background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 19.

–  Co to za przyjęcie? – spytała Natasza, kiedy pochwaliłam się, że idziemy z Adamem do jakiegoś 

bardzo ważnego inwestora. – Jeśli mam ci pomóc, muszę wiedzieć coś więcej. 

– Po prostu przyjęcie... Adam mówił, że ma być elegancko.
Natasza westchnęła, jakby miała przed sobą dwunastolatkę. 
– Elegancko czy bardzo elegancko?
– Nie wiem.
– Pytam, czy to jest bankiet, czy biznes party?
– A jaka jest różnica? 
Natasza znowu westchnęła, a potem odbyłam u niej szybkie szkolenie na temat: Jak zrobić 
oszałamiające wrażenie na przyjęciu. Myślę,  że Natasza spokojnie mogłaby prowadzić kursy na 
dowolny temat, na przykład „Jak prowadzić talk-show po fl amandzku, nie mówiąc w tym języku ani 
słowa”, albo „Jak w weekend wytresować dwa domowe świerszcze”. Wskazówki Nataszy co do 
przyjęcia były dość proste. Po pierwsze, mam zadawać interesujące pytania, po drugie, mam udawać, 
że słucham odpowiedzi, po trzecie, nie odwracając głowy od rozmówcy, obserwować wszystkie osoby 
na przyjęciu i wybierać kolejną ofi arę, bo jedna rozmowa nie powinna przekraczać kilku minut. Na 
moją uwagę, że prawdopodobnie nie będę umiała rozglądać się po sali, nie odwracając głowy, bo nie 
mam oczu na czułkach, Natasza spojrzała na mnie urażona.
– Ola, skup się, proszę, udzielam ci bezcennych wskazówek, a ty, widzę, świetnie się bawisz.
Przeprosiłam jak przyłapana uczennica.
Natasza bardziej się przejęła tym przyjęciem niż ja. Dzwoniła dzień w dzień z samego rana i tłumaczyła 
mi, czego mam nie robić, jeśli to będzie stojące przyjęcie w ogrodzie, a co powinnam robić, jeśli okaże 

OLA MA KOTA

ODCINEK 19.

background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 19.

się siedzącą kolacją w małym gronie. Nie miałam pojęcia, że to wszystko jest takie skomplikowane. 
Natasza uświadamiała mi niestrudzenie, że dla Adama przyjęcie u znanego biznesmena to świetna 
okazja do rozszerzenia zawodowych kontaktów, a dla mnie to szansa, żebym wreszcie się wykazała i 
pomogła mężowi, jak to zwykły robić prawdziwie wielkie żony swoich wielkich mężów. 

Przyjęcie było w ogromnym ogrodzie i zjawiliśmy się przepisowo spóźnieni. Wszędzie przechadzały 
się eleganckie pary z drinkami w ręce. Kelnerzy w białych garniturach serwowali miniaturowe koreczki. 
Nad oczkiem wodnym w głębi ogrodu paliły się pochodnie. Miałam wrażenie, że już to gdzieś widziałam, 
może na którymś fi lmie z Jamesem Bondem, ale nie byłam pewna. 

 

Znajomi obsypywali mnie komplementami, poczułam  że choć przygotowania do przyjęcia były 
ogromnie pracochłonne, to było warto.
Fryzurę miałam na pierwszy rzut oka niedbałą, ale Patrycja napracowała się nad nią bite dwie godziny, 
następną godzinę zabrał makij aż (tylko w dwóch wersjach), kolejna godzinka z hakiem zeszła na 
manicure i pedicure... Jednym słowem popołudnie zleciało jak z bicza strzelił. Tego dnia zaczęłam 
szczerze współczuć top modelkom. Zrozumiałam, że oddawanie się w ręce fachowców może być po 
prostu wyczerpujące. 

Sukienkę miałam, szczęśliwie dla budżetu naszej rodziny, pożyczoną. Była piękna, zwiewna i zmysłowa, 
utkana prawdopodobnie z mgły i piany morskiej i miałam gorącą nadzieję, że nigdy w życiu jej nie 
zdejmę, natomiast Adam, kiedy mnie w niej zobaczył, zażądał prawdziwej, jak się wyraził, sukienki, a 
nie czegoś, co przypominało mu fi rankę. Postawiłam sprawę jasno, że albo idę w tym, albo wcale, i 
Adam skapitulował. 
–  Jest tu dziś sporo znanych osobistości – zagadnęła pani Krystyna, szefowa Adama, którą widziałam 

ostatnio pół roku temu, kiedy zachwycała się naszym kotem.

– Chyba tak.
–  Podobno ma tu być dzisiaj ten znany dziennikarz... felietonista... zaraz, jak on się nazywa? Jest 

ostatnio taki modny.

Nie miałam pojęcia, o kim mówi szefowa Adama, ale też nie miałam szansy się dowiedzieć, bo pani 
Krystyna z wprawą bywalczyni salonów porzuciła mnie i w sekundzie zagadnęła inną  ofi arę. Nie 
przejęłam się tym specjalnie, bo wieczór był cudowny, ciepły, czerwcowy, pachnący skoszoną trawą 
i jaśminem. 

background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 19.

Adam z kolegami zastanawiali się, jak zainteresować znanego biznesmena kolejnymi projektami 
pracowni albo jak go namówić, żeby 1% od swoich dochodów przeznaczył na odbudowę idée fi xe kilku 
znajomych architektów, czyli zabytkowej cerkwi w Baligrodzie. Ja zaś wypiłam kieliszek szampana i 
z błogością rozglądałam się po ogrodzie. Podeszłam do huśtawki zawieszonej między drzewami tuż 
nad całkiem sporym oczkiem wodnym. Na poduszce siedział wielki czekoladowo-czarno-złoty kot. 
Na mój widok cokolwiek niechętnie, ale wstał i przeciągnął się kilka razy, tak jakby robił mi miejsce. 
Usiadłam, a kot, który okazał się kotką, wskoczył mi na kolana. Było mi błogo. To był jeden z tych 
wieczorów, kiedy poczułam, że jednak życie potrafi  zaskakiwać, że co by o nim nie powiedzieć, nie 
jest nudne, że wszystko, czego pragniemy, co robimy, o czym śnimy, nie jest całkiem przypadkowe, 
że jednak ma jakiś sens. Rozmarzyłam się. Mam co prawda swoje plany i pragnienia, ale przychodzi 
czerwcowy wieczór pachnący jaśminem i skoszoną trawą, pij ę szampana, a wielka czekoladowo-złota 
kotka mruczy mi na kolanach... i jestem absolutnie szczęśliwa. 
– Pomyślałem, że przyniosę pani szampana – usłyszałam za sobą męski głos.
Przede mną stał przystojny facet, nie znałam go, ale nie wyglądał na kelnera. 
– Zołza wpuściła panią na swoją huśtawkę, to się po prostu nie zdarza. Musiałem panią poznać. 
– Zołza? 
– Moja kotka.
Orkiestra grała stare standardy jazzowe, a ja gawędziłam sobie ze znanym biznesmenem, nie zwracając 
uwagi na zawistne spojrzenia wielu kobiet. Po kwadransie zwierzył mi się, że od dawna nosi w sobie 
przekonanie, iż świat dzieli się na ludzi o kocim spojrzeniu na życie i na całą resztę (przy czym słowa 
„cała reszta” wypowiedział lekko pogardliwie, sprawiając,  że połączył nas nagle wspólny sekret). 
Bawiłam się znakomicie. Facet był ironiczny i dowcipny, miał dystans do siebie albo przynajmniej tak 
mi się wydawało. 
Nie wiem dlaczego, bo normalnie nie zwierzam się nieznajomym, ale opowiedziałam mu, zakładając, 
że jest to dla niego interesujące, jak Gustaw zjawił się w naszym domu i jak bardzo od tamtej pory 
zmieniło się moje życie, mój sposób patrzenia na ludzi, na świat, jak wciąż uczę się od niego kocich 
sztuczek i że odkąd Gustaw jest z nami, nie boją się jesieni ani nudy.
Biznesmen uśmiechał się tajemniczo jak mistrz ze starej fotografi i i zrewanżował mi się swoją historią. 
Opowiedział, jak to trudnej sztuki negocjacji w biznesie nauczył się od swojej pierwszej kotki, matki 
Zołzy. 
–  Harpia była wyjątkowa – znany biznesmen mówił to ciepłym głosem – nigdy nie uznawała 

kompromisów i zawsze stawiała na swoim, ja nie jestem aż tak twardy. 

background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 19.

Złapaliśmy wspólne fale. Śmiałam się z jego dowcipów, zaskakujących puent i porównań. Miałam wrażenie, 
że sama też jestem niebywale błyskotliwa, równie dobrze mógł to być wpływ czerwcowej nocy i szampana, 
ale czy to ważne? Było super. Powoli dołączali do nas inni goście. Pierwszy zaniepokojony moim dobrym 
humorem zjawił się Adam. 
Kiedy go przedstawiłam, znany inwestor zaśmiał się. 
– Wiedziałem... wiedziałem, że jakąś wadę musi pani mieć.
– To znaczy?
–  Jest pan szczęściarzem – poklepał Adama po plecach, a ja poczułam, że moja próżność dostała potężną 

dawkę witamin. Zdecydowałam natychmiast, że ten wieczór włożę do szufl ady z najpiękniejszymi chwilami w 
moim życiu, zapach czerwcowej nocy położę obok kilku wspomnień z dzieciństwa, wycieczki do Konarowa 
z Konradem, pierwszych wspólnych wakacji z Adamem itd. 

Tymczasem towarzystwo było zgłodniałe dyskusji. Wszyscy zastanawiali się nad niedocenianym wpływem 
kotów na budowanie korzeni naszej kultury.
–  No bo wyrażenia „wykręcić kota ogonem” czy „kocia muzyka” świadczą dobitnie o tym, że koty były obecne 

w naszym życiu codziennym od dawna – powiedziała jakaś piękna postać, której twarz chyba kojarzyłam 
z telewizji. 

–  „Kupować kota w worku” – dodała inna równie piękna, choć nieznana mi postać.
– A takie wyrażenie: „Tyle, co kot napłakał”. 
–  „Myszy harcują, kiedy kota nie ma” – posypały się przykłady, jakby całe towarzystwo tylko czekało na sygnał 

i natychmiast zaczął się zapowiadany teleturniej: „Młodzi gniewni podejmą dyskusję na każdy temat”. 

– „Na kocią łapę”.
– „Kot w butach”.
– „Kot, który chodził własnymi drogami”.
– „O kocie, który jeździł koleją”.
– Zaraz... zaraz...
Zapadła chwila niezręcznej ciszy, ktoś bąknął, że w tamtej książce chodziło raczej o psa, ale ja zaśmiałam się 
głośno, bo uznałam, że to fajny pomysł i dodałam:

background image

OLA MA KOTA 

Odcinek 19.

– „Czterej pancerni i kot”.
Potem poszło już  błyskawicznie: „Alicja w krainie kotów”, „Pięcioro dzieci i kot”, „Kocie wesele”, „Kot 
Wallenrod”, „Żywot kota poczciwego” itd. Zabawa była naprawdę przednia. 

 

Nagle kiedy tańczyłam z Adamem jakiś namiętny kawałek z Santany, zakręciło mi się w głowie i mój mąż 
zdecydował, że powinniśmy natychmiast wracać. 
–  Nie ma mowy! – odpowiedziałam – nie będziemy czmychać z fajnego balu przed dwunastą jak jakieś 

Kopciuszki.

Ale Adam jak coś postanowi, jest uparty. 
–  Zostańcie jeszcze – zatrzymywał nas biznesmen – zaraz przyjedzie Myśliwy... dzwonił, że jest już w drodze... 

ugrzązł na lotnisku, w Gdańsku jest dzisiaj straszna mgła. 

– Kto przyjedzie? – spytałam nagle zelektryzowana. 
– Konrad Myśliwy. 
– Myśliwy?
– To dziennikarz. Na pewno go kojarzycie. 

Stawiałam opór. Wcale nie chciałam wychodzić z przyjęcia, Adam prawie siłą wcisnął mnie do taksówki. 
– Felieton – pomyślałam, zanim zapadłam w taksówce w błogą drzemkę – ...muszę przeczytać jego felieton.