background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 22.

Remont łazienki to był mój pomysł i sprawiedliwie muszę przyznać, że Adam mi go szczerze odradzał. 
Tłumaczył,  że nerwowo nie wytrzymam nawet do półmetka remontu, że więcej będzie kłopotu, 
że straty psychiczne będą o wiele poważniejsze niż radości. Patrzyłam na niego z pobłażaniem.
– Ja nie wytrzymam? Ja? – kręciłam głową – Nie znasz jeszcze swojej żony, kolego!
Adam oczywiście wiedział, że już od dawna marzyłam o dużej wannie z masażem, chciałam mieć też 
w łazience wielkie lustro, no i kafelki w zupełnie innym kolorze niż te sprzed 15 lat. Zamarzyła mi się 
taka łazienka, żebym na samą myśl o kąpieli od razu poczuła się wypoczęta i zrelaksowana. Musiałam 
tylko przekonać Adama. 
–  Wyobraź sobie, jak będzie cudownie... przychodzimy zmarznięci w listopadową zawieruchę, nogi 

przemoczone, ręce skostniałe od lodowatego wiatru, a to dopiero początek, bo zapowiadają 
ochłodzenie... – zawiesiłam głos jak prawdziwy gawędziarz – ...a w naszej łazience... teraz uważaj... 
ciepła plaża, słońce, masaż w wannie delikatnie odpręża twoje ciało, wszędzie pachnie drzewem 
sandałowym i limonką... 

Adam się rozmarzył. 
– Czy drinki na tej plaży będą serwować kelnerki topless w trawiastych spódniczkach?

OLA MA KOTA

ODCINEK 22.

background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 22.

Nie odpowiedziałam, ale Adam i tak pobiegł do komputera i zrobił superprojekt. To zdecydowało. 
Te komputerowe obrazki są naprawdę zabójcze, wszystko na nich jest idealne, niby twoja łazienka, 
a wygląda jak scena z „Misia Uszatka”, żadnych skarpetek pod umywalką,  śladów po mydle, 
niedokręconych past, rozlanych szamponów, wszystko czyściutkie, na baterii łazienkowej igrają 
wesoło świetliste refl eksy... jednym słowem, kiedy to zobaczyłam, znowu dopadł mnie stan absolutnej 
pewności: „Muszę ją mieć! Śródziemnomorską łazienkę z elementami tropiku!”. Zapragnęłam remontu, 
i to natychmiast! 
Adam ustąpił, ale uprzedził mnie, że on nie będzie miał czasu doglądać prac budowlanych, bo po 
urlopie musi nadgonić, jak się wyraził, swoją robotę. 
–  Nie szkodzi – uspokoiłam go pewna siebie – Dam radę, pochodzę z rodziny, w której kobiety walczyły 

na wojnie albo zostawały z pięciorgiem dzieci i utrzymywały całą rodzinę. Adam jak zwykle mruknął, 
że akurat tych genów, na które się powołuję, nie odziedziczyłam, ale ja nie słuchałam, bo on tak 
zawsze. Projekt łazienki mamił mnie obietnicą wody na pustyni, jak afrodyzjak kusił nadzieją rozkoszy, 
zwodził jak pieśni syren biednego Odyseusza... remont był nieunikniony. 

W poniedziałek rano wygrzebałam w szafi e starą koszulkę ze studiów z commandante Che Guevarą 
na piersiach. Jak rewolucja, to rewolucja! 
Pierwsze natarcie okazało się skuteczne.
–  Mam telefon do znajomego, który ma telefon do faceta, który zna poleconych fachowców – powiedział 

Adam i widziałam, że oczy mu błyszczą. Przyczółek został zdobyty. 

Ekipa budowlana przyszła z samego rana. Ojciec i syn. Od razu poinformowali mnie, jakie mam 
szczęście, że ich złapałam, bo teraz mieli właściwie być w Irlandii, ale jesienią ze Stanów wróci jeszcze 
jeden z rodu, młodszy, i jak zapewniali, równie zdolny syn, i wszyscy jadą do Anglii, a na zimę może 
Francja, chociaż jeszcze nie wiedzą. Upewniłam się, czy rozmawiamy o tym samym, czyli o remoncie 
łazienki, a nie o tournée tercetu egzotycznego, ale o dziwo przytaknęli. 
– To wszystko trzeba skuć – rzucił fachowiec-syn, wsadzając głowę do łazienki. 
– Nooo, trzeba skuć! – przytaknęłam radośnie. 
– Pani skoczy po folię, to zabezpieczymy mieszkanko. Dzieci pewnie na koloniach, co? 
–  Szymon jest teraz na obozie harcerskim... – zaczęłam wyjaśniać, ale fachowiec-ojciec mi przerwał, 

dał znać, że on tu dowodzi i na razie o szczegóły nie prosił. Mam nie przeszkadzać. 

Posłusznie skoczyłam po folię. 
–  Pokoje nieużywane zaplombujemy taśmą, ani pyłek się nie przedostanie. Potrzebny nam dostęp na 

balkon, jak do morza... ha, ha ...bo po pierwsze, palimy, a w ogóle to na balkonie zrobimy centrum 
cięcia. Lepiej uprzedzić sąsiadów, że będzie hałas. Kafelki, widzę, już pani ma.

– Tak. 
– A klej?
Skoczyłam po klej. 

background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 22.

–  Nie chce pani podgrzewanej podłogi w łazience? – rzucił fachowiec-syn, kiedy podejmowałam ich na 

balkonie zamówioną chińszczyzną.

–  Jak to nie chcę? A mogę chcieć? Nie wiedziałam. 
Ciepła podłoga to jak ciepły piasek – pomyślałam – jak mogłabym mieć zimną podłogę w tropikalnej 
łazience? Co prawda okazało się, że podgrzewana podłoga oznacza więcej kucia, ale nic to, remont 
tylko odrobinkę się przeciągnie, ale za to w listopadzie, jak wrócę wysmagana lodowatym, północnym 
wiatrem, a prognozy meteo będą straszyć dalszym ochłodzeniem... 
–  Oczywiście, że chcę ciepłą podłogę – zdecydowałam i pobiegłam czym prędzej ze wskazówkami od 

fachowców do sklepu budowlanego. 

– Lustro też pani kupi podgrzewane – polecił fachowiec-syn.
– Podgrzewane lustro? A po co?
–  Żeby nie parowało – wyjaśnił i wzruszył ramionami. 
Poleciałam po podgrzewane cud-lustro, ale w sklepie odpuściłam, kiedy zobaczyłam cenę. 
– Jeszcze się zastanowię – pomyślałam bohatersko. 

W kłębach białego pyłu, jak w gęstej mgle, po omacku szukaliśmy się popołudniami z Adamem. 
Na noc ostrożnie, żeby nie naruszyć folii, wczołgiwaliśmy się do sypialni, a rano biegliśmy na basen, 
żeby wykąpać się i umyć  zęby. Adam chodził z ręcznikiem kąpielowym do pracy, a ja tak dalece 
przywykłam do remontu w domu, że w ogóle przestałam sprzątać. Robiąc kanapki, z kamienną twarzą 
zdrapywałam warstwę pyłu z masła, a fachowcy stali mi się bliscy jak rodzina. Adam wyjechał na 
kilka dni w tak zwany teren, a ja codziennie ruszałam w trasę, czyli do sklepów budowlanych. Kłopoty 
z remontem bzykały nad moją głową jak natrętne komary. 
A to elektryczność nawalała (kiedy włączaliśmy ciepłą podłogę, gasły  światła), a to hydraulika nie 
działała według zasad naczyń połączonych (ciepła woda, nie wiadomo dlaczego, spłukiwała toaletę), 
ale wszystko szło jakoś do przodu.

background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 22.

Pierwszy odmówił udziału w remoncie nasz kot Gustaw. Potwierdził tym samym swoją wysoką inteligencję 
– jak dziecko, które ma nieodpowiedzialnych rodziców i samo musi zadbać o swój los. Takie nad wiek 
rozwinięte dziecko pakuje swój plecaczek z odblaskowymi światełkami, piórnik, książki i piżamę i wynosi 
się do dalekiej, ale za to mniej uciążliwej ciotki. Gustaw właśnie tak zrobił, zamieszkał naprzeciwko, w barze 
„U Ryśka”.
– Przynieś tylko jego kuwetę i żwirek – zaordynował przez telefon Rysiek.
– To znaczy, że może u was zostać... przez jakiś czas? – spytałam nieśmiało.
– Oczywiście. 
Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Gustaw wskazuje mi drogę odwrotu, poczułam tylko, że mu zazdroszczę. 
Każdy by tak chciał, teraz uciec z placu boju, a potem przyjść na gotowe! A gdzie odpowiedzialność, 
a poświęcenie dla sprawy, a gdzie solidarność z towarzyszami broni? 
–  Ten kot tylko cudem nie zachorował, przecież u was jest aż  gęsto w powietrzu od tego gipsu... a on 

codziennie sam się myje. Masz pojęcie, ile on musiał tego pyłu połknąć – Rysiek przejął się losem naszego 
Gustawa. 

Przyznałam mu rację, ale poczułam się opuszczona i kompletnie samotna na linii frontu. Coraz częściej 
musiałam sobie przypominać, po co ja to wszystko robię: listopad, wracam przemoknięta... a w naszej 
łazience ciepła plaża. Żeby nie upadać na duchu, bywałam coraz częściej w barze „U Ryśka”, czyli na tyłach 
regularnej akcji zbrojnej.
Piekło rozpętało się w dniu, w którym przywieziono do nas wannę. Była dokładnie taka, jak sobie wymarzyłam, 
trójkątna, z wszystkimi rodzajami masażu. Niestety jej wymiary obliczyłam na łazienkę, a nie przyszło mi do 
głowy,  że zablokuje się już w korytarzu na skręcie do łazienki. Tragarze bezradnie wzruszyli ramionami, 
podali mi kwitek odbioru, ukłonili się i odjechali, zostawiając wannę w przejściu. Z fachowcami uradziliśmy, 
że gdyby rozebrać szafkę na buty, to wanna może się przeciśnie. 

– To jest wyjście! – ucieszyłam się i pomyślałam, co ja bym zrobiła bez moich kochanych fachowców.
Po godzinie szafka na buty była w częściach, a buty całej rodziny w dwóch wielkich workach na śmieci. 
Wanna rzeczywiście przeszła, przez wąski jak się okazało przesmyk, ale nie obyło się bez strat... odpadł 
kawałek ściany. 

background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 22.

–  Niech się pani nie martwi, załatamy, że śladu nie będzie – powiedział fachowiec-ojciec, a ja znowu poczułam 

wdzięczność, że ich mam. 

Tego dnia z kilkudniowego rekonesansu w terenie wrócił Adam. Był wściekły i od progu zażądał jakichś 
rozliczeń, ale kiedy zobaczył obrazek z wanną w korytarzu, szafką na buty i kawałkiem ściany na podłodze, 
wściekł się jeszcze bardziej. Fachowcy, widząc nadciągającą rodzinną burzę gradową, zwinęli się tego dnia 
wyjątkowo szybciutko. Zabrali ze sobą kawałek ściany i jak zwykle śmieci. 
Adam krzyczał,  że przekroczyłam budżet przeznaczony na ten remont i że w tej chwili mamy poważny 
debet na koncie, dodał, że nie można mi ufać i że jestem kompletnie nieodpowiedzialna. Nie słuchał moich 
wyjaśnień,  że podłoga jest co prawda droższa, ale docenimy to dopiero w listopadzie, kiedy na dworze 
będzie wiał północny wiatr... a w naszej łazience... przerwałam, bo Adam zrobił się blady, a jak Adam robi się 
blady, to znaczy, że najlepiej zejść mu z oczu. 
– Gdzie są moje domowe klapki!? – spytał dziwnie cicho.
– Jak to gdzie, w szafce na buty.
– Nie mamy już szafki na buty!
Wtedy zrozumiałam, że fachowcy wynieśli zamiast śmieci dwa worki z obuwiem całej naszej rodziny. Kiedy 
Adam poszedł do kontenera, żeby odzyskać rodzinne zapasy obuwnicze, ja pakowałam swój plecaczek 
i zastanawiałam się, czy w barze „U Ryśka” znajdzie się dla mnie jakiś mały kącik na przeczekanie. Nie 
poddałam się, nie, nie! Chociaż dla niedoświadczonego żołnierza mogłoby to tak wyglądać. To jednak było 
wycofanie taktyczne. 

Rysiek i Mariolka wykazali zrozumienie.
– Remont to najtrudniejsza próba dla małżeństwa.
– Tak myślicie?
–  Nie, przed remontem są w kolejności wredna teściowa, dwie przeprowadzki albo jeden pożar – włączył się 

do dyskusji facet przy piwie. 

Na zapleczu stała zupełnie wygodna prawie szpitalna kozetka. Ale co mi więcej trzeba, jak wiadomo, 
w okopach nie można liczyć na wygody. Kiedy wyszedł z baru ostatni gość, wyciągnęłam śpiwór (zielony, 
prawie wojskowy) i przytuliłam się do mruczącego Gustawa. 
– Ech, Gustaw, jesteś jedynym facetem, który naprawdę mnie rozumie. 
Rano przyszła Mariola, przyniosła  świeżą szarlotkę, bułki i owoce. Zrobiłyśmy pyszne kanapki do baru, 
potem wytłumaczyła mi, jak się robi cappuccino, a jak mocne espresso, i zostawiła mnie na posterunku na 
pół dnia. Na początku było nawet fajnie, to dla mnie odmiana, zamiast biegać po sklepach budowlanych, 
wolałam parzyć kawę. Kiedy tak kręciłam się za barem w rytm piosenki reggae Vavamuffi na... przypomniały 
mi się słowa mojego ojca, który marzył o córce prawniczce, żeby przekazać jej swoją kancelarię, a ja uparłam 
się i zdałam na kulturoznawstwo. 
–  Kulturoznawstwo – to nie jest żaden fach! Co będziesz po tym robić? W najlepszym razie będziesz siedzieć 

w osiedlowym domu kultury i parzyć kawę albo podawać piwo.

Do baru wszedł mój mąż. 
–  Myślałem, że zdezerterowałaś, a ty, widzę, próbujesz odpracować debet, no, no... – Adam, żartował, czyli 

próbował załagodzić sprawę. 

–  Nie zdezerterowałam – powiedziałam chłodno, niech sobie nie myśli, że zemdleję ze szczęścia na jego widok. 

– Jeśli odwołasz wszystko, co powiedziałeś o mojej nieodpowiedzialności, wrócę i dokończę rewolucję 

background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 22.

– Powoli rozpięłam bluzę i niby od niechcenia pokazałam, z kim zadarł. Na piersiach miałam koszulkę 
z commandante Che Guevarą. 

Adam powoli wypił kawę i zjadł szarlotkę... nie od razu, ale w końcu odwołał swoje pochopne słowa. 
– Wracaj na front, żołnierzu, potrzebujemy cię – rzucił, wychodząc.
W drzwiach minął się z panem Zbyszkiem, naszym listonoszem. 
–  Co za upał! – sapał pan Zbyszek, wachlując się służbową czapką – Królowo jedyna, dostanę jedno piwko, 

tylko zimne z lodóweczki? 

Natychmiast zapięłam bluzę. Nie chciałam, żeby commandante Che Guevara słyszał, jak mnie tu tytułują.