili namysłu 
-  nie mam pojęcia, z czego teraz robi się jedzenie dla dzieci. 

Jedno jest pewne. Pod żadnym względem nie przypomina nor-
malnego pożywienia. 

R

 S

background image

 

Skinieniem  głowy  Zoey  potwierdziła  przypuszczenia  przy-

jaciółki. 

- Produkcja jedzenia dla dzieci jest objęta ścisłą tajemnicą - 

dodała. - W Południowej Dakocie istnieje nawet jakieś labora-
torium,  prowadzące  specjalne  badania.  Naukowcy  robią  tam 
wszystko,  żeby  odżywki  dla  dzieci  miały  okropny  smak  i  aby 
pozostawione przez nie plamy nie dawały się niczym wywabić 
- dodała, usiłując zachować poważną minę. 

- Też o tym czytałam - potwierdziła O1ivia. 
Sylvie  przeniosła  wzrok  z  siostry  na  Zoey.  Obie  były  dy-

plomowanymi pielęgniarkami i pracowały w tym samym szpi-
talu. Zoey na oddziale noworodków, a O1ivia na położnictwie. 
Z racji swego zawodu musiały więc znać się na rzeczy. Chyba 
wiedziały, o czym mówią. Rzuciła Simonowi podejrzliwe spoj-
rzenie.  Zrobił  poważną  minkę,  lecz  zaraz  potem  roześmiał  się 
wesoło, odsłaniając dumnie jedyne dwa zęby. Był to rozbraja-
jący widok. Sylvie natychmiast wybaczyła mu wszystko. 

- Czy kiedyś urosną mu włosy? - zapytała, patrząc na łebek 

niemowlaka, łysy jak kolano. 

- Nie mam pojęcia - wzruszając ramionami odparła O1ivia. 

-  Już  tak  się  przyzwyczaiłam  do  łysiny  Simona,  że  chyba  nie 
poznałabym go, gdyby miał włosy. 

Zoey,  krzątająca  się  przy  kuchni,  postawiła  na  stole  pół-

misek ze smażonymi jajkami. 

-  Livy - oznajmiła - ten dzieciak z dnia na dzień robi się 

ładniejszy.  Powinnaś  zgłosić  go  do  jakiegoś  telewizyjnego 
konkursu niemowlęcych talentów. W najgorszym razie pokażą 
go w jednym z komercyjnych programów o łysych. 

Sylvie roześmiała się głośno. 

R

 S

background image

 

-  No  cóż,  jeśli  mam  nadal  karmić  tego  małego  gangstera, 

muszę ruszyć głową i przyjąć nową taktykę - oznajmiła. 

Wzięła  do  ręki  łyżkę  pełną jedzenia  i zaczęła  pomrukiwać, 

udając warkot samolotowego silnika. 

Zaintrygowany  niecodziennym  odgłosem,  Simon  spojrzał 

na ciotkę. 

-  Synu -jęknęła - potrzebna mi twoja współpraca. To hasło 

na dziś. Otwieraj szybko buzię i wpuść samolot do środka. 

Genialny  malec  wykonał posłusznie polecenie,  lecz  gdy  ły-

żeczka znalazła się o milimetry od jego twarzy, zacisnął mocno 
wargi, skrzyżował pulchne łapki na brzuszku i zamaszyście od-
wrócił główkę. Chcąc nie chcąc, Sylvie musiała się roześmiać, 
bo widok był komiczny. 

- Och, mały! Jesteś w każdym calu nieodrodnym członkiem 

rodziny Vennerów. Ani twoja mama, ani tym bardziej ja nigdy 
nie zrobiłyśmy niczego, na co nie miałyśmy ochoty. 

- A kiedy twojej ukochanej ciotce czegoś się zachce - do-

rzuciła O1ivia - uprzedzam cię, miej się na baczności. Bo wte-
dy nic nie będzie w stanie sprawić, żeby zmieniła raz powzięte 
postanowienie. 

-  To musi tkwić w genach - skomentowała Zoey. 

Simon zamachał radośnie łapkami, tak jakby przyzna 
wał jej rację. 

Sylvie  rzuciła  okiem  na  miseczkę  z  marchwią.  Oceniła 

szybko,  że  dzieciak  zjadł  prawie  połowę  jej  zawartości,  a 
więc w gruncie rzeczy sporo. Zdjęła go z krzesła oraz oznajmiła 
siostrze i Zoey, że idzie na górę umyć Simona i doprowadzić 
się do porządku. 

To  cudowny  maluch,   myślała  z   czułością chwilę 

R

 S

background image

 

później, zmieniając mu pieluszkę. Gdy tak na nią patrzył, leżąc 
na stole, jego brązowe oczy  wydawały się jeszcze ciemniejsze 
niż w zwykle. Wierzgał nóżkami i gaworzył wesoło. 

Do dziecinnego pokoju weszła Zoey. Zajrzała Sylvie przez 

ramię. 

- Prawda, że jest śliczny? - powiedziała z przejęciem. 
- To  najładniejsze  dziecko  na  świecie  -  potwierdziła  młod-

sza z sióstr Venner, dumna ze swego siostrzeńca. 

- I najmądrzejsze - dodała O1ivia, stając za plecami Sylvie 

i Zoey. 

Przez  dłuższy  czas  wzrokiem  pełnym  zachwytu  wszystkie 

trzy patrzyły  w milczeniu na baraszkującego Simona, który co 
chwila przenosił wzrok z jednej twarzy na drugą. Ściskał przy 
tym mocno palec Sylvie. 

- Muszę  wam  coś  powiedzieć  -  oznajmiła.  Uznała,  że  w 

gruncie  rzeczy  moment  na  wyznanie,  które  ją  czekało,  jest 
równie dobry jak każdy inny. - Będę miała dziecko. 

- Co takiego?! 
Na  twarzach  O1ivii  i  Zoey  odmalowało  się  nieopisane  za-

skoczenie, graniczące z szokiem. 

- Dziecko? - powtórzyła O1ivia. 
- Kiedy? - spytała Zoey. 
- Wkrótce  -  odparła  Sylvie.  -  Chyba  na  Boże  Narodzenie. 

To dobra pora, prawda? 

- Do gwiazdki jest jeszcze jedenaście miesięcy - przytomnie 

zauważyła  Zoey.  -  Coś  ci  się  więc  pomyliło.  Jesteś  kiepska  w 
rachunkach. Głupsza, niż na to wyglądasz. - Zobaczyła grymas 
na twarzy Sylvie. -  To znaczy jesteś  mniej bystra  -  poprawiła 
się szybko. 

Sylvie nadal nie spuszczała wzroku z przyjaciółki, która cią-

gnęła niewzruszenie: 

R

 S

background image

 

-  Chyba obiło ci się o uszy, że na urodzenie dziecka czeka 

się od zapłodnienia tylko dziewięć miesięcy. 

-  Oczywiście - z poważną miną odrzekła Sylvie. 

O1ivia nabrała powietrza w płuca. Uznała, że czas najwyższy 
włączyć się do tej cudacznej rozmowy. 

-  Chyba nie jesteś... Przecież nie masz... To znaczy... 

Mam na myśli... - urwała. Znów odetchnęła głęboko. Zaczęła z 
innej beczki. - Mów, siostrzyczko, o co chodzi. Ale  z sensem. 
Jeśli  zamierzasz  urodzić  dziecko,  to  kto  będzie  jego  ojcem? 
Masz  tłumy  znajomych,  z  którymi  się  spotykasz,  ale,  o  ile 
wiem,  żadnego  mężczyzny  do  tej  pory  nie  obdarzyłaś  specjal-
nymi względami. Chyba że o czymś nie wiemy. A może jednak 
znalazł się ktoś? Masz przed nami tajemnice? 

Sylvie uśmiechnęła się lekko. 
-  Nie  wiem,  kto  będzie  ojcem  -  oznajmiła.  –  Jeszcze  się 

nie zdecydowałam. 

O1ivia  i  Zoey  spojrzały  na  Sylvie  zdumionym  wzrokiem. 

O1ivia położyła dłoń na czole siostry. 

-  Nie  ma  gorączki  -  stwierdziła,  zwracając  się  do  przy-

jaciółki. - To widocznie jest jakiś szok psychiczny. 

Sylvie odsunęła rękę siostry. 
- Nie  -  oznajmiła  spokojnie.  -  Ale  na  Boże  Narodzenie  za-

mierzam  urodzić  dziecko.  Jeszcze  się  nie  zdecydowałam,  kto 
będzie ojcem. 

- Zaraz  zadzwonię  do  doktora  Cliffermana  -  powiedziała 

Zoey do O1ivii. - To najlepszy psychiatra w mieście. Trzeba na-
łożyć  jej  kaftan  bezpieczeństwa.  I  nie  wolno  robić  przy  niej 
żadnych gwałtownych ruchów. 

- Uspokójcie  się  wreszcie  -  poprosiła  Sylvie.  Zaczynała 

mieć dość tej rozmowy. - Jestem zdrowa na umyśle. I nie je-
stem w ciąży. Lecz wkrótce będę. 

R

 S

background image

 

Zoey  i  O1ivia  znów  popatrzyły  na  siebie.  Westchnęły.  Po-

stanowiły reagować spokojniej. 

-  Sylvie, skąd przyszło ci do głowy, żeby decydować się na 

dziecko?  -  spytała  starsza  siostra.  -  Możesz  mi  wierzyć,  że 
dziewięć  miesięcy  ciąży  to  nic  przyjemnego.  Zwłaszcza  gdy 
masz  być  samotną  matką  i  nie  wiesz,  co  cię  w  życiu  czeka. 
Nie masz żadnych perspektyw. 

Sylvie wzruszyła ramionami. 
- Wiem o tym. Ale chcę mieć dziecko. 
- A może najpierw zajmiesz się  wyszukaniem ojca, a do-

piero  potem  pomyślisz  o  potomku?  -  zaproponowała  Zoey,  z 
trudnością tłumiąc rozdrażnienie. - Może spróbuj zakochać się 
w jakimś mężczyźnie i wyjdź za niego? Taka jest na ogół natu-
ralna  kolej  rzeczy,  mimo  że  żyjemy  w  końcu  dwudziestego 
wieku. 

- Nie jestem tradycjonalistką - mruknęła Sylvie. 
- To fakt - przyznała O1ivia. 
- I  nie  mam  najmniejszego  zamiaru  angażować  się  uczu-

ciowo. Żaden trwały związek z mężczyzną nie jest mi do szczę-
ścia potrzebny - ciągnęła Sylvie. - Z czegoś takiego, a zwłasz-
cza z zakochania się, wynikają tylko same kłopoty. Kto jak kto, 
ale  ty,  Livy,  powinnaś  najlepiej  zdawać  sobie  z  tego  sprawę. 
Masz gorzkie doświadczenia. 

- Teraz  jednak  jestem  szczęśliwą  mężatką,  żoną  naj-

wspanialszego człowieka pod słońcem i nie mogę się doczekać, 
żeby  obdarzyć  go  potomkiem,  a  Simona  siostrą  lub  bratem  - 
oznajmiła  Oli  via.  -  Wiem  doskonale,  co  mi  zaraz  wytkniesz. 
Fakt, że w przeszłości popełniłam sporo błędów, zanim zainte-
resowałam się Danielem. To prawda. Zobaczysz, siostrzyczko, 
ty też będziesz miała szczęście i poznasz odpowiedniego męż-
czyznę. Bądź cierpliwa. Musisz trochę poczekać. 

R

 S

background image

 

Sylvie potrząsnęła głową. 
- Daniel  to  najcudowniejszy  człowiek  na  świecie.  Jeden  na 

bilion.  Nie  ma  jednak  takiego  mężczyzny,  który  sprawi,  że 
zmienię  zdanie  i  zechcę  się  z  nim  związać.  Chcę  być  wolna. 
Zawsze. Upodobałam sobie ten stan. Ale pragnę zostać matką. 
Simon  wyzwolił  we  mnie  macierzyńskie  uczucia.  To  coś  cu-
downego.  Livy,  chcę  mieć  własne  dziecko  i  w  głębi  serca 
wiem, że będę dobrą matką. 

- To nie ulega wątpliwości - wtrąciła Zoey. - Jesteśmy prze-

konane,  że  potrafisz  wspaniale  opiekować  się  własnym  dziec-
kiem. Przez cały czas mówimy jednak przede wszystkim o oj-
cu. To on jest przedmiotem naszej troski. 

Na potwierdzenie słów przyjaciółki O1ivia skinęła głową. 
- Sylvie,  wiesz  dobrze,  co  przeżywałam.  Moje  stosunki  z 

Danielem  od  chwili  urodzenia  się  Simona  przechodziły  różne 
stadia. Ich opisanie mogłoby stanowić temat całej książki. Mu-
sisz  być  jednak  bardzo  ostrożna  i  przemyśleć  wszystkie  za  i 
przeciw. Posiadanie potomka to poważna sprawa, przesądzająca 
o całym twoim późniejszym życiu. 

- Ty się zdecydowałaś na dziecko - wytknęła siostra. 
- Tak, ale wiem, ile mnie to kosztowało. 
- Wszystko jednak skończyło się dobrze, prawda? 
Sylvie  wiedziała,  że  jej  siostra  i  Daniel  tworzyli  naj-

szczęśliwszą  parę  pod  słońcem.  Ona  sama  jednak  miała  inny 
problem. Powód do pośpiechu. Uznała także, iż Zoey i O1ivia 
zasługują na to, by im o tym powiedziała. 

- Jest jeszcze jedna rzecz - odezwała się spokojnym głosem 

- która sprawia, że jeśli chcę mieć dziecko, to muszę postarać 
się  o  nie  najszybciej,  jak  to  możliwe.  Prawdę  powiedziawszy, 
nie mam wyboru. 

- Dlaczego? - Z ust O1ivii i Zoey padło równoczesne pyta-

nie. 

R

 S

background image

10 

 

Sylvie  westchnęła  głęboko.  Nie  był  to  przyjemny  temat  do 

rozmowy. Do tej pory nie mogła pogodzić się z przykrą lekarską 
diagnozą. 

-  W zeszłym tygodniu byłam u ginekologa - zaczęła. 
-  Doktor  Madison  definitywnie  stwierdziła  coś,  co  pode-

jrzewała  od  dawna.  Że  w  moim  organizmie  zachodzą  nie  ko-
rzystne zmiany. Uważa, że jeśli w ciągu najbliższego roku nie 
zajdę w ciążę, potem może się to okazać fizycznie niemożliwe. 
Zanikają  moje  zdolności  rozrodcze.  Jeżeli  więc  chcę  zdecy-
dować się na dziecko, muszę zrobić to teraz. 

-  Sylvie, powinnyśmy spokojnie obgadać całą sprawę 
-  pojednawczo odezwała się O1ivia. - A ty musisz też sta-

rannie wszystko przemyśleć, zanim na coś się zdecydujesz. 

- Etap  rozmyślań  mam  już  poza  sobą  -  z  głębokim  wes-

tchnieniem odrzekła Sylvie. - I powzięłam decyzję. Chcę uro-
dzić dziecko. Na Boże Narodzenie. 

- A co z ojcem? - ze sceptycyzmem zapytała Zoey. Ani jej, 

ani  tym  bardziej  O1ivii  zwariowany  pomysł  Sylvie  nie  przy-
padł do gustu. 

- Z ojcem? Och, to małe piwo. - Sylvie lekceważąco mach-

nęła ręką, a na jej twarzy zagościł uśmiech. - Na wybranie naj-
bardziej odpowiedniego kandydata mam mnóstwo czasu. Całe 
dwa miesiące. 

- Dwa miesiące - jak echo zabrzmiał głos Zoey, która mimo 

woli  wzniosła  wzrok  ku niebu, jakby  stamtąd  spodziewała  się 
pomocy. 

- Tak. Dwa miesiące - powtórzyła Sylvie. - Przez sześćdzie-

siąt dni bez żadnego problemu znajdę idealnego ojca dla moje-
go dziecka - oświadczyła z pełnym przekonaniem. 

R

 S

background image

11 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Lokal  Cosmy  był  pięciogwiazdkową  restauracją  z  barem  i 

grillem,  znaną  z kontynentalnej  kuchni,  eleganckiego  wystroju 
wnętrza, dobrych programów rozrywkowych i jazzowej muzy-
ki.  Od  wielu  lat  stanowił  charakterystyczny  element  pejzażu 
śródmieścia Filadelfii. 

Nie były to jednak jedyne powody, które sprawiły, że Chase 

Buchanan  stał  się  bywalcem  właśnie  tej  restauracji.  Po  prostu 
lubił tu przychodzić. 

Gdy tylko znalazł sobie wygodne miejsce przy barze, napo-

tkał  wzrok  stojącej  za  ladą  młodej  barmanki.  Znała  świetnie 
zwyczaje tego gościa. Nie pytając, na co ma ochotę, od razu się-
gnęła po butelkę rzadkiego gatunku starej whisky i na lód wrzu-
cony do kryształowej szklanki wlała sporą porcję alkoholu. 

- Dzień dobry, panie Buchanan - z miłym uśmiechem przy-

witała gościa, stawiając przed nim szklaneczkę. 

- Cześć, Sylvie. 
- Już myślałam, że dziś w ogóle pana u nas nie zobaczę. A 

powinnam przecież się domyślić, że znów zasiedział się pan  w 
biurze. 

- Czasami człowiek musi skończyć pracę, którą zaczął. 
- Czasami? 
Barmanka  potrząsnęła  głową.  Długie  złociste  włosy  roz-

sypały się wokół jej sympatycznej twarzy. 

-  Pracuje pan stanowczo za dużo - powiedziała z typową  

R

 S

background image

12 

 

dla siebie bezpośredniością, która w jakimś sensie odpowiadała 
Chase'owi Buchananowi. - Ludzie powinni pracować tylko po 
to,  żeby  mieli  za  co  żyć,  a  nie  żyć  po  to,  by  pracować  - 
oświadczyła.  -  Przynajmniej  od czasu do czasu powinien pan 
zwolnić  tempo  i  pomyśleć  o  dobrodziejstwach,  które  niesie 
życie. 

-  Raczej  zwolnię  tempo  picia  następnych  drinków  i  po-

myślę o należności - zażartował. 

Sylvie  ponownie  potrząsnęła  głową  i  powtórzyła  z  upo-

rem: 

-  Pracuje pan stanowczo za dużo. 
Miała rację. Chase Buchanan nie mógłby temu zaprzeczyć. 

Odkąd  opuścił  firmę  Bulwar-Melton-Jones  i  założył  własne 
przedsiębiorstwo architektoniczne, od rana do nocy pracował w 
pocie czoła. W poprzedniej firmie nie miał żadnej przyszłości, 
gdyż  prowadzili  ją  ludzie  zaawansowani  wiekiem  i  konserwa-
tywni,  mało  pomysłowi,  o  wąskich  horyzontach  umysłowych. 
U  Bulwara-Meltona-Jonesa  znalazł  zatrudnienie  od  razu  po 
skończeniu  studiów.  Po  pięciu  latach  utworzył  własną  firmę. 
Przez  piętnaście  lat,  które  upłynęły  od  tamtej  pory,  wspaniale 
rozbudował  własne  przedsiębiorstwo  i  doprowadził  je  do  roz-
kwitu.  Jego  biuro  architektoniczne  cieszyło  się  znakomitą  re-
nomą. Należało do najlepszych w mieście. Było znane z solid-
ności i dotrzymywania terminów, a także z nietuzinkowych, od-
ważnych i nowoczesnych rozwiązań. W chwili obecnej miał na 
warsztacie  tyle  ciekawych  projektów,  że  nie  potrafił  myśleć  o 
niczym innym. Przedsiębiorstwo Chase'a Buchanana było jego 
całym  światem.  Pracował  bez  wytchnienia  i  tego  samego  wy-
magał od wszystkich, którzy z nim współdziałali. 

Wypił łyk whisky. 

R

 S

background image

13 

 

-  Łatwo pani tak mówić - odezwał się do Sylvie. – Nie jest 

pani szefem i nie musi zarządzać całą tą restauracją. 

Sylvie uśmiechnęła się jeszcze szerzej. 
- Nie chciałabym tego robić za żadne pieniądze. Taki rodzaj 

pracy  zupełnie  mi  nie  odpowiada.  Zarządzanie  jest  zbyt  wy-
czerpujące nerwowo. Wykończy każdego, zanim delikwent się 
spostrzeże. Wpędzi go do grobu. 

- Hmm. 
- Popamięta pan moje słowa. - Sylvie zarzuciła na przedra-

mię białą lnianą serwetkę, sięgnęła do miseczki z oliwkami i 
włożyła  jedną  do  ust.  -  Poza  tym  zaharowany  człowiek  jest 
okropny. Nie ma na nic czasu. A oprócz pracy przecież istnieje 
również  wiele  ciekawych  rzeczy.  Ja  nie  zamierzam  się  zamę-
czać.  Postanowiłam  cieszyć  się  życiem  i  wykorzystać  każdą 
jego chwilę. 

Chase  Buchanan  mógłby  podyskutować  na  ten  temat  z 

dziewczyną, bo nie miała racji. Pomyślał sobie jednak, że z jej 
punktu  widzenia  takie  podejście  do  życia  nie  jest  pozbawione 
sensu.  Dla  niego  samego  największym  szczęściem  była  praca. 
Kierowanie  własną firmą.  Taka  egzystencja  dawała  mu  pełnię 
satysfakcji. 

-  Ludzie mają różny stosunek do pracy - powiedział. 
-  Dla mnie i moich współpracowników sprawy firmy 

są zawsze na pierwszym miejscu. Oprócz nich nie liczy 
się nic. 

Sylvie spojrzała kątem oka na gościa. 
- Gdyby zapytał mnie pan, co o tym sądzę, powiedziałabym, 

że to czysta głupota - palnęła z typową dla siebie bezpośrednio-
ścią. 

- Nie przypominam sobie, żebym pytał panią o zdanie 
-  z uśmiechem odciął się Chase. 
To było wprost niesłychane. Normalnie nikt, dosłownie 

R

 S

background image

14 

 

nikt w taki sposób nigdy z nim nie rozmawiał. Szczerze i pro-
sto  z  mostu,  bez  owijania  w  bawełnę.  Żaden  ze  współ-
pracowników  Chase'a  Buchanana nigdy  by  się  nie  odważył  na 
takie  stwierdzenie.  W  ustach  Sylvie  było  ono  jednak  czymś 
zupełnie  normalnym.  Nie  zaskoczyła  Chase'a.  Wręcz  prze-
ciwnie,  spodziewał  się  usłyszeć  od  niej  coś  w tym rodzaju.  I 
nawet, prawdę powiedziawszy, to mu się spodobało. Od czasu 
do czasu w jego obecności elokwentna barmanka pozwalała so-
bie  wygłaszać  różne  tego  rodzaju  opinie.  Z  jednej  strony  za 
każdym razem go szokowały, z drugiej zaś cieszyły i w jakimś 
sensie umacniały więź z tą interesującą dziewczyną. 

Najdziwniejsze  było  w  tym  wszystkim  to,  że  Chase  Bu-

chanan  właściwie  jej  nie  znał.  Nie  wiedział  nawet,  jak  się  na-
zywa. Do baru wpadał trzy lub cztery razy w ciągu tygodnia, od 
kiedy przeniósł biuro swej firmy do budynku znajdującego się 
w pobliżu, po przeciwnej stronie ulicy. Było to dwa lata temu. 
Niemal  dokładnie  wtedy,  kiedy  Sylvie  zaczynała  pracę  w  tej 
restauracji. 

W tym czasie, nie bardzo zdając sobie z tego sprawę, Chase 

Buchanan  dostosował  swoje  wizyty  w  restauracji  do  dyżurów 
Sylvie. Przed pójściem wieczorem do domu wpadał na kolację 
tylko  wtedy, kiedy  wiedział,  że  za  ladą  zastanie  sympatyczną 
barmankę.  Polubił  tę  dziewczynę.  Nawet  bardzo. Była  sponta-
niczna,  wesoła  i  rozmowa  z  nią  stanowiła  miłe  odprężenie  po 
wielogodzinnym dniu ciężkiej, stresującej pracy.  Sylvie była 
nie tylko sympatyczna, lecz także ładna. 
Dobrze prezentowała się w białej koszulowej bluzce wygląda  
jącej zawsze tak,  jakby była o dwa rozmiary za duża  przy-
ozdobionej zabawnymi kolorowymi kołnierzykami 
lub krawatami, uzupełniającymi służbowy uniform. 

R

 S

background image

15 

 

Miała  miły  uśmiech.  W  te  wieczory,  w  które  Chase  Bu-

chanan  wpadał  na  drinka,  pogawędka  z  Sylvie  zawsze  po-
prawiała  mu  humor.  W  lepszym  nastroju,  rozluźniony,  wracał 
wieczorem do domu. 

Ze dwa razy miał nawet ochotę umówić się z Sylvie, ale do 

tej  pory  na  to  się  nie  zdecydował.  Po  pierwsze  dlatego,  że  od 
dawna  nie  spotykał  się  z  żadnymi  kobietami,  a  po  drugie  nie 
chciał  zakłócić  sympatycznej  atmosfery  przyjacielskich  poga-
wędek przy barze. 

Podniósł  wzrok  znad  szklaneczki  z  whisky  i  zobaczył,  że 

dziewczyna go obserwuje. Miała dziś wyjątkowo poważną mi-
nę.  Zastanawiał  się,  jakie  myśli  mogą  zaprzątać  jej  ładną 
główkę. 

Poczuła na sobie wzrok gościa i zapytała nagle: 
-  Czy pańskie stwierdzenie, że oprócz firmy nie liczy się 

nic, ma oznaczać, że  woli pan spędzać po piętnaście lub szes-
naście  godzin  dziennie  przy  pracy,  zamiast  wracać  do  żony  i 
dzieci po normalnym, ośmiogodzinnym urzędowaniu? 

Chase  Buchanan  skrzywił  się  nieznacznie.  Przeciągnął  pal-

cami po lśniących kruczoczarnych włosach, tu i ówdzie poprze-
tykanych srebrnymi nitkami. 

-  Mam  czterdziestkę  na  karku  i  jestem  samotnym  czło-

wiekiem. To chyba o czymś świadczy. 

Sylvie wzruszyła ramionami i ze śmiechem dorzuciła: 
-  Widocznie pozory mylą i mimo wszystko nie jest pan 

dobrą partią. 

W  pierwszej  chwili  Chase  Buchanan  spojrzał  na  nią  zdzi-

wiony, lecz szybko dotarł do niego żartobliwy ton dziewczyny. 
Głośno się roześmiał. 

-  Och, myli się pani. Wiele kobiet próbowało mnie omotać, 

żeby potem doprowadzić do ołtarza. 

R

 S

background image

16 

 

- I to panu nie odpowiadało? 
- Jasne, że nie! 
- Nie miał pan nigdy ochoty mieć potomka? Pozostawić po 

sobie młodego Buchanana juniora? 

Usłyszawszy te słowa Sylvie, Chase aż się wzdrygnął. 
- Oczywiście, że nie! Nie znoszę dzieci. Spojrzała na niego 

ze zdziwieniem. 

- To niemożliwe. Chyba pan żartuje. 
-  Ależ skąd!  - obruszył się. - Mówię absolutnie poważnie. 

Dzieci to koszmar. Kiedy są małe, leżą i gapią się na człowieka, 
domagając  się,  żeby  bez  przerwy  nimi  się  zajmował. Gdy tro-
chę podrosną, nie sposób ich upilnować. 
A kiedy dorosną... Och, do licha, to dopiero jest klęska! 
A jeszcze później, gdy już się całkiem usamodzielnią, mają bez 
przerwy  pretensje  do  rodziców.  O  wszystko,  co  ci biedacy  dla 
nich kiedykolwiek zrobili. Stają się niewdzięcznikami, nie do-
ceniają żadnych poświęceń. 

Chase Buchanan wypił następny łyk whisky. 
- Nie  wierzę,  że  dziwi  panią  mój  negatywny  stosunek  do 

dzieci. Nie sprawia pani wrażenia kobiety, która marzy  o  gro-
madce  potomstwa.  Wygląda  pani  na  osobę  cieszącą  się  swo-
bodą i wolnością. 

- Och,  tak.  Ma  pan  rację.  Bardzo  to  sobie  cenię.  Rów-

nocześnie jednak uwielbiam dzieci. 

Sylvie pochyliła się, szukając czegoś pod ladą, i po chwili 

Chase Buchanan zobaczył ją z portfelem w ręku. Przesuwała w 
palcach plastykowe oprawki, w których znajdowały się fotogra-
fie. Zatrzymała się na jednej. 

-  To Simon, mój siostrzeniec. - Pokazała Chase'owi zdjęcie 

niemowlaka. - Najpiękniejsze dziecko pod słońcem. Niech pan 
tylko popatrzy, jak bosko się uśmiecha. 
Prawda, że jest urocze? 

R

 S

background image

17 

 

Chase  niechętnie  rzucił  okiem  na  podsuniętą  mu  pod  nos 

fotografię. Nie potrafił udawać zainteresowania. 

- Urocze - odrzekł nieszczerze, zupełnie bez przekonania. - 

Sylvie, jestem bardzo głodny. Co jest dziś dobrego do jedzenia? 
Co pani poleca? 

- Chwileczkę. - Barmanka westchnęła głęboko. 
Jako  człowiek  spostrzegawczy,  Chase  Buchanan  stwierdził 

ze zdziwieniem, że dzisiejszego wieczoru tej zwykle  wesołej 
dziewczynie  często  zdarzało  się  wzdychanie.  Zachowywała 
się  tak,  jakby  coraz  bardziej  rozczarowywał  ją  w  rozmowie. 
Czyżby w jakiś sposób zawiódł Sylvie? Zniechęcił, a może na-
wet zmartwił swymi odpowiedziami? 

Wsunęła portfel pod ladę i nadal nie spuszczała taksującego 

wzroku z siedzącego przed nią gościa. 

Chyba jest mną zainteresowana, pomyślał Chase Buchanan. 

Ten błysk w jej oku... 

Nie,  to niemożliwe.  Szybko  odrzucił  tę  myśl,  uznając ją  za 

niedorzeczną.  Musiało  mu  się  przywidzieć.  Nic  dziwnego,  bo 
dziś miał wyjątkowo wyczerpujący dzień pracy. Barmanka nig-
dy  nie  okazywała  mu  przecież  nadmiernego  zainteresowania. 
Pewnie nie był w jej typie. 

Gdyby nawet podobał się Sylvie, i tak nie nawiązałby z nią 

żadnych  bliższych  stosunków.  Aczkolwiek,  musiał  uczciwie 
przed  sobą  przyznać,  że  gdyby  miał  zdecydować  się  na  jakiś 
przelotny romans, sympatyczna i ładna barmanka byłaby dobrą 
kandydatką. W każdym razie poglądy na temat związków z ko-
bietami  od  lat  miał  wyrobione.  Były  to  stworzenia  nad  wyraz 
niebezpieczne, bo coraz bardziej absorbowały i wikłały w swoje 
sidła mężczyznę. Stałe romanse wymagały sporo zachodu, a on 
poza pracą miał bardzo mało czasu na inne zajęcia. Z tych oto 
powodów 

R

 S

background image

18 

 

Chase'a  Buchanana  nie  było  w  żadnym  razie  stać  na  na-

wiązanie bliższych i trwałych stosunków z jakąś kobietą. 

Obserwując Sylvie wdzięcznie poruszającą się za ladą baru, 

westchnął  głęboko.  Poczuł  coś  w  rodzaju  smutku.  Może  już 
zbyt długo nie miał kobiety? Kiedy to ostatni raz był z jakąś w 
łóżku? I z kim? Chase'owi Buchananowi trudno było to sobie 
przypomnieć. Kiedy wreszcie uzmysłowił sobie, jak wiele cza-
su upłynęło od tamtej chwili, aż potrząsnął ze zdumieniem gło-
wą. Miał namacalny dowód. Tak, w jego pracowitym życiu na-
prawdę nie było miejsca dla kobiety. 

Dla  żadnej?  No, może byłoby dobrze, gdyby  znalazł sobie 

jakąś miłą partnerkę do paru krótkich, absolutnie nie zobowiązu-
jących intymnych spotkań. Ale tego typu kobiety traktowały ten 
proceder wyłącznie w sposób zarobkowy, a Chase'owi nie cho-
dziło o takie stosunki. Nie potrafiłby iść do łóżka z nieznajomą, 
a zwłaszcza z tak zwaną łatwą kobietą. Zależało mu na emocjo-
nalnym związku. Zarówno z  jego  strony, jak  i  ze  strony  part-
nerki.  Z  tym  jednak,  że  po  zakończeniu  romansu  on  sam  nie 
powinien mieć żadnych zobowiązań. 

Ale  jaka  przyzwoita,  szanująca  się  kobieta  przystałaby  na 

taki układ?  Był  realistą.  Z  góry  znał  odpowiedź  na to  pytanie. 
Żadna. W każdym razie on sam nie znał nikogo takiego. 

Podniósł wzrok i tuż przed sobą zobaczył Sylvie. Zza lady 

podawała mu kartę potraw. 

- Chyba smaczna. Wygląda obiecująco - stwierdziła. - Ma 

pan ochotę spróbować? 

Przez  chwilę  Chase'owi  Buchananowi  wydawało  się,  że 

dziewczyna włączyła się w tok jego poprzednich myśli i od-
powiada na nie wypowiedziane pytanie, proponując 

R

 S

background image

19 

 

mu własną osobę. Dopiero parę sekund później dotarło do nie-
go, że od dłuższego czasu barmanka musiała coś mu wyjaśniać, 
a on usłyszał tylko ostatnie słowa. 

-  Przepraszam bardzo - powiedział. – Myślałem o czymś 

innym. Czy mogłaby pani powtórzyć? 

Sylvie ponownie popatrzyła przenikliwie na gościa. Nie po-

trafił  pozbyć  się  przeświadczenia,  że  dzisiejszego  wieczoru 
sympatyczna barmanka bez przerwy go ocenia, a on w  jakimś 
sensie  sprawia  jej  zawód.  Mimo  to  jednak  gdy  się  odezwała, 
głos jej miał, jak zwykle, lekkie i beztroskie brzmienie, a to, co 
mówiła, było rzeczowe. 

-  Powiedziałam,  że  dziś  polecamy  kurczaki.  Zjadłam  jed-

nego na kolację i mogę zapewnić pana, że był świetny. 
Ale  duszone  kraby  też  są  bardzo  smaczne.  Lubi  pan  przecież 
owoce morza. Zamówić? 

Chase  Buchanan  podniósł  wzrok  na  stojącą  przed  nim 

dziewczynę.  I  chyba  po  raz  pierwszy  dostrzegł,  że  Sylvie  ma 
śliczne,  ciemnoniebieskie  oczy.  Najładniejsze,  jakie  kiedykol-
wiek  oglądał.  Głębokie.  Prawie  szafirowe.  Był  zdumiony,  że 
wcześniej tego nie zauważył. 

- Pani mnie zaskakuje - odparł po dłuższej chwili, mając na 

myśli  nie  tylko  potrawy,  które  mu  proponowała.  -  Sam  nie 
wiem, na co mam ochotę. 

- W porządku. 
Kiedy Sylvie odeszła nieco dalej, żeby przekazać do kuchni 

zamówienie, Chase Buchanan przyglądał się jej z zaintereso-
waniem.  Ruchy  miała  precyzyjne,  wyważone  i  oszczędne. 
Działała  spokojnie,  a  zarazem  niezwykle  sprawnie.  Lubił  ob-
serwować ją przy pracy. Poruszała się lekko,  w pełni nieświa-
doma swego wdzięku. Było widać, że czuje się na swoim miej-
scu. W każdym calu jest panią siebie. Ta ostatnia cecha fascy-
nowała Chase'a Buchanana. 

R

 S

background image

20 

 

Nigdy nie udało mu się doprowadzić własnej pewności sie-

bie do perfekcji. Przez całe życie jakiś wewnętrzny głos szeptał 
mu ciągle do ucha, nie pozwalając zapomnieć o trudnych po-
czątkach i strachu, że na starość może znów stać się nikim. 

Nigdy  jednak  nie  próbował  pozbyć  się  całkowicie  tych 

wszystkich  obaw,  które  bez  przerwy  go  nurtowały.  Wiedział 
bowiem,  że  są  one  czynnikiem  pobudzającym  do  działania. 
Duży sukces i pieniądze osiągnął  w życiu znacznie  wcześniej, 
niż udawało się to jego równie ambitnym i pracowitym rówie-
śnikom. I teraz, posmakowawszy  władzy i bogactwa, nie  zro-
biłby  niczego,  co  mogłoby  narazić  na  szwank jego  status  spo-
łeczny. Tak. Nie uczyniłby niczego, gdyby nawet do końca ży-
cia miał żyć w celibacie. Był zresztą przekonany, że na dłuższą 
metę samotne życie bardziej mu się opłaci, bo zapewni spokoj-
niejszą i bezpieczniejszą przyszłość. 

Najpierw  Sylvie  przekazała  telefonicznie  zamówienie  pana 

Buchanana, a potem jednemu z kelnerów biegnących do kuchni 
wręczyła  karteczkę.  W  restauracji  ruch  był  dziś  niewielki, 
mniejszy niż zwykle w czwartkowe wieczory. Od przyjścia do 
pracy kilka  godzin temu Sylvie jednak ciągle z czymś nie na-
dążała.  I,  podobnie  jak  zawsze  w  takich  chwilach,  znów  nie 
mogła  powstrzymać  się  od  smętnych  rozmyślań,  dlaczego  po 
ukończeniu  w  college'u  kierunku  humanistycznego,  zamiast 
zająć  się  sensowniejszą  i  mądrzejszą  pracą,  tkwi  teraz  za  re-
stauracyjnym barem. 

Być  może,  uznała  podkreślając  zamaszyście  ołówkiem 

ostatnie zamówienia na drinki, stało się tak dlatego, że nigdy, 
ale to nigdy - choćby nie wiem jak się starała - nie udawało się 
jej znaleźć w rubrykach ogłoszeń żadnego 

R

 S

background image

21 

 

anonsu  stwierdzającego,  że  jest  potrzebny  pracownik  z  hu-
manistycznym wykształceniem. 

-  Sylvie, twoje zamówienie. 
Usłyszawszy  głos  jednego  z  kelnerów,  odwróciła  się  i  w 

ostatniej  chwili  chwyciła  tacę  z  półmiskiem  ostryg,  znajdującą 
się  niebezpiecznie  blisko  krawędzi  lady.  Przed  parą  elegancko 
ubranych gości siedzących przy barze postawiła aperitify. 

- Keith! - krzyknęła do odbiegającego kolegi. 
- O co chodzi? Nie widzisz, że mam urwanie głowy? Sylvie 

uśmiechnęła się przymilnie. 

- Znajdziesz dla mnie minutkę? 
Podobnie  jak  większość  mężczyzn,  nie  potrafił  oprzeć  się 

jej urokowi. Zawrócił do baru i podszedł bliżej. 

- Jasne. Ale dosłownie minutę. Robię to tylko dla ciebie. Cie-

płym, lekko uwodzicielskim głosem powiedziała: 

- Mogę zadać ci niedyskretne pytanie? Keith uśmiechnął się 

szeroko. 

- Bardzo niedyskretne? 
-  Słuchaj, czy to prawda, że jesteś absolwentem Princeton? 
Skinął głową. 
- Tak. 
- I nadal studiujesz? W Villanova, na wydziale prawa? Kel-

ner skinął głową ponownie. 

- O co ci chodzi? - zapytał Sylvie. 
Palcem  wskazującym  powoli  rozmazywała  na  blacie  baru 

ślady  po  rozlanym  piwie.  Keith  miał  jasne  włosy,  niebieskie 
oczy i szczupłą budowę ciała. Dobre geny, oceniła. Gdyby po-
prosiła, żeby został ojcem jej dziecka, byłoby ono i tak podobne 
do matki, gdyż oboje z Keithem mieli identyczną karnację. 

R

 S

background image

22 

 

- Muszę zadać ci parę pytań... - Urwała, gdyż kelner krzyk-

nął nagle, pochylił się i przytknął dłoń do lewego oka. 

- Co ci się stało? - spytała Sylvie. 
- Nic  takiego  -  mruknął.  Wyprostował  się  i  zaczął  ma-

nipulować  przy  zaczerwienionym  oku.  -  Musiałem  tylko  po-
prawić szkło. Już jest w porządku. 

- Nosisz szkła kontaktowe? 
- Tak. Bez nich byłbym prawie ślepy. 
- Hmm. 
Keith otarł łzę. Lewe oko miał nadal czerwone i opuchnięte. 
- Jakie niedyskretne pytanie chciałaś mi zadać? 
- Naprawdę masz słaby wzrok? 
- Tak.  Fatalny.  To  rodzinne.  W  domu  od  dziecka  wszyscy 

nosili okulary. Moje były grube jak dno butelki. 

- Współczuję ci. 
- A co z twoim pytaniem? 
- Nieważne. Zapomniałam, o co mi chodziło - skłamała Sy-

lvie. 

Keith popatrzył na nią z zawiedzioną miną. 
- Mówi  się:  trudno.  Zawołaj  mnie,  jak  je  sobie  przypo-

mnisz. 

- Jasne. 
Kiedy  odszedł,  Sylvie  wyciągnęła  z  kieszeni  bluzki  nieco 

pomiętą kartkę papieru i rozłożyła ją. Nazwisko Keitha figuro-
wało mniej więcej w połowie listy, poniżej sześciu czy siedmiu 
innych nazwisk, które zdążyła już wykreślić. 

Najpierw wybrała Leonarda. Uznała, że byłby idealnym oj-

cem jej dziecka,  lecz dowiedziała się, że  właśnie się  zaręczył. 
William, kandydat numer dwa, wrócił z narciarskiej wycieczki 
z  obydwoma  rękoma  i  jedną  nogą  w  gipsie,  więc  do  niczego 
się nie nadawał. Jack, młody człowiek o falujących brązowych 

R

 S

background image

23 

 

włosach,  które  tak  bardzo  podobały  się  Sylvie,  miał  brata  w 
więzieniu.  Obawiała  się,  żeby  jej  dziecko  nie  odziedziczyło 
złych genów po stryju. W wyniku przeprowadzonego wywiadu 
ustaliła,  że  następny  kandydat  na  liście,  niejaki  Donnie,  przez 
całe  dzieciństwo  i  młodość  bez  przerwy  nosił  klamerki  na  zę-
bach i musiał być pod stałą opieką ortodonty. 

A więc żaden z tych mężczyzn, ze względów genetycznych, 

nie nadawał się na ojca jej dziecka. Dobry byłby Edgar, gdyby 
nie podejrzane zgrubienie na nosie. Sylvie nie była pewna, czy 
rzeczywiście powstało w wyniku młodzieńczej bójki. Mogła to 
być jakaś genetyczna skaza. A Michael? Nie wykryła u niego 
żadnych większych wad. Oprócz jednej. Był okropnie niemuzy-
kalny. A ona chciała mieć utalentowane dziecko.  I  to  wszech-
stronnie. 

Przed  chwilą  odpadł  jeszcze  jeden  kandydat.  Keith.  Sylvie 

westchnęła głęboko. Musi być przecież jeszcze ktoś odpowied-
ni,  pomyślała,  spoglądając  na  listę.  Ktoś,  kto  chętnie  by  się  z 
nią umówił na randkę. Koniecznie ze dwa razy, na wszelki wy-
padek. I potem zniknął na zawsze z jej życia. 

Ale kto? 
Spojrzała przez ramię na pana Buchanana. Był jedynym sta-

łym  bywalcem  baru,  którego  wieczorne  wizyty  sprawiały  jej 
niekłamaną przyjemność.  Żaden  z  pozostałych  klientów  nawet 
nie umywał się do niego. Byli to ludzie nieciekawi, najczęściej 
bezwartościowi.  Ich  w  ogóle  Sylvie  nie  brała  w  rachubę  jako 
ewentualnych ojców. 

Ale pan Buchanan...? 
Dzisiejsza  wymiana  zdań  rozszerzyła  znacznie  zasób  wia-

domości Sylvie o tym człowieku. Nie chciał zakładać rodziny, 
bo żył wyłącznie pracą zawodową. Tak więc gdyby 

R

 S

background image

24 

 

został  ojcem  jej  dziecka,  nie  zrobiłby  się  ckliwy  i  sen-
tymentalny,  chcąc  odgrywać  rolę  dobrego  tatusia  i,  co  gorsza, 
uczestniczyć w wychowywaniu dziecka. 

Jest  przystojny,  uznała  Sylvie.  Ma  dobre  geny.  Lubiła  go. 

Podobał się jej fizycznie. Intymne spotkanie z panem Buchana-
nem nie  sprawiłoby  jej  przykrości.  Wolałaby  tylko  dowiedzieć 
się przedtem jeszcze jednej, drobnej rzeczy. Jak ma na imię. 

Jeszcze raz przebiegła wzrokiem listę. Pozostało na niej pięć 

nie  skreślonych  nazwisk.  Należały  jednak  do  mężczyzn,  któ-
rych  mało  znała.  I  to  był  szkopuł,  bo  niechętnie  poszłaby  do 
łóżka  z  człowiekiem  prawie  obcym.  Czas  jednak  płynął  nie-
ubłaganie. Był ostatni tydzień lutego. Następną owulację miała 
za czternaście dni. Gdyby chciała urodzić dziecko w Boże Na-
rodzenie,  tak  jak  to  sobie  umyśliła,  musiałaby  teraz  działać 
szybko. I niezwłocznie znaleźć ojca dla swego dziecka. 

- Sylvie, twoje zamówienie. Duszone kraby. 
Wzięła od kelnera tacę z apetycznie pachnącą potrawą. Idąc 

powoli w stronę pana Buchanana, przyglądała mu się tak uważnie, 
jak jeszcze nigdy. Postawiła przed nim talerz i popatrzyła w głę-
bokie, skrzące się inteligencją zielone oczy. 

Dyskretnie, żeby nie przeszkadzać w jedzeniu, odsunęła się 

na bok, lecz nadal kątem oka obserwowała gościa. Miał świetnie 
i modnie ostrzyżone kruczoczarne włosy, wydatne kości policz-
kowe i idealnie zarysowaną szczękę, zgrabny, prosty nos i ład-
nie wykrojone usta. 

Sylvie zawsze uważała pana Buchanana za mężczyznę bar-

dzo atrakcyjnego fizycznie. Miał ponadto inne widoczne zalety. 
Był inteligentny i ambitny. Mimo że dopiero kończył czterdzie-
ści lat, był już szefem jednego z najlepszych filadelfijskich biur 
architektonicznych. 

R

 S

background image

25 

 

Uniósł rękę, żeby gestem pozdrowić kogoś znajomego. Sy-

lvie  miała  teraz  okazję  popatrzeć  na  profil  swego  gościa.  Nie 
nosił  szkieł  kontaktowych.  A  kiedy  odwrócił  głowę  i  zoba-
czył, że bacznie mu się przygląda, uśmiechnął się do niej. Spo-
strzegła teraz, że jeden ząb pana Buchanana jest nieco krzywy i 
mniejszy  niż  pozostałe.  Nie  był  to,  oczywiście,  żaden  manka-
ment,  lecz  dla  Sylvie  nieomylny  znak,  że  siedzący  przed  nią 
mężczyzna z pewnością w dzieciństwie nie musiał korzystać z 
usług ortodonty. 

Sylvie  wyjęła  ołówek  zza  ucha  i  u  dołu  swej  listy  dopisała 

nazwisko Buchanan. Ujęła je w klamrę, narysowała strzałkę  w 
górę i w ten sposób przesunęła nowego kandydata na pierwsze 
miejsce. Złożyła kartkę i wetknęła ją do kieszeni. 

Spojrzała na swego wyjątkowego gościa. 
- Od dawna zamierzam pana o coś zapytać - oznajmiła, za-

bierając pustą szklankę po whisky, żeby zaraz zastąpić ją pełną. 

- O co? 
- Czy gra pan na jakimś instrumencie muzycznym? 

R

 S

background image

26 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Zdumiony Chase podniósł wzrok i spojrzał na Sylvie. 
-  Na instrumencie muzycznym? - powtórzył. 
Potwierdziła  jego  wątpliwości  skinieniem  głowy,  sięgając 

po butelkę ulubionej whisky gościa, stojącą na lustrzanej półce. 

Czy  stał  się  już  aż  tak  stałym  bywalcem  tej  restauracji,  że 

barmanka  przestała  go  pytać,  na  jaki alkohol  ma  ochotę  i  czy 
chce się jeszcze napić? Prawdę powiedziawszy, nie potrafił so-
bie przypomnieć, kiedy ostatni raz w ogóle zadano mu tak nie-
stereotypowe pytanie. 

- Zapytałam o to -  odparła - bo  wygląda mi pan na muzy-

kalnego człowieka. 

- W orkiestrze szkolnej grałem na saksofonie - przyznał. - A 

podczas studiów byłem członkiem małego zespołu jazzowego. 

Sylvie  uśmiechnęła  się  tak  promiennie,  że  Chase'owi  Bu-

chananowi od razu zrobiło się weselej na duszy. Udało mu się 
wreszcie uradować dziś tę sympatyczną dziewczynę. 

- Naprawdę? Na saksofonie? - powtórzyła. Z zadowoleniem 

kiwnęła głową. 

- Tak. Ale, oczywiście, od lat już nie grałem... 
- To nie ma znaczenia. Był pan dobrym muzykiem? 
- Nawet bardzo. 

R

 S

background image

27 

 

Uśmiech  na  twarzy  Sylvie  stał  się  jeszcze  promienniejszy, 

kiedy stawiała przed Chase 'em następnego drinka. 

- No to niech mi pan jeszcze coś o sobie powie - dorzuciła. 
- Co? 
-  Co z pańskim zdrowiem? Czy czuje się pan dobrze? 

Chase Buchanan znów popatrzył zdziwiony na Sylvie. 

-  Skąd te pytania o moje samopoczucie? Czy źle wy 

glądam? 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 
- Nie. Po prostu chciałam się upewnić. 
- Podczas  ostatniego  kontrolnego  badania  lekarz  oświad-

czył, że jestem w doskonałej formie. 

- Miło to słyszeć. 
- Dlaczego  dzisiaj  zasypuje  mnie  pani  tak  dziwnymi  pyta-

niami? 

;

 

Sylvie popatrzyła uważnie na swego rozmówcę. Chase Bu-

chanan  poczuł  się  nieswojo.  Żałował,  że  się  odezwał.  Chyba 
wolałby nie słyszeć odpowiedzi. 

- Mogę być z panem szczera? - zapytała. 
- Oczywiście. 
Rozejrzała  się  wokoło.  Za  ladą  uwijało  się  dwóch  pozo-

stałych barmanów, pracujących na tej samej zmianie co ona, a 
na  stołkach  siedziało  sześć  czy  siedem  osób.  Za  ich  plecami 
biegali w pośpiechu kelnerzy i kelnerki. 

Chase Buchanan nie wiedział, co o tym myśleć. Zachowanie 

się Sylvie było zastanawiające. 

-  Sądzę,  że  to  nie  miejsce  na  rozmowę  –  powiedziała  po 

chwili. - O jedenastej kończę pracę. Czy... czy zgodzi się pan 
wypić wtedy ze mną kawę? 

Zaskoczyła  go.  Nie  miał  pojęcia,  co  powiedzieć.  Nigdy 

przedtem nie próbował umówić się z Sylvie. Do tej pory 

R

 S

background image

28 

 

nie  widział  jej  poza  barem.  Prawdę  powiedziawszy,  nie  wie-
dział nawet, jak ta dziewczyna wygląda od pasa w dół. Chyba 
nigdy nie oglądał jej w całości. 

Propozycja barmanki była zdumiewająca i niczym nie uza-

sadniona.  Trochę  go  zaniepokoiła.  Rzucił  okiem  na  zegarek. 
Minęła dopiero dziesiąta. A więc musiałby czekać godzinę, aż 
Sylvie skończy pracę. W gruncie rzeczy nie miał nic lepszego 
do roboty, czuł jednak, że powinien odmówić. 

-  Oczywiście - usłyszał swój głos. Bez namysłu przy 

jął zaproszenie. 

Sylwie odetchnęła z ulgą. Chase Buchanan zobaczył, że wy-

raźnie się odprężyła. 

-  Świetnie.  Jestem panu bardzo  zobowiązana.  Jak  smakują 

kraby? 

Godzinę później Sylvie siedziała naprzeciw pana Buchanana 

przy małym koktajlowym stoliku w rogu sali barowej. Tak kur-
czowo trzymała filiżankę z kawą, jakby to była  przysłowiowa 
ostatnia deska ratunku. Ściskało ją w dołku. Czuła się okrop-
nie. 

A może zwariowałam? zapytywała samą siebie, spod opusz-

czonych  rzęs  przyglądając  się  siedzącemu  przed  nią  mężczyź-
nie. Przez ostatnią godzinę pracowała w barze jak automat, my-
ślami bez przerwy błądząc wokół tego jednego, wyjątkowego 
gościa. 

A  co  ja  w  ogóle  wiem  na  temat  pana  Buchanana?  zasta-

nawiała  się  teraz.  Jest  przystojny,  inteligentny  i  pracowity.  W 
życiu odnosi sukcesy. Jest nienagannie ubrany, ma dobry gust i 
umie  grać  na  saksofonie.  Wygląda  na  to,  że  nie  jest  związany 
uczuciowo  z  żadną  kobietą,  co  wyeliminuje  ewentualne  kom-
plikacje. Przez dwa lata ze trzy razy pojawił się w

R

 S

background image

29 

 

restauracji  w  damskim  towarzystwie.  Mówił  o  sobie,  że  jest 
samotnikiem. 

Miał  czterdziestkę.  Był  więc  od  niej  starszy  o  dziesięć  lat. 

Liczyła się dla niego tylko firma. Będąc pracoholikiem w śred-
nim wieku, nie miałby z pewnością ochoty męczyć się z potom-
stwem. Tak więc gdyby miała z nim dziecko, nie rościłby sobie 
do niego żadnych pretensji. 

Czy może jednak prosić pana Buchanana o taką przysługę? I 

jak sama poradzi sobie z całą sprawą, jeśli uda się jej uzyskać 
upragnioną  zgodę?  Żeby  podtrzymać  się  na  duchu,  Sylvie  po-
wtarzała w myśli, że wszystko jest przecież niezwykle proste i 
obmyślone przez nią w najmniejszych nawet szczegółach. Kie-
dy  jednak  spojrzała  w  chłodne  zielone  oczy  siedzącego  przed 
nią mężczyzny, pomyślała nagle, że chyba do tej pory w ogóle 
nie zdawała sobie sprawy z tego, w co się właściwie pakuje. 

-  A  więc,  Sylvie  -  zaczął  Chase  Buchanan,  kiedy  uprzy-

tomnił sobie, że od pięciu minut tkwią niemal nieruchomo na-
przeciw siebie i jeszcze nie zamienili ani słowa. 

-  O co chodzi? 
Siedziała  z  opuszczoną  głową.  Długie  jasne  włosy  opadały 

jej  na  czoło.  Chase  miał  nieprzepartą ochotę  wyciągnąć  rękę  i 
odgarnąć z twarzy niesforny kosmyk. Dopiero teraz zauważył, 
jakie  jej  włosy  są  lśniące  i  jedwabiste.  W  migocącym,  przy-
ćmionym świetle świecy stojącej na stoliku cała postać Sylvie 
wydała mu się eteryczna. Delikatniejsza niż zwykle. 

- Hmm. - Odetchnęła głęboko. - Chcę pana o coś zapytać. 
- A co jeszcze panią interesuje? - Chase Buchanan uśmiech-

nął się do Sylvie. Zauważył, że unika jego wzroku. 

-  Dziś zadała mi już pani sporo pytań - przypomniał. 

R

 S

background image

30 

 

Skinęła głową. 
-  Tak.  Mam...  mam  starszą  siostrę  -  zaczęła  niepewnie. 

Podniosła wzrok. 

Jak niezwykle błękitne, a właściwie szafirowe są jej oczy, 

zdążył pomyśleć Chase Buchanan, zanim dotarł do niego sens 
słów  wypowiedzianych  przez  Sylvie.  Aha,  więc  o  to  chodzi. 
Chce go skojarzyć z własną siostrą! Ale nic z tego. Zbyt wiele 
razy  znajomi  próbowali  tego  sposobu  i  był  już  dostatecznie 
uodporniony. Randki w ciemno miał poza sobą. 

-  Siostrę - powtórzył. 

Sylvie skinęła głową. 

- W zeszłym roku urodziła dziecko. Pokazywałam dziś panu 

zdjęcie mego siostrzeńca. 

- Dziecko?  -  powtórzył  z  niedowierzaniem.  Czyżby  bar-

manka  zamierzała  wyswatać  go  z  kobietą  obarczoną  potom-
kiem?  Cóż  ta  dziewczyna  sobie  myśli?  Chce  go  zniszczyć? 
Dlaczego?  Niczym  nie  zasłużył  na  takie  traktowanie.  Przecież 
niedawno powiedział jej, co myśli o zakładaniu rodziny. 

Podniósł rękę, żeby powstrzymać Sylvie. 
-  Słuchaj,  dziecino  -  powiedział,  umyślnie  podkreślając 

istniejącą  między  nimi  różnicę  wieku.  -  Daruj  sobie  dalszy 
tekst. Nie jestem zainteresowany siostrą. Ani jej potomkiem. 

Kiedy  do  Sylvie  dotarł  sens  wypowiedzi  pana  Buchanana, 

zaczęła najpierw cichutko chichotać, a zaraz potem wybuchnęła 
głośnym  śmiechem.  Rozbawiło  ją  powstałe  nieporozumienie. 
Nie zamierzała kojarzyć go z siostrą. 

Chase Buchanan też się roześmiał. Z wyraźną ulgą. 
-  Livy jest szczęśliwą mężatką - oznajmiła Sylvie. - 

Jeszcze jeden mężczyzna nie jest jej potrzebny. W stosun- 

R

 S

background image

31 

 

ku do pana mam zupełnie inne plany. Dotyczą mnie i mojego 
dziecka. Zamierzam pana w nie wrobić. Chase Buchanan spo-
ważniał natychmiast. 

-  Co takiego?! - zapytał zdumiony. 
Sylvie  przestała  się  śmiać.  Nie  powinna  mówić  mu  tego  w 

tak obcesowy sposób. Ale stało się. Musiała brnąć dalej, nie by-
ło innego wyjścia. 

- Nie wiedziałem, że jest pani matką - odezwał się Chase. 
- Nie  jestem  -  odparła.  -  Ale  odkąd  Livy  urodziła  Simona, 

zapragnęłam też mieć własnego potomka. 

- Tak nagle wpadło to pani do głowy? 
- Och,  nie.  -  Sylvie  pokręciła  głową.  -  Simon  kończy  wła-

śnie dziewięć miesięcy i od chwili jego urodzenia intensywnie o 
tym  myślałam.  Mimo  że  mam  dopiero  trzydzieści  lat,  wedle 
opinii lekarza zostało mi niewiele czasu na urodzenie dziecka. 
Jeśli  mam  być  matką,  a  bardzo  mi  na  tym  zależy,  nie  mogę 
spokojnie siedzieć i czekać, aż ktoś odpowiedni mi się oświad-
czy. Muszę wziąć sprawę we własne ręce. 

- Dlaczego mówi mi pani to wszystko? 
Chyba jeszcze  nie  pojmuje,  o co  mi  chodzi,  pomyślała  Sy-

lvie. Musiała obiektywnie przyznać, że propozycja, którą składa-
ła  panu  Buchananowi,  była,  oględnie  mówiąc,  bardzo  nieco-
dzienna. Prosi mężczyznę,  żeby się  z nią przespał w celu za-
płodnienia, a potem zniknął z jej życia na zawsze. Istnieli z pew-
nością faceci, którzy przystaliby na to z ochotą, ale cały szkopuł 
polegał na tym, że na ojców w  żadnym razie się nie nadawali. 
Dla  dobra  swego  dziecka  musiała  przecież  zatroszczyć  się  o 
przyzwoitego rodziciela. 

-  Bo... - zaczęła zdławionym głosem - bo jest pan przystoj-

ny, inteligentny, uzdolniony i... - przesunęła nerwowo 

R

 S

background image

32 

 

językiem po zaschniętych wargach - i chciałabym, żeby właśnie 
takie zalety odziedziczyło moje dziecko po swoim ojcu. 

Wyraz twarzy pana Buchanana nie uległ zmianie. Sylvie nie 

była pewna, czy zrozumiał, o co jej chodzi. 

-  A więc? - zapytał krótko. 
Teraz  on  przyglądał  się  jej  uważnie.  Zadrgał  mu  lekko  je-

den kącik ust. 

Och, zrozumiał świetnie, co mam na myśli, uzmysłowiła so-

bie Sylvie. Pragnie tylko zmusić mnie, abym wyłożyła kawę na 
ławę. 

-  A więc zależy mi na tym, żeby został pan ojcem mego 

dziecka. To znaczy chcę, żeby zastanowił się pan nad tą 
propozycją. Bardzo proszę. 

Przy  stoliku  zapadło  głuche  milczenie.  Wreszcie  pierwszy 

odezwał się pan Buchanan: 

-  Chce pani, żebym... żebym oddał... - urwał, rozejrzał się 

niespokojnie  wokoło,  aby  sprawdzić,  czy  nikt  nie  słyszy,  i  ci-
cho dokończył: - oddał spermę do sztucznego zapłodnienia? 

-  Oczywiście, że nie - szybko zapewniła go Sylvie. 

Widocznie źle ją zrozumiał. Tej dziewczynie musiało chodzić 
o coś zupełnie innego. 

- Chcę, żeby pan kochał się ze mną - powiedziała po chwi-

li. 

- Co takiego?! 
- Za dwa tygodnie. To znaczy wtedy, kiedy będę miała owu-

lację. 

Słowa Sylvie z opóźnieniem dotarły do Chase'a Buchanana. 

Zrozumiał  je,  oczywiście,  lecz  nie  mógł  w  nie  uwierzyć.  Tym 
razem  on  spuścił  wzrok  i  utkwił  go  nieruchomo  w  stojącej 
przed nim filiżance. 

R

 S

background image

33 

 

Milczenie  rozmówcy  było  widocznie  na  rękę barmance,  bo 

zaczęła tłumaczyć nerwowo: 

- Wiem,  co  pan  sobie  teraz  o  mnie  myśli.  Same  najgorsze 

rzeczy. Obcemu mężczyźnie proponuję pójście do łóżka po to, 
żebym mogła zajść w ciążę... 

- Och, nie jestem obcy - przerwał jej Chase Buchanan. Pod-

niósł  wzrok  i  popatrzył  przeciągle  na  Sylvie.  -  Przecież  się 
znamy. Mam rację? 

Zamiast odpowiedzieć, wzruszyła tylko ramionami. 
Chase Buchanan dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo 

siedząca przed nim dziewczyna jest drobna i wiotka. Delikatna. 
Przy barze zawsze wydawała się silna i pewna siebie. Zastana-
wiał się, od jak dawna o nim myślała. Nie rozumiał, dlaczego 
poczynioną mu propozycję uznał za zdrożną. 

-  Jak  możesz  nadal  traktować  mnie  jak  obcego  po  tych 

wszystkich  rozmowach,  które  prowadziliśmy  przez  pełne  dwa 
lata? W zeszłym roku, w lecie, podtrzymywałaś mnie na duchu, 
kiedy miałem kłopoty z nieuczciwym konkurentem. Pamiętasz, 
jak  wypłakiwałem  się  przed  tobą?  Gdyby  nie  ty,  chyba  bym 
wówczas zwariował. Dałaś mi fantastyczne rady. 

Sylvie roześmiała się nerwowo. 
- Naprawdę? 
- Tak. Współczułaś mi po śmierci ojca. 
- A  ty  pomogłeś  mi  przeżyć  stratę  matki.  To  śmieszne,  ale 

do dziś nie wiem, jak masz na imię. 

- A ja nie znam twego nazwiska. 
- Venner. Jestem Sylvie Venner. 
- Mam na imię Chase. - Wyciągnął rękę w jej stronę. - Je-

stem Chase Buchanan - przedstawił się oficjalnie. 

Podała mu dłoń. Nie była do końca pewna, ale miała 

R

 S

background image

34 

 

nadzieję,  że  wymieniony  przed  chwilą  uścisk  dłoni  przy-
pieczętował umowę. Było już po drugiej w nocy, kiedy dyżuru-
jący barman, chcąc zamknąć salę, wyprawił ich z restauracji. 
Chase odprowadził Sylvie do jej samochodu. Mimo lodowatego 
zimna szli wolno ulicą. O tej porze ta część Filadelfii była opu-
stoszała. Miasto wydawało się zdumiewająco spokojne. 

Nie przyjęli żadnych konkretnych ustaleń, uświadomiła so-

bie Sylvie, idąc obok Chase'a, mimo że spędzili wiele czasu na 
omawianiu  różnych  aspektów  całej  sprawy.  Chase  ani  nie 
przystał  na  propozycję,  ani  jej  nie  odrzucił.  W  każdym  razie 
wydawał się zadowolony z towarzystwa Sylvie. 

Doszli do zaparkowanego samochodu. 
Otworzyła  drzwi  i  rzuciła  torebkę  na  siedzenie  pasażera. 

Chciała  też  odłożyć  na  bok  pozostawioną  w  wozie  książkę. 
Chase przytrzymał jej rękę. Zerknął na okładkę. 

- Czytasz Emersona? - zapytał, lecz w jego głosie Sylvie nie 

wyczuła zdziwienia. 

- Tak. ,flature" to znakomite filozoficzne eseje. Co pewien 

czas lubię do nich wracać. 

- Świetnie cię rozumiem. Też tak robię. 
- Nie wiedziałam, że znasz Emersona. 
- Jego  podstawowe  dzieła  wchodziły  w  skład  mojej  obo-

wiązkowej lektury na studiach. Bardzo mi się podobały. 

Chase  dopiero  teraz  puścił  rękę  Sylvie.  Zanim  to  zrobił, 

przesunął  lekko  palcami po  jej  odsłoniętej  dłoni.  Zadrżała.  Od 
jego dotyku lub mroźnego powietrza. 

-  Jak to się stało, że nigdy nie wykorzystywałaś w pracy 

swego humanistycznego wykształcenia? - zapytał ni stąd, 
ni zowąd. 

Sylvie położyła książkę obok torebki. Wysunęła się 

R

 S

background image

35 

 

z  wozu,  wyprostowała  i  oparła  łokcie  o  otwarte  drzwi  sa-
mochodu. 

-  Sama nie wiem. Zawsze chciałam kontynuować studia,  a 

potem  zrobić  doktorat,  żebym  mogła  wykładać  w  college'u, 
ale jakoś nic z tego nie wyszło. Gdy kończyłam szkołę, miałam 
nauki po dziurki w nosie. Okropnie mi zbrzydła. A teraz powrót 
na studia pozostaje tylko w sferze marzeń - westchnęła lekko. - 
Nie  mam  na  to  czasu  ani  środków.  -  Sylvie  wzruszyła  ramio-
nami. - Może jeszcze kiedyś mi się to uda. 

Chase skinął głową. Było widać, że myśli o czymś innym. 
- Do tej pory jeszcze nie powiedziałeś, czy zgadzasz się na 

moją propozycję - przypomniała. 

- Masz rację - przyznał. 
I pewnie się nie zgodzi, pomyślała zgnębiona. Wahanie Ch-

ase'a  dotknęło  ją  bardziej,  niż  mogła  się  tego  spodziewać.  No 
cóż, miała jeszcze na liście nazwiska innych mężczyzn. I szansę 
znalezienia  odpowiedniego  ojca.  Ale  nagle  straciła  ochotę  na 
dalsze szukanie. Uznała, że Chase Buchanan byłby idealny. Je-
śli rzeczywiście odmówi jej prośbie, nie będzie wiedziała, co 
robić dalej. 

- Jest coś, czego nie pojmuję - powiedział nagle. 
- Co takiego? 
- Dlaczego chcesz, żeby ojcem twego dziecka był ktoś, kogo 

znasz? Jeśli naprawdę tak bardzo zależy ci na tym, żeby zostać 
matką,  to  czemu  nie  skorzystasz  ze  sztucznego  zapłodnienia? 
Tak robi przecież sporo kobiet. 

- Wiem. Zastanawiałam się nad tym rozwiązaniem. Podobno 

dostaje się do wypełnienia obszerny kwestionariusz, do którego 
można  wpisać,  czego  się  chce.  Kim  ma  być  dawca  spermy 
oraz różne inne wymagania i życzenia. Ale... 

R

 S

background image

36 

 

-  Ale co? 
Sylvie  wzruszyła  ramionami.  Odwróciła  wzrok.  Badawcze 

spojrzenie Chase'a sprawiło, że poczuła się niepewnie. 

- To  nie  dla  mnie  -  wyznała.  -  Uważam  się  wprawdzie  za 

nowoczesną  kobietę  o  postępowych  poglądach  i,  oczywiście, 
nic  nie  mam  przeciw  sztucznemu  zapłodnieniu.  Ale...  ale  to 
nie dla mnie - powtórzyła. 

- Dlaczego? 
- Bo... bo chyba w głębi serca jestem staroświecka. W ża-

den  sposób  nie  mogę  sobie  wyobrazić  siebie  leżącej  w  zim-
nym, bezosobowym gabinecie lekarskim na metalowym fotelu, 
z  nogami  uwięzionymi  w  strzemionach,  otoczonej  ludźmi  w 
białych kitlach. 

Słysząc  z  ust  Sylvie  ten  przykry,  kliniczny  opis,  Chase 

skrzywił się wyraźnie. 

- Dziecko  powinno  być  poczęte  w  momencie  uniesienia  - 

ciągnęła.  -  Jeśli  nawet  miałaby  to  być  krótka,  ulotna  chwila. 
Aktowi temu powinna towarzyszyć aura porozumienia emocjo-
nalnego  między  partnerami.  Jeśli  nawet  miałaby  być  bardzo 
krótkotrwała. Tak to widzę. 

- Większość ludzi uważa, że dziecko powinno być owocem 

miłości,  a  rodziców  powinno  łączyć  głębokie,  obustronne, do-
zgonne uczucie, bo to dopiero scala rodzinę - zauważył Chase. 

- Wiem - odparła Sylvie. - Nie jestem jednak wcale przeko-

nana, czy takie uczucie rzeczywiście istnieje. 

Nie od razu usłyszała komentarz Chase'a. Trawił w myśli jej 

słowa. 

- Nie jestem przeciwnego zdania, lecz zastanawiam się nad 

jednym.  Skąd  u  ciebie  ten  brak  wiary  w  miłość?  -  zapytał  po 
dłuższej chwili. 

- Wiem, że ludzie wierzą w bezgraniczną miłość do 

R

 S

background image

37 

 

grobowej  deski  -  ciągnęła.  -  Nawet  moja  rodzona  siostra  stała 
się  gorącą  wyznawczynią  tego  poglądu.  Jest  tak  przekonana  o 
potędze  tego  uczucia,  że  może  właśnie  dlatego  zależy  mi  na 
tym, by go unikać. Trzeba mieć się na baczności. 

-  Skąd wzięła się u ciebie taka postawa? 
Sylvie  zawahała  się  z  odpowiedzią.  To  święta  prawda,  że 

Livy znalazła wreszcie szczęście w ramionach Daniela McGua-
ne'a. Równie prawdziwe było jednak to, że był on nadzwyczaj-
nym  człowiekiem.  Jedynym  na  świecie.  Sylvie  była  głęboko 
przeświadczona,  że  ona  sama  nigdy  nie  znajdzie  idealnego 
mężczyzny. 

- Zanim Livy poznała obecnego męża, raz po raz wplątywała 

się w przeróżne romanse, jeden gorszy od drugiego, i za każdym 
razem wychodziła z nich ze złamanym sercem. Wiele lat temu 
poprzysięgłam sobie solennie, że nigdy, ale to nigdy nie pozwo-
lę żadnemu z mężczyzn na złe traktowanie. 

- Sama  twierdzisz,  że  twoja  siostra  wyszła  wreszcie  szczę-

śliwie za mąż - przypomniał Chase. - Skąd więc niezachwiana 
pewność, że tobie nie przydarzy się coś podobnego? 

- Między mną a Livy jest kolosalna różnica - oznajmiła Sy-

lvie. - Ona zawsze marzyła o tym, żeby wyjść za mąż. Ja jestem 
znacznie bardziej niezależna. Nie pragnę być związana z nikim 
na  zawsze  i  nie  chcę,  żeby  jakiś  mężczyzna  mną  komendero-
wał. 

- Przecież posiadanie dziecka ograniczy twoją niezależność. 

Przywiąże cię do niego na zawsze. Od chwili poczęcia będziesz 
ponosiła za nie odpowiedzialność. 

- To  jest  zupełnie  inna  sprawa  -  odparła  Sylvie  z  uśmie-

chem. - Dzieci małe i duże zawsze cię potrzebują. 

R

 S

background image

38 

 

Kochają bez względu na wady charakteru. Nie próbują prze-

robić cię na swoją modłę i, co najważniejsze, nie igrają z twymi 
uczuciami. Tak jak robią to wszyscy faceci, których znam. 

Zamyślony Chase skinął głową. Opis mężczyzn, który usły-

szał  przed  chwilą,  pasował  idealnie  do  jego  sądu  o  kobietach. 
To  zdumiewające,  że  oboje  z  Sylvie  mają  aż  tak  identyczne 
poglądy i wyobrażenia na temat płci przeciwnej. 

- Daj  mi  trochę  czasu  do  namysłu  -  powiedział.  -  Musisz 

przecież przyznać, że twoja propozycja jest co najmniej... ory-
ginalna. 

- Odpowiedź muszę mieć przed upływem dwu tygodni 
-  przypomniała. 
- Skąd aż taki pośpiech? 
- Chcę  urodzić  dziecko  na  Boże  Narodzenie,-  odparła  Sy-

lvie z uśmiechem. 

Wyczuła  jednak,  że  Chase  nadal  ma  jakieś  wątpliwości,  iż 

coś go niepokoi i dręczy. Chyba nie pojmował do końca przed-
stawionej przez nią koncepcji. 

-  O co jeszcze ci chodzi? - chciała się dowiedzieć. 

Uniósł rękę i odsunął kosmyk włosów opadający jej na 

czoło.  To  miły  gest,  uznała  Sylvie,  czując  na  skórze  ciepłe 

palce Chase'a. 

Miękkim głosem powiedział: 
- A  jaka  ma  być  moja  rola  po  tym,  jak...  wykonam  swoje 

początkowe zadanie? 

- Co masz na myśli? - spytała szybko cieńszym niż zazwy-

czaj głosem. 

- Po tym... po tym, jak będziemy się z sobą kochać... 
-  Przełknął ślinę. - Co stanie się z nami, kiedy zajdziesz 

w ciążę? 

R

 S

background image

39 

 

- Myślę, że wrócimy do tego, co było przedtem. 
- Naprawdę uważasz, że potrafimy? 
Sylvie  westchnęła.  Wyprostowała  się.  Spojrzała  Chase'owi 

prosto w oczy. 

- Nie  jestem  pewna.  Ale  sądzę,  że  nam  się  to  uda.  O  ile 

wiem,  nie  chcesz  wiązać  się  z  żadną  kobietą.  Ja  też  chcę  żyć 
bez mężczyzny. 

- To prawda... 
- Mamy  więc jeszcze jeden powód, dla którego nasz układ 

jest idealny. Znamy się od dwóch lat i nigdy nie staraliśmy się 
zacieśnić  wzajemnych  stosunków.  Dlaczego  miałoby  nam  gro-
zić  to  teraz?  Przecież  będziemy...  kochać  się  tylko  raz.  Wielu 
ludzi ma za sobą przelotne stosunki seksualne i nadal pozostaje 
przyjaciółmi. - Tak przynajmniej  sądziła  Sylvie.  Podobne  sy-
tuacje oglądała często w telewizji i kinie. 

- To prawda, lecz... 
Zanim  zdała  sobie  sprawę  z tego, co  się dzieje, Chase po-

chylił się i przywarł ustami do jej zimnych warg. 

Zaskoczyło to ją ogromnie. Przez chwilę trwała w bezruchu, 

lecz kiedy wsunął palce we włosy na karku i przyciągnął ją do 
siebie,  odruchowo  odwzajemniła  pieszczotę.  Chase  całował 
cudownie.  Sylvie  objęła  go  za  szyję,  tak  jakby  sądziła,  że  są 
jeszcze zbyt oddaleni od siebie. 

Odsunął ją od drzwi samochodu i wziął w ramiona. Jeszcze 

mocniej wpił się ustami w rozgrzane wargi. Wolną rękę przesu-
nął w dół wzdłuż pleców Sylvie i przyciągnął ją do siebie. Mi-
mo  otaczającego ich chłodu odczuwała gorąco bijące od ciała 
Chase'a, przenikające ubrania. 

Nie  miała pojęcia,  jak długo tak  stali, zwarci  w namiętnym 

uścisku.  Jedno  było  pewne.  W  ramionach  tego  mężczyzny 
chciała pozostać na zawsze. 

R

 S

background image

40 

 

 Puścił ją. Tak nagle, jak przedtem objął i pocałował. Odsu-

nął  się  i,  zmieszany,  oddychał  z  trudem.  Przestrzeń  pomiędzy 
nimi wypełniła się obłoczkami srebrnej pary. 

- Muszę wszystko dokładnie przemyśleć - powiedział. - Po-

trzebuję paru dni. - Chase odsunął się od Sylvie. -I tobie radzę 
zrobić  to  samo.  -  Odwrócił  się  i  odszedł.  Bez  jednego  słowa 
pożegnania. 

Patrzyła,  jak  się  oddala,  zdumiona  ogromem  emocji,  jakie 

w niej wyzwolił. Jeszcze kilka minut temu była panią siebie. W 
pełni  panowała  nad  sytuacją.  Wszystko  zaplanowała  w  naj-
mniejszych  nawet  szczegółach.  Wiedziała  dokładnie,  czego 
chce. 

I co? 
Gdy  tylko  Chase  ją  pocałował,  wszystkie  obmyślane  skru-

pulatnie plany w jednej chwili wzięły w łeb. Rozpłynęły się jak 
obłoczki  srebrnej  mgiełki,  wzbijające  się  teraz  w  zimnym  po-
wietrzu z jej rozchylonych warg. 

A  taka  byłam  przedtem pewna  siebie, pomyślała  z  ciężkim 

westchnieniem,  starając  się  opanować  przerywany,  nierówny 
oddech. 

Nieczęsto się to  zdarzało, ale  Sylvie  Venner nie miała  zie-

lonego pojęcia, co robić dalej. 

R

 S

background image

41 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

W poniedziałek, sześć dni po tym, gdy Sylvie Venner  wy-

skoczyła  jak  Filip  z  konopi  ze  swą  niecodzienną  propozycją, 
Chase Buchanan siedział za biurkiem i zastanawiał się nad róż-
nymi  możliwościami  rozwiązania  tego  problemu.  Prawdę  po-
wiedziawszy,  od  prawie  tygodnia  nie  był  w  stanie  myśleć  o 
niczym innym. Jego umysł zaprzątała nie praca, jak to zazwy-
czaj bywało, lecz sympatyczna blond barmanka. 

Od  pamiętnego  wieczoru  unikał  starannie  wizyt  w  re-

stauracji, niepewny, jak zareagowałby na widok Sylvie. Nadal 
nie miał pojęcia, co zrobić z jej propozycją. Co gorsza, sprawa 
miała także aspekty moralne. Czy można odbyć stosunek seksu-
alny z prawie obcą kobietą wyłącznie w celu reprodukcji i po-
tem nie mieć nic wspólnego z urodzonym dzieckiem? 

Chase czuł, że powinien odmówić Sylvie. 
Ale... 
Gdzieś  głęboko,  w  podświadomości,  cała  ta  sprawa  bez 

przerwy  go  nurtowała.  Była  bardzo  intrygująca.  Przecież  nie 
dalej jak sześć dni temu siedział przy barze, pragnąc przelotne-
go stosunku z kobietą, którą lubił, bez jakichkolwiek zobowią-
zań! Sylvie stwarzała właśnie taką idealną wręcz okazję, składa-
jąc swą propozycję. A więc o co mu jeszcze chodziło? Czemu 
szukał dziury w całym? 

W głębi serca Chase musiał przyznać, że perspektywa 

R

 S

background image

42 

 

spłodzenia dziecka z panną Venner była podniecająca. Urodzi-
łaby mu, oczywiście, chłopczyka. Nawet przez myśl nie  prze-
szło Chase'owi, że mogłaby to być dziewczynka. 

Miałby  więc  syna.  Biegałby  sobie  po świecie  sympatyczny 

mały  chłopiec,  który  swe  poczęcie  zawdzięczałby  po  części 
Chase'owi.  Ojciec  nie  odpowiadałby  jednak  w  tym  przypadku 
ani za wychowanie, ani za edukację syna. Mimo głęboko tkwią-
cego  w  nim przekonania,  że  dzieci  stwarzają  więcej  kłopotów, 
niż  przynoszą  pożytku,  perspektywa  posiadania  potomka  była 
dla  Chase'a  bardzo  podniecająca.  Tak  zresztą  jak  w  gruncie 
rzeczy dla każdego normalnego mężczyzny. 

Z dzieckiem, które spłodziłby z Sylvie, nie miałby żadnego 

kontaktu. Chase nie był wcale pewien, czy to dobry pomysł. Z 
drugiej  jednak  strony  wiedział,  że  jest  na  świecie  wiele  dzieci 
mających  anonimowych  ojców  i  że  są  mężczyźni,  którzy  bez 
chwili namysłu*  oddaliby nasienie do banku spermy.  On  sam 
do nich jednak nie należał. 

Chase  wstał  z  fotela,  długimi  krokami  przemierzył  pokój  i 

podszedł  do  okna.  Popatrzył  w  dół  na  ruchliwą  ulicę.  Czemu 
Sylvie wybrała właśnie jego? zastanawiał się już chyba po raz 
setny z rzędu.  I dlaczego on sam nie oświadczył natychmiast i 
kategorycznie, że jej propozycja jest nie do przyjęcia? 

Nie  zrobił  tak  z  jednego,  no,  może  z  dwu  powodów.  Po 

pierwsze,  nie  potrafił  pozbyć  się  nagłego,  natrętnego  i  do-
jmującego pragnienia kochania się z Sylvie Venner. I wcale nie 
dlatego,  że  zapragnęła  mieć  dziecko.  Po  drugie,  nie  odmówił 
jej,  bo  -  do  czego  przyznawał  się  niechętnie  nawet  przed  sa-
mym sobą - czasami doskwierała mu samotność, a było to pa-
skudne uczucie. 

Zatopiony w niewesołych myślach, Chase podciągnął 

R

 S

background image

43 

 

węzeł krawata oraz włożył marynarkę i palto. Po raz pierwszy 
w swym pracowitym życiu wcześnie wyszedł z biura. 

Tak  jak  w  każdy  poniedziałek,  Sylvie  opiekowała  się  sio-

strzeńcem. Siedziała w swym mieszkaniu w centrum Filadelfii. 
Właśnie skończyła karmić i myć Simona, kiedy usłyszała ener-
giczne  pukanie  do  frontowych  drzwi.  Wzięła  dziecko  na  ręce, 
obciągnęła mu jaskrawoczerwone śpioszki,  wetknęła  nogawki 
w  żółte  skarpetki i  podeszła  do  drzwi, żeby  wpuścić nieocze-
kiwanego  gościa.  Na  pojawienie  się  Daniela  było  jeszcze  za 
wcześnie. Po Simona miał przyjechać dopiero za dwie godziny. 
Czasami jednak szwagier opuszczał plac budowy przed końcem 
dnia pracy i po drodze do domu zabierał synka. 

Sylvie spojrzała przez wizjer i oniemiała. 
W progu stał Chase Buchanan. Nigdy nie mówiła mu, gdzie 

mieszka, więc skąd się dowiedział? A w ogóle to wolałaby, że-
by uprzedził ją o swej wizycie. Jakoś by się na nią przygotowa-
ła.  Teraz  miała na  sobie najgorsze,  podarte  dżinsy  i  spłowiała 
bluzę  od  dresu,  dopiero  co  pochlapaną  jedzeniem  Simona.  Na 
dodatek była boso. I bez żadnego makijażu. Do licha, czy męż-
czyźni  muszą  zawsze  stwarzać  trudne  sytuacje?  pomyślała  z 
niechęcią. 

Kiedy jedną ręką mocowała się z zamkiem u drzwi, Simon 

zacisnął obie piąstki na jej włosach i zaczął podciągać się w gó-
rę, usiłując wejść ciotce na głowę i usiąść na samym jej czubku. 
Było to jego ostatnie, największe osiągnięcie. Manewry Simo-
na  sprawiły,  że  Sylvie  nie  była  w stanie normalnie przywitać 
się z Chase'em, gdyż twarz jej przesłaniał właśnie krągły brzu-
szek niemowlaka. 

Usłyszała głęboki głos gościa: 

R

 S

background image

44 

 

-  Sylvie? 
Delikatnie odsunęła Simona na bok i wyjrzała zza jego tłu-

stego ciałka. Stał przed nią Chase Buchanan w całej swej mę-
skiej  krasie.  Wysoki.  Świetnie  zbudowany.  Nienagannie  ubra-
ny. Tak przystojny, że aż zapierało dech. 

Sylvie usiłowała uporać się z niemowlakiem. 
-  Wchodź, proszę -  zwróciła się do  wytwornego  gościa.  - 

Od dawna cię nie widziałam. 

Już zaczynała się zastanawiać, czy tydzień temu swoją pro-

pozycją nie  wystraszyła Chase'a na dobre. Od tamtej pory nie 
pokazał  się  w  restauracji.  Dopiero  teraz  Sylvie  zdała  sobie 
sprawę  z  tego,  ile  znaczyły  dla  niej  ich  regularne,  wieczorne 
rozmowy przy barze. 

Wreszcie  udało  się  jej  odwrócić  uwagę  niemowlaka  od 

swojej  głowy  i  opuścić  go  na  wysokość  piersi.  Wolną  ręką 
przygładziła zmierzwione włosy. Musiała wyglądać okropnie! 

Nie namyślając się wiele, prosto z mostu zapytała gościa: 
-  Co ty tu robisz? 
Chase  wszedł do mieszkania. Nie spuszczał  wzroku z Si-

mona,  tkwiącego  w  ramionach  barmanki.  Niemowlak  też  ba-
dawczo przyglądał się gościowi. Z zaciekawieniem i dużą do-
zą podejrzliwości. 

-  Zaszedłem  do  baru  i  dopiero  wtedy  przypomniałem  so-

bie, że masz wolne poniedziałki - zaczął wyjaśniać Chase. 

Jego wzrok napotkał spojrzenie Sylvie. Znów uprzytomniła 

sobie,  jak  intensywnie  zielone  i  głębokie  są  jego  oczy.  Zdu-
miewające, że wcześniej nigdy tego nie dostrzegła. 

-  W poniedziałki i środy sprawuję stałą opiekę nad sio- 

R

 S

background image

45 

 

strzeńcem - oznajmiła. - Dzięki temu dwa razy w tygodniu nie 
musi  przez  cały  dzień  siedzieć  w  żłobku.  Lubię  się  nim  zaj-
mować. Skąd dowiedziałeś się, gdzie mieszkam? 

-  Nikt w restauracji nie chciał podać mi twego adresu 

- oznajmił z irytacją Chase, tak jakby poczuł się urażony złym 
potraktowaniem. Bądź co bądź był stałym gościem baru i przez 
ostatnie dwa lata zostawił w nim sporo grosza. 

- Zajrzałem  więc  do  książki  telefonicznej.  Znalazłem  tylko 

jedno nazwisko Venner, przy którym figurował inicjał imienia 
w postaci litery S. Pomyślałem sobie, że może to ty. I, jak wi-
dzisz, zaryzykowałem. 

Sylvie skinęła głową. 
- Jesteś przedsiębiorczy - pochwaliła. 
- Nie zawsze. 
Chase zrobił krok w jej kierunku i nadal bacznie przyglądał 

się niemowlęciu. 

-  A więc to jest ten twój ukochany malec, który sprawił, 

że, podobnie jak twoja siostra, zapragnęłaś zostać mamą 

-  powiedział. 
Sylvie uśmiechnęła się lekko. 
-  Chase, to jest Simon McGuane. Simonie, a to jest 

Chase Buchanan. Poznajcie się, panowie - dokonała żar 
tobliwej prezentacji. - Chase to mój przyjaciel, więc mo 
żesz mieć do niego pełne zaufanie - dodała, zwracając się 
do niemowlaka. 

Dałaby  teraz  wiele,  żeby  wiedzieć,  o  czym  gość  myśli. 

Twarz miał nieprzeniknioną. Uśmiechnęła się szerzej i dopiero 
wtedy  zobaczyła,  że  kąciki  ust CJiase'a  zaczynają  nieznacznie 
drgać. 

Chwilę ciszy przerwał Simon. Wyciągnął rączkę w kierunku 

Chase'a  i  zabawnym,  lecz  zdumiewająco  czystym  głosikiem 
powiedział: - Bob. 

R

 S

background image

46 

 

-  Bob?  -  zdziwił  się  Chase. -  O kim  on mówi?  Kogo  ma 

na myśli? 

Sylvie roześmiała się głośno. 
- Nikogo.  Jest  to  ulubione  słowo  Simona.  Potrafi  już  wy-

mówić  takie  słowa,  jak  mama,  tata,  giga,  baba  i  aba,  lecz  to 
powtarza najczęściej, z prawdziwym upodobaniem. 

- Bob  -  tak  jakby  na  potwierdzenie  słów  Sylvie  oznajmił 

niemowlak. 

Błyskawicznie  i  bardzo  sprawnie  zaczął  się  wysuwać  z 

ramion ciotki. Opuściła go na ziemię. Szybko stanął na czwo-
rakach. 

-  Bob-bob-bob-bob - wyśpiewywał wesoło. 

Pewnymi, szybkimi ruchami zaczął się czołgać w stronę grube-
go koca rozciągniętego na ziemi po drugiej stronie salonu. Le-
żało tam mnóstwo kolorowych zabawek. 

Chase  nie  spuszczał  z  oczu  niemowlaka,  pełzającego  po 

podłodze. Widok barwnego koca, miejsca zabaw Simona, bar-
dzo  go  rozśmieszył.  Z  elegancko  i  oszczędnie  umeblowanym, 
luksusowym apartamentem Sylvie miejsce to tworzyło  zabaw-
ny, zaskakujący kontrast. 

Zauważył  ponadto  miękkie  osłony,  pieczołowicie  poza-

kładane na wszystkie narożniki stolików ze względu na bezpie-
czeństwo niemowlaka, i całkowicie puste trzy dolne półki rega-
łu. Wyciągnięte stamtąd książki i inne przedmioty walały się po 
podłodze. Na kanapie, pod stolikami i krzesłami leżały poroz-
rzucane zabawki. Tuż obok własnych nóg zobaczył Chase dużą 
dziecięcą książkę z psiakiem na kartonowej okładce, o dziwnie 
poszarpanych, chyba obgryzionych rogach. 

Ze zdumieniem patrzył na to wszystko. Jak taka kobieta jak 

Sylvie w swym wytwornym, z pewnością zawsze wymuskanym 
mieszkaniu, mogła dopuścić aż do takiego bałaganu? 

R

 S

background image

47 

 

Spojrzał  na  nią,  zobaczył  pełen  miłości  i  uwielbienia  wzrok 
utkwiony  w  niemowlaku  i  natychmiast  przestał  się  dziwić. 
Wszystko było już jasne. 

Dopiero gdy Simon dotarł bezpiecznie do koca z zabawkami, 

Sylvie spojrzała na gościa. Zauważyła, że bacznie się jej przy-
glądał.  Speszona,  zaczerwieniła  się,  szybko  odwróciła  wzrok  i 
gestem ręki wskazała kuchnię. 

- Napijesz się kawy? - spytała cieńszym niż zwykle głosem. 

- Parzenie potrwa tylko chwilkę. Mam w domu różne gatunki. 
Także  te,  które  lubisz.  A  więc  czego  się  napijesz?  Wybierz, 
proszę - mówiła szybko i nerwowo. 

- Sylvie... - zaczął. 
- Słucham?  -  Spojrzała  gdzieś  w  górę,  ponad  jego  ra-

mieniem. 

Chase  poczuł  całkowity  zamęt  w  głowie.  Nie  wiedział,  co 

ma  powiedzieć,  po  co  w  ogóle  przyszedł  i  dlaczego  nie  miał 
najmniejszej ochoty opuścić tego mieszkania. 

- Więc od razu mnie nie wyrzucisz? - zapytał. 
- Oczywiście, że nie - zapewniła. 
- Powinniśmy  porozmawiać  o...o  twojej  propozycji  - 

oznajmił. 

Na  twarzy  Sylvie  zauważył  zaskoczenie.  A  więc  chyba  są-

dziła,  że  on  nigdy  nie  wróci  do  tej  sprawy.  Zdziwiła  się,  lecz 
jednocześnie odetchnęła z ulgą. Poweselała. 

-  Doskonale. Jeśli chcesz, możesz też zjeść ze mną kolację. 

W  zamrażalniku  są  chyba  dwa  steki.  W  każdej  chwili  mogę 
wrzucić  je do  mikrofalówki. Mam  też  z  czego  zrobić  sałatkę  i 
znajdzie  się  parę  ziemniaków.  Nie  jestem  dobrą  kucharką, 
rzadko gotuję w domu. Na ogół przed rozpoczęciem pracy ja-
dam  kolację  w  restauracji.  Ale  się  nie  obawiaj.  Kiedy  jestem 
zmuszona, potrafię upitrasić coś  jadalnego. 

R

 S

background image

48 

 

Chase wiedział, że nie powinien przyjmować zaproszenia na 

kolację. Jak najszybciej należało zniechęcić Sylvie do dalszych 
kontaktów.  Przyszedł  przecież  tylko  po  to,  żeby  powiadomić 
ją  o  swej  decyzji,  że  nie  zostanie  ojcem  jej  dziecka.  Zamiast 
uczynić  to  zaraz  po  wejściu  do  mieszkania,  on  tymczasem 
zdjął palto, a nawet marynarkę, którą powiesił na poręczy krze-
sła,  i  pozwolił  sobie  na  jeszcze  jedną  niewybaczalną  rzecz. 
Rozluźnił węzeł krawata i odpiął górny guzik koszuli. 

-  Zgoda - oznajmił wbrew swej woli. - Pod warunkiem, że 

pomogę ci przygotować kolację. Jestem bardzo dobrym kucha-
rzem. 

-  Świetnie - z uśmiechem przystała na to Sylvie. 
-  Propozycja  napicia  się  teraz  kawy  zabrzmiała  zachę-

cająco... Poczęstuj mnie zwykłą. 

Sylvie zaczęła krzątać się po kuchni, a Chase został w sa-

lonie.  Rozsiadł  się  wygodnie  na  kanapie  w  pobliżu  dokazują-
cego Simona. 

Niemowlak  zdawał  sobie  sprawę  z  obecności  gościa,  lecz 

nadal  obracał  z  przejęciem  okrągłą  zabawkę. Była  wypełniona 
przezroczystą  cieczą,  w  której  unosiły  się  rozmaite  kolorowe 
zwierzaki. 

Chase  nie  potrafił  sobie  przypomnieć,  kiedy  ostatni  raz 

przebywał  w towarzystwie małego dziecka. Pewnie nigdy. Za-
skoczyła  go  teraz  własna  przyjazna  reakcja  na  Simona. Malec 
był fascynujący. 

-  Ile on ma? - zawołał do Sylvie. 
-  Prawie  dziesięć  miesięcy  -  odkrzyknęła.  -  W  maju  skoń-

czy rok. Prawda, że jest śliczny?' 

-  Tak - potwierdził Chase. - Śliczny. 
Simon podniósł łebek i, jakby rozumiejąc, że o nim mowa, 

wywiniętymi wargami zaczął wydawać przedziwne dźwięki, 

R

 S

background image

49 

 

przypominające  warkot  maleńkiej  motorówki,  a  zaraz  potem 
pokwikiwać ze śmiechu. Jasne, niewinne spojrzenie niemowlę-
cia  do  głębi  poruszyło  Chase'a.  O  dziwo,  nie  czuł  do  Simona 
żadnej niechęci. Wręcz przeciwnie, na jego widok robiło mu się 
ciepło na sercu. Odczucie to było zdumiewające. 

-  Zaraz będzie kawa - oznajmiła Sylvie, siadając na 

krześle  na  wprost  Chase'a,  nie  opodal  Simona.  Lekko  wes-
tchnęła,  pochyliła  się  w  przód,  oparła  łokcie  na  kolanach,  a 
podbródek  na  splecionych  dłoniach.  -  No  to  wróćmy  do  roz-
mowy sprzed tygodnia. 

Usłyszawszy te słowa, gość poruszył się niespokojnie. Udał, 

że poprawia poduszki na kanapie. Sylvie zawsze go zaskakiwa-
ła. Czy to nie on powinien dać sygnał do rozpoczęcia rozmowy? 
Zanim się jednak zdołał odezwać, zaczęła mówić dalej: 

- Wiem,  że  masz  pewnie  wiele  pytań. Między  innymi  mu-

sisz mieć gwarancję, że będziesz bezpieczny. 

- Bezpieczny? - zdziwił się Chase. Wyprostował plecy. Za-

miast patrzeć na Sylvie, zwrócił wzrok na dziecko, bawiące się 
na podłodze. 

- Tak.  Wolny  od  wszelkich  zobowiązań.  Musisz  to  mieć 

prawnie zagwarantowane - dodała rzeczowym tonem, który nie 
podobał  się  Chase'owi.  -  Nie  znasz  mnie  na  tyle  dobrze,  by 
wiedzieć, że nie zacznę cię szantażować i przez najbliższe pięt-
naście  czy  dwadzieścia  lat  nagabywać  o  pieniądze.  O  tysiące 
dolarów  na  studia  dla  dziecka,  na  jego  wesele  i  inne  rzeczy. 
Jako  barmanka  zarabiam  nieźle  i  mam  korzystne  ubezpiecze-
nie. Moje finanse są w dobrym stanie i jestem w pełni przygo-
towana  materialnie  na  samodzielne  wychowywanie  dziecka. 
Stać mnie na to. Żadna pomoc nie jest mi potrzebna. Chwila, w 
której okaże się, że jestem w ciąży, będzie  

R

 S

background image

50 

 

równoznaczna z zakończeniem twoich zobowiązań zarówno  w 
stosunku do mnie, jak i do dziecka. Nigdy potem nie będę cię 
niepokoiła.  Z  żadnego  powodu.  Z  największą  chęcią  podpiszę 
każdy dokument zwalniający cię od odpowiedzialności. Zarów-
no materialnej, jak i innej. 

Chase ze zdumieniem patrzył na Sylvie. To, o czym mówi-

ła, ani na chwilę nie przyszło mu do głowy, gdy rozważał jej 
propozycję.  Poruszając  kwestię  odpowiedzialności  za  dziecko, 
miała  oczywiście  rację.  W  takiej  sytuacji  mężczyzna powinien 
mieć właściwe gwarancje. Zwłaszcza wówczas, gdy to nie jemu 
zależy  na  potomku.  W  odniesieniu do samego Chase'a sprawa 
wyglądała  nieco  inaczej.  Rozwiązanie  proponowane  przez  Sy-
lvie wydawało mu się niewłaściwe. Miał obiekcje. 

- Ale... - zaczął. 
- Oczywiście,  podobnego  oświadczenia  będę  się  spodzie-

wała  także  od  ciebie  -  ciągnęła  jednym  tchem.  -  Że  za  dzie-
sięć  czy  piętnaście  lat  nie  zaczniesz  mnie  nachodzić,  bo  po-
czujesz  nagle  przypływ  ojcowskich  uczuć.  Będziesz  przeży-
wał kryzys i zechcesz uczestniczyć w życiu dziecka. Wolno mi 
o to prosić? - zaniepokoiła się nagle. 

- Chyba tak. Jednak... 
- Musimy  zadbać  przede  wszystkim  o  dobro  dziecka,  bo 

tylko ono się liczy. Prawda? 

- Tak, oczywiście, ale... 
Sylvie  oddychała  szybko  i  nerwowo.  Chase  zobaczył  nie-

pokój  w  jej  oczach.  Była  przestraszona.  Poczuł  nagle,  że  za-
brakło jej śmiałości. 

-  A więc... a więc się zgadzasz? - spytała cicho. 

Wiedział świetnie, co zaraz odpowie. Że to, o co go prosi, jest 

R

 S

background image

51 

 

gigantycznym błędem  z jej strony, a także jawnym  pogwałce-
niem zasad etycznych. 

Zamiast  jednak  spojrzeć  na  dziewczynę,  utkwił  wzrok  w 

malutkim chłopczyku siedzącym na podłodze i usiłującym we-
pchnąć  sobie  do  buzi  czerwony  plastykowy  klocek.  Kiedy  Si-
mon zobaczył, że Chase mu się przygląda, wyjął zabawkę z bu-
zi i uśmiechnął się szeroko. Gość ujrzał nagie dziąsełka, z któ-
rych wystawały tylko cztery ząbki. Dwa u góry i dwa u dołu. 
Śmiejący się niemowlak przedstawiał sobą najbardziej komicz-
ny, a zarazem uroczy obrazek, jaki kiedykolwiek udało się wi-
dzieć  Chase'owi.  Nie  potrafił  się  powstrzymać.  Odwzajemnił 
uśmiech. 

I  nagle,  ku  swemu największemu  zdumieniu,  usłyszał  wła-

sny głos: 

- Tak. 

- A  więc  chyba  omówiliśmy  wszystko,  co  najważniejsze  - 

oświadczyła  Sylvie  jakiś  czas  później,  kiedy  Chase  ponownie 
napełnił kieliszki. 

Siedzieli  przy  kuchennym  stole.  Resztki  z  kolacji  znaj-

dowały  się  już  w  lodówce,  a  brudne  naczynia,  uprzątnięte  ze 
stołu,  były  przygotowane  do  włożenia  do  zmywarki.  Daniel 
McGuane wpadł po synka i szybko wyszedł. Sylvie i Chase zo-
stali  sami.  Na  stole  pomiędzy  nimi  leżały  blok  papieru  i  dwa 
ołówki. Na kilku kartkach zanotowali uwagi, które powinny się 
znaleźć  w  formalnej  umowie.  Dokumencie,  który  podpiszą 
oboje. 

Przeglądając  zapisane  stronice,  Sylvie  poczuła  się  niewy-

raźnie.  Od  dawna  chciała  znaleźć  idealnego  ojca  dla  swego 
dziecka. Przez wiele tygodni szukała odpowiedniego kandydata. 
I  wreszcie  jej  się  udało.  Teraz  jednak  poczuła  się  zagubiona. 
Nie wiedziała, co robić dalej. 

R

 S

background image

52 

 

-  Chcesz jeszcze coś dopisać? - zapytała. 

Chase potrząsnął przecząco głową. 

-  Nie, to już chyba wszystko. Polecę mojemu prawnikowi, 

żeby sporządził umowę. Zanim podpiszesz, powinien obejrzeć 
ją twój adwokat - powiedział beznamiętnie i rzeczowo. 

Sylvie  nie  zamierzała  się  przyznać,  że  w  ogóle  nie  ma  ad-

wokata.  Chase  mówił  tak,  jakby  posiadanie  prawnika  na  stałe 
było  dla  każdego  rzeczą  najbardziej  naturalną  pod  słońcem. 
Znów  uprzytomniła  sobie,  że  oboje  należą  do  różnych  świa-
tów. 

Chase  Buchanan  był  człowiekiem  sukcesu,  stojącym  na 

szczycie  społecznej  drabiny,  posiadającym  praktycznie  nie-
ograniczone możliwości i środki. Miał ponadto charakter przy-
wódczy. Opanowywał powstałe sytuacje i nikt nie kwestionował 
jego decyzji. Sam także pracował w pocie czoła od rana do no-
cy, pilnując przy tym innych, żeby robota była dobrze wyko-
nana. 

Pod względem charakteru Sylvie stanowiła przeciwieństwo 

Chase'a.  Najczęściej  działała  spontanicznie,  pod  wpływem 
chwili. Jej rozumowanie opierało się często nie na przesłankach 
racjonalnych, lecz na intuicji. I do chwili w której zdecydowała 
się  na  dziecko,  prawie  nigdy  nie  zdarzało  się  jej  zastanawiać 
nad tym, co przyniesie przyszłość. Oczywiście, była osobą od-
powiedzialną,  posiadała  całkiem  zasobne  konto  bankowe,  nie 
żyła ponad stan i miała umiarkowane potrzeby. Nie wykazywała 
żadnych  władczych  instynktów  ani  wygórowanych  ambicji 
zawodowych. Nie chciała niczym zarządzać, za nic ponosić od-
powiedzialności, co z kolei zdawał się uwielbiać Chase. 

Oboje  pochodzili  z  różnych środowisk  i  reprezentowali  od-

mienne światy. Dla Sylvie powinno to być faktem prze- 

R

 S

background image

53 

 

mawiającym na jej korzyść, gdyż Chase z pewnością nie ze-
chce mieć z nią potem nic wspólnego. 

- Nie słuchasz mnie - powiedział. 
- Co takiego? - Z trudem otrząsnęła się z natrętnych myśli. 
- Nie  słuchałaś,  o  czym  mówiłem.  Nad  czym  tak  głęboko 

się zadumałaś? 

Potrząsnęła głową. 
-  Och, nad niczym szczególnym. Co mówiłeś? 

Zawahał się na chwilę. 

-  Wspomniałem o... Nie ustaliliśmy jeszcze... - Prze 

rwał nagle i utkwił wzrok w stojącym przed nim kieliszku. 

Zafascynowana  Sylvie  patrzyła,  jak  Chase  przesuwa  palec 

wzdłuż obrzeża kieliszka, i nie wiadomo dlaczego jej serce za-
częło  bić  nierównym,  przyspieszonym  rytmem.  Koliste  ruchy 
ręki Chase'a były powolne i metodyczne. Patrzyła na niejak za-
hipnotyzowana,  zastanawiając  się,  jak  by  to  było,  gdyby  prze-
ciągał  palcem  po  jej  obnażonej  skórze.  Zamknęła  oczy,  prze-
łknęła ślinę i usiłowała skupić się na jego słowach. 

Znów zaczął mówić niepewnym głosem: 
- Zastanawiam się nad... Mam na myśli... - Był zły na sie-

bie,  że  tak  się  jąka.  -  Och,  do  licha,  chcę  ci  przypomnieć,  że 
jeszcze  nie  omówiliśmy  żadnych  szczegółów.  No,  wiesz  cze-
go. Sposobu postępowania. 

- Sposobu  postępowania?  -  zdziwiła  się  Sylvie.  Zamrugała 

oczyma,  jakby  wyrwana  z  jakiegoś  transu.  - Co  masz  na  my-
śli? 

- Mówiłaś tydzień temu, że chcesz urodzić dziecko na Boże 

Narodzenie. I że będziesz miała... hmm... owulację za dwa ty-
godnie. Czy to oznacza... 

- Tak. Powinniśmy się kochać w następny czwartek. 

R

 S

background image

54 

 

Mam  specjalny  czujnik,  dzięki  któremu  będę  wiedziała, 

jaki dzień jest najlepszy. 

- A więc w przyszły czwartek? 
- Chyba tak. Czy będę mogła do ciebie zatelefonować, żeby 

ostatecznie uzgodnić termin? 

- Zatelefonować? 
- Tak, bo najlepszym dniem może okazać się piątek lub na-

wet sobota. Zadzwonię więc i powiem, kiedy będziesz mi po-
trzebny. 

Chase poczuł się nieswojo. Chyba zwariował, pakując się w 

taką  aferę!  Dlaczego,  do  diabła,  przystał  na  propozycję  tej 
dziewczyny?

 

Znów powróciły wątpliwości. 

I nagle zobaczył przed sobą piękne, głębokie, szafirowe oczy 

Sylvie,  wpatrujące  się  w  niego  z  niepokojem.  Zagryzała  dolną 
wargę,  jak  zwykle,  gdy  o  czymś  intensywnie  myślała.  Chase 
przypomniał  sobie  pocałunek  przy  samochodzie  i  aż  zakręciło 
mu się w głowie. Dotrzyma danego słowa. 

- Zadzwoń  -  powiedział.  To  czysty  idiotyzm,  uznał.  Wie-

dział  jednak,  że  się  nie  wycofa.  Klamka  zapadła.  -  Zrobiło  się 
późno  -  dorzucił,  nie  spoglądając  nawet  na  zegarek.  Wypił  z 
kieliszka resztę wina i wstał. Wziął ze stołu zapisane kartki pa-
pieru, złożył je i wsunął do kieszeni. - Powinienem już iść. 

- Tak wcześnie? 
Sylvie podniosła się z krzesła. Chyba też poczuła ulgę, gdy 

gość oświadczył, że zaraz ją opuści. 

-  Wyszedłem z biura w połowie dnia. Jeszcze dziś mu 

szę odrobić zaległości. 

Włożył marynarkę i palto. Dałby wiele, gdyby  wiedział, co 

Sylvie teraz myśli. Może uznała, że robi błąd? A jeśli zmieniła 
zdanie  i uważa,  że  on  nie jest dobrym  kandydatem  na  ojca  jej 
dziecka? 

R

 S

background image

55 

 

Miał  nieprzepartą  ochotę  zapewnić  Sylvie  Venner,  że  jest 

przyzwoitym  facetem.  Chciał  jej  przypomnieć,  że  z  niczego 
stworzył  świetnie  prosperującą  firmę,  jest  poważanym  biznes-
menem, z odznaczeniem skończył uniwersytet w Pensylwanii i 
że w szkole średniej otrzymywał liczne nagrody za grę w ba-
seball i hokeja. 

Chase  Buchanan  pragnął  opowiedzieć  wszystko  o  sobie,  o 

rodzinie, środowisku, z którego się  wywodził, i o planach na 
przyszłość. Zależało mu na tym, żeby Sylvie obdarzyła  go  za-
ufaniem. 

I nagle, zupełnie niespodziewanie, zapragnął, żeby usłyszała, 

iż nie jest mu obojętna. 

Nie  powiedział  jednak  nic.  Ani  słowa.  Bo  pewnie  nie  ze-

chciałaby wysłuchiwać zwierzeń. 

Zawieramy  umowę.  Zwykły,  formalny  kontrakt,  przypo-

mniał sobie, czując pod palcami włożone do kieszeni zapisane 
kartki papieru. Będzie kochał się z Sylvie Venner i obdarzy ją 
dzieckiem. Potem zniknie z jej życia na dobre. 

Widział, że dziewczyna obserwuje go uważnie. Może nęka-

ją ją identyczne myśli? 

Otworzył  usta,  lecz  szybko  je  zamknął,  bo  poczuł  nagle 

pustkę w głowie. Nie miał pojęcia, co powiedzieć. Podszedł do 
Sylvie  i  pocałował  ją  w  usta.  Lekko.  Delikatnie.  Zaraz  potem 
szybko się odsunął. 

Ale na małą odległość. 
Bo  Sylvie,  kiedy  ją  całował,  zacisnęła  kurczowo  palce  na 

ciężkiej tkaninie palta i nadal całym ciałem przywierała do nie-
go. Zauważył tęskne spojrzenie szafirowych oczu i poczuł, że 
znów musi ją pocałować. 

Nachylił się nad Sylvie i przytulił ją do siebie. Tym razem 

całował mocno i bardzo powoli. Zapomniał o umowie. Pragnął, 

R

 S

background image

56 

 

aby ta dziewczyna na zawsze pozostała w jego ramionach. 

Z trudem odsunęła się od Chase'a i wyzwoliła z jego objęć. 

Westchnęła głęboko. 

-  Sądzę, że dobrze nam pójdzie - powiedziała spokojnie. - 

A więc do zobaczenia w przyszłym tygodniu. 

Bez słowa skinął głową. 
-  A może spotkamy się wcześniej, jeśli zajrzysz do baru - 

dodała schrypniętym głosem. 

- Chcesz, żebym wpadał od czasu do czasu? - zapytał. 
- Oczywiście.  Dlaczego  miałbyś  nie  przychodzić?  -

Roześmiała się cicho. Usiłowała wyglądać na spokojną i nie-
wzruszoną, lecz to się jej zupełnie nie udawało. 

Oszołomiony  Chase  odzyskiwał  powoli  przytomność  umy-

słu. 

- A  więc  pewnie  zobaczymy  się,  jak  zwykle,  jutro  wie-

czorem - dorzucił, zabierając się do wyjścia. 

- To świetnie. - Głos Sylvie załamał się nieco. - To bardzo 

dobrze. 

- A więc do jutra. - Chase sięgnął do klamki. 
- Do jutra - powtórzyła jak echo, kiedy otwierał drzwi. 
-  Zobaczymy się. Jak zwykle. 
Zatrzymał się w holu i zwrócił twarzą do Sylvie, tak jakby 

chciał coś jeszcze powiedzieć. 

-  Dobrej nocy, Chase - pożegnała go szybko. Obawiała się, 

że gość zacznie jej wyjaśniać swoje postępowanie, a to byłoby 
okropne. - Dziękuję. Za wszystko - dodała miękkim głosem. 

Zacisnął usta. 
-  Dobranoc. Musimy jeszcze porozmawiać. 
Z  uśmiechem  przylepionym  do  warg  Sylvie  błyskawicznie 

zamknęła za nim drzwi. 

R

 S

background image

57 

 

Chase Buchanan znalazł się nagle na klatce schodowej. Sam. 

Jeszcze  nigdy  nie  czuł  się  bardziej  ogłupiały  niż  w  tej  chwili. 
Miał przy tym dziwne przeświadczenie, że to dopiero początek 
jego kłopotów. 

R

 S

background image

58 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Mimo  zapewnień  Chase  nie  zobaczył  się  z  Sylvie  nastę-

pnego dnia. Nie zjawił się w restauracji ani tego wieczoru, ani 
następnego.  Jak  ognia  unikając  baru,  udało  mu  się  niemal 
przekonać siebie, że pomysł Sylvie, aby został ojcem jej dziec-
ka, był tylko jakimś przywidzeniem. 

Wierzył w to aż do chwili, w której ponownie zobaczył bar-

mankę.  Stało  się  to nie  z  jego  inicjatywy.  Dopiero  w  następną 
środę. 

Wstawał  zza  biurka  i  miał  właśnie  przejść  do  sali  kon-

ferencyjnej,  sąsiadującej  z  jego  gabinetem,  kiedy  sekretarka, 
Lucille,  dała  mu  znać,  że  ma  nie  zapowiedzianego  gościa. 
Przyszła niejaka pani Sylvie Venner i chce się z nim zobaczyć 
na chwilę. Chase rzucił okiem na zegarek. Już od pięciu minut 
powinien się znajdować w sąsiedniej sali, gdzie miało się odbyć 
spotkanie  z  bardzo  ważnym  potencjalnym  klientem.  Polecił 
więc sekretarce powiadomić panią Venner, że jest teraz bardzo 
zajęty i że zadzwoni do niej po południu do domu. Odłożył słu-
chawkę,  wstał  zza biurka i  ruszył  szybko  w  stronę sąsiedniego 
pomieszczenia. 

-  Chase,  jesteś  tchórzem  -  mruknął  do  siebie,  otwierając 

drzwi. - Uciekasz od pięknej kobiety, której jedynym pragnie-
niem  jest  przespać  się  z  tobą.  Stary,  to  niegodne  mężczyzny! 
Jak możesz tak się zachowywać? 

Zamknął za sobą drzwi i przeciągnął dłonią po twarzy, 

R

 S

background image

59 

 

jakby chcąc wymazać z niej wyraz pożądania, mogący ujawnić 
jego  myśli.  Podszedł  do  długiego  konferencyjnego  stołu,  przy 
którym siedziało już sporo osób. Na jego widok w sali zapano-
wała cisza. 

-  Przepraszam  za  spóźnienie  -  powiedział,  kierując  słowa 

głównie do kobiety, którą posadzono na honorowym miejscu. 

Pani  Gwendolyn  Montgomery  była  osobą,  z  którą  należało 

się  liczyć  i  która  mogłaby  załatwić  jego  firmie  kontrakty  za 
ogromne  pieniądze.  Dziś  widział  ją  po  raz  pierwszy.  Słyszał 
jednak, że jest bystra, atrakcyjna, ma nosa do interesów i wiel-
kie  w  nich  powodzenie,  a  także  szybko  podejmuje  decyzje. 
Chase miał nadzieję, że zostanie jego klientką. 

Sam też był osobistością w swojej dziedzinie. Nie powinien 

więc  mieć  wiele  kłopotów  z  przekonaniem  pani  Montgomery 
do  własnych  architektonicznych  koncepcji.  Na  dzisiejsze  spo-
tkanie starannie przygotował się merytorycznie. Był przekona-
ny, że wszystko pójdzie dobrze. 

Odruchowo rzucił okiem w stronę przeszklonej, wewnętrznej 

ściany, za którą znajdował się hol recepcyjny biura. I tam ujrzał 
inną kobietę, która pragnęła zawładnąć jakimś fragmentem jego 
przyszłości.  Kobietę,  która  była  mniej  zimna  i  opanowana  niż 
pani Gwendolyn Montgomery. 

Po  drugiej  stronie  szklanej  ściany,  na  samym  środku  holu, 

stała Sylvie Venner. Miała na sobie ociekający wodą płaszcz od 
deszczu,  zarzucony  na  białą  koszulę,  kamizelkę  i  spodnie.  Już 
wcześniej  zauważyła  Chase'a.  Teraz  energicznie  wymachiwała 
rękoma,  żeby  ściągnąć  na  siebie  jego  uwagę.  Włosy  też  miała 
zmoczone.  Wilgotne  kosmyki  oblepiały  głowę  i  sprawiały,  że 
wyglądała  na  osobę  bezradną.  Kiedy  zobaczyła,  że  Chase  ją 
spostrzegł, uśmiechnęła się promiennie i z ulgą opuściła ręce 

R

 S

background image

60 

 

Była przekonana, że zaraz do niej przyjdzie. 

On  jednak  zwrócił  się  do  osób  siedzących  przy  konfe-

rencyjnym stole: 

-  Mamy  dziś  wiele  spraw  do  omówienia.  Proponuję  więc 

przejść od razu do sedna sprawy. 

Dalsze  słowa  zagłuszyło  rytmiczne,  głośne  stukanie  w 

szklaną ścianę. Wszyscy, nie wyłączając Chase'a, zwrócili gło-
wy w stronę, z której dochodził hałas. Zobaczyli Sylvie z ręką 
opartą  na  szybie  i  uśmiechającą  się  niepewnie  na  widok  wielu 
twarzy. Zgięła palec i gestem zachęty zaczęła przywoływać do 
siebie Chase'a, chcąc wyciągnąć go z sali. 

Najpierw udał, że tego nie widzi. 
-  Pani  Montgomery  -  zaczął  i  wszystkie  głowy  zebranych 

zwróciły się  w jego stronę. - Mam koncepcję rozwiązania pro-
blemu  i  jestem przekonany,  że  uznają  pani  za co najmniej  za-
dowalającą. Jest to w pełni nowoczesne... 

Puk-puk-puk-puk-puk. 
Znów  wszyscy  spojrzeli  w  stronę  przeszklonej  ściany.  Na 

twarzy Sylvie nie było już uśmiechu, nadal jednak patrzyła na 
Chase'a. Podniosła do góry drugą rękę i ostentacyjnie pokazała 
na zegarek. Zebrani spojrzeli na Chase'a. 

Rzucił okiem w stronę pani Montgomery i mówił dalej: 
-  Jest  to  rozwiązanie  nowoczesne,  które  proponuję  roz-

ważyć. 

Puk-puk-puk-puk-puk. 
Westchnął. Pocieszała go jedynie myśl, że na sali było nie-

wielu bliskich współpracowników. Sylvie nadal pokazywała na 
zegarek.  Miała  coraz  bardziej  niespokojną  minę.  Wzruszył  ra-
mionami. Zwróciła oczy ku niebu, tak jakby modląc się o cier-
pliwość. Kiedy potrząsnął przecząco głową, wyraźnymi rucha-

R

 S

background image

61 

 

mi  warg  uformowała  jakieś  słowa.  Chase  zrozumiał  od  razu, 
co powiedziała. 

-Mam  o wu la c j ę.  
Przerażonym  wzrokiem  popatrzył  na  zebranych,  bojąc  się, 

czy ktoś inny nie rozszyfrował słów  Sylvie.  Ale, na szczęście, 
wszystkich znudziła już ta dziwna rozmowa na migi i przestali 
się nią interesować. Spojrzał na Sylvie. Powiedziała: 

- Teraz  -  i  gestem  zaczęła  znów  nakłaniać  Chase'a,  żeby 

opuścił salę. 

- Przepraszam  -  zwrócił  się  do  zebranych.  -  Muszę  wyjść. 

Państwo wybaczą, że ich na chwilę opuszczę? - Nie czekając na 
odpowiedź, ruszył w stronę drzwi i po chwili już go nie było. 

- Do diabła, co ty tu robisz? - wyszeptał, kiedy się znalazł 

obok barmanki. 

- A jak myślisz? - Ściszyła głos. - Mam owulację. Teraz. W 

tej chwili. Musisz się ze mną kochać. 

- Teraz? - powtórzył. 
- Mój czujnik wskazuje, że owulacja już się zaczęła. Potrwa 

dwadzieścia cztery godziny. Może najlepszy moment jest wła-
śnie w tej chwili - dodała szybko. 

- Mówiłaś  przecież,  że  rozpocznie  się  najwcześniej  w 

czwartek. A nawet w piątek lub sobotę. Mam teraz bardzo waż-
ne zebranie. Czy nie możemy odłożyć wszystkiego do soboty? 

- Tak się czasami zdarza -  wyjaśniała Sylvie. - Cykl ulega 

zmianom. 

- Ale... 
- Żadne ale. Musimy się kochać. 
- Teraz? - zapytał ponownie. 
- Teraz - oświadczyła. 

R

 S

background image

62 

 

-  Tutaj? 
Sylvie wzniosła oczy ku niebu. 
-  Jasne, że nie tutaj. - Rozejrzała się nerwowo po holu, żeby 

się przekonać, czy nikt nie słyszy ich rozmowy. A zaraz potem, 
z niepewnym uśmiechem, oznajmiła: - Wynajęłam dla nas po-
kój w „Czterech Porach Roku". 

-  Mówisz serio? 
-  Oczywiście. To ładny hotel. I romantyczny. A na dodatek 

niedaleko stąd. Pomyślałam sobie, że potrzebna nam będzie mi-
ła atmosfera... 

-  Sylvie, ja... 
-  Pospiesz się. Musimy zrobić to teraz. Mamy niewiele cza-

su. 

Zupełnie  ogłupiały  Chase  popatrzył  na  swą  rozmówczynię. 

Wszystko, co się działo, zakrawało na farsę. 

-  Nie mogę teraz  wyjść z biura - oświadczył. – Mam wła-

śnie bardzo ważne spotkanie. 

Kropelka  wody  spadła  z  mokrego kosmyka  włosów  Sylvie, 

opadającego jej na  czoło, i pociekła po  twarzy.  Wyglądała  jak 
łza. 

-  Ale  co  będzie  z  naszym  spotkaniem?  -  spytała  słabym 

głosem. - Też jest bardzo ważne. 

-  Wiem, ale... 
-  Obiecałeś.  Zawarliśmy  formalną  umowę  -  przypomniała 

z  wyrzutem  w  głosie.  Usiłowała  trzymać  fason.  W  mokrym 
płaszczu,  z  włosami  ociekającymi  wodą  wyglądała  jednak  jak 
siedem nieszczęść, tak że Chase miał ochotę przytulić ją do sie-
bie i pocałować. Wsunęła rękę do kieszeni i wyciągnęła umo-
wę. 

-  Widzisz?  Tu  są  nasze  podpisy.  To  dokument,  który  ma 

moc prawną. Wiąże obie strony. 

Co za kretyńska historia. Idiotyczny kontrakt, z niechęcią

R

 S

background image

63 

 

pomyślał Chase. Zupełnie nie mógł pojąć, dlaczego dał się omo-
tać tej dziewczynie i podpisał świstek papieru. Prawnik Chase'a, 
będący  równocześnie  jego  przyjacielem,  kiedy  przeczytał 
kartki  przyniesione  od  Sylvie,  wpadł  w  złość.  Przez  prawie 
godzinę  udowadniał  Chase'owi  bezsensowność  treści  poszcze-
gólnych  paragrafów  i  zwracał  uwagę  na  nieprzyjemne  skutki 
umowy.  Nie  pomogło.  Chase,  oczywiście,  świetnie  rozumiał 
wszystkie obiekcje przyjaciela, lecz mimo to polecił mu sporzą-
dzić  umowę.  A  potem,  jak  ostami  dureń,  podpisał  ją  u  dołu  i 
wysłał przez gońca do Sylvie. Westchnął głęboko. 

-  Zgoda. Za dwie godziny spotkamy się w „Czterech 

Porach Roku". 

Nie była zachwycona takim rozwiązaniem. 
- Ale... - zaczęła protestować. 
- Sylvie, uwierz mi, te dwie godziny nie zrobią żadnej róż-

nicy.  -  Ścisnął  dłonie  dziewczyny  serdecznym  gestem.  Zaraz 
potem jednak natychmiast je puścił, gdyż uświadomił sobie,  że 
przez  cały  czas  jest  obiektem  zainteresowania  wielu  osób, 
przyglądających się im przez oszkloną ścianę. 

- Może masz rację. 
- Przemyśl, proszę, jeszcze raz całą sprawę. 
- Nie  potrzebuję!  Już  wszystko  przemyślałam  dokładnie  i 

zdania  nie  zmienię.  Coś  mówi  mi  jednak,  że  ty  masz  na  to 
ochotę. 

- Nie  -  skłamał.  -  Chcę  wywiązać  się  z...  naszej  umowy. 

Lecz... - Spojrzał w stronę sali konferencyjnej, gdzie być może 
już  przegrał  sprawę  i  stracił  najlepszego  w  swym  życiu  poten-
cjalnego klienta. - Mam teraz naprawdę ważne spotkanie. 

Sylvie omiotła wzrokiem przeszkloną ścianę. Jej spo- 

R

 S

background image

64 

 

jrzenie  zatrzymało  się  na  eleganckiej  sylwetce  Gwendolyn 
Montgomery.  Chase'owi  wydało  się,  że  zauważywszy  wy-
tworną brunetkę, barmanka posmutniała jeszcze bardziej. 

- I  nawet  nietrudno  zgadnąć,  dlaczego  -  mruknęła  pod  no-

sem. 

- A więc do zobaczenia za dwie godziny. - Chase podniósł 

do góry dwa rozczapierzone palce. - Za dwie. 

Sylvie  złożyła  umowę  i  schowała,  a  potem  odgarnęła  z 

twarzy mokre włosy. 

- Dobrze. - Ponownie sięgnęła do kieszeni i konspiracyjnie 

wcisnęła Chase'owi do ręki niewielki przedmiot. 

- To klucz do naszego pokoju - szepnęła. - Będę na ciebie 

czekała za dwie godziny. 

Zacisnął  palce  na plastykowej  tabliczce  przy  kluczu  i na-

gle  poczuł  się  dziwnie.  Jak  konspirator.  Niczym  tajny  agent  z 
taniej powieści sensacyjno-szpiegowskiej. 

- Dziękuję,  Mato  Hari  -  powiedział  szeptem.  -  Czy  powi-

nienem znać jeszcze jakiś szyfr? Sygnał lub sposób pukania do 
drzwi? 

- Nie  -  odparła  Sylvie  z  nieśmiałym  uśmiechem.  -Proszę, 

nie każ mi czekać. 

Odwróciła się szybko i po chwili już jej nie było. 
Chase  popatrzył  na  odchodzącą  wzrokiem  będącym  mie-

szaniną zdumienia i pożądania. Nie mógł pojąć, co dzieje się z 
nim  od  dwu  tygodni.  Zachowywał  się  dziwacznie.  Gdzie  się 
podział  opanowany,  rzeczowy  i  sprawny  wysokiej  rangi  biz-
nesmen, myślący tylko i wyłącznie o interesach? 

Najbardziej zdumiewające było jednak to, że cała ta historia 

z Sylvie, w którą tak nieopatrznie się wplątał, w gruncie rze-
czy niezwykle go bawiła. 

Kiedy ponownie znalazł się w sali konferencyjnej, ze brani

R

 S

background image

65 

 

przyglądali się z zaciekawieniem jego rozjaśnionej twarzy. 

- Przepraszam - powiedział z uśmiechem, którego nie zdołał 

w porę opanować. Usiadł na najbliższym wolnym krześle, otwo-
rzył podsuniętą mu teczkę z przygotowanymi materiałami i przy-
stąpił  do  omawiania  wstępnej  koncepcji  architektonicznej  pod-
miejskiego handlowego centrum mody. 

Była całkiem szalona. Miała po prostu fioła. To prawda, że 

robiła  już  w  życiu  rozmaite  idiotyczne  rzeczy.  Ale  poprosić 
mężczyznę,  którego  prawie  nie  znała, żeby  z  nią  się  przespał  i 
spłodził dziecko? To był szczyt wszystkiego! Zamiast zająć się 
wyperswadowaniem sobie niesamowitego pomysłu, Sylvie my-
ślała jedynie  o  czekającym  ją  spotkaniu  z  Chase'em Buchana-
nem. Nie tylko dlatego, że miał zostać ojcem jej dziecka. 

Aż  do  chwili  pojawienia  się  Simona  nie  zamierzała  w 

swym życiu wprowadzać żadnych zmian. Lubiła dzieci, ale bez 
przesady.  Znacznie  bardziej  ceniła  swobodę  i  niezależność. 
Dopiero  orzeczenie  doktor  Madison  sprawiło,  że  zaczęła  się 
zastanawiać nad swoją dalszą egzystencją. Znalazła się w sytu-
acji,  w  której  albo  szybko  zdecyduje  się  na  urodzenie dziecka, 
albo skaże na bezdzietność. Musiała więc wybierać. 

Teraz albo nigdy. 
Po  raz  pierwszy  w  życiu  Sylvie  poważnie  zastanawiała  się 

nad przyszłością. Jej rodzice już nie żyli. Siostra była mężatką i 
założyła własną rodzinę. Starszy brat, Carver, pracoholik, z ra-
cji swego zawodu podróżował bez przerwy i nie sposób było się 
z  nim  nawet  skontaktować.  Co  więc  będzie  się  działo,  kiedy 
skończy  pięćdziesiąt  czy  sześćdziesiąt  lat?  Zostanie  sama  jak 
palec? 

R

 S

background image

66 

 

Po raz pierwszy własna dotychczasowa egzystencja przesta-

ła mieć urok. Niezależność miała swoją cenę. I to bardzo dużą. 
Płaciło  się  za  nią  samotnością.  Sylvie  zdała  sobie  wreszcie  z 
tego sprawę. 

Wiedziała  jedno:  że  nie  chce  przez  całe  życie  być  sama. 

Powzięła  decyzję.  Postanowiła  zostać  matką. Miała  na  to  nie-
wiele czasu, musiała więc zainicjować działania w tym kierun-
ku i narzucić im duże tempo. 

Nie mogła czekać spokojnie, aż zakocha się w jakimś face-

cie. 

Sylvie wiedziała doskonale, że mężczyźni są jak dzieci. Pod 

jednym względem jednak się od nich różnili. Dzieci, póki sieje 
kocha,  szanuje  i  otacza  opieką,  pozostają  wierne.  Mężczyźni 
natomiast  puszczą  cię  kantem  w  pierwszej  sekundzie,  kiedy 
tylko ktoś bardziej interesujący znajdzie się w ich polu widze-
nia. 

Dziecko, zgoda. Ale mężczyzna? Nigdy, uznała Sylvie. 
To  rozumowanie  podtrzymało  ją  na  duchu.  Wiedziała,  że 

postępuje słusznie. Gdyby nie namówiła Chase'a i straciła dzi-
siejszą okazję, następna mogłaby się nie nadarzyć. 

Rozmyślania  Sylvie  przerwało  pukanie  do  drzwi  hote-

lowego  pokoju.  Odetchnęła  głęboko  i  policzyła  do  dziesięciu. 
Rozejrzała się wokół siebie, żeby sprawdzić, czy wszystko wy-
gląda tak, jak to sobie umyśliła. 

Z  ustawionego  na  stoliku  wazonu  z  ogromnym  bukietem 

egzotycznych kwiatów rozchodził się lekko odurzający zapach. 
Z radia płynęła cicha, romantyczna muzyka. Przed chwilą służ-
ba hotelowa  dostarczyła  napoje  chłodzące,  które  Sylvie  zamó-
wiła do pokoju. W srebrnym kubełku chłodził się dobry szam-
pan, a na tacy leżały owoce, sery i bułeczki. 

Sylvie odrzuciła narzutę na ogromnym łożu, żeby uprzytom-

R

 S

background image

67 

 

nić sobie i Chase'owi, po co się tu znaleźli. Wygładziła prawie 
niewidoczne zmarszczki na idealnie białej poszewce poduszki. 

Gotowe,  uznała.  Jest  tu  wszystko,  czego  wymaga  idealne, 

romantyczne rendez-vous. 

Wszystko, oprócz jednego. 
Jeszcze raz Sylvie westchnęła głęboko, podeszła do drzwi i 

zdecydowanym ruchem nacisnęła klamkę. 

R

 S

background image

68 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Stał  przed  nią  Chase.  Elegancki  jak  zawsze,  w  ciemnym 

garniturze,  częściowo  zakrytym  cienkim  płaszczem.  W  jed-
nym ręku trzymał mokry parasol, a w drugim długą, żółtą różę. 

Sylvie uśmiechnęła sie blado, usiłując opanować drżenie ca-

łego ciała. Trzęsła się do stóp do głów. 

- Cześć - przywitała gościa. 
- Cześć. 
- Cieszę się, że udało ci się przyjść. 
- Za żadne skarby nie zaprzepaściłbym takiej okazji. Przez 

jakiś czas stali bez ruchu, przyglądając się sobie. 

Wreszcie Chase wysunął rękę z różą. 
-  Czerwona byłaby chyba bardziej odpowiednia na tę 

okazję - oznajmił, kiedy Sylvie zacisnęła palce na łodydze 
szlachetnego kwiatu. - Nie wiem dlaczego, ale uznałem, 
że żółta bardziej ci się spodoba. 

Podniosła  różę  do  twarzy  i  wciągnęła  głęboko  w  nozdrza 

intensywny zapach. 

-  Śliczna - powiedziała cicho. - Dziękuję. Żółte róże 

lubię najbardziej. 

Chase popatrzył na Sylvie. 
- Mogę... mogę wejść do środka? 
- Och, oczywiście - odparła szybko. Dopiero teraz zdała so-

bie sprawę z tego, że blokowała gościowi drogę. Przepuściła go 
obok siebie. 

R

 S

background image

69 

 

Gdy  tylko  znalazł  się  w  pokoju,  zamknęła  za  nim  drzwi. 

Zdjął płaszcz i powiesił go w hotelowej szafie. Była prawie pu-
sta.  Znajdowało  się  w  niej  tylko  wierzchnie  okrycie  Sylvie. 
Oboje zauważyli, że wygląda to dziwacznie. 

Sylvie  zastanawiała  się,  co  robić  dalej.  Nigdy  jeszcze  nie 

występowała  w  roli  uwodzicielki.  Co  począć?  Jak  się  zacho-
wać? 

-  Masz ochotę na szampana? - spytała po chwili. 

Zobaczyła, że Chase odetchnął z ulgą. Czyżby sądził, że każe 
mu zdjąć natychmiast ubranie i wskakiwać do łóżka? 

-  Tak.  Z  przyjemnością.  -  Ruszył  w  kierunku  stołu.  -  Po-

zwól, że ja tym się zajmę. 

Szybko  odwinął  srebrną  folię  i  zdjął  druciany  kołpaczek. 

Potem  lekko  przechylił  butelkę  i  wysunął  korek.  Na  lniany 
ręcznik polała  się  cienka  strużka  złocistego  napoju.  Sylvie  po-
myślała, że Chase musiał w swym życiu otwierać wiele butelek 
szampana.  Oceniała  go  oczyma  barmanki.  Ile  razy  fetował 
szampanem identyczną sytuację? 

To  nieistotne,  uznała.  Miał  wiele  kobiet  i  będzie  miał  na-

stępne. Ale to nie miało żadnego znaczenia. Sama też nie była 
dziewicą, a ponadto nie  zamierzała  kontynuować stosunków  z 
Chase'em. Nie wiadomo jednak dlaczego, myśl o tym, że pijał 
szampana  w  towarzystwie  innych kobiet,  wyraźnie  pogorszyła 
jej samopoczucie. 

Ze  srebrnej  misy  stojącej  na  tacy  Chase  wyjął  dwie  tru-

skawki i wpuścił na dno kryształowych kieliszków o długich, 
smukłych  nóżkach,  które  dopiero  potem  napełnił  szampanem. 
Odstawił  butelkę  do  kubełka  z  lodem,  wziął  oba  kieliszki  i 
podszedł do Sylvie stojącej w pobliżu łóżka. 

-  Wiesz, co dobre - pochwalił. 

R

 S

background image

70 

 

Zanim wzięła do ręki kieliszek, wzruszyła lekko ramionami. 
-  Nic dziwnego. Jestem przecież barmanką. 
Pili  w  milczeniu  wybornego  szampana  marki  Dom  Pe-

rignon, spoglądając na siebie. 

Jeszcze nigdy Sylvie nie była tak roztrzęsiona w obecności 

mężczyzny.  Może  dlatego,  że  dotychczas  żadnego  nie  trakto-
wała  poważnie.  W  towarzystwie  Chase'a  stała  się  nie  tylko 
nerwowa, lecz także bardzo podekscytowana. 

- Sympatyczna  muzyka.  -  Chase  przerwał  krępujące  mil-

czenie. Wsłuchiwał się przez chwilę w zawodzenie saksofonu. 

- To Coltrane. Jesteś wielbicielką jazzu? - zapytał. 
- Nie.  Chyba  nie,  to  znaczy  niewiele  o  nim  wiem.  W  re-

stauracji bez przerwy  grają jazz, ale nigdy mu się nie przysłu-
chiwałam. 

- Jaką muzykę lubisz najbardziej? 
- Och, różnych zespołów - odparła wymijająco. 
- To znaczy? 
-  W czasach twej młodości nazywano ją „nową falą". 

Chase zmarszczył brwi. 

-  Nadal uważam się za młodego. Do domu starców jeszcze 

się nie nadaję. 

Sylvie roześmiała się lekko. 
-  Tylko  żartowałam.  Mam  nadzieję,  że  nasze  dziecko  po 

mnie, a nie po tobie odziedziczy poczucie humoru. 

Na  samo  wspomnienie  celu  spotkania  oboje  natychmiast 

spoważnieli. 

-  Nasze  dziecko?  -  podejrzanie  spokojnym  tonem  spytał 

Chase. 

Czy  rzeczywiście  tak  się  przejęzyczyłam?  zastanawiała  się 

Sylvie. 

R

 S

background image

71 

 

-  Miałam  na  myśli  moje  dziecko  -  sprostowała  szybko.  - 

Mam nadzieję, że to dziecko będzie miało moje poczucie humo-
ru. 

Skinął głową i wypił ponownie łyk szampana. O czymś in-

tensywnie myślał. Wreszcie podniósł wzrok. 

-  Sylvie, to twoje przedstawienie, nie moje. Co robimy te-

raz? 

Dobre pytanie, oceniła w myśli. 
- Hm...  Nie  wiem.  Moglibyśmy  się...  To  znaczy...  Może 

mógłbyś...? Gdybyś zechciał... - jąkała się okropnie. 

- Co? 

Rozchyliła lekko wargi. 

-  ...mnie pocałować - szepnęła. 
Bez chwili wahania Chase odstawił kieliszek na stolik przy 

łóżku. Z zesztywniałych palców Sylvie wyjął żółtą różę i kieli-
szek, a potem wziął ją w ramiona. Zanim zorientowała się, co 
się dzieje, usta Chase'a znalazły się na jej wargach. 

Powieki Sylvie lekko zadrżały, a palce wpiły się w kołnierz 

marynarki.  Całym  ciałem  przywarła  do  obejmującego  ją  męż-
czyzny. 

Całował lekko i bardzo delikatnie. Jakby zadawał jej jakieś 

pytanie. 

Jeszcze nigdy nikt tak jej nie pieścił. Było to wspaniałe od-

czucie. 

Nie miała pojęcia, jak długo znajdowała się w objęciach Ch-

ase'a,  wymieniając  pocałunki  ulotne  jak  mgiełka.  Ręce  Sylvie 
wyruszyły w podróż. Przesunęła palce z kołnierza marynarki na 
szyję  i  twarz  Chase'a,  a  potem  na  włosy.  Czuła  jego  zapach. 
Korzenny  i  słodkawy.  Jedyny  w  swoim  rodzaju.  Fascynujący. 
Pocałunki Chase'a stały się mocniejsze i bardziej zaborcze. 

R

 S

background image

72 

 

Jego dłonie zaczęły błądzić po ciele Sylvie. Zatrzymały się  w 
okolicy talii, tak jakby nie ośmieliły się przesunąć niżej. 

- Boisz się? - spytała. 
- Tak. 
- Ja też - przyznała z uśmiechem. 
- Wobec  tego  przerwijmy  tę  grę.  A  może  w  ogóle  się  roz-

myśliłaś? 

- Nie. Tylko że... - Sylvie nie potrafiła znaleźć  właściwych 

słów,  żeby  wyrazić  swe  odczucia.  -  Chase,  czuję  się  świetnie. 
Twoje pieszczoty są miłe. To dobry znak. 

- Znak? - Pocałował ją w czoło. - Jaki znak? Zamknęła 

oczy. 

- Znak, że nam się dziś uda. Że zrobimy dziecko. Odsunął 

głowę i popatrzył uważnie na Sylvie. Zaraz 

potem  jednak  uśmiechnął  się  lekko.  Odetchnęła  z  ulgą. 

Wiedziała, że wszystko pójdzie dobrze. 

- Jesteś pewna? - zapytał spokojnie, przyciągając ją do sie-

bie. - Jesteś absolutnie pewna, że tego chcesz? 

- Tak - odparła. - Chcę zrobić to z tobą. 
Chętnie spytałby Sylvie, dlaczego jej na tym zależy, ale nie 

miał śmiałości. Czy tylko dlatego, żeby mieć dziecko? A może 
choć trochę go lubiła i chciała się z nim kochać dla niego sa-
mego? 

Nie  odważył  się  zadać  tego  pytania.  I  pewnie  nie  chciał 

usłyszeć  odpowiedzi.  Zamiast  tego  znów  pocałował  Sylvie. 
Sprawiało mu to ogromną przyjemność. Od dawna nie miał żad-
nej kobiety. A ponadto dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, 
jak  bardzo  przez  dwa  lata  zdążył  polubić  tę  fascynującą  bar-
mankę. 

Zaczął  rozpinać  guziki  przy  jej  bluzce.  Nie  spuszczali  z 

siebie wzroku ani na chwilę. Potem Sylvie rozpięła mu koszu- 

R

 S

background image

73 

 

lę. Pod jedwabną bluzką Chase dostrzegł rąbek czarnej koron-
ki. 

Na  ten  widok  ruchy  jego  rąk  stały  się  szybsze  i  nieco  ner-

wowe.  Rozchylił  rozpiętą  bluzkę.  Nagle  poczuł  po-
wstrzymującą go dłoń. 

-  Poczekaj  -  poprosiła  Sylvie.  Miała  wypieki  na  twarzy,  a 

oczy jej lśniły jak gwiazdy. - Pozwól teraz, że zrobię to samo. 

Wyciągnęła  mu  koszulę  ze  spodni  i  przycisnęła  dłonie  do 

torsu. Od szyi aż po brzuch był pokryty czarnym, gęstym owło-
sieniem. 

Stał obnażony po pas. Sylvie natomiast miała na sobie jesz-

cze coś. Coś bardzo intrygującego i fascynującego. 

Rozpięła swoje spodnie i szybko je zsunęła. Potem pozbyła 

się  bluzki.  Rzuciła  ją  bezceremonialnie  w  stronę  stojącego  w 
pobliżu  krzesła,  nie  sprawdzając  nawet,  czy  bluzka  nie  upadła 
na podłogę. Chase przełknął ślinę. Otworzył przymrużone oczy 
i spojrzał na Sylvie. 

Miał przed sobą pannę Venner - kobietę, którą do tej pory 

widywał tylko ubraną w zbyt duży, bezkształtny strój barmanki. 
Miała  teraz  na  sobie  tylko  czarne  pantofelki  na  bardzo  wyso-
kich  obcasach,  czarne  pończochy,  cieniutki  czarny  paseczek  i 
jeszcze  odrobinę  koronki.  Nigdy  by  nie  uwierzył,  że  pod służ-
bowym  uniformem  może  się  kryć  coś  aż  tak  podniecającego. 
Sylvie Venner była bardzo zgrabna. Wyglądała prześlicznie. 

- Ach...  -jęknął.  Nie  potrafił  oderwać  wzroku  od  ponętnej 

kobiecej  sylwetki.  -  Ach...  -  Nic  więcej  nie  zdołał  z  siebie 
wydusić. 

- Nie podobam ci się? - spytała z rozczarowaniem w głosie. - 

A ja sądziłam, że mężczyźni lubią, gdy kobiety mają na  sobie 
takie rzeczy, kiedy idą na... rozbierane randki. 

R

 S

background image

74 

 

- Ach... 
- Sądziłam,  że  w  ten  sposób  wprowadzę  cię  w  odpo-

wiedni... nastrój. 

Pragnął  powiedzieć  jej,  że  w  odpowiednim nastroju  był  od 

pierwszej chwili, w której złożyła mu swą niecodzienną propo-
zycję.  A  nawet  wcześniej.  Był  teraz  prawie  pewny,  że  chciał 
kochać się z Sylvie Venner od chwili, w której po raz pierwszy 
zjawił się w restauracji i ujrzał ją stojącą za barem. 

-  Sylvie, ja... - Miał  zachrypnięty głos.  - Nie musisz mar-

twić się o mój nastrój. Jesteś... Uwierz mi, nie o to chodzi. 

Uśmiechnęła się  znowu. Poczuł nieprzepartą  ochotę  wziąć 

tę słodką dziewczynę w ramiona i nigdy jej nie z nich nie wy-
puścić. Zbliżył się i pocałował ją. 

Poczuł,  jak  Sylvie  sięga  do  paska  u  jego  spodni,  rozpina 

klamrę  i  suwak.  Całował  ją  coraz  mocniej.  Odwzajemniła  się 
równie namiętną pieszczotą. 

I  wówczas  Chase  w  ogóle  zapomniał,  po  co  przyszedł  do 

hotelowego  pokoju.  Zapragnął  mieć  Sylvie  Venner.  Teraz.  I  z 
pewnością nie na jedno popołudnie. 

Skórę  miała  ciepłą  i  gładką.  Wsunął  palce  pod  czarną  je-

dwabną tasiemkę i rozpiął biustonosz. Wargami podążył ścież-
ką między piersiami. 

Sylvie jęczała z rozkoszy, kiedy ją tak pieścił. Wczepiła się 

palcami we włosy Chase'a, gdy zaczął ssać jej sutki. 

Jeszcze  nigdy  nie  był  aż  tak  podniecony.  Było  to  zdu-

miewające odczucie. 

Sylvie także traciła panowanie nad sobą. Pieścił ją teraz całą, 

odkrywając czułe miejsca, z których istnienia nigdy nie zdawa-
ła sobie sprawy. Wreszcie zsunął z niej resztki 

R

 S

background image

75 

 

koronki  i  sięgnął  do  najbardziej  intymnych  zakątków  ko-
biecego ciała. 

-  Och,  Chase  -jęczała.  -  To  czyste  szaleństwo!  Co  ty  wy-

prawiasz ze mną? 

Usłyszała śmiech pełen zadowolenia. Odwrócił głowę w jej 

stronę, tak, żeby mogła ujrzeć jego twarz. 

-  To  dopiero  początek  -  oznajmił.  -  Mała  rozgrzewka  - 

dodał z diabolicznym uśmiechem. 

Dotknął  jeszcze  raz  czułego  punktu  i  jęknęła  ponownie. 

Sylwie też już zdołała zapomnieć o celu intymnego spotkania z 
Chase'em.  On  nazywa  to  rozgrzewką?  powtórzyła  w  myśli. 
Och! 

Chase ściągnął z siebie i Sylvie resztę ubrania. Leżeli teraz 

zupełnie nadzy. Położył się tuż przy niej i osunął głowę w dół. 
Pieszczotą, która teraz nastąpiła, dał Sylvie tak wspaniały pre-
zent, jakiego nigdy przedtem od nikogo nie otrzymała. Jęczała 
głośno, usiłując stłumić krzyk uniesienia. 

Położył się na niej. Przycisnął rozgrzane wargi do gorących 

ust Sylwie. 

- Chase - szepnęła. - Pragnę cię. Weź mnie. Teraz. 
- Teraz?  -  powtórzył  z  uśmiechem  na  twarzy,  parafrazując 

pytanie, które zadał jej rano w swym biurze. 

- Tak. Teraz - nalegała. 
Na potwierdzenie swych słów z całej siły przyciągnęła Cha-

se'a do siebie. 

-  Od dawna nie... nie byłem z kobietą - szepnął zduszonym 

głosem.  -  Nie  wiem,  jak  długo  jeszcze  potrafię  się  powstrzy-
mać. 

Sylvie niecierpliwie pokręciła głową. Pragnęła tak wiele po-

wiedzieć Chase'owi, lecz nie miała na to siły. Wreszcie zdecy-
dowała się wypowiedzieć zaledwie trzy słowa. 

R

 S

background image

76 

 

-  Kochaj  mnie,  Chase  -  szepnęła.  I  chwilę  potem  jeszcze 

dodała: - Bardzo tego pragnę. 

Zacisnął  powieki  i  zaczął  powoli  w  nią  wchodzić,  po-

zwalając, by go prowadziła. Nie czekał ani sekundy. Ogarnęło 
go najwyższe uniesienie. Kiedy osiągnął szczyt rozkoszy,  wy-
krzyknął jej imię, a zaraz potem opadł na nią ciężko. 

Leżał jak kłoda i dopiero po jakimś czasie uprzytomnił so-

bie, że Sylvie zdołała wysunąć się spod niego i teraz przykrywa 
go swoim ciałem. Objął ją mocno i przygarnął do siebie. 

- Dobrze się czujesz? - zapytał. 
- Tak - szepnęła. - Jest mi cudownie. A tobie? 
- Też. 
Chase  mógłby  przysiąc,  że  ich  serca  biją  w  identycznym 

rytmie. Pocałował lekko Sylvie i poczuł, że ponownie jej pra-
gnie. Jeszcze bardziej niż poprzednio. Musi ją mieć. 

- Och, Sylvie - szepnął. 
- Co takiego? 
- Czy to prawda, że środy masz wolne? 
- Tak. 
- Czy dziś musisz opiekować się siostrzeńcem? 
- Nie. Rano zadzwoniłam do Livy i powiedziałam, że będę 

zajęta. Wzięła Simona do szpitalnego żłobka. 

- Aha. 
- Czemu pytasz? 
- Chciałem się upewnić, czy nie jesteś zajęta. 
- Nie jestem. 
- Bo to wstyd tracić tak piękny pokój, jak ten. Mamy jesz-

cze szampana i smaczne jedzonko. 

- Aha. 

R

 S

background image

77 

 

- Nie mam żadnej pilnej pracy. Reszta może poczekać. Nie 

muszę dziś wracać do biura. 

- Tak? 
-  Możemy spędzić tu mile czas aż do wieczora. 

Sylvie uśmiechnęła się. Wiedziała świetnie, co Chase 

ma na myśli. Usiadła na łóżku i owinęła się prześcieradłem 

jak sari. Mogła powiedzieć, że ze względu na poczęcie dziecka 
nie muszą kochać się jeszcze raz. W tak krótkim odstępie czasu 
z medycznego punktu widzenia nie było to uzasadnione. Przed 
powtórką  mężczyzna  powinien  odczekać  czterdzieści  osiem 
godzin. 

Sylvie czytała wiele na ten temat. Potrafiłaby przytoczyć le-

karskie statystyki i wyniki badań naukowych na poparcie tezy, 
że kochanie się teraz po raz drugi nie miałoby sensu. 

I wtedy przypomniała sobie nagle niedawne doznania. Prze-

szedł ją dreszcz. Dzięki Chase'owi przeżyła fantastyczne chwi-
le.  Szczyt  uniesienia.  Taki,  jakiego  nie  doznała  nigdy  przed-
tem. 

Nie przyznała się Chase'owi do tych myśli. Usłyszała tylko 

własny, beznamiętny głos: 

-  Och, jasne, że możemy zostać. Powtórka z pewnością 

nie zaszkodzi. 

R

 S

background image

78 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Następnego  wieczoru,  stojąc  za  barem  restauracji  Cosmy, 

Sylvie  nerwowo  spoglądała  na  zegarek.  Dochodziła  siódma. 
Chase zjawiał się zazwyczaj na kolację mniej więcej o tej porze 
lub trochę później. Jeszcze nigdy w takim napięciu nie czekała 
na jego przyjście. 

Z  wypiekami  na  twarzy  wróciła  myślami  do  poprzedniego 

popołudnia, które spędzili na robieniu sobie nawzajem różnych 
przyjemności. Co strzeliło jej do głowy, żeby powiedzieć Chas-
e'owi,  iż  po  wczorajszym  spotkaniu  powinni  wrócić  do  daw-
nych  zwyczajów?  Jak  mogła  sądzić  choć  przez  chwilę,  że  po 
takim przeżyciu nic się między nimi nie zmieni? 

Wszedł  do  baru.  Sylvie  nie  miała  pojęcia,  co  powiedzieć  i 

jak się zachować. Nie tyle z powodu wstydu i zażenowania, ile 
ze zdumienia. Nadal nie mogła pojąć, co się stało, gdy znaleźli 
się w łóżku. Za trzecim razem, kiedy doprowadził ją do szaleń-
stwa, wykrzyknęła nawet, że go kocha. Przypomniała sobie tak-
że pożegnalne pocałunki Chase'a, pełne ukrytych obietnic. 

Odwróciła się plecami do lady i rzuciła okiem na rząd bute-

lek równo ustawionych na szklanych półkach. Och, gdyby mo-
gła  teraz  wypić  kieliszek  czegoś  mocnego,  od  razu poczułaby 
się lepiej. Ale było to wykluczone. Miała podstawy, aby przy-
puszczać, że już tli się w niej iskierka 

R

 S

background image

79 

 

nowego  życia.  Próbowała  skupić  myśli  na  dziecku.  Przecież 
wczorajszego popołudnia tylko o nie chodziło. 

Kiedy  jednak  w  lustrze  za  butelkami  ujrzała  odbicie  pod-

chodzącego do baru Chase'a, zapomniała o wszystkim. Ogarnęła 
ją  fala  erotycznego  podniecenia.  Żeby  się  uspokoić,  musiała 
policzyć do dziesięciu. 

Usiadł  przy  barze.  Sylvie  wiedziała,  że  wcześniej  czy  póź-

niej będzie musiała stawić mu czoło. Stanąć twarzą do Chase'a i 
wymyślić  na  poczekaniu  coś  dowcipnego,  żeby  rozluźnić  na-
piętą  atmosferę.  Nie  mogła  jednak się  ruszyć.  Jej  nogi  wrosły 
w ziemię. 

-  Cześć,  Sylvie  -  powiedział,  przerywając  krępujące  mil-

czenie. 

Zmusiła się, żeby spojrzeć na gościa. Z największym trudem 

udało się jej zachować obojętną minę. 

- Cześć - przywitała Chase'a. Sięgnęła odruchowo po  whi-

sky, którą zwykle pijał. 

- Nie  -  zaprotestował.  -  Dziś  mam  ochotę  na  coś  zupełnie 

innego. 

Bała  się  o  cokolwiek  zapytać.  W  milczeniu  uniosła  tylko 

brwi. 

-  Proszę o szampana - powiedział z uśmiechem. - Muszę 

coś uczcić. Przynieś butelkę, twoim zdaniem, najlepszego. 

Chciała przypomnieć Chase'owi,  że on już wie, jaki szam-

pan, jej zdaniem, jest najlepszy, ale ugryzła się w język. Skinęła 
głową,  podeszła  do  chłodziarki  i  wyciągnęła  Dom  Perignon. 
Tego samego szampana, który pili poprzedniego dnia. Wiedzia-
ła, że zachowuje się idiotycznie, gdyż powinna za wszelką cenę 
unikać  nawiązywania  do  wczorajszego  wydarzenia.  Ale  na 
myśl, że miałaby o nim zapomnieć, coś się w niej buntowało. 

R

 S

background image

80 

 

Z  uśmiechniętej  twarzy  Chase'a  wywnioskowała,  że  na-

tychmiast  rozpoznał  etykietę  na  butelce.  Nie  spuszczał  oka  z 
Sylvie,  kiedy  sprawnie  ją  otwierała.  Nalała  do  kieliszka  złoci-
stego płynu i przesunęła lampkę w stronę gościa. 

- Napijesz się ze mną? - zapytał. 
- Nie mogę. Szef patrzy na to niechętnym okiem. 
- A ponadto być może jesteś już w ciąży - dodał cicho. Na 

policzkach Sylvie wykwitły rumieńce. 

- Jeszcze za wcześnie, żeby wiedzieć. Muszę poczekać dwa 

tygodnie. 

- Ale już teraz jesteś pewna, żę to się stało - nie zadał pyta-

nia, lecz stwierdził. 

-  Tak. Tak właśnie myślę. - Kiwnęła głową. 

Chase uśmiechnął się i podniósł kieliszek. 

-  Co... co dzisiaj świętujesz? - spytała, starając się, aby jej 

głos brzmiał naturalnie. Miała przy tym nadzieję, że zna już od-
powiedź. Będzie dotyczyła także jej. 

Odstawił kieliszek na ładę i rozpromienił się ponownie. 
-  Załatwiłem dziś wielką sprawę. Zawarłem wieloletnie 

porozumienie z nowym, potężnym klientem. 

W okolicy serca Sylvie poczuła nagle chłód. 
- Tak? 
- Tak.  Dzięki niej  mam  zapewniony  kontrakt dla  mojej  fir-

my na najbliższe pięć lat, a może nawet na dłużej. 

- To świetnie - stwierdziła bez przekonania. Z trudem zdo-

była się na uśmiech. - Przyjmij moje gratulacje. 

- Dziękuję. 
- Powiedziałeś: „dzięki niej". Czy chodzi o kobietę, z któ-

rą miałeś wczoraj bardzo ważne spotkanie? 

- Tak. To Gwendolyn Montgomery. Znana postać w świe-

cie biznesu. Musiałaś o niej słyszeć. 

Sylvie nigdy nie słyszała o Gwendolyn Montgomery, 

R

 S

background image

81 

 

ale  zapamiętała drobną  brunetkę  o  zimnych,  szarych  oczach, 
która  zza  stołu  patrzyła  na  Chase'a  jak  na  swoją  własność.  Ta 
kobieta jest niewątpliwie tą bardzo ważną klientką, pomyślała z 
sarkazmem. 

- Nie,  przykro  mi  -  odparła.  Poczuła  ukłucie  zazdrości  o 

Chase'a. - Ale cieszę się, że pani Montgomery ci pomoże. - Się-
gnęła do kieszeni po bloczek zamówień i zapytała: - Na co masz 
dziś ochotę? Cosmo poleca przepiórki. Sama jadłam medaliony 
wieprzowe w winie i zapewniam cię, że były świetne. W karcie 
mamy jeszcze filet z miecznika... 

- Sylvie... 
Chase  wymówił  jej  imię  tak,  jak  robił  to  wczoraj  w  ho-

telowym pokoju. Cicho, łagodnie i z erotycznym podtekstem. 

- Słucham? - spytała, nie podnosząc oczu. 
- Chcę pomówić z tobą nie o kolacji. 
- A o czym? 
- O nas. 
Podniosła  wzrok.  Patrzyła  teraz  w  przestrzeń  ponad  głową 

Chase'a. 

- O nas? Dlaczego? Zaczynał się niecierpliwić. 
- Sądziłem, że po wczorajszym popołudniu... - zaczął. 
- O co ci chodzi? - spytała szorstko. 
- Sylvie, popatrz na mnie. 
Zrobiła to z niechęcią. Ich spojrzenia się spotkały. Jest taki 

przystojny,  pomyślała,  dziwiąc  się  jednocześnie,  że  wcześniej 
tego nie zauważyła. 

Od  dawna  bardzo  się  lubili.  To  był  niezaprzeczalny  fakt. 

Chase  radził  się  jej  nie  tylko  w  sprawach  firmy,  lecz  także  w 
takich drobiazgach, jak, na przykład, czy jakiejś kobiecie lepiej 
kupić kwiaty, czy czekoladki. A teraz? Co z nimi będzie? 

R

 S

background image

82 

 

Czyżby  jedno  popołudnie  miało  popsuć  długotrwałe,  bardzo 
przyjacielskie stosunki? 

- Musimy porozmawiać o tym, co stało się wczoraj. 
- Dlaczego? - mruknęła niechętnie. 
- Bo to ważna sprawa. 
- Jasne, że ważna. Wypełniłeś warunki umowy. 
- Do licha, dziewczyno! Robiłem znacznie więcej. A jeśli 

mnie pamięć nie myli, ty też czyniłaś to samo. 

Zaczerwieniła się aż po korzonki włosów. 
- Chase, wczoraj oddałeś mi wielką przysługę. 
- Przysługę? 
- Tak.  Nie  wiem,  jak  ci  dziękować  za  okazaną  wspa-

niałomyślność. 

- Wspaniałomyślność? - powtórzył zdumiony. 
- Ogromnie  mi  pomogłeś.  Oboje  uzgodniliśmy  jednak,  że 

będziemy  zachowywać  się  tak,  jakby  nic  się  nie  stało.  Chase, 
bardzo cię proszę, nie przypisuj wczorajszemu wydarzeniu żad-
nej szczególnej wagi. Pozostańmy nadal przyjaciółmi. 

- Chcesz tylko tego? Naprawdę? 
- Tak - skłamała. 
- A co będzie, jeśli okaże się, że wczoraj nie wszystko po-

szło po twojej myśli? 

- O czym ty mówisz? 
- Powiedzmy, że nie zaszłaś w ciążę. Co wtedy? 
- Spróbujemy za miesiąc. Tak postanowiliśmy i zapisaliśmy 

w umowie. 

- Nie, Sylvie. Próbuj, ale beze mnie. 
-  Przecież... 

Chase ściszył głos. 

-  Godząc się na... na przespanie się z tobą po to, żebyś mia-

ła dziecko, musiałem chyba postradać zmysły. Wystąpi- 

R

 S

background image

83 

 

łem w roli ogiera rozpłodowego. To było chore. Ale wiesz, co 
w tym wszystkim jest najbardziej zwariowanego? 

- Nie. 
- Po tym, gdy się zgodziłem, pomyślałem sobie, iż mamy 

szansę...  Nieważne.  Zapomnij,  co  powiedziałem.  Musiałem 
być ostatnim durniem, jeśli miałem nadzieję... 

Wyjął z kieszeni portfel, wyciągnął kilka dwudziestek, żeby 

starczyło na szampana, którego prawie nie tknął, i rzucił je na 
ladę. 

Sylvie  patrzyła,  jak  Chase  Buchanan  opuszcza  bar.  Nawet 

się nie odwrócił. Wylała szampana do zlewu. Bardzo dobrze, że 
poszedł, powiedziała do siebie. To, co wczoraj do niego czuła, 
było tylko wynikiem doskonałego, w pełni satysfakcjonującego 
zbliżenia seksualnego, które ich połączyło. Nie kochała przecież 
tego człowieka. To fakt, że był sympatyczny. I miło z jego stro-
ny,  że  zechciał  jej  pomóc.  Nie  był  jednak  mężczyzną  dla  niej 
odpowiednim. Taki jeszcze się nie narodził. 

Dwa tygodnie później Sylvie zamknęła mocno oczy, kiedy 

z  szarego  roztworu  znajdującego  się  w  probówce  wyciągała 
plastykowy pręcik. Obawiała się, że czubek pręcika nie zabarwi 
się  na  niebiesko  i  pozostanie  biały.  Wzięła  go  w  dwa  palce, 
podniosła do góry i ze strachem otworzyła zaciśnięte powieki. 

Czubek pręcika zabarwił się na niebiesko. Otworzyła jesz-

cze szerzej oczy. Wzrok jej nie mylił. Widziała wyraźnie ko-
lor. Ciemnoniebieski. 

Wzięła do ręki opis i przeczytała na głos: 
-  „Jeśli pręcik zmieni barwę na niebieską, wynik testu jest 

R

 S

background image

84 

 

pozytywny. Możesz uważać, że jesteś w ciąży.  Skontaktuj  się 
szybko  z  lekarzem,  żeby  potwierdził  diagnozę  i  zapewnił 
dziecku właściwą opiekę prenatalną". 

Hurra!  A  więc  była  w  ciąży!  Będzie  miała  dziecko!  Sylvie 

ogarnęła  szalona  radość.  Czuła  się  szczęśliwa  jak  nigdy  w  ży-
ciu. 

O wyniku testu musiała natychmiast powiedzieć Chase'owi. 
Dlaczego najpierw jemu? Tego pojąć nie potrafiła. Od dwóch 

tygodni nie pokazywał się w restauracji Cośmy. Gdyby teraz za-
czął przychodzić na kolacje, też by go nie widziała, gdyż w tym 
tygodniu pracowała na dziennej zmianie. 

Było jej brak Chase'a, otwarcie się do tego przed sobą przy-

znawała. Uznała jednak, że nie powinna się z nim kontaktować. 
Przecież  oznajmiła  wyraźnie,  że  chce  mieć  dziecko  wyłącznie 
dla  siebie,  a  dla  Chase'a  nie  ma  miejsca  w  jej  życiu.  Nie  było 
więc  żadnego  powodu,  by  biegła  do  biura  zawiadamiać  go  o 
tym, co się stało. Zresztą wiedziała, że nie będzie miał ochoty 
jej wysłuchiwać. Ani tym bardziej oglądać. 

Znów  spojrzała  na  plastykowy  pręcik.  Nadal  był  niebieski. 

Chase  Buchanan  wypełnił  warunki  umowy  i  dał  jej  dziecko. 
Powinna być mu za to wdzięczna do końca życia. Warto byłoby 
temu człowiekowi podziękować. 

Uśmiechnęła się i zaczęła nucić pod nosem piosenkę, którą 

niegdyś,  jako  małej  dziewczynce,  śpiewała  jej  matka.  Uszczę-
śliwiona weszła pod prysznic. 

Chase  studiował  uważnie  rysunki  techniczne  rozłożone  na 

biurku i usiłował sobie przypomnieć, co na temat projektu miał 
powiedzieć Gwen, czyli pani Gwendolyn Montgomery. 

R

 S

background image

85 

 

Upłynęły zaledwie dwa tygodnie pracy nad projektem pod-

miejskiego centrum handlowego, a już z inicjatywy tej kobiety 
mówili sobie po imieniu. 

Zamiast  przyglądać  się  szczegółom  leżącego  na  wierzchu 

rysunku,  Chase  wpatrywał  się  w  drobną  dłoń,  spoczywającą 
obok. O idealnie gładkiej skórze, mimo zimy opalonej na złoty 
kolor. Gwen albo niedawno wróciła z urlopu w tropikach, albo 
regularnie uczęszczała do solarium. Ręce miała zadbane. Owal-
ne  paznokcie,  pomalowane  lakierem  w  śliwkowym  kolorze, 
wyglądały  jak  wilgotne.  Na  wszystkich  palcach  tkwiły  pier-
ścionki, prawdziwe dzieła sztuki, zdobione drogocennymi ka-
mieniami. 

Chase przypomniał sobie nagle ręce Sylvie Venner, błądzące 

po  jego  ciele  i  kreślące  wzory,  w  niczym  nie  przypominające 
linii  na  rysunkach  technicznych,  które  przed  nim  leżały.  Były 
to ręce szorstkie i czerwone, co było widomym rezultatem pra-
cy fizycznej. Paznokcie miała krótkie, chyba obgryzione, a je-
dyną  ozdobę  dłoni  stanowił  szkolny  sygnet.  Dlaczego  więc 
przypomniały  mu  się  te  ręce  i  czemu  nagle  zapragnął  mieć  je 
teraz przy sobie? 

Odgonił natrętne myśli. Po co wspominać ładną barmankę i 

wracać do wspólnie spędzonego popołudnia sprzed dwu tygo-
dni?  Nie  potrafił  jednak  przestać  się  zastanawiać,  czy  wysiłki 
Sylvie  dały  oczekiwane  wyniki.  Zaszła  w  ciążę?  Nosiła  jego 
dziecko? 

Nie,  nie  jego  dziecko,  lecz  jej, poprawił  się  szybko.  Wy-

raźnie  zastrzegła  sobie  wyłączność  w  stosunku  do  ewentual-
nego potomka. Nawet na piśmie. Czarno na białym. 

- Do diabła z tym wszystkim - mruknął rozeźlony. Usłyszał 

nagle głos Gwen, dochodzący jak z oddali: 

- Chase? 

R

 S

background image

86 

 

- Co takiego? 
- Pytałam,  czy  nie  dałoby  się  umieścić  wind  w  skrzydłach 

wschodnim  i  zachodnim,  zamiast  w  północnym  i  po-
łudniowym. Nie słuchasz tego, co mówię. 

Westchnął głęboko. Usiłował ukryć zniecierpliwienie, które 

nagle go ogarnęło. 

-  Przepraszam. Zamyśliłem się nad czymś. Zmiana, 

którą  proponujesz,  wymagałaby  znacznej  modyfikacji  kon-
strukcji całego centrum. Jeśli chcesz, później do tego jesz 
cze wrócimy. 

Gwen uśmiechnęła się promiennie. 
-  Świetnie. Może omówimy szczegóły podczas lunchu? 

Chase   nie   miał   żadnych   planów   na  popołudnie. 

Ale  w  towarzystwie  Gwendolyn  Montgomery  nie  chciał 

spędzić ani chwili dłużej, niż było to konieczne. Ta kobieta ro-
biła  mu  awanse,  które  go  nie  bawiły.  Sam  nie  wiedział,  dla-
czego. Była przecież bardzo atrakcyjna fizycznie, inteligentna, 
bystra, złośliwa i miała specyficzne poczucie humoru, a ponad-
to łączyło ich wiele wspólnych zainteresowań. 

Westchnął raz jeszcze. 
- Nie  mogę.  Mam  inne  plany.  Przepraszam,  Gwen.  Już  się 

umówiłem - skłamał gładko. 

- Trudno.  -  Wzruszyła  lekko  ramionami.  -  Może  kiedy  in-

dziej. 

Chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz nagle na biurku Ch-

ase'a odezwał się telefon wewnętrzny. Podniósł słuchawkę. 

-  Tak? 
Usłyszał cierpki głos Lucille: 
-  Przyszła  pani  Sylvie  Venner.  Znów  nie  zapowiedziana. 

Chce zobaczyć się z panem. 

R

 S

background image

87 

 

Chase  uśmiechnął  się  pod  nosem.  Jego  sekretarka  prze-

strzegała biurowych reguł i była oburzona, gdy ktoś je łamał. 
Już  miał  powiedzieć  Lucille,  że  za  chwilę  będzie  wolny  i 
przyjmie  gościa,  gdy  nagle  drzwi  do  gabinetu  otworzyły  się 
szeroko  i  stanęła  w  nich  drobna  postać.  Chase  ujrzał  najpierw 
parę zgrabnych nóżek w czerwonych rajstopach i czarnych bot-
kach.  Wystawały  spod  czarnej  aksamitnej  spódniczki  mini. 
Reszta postaci była niewidoczna, bo skryta za ogromnym bukie-
tem  kwiatów,  nad  którym  falowała  wiązka  różnokolorowych 
baloników. 

-  W porządku, Lucille - powiedział Chase uspokajająco do 

słuchawki, żeby zapobiec interwencji sekretarki. 

Baloniki  poruszyły  się,  rozchyliły  i  odsłoniły  promienną 

twarz Sylvie, która na widok Gwen natychmiast się zasępiła. 

-  Przeszkadzam? - spytała. 
Chase  spojrzał  na  stojącą  obok  brunetkę  i  uśmiechnął  się 

niepewnie. 

-  Sylvie,  to  jest  Gwendolyn  Montgomery,  moja  klientka  - 

dokonał prezentacji. - A to, Gwen, jest Sylvie Venner. 
Moja... moja barmanka. 

Na twarzy brunetki ukazało się zaskoczenie. 
-  Miło mi poznać panią - odezwała się oficjalnym tonem i 

zwróciła  do  Chase'a,  spoglądając  wymownie  na  rozłożone  na 
biurku  rysunki:  -  Mamy  do  omówienia  jeszczeparę  spraw.  Są 
pilne. 

Chase  potwierdził  jej  słowa  skinieniem  głowy  i  zwrócił  się 

do gościa: 

-  Sylvie, jestem akurat w trakcie dyskusji nad projektem. 

Może to, z czym przyszłaś, omówimy później, u Cosmy? 

Przemierzyła pokój i do kryształowej wazy stojącej na kre-

densie włożyła kwiaty z balonikami. 

R

 S

background image

88 

 

-  Nie ma sprawy. Przechodziłam obok i wpadłam na chwi-

lę tylko po to, żeby podziękować. - Przygładziła dłońmi przód 
sukienki i wsunęła za ucho kosmyk jasnych włosów, opadający 
na czoło. -  Wszystko gra – oznajmiła z wymuszonym uśmie-
chem,  omiatając  wzrokiem cały  pokój  i  starannie  unikając  po-
staci Chase'a i Gwen. Na policzkach Sylvie wykwitły rumień-
ce. 

Chase zapytał: 
-  Co? 
Spojrzenie  Sylvie  spoczęło  na  Gwen  i  zaraz  potem  prze-

niosło się na jego twarz. 

-  To. Przecież wiesz. Chodzi o przysługę, którą wy świad-

czyłeś mi dwa tygodnie temu. Wszystko gra. Stało się to, co... co 
miało się stać. Przechodziłam obok, więc wpadłam, aby ci po-
dziękować - powtórzyła. 

Chase'a ogarnęła nagle ogromna radość. 
- To  znaczy,  że...  że  jesteś...  -  Tym  razem  on  przenosił 

wzrok z jednej kobiety na drugą. 

- Na pewno jesteś... ? 
- Tak - odparła Sylvie. - Na pewno. Zrobił krok w jej 

stronę. 

- Sylvie... Przerwała mu szybko. 
- Chciałam tylko podziękować. 
Nie  czekając  dłużej,  ruszyła  w  stronę  drzwi.  Kiedy  za-

mykała  je  za  sobą,  pod  wpływem  ruchu  powietrza  poderwały 
się do lotu przywiązane do bukietu różnobarwne baloniki. 

Wyglądała na zachwyconą tym, co się stało, pomyślał Cha-

se. I dumną. Lecz także na zranioną. 

Wiedział, że jej smutek nie ma nic wspólnego ze stanem, w 

jakim się znajdowała. Był wywołany zupełnie innym faktem. 

R

 S

background image

89 

 

Bo on poprosił ją, żeby wyszła, zanim zdążyła oznajmić mu 
radosną wiadomość, a sam został z Gwen. 

- Och, co za interesująca osóbka - z przekąsem odezwała się 

Gwen,  kiedy  przeciągająca  się  cisza  zaczęła  stawać  się  kłopo-
tliwa. 

- Tak. 
- Nie powinnam chyba pytać, o co chodziło. 
- Nie, nie powinnaś. 
Jeszcze nigdy w życiu Chase Buchanan nie czuł się tak roz-

darty wewnętrznie. Serce nakazywało mu wybiec natychmiast z 
pokoju,  dogonić  Sylvie  i  wypytać  ją  o  wszystkie  szczegóły. 
Rozsądek  natomiast  wymagał,  żeby  pozwolił  jej  odejść.  Miał 
przecież  służbowe  spotkanie,  dotyczące  najważniejszego  pro-
jektu jego życia. A to oznaczało konieczność spędzenia z Gwen 
reszty popołudnia, bo pozostało im do omówienia jeszcze wiele 
spraw, a potem mozolne ślęczenie przez cały wieczór nad obli-
czeniami  i  rysunkami,  by  wszystko  sprawdzić  i  wprowadzić 
ewentualne  końcowe  zmiany.  Ostateczne,  gdyż  do  realizacji 
projektu miano przystąpić natychmiast. 

Nie  miał  więc  czasu  dla  Sylvie  Venner.  Postanowił  nadal 

zajmować się pracą, pracą i tylko pracą. 

To  prawda,  że pozwolił sobie na mały  wyłom  w  niezwykle 

unormowanym życiu. Kochał się z piękną dziewczyną i było to 
wspaniałe doznanie, jedyne w swoim rodzaju. Świat złudzeń i 
fantazji, w którym wówczas się znalazł, dał mu pojęcie o tym, 
jak mogłoby się zmienić jego życie. Ale na tym koniec. 

Był  biznesmenem,  a  nie  człowiekiem  spotykającym  się  z 

kobietą i chcącym zostać ojcem rodziny. Wszystkie swe siły po-
święcał pracy. W niej bowiem odnajdywał satysfakcję, z nią w 
pełni się identyfikował. Za nic nie porzuciłby dotychczaso- 

R

 S

background image

90 

 

wego trybu życia. Dla nikogo. Zdaniem Chase’a, Sylvie Ven-
ner była sympatyczną dziewczyną. I z pewnością urodzi sym-
patyczne dziecko. W ich życiu jednak nie znajdzie się miejsce 
dla niego. Gdyby przypadkiem zechciał w nie wkroczyć, było-
by to posunięcie nie fair. 

Sylvie  i  dziecko  zasługiwali  na  męża  i  ojca,  który  po-

święcałby im wiele uwagi i czasu, byłby z nimi, gdyby go po-
trzebowali,  i  nade  wszystko  przedkładał  rodzinę.  On,  Chase 
Buchanan, nie był takim człowiekiem. 

Odwrócił się w stronę Gwen i uśmiechnął nieszczerze. 
-  Czeka  nas jeszcze  dziś  sporo  roboty  -  oznajmił.  -Z lun-

chem  miałaś  dobry  pomysł.  Zjemy  go  razem.  Odwołam  umó-
wione spotkanie. 

R

 S

background image

91 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

-  Och, stajesz się okropnie ciężka. 
Boso,  w  bieliźnie,  Sylvie  stała  na  łazienkowej  wadze. 

Skrzywiła się, słysząc komentarz siostry. O1ivia i Zoey z nie-
dowierzaniem popatrzyły na liczbę kilogramów, przy której  na 
tarczy zatrzymała się wskazówka. 

- Ogromnie utyłaś, aż nie do wiary - odezwała się Zoey. - 

Zapomniałam, od kiedy dokładnie jesteś w ciąży? 

- Od szesnastu tygodni. 
Przyjaciółka z niedowierzaniem pokręciła głową. 
- Jesteś tego pewna? 
- Jasne, że jestem. 
- Nie dłużej? 
- Nie. 
Zoey wyciągnęła rękę i z ust Sylvie wyjęła snickersa. 
- Musisz uważać zjedzeniem słodyczy. Za szybko tyjesz. 
- Jem  tylko  ze  względu  na  mdłości.  Mój  żołądek  uspokaja 

się dopiero po dużych cheeseburgerach i batonach. 

- Dziwna przypadłość - mruknęła Zoey. 
- Różnie  z  tym  bywa  -  do  rozmowy  wtrąciła  się  Oli  via.  - 

Kiedy  byłam  w  ciąży,  jedyną  rzeczą,  którą  mogłam  jeść  rano, 
była sałatka z pomidorów. Popijana koktajlem z czekoladowego 
mleka. 

- Przynajmniej był w nim wapń - skomentowała Zoey. 
- Przeczytałaś tę książkę na temat żywienia, którą ci dałam? 

- spytała O1ivia siostrę. 

R

 S

background image

92 

 

Sylvie zaprzeczyła ruchem głowy. 
- Za każdym razem, kiedy zaczynam myśleć o jedzeniu, ro-

bi mi się niedobrze i wymiotuję. Dopiero ostatnio nudności za-
częły się zmniejszać. Gdy wracam z pracy do domu, jestem już 
tak wykończona, że jedyne, na co mnie stać, to przejrzenie ga-
zety. 

- Musisz koniecznie przeczytać tę książkę - poleciła siostra. 

- Są w niej naprawdę ważne informacje. - Wyjęła baton z ręki 
Sylvie. - A zamiast tego zjedz lepiej banana. 

- I wypij dużą szklankę mleka - doradziła Zoey. 
Na  samą  tę  myśl  Sylvie  się  skrzywiła.  Sięgnęła po  spodnie 

od  dresu i  bawełnianą  koszulkę,  jedyne  części  posiadanej  gar-
deroby, które nie były na nią za ciasne. 

-  Tyranizujecie mnie, dziewczyny - mruknęła z wy 

rzutem w głosie, gdy O1ivia i Zoey wychodziły z łazienki. 

Były zdumione, gdy trzy miesiące temu Sylvie oznajmiła, że 

jest w ciąży. Zrobiła to zaraz po potwierdzeniu faktu przez le-
karkę. Były  zdumione dlatego,  że  zdołała, i to  tak  błyskawicz-
nie, wprowadzić w życie swój zwariowany plan. I od razu za-
szła w ciążę. 

Zwłaszcza O1ivia niepokoiła się o siostrę, pamiętając jesz-

cze  tak  niedawną  własną  ciążę  i  wszystkie  związane  z  nią 
kłopoty. Sylvie zapewniła ją jednak, że nie powinna mieć żad-
nych powodów do obaw. Lecz gdy O1ivia przypomniała jej, że 
będzie  samotną  matką,  szybko  zmieniła  temat.  Nie była  sama 
na  świecie.  Miała  siostrę  i  Zoey,  zawsze  życzliwe  i  skore  do 
pomocy. Oprócz nich nikt nie był jej do szczęścia potrzebny. 

Nadal jednak nie potrafiła zapomnieć o Chasie. 
Nie widziała go od chwili odwiedzin w biurze. Chciała mu 

podziękować. Był  wtedy  zajęty  przystojną klientką.  On też  nie 
próbował się z nią później skontaktować. Dobrze pamiętała, 

R

 S

background image

93 

 

jak niemal wyprosił ją ze swego gabinetu, a pani Montgomery 
przedstawił jako barmankę. 

Oczywiście, była to jej wina. Kiedy Chase był ostatni raz w 

restauracji, sama go stamtąd prawie wygoniła. Pomyślała sobie 
jednak,  że  pewnie  chciałby  wiedzieć,  jak  dalej  potoczyły  się 
jej sprawy. 

Na  pewna  jest  bardzo  zajęty,  ma  moc  roboty,  pomyślała. 

Tasiemkę od dresu związała w talii i poszła do saloniku, gdzie 
przeniosły  się  już  O1ivia  i  Zoey.  Na  środku  pokoju  Simon 
urzędował  na  kocu  pełnym  zabawek.  Był  taki  duży!  Niczym 
nie przypominał teraz niemowlaka sprzed roku. 

Sylvie  zastanawiała  się,  jak  będzie  wyglądać  jej  własne 

dziecko, kiedy skończy czternaście miesięcy. Ciągle nie mogła 
uwierzyć, że nosi w sobie nowe życie. Brzuch miała nadal pra-
wie płaski i nikt nawet się nie domyślał, że jest w ciąży. Sama 
jednak dopatrywała się zmian. 

- Czy  nigdy  nie  zamierzasz  nam  zdradzić,  kto  jest  ojcem 

dziecka?  -  zapytała  O1ivia.  Wzięła  synka  na  kolana  i  na 
wierzgającą  nóżkę  usiłowała  nałożyć  mu  bucik,  który  malec 
ściągnął. 

- To nie jest ważne - odparła Sylvie. 
O1ivia  poszukała  wzrokiem  wsparcia  u  Zoey,  lecz  przy-

jaciółka wzruszyła tylko ramionami. 

- To naprawdę nieważne - obstawała przy swoim Syl-vie. - 

Jest miłym facetem, który ma świetne geny. Tylko to się liczy. 

- Musi  być  naprawdę  miłym  facetem,  jeśli  przesypia  się  z 

kobietą,  robi  jej  dziecko  i  zaraz  potem  daje  nogę  -z  przeką-
sem stwierdziła O1ivia. 

Sylvie uniosła głowę. 
-  Wymusiłam na nim przyrzeczenie, że nie będzie się 

R

 S

background image

94 

 

mieszał  w  moje  sprawy  -  przypomniała  siostrze.  -  Podpisał 
umowę. 

- Próbował skontaktować się z tobą, kiedy usłyszał, że jesteś 

w  ciąży?  -  spytała  Zoey.  -  A  może  w  ogóle  mu  nie  mówiłaś? 
Nie  uważasz,  że  facet  zasłużył  na  to,  by  przynajmniej  się  do-
wiedzieć, że będzie ojcem? Mam rację? 

- Tak. Usłyszał nowinę, ale potem nie próbował się ze mną 

skontaktować.  Obiecał  przecież,  że  tego  nie  zrobi.  Chyba  go 
wtedy nawet obraziłam. Ale... - urwała szybko. 

- Co: ale? - O1ivia ciągnęła Sylvie za język. 
- Livy,  daj  spokój,  proszę.  Nie  chcę  rozmawiać  na  ten  te-

mat. 

- Dobrze,  już  dobrze  -  przystała  niechętnie  siostra.  -W 

każdym razie obiecaj, że w wypadku kłopotów natychmiast za-
dzwonisz. 

- Do O1ivii lub do mnie - dorzuciła Zoey. 
- To  się  rozumie  -  zapewniła  Sylvie.  Do  kogo  innego  mo-

głaby zwrócić się o pomoc? 

- Powinnaś  jednak  powiedzieć  nam,  kto  jest  ojcem  -

upierała się O1ivia. 

- Też chętnie bym to usłyszała - dodała Zoey. 
- Dlaczego? - zaczepnym tonem spytała Sylvie. - Do czego 

wam  potrzebna  ta  informacja?  Wynajmiecie  dwóch  zbirów  i 
każecie im, żeby połamali mu nogi? 

- Nie. Z tym panem odbędziemy jedynie małą pogawędkę. 

Nic więcej. 

- Czyście  zwariowały?  Zrobiłybyście  więcej  szkody  niż 

wynajęci goryle! 

- Sylvie... - zaczęła O1ivia. 
- On jest bardzo zapracowany - wyjaśniła szybko siostra. - I 

nie chce mieć nic wspólnego ani ze mną, ani z dzieckiem. Po-
dobnie zresztą jak ja z nim. Z genetyczne go punktu 

R

 S

background image

95 

 

widzenia jest świetny, ale ojcem lub mężem byłby najgorszym. 
-  O1ivia  chciała  coś  wtrącić,  lecz  Sylvie  nie  dopuściła  jej  do 
głosu. - Uwierz, siostro. Znam dobrze mężczyzn. Bez przerwy z 
nimi  pracuję,  a  oni  zwierzają  mi  się  ze  wszystkich  najtajniej-
szych sekretów. Chase... -ugryzła się w język, zła, że wymówi-
ła to imię, ale miała nadzieję, iż siostra i Zoey nie zwróciły na 
ten fakt uwagi 

-  on jest tylko zainteresowany pracą. Bardzo ambitny 

i skoncentrowany wyłącznie na karierze zawodowej. Praca 
to jego życie. Jest żonaty z własną firmą. Nie chce i nie 
potrzebuje rodziny. 

-  Wobec tego czemu ten pracoholik poświęcił swój cen 

ny czas na to, żeby zrobić ci dziecko? - z przekąsem spy 
tała Zoey. 

To  pytanie  Sylvie  sama  sobie  często  zadawała  od  pa-

miętnego popołudnia. 

- Nie mam pojęcia - odparła szczerze. - Po prostu nie wiem. 
- Może ten facet nie zna siebie tak dobrze, jak myśli 
-  odezwała się Zoey. 
Sylvie popatrzyła uważnie na przyjaciółkę. Zastanawiała się, 

jakie jeszcze myśli kłębią się w jej rudej główce. W tej dziew-
czynie  było  coś  tajemniczego.  Nigdy  nie  opowiadała  o  swej 
przeszłości.  Sama  jednak  wykazywała  wręcz  zdumiewającą 
znajomość ludzkiej natury. 

- Uważam,  że  ma  więcej  pewności  siebie,  niż  mieć  powi-

nien - powiedziała Sylvie o Chasie. - I jest przeświadczony, że 
żona i dziecko nie są mu potrzebne. 

- I  to,  oczywiście,  bardzo  ci  odpowiada.  -  W  głosie  Zoey 

zabrzmiała  nuta  sceptycyzmu.  -  Bo przecież  nie  chcesz  mieć 
do czynienia z żadnym mężczyzną. 

Sylvie poczuła się nagle w defensywie. 

R

 S

background image

96 

 

- Jasne. W moim życiu nie ma dla niego miejsca. 
- Oby to była prawda. Oby to była prawda - mruknęła Zoey. 

Tej  nocy, na piętnastym  piętrze  luksusowego  domu,  śpiąc 

w swym eleganckim apartamencie, Chase Buchanan miał prze-
dziwne  sny.  Śniła  mu  się  blondynka  o  niebieskich  oczach  i 
ciemnych rzęsach, której ręce były malutkie, miękkie, różowe i 
delikatne. A jej uśmiech... Westchnął przez sen. Uśmiech miała 
niepowtarzalny. Wspaniały. Szeroki. Ukazywał cztery ząbki. 

Chase  otworzył  nagle  oczy  i  nerwowo  zaczerpnął  po-

wietrza.  Dziecko.  Śniło  mu  się  dziecko!  Maleńka  dziewuszka, 
będąca miniaturką kobiety, której nie widział od ponad czte-
rech miesięcy. 

Widocznie przez cały ten czas Sylvie Venner tkwiła mu głę-

boko  w  podświadomości.  A  teraz  zaczęła  go  nawet  nachodzić 
w snach. W dziecięcej postaci. Nie miał pojęcia, co było przy-
czyną takich nocnych fantazji. 

Spojrzał  na  świecące  w  ciemności  cyfry  zegarka  stojącego 

na  nocnym  stoliku.  Dochodziła  dopiero  trzecia  trzydzieści,  a 
więc miał jeszcze dużo czasu na odpoczynek. Wcisnął głowę 
w  poduszkę  i  zamknął  oczy.  Zanim  jednak  zdążył  odetchnąć, 
ciszę nocną rozdarł ostry dźwięk telefonu. 

Kto,  u  licha,  ma  czelność  dzwonić  o  tak  wczesnej  porze? 

Pewnie  jakiś pijak, który  pomylił  numery.  Chase  leżał  nadal  z 
zamkniętymi  oczyma,  czekając,  aż  automatyczna  sekretarka 
zarejestruje rozmowę. Po chwili usłyszał kobiecy głos: 

-  Chase?  Chase?  Jesteś  w  domu?  Chase,  proszę,  odezwij 

się. Jesteś mi potrzebny. 

R

 S

background image

97 

 

Rozpoznał natychmiast, kto dzwoni. W jednej chwili oprzy-

tomniał. Złapał za słuchawkę. 

-  Sylvie? - wyszeptał schrypniętym głosem. - Co się stało? 

Zawahała się, ale tylko na chwilę. Wystraszonym głosem 
mówiła dalej: 

-  Czy  możesz  zaraz  do  mnie  przyjechać?  Jesteś  mi  po-

trzebny. To sprawa bardzo pilna. 

Przeciągnął  ręką  po  zmierzwionych  włosach.  W  głosie  Sy-

lvie wyczuł przerażenie. 

- Czy  dobrze  się  czujesz?  -  zapytał i nagle  uprzytomnił  so-

bie, że dziewczyna jest w ciąży. - Co z dzieckiem? Wszystko 
w porządku? 

- Nie wiem. Czuję się... Jestem taka... Och, Chase, czy mo-

żesz przyjechać? 

- Jesteś w domu? 
- Tak. - Usłyszał, że zaczęła głośno szlochać. 
- Zaraz przyjadę. 
Rzucił  słuchawkę,  ubrał  się  błyskawicznie  i  wybiegł  z 

mieszkania. 

Ostatni raz widział Sylvie parę miesięcy temu, w biurze, gdy 

przyszła mu podziękować. Potem, po jakimś czasie, zaszedł do 
Cośmy,  lecz  jej  nie  zastał,  bo  zdecydowała  się  pracować  na 
dziennej zmianie. Pomyślał więc, że nie chce go widywać. 

Pracował jak szalony dla firmy Gwen, lecz kiedy tylko prze-

stawał  się  kontrolować,  od  razu  przed  oczyma  jawiła  mu  się 
sympatyczna  blondynka.  Żałował,  że  ich  znajomość  tak  nagle 
się urwała. 

Biegnąc do windy, miał teraz wyrzuty sumienia. Już dawno 

temu  powinien  zainteresować  się  Sylvie  i  dowiedzieć,  jak  się 
czuje. Powinien przynajmniej dać do zrozumienia, że nadal mu 
na niej zależy. 

R

 S

background image

98 

 

Wcisnął guzik windy i niecierpliwie czekał, aż nadjedzie. 

-  Szybciej, do diabła, szybciej - mruczał pod nosem. 

Dwadzieścia  minut  później  Sylwie  otworzyła  mu  drzwi. 

Miała zapłakane, czerwone oczy. Chase zauważył, że jest ubra-
na tylko w za dużą, rozciągniętą bawełnianą koszulkę. Zarzuciła 
mu ręce na szyję. 

Poczuł  zaokrąglony  brzuch,  a  zaraz  potem  świeży  zapach 

jej włosów, który przywiódł na myśl intymne, spędzone razem 
chwile. Objął Sylvie w pasie i przytrzymał. 

-  Co się stało? Jesteś chora? Co z dzieckiem? 

Zaczęła płakać. Zacisnęła palce na materiale jego ko 
szuli. 

-  Co się stało? - powtórzył. - O co chodzi? 
Coś mówiła, lecz nie zrozumiał stłumionych słów. 
-  Co się stało? 
Odsunęła  się  nieco  od  Chase'a  i  popatrzyła  mu  prosto  w 

twarz. 

-  Miałam... miałam okropny sen - wyjąkała. 

Popatrzył na nią z niedowierzaniem. 

- Zły  sen?  Obudziłaś  mnie  w  środku  nocy,  wyciągnęłaś  z 

łóżka i zmusiłaś, żebym tu jechał jak szalony? Napędziłaś  mi 
potężnego stracha. - Nabrał głęboko powietrza. -I to  wszyst-
ko z powodu złego snu? 

- Tak. Okropnego. 
Powinien być na nią zagniewany, lecz nie potrafił. Znów ob-

jął Sylvie, oparł jej głowę na swym ramieniu i zapytał: 

- Chcesz o tym opowiedzieć? 
- Tak - szepnęła. 
Doprowadził  dziewczynę  do  kanapy,  posadził,  a  potem 

wszedł  do  kuchni.  Z  lodówki  wyjął  mleko  i  napełnił  nim 
szklanki. Stanął w drzwiach pokoju. 

R

 S

background image

99 

 

- Podgrzać czy wypijesz zimne? - zapytał. 
- Zimne. Dziękuję. - Palce Sylvie zacisnęły się na szklance. 
Chase  usiadł  obok  i  patrzył,  jak  powoli  pije  mleko.  Oczy 

utkwiła w podłodze. 

- Nigdy nie widziałam ciebie w takim stroju - szepnęła, nie 

odrywając wzroku od ziemi. - W dżinsach i bez skarpetek. 

- Ty też jesteś ubrana swobodnie. 
- Bo spałam. 
- Ja też. 
Uśmiechnęła się słabo i wypiła jeszcze jeden łyk mleka. 

Chase zamilkł. Było mu dobrze z Sylvie, nawet w środku nocy. 

- Przepraszam  -  powiedziała,  odstawiając  szklankę.  Nadal 

nie patrzyła mu w oczy. - Miałam straszny sen i obudziłam się 
przerażona. Dopiero po telefonie do ciebie uzmysłowiłam sobie, 
że przecież mogłam zadzwonić do Livy i Daniela lub do Zoey. 
Jednak oni wszyscy mieszkają w New Jersey. Upłynęłyby wie-
ki, zanimby tu przyjechali. A ty... - Wreszcie nieśmiało podnio-
sła wzrok. - A ty byłeś pierwszą osobą, o której w ogóle pomy-
ślałam. 

- Wszystko  w  porządku.  Niczym  się  nie  przejmuj.  -Chase 

poczuł  się  wyróżniony  tym,  że  Sylwie  zadzwoniła  właśnie  do 
niego. - Opowiesz mi sen? 

Kiedy  ocknęła  się  z  koszmaru,  odruchowo  pomyślała  o 

Chasie.  Sięgnęła  po  książkę  telefoniczną,  żeby  odszukać  jego 
numer.  Teraz  nawet  nie  pamiętała,  co  do  niego  mówiła.  Wie-
działa  jedno.  Natychmiast  przyjechał,  w  samym  środku  nocy. 
Tak się spieszył, że nawet nie włożył skarpetek. 

-  Wydawało mi się, że jestem w szpitalu i dopiero co 

R

 S

background image

100 

 

urodziłam dziecko. Było tak miło i błogo. Trzymałam niemowlę 
w ramionach. Była to dziewczynka. Tłuściutka, różowa i prze-
śliczna.  Nuciłam  jej  kołysankę,  a  nawet  nazwałam  ją  Ge-
nevieve - powiedziała cicho. 

- Podoba mi się. Moja babka tak właśnie miała na imię. 
- Naprawdę? - zdziwiła się Sylvie. Chase skinął głową. 
- Mów dalej. 
- A więc trzymałam dziecko na rękach i nagle zobaczyłam, 

że...  że  zesztywniało.  Podeszła  szybko  pielęgniarka,  wyrwała 
mi je, krzycząc, że zrobiłam mu krzywdę i że umiera. Wysko-
czyłam z łóżka i pobiegłam za nią do sąsiedniej sali. A tam by-
li  już  lekarze  i  inne  pielęgniarki.  I  wiele  różnych  aparatów 
medycznych.  Wszyscy  biegali  jak szaleni, przyłączyli do  Ge-
nevieve jakieś rurki, ale to nic nie dało. - Oczy Sylvie wypełni-
ły się łzami. - A potem... potem mi powiedzieli, że dziecko nie 
żyje. 

- Och, Sylvie... 
- Nie  pozwolili  zobaczyć  Genevieve.  -  Sylvie  zaczęła  gło-

śno szlochać. -To wszystko stało się tak szybko. W jednej mi-
nucie żyła. A w drugiej... 

- Ciii - szepnął Chase, gładząc Sylvie po głowie. 
- Nie  pozwolili  mi  zobaczyć  dziecka.  Ciągle  tylko  po-

wtarzali,  że  nie  żyje.  A  ja  zaczęłam  krzyczeć:  nie,  nie,  nie!  I 
kiedy się obudziłam, nadal tak krzyczałam. 

- Ciii. Przestań o tym myśleć. To był tylko zły sen. Wszyst-

ko jest w porządku. Dziecku nic złego się nie dzieje. 

Kołysał Sylvie, jakby sama była dzieckiem. Zamknęła oczy 

i pozwoliła się pocieszać. Położyła odruchowo rękę na brzuchu, 
ale niczego nie wyczuła. Na ruchy płodu było za wcześnie. 

-  O co chodzi? - zapytał Chase. 

R

 S

background image

101 

 

- Miałam nadzieję, że dziecko się poruszy. Da jakiś znak. 
- Da,  zobaczysz  -  zapewnił  ją  stanowczo.  -  Niedługo  on 

zacznie cię kopać. 

- On?  -  zdziwiła  się  Sylvie.  -  Jesteś  pewny,  że  to  będzie 

chłopiec? 

- A  ty  jesteś  pewna,  że  będzie  to  dziewczynka?  -  od-

parował. 

-  Tak było w moim śnie. 

Chase wypiął dumnie pierś. 

-  To będzie chłopiec. Mężczyzna wie takie rzeczy o swo-

im dziecku. 

Sylvie poruszyła się niespokojnie. 
-  To nie twoje dziecko, lecz moje - powiedziała cicho. 

Spojrzał na jej brzuch i przesunął po nim ręką. Sylvie wstrzy-
mała oddech. Chase nie zdawał sobie sprawy z tego, że obdarza 
ją intymną pieszczotą. 

-  Może. Ale trochę ci pomogłem. 
Położyła dłoń na ręku gościa i zdjęła ją delikatnie ze swego 

brzucha. 

-  Pomogłeś.  Ale  to  było  wszystko.  Teraz  już  polegam  wy-

łącznie na sobie. A ode mnie będzie zależne moje dziecko. 

Dopiero teraz uzmysłowił sobie, jak Sylvie jest skąpo ubra-

na i że zareagowała na jego dotyk. Ujął w dłonie jej twarz. 

-  Brakowało  mi  ciebie  -  wyznał  niechętnie.  -  Za  każdym 

razem,  gdy  szedłem  do  Cosmy,  sądziłem,  że  cię  zobaczę.  I 
każda wizyta kończyła się rozczarowaniem. 

Sylvie milczała. Po chwili zaczął znowu: 
-  Nie przestałem o tobie myśleć. Ciągle zastanawiałem się, 

jak się czujesz i czy  ci czegoś  nie  trzeba.  To  źle,  że  tak  długo 
nie kontaktowałem się z tobą. 

R

 S

background image

102 

 

Sposób, w jaki to wyznał, wzruszył Sylvie. 
- Przez cały czas czułam się dobrze - powiedziała. -Aż do 

dzisiejszej  nocy.  Przez  pierwsze  miesiące  miałam  poranne 
mdłości, ale, na szczęście, już się skończyły. 

- Źle się czułaś? - zapytał z przejęciem. - Trzeba było wte-

dy do mnie zadzwonić. 

- Nic byś na to nie poradził. 
- Ale mógłbym zadbać o ciebie. Dopilnować, żebyś poczu-

ła się lepiej. 

Wiedziała,  że  Chase  mówi  prawdę.  Gdyby  wówczas  dała 

mu  znać,  pewnie  przybiegłby  od  razu,  karmił  ją  kurzym roso-
łem z makaronem i poił wodą z bąbelkami. Także by ją pocie-
szał. 

Sylvie ogarnęły nagle mieszane uczucia. Jak zwykle w ta-

kiej sytuacji, szybko się wycofała. Dosłownie. Zerwała się z ka-
napy. Wzięła ze stolika szklankę, wypiła mleko do dna i pobie-
gła do kuchni. 

-  Dziękuję, że przyszedłeś - odezwała się, płucząc szklan-

kę  i napełniając  ją  wodą  z  kranu.  Piła  łapczywie,  lecz  zimny 
płyn nie był w stanie ochłodzić jej rozpalonego ciała. Spojrzała 
na Chase'a. - Czuję się dobrze - dodała. - Nie ma powodu do 
obaw.  Nie  powinieneś  zarywać  nocy  z  mojego  powodu.  Mo-
żesz już sobie iść. 

Chase intensywnie o czymś myślał. Sylvie obawiała się te-

go, co powie. Wreszcie oznajmił spokojnie: 

-  Coś mi się zdaje, że od dziś częściej z twego powodu bę-

dę zarywał noce. 

Przez  ciało  Sylvie  przepłynęła  nagle  fala  gorąca.  Ogarnęła 

ją od stóp do głów. 

-  Dlaczego? - spytała niemal niedosłyszalnym szeptem. 

Nie odpowiedział od razu. Patrzył tak, jakby ujrzał ją po raz 
pierwszy. Wzrok miał badawczy. 

R

 S

background image

103 

 

-  Jesteś pewna, że wszystko będzie w porządku? - zapytał. 
Sylvie zaskoczyła uległość Chase'a. Nie protestował, kiedy 

odsyłała  go do domu. Chyba nawet miał  ochotę  szybko  opu-
ścić ten dom. 

I dobrze, pomyślała sobie. Nie powinnam w ogóle do niego 

telefonować. 

-  Tak. Jestem pewna - odpowiedziała. 

Skinął głową i ruszył w stronę drzwi. 

Sądziła, że Chase wyjdzie bez słowa i nawet już na nią nie 

spojrzy. Zatrzymał się jednak z ręką na klamce. 

-  Zadzwonisz, jeśli zdarzy się znów coś podobnego? - za-

pytał spokojnie, nie patrząc na Sylvie. 

Nie była pewna, co wolałby usłyszeć. Na wszelki wypadek 

postanowiła powiedzieć prawdę. 

-  Nie zadzwonię. Dziś też nie powinnam tego robić. Był to 

błąd.  Przepraszam.  Przyrzekam,  że  się  więcej  nie  powtórzy. 
Nie będę cię niepokoić. 

Potrząsnął lekko głową. 
-  Odezwę się - powiedział, otwierając drzwi. 

Zanim zdołała zaprotestować, Chase'a już nie było. 

R

 S

background image

104 

 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Najpierw  uwagę  Chase'a  przyciągnęły  buty.  Czarne,  zu-

pełnie zwyczajne, różniące się od jego własnych tylko pod jed-
nym  względem.  Miały  zaledwie  sześć  centymetrów  długości! 
Znajdowały się na tłuściutkich nóżkach małego dziecka, które 
pewnie jeszcze w ogóle nie umiało chodzić. 

Chase siedział przy kawiarnianym stoliku, czekając na kel-

nerkę.  Usiłował  czytać  artykuł  w  piśmie  poświęconym  spra-
wom biznesu. Ciągle jednak jego wzrok nieświadomie odrywał 
się  od  tekstu  i  wędrował  do  stolika  obok,  przy  którym  z  oży-
wieniem rozmawiały dwie młode kobiety. 

Jedna  z  nich  karmiła  właśnie  bobasa,  ubranego  w  czarne 

butki.  Ssał  z  zapałem  butelkę,  którą  matka  trzymała  w  ręku, 
lecz ani na chwilę nie spuszczał badawczego wzroku z Chase'a. 
Oprócz  nowych  butków  miał  na  sobie  dżinsowe  spodnie  i  ba-
wełnianą koszulkę w biało-czerwone paseczki, a na czubku ły-
sej główki krzywo nasadzoną czerwoną baseballową czapecz-
kę. 

Chase  nigdy  jeszcze  nie  widział  tak  zabawnie  ubranego 

niemowlaka. Zastanawiał się, czy zapanowała teraz taka moda, 
żeby maluchy ubierać w ekstrawaganckie młodzieżowe ciuchy. 

Kiedy  kelnerka  postawiła  przed  nim  kawę,  zabrał  się  z 

powrotem do czytania gazety. Tym razem jego uwagę zwrócił 
pisk dziecka. Matka podniosła je do góry i klepała po pupce, 

R

 S

background image

105 

 

a właściwie po maleńkich pleckach, żeby pozbyło się nadmia-
ru  powietrza.  Tak  robi  się  chyba  zawsze  po  karmieniu  malu-
chów, przypomniał sobie Chase. Widział  coś  podobnego  w  te-
lewizji  i  w  kinie.  Sam  nigdy  nie  znał żadnej  młodej matki ani 
kobiety z dzieckiem. Dopóty, dopóki Sylvie Venner nie przed-
stawiła mu swego siostrzeńca. 

Po raz drugi w ciągu niespełna pięciu miesięcy Chase'a za-

fascynował niemowlak. Popijał kawę i czytał artykuł, lecz jego 
wzrok  bez  przerwy  wracał  do  małego  chłopczyka.  Wreszcie 
mamie udało się usunąć z niego zbędne powietrze. Maluch wy-
dał śmieszny dźwięk, poweselał i otworzył szeroko buzię. Chase 
zobaczył  ten  sam  uśmiech,  którym  swego  czasu  obdarzył  go 
siostrzeniec Sylvie.  W nagich dziąsełkach  tkwiły  tylko  cztery 
zęby! 

To nie jest normalne, że tak się zachowuję, pomyślał Chase. 

Jego  reakcja  na  widok  roześmianego  niemowlaka  była  zdu-
miewająca.  Jak  dorosły  człowiek  może  tak  gapić  się  na  bez-
zębne  dziecko?  zastanawiał  się,  zdegustowany  własnym  za-
chowaniem. 

Przy sąsiednim stoliku kobiety skończyły jeść lunch. Zapła-

ciły rachunek. Matka dziecka wsadziła je do nosidełka i pozbie-
rała rozrzucone rzeczy. Chase przyglądał się wychodzącej trój-
ce. Dziecko zerkało w jego stronę dopóty, dopóki nie zniknęło 
wraz z matką. Jeszcze przez parę długich chwil Chase wpatry-
wał się w drzwi. Widział w nich nie brązowe oczy niemowlaka, 
spoglądające na niego spod czerwonej baseballowej czapeczki, 
lecz  intensywnie  zielone.  Identyczne  jak  jego  własne.  Otrzą-
snął się i po raz czwarty zabrał do czytania artykułu o swoim 
projekcie handlowego centrum mody, którego budowa była już 
poważnie zaawansowana. Był tak rozkojarzony przygląda- 

R

 S

background image

106 

 

niem  się  maluchowi,  że  zanim  dotarł  do  końca  tekstu,  cał-
kowicie zapomniał, o czym czytał na początku. 

Sylvie miała przed sobą weekendowe dni. Dwa dni wolne od 

pracy, podczas których mogła robić, co jej się żywnie podobało. 

Westchnęła głęboko. Nigdzie nie pojechała. Została sama w 

domu  i  nie  miała  żadnych  planów.  Nie  wiedziała,  co  z  sobą 
zrobić. Livy z Danielem i Simonem wybrali się poza miasto na 
cały  weekend,  a  Zoey  była  w  Pittsburghu  w  odwiedzinach u 
ciotek.  Pozostali  znajomi  Sylvie  nie  mieli  wolnych  dni,  więc 
została sama i nie miała pojęcia, co począć. 

Z filiżanką bezkofeinowej kawy przeszła z kuchni do salo-

nu. 

Z dużego okna rozciągał się rozległy widok. Wszędzie w 

pobliżu kręciły się tłumy turystów. Nie było sensu wychodzić 
z domu. Może powinna zamieszkać poza miastem, kiedy uro-
dzi się dziecko? Lubiła centrum Filadelfii, ale tu nie było ziele-
ni. Może powinna mieć własny ogródek i nauczyć się uprawia-
nia warzyw i ziół? A kiedy słońce miałoby się ku zachodowi, 
brałaby  dziecko  na  długie  spacery  po  okolicy  i  spotykałaby 
inne  mamy  z  maluchami  w  tym  samym  wieku.  Może  nawet 
kupiłaby szczeniaka. 

Marzenia Sylvie o podmiejskim życiu na łonie natury prze-

rwało nagle pukanie do drzwi. 

- Cześć - przywitał ją Chase. 
Miał w rękach dwie ogromne, wypchane papierowe torby z 

zakupami, a na sobie spłowiałe dżinsy, równie wyblakłą koszul-
kę polo, która w zamierzchłych czasach pewnie była zielona, i 
zniszczone adidasy. Nie wyglądał na świet nie prosperują-

R

 S

background image

107 

 

go biznesmena, z którym Sylvie miała niewiele wspólnego, lecz 
przypominał  znajomych  mężczyzn,  z  którymi  przedtem  się 
umawiała. 

- Cześć - odparła, zastanawiając się równocześnie nad spo-

sobem możliwie grzecznego, najszybszego pozbycia się niepro-
szonego gościa. 

- Przyszedłem  zrobić  ci  kolację  -  oznajmił  bez  żadnych 

wstępów. Przeszedł obok niej, kierując kroki wprost do kuchni. 
Zachowywał  się  tak, jakby  mieszkał tu co najmniej  tak  długo, 
jak Sylvie. 

- Będąc u ciebie poprzednio zauważyłem, że nie masz wiele 

zapasów w lodówce. 

Sylvie poszła za nim do kuchni. 
-  Mam dużo jedzenia - zaoponowała. 

Uśmiechnął się i otworzył drzwiczki. 

- Tak. Litr mleka, sok pomarańczowy, dwa jogurty, kostkę 

masła  i  trzy  jajka.  Aha,  i  jeszcze  trochę  pieczywa,  które  nie 
wygląda na świeże. To ma być dużo? 

- Są jeszcze jabłka i marchewka. - A może je już zjadła? Nie 

pamiętała. 

- Powinnaś  jadać  teraz  za  dwoje  -  odrzekł  Chase,  sięgając 

po przyniesione zakupy. 

- Podczas  lunchu  jem  zawsze  jakąś  sałatkę  -  oznajmiła.  -  I 

solidny obiad zaraz po zakończeniu pracy. 

- To  znaczy  ostro  przyprawione,  ciężkostrawne  jedzenie  z 

gęstymi  sosami  i  odrobiną  jarzyn.  To  bardzo  niezdrowe, 
zwłaszcza podczas ciąży. 

Sylvie wzniosła oczy ku niebu. 
- Czyżbyś rozmawiał z moją siostrą? 
- Nie  -  odparł  zdziwiony.  -  Po prostu trochę na ten  temat 

poczytałem. 

- O żywieniu? 

R

 S

background image

108 

 

- O  żywieniu  podczas  ciąży.  I  o  paru  innych  rzeczach  - 

mruknął pod nosem. 

- O jakich innych rzeczach? - podejrzliwie spytała Sylvie. 
Wyciągał z toreb zakupy i układał je na kuchennym blacie 

tak sprawnie, jakby robił to codziennie. Większość produktów 
przyniesionych przez Chase'a pochodziła z tych działów skle-
pów, które Sylvie zawsze starannie omijała. Na widok świeżych 
warzyw skrzywiła się. Czyżby to były brokuły? pomyślała, kie-
dy wyciągał coś dużego i zielonego. 

- Czy  zastanawiałaś  się  nad  metodą  rodzenia,  jaką  za-

stosujesz? - zapytał. 

- Tak  -  odparła.  Co  za  pytanie?  Skąd  coś  takiego  przyszło 

mu  do  głowy?  -  Chcę  być  nieprzytomna  podczas  rodzenia. 
Nieważne, co mi w tym celu podadzą. Silny cios w głowę bę-
dzie równie dobry, jak inne środki. 

Chase znieruchomiał i utkwił wzrok w Sylvie. 
-  Tak. Albo cios w potylicę, mała butelka szkockiej, sześć 

puszek wody sodowej i sześć cytryn. Po takim koktajlu szybko 
stracę  przytomność.  Cały  zespół  lekarski  może  ucztować  ze 
mną, dopóki dzieciak nie zechce przyjść na świat. 

Spojrzenie Chase'a miało teraz siłę stali. 
-  Och, czy nie widzisz, że żartuję? - dodała szybko Sylvie. 

- Nie masz za grosz poczucia humoru. – Widząc zdegustowaną 
minę gościa, dorzuciła  łagodniejszym tonem: - Metody rodze-
nia jeszcze nie wybrałam. Prawdę mówiąc, na ten temat wiem 
niewiele. Myślę, że jednak będę musiała coś na ten temat po-
czytać. 

Chase skinął głową. 
-  Czytałem o jednej metodzie, ale dla ciebie się nie 

R

 S

background image

109 

 

nadaje,  bo  wymaga  długotrwałego  przygotowania.  Który  to 
tydzień ciąży? Dwudziesty pierwszy? 

Skąd to nagłe zainteresowanie? zastanawiała się zdziwiona 

Sylvie. 

- Dwudziesty drugi - odrzekła, mimo że to nie powinno in-

teresować Chase'a. 

- A  więc minęła już połowa okresu ciąży. Chyba za późno 

na zastosowanie tej metody. Ale to nie szkodzi. Są inne. - Nadal 
opróżniał przyniesione torby. 

- Chase? 
- Słucham. 
- Co ty właściwie tu robisz? 
- Już mówiłem. Przygotuję ci kolację. 
- Już jadłam. 
- Co? Homara? A może nadziewaną przepiórkę w sosie be-

arnaise? 

- Nie. Dziś nie jadłam w restauracji. 
- Aha, więc sama sobie robiłaś kolację. Jestem przekonany, 

że była bardzo pożywna - dodał z przekąsem. 

Sylvie  zagryzła  wargi.  Prawdę  powiedziawszy,  zamierzała 

zjeść później. Na razie miała za sobą tylko coś w rodzaju słod-
kiej przekąski. 

-  Mm... 
Chase popatrzył podejrzliwie na Sylvie. 
- No więc? 
- Ja... 
- Co jadłaś na kolację? 
- Ciasto czekoladowe - wyznała wreszcie. Popatrzył na nią 

szeroko otwartymi oczyma. 

- Ciasto czekoladowe? Kawałek ciasta? 
- Nie, nie kawałek. Całe ciasto. 
- Czy nie zdajesz sobie sprawy, że to są puste kalorie? 

R

 S

background image

110 

 

-  Z  jednej  z  przyniesionych  toreb  wyciągnął  jakąś  książkę. 

Zaczął  ją  sprawnie  kartkować.  Znalazł  właściwy  tekst.  -Na 
siedemdziesiątej  drugiej  stronie  „Poradnika  odżywiania  się  w 
ciąży" napisano, że „.. .Ciasta, ciastka i ciasteczka to puste kalo-
rie, bez żadnej wartości dla twego dziecka. Należy ich unikać". 
Koniec cytatu. 

Sylvie zerknęła do środka jednej z toreb. 
-  Przyniosłeś  jakieś  lody?  A  może  krem?  Jestem  wciąż 

głodna... 

Chase'owi opadły ręce. 
- Ani lodów, ani kremu nie przywiozłem. Są za to pomarań-

cze, kiełki pszenicy, bo chyba masz za mało protein, brokuły, 
brukselka... 

- Brukselka? - jęknęła Sylvie. 
- Zawiera kwas foliowy - wyjaśnił. - Gdzie jest szybkowar? 
Zdziwiona Sylvie podniosła głowę. 
-  A co to jest? 

Chase wmusił w nią pożywienie, jakiego nigdy w życiu nie 

jadała, uzmysłowiła sobie Sylvie jakiś czas później, kiedy usi-
łował  zaparkować  swój  kosztowny  sportowy  wóz na niewiel-
kim parkinu obok parku Fairmont. Z okna samochodu patrzyła 
na  licznych  spacerowiczów  i  biegaczy.  Brrr.  To  było  jeszcze 
gorsze zajęcie niż jedzenie brokułów. 

Chase zatrzymał samochód i wyłączył silnik. Ciemne duże 

okulary, które miał na nosie, nie pozwalały dojrzeć wyrazu je-
go oczu. Jak taki miło wyglądający człowiek może być równo-
cześnie aż tak bezwzględny? zastanawiała się  Sylvie.  Przyglą-
dał  się  spacerowiczom  i  biegaczom  z  nieprzeniknionym  wy-
razem twarzy. 

R

 S

background image

111 

 

- To coś dla ciebie - oznajmił surowo. - Podczas ciąży ruch 

fizyczny jest niezbędny. Za późno już na rozpoczęcie uprawia-
nia intensywnych ćwiczeń, ale spacer doskonale ci zrobi. 

- Nie chcę - zaprotestowała. 
Wcześniej odmówiła przebrania się w sportowe ciuchy. Za-

miast  trampek  czy  adidasów  miała  na  nogach  sandały  na  pła-
skich  obcasach  i  białe  podkolanówki.  Chase  zmusił  ją  do  je-
dzenia brukselki, ale nie nakłoni do tego, żeby się pociła. 

-  Wysiadaj  -  polecił,  otwierając  drzwi.  -  Zobaczysz,  po 

spacerze poczujesz się lepiej. 

Z trudem ukrywał świetny humor, podczas gdy Sylvie robiła 

się  coraz  bardziej  ponura.  Wysiadając,  trzasnęła  drzwiami 
czerwonego porsche'a. 

-  Mam wiele ruchu w pracy. Aż za dużo - powiedziała, idąc 

za  Chase'em,  który  wziął  ją  za  rękę.  -  Bez  przerwy  biegam  i 
chodzę  za  barem.  Zamiast  podnosić  ciężary,  przez  cały  dzień 
pompuję  piwo.  Popatrz  tylko,  jakie  mam  mięśnie.  -  Dla  zade-
monstrowania ich uniosła ramię. 

Chwycił jej rękę i mocno ją nacisnął. 
- Świetne - przyznał zdziwiony. 
- Tak. I na dodatek to moja lewa ręka. Ta, którą nie pompuję 

piwa. 

- Dobrze, że wspomniałaś o pracy - zauważył. 
- Dlaczego? 
Chase  zastanawiał  się,  czy  może  posunąć  się  dalej.  Doko-

nał dziś wiele. Zmusił Sylvie do zjedzenia porządnej kolacji i 
wyciągnął ją z domu na spacer. Jak zareaguje na następną pro-
pozycję, którą zaraz jej przedstawi? 

-  Jesteś na nogach cały dzień - przyznał. - I ciężko 

R

 S

background image

112 

 

pracujesz fizycznie. Dobrze zrobiłaś, przenosząc się na dzienną 
zmianę, ale może wzięłabyś bezpłatny urlop do chwili urodze-
nia dziecka? 

Sylvie stanęła jak wryta. Z całej siły zacisnęła dłoń na prze-

gubie ręki Chase'a. 

-  Hej, to boli - zaprotestował. Zacisnęła dłoń jeszcze moc-

niej. 

-  To naprawdę boli - poskarżył się. 
Natychmiast  puściła  rękę  Chase'a,  ale  nadal  stała,  patrząc 

na niego oskarżycielskim wzrokiem. 

-  Sylvie? 
-  A za co będę żyła, jeśli wezmę bezpłatny urlop? Wes-

tchnął. Na początku ten pomysł wydawał mu się dobry. Oka-
zało się jednak, że ma wady. Należało przedstawić go oględ-
niej. 

-  Jeśli  z  tego  powodu  możesz  mieć  kłopoty,  ja  mógłbym 

cię utrzymywać. 

Spojrzała zdumiona na Chase'a. 
- Co takiego? 
- Sylvie, zastanów się przez chwilę... 
- Mógłbyś  mnie  utrzymywać?  -  powtórzyła.  -  Już  ci  prze-

cież mówiłam, że nie potrzebuję niczyich pieniędzy. Jestem w 
stanie zadbać o siebie i dziecko. 

- Sylvie, nie miałem na myśli... 
- Nie  istnieje  żaden  powód,  dla  którego  miałabym  teraz 

przerywać  pracę.  Powiedziałam  już  Cosmie,  że  po  urodzeniu 
dziecka chcę  wziąć  dwa miesiące  urlopu.  To  przyzwoity  facet, 
da  mi  urlop  płatny.  Wprawdzie  odpadną  napiwki,  które  wiele 
znaczą, ale to i tak miło z jego strony. Nie musi mi nikt płacić. 

- Nie sądzisz jednak, że byłoby lepiej, gdybyś... 
- Moja praca nie jest wcale cięższa niż wielu innych 

R

 S

background image

113 

 

kobiet w ciąży - ciągnęła. - Nie powinno cię to w ogóle ob-
chodzić. 

- Niepokoję się o ciebie, Sylvie. 
- Zupełnie niepotrzebnie. Westchnął cicho. 
- No, dobrze, przestanę się o ciebie martwić. Ale nie mogę 

przyrzec, że będę trzymał się z daleka. 

- Już to przecież obiecałeś. Podpisałeś kontrakt. 

R

 S

background image

114 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Upłynęły  pełne  dwa  tygodnie,  a  Sylvie  nadal  myślała  o 

spotkaniu z Chase'em. Po usłyszeniu, że nie powinien mieszać 
się do jej spraw, milczący spacerował po parku. Powrotna jazda 
też odbywała się w napiętej atmosferze. Chase wysadził Sylvie 
przed domem i pożegnał krótkim, lekkim pocałunkiem w poli-
czek. 

W  ciągu  pierwszych  pięciu  miesięcy  przybyło  jej  wiele  na 

wadze. Zrobiła się niezgrabna i miała ociężałe ruchy. Słyszała, 
że  sporo  kobiet  podczas  ciąży  wygląda  wspaniale.  Ona  miała 
brzydką cerę i sztywne, nie dające się ułożyć włosy. Była prze-
konana, że wygląda okropnie, i było jej smutno. A tym jednym, 
lekkim  pocałunkiem  na  pożegnanie  Chase  sprawił,  że  nagle 
poczuła się ładna. 

Usłyszała pukanie do drzwi. 
Zobaczyła Chase'a. Był w garniturze, bo widocznie nie zdą-

żył się przebrać po pracy. W rękach trzymał dwie wyładowane 
po brzegi torby z wiktuałami. Miał jeszcze z sobą trzecią torbę i 
małą walizkę o dziwacznym kształcie. 

- Pomyślałem sobie, że już skończyło ci się jedzenie - po-

wiedział na powitanie. 

- Jak mogłabym zostać bez jedzenia, skoro tydzień temu do-

starczono  mi  je  ze  sklepu,  oświadczając,  że  nie  wiedzą,  kto 
złożył  zamówienie?  Niedawno  dostałam  kosz  z  owocami,  a 
także opłacono subskrypcję klubu „Ryba miesiąca", do którego 
się nie zapisywałam. 

R

 S

background image

115 

 

- A  propos,  jak  ci  smakował  wędzony  łosoś?  -z  uśmie-

chem zapytał Chase. 

- Oddałam  go  Livy  i  Danielowi.  W  poradniku  żywienia, 

który  mi  zostawiłeś,  wyczytałam,  że  nie  powinnam  jeść  wę-
dzonych produktów. 

Posmutniał. 
-  Och, jak mogłem to przegapić! Dziś przyniosłem filety z 

miecznika. Nie wędzone. 

Dopiero teraz uprzytomnił sobie, że cała rozmowa  odbywa 

się w drzwiach. Sylvie blokowała wejście. 

Mimo  wszystkich  jedzeniowych  prezentów  przez  ostatnie 

dwa tygodnie Chase nawet nie próbował się z nią skontaktować. 
Ostatnim  razem,  kiedy  go  widziała,  usiłował  przejąć  nad  nią 
kontrolę.  A  do  tego  nie  mogła  dopuścić.  Wolność  i  swobodę 
ceniła najbardziej. 

- Słuchaj - odezwała się po chwili - wiem, po co robisz to 

wszystko. Chcesz wedrzeć się do życia mojego i dziecka. 

- Och,  Sylvie,  nie  przesadzaj.  Raz  zrobiłem  kolację  i  za-

brałem cię na spacer. Kupiłem trochę jedzenia. Co w tym złe-
go? Jak możesz tak mnie oskarżać? 

Słuchając jego wyjaśnień, poczuła się głupio. 
- W każdym razie uważam, że to nie jest dobry pomysł. .. - 

zaczęła łagodniejszym tonem. 

- Przynajmniej  pozwól  mi  wejść  do  środka  i  postawić 

gdzieś te torby. Od trzymania rozbolały mnie ręce. 

Odsunęła się od drzwi i przepuściła Chase'a. Błyskawicz-

nie znalazł się w kuchni, gdzie od razu zaczął wypakowywać 
przyniesione produkty. 

- Dziś obejdę się z tobą łagodnie. Nie będziesz musiała jeść 

żadnej zieleniny. 

- Jestem ci za to bardzo wdzięczna. 

R

 S

background image

116 

 

Uśmiechnął  się  do  Sylvie.  Tak  jak  wyglądała,  z  zaokrą-

glonym  brzuszkiem  i  ubrana  po  domowemu,  podobała  mu  się 
coraz bardziej. 

-  Czym więc mnie uraczysz? Rzepą? Pasternakiem? 

A może dynią? 

Zaprzeczył ruchem głowy. 
- Czymś jeszcze znacznie lepszym. 
- Czym? 
- Bakłażanem. 
Sylvie skrzywiła się i mruknęła coś o złej karmie, sugerując, 

że  w  poprzednim  życiu  musiała  być  notorycznym  przestępcą 
lub politykiem i za to teraz Chase ją tak karze. 

Po kolacji zapadła przy stole męcząca cisza. Spojrzenie Sy-

lvie  zatrzymało się na torbie i dziwacznej walizce, które przy-
niósł Chase. 

- Czy to jakieś narzędzia tortur? - zapytała żartobliwym to-

nem. 

- Och,  byłbym  zapomniał.  -  Odstawił  kieliszek  z  winem, 

wziął torbę i walizkę. 

- To jest dla dziecka - oznajmił z powagą. 
- Dla dziecka? Przecież jeszcze go nie ma. 
- Nie szkodzi. Przyda mu się przed urodzeniem. Przyczyni 

do rozwoju. 

- Sądziłam, że w tym celu karmisz mnie jarzynami. 
- Jedzenie przyczynia się do jego rozwoju fizycznego. A to - 

wyciągnął  z  torby  stertę  płyt  kompaktowych  -  będzie  miało 
wpływ na jego rozwój artystyczny i duchowy. 

- Artystyczny i duchowy - tępo powtórzyła Sylvie. 
- Jazz. Obiecaj, że codziennie przegrasz mu co najmniej je-

den z albumów. Postaraj się, żeby dobrze słyszał. I siedź blisko 
głośnika, aby zdołał wychwycić wszystkie 

R

 S

background image

117 

 

muzyczne niuanse. Jeśli masz słuchawki, to włącz je, połóż na 
brzuchu, żeby mógł... 

- Jazz - odrzekła Sylvie, przerywając wywód Chase'a. 
- Tak. Bo co innego? Nie chcę od razu obciążać go poważ-

ną muzyką. 

- Jazz - znów powtórzyła Sylvie. 
- Przecież chcesz mieć muzykalne dziecko. 
- Tak, ale nieco inaczej wyobrażam sobie... 
- Inaczej? 
- Chciałabym, żeby grała na fortepianie. 
- Dobrze - zgodził się Chase. - Następnym razem przyniosę 

nagrania Dave'a Brubecka i Earla Hinesa. 

Sylvie skrzywiła się. 
-  Myślałam raczej o kimś takim, jak Schumann i De- 

bussy. 

Już  chciał  zakwestionować  jej  wybór,  lecz  uprzytomnił  so-

bie, jaka spotka go riposta. 

-  Masz rację. To nie moja sprawa. Ale byłbym bardzo 

zobowiązany, gdybyś dała mu przyzwoite muzyczne wy 
kształcenie. Słuchaj tych płyt, które przyniosłem. O nic 
więcej nie proszę. Przy okazji może sama dowiesz się 
czegoś więcej o muzyce. 

Sylvie  z  trudem  powstrzymała  się  od  komentarza.  Zamiast 

tego spytała: 

-  Co jest w walizce? 
Chase uśmiechnął się niepewnie. 
-  Chciałem zademonstrować mu swój talent. Przez dwa 

dni szukałem w domu tego saksofonu i wreszcie go znala 
złem. Wyszedłem z wprawy, ale nadal potrafię grać. Czy 
mogę? 

Zamiast podnieść instrument do ust, Chase spojrzał na Sy-

lvie. Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę. Dopóty, 

R

 S

background image

118 

 

dopóki  Chase  nie  położył  saksofonu  na  kolanach.  Potem  na-
chylił się, żeby dotknąć palcem warg Sylvie. 

W odpowiedzi zamrugała jedynie powiekami. Reszta jej cia-

ła  była  jak  znieczulona.  Nieruchoma,  niezdolna  do  ja-
kiejkolwiek reakcji. 

-  Widząc sposób, w jaki przed chwilą na mnie spoglądałaś, 

gotów bym przysiąc, że chcesz... - zawiesił głos. 

Kiedy zamilkł i męska ręka odsunęła się od jej twarzy, Sy-

lvie otworzyła oczy. Zobaczyła, że usiadł znacznie bliżej niej. 

-  Że czego chcę? - spytała ledwie dosłyszalnym głosem. 
Potrząsnął lekko głową, tak jakby obawiał się wypowiedzieć 

głośno swoje myśli. Wreszcie zdobył się na odwagę. 

-  Przed chwilą wyglądałaś tak, jakbyś chciała, żebym... że-

bym się z tobą kochał. 

Jego spojrzenie  zatrzymało się na zniekształconej sylwetce 

Sylvie. 

Zamiast się roześmiać, speszona oblała się rumieńcem. 
- Chciałbyś  kochać  się  ze  mną?  To  niemożliwe.  Przecież 

wyglądam koszmarnie. 

- Jak  możesz  mówić  coś  takiego?  -  ostro  zaprotestował.  - 

Nigdy nie widziałem kobiety ładniejszej od ciebie. 

- Mam spuchnięte nogi, obrzmiałą twarz i wielkie sińce pod 

oczyma, bo źle sypiam. Na całym ciele jest sieć takich żył, że 
mógłbyś wyznaczyć sobie trasę z Pittsburgha do Newark. 

-  Mimo tego wyglądasz jeszcze ładnej niż zwykle. 

Sylvie wiedziała, że Chase mówi prawdę. I nagle jej oczy 
wypełniły się łzami. 

- Płaczesz? - zapytał zdumiony. - Dlaczego? 
- Nie mam pojęcia. - Łzy płynęły jej po twarzy. - Kobiety 

R

 S

background image

119 

 

w ciąży są na ogół niezrównoważone. To sprawa hormonów. 

Odłożył saksofon. Wziął Sylvie w ramiona. 
- Nie wiem, co się ze mną dzieje - poskarżyła się cicho, po-

ciągając nosem. - Ciągle widzę, że nic nie układa się tak, jak 
powinno. 

- A jak powinno? 
- Wyobrażałam sobie, że z chwilą zajścia w ciążę wszystko 

pozostanie  po  staremu.  Miałam  zamiar  codziennie  chodzić  do 
pracy i wykonywać ją jak dawniej. A potem wracać do domu i 
robić to, co zawsze. 

Znów  pociągnęła  nosem.  Nagle  tuż  przed  nią  pojawiła  się 

jedwabna chusteczka, którą Chase wcisnął jej do ręki. 

-  Dziękuję - szepnęła. - I jeszcze coś się zmieniło. 
- Co? -Ty. 
- W jaki sposób? 
- Już nie jesteś dla mnie panem Buchananem, który ma biu-

ro po przeciwnej stronie ulicy i przychodzi do baru na kolacje. 

- Sytuacja się zmieniła. 
- Wszystko jest inaczej i to mnie bardzo niepokoi. Nigdy nie 

bałam  się  niczego.  Zawsze  byłam  beztroska.  Teraz  ciągle  się 
czymś  martwię.  Na  przykład,  że  nie  będę  dobrą  matką.  Poza 
tym boję się zostawać sama... 

Chase mocniej objął Sylvie. 
-  Jestem taka nieszczęśliwa - ciągnęła. - A ponadto... 

Urwała nagle. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak bar-
dzo odkryła się przed Chase'em. Już miała na końcu języka 
stwierdzenie, że jej stosunek do niego też uległ zmianie. Bała 
się podnieść wzrok, by tego nie odczytał z jej oczu. 

R

 S

background image

120 

 

Pragnęła zapytać Chase'a, czy coś do niej czuje. Ale się ba-

ła. 

Nie miała odwagi zapytać, gdyż ciągle martwiła się tym, że 

powód,  dla  którego  Chase  przychodzi  i  o  nią  się  troszczy,  nie 
ma nic wspólnego z  żadnym uczuciem, którym mógłby ją da-
rzyć. Interesowało go tylko dziecko. Jego własne dziecko. 

Na  samą  tę  myśl  Sylvie  rozpłakała  się  jeszcze  bardziej.  W 

żaden sposób nie mogła powstrzymać potoku łez. 

Wyswobodziła się z objęć Chase'a, lecz zaraz potem poczu-

ła się jeszcze gorzej. Samotna i opuszczona. 

-  Chcesz, żebym już poszedł? - spytał spokojnie. 

Długo zastanawiała się nad odpowiedzią. Wycierała 

oczy,  czyściła  nos,  już  więcej  nie  przejmując  się  swoim 

wyglądem. Chase'owi nie przeszkadzał, więc dlaczego ona sama 
miałaby się martwić? Wreszcie podniosła wzrok i napotkała je-
go uważne spojrzenie. 

-  Chcesz, żebym poszedł? - ponowił pytanie. 

Sylvie uznała, że Chase zasługuje na szczerą odpowiedź. 

-  Nie  -  odrzekła  łagodnym  głosem.  -  Nie  chcę,  żebyś  wy-

chodził.  Pragnę,  abyś  był  ze  mną.  -  Westchnęła  głęboko.  - 
Chase, nie zostawiaj mnie samej. - Podniosła rękę i dotknęła 
lekko  jego  policzka,  dodając  tak  cichym  szeptem,  że  ledwie 
usłyszał: - Ani dziś, ani kiedy indziej. 

R

 S

background image

121 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Na te słowa Chase czekał od dawna, lecz teraz, gdy Sylvie 

je wypowiedziała, nie wiedział, co myśleć. Zrobił to, na co miał 
nieprzepartą  ochotę  od dnia,  w  którym  ta dziewczyna przyszła 
do jego biura powiedzieć, że spodziewa się dziecka. Wziął ją w 
objęcia,  przyciągnął  do  siebie  i  pocałował.  Nie  żarłocznie,  z 
namiętnością wygłodzonego kochanka, lecz miękko i łagodnie. 
Całował ją jak kobietę, z którą łączy go bardzo wiele. Bliskie, 
intymne stosunki. 

-  Od wieków pragnąłem tego - przyznał po chwili, odrywa-

jąc  usta  od  warg  Sylvie  i  na  jej  głowie  opierając  czoło.  Miał 
nierówny  oddech. Serce biło  mu jak szalone.  I  to  wszystko  z 
powodu jednego pocałunku. 

- Nie tylko ty - szepnęła. Spojrzał na nią zdumiony. 
- Też chciałaś mnie pocałować? W odpowiedzi skinęła gło-

wą. 

- A ja byłem przekonany, że mnie nie znosisz. Zatruwam ci 

życie. 

- Ostatnio  to  ci  się  zdarza  -  przyznała.  Uśmiechnęła  się  i 

dłonią podparła brodę Chase'a, uniemożliwiając mu odpowiedź. 
- Ale ja mogłabym nigdy... 

Mogłaby nigdy do tego się nie przyznać. Chase'owi zrobiło 

się ciepło na sercu. Istnieje jednak iskierka nadziei. Może jesz-
cze nie wszystko stracone dla niego. Może jeszcze nie wszystko 
stracone dla nich obojga. 

R

 S

background image

122 

 

-  Nie mam pojęcia, co dzieje się między nami - oznajmiła 

Sylvie. - Wiem jednak, że często o tobie myślę. I to w najbar-
dziej nieoczekiwanych chwilach. Niekoniecznie wówczas, gdy 
zatruwasz mi życie. 

Roześmiał się i pocałował ją lekko. 
- Ja też nie wiem dokładnie, co się z nami dzieje - odparł. - 

Ciągle  rozmyślam  o  tobie.  I  o  dziecku.  Ostatnio  nie  potrafię 
myśleć o niczym innym. 

- Rozumiem.  To  samo  jest  ze  mną  -  wyznała  Sylvie.  - 

Czasami zastanawiam się, czy postępuję słusznie. Nie tylko ze 
względu na mnie, lecz także na dziecko. I... i na ciebie. 

- Wiem,  co czujesz.  Postanowiłaś  mieć potomka  wyłącznie 

dla siebie. Szanuję cię za to, naprawdę. Chciałbym jednak stać 
się częścią twego życia teraz, podczas ciąży. Jeśli, oczywiście, 
na to mi pozwolisz. 

Westchnęła. 
Nie  wiedział,  dlaczego.  Na  wszelki  wypadek  wzmocnił  ar-

gumentację i pocałował ją znowu. 

Tym razem całował Sylvie namiętnie. 
Uczucie  było  odurzające  i podniecające.  Po  chwili  wziął  ją 

na ręce i zaniósł do sypialni. 

Po drodze ją całował, a ona rozluźniła mu węzeł krawata. 
Postawił Sylvie na nogach. Rozpinała teraz guziki przy jego 

koszuli, a on uwalniał ją z ubrań. 

Wreszcie została prawie naga. Miała na sobie tylko majtki w 

tygrysi wzorek. 

Chase'a  zdumiał  jej  wygląd.  Piersi  miała  nabrzmiałe,  po-

dobnie jak całe ciało. Wyglądała jeszcze ładniej niż poprzednio. 
Bardziej podniecająco. Dotknął brzucha. 

-  Czy już się porusza? - zapytał. 

R

 S

background image

123 

 

- Czasami. Słabo, ale wiem, że tam jest. 
- Jakie to odczucie? 
- Dziwne. Trudne do opisania. Mniej więcej tak, jakby kra-

snoludek  stukał  cię  palcem  w  brzuch,  chcąc  zwrócić  na  siebie 
uwagę.  Dopiero  po  kilku  razach  potrafiłam  określić,  co  to  za 
wrażenie. 

Sylvie zamknęła oczy i westchnęła. Chase położył drugą rę-

kę na jej piersi. Opuścił głowę i zaczął całować jej ciało. 

Smakowała  inaczej  niż  przedtem,  lecz  zapach,  egzotyczny, 

korzenny i ciepły, roztaczała ten sam. Mimo że w ciąży, Sy-
lvie była nadal tą samą kobietą, którą znał i o którą się trosz-
czył. Kobietą, którą chyba zaczynał kochać. 

Kochać? Sylvie? Czy to możliwe? zdumiony zapytywał sam 

siebie. Chwilę potem jednak przestał w ogóle myśleć, bo przy-
ciągnęła go do siebie i zaczęła całować. 

W pewnej chwili aż stracił oddech, tak odważna okazała się 

pieszczota. 

- Oj, nieładnie. 
- Dlaczego? 
- Bo nadal jesteś ubrana. 
- Trudno majtki nazwać ubraniem. 
- Niemniej... 
Wsunął dłonie pod gumkę i rozebrał Sylvie do końca. 
-  Och!  -jęknęła.  -  Och,  Chase!  -  Kiedy  jej  ciało  przeszył 

dreszcz podniecenia, wykrzyknęła: - Oj!  

-  Oj! Oj! - zawtórował Chase miękkim głosem. Zamilkła. 

Przycisnął się do niej całym ciałem. 

-  Poprzednim razem, kiedy to się działo, stworzyliśmy no-

we życie. 

Rozmarzona Sylvie uśmiechnęła się półprzytomnie. 

R

 S

background image

124 

 

- Co zrobimy tym razem? 
- Coś niebezpiecznego. 
- Coś wybuchowego. 
- Coś odlotowego. 
- Aha. 
- Może to nielegalne w tym stanie? 
- Och, panie  Buchanan  -  westchnęła  Sylvie  -  jest  pan  zbyt 

drobiazgowy. Za bardzo przejmuje się pan szczegółami. 

- Nic dziwnego. Jestem architektem. W mojej pracy detale 

są bardzo ważne. 

-  Zapomnij teraz o pracy. Pomyśl o rozrywce. 

Odwzajemnił uśmiech. 

-  Pani Venner, nie musi mi pani tego dwa razy powtarzać. 
Pieścił ją tak długo i mocno, że ledwie mogła to znieść. Po-

tem obrócił się na bok i  wciągnął ją na siebie, tak że  znalazła 
się nad nim. Powoli opuściła się na jego napięte ciało. 

Porwał  ją  tam,  gdzie  już  kiedyś  była,  lecz  w  miejsce  nie-

znane.  Otworzył  całkowicie  i  wypełnił  sobą.  W  jednej  chwili 
stał się częścią jej, a ona czuła, że należy do niego. 

Dochodziła  dziesiąta,  kiedy  Sylvie  obudził  niepokojący, 

brzęczący dźwięk. Otworzyła oczy. 

Leżała w ramionach Chase'a. Przypomniała sobie, co działo 

się  przedtem,  i  zadowolona  przytuliła  się  do  niego.  Od  wielu, 
wielu dni nie było jej tak dobrze, jak teraz. 

Brzęczenie nie ustawało. Obudziło Chase'a. Westchnął głę-

boko i przeciągnął dłońmi wzdłuż ciała Sylvie, od czego dostała 
przyjemnych  dreszczy.  Otworzył  oczy  i  obdarzył  ją  uśmie-
chem. 

R

 S

background image

125 

 

- Cześć - powiedział. 
- Cześć. 
Kiedy ją całował, do jego uszu dotarł wreszcie natarczywy 

dźwięk, który ich obudził. 

- Co to za hałas? - zapytał. 
- Nie mam pojęcia. Oprzytomniał trochę. 
- Och, do licha, to mój pager. 
Sylvie rzuciła okiem na zegarek, stojący na stoliku przy łóż-

ku. 

- Kto może cię potrzebować o tak późnej porze? Wstał i za-

czął rozglądać się za spodniami. 

- Nie wiem. 
Znalazł  wreszcie  dolną  część  garderoby.  Z  kieszeni  wy-

ciągnął  pager.  Wcisnął  przycisk,  tak  że  wyłączył  brzęczyk. 
Usiadł na łóżku i w świetle nocnej lampki przyglądał się małe-
mu urządzeniu. 

Sylvie  spojrzała  Chase'owi  przez  ramię  i  zobaczyła,  jak  na 

maleńkim ekraniku pojawia się numer telefonu. 

-  Wiesz, czyj to telefon? - spytała. 
- Tak.  Wiem  -  padła  odpowiedź.  -  Mogę  skorzystać  z 

twego aparatu? 

- Oczywiście, bardzo proszę. 
Chase podniósł słuchawkę i wystukał numer. 
-  To ty, Gwen? - zapytał. Serce Sylvie podeszło do gardła. 

- O co chodzi? 

Do Sylvie docierał głos, lecz nie mogła zrozumieć nic z te-

go, co mówi tamta kobieta. 

-  Jest  bardzo  późno  -  po  chwili  odparł  Chase.  –  Czy  nie 

możemy  omówić  tego  jutro  rano?  Może  razem  zjemy  śniada-
nie? - zaproponował. 

Nadal w słuchawce rozlegał się damski głos. 

R

 S

background image

126 

 

    Chase westchnął i wzruszył ramionami. 

- No  cóż,  jeśli  to  dla  ciebie  tak  ważne...  -  Wziął  do  ręki 

zegarek,  który  przedtem  położył  na  stoliku  przy  łóżku.  -  Do-
brze. Będę za pół godziny. Nie przejmuj się niczym. Na razie. 
Do  zobaczenia.  -  Odłożył  słuchawkę.  -  Przepraszam,  Sylvie. 
Muszę cię opuścić. To był... 

- Bardzo ważny klient - dokończyła za niego, mając nadzie-

ję, że Chase wyczuje sarkazm w jej głosie. 

- Tak  -  potwierdził.  -  Jest  jakiś  problem  z  planami,  które 

wysłałem Gwen do akceptacji. 

- Duży problem? 
- Nie, ale ona się nim przejęła i koniecznie dziś chce wyja-

śnić całą sprawę, tak by móc dopiąć wszystko na ostatni gu-
zik.  Oświadczyła,  że  jeśli  nie  przyjadę  i  sprawy  nie  załatwię, 
nie zmruży oka do rana. 

- Hmm... - mruknęła Sylvie. 
- Co to miało znaczyć? - zapytał Chase. 
- Co niby? 
- To twoje hmm... mi się nie podobało. 
- Nie znaczyło nic. 
- Słuchaj, Sylvie, nie mogę ignorować Gwen Montgomery. 

Ona jest bardzo waż... 

- Wiem,  kim  jest.  Bardzo  ważnym  klientem, posiadającym 

miliony dolarów. I to jest dla ciebie najważniejsze, mam rację? 
Chodzi  ci  o  pieniądze  i  prestiż,  który  da  tobie  i  twojej  firmie 
realizacja tego dużego projektu. 

Chase spojrzał ostro na Sylvie. 
- Jasne, że to jest ważne. 
- Ważniejsze niż wszystko inne na świecie? 
- Oczywiście, że... 
Zatrzymał  się  nagle,  lecz  Sylvie  świetnie  wiedziała,  co 

chciał powiedzieć. Że jest najważniejsze. Dla Chase'a Bu- 

R

 S

background image

127 

 

chanana nic innego nie liczyło się bardziej niż fura pieniędzy na 
bankowym koncie. 

- Nie  jest  tak,  jak  myślisz  -  powiedział  nieco  rozeźlony. 

Sięgnął po koszulę. 

- A co ja myślę? 
- Że zostawiam cię samą, bo praca jest dla mnie ważniejsza 

niż ty. To nieprawda. 

- Nieprawda? 
- Gwen ma pełne prawo zgłaszać zastrzeżenia, a do moich 

obowiązków należy je wyjaśniać. 

- O  dziesiątej  wieczorem?  Nie  możesz  robić  tego  w  nor-

malnych godzinach pracy, jak zwykli ludzie? 

- To ważne - obstawał przy swoim. 
- Jasne, że ważne. 
- Sytuacja jest wyjątkowa. Takie rzeczy często się nie zda-

rzają. Muszę iść. 

Pochylił się i na czole Sylvie złożył lekki pocałunek. 
- Kiedy cię zobaczę? - spytała, podnosząc głowę. 
- Jutro. Obiecuję. Zjemy razem lunch. Może też pójdziemy 

na  niewielkie  zakupy.  Dla  malutkiego  facecika  zdobędziemy 
nowe płyty. 

- Trzymam cię za słowo. A więc w restauracji. Punktualnie 

o pierwszej. 

- Tak. 
Wyszedł, a jej zrobiło się bardzo smutno. Jak nigdy dotąd. 

R

 S

background image

128 

 

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Sylvie  ponownie  przestąpiła  niecierpliwie  z  nogi  na  nogę  i 

znów  spojrzała  na  zegarek.  Zrobiło  się  już  dziewiętnaście  po 
pierwszej, a Chase'a wciąż nie było widać. Nie miała pojęcia, 
gdzie  jest.  Stała  przed  restauracją  Cośmy  z  oczyma  wlepio-
nymi  w  budynek  po  drugiej  stronie  ulicy,  w  którym  mieściło 
się biuro Chase'a. 

Podświadomie  czuła,  że  nie  dotrzyma  on  obietnicy  i  nie 

pójdą razem na umówiony lunch. 

Od  rana  nic  nie  jadła.  Zaburczało  jej  w  brzuchu.  Wróciła 

więc  do  restauracji  i  zamówiła  sobie  zupę  i  sałatkę.  Usiadła  w 
miejscu  przeznaczonym  dla  pracowników.  Kiedy  przechodziła 
obok  baru,  jeden  z  pracujących  tam  kolegów  przywołał  ją  ru-
chem  ręki,  machając  jakąś  kartką.  Rzuciła  wzrokiem  na  tekst. 
Ujrzała wypisane czarno na białym to, czego się spodziewała: 

„Sylvie.  Pierwsza  piętnaście.  Dzwonił  Chase.  Nie  może 

przyjść na lunch. Zadzwoni później". 

I  to  było  wszystko.  Ani  słowa  przeprosin  lub  wyjaśnienia. 

Swoją  wiadomością  potwierdził  jej  obawy.  Dla  niego  liczyła 
się wyłącznie praca. 

Westchnęła,  zgniotła kartkę  i  wrzuciła  do  najbliżej  stojącej 

popielniczki. Dziecko dało o sobie znać, od środka szturchając 
ją w brzuch. 

- Tak, wiem, wiem, malutka - powiedziała spokojnie. - Ta-

tuś wystawił nas do wiatru. 

R

 S

background image

129 

 

Dziwnie w jej ustach zabrzmiało słowo „tatuś". Sylvie koja-

rzyło się ono z mężczyzną, który po dniu pracy wracał do domu, 
gdzie witał go wesoły, chóralny okrzyk dzieci: 

-  Hura! Hura! Przyszedł tatuś! 
Był to mężczyzna, który w piątek odwieszał garnitur na ko-

łek na całe dwa dni i patrzył nań z niechęcią. Mężczyzna, który 
wieczory  i  weekendy  spędzał  na  graniu  w  piłkę  z  synem  lub 
reperowaniu  lalki  Barbie  bądź  innych  zabawek  swych  córek. 
Mężczyzna, który  wykłócał  się  z  trenerem  i pedagogami.  Ktoś 
taki, jak jej własny ojciec, z zadumą pomyślała Sylvie. Nie żył 
od dawna, lecz ciągle do niego tęskniła. Pod żadnym względem 
nie był podobny do Chase'a Buchanana. 

-  Dobrze  się  stało,  malutka  -  odezwała  się  do  dziecka.  - 

Dobrze  się  stało,  że  wiemy,  kim  jest  Chase.  Z  jakim  człowie-
kiem  mamy  do  czynienia.  Może  pewnego  pięknego  dnia  znaj-
dziemy ci ojca, który będzie taki, jak mój. Idealnego tatę. Naj-
lepszego. - Sylvie poczuła w brzuchu nieznaczny ruch. - Prze-
konasz  się,  że  poradzimy  sobie  same.  Zobaczysz,  będzie  nam 
dobrze tylko we dwie. 

Łatwiej było Sylvie przekonywać nie narodzone dziecko niż 

samą siebie. 

Zanim  znów  ujrzała  Chase'a,  upłynęły  następne  dwa  tygo-

dnie. Stało się to w najbardziej niespodziewanej chwili.  Sylvie 
leżała  w  przyciemnionym  pokoju  na  miękkim  stole  u  swojej 
lekarki i była przygotowywana do badania ultrasonograficzne-
go. 

Chase wsunął się w uchylone drzwi. 
-  Czy tu jest pani Venner? - zapytał. - Jedna z pielęgniarek 

mówiła, że mogę wejść. 

Technik, miła starsza pani o imieniu Fern, której srebrne 

R

 S

background image

130 

 

włosy  w  przyćmionym  świetle  nabrały  niebieskiego  odcienia, 
podniosła wzrok. 

- To pewnie pan Venner - powiedziała. - Proszę  wejść. To 

miło, kiedy mężowie znajdują czas, żeby być tu z nami... 

- To  nie  jest  pan  Venner.  -  Sylvie  przerwała  sympatyczne 

powitanie gościa. 

Na twarzy Fern odmalował się niepokój. 
- Widocznie  wskazano  panu  niewłaściwy  pokój.  Nie  jest 

pan ojcem dziecka. 

- A właśnie, że jestem - odparł Chase. Wcisnął się do małe-

go pomieszczenia i szybko zamknął za sobą drzwi. 

-  Prawda, Sylvie? 
Fern spojrzała na leżącą pacjentkę. 
- Ten  pan  mówi,  że...  -  zawiesiła  głos,  czekając na jakieś 

wyjaśnienia. 

- Tak, to ojciec dziecka - przyznała Sylvie z westchnieniem. 

Dokonała prezentacji. - Fern, to jest Chase Buchanan. 

Twarz starszej kobiety szybko się rozpogodziła. 
- To świetnie. Zdążył pan na czas. 
- Żeby  zrobić  w  tył  zwrot  i  opuścić  natychmiast  to  po-

mieszczenie! - syknęła Sylvie, unosząc się na łokciach. 

-  Skąd wiedziałeś, że tutaj jestem? 
- Notatkę  o  badaniu  zauważyłem  w  twoim  kalendarzu  na 

ścianie  w  kuchni.  Chciałem  cię  uprzedzić,  że  pójdę  z  tobą  do 
lekarza, ale nie  miałem okazji. Nie podnosiłaś słuchawki i ani 
razu  nie  zadzwoniłaś.  -  Z  determinacją  popatrzył  na  Sylvie  i 
oznajmił zdecydowanie: - Zostaję. Nigdzie nie wyjdę. 

- Pani Venner  -  wtrąciła się  Fern.  W jednym  ręku  trzymała 

słoik z przezroczystą, białą galaretką, a w drugim coś w rodzaju 

R

 S

background image

131 

 

plastykowej końcówki prysznica. - Musimy zaczynać. Mam na-
stępne  pacjentki,  które  nie  mogą  długo  czekać  z  pełnym  pę-
cherzem. 

- Wiem  coś  o  tym  -  jęknęła  Sylvie,  która  z  tego  samego 

powodu ledwie już wytrzymywała. - A  w ogóle to, Fern, nie 
jestem mężatką. 

- Rozumiem - padła szybka odpowiedź. 
Sylvie pragnęła wykrzyknąć, że nikt nie jest w stanie pojąć 

jej  sprzecznych  emocji,  towarzyszących  skomplikowanemu 
stosunkowi  do  Chase'a.  Opadła  ciężko  na  stół  i  odsłoniła 
brzuch.  Usiłowała  nie  widzieć  zafascynowanego  wzroku 
Chase'a. 

- Dlaczego nie zadzwoniłaś? - zapytał, kiedy Fern sprawnie 

rozsmarowywała galaretkę na dolnej części brzucha Sylvie. 

- Bo  wystawiłeś  mnie  do  wiatru.  Pamiętasz, jak dwa  tygo-

dnie temu mieliśmy iść razem na lunch? Czekałam na ciebie 
dwadzieścia minut po to tylko, żeby usłyszeć, że dopiero pięt-
naście  minut  po  ustalonym  terminie  odwołałeś  spotkanie.  W 
ten sposób potwierdziłeś to, co już wiedziałam. 

- Co? - zapytał lekko zniecierpliwiony. 
- Że nie masz czasu ani dla mnie, ani dla dziecka. 
- Co takiego? 
- W  przeciwnym  razie  nie  wyskoczyłbyś  z  łóżka  o  dzie-

siątej  wieczorem,  po  tym,  jak  się  kochaliśmy,  i  nie  pognałbyś 
na spotkanie z inną kobietą. - Sylvie przestała zważać na to, że 
Fern z ciekawością przysłuchuje się rozmowie. 

- Z  inną  kobietą?  -  powtórzył  zdumiony  Chase.  -  Zwa-

riowałaś? Gwen to nie kobieta. To klientka. 

- Jasne - warknęła Sylvie. - I do tego bardzo ważna. 

R

 S

background image

132 

 

- Posłuchaj. - Chase pogroził jej palcem. - W żadnym razie 

nie masz prawa... 

- O, tu jest główka dziecka - odezwała się Fern. Jej spokoj-

ny głos ostudził natychmiast Sylvie i Chase'a. 

- O Boże, to on? - zapytał. 
- Tak, to pańskie dziecko - odparła Fern. 
- To  moje  dziecko  -  zaprotestowała  Sylvie.  Ona  też  była 

przejęta tym, co dojrzała na monitorze. Była w stanie zobaczyć 
wreszcie maleńką istotkę, która od dawna dawała o sobie znać. 

Chase  nie  wierzył  własnym  oczom.  Był  zachwycony.  Wi-

dział  główkę,  nos,  usta.  Wszystko.  Dziecko  nagle  podniosło 
rączkę. Ujrzał pięć rozwartych paluszków, z których jeden  za-
raz wylądował w buzi. 

- Chyba się właśnie obudziło - oznajmiła Fern. 
- Czy on naprawdę ssie palec? - chciał się upewnić zdumio-

ny Chase. 

Starsza kobieta skinęła głową. 
-  Tak. To normalne. 
Przejęty Chase opadł ciężko na krzesło stojące  obok stołu, 

na którym leżała Sylvie. Wziął ją za rękę i ścisnął mocno palce. 
Dopiero wtedy spostrzegł, że płacze. 

-  Prawda,  że  to  zdumiewające?  -  z  rozczuleniem  szepnęła 

przez łzy. 

Chase lekko skinął głową. Wzruszenie odjęło mu mowę. 
- A teraz dokładniej obejrzymy dziecko - oświadczyła Fern. 

Głowicę ultrasonografu przesunęła w bok. Na monitorze ukaza-
ła się nóżka. Można było nawet policzyć paluszki. Fern zano-
towała tętno dziecka, oszacowała ciężar, a potem spojrzała na 
Sylvie i Chase'a. 

- Wygląda  świetnie  -  powiedziała.  -  Czy  chcecie,  żebym 

ustaliła płeć dziecka? 

R

 S

background image

133 

 

- To niepotrzebne - odezwał się Chase. 
- Tak? - zdziwiła się Fern. 
- To chłopiec - bez cienia wahania oznajmił Chase. 
- To  dziewczynka  -  równie  mocnym  głosem  powiedziała 

Sylvie. 

- Rozumiem - odparła starsza kobieta. - Oto fotografie pło-

du. - Wręczyła Sylvie płat ligniny, żeby pacjentka mogła zetrzeć 
z brzucha galaretkę. Sylvie użyła jej do wytarcia nosa. 

- Życzę  wam  szczęścia  -  powiedziała  Fern.  -  Coś  mi  się 

zdaje,  że  mimo  wszystko  będziecie  oboje  wspaniałymi  rodzi-
cami. - To mówiąc opuściła pokój. 

Chase pomógł Sylvie podnieść się i zejść ze stołu. 
- Fern to bardzo mądra kobieta - oświadczył. - Widzi więcej 

niż tylko twoje infantylne zachowanie się... 

- Moje infantylne zachowanie się?! - wykrzyknęła Sylvie. 
- I  od  razu  się  zorientowała  -  ciągnął  niewzruszenie  -  ile 

oboje dla siebie znaczymy. - Objął ją ramieniem. 

- Nic  dla  mnie  nie  znaczysz  -  krzyknęła,  usiłując  wy-

swobodzić się z rąk Chase'a. 

Uśmiechnął się i przytrzymał ją mocniej. 
-  Tęskniłem do ciebie przez ostatnie dwa tygodnie - powie-

dział. 

Sylvie przestała się wyrywać. Znieruchomiała. 
- Mogłeś przecież mnie odwiedzić. 
- Telefonowałem.  Codziennie.  Ale  ani  razu  nie  oddzwoni-

laś. 

- Gdybyś  naprawdę  chciał  mnie  zobaczyć,  mógłbyś  zrobić 

z biura te parę kroków i wpaść do restauracji. 

- Przez  ostatnie  dwa  tygodnie  przebywałem  stale  na  placu 

budowy. W ogóle nie pokazywałem się w firmie. 

R

 S

background image

134 

 

Możesz  sobie  chyba  wyobrazić,  jak  wielkie  zaległości  pię-

trzą się na moim biurku. Moje osobiste życie też na tym cierpi 
- dodał znacząco. 

-  A więc, inaczej mówiąc, byłeś zbyt zajęty, żeby się 

ze mną widywać. 

Zagryzł wargi. Nie mógł zaprzeczyć. Wiedział, że to praw-

da. Był za bardzo zapracowany. Od dwóch tygodni musiał kon-
centrować całą energię na projekcie realizowanym dla Gwen. 

-  Nie zawsze tak będzie - dodał spokojnie. - Wszystko 

zbiegło się naraz. Kiedyś moje życie przecież się unormuje. 

Przez cały czas Sylvie starała się nie patrzeć na Chase'a. Do-

piero teraz podniosła wzrok. 

- Sądzę,  że  nigdy  nie  staniesz  się  panem  swego  życia  - 

powiedziała.  -  Zawsze  stawiasz  pracę  na  pierwszym  miejscu. 
Przed wszystkim. Nawet przed swym własnym szczęściem. 

- Dlatego,  że  moja  praca  była  zawsze  moim  szczęściem. 

Aż do tej pory. 

Sylvie bardzo chciała w to wierzyć. Pragnęła teraz móc ski-

nąć  głową  i  powiedzieć,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Niestety, 
znała  zbyt  wielu  mężczyzn,  którzy  wierzyli  święcie,  że  to,  co 
mówią,  jest  prawdą,  a  potem  z  uśmiechem  przyznawali  się do 
pomyłki.  Widziała,  jak  postępowali  z  jej  siostrą,  Livy,  która  z 
każdego związku wychodziła ze złamanym sercem. 

Mężczyźni nie są urodzonymi kłamcami, przyznała w du-

chu Sylvie. Miewają dobre intencje. Szybko jednak się nudzą. 
Kiedy  zmęczy  ich  jedna  rzecz,  natychmiast  zaczynają  zajmo-
wać się inną. 

Chase  był  typowym  mężczyzną.  Nie  różnił  się  od  pozo-

stałych przedstawicieli swej płci. Przyszłe ojcostwo było 

R

 S

background image

135 

 

dla  niego  czymś  interesującym,  bo  nowym.  Ale  gdy  tylko  za-
czął  pojmować,  że  pociąga  za  sobą  obowiązki  i  absorbuje,  za-
czął się wycofywać. I odsuwać od Sylvie. Nie potrafił sobie wy-
tłumaczyć, że powinien postępować inaczej. 

-  Sylvie, daj mi szansę - mówił teraz. - Pozwól się do 

siebie zbliżyć. Niech to dziecko będzie także moje. - Po 
całował ją w czubek głowy. 

Sylvie miała dobre serce. I była rozsądna. A Chase miał naj-

sympatyczniejsze  zielone  oczy,  jakie  kiedykolwiek  widziała. 
Nie było powodu, dla którego miałaby odebrać mu szansę. Mo-
że rzeczywiście coś się zmieni? pomyślała. 

-  Dobrze. Nie wiem jednak, dokąd to wszystko nas dopro-

wadzi. 

Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się. 
-  Pod tym względem nie będziemy więc różni od milionów 

innych ludzi. 

Sylvie  pragnęła  widzieć  wszystko  w  różowych  barwach. 

Nie sądziła, że Chase weźmie rozwód z pracą. I wiedziała, że w 
jego życiu nie ma miejsca ani dla partnerki, ani dla dziecka. 

Objął ją mocniej i znów pocałował. 
-  Co powiesz na zaległy lunch? Nakarmimy ciebie 

i małego. 

Postanowiła się nie przejmować. Odsunęła od siebie ponure 

myśli. Wychodząc z gabinetu lekarskiego i idąc do samochodu 
Chase'a pomyślała sobie,  że  oboje zaczynają wszystko  od no-
wa. Będzie inaczej. 

Miała tylko nadzieję, że inaczej nie będzie oznaczać znacz-

nie gorzej. 

R

 S

background image

136 

 

 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Przez  dwa  następne  miesiące  Chase  uczestniczył  w  życiu 

Sylvie. Chodził na zakupy i do lekarza, a także grał dziecku na 
saksofonie. 

Nie próbował już jednak kochać się z nią. 
Od czasu do czasu wymieniali nie zobowiązujące pocałunki, 

a kiedy szli obok siebie, zawsze trzymali się za ręce. Chase czę-
sto  dotykał  Sylvie.  Lekko,  w  przelocie.  A  ona  zawsze  kładła 
jego rękę na brzuchu, gdy dziecko zaczynało harce. Te chwile i 
dotknięcia ceniła sobie najbardziej. 

Na tym kończyły się ich zbliżenia. 
Na  Halloween  Chase,  będąc  u  Sylvie,  wykonał  własno-

ręcznie z dyni piękną latarnię w kształcie ludzkiej czaszki. Po-
wstało  dzieło  bardzo  nowoczesne,  w  stylu  picassowskim  lub 
może  warholowskim.  Sylvia  oceniła  je  wysoko  i  uznała,  że 
dzieciom się spodoba. 

- To święto bardzo się zmieniło - powiedziała do Chase^. - 

Kiedy  byłam  dzieckiem,  odwiedzaliśmy  sąsiadów  aż  do  pół-
nocy, robiąc wiele krzyku. Potem za karę siedzieliśmy w domu 
przez  dwa  tygodnie,  ale  było  warto  porozrabiać.  Teraz  dzieci 
wychodzą z domu w towarzystwie rodziców i cała zabawa koń-
czy się o dziewiątej. To nie jest w porządku. 

- Chyba mieszkałaś w małym miasteczku. 
- Tak. To było Collingswood w South Jersey. 
- W małej miejscowości można sobie pozwalać na wię- 

R

 S

background image

137 

 

cej. A poza tym od tamtych czasów wiele się zmieniło. Dziś 
dzieci nie są bezpieczne. 

- Gdzie  się  wychowywałeś?  -  spytała  Sylvie.  O  młodości 

Chase'a wiedziała niewiele. 

- W North Jersey - odparł krótko. 
- Gdzie? 
- W Newark. 
- Gdzie w Newark? 
- Na peryferiach. 
- Jaka to była okolica? 
- Przedmieście. 
- Jak tam było? 
Chase westchnął. Nie miał najmniejszej ochoty odpowiadać 

na pytania. Sięgnął po pilota, żeby uruchomić wideo. 

-  Czy to nie dziwne, że tak mało o sobie wiemy? - Sylvie 

nie dawała za wygraną. - Chciałabym wiedzieć więcej o tobie. 
A ty? Chciałbyś dowiedzieć się czegoś o mnie? 

Wzruszył ramionami. 

-  Chyba nie. Co to ma za znaczenie? 
Po co poruszyła ten temat? Popsuje cały wieczór, pomyślał 

zdesperowany Chase. Prawda była taka, że o Sylvie chciał wie-
dzieć  jak  najwięcej,  lecz  do  własnej  przeszłości  nie  zamierzał 
wracać. Były to przykre wspomnienia. 

-  Dziwne,  że  dopiero  dziś  mnie  o  to  pytasz  -  odparł 

chłodnym tonem. - Powinnaś sprawdzić moją przeszłość, zanim 
zdecydowałaś się zrobić ze mnie ojca własnego dziecka. 

Chciał tylko zmienić temat, lecz mu nie wyszło. Sylvie za-

milkła. Zobaczył, że ją uraził. 

-  Przepraszam, nie chciałem... 

R

 S

background image

138 

 

- Chciałeś. 
- Źle mnie zrozumiałaś. 
Sylvie wzięła od niego pilota i uruchomiła wideo. 
-  Ciii. Film się zaczyna. 

Wyłączył telewizor. 

- Nie  bądź  na  mnie  zła.  Chciałem  tylko  uniknąć  kon-

wersacji. 

- Dlaczego? 
Wstał, poszedł do kuchni i wrócił z następną puszką wody 

sodowej,  mimo  że  stojąca  przed  nim  szklanka  była  jeszcze  w 
połowie pełna. Nie zauważył tego i wlał do niej całą zawartość 
puszki. Potem papierowym ręcznikiem zbierał rozlaną wodę. 

- Rosłem w okropnej dzielnicy. 
- Ja też nie wychowywałam się w Palm Springs. 
- Nie chcę wspominać tamtych czasów. 
- Co z twoją rodziną? 
- Matka umarła na raka, kiedy byłem dzieckiem. Pracowała 

w  zakładach  chemicznych  przed  wprowadzeniem  podstawo-
wych zasad bezpieczeństwa. A o śmierci ojca już ci mówiłem. 

- Masz rodzeństwo? 
- Starszego brata. Rzadko go widuję. Ożenił się i ma pięcio-

ro dzieci. Haruje w fabryce samochodów i mieszka blisko na-
szego domu rodzinnego. 

- Wygląda na to, że on nie zachował przykrych wspomnień. 
- Och, nie. Jest szczęśliwy. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć 

tego faceta. 

- Może  w  tamtym  otoczeniu  dojrzał nowe  możliwości  roz-

woju? 

- Ja tam widziałem tylko stare, rozpadające się rudery, 

R

 S

background image

139 

 

obdarte dzieci, bawiące się na ulicy zabawkami wyciągniętymi 
ze śmietnika. W wieku siedmiu lat miałem sześć szwów zało-
żonych na kolano, bo, grając w baseball, upadłem pod drzewem 
na rozbitą butelkę po wódce. Nie chciałbym  tam  wrócić.  Nig-
dy. 

Sylvie  westchnęła.  Teraz  dopiero  zaczynała  rozumieć,  dla-

czego  Chase  tak  wielką  wagę  przywiązywał  do  kariery  zawo-
dowej. 

-  Dziś mieszkasz w luksusowym domu, w eleganckiej 

i spokojnej dzielnicy, i bawisz się kosztownymi zabawka 
mi, takimi jak czerwony porsche. 

Skinął głową. 
-  I  jesteś  nieskończenie  bardziej  szczęśliwy  niż  kiedy-

kolwiek  mógłby  być  twój  brat,  pozostając  w  dawnym  śro-
dowisku. 

Znów skinął głową. 
-  Twój brat inaczej rozumie szczęście. 

Chase skinął głową po raz trzeci. 

Otworzył usta, żeby wreszcie coś powiedzieć, lecz w tej sa-

mej chwili odezwał się pager. 

Sylvie  zamarła  w  bezruchu.  Nienawidziła  tego  okropnego 

brzęczenia. Przez ostatnie dwa miesiące nieczęsto się rozlegało, 
lecz za każdym razem Chase wybiegał zaraz niemal bez słowa. 

- Nie odpowiadaj - powiedziała odruchowo. Zaskoczyło to 

ją, podobnie jak Chase'a. 

- Muszę się odezwać. 
- Dlaczego? 
- Bo to może być jakaś ważna sprawa. 
- Działasz jak pogotowie ratunkowe? 
- Nie, oczywiście, że nie. To tylko pogotowie pracy. 
- Nic takiego nie istnieje. 

R

 S

background image

140 

 

Popatrzył na numer telefonu, który ukazał się  w okienku,  i 

poszedł dzwonić do kuchni. 

- Niczego  nie  rozumiesz  -  powiedział  do  Sylvie,  czekając 

na połączenie. 

- Jasne, że nie rozumiem, dlaczego masz być w pogotowiu 

przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. 

- Nie przez całą dobę - sprostował. Przysunął słuchawkę do 

ucha.  -  Halo?  Ike?...  Nie  przejmuj  się.  Nie  robiłem  niczego 
ważnego... 

Sylvie słuchała wyjaśnień Chase'a. Jego zdaniem, nie było 

za późno na telefon. Powiedział, że za pół godziny obaj mogą 
spotkać się w biurze. 

Sylvie podniosła się z kanapy i zaczęła gromadzić rzeczy Cha-

se'a,  tak  żeby  od  razu,  gdy  skończy  rozmowę,  miałje  pod  ręką. 
Podała mu marynarkę, postawiła buty na wprost stóp. Kiedy od-
wiesił słuchawkę, bez słowa podała mu teczkę. Podeszła do wyj-
ściowych drzwi i otworzyła je szeroko. 

- Zajmie mi to godzinę lub dwie - oznajmił. - Mogę potem 

wrócić i wspólnie obejrzymy film. 

- Godzinę  lub  dwie?  Dlaczego  nie  załatwicie  tego  jutro,  w 

normalnych godzinach pracy? - spytała. 

- Ike wyjeżdża rano. Nie będzie go przez kilka dni. 
- I w tym czasie świat się zawali? 
- Sylvie... 
- Idź już. I nie wracaj. O północy będę w łóżku. 
- Jutro przyjadę po ciebie o szóstej. Zjemy coś po drodze i 

będziemy tam godzinę później. 

- Gdzie? 
- W szpitalu. Zapomniałaś, że jutro rozpoczynają się zajęcia 

w szkole rodzenia? Będę o szóstej. 

- To  niepotrzebne.  Zoey  obiecała  jeździć  tam  ze  mną.  Bę-

dzie mi towarzyszyć. 

R

 S

background image

141 

 

Chase zrobił się zły. 
-  Uzgodniliśmy, że to ja będę jeździł tam z tobą. - - Sam 

postanowiłeś, o nic mnie nie pytając. 

-  Uzgodniliśmy... 
- Zoey  mi  pomoże.  Jest  osobą,  na  którą  mogę  liczyć.  Pój-

dzie ze mną na wszystkie zajęcia i będzie obecna podczas poro-
du. 

- Na mnie też możesz liczyć. 
- Gdyby Ike zadzwonił wcześniej, a zajęcia w szkole rodze-

nia zaczynały się dziś, już zdążyłbyś wystawić mnie do wiatru. 

- Ale zajęcia nie zaczynają się dziś, a Ike nie dzwonił wcze-

śniej. 

- Chase, nie o to chodzi. 
- A o co? 
- Nie  należę  do  kobiet,  które  siedzą  spokojnie  i  czekają,  aż 

ich życiowi partnerzy skończą wszystkie swoje zajęcia i znaj-
dą dla nich czas. 

- Wiem, że do takich kobiet nie należysz. 
- No  to  dlaczego  tak  mnie  traktujesz,  jakbym  była  jedną  z 

nich? 

- Wcale cię tak nie traktuję. 
Sylvie roześmiała się głośno, lecz bez cienia rozbawienia. 
-  Nie traktujesz? A więc co robisz za każdym razem, 

kiedy odzywa się ten cholerny pager? Wybiegasz jak sza 
lony, nie licząc się ze mną. 

Chase chciał zaprzeczyć, lecz zdał sobie sprawę, że Sylvie 

ma rację. 

- Jutro będę o szóstej - powiedział. 
- Skąd ta pewność? - warknęła. - Jeśli nawet się zjawisz, to 

jak mam być pewna, że zrobisz to samo za tydzień? 

R

 S

background image

142 

 

I  za  dwa  tygodnie?  Dwa  miesiące  temu  oświadczyłeś,  że 

chcesz uczestniczyć w mym życiu. I co? Wystarczy jeden brzę-
czyk, a wybiegasz jak opętany i nie mogę na ciebie liczyć. 

- To się nie powtórzy - zapewnił Chase. 
- Skąd wiesz? 
- Wiem. 
- Idź już, bo się spóźnisz - warknęła Sylvie. 
- Nie  szkodzi.  Parę  minut  Ike  może  poczekać.  Coś  mi  się 

zdaje, że masz mi sporo do powiedzenia. 

- I sądzisz, że parę minut mi wystarczy? 
- Wytaczaj działa. Strzelaj. 
- Dobrze. 
- Czekam. 
Sylvie przeciągnęła językiem po zaschniętych wargach. 
- Może mi się zdawało - zaczęła - ale sądziłam, że między 

nami sprawy zaczynają układać się całkiem nieźle. 

- Nie zdawało ci się. Moim zdaniem, układają się dobrze. 
- Chodziło  mi  nawet  po  głowie,  że  naszą  trójkę  -  dotknęła 

ręką brzucha - może połączyć wspólna przyszłość. 

Chase też miał taką nadzieję. 
- Wszystko jednak wskazuje na to, że nie mamy szans. 
- Nieprawda. 
- Prawda.  Zrozumiałam,  że  twoje  życie  to  praca.  Nie  po-

trzebujesz ani mnie, ani dziecka. 

- Mylisz się, Sylvie. Liczycie się dla mnie. Oboje. Bardziej 

niż sądzisz. 

- Ty też stałeś się dla mnie ważny, mimo że nigdy się tego 

nie spodziewałam. Musisz jednak dokonać wyboru. Ustalić, co 
ważniejsze. Praca czy... czy my. 

- Daj mi szansę. 

R

 S

background image

143 

 

-  Już ci ją dawałam. Dwa miesiące temu. Musisz przyznać, 

że potraktowałam cię przyzwoicie. Ale jeśli nie dokonasz istot-
nych  zmian  w  sposobie  pracy  i  życia,  nic  z  tego  nie  wyjdzie. 
Dla  dobra  rodziny  nie  mogę  pójść  na  żaden  kompromis.  Nie 
zamierzam  ciągle  odpowiadać  dziecku  na  pytanie:  Mamusiu, 
dlaczego nie ma z nami tatusia? 

Chase nie wiedział, co powiedzieć. Czuł się całkowicie bez-

radny. 

- Muszę iść - oznajmił po chwili. - Jutro przyjadę po ciebie 

o szóstej. 

- Sądzę, że to nie jest dobry pomysł. 
- Przyjadę - obiecał. 

Sylvie  stała  przed  drzwiami  sali  i  spoglądała  nerwowo  na 

zegarek.  Były  już  dwie  minuty  po  siódmej.  Z  westchnieniem 
spojrzała na Zoey. 

- Sama  mówiłaś,  że  nie  można  na  niego  liczyć  -  odezwała 

się przyjaciółka. - Przecież dlatego poprosiłaś mnie, żebym do 
ciebie przyjechała. Bałaś się, że Chase się nie zjawi? 

- Tak - przyznała Sylvie. 
- Chodźmy. Zajęcia już się zaczynają. 

Dwie minuty po siódmej Chase znajdował się na wysokości 

siedemnastego piętra wznoszonego budynku. Na zimnie i wie-
trze stał tu już od dwóch godzin, wysłuchując wyjaśnień Ike'a, 
który zasięgał jego rady, i myśląc o Sylvie. 

- Ike, muszę już iść - powiedział nagle. 
- Nigdzie  nie  pójdziesz!  -  wykrzyknął  Ike  Guthrie.  -

Odłożyłem wyjazd, a ty chcesz już iść? Nie ma mowy. 

Sylvie miała rację, pomyślał Chase. Zasługuje na lepsze 

R

 S

background image

144 

 

traktowanie.  Ona  i  dziecko  powinni  mieć  kogoś,  kto  będzie 
zawsze  do  ich  dyspozycji.  Gdyby  on  sam  był  takim  czło-
wiekiem, znajdowałby się teraz obok Sylvie w szkole rodzenia 
i pomagałby jej uczyć się oddychać. 

- Chase, czy mnie słuchasz? - zawołał zniecierpliwiony Ike, 

przekrzykując  świst  wiatru.  -  Robisz  ze  mną  ten  projekt  czy 
nie? Zdecyduj się wreszcie. 

- Tak, robię - z westchnieniem odparł Chase. 

R

 S

background image

145 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Sylvie robiła przedświąteczne zakupy z Zoey i O1ivią, kie-

dy  nagle  w  dole  brzucha  poczuła  dziwny  ból.  Do  prze-
widywanej  daty  porodu,  to  jest  do  piętnastego  grudnia,  były 
jeszcze  trzy  tygodnie,  więc  nawet  przez  myśl  jej  nie  przeszło, 
że to mogą być pierwsze bóle: 

Godzinę później bombka choinkowa wypadła jej z ręki, roz-

bijając  się  na  tysiące  kawałków,  kiedy  złapał  ją następny,  tym 
razem silny ból. Sylvie poczuła, że coś się dzieje. 

Po kilku minutach zabolało znowu. 
Zoey zobaczyła rozbitą bombkę. 
- Ale z ciebie niezdara - zganiła przyjaciółkę. 
- Coś mi się zdaje, że zaraz będę rodzić - oświadczyła Sy-

lvie. 

- Niemożliwe. Masz jeszcze przed sobą trzy tygodnie. Sta-

tystycznie rzecz biorąc... 

- Och! - jęknęła Sylvie, łapiąc się za brzuch. 
- Chodźmy - zaproponowała O1ivia. 
- Zaraz będę rodzić? - spytała Sylvie. 
- Nie wiem - odparła siostra. - Może to fałszywy alarm. 
Zaczęły iść w kierunku ruchomych schodów. 
- Bardzo boli? Czy coś jeszcze ci dolega? 
- Od rana boli mnie kręgosłup. I miałam skurcze. 
- Występowały regularnie? 
- Czemu pytasz? 

R

 S

background image

146 

 

-  Nie powinnaś teraz rodzić. Jest za wcześnie. 
Trzy godziny później bóle bardzo się nasiliły i zaczęły wy-

stępować w dość regularnych odstępach czasu. 

- Coś mi się zdaje, że zaczyna się poród - oznajmiła Zoey, 

pomagając Sylvie usadowić się na kanapie. Podobnie jak O1ivia, 
znała się na tym, gdyż obie były pielęgniarkami. 

- Dzwonię  do  twojej  lekarki  -  powiedziała  siostra.  -Może 

zechce, żebyśmy od razu jechały do szpitala. 

Sylvie  nie  miała  siły  dyskutować.  Fale  bólu  były  coraz 

mocniejsze. 

Myślała o Chasie. 
Od  Halloween  nawet  nie  próbował  się  z  nią  skontaktować. 

Widocznie  dokonał  wyboru.  Na  pierwszym  miejscu  postawił 
pracę.  W  jakimś  sensie  to  ją  zaskoczyło.  W  tym  zdumiewają-
cym mężczyźnie widziała sympatyczne cechy. 

- Zawiadom  Chase'a  -  poprosiła  Zoey.  -  Oznajmij  mu,  że 

niebawem zostanie ojcem. 

- Sądzisz, że przyjedzie? - spytała przyjaciółka. - Nie poka-

zał się w szkole rodzenia. 

- Dam  mu  jeszcze  jedną  szansę  -  odparła  Sylvie.  — 

Dzwoń. 

Był w sali konferencyjnej, zaabsorbowany naradą nawet nie 

z  jednym,  lecz  z  dwoma  niezwykle  ważnymi  klientami,  kiedy 
usłyszał  stukanie  w  przeszkloną  ścianę.  Podniósł  wzrok,  spo-
dziewając  się  zobaczyć  tam  Sylvie.  Zamiast  niej  ujrzał  bardzo 
wysoką,  rudowłosą  dziewczynę.  Po  chwili,  mimo  protestów 
Lucille, nieznajoma wdarła się na salę. 

- Kim pani jest? - zapytał Chase. 
- Pójdzie pan ze mną. Na małe spotkanie ze swym przezna-

czeniem. 

- Kim pani jest? 

R

 S

background image

147 

 

- Na imię mi Zoey. Niech pan bierze płaszcz. Szybko. 
- Sylvie rodzi? - zapytał. 
- Tak. 
- Przecież to za wcześnie. O trzy tygodnie. 
- Drodzy państwo - Zoey zwróciła się do zebranych na sali -

pan Buchanan musi was teraz opuścić. Będzie osiągalny dopiero 
w przyszłym tygodniu. Rodzi się jego dziecko. 

Chase porwał płaszcz i po chwili biegł za rudowłosą. 

Dotarli do szpitala w błyskawicznym tempie. Chase nie po-

trafiłby  potem  powiedzieć,  kto  prowadził  wóz.  On  czy  Zoey. 
Był nieprzytomny z przejęcia. 

Zobaczył Sylvie leżącą na łóżku z mokrymi od potu włosa-

mi,  bladą twarzą i  maską tlenową  na ustach i  nosie.  Miała  za-
mknięte oczy i fioletowe sińce pod oczami. 

Przy  łóżku  stała młoda, ciemnowłosa kobieta.  Trzymała  le-

żącą za rękę. Chase ukłonił się nieznajomej, podszedł do Sylvie 
i dotknął delikatnie jej policzka. 

- Jesteś. Wiedziałam, że ci się uda - szepnęła. 
- Nie  miałem  wyboru.  Przysłałaś  po  mnie  dragona.  Mu-

siałem przyjechać. 

- I tak byś tu się zjawił. Chciałeś przecież być ze mną. 
- Tak. - Odgarnął jej z twarzy mokre włosy. - Chciałem. Co 

mam teraz robić? 

- Weź  mnie  za  rękę  - poprosiła. -  To  moja  siostra,  Olivia  - 

szepnęła.  -  Livy,  to  Chase,  ojciec  dziecka.  Bądźcie  mili  dla 
siebie, bardzo proszę. - Sylvie zamknęła oczy. 

- Jak ona się czuje? 
O1ivia wzruszyła lekko ramionami. 
-  Lepiej niż dwie  godziny  temu.  Nie mogła dłużej  znieść 

bólu,  więc  poprosiła  o  lek  uśmierzający.  Już  niedługo  to  po-
trwa. 

R

 S

background image

148 

 

- Czy teraz ją boli? 
- Nie. Odkąd pan tu jest, z pewnością czuje się lepiej. Pójdę 

teraz napić się kawy. Postaram się, żeby Zoey i Daniel wam nie 
przeszkadzali. 

Daniel to pewnie ten dryblas siedzący w poczekalni, który 

obrzucił mnie ponurym spojrzeniem, pomyślał Chase.  Przysu-
nął krzesło do łóżka Sylvie. Podziwiał miłość i opiekuńczość, 
którą otaczała ją jej rodzina. 

Kilka  godzin  później  urodziła  córeczkę.  Chase  ze  zdumie-

niem patrzył na maleńkie dziecko. Był świadkiem porodu. Na 
widok niemowlaka poczuł łzy pod powiekami. 

Było to niesamowite przeżycie. I najpiękniejszy widok, kie-

dy umyte dziecko lekarz złożył w ramionach młodej matki. Ża-
den  biurowiec,  żadne  centrum  handlowe  czy  dom  mieszkalny 
nie wydawały mu się tak wspaniałe. 

I teraz Chase już wiedział, co dla niego w życiu jest najważ-

niejsze.  Nie  biurowce,  nie  centra  handlowe  czy  domy  miesz-
kalne, lecz Sylvie i córeczka. Usiadł tuż przy nich, objął moc-
no młodą matkę, a dziecku podał palec, wokół którego owinęło 
zaraz maleńkie paluszki. To był sekret życia. Nic innego się nie 
liczyło. Tylko Sylvie, mała i jego uczucia do nich obu. Chase 
poczuł się nagle tak, jakby rozwarły się nad nim niebiosa i ktoś 
dał mu najpiękniejszy podarunek na świecie. W małym pokoju 
szpitalnym miał wszystko, co było mu potrzebne do szczęścia. 
Reszta nie miała znaczenia. 

- Prawda, że jest śliczna? - zapytała Sylvie przez łzy, które 

płynęły obficie po jej policzkach. 

- Tak. 
- Genevieve  Ruth  -  szepnęła.  -  Ruth  to  imię  mojej  mamy. 

Może je nosić? 

R

 S

background image

149 

 

-  Podoba mi się. Genevieve Ruth Buchanan. Brzmi dosko-

nale. 

Sylvie z niepokojem spojrzała na Chase'a. 
- Uważasz, że powinna nosić twoje nazwisko? 
- Nasze  nazwisko  -  sprostował  Chase  -  jeśli  zgodzisz  się 

przyjąć je po ślubie. 

Sylvie  otworzyła  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  lecz  szybko  je 

zamknęła. 

-  No dobrze, jeśli zechcesz zachować swoje panieńskie 

nazwisko, młoda spadkobierczyni będzie się nazywała Ge- 
nevieve Ruth Venner-Buchanan. 

Uśmiechnęła się lekko. 
-  Spadkobierczyni? A co ona właściwie otrzyma od 

ojca? - zapytała, przesuwając palcem po policzku dziecka. 

-  Chase, mówię poważnie. Zasługuje na tatę, który stale 

będzie przy niej. A ja na przyzwoitego męża. Oświadczam, 
że nie będę żyła z tobą i pagerem pod jednym dachem. 

-  Od dziś pager będzie pozostawał w samochodzie od 

piątej po południu do siódmej rano - oświadczył Chase. 

-  To ci solennie przyrzekam. Będę pracował poza domem 

po dziesięć godzin dziennie, od poniedziałku do piątku. 
Ani minuty dłużej. To też obiecuję. 

- Jak możesz obiecywać coś takiego, skoro nie zrobiłeś nic, 

żeby dotrzymać wcześniejszego przyrzeczenia? 

- Jest  mi  ogromnie  przykro,  że  tak  się  zachowywałem. 

Zmienię się. Zawrę dwa kontrakty. Dwie fuzje. 

- Dwie fuzje? Skinął głową. 
- Tak. Jedną z tobą, a drugą z Ikiem Guthrie'm. 
- Kto to taki? 
-  Architekt  z  Pittsburgha,  który  szuka  możliwości  roz-

szerzenia zakresu działania swojego biura projektów. Parę 

R

 S

background image

150 

 

tygodni temu zaproponował mi połączenie naszych wysiłków i 
fuzję  obu  firm.  Uważałem  to  za kiepski  pomysł.  Nie  chciałem 
oddawać zleceń komuś innemu. Teraz jednak - Chase przesu-
nął  delikatnie  dłonią  po  łysym  łebku  Genevieve  -  zmieniłem 
zdanie.  To  świetna  koncepcja.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że 
współpraca  z  Ikiem  ułoży  się  dobrze.  Jest  bardzo  pracowity, 
jeszcze bardziej ambitny niż ja i chce podjąć się nowych zadań. 
Dzięki takiemu układowi będę miał o połowę mniej zobowiązań 
i znacznie więcej czasu dla żony i dziecka. 

Dopiero teraz Chase odważył się spojrzeć na Sylvie  wzro-

kiem pełnym nadziei. 

Milczała. 
- Moim  największym  marzeniem  jest  to,  abyś  zgodziła  się 

zostać moją żoną - powiedział łagodnym głosem. - I, jeśli oka-
że się to możliwe, mieć z tobą więcej dzieci. 

- Dlaczego?  -  spytała,  nie  dowierzając  swemu  szczęściu.  - 

Dlaczego chcesz mnie poślubić? 

Potrząsnął  głową,  zdziwiony,  że  Sylvie  nie  potrafi  sama 

udzielić sobie odpowiedzi na to pytanie. 

- Bo  cię  kocham  -  odparł.  -  Chyba  pokochałem  cię  już 

pierwszego  dnia,  kiedy  przyszedłem  do  Cośmy  i  ujrzałem  cię 
za  barem.  Wiem,  że  będę  kochał  cię  zawsze.  Aż  do  śmierci. 
Nie  potrafię  żyć  bez  ciebie.  Ani  bez  naszego  dziecka.  Chcę, 
żebyśmy stworzyli rodzinę. Pragnę spędzić resztę życia, kocha-
jąc was obie. Sylvie, czy zdobędziesz się na to, by dać mi jesz-
cze jedną szansę? Ostatnią szansę? 

- Och!  -  Sylvie  wybuchnęła  głośnym  płaczem.  Drżącymi 

rękoma objęła twarz Chase'a. - Ja także cię kocham, najdroż-
szy.  Jeszcze  jedna  szansa  nie  jest  ci  potrzebna.  Dziś  celująco 
zdałeś egzamin. Wiedziałam, że będziesz wspaniałym ojcem

R

 S

background image

151 

 

dla mego dziecka. Po prostu to czułam. 

Przyciągnęła Chase'a do siebie i pocałowała. A potem wes-

tchnęła z zadowoleniem i przytuliła twarz do jego policzka. 

- I nigdy nie przypuszczałam, że znajdę także idealnego mę-

ża. 

R

 S

background image

152 

 

 

 

EPILOG 

Rankiem w Boże Narodzenie Sylvie wyszła ze swej sypialni 

ubrana  w  białą,  wytworną  suknię  -  po  to  tylko,  żeby  znaleźć 
najcudowniejszy prezent na świecie, czekający pod choinką. 

Przywitał  ją  Chase  ubrany  w  ciemny,  elegancki  garnitur. 

Obok niego stał  Alex, jego brat, którego Sylvie poznała przed 
tygodniem.  Trzymał  na  rękach  drobniutką  Gennie,  ubraną  w 
maciupeńką czerwoną aksamitną sukienkę i malutkie czarne la-
kierki. O1ivia, także w czerwonej welurowej sukni, uzupełniała 
grono  najbliższych.  Obok  nich  stał  sędzia  pokoju,  który  pań-
stwu młodym miał udzielić ślubu. 

W  salonie  znajdowało  się  jeszcze  wiele  osób.  Krewnych, 

znajomych i przyjaciół. 

Był to ślub, o jakim Sylvie nawet nie śniła. Przede wszystkim 

dlatego, że nie sądziła, iż kiedykolwiek tak bardzo się zakocha. 
I nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczała, że po-
kocha ją tak wspaniały mężczyzna, jak Chase. 

Wymienili  słowa  małżeńskiej  przysięgi,  zaprosili  gości  na 

weselną ucztę, a potem zabrali córeczkę i niepostrzeżenie opu-
ścili dom. 

Resztę urlopu pragnęli spędzić tylko we troje. 

R

 S


Document Outline